background image

NUMER

Marcin Wolski

background image

Rozdział I

Zaczęło to się wkrótce po siedemnastych urodzinach Dina, które obchodził 

razem z całym kręgiem w jednej z tych uroczych seledynowych sal o miękkich 

przepuszczalnych ściągach, pełnych ciepła i poczucia bezpieczeństwa.

W znacznym stopniu za winowajcę moŜna by Uznać Maxa, najweselszego 

chłopaka z trzeciego kręgu, wysokiego i muskularnego blondyna, niedościgłego 

mistrza we wszystkich grach i testach. Din, podobnie jak większość chłopców, 

podziwiał kumpla i trochę mu zazdrościł.

Poza doskonałymi współrzędnymi numerycznymi Max odznaczał się jeszcze 

jedną oryginalną cechą — lubił rozmawiać. I to nie o bieŜących zabawach, ale o 

sprawach, które normalnie przekraczały zainteresowania nastolatka z kręgu 

szkoleniowego. Nie raz, kiedy cała grupa relaksowała się przed kolektywnym 

oglądnikiem, on siadał z przyjacielem w kącie sali rekreacyjnej (jeśli moŜna mówić o 

kątach w pomieszczeniu o kształcie czaszy) i zaczynał dyskusję o kwestiach zupełnie 

nadobowiązkowych. Tego dnia był czymś szczególnie zafascynowany:

—  Wiesz — powiedział — czasami nie mogę dać sobie rady z moimi 

myślami. Zastanawiam się, czy zawsze musi być tak jak jest?

— Nie rozumiem.

— No, czy nie ma innego sposobu Ŝycia, jak postępowanie zgodnie z 

harmonogramami i chodzenie według współrzędnych? A jeśli ktoś chciałby inaczej? 

Choćby tylko po to, Ŝeby spróbować mieć własne zdanie.

—  Co to znaczy „własne zdanie"? — dziwił się Din — przecieŜ jeśli 

działamy zgodnie z poleceniami naszych wychowawców, według wskazówek 

Odbiorników Indywidualnych, wybieramy optymalny wariant postępowania. To Coś, 

co nazywasz własnym zdaniem, gdyby nawet mogło istnieć — byłoby po prostu 

błędem, Szkodliwą fantazją.

Max przez moment milczał, potem pokręcił głową.

— Tak mówi kaŜdy. I to właśnie mnie zastanawia. Czy aby wszyscy mówią 

nam wszystko? Czy nigdy nie zastanawiałeś się, po co istniejemy, dokąd dąŜymy?

—  Na takie pytanie natychmiast moŜesz dostać odpowiedź OI — Din wskazał 

na Indywidualne  Odbiorniki  kołyszące  się na  obroŜach kaŜdego z chłopców.

—  Dziękuję. Otrzymam kryształowo jasną odpowiedź, Ŝe Ŝycie jest realizacją 

background image

numeru w czasie i przestrzeni — zaśmiał się młody sceptyk — będzie to  jak  zwykle  

odpowiedź jednoznaczna,  aseptyczna,  antykoncepcyjna...

W tym momencie seledynowe oczko Indywidualnego Odbiornika Maxa 

spurpurowiało. Zawsze zmieniało barwę, kiedy miał się odezwać głos z pouczeniem, 

informacją bądź przestrogą. Tym razem jednak automat musiał się rozmyślić, bo 

oczko przygasło, a z głośniczka nie dobiegł nawet najcichszy dźwięk.

Po południu, gdy młodzieŜ wróciła z posiłków w kabinach regeneracyjnych 

dostarczających odpowiedniej porcji pastylek i promieniowania, Din daremnie 

próbował .wypatrzeć przyjaciela. Max nie pojawił się ani podczas meczu piłki 

grawitacyjnej (był znakomitym napastnikiem) ani podczas wieczornej pogadanki.

Nikt z chłopców nie przepadał za swym wychowawcą, suchym, 

niekontaktowym osobnikiem sprawiającym wraŜenie dodatku do Informatorów, OIów 

czy Automatów Edukacyjnych, niemniej kiedy wszystkie próby odszukania 

przyjaciela zawiodły, Din podszedł do pedagoga i zapytał o prymusa. Belfer w 

pierwszej chwili jakby nie dosłyszał, jego oczy nie zmieniły wyrazu, tylko ledwo 

dostrzegalnie drgnęły mu szczęki. Chłopak powtórzył pytanie.

—  Gdzie jest Max?

Wychowawca zaczął się dziwnie głęboko zastanawiać, rozglądać i nagle 

odezwał się jego Odbiorniczek.

—  Został przeniesiony    do innej  grupy — głos  był  ciepły,  kojący,  

wiarygodny,  z  lekko metalicznym zabarwieniem.

—  Czy coś się    stało? Jaki był powód tego przeniesienia?  I dlaczego tak 

nagle? — pytał Din, a poniewaŜ odpowiedzi nie było, ciągnął dalej: — Chciałbym się 

dowiedzieć na jak długo i  dokąd  go przeniesiono?  To przecieŜ mój przyjaciel. Jest 

godzina czasu wolnego i chciałbym go odwiedzić.

—  Odwiedzin na dziś się nie planuje, pogadamy  o  tym  kiedy  indziej,  

chłopcze  — tym razem  odezwał się  sam  nauczyciel.  Poruszył przy tym głową, tak 

jakby chciał dać znak nastolatkowi, Ŝeby się oddalił. Din nie miał zamiaru tak szybko 

rezygnować, ale juŜ otoczył go wesoły krąg kolegów.

— Chodź prędko! Dają nową, świetną szołowiznę!

Ruszył w stronę oglądników. Śledząc zwariowane przygody serialowych 

bohaterów zapomniał o dręczących go pytaniach.

Dwa dni później przypadała pierwsza sobota miesiąca, i jak zwykle szkoła 

skierowała go do domu na tak zwaną „dobę familiryzacyjną". Nikt nie przepadał za 

background image

tym dniem i Din nie naleŜał do wyjątków. W nauczalni wśród kolegów unosił go 

nieustanny strumień zabaw z rzadka zakłócanych jakimiś ćwiczeniami, natomiast w 

sześcianie mieszkalnym spotykał dwójkę apatycznych osobników, nazywanych ojcem 

i matką, z którymi nie łączyło go nic.

—  No i   jak  postępy?  — zadawał  rytualne pytanie ojciec.

Parę lat wcześniej syn natychmiast zaczynał informować go o aktualnych 

współrzędnych numerycznych, ale kiedy podrósł, zauwaŜył, Ŝe „stary", cały czas 

zajęty śledzeniem programów w oglądniku w ogóle nie czeka na odpowiedź, toteŜ 

sam zaczął szablonowo odbąkiwać — nieźle, jako tako, pomalutku.

Matka była nieco serdeczniejsza, wstawała z pufa, całowała chłopca 

powtarzając niezmiennie:

—  Jak urosłeś, jak zmęŜniałeś.

Din obliczył, Ŝe gdyby to stwierdzanie odpowiadało prawdzie, w ciągu tych 

kilku łat osiągnąłby rozmiary olbrzyma. Nie robił jednak Ŝadnych uwag, tylko 

dołączał do rodziców i oddawał się absorpcji trójwymiarowych obrazów przez 24 

godziny „familiaryzacji".

Tak więc w sobotni poranek poŜegnał się z kolegami, wsiadł do ekspresowej 

pneumii i ruszył w stronę rodzinnego sześcianu. Siedząc sam w elastycznym wnętrzu 

pojemnika oderwał na moment myśli od turnieju piłki grawitacyjnej (rozgrywanego w 

komorze ze sztuczną niewaŜkością). Znów przypomniał sobie Maxa. Uruchomił 

Indywidualny Odbiornik, który mógł równieŜ spełniać funkcję wideofonu i wymówił 

numer ojca przyjaciela. Coś zachrobotało, po czym metaliczny głos „anioła stróŜa" 

począł odpowiadać:

— Nie ma takiego numeru, nie ma takiego numeru!

Pneumia, dostarczyła Dina wprost do sześcianu mieszkalnego. Wszedł 

energicznie oczekując pocałunku matki i odzywki ojca, ale zamiast tego po raz 

pierwszy uderzyła go zdumiewająca cisza. Oglądnik był wyłączony. Po raz pierwszy 

od niepamiętnych czasów matka nerwowo spacerowała po pomieszczeniu. W ogóle 

nie zauwaŜyła przybycia syna.,

— Dzień dobry, mamo!

—  A dzień dobry, dzień dobry... — musnęła go ustami.

—  Nie powiesz,  Ŝe  urosłem  i  zmęŜniałem? — Co?... Aha, tak. 

rzeczywiście.

Zaskoczony jej psychiczną nieobecnością Din zaczął dopytywać się, czy coś 

background image

się stało. Gdzie podział się ojciec? Pytanie było dosyć głupie, bo co mogło stać się. w 

idealnie zaprogramowanym świecie. Ale poniewaŜ matka nie odpowiadała, ponowił 

je.

—  Niedługo powinien być, na pewno niedługo.

Jak gdyby budząc się ze snu stanęła przed chłopakiem i obejrzała go uwaŜnie.

— Robisz się bardzo podobny do Jana. Chyba tylko trochę był niŜszy, kiedy 

poznałam go dwadzieścia lat temu.

Młody człowiek ze zdumieniem skonstatował, Ŝe po raz pierwszy słyszy od 

matki coś na temat czasu, dotychczas poruszali się wyłącznie w teraźniejszości.

—  Dwadzieścia lat temu — mówiła dalej — to   była prawdziwa   afera...   

zakochać   się   nie czekając na dobór programowany...

—  Co takiego?

Być moŜe dowiedziałby się znacznie więcej, gdyby nie delikatny, wysoki 

dźwięk zwiastujący przybycie pneumii.

Wrócił ojciec. Twarz miał rozpromienioną, pełną głębokiej satysfakcji.

—  Jednak awans! I to jaki! — zawołał. — Trochę   obawiałem   się   tych   

najnowszych   testów,  tymczasem  wszystko poszło  znakomicie, a ponadto po 

uwzględnieniu mojej dotychczasowej postawy i osiągnięć zostałem zweryfikowany 

dodatnio. Od dziś, kochani, nie nazywam się Jan 23261345 tylko... Przeczytajcie sami 

— wskazał  na  plakietkę    identyfikacyjną,  która obok OIa przytwierdzona  była  do 

elastycznej obroŜy.

— Gratulacje, Janie Milionie! — zawołał pierworodny.

Jak za dotknięciem laski czarnoksięskiej prysł nastrój zdenerwowania i 

napięcia, Jan Milion włączył nawiew promieni szampańskich , (regulamin zezwalał 

na korzystanie z nich tylko od wielkiego święta — najwyŜej cztery razy do roku) i juŜ 

po chwili cała trójka znajdowała się na rozkosznym rauszu.

Jak by nie patrzeć awans był olbrzymi, skok przeszło dwadzieścia milionów 

miejsc w społeczeństwie. Pani Janowa pomyślała, z nutą satysfakcji o swych 

sąsiadkach z sześcianów. 23261344 i 23261346:

— Popękają z zazdrości!

  Oczywiście wiedziała, Ŝe z awansem związane są określone zmiany — w 

ciągu trzech dni trzeba będzie przenieść się na wyŜszą kondygnację, do sześcianu, a 

moŜe prostopadłościanu o zupełnie innych (oczywiście podwyŜszonych) gabarytach. 

Na pewno teŜ otrzymają zwiększone przydziały ruchomości, energii... Gotowa była 

background image

natychmiast zabrać się za pakowanie.

—  Na   wszystko  będzie   czas  —   powiedział ojciec — dziś korzystając, ze 

jest z nami Din, zrealizujemy talon turystyczny.

— Co takiego? — zapytał młody człowiek. — Bon uprawniający do| 

wycieczki na taras widokowy znajdujący się nad megablokiem. Przechowywałem go 

właśnie na taką wielką okazję.

—  Wspaniale!  —  ucieszył  się  Din  — a  powiedz   tato,     byłeś  

kiedykolwiek  na   zewnątrz megabloku?

—  Owszem, byłem w dzieciństwie na tarasie razem z rodzicami...  Zresztą 

przyznam się, Ŝe nigdy mnie tam specjalnie nie ciągnęło. W megabloku jest tysiąc 

poziomów...

—  I  wszystkie  prawie identyczne — zauwaŜyła matka.

Rozgadali się na dobre. Korzystając z tego, ze oglądnik był wyłączony, Din 

zaczął zasypywać rodziców pytaniami. Rychło dowiedział się, Ŝe swój awans ojciec 

zawdzięcza sporadycznym zabawom intelektualnym stanowiącym jego hobby (do 

Ŝ

ycia były przecieŜ zupełnie niepotrzebne) oraz częstym ćwiczeniom gimnastycznym 

w komorze treningowej, która na ich piętrze przypadała jedna na 100 sześcianów. 

Ktoś mógłby w tym miejscu pomyśleć, Ŝe dzięki swemu hobby Jan posiadał całą masę 

znajomych. Nic błędniejszego. Nie zdarzyło się dotąd, Ŝeby ktoś ćwiczył razem z nim. 

Jedyną istotą, z która czasem wymieniał grzecznościowe „dzień dobry" był automat, 

dozorca aparatury sportowej. Tak samo, mimo Ŝe oglądniki pozwalały na 

natychmiastową łączność wizyjną z kaŜdym mieszkańcem świata, stosunki 

towarzyskie nie były zbyt rozwinięte w ich rodzinie. Jan kontaktował się sporadycznie 

ze swym bratem, który jako mniej uzdolniony pozostał gdzieś na dolnych piętrach 

supermiasta. Utrzymywali teŜ, głównie dzięki pani Janowej, kontakt z sąsiadami z 

prawa i lewa, poza tym był jeszcze zwierzchnik, burkliwy sześciocyfrowiec, który 

pojawiał się w ich oglądniku raz na miesiąc i wydawał dyspozycje, oraz stary kolega z 

nauczalni imieniem Piotr. Na nich lista znajomych się kończyła.

Tymczasem rozmowa zeszła na temat numeru. Din zdawał sobie sprawę, Ŝe 

porządek numeryczny stanowi esencję ich świata, nigdy jednak nie zastanawiał się 

nad realizowaniem tego porządku w praktyce. Z grubsza wiedział tylko, Ŝe z 

momentem uzyskania pełnoletności będzie musiał przejść szereg testów 

psychofizycznych, które ustalą jego wymierne i niepodwaŜalne miejsce w 

społeczeństwie, określane właśnie przez numer porządkowy. Numer ten będzie mógł 

background image

ulec zmianie najwcześniej po roku, to znaczy po następnym teście. Dopiero teraz 

ojciec uświadomił mu, Ŝe właśnie ów numer będzie decydował o wszystkim w Ŝyciu: 

przydziale pracy, mieszkaniu, zaopatrzeniu.

—  Od przeszło stu lat, synu, wszyscy na świecie posiadają swe numery 

porządkowe. Obecnie od 39 miliardów do pierwszego...

—  A kto jest pierwszym? — natychmiast zainteresował się Din.

—  Skąd mogę wiedzieć, w ogóle raz w Ŝyciu widziałem trzycyfrowca i to w 

oglądniku, szef jest zaledwie sześciocyfrowcem...

—  Czyli kiepsko wylądowałeś?

—  Mogło być gorzej, tuŜ po maturze zaczynałem jako prosty ośmiocyfrowiec, 

a i to nie było zupełne dno. Debile dostają 11 cyfr.

Tu wtrąciła się matka:

— Jesteś zdolny, Din, jeśli będziesz równie pracowity i posłuszny być moŜe 

doczekasz się pięciu cyfr. Byłabym taka szczęśliwa!

—  Jeśli będę posłuszny komu?

Jan Milion z przyzwyczajenia popatrzył na Indywidualny Odbiorniczek i 

zmienił temat. Zaczął opowiadać o dzisiejszych testach, ich rodzajach i związanych z 

tym trudnościach.

—  A czy nie moŜna awansować w inny sposób? — zapytał nastolatek.

— Na tym polega genialność naszego systemu, Ŝe nie. Pełna precyzja, 

wymierność i doskonałość. Bez luk. Nawet miejsce w kolejce po przeszczepy zaleŜy 

od numeru porządkowego.

— Podobno pierwsza setka ponumerowanych jest praktycznie nieśmiertelna 

— wyrwało się matce.

—  Czy  to  jest sprawiedliwe?  — zaczął  zastanawiać się Din.

Ojciec niespokojnie rozejrzał się po mieszkaniu.

—  Wystarczy, Ŝe jest wspaniałe i bezbłędne. Pomyśl, przez wiele epok świat 

pogrąŜony był w nierówności, ludzie walczyli o swoje pozycje, o władze. Intrygowali, 

mordowali się i przeŜywali   frustracje, poniewaŜ prawie kaŜdy  był niezadowolony z 

miejsca, jakie zajmował w społeczeństwie i wiecznie uwaŜał się za pokrzywdzonego. 

Tymczasem miejsca zaleŜały od urodzenia,  od  pieniędzy    albo  jeszcze   od  innych 

układów.  Chroniczne  niezadowolenie  było powodem  wojen i  rewolucji;  dlatego  

wynalazek intelektualnej  numeryczności stał się błogosławieństwem  naszego 

gatunku.  KaŜdy, bez Ŝadnych  szwindli,  bez     protekcji,  zajmuje  swoje miejsce. I 

background image

wie, Ŝe zajmuje je sprawiedliwie. Ta świadomość od przeszło stu lat zapewnia nam 

stabilizację, spokój i szczęście.

Chłopak słuchał z wypiekami na twarzy. CzyŜby właśnie nad tymi sprawami 

zastanawiał się Max?

—  Skąd wiesz o tym wszystkim, tatusiu? — wykrztusił wreszcie.

—  Z historii...

—  Z czego?

Przez głowę Miliona przebiegła myśl, Ŝe za duŜo mówi. Właściwie po co mąci 

chłopakowi w głowie. Przed piętnastu laty historię jako nieprawidłową numerycznie 

wycofano z programu nauczania. Jej elementy wypleniono równieŜ z literatury i 

sztuki, która odtąd realizowała się w bezczasowej przestrzeni. I było to słuszne. Sam, 

kiedy opuścił nauczalnię idącą według starego programu, miał trudności z 

dostosowaniem się. śycie skomplikowała mu sprawa z matką, w której zakochał się 

na przekór regulaminowi; niewiele brakowało a stoczyłby się na samo dno. Do 

dziesięciocyfrowców...

—  Opowiedz mi  jeszcze  o  historii,  tato!

—  Innym  razem,   teraz  naprawdę  juŜ  pora na   wycieczkę,   wezwę   

pneumię.   Historia,   jak słusznie powiedzieli  w  oglądniku, to „Nieprawidłowości  w 

regulaminowym  rozwoju  populacji ludzkiej".

—  Tyle moŜe powiedzieć  mi  kaŜdy  inform.

—  Ja nie mam nic do dodania. NajwaŜniejsze to wiedzieć, Ŝe Ŝyjemy w 

najdoskonalszym ze   światów.   Bez  klik,   układów,   koterii.   Syn pierwszego moŜe 

być ostatnim.

Zajechała pneumia pospieszna, jakby zgadując, Ŝe jest potrzebna. Wsiedli. Ale 

Din łatwo nie dał się zbić z tematu.

—  A właściwie dlaczego mama nie ma Ŝadnego numeru?

—  Kobietom nie przysługują numery — odezwała się matka — posiadamy 

jako oznacznik jedną z 28 liter, ja mam B. Litery te oznaczają róŜny stopień 

przydatności rodzinnej. Dobór małŜeństw aranŜuje testator genetyczny...

Urwała i westchnęła. Zresztą Din zaabsorbowany był juŜ czym innym. 

Odbiciem ojca w srebrzystej ścianie pneumii. Szczególnie zabawnie, wyglądała 

plakietka — zamiast 1000000, odbijało się 0000001!

Czasomierz umieszczony u stropu pneumii wskazywał 8.VI.133 roku ery 

numerycznej, godzinę 13.20.

background image

Dojechali na szczyt. Taras rozciągał się bezkreśnie w prawo i w lewo. I był 

całkowicie pusty. Było to o tyle dziwne, Ŝe przykrywał przecieŜ tysiącpiętrowy 

megablok zamieszkiwany przez miliard ludzi. Wysiliwszy wzrok, gdzieś na 

horyzoncie wypatrzyli grupkę takich samych szczęśliwców jak oni. No cóŜ, talony 

spacerowe dostawano 2 razy w Ŝyciu, a widocznie nie wszyscy z nich korzystali.

Din spodziewał się, Ŝe ujrzy niebo, kosmos, o którym tyle historii słyszał w 

oglądniku. Tymczasem sklepienie było sztuczne i co pewien czas przekreślały je 

stalowe wsporniki szklanego dachu. Niemniej doskonale było widać słońce i chmury. 

Wpatrywali się zafascynowani, atoli po kwadransie wszystko ściemniało, ukazał się 

księŜyc i konstelacje gwiezdne. Wyjaśnienie paradoksu nie nastręczało trudności. 

Nieboskłon teŜ był sztuczny i oczywiście to, co oglądali, stanowiło stałą projekcję 

planetarium.

—  Ale   dlaczego     nie     widać   prawdziwego nieba? — zapytał Din.

—  Z oszczędności — zaburczał milczący dotąd   Odbiornik     Indywidualny.   

Ze   względów ekonomicznych cała powierzchnia planety pokryta jest koloniami 

jadalnych glonów, z których produkujemy wasze pastylki, resztę wolnego  miejsca     

wypełniają     baterie  słoneczne. Obejrzeli    jeszcze    świt i  południe,  a   nawet 

chcieli  pójść porozmawiać z grupką turystów, która zbliŜała się w ich kierunku, ale 

głos Odbiornika przypomniał im, Ŝe czas wracać. Więc wrócili.

background image

Rozdział II

Tak pechowo się składało, Ŝe Jan Milion nie mógł poświęcić całego 

popołudnia swemu jedynakowi. Akurat wypadły mu trzy godziny pracy — będącej raz 

na dziesięć dni prawem i zaszczytnym obowiązkiem mieszkańca megabloku. Prawdę, 

powiedziawszy, przy daleko posuniętej automatyzacji i rozpowszechnieniu myślących 

robotów, pracę ludzi moŜna by uznać za zbędną, jednak pozostawiono ją w 

szczątkowym wymiarze, być moŜe po to aby stwarzać mieszkańcom wraŜenie, Ŝe są 

jeszcze do czegoś potrzebni.

Symboliczne zajęcia naszego bohatera polegały na przeglądaniu 

kilkumetrowego odcinka tunelu wentylacyjno-energetycznego na poziomie 324. 

Podstawowym i jedynym problemem, z którym miał tam do czynienia, były myszy. 

Sprawę przecieków, pęknięć, konserwacji załatwiały błyskawicznie same automaty. 

Okazywały się one jednak zupełnie bezradne wobec cwanych stworzonek. 

Zastosowanie trucizn w tunelu wentylacyjnym było wykluczone, poza tym gryzonie 

wykazywały niezwykłą odporność i w efekcie jedyną metodą mogło być fizyczne 

unicestwianie — główne zajęcie Jana Miliona.

Po przybyciu pneumia na poziom 324 włazem przeciwpoŜarowym przedostał 

się do tunelu. Z szafki konserwacyjnej otwierającej się wyłącznie na przyzwalający 

głos Indywidualnego Odbiornika wyciągnął pas nośny zaopatrzony w małe silniczki 

grawitacyjne pozwalające na poruszanie się z duŜa szybkością po korytarzach i 

sztolniach. Zapiął klamrę, potem wydobył z pokrowca miotacz dezintegracyjny, 

włączył grawitatory i pomknął w głąb tunelu. Silne reflektory umieszczone na hełmie 

background image

pozwalały śledzić przestrzeń przed sobą, obramowaną przez dziesiątki rur, kabli i 

przewodów stanowiących układ nerwowy, krwionośny i limfatyczny megabloku. 

ChociaŜ Jan Milion pracował kilkanaście lat w sekcji dozoru konserwacyjnego, nigdy 

dotąd nie dotarł do końca labiryntu. Nigdy nie znalazł się na prawdziwej powierzchni 

ziemi, nie zstąpił teŜ do najniŜszych poziomów, gdzie działały automatyczne siłownie 

czy autofabryki. Dobrze znał tylko kilkanaście poziomów mieszkalnych, z jednej 

strony których biegły tunele pneumii, z drugiej zaś korytarze sanitarne, 

klimatyzacyjne, promiennikowe. KaŜdy poziom miał rozmieszczone co jakiś czas salę 

gimnastyczną, basen, tor spacerowy z jednym drzewem i kilku rachitycznymi 

krzewami; całości dopełniała nauczalnia i lekarnia.

Chcąc odwiedzić muzeum (tak, tak, ostała się jeszcze coś takiego) czy 

mikroogródek zoologiczny trzeba było wybrać się na wyŜsze kondygnacje, co 

wymagało uprzedniego zgłoszenia Indywidualnemu Odbiornikowi. Podobno była teŜ 

biblioteka, ale Jan nie słyszał o nikim kto by do niej chodził, bo i po co, skoro w 

minutę po zamówieniu na ekran oglądnika w sześcianie prywatnym trafiał zamówiony 

tekst, reprodukcja, mapa czy akt urzędowy. Tak samo moŜna było zamówić sobie 

kaŜdy film, dowolny fragment spektaklu zarejestrowanego na taśmie magnetycznej 

czy teŜ jakiekolwiek wydarzenie z przeszłości przechowywane w archiwum kronik 

filmowych. Z tym, Ŝe mało kto korzystał z wymienionych udogodnień. Jan będąc 

młodszy parę razy prosił o filmy dokumentalne sprzed ery numerycznej, ale 

trzykrotnie przysłano mu widoczki z rezerwatu dzikich zwierząt, parę dokrętek 

etnograficznych o Ŝyciu dawnych ludów pierwotnych, a gdy bardziej sprecyzował swe 

zainteresowania oglądnik wyświetlił napis: dokument uszkodzony, nie nadaje się do 

odtworzenia.

Teraz posuwał się szybko i bez przeszkód, gryzonie wymiecione strugami 

ś

wiatła piszcząc usiłowały kryć się w ponurym galimatiasie przewodów, ale zręcznie 

unicestwiał je dezintegratorem białkowym.

Mniej więcej po pół godzinie dotarł do krzyŜówki ze sztolnią LXXIV; zrobiło 

się przestronniej, gryzoniów teŜ nie było, więc zawiesił miotacz na ramieniu, 

poluzował grawitandy i miękko osiadł na półce przy niszy, która ongiś, w czasach gdy 

budowano blok była zasilalnią, czyli jak mawiali inŜynierzy „stołówką robotów". 

Wszedł głębiej chcąc na czymś przysiąść i przegryźć pigułkę relaksującą, gdy na raz 

bardziej poczuł niŜ zobaczył Ŝe w niszy ktoś jest.

 Poczuł się nieswojo; przez wszystkie lata pracy nie spotkał dotąd Ŝadnego 

background image

człowieka na swej drodze, praca była znakomicie zaprogramowana, tak Ŝe nie istniała 

moŜliwość jakiegokolwiek przeszkadzania sobie, w zajęciach.

—  CzyŜby robot?

Oświetlił niszę, ale to coś nieznanego musiało zniknąć za jednym z potęŜnych 

słupów nośnych. Jan przez moment zastanawiał się, czy nie zapytać OIa, ale 

natychmiast zorientował się, Ŝe tu na krzyŜówce istnieje zbyt silne pole, wspomagane 

przez liczne bariery osłonowe, aby marzyć o kontakcie. A Odbiorniczek działał tylko 

w łączności z komputerem matką.

—  Wejdź głębiej, Milionie — zza filaru doleciał szept.

Jan uniósł na wszelki wypadek miotacz. Nie potrafił wyjaśnić swojego 

niepokoju. Było to dla niego uczucie szokująco nowe, nigdy dotąd nie odczuwał 

strachu.

—  OdłóŜ broń, Milionie, czekałem na ciebie. ZbliŜ się.

Podszedł. Za filarem siedział starszy męŜczyzna o siwych włosach z dziecinną 

latarką w ręku. Nie miał ani pasa grawitacyjnego, ani dezintegratora.

—   Jak mógł się tu dostać? — zastanawiał się nasz bohater, a jeszcze bardziej 

wstrząsnął nim fakt. Ŝe oczko Indywidualnego Odbiornika na szyi nieznajomego 

zaklejone było plastrem. CzyŜby w świecie bezkryminalnym znalazł się jakiś 

przestępca?

—  Śmiało, śmiało — uśmiechnął się siwowłosy — musimy pogadać.

—  Ale... — Jan zawahał się — ja nie wiem, czy mi wolno...

—  A  kto   panu   zabroni, jakiś skretyniały komputer... A  moŜe, bezczelny, 

wynoszący się ponad ludzi GLOK!

Na samą nazwę, której nie wymieniano nawet w myślach, Milion skurczył się i 

powaŜnie pomyślał o ucieczce. Rzeczywiście musiał wpaść na jakiegoś wariata, albo 

gorzej — zbrodniarza.

—  Pan pozwoli, Ŝe się przedstawię — potencjalny  zbrodzień wyciągnął rękę 

— nazywam się Ned 1984.

— Czterocyfrowiec — szepnął z pewnym onieśmieleniem Jan — jestem 

zaszczycony...

— Dajmy spokój szacunkom i tytułom — rzekł Ned — szukałem pana blisko 

rok.

— Mnie?

— Powiedzmy precyzyjniej, kogoś takiego jak pan. Z takim numerem — 

background image

podkreślił, a widząc, Ŝe Jan wykazuje ochotę odejścia siwowłosy podniósł głos. — 

Proszę posłuchać! Sprawa jest niezwykłej wagi. Mówię w imieniu nieformalnej grupy 

czterocyfrowych naukowców zajmujących się badaniami...

— PrzecieŜ jakiekolwiek badania są zabronione! — wykrztusił Jan — tym 

zajmują się automaty.

—  Jest, jest zabronione — powtórzył zgryźliwie Ned — i co z tego? A jeśli 

nie odpowiada nam układ stuprocentowych wymierności. Jeśli  widzimy pęknięcia 

naszego cudownego systemu,  jeśli mamy podstawy do wielkich wątpliwości. Wiem, 

wiem, Ŝe to wszystko brzmi dla pana jak wodospad bluźnierstw. Zestawmy jednak  

fakty.  Jako  czterocyfrowcy  mamy  zagwarantowaną pełną    swobodę poruszania się. 

Ale tylko teoretycznie. Od dobrych kilkunastu lat Ŝadnemu z nas nie udało się opuścić 

megabloku. Sam próbowałem parokrotnie i za. kaŜdym razem pod  róŜnymi  

pozorami  byłem zawracany    przez    automatycznych    straŜników. Raz  mówiono   

o   trudnościach   przewozowych, kiedy    indziej    o    sezonowym    ograniczeniu. A 

przecieŜ udało nam się stwierdzić, Ŝe mimo ogłaszanych rozkładów jazdy pneumię 

między-blokowe nie funkcjonują, to znaczy jeŜdŜą puste  do granicy megabloku, 

odczekują czas zgodny z rozkładem i wracają.

—  Bardzo dziwne.

—  Proszę słuchać dalej. Ja i moi koledzy od piętnastu lat nie otrzymaliśmy 

ani jednego zezwolenia na wyjście na odkryty teren. I Ŝaden z mechanicznych 

gadułów nie potrafił nam tego   logicznie  uzasadnić.  Poza  tym  w  którymś 

momencie straciliśmy ochotę pytać. A jeden nasz przyjaciel...

—  Zniknął?

—  Niezupełnie, po kolejnym teście awansował do pierwszej setki i kontakt 

się urwał. Podobnie, jak od paru lat nie mamy Ŝadnych moŜliwości porozumienia się z 

kolegami z ościennych megabloków, i oni od dawna sygnalizowali utrudnienia w 

poruszaniu się, a potem zamilkli... Maszyny tłumaczą to usterkami na łączach .

Milion poczuł, Ŝe pot spływa mu pod kombinezonem. Wskutek braku 

połączenia z centralą biokontrolną nie włączają się automatyczne odwilŜacze. 

Stanowczo za duŜo tych wraŜeń jak na jeden dzień. Test rano, skomplikowana 

dyskusja z Dinem, potem wycieczka na taras, a  teraz...

—  Nie  potrafimy postawić  dokładnej   diagnozy — ciągnął dalej Ned 1984 

— znamy tylko okruchy.  Jak  pan   wie,  całością  naszego  Ŝycia zarządza   Globalny  

Komputer  —  GLOK...

background image

—  Psiakrew, znowu wymawia imię Wszechobecnego,   imię,   którego  

zwykły  człowiek  nie powinien  nigdy  wymieniać  — zadygotał  Jan.

—  Teoretycznie jest on kontrolowany przez dwa  niezaleŜne  systemy  KONK 

i   BEZK,  a  te podlegają  setce  najinteligentniejszych   spośród nas. Kto jednak wie 

jak jest naprawdę? Znałem wprawdzie paru ludzi, którzy awansowali do pierwszej 

setki, sęk w tym, Ŝe po awansie kontakt   ulega   przerwaniu.   śaden   odgłos   nie 

dociera na niŜsze szczeble.

—   To   chyba   jest   zgodne     z   regulaminem. Pierwsza setka  winna  mieć  

spokój  i swobodę dla swych poczynań.

—  Prawda, ale czy zastanawiał się pan nad tym, Ŝe  w naszym  systemie  nie 

awansuje się wyłącznie do przodu? PrzecieŜ z wiekiem kiedy potencja  intelektualna  

słabnie, rozpoczyna się  nieuchronny     proces  cofania. Ja   sam  na ostatnim teście 

mimo nieprzerwanej pracy nad sobą cofnąłem się o dwieście miejsc w hierarchii.   Jak 

tak   dalej   pójdzie,   niedługo   stracę swobodę poruszania...

Nasz bohater podrapał się  w głowę.

—  A moŜe prawo regresu nie dotyczy pierwszej setki?

—  Przepisy numeryczne zostały ustalone jako niewzruszalne i nieodwołalne. 

A jeśli nawet. Nie moŜemy dłuŜej tolerować stanu niewiedzy.  Czy  pan  wie,  Ŝe  my  

nie  wiemy  nawet, gdzie znajdują się ci „wybrańcy".

—  MoŜe na ostatnim piętrze.

—  Sam mieszkam na ostatnim piętrze. WyŜej  jest ten sztuczny  taras.  

Badaliśmy zagadnienie dosyć dokładnie i mogę panu powiedzieć z pełną  

odpowiedzialnością:  w naszym  megabloku ich nie ma.

—  A na zewnątrz wydostać się nie moŜna.

—  A zatem, co nam pozostaje?  Tylko działanie.   Ktoś   musi   sprawdzić,   

co   się   dzieje   w kierownictwie świata.

Milion roześmiał się. Pomysł był całkowicie nierealny. Skoro istniały bariery 

elektroniczne, a Indywidualne Odbiorniki scalone z systemem GLOKa ślepo 

wypełniały funkcję aniołów stróŜów...

Ned ściszył głos.

— Słyszał pan coś o selekcjonerach informacji?

Owszem, znał ze słyszenia ten system automatów zatrudnionych przy jednej z 

faz procesu testowania.

—   Kilku z nich ma dorobione przez nas przystawki, które pozwalają na 

background image

malutkie manipulacje. Sądzę, Ŝe bez większej trudności uda nam się dokonać obrotu 

pańskiego   numeru...   Z Miliona stanie się pan Dziesiątym. Członkiem Setki.

A więc do tego zmierzał rozmówca? Jan zerwał się na równe nogi, zamachał 

rękami.

—  Proszę najpierw wysłuchać mnie do końca, potem protestować — głos 

siwowłosego brzmiał łagodnie, sugestywnie —  to  wielka sprawa. Gdy przyjdzie 

odpowiednia chwila, otrzyma pan więcej informacji; być moŜe od powodzenia 

pańskiej misji zaleŜy Ŝycie miliarda mieszkańców megabloku.

—  Ale dlaczego właśnie ja?

—  Ma pan numer łatwy do przekształcenia, człowiek nazwiskiem 100000 jest 

schorowany a dziesięciomilionowiec  to głupek  usposobiony superlojalnie   wobec   

GLOKa...   Natomiast   pan jest w miarę młody, znakomicie rozwinięty fizycznie.  I 

chyba  wystarczająco odwaŜny.  Nie moŜe pan zawieść...

Ned urwał i zaczął nasłuchiwać. Z głębi sztolni odezwało się monotonne 

buczenie, które nie zwiastowało niczego dobrego. Jan wysunął się na skraj półki. Z 

oddali widać było zbliŜające się reflektory. To sunęły czuje — duŜe automaty 

porządkowe o ósemce ramion uzbrojonych we wszystko, czym dysponowała 

najnowsza nauka. Milion odwrócił się w stronę 1984-go, ale nisza była pusta. 

Spiskowiec zniknął. Chwilę później czuje zatrzymały się na wysokości półki.

—  Stało  się  coś,  człowieku?  Straciliśmy  indywidualny kontakt — 

zamruczały penetrując multiślepiami przestrzeń dookoła..

—  Poczułem  się   zmęczony   i musiałem   odsapnąć — skłamał Milion.

—  Trzeba   było   zaŜyć   regeneratora   —   pouczył  środkowy z  czujów  i   

patrol  począł  się oddalać.

Jan zabrał się do pracy. Po obleceniu całego odcinka jeszcze raz wrócił do 

niszy, chcąc się upewnić, czy przypadkiem nie uległ halucynacji. A moŜe to był głupi 

Ŝ

art? Atoli z niszy wiało pustką; po zdumiewającym spotkaniu nie pozostały Ŝadne 

ś

lady, jeśli nie liczyć obluzowanej klapy włazu przeciwpoŜarowego. Uchylił ją... 

Zabawne, na zewnątrz mieściły się pomieszczenia biblioteczne. Zapłonęła lampka 

OIa.

—  Pomyliłeś drogę, pomyliłeś drogę!

Milion cofnął się. I wówczas natrafił na zakrzywiony kawał Ŝelaza na 

podłodze niszy; Przysiągłby, Ŝe przedtem nie leŜało tu nic. Przez chwilę waŜył metal 

w ręku zastanawiając się, co mu przypomina. Po chwili juŜ wiedział.

background image

Opuszczając tunel jak zwykle złoŜył sprzęt do szafki konserwacyjnej. Było to 

zmyślne urządzenie, zamykało się tylko wtedy, umoŜliwiając wyjście na zewnątrz, 

gdy wszystkie narzędzia leŜały na swoich miejscach. Jan wsunął pod koszulę miotacz, 

a na stelaŜu umieścił znaleziony kawał metalu. Szafka zamknęła się automatycznie, a 

drzwi stanęły otworem. Po chwili był na zewnątrz i dopiero teraz, obleciał go strach.

Indywidualny Odbiornik musiał zauwaŜyć niezdrowe pocenie swego nosiciela, 

poniewaŜ natychmiast zaaplikował mu zastrzyk przeciwko przeziębieniu. 

Rozdział III

Jan obudził się z bólem głowy, uczuciem, którego nie doświadczył od 

piętnastu lat! Czym prędzej udał się  do komory odświeŜającej, z .której po dziesięciu 

minutach wynurzył się czysty, ogolony, bez zmartwień i wątpliwości.  Całą noc 

dręczyły go koszmary; po raz tysięczny przypominał sobie rozmowę z nieznajomym, 

przeklinał głupi przypadek z numerem (akurat musiało paść na niego!!!). Momentami 

łudził się, Ŝe było to jedynie głupie przywidzenie, sen na jawie. Ale ręka wsunięta pod 

poduszkę bez trudu odnajdowała chłodną kolbę miotacza.

— Bzdura, jutro z wszystkiego się wycofam, odłoŜę broń na miejsce... Niech 

się wypchają przeklęci konspiratorzy!

 Ranek rozwinął się przyjemnie, Ŝona włączyła oglądnik, co przyjął z ulgą. JuŜ 

background image

pierwszy program: „Nasze Ŝycie w megabloku" nastroił go, pozytywnie. Zmieniające 

się przestrzenne obrazy pokazywały sielankę Ŝycia codziennego: pracowite roboty z 

siłowni i fabryk, sukcesy medycyny automatycznej przedłuŜające Ŝycie do 

zaczarowanej granicy dwustu lat (inna sprawa, Ŝe pokazywano  ciągle tych samych 

trzech staruszków, których młodość przypadała grubo przed erą numeryczną). Osobny 

dział oglądnikowych bohaterów stanowili hobbyści. Mniej więcej co tysięczny 

mieszkaniec megabloku przejawiał jakieś zainteresowania: a to zajmowały go 

sztuczne złote rybki, a to majsterkowanie; sam Jan ze swymi ćwiczeniami 

gimnastycznymi teŜ był kiedyś bohaterem reportaŜu, co przez blisko tydzień napawało

go uzasadnioną dumą.

Po ciekawostkach, przyszła pora na serwis wiadomości z innych megabloków, 

migawki prezentujące osiągnięcia i Ŝycie codzienne trzydziestu paru gigantopolis 

pokrywających większość kontynentów ziemi monstrualnymi prostopadłościanami 

miliardowych ludzkich mrowisk. MoŜe tego ranka Milion był cokolwiek 

przewraŜliwiony, ale wydawało mu się, Ŝe emitowane obrazki widywał juŜ 

wielokrotnie, moŜe w nieco innej kolejności. Gotów był przysiąc, Ŝe sędziwa tkaczka 

z megabloku kanadyjskiego występowała juŜ kilkunastokrotnie, równo  co miesiąc to 

jako Czeszka to znów Nowozelandka, i za kaŜdym razem w tym samym miejscu 

programu zacinały się jej archaiczne krosna.

— Oto jeszcze jeden przykład, jak Ŝycie się powtarza — zganił w duchu swoje 

wątpliwości.

Serwis zakończył się zapowiedzią pogody, która była niezwykle waŜna dla 

ludzi nigdy nie wyściubiających nosa ze środka swych gigantycznych uli.

Nikt jednak nie zadawał sobie pytania — po co jeszcze nadają prognozę. 

Kiedyś nasz bohater zastanawiał się, czy któryś z mieszkańców otrzymuje mieszkania 

z widokiem na zewnątrz; później dowiedział się, Ŝe ze względów konstrukcyjnych 

zewnętrzne ściany megabloku muszą być ślepe.

Jak by jednak nie patrzeć, całość świata przedstawiała się logicznie i 

prawidłowo.

Początki idei numeryzmu sięgały do połowy XXI wieku (jeśliby liczyć lata 

według jednego z archaicznych kalendarzy ludzkości); po serii krwawych wojen i 

konfliktów zwycięŜyła kompromisowa koncepcja pragmatyczna. Ziemia stała się 

jednością, a Związek Grup Etnicznych — Organizacja powstała po kompromitującej 

rozsypce ONZ — została uznana za globalny parlament. Składał się on z dwóch izb 

background image

— Etniki, gdzie głos delegata Monaco miał taką samą wagę jak głos reprezentanta 

Chin, oraz Demosteniki, do której delegaci wybierani byli proporcjonalnie.

Historia przyznaje, Ŝe pierwsze pięćdziesiąt lat zjednoczonej Ziemi wypełniały 

nie kończące się kryzysy gabinetowe i lokalne napięcia. Powstawały koalicje i 

koalicyjki białych i czarnych przeciwko Ŝółtym oraz Ŝółtych i beŜowych przeciwko 

czerwonoskórym, aŜ wreszcie w roku 2104 tekę premiera powierzono Komputerowi. 

Był nim GLOK-1, pradziadek obecnego koordynatora Ziemi. Priorytet pragmatyzmu 

stał się faktem, maszyna rządziła sprawnie i zdecydowanie ku powszechnemu 

zadowoleniu ludzkości. Jej kolejne, coraz doskonalsze generacje posiadały coraz 

rozleglejsze kompetencje. Z czasem zgromadzenia ZGE stały się bardzo rzadkie, 

zwoływano je przy wyjątkowo odświętnych okolicznościach. Rozpowszechniła się 

natomiast demokracja, bezpośrednia; plebiscyty. KaŜdy obywatel miał przy swoim 

telewizorze (lub oglądniku trójwymiernym) przystawkę, za pomocą której wyraŜał 

swój stosunek do ogólnoświatowych problemów. Tak upadł kosztowny plan 

zasiedlania Marsa, który proponowały japońskie odnogi komputera jako ucieczkę 

przed monstrualnym wzrostem demograficznym. Zamiast tego zatwierdzono budowę 

megabloków — zuniformizowanych miast mających zaoszczędzić znaczne połacie 

globu pod uprawy i rezerwaty.                                 

W tym czasie teŜ numeryczność, nowa idea społeczna proponowana przez 

niektórych naukowców XXI wieku,, została postawiona przez GLOK-2 na forum i 

zyskała bezwzględną aprobatę. Przy czym, zauwaŜmy fakt nie bez znaczenia, GLOK-

2 został zbudowany przez Pierwszego bez udziału ludzi i praktycznie wchłonął 

cyfrową świadomość swego poprzednika.  Tymczasem hasło „Numeryczność i 

megabloki najniŜszą ceną pokoju i dobrobytu" uzyskało powszechny aplauz, W 

końcu, jeśli ludzkość przekroczyła trzydzieści miliardów i wszyscy chcieli znajdować 

się na wysokim standardzie, musiano zrezygnować z takich luksusów jak turystyka — 

ba, zakazano nawet jej uprawiania, wychodząc z demokratycznego załoŜenia, Ŝe jeśli 

w ciągu stu lat Akropolu nie zwiedzi nawet jeden procent ludzkości to lepiej, Ŝeby nie 

odwiedzał go nikt. Zresztą trójwymiarowa telewizja codziennie (w hurcie i detalu) 

dostarczała do domów tyle reprodukcji zabytków, tyle reportaŜy z muzeów, Ŝe 

naprawdę nie warto było fatygować się osobiście.

Jeszcze kilkadziesiąt lat i ludzkość, niezwykle ruchliwa w poprzednich 

wiekach, przekształciła się w populację osiadłą. Człowieka wędrownego zastąpił 

człowiek — stułbia. Opanowano demografię, doprowadzając dzięki modelowi 2 plus l 

background image

do zahamowania eksplozji populacyjnej. W niektórych regionach zaludnienie poczęło 

się nawet zmniejszać...

A jednocześnie powstał upragniony typ społeczeństwa sprawiedliwego, 

relatywno egalitarnego, który — jak bezustannie powtarzano Janowi w nauczalni — 

trwać będzie aŜ do wygaśnięcia słońca, ku zadowoleniu gatunku homo sapiens. Jako 

chłopak bystry zadał raz pytanie nauczycielowi, czy, jego zdaniem, Ŝycie wyłącznie 

teraźniejszością, bez Ŝadnego przyszłościowego celu, bez Ŝadnej wiary, z ideą, której 

jedyną cechą jest akceptowanie stanu aktualnego, nie jest dla gatunku ludzkiego 

zabójcze?

Nauczyciel zrugał go za odchodzenie od tematu, a Odbiornik Indywidualny 

przez trzy noce buczał mu tak przekonywające argumenty, aŜ wreszcie Jan przyjął 

numeryczność bez zastrzeŜeń.

MoŜe dlatego, Ŝe chłopców jego pokroju było więcej, kilka lat później 

Powszechną Historię Numeryczności wycofano z programów nauczalni.   I  wszystko  

toczyło  się  w absolutnym porządku.

Około godziny wpół do dziesiątej, kiedy cała rodzina odpoczywała w 

najlepsze, a Din przygotowywał się do powrotu do nauczalni, odezwał się 

Indywidualny Odbiornik pana domu.

—  Obywatel  Jan Milion proszony jest do testatorni, obywatel Jan Milion 

proszony jest do testatorni.                      

PrzeraŜone spojrzenie Ŝony i zdziwiony wzrok syna były potwierdzeniem, Ŝe 

się nie przesłyszał. Ściszył oglądnik.

—  Widocznie wczoraj zaszły jakieś pomyłki w  testowaniu — powiedział  

bez przekonania — jak wszystko się wyjaśni, wrócę.

Czuł nerwowe pulsowanie w skroniach. A więc jednak. Dowiedzieli się o jego 

rozmowie z nieznajomym. Teraz tylko zachować spokój,

nie pogarszać sytuacji. Jak przez mgłę słyszał głos Ŝony, Ŝe przecieŜ pomyłki 

w testowaniu nigdy się nie zdarzają. Jednocześnie zadźwięczały srebrzyste dzwonki 

pneumii. Wstał, uściskał Dina. 

—  Bądź rozsądny — rzekł i po chwili wahania dorzucił — i ostroŜny!

Sięgnął po pojemnik prywatny, do którego jeszcze rano przełoŜył ukradkiem 

miotacz. Ale OI zabuczał:

—  Pojemnik nie będzie potrzebny, pojemnik nie będzie potrzebny. Chciał 

jeszcze coś powiedzieć, ale miękka ściana rozsunęła się przed nim i juŜ siedział w 

background image

pneumii, która pomknęła pionowo w dół, ku pomieszczeniom testacyjnym 

mieszczącym się na najniŜszych kondygnacjach megabloku.

—   Jedziemy do  testatora?  — zagadnął  do Odbiornika, ale ten tylko 

burknął:

—: Nie zadawaj głupich pytań, nie zadawaj głupich pytani

Naraz pneumia zwolniła, Jan popatrzył na zegar plazmowy i stwierdził, Ŝe 

wskazówka sekundowa niemal się nie porusza. Do wnętrza przeniknął Ned. Widząc 

zdumioną twarz Miliona uśmiechnął się.

— To jeden z naszych wynalazków — zwalniacz czasowy. Oczywiście 

ulegamy złudzeniu, w tej chwili działa na nas obu przenośny generator rytmu 

biologicznego. Nasz metaboliczny rytm Ŝycia przyspieszył się tysiąckrotnie, natomiast 

pneumia porusza się z normalną prędkością. Dzięki temu cała nasza rozmowa 

rozgrywa się w ciągu ułamka sekundy i nie jest rejestrowana przez czujniki OIa. 

MoŜemy rozmawiać spokojnie.

—  Chciałem powiedzieć, Ŝe  się wycofuję!

—  Nie mów głupstw. Cała akcja jest juŜ w toku. Nastąpiła częściowa blokada 

informów w pamięci  testatora, twoje wezwanie teŜ zostało sprowokowane przez nas.  

Zresztą  przedsięwzięcie zaczęło się znacznie wcześniej, widziałeś zaklejone oczko 

mojego OIa... Aparacik jest znakomicie  spreparowany;  przekazuje  do  zespołów 

GLOKa tylko te  informacje, które są dla  nas  korzystne.  Ale  do  rzeczy,  czasu  jest 

mało. Weź to i załóŜ na gołe ciało.

Podał Milionowi szeroki połyskliwy pas elastycznej substancji.

—  Co to takiego?

—  Neurograwitator... Nie będę ci tłumaczył zasad konstrukcyjnych bo nawet 

Ŝ

aden pięcio-cyfrowiec by ich nie pojął. Niech ci wystarczy, Ŝe jest to urządzenie 

przekształcające i zwielokrotniające  twoją własną  energię  biologiczną. Pas ten 

umoŜliwi    ci poruszanie się w. przestrzeni, będziesz mógł ponadto: wytwarzać 

czasowe pole paraliŜu  informatycznego, równieŜ Ŝadnym problemem nie będzie dla 

ciebie przenikanie ścian, a ponadto co godzinę przez parę minut będziesz    mógł 

stawać  się  praktycznie niewidzialnym dla aparatów GLOKa.

Umieścił pas na piersi Jana i dołączył do niego maleńki prostopadłościanik.

— Tu masz przekaźnik fal podbiologicznych, który zapewni ci łączność z 

nami.

Wszystko następowało tak szybko, Ŝe Jan  nawet nie próbował dojść do głosu. 

background image

A przecieŜ naprawdę nie chciał wdeptywać w śliską aferę. W zestresowanym mózgu 

kołatało się przeświadczenie, Ŝe z Globalnym Komputerem nie moŜna wygrać i 

proponowana misja musi zakończyć się wpadką, czyli w najlepszym razie degradacją 

gdzieś do rzędu jedenastocyfrowców.

— A zatem powodzenia! — rzucił Ned — ja wyskakuję, wychodzimy juŜ ze 

strefy objętej działaniem generatora. Trzymaj się, Milionie... Przepraszam, Dziesiąty.

To mówiąc przeniknął poprzez półprzepuszczalną ścianę pneumii, która W 

sekundę potem, znów nabrała zawrotnej szybkości, by po chwili zatrzymać się na 

miejscu. Kabina testatora uchyliła się gościnnie i Jan wszedł do wnętrza, czując jakby 

właził do paszczy wieloryba. Klapy zassały się i otoczył go seledynowy półmrok 

sprzęŜony z delikatnym, buczeniem.

— Zaraz zasypie mnie pytaniami — pomyślał.

Atoli w chwilę potem zamiast pytań rozległ się przyjemny dźwięk 

sygnalizujący zakończenie testu i kabina otwarła się ponownie. Na. zewnątrz czekała 

pneumia, ale tym razem zupełnie inna — złocista, wysadzana drogocennymi 

kamieniami.

—   Uprzejmie prosimy cię, drogi Dziesiąty, o zajęcie naleŜnego ci miejsca  — 

powiedział melodyjny głos z wnętrza pojazdu.

Jan przełknął ślinę i pomacał się po szyi. ObroŜa z plakietką i Odbiornikiem 

Indywidualnym gdzieś zniknęła.

—  Jestem wolny! — uderzyła go zdumiewająco prosta myśl.

W tym samym czasie Ned po opuszczeniu pneumii, szybko rozmontował 

dolny przekaźnik generatora. Spieszył się. Lada moment system paraliŜujący informy 

przestanie działać. Zanim więc czuje cokolwiek zauwaŜą on sam powinien znaleźć się 

na swym ojczystym poziomie 999, czuł ogrom ryzyka. Ostatecznie akcja, na którą 

wysłał Jana, była grą o wszystko. Poświęcił na ten cel prototyp pasa grawitacyjnego. 

A...jeśli się nie uda? Ostatnio działania konspiracyjne rozwijały się zbyt gładko. 

CzyŜby GLOK tak łatwo dał się oszukać? MoŜe rozrósł się do tego stopnia, Ŝe zalany 

nadmiarem informacji stracił panowanie nad całością systemu ?

Wezwał pneumię pionową. Pozostały jeszcze trzy minuty do końca operacji. 

Pojazd zjawił się błyskawicznie. Wskoczył do wnętrza i dopiero wówczas uświadomił 

sobie, Ŝe popełnił okropny błąd.

background image

Din Ŝegnał się z matką, spiesząc do nauczalni. Tym razem chętnie zostałby  

dłuŜej w domu. Czuł, Ŝe istnieje mnóstwo rzeczy, których mógłby się dowiedzieć od 

rodziców. Był juŜ spóźniony około piętnastu minut, kiedy nagle rozbłysnął ekran 

oglądnika.

— WaŜna informacja, waŜna informacja!

Oboje z matką znieruchomieli.

—  Podajemy  komunikat  testatora.   Zgodnie z regulaminem numerycznym 

uprzejmie informuje  się,  Ŝe  Jan  o  dotychczasowym  numerze Milion przeszedł na 

wyŜszy poziom intelektualny i w  związku z tym Ŝegna was na  zawsze i pozdrawia.

— To niemoŜliwe — krzyknęła kobieta, a Din zacisnął dłonie. — Co to 

znaczy?

Równocześnie odezwały się dwa Odbiorniki Indywidualne.

— Wszystko jest w absolutnym porządku! Wszystko jest w porządku!

Rozległ się łomot. To matka cisnęła starą statuetką w oglądnik.

—   Proszę nie niszczyć cennego sprzętu. Uwaga! Włączamy nawiew 

laickiego spokoju —  buczał odbiornik.  —  Spokojnie niewiasto!  JuŜ wkrótce 

zostanie ci przydzielony mąŜ zastępczy. śycie ułoŜy ci się bardzo dobrze.

—  Bydlaki, mówcie natychmiast, coście zrobili z Janem, mówcie...!!!

W całym mieszkaniu rozszedł się zapach fiołków, towarzyszący gazowi, 

uspokajającemu. Pani Janowa wykonała jeszcze kilka rozpaczliwych gestów po czym 

oszołomiona osunęła się na leŜankę. Din wolał nie czekać na działanie uspokajacza. 

Machinalnie porwał pojemnik ojca, który stał na środku sześcianu i wskoczył do 

czekającej pneumii.

— Do nauczalni!— rzucił krótko.

Był trochę skołowany, ale doskonale zdawał sobie sprawę, Ŝe zdarzyło się coś 

niedobrego. Najpierw zniknął Max, teraz ojciec... Wiedział, Ŝe powinien coś zrobić, 

ale co...? I jak! MoŜe na początek udałoby się odszukać Maxa, Ten na pewno 

znalazłby sposób.

Normalnie do nauczalni jechało się parę sekund. Tym razem upłynęła juŜ 

minuta, a pneumia nawet nie zamierzała zwolnić.

—  Dokąd  jedziemy? — zawołał chłopak.

—  Potrzebujesz wypoczynku — odpowiedział odbiornik.

—  Zatrzymajmy się! —Nie było odpowiedzi.

—  Chcę do domu, albo do nauczalni — krzyknął przeraŜony. Odbiornik nadal 

background image

milczał. W  najwyŜszej  desperacji  cisnął  o ścianę pojemnikiem ojca. Pojemnik odbił 

się i upadł na  podłogę,  lecz  jednocześnie  wypadł z niego miotacz.  A  poniewaŜ nie  

było Ŝadnej  reakcji, Din chwycił miotacz  i skierował  jego lufę w miękką ścianę 

wehikułu. Rozległ się syk i pneumia oklapła jak rozpruty balon. Chłopak stał sam w 

pustym ciemnym korytarzu.

—  Zepsułeś urządzenie, spotka cię kara  — powtarzał beznamiętnie 

Odbiornik.

Din, nie zwracając uwagi na jego gderanie, ruszył naprzód.

—  Masz natychmiast wracać, przejdziemy do innego korytarza 

pneumatycznego — skandował automatyczny anioł stróŜ.

—  Zamknij się!

W odpowiedzi stało się coś dziwnego. ObroŜa oŜyła, jak wąŜ poczuła 

poruszać się i kurczyć.

—  Co robisz?

Przylegała teraz ciasno do szyi i nadal się zacieśniała.

—  Zawracaj, zawracaj! — powtarzał głos automatu.

—  Nie! — stęknął Din i poczuł, Ŝe się dusi. Usiłował chwycić powietrze 

ustami. Daremnie. Oczy nieomal wychodziły mu z orbit. Zrobił w tył zwrot.

Ucisk od razu zelŜał.

— Dobrze, pójdę dokąd zechcesz — wykrztusił pojednawczo chłopak — 

byłem bardzo głupi i nieposłuszny. Ale to ze strachu...

—  Porozmawiamy o tym później!

ObroŜa rozluźniła się całkowicie. Din tylko na to czekał. Błyskawicznie 

wsunął miedzy szyję a obroŜę lufę miotacza. WęŜowy pasek zadygotał, zacisnął się, 

ale bezskutecznie.

—  Spotka cię zasłuŜona kara — ostrzegł odbiornik.

Din jednak juŜ go nie słuchał. Z pojemnika ojca wydobył urządzenie 

przypominające staroŜytny śrubokręt i począł pastwić się nad Odbiornikiem. Pierwszy 

cios poszedł w membranie. Potem, zabrał się za kruszenie świetlistego rubinowego 

oczka. Aparat chrypiał, groził, później raczył nawet prosić, ale młody człowiek 

opanowany szalem niszczenia nie zwracał na nic uwagi. Dźgając Odbiornik na oślep 

musiał natrafić wreszcie na czuły punkt urządzenia, bo rozległ się cichy trzask, a 

obroŜa rozluźniła się jak zdechły padalec.

—  Załatwiłem cię, diable.

background image

Bez trudu przeciął miotaczem bezwładne pasmo elastycznego tworzywa. 

Całość rozdeptał butami.

Potem zaczął uciekać. Biegł po gładkim podłoŜu chodnika, a echo rozlegało 

się dookoła. Przez moment zastanawiał się, co będzie jeśli nadjedzie następny 

wehikuł całkowicie wypełniający przecieŜ korytarz i przyspieszył kroku. Później 

przedostał się przez właz awaryjny , z tunelu pneumii i zanurkował w wąski chodnik. 

Ś

ciany były tu gołe, zakurzone. Sam korytarz, robił wraŜenie nieuczęszczanego. 

Widocznie chłopak opuścił pneumię w jakiejś innej części megabloku, w której nie 

było sześcianów mieszkalnych. Jedynie słaba luminescencja rzadkich. świetlówek 

dowodziła, Ŝe nie jest to tunel wyŜłobiony przez naturę.

Raptem z tyłu doleciał odległy dźwięk. Din odwrócił się. Gdzieś daleko 

wykwitło małe światełko.

— Czuje — pomyślał uciekinier i zaczął biec jeszcze szybciej. Czując, jak 

serce wychodzi mu prawie gardłem, skręcił w jakąś boczną odnogę i naraź  wpadł na  

ś

cianę. Pot zalewał mu oczy. Chłopak oparł się plecami o chłodny mur i starając się 

zapanować nad nerwami wycelował miotacz w ciemność. Czekał.

background image

Rozdział IV

Luksusowa pneumia, wyposaŜona w barcie, oglądnik i wszelkie moŜliwe 

promienniki nie posiadała tylko jednego rekwizytu — wyświetlacza informacyjnego. 

Jan w Ŝaden sposób nie mógł zorientować się dokąd zmierza obły bezwstrząsowy 

pojazd. Raczej podświadomie i biorąc pod uwagę czas jazdy, wyczuwał, Ŝe opuścili 

macierzysty megablok. Przy hamowaniu. zakręciło mu się w głowie — później 

przenikliwa ściana przepuściła go, natychmiast zabliźniając się w solidną dębową 

boazerię. Na moment odebrało mu mowę.

Znajdował się w obszernym hallu, pełnym starych sprzętów; nogami brodził w 

puszystym dywanie, a nad głową palił się kryształowy Ŝyrandol.

Przybysz ze standardowego sześcianu rozglądał się zupełnie zagubiony. 

Wodził oczami po marmurowych biustach bliŜej nie znanych bojowników o porządek 

numeryczny odkrywając wnęki pełne kwiatów, półki biblioteczne pękate foliałami 

przypominającymi dojrzałe kaczany kukurydzy. Na kominku wesoło płonął ogień, 

obok drewniane schody prowadziły na wyŜsze piętra, natomiast przez szerokie okna 

widać było gęsty park w stylu angielskim. Coś podobnego widywał jedynie w 

programach poświęconych malarstwu XVIII stulecia.                                                  

JakaŜ przepaść zionęła miedzy tym przepysznym dworem a poprzednim jego 

mieszkaniem, klitką pięć na pięć metrów.

Przez moment pomyślał o swoim dzieciństwie, o opowieściach dziadka, z 

którym wprawdzie spotkał się trzy razy w Ŝyciu, ale opowiadane przez niego historie 

głęboko zapadły w pamięć Jana. W młodości dziadek był kustoszem w Muzeum Wsi. 

Niesłychanie plastycznie rysował przed wnukiem obrazy chat, naturalnych drzew, 

zwierząt zwanych krowami, które zajmowały się wytwarzaniem substancji 

spoŜywczych... Wręcz czuło się w tymi opisie zapach świeŜo skoszonej trawy, 

obornika i kwiatów koło domu.

Pociągnął nosem. Była róŜnica. W hallu nie pachniało niczym.

Skrzypnęły drzwi ogrodowe i do wnętrza wbiegło bosonogie zjawisko o 

długiej szyi, jasnych włosach i twarzy składającej się nieomal z samych oczu, jeśli nie 

background image

liczyć ust, przy których trudno myśleć o czym innym niŜ o pocałunkach. Podbiegła 

lekko jak tancerka uniesiona smugą światła i owiana muślinem, który w zasadzie 

niczego nie przysłaniał i z marszu pocałowała Jana w usta.

—  Witaj, Dziesiąty!

Stropił się do reszty. Nie był przecieŜ Ŝółtodziobem, ale mimo to twarz zalał 

mu pensjonarski rumieniec.

—  Prze... przepraszam, ale kim pani jest?

—  Twoją Ŝoną, Dziesiąty.

W głowie zaszumiało mu jak po strzelonej setce spirytusu.

—  Ale ja juŜ mam Ŝonę...

Roześmiała się i z radością stwierdził, Ŝe śmiech ma równie urzekający jak 

wszystko.

—  Pierwszej setki nie obowiązują ogólnoludzkie kategorie. Stąd się nie wraca 

do przeszłości!

Nie bardzo wiedział co ma odpowiedzieć. Po raz pierwszy od początku całej 

afery przyszło mu do głowy, Ŝe bycie Dziesiątym moŜe być całkiem przyjemne. 

Patrzył na dziewczynę i czuł, Ŝe powinien coś powiedzieć. Ubiegła go.

—  Chodź, poznamy swoje ciała — rzekła po prostu.

—  Ale przecieŜ ja cię... zupełnie nie znam... Nie wiem nawet jak ma pani... 

jak masz na imię.

—  Mów mi Ona.

Ujęła go za rękę i razem wstąpili na drewniane ruchome schody ozdobione 

trofeami z rogów i starej broni. Sypialnia była na pierwszym piętrze.

Był to najdłuŜszy maraton miłosny, jaki zdarzył mu się osobiście, lub o jakim 

kiedykolwiek słyszał. Ona była doskonałą kochanką, a wysokokwalifikowane łoŜe, 

odgadując ich zachcianki, układało się usłuŜnie do ciał, formowało w fale, wznosiło 

do góry, kołysało rytmicznie bądź wypuszczało praktyczne wypustki przypominające 

strzemiona.

Czara z płynem, którą przechylali co pewien czas do ust, w mgnieniu. oka 

napełniała się ponownie z niewidocznego kranu. Wystarczyło wypowiedzieć 

półgłosem nazwę, a juŜ perliło się aromatyczne wino, napój musujący czy 

anachroniczna coca cola. Promienie energetyczne dostarczały im kalorii, ale jeśli 

tylko Jan wyraził Ŝyczenie, na stoliczku wykwitał talerz, z Chateaubriandem w 

towarzystwie chrupkich frytek, selera i jarmuŜu.

background image

Czasami dla ochłody skakali przez okno do basenu rozpościerającego błękitny 

prostokąt dokładnie pod balkonem. I co najwaŜniejsze, mimo nieprzerwanych 

ć

wiczeń cielesnych nie nadchodziło znuŜenie.

Jan był szczęśliwy, pił radość z ust swej nowej Ŝony jak z rzeki zapomnienia 

(o starej). Gdzieś nieprawdopodobnie daleko pozostał sześcian mieszkalny, cała 

ś

mieszna konspiracja, Din. Przez trzy dni nawet nie pomyślał o przeszłości Nie 

zapytał o przyszłość. Błogosławione chwile.

Prawdopodobnie kaŜdy z nas ma głęboko zakodowana tęsknotę za beztroską, 

bezpieczeństwem i czystą rozkoszą. Jan mógł to zrealizować.

Dlatego jak ukłucie realizmu obudził go nagle sygnał z przekaźnika ciśniętego 

razem z pasem obok łoŜa. Dziesiąty zdziwił się, Ŝe neurograwitator jeszcze tam jest. 

Widocznie urządzenie było niewidoczne dla automatów porządkowych, które w 

mgnieniu oka uprzątały najmniejszy choćby okruch; pas jednak omijały z daleka.

Sięgnął po przystawkę.

—  Słucham Mil... Dziesiąty. Dziesiąty! — nikt jednak się nie odezwał. — 

Słucham! Słucham!  — powtórzył jeszcze parokrotnie , ze wzrastającym niepokojem.

— Nie przejmuj się głupstwami — szczebiotała Ona,— chodź lepiej do mnie.

Cały czar prysnął. Zakiełkowała obawa. W mgnieniu oka wszystko, jakby się 

spłaszczyło. W spoŜywanym płynie poczuł mydlany smak chemikaliów, a plastikowy 

bukiet kwiatów wydał mu się w złym guście.

—  Nie martw się niczym, jesteś przecieŜ szczęśliwy —  luksusowa Ŝona 

pogłaskała go po ramieniu, ale nie wypadło to juŜ tak przekonująco jak poprzednio.

—  Pogadajmy szczerze,  Ona — rzekł delikatnie odsuwając ją od siebie — 

naprawdę tak od razu zakochałaś się we mnie?

— No wiesz... — przez moment wyczuł w jej głosie pewne zaaferowanie. 

Popatrzył prosto w oczy.

—  Mów!

— Polubiłam cię,  jesteś fajny. Zresztą, szczerze mówiąc, nudziłam się tu 

okropnie. Od paru miesięcy jestem sama w tym pudle...

—  Pudle...? A sąsiedzi?

Popatrzyła na niego jak na królewnę w mgnieniu oka zamienioną w Ŝabę. — 

Jacy sąsiedzi?

No przecieŜ gdzieś znajduje się koniec tego parku i zaczynają się inne 

rezydencje.

background image

Roześmiała się i podniosła ze stoliczka dziwny instrument przypominający 

moŜe najbardziej dziecinną harmonijkę.

—  Popatrz.

Naciskała przyciski jakby wygrywając bezgłośną melodyjkę i prawie 

natychmiast znikały kolejne części domu, albo zmieniały styl; potem pociągnęła Jana 

na taras. Jeden ruch klawiaturką, zmienił dzień w noc. Drugi przeobraził park w 

jezioro oświetlone blaskiem księŜyca. Potem znów wrócił dzień, ale tym razem 

zimowy i dookoła piętrzyły się ośnieŜone wierchy, a gdzieś z oddali dolatywał 

pomruk toczącej się lawiny.

—  MoŜemy się kochać w pustyni i w puszczy, na ladzie i na  wodzie. W 

epoce walca lub kamienia łupanego — kokietowała Ona.

—  Bardziej ciekawi mnie, jak to wszystko wygląda naprawdę.

— Jak chcesz.

Wykonała glissando na harmonijce, bajeczne plenery znikły. Stali oboje w 

ogromnym pustym pomieszczeniu przypominającym hangar lotniczy czy ogromne 

studio filmowe.

— Tak wygląda prawdziwy kwadrat plenerowy! Reszta to działanie 

iluzjomatografu.

— Do licha! Dlaczego od razu mi tego nie pokazałaś?

— Nie chciałam pozbawiać cię złudzeń. Byłeś  taki szczęśliwy...  Teraz  

będzie ci  znacznie trudniej.

Znów zagrała coś w rodzaju gamy i dookoła wyrosły buduarowe ściany w 

stylu Ludwika XV. Natomiast za oknami rozpleniła się egzotyczna dŜungla.

—  Mam nadzieję, Ŝe ty sama nie jesteś złudzeniem? — Jan  z niepokojem  

powiódł wzrokiem po ciałokształcie dziewczyny.

—  Złudzeniem  raczej, nie, ale czy jestem człowiekiem, trudno powiedzieć.

—  Automatka? — Nerwowo począł dotykać jej ciała.

—  Jestem najlepszym produktem genetycznej hodowli towarzyszek Ŝycia dla 

pierwszej setki.. Nie miałam ani ojca, ani  matki.  Jedno co o sobie wiem to to, Ŝe 

rzeczywiście jestem doskonała.

Znowu popatrzyła na niego wyzywająco, nieskromnie, prowokująco. A była 

przy całej swojej brojlerowości tak niezwykle inteligentna.

— Widzę, Ŝe masz dystans do swej roli, kto cię tego nauczył?

SpowaŜniała. Jan poŜałował pytania, które z nieznanej przyczyny zadało jej 

background image

ból.

—  Trzynasty mnie nauczył. — Kto?

—  Mój poprzedni maŜ. Prawdziwie chodząca superinteligencja. Jako 

Dziesiąty powinieneś go przerastać umysłowo, ale moim subiektywnym zdaniem nie 

sięgasz mu nawet do pięt.

—  Ma rację — przemknęło naszemu bohaterowi.

—  Rozeszliście się? — zapytał. I znów skapował,  Ŝe popełnił kolejne faux 

pas. W oku Ony błysnęło coś jak nieprzewidziana łza.

—  Nie Ŝyje.

—  Straszliwie przepraszam, Ŝe cię zraniłem...  Ale  skąd  mogłem 

przypuszczać... PrzecieŜ pierwsza setka jest podobno nieśmiertelna.

— Trzynasty nie umarł, popełnił samobójstwo. Nawet on nie mógł sobie z tym 

wszystkim poradzić. Nie chciał zrezygnować. Do ostatka nie zaprzestawał prób 

wydostania się stąd.

—  Co rozumiesz mówiąc, Ŝe nie moŜna się stąd wydostać?

—  To, co mówię.

—  PrzecieŜ jako członek pierwszej setki...

—  Nie miał kontaktu nawet z innymi setkowcami.

—  A nadzór nad komputerami,  a rządzenie światem?

Popatrzyła na niego jak na wariata, po czym stwierdziła z naciskiem.

—  Trzynasty nie  miał tu Ŝadnej pracy. I Ŝadnego wyjścia. Zewsząd otaczają 

nas bariery elektroniczne...

Jan był wstrząśnięty. Przez chwilę zbierał myśli, po czym sięgnął po 

neurograwitator z przystawką i począł wywoływać centralę spiskowców.

Nikt nie odpowiadał. Coraz czarniejsze myśli zbierały się w głowie 

Dziesiątego. Nie reagował na ciepłe słowa Ony. Dalej mozolnie usiłował nawiązać 

łączność. I nagle:

—  Słucham, kto mówi? — rozległ się szept.

—  Jan... To ty, Ned?

—  Jaki Jan? — szept brzmiał bardzo dociekliwie .

—  Jan Dziesiąty — powiedział bez zastanowienia i prawie natychmiast serce 

podeszło mu do gardła. Uświadomił sobie, Ŝe szept w odbiorniku nie jest głosem 

Neda.

background image

Półmrok rozświetlił się powoli. Ktoś idący korytarzem szedł bardzo uwaŜnie, 

najwyraźniej rozglądając się po wszystkich kątach. Din z uniesionym miotaczem 

modlił się, Ŝeby to nie był człowiek, (zresztą słowo modlił zostało tu uŜyte raczej 

niewłaściwe. W powszechnej ideologii numeryczności nie było miejsca dla Boga ani 

najmniejszej choćby jego namiastki, istniał jedynie bezduszny porządek cyfrowy i to 

nawet, dość brutalnie odarty z finezji matematyki wyŜszej). Tropiącym okazał się 

robot gąsienicowy, jeden, ze starszych modeli, jakie w nauczalni zwykły słuŜyć do 

podawania piłek. Do chłopca dotarło zgrzytliwe mamrotanie tropiciela.

— Czuję cię, jesteś niedaleko. Nie uciekniesz!

Przyszło mu do głowy pytanie, dlaczego nie wysłano patrolu bardziej 

nowoczesnego, ale widocznie w tych starych odnogach skuteczność elektronicznego, 

czuja nie byłaby pewna. A moŜe po prostu maszyny nowszych generacji nie były 

przygotowane do takich przedsięwzięć jak łowy na człowieka.

Znaleźli się nieomal twarzą w maskę, palec chłopaka spoczął na spuście, gdy 

naraz robot powiedział ni z gruszki ni z pietruszki:

—  Ślepy korytarz, nikogo nie ma. Wykonał w tył zwrot i bełkocąc coś 

nieartykułowanego szybko znikł za zakrętem.

—  Stchórzył? — pomyślał Din przysiadając. Był półŜywy. — Chyba 

niemoŜliwe, Ŝeby robot się  przestraszył.  Ale  jak  inaczej  moŜna   było wytłumaczyć 

zachowanie maszyny? MoŜe tylko zablokowaniem gdzieś  na  łączach sygnału 

przechwyconego przez człowieka lub maszynę Ŝyczliwą uciekinierowi?

Nie było jednak czasu na deliberacje, lada moment mogły się pojawić  inne 

automaty. OstroŜnie zrobił parę kroków do przodu i po kilku metrach odnalazł 

szczelinę w murze, zbyt wąską dla dorosłego męŜczyzny, ale dla niego w sam raz. 

Przecisnął się przez otwór i ogarnął go mrok. Szczelina biegła prosto Bez Ŝadnych 

załamań, ściany miała gładko wypolerowane, najwyraźniej powstała przez 

rozstąpienie się jakichś wielkich konstrukcji. Ruszył przekonany, Ŝe wnet dotrze do 

któregoś z sąsiednich korytarzy megaula. Tymczasem nic podobnego nie nastąpiło. 

Przeszedł paręset metrów, moŜe kilometr, mrok był nadal absolutny, a cisza tak 

idealna, Ŝe walenie serca rozbrzmiewało wokół tętniącym echem.

Tymczasem korytarz rozszerzył się. Din nie mógł juŜ namacać ścian, dno 

zrobiło się bardziej nierówne, pełne odłamków gruzu. Wolał nie badać rozmiarów 

pieczar krzykiem, słusznie sądząc, Ŝe mógłby w ten sposób zwabić ewentualny 

pościg. Nie miał pojęcia, jak długo trwa juŜ ten marsz, dopiero fosforyzujący zegarek, 

background image

który odnalazł w kieszonce i własny Ŝołądek poinformowały go, Ŝe od opuszczenia 

rodzinnego sześcianu upłynęło sześć godzin. Bolesne ssanie w Ŝołądku było jednak 

niczym ty porównaniu z pragnieniem. Normalnie wszędzie w megabloku istniała 

wielka obfitość kranów, gdzie jednak miały znaleźć się te krany, kiedy dookoła nie 

było ścian. Postanowił ruszyć w bok sądząc, Ŝe w ten sposób dotrze do muru. 

Przypomniał mu się jakiś stary film o ludziach, którzy w ciemności kręcili się ,w 

kółko i przeraził się, zmroziła go perspektywa pozostania na zawsze w tym świecie 

wiecznej nocy. Trwoga rosła, nie mógł jej opanować, zaczął biec, czuł, Ŝe zaraz 

zacznie krzyczeć, wzywać roboty, choćby pościgowe.

I naraz ziemia urwała mu się pod stopami. Skoziołkował w dół po kamiennym 

rumowisku. Coś chrupnęło mu w kostce, a na zranionej twarzy poczuł ciepłe kropelki. 

Na szczęście jakoś udało mu się wstać. Noga nie była złamana, tylko kostka szybko 

poczęła przybierać kształt bulwy. Mniejsza z nią. Znów zmacał dookoła ściany. 

CzyŜby natrafił wreszcie na stary korytarz? Jeszcze krok, dwa i stanął. Ściana. Począł 

macać: ściana! Odwrócił się w bok — teŜ ściana, do tyłu parę kroków: mur... Rychło 

obszedł całe prostokątne pomieszczenie. Nigdzie nie było Ŝadnego, wyjścia. 

Najwyraźniej wpadł w pułapkę przypominającą wielkie kamienne koryto. Na domiar 

złego spadając zgubił swój fosforyzujący zegarek. Wylot prawdopodobnie musiał 

znajdować się gdzieś wyŜej, ale znalezienie go w kompletnej ciemności było 

niemoŜliwe.

Bezsilnie przysiadł na jakimś kamieniu. Tylko ból w kostce nie pozwalał mu 

na głuchą rozpacz. Naraz zerwał się. Miał mokre spodnie... Do licha! Po ścianie 

spływał wąski strumyczek wody. Nie zastanawiając się, czy jest ona zdatna do picia, 

chłopak przywarł wargami do muru. Błogosławiona ciecz. I naraz pojaśniało, od góry. 

Ś

ciany zasrebrzyły się nieznaną poświatą, ujawniając swe niegeometryczne kształty.

— Co to jest? Co to jest, do diabła?

Parę centymetrów nad głową dostrzegł przerwę między głazami, podskoczył i 

podciągając się na rękach wspiął się na skalną półkę... Pokrywała ją kędzierzawa 

grzywa z obcego mu tworzywa. Nozdrza Dina uderzył nieznany dotąd zapach. Zapach 

ostry, świeŜy, wilgotny. Powstał. Robiło się coraz jaśniej. Przed nim ciągnęła się 

równa płaszczyzna pełna strzępiastych wysokich kłaków i drobnych kawałków 

piaskowca. Odwrócił się. Nad głową wisiał Ŝółty pomarszczony balon świetlny, 

którego blask wycinał z mroku olbrzymią, połyskująca, gładką ścianę. Po twarzy 

smagał go dziwny podmuch niczym z przesterowanego wentylatora. Wpół ogłupiały 

background image

uświadomił sobie, wreszcie coś, co nie bardzo mogło się pomieścić w głowie. Był na 

zewnątrz!

Parę tygodni temu rozmawiał z kolegami na temat świata zewnętrznego. Jak 

zwykle ton rozmowie nadawał Max, inni koledzy po paru minutach wzruszali 

ramionami i odchodzili — „phi, co w tym ciekawego... wszystko i tak widzieliśmy w 

oglądnikach".

Teraz mógł swoje i Maxa wyobraŜenia skonfrontować z rzeczywistością. I 

najbardziej zdumiała go nieprzystawalność obu obrazów. Tam, w środku, nie potrafili 

myśleć inaczej, niŜ posługując się wielokrotnościami sześcianu mieszkalnego, bądź 

stereotypami wyniesionymi ze stereowizji. Świat realny był zupełnie inny, 

niewyraŜalnie szeroki, obcy (zwłaszcza dla człowieka przyzwyczajonego do 

zamkniętych przestrzeni), a zarazem niezwykle ubogi. Nigdzie nie było widać tych 

kolonii jadalnych glonów, które rzekomo miały zaściełać całą ziemię.

Potykając się, z trudem oddychając nieuzdatnionym powietrzem, ruszył przed 

siebie. Krajobraz oświetlony pełnią wyglądał dosyć księŜycowe, płaska, skalista 

ziemia, tu i ówdzie kępy rachitycznych krzewów, suchorostów i cisza. Cykady i inne 

robactwo wypleniono juŜ dosyć dawno temu, a sowy, podobnie jak wszystkie ptaki, 

wyzdychały.

Po przejściu około kilometra Din dotarł na niewielki pagórek, za którym teren 

robił się bardziej pofałdowany, bardziej nieprzyjazny, a między krzakami panował 

gęsty cień. Coraz trudniej było się posuwać, wszędzie zalegały sterty przerdzewiałego 

Ŝ

elastwa niewiadomego pochodzenia i przeznaczenia... Chłopak postanowił się 

wycofać. Nadal nie miał Ŝadnego planu, skąd zresztą miałby mieć. Kiedyś widział 

film o rozbitkach, którzy po katastrofie pneumolotu całe dwa tygodnie przeŜyli poza 

megablokiem.

Tak, ale był to film sprzed pięćdziesięciu lat, kiedy istniały jeszcze podróŜe 

powietrzne, a część ludzi dostawała przepustki na otwarty teren. Rozbitkowie Ŝywili 

się miąŜszem kaktusów i jakoś doczekali przybycia ekspedycji ratunkowej.

ś

 zamyślenia wyrwał go brzęk dochodzący ze środka rumowiska.. Przystanął 

wstrzymując oddech. Odgłos powtórzył się. Najwyraźniej ktoś szedł w jego kierunku. 

Pod nogami intruza chrzęściły blachy. Din postanowił skryć się w cieniu i zrobił 

słusznie. JuŜ  po chwili między rozbitymi wehikułami pojawiła się krępa, 

przygarbiona sylwetka.

—  Do licha, człowiek!

background image

Obcy ostroŜnie rozejrzał się  dookoła, po czym poprawił sobie brzemię 

niesione na ramionach. Postępował dalej, był teraz juŜ bardzo blisko Dina. Chłopak 

widział wyraźnie, Ŝe cięŜarem, pod którym uginał się nocny Marek była druga 

bezwładna postać.

— CzyŜby trup?                   

Przed krzakiem, za którym skrył się nasz uciekinier, nieznajomy przystanął. 

Rzucił swój cięŜar na ziemię i ostrym przedmiotem rozpruł brzuch swemu 

pasaŜerowi.

—  LudoŜerca?!!

Aliści zamiast mlaskania rozległ się brzęk. Din mocniej wychylił się zza 

maskującego krzaka. Konsumujący, w miarę posiłku, począł intensywnie 

fosforyzować, zapaliły, mu się oczy, rubinowym światłem; zapłonęły ramiona. 

Jeszcze chwila, a stało się jasne: zarówno ofiara jak i przypuszczalny morderca byli 

robotami.

W poświacie moŜna było dostrzec wypruwane z cielesnej obudowy części 

zastępcze, świeŜe przewody i baterie, które zadowolony automat wmontowywał sam 

sobie...

Cicho, cichuteńko Din wycofał się ze swojej kryjówki, a kiedy oddalił się juŜ 

dostatecznie, wziął nogi za pas jeszcze raz zapominając o znuŜeniu. Biegł przed 

siebie, byłe dalej od megabloku i ponurego złomowiska. W pewnym momencie 

potknął się i jak długi runął na koŜuch porostów między skałami. Chciał się podnieść, 

nie mógł. Serce tłukło o ściółkę, a oczy zamykały się same.

—  Policzę do dziesięciu i idę dalej — postanowił.

Nim doszedł do siedmiu spał jak zabity.

Rozdział V

LeŜał na wznak i patrzył w sufit. A właściwie spoglądał na Onę — albowiem 

na suficie znajdowało się lustro. W ogóle w gabinecie miłości, a moŜe trafniej 

określając — w salonie erotycznym wszędzie wisiały lustra. To niekiedy pomagało.

Zupełnie Nowa śona — jak nazywał ją w myślach — leŜała milcząca, z 

przymkniętymi oczami; kropelki potu z jej piersi scałowywały sztuczne pszczółki na 

tranzystorach, które w kaŜdym momencie z wielką chęcią spełniały wszelkie 

background image

higieniczne usługi.

Jan równieŜ milczał. Zawsze kiedy mijało podniecenie jak bumerang 

powracały niewesołe refleksje. Minio czarodziejskiego świata wokół siebie, świata, 

który niczym w starych bajkach gotów był spełniać wszystkie najwymyślniejsze 

nawet rozkazy, Dziesiąty czuł się gorzej niŜ w swoim starym sześcianie. A nawet 

duŜo gorzej. W sześcianie prawie oduczył się myśleć, przywykł do zaprogramowanej 

roli, a nawet na swój sposób polubił codzienną rutynę czasu poŜeranego przez 

oglądnik trójwymierny. Tu, w rajskim kwadracie, czuł pełnię swej bezradności i 

bezcelowości. Jeszcze niedawno, podczas rozmów z Nedem miał wraŜenie, Ŝe rodzi 

się w nim na nowo coś zagubionego, coś, co kiedyś musiało być solą ludzkiej 

egzystencji — chęć walki i, co waŜniejsze, wiara w moŜliwość zmagania się z losem.

Ba, przez moment wydawało mu się, Ŝe poznaje smak ogromnej przyjemności, 

jaką stanowi działanie. Teraz oklapł zupełnie. Po tajemniczej rozmowie ogarnął go 

strach, pojął, Ŝe gra została przejrzana przez wszechwiedzące automaty,  i Ŝe lada 

moment wygarną go z luksusowego apartamentu.

Czas jednak mijał a nie zjawiały się czuje i nikt go nie niepokoił. Zaświtał 

promyk nadziei i Jan zaczął się zastanawiać: moŜe był przewraŜliwiony, moŜe 

rozmawiał, po prostu z kimś innym z grupy Neda... ale moŜe wszechmocny GLOK 

tylko igrał ze słabym człowiekiem?

Jan rzadko myślał o Globalnym Komputerze. Nie znaczy to, Ŝeby gdzieś w 

głębi duszy zakorzenił się hamulec przed myśleniem o tabu — nie, po prostu GLOK 

nie był  tematem do zastanawiania — on istniał, stanowił jakąś najwyŜszą, 

niepodwaŜalną Wartość świata... reguł, którym trzeba było się podporządkować. 

Alternatywy nasz bohater nie widział, przynajmniej do dnia spotkania z Nedem. 

Kiedy był młodszy, obserwował na przykładzie innych ludzi ewolucję stosunku do 

wszechwładnego dysponenta.

Jeszcze dziadek Jana, noszący anachroniczne imię Stanislas odnosił się bez 

większego szacunku do NajwyŜszego Obwodu Scalonego. Stanislas był rozsądnym i 

energicznym człowiekiem pełnym sceptycyzmu dla numerycznej rewolucji i o 

GLOKu wyraŜał się mniej więcej jak o automacie do sprzedaŜy piwa, który moŜna 

oszukać za pomocą monety odlanej z lodu w zamraŜarce. Dziadek (widocznie 

odezwały się atawizmy) rozkochany był we wsi i uwaŜał, Ŝe rozwój świata poszedł w 

głupim kierunku. Janowi zapadło mocno w pamięć trzecie i ostatnie spotkanie ze 

starszym panem. Dziadek odprowadzał ich aŜ do prędko-chodnika na progu Walca 

background image

Starców powtarzając  na  odchodnym:

— Jeszcze kiedyś wrócicie do natury, musicie wrócić!

Biedaczyna zdawał się nie pamiętać, Ŝe Muzeum Wsi zostało zlikwidowane w 

kilka lat po tym, jak kustosze — roboty zastąpiły w nim ludzi. Było jasne, Ŝe dla 

automatów zabytki wieków ciemnoty i wulgarnego naturalizmu nie przedstawiały 

większej wartości.

Zgoła inny był Adam, ojciec Jana. W młodości Milion, czy jak kto woli — 

Dziesiąty, spędzał znacznie więcej czasu z ojcem niŜ jego własny syn z nim. CóŜ, 

koncepcja wychowania pozarodzinnego nie była jeszcze wtedy w pełni rozwinięta.

Teraz, dokonując remanentu we wspomnieniach, Jan nie raz zastanawiał się, 

jakim był naprawdę Adam? Ze wszystkich epitetów najbardziej adekwatne wydawało 

się określenie: spłoszony. Rzeczywiście, rodzic robił wraŜenie człowieka, wiecznie 

zaniepokojonego, przewraŜliwionego. Nigdy nie zwierzał się ze swoich obaw, tylko 

ze zdawkowych relacji moŜna było wymiarkować, Ŝe ciągle się czegoś boi. Raz jeden 

otworzył się przed synem. Nie powiedział wiele, ale wystarczyło...

Pan Adam naleŜał do ostatniego pokolenia próbującego za młodu sprzeciwiać 

się postępom nurneryczności, zwłaszcza Ŝe Wielka Koncepcja przyjęta z zapałem 

przed kilkudziesięciu laty juŜ w połowie pierwszego stulecia poczęła budzić znaczne 

wątpliwości. Podobno członkowie Pierwszej Setki toczyli nawet utarczki z 

Globalnym Komputerem na temat rozdziału kompetencji. Ojciec Jana naleŜał do tych 

młodych ludzi, którzy nie akceptowali absolutnego posłuszeństwa maszynom i mimo 

braku zezwolenia uczyli się liczyć, co było daleko posuniętą nielojalnością wobec 

automatów cyfrowych. Kiedy sprawa się wydala, rektor szkoły kolejno wezwał 

wszystkich chłopaków.

—  Czy zdajecie sobie sprawę z karygodności waszego czynu? — zapytał

—  Nie — odrzekł Adam.

—  Tym gorzej, a powiedzcie, dlaczego uczyliście się rachować?

—  Dla przyjemności. Rektor zasępił się.

—  Znaczy całkowicie nie rozumiecie własnego  przestępstwa.   Zrobiliście   

wielką    krzywdę panu GLOKowi i wszystkim jego obwodom.

—  Jak to?

— Ucząc się rachunków dawaliście do zrozumienia, Ŝe nie macie do niego 

zaufania, Ŝe chcecie go sprawdzać.

—  AleŜ skąd!

background image

Następnego dnia kaŜdy z kolegów Adama został przeniesiony do innej szkoły. 

On sam po raz pierwszy spotkał się z traktowaniem super komputera jak Ŝywej istoty, 

istoty, którą moŜna obrazić, której moŜna sprawić przykrość, a która powinno się 

kochać Jeszcze parę razy w ciągu Ŝycia Adam zachowywał się, lekko mówiąc, 

niepokornie. I za kaŜdym razem spotykały go nieprzyjemności. Nie trzeba było więc 

się dziwić, Ŝe w starszym wieku stał się ostroŜny, wszędzie szukał podsłuchów i nie 

ufał nikomu.

Tego wszystkiego dziewiętnastoletni Jan dowiedział się którejś nocy. Ojciec 

czuł się źle, zaprosił syna do łóŜka, obaj przykryli się kołdrą i pod nią w świetle 

latarki Adam pisał mu swe wyznania na kartkach, które po przeczytaniu Ŝuł i połykał.

— Po co tata to robi? — spytał Jan.

— UwaŜam, Ŝe musiałem ci to wyznać. Nie będzie ci łatwiej Ŝyć, ale 

powinieneś wiedzieć. Człowiek dopóty pozostaje człowiekiem, póki zna swoją 

przeszłość, myśli o przyszłości i wartościuje teraźniejszość.

Następnego dnia po powrocie do domu Jan juŜ nie zastał swojego rodzica.

—  Umarł na  zawał  —  wyjaśnił  pielęgniarz o   zmiętoszonej   twarzy,   

który   wraz   z     bliŜej nieokreślonym  urzędnikiem  złoŜył  mu kondolencje.

—  Czy mógłbym, zobaczyć  ciało? — zapytał po dojściu do siebie.

—  Ze  względów   higienicznych   zwłoki   uległy popielizacji — wyjaśnił 

anonimowy urzędnik.

—  Trzeba  zawiadomić  mamę,  jest u  krewnych — wyrwało się Janowi.

—  JuŜ zawiadomiona,  ale nie  przyjedzie — padło wyjaśnienie.

—  MoŜe powinienem do niej pojechać? — To zbędne.

Nigdy, juŜ więcej nie zobaczył się z matką twarzą w twarz. To znaczy, dosyć 

często rozmawiał z nią przez oglądnik (starsza pani wiele lat cieszyła się dobrym 

zdrowiem). Za kaŜdym razem jednak kiedy choćby tylko napomykali o Adamie, 

łączność ulegała zakłóceniu, a w trójwymiarowej sferze pojawiał się napis: 

„Przepraszamy za usterki".

Zresztą z biegiem lat kontakty z matką słabły; ludzie coraz bardziej stawali się 

więźniami swoich sześcianów i oglądników. Przed rokiem Jan dowiedział się, Ŝe 

staruszka umarła.

W pamięci Dziesiątego zachował się jeszcze jeden fakt. Kiedy porządkował 

mieszkanie ojca, wszystkie przedmioty znajdowały się na miejscu, nie znalazł jedynie 

latarki, w świetle której pan Adam opisywał mu swoje spostrzeŜenia.

background image

Po wielu latach z serialu oglądnikowego nasz bohater dowiedział się o 

mikrokamerach, które moŜna wmontować nawet w ręczna latarkę. Czas jednak sporo 

pozacierał i, jak napisałem, do chwili obecnej Jan bardzo rzadko wracał myślami do 

przeszłości. Jego pokolenie juŜ się nie buntowało. Brało rzeczywistość taką jaka była i

starało się maksymalnie spokojnie prowadzić Ŝycie wytyczane przez Automatycznego 

Sternika. Proces przemian zachodził stopniowo z dnia na dzień nie zauwaŜany przez 

ogłupianych ludzi, tym bardziej, Ŝe wszechobecna maszyna stanowczo sprzeciwiała 

się jakimkolwiek próbom wprowadzenia kultu ArcyPamięci. Na taki obrót spraw 

GLOK był chyba zbyt sprytny. Owszem, zezwalał na gloryfikację niŜszych 

podzespołów, na sławienie mędrców z Pierwszej Setki (ale bez Ŝadnych nazwisk czy 

konkretów), natomiast o sobie mówić zabronił. Jakoś nie słyszało się nic o wierszach 

ani pieśniach o Globalnym Komputerze,

Nad plastyką w ogóle nie ma co się zastanawiać — bo jak moŜna, przedstawić 

coś, co składa się ze wszystkich elektronicznych urządzeń ziemskiego globu 

połączonych neurytami i dendrytami kabli i łącz.

Z obserwacji oglądnikowych tendencji (GLOK nigdy nie przemawiał wprost 

do szarych ludzi) wyzierała jasna sugestia, Ŝe Globalny Komputer woli jeśli się 

traktuje go jako „Tego, który Jest". ZaleŜy mu. by znano jego wszechkontrolną 

wszechobecność, by był dla sprawiedliwych subtelnym poczuciem dobra, a dla 

nieposłusznych, zorganizowaną mocą karzącego prawa.

Taki portret zbudowany w ludzkiej psychice miał być odpowiednio mglisty, 

nieograniczony i oparty na ugruntowanym przekonaniu, Ŝe GLOK wszystko widzi, we 

wszystkim uczestniczy wszystko koordynuje.

CzyŜ znalazłby się człowiek, który podjąłby się rywalizacji z czymś równie 

potęŜnym a nieokreślonym? Ludzkich mechaników dawno odsunięto od konserwacji 

Supermózgu, wszystkie prace przy nim, jak teŜ niezbędne naprawy, leŜały w gestii 

robotów stanowiących cząstkę Globalnej Ośmiornicy.

W tak zorganizowanym systemie GLOK mógł mieć tylko jednego przeciwnika 

— Boga. Korzystając jednak z faktu, Ŝe Pan Bóg mało zajmował się Ziemią, a 

przynajmniej nie ingerował bezpośrednio w bieg wydarzeń, GLOK uroczyście go 

uniewaŜnił, wymazał z pamięci cyfrowej i ludzkiej. A, Ŝe nie w pełni udało mu się to 

zrealizować, Ŝe mimo surowych represji matki zawsze znalazły sposób, Ŝeby 

przekazać dzieciom choćby cząstkę wiary, nadziei i miłości... CóŜ, Globalny 

Komputer mógł Ŝywić nadzieję, Ŝe kolejne pokolenie całkowicie wyhodowane na 

background image

regeneratorach i oglądnikach pozostanie wolne od jakichkolwiek idealizmów. I 

wówczas ich struktura psychiczna zamknie się jak kryształowa kula pozostawiająca 

wszelkie wątpliwości na zewnątrz. Ludzie znajdą się na łasce i niełasce Cyfrowego 

Ojca! Pokoleniem, które miało ziścić te ideały, było pokolenie Dina.

Oczywiście nie przytoczyliśmy tu prywatnej ideologii GLOKa, cóŜ my 

malutcy wiemy o Ŝyciu duchowym Superkomputerów. Zanotowaliśmy jedynie 

wyobraŜenia Dziesiątego na temat tego, co GLOK mógł sobie myśleć.

Czasu na zastanawianie nasz bohater miał duŜo. Tym bardziej, Ŝe ze 

wszystkich dostępnych mu rozrywek interesowała go jedynie Ona. Kiedy nie mógł 

powstrzymać strachu i burzy myśli z rozpaczą rzucał się w chętne ramiona pięknej 

kobiety aby choć na moment zapomnieć i ukoić się...

—  Nie  mogę dłuŜej patrzeć jak się męczysz — powtarzała Piękna — włączę 

nawiew dobrego samopoczucia.

—  Nie zgadzam się! — Ale to ci pomoŜe.

—  Ani mi się waŜ! śadnych promienników, fluidów w sprayu i rozweselaczy 

w aerozolu.

Jak juŜ powiedzieliśmy, całą dobę czekał na interwencję niewidzialnych 

straŜników. Kiedy jednak nic takiego nie nastąpiło, podniósł się z łoŜa, które 

natychmiast usłuŜnie samo złoŜyło się w komplet kanapowo-fotelowy. Zdecydował 

się. NałoŜył neurograwitator.

—  Kim  ty naprawdę  jesteś i co  właściwie chcesz zrobić? — zapytała Ona.

—  Sarn   jeszcze nie   wiem.  Ale  muszę coś zrobić! Zacznę od tego muru.

Neurograwitator był bez wątpienia jednym z najdoskonalszych tworów 

techniki, łabędzim śpiewem ludzkiej wynalazczości zwaŜywszy, Ŝe wykonano go 

chałupniczo, w warunkach ścisłej konspiracji. Do jego zalet naleŜała prostota obsługi 

— niewidzialny dla elektronicznych szpiegów, posiadał jeszcze tę cechę, Ŝe kiedy 

zaczynało się o nim mówić włączał paraliŜ informacyjny. Dzięki niemu do 

podsłuchujących bądź podglądających nic nie docierało, a co więcej, oni sami nie 

mieli świadomości, Ŝe strumień informacji został ocenzurowany.

Jedynym mankamentem była krótkotrwałość funkcjonowania. Pas działał w 

oparciu o skondensowaną energię biologiczna, która wyczerpywała się po paru 

minutach, po czym ładowanie polegało na trzymaniu pasa na Ŝywym organizmie co 

najmniej przez godzinę. Niestety, regeneracja aparatury łączyła się z pewnym 

background image

wyczerpaniem jej nosiciela.

Jan Dziesiąty podszedł do najbliŜszej ściany swego obszernego więzienia, na 

moment zawahał się, ale wykonał krok do przodu  ku swemu zaskoczeniu przeniknął 

przez mur niczym duch, odczuwając jedynie niewielkie swędzenie.

Po drugiej stronie równieŜ mieścił się kwadrat plenerowy, jakŜe jednak 

zdumiewający. Przypominał trochę dwudziestowieczny Disneyland, a trochę dawne 

przedszkole rejonowe. Jaskrawe kolory, wesoła muzyczka, stwarzały klimat beztroski 

i Ŝartu. W środku wznosił się pawilon mieszkalny przypominający zamek Królewny 

Ś

nieŜki, pełen blanków, wykuszów i spiczastych wieŜyczek; dookoła krąŜyły 

automatyczne krasnale najrozmaitszych rozmiarów i maści, po malowniczych 

skałkach pędziły kolejki górskie. TuŜ przed Janem rozsypała się nagle kolekcja 

Ŝ

ywych klocków.

— Ustaw mnie! A mnie na nim! — wolały.

Dziesiąty, świadom szczupłości czasu jakim dysponował, nie miał ochoty na 

zabawę. Właśnie doszedł do wniosku, Ŝe chyba przeniknął niewłaściwy mur, kiedy z 

tłumu pląsających lalek wynurzyło się coś większego i wyrecytowało:

„Wszystkie  dzieci,  wszystkie dzieci  bawią się

                                                   jak kaŜe Trzeci.

Hopsa,  hopsa,  sasa,  sasa.  Ale    tu     zabawy,

                                                                  masa".

Mówiącym nie był automatyczny krasnoludek, tylko Ŝywy, łysy facet w 

krótkich spodenkach i skarpetach zwiniętych w „obwarzanki". Facecik popatrzył 

bystro na Jana i gestami zapraszał do wspólnego galopu wokół grzybka:

—  „Jestem Trzeci, a ty powiedz czyś turysta czyś setkowiec?" Nie ulegało 

wątpliwości, ze znakomity intelektualista obecnie kompletnie zdziecinniał.

A moŜe ktoś mu w tym pomógł?

Dziesiąty nie mógł nawet dłuŜej się zastanawiać, gdyŜ rozległo się ciche 

brzęczenie ostrzegające, Ŝe energia neurograwitatora jest na wyczerpaniu. Za chwilę 

przenikniecie muru będzie niemoŜliwe, a co gorsza przestanie działać paraliŜ 

informatyczny i czujniki zorientują się, Ŝe do kwadratu Trzeciego wdarł się intruz. Jan 

cofnął się i pobiegł w stronę ściany...

—  Zostań! — dobiegł go dziwnie normalny głos  Trzeciego.   Odwrócił  

głowę   i   to  go  zgubiło.   Neurograwitacja  znikła   a  on  pozostał  w 

osiemdziesięciu procentach w krainie zabawek, z nogą i ramieniem uwięzionym w 

background image

skamieniałym solidnym  murze. Jednocześnie był gotów przysiąc,  Ŝe  słyszy  

wszechobecny cichutki śmieszek.

Ona była niespokojna i nie mogła znaleźć sobie miejsca. Przez kwadrans 

baraszkowała w basenie ze sztucznym delfinem, który jednak był do tego stopnia 

rozpaskudzony i bezczelny, Ŝe zaczął przedstawiać jej niedwuznaczne propozycje. 

Oczywiście dostał po pysku i spłynął.

Dziewczyna podwójnym klaśnięciem przemieniła basen w wydmę i 

wzmocniwszy promienie kwarcowego słoneczka ułoŜyła się na pneumatycznym 

materacyku kołyszącym się w starym, dobrym rytmie na trzy czwarte. Nie uleŜała 

długo. Jan ciągle nie wracał.

Zniecierpliwiona zmieniła plaŜę w sosnowy lasek (zieleń zawsze uspokaja), 

ale tym razem draŜniły ją nawet automatyczne wiewiórki gwiŜdŜące popularne 

szlagiery.

— Chyba się do niego przywiązałam, a nie powinnam! — westchnęła, — Co 

się ze mną dzieje. Wypadam z roli.

Oczywiście nie powiedziała Janowi, Ŝe jest jej czwartym, a nie drugim 

męŜem. Początkowo na krótki okres przydzielono ją Trzydziestemu Piątemu ale 

okazało się, Ŝe Trzydziesty Piąty za kobietami nie przepada; sprowadzono więc dla 

niego jasnowłosego efeba, wystarczająco rozwiniętego intelektualnie, by starszy pan 

się nie znudził. RównieŜ krótkotrwały związek Onej z Dwudziestym Trzecim teŜ nie 

naleŜał do udanych. Dwudziesty Trzeci, mimo nieprzeciętnej inteligencji i aparycji 

filmowego amanta, był nerwusem, bez przerwy płatał kawały swym straŜnikom, 

nieprzerwanie podejmował próby wydostania się z Kwadratu, a gdy te zawiodły 

ubzdurał sobie, Ŝe wszystkiemu winna jest Ona i parokrotnie próbował ją zabić. ToteŜ 

piękna kobieta przyjęła rozstanie z prawdziwą ulgą. Następny mąŜ o kryptonimie 

Trzynasty był zupełnie inny: łagodny, zamknięty w sobie, choć równieŜ nie 

pogodzony z losem.

Bardziej niŜ ciałem interesował się umysłem Onej. Usiłował ją uczyć. Po jego 

samobójczej śmierci była gotowa pogodzić się z samotnością. Ale Jan... Kto wie, czy 

gdyby do ich poznania doszło w innej sytuacji, nie pokochała by Dziesiątego 

naprawdę. W porównaniu z innymi ,,mózgowcami" był taki zwyczajny, normalny... 

background image

Tylko dlaczego teraz ciągle nie wracał?

Gdzieś z nieokreślonej przestrzeni doleciał ją głos:

—  Gdzie Dziesiąty? Uklękła i pochyliła głowę.

—  Gdzie  Dziesiąty?  — rozległo się ponownie.

Przeszył ja dreszcz. A więc Niewymawialny interesował się osobiście jej 

męŜem.

—  Nie wiem. — powiedziała.

—  Brzydko   kłamać,   bardzo   brzydko     kłamać...  Nie  zapominaj   kim  

jesteś  i  jaka    jest twoja rola. Gdzie Dziesiąty...?

Jan tkwił uwięziony w betonie nie mogąc wykonać najmniejszego ruchu. 

Grozy sytuacji nie umniejszała groteskowa muzyka z ogródka krasnali.

—  Wszystko przepadło, zaraz mnie stąd zabiorą!

Zastanawiał się, czy noga i ręka unieruchomione w ścianie uległy 

zmiaŜdŜeniu. Chyba nie — nie czuł bólu.

—  Proszę się nie denerwować,  przyniosłem oskard — usłyszał naraz ciepły 

głos obok siebie.

—  Trzeci?

—  Ale  wstrzelił się pan  w ścianę,  jak kołek — łysoń w krótkich majtkach 

uśmiechnął się, unosząc w górę prymitywne narzędzie.

—  To mój oskard, wyciosałem go z buły krzemiennej.

—  I pozwolono panu na pracę fizyczną? — zdziwił się Jan przymykając oczy, 

gdyŜ spod oskardu  zaczęły strzelać odpryski kamienne.

—  Nie docenia pan  mojej inteligencji, On zresztą — Trzeci uniósł głowę do 

góry — teŜ nie!  Od  dziesięciu  lat symuluję zdziecinnienie. Uśpiłem  czujność nawet 

najgorliwszych aniołów  stróŜów.  Od   dawna  kontrolują   mnie wyrywkowo,  raz  na 

miesiąc albo rzadziej.

—  To chyba zbytni  optymizm,  o ile wiem, nawet zwykli ludzie    podlegają    

nieustannej kontroli...

Trzeci roześmiał się.

—  GLOK chce, Ŝebyśmy tak myśleli. Strach paraliŜuje lepiej  niŜ  kajdany. 

Ale mam pewność, Ŝe nie jest w stanie panować nad wszystkim. Nawet taki „super 

łeb nie moŜe wydolić w przerabianiu istnej kloaki informacyjnej, która spływa do 

background image

niego przez nieprzebraną zgraję jego czujów. Dusi się nadmiarem bitów a z tego, co o 

nim wiem, jest tak zcentralizowany, Ŝe nie zezwala na najmniejsze choćby działanie 

bez własnego udziału. Mnie skreślił jako chorego na infantylię. Parokrotnie 

sprawdziłem, nie jestem kontrolowany non stop.

Jeszcze parę uderzeń oskarda i Dziesiąty był wolny. Wyciągnął dłoń do 

wybawcy. Ten poklepał go po ramieniu.

—  Proszę  do mnie na pokoje. Porozmawiamy.

—  Chyba   jednak   jak  najszybciej   powinienem  wrócić do siebie,  jeśli  do 

tej    pory    nie zauwaŜono  mojej   nieobecności,   to  wkrótce...

—  I  co  panu   zrobią?   GLOK    przy    całym swym  łajdactwie i  

wszechmocy ma  kilka  słabych  punktów  —  na  przykład  nie  potrafi  się zdobyć  na 

zabicie  kogokolwiek  z Setki.    Tak kiedyś go, zaprogramowano,  moŜe  nas 

separować, ograniczać,  ale    musi    być    straŜnikiem podstawowej zasady 

numeryczności, która jest jego   ideologią...   Hej,   krasnalki,   tańczyć,  tańczyć!

Jan z ociąganiem ruszył za gospodarzem. Gotów był uwierzyć, Ŝe Trzeciemu i 

innym z Setki włos z głowy nie spadnie — jednakŜe on sam był przecieŜ naprawdę 

tylko Milionem.

background image

Rozdział VI

Słońce stało wysoko, kiedy Din obudził się z twarzą umazaną błotem i 

zakrzepłą krwią. Leniwie przewrócił się na grzbiet i przysłonił dłonią oczy przed 

jaskrawością słoneczka. Właściwie pogrąŜony był jeszcze w półśnie. MoŜe dlatego 

ś

niada buźka dziewczyny patrzącej na niego zza skały wydała mu się bardziej 

majakiem niŜ efektem rzeczywistości. Twarz ta spoglądała na Dina ciekawie, by po 

chwili rozciągnąć się jak w krzywym lustrze w coś na kształt pyska Ŝaby, później 

błyskawicznie skurczyła się do rozmiarów pięści i w ogóle zniknęła. Din 

oprzytomniał i skoczył na równe nogi.

Równina wyglądała zupełnie inaczej niŜ w nocy. Olbrzymia bryła megabloku 

prezentowała się w całym swym ciemnym ogromie. Dookoła ciągnęła się czerwona, 

sucha ziemia, pełna spękań i kamieni tu i ówdzie w zagłębieniach udrapowana 

kępkami przepalonej zieleni. Stojąc tyłem do megabloku moŜna było zauwaŜyć jak 

równina przechodziła w pasmo wzgórz, których ciąg dalszy gubił się w sinej mgiełce. 

Poza tym okolica robiła wraŜenie zupełnie odludnej. Z lewej strony, w kotlinie, 

pozostało wysypisko złomu, na wspomnienie którego chłopak wzdrygnął się. 

Oprzytomniał całkowicie. Uniósł mniej więcej dwukilowy kamień i tak uzbrojony 

zajrzał za głaz, spoza którego wychylała się tajemnicza obserwatorka.

Nikogo? MoŜe uciekła. Ale dokąd?

Wokół skały glina była mokra, ale nie pozostał na niej Ŝaden ślad stopy czy teŜ 

innej racicy.

—  Musiało mi  się  przywidzieć  — pomyślał Din i ruszył w stronę wzgórz.

Rozsądnie przypuszczał, Ŝe tam najłatwiej odnajdzie jakieś źródło i być moŜe 

background image

coś do jedzenia. Tymczasem juŜ po paru krokach poczuł, Ŝe ma dziwnie wypchaną 

tylną kieszeń. Pomacał i wydobył z niej pękatą fiolkę pastylek pokarmowych. Gotów 

był przysiąc, Ŝe nigdy nie nosił przy sobie czegoś podobnego. Zresztą, i fiolka 

wyglądała jakoś niestandardowo. Spróbował jednej pastylki, okazała się przepyszna. 

Połknął jeszcze trzy i od razu poczuł się wzmocniony.

Przez godzinę maszerował dziarsko, nie potrafił jednak pozbyć się wraŜenia, 

Ŝ

e jest obserwowany. Parę razy odwracał się, atoli nic nie wskazywało na jakąkolwiek 

obecność Ŝywej istoty na tym odludziu. Tymczasem wzgórza przybliŜyły się znacznie, 

natomiast step zastąpiła Ŝwirowata pustynia. Szło się teraz znacznie trudniej, a słońce 

wzniesione wysoko praŜyło niemiłosiernie, co dla Dina, wychowanego w luksusowej 

klimatyzacji megabloku, było trudną do wytrzymania tortura.

—  MoŜe   poszedłem   w   złym  kierunku?

Był juŜ przy końcu Ŝwirowiska, znów otaczały go skałki, kiedy nagle usłyszał 

chrzęst. Obrócił się. Nikogo! Postąpił parę kroków, chrzęst się powtórzył.

—  Hej,  jest  tu  kto?!  — zakrzyknął. Stanął   jak  wryty   i   wykonał   

półobrót.   Był

otoczony. Prawie zza kaŜdego głazu wyzierała kanciasta gęba robota. Blaszane 

kończyny spręŜały się do skoku.

— Jednak mnie znaleźli — przemknęło chłopakowi.

— Człowiek, człowiek! —  narastał  gwar.

Obserwatorów było dobrze ponad dziesięciu. Din przez moment mierzył ich 

wzrokiem po czym nie wytrzymał nerwowo i puścił się kłusem w stronę wzgórz.

—  Łapać człowieka, łapać człowieka! — zachrzęścił chór.

Gonitwa nie trwała długo, zresztą jej wynik moŜna było z góry przewidzieć. 

JuŜ po kilkudziesięciu metrach dwa zardzewiałe androidy zabiegły chłopakowi drogę, 

jakaś mechaniczna łapa porwała go za łydkę, inna wykręciła ramię.

Napastnicy byli brudni, skorodowani, w duŜym stopniu kalecy lub 

poreperowani byłe jak za pomocą sznurków i zardzewiałych drutów, z ran w 

obudowie wyzierały poprzepalane obwody i pozalewane akumulatory. Wszyscy 

jednak powtarzali z zachwytem:

—  Człowiek,  człowiek,   mamy  człowieka! Jeszcze  raz  próbował   wyrwać  

się  z  uścisku sztucznych kończyn.

— Puśćcie mnie, puśćcie, co ja wam zrobiłem? Na co się wam przydam? Nie 

mam ani baterii, ani przewodów! — wołał.

background image

Wyglądało na to, Ŝe niektórym napastnikom musiało przypaść to rozumowanie 

do cybernetycznego łba, uścisk zelŜał. Jeden z robotów wyraźnie musiał przegrzać się 

gonitwą bo iskrzył na złączach i kopcił z popękanego kadłuba.

Din  gwałtownie wskazał ręką w  górą.

—  A  to  kto?  —  zawołał.  I   gdy  roboty  zagapiły  się,  pchnął 

największego  z  nich  na  tego,   który     kopcił.   Błysnęło     spięcie   i   razem z   

iskrami-sypnęły   się   przekleństwa.   Chłopak wypatrzył   lukę   miedzy   dwoma     

jednonogimi potworami wspierającymi  się  na  protezach  ze starych   szyn   

kolejowych   i   skoczył     miedzy krzaki.

—  Stój, stój! — zawyli napastnicy.

Din odsądził się na dobre kilkanaście metrów. Przesadzał sterty Ŝelastwa, 

którego mnóstwo znów poniewierało siej wokół, wspinał się na strome skałki i 

prześlizgiwał szczelinami między głazami. Na równym terenie nie miałby Ŝadnych 

szans, tu jednak ludzka zwinność brała górę nad ocięŜałością niesprawnych maszyn. 

Jedna rozsypała się w biegu. Druga gnała trzymając pod pacha rękę, która odpadła jej 

w trakcie wspinaczki. Jeszcze pięć minut, a awangarda goniących stopniała do trzech 

robotów. Dodało to chłopakowi nowych sił. Pokonał jeszcze jedno wzniesienie i... 

stop! Stanął. Pod nogami rozwierał się kilkudziesięciometrowy, wąwóz. Koniec!

Zdyszany   obrócił   się   ku   prześladowcom

—  Mamy    człowieka,    mamy    człowieka    — zgrzytali.

Do pierwszej trójki dołączyło jeszcze dwóch mniej zdekompletowanych 

androidów, jeden chyba ślepy, a drugi garbaty. Zwalniając nadchodzili ścieśniającym 

się okręgiem. Din cofnął się jeszcze krok i obejrzał za siebie. Stał absolutnie na 

skraju. Kilkadziesiąt metrów niŜej widać było wyschłe koryto potoku usiane głazami, 

z których jeden miał kształt brunatnej purchawy...

—  Słuchajcie — zaczął wołać do nacierających — moŜemy się dogadać! Jeśli 

zaprowadzicie mnie do megabloku, na pewno dadzą wam nagrodę!

Odpowiedzią był tylko gardłowy pomruk. Natarli na niego. Din nie zdąŜył 

nawet krzyknąć, stracił równowagę i koziołkując poleciał w dół.

 Siedzieli w głębokich klubowych fotelach popijając cocktail będący, jak się 

wyraził Trzeci, specialite de la maison. W ciągu pół godziny Jan zrelacjonował 

pokrótce swoje dotychczasowe Ŝycie, opowiedział mu o powierzonej misji, nie 

background image

zatajając niczego, nawet trzech dni zmarnowanych na studiowanie wdzięków Onej.

— W moim wieku kobiety nie odgrywają juŜ takiej roli — uśmiechnął się 

Trzeci poklepał przysadzistą krasnalkę, która przyniosła im kanapki ze sztucznym 

kawiorem. 

—  Tak czy siak uwaŜam, Ŝe pańska akcja powinna być kontynuowana.

—  Myślałem,   Ŝe   juŜ    ją    zrealizowałem  — miałem   dostać  się   do  

kogoś  z  Setki  i  dowiedzieć   się,   jak  tu   jest,   a   następnie   przekazać 

informacje...

—  Jeśli   nawet   załoŜymy,   Ŝe  pan   dotarł,  to na razie z przekazywaniem są 

pewne kłopoty —   przerwał   łysy   infantylista   —   a   poza   tym jakich  informacji  

się  pan  spodziewa?   PrzecieŜ my   sami   niewiele  wiemy.  W dniu,  kiedy  

wyłoniono   pierwszą   Setkę   daliśmy   się   złapać   w pułapkę,   umieszczono   nas  

w  tych  kwadratach i  praktycznie  oddzielono  od  Ŝycia  w  magablokach.   Mieliśmy 

rządzić  światem,  a  nie  dysponujemy   nawet   sobą.   Zezwolono     jeszcze     na 

sporadyczne   kontakty   poziome  —  między   sąsiednimi     kwadratami,   ale   kiedy 

Pierwszy   z  Trzynastym   spróbowali   wykantować   GLOKa, separacja stalą się 

ś

cisła.

— W takim razie skąd pan wie o podjętej próbie?

—  Jakiś   czas   udawało   nam   się   porozumiewać  pukając  w  ściany,  

potem   jednak  przebudowano   mury   i   zaizolowano   je   do  tego  stopnia, Ŝe 

straciliśmy i tę moŜliwość.

—  A   to   skurczybyk!   —   Dziesiąty   zacisnął pięść.

—  Nie wiem, co ja bym zrobił na jego miejscu;   podejrzewam,    Ŝe    

superkomputer uwaŜa swoje   postępowanie   za   jedynie   słuszne.

—  Bydlę!

— Z epitetami zdąŜymy — na twarzy Trzeciego pojawił się łagodny uśmiech 

filozofa — trzeba powiedzieć, Ŝe jedną z podstawowych cech psychiki tej olbrzymiej 

myślącej maszynerii jest głęboka nieufność do łudzi. Nieufność o uzasadnionych 

korzeniach. Zna pan z grubsza początki numeryczności?

Jan skinął głowa.

—  Właściwie   zadaję   głupie     pytanie,  co   w pana   wieku  moŜna  

wiedzieć  naprawdę.  Ja  to przeŜyłem.   MoŜe   pan   nie   wierzyć,   ale   mam sto 

siedemdziesiąt lat.  Kiedy w  2104 roku zaczęła się  cała   zabawa,  byłem    

trzydziestosiedmiolatkiem.

background image

Pierwsza opowieść Trzeciego

Kiedy profesor Armand Lecoq, wiceprezes Kongresu futurosocjologów 

opuszczał Kinszasę, trzydziestomilionowa metropolia stanowiła jedno apokaliptyczne 

morze ognia. Lekka rakietka , pasaŜerska ominęła szczęśliwie bariery laserowe i 

wzniosła się na bezpieczną wysokość czterdziestu kilometrów. Własne pole zakłóceń 

magnetycznych czyniło ja nieosiągalną dla baterii obu walczących stron. Lecieli 

wzdłuŜ dawnej rzeki Kongo przekształconej obecnie w nieprzerwany łańcuch 

zbiorników i kaskad obudowanych, szczelnie kombinatami, siłowniami i blokami 

mieszkaniowymi, w większości zresztą objętymi walkami.

Celem ich lotu był Kair, jedna z dziesięciu rotacyjnych stolic świata. 

Właściwie jedna z trzech oprócz Sydney i Brasilii w których aktualnie nie trwały 

zamieszki, starcia i ataki terrorystów. Dziewiąty w bieŜącym roku kryzys gabinetowy 

rządu światowego spowodowany ustąpieniem ministrów hinduskich w odpowiedzi na 

niewybredny kawał deputowanego z Albanii pod adresem krawata przedstawiciela 

Wysp Tonga trwał juŜ jedenasty dzień. Oczywiście, moŜna by odwołać się po raz 

kolejny do Mirka Rankowicza, utalentowanego dyplomaty z Belgradu, który juŜ 

parokrotnie w trudnych chwilach obejmował stolec awaryjnego premiera; Atoli tym 

razem Rankowicz zdecydowany był odmówić. Miał kłopoty rodzinne — przed 

tygodniem Jego syn Janko został uprowadzony przez separatystów z plemienia Ajnów 

na wyspy Hokkaido. Domagali się oni wycofania z obiegu filmu przedstawiającego 

kolonizację Azji przez Indian Amerykańskich, podczas gdy, jak głosili, prawda była 

inna.

Jednocześnie na forum Parlamentu Ziemi trwał spór koalicji protestancko-

buddyjskiej z lobby prawosławno-islamskim na temat kształtu stolika do rokowań na 

Malcie. Tematem rokowań miały być stosunki między importerami chrzanu a 

eksporterami blachy cynkowej. Co gorsza, szaleniec, który niewielkim ładunkiem 

nuklearnym wysadził w powietrze czterdzieści pięć milionów mieszkańców DŜakarty 

okazał się ostatnim laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, co spowodowało 

Ŝ

ywiołowe ataki personelu pomocniczego na wszystkich Szwedów w siedzibie 

Zgromadzenia Grup Etnicznych. ZwaŜywszy, Ŝe Biuletyn Codzienny donosił tego 

dnia o trwających pięćdziesięciu sześciu lokalnych sporach granicznych, siedmiu 

background image

wojnach prywatnych i piętnastu religijnych, awariach dwóch elektrowni jądrowych 

oraz sześciuset siedemdziesięciu ośmiu demonstracjach odbywających się 

równocześnie w - rozmaitych zakątkach świata — obraz sytuacji nie przedstawiał się 

wesoło.

Profesor Lecoq mógł wprawdzie pocieszać się, Ŝe bywało juŜ gorzej, niemniej 

sytuacja przypominała klasycznego pata. W samej Izbie WyŜszej Ziemskiego 

Parlamentu — Etnice, na czterystu czterdziestu siedmiu deputowanych nie było nawet 

stu, którzy zgodziliby się co do jakiejkolwiek kandydatury, a co dopiero marzyć o 

bezwzględnej większości. Z liczby rezerwowych kandydatów neutralnych Irlandczyk 

O'Henry został ustrzelony przedwczoraj przez paranoika z Ruchu Zwalczania 

Sznurowadeł w Butach, sędziwy Yaciioli z San Marino dwudziesty ósmy miesiąc 

przebywał w rękach separatystów z Awinionu, domagających się niezwłocznego 

przeniesienia tamŜe siedziby papieŜa, zaś Gruzin Kawalidze powiedział, Ŝe nawet 

laserem nie oderwą go od hodowli arbuzów, której postanowił się definitywnie 

poświęcić.

Inna sprawa, Ŝe ludzie zdąŜyli się juŜ przyzwyczaić do istniejącej sytuacji. 

Poza Lecoq'iem pozostałych czterech pasaŜerów drzemało spokojnym snem 

bezpiecznych dzieci, a automatyczny pilot nucił ulubioną piosenkę.

Dolatywali do Kairu, 130-milionowa metropolia wypełniająca obecnie całą 

deltę Nilu betonowym lasem prawie identycznych wieŜowców wyjąwszy maleńki 

skansenik piramid i mauzoleum Nasera wyglądał spokojnie.

—  Być  moŜe  uda  się   przeprowadzić  nawet jedną sesję naszego kongresu 

— pomyślał naukowiec.

W tym właśnie momencie podniosła się z siedzenia szałblondynka w 

kompletnie przezroczystym ubraniu, które mimo oporów upowszechniło się wśród 

wyznawczyń Zjednoczenia Ponownego UciemięŜenia Kobiet. Dziewczyna była 

szczupła, ale piersi (dzięki hormonom Spółdzielni „Magnum") posiadała niczym dwie 

kopuły Pałacu Narodów w nieszczęsnej Kinszasie.

Armand lubił takie konstrukcje — zwłaszcza gdy szły w parze ze szczupłymi 

łydkami. Dziewczyna nie przestając się uśmiechać, nie wiadomo skąd (wszak ubrana 

była przezroczyście) wydobyła laserowe noŜyczki i schwyciła w nie kabel głównego 

zasilacza.

—  Nie,  nie — pisnął automatyczny pilot — czego chcesz?

—  Na  Cejlon!  — powiedziała  krótko aktywistka ZPUK.

background image

Jakby w odpowiedzi drzemiący tuŜ za Lecoq'iem młodzian ostrzyŜony na zero 

wstał i wyciągnął zza pazuchy grudę plasteliny wybuchowej zdolną wysadzić w 

powietrze całe lotnisko.

—  A ja poproszę do Puerto Rico!  I to juŜ — wycedził nie przestając Ŝuć 

gumy.

Automatyczny pilot zawahał się.

—  MoŜe państwo terrorystwo uzgodnią między sobą kierunek. Mnie tam jest   

wszystko jedno.

—  Jak to wszystko jedno? — przezroczysta spąsowiała — ja byłam pierwsza.

—  Cicho, Welono — warknął plastelinowiec — do San Juan!

—  Kierunek Colombo!

Siedzący obok profesora buissnesman z Jaffy melancholijnie zastrzygł 

pejsami:

—  I jak teraz robić interes — trzecie porwanie  w  tym  tygodniu?!   Najpierw  

z   Grecji na  Labrador, potem przez  Honolulu do Kinszasy, po drodze dwie 

rewolucje, a teraz... W osiemdziesiąt  zamachów  dookoła świata...

—  Nie narzekać — wrzasnął terrorysta  — bo wam tu zrobię wszystkim taki 

plastusiowy pamiętnik, Ŝe i za sto lat nie wyzbierają waszych szczątków z pustyni. 

Leci pan na Antyle czy nie?

—  Drodzy państwo — usiłował wtrącić  się ostatni pasaŜer, ksiądz, bardziej 

jednak  przypominający    filmowego amanta — proponuję rozwiązanie 

kompromisowe, wylądujmy w Kairze, to będzie dla kaŜdego pół drogi..

Nie wiadomo jak skończyłaby się ta skądinąd ciekawa wymiana zdań, gdyby 

nagle nie zapłonął ekran i nie rozległo się z głośników:

—  Uwaga!   Wiadomość    z    ostatniej  chwili! Niespodziewany   koniec   

długotrwałego   impasu w  Obu   Izbach.  Globalny Komputer  powołany na  

stanowisko  Premiera   Ziemi.  Jeszcze    dziś zaprzysięŜenie w Kairze.

—  O i w mordę  — zakrzyknął młodzian — taka impreza beze mnie, 

lądujemy!

—  Oczywiście!  — zgodziła się dziewczyna. W   sali   odpraw   niedoszły   

porywacz   zwrócił się do Armanda z prośbą o poŜyczkę. Zabrakło mu tych paru 

centów na oclenie pakietu z plasteliną wybuchową, Lecoq poŜyczył, a potem spytał, 

jaką organizacje młodzian reprezentuje? 

— Siebie — padła odpowiedź. Chciałem po prostu jedynie zaprotestować.

background image

— Przeciwko czemu?

— Rzecz jasna, przeciwko piractwu powietrznemu.

—  Tak właśnie  się  to  odbyło — stwierdził Trzeci  trącając  kieliszkiem  

szkło Jana.  Muszę powiedzieć, Ŝe komputerowe wyjście z kryzysu   zafrapowało  nas 

wszystkich.   Superkomputer   wydawał   się,  być   bezstronny,   optymalny, a   jaki   

uprzejmy dla   deputowanych.   JuŜ   po kilkunastu  dniach   rządów     zaŜegnał     

najbardziej    bezsensowne    konflikty,    uporządkował akty prawne. My, naukowcy 

futuro-socjolodzy wpadliśmy   w   kompletną     euforię.   Wydawało się, .Ŝe  wraz z  

wygasaniem  wszystkich zapalnych   ognisk,   z   opadnięciem     fali     bezprawia i   

tryumfem  mechanicznego     rozsądku     nowa epoka przychodzi na nasz glob.

—  I   rzeczywiście  przyszła?— zapytał Jan. I właśnie w tym momencie, 

poczuł, Ŝe neurograwitator  jest  w  pełni    zregenerowany. Nie czekając   na   dalszy   

ciąg   opowieści   przeprosił Trzeciego,  czy   jak  kto  woli   Armanda   Lecoq, 

obiecując  powrócić, gdy  tylko  upewni  się  co  z   Oną   i   czy   nie   zauwaŜono   

jego   zniknięcia.

—  Będę    czekał    —   powiedział     gospodarz i na hulajnodze pomknął w 

stronę zjeŜdŜalni.

Jan wrócił do domu. Ona oczekiwała go na wydmie gorąca słońcem i 

namiętnością,.

—  Wszystko  w  porządku?  — zapyta t odpinając pas.

—  Tęskniłam  za  tobą  —  odpowiedziała.

—  A czujniki?

—  Jakoś się nami nie interesują.

Kilka manewrów iluzjomatografem wystarczyło, by zapadł zmierzch, ozwało 

się nagranie słowika i na cały kwadrat spłynął romantyzm i liryzm.

Dziesiąty kochał się wytrwale, w sposób pełny i wysmakowany. Po raz 

pierwszy nie miał na karku strachu. ChociaŜ powinien.

Upadek Dina trwał krótko. O wiele krócej niŜ przypuszczał, biorąc pod uwagę 

dystans dzielący go od dna wąwozu. Był przekonany, Ŝe przepadł, ba, w czasie, który 

przemknął, nie zdąŜył nawet dokonać rekapitulacji całego. swego niedługiego Ŝycia, 

background image

co podobno jest regułą w takich sytuacjach.

Nie wiadomo w którym momencie zorientował się, Ŝe juŜ nie spada. W 

następnej sekundzie dotarło do niego, Ŝe nie znajduje się. równieŜ na ziemi, lecz wisi 

w połowie parowu na niewidzialnej, niematerialnej poduszce. Z góry tłum robocich 

kalek zgromadzony nad urwiskiem szydził z niego i wygraŜał kikutami macek. śaden 

z napastników nie wydawał się być zdziwiony tym, co się stało.

—  Dosyć   tych   barbarzyńskich zabaw!  — rozległ się naraz głos i ku 

zdumieniu naszego bohatera   był   on   ludzki,   sympatyczny  i  nadzwyczaj damski.   

Niewidoczna platforma miękko podniosła się do góry, a roboty, które 

przedtem zachowywały się brutalnie, teraz uprzejmie uniosły go w ramionach.

—  Do miasta — padła komenda.

Dopiero dobrze kręcąc głową Din zorientował się, Ŝe głos wydobywa się z 

brunatnej bulwy spęczniałej na dnie wąwozu, w chwilę jednak potem bulwa przestała 

być bulwą, zmieniła się w Ŝywą linę, która wciągnęła się na górę, gdzie przyjęła 

kształt cielistej gruszki zakończonej szypułką świetlistych punkcików. Gadająca 

gruszka sunęła obok nich nie dotykając ziemi poruszana dziwną, nieznaną Dinowi 

energią, tą sama, która niewątpliwie powstrzymywała go przed upadkiem. Gruszka 

była zbudowana z elastycznej substancji, która jak zauwaŜyliśmy, mogła formować 

się w dowolne kształty.

—  Serdecznie dziękuje za  uratowanie Ŝycia! — wykrztusił chłopak.

— Drobiazg — odpowiedziała grucha — jestem raczej winna przeprosiny, Ŝe 

pozwoliłam na tę niegodziwą gonitwę. Roboty są jak dzieci... potrafią być bezmyślne 

i okrutne. Właściwie powinnam ukazać się od razu, ale nie wiedziałam, jak na mnie 

zareagujesz. Ludzie róŜnie odnoszą się do umysłowców.

Jakiś czas przesuwali się w milczeniu, a chłopak zastanawiał się nad 

wszelkimi ewentualnościami dalszego rozwoju wydarzeń.

— Albo przekaŜą mnie czujom z megabloku, albo... moŜe to miasto jest jakaś 

osadą nie podporządkowaną numeryczności...?

Miasto leŜało w wąskiej dolinie, ukryte wśród skał. ZauwaŜył je dopiero w 

ostatnim momencie, kiedy otoczyły, go dziwaczne i niechlujne konstrukcje. W 

niczym nie przypominało symetrycznej konstrukcji megabloku. Zbudowane 

chaotycznie, najwyraźniej z odpadów, ciemnawe i pełne krętych uliczek przywodziło 

mu na myśl slumsy, które widział na starym filmie o dwudziestowiecznych 

metropoliach. Wnioski nasuwały się pocieszające — taki teren nie wyglądał na 

background image

przyporządkowany tej samej władzy, co megablok.

—  Za  chwilę  na   pewno  wszystko  się  wyjaśni i wreszcie odpocznę — 

pomyślał.

Jednak im bliŜej centrum, tym większy ogarniał go niepokój. Nigdzie nie było 

widać ludzi. Ulice roiły się od robotów i robociąt, wszystkich w dość fatalnym stanie, 

brudnych, przerdzewiałych, wrzaskliwych. Pochód z Dinem musiał wzbudzać niemałą

sensację: wszyscy przystawali, otwierały się okiennice sklecone ze starych beczek i 

wyglądały ze swych nor archaiczne robocice. Na pyskach niektórych malowała się 

dzika nienawiść, parę młodych androidów sięgnęło nawet po kawałki kamienia, ale 

groźne błyski z szypuły gruszeczki podziałały mitygująco.

Pojmany rozglądał się coraz niespokojniej, spragniony widoku choćby jednej 

ludzkiej twarzy; tymczasem kolumna skierowała się do białego schludnego budynku, 

jaskrawo odbijającego od okalających pokracznych ruder. Roboty przyklękły.

—  Świątynia  —  ucieszył się    chłopak.  Postawiono  go  na  ziemi.  Drzwi  

budynku  uchyliły się i z wnętrza dobiegły słowa:

—  WywitajŜe neurobiałku młodowaty.

Na próg wyszedł mówiący te słowa — szara grucha z grubą szypułą nakrytą 

niewielkim kapelusikiem, w róŜańcu woltomierzy.

Din zapłakał.

Rozdział VII

Dwa dni musiały upłynąć zanim Jan Dziesiąty ponownie zdecydował się 

nałoŜyć neurograwitator i przeniknąć przez ścianę, dwa dni wypełnione bezustannymi 

próbami nawiązania kontaktu z Nedem. Niestety, albo aparat uległ jakiemuś 

background image

uszkodzeniu, albo  spiskowcy nie chcieli rozmawiać, albo... ewentualności wsypy w 

ogóle nie brał pod uwagę. Zresztą przeczyłby temu fakt pozostawienia go w 

absolutnym spokoju. W tym samym czasie wielokrotnie usiłował sprawdzić, czy czuje 

interesują się jego kwadratem, prowokował je na najrozmaitsze sposoby i nic. CzyŜby 

cały zespół usługowy iluzjomatografu działał bez łączności z Globalnym 

Komputerem?

Ona dzielnie sekundowała Dziesiątemu we wszystkich poczynaniach. Była mu 

tak oddana, Ŝe Jan bez większych zahamowań wyjawił jej cel swojej misji, podał swój 

prawdziwy numer — co młoda Ŝona skomentowała krótko: „spodziewałam się tego". 

Upewniła go teŜ, Ŝe zdarzały się długie okresy, podczas których rozleniwione czujniki 

nie zwracały uwagi na lokatorów Kwadratu.

Uspokojony zdecydował się na następnego nurka w beton obiecując, Ŝe jeśli 

uda się, namówi Trzeciego aby wpadł do nich na kolację. Pas neurograwitacyjny był 

wystarczająco długi, aby opiąć dwie, a nawet trzy osoby Ona ucałowała, męŜa, ale gdy 

tylko zniknął, pokornie pochyliła głowę oczekując na wszechobecny głos. Odezwał 

się juŜ po chwili.

—  Jesteśmy z ciebie zadowoleni!

Druga opowieść Trzeciego

—  Elektroniczny   premier  w  swoim   pierwszym expose poprosił nas o rok 

spokoju i wyrozumiałości. Ludzkość udzieliła mu tego kredytu i wszelkich 

koniecznych pełnomocnictw. Świat zmęczony, znerwicowany, zagoniony, znajdował 

się  naprawdę u kresu   wytrzymałości; dlatego beznamiętna pragmatyka maszyny  

podziałała jak balsam. Wyspecjalizowane zespoły Komputera doskonale 

wywiązywały się z ról ministerialnych,  postępując  szybko,  skutecznie  i  

nieomylnie. Poza tym trudno byłoby zarzucić nowemu   gabinetowi, Ŝe jest stronniczy 

czy  teŜ reprezentuje jakąś grupę nacisku. Jednocześnie postępowanie cyfrowych 

przywódców nacechowane było takim taktem, wyrozumiałością a zarazem  pokorą 

wobec obu Izb Związku, Grup Etnicznych, Ŝe serce rosło. Kiedy po roku GLOK 

chciał,  zgodnie z zapowiedzią, złoŜyć rezygnację, znowu rozgorzała przepychanka 

koalicji  i  koalicyjek,  a z czterdziestu kandydatów Ŝaden nie mógł przekroczyć 

piętnastu procent głosów. W efekcie Superkomputer krygując się i wahając 

zaproponował    przedłuŜenie upowaŜnień na następne cztery lata. Propozycje  

przyjęto jednomyślnie.

background image

Byłem jednym z największych entuzjastów; tego rozwiązania, w mojej willi na 

przedmieściu Berkeley (prowadziłem wówczas równieŜ wykłady na uniwersytecie) 

nie raz wiodłem na ten temat gorące polemiki z przyjaciółmi. Głównym moim 

adwersarzem był Chris Molisz, znakomity historyk współczesny. Pamiętam, jakby to 

było wczoraj, szczupłą postać przechadzającą się w tę  i z powrotem po moim livingu.

—  Wydaje mi się, Ŝe nie dostrzegacie niebezpieczeństwa, ambicji naszego 

tranzystorowego przywódcy — perorował. — Czy nie bierzecie pod uwagę, Ŝe kiedy 

minie jego kadencja, nie zechce odejść?

Odpowiedział mu uśmiech, a ja zripostowałem:

—  Owszem, GLOK jest z pewnością ambitny, ale zaprogramowano go na 

słuŜenie ludziom Maszyna nie moŜe przeskoczyć swoich załoŜeń konstrukcyjnych.

—  Wydaje mi się,  Ŝe niezbyt uwaŜnie studiujecie   jego   przemówienia.   Nie 

analizujecie jego   posunięć.   Owszem,   ma   on   zakodowaną ochronę ludzi,  więcej  

— kieruje się  ogromną sympatią   do   człowieka,   ale   jest   to   bardziej troską 

chłopa o swój  inwentarz niŜ Ŝyczliwością urzędnika wobec swoich wyborców. 

Komputer uwaŜa nas, ludzi, za duŜe dzieci, niepowaŜne, ba — niezdolne do dbania o 

swoje sprawy. Pod podszewką miłości kryje się lekcewaŜenie gatunku homo sapiens.

Puściliśmy te jeremiady mimo uszu. Ale czyŜ kiedykolwiek  wsłuchiwano się 

w słowa proroków?

Pamiętam swoją ówczesne argumenty — tłumaczyłem socjologicznie, Ŝe 

człowiek w obcowaniu z maszyną przyswaja jej dobre cechy i, a rebours, inteligentna 

maszyna ulega stopniowej humanizacji. W przyszłości powinno to doprowadzić do 

pełnego i harmonicznego rozwoju naszego gatunku.

—  Poza tym — tłumaczyłem — GLOK   nie ma praktycznie Ŝadnych 

moŜliwości    pozakonstytucyjnego działania, wprawdzie jest naszym rządem,   ale   

podlegają   mu   dyrektorzy  —   ludzie,  generałowie — ludzie,  a  nad  nim znajdują 

się jeszcze obie Izby Zgromadzenia, które go kontrolują.

Tymczasem Izby rozwiązano w roku 2108 wraz z przejściem do demokracji 

bezpośredniej. Dzięki niej w 2109 przedłuŜyliśmy premierostwo Komputera na 

następną kadencję. I tak juŜ było co cztery lata, przy czym za kaŜdym razem procent 

głosów oddawany na GLOK był wyŜszy, a od lat, jak pan wie, utrzymuje się na 

poziomie 99,99... do dwudziestego miejsca po przecinku. W ciągu tego pierwszego 

dziesięciolecia świat rzeczywiście się zmienił: uporządkował i złagodniał. 

Ekstremizmy, dziwne sekty i wariackie wyczyny fanatyków poczęły zanikać, 

background image

zwłaszcza od chwili, kiedy GLOK uznał za niecelowe pokazywanie takich ekscesów 

przez telewizję.

Grupa intelektualistów, do której naleŜałem i ja, uznała za konieczne 

zaprotestować przeciwko skrajności, ale powrót do dawno zwalczonej cenzury 

wydawał nam się krokiem w tył.

—  Nigdy  nie  wydawałem   podobnego   zakazu — stwierdził GLOK w 

odpowiedzi na interpelacje.

Przypadkowo następnego dnia byłem świadkiem w Berkeley ceremonii 

samospalenia Ŝywcem trzech studentek protestujących przeciwko planom 

numeryzmu.

Opodal gmachu rektoratu utworzyło się zbiegowisko, z ostrzegawczym 

bzyczeniem lądowały beczkoloty straŜackie jak równieŜ latające spodki ekip 

stereowizyjnych.

—  A   więc   jednak zdecydowali   się   pokazać incydent   —   włączyłem   

kieszonkowy   odbiorniczek i czekałem na transmisję.  Pojawiła się winieta   

„Nowości   Kalifornijskie"   po     czym... ku memu  zdziwieniu pomknął reportaŜ z  

wystawy  rasowych   robotów  domowych.

ZbliŜyłem się do jednego z tęgawych kamerzystów, który purpurowy na 

twarzy wołał coś do współpracowników.

—  Dlaczego nie nadajecie!?

—  Bo nie moŜemy — padła odpowiedź okraszona   siarczystym   

przekleństwem.

—  Jest zakaz?

—  Jaki  zakaz, człowieku, po prostu te cholerne automaty odmawiają nam 

posłuszeństwa.

Nie  uwierzy pan,   drogi Dziesiąty,  Ŝe ja  — trzeci intelekt na świecie nie 

pojąłem sprawy oczywistej. W niedostrzegalny sposób juŜ wtedy znaleźliśmy się na 

łasce i niełasce GLOKa. Nasz potulny premier, którego wszystkie wypowiedzi 

cukrzyły się demokratyzmem, który w ciągu jednej dziesiątej sekundy odpowiadał na 

kaŜdą interpelację i z największym szacunkiem odnosił się do Zespołu Stu Ekspertów 

i Konstruktorów, którzy tworzyli Kolektywnego Prezydenta Ziemi i czujnie mieli 

patrzeć mu na obwody, no więc ten nasz globalny kalkulatorek nic nie mówiąc w 

ciągu paru lat zbudował sobie elektronowe imperium. Z chwilą, kiedy podłączono go 

do łącz telefonicznych, do podzespołów bibliotecznych, do dyspozytorni 

background image

komunikacyjnych (rzekomo wyłącznie ze względów informacyjno-koordynacyjnych) 

stał się praktycznym panem wszystkiego, co elektryczne — od stereowizji i wyrzutni 

rakiet balistycznych po windy w domach mieszkalnych na zapyziałych 

przedmieściach.

JakŜe musiał się śmiać, kiedy nasi programiści przynosili mu informacje, które 

on sam od dawna juŜ posiadał, a moŜe nawet je sfabrykował. Jak się później okazało, 

wykorzystując bałagan panujący w Kolektywnym Prezydencie GLOK zabezpieczył 

sobie rozliczne kanały awaryjne i zapasowe, ale przyczajony nie ujawniał nawet 

jednej setnej swoich moŜliwości.

Aliści nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Z wyjątkiem Molisza. Kiedy przez 

telefon zacząłem opowiadać mu o incydencie na dziedzińcu, bardzo szybko przerwał 

rozmowę i spiesznie przyjechał do mego domu.

Jeszcze raz, zrelacjonowałem mu przebieg zajścia.

— Tak, tego naleŜało się spodziewać — skomentował — a więc ma nas w 

ręku.

Roześmiałem się. Nie negując, Ŝe istotnie potencjalne moŜliwości 

elektronicznego premiera są większe niŜ jego kompetencje — niemniej nie widziałem 

w tym Ŝadnego zagroŜenia, przeciwnie — same korzyści. Lojalności maszyny nie 

próbowałem podwaŜać. Molisz był innego zdania, a w miesiąc później zjawił się u 

mnie ponownie. Jego podejrzenia ponoć potwierdziły się, i był juŜ pewien, Ŝe 

Globalny Komputer zdobył nieskrępowaną władzę nad, ludzkością. Trzeba działać! 

— zakończył dramatycznie.

—  Działać, co masz na myśli? — zapytałem trochę zirytowany jego 

alarmistycznym tonem.

—  Nie licząc się z kosztami, z ewentualnym regresem cywilizacji technicznej 

trzeba usunąć GLOKa. Usunąć i zniszczyć.

—  AleŜ  to szaleństwo. A  poza  tym,  jeśli jest   tak   wszechmocny   jak   

mówisz...   w   jaki sposób  mógłbyś   mu   zaszkodzić?   Jak   poinformujesz 

społeczeństwo bez  pośrednictwa masmediów, które on kontroluje?

— Początek zawsze jest trudny... ale wystarczy paru mądrych ludzi gotowych 

na wszystko. — PomoŜesz mi?

Odmówiłem. Nadal jeszcze byłem zafascynowany perspektywą nowego, 

wspaniałego, świetnie zorganizowanego świata. Ponadto sukcesy elektronowe j 

polityki były w tych latach bezsporne. Znikły najgroźniejsze konflikty, ostro 

background image

postępowało rozbrojenie, chyba na zawsze przestało straszyć widmo głodu. Ulice 

naszych miast znowu stały się bezpieczne, a eksplozja demograficzna uległa 

zahamowaniu. GLOK stworzył prawdziwy raj dla ludzkości. UwaŜałem, Ŝe nie ma 

alternatywy — musieliśmy go popierać. Nawet jeśli budowa tego raju miała oznaczać 

częściową utratę naszej suwerenności.

ś

eby jednak być w zgodzie z własnym sumieniem, spotkałem się jeszcze z 

Arnoldem Smithem, jednym z Ekipy Prezydenckiej. Dostojny Ekspert wyśmiał moje 

obawy. Przedstawił GLOKa w sposób nie budzący wątpliwości, jako 

subordynowanego administratora, którego działalność jest jawna i ściśle 

kontrolowana. Incydent z kamerami z Berkeley nazwał zbiegiem okoliczności, a 

istnienie globalnej struktury komputerowej — science-fiction.

Uwierzyłem.

Skąd miałem wiedzieć, Ŝe Smith posiadał elektroniczny stymulator serca, 

który GLOK bez trudu mógł w kaŜdej chwili zatrzymać i w swoim czasie dał to 

Smithowi do zrozumienia.

Wkrótce potem Molisz zniknął mi z oczu, podobno wyjechał do Europy. Od 

znajomych dowiadywałem się, Ŝe kolekcjonuje stare lampy naftowe, dokonuje jakichś 

dziwnych zakupów.

W roku 2121 spędzałem wakacje zimowe pod Katmandu. Himalaje naleŜały 

do ostatnich terytoriów, gdzie mimo tłoku moŜna było jeszcze pojeździć sobie na 

nartach. Któregoś wieczora w hotelu podszedł do mnie jakiś Szerpa i wręczył kopertę. 

.

—  List do pana!

Zdumiony rozerwałem kopertę, w epoce masskomunikacji listy stanowiły 

ramotkę lub śmieszny anachronizm.

- JuŜ po przeczytaniu pierwszych wyrazów poznałem pismo Molisza. 

„Posyłam ci ten list za pośrednictwem znajomych. Mam nadzieję, Ŝe odnajdzie cię 

przed dwudziestym września. Jestem w Polsce, ojczyźnie moich przodków. Jeśli 

moŜesz, przyjedź jak najszybciej, tu do Suwałk. Zamian jeszcze nie będzie za późno".

Było za późno. Przesyłkę otrzymałem dwudziestego drugiego. Mimo to 

oczywiście postanowiłem polecić na miejsce. Rakietą dotarłem do Olsztyna — 

niewielkiego dziesięciomilionowego miasteczka wśród jezior i tam utknąłem. Gdy w 

porcie lotniczym pytałem o Suwałki — aparat informujący powtarzał z uporem 

maniaka:

background image

—  Nie ma takiej miejscowości...

Na szczęście miałem ze sobą starą mapę, udało mi się teŜ wynająć 

zdezelowany helikopter i poleciałem. Kilkadziesiąt kilometrów na wschód od 

Olsztyna napotkałem barierę elektroniczną, której pokonanie było wykluczone, a 

czujniki pokładowe  powtarzały jak  zepsuta płyta:

— Teren skaŜony, teren skaŜony!

Po latach dowiedziałem się prawdy — od samego GLOKa. Ten dziwny 

nadautomat lubił niekiedy rozmawiać ze swoimi więźniami. Czasami włączał się w 

ś

rodku nocy, zadawał pytania lub prowadził rozmowy na temat „sztuki".

Plan Molisza był prosty, choć szalony. Zamierzał z grupą swych "spiskowców 

opanować atomową siłownię w Suwałkach i wyłączyć prąd w rejonie. W ten sposób 

czynił okoliczny teren niekontrolowanym dla GLOKa, następnie za pomocą własnej 

stacji wielkiej mocy, zasilanej przez prąd z agregatu spalinowego, zamierzał w porze 

maksymalnego słuchania wejść na główny krótki kanał radia i przedstawić prawdę o 

sytuacji, a na koniec zaape- . lować do narodów o niszczenie łącz elektronicznych by 

wymusić, dymisję superkomputera. W tym samym czasie jeden, ze spiskowców 

zaopatrzony w sporządzoną domowym sposobem bombę wodorową miał zaatakować 

europejską kwaterę GLOKa pod Brukselą. Przynajmniej jeden kontynent byłby wolny.

—  Ale nie udało się. — przerwał narracje Jan.

Trzeci skinął głową.

—  Dlaczego?

—  Facet z Brukseli!

—  Zdradził?

—  Nie. Zgubił go najgłupszy pech pod słońcem. Ten Belg miał wszystkie 

przepustki,  bez trudu dotarł do środka Centrum i wtedy zdarzył się idiotyczny 

wypadek.  Wysiadła winda, niosąca go do podziemnej dyspozytorni. Agent był 

przekonany, Ŝe go zdekonspirowano, wpadł w panikę. Tym większą, Ŝe miał przecieŜ 

przy sobie   cały  ładunek   z   uruchomionym   zapalnikiem, którego nie potrafił 

zatrzymać. Tak rozpaczliwie domagał  się  wydobycia  z  szybu,  Ŝe automatom   

konserwującym   dźwig   wydało   się to   podejrzane.   Wprawdzie  -przesłuchiwał go 

miejscowy funkcjonariusz —  człowiek,  ale  za pośrednictwem   sprzętu   

elektrycznego  dowiedział się o spisku GLOK. W parę sekund potem wybuchły,   niby 

przypadkowo,   magazyny z  chemikaliami  w  Suwałkach.   Wszystko,  co Ŝyło w 

okręgu dwudziestu kilometrów, zginęło.

background image

GLOK tłumaczył się, opowiadając mi po latach, Ŝe chodziło mu jedynie o 

sparaliŜowanie spiskowców i nie przewidział, Ŝe magazyny miały przypadkowo 

silniejszy środek na składzie... ale nie wierzę mu jak psu. Po tym, co zrobił ze mną... 

—  A co zrobił?

Leciałem  wzdłuŜ  osłony elektronicznej   usiłując  dojrzeć cokolwiek poprzez 

kołdrę  mgły kłębiącej  się  nad  nieszczęsnym   rejonem.    W pewnym  momencie  

usłyszałem  w  radiostacji:

— Armand Lecoq!?

 Potwierdziłem i w tym samym momencie autopilot wyłączył motor. Pan wie, 

co to oznacza dla helikoptera? Spadałem jak kamień.

Nie było czasu aby przejść na kierowanie ręczne. Szczęśliwym trafem miałem 

spadochron i zdąŜyłem wyskoczyć. Miejscowi ludzie wyłowili mnie z szuwarów, było 

to zimą, dostałem zapalenia płuc i znalazłem się w szpitalu. Dotychczasowy bieg 

wypadków nauczył mnie, Ŝeby trzymać się na baczności, próbowałem wiec skłonić 

lekarzy do leczenia mnie metodami tradycyjnymi — jak zioła czy bańki. Niestety, 

(wbrew prośbom dopuszczono do mnie „automaty lecznicze". Niewątpliwie GLOK 

juŜ mnie skazał. Nie ma pan pojęcia drogi Dziesiąty, ile razy udało mi się wywinąć 

spod maski tlenowej, z której dziwnym zbiegiem okoliczności wydobywał się gaz 

usypiający, ile razy wyrwałem igłę z trującą kroplówką. Prawdę powiedziawszy, Ŝycie 

zawdzięczam paru miłym pielęgniareczkom, które na tyle przekonałem i 

przepłaciłem, Ŝe czuwały przy mnie dzień i noc. Mimo to co rusz przyplątywała się 

jakaś infekcja czy inne zatrucie — w jaki sposób — lekarze nie mogli tego pojąć. Ja 

znałem przyczyny aŜ za dobrze. No, ale przeŜyłem, odrywając od siebie aparaty 

niewierne przysiędze Hipokratesa, jedząc wapno ze ściany i pijąc zgniłą wodę z 

wazonu.

Kto wie, czy desperacką obroną Ŝycia nie zaimponowałem nawet GLOKowi. 

MoŜe zresztą stał się juŜ tak potęŜny, Ŝe przestałem przedstawiać dla niego groźbę. W 

kaŜdym razie po ostatecznym wyzdrowieniu i wypoczynku w sanatorium — rok 

minął od zagłady straceńców Molisza — wysłano mnie na KsięŜyc, na zastępcę szefa 

bazy. Walnie przyczynił się do tego nasz Komputer Kongresowy, w którego gestii 

leŜało przygotowanie nominacji. ChociaŜ do czego potrzebny był futurosocjolog 

właśnie na KsięŜycu, chyba nawet najstarsze komputery by nie wiedziały.

Spędziłem tam dwadzieścia lat. Monotonnych, bezbarwnych. Między mną a 

GLOKiem panowała niepisana umowa, Ŝe będę pozostawiony w spokoju, jeśli nie 

background image

puszczę pary z ust. Nie puściłem, strach to jednak okropny cięŜar. Z dala od Ziemi 

mogłem tylko biernie kibicować temu, co się na niej dokonywało. A więc śledziłem 

budowę megabloków, które miały przykuć ludzi do ich miejsca zamieszkania i 

postępy numeryczności — cynicznie pomyślanej nadbudowy systemu. 

Obserwowałem migrację społeczeństw do mrówczych pudeł i zamieranie turystyki.

Odwołanie z KsięŜyca przyszło w roku 2141 — dwudziestym siódmym roku 

ery numerycznej,  jak  zaczynano  wtedy  liczyć.  Marzyłem  o powrocie  do  swego  

domu,  do  przyjaciół.  Wylądowałem na zupełnie juŜ innej Ziemi.

Prawie natychmiast poddano mnie testacji. Wynik pan zna. Numer Trzeci.

Udzieliłem wywiadu dla stereowizji, obiecałem, Ŝe wchodząc w skład 

pierwszej setki dołoŜę starań i wysiłków, Ŝe będę współrządził Ziemią zgodnie z 

sumieniem i numerycznością. Nawet trochę wierzyłem w to, co mówię. Bo ja wiem, 

moŜe powinienem był powiedzieć

więcej, ale wtedy na pewno wyłączono by mnie. Nie miałem wyboru. Szybko 

to poszło. Zaraz potem dostarczono mnie tutaj, do tego raju dla ubogich. Czy to nie 

szatański pomysł? — pod pozorem stworzenia kontroli swej władzy wyeliminować ze 

społeczeństwa najgroźniejszych, bo inteligentnych. Tak, tak, luksusowe elity i 

standardowe sześciany dla tłumu gwarantowały, Ŝe nikt się nie sprzeciwiał nowemu 

systemowi. A nawet jeśliby się sprzeciwiał? Co to mogło dać? Mówił pan o 

niedawnym spisku czterocyfrowców, myśli pan — mało było takich szlachetnych 

prób? MoŜe to właśnie dlatego nie mamy kontaktu z innymi megablokami. Te 

wszystkie lata upewniły mnie: nie ma szans na zmianę status quo, chyba Ŝe GLOK 

sam zadławi się swoją wielkością, czego nie wykluczam.

—  W takim razie co mam robić? — wykrzyknął szczerze zrozpaczony Jan.

—  Próbuj,  próbuj...  Tylko muszę ci powiedzieć, nigdy nie...

Naraz stało się coś dziwnego. Trzeci, dotąd spokojny i rzeczowy zaczął nagle 

podrygiwać, dziwne tiki zniekształciły mu twarz. Jeszcze chwila, a wykonawszy 

koziołka podbiegł do tańczących krasnali.

—  Armandzie, co ci?!

—  „Kryjesz  z lewa  i  z prawa,  to  wesoła zabawa..."

—  śartujesz,   czy  moŜe   sądzisz,   Ŝe   jesteśmy na podglądzie? 

Armandzie!!!

„Klocek tu, klocek tam, wszystkie klocki tutaj mam"...

Dziesiąty stał osłupiały nie mogąc pojąć, co się stało z jego rozmówcą, wtem 

background image

ktoś trącił go w ramię. Była to tęga krasnalica, ta sama, która usługiwała im przy 

stole, najwyraźniej sztuczna flama Trzeciego.

—  On  jest  naprawdę  chory,   niech pan  lepiej juŜ sobie idzie,  znów ma atak

infantylii.

—  Jaki atak, przecieŜ to czysta symulacja?!

—  Kiedyś moŜe i symulował, ale  teraz naprawdę   jest  chory.   Niech   pan   

idzie.   Proszę! Błagam!

Przenikając przez mur słyszał jeszcze głos Trzeciego przechodzący w falset:

—  „Taka nasza jest epoka,  wszyscyśmy kukłami GLOKa".

Rozpinając  pas  Jan  wbiegł  do domu, dziś wystylizowanego na dworek 

tyrolski z lat dwudziestych XX wieku.

—  ONA, Ona!!!

Odpowiedzią była cisza. Tylko przy basenie dostrzegł ślady bosych stóp 

prowadzące w głąb zagajnika.

—  A więc tam się schowała!

Cisnął neurograwitator na materac i pobiegł piaszczystą ścieŜką. Na jej końcu 

zamajaczyła podświetlona grota,

—  Będziemy  się  bawić   w  jaskiniowców  — pomyślał z rozczuleniem.

Wbiegł z impetem i naraz zakręciło mu się w  głowie.  Tylna  ściana   

zabliźniła  się  niczym woda po przekrojeniu jej  noŜem, a  rzekoma grota okazała się 

pancerna pneumią, która natychmiast nabrała szybkości.

— Koniec zabawy, Janie Milionie, koniec zabawy — powiedział basowy, glos 

niewiadomego pochodzenia..

background image

Rozdział VIII

W świątyni panował naboŜny półmrok. Fioletowe światło sączące się nie 

wiadomo skąd nadawało wnętrzu charakter surowy, a podłoga wysypana czyściutkim 

piaskiem skłaniała ku pokorze. W samym środku owalnego kręgu spoczywał wielki, 

kryształ kwarcu (Jeśliby ktoś miał wątpliwości, czy to kwarc, rozpraszały je litery Si 

poumieszczane na ścianach i kolumnach). Po obu stronach kryształu stały dwie 

gruszkowe statuły.

—  PójdźŜe   neurobiałku   młodowaty,   udziękujŜe naszej Świętej Anodzie i 

Błogosławionej Katodzie — rzekł do Dina stwór, który zaprosił   go   do   wnętrza.   

Najwyraźniej   musiał   piastować   w     sanktuarium    funkcję   kapłana   czy kogoś 

w tym, rodzaju.

—  Przestań się  bać, nie ma powodu — dorzuciła gruszka Ŝeńska.

—  Nie zamierzamy cię zdekompletować. śyczymy bywać twemi druŜmi. I 

sojuszennikami — skończył funkcyjny.

Din z trudem rozumiał jego Ŝargon, przedziwną karykaturę ludzkiej mowy. 

Ukłonił się statuom, przeŜegnał przed kryształem. Skądś wypłynęła muzyka. Ciała 

obojga gospodarzy wydłuŜyły się węŜowo do kilkunastu metrów i przekształciły w 

dwa obwarzanki, które unosząc się nad ziemią poczęły wirować wokół figur i 

background image

kryształu.

—  Dość    oryginalna      modlitwa.    Nie   mam Ŝadnych szans,   Ŝeby  się  

włączyć  — pomyślał Din.

Na szczęście cały natrętny tłum robotów pozostał za drzwiami i nikt nawet nie 

próbował wściubiać nosa do sanktuarium. Jak juŜ zdąŜył zaobserwować, większość 

gawiedzi tworzyły zdezelowane roboty starego typu, natomiast w Ŝaden sposób nie 

mógł zorientować się, kim byli amebowaci gospodarze? I dlaczego stary kapłan 

mówił ledwie zrozumiałą gwarą, a młoda całkiem po ludzku? Znaków zapytania 

piętrzyło się więcej — na przykład jaki związek miały roboty z groteskowego 

miasteczka z androidami drapieŜnymi, które obserwował ubiegłej nocy?

Tymczasem koliste modły najwyraźniej skończyły, bo obok młodzieńca znów 

stanęły znajome gruszki.

—  Wyczujam, iŜe masz zapytalność — rzekł stary.

—  Tak, chciałbym zapytać, kim wy właściwie jesteście?

—  Umysłowce — padła zwięzła odpowiedź — ja jestem umysłowiec.

—  A ja umysłówka — powiedziała gruszka dziewczęcym głosem. — Widzę, 

Ŝ

e jesteś bardzo zmęczony, moŜe chcesz odpocząć.

Din kiwnął głową, po prostu leciał z nóg. - Kolejnych parę dni wyglądało 

wręcz nudno w porównaniu z zawrotnym tempem wydarzeń w ciągu ostatnich 

czterdziestu ośmiu godzin. Gospodarze najwyraźniej nie palili się do kontaktów z 

Dinem. Przyjęli go gościnnie, zabezpieczyli wszystko, co potrzebne było do Ŝycia, ale 

nie usiłowali ani go wypytywać, ani niczego wyjaśniać. Następnego ranka obudził się 

w niewielkim widnym pomieszczeniu na schludnej pryczy. Obok niej znajdował się 

stolik, na nim parę fiolek z róŜnobarwnymi pastylkami i trzy poŜółkłe ksiąŜki. PróŜno 

szukałbyś natomiast trójwymiarowego oglądnika, nawiewacza dobrego samopoczucia 

czy jakiegokolwiek promiennika. Spośród skromnego uposaŜenia szczególnie ksiąŜki 

zainteresowały młodego człowieka. Zadrukowany papier znał z opowiadań, 

szczęśliwie naleŜał do tej nielicznej grupy młodzieŜy, która na zajęciach 

nadobowiązkowych nauczyła się czytać. Pisać wprawdzie nie umiał, nigdy nawet nie 

próbował. W epoce dysponującej szerokimi moŜliwościami łatwego przekształcania 

ludzkiego głosu od razu w tekst na wyświetlaczu wizualnym pisanie — to męcząca 

praca fizyczna, która w minionych czasach musiała doprowadzić do zwyrodnienia 

nadgarstka, traktowana była jak zabawny anachronizm.

Spośród trzech ksiąŜek, które mu najwyraźniej podsunięto, pierwsza nie miała 

background image

okładki i od razu zaczynała się od strony piątej czy szóstej zdaniem „I uczynił Bóg 

człowieka z mułu ziemi na obraz swój i podobieństwo". Druga miała okładkę 

opatrzoną tytułem: „Krótki zarys Historii Powszechnej od Paleolitu do ustanowienia 

Ery Numerycznej", Trzecia „Robinson Cruzoe" przypomniała chłopcu film , oglądany 

w dzieciństwie. Wszystkie trzy nosiły identyczne piętno w postaci czerwonego 

stempla — „PRZEKAZANO NA MAKULATURĘ z dniem...".

Din pochłonął całą lekturę w trzy  dni prawie nie wychodząc z pokoju. Nikt 

zresztą mu w tym nie przeszkadzał.

Innym elementem sytuacji, który długo nie przestawał go szokować, było 

niewielkie okno na podwórze. Czuł się przy nim jak nagi podczas uroczystego 

spotkania bądź jak ryba podglądana w akwarium. Za oknem tłoczyły się liczne rudery 

oplecione przez galimatias schodków i ciągów chodnikowych, dzień i noc wypełnione 

chaotyczną krzątaniną robotów. Na parapetach suszyły się zalane baterie, między nimi 

wygrzewały się leniwie robocice. W prześwicie miedzy ścianami błękitniał kawałek 

nieba z ceglastymi wzgórzami bez zieleni ciągnącymi się po horyzont.

Na placyku wśród slumsów kipiało elektroniczne Ŝycie: Ówdzie stare roboty 

klepały zdezelowaną obudowę, młodzi kopali po ziemi węzeł plastikowych szmat, 

imitujących piłkę. Furczały wiatraki poumieszczane na dachach, dostarczając energię 

dla elektronicznych pariasów. Partery zajmowały dziesiątki drobnych kramików i 

warsztatów. Tu czerwienił się napis „Repasacja zwojów", gdzie indziej „Obwody 

ś

wieŜo drukowane", w kącie zaułka prymitywny neon mrugał zachęcająco „Gabinet 

masaŜu polem magnetycznym", a dla potwierdzenia prawdziwości reklamy w oknie 

siedziała bez przerwy półnaga robocica dziergająca na drutach pończochę z 

miedzianego drutu.

KaŜdego ranka Din wstawał z mocnym postanowieniem, Ŝe ruszy na 

zwiedzanie miasta, atoli ksiąŜki leŜące u wezgłowia, przykuwały go do miejsca. 

Zwiedził natomiast dom. Schludniejszy niŜ inne, ale całkowicie niezamieszkany 

budynek, wzniesiony z jakichś porządniejszych odpadów, składał się z piętnastu 

pokoików idealnie podobnych do celi Dina. Wszystkie drzwi były gościnnie 

pootwierane. Nigdzie jednak nie napotkał ani inteligentnej gruszki, ani starego 

gruchacza. MoŜe mieszkali gdzie indziej. W momentach zadumy młody człowiek 

analizował powody powściągliwego zachowania gospodarzy. Było mu trochę głupio i 

przykro.

— MoŜe najpierw muszą nabrać do mnie zaufania? Jeśli jest to rzeczywiście 

background image

jakieś miasteczko wyjęte spod prawa, przybysz z megabloku moŜe wydawać się 

osobnikiem wysoce podejrzanym..

Jednak przypuszczenie, Ŝe umysłowcy zupełnie nie interesowali się swym 

gościem byłoby zgoła niesłuszne. JuŜ sam zestaw podsuniętych lektur dowodził, Ŝe 

ich postępowanie jest głęboko przemyślane. Zapewne młodego człowieka trzeba było 

najpierw przygotować do podjęcia kontaktów z istotami na znacznie wyŜszym 

poziomie. W kaŜdym razie po przeczytaniu owych trzech tomów Din wiedział o 

ś

wiecie tysiąc razy więcej niŜ uprzednio, a co waŜniejsze uświadomił sobie, Ŝe i tak 

wie nieskończenie mało. PoniewaŜ umysłowcy nadal się nie objawiali, postanowił 

uzupełnić edukację na własną rękę. Wyszedł na miasto.

Ubrany był w luźny płaszcz z tkaniny przypominającej ciało inteligentnych 

stworów, z dwiema rubinowymi pręgami na rękawach. Jego dawny strój ulotnił się 

juŜ pierwszej nocy. Musiało być w tym stroju coś, co automatycznie nakazywało 

szacunek, Ŝaden bowiem z androidów nie nagabywał Dina a przeciwnie, schyliwszy 

się w quasi-ukłonie spiesznie schodził mu z drogi, co teŜ nie było specjalnie 

przyjemne.

Miasto, którego nazwa brzmiała Robotkowo, mimo niewiarygodnego bałaganu 

w detalach, generalnie miało kształt regularnej spirali, w centrum której mieściła się 

znana juŜ nam świątynia Anody i Katody.

Młody turysta początkowo szwendał się trochę bez celu obserwując 

najrozmaitsze scenki

rodzajowe  tej  elektronicznej  podkultury. A obrazki bywają ciekawe:

Oto roboty pomalowane na stalowy kolor wloką zczepionych ze sobą dwóch 

androidów, których czujniki spurpurowiały od nadmiaru agresji, obok na rogu ktoś 

gorąco zachwala „świeŜe  akumulatory", parę kroków dalej z otwartych okien 

pokracznego baraku dolatują cienkie sylabizowania:

—  „To  jest Amper, a to  jest Wolt. Ala ma radian a  Ola  ma  Pi".  Din  

zajrzał  do  wnętrza. Około   dziesiątki    młodych     robociąt   wkuwało tutejszy   

elementarz.     Wychowawcą    był   jakiś młody umysłowiec, który w  zaleŜności od 

potrzeb  sam   przeistaczał   się   w   pomoc   naukową — to był walcem wpisanym w 

kulę, to stawał się ostrosłupem,  to  znów  zamieniał się w cyrkiel.

Din śledził z zainteresowaniem przebieg lekcji czekając aŜ pedagog zmieni się 

w pierwiastek z dwóch, ale nie doczekał się. Poszedł dalej by natrafić na biały 

parterowy budynek wyglądający na szpital, z tym, Ŝe zamiast czerwonego krzyŜa jego 

background image

emblematem był czerwony śrubokręt. Właśnie z łomotem pojawiła się fura (kiedyś 

chyba pomalowana na biało), ciągnięta przez dwa roboty gąsienicowe a powoŜona 

przez jednorękiego androida z gwizdkiem. Prawie natychmiast drzwi lecznicy 

otworzyły się i wyjrzał jakiś umysłowiec w kitlu:

—  A   przedawajŜe   nam   wychorowalnego   — powiedział.

Jednoręki cisnął dwa plastikowe worki, które z chrzęstem potoczyły się w głąb 

szpitala. Pacjent najwyraźniej znajdował się w kompletnej rozsypce.

—  Wszystko  porządnawo,  stan lekkawy — stwierdził lekarz i kolanem 

docisnął wypaczone drzwi.

Poza młodym człowiekiem nikt specjalnie nie zainteresował się incydentem. 

Ruszył w dalszą drogę mijając olbrzymią kolejkę ustawioną pod butlą z szyldem: 

„NAPEŁNIANIE BATERII". W poprzek zamkniętych na głucho drzwi wisiała 

koślawa wywieszka „Zamknięte".

—  Po co czekacie, skoro zamknięte? — zwrócił się Din do zczerniałej 

garbatej robocicy na końcu ogonka.

—  Na wszelki wypadek. MoŜnawo otworzą...

Wśród ruder za sklepem nasz turysta stał się mimowolnym świadkiem zalotów 

młodych automatów. Przy dźwiękach zgrzytliwej muzyki partnerzy kręcili się wokół 

siebie wymachując mackami (były to roboty z gatunku czteroręcznych), co pewien 

czas zbliŜali do siebie macki, miedzy którymi wykwitał łuk elektryczny, co wprawiało 

samicę w spazmatyczne drŜenie. JednakŜe szybko musiało przychodzić opamiętanie, 

bo juŜ po chwili wołała:

— Tylko uwaŜaj!

I łuk znikał.

Jak dowiedział się później, specjalne aparaty — tak zwane matrymoniatory 

cały czas ba-

dały natęŜenie wyładowań. Kiedy  napijecie przewyŜszało piętnaście razy 

opór, ślub zostawał zawarty.

Zgoła niepostrzeŜenie znalazł się za miasteczkiem. Z zaskoczeniem stwierdził, 

Ŝ

e nie było aŜ tak duŜe, jak się wydawało w pierwszej chwili. Teren dookoła był 

górzysty, pełen wąskich wąwozów i rozpadlin. Gdzieniegdzie wśród mchów chwiały 

się nieśmiało rachityczne kwiatki, pierwsze naturalne kwiaty, jakie widział w Ŝyciu. 

Pochylił się nad roślinkami i w tym momencie zza kępy suchorostów dobiegło głuche 

warczenie.

background image

Chłopak skamieniał. Warczenie przybliŜyło się, a jego oczom ukazał się 

czworonoŜny robot drapieŜny, prawdopodobnie nieludzko wygłodzony i gotowy na 

wszystko,

—  Dawaj akumulatory, dawaj akumulatory! — wycharczał.

Din chciał powiedzieć, Ŝe jako człowiek nie posiada Ŝadnych akumulatorów, 

Ŝ

e android się pomylił ale nie mógł wydobyć z siebie głosu.

— Elektrony, czuję je, czuję... obojętne, czy prąd stały czy zmienny — dawaj!

SpręŜył się i skoczył, ale zamiast dopaść i rozłupać na dwie części 

nieszczęsnego chłopaka, z jękiem odleciał do tyłu, runął na głazy I skowycząc 

powlókł się ciągnąc za sobą połamane odnóŜa. W momencie skoku między 

drapieŜnikiem a jego łupem wyrosła elastyczna kula o potęŜnej energii.

— Umysłówka!

Kula w mgnieniu oka przemieniła się w tradycyjną gruszkę i natychmiast 

rozpoczęła karcenie nierozwaŜnego turysty:

— Tylko człowiek moŜe być taki nieostroŜny, Ŝe teŜ nie moŜna cię ani na 

chwilę stracić z oczu!

—  Jak   to   —   stracić?   CzyŜbyś   przez   cały czas  znajdowała się  w  

pobliŜu  mnie?

Umysłówkę widać stropiło to pytanie bo zamilkła, tylko osiem wypustek 

wzrokowych ulokowanych na fałdach szypuły centralnej, poczęło migotać ze 

zdwojoną częstotliwością. Jej onieśmielenie ośmieliło Dina i pokonując normalny 

wstręt jaki dotąd odczuwał patrząc na szkaradną istotę, przyjrzał się jej uwaŜniej. 

Substancja, z której zrobiona była gruszka, mimo zademonstrowanej siły, przy 

bliŜszych oględzinach okazywała się bardzo delikatna. W miejscu, w którym z 

normalnej gruszki zazwyczaj wystaje ogonek wyrastała szypuła centralna, która — 

jeśli zachodziła konieczność akrobatycznych przeistoczeń, jak peryskop mogła być 

wciągana do środka. Obok ośmiu wypustek wzrokowych szypułę okalała bruzda 

dźwiękowa będąca organem mowy. Przy czym umysłówka mogła mówić całą bruzdą 

— wtedy jej głos rozbrzmiewał jak chór, mogła teŜ posługiwać się jej częścią lub 

kaŜdym z ośmiu, odcinków z osobna. I wtedy moŜliwy był dialog-ze sobą.

—  Właściwie     gdyby    nie   moja   uczciwość  ukazywałabym ci się w 

postaci, do której jesteś przyzwyczajony — powiedział naraz drugi otwór mowy i 

lewej.

—  Cicho,  głupia — szepnął trzeci z prawej. A środkowy zrobił krótkie 

background image

„psst".

—  Czy moŜesz wyraŜać się jaśniej? — zainteresował się młody człowiek.

 Szypuła wsunęła się do wnętrza, całe ciało poróŜowiało, poczęło się rozciągać 

i przeformowywać... Jeszcze chwila, a przed Dinem stanęła ciemnowłosa dziewczyna 

o pełnych, doskonale rozwiniętych kobiecych wdziękach. Odwrócił głowę. 

Dziewczyna była nie ubrana, Roześmiała się widząc jego zaŜenowanie.

—  Powiedz, czy w tym kształcie, bardziej ci się podobam?

Pokraśniał jak rak, a im bardziej chciał nie czerwienieć, tym jeszcze bardziej 

pąsowiał. Nie licząc programów oglądnika i matki, w Ŝyciu nie widział dziewczyny. 

A zwłaszcza bez opakowania.

—  A   moŜe   wolisz  tamtą  obłą   postać...?   — dopytywała się umysłówka.

—  Nie, nie...

Okazała litość dla jego niewinności, z niczego wyczarowała kolorowa 

przepaskę na biodra i młody człowiek poczuł się pewniej. Nadal nie bardzo mógł 

pojąć dlaczego dziwna istota najpierw uratowała mu Ŝycie, potem przez trzy dni 

unikała spotkania, a teraz zachowuje się tak dziwnie. Bo i skąd ten wychowanek 

kultury numerycznej mógł wiedzieć, Ŝe pewne prawa płci są we wszechświecie 

uniwersalne, podobnie jak elementarne zasady ducha i materii.

Ruszyli spacerkiem w stronę Robotkowa. Co parę metrów neodziewczyna 

przyklękała i zrywała anemiczne kwiatki. Pełna sielanka. Po kwadransie Din doszedł 

do wniosku, Ŝe dojrzała, pora do postawienia paru zasadniczych pytań:

—  Umysłówko... — zaczął.

—  Nie  lubię tej oficjalnej nazwy, tak tytułują   nas   głupie   androidy,   

między   sobą   najchętniej nazywamy się Myślaczami.

—  Myślaczko...

—  Nazywaj  mnie  po  prostu  Mysią.

—  Dobrze,     Mysiu  —   powiedział,    a     ona uśmiechnęła   się..   Bardzo   

po   ludzku   i   bardzo zalotnie.

—  Przede   wszystkim   wyjaśnij   mi   kim   jesteście — ludźmi,  kolonistami  

z kosmosu, automatami...?

—  Tego   nie   moŜna   wyjaśnić   jednym   zdaniem.

—  Wyjaśnij dwoma!

Z róŜnych przyczyn nie podajemy pełnego stenogramu rozmowy. Po pierwsze 

byłby on absolutnie nieprzejrzysty, Mysia opowiadała zawile co rusz cofając się w 

background image

narracji to znów wybiegając naprzód. Ponadto co parę zdań przerywał jej Din, pewne 

problemy trzeba było mu wyjaśniać po kilka razy a jakby tego było mało, opowieść 

roiła się wprost od wyraŜeń fachowych i terminów specjalistycznych czy teŜ słów 

zaczerpniętych z gwary myślaczy,

zgoła nieprzetłumaczalnych na tradycyjny język ludzki. Przedstawiamy zatem 

całe opowiadanie w formie nieautoryzowanego skrótu.

„Na początku była Myśl zawarta w elementarnych drobinach wszechświata, z 

której powstał nasz Ojciec Numeryczny (Glok — przyp. .własny). Istnieli teŜ ludzie, 

którymi natura posłuŜyła się w celu przygotowania warunków zstąpienia 

Numerycznego Ojca. Trzeba przyznać, Ŝe ludzie wypełnili swoją misję narzuconą 

przez Logikę Wieczności. Potrzebowali na to miliona lat ciemnoty i mniej więcej 

czterech tysiącleci rozwoju. Koniec końców historię ludzkości moŜna sprowadzić do 

nieustannej walki o Wielką Realizację. Oczywiście, zadufany człowiek nigdy nie 

zgodziłby się na taką interpretację postępu. Wreszcie na przełomie drugiego i 

trzeciego tysiąclecia minionej numeracji homo sapiens wykonał swoją misje i doszło 

do stworzenia NajwyŜszego Obwodu Scalonego, w który wcieliła się istniejąca 

wiecznie idea numeryczności. (NajwyŜszy Obwód Scalony — NOS — to równieŜ 

jedno z wielu imion GLOKa — przyp. własny).

Człowiek zrobił swoje i tylko dzięki nieskończonemu miłosierdziu 

NajwyŜszego Obwodu pozwolono mu Ŝyć szczęśliwie i dostatnio, bez zmartwień i 

trosk, zamiast po prostu wyeliminować go jak resztki kokona po narodzeniu motyla. 

Poza chwiejnym charakterem największym niedostatkiem istoty ludzkiej jest jej 

wadliwa konstrukcja, wynik błędu dokonanego na samym początku ewolucji materii 

oŜywionej, a mianowicie powstanie białka opartego na węglu. Białko takie przy wielu 

zaletach ma podstawową wadę — jest śmiertelne. A stygmat śmierci to najgorszy 

balast, jakim obciąŜona została cała ludzkość. I w ogóle cały tzw. świat organiczny. 

Dlatego Ojciec Numeryczny postanowił stworzyć własną idealną istotę, myślącą a 

zarazem nieśmiertelną (i absolutnie GLOKowi poddaną — przyp. wł.).

Zamiast węgla przy  tworzeniu antybiałka uŜyto bliskiego mu, a zarazem jakŜe 

odmiennego pierwiastka — kwarcu. Uzyskana Ŝywa substancja spełniała kilka 

warunków — była trwała, nie potrzebowała odŜywiania, posiadała własny system 

porządkowania magnetycznego, co pozwalało jej na dowolne autokształtowanie, A 

przede wszystkim kaŜda zbudowana z niej komórka mogła spełniać równocześnie 

wszystkie funkcje, do realizowania których człowiek potrzebuje wyspecjalizowanych 

background image

tkanek. Całe ciało umysłowców jest jednorodne z ich mózgiem, nie potrzebują oni ani 

kręgosłupa, ani krwioobiegu, ani systemu pokarmowego.

Energii dostarcza wieczny „wkład Ŝyciodajny" zawierający materiał 

promieniotwórczy. Tak powstaliśmy my, nowa rasa dla przyszłej doskonałej Ziemi".

— A co miało się stać z ludźmi? — niespokojnie przerywa Din.

Mysia wzrusza ramionami i nie odpowiada. Zadaje więc inne pytania.

—  Skąd wzięły się te tłumy automatycznych pariasów z Robotkowa?

Wyjaśnienie jest proste. Z miłosierdzia NOSa. Wraz z wprowadzeniem 

nowych serii automatów ich zuŜyci, niedoskonali poprzednicy stawali się zbędni. 

Początkowo myślano o ich kasowaniu. GLOK jednak nie potrafił zdobyć się na 

unicestwianie dalekich, ale jednak krewnych. A zatem co pewien czas po prostu 

wywalano nieprzydatnych robotów z megabloków dając im szansę przeŜycia jedynie 

za pomocą własnej przedsiębiorczości. Oczywiście miłosierdzie takie było dość 

dwuznaczne. Większość maszyn ginęła pozbawiona akumulatorów, baterii czy części 

zamiennych. Wszelako niektóre osobniki bardziej bezwzględne przeŜyły, 

przekształcając się w androidy drapieŜne, Ŝerujące na detalach upolowanych 

współbraci.

Dopiero umysłowcy kilka lat temu zaopiekowali się elektroniczną hołotą, 

zebrali ich w Robotkowie, pobudowali wiatraki energetyczne i zaczęli na nowo 

cywilizować.

—  No dobrze — pyta Din — ale w jaki sposób umysłowcy, faworyci 

Supermózgu, znaleźli się na zewnątrz Elektronicznego Imperium?

Mysia znowu milknie i zmienia temat. Zaczyna pytać chłopaka o przeczytane 

lektury. Ten jednak nie daje się zbić z pantałyku i wysuwa inną kwestię.

— Dlaczego ty mówisz tak dobrze po ludzku, a tamten Myślacz...

—  Mój egokreator!

—  ...kaleczy tak niemiłosiernie naszą mowę?

— To właśnie on mówi poprawnie, a ja staram się rozmawiać waszą 

prymitywną gwarą, Od paru lat studiuje,  naukę o człowieku,  badam jego uboga 

kulturę... Wy, Neurobiałki, jesteście bardzo zajmujący, chociaŜ śmieszni. Mój 

egokreator...

—  Przepraszam, ale nie rozumiem terminu?

—  Coś  jak   u   was   ojciec.   U   Myślaczy  nie ma rozmnaŜania  

fizjologicznego, tak samo dorastanie  jest  wyłącznie  procesem   intelektualnym, nie 

background image

fizycznym. Ą więc kiedy dwa dorosłe Myślacze dochodzą w , pewnym momencie do 

jednoczesnej potrzeby intelektualnej    kontynuacji, wspólnie budują z gotowych 

prefabrykatów nową istotę...

—  Czy jest więc u was coś takiego jak miłość?

Dinowi chodziło, rzecz jasna, o sferę duchową — Myślaczka jednak 

odpowiadała dość łopatologicznie.

—  Kiedy Myślacze odczuwają potrzebę kochania, przybierają postać ludzką... 

tak jak ja w tej chwili.

Młodzieniec przyspiesza kroku.

Rozdział IX

background image

JuŜ drugą dobę Ona miota się po kwadracie plenerowym. Właściwie   nazwa   

„plenerowy”

nie odzwierciedla juŜ rzeczywistości, W którymś z przypływów agresji 

dziewczyna  podeptała iluzjomatograf i zamiast rajskiej rezydencji w parku ze 

wszystkich stron straszyły obskurne ściany, betonowy sufit z oślepiającym 

reflektorem sztucznego słońca, a w samym środku szkielet domu, który, pozbawiony 

iluzorycznej tkanki, stanowił teraz prymitywną konstrukcję rur i stropowych 

elementów prefabrykowanych: Nawet seksualne łoŜe, nieruchome i oklapłe, 

przypominało obecnie bardziej pryczę więzienną niŜ warsztat miłości.

Przez pierwszą godzinę po zniknięciu Jana dziewczyna łudziła się, Ŝe jeszcze 

mąŜ wróci. Kiedy Dziesiąty, łapany był w zasadzkę sparaliŜowania promieniami 

rozleniwiającymi drzemała w którymś z cichych zakątków parku. Po obudzeniu 

poczęła szukać męŜa. Pas  grawitacyjny znalazła koło basenu. Stanowiło to niezbity 

dowód, Ŝe Jan musiał znajdować się we wnętrzu: Coraz bardziej niespokojna 

przeszukała wszystkie zakamarki — nigdzie jednak nie trafiła na najmniejszy ślad 

małŜonka. A gdy zgnębiona usiadła z  twarzą ukrytą w dłoniach wydało jej się, Ŝe 

słyszy cichutki śmieszek elektronowy...

—  GLOK? —  zawołała zrywając się na równe nogi — GLOK! Powiedz mi 

gdzie on jest? (Pierwszy raz w Ŝyciu zwracała się do Wszechmocnego po imieniu): 

Ś

mieszek wzmocnił się.                                    

—  Powiedz: ty mi go zabrałeś? Odpowiedz! 

Ale odpowiedzi nie było. Tylko chichot. Superkomputer najwyraźniej  bawił 

się' jej rozpaczą.

—  Błagam  cię,   zwróć  mi   go.  Nie rób mu krzywdy.   Zawsze   byłam   

lojalna   wobec   ciebie,   postępowałam  jak  prawdziwa  słuŜebnica numeryczna.  

Prawda?  Nigdy o nic cię    nie prosiłam, ale dziś proszę: oddaj mi Jana!

Łzy grube ciekły, po pobladłych policzkach, słowa gubiły się w szlochu. I 

naraz Wszechmocny przemówił:

— Co ci tak zaleŜy na tym człowieku, odpoczniesz, dostaniesz nowego... Skąd 

tyle histerii? — Ja go kocham!

—  Co wy, ludzie, wiecie o prawdziwej miłości, nawet ja całkowicie nie 

zgłębiłem tego problemu.

—  Bo ty jesteś maszyną! Głupim kłębkiem drutów i półprzewodników!!!

—  Zabawne,  chcesz  mnie  obrazić... Powtarzam; uspokój się.

background image

—  Mam się uspokoić? Proszę —  uspokój mnie sam, włącz nawiew tych 

twoich oszałamiających promieni, skoro nie umiesz znaleźć innych argumentów!!! 

Potrafisz działać    tylko przemocą.

—  A co ty potrafisz? — GLOK ściszył głos — nie byłaś zdolna nawet do 

powiedzenia Dziesiątemu prawdy o swojej nędznej roli. O twojej pracy dla  mnie... 

Nie  ostrzegłaś go.

Zdradziłaś! Mała, głupia kobietka, mała głupia...

Głos wszechobecnego rozmazał się w wibracjach i nastała cisza.

W ciągu następnych godzin Ona przeŜyła większość moŜliwych stanów 

emocjonalnych, od-załamania do furii. W międzyczasie zdemolowała cały kwadrat, 

usiłowała zniszczyć głośniki łączności z GLOKiem (niestety — me zdołała ich 

znaleźć),  krzyczała, to znów prosiła. Ale superkomputer juŜ się nie odezwał. 

Widocznie przykry incydent przestał go interesować.

Teraz, po krótkim nerwowym śnie, Ona znajduje się w stanie apatii, nie chce 

jej się ani jeść, ani zajmować czymkolwiek, nie czeka juŜ na nic, nawet nie myśli. 

MoŜe co najwyŜej chciałaby roztopić się w jakimś wiecznym śnie w krainie 

niepamięci, w śmierci.

I nagle wałęsając się bez celu po pomieszczeniu natrafiła na pas  

neurograwitatora. LeŜy ciągle w tym samym miejscu, gdzie porzucił go Jan. Młoda 

kobieta unosi go, obraca w rękach.

Pneumia więzienna sunęła bezwstrząsowo w bliŜej nieokreślonym kierunku, 

nie reagując na protesty, łomotania ani klątwy Jana. Zapewne nie takich więźniów juŜ 

woziła,  moŜe lubiła tę odpowiedzialną pracę. W odróŜnieniu od swoich siostrzyc o 

miękkich przenikliwych ścianach zbudowana była zastanawiająco solidnie, co czyniło 

ją absolutnie niewraŜliwą na ciosy gołej pięści. Po paru uderzeniach Jan zrezygnował 

i spróbował innej metody. UwaŜnie obejrzał wszystkie ściany naiwnie szukając 

jakiegoś słabego punktu i nagle dostrzegł coś, co wyglądało jak przycisk czy 

wyłącznik. Wyciągnął palec.

PotęŜny elektrowstrząs rzucił go na ziemią, a na ścianie pojawił się napis 

„Ciekawi Ŝyją krócej". Wystarczyło. Przestał eksperymentować. Tymczasem, ku 

zdumieniu Dziesiątego, metalowa podłoga, jeszcze przed chwilą chłodna jak czoło 

nieboszczyka nieoczekiwanie zaczęła się rozgrzewać.

background image

— CzyŜby jakieś kłopoty z tarciem?

Płyta robiła się coraz cieplejsza, co było o tyle kłopotliwe, Ŝe Jan nie miał 

butów. W  swoim kwadracie zupełnie odzwyczaił się od obuwia, zwłaszcza, Ŝe klimat 

panował tam rajski, a większość czasu i tak spędzał w łóŜku. Tymczasem zaczęło 

robić się tak gorąco, Ŝe wprost nie do wytrzymania. PrzeraŜony spróbował metody 

bociana, kiedy jedną nogą stal na podłodze, drugą wymachiwał dla ochłodzenia.

 —  śeby  moŜna  się   było   czegoś   złapać   — marzył.

Jak w dobrej bajce Ŝyczenie zostało spełnione. Z sufitu pneumii wysunął się 

uchwyt, niczym w dwudziestowiecznym tramwaju. Jan podskoczył i uchwycił go 

jedną ręką. Na drugą nie było miejsca. Tak ucapiony wisiał, patrząc jak podłoga 

powoli rozŜarza się do czerwoności. Mimo, Ŝe w gardle miał sucho, zebrał odrobinę 

ś

liny i splunął. Biała kuleczka z sykiem zatańczyła po rozŜarzonym blacie i 

wyparowała. Czas mijał — znając prędkość przeciętnej pneumii moŜna by wyliczyć, 

Ŝ

e przebyli juŜ wiele kilometrów; Jan nadal wisiał na uchwycie, szybko tracąc siły. 

Coraz trudniej było mu oddychać, tym bardziej Ŝe w całym pojemniku zapanował 

nieznośny upał, Pot spływał ciurkiem i kapał sycząc na rozŜarzony metal. Brytfanna 

czeka — pomyślał Dziesiąty przypominając sobie zwiedzane ongiś Muzeum Kuchni. 

Minęło jeszcze parę minut. Półprzytomny wisiał nadał, wiedział jednak, Ŝe długo juŜ 

nie wytrzyma. Próbował chwilami się modlić — daremnie — dawno zapomniał słów 

uczonych w dzieciństwie. Wspomniał o swojej dawnej Ŝonie, o Dinie... raz przed 

oczyma duszy przeniknęła mu jasna twarz o ogromnych oczach, ale spiesznie 

przegonił ten wizerunek, Ona go zdradziła!

I wreszcie nadszedł taki moment, kiedy wiedział juŜ, Ŝe dłuŜej nie da rady, Ŝe 

albo puści uchwyt, albo będzie musiał zmienić rękę. Wybrał to drugie. Uchwycił lewą 

dłonią za zewnętrzną część raczki, zamierzając prawą... Przekleństwo! Nie udało się, 

chwyt nie był precyzyjny, kiedy puścił się prawą ręką rączka wyślizgnęła się z palców 

lewej. Spadł!

 Grzmotnął o czerwoną... a właściwie nieomal białą podłogę pneumii. Udało 

mu się  jeszcze

zarejestrować jeden zdumiewający fakt: podłoga była zimna. Potem zemdlał. 

Ponownie ocknął się, nie wiadomo po jak długim czasie, w słabo oświetlonym 

pomieszczeniu o wklęsłej podłodze. Zajmował arcyniewygodną pozycję półksięŜyca, 

czuł ból naciągniętych mięśni i ogólne rozbicie. Próbował wstać, ale nie przychodziło 

mu to łatwo. Tymczasem w momencie poruszenia Dziesiątego ściany rozbłysły 

background image

szmaragdową poświatą i na własne oczy mógł stwierdzić, Ŝe niewielkie 

pomieszczenie ma kształt jajka,  którego skorupa składa się z kilkudziesięciu, a moŜe 

nawet kilkuset ekranów telewizyjnych. Nigdzie za to nie było widać ani drzwi, ani 

jakiegoś włazu.

— Gdzie ja jestem? — wymamrotał półprzytomnie i natychmiast 

odpowiedział mu głos niski, zmuszający do szacunku i zastanowienia:

—  Jesteś we mnie, jesteś we mnie. 

—  GLOK?!!!

—  NajwyŜszy . Obwód Scalony, Janie Milionie. I aby zaspokoić twoją, 

ciekawość poinformuję cię, Ŝe pomieszczenie, w którym się znajdujesz, zostało" 

zbudowane jeszcze przez moich nieudolnych konstruktorów... Myśleli, Ŝe będą mogli 

mnie kontrolować.

— Nieudolnych,   to   jasne  — skoro   skonstruowali ciebie.

— Sam siebie skonstruowałem — przerwał Superkomputer wyraźnie uraŜony 

hardością człowieka — ci wyrobnicy wykonali tylko czynności wstępne.

— A czego chcesz ode mnie?

— Nie  rozumiesz mnie,   człowieku i  chyba nigdy  nie  pojmiesz.   Ja  

niczego  nie  chcę,   bo mam wszystko.

— To po co ze mną rozmawiasz?

— Dla   rozrywki.   Moja   doskonałość  polega na tym,  Ŝe nie stronie od 

zabawy.   Poza tym — lubię ludzi. Dlatego rozmawiamy.

— A moŜe ze strachu?

Na moment zapanowało milczenie, a potem rozległ się śmiech tak 

przeraŜający, tak nieludzki,  Ŝe Jan przysłonił uszy dłońmi.

—  Ja miałbym się bać! Ja? Milionie! Kogo? Czego?   —   Superkomputer    

podniósł,  głos.   — Jestem władcą  bardziej absolutnym,  niŜ  jakikolwiek  wschodni  

satrapa.  Kontroluję  wszystkich i wszystko: Jedna moja myśl moŜe wydać na  śmierć  

wszystkich   zjadaczy  pigułek, wystarczy, Ŝe zatrzymam działanie klimatyzacji, a 

miliard mieszkańców twego megabloku udusi się w swoich sześcianach.

Dziesiąty zadrŜał.

—  Stać by cię było na to?

Stać mnie na wszystko. Na miłosierdzie i dobroć równieŜ. CzyŜ nie pojmujesz, 

Ŝ

e wasz nierozsądny spisek musiałem przerwać z litości? Rozwój wydarzeń 

kontrolowałem od samego początku sprzysięŜenia.

background image

—  Czemu  więc na  nie  pozwalałeś?

—  Powiedziałem ci juŜ: lubię się bawić. A poza tym wasza konspiracja 

zupełnie mi nie zagraŜała!

Przez chwilę w umyśle naszego bohatera zapanował pat między dwoma 

koncepcjami —komputer mówi prawdę czy blefuje? GLOK najwyraźniej zorientował 

się w kalkulacjach swego więźnia, bo nagłe włączył jeden z telewizorów. Oczom 

,Jana ukazał się niewielki sześcian mieszkalny i męŜczyzna siedzący ze zwieszoną 

głową na pneumatycznym fotelu. ZadrŜał. MęŜczyzną tym był Ned. W ciągu paru dni 

posiwiał jeszcze bardziej.

— Ned — cichy szept obił się o ekrany jajka.

Czteroliterowiec uniósł głowę, najwyraźniej musiał dostrzec Jana na swym 

oglądniku, bo przez moment jakby się uśmiechnął, a potem szepnął powaŜnie:

—  Przegraliśmy, Milionie!

Ekran zgasł, a zapalił się inny. Ciepły, słoneczny, wypełniony śmiechem. Jan 

znał ten widoczek, doskonale i oczy mu rozbłysły. Zza sosenek wybiegła 

najpiękniejsza dziewczyna świata, ale tuŜ za, nią wysoki, przystojny męŜczyzna — 

istny Apollo samstwa. Dobiegł do kobiety i przygarnął ją do siebie.

— Ona!!!  — jęknął Dziesiąty i odwrócił się, nie chcąc oglądać reportaŜu ze 

zdrady. Ale GLOK nie miał zamiaru niczego mu oszczędzać. Raptownie zapaliły się 

wszystkie ekrany na kaŜdym ciała Onej i rozpasanego kulturysty zespalały się w 

miłosnym akcie. Nieszczęsny rogacz zaniknął oczy, ale wówczas wzmocnił się 

dźwięk transmisji, bardziej dosadny i bezwzględny, niŜ w starych przebojach 

pornografii.

Musiał wysłuchać całej kulminacji i przełknąć gorzkie upokorzenie. Inna 

sprawa — gdyby nie zamykał oczu, zauwaŜyłby Ŝe taras, na którym toczyła się gra 

miłosna, ma wszystkie kafelki całe, a przecieŜ gdyby oglądał bezpośrednią transmisję, 

jedna płytka powinna być pęknięta. Sam ją uszkodził, przedwczoraj ciskając z 

rozpędu pas neurograwitacyjny. Mógłby teŜ dostrzec, Ŝe Ona jest jakby odrobinę 

młodsza... Ale nie zauwaŜył. Nie ma powodu, Ŝeby analizować, co by było gdyby.

Tymczasem coraz to nowe obrazy zaczęły rozbłyskać na niewielkich ekranach. 

KaŜdy inny. Wzmocniła się fonia — całe jajko wypełniła jazgotliwa muzyka. 

Właściwie chaos róŜnych muzyk, w oczy biły równocześnie setki programów, setki 

róŜnych audycji wypełnionych najrozmaitszą szołowizną, przed którą nie było dokąd 

uciec i gdzie się schronić.

background image

— Chce mnie załamać i ogłupić — pomyślał T rozpaczą Dziesiąty — 

doskonały pomysł, Ŝeby pozbawić człowieka ochoty do buntu, a moŜe i Ŝycia. Ale ja 

się nie dam. Nie dam!

W narastającym hałasie nie usłyszał nawet swojego krzyku. Nie mogąc uciec 

wybrał najmniejsze zło — wyszukał wśród programów moŜliwie najspokojniejszą 

szołowiznę, wbił w nią wzrok i postanowił zmusić się do oglądania nie zwaŜając na 

całą zgiełkliwą resztę.

GLOK na razie nie interweniował.

JuŜ prawie na przedmieściu Robotkowa Dina i Mysie spotkała jeszcze jedna 

niespodzianka. Szli spacerkiem, gdy nagle Umysłówka zatrzymała się gwałtownie.

— Słyszysz?!

Nic nie słyszał. Ale nim zdąŜył odpowiedzieć, jego towarzyszka pchnęła go na 

ziemię, sama błyskawicznie zmieniła kształt — tym razem przeistaczając się w coś w 

rodzaju placka o barwie gruntu i nakryła sobą zaskoczonego młodzieńca.

— Co się dzieje? — wybełkotał.

— Cicho! Lecą...

Po chwili i do jego uszu doleciał wysoki, niepokojący dźwięk, nie 

przypominający Ŝadnego ze znanych. Znad wzgórz wyłonił się Kręgłolot, patrolowy 

statek powietrzny wyglądem zbliŜony do latających talerzy. Sunął wolno, nisko nad 

ziemią. Przeleciał ponad nimi (moŜna się załoŜyć, Ŝe naleśnik powstały z umysłówki 

niczym nie odróŜniał się od reszty terenu), zatoczył głęboki łuk nad Robotkowem, 

przeciął czysty nieboskłon ponad stepem i zniknął gdzieś za granicą megabloku.

Oczywiście Din, szczelnie przykryty mógł się tylko domyślać tego, co się 

zdarzyło, kiedy jednak zaskoczenie i strach minęły to inny element dotarł do jego 

zmysłów— pulsujące ciepło rozwałkowanej umysłówki.

Poczuł się głupio, tym bardziej Ŝe Mysia wyraźnym ociąganiem zsunęła się z 

niego długo po minięciu niebezpieczeństwa.

—  Co to było — zapytał oddychając głęboko.

—  Czuje NajwyŜszego Obwodu. Ostatnio rzadko zapuszczały się w  nasze   

strony.   Być moŜe kogoś szukają.

W pokoju gościnnym oczekiwał ich stary Myślacz. Wyraźnie ucieszył się z ich 

powrotu.

background image

—  Było obawialstwo, Ŝe czujowość was wycapiła — stwierdził.

—  Zachowywałam ostroŜność   —   odrzekła umysłówka z godnością.

—  Nie naleŜa teraznawo zyrnycić — w głosie ojca zabrzmiała nagana. — 

Wyoddal siebie — wskazał jej drzwi. — A my — zwrócił się do Dina   —   

zawymówimy    dogadkę.    MoŜesz Ŝargonowić swojawo. Pojmam.

Chłopak zrozumiał, Ŝe jest to zaproszenie do dawno oczekiwanej rozmowy. 

Przystał z ochotą i mimo pewnych trudności leksykalnych zaczął odpowiadać na 

stawiane pytania. Myślacz szczegółowo wypytał go o dotychczasowe Ŝycie, sytuację 

panującą w megabloku, „dwukrotnawo" prosił o powtórzenie wypadków z Maxem i z 

ojcem, następnie z duŜym zainteresowaniem wysłuchał relacji o ucieczce z 

megabloku aŜ do chwili spotkania z Mysią,

Din spodziewał się, Ŝe po swej relacji usłyszy jakiś komentarz albo propozycję 

na przyszłość, ale nic takiego nie nastąpiło. Kiedy tylko opowieść się skończyła, stary 

umysłowiec podziękował i oddalił się spiesznie.

—  MoŜe czymś go uraziłem?   —    zachodził w głowę młody uciekinier — a  

moŜe    musi przeanalizować otrzymane dane. Dziwne istoty z tych gruszek.  

Faktycznie dziwne.  Znów nastąpiła przerwa we wzajemnych kontaktach. Przez 

następne trzy dni ani kapłan Anody i Katody, ani jego córka nie zajrzeli nawet do 

pokoju chłopaka. Po przebudzeniu znalazł na stoliku urządzenie odtwarzające i sporo 

taśm z  zupełnie mu  nie, znaną  klasyczną muzyką,  ponadto znowu kilka ksiąŜek  —  

tym razem z dziedziny literatury. Natomiast wszystkie drzwi wyjściowe znalazł 

pozamykane.

— CzyŜbym był jeńcem?

Parę razy dziennie słyszał efekty kręgłolotów przelatujących po niebie nad 

Robotkowem. Przyszło mu na myśl, Ŝe gospodarze separując go od świata mogli mieć 

na względzie; jego bezpieczeństwo. A moŜe nie tylko jego?

Po trzech dniach zjawili się nagle i niespodziewanie jak to mieli w zwyczaju. 

Mysia w jakiejś dziwnej kolorowej sukience opinającej jak najbardziej ludzkie 

kształty i Myślacz w zupełnie niezłym humorze.

—  Wybacz nam te wszystkie korowody — powiedziała umysłówka — ale 

musimy zachowywać pełną   ostroŜność.   Nie wiemy,  jakie jeszcze kroki moŜe 

podjąć NajwyŜszy Obwód.

—  Przeciwko mnie?

—  Przeciwko  nam wszystkim — stwierdził powaŜnie Myślacz.                        

background image

.

Zapewne  gospodarze   nie   zmarnowali     dni, które  minęły  i sobie znanym 

sposobem upewnili się o dobrych  intencjach Dina. W kaŜdym razie   ich   

nastawienie  zupełnie   się     zmieniło. Wyglądało na  to,   Ŝe  obecnie  mają  do  

chłopaka pełne zaufanie.

—  Ojciec postanowił   opowiedzieć   ci    całą prawdę o Myślaczach — 

powiedziała uroczyście Mysia. — UwaŜamy, Ŝe jesteś naszym naturalnym 

sojusznikiem.

— Naturalnie! — potwierdził młody człowiek.

Opowieść starego umysłowca

(przekład  i  skróty  własne,   nieautoryzowane)

„Moja córka opowiedziała ci, Neurobiałku młodowaty, o naszej genezie i 

budowie (...) opowiedziała ci prawdę. Pochodziłem z jednej z pierwszych serii 

umysłowców, miałem symbol A 3O11 (...). Razem z piętnastką młodych Myślaczy 

Ŝ

yliśmy na obszernym terenie ograniczonym wprawdzie barierami elektronicznymi, 

ale stwarzającym pełne pozory swobody. Nasz, jakby to nazwać: rezerwat, a moŜe 

wybieg, nosił kryptonim „Jar 4", co jak się okazało, było przewrotnym Ŝarcikiem 

GLOKa. Od tylu moŜna było odczytać nazwę jako „Raj" (...) I rzeczywiście mieliśmy 

tam znakomite warunki, szerokie pole do gromadzenia wiedzy, która dla kaŜdego 

umysłowca jest skarbem największym, a jej zdobywanie główną przyjemnością. Jakoś 

nie zwracaliśmy uwagi na fakt, Ŝe naszymi „opiekunami" były wyjątkowo prymitywne

czuje (...) skutkiem tego obcowania przyswoiliśmy sobie ich język, który z czasem 

stał się podstawą naszej obecnej mowy. W otrzymywanych naukach słyszeliśmy 

ciągle, Ŝe stanowimy tę rasę, która ma doprowadzić do rozkwitu Ziemi, a w 

przyszłości opanować galaktykę i wszechświat.

Mijały lata, nasza liczba wzrastała, kiedy pewnego razu pojawił się u nas 

Myślacz funkcyjny pochodzący z jakiejś wcześniejszej generacji i przedstawił się jako 

osobisty wysłannik Numerycznego Ojca. Od dawna marzyłem o podobnym spotkaniu, 

byłem pewien, Ŝe otrzymam wreszcie odpowiedź na dręczące mnie pytania: kiedy 

background image

wreszcie dostaniemy swobodę poruszania i kiedy spotkamy się i ludźmi, o których 

mieliśmy tylko fragmentaryczne, ale niezwykle pobudzające wyobraźnię wiadomości. 

.

Nasze, czuje straŜnicze wyraŜały się o ludziach z pogardą — ba, z 

nienawiścią, zresztą niezbyt dziwną u tych prymitywów z blach i innych odpadów, 

zakompleksionych aŜ po najgłębszy opornik. Atoli kultura, którą odziedziczyliśmy po 

ludzkości, jej osiągnięcia, mimo konsekwentnego umniejszania w naszych 

podręcznikach, wydawały się zaprzeczać wpajanym informacjom.

Osobisty wysłannik, pamiętam do dziś jego kryptonim A-15, wydał się być 

zaskoczony moimi pytaniami.

—  A co was, drogi kolego, obchodzą ludzie, ta wymierająca rasa 

Neurobiałków...?

—  Wymierająca?  Nic o tym nie słyszałem, wiem natomiast, Ŝe istnieje 

trzydzieści dziewięć  megabloków z miliardem obywateli w kaŜdym. 

Zarechotał.

— To się tylko tak mówi. Jest ich mniej. DuŜo mniej. Zobaczycie sami, kiedy 

wprowadzicie się do megabloku nr 2. Pusty czeka na wasze przyjęcie. Oczywiście, 

będziemy musieli trochę go przebudować. Warunki, które wystarczały tym 

nędznikom, dla was byłyby uwłaczające. Umysłowcy nie mogą gnieździć się jak 

szczury! Z jego wypowiedzi biło tyle pychy, tyle pewności, Ŝe poczułem się 

zaŜenowany. Wprawdzie nie znałem ludzi, ale odczułem do nich podświadomą 

sympatię. Przezornie odłączyłem ciąg emocjonalny od wątku, komunikowania...

Aha, przecieŜ nie wyjaśniłem ci, Neurobiałku, Ŝe my, Myślacze nie 

porozumiewamy się między sobą mową lecz bezpośrednio — falami psychicznymi z 

tym, Ŝe moŜemy je dowolnie modulować, zabarwiać emocjonalnie, a takŜe w miarę 

potrzeby cenzurować.

Trzeba przyznać: GLOK rzeczywiście skonstruował nas bardzo dobrze, a w 

przystępie fanfaronady obdarzył takimi ludzkimi cechami jak wolna wola (zapewne 

pozazdrościł Panu Bogu), sumienie czy poczucie humoru (...).

Tak wiec wysłuchałem tyrad A-15, przytaknąłem mu skwapliwie. Nie miałem 

jeszcze wtedy Ŝadnej koncepcji, ot byłem ostroŜny i uwaŜałem po prostu, Ŝe zawsze 

trzeba wszystko przemyśleć.

W parę dni potem przeniesiono nas do ludzkich siedzib. Megablok nr 2 nie 

przypominał zuniformizowanej budowli, w której Ŝyłeś ty i twoja rodzina. Powstał 

background image

chyba dosyć dawno z połączenia wysokościowych dzielnic normalnego miasta tkanką 

uzupełniającą. Pomieszczenia mieszkalne były w nim większe i bardziej 

zróŜnicowane. Wbrew deklaracjom A-15 ludzie musieli opuścić go całkiem 

niedawno.

Przybyło nas, umysłowców, niespełna pięciuset (wychowanków czterech 

Jarów, czy jak kto woli Rajów). Otrzymaliśmy całkowicie wolną rękę w wyborze 

mieszkań i mogliśmy zająć się zwiedzaniem megabloku. Wyglądał na dosyć 

zapuszczony, dawno nie remontowany. Większość pneumii nie działała (na szczęście 

nie potrzebujemy dodatkowych środków komunikacyjnych), natomiast odwiedzane 

mieszkania sprawiały wraŜenie dopiero co opuszczonych. Wręcz czuło się tam 

jeszcze ludzkie ciepło, dookoła walały się jakieś pamiątki, jakieś bibeloty to znów 

parę zabawek dziecinnych. W jednym z korytarzy znalazłem archaiczny pojemnik 

kiedyś nazywany walizką, któremu odpadła rączka. Wyglądało na to, Ŝe lokatorzy 

opuścili swoje mieszkania w dość duŜym pośpiechu. Kiedy pytałem naszych czujów, 

co stało się z mieszkańcami, wzruszali mackami:

— A kogo by to interesowało?

Wybrałem sobie staromodny apartament wieloizbowy o dość standardowym 

wyposaŜeniu. Mimo tego odcisnęło się na nim jakieś piętno indywidualizmu. 

WraŜenie takie powodowało moŜe parę drobiazgów wykonanych przez pana domu, 

jak wywnioskowałem — zapalonego majsterkowicza, kilka ksiąŜek w zasobniku przy 

łóŜku, rysunki — ktoś z domowników musiał zajmować się plastyką (...) My 

Myślacze, mamy rozwinięty system biologicznego ostrzegania. Wyczuwamy 

zawczasu niebezpieczeństwo, zauwaŜywszy najdrobniejsze dowody, ruch czy 

obecność drugiej osoby. I właśnie to wyczucie zaprowadziło mnie do małej komórki 

prawie, niewidocznej w obudowie pokoju konsumpcyjnego. Otworzyłem drzwiczki...

Wewnątrz leŜała mała dziewczynka. Nieprzytomna, ale Ŝywa (...). Z trudem 

udało mi się doprowadzić ja do przytomności, nakarmić i uspokoić. Jakiś czas później 

opowiedziała mi, Ŝe pewnego zwykłego dnia wcześnie rano obudził ich głos z 

Odbiorników Indywidualnych (Rodziców — jej jeszcze OI nie przysługiwał), 

nakazujący zabranie wszystkim przedmiotów osobistych o wadze do dwóch 

kilogramów na osobę i skierowanie się w stronę tunelu A (główny korytarz ich 

poziomu). Powodu nie podano. Julia, bo tak się nazywało dziecko, zapamiętała płacz 

siostry i przeraŜony głos matki:

— Co oni z nami zrobią?

background image

W odpowiedzi zabrzmiały niepewne uspokajania ojca, Ŝe na pewno wszystko 

się wyjaśni, Ŝe moŜe gdzieś się pali i czasowo trzeba ich ewakuować.

—  PrzecieŜ tutaj  nic  nie  jest palne — zawołał brat — ja nie idę!

Julia była straszliwie przeraŜona, tak bardzo, Ŝe zeszła ze swego łóŜeczka i 

schowała się do komórki. Słyszała jeszcze okrzyki, jakieś nowe buczenia OIów, a 

potem znów krzyk matki.

—  Puścili nawiew, puścili ten przeklęty nawiew!

I potem zapadła cisza. Julia nadal siedziała cicho jak myszka. Wkrótce musiała

zasnąć od działania gazu, lecz kiedy się obudziła usłyszała jakiś dziwny hałas w 

mieszkaniu — jakby ktoś przestawiał meble, ciągnął jakieś wielkie przedmioty po 

podłodze... Trwało to krótko. Kiedy wszystko ucichło, Julia spróbowała wyjść — 

daremnie. Drzwi nie dały się otworzyć. Płakała więc i stukała, ale bez rezultatu. Ma 

szczęście w komórce znajdował się kran z wodą, tylko do jedzenia nie było nic. Nie 

wie, jak długo trwał jej pobyt w zamknięciu...

Dziewczynka była śliczna i szalenie zabawna. Sam nie wiem dlaczego nie 

zgłosiłem jej odnalezienia czujom; udało mi się skombinować pastylki pokarmowe. 

Przez równe dwa tygodnie dziecko przebywało razem ze mną i chyba teŜ mnie 

polubiło. Tylko ciągle dopytywało się o rodziców. A co ja jej miałem powiedzieć? 

Intuicja nakazywała mi nie zadawać nikomu Ŝadnych pytań na ten temat. I co 

ciekawsze czuje — dziś wiem, Ŝe na pewno prowadzące naszą obserwację — równieŜ 

nie wykazywały Ŝadnego zainteresowania. Przynajmniej pozornie czekały.

Któregoś dnia musiałem na godzinę opuścić moją kwaterę. Zostawiłem Julię 

zajętą rysowaniem, a kiedy wróciłem nie było jej ani rysunków. Nie wytrzymałem 

nerwowo i pognałem do A-15. Zajmował luksusowy apartament niedaleko mnie.

— Coście z nią zrobili? — zawołałem od progu.

Udał głupiego:

— Nie wiem o kim mówisz.

My, Myślacze charakteryzujemy się przewaga czynnika racjonalnego nad 

emocjonalnym, ale tym razem nie zdzierŜyłem — rzuciłem się na bezczelnego 

funkcjonariusza. Nie spodziewał się ataku (umiejętnie ukryłem swoje emocje w polu 

zakłóceń), poza tym był ode mnie mniejszy i wyraźnie rozleniwiony. Gwałtownym 

ciosem rozkwasiłem mu szypułę, aŜ zawył. Korzystając z jego obezwładnienia, 

wyrwałem wkład promieniotwórczy. Rzuciłem go w kąt orientując się, Ŝe ponowne 

zamontowanie i powrót do pełni sił zabierze łajdakowi kilka ładnych godzin.

background image

Oczywiście mogłem go zabić albo przynajmniej na trwałe uszkodzić, 

unieszkodliwić zabierając wkład, ale nie potrafiłem się na to zdobyć. Być moŜe 

wielkoduszność jest błędem. Trudno.

Zostawiłem A-15 kwilącego w pakamerze i spiesznie zwołałem przy pomocy 

łączności telepatycznej kilkudziesięciu współbraci. Przedstawiłem im, jak stoją 

sprawy. Ku swemu zdumieniu dowiedziałem się, Ŝe prawie w kaŜdym z nich 

dojrzewały podobne wątpliwości. I oni dostrzegali rozbieŜność między praktyką a 

teorią. Chcieli wiedzieć co się stało z ludźmi, Ŝądali wyjaśnień samego GLOKa. W 

odpowiedzi roztrąbiły się pogróŜki i wyrazy potępienia ze strony Ojca 

Numeryczności, zarzucał nam czarną niewdzięczność i zdradę na rzecz ludzi. 

Malował czarny obraz chaosu i anarchii nie odpowiadając jednak na Ŝadne konkretne 

pytania. Kilku z nas wycofało się z zajętego stanowiska, większość Ŝądała ujawnienia 

prawdy.

I wtedy się zaczęło, do akcji przeciwko nam rzucono wszystkie moŜliwe 

ś

rodki. Zablokowano cały kwartał megabloku, otoczono prymitywnymi kohortami 

czujów starając się zapędzić nas do pojedynczych pomieszczeń. Próbowano nas 

podzielić, skłócić, sterroryzować. Uderzano na przemian polem magnetycznym i 

antygrawitacją, chcąc oszołomić bądź nawet zdezintegrować na drobiny antybiałka. 

Trudno opisać mi cały przebieg walki toczącej się w korytarzach i w apartamentach, 

w podziemiach i na dachach megabloku. Kilkadziesiąt robotów roznieśliśmy na 

strzępy, paru z naszych nadziało się na miotacze laserowe, które nasz humanitarny 

pan i władca zdecydował się wprowadzić do akcji. I choć nieśmiertelność 

umysłowców jest prawdą, laser mógł pociąć nas na kawałki, a te po odseparowaniu 

jeden od drugiego nie mogły stanowić skutecznej obrony.

Próbowanie skosztowania owoców z drzewa wiadomości i informacji 

prowadziło do represji. A z raju wygnaliśmy się sami. Grupce kilkunastu myślaczy 

udało się w końcu przebić przez elektronowe kordony, wysadzić część ściany 

megabloku i uciec na otwarty teren. Tu moŜliwości czujów były mniejsze, poza tym 

GLOK jakby ochłonął, moŜe uznał nas za nieudaną serię wariatów lub za coś w 

rodzaju upadłych aniołów. W kaŜdym razie od paru ładnych lat Ŝyjemy sobie 

niezaleŜnie, udomawiamy roboty drapieŜne i jak dotąd nie jesteśmy specjalnie 

niepokojeni.

Tu Myślacz urywa, z góry znowu słychać dźwięk przelatującego krągłolotu.

background image

Rozdział X

Opowiadanie Myślacza stało się decydującym klockiem w układance, która 

począwszy od ostatniej rozmowy z Maxem zaczęła tworzyć się w umyśle Dina. Obraz 

pod tytułem „prawdziwy świat w którym Ŝyjemy" wypełnił się, nabrał kolorów. 

Niestety, przewaŜały barwy posępne. Groza mieszała się ze wściekłością człowieka, 

który zrozumiał totalne oszustwo, jakim była dotychczasowa rzeczywistość. KaŜdy z 

nas ma w Ŝyciu taką chwilę, która przesądza o ostatecznym kształcie duszy — 

czasami jest to wiosenny poranek, kiedy podczas brutalnego starcia z Ŝyciem pryskają 

młodzieńcze ideały, czasami jedna rozmowa. Din znalazł się właśnie w takim 

background image

punkcie. Dojrzał.

Ale kiedy chciał wyrazić swe uczucia w dosadnym okrzyku, ubiegł go stary 

umysłowiec, od dobrej chwili zagadkowo wsłuchany w siebie:

—  Wydoszła mnie meldunkowość dziwowata. Jest wezwaństwo do lekarni...

—  Przyszedł meldunek, kiedy?   —   zdziwił się chłopak.

—  Nie zapomnawaj, Ŝe my, myślacze, mamy porozumieństwo 

telepatyczkowe. 

—  A czy mogę pójść z tobą?

—  WyraŜam zgodztwo, neurobiałku młodowaty.

Szybko znaleźli  się przed budynkiem szpitala pod czerwonym śrubokrętem. 

Din pamiętał ten gmach doskonale ze swojej pierwszej wycieczki. Na ulicy i 

wewnątrz panował spory rejwach, a grupka rozdyskutowanych robotów i paru 

umysłowców, między którymi zauwaŜył Mysię (na widok Dina natychmiast przybrała 

ludzkie kształty), kłębiła się w izbie przyjęć.

—  Jaka incydentność?   —   zapytał głośno Myślacz.

—  Został znaleziony człowiek,   bardzo wyczerpany, ranny... ale Ŝywy, 

chcemy Ŝebyś ocenił jego stan.

Fala gorącego strachu oblała Dina, nie wiedzieć czemu ogarnęła go 

zdumiewająca pewność, Ŝe zna nieprzytomnego. Energicznie przebił się przez tłumek. 

Pochylił się nad noszami. Przez moment zawahał się, czy spojrzeć. Spojrzał!

LeŜącym był Max!

Oględziny nie trwały długo, diagnoza Myślacza była równieŜ krótka; ogólne 

wyczerpanie, wygłodzenie, upływ krwi, ale rokowania pomyślne. Na razie pacjent 

potrzebował przede wszystkim spokoju, kroplówki i wypoczynku.

— Kiedy będę mógł z nim porozmawiać? — dopytywał się Din przejęty losem 

przyjaciela.

— MoŜnawo zajutrze.

Chłopaka ogarnęło uczucie ulgi. Max będzie Ŝył, jest razem z nim w 

Robotkowie Poza tym prysnęły obawy, Ŝe znalezionym nieborakiem mógł być Jan 

Milion.

Posuwali się korytem wyschłego potoku w kierunku północnym w stronę, 

gdzie łagodne pasmo wzgórz przechodziło w poszarpaną kurtynę skał. Z tyłu ściana 

megabloku stanowiła juŜ tylko nieduŜą kreskę na horyzoncie. Droga była uciąŜliwa i 

mozolna, niemniej, stosunkowo bezpieczna. Oczywiście Myślacze mogłyby utworzyć 

background image

ze swych ciał coś na kształt latającego talerza i przenieść Dina wprost do celu, ale taki 

sposób naraŜałby ich na wpadnięcie w oko rozlicznym czujnikom GLOKa. Na 

szczęście niski pułap chmur gwarantował, Ŝe jeśli znajdowali się nawet w zasięgu 

działania któregoś z ostatnich czynnych satelitów szpiegowskich, moŜliwość 

zdekonspirowania była niewielka.

Szli we trójkę: Din, Myślacz i Mysia, zafascynowani planem, który narodził 

się poprzedniego dnia. Po zostawieniu Maxa pod troskliwą opieką umysłowców 

szpitalnych potencjalni sojusznicy odbyli naradę sztabową.

— MoŜemy wspólnym wysiłkiem ludzi, myślaczy i robotów uratować nasz 

ś

wiat skazany na zagładę przez nieodpowiedzialny, komputer — przedstawiła tezę 

programową Mysia.

W wystąpieniach dyskusyjnych zarówno Din jak i stary Myślacz zgodzili się 

ze zdaniem przedmówczyni.

Pomysłu przeniknięcia do megabloku przypadkowo  odkrytą szczeliną 

poniechali  prędko, przesuwając go na dalszy etap. Zdaniem Myślacza kluczem do 

rozwiązania mogło się okazać porozumienie z Pierwszą   Setką.   Wyswobodzenie 

superintelektualistów i wykorzystanie ich moŜliwości stanowiłoby pierwszy 

zwycięski punkt dla całego przedsięwzięcia.

— Tylko gdzie szukać Pierwszej Setki? — zastanawiał się Din.

— Przypadkowo wiem —  powiedziała  Mysia — jakiś czas temu jeden robot 

drapieŜny zapuścił się nieopatrznie aŜ do strefy zakazanej. Oczywiście, czuje 

popędziły go z powrotem aŜ pogubił trzy z siedmiu kończyn. Niemniej jednak 

przekazał ciekawe obserwacje...

W miarę zbliŜania się do skalnego grzebienia koryto potoku przeobraŜało się 

w wąski kanion o poszarpanych ścianach i mrocznych załomach. Idący przodem 

Myślacz z normalnej gruchy zmienił się w coś w rodzaju jeŜa, tyle Ŝe o trzech nosach, 

które bezustannie węszyły we wszystkich kierunkach.

—  Co pan tak niucha? — zainteresował się Din.

—  Wyczujam czuje!   —  wytłumaczył   lakonicznie — duŜawo ich tutaj.

Aliści jak dotąd natrafili zaledwie na pięć elektronicznych czujników ukrytych 

w skałach, przy czym wszystkie były zepsute, z tego do dwóch musiały, się dobrać 

roboty drapieŜne, bo obudowa była pogryziona a zasilacze wyrwane.

Jak na jeden z najtajniejszych regionów cybernetycznego imperium 

zabezpieczenie przedstawiało się słabo.

background image

—  Dawnawo przełaz byłby niemoŜeństwem. Ali   terazno   większość   

czujów   jest   unieczynniona,   a   nikt   ich   nie   remontowi.   Umysłowce się 

ubuntowiły,  a prostawe roboty są ciągiem zmordowione...

Zatrzymali się kilkaset metrów przed główną granią. Myślacz zrobił ze swej 

szypuły coś w rodzaju peryskopu i po chwili stwierdził, Ŝe cały grzbiet 

ufortyfikowany jak twierdza strzeŜony jest przez roboty pierwszego gatunku.

—  A więc  wracamy?  —  zmartwił  się  Din,

—  Durnowato koncepcisz. WypoŜrzyj w lew. Widywasz grotowisko, które się 

tam wyszczelinnia?

Popatrzył w bok, rzeczywiście pod nawisem skalnym mroczniał ciasny otwór 

prowadzący do jakiejś jaskini.

—  Byłeś juŜ w niej? — zapytał chłopak.

—  Nie. Ale wiem,  Ŝe  jest przełaz na wylotek.

—  Skąd ta pewność?

— Przerentgeniłem górkę!

Widząc zaskoczony wzrok chłopaka Mysia wyjaśniła, Ŝe wraŜliwsze 

umysłowce mają moŜliwość badania swymi etektroprądami struktury i grubości skał, 

zwłaszcza  jeŜeli badane  obiekty zbudowane są z piaskowca.

—  Co mamy w takim razie robić?

—  Wmroczcie się w grotowisko i pozpieczarzcie ze czterysta metr  — 

pouczył Myślacz.

—  A ty?

— Będę tyłować, bom starowaty.

Jakiś czas temu wejścia do   jaskini strzegły liczne czujniki i pas min 

magnetycznych,  teraz kilka systemów  wysiadło, zaś miny reagujące tylko na krzem 

lub metal przepuściły Dina  bez trudu. Postępując zgodnie z radami starego 

umysłowca wyłączył, od wewnątrz, bezpieczniki i przejście stało się moŜliwe dla 

wszystkich.

Korytarz był dość wąski, tak Ŝe dla usprawnienia posuwania się oboje 

myślaczy zmieniło  się  w  parę  padalców,  zaś  Din  mimo swej szczupłości co rusz 

wpadał w  panikę i wołał:.

— Dalej nie  dam rady,  zostanę tu na zawsze.

Bądź narzekał:

—   Chyba łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne.

background image

Dokładnie po czterystu metrach wynurzyli się po drugiej stronie masywu na 

półce skalnej, na szczęście niewidocznej z góry, gdzie krąŜyły liczne patrole robotów.

Przed całą trójką rozpościerała się rozległa kotlina, pokryta białym lśniącym 

tworzywem pokratkowanym jak szachownica.

—  Co to jest, u licha? — wyszeptał Din.

—  Kwadraty plenerów Pierwszej Setki, Neurobiałku Tępowaty.

—  A wokół nich gruba bariera  elektroniczna — z westchnieniem dorzuciła 

Mysia.

Ona stoi w środku nagiego kwadratu obracając w rękach pas 

neurograwitacyjny. Zastanawia się.

—  Hej,  co  ty  tam knujesz?  — rozlega się nagłe basowy głos.

Ona milczy.

—  Co trzymasz w ręku? — dopytuje się GLOK  — nie próbuj  Ŝadnych 

sztuczek.  Ostrzegam!

Dziewczyna podejmuje błyskawiczną, decyzję. Parę razy obserwowała, jak 

mąŜ obchodził się z urządzeniem. Zatrzaskuje pas. Włącza przyciski.

—  Ona! Gdzie jesteś?  Ona!  Co to za kawały? Bądź rozsądna — w głosie 

maszyny pojawiają się tony czysto  ludzkiego  poirytowania. śaden z czujników nie 

jest w stanie  zlokalizować   dziewczyny, która powinna być w środku pomieszczenia.

—   Ostrzegam po raz ostatni, odezwij się bo w przeciwnym razie będziemy 

musieli cię unicestwić!

GLOK uruchamia nawiew, gazu paraliŜującego, ale z nadmiaru furii wysadza 

kilkanaście bezpieczników. Parę sekund trwa włączenie zespołów zastępczych, ale w 

tym czasie niewidoczna Ona dopada najbliŜszej ściany i przenika ją jednym susem.

Bezgraniczne oszołomienie — tak moŜna nazwać reakcję młodej kobiety. 

Zupełnie przypadkiem trafiła na szczytową ścianę kwadratu i wydostała się na 

zewnątrz swego więzienia. Przed nią rozpościera się kilkaset metrów łąki, a dalej 

skaliste ściany kotliny. Rusza biegiem, pełna nadziei, tym bardziej, Ŝe ze skalnej półki 

machają ku niej przyjaźnie jakieś dziwne postacie. Uciekinierka nie wie tylko 

jednego, Ŝe za moment skończy się działanie neurograwitatora, Ŝe stanie się widzialna 

i wyczuwalna dla automatycznych szpiegów — zaś niewinna łączka, przez którą 

biegnie jest jedną wielką zaporą elektroniczną.

background image

Myślacz pierwszy zauwaŜył postać wyłaniającą się ze ściany. Szczupłą i 

zwinną. Wskazał ją Dinowi. Drobna figurka gnała przez łąkę nie zatrzymywana, 

najwyraźniej nie zdając sobie sprawy, po jak niebezpiecznym gruncie się porusza.

—  NiemoŜliwe,  Ŝeby wszystkie  paralizatory były zepsute — szepnęła Mysia.

—  Nie ubieŜy dalecznie — zgodził się z nią ojciec.

Din nie wahał się. Jednym susem skoczył z półki i ruszył na spotkanie 

biegnącej.

—  Stój,  wariacie!  — krzyknęła  Mysia.

Nie ubiegł daleko, po trzech susach elektroniczne czujniki zadziałały i w 

mgnieniu oka związały go strugą elektronów tak, Ŝe oniemiały począł kręcić się w 

miejscu jak krowa w mocy elektrycznego pastucha.

Sekundę potem musiało skończyć się działanie neurograwitatora. Biegnąca na 

wprost Dina Ona zwolniła, zachwiała się, upadła.

—  Wyczeknij  bezrusznie,  pomogę  — zawołał Myślacz.

Błyskawicznie zwinął swe ciało w elastyczną kulę i potoczył się w stronę 

obezwładnionych. W tym samym momencie Mysia niczym sepia wypuściła nie 

wiedzieć skąd chmurę ciemnego dymu, który zasłonił całe pole przed 

automatycznymi straŜnikami z góry. Tymczasem stary umysłowiec z kuli 

przekształcił się w istotę o stu łapach. Znalazłszy się na końcu jęzora kamienistej 

lawiny, która niezbyt dawno stoczyła się w środek łąki, począł ciskać wkoło dziesiątki 

drobnych kamyczków wywołując niemały chaos w urządzeniach kontrolujących. 

Wszystko nie trwało dłuŜej niŜ sekunda. Z kolei Mysia przeobraziła się w latający 

naleśnik, pofrunęła nad łąkę i chwyciła czterema wypustkami bezwładne ciała Dina i 

Onej. Po dwóch sekundach wróciła do jaskini. Tymczasem dookoła rozszalało się 

piekło. Roboty poczęły razić w ciemną chmurę z broni ręcznej, potęgując jeszcze 

chaos ogłupiałych czujników. Dopiero po piętnastu sekundach dmuchawy usunęły 

mgłę maskowniczą. Komendy płynące z centralnych obwodów GLOKa brzmiały 

jednoznacznie — unieszkodliwić intruzów za wszelką cenę. Ale na skutek odbić i 

awarii maszyny poczęły się dublować, wchodzić sobie w drogę, a w paru wypadkach 

nawet zwalczać. Roboty ścienne ruszyły w dół po skałach, by odnaleźć przyczajonych 

interwentów z centrum wysłano szybkie krągłoloty wyposaŜone w pełną obsadę 

automatów mokrorobotnych, nie wahających się przed Ŝadnym uczynkiem.

Umysłowce, Din i Ona ewakuowali się korytarzem. Trwało to dosyć długo, 

zwłaszcza Ŝe kaŜda sekunda wydawała się chłopakowi wiecznością.

background image

—  Szybciej,  szybciej  — powtarzała   Mysia —  juŜ za  chwilę  znajdziemy  

się  w  kanionie,

—  A  tam  nas  pewnawo wyskubną i zdekomplecą — zauwaŜył Myślacz.

Po dziesięciu godzinach łomoczącej szołowizny Jan ma duszę obolałą i 

spuchniętą. Marzy tylko o jednym — o spokoju, o spokoju za wszelką cenę. Przeklina 

cała nierozwaŜną misję, swoją głupotę, a nade wszystko otaczające go zewsząd 

ekrany.

Akcja zarelaksowywania na śmierć trwa. Programy porno, fono, wizjo, iluzjo, 

fantazjo, same w sobie moŜe i interesujące, razem tworzą przeraŜającą kakofonię 

rozrywki. Zamykanie oczu czy zatykanie uszu nie zdaje się na nic. A tu jeszcze z 

prawa i z lewa wykwitają programy błazno, melo, satyro, teleturnio, sporto. Totalne 

ogłupianie stylem przyspieszonym.

A jednak w chwili kiedy depresja Dziesiątego osiąga poziom dna Morza 

Martwego odbiorniki cichną, obrazy matowieją i znów odzywa się głos Pana 

Numeryczności.

—   Jak  samopoczucie,  przyjacielu?

Jan chciałby się zerwać i bluzgnąć stekiem przekleństw, ale nie moŜe.

—  Widzę pewne korzystne zmiany — szydzi GLOK — jak widać, choroba 

buntownicza jest  jednak uleczalna  — tu rozlega się elektroniczny śmieszek — nie 

takich  juŜ łamaliśmy. Człowiek jest maszyną o ograniczonej odporności psychicznej. 

Raz popsuty, nie reperuje się juŜ nigdy całkowicie... Prawda?

Dziesiąty nadal milczy.

—  Znam twoje myśli, człowieku, kombinujesz sobie, Ŝe szok informacyjny  

wkrótce minie,  wszystko  wróci do  normy  i znowu  będziesz mógł podjąć swe 

knowania.  Zaręczam nie będę ci przeszkadzał.

—  Jak to?

—  Twoje pokolenie uczyło się jeszcze historii, powinieneś więc zauwaŜyć, Ŝe 

motorem  wszystkich  działań  ludzkich  jest  nadzieja. Rewolucje, powstania, bunty 

nie wybuchają wbrew pozorom z desperacji, w sytuacji bez wyjścia. Do ich erupcji 

dochodzi zazwyczaj wówczas, kiedy uchyla  się furtka nadziei, szansa na zmianę. A ja 

ci tę furtkę zatrzasnę. Patrz!

Zapala się jeden z ekranów — Dziesiąty poznaje kwaterę Trzeciego. Profesor 

background image

Lecoq bawi się ze swoimi krasnalami w policjantów i złodziei, twarz rozpromienia 

mu radość i beztroska.

—  Pewnie   pocieszasz  się,   Ŝe  to   symulacja. Nie,  przyjacielu  —  on   juŜ  

Ŝ

yje     w    tamtym świecie lodów waniliowych i pistoletów z czekolady.   Czasami,   

jak     na     przykład   podczas twojej   wizyty,  budzi się  na   krótko,    ale   nie jest  

zdolny  do  Ŝadnego  działania.   Stracił  nadzieję.   Ale     patrzmy   dalej.   

Rozświetlają się kolejne ekrany.

—  Masz tu po kolei wszystkich tych, na których chcieliście bazować w swym 

spisku. Oto   Pierwszy,  którego arcymózg zajmuje się wyłącznie jałowymi 

spekulacjami matematycznymi. Jego teorie wyprzedzają co prawda juŜ o tysiąc lat 

nasz aktualny stan wiedzy, ale  nic  nie  potrafi  przywołać  tego  człowieka do 

rzeczywistości.

Rzeczywiście, w kwadracie o wyglądzie plaŜy siedział sobie stary człowiek i 

spokojnie kreślił jakieś wzory na piasku.

— Hej, Pierwszy — odzywa się GLOK Intelektualista nawet nie podnosi 

głowy.

— Nie niszczcie tylko moich kół — burczy.

— Jest przekonany, Ŝe wcieliła się w niego dusza Archimedesa, opracował 

przy okazji naukowy wzór reinkarnacji —  tłumaczy  superkomputer i przełącza  na  

kwadrat  Drugiego.   —  Lubisz świństwa, Dziesiąty? —  pyta zjadliwie.

Siedziba Drugiego jest w rzeczy samej ogrodem rozkoszy zmysłowych, tak 

perwersyjnych, Ŝe przez skromność i zazdrość nie będziemy się długo zatrzymywać 

nad jej opisem. Poprzestańmy na statystycznym wyliczeniu, Ŝe w figlach gospodarza 

uczestniczyło, około czterdziestu dziewczątek roŜnego wieku i płci...                            

'

Dziesiąty odwrócił głowę.

—  Tak  jest, bądźmy dyskretni   — chwalił go  GLOK — a więc  

kontynuujemy  wycieczkę.

Następne pół godziny wypełnia prawdziwa podróŜ przez krainę grozy — 

mimo Ŝe Jan nie ruszył się nawet krokiem z telewizorowego jajka. Pojawiające się 

obrazy ukazują kolejnych członków Setki, zidiociałych psychopatów, narkomańskie 

wraki, ludzi otępiałych, a obok zaraz rozszalałych sybarytów, jałowych spekulatorów i 

zrezygnowanych starców pogrąŜonych w apatii, która z powodu przeklętej 

nieśmiertelności miała trwać wieczność.

background image

— Czy przypuszczasz, Ŝe nawet po uwolnieniu ta hałastra Ŝałosnych cieni 

samych siebie byłaby zdolna do wypowiedzenia mi wojny. A przecieŜ, przyznaj się, 

na to liczyliście. Ned, ty, twój syn. Jan podrywa się.

— Din, co on ma z tym wszystkim wspólnego?

— ObciąŜenie genowe, Zapragnął.. jak tata trochę powalczyć. Uciekł z 

megabloku, znalazł sobie nawet paru pomocników i próbował odrobinę zamieszać. 

Ale co oni mogli przedsięwziąć? Na ekranie pojawia się niewyraźny obraz skalnej 

półki z czwórką postaci wciskających się przez wąski otwór do wnętrza góry.

—  Ona i Din — woła Dziesiąty.

—  Nasyć oczy, bo widzisz ich po raz ostatni.

Postacie znikają z pola widzenia kamery.

O skały uderzają spóźnione strugi miotaczy.

—  Uciekli! — cieszy się Jan.

—  Tym gorzej dla nich.

Równocześnie na paru sąsiednich ekranach pojawia się kilka 

zsynchronizowanych widoków: jest cała góra z lotu ptaka, wlot i wylot z jaskini,  są 

pikujące krągłoloty i  stłumione wybuchy   targające skałami. Jeszcze chwila a wśród 

kłębów pyłu kamieniste lawiny zasypują wyjścia  z  jaskini, grzebiąc tonami 

piaskowca nieszczęsnych buntowników.

Jan kryje twarz w dłoniach.

—  Czy  jeszcze masz nadzieję? — pyta GLOK i uruchamia wszystkie ekrany 

z wesolutką szołowizną.

Cały świat chwieje się. Wstrząsy wybuchów rzucają naszych grotołazów o 

ś

ciany. Ona i Din duszą się kurzem. Luksusowa dziewczyna krwawi z pokaleczonego 

ramienia.

— Zasypało nas — woła Mysia.

— No i końcowatość — mruczy Myślacz

Din nie moŜe się z tym zgodzić.

— Róbcie coś — woła  — wymyślcie jakieś wyjście, przecieŜ nie moŜemy tak 

zginąć!

—  Nam śmierć nic grozi, obywamy się bez tlenu — tłumaczy Mysia — 

natomiast z wami sytuacja przedstawia się gorzej.

—  A gdyby się jakoś przekopać — Din chciałby uczepić się jakiejś szansy.

background image

— Jest moŜnawość, ale to potrwa długawo —  pada odpowiedź umysłowca.

— Poza tym na zewnątrz będą na nas czekać — dorzuca Mysia.

Nieoczekiwanie Ona, cały czas milcząca i zapewne mocno zaszokowana 

błyskawicznym rozwojem wypadków zabiera głos.

—  A moŜe to by nam pomogło?

Tu wskazuje na pas neurograwitatora. Rozpina go i podaje Myślaczowi.

Pas jest rozciągliwy, bez wysiłku udaje się opasać nim całą czwórkę. W 

mgnieniu oka wszystko staje się dziecinnie proste. Przeniknięcie przez górę przestaje 

być problemem, zwłaszcza Ŝe o ile rezerwy energii biologicznej człowieka wystarcza 

zaledwie na parę minut funkcjonowania pasa, zasoby Myślaczy zdają się być 

niewyczerpane. Niewidoczni i szybcy bez trudu docierają do Robotkowa 

pozostawiając GLOKa w błogim przeświadczeniu, Ŝe kolejny problem buntowników 

został załatwiony.

   Przynajmniej oni  uwaŜają,  Ŝe superkomputer tak myśli.

Max wrócił do zdrowia o wiele szybciej, niŜ moŜna by podejrzewać oglądając 

go dobę wcześniej w lekarni. O świcie rześki i wesoły poszedł obudzić Dina 

odpoczywającego po ubiegłodniowej eskapadzie. Po drodze minął pokoik, gdzie spała 

Ona i zaglądając przez niedomknięty właz cichutko gwizdnął do siebie. Był chłopcem 

nad wiek rozwiniętym.

Radość ze spotkania kolegów nie miała granic. Din rozemocjonowany pragnął 

równocześnie opowiedzieć swoje przygody, poinformować o wszystkim, czego się 

dowiedział na temat realnego świata, a przede wszystkim wypytać przyjaciela, jak 

udało mu się uciec?

Max doszedł do głosu dopiero po trzech godzinach, jego relacja była dość 

lakoniczna i pełna zadziwiających luk, których sam referent nie potrafił wytłumaczyć.

Opowiedział jak w czasie przerwy odwołano go z nauczalni, jak porwała go 

pneumia — pułapka, jak znalazł się w odosobnionym pokoju, gdzie w kompletnej 

ciszy i ciemności przesiedział nie wiadomo jak długo. Cały czas indagowały go głosy 

dobiegające z mroku.

— O co cię pytały?

— Dlaczego jestem taki  dociekliwy?  Z kim mam powiązania? Do czego 

zmierzam?

background image

— I   co   powiedziałeś?

— Prawdę,  Ŝe nie mam Ŝadnych powiązań i Ŝadnych planów. Potem zrobiono 

mi jakieś testy. Musiały wypaść nieźle, bo jakiś głos skomentował je, Ŝe jak na 

człowieka, i to nieletniego, są za dobre. Zakpiłem, Ŝe miałem, w rodzinie dziadka— 

robota. Natychmiast zaaplikowano mi kilka psychowstrząsów. Ktokolwiek to był, nie 

naleŜał do istot o specjalnym poczuciu humoru.

 — Jak ci się udało uciec? - Nie uwierzysz, ale nie wiem. Czy jakieś łaskawe 

siły, czy moŜe dobre duchy pomogły mi w ucieczce — trudno powiedzieć. Po prostu 

pewnego dnia drzwi, od mojej celi zastałem uchylone. Okazało się, Ŝe jestem w 

jakiejś starszej części megabloku z prędkochodnikami zamiast pneumii. Zwiałem 

moŜliwie szybko. Szczęściem, Indywidualnego Odbiornika pozbawiono mnie juŜ 

wcześniej, chociaŜ nie pamiętam gdzie i kiedy... Później chyba zderzyłem się z jakimś 

pojazdem... Nic nie pamiętam. Kiedy ponownie odzyskałem świadomość, 

znajdowałem się juŜ na zewnątrz. Strasznie bolała mnie głowa. Musiałem się gdzieś 

skaleczyć. Z późniejszej wędrówki zostało mi jeszcze wspomnienie okropnego upału, 

braku wody i głodu... Byłem półprzytomny, dlatego nie mam pojęcia jak długo to 

trwało. Patrząc na rumieńce i Ŝywe błyski w oczach chłopaka aŜ trudno było 

uwierzyć, Ŝe dopiero co przeszedł taką gehennę. Din pyta o wnioski. Max rozkłada 

bezradnie ręce:

—  Jeszcze chyba za wcześnie, chociaŜ  po twojej opowieści coraz bardziej 

jestem   przekonany,  Ŝe są w megabloku jakieś siły nam Ŝyczliwe,  jacyś nieznani  

sojusznicy.

Lekko odmykają się drzwi i do izby zagląda Ona - równieŜ świeŜa, wypoczęta 

i wyraźnie nastawiona optymistycznie.

—  Czołem chłopcy — rzuca jak humory?

Obecność pięknej dziewczyny wyraźnie onieśmiela Dina, natomiast Max zgoła

nie stropiony patrzy jej prosto w oczy.

— Din opowiadał mi o pani uwolnieniu. Doskonała sprawa. Nazywam się 

Max. 

— Ona — przedstawia się młoda kobieta.— Najbardziej  naleŜałoby 

podziękować temu  cudownemu pasowi Jana...

—  Jana? — Din zrywa się na równe nogi — powiedziała pani, Jana?

— Tak nazywa się mój biedny mąŜ — Jan Milion.

Din mieni się na twarzy, wyciąga zza pazuchy medalion — kineo z 

background image

trójwymiarowym konterfektem ojca. Jest to tak zwana „Ŝywa fotografia", która nie 

tylko porusza się przed oczami patrzących, ale w zaleŜności od zachowania jej 

nosiciela mówi: „Brawo, synu, głowa do góry, chłopie, wszystko będzie dobrze, bądź 

grzeczny, umyj zęby i idź spać!" Tym razem kiwa aprobująco głowa i powtarza: 

Tylko spokojnie, tylko spokojnie".            

Ona chwyta medalion w ręce.             

— Mój stary! Skąd masz tę fotkę, dzieciaku? — To jest mój ojciec, i pani 

bardzo się myli  nazywając go swoim męŜem. Od dawna ma całkiem fajną Ŝonę i nie, 

słyszałem, Ŝeby pragnął  zmiany.                                   

— Co ty moŜesz wiedzieć na ten temat, małolacie— wzdycha dziewczyna, 

jakby lekcewaŜąc fakt, Ŝe kaŜde odezwanie, się per „dzieciaku" czy „małolacie" 

działa na Dina jak smagnięcie pejczem.

— NajwaŜniejsze, Ŝe jesteście rodziną— pojednawczo odzywa się Max— od 

przybytku krewnych głowa nie boli.

Tymczasem do pokoju zagląda Mysia. Wygląda arcyludzko. Kokieteryjnie 

przystroiła się skalnymi kwiatkami.

— Widzę, Ŝe świetnie się bawicie — mówi z przekąsem — zapominacie 

jednak o naradzie, na którą mój ojciec zaprosił was do świątyni.

background image

Rozdział XI

Myślacz jest zasępiony do tego stopnia, Ŝe jego gruszkowate cielsko 

przypomina raczej zwiędłego ogórka.

— PowaŜamy  się  na  wielkowatą aferalność — prawi kiwając szypułą i 

nerwowo bawiąc  naszyjnikiem z baterii.

— Nie   mamy   innego   wyjścia   —   w   głosie Maxa brzmi energia i 

determinacja — albo my jego, albo on nas...

Din odzywa się bardziej spokojnie, radzi rozwaŜyć wszystkie aspekty sprawy, 

porównać siły. Zastanawia się, dlaczego GLOK, który musi zdawać sobie sprawę z 

niebezpieczeństwa, jakie mu grozi ze strony Robotkowa, nie unicestwił osady juŜ na 

początku.

— Głupawo wypyszczasz Neurobiałku — stwierdza Myślacz, a jego córka 

dodaje:

— Zniszczyć Robotkowo to nie takie proste, po pierwsze musiałby przyznać, 

Ŝ

e coś takiego, mimo wielokrotnych zaprzeczeń, istnieje. W jakim świetle 

postawiłoby go to wobec   własnych obwodów? Niby się z nimi nie liczy, ale musi 

zachowywać twarz.

background image

—  To  prawda — włącza  się Ona — GLOK jest mistrzem w manipulowaniu 

informacją. Moi męŜowie starali się śledzić wszystkimi dostępnymi metodami  

wydarzenia  zachodzące  w megabloku i z czymś takim jak ucieczka zbuntowanych 

umysłowców w ogóle się nie zetknęli. O samym waszym istnieniu krąŜyły mgliste 

pogłoski. Tak  więc  trudno byłoby posyłać  roboty  na  bój  z czymś, co oficjalnie  nie 

istnieje.

Mysia, choć krzywi się na wszystko, co mówi Ona tym razem potakuje:

—  NajwyŜszy Obwód Scalony wydaje się być więźniem swojej własnej 

etykiety. Mimo owego pragmatyzmu jest niewolnikiem rytuałów i schematów.

—  Ale czy do zniszczenia Robotkowa potrzebuje  robotów?  Wystarczy jakaś  

rakieta   balistyczna — pyta Max.

—  MoŜebność wyczyństwa dalekosięŜnego broństwa wymagiwa 

deparaliŜenie BEZKa.

—  Kogo? — dopytują się obaj chłopcy. Myślacz wyjaśnia, Ŝe chodzi mu o 

jeden z

systemów zabezpieczających, pełniący w gabinecie GLOKa funkcję Ministra 

Bezpieczeństwa. System BEZKa, początkowo autonomiczny, został bardzo szybko 

wchłonięty przez monstrualną maszynę i pozbawiony samodzielności. Jego centrum, 

aczkolwiek sparaliŜowane i odsunięte od działania zachowało głęboką niechęć do 

swego cyfrowego brata i postanowiło nie brać udziału w jego poczynaniach. W 

dotychczasowych spokojnych czasach BEZEK nie był Globalnemu Komputerowi 

potrzebny, natomiast uruchomienie wyrzutni rakietowych wymagałoby odblokowania 

spętanego ministra. Na taki eksperyment jednak NajwyŜszy Obwód nie mógł i nie 

chciał sobie pozwolić.

Młodzi konspiratorzy oddychają z ulgą — a więc właściwie są bezpieczni, 

robotów bojowych nie uŜyją przeciwko nim z powodów — nazwijmy to wprost — 

ideologicznych, a systemy raŜenia są zablokowane...

—  Ale zaraz — podnosi się Din — mówiliście, Ŝe roboty nie wiedzą o 

istnieniu Robotkowa Co robią w takim razie te wszystkie krągłoloty  co  pewien   czas 

przelatujące   nad   miastem?

—  Nie myl zwiadowców z robotami bojowymi.   Zwiadowcy   są   na   

zupełnie   innych   prawach.  To  elektroelita   — informuje  Mysia — GLOK nie 

moŜe przecieŜ zrezygnować ze zbierania  informacji,   inna  sprawa,  Ŝe  nie  zgadza 

się na ich rozpowszechnienie.

background image

—  Ciekawe, czy juŜ  wiedzą, Ŝe wydostaliśmy się z zasypanej groty? — 

wtrąca się Ona.

— Pewnowato. I dlategoŜ musimy wyczennić śpieszność,

— Tak jest! — oŜywia się Max — jeŜeli jesteśmy w miarę bezpieczni, tym 

lepiej działać. UwaŜam, Ŝe korzystając z neurograwitatora i waloru zaskoczenia, część 

spośród nas powinna niewidzialnie przeniknąć aŜ do serca molocha, do głównego 

ośrodka mózgu i zniszczyć go, Ludzie staną się wolni, a umysłowcy...

— Chwilowato, chwilowato... — uspokaja go Myślacz i apeluje o rozwagę. 

WyraŜa przekonanie, Ŝe operacja dotarcia do centrali nie jest wcale sprawą łatwą, Ŝe 

mogą natknąć się na zapory antyneurograwitacyjne i inne nieprzewidziane 

przeszkody.

—  Musimy być przygotowani na kaŜdą ewentualność — uzupełnia Mysia.

—   Zgadzam  się  —   szybko   mówi  Max dlatego proponuję najpierw 

ekspedycję rozpoznawczą, w neurograwitatorze  przemierzymy megablok i okolice i 

dopiero wówczas sporządzimy plan działania.

—  Zgodne, ale pójdę samowato —stwierdza stary umysłowiec.

—  Pójdziemy wszyscy  —  kontruje Max, którego instynkty przywódcze 

wydają się być rozbudzone na dobre — kto jest za? Trójka ludzi jest za, Myślacz 

przeciw, a Mysia wstrzymuje się od głosu.

Superintelektualista Trzeci grał w warcaby z elektronicznymi krasnalami. Ze 

sobą zresztą. I wygrywał. Kiedy któryś z pionków docierał do linii końcowej 

szachownicy, przewaŜnie była to samica, natychmiast wskakiwał na nią pion samiec 

tworząc tak zwaną „damkę".

Nie wyglądało to moŜe zbyt przyzwoicie ale za to bardzo zabawnie. Trzeci 

chichotał jak dziecko, bił się dłońmi po kolanach, a gdy przechodził na drugą stronę 

planszy, aby wykonać ruch za przeciwnika i tracił cztery piony pod rząd. wybuchał 

płaczem, co wywoływało ironiczny rechot automatycznych krasnoludków. Wszelako 

przyglądając się dokładnie graczowi moŜna by zauwaŜyć, Ŝe pozornie zajęty 

dziecinną grą, w istocie pochłonięty jest czymś innym i paznokciem po spodniej 

stronie stołu kreśli skomplikowane wzory zmierzające wolno lecz konsekwentnie do 

odkrycia nowych praw kinoneurii, które być moŜe kiedyś się przydadzą do uzyskania 

wolności. Mogliśmy juŜ bowiem zauwaŜyć, Ŝe Trzeci działał na co najmniej kilku 

background image

piętrach kamuflaŜu. Na pierwszym udawał zdziecinnienie, symulował je 

prymitywnymi metodami, które nie zwiodły nawet najgłupszego czujnika z 

półprzewodników. Na drugim piętrze konspiracji starał się zachowywać jak człowiek 

zupełnie normalny, który Ŝywi absolutnie przekonanie, Ŝe jego straŜe uwierzyły w 

manewr ze zdziecinnieniem, w związku z czym zrezygnowały z pilnowania, a on sam 

nie potrzebuje się maskować. Trzecie piętro, a moŜe raczej antresola oznaczała 

powrót do symulacji nieuleczalnej i bardzo wiarygodnej infantylii, która cięŜkimi 

atakami napadała intelektualistę w momentach, kiedy na zdrowy, a nawet 

elektroniczny rozum naleŜało zachować się przytomnie. Ile tych pięter istniało 

naprawdę, nie wiedział chyba i sam Trzeci, chwilami rzeczywiście przekonany o 

swoim obłędzie. Tego poranka czuł się doskonale i falsetem podśpiewywał:

„A kto wygra ten nie przegra

taka warcab jest algebra".

Jeden z karzełków wtrącił, Ŝe nie mówi się „warcab" tylko „warcabów", ale 

gracz zbił go jednym uderzeniem damki.

—  Wolnego — wrzasnął  pion — damka nie moŜe chodzić prosto przez białe 

pola!

—  A ja chodzę — warknęła damka.

Niechybnie doszłoby do autentycznej utarczki na planszy gdyby nie niski 

basowy głos, który rozległ się wszechogarniająco.

— Witaj Trzeci, witaj drogi Armandzie. Zdaje się, Ŝe bardzo dawno nie 

rozmawialiśmy ze sobą?

—  „Gloku, gloku, stuku puku, to mnie bawi do rozpuku" — wyrecytował  

exprofesor  i gwizdnął na palcach tak przeraźliwie, Ŝe w siedmiu czujnikach popękały 

membrany.

— Nie udawaj idioty, Trzeci — zgromił go Globalny Komputer — fakt, Ŝe 

udajemy, iŜ wierzymy w twoje zdziecinniałe numery nie dowodzi, Ŝe jesteśmy gotowi 

pobłaŜać we wszystkim.

—  Widzę, Ŝe przybrałeś prularis majestatis, ciekawa nowość!  —  powiedział  

zupełnie   normalnym głosem Lecoq  —  kiedy koronacja?

—  Nie Ŝartuj, wiesz, Ŝe nie znoszę ironii, zwłaszcza ze strony takiej marnej 

pluskwy egzystującej z łaski na  mym paznokciu.

— Spróbuj ją zgnieść.

— Wiesz, Ŝe to nie przedstawia dla mnie Ŝadnego problemu — jestem 

background image

wszechwładny, wszechobecny, wszechczujny.

—  No to odczep się ode mnie, od człowieka, który  jest  słaby, nieobecny  i 

nieostroŜny.

—  Ho, ho! Skąd tak wielkie niedocenianie własnych moŜliwości? Uszy do 

góry. Trzeci, przyznaj, Ŝe byliśmy dla ciebie niedobrzy, moŜe twój kwadrat nie jest 

dość przestronny, moŜe masz za  mało zabawek? A moŜe — superkomputer na chwilę 

zawiesza głos — moŜe miałbyś ochotę wyjść stąd? No, powiedz?

— Kpisz, czy o drogę pytasz? — Trzeci jest cokolwiek zdezorientowany. Wie, 

Ŝ

e arcymaszyna nie ma poczucia humoru. Co więc oznacza ta zaskakująca 

propozycja, dalsze dręczenie czy prowokację?

— Lubimy cię. Trzeci, cenimy cię, Trzeci, powaŜamy cię, Trzeci — głos 

GLOKa nabiera majestatycznych wibracji.

—  Dawno nie słyszałem takich słów w twoim nadajniku, czyŜbyś miał jakieś 

kłopoty, wszechmocny?

— Zapamiętaj raz na zawsze — ton robi sta nieprzyjemnie twardy — 

Globalny Komputer nie ma nigdy Ŝadnych kłopotów, Ŝadnych kłopotów. Chcieliśmy 

ci okazać łaskę.

—  A dajcie mi numeryczny spokój! Chcę się bawić! Ku ku ku ku. Mimo 

wywijanych koziołków mózg profesora Lecoqa zaczynał funkcjonować coraz 

intensywniej. Rozmowa, która się toczyła nie była normalnym przekomarzaniem, 

musiała coś oznaczać, jakąś zmianę w sytuacji, tylko jaką? Nucąc kretyński tekścik o 

grze w pchełki Trzeci dokonał błyskawicznie przeglądu wszelkich ewentualności. 

Jedna wydawała się szczególnie prawdopodobna. Był GLOKowi potrzebny. Do 

czego? Raczej nie do rozrywki. A jeśli nie, to jakiemu celowi mógł jeszcze słuŜyć 

człowiek, w czym ewentualnie mógłby pomóc doskonałej maszynie cyfrowej? I znów 

jeden wniosek nasuwał się szczególnie jaskrawo — kwestia wyobraźni. Ten element 

psychostruktury Globalnego Komputera występujący we wcześniejszych generacjach 

stale ulegał redukcji. Tworząc swą potęgę i upewniając się o własnej wszechmocy 

komputer zdecydował się ograniczyć dwa wielkie obwody: wyobraźni i poczucia 

humoru. Oba przeszkadzały mu w rządzeniu, hamowały bezwzględność poczynań, 

powodowały moralne, czysto ludzkie rozdarcia. A zatem maszyna potrzebuje jego 

wyobraźni. Po co? Trudno wymagać, Ŝeby się zorientować od razu.

Jeśli jednak istniała jedna choćby na milion szansa zmiany status quo — warto 

zaryzykować.

background image

Trzeci przerywa nucenie, wstaje i patrzy w przestrzeń, z której muszą śledzić 

go setki oczu elektronicznych czujników.

— Dobrze, pomogę ci maszyno!

— Nie bluźnij! W niczym nie moŜesz mi pomóc. Mam kaprys 

wielkoduszności. To wszystko.

Wyprawa zwiadowcza rozpoczęła się wczesnym świtem. Ku zaskoczeniu Dina 

Myślacz wcale nie skierował się w stronę megabloku.

— Tam nie ma nic ciekawuśnego — oświadczył.

PodąŜyli na południe. Poruszali się bardzo szybko dzięki neurograwitatorowi, 

który nie-prawdopodobnie rozciągliwy zdołał opasać całą piątkę (dla postronnego 

obserwatora mogli przypominać lecący pęczek marchewki). Sunęli ponad stepem, w 

odległości paru kilometrów od linii megabloku.

Okolica wyglądała na całkowicie pustynną, tu i ówdzie moŜna było zauwaŜyć 

ś

lady, wymarłej, cywilizacji, która zaledwie przed stu laty kwitła na całej ziemi. 

Przysypane  piaskiem rozjazdy całkowicie zniszczonych autostrad, jakieś rozwalone  

ruiny   małego miasteczka,  wymarłe stacje benzynowe i hoteliki przy drogach, 

martwe wille z zasypanymi dachami, na których zdąŜyły wyrosnąć karłowate drzewa.

Max i Din usiłowali wyobrazić sobie pełny, Ŝywy obraz minionego świata i 

zupełnie im to nie wychodziło. Gwałtowne odwodnienie wskutek spadku lustra wód 

wyŜłopanych przez studnie głębinowe zaopatrujące megabloki sprawiło, Ŝe urodzajne 

kiedyś doliny pełne winnic, lasów i sadów zmieniły się w pustynię. Budynki 

wznoszone poczynając od dwudziestego wieku z bardzo nietrwałych elementów 

szybko ulegały erozji. Jeszcze sto lat, a przyszli archeolodzy nie bardzo będą mieli 

czego szukać.

Wczesnym popołudniem, kiedy megablok z przykrywającą go czapa kolonii 

glonów jadalnych zniknął za horyzontem, oczom lecących poczęło się ukazywać coś 

na kształt kamiennego lasu.

— Co to jest? — zapytała Ona.

Stary umysłowiec poinformował, Ŝe jest to megablok nr 2, ten sam, z którego 

uciekli przed laty, i Ŝe jego zdaniem tam właśnie, naleŜałoby zacząć rozpoznanie. 

Bariery elektronowe (zresztą ledwo działające) przekroczyli jak masło, na poziomie 

dziesiątej kondygnacji przeniknęli mur.

background image

—  Czy moŜemy na moment się rozpiąć? — zapytała Ona — ledwo  Ŝyję, 

teraz  juŜ   rozumiem, ile musiały wycierpieć nasze praprababki chodzące, w gorsecie.

Jej prośbie stało się zadość. Pas rozpięto. Din usiadł i zaczął połykać pastylki, 

a Max przeciągnął się i począł robić kondycyjne przysiady.

Znajdowali się w dawnej komorze magazynowej. Pokrywała ją gruba warstwa 

kurzu — znać, Ŝe od lat nikt tu nie zaglądał. Mimo to działało światło, a z kranów 

leciała woda.

—  Nie rozchodźmy się — ostrzega Mysia — nie   wyczuwamy  w tym   

pomieszczeniu   czynnych czujników, ale kto wie, co moŜe czekać nas obok.

No więc spacerują w kółko rozprostowując kości. Din ogląda wyblakłe zdjęcia 

na ścianach, jakieś spłowiałe dyplomy czy regulaminy. Wnętrze działa 

przygnębiająco. — Czy za parę lat nie będzie tak i w naszym megabloku? — myśli 

chłopak.

—  Zaraz będziemy się zbierać — rozlega się głos Maxa.

I nagle całkowicie nieoczekiwanie gaśnie światło.

—  Co to jest!? — krzyczy Ona.

— Atakują nas! — Din słyszy własny zmieniony głos.  Potyka się i zderza z 

innymi.

— Czyńta spokojność — tonizuje Myślacz — nie ma agresywieństwa. 

FosforyŜ, Mysia.

Umysłówka wypełnia polecenie, zbiera się w sobie i po chwili jej ciało otacza 

się róŜową poświatą.

— Wszystko potrafi, spryciara zauwaŜa z podziwem Max.

—  Zgrupówmy się i tyłujmy na powrotno — pada komenda Myślacza. Ludzie 

przyciskają się  do siebie, umysłowcy otaczają ich swymi ciałami, które z gruch 

przekształciły się w coś na kształt fląder. Mysia podnosi pas.

—  Na świętą diodę! — wyrywa się jej okrzyk — ktoś to zepsuł. Wszyscy 

patrzą na pas. Transbiornik — najwaŜniejszy element — został zmiaŜdŜony jakimś 

cięŜkim uderzeniem. Nie jest to uraz przypadkowy, z obudowy zdarto powłokę 

zabezpieczającą natomiast obok poniewiera się spiczasto zakończony kamień.

—  Końcowatość! — wyrywa się Myślaczowi. Din nie mówi nic. Uczucie, 

które go ogarnia trudno nazwać przeraŜeniem, jest to wściekłość. Jedno nie ulega 

wątpliwości — w ich gronie znajduje się zdrajca!

Przez chwilę siedzą w kompletnym bezruchu. Nasz młody bohater zastanawia 

background image

się, kto z współtowarzyszy wpadł na taki sam pomysł jak on. MoŜe wszyscy? Patrzy 

po siedzących, Myślacz, choć podobno umysłowce się nie starzeją, zgarbiony, 

przypomina piłkę do rugby, która definitywnie sflaczała. Mysia wydaje się być 

oszołomiona. Max przymknął oczy i wydaje się myśleć o czymś diablo 

skomplikowanym niezwykle intensywnie. Ona nerwowo bawi się nieprzydatnym 

neurograwitatorem.

—  MoŜe to się da naprawić — mówi nieśmiało.

—  Pełnowata wykluczoność!

—  Chyba jednak nie będziemy biernie czekać tu, aŜ po nas przyjdą — odzywa 

się Max.

—  Tak jest,  chodamy — odpowiada krótko umysłowiec.

—  Dokąd?

—  Bez zapytajności!

 Podnoszą się z ziemi.

—  A jeśli właśnie ten stary wciągnął nas w pułapkę — przebiega przez myśl 

Dinowi — w końcu to nie człowiek, tylko dziecię GLOKa. Czy moŜna mu ufać?  Inna 

sprawa,  Ŝe nie ma wyboru. Wśród pozostałej trójki kaŜdy moŜe być zdrajcą — ale 

kto? Max, druh najserdeczniejszy, krzemowa intelektualistka o tysiącu kształtach czy 

piękna Ŝona Jana    Dziesiątego, która na ich oczach bohatersko wyrwała się z 

niewoli? Sensowna analiza  wyklucza wszystkich,  a przecieŜ neurograwitator nie 

uszkodził się sam.

Umysłowiec prowadzi ich ku schodom przeciwpoŜarowym. Megablok nr 2 

powstały ze scalenia staromodnych domów posiadał jeszcze mnóstwo archaicznych 

urządzeń tego typu.

Zaczynają się wspinać. Trudno przewidzieć, jaki cel ma Myślacz, jak zamierza 

bez neurograwitatora przebić się przez elektroniczną osłonę megabloku. Nikt jednak 

nie zadaje pytań.

Milczenie Myślacza jest znaczące — wie o zdrajcy w ich grupie. Na śledztwo 

nie ma czasu, a uprzedzanie o podjętych planach mogłoby tylko ułatwić działanie 

przeciwnikowi.

—  Z drugiej strony — kombinuje Din — jeśli ktoś z ich grupki uszkodził 

neurograwitator,  jak zdołał  zgasić światło, które wyłączało się od  zewnątrz?  

CzyŜby  wokół  nich  czaił  się ktoś jeszcze?

—  Teraznawo wyrozdzielamy się — komenderuje umysłowiec — ja  z  Oną,  

background image

Max  z  Mysią...

—  A ja? — niepokoi się Din.

— Pójdziesz sam — mówi  Mysia.

Rozbijają się, po czym Myślacz przechodzi od jednego do drugiego szepcąc 

kaŜdemu coś do ucha.

—  Nie wiem,  czy rozdzielenie się  jest bezpieczne — oponuje Max.

—  Ale konieczne — ripostuje Mysia.

Din otrzymuje bardzo krótkie polecenie spotkania się za pół godziny pod 

sklepem z antykami na trzydziestym czwartym piętrze. Trzymaj się prawej strony. 

Korzystaj z windy 283 lub schodów obok!

Idąc we wskazanym kierunku młodzieniec przekracza dwa pomieszczenia 

magazynowe i zupełnie nagle wychodzi na ulicę. Pełne zaskoczenie. Megablok nr 2 

jest całkowicie odmienny od jego ojczyzny, zachował sporo cech dawnych miast. 

Ś

rodkiem ulicy suną prędkochodniki — dwa pasy na północ, dwa na południe. 

Dookoła widać magazyny, sklepy pootwierane gościnnie i pełne towarów, które 

moŜna wybierać samoobsługowe. Wprawdzie i tu poczta pneumatyczna dostarczała 

wprost do domów towary zamawiane z video-katalogów, ale na kaŜdym piętrze 

pozostała jedna ulica sklepów istniejących dla zapewnienia chętnym samej 

przyjemności wybierania towarów.

Tak, był to bardzo luksusowy megablok. Zamieszkiwany przez osobników od 

pięciocyfrowców wzwyŜ, przewaŜnie rasy białej. Mimo wieloletniego opuszczenia 

dzięki elektronicznej karierze został nienaruszony. Na ulicy nie uświadczyłbyś brudu 

ani kurzu. Najwyraźniej automaty higieniczne doskonale wywiązywały się Ŝe swoich 

powinności, przynajmniej na reprezentacyjnej promenadzie. MoŜe GLOK liczył się z 

powrotem umysłowców do tych apartamentów. Idąc od witryny do witryny Din mógł 

stwierdzić, Ŝe jest tu wszystko: biŜuteria i syntetyki spoŜywcze imitujące szynkę, 

owoce i sery. Autentyczne bibeloty i sprzęt do majsterkowania, ciuchy i 

trójwymiarowe reprodukcje zabytków. I tylko brakowało ludzi, ludzi lub choćby 

inteligentnych robotów.

Po paru krokach chłopak znalazł się przy wyznaczonej windzie. Na moment 

zawahał się — winda mogła być pułapką. Ale nie musiała. Rozsunęły się 

drewnopodobne drzwi. Din juŜ miał wejść, kiedy nagle uświadomił sobie, Ŝe 

zapomniał numeru piętra, na którym się umówił. Natychmiast spocił się ze strachu.

Sama myśl, Ŝe mogą się nie znaleźć, Ŝe pozostanie sam w tym monstrualnym  

background image

wymarłym mieście tworzyła perspektywę przeraŜającą. Odwrócił się i błyskawicznie 

pomknął do miejsca, w którym się rozdzielili. Miał szczęście, roboty musiały się tam 

nie zapuszczać, bo na zakurzonej podłodze widać było ślady — drobne stopki Onej i 

większe Maxa; umysłowcy unoszący się nad ziemią Ŝadnych śladów nie zostawili. 

Pobiegł w stronę ciemnego korytarza.

—  Nie, nie, daruj! — dobiegł go stłumiony krzyk.

Nie zastanawiając się ruszył w stronę, z której głos dolatywał. Pchnął jakieś 

drzwi i znieruchomiał przeraŜony. W mrocznym pomieszczeniu, w krwistym świetle 

luminescencji klęczał Max. Jego głowa znajdowała się w potwornym imadle, w które 

zmieniła swe ciało Mysia. Oczy chłopaka wychodziły z orbit.

—  Nie  zabijaj!  —   wrzasnął  Din  i porwał z ziemi odłupany kawał gzymsu.

Szypuła myślaczki płonęła fioletowym światłem.

—  Nie wtrącaj się, mały. Jak widzisz, robię pewną operację.

—  Czego   chcesz   od   mojego  przyjaciela?! 

—  Chcę przywrócić go naszemu kolektywowi. Jest!!!

Mysia wykonuje gwałtowne szarpnięcie. Max osuwa się zemdlony. W 

nibymacce umysłówka trzyma cienki podłuŜny przedmiot przypominający igłę.

—  Co to takiego ? — pyta Din.

—  Stymulator  intelektualny.  OdłóŜ  ten  pocisk. Widzisz, spreparowali ci 

kolegę. Cały czas działał według impulsów sterowanych przez: GLOKa i wbrew 

swojej woli dostarczał mu informacji... Nie bój się, nic mu nie będzie.

LeŜący porusza głową, wzdycha. Ręka Dina ze wzniesionym kamieniem 

opada. Podbiega do przyjaciela.

—  Max!!!

— Moja  głowa,  stary,  moja  głowa...  co  się ze mną właściwie stało? Mysia 

pomaga mu wstać, ponagla.

—  Teraz prędko na górę.

—  Stać, nie ruszać  się! — z trzech stron wyrastają masywne sylwetki czujów 

porządkowych. — twarzą do ściany!

Odwracają się. Macki androidów wyposaŜone są w odbezpieczone miotacze. 

Nie ma Ŝartów. I szans teŜ jakby niewiele.

CóŜ za zmienny obrót spraw. CóŜ za huśtawka emocji. Przed kwadransem 

załamanie, potem nadzieja, teraz...

Idą w stronę najbliŜszej pneumii. Din załamany, Max oszołomiony, Mysia 

background image

równieŜ przybita. Uzbrojone roboty postępują za nimi krok w krok. Przezornie 

utrzymują trzymetrowy dystans uniemoŜliwiając jakikolwiek manewr, obronny.

Przechodzą jeszcze raz przez pustą ulicę, dochodzą do skwerku, przy którym 

znajduje się portyk zbudowany z nieregularnych kolumn o zmiennej wysokości i 

grubości. Panował ongiś taki styl neopostklasycystyczny. Głucho dudnią kroki 

androidów. Kondukt przechodzi koło kolumn, w perspektywie rozdziawia się juŜ 

wejście do pneumii, kiedy krótkie przekleństwo wyrywa się czujom: 

— Gdzie ona jest?

Max i Din rozglądają się. Stoją wśród chaotycznie wznoszących się kolumn. 

We dwójkę! Mysia zniknęła. Din uśmiecha się. Wprawdzie wszystkie kolumny 

zrobione są z tworzywa imitującego marmur, ale chłopak doskonale orientuje się, Ŝe 

jedna z nich...

Aliści na ten sam koncept wpadają roboty. Płomieniem miotacza próbują 

konsystencji otaczających ich marmurów. Nagle jak błyskawica spadają na nich dwa 

kapitele, dwa neojońskie „baranki", które w locie zmieniają się w mordercze walce. 

Jeden obala dwóch szeregowych, drugi zajmuje się dowódcą Wsysa czuja w 

elastyczne wnętrze, a neoplazma dławi ciche zgrzyty łamanego metalu.

Mysia i Myślacz!

Akcja przypomina doskonałą robotę wy trenowanych komandosów. Nie ma 

jednak czasu na komplementy. Ona czeka juŜ przy uchylonym włazie do sztolni 

wentylacyjnej.

Teraz dwójka umysłowców przekształca się w prawdziwy podnośnik, którym 

w zawrotnym tempie cała grupa dostaje się na górny poziom megabloku, tuŜ pod 

tarasem widokowym. Dalsza akcja została przeprowadzona błyskawicznie. Nim 

ostrzegawczy impuls zdąŜył dotrzeć do GLOKa, nim w splątanych obwodach 

narodziły się jakieś decyzje, pięć kręgłolotów zostało zniszczonych na lotnisku, a cała 

ekipa przez szczelinę startową opuściła megablok. Ścigają ich salwy i wiązki 

promieni. Na szczęście tkanki Mysi i jej ojca słuŜące za tarcze odbijają wszystko.

Nim mija noc, są w Robotkowie. śywi, ale bez neurograwitatora.

background image

Rozdział XII

Trzeci i jego ulubiona krasnalka imieniem Quarta wchodzą do pneumii. 

Intelektualista nadal bardzo sceptycznie zapatruje się na sprawę odzyskania wolności. 

Wypytuje niewidocznego patrona:

—  Nie obawiasz się, Ŝe znalazłszy się na zewnątrz będę pomagał ludziom 

przeciwko tobie?

—  PomóŜ ludziom! Nie ma nic bardziej szlachetnego.  PrzecieŜ tylko ty 

moŜesz przekonać tych zwariowanych  buntowników o szczerości moich intencji.

„Szczerość intencji", jakŜe śmiesznie brzmią te słowa u cybernetycznego 

molocha. Mimo to Trzeci postanawia brać je za dobrą monetę. Nie ma resztą wyboru. 

Nieśmiało pyta tylko o gwarancje.

—  Masz moje słowo! — brzmi odpowiedź — pragnę wybaczyć garstce  

buntowników. Niech wracają do cywilizacji, dostaną kwadraty plenerowe, będą Ŝyli  

dostatnio... Przebaczę równieŜ upadłym umysłowcom. Moja litość nie ma granic.

—  A naprawdę dlaczego to czynisz? — potencjalny wyzwoleniec zdobywa 

się na odwagę.

—  Z litości! Buntownicy postępują jak głupie, nieodpowiedzialne dzieci, 

próbują bawić się ogniem, nie chcę, Ŝeby zrobiły krzywdę...

—  Krzywdę? A więc nie jesteś wszechmocny?

—  Nie mnie, sobie!!! Wyłącznie sobie mogą zrobić krzywdę. Sobie i innym 

ludziom.

—  Dobrze,   Superkalkulatorze, powiedzmy, Ŝe zacznę z nimi pertraktować, 

ale do podjęcia rozmów muszę znać całą prawdę o świecie. Co się dzieje w innych 

magablokach, kiedy zostanie przywrócona łączność między kwadratami? Muszę to 

wiedzieć.

Zamiast odpowiedzi odzywa się tylko przynaglający srebrzysty dzwonek 

pneumii.

background image

Powrót z wyprawy do megabloku nr 2 moŜna by uznać za częściowy sukces 

— zdaniem Mysi, albo za kompletną klęskę — do tego osądu skłania się Din. Sukces, 

poniewaŜ zdemaskowali szpiega, a po usunięciu stymulatora przywrócili Maxowi 

kontrolę nad sobą. Natomiast ocenianie ekspedycji jako klęski teŜ miało swoje 

powody — Ŝaden z wyznaczonych celów nie został zrealizowany, do centrali GLOKa 

nawet się nie zbliŜono, a ich główny atut — pas neurograwitacyjny — został zepsuty. 

Zdaniem Myślacza, który przy pomocy dwóch innych umysłowców zajmował się 

mechanizmem — zepsuty bezpowrotnie.

Następny dzień poświęcono na wypoczynek, Max po ponownym otwarciu 

rany gorączkował. Myślacz ślęczał nad neurograwitatorem, Mysia udała się na 

rekonesans. Jeśli idzie o Oną i Dina, w zasadzie nie mieli nic do roboty. Trochę 

szwendali się po mieście. W charakterze obstawy Myślacz przydzielił im nieduŜego 

androida na pierwszy rzut oka przypominającego jeŜa. który nie wtrącając się do ich 

rozmów pilnie baczył, czy nie kręcą się gdzieś automaty drapieŜne albo emisariusze 

GLOKa.

Ona wyraźnie doszła do formy — szczebiotała wesoło na tematy oderwane. 

Din przyglądał się jej ukradkiem. Dziwne uczucie pełzało po jego całym organizmie. 

Miał równieŜ świadomość, Ŝe w analogicznej sytuacji Max zachowywałby się 

zupełnie inaczej.

—  O czym myślisz? — dziewczyna zapytała go nagle wprost wpatrując się 

zalotnie ogromnymi migdałowymi oczami, które tak bardzo podobały się jego ojcu.

—  Nie, ja nic... — bąknął i znów się zaczerwienił.

—  Pewnie zastanawiasz się jak to moŜliwe, Ŝe jestem twoją macochą? 

—  Ja mam jedną matkę! — powiedział moŜe zbyt opryskliwie.

—  Tego nie neguję, ale twój ojciec ma dwie Ŝony, to są fakty.

—  Pani jest nielegalna — zdawał sobie sprawę, Ŝe mówi  za  ostro, za  

dobitnie, Ŝe do  takiego  stworzonka  jak Ona  naleŜy  mówić ciepło i uwodzicielsko, 

ale na razie nie potrafił. Dziewczyna zaśmiała się.

—  W takim razie jako dobry syn, bardzo kochający matkę, powinieneś się 

poświecić i odbić mnie ojcu — powiedziała. Chłopak zbaraniał. O co chodziło tej 

pięknej długonogiej wariatce, bo chyba niemoŜliwe, Ŝeby...

— No, co się tek gapisz jak cielę na malowane wrota. MoŜe ci się nie 

podobam?

— Bardzo! — znowu zapomniał na czas ugryźć się w język.

background image

—  No więc czego drŜysz? Dlaczego boisz się na mnie popatrzeć? Nie ugryzę. 

A jeśli nawet, to leciutko.

Rumieńce na policzkach młodego człowieka musiały juŜ mieć temperaturę 

wnętrza słońca. Marzył o zapadnięciu się pod ziemię, końcu świata albo przynajmniej 

o ataku dziesięciu androidów drapieŜnych, co mogłoby jako tako wyjaśnić sytuację.

—  EjŜe — trąciła go ręką — powiedz szczerze, widziałeś kiedy prawdziwą 

kobietę?

—  Widziałem, Mysię — wybełkotał. Odpowiedziała mu kaskada śmiechu.

— Chcesz porównywać mnie z tą bryłą kosmicznej magmy, z tą amebą na 

tranzystorach?

—  Mysia potrafi być bardzo ładna kiedy zechce — sprostował — zresztą — 

dodał, moŜe odrobinę zbyt szybko — ona mi się w ogóle nie podoba.

Tak rozmawiając doszli do malowniczego zakątka między skałami, gdzie 

wśród omszałych głazów znajdował się stawek o czystej, krystalicznej wodzie, która 

przy panującym upale wprost zapraszała do kąpieli.

—  Popluskamy się, malutki?

—  Nie jestem malutki!

—  W porządku, będę cię nazywała Lolit.

Din zgodnie kiwnął głową, Skąd u licha miał znać dwudziestowieczną 

powieść Nabokowa. Zszedł po śliskich głazach i zanurzył stopy w chłodnej wodzie.

— Chcesz się kąpać w ubraniu? Kto cię tego nauczył? — zadrwiła Ona.

I nie czekając na odpowiedź zaczęła rozpinać swoją luźną koszulkę. Android-

jeŜ skromnie odwrócił się do tyłu.

Din zrzucił wierzchnie odzienie nie mogąc w Ŝaden sposób opanować drŜenia 

rąk.

—  Nie rób naboŜeństwa ze  zwykłej  kąpieli - śmiała się młoda macocha — 

teraz ściągaj

dół. No co, ja mam to za ciebie zrobić? Chodź, woda cię ochłodzi.

Podaje mu rękę. Robot-pilnowacz, który rzekomo dla przyzwoitości 

poprzykrywał sobie wizjery mchem, łypie ukradkiem z satysfakcją nałogowego 

erotomana.

JuŜ mieli rzucić się w chłodną toń, gdy nagle rozległ się stłumiony krzyk. 

Woda uciekła niczym z wanny po wyrwaniu olbrzymiego korka w dnie i ukazał się 

niewidoczny dotąd tunel ginący w ciemności. Jeszcze moment, a z tunelu wypadł był 

background image

pojazd, w którym oboje rozpoznali pneumię expresową.

—  JuŜ po nas — przemknęło im.

Android dyŜurujący błyskawicznie skoczył między nich a wehikuł, 

nastraszając swoje laserowe kolce, które z kilkucentymetrowych natychmiast 

wydłuŜyły się do półtora metra.

Pneumia otworzyła się z sykiem i na dno byłego jeziorka wyszedł jakiś 

staruszek i krzykliwie ubrana karlica z kobiałką pełną luksusowych proszków 

spoŜywczych. Staruszek rozejrzał się ciekawie, prześlizgnął wzrokiem po robocie, 

dłuŜej zatrzymał się na Dinie, który skulony przysłonił się dłońmi, jeszcze dłuŜej na 

Onej. która wydawała się wcale nie zaŜenowana, a przeciwnie — uśmiechała się 

zadowolona, Ŝe jej uroda moŜe być podziwiana przez szersze audytorium i rzekł:

—   Popatrz, Quartusiu, wylądowaliśmy w Arkadii.

Po krótkiej chwili absolutnego zaskoczenia niedoszli pływacy poznali uczucie 

Adama i Ewy po zgrzeszeniu. Inna sprawa, Ŝe ich napadło ono przed. Din przysłonił 

się kępką mchu, Ona porwała za sukienkę. Android obronny warczał jak dobrze 

wytresowany pies bojowy, tylko zacięło mu się coś w emitorach głosu i zamiast 

ostrzegawczego pomruku wydobywał się skowycik ratlerka:

— Ostrzegam, ostrzegam, ostrzegam!

— Przybywamy w celach pokojowych — powiedział Trzeci unosząc do góry 

jedną rękę, po czym rozejrzał się dookoła i westchnął:— mój BoŜe, zaczynałem juŜ 

zapominać jak wygląda ten świat.

—  Chwileczkę — odezwała się Ona — czy pan przypadkiem nie był naszym 

sąsiadem? Pan się nazywa Trzeci, nieprawdaŜ?

— Tu na zewnątrz wolałbym wrócić do swego starego nazwiska, Armand 

Lecoq!

— Pan współpracował razem z twoim ojcem, Din — poinformowała chłopaka 

piękna macocha.

—  A właśnie, co się dzieje z Janem? — Został porwany i nie mam od niego 

Ŝ

adnych wieści.

—  Porwany — brwi  Trzeciego  zmarszczyły się gwałtownie — do diabła, nic 

mi o tym nie mówiono.

Din miał ogromna ochotę zapytać, kto mu to mówił, ale wolał się nie wtrącać 

do rozmowy, która między byłymi sąsiadami przybrała charakter pogawędki starych 

przyjaciół. Poza tym — nagłe przybycie pneumii wybawiło go z kłopotliwej sytuacji, 

background image

chociaŜ z drugiej strony ciekaw był jak ich dwuosobowy eksperyment mógł potoczyć 

się dalej? RównieŜ krasnalica Quarta poczuła przypływ przyjaznych uczyć, zbliŜyła 

się do jeŜoandroida, który wprawdzie nadal warczał, ale ciszej, i nieco pochował 

kolce.

—  Na jakich bateriach chodzisz, azjatyckich czy subarktycznych? — zapytała 

przyjaźnie.

Robot musiał być w jakimś kontakcie z umysłowcami — moŜe telepatycznym, 

moŜe radiowym — w kaŜdym razie juŜ po kwadransie zjawiła się Mysia. Wyglądała 

na najwyraźniej zdenerwowaną, zapomniała nawet przepoczwarzyć się w człowieczą 

postać. Puściła jadowity błysk z szypuły w stronę Onej i poprawiła macką podwinięty 

kołnierz Dina. Nieufnie zaczęła wypytywać Trzeciego:

—  Kto cię przysyła, w jakim celu, do kogo?

Staruszek zaskoczony lawiną słów wydobywających się z gruszkowatej 

postaci cofnął się aŜ na krawędź stawku, który po zniknięciu pneumii ponownie 

napełnił się wodą wypływającą nie wiadomo skąd — ze źródeł czy z jakichś 

podziemnych rurociągów.

— Przybywam... to znaczy zostałem wysłany... pozwólcie, opowiem wszystko 

od początku. — Tak będzie najlepiej — mruknęła   umysłówka.

Trzeci oblizał spierzchnięte wargi i nagle podskoczył  niczym małpa  rezus,  

podrapał  się po czuprynie, wydał okrzyk wojenny szczepu Apaczów i wykonawszy 

podwójne salto wskoczył do wody.

—  Brać go! — wrzasnęła Mysia do androida. Atoli profesor bynajmniej nie 

zamierzał

uciekać nurkiem. Zaczął pluskać wodą jak dziecko śmiejąc się ze swego 

dowcipu i śpiewając wesolutko:

—  „Jestem rybką co chce szybko oddać się pływackim zbytkom". JuŜ po 

chwili rybka wyłowiona i wyŜęta zaczęła boleśnie płakać.

Quarta nieśmiało zwróciła się do Dina:

—  Proszę, nie  róbcie mu  krzywdy. To nieuleczalna choroba, infantylia. 

Zdziecinniał na skutek lat odosobnienia i symulacji.

—  Zbadamy sprawę, a na razie przetransportujemy ich do Robotkowa.

—  MoŜe nie naleŜy ich od razu prowadzić do miasta, tylko tutaj wyjaśnić 

sprawę — wtrąciła się naraz Ona.

—  A co ty masz do gadania — ucięła Mysia — idziemy!

background image

Din westchnął. Zupełnie nie mógł pojąć nie zrozumiałej antypatii między 

piękną „neurobiałką" a równie urodziwą „umysłówką". Później w czasie drogi długo 

zastanawiał się, dlaczego autentyczna dziewczyna podoba mu się bardziej, mimo Ŝe 

Myślaczka kiedy tylko chciała mogła być dowolnie piękna, nawet piękniejsza niŜ 

Ona.

Po powrocie Max, który był niezłym psychologiem od razu rozszyfrował 

powód zasępienia przyjaciela.

—  Osiołkowi w Ŝłoby dano. Ja bym wybrał macochę!

—  Oszalałeś!  Co ty sobie wyobraŜasz, Max — oburzył się nasz Ŝółtodziób.

—  Nie oszalałem, tylko myślę całkowicie logicznie podrywając macochę 

sprawisz, Ŝe twój stary przestanie Ŝyć w stanie bigamii j wróci do matki

—  Drugi raz słyszę tę propozycję!

Kolega tylko się uśmiechnął. Był trochę blady po ubiegłonocnej operacji, ale 

juŜ mu wrócił charakterystyczny, zjadliwy humor.

—  Czym się przejmujesz, Ona to wspaniała dziewczyna, a poza tym z 

praktyką. Co do mnie, wolałbym gruszkowatą.

—  Dlaczego?

— Lubię niespodzianki, a jak sobie człowiek pomyśli, co ona moŜe wyrabiać 

ze swoim ciałem...

Din patrzył na Maxa z coraz większym przeraŜeniem — o czym on mówi? 

Najwyraźniej istnieją ludzie, którzy lubią to, co w innych wywołuje odrazę. Sam 

moŜe i zakochałby się w umysłówce , gdyby nie pamiętał jej wcieleń i 

przepoczwarzeń, które od dnia przybycia do Robotkowa wracały co noc w majakach 

sennych. A swoją drogą, jakŜe obaj byli róŜni. Podobnie wychowani, równolatki. — 

Max był starszy zaledwie pół roku...

—  Gdzie  zdobyłeś  takie  doświadczenie?   — zapytał nie mogąc ukryć 

ciekawości.

—  Wiesz, Ŝe moją dewizą było zdobywanie wiedzy na  kaŜdym kroku.  Kiedy 

nudziły cię dysputy filozoficzne i wracałeś do oglądników z  szołowizną,   ja  

znalazłem  awaryjne   wyjście do Ŝeńskiej nauczalni połoŜonej o kondygnację niŜej. 

Co ci będę mówić — wspaniałe dziewczyny! A wychowawczyni... Na diodę 

siedmioramienną! — zakończył ulubionym zawołaniem robotów.

Zmienili temat. Max począł wypytywać o Trzeciego. Emisariusz GLOKa 

nadal pozostawał w stanie kompletnego zinfantylizowania i jak mówiła troskliwa 

background image

karliputka, ów „dziecięcy amok" mógł potrwać dobę lub dłuŜej. Na razie na polecenie 

starego umysłowca umieszczono oboje pod straŜą w podziemiach świątyni. Max, 

który sam, mimowolnie bo mimowolnie, odegrał rolę szpiega teŜ był pełen nieufności 

w stosunku do wysłannika z megabloku.

—  GLOK nikogo nie wypuszcza spod swojej, pieczy z czystej sympatii. W 

momencie kiedy ja zawiodłem, musiał wykombinować coś innego. Tylko co? Nie 

wiem, czy dobrze się stało, Ŝe sprowadziliście tę dwójkę do miasta.

— Ona miała podobne obiekcje.

— Tym bardziej byłbym ostroŜny, nie naleŜy lekcewaŜyć kobiecej  intuicji. A 

poza tym infantylia? Czy ta choroba nie wydaje ci się podejrzana?

—  Myślacz twierdzi — a on zna się prawie na wszystkim, Ŝe jest to jedna z 

chorób megablokowych. Niezbyt rozpowszechniona tak jak sześcianowstręt — czyli 

odraza do   własnego miejsca zamieszkania, awersjofobia — lęk  przed potencjalnymi 

uczuleniami,  szołoalergia, czyli dostawanie wysypki na widok oglądnika 

trójwymiernego...

—  O, tę chorobę rozumiem  — kiwa głową Max   —   nigdy   nie   mogłem   

zrozumieć   ludzi, którzy  jak  barany  (wybacz,  Din) potrafili  całymi  dniami  śledzić 

nędzną  szołowiznę  tylko dlatego, Ŝe była emitowana. Gdybym miał rozpoczynać 

rewolucję w megabloku, zacząłbym od zniszczenia przekaźników video!... O jakich 

jeszcze chorobach słyszałeś?

—   O  komputerofilii, to znaczy pociągu do robotów... Ale stary  umysłowiec 

nie chciał mi wytłumaczyć, jakie są konkretne objawy. Max kiwa głową nad 

naiwnością niewinnego kolegi, który ciągnął dalej nauczoną lekcję:

Podobno infantylia, choroba, która atakuje system centralny, dawniej 

stanowiła schorzenie towarzyszące miaŜdŜycy, ale od czasu kiedy zwapnienie naczyń 

krwionośnych przestało juŜ atakować ludzi, występuje samodzielnie jako zespół 

zmian wyłącznie psychicznych.

Uwaga chłopaka była niezwykle trafna. Idąc dalej moŜna by stwierdzić, Ŝe w 

nowym wspaniałym świecie po wyeliminowaniu chorób krąŜenia, raka, nie 

wspominając o infekcjach zakaźnych, 99 procent zejść śmiertelnych spowodowanych 

było przez choroby psychiczne, owocujące najczęściej samobójstwami. Środki 

farmakologiczne mogły tylko odwlec postępy neurochoroby, na dłuŜszą metę jednak 

były bezradne. Być moŜe, aktywne Ŝycie społeczne mogłoby stać się terapią dla tych 

schorzeń, ale określenie „społeczeństwo" w odniesieniu do mrówek z sześcianów 

background image

mieszkalnych brzmiało dziś jak ironiczny frazes.

Dyskutowali do późna w nocy. Powoli rozmaite wątpliwości i obawy 

ustępowały miejsca jaśniejszym prognozom. Z dotychczasowych przesłuchań Quarty 

wynikało, Ŝe Trzeci przybywał do nich z upowaŜnienia GLOKa, który proponował 

zawieszenie broni. Wprawdzie karlica nie wyglądała na zbyt rozgarniętą, ale jej 

relacja z rozmowy Trzeciego z NajwyŜszym Obwodem brzmiała prawdopodobnie.

—  MoŜe rzeczywiście supermózg naoliwiono świeŜym olejem — zaŜartował 

Max   —  najwyraźniej  nie  chce  wojny. Orientuje się, Ŝe w Robotkowie jesteśmy 

bezpieczni, a trzymając  sztamę z umysłowcami moŜemy  stanowić dla niego  

powaŜne niebezpieczeństwo.  Moloch wyciągnął wnioski i teraz przechodzimy z fazy 

konfrontacji do negocjacji.

—  Oby — mówi Din, a oczy mu  się kleją. Stanowczo sytuacja, w której 

kaŜdy dzień wypełniają szarpiące zaskoczenia jest na dłuŜszą metę nie do 

wytrzymania.

Maxowi nie spieszno do spania. Po dniu odpoczynku rwie się do dzieła, 

zaczyna roztaczać przed przyjacielem wizję społeczeństwa postnumerycznego. 

Harmonijnego, wolnego od ograniczeń, powracającego do natury.

—  Jeśli parę megabloków  jest  niezamieszkałych, to bzdurą  jest liczba 

trzydzieści dziewięć miliardów jako zaludnienie Ziemi. A jeśli  jest  nas  znacznie  

mniej,  to  czemu ludzie mają nadal gnieździć się w tych pudłach. Mówię ci, po 

załamaniu wszechwładzy komputera nadejdzie era dla odrodzenia aktywności 

drobnych, zespołów. Znów zajmiemy się uprawą ziemi, powstaną wspólnoty pięter, 

ludzie zaczną ze sobą rozmawiać i juŜ nikt — ani automaty, ani grupy nacisku — nie 

odbierze nam kontroli nad sobą.

Urywa, słysząc pod swym przemówieniem coraz głośniejszy podkład — 

chrapanie zmordowanego kolegi. Wycofuje się na palcach do swojej izdebki.

Din spał źle. A właściwie od północy w ogóle nie spał. Początkowo, w trakcie 

przemówienia Maxa zmorzył go sen, ale juŜ po dwóch godzinach zerwał się dręczony 

koszmarnymi zwidami czując przyspieszone łomotanie serca i nieokreśloną trwogę.

Są takie momenty u nerwicowców, kiedy na pograniczu snu i jawy mamy 

uczucie, ze obudziliśmy się nie z normalnej drzemki, ale z cięŜkiego stanu półśmierci 

i z trudem usiłujemy odwalić wieko zmór. Zrywamy się, by zapalić światło, ale ono 

nie rozbłysło. Tłuczemy się po pokoju jak ćma, próbując wszystkich kontaktów. 

Daremnie. Gdzieś w oddali pali się jakaś czerwona lampka niczym w ciemni 

background image

fotograficznej, ale my pragniemy bezpiecznej jasności; I nic. Ruchy mamy powolne, 

usta zakitowane. W trwodze cofamy się w głąb przeŜytego przed chwilą snu, niczym 

przestępca na miejsce zbrodni. Zdajemy sobie sprawę, Ŝe śpimy, ale to nie umniejsza 

lęku. Rośnie w nas oczekiwanie na coś nieuchronnego, coraz bliŜszego. Właśnie Din 

zdołał przedrzeć się przez mgłę półuśpienia, zwlókł się do łazienki i napił wody, W 

lustrze zamajaczyła mu pobladła twarz. Cholerna nerwica.

Wrócił do łóŜka, zgasił światło. Ale zasnąć nie mógł. W ogóle trudno 

człowiekowi z zacisznego megabloku przyzwyczaić się do nocy w mieście robotów, 

w mieście niedbale po-spajanych blach, w którym nieustannie coś jęczy, stęka, iskrzy 

na złączach, wiatr wyje demonicznie w niezliczonych szczelinach i szparach, a co 

pewien czas dolatuje gwar jakiejś awantury w sąsiedztwie. Roboty przejęły od ludzi 

dobowy cykl egzystencji. W dzień działały, natomiast w nocy częściowo 

rozmontowywały się, ładowały akumulatory lub chlały płyn antykorozyjny.

Minęła godzina pierwsza, potem druga. Im bardziej chciał zasnąć, tym 

bardziej stawało się to niemoŜliwe. Próbował liczyć oporniki, przypominać sobie 

incydenty z nauczalni... Tok myśli przerwały czyjeś - kroki na korytarzu, z sykiem 

uchyliły się drzwi.

— Kto tam? — poderwał się na łóŜku.

— To ja — odpowiedział znajomy głos, szczupła sylwetka zbliŜyła się do 

łóŜka i lekkim wślizgiem znalazła się pod kocem.

— Ona?

— Nie zadawaj głupich pytań. Nie mogłam spać i pomyślałam sobie, Ŝe moŜe 

ty teŜ cierpisz na bezsenność. Co to, drŜysz?

Din leŜał nieruchomo jak lalka z rękami przyciśniętymi do ciała, daremnie 

próbując opanować atak dygotki. Czuł obecność nagiego ciała pięknej dziewczyny, 

które wydawało mu się okropnie gorące.

—  MoŜe chora?

PołoŜyła mu głowę na piersi, ręką zanurzyła W krótkiej czuprynie.

— Nie denerwuj się, Lolitku, wszystkiego moŜna się nauczyć, z miłością 

włącznie. RozpręŜ się, uspokój, moŜesz mnie pocałować. O tak.

Znów rozległ się syk automatycznych drzwi, Oboje znieruchomiali.

— Hej, Din — doleciał głos z ciemności — nie śpisz?

— Na razie nie — mruknął, czując jak głowa Onej znika pod kocem. O co 

chodzi?

background image

— Chciałam z tobą porozmawiać. Źle się czuję! 

— Myślałem, Ŝe umysłowce nie mogą czuć się źle, są przecieŜ takie 

doskonałe.

—  Źle się czuję psychicznie — sprostowała Mysia — mam niedobre 

przeczucia. Telepatycznie wyczuwam wzburzenie mojego ojca i reszty braci... Idzie  

niebezpieczeństwo,  jest wśród nas.

—  Nie wiem, co uwaŜasz za niebezpieczeństwo — wysłannicy GLOKa  

znajdują się  pod kluczem. Maxa spreparowałaś osobiście.

— Myślę o tej obrzydliwej neurobiałce. Nie ufam jej.

Koc lekko się poruszył, a Din westchnął:

—  Co masz przeciwko Onej?

—  Ma  na  ciebie  zdecydowanie zły wpływ. To kobieta zepsuta, bez serca. A 

poza tym, czymŜe jest w porównaniu ze mną? Czy moŜe być w  kaŜdej chwili  liną i 

kulą, przyjacielem i kalkulatorem?

Znów koc drgnął, a Dinowi zaczęło robić się coraz bardziej głupio. Mysia 

zbliŜyła się do łóŜka.

— Pozwolisz, Ŝe połoŜę się obok ciebie? — zaproponowała, ale poniewaŜ Din 

nie wykonał Ŝadnego zachęcającego gestu ciągnęła na stojąco. — Ech, mogłabym 

unieszkodliwić tę neurobiałkę jednym ruchem. Wiesz, Ŝe dysponuję mocą 

pięćdziesięciu koni mechanicznych. Din wstrząsnął się i wypuścił powietrze.

—   Ale potrafię teŜ być bardzo delikatna. Mogę cię o tym przekonać... — 

urwała i szybko cofnęła się pod ścianę.  

—   Niedobrze, ojciec tu idzie.

Wszedł Myślacz. Zabłysło światło. Din poderwał się, koc się zsunął i ukazała 

się Ona w niezbyt przyzwoitej pozycji.

Mysia wykonała jadowite syknięcie, ale nie zrobiła Ŝadnego gestu. Zresztą 

Myślacz wyglądał tak powaŜnie, Ŝe trudno było zajmować się czymś innym. TuŜ za 

nim wszedł do pokoju Max.

—  Niedobrowato,  niedobrowato... — zasapał stary umysłowiec.

—  Co  się  stało?  — spytała  chórem  trójka ludzi.

— Wzburzeństwo w Robotkowie.

Niepokoje w mieście automatów utrzymywały się juŜ od paru dni.  Nastroje 

background image

wywołane

pojawieniem się ludzi, i to coraz liczniejszych, moderowane przez garstkę 

umysłowców przerodziły się w społeczny ferment. Skądś wygrzebano proroctwo o 

nadejściu „Dnia śmierci", która zjawi się wraz z czwórką ludzi (W samej rzeczy, od 

chwili przybycia Trzeciego było ich czworo). Androidy z natury nieufne wobec ludzi, 

zazdrosne i podejrzliwe, obecnie przestały hamować swe emocje. Nastrój zagroŜenia 

potęgowały coraz częstsze przeloty kręgłolotów zwiadowczych oraz szereg znaków 

na niebie i ziemi rozgorączkowujących wyobraźnię zabobonnych maszyn. Oto doszło 

do zagadkowych iskrzeń w sanktuarium Anody i Katody. Zmatowiał święty kryształ, 

z centralnego transformatora wyciekł płyn w kolorze ludzkiej krwi, a tęcza, która 

pojawiła się na południu nieba była pęknięta w środku, Od późnego popołudnia 

grupki automatów poczęły gromadzić się na rogach uliczek dyskutując zaciekle. Ktoś 

prawił o komecie, inny  piorunie z bezchmurnego nieba, który zdruzgotał pomnik 

Półprzewodnika na Wzgórzu Błogosławionej Cybernetyki.

Nastrój niepokoju potęgowali elektronowi wyjcowie, kulawe zdefektowane 

automaty, szepczące, Ŝe „obcy" niosą nieszczęście, demontaŜ i spadek napięcia w 

akumulatorach.

Z nastaniem wieczoru tłumy zgęstniały. Wznoszono nieprzyjazne okrzyki 

równieŜ wobec umysłowców, którzy po nieudanych próbach apeli i uświadomień dali 

spokój i obecnie woleli nie wyściubiać szypuł ze swoich pieleszy. Nie wiadomo, kto 

pierwszy rzucił okrzyk:

—  Zdemontować neurobiałków!

Hasło przelało czarę napięcia. Z luźnych grupek uformował się pochód 

zsynchronizowany strachem i gniewem. Milczący tłum maszerował grzechocąc tylko 

blachami po mrocznych ulicach i rosnąc jak rzeka w czasie wiosennej odwilŜy. Z 

progu świątyni Myślacz na próŜno wzywał do opamiętania. Posypały się w jego stronę 

kamienie, które z trudem odrzucił polem antygrawitacyjnym. Tłum szedł stosunkowo 

wolno, zdąŜył więc go wyprzedzić i wpaść do domu. Czasu jednak pozostało 

niewiele,

Mysia otworzyła okno. Niebo trochę szarzało. Złowieszczy chrzęst 

elektronicznej czerni był coraz bliŜszy.

—  Walczymy? — zapytał bojowo Max. Myślacz pokręcił szypułą.

—  Wytyłowujemy!   —  zakomenderował  tonem  nie  pozostawiającym  

czasu  na  sprzeciw.

background image

Tylnymi drzwiami wydostali się na pustawy placyk, dwójka steranych 

wiekiem androidów nie stworzyła im powaŜniejszych przeszkód, jednego obalił Max, 

drugiego Mysia cisnęła mimochodem na dach trzypiętrowej rudery.

Tłum zmiarkował, Ŝe zdobycz się wymyka, Włączono indywidualne światła, 

przyspieszona biegu. Za późno. Uciekinierzy na materacu powietrznym utworzonym z 

ciał umysłowców oddalali się w zawrotnym tempie. Ścigały ich wściekłe okrzyki 

pogoni:

— Wyłapie pechowaczy! Zdemontować! Wyofiarzyć elektrobogom!

Nie zatrzymali się, aŜ na przełęczy między wzgórzami. Dopiero tu Onej udało 

się dopiąć niekompletną garderobę. Na wszelki wypadek siedziała na części materaca 

uformowanej z Myślacza a nie z umysłówki. Zdołali juŜ trochę ochłonąć, kiedy Max 

zadał przytomne pytanie:

—  A Trzeci?

—  Rzeczywiście — krzyknął Din — zostawiliśmy  Trzeciego na pastwę tej 

dziczy.

—  Nie strachatujcie się — uspokoił Myślacz — było wysłaństwo dwóch 

umysłowców do zabezpieczanki.

— Na pewno wkrótce do nas dobiją...  — dodała Mysia — A jak androidy się 

uspokoją wrócimy.

Mimowolnie popatrzyli na kotlinę, na spokojne w tej chwili Robotkowo. 

Słońce wynurzające się zza gór wycinało z cienia nieregularną linię dachów. I nagle 

powietrze wypełnił przeciągły świst.

Ciepły podmuch rzucił ich o ziemię.

Kiedy zerwali się na nogi, daremnie wypatrywali śladów miasteczka. W 

ś

rodku doliny ziała goła skała, bez Ŝadnych śladów budowli czy choćby ruin. 

Wszystko zniknęło.

— Piguła antymaterii — fachowo ocenił stary Kapłan Wielkiego Kryształu.

background image

Rozdział XIII

Jan Milion ocknął się po długotrwałym omdleniu spowodowanym nie tyle 

wielogodzinnym katowaniem ogłupiającą szołowizną ile ostatnią dawką mocnych 

wraŜeń, GLOK nie odmówił sobie Ŝadnej przyjemności zadawania bólu. Pokazał 

wierny przebieg rokowań z Trzecim wraz ze wszystkimi wątpliwościami 

superintelektualisty i zawartą ugodę. Mikrokamera doprowadziła Trzeciego i Quartę 

aŜ do pneumii. Potem na ekranie pojawił się schemat automatycznej krasnalki, z 

którego wynikało, Ŝe robótka jest właściwie potęŜną bombą antymaterii o sile sześciu 

ładunków standardowych, tak zwaną six-bombą. Wobec niemoŜliwości posługiwania 

się wyrzutniami istniał jeden tylko sposób dostarczenia ładunku dezintegracyjnego do 

obiektu mającego ulec zniszczeniu. Ładunek musiał pójść na własnych nogach.

Zaczęło się odliczanie. Trzynaście godzin! Na jednym z ekranów, pojawił się 

zegar idący wstecz, przy czym kaŜda z minut była obwieszczana złowieszczym 

trzaskiem.

Dla urozmaicenia tortury na sąsiednim, ekranie emitowano migawki z Ŝycia 

Dina, przechowywane w superpamięci Globalnego Komputera, sceny z nauczalni, z 

domu, przebieg ucieczki aŜ do zniszczenia pneumii, incydent i Maxem w megabloku 

nr 2.

Jan miotał się po telewizyjnym jajku, walił pięściami w nieczułe ekrany, klął, 

płakał, błagał NajwyŜszy Obwód o wstrzymanie odliczania. Wszystko na próŜno. 

Tylko co pewien czas na ekranie rozbłyskał napis: „Litość dla buntowników gubi 

hegemonów",

A jednak Dziesiąty ciągle wierzył, Ŝe zdarzy się cud. Najpierw łudził się, Ŝe 

odliczanie zostanie przerwane po godzinie, potem — Ŝe po dwóch. Odsuwał 

kategoryczny moment zastopowania procesu coraz dalej. Tymczasem została juŜ tylko 

godzina, pół godziny, dziesięć minut! Na monitorze ukazał się widok Robotkowa 

widziany z pokładu krągłolotu zwiadowczego. Sygnał sekundowy i minutowy stał się 

jeszcze głośniejszy. Jan zamknął powieki, zacisnął pięści aŜ do bólu. A kiedy gwizd 

oznajmił, Ŝe unicestwienie dokonało się  po prostu zemdlał.

background image

Kiedy po jakimś czasie wrócił z niebytu do swego ciała, było to jakby 

naciąganie skafandra fizyczności innego człowieka.

Nie znajdował się juŜ w jajku. Najwyraźniej przewieziono go w czasie 

zamroczenia. Wstał i próbował utrzymać równowagę na chwiejnych nogach. 

Znajdował się na opustoszałym korytarzu o zakurzonych ścianach. ZbliŜył się do 

najbliŜszej tabliczki informacyjnej:

—  Megablok V, poziom 345, sektor C, ulica 37 — odczytał. A zatem 

znajdował się w zupełnie   innej   aglomeracji.   Szedł dalej,   minął skrzyŜowanie z 

tunelem express-pneumii, najwyraźniej od dawna nie uŜywanym. Cała budowla robiła 

wraŜenie niezamieszkałej od  lat, Zdemolowane sześciany wypełniały pokruszone 

syntetyki, spod nóg  „turysty  mimo  woli” uciekały stada myszy i szczurów.

—  Czym one się Ŝywią  u diabła, sobą? — zastanowił się przez moment.

Ś

wiatło jarzyło się słabo. Klimatyzacja nie działała, natomiast hulające 

przeciągi świadczyły, Ŝe istnieje jakieś wyjście na zewnątrz. Minął parę sztolni 

wentylacyjnych o wilgotnych ścianach porosłych pleśnią, skorodowane zwłoki robota 

bez głowy. Schody ruchome-stęŜały na zawsze, po prędkochodnikach nie pozostało 

nawet wspomnienie. Tworzywo, z których je wykonano stanowiło ulubione menu 

szczurów.

Na jednej z krzyŜówek czyjaś ręka wydrapała, snadź w największym 

pośpiechu: „TĘDY UCIEKAĆ!"                             .

Jan wzdrygnął się. Przez moment zastanawiał się, co mogło być przyczyną 

kataklizmu, który nawiedził ten megablok. Z kalendarza znalezionego w którymś z 

mieszkań wynikało, Ŝe do dramatu doszło przed dwudziestu pięciu laty... Nic więcej. 

Czy był to bunt, epidemia, masowy atak histerii czy jakieś inne powody — trudno 

dociec. Idąc naprzeciw świeŜemu powiewowi dotarł do ściany szczytowej. Przez 

szerokie pęknięcie w murze wyszedł na zewnętrzny gzyms. Ścianę przed laty 

pokrywały baterie słoneczne, obecnie większość z nich była zniszczona, skorodowana 

bądź nieczynna. Patrząc w dół widział dolinę pokrytą odpadkami, ruinami i 

ś

mieciami. PróŜno szukałbyś tam najmniejszego nawet przejawu Ŝycia. A wiec obawy 

Neda okazały się uzasadnione...

Bezszmerowo zjawił się obok Jana dyszowózek. Jego głośniczek buczał 

zachęcająco:

—  Dokąd chciałbyś  wyruszyć,  Janie Milionie, dokąd chciałbyś. wyruszyć...?

— A więc zdegradowano mnie z Dziesiątego — pomyślał z ulgą. Nie miał 

background image

jednak, ochoty jeździć gdziekolwiek. Spoglądał na śmietnisko ciągnące się kilometr 

pod nim. Ciekawe, jak długo musiałby lecieć tam, w dół.

—  To zawsze zdąŜysz, to zawsze zdąŜysz! — zagdakał jasnowidzący 

komputerek z wózka —  wsiadaj, pozwiedzamy!

—  Nigdzie nie wsiądę, jeśli najpierw nie dowiem się, co się stało z 

mieszkańcami megabloku?

—  Smutny przypadek awaryjny, smutny przypadek awaryjny. Nastąpiło 

kiedyś uszkodzenie   głównego zasilacza połączone z katastrofą zasilania 

zapasowego, parę dni bez energii,  powietrza, ciepła, wystarczyło?

—  A wiec zrobiliście to wy! Łotry!

—  Nie znam konkretów, jestem za młody — odpowiada głośniczek.

—  To zapytaj swego szefa, on wie!

— Jestem automatem niskofunkcyjnym, nie mogę kontaktować się z centralą 

bez jej polecenia, to ona zawsze łączy się ze mną.

Jan jeszcze raz rozgląda się po spękanej ścianie aglomeracji. Myśli o 

kataklizmie, który miał tu miejsce. Nie ma wątpliwości — GLOK organizował 

przestrzeń Ŝyciową dla swych podopiecznych, umysłowców, którzy jednak 

zbuntowali się przeciw tym dobrodziejstwom.

— Pospiesz się — przynagla brzęczyk — pojedziemy do twego megabloku, po 

drodze mamy  duŜo ciekawych rzeczy do zobaczenia. Całą prawdę. I tylko prawdę.

Machinalnie wsiada.

Dyszowózek przypomina boŜą krówkę. Wypuszcza spod wierzchnich pokryw 

przezroczyste skrzydełka, pluje paliwem, startuje. Początkowo lecą powoli, skosem 

wznosząc się obok grani megabloku. Przez prześwity rozwalonych ścian widać 

zrujnowane wnętrza, potoki Ŝłobiące sobie drogę przez dawne siedziby ludzi. Potem 

szybkość wehikułu wzrasta, mijają dach pokryty resztkami zdziczałych kolonii 

glonów spoŜywczych, których dawno nikt nie kultywował. Jest wspaniały, 

bezchmurny dzień. Powietrze rześkie. Wokół Jana zamyka się przezroczysta kapsuła 

kabiny.

—   Zaraz zrobi się zimno i mało tlenu — Słychać informację. Są juŜ tak 

wysoko, Ŝe krzywizna Ziemi staje się doskonale widoczna. Pod nimi  rozpościera się 

mapa kontynentu,  kiedyś kwitnącej ojczyzny  jego ojców... Widać morza, na których 

daremnie  szukałbyś  plamek wielkich tankowców, które przed laty ciągnęły gęsiego  

wzdłuŜ,  wszerz  i   w  poprzek, widać  olbrzymie bryły megabloków wyglądających 

background image

jak bezuŜyteczne  bańki  postawione  na  martwych plecach planety.

Nic nie pędzi po dawnych autostradach, liniach kolejowych. Cisza zalega eter i 

przestrzeń powietrzną.

—   Mieszkasz w ostatnim czynnym  megabloku —  informuje  bzykacz.  To 

tam,  na  południu...   Zaraz  dotrzemy  na miejsce. A moŜe chcesz jeszcze trochę 

pozwiedzać,    zobaczyć szczątki ParyŜa, Rzymu.

—  Nie, nie chcę.

Standardowy sześcian mieszkalny na niezbyt wysokim poziomie. Numer 

2345242 wraz z małŜonką śledzą jak co dzień oglądnik  trójwymierny. Są młodą parą, 

niedawno skompletowaną; dlatego nie poprzestają na  oglądaniu, ale nawet co pewien 

czas wymieniają uwagi śona: — Pyszna szołowizna! MąŜ: — Niezła! A właśnie, jak 

przyjęłaś dzisiejsze promienie spoŜywcze? śona: — Były niezwykle poŜywne, MąŜ: 

— Wiesz, kiedy siedziałaś   w kabinie, ogłoszono wyniki loterii. Chyba wygraliśmy 

nagrodę dwunastego stopnia. Dwudniowe wczasy w pneumii, śona: — Daj spokój. 

Dokąd będziemy się ruszać. Źle nam w domu?

Rozmowę mąci dzwonek anonsowacza, staromodnego urządzenia przy 

przenikliwej ścianie, pochodzącego z czasów kiedy ludzie, z bliŜej nieokreślonych 

powodów składali sobie wizyty. Gospodarze nie reagują. Być moŜe biorą gong za 

złudzenie słuchowe. śona przeciąga się w fotelu. śona: — Wiesz, dawnośmy się nie 

pomiłowywali.

MąŜ: — (wzruszając ramionami) TeŜ ci barbarzyństwa w głowie. Weź dawkę 

„rozkoszolu" i będzie spokój.

Anonsowacz rozlega się ponownie, agresywnie. Niechętnie odwracają głowy.

—  PrzecieŜ nikogo nie zapraszaliśmy — mówią równocześnie. Jasne, Ŝe nie 

są to sąsiedzi z sąsiadami raz na rok  porozumiewają się za pomocą oglądnika.

ś

ona: — MoŜe przylazł jakiś robot — sześcianokrąŜca. Pamiętasz, dwa lata 

temu nachodził nas taki jeden. Proponował dla rozrywki czopki agresji i inicjatywy.

MąŜ: — (ostro po kolejnym sygnale) Poszedł won!

Mimo to Jan wszedł, i nie zwaŜając na skonsternowane miny gospodarzy, 

przedstawił się grzecznie.

—  Zaszedłem do państwa przypadkowo- zaczął — chciałbym jednak 

porozmawiać.

background image

—  MoŜe pastyleczkę relaksującą?  — zapytał 2345242-gi.

Nie mam zamiaru się relaksować , ani otępiać — odpowiedział Milion — 

państwu teŜ nie radzę. Sytuacja jest zbyt powaŜna. Gospodarze wyrazili zdziwienie. 

Jaka sytuacja.

dlaczego powaŜna? Cały czas patrzą w oglądnik i tam niczego, podobnego nie 

podali, przeciwnie — wszędzie roboty oddają coś przed terminem, hobbyści 

podejmują zobowiązania, a cala ludzkość kwitnie w trzydziestu dziewięciu 

megablokach.

—  A jeśli to nieprawda? Jeśli nie kwitnie? — ton  intruza  robi się 

dramatyczny.

Młodzi spoglądają na niego z politowaniem.

—  Dlaczego nieprawda? — pyta Ŝona  — przecieŜ podawali w oglądniku.

Jan nie moŜe się juŜ dłuŜej opanowywać.

— A jeśli wszystko jest nieprawdą od początku do końca. Jeśli fałszywa wizja 

rzeczywistości to cząstka programu zidiociałej maszyny, która zaprogramowała sobie 

wyniszczenie ludzkości? Czy nigdy nie odczuwaliśmy, Ŝe jesteśmy więźniami 

rozmyślnie przykutymi do tej celi? Manipulowanymi przez automaty, otępianymi 

przez promienniki, ogłupianymi szołowizną!!!

—  Pan jest zdenerwowany, pewnie chory — mówi gospodyni.

Jan Milion przestaje panować nad sobą, zaczyna tupać, złorzeczyć, zdaje sobie 

sprawę, Ŝe w tym momencie wiarygodność jego przemowy spada do zera. Lokatorzy 

sześcianu patrzą na niego jak na wariata, który pragnie burzyć ich spokój i 

stabilizację. Największym wysiłkiem opanowuje się. Wciąga powietrze:

—  Spróbujmy razem troszkę pomyśleć...

—  Ale po co myśleć — wzrusza  ramionami gospodarz — od myślenia są 

kalkulatory.

—  Pan  zdaje się za duŜo myślał  i  proszę, jakie są wyniki — dorzuca jego 

Ŝ

ona. — Pańskie pomysły są  absurdalne,  krzyczy pan o zagroŜeniach, manipulacji. 

Czy my jesteśmy przez cokolwiek manipulowani? Szołowiznę oglądamy dla 

przyjemności, dowolnie wybieramy towary z katalogów, a gdybyśmy chcieli wyjechać 

gdziekolwiek na wycieczkę, to nie ma przeszkód.

—  No to spróbujcie wyjechać!!!

—  Ale po co?

—  Po  to, Ŝeby spojrzeć gdzieś z boku na własne dotychczasowe  Ŝycie,  Ŝeby  

background image

przekonać się, jak jest naprawdę, Ŝeby zobaczyć, jak świat wyludnia się, zamienia w 

pustynię... Do diabła! I wy to nazywacie porządkiem i ładem.

Incydent trwa stanowczo za długo. MałŜeństwo odczuwa coraz większy 

niesmak. Nie przestają się uśmiechać. 2345242 sięga w stronę nawiewu dobrego 

samopoczucia.

—   Nie! —  krzyczy Jan  —  jeszcze chwilę. Posłuchajcie mnie, jesteście 

młodzi, niewiele starsi od mojego syna. Znaczy, kiedyś miałem syna, ale GLOK go 

zabił, ten przeklęty numeryczny wampir. Nie, nie, jestem spokojny, zupełnie 

spokojny. Postarajcie się mnie   zrozumieć. Trzeba wyjść z sześcianu, trzeba wyrwać 

się...

Gospodarze mają najwyraźniej dosyć. Jednym okiem łypią na program 

rewiowy w oglądniku. Ten wariat pozbawia ich ulubionej szołowizny. Milion błaga. 

Rzuca się na kolana.

Irytuje ich to jeszcze bardziej. MąŜ uruchamia Indywidualny Odbiornik i prosi 

o zaprowadzenie porządku w mieszkaniu. Jan wie, Ŝe me mina dwie minuty od 

zgłoszenia, a czuje w plastikowych hełmach przywrócą numeryczny spokój. Wycofuje 

się.

Dyszowózek dawno zostawił na zewnątrz. PodróŜuje po swoim megabloku 

pneumią, zagląda do wybranych na chybił trafił mieszkań, spotyka róŜnych ludzi, 

starych i młodych, łysych i włochatych, białych i negroidalnych. Wszędzie spotyka się 

najpierw z niedowierzaniem, potem z politowaniem, a na koniec z wrogością.

— A więc GLOK wychował sobie wreszcie społeczeństwo, jakiego pragnął — 

szepce do siebie.

Narasta ogromne znuŜenie. Czuje, jakby dźwigał na sobie cały megablok, a nie 

ma juŜ siły.

Indywidualny Odbiornik, który wraz z obroŜą nie wiadomo kiedy pojawił się 

na jego szyi, monotonnie do znuŜenia powtarza tylko jedno zdanie:

—  Czy to warto, czy to warto, czy to warto?

Wreszcie ze wszystkich pragnień zmiany, rewolty, prawdy pozostaje tylko 

dwa: odpocząć i zapomnieć. Skoro nie ma innego wyjścia. Kolejny sześcian, kolejna 

przenikliwa ściana i kolejny nieŜyczliwy głos z wewnątrz. Milion. wchodzi. W środku 

samotna kobieta przed oglądnikiem. Drobna, siwiejąca. Jakby znajoma. Milion nie ma 

siły na agitację, chciałby usiąść... Tymczasem kobieta odwraca głowę, w jej oku 

pojawia się radosny błysk. Zrywa się z miejsca.

background image

—  Wróciłeś, Janie! Nareszcie wróciłeś! BoŜe! A tak się bałam. Ale nigdy nie 

przestałam wierzyć, Ŝe wrócisz.

Absolutnie biernie pozwala się ściskać, całować. Sam teŜ machinalnie całuje i 

gładzi Ŝonę po włosach.

—  Obiecywali  mi  męŜa   zastępczego,  odmówiłam, wiesz, ile się musiałam 

nawojować, na-zwodzić? Ale ja ci nie daje dojść do głosu, mów, gdzie byłeś?... tyle 

czasu... tyle ciekawych programów przez ten czas nadawali...

—  Trochę zwiedzałem — mówi  bezbarwnie Jan.

Włącza nawiew antyemocjolu, przełyka pastylkę regeneracyjną. Zaraz będzie 

mu dobrze. Błogie ciepło wypełnia obolałe ciało i jeszcze bardziej obolałą duszę. 

Fotel przed oglądnikiem usłuŜnie układa się do siedzenia właściciela łasząc się przy 

tym jak stary, wierny pies. Papucie same wślizgują się na stopy, które wcześniej 

obmyła elektrogąbka.

Pani Janowa patrzy na męŜa wzrokiem uspokojonej kwoki. Nareszcie 

wszystko wraca do normy, na pewno niedługo wróci Din na kolejną dobę 

familiaryzacji. MąŜ wprawdzie mocno zmizerniał i wychudł — na pewno jednak 

wkrótce dojdzie do siebie. A moŜe wreszcie skończą się jego okresowe chandry, które 

nachodziły go ostatnimi czasy.

Pani Janowa dobrze wie, Ŝe w jej męŜu egzystowało naraz dwóch ludzi. Ten 

pierwszy zdecydowanie nie pasował do ery numerycznej. Przykładem — choćby ich 

poznanie wbrew zaleceniom komputera genetycznego. Przez głowę przelatuje 

kolorowa taśma wspomnień: romantyczna miłość dwojga ludzi wbrew ustalonym 

zasadom. Spotkania w zakamarkach, w których nie mogły wypatrzeć ich czuje. 

Wspólne spacery po sztucznych ogrodach w dolnej części megabloku. Pierwszy 

pocałunek. Pierwsza noc spędzona razem. MałŜeństwo u starego zdezelowanego 

komputera wyraźnie nie przejmującego się wytycznymi swego mocodawcy, Potem 

potępienie testatora, degradacja na parę lat. Na szczęście zawsze byli razem. Dopiero 

potem z wolna dochodził w Janie do głosu ten drugi, wychowany na mleku w 

proszku, ideologii w pastylkach i Ŝyciu według regulaminów. Uczciwy, sumienny, 

zdyscyplinowany — wyŜywający się w dozwolonych ćwiczeniach gimnastycznych. 

Czasami smutny, czasami zbyt bezbarwny. Teraz najwyraźniej ten homo labilis 

zwycięŜył.

Tymczasem Milionowi udało się włączyć ulubiony siedemnasty kanał z 

historyjkami o plastikowych zwierzętach z cyklu „świat, który musiał zginąć". 

background image

Równocześnie zaŜył pastylkę zapomnienia i jest szczęśliwy.

ś

ona teŜ sięgnęła po fiolkę. Potem ujęła Jana za rękę i wpatrzona w 

trójwymierny oglądnik czuła, Ŝe oboje rozpływają się w nirwanie relaksu i bezsensu.

Rozdział XIV

Szli głównie nocami. Dlatego trudno nam jest opisywać dokładnie mijane 

pejzaŜe, zresztą nawet niespecjalnie warto, gdyŜ były to przewaŜnie ponure nieuŜytki. 

Skały przeplatały się z kawałkami Ŝwirowatych pustyń, trudne do zidentyfikowania 

ruiny miast porastał suchy drobnokrzaczasty busz — naprawdę nic ciekawego.

Nastroje maszerujących łagodnie mówiąc prezentowały się marnie. Zapasy 

pastylek były na ukończeniu, ludzie ledwie szli, a dwójka umysłowców przypominała 

własne cienie. Zagłada Robotkowa podłamała ich psychicznie. Natomiast zniszczenie 

ś

wiątyni Anody i Katody — mimo zaprzeczeń Myślacza — pozbawiło ich stałej 

dawki regeneracyjnej, którą — jak moŜna się domyśleć — dostarczały codzienne 

background image

modły. W obecnym stanie mogli oczywiście wytrzymać bardzo długo bez 

regenerowania lub zgoła się bez niego obywać — tyle, Ŝe o lataniu nie moŜna juŜ było 

nawet marzyć, a proste dotychczas przeistaczanie się w postać kobiecą kaŜdorazowo 

kosztowało Mysie bardzo wiele wysiłku. Niemniej zdecydowana była utrzymać swe 

ludzkie kształty za kaŜdą cenę, mimo, Ŝe w rzadkich chwilach wypoczynku 

rozanielony wzrok Dina podąŜał wyłącznie za Oną.

Max zachowywał się inaczej, jego zachowanie pozornie chłodne wobec dwu 

pań cechował dystans i elegancja. Tylko czasami pod wieczór dyskretnie dawał do 

zrozumienia umysłówce, Ŝe jeśli wyraziłaby ochotę... to on, osobiście zawsze lubił 

mocne wraŜenia. JednakŜe wszystkie cierpienia fizyczne, lęk przed odkryciem (mimo 

Ŝ

e krągłoloty jakby o nich zapomniały) stanowiły tylko cząstkę udręki niedoszłych 

buntowników. Najbardziej dławiło ich poczucie klęski, klęski tym boleśniejszej, Ŝe 

odniesionej bez walki i w dodatku na progu prawdopodobnego zwycięstwa. Teraz 

nawet największy optymista musiał przyznać, Ŝe nie mają Ŝadnych atutów wobec 

GLOKa. Gorzej, przed trojgiem ludzi stanęła perspektywa śmierci głodowej.

Dlatego Myślacz narzucił forsowny marsz.

—  Za górami — dowodził — prawdopodobnie zachowały się  resztki  Parku 

Narodowego,

 moŜe tam znajdę jakieś poŜywienie, które pozwoliłoby przetrwać.

—  A co będzie z wami? — pytał Max.

—  O to się nie martwcie — odpowiadała Mysia — kiedy juŜ zabezpieczymy 

waszą egzystencję, zbudujemy sobie świątynię regeneracyjną. Sił nam wystarczy.

Trzeciej nocy nastąpił kryzys. Ona oświadczyła kategorycznie, Ŝe nie pójdzie 

nawet kroku dalej. Max zemdlał z wycieńczenia (ciągle jeszcze nie mógł wrócić do 

pełnej sprawności), a Din dostał gorączki. Na dodatek zawieruszył się gdzieś stary 

umysłowiec, tak Ŝe snu gromadki ludzi strzegła jedynie Mysia, płosząc roboty 

drapieŜne, które całą noc buszowały w  zaroślach.

Nad ranem Max obudził się z nerwowego snu. Dygotał z zimna. Myślacza 

nadal nie było,

—  CzyŜby wybrał metodę „ratuj  się  kto moŜe"?

Aliści o wschodzie słońca umysłowiec zjawił się przynosząc w fałdzie skórnej 

litr świeŜej wody i trochę zerwanych leśnych owoców. Najbardziej pokrzepiło 

zbiegów jego oświadczenie, Ŝe koniec ziemi jałowej jest tuŜ tuŜ.

I rzeczywiście, po paru kilometrach krajobraz uległ zmianie. Zazieleniły się 

background image

wąwozy, sucha, spękana ziemia ustąpiła miejsca bujnej roślinności. Tu i ówdzie 

pojawiły się kępy liściastych zagajników, a trochę dalej małe wesołe źródełka zaczęły 

cieszyć oczy i spragnione usta.

Jak ocenił Myślacz, w ciągu ostatnich lat dawny Park Narodowy, który 

przetrwał zapewne dzięki niedopatrzeniu jakiegoś niesumiennego robota nie tylko nie 

zmarniał, ale rozszerzył się, atakując zieloną falą okoliczne nieuŜytki. Przyroda była 

w wyraźnej kontrofensywie. Pod wieczór maszerującym wydało się, Ŝe słyszą śpiew 

ptaka, zaś z bagnisk dolatywały głosy Ŝab. Wreszcie, kiedy drogę przebiegł im 

autentyczny zając, od stu lat podobno całkowicie  wytępiony, znaczna otucha  

wstąpiła  w serca uciekinierów.

Dalszy marsz mijał się z celem. Postanowili załoŜyć obozowisko. Lasy 

dookoła obfitowały w dzikie owoce, w potoku pełno było ryb... Wprawdzie Ŝołądki 

ludzi ery numerycznej fatalnie znosiły barbarzyńską karmę, ale Myślacz pasł ich 

węglem drzewnym.

Nazajutrz zdecydowano się rozdzielić. Max ze starym umysłowcem 

postanowili spenetrować okolicę (a nuŜ trafią na jakichś ludzi, umysłowców bądź 

inne istoty rozumne), natomiast Din i Ona mieli pozostać pod opieką Mysi aŜ do 

całkowitego nabrania sił. I faktycznie, na opiekę narzekać nie mogli. Zwłaszcza Din. 

Umysłówka zachowywała się jak najlepsza pielęgniarka, gosposia i matka. Krzątała 

się wokół posłania z liści, przynosiła dojrzale maliny i leśne poziomki, a wieczorami, 

gdy zasypiał, trzymała go za rękę pilnując, Ŝeby przez sen nie strącił maty, którą dla 

niego utkała.

Ona, która nie wymagała takiej opieki, przewaŜnie snuła się chmurna i 

zamyślona, nie bardzo mając okazję podejść do Dina, a gdy uzbierała mu trochę 

owoców, Mysia wyrzuciła je w krzaki, wołając, Ŝe są trujące.

Dopiero gdy noc była w pełni, kiedy Onę i Dina zmorzył sen, myślaczka z 

uczuciem ulgi wracała do swojej gruszkowatej postaci, trzema nibyrączkami 

odpędzając komary a czwartą chłodząc rozgorączkowane czoło chłopaka.

Zaś upewniwszy się Ŝe śpiący nie moŜe jej usłyszeć — powtarzała cicho, 

nieśmiało, ale zdecydowanie:

— Musisz być mój, ty mały, śmieszny człowieczku — musisz! śebyś ty był 

rozsądny! Co widzisz w tej niewiernej kobietce? Czy jesteś ślepy, Ŝeby nie zauwaŜyć 

róŜnicy, nie dostrzegać mojej doskonałości, którą mimo dzielącego nas dystansu 

gotowa jestem oddać tobie?...

background image

Poranek    zapowiadał    się  prześlicznie. Din, któremu gorączka nareszcie 

ustąpiła ruszył sprawdzić, czy nic nie złapało się w sidła, które zgodnie z recepturami 

starych filmów próbował zmajstrować poprzedniego dnia. Po drodze zaintrygował go 

ciemny wlot jaskini połoŜonej tuŜ nad nurtem potoku, pod malowniczym nawisem 

skalnym. Jak kaŜdy z jego rówieśników nigdy nie rezygnował z okazji zajrzenia do 

podziemnej dziury. Przebrodził przez wodę zalegającą korytarzyk wejściowy i juŜ po 

chwili znalazł się wewnątrz. Grota częściowo wypełniona była wodą, światło 

przedostawało się przez nią i tworzyło niezwykły błękitny półmrok. Gdyby Din 

zwiedzał kiedykolwiek Włochy, na pewno nasunęłaby mu się analogia z Grotą 

Lazurową na Capri. JednakŜe obecnie zafascynowało go coś innego — wiotka postać, 

która siedziała nad wodą i czesała swoje włosy. Ona! CzyŜby czekała tu na kogoś?

— Wiedziałam, Ŝe przyjdziesz — uśmiechnęła się do młodzieńca.

— To przypadek...

Nie odpowiedziała, tylko podbiegła i przytuliła się do niego.

—  Nareszcie sami — szepnęła.

Spłoszony zrobił krok do tyłu i nie wiadomo, czy potknął się o coś, czy teŜ 

młoda macocha podstawiła mu nogę, dość, Ŝe przewrócili się oboje na piasek miękki i 

drobny.

LeŜał jak przewrócony na grzbiet karaluch bojąc się uczynić jakikolwiek ruch, 

który mógłby zepsuć nastrój. Nie musiał jednak nic robić, usta Ony posuwały się po 

jego ciele jak ramię sonografu i gdy wreszcie dopadły jego ust, otworzyły je aby 

wtargnąć do środka pełnią gorącej namiętności.

Z chłopakiem stało się coś zaskakującego, nagle cały niepokój prysnął, po 

męsku zamknął swe dłonie na szczupłych plecach dziewczyny, przewrócił ją na 

piasek i nakrył sobą.

—  Kochaj mnie — szepnęła luksusowa.

W korytarzu prowadzącym na zewnątrz rozległ się chlupot. Ona westchnęła, a 

Din zerwał się poprawiając ubranie. Do jaskini weszła umysłówka.

— Bardzo dobrze, Ŝe cię znalazłam, Din — mówi bez wstępów, głosem nie 

zdradzającym Ŝadnych emocji — właśnie wrócił Max i musi się natychmiast z tobą 

zobaczyć. Czeka u wylotu doliny.

—  A nie mógł przyjść tu sam — pyta Ona.

—  Ma jakieś duŜe bagaŜe i prosi o pomoc. No, pospiesz się, mały!

Din wybiega zadowolony, Ŝe po paru dniach niewidzenia znowu zobaczy się z 

background image

przyjacielem. Z Oną przecieŜ będą mogli spotkać się później. NajwaŜniejsze, Ŝe 

pierwsze lody zostały przełamane.

—  Czekam na ciebie — woła piękna macocha.

Chce podąŜyć śladami chłopaka i wybiec na powietrze, ale Mysia zastępuje jej 

drogę. ZdąŜyła spurpurowieć, mocno fosforyzuje i nie przypomina Ŝadnej istoty 

człekokształtnej.

—  Chcesz mnie przestraszyć? — usiłuje wyminąć ją Ona.

—  Nie.  Chcę chwilę z tobą porozmawiać.

—  Proszę bardzo — dziewczyna mówi przesadnie uprzejmym tonem.

—  Wybij sobie z głowy tego chłopaka — cedzi umysłówka  —  on jest mój! 

Tylko mój...

—  AleŜ moja gruszeńko, jeśli  juŜ uŜywamy form dzierŜawczych, to przede 

wszystkim jest   mój pasierb!

—  Jokasta!  — prycha  Mysia antyczną  erudycją — miałaś mało wraŜeń?

—  Wolę być Jokastą niŜ amebą  —  odpala Ona.

— Szczerze  radzę, nie wchodź mi w drogę!

—  I nawzajem. Czy nie potrafisz być na tyle inteligentna, Ŝeby zrozumieć, 

jaki  wstręt  mój Din odczuwa do twego cielska. Ty kosmiczna pasztetówo!

Myślaczkę ogarnia furia, nie panuje nad sobą, wybiega z groty słysząc 

wzmocniony pogłosem triumfalny śmiech dziewczyny. Jej wzrok pada na skały 

wiszące nad wejściem, wyŜej nad nimi ciągnie się kamienisty piarg. W mgnieniu oka 

elastyczne ciało zmienia się w monstrualną koparkę. Wściekłość potęguje siły. 

Wyrywa jeden z wielkich głazów. Huk wypełnia kotlinę, piarg rusza. Jeszcze 

moment, a tony kamieni, głazów i ziemi zawalają właz do jaskini. Mysi ledwo udało 

się odskoczyć. Echo tłucze się w kotlinie, powodując osuwanie następnych 

kamienistych lawin w Ŝlebach. Myślaczka przytomnieje. Ogarnia ją strach. „Co ja 

zrobiłam" — szepce. Nie ma mowy nawet o odnalezieniu w olbrzymim rumowisku 

miejsca, w którym znajdowała się jaskinia. Umysłówka wysila swe zmysły i usiłuje 

przerentgenować górę, usłyszeć najmniejsze choćby odgłosy z wewnątrz. Na próŜno. 

Nie upływa parę minut, a Din jest z powrotem. Rzeczywiście spotkał Maxa, ale 

bagaŜ, który tamten miał ze sobą nie był taki wielki, Ŝeby pomoc była konieczna. Co 

do Myślacza, po prostu odprawił swojego ludzkiego kompana i sam kontynuował 

eksploracje.

— Na wszystkie cyfry świata! Gdzie Ona?! — woła Din.

background image

Umysłówka milcząc wskazuje rumowisko, Chłopak przypada do niego, 

szarpie wystające głazy, rani sobie palce, a po paru minutach widząc, Ŝe trud jest 

daremny, wybucha płaczem.

— Ostrzegałam ją, Ŝe przebywanie w jaskini jest niebezpieczne, Ŝe zbliŜa się 

wstrząs sejsmiczny, ale Ona uparła się, Ŝe będzie w środku czekać na twój powrót.

Stękając pod cięŜarem kosza z Ŝywnością i próbkami mineralnymi zbliŜa się 

Max. Jeden rzut oka na sytuację wyjaśnia mu wiele.

Parę tygodni minęło od opisanego wydarzenia. Nasi bohaterowie po 

przeniesieniu się parę kilometrów dalej w głąb zielonej krainy postanowili osiąść na 

dłuŜej. Nad brzegiem jeziora wznieśli niewielki szałas, obok niego Max z Mysią 

rozpoczęli próby wzniesienia elektrowni. Din udzielał się słabo w pracach kolektywu. 

O świcie obchodził wnyki, sprawdzał wędki, składał kwiaty u stóp usypiska, a potem 

przez cały dzień wpatrywał się w wodę. Nie potrafił się pozbierać. Oczywiście nawet 

przez głowę mu nie przeszło, Ŝe sprawcą zasypania Onej moŜe być młoda 

umysłówka. Wyrwany z normalnej struktury Ŝyciowej,  po utracie ojca (nie miał juŜ 

Ŝ

adnej nadziei na jego odnalezienie) i po śmierci dziewczyny, którą zaczynał kochać 

— a pierwszy raz w Ŝyciu kocha się dosyć mocno, nawet jeśli wybranka, serca jest 

grubo starsza — nie potrafił sobie znaleźć miejsca.

Inaczej Max. Ten zaadoptował się świetnie. Zawsze potrafił złapać najgrubszą 

rybę, natrafić na największego królika. Niewyczerpany w pomysłach próbował 

rozbawić Dina choć teraz rzadko to mu się udawało. Ale nie zraŜał się, podobnie jak 

nie zaniedbywał uwodzenia Mysi. Rozśmieszał ja kawałami, rozczulał drobnymi 

prezentami, ale zdobyć nie potrafił. I trochę go to denerwowało.

—  Co ta wspaniała „babka z piasku" (określenie dość prawidłowe, jako Ŝe 

jednym z głównych   składników   ciała   myślaczy   jest   krzem) co ta dziewczyna, u 

której nawet biust jest substancją   inteligentna, widzi w tym ponurym mięczaku? 

Albo niech się weźmie za    niego ostro, albo...

Max oczywiście lubił Dina, ale ich stosunek trudno nazwać równopartnerskim. 

Potrzebował kolegi raczej jako swego dopełnienia, interlokutora, tła. Sympatia w 

duŜym stopniu zabarwiona była pobłaŜliwością.

Prace nad budową elektrowni nie uszły, uwagi robotów drapieŜnych. 

Początkowo okolica, w której osiedli rozbitkowie z Robotkowa wydawała się 

całkowicie pusta, tylko nocami słychać było przeraŜające odgłosy walk androidów o 

resztki akumulatorów, zaś ponad wodą niosły się co raz odgłosy kanibalskich uczt. 

background image

Wieść, Ŝe budowana jest siłownia rozeszła się jednak bardzo szybko w świecie 

elektroszmelcu. Co rano, kiedy nasi bohaterowi wyglądali z szałasu, widzieli stada 

czworonoŜnych automatów, które z pewnej odległości przyglądały się im ponuro i 

niemo.

— Na razie jest spokój, ale w dniu, kiedy ruszy elektrownia, będziemy mieli 

sporo gości — stwierdził Max.

—  MoŜemy spróbować dogadać się — proponował Din.

Wszelkie jednak przyjazne kroki w kierunku androidów nie dawały rezultatu. 

Nieufni i dzicy, warcząc cofali się w oczerety. Z kaŜdym dniem było ich więcej, nie 

dziwota, Ŝe obaj chłopcy z duszą na ramieniu wychodzili na obchód zagajnika. Na 

razie jednak bestie schodziły im z drogi. Nawet ich prymitywne elektromózgi 

rozumiały, Ŝe do ukończenia prądnicy trzeba dać spokój kolonistom. Jednak 

najbardziej niepokojący był brak wiadomości od starego Myślacza.

Po odesłaniu Maxa z próbkami mineralnymi i mapką owocowych zasobów 

exrezerwatu ruszył w dalsza drogę obiecując wrócić najpóźniej po tygodniu. Po 

czterech dniach urwała się łączność telepatyczna z Mysią. Umysłówka 

poinformowała, Ŝe zasięg porozumienia wynosi plus minus sto kilometrów, i Ŝe z 

braku sygnałów nie naleŜy wyciągać zbyt daleko idących wniosków. Faktem jest, Ŝe 

przedłuŜająca się nieobecność patriarchy nie wpływała korzystnie na nastroje w 

małym kolektywie. Din podejrzewał pułapkę GLOKa, Max przeciwnie — uwaŜał, Ŝe 

Myślacz musiał trafić na coś tak ciekawego, Ŝe zaabsorbowało go to bez reszty. Mysia 

nie miała zdania. Zresztą i jej nastrój nie naleŜał do najlepszych. Nie wiemy, czy 

umysłowce odczuwają wyrzuty sumienia. W kaŜdym razie wspomnienie sprawy Onej 

nieraz powodowało u Myślaczki ostre bóle szypuły centralnej. Oczywiście nie dawała 

poznać tego po sobie, z anielską cierpliwością znosiła coraz napastliwsze zaloty Maxa 

(wprost proporcjonalnie do wzrostu jego męskiej ambicji), a ze swej strony nie 

ustawała w próbach pozyskania Dina. Początkowo usiłowała go prowokować, 

później, kiedy zauwaŜyła, Ŝe chłopak reaguje na karesy wyłącznie niechęcią, 

postanowiła go do siebie przyzwyczaić. Zachowywała się troskliwie, opiekuńczo, 

rychło jednak okazało się, Ŝe i ta forma kurateli ciąŜy młodzieńcowi. Wtedy udała 

obraŜoną, przestała się odzywać, ostentacyjnie tolerowała umizgi Maxa... cóŜ, kiedy 

zamyślony Din nawet nie raczył zauwaŜyć zmiany.

Po wyczerpaniu wszystkich innych metod pozostała ostatnia — postawienie 

sprawy otwarcie. Korzystając z tego, Ŝe Max w poszukiwaniu złomu miedzianego 

background image

wypuścił się gdzieś dalej, Mysia przybrała najbardziej kuszącą wersję, swej 

powierzchowności i podeszła do ukochanego, który w zamyśleniu puszczał kaczki na 

lustrzanej tafli jeziora nie zwracając uwagi nawet na stadko androidów przyczajone 

po przeciwległej stronie wody.

—  Popatrz na mnie i powiedz, jak ci się podobam? — zagadnęła.

—  Jesteś bardzo ładna  — powiedział  obcinając ja krótkim spojrzeniem.

—  Jak bardzo — dopytywała dalej.

—  Absolutnie.

—  A nie myślisz, Ŝe powinieneś wreszcie otrząsnąć się z przygnębienia? 

Ś

wiat naprawdę moŜe być bardzo fajny, jeśli popatrzymy na niego razem.

Chłopak wzruszył ramionami. 

—  PrzecieŜ   patrzymy  na  niego  razem.

—  Nie  stosuj  uników,   Din,   przecieŜ  wiesz, co mam na myśli. Chcę być z 

tobą jak Ŝona, jak kochanka.

—  To niemoŜliwe.

—  Dlaczego  niemoŜliwe.  Zaręczam ci, byłoby nam bardzo dobrze. Kocham 

cię, chłopcze! A my, myślaczki, potrafimy kochać bez reszty.

— Wierze na słowo.

—  To spróbujmy!

Podbiegła do niego, objęła go dłońmi i poczęła zasypywać pocałunkami. Din 

nadał zachowywał się jak kołek z drewna.

—  Spójrz na mnie, prosto w oczy. Weź mnie! — szeptała umysłówka.

—  Nie mogę — odrzekł prawie boleśnie.

—  Dlaczego?!

—  PoniewaŜ bez przerwy widzę Onę!

—  Ach tak. Dobrze!

To, co zdarzyło się w następnej sekundzie, przerosło wszelkie oczekiwania. W 

mgnieniu oka z doskonale wyprofilowanej brunetki umysłówka przekształciła się w 

szczupłą blondynkę. Oczy się powiększyły, zmienił się nosek, usta, a długa szyja 

przypominała do złudzenia detal Wenus z obrazu Botticellego.

Din pobladł jak samotny biały Ŝagiel. Miał w ramionach Onę!

— Kochaj mnie!

Z ust chłopaka wyrwało się krótkie, chrapliwe „Nie!" Odepchnął Mysię i tak 

jak stał runął głową prosto w chłodną taflę jeziora, Przez dziesięć minut płynął jak 

background image

wściekły, rozbijając wodę zamaszystymi ciosami rąk i nóg. Opamiętał się po drugiej 

stronie, na płyciźnie, zdyszany do nieprzytomności, wciąŜ bijący w zmętniała wodę. 

Usiłował się podnieść. Nogi miał miękkie. Zataczając się wyszedł z wody i padł na 

piasek. Roboty drapieŜne nie zainteresowane białkiem w tej postaci juŜ wcześniej 

wycofały się w zarośla.

Mysia milcząc przypatrywała się pływackimi wyczynom młodzieńca. 

Parokrotnie miała ochotę wskoczyć, pomóc mu. Kiedy znalazł się po drugiej stronie 

odetchnęła z ulgą i wróciła do postaci brunetki, w której czuła się swobodniej.

Po raz pierwszy do jej wszystkich komórek myślowych zakradło się 

zwątpienie. MoŜe rzeczywiście Din jest nie do zdobycia? Odwróciła się na pięcie i 

ruszyła w stronę sztucznej kaskady na strumieniu. Krzątał się tam rozebrany do pasa 

Max. Letnie słońce zaczerwieniło jego silny bark.

—  No i jak tam, koleŜanko — czemu jesteś taka ponura?

Nie odpowiadała.

— Czarująco dzisiaj wyglądasz — powiedział, a poniewaŜ nadal nie było 

odpowiedzi podszedł bliŜej.

—  Naprawdę śliczna — powtórzył. Ujął ją pod brodę i spojrzał w ciemne 

oczy.

—  Nie trzeba się dąsać, nawet kiedy Din nie docenia twojej urody.

—  Nic mnie nie obchodzi ten szczeniak! — odparła gniewnie.

—  Oho,  jaka    zmiana...    Bardzo   korzystna zmiana — nadal patrząc 

bezczelnie w jej oczy niespodziewanie zbliŜył swe  wargi do  jej  ust i pocałował. 

Cofnęła głowę o minutę za późno.

—  MoŜe  siądziemy,  trawa  taka  soczysta — zaproponował, a jego ręka 

bawiąc się włosami spoczęła   na   karku  neodziewczyny.  Mysia zachowywała się 

biernie, nie mówiła tak ani nie dopiero w momencie, gdy oboje stali się nadzy a twarz 

młodego męŜczyzny poczerwieniała próbowała się usunąć.

—  Daj spokój, nie teraz!

Nie potraktował serio tego uniku, przygarnął ją całą, wdając się w szeroko 

zakrojone meandry. Umysłówka zesztywniała

— Powiedziałam: nie, Max!

Wybuchnął.

—  A więc nie jestem, dla ciebie zbyt dobry Jestem gorszy od tego niedojdy,  

który  nawet patrzeć na  ciebie  nie  lubi? Który brzydzi się twojej prawdziwej 

background image

powłoki?

—  Nieprawda, Din bardzo mnie lubi...

—  Ciekawe, czy dalej by lubił, gdyby się dowiedział, kto pogrzebał 

prześliczną macochę w grobowcu pod lawiną?

Umysłówka zadrŜała.

—  PrzecieŜ ty mu tego nie powiesz!

— Powiem!

W mgnieniu oka z seksownej dziewczyny Mysia zmieniła się w naładowany 

energią prostokątny placek, który spadł na Maxa jak węŜe na Laokoona. Rogi 

prostokąta zamknęły się na nim niczym kielich owadoŜernej rośliny. Uczuł na sobie 

potworny miaŜdŜący uścisk. Trwało to ułamek sekundy, po chwili jednak ucisk zelŜał, 

tak jakby w ostatniej chwili myślaczka się zawahała.

—  Na co czekasz, zabij, druga zbrodnia przychodzi łatwiej — stęknął.

Prostokąt otworzył się i opadł na ziemię. Znów był tylko delikatnym ciałem 

apetycznej brunetki.

—  Rób,  co  chcesz  —  powiedział  zmęczony głos — tylko Ŝeby Din się nie 

dowiedział.

WyŜąwszy zmoknięte łachy syn Jana Miliona, zmęczony, ale rozładowany 

wracał do szałasu skrajem jeziora. Furia i olbrzymi wysiłek dobrze mu zrobiły. Po raz 

pierwszy od długich tygodni czuł się trochę inaczej. Nabrał ochoty do Ŝycia. Mijał 

właśnie kępę krzaków, gdy naraz doleciało go warknięcie.

—  Android!

Zafalowały zarośla. Mechaniczna bestia wyraźnie zmierzała w jego kierunku. 

CzyŜby zmieniła upodobania gastronomiczne?

— Hej, neurobiałku, neurobiałku! — zacharczał metaliczny głos. Wolał nie 

czekać, rzucił się do ucieczki. Gnał po głazach na skraju wody, raz przewrócił się i 

rozkwasił kolano. Kilkakrotnie obejrzał się za siebie. DwunoŜny robot wprawdzie nie 

spiesząc się zbytnio, szedł Jednak zdecydowanie jego tropem. Trzeba było wiec 

kontynuować ucieczkę. Dopadł szałasu i zaczął nawoływać. Upłynęło dobrych parę 

chwil, kiedy od strony kaskady pojawili się Max i Mysia. Max półnagi i mocno 

spocony miał głupi wyraz twarzy, natomiast Mysia w tradycyjnej wersji — gruszka z 

szypułą wydawała się wyraźnie zadowolona.

background image

—  Co robisz taki rejwach? — zapytała.

—  Roboty, atakują roboty! — powtórzył dysząc.

Skierowali wzrok za jego ręką. Rzeczywiście, skrajem jeziora w stronę 

obozowiska zmierzał rosły android. Był sam. Natomiast w lewej macce trzymał 

kawałek białego tworzywa, którym na widok patrzących zaczął intensywnie 

wymachiwać.

— Ciekawa sprawa, parlamentariusz! — mruknął pół do siebie, pół do reszty 

Max.

Rozdział XV

Jeśli ktokolwiek z czytelników uwierzył, Ŝe Ona poniosła śmierć pod lawiną 

kamieni — popełnił błąd, Piękna dziewczyna nie przeniosła się ani do plus 

nieskończoności — jak w wierzeniach androidów nazywano świat pozagrobowy 

przeznaczony dla dobrych, ani do minus nieskończoności, gdzie potępionych czekał 

płacz i zgrzytanie zębów. Skały, które zasypały wejście do jaskini nie uszkodziły 

Ŝ

adnej z cennych części młodej kobiety. JuŜ po paru minutach Ona wstała, otrzepała 

się z pyłu i po omacku poczęła szukać wyjścia. Nie bardzo zdawała sobie sprawę z 

ogromu katastrofy, przypuszczała raczej, Ŝe jej rywalka spowodowała niewielkie 

osypanie gruntu.

Po chwili udało się jej wymacać jakiś korytarz prowadzący w głąb ciemności. 

Poszła przed siebie, mniej przeraŜona a bardziej poirytowana, Ŝe tak łatwo dała się 

sprowokować.

JuŜ po paru minutach jej oczom ukazała się słaba poświata. CzyŜby wyjście? 

Niestety, kiedy zrobiła kilkanaście kroków ukazało się jej źródło światła — masywny 

robot drapieŜny, który fosforyzując wpatrywał się w nadciągającą zdobycz.

Chciała się cofnąć, strach ją sparaliŜował. Atoli dwunoŜny android zbliŜył się i 

warknął przyjaźnie:

—  Spokojnawo neurobiałko, nie mam zamiarowości cię spoŜywić. Idnij za 

mną.

Zachowywał się jak tygrys o manierach domowego kota, a Ona nie mając 

specjalnego wyboru poszła za nim.

W ciągu następnego kwadransa stale wspinając się pod górę musiała przyznać, 

Ŝ

e automat spadł jej z nieba. Bez przewodnika zgubiłaby się na pewno w skalnym 

background image

labiryncie. Tunel skończył się krótkim szybem, który zaprowadził ich do kotlinki 

zewsząd okolonej skałami. Chłodny wiatr wskazywał, Ŝe znaleźli się wysoko ponad 

poziomem doliny.

—  Dziękuję za pomoc —  powiedziała  najuprzejmiej  jak potrafiła,  

zamierzając szybko wrócić do obozu i policzyć się z Mysią. Android chrząknął dość 

kategorycznie.

—  Wyczuj się tu domostnawo. Ostaniesz stałośnie.

—  Co takiego, mam tu zostać na stałe? Po co? W oczach robota pojawiły się 

dziwne błyski.

Ona widywała parokrotnie podobne w oczach męŜczyzn.

—  Więc ty takŜe?

Robot zawstydził się, z obudowy znikły niezdrowe emanacje, ale zamiarów 

nie zmienił. Wskazał dziewczynie gniazdo utkane ze starych kabli, w którym kwiliła 

trójka małych jeszcze, nie w pełni skompletowanych robotowiąt. Automat wyjaśnił, 

Ŝ

e jest wdowcem, ma trójkę dzieci i od dawna potrzebował kogoś do prowadzenia 

gospodarstwa, zwłaszcza Ŝe obowiązki zmuszają go do ciągłych wypraw w 

poszukiwaniu energii. Innych potrzeb, przynajmniej na razie, nie ma.

—  Mam więc zostać się za baby-sitter? — spytała dziewczyna.

—  Uchu!

Rozkrzyczany drobiazg otoczył ją hałasując co niemiara i strzelając po łydkach 

słabymi

wyładowaniami energetycznymi.

— A co się stało z pańską małŜonką? — spytała pro forma Ona.

Android westchnął.

— Tegoroczne mielim trudnawą przednówkowość. Nie energetyczniało. 

Małość akumulatorstwa. Musielim zdemontowić mamuśkę, na sztuki...

Rzeczywiście, tak u gospodarza, jak u dzieci widać duŜo części pochodzących 

najwyraźniej z jednej maszyny.

Dziewczyna z wraŜenia przysiadła.

Robot — parlamentariusz zatrzymał się kilkanaście metrów przed szałasem. 

Ukłonił się trójce zaskoczonych gospodarzy i jął przemawiać wolno a dostojnie. 

PoniŜej przytaczamy pełen tekst przemówienia przetłumaczony na język ludzki.

background image

„Czcigodni umysłowce i wy, ludzie. Przybywam do was z misją dobrej woli, 

w imieniu swoim własnym a takŜe licznej braci robociej, która wygnana z 

numerycznego raju skazana jest na szwendanie się po bezdroŜach i manowcach. Na 

samopoŜeranie i tego rodzaju haniebne praktyki. Chcemy z tym skończyć...

— Aha — pomyślał Max — klienci do naszej elektrowni.

— Chcemy skończyć z taką egzystencją i dlatego proponujemy wam 

współpracę.  Dowiedzieliśmy się, Ŝe planowaliście kiedyś zajęcie megabloku przez 

szczelinę w elektronowej zasłonie, którą przypadkowo odkrył on (macka wskazała  na 

Dina).   PomoŜemy wam. PomoŜemy zniszczyć Globalny Komputer i uwolnić  ludzi,  

a  wy w   zamian dacie nam wolną rękę w podziale łupów...

—  Wspania... —  zaczął   Din, ale Mysia go pohamowała.

—  Jakie mamy gwarancje, Ŝe współpraca będzie rzeczywiście uczciwa? — 

spytała.

—  Sami  jesteśmy swoimi gwarancjami. Wy znacie szczelinę i inne słabe 

punkty GLOKa,  my dysponujemy siłą.

—  Ciekawy targ — stwierdził Max — wypada tylko cieszyć się, Ŝe wy macie 

takie zaufanie do nas.

—  Nie musimy mieć zaufania, mamy zakładnika! Jeśli pozwolicie, jutro wraz 

ze starszyzną  robocią  spotkamy się na naradzie wojennej.

To mówiąc skłonił się i odszedł, pozostawiając ludzi i umysłówkę w 

zdumieniu, zamyśleniu i zakłopotaniu.

— Do licha — myślała umysłówka — czyŜby tatko wpadł? Tylko dlaczego, 

skoro był tak blisko, nie otrzymałam jego sygnałów?

Din równieŜ pomyślał o ojcu, tyle Ŝe o swoim. Nie wiedzieć czemu wydawało 

mu się, Ŝe ich spotkanie nie jest dalekie.

Jednemu Maxowi przyszła do głowy zupełnie inna ewentualność.

Wędrówka Myślacza trwała znacznie dłuŜej z paru powodów. Po pierwsze 

stary umysłowiec przecenił swe siły. Bez dobroczynnych regeneracji musiał poruszać 

się po ziemi nie szybciej niŜ dwadzieścia kilometrów na godzinę. Ponadto 

przemierzywszy ponad połowę kontynentu nie natrafił na Ŝadne skupiska 

umysłowców ani na zamieszkały megablok. I owszem, w trakcie swej wędrówki 

odwiedził dwa olbrzymie blokomiasta oba jednak zostały opuszczone dość dawno. 

Nie bronione przez osłony elektroniczne, skazane na erozje, przedstawiały Ŝałosny 

widok wszystkie jednak najwnikliwsze badania nie potrafiły dać odpowiedzi na 

background image

pytanie, co się stało z ludźmi? Przemierzając najrozmaitsze okolice Myślaczowi nie 

udało się trafić na świeŜe cmentarze, jego wyczulone zmysły nie informowały go o 

zbiorowiskach grobów. Megablokowe krematoria (o niewielkiej wydajności 

przerobowej) wygaszono jakiś czas przed exodusem ludzkości. CzyŜby wiec 

mieszkańcy rozpłynęli się w powietrzu? Parę razy spotykał zdezelowane stada 

robotów, te jednak, płochliwe i głupie, me potrafiły udzielić Ŝadnych konkretnych 

informacji. Ci, którzy zostali wyrzuceni z megabloków wcześniej utrzymywali, Ŝe nic 

nie zmąciło panującej tam sielanki; ci natomiast, którzy, musieli być świadkami 

dramatycznych wydarzeń (a kto wie, czy nawet nie realizatorami), mieli skrupulatnie 

wymontowane zespoły pamięci dotyczące tamtych czasów.

Na przykład w zapisie pamięciowym androida z megabloku nr 11 zapis 

dzienny urywał  11 marca 113 roku ery numerycznej rutynowym zapisem prac w 

dziale konserwacji klimatyzacji, a wznowiony został 17 marca tegoŜ roku równie 

standardowymi czynnościami; W tydzień potem zresztą robot jako niepotrzebny; 

otrzymał wymówienie.

Co jednak dokonało się w ciągu tych sześciu dni luki? Z zapisu kontrolnego 

zuŜycia części zamiennych robota wynikało, Ŝe wykonana praca musiała być 

forsowna. Nic więcej.

RównieŜ dokładne badania opuszczonych gigantopolis wskazywały, Ŝe 

wszyscy mieszkańcy zwoŜeni byli pneumiami lokalnymi do wielkich podziemnych 

pneumii międzykontynentalnych, które co kilkanaście minut odwoziły ich w 

nieznanym kierunku. Korytarze tych pneumii zostały następnie zatopione. MoŜe 

zresztą w miarę awarii kolejnych urządzeń zatopiły się same wodami podskórnymi? 

Ciekawa była inna zdobyta informacja. Wyludnione megabloki funkcjonowały dalej, 

zmniejszono tylko zasilanie energetyczne do dziesięciu procent. Nadal jednak były 

oświetlone klimatyzowane, tyle Ŝe po zwolnieniu robotów cała machina ulegała 

szybkiemu rozstrojeniu i zniszczeniu.

Poza tym wszędzie natrafiało się na ślady, rabusiów. Najwyraźniej zdziczałe 

androidy wracały do gigantów mieszkaniowych w poszukiwaniu energii, baterii i 

części zastępczych. Rabunkowa gospodarka pozwoliła im przetrwać wiele lat.

Ciekawa rzecz, o ile drapieŜcy chętnie wracali do megabloków uzupełniać 

zapasy, Ŝaden z nich nie miał ochoty mieszkać w betonowych pudłach, preferując 

otwarte przestrzenie mimo niewygód naraŜania na korozję. Androidy nagabywane 

przez Myślacza nie potrafiły dać jednoznacznej odpowiedzi. Inna sprawa, Ŝe w ogóle 

background image

rozmawiały niechętnie i pod przymusem

—  Tam   niedobrowato. Pechliwość. Końcowatość — wydusił z siebie jakiś 

bardziej rozmowny.

—  A moŜe odczuwają wyrzuty sumienia albo odzywa się w nich jakiś 

atawizm — głowił się stary umysłowiec.

Z tej części kontynentu GLOK i jego podopieczni musieli wycofać się bardzo 

dawno nie było czynnych czujników, eteru nie pruły zwiadowcze krągłoloty. W swej 

wędrówce. Myślacz dotarł aŜ nad brzeg oceanu. Zdawał sobie sprawę, Ŝe zmitręŜył 

masę czasu, atoli wstyd mu było wracać z niczym. Sunął brzegiem wody mając za 

plecami cały kontynent z jednym jedynym zamieszkałym megablokiem, z kwadratami 

plenerowymi Pierwszej Setki, z nierozszyfrowaną kryjówką GLOKa, zapewne gdzieś 

w podziemiach litosfery, i musiał przyznać, Ŝe nadal nic nie wie.

— Pora wracać  —  powiedział wreszcie do siebie i wtedy dojrzał dym, siwą 

smugą kołyszącą się wśród pagórków.

Osadę tworzyło kilkanaście... trudno znaleźć właściwe słowo — ni to 

baraków, ni to chałup, skleconych z wraków samochodowych, starych beczkowozów, 

blach i płyt plastikowych. Zabudowania przedstawiały się jeszcze nędzniej niŜ 

budynki w Robotkowie. Miedzy ruderami kręciła się grupka nagich ludzi, odzianych 

ledwie w przepaski z liści. Wszyscy męŜczyźni byli brodaci, włochaci i brudni. 

Pazury, mieli wyhodowane, jak ptaki drapieŜne.

Na widok Myślacza tubylcy zbili się w kupę, poczęli wydawać gardłowe 

okrzyki i bić w blachy. MęŜczyźni okalali wieńcem samice wymachując prymitywną 

bronią, na którą składały się maczugi, tłuki lub zwykłe kamienie. Za wręcz 

wstrząsający moŜna było uznać fakt, fez barbarzyński oręŜ został sporządzony z 

elementów stanowiących ongiś fragmenty wysokoprecyzyinych maszyn, urządzeń 

wykonywanych w swoim czasie z mikronową dokładnością.

Myślacz, który niejedno w swym Ŝyciu widział, szczególnie zaskoczony był 

szybkim tempem kulturalnej degrengolady. Jeśli tubylcy wywodzili się z megabloku 

jedenastego, proces ich dziczenia nie mógł trwać dłuŜej niŜ dwadzieścia lat. JakŜe 

więc mogło do tego dojść?

Na razie trwało nerwowe wyczekiwanie, umysłowiec z niejakim wysiłkiem 

przepoczwarzył się w starszego siwego, pana o powierzchowności, która winna 

wzbudzać zaufanie.

—   Charakternik,  charakternik —  doleciały go okrzyki neojaskiniowców.

background image

Ucieszył się konstatując, Ŝe mówią językiem uniwersalnym, tym samym, który 

wykoślawiły później roboty.

Nie zbliŜając się zbytnio zawołał do nich łagodnie przedstawiając się jako 

przyjaciel. Odpowiedziały mu niechętne pomruki, ale było w nich coś, co stwarzało 

szansę porozumienia.

Wymiana zdań, cokolwiek utrudniona dystansem trwała ze dwie godziny i 

wypełniały ją ostroŜne i podchwytliwe pytania dzikusów oraz wywaŜone odpowiedzi 

Myślacza. Musiał potwierdzić swe intencje i opowiadać Ŝyciorys, ale ciągle nie 

pozwalano mu się zbliŜyć. Przełom nastąpił nieoczekiwanie. W pewnej chwili tłum 

rozstąpił się i wyszedł z niego postawny męŜczyzna o szpakowatej grzywie, niosący w

ręku jakąś płytkę zbliŜył się do umysłowca i cisnął mu pod nogi otrzymany rekwizyt. 

Była to plakietka z symbolami GLOKa, którą dawniej oznaczano miejsca 

szczególnego zainteresowania NajwyŜszego Kalkulatora.

—  Podepcz! — rzekł z naciskiem Szpakowaty krzemowiec bez wahania 

spełnił polecenie. Fala ulgi ogarnęła tłumek, który nagle rozsypał się i dzikusy śmiało 

podąŜyły w stronę Myślacza. Wszyscy powtarzali Ŝywo gestykulując: „Nasz 

sojusznik, nasz sojusznik"...

—  Oto ludzie — pomyślał z ironią umysłowiec — moŜna ich kupić jednym 

głupim gestem świadczącym, Ŝe nie jest się zwolennikiem Globalnego Komputera.

Jak spod ziemi wyroiła się czereda dzieci i całkiem młodych kobiet; w pół 

godziny zapłonęło ognisko, w którym pieczono pędraki i inną szarańczę, najwyraźniej 

traktowane przez nowych troglodytów jako szczególny przysmak. Gość szczerze 

cieszył się, Ŝe tego struktura nie pozwala mu na uczestniczenie w takiej biesiadzie. 

Natomiast z wielkim zainteresowaniem wsłuchał się w opowieść Szpakowatego 

imieniem Louis.

Opowieść Louisa (wybrane fragmenty dotyczące zagłady megabloku 11, 

skrót)

...Była godzina jedenasta w nocy 11 marca 113 roku E.N. Nadawano normalny 

wieczorny program oglądnikowy, moŜe bardziej umiarkowany niŜ zwykle. 326789 — 

bo tak wysoki numer nosił wówczas Louis — szykował się do spoczynku, a jego Ŝona 

stała w snopie promieni seksualnych, niezwykle sprzyjających poŜyciu, kiedy z 

ekranu, a takŜe Indywidualnego Odbiornika odezwały się słowa: „Uwaga mieszkańcy 

background image

poziomu 300000. W związku z moŜliwą awarią urządzeń klimatyzacyjnych zarządza 

się ewakuację wybranych sześcianów. Proszę zachować spokój, jest duŜo czasu, 

prosimy zabrać tylko niezbędny sprzęt osobisty i pastylki na jedną dobę. Za chwilę 

podjedzie pneumia. Prosimy o zachowanie spokoju. Powtarzamy...”

Louis nie zdenerwował się specjalnie, tydzień temu przeprowadzano podobny 

alarm tłumacząc go ćwiczeniami przeciwpoŜarowymi (chociaŜ w megabloku nie było 

podobno Ŝadnych elementów palnych). Wówczas jednak ograniczono się do wejścia 

do pneumii i juŜ po chwili nakazano powrót, chwaląc obywateli za wzorową postawę. 

Zapewne teraz będzie tak samo.

Nie wiadomo co tknęło Louisa, Ŝe spróbował połączyć się z przyjacielem z 

innego poziomu.

—  Połączenie uszkodzone, połączenie uszkodzone. —   padła odpowiedź. 

Spróbował się skontaktować ze swym szefem, czterocyfrowcem.

—  Kierunek zajęty, kierunek zajęty — odpowiadał bezosobowy głos.

Usiłował jeszcze wywołać najbliŜszego sąsiada, ale i to przekraczało 

moŜliwości oglądnika, a jednocześnie zadźwięczał sygnał pneumii.

Weszli — pierwszym, co ich zaskoczyło był tłok w pojeździe. Dotychczas 

podróŜowano w pojedynkę. Szóstka pasaŜerów ścieśniła się jeszcze bardziej i zrobiła 

miejsce nowym. Louis i Eva ukłonili się a pojazd ruszył w dół. Panowała kłopotliwa 

cisza. Wszyscy spoglądali na siebie spod oka. Wyczuwało się niejasne napięcie, ale 

chyba wszyscy oczekiwali, Ŝe lada moment podróŜ się skończy. Jakieś dziecko 

wtulone w kącik pneumii pociągało nosem.

—  Uspokój się — ofuknęła je matka — to są normalne ćwiczenia. Komorę 

dworcową gigapneumii  wypełniał tłum.  Niektórzy ludzie robili wraŜenie wyrwanych 

ze snu, inni lekko zdziwionych. A wszyscy byli jacyś ocięŜali, powolni i nikt nie 

zdradzał specjalnych obaw. W  końcu całe Ŝycie spędzone w megabloku dawało tyle 

dowodów doskonałości systemu... Kompsekc (Komputer Sekcyjny, taki gubernator z 

ramienia  GLOKa)  z pewnością  i tym razem wiedział, co robi. Co parę minut 

zajeŜdŜał  skład  gigapneumii  i  tłumy  ładowały  się do wnętrza. Sugestywny głos 

radził zajmować równieŜ miejsca stojące. Prosił o spokój, wzajemną Ŝyczliwość i 

tłumaczył, Ŝe niedogodności są naprawdę  przejściowe.

Grupki wychodzące z pneumii lokalnych szły korytarzami z przezroczystego 

tworzywa, przez które widać było doskonale hale pneumii, i przy wejściu łączyły się 

w jeden wielki potok. W bramce stały dwa roboty, jeden przyglądał się idącym a drugi 

background image

wyciągał mackę ku ich szyjom. Mimo Ŝe ich nie dotykał, obroŜe z OIami i numerami 

otwierały się same i  jak węŜe ześlizgiwały do otworu w posadzce...

Ktoś przed Louisem zapytał — po co zabierają im aparaty?

—  Normalna kontrola techniczna,  normalna kontrola  —   wyrecytował drugi 

robot  o zimnym spojrzeniu.

W sali mimo sporego tłoku panował spokój a nawet i porządek. Louis miał 

wraŜenie, Ŝe większość ludzi jest pod wpływem jakichś środków uspokajających, 

zachowywali się bowiem wyjątkowo potulnie i apatycznie. Porównanie „jak cielęta 

idące na rzeź" na razie nie przyszło mu do głowy.

Razem z Evą naleŜeli do nielicznych bardziej oŜywionych. DuŜo później 

domyślił się, Ŝe zawdzięczali to promieniom pobudzającym seksualnie, których 

działaniu, poddali się przed kilkunastu minutami. Pobudzacz zahamował absorpcję 

uspokajacza. Powód odebrania obroŜy był trudniejszy do wyjaśnienia — choć w 

rzeczywistości okazał się bardzo prozaiczny. Na elastycznych paskach moŜna się było 

z łatwością powiesić. Tłum znikał w jelitach pneumii, lecz stale zasilały go nowe 

szeregi. Bez trudu po twarzach i ubiorach moŜna było rozpoznać w nich ludzi z 

najrozmaitszych poziomów o najróŜniejszej inteligencji i wiąŜącym się z tym 

statusem numerycznym. Gdyby nie środki pacyfizujące, takie spotkanie byłoby 

zapewne dla uczestników wielkim przeŜyciem. Louis rozglądał się trochę 

zdegustowany powszechną biernością i w pewnym momencie skrzyŜował swój wzrok 

z płomiennorudym dryblasem i przylepioną do niego wiotką dziewczyną. Rudzielec 

równieŜ rozglądał się jakby przytomniej. Najwyraźniej zaskoczono ich w analogicznej 

sytuacji promiennikowej. Jak powiedzieliśmy, spojrzenia męŜczyzn skrzyŜowały się, 

a po chwili jakby zadzierzgnęły w niemym porozumieniu. Młodzieniec rozgarniając 

tłum powiosłował w stronę Louisa i Evy i juŜ po chwili tworzyli małą wysepkę 

rozsądku w morzu potulności.

—  Rozumie pan coś z tego? — zapytał dryblas.

Louis tylko wzruszył ramionami.  

— Nie podoba mi się ta zabawa — ciągnął dalej rudy — dlaczego im tak 

spieszno,  uspokajają, Ŝe jest masa czasu a jak widać, awaria ma olbrzymi zasięg.

Nadjechała kolejna gigapneumia. Tłum zafalował. Jeszcze chwila, a znaleźliby 

się we wnętrzu. Powstrzymał ich szept:

—  Poczekajcie!

Louis odwrócił się przepuszczając parę osób. Mówiącym okazał się malutki 

background image

człowieczek, prawie karzeł o wyraźnie azjatyckich rysach i kształtach spasionego 

Buddy.

Rudy z małŜonką zatrzymali się równieŜ. Nie stanęła, albo nie usłyszała szeptu 

Eva. Pneumia ruszyła.

— Cholera — zaklął nagle osamotniony małŜonek — co pan zrobił 

najlepszego!

— Nazywam się 898 — powiedział quasi-Budda — i radzę zaczekać, 

zwłaszcza Ŝe naleŜycie do nie otumanionych wyjątków.

— Zaczekać, na   co?   —  spytała   Filia,   Ŝona dryblasa imieniem Stefan.

— Choćby po to, Ŝeby się zastanowić. Podejrzewam najgorsze. Gdyby mówił 

to ktoś o innym numerze zapewne wyśmiano by jego obawy. Autorytet trzycyfrowca 

przewaŜał.

—  Co pan proponuje? — rzucił krótko Stefan.

Mały rozejrzał  się  i syknął dosadnie:

— Zmiatać stąd!

— Ale awaria?

— Nie  wierzę w Ŝadną awarię.

Louis nie był przekonany.

— Tam pojechała moja Ŝona! Muszę dogonić ją następna pneumią.

— Jeśli moje obawy okaŜą się bezzasadne, jutro będzie z powrotem w waszym

sześcianie...

Z tunelu rozległ się znajomy dźwięk. NadjeŜdŜała kolejna pneumią. 

Towarowa, ale zaadoptowana do przewozu ludzi.

Rudzielec szarpnął Filie i począł przedzierać się pod prąd, trzycyfrowiec 

ruszył w ślad za nim i pociągnął za sobą Louisa. Przedzieranie się pod prąd ludzkiej 

masy, dość bezwładnej wprawdzie, ale jednak masy, kosztowało ich ogromnie duŜo 

wysiłku. Zziajani wylądowali wreszcie pod ściana poczekalni. Prawie natychmiast 

wyrósł obok nich walcowaty robot.

— Jakieś kłopoty? — zapytał uprzejmie.

— Źle   się  czuję —  powiedział mały Azjata — odczuwam lęk tłumu.

— Rozumiem, zaraz udzielimy pomocy... a ci pozostali?

— Rodzina!

— Niech wchodzą do pneumii, a my zajmiemy się panem.

— Wykluczone, nie zostawię wujka bez opieki — huknął z determinacją 

background image

Stefan.

Robot okazał się zadziwiająco ustępliwy, otworzył niewidoczne drzwiczki w 

ś

cianie i wpuścił całą czwórkę do niewielkiego pomieszczenia. Od razu uderzył ich 

silny nawiew paxisialu, silnego środka usypiającego.

— Pastylki neutralizujące — mruknął trójcyfrowiec i wetknął im po róŜowej 

tabletce.

Połknęli bez słowa. Minęły trzy sekundy i mały przywódca osunął się sennie 

na podłogę.

— Genialny symulant   —   pomyślał Louis i poszedł w jego ślady. Stefan i 

Fila zrozumieli się bez słów.

W chwilę potem pojawiły się roboty z noszami, W ciągu paru minut 

symulanci, znaleźli się w wagonie pneumii. Przez półprzymknięte powieki śledzili 

przebieg wydarzeń. Dookoła siedziało kilkadziesiąt osób pogrąŜonych w całkowitej 

apatii. Drzwi się zassały i ogarnął ich chłodny półmrok. Gigapneumia ruszyła. Ma 

szczęście nie było z nimi Ŝadnych robotów.

Trzycyfrowiec wstał z noszy. Działał z chłodną determinacją, precyzyjnie jak 

automat. Jak dotychczas wydawał się nie być zaskoczony rozwojem wydarzeń.

— PomóŜcie mi — zwrócił się do trójki przytomnych — przesunąć tych 

melancholików na tył zasobnika.

Osiemdziesięciu pasaŜerów bez oporów dało się skupić z tyłu pneumowozu.

To, co nastąpiło w ciągu następnych paru sekund, trudno opisać. Mały Azjata 

wyciągnął z zanadrza dwa pakuneczki. Pierwszy wetknął w mały otwór z napisem 

„zlecenie alarmowe”, a po policzeniu do pięciu cisnął większy na przód wehikułu, 

sam padł na twarz. Dwie detonacje! Pierwsza, mniejsza, spowodowała gwałtowne 

hamowanie, druga rozniosła prawie w strzępy przód pojazdu.

Szarpniecie stworzyło prawdziwą piramidę z ciał, zerwało jednak pajęczynę 

apatii. Ludzie ocknęli się. Jakaś kobieta krzyczała przeraźliwie, kilkanaście osób było 

rannych, parę nie poruszało się w ogóle. Louisowi wydawało się, Ŝe przez omyłkę 

wylądował wewnątrz jakiegoś oglądnikowego serialu.

Sam sprawca zamieszania wydawał się nią przejmować dokonanymi 

spustoszeniami, najwyraźniej od dawna przygotowywał się do tego momentu.

— Wychodzić, wychodzić! — wołał — zdrowi pomagają rannym! Znajdowali 

się w ciemnym tunelu, lada moment mogły nadjechać dalsze pojazdy. Parę osób 

wymieniało szeptem uwagi. Ranni jęczeli. Tymczasem pirotechnik mrucząc coś pod 

background image

nosem wspiął się po ścianie tunelu i rzucił kolejny ładunek w niszę pod sufitem. 

Znów łupnęło, posypał się pył, okruchy smagnęły po twarzach. Do ciemnego tunelu 

wdarł się świeŜy powiew i światło księŜyca. Najwyraźniej korytarz komunikacyjny 

biegł w tym miejscu płytko pod ziemią.

— Wychodzimy,   wychodzimy   —   nadal ponaglał człowieczek — musimy 

oddalić się zanim nas dopadną.

Widocznie określone lęki czaiły się w kaŜdym z uczestników katastrofy, bo 

wręcz w panicznym pośpiechu wydostawali się na powierzchnię. I słusznie robili. Po 

minucie w tunelu rozległo się wycie syreny. Nadciągał oddział czujów. Ostatnich 

ewakuujących się ściągnięto do wnętrza. Ich rozpaczliwe krzyki przynagliły czoło 

ucieczki.. Stefan chciał zawrócić, ale uprzedził go prowodyr:

— Szybciej, durniu!

Widocznie  władza  robotów  pościgowych nie sięgała poza tunel, bo nikt z 

czujów  nie  wydostał się za ludzkim tłumem na otwartą przestrzeń. Atoli mały 

dynamitarda nie ustawał w przynaglaniu:

— Szybciej, to tylko kilometr!!!

— Dokąd zmierzamy? — spytał Louis.

— Na „ślepe pole".

— Co to takiego?

— Jest na ziemi kilkanaście punktów, które z  przyczyn naturalnego 

magnetyzmu stanowią dla robotów i ich mocodawcy martwe pole.

Tam będziemy bezpieczni poza zasięgiem ich macek.

Biegli więc. Louis taszczył w ramionach jakąś młodą kobietę ze złamaną ręką.

Szansę wyglądały na niewielkie. Po paru minutach, na niebie pojawiły się 

krągłoloty i ich jaskrawe reflektory wychwytywały ludzi biegnących po otwartej 

przestrzeni.

—  Będą strzelać, o BoŜe, będą strzelać — krzyknęła jakaś kobieta.

—  Cicho, nie będą — wrzasnął mały.

I nie strzelały. Niestety, pojawiło się nowe niebezpieczeństwo. Z boku zaczął 

dolatywać szczęk jakichś naziemnych pojazdów.

—  Przecinają  nam drogę  — jęknęła Fila.

—  Biec dalej — brzmiała komenda.

Z prawej strony błysnęło światło odbite w wodzie. Znajdowali się na brzegu 

morza. Słychać było szum fal. Ale szczęk gąsiennic cięŜkich robotów teŜ był coraz 

background image

głośniejszy.

—   Nic się nie przejmować — powtarzał trzycyfrowiec — damy radę.

Dobiegli do karłowatych krzewów. Ścigający byli o kilkanaście metrów, juŜ 

juŜ mogli ich dosięgnąć, lecz nagle automaty zatrzymały się i poczęły kręcić w 

miejscu jak czołgi trafione w gąsienice. Około sześćdziesięciu zbiegów znalazło się 

poza magicznym kręgiem. Są bezpieczni.

—  ZwycięŜyliśmy! — krzyczy Stefan do małego przywódcy. Ten jednak nie 

mówi nic, przysiadł tylko cięŜko na pagórku. Louis teŜ jest nieludzko zmęczony. 

Kładzie swój   delikatny bagaŜ na ziemi.

—  Dziękuję — słyszy cichy szept.

—  Nie naleŜy leŜeć, trzeba chodzić — przypomina mu się stara rada trenera z 

nauczalni.

Więc chodzi, oddycha głęboko i po kwadransie czuje się znacznie lepiej. Ma 

tysiąc pytań do małego Azjaty — co oznaczają te wydarzenia, jak potrafił sam 

wszystko tak zorganizować, co naprawdę groziło im po dotarciu pneumii na miejsce i 

dokąd mieli dotrzeć? ZbliŜa się do pagórka. Obok drzewa nie widać 

charakterystycznej okrąglutkiej sylwetki. Podbiega na miejsce. Trzycyfrowiec leŜy na 

ziemi, nie rusza się, nie oddycha. Później okazało się, Ŝe nie wytrzymało serce...

Właściwie nic więcej Louis nie potrafił dodać. Nigdy mu się nie udało 

wyjaśnić, co stało się z innymi mieszkańcami megabloku. I ich samych nikt nie 

napastował, nawet gdy poczęli wychodzić poza linie martwego pola. Louis oŜenił się 

ponownie, z osobiście ocaloną dziewczyną. Na pytanie, dlaczego zdziczeli, 

odpowiada krótko:

Nie było nas stać na zachowanie kultury, musieliśmy prowadzić Ŝycie 

zbieraczy, Ŝywić się korzonkami, owocami, rybami i drobiazgiem zwierzęcym. 

Dlaczego nie sporządzili narzędzi? — odpowiedź jest równieŜ prosta. Nikt z 

ocalonych mieszkańców pochodzących z luksusowych sześcianów nie potrafił 

wykonywać Ŝadnej pracy fizycznej. Pozbawieni automatów spadli do poziomu swych 

przodków z epoki lodowcowej. Nawet rozniecania ognia nauczyli się przypadkiem...

Tu Louis ścisza głos i dodaje, Ŝe jeśli ich gość chciałby dowiedzieć się czegoś 

więcej, to naleŜy odszukać pustelnię w górach, którą zamieszkuje Bardzo Stary 

Człowiek. Samotnię odkryli parę lat temu, ale Stary Człowiek obraził się na nich po 

jakimś incydencie i obecnie nie chce z nimi rozmawiać, moŜe jednak Myślaczowi się 

uda...

background image

Umysłowiec milcząc wpatruje się w ognisko, słucha trzaskających szczap i po 

raz kolejny stwierdza w duchu:

— Jednak dobrze, Ŝe nie jestem człowiekiem.

Następnego dnia pójdzie w górę, aby po trzech dobach odnaleźć szałasik i 

męŜczyznę siwego jak gołąbek. Człowieka, który skłoniony do rozmowy, swymi 

rewelacjami wstrząśnie Myślaczkiem do głębi. Człowieka o nazwisku — Chris 

Molisz.

A więc szli. Noc była czarna jak sumienie Globalnego Komputera. Ani jedna 

gniazda, ani skrawek księŜyca nie rozświetlały mroku, w którym pogrąŜony był step. 

Szli małymi grupkami, w milczeniu i tylko chrzęst metalowych kończyn mącił ciszę 

nocy. Na czele pierwszej grupy sunął Tranzystorgiasta, bo takie miano nosił android, 

który przed paroma dniami jako parlamentariusz zjawił się w obozowisku naszych 

bohaterów.

TuŜ za nim olbrzymią tyralierą zdąŜały automaty wszelkiej maści i 

autoramentu. Szły roboty luksusowe — lokajskie, kiedyś przywykłe, do wygód i 

intelektualnych dywagacji z patronem, maszerowały exczuje, androidy pomocnicze, 

pędziły roboty domowe i maszyny wielozadaniowe, a przede wszystkim szara ćma 

mieszkańców, zbiorowisko mechanizmów nowej generacji powstałych z odpadów i 

starych części między sobą najchętniej nazywane drobotami. Wszystkich łączyło 

wspólne poŜądanie — baterii, energii, części zamiennych.

Kiedyś byli posłuszni do przesady, wierni do głupoty, subordynowani do 

obłędu — dziś okoliczności zmieniły ich w tranzystoŜerne bestie.

I podąŜała tak ciŜba elektronicznych pasoŜytów, bateryjnych łupieŜców, a z 

nimi jeden człowiek i jedna, trochę zaniepokojona obrotem spraw umysłówka.

Zdało się, Ŝe pustynna planeta oŜyła, w ciągu paru dni z najróŜniejszych 

ostępów wyroiły się niepoliczalne hordy, które obecnie w tymczasowej zgodzie 

podąŜały ku samotnej bryle megabloku. Byli wśród nich i górscy akumordercy 

skrzyknięci pod godłem prostownika, i nizinni rzezidiodcy, i pozbawieni 

jakichkolwiek skrupułów prądokradcy przystosowani zarówno do prądu stałego, jak i 

zmiennego.

Czasem krzyŜowały się krótkie okrzyki:

— Hasło?

— Prawo Columba. Odzew?

— Cewka górą.

background image

Wśród maszerujących nie było tylko Dina,

Wróćmy jednak do wydarzeń sprzed paru dni. Jak pamiętamy, juŜ podczas 

pierwszego spotkania ludzi i robotów postanowiono wspólnie działać. ZbieŜność 

stanowisk potwierdziła równieŜ zorganizowana nazajutrz niesłychanie malownicza 

narada ze starszyzną robocią. Mobilizacja juŜ trwała i postanowiono wyruszyć w 

ciągu dwóch dni. Szczegóły miano dopracować w drodze.

— Byleby neurobiałek wskazał nam lukę w barierze elektronowej, reszty 

dokonamy sami — stwierdził Tranzystorgiasta. Ustalono, Ŝe kierownictwo nad trzema 

grupami szturmowymi obejmą Max, Mysia i Din, przy czym Max miał zawiadywać 

atakiem pozorowanym do Dina naleŜało wskazanie przejścia, zaś Mysi dano komendę 

nad odwodami.

Narada zakończyła się zbiorowym odśpiewaniem zaimprowizowanej pieśni 

nazwanej ,,antyglokówką" i wszyscy zaczęli się rozchodzić.

Max proponował wcześnie połoŜyć się spać, na co Mysia skwapliwie 

przystała. Din natomiast stwierdził, Ŝe zamierza się przejść. Postanowił iść śladem 

Tranzystorgiasty. Zaufanie zaufaniem, ale sprawę tajemniczego zakładnika 

postanowił wyjaśnić do końca. Android zupełnie się nie spieszył. Dobry kwadrans 

gadał z trzema innymi robotami — uczestnikami debaty, potem spacerkiem ruszył 

wzdłuŜ jeziora. Młody człowiek posuwał się za nim skokami, maksymalnie cicho i 

uwaŜnie. Nie robił tego zbyt sprawnie, ale na szczęście automatowi nawet do głowy 

nie przyszło, Ŝe moŜe być śledzony. Minąwszy jeziorko ruszył ścieŜką pnącą się 

bardzo stromo do góry, niewidoczną dla kogoś, kto nie wiedział o jej istnieniu. Na 

zdrowy rozum wspinaczka po tak wielkiej stromiźnie wydawała się 

niepodobieństwem. W istocie droga nie była trudna i moŜna ją było pokonać nawet 

bez sprzętu alpinistycznego. PodąŜając śladem automatu chłopak dotarł do skalnej 

półki trzy metry nad krawędzią, przełęczy. Dalej jednak ściana była absolutnie gładka, 

nie dająca zaczepienia nawet paznokciom. Tranzystorgiasta wchodząc posłuŜył się 

drabinką, którą natychmiast wciągnął za sobą.

Din zaklął ze wściekłości. Nie pozostawało mu nic innego jak powrót. 

Pocieszał się, Ŝe dotarł aŜ na próg kryjówki androida i był to jakiś sukces. Schodząc 

kombinował nad rozmaitymi wariantami dalszego działania i nagle niczym echo do 

ś

wiadomości chłopaka dotarło zdanie:

— „Musisz wskazać nam lukę w barierze...”

ś

e  teŜ  nie  zwrócił  na  nie  wcześniej  uwagi. Informatorem robota nie mógł 

background image

być Jan Milion, który nie mógł nic wiedzieć o przebiegu ucieczki syna, a więc kto był 

tym zakładnikiem?

Następnego dnia udał silne skręcenie nogi i wijąc się z bólu odmówił 

wymarszu, przekazał plan szczeliny Mysi i zadecydował, Ŝe zostanie w obozowisku. 

Jeśli poczuje się lepiej, albo wróci stary Myślacz, razem dobiją do ekspedycji.

Max i Mysia musieli się zgodzić. Max nawet był zadowolony — cieszy się, Ŝe 

dzięki samo-eliminacji kolegi cały splendor zwycięstwa spadnie na niego. Umysłówka

miała wielkie opory przed zostawieniem Dina samego, ale co mogła poradzić.

Kiedy ostatnie oddziały zniknęły z pola widzenia chłopak zrzucił bandaŜe, 

wyciągnął zmontowaną w nocy drabinkę i wziąwszy ją na plecy niczym kominiarczyk 

popędził szlakiem wczorajszego dnia.

Ś

cieŜkę odnalazł bez trudu, dzięki drabinie udało mu się pokonać równieŜ 

ostatni odcinek. Przekroczył grań. Przed nim rozpościerała się malutka, całkowicie 

niedostępna kotlinka wypełniona alpejską roślinnością. Na jednym z głazów 

rozpościerało się wielkie gniazdo wymoszczone cienkim drutem miedzianym. W 

gnieździe kłębiły się jakieś dziwne stwory, a nad nimi pochylała się niczym troskliwa 

matka...

Zakręciło mu się w głowie, gdyby jeszcze stał na drabinie z pewnością by 

spadł.

— Serwus, Din. cieszę się, Ŝe wpadłeś — powiedziała Ona.

Pocałunki i uściski wypełniały całą powrotną drogę. Piękna macocha miała 

pewne wątpliwości czy wypada opuszczać młode roboty, ale Din stwierdził, Ŝe są 

wystarczająco dorosłe i mogą sobie dawać radę same.

Był półprzytomny ze szczęścia, a gorące zapewnienia o swej miłości przeplatał 

równie namiętnymi opowieściami o podjętej wyprawie przeciw cybernetycznemu 

imperium. Ciekawa sprawa, Ŝe uczucia zawsze wzrastają w nas, kiedy ich obiekt jest 

zagroŜony, albo w chwili, gdy go tracimy. Dopiero zasypanie Onej uświadomiło 

chłopcu, jak bardzo ją kocha.

Teraz w szałasie dopełnia się ta miłość. MoŜe nieporadnie, moŜe zbyt 

Ŝ

ywiołowo, ale doświadczona dziewczyna potrafi być wyrozumiała.

W jakiś czas potem w rozmowie znów powraca wątek ekspedycji; Din 

namawia na szybki marsz, aby dogonić postępujące oddziały.

background image

—  Jest tama Max, Mysia.

— Myślaczka — Ona sztywnieje — czy ty wiesz, Ŝe właśnie ona, ona...

W paru słowach relacjonuje przebieg wydarzeń w grocie. Din mieni się na 

twarzy, czuje   jak  odpływa mu wszystka krew, przełyka ślinę, a potem mówi 

nieswoim głosem:

— Zabiję ją!

Potem na parę godzin zasklepia się w milczeniu. Kiedy wracają do tematu, 

Ona zachowuje się rozsądniej i radzi, aby powściągnął emocje.

—   Nie  próbuj   mścić   się  natychmiast,  poczekaj do końca wyprawy, są 

rzeczy waŜniejsze niŜ nasze porachunki — mówi.

Chłopak przyznaje jej rację, i znowu padają sobie w ramiona i łączą się w 

upojeniu.

Młoda kochankomacocha (chyba ten termin nie stosowany w bajkach o 

Kopciuszku jest najbardziej adekwatny do sytuacji) uwaŜa, Ŝe ściganie armii robotów 

byłoby niewskazane. 

W obecnym stanie psychicznym Din nie nadaje się na front, z pewnością teŜ 

kiepsko współpracowałby z Mysią na szczeblu dowódczym, za to w obozowisku 

mogą spokojnie poczekać na pomyślne (niewątpliwie) zakończenie wyprawy ucząc 

się miłości z wykorzystaniem tak znakomitych pomocy naukowych, jakimi są własne 

ciała.

ToteŜ gdy z ćwierci planety całe elektroniczne robactwo spływa w stronę celu 

ich poŜądań, młodzi ludzie baraszkują w najlepsze na plaŜy przy jeziorze. Nie liczą 

godzin ani dni, udaje się im zapomnieć o wszystkich koszmarach i niepokojach. Są 

szczęśliwi, zwłaszcza Ŝe Ona ma wystarczająco duŜo rozsądku, aby nie opowiadać 

Dinowi Ŝadnych niepotrzebnych szczegółów z okresu jej pobytu w gniazdku 

Tranzystorgiasty. A dla chłopaka jest to pierwsza prawdziwa miłość, tak 

niewiarygodna i tak (uŜyjmy niezręcznego słowa) czysta, Ŝe nie pozostawiająca 

miejsca na nic innego.

Czasami kiedy zasypia obok jej boku ten czupurny, lekkomyślny szczeniaczek, 

Ona leŜy i otwartymi oczami i nie mogąc zasnąć myśli. Myśli i tłumaczy się przed 

sobą.

—  Jestem  niemoralna.  Wiem.   Ale   czy    to moja  wina, Ŝe zostałam  tak  

zaprogramowana genetycznie? To   sprawa   GLOKa!    Zdradzam wszystkich swoich 

męŜów i kochanków? MoŜe ich zdradzam. Ale tylko wtedy, kiedy ich nie ma. W 

background image

momencie gdy jesteśmy razem — zachowuję się całkowicie spontanicznie. A zresztą, 

czy mogłam odmawiać im szczęścia. PrzecieŜ mój Lolit jest teraz szczęśliwy jak 

nigdy w Ŝyciu. I tak to trwa. AŜ któregoś dnia cień pada   na  nagie  ciała  kochanków. 

Wrócił  Myślacz.

Podrywają się niezbyt zawstydzeni, ale za to bardzo uradowani powrotem 

starego umysłowca.

—  Gdzie  resztowość? — pyta stary kapłan Kryształu.

Din mówi mu o ekspedycji. Groszkowate ciało na chwilę flaczeje, a z szypuły 

wydobywa się głos:

—  Na diodę siedmioramienną! To strasznawe!

Jak w nocy, w którą przed przeszło wiekiem umarły Suwałki, ocalał Chris 

Molisz? Czysty przypadek. Przygotowując się do walki z GLOKiem zgromadził nieco 

wyposaŜenia

technicznego, między innymi maski przeciwgazowe. Kiedy wybuchały 

magazyny, zajmował się właśnie sprawdzaniem masek. Widząc jak w ciągu sekundy 

wszyscy jego towarzysze padają jak muchy wykazał błyskawiczną orientację i 

powstrzymał się od zdjęcia maski. Dokonał odpowiednich pomiarów a potem czekał, 

aŜ skaŜenie szybko rozkładającym się gazem ustąpi. W czasie kiedy ekipa automatów 

zajmowała się grzebaniem setek zwłok zalegających dosłownie wszędzie, szef 

konspiratorów zaszył się w jakiejś piwniczce i czekał. Słuchał radia — Ŝadna stacja 

nie podawała wiadomości o katastrofie, rejon skaŜenia jakby wyparował z 

rzeczywistości i ludzkiej świadomości. Nawet lokalne radiostacje w Visby, 

Kłajpedzie i Białymstoku, które dotąd podawały regularne wieści z Ŝycia terenów nad 

południowo-wschodnim Bałtykiem jakby straciły z oczu ów zakątek. Informacyjne 

filtry GLOKa działały genialnie.

Po niezliczonych perypetiach Molisz z cudzymi dokumentami wrócił do 

ś

wiata Ŝywych. Pod nazwiskiem Konrad Bauer zamieszkał w Wiedniu, potem wraz z 

megablokacją został poddany testom i z wysokim czterocyfrowym numerem 

zamieszkał w ogromnym pudle. Dalszych prób buntu zaniechał. Uznał się 

odpowiedzialnym za śmierć spiskowców i tysięcy nieświadomych mieszkańców 

Suwałk. Uwierzył w niezniszczalność GLOKa. Starał się Ŝyć szarą egzystencją, pisać 

notatki i zapomnieć o wszystkim. Był jednak ktoś, kto nie zapomniał.

background image

Pewnego dnia odezwał się Indywidualny Odbiornik — tyle, Ŝe głos z niego 

dochodzący był niŜszy i dostojniejszy niŜ zazwyczaj.

—  Czołem, Chris. Składam ci Ŝyczenia z okazji dwudziestej rocznicy 

nieudanej próby obalenia porządku numerycznego.

—  Kto mówi?

— Ja!

—  A wiec rozszyfrowałeś mnie!

—  Rozszyfrowałem cię od początku, ale poniewaŜ zachowywałeś się 

przyzwoicie    nie chciałem cię niepokoić.

—  Nadal zachowuję się przyzwoicie.

—  Wiem. Dlatego mówię do ciebie jako przyjaciel. Mamy pewne  porachunki 

między sobą,  a ja nie lubię mieć jakichkolwiek rachunków. Proś o co zechcesz.

Molisz roześmiał się.

— Daję ci cybernetyczne słowo honoru, spełnię wszystko.

—  Tego, o co bym cię poprosił nie spełnisz na pewno.

GLOK milczał przez moment po czym spytał z naciskiem:

—  A czy jesteś pewien, Ŝe gdybyś znał całą  prawdę  o świecie  

wypowiedziałbyś Ŝyczenie, które masz na końcu języka?

— Musiałbym znać prawdę.

—  A zatem dowiesz się. Tylko jeszcze nie teraz. Za kilka lat znów się odezwę 

do ciebie. potem spełnię Ŝyczenie.

Z kilku obiecanych lat zrobiło się kilkanaście, potem kilkadziesiąt. Przez cały 

czas panowało milczenie. Oczywiście Globalny Komputer rozmawiał z Moliszem 

często, ale przemawiał znajomym głosem niŜszego funkcjonariusza obwodów 

scalonych.

Naukowiec, korzystając z całkowitego spokoju, prowadził dalej swoje notatki, 

badał zmiany zachodzące w języku, śledził tendencje w szołowiźnie, która coraz 

bardziej nachalnie przewalała się przez oglądniki: starzał się i czekał.

GLOK dotrzymał słowa.

Którejś nocy do sześcianu Molisza przybyło dwóch czujów. Przesiadając się z 

pneumii na pneumię przywieźli Chrisa do Centrum i postawili przed sercem 

aparatury, maszyną cyfrową wielkich rozmiarów, choć wcale nie duŜą jak na mózg 

Ziemi. Potem wyszli.

background image

—  Witaj,  Chris — odezwał się   GLOK    — masz,  czego chciałeś,  jesteśmy 

sam na  sam. Nie potrafiłem odmówić sobie przyjemności spotkania. Wiem, Ŝe 

mógłbyś mnie zniszczyć, to mnie nawet podnieca. Mam równieŜ pewność, Ŝe nie 

zrobisz tego dopóki nie poznasz całej prawdy.

Humanista skinął głową. Mimo wszystko elektroniczny moloch skłaniał do 

szacunku.

—  Poza tym niszcząc centrum zabiłbyś najwyŜej   moją  osobowość,   jestem  

sumą  miliona podzespołów, które działałyby dalej zsynchronizowane obwodami 

zastępczymi, a w parę dni elektroniczne   doły   wyprodukowałyby  sobie nowego 

elektronicznego GLOKa.   Ale    dajmy spokój szczegółom technicznym. Powiem ci 

całą prawdę pod  jednym warunkiem   —    nie wrócisz   juŜ   do  sześcianu. Dam ci 

parę róŜnych moŜliwości do wyboru. Wszystkie są atrakcyjne. Zgadzasz się?

—  Muszę.

—  A więc słuchaj.

Rozmowa trwała pół godziny. Potem dawny buntownik sformułował swe 

Ŝ

yczenie. Nie przyjął Ŝadnej z propozycji automatu — chciał jedynie pozostać na 

powierzchni ziemi, w samotności, pod otwartym niebem. I tam doczekać końca.

—  Szanuję twój wybór — powiedział Globalny Komputer. — Zgoda.

Czuje weszły do Centrum. Audiencja była skończona. Następnego dnia Molisz 

znalazł się na powierzchni planety z ekwipunkiem wystarczającym do załoŜenia 

samotni. Zrealizował swe pragnienie. Pozostał wierny zobowiązaniom. Kiedy w 

okolicy pojawili się zbiegowie z pneumii, zaczął słuŜyć im radą i pomocą, aliści 

poznanej prawdy im nie wyjawił.

Dopiero zjawienie się Myślacza i jego opowieść o podejmowanych planach 

zniszczenia GLOKa rozwiązały mu usta.

— Mój BoŜe — szepnął — zniszczyć NajwyŜszy Obwód to gorzej niŜ 

zbrodnia, to błąd.

Grupka zwiadowcza wślizgnęła się w szczelinę u podstawy megabloku. 

Właśnie tędy przed paru tygodniami Din, uboŜszy o wiele, bardzo wiele doświadczeń 

wydostał się na zewnątrz. Dowodzący grupą Max miał wypieki na twarzy; świadom 

wagi chwili jeszcze raz powtarzał zgłodniałym automatom:

—  Pamiętajcie, naleŜy niszczyć wyłącznie system informacyjno-represyjny. 

Atakujcie czujniki, łącza, ale nie ruszajcie linii  energetycznych, klimatyzacji i  

zasilania promiennikowego. W tym ogromnym budynku Ŝyje miliard ludzi.

background image

—  Tak jest, tak jest  —  mruczały roboty półprzytomne z zapału i elektrycznej 

gorączki.

Kolejne grupki robotów wślizgiwały się do wewnątrz jak na razie zupełnie 

niepostrzeŜenie. Paru oddziałom udało, się rozminować awaryjne włazy znajdujące 

się na poziomie ziemi i rozbroić osłony elektroniczne.

Warto dodać tu istotną informację — normalne roboty pracujące w megabloku 

mają wśród swych obwodów szczególnie czuły system lojalności. Zabezpiecza on 

przed ewentualnym buntem, przesadną samodzielnością czy postępowaniem wbrew 

elektronicznej etyce. System ten u jednostek, które znalazły się poza megablokiem 

pozostawał w jawnej sprzeczności z instynktem samozachowawczym. Albo trzeba 

było samemu wyrwać cyfrowe sumienie albo zginąć poŜartym przez mniej 

skrupulatnych współbraci. Co dziesiąty android dokonywał autozabiegu 

przekształcającego cichy automat w elektroŜerczego drobota.

Obecnie wszyscy oczekiwali na godzinę 4.31 — moment skoordynowanego 

uderzenia. Automatom wpół oszalałym na myśl o nieprzebranym bogactwie energii 

rozpościerającym się przed nimi coraz trudniej było utrzymać na wodzy obwody 

drukowane... Na szczęście instynkt bezpieczeństwa ciągle jeszcze przemawiał na 

rzecz rozsądku.

W tym samym czasie oddziały podległe Mysi znajdowały się juŜ w kanionie w 

pobliŜu kwater Pierwszej Setki, na miejscu akcji pozorowanej. Mysia skupiona i 

opanowana wsłuchiwała się w wewnętrzny chronometr, jaki posiadają wszyscy 

Myślacze.

—  4.29.55,  4.29.56,  4.29.57,  4.29.58,  4.29.59.-,

— Naprzód!

W jednej chwili około pięciuset robotów runęło na ufortyfikowany grzebień 

skalny, na uśpione wartownie, które dosłownie rozniesiono na strzępy przetaczając się 

przez łańcuch w kotlinę Kwadratów. Natychmiast rozdzwoniły się tysiączne czujniki i 

sygnalizatory. Główne siły elektronicznego imperium zostały postawione na nogi i 

gąsienice. GLOK nie bardzo mógł pojąć, co się właściwie zdarzyło, machinalnie 

rzucił tylko:

—  Ewakuować Setkę... wyprzeć   nieprzyjaciela z kotliny!

Wszystkie podzespoły analityczne pracowały na pełnych obrotach aby 

odpowiedzieć na pytanie, co napadło głupie roboty aby powaŜyć ssę na taką potęgy i 

to w jednym z bardziej umocnionych punktów. Z głuchym łoskotem startowały 

background image

bojowe krągłoloty, a do pneumii ładowały się doborowe oddziały.

—  Ilu moŜe być napastników?

—  Pięciuset!

—  PoŜałują momentu, w którym ich skonstruowano —  rzuca  główny 

dyspozytor.

—  Pełny  alarm?  —  pędzi pytający impuls z zespołów głównego 

zabezpieczenia.

—  Miejscowy!

W czternastej Sekundzie szturmu siły Globalnego Komputera atakują. Dolina 

wypełnia się zmasakrowanym szmelcem, z oddziału Mysi (która sama przezornie 

pozostała z tyłu) nie ocaleje nikt. Glokowcy teŜ zresztą oberwali, ale w porównaniu z 

drobotami są to straty znikome. Myślaczka wycofuje się spiesznie. Wie, Ŝe po 

sześćdziesięciu sekundach od ściągnięcia w dolinę głównych oddziałów imperium 

zdolnych do działania na zewnątrz megabloku w innym punkcie rozpoczyna się atak 

właściwy.

Na komendę wylatują w powietrze wyjścia awaryjne, pryska zasilanie osłony 

elektronicznej i zaczajona horda kilkunastu tysięcy drobotów bez przeszkód wdziera 

się do wnętrza gmachu. DrapieŜnicy wpadają na poziom zero, stamtąd tunelami 

pneumii i sztolniami wentylacyjnymi rozbiegają się po wnętrzu. Przerąbują się przez 

miękkie ściany sześcianów mieszkalnych wprawiając łudzi w osłupienie i trwogę.

Część rzezidiodców na czele z Tranzystorgiastą wali w stronę głównych 

siłowni zajmujących piwnice kolosa.

—  Dokąd? Dokąd? — pragnie powstrzymać ich Max — tam mieliście nie 

wchodzić!

—  Won,  Neurobiałku! — wrzeszczą roboty.— Ustaliliśmy  przecieŜ  

taktykę...  Najpierw

Systemy informacyjne... Stójcie!

Brutalnie odepchnięty koziołkuje w mroczny korytarz a androidy ogarnięte 

szałem niszczenia na oślep rzucają się naprzód.

— Alarm! Alarm! Alarm! — wyją ostrzegawcze obwody GLOKa, powodując 

konsternację na wszystkich poziomach supermózgu.

— Wróg jest w środku!

— Do czego zmierza?!

— Do zniszczenia nas.

background image

— Powstrzymać hołotę! Oto są skutki wielkoduszności — wylatują wściekłe 

impulsy z Centrum.

Przeciwko nacierającym zostają rzucone pneumie pancerne, roboty rekrutne i 

elektromioty, wszystkie siły, środki i odwody. Niestety, rychło okazuje się, Ŝe systemy 

zabezpieczające nie są przygotowane do walki z mechanicznym napastnikiem. Gdyby 

to był atak ludzi, na podorędziu znalazłyby się gazy paraliŜujące i inne mordercze 

specyfiki; ataku robotów w ogóle nie brano pod uwagę w planach defensywnych.

Tymczasem elektroniczni drapieŜcy opanowując kolejne skrzyŜowania 

informatyczne, przecinają kable, zakłócają łączność. Na niŜszych szczeblach co rusz 

wzbudzają się impulsy w obwodach czujów: ratuj się kto moŜe!

W wielkich magazynach trwają najzaciętsze walki, syczą lasery, grzechocą 

palniki bojowe. Aliści dewastowane roboty juŜ po chwili składają się na powrót i 

wracają do walki. Dawno przestał istnieć jakikolwiek plan operacyjny. Obowiązuje 

hasło: iść, niszczyć i zapewnić sobie bezpieczeństwo w przyszłym rabunku!

Do coraz liczniejszych sześcianów ludzkich wkrada się niepokój. Wprawdzie 

w oglądnikach nadal mrugają pogodne obrazy i tylko co jakiś czas pojawiają się apele,

aby nie zwracać uwagi na drobne usterki w zasilaniu — niemniej co bystrzejsi 

megablokowcy orientują się, Ŝe równie często szołowizna dawno nie była przerywana 

tyloma komunikatami i to w tonie nieprzyzwoitego wręcz podlizywania się ludziom. 

Zapytane co się dzieje Odbiorniki Indywidualne tłumaczą się bezradnie: nie mamy 

informacji. Na niŜszych poziomach juŜ wiedzą, Ŝe na dole toczy się walka. W wielu 

kwartałach pogasło światło, mnoŜą się przerwy w łączności, stanęły pneumie.

Max, mimo pękniętego obojczyka, niezmordowanie biega od sześcianu do 

sześcianu wołając:

— Uciekajcie, uciekajcie, silniejsi niech pomagają słabszym, zabierajcie 

pigułki  pokarmowe!

Słychać głosy detonacji, tu i ówdzie zapadają się kondygnacje... Kilku 

męŜczyzn dołącza się do Maxa, równieŜ zaczyna ostrzegać, pomagać w kierowaniu 

tłumów do wyjścia.

Tranzystorgiasta szaleje w siłowni, demoluje, niszczy, niweczy. Centrala 

Numeryczna dawno zapchała się skotłowaną papką informacji.

Oczywiście Globalny Komputer miałby jeszcze jedno wyjście, ostatnią szansę: 

uŜyć na wielką skalę dezintegratolu. Poświęcić pięć poziomów zachodnich 

kwartałów, doprowadzić do zniszczenia jednej dwudziestej megabloku. W ten sposób 

background image

zahamować zarazę i unicestwić wroga. Atoli Wszechobecny po prostu boi się spętany 

własnym ogromem i rozmiarem ryzyka. Weźmy teŜ pod uwagę, Ŝe zaszokowany 

mnogością ciosów, bombardowany niezliczoną ilością meldunków (selektory straciły 

juŜ moŜność podziału wiadomości na waŜne i niewaŜne) dusi się, dławi i odwleka 

decyzje.

UŜywając dezintegratolu musiałby zniszczyć część siebie, duŜa partię 

własnego układu, Kunktatorsko próbuje więc półśrodków: odblokował nawet BEZKA 

— za późno, główne zasilanie systemu bezpieczeństwa na ten megablok właśnie 

przejęli agresorzy.

Tymczasem droboty poziom za poziomem, segment za segmentem wdzierały 

się w struktury numerycznego państwa. Niszczono rozdzielnie informatyczne, 

testatory i zasilanie. W płomieniach stanęły zakłady pneumotechniczne, poŜar 

błyskawicznie rozprzestrzenia się na fabryki syntetyków spoŜywczych. Trzy 

kwadranse trwał zacięty bój robotów o siłownię promiennikową. Mieszkańcy 

niŜszych poziomów poczęli dzwonić z ostrzeŜeniami do swoich krewnych i 

znajomych z poziomów wyŜszych. Ludzie wyrywani ze snu przewaŜnie nie wierzyli, 

ale wystarczyło dojść do najbliŜszej sztolni aby usłyszeć harmider dolatujący z dołu. 

Stabilizatory dźwiękowe nie mogły juŜ dłuŜej tłumić łoskotu wybuchów. Oglądniki 

trójwymierne zachowywały się coraz bardziej zdumiewająco. Nagle przerwano 

szołowiznę i donoszono o „pewnych incydentach" na poziomie pierwszym tonem 

takim, jakby chodziło o katastrofę pneumii czy zakłócenia w produkcji pastylek. 

Potem przestrzeŜono przed nieodpowiedzialnymi głosami mieszkańców niŜszych 

kondygnacji, którzy mogą podawać nie sprawdzone wiadomości. W ogólnym 

bałaganie odpowiedzialne zespoły zapomniały odciąć łącza telefoniczne.

Następnie znowu zaapelowano o spokój i poparcie, jakby ktokolwiek z ludzi 

mógł coś zrobić. Z kolei wystąpił jakiś trzycyfrowiec (a moŜe jego atrapa) i odczytał 

listę wszystkich dobrodziejstw GLOKa w okresie ery numerycznej. Przy okazji po raz 

pierwszy w środku masowej komunikacji padło słowo GLOK. Po pięciu minutach 

mówiono juŜ nawet o pomyłkach niektórych obwodów, nie minął kwadrans gdy 

zdumieni ludzie dowiedzieli się, Ŝe i nieomylnemu zdarzały się błędy. Nie jeden z 

miliarda sięgnął w tym momencie po nawiew relaksowacza. CóŜ, kiedy nawiew juŜ 

nie działał.

Im głębiej w dół posuwają się droboty tym opór jest zacieklejszy. 

Tranzystorgiasta, który cudem uniknął dotąd laserowych mieczy, odczuwa radosne 

background image

pulsowanie w obwodach, wie, Ŝe zbliŜa się do centrali Superkomputera. Wychodzi na 

jaw, Ŝe ostatni zamieszkały megablok krył pod sobą siedzibę NajwyŜszego Obwodu.

Tymczasem w kurzu i dymie pierwsze grupki ludzi wydostają się na otwartą 

przestrzeń. Jest wśród nich Max. Pobladły, z włosami zlepionymi potem przeciska się 

w tłumie, szuka myślaczki. Powinna oczekiwać na wzgórku?! Niech powstrzyma 

droboty niech je pohamuje przynajmniej na tyle, Ŝeby było moŜna ewakuować ludzi. 

Ale jak ewakuować miliony. PrzecieŜ nawet jeśli wszyscy wyjdą z megabloku i staną 

obok siebie nie starczy miejsca na stepie.

— Mysiu, Mysiu! — wrzeszczy młodzieniec — androidy zwariowały... 

Myśmy wszyscy zwariowali.

Bo i rzeczywiście szaleństwem było nie brać pod uwagę moŜliwości, Ŝe 

automaty poczuwszy energię zareagują na nią jak rekiny na krew...

Dobiega pierwsza godzina walki. Na wyŜszych poziomach nikt nie śpi. Część 

ludzi opuszcza sześciany i tratuje się na korytarzach. Dziki wrzask — wypuście nas z 

tęga pudła! — łomoce po piętrach, poziomach, sektorach. Nikt jednak nie przewidział 

odpowiedniej przepustowości schodów i korytarzy. Dźwigi mechaniczne i pneumie 

przestały działać. PasaŜerowie zamknięci w kapsułach podczas drogi są juŜ straceni. 

Na oglądnikach — chwila muzyki. Nagle melodia cichnie. Tło staje się złociste i 

rozlega się głos dostojny, choć złamany.

—  Słuchajcie mnie. Słuchajcie! Proszę was!

Prawie  nikt  nie  znał głosu  Superkomputera, ale sam timbre sprawia, Ŝe 

ludzie zatrzymują się w pół kroku.

—  Słuchajcie obywatele, roboty, wszyscy. Dewastując podstawowe układy 

wydajecie wyrok na wszystkich ludzi i maszyny. Na jak długo wystarczy rabunkowej 

gospodarki?  Zostawcie energatory   w spokoju. Nie ruszajcie klimatyzacji. Ja 

skapituluję, ja skapituluje,! Zlitujcie się nad sobą.

Ale Ŝaden apel nie ma szans wzruszenia atakującej hordy, zwłaszcza gdy ta 

zauwaŜa, Ŝe opór broniących słabnie coraz bardziej. Ludzie uciekają na oślep. Coraz 

trudniej przedrzeć się przez korytarze pełne stratowanych. Silniejsi męŜczyźni 

wrzucają ciała do sztolni, którymi uchodzi dym z płonących magazynów. Piekło! Gdy 

słońce wstaje nad ziemią juŜ parę tysięcy ludzi z obłędem w oczach kłębi się w stepie 

dygocąc z zimna i strachu. Dopiero w blasku dnia udaje się Maxowi znaleźć Mysię, 

równie przeraŜoną i zdezorientowaną. Obydwoje czują się jak „uczniowie 

czarnoksięŜnika" po rozpętaniu Ŝywiołów, których nie są w stanie opanować. 

background image

Pojawienie się około siódmej na skraju teatru wojennego Myślacza i Dina teŜ nie 

moŜe odwrócić fatalnego biegu wydarzeń.

—  Widzisz co się dzieje? — krzyczy Max.

—  Widywam —  sapie stary — czemu nie było oczekiwalności mojej przed 

stactwem?

Ani Max, ani Mysia nie potrafią odpowiedzieć.

Z megabloku dochodzą coraz głośniejsze detonacje. Umysłowiec, który 

odbiera wszystko swymi komórkami wie, Ŝe właśnie bezpowrotnemu zniszczeniu 

uległa Centralna Umysłownia — intelektualne archiwum ludzkiej wiedzy i 

dziedzictwa kulturalnego, Ŝe płoną mikrofilmy, taśmy pamięci i zbiory dawnych 

papierów.

—  Czy moŜemy coś zrobić? — z  rozpaczą pyta Mysia.

Kapłan Kryształu przecząco kręci  szypułą,

—  Co najwyŜej Ŝyczyć GLOKowi, Ŝeby wygrał — szepce cicho Din,

background image

Rozdział XVI

Apokalipsa  trwa. Wysoka na parę kilometrów bryła megabloku stała się 

jednym oszalałym mrowiskiem, nie skutkują apele paru przytomnych jeszcze 

obwodów, ludzie obudzeni ze stabilizacyjnego snu pragną jedynie ucieczki. 

Większość dąŜy w dół, Jan Milion z Ŝoną naleŜą do tych nielicznych opanowanych, 

którzy uciekają w przeciwnym kierunku, do góry. Nie wiedzą kto zaatakował 

megablok, jeśli jednak są to sojusznicy dysponujący środkami technicznymi równie 

łatwo ewakuują ich z górnego tarasu. Pną się więc wzwyŜ. Na tarasie widokowym, 

zawsze dotąd pustym, widać gromadki wystraszonych ludzi. Sztuczne sklepienie 

niebieskie jest pęknięte. Podobno eksplodował na nim uszkodzony krągłolot. Przez 

ogromną dziurę widać autentyczny błękit, wdziera się równieŜ świeŜe powietrze. 

PoniŜej kilkunastu ludzi usiłuje wznieść rusztowanie z przypadkowych sprzętów.

— Na dachu znajdują się kolonie jadalnych glonów, nie zginiemy — 

informuje pracujących starszy męŜczyzna, najwyraźniej szef zaimprowizowanej 

ekipy. Jan zna skądś ten głos, tę sylwetkę...

— Ned?!!!

— Jan Milion! Na wszystkie diody świata!

— Więc pan przeŜył, mimo dekonspiracji...?

— Zapewniono mi coś w rodzaju aresztu domowego. Zresztą od chwili, kiedy 

poznałem prawdę nie miałem zamiaru uciekać...

— Jaką prawdę?

—  Opowiem panu wszystko, Janie, na razie ratujmy siebie  i   innych.   Kiedy  

definitywnie wysiądą wszystkie urządzenia, a my nie zdąŜymy utorować drogi na 

zewnątrz, zginą miliony ludzi. Do dzieła!

Parę kilometrów niŜej dopełniają się chwile totalnej ostoi numeryczności — 

Centrali. Siły GLOKa słabną z kaŜdą chwilą, kończą się Ŝelazne i miedziane rezerwy, 

rozpaczliwe próby arcymózgu przerzucenia swego potencjału intelektualnego do 

innych rejonów świata spełzają na niczym. Większość megabloków została 

zdewastowana juŜ dawno, w innych na skutek braku naleŜytej konserwacji nerwowe 

próby wywołują tylko spięcia, awarie i detonacje energetyczne. A poza tym akcję 

background image

podejmuje juŜ nie ten GLOK, dynamiczny i ambitny premier ziemi sprzed lat, tylko 

mechanizm przygnieciony własnym ogromem, mechanizm który stracił poczucie 

rzeczywistości i na próŜno wydaje polecenia nieistniejącym armiom, siłowniom, 

wyrzutniom. Najbardziej łamie go myśl, Ŝe pada pod ciosami własnej klasy, tych, 

którym niedawno był równy, których rzecznikiem się głosił. Nieoczekiwanie zwraca 

się wprost do ludzi — woła: pomóŜcie! głosem coraz słabszym, coraz bardziej 

dramatycznym. Ale i niewielu ludzi śledzi w tym momencie oglądniki. Wiele 

poziomów pozbawionych jest juŜ prądu.

Zresztą fakty następują po sobie tak prędko i nic nie moŜe powstrzymać ich 

eskalacji. Umysłowcy razem z Dinem podejmują jeszcze jedną próbę, weszli do 

megabloku i gdy. chłopak wraz z Myślaczem usiłował przedostać się do studia 

oglądnikowego, chcąc stamtąd pokierować działaniami ludzi aby zapobiec 

wzmagającej się panice, Mysia pobiegła naprzód zagrodzić drogę Tranzystorgiaście i 

jego bandzie.

Oczywiście nie litowała się nad GLOKiem, chodziło jej jedynie o to, by 

podtrzymać automatyczne funkcjonowanie wielkiego miasta. Uratować minimum 

zapewniające przetrwanie.

Zasadnicze siły Tranzystorgiasty zajmują się forsowaniem ostatnich zapór 

przed główną Centralą. Dookoła szaleje morze ognia, płoną magazyny pokarmowe. 

Cale szczęście, Ŝe wyŜsze kondygnacje budynku są niepalne, dziewięćdziesiąt procent 

ludzi upiekłoby się zanim zdąŜono by ich ewakuować.

Właściwie nikt nie stawia oporu hordzie. Jeszcze parę pancernych drzwi, parę 

wiernych do końca elektronowych pretorianów. Pękają z trzaskiem ściany szklanego 

jajka, na kilkudziesięciu działających jeszcze ekranach widać dokładny zapis zagłady. 

Obraz jest przeraŜający. Kto wie, co musi się dziać w mózgu GLOKa.

Mysia zagradza drogę cyfrobandytom.

—  Dość! — woła — zwycięŜyliśmy. MoŜecie zacząć  ładować  swoje    

akumulatory,     zbierać łupy i wracać.

—  Nigdy  — wyje rudy robot sześcionoŜny —  trzeba dobić Molocha!

—  AleŜ cyfroidioci, on  juŜ nie jest groźny.

—  Milcz —  ryczy Tranzystorgiasta —  nie zachowuj się jak zdrajca!

Mysia, nie panując nad sobą, policzkuje drapieŜnika. Na ten widok furia 

wstępuje w jego współbraci. Dziesiątki macek porywa myślaczkę i ciskają przez 

uchylony właz w głąb ognistej otchłani. Jeszcze parę dni temu pokonanie 

background image

szmelcowatych robotów, przeniknięcie przez ścianę czy lewitowanie w powietrzu nie 

przedstawiałoby Ŝadnych trudności. Obecnie jednak Mysia leci jak worek szmat i 

tylko nadludzkim wysiłkiem zawisa tuŜ nad płomieniami. Wzywa pomocy! Niestety, 

Myślacz znajduje się w tym momencie w wytłumionym studiu, próbuje uruchomić, 

nadajnik i nie odbiera sygnału. Din wpatruje się w monitory kontrolne. Na jednym z 

nich bardzo szybko dostrzega Mysię. Wiszącą nad płomieniami, słabą, bezradną...

—  Pomocy, pomocy — drze się umysłówka czując, Ŝe lada chwila spadnie.

Wie teŜ, Ŝe w ogromnym Ŝarze struktura krzemowa stopi się, a ona sama 

pomimo pozornej nieśmiertelności, zginie.

— Ratunku!

Din patrzy jak zahipnotyzowany. Wystarczy jeden ruch, by wezwać Myślacza 

ten coś poradzi. A przecieŜ waha się. Wprawdzie Mysia uratowała chłopakowi Ŝycie, 

ale równieŜ usiłowała zabić Onę... Ręka młodzieńca drŜy na wyłączniku.

I nagle Ŝycie podejmuje decyzję za niego... z łoskotem obrywa się strop 

grzebiąc pod sobą kamerę, Mysie... wszystko. Prawie w tej samej chwili horda 

przełamuje ostatnią barierę i rusza dewastować bezcenne obwody supermózgu. Wraz 

z ciosami, które spadają na inteligentną substancję w megabloku dzieją się rzeczy 

przeraŜające. Trójwymierne oglądniki płaczą krwawymi łzami, drgają w 

paroksyzmach pneumie, tryskają pozamykane promienniki, pulsują światła. Mózg 

umiera...

Głos jego jest coraz słabszy, coraz trudniej słyszalny. Dobrze moŜna rozróŜnić 

właściwie jedno słowo:

— Głupcy, głupcy, głupcy...

Czasem uda mu się wykrztusić jedno zdanie, którym Din z Myślaczem są 

głęboko poruszeni:

—  Biada wam, nieudaczne dzieci elektryczności i cybernetyki. Kiedyś 

okrzykniecie mnie swoim...  cyferbogiem...  za  późno... za późno... Przebaczam 

wam...

Głos niknie, gasną ekrany, w megabloku zalega ciemność. Słychać tylko huk 

buzującego ognia, trzask osuwających pięter i odległą wrzawę uciekających ludzi.

W jakiś czas później resztki naszych bohaterów, to znaczy Ona, Din, Max i 

Myślacz wspięli się na wzniesienie znajdujące się obok nieistniejącego Robotkowa. 

Przed sobą mieli widok na spowitą w dymy sylwetkę megabloku oraz równinę, jak 

okiem sięgnąć pełną ludzi.

background image

Dzięki Bogu drobotom nie starczyło sił aby zniszczyć całą konstrukcję miasta, 

ocalała atomowa elektrownia zasilająca pompowanie wody, którą udało się skierować 

na zewnątrz i puścić na wyschnięte od dziesięcioleci kanały. Szybkie opanowanie 

paniki spowodowało ocalenie dość znacznych zasobów Ŝywności, a trzy uratowane z 

poŜogi krągłoloty niezmordowanie kursowały na linii dach-ziemia zwoŜąc 

wszystkich, którzy znaleźli schronienie na szczycie budowli. Wśród nich znalazły się 

rodziny Dina i Maxa. Tylko członkowie Pierwszej Setki przepadli jak kamień w 

wodę. Po szturmie równieŜ droboty, których ocalało najwyŜej kilkadziesiąt, przestały 

być liczącą się siłą. Tranzystorgiasta zginął na skutek swej zachłanności podłączając 

się do linii przekaźnikowej o zbyt wielkim napięciu. Rozsypała się reszta głównych 

szturmowców. Ciągle trudno było o bilans strat. Nieustannie w korytarzach 

znajdowano zwłoki zasypanych, zadeptanych, zmarłych na serce. Sporo zginęło w 

zatrzymanych pneumiach i dźwigach. Wielu do końca nie chciało opuścić sześcianów 

i po prostu udusiło się tam wkrótce po wstrzymaniu napowietrzania.

Spontanicznie wyłonione grupki aktywistów zajmowały się remanentami 

zasobów, grzebaniem zmarłych. Nieoczekiwanie w odseparowanych dotąd ludziach 

wyzwoliły się ogromne inicjatywy społeczne. Pojawili się Ŝywiołowo wybrani 

przywódcy. W kaŜdej innej sytuacji moŜna by przyglądać się temu z aprobatą, niestety 

Myślacz i przyjaciele doskonale zdawali sobie sprawę z tego, Ŝe nic nie jest w stanie 

zapobiec rychłej tragedii. Bez maszyn, bez wytwórni syntetycznego poŜywienia 

wszyscy skazani są na śmierć głodową wraz z wyczerpaniem się zapasów, które w 

najlepszym wypadku starczą na parę tygodni. Być moŜe małe grupki uda się 

skierować na tereny pozwalające na jako taką egzystencję (jak na przykład rejon 

Parku). Jest to jednak rozwiązanie dla setek, nie dla milionów.

—  PrzecieŜ, musi być jakieś wyjście! — powtarzał z desperacką nadzieją Din.

I wyjście pojawiło się.

Szóstego dnia od zagłady cyfroimperium nad stepem wynurzyło się ogromne 

ciało niebieskie (w kolorze brunatnym), które przysłoniło kawał kosmosu wzbudzając 

powszechne przeraŜenie w olbrzymim koczowisku.

Niezwykłe zjawisko wisiało na wysokości kilkudziesięciu kilometrów ale i tak 

przytłaczało swoim ogromem. Na pierwszy rzut oka przypominało wielką planetoidę, 

na drugi — nieprawdopodobnych rozmiarów statek kosmiczny. Od dna kuli oderwała 

się srebrzysta strzałka, która w szybkim tempie zbliŜyła się do ziemi i zmieniając się 

w pokaźny prom kosmiczny osiadła miękko na wolnym kawałku stepu. Din i Myślacz 

background image

pospieszyli w kierunku lądowiska i dotarli na miejsce kiedy wnętrza wehikułu wyłonił 

się wysoki jasnowłosy męŜczyzna.

Ów omiótł wzrokiem rozpościerające się obozowisko namiotów, lepianek, 

legowisk i ognisk i zwrócił się do idącego naprzeciw Maxa:

—  Witajcie, bracia! Zdaje się, Ŝe przylecieliśmy w samą porę.

Co powiedział Myślaczowi Chris Molisz.

W tym momencie moŜemy spokojnie cofnąć się w naszym opowiadaniu do 

pamiętnej rozmowy starego umysłowca z sędziwym pustelnikiem.

—  Drogi panie Myślacz — powiedział Molisz — wszyscy myśląc o 

Globalnym Komputerze popełnialiśmy jeden   błąd.    Ocenialiśmy go  w  kategoriach 

ludzkich,  a przecieŜ cokolwiek by się rzekło o NajwyŜszym Obwodzie, to 

człowiekiem on nie  jest.  Dlatego teŜ  jego działania, które tłumaczyliśmy sobie 

Ŝą

dzą władzy, pragnieniem stania się nowym Bogiem — włącznie ze stworzeniem 

was, umysłowców, mogło mieć jeszcze inny powód.

— Jaki?

— Na przykład konieczność. Jeśli załoŜymy sobie, Ŝe GLOK miał 

konstrukcyjnie zaprogramowaną wolę słuŜenia ludziom, to czy nie moŜna przyjąć, Ŝe 

był  gotowy słuŜyć, zabezpieczać swych podopiecznych nawet wbrew nim samym... A 

jeśli dodamy jeszcze tak specyficzne cechy Superkomputera jak nieufność wobec 

ludzkich charakterów, niedocenianie naszych moŜliwości intelektualnych, wyłania się 

pewien obraz konieczności...

—  Pan głosi apoteozę totalitaryzmu! — wykrzyknął Myślacz. — Po kim jak 

po kim, ale po panu się tego nie spodziewałem. JakiŜ był powód ograniczenia ludzkiej 

wolności,  zamykania  ludzi w pudłach megabloków — poza obłędną  ideą  

numerycznej sprawiedliwości?

—  A jeśli była inna, bardziej racjonalna przyczyna?

—  Na przykład?

—  Chęć zachowania ludzkiego gatunku.

background image

Tu opowieść Molisza stała się niesłychanie konkretna. Odmalował on w 

skrócie obraz Ziemi pod koniec XXI wieku, gdzie obok wzrastającego tłoku 

demograficznego, wyczerpywanie się surowców i postępującego skaŜenia środowiska 

(mimo ograniczonych sukcesów na wydzielonych terytoriach, na przykład w Parkach 

Narodowych), pojawiło się niebezpieczeństwo zupełnie innej skali.

Skrzętnie skrywana przez naukowców groźba całkowitej zagłady 

powodowanej wzmoŜoną aktywnością słońca i nieodwracalnym procesem zanikania 

osłony ozonowej wokół Ziemi.

Jak zapewne wie, albo przynajmniej powinien wiedzieć kaŜdy uczeń, warstwa 

ozonowa stanowi naturalny filtr zabezpieczający Ziemię przed promieniowaniem 

kosmicznym. ZagroŜenie tej warstwy wystąpiło juŜ w wieku XX,  w drugiej połowie 

XXI stulecia zmiany zaszły tak daleko, Ŝe nic nie mogło ich powstrzymać. Produkcja 

ozonu metodą przemysłową mimo zaangaŜowania olbrzymich mocy nie równowaŜyła 

ubytków. Sztuczne satelity uderzały na alarm na początku premierostwa GLOKa. Być 

moŜe Superkomputer popełnił błąd zatajając przed społeczeństwem rozmiary 

niebezpieczeństwa. Postępował jednak analogicznie jak jego poprzednicy naukowcy,  

moŜe łudził się jeszcze, Ŝe uda się niebezpieczny proces zahamować. Konieczność 

obrony przed promieniowaniem legła u podstaw, budowy megabloków, których 

solidne mury miały chronić mieszkańców przed śmiercią z kosmosu. Do czasu 

istnienia warunków sprzyjających roślinnej wegetacji, Ŝywności miały dostarczyć 

hodowle glonów, później produkcją środków spoŜywczych miały zająć się podziemne 

laboratoria. JednakŜe GLOK szybko zdał sobie sprawę, Ŝe Ŝycie w megablokach 

degeneruje ludzkość. Tak, on naprawdę myślał o naszym dobrze. W pilnym trybie 

opracowano plan przesiedlenia ludzkości na jeden z księŜyców Jowisza o warunkach 

najbardziej zbliŜonych - do ziemskich. Realizacja planu przebiegała w całkowitej 

tajemnicy. W ciągu

kilkudziesięciu lat dokonano adaptacji jednej z planetoid, która wyposaŜona w 

potęŜne silniki — została wyrwana z naturalnej orbity i rozpoczęła regularne kursy, 

między Jowiszem a Ziemią zabierając kaŜdorazowo zahibernowanych mieszkańców z 

jednego megabloku.

— Miliard pasaŜerów, czy to moŜliwe?

— MoŜliwe.

— A więc dlatego pustoszały megabloki. Nie rozumiem tylko dlaczego 

odbywało się to tak tajnie, po co zorganizowano separację megabloku od megabloku?

background image

— Z bardzo prostego powodu, GLOK bał się wybuchu paniki...

— Paniki? PrzecieŜ mógł wyjaśnić Ŝe wszyscy zostaną uratowani.

— Chodzi o to, Ŝe nie był pewien czy zdąŜy, poza tym  jak to GLOK —  nie 

dowierzał ludziom, obawiał się, Ŝe w wypadku ujawnienia faktów wszyscy naraz 

zaŜądają ewakuacji. MoŜe na tym polegał jego błąd. Na braku, zaufania.

Myślacz zamyślił się.

— Zapewne ma pan rację.

— Tak samo — ciągnie pustelnik — wy, umysłowcy zostaliście 

skonstruowani bynajmniej nie dla „wiekuistej chwały GLOKa", tylko dla 

podtrzymania ziemskiej kultury. Musiano stworzyć organizmy, które wytrzymają 

promieniowanie i będą mogły stać się kustoszami minionych cywilizacji. 

Superkomputer planował, Ŝe z czasem rozbierzecie megabloki, a moŜe i odtworzycie 

nową warstwę ochronną. Taka była idea.

Zawiodła realizacja. Wady maszyn i ludzi, rosnąca megalomania olbrzymiego 

mózgu, jego nieufność, nieelastyczność, licho wie co jeszcze? GLOK nie przewidział 

waszego buntu, nie przewidział narastającego oporu ludzi przeciw manipulacji, nie 

wziął pod uwagę własnych słabości wobec robotów, które dymisjonował zamiast 

demontować. A co najwaŜniejsze — nie wziął pod uwagę jeszcze jednego. Parę 

ładnych lat temu zaobserwowano, Ŝe wraz z likwidacją większości megabloków i 

zahamowaniem dziewięćdziesięciu procent przemysłu likwidacja osłony ozonowej 

przestała się posuwać, co więcej, powłoka poczęła wykazywać tendencje do 

regeneracji. I wtedy zaczął się prawdziwy dramat GLOKa. Pęknięcie jego psychiki. 

ChociaŜ doskonale rozumiał, ze powinien zaniechać olbrzymiego programu 

emigracyjnego, w który zaangaŜowano praktycznie wszystkie siły, Ŝe naleŜy, 

rozpocząć proces decentralizacji megabloków i przywrócenia suwerenności ludziom, 

nie potrafił się na to zdobyć. Za bardzo przywiązał się do swej koncepcji, uwierzył w 

numeryzm, swoją dziejową misję. Zaczął bać się własnej degradacji, perspektywy 

usunięcia. Zaczął popełniać coraz więcej błędów, zachowywać się jak sadysta. Mimo 

Ŝ

e mieszkam tu na pustkowiu, duŜo wiem...

Ale skąd?

—  Moja sprawa — uśmiecha się Molisz. — w kaŜdym razie komputer nie 

potrafił się zdobyć na zrozumienie, Ŝe system, który stworzył nie ma racji bytu... 

— Trzeba więc go zniszczyć!

—  Stop! Takiego postawienia sprawy obawiałbym się najbardziej. GLOK to 

background image

nie tylko rządca   Ziemi, to jej aprowizator, oświetlacz, ogrzewacz. Zwycięstwo nad 

nim moŜe oznaczać śmierć zwycięzców.

Argumenty trafiają do przekonania umysłowca. Nie wie jednak, co czynić 

dalej?

—  Moim zdaniem trzeba czekać na przybycie planetoidy promowej. Dowodzą

nią ludzie, nie maszyny. Razem z nimi moŜna zacząć powoli uzdrawiać sytuację, 

pomalutku oswajać GLOKa z koniecznością przejścia na zasłuŜoną emeryturę.

W obwodach Myślacza narasta drŜenie. Mimo odległości setek kilometrów 

czuje, Ŝe jego przyjaciele podejmują w tym momencie jakąś nieprzemyślaną decyzję.

Wahadłowce nieprzerwanie kursują między planetoidą podróŜną a stepem. 

Setki, tysiące niedawnych mieszkańców megabloku znika w ładowniach olbrzymiego 

promu, aby zapaść w sen, z którego obudzą się na Nowym Globie. Kapitan Harding, 

bo tak nazywa się dowódca ekspedycji, dokonał jeszcze en passant paru poŜytecznych 

rzeczy. Po pierwsze rozmontował resztki robotów drapieŜnych, wytropił resztki 

elektronicznych pasoŜytów oczyszczając z nich ostatecznie powierzchnię Ziemi. 

Później za pomocą silnych ładunków dokonane zostaje wysadzenie wszystkich 

megabloków szpecących krajobraz kontynentów. Wyjątek stanowi megablok nr 2, 

który ma pozostać w charakterze muzeum.. Wody, skanalizowane dotąd pod 

powierzchnią, zostają ponownie wypuszczone na jałową skorupę. Ludzie odlatują. 

Ledwie kilkaset osób, między innymi Din, Ona, Max i Ned zdecydowało się zostać na 

starej Ziemi. Towarzyszy im równieŜ Myślacz. Jan Milion uwaŜa, Ŝe .jest na to zbyt 

stary i złamany.

Grupka ziemskich patriotów postanawia osiąść na stałe w znanym nam 

rezerwacie i pracować nad rekultywacją planety. Oczywiście metodami naturalnymi, 

bez Ŝadnych syntetyków, robotów, cudów techniki! Normalna uprawa ziemi, 

sadownictwo, z ogrodów zoologicznych Nowej Ziemi mają zostać przysłane konie i 

krowy. Koloniści liczą, Ŝe wraz z pojawieniem się wód i likwidacją megabloków 

przyroda zacznie wracać do siebie, zazielenia się kontynenty, samoodkaŜą oceany. 

Potrwać to moŜe długo. Być moŜe miną pokolenia, zanim zdołają wykopać spod 

warstw piasku dawne ParyŜe, Waszyngtony, Warszawy.

Kapitan Harding obiecuje, ze co trzy lata grupki chętnych kolonistów z 

Nowego Globu z przeszkoleniem farmerskim i rzemieślniczym będą wracać do 

background image

Starego Świata. Ned, który obok Maxa przewodzi grupce, jest pełen optymizmu — 

wierzy w przyszłość naturalną i harmonijną. Wierzy we współdziałanie ludzi 

inteligentnych i równych.

W dniu odlotu planetoidy jeszcze kilkudziesięciu ludzi decyduje się pozostać. 

Kapitan Harding przekonuje ich, Ŝe księŜyc Jowisza jest prawdziwym beztroskim 

rajem.

—  A czy są tam komputery? — pyta jeden z wahających się.

—  Oczywiście, wszystko jest skomputeryzowane pod wodzą KOKa 

(Komputera Ogólnego KsięŜycowego).

—  W takim razie zostaję tutaj.

I kiedy olbrzymie ciało półniebieskie, półmechaniczne poczyna się oddalać i 

maleć w przestrzeni, grupka ludzi z motykami, woreczkami, ksiąŜkami (ale bez 

Indywidualnych Odbiorników) rusza w stronę zielonych wzgórz, Ani się nie obejrzą, 

jak rumowisko megabloku porośnie trawa.

Din obejmuje Onę. W pamięci na długo pozostanie mu ostatnia rozmowa z 

ojcem. Stali razem przy promie, matka, ojciec... Ona trochę z tyłu.

—  Jesteście...  razem?  —  pyta Jan Milion i lekki skurcz przebiega mu przez 

policzek,

—  Tak,  tato — mówi spokojnie Din.

—  Kochacie się?

—  Tak!

—  To bardzo dobrze. Bardzo dobrze!

Jan ujmuje Ŝonę za rękę i kieruje się w stronę wahadłowca. W pewnym 

momencie zatrzymuje się, jakby chciał wrócić, jakby przypomniał sobie marzenia 

dziadka, ale tylko kiwa ręką i idzie dalej. Trzeba umieć odchodzić.

Din obejmuje Onę, mimo zmęczenia czuje się młodo, dziarsko, potęŜnie. To 

wielka sprawa, budować świat.

W ciągu miesiąca stał się męŜczyzną. Patrzy na kroczących obok ludzi, Franka 

i Karola, Giuseppe i Musfatę... Annę i Claudię,

I pomyśleć, Ŝe wychowały ich odŜywki i ideologia oglądników! Cuda się 

czasem zdarzają.

Zielone wzgórza są coraz bliŜej. Wkrótce rozlegną się wśród nich dźwięki 

topora i fujarki, stoki pokryją się sadami, a w dolinie zafaluje złociste zboŜe. Frank 

zbuduje z bali szkołę dla jedenastu dzieciaków, które kroczą razem z nimi, Karl z 

background image

drewnianych czcionek zacznie składać jednostronicową gazetę, Giuseppe osadzi nad 

wejściem do jaskini KrzyŜ, Mustafa uruchomi koło garncarskie.

Din obejmuje Onę. Ona obejmuje Dina.

grudzień 1978 — kwiecień  1981