background image

 

 

EVA RUTLAND 

 

W ramionach 

księcia 

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
-  Nie lubię rudzielców - oświadczyła Rae. 
-

 

On  wcale  nie  jest  rady.  Jego  włosy  są 

kasztanowe.  -  Whitney  obficie  posmarowała 
grzankę  masłem  i  z  apetytem  ugryzła  kęs.  - 
Podoba mi się ten kolor. 

-

 

Najbardziej  podoba  ci  się  zielony,  bo  to 

kolor pieniędzy. 

-

 

Nie 

przeczę. 

Whitney 

zachichotała 

swawolnie  i  znacząco  uniosła  kubek.  -  Paula, 
podgrzej tę kawę, dobrze? Albo nalej mi nową. 

Paula  wytarła  ręce  i  posłusznie  wykonała 

polecenie,  a  dwie  siostry  Ashford  nadal  paplały 
jak najęte. 

-  Lepiej  sobie  za  wiele  nie  obiecuj  -  cierpkim 

tonem  poradziła  Rae.  -  Książę  Vandercamp 
przyjechał  do  San  Diego  pograć  w  polo,  a  nie 
uganiać się za kobietami. 

Paula  jednym  uchem  słuchała  tej  rozmowy, 

szorując  patelnię.  Od  kilku  tygodni  głównym 
tematem rozmów w domu Ashfordów był turniej 
golfowy, z którego cały  dochód przeznaczono na 
cele  dobroczynne.  Natomiast  ostatnio,  gdy 

background image

 

 

rozeszła  się  wieść,  że  na  przystani  miejscowego 
klubu 

zacumował 

jacht 

milionera 

Brada 

Vandercam-pa, 

obie 

panny 

Ashford 

nie 

przestawały  plotkować  o  przystojnym  i  wciąż 
wolnym  dziedzicu  bajecznej  fortuny  Van-
dercampów. 

background image

 

 

Całe San Diego szalało z zachwytu. Lub raczej 

tylko  ci,  którzy  zaliczają  się  do  miejscowej 
ś

mietanki  towarzyskiej,  poprawiła  się  Paula  w 

duchu,  a  na  jej  ustach  zaigrał  kpiący  uśmieszek. 
Przecież  tylko  bogacze  zasiądą  na  trybunie  w 
lożach  honorowych,  aby  oglądać  mecze  polo,  a 
potem  wezmą  udział  w  wielkim  balu,  wystrojeni 
w  kreacje  zaprojektowane  przez  słynnych 
projektantów. 

-  Na  mój  widok  zmieni  zamiar!  -  stwierdziła 

Whitney z niezachwianą pewnością siebie. 

Paula  dostrzegła  błysk  wyzwania  w  oczach 

Whitney  i  była  skłonna  się  z  nią  zgodzić.  Co 
prawda Whitney nie mogła uchodzić za klasyczną 
piękność,  gdyż  miała  zbyt  szerokie  usta,  nieco 
zbyt obfite kształty i nos jak... 

Przestań,  nieładnie  jest  krytykować  bliźnich, 

skarciła  się  Paula  w  duchu.  Odłożyła  patelnię  i 
poszła posortować rzeczy do prania. A jednak nie 
potrafiła przestać myśleć o zasłyszanej rozmowie. 
Co by nie mówić, Whitney była dosyć atrakcyjną, 
ciemnooką 

brunetką. 

Otaczała 

ją 

jakaś 

przedziwna,  przesiąknięta  erotyzmem  aura,  co 
sprawiało,  że  mężczyźni  lgnęli  do  niej  jak 
pszczoły do miodu. Tak, książę na pewno zwróci 
na nią uwagę, Rae będzie skręcać się z zazdrości, 
a... 

-  Gdzież  ta  dziewczyna  się  podziewa!  - 

Rozważania 

Pauli 

przerwał 

zaspany, 

lecz 

ś

widrujący  głos  pani  Ashford.  Paula  rzuciła 

background image

 

 

jedwabną  koszulkę  na  stos  innych  wytwornych 
ciuszków  i  pośpieszyła  do  kuchni.  -  Ach,  tu 
jesteś!  Czemu  nie  przyniosłaś  mi  kawy  do 
sypialni? 

-  Przepraszam, ale myślałam, że pani śpi. 
-  Moja głowa! - Mamie Ashford ciężko opadła 

na krzesło i przycisnęła dłoń do skroni. - Jak ktoś 
mógłby 

background image

 

 

spać przy tym ogłuszającym hałasie! Nie możecie, 
moje  dziewczynki,  zaczynać  swoich  pogaduszek 
o nieco późniejszej porze? 

-

 

To  trochę  pomoże,  a  za  moment  przyniosę 

kawę.  -Paula  podała  pani  domu  szklankę  soku 
pomidorowego i dwie tabletki aspiryny. 

-

 

Mamo, chyba nie dostaniesz znów tej swojej 

okropnej migreny  - jęknęła Whitney. - Miałyśmy 
przecież jechać po zakupy. 

-

 

Otóż  to  -  kpiąco  prychnęła  Rae.  -Whitney 

musi  znaleźć  wystrzałowy  strój  na  bal  maskowy, 
ż

eby olśnić księcia! 

-

 

Tobie  pomógłby  tylko  taki  ciuch,  dzięki 

któremu stałabyś się niewidzialna. 

-

 

Dziewczynki,  przestańcie!  Głowa  mi  pęka  i 

jest  mi  niedobrze.  Pewnie  powinnam  coś  zjeść. 
Paula, usmaż bekon i kilka grzanek z cynamonem. 

-

 

Już  się  robi!  -  Paula  chwyciła  niedawno 

umytą  patelnię.  Miała  nadzieję,  że  nie  spóźni  się 
na dzisiejsze zajęcia. Gdyby do dwunastej zrobiła 
pranie i posłała łóżka, to pewnie by zdążyła. Pod 
warunkiem,  że  pani  Ashford  nie  zleci  jej  żadnej 
dodatkowej pracy. 

Na  szczęście  solidne  śniadanko  i  trzy  filiżanki 

mocnej  kawy  zdziałały  cuda  i  pani  domu 
odzyskała  dobry  humor.  Rozmowa  przy  stole 
ponownie  zaczęła  się  toczyć  wokół  Brada 
Vandercampa. 

-

 

Taki  bogaty!  I  tak  uroczo  brytyjski!  -  Oczy 

Mamie Ashford zaszły mgłą. 

background image

 

 

-

 

I zabójczo przystojny - dodała Whitney. 

-

 

Jak  jego  dziadek  -  stwierdziła  matka.  -  I 

podobno taki sam z niego huncwot. 

background image

 

 

-

 

Huncwot? 

-

 

Nie  przepuści  żadnej  ładnej  dziewczynie. 

Romansuje  na  prawo  i  lewo,  jak  jego  dziadek, 
staruszek Cyrus Van-dercamp. Dorobił się fortuny 
na linii kolejowej, lecz chodzą słuchy, że w latach 
trzydziestych  sporą  część  przepuścił  na  pewną 
gwiazdę  ekranu.  Nie  była  damą  z  towarzystwa, 
ale  on  stracił  dla  niej  głowę  i  porzucił  rodzinę. 
Wybuchł straszny skandal. 

Rae  oświadczyła,  że  nie  darowałaby  tego 

ż

adnemu mężczyźnie. Whitney miała inne zdanie. 

-  Gdy  Brad  Yandercamp  włoży  mi  na  palec 

ś

lubną  obrączkę,  może  sobie  potem  utrzymywać 

całe stado kochanek. 

Pani  Ashford  zgodziła  się  z  tym  poglądem. 

Jakie  to  szczęście,  że  obie  córeczki  wyrosły  na 
prawdziwe damy. 

-

 

Oby jednak książę polo wrodził się w swego 

ojca. 
-

 

Dlaczego? - spytała Whitney. 

-

 

To  wyjątkowo  porządny  człowiek.  Bardziej 

interesuje  się  kopalniami  złota  i  szybami 
naftowymi 

niż 

kobietami. 

Ożenił 

się 

dziewczyną  ubogą  jak  mysz  kościelna,  lecz 
pochodzącą  ze  starej  arystokratycznej  rodziny. 
Podobno zamienił zrujnowaną rodową rezydencję 
ż

ony  w  luksusowy  pałac.  Chciałabym  to 

zobaczyć. 

-

 

Cóż,  może  wszystko  przed  tobą.  -  W  głosie 

Whitney  zabrzmiała  nutka  przebiegłości.  - 

background image

 

 

Mówiłaś,  że  młody  Vandercamp  ma  słabość  do 
ładnych dziewczyn? 

-

 

I  owszem.  -  Mamie  Ashford  zachichotała.  - 

A  ty  jesteś  dużo  ładniejsza  od  tych  wszystkich, 
które będą usiłowały go usidlić. Dlatego lepiej już 
jedźmy do Mademoi 

background image

 

 

10 

selle's  Boutiąue.  Na  pewno  zwali  się  tam  tłum 
klientek.  Pośpieszmy  się,  zanim  wszystko 
wykupią. 

Paula odetchnęła z ulgą. Do jedenastej zdążyła 

zrobić  pranie,  sprzątnąć  kuchnię  i  uporządkować 
sypialnie. 

Potem 

wzięła 

szybki 

prysznic, 

przebrała  się  i  pobiegła  na  przystanek,  żeby 
pojechać autobusem na uniwersytet. 

Od niepamiętnych czasów marzyła o zawodzie 

weterynarza.  Uwielbiała  zwierzęta  -  zarówno 
małe,  jak  i  duże.  Miała  z  nimi  do  czynienia  od 
dzieciństwa, 

wychowała 

się 

bowiem 

na 

hodowlanym ranczu w stanie Wyoming, gdzie jej 
ojciec był robotnikiem, a matka kucharką. Często 
asystowała  poganiaczom  lub  weterynarzom, 
ilekroć zajmowali się chorą krową lub koniem. A 
gdy  trochę  podrosła,  zakochała  się  w  Tobym, 
przystojnym synu nadzorcy. Zamierzali się pobrać 
i kupić kawałek ziemi. Toby miał trenować konie, 
a  Paula  leczyć  ukochane  zwierzaki.  Jednak 
pewnego  lata  Toby  zupełnie  stracił  głowę  dla 
niejakiej  Cynthii,  a  Paula  poczuła  się  tak,  jakby 
zawalił się cały jej świat. 

Z  rozpaczy  omal  nie  rzuciła  szkoły.  Była 

naprawdę  załamana  i  dopiero  brat  ojca,  Lewis 
Grant, pomógł jej wyjść z depresji. Przemówił jej 
do rozsądku i zachęcił do kontynuowania nauki. 

Paula  rzuciła  się  w  wir  pracy,  nadrobiła 

zaległości i w terminie obroniła dyplom. Uzyskała 
jednak 

za 

mało 

punktów, 

ż

eby 

zdobyć 

background image

 

 

11 

stypendium 

na 

uniwersyteckim 

wydziale 

weterynarii,  a  stan  rodzinnych  finansów  nie 
pozwalał  na  podjęcie  pełnopłatnych  studiów. 
Ojciec  długo  chorował  i  leczenie  pochłonęło 
niemal  całe  rodzinne  oszczędności.  Również  tym 
razem z pomocą przyszedł jej wujek 

background image

 

 

12 

Lewis.  Zaproponował,  że  pokryje  połowę 
czesnego, ale to i tak nie rozwiązywało problemu. 

-

 

W  tym  roku  Paula  chyba  musi  zostać  na 

ranczu  -stwierdził  Hank,  jej  ojciec.  -  Mogłaby 
pomagać matce. 

-

 

Pewnie chętniej pomagałaby tobie - mruknął 

Lewis. 
-

 

Ś

więta racja - przyznała Paula z uśmiechem. 

Doskonale czuła się w siodle i z radością zajęłaby 
się  zwierzętami.  Wiedziała  jednak,  że  ojciec  nie 
pozwoliłby na to. 
-  Taka robota bardziej mi odpowiada. 

-

 

Ja  osobiście  wolałbym  się  krzątać  w  ciepłej, 

przytulnej kuchni... - Lewis pokręcił głową. 

-

 

Każdy marzy o czymś innym - stwierdziła 

Paula. 

-  Sam  wiele  razy  mi  to  powtarzałeś,  wujku.  - 
Lewis  dawno  temu  wybrał  życie  mieszczucha. 
Zaczął  podróżować,  imał  się  dziwacznych  prac, 
aż  w  końcu  zatrudnił  się  na  stałe  jako  szofer  i 
człowiek  do  wszystkiego  w  kalifornijskiej 
rezydencji Angusa Ashforda, w San Diego. 

-

 

Na  czesne  jakoś  by  starczyło.  -  Matka 

wróciła  do  zasadniczego  tematu.  -  Ale  co  z 
mieszkaniem  i  utrzymaniem?  -  Uniwersytet 
stanowy  był  odległy  od  rancza  o  sto  pięćdziesiąt 
kilometrów i codzienne dojazdy nie wchodziły w 
grę. 

-

 

Nadal  pragniesz  zostać  weterynarzem?  - 

Lewis  zerknął  pytająco  na  bratanicę,  ona  zaś 

background image

 

 

13 

skinęła głową. -A nie pojechałabyś ze mną do San 
Diego? Tam też jest uniwersytet. 

Cała trójka wlepiła w niego zdumione 
spojrzenie. 
-  Co 

powiecie 

na 

darmową 

chatę 

wyżywienie? - Lewis jakby czytał w ich myślach. 
- Pokojówka Ashfordów 

background image

 

 

14 

właśnie  złożyła  wymówienie.  -  Lewis  badawczo 
popatrzył  na  Paulę.  -  Potrafiłabyś  zająć  się 
domem? 

-

 

Masz na myśli tę codzienną krzątaninę, którą 

zajmuję  się  od  wielu  lat?  -  Dziewczyna 
uśmiechnęła się szeroko. 

-

 

Tak  się  składa,  że  chyba  mógłbym  załatwić 

ci  tę  robotę,  a  pan  Ashford  to  porządny  gość. 
Prawdopodobnie  pozwoliłby  ci  chodzić  na 
zajęcia. 

Paula  natychmiast  poweselała.  Uniwersytet  w 

San  Diego?  Nie  spodziewała  się  takiego  obrotu 
spraw. 

-

 

Mają tam wydział weterynarii? - spytała. 

-

 

Prawdę  mówiąc,  nie  wiem.  Chociaż...  - 

Lewis rozpromienił się. - Ależ tak, mają! Właśnie 
tam  zawiozłem  do  uśpienia  suczkę  pana 
Ashforda. 

-

 

Byłoby  cudownie!  -  Oczy  Pauli  zalśniły  jak 

dwie  gwiazdy.  -  O  ile  zostanę  przyjęta.  - 
Dziewczyna  spojrzała  na  ojca  i  wyczuła  jego 
wątpliwości,  które  zresztą  natychmiast  jasno 
wyraził. 

-

 

Zdajesz  sobie  sprawę,  że  to  zupełnie  co 

innego niż mieszkanie w akademiku? No i daleko 
od domu... 

-

 

Ja  miałbym  na  nią  oko  -  zapewnił  Lewis.  - 

Przecież jestem jej ojcem chrzestnym. 

Hank  wyraził  zgodę,  a  Paula  natychmiast 

rzuciła się wujkowi na szyję. 

background image

 

 

15 

-

 

Dzięki!  Ale  ze  mnie  szczęściara.  Mam 

najlepszego ojca chrzestnego na świecie. 

-

 

Jeszcze nic nie załatwiłem - ostudził jej zapał 

Lewis.  -  Lepiej  od  razu  zadzwonię  do  starszego 
pana.  Wzruszę  go  opowieścią  o  utalentowanej 
bratanicy,  która  pragnie  zostać  weterynarzem  i 
potrzebuje pracy. Pan Ashford jest 

background image

 

 

16 

moim  dłużnikiem.  Kilka  razy  przywiozłem  go 
kompletnie  pijanego  do  domu  i  po  cichutku 
położyłem do łóżka... 

Pan  Ashford  w  istocie  pochwalił  ambicje 

młodej  kobiety  i  oczywiście  zgodził  się,  aby  w 
wolnym  czasie  uczęszczała  na  wykłady.  Co 
więcej,  obiecał,  że  skontaktuje  się  z  dziekanem 
wydziału,  jeśli  kandydatka  na  studentkę  na-
tychmiast przyśle dokumenty. 

-

 

Wujku,  to  wprost  fantastycznie!  -  Paula 

cmoknęła go w policzek. 

-

 

Może  zaśpiewasz  na  inną  nutę,  gdy  weźmie 

cię 

obroty 

pani 

Ashford. 

Ż

adna 

dotychczasowych  pokojówek  nie  zagrzała  tam 
miejsca  dłużej  niż  kilka  tygodni.  Mamie  Ashford 
potrafi  zaleźć  człowiekowi  za  skórę.  I  jeszcze 
jedno...  jesteś  o  wiele  za  ładna.  Zrób  coś,  żeby 
wyglądać  trochę  gorzej...  -  Lewis  zafrasowanym 
spojrzeniem  przesunął  po  smukłej  figurze, 
złocistych lokach i ślicznej buzi. 

-

 

A jakie to ma znaczenie? - Paula nie potrafiła 

ukryć zdumienia. 

-

 

Cóż,  pani  Ashford  nie  spodoba  się,  że  jesteś 

ładniejsza od jej dziewczynek. 

-

 

Nie rozumiem. 

-

 

Ashfordowie  zaliczają  się  do  śmietanki 

towarzyskiej  i  starsza  pani  staje  na  głowie,  żeby 
odpowiednio  ustawić  córeczki,  czyli  wydać  je  za 
bogatego  ważniaka.  Wysyła  je  na  wszystkie 
przyjęcia, bale... 

background image

 

 

17 

-

 

Przecież  ja  będę  tylko  pokojówką!  Z 

pewnością nie wejdę im w paradę! 

-

 

Niby  tak  -  przyznał  Lewis  z  wahaniem.  - 

Wątpię jednak, czy by cię zatrudniła, wiedząc, że 
jesteś taką piękną dziewczyną. 

background image

 

 

18 

Angus Ashford dotrzymał słowa i rzeczywiście 

pociągnął  za  odpowiednie  sznurki,  aby  Paulę 
przyjęto  na  uniwersytet.  Pozwolił  również,  co 
prawda  wbrew  woli  żony,  żeby  w  ciągu  dnia 
uczęszczała  na  zajęcia.  Paula  ciężko  harowała  w 
godzinach  przedpołudniowych  i  często  do  późnej 
nocy, aby wykonać wszystkie domowe prace. Tak 
bardzo  się  starała,  że  po  pewnym  czasie  nawet 
pani Ashford zaczęła na niej polegać, choć za nią 
nie przepadała. 

Jednak  rok  później  pan  Ashford  zmarł  na 

marskość  wątroby.  Paula  była  pewna,  że  jego 
ż

ona natychmiast ją zwolni, lecz stało się inaczej. 

Okazało  się  bowiem,  że  Angus  Ashford  był  nie 
tylko  alkoholikiem,  lecz  także  namiętnym 
hazardzistą  i  kiepskim  inwestorem.  Zostawił  ro-
dzinie mniej pieniędzy, niż się spodziewano, toteż 
wdowa po nim musiała zrezygnować z ogrodnika 
i przychodzącej raz na tydzień kobiety, która prała 
i robiła gruntowne porządki. 

Pani  Ashford  była  nieco  ekscentryczna,  lecz 

równocześnie  bardzo  sprytna.  Zatrzymała  Lewisa 
jako  szofera,  ogrodnika  i  pomocnika  w  jednej 
osobie,  a  Paulę  w  charakterze  kucharki,  praczki 
oraz  pokojówki,  nieznacznie  podnosząc  obojgu 
uposażenie. 

Jednak  Paula  nie  narzekała.  Przywykła  do 

ciężkiej  pracy.  Całe  szczęście,  że  nie  musiałam 
zrezygnować ze studiów, pomyślała, biegnąc teraz 
co tchu na ćwiczenia z chemii. 

background image

 

 

19 

-

 

Hej, Paula - zwołał Link, jeden z kolegów. - 

Po  zajęciach  idziemy  pograć  w  siatkówkę,  a 
potem  wpadniemy  na  pizzę.  Przyłączysz  się  do 
nas? 

-

 

Ż

ałuję, ale niestety nie mam czasu. 

background image

 

 

20 

-  Jezu, zawsze  jesteś  zagoniona  -  jęknął  Link, 

machając jej na pożegnanie. 

Paula 

odprowadziła 

roześmianą 

grupę 

smętnym  spojrzeniem.  Nie  miała  jednak  wyboru, 
musiała  wrócić  do  domu,  żeby  ugotować  obiad. 
Była realistką, lecz mimo to w jej duszy odzywała 
się  coraz  częściej  bliżej  nie  sprecyzowana 
tęsknota za innym, trochę lepszym życiem. 

To  odczucie  stało  się  szczególnie  dotkliwe 

wieczorem,  gdy  trzy  panie  Ashford  pokazywały 
kupione  tego  dnia  przepiękne  stroje.  Paula  z 
zachwytem  obejrzała  czarną  lnianą  suknię,  którą 
Whitney  zamierzała  włożyć  na  mecz  polo,  a 
potem balową kreację z turkusowego szyfonu. 

-

 

Nie sądzisz, że ten kolor cudownie podkreśli 

blask  moich  oczu?  -  Whitney  otworzyła  je 
szeroko,  patrząc  na  Paulę.  -  Chyba  będziesz 
musiała  zwęzić  sukienkę  w  ramionach,  ale  tylko 
odrobinę.  -  Whitney  zachichotała  swawolnie.  - 
Nie  chcę  zasłonić  całego  biustu,  skoro  mam 
oszołomić księcia. 

-

 

Paula,  ładnie  mi  w  tym  niebieskim?  -  Rae 

jakimś  cudem  zdołała  odepchnąć  siostrę  sprzed 
lustra i zająć jej miejsce. - Uczeszesz mnie na bal, 
dobrze? Wiesz, tak jak w zeszłym tygodniu. 

Paula  chwaliła,  obiecywała  i  usiłowała  nie 

skręcać  się  z  zazdrości.  Ale  nazajutrz,  gdy 
zwężała  turkusową  suknię,  znów  dopadła  ją 
tęsknota.  Nigdy  w  życiu  nie  miała  takiej  ślicznej 
kreacji. Ciekawe, jak by w niej wyglądała? 

background image

 

 

21 

Cóż  szkodzi  się  przekonać?  Przecież  panie 

Ashford  znów  będą  do  późna  buszowały  po 
sklepach. 

Paula  pośpiesznie  ściągnęła  dżinsy  i  bluzkę, 

wsunęła 

ostrożnie 

przez 

głowę 

delikatne, 

szyfonowe cudo i spo 

background image

 

 

22 

jrzała w lustro. Suknia była na nią trochę za duża i 
za długa, więc Paula zebrała ją z tyłu i posłała do 
swego  odbicia  uwodzicielski  uśmiech  w  stylu 
Whitney. 

Następnie 

zbliżyła 

twarz 

do 

kryształowej  tafli  i  przyjrzała  się  sobie  uważnie. 
Czy  ten  kolor  podkreśla  blask  jej  oczu? 
Spróbowała uroczo zerknąć spod rzęs. 

Gdyby  tylko  poszła  na  ten  bal,  a  książę  ją 

zauważył,  to  na  pewno  zatonąłby  spojrzeniem  w 
jej  niebieskich  oczach,  a  potem  tańczyliby  i 
tańczyli... 

Na litość boską, co ty wyprawiasz, skarciła się 

w  duchu,  wirując  wokół  pokoju.  Tylko  tego 
brakowało,  żeby  niechcący  rozdarła  sukienkę. 
Musiałaby na nią pracować chyba z rok. 

Poza  tym  nie  powinna  tracić  czasu  na  takie 

bzdurne  rozważania.  Nawet  gdyby  mogła  sobie 
pozwolić na taką kreację, to niby dokąd by w niej 
poszła?  Nie  chadzała  na  bale,  nie  miała  też 
ż

adnych szans na taniec z księciem. I dlaczego w 

ogóle  o  nim  myśli?  Zresztą,  on  wcale  nie  jest 
prawdziwym księciem... 

Ostrożnie zdjęła sukienkę i znów wzięła się do 
roboty. 

 
Ponad rok temu, wkrótce po przyjeździe do San 

Diego,  Paula  zgłosiła  się  do  firmy  organizującej 
bankiety.  Zdarzało  się,  że  miała  wolny  wieczór  i 
mogła  wtedy  dorobić  parę  groszy  jako  kelnerka. 

background image

 

 

23 

Lecz  obecnie  rzadko  było  to  możliwe  z  powodu 
dodatkowych obowiązków w domu Ashfordów. 

-  Nie  wiem,  czy  dam  radę  -  powiedziała,  gdy 

zadzwonił  Harry,  chcąc  ją  zatrudnić  na  balu 
kostiumowym  u  państwa  Moodych.  -  Panie 
Ashford  idą  na  tę  imprezę  i muszę  im  pomóc  się 
przygotować. 

background image

 

 

24 

-  Podobno najpierw wybierają się gdzieś na 
kolację. 

-

 

Rzeczywiście.  -  Paula  dopiero  teraz  sobie  o 

tym przypomniała. 

-

 

Więc wyjdą wcześniej, a ty możesz trochę się 

spóźnić.  Błagam  cię,  Paula,  przyjdź.  Wybawisz 
mnie z kłopotu. 

-  Nie możesz znaleźć nikogo innego? 

-

 

Musiałbym szukać kogoś o twojej sylwetce - 

jęknął  Harry.  Miał  fioła  na  punkcie  idealnie 
dopasowanych 

służbowych 

uniformów 

dla 

swojego personelu. 

-

 

Czy ja wiem... - Paula wiedziała, że uniformy 

szyto na miarę, a poza tym Harry świetnie płacił. - 
No dobrze - zgodziła się niechętnie. Padała na nos 
ze znużenia. 

Lecz  wieczorem,  gdy  w  wielkiej  kuchni 

układała  przystawki  i  stawiała  na  kolejnej  tacy 
czyste  kieliszki  do  szampana,  wcale  nie  czuła 
zmęczenia.  Przeciwnie,  taka  odmiana  podziałała 
na  nią  ożywczo.  Parokrotnie  zerknęła  na  tłum 
gości w pięknych, kolorowych strojach i maskach. 
Dźwięki muzyki docierały nawet tutaj i ogrzewały 
spragnione zabawy serce dziewczyny. 

W  kuchni  akurat  nie  było  nikogo  oprócz  niej, 

toteż Paula odrzuciła głowę do tyłu i nucąc graną 
melodię, zaczęła lekko  wirować wokół stołu. Nie 
usłyszała,  że  ktoś  otworzył  drzwi,  nie  zauważyła 
obserwującego ją mężczyzny. 

background image

 

 

25 

-  Cóż  za  imponujące  wyczucie  taktu,  ale  nie 

musi pani tańczyć solo. 

Paula  zamarła,  słysząc  dźwięczny  męski  głos. 

Nieznajomy  miał  na  twarzy  maskę,  lecz  Paula  i 
tak 

natychmiast 

go 

rozpoznała. 

Był 

przystojniejszy niż na fotografii w gazecie, a jego 
włosy miały cudowny miedziany kolor. 

background image

 

 

-

 

Och,  przepraszam  -  wybąkała  zażenowana.  - 

Ja tylko. .. Mogę coś dla pana zrobić? 

-

 

Niewątpliwie.  -  Książę  wyciągnął  do  niej 

ręce. -Otrzymam ten taniec, piękna panno? 

-

 

Nie.  To  znaczy...  -  Próbowała  śmiechem 

pokryć zakłopotanie. - Przykro mi, ale nie jestem 
gościem. Ja tu pracuję. 

-

 

Doprawdy?  Zaraz  załatwimy  ten  drobny 

problem.  -W  bursztynowych  oczach  zamigotały 
wesołe  iskierki.  Książę  wyjął  z  kieszeni  maskę  i 
założył  ją  na  twarz  dziewczyny.  -  Załatwione. 
Teraz jest pani moim gościem. Zatańczymy? 

Nie  oparła  się  tej  pokusie  i  pozwoliła  się 

zamknąć  w  uścisku  jego  ramion.  Po  chwili 
zatraciła  się  w  radości,  rozkoszując  się  tańcem  i 
odświętną atmosferą. 

I  nagle  rozległo  się  bicie  zegara  zwiastujące 

nadejście  północy.  Muzyka  umilkła,  a  ktoś 
zawołał: „Zdejmujemy maski!". 

Paula  jęknęła  w  duchu.  Stała  pośrodku 

rozbawionego tłumu! 

-  Pora  się  ujawnić,  moja  piękna.  -  Mężczyzna 

pochylił się i dotknął wargami jej ust. 

Cieniutki złoty łańcuszek pękł i bezdźwięcznie 

upadł  na  parkiet,  gdy  dziewczyna  w  popłochu 
biegła w stronę wyjścia. 

background image

 

 

27 

ROZDZIAŁ DRUGI 

-

 

Zaczekaj!  -  Nie  zdążył  jej  zatrzymać. 

Jasnowłosa piękność błyskawicznie wmieszała się 
w tłum gości i znikła, a jemu został po niej tylko 
cieniutki  łańcuszek.  Brad  poczuł  w  sercu 
zdumiewające  ukłucie  żalu  i  bez  wahania  ruszył 
za nią. Powinna być w kuchni, gdzie... 

-

 

Bradzie 

Vandercampie, 

przestań 

się 

ukrywać! - Drogę zastąpiła mu córka gospodarzy. 
Zdecydowanym  ruchem  ściągnęła  mu  maskę.  - 
Zresztą  i  tak  nie  zdołałeś  nikogo  oszukać. 
Wszyscy cię znamy. 

-

 

Czyżby? - Zerknął na jej obcisły strój lśniący 

od cekinów w kształcie rybich łusek. - Cóż, moja 
syrenko... - Usiłował przypomnieć sobie jej imię. 
- Nie wszyscy są tacy sprytni jak... 

-

 

Nawet  największy  spryciarz  nie  zdołałby 

ukryć  tych  miedzianych  włosów  -  przerwał  mu 
ktoś niezwykle zmysłowym tonem. 

-

 

Podobnie  jak  pani  nigdy  nie  uda  się  ukryć 

swoich  pięknych  oczu.  -  Patrzących  bardzo 
sugestywnie, dodał w myśli. 

background image

 

 

-

 

A  więc  pan  mnie  rozpoznał!  -  zagruchała 

rozradowana  Whitney.  -  Moje  oczy  naprawdę  są 
takie wyjątkowe? 

-  Ależ tak... są... eee... nadzwyczaj ekspresyjne  

background image

 

 

29 

wymamrotał,  przypominając  sobie  taniec  z 
nieznajomą. Poruszała się tak lekko, z wdziękiem. 
Powinien ją natychmiast odnaleźć, spytać, czy... 

-  Chodźmy.  -  Syrenka  wzięła  go  pod  ramię.  - 

Napijemy  się  czegoś  zimnego,  a  za  parę  minut 
podadzą śniadanie. 

A  więc  zaraz  ją  zobaczę,  pomyślał,  idąc 

potulnie 

między 

dwiema 

uśmiechniętymi 

kobietami. 

Jednak  spotkało  go  rozczarowanie.  Śniadanie 

podano  w  formie  bufetu,  a  jedyną  obsługę 
stanowiło  kilku  kelnerów  w  eleganckich,  białych 
smokingach. 

Brad 

nigdzie 

nie 

dostrzegł 

długonogiej, niebieskookiej blondynki w czarnym 
stroju  pokojówki  i  z  koronkową  przepaską  na 
lśniących włosach. 

-

 

Nic  pan  nie  je.  Proszę  spróbować  tego.  - 

Brunetka  z  wyłupiastymi  oczami  wepchnęła  mu 
do  ust  koktajlową  kiełbaskę.  -  Smakuje?  - Skinął 
głową,  więc  nałożyła  mu  kilka  na  talerz.  -  Jaki 
omlet pan sobie życzy? 

-

 

Hiszpański! 

polecił 

Carl, 

najlepszy 

przyjaciel Brada, a zarazem gracz z jego drużyny. 
-  Przecież  jesteśmy  w  San  Diego.  -  Dał  Bradowi 
kuksańca  w  plecy  i  szepnął:  -  Zejdź  na  ziemię, 
chłopie. Znów bujasz w obłokach? 

No  cóż,  później  odnajdzie  piękną  nieznajomą. 

Cieniutki  łańcuszek  bezpiecznie  spoczywał  w 
jego kieszeni... jak obietnica. 

background image

 

 

-

 

Nikt jej nie znał, ale była przebrana za 

pokojówkę. 
-

 

Może to pokojówka. 

Paula  przystanęła  w  holu  i  nadstawiła  uszu. 

Siostry  Ashford  właśnie  stroiły  się  w  swoich 
pokojach na pierw 

background image

 

 

31 

szy  mecz  i  dosyć  głośno  rozmawiały  o 
wczorajszym 

balu. 

Gdyby 

cokolwiek 

podejrzewały... 

-

 

Co  ty  pleciesz.  Była  gościem  -  z 

przekonaniem oświadczyła Rae. - Miała maskę, a 
poza tym... - Nie dokończyła, bo z innej sypialni 
rozległo się gniewne wołanie. 

-

 

Paula!  Gdzie  ta  dziewczyna  się  podziewa!  - 

Mamie Ashford była chyba mocno zirytowana. 

-

 

Już  jestem.  Proszę  leżeć  spokojnie.  -  Paula 

poprawiła  poduszki  i  zmieniła  kompres  z  lodem 
na nowy. -Wkrótce poczuje się pani lepiej. 

-

 

Moja  biedna  głowa.  Nie  wiem,  jak  zdołam 

zebrać myśli na zebraniu komitetu. 

-

 

Wszystko będzie dobrze - zapewniła Paula. - 

Proszę  trochę  odpocząć,  a  w  stosownej  chwili 
panią  obudzę  i  pomogę  się  ubrać.  -  Pauli  było 
trochę żal tej kobiety. Żyła pod stałą presją, mimo 
skromnego 

budżetu 

starała 

się 

zachować 

dotychczasowy  splendor  i  zaspokajać  potrzeby 
wymagających  i  rozpieszczonych  córek.  Teraz 
właśnie zapadała w drzemkę, więc Paula zasunęła 
zasłony i na palcach wyszła z pokoju. 

-

 

Paula, co z moją sukienką? - zawołała 

Whitney. 
-

 

Prawie  gotowa.  -  Paula  pognała  na  dół,  aby 

skończyć  prasowanie.  Gdy  wróciła  na  górę,  Rae 
prezentowała siostrze dwie kreacje.       

background image

 

 

32 

-

 

Co  powinnam  włożyć?  -  spytała  bezradnie, 

ale 

Whitney 

nie 

odpowiedziała, 

zajęta 

malowaniem powiek. 

-

 

Powiedział,  że  mam  piękne,  pełne  ekspresji 

oczy  -  zamruczała,  podziwiając  swoje  odbicie  w 
lustrze. 

-

 

Ale na pewno nie patrzył naciebie tak, jak na 

taje 

background image

 

 

33 

mniczą nieznajomą - stwierdziła Rae, uśmiechając 
się  złośliwie.  -  Kto  to  mógł  być?  Nie  pamiętam 
ż

adnej  dziewczyny  w  stroju  pokojówki,  a  ty, 

Whitney? 

-  Tam  było  pełno  pokojówek.  -  Whitney 

krytycznie przyglądała się swojemu makijażowi. - 
Może któraś wślizgnęła się na parkiet. Na nie i tak 
nikt nie zwraca uwagi. 

Paulę zatkało z wrażenia, ale Rae nie dawała za 
wygraną. 

-  Jestem  pewna,  że  była  gościem,  a  Brad 

dobrze ją zna! Obejmował ją tak... 

-  Przecież jej nie widziałaś. 

-  Wiem od Sylvii. Tańczyła z Rodem tuż obok 

nich.  Brad  podobno  patrzył  na  tę  dziewczynę  z 
takim żarem, a gdy ją pocałował... 

Pauli  zaparło  z  wrażenia  dech,  bo  Whitney 

raptownie  się  odwróciła  i  spiorunowała  siostrę 
wzrokiem. 

-

 

Pocałował ją? - warknęła. - Niemożliwe! 

-

 

Tak, na środku parkietu! 

-  To  bez  znaczenia.  -  Whitney  wzruszyła 

ramionami.  -  Nie  czytujesz  brukowców?  Książę 
bez przerwy kogoś całuje. 

Paula  także  się  odprężyła.  Rzeczywiście,  cóż 

znaczy jeden pocałunek dla Brada Vandercampa? 
Bo dla niej absolutnie nic! 

-  Którą, Paula? - Pytanie Rae sprowadziło ją na 

ziemię. - Tę żółtą czy zieloną? 

background image

 

 

34 

Paula  poradziła  włożyć  zieloną,  a  Whitney 

kontynuowała swoje rozważania. 

-  A więc Sylvia ją widziała. Na pewno wie, kto 
to taki. 

-  Niestety, nie. Podobno kiedy wszyscy zaczęli 

zdejmować 

maski, 

ta 

dziewczyna... 

to 

zdumiewające, ale po 

background image

 

 

35 

prostu  znikła,  jakby  rozpłynęła  się  w  powietrzu. 
Sylvia 

spytała 

Roda, 

czy 

widział 

twarz 

nieznajomej,  ale  powiedział,  że  nie,  bo  gapił  się 
na jej długie nogi. 

Paula bezwiednie drgnęła. Wolałaby nie zostać 

rozpoznana.  Całe  szczęście,  że  panny  Ashford 
niczego  nie  podejrzewały.  Wiedziały  co  prawda, 
ż

e  czasem  pracuje  dla  Harry'ego,  lecz  były  zbyt 

zajęte  sobą,  aby  kiedykolwiek  ją  zauważyć. 
Nawet  teraz,  mając  ją  tuż  pod  nosem,  traktowały 
Paulę jak powietrze. 

Whitney nawet na nią nie spojrzała, gdy Paula 

podała  jej  uprasowaną  sukienkę.  Zerknęła  tylko 
na swoją kreację i pokręciła głową. 

-  Zmieniłam 

zdanie. 

Przynieś 

mi 

tę 

bladoróżową, z seksowną minispódniczką. 

Paula  wykonała  polecenie,  zawiązała  na 

włosach  Rae  seledynową  apaszkę  i  sprawdziła, 
czy  Whitney  ma  w  torebce  kosmetyki  oraz 
lornetkę.  Gdy  siostry  wychodziły,  usłyszała,  jak 
Rae mówi: 

-  On dzisiaj nie gra. Sądzisz, że zjawi się na 
widowni? 

-  Jasne,  głuptasku.  Gracze  zawsze  podpatrują 

technikę  przeciwników.  Książę  na  pewno 
przyjdzie i zatrzyma się przy naszej loży. Zwrócił 
na mnie uwagę. Powiedział, że moje oczy są... 

Głosy  ucichły,  a  Paula  odetchnęła  z  ulgą.  Jeśli 

nie będzie słuchać tej paplaniny o księciu, to sama 
przestanie o nim myśleć! 

background image

 

 

36 

A  jednak  nie  potrafiła...  Patrzyła  na  skłębioną 

pościel,  porozrzucane  części  garderoby,  bałagan 
na  blacie  komody,  zastawionym  kosmetykami, 
lecz  widziała  jedynie  mężczyznę  z  miedzianymi 
włosami i bursztynowe oczy, w któ 

background image

 

 

37 

rych 

migotały 

iskierki 

rozbawienia. 

Ten 

mężczyzna  uśmiechał  się  do  niej  i  trzymał  ją  w 
ramionach.  Czy  na  prawdę  patrzył  na  nią  z 
zachwytem? 

Czy rzeczywiście ją pocałował? 
Może tylko jej się zdawało? 

Nie,  to  nie  było  złudzenie.  Przecież  czuła  na 

wargach gorący dotyk... 

Znów  przeżywała  tamtą  chwilę...  słyszała 

muzykę,  szmer  głosów,  czyjś  perlisty  śmiech  i 
bicie zegara. 

A  pocałunek  był  cudowny.  Delikatny  i  krótki, 

ale obudził w niej tyle nieznanych emocji, tęsknot 
i pragnień... 

Potrząsnęła  głową,  żeby  uwolnić  się  od 

urokliwych wizji i postanowiła wziąć się w garść. 
Była  zbyt  praktyczna,  aby  marzyć  o  nierealnych 
rzeczach.  Pośpiesznie  skupiła  się  na  bieżących 
obowiązkach i poszła obudzić panią Ashford. Gdy 
po odwiezieniu dziewcząt wujek Lewis wrócił do 
domu,  ona  już  przygotowywała  ich  matkę  do 
wyjazdu na zebranie. 

Następnie  sprzątnęła  sypialnie  i  łazienki, 

skończyła  pranie  i  odkurzyła  pokoje.  Dzisiaj  nie 
musiała gotować, ponieważ panie Ashford szły na 
przyjęcie. Mogła więc iść do swojego pokoiku na 
facjatce i spokojnie się pouczyć. 

Przez  dwie  godziny  zdążyła  napisać  konspekt 

prący  semestralnej  z  angielskiego  i  przygotować 
się  do  jutrzejszego  testu  z  chemii.  Usłyszała 

background image

 

 

38 

wjeżdżający  na  podjazd  samochód  i  zerknęła  na 
zegar. Prawie szósta. Pewnie wraca wujek Lewis, 
zmęczony i głodny jak wilk. 

-  Gdzie  jedzonko?  -  spytał,  gdy  zbiegła  do 

kuchni.  Rzucił  na  krzesło  szoferską  czapkę  z 
daszkiem i zręcznie otworzył puszkę coli. 

background image

 

 

39 

-

 

Zaraz podaję. Nie wiedziałam, o której 

przyjedziesz. 
-

 

Ja  też  nie.  Tłukę  się  po  mieście  przez  cały 

dzień.  Z  panienkami  na  stadion,  ze  starszą  panią 
na  zebranie,  potem  znów  na  stadion...  -  Lewis 
usiadł  przy  stole  i  pociągnął  długi  łyk  prosto  z 
puszki.  -  Poczekałem  na  koniec  meczu  i 
zawiozłem je na kolację. Mam po nie przyjechać 
o dziesiątej. 

-

 

Widziałeś  chociaż  kawałek  meczu?  -  Paula 

włożyła do mikrofalówki resztkę pieczeni. 

-

 

Szkoda  mi  było  czasu  na  oglądanie 

wpadających  na  siebie  koni  ź  obandażowanymi 
pęcinami  i  bandy  jeźdźców,  usiłujących  trafić  w 
małą piłeczkę. 

-

 

Dochód  z  tej  imprezy  przeznaczony  jest  na 

cele  dobroczynne.  Poza  tym  to  rozrywka,  jak  na 
przykład rodeo. 

-

 

Wolę  rodeo.  Przynajmniej  można  się 

dowiedzieć,  jak  najlepiej  spętać  cielaka  czy 
ujeździć wierzchowca. 

-

 

O  ile  pamiętam,  lubiłeś  się  popisywać. 

Pamiętasz tamto rodeo, na którym... 

-

 

Byłem  niezły,  co?  -  Lewis  uśmiechnął  się  z 

satysfakcją. - Znałem się na rzeczy. 

-

 

Jasne.  -  Paula  uformowała  łyżką  placuszki  z 

ziemniaczanego  puree,  posypała  je  mieloną 
papryką  i  położyła  na  rozgrzanej  patelni.  -  Ale 
muszę  cię  oświecić,  wujku.  Polo  też  ma  swoich 
zagorzałych fanów. 

background image

 

 

40 

-

 

Hmm. - Lewis wzruszył ramionami i wsadził 

nos w gazetę. 

-

 

Niektórzy  gracze  cieszą  się  światową  sławą. 

-  Paula  przewróciła  placki  na  drugą  stronę  i 
włożyła do piekarnika kilka babeczek. - Zdradzić 
ci sekret? - spytała teatralnym szeptem, kładąc na 
blacie dwa nakrycia, lecz Lewis nadal 

background image

 

 

41 

nie 

okazywał 

zainteresowania. 

Wczoraj 

wieczorem tańczyłam z najsłynniejszym graczem. 

-

 

Akurat. 

-

 

Serio.  Z  tym,  którego  nazywają  księciem 

polo. Jest bajecznie bogaty, znany i niesamowicie 
przystojny. I poprosił mnie do tańca. 

-

 

Nie mówisz poważnie - mruknął Lewis, lecz 

tym  razem  zerknął  na  nią  z  zainteresowaniem.  - 
Obyś, u licha, żartowała. 

-

 

To  było  takie  zabawne.  Pracowałam  dla 

Harry'ego  na  balu  u  państwa  Moodych.  Właśnie 
układałam  w  kuchni  kanapki,  coś  tam  nuciłam  i 
trochę  podrygiwałam.  No  i  on  nagle  tam  wszedł. 
Mimo  maski  od  razu  go  rozpoznałam.  Wiele  o 
nim  słyszałam  i  widziałam  jego  zdjęcie  w  gaze-
cie.  -  Kończąc  przygotowywanie  kolacji,  Paula 
opowiedziała, co było dalej. - On jest wspaniałym 
tancerzem,  a  ja  nie  tańczyłam  od  niepamiętnych 
czasów, więc... 

-

 

Jezu  Chryste!  Pani  Ashford  obedrze  cię 

ż

ywcem ze skóry. 

-

 

Coś ty. Nikt mnie nie widział. 

-

 

Zaraz,  zaraz.  Tańczyłaś  na  parkiecie  z 

facetem,  na  którego  poluje  każda  dziewczyna  w 
tym kraju i uważasz, że nikt tego nie zauważył? 

-

 

Nie mieli pojęcia, kim jestem, bo on założył 

mi  maskę.  -  Paula  postawiła  na  blacie  talerze  z 
jedzeniem. -Gdy wybiła północ i wszyscy zaczęli 
je zdejmować, zwiałam co sił w nogach. 

background image

 

 

42 

-

 

Całkiem zwariowałaś. Na pewno cię poznali. 

Nie miałaś żadnego przebrania. 

-

 

Owszem, miałam. Szkoda, że nie słyszałeś, 

jak dzi 

background image

 

 

43 

siaj rano Rae i Whitney  zachodziły w  głowę, kto 
przyszedł  w  stroju  pokojówki!  -  Paula  omal  nie 
zakrztusiła  się  łykiem  mrożonej  herbaty.  Teraz, 
gdy  zagrożenie  minęło,  wczorajszy  incydent 
wydał  się  jej  szalenie  zabawny.  Ale  wujkowi 
wcale nie było do śmiechu. 

-  Popełniłaś niewybaczalne głupstwo. 
-

 

Och,  przestań  piorunować  mnie  wzrokiem. 

Przecież nic się nie stało. Tyle tylko, że... - Paula 
musnęła  palcami  szyję  -  gdzieś  zgubiłam 
naszyjnik, który dałeś mi na urodziny. Pamiętasz, 
ten z wisiorkiem w kształcie podkówki. Wszędzie 
go szukałam, ale... 

-

 

Stracisz  dużo  więcej,  zadając  się  z  takim 

nadzianym  ważniakiem.  Że  też  musiałaś  spotkać 
właśnie  jego.  Co  za  pech!  Nie  wiesz,  że  starsza 
pani  nie  lubi,  gdy  ktoś  przyćmiewa  jej 
dziewczynki?  Nie  chcę,  żebyś  prowadzała  się  z 
jakimś półgłówkiem z wyższych sfer. 

-

 

Na  litość  boską,  wujku!  Z  nikim  się  nie 

prowadzam, to był tylko jeden taniec! 

Jednak  gdy  sprzątała  ze  stołu,  na  jej  ustach 

błąkał  się  marzycielski  uśmiech.  Nawet  nie 
zauważyła, że Lewis spogląda na nią z troską. 

 
Stadion  do  gry  w  polo  wyglądał  jak  falujące 

morze  kolorów.  Gracze  wjechali  na  trawę  i 
ustawili  się  przed  pierwszą  rozgrywką.  Jednak 
Brad Vandercamp myślami błądził bardzo daleko. 

background image

 

 

44 

-

 

Gdzie jest loża państwa Moodych i jak ma na 

imię ich córka? - spytał swego przyjaciela Carla. 

-

 

Sheila.  -  Carl  przyglądał  się  mu  w 

zamyśleniu. - Ale to nie jest dobry pomysł. 

background image

 

 

45 

-

 

Czyżby? 

-

 

Ledwo  nadziany  Brad  Vandercamp  rzuci 

okiem  na  młodą  damę,  jej  zaraz  przychodzi  do 
głowy  Bóg  wie  co.  Uważaj,  stary,  żebyś  nie 
wpadł. 

-

 

Daj 

spokój, 

Carl! 

Chciałem 

tylko 

podziękować za udany wieczór i... 

-

 

Akurat!  I  co  im  powiesz?  Że  pragniesz 

poznać lepiej tę apetyczną pokojóweczkę, z którą 
tańczyłeś  na  balu?  Do  licha,  Brad!  Chcesz,  żeby 
ta dziewczyna straciła pracę? 

-

 

Skądże znowu. Ja tylko... 

-

 

Lepiej pokręć się koło wyjścia dla służby. 

-

 

Jak  jakiś  polujący  na  okazję  smarkacz? 

Chyba sobie ze mnie żartujesz. 

-

 

No  dobrze,  rób,  jak  chcesz,  chłopie.  -  Carl 

zmierzył go badawczym spojrzeniem. - Tylko raz 
z nią zatańczyłeś. Dlaczego tak ci zależy, żeby ją 
odnaleźć? 

Brad  zbył  pytanie  wzruszeniem  ramion.  Sam 

nie rozumiał swego postępowania. 

Odruchowo 

przesunął 

między 

palcami 

spoczywający  w  kieszeni  złoty  łańcuszek  i 
głęboko  się  zamyślił.  Dlaczego  miał  przeczucie, 
ż

e  jeśli  nie  odszuka  tej  uroczej  blondynki,  utraci 

coś niezwykle cennego? 

Czyste szaleństwo, podsumował w duchu, lecz 

coś popychało go do działania. 

Ruszył  w  stronę  loży  Moodych  i  nawet  nie 

usłyszał pożegnalnego ostrzeżenia Carla: 

-  Pilnuj się,' bracie! 

background image

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
W  niedzielę  Mamie  Ashford  i  jej  córki  wstały 

prawie  w  południe,  ponieważ  czuły  się  nieco 
zmęczone  minionym  tygodniem,  obfitującym  w 
liczne atrakcje towarzyskie. Od rana padało i było 
dosyć  chłodno,  lecz  w  saloniku  było  ciepło  i 
przytulnie,  toteż  panie  nad  wyraz  długo  raczyły 
się  przygotowanym 

przez  Paulę  pysznym 

ś

niadaniem. 

W niedzielę Paula miała co prawda wychodne, 

jeśli jednak była w domu, co zdarzało się często, 
to  chlebodaw-czyni  wiedziała,  jak  wykorzystać 
jej  obecność.  Potrafiła  wezwać  Paulę  nawet 
wówczas, 

gdy 

dziewczyna 

umknęła 

do 

położonego  nad  garażem  mieszkanka  wujka 
Lewisa. 

Jednak  dzisiaj  Paula  chętnie  zeszła  do  kuchni, 

chciała 

bowiem 

posłuchać 

opowieści 

wczorajszym  meczu  polo.  Niewiele  wiedziała  o 
tej  dyscyplinie  sportu,  lecz  znała  się  świetnie  na 
koniach.  Potrafiła  sobie  zatem  wyobrazić,  jakich 
jeździeckich  umiejętności  wymaga  gra,  w  której 
bierze  udział  tyle  wierzchowców.  Ciekawie 

background image

 

 

47 

nadstawiała uszu, dokładając do koszyka bułeczki 
domowego  wypieku  i  kolejny  raz  dolewając 
paniom kawy. 

-  Chyba mnie nie zauważył - jęknęła rozżalona 

Whitney.  -  Loża  cioci  Sally  jest  fatalnie 
usytuowana;  w  ogóle  nas  nie  było  widać.  Trzeba 
było usiąść gdzie indziej. 

-  A niby gdzie miałybyśmy przycupnąć, moja 

panno? 

background image

 

 

-  skarciła  ją  matka.  -  Powinnaś  być  wdzięczna 
ciotce, że w ogóle nas zaprosiła. 

-

 

On i tak był zainteresowany wyłącznie Sheilą 

Moo-dy - stwierdziła z wyraźną satysfakcją Rae. 

-

 

Nic  dziwnego,  skoro  tak  mizdrzyła  się  do 

niego, że nie mogłam na to patrzeć. 

Rae parsknęła śmiechem. 

-  Ciekawe,  skoro  przez  cały  czas  pożerałaś 

Brada i Sheilę wzrokiem. 

-

 

Wcale nie! Ja tylko... 

-

 

Dziewczynki,  dziewczynki!  -  karcącym 

tonem odezwała się ich matka. 

-

 

Nie pojmuję, dlaczego ona tak się uwzięła na 

tego  Vandercampa  -  prychnęła  Rae.  -  Jakby  nie 
było innych interesujących mężczyzn. 

-

 

On  jest  najlepszą  partią!  I  przestań  się 

wymądrzać,  bo  sama  mdlałaś  z  wrażenia,  gdy 
przyjaciel  Brada,  lord  Carl  Wormsley,  hrabia 
czegoś tam, zatańczył z tobą trzy razy. On może i 
ma tytuł, ale to kompletny golec! 

-

 

Widzę,  że  dokładnie  sprawdziłaś  stan 

finansów  każdego  potencjalnego  kandydata  na 
męża... 

-

 

Wieści szybko się rozchodzą! - wycedziła 

Whitney. 

-  Plotka  głosi,  że  hrabiowski  tytuł  jest  na 
sprzedaż  dla  tego,  kto  da  najwięcej,  czyli  ty 
odpadasz! 

Paula  przestała  słuchać.  Z  rozmowy  wynikało 

tylko tyle, że Whitney jest wściekła jak diabli. 

background image

 

 

49 

Kilka  dni  później  miała  jeszcze  więcej 

powodów  do  złości,  ponieważ  książę  złożył 
wizytę Sheili Moody. 

-  Przyszedł  tylko  raz,  a  Ada  Moody  już 

wietrzy  wielki  romans  -  oświadczyła  wzburzona 
pani Ashford. - Dam 

background image

 

 

50 

głowę,  że  zdążyła  oblecieć  wszystkie  sklepy  ze 
ś

lubnymi sukniami. 

Z  romansu  nic  nie  wyszło,  a  Whitney 

poweselała,  gdy  panie  Ashford  otrzymały 
ekscytujące  zaproszenie.  Brad  Vandercamp 
wydawał  przyjęcie  na  pokładzie  swojego  jachtu 
„Renegat",  który  miał  odbyć  rejs  wzdłuż 
wybrzeża.  W  programie  przewidziano  uroczystą 
kolację i tańce w świetle księżyca. 

Organizacją  przyjęcia  zajmował  się  Harry, 

który natychmiast zaproponował pracę Pauli. Ona 
jednak  uznała,  że  byłoby  to  zbyt  ryzykowne 
posunięcie. 

A  może  wcale  nie...  Przecież  książę  na  pewno 

zdążył o niej zapomnieć, ona zaś... 

No  tak,  bardzo  chciałaby  zobaczyć  ten  słynny 

jacht,  podobnie  jak  jego  właściciela.  Nigdy  nie 
płynęła statkiem, nie mówiąc już o jachcie. A ten 
podobno był ósmym cudem świata. 

Właściwie  czemu  miałaby  się  nie  zgodzić? 

Przy 

takiej 

liczbie 

gości 

jest 

wprost 

nieprawdopodobne,  że  gospodarz  zwróci  uwagę 
na jedną kelnerkę. Zwłaszcza jeśli ona postara się 
omijać go z daleka. 

 
Rozpoznał ją natychmiast, gdy tylko weszła na 

trap.  Uśmiechnął  się  i  podał  lornetkę  stojącemu 
obok stewardowi. 

- To ona. 

background image

 

 

51 

Steward  skinął  głową  i  pośpiesznie  odszedł,  a 

Brad znów skierował lornetkę na dziewczynę. Był 
szczęśliwy,  że  udało  mu  się  ponownie  zobaczyć 
tę śliczną, uśmiechniętą buzię. 

background image

 

 

Wbiegając  po  trapie,  Paula  z  zaciekawieniem 

rozglądała  się  dookoła.  Chłonęła  wzrokiem 
wszystkie  szczegóły,  idąc  za  Harrym  po 
nieskazitelnie  czystym  pokładzie,  a  następnie 
schodząc  po  spiralnych  schodach  do  wielkiej 
kuchni.  Były  tu  piekarniki,  lodówki,  szafki  i 
sprzęty,  których  wystarczyłoby  dla  średniej 
wielkości hotelu. 

-

 

Paula,  kotku,  włóż  to  do  lodówki,  dobrze?  - 

zawołała  Ruth,  asystentka  Harry'ego.  -  Niezła 
łajba, co? 

-

 

Owszem. - Paula wzięła pudło z krewetkami. 

- Jej właściciel chyba lubi luksus. 

-

 

Podobno wcale nie pływa tym jachtem. 

-

 

Naprawdę? 

-

 

Woli  szybsze  środki  transportu.  Do  San 

Diego przyleciał własną awionetką. 

-

 

To po co mu jacht? 

-

 

Któż to wie? - Ruth wzruszyła ramionami. - 

Pewnie  kręci  nosem  nawet  na  pięciogwiazdkowe 
hotele i dlatego podczas pobytu u nas postanowił 
mieszkać 

na 

pokładzie 

„Renegata". 

Ma 

przyzwoitą chatę, nie sądzisz? 

-

 

Tak, niebrzydką. 

-

 

Jedno  jest  pewne  -  paplała  Ruth  -  pracując 

dla  Harry'ego,  człowiek  przynajmniej  zobaczy, 
jak żyje lepsza połowa świata. 

Ś

więta racja, pomyślała Paula i bezwiednie się 

uśmiechnęła.  To  zabawne,  ale  przygotowując 

background image

 

 

53 

krewetki,  mogła  usłyszeć  o  księciu  więcej,  niż 
wiedziała o nim Whitney. 

-

 

Samo  cumowanie  w  tej  przystani  kosztuje 

majątek  -  dodała  Ruth.  -  Dwa  tysiące  dziennie 
plus koszty utrzymania załogi, czyli razem około 
ośmiu-dziesięciu tysięcy. 

-

 

Aż tyle? - Paula oniemiała z wrażenia. 

background image

 

 

-

 

Jasne.  O  takie  cacko  musi  dbać  sporo  ludzi, 

potrzebni  są  też  wykwalifikowani  marynarze  i 
stado służby. 

-

 

I to wszystko dla jednej osoby... 

-

 

Och, śmiem wątpić, czy on często bywa tutaj 

sam,  kotku.  Podobno  zawsze  ma  na  pokładzie 
jakąś interesującą panienkę. 

-

 

Serio? - To też umknęło uwagi Whitney. Czy 

ta panienka jest teraz... 

-

 

Aktualnie  nikt  mu  nie  towarzyszy.  -  Ruth 

jakby  czytała  w  myślach  Pauli.  -  Słyszałam,  że 
ostatnio  romanso  wał  z  jakąś  Włoszką,  ale 
zostawił  ją  w  Europie.  Chyba  szybko  nudzi  się 
kolejnymi panienkami. 

Paula  przypomniała  sobie  figlarne  błyski  w 

oczach  Brada  Vandercampa,  jego  ujmujący 
uśmiech.  Ten  mężczyzna  nie  wyglądał  na 
znudzonego,  ale...  może  na  początku  znajomości 
zawsze 

nadskakiwał 

partnerce, 

potem... 

Gniewnie  potrząsnęła  głową.  Przecież  na  tamtym 
balu  nic  się  nie  zaczęło!  Matko  święta,  była 
równie  głupia,  jak  Whitney.  Wystarczył  jeden 
taniec i... 

-

 

Dlatego często urządza tutaj różne imprezy - 

kontynuowała  Ruth.  -  Na  tym  jachcie  jest 
mnóstwo sypialni, pewnie bardzo luksusowych. A 
te półki z zapasami wina! W życiu nie widzia... - 
Ruth  raptownie  urwała,  ponieważ  do  kambuza 
wszedł  mężczyzna  w  nieskazitelnie  białym 
smokingu. 

background image

 

 

55 

-

 

To pan McCoy - przedstawił go Harry. - Jest 

tu stewardem i dzisiaj będziemy współpracować z 
nim  oraz  jego  zespołem.  Jak  sami  wiecie,  bary  i 
bufety znajdują się na obu pokładach oraz w kilku 
salonach. Każde z was zostanie teraz przydzielone 
do określonego miejsca, gdzie 

background image

 

 

będzie  pracować  w  asyście  co  najmniej  jednego 
członka stałej załogi jachtu. 

Obaj mężczyźni przez chwilę ustalali szczegóły 

i  wydawali  polecenia.  Paula  nie  została  nigdzie 
wysłana,  uznała  więc,  że  ma  zostać  w  kuchni  i 
przygotowywać  półmiski  z  przekąskami  oraz 
gorące  dania,  które  należało  poustawiać  na 
specjalnych  wózkach.  Jednak  pan  McCoy  wstał 
zza stołu i poprosił, aby gdzieś z nim poszła. 

Poprowadził  ją  niezliczonymi  zakamarkami  aż 

na  górny  pokład,  gdzie  kartą  magnetyczną 
otworzył jakieś drzwi. 

Paula  weszła  do  wnętrza  i  rozejrzała  się 

wokoło.  Była  w  przestronnym,  lecz  niewątpliwie 
prywatnym salonie, 
o czym świadczył stolik nakryty dla dwóch osób. 

Miała  zająć  się  tylko  dwojgiem  gości? 

Odwróciła  się,  aby  spytać  o  to  stewarda,  lecz  on 
tylko  uprzejmie  skłonił  głowę  i  pośpiesznie 
wyszedł.  Ponownie  rozejrzała  się  po  gustownie 
urządzonym  wnętrzu.  Na  barku,  w  kubełku  z 
lodem,  stała  butelka  najlepszego  szampana,  a 
obok znajdował się wspaniale zaopatrzony bufet. 

Paula 

doświadczenia 

wiedziała, 

ż

usługiwanie  parze  to  sama  rozkosz.  Skoro  dwoje 
ludzi  je  kolację  na  osobności,  to  znaczy,  że  chcą 
być  sami.  Należy  więc  podać  im  dania  i 
dyskretnie się wycofać. Gorzej będzie ze znalezie-
niem  drogi  powrotnej  do  kambuza...  Paula 
zachichotała, rozbawiona tą myślą. 

background image

 

 

57 

A  na  razie  rzeczywiście  warto  zobaczyć,  jak 

ż

yje lepsza połowa świata. 

Wielka,  półkolista  kanapa  zajmująca  jeden  róg 

pomieszczenia  miała  tapicerkę  w  różnych 
odcieniach szmaragdu 
i przywodziła  na  myśl  falującą  powierzchnię 
morza. Na 

background image

 

 

niskim  stoliku  pysznił  się  bukiet  wspaniałych, 
złocistych  chryzantem.  Wyglądały  tak,  jakby 
zawdzięczały swoją barwę promieniom słońca, w 
których  skąpane  było  wybrzeże  uwiecznione  na 
obrazie  zajmującym  całą  ścianę.  Wszystko  w  tej 
kajucie świadczyło o dobrym smaku i zasobności 
właściciela. 

Paula  zauważyła  kolejne  drzwi  i  leciutko  je 

uchyliła.  Za  nimi  była  utrzymana  w  błękitnej 
tonacji  sypialnia.  Wchodząc  do  środka,  Paula 
nagle  poczuła  pod  stopami  ruch  pokładu.  Boże, 
już  odpływali!  Lada  moment  mogli  zjawić  się 
goście.  Tylko  tego  brakowało,  żeby  przyłapali  ją 
na  myszkowaniu  po  kątach.  Pośpiesznie  się 
cofnęła i zamknęła drzwi. 

W  samą  porę,  pomyślała,  słysząc  czyjeś  kroki. 

Po chwili do kajuty wszedł wysoki mężczyzna. 

Książę We własnej osobie. 

Oczywiście,  że  on.  Któżby  inny?  Dlaczego  od 

razu  na  to  nie  wpadła?  Człowiek,  który  podczas 
balu  porywa  na  taneczny  parkiet  pokojówkę, 
zapewne  nie  widzi  nic  niestosownego  w  tym,  że 
podczas  wydawanego  przez  siebie  przyjęcia 
urządza  sobie  schadzkę  z  jakąś  interesującą  pa-
nienką. .. 

Zdumiała  ją  własna  reakcja.  Nie  powinno  jej 

obchodzić, co on robi, z kim i kiedy. Nie potrafiła 
jednak  poskromić  swej  ciekawości.  Jak  wygląda 
ta  dziewczy  na?  Gdzie  może  być  w  tej  chwili? 
Paula spojrzała w głąb korytarza, lecz był pusty. 

background image

 

 

59 

- Witam po raz drugi - powiedział Brad. 

Spojrzała  na  niego  spłoszona.  Boże,  takiej 

ewentualności  zupełnie  nie  brała  pod  uwagę. 
Rozpoznał ją... 

background image

 

 

-

 

Dobry 

wieczór, 

sir. 

Postanowiła 

zachowywać się profesjonalnie. - Co panu podać? 
Drinka czy... 

-

 

Pani  pozwoli.  -  Książę  wyjął  z  kubełka 

butelkę  szampana,  odkorkował  ją  i  napełnił  dwa 
kieliszki.  Podał  jeden  Pauli  i  lekko  dotknął  go 
brzegiem swojego. - Wypijmy za nas. 

Co  on  wyprawia?  Paula  energicznie  odstawiła 

swój kieliszek. 

-

 

Dziękuję, sir, ale nie piję alkoholu podczas 

pracy. 
-

 

Dzisiaj jest pani moim gościem. 

-

 

Eee... słucham? - A cóż to za gierki? 

-

 

Powiedziałem,  że  jest  pani  moim  gościem. 

Proszę  bardzo...  -  Odsunął  krzesło  i  uśmiechnął 
się. 

Paula ani drgnęła. 

-  Zechce  pani  usiąść  -  poprosił  książę.  - 

Zorganizowanie  tego  spotkania  nie  było  łatwe, 
więc spróbujmy się odprężyć i cieszyć chwilą. 

Paula  dostrzegła  w  jego  oczach  swawolny 

błysk. Przypomniała sobie wszystko, co słyszała o 
młodym Vander-campie. 

Wcale  nie  podobała  jej  się  ta  najwyraźniej 

dwuznaczna 

sytuacja. 

Sama 

ze 

znanym 

playboyem,  zamknięta  w  jego  prywatnym 
apartamencie na jachcie płynącym po Pacyfiku. 

Chwileczkę... Zamknięta? Natychmiast zaschło 

jej  w  gardle.  Szybko  podeszła  do  drzwi. 

background image

 

 

61 

Otworzyła  je  bez  trudu  i  poczuła,  że  rumieni  się 
ze wstydu. 

-

 

Chyba nie zamierza pani znów umknąć, Kop-

ciuszku? 

-

 

Nie nazywam się tak - odparła gniewnie. 

background image

 

 

-

 

Ale  uciekła  pani  z  balu,  gdy  zegar  wybijał 

północ.  Proszę  zostać.  Dlaczego  tak  się  pani 
złości? 

-

 

Wcale się nie złoszczę, tylko... Nie uprawiam 

tego typu gierek, panie Vandercamp. 

-

 

Tak bym tego nie nazwał... 

-

 

Dobrze  pan  wie,  o  co  mi  chodzi.  Przyszłam 

tu  do  pracy,  a  zostałam  wmanewrowana  w...  w 
coś takiego! 

-

 

A  cóż  w  tym  złego?  Jak  inaczej  miałem 

panią odnaleźć? 

-

 

Słucham? 

-

 

Nie  znałem  pani  nazwiska  ani  adresu.  Nie 

wiedziałem 

nawet, 

gdzie 

pani 

pracuje. 

Przypuszczałem,  że  dla  państwa  Moodych,  w 
związku  z  tym  złożyłem  im  kilka  wizyt,  ale 
nigdzie  pani  nie  zauważyłem.  Na  szczęście  Sam 
Moody  wspomniał,  jaka  firma  organizowała  ich 
bal maskowy, więc... 

-

 

Dlaczego  po  prostu  nie  spytał  pan  o  mnie 

Harry'ego? Byłoby prościej. 

-

 

Tak  pani  sądzi?  Oczywiście,  rozważałem  to, 

ale  pan  Harry  niechętnie  udziela  informacji  o 
pracownikach. Rzekomo dla ich dobra, lecz chyba 
bardziej  dla  swojego.  Nie  lubi,  gdy  ktoś 
podkupuje jego personel. 

-

 

Och. 

-

 

Zresztą, co miałbym powiedzieć? Że szukam 

blondynki?  A  raczej  złotowłosej  piękności  ze 
ś

miejącymi  się,  niebieskimi  oczami.  Wzrost 

background image

 

 

63 

około  metra  sześćdziesięciu,  zgrabna.  Wspaniale 
tańczy...  a  w  moich  ramionach  była  lekka  jak 
piórko.  -  Usta  Vandercampa  drgnęły.  -  Taki  opis 
mógłby 

wywołać 

pewne... 

niewłaściwe 

skojarzenia.  Wolałem  tego  uniknąć.  To  chyba 
oczywiste, prawda? 

background image

 

 

-

 

Tak. - Paula pomyślała, że jego uśmiech jest 

zaraźliwy. 

-

 

Z  kolei  wynajęcie  prywatnego  detektywa 

wydawało mi się nie na miejscu. Zupełnie jakbym 
chciał  odnaleźć  jakiegoś  przestępcę  lub  miał  złe 
zamiary. 

-

 

Tak, to byłoby trochę głupie - przyznała z 

wahaniem. 
-

 

Właśnie.  A  zatem  już  pani  wie,  dlaczego 

dzisiaj na pokładzie „Renegata" jest przyjęcie. 

-

 

Tyle zachodu... Po co to wszystko? 

-

 

Już  powiedziałem.  Poszukiwania  nie  były 

łatwe.  Nie  znałem  pani  nazwiska  ani  imienia. 
Prawdę mówiąc, nadal nie znam. 

-

 

Chodzi  mi  o  coś  innego.  Chciałabym  się 

dowiedzieć,  z  jakiego  powodu  postanowił  pan 
mnie odszukać. 

-

 

Dobrze  nam  się  razem  tańczyło,  prawda?  - 

odparł po chwili wahania. 

-

 

To żaden powód. 

-

 

Na  początek  wystarczy.  Może  odkryjemy 

jeszcze  kilka  innych  rzeczy,  które  moglibyśmy 
robić razem? Co pani na to? 

Znów dostrzegła figlarne ogniki w jego oczach. 
-

 

Nie... nie wydaje mi się, żebym... 

-

 

Och, proszę się niczego  nie obawiać. Jestem 

dżentelmenem.  Aha,  jeszcze  jedno  -  dodał 
pośpiesznie,  jakby  sobie  o  czymś  przypomniał.  - 
Pragnę  oddać  pani  własność.  -  Wyciągnął  rękę  i 
rozchylił palce. 

background image

 

 

65 

-

 

Mój  naszyjnik!  -  Paula  nie  posiadała  się  z 

radości. - Znalazł go pan! 

-

 

Właściwie  został  mi  w  dłoni,  gdy  pani 

uciekła. Ale łańcuszek pękł, więc... 

background image

 

 

66 

-

 

Więc  go  pan  naprawił.  Nie,  wymienił  na 

inny. - Od razu spostrzegła, że nowy jest cięższy i 
niewątpliwie  droższy.  Chyba  nie  powinna  go 
przyjąć,  ale  bardzo  lubiła  ten  wisiorek.  - 
Dziękuję.  -  Rozpromieniona  spojrzała  na  Van-
dercampa. - Ten drobiazg ma dla mnie szczególne 
znaczenie. 

-

 

Lubi panie konie? - Brad dotknął złotej 

podkówki. 
-

 

Uwielbiam! 

-

 

Wiedziałem! Kobieta w moim stylu. - Ujął ją 

pod ramię i poprowadził do stołu. - Proszę usiąść. 
Coś zjemy, wypijemy i trochę pogawędzimy. 

-

 

Dziękuję,  ale  muszę  odmówić,  panie 

Vandercamp. Doceniam pański gest, lecz... 

-

 

Na imię mi Brad. - Podał jej kieliszek. - A 

pani? 

background image

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

-

 

Prawie niczego nie tknęłaś - stwierdził Brad, 

zabierając ze stołu miseczki na sałatę. - Nie jesteś 
głodna? 

-

 

Właściwie  to...  -  Mam  wrażenie,  że  nagle 

znalazłam  się  w  bajkowym  świecie,  pomyślała. 
Jednak  to  wszystko  dzieje  się  naprawdę.  -  Nie 
przywykłam, by ktoś mi usługiwał. - Spróbowała 
się uśmiechnąć. 

-

 

Ciesz  się  z  chwilowej  odmiany.  Spełnię 

każde twoje życzenie, piękna pani. 

Poczuła  rozkoszny  aromat  firmowego  specjału 

Harry'ego.  Odruchowo  spojrzała  na  pięknie 
ułożone 

plastry 

soczystej 

wieprzowiny 

ziołowym sosie, jędrną fasolkę szparagową i dziki 
ryż. 

-  O czym tak medytujesz? 
O  tym,  jak  żyje  lepsza  połowa  świata,  miała 

ochotę odpowiedzieć. 

-

 

Ż

e to naprawdę pyszne. 

background image

 

 

68 

-

 

A  zatem  jedzmy!  I  nie  rób  takiej  miny, 

jakbyś  znów  zamierzała  wcielić  się  w  postać 
Kopciuszka! 

-

 

Słucham?' 

-

 

Coś mi się wydaje, że rozważasz pomysł 

ucieczki. 
-

 

Czuję  się  trochę  niezręcznie  -  przyznała 

szczerze. - Przecież zostawiłeś swoich i... 

background image

 

 

-

 

Każdego,  kto  wchodził  na  pokład,  osobiście 

powitałem. 

-

 

Ale teraz jesteś tutaj, a oni... 

-

 

A  oni  jedzą  i  piją.  Mają  do  dyspozycji  oba 

pokłady,  salę  balową  i  kajuty.  Wątpię,  żeby 
szybko za mną zatęsknili. 

-

 

Ale 

ty... 

Urwała, 

zaskoczona 

nieoczekiwanym  odkryciem.  Brad  naprawdę  nie 
wiedział,  że  to  on  stanowi  główną  atrakcję 
przyjęcia. 

-

 

Tak? Co chciałaś powiedzieć? 

-

 

Powinieneś być teraz z przyjaciółmi, zamiast 

ukrywać się przed nimi. 

-

 

Staram  się  pozyskać  nowego  przyjaciela.  I 

uznałem,  że  będąc  tylko  we  dwoje,  lepiej  się 
poznamy.  Dlatego...  -  Zamarł  z  widelcem  w 
połowie drogi do ust. - Mówisz, że się ukrywam? 
Hmm,  o  tym  nie  pomyślałem.  Wolałabyś 
pokręcić się między ludźmi? 

-

 

Nie! 

-

 

Cóż, może to dobry pomysł. - Brad jakby nie 

usłyszał 

jej 

gwałtownego 

zaprzeczenia. 

Wynająłem  ten  sam  zespół,  który  grał  na  balu 
maskowym. Chodźmy potańczyć! 

-

 

Jasne. - Musnęła dłonią swój uniform. - Mam 

stosowny strój. 

-

 

To  żaden  problem.  Moja  matka  nosi  chyba 

ten  sam  rozmiar,  co  ty,  a  trzyma  tu  mnóstwo 
garderoby.  Po  kolacji  przyniosę  ci  jakąś 

background image

 

 

70 

wieczorową  suknię.  -  Brad  był  najwyraźniej 
zachwycony swoim pomysłem. 

-

 

Chcesz, żebym straciła obie prace? 

-

 

Myślisz, 

ż

Harry... 

Dwie? 

Chcesz 

powiedzieć, że pracujesz na dwóch etatach? 

background image

 

 

71 

-

 

Jestem  również  pomocą  domową  u  pani 

Ashford.  Zaprosiłeś  ją  wraz  z  córkami  na 
przyjęcie.  Gdyby  mnie  zobaczyły...  -  Uwieszoną 
na  ramieniu  ich  wymarzonego  księcia,  wpadłyby 
w  szał,  dokończyła  w  myśli.  -  Nie  byłyby 
zachwycone,  widząc  mnie  wśród  gości  - 
stwierdziła oględnie. 

-

 

Rozumiem.  Zrobimy,  jak  zechcesz.  Zresztą 

wolę  porozmawiać  z  tobą  bez  świadków.  A 
czemu, 

jeśli 

wolno 

spytać, 

masz 

tyle 

obowiązków? 

-

 

Niektórzy  z  nas  muszą  zarabiać  na  życie  - 

palnęła 

bez 

zastanowienia 

natychmiast 

pożałowała swej złośliwości. 

-

 

No,  to  nie  zostaje  ci  dużo  czasu  na  konną 

jazdę - stwierdził spokojnie. 

-

 

Na konną jazdę? 

-

 

Wspomniałaś, że uwielbiasz konie. - Gestem 

wskazał złotą podkówkę na jej szyi. 

-

 

Owszem, ale te konie i tak są daleko stąd. 

-

 

Należą do ciebie? 

-

 

Skądże. Z wyjątkiem jednego. - Uśmiechnęła 

się  do  swoich  wspomnień.  -  To  klacz,  którą 
nazwałam Błyskawica. Zawsze była dzika,' trudna 
do  ujeżdżenia,  więc  Jake,  jej  właściciel,  sprzedał 
ją mojemu tacie za grosze. A tata trocheja ułożył i 
podarował 

charakterze 

gwiazdkowego 

prezentu. Nadal jest szybka, pełna wigoru, taka... 
to fantastyczny wierzchowiec. 

-

 

Tęsknisz za nią, prawda? 

background image

 

 

72 

-

 

Bardzo.  I  za...  -  Za  mamą,  tatą  i  zielonymi 

wzgórzami  okalającymi  ranczo.  -  Brakuje  mi 
tamtych stron. 

-

 

Gdzie one są? 

background image

 

 

73 

-

 

W  Wyomingu.  Mój  tata  jest  robotnikiem  na 

ranczu państwa Randolphów. 

-

 

Długo tam mieszkałaś? 

-

 

Od urodzenia aż do ubiegłego roku. 

-

 

I podobało ci się takie życie? 

-

 

O  tak.  Mieliśmy  własny  dom,  w  pobliżu 

płynął  strumień,  kiedyś  odkryłam  też  jaskinię. 
Wspaniale jest dorastać w takim miejscu. 

Brad  w  głębokim  zamyśleniu  patrzył  na  jej 

rozpromienioną buzię. 

-

 

Miejsce  nie  ma  znaczenia  -  odparł  z 

namysłem.  -  Ty  sprawiasz,  że  każde  staje  się 
nadzwyczajne. 

-

 

Ja? 

-

 

Oczywiście. Niezależnie od tego, gdzie jesteś 

lub  co  robisz,  zawsze  sprawiasz  wrażenie 
uradowanej.  Powiedz,  dlaczego  mieszkasz  tutaj, 
skoro tak kochasz to ranczo? 

-

 

Och,  mam  pewne  plany,  lecz  daleko  jeszcze 

do ich realizacji. Dość już o sobie powiedziałam, 
chciałabym teraz usłyszeć coś o tobie. 

-

 

Zgoda. 

Od 

czego 

by 

tu 

zacząć... 

Wychowałem się w hrabstwie Surrey, w Balmour, 
rodzinnej posiadłości mojej matki. 

-

 

Och,  nie  chodzi  mi  o  informacje,  które 

można  znaleźć  w  każdym  brukowcu.  Opowiedz, 
jaki  naprawdę  jesteś,  co  lubisz.  Chociaż...  to 
pewnie  też  można  przeczytać  w  plotkarskich 
czasopismach.  -  Paula  trochę  się  stropiła.  - 

background image

 

 

74 

Podobno fantastycznie grasz w polo i dlatego na-
zywają cię księciem. 

-

 

Nie  jestem  aż  taki  dobry.  A  przydomek 

zyskałem  na  studiach  w  akademii  wojskowej  w 
Sandhurst. Jako jedyny 

background image

 

 

75 

facet w drużynie nie miałem prawdziwego tytułu. 
To był taki żart. 

-

 

Nie przeszkadzało ci to? 

-

 

Co? Ten żart? 

-

 

Nie, brak tytułu. 

-

 

Boże 

drogi, 

nie! 

Anglii 

jest 

utytułowanych  ludzi  aż  w  nadmiarze.  -  Brad 
roześmiał się żywiołowo. 

-

 

Musisz  jednak  dobrze  grać  w  polo,  skoro 

jesteś w drużynie. To chyba dość skomplikowana 
gra. 

-

 

Nigdy nie widziałaś meczu? 

-

 

Nie. 

-

 

Pora  naprawić  ten  błąd.  Gramy  we  wtorek, 

załatwię ci miejsce w loży. 

-

 

Nie,  nie  trzeba!  I  tak  pewnie  nie  mogłabym 

przyjść. Lepiej sam opowiedz mi o grze... 

-

 

Później. - Nie chciał rozmawiać z nią o polo. 

-Chodź, wypijemy kawę na dworze. 

-

 

O rany! - zawołała, gdy Brad odsunął szklane 

drzwi  i  wyszedł  na  zewnątrz.  -  Jak  mogłam  tego 
nie zauważyć? 

-

 

Czego? 

-

 

Tego  prywatnego  pokładu!  Przegapiłam  go, 

bo  skupiłam  się  na  wnętrzu.  Myszkowałam  tu  i 
ówdzie...  Mam  nadzieję,  że  mi  wybaczysz.  - 
Zanim  zdążył  zapewnić,  że  wybaczyłby  jej 
wszystko, ona już stała przy relingu, wpatrzona w 
dal.  Silny  wiatr  porwał  z  jej  włosów  koronkową 
przepaskę,  lecz  Paula  nawet  tego  nie  zauważyła, 

background image

 

 

76 

zachwycona  oszałamiającym  widokiem.  -  Ależ 
pięknie - szepnęła niemal z nabożną czcią. 

Brad  skinął  głową,  nieoczekiwanie  poruszony 

wspaniałym 

zachodem 

słońca. 

Dlaczego 

wcześniej nie zachwycił 

background image

 

 

77 

go ten cud natury? Wielka złocistoczerwona kula 
powolutku zanurzała się w pociemniałych falach, 
rzucając  blask  na  powierzchnię  oceanu  i  barwiąc 
niebo  kolorami  tęczy.  Trudno  było  powiedzieć, 
gdzie przebiega granica między wodą i niebem. 

-

 

Coś  takiego  podnosi  na  duchu,  prawda?  - 

spytała  Paula.  -  Pamiętam,  co  mawiał  mój  tata. 
Dopóki  słońce  zachodzi,  a  na  nieboskłonie 
pojawia  się  księżyc,  wiadomo,  że  ktoś  tam  na 
górze wie, co robi, i świat jeszcze nie zwariował. 

-

 

Filozof z twojego taty. 

-

 

Chyba  tak.  Często  prawi  takie  mądrości.  - 

Paula 

umilkła. 

Pochłonięta 

podziwianiem 

pejzażu,  długo  nie  odrywała  wzroku  od 
spienionych  fal.  W  końcu  odwróciła  się  i 
westchnęła, - Powinnam mieć wyrzuty sumienia. 

-

 

Dlaczego? 

-

 

Bo  zamiast  zwijać  się  w  kambuzie...  - 

Zawahała 

się 

wzruszyła 

ramionami. 

Bezmyślnie gapię się na morze. 

-

 

Bzdura.  -  Zapragnął,  aby  zawsze  była  taka 

pogodna  i  zachwycona.  -  Nie  powinnaś  czuć  się 
winna. 

-

 

I  wcale  się  nie  czuję  -  przyznała  ze 

ś

miechem.  -Wiesz,  właściwie  pierwszy  raz 

ż

egluję. Nie licząc wypraw z Tobym. 

-

 

Z Tobym? 

-

 

Synem  nadzorcy.  Zbudowaliśmy  tratwę, 

którą  cumowaliśmy  przy  brzegu  strumienia. 
Czasem zabieraliśmy lunch i płynęliśmy aż do... 

background image

 

 

78 

-

 

Zaczekaj. - Brad wziął ją za rękę, jakby nagle 

obudził  się  w  nim  zaborczy  mężczyzna.  -  Może 
opowiesz  mi  więcej  o  tym  Tobym  i  o  życiu  na 
ranczu. Nie ruszaj się 

background image

 

 

79 

stąd.  -  Usadowił  ją  na  jednym  z  wyściełanych 
krzeseł. 
- Przyniosę kawę. 

Wkrótce  popijali  aromatyczny  napój,  pojadali 

owoce i sery, beztrosko gawędząc. 

Brad chciał usłyszeć coś niecoś o Tobym. 

-

 

Toby? Och, to tylko przyjaciel z dzieciństwa. 

-  Paula  zdumiała  się  prawdziwością  tego 
stwierdzenia.  Nie  wiadomo  kiedy,  Toby  stał  się 
właśnie kimś takim - dawnym przyjacielem, który 
dorósł, został bankierem i ożenił się z dziewczyną 
imieniem  Cynthia.  Przyjacielem,  który  od  dawna 
był tylko odległym, nieco zamglonym w pamięci 
wspomnieniem. 

-

 

Podobno gdzieś z nim żeglowałaś. 

-

 

Tak. - Opowiedziała Bradowi o tamtej 

przygodzie. 

- Tratwa  się  przewróciła,  a  ojciec  Toby'ego  złoił 
mu  skórę  i  kazał  trzymać  się  z  daleka  od  wirów. 
Wrzeszczał,  że  mogliśmy  się  utopić.  Moim 
zdaniem 

przesadzał. 

Toby 

ja 

ś

wietnie 

pływaliśmy,  a  te  wiry  nie  były  aż  takie  groźne. 
Moja mama strasznie się wkurzyła na pana Jonesa 
za  to,  że  spuścił  Toby'emu  takie  lanie. 
Powiedziała,  że  nie  dotknąłby  batem  konia,  lecz 
sprał  swoje  dziecko,  a  to  żadna  metoda 
wychowawcza. Też tak uważam, a ty? - Zdziwiła 
się,  że  tak  bardzo  chce  znać  jego  zdanie  na  ten 
temat. 

background image

 

 

80 

-

 

Ja też, chociaż moja stara niania słusznie dała 

mi czasem klapsa w siedzenie, gdy... 

-

 

Miałeś nianię? 

-

 

Jasne - odparł z taką miną, jakby posiadanie 

opiekunki  było  czymś  najbardziej  oczywistym 
pod słońcem. 
- Dopóki  nie  skończyłem  pięciu  lat.  Potem  był 
prywatny nauczyciel, później... 

background image

 

 

81 

Paula  z  zapartym  tchem  słuchała  opowieści 

Brada. Mówił o różnych rzeczach... na przykład o 
tym,  jak  niania  przekonywała  go,  że  chłopcy  nie 
płaczą. Ale jeden z ogrodników, Sven, był innego 
zdania.  „To  nic  złego,  jeśli  płaczesz  z  żalu  za 
kimś,  kogo  kochasz",  przekonywał,  w  tajemnicy 
pomagając małemu Bradowi pochować na terenie 
posiadłości  Smokeya,  ukochanego  spaniela.  „Do 
Ucha,  Smokeyowi  zależało  na  tobie  bardziej  niż 
wielu  ludziom.  I  uratował  ci  życie.  Gdyby  nie 
skoczył na tego węża..." 

Paula  uśmiechnęła  się,  słuchając,  jak  Brad 

naśladuje  szkocki  akcent  i  od  razu zrobiło jej  się 
ż

al  małego,  samotnego  dzieciaka,  którego 

wychowywało stado obcych ludzi. 

Słońce wreszcie znikło za horyzontem i zapadł 

zmrok.  Paula  podeszła  do  relingu  i  spojrzała  w 
rozgwieżdżone niebo. 

-

 

Oby  pierwsza  gwiazdka,  którą  ujrzę  na 

nieboskłonie,  sprawiła,  że  spełni  się  moje 
ż

yczenie - zamruczała. 

-

 

Jakie to życzenie? 

-

 

Dzisiaj  i  tak  nic  z  tego,  bo  przegapiłam  tę 

pierwszą gwiazdkę. 

-

 

Przykro mi. 

-

 

Niepotrzebnie.  Lubię  patrzeć  w  gwiazdy. 

Dobrze, że księżyc skrył się za chmurami. 

-

 

Robi  się  chłodno.  Lepiej  włóż  to.  -  Brad 

zdjął marynarkę i otulił nią ramiona Pauli. 

background image

 

 

82 

Poczuła  na  plecach  emanujące  z  niej  ciepło 

ciała  Brada  oraz  subtelny  zapach  jego  wody  po 
goleniu.  Zupełnie  jakbym  znalazła  się  w  jego 
objęciach,  stwierdziła,  upojona  zmysłowym 
doznaniem. 

background image

 

 

83 

-

 

Dlaczego  cieszy  cię  brak  poczciwego 

księżyca? -spytał Brad. 

-

 

Eee... ja... - To się nazywa zapomnieć języka 

w gębie, pomyślała ze złością. 

-

 

Masz coś przeciwko niemu? 

-

 

Nie,  skądże.  -  Wreszcie  odzyskała  mowę.  - 

Ale  znasz  to  powiedzenie:  „Im  czarniejsza  noc, 
tym jaśniej świecą gwiazdy". 

-

 

Chyba nie słyszałem. 

-

 

Jest  bardzo  trafne.  W  blasku  księżyca 

gwiazdy  wydają  się  bledsze.  Natomiast  na  tle 
ciemnego  nieba  są  takie  lśniące  i  wyraźne... 
Widzisz?  Można  nawet zobaczyć,  które  mrugają, 
a które nie. 

-

 

Naprawdę?  Nie  miałem  pojęcia,  że  w  ogóle 

się od siebie różnią. 

-

 

Nigdy nie patrzyłeś w gwiazdy? 

-

 

Czyja wiem... - Spojrzał w niebo, a potem na 

nią. - Prawdę mówiąc, raczej nie. 

-

 

No,  to  popatrz  teraz.  O,  tamta  z  prawej 

strony  wyraźnie  mruga.  A  ta  obok  niej  -  ani 
trochę.  Nie  mam  pojęcia,  skąd  bierze  się  to 
migotanie.  Tata  twierdzi,  że  chyba  jest  skutkiem 
ruchu.  W  domu  co  noc  obserwowałam  Wielki 
Wóz.  -  Wskazała  palcem  dobrze  widoczną 
konstelację. 

-

 

Skąd tak dużo wiesz o gwiazdach? 

-

 

Od  taty.  Uwielbiał  o  nich  czytać  i  lubił  je 

obserwować. Zwłaszcza gdy przebywał ze stadem 
gdzieś  na  górskich  pastwiskach.  Zawsze  zabierał 

background image

 

 

84 

ze  sobą  lornetkę.  Twierdził,  że  nocą  człowiek 
czuje się tam samotny, więc gwiazdy dotrzymują 
mu towarzystwa. 

background image

 

 

85 

-

 

Interesujące podejście. 

-

 

Prawda?  Cały  tata.  Często  powtarza,  że  na 

którejś  z  tych  gwiazd  na  pewno  siedzi  jakiś 
kowboj i patrzy w naszą stronę. 

-

 

A  więc  twój  ojciec  wierzy  w  istnienie  życia 

na innych planetach? 

-

 

Oczywiście. 

Uważa, 

ż

wkrótce 

je 

odkryjemy, 

jeśli 

nie 

zaniechamy 

badań 

kosmicznych. 

Kiedyś 

powiedział, 

ż

musielibyśmy  być  niespełna  rozumu,  sądząc,  że 
ktoś stworzył ten cały wszechświat tylko dla nas! 
-  Paula  roześmiała  się,  ale  Brad  jej  nie 
zawtórował. 

-

 

Chciałbym poznać twojego tatę. 

-

 

Cóż... 

może 

kiedyś. 

To 

mało 

prawdopodobne,  pomyślała.  -  A  twoja  mama  i 
ojciec?  Opowiadali  ci  o  gwiazdach?  -  spytała 
zaciekawiona, 

ponieważ 

ani 

słowem 

nie 

wspomniał ó swoich rodzicach. 

-

 

Nie.  -  Brad  wydawał  się  zdziwiony  jej 

pytaniem.  -  Rzadko  ze  sobą  rozmawialiśmy. 
Chyba nie mieliśmy na to czasu. 

-

 

Nawet gdy byłeś mały? 

-

 

Zawsze coś się działo... albo odbywał się bal, 

którego 

dochód 

przeznaczane 

na 

cele 

charytatywne, albo polowanie lub przyjęcie. Poza 
tym  rodzice  dużo  podróżowali.  Mój  ojciec  to 
urodzony biznesmen. Prowadzi interesy na całym 
ś

wiecie. 

-

 

A ty? 

background image

 

 

86 

-

 

O co właściwie pytasz? 

-

 

Co robisz? 

-

 

Wiele rzeczy. Gram w tenisa, golfa i w polo. 

Poza tym lubię też wojaże. 

background image

 

 

87 

-  Hmm.  -  Paula  znów  skarciła  się  w  duchu  za 

to wymowne chrząknięcie. Wcale nie chciała, aby 
zabrzmiało  tak  lekceważąco.  Dobrze  chociaż,  że 
Brad  i  tak  się  nie  zorientował.  Widać  uważał,  że 
człowiek może żyć samymi rozrywkami. 

Zresztą,  niby  co  w  tym  złego?  Kto  z  nas 

garnąłby  się  do  pracy,  mając  od  dzieciństwa 
wszystkiego w bród? 

Chociaż... 

gdyby 

miała 

spędzać 

ż

ycie 

wyłącznie  na  zabawie,  pewnie  szybko  zaczęłaby 
jej doskwierać nuda. 

-  A co ty lubisz? 

-  Pływać.  I  całkiem  dobrze  radzę  sobie  na 

korcie - odparła pośpiesznie. Nie zamierzała znów 
palnąć jakiejś gafy. - I... muszę ci powiedzieć, że 
wielką  przyjemność  sprawiło  mi  to  wszystko.  - 
Zatoczyła  rękami  krąg,  wskazując  jacht,  ocean, 
gwiaździste 

niebo. 

Jak 

również 

twoje 

towarzystwo, dodała w myśli. - Dziękuję, Brad. 

-  Ja też ci dziękuję. 
Pogłaskała go po policzku i delikatnie 
pocałowała. 

A  Brad  natychmiast  przygarnął  ją  do  siebie  i 

pogłębił  pocałunek,  budząc  w  niej  nieznane, 
rozkoszne  doznania,  więc  mocno  objęła  go  za 
szyję. 

Czas stanął w miejscu, ona zaś była świadoma 

jedynie  bliskości  obejmującego  ją  mężczyzny, 
który wplótł palce w jej włosy i całował jej twarz, 

background image

 

 

88 

mrucząc jakieś czułe słówka. I nagle, jakby gdzieś 
daleko stąd, zahuczała syrena płynącego parowca. 

Paula spróbowała się odsunąć, ale Brad mocno 

trzymał ją w ramionach. 

-  Nie uciekaj ode mnie, mały Kopciuszku. 
Kopciuszek! To słowo definitywnie 
sprowadziło ją na 

background image

 

 

ziemię.  Zdecydowanie  wyswobodziła  się  z 
uścisku księcia. 

-  Wy...  wybacz.  Muszę...  -  Zebrać  na  wózek 

brudne  obrusy  i  zastawę,  pomyślała.  Zejść  do 
kambuza, zanim ktoś zacznie mnie szukać. 

Zdobyła się na wymuszony uśmiech. 
-  Pora  wracać  do  pracy  -  powiedziała  z 

fałszywą wesołością. 

background image

 

 

90 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

-

 

Co  zrobiłaś?!  -  huknął  gromko  Lewis.  - 

Kompletnie ci odbiło? 

-

 

Och, na litość boską, przecież to nic takiego. 

-  Paula  rzuciła  parę  brudnych  skarpetek  na  stos 
rzeczy do prania. - Ależ z ciebie flejtuch, wujku. 

-

 

Nie  prosiłem,  żebyś  po  mnie  sprzątała.  I  nie 

zmieniaj  tematu,  chcę  wiedzieć,  w  co  się 
wpakowałaś! 

-

 

Nie wiem, o co ci chodzi. 

-

 

Nie  udawaj  niewiniątka,  Paula.  Dostałaś 

bzika na punkcie tego... 

-

 

Wcale nie! 

-

 

Jasne, że tak. Znam to spojrzenie. 

-

 

Niby jakie? 

-

 

Takie  rozmarzone,  jakby  spotkało  cię  Bóg 

wie  co.  Nie  rozumiem,  dlaczego  ten  rejs  tak  cię 
odmienił. 

Paula zaśmiała się cicho. 

-

 

Wiesz, z górnego pokładu świat rzeczywiście 

wydaje  się  inny.  -  To  złociste  słońce  powoli 
zanurzające  się  w  oceanie...  to  czarne  niebo 
usiane gwiazdami... 

background image

 

 

-

 

No,  to  mamy  problem  -  parsknął  Lewis.  - 

Byłaś  tak  samo  rozanielona,  gdy  opowiadałaś  o 
tańcu na tamtym durnym balu przebierańców. 

-

 

Och, daj spokój. To był tylko... żart. 

background image

 

 

92 

-

 

O wiele więcej, dziewczyno. Widziałem to w 

twoich  oczach.  Lśniły  tak  samo  jak  wtedy,  gdy 
dostałaś na Gwiazdkę od ojca klacz. 

-

 

Błyskawicę? - Jakim cudem w tej rozmowie 

pojawił  się  koń?  I  dlaczego  wujek  Lewis  tak  się 
wścieka? 

-

 

A  jakże,  Błyskawicę.  Ta  kasztanka  była 

równie spokojna, jak szalejące tornado, a ty aż się 
trzęsłaś, aby pogalopować na niej prosto do nieba. 
Usiłowałem  przekonać  twojego  staruszka,  że  to 
zwierzę jest dla ciebie zbyt niebezpieczne. 

-

 

Jakoś  udało  mi  się  ją  poskromić.  Tylko  raz 

mnie zrzuciła. 

-

 

Ale za to jak! Pozwól sobie coś powiedzieć. - 

Lewis wstał i wycelował w nią palec. - Spotka cię 
o wiele bardziej nieprzyjemna niespodzianka, jeśli 
będziesz balować z tym książątkiem! 

-

 

Ty znowu swoje! - Paula z hukiem cisnęła do 

kosza butelki po piwie. - Wcale z nim nie baluję! 

-

 

Nie?  W  takim  razie  jak  nazwać  fakt,  że 

dyskretnie wymknęłaś się na... 

-

 

Zostałam  wezwana.  Myślałam,  że  do  pracy. 

Ale  on...  -  Urwała,  nie  chcąc  zdradzić,  że  Brad 
Vandercamp zwabił ją do siebie podstępem. 

-

 

Więc on to wszystko ukartował? Żeby pobyć 

z tobą sam na sam? Chryste Panie, Paula, jeśli on 
cię wykorzystał, to go... Zrobił to? 

-

 

Nie, skądże! 

-

 

Jezu, jeśli on cię napastował, to... 

background image

 

 

-

 

Przecież  ci  mówię,  że  nie!  -  Ale  mógł. 

Zamknięta w jego ramionach, czując jego usta na 
swoich, tak bardzo 

background image

 

 

94 

pragnęła,  żeby...  -  Naprawdę  nie  zdarzyło  się  nic 
takiego. Było... - Cudownie, słodko, intymnie. 

-

 

Chłopak się nie śpieszy? 

-

 

Co takiego? 

-

 

Wiem, co on knuje. 

-

 

Nic nie knuje! - Paula nagłe się rozzłościła. - 

Już 

ci 

powiedziałam, 

ż

to 

prawdziwy 

dżentelmen. 

-

 

Słuchaj,  dziewczyno,  żyję  na  tym  świecie 

dłużej  niż  ty.  Napatrzyłem  się  na  bogatych 
playboyów, 

którzy 

potrafią 

uwodzicielskim 

gadaniem zrobić naiwnej smarkuli wodę z mózgu. 

-

 

Tylko rozmawialiśmy na niewinne tematy. 

-

 

To  znaczy,  że  potrafi  nawijać,  a  ty  dałaś  się 

na  to  nabrać.  Tacy  jak  on  zawsze  prawią  miłe 
słówka,  żeby  się  przypodobać.  Trochę  się 
zabawią,  ale  szybko  się  nudzą  i  rzucają 
dziewczynę  bez  słowa  wyjaśnienia.  Słowo  daję, 
następnym razem, gdy ten palant spróbuje zbliżyć 
się do ciebie, to mu... 

-

 

Na  litość  boską,  wujku!  Nie  będzie  żadnego 

następnego razu. 

-

 

Lepiej,  żeby  nie  było  -  mruknął  Lewis. 

Trochę się uspokoił, lecz nadal miał zafrasowaną 
minę.  Oparty  o  framugę  spod  oka  obserwował 
krzątającą  się  bratanicę.  -Paula,  nie  musisz 
zmieniać  pościeli  co  tydzień.  Kurczę,  kiedy 
mieszkałem  w  baraku,  to  czasem  zdarzało  się, 
ż

e... 

-

 

To nie jest barak. 

background image

 

 

95 

Lewis  prawie  się  nie  odzywał,  lecz  gdy 

skończyła porządki i ruszyła do drzwi, chwycił ją 
za rękę. 

-

 

Kochana z ciebie dziewczyna, Paula. 

-

 

Wiem - odparła, zabawnie marszcząc nos. 

background image

 

 

96 

-

 

O  wiele  za  dobra.  Wybacz,  że  na  ciebie 

wrzeszczałem.  Starsza  pani  daje  ci  wystarczająco 
popalić. 

-

 

Och,  ona  nie  jest  taka  zła,  po  prostu  często 

boli ją głowa. 

-

 

Gdyby tyle nie piła, nie cierpiałaby wiecznie 

na  te  swoje  migreny.  Jeszcze  raz  przepraszam  za 
swoje  zachowanie.  Jesteś  wykształcona,  ale 
trochę naiwna i nie znasz się na ludziach. Martwię 
się  o  ciebie.  -  Lewis  przeczesał  włosy  palcami.  - 
Przecież  obiecałem  twojemu  tacie,  że  będę  o 
ciebie dbał. 

-

 

Wiem. - Cmoknęła go w policzek. - Więc się 

mną opiekuj. I możesz wrzeszczeć do woli. 

-  Czy ty w ogóle mnie słuchasz? 

-  Jasne, że tak. Naprawdę. Wyniesiesz śmieci? 

-Wskazała  dwa  pełne  kosze,  jeszcze  raz  go 
pocałowała,  wzięła  z  podłogi  naręcze  rzeczy  do 
prania i wyszła. 

Lewis  zawsze  martwi  się  na  zapas,  pomyślała, 

zbiegając  na  dół.  Niepotrzebnie  opowiedziałam 
mu o przygodzie na jachcie. 

Dlaczego więc to zrobiła? 

Z  przyzwyczajenia.  Przecież  od  dziecka 

zwierzała się wujkowi Lewisowi. A przynajmniej 
w czasach, gdy mieszkał na ranczu i miał w sobie 
chyba  tyle  samo  radości  życia,  co  ona  i  Toby. 
Pomógł  im  zbudować  tamtą  nieszczęsną  tratwę. 
Wiedział  o  tym,  że  planują  ślub  i  kupno  rancza. 

background image

 

 

97 

Wspierał ją duchowo, gdy postanowiła studiować 
weterynarię. 

Uśmiechnęła 

się 

na 

myśl 

swoich 

młodzieńczych  marzeniach.  Wujek  Lewis  znał  je 
wszystkie. 

Nigdy nie miała przed nim tajemnic, dlatego 
wspo 

background image

 

 

98 

mniała  mu  o  rejsie.  Poza  tym  aż  się  paliła,  żeby 
komuś  o  tym  opowiedzieć,  a  tylko  wujek  Lewis 
był  godnym  zaufania  powiernikiem.  Nawet 
zaprzyjaźnionej  Ruth  nie  ośmieliła  się  pisnąć  ani 
słowa,  zwłaszcza  że  czuła  się  wobec  niej  nieco 
winna.  Grała  rolę  wielkiej  damy,  podczas  gdy 
pozostali  pracownicy  Harry'ego  zwijali  się  jak  w 
ukropie. 

Mocniej 

przytrzymała 

wielki 

tobół 

zachichotała, 

otwierając 

kuchenne 

drzwi. 

Rzeczywiście  przeżyła  cudowną  przygodę,  ale 
musiała zachować ją w tajemnicy. 

To Wszystko było takie zabawne. I zdarzyło się 

całkiem niespodziewanie. 

A  właściwie  to  nie  był  przypadek,  tylko 

przemyślane  działanie  Brada.  Postanowił  ją 
odnaleźć. Odwiedził państwa Moodych, odkrył jej 
powiązania  z  Harrym  i...  Czy  naprawdę  zadał 
sobie  aż  tyle  trudu,  wydał  przyjęcie  i  zaprosił 
tłum gości tylko po to, aby się z nią zobaczyć? 

Tak powiedział. 
I ty mu uwierzyłaś, Paula? Ale z ciebie naiwna 

gąska. Książę tylko tak mówił, żeby... 

O Jezu,  zaczynała  myśleć  jak  Lewis.  On 

wszędzie wietrzył podstęp. 

Wrzuciła  białe  rzeczy  do  pralki  i  przekręciła 

programator,  wspominając  z  rozbawieniem,  jak 
bardzo  stała  się  nieufna,  gdy  podstęp  Brada 
wyszedł  na  jaw.  Ależ  dała  susa  do  drzwi!  I 

background image

 

 

99 

poczuła  się  jak  idiotka,  gdy  stwierdziła,  że  są 
otwarte. 

Nikt  do  niczego  jej  nie  zmuszał.  Mogła 

spokojnie wyjść. 

I co dalej? Miała wrócić do kambuza, gdzie 
zaczęłaby 

background image

 

 

100 

mętnie  tłumaczyć,  że  wysłano  ją  nie  tam,  gdzie 
trzeba? Powiedzenie prawdy nie wchodziło w grę. 
Tylko  tego  brakowało,  żeby  ktoś  zarzucił 
Bradowi próbę uwiedzenia kelnerki... 

Cudownie  było  obserwować  szumiące  fale, 

rozkoszować  się  wiatrem  i  słońcem...  Bliskością 
stojącego tuż obok mężczyzny. 

Nie  sprawiał  wrażenia  bogatego  playboya, 

który wie, jak zamotać w głowie dziewczynie. To 
taki miły, zwyczajny facet... Nie, w ten sposób by 
go  nie  określiła.  Było  w  nim  coś,  czego  nie 
umiała  nazwać,  a  co  sprawiało,  że  wydawał  się 
kimś szczególnym, wyjątkowym. 

Nie,  to  za  dużo  powiedziane.  Po  prostu...  no 

cóż, wspaniale się czuła w jego towarzystwie. 

I  wcale  nie  starał  się  jej  uwieść.  Nic  z  tych 

rzeczy. Nawet nie próbował jej przytrzymać, gdy 
wreszcie  oprzytomniała  i  wyślizgnęła  się  z  jego 
ramion.  Roześmiał  się  tylko,  wrócił  za  nią  do 
salonu i... pomógł jej sprzątać! Niewiarygodne! 

Zachichotała,  przypominając  sobie,  jak  się 

uwijali.  Razem  ustawili  zastawę  i  sztućce  na 
wózku i zdjęli brudny obrus. 

-

 

Nie  odchodź  -  poprosił Brad,  gdy  skończyli. 

-  Nawet  nie  dopłynęliśmy  do  brzegu.  Przyjęcie 
jeszcze trwa. 

-

 

Nie  dla  Kopciuszka.  -  Wiedziała,  że  o  tej 

porze w kambuzie wre wytężona praca, bo Harry 
pilnuje,  żeby  wszystko  wyczyścić  na  wysoki 
połysk, 

pochować 

zapasy 

spakować 

background image

 

 

101 

przywiezione  rzeczy.  -  Ale  ten  wieczór  tutaj...  - 
Zawahała  się,  szukając  w  myśli  odpowiednich 
słów,  -Sprawił  mi  wielką  przyjemność.  Co 
prawda nie powinnam 

background image

 

 

102 

była  się  tu  znaleźć,  lecz  wspaniale  się  bawiłam  - 
przyznała,  szczera  jak  zwykle.  -  Dziękuję  i  do 
widzenia. 

Tym  razem  umknęła  z  saloniku,  zanim  Brad 

zdążył  ją  powstrzymać.  Jakimś  cudem  znalazła 
drogę do kambuza i jakby nigdy nic włączyła się 
do pracy. Z ulgą stwierdziła, że nikt nie spogląda 
na nią podejrzliwie. 

I o co tyle hałasu, wujku? Za parę dni skończy 

się turniej polo i książę wyjedzie, ona zaś... 

Wielkie  nieba!  Pranie  dobiegało  końca,  a  ona 

nie  wsypała  proszku  ani  wybielacza!  Zrobiła  to, 
przestawiła  programator  i  pobiegła  do  kuchni 
gotować obiad. 

-  Paula, 

mama 

powiedziała, 

ż

ebyś 

nie 

szykowała  kurczaka  -  poinformowała  ją  Rae.  - 
Niech  Lewis  skoczy  do  sklepu  po  udziec 
jagnięcy.  Właśnie  rozmawiałam  przez  telefon  z 
lordem Wormsleyem. Przyjdzie do nas na kolację 
i przyprowadzi przyjaciela. A wiesz, z kim on się 
przyjaźni, 

prawda? 

Rae 

nie 

kryła 

podekscytowania. 

Z  księciem,  jakżeby  inaczej,  pomyślała  Paula. 

Whitney otrzyma kolejną szansę zabłyśnięcia. 

-  I  koniecznie  to  zaszyj.  -  Rae  wskazała 

turkusową  sukienkę  bez  ramiączek.  -  Muszę 
wyglądać  bosko.  Aha,  niech  Lewis  odbierze  z 
pralni  ciuchy  Whitney.  A  mama  chce,  żeby 
podawał.  Ma  włożyć  ten  smoking,  który  mu 
kupiła.  I  dopilnuj,  żeby  wyszorował  dokładnie 

background image

 

 

103 

ręce  i  wyczyścił  paznokcie.  Goście  nie  powinni 
się domyślić, że jest ogrodnikiem. 

Paula 

nieomal 

parsknęła 

ś

miechem, 

wyobrażając  sobie  wujka  Lewisa  w  roli 
majordomusa. Będzie równie zgrabny, jak słoń w 
składzie porcelany. 

-  No dobrze, co jeszcze? - Rae nerwowo 

zabębniła 

background image

 

 

104 

palcami  o  blat  stołu.  -  A  właśnie,  kwiaty.  Mama 
powiedziała, 

ż

ebyś 

zrobiła 

jakąś 

ładną 

kompozycję  z  tego,  co  rośnie  w  ogrodzie.  I  nie 
zapomnij  o  świecach.  Goście  zjawią  się  o 
siódmej,  więc  może  jeszcze  zdążysz  upiec  bu-
łeczki. Spróbujesz? 

Paula zerknęła na zegar. Trzecia. Pieczenie 
odpada. 

-  Bułeczki  kupię  w  piekarni  -  oświadczyła 

twardo.  I  tak  będzie  musiała  zwijać  się  jak  w 
ukropie,  żeby  wszystko  przygotować.  Oby  tylko 
biała koszula Lewisa okazała się czysta. 

Ułożyła  kompozycję  z  kwiatów,  pięknie 

nakryła do stołu i przekonała wujka, by wbił się w 
smoking.  Jednak  nie  miała  już  wpływu  na  to,  że 
Lewis wylał trochę zupy na plecy pani Ashford i 
przewrócił  kieliszek  z  winem,  a  przyjacielem 
lorda  okazał  się  zupełnie  kto  inny,  niż  się  spo-
dziewano. 

Właśnie  ten  ostatni  fakt  został  uznany  za 

największą klęskę. 

-

 

Dlaczego 

ten 

Wormsley 

go 

nie 

przyprowadził?  -  jęczała  Whitney  po  wyjściu 
gości.  -  Zachował  się  wręcz  nietaktownie, 
prawda?  Przecież  mieszka  na  jachcie  Van-
dercampa  i  rzekomo  jest  jego  najbardziej 
zaufanym  powiernikiem!  Nie  popisałaś  się,  Rae! 
Powinnaś  była  nalegać,  żeby  przyszedł  z 
księciem! On na pewno chciałby mnie... 

background image

 

 

105 

-

 

Czy ja wiem... - Tym razem to Rae była górą. 

-Książę  umie  lawirować  i  zwodzić  ludzi,  nie 
sądzisz?  Nawet  na  własnym  przyjęciu  wiedział, 
jak zniknąć. Ja go nigdzie nie zauważyłam, a ty? 

Whitney zignorowała tę przejrzystą aluzję. 

background image

 

 

106 

-  Jaka  szkoda.  Dzisiejsze  spotkanie  byłoby 

wspaniałą  okazją  do  pogłębienia  znajomości. 
Boże, jeszcze tylko dwa dni i on wyjedzie. 

Dwa dni minęły, jak z bicza strzelił. Pomagając 

paniom  Ashford  stroić  się  na  końcowy  mecz, 
Paula  szczerze  żałowała,  że  nie  może  iść  z  nimi. 
Była  to  ostatnia  okazja,  aby  zobaczyć,  jak  gra 
Brad  Vandercamp.  Żeby  w  ogóle  go  zobaczyć. 
Nie,  to  nie  tak.  Rzecz  w  tym,  że  nigdy  nie 
widziała  meczu  polo.  Oczywiście,  tylko  o  to  jej 
chodziło. Bez wątpienia. 

Później  dowiedziała  się  od  podekscytowanych 

pań, że drużyna Anglików zwyciężyła w turnieju. 
O niczym więcej nie było mowy, ponieważ matka 
i jej dwie córeczki zaczęły przygotowywać się do 
wielkiego  balu.  Jeszcze  tylko  dziś  wieczorem 
miały szansę wywrzeć oszałamiające wrażenie na 
księciu. 

Jednak on się nie zjawił. Paula usłyszała o tym 

nazajutrz, gdy podawała późne śniadanie. 

-

 

Coś  takiego!  -  syknęła  Whitney  i  gniewnie 

zaatakowała  zębami  kawałek  grzanki.  -  Mógł 
przyjść  chociażby  przez  grzeczność.  I  to  on 
powinien  był  odebrać  puchar,  a  nie  ten 
pompatyczny lord Wormsley, który  wygłosił naj-
nudniejsze  przemówienie,  jakie  kiedykolwiek 
słyszałam. 

-

 

Wcale  nie!  -  Rae  nieco  zbyt  energicznie 

odstawiła filiżankę na spodeczek. - I z pewnością 
nie  był  pompatyczny!  Nawet  słowem  nie 

background image

 

 

107 

wspomniał  o  dokonaniach  swojej  drużyny,  tylko 
stwierdził,  że  zawodnicy  z  radością  wzięli  udział 
w  imprezie,  której  przyświecał  szlachetny  cel  i 
wszyscy 

powinniśmy 

być 

dumni, 

bo 

wspomogliśmy dom dziecka. 

background image

 

 

108 

-

 

Ale  gada!  i  gadał!  -  obstawała  przy  swoim 

Whitney. - Marzyłam, żeby wreszcie przestał truć 
i powiedział nam, gdzie jest książę. 

-

 

A jakie to ma znaczenie? - Usta Rae wygięły 

się  w  drwiącym  uśmieszku.  -  Nie  przyszedł  na 
bal,  widocznie  te  twoje  pełne  ekspresji  oczy 
wcale go nie urzekły! 

-

 

Och,  zamknij  się!  Nie  musisz  być  taka 

zgryźliwa.  Zresztą,  twój  ukochany  lord  też  już 
wyjechał.  Razem  z  księciem.  A  ty  zostałaś  na 
lodzie! - Ładną twarz Whitney wykrzywił gniew. 
- Księcia już nie ma w San Diego! 

Już  go  tu  nie  ma,  powtórzyła  w  duchu  Paula  i 

niespodziewanie  ogarnęło  ją  dziwne  odrętwienie. 
Już  nigdy  nie  spotka  Brada  Vandercampa.  Nie 
zobaczy  tych  iskierek  wesołości  w  jego  oczach, 
nie usłyszy jego głosu, nie poczuje dotyku... 

Na litość boską,  co ja wyprawiam, skarciła się 

w  duchu.  Zachowuję  się  równie  idiotycznie,  jak 
Whitney! 

Z zadowoleniem powitała fakt, że pani Ashford 

wkroczyła do kuchni, opryskliwie domagając się, 
aby Paula zrobiła coś z jej biedną głową. 

Paula  natychmiast  pośpieszyła  z  pomocą. 

Ciężka  praca  to  najlepsze  lekarstwo  na  smutek, 
pomyślała.  W  nawale  zajęć  człowiek  nie  ma 
czasu zadręczać się jałowymi spekulacjami. 

I  choć  zwijała  się  jak  fryga,  jednak  przez  cały 

dzień  towarzyszyło  jej  uczucie  przemożnego 
smutku. 

background image

 

 

109 

 
Zobaczył nazwisko na skrzynce listowej. 
Ashford. Przejechał obok domu dwukrotnie, 
zanim skręcił za róg i zaparkował. 

background image

 

 

110 

Postanowił skorzystać z wejścia dla służby. W 

tych  starych  dżinsach  i  powyciąganej  bluzie 
raczej nie będzie rzucać się w oczy. 

Lewis  nie  poznał  się  na  markowych  dżinsach, 

lecz  natychmiast  rozpoznał  księcia.  Zaprzestał 
wyrywania 

chwastów 

zmierzył 

intruza 

podejrzliwym spojrzeniem. 

-

 

Dzień dobry, sir. Mogę w czymś pomóc? 

-

 

Mam nadzieję. Szukam panny Grant. Pauli 

Grant. 
-

 

Przykro mi. To rezydencja państwa Ashford. 

-

 

Wiem.  Ale  sądziłem...  wydawało  mi  się,  że 

panna Grant jest tutaj zatrudniona. 

-

 

Owszem, sir, lecz nie wolno jej przyjmować 

gości. 
-

 

Cóż...  rozumiem.  -  Dlaczego  ten  ogrodnik 

łypie  na  niego  wrogo?  -  To  właściwie  nie  jest 
wizyta  towarzyska.  Chciałem  skontaktować  się  z 
panną Grant. Proszę ją zawiadomić... 

-

 

Nie ma jej. 

Do  licha.  Ten  facet  wyraźnie  próbował  go 

spławić.  Brad  poczuł  gwałtowny  przypływ 
irytacji. 

-

 

Słuchajcie, 

mój 

dobry 

człowieku. 

Kimkolwiek jesteście, ja życzę sobie tylko... 

-

 

Proszę 

sobie 

darować 

tego 

„dobrego 

człowieka"!  I  nie  interesują  mnie  pańskie 
ż

yczenia,  zwłaszcza  te,  dotyczące  Pauli.  Nic  z 

tego, jasne?! 

background image

 

 

111 

Brad  gapił  się  na  mężczyznę  coraz  bardziej 

zaskoczony. Czyżby natknął się na pana domu we 
własnej  osobie?  Ten  osobnik  z  pewnością  nie 
zachowywał się jak służący. 

-

 

Przepraszam, ale chciałbym coś wyjaśnić. 

Jestem... 
-

 

Wiem,  kim  pan  jest  i  nie  zamierzam 

pozwolić  Pauli  na  kontakty  z  ludźmi  pańskiego 
pokroju. 

background image

 

 

112 

Brada  zatkało.  Nigdy  w  życiu  nikt  nie 

potraktował  go  z  tak  jawną  wrogością.  Głośno 
przełknął ślinę i spróbował jeszcze raz. 

-  Szanowny panie... 

-  Lewis,  pamiętaj,  żebyś...  -  W  drzwiach 

pojawiła  się  pani  Ashford.  -  O  mój  Boże!  My... 
myślałyśmy, że pan wyjechał! To znaczy... Panie 
Vandercamp!  Brad! Mój drogi chłopcze, co pana 
sprowadza?  -  paplała  jak  najęta,  najwyraźniej 
zakłopotana i zachwycona równocześnie. 

-  Dzień dobry, pani Ashford. Przyszedłem, 
ż

eby... 

-

 

Pan  pytał  o  panienkę  Whitney  -  wtrącił 

bezczelny  ogrodnik  i  wyzywająco  spojrzał  na 
gościa. 

-

 

Och,  to  doprawdy  cudownie.  Córka  będzie 

zachwycona.  Proszę  do  środka  -  zaszczebiotała 
pani  Ashford  i  zawahała  się.  -  Ale  nie,  nie  tędy. 
Lewis,  proszę  zaprowadzić  pana  do  frontowego 
wejścia. 

background image

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 
Brad 

ruszył 

za 

swoim 

przewodnikiem, 

zdegustowany i zły jak diabli. Panienka Whitney! 
Też  coś!  Już  miał  zażądać  wyjaśnień,  lecz 
mężczyzna odezwał się pierwszy. 

-

 

Pauli bardzo zależy na tej pracy. 

-

 

Nie zamierzam Pauli zaszkodzić. Chciałbym 

tylko... 
-

 

A  pani  Ashford  nie  pozwala  jej  nikogo 

zapraszać - dodał Lewis, jakby go nie usłyszał. 

-

 

Może więc... - Brad urwał. Lepiej nie prosić 

tego człowieka o przekazanie wiadomości, bo nie 
wiadomo,  jak  zareaguje.  Chyba  miał  jakieś 
zastrzeżenia  co  do  osoby  Brada  Vandercampa. 
Ale dlaczego, u licha? Przecież nawet go nie znał. 
Zresztą, to tylko ogrodnik. Jakim prawem wtrącał 
się w cudze sprawy? 

Zanim 

Brad 

zdążył 

przeanalizować 

nieoczekiwany  problem,  dotarli  do  frontowych 
drzwi. 

background image

 

 

114 

-  Proszę, 

proszę 

dalej 

zagruchała 

rozpromieniona pani Ashford. - Cóż za wspaniała 
niespodzianka. Whitney zaraz zejdzie. 

Brad  wszedł  do  środka,  zastanawiając  się,  jak 

wybrnąć  z  kłopotu.  Nie  chciał  narazić  Pauli  na 
utratę  pracy,  lecz  ani  myślał  udawać  adoratora 
Whitney. Wystarczy, że już raz popełnił taki błąd, 
odwiedzając rodziców Sheili Moody. 

background image

 

 

Brad  przyszedł  w  czwartek,  a  Paula  właśnie 

wtedy  uczęszczała  na  zajęcia.  Nazajutrz  rano 
panie  Ashford  wyszły  z  domu  bardzo  wcześnie, 
toteż  o  odwiedzinach  księcia  dowiedziała  się 
dopiero  wieczorem,  gdy  podawała  kolację.  Ależ 
się  nasłuchała!  A  Lewis  nie  pisnął  nawet 
słówkiem... 

Po kolacji pomaszerowała do kuchni, wstawiła 

do  zlewu  stertę  brudnych  talerzy  i  ujęła  się  pod 
boki. 

-  Wujku - syknęła, mierząc go oskarżycielskim 

spojrzeniem.  -  Nie  powiedziałeś  mi,  że  wczoraj 
gościliśmy księcia! 

Widelec  Lewisa  z  trzaskiem  wylądował  na 

podłodze.  Paula  zauważyła,  że  twarz  wujka 
nabiegła krwią. 

-

 

Posłuchaj, Paula. Nie musisz tak się na mnie 

wściekać. 
-

 

Nie wściekam się. 

-

 

To  i  dobrze,  bo  nic  nie  zrobiłem.  -  Lewis 

podniósł widelec i odłożył go na stół. 

-

 

Przeciwnie. Celowo coś przede mną ukryłeś. 

-

 

Skądże. Ja tylko... 

-

 

Myślałeś,  że  się  nie  dowiem?  Przecież  one 

paplały tylko o nim. Podobno najpierw rozmawiał 
z tobą przy kuchennych drzwiach. 

-

 

Chciałem oszczędzić ci przykrości. 

-

 

Doprawdy?  -  Postanowiła  trochę  się  z  nim 

podro-czyć.  -  Słabo  mi  -  jęknęła,  kładąc  dłoń  na 
sercu.  -  Chyba  zemdleję...  -  Urwała,  bo  Lewis 

background image

 

 

116 

patrzył  na  nią  z  jawnym  przerażeniem.  -  Hej, 
głowa do góry! Tylko cię nabieram! - Otoczyła go 
ramieniem.  -  Jednak  chyba  trochę  za  bardzo 
przejąłeś się rolą opiekuna. 

-

 

Nie chcę, żebyś cierpiała, dziecinko. 

-

 

Co ty pleciesz! Chyba nie przypuszczasz, że 

jestem 

background image

 

 

117 

zazdrosna  o  Whitney?  Och,  nie  rób  takiej 
zdumionej  miny!  Już  ci  mówiłam,  że  wcale  nie 
mam  bzika  na  punkcie  Brada.  Niby  dlaczego 
miałabym się przejmować tym, kogo odwiedza? 

-

 

Eee... nie wiedziałem. 

-

 

Teraz  już  wiesz.  Nie  jestem  ani  trochę 

zazdrosna  czy  urażona.  Nic  z  tych  rzeczy!  -  Z 
trudem  przełknęła  ślinę  i  posłała  wujkowi 
promienny uśmiech. - No dalej, skończ jedzenie. 

Lewis  wziął  widelec  i  wlepił  wzrok  w  talerz, 

lecz  nadal  wydawał  się  zafrasowany.  Nie 
przekonałam  go,  pomyślała.  Dlatego  myjąc 
talerze,  starała  się  zachowywać  beztrosko.  Siląc 
się  na  lekki  ton,  streściła  też  rozmowę,  której 
przysłuchiwała się w jadalni. 

-  Whitney 

jest 

siódmym 

niebie 

oświadczyła. -Podobno od początku wiedziała, że 
między  nimi  zaiskrzyło.  Nie  wierzy,  jakoby 
książę  wpadł  tutaj  tylko  po  drodze  na  ranczo, 
które zamierza kupić. 

Słowo „ranczo" podziałało na Lewisa 
elektryzująco. 

-

 

Po jaką cholerę potrzebne mu ranczo? 

-

 

Chce tam trzymać swoje konie do gry w 

polo. 
-

 

Nie może ich odesłać tam, skąd przyjechały? 

-W głosie Lewisa zabrzmiała wyraźna irytacja. 

-

 

Spodobała  mu  się  ta  okolica,  więc  chyba 

zostanie  tu  na  dłużej.  -  Paula  zachichotała.  - 
Whitney twierdzi, że ze względu na nią. 

background image

 

 

118 

Lewis skwitował to pogardliwym 
prychnięciem. 
-  Och,  ona  uważa,  że  wszyscy  są  pod  jej 

urokiem.  Podobno  w  głębi  serca  czuła,  że  on 
wcale nie odpłynął swoim jachtem. 

background image

 

 

119 

-

 

Też coś! 

-

 

Płotka  głosi,  że  jego  matka  wraz  z  grupą 

przyjaciół  ma  przylecieć  z  Anglii  na  Florydę,  a 
potem  chcą  popłynąć  w  rejs  na  Karaiby.  Dlatego 
kapitan  popłynął  przez  Kanał  Panamski  do 
Miami.  Tylko  pomyśl...  -  Paula  westchnęła 
rozmarzona.  -  Rancza,  jachty,  wszystko,  czego 
dusza  zapragnie.  Na  każde  skinienie!  Musi  być 
miło, prawda? 

-  Owszem, jeśli marzysz o luksusach - burknął 
wujek.  Whitney  niewątpliwie  pragnie  właśnie 
takiego życia, 

pomyślała  Paula.  Zauważyła  błysk  chciwości  w 
jej  oczach, 

gdy  panna  Ashford  barwnie 

rozwodziła 

się 

na 

temat 

czekających 

ją 

perspektyw. 

Luksusy.  Bradowi  nigdy  ich  nie  brakowało. 

Nie  miał  tylko  kogoś  bliskiego,  z  kim  mógłby 
porozmawiać. 

Jakie tó smutne. 
-  O czym myślisz? - spytał Lewis 
niespotykanie ostro. 
-  Och,  o  niczym.  A  właściwie  o  Whitney  - 

zapewniła pośpiesznie i skarciła się w duchu. 

Za  dużo  i  za  szybko  paplała.  Lewis  często 

powtarzał, że jeśli jego bratanica ma słowotok, to 
znaczy,  że  coś  jest  nie  tak...  Powinna  przekonać 
wujka, że wszystko jest w porządku. 

-  O  tym,  jak  one  podnieciły  się  tą  jedną 

wizytą.  Nawet  poczęstowały  go  herbatą,  bo  o  tej 

background image

 

 

120 

porze  Anglicy  nie  piją  nic  innego.  A  na  dodatek 
same  ją  zaparzyły  i  podały,  ponieważ  mnie  nie 
było, a ty pracowałeś w ogrodzie. Szkoda, że nie 
widziałam,  jak  się  do  tego  zabierały.  I  ciekawe, 
co  podały  na  deser,  oprócz  brzoskwiniowej  tarty 
mojego wypieku. 

background image

 

 

121 

Paula  nagle  umilkła.  Znów  gadała  jak  najęta. 

Wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić wolniej: 

-  Skończyłeś?  To  daj  talerz.  Zostało  jeszcze 

kilka  ciastek.  Masz  ochotę?  Z  gorącą  kawą  czy 
zimnym mlekiem? 

 
W  następny  czwartek  czekała  na  autobus  o 

dwunastej  dwadzieścia,  żeby  pojechać  na  zajęcia 
z  biologii.  I  właśnie  wtedy  zobaczyła  księcia. 
Zatrzymał się tuż przed nią. 

-

 

Ależ jesteś pochłonięta lekturą. 

-

 

Tak... zaczytałam się. 

-

 

Niewątpliwie.  -  Usiadł  obok  niej.  -  Od 

dziesięciu minut nie podniosłaś wzroku. 

-

 

Od  dziesięciu  minut?  -  powtórzyła  jak 

idiotka. Co on tutaj robi? 

-

 

Dokładnie 

zapewnił 

powagą. 

Obserwowałem cię z przeciwnej strony ulicy. 

-

 

Naprawdę? - Spojrzała na zaparkowany przy 

kra wężniku sportowy samochód. 

-

 

Prawie  cię  nie  poznałem.  Nie  jesteś  w 

uniformie.  -  Popatrzył  na  jej  dżinsy  i  sweter.  - 
Podoba mi się ten strój na luzie. 

-

 

Jest wygodny. 

-

 

Prawie 

mnie 

zmylił. 

Ż

adnego 

wykrochmalonego  fartuszka  ani  koronkowego 
czepka. Gdybyś tak nie pochyliła głowy... Wiesz, 
ż

e nigdy nie widziałem takiej fantazyjnej fryzury 

jak twoja? 

background image

 

 

122 

Nic dziwnego, pomyślała. Zawsze strzygła się 
sama. 
-  Twoje loki układają się w szczególny sposób, 

gdy  lekko  pochylisz  głowę.  Minąłem  cię  i 
zawróciłem, żeby lepiej się przyjrzeć. 

background image

 

 

123 

-  Akurat  tędy  przejeżdżałeś?  -  Pewnie  w 

drodze do Whitney. 

-  Owszem. Ostatnio często krążę po tej 
okolicy. Popatrzyła na niego pytająco. 
Wiedziała, że nie złożył 

paniom Ashford drugiej wizyty. 

-

 

Postanowiłem... lub raczej poszedłem za radą 

mojego  przyjaciela  Carla,  chociaż  wystawanie 
pod  cudzymi  drzwiami  niezbyt  mi  odpowiada.  - 
Brad rozsiadł się wygodniej i wyprostował długie 
nogi. 

-

 

Słucham? - O czym on gada? 

-

 

Nieważne.  Co  robisz  tak  daleko  od  miejsca 

pracy? A może tam nie mieszkasz? 

-

 

Mieszkam,  ale  miejska  komunikacja  nie 

dociera  w  pobliże  wypieszczonych  trawników 
ulicy  Turtle  Cove.  Właśnie  czekałam...  O  rany, 
właśnie  mi  ucieka!  -  Zerwała  się  z  ławki,  lecz 
autobus już ruszył. 

-

 

Chciałaś gdzieś jechać? 

-

 

No 

pewnie! 

Chyba 

nie 

sądzisz, 

ż

przesiaduję  na  przystanku  dla  zdrowia.  - 
Następny  autobus  miała  dopiero  za  godzinę.  - 
Psiakość,  tak  się  zagadałam.  -  Westchnęła 
ponuro.  Wyglądało  na  to,  że  w  towarzystwie 
Brada  Van-dercampa  zawsze  zapominała  o 
bożym świecie. - Gdybyś mnie nie zaczepił... 

-

 

I  tak  byś  przegapiła  ten  autobus.  -  Gestem 

wskazał książkę. - Musi być fascynująca. 

background image

 

 

124 

-

 

Nie  jest.  -  Paula  nie  lubiła  kroić  zwierząt, 

lecz skoro zamierzała zostać weterynarzem... 

-

 

Więc co cię tak wciągnęło? 

-

 

Anatomia wieprza. 

-

 

Poważnie? 

background image

 

 

125 

-

 

Mamy  dzisiaj  przeprowadzić  sekcję  świni,  a 

ja  pewnie  nie  zdążę  na  zajęcia.  Wykułam 
wszystko,  a  ominą  mnie  takie  ćwiczenia.  - 
Kopnęła  krawężnik,  zła  na  Van-dercampa.  I  na 
siebie.  Stała  tu  jak  idiotka,  gadając  o  niczym  z 
tym...  tym...  playboyem,  jak  nazwał  go  Lewis. 
Prawdopodobnie  trafnie.  Pewnie  Brad  obdarza 
tym  słodziutkim  uśmieszkiem  każdą  potencjalną 
zdobycz... 

-

 

Dokąd, milady? 

-

 

Co? 

-

 

Gdziekolwiek  zamierzałaś  znęcać  się  nad 

ś

winią, zawiozę cię tam szybciej niż ten autobus. 

-

 

Jak miło z twojej strony - przyznała, gdy trzy 

minuty później sportowe auto wyprzedziło pojazd 
komunikacji  miejskiej.  -  Nawet  zdążę  się  jeszcze 
przygotować. 

-

 

Do  krojenia  prosiaka.  -  Brad  skrzywił  się  z 

niesmakiem i zerknął na nią spod oka.  - Patrzysz 
w  gwiazdy,  bywasz  kelnerką  i  jeszcze  świnie... 
Cóż za szerokie zainteresowania. 

-

 

To wszystko się ze sobą łączy. 

-

 

Co takiego? 

-

 

Najpierw  o  czymś  marzysz,  obserwując 

spadającą gwiazdę. Potem bierzesz się do roboty, 
aby  marzenie  się  spełniło.  Chciałabym  zostać... 
weterynarzem. 

-

 

Serio?  Jesteś  chodzącą  zagadką.  Ten  świat 

chyba zwariował. Dawniej młode kobiety marzyły 
o bardziej romantycznych rzeczach. 

background image

 

 

126 

-

 

Pewnie tak - przyznała z uśmiechem. Cóż, jej 

romantyczne marzenia - te dotyczące małżeństwa 
z  Tobym  -  stały  się  nierealne.  -  Chyba  uznałam, 
ż

e wszystko poza tym już mam. 

background image

 

 

127 

-

 

Nadal tak uważasz? 

-

 

Czy  ja  wiem...  -  Jakim  cudem  jeden  taniec, 

jeden  pocałunek  pod  gwiaździstym  niebem  mógł 
obudzić  tyle  nowych  pragnień,  wprowadzić  tyle 
fermentu w jej spokojne, uporządkowane życie? 

-

 

Nie odpowiedziałaś. 

-

 

Muszę się zastanowić - odparła ze śmiechem, 

usiłując  zignorować  głupie  porywy  serca.  -  Cóż, 
nie  mam  wszystkiego,  czego  chcę,  ale  trzeba  się 
trochę  napracować,  by  zrealizować  niektóre 
marzenia. Właśnie dlatego tak się cieszę, że mnie 
podwieziesz. Nie powinnam opuścić tych zajęć. 

-

 

Zwłaszcza że masz kroić świnię. 

-

 

A potem nawet konia. 

-

 

Konia?!  -  Wolałby  ją  widzieć  w  roli 

weterynarza  leczącego  małe,  łagodne  pieski  i 
kotki. - Chyba żartujesz! 
-  Natychmiast  odezwał  się  w  nim  instynkt 
opiekuńczy. Przecież wystarczyłoby jedno solidne 
kopnięcie  ogiera,  by  człowiek  pozostał  do  końca 
ż

ycia niepełnosprawny lub... zginął! 

-

 

Uwielbiam  konie  i  świetnie  sobie  z  nimi 

radzę  -  zapewniła  z  dumą.  -  Ale  do  tego  jeszcze 
daleka droga. Na razie muszę tylko zmierzyć się z 
martwą świnią. 

-

 

Oraz  z  dojazdami  autobusem,  harówką  u 

Ashfordów  i  pracą  dla  Harry'ego.  Nie  możesz  z 
czegoś zrezygnować? 

background image

 

 

128 

-  Przypomniał sobie jej stwierdzenie, że niektórzy 
muszą  zarabiać  na  życie  ciężką  pracą,  i  dziwnie 
go to rozstroiło. 

-  Przyda się każdy grosz - odparła ze stoickim 

spokojem. - Spełnianie marzeń bywa kosztowne. 

Brad  przez  chwilę  analizował  to  stwierdzenie. 

Sam  nigdy  nie  musiał  kiwnąć  palcem,  aby  kupić 
coś, czego za 

background image

 

 

129 

pragnął.  Jednak  ta  dziewczyna  najwyraźniej  była 
zadowolona z faktu, że... że jest taka samodzielna. 

-  Fantastycznie! - zawołała Paula. - Normalnie 

muszę  przejść  jeszcze  spory  kawałek  od 
przystanku do uczelni. Jedź prosto i na następnym 
rogu  skręć  w  lewo.  Laboratoria  są  na  końcu 
tamtego  kompleksu.  -  Pośpiesznie  zgarnęła 
książki, 

gdy 

Brad 

zatrzymał 

auto 

przed 

wskazanym  budynkiem.  -  Uratowałeś  mi  życie. 
Dzięki. 

-  Ile trwają te ćwiczenia? Poczekam na ciebie. 

-  Nie,  nie  trzeba.  Za  dwie  godziny  mam  inne 

zajęcia,  więc  wrócę  autobusem.  Już  i  tak  bardzo 
mi pomogłeś. Cześć. 

Nie  odpowiedział  na  pożegnanie.  Śledził  ją 

wzrokiem,  gdy  dołączyła  do  grupy  studentów,  a 
kiedy  znikła  za  drzwiami,  spytał  jakiegoś 
chłopaka,  gdzie  jest  parking.  Tym  razem  nie 
zamierzał  pozwolić  jej  umknąć.  Musiał  najpierw 
uzyskać  odpowiedzi  na  swoje  pytania.  Gdzie  i 
kiedy mógłby znów się z nią spotkać? Jak można 
się  z  nią  skontaktować?  I  kim  jest  ten 
niesympatyczny  ogrodnik,  który  zachowuje  się 
jak podwórzowy brytan? 

Brad nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek 

musiał  tak  się  natrudzić,  organizując  randkę. 
Zazwyczaj wystarczył jeden telefon lub przesłanie 
wybrance  tuzina  róż.  Czasem  nawet  i  to  było 
zbędne.  Na  ogół  musiał  wręcz  unikać  zbyt 
agresywnych  dziewczyn  lub  ich  przebiegłych 

background image

 

 

rodziców,  którzy  chcieli  złapać  bogatego  męża 
dla swoich córeczek. Nigdy specjalnie się tym nie 
przejmował,  wiedział  jednak,  że  jest  uważany  za 
ś

wietną  partię.  Czemu  więc  ów  impertynencki 

ogrodnik 

uznał 

go 

za 

nieodpowiedniego 

kandydata? 
Brad zaparkował auto i pomaszerował energicznie 

background image

 

 

131 

przez rozległy trawnik. Prawie nie zwrócił uwagi 
na  siąpiący  kapuśniaczek,  zbyt  pochłonięty 
kolejnym  dręczącym  go  pytaniem.  Dlaczego  za 
wszelką  cenę  pragnął  lepiej  poznać  właśnie  tę 
dziewczynę? 

 
Ledwie  mogła  uwierzyć,  że  on  nadal  tu  jest. 

Poczuła  też  przyjemny  dreszczyk,  gdy  Brad 
Vandercamp  szukał  kogoś  wzrokiem  i  na  jej 
widok  wyraźnie  się  odprężył.  Miał  postawiony 
kołnierz  marynarki,  a  miedzianorude  włosy  były 
mokre od deszczu. 

-

 

Czemu nie wszedłeś do środka? 

-

 

Och, byłem tam. Zwiedziłem cały budynek i 

nawet  zajrzałem  do  twojego  laboratorium  z  tymi 
cuchnącymi  świnkami.  -  Brad  skrzywił  się 
wymownie. - Nie wiem, jak wy to znosicie. 

-

 

Można się przyzwyczaić. 

-

 

Osobiście  wolę  sterczeć  na  deszczu.  Poza 

tym  nie  chciałem  cię  przegapić  w  tym 
zatłoczonym 

holu, 

więc 

postanowiłem 

obserwować  wyjście.  -  Zarzucił  sobie  jej  plecak 
na ramię i wziął ją za rękę. 

-

 

Zmarnowałeś  ponad  trzy  godziny.  -  Z 

przyjemnością wsunęła  palce w jego  ciepłą, dużą 
dłoń. - Mówiłam ci, żebyś nie czekał. 

-

 

Wiem. Ale nie zamierzam znów cię stracić. 

-

 

Stracić mnie? 

-

 

Właśnie.  Gdy  dowiedziałem  się,  gdzie 

mieszkasz,  uznałem,  że  bez  trudu  cię  odnajdę. 

background image

 

 

Lecz gdy przyszedłem do rezydencji Ashfordów i 
chciałem  się  z  tobą  zobaczyć,  okazało  się  to 
niewykonalne. 

-

 

Ty... Kiedy? 

background image

 

 

133 

- Jak to? 
-

 

Kiedy o mnie pytałeś? 

-

 

Jakiś  tydzień  temu.  Dokładnie  w  czwartek. 

Prawdopodobnie  byłaś  na  zajęciach,  tak  jak 
dzisiaj. 

-

 

Myślałam, że przyszedłeś do Whitney. 

-

 

Wcale nie o nią mi chodziło. 

-

 

Ach  tak.  -  To  oczywiste,  że  wszyscy  uznali 

go za adoratora Whitney. 

-

 

Nie 

prostowałem 

pomyłki, 

ponieważ... 

odniosłem wrażenie, że mógłbym ci zaszkodzić. 

Jeszcze jak, pomyślała przerażona. Gdyby 
spytał o nią... 

-  Powinienem 

przewidzieć, 

ż

twoi 

chlebodawcy nie pozwalają ci przyjmować gości. 

Ale  ona  już  go  nie  słuchała.  Miała  ochotę 

skakać  ze  szczęścia.  Brad  przyszedł  do  niej,  nie 
do  Whitney.  Jeszcze  nigdy  chłodne,  wilgotne 
powietrze  nie  wydawało  się  takie  ożywcze,  a 
miasteczko  uniwersyteckie  takie  piękne.  Paula 
westchnęła rozmarzona, a dręcząca ją od tygodnia 
zazdrość nagle znikła. 

-

 

Masz czas, prawda? 

-

 

Czas? - Wyjeżdżali z parkingu, a ona dopiero 

teraz  zdała  sobie  sprawę,  że  Brad  coś  do  niej 
mówił. 

-

 

Ż

eby zjeść ze mną kolację. Nie musisz zaraz 

wracać? 
-

 

Nie.  -  Czwartkowe  wieczory  miała  wolne,  o 

ile  panie  Ashford  nie  zaplanowały  czegoś 

background image

 

 

szczególnego  lub  nie  musiała  pracować  dla 
Harry'ego. 

-

 

Doskonale,  Wiesz  co?  Ty  znasz  to  miasto 

lepiej niż ja. Dokąd warto pójść? 

-

 

Niech pomyślę. - Tak się cieszyła, że jeszcze 

trochę  pobędą  razem.  Przez  chwilę  zastanawiała 
się nad wyborem 

background image

 

 

135 

miejsca. Wolała nie natknąć się na znajomych pań 
Ashford  ani  nie  siedzieć  w  barze  pełnym 
hałaśliwych studentów, gdzie człowiek nie słyszy 
nawet własnych myśli. 

W  końcu  pojechali  do  małej  włoskiej 

restauracyjki.  Nikt  nie  patrzył  tam  krzywym 
okiem na klientów w dżinsach, a o tej porze salka 
była  prawie  pusta.  Zajęli  stolik  przy  oknie  i 
natychmiast zaczęli rozmawiać. Prawie nie tknęli 
pysznego  spaghetti  i  czerwonego  wina.  Paula 
opowiadała  o  swoich  studiach  i  życiu  w 
Wyomingu,  a  Brad  mówił  o  Anglii  i  meczach 
polo.  Wspomniał  też,  że  całkiem  niedawno  kupił 
małe  ranczo  i  chciałby  je  jej  pokazać.  Kiedy 
mogłaby z nim pojechać? 

Paula zawahała się. Z rozkoszą wybrałaby się z 

Bra-dem  na  taką  wycieczkę,  ale  nie  była  pewna, 
czy zdoła wykroić trochę wolnego czasu. 

-

 

Nie  wiem,  kiedy  będzie  to  możliwe.  W 

niedzielę  zazwyczaj  mam  wychodne,  lecz  jeśli 
panie Ashford coś zapla... 

-

 

Więc  spotkamy  się  w  niedzielę.  Nie  jesteś 

przecież ich niewolnicą. 

-

 

Nie, ale one zgodziły się, bym kontynuowała 

studia, więc w rewanżu staram się iść im na rękę. 

-

 

Szkoda,  że  mniej  zrozumienia  wykazuje  ten 

cholerny ogrodnik! 

-

 

Ogrodnik? 

-

 

Pracujący  u  pani  Ashford.  Ostatnio...  - 

Tknięty  nagłą  myślą,  Brad  spojrzał  badawczo  w 

background image

 

 

136 

oczy Pauli. - Słuchaj, jeśli ten stary dziad dobierał 
się do ciebie albo próbował jakichś sztuczek, to... 

-

 

Lewis?  -  Paula  roześmiała  się  perliście.  - 

Ależ skąd! To przecież jest... 

background image

 

 

137 

-

 

Piekielnie  zaborczy  facet.  Spytałem  go  o 

ciebie,  a  on  mało  nie  skoczył  mi  do  gardła.  I 
natychmiast  zażądał,  bym  trzymał  się  od  ciebie  z 
daleka. 

-

 

Chwileczkę.  -  Paula  odstawiła  kieliszek.  - 

Powtórz to. Lewis wiedział... Powiedziałeś mu, że 
przyszedłeś do mnie? 

-

 

Oczywiście.  Poszedłem  do  tylnych  drzwi  i 

natknąłem  się  na  tego  osobnika.  Spytałem  o 
ciebie,  a  on  od  razu  się  wkurzył.  Właśnie  się 
kłóciliśmy,  gdy  z  domu  wyjrzała  pani  Ashford,  i 
ten  typ  miał  czelność  oświadczyć,  że  szukam 
panienki Whitney! Miałem ochotę go udusić. 

Paula  nie  posiadała  się  z  oburzenia.  Jak  wujek 

mógł  zrobić  coś  takiego!  Nic  dziwnego,  że 
zachowywał  się  potem  potulnie  jak  baranek  i  był 
taki  zakłopotany.  Okłamał  ją.  Pozwolił  jej 
zadręczać  się  myślą,  że  Brad  przyszedł  do 
Whitney. Poczekaj, Lewis! Niech tylko cię dorwę! 

-

 

Nie  pojmuję,  dlaczego  potraktował  mnie  jak 

wroga.  Skoro  mu  na  tobie  nie  zależy,  to  z  jakiej 
racji... 

-

 

Zależy  mu  na  mnie.  -  Gniew  opuścił  ją 

równie  nagle,  jak  się  pojawił.  Pora  uświadomić 
sobie  prawdę,  Paula.  Byłaś  załamana,  bo 
mężczyzna, którego spotkałaś dwa razy, przyszedł 
odwiedzić  inną  kobietę.  A  teraz  wariujesz  z 
radości, bo on siedzi naprzeciwko ciebie. 

-

 

A jednak - warknął Brad. 

background image

 

 

138 

-

 

Och,  nie  tak,  jak  myślisz  -  zapewniła 

pośpiesznie.  -  Lewis  jest  moim  wujkiem  i  ojcem 
chrzestnym. Zawsze stara się mnie bronić. 

-

 

Ale... przede mną? 

-

 

Niestety, tak. - Uśmiechnęła się z 

rozrzewnieniem. 
-

 

Dlaczego? Żałuje ci odrobiny rozrywki? Cóż 

złego  jest  we  wspólnym  zjedzeniu  kolacji?  Albo 
w wizycie na 

background image

 

 

moim  ranczu?  Kupiłem też  kilka  wierzchowców, 
między  innymi  śliczną  klacz,  w  sam  raz  dla 
ciebie. 

Rzeczywiście,  cóż  w  tym  złego,  pomyślała. 

Podchodziła  do  tego  wszystkiego  zbyt  poważnie. 
Zupełnie,  jakby  się  zakochała  lub  zrobiła  coś 
równie 

idiotycznego. 

ż

jest 

trochę 

podekscytowana?  Cóż,  pewnie  dlatego,  że  od 
dawna się nie bawiła, zakopana po uszy w nauce i 
pracy. 

-

 

Miałabyś  ochotę  pojechać  na  ranczo? 

Pojeździć  konno? Jeszcze  jak!  Nie  siedziała  w 
siodle od wyjazdu z domu. 
-

 

Z przyjemnością. 

 

-

 

Wspaniale. Przyjechać po ciebie czy... Może 

wolałabyś umówić się gdzieś w mieście? 

-

 

Raczej  tak.  Ale...  ale  mógłbyś  najpierw 

porozmawiać z Lewisem? 

-

 

Potrzebujesz jego pozwolenia? 

-

 

Nie.  Po  prostu  wolałabym,  żeby  panie 

Ashford nie dowiedziały się o naszym spotkaniu, 
a  czułabym  się  głu  pio,  oszukując  wujka.  Wiem, 
ż

e  martwiłby  się  o  mnie,  nie  wiedząc,  z  kim  się 

umówiłam.  Dlatego  byłoby  dobrze,  żeby  trochę 
cię  poznał.  -I  niech  się  przekona,  że  nie  jesteś 
takim  zepsutym,  bogatym  playboyem,  za  jakiego 
cię uważa, dodała w myśli. 

background image

 

 

140 

-

 

Nadzwyczajna  z  ciebie  dziewczyna.  -  Brad 

uśmiechnął  się,  trochę  zaskoczony  rozwojem 
sytuacji. 

-

 

Tak? 

-

 

Ś

liczna i interesująca. Prawdziwe wyzwanie. 

-

 

Dlaczego? 

-

 

Nieważne.  Gdzie  mam  stawić  czoło  temu 

tygrysowi?  W  jego  legowisku  czy  gdzieś  na 
neutralnym gruncie? 

background image

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

-

 

Masz na zbyciu dolca, chłopie? - Mężczyzna 

chwiał  się  na  nogach,  mrucząc  coś  o  kawie  i 
bilecie na autobus. Cuchnął whisky i potem. 

-

 

Najpierw  strzel  sobie  kawę.  -  Brad  dał 

pijaczkowi  dwudziestkę  i  ruszył  ciemnym 
zaułkiem,  zaśmieconym  potłuczonymi  butelkami 
po  tanim  winie  i  puszkami  po  piwie:  Na  ławce 
spokojnie chrapał jakiś facet, a po chodniku snuło 
się  kilku  innych.  Wyglądali  tak,  jakby  od  dawna 
mieszkali na tej ulicy. 

Brad 

zerknął 

na 

kartkę. 

Tawerna 

„U 

Tommy'ego", Ocean-side 601. Paula powiedziała, 
ż

e właśnie tam jej wujek będzie grał w pokera w 

piątkowy wieczór. 

Wybredny  tylko  w  doborze  partnerów  dla 

swojej  bratanicy,  z  przekąsem  pomyślał  Brad, 
wypatrując  szyldu.  Zauważył  go  za  następną 
przecznicą,  gdzie  chyba  zaczynała  się  lepsza 
dzielnica. Nic szczególnego, ale nie były to takie 
rudery,  jakie  właśnie  minął.  Tawerna  okazała  się 

background image

 

 

142 

solidnym,  dwupiętrowym  budynkiem,  w  którym 
mieścił  się  hotelik,  jadłodajnia  i  sala  gier, 
zapewne 

miejsce 

wieczornych 

spotkań 

pracowników pobliskiej bazy marynarki. 

Brad  wszedł  do  środka  i  stojąc  przy  drzwiach, 

obrzucił spojrzeniem salę, w której grano w karty 
i w kości. Goście 

background image

 

 

ś

miali  się  i  rozmawiali,  sącząc  drinki.  Panowała 

tu  taka  sama  atmosfera,  jak  w  wielu  innych 
klubach. 

Brad  dostrzegł  Lewisa  siedzącego  wraz  z 

sześcioma  mężczyznami  przy  stoliku  w  rogu. 
Wujek  Pauli  uważnie  wpatrywał  się  w  swoje 
karty,  a  przed  nim  leżał  spory  stosik  żetonów. 
Brad  nie  zamierzał  przeszkadzać  w  tak  ważnym 
momencie  rozgrywki.  Poszedł  do  baru,  usiadł  w 
miejscu,  skąd  dobrze  widział  Lewisa  Granta, 
zamówił  drinka  i  uzbroił  się  w  cierpliwość. 
Czekał  już  kilkanaście  minut,  gdy  na  sąsiednim 
stołku  przysiadł  młody  mężczyzna.  Chyba  męt  z 
tamtego  zaułka,  stwierdził  Brad,  ponieważ 
chłopak  był  zaniedbany  i  najwyraźniej  unikał 
kontaktu  wzrokowego  z  barmanem,  który  kilka 
metrów  dalej  gawędził  z  klientem.  Chłopak  łap-
czywie  wyjadał  orzeszki  i  chipsy  ze  stojących  na 
ladzie 

miseczek. 

Brad 

właśnie 

zamierzał 

taktownie  zaproponować  mu  hamburgera,  gdy 
ktoś huknął: 

-  Hej,  ty!  -  Barman  zgarnął  miski  i  wysypał 

resztę  ich  zawartości  do  kosza.  -  Trzymaj  swoje 
brudne  łapy  przy  sobie!  To  przekąska  dla 
klientów! I wynocha stąd, bo wezwę gliny! 

Chłopak  odskoczył,  zamierzając  umknąć,  lecz 

Brad chwycił go za ramię. 

-

 

Proszę  nas  obsłużyć  -  wycedził  tonem  nie 

znoszącym  sprzeciwu.  -  A  może  obsługuje  pan 
tylko wybranych klientów? 

background image

 

 

144 

-

 

Mam uwierzyć, że on jest ż panem? 

-

 

W  rzeczy  samej.  -  Brad  zmierzył  barmana 

wyzywającym  spojrzeniem.  -  Umówiłem  się  z 
nim, żeby pogadać o interesach. 

Barman  patrzył  na  niego  z  powątpiewaniem, 

lecz Brad nie na darmo był Vandercampem. 

background image

 

 

145 

-  Chyba coś zjemy - oświadczył. - Proszę nam 

podać..  .  -  Przesunął  wzrokiem  po  wiszącej  na 
ś

cianie  tablicy  ze  spisem  potraw  i  zamówił  tę 

najbardziej pożywną. 
-  Pasuje? - spytał chłopaka. 

On  zaś  tylko  skinął  głową,  oniemiały  ze 

zdumienia.  Już  po  chwili  z  apetytem  zaczął 
pałaszować. 

-

 

Zwolnij,  bracie  -  mruknął  Brad.  -  To  tempo 

nie wyjdzie ci na zdrowie. 

-

 

Umieram z głodu. Nie  wiem, kim pan jest, i 

wcale się tu nie umówiliśmy, ale serdecznie panu 
dziękuję. To mój pierwszy porządny posiłek od... 

-

 

Nie  byłbym  taki  pewny,  że  nie  pogadamy  o 

interesach. 

Co 

potrafisz 

robić? 

Brad 

przypomniał 

sobie, 

ż

trener 

kompletuje 

robotników  do  pracy  na  ranczu.  Ten  chłopak  na 
pewno do czegoś by się przydał. 

Nagle  zauważył,  że  Lewis  Grant  zbiera  swoje 

sztony,  więc  pośpiesznie  zapisał  na  wizytówce 
numer telefonu do swojego hotelu. 

-

 

Teraz muszę lecieć, ale proszę w najbliższym 

czasie do mnie zadzwonić - polecił i ruszył do sali 
gier.  Poczekał,  aż  Lewis  wymieni  żetony  na 
gotówkę  i  odejdzie  od  kasy.  -  Panie  Grant, 
moglibyśmy zamienić parę słów? 

-

 

Co pan tu robi? - Lewis zdumiał się na jego 

widok. 
-

 

Paula powiedziała, że tutaj pana znajdę. 

background image

 

 

146 

-

 

Doprawdy?  -  Ani  ton,  ani  mina  Lewisa  nie 

wróżyły nic dobrego. 

-

 

Chciałbym prosić o chwilę rozmowy. W 

cztery oczy 

-  dodał  Brad,  bo  kilku  mężczyzn  zaczęło  patrzeć 
na nich niezbyt przyjaźnie. 

Nie umknęło to również uwagi Granta. Lewis 

wzruszył 

background image

 

 

147 

ramionami  i  podszedł  do  wolnego  stolika  w 
najdalszym kącie sali. 

-

 

Słucham - warknął, gdy obaj usiedli. 

-

 

Paula namówiła mnie na to spotkanie. 

-

 

Po co? 

Lewis był najwyraźniej wrogo nastawiony, lecz 

Brad nie dał zbić się z tropu. 

-

 

Uznała,  że  poznawszy  mnie  trochę  lepiej, 

może...  łatwiej  zaakceptuje  pan  jej  znajomość  ze 
mną. 

-

 

Wiem  wszystko  o  panu  oraz  ludziach 

pańskiego  pokroju  i  nie  pozwolę,  żeby  się  pan  z 
nią zabawiał, jasne?! 

-

 

Zabawiał? 

Nie 

przepadam 

za 

tym 

określeniem.  -Brad  rozluźnił  węzeł  krawata. 
Psiakość,  ten  facet  jest  niezwykle  agresywny  i 
nieprzejednany!  -  Ale  zgodzi  się  pan,  że 
ostateczna  decyzja  należy  do  Pauli?  Wiem,  że 
kocha  swojego  wujka  i  liczy  się  z  jego  zdaniem, 
ale  już  jest  pełnoletnia.  Ma...  ile?  Dwadzieścia 
trzy lata? 

-

 

To  nieważne,  ile  ma  lat!  Troszczę  się  o  nią 

od  dziecka  i  tak  pozostanie.  Paula  to  bystra 
dziewczyna,  ale  nie  na  tyle,  żeby  przejrzeć 
pańskie intencje. Ja wiem, o co panu chodzi. 

-

 

Niby  o  co,  do  cholery?!  Lubię  Paulę,  a  jej 

chyba  sprawia  przyjemność  moje  towarzystwo. 
Chcielibyśmy  tylko  spotykać  się  od  czasu  do 
czasu i... 

background image

 

 

148 

-

 

Akurat!  Nadstaw  uszu,  smarkaczu!  -  Lewis 

groźnie wycelował w niego palec. - Wykluczone, 
ż

eby moja Paula prowadzała się z facetem, który 

nic  nie  robi  poza  balowaniem  i  pilnowaniem 
rodzinnej fortuny! 

-

 

Teraz  niech  pan  posłucha!  -  Brad  szturchnął 

go palcem w pierś. Lewis poruszył czułą strunę. - 
Już parę razy wspomniał pan o takich jak ja, więc 
pewnie słyszał pan 

background image

 

 

149 

o majątku 

Vandercampów 

oraz 

firmie 

Vandercamp Enterprises. A jeśli tak, to musi pan 
wiedzieć,  że  nie  siedzimy  bezczynnie  na  naszej 
forsie,  tylko  ciężko  pomnażamy  swój  majątek.  - 
Brad  użył  niezbyt  uczciwych  argumentów, 
ponieważ  sam  nie  prowadził  nigdy  żadnych 
interesów.  Najważniejsze,  że  przykuł  uwagę  tego 
impertynenta  po  przeciwnej  stronie  stołu.  Lewis 
milczał,  więc  Brad  kontynuował  przemówienie.  - 
Ma pan pojęcie, ilu ludziom dajemy Zatrudnienie? 
Tysiącom!  W  Europie,  Afryce  oraz  w  Stanach 
Zjednoczonych,  jeśli  to  pana  interesuje.  - 
Zadowolony  z  tej  tyrady  Brad  rozsiadł  się 
wygodniej 
i skinął  głową.  -  Pogadajmy  o  Pauli.  To 
zrozumiałe,  że  pan  ją  uwielbia.  Jest  wspaniałą, 
rozsądną,  inteligentną  kobietą,  która  bardzo 
ciężko pracuje. Moim skromnym zdaniem o wiele 
za  ciężko.  Dlaczego  tak  uparcie  odmawia  jej  pan 
prawa do odrobiny rozrywki? 

-

 

Wcale  nie  odmawiam.  -  Lewis  wreszcie 

odzyskał mowę. - Mój sprzeciw budzi tylko... 

-

 

Moja  osoba?  Z  jakiego  powodu?  Postaram 

się, żeby Paula dobrze się bawiła. Kocha konie, a 
podobno  nie  siedziała  w  siodle  od  dawna. 
Chciałbym zabrać ją na moje ranczo, żeby trochę 
pojeździła. 

Urwał,  bo  do  sali  wpadł  barman,  wlokąc  za 

kołnierz  zabiedzonego  chłopaka.  Zatrzymał  się 
przed Bradem. 

background image

 

 

150 

-

 

Powiedział  pan,  że  jesteście  razem,  a  jak 

podałem jedzenie, to pan się zmył! 

-

 

Nic podobnego. - Brad wstał. - Ile wynosi 

rachunek? 
-

 

Dziewięć  pięćdziesiąt.  Razem  z  pańskim 

drinkiem, który został na blacie. 

Brad sięgnął do kieszeni i przez chwilę z 
niedowierza 

background image

 

 

151 

niem gapił się na to, co z niej wyjął. Pięć dolarów 
i  osiemdziesiąt  pięć  centów.  Do  licha,  przecież 
miał  dwudziestkę.  Przypomniał  sobie  pijaczka  i 
zaklął pod nosem. 

-

 

Chwileczkę,  zaraz  przyniosę  z  samochodu 

książeczkę czekową. - Wcale nie był pewien, czy 
ją  tam  znajdzie.  Nigdy  nie  potrzebował  czeków 
ani  kart  kredytowych.  Wystarczało,  że  podał 
swoje nazwisko. Ale chyba nie tutaj. 

-

 

Nie  ze  mną  takie  numery  -  oświadczył 

barman. -Wzywam gliny. 

-

 

Mój dobry człowieku... 

-

 

Zamknij  się!  Wyczuwam  oszustów  na 

kilometr.  Od  razu  się  skapowałem,  że  kłamiesz. 
Ż

aden  wystrojony  laluś  z  dobrej  dzielnicy  nie 

będzie  mnie  robił  w  konia.  Hej,  Steve  -  zawołał 
do gapiącego się na nich kasjera. - Łap za telefon 
i dzwoń po... 

-

 

Chwileczkę  -  przerwał  mu  Lewis.  -  Daj  mi 

ten rachunek, chłopie. Ja zapłacę. 

-

 

Lewis?  -  Barman  chyba  dopiero  teraz  go 

zauważył.  -  To  twój  kumpel?  A  może  ciebie  też 
chce w coś wrobić? 

-

 

Wcale bym się nie zdziwił. - Lewis skrzywił 

się  zabawnie,  a  potem  odliczył  odpowiednią 
kwotę  i  dodał  spory  napiwek.  -  Nie  ma  sensu 
wywoływać draki, prawda, Mike? 

-

 

Jasne,  że  nie.  Ale  nie  mogę  patrzeć,  jak  ten 

facet  cię  naciąga,  Lewis.  Masz  za  dobre  serce.  - 

background image

 

 

152 

Barman  puścił  swoją  ofiarę  i  na  odchodnym 
posłał Bradowi wrogie spojrzenie. 

-

 

Bardzo  mi  przykro,  proszę  pana  -  odezwał 

się  chłopak.  -  Naprawdę  nie  zamierzałem 
sprawiać kłopotu. 

-

 

Nic  się  nie  stało  -  zapewnił  Brad.  -  I  proszę 

do mnie zadzwonić. 

-

 

Hmm... - Lewis odprowadził nieznajomego 

wzro 

background image

 

 

153 

kiem i odwrócił się do Brada. - Ktoś tu coś mówił 
o swoich milionach? 

-

 

Ależ  się  pan  wymądrza!  Przecież  oddam 

dług.  -  Bra-dowi  było  trochę  głupio.  -  Ale 
dziękuję  za  wsparcie.  Myślałem,  że  mam  przy 
sobie więcej pieniędzy.  Ten chłopak. .. naprawdę 
był głodny. 

-

 

Już  dobrze,  dobrze.  Wisi  mi  pan  dwanaście 

dolców. Wróćmy do Pauli i pańskiego rancza. 

-  Pomyślałem, że ucieszy ją taki wypad. 

-  Paula  jest  dla  mnie  kimś  bardzo  ważnym.  - 

Lewis obserwował go spod oka. 

-  Nie wątpię. 

-  I trochę mnie martwią pańskie zamiary. Mój 

ojczulek zawsze powtarzał, że droga do piekła jest 
wybrukowana dobrymi chęciami. 

-  Proszę posłuchać, wcale nie zamierzam... 
Lewis przerwał mu ruchem ręki. 
-

 

Paula  zawsze  angażuje  się  w  każdą  sprawę 

całym  sercem.  Wszystko  albo  nic.  To  cała  ona. 
Wkurzę się, jeśli pan ją oszuka. Rozumiemy się? 

-

 

Jak najbardziej. 

-

 

Nie  chcę,  żeby  cierpiała.  Zgoda,  ma  już 

dwadzieścia  trzy  lata  i  chyba  umie  oddzielić 
ziarno od plew. Co daj Boże... - Lewis westchnął 
zrezygnowany,  lecz  nadal  patrzył  na  Brada 
groźnym  wzrokiem.  -  Ale  ostrzegam,  jeśli  ją  pan 
wykorzysta i zrani, to nie ujdzie to panu na sucho. 
Już moja w tym głowa. Proszę o tym pamiętać. 

background image

 

 

154 

-

 

Nie  ma  obawy.  -  Brad  wiedział,  że  Lewis 

Grant  daje  mu  zielone  światło  i  domyślał  się,  ile 
go to kosztuje. - Dziękuję. 

background image

 

 

155 

Nigdy  w  życiu  nie  musiał  aż  tak  stawać  na 

głowie, żeby umówić się na randkę. Mając zgodę 
wujka,  czekał  jeszcze  cały  tydzień,  aż  Paula 
wygospodaruje  trochę  wolnego  czasu.  Dlatego 
pojechali  na  ranczo  dopiero  po  jej  poniedział-
kowych zajęciach. 

Jednak  naprawdę  warto  było  zadać  sobie  tyle 

trudu.  Wystarczającą  nagrodą  była  rozradowana 
buzia  Pauli.  Ta  dziewczyna  naprawdę  we 
wszystko  wkładała  całe  serce.  Brad  obserwował 
ją z uśmiechem, gdy jechali konno. Miała cudow-
nie  zarumienione  policzki,  rozwiane  złociste loki 
i  siedziała  w  siodle  jak  przymurowana,  w  pełni 
panując nad klaczą. Brad od razu wiedział, że nie 
każdy  koń  będzie  Pauli  odpowiadał.  Dlatego 
obejrzał  wiele  wierzchowców  i  wybrał  Windy. 
Była  piękną  kasztanką,  silną,  odporną  i  szybką 
jak  wiatr.  Uznał,  że  to  koń  godny  Pauli  i  bez 
wahania go kupił. 

Czy przypadkiem nie nabył tego całego rancza 

właśnie dla tej uroczej dziewczyny? 

Nie,  skądże.  Przecież  to  Dan,  trener  koni  do 

gry  w  polo  uznał,  że  z  uwagi  na  klimat  najlepiej 
byłoby  trzymać  je  w  Kalifornii.  A  to  ranczo 
idealnie  nadawało  się  do  tego  celu.  Stajnie  były 
obszerne, nie brakowało też miejsca na padoki do 
ć

wiczeń.  Dan  wraz  z  rodziną  już  zamieszkał  w 

jednym z dwóch znajdujących się tutaj domów, a 
drugi,  większy,  czekał  na  nowego  właściciela. 

background image

 

 

156 

Można  było  wprowadzić  się  choćby  zaraz, 
zatrudnić gospodynię... 

Brad,  czyżbyś  planował  dłuższy  pobyt  w 

Stanach?  -zadał  sam  sobie  pytanie,  które  od 
jakiegoś czasu niezwykle go nurtowało. 

A  niby  czemu  nie,  u  licha!  Nie  cierpiał 

hotelowych  apartamentów,  a  tutaj  naprawdę  mu 
się podobało. 

background image

 

 

157 

Bo właśnie tutaj była Paula? 

Ta  myśl  przykuła  jego  uwagę.  Rzeczywiście 

został  w  San  Diego  dłużej,  niż  planował.  I  nigdy 
aż  tak  się  nie  starał,  żeby  umówić  się  na  randkę. 
Gdy  zaś  przypomniał  sobie,  jak  w  tamtej 
zadymionej  tawernie  gapił  się  na  swoje  pięć 
dolarów, 

Lewis 

mierzył 

go 

kpiącym 

spojrzeniem,  nie  wiedział,  czy  śmiać  się,  czy 
płakać. 

-  No  dobrze,  guzdrało,  co  cię  tak  bawi?  - 

spytała Paula, bo został daleko w tyle i musiała na 
niego poczekać. 

- Ty! 

-

 

Ja?  Śmiejesz  się  ze  mnie?!  -  zawołała  z 

udawanym oburzeniem. 

-

 

Właściwie  nie  z  ciebie,  tylko  z  różnych 

faktów związanych z twoją osobą i życiem. 

-

 

Doprawdy?  Zapewniam  pana,  sir,  że  wiodę 

bardzo spokojne życie. 

-  Aż za bardzo! Zatrzymamy się tutaj, żeby je 
omówić? 

-  Tak,  zróbmy  sobie  mały  postój.  -  Paula 

skręciła ze ścieżki na małą polankę i zsunęła się z 
siodła. - Jakie śliczne miejsce! Nie wiedziałam, że 
masz na swojej ziemi strumień. 

-  Od razu mi się spodobał. 
Przez  chwilę  oboje  patrzyli  na  wierzchowce 

łapczywie pijące źródlaną wodę. 

-  Byłaś  spragniona,  prawda?  -  Paula  czule 

poklepała swoją kasztankę po szyi. 

background image

 

 

158 

Brad  uwiązał  ogiera  i  obserwował  Paulę.  W 

kraciastej  koszuli  i  obcisłych,  znoszonych 
bryczesach,  podkreślających  smukłość  długich 
nóg, prezentowała się niezwykle ponętnie. 

background image

 

 

159 

-

 

W tym stroju idealnie nadajesz się na ranczo. 

-

 

Bo te ciuszki są z Wyomingu, dziś włożyłam 

je  po  raz  pierwszy  od  przyjazdu  do  Kalifornii.  - 
Podprowadziła  klacz  do  pobliskiego  drzewa.  - 
Dzięki,  Windy.  Jesteś  cudowna.  -  Przytuliła 
policzek do boku zwierzęcia, a Brada natychmiast 
ogarnęła  zazdrość.  -  Podoba  mi  się  pańskie 
ranczo,  panie  Yandercamp.  -  Podeszła  nad  brzeg 
potoku,  uklękła  i  zanurzyła  dłonie  w  przejrzystej 
wodzie. 

-

 

A  ja  jestem  pod  wrażeniem  pani  urody, 

panno Grant. - Usiadł obok niej i westchnął cicho. 
Pragnął  wziąć  ją  w  ramiona,  przytulić  i  całować 
do utraty tchu. 

-

 

A jednak jakieś fakty z mojego życia wydają 

się panu bardzo zabawne? - Ochlapała go. 

-

 

Przestań!  -  Uniósł  ręce  w  geście  poddania.  - 

Prawdę mówiąc, śmiałem się z samego siebie. 

-

 

Tak? 

-

 

Bo czuję się jak Mahomet, który próbuje 

przyjść do góry. 
-

 

Nie mów zagadkami. O co ci chodzi? 

-

 

O  to,  że  jesteś  najlepiej  strzeżoną  i 

najbardziej 

niedostępną 

kobietą, 

jaką 

kiedykolwiek spotkałem. 

-

 

Bzdura. 

-

 

Wierz  mi,  wiem  swoje.  Poznałem  cię  tylko 

dlatego,  że  pomyliłem  drzwi,  potem  musiałem 
zabawić  się  w  detektywa,  ale  i  tak  niewiele  bym 
wskórał, gdybyś nie przegapiła tamtego autobusu. 

background image

 

 

160 

A  na  domiar  złego  kazałaś  mi  obłaskawić 
swojego agresywnego wujka. 

-

 

Nie  jest  agresywny,  to  bardzo  uczuciowy  i 

serdeczny człowiek. 

-

 

Akurat. 

Chcesz 

posłuchać, 

jak 

mnie 

potraktował w tawernie? 

background image

 

 

161 

-  O rany... Bardzo się stawiał? 

-  I  owszem.  Od  razu  mi  wygarnął,  co  o  tym 

wszystkim myśli. Zdaniem twojego wujaszka nikt 
nie  jest  dla  ciebie  wystarczająco  dobry,  a 
zwłaszcza  ja  -  wyjątkowo  rozbestwiona  latorośl 
bogatego  rodu,  która  pławi  się  w  luksusie  i  nie 
zasługuje  nawet  na  cień  zaufania.  Musiałem 
naprawdę ostro zaprotestować przeciwko takiemu 
wizerunkowi,  żeby  uzyskać  niechętnie  wyrażoną 
zgodę  na  kontynuowanie  naszej...  stuprocentowo 
niewinnej przyjaźni. 

Gdy  skończył,  Paula  tarzała  się  ze  śmiechu.  I 

wyglądała  tak  rozkosznie,  że  Brad  nie  zdołał  się 
powstrzymać. 

-  Jesteś taka piękna. - Bez wahania przygarnął 

ją do siebie. Delikatnie odgarnął złocisty loczek i 
pocałował  ją  w  skroń,  potem  powędrował 
wargami  po  jedwabiście  gładkim  policzku, 
pieszczotliwie  skubnął  małe,  różowe  ucho. 
Poczuł, że  Paula  przylgnęła  do  niego,  więc  lekko 
pocałował kącik jej ust i pozwolił wargom zostać 
tam  trochę  dłużej,  rozkoszując  się  słodyczą  tego 
miejsca, a Paula cichutko jęknęła. 

Potem powoli dotarł do pulsującego zagłębienia 

jej  szyi,  wsunął  dłoń  pod  kraciastą  koszulę  i  ujął 
pierś. 

-  Brad... och, Brad - zamruczała Paula. 
Wiedział, że oboje pragną tego samego. Chciał 
posiąść tę 

background image

 

 

162 

kobietę,  ona  zaś  każdym  gestem  dawała  do 
zrozumienia, że jest gotowa oddać mu się. Całym 
sercem, ciałem i duszą. 

Ta  myśl  powinna  go  przywołać  do  porządku, 

lecz  nie  umiał  okiełznać  pożądania.  Paula  także 
była  podniecona.  Nie  mógł  teraz  się  wycofać.  To 
było ponad jego siły. 

„Lecz  jeśli  pan  ją  wykorzysta  i  zrani..." 

Wspomnienie  tych  słów  podziałało  na  niego  jak 
kubeł zimnej wody. 

background image

 

 

Zranić ją? Nigdy! 

Ogarnęła go fala przemożnej czułości. Otoczył 
Paulę ramieniem i cmoknął w czubek nosa, po 
czym zapiął jej bluzkę. 

-  Trochę  mnie  poniosło,  kochanie.  Nie 

powinnaś tak mnie kusić. 

Uśmiechnęła się, lecz wyczuł, że jest tak samo 

zakłopotana, jak on. Pragnąc ukryć zażenowanie, 
odwróciła  głowę  i  spojrzała  w  niebo,  które  w 
zapadającym zmroku przybrało niemal granatową 
barwę. 

-

 

Spójrz! - zawołała. - Szybko! 

-

 

Co  takiego?  -  Powędrował  wzrokiem  za  jej 

spojrzeniem. 

-

 

Pierwsza 

gwiazda! 

Pomyśl 

jakimś 

marzeniu.  Podobno  nigdy  tego  nie  robiłeś.  Teraz 
masz szansę. 

-

 

Hmm... chciałbym, żeby... 

-

 

Nie  mów  tego  głośno,  tylko  powtarzaj  za 

mną:  Oby  pierwsza  gwiazda,  którą  ujrzę  na 
nieboskłonie,  sprawiła,  że  spełni  się  moje 
ż

yczenie. 

Powtórzył  posłusznie  słowo  po  słowie,  lecz 

nadal  był  rozstrojony  i  sfrustrowany.  Cóż  za 
dziecinada, przemknęło  mu przez głowę. 

A niby czego się spodziewał? Cudu? 

background image

 

 

164 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

-  I koniecznie te słodkie ziemniaki. W zeszłym 

roku  doskonale  je  przygotowałaś.  Po  prostu 
rozpływały się w ustach. Co jeszcze... Indyka już 
zamówiłaś,  prawda?  -  Pani  Ashford  postukała 
ołówkiem  w  kartkę  papieru.  Uwielbiała  robić 
różnorakie listy. 

Nie wiadomo, po co, kwaśno pomyślała Paula. 

I  tak  kupiłabym  wszystko  co  trzeba  na  kolację  z 
okazji  Święta  Dziękczynienia.  Gdyby  pani 
Ashford wreszcie skończyła gadać, mogłabym już 
pojechać po te zakupy. 

Z  zamyślenia  wyrwała  ją  Whitney,  która  z 

nadętą miną wkroczyła do saloniku. 

-

 

To  największy  gbur  świata!  -  oświadczyła 

gniewnym tonem. - Ani razu nie oddzwonił. 

-

 

Może nie jesteś w stanie zrozumieć tego, co 

oznacza  takie  zachowanie  -  słodko  wycedziła 
Rae,  wchodząc  za  siostrą.  -  Chyba  książę  po 
prostu nie ma ochoty z tobą rozmawiać. 

background image

 

 

-

 

Mógłby  chociaż  odpowiedzieć.  -  Whitney 

była zbyt przejęta, aby zareagować na złośliwość. 
-  Każdy  by  się  ucieszył,  dostając  zaproszenie  na 
ś

wiąteczną kolację. 

-

 

To Anglik - prychnęła Rae. - Nie ma pojęcia 

o Święcie Dziękczynienia. 

background image

 

 

166 

-  Och,  wszyscy  o  nim  wiedzą.  Nikt  przy 

zdrowych  zmysłach  nie  chce  wtedy  samotnie 
siedzieć w hotelu. 

Właśnie  to  samo  powiedział  Brad!  Paula 

prawie się z nim pokłóciła, gdy zaczął żarliwie ją 
namawiać,  aby  spędzili  ten  czas  wspólnie.  Ona 
zaś  próbowała  mu  uświadomić,  że  musi 
pracować, bo panie Ashford zawsze zapraszają na 
ś

wiąteczną kolację gości. 

-

 

Jest  wtorek,  córeczko  -  stwierdziła  pani 

Ashford.  -Może  pan  Vandercamp  już  przyjął 
czyjeś zaproszenie. 

-

 

Niby  od  kogo?  -  zdziwiła  się  Whitney.  - 

Wszyscy wiedzą, że jest w San Diego, ale nikt nie 
ma pojęcia, co porabia całymi dniami. 

Bo  unika  miejsc,  w  których  ja  wolę  się  nie 

pokazywać, pomyślała Paula. 

-  Wiadomo  tylko,  że  wciąż  mieszka  w  tym 

samym hotelu. Ciekawe, gdzie on się włóczy? 

Ja  wiem,  pomyślała  Paula  i  poczuła,  że  się 

czerwieni.  Uwielbiała  chwile  sam  na  sam  z 
Bradem.  Spotykali  się  na  przystanku,  Brad 
podwoził ją na uniwersytet, a po zajęciach czasem 
jechali na ranczo, spacerowali lub jeździli konno. 
Paula nigdy dotąd nie zaznała tylu przyjemności. 

A  teraz,  słuchając  narzekań  Whitney,  poczuła 

się  trochę  winna.  Z  natury  nie  była  skryta,  ale 
Lewis  wyraźnie  powiedział,  że  lepiej  nie  stawać 
w  zawody  z  pannami  Ashford.  Zależało  jej  na 

background image

 

 

pracy,  dlatego  też  wolała  nie  przyznawać  się  do 
znajomości z Bradem. 

-  Podczas  wizyty  u  nas  był  taki  miły. 

Myślałam, że mnie polubił. - Na twarzy Whitney 
pojawił  się  wyraz  rozmarzenia,  a  Pauli  nagle 
zrobiło się jej żal. Biedna Whit 

background image

 

 

168 

ney.  Nawet  nie  wiedziała,  co  ją  ominęło.  Te 
przechadzki z Bradem, pogawędki, pocałunki... 

-

 

Mamo, czy ta spódnica pasuje do tej bluzki? 

- Pytanie Rae wyrwało Paulę z zamyślenia. 

-

 

Jak  najbardziej,  skarbie.  A  gdy  włożysz 

szmaragdowe kolczyki... 

-

 

Chyba  jeszcze  raz  do  niego  zadzwonię.  W 

końcu  tylko  mnie  jedną  odwiedził  -  oświadczyła 
Whitney, nie ukrywając dumy. 

-

 

Wpadł tylko na chwilę, trzy tygodnie temu. - 

Rae  wbiła  siostrze  kolejną  szpileczkę.  -  Pewnie 
przyjrzał  się  tym  twoim  ekspresyjnym  oczom  i 
postanowił zwiać, gdzie pieprz rośnie! 

-

 

Za  to  twój  lord  nie  spojrzał  w  twoje 

wyłupiaste  ślepia  ani  razu!  A  ta  spódnica  jest  na 
ciebie za ciasna. Tyjesz na potęgę. 

-

 

Wcale nie! Mamo, sądzisz, że... 

-

 

Ależ  skąd,  kochanie.  Wyglądasz  ślicznie.  A 

ty,  Whitney,  daj  sobie  spokój  z  tym  księciem.  - 
Pani  Ashford  zawsze  twardo  stąpała  po  ziemi.  - 
Zaprosiłyśmy  Alstonów  wraz  z  ich  przystojnym 
bratankiem. Przyjdzie też pan Simmons. Wpadłaś 
mu  w  oko  na  kolacji  u  Atkinsów.  Ten  chłopak 
pracuje  w  prestiżowej  kancelarii  adwokackiej  i 
podobno świetnie sobie radzi! 

-

 

Nigdy 

nie 

dorobi 

się 

milionów 

Vandercampa! - syknęła Whitney. 

Paula  natychmiast  przestała  jej  współczuć. 

Najchętniej  zamknęłaby  na  zawsze  Brada  w 

background image

 

 

169 

ramionach,  aby  nigdy  nie  dopadła  go  żadna 
bezwzględna łowczyni majętnych mężów. 

background image

 

 

170 

Paula 

wjechała 

na 

parking 

przed 

supermarketem, 

pochłonięta 

planowaniem 

przygotowań  do  świątecznej  kolacji.  Ziemniaki 
obierze  zaraz  po  powrocie  do  domu  i  przechowa 
w lodówce, żeby w czwartek tylko wstawić je do 
piekarnika. Dziś wieczorem upiecze ciasto z dyni, 
a jutro 
-  biszkopt. Gdyby jeszcze. 

Usłyszała  klakson  i  zerknęła  we  wsteczne 

lusterko. Uśmiechnęła się radośnie, widząc Brada 
w sportowym aucie. Zaparkował obok niej, a gdy 
wysiedli, objął ją i cmoknął prosto w usta. 

-

 

Och,  nie!  -  Raptownie  się  cofnęła.  -  Ktoś 

może cię zobaczyć. 

-

 

No  to  co?  Mam  dosyć  tego  ukrywania  się.  - 

Znów chciał ją pocałować, ale mu umknęła. 

-

 

Przestań,  Brad,  bo  wpadnę  w  poważne 

tarapaty. Skąd się tu wziąłeś? 
 

-

 

Jechałem do ciebie. 

-

 

Do domu Ashfordów? Ani mi się waż! 

Mówiłam ci... 
-

 

Wiem, co mówiłaś. Ale to nie ma nic do 

rzeczy. 
-

 

Mógłbyś wyrażać się jaśniej? 

-

 

Powinniśmy przedyskutować pewien 

pomysł. 
-

 

To nie najlepsza pora. Muszę zrobić milion 

rzeczy. 

background image

 

 

171 

-  Zerknęła  na  zegarek.  -  Najpierw  wielkie 
zakupy, potem gotowanie i jeszcze... 

-

 

To wszystko jest na twojej głowie? 

-

 

Lewis nie zna się na Warzywach. Często 

kupuje nieświeże. 

 

-

 

Masz  za  dużo  obowiązków.  Właśnie  o  tym 

chciałem z tobą pogadać. 

-

 

Czy to nie może poczekać? Naprawdę bardzo 

się śpieszę. 

background image

 

 

172 

-

 

To  sprawa  najwyższej  wagi.  Już  czas 

skończyć  tę  zabawę  w  chowanego  i  zafundować 
ci więcej wolnego czasu. 

-

 

No dobrze, mów, ale chodźmy już do sklepu. 

-  Chociaż  ta  rozmowa  pewnie  nie  poprawi  mi 
humoru, pomyślała. Chwyciła wózek, wyjęła listę 
zakupów  i  ruszyła  w  stronę  stoiska  z  owocami. 
Potrzebowała pomarańczy  i ananasa na owocową 
sałatkę. 

Po  chwili  zorientowała  się,  że  Brad  został  w 

tyle. Stał jak słup soli i z rozdziawionymi ustami 
chłonął wzrokiem wnętrze wielkiej hali. 

-

 

Brad? Co się stało? 

-

 

Nic, ale... Fantastyczne miejsce, prawda? 

Rozejrzała się wokół. Sklep jak sklep. Duży, 
ale nic 

szczególnego.  Sporo  klientów,  kolorowe  pryzmy 
starannie  ułożonych  jabłek,  bananów,  cytrusów  i 
winogron,  awoka-do  i  brzoskwiń.  Wybór  był 
duży, ale to przecież normalne. 

-

 

Tak po prostu bierzesz wszystko, na co masz 

ochotę?  -  W  głosie  Brada  zabrzmiała  nuta 
zdziwienia graniczącego z nabożną czcią. 

-

 

Zachowujesz się tak, jakbyś nigdy nie był w 

super markecie. 

-

 

Bo  nie  byłem.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Po 

prostu nie musiałem. 

Nic  dziwnego,  pomyślała.  Takimi  sprawami 

zajmuje się służba. 

background image

 

 

173 

-  Hej,  spójrz,  te  są  ładne.  -  Brad  sięgnął  po 

czerwone jabłko. - Przydadzą się? 

Całkiem  zapomniał,  o  czym  chciał  z  nią 

porozmawiać  i  z  zapałem  pomagał  jej  robić 
zakupy. Paula obserwowała 

background image

 

 

174 

go  spod  oka,  nie  kryjąc  rozbawienia.  Zaledwie 
kilka  minut  temu  stwierdziła,  że  nawet  drobiazgi 
sprawiają  jej  radość,  jeśli  tylko  Brad  jest  w 
pobliżu.  Najwidoczniej  dla  niego  zakupy  były 
całkiem  nowym  doświadczeniem.  Cieszył  się  jak 
dziecko,  bo  pierwszy  raz  w  życiu  wszedł  do 
supermarketu! Niesamowite. 

-

 

Sądzisz, 

ż

wystarczy? 

spytał 

łobuzerskim  uśmiechem,  gdy  wyszli  z  dwoma 
pełnymi po brzegi wózkami. 

-

 

Oby. Szykuję kolację dla dwunastu osób. 

-

 

Ostatni raz. 

-

 

Co? 

-

 

Oglądałem  mieszkania.  Znalazłem  całkiem 

ładne  w  pobliżu  uniwersytetu.  Byłoby  dla  ciebie 
idealne, t- Zaczaj wraz z chłopakiem z obsługi 
wkładać towary do bagażnika. 

-

 

Co 

tym 

mieszkaniem? 

spytała 

niecierpliwię, gdy tylko zostali sami. 

-

 

Jest  naprawdę  ładne.  Kiedy  mogłabyś  je 

obejrzeć? Już rozmawiałem z agentem, więc jeśli 
ci się spodoba... 

-

 

Chwileczkę! Nie stać mnie na kupno 

mieszkania. 
-

 

Nie musisz go kupować. Wystarczy, że tam 

zamieszkasz. 
-

 

Mam dach nad głową. 

-

 

Tak, u Ashfordów, ale koniec z tą harówką. 

-

 

Nie rozumiem. 

background image

 

 

175 

-

 

Słuchaj,  ja  kupię  ten  apartament,  a  ty  się 

wprowadzisz i... 

-

 

Może  jeszcze  dołożysz  coś  na  drobne 

wydatki 

błyszczące, 

nowe 

autko? 

Spiorunowała  go  wzrokiem.  Czuła,  że  za  chwilę 
wybuchnie. 

-

 

Na  litość  boską,  nie  denerwuj  się.  Usiłuję 

tylko uporządkować niektóre sprawy, żebyś miała 
więcej czasu... 

background image

 

 

176 

-

 

Na igraszki z tobą, tak? - wycedziła 

rozjuszona. 
-

 

Na  naukę  i  trochę  rozrywki.  Nie  możesz  tak 

ciężko  pracować.  I...  no  dobrze,  moglibyśmy  się 
wtedy  częściej  spotykać.  Rany,  nie  patrz  tak  na 
mnie! 

Nie 

zamierzam 

zostać 

twoim 

współlokatorem. 

Mogłabyś 

zamieszkać 

Lewisem. No i jak? To wspaniałe rozwiązanie! 

-

 

Chciałabym  zobaczyć,  jak  składasz  tę 

propozycję mojemu wujkowi. W życiu nie przyjął 
od nikogo jałmużny. Ja też nie! Wypchaj się, mój 
drogi! 

-

 

Paula,  źle  mnie  zrozumiałaś.  Spójrz  na  to  z 

innej strony. Potraktuj moją pomoc jak pożyczkę. 
Powiedzmy, że spłacisz ją po studiach... 

-

 

Nie  mam  zamiaru  być  twoją  dłużniczką. 

Zawsze potrafiłam o siebie zadbać i na pewno nie 
zgodzę się być czyjąś... utrzymanką! 

-

 

Co  ty  pleciesz!  Pragnę  jedynie  ofiarować  ci 

trochę swobody. Całymi dniami tylko uczysz się i 
pracujesz. Nie masz czasu na żadne przyjemności 
ani na spotkania ze mną. 

-

 

Dzięki  za  troskę,  aleja  nie  narzekam.  Jestem 

ś

wietnie zorganizowana i jakoś sobie radzę. 

-

 

Opacznie zrozumiałaś moje intencje. Chętnie 

pomogę  ci  zrealizować  marzenie  o  uzyskaniu 
dyplomu 

uniwersyteckiego. 

Całkiem 

bezinteresownie, słowo. Co w tym złego? 

-

 

Jak  mawia  Lewis,  człowiek  powinien 

nauczyć  się  grać  kartami,  jakie  dostał  od  losu. 

background image

 

 

177 

Osobiście nie narzekam - powtórzyła, wzruszając 
ramionami. 

-

 

Lubię cię, mogę i chcę pomóc. Czemu nawet 

nie  próbujesz  mnie  zrozumieć?  -  spytał  z 
rozżaleniem. 

-

 

Próbuję, jak również doceniam twój gest. - 

Już nie 

background image

 

 

178 

czuła gniewu. - Ale ty z kolei nie rozumiesz mnie. 
-  To  prawda,  pomyślała  smętnie.  Przecież 
rozmawiam  z  człowiekiem,  który  nigdy  sam  nie 
kupował  jedzenia.  -  Dziękuję,  Brad.  -  Dotknęła 
jego 

ramienia. 

Złożyłeś 

mi 

wspaniałą 

propozycję,  a  ja  zareagowałam  jak  wariatka. 
Niepotrzebnie  tak  się  zjeżyłam.  Przepraszam,  ale 
nie mogę skorzystać z twojej pomocy. 

-

 

Dlaczego? 

-

 

Trudno  to  wyjaśnić,  jednak...  pewnych 

rzeczy  nie  można  kupić  za  pieniądze.  -  A  tym 
bardziej sprzedać, dodała w myślach. Na przykład 
niezależności... 

-

 

To żadna odpowiedź. 

-

 

Musi  ci  wystarczyć.  Widzisz...  gdy  ktoś 

włoży  w  realizację  planów  tyle  pracy,  co  ja,  to 
nawet  te  ciężkie  zmagania  wydają  się  bezcenne. 
Wzbogacają  duchowo.  A  gdybym  teraz  zdała  się 
na  ciebie,  to  byłoby  tak,  jakbym...  się  sprzedała. 
Nie jestem na sprzedaż, Brad. - Szybko cmoknęła 
go  w  policzek,  wsiadła  do  samochodu  i 
zatrzasnęła drzwiczki. 

Odprowadził  ją  wzrokiem,  gdy  wyjeżdżała  z 

parkingu.  Miał  ochotę  wskoczyć  do  auta, 
pojechać  za  Paulą,  wpaść  za  nią  do  domu 
Ashfordów i potrząsnąć nią mocno. Dlaczego jest 
taka uparta? 

Ależ  z  niego  idiota.  Odetchnął  głęboko, 

wściekły  na  siebie.  Fatalnie  to  rozegrał.  I 
pomyśleć,  że  zawsze  wysoko  cenił  swoje 

background image

 

 

179 

dyplomatyczne  talenty  i  opanowanie.  Śmiechu 
warte. 

Wszystko schrzaniłeś, bracie. 
Ja?!  To  ona  jest  winna!  Ma  bzika  na  punkcie 

swojej samodzielności i niezależności. 

background image

 

 

180 

I  właśnie  dlatego  nie  może  poświęcić  ci 

wystarczająco dużo czasu. Prawda? 

Oczywiście. 

niejakim 

zdziwieniem 

stwierdził,  że  kieruje  nim  nie  tyle  miłość 
bliźniego, 

co 

raczej 

uleganie 

własnym 

zachciankom.  Do  tej  pory  nigdy  się  nad  tym  nie 
zastanawiał.  Lubił  romansować  i  spotkał  na 
swojej  drodze  kilka  kobiet,  które  szczególnie  mu 
się  podobały.  Na  przykład.  ..  jak  ona  miała  na 
imię?  Aha,  Joannę,  ta  Francuzka.  I  jasnowłosa 
Zoey, której dał się oczarować, bawiąc na nartach 
w Szwajcarii. Zauroczenie trwało aż cały miesiąc. 
Tak,  uwielbiał  kobiety.  Zdobywał  je  bez  trudu,  i 
równie łatwo rzucał. Bez cienia żalu. 

Lecz  teraz  było  całkiem  inaczej.  Przy  Pauli 

czuł się jak ktoś zupełnie inny. Działała na niego 
ekscytująco  i  kojąco  zarazem.  Zupełnie  jakby 
wreszcie odnalazł swoje miejsce na ziemi. 

Natomiast  bez  tej  dziewczyny  natychmiast 

robiło mu się ciężko na sercu. 

To  przecież  nie  miało  sensu.  Zawsze  umiał 

zatracić  się  w  różnych  przyjemnościach.  Polo, 
golf  lub,  ostatecznie,  tenis.  Ale  wszystko  się 
zmieniło,  odkąd  poznał  Paulę.  Jej  nieobecność 
powodowała  powstanie  bolesnej  luki,  której  nie 
był  w  stanie  niczym  wypełnić.  Bez  Pauli  nic  go 
nie  cieszyło.  Bez  przerwy  się  zastanawiał,  gdzie 
ona  jest,  co  robi  i...  kiedy,  u  licha,  znów  ją 
zobaczy! 

background image

 

 

181 

Stał  w  swoim  hotelowym  pokoju,  patrząc  na 

ruchliwą  ulicę.  Z  rozmyślań  wyrwał  go  dzwonek 
telefonu.  Czyżby  Paula?  Albo  ta  nieszczęsna 
panna  Ashford?  Może  powinien  przyjąć  jej 
zaproszenie 

na 

ś

wiąteczną 

kolację? 

Przy 

odrobinie szczęścia mógłby zamienić kilka słów z 
Paulą... 

background image

 

 

182 

-  Pan  Vandercamp?  -  Głos  należał  do 

nieznajomego mężczyzny. 

-  Tak, to ja. 

-  Nazywam  się  Westley  Parker.  Jestem  tym 

facetem, któremu... okazał pan tyle współczucia w 
tawernie  „U  Tommy'ego".  Dał  mi  pan  numer  i 
kazał się odezwać. 

-  Rzeczywiście. Szukał pan pracy. 

-

 

Już  znalazłem.  Miejmy  nadzieję,  że  tylko 

przejściową.  Ale...  gdyby  nie  miał  pan  nic 
przeciwko 

temu, 

chciałbym 

czymś 

porozmawiać. 

-

 

Tak?  -  Biedak  pewnie  potrzebuje  paru 

groszy.  Czemu  nie?  -  Jestem  do  dyspozycji. 
Mieszkam  w  hotelu  „Senator".  Może  dziś 
wieczorem?  Zjemy  razem  kolację.  -Chłopak 
prawdopodobnie  jest  głodny,  a  ja  i  tak  nie  mam 
nic do roboty, pomyślał Brad. 

-

 

Przykro mi, ale dzisiaj nie mogę. Pracuję od 

dwunastej  w  południe  do  późnych  godzin 
nocnych.  Gdyby  pasowało  panu  jutro  rano, 
najlepiej do jedenastej... 

Brad 

uśmiechnął 

się. 

Jak 

brzmi 

to 

powiedzonko? Biedak nie powinien wybrzydzać? 
Ten biedak był widać wyjątkiem. Zresztą... niech 
mu będzie. 

-  Jasne.  Spotkajmy  się  między  ósmą  a  ósmą 

trzydzieści rano. Na śniadaniu. 

Odłożywszy  słuchawkę,  Brad  stwierdził,  że 

rozmówca  trochę  go  zaintrygował.  Pewnie  chciał 

background image

 

 

coś zaproponować. Czyżby był naciągaczem? Ale 
co tam, nie zaszkodzi go wysłuchać. 

background image

 

 

184 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 
Brad  zszedł  na  dół  o  ósmej  i  przy 

kawiarnianym  barze  ujrzał  swojego  znajomego  z 
tawerny.  Dzisiaj  chłopak  wyglądał  inaczej. 
Czyściej.  Dojrzalej.  Miał  na  sobie  nowe  dżinsy  i 
nieskazitelnie białą koszulę z krótkimi rękawami, 
a  jasne  włosy  były  starannie  przyczesane.  Ale 
wydawały  się  jakby  przerzedzone,  a  wokół  oczu 
dało 

się 

zauważyć 

siateczkę 

drobnych 

zmarszczek. To już nie dzieciak, stwierdził Brad. 
Po  prostu  zmyliła  mnie  drobna,  młodzieńczo 
szczupła sylwetka. I to spojrzenie - niewinne jak u 
dziecka. 

-

 

Usiądźmy przy stoliku - zaproponował Brad. 

Jeśli  miał  paść  ofiarą  oszusta,  to  wolał,  żeby  nie 
stało  się  to  na  oczach  licznej  widowni.  -  Ile  ma 
pan lat? 

-

 

Trzydzieści pięć. 

Więcej niż ja, stwierdził Brad. 

-

 

Myślałem,  że...  zresztą  nieważne.  Co  pana 

sprowadza, panie... Parker, prawda? 

-

 

Tak.  Westley  Parker.  Cóż,  znalazłem  się  w 

trudnej sytuacji. Widzi pan... - Mężczyzna urwał, 

background image

 

 

bo  Brad  skinieniem  ręki  przywołał  kelnera. 
Zamówił  dla  siebie  porządne  śniadanie,  lecz 
Parker poprosił tylko o kawę. 

-

 

Nie jest pan głodny? 

-

 

Dzisiaj nie. W pracy mogę najeść się do syta. 

background image

 

 

186 

-

 

Czyli gdzie? 

-

 

Dwa  tygodnie  temu  zaczepiłem  się  jako 

kelner  w  pewnej  restauracji.  Od  dwunastej  do 
trzeciej  podaję  lunch,  potem  od  piątej  do 
jedenastej  -  kolację.  Dlatego  zależało  mi  na 
spotkaniu o tak wczesnej godzinie. 

-

 

Rozumiem. Ma pan pracę. I nadal jakiś 

problem. 
-

 

Właśnie. Straciłem mieszkanie i warsztat. 

-

 

Ale... - Ten człowiek nie wyglądał na 

bezdomnego. 
-

 

Och,  wynająłem  skromny  pokój,  ale  muszę 

dostać  się  do  mojego  warsztatu.  To  naprawdę 
pilne.  Kiedy  więc  spojrzałem  na  tę  kartkę  i 
zobaczyłem 

nazwisko 

Vander-camp... 

Chwileczkę,  lepiej  zacznę  od  samego  początku. 
Widzi pan, jestem inżynierem elektronikiem. 

Brad  uniósł  brwi.  Teraz  już  miał  absolutną 

pewność, że trafił na oszusta. 

-

 

Może 

pan 

mnie 

sprawdzić, 

panie 

Vandercamp.  Aż  do  ubiegłego  roku  byłem 
zatrudniony  w  Cal  Electronics  na  ulicy  Bassett. 
To dość znana firma komputerowa. 

-

 

Brzmi  imponująco.  -  Brad  spojrzał  na 

apetyczną 

szynkę, 

jajecznicę 

pięknie 

przyrumienione  ziemniaki.  Dopiero  teraz  poczuł, 
ż

e  jest  głodny  jak  wilk.  Wczoraj  wieczorem  nic 

nie  jadł.  Prawie  wpadł  w  depresję  z  powodu 
jednej  kobiety!  Niewiarygodne.  Dobrze,  że  teraz 

background image

 

 

mógł skupić uwagę na czymś zupełnie innym. - I 
co się stało? 

-

 

Odszedłem  stamtąd,  gdy  odziedziczyłem  po 

ojcu  trochę  pieniędzy.  Wypłatę  z  tytułu  polisy  i 
kwotę  za  sprzedaż  jego  domku  w  Los  Angeles. 
Niewiele, lecz sądziłem, że wystarczy. 

-

 

Na co? - Brad ukroił kawałek ciepłej szynki 

-

 

Od dawna myślałem o skonstruowaniu 

miniaturowe 

background image

 

 

188 

go  skanera,  a  teraz  wreszcie  mogłem  wynająć 
warsztat i kupić narzędzia. 

-

 

Jest pan jakimś wynalazcą? 

-

 

Oczywiście. Zawsze lubiłem wymyślać różne 

drobiazgi.  W  szkole  średniej  sam  zrobiłem 
mechaniczne  kręgle.  U  Cala  też  stworzyłem  to  i 
owo - elektroniczne zabawki, gry komputerowe. 

-

 

To ciekawe. 

-

 

Owszem.  Ale  skupiłem  się  na  syntezatorach 

głosu i usiłuję stworzyć specjalny skaner. 

-

 

Co takiego? 

-

 

Skaner.  Dla  niewidomych.  Wkłada  pan  do 

niego zadrukowaną kartkę, a komputer na głos ją 
odczytuje.  Na  rynku  jest  dostępny  jeden  model, 
jednak  pracuje  bardzo  powoli,  a  poza  tym  jest 
duży  i  nieporęczny.  Ja  zaprojektowałem  taki 
kieszonkowy, który... 

-

 

Moment. Ten istniejący powstał w Cal 

Electronics? 
-

 

Nie,  tam  nie  zajmują  się  skanerami.  Może  i 

powinienem  im  to  zasugerować,  ale...  -  Parker 
zawahał  się  i  oczy  mu  rozbłysły.  -  Nigdy  nie 
chciał 

pan 

samodzielnie 

dokonać 

czegoś 

ważnego? 

-

 

No  cóż...  -  Brad  gorączkowo  usiłował  sobie 

przypomnieć,  czy  kiedykolwiek  marzył  o  czymś 
takim. 

-

 

Nazwę  to  urządzenie  skanerem  Parkera.  Na 

cześć mojego ojca. Stracił wzrok i musiał przejść 
na wcześniejszą emeryturę. 

background image

 

 

-

 

Musiało wam być ciężko. 

-

 

Rodzice dawali sobie radę. Mama pracowała 

w  domu  handlowym,  a  tata  dostawał  rentę.  I  wie 
pan 

co? 

Był 

wspaniałym 

mechanikiem 

samochodowym i nawet jako 

background image

 

 

190 

niewidomy potrafił od podstaw zmontować silnik 
auta.  Ale  najbardziej  lubił  czytać.  Owszem,  miał 
te  specjalne  książki  na  kasetach,  ale  brakowało 
mu  gazet  i  literackich  nowości.  A  po  śmierci 
mamy  i  moim  wyjeździe  znalazł  się  w  jeszcze 
gorszej  sytuacji.  Sąsiad  musiał  czytać  mu  listy, 
sprawdzać  wydruki  z  banku.  To  było  bardzo 
krępujące. 

-  Nie wątpię. 
-  Gdyby  miał  mój  skaner...  Muszę  jeszcze 

dopracować kilka szczegółów, ale jest już prawie 
gotowy! - Parker rozpromienił się jak uradowany 
czymś  dzieciak.  -  Mieści  się  w  dłoni.  Wystarczy 
w dowolnym tempie przesuwać go po papierze, a 
głos  z  syntezatora  czyta  wszystko  bez  wyjątku  - 
druk  gazetowy,  czeki,  listy  miłosne.  Niewidomi 
odzyskaliby swoją prywatność, rozumie pan? 

Entuzjazm  Parkera  był  zaraźliwy.  Brad,  który 

niezbyt  dobrze  znał  się  na  komputerach,  a  o 
syntezatorach  nie  wiedział  nic,  słuchał  jak 
zaczarowany. 

-  I pan... skonstruował taki przyrząd? 
-  Tak. Trzeba tylko poprawić parę szczegółów. 

Chciałbym  dokończyć  ten  projekt  i  właśnie 
dlatego  skontaktowałem  się  z  panem.  Problem  w 
tym,  że  nie  mogę  dostać  się  do  swojego 
mieszkania. 

-  Wyeksmitowano pana? 
-  Niestety.  Koszty  produkcji  okazały  się 

wyższe,  niż  przypuszczałem.  Oczywiście  nie 

background image

 

 

dostałem pożyczki z banku, bo mój wyrób jeszcze 
nie był zarejestrowany. Muszę przyznać, że nigdy 
nie 

miałem 

głowy 

do 

finansów, 

więc 

zorientowałem  się,  co  jest  grane,  dopiero  gdy 
zarzucono  mi,  że  wystawiłem  czek  bez  pokrycia. 
Zacząłem 

background image

 

 

192 

zalegać  z  czynszem,  a  po  trzech  miesiącach 
właściciel mnie wyrzucił. 

-

 

Więc tamtego wieczoru w tawernie... 

-

 

Od  tygodnia  żyłem  na  ulicy.  Może 

niezupełnie  tak...  Spałem  w  samochodzie,  ale 
byłem wygłodzony. 

-

 

Nikt nie mógł panu pomóc? Jacyś 

przyjaciele? 
-

 

Jestem typem samotnika. Poza tym człowiek 

nie lubi się chwalić, że wylądował na bruku. 

-

 

Teraz  przynajmniej  ma  pan  pracę.  Ale 

dlaczego 

jako 

kelner, 

skoro 

jest 

pan 

elektronikiem? Nie lepiej wrócić do Cala? 

-

 

Marzę  o  ukończeniu  tego  skanera.  Nie  chcę 

zatrudniać  się  w  żadnej  firmie,  bo  zamierzam 
założyć 

własną. 

Mam 

jeszcze 

mnóstwo 

pomysłów,  takie  nowatorskie  wykorzystanie 
elektroniki to moja prawdziwa pasja. 

-

 

Rozumiem. 

-

 

Teraz  mam  wolne  przedpołudnia,  więc  na 

pewno uda mi się zakończyć pracę nad projektem. 
Kłopot w tym... 

Nareszcie,  pomyślał  Brad,  widząc  wahanie 

Parkera. Dotarliśmy do sedna sprawy. 

-

 

Potrzebuje pan pieniędzy. 

-

 

Tak.  Muszę  się  dostać  do  mieszkania. 

Zostawiłem  tam  całe  wyposażenie  warsztatu  i 
bardzo  się  boję,  by  ktoś  nie  położył  ńa  tym  ręki. 
Mój  gospodarz  zapewnia,  że  to  wykluczone,  bo 
stryszek  jest  dobrze  zamknięty,  ale  różnie  bywa. 

background image

 

 

193 

Mam jeszcze tydzień na spłatę długu. Nawet z na-
piwkami  nie  zbiorę  całej  kwoty  w  takim  krótkim 
terminie. 

-

 

Ile? 

-

 

Jakieś  pięć  tysięcy.  Może  więcej,  bo  wtedy 

właściciel  pozwoliłby  mi  zostać,  a  to  byłoby  mi 
na rękę. 

background image

 

 

194 

-  Cóż...  chodźmy  pogadać  z  właścicielem. 

Muszę zobaczyć ten pański warsztat. 

 
Właściciel  był  sympatycznym  grubaskiem  i  z 

wyraźną ulgą przyjął czek Brada. 

-  Wszystko  dobre,  co  się  dobrze  kończy  - 

stwierdził,  zdejmując  z  drzwi  solidną  kłódkę.  - 
Przykro  mi,  panie  Parker,  że  musiałem  tak  pana 
potraktować,  ale  sam  spłacam  kredyt  hipoteczny, 
więc  jak  lokator  od  trzech  miesięcy  zalega  z 
czynszem,  to  i  ja  wpadam  w  tarapaty.  Muszę 
jakoś  się  bronić.  Ale  zgodnie  z  obietnicą,  nawet 
nie  wchodziłem  do  tego  mieszkania.  Niech  pan 
sprawdzi. 

Po 

dokładnej 

inspekcji 

wnętrza 

Parker 

stwierdził, że wszystko jest na swoim miejscu. 

-  Proszę  wejść  i  rozejrzeć  się  -  zwrócił  się  do 

Brada, gdy właściciel zostawił ich samych. 

Na 

dwóch 

długich 

stołach 

stały 

trzy 

komputery,  w  tym  jeden  rozmontowany,  zaś  na 
półkach  leżały  starannie  ułożone  narzędzia  oraz 
tace 

drobnymi 

elementami, 

których 

zastosowaniu Brad nie miał zielonego pojęcia. 

-

 

Proszę  spojrzeć.  -  Parker  wyjął  z  sejfu  coś 

przypominającego  małą  kamerę.  -  Oto  skaner.  - 
Włączył urządzenie i ustawił je nad gazetą, a gdy 
cieniutki  promień  światła  trafił  na  zadrukowaną 
stronę,  odezwał  się  głos.  Trochę  się  zacinał,  lecz 
brzmiał  na  tyle  wyraźnie,  by  można  było  go 
zrozumieć. 

background image

 

 

195 

-

 

Niesamowite. - Brad nie posiadał się ze 

zdumienia. 
-

 

Trzeba  tylko  lepiej  dostroić  dysk,  ale  to 

ż

aden problem. No więc... co pan na to? 

-

 

Niesamowite 

powtórzył 

Brad. 

Ten 

chudzielec 

rzeczywiście 

skonstruował 

fantastyczne urządzenie. 

background image

 

 

196 

-

 

Jestem pańskim dłużnikiem. Jakie są pańskie 

warunki? 
-

 

Warunki? 

-

 

Przecież właśnie wyłożył pan pięć tysięcy 

dolarów. 
-

 

Ach,  to...  Cóż,  może  pan  je  oddać  w 

dowolnym terminie. 

-

 

To nie jest podejście biznesmena. Nawet nie 

zażądał pan pokwitowania. 

-

 

Prawdę  mówiąc  -  Brad  uśmiechnął  się 

szeroko  -  cieszę  się,  że  nie  trafiłem  na  oszusta.  - 
Spojrzał  z  podziwem  na  człowieka,  który 
poświęcił  dwa  lata  na  stworzenie  skanera.  A  ja 
jedynie  wypisałem  czek  na  sumę,  która  nic  dla 
mnie  nie  znaczy,  pomyślał.  -  Poza  tym  ufam 
panu.  Spłaci  pan  dług,  kiedy  pan  zechce.  Cieszę 
się,  że  mogłem  pomóc.  To  nadzwyczajne 
urządzenie. 

-

 

Ś

więta  prawda.  Ten  drobiazg  przyniesie 

spore dochody. A pan właśnie dokonał inwestycji. 

-

 

Rozumiem.  -  Brad  omal  się  nie  roześmiał. 

Jego  ojciec  był  urodzonym  biznesmenem,  a  gdy 
przebywał  w  domu,  podczas  kolacji  mówiło  się 
wyłącznie  o  właściwym  inwestowaniu  pieniędzy. 
Brad  nigdy  nie  interesował  się  tymi  sprawami. 
Niby  po  co  miałby  to  robić?  Dysponował 
olbrzymim  majątkiem,  którego  z  pewnością  do 
końca życia nie zdoła roztrwonić. Pomnażanie go 
wydawało  się  bez  sensu.  Dając  Parkerowi  te 

background image

 

 

197 

głupie  kilka  tysięcy,  nawet  nie  pomyślał,  że  to 
inwestycja. 

-

 

Firma Angels bierze pięćdziesiąt procent. 

-

 

Angels?' 

-

 

Tak.  To  grupa  inwestorów  finansujących 

realizację  małych  projektów.  Cieszą  się  opinią 
filantropów, ale zgarniają połowę zysków. 

background image

 

 

198 

-  Nie wykazali zainteresowania? 

-

 

Nie.  Chyba  uznali,  że  ktoś  inny  wcześniej 

wprowadzi ten produkt na rynek. Pan mi pomógł, 
więc  chętnie  podpiszę  z  panem  każdą  umowę. 
Omówmy  szczegóły,  byle  szybko,  bo  muszę 
lecieć do pracy. 

-

 

Chwileczkę.  -  Brad  mimo  wszystko  był 

Vandercam-pem  i  miał  głowę  na  karku.  -  Skoro 
mówimy  o  inwestowaniu,  to  nie  pozwolę,  żeby 
pan  marnował  czas  na  etacie  kelnera.  Jeśli 
zamierzamy  wypromować  to  urządzenie  oraz 
stworzyć  zakład  z  prawdziwego  zdarzenia,  to 
musi  pan  poświęcić  temu  wszystkie  siły  i 
dysponować  większym  kapitałem  niż  parę 
tysięcy. I powinien pan zatrudnić pomocników. 

Brad  już  wiedział,  co  zrobi.  Zamierzał 

porozmawiać  z  adwokatem  Vandercampów  i 
zlecić  mu  znalezienie  dobrego  specjalisty  w 
zakresie prawa patentowego oraz agenta do spraw 
nieruchomości. 

Należało 

bowiem 

poszukać 

miejsca na budowę zakładu produkcyjnego. 

Nie  tracił  czasu.  Towarzyszył  Parkerowi 

podczas rozmów z prawnikiem, osobiście obejrzał 
też  polecone  przez  agenta  parcele.  Jedna 
wydawała  się  idealna.  Stał  na  niej  stary,  dziś  już 
nieczynny  magazyn.  Budynek  nadawał  się  tylko 
do  rozbiórki,  lecz  teren  i  lokalizacja  spełniały 
wszelkie  wymagania.  Negocjując  warunki,  Brad 
nieoczekiwanie  skonstatował,  że  to  wszystko  go 
bawi.  Perspektywa  stworzenia  od  podstaw  firmy 

background image

 

 

199 

Parker 

Electronics 

okazała 

się 

niezwykle 

ekscytująca. 

Ale  w  pewnym  momencie  natłok  spraw 

organizacyjnych  zaczaj  go  przytłaczać.  Podobnie 
jak  Parker  nie  znał  się  ani  na  przetargach,  ani  na 
umowach  z  firmami  budowlanymi.  Uznał  więc, 
ż

e musi zasięgnąć fachowej rady. 

background image

 

 

200 

A  kto  mógł  być  lepszym  konsultantem  od... 

jego ojca? Brad natychmiast do niego zadzwonił. 

-  W  co  się  wpakowałeś?!  -  Bradley  Elmwood 

Vander-camp omal nie dostał apopleksji. 

Brad przedstawił sytuację, choć nie powiedział, 

jak  poznał  Westleya  Parkera.  Nie,  nie  naruszył 
funduszu  powierniczego  odziedziczonego  po 
dziadku ani nie wystawił żadnemu cwaniaczkowi 
czeku  in  blanco.  Jaki  ma  udział  w  nowej  firmie? 
Dwadzieścia pięć procent. 

-  Mogło  być  gorzej  -  oświadczył,  gdy  ojciec 

wyraził  niezadowolenie.  -  Przecież  to  wynalazek 
Parkera. I ustaliliśmy wszystkie szczegóły - dodał 
zniecierpliwiony.  -Czy  ojciec  uważa  go  za 
durnia?  Poleciłem  Diggsby'emu  sprawdzić  całą 
umowę. 

Informacja,  że  prawnik  rodziny  nie  miał 

zastrzeżeń,  usatysfakcjonowała  starszego  pana, 
który  z  wielkim  entuzjazmem  zaczął  zasypywać 
syna cennymi radami. 

Odkładając słuchawkę, Brad stwierdził, że była 

to  chyba  najdłuższa  rozmowa,  jaką  kiedykolwiek 
przeprowadził  z  ojcem.  W  jej  rezultacie  trzymał 
teraz  w  ręku  listę  z  nazwiskami  trzech 
specjalistów, z których każdy znał się świetnie na 
zawiłych  formalnościach  związanych  z  uru-
chamianiem  fabryki.  Brad  od  razu  umówił  się  z 
nimi na rozmowę. 

Od  ostatniego  spotkania  z  Paulą  minęły  już 

dwa tygodnie. Brad marzył o tym, aby ją wreszcie 

background image

 

 

201 

zobaczyć  i  oczywiście  opowiedzieć  jej  o  nowym 
przedsięwzięciu.  Na  szczęście  odnalazł  ją  na 
przystanku  i  jadąc  z  nią  na  uniwersytet,  zaczął 
mówić o Parkerze i jego genialnym wynalazku. 

background image

 

 

202 

-

 

Sam  skonstruował  to  cudo?  W  tym 

warsztaciku na poddaszu? 

-

 

Tak. 

-

 

Ale potrzebował kogoś do sfinansowania 

projektu? 
-

 

Uhm. 

-

 

Więc  skontaktował  się  z  tobą?  Pewnie 

podziałała magia nazwiska Vandercamp? 

-

 

W  pewnym  sensie,  choć  poznaliśmy  się 

wcześniej.  Wiesz,  że  ty  jesteś  odpowiedzialna  za 
nasze spotkanie? 

-

 

Ja? 

-

 

Owszem.  Pamiętasz,  jak  wysłałaś  mnie  do 

tawerny na rozmowę z Lewisem? 

Skinęła głową. 

-

 

Czekałem  przy  barze,  aż  Lewis  skończy 

partyjkę,  i  wtedy  wszedł  ten  chłopak.  A 
przynajmniej  wyglądał  jak  młody  chłopak.  Było 
oczywiste, że jest głodny, bo rzucił się jak sęp na 
różne przekąski, co nie spodobało się barmanowi. 

-

 

Więc zafundowałeś chłopakowi kolację. 

-

 

Miałem taki zamiar... chociaż zapłacił Lewis. 

Nic ci nie wspomniał? 

-

 

Nie. 

-

 

Myślałem,  że  nie  oprze  się  pokusie. 

Niespodziewanie  zabrakło  mi  gotówki,  twój 
wujaszek  wyłożył  potrzebną  kwotę,  ale  dał  mi 
popalić. 

-

 

Ż

artujesz! 

background image

 

 

203 

-

 

Ani  trochę.  -  Brad  parsknął  śmiechem.  -  Na 

szczęście  wszystko  dobrze  się  skończyło.  My, 
przedstawiciele  angielskiej  arystokracji,  czasem 
chodzimy bez pieniędzy, lecz zawsze mamy przy 
sobie wizytówki. Dałem więc 

background image

 

204 

chłopakowi  swoje  namiary,  bo  zamierzałem 
załatwić mu pracę. 

-

 

A on cię odnalazł. 

-

 

Tak,  ale  poznaliśmy  się  tylko  dlatego,  że 

kazałaś mi tam pójść. Miałem szczęście. 

-

 

A pan Parker - jeszcze większe. 

-

 

Może.  Zresztą,  ja  też  cieszę  się  z  takiego 

obrotu  sprawy.  Fantastycznie  jest  brać  udział  w 
takim 

nowatorskim, 

ekscytującym 

przedsięwzięciu. To człowieka uskrzydla. 

Paula obserwowała go w milczeniu, gdy jechał 

zatłoczonymi 

alejkami 

uniwersyteckiego 

miasteczka.  Oto  sławny  książę  polo,  pomyślała. 
Tylokrotnie  opisywany  w  bulwarowej  prasie, 
bogaty,  przystojny,  czarujący  Brad  Yandercamp, 
najbardziej  upragniony  kawaler  świata,  męż-
czyzna, o którym marzą niezliczone rzesze kobiet. 
Ten człowiek miał dosłownie wszystko. 

A  jednak  umiał  cieszyć  się  jak  dziecko  z 

dokonań  kogoś  innego.  I  bagatelizować  własny, 
znaczący wkład w realizację projektu. 

-  Lubię  cię  -  oświadczyła,  gdy  zatrzymali  się 

przed  wejściem  do  budynku.  Dotknęła  ramienia 
Brada,  uśmiechając  się.  -  Jesteś  nadzwyczajny.  - 
Wysiadła i posłała mu całusa. Biegnąc na zajęcia, 
nuciła  radośnie,  ponieważ  wiedziała,  że  Brad  na 
nią poczeka. 

background image

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

-

 

Nie, dzisiaj nie mogę iść z tobą na kolację - 

powiedziała, gdy Brad odwoził ją do domu. - Pani 
Ashford zaprosiła gości. 

-

 

Widzisz?  Właśnie  o  to  mi  chodziło.  - 

Zgodnie z przewidywaniem Pauli Brad trochę się 
zirytował.  -  Najpierw  zajęcia,  teraz  harówka  w 
domu. 

-

 

Przyjdzie  tylko  osiem  osób.  To  naprawdę 

pestka. Muszę tylko... 

-

 

Ugotować,  podać,  sprzątnąć  i  pozmywać. 

Zamęczasz się! 

-

 

Brad, posłuchaj. Chciałam cię o coś... 

-

 

Nie,  to  ty  mnie  posłuchaj.  Nie  ma  sensu, 

ż

ebyś tak harowała, skoro mogę... 

-

 

Brad!  Już  to  przerabialiśmy.  Nie  zaczynaj 

wszystkiego od nowa. 

Wzruszył  ramionami  i  skupił  uwagę  na 

prowadzeniu auta, bo wjechali na autostradę. 

-

 

Nie ciekawi cię, co zamierzałam ci 

powiedzieć? 
-

 

Co? 

background image

 

 

-

 

Chodzi o... prezent na Gwiazdkę. 

-

 

Nie  za  wcześnie?  -  Brad  błysnął  zębami  w 

uśmiechu. - Prezent dla mnie? 

-

 

Dla... dla nas obojga. To znaczy... mam 

nadzieję, 

background image

 

 

207 

ż

e  uznasz  to za  prezent. -  Może  on  już  ma  plany 

na  święta.  Przecież  jest  Bradem  Vandercampem, 
który wojażuje po całym świecie w towarzystwie 
pięknych... 

-  Co to takiego? 

-  Panie  Ashford  wyjeżdżają  na  tydzień  do 

Connecticut,  więc  pomyślałam...  że  moglibyśmy 
spędzić  te  dni,  a  przynajmniej  większość  z  nich, 
razem. Jeśli chcesz. 

-

 

Jeśli chcę? Z radością! Pojechalibyśmy... 

-

 

Uważaj, ciężarówka! 

 

-

 

Widzę.  -  Zwolnił,  aby  wielki  pojazd  ich 

wyprzedził,  a  Paula  odetchnęła  z  ulgą.  -  Co 
miałaś  na  myśli,  mówiąc  „większość  dni"? 
Przecież  będziesz  wolna  przez  cały  tydzień. 
Dokąd chciałabyś pojechać? 

-

 

Nie  mogę  wyjechać.  -  Nie  jestem  gotowa, 

dodała  w  myśli.  Nie  na  to,  aby  stać  się  jedną  z 
wielu kobiet, z którymi się umawiasz, chodzisz na 
kolacje,  podróżujesz.  Taką,  która  w  skrytości 
ducha marzy, aby być dla ciebie tą jedną jedyną. 

Przecież  już  się z  nim  umawiasz  i  chodzisz  na 

kolacje, prawda? 

Tak,  ale...  Spróbowała  zrozumieć,  dlaczego 

zaczęła spotykać się z Bradem. Chyba uznała jego 
zainteresowanie  za...  zaproszenie  do  flirtu, 
niewinnej  zabawy.  Przyjęła  je  i  rzeczywiście 
dobrze się bawiła. Jak nigdy dotąd. 

background image

 

 

208 

Cóż, do tej pory nie miała z kim. Dawno temu 

zakochała się w Tobym, a gdy odszedł, tak bardzo 
się  załamała,  że  w  ogóle  nie  zwracała  uwagi  na 
mężczyzn.  Żyła  tylko  pracą  i  nauką.  Aż  do  dnia, 
w  którym  poznała  Brada  i  poczuła  przypływ 
nieznanych, cudownych uczuć. 

Przez chwilę je analizowała i nagle oniemiała z 

wraże 

background image

 

 

209 

nia,  olśniona  nieoczekiwanym  odkryciem.  Nigdy 
naprawdę  nie  kochała  Toby'ego.  Znali  się  od 
dzieciństwa,  więc  gdy  dorosła,  nie  rozglądała  się 
za innymi facetami, ponieważ romansowała z nim 
niejako  z  przyzwyczajenia.  Ale  nie  było  w  tym 
miłości. Na pewno. 

Natomiast znajomość z Bradem była jak nowa, 

wspaniała  przygoda...  jak  pobyt  w  nieznanym 
kraju, gdzie wszystko jest cudowne, ekscytujące... 
i zarazem niebezpieczne. 

-

 

Czemu nie możesz? 

-

 

Słucham?  Aha...  muszę  pilnować  rezydencji 

Ashfor-dów.  -  Skłamała,  ale  tylko  trochę.  To 
Lewis  zawsze  zostawał  w  San  Diego.  Ona  w 
zeszłym  roku  pojechała  na  święta  do  Wyomingu. 
Rodzice już się zastanawiali, dlaczego w tym roku 
nie będzie jej w domu. Kiedy jednak dowiedziała 
się,  że  ma  wolny  tydzień,  natychmiast  pomyślała 
o Bradzie. O dniach, które spędzą tylko we dwoje. 

-

 

Nie może popilnować jej twój wujek? 

-

 

Może,  ale  nie  chcę  zostawiać  go  samego. 

Poza tym powinnam nadrobić zaległości w nauce. 

-

 

Więc  nie  będziemy  bez  przerwy  razem?  - 

Brad  podjechał  do  przystanku,  na  którym  zawsze 
się umawiali. 

-

 

Chyba  nie  -  przyznała  smętnie.  Dlaczego 

Brad  miałby  zostać  na  Boże  Narodzenie  w 
nudnym  San  Diego?  Ktoś  taki  jak  on  na  pewno 
wolałby  poszaleć  w  ciekawszym  miejscu.  Z 
bardziej oszałamiającą kobietą u boku. 

background image

 

 

210 

 

-

 

Ale  znajdziesz  dla  mnie  więcej  czasu  niż  do 

tej pory? Skinęła głową, znów pełna nadziei. 
-

 

I spędzimy razem święta? 

-

 

Och, tak! 

background image

 

 

211 

-

 

Obiecujesz? 

-

 

Oczywiście.  Kupię  choinkę.  I  przygotuję 

ś

wiąteczny obiad... 

-

 

Nie, zjemy w moim apartamencie. Albo na 

ranczu! 
-

 

Moglibyśmy?  Och,  Brad,  tam  byłoby 

cudownie!  -Prawie  jak  w  domu,  pomyślała.  A  na 
dodatek  z  Bradem.  Była  zachwycona  tą 
perspektywą.  Najchętniej  zaczęłaby  z  nim 
planować wszystko już teraz, ale musiała wracać, 
ż

eby  zająć  się  kolacją.  -  Porozmawiamy  w 

najbliższych  dniach.  -  Z  ociąganiem  wysiadła  z 
auta. 

Wracała  do  rezydencji  prawie  w  podskokach, 

podniecona  wizją  świąt.  Już  zapomniała  o 
wszystkich  wątpliwościach.  Zostały  zagłuszone 
myślami  o  siedmiu  wspaniałych  dniach  w 
towarzystwie Brada. 

 
Zobaczyła  się  z  nim  dopiero  w  sobotę,  równo 

tydzień  przed  Bożym  Narodzeniem.  Panie 
Ashford  wyjechały  w  piątek  wieczorem  i  Paulę 
rozpierało poczucie fanta stycznej wolności. 

-

 

Ranny  z  ciebie  ptaszek  -  stwierdziła,  gdy 

zjawił  się  Brad,  żeby  zabrać  ją  na  ranczo. 
Powiedział,  że  przyjedzie  wcześnie,  ale  nie 
spodziewała się go przed dziewiątą. 

-

 

Szkoda  mi  stracić  każdą  minutę  naszych 

wakacji. A poza tym chcę ci coś pokazać. 

-

 

Kupiłeś kolejnego konia. 

background image

 

 

212 

-

 

Nie. To coś zupełnie innego. Oby ci się 

spodobało. 
-

 

Już  jestem  zachwycona  -  oświadczyła,  gdy 

pomagał jej wsiąść do samochodu. - Czuję się jak 
księżniczka.  Przyjeżdżasz  po  mnie  do  domu,  w 
biały dzień, nie musimy spotykać się po kryjomu. 

background image

 

 

213 

-

 

Zawsze tak powinno być. Przecież nie jesteś 

niczyją niewolnicą. 

-

 

Wiem,  ale...  -  Zerknęła  na  dom  sąsiadów.  - 

Mam nadzieję, że nikt nas nie zobaczył. 

-

 

A  ja  -  że  tak.  I  niech  wypaplają  wszystko 

pani  Ashford.  Wtedy  ta  głupia  zabawa  nareszcie 
się skończy. 

-

 

Nie  daj  Boże!  Muszę  wytrzymać  u  nich 

jeszcze osiem miesięcy. 

-

 

A potem? 

-

 

Podziękuję  pani  Ashford  i  pożegnam  się  z 

nią raz na zawsze. 

-

 

Ś

wietny pomysł! Ale po co czekać tyle 

czasu? 
-

 

Bo potrzebuję tej pracy. Wzięłam ją, bo mam 

tu za darmo wikt i dach nad głową. 

-

 

Chyba  nie  tyrasz  tylko  za  mieszkanie  i 

utrzymanie?  -  Brad  gapił  się  na  nią  z  lekkim 
przerażeniem. 

-

 

Oczywiście,  że  nie.  Dostaję  też  przyzwoite 

wynagrodzenie,  z  którego  sporą  część  udaje  mi 
się  odłożyć.  Przyda  się,  gdy  w  przyszłym  roku 
zostanę klinicystą. 

-

 

A któż to taki? 

-

 

weterynarii 

odpowiednik 

lekarza 

zatrudnionego  w  klinice.  -  Rozpromieniła  się  na 
myśl o czekających ją perspektywach. - Wreszcie 
będę  leczyć  zwierzęta.  Głównie  konie,  rzecz 
jasna,  bo  je  uwielbiam.  Och,  Brad,  to  będzie 
wspaniałe! 

background image

 

 

214 

Był przerażony jej planami. Owszem, znała się 

na wierzchowcach, ale jazda konna to zupełnie co 
innego  niż  leczenie  chorych  zwierząt.  Jęknął  w 
duchu, 

wyobrażając 

sobie 

tę 

delikatną 

dziewczynę  podnoszącą  końskie  kopyto  lub 
robiącą  zastrzyk  wielkiemu,  niespokojnemu 
ogierowi. 

background image

 

 

215 

-

 

W  przyszłym  semestrze  mam  ćwiczenia  z 

fizjologii  zwierząt  kopytnych.  Już  nie  mogę  się 
doczekać.  Z  tą  wiedzą  może  przydam  się  na  coś 
Danowi,  gdy  zacznie  trenować  twoje  nowe 
ź

rebaki. 

-

 

Wspaniale.  -  Brad  nie  chciał  mącić  jej 

radości,  ale  Dan  trenował  źrebaki  już  w  czasach, 
kiedy  Pauli  jeszcze  nie  było  na  świecie. 
Prawdopodobnie nie potrzebował pomocy świeżo 
upieczonego weterynarza w spódnicy. Brad uznał, 
ż

e  pora  zmienić  temat.  -  Sprawa  firmy  Parkera 

szybko posuwa się naprzód. 

-

 

Zatrudniłeś administratora? 

-

 

Jeszcze  nie.  Muszę  najpierw  przeprowadzić 

rozmowę  kwalifikacyjną  z  ostatnim  kandydatem, 
niejakim  Elli-sem  Andrewsem.  To  starszy  pan, 
już na emeryturze, ale z jakichś względów bardzo 
chce  znów  być  aktywny  zawodowo.  Wpadnie  w 
poniedziałek. 

-

 

W  środku  naszego...  -  Urwała  i  szybko  się 

poprawiła. - Przecież to okres świąteczny! 

-

 

Teraz  już  rozumiesz,  co  czuję,  gdy  jesteś 

zbyt  zajęta,  żeby  się  ze  mną  spotkać.  Ale  nie 
martw  się,  kochanie,  to  będzie  krótka  wizyta. 
Chociaż  muszę  przyznać,  że  ta  sprawa  coraz 
bardziej mnie wciąga. 

Po przyjeździe na ranczo Paula zdziwiła się, że 

Brad  skręcił  na  podjazd  prowadzący  do  domu 
dawnego  właściciela.  Nigdy  przedtem  tam  nie 
zaglądali. 

background image

 

 

216 

Zresztą  dom  podobno  stał  pusty.  Trzeba  więc 

będzie  przywieźć  ładną  choinkę,  udekorować 
salon gałązkami ostrokrzewu i jemioły.  I jedno, i 
drugie bujnie rosło w pobliskim lesie. Można też 
wszędzie  porozstawiać  świeczki  i  rozpalić  ogień 
na kominku, żeby stworzyć odpowiedni 

background image

 

 

217 

nastrój.  A  świąteczny  obiad?  Cóż,  przywiozą 
jedzenie w piknikowym koszu. 

Tak, 

to 

dobre 

rozwiązanie, 

pomyślała, 

wchodząc ze staroświeckiego ganku do obszernej 
sieni,  a  z  niej  do  wielkiego  pomieszczenia, 
pełniącego rolę salonu i jadalni. 

Brad  zapalił  światło,  a  Paula  zamrugała  i  z 

wrażenia zaparło jej dech. 

Opadła na miękką, przepastną kanapę. Wnętrze 

było przepięknie urządzone. Emanowało ciepłem, 
sprawiało  wrażenie,  jakby  ktoś  mieszkał  tu  od 
dawna,  zapraszało,  aby  zostać  w  nim  na  dłużej. 
To  chyba  skutek  odpowiedniego  doboru  mebli  i 
dodatków,  pomyślała  Paula.  Wszystko  było 
dopieszczone  w  najdrobniejszych  szczegółach. 
Nie  brakowało  nawet  obrazów  i  ozdobnych 
bibelotów. 

-

 

Nie  podoba  ci  się?  -  Brad  patrzył  na  nią  z 

trochę niepewną miną. 

-

 

Och,  przeciwnie!  Jest  pięknie,  tylko... 

oniemiałam  z  zachwytu.  Spodziewałam  się,  że 
dom będzie pusty. 

-

 

Był. Tydzień temu. 

-

 

Dokonałeś tego w zaledwie kilka dni? 

-

 

Nie ja. Pani Sorenson ze Sloane's. 

Sloane's. 

Najbardziej 

ekskluzywny 

dom 

meblowy w całej Kalifornii. 

-

 

Uznała,  że  to żaden  problem  -  dodał  Brad.  - 

Dom  był  czysty  i  w  dobrym  stanie.  Dobrze  się 
złożyło, prawda? 

background image

 

 

218 

-

 

Nawet  bardzo.  -  Spojrzała  na  lśniący, 

złocisty parkiet ozdobiony ślicznymi dywanikami 
leżącymi w odpowiednich miejscach. 

-  Przywiozłem  ją  tutaj  i  powiedziałem,  czego 
oczekuję. I wręczyłeś jej czek na oszałamiającą 
sumę, pomyślała 

background image

 

 

219 

Paula. To istotnie żaden problem. Wystarczy tylko 
mieć odpowiednio dużo pieniędzy. 

-

 

No  i  zaznaczyłem,  że  bardzo  zależy  mi  na 

czasie.  Chyba  nie  przypuszczałaś,  że  urządzimy 
sobie Boże Narodzenie w pionierskim stylu? 

-

 

Nie - skłamała w żywe oczy. I po raz kolejny 

zdała sobie sprawę z dzielącej ich przepaści. 

-

 

Zresztą  od  niedawna  chodzi  mi  po  głowie 

pomysł,  żeby  tu  zamieszkać.  Najwyższa  pora,  by 
się ustatkować i mieć własny kąt. 

Własny  kąt.  Miejsce,  do  którego  Brad  mógłby 

wpadać  między  jednym  a  drugim  wojażem.  Ta 
myśl  sprawiła,  że  Paula  nagle  poczuła  się  jak 
przybysz z innej planety. 

-

 

Nie  podoba  ci  się.  Masz  to  wypisane  na 

twarzy, Paula. - Brad usiadł obok niej. 

-

 

Nie,  skądże!  -  zaprzeczyła  żywo.  Za  nic  w 

ś

wiecie nie chciała zrobić mu przykrości. - Tu jest 

cudownie! 

-  Ale  coś  cię  gryzie.  Może  chciałabyś 

wprowadzić jakieś zmiany? 

-  Uchowaj Boże! To wnętrze jest idealne! - Jak 

wszystko, 

co 

należy 

do 

księcia 

Brada 

Vandercampa. Na przykład jego jacht. Też rzucał 
na  kolana  swoją  wygodą  i  elegancją  dostępną 
tylko dla bogaczy. 

Więc o co chodzi? Powiedz mi, Paula. 

Właściwie sama nie wiedziała. Coś zaczynało jej 
doskwierać, lecz nie umiała tego nazwać. 

background image

 

 

220 

-

 

Naprawdę  o  nic.  Jestem  tylko...  zaskoczona, 

ż

e w takim tempie zdołałeś urządzić ten dom. 

-

 

Jeszcze  nie  widziałaś  wszystkiego.  -  Brad 

podniósł ją z kanapy. - Chodź. 

background image

 

 

221 

Reszta domu okazała się równie imponująca. W 

przeszklonym 

bufecie 

stała 

wytworna, 

porcelanowa  zastawa  oraz  bateria  kryształowych 
szklanek  i  kieliszków,  kuchnia  była  doskonale 
wyposażona, zaś w małej łazience obok holu leżał 
stosik ręczników dla gości. 

A  piętro...  Poprzedni  właściciel  niewątpliwie 

nie  zaliczał  się  do  biedaków  i  lubił  życie  w 
wielkim  stylu.  Każda  z  czterech  sypialni  miała 
własną  elegancką  łazienkę,  a  pokoje  były  pięknie 
urządzone  i  nie  brakowało  w  nich  dosłownie 
niczego. 

-

 

Ta 

pani 

Sorenson 

to 

prawdziwa 

cudotwórczym -z podziwem stwierdziła Paula. 

-

 

To  prawda.  Szkoda  tylko,  że  nie  mogła 

zatrudnić  służby  i  nadal  muszę  koczować  w 
hotelu. 

No  tak,  pomyślała  Paula.  Kolejna  rezydencja, 

gdzie trzeba mieć kogoś do gotowania, sprzątania, 
robienia  zakupów.  Ten  człowiek  z  pewnością 
nigdy nie skalał się żadną pracą. 

-

 

Spokojna  głowa  -  dodał  Brad.  -  Już  szukam 

perso nelu. Za parę dni powinienem... 

-

 

Nie!  Nikogo  nie  sprowadzaj.  Załatwisz  to 

wszystko po świętach. 

-

 

Ale...  Myślałem,  że  wolałabyś,  by  ktoś 

wszystko przygotował. 

Nie, nie chcę... - Żeby ktoś odebrał mi Boże 

Naro dzenie, dodała w duchu. Uwielbiała święta i 
wszystko, co było z nimi związane. Szukanie w 

background image

 

 

222 

lesie odpowiedniej choinki, zbieranie szyszek, 
ostrokrzewu i jemioły, dekorowanie  domu. I ten 
cudowny aromat sosnowych gałęzi oraz palących 
się świec. A także lepkość słodkiego ciasta  

background image

 

223 

na  palcach,  zapach  domowych  wypieków.  Nikt 
nie  podałby  jej  tego  na  srebrnej  tacy!  - 
Wolałabym  spędzić  ten  czas  w  bardziej 
kameralnej atmosferze. 

-

 

Oczywiście. 

Nikt 

nie 

będzie 

nam 

przeszkadzał.  Właśnie  dlatego  tak  się  śpieszyłem 
z urządzeniem domu. Żebyś mogła zostać tutaj na 
noc... albo na cały tydzień. Lewis także  — dodał 
pośpiesznie, gdy się odsunęła. 

-

 

Wiesz, że to niemożliwe. Musimy pilnować 

rezydencji. 
-

 

No  tak...  Aha,  zapomniałem  ci  powiedzieć, 

ż

e  za  domem  są  mieszkania  dla  służby.  Nikt  by 

nam nie przeszkadzał. 

-

 

Och,  nie  w  tym  rzecz,  Brad.  -  On  naprawdę 

nic  nie  rozumie.  -  Ja  po  prostu  lubię  robić 
wszystko  sama.  -  Jak  mu  wyjaśnić,  że  dobrze 
wykonana 

praca 

daje 

wielkie 

poczucie 

satysfakcji? Tak to jest, gdy kobieta, która pracuje 
od zawsze, spotyka się z mężczyzną, który nigdy 
nie kiwnął palcem, pomyślała smętnie. 

-

 

Uważam, 

ż

powinnaś 

wypocząć! 

Złagodniał  na  widok  jej  miny.  -  No  dobrze. 
Ż

adnej służby. Zamówię tylko jedzenie w firmie. 

-

 

Och,  nie!  Proszę  cię.  To  nie  ma  sensu.  - 

Omal nie parsknęła śmiechem. Posiłek dla trzech 
osób?  Była  w  stanie  przygotować  go  jedną  ręką. 
Zresztą,  naprawdę  uwielbiała  robić  wszystko 
sama.  Ta  krzątanina  była  częścią  świąt, 
początkiem  ich  radosnego  celebrowania.  -

background image

 

224 

Chodźmy poszukać choinki - zaproponowała. - A 
na drzewie obok jeziora chyba widziałam jemiołę. 

background image

 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 
Przedświąteczne  dni  były  zupełnie  inne  niż  w 

poprzednich  latach.  Brad  kolejny  raz  doszedł  do 
wniosku,  że  chwile  spędzone  z  Paulą  są  jak 
przebywanie  w  nowym,  ekscytującym  świecie 
pełnym nieznanych atrakcji. 

Na  przykład  takich,  jak  szukanie  choinki.  W 

dzieciństwie często chodził ze Svenem i kilkoma 
innymi  ogrodnikami  po  rodzinnej  posiadłości 
Balmour,  aby  wybrać  ładne  drzewko.  A 
właściwie  drzewka.  Największe  do  ogromnego 
frontowego  salonu,  mniejsze  do  holu  w 
pomieszczeniach  dla  służby  i  jeszcze  jedno  do 
własnej  sypialni.  Patrzył  na  mężczyzn,  którzy 
mierzyli  choinki,  a  potem  je  ścinali.  Lecz  samo 
patrzenie było dość nudne, więc wolał uganiać się 
po  lesie  za  wiewiórkami  lub  wdrapywać  się  na 
drzewa. 

Szybko  nudził  się  też  obserwowaniem  grupy 

zawodowych  dekoratorów,  którzy  przyjeżdżali  z 
wielkimi pudłami światełek i ozdób, aby fachowo 
upiększyć rezydencję. 

background image

 

 

Początkowo  lubił  dostawać  zabawki  i  inne 

prezenty  od  Świętego  Mikołaja,  lecz  w  miarę 
upływu 

lat 

coraz 

mniej 

bawiły 

go 

okolicznościowe  przyjęcia,  podczas  których 
elegancko wystrojeni goście gawędzili głównie o 
niczym,  delikatnie  stukali  się  kieliszkami 
szampana  i  uprzejmie  życzyli  sobie  nawzajem 
wesołych świąt. 

background image

 

 

227 

Później  przestał  bywać  na  tych  imprezach. 

Wolał  pojeździć  na  nartach  w  Szwajcarii,  pograć 
w  polo  w  Argentynie  lub  popływać  jachtem  po 
Morzu  Śródziemnym.  Jednak  w  okresie  Bożego 
Narodzenia  znów  lądował  wśród  osób,  które 
gawędziły  o  niczym  i  popijały  szampana.  Co  za 
nuda! 

Natomiast  z  Paulą  nigdy  się  nie  nudził. 

Dlaczego? Nie miał pojęcia. Przecież szusowanie 
po  zaśnieżonym  zboczu  szwajcarskich  Alp,  a 
potem  gorący  grog  w  towarzystwie  pięknej 
kobiety  powinny  być  bardziej  ekscytujące,  niż 
atakowanie  siekierą  pnia  choinki.  I  z  pewnością 
jest łatwiejsze, pomyślał, ocierając pot z czoła. 

Jakimś  cudem  zdołał  ściąć  wybrane  przez 

Paulę  drzewko.  Razem  z  Danem  przyniósł  je  do 
domu,  potem  wraz  z  Paulą  ustawił  choinkę  w 
czerwonym  pojemniku,  który  Paula  napełniła 
wodą z cukrem. Żeby drzewko długo było świeże 
i  pachniało,  wyjaśniła.  Razem  zebrali  w  lesie 
mnóstwo  zielonych  gałęzi  i  zrobili  z  nich 
wspaniałe  girlandy,  które  porozwieszali  wokół 
okien  i  pod  sufitem.  Kupili  również  mnóstwo 
bombek,  światełek  i  świeczek.  Rozbawieni  jak 
dzieci,  długo  się  zastanawiali,  gdzie  umieścić 
każdą ozdobę. 

Wśród tych przygotowań znaleźli czas na lunch 

w  kuchni  i  zjedzenie  hamburgerów,  gdy  robili 
zakupy. Byli we wspaniałym nastroju. Często się 
ś

miali, 

czasem 

uścisnęli 

się 

serdecznie, 

background image

 

 

228 

uradowani jakimś małym sukcesem.  Zdarzały się 
też pocałunki... lekkie cmoknięcia w policzek lub 
te  bardziej  rozkoszne,  w  usta.  Pośpieszne,  lecz 
jakże  obiecujące.  Doprowadzały  Brada  do 
szaleństwa. 

- Prawie jak Boże Narodzenie w domu - 

stwierdziła 

background image

 

 

229 

Paula,  gdy  wieczorem  skończyli  dekorowanie.  - 
Brakuje  tylko  śniegu  za  oknem  i  trzaskającego 
ognia na kominku. 

-  Najważniejsze, że jesteśmy razem. 
-

 

Masz rację. Zresztą w południowej Kalifornii 

ś

nieg nie pada nigdy. 

-

 

Ale  ogień  zaraz  rozpalimy.  -  Brad  przytknął 

zapaloną zapałkę do gazowego paleniska. 

-

 

I będziemy udawać, że za oknem jest biało. A 

teraz  gasimy  elektryczne  światło  i  zaczynamy 
ś

więta!  -  Usiedli  na  podłodze  przed  kominkiem  i 

popatrzyli  na  przystrojony  pokój.  -  Zawsze 
uwielbiałam  tę  chwilę.  Gdy  tylko  postawiliśmy 
choinkę  i  rozbłysły  lampki,  ogarniało  mnie  nie-
zwykłe uczucie. 

-  Jakie? 
-

 

Cóż, 

rozpierała 

mnie 

radość, 

której 

towarzyszyło  przeświadczenie,  że  zdarzy  się  coś 
cudownego. Robiło mi się ciepło na sercu, byłam 
po prostu szczęśliwa. Wiesz, o czym mówię? 

-

 

Teraz  już  tak.  Dzięki  tobie.  -  Z  zachwytem 

patrzył w jej błyszczące oczy, na jej zarumienione 
policzki,  kusząco  rozchylone  wargi.  Sam  jej 
widok  sprawiał,  że  jemu  też  robiło  się  ciepło  na 
sercu. 

Wziął 

Paulę 

ramiona, 

ś

więcie 

przekonany, że zaraz zdarzy się coś cudownego. 

Był  pewien,  że  się  nie  rozczaruje,  ponieważ 

zareagowała  namiętnie  i  bez  wahania.  Pragnęła 
tego  samego,  co  on.  Świadczył  o  tym  sposób,  w 
jaki  wplotła  palce  w  jego  włosy,  jak  odruchowo 

background image

 

 

230 

przylgnęła  do  niego,  gdy  pogłębił  pocałunek.  A 
gdy  powędrował  ustami  po  jej  szyi  aż  do 
pulsującego  zagłębienia,  usłyszał  cichy  jęk 
rozkoszy.  Wsunął  rękę  pod  bluzkę,  a  Paula  nie 
zaprotestowała. Prze 

background image

 

 

231 

ciwnie,  sprawiała  wrażenie  zachwyconej,  a  jej 
gardłowe  pomruki  obudziły  w  nim  przemożne 
pragnienie, które coraz gwałtowniej domagało się 
zaspokojenia. 

Dlatego  prawie  stracił  równowagę,  gdy  Paula 

raptownie się odsunęła i zerwała na równe nogi. 

Patrzył na nią oszołomiony, usiłując się 
opanować. 
-

 

Chy...  chyba  już  pójdę  -  mruknęła  Paula.  - 

Robi się późno. 

-

 

Czyżbym  wysyłał  niewłaściwe  sygnały?  - 

wycedził,  piorunując  ją  wzrokiem,  gdy  wreszcie 
zdołał wstać. 

-

 

Nie  ty.  To...  moja  wina.  Nie  chciałam...  - 

Przygryzła wargę. 

-

 

Wprowadzać mnie w błąd? 

-

 

Przepraszam. 

-

 

Zrobiłaś  to  po  mistrzowsku.  -  Najchętniej 

porządnie  by  jej  wygarnął,  co  sądzi  o 
podejmowaniu  takiej  wyrafinowanej  gry.  - 
Myślałem,  że  jesteś  zbyt  uczciwa  na  takie...  - 
Zauważył drżenie jej palców, gdy próbowała wy-
gładzić  bluzkę,  i  natychmiast  złagodniał.  Może 
zachował się zbyt agresywnie. Nie miał prawa jej 
popędzać.  Powinien  uszanować  fakt,  że  ona  nie 
jest gotowa. - Chodź, odwiozę cię do domu. 

Bez  słowa  zaprowadził  ją  do  auta,  pomógł 

wsiąść  i  usiadł  za  kierownicą.  Gdy  wyjechali  na 
autostradę,  Paula  ośmieliła  się  zerknąć  na  niego 
kątem  oka.  Nie  wyglądał  na  rozgniewanego.  Był 

background image

 

 

232 

tylko  poważny  i  milczący,  jakby  całą  uwagę 
skupił na prowadzeniu samochodu. 

Chciała przerwać to niezręczne milczenie, lecz 

nie  potrafiła  wymyślić  nic  sensownego,  co 
mogłaby 

powiedzieć. 

Już 

go 

przeprosiła. 

Naprawdę nie chciała go zwodzić. 

background image

 

 

233 

Jego?  To  raczej  ona  dała  się  zwieść... 

podszeptom  własnego  ciała.  Przecież  aż  się 
trzęsła,  pragnąc  w  pełni  rozkoszować  się 
cudownymi,  erotycznymi  doznaniami,  jakich 
nigdy przedtem nie doświadczyła. 

Przez kilka podniecających chwil marzyła tylko 

o tym, aby wejść na nieznane terytorium. 

Nieznane? 

Głupie 

gadanie. 

Przecież 

powszechnie 

wiadomo, 

ż

kobieta 

plus 

mężczyzna  równa  się  seks.  Bo  w  tym  przypadku 
tylko o to chodziło. O seks. 

Ale... czy kiedykolwiek czuła się podobnie 
przy Tobym? 

Razem jeździli konno, pływali na tratwie, parę 

razy się pocałowali. Było też trochę ukradkowych 
pieszczot,  ale  całkiem  niewinnych,  ponieważ 
rodzice zawsze mieli ich na oku. A gdy pojechali 
na  studia  i  dojrzeli  do  większej  intymności,  ich 
drogi zaczęły się rozchodzić, więc do niczego nie 
doszło. Potem zaś Paula skoncentrowała się tylko 
na nauce i pracy. 

Dobry  Boże,  mając  dwadzieścia  trzy  lata  była 

taka  nie  doświadczona,  że  namiętny  pocałunek 
pierwszego lepszego mężczyzny doprowadził ją... 

Nie. Nie pierwszego lepszego. Brada. 
Znów  dyskretnie  na  niego  spojrzała.  Nie 

odzywał  się  i  pewnie  myślał,  że  ona  jest  naiwną 
smarkulą, która boi się odrobiny seksu. 

A  przecież  chodziło  o  coś  zupełnie  innego.  Po 

prostu  wiedziała,  że  oddawszy  się  Bradowi, 

background image

 

 

234 

będzie  bardzo  cierpieć,  gdy  nadejdzie  chwila 
ostatecznego rozstania. 

Bo przecież tak to się wszystko skończy.  Brad 

Vander-camp  szybko  się  znudzi  i  lada  dzień 
pofrunie w kolejną podróż. 

background image

 

 

235 

Co za szczęście, że w samą porę obudził się jej 

zdrowy 

rozsądek 

ochłodził 

rozgrzane 

namiętnością ciało! 

Ale  co  teraz  się  stanie?  Czy  wyrafinowany 

ś

wiatowiec  Brad  Vandercamp  uzna,  że  nie  warto 

marnować świątecznego tygodnia, spędzając go z 
pruderyjną głupią gęsią? Postanowi zabawić się z 
bardziej atrakcyjną kobietą, która nie będzie robić 
takiego problemu z łóżkowych igraszek? 

Paula  poczuła  w  sercu  bolesne  ukłucie  i  tym 

razem śmiało utkwiła spojrzenie w twarzy Brada. 
Chciała  na  zawsze  zapamiętać  ten  wspaniały, 
wyrazisty profil, te lśnią ce, kędzierzawe włosy o 
miedzianym odcieniu, te bursztynowe oczy, które 
potrafiły się uśmiechać,  przymilać i obiecywać.  I 
te dłonie - silne i jednocześnie takie delikatne. 

Błagam,  Boże,  daj  mi  ten  tydzień  z  Bradem, 

poprosiła żarliwie. Nawet gdyby na tym miała się 
skończyć  ta  przygoda.  Na  razie  było  tak 
przyjemnie.  Wręcz  cudownie...  Dzięki  obecności 
Brada  wszystko,  co  do  tej  pory  robiłam,  nabrało 
blasku, stało się radosne i ważne. 

Ale...  Z  trudem  przełknęła  ślinę  i  westchnęła 

ciężko, gdy Brad skręcił na podjazd przed domem 
Ashfordów.  Może  sposób,  w  jaki  spędzali  czas, 
wydał  się  Bradowi  piekielnie  nudny?  Może  on 
wolałby... 

-  Jesteśmy  na  miejscu!  -  Brad  uśmiechnął  się 

promiennie. - Co mamy w planie na jutro? 

 

background image

 

 

236 

Okazało się, że na świąteczną kolację przyjdzie 

pięć  osób.  Paula  i  Brad  układali  listę  gości  kilka 
dni  wcześniej,  podczas  pieczenia  ciast.  Brad 
zajmował  się  głównie  łuskaniem  orzechów  i 
pomagał  dekorować  ciasteczka.  Oczywiście 
pierwszy raz w życiu. 

background image

 

 

237 

-  Może  zaprosisz  Parkera  -  zasugerowała 

Paula,  odmierzając  składniki  na  pierniczki.  - 
Wiem, że to samotnik, ale jest Boże  Narodzenie, 
więc... 

-

 

Już go zaprosiłem. 

-

 

I pana Andrewsa, jeśli jeszcze jest w mieście. 

-

 

Owszem, i nie traci czasu. 

 

-

 

Ten facet to dynamit, nie sądzisz? Cieszę się, 

ż

e go przyjąłeś. 

-

 

To  raczej  twoja  zasługa.  -  Przeprowadził 

rozmowę  kwalifikacyjną  podczas  obiadu,  na 
który przyszedł wraz z Paulą. Wyglądała szałowo 
w  prostej,  czarnej  sukience,  która  odsłaniała 
wspaniałe nogi. 

-  Moja? 
-  Oczywiście.  -  Paula  rzeczywiście  okazała 

Andrewsowi  tyle  ciepłego  zainteresowania,  że 
starszy pan otworzył się przed nią, jakby znali się 
od lat. Przeszedł na wcześniejszą emeryturę, żeby 
opiekować  się  chorą  żoną,  a  gdy  niedawno 
zmarła,  poczuł  się  bardzo  samotny  i  postanowił 
wrócić do pracy. - Zwierzał ci się jak najlepszemu 
przyjacielowi. 

-  To miły człowiek. I powinien się czymś 
zająć. 
-  A  mnie  przyda  się  jego  doświadczenie. 

Wkrótce  trzeba  będzie  zatrudnić  architektów  i 
firmę budowlaną. 

background image

 

 

238 

-  Wkładasz dużo serca w to przedsięwzięcie, 
prawda? 
-  Wciągnęło  mnie.  -  Bardziej  niż  mógłby 

przypuszczać.  Może  on  też  potrzebował  bardziej 
aktywnego życia. 

Pan  Andrews  przyjechał  z  Parkerem.  Obaj 

przyłączyli się do Lewisa, który stwierdził, że nic 
tak  nie  wzmaga  apetytu,  jak  konna  przejażdżka. 
Lewis przywiózł Sama Jonesa, jednego ze swoich 
pokerowych partnerów. 

background image

 

 

239 

-  Sam  nie  ma  rodziny  i  jest  ostatnio  trochę 

przygnębiony - oświadczył. 

Jones, który nie przepadał za końmi, postanowił 

wybrać  się  na  długi  spacer  w  towarzystwie 
Parkera.  Piątym  gościem  był  jeden  ze  stajennych 
Brada, dziewiętnastoletni Sid, który chyba też nie 
miał nikogo bliskiego. Sid powiedział, że zostanie 
w domu i pomoże pannie Pauli. 

Brad  już  wcześniej  zauważył,  że  cała  robota 

spadnie  na  nią,  bo  wszyscy  goście  to  mężczyźni. 
To  nie  w  porządku,  stwierdził,  lecz  Paula 
zbagatelizowała  ten  problem.  Przywykła  do 
obecności wielu facetów. Na ranczu Randolphów 
mama  zawsze  zapraszała  na  święta  samotnych 
kowbojów. 

-  Poza  tym  wcale  nie  będę  wszystkiego  robić 

sama - dodała Paula. - Oni na pewno się włączą. 

Nie  pomyliła  się.  Zwłaszcza  Sid  się  włączył, 

pomyślał  Brad,  obserwując  krzątającego  się  po 
kuchni  chłopaka.  Sid  chodził  za  Paulą  jak  mały 
psiak  i  patrzył  na  nią  z  nie  skrywanym 
uwielbieniem. 

A Brad rozpaczliwie pragnął się z nią kochać. I 

wydawało mu się, że ona też tego chce. Chociaż... 
może  nie.  Znów  traktowała  go  po  koleżeńsku,  z 
rzadka 

obdarzając 

szybkim 

całusem 

lub 

przelotnym 

uściskiem. 

Zupełnie, 

jakby 

prowokowała i natychmiast się wycofywała. 

To  nie  było  zachowanie,  do  jakiego  przywykł 

Brad. Inne kobiety... 

background image

 

 

240 

Urwał, tknięty nagłą myślą. Paula to Paula. Nie 

podobna do żadnej kobiety z jego przeszłości. 

Usiłował grać zgodnie z zasadami Pauli, lecz z 

trudem  trzymał  ręce  przy  sobie.  Wciąż  myślał 
tylko o tym, żeby wziąć ją w ramiona i zatrzymać 
w nich na zawsze. 

background image

 

 

Na zawsze. 

Otóż  to.  Romansował  z  wieloma  kobietami. 

Bywał zainteresowany, zaintrygowany, raz nawet 
mocno  zauroczony.  Nigdy  jednak  nie  myślał 
kategoriami „na zawsze". 

Co czuje Paula? Wiedział, że coś ich łączy, coś 

głębszego  niż  samo  pożądanie.  Paula  także 
zdawała sobie z tego sprawę. Mógłby przysiąc, że 
tak.  Dlaczego  więc  trzymała  go  na  dystans?  A 
Lewis  nie  ukrywał,  że  jego  zdaniem  Brad 
Vandercamp  nie  jest  dostatecznie  dobry  dla 
ukochanej bratanicy. 

Do  licha!  Brad  bezwiednie  zacisnął  pięści. 

Czyżby  wpadał  w  kompleksy?  Nigdy  dotąd  nie 
zmagał  się  z  takim  poczuciem  niepewności,  nie 
był taki... przerażony! 

Niech 

to 

diabli! 

Najlepiej 

wszystko 

natychmiast  wyjaśnić.  Zdecydowanym  krokiem 
pomaszerował do kuchni. 

-

 

Paula... 

-

 

Uważaj!  -  ostrzegła,  otwierając  piekarnik,  z 

którego buchnęła para, a w powietrzu rozszedł się 
apetyczny zapach pieczonego indyka. 

-

 

Paula, chcę cię o coś spytać. 

-

 

A ja ciebie. Pokroisz to ptaszysko? 

background image

 

 

242 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

Inne  miejsce,  inni  ludzie,  pomyślał  Brad,  gdy 

wszyscy zaczęli schodzić się na kolację. Nikt nie 
był elegancko wystrojony. Jedynie Ellis Andrews 
przyszedł  w  marynarce  i  krawacie,  lecz  zaraz 
zdjął i jedno, i drugie. 

Ż

adnego  stukania  się  kieliszkami  szampana, 

ż

adnych  pogawędek  o  niczym.  Zgodnie  z 

przewidywaniem  Pauli  goście  włączyli  się  do 
przygotowań. Z wyjątkiem Lewisa, który rozsiadł 
się wygodnie i wydawał polecenia. Parker też już 
siedział przy stole, zatopiony w myślach. Pewnie 
głowi 

się 

nad 

kolejnym 

oszałamiającym 

wynalazkiem, stwierdził Brad, nalewając wino. 

-

 

Wolę piwo. - Lewis zakrył dłonią swój 

kieliszek. 
-

 

Chyba nie mamy. 

-

 

Jest w lodówce. Przywiozłem sześć puszek. 

Brad  poszedł  do  kuchni  i  omal  nie  wpadł  na 

Sida,  który  wraz  z  Samem  Jonesem  pomagał 
Pauli wnosić półmiski z przystawkami. 

background image

 

 

Wkrótce  wszyscy  zasiedli  przy  stole  i  Ellis 

Andrews  przystąpił  do  krojenia  indyka.  Brad 
wiedział,  że  dzisiaj  nie  wykonałby  tego  zadania, 
nawet  gdyby  miał  w  tej  dziedzinie  jakiekolwiek 
doświadczenie.  Zastanawiał  się  bowiem,  co 
później  powie  Pauli,  która  siedziała  naprzeciw 
niego. 

background image

 

 

244 

Zdjęła  swój  wielki  fartuch  i  wyglądała  bardzo 
powabnie w obcisłym, czerwonym sweterku. 

-  Jasne czy ciemne? - spytał Andrews. 
Brad  usłyszał,  lecz  nie  zareagował  na  jego 

słowa,  ponieważ  chciał  wstać,  obejść  stół,  wziąć 
Paulę w objęcia i... 

-

 

Brad! Jakie mięso wolisz - jasne czy ciemne? 

- powtórzył Andrews nieco głośniej. 

-

 

Poproszę każdego po kawałku. - Jakby miało 

znaczenie,  co  będzie  jadł.  Co  się  z  nim  działo? 
Zachowywał się jak zakochany nastolatek. 

Nie  był  takim  uwodzicielem,  za  jakiego 

uchodził,  lecz  zawsze  umiał  postępować  z 
kobietami.  Ale  jak  tu  skutecznie  czarować  taką, 
która  zręcznie  manewruje  ciężkim  półmiskiem  z 
gorącym indykiem-gigantem? 

Miłość 

należy 

wyznawać 

bardziej 

romantycznym  otoczeniu,  lecz  skoro  człowiek 
stracił  głowę  dla  kobiety,  która  pół  życia  spędza 
w kuchni... 

Chwileczkę... miłość? 
-  Chyba coś zrobisz z tym fantem, prawda, 
Brad? 
O  czym  ten  Lewis  gada?  Brad  spojrzał  na 

niego nieprzytomnie. 

-  Sam nie chce wyjechać  z San Diego  - dodał 

Lewis. - Powiedz mu, chłopie, w czym rzecz. 

Brad pytająco popatrzył na Sama Jonesa. 

background image

 

 

-

 

Och,  wspomniałem  tylko,  że  będzie  mi 

szkoda  opuścić  te  strony.  Ale  chyba  muszę. 
Wczoraj dostałem różowy kwitek. 

-

 

Różowy kwitek? - Brad nie miał pojęcia, co 

to takiego. 
-

 

Czyli  wymówienie.  Zwolnienie  z  pracy  - 

wyjaśnił Lewis. 

background image

 

 

246 

-

 

Ach  tak.  -  Brad  zastanawiał  się,  jak  mógłby 

pomóc.  Sam  najwyraźniej  nie  lubił  koni,  lecz...  - 
Co pan umie? 

-

 

Jestem  malarzem,  znam  się  też  na  stolarce. 

Przez ostatni rok pracowałem w bazie. 

-

 

W bazie? 

-

 

W  bazie  marynarki.  Niedługo  ją  likwidują  i 

zwalniają ludzi. Poszedłem na pierwszy ogień. 

-

 

Niedobrze. 

-

 

Och, i tak jestem w lepszej sytuacji niż inni. 

Nie  mam  rodziny  i  żadnych  zobowiązań.  Ale  żal 
mi  takich  chłopaków,  jak  na  przykład  mój 
przyjaciel  Tom,  ojciec  czworga  dzieci.  A  na 
dodatek  niedawno  wziął  kredyt  na  domek,  więc 
nawet  jeśli  znajdzie  robotę  gdzieś  indziej,  trudno 
mu będzie zdecydować się na przeprowadzkę. 

-

 

Nie mógłby poszukać czegoś w okolicy? 

-

 

Ż

artuje  pan?  Baza  zatrudnia  dwadzieścia 

sześć tysięcy osób. Jak ją zamkną, zostaniemy na 
lodzie.  W  tym  mieście  i  tak  jest  bezrobocie,  a 
bazy  wojskowe  znikają  jedna  po  drugiej.  Chyba 
potrzebujemy kolejnej wojny. 

-

 

To  i  tak  nie  rozwiązałoby  problemu  - 

oświadczył  Ellis  Andrews.  -  Przy  dzisiejszej 
automatyzacji  jeden  pracownik  może  naciskać 
wiele przycisków. 

Wszyscy  parsknęli  śmiechem  i  przez  chwilę 

gawędzili  o  wadach  i  zaletach  współczesnej 
cywilizacji. 

background image

 

 

247 

-

 

Już  nikt  nie  zatrudnia  sekretarki  do 

odbierania  telefonów  -  podsumował  dyskusję 
Lewis. 

-

 

Osobiście się cieszę, że malowanie i wbijanie 

gwoździ  nadal  odbywa  się  ręcznie.  Przynajmniej 
na  razie.  Ale  mnóstwo  ludzi  już  się  martwi  o 
swoją  przyszłość.  -  Sam  dla  przykładu  wymienił 
robotnika w wieku przed 

background image

 

 

248 

emerytalnym  i  samotną  matkę  chłopczyka  z 
zespołem Downa. - Jak straci robotę, to nie będzie 
mogła  posyłać  dzieciaka  na  specjalne  zajęcia.  - 
Sam ze smutkiem potrząsnął głową. 

-

 

Nowe  miejsca  pracy  to  działka  Brada.  - 

Lewis  spojrzał  na  niego  z  ukosa.  -  Przecież  jest 
Vandercampem. 

-

 

I co z tego? - spytał Sam. 

-

 

Vandercampowie  nie  siedzą  bezczynnie  na 

swojej  forsie.  Dają  zatrudnienie  tysiącom  ludzi. 
W  Europie,  Azji,  dosłownie  wszędzie.  Dla 
Vandercamp Enterprises to kaszka z mlekiem. 

-

 

Lewis,  do  końca  życia  będziesz  mi 

wypominał  te  słowa?  -  Brad  uśmiechnął  się  od 
ucha do ucha. 

-

 

To twoje słowa, nie moje. 

-

 

Fakt  -  przyznał  Brad.  I  nagle  stwierdził,  że 

targa 

nim 

jakieś 

dziwne 

uczucie. 

Było 

skrzyżowaniem  gniewu  i  determinacji,  lecz  nie 
zostało  wy  wołane  ironią  Lewisa.  Spowodowała 
je  myśl  o  tych  wszystkich  ludziach,  którzy 
zmagają się z tyloma problemami i są tak bardzo 
uzależnieni  od  stałej  pracy.  A  mogą  ją  stracić  w 
mgnieniu oka. 

Rzeczywiście  był  Vandercampem.  Wiedział  o 

fuzjach  i  przejęciach.  Wiedział,  że  jeden  podpis 
na dokumencie czasem oznacza milionowe zyski. 
Przejmowane w mgnieniu oka. 

A  teraz  spojrzał  na  te  sprawy  z  innego  punktu 

widzenia. I przeraziło go to, co ujrzał. 

background image

 

 

249 

Ale przecież był Yandercampem! 

-  Może udałoby się stworzyć jakiś rynek pracy 

w  San  Diego.  Sprawdzę  to  -  oświadczył  lekkim 
tonem, lecz w głębi serca już podjął decyzję. Nie 
zamierzał tracić cza 

background image

 

 

250 

su.  W  mgnieniu  oka  można  też  dokonać  wielu 
zmian na lepsze. 

To 

były 

wspaniałe 

ś

więta. 

Chyba 

najszczęśliwsze  w  moim  życiu,  pomyślał  Brad, 
choć  coraz  bardziej  niecierpliwie  czekał  na 
wyjście gości. Lecz oni jeszcze nie zamierzali się 
zbierać.  Po  jedzeniu  rozsiedli  się  wygodnie  w 
salonie,  opowiadali  dowcipy,  śmiali  się  i 
ż

artowali.  A  Paula,  zamiast  subtelnie  dać  do 

zrozumienia,  że  pora  się  pożegnać,  namówiła 
wszystkich  na  grę  w  karty,  więc  wieczór  jeszcze 
się przeciągnął. 

Ale  w  końcu  panowie  zaczęli  wychodzić, 

obładowani  pudłami  świątecznych  ciasteczek. 
Paula  jak  zwykle  miała  rację,  przemknęło 
Bradowi przez głowę.  Wcale nie upiekła za dużo 
tych pyszności. 

Sprzątaniem  i  zmywaniem  na  szczęście  zajęła 

się  kilkunastoletnia  córka  Dana,  którą  Brad 
wcześniej  zatrudnił.  Zjawiła  się  ze  swoim 
chłopakiem,  więc  Brad  musiał  tylko  wywlec  z 
kuchni  Paulę,  która  już  zaczęła  mówić,  co  gdzie 
należy  schować.  Rany  boskie,  czy  ta  dziewczyna 
nigdy nie przestaje pracować? 

-

 

To 

moja 

kuchnia 

pozwalam 

tym 

dzieciakom  robić,  co  im  się  żywnie  podoba  - 
oświadczył  stanowczo,  a  dwójka  nastolatków 
zachichotała  za  jego  plecami,  gdy  chwycił  Paulę 
na ręce i wyszedł. 

background image

 

 

251 

-

 

Puść mnie! - zapiszczała. - Co oni sobie 

pomyślą? 
-

 

Powiem  ci,  co  ja  myślę.  -  Musnął  wargami 

jej  szyję.  -  Myślę,  że  za  dużo  myślisz  o  tym,  co 
myślą  inni.  -  A  jego  guzik  to  obchodziło,  dopóki 
Paula była tam, gdzie od rana pragnął ją mieć - w 
jego ramionach. Dotknął ustami jej warg i poczuł 
natychmiastową reakcję. Paula zadrżała 

background image

 

 

252 

z pożądania. - Och, skarbie - szepnął. - Pozwól rai 
kochać się z tobą. 

-  Nie. Ja... nie. - Jej usta się poddawały, lecz 

słowa oznaczały odmowę. Paula spróbowała się 
wyswobodzić. 

Do  licha,  tak  strasznie  jej  pragnął.  Marzył  tylko 

o  tym,  aby  zanieść  ją  do  łóżka  i  usłyszeć,  jak 
krzyczy z rozkoszy w chwili spełnienia. 

-

 

Proszę cię - jęknęła zdławionym szeptem. - 

Postaw mnie na podłodze. 

-

 

Lepiej  odwiozę  cię  do  domu.  -  Cmoknął  ją  w 

czoło  i  poszedł  wziąć  jej  prezenty  spod  choinki. 
Zamierzał  przeprowadzić  z  Paulą  poważną 
rozmowę,  wyjaśnić  wszelkie  wątpliwości.  Ale  nie 
tutaj,  gdzie  za  ścianą  dwójka  dzieciaków 
ogłuszająco hałasowała garnkami. 

Paula dyskretnie go obserwowała. Gdy ją puścił, 

poczuła  ulgę...  i  lekkie  rozczarowanie.  Przez  cały 
tydzień  z  takim  trudem  trzymała  go  na  dystans.  A 
teraz...  nadal  wszystko  w  niej  pulsowało  z 
pożądania. 

Jeszcze 

chwila, 

kompletnie 

zapomniałaby o swoich wątpliwościach. 

Ależ  tak!  Jedna  noc  z  Bradem  byłaby  dla  niej 

cenniejsza  niż  całe  życie  z  innym  mężczyzną. 
Skoro  mogła  otrzymać  tylko  teraźniejszość,  tę 
chwilę... 

Jeszcze nie jest za późno. 
-

 

Brad - zawołała cicho. 

-

 

Gotowa do wyjścia? - Podszedł do niej, 

obładowany paczkami. - Chyba wziąłem wszystkie. 

background image

 

 

253 

Paula nagle się rozgniewała. Brad był taki 

spokojny, opanowany, podczas gdy ona nadal 
dygotała. 

-  Wychodzimy! 

zawołał 

do 

dwojga 

nastolatków "i i ujął ją za łokieć. 

background image

 

 

254 

Z  jaką  łatwością  potrafi  opanować  swoje 

emocje,  pomyślała  rozjątrzona.  Jakby  zakręcał 
kran.  Cóż,  bądź  realistką,  Paula.  On  właśnie  z 
taką  samą  łatwością  przechodzi  od  jednego 
romansu do kolejnego. 

A skoro tak, to ona też będzie równie chłodna i 

wyrafinowana.  W  dowód  tego  zaczęła  paplać  o 
wszystkim i o niczym. Mówiła o dużym ruchu na 
szosie,  o  ludziach,  którzy  zapewne  jadą  na 
ś

wiąteczne  spotkania  lub  z  nich  wracają,  o  tym, 

ż

e  goście  Brada  chyba  świetnie  się  bawili.  Aha, 

czy  już  wspomniała,  że  jest  zachwycona 
gwiazdkowymi  podarunkami?  Chociaż  Brad 
oczywiście  nie  powinien  był  dawać  jej  aż  tyle. 
Zdumiewające,  że  pamiętał  o  książce,  którą  tak 
bardzo  pragnęła  mieć.  A  ten  kaszmirowy 
sweterek jest taki mięciutki... 

-

 

No  i  ta  bransoletka  z  brylantami  -  dodała.  - 

W życiu nie widziałam nic piękniejszego, ale... 

-

 

Zamknij  się  -  burknął  Brad,  parkując 

samochód  przed  domem  Ashfordów.  -  Musimy 
porozmawiać. 

-

 

Przecież 

rozmawiamy 

odparła 

buntowniczym  tonem.  Ani  myślała  podejmować 
tematu  swojej  powściągliwości,  pruderyjności, 
czy jak on by to nazwał. 

-

 

Nie zamierzam gadać o głupstwach. 

-

 

Ta  bransoletka  to  nie  żadne  głupstwo.  - 

Przesunęła 

między 

palcami 

łańcuszek 

iskrzących  się  brylantów.  Nie  oparła  się  pokusie 

background image

 

 

255 

noszenia go przez jeden dzień, lecz to cacko było 
o  wiele  za  drogie,  aby  mogła  je  przyjąć.  -  Jest 
cudowna, ale. 

-

 

Nie  chcę  wiedzieć,  co  sądzisz  o  bransoletce, 

Paula. -Brad nakrył jej dłoń swoją. - Powiedz, co 
myślisz o mnie. 

Nagle zaczęło ją dławić w gardle. Oczywiście, 
powinna 

background image

 

 

256 

powiedzieć, że bardzo go lubi i lubi przebywać w 
jego towarzystwie. Coś w tym stylu. Mężczyźnie, 
który  skacze  z  kwiatka  na  kwiatek,  nie  warto 
mówić, że się go szaleńczo kocha. 

Ale  obawiała  się,  że  nawet  ton  głosu  może  ją 

zdradzić,  więc  tylko  czule  pogłaskała  Brada  po 
twarzy, musnęła palcem jego wargi. 

-

 

Przestań! - Odsunął jej rękę, ale zatrzymał ją 

w swojej. - To już wiem. 

-

 

Co? 

-

 

Ż

e  między  nami  iskrzy.  Och,  nie  patrz  na 

mnie  takim  wzrokiem!  Pragniesz  mnie  tak  samo, 
jak ja ciebie. Ale nie o tym chcę mówić. 

-

 

A o czym? 

-

 

Muszę  wiedzieć,  co  naprawdę  do  mnie 

czujesz.  Czy  te  uczucia  choć  trochę  są  podobne 
do moich, 

-

 

Jakie  są  te  twoje?  -  spytała  i  z  zapartym 

tchem czekała na odpowiedź. 

-

 

Kocham cię, Paula. 

Gapiła  się  na  niego  oniemiała.  Czyżby  się 

przesłyszała? Ciekawe, ile razy mówił te słowa, i 
ilu kobietom. 

-

 

Zgoda,  nie  mam  najlepszej  reputacji.  Ale 

uwierz mi, że uczyniłem takie wyznanie pierwszy 
raz w życiu.  I nawet nie wiem, kiedy się w tobie 
zakochałem. Może już tego pierwszego wieczoru, 
gdy  zobaczyłem,  jak  tańczysz  w  kuchni.  A  może 
dopiero  wtedy,  gdy  się  przekonałem,  że  jesteś 
takim  ciężko  harującym,  bezpretensjonalnym 

background image

 

 

257 

Kopciuszkiem, który do wszystkiego podchodzi z 
cudownym, 

zaraźliwym 

entuzjazmem. 

Do 

cholery, dlaczego beczysz? 

-

 

Och...  więc  mnie  kochasz.  Nigdy  bym  nie 

przypuszczała. Myślałam... 

background image

 

 

258 

-

 

Nie  ma  powodu  do  zalewania  się  łzami. 

Nadal  mi  nie  odpowiedziałaś,  ty  bekso,  co  do 
mnie czujesz? 

-

 

Kocham  cię,  kocham,  aż  za  bardzo!  Byłam 

gotowa zgodzić się na wszystko, na jeden tydzień 
z tobą, na dzień lub nawet tylko na jedną noc. 

-

 

A na zawsze? - szepnął z ustami przy jej 

wargach. 
-

 

Chodź, pogadamy w domu. 

Spędzili  w  salonie  sporo  czasu,  lecz  nie  na 

rozmowie.  Później  Brad  przeszedł  do  omawiania 
szczegółów.  Chciał,  żeby  pobrali  się  jak 
najszybciej. W Kalifornii, a może w Wyomingu? 
A  dokąd  Paula  miałaby  ochotę  wyjechać  w 
podróż  poślubną?  Może  polecieliby  do  Monako, 
wsiedli  na  pokład  „Renegata"  i  popłynęli  w  rejs 
po  Morzu  Śródziemnym?  W  drugiej  połowie 
stycznia  mogliby  pomieszkać  w  rodzinnej 
rezydencji we Włoszech. 

-

 

Wiesz,  że  to  wykluczone.  -  Paula  z 

uśmiechem  wtuliła  się  w  objęcia  Brada.  -  Muszę 
się uczyć. 

-

 

Uczyć?  -  spytał  taki  zdumiony,  jakby 

odezwała się po chińsku. 

-

 

Trzeciego  stycznia  zaczyna  się  nowy 

semestr.  No  i  właśnie  wtedy  wracają  panie 
Ashford. 

Muszę 

złożyć 

wymówienie 

wyprzedzeniem,  więc  chyba  weźmiemy  ślub 
dopiero... 

background image

 

 

259 

-

 

Do diabła z paniami Ashford. Koniec z tą 

robotą. 
-

 

Cóż...  -  Wolałaby  być  w  porządku  wobec 

dotychczasowej  pracodawczyni,  lecz  chyba  uda 
się jakoś... 

-

 

I  do  diabła  z  tą  nauką.  Pora  na  miłość  i 

małżeństwo, skarbie. 

-

 

Tak,  ale...  -  Miałaby  zrezygnować  ze 

studiów?  Akurat  teraz,  gdy  już  jest  tak  blisko 
wymarzonego  celu?  -Brad,  muszę  to  jeszcze 
przemyśleć. 

background image

 

 

260 

-

 

Nie  ma  czego,  kochanie.  Sądzisz,  że 

Kopciuszek  po  ślubie  z  księciem  nadal  sprzątał 
końskie łajno? 

-

 

Właśnie  tak  oceniasz  mój  zawód?  - 

Zagotowało się w niej ze złości. 

-

 

Och,  dziecinko,  nie  bądź  taka  drażliwa. 

Zgoda, to świetna profesja, ale nie dla ciebie. 

-

 

Radziłam sobie z nimi od dziecka! 

-

 

Co innego konna jazda, a co innego leczenie 

takich  zwierząt.  Paula,  jesteś  zbyt  delikatna. 
Weterynaria to zajęcie dla mężczyzn. 

-

 

Doprawdy? 

-

 

No cóż... 

-

 

A może sądzisz, że faceci są mądrzejsi?! 

-

 

Wcale  tak  nie  uważam.  Nie  mam  pojęcia, 

jakim  cudem  nasza  rozmowa  przerodziła  się  w 
bezsensowną dyskusję. 

-

 

Arogancko  uznałeś,  że  bez  wahania  rzucę 

wszystko, na co pracowałam od lat, że pożegnam 
się z marzeniem, które już prawie zrealizowałam! 

-

 

Właśnie!  -  Brad  także  się  zdenerwował.  - 

Chcę,  żebyś  to  rzuciła!  Nic,  tylko  pracujesz  i 
pracujesz.  Najwyższy  czas,  żebyś  zaznała  trochę 
przyjemności.  Dam  ci  rzeczy,  jakich  nigdy  nie 
miałaś,  pokażę  ci  miejsca,  jakich  nigdy  nie 
widziałaś. Będziemy się kochać i bawić! 

-

 

Nie zamierzam pędzić jałowego życia. Może 

tobie ono odpowiada, ale mnie na pewno nie! 

Brad  obdarzył  ją  szczerze  rozbawionym 

spojrzeniem,  odwrócił  się  i  wyszedł.  Po  chwili 

background image

 

 

usłyszała  trzaśniecie  drzwiczek,  szum  silnika  i 
pisk opon. 

background image

 

 

262 

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

-

 

O  co  chodzi,  Paula?  -  Lewis  zerknął  na  nią 

znad talerza ze śniadaniem. 

-

 

Sparzyłam się! - Powachlowała dłonią usta i 

odstawiła kubek z kawą. 

-

 

Mnie nie nabierzesz. W czym rzecz? 

-

 

Nie rozumiem - odparła z miną niewiniątka. 

-

 

Pytam, co się dzieje. 

-

 

Stara  bieda,  jeśli  o  mnie  chodzi.  Smakuje  ci 

jajecznica? 

-

 

Jak zwykle.  Ale ty nawet jej nie tknęłaś. Co 

cię gryzie? 

-

 

Ależ  z  ciebie  nudziarz!  -  Zerwała  się  z 

krzesła,  wylała  kawę  do  zlewu  i  wstawiła  kubek 
do zmywarki. - Bez powodu wiercisz mi dziurę w 
brzuchu! 

-

 

Dobrze  widzę,  kiedy  ktoś  jest  w  depresji. 

Zwłaszcza  dziewczyna,  która  zazwyczaj  jest 
wesoła  jak  skowronek.  I  widzę,  że  facet,  który 
niemal  koczował  na  naszym  progu,  nie  pokazuje 
się od dwóch dni, więc... 

background image

 

 

-

 

Już  dobrze,  dobrze!  -  Odwróciła  się  i 

spiorunowała  wujka  wzrokiem.  -  Skoro  się  tak 
dopytujesz, to ci po wiem! On mnie rzucił! 

-

 

Naprawdę? 

-

 

Przecież sam mówiłeś, że tak będzie! 

background image

 

 

264 

-

 

Ja? 

-

 

Nie  udawaj  niewiniątka  -  parsknęła  z 

przekąsem. -Bez przerwy mnie ostrzegałeś, że ten 
bogaty  laluś  najpierw  mnie  wykorzysta,  a  potem 
rzuci... 

-

 

Tak  twierdziłem?  Hmm...  nie  pierwszy  raz 

będę musiał coś odszczekać. 

Nie  miała  pojęcia,  dlaczego  się  rozpłakała. 

Może  dlatego,  że  Lewis  się  uśmiechał?  Albo 
dlatego,  że  to,  co  mu  powiedziała,  nie  było  zbyt 
zgodne  z  prawdą?  Niezależnie  od  powodu  usta 
nagle  same  zaczęły  drżeć,  a  oczy  wypełniły  się 
łzami. 

-

 

Siadaj.  -  Lewis  wskazał  jej  krzesło.  - 

Pogadajmy. 

Przyznaję, 

ż

okropnie 

się 

pomyliłem. Ten  facet wcale nie patrzył na  ciebie 
jak na swoją kolejną zdobycz. Uwierzyłem, że mu 
na tobie zależy. 

-

 

Nie... nie powinnam była gadać takich 

głupot. 
-

 

Co się stało? 

-

 

On...  och,  Lewis,  on  mi  się  oświadczył.  - 

Wierzchem dłoni otarła mokre policzki. 

-

 

I dlatego zalewasz się łzami?  

-

 

Byłam  taka  zdumiona,  gdy  poprosił  mnie  o 

rękę. Zawsze myślałam, że Brad tylko chce się ze 
mną  przespać  i  starałam  się  trzymać  go  na 
dystans,  ale  on...  och,  wujku,  on  naprawdę  mnie 
kocha.  I  spytał,  co  ja  do  niego  czuję.  Ja  też  go 
kocham. 

background image

 

 

-

 

Więc w czym problem? 

-

 

Sama nie wiem. - Zawahała się. - Nie, to nie 

tak.  Brad  zaczął  mówić  o  tym,  gdzie  i  kiedy 
weźmiemy ślub, o podróży poślubnej... 

-

 

Miła perspektywa. 

background image

 

 

266 

-

 

Owszem,  ale  zupełnie  zapomniał,  że  ja  też 

mam  swoje  życie,  różne  plany,  marzenia... 
Zupełnie,  jakby  to  wszystko  nie  miało  żadnego 
znaczenia. 

-

 

Mówisz o studiach? 

-

 

Nie tylko. Wiesz, że już za pół roku będę 

klinicystą? 
-

 

A cóż to takiego? 

-

 

Odpowiednik lekarza. 

-

 

Rozumiem. 

-

 

Mówisz,  jakby  to  było  jakieś  głupstwo. 

Przecież  wiesz,  że  oboje  z  Tobym  marzyliśmy  o 
tym od dziecka. On trenowałby konie, a ja... 

-

 

Wszystko  się  zmienia,  dziecinko.  Obecnie 

Toby  jest  bankierem,  a  ty  musisz  sama 
zatroszczyć się o swoją przyszłość. 

-

 

Do  licha,  przecież  się  troszczę!  Za  rok  będę 

weterynarzem.  Kimś  niezależnym.  Tego  nikt  mi 
nie odbierze. 

-

 

Boisz się? 

-

 

O co ci chodzi? 

-

 

Po  odejściu  Toby'ego  byłaś  załamana. 

Zostało 

ci 

tylko 

marzenie 

zawodzie 

weterynarza. 

Parłaś 

do 

jego 

realizacji 

niezwykłym uporem. 

-

 

Na litość boską, Lewis, chyba nie sądzisz, że 

nadal cierpię z powodu Toby'ego! 

-

 

Nie.  Ale  po  tym,  co  się  stało,  rozpaczliwie 

potrzebo  wałaś  czegoś  trwałego,  na  wypadek 
gdyby  twoje  życie  ponownie  legło  w  gruzach. 

background image

 

 

267 

Nazwij  to,  jak  chcesz  -  nadrzędnym  celem, 
potrzebą 

niezależności, 

realizacją 

marzeń... 

Jednak  moim  skromnym  zdaniem  to  po  prostu 
rodzaj  polisy  ubezpieczeniowej.  Coś,  czego  nikt 
ci  nie  odbierze.  Trzymasz  się tego  tak  kurczowo, 
bo powoduje tobą zwykły strach. 

background image

 

 

268 

Czy to możliwe? Czyżby uznała, że to, co łączy 

ją  z  Bradem,  jest  zbyt  kruche,  aby  przetrwało 
próbę  czasu?  Nawet  jeśli  tak,  to  pragnęła 
zaryzykować.  Przecież  Brad  powiedział,  że  ich 
miłość jest prawdziwa i głęboka, oparta na czymś 
trwalszym  niż  namiętność  i  pożądanie.  A  jeśli  to 
on  miał  rację?  Musiała  się  o  tym  przekonać.  Za 
wszelką cenę. 

-

 

Nie,  wujku.  Wiesz,  że  zawsze  uwielbiałam 

zwierzęta,  zwłaszcza  konie.  Lubiłam  się  nimi 
zajmować  i  nie  zrezygnuję  z  tego  właśnie  teraz, 
gdy  już  mam  fachową  wiedzę.  I  jeszcze  jedno... 
Pragnę być sobą! Robić coś sensownego. 

-

 

Zawsze  będziesz  sobą,  kochanie.  Nie 

spoczniesz na laurach. Taka już jesteś. 

-

 

Ale  Brad  usiłuje...  wybić  mi  to  z  głowy, 

podać mi wszystko na tacy... 

-

 

Pozwól  mu  na  to.  Zawsze  to  ty  troszczyłaś 

się  o  wszystkich,  którzy  potrzebowali  pomocy. 
Tak  było  na  ranczu  w  Wyomingu  i  nic  się  nie 
zmieniło. Dbasz o mnie, o te trzy baby Ashford, o 
każdego,  kto  akurat  jest  w  potrzebie.  Nie  umiesz 
brać.  Brad  cię  kocha,  a  zatem  to  zrozumiałe,  że 
pragnie dać ci jak najwięcej. 

-

 

Ale...  to  takie  przytłaczające.  I  nie  chcę  być 

rozpieszczoną, leniwą paniusią w stylu Whitney. 

-

 

To  ci  nie  grozi.  Nie  mogłabyś  aż  tak  się 

zmienić. Jako żona Brada będziesz... 

-

 

Kochać  się  z  nim  i  bezustannie  balować. 

Dlatego mu powiedziałam, że takie jałowe i puste 

background image

 

 

269 

ż

ycie  może  wystarcza  jemu,  ale  mnie  na  pewno 

nie! 

-  O rany ! - Lewis aż gwizdnął. - Tom usiało 
go rozjuszyć! 
-  Właśnie  wtedy  mnie  zostawił.  -  Paula 

chlipnęła żałośnie. - Ale... skąd wiesz? 

background image

 

 

270 

-

 

Łatwo się domyślić. Sam mu wygarnąłem, co 

sądzę o facecie, który umie tylko bawić się i grać 
w  polo.  Wtedy  zaatakował  mnie  jak  rozjuszony 
nosorożec!  -  Lewis  zachichotał  na  wspomnienie 
swej tyrady. 

-

 

Na mnie nawet nie nakrzyczał - stwierdziła z 

ciężkim  westchnieniem  Paula.  -  Był  zbyt 
wściekły. 

-

 

Dziwisz  się?  Nie  mamy  prawa  patrzeć  na 

niego z góry, tylko dlatego, że jest bogaty. Trzeba 
zapomnieć  o  jego  forsie  i  przyjrzeć  się  samemu 
człowiekowi. - Lewis zamyślił się na chwilę. - Ja 
chyba  poznałem  się  na  nim  podczas  spotkania  w 
tawernie.  Nie  dlatego,  że  prawie  skoczył  mi  do 
gardła 

powodu 

wzmianki 

majątku 

Yandercampów.  To  ten  Parker.  Wyglądał  jak 
jakiś  lump,  a  Brad  nic  o  nim  nie  wiedział,  lecz 
postanowił  mu  pomóc.  Chociaż  nie  miał  grosza 
przy  duszy.  -  Lewis  parsknął  śmiechem.  -  A 
potem, chociaż rozmawiał ze mną, nadal myślał o 
tym  chłopaku.  Dał  mu  swoją  wizytówkę  i 
zastanawiał  się,  jak  pomóc  temu  biedakowi. 
Chyba  właśnie  wtedy  doszedłem  do  wniosku,  że 
Brad to przyzwoity gość. 

Pauli zrobiło się ciepło na sercu. 
-

 

Miał  rację  co  do  tej  forsy  Vandercampów  - 

dodał  Lewis.  -  Zauważyłaś,  jak  uważnie  słuchał 
Sama?  Brad  wczuł  się  w  położenie  tych  ludzi. 
Dam głowę, że zainwestuje w bazę, zwłaszcza że 
mieści się ona tuż obok mającej powstać fabryki. 

background image

 

 

271 

To  się  nazywa  biznes,  ale  tylko  ktoś  wyjątkowy 
decyduje się na taki poważny krok. 

-

 

Co próbujesz mi powiedzieć, wujku? 

-

 

Nic. Pozwól jednak, że o coś cię spytam. Ten 

koń,  którego  dostałaś  od  taty...  kochasz  go 
bardziej niż Brada? 

background image

 

 

272 

-

 

Chyba  żartujesz!  Brad  znaczy  dla  mnie 

więcej niż wszystkie konie świata! 

-

 

No więc? 

-

 

Ale z ciebie spryciarz! 

-

 

Nie przeczę. - Lewis położył coś na jej dłoni 

i zacisnął jej palce. 

-

 

Co to jest? 

-

 

Kluczyki do samochodu. Nie pozwolę, żebyś 

wypuściła z garści porządnego faceta. 

Zanadto  dławiło  ją  w  gardle,  aby  mogła  coś 

powiedzieć,  ale  wychodząc,  odwróciła  się  i 
mocno uścisnęła swojego wujka - mądralę. 

-  Tak się cieszę, że jesteś moim ojcem 
chrzestnym 

- mruknęła, cmoknąwszy go w czubek głowy. 

 
-  To najohydniejsza kawa, jaką kiedykolwiek 
piłem. 

- Bradley 

Elmwood 

Vandercamp 

odstawił 

filiżankę i spio-runował syna wzrokiem. 

-

 

Jeszcze  nie  nauczyłem  się  parzyć  dobrej.  - 

Brad wzruszył ramionami. 

-

 

I nie masz kucharki. Ani gospodyni. Nikogo. 

-

 

Wszystko  w  swoim  czasie.  -  Paula  jeszcze 

nie dojrzała do zatrudnienia fachowego personelu. 
Zanadto  przywykła  do  krzątania  się  po  domu. 
Brad  postanowił  dać  jej  czas.  Spełnię  każde  jej 
ż

yczenie,  pomyślał.  Nie  pozwolę  jej  odejść  z 

mojego życia. 

To ty odszedłeś, palancie! 

background image

 

 

273 

Nie  szkodzi.  Zamierzam  wrócić!  Ona  też  musi 

dać mi trochę czasu. 

-  Lepiej zakręć się koło tej sprawy. - Głos ojca 
wyrwał 

background image

 

 

274 

go  z  zamyślenia.  -  Sam  nie  dasz  sobie  rady.  Ta 
kawa to trucizna. 

-

 

Wybacz. 

Nie 

spodziewałem 

się, 

ż

przyjedziesz dwa dni po naszej rozmowie o bazie 
marynarki. 

-

 

Chciałem  się  z  tobą  zobaczyć,  dopóki  nie 

stracisz zapału. 

-

 

Do czego? 

-

 

Do  interesów.  Jesteś  gotów  zasilić  szeregi 

Vander-camp Enterprises? 

-

 

Och, nie sądziłem, że... 

-

 

Drugi  raz  w  ciągu  miesiąca  pytałeś  mnie  o 

radę.  Najpierw  chodziło  o  jakiś  skaner,  a  teraz  o 
tę bazę. 

-

 

Parker  to  długa  historia.  Ale  rzeczywiście 

skonstruował 

genialne 

urządzenie. 

Potem 

rozmawiałem z kimś, kogo martwi zamknięcie tej 
bazy.  Uznałem,  że  mógłbyś  podrzucić  mi  jakiś 
dobry pomysł. 

-

 

Ludzie  i  pomysły.  -  Vandercamp  senior 

pokiwał głową. - To jest właśnie biznes, synu. 

-

 

A  mnie  zaczyna  się  to  podobać.  Chętnie 

popracuję w naszej firmie. 

-

 

Doskonale.  Potrzebujemy  świeżej  krwi. 

Przywiozłem Armstronga. Obejrzy tę bazę, zanim 
przystąpimy  do  przetargu.  -  Już  wspomniał 
Bradowi,  że  Armstrong,  brytyjski  producent 
filmowy, szuka w Stanach miejsca na studio. 

background image

 

 

275 

-

 

Sądzisz,  że  będzie  zainteresowany  całym 

terenem? -W głosie Brada zabrzmiała nuta troski. 
- A co z pracownikami bazy? 

-

 

Ż

artujesz?  Chce  zbudować  wielki  obiekt  i 

przypuszczalnie  zatrzyma  większość  lub  nawet 
wszystkich ludzi. Dlatego... 

background image

 

 

276 

Przed  domem  trzasnęły  drzwiczki  auta  i  na 

ganku  rozległ  się  odgłos  szybkich  kroków. 
Lekkich, znajomych. Brad zerwał się i pognał do 
holu. 

Chwycił 

Paulę 

objęcia, 

szeptane 

przeprosiny 

natychmiast 

ustąpiły 

miejsca 

gorączkowym pocałunkom. Minęła długa chwila, 
zanim Brad wprowadził Paulę do kuchni. 

-  Ojcze, poznaj Paulę, kobietę, którą kocham i 

mam  nadzieję  poślubić  -  powiedział  z  nie 
skrywaną dumą w głosie. 

Zza  stołu  wstał  dystyngowany  dżentelmen,  a 

Paula  przełknęła  ślinę.  Wolałaby  zaprezentować 
się rodzicom Brada od najlepszej strony,  a nie w 
tych  starych,  wytartych  dżinsach  i  za  dużym 
swetrze.  Nawet  nie  pamiętała,  czy  się  dzisiaj 
czesała. Co ten pan sobie o niej pomyśli? 

Mężczyzna  patrzył  na  nią  z  oczywistym 

zdumieniem.  Uprzejmie  wyciągnął  do  niej  rękę, 
lecz  nie  zdążył  nic  powiedzieć,  ponieważ  do 
ś

rodka wpadł Sid. 

-  Dan  mówi,  żeby  pan  zaraz  przyszedł,  panie 

Brad. Chodzi o Caspara. 

-  Co z nim? 
-  Nie  wiem.  Dan  sądzi,  że  to  zapalenie  płuc. 

Ale koń ledwie zipie. 

Paula  już  biegła  do  samochodu,  a  Brad  i  jego 

ojciec  za  nią.  Caspar  był  najcenniejszym 
wierzchowcem do gry w polo. 

background image

 

 

277 

Dan  odizolował  Caspara  w  jednym  z 

mniejszych 

pado-ków. 

Paula 

przeskoczyła 

ogrodzenie i pośpieszyła do konia. Na jego widok 
serce ścisnęło się jej boleśnie. Wspaniałe zwierzę 
stało nieruchomo jak wrośnięte w ziemię i ciężko 
dyszało, a w wielkich oczach malowała się dzika 
panika. 

background image

 

 

278 

Paula  od  razu  stwierdziła,  że  to  nie  zapalenie 

płuc.  Ten  koń  szaleńczo  walczył  o  każdy  haust 
powietrza. 

-  Weterynarz już jedzie - zapewnił Dan. - Żeby 

tylko Caspar doczekał. 

Paula  wiedziała  jednak,  że  zwierzę  jest  w 

bardzo kiepskim stanie. Ale co się stało? Czyżby 
wąglik? 

Przecież  w  okolicy  nie  było  roślin,  które 

mogłyby  stanowić  źródło  chorobotwórczych 
bakterii... 

Przesunęła dłonią po boku Caspara i odetchnęła 

z  ulgą.  Nigdzie  ani  śladu  typowych,  okrągłych 
krost.  Skóra  była  gładka,  choć  wyjątkowo 
rozgrzana. 

Paula 

westchnęła. 

Nie 

dysponowała 

termometrem  i  nie  miała  pojęcia,  co  Casparowi 
dolega. 

Biedny  zwierzak.  Jak  mu  pomóc?  W  odruchu 

bezradności  oparła  policzek  o  smukłą  szyję 
konia... i prawie się sparzyła! 

Wyprostowała  się,  a  słońce  zaświeciło  jej 

prosto w oczy. I jednocześnie oświeciło. 

-

 

Dan, ćwiczyłeś z nim dziś rano? - spytała 

trenera. 
-

 

Tak,  nawet  dosyć  długo.  Ale  Caspar  był  w 

formie. Dopiero po powrocie... 

-

 

To udar słoneczny! Podłącz wąż do hydrantu 

- poleciła Sidowi. - Szybko! 

background image

 

 

279 

Sid  w  mgnieniu  oka  wykonał  polecenie,  a  ona 

zaczęła polewać konia zimną wodą. 

Wydawało  się  jej,  że  minęła  cała  wieczność, 

zanim Caspar lekko poruszył łbem. 

-  Już mu lepiej! - stwierdził Dan. 
Paula  z  ulgą  i  zachwytem  obserwowała 

wspaniałego  wierzchowca,  który  oddychał  coraz 
spokojniej 

już 

nie 

sprawiał 

wrażenia 

dogorywającego. 

background image

 

 

280 

-  Uratowałaś  mu  życie,  najdroższa.  -  Brad 

serdecznie ją uścisnął. - Pozwól, że cię zastąpię. - 
Wziął  z  jej  rąk  końcówkę  węża,  aby  jeszcze 
trochę ochłodzić swojego ulubieńca. A Caspar już 
po  chwili  zarżał  radośnie  i  otworzył  pysk, 
chłepcząc ożywczą wodę. 

Weterynarz 

uniwersyteckiej 

kliniki 

przyjechał  po  czterdziestu  pięciu  minutach. 
Poradził  Danowi  nieco  ograniczyć  czas  ćwiczeń 
wszystkich koni na świeżym powietrzu. 

-

 

Pogoda  jest  wyjątkowo  ciepła,  jak  na 

grudzień. Nawet w tym rejonie Kalifornii. 

-

 

Ostatnio  często  zdarzają  się  różne  anomalia 

pogodowe - stwierdził ojciec Brada. 

-

 

Owszem  -  przyznał  weterynarz.  -  Mieliście 

szczęście,  że  diagnozę  postawiła  jedna  z  moich 
najzdolniejszych  studentek.  -  Z  uśmiechem 
popatrzył  na  Paulę.  Wykładał  na  uniwersytecie  i 
dobrze  ją  znał.  -  Zdała  pani  ten  sprawdzian  na 
szóstkę, panno Grant. 

-

 

To  wcale  nie  moja  zasługa  -  stwierdziła 

skromnie Paula, gdy wszyscy już odjechali, a ona 
wreszcie została tylko z Bradem. - Po prostu mam 
dobrą  pamięć  i  naczytałam  się  opowieści  Jamesa 
Herriota. 

-

 

Tego weterynarza? 

-

 

Tak,  autora  kilku  wspaniałych,  zabawnych  i 

mądrych książek. Pochłaniałam je w dzieciństwie 
i dzisiaj przypomniał mi się stosowny fragment. 

-

 

Naprawdę? 

background image

 

 

281 

-

 

To  prawie  jak  cud.  Herriot  opisał  podobny 

przypadek,  tyle  tylko,  że  chodziło  o  byka.  Też 
nikt nie wiedział, co mu dolega. Ale objawy były 
identyczne z tymi, jakie 

background image

 

 

282 

zauważyłam  u  Caspara,  i  nagle  doznałam 
olśnienia.  Zrobiłam  dokładnie  to  samo,  co 
Herriot. I podziałało! 

-

 

Niewątpliwie. Czy już ci podziękowałem? 

-

 

Tak. 

-

 

A powiedziałem ci, że cię kocham? 

-

 

Ja  też  cię  kocham.  -  Zarzuciła  mu  ręce  na 

szyję.  -  Najbardziej  na  świecie.  Możemy  się 
pobrać, kiedy zechcesz i pojechać, dokąd tylko. 

-

 

Hej, ktoś zrobił ci pranie mózgu? 

-

 

Zgadłeś.  Dziś  rano  Lewis  przemówił  mi  do 

rozumu. Stwierdził, że przyzwoity z ciebie gość. 

-

 

Ż

artujesz. Ten Lewis, którego znam? 

-

 

Ten sam - odparła ze śmiechem. - On mnie tu 

przysłał. Powiedział, że nie wolno mi wypuścić z 
garści porządnego faceta. 

-

 

Niewiarygodne! Jestem mu winien więcej niż 

dwanaście dolarów! 

-

 

Dwanaście dolarów? 

-

 

Nieważne.  Porozmawiajmy  o  ważniejszych 

sprawach.  Sądzisz,  że  po  dzisiejszym  popisie 
pozwolę ci zrezygnować z zawodu? 

-

 

Czyżbyś  zamierzał  zaakceptować  moje 

studia i późniejszy termin ślubu? 

-

 

Ś

lub  odbędzie  się  jak  najszybciej,  ale  potem 

zostaniemy  tutaj,  żebyś  mogła  spokojnie  obronić 
dyplom. 

-

 

Naprawdę tego chcesz? - Nie posiadała się z 

radości.  Ale...  przecież  Brad  to  człowiek 

background image

 

 

283 

przyzwyczajony  do  ciągłego  przenoszenia  się  z 
jednego atrakcyjnego kurortu do drugiego... 

-  Nie wspomniałem ci, kochanie, że po raz 

pierwszy 

background image

 

 

284 

w  życiu  mam  wrażenie,  jakbym  odnalazł  swoje 
miejsce na ziemi? 

-

 

Och, Brad! - Ze wzruszenia tylko tyle zdołała 

wykrztusić. 

-

 

Zresztą  wcale  nie  chodzi  o  miejsce, 

najdroższa  -  dodał.  -  Ty  jesteś  dla  mnie 
najważniejsza. 

-

 

A  ty  dla  mnie  -  zapewniła.  -  Ale... 

poświęcasz się dla mnie, a ja nie muszę z niczego 
rezygnować. Zachowam i zawód, i ciebie. Czy to 
w porządku? 

-

 

Spokojna głowa, kochanie. Ja też zamierzam 

rzucić  się  w  wir  pracy,  która  będzie  wymagała 
ode  mnie  obecności  w  Kalifornii.  Opowiem  ci  o 
tym  później.  A  co  do  tego  poświęcenia...  nie 
popadaj  w  samozadowolenie,  bo  poważnie  się 
zastanawiam, czy nie warto iść za starą jak świat 
radą dla młodych mężów. Znasz ją? 

-

 

Nie. 

-

 

To  sugestia,  że  żona  powinna  siedzieć  w 

domu. Bosa i ciężarna. 

Paula nie wiedziała, czy się roześmiać, czy dać 

mu  w  ucho.  Zresztą  i  jedno,  i  drugie  stało  się 
niewykonalne, 

ponieważ 

Brad 

zasypał 

ją 

pocałunkami. 

background image

 

 

EPILOG 

 
Był  piękny,  słoneczny  dzień.  Paula  siedziała 

obok  starszego  pana  Vandercampa  w  niedawno 
wykupionej  przez  niego  loży  na  stadionie  w  San 
Diego. Pierwszy raz w życiu miała oglądać mecz 
polo.  Dochód  z  dzisiejszej  imprezy,  tradycyjnie 
organizowanej w Nowy Rok, przeznaczony był na 
pomoc kalekim dzieciom. 

Paula  od  pierwszej  chwili  nie  posiadała  się  z 

zachwytu i roziskrzonymi oczami przyglądała się 
wyjeżdżającym  na  trawę  graczom  w  eleganckich 
uniformach.  Kiedy  zaś  ustawili  się  w  dwóch 
szeregach,  poszukała  wzrokiem  Brada.  Podobnie 
jak  pozostali  zawodnicy  z  jego  drużyny  miał  na 
sobie  białe  bryczesy,  koszulę  w  biało-niebieskie 
pasy,  hełm  w  tych  samych  kolorach,  a  także 
długie,  lśniące  buty.  Na  grzbiecie  wspaniałego 
Caspara prezentował się wprost oszałamiająco. 

-

 

Brad  świetnie  wygląda  -  stwierdziła.  -  Nic 

dziwnego,  że  wszyscy  nazywają  go  księciem 
polo! 

-

 

Nie  dlatego,  moja  droga.  -  Pan  Vandercamp 

obdarzył 

ją 

pobłażliwym, 

lecz 

ciepłym 

background image

 

 

286 

uśmiechem.  -  Otrzymał  ten  przydomek  z  uwagi 
na sposób, w jaki prowadzi grę. 

Obserwując mecz, Paula doszła do wniosku, że 

starszy  pan  ma  rację.  Brad  rzeczywiście  radził 
sobie 

wspaniale. 

Był 

czujny 

reagował 

błyskawicznie,  w  pełni  panując  nad  sytuacją, 
choć,  zdaniem  Pauli,  na  boisku  panował 
niesamowity mętlik. 

background image

 

 

Pan 

Vandercamp 

długo 

cierpliwie 

wprowadzał  ją  w  zawiłe  tajniki  gry.  Niewiele  z 
tego  rozumiała,  lecz  uznała  widowisko  za 
fascynujące. 

-  Nigdy  bym  nie  przypuszczała,  że  można  tak 

wspaniale  wyszkolić  konie  -  stwierdziła.  -  One 
jakby wiedziały, co w którym momencie powinny 
zrobić. To fantastyczne. 

-  Wierzchowce do gry w polo to specjalna 

odmiana 

-  odparł.  -  Są  nadzwyczaj  wszechstronne.  Udało 
się połączyć najlepsze cechy różnych ras, takie na 
przykład 

jak 

szybkość, 

inteligencję 

wytrzymałość. 

-  Niewątpliwie  -  przyznała,  z  zapartym  tchem 

obserwując toczącą się rozgrywkę. 

Była  tak  bardzo  pochłonięta  meczem,  że  nie 

zauważyła,  iż  ktoś  bardzo  bacznie  jej  się 
przygląda. 

-

 

Mamo, to jest Paula -z uporem powtórzyła 

Whitney. 
-

 

Nie  bądź  śmieszna.  Paula  siedzi  w  domu.  A 

przynajmniej 

powinna. 

Pani 

Ashford 

zmarszczyła  brwi.  -  Chociaż  nie  pojmuję, 
dlaczego jej nie było, gdy dzisiaj przyjechałyśmy 
z lotniska. 

-

 

Przecież  spodziewała  się  nas  dopiero 

pojutrze -przypomniała Rae. 

-

 

Oczywiście! - Whńney gniewnie łypnęła na 

siostrę. 

background image

 

 

288 

-  Co  za  szczęście,  że  zadzwoniła  Sheila,  bo 
inaczej  nie  wiedziałybyśmy  o  tym  meczu  z 
udziałem  Brada.  Należało  powiadomić  Paulę,  że 
wracamy  wcześniej.  Przygotowałaby  mi  kilka 
sukienek  do  wyboru.  Niech  nie  baluje  na  nasz 
koszt! 

-  Ale co, na miłość boską, ta dziewczyna robi 

tutaj? 

-  Pani 

Ashford 

wydawała 

się 

szczerze 

wstrząśnięta. - Jesteś pewna, kochanie, że to ona? 

-  Och, taka spryciula, jak Paula, potrafi wszędzie 

się 

background image

 

 

289 

wkręcić.  -  Whitney  prychnęła  pogardliwie.  - 
Chciałabym tylko wiedzieć, skąd wzięła ten boski 
strój i jak zdołała poderwać faceta, który ma lożę. 

-  Siedzi  w  loży?  Chyba  żartujesz.  Przecież 

wszystkie  są  pełne.  U  Sally  nie  było  dla  nas 
miejsca!  -  Pani  Ashford  chwyciła  teatralną 
lornetkę, podniosła ją do oczu i okiem bazyliszka 
przyjrzała  się  pierwszym  rzędom  trybuny.  -Nie 
mam  pojęcia,  gdzie...  -  Urwała  i  gwałtownie 
wciągnęła  powietrze.  -  Wielkie  nieba!  Chyba 
masz rację, córeczko. To rzeczywiście Paula. Ale 
jakim cudem...? 

 
Mecz  się  skończył  i  widzowie  powoli 

opuszczali stadion. Paula została w loży. Popijała 
schłodzonego  szampana  i  gawędziła  z  panem 
Vandercampem,  czekając  wraz  z  nim  na  Brada. 
Trzy panie Ashford były jeszcze dość daleko, gdy 
zauważyła,  że  idą  w  jej  stronę,  i  wpadła  w  lekki 
popłoch. 

O  rany,  jęknęła  w  duchu.  Nawet  nie  miałam 

okazji, 

ż

eby 

im 

cokolwiek 

wyjaśnić. 

Powiedziałam 

Bradowi, 

ż

muszę 

złożyć 

wymówienie  trochę  wcześniej,  aby  nie  zostały 
bez pokojówki, ale teraz nic z tego. 

-

 

Paula!  -  Głos  pani  Ashford  zabrzmiał  jak 

ś

wist  bata.  -  Raczysz  się  wytłumaczyć  z 

obecności tutaj? 

-

 

No  cóż...  przyszłam  obejrzeć  mecz.  Pani 

Ashford, chciałabym przedstawić... 

background image

 

 

290 

Nie  zdążyła  dokonać  stosownej  prezentacji, 

ponieważ 
odezwała się Whitney: 

 

-  Nie  masz  tu  nic  do  roboty,  Paula!  -  syknęła 

gniewnie.  -  W  tej  chwili  powinnaś  pracować  w 
naszej  rezydencji!  Po  przyjeździe  nie  mogłam 
znaleźć  potrzebnych  rzeczy  i  musiałam  sama 
układać włosy! 

background image

 

 

291 

-  Przykro  mi,  że  mnie  nie  zastałaś.  Ale 

poradziłaś sobie doskonale. Wyglądasz naprawdę 
ładnie, Whitney. 

Whitney  zrobiła  taką  minę,  jakby  uwaga  Pauli 

bardzo  ją  rozjuszyła.  Panna  Ashford  właśnie 
zamierzała  dać  upust  swojej  złości,  gdy  Brad 
przeskoczył  przez  białą  barierkę  i  podszedł  do 
nich. Whitney natychmiast się rozpromieniła. 

-  Och,  Brad,  byłeś  doprawdy  fantastyczny!  - 

zawołała,  zapominając  o  Pauli.  Podpłynęła  do 
niego,  kusząco  kołysząc  biodrami  i  wypinając 
pierś. - Jestem z ciebie taka dumna! Należy ci się 
stosowna  nagroda!  -  dodała,  nadstawiając  do 
pocałunku pełne wargi. 

Jednak  spotkało  ją  rozczarowanie,  bowiem 

Brad  pośpiesznie  się  odsunął,  zręcznie  unikając 
również uścisku. 

-

 

Dziękuję,  Whitney,  ale  to  było  zwycięstwo 

zespołowe. Niemniej bardzo się cieszę, że mecz ci 
się  podobał.  -  Wysłuchał  jeszcze  gratulacji  od 
pozostałych pań Ashford, a następnie przedstawił 
im swojego ojca. 

-

 

Och,  jakże  mi  miło,  że  mogę  pana  poznać  - 

zagru-chała  słodziutko  Mamie  Ashford.  -  Wiele 
słyszałam 

pańskich 

nadzwyczajnych 

osiągnięciach  oraz  o  pańskiej  pięknej  posiadłości 
Balmour.  -  Pani  Ashford  zapewne  mówiłaby 
jeszcze  dłużej,  lecz  umilkła,  ponieważ  Brad  nie-
oczekiwanie objął Paulę w talii. 

background image

 

 

292 

-

 

Czy  Paula  już  przekazała  paniom  dobrą 

nowinę? -spytał z uprzejmym uśmiechem. 

Pani  Ashford  nadal  miała  trudności  z 

odzyskaniem  mowy,  toteż  oniemiałą  matkę 
wyręczyła Rae. 

-

 

Jaką nowinę? - spytała przytomnie. 

-

 

Paula zgodziła się zostać moją żoną. 

-

 

Ona? Wykluczone! - Słowa niemal 

eksplodowały 

background image

 

 

293 

w  ustach  Whitney.  -  Przecież  nie  możesz...  To 
znaczy...  skąd  w  ogóle  ją  znasz?  To  tylko  nasza 
pokojówka. Powinna teraz robić w domu to, co do 
niej należy, zamiast... 

-  Zamknij  się,  Whitney  -  syknęła  jej  matka 

takim  tonem,  że  córka  natychmiast  umilkła, 
zapominając jednak zamknąć buzię. 

Lecz  pani  Ashford  to  zignorowała,  bowiem 

przeniosła  całą  uwagę  na  Paulę.  Jako  bystra 
kobieta natychmiast prawidłowo oceniła zaistniałą 
sytuację. 

-  Och,  Paula,  moje  drogie,  kochane  dziecko! 

Cóż  to  za  wspaniała  wiadomość!  -  Chwyciła 
Paulę w objęcia i czule ucałowała w oba policzki, 
po  czym  zwróciła  się  do  ojca  Brada:  -  To 
najmilsza  dziewczyna  pod  słońcem,  panie  Van-
dercamp. Od dawna, rzec można, należy do naszej 
rodziny.  Jest  dla  mnie  jak  trzecia  córka.  Mój 
Boże, 

trzeba 

natychmiast 

rozpocząć 

przygotowania  do  ślubu.  Koniecznie  musi  się  od 
być  w  naszej  rezydencji,  a  Rae  i  Whitney  będą 
druhnami.  Przecież  są  dla  Pauli  jak  siostrzyczki. 
Tylko  pomyślcie,  dziewczynki!  Wasza  droga 
siostra Paula wkrótce zostanie panią Vandercamp, 
zamieszka  w  Balmour,  pośród  tych  wszystkich 
lordów...  i  wielkich  dam,  oczywiście.  Będzie 
naprawdę cudownie, gdy ją odwiedzimy. Och, nie 
możemy  dopuścić,  aby  nasza  kochana  Paula 
przebywała  daleko  od  nas.  Tęskniłabyś  za  nami, 
prawda, kochanie?