background image
background image

L

YNN 

E

RICKSON

PARADOKS

ROZDZIAŁ 1

Powinni  byli  o  tym  porozmawiać.  Emily  Jacoby,  jadąc  pociągiem 

Amtrak,  który  zbliżał  się  właśnie  do  tunelu  Moffat,  nie  miała  co  do 
tego  wątpliwości:  o  tym,  czy  mieć  dzieci,  czy  nie,  powinni  byli 
porozmawiać  z  Billem,  jak  tylko  ich  wzajemne  stosunki  nabrały 
poważnego charakteru.

Odłożyła przewodnik, który kupiła wczoraj wieczorem w Denver, i 

zaczęła  wyglądać  przez  okno,  podziwiając  biały  bezmiar  dzikiego 
krajobrazu Gór Skalistych Kolorado. Wagon pasażerski przechylił się 
nieco, kiedy  pociąg  wspinał  się  na  wzniesienie  liczące  trzy  tysiące 
trzysta pięćdziesiąt trzy metry, gdzie czekał go odcinek drogi w tunelu 
biegnącym pod wysokimi poszarpanymi szczytami.

Siedząca obok Emily młoda kobieta spojrzała w okno i powiedziała:
- Pięknie tu, prawda?
- Przepięknie - zgodziła się z nią Emily.
- To pani pierwsza podróż do Kolorado? Emily uśmiechnęła się.
- To widać?
-  Ależ  nie  -  odpowiedziała  kobieta.  -  Nie  o  to  chodzi.  Po  prostu 

odkąd wyjechaliśmy z Denver, bez przerwy patrzy pani w okno.

-  Straszny  ze  mnie  mieszczuch  -  odparła  Emily.  -Urodziłam  się  i 

wychowałam  na  Wschodzie  i,  tak  na  dobrą  sprawę,  nigdy  nie 
widziałam prawdziwej wsi.

- Podróż pociągiem jest najlepszą po temu okazją - odparła kobieta, 

pogrążając się w lekturze magazynu poświęconego nartom.

Rzeczywiście,  jazda  pociągiem  to  przygoda  i  Emily  o  tym 

wiedziała. Mogła przecież do swego nowego domu w Seattle polecieć 
samolotem  z  Filadelfii,  ale  w  ten  sposób  miała  przynajmniej  okazję 
coś  zobaczyć,  spojrzeć  na  świat  innymi  oczyma.  A  może  po  prostu 
sprawiły to rewelacje, z jakimi wystąpił Bill?

-  Szkoda,  Emily,  że  nie  porozmawialiśmy  o  tym  wcześniej  -

powiedział  trzy  miesiące  temu  w  Dzień  Dziękczynienia.  -  Ale 

background image

sądziłem, że jesteśmy w tej sprawie jednomyślni. Ostatecznie ty masz 
swoją pracę, ja swoją...

- Nigdy nie zamierzałam przez całe życie być urzędniczką bankową 

-  odparła  Emily.  -  Mnie  naprawdę  zależy  na  dzieciach,  Bill.  Mam 
dwadzieścia  siedem  lat  i  mój  zegar  biologiczny  nie  stoi.  Kiedy 
rozmawialiśmy o małżeństwie, uważałam, że ta sprawa jest jasna.

Emily  nie  zapomni  tego  święta.  Przebywali  właśnie  z  wizytą  u  jej 

rodziny  w  Bryn  Mawr,  eleganckim  przedmieściu  Filadelfii,  kiedy 
nagle stało się jasne jak słońce: nie będzie żadnego ślubu z Billem. A 
zaraz  potem  Emily  ze  zdziwieniem  zdała  sobie  sprawę,  że  odczuła 
prawdziwą ulgę na myśl o tym, że ślub nie dojdzie do skutku. Miała 
może nawet lekkie poczucie winy, ale zarazem i ulgi, jakby jej ciężar 
spadł z serca. A wszystko to dlatego - Emily coraz bardziej zagłębiała 
się w swoją duszę

- że miała już serdecznie dość swego dotychczasowego życia. Dość 

codziennej  rutyny,  pracy  od  dziewiątej  do  piątej,  dość  miasta  z  jego 
zatrutym  środowiskiem,  dość  przyzwoitego  samochodu,  drogich 
ubrań,  świateł  ulicznych,  ryczących  klaksonów  i  syren  karetek 
pogotowia przejeżdżających codziennie pod jej oknami. Dość kolacji 
we dwoje za dwieście dolarów i wysokich obcasów - udręki dla nóg -
dość  mówienia  zawsze  właściwych  rzeczy,  oglądania  właściwych 
filmów, czytania właściwych książek i zamawiania czerwonego wina, 
kiedy tak naprawdę miałaby ochotę na coca-colę.

Marzył  jej  się  przytulny  dom  z  porozrzucanymi  po  kątach 

dziecinnymi  zabawkami.  I  wielkie  psisko,  którego  kudły 
znajdowałaby na meblach. Mogłaby nosić kapcie choćby i cały dzień, 
gdyby  miała na  to  ochotę.  I  prowadzić  półciężarówkę.  A  jeśli  nawet 
nie  zdążyłaby  się  uczesać,  to  co  z  tego?  Wywiadówki  w  szkołach. 
Kosze  żywności,  która  znikałaby  w  ciągu  jednego  dnia,  dosłownie 
pożerana  przez  gromadkę  dzieciaków  i  głodnego  męża.  A  mąż  -  no 
cóż,  w  weekendy  kosiłby  trawniki  i,  trzymając  nogi  na  stoliku, 
oglądałby w telewizji futbol.

Emily dosłownie marzyła o tym, żeby być potrzebna.
A  za  oknem  przemykał  górski  krajobraz.  Ostry  lutowy  wiatr 

porywał z wierzchołków gór białe pióropusze śniegu, unosząc je aż do 
czystego nieba Kolorado. Siedząc w pociągu Emily czuła się dziwnie 
ożywiona -ożywiona i po raz pierwszy w życiu dojmująco świadoma 
tego, kim jest i czego chce.

background image

Kiedy  koleżanka  z  uniwersytetu  zadzwoniła  do  niej  w  Boże 

Narodzenie z Seattle, Emily potraktowała to jak zrządzenie losu.

-  Nie  masz  pojęcia,  Em,  jak  mi  się  tutaj  podoba,  tu  jest  zupełnie 

inaczej - powiedziała Judy. - Świeżo, czysto. No i coś się dzieje. Nie 
wyobrażasz  sobie  nawet,  jaka  jest  różnica  między  starą,  zatłoczoną, 
duszną Filadelfią a Seattle. To miasto żyje.

Emily zadzwoniła do niej w Nowy Rok.
- A jak tam z pracą?
-  O,  w  porządku.  Może  nie  zostaniesz  z  miejsca  wyższym 

urzędnikiem  w  dziale  pożyczek  banku,  ale  tu  się  ciągle  coś  nowego 
otwiera. Emily, Seattle się rozwija. Spróbuj, mówię ci, tu się stale coś 
dzieje.

- A jak mężczyźni? - zapytała Emily półżartem.
- Super. Możesz mi wierzyć. Fajni faceci, nie jakieś nadęte bubki. A 

co, jesteś wolna?

- No, można by tak to nazwać. - I opowiedziała Judy o tym, że Bill 

nie  chce  mieć  dzieci  i  o  swojej  nagłej potrzebie  ustatkowania  się,  o 
tym  wreszcie,  że  pragnie  być  komuś  potrzebna,  nie  tylko  z  powodu 
pożyczki bankowej.

Tak więc podjęła decyzję. Wyjedzie na Zachód. Ostatecznie co ma 

do  stracenia?  Jest  wolna,  wszelkie  wątpliwości  zostawiła  za  sobą,  w 
Filadelfii.  Spróbuje  wreszcie  odpowiedzieć  sobie  na  pytanie,  kim 
właściwie jest; sięgnie po nowe, ważne cele.

Koła  wagonu  odmierzały  rytm,  kiedy  pociąg  jechał  przez  tunel 

Moffat  i  wzdłuż  zbocza  stromej  góry.  Na  twarzy  Emily  pojawił  się 
uśmiech.  W  dole  rozciągała  się  rozległa  dolina,  na  którą  sypał 
oślepiająco biały, czysty śnieg. Niebo było błękitne, aż bolały oczy. W 
Filadelfii  dojeżdżałaby  do  pracy  zatłoczonym  pociągiem  albo 
autobusem,  przepychając  się  w  ścisku  pod  pochmurnym  zimowym 
niebem. A tu, na Zachodzie, czekało ją to, czego najbardziej było jej 
teraz  potrzeba:  nowe  widoki  i  odgłosy,  nowe  zapachy  i  nowi 
przyjaciele,  wśród  których  będzie  mogła  być  sobą.  Zaczynała 
wszystko od nowa, gotowa stawić czoło najtrudniejszym wyzwaniom. 
Ostatnio, przygotowując się do wyjazdu, zadawała sobie od czasu do 
czasu pytanie: czy ona temu wszystkiemu podoła? Ale teraz nie miała 
już wątpliwości, że tak — chciała tego nowego życia. Do licha, jeżeli 
pionierzy mogli porzucać wygodne, bezpieczne życie na Wschodzie i 
ruszać na Zachód, to może i ona. A jeśli do tego wszystkiego czekają 

background image

tam ktoś bardzo, ale to bardzo drogi...?

- Zbliżamy się do kanionu Glenwood - powiedziała sąsiadka Emily 

- tu będzie na co popatrzyć.

I rzeczywiście. Żłobione przez rzekę Kolorado w ciągu milionów lat 

skalne ściany wąskiego kanionu wznosiły się na setki metrów w górę, 
sięgając nieba. Na dnie doliny, ciężka od zimowej kry wiła się leniwie 
ciemna  rzeka.  Górskie  kozice  lawirowały  niebezpiecznie  na 
pionowych  niemal ścianach. Emily zafascynowana  wyglądała  oknem 
myśląc o tym, jak wielkim niebezpieczeństwom musieli stawiać czoło 
pionierzy,  gdy  wykuwali  sobie  drogę  na  Zachód  przez  groźne  góry  i 
kaniony,  łub  też  ciągnęli  przez  rozległe  równiny  i  prerie  tego 
górzystego  kraju.  Wzięła  do  ręki  przewodnik,  rozłożyła  mapę  i 
znalazła na niej i kanion, i miasto Glenwood Springs.

Kiedy pociąg przystaną! i Emily wysiadła, żeby rozprostować nogi, 

poczuła  zapach  siarki  bijący  ze  znanych  na  cały  świat  leczniczych 
źródeł. W Glenwood Springs było zimno; wzdrygnęła się. Od kanionu 
na zachód wiał mroźny wiatr, a nad wyższymi szczytami gór zbierały 
się czarne chmury.  Może, zanim dotrze  do wyżynnego Utah i Idaho, 
przeżyje prawdziwą zamieć śnieżną w westernowym stylu?

Zamówiła sobie kawę w hotelu Glenwood Hot Springs i zaczęła się 

przechadzać  po  hotelowym  holu  utrzymanym  w  stylu  z  końca 
ubiegłego wieku. Na ścianach wisiały obrazki przedstawiające sceny z 
czasów  znacznie  spokojniejszych  i  odznaczających  się  większą 
prostotą.  Były  tam  zdjęcia  samego  hotelu,  eleganckich  powozów 
stojących  wzdłuż  półkolistego  podjazdu,  basenu  z  wodą  z  gorących 
źródeł  i  -  w  dali  -  tętniącego  życiem  miasta.  Wśród  nich  były 
dagerotypy  przedstawiające  dawnych  górników  i  zaprzęgi  mułów  na 
tle  gołych  zboczy  górskich,  wśród  świeżo  ściętych  pni  drzew,  które 
miały służyć  do  budowy  szybów.  A do  tego jeszcze - dobry  Boże!  -
niesławny  Doc  Holliday*

1

  stojący  przed  miejscowym  saloonem:  rok 

około  1800.  Po  szerokich  ulicach  przechadzały  się  elegancko  ubrane 
damy,  a  przed  Składem  Handlowym  -  pogrążeni  w  rozmowie 
mężczyźni  w  stetsonach  i  szelkach.  Jedno  ze  zdjęć  przedstawiało 
Indian  z  plemienia  Ute,  w  białych  koszulach  i  w  kamizelkach,  w 
wysokich  kapeluszach  w  stylu  Abe  Lincolna  i  z  długimi  fajkami. 
Podpis  pod  zdjęciem  wyjaśniał,  że  zanim  biali  przybyli  w  Góry 

                                                          

1

* John Henry „Doc" Holliday (1852-1887) - rewolwerowiec i amerykański bohater ludowy. (Przyp. tłum.)

background image

Skaliste,  Indianie  z  plemienia  Ute  traktowali  tutejsze  źródła  jako 
zimowe  uzdrowisko.  Kolejne  fotografie  ukazywały  książąt  i 
prezydentów,  którzy  w  latach  dziewięćdziesiątych  ubiegłego  stulecia 
przyjeżdżali tu, by korzystać z dobrodziejstw ciepłych kąpieli.

-  Coś  wspaniałego  -  wyszeptała  Emily,  idąc  wzdłuż  ściany  z 

uczuciem dziwnej lekkości w sercu. - Wielki amerykański Zachód.

Towarzyszka  podróży  Emily  wysiadła  w  Glellwood  Springs. 

Najwyraźniej  jechała  na  narty  do  Aspen  położonego  w  odległości 
sześćdziesięciu  pięciu  kilometrów.  Ale  Emily  miała  do  towarzystwa 
swój przewodnik, zaś na wolnym miejscu oparła nogi.

Pociąg  opuścił  Glenwood  Springs  i  jechał  teraz  przez  kolejny,  nie 

tak  już  głęboki  kanion.  Ciemne  chmury  zwiastujące  burzę  śnieżną 
wieńczyły  szczyty  gór,  a  na  biegnącej  wzdłuż  linii  kolejowej  szosie 
wiatr wznosił tumany kurzu.

Zachód  -  myślała  Emily  -  znalazła  się  w  samym  sercu 

amerykańskiego  Zachodu.  Świadomość,  że  oto  zostawiła  za  sobą 
cywilizację przyprawiała ją o bicie serca.

Kiedy  przy  końcu  kanionu  pociąg  nabrał  szybkości,  Emily 

otworzyła przewodnik i spojrzała na mapę. Najbliższa stacja kolejowa 
wypadała w Rifle, w stanie Kolorado.  Na myśl o tym  mieście Emily 
uśmiechnęła się pod nosem - czytała kiedyś o niewielkiej społeczności 
ranczerów,  która  w  1890  roku  mogła  się  pochwalić  najbardziej 
rozwiniętą  hodowlą  bydła  na  zachód  od  Chicago.  Nic  dziwnego,  że 
położone przy linii kolejowej miasto już sto lat temu rozwinęło się w 
wielki ośrodek.

Zamknęła  przewodnik  i  wyjrzała  przez  okno.  Przed  jej  oczyma 

przesuwały  się  sceny  z  dawnych  czasów.  Widziała  pastuchów 
gnających  swoje  stada  przez  bezkresne,  porośnięte  kępami  bylicy 
przestrzenie do korali przy stacji kolejowej i kowbojów o sterczących 
wąsiskach,  ubranych  w  prymitywne  skórzane  portki.  W  sobotnie 
popołudnie  wszyscy  -  ogoleni,  wykąpani  i  w  czystych,  białych 
koszulach - pojadą do miasta. Każdy ze swoim koltem i w ostrogach. 
Mogła się założyć.

A  biznesmeni  starego  Rifle.  Też  było  na  co  popatrzeć:  ciemne 

garnitury,  błyszczące  brokatowe  kamizelki,  szykowne  buty,  miejskie 
kapelusze i wąskie krawatki.

Kobiety to co innego. Emily znała je ze starych zdjęć. Prezentowały 

się wytwornie  w gorsetach,  szerokich  spódnicach,  licznych halkach  i 

background image

zapinanych  na  guziczki  bucikach  z  wysoką  cholewką.  Do  tego  biała 
bluzka  z  falbankami,  a  pod  szyją  kamea.  No  i  kapelusze. 
Najróżniejsze, od skromnych budek do strojnych, wielkich, zdobnych 
w pióra kapeluszy nasadzonych na wysoką fryzurę.

Musiały  to  być  ciekawe  czasy.  Kraj  dopiero  uchylał  rąbka  swoich 

tajemnic,  kusząc  tysiącem  możliwości.  Życie  z  pewnością  surowsze, 
ale obfitujące  w przygody. Jakżeż twardzi  pionierzy amerykańskiego 
Zachodu pogardzaliby ludźmi doby dzisiejszej - z ich małymi lękami, 
egocentryzmem,  brakiem  poszanowania  dla  prawdziwych  wartości, 
przede  wszystkim  rodziny.  Bo  Emily  tego  właśnie  oczekiwała  po 
swoim  nowym  życiu  -  powrotu  do  pierwotnych  wartości.  Miłość, 
rodzina, dom. To musi być wspaniałe.

Czując  uspokajające  kołysanie  pociągu  usiłowała  sobie  wyobrazić 

samą siebie sto lat temu, jako pionierkę jadącą na spotkanie... nowego 
życia.  Tak,  czekał  ją  nowy  początek,  nowa  praca.  Naturalnie  w 
tamtych czasach wybór miałaby niewielki. Mogłaby być guwernantką 
albo...  w  najlepszym  razie  nauczycielką.  A  może  kasjerką  w  banku? 
Zaraz,  czy  w  latach  dziewięćdziesiątych  ubiegłego  stulecia  kobiety 
pracowały w bankach?

Sto  lat  temu  oglądałaby  ten  sam  krajobraz  i  w  tych  samych 

miejscach podskakiwała na złączach szyn. Podziwiałaby te same góry, 
śnieg,  niebo  i  drzewa.  A  może  i  niektóre  domy.  Zamknęła  oczy  i 
próbowała sobie wyobrazić fiszbiny gorsetu wrzynające jej się w boki, 
zapach  dymu  palonego  drewna  i  męskich  cygar,  pijące  trzewiki  z 
wysoką  cholewką,  kłujące  w  głowę  szpilki  do  kapelusza  i  smak 
ciężkiego śniadania zjedzonego w Denver.

Naprzeciwko  niej  w  przedziale  siedziałby  mężczyzna  w  obcisłych 

czarnych  spodniach,  brokatowej  kamizelce,  białej  koszuli,  cienkiej 
krawatce,  a  może  nawet  z  koltem  u  paska.  No  i  obowiązkowo  z 
wąsem.  Tak,  koniecznie z  wąsem  i  w  kowbojskim  kapeluszu  na 
głowie. Facet w stylu Wyatta Earpa.

Gdyby  mężczyzna  uchylił  przed  nią  kapelusza,  z  pewnością 

parsknęłaby pogardliwie... Nie, tego już było za wiele, uznała Emily. 
Czas zostawić w spokoju tę Emily sprzed stu lat. Niech sobie siedzi, 
dumna  i  wyniosła,  a  ona  wraca  do  teraźniejszości.  Otworzyła  oczy  i 
westchnęła. Boże, co za wyobraźnia.

Za  oknem  wielka  rzeka,  czarna  i  szeroka,  wiła  się  przez  rozległą 

dolinę, której brunatne zimowe pola przysypywała biel nadciągającej 

background image

szybko śnieżycy. Była to sucha kraina. Brzegi rzeki porastały wysokie 
drzewa, zaś resztę terenu znaczyły kępy srebrzystej bylicy. W oddali, 
na  krańcach  doliny,  wznosiły  się  górskie  szczyty,  przesłonięte  przez 
kurtynę  gęstniejącego  śniegu.  Emily  wzdrygnęła  się  z  zimna  i 
podkuliła  pod  siebie  nogi.  Surowy  kraj,  zupełnie  niepodobny  do 
łagodnego  krajobrazu  Wschodu.  Tu  góry  były  nagie  i  ostre,  pocięte 
kanionami,  pełne  stromych  urwisk  i  głazów  wyrzuconych  przez 
trzęsienia ziemi.

O  tak,  oczyma  duszy  Emily  widziała  krzepkich  kowbojów 

przemierzających  te  bezkresne  przestrzenie,  stanowiące  idealną 
dekorację  do  filmu.  Nad  rzeką  zobaczyła  samotne  ranczo  ze  smużką 
dymu  unoszącą  się  z  blaszanego  komina.  A  w  zagrodzie  bydło,  z 
opuszczonymi  łbami  oczekujące  bliskiej  już  burzy  śnieżnej.  Serce 
Emily  zabiło  żywiej:  czy  ona  wytrzymałaby  takie  życie?  Czy 
rzuciłaby  wszystko,  gdyby  to  nie  były  lata  dziewięćdziesiąte 
dwudziestego  wieku,  tylko  o  sto  lat wcześniej?  Niepewność,  czy  nie 
zabrakłoby jej hartu, odwagi wydała się Emily niepokojąca.

Silny  podmuch  wiatru  uderzył  w  okno  wyrywając  ją  z  marzeń. 

Śnieżyca  już  prawie  całkowicie  przesłoniła  widok  rzeki.  Pociąg 
przechylił  się  nieco  pod  wpływem  wiatru  i  musiał  zwolnić.  Emily 
przypomniała  sobie  nagle,  że  czytała  kiedyś  o  wielkich  pługach 
śnieżnych, jakie przyczepiano do starych lokomotyw parowych, żeby 
usuwały z szyn wielometrowe zaspy.

Nie mogła już nadal podziwiać krajobrazu i postanowiła wrócić do 

lektury  przewodnika,  zastanawiając  się  jednocześnie,  czy  pociąg 
przybędzie  do  Salt  Lakę  City  z  opóźnieniem.  Nie  miało  to  zresztą 
większego  znaczenia,  jako  że  i  tak  Judy  nie  oczekiwała  jej  żadnego 
określonego dnia.

W swoim liście Emily napisała:
„No więc przyjeżdżam. Dosyć mam Billa z jego pseudonowoczesną 

koncepcją  rodziny.  I  dzięki  Bogu.  Zastanawiam  się,  jak  mogłam 
kiedykolwiek  brać  pod  uwagę  wyjście  za  niego  za  mąż.  W  każdym 
razie  jadę  pociągiem  do  Seattle.  Przynajmniej  coś  zobaczę.  Może 
nawet  zatrzymam  się  po  drodze  w  paru  miastach.  Jeśli 
pokrzyżowałam  ci  jakieś  plany,  nakrzyczysz  na  mnie  po  moim 
przyjeździe. Nie mogę się doczekać, kiedy się zobaczymy..."

Tak więc dokładny termin jej przyjazdu  nie został określony. Judy 

jedynie znała jej niepewne plany.

background image

Emily była w siódmym niebie. Jest wolna i podąża ku mglistej, ale 

wspaniałej przyszłości.

Pociąg zakołysał się delikatnie, zwalniając na łagodnych zakrętach. 

Na lewo, wzdłuż torów kolejowych, znów ciągnęły się góry.

Nagle poczuła szarpnięcie i ostry przechył wagonu,
po czym uderzyła  ramieniem w okno.  Myślała gorączkowo: co się 

dzieje?  Po  chwili  jednak  pociąg  wyrównał.  Odetchnęła  z  ulgą.  To 
przecież nie samolot.

Wszystko stało się nagle. Pociąg znów przechylił się gwałtownie, a 

zaraz  potem  rozległ  się  rozdzierający  zgrzyt  metalu.  W  ułamku 
sekundy  wagon,  w  którym  jechała  Emily,  jak  gdyby  frunął  w 
powietrzu.  Doszedł  ją  dźwięk,  przerażający  i  trudny  do  określenia. 
Krzyki  pasażerów  mieszały  się  z  hukiem  walącego  się  wagonu.  Na 
widok  przelatującego  obok  niej  mężczyzny  Emily  całą  siłą  uczepiła 
się  fotela.  Poczuła  potworny  ból  -jakby  jej  ramiona  wyrywało  ze 
stawów  -  i  wiedziała,  że  pada.  Usłyszała  straszliwy  grzmot,  potem 
poraził  ją  oślepiający  błysk,  aż  wreszcie  zapanowała  całkowita 
ciemność.

background image

ROZDZIAŁ 2

Will 

Dutcher 

wrzucił 

do 

swojej 

bryczki 

ostatni 

dwudziestopięciokilowy worek mąki z Western Mercantile Company i 
pospiesznie nakrył cały ładunek.

Idzie  śnieżyca,  pomyślał  naciskając  kapelusz  na  czoło.  Miał 

nadzieję,  że  bez  przygód  zdoła  wrócić  na  ranczo,  w  każdym  razie 
powinien się pospieszyć, zanim zerwie się wicher i zasypie drogi tak, 
że staną się nieprzejezdne. Łypnął spod ronda kapelusza, wpatrując się 
w białą przestrzeń.  Tak, niewątpliwie zbliżała się śnieżyca.  Już teraz 
porywisty wiatr niósł obłoki białego, kłującego pyłu. No cóż, jeśli się 
spóźni, Antonio poradzi sobie i bez niego, problem może być tylko z 
tą  nową  gospodynią,  po  którą  Will  wyjechał.  Pewnie  ma  buciki  na 
cienkich  zelówkach,  ileś  tam  halek  i  jedną  z  tych  mantylek,  co  to 
ledwie zakrywają ramiona. No i naturalnie wielki kapelusz z piórami, 
który  jako  pierwszy  padnie  ofiarą  śnieżycy.  Do  licha,  czego  innego 
można  się  spodziewać  po  takiej  miejskiej  paniusi.  I  to  ni  mniej,  ni 
więcej  tylko  z  samego  Chicago.  Odsunąwszy  połę  prochowca  Will 
wyjął z kieszeni spodni zegarek. Nachylił się nad nim, żeby go osłonić 
przed  śniegiem  i  odczytał  godzinę.  Była  22.41.  Akurat  czas.  Pociąg 
numer trzy w kierunku zachodnim z Denver City przychodził

0 22.45. Naturalnie może mieć opóźnienie  z powodu  śnieżycy. Do 

diaska,  będzie  musiał  czekać  na  tę  kobietę.  A  jeśli  mąka  i  cukier 
zawilgotnieją, Antonio nie da mu żyć.

Will  nie  był  pewien  tej  gospodyni.  Jego  starszy  brat,  Claiborn, 

załatwił  wszystko  w  Chicago.  Jesienią,  na  pogrzebie  ich  młodszego 
brata, bardzo nalegał:

-  Wziąłeś  dzieciaki  Jessego,  ale  przecież  nie  dacie  sobie  rady  we 

dwóch  z  tym  twoim  starym  zwariowanym  kucharzem.  Potrzebna  ci 
jest  kobieta.  Wykształcona  i  nobliwa,  odpowiednia  do  opieki  nad 
dziećmi.

-  Jesse  i  Clara  byli  ranczerami.  Nie  sądzę,  żeby  chcieli  wychować 

swoje  dzieci  na  francuskie  pieski,  Clay.  My  tu  w  Kolorado  nie 
jesteśmy ludźmi miejskimi -odparł Will.

- Ale tobie jest ktoś potrzebny - upierał się Clay. 
- I już ja o to zadbam, żebyś kogoś miał.
I zadbał. Pani do dzieci - niestety Clay nie uznał za stosowne podać 

jej  nazwiska  -  miała  właśnie  łada  chwila  przyjechać  z  samego 

background image

Chicago,  gdzie  Clay Dutcher  mieszkał  w swoim eleganckim domu  z 
kamienia.  Napisał  tylko,  że  skoro  Will  i  tak  ma  na  głowie  trójkę 
dzieciaków,  to  już  on,  Clay,  przynajmniej  pokryje  z  góry  roczne 
zarobki  tej kobiety. Do  Willa będzie  należało  tylko  nakarmić  ją,  dać 
jej jakiś kąt i wolną rękę w sprawie prowadzenia domu.

Ostatecznie spróbuję - pomyślał Will. Odrzucając długą połę swego 

prochowca  lekko  wskoczył  na  kozioł  bryczki  i  odwinął  lejce  z 
hamulca ręcznego. Da jej szansę, ale jeśli będzie mu zawadzała, to ją 
odeśle Clayowi jak worek mąki.

Cmoknął  na  gniadosze  i  szarpnął  lejce  tuż  nad  parującymi  zadami 

zwierząt,  a  następnie  ruszył  główną  ulicą  Rifle  w  stronę  rzeki 
Kolorado i stacji kolejowej pociągu Denver - Rio Grandę.

W  pierwszej  chwili  nie  zorientował  się,  co  spłoszyło  pierwszego 

konia,  dopiero potem zauważył Johnny'ego  McCruddena,  który biegł 
jak  oszalały  środkiem  drogi.  Chłopak  tak  był  zaśnieżony,  że  Will  z 
trudem go odróżniał od tła, jakie stanowił śnieżno-błotnisty gościniec. 
Johnny  miał  czapkę  naciągniętą  na  uszy  i  usta  otwarte  w  kształcie 
litery O. Chudymi nogami ubijał błocko, jakby bił pianę trzepaczką.

-  Hej,  Johnny,  spłoszyłeś  mi  konie!  -  zawołał  Will.  Chłopak 

zatrzymał się, ciężko dysząc.

-  Och,  panie  Dutcher,  muszę  lecieć  do  szkoły  i  powiedzieć  pani 

Lindley, żeby dzwoniła na alarm.

- Co się stało, Johnny? - spytał zaniepokojony Will.
Klatka piersiowa malca wznosiła się i opadała pod kapotą jak miech 

kowalski, oczy były wielkie jak spodki.

-  Katastrofa,  panie  Dutcher.  Pociąg  numer  trzy  z  Denver  City. 

Wykoleił  się!  Na  wielkiej  zaspie.  Kilometr  przed  miastem.  Muszę 
lecieć, panie Dutcher!

Boże wszechmocny. A co z tą gospodynią? Ładny początek nowej

posady.  Obawiając  się  ślizgawicy,  Will cmoknął  na  konie,  żeby szły 
lekkim truchtem.  Co się  mogło stać? Za sobą  słyszał dzwon  szkolny 
wzywający  ludzi  na  pomoc.  Wieść  szybko  obiegnie  okolicę  i  już 
wkrótce w stronę stacji będą waliły tłumy. Pewnie doktor Tichenor już 
gotuje  instrumenty.  Do  diabła,  pomyślał  Will,  chyba  nigdy  nie  dotrę 
do domu.

Bryczka z lekkim poślizgiem zatrzymała się przed stacją kolejową, 

gdzie już zdążyła się zebrać pokaźna gromadka ludzi.

Zawiadowca  stacji,  Jackson  Rusk,  coś  właśnie  do  nich 

background image

wykrzykiwał. Will wytężył słuch, żeby w tłumiącej wszelkie odgłosy 
śnieżycy pochwycić jego słowa.

- Jakiś kilometr stąd na wschód - mówił Jack. 
-  Kiepsko  to  wygląda.  Wjechał  w  zaspę,  czy  co,  w  tej  śnieżycy. 

Wszystkie wagony wykolejone. Jeśli ktoś ma jakiś środek transportu, 
to bardzo się przyda do wożenia rannych. Kobiety, otwórzcie dla nich 
swoje  domy.  Gotujcie  wodę  i  szykujcie  bandaże.  Będą  nam  bardzo 
potrzebne.

- A czy doktor już wie? - wykrzyknął ktoś z tłumu.
-  Tak,  wie.  Wysłałem  Johnny'ego  McCruddena  do  pani  Lindley, 

żeby uderzyła w dzwon i uprzedziła doktora.

Siedząc  w  bryczce  Will  słuchał.  Zdjął  kapelusz,  machinalnie 

otrzepał go ze śniegu i mocno nacisnął na ciemnowłosą głowę. I jego 
bryczka,  choćby  wyładowana,  też  się  przyda  -  pomyślał.  Katastrofa 
kolejowa, i to jeszcze w taką pogodę! Ale przecież, gdyby było ładnie, 
pociąg  przybyłby  do  Rifle  o  czasie.  Waśnie  rozlegałby  się  gwizdek 
lokomotywy. A nowa gospodyni  Willa, w swoim dużym kapeluszu  i 
miejskich  bucikach  na  cienkiej  zelówce,  wsiadałaby  właśnie  do  jego 
bryczki, żeby z nim jechać do domu i zakłócić spokój jego sielskiego, 
wygodnego życia.

- Może ktoś się ze mną zabierze!? - zawołał Will. 
- Mam jeszcze miejsce!
- Ja! - wykrzyknął Johnny McCrudden pędząc w jego stronę.
- Za młody z ciebie dzieciak, Johnny - odparł Will. 
- Ty lepiej zostań.
-  Ale  ja  mam  już  dwanaście  lat,  panie  Dutcher,  ja  się  nadam  do 

pomocy - upierał się mały.

- A, niech tam, weź go, Will, przyda się każda para rąk - powiedział 

Jaek Rusk. 

- Zaraz będę telegrafował do Denver City i Glenwood Springs, ale 

dopóki  nie  przestanie  padać,  to  i  tak  nam  nie  przyślą  pomocy.  Hej, 
ludzie, nie stać w miejscu, zakasać rękawy i do roboty. Kilometr stąd 
na wschód, jak ranczo Maxfielda. No, już, szybko! Tamci biedacy nas 
potrzebują!

Zanim  Jack  skończył  mówić,  Johnny  siedział  już  na  koźle  koło 

Willa.

- Dzięki, panie Dutcher - dyszał ciężko.
-  To  nie  będzie  miły  widok,  Johnny,  będą  ranni,  a  może  i  zabici. 

background image

Wytrzymasz to, synu?

- Tak, panie Dutcher, sir, daję słowo, że wytrzymam.
Gniadosze  musiały  wyczuć  napięcie,  bo  ruszyły  z  kopyta  poprzez 

białą  zasłonę  śniegu,  która  skryła  już  prawie  całkowicie  drugi  brzeg 
rzeki.  Nie  minęło  kilka  minut,  gdy  Will  usłyszał  syk  pary,  nie  taki 
jednak  jak  zwykle,  kontrolowany,  tylko  jakby  żałosne  zawodzenie 
konającej  maszyny.  Nawet  mimo  śnieżnej  zawiei  hałas  był 
ogłuszający: brzęk, krzyki, ryczenie bydła, nabrzmiałe paniką ludzkie 
głosy,  nieustająca  kakofonia  wrzasków,  płaczu,  jęków,  syku  pary  i 
zgrzytania metalu o metal.

Rzeczywiście kiepsko to wyglądało.
- Panie Dutcher... - usłyszał głos Johnny'ego.
-  Uprzedzałem  cię,  Johnny.  Ale  jeszcze  teraz  możesz  zmykać,  nie 

ma potrzeby, żeby taki mały chłopak jak ty oglądał takie rzeczy 

- powiedział Will patrząc na malca surowo.
-  Nie,  ja  zostanę  -  odparł  malec  niepewnie.  Pociąg  wyłonił  się  ze 

śnieżycy jak widmo. Nie było go, a potem nagłe ukazał się ich oczom, 
jakby wyrósł spod ziemi. Scena, jaką zobaczyli, przypominała piekło. 
Śnieg  wszystko  tłumił  hamując  dosłownie  każdy  ruch.  Niesione 
wiatrem  odgłosy  były  na  przemian  to  ogłuszające,  to  znów  ledwie 
słyszalne.  Will  czuł  zapach  oleju  i  spalenizny,  rozgrzanego  metalu  i 
mdlący  odór  krwi.  Nieprzyjemne  zapachy.  Lokomotywa  leżała  na 
boku  plując  ogniem  i  parą,  a  szalejący  nad  rzeką  wicher  porywał 
wielkie kłęby pary wraz z krzykami rannych.

Na  miejscu  wypadku  był  już  szeryf.  Przyjechało  też  sporo  ludzi  z 

końmi  i  wozami  i  z  każdą  chwilą  przybywali  nowi.  Pasażerowie 
pociągu snuli się bez celu - pokrwawieni i w podartej odzieży. Tych, 
którzy  mogli  chodzić,  miejscowi  ludzie  energicznie  wyprowadzali  z 
miejsca wypadku. Bydło z porozbijanych wagonów bydlęcych błąkało 
się poranione, albo leżało z połamanymi nogami.

Leżały  też,  poukładane  rzędami,  ciała  zabitych,  które  szybko 

pokrywał  biały  całun  śniegu.  Będzie  ich  więcej,  pomyślał  Will.  I 
wtedy przypomniał sobie o gospodyni. Czy była wśród uratowanych? 
Czy  może ta podróż  na  Zachód  okazała się  dla  niej  ostatnia?  Boże  -
westchnął Will - nawet nie mam czasu na poczucie winy. Będzie na to 
czas później.

Zeskoczył z bryczki i przywiązał konie do drzewa. Porywisty wiatr 

szarpnął go za poły płaszcza i Will mocniej nacisnął  biały od śniegu 

background image

kapelusz.

- Chodź no, Johnny - mruknął ponuro. 
- Czeka nas robota.
Wagony  sterczały  pod  najdziwniejszymi  kątami,  jakby  jakieś 

dziecko kopnęło w złości swoją kolejkę. Wnętrze pierwszego wagonu 
za  lokomotywą  przedstawiało  straszliwy  widok:  powykręcane 
siedzenia,  potłuczone  szkło,  porozrzucane  bagaże.  Pod  piecem 
służącym do ogrzewania leżał jakiś mężczyzna. Ciało było częściowo 
zwęglone,  oczy  szeroko  rozwarte,  przerażające.  Will  przykucnął  i 
zamknął  biedakowi  powieki.  Zaczerpnął  tchu,  spojrzał  na  ściągniętą 
twarz Johnny'ego i zaparłszy się nogą o wybite okno zaczął wyciągać 
zwłoki, które następnie wraz z Johnnym brnąc w zaspach wynieśli na 
zewnątrz.

- No jak, Johnny, w porządku? - zapytał Will. Chłopak był biały jak 

kreda, ale wyraz twarzy miał zdecydowany.

- Tak jest, panie Dutcher, sir.
Obok nich przebiegła kobieta z gołą głową i z rozwianymi włosami, 

z  dzieckiem  w  ramionach.  Szlochała  histerycznie.  Will  zatrzymał  ją, 
ale spojrzała na niego, jakby zobaczyła diabła.

- Jeśli pani pozwoli tam ze mną, to ktoś panią zabierze do miasta -

powiedział.

- Jadę do Salt Lakę City - wyszlochała. 
- Salt Lakę City. Ja się tam muszę dostać. Mój mąż...
-  Proszę  się  uspokoić.  Na  razie,  dopóki  nie  uprzątną  torów,  nie 

będzie pociągów do Salt Lakę City. Ale w mieście jest telegraf, może 
pani zawiadomić męża. Johnny, zaprowadź panią do tej tam dwukółki. 
Wszystko będzie dobrze - próbował ją uspokoić Will.

Szeryf  apelował  właśnie  o  parę  koni  do  podniesienia  jakiegoś 

przewróconego  wagonu,  pod  którym  uwięzło  kilku  nieszczęśników. 
Dochodziły  stamtąd  jęki,  które  to  cichły,  to  znów  się  wzmagały, 
sprawiając, że Will nie po raz już pierwszy pożałował, że nie odesłał 
Johnny'ego  do  domu.  Wyprzągł  swoje  gniadosze  i  podprowadził  na 
miejsce.

-  Tu,  Dutcher,  zaprzęgnij  swoje  z  tej  strony  -  dyrygował  akcją 

szeryf. 

- Zaraz zdobędziemy następne. Tutaj, dawajcie tutaj te konie.
Konie,  ślizgając  się  i  parując  z  wysiłku,  szarpnęły.  Wagon  drgnął. 

Ze  środka  dochodziły  rozpaczliwe  krzyki  i  zgrzyt  rozdzieranego 

background image

metalu.

Will  zaklął.  Wagon  się  ślizgał,  konie  nie  były  w  stanie  go 

postawić...

Doprzęgnięto 

koni. 

Mężczyźni 

wrzeszczeli, 

przeklinając 

nieszczęsne zwierzęta. Wiatr zacinał śniegiem w oczy, docierając pod 
rondo  kapelusza.  Will  miał  ręce  zgrabiałe,  ubranie  przepocone  na 
wylot, ale nie dbał oto.

W końcu jednak, trzeszcząc i opierając się, wagon zaczął przybierać 

pozycję  pionową.  Przeraźliwe  krzyki  wstrząsnęły  powietrzem.  W 
promieniu  kilku  metrów śnieg  był ubity i poplamiony  krwią. Szalało 
piekło.

Wagon zakołysał się na pokrzywionych kołach, a następnie runął w 

śnieg  prawym  bokiem  do  góry.  Ludzie  ruszyli  do  środka.  Na  wpół 
żywy  z  wysiłku  Will  wyprzągł  swoje  gniadosze  i  poklepał  je  po 
mokrych  kłębach.  Żałował,  że  nie  ma  dla  nich  derek  ani  owsa. 
Wieczorem nie zabraknie im paszy. Już on tego dopilnuje.

-  Dobry,  dobry  -  najpierw  pogłaskał  po  pysku  jednego  konia,  ą 

potem drugiego. - Dobry, dobry.

Scena przypominała dom wariatów. Noszący rannych popychali się 

w  ścisku.  Wśród  nieustępliwej  śnieżycy  sunął  powoli  strumień 
wyładowanych  ofiarami  wypadku  wozów,  bryczek  i  dwukółek. 
Poprzez wycie wiatru Will nie był w stanie odróżnić poszczególnych 
głosów.  Po  upływie  kolejnej  godziny  zdał  sobie  sprawę,  że  jest 
skrajnie wyczerpany,  na wpół zamarznięty i przepocony,  nie było na 
nim suchej nitki. Koniecznie musi się ruszać — przemknęło mu przez 
myśl.

Skąd ci ranni biorą siły, by krzyczeć - zastanawiał się. Sam ledwie 

mógł  mówić.  A  jednak  przerażające  krzyki  nie  ustawały.  Ludzie 
pracowali w milczeniu, z zaciętymi, popękanymi od mrozu twarzami.

- Panie Dutcher! - usłyszał nagle głos Johnny'ego. 
- Tutaj, panie Dutcher!
Will dobrnął do następnego przewróconego wagonu.
Uczepiony wyrwanych drzwi Johnny machał do niego ręką.
- Panie Dutcher, szybko!
Will  wskoczył  na  poskręcane  żelazne  schodki  i  brnąc  wśród 

powyrywanych  siedzeń,  potłuczonego  szkła  i  po  kałuży  zakrzepłej 
krwi  dotarł  wreszcie  do  środka.  Czuł,  jak  pod  jego  ciężarem  wagon 
zakołysał się i osiadł. Stanął jak wryty i wstrzymał oddech, ale nic się 

background image

już  więcej  nie  poruszyło,  poszedł  więc  dalej  trzymając  się  siedzeń, 
żeby nie stracić równowagi na przechylonej podłodze.

- Johnny?! - zawołał.
Zza oparcia siedzenia wychynęła głowa chłopca.
- Tu jestem, panie Dutcher.
Will  podciągnął  się  jeszcze  kawałek,  tak  żeby  zrównać  się  z 

malcem, który wciśnięty w kąt, pochylał się nad jakimś ciałem.

- Niech pan patrzy - powiedział z wyrazem niedowierzania.
Will  nachylił  się.  Dostrzegł  skrawek  białej  skóry,  splątane  włosy, 

ramię, kobiece biodro...

- Johnny - powiedział szybko - puść mnie tutaj, ale już...
Chłopiec  usunął  się  Willowi  z  drogi  i  dopiero  teraz  zobaczyli 

wyraźnie,  że  była  to  kobieta,  młoda  kobieta.  Nieprzytomna.  A  może 
nawet  martwa.  I  do  tego  naga.  Jej  gładkie  ciało,  zupełnie  nagie, 
połyskiwało bielą w mroku,  

Dla  Willa  był  to  szok;  serce  skoczyło  mu do  gardła.  Odchrząknął, 

próbując dobyć głosu.

- A niech mnie licho - wykrztusił wreszcie, patrząc w osłupieniu na 

wypukłość  pełnej  piersi,  na  miękką  linię płaskiego  brzucha.  Poczuł 
zawrót  głowy;  skóra  paliła  go  żywym  ogniem.  Próbował 
uporządkować myśli. Wszyscy ludzie z pociągu mieli podarte ubranie 
-  poobrywane  rękawy,  nogawki  spodni,  porozdzierane  spódnice.  Ale 
nikt  nie  był...  Nikt  nie  był  taki...  nagi.  Przez  wybite  okno  wpadł  do 
wagonu śnieg osiadając na ciele kobiety, Will patrzył zafascynowany, 
jak białe płatki powoli topnieją. Wreszcie oprzytomniał i w ciasnocie 
porozbijanego przedziału zaczął zdejmować płaszcz.

- Czy ona... - usłyszał głos Johnny'ego - czy ona żyje?
- Jeszcze nie wiem - odparł, niezdarnie usiłując zawinąć kobietę w 

płaszcz.  Musnął  ręką  udo,  potem  biodro,  a  kiedy  otulał  jej  piersi, 
mimo woli poczuł pod palcami miękkie wypukłości.

Panował  nad  sobą  jednak,  świadom  zerkającego  mu  przez  ramię 

chłopaka.  Johnny  McCrudden  ma  oko  -  pomyślał  wyciągnąwszy 
nieprzytomną  kobietę  z  miejsca,  w  którym  leżała.  Był  zmęczony  i 
dziewczyna  wydawała  mu  się  wyjątkowo  ciężka,  a  do  tego  jeszcze 
nieustannie  potykał  się  o  poły  własnego  prochowca.  W  pewnym 
momencie kobieta jęknęła.

- Chodź, Johnny - zwrócił się do chłopca - zabierzemy tę damę do 

miasta. Już tylko ona została.

background image

- Jasne, panie Dutcher.
- Leć do szeryfa, chłopcze, i powiedz mu, że ostatnie wagony są już 

puste.

- A co z tą panią?
- Zabieram ją do doktora.
- Chętnie rozgrzałbym sobie ręce przy piecu - powiedział Johnny i 

tyle go Will widział.

A  było  zimno.  Śnieg  wprawdzie  trochę  zelżał,  ale  wicher  nadal 

szalał  i  temperatura  spadała.  Will  położył  kobietę  w  bryczce  na 
workach  mąki  i  przykrył  ją  plandeką.  Czyżby  to  były  zbyteczne 
zabiegi?  Może  biedaczka  po  drodze  wyzionie  ducha,  zamarznie  na 
kość? Może ma poważne obrażenia? Kto to wie?

Will  położył  jej  rękę  na  czole.  Było  gładkie  i  zimne  jak  marmur. 

Wargi miały niebieskawy odcień, a mokre, zmierzwione, ciemnoblond 
włosy,  które  nie  sięgały  nawet  ramion,  robiły  wrażenie,  jakby  je  w 
przeszłości zgolono - może na skutek febry? Na szyi zauważył drobną 
żyłkę, położył na niej palec i wyczuł równo bijący puls, i poczuł życie.

Kim była ta kobieta? Czy jechała sama? O Boże, a może to ta nowa 

gospodyni  przysłana  przez  Claya?  Całkiem  możliwe.  Ale  co  z  jej 
ubraniem?  Nie  zostało  na  niej  dosłownie  nic,  nawet  szczątków 
gorsetu.  Jak  to  się  mogło  stać?  Cholernie  dziwna  sprawa,  ale  jakieś 
wytłumaczenie być musi. Może któryś ze współpasażerów zwariował 
i w ataku szału zdarł z niej odzież i nagą zostawił, żeby umarła?

Nadbiegł Johnny.
- Szeryf mówi, żeby jechać do domu, że już nic nie ma do roboty, że 

wszyscy, którzy zostali w wagonach, nie żyją.

Will  że  współczuciem  potrząsnął  głową.  Zaczynał  dygotać  bez 

płaszcza, wiatr kąsał jak wściekły pies.

-  Jedziemy,  Johnny,  siadaj  tam  z  tyłu,  będziesz  doglądał  tej  pani. 

Dbaj, żeby była zakryta, bo nam zamarznie na śmierć.

Zmęczone  koniska  ruszyły  w  stronę  miasta.  Will  zatrzymał  się 

przed domem doktora, gdzie już stał z tuzin innych pojazdów.

Dygocąc  z  zimna  wziął  kobietę  na  ręce  i  ruszył  chodnikiem  w 

stronę domu doktora. Zesztywniały z zimna, otumaniony, poruszał się 
powoli. W pewnym momencie przystanął i zwrócił się do chłopca:

- Johnny, dostaniesz ćwiartkę, jak mi odprowadzisz konie do Stajni 

Collina.  Powiedz  mu,  żeby  je  porządnie  wytarł  i  dał  im  podwójną 
porcję owsa.

background image

- Tak jest, panie Dutcher.
- Dasz sobie radę?
- Dam, panie Dutcher.
- O kay, to poczekaj na mnie tam w cieple. Podwiozę cię potem do 

domu.

Doktor  Tichenor  miał  pełne  ręce  roboty.  Cały  jego  gabinet,  cały 

dom  zapełniony  był  rannymi.  Zdążył  właśnie  opatrzyć  ciężej 
poszkodowanych  i  przód  białej  koszuli  poplamiony  miał  krwią.  Ci, 
którzy mogli iść o własnych siłach zostali odesłani pod opieką jednej z 
miejscowych kobiet i poumieszczani  w hotelu, w szkole i w domach 
prywatnych.

Gwarno  było  u  doktora  Tichenora.  Kobiety  i  dzieci  zawodziły, 

mężczyźni  jęczeli,  a  doktor  wydawał  lakoniczne  polecenia.  Ale 
przynajmniej  było  ciepło.  Will  z  ulgą  położył  kobietę  na  kozetce  w 
saloniku, dokąd go skierowano. Przez chwilę stał jeszcze jak przykuty 
do miejsca, a z jego kapelusza i wąsów skapywał topiący się śnieg.

- A co jest z nią? - spytała gospodyni doktora.
- Właściwie to ja nie wiem, pani Fisher - odparł
Will,  który  dopiero  w  tej  chwili  uświadomił  sobie,  żenię  zdjął 

kapelusza. 

- Jest nieprzytomna.
- Doktor jest bardzo zajęty. To musi chwilę potrwać. Idź do kuchni, 

Will, i weź sobie kawy. Sam wyglądasz tak, że można się przestraszyć 
- powiedziała pani Fisher. - Jesteś przemoczony do suchej nitki. Co ci
strzeliło do głowy, żeby w taką pogodę wyjść bez płaszcza?

Ale  Will  już  jej  nie  słyszał.  Spojrzał  raz  jeszcze  na  tajemniczą 

kobietę.  Wyglądało  na  to,  że  śpi  spokojnie.  Błękitne  żyłkowane 
powieki  miała  zamknięte,  a  ciemne  rzęsy  jak  firanki  spoczywały  na 
alabastrowych  policzkach.  Jedno  ze  szczupłych  białych  ramion 
wymknęło  się  spod  płaszcza  i  zwisało  teraz  bezwładnie,  dotykając 
podłogi. Nic jej się nie stanie, jak ją na chwilę zostawi, a jemu przyda 
się filiżanka gorącej kawy.

Kawa była czarna i mocna; wsypał do filiżanki dwie łyżeczki cukru 

i  popijając  powoli  czuł,  jak  wraca  mu  życie.  Zdjął  grubą  wełnianą 
koszulę i powiesił na oparciu jednego z krzeseł stojących przy piecu, 
żeby  mu  wyschła.  Żałował,  że  nie  może  zrobić  tego  samego  z 
bielizną,  ale  cóż,  bielizna  prędzej  czy  później  wyschnie  na  ciele. 
Dorzucając pod kuchnię myślał o mijającym dniu. Na płycie stały, na 

background image

wszelki  wypadek,  gary  wrzącej  wody.  Will  wiedział,  że  kuchnia 
zawsze powinna być gorąca.

Wziął  ze  sobą  do  saloniku  drugą  filiżankę  kawy  i  poszedł 

sprawdzić, jak się miewa kobieta.

Musiała  się  poruszyć,  bo  prochowiec  zsunął  się,  ledwie  teraz 

zakrywając  piersi.  Podciągnął  go  szybko  i  otulił  nim  leżącą. 
Zatrzepotała rzęsami, jęknęła i poruszyła się niespokojnie.

-  No,  dobra,  dobra  -  powiedział  Will  i  natychmiast zdał  sobie 

sprawę, że w ten sposób zwykł przemawiać do koni. Ale jak się mówi 
do kobiety?

Skończyło  się  na  tym,  że  usiadł  koło  niej  na  kanapce  i  cały  czas 

pilnował, żeby nie zrzucała z siebie płaszcza, było to bowiem przy jej 
nagości bardzo ambarasujące. Siedział tak przez godzinę, rozmarzony 
bijącym od niej ciepłem i chłonąc słodki, wilgotny zapach jej włosów.

Nie miała klasycznych  rysów, jak uznał po dłuższym przyglądaniu 

się jej twarzy. Raziły go zbyt szerokie usta dziewczyny i może trochę 
za  mocna  żuchwa.  Zastanawiał  się,  jakiego  koloru  może  mieć  oczy. 
Piwne, zupełnie czarne? A może błękitne jak bławatki? Nie mógł się 
doczekać, kiedy odzyska przytomność i otworzy oczy. Ale kobieta w 
dalszym  ciągu  rzucała  się  wydając  ciche  jęki,  jak  człowiek,  któremu 
śnią się koszmary.

Pod  wpływem  panującego  w  saloniku  ciepła  wróciły  jej  kolory. 

Policzki  miała  teraz  różowe,  jak  płatki  róży.  Przez  jakiś  czas 
wstrząsały nią dreszcze i Will musiał ją mocniej przytrzymać, ale po 
chwili  uspokoiła  się,  a  jej  wargi  odzyskały  normalną  barwę.  Przy 
każdym  kontakcie  z  jej  ciałem  przed  oczyma  jego  wyobraźni 
przesuwały  się  obrazy:  biała  skóra,  krągłe  pośladki,  miękka  linia 
bioder, brzuch, uda. Nie! Dżentelmen nie myśli o takich rzeczach. To 
był tylko wypadek kolejowy. Gdyby się obudziła ze świadomością, że 
widział ją w takim stanie...

Za oknami robiło się coraz ciemniej, ale śnieżyca wyraźnie zelżała. 

Will  przysnął  ze  zwieszoną  głową,  która  lekko  dotykała  włosów 
kobiety.  Nagle  zerwał  się  na  równe  nogi  podniecony  silnym, 
uderzającym do głowy zapachem jej perfum.

background image

- No i  cóż  my tu  widzimy...?  - Nad Willem stał doktor  Tichenor i 

wziąwszy się pod boki spoglądał na niego sponad okularów.

-  Nie  wiem.  Tak  ją  znaleźliśmy,  ja  i  Johnny.  -  Will  oprzytomniał 

gwałtownie  i  wstał  prostując  się  na  całą  swoją  wysokość  metra 
osiemdziesięciu.

Doktor  szybkim  ruchem  odsłonił  płaszcz,  ale  nagle  zawahał  się 

przez  moment,  nie  przygotowany  na  brak  choćby  gorsetu  czy 
staniczka,  Po  chwili  jednak  wzruszył  ramionami  i  przystąpił  do 
badania pacjentki, przytykając jej stetoskop pod piersią.

Will,  speszony,  zaczął  się  rozglądać  po  pustym  pokoju,  ale  doktor 

pochłonięty  szukaniem  obrażeń  i  słuchaniem  serca  kobiety,  nie 
dostrzegł jego zmieszania. Will odczuwał dziwne mrowienie w całym 
ciele. Odwrócił wzrok od krągłych białych piersi i wymamrotał:

- Ach, przyniosę sobie jeszcze kawy. 
- I z rękami w kieszeniach opuścił salonik.
Sprowadź mi tu panią Fisher! - zawołał do niego doktor.
Will przystanął.
- Alę czy ta pani... to znaczy... czy mógłbym coś...?
- Serce majak dzwon - odparł doktor.
- Ale potrzebne jej są jakieś fatałaszki. Poproś no tu panią Fisher.
Podczas  gdy  gospodyni  szukała  jakiejś  damskiej  odzieży,  doktor 

kontynuował  badanie.  Wreszcie  pchnął  okulary  wyżej  na  nos, 
pogłaskał się po koziej bródce i zawyrokował:

- Dostała porządnie w łeb. A w terminologii medycznej nazywa się 

to wstrząsem mózgu. Przez kilka dni będzie wymagała opieki.  Może 
mieć kłopoty  z pamięcią.  Może  wystąpić  czasowa  amnezja.  Zawroty 
głowy, mdłości. Gdyby zasnęła i się nie obudziła, daj mi znać, Will. 

- Ja?
- A czy to nie jest twoja nowa gospodyni? - zapytał doktor. - No ta, 

której się spodziewałeś?

- Ja... ja nie wiem - odparł Will marszcząc czoło.
-  Wszystkie  inne  kobiety  zostały  zidentyfikowane.  Tylko  ta  jedna 

nie  ma  żadnych  dokumentów.  Tak,  to  musi  być  ta.  A  poza  tym,  nie 
mam jej gdzie położyć. Wszystkie domy w mieście są przepełnione, i 
to ciężko rannymi. Ale nie martw się, wkrótce odzyska przytomność i 
będzie jak nowa - zapewnił Willa doktor. 

- Jeszcze ci dołożę gratis ubranie dla niej.

background image

Gładząc wąsa w zadumie, Will spoglądał na leżącą kobietę.
- A jeśli się okaże, że ona nie jest tą gospodynią, to czy będę mógł 

ją odwieźć?

- Mam nadzieję, że ona sama ci powie, co masz robić - powiedziała 

pani Fisher - niech no tylko odzyska przytomność. A teraz wynoście 
mi się, wy dwaj, muszę ją ubrać. To istny skandal!

Droga  powrotna  w  śnieżycy  i  ciemności  trwała  wieki.  W  mieście 

nie było gdzie się zatrzymać na noc, a zresztą konie zdążyły się najeść 
i wypocząć, i Will uznał, że najlepiej będzie wracać do domu.

Na niebie pokazały się pierwsze gwiazdy i śnieg powoli przestawał 

padać.  Latarnie  kołyszące  się  wesoło  po bokach  bryczki  rozpraszały 
ciemność, choć i bez tego konie doskonale znały drogę.

Kobieta była ubrana, otulona wełnianymi kocami i przykryta skórą 

bawołu,  a  oni  z  Johnnym  -  owinięci  ciepłymi  derkami  i  każdy  po 
sutym posiłku. Za godzinę będą w domu.

- Jak ona się nazywa? - doszedł Willa z ciemności głos Johnny'ego.
- Nie wiem.
- Ale to przecież pana nowa gospodyni - powiedział chłopak.
-  Na  to  wygląda.  Ale  nie  znam  jej  nazwiska.  Muszę  zaczekać,  aż 

odzyska przytomność, wtedy ją zapytam.

- Szczęście, że nie została zabita, prawda, panie Dutcher?
- To chyba cud.
Od  czasu  do  czasu  dochodziły  ich  jęki  kobiety  i  wtedy  Johnny 

gramolił się do tyłu  i sprawdzał, czy chorej czego nie potrzeba. Will 
zastanawiał się, jak długo kobieta będzie w takim stanie - ile godzin, a 
może  dni...?  Powinien  był  zadać  doktorowi  więcej  pytań.  A  jeśli 
odzyska  przytomność,  ale  zostanie  na  zawsze  pomylona?  Jeśli  nie 
będzie wiedziała, kim jest? Tylko tego Willowi brakowało do tej trójki 
dzieciaków - pomylonej inwalidki. Powinien był powiedzieć: nie - że 
jej nie weźmie, a przynajmniej dopóki się nie dowie, kim ona na dobrą 
sprawę jest.

Podrzucił  Johnny'ego  do  domu  i  został  mu  już  tylko  niewielki 

odcinek  drogi  do  własnego  rancza,  zwanego  powszechnie  ziemią 
Dutchera  -  żadnych  tam  wymyślnych  nazw,  jak  to  u  bogatych 
Anglików. Cechował bydło po prostu literą D. Wszyscy w promieniu 
jakichś stu pięćdziesięciu kilometrów znali jego rozległą majętność. A 
po  śmierci  Jessego  i  Clary  Will  objął  i  przyłączył  do  swoich  i  ich 
grunty;  tysiąc  akrów,  w  większości  już  teraz  ogrodzonych,  z  dobrą 

background image

wodą. A i dom po bracie też się przydał dla sezonowych pastuchów, 
gdy byli potrzebni.

Will zwykle szedł najpierw do stajni, ale tym razem zatrzymał konie 

przed drzwiami kuchennymi. Zawołał na Antonia, który zapewne już 
spał, i obszedł bryczkę dokoła,

Boże wszechmogący, ależ ta kobieta ważyła! Chyba więcej niż dwa 

worki  mąki.  Pewnie  bliżej  trzech.  Ale  nie  była  tłusta,  Will  mógł 
zaświadczyć. A może po prostu to on był wykończony. Koce wlokły 
się po ziemi i Will kopnął w drzwi butem. 

:

- Antonio!
W  kuchni  zabłysło  światło  i  drzwi  się  otworzyły.  Will  obrócił 

kobietę i przeszedł obok zdumionego, na pół przytomnego Antonia.

- Queva?
To jest nasza nowa gospodyni, Antonio.
- Ona śpi?
- Była katastrofa.  Pociąg się wykoleił.  Jest nieprzytomna. O Boże, 

muszę ją gdzieś położyć. 

- Przeszedł przez  kuchnię do pokoju i położył ją na sofie. Antonio 

cały czas zaglądał mu przez ramię.

-  Jestem  wykończony,  Antonio.  Miałem  ciężki  dzień.  Musiałem 

pomagać przy ratowaniu ludzi.

-  Była  straszna  śnieżyca,  szefie.  Myślałem,  że  pan  zanocuje  w 

mieście.

- I zanocowałbym, ale w mieście szpilki nie wsadzisz. 
Jest  ze  setka  rannych.  Hotel  przepełniony,  domy  przepełnione. 

Miałem  do  wyboru:  albo  nocować  w  Stajniach  Collina,  albo  wracać 
do  domu.  -  Zdjął  kapelusz  i  rzucił  na  krzesło.  Stał  z  włosami 
przylepionymi do głowy, z rękami na biodrach, i spoglądał na kobietę.

- Ona młoda - powiedział Antonio. - Myślałem, że dostaniemy jakąś 

zasuszoną staruszkę.

- Pewnie byłoby i lepiej - mruknął Will.
- Może jej się tu nie spodoba. Może będzie chciała wracać do domu 
- rzekł Antonio z nadzieją w głosie.
- Może - odparł Will. 
- Dzieci w porządku?
- Śpią.
- Wiesz co, Antonio, zaniosę ją do gościnnego pokoju.
- Przygotowałem łóżko, jak pan kazał.

background image

- Dobrze. 
-  Will  zaczerpnął  tchu,  jedną  rękę  podłożył  pod  kolana  kobiety, 

drugą pod ramiona i podniósł. Głowa opadła jej na bok. 

-  Zaczynam  nabierać  wprawy  -  mruknął  wchodząc  po  schodach. 

Przed  nim  wąskim  korytarzem  szedł  Antonio  z  lampą  naftową.  Will 
musiał trochę przechylić kobietę, żeby się zmieściła w drzwi, mimo to 
jednak otarł sobie kłykcie o futrynę i zaklął pod nosem.

Kładł  właśnie  swój  ciężar  na  łóżku,  kiedy  z  poddasza  zeszła  i 

stanęła  w  drzwiach  Mary  we  flanelowej  nocnej  koszuli  i  jasnymi 
warkoczykami, jak mały biały duszek.

-  Wujku  Willu  -  odezwała  się  swoim  nazbyt  dorosłym  tonem  -  co 

się tu dzieje i kto to jest ta pani?

Will westchnął.
-  Myślę,  że  to  jest  nasza  nowa  gospodyni.  Została  ranna  w 

katastrofie kolejowej.

- W katastrofie kolejowej?
- W katastrofie kolejowej? 
- Jak echo powtórzył drugi głos. I po chwili jeszcze jeden, znacznie 

cieńszy.

- W katastrofie kolejowej, wujku Willu?
Do diaska, cała trójka się obudziła. Obaj chłopcy i Mary. Będzie im 

musiał wszystko tłumaczyć od początku.

-  Na  wschód  od  miasta  wykoleił  się  pociąg  numer  trzy  z  Denver 

City. Spędziłem tam cały dzień pomagając ratować rannych ludzi. Bo 
ta  pani  to  jest  pewnie  ta  nowa  gospodyni,  którą  miał  nam  przysłać 
wujek Clay.

- A co jej się stało? - zapytał Burkę, najmłodszy, szeroko otwierając 

oczy i mocno ściskając koc pod pachą.

-  Uderzyła  się  w  głowę.  Ale  doktor  mówi,  że  szybko  odzyska 

przytomność i będzie jak nowa.

- O - powiedział Burkę.
- G - powtórzył jak echo Jesse.
Will przeczesał włosy swoją dużą dłonią. Boże, ależ był zmęczony. 

Spocony, brudny i wykończony.

Odwrócił  się  od  ciekawskich  dzieciaków  i  spojrzał  na  Owiniętą  w 

koce  jak  mumia,  leżącą  na  białej  kapie  kobietę,  na  jej  bladą  twarz  i 
potargane włosy. Doszedł do wniosku, że powinien ją jakoś wygodnie 
ułożyć. Mimo to stał dalej bezradnie, nie wiedząc, co począć.

background image

Wreszcie  zaczął  niezdarnie  wyciągać  spod  niej  koce.  Pani  Fisher 

ubrała  ją  w  czarną  workowatą  suknię,  nic  eleganckiego,  czarne 
pończochy  i  zwykłe  czarne  buciki.  A  pod  spodem...  nawet  nie  śmiał 
pomyśleć.  Kiedy  wychodził,  gospodyni  doktora  rzuciła  mu  jeszcze 
tobołek  z  nocną  koszulą,  czystą  halką  i  szlafroczkiem.  Pewnie
powinien ją przebrać w koszulę nocną. Ale nie miał pojęcia, jak się do 
tego wziąć.

- Do diabła - mruknął i nagle zdał sobie sprawę z obecności dzieci, 

z pewnością oburzonych jego językiem. 

-  Przepraszam  -  powiedział  krótko,  co  jednak  nie  rozwiązało  jego 

problemu.

Will Dutcher miał trzydzieści cztery lata. Nigdy nie był żonaty i nie 

znał  się  na  damskich  fatałaszkach.  Niewiele  miał  do  czynienia  z 
kobietami, a tych, z którymi się stykał, nie  musiał rozbierać. Potrafił 
złapać  krowę  na  lasso,  ujeździć  konia,  pokierować  ludźmi,  obrobić 
pole, czy ugotować na ognisku solidny posiłek. Ba - gdy było trzeba, 
potrafił nawet zabić człowieka. Ale niech go licho, jeśli wiedział, jak 
rozebrać kobietę.

Pozostał  kawalerem z wyboru,  mimo że niejedna  chętnie  wzięłaby 

go sobie na męża. Ale Will, nawykły do tego, by decydować o sobie,
egoistyczny,  a  często  i  mrukliwy,  wiedział,  że  nie  będzie  łatwym 
partnerem.  Glay  mówił  o  nim,  że  jest  nieprzystępny,  zaś  Clara, 
bratowa,  utrzymywała,  że  choć  stanowi  dobrą  partię,  to  jest 
człowiekiem  o  trudnym  usposobieniu.  Will  nie  lubił,  żeby  mu 
ktokolwiek wchodził w drogę, i dlatego żywił obawy co do obecności 
w swoim domu gospodyni, którą postanowił mu przysłać Clay.

Może  Antonio  pomoże  mu  z  tą  koszulą  i  z  tymi  piekielnymi 

guziczkami,  haczykami  i  w  ogóle.  Już  miał  zawołać  starego,  ale  na 
myśl  o  tym,  że  na  tej  kobiecie,  na  jej  białej  skórze,  miałby  spocząć 
wzrok  innego  mężczyzny,  doznał  dziwnego  skurczu  i  słowa  uwięzły 
mu  w gardle.  Inny  mężczyzna  miałby zobaczyć  gładkie  krągłości  jej 
bioder, nóg, piersi... nie, nigdy!

Will  obserwował  drobne  ruchy  kobiety.  Jej  twarz  skurczyła  się 

nagle w dziwnym grymasie, a potem odprężyła się, wargi zadrżały, ale 
nie wydały głosu. Zacisnęła pięść, a następnie ją otworzyła. Kobieta. 
Jak mógł dać Clayowi wmówić sobie coś podobnego?

No cóż, albo sam sobie poradzi, albo będzie tu sterczał gapiąc się na 

nią przez całą noc jak idiota. Ale zaraz, gdzie jest ta koszula?

background image

Odwrócił  się  i  w  drzwiach  gościnnego  pokoju  zobaczył  trójkę 

wpatrzonych w siebie malców.

-  W  tej  chwili  wracajcie  do  łóżek,  bo  jak  nie,  to  wam  zaraz 

przetrzepię skórę  - ofuknął  ich ostro. Słysząc odgłos  zamykanych na 
górze drzwi Will znów odwrócił się do złotowłosej kobiety.

Clay  ani  słowem  nie  wspomniał  w  swoich  listach,  jak  cholernie 

ładna  jest  ta  dziewczyna.  Tylko  tyle,  że  jest  pracowita  i  ma  dobre 
referencje. Will sam nie wiedział, czy ma być z tego powodu zły, czy 
zadowolony.

Nachylił  się  nad  nią  w  poszukiwaniu  guzików,  które,  jak  się 

spodziewał, powinny być gdzieś koło szyi, kiedy nagle stwierdził, że 
patrzy w jej oczy. Otwarte, błękitne oczy - jak zdążył zauważyć, nim 
zaszły mgłą i znów się zamknęły. Niezdarnie przystąpił do dzieła.

Emily  miała  takie  uczucie,  jakby  pływała  w  głębokiej,  błotnistej 

wodzie i nie mogła się wydostać na powierzchnię. Od czasu do czasu 
widziała nad sobą twarz, falującą, nieosiągalną. Gdzieś w głębi duszy 
wiedziała, że ta twarz należy do mężczyzny, którego jednak nie znała. 
I  nagle  poczuła,  że  została  wyciągnięta  z  ciemnych  opiekuńczych 
głębin i rzucona w chłód tak wielki, że cała pokryła się gęsią skórką, 
że  dotykają  jej  jakieś  ręce,  przed  którymi  cofa  się  z  jękiem.  To 
potworne uczucie trwało bardzo długo, zanim te same ręce wpuściły ją 
z  powrotem  w  ciepłe,  mroczne  wody,  gdzie  mogła  nadal  spokojnie 
pływać.

Czas stracił dla niej jakiekolwiek znaczenie. Słyszała głos, głęboki, 

szorstki,  ponaglający,  żeby  za  nim  szła,  ale  tak  była  zmęczona,  tak 
wyczerpana, że opierała się jego natarczywym wezwaniom.

Kiedy  podpływała  zbyt  blisko  powierzchni,  czuła  dojmujący  ból, 

ostry i dokuczliwy. Czasem ten głos i kojący chłód na czole pozwalały 
jej  od  nowa  zanurzyć  się  w  dobroczynnych  wodach.  Próby 
wypłynięcia  na  powierzchnię  były  zbyt  bolesne,  dryfowała  więc  i 
dryfowała bez końca...

Nagle prosto w twarz zaświeciło jej ostre światło. Emily otworzyła 

oczy czując w skroniach rozdzierający ból.

Była  sama.  Sama  w  przytulnym  pokoju,  przykryta  po  szyję 

szorstkim  wełnianym  kocem.  Próbowała  unieść  się  na  łokciach,  ale 
padła,  porażona  bólem.  Oddech  miała  krótki,  spazmatyczny.  Znów 
musiała się zdrzemnąć, bo kiedy otworzyła oczy, dębowa  komoda w 
drugim końcu pokoju była zalana światłem słonecznym.

background image

Tym  razem  zdołała  się  unieść  na  łokciach,  chociaż  ramiona  jej 

drżały.  Tak,  znajdowała  się  w  jakiejś  sypialni.  W  wysokim  oknie 
wisiały wiktoriańskie koronkowe firanki. Na komodzie leżała ręcznie 
robiona  serwetka,  stała  szklanka  i  porcelanowy  dzbanek  ozdobiony 
różyczkami.  Fotel  bujany.  No  i  to  łóżko.  Obróciła  się.  Zaskrzypiał 
mosiężny  zagłówek,  a  twarde  gruzły  materaca  zaczęły  boleśnie 
uwierać  w  uda  i  łokcie.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  leży  na 
materacu  z  końskiego  włosia,  takim  samym,  jakiego  używała  jej 
cioteczna babka.

Położyła  się  z  powrotem  i  sięgnęła  ręką  do  czoła  usiłując  zebrać 

myśli.  Przy  szyi  poczuła  łaskotanie,  które  powodował  wysoki, 
koronkowy kołnierzyk flanelowej koszuli, przy nadgarstkach też były 
jakieś koronki.

To nie moja koszula.
Gdzie jest? Jak się tutaj znalazła? Kto ją, do licha, rozebrał...
Pociąg.
- Boże - szepnęła Emily. Jej głos przypominał skrzeczenie. 
- Pociąg.
Wróciła pamięć. Jechała pociągiem. Była śnieżna zamieć. A potem 

ten przechył i mężczyzna, który koło niej przeleciał, kiedy wagon się 
przewracał. Musiała doznać jakiegoś urazu. Tak, naturalnie głowa. 

A więc jest w szpitalu...
Nie w Szpitalu. To nie jest szpital...
Drzwi  zaskrzypiały  i  Emily  obróciła  się  na  bok,  całkowicie 

zdezorientowana. To nie jest szpital.

W  drzwiach  stał  mężczyzna.  Był  wysoki,  o  gęstych,  ciemnych, 

wijących  się  włosach,  uczesanych  z  przedziałkiem  pośrodku. 
Niebieskie, szafirowoniebieskie oczy w przystojnej, surowej, smagłej 
twarzy z wąsem. Twarzy, którą już kiedyś... już kiedyś widziała.

- Pani nie śpi. 
- Ten sam szorstki głos, który słyszała we śnie. 
- Jak się pani czuje?
Mężczyzna  stał  wypełniając  sobą  całe  wejście,  z  ogorzałą  ręką  na 

ozdobnej mosiężnej gałce. Robił wrażenie... zmieszanego.

Emily oblizała usta.
- Może ja przyjdę później...
-  Nie...  -  powiedziała  słabym  głosem  -  nie.  Proszę,  niech  pan 

zostanie. Ja... ja mam tyle pytań. Ja...

background image

- Jasne, że pani ma.
Przez  chwilę  patrzył  na  nią  niezdecydowany,  po  czym  jak  gdyby 

podjął decyzję. Delikatnie zamknął za sobą drzwi i podszedł do okna, 
przez  które  wlewało  się  słońce.  Stał  w  dalszym  ciągu  speszony,  z 
rękami  sztywno  skrzyżowanymi  na  białej  koszuli  bez  kołnierzyka, 
ramieniem wsparty o framugę.

Emily próbowała usiąść, ale zdołała tylko wesprzeć się na łokciach.
- Kto...? - zaczęła.
-  Will  Dutcher  -  odpowiedział  głosem,  którego  nie  sposób  było 

pomylić z żadnym innym. 

- Jest pani na moim ranczo koło Rifle.
- Na pańskim... ranczo?
-  Po  tej  katastrofie  kolejowej  nie  było  już  miejsca  u  doktora 

Tichenora.

- O - Emily próbowała omieść swoją pamięć z pajęczyn. 
- A szpital? Czy nie ma tu szpitala?
-  Nie.  Najbliższy  szpital  jest  w  Glenwood  Springs.  Niektórych 

rannych  tam  zawieziono,  ale  doktor  Tichenor  powiedział,  że  pani 
wkrótce będzie zdrowa.

- Aha, rozumiem - powiedziała Emily. Ale nie rozumiała nic. 
- Od jak dawna tu jestem? - spytała zdezorientowana, przerażona na 

myśl, że mogła być nieprzytomna przez wiele dni, tygodni czy nawet 
lat.

- Katastrofa zdarzyła się wczoraj - wyjaśnił Will. 
- Przywiozłem panią wieczorem.
- Aha - westchnęła z ulgą. 
- Pan mnie tu przywiózł. Rozumiem.
-  Tak,  przywiozłem,  bo,  jak  mówiłem,  w  mieście  nie  było  już 

miejsca.  -  Przestąpił  z  nogi  na  nogę  i  machinalnie  sięgnął  do  wąsa. 
Emily  zauważyła  ze  zdziwieniem,  że  nie  ma  ani  pierścionka,  ani 
obrączki. 

- Nie znaleźliśmy przy pani żadnych dokumentów, więc doktor i ja 

pomyśleliśmy,  że  pani  jest  pewnie  tą gospodynią,  którą  brat  miał  mi 
przysłać z Chicago. I dlatego...

- Gospodynią?
- Tak, do opieki nad moją ukochaną bratanicą i bratankami.
Emily potrząsnęła głową usiłując zrozumieć sens jego słów.
- Nazywam się Emily Jacoby i jestem z Filadelfii, nie z Chicago.

background image

-  Mój  brat  z  Chicago  nie  podał  mi  pani  nazwiska,  ale  była  pani 

jedyną kobietą w pociągu, której nie zdołaliśmy zidentyfikować, więc 
doszliśmy do wniosku...

- Jestem Emily Jacoby - powtórzyła - a nie żadną gospodynią, panie 

Dutchet.  Dlaczego  pan  nie  zadzwoni  do  brata  i  nie  wyjaśni  tej 
sprawy?

Spojrzał na nią zdziwiony.
- Tutaj nie ma telefonu.
- Nie ma... telefonu?
- Tu jest za daleko.
Emily złapała się za głowę. Poczuła, jak jej wali puls. Wiedziała, że 

niektóre tereny na Zachodzie są jeszcze dość prymitywne, ale tego już 
było za wiele.

- Ja... - zaczęła i poczuła, że ma zupełnie sucho w ustach. 
-  Jechałam  do  Seattle.  I  tylko  dlatego  wybrałam  pociąg,  żeby  po 

drodze podziwiać widoki.

- Sama?
- Tak, sama. 
- O Boże, mało jej głowa nie pękła.
- Z tego, co wiem, Seattle to dzikie miasto. Nie wierzę, żeby...
-  Może  pan  sobie  nie  wierzyć  -  powiedziała  Emily  i  wyczerpana 

opadła na poduszki.

Will  przemierzył  pokój  dwoma  krokami  i  w  jednej  chwili  znalazł 

się przy niej ze szklanką wody, którą nalał z dzbanka w róże.

- Proszę, proszę to wypić - powiedział i pomógł jej usiąść.
Popijając  wodę  spojrzała  w  górę.  Wzrok  Willa  był  przenikliwy, 

szacujący.  Zauważyła  też,  że  wokół  oczu  ma  białe  kurze  łapki 
świadczące o tym, że dużo czasu spędza na dworze. 

Przystojny - pomyślała znów - ale zarazem jakiś surowy i wyniosły.
- Jeszcze wody? - spytał, w dalszym ciągu podtrzymując jej głowę.
-  Nie,  dziękuję  -  odparła  Emily  i  Will  delikatnie  położył  ją  na 

poduszkach. 

-  Panie  Dutcher,  czy  może  mi  pan  powiedzieć,  co  mi  jest?  Moja 

głowa...

- Doktor powiedział, że musiała się pani bardzo mocno uderzyć.
- A czy miałam zrobioną tomografię mózgu?
- Czy co miała pani zrobione? 
- Odstawił szklankę na komodę i obrócił się twarzą do Emily.

background image

- Tomografię mózgu.
- Doktor zbadał panią bardzo dokładnie. On...
- Emily - szepnęła, nagle wyczerpana. 
- Mam na imię Emily. 
-  Czuła,  że  znów  zaczyna  pływać.  Później  zada  te  wszystkie 

pytania, później.

- Może lepiej... dam pani teraz odpocząć – powiedział Will ruszając 

w stronę drzwi. 

- A potem przyniosę coś do zjedzenia.
-  Tak  -  odparła  słabo,  zapadając  się  w  nicość.  Nagle  uderzyła  ją 

pewna  myśl.  Zanim  znów  pogrążyła  się  w  stanie  nieświadomości, 
spytała jeszcze: 

- A kto... kto mi założył tę koszulę?
- Ja.... - Will odchrząknął. 
- Ja ją pani założyłem. 
- I  już  go  nie  było.  Zanim  ogarnęła  ją  ciemność,  Emily 

przypomniała sobie mgliście uczucie chłodu na skórze i czyjeś ciepłe 
ręce. Ręce Willa Dutchera.

Jeśli początkowo myślała, że są na ranczo tylko we dwoje, to była w 

błędzie. Wieczorem kucharz,  Antonio,  przyniósł jej  miseczkę rosołu. 
Wkrótce  potem znów  usłyszała  stukanie.  Był  to  Will  Dutcher.  Przed 
nim tłoczyła się w drzwiach trójka dzieci. Były bardzo zdenerwowane, 
jakby się bały, że je Emily pogryzie.

Dutcher odchrząknął.
- To są moi wychowankowie. Dzieci mojego brata. To jest Mary. 
- Skinął głową w stronę stojącej po jego lewej stronie dziewczynki. 

Mała  wyglądała  na  jakieś  dziesięć  lat,  miała  długie  warkocze  blond, 
prześliczną staromodną sukienkę w kratkę, z koronkami, a na nogach 
czarne,  grube  rajtuzy  i  buciki  z  wysoką,  zapinaną  na  guziczki 
cholewką.  Dziewczynka  dygnęła  potrząsając  jasną  główką  i 
uśmiechnęła się nieśmiało.

- Jak się masz, Mary - powiedziała Emily - miło cię poznać.
- Dzień dobry, panno Jacoby.
Byli jeszcze dwaj chłopcy, ośmioletni Jesse i o rok młodszy Burkę. 

Mogli z powodzeniem uchodzić za

bliźniaki,  z  jednakowo  krótko  ostrzyżonymi  jasnymi  czuprynami, 

przyczesanymi  na  mokro,  i  wielkimi  oczyma,  błękitnymi  jak  niebo 
Kolorado.  Mieli  na  sobie  białe,  sztywno  wykrochmalone  koszule  i 

background image

workowate  spodnie  na  szelkach.  Emily  pomyślała,  że  wszędzie  na 
świecie  mogłaby  się  ich  spodziewać,  tylko  nie  w  drzwiach  swojego 
pokoju.

- Zaraz, chwileczkę - powiedziała. 
- Ten w środku to Jesse, ten po prawej to Burkę, tak? Miło mi was 

poznać.

- Dzień dobry pani - odpowiedzieli chórem chłopcy. I wtedy nagle 

przywiedli  jej  na  myśl  Pennsylvania Dutch*

2

,  czy  też  żyjącą  na 

Zachodzie sektę mennonitów**. Nie chodziło tu nawet o strój - raczej 
o  całe  zachowanie,  włącznie  z  dygiem  dziewczynki  i  skromnie 
ostrzyżonymi głowami chłopców. Nic dziwnego, że nie mają telefonu. 
Nie  zdziwiłoby  Emily,  gdyby  zobaczyła,  jak  cała  rodzinka  jedzie  na 
rynek bryczką zaprzężoną w konia. Do licha, przecież Emily urodziła 
się  i  wychowała  niecałe  pięćdziesiąt  kilometrów  od  samego  serca 
krainy  Pennsylvania  Dutch,  Rozpozna  tych  ludzi  na  odległość.  Z 
wyjątkiem...  z  wyjątkiem  Willa  Dutcherą.  On  jakoś do  nich  nie 
pasował. Brakowało mu tej charakterystycznej pokory. Był zbyt męski 
i zbyt... arogancki.

- A teraz powiedzcie pannie Jacoby dobranoc - powiedział właśnie 

do dzieci. Po czym dodał: 

-  A  ty,  Mary,  mogłabyś  zostać,  to  znaczy...  może  byś  pomogła 

pannie Jacoby... może by panna Jacoby chciała się umyć.

Mary  posłusznie  weszła  do  środka,  podczas  gdy  Will  odesłał 

chłopców na górę.

Emily  rzeczywiście  marzyła  o  łazience,  tylko  że  była  taka  słaba... 

Nogi uginały się pod nią jak pod nowo narodzonym źrebakiem. Mary 
wzięła  ją  za  rękę  i  wyprowadziła  z  pokoju.  Zaraz  za  drzwiami 
zatrzymała się jednak zatroskana.

- Będą pani potrzebne buciki i jakiś koc do nakrycia, panno Jacoby -

powiedziała.

- Buciki?
Dziewczynka skinęła głową.
- Tak, zaraz je przyniosę. 

                                                          

2

*  Pennsylvania  Dutch  -  ludzie  zamieszkujący  głównie  tereny  wschodniej  Pensylwani,  których 

charakterystyczne  tradycje  kulturalne  sięgają  niemieckich  migracji  z  osiemnastego  wieku.  (Przyp.  tłum.)  ** 
Mennonict - sekta religijna wyrosła z szesnastowiecznego ruchu anabaptystów. Podstawą ich wiary jest Biblia. 
Ubierają się skromnie, nie przeklinają, przyjmują chrzest jako ludzie dorośli i zawierają małżeństwa w obrębie 
własnej grupy wyznaniowej. (Przyp. tłum.)

background image

- Szybko wróciła do pokoju, otworzyła szafę i wyjęła parę czarnych 

sznurowanych bucików.

- Mary - powiedziała  Emily opierając  się  o  drzwi  - to nie  są  moje 

buty.

- Nie mogli znaleźć pani bucików - wyjaśniła dziewczynka i Emily 

znów próbowała otrząsnąć się z otępienia. Przecież z całą pewnością 
miała na sobie swoje wysokie brązowe buty. 

Co się z nimi mogło stać?
Największym jednak zaskoczeniem była dla niej „toaleta". Okazało 

się  bowiem,  że  trzymając  w  dłoni  małą  rączkę  Mary,  Emily  musi 
brnąć  przez  śnieg  do  wygódki  znajdującej  się  na  zewnątrz.  Był  to 
najprawdziwszy  drewniany  domek  z  wyciętym  w  drzwiach 
serduszkiem.

W drodze towarzyszył im kudłaty czarno-biały pies. Psiak, ocierając 

się o nogi Emily, tak energicznie machał kikutem ogona, kręcił całym 
ciałem, że mało jej nie przewrócił.

- Spokój, Shep! - skarciła go Mary. 
- Proszę iść, niech się pani nie boi. 
- Psiak umknął urażony.
Emily szła przez podwórko dygocąc z zimna i nie wierząc własnym 

oczom.  Od  jakichś  dwudziestu  lat  nie  widziała  takiej  wygódki.  Jak 
ludzie  mogą  żyć  bez  kanalizacji?  I  co  to  za  człowiek  ten  Will 
Dutcher? Zwolennik powrotu do natury?

Na  wpół  zamarznięta,  zdołała  jakoś  wrócić  przy  pomocy  Mary. 

Przechodząc  koło  kuchni  zobaczyła  Antonia,  który  ledwie  na  nią 
spojrzał, zajęty mieszaniem czegoś w garnku stojącym na starej płycie 
z fajerkami.

Cały  czas  trzymając  się  Mary,  dowlokła  się  jakoś  do  Schodów, 

gdzie słaba, zlana zimnym potem, osunęła się na pierwszy stopień.

- Wujku Willu! - zawołała Mary - wujku Willu!
I nagle Emily zobaczyła go, jak z fajką w ręku pochyla się nad nią.
- Źle się pani czuje? - zapytał z wyraźną irytacją w głosie.
Emily odnalazła jego oczy.
- Czuję się słaba. Moje nogi... Ja...
- Weź to - powiedział szorstko, wręczając Mary fajkę - i zanieś do 

pokoju. 

- Po czym zwrócił się do Emily: - Proszę mnie wziąć za szyję.
Emily  posłusznie  zastosowała  się  do  polecenia  i  Will  wziął  ją  na 

background image

ręce.  Obróciwszy  się  bokiem  zaczął  ją  wnosić  po  schodach.  Emily 
była  speszona.  Kiedy  ostatni  raz stanęła  na  wadze,  ważyła  około 
sześćdziesięciu  kilo.  Nie  była  gruba,  ale  dość  okrągła  i  świadoma 
swego  ciężaru.  Ale  Will  Dutcher  radził  sobie  świetnie.  Czuła  pod 
plecami i pośladkami jego silne, muskularne ramiona. Kiedy wchodził 
na schody, trzymała go  mocno za szyję, przytulona  do jego potężnej 
piersi.

Emily zdała sobie nagle sprawę, że nie po raz pierwszy znalazła się 

w takiej sytuacji. Że było podobnie, kiedy Will niósł ją nieprzytomną 
do sypialni. A potem musiał ją rozebrać i założył jej tę nocną koszulę. 
Gdyby był lekarzem, czy kimś takim, Emily nigdy by się nad tym nie 
zastanawiała. Ale tak,..

Na podeście powiedziała:
- Teraz już dam sobie radę.
- On jednak ignorując jej protesty zaniósł ją ciemnym korytarzem aż 

do sypialni, gdzie ostrożnie położył Emily na łóżku. 

- Nie musiał pan... - zaczęła.
- Już to robiłem wcześniej - rzekł sucho - to mogę i teraz.
Weszła pod ciepłe koce nagradzając go nieśmiałym uśmiechem. Na 

chwilę  ich  oczy  się  spotkały,  po  czym  Emily,  speszona,  odwróciła 
wzrok.

-  To  bardzo  ładnie  z  pana  strony  -  powiedziała  -  że  mnie  pan  do 

siebie  wziął.  Mam  nadzieję,  że  nie  będę  długo  siedziała  panu  na 
karku.

- Siedziała na karku?
-  Tak,  wybieram  się  do  Seattle  -  wyjaśniła  Emily.  Will  stał  przy 

łóżku, podparłszy się pod boki. Machinalnie sięgnął ręką do wąsów.

- Doktor powiedział... - zaczął, ale zawahał się.
- Co takiego powiedział doktor?
- Powiedział, że przez jakiś czas może mieć pani trochę pomieszane 

w głowie.

- Pomieszane w głowie?
- Tak, panno...
- Emily. Proszę mi mówić Emily.
- Tak, Emily - poprawił się i w jego ustach jej imię zabrzmiało jakoś 

zupełnie inaczej. 

- Doktor powiedział, że mogą ci się robić różne rzeczy.
-  Zapewniam  cię  -  odparła  Emily  -  że  mam  wszystkie  klepki  w 

background image

porządku.  Doskonale  wiem,  kim  jestem.  W  każdym  razie  z  całą 
pewnością nie jestem pańską gospodynią, panie... Will.

Przez chwilę patrzył na nią, po czym uśmiechnął się blado.
- Jak pani... uważa.. .sz, Emily. 
-  Z  tymi  słowy  wyszedł  zostawiając  ją  samą.  Widziała  jeszcze  w 

korytarzu jego wysoką, ciemną sylwetkę.

Zgasiła naftową lampę. Naftową  lampę - pomyślała w osłupieniu  i 

zamknęła  oczy,  próbując  uciec  w  sen  przed  tą  przerażającą, 
zwariowaną rzeczywistością,  w jakiej  się znalazła. Umysł jednak  nie 
dawał  jej  spokoju,  pracował  powoli,  ale  nieustępliwie,  jak  gdyby 
musiała od nowa poukładać sobie wszystko w głowie według jakiegoś 
logicznego  porządku.  Jakby  pozapominała  to,  co  dotychczas 
przychodziło  automatycznie.  Pomieszane  w  głowie.  Tak  powiedział 
Will  Dutcher.  Może  mieć  pomieszane  w  głowie.  Ale  to  przecież 
zupełnie naturalne przy wstrząsie mózgu. Całkowicie naturalne.

Zastanawiała  się,  czy  nie  powinna  się  bać  przebywania  w  tym 

dziwnym  miejscu,  ż  tym  dziwnym  mężczyzną,  ale  była  jeszcze  taka 
słaba... Gdyby Will Dutcher zamierzał ją skrzywdzić, zrobiłby to już 
dawno. Instynktownie czuła, że nigdy nie spotka jej od tego człowieka 
nic złego, ale jednocześnie zachodziła w głowę, co się mogło stad z jej 
pieniędzmi,  książeczką  czekową  i  kartami  kredytowymi.  O  Boże  -
myślała - jeśli to wszystko rzeczywiście przepadło, czekają ją straszne 
kłopoty z bankiem. I to jeszcze bez telefonu.

Ale naturalnie musiała te rzeczy stracić, skoro nie znaleźli przy niej 

żadnych  dokumentów.  Co  za  koszmar.  Walizki  od  Gucciego, 
biżuteria,  przyzwoity  skórzany  żakiet  i  buty,  bielizna  i  nowy  aparat 
marki  Nikon.  Ciekawe,  czy  Ąmtrak  ma  ubezpieczenie.  Zaraz,  jak 
tylko się stąd wydostanie, wystąpi z roszczeniem.

A  ubranie,  które  miała  na  sobie?  Wszystko  przepadło.  Jak  to  się 

mogło stać? Musieli ją znaleźć w jakichś strzępach, które wyrzucili na 
śmietnik.  To  się  zdarza.  Podobno  w  katastrofach  samolotowych  pęd 
powietrza  zdziera  ludziom  buty  z  nóg.  Może  podobnie  jest  w 
katastrofach kolejowych.

Wszystko straciła. Przybyła tu, na ranczo Dutchera, goła jak ją Pan 

Bóg  stworzył.  Wzdrygnęła  się  mimo  woli.  Jakby  bez  tych  różnych 
nowoczesnych akcesoriów przestała w ogóle istnieć.

Porzuciła jednak te dociekania z powodu dokuczliwego bólu głowy. 

Dlaczego  nie  dali  jej  przynajmniej  aspiryny?  Albo  czegoś 

background image

mocniejszego.  Przecież  chyba  nawet  w  Rifle  w  Kolorado  mają  w 
drogeriach aspirynę.

Nazajutrz  czuła  się  strasznie.  Jakby  wczorajsze  działania 

wyczerpały  cały  jej  zapas  energii.  Co  za  głupie  uczucie,  kiedy 
człowiek jest taki słaby, obolały i ma ciągłe mdłości. Na myśl jednak 
o tym, że lekarz coś zaniedbał, mimo woli wpadała w panikę. A może 
dzieje się z nią coś bardzo niedobrego - na przykład zakrzep w mózgu 
- i umrze nagle? Takie rzeczy się zdarzały. Dlaczego nie zawieźli jej 
do szpitala karetką pogotowia albo helikopterem? Chciała spytać o to 
Willa Dutchera, ale oczyma duszy widziała jego niezadowoloną minę. 
Za każdym razem, kiedy próbowała go o coś pytać, był wyraźnie zły, 
że Emily wtrąca się w jego sprawy.

Po  lekcjach  Mary  przyszła  do  małego  pokoiku  Emily,  żeby  jej 

poczytać  i  chociaż  mała  czytała  bardzo  dobrze,  Emily  mimo  to  nie 
mogła się skupić.

- Zaczekaj chwileczkę, kochanie, bardzo cię przepraszam.
- Czy boli panią głowa, panno Emily?
- Tak, tak, boli.
- Przepraszam.
-  Mary,  twój  wujek  mówił,  że  najbliższy  szpital  jest  w  Glenwood 

Springs, prawda?

- Tak, proszę pani.
- To dlaczego nie mogą przysłać po mnie karetki pogotowia? W ten 

sposób nie siedziałabym wam na głowie. Zastanawiam się...

Mary słuchała grzecznie, co Emily ma do powiedzenia.
-  Może  twój  wujek  mógłby  zadzwonić  do  nich  z  Rifle  i  poprosić, 

żeby przyjechali.

- Ka...  karetka  pogotowia,  panno  Emily, a co  to  takiego?  - spytała 

wreszcie.

- To taki samochód do przewożenia chorych ludzi. Takich jak ja.
-  Ja...  ja  nie  wiem.  U  nas  nikt  czegoś  takiego  nie  używa.  U  nas 

wszystkich chorych leczy doktor Tichenor.

- Ale czy myślisz, że wujek by zadzwonił? - nalegała Emily, niemal 

w rozpaczy.

- Ja nie wiem, czy można telefonować aż tak daleko jak Glenwood 

Springs.  Jedyny  telefon  jest  w  hotelu  Winchester,  ale  ja  myślę,  że 
stamtąd można tylko... a zresztą naprawdę nie wiem.

Emily westchnęła. Jakie to wszystko trudne. Ci ludzie wydawali jej 

background image

się  jacyś  nieuchwytni,  dziwni.  Od  nikogo  nie  mogła  uzyskać  żadnej 
konkretnej informacji. I to nawet nie to, żeby coś przed nią ukrywali, 
po prostu nie wiedzieli, o czym ona mówi.

Codziennie  po  kolacji  przychodził  do  niej  Will,  żeby  ją  grzecznie 

zapytać  o  zdrowie.  Najwyraźniej  zależało  mu  na  tym,  żeby  jak 
najprędzej  wstała i zaczęła coś robić, ale ona w dalszym ciągu czuła 
się bardzo słaba. Zastanawiała się, czy on w dalszym ciągu wierzy, że 
Emily jest przysłaną mu z Chicago gospodynią.

Piątego  dnia  poczuła  się  trochę  lepiej,  tak  że  mogła  już  zjeść 

odrobinę całkowicie pozbawionych smalcu potraw Antonia. Nie było 
w  nich  żadnych  przypraw,  ziół,  do  licha,  nawet  zwykłego  czosnku. 
Uczesała  się,  umyła  twarz  i  poczuła  się  wreszcie  jak  człowiek. 
Stwierdziła,  że  z  pewną  niecierpliwością  oczekuje  nieśmiałego 
stukania  Willa  do  drzwi.  Przygotowała  sobie  kilka  pytań  do  niego, 
bardzo prostych i jasnych. Nie chciała go peszyć.

-  Dobry  wieczór,  Emily  -  powiedział  na  swój  cichy,  nieśmiały 

sposób. - Wyglądasz dzisiaj znacznie lepiej.

-  Tak,  rzeczywiście,  chyba  lepiej  się  czuję.  Panie  Dutcher...  to 

znaczy Will, czy mógłbyś na chwilę usiąść? Chciałabym cię zapytać o 
parę rzeczy.

-  Dobrze  -  odparł  bez  entuzjazmu  i  usiadł  na  fotelu  bujanym, 

czekając grzecznie na dalszy ciąg.

-  Czy  jesteś  pewien,  że  po  wypadku  nie  znaleziono  nic  z  moich 

rzeczy? Zupełnie nic? Ani torebki, ani walizki? Dosłownie nic?

- Nie, nic.
-  A  co  miałam na  sobie,  kiedy  mnie znaleziono?  Może  wiesz,  kto 

mnie  znalazł  w  tym  pociągu?  Bo...  bo  ja  się  zastanawiam,  czy 
przynajmniej cokolwiek z moich rzeczy nie ocalało.

Will  wyglądał  przez  okno  gładząc  wąsa.  Emily  czekała.  Może  go 

obraziła insynuując, że ktoś z jego przyjaciół ukradł jej rzeczy.

-  Przepraszam,  ja  tylko  chciałam...  bo  ja  nie  mam  nic,  nawet 

żadnych pieniędzy, żeby zapłacić za swoje utrzymanie, ale gdybyś...

- Ja panią znalazłem - odpowiedział Will. 
- Ty?
- Właściwie to Johnny McCrudden, ale zaraz potem przyszedłem i 

go przegoniłem.

- I nie było przy mnie zupełnie nic?
Will Dutcher spojrzał jej w twarz, a jego ściągnięte brwi utworzyły 

background image

nad oczami czarną krechę.

- Pani... pani nie była ubrana.
Patrzyła na niego nic nie rozumiejąc. Z determinacją wytrzymał jej 

spojrzenie.

- To znaczy... to znaczy, że ja byłam... naga?
- Tak, była pani naga.
- To znaczy, że... że moje ubranie było podarte, zniszczone...?
- To znaczy, że nie było w ogóle żadnego ubrania.
Emily  opadła  na  poduszki,  a  wszystkie  dalsze  pytania,  jakie  miała 

Willowi  zadać,  rozpłynęły  się  jak  dym.  Poczuła  się  tak,  jakby  z  niej 
wypuszczono powietrze.

-  Ja  się  muszę  stąd  wydostać  -  powiedziała  do  siebie,  czując 

wzbierające w niej uczucie paniki. 

- Muszę się stąd wydostać - powtórzyła.
- Ale dokąd pani chciałaby jechać? - zapytał. 
- Proszę się nie obrazić za to, co powiem, ale pani nie jest jeszcze 

zupełnie  zdrowa.  To  uderzenie  w  głowę  było  jednak  bardzo  silne. 
Dlaczego nie chce pani odpocząć. Jutro już pani poczuje się lepiej.

- Poczuję się lepiej?
-  A  jak  się  pani  poczuje  lepiej,  to  może  będzie  pani  mogła 

wykonywać jakieś proste prace domowe. Mary pani wszystko pokaże. 
Ot tak, żeby czymś zająć ręce - dodał.

- Ale ja nie jestem twoją gospodynią, Will.
- To wobec tego kim pani jest?
-  Jestem  urzędniczką  bankową.  To  znaczy  byłam  urzędniczką 

bankową - poprawiła się Emily.

Spojrzał na nią nieobecnym wzrokiem.
- Pracowałam w banku.
- Rozumiem. 
- Skinął głową.
O Boże, jak oni się do niej odzywają, jak na nią patrzą. Jakby była 

pomylona!  Głęboko  zaczerpnęła  tchu,  próbując  sobie  przypomnieć, 
jak  to  jest,  kiedy  człowiek  panuje  nad  sytuacją.  Będzie  szczera, 
logiczna i bezpośrednia. Ale to, co wyszło z jej ust, zdumiało ją samą:

- Czy jestem trzymana tu w charakterze więźnia, panie Dutcher? 
- W jej głosie zabrzmiała jednak nuta rozdrażnienia, które starała się 

ukryć,

- Boże święty, ależ skąd! - odparł Will. 

background image

-  Więźnia?!  Przywiozłem  panią  tutaj,  żeby  pani  wyzdrowiała. 

Myślałem po prostu, że pani jest gospodynią, którą mi Cląy przysłał z 
Chicago  do  prowadzenia  domu,  ale  jeśli  nie,  no  to  cóż...  Może  pani 
stąd  iść,  kiedy  pani  zechce.  Tylko  że  pani  się  jeszcze  do  tego  nie 
nadaje.

- A kiedy już się będę nadawała, kiedy poczuję się silniejsza, to czy 

zawiezie mnie pan do Rifle? Zawiezie mnie pan?

-  Proszę  się  nie  niepokoić,  jeszcze  nigdy  w  życiu  nie  trzymałem 

przy  sobie  kobiety  wbrew  jej  woli.  Zawiozę  panią  osobiście  -
zapewnił ją Will, a Emily mu uwierzyła. W gruncie rzeczy powiedział 
to z wyraźną ulgą, jakby miał się pozbyć jakiegoś wielkiego ciężaru.

- Dziękuję - odparła nie zastanawiając się nad jego motywami. 
-  Przepraszam  cię,  Will,  jeśli  wydaję  się  rozdrażniona,  ale  to 

wszystko jest dla mnie nowe i zupełnie nie umiem się w tym odnaleźć.

- Nie ma potrzeby dziękować.
Po  jego  wyjściu  Emily  położyła  się  próbując  spokojnie  pomyśleć. 

Teraz, kiedy już wyrzuciła z siebie dręczące ją pytanie, zrobiło jej się 
lżej.  Jak  na  razie  nic  więcej  nie  mogła  zrobić.  Dosłownie  nic.  W  tej 
sytuacji  nie  pozostawało  jej  nic  innego,  jak  tylko  leżeć  i  w  miarę 
możności  obserwować  szczegóły  dziwnego  życia  Dutcherów.  Ale 
będzie  miała  co  opowiadać  Judy,  jak  już  wreszcie  dotrze  do  Seattle. 
Kompletny odjazd.

Teraz się wyluzuje, a potem, jak już poczuje się lepiej, przypilnuje 

Willa, żeby ją zawiózł do Rifle do telefonu. A jeśli będzie i faks, to da 
znać  do  banku,  żeby  jej  telegraficznie  przysłali  pieniądze.  Musi  też 
sobie  kupić  jakieś  ubranie.  No  i  wystąpi  do  linii  kolejowej  o 
odszkodowanie...

Ciekawe  co  z  innymi  pasażerami.  Musieli  być  przecież  ranni,  a 

może  i  zabici,  ale  już  o  to  nie  zapytała  Willa.  Biedni  ludzie.  Ona, 
Emily, miała szczęście.

Wsunęła  się  pod  kołdrę  i  zamknęła  oczy. Tak,  skoncentruje  się  na 

tym,  żeby  jak  najprędzej  nabrać  sił  i  przestać  na  razie  myśleć  o 
czekających  ją  kłopotach.  O  kartach  kredytowych,  bankach,  prawie 
jazdy, polisie ubezpieczeniowej. Boże, co za koszmar...

background image

ROZDZIAŁ 4

Will Dutcher jeszcze nigdy z taką radością nie wychodził z domu i 

nie szedł do pracy, jak w te ostatnie dni lutego. A wszystko przez tę 
kobietę,  Emily  Jacoby,  i  jej  dziwne  zachowanie.  Zresztą  sam'  przed 
sobą musiał przyznać, że nie tylko o to chodziło. Chodziło mianowicie 
o samą jej obecność w jego domu - obecność kobiety w jego miłym, 
wygodnym  dotychczas  domu.  Nigdy  nie  żył  z  kobietą  pod  jednym 
dachem, w każdym razie od czasu, kiedy wiele lat temu opuścił dom 
rodzinny.  Tak  chciał,  taki  los  sobie  wybrał.  Jeśli  nie liczyć  małej 
Mary, ale Mary to jeszcze dziecko. A Emily Jacoby była kobietą. I to 
go niepokoiło.

Nie  mógł  się  rozluźnić,  nie  mógł  sobie  uciąć  drzemki  w  swoim 

fotelu bez jej nieustannych pytań.

- Ile masz sztuk bydła, Will? - pytała. 
- Ile akrów liczy twoje ranczo? Ilu zatrudniasz ludzi? 
- I tak dalej i dalej. 
- Ilu mieszkańców liczy Rifle? Skąd pochodzi Antonio? 
- No i te osobiste pytania, od których aż się zwijał. 
-  Na  co  umarli  twój  brat  i  jego  żona?  Co  robi  twój  brat  Clay  w 

Chicago?

Pytania.  Ta  kobieta  chciała  wiedzieć  wszystko  w  najdrobniejszych 

szczegółach.  Na  przykład  kto  mu  prasuje  koszule  i  dlaczego  nie  ma 
bojlera  na  gorącą  wodę.  Gorąca  woda,  do  diaska:  Co  ona  sobie 
wyobraża  -  że  mieszkają  w  wielkim  mieście  w  jakiejś  bogatej 
rezydencji z kanalizacją i służbą?

Był  pogodny  słoneczny  poranek,  jeden  z  tych  cudownych 

zimowych  dni,  które  uświadamiają  człowiekowi,  dlaczego  żyje  w 
Kolorado.  Will  schodził  po  stopniach  ganku,  z  Shepem  u  nogi, 
wielkimi haustami wdychając zimne powietrze i tak ustawiając rondo 
kapelusza, żeby nie musieć mrużyć oczu przed słońcem. Po ostatniej 
śnieżycy zostało jeszcze trochę śniegu, ale i ten wkrótce stopnieje. W 
dolinie Grand River, jak ją nazywano w dalszym ciągu, mimo że kilka 
lat  temu  zmieniono  nazwę  rzeki  na  Kolorado,  klimat  był  łagodny. 
Wystarczyło  jednak  pojechać  kilkanaście  kilometrów  w  górę  doliny, 
w  stronę  Aspen  czy  High  Tower,  a  przez  całą  zimę  leżały  śniegi  po 
pas. Szczerze mówiąc, Will nie wiedział, jak górnicy sobie radzili, ale 
faktem było, że sobie radzili. Tutaj, około tysiąca metrów niżej, śnieg

background image

z  rzadka  zalegał  tak  długo.  Za  to  muł,  błoto,  tak,  błoto  wysychało 
dopiero w kwietniu albo w maju.

Były to tereny idealne do hodowli bydła, trochę może za suche, ale 

jak kto miał strumień albo prawo do wody, radził sobie znakomicie. A 
teraz, kiedy ziemia była już prawie całkowicie pogrodzona i ludzie na 
dobre  zajęli  się  hodowlą,  stawała  się  ona  coraz  bardziej  opłacalna. 
Miastom  na  Wschodzie  wiecznie  brakowało  wołowiny,  a  że  były 
bogate,  Zachód  pokrywał  to  zapotrzebowanie  zgarniając  coraz 
większe profity.

Ostatnio  wprawdzie  słyszało  się  niepokojące  wieści  na  tematy 

ekonomiczne,  ale  Will  się  tym  wszystkim  nie  przejmował.  Im  był 
starszy, tym większego nabierał dystansu do podobnych spraw.

Wszedł do stajni wdychając znajomy zapach. Czas do roboty.
Czekali  na  niego  ludzie.  Kręcili  się  zwijając  papierosy  albo  już 

paląc, zabijając ręce dla rozgrzewki. Ośmiu dobrych ludzi.

- Hej, szefie - odezwał się Kędzior - mam jechać w pole czy podkuć 

konie? 

-  Kędzior  był  kowalem,  człowiekiem  nieocenionym  na  ranczo. 

Nazywano go tak naturalnie dlatego, że był łysy jak kolano.

-  Ja  bym  chciał  obejrzeć  konie  na  zimowych  pastwiskach  -

powiedział Hokum. 

- Mam oko na jedną młodą klaczkę, chciałbym ją ujeździć wiosną.
Trzeba  było  porozdzielać  robotę,  połapać  i  osiodłać  konie, 

załadować  sianem  wielki  wóz.  Z  końskich  nozdrzy  buchały 
pióropusze  pary.  Shep  tańczył  wokół  nóg  Willa,  nie  mogąc  się 
doczekać, kiedy pobiegnie do swoich zajęć. Mężczyźni mieli na sobie 
grubą  bieliznę,  koszule,  kamizelki,  płaszcze,  rękawice  i  kapelusze  o 
szerokich  rondach.  Z  tego  powodu  nawet  chudzi  jak  kołki  w  płocie 
wydawali się grubi.

Konie też porastała gęsta zimowa sierść, zbita jak filc, tak że i one 

wyglądały jak przekarmione dziecięce kucyki.

Will  poprowadził  trzech  mężczyzn,  żeby  posprawdzali  niektóre 

ogrodzenia, Kędzior został, aby kuć kolie, a Buck, półkrwi Indianin z 
plemienia Ute, pojechał wozem pełnym siana nakarmić bydło.

Och,  życie  tutaj,  pod  tym  błękitnym  niebem,  było  naprawdę 

wspaniałe.  Will  miał  swoją  ziemię,  swoje  stado,  swoich  ludzi  -
wszystko,  czego  kiedykolwiek  pragnął.  Życie  było  proste  i  łatwe. 
Niczego więcej mu do szczęścia nie brakowało. Nie przeszkadzała mu 

background image

nawet  trójka  malców  -  były  to  dobre  dzieciaki,  które  znały  swoje 
miejsce. A zresztą przecież to jego krew.

Od chwili jednak, kiedy Clay przysłał mu gospodynię, wszystko się 

zmieniło. Wprawdzie Emily powtarzała, że nie jest żadną gospodynią, 
ale  co  z  tego.  Gdyby  nie  przyjechała  Emily,  to  i  tak  tym  pociągiem 
przyjechałaby  jakaś  inna  kobieta.  Tak  czy  siak,  miał  na  karku 
wścibską babę. Tyle, że na podstawie listów Claya wyobraził ją sobie 
jako zasuszoną, mrukliwą starą pannę, sztywną, jakby kij połknęła. To 
by  jeszcze  jakoś  wytrzymał,  ale  Emily  Jacoby  to...  zupełnie  inna 
historia.

Dziwne miała pomysły, dziwne zadawała pytania. Pytała o rzeczy, o 

których Will nigdy nie słyszał, o których nie pisali nawet w gazetach 
Denver.  A  i  mówiła  jakoś  inaczej.  Nie  to,  żeby  jej  nie  mógł 
zrozumieć, ale jakoś tak śmiesznie - Will nie bardzo  wiedział, jak to
wyrazić.  Dziwnie  się  też  zachowywała  -  na  przykład  poruszała  się, 
zupełnie nie jak dama. Ale i nie jak mężczyzna, o nie, co to, to nie.

Will  uważał  ją  za  jedną  z  postępowo  myślących  kobiet,  jak  ta 

Bloomer,  która  chciała,  żeby  kobiety  nosiły  spodnie.  Albo  za  typ 
sufrażystki.  A  może  Emily  była  jedną  ze  zwolenniczek  prohibicji? 
Takich,  co  to  wpadają  do  barów  rąbiąc  siekierami  wszystko,  co  na 
drodze.  O,  Will  łatwo  mógł  sobie  wyobrazić  Emily  zamierzającą  się 
siekierą.  I to jeszcze jak.  W dużych  miastach na  Wschodzie  niemało 
było  takich  kobiet.  Ciekawe,  jacy  to  mężczyźni  potrafią  z  nimi  żyć. 
Boże Wszechmogący, to dopiero musi być brzemię!

No  cóż,  może  wyjedzie,  jak  tylko  poczuje  się  lepiej.  Powiedziała 

przecież,  że  chce  się  dostać  do  Rifle,  żeby  zatelegrafować  po 
pieniądze  i  wyjechać.  Spytała  nawet,  czy  jest  tu  więźniem!  Co  za 
bezczelność  -  żeby  tak  obrażać  człowieka.  To  już  te  dzieciaki  lepiej 
się  potrafią  zachować  niż  ona.  Boże  święty,  ciekawe,  kto  ją  tam 
wychowywał  w  tej  Filadelfii?  Czy  to  tak  teraz  postępują  ludzie  w 
wielkich miastach?

Baba z wozu, koniom lżej - pomyślał Will. Napisze do Claya, żeby 

mu przenigdy więcej nie przysyłał żadnej cholernej gospodyni.

Will  jechał  na  swojej  dużej  kasztance,  ogarniając  wzrokiem  całe 

ranczo  i  myśląc  co  jest  jeszcze  do  zrobienia.  Fargo  zsiadł  z  konia  i 
otworzył  bramę,  żeby  Will  i  pozostali  mężczyźni  mogli  wjechać  na 
nową  działkę.  Były  tu  krowy,  które  ocieliły  się  jesienią,  ze  swoimi 
młodymi,  i  Will  chciał  sprawdzić,  jak  cielęta  zniosły  ostatnią 

background image

śnieżycę.

-  Wygląda  na  to,  że  jest  w  porządku,  szefie  -  powiedział  Fargo 

zamykając za nimi bramę.

- Mhm.
-  Straciliśmy  podczas  śnieżycy  dwie  sztuki,  ale  reszta  jest  w 

porządku - dodał jeden z młodych ludzi.

-  Wiele  lat  temu,  kiedy  się  nie  grodziło  ziemi,  można  było  zimą 

stracić do trzydziestu procent bydła albo i więcej - powiedział Will.

- Tak jest, mój tata podczas śnieżycy w 1887 roku stracił wszystko. 

Dlatego jestem tutaj, zamiast robić na swoim - rzekł Jonasz bez żadnej 
zawiści.

Przeszli na następne pastwisko, gdzie krowy, które miały się cielić 

wiosną,  żarły  siano.  Stojąc  z  opuszczonymi  łbami,  cielne  krowy 
przeżuwały długo i cierpliwie, parując w cieple południowego słońca.

Will  siedział  z  rękami  skrzyżowanymi  na  kuli  siodła  i  w  myślach 

obliczał,  czego  się  może  spodziewać.  Kilka  krów  ocieli  się  już  w 
przyszłym  miesiącu,  potem  w  kwietniu  i  maju  przyjdą  na  świat 
cielęta,  po  kilka  każdego  dnia.  Ciekawe,  że  bydło  krótkorogie  miało 
większe kłopoty z cieleniem się niż długorogie. Ale cóż, wszystko ma 
swoje złe i dobre strony.

W  drodze  powrotnej,  Shep,  dysząc  ciężko,  biegł  równo  z  końmi, 

dopóki  nie  wyrwał  za  królikiem.  Stadko  jeleni,  które  przesadziło 
ogrodzenie, żerowało teraz łeb w łeb z krowami, ale na widok Willa i 
jego  ludzi  umknęło  w  panice  sadząc  wielkie  susy  na  sztywnych 
nogach.

-  Przyjdź  tu  któregoś  dnia  ze  strzelbą  -  powiedział  Will  -  i  upoluj 

takiego na obiad. Antonio będzie zachwycony.

- Dobrze, szefie - odparł Fargo.
Samiec  rozpłodowy  stada,  pan  i  władca  rancza,  najcenniejszy  byk 

Willa,  zajmował  oddzielną  zagrodę.  Na  widok  Shepa,  swego  wroga 
numer jeden, zaczął  parskać i grzebać  w ziemi kopytami.  Pies  rzucił 
się w jego stronę, wyraźnie się z nim drażniąc, na co olbrzym zniżył 
rogi,  groźnie  kołysząc  łbem.  Widać  było,  jak  drgają  mu  napięte 
mięśnie garbatego karku.

Will zagwizdał na Shepa.
- Zostaw go w spokoju - upomniał psa.
- Musi oszczędzać sił - zaśmiał się Jonasz. 
- Oszczędzaj sił, to, na wiosnę jak znalazł.

background image

- No, czas na nas - rzekł Will spinając klacz ostrogami.
Zimą  cienie  szybko  się  wydłużały.  I  wcześnie  robiło  się  zimno. 

Ludzie  wolno  ściągali  po  pracy  do  jasno  oświetlonego  baraku.  Will 
wytarł kobyłę i zadał jej owsa. Przez otwarte drzwi stajni widział swój 
dom, a w nim  przesuwający  się  na  tle kuchennego  okna  cień  - jakąś 
krzątającą się postać. Emily? Nie, prawdopodobnie Antonio.

Ale  przecież  mogła  to  być  równie  dobrze  ona  -  już  silniejsza  i 

wtykająca nos dosłownie w każdy kąt jego królestwa. Antonio nigdy 
sobie z nią nie poradzi. Zamknął kobyłę na noc i raz jeszcze spojrzał 
przeciągle  na  wesoło  oświetlony  barak  z  pióropuszem  dymu 
unoszącym się z komina. Wyobraził sobie, jak tam gadają teraz, palą, 
śmieją się i przeklinają. Strzelą sobie parę whisky, zagrają w pokera i 
pożartują.  Podczas  gdy  na  niego  czekała  w  domu  ta  dziwna  kobieta, 
Emily  Jacoby.  Jak  się  nad  tym  zastanowił,  doszedł  do  wniosku,  że 
jego ludzie mają lepiej.

W  miarę jak  Emily wracała  do  zdrowia,  dni  na  ranczo  stawały się 

coraz  bardziej  monotonne.  Paliło  się  jedynie  w  pękatym  piecu  w 
salonie  i  pod  kuchnią,  tak  że życie koncentrowało  się  w tych dwóch 
pomieszczeniach.  W pozostałej części domu panował  chłód. Co rano 
Antonio rozpalał pod dużą płytą i szykował śniadanie, po czym Will 
wraz  ze  swoimi  ludźmi  jechał  na  ranczo  do  pracy.  Emily, 
zafascynowana,  przyglądała  się  ich  czynnościom  przez  okno,  jakby 
oglądała  stary  film,  rzetelny  w  każdym  szczególe.  Mężczyźni  nigdy 
nie używali jeepów ani półciężarówek, tylko koni, ale ona kładła to na 
karb nierównego terenu czy też ich własnego wyboru.

W porze lunchu zwykle siadywała w swoim pokoju przy wysokim, 

słonecznym, wiktoriańskim oknie, wychodzącym na rozległe obszary 
zachodniego  Kolorado,  i  czytała  jedną  z  książek,  które  znalazła  w 
salonie. Przed oczyma miała surowy zimowy krajobraz z bydłem tu i 
ówdzie  skubiącym  siano,  zebrane  na  długie  zimowe  miesiące.  W 
pobliżu  rancza  rosły  pinie  i  cedry,  a  tu,  przed  swoim  oknem,  Emily 
miała  nagie  teraz  gałęzie  jabłoni,  przemarznięte  i  kruche  w  słabym 
lutowym słońcu.

Ale jej uwagę na całe godziny przykuwały widoczne w dali góry. W 

miarę,  jak  słońce  wędrowało  po  niebie,  kolory  najpierw  nabierały 
intensywności,  a  następnie  ciemniały  na  wysuszonych  płaskowyżach 
pociętych  pasami  czerwieni,  różu  i  pomarańczy  skalnych  warstw 
przypominających łupki. To znów zachwycały ją brązy, ochry i złoto 

background image

na tle czystego, błękitnego nieba Kolorado.

Mary  nauczyła  ją  nazw  płaskowyżów  i  szczytów  górskich 

otaczających  ranczo.  Płaskowyż  Hubbarda,  płaskowyż  Grahama  i 
Dolina Kaktusowa. Były też Skały Książkowe i Płonąca Góra. Czyżby 
to tam znajdowały się rafinerie oleju z łupków bitumicznych?

Była  to  piękna,  przemawiająca  do  człowieka  kraina.  Odległe 

szczyty  w  czapach  śniegu  i  zbocza  pokryte  wiecznie  zielonym 
płaszczem  drzew  iglastych,  wysokich,  majestatycznych  świerków  i 
osik. Oślepiająco białe łąki i ostre, poszarpane skały. Bezkresny, pusty 
krajobraz,  który  zarówno  przyzywał,  jak  i  odpychał.  Często  Emily 
zastanawiała się nad tym, jak sobie z tym wszystkim radzili pionierzy.

Od  czasu  do  czasu  przychodziło  jej  na  myśl,  że  ostatecznie  Will  i 

jego  rodzina  tak  bardzo  znów  się  nie  różnią  od  pionierów. 
Najwyraźniej  pomimo  bogactw  tej  krainy  wybrali  życie  proste  i 
surowe. Korciło ją, żeby go spytać, czy należy do sekty mennonitów, 
ale dała spokój  - uznała, że to nie jej sprawa. A zresztą  Will nie był 
specjalnie rozmowny.

Wieczorami  Emily  siadywała  w  przytulnym  saloniku  pod  lampą 

naftową, podczas gdy on czytał jedną ze swoich pięknie oprawionych 
książek.  Początkowo,  kiedy  ją  zaprosił,  by  mu  towarzyszyła  po 
kolacji,  siedziała  cicho,  ciągle  jeszcze  bardzo  słaba,  i  słuchała,  jak 
rozmawia ze swoją bratanicą i bratankami, Shep zawsze leżał wtedy u 
jego nóg z pyskiem na bucie swego pana. Kochał Willa bezgranicznie 
i nie odstępował go na krok. Był to ładny pies, opiekuńczy w stosunku 
do  dzieci,  i  lubił  nawet  Emily,  ale  Willa  po  prostu  uwielbiał.  Jako 
pies-pastuch, specjalnie wytresowany do zaganiania bydła, zarabiał na 
swoje  utrzymanie  -  jak  to  trzeźwo ujmował  Will,  jakby  dla 
podkreślenia, że ona nie zarabiała.

Ale Emily nie zwracała uwagi na Willa, czy może raczej na ten jego 

arbitralny  ton  i  szorstki  głos.  Z  zainteresowaniem  obserwowała 
natomiast  dzieci,  z  ich  stosunkiem  do  świata  nie  skażonym  takimi 
urządzeniami,  jak  telewizja  i  radio.  Grały  z  Wiuem  w  różne  gry 
słowne  i  rozmawiały  o  szkole  i  matematyce,  której  chłopcy  nie 
cierpieli.  Mary  zaś  była  zapaloną  czytelniczką,  bardzo  dojrzałą  w 
swoich  upodobaniach,  i lubiła rozmawiać z wujem na  temat różnych 
lektur, „Chaty Wuja Toma" i „Jane Eyre". Od czasu do czasu nawet i 
Emily  wtrąciła  jakieś  zdanie,  chociaż  musiała  sięgać  pamięcią  aż  do 
szkoły średniej.

background image

Budziło to zwykle zdziwienie Willa. Przenosił wtedy wzrok z dzieci 

na Emily i studiował ją przez chwilę z zakłopotaniem malującym się 
na jego surowej twarzy.

Dzieci  wcześnie  wracały  do  domu,  chociaż  ich  dzień  był  długi  -

zaczynał  się  przeważnie  śniadaniem  o  szóstej  rano.  Potem  szły  na 
piechotę  do  szkoły.  Emily  spytała  je  kiedyś,  jak  daleko  mają  do 
autobusu.

- Do autobusu? - Zdziwił się Will.
- No wiesz, chodzi mi o dojazd.
- Czasami  się zabierają  z McCruddenami  - odparł  ze wzruszeniem 

ramion.

Szczególnie  jednak  niepokoiła  Emily  bryczka.  Co  innego  unikać 

nowoczesnych  urządzeń,  a  co  innego  wozić  bryczką  te  wszystkie 
produkty - to już zakrawało na absurd. Utrzymanie koni musi przecież 
kosztować  więcej  niż  benzyna  do  ciężarówki.  Było  to  jedno  z  tych 
pytań, które tak bardzo chciała Willowi zadać, ale bała się, że uzna to 
za wyśmiewanie jego stylu życia. Z mężczyznami, jak się przekonała, 
nigdy nie wiadomo. Najlepiej siedzieć cicho, słuchać i uczyć się.

Ostatniego dnia lutego znów padał śnieg. I to bardzo  obfity. Wiatr 

szalał  wokół  drewnianej  konstrukcji  trzykondygnacyjnego  budynku  i 
zawodził  w  kominach.  Will  wyszedł  wcześnie,  żeby  pomóc  przy 
karmieniu bydła, i miał wrócić dopiero późnym popołudniem.

Był  to  pierwszy  dzień,  kiedy  Emily  poczuła  się  na  tyle  silna,  że 

mogła się ubrać. Ale zanim to zrobiła,  poszła  do kuchni do Antonia. 
Myła  się  codziennie  wodą  z  dzbanka  i  szmatką,  ale  marzyła  o 
prawdziwej kąpieli, z porządnym szorowaniem nóg i myciem włosów.

- Antonio - powiedziała stając w drzwiach dziwnie drżąca. 
- Wiem, że macie tu wannę - wskazała na małą alkowę za kuchnią. 
- Ale skąd wziąć wodę?
Antonio burknął coś po hiszpańsku.
- Sama to zrobię, jeśli mi tylko powiesz, jak.
Stary  skinął  głową  w  stronę  dwóch  wielkich  żeliwnych  saganów, 

stojących w kącie.

- Grzejesz wodę na kuchni? - Si,
- Aha. - Ruszyła po sagany, żeby je zanieść pod pompę nad zlewem.
Z pomocą Antonia dała sobie jakoś radę. Nie był to może najlepszy 

system,  ale  przynajmniej  działał.  Problem  polegał  na  tym,  że  woda 
szybko  stygła  w  dużej  bliwnej  wannie.  No  i  Emily  musiała  sobie 

background image

polewać  głowę  zimną  wodą  z  wiadra,  żeby  spłukać  szorstkie  mydło. 
Nie  miała  wątpliwości,  że  jej  głowa  będzie  przypominała  wronie 
gniazdo.

Wycierała  się  ociekając  wodą  na  drewnianą  podłogę  i  dygocąc  z 

zimna w nie ogrzewanym pomieszczeniu. Teraz czekało ją ubieranie 
się  w  rzeczy  przysłane  kilka  dni  temu  przez  panią  Fisher.  Nie  do 
wiary,  ale  był  wśród  nich  gorset!  Czyżby  należał  do  gospodyni 
doktora  Tichenora?  Czy  i  ona  była  członkiem  tej  sekty?  Odrzuciła 
gorset  kiwając  głową.  Włożyła  natomiast  majtki  i  halkę.  Długa 
spódnica  z  granatowego  sukna,  z  falbaną  na  dole,  była  o  wiele  za 
duża, ale za to bluzka wydała się Emily urocza. Staroświecka, biała, z 
wysoką  stójką  i  karczkiem,  zapinana  z  przodu  na  mnóstwo  małych 
perełek.  Najwięcej  kłopotu  miała  z  włosami.  Chciała  je  sobie 
przystrzyc i ścieniować po przyjeździe do Seattle, ale teraz jedyne, co 
mogła z nimi zrobić, to zaczesać je srebrną szczotką Mary, zwinąć na 
karku w węzeł i poprzypinać go szpilkami.

Była  gotowa.  Wzięła  nocną  koszulę  i  mokre  ręczniki,  otworzyła 

drzwi  do  kuchni  i  natknęła  się  niespodziewanie  na  Willa.  Stał  przy 
gorącej  płycie  jeszcze  ciągle  w  płaszczu,  i  grzał  sobie  ręce  w 
towarzystwie ociekającego błotnistą wodą Shepa.

Robił  wrażenie  zamarzniętego.  Z  wąsów  i  kędziorów  nad  uszami 

zwisały mu sople lodu, usta miał sine, twarz bladą.

- O mój Boże - powiedziała Emily upuszczając bieliznę na stół. 
- Mało nie zamarzłeś na śmierć.
-  Normalnie,  jak  w  zimie  -  odparł  i  pochylił  się  nad  kuchenną 

blachą.

- Jeśli to jest normalnie, to nie chciałabym widzieć naprawdę ostrej 

zimy.

Nieznacznie obrócił głowę i spojrzał na nią uniósłszy brwi. 
- Jakoś przeżyjemy.
Ale Emily nie zwracała uwagi na jego oschłość.
-  Antonio  -  zwróciła  się  do  starego  -  pomóż  mi  z  tymi  garami. 

Myślę, że panu Dutcherowi też by dobrze zrobiła ciepła kąpiel.

Will obrócił się na pięcie.
-  Bardzo  dziękuję,  obejdzie  się  -  powiedział  porywczo,  a  Antonio 

spoglądał to na jedno, to na drugie.

- Koniecznie chcesz stracić palce u rąk i nóg, tak?
- Ja... - Will zapomniał języka. 

background image

- Ja nie potrzebuję...
Nie było rady. Po jeszcze kilku minutach dyskusji Emily zagnała go 

do  łazienki  czy  też  -jak  sama  zaczęła  nazywać  alkowę  -  do  pokoiku 
kąpielowego,  każąc  Antoniowi  nosić  ciepłą  wodę  w  saganach, 
podczas  gdy  sama  grzała  następne.  Przez  zamknięte  drzwi  słyszała 
pomrukiwania  Willa,  a  potem  odgłos  zrzucanych  z  nóg  butów  i 
stuknięcie  klamry  upadającego  na  podłogę  pasa.  Głupi  -  pomyślała. 
Na  taką  śnieżycę  wychodzić  w  samym  prochowcu  i  skórzanych 
rękawiczkach. Czy nie ma puchowej parki? Może i nie ma. A przecież 
przebywał  na  dworze  przez  jakieś  pięć,  sześć  godzin. 
Najprawdopodobniej  jego  ludzie  są  w  takim  samym  stanie.  Musi 
powiedzieć Antoniowi, żeby ich dojrzał, niech dopilnuje, żeby dostali 
gorącą kawę i zupę.

Will nie należał do tych, co to Śpiewają w kąpieli. Przez cały czas 

coś tam burczał pod nosem. Emily posłała Antonia na górę po świeże 
ubranie dla niego. Kiedy wreszcie Will się wyłonił, w dalszym ciągu 
był naburmuszony, a jego męska duma urażona.

Wiadomo:  kawaler  -  pomyślała  Emily.  Każdy  wiedział,  że 

kawalerowie są zupełnie bezradni, nie potrafią dbać o siebie. Zdarzają 
się  oczywiście  faceci  stuknięci  na  punkcie  zdrowej  żywności  czy
joggingu,  ale  przecież  nawet  ci  rozsądniej  są  samotni  mężczyźni 
potrzebują od czasu do czasu kobiecej opieki...

Will rzucił brudne ubranie na jej bieliznę.
- Zadowolona? - burknął.
Emily stanęła naprzeciwko niego, wsparłszy się pod boki.
-  Tak,  przynajmniej  wrócił  ci  normalny  kolor  twarzy,  owszem, 

jestem zadowolona, jeśli chcesz wiedzieć.

Will  wymamrotał  coś  tylko  pod  nosem  i  poszedł  do  pokoju.  Do 

końca dnia siedział przy piecu z fajką w zębach i z książką. Ani razu 
nie podniósł wzroku.

Dzieci wróciły już o czwartej. Pewnie z powodu śnieżycy podwieźli 

je McCruddenowie. Były naturalnie zmarznięte, ale nie skostniałe, jak 
ich  wuj.  Emily  wzięła  od  nich  torby  z  książkami  i  położyła  na 
schodach, podczas gdy malcy tupali i chuchali w ręce.

I  właśnie  wtedy  Emily  zobaczyła  książkę.  Wyśliznęła  się  z  torby 

Mary  i  upadła  na  podłogę.  Emily  podniosła  ją,  zamierzając  włożyć 
książkę  na  miejsce,  ale  nagle  jej  uwagę  przyciągnął  tytuł.  „Historia 
astronomii". Książka była cienka, pięknie oprawiona, ale z pewnością 

background image

przestarzała, co można było poznać po złotych literach wytłoczonych 
na  okładce.  W  przedstawionym  na  niej  systemie  słonecznym 
brakowało kilku planet.

-  Dlaczego  twoja  nauczycielka  ci  to  dała,  Mary?  - spytała  Emily 

otwierając książkę i przerzucając kartki.

- Bo ja lubię gwiazdy, panno Emily - odparła Mary.
-  Ale  przecież  z  pewnością  jest  coś  bardziej  nowoczesnego,  co 

mogłabyś sobie poczytać. To znaczy...

Ale w tej chwili zjawił się Will i z chmurną miną wyjął jej książkę z 

ręki.

- Nauczycielka Mary to bardzo mądra kobieta - powiedział. 
- Panna Lindley wie, co robi.
- Ale ja nie chciałam... - zaczęła Emily, rozmyśliła się jednak. Była 

już  prawie  całkiem  zdrowa.  Jeszcze  dzień  czy  dwa  i  poprosi  Willa, 
żeby  ją  zabrał  do  Rifle,  i  wtedy  opuści  tych  przyzwoitych,  choć 
dziwnych  ludzi.  Niech  sobie  żyją  przeszłością.  Robili  wrażenie 
całkiem  z  tym  szczęśliwych.  Załatwianie  jej  spraw  -  pieniędzy,  kart 
kredytowych,  tysiąca  telefonów  -  trochę  potrwa,  ale  może  będzie 
mogła zatrzymać się w tym hotelu, o którym mówiła Mary - o ile jej 
uwierzą, że ma pieniądze. Jeśli nie, to po prostu zostanie u Dutcherów 
tak  długo,  aż  pieniądze  nadejdą.  A  Will  przecież  obiecał,  że  ją 
zabierze do miasta, jak tylko Emily wy dobrzeje. Tak, może to będzie 
nawet jutro. Jeśli ustanie burza śnieżna, pojadą z samego raną.

Na  obiad  mieli  duszoną  dziczyznę  i  dzieci  wcześnie  poszły  do 

siebie na górę. Emily pomogła Antoniowi sprzątnąć ze stołu, ale stary 
nie lubił, żeby mu się ktoś kręcił po kuchni.

Emily była niespokojna. Źle się tu czuła. Dzieci już poszły spać, a 

Antonio mamrotał coś pod nosem. Will, z Shepem u nóg, powrócił do 
swojej fajki i książki, i Emily wiedziała, że i on najprawdopodobniej 
wkrótce się położy.

Była znużona. Zamęt w jej głowie ustąpił, myśli miała jasne i takie 

tracenie  czasu  ją  denerwowało.  Oczywiście,  że  musiała  przyjść  do 
siebie  i  te  dziesięć  dni  spędzone  u  Dutcherów  były  wspaniałe.  Ale 
teraz marzyły jej się nowe perspektywy i możliwości, nowe otoczenie, 
coś,  co  by  bardziej  odpowiadało  jej  normalnemu  czynnemu  życiu. 
Staw  mu  czoło  -  myślała  stojąc  samotnie  w  jadalni  -  ta  staromodna 
egzystencja jest dobra dla ptaków.

Weszła  do  saloniku  bawiąc  się  koronkami  mankietów.  Will  uniósł 

background image

na  moment  głowę,  ale  zaraz  wrócił  do  lektury.  Przynajmniej  czyta 
gazetę - zauważyła siadając po drugiej stronie pieca. Po paru minutach 
powiedziała:

- Są jakieś ciekawe wiadomości? Mam ostatnio straszne luki.
Spojrzał  na  nią  swoimi  błękitnymi  przenikliwymi  oczyma, 

zaszeleścił gazetą i odparł:

- Nic takiego, co by ciebie mogło zainteresować, to pewne.
Emily  nastroszyła  się,  ale  puściła  to  mimo  uszu.  Już  niedługo, 

bardzo  niedługo  stąd  wyjedzie.  Tymczasem  zaczęła  go  obserwować, 
gdy siedział, nieświadom jej spojrzeń, z ciemną głową pochyloną nad 
gazetą. Will był mężczyzną atrakcyjnym. W skali ocen od jednego do 
dziesięciu  dałaby  mu  osiem.  Ale  za  stosunek  do  niej  i  w  ogóle  do 
kobiet,  nie więcej jak dwa. Nie, jeden.  Był nieprzyjemnie arogancki, 
jak  wielu  mężczyzn  przeświadczonych  o  swojej  wyższości  pod 
każdym  względem.  Nigdy  zresztą  nawet  nie  próbował  tego  ukryć.  Z 
jego silnych  mięśni, z każdego  spojrzenia  błękitnych  oczu, z  mocnej 
szczęki emanowała męskość.

Emily nie znosiła przyczepiana etykiet. Ale w przypadku Willa nie 

mogła się powstrzymać: męski twardziel.

Westchnęła  znużona,  spoglądając  na  swoje  ręce.  Nie  będzie  go 

niepokoiła. W zasadzie traktował ją bardzo dobrze, a jeśli nie potrafił 
się zmusić do tego, żeby być bardziej towarzyskim, no to cóż, trudno, 
taki już jest.

Nie minęło jednak pięć minut, kiedy spytała:
- A co tam na Środkowym Wschodzie, znów wrzenie? 
- Bawiąc się koronkami mankietów posłała mu fałszywy uśmieszek.
Zaszeleściła gazeta.
-  Nie  ma  nic  o  Środkowym... jak  to  powiedziałaś...  o  Środkowym 

Wschodzie?

- Tak, bo właśnie...
- Nie ma nic takiego. 
- Odwrócił stronę i wyprostował gazetę.
- Mhm - mruknęła Emily chcąc sięgnąć po gazetę, ale natychmiast 

uświadomiła sobie, że musi poczekać, aż Will skończy czytać.

Obserwowała  go  jeszcze  jakiś  czas,  z  lekko  przechyloną  głową. 

Owszem, była w nim nawet jakaś swoboda - w tym, jak odpoczywał 
w  fotelu,  z  wyciągniętymi  przed  siebie  długimi  nogami 
skrzyżowanymi  w  kostkach,  jakby  chciał  podkreślić,  że  jest 

background image

właścicielem  przestrzeni,  którą  zajmuje,  i  nie  życzy  sobie  żadnych 
intruzów.  Nie  wiadomo  dlaczego  miała  ochotę  się  do  niego 
uśmiechnąć.  Will  Dutcher,  kawaler.  Współczuła  jego  gospodyni, 
kimkolwiek i gdziekolwiek teraz była ta kobieta.

Will przewrócił stronę, wyprostował gazetę i spojrzał na Emily, po 

czym znów zatopił się w czytaniu.

Dziesiątka  -  pomyślała.  Te  przepastne,  błękitne  oczy  pod  gęstymi, 

ciemnymi  brwiami  zdecydowanie  zasługują  na  dziesiątkę.  Will  miał 
okazały  nos  i  delikatnie  wykrojone  usta,  które  rzadko  kiedy  się 
uśmiechały. Lekko napadnięte policzki i kwadratowa szczęka

- wszystko to razem składało się na ogorzałą twarz człowieka, który 

większość czasu spędzał poza domem. Nie najgorsza twarz 

- pomyślała Emily - nie najgorsza.
No  i  te  niesforne  włosy  po  chłopięcemu  wijące  się  nad  uszami,  i 

jego nieśmiałość  w stosunku do niej... Mogła sobie  tylko  wyobrazić, 
ile  go  musiało  kosztować  wzięcie  jej  nagiej  w  ramiona  i  ubranie  w 
nocną  koszulę.  Myśl  o  tym  wywołała  w  dole  brzucha  Emily  dziwne 
uczucie gorąca, które rozeszło się po całym jej ciele. Skóra zrobiła się 
jakaś szczególnie wrażliwa. Ręce Willa na jej skórze, jego spojrzenie 
na  jej  biodrach  i  piersiach.  ..  obojętne,  jak  bardzo  był  nieśmiały, 
musiał przecież patrzeć. Był mężczyzną. A ona kobietą.

Znowu  podniosła  głowę  i  już  teraz  przyglądała  mu  się  otwarcie, 

próbując odgadnąć, czy choćby w najmniejszym stopniu jest świadom 
jej spojrzenia. Ciekawe, jak ten przystojny Will Dutcher oceniają?

Emily  odwróciła  się  i  zaczęła  wyglądać  przez  okno.  Tak,  chętnie 

wróciłaby  do  cywilizacji.  Burza  przycichła,  a  na  nocnym  niebie 
pomiędzy poszarpanymi chmurami zaczęły pojawiać się gwiazdy. No 
i rozstanie z Williem też jej dobrze zrobi. Taka bliskość może działać 
na nerwy.

Znów  spojrzała  na  Willa.  Serce  skoczyło  jej  do  gardła.  Swoim 

przenikliwym wzrokiem obserwował ją znad gazety.

O, tak, musi się stąd wynosić jak najprędzej.
Will  upuścił  na  podłogę  przeczytany  kawałek  gazety.  Emily 

poderwała się z krzesła.

- Nie będzie ci przeszkadzało, jeśli sobie poczytam?
- spytała, pożądliwie sięgając po strzęp, który porzucił. Chyba tego 

jej nie odmówi.

- Uhm - mruknął niewyraźnie. Sięgnął po kawałek gazety, nachylił 

background image

się i wręczył jej, mamrocząc pod nosem:

- Też mi coś: baba, która interesuje się polityką i w ogóle.
Ale  Emily  nawet  tego  nie  usłyszała.  Zanim  zdążyła  na  dobre 

rozprostować  gazetę,  już  ją  czytała.  Boże,  gazeta -  pomyślała  czując 
wstępującą  w  nią  otuchę.  Wzrokiem  przebiegała  dziwne  nagłówki,
najwyraźniej  dotyczące  lokalnych  spraw  Rifle.  A  więc  nie  jest  to 
gazeta ogólnokrajowa. Do licha.

Spojrzała  na  górę  strony.  Przeczytała:  „Poranek  Rifle",  2  marca 

1893 roku.

Zachichotała.  Błąd  drukarski.  Mała,  zakichana  lokalna  gazetka. 

Zaczęła  szukać  czegoś  interesującego.  Ale  nic  takiego  nie  znalazła. 
Czytała dalej. Na każdej stronie u góry powtarzał się ten sam błąd: 2 
marca  1893.  Śmieszne.  W  chwilę  później,  nie  znalazłszy  w  gazecie 
nic,  co  by  w  najmniejszym  choćby  stopniu  przypominało 
rzeczywistość,  Emily  nagle  rozejrzała  się  po  swoim  otoczeniu.  Jakiś 
bliżej nieokreślony strach ścisnął jej serce.

Głupia - pomyślała - nie bądź taka głupia.
Przyjrzała  się  lepiej  domowi,  lampom  naftowym,  piecowi  i 

wygódce  na  dworze.  Wannie.  A  poza  tym  brak  telefonu.  Brak 
telewizora,  samochodów,  elektryczności,  czy...  choćby  książka  Mary 
o astronomii.

Jej wzrok powrócił do Willa Dutchera. Przedziałek pośrodku. I ten 

wąs. Sposób ubierania się. Jej ubranie...

- Czy coś się stało? - zapytał nagle Will. 
- Źle się czujesz, Emily?
-  Czy  źle  się  czuję?  -  powtórzyła.  Gardło  zacisnęło  jej  się 

spazmatycznie, wzbierając histerycznym śmiechem. 

- Źle się czuję... tak, chyba jest mi słabo.

background image

ROZDZIAŁ 5

To był żart. Jakieś dziwne nieporozumienie. Musiało tak być. Z całą 

pewnością. Emily leżała w łóżku. Gapiąc się na oświetlony księżycem 
prostokąt  okna  i  wsłuchując  w  ciche  odgłosy  domu  Willa  Dutchera, 
usiłowała cokolwiek z tego wszystkiego zrozumieć. 2 marca 1893. To 
po  prostu  niemożliwe.  Przecież  musi  istnieć  jakieś  logiczne 
wyjaśnienie. To musi być jakaś kolonia ludzi, którzy postanowili żyć 
tak,  jak  się  żyło  sto  lat  temu.  Mają  swoje  zasady  i  obyczaje.  Na 
świecie istnieją najrozmaitsze świry

.

Z drugiej strony, pomyślała Emily, może to jest rzeczywiście swego 

rodzaju  skansen,  miasto-skansen  nawet  z  własną  lokalną  gazetą. 
Wielka atrakcja turystyczna. Założy się, że codziennie punkt czwarta 
odbywa się Rifle pozorowany napad na bank i strzelanina na ulicach 
miasteczka.  To  jasne.  Ale  jeśli  tak,  to  dlaczego  okoliczne  rancza 
podtrzymują tę farsę?

No cóż, wkrótce uzyska odpowiedzi na te wszystkie pytania. Bogu 

dzięki,  czuje  się  już  na  tyle  dobrze,  że  może  jechać  do  Rifle, 
zatelegrafować  po  pieniądze  i  stąd  wyjechać.  Will  Dutcher  i  tak 
okazał  się  wielkoduszny.  Zajął  się  ją  i  Emily  to  docenia,  ale  nie 
zostanie tu ani chwili dłużej, ma przecież na litość boską swoje własne 
życie.

Jeśli  Will  Dutcher  postanowił  żyć  zgodnie  ze  staromodnymi 

zasadami  i  tradycjami  jakiejś  stukniętej  sekty  czy  czegoś  w  tym 
rodzaju, to jego sprawa, ale chyba  się nie spodziewa, że Emily temu
ulegnie.  Brak  telewizji  przez  jakiś  czas  działał  może  nawet  i 
odświeżająco,  ale  dość  już  tego.  Emily  nawet  nie  wiedziała,  co  się 
dzieje na giełdzie.

A najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że Will Dutcher nie był 

nawet świadom istnienia  świata zewnętrznego,  rzeczywistego  świata. 
Ilekroć mu o tym wspominała, patrzył na nią nieobecnym wzrokiem, 
jakby mieszaniną współczucia i pobłażliwości. Doktor powiedział, że 
przez  jakiś  czas  Emily  może  być  nie  w  pełni  prawna  umysłowo,  i 
chyba  na  samym  początku  istotnie  jak  było,  ale  przecież  nie  teraz. 
Teraz  miała  całkowicie  jasny  umysł  i  ponad  wszelką  wątpliwość 
wiedziała, że z żadnym wypadku nie może być 2 marca 1893 roku.

background image

Leżąc usiłowała sobie wyobrazić Willa w nowoczesnych dżinsach i 

kowbojskiej  koszuli albo  w trzyczęściowym garniturze  czy w dresie. 
Za  kierownicą  samochodu,  przy  biurku  w  pracy.  Musiał  już  coś 
takiego w życiu robić. Przecież nie urodził się i nie wychował tak, jak 
żyje teraz.

Ale  wyobraźnia  odmawiała  jej  posłuszeństwa.  Will  pozostawał 

człowiekiem z przeszłości - ranczerem. Te wąsy, uczesanie, ubranie... 
W żaden inny sposób nie mogła go sobie wyobrazić. Co było w nim 
takiego,  czego  nie  potrafiła  zrozumieć?  Był  mężczyzną,  po  prostu 
mężczyzną i tyle.

Rankiem,  widząc,  jak  jasne  słońce  Kolorado  odbija  się  od  świeżej 

bieli  śniegu,  Emily  wstała  i  ubrała  się  szybko.  Zastała  Willa  przy 
śniadaniu, z Shepem śpiącym pod stołem u jego nóg.

- Dzień dobry, Emily - powiedział poważnie. 
- Wyglądasz dziś znacznie lepiej.
- Dziękuję, czuję  się bardzo  dobrze. Will, chciałabym  dziś wybrać 

się  do  Rifle,  gdybyś  mógł  mnie  tam  zawieźć.  To  znaczy...  obiecałeś 
mi kiedyś, a ja już całkowicie odzyskałam siły.

Siedział  przy  stole  obejmując  dłońmi  gruby  kubek  gorącej  kawy  i 

mierząc ją wzrokiem.

- Tak, myślę, że dzisiaj to będzie możliwe. Emily odetchnęła z ulgą.
- O, jak to dobrze, dziękuję ci bardzo. Naprawdę to doceniam. Jak 

tylko dostanę pieniądze... to ja... ja ci zapłacę...

Zrobił ręką zniecierpliwiony gest.
- Nie ma potrzeby. Zrobiłem tylko to, co do mnie należało.
- Ale ja cię bardzo proszę. Siedzę już tu u ciebie ponad tydzień, na 

twój koszt.

Will zasępił się.
- Ciągle mówisz o tych pieniądzach. Tu nie chodzi o pieniądze. Był 

wypadek, zostałaś poszkodowana i ktoś się musiał tobą zająć. Co mają 
do tego pieniądze?

Otworzyła  usta,  ale  zupełnie  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  Jego 

ocena  sytuacji  była  taka  rzeczowa,  taka  prosta  i  całkowicie  słuszna. 
Powiedziała więc potulnie:

- Chyba rzeczywiście nic. 
- I nalała sobie filiżankę mocnej kawy zaparzonej przez Antonia.
- Rozdam tylko ludziom pracę i możemy jechać. Odpowiada ci to? -

spytał odsuwając krzesło i prostując nogi.

background image

- Tak, najzupełniej, w każdej chwili jestem gotowa.
- Dziś zimno na dworze, na pewno dasz radę? Nie chciałbym, żeby 

ci  się  coś  stało  -  powiedział  odwracając  wzrok,  jakby  temat  jej 
zdrowia był wstydliwy.

- Nic mi nie będzie - odparła - naprawdę.
- Dobrze, na razie idę.
- Będę gotowa w każdej chwili. 
- Uśmiechnęła się I próbując być miła.
Wkrótce do kuchni wtargnęła trójka dzieci, kłócąc się, popychając i 

rzucając  się  na  świeżo  upieczony  przez  Antonia  chleb.  Emily 
zauważyła, że Mary ma nieporządnie zaplecione warkocze, z których 
wymykają się I luźne kosmyki włosów. Na miłość boską, wygląda na 
to,  że  mała  nie  była  dziś  w  ogóle  czesana.  Przez  chwilę  Emily 
zastanawiała  się,  czy  ma  jej  zwrócić  uwagę.  Zdecydowała  się,  że 
jednak tak. Biedne dziecko nie miało matki, więc może przydałaby jej 
się od czasu do czasu jakaś kobieca rada.

- Mary - zaczęła Emily - czy czesałaś dziś rano warkocze?
Mała spuściła wzrok bawiąc się włosami.
-  Ja  nie  bardzo  umiem  zaplatać  warkocze,  panno  miły.  Zwykle 

proszę  o  to  w  niedzielę  w  kościele  panią  Fisher  albo  panią 
McCrudden. Ale w tym tygodniu nie miały czasu.

- Och, Mary - powiedziała Emily - to ty zaplatasz warkocze raz na 

tydzień?

- Tak, panno Emily.
- Powinnaś... to znaczy chciałam powiedzieć, że gdybyś czesała się 

codziennie, byłabyś jeszcze ładniejsza, niż jesteś.

- Mama czesała mnie codziennie - bąknęła Mary.
- Nie wątpię.
Emily  wyszczotkowała  małej  włosy,  zaplotła  jej  warkocze,  umyła 

chłopcom buzie i wysłała dzieci na spotkanie z McCruddenami.

Z  westchnieniem  rozejrzała  się  po  kuchni.  Tego  ranka  nigdzie  w 

pobliżu  nie  widziała  Antonia  i  zastanawiała  się,  kto  dziś  posprząta. 
Poza tym zrobiło się zimno, a ogień w saloniku nie był rozpalony; pod 
kuchnią też już dogasał.

Emily widziała kiedyś, jak Will i Antonio wkładają drewno do pieca 

i jak je podpalają czymś w rodzaju haczyka. Tak, leżał haczyk, a obok 
niego  zgrabny  stosik  porąbanych  drew.  Może  przecież  rozpalić  pod 
kuchnią  i  się  zagrzać.  Do  licha  z  tymi  prymitywnymi  warunkami 

background image

bytowania.  Albo  człowiek  leży w łóżku  koło pieca  i ma ciepło,  albo 
zamarza  na  kość.  Że  też  ludzie  mogą  tak żyć!  Emily  zadrżała 
układając drwa na dogasającym już żarze.

Usiadła  przy  stole  i  oparła  policzek  na  dłoni.  Ból  głowy  to 

przychodził, to mijał. Emily ciągle jeszcze była słaba, czuła drżenie w 
rękach  i  w  nogach.  Ale  da  sobie  radę.  Bez  względu  na  wszystko 
pojedzie dziś do Rifle.

Późnym  rankiem  wrócił  do  domu  Will.  Emily  nie  mogła  się  go 

doczekać. Wygląda na to, że nikt w tym domu nie ma poczucia czasu -
pomyślała  nie  po  raz  pierwszy.  Nikt  też,  poza  Willem,  nie  miał 
zegarka, a i ten jego był jakiś przedpotopowy. Ale, pomyślała bębniąc 
palcami w stół, to pasuje do ich stylu życia.

- No więc - rzekł Will otrzepując zakurzony kapelusz o udo - jesteś 

zdecydowana jechać, tak?

Spojrzała na niego przestraszona.
- Chyba nie zmieniłeś zdania? Jedziemy?
- Tak, jedziemy, jeśli tylko szanowna pani sobie tego życzy.
- O tak, bardzo. 
- Ostrożnie,  upomniała  samą  siebie.  Nie  okazuj  zbytniego 

entuzjazmu.

Upłynęło jeszcze pół  godziny, zanim Will zaprzągł  konie  i znalazł 

dla niej odpowiedni płaszcz i kapelusz - było nie do pomyślenia, żeby 
kobieta  pokazała  się  w  mieście  z  gołą  głową.  Will  jednak  znalazł 
stosowne rzeczy po swojej zmarłej bratowej, które Mary 

pieczołowicie  przechowywała  w  kufrze.  Włożyła  więc  długi  do 

bioder szary wełniany żakiet, w talii dopasowany, dołem poszerzany, 
wykończony  czarnymi  pętelkami  z  przodu  i  wokół  kołnierzyka.  Do 
tego  mały  filcowy  kapelusik,  zawiązywany  pod  brodą.  Emily 
zauważyła, że Will jej się przygląda.

- Czy coś jest nie w porządku? - spytała.
- Tak, chyba tak. Ale nie jestem pewien co. Nie wyglądasz  w tym 

jak Clara.

Ciekawe, co miał na myśli. Skąd zresztą Emily miała to wiedzieć?
Wreszcie  pomógł  jej  wsiąść  do  bryczki.  Boże,  jak  bardzo  jej  się 

spieszyło  do  powrotu  na  łono  cywilizacji!  Do  oglądania  w  telewizji 
wiadomości, do rozmów z ludźmi, którzy naprawdę wiedzieli, co się 
dzieje na świecie, pozbycia się tej ciężkiej, krępującej ruchy odzieży, 
do odzyskania własnej tożsamości.

background image

-  Chwileczkę  -  powiedział  Will  w  pewnym  momencie  i  zniknął 

wewnątrz domu.

Emily siedziała w słońcu, z nerwami napiętymi jak postronki. Jeden 

z koni  potrząsnął  łbem; uprząż  zadźwięczała  i  cała bryczka  zatrzęsła 
się  nieznacznie.  Will  wyłonił  się  z  domu  niosąc  coś  przewieszonego 
przez ramię. Wdrapał się na kozioł i obrócił do Emily.

-  Obawiałem  się,  że  zmarzniesz,  więc  wziąłem  jeden  z  moich 

płaszczy. - Zarzucił jej płaszcz na ramiona, pociągnął i wyprostował. 
Był to ciężki wełniany płaszcz z tweedu, przesycony zapachem dymu 
z fajki i koni, jego zapachem, i Emily opatuliła się nim szczelnie.

- Dziękuję - powiedziała.
-  Przynajmniej  nie  zmarzniesz.  Doktor  by  mnie  zabił,  gdyby 

zobaczył, że cię narażam na chorobę, po tym, jak cię wyciągnął z tego 
wypadku.

Odwinął  lejce  z  hamulca  ręcznego  i  potrząsnął  nimi,  lekko 

uderzając w końskie zady.

- No, wista - cmoknął i odjechali.
Powietrze było czyste i rześkie, a blask  słońca  odbijającego się od 

wielkich  połaci  bieli  chwilami  oślepiał.  Po  drodze  Emily  musiała 
nieraz  osłaniać  ręką  oczy,  I  W  ogrodzeniach  widziała  setki,  nie, 
tysiące  kudłatych  czerwonych  krów  z  białymi  pyskami.  Ludzie 
karmili  je  właśnie  sianem,  które  widłami  wyrzucali  z  wozów 
zaprzężonych  w  konie.  Niektórzy  z  robotników  byli  konno.  Czy  nie 
lepiej i szybciej byłoby posłużyć się ciężarówką albo pickapem? Ale 
Emily wiedziała, że gdyby zapytała o to Willa, naraziłaby się na jedno 
z tych jego dziwnych spojrzeń.

- Will  -  odważyła  się  wreszcie  zacząć  -  te  krowy  to  herefordy, 

prawda?  -  Bóg  raczy  wiedzieć,  w  jakich  zakamarkach  pamięci 
przechowała tę wiadomość.

- Aha, krótkorogie, czyli pełnej krwi herefordy. To rasa przyszłości 

- wyjaśnił Will.

-  He  masz  sztuk  tego  bydła?  -  spytała,  chwytając  się  krawędzi 

ławki, kiedy bryczka przechyliła się na koleinie.

- Nie wiem dokładnie. Będzie jeszcze zimowy ubój. Ostatnim razem 

naliczyliśmy ponad sześć tysięcy sztuk.

- I ty je sprzedajesz firmom mięsnym?
-  Tak.  Teraz,  kiedy  już  dotarła  do  nas  linia  kolejowa,  sprawa  jest 

łatwa.  Jeszcze  kilka  lat  temu  musieliśmy  je  wozić  aż  do  Wyoming 

background image

albo nawet do Pueblo.

- A czy to ranczo przynosi ci dochód? Spojrzał na nią z ukosa.
- Nigdy nie rozmawiałem na takie tematy z kobietą. . 
- A to niby dlaczego? - zapytała Emily poirytowanym tonem.
Will zastanawiał się przez chwilę.
- Bo chyba nigdy do tej pory żadna kobieta mnie o to nie zapytała.
- Przepraszam - powiedziała krótko. Bryczka się przechyliła i Emily 

musiała oprzeć się na

Willu.
- Przepraszam. 
- Wyprostowała  się  szybko  Will skinął  głową nawet nie patrząc w 

jej stronę.

- Czy jest tu gdzieś w pobliżu jakieś lotnisko? - spytała nie mogąc 

już dłużej wytrzymać. 

- Chodzi mi o jakieś połączenie, powiedzmy z Denver.
Tym razem spojrzał na nią zdziwiony.
- Co takiego?
- Lotnisko. Dla samolotów. Takie, żebym mogła stąd odlecieć.
- Odlecieć? 
- Potrząsnął głową. 
- Masz naprawdę dziwne pomysły.
- No, lotnisko - powtórzyła. 
- Chyba każdy słyszał o lotniskach, na miłość boską! Dlaczego się 

tak zachowujesz? Dlaczego ciągle udajesz? 

-  Otuliła  się  szczelniej,  usiłując  pozbyć  się  uczucia  frustracji  i 

narastającej  paniki.  Odetchnęła  głęboko  i  zwróciła  się  do  niego  z 
determinacją. 

-  Bardzo  cię  proszę,  skończ  już  wreszcie  z  tą  maskaradą.  Dosyć 

tego. Domagam się odpowiedzi na pewne pytania. Will, naprawdę za 
dużo już tego wszystkiego.

Nie  odezwał  się  ani  słowem,  tylko  zatrzymał  konie  i  owinął  lejce 

wokół  hamulca  ręcznego.  Patrzył  na  nią  obojętnie  -  surowy 
mężczyzna  z  oszronionym  wąsem  i  ciemnymi  kędziorami 
wymykającymi  się  spod  zniszczonego  kapelusza.  Mężczyzna,  w 
którego  spojrzeniu  nie  było  ani  odrobiny  kpiny,  oszukaństwa  czy 
jakiejkolwiek płochości.

- Przestań - wyrzuciła z siebie Emily. 
-  Przestań  na mnie  patrzeć  w  ten  sposób!  To  nie  są  żarty.  Jeśli 

background image

postanowiłeś  żyć tak,  jak  żyli  ludzie  sto  lat  temu,  to  bardzo  proszę. 
Twoja  sprawa.  Ale  nie  udawaj,  że  nie  słyszałeś  o  rzeczywistym 
świecie. 

-  Rozejrzała  się  dokoła,  po  niebie,  po  białych  przestrzeniach,  po 

krzewach,  ale  nie  znalazła  pomocy  w  tym  zimowym  krajobrazie. 
Uczucie paniki dosłownie ją dławiło. Czując fale to gorąca to zimna, 
łomot krwi w głowie i jakąś kulę w gardle, przełknęła nerwowo.

- Emily,.. - zaczął Will - proszę cię, nie przejmuj się.
-  Owszem,  będę  się  przejmować!  Już  wystarczająco  długo  się  nie 

przejmowałam! Chcę się stąd wydostać! Chcę wracać do domu!

- Ale przecież możesz to zrobić - powiedział spokojnie.
- Boże. - Emily czuła się tak, jak zdrowy na umyśle człowiek, który 

trafił do domu wariatów. 

- Dlaczego mi to robisz?
- Ja ci nic nie robię - odparł sztywno Will. 
-  Po  prostu  uważam,  zgodnie  z  tym,  co  mówił  doktor,  że  twoja 

głowa jeszcze nie jest w całkowitym porządku. Powiedział, że...

- Doktor!  To  chyba  jakiś  znachor!  Co  on  może wiedzieć?  O ile w 

ogóle  istnieje...  Ja -   ja  się  czuję  tak,  jakbym  została  przez  ciebie 
porwana...  jakbyś  mnie  więził.  Jestem  przekonana,  że  moja  torebka, 
moje  karty  kredytowe,  moje  pieniądze,  że  to  wszystko  jest  u  ciebie

Musi być. Trzymasz je gdzieś w ukryciu, po prostu okłamałeś mnie!

- Emily, proszę... 
- Położył uspokajającym gestem rękę na jej ramieniu, ale ją strąciła.
- Mogę zawiadomić o tym policję. Mogę przedstawić wobec ciebie 

zarzuty, możesz nawet iść do więzienia. 

- Odsunęła się od niego na drugi koniec ławeczki. Wiedziała, że są 

to szalone oskarżenia, ale nie mogła się powstrzymać. 

- Co, już pewnie nie masz zamiaru zawieźć mnie do miasta?
- Owszem, mam, ja...
- Ja jestem inteligentną kobietą! - krzyczała Emily. 
- Oddaj  mi  moją  torebkę,  proszę  cię,  to  wyjadę  stąd  jeszcze  dziś! 

Zatrzymaj  ubranie,  zatrzymaj  pieniądze.  Wyjadę  i  już  nigdy  więcej 
mnie nie zobaczysz.

- Uspokój się, Emily - próbował ją uciszyć Will. 
- Zabiorę cię do miasta, jeśli sobie tego życzysz. Chociaż, sądząc z 

twojego  zachowania,  wątpię,  czy  jesteś  już  zupełnie  zdrowa,  ale 
postaram się dopilnować, żebyś poddała się leczeniu. 

background image

- Zmarszczył brwi. 
- Powinnaś odwiedzić doktora. Może odpowiednia dawka laudanum 

dobrze by ci zrobiła.

Emily  nie  wiedziała,  jak  do  niego  trafić.  Nie  było  sposobu.  Po 

prostu siedział, próbując ją uspokoić i nie reagując na jej bredzenie i 
pogróżki. Jakby nie słyszał ani słowa z tego, co do niego mówiła.

- Proszę cię - powiedziała w końcu zrezygnowanym łonem - zabierz 

mnie do Rifle.

Odwinął lejce i cmoknął na konie. Bryczka, skrzypiąc, ruszyła przez 

śnieg; rozległ się chrzęst końskich kopyt

Głupia. Zachowała się jak idiotka. Przecież wiadomo, te histerią nic 

nie  załatwi  z  takim  człowiekiem  jak  Will.  Musi  zachowywać  się 
spokojnie  i  rozsądnie,  w  przeciwnym  razie  Will  uzna,  że  jeszcze 
ciągle nie przyszła do siebie po tym wstrząsie mózgu. Najważniejsze 
to  opanowanie,  spokój  i  trzeźwe  myślenie.  Przez  chwilę  pooddycha 
głęboko, żeby się odprężyć, i zacznie od nowa.

- Już w porządku - powiedziała - przepraszam. Już się dobrze czuję. 

Zabierz mnie do Rifle, a tam zobaczymy, co dalej.

- Tak jest, właśnie jedziemy do Rifle.
Emily  źle  znosiła  wyboistą  drogę.  Czy  Will  ma  rację?  Czy  to  w 

dalszym  ciągu  mogą  być  skutki  wstrząsu  mózgu?  Czy  to  jej  obraz 
świata  jest  fałszywy,  a  rzeczywistość  wykrzywiona  na  skutek 
wstrząsu,  jakiego  doznała?  Serce  w  niej  zamarło.  Boże 
Wszechmogący,  może  tak  naprawdę  leży  w  łóżku,  a  to  wszystko  to 
tylko koszmar, który jej się śni?

A jeśli... jeśli... Siedziała kołysząc się na boki, uczepiona siedzenia 

tak mocno, że aż jej palce zbielały.

Rifle było miastem ruchliwym. Na ulicach roiło się od powozików i 

bryczek,  takich  jak  bryczka  Willa.  Po  drewnianych  chodnikach 
spacerowali  ludzie.  Mężczyźni  ubrani  byli  jak  Will  -  w  płaszcze,  w 
wełniane  albo  sztruksowe  marynarki,  szerokie  spodnie  wetknięte  w 
chole  wy  długich,  zabłoconych  butów  i  mieli  kapelusze  o  szerokich 
rondach.  Kobiety,  w  długich  sukniach,  kapelusikach  i  żakietach 
podobnych  do  tego,  jaki  miała  na  sobie  Emily,  stały  przed  Składem 
Handlowym  i  rozmawiały.  W  mieście  był  telegraf  Western  Union, 
Pierwszy  Bank  Narodowy  Rifle,  Stajnie  Collina  i  gabinet  doktora 
Tichenora.

Słońce zaczęło już topić śnieg i główna ulica miasta zamieniła się w 

background image

grzęzawisko.  Przed  hotelem  Winchester,  piętrowym  drewnianym 
budynkiem,  z  portykiem  wzdłuż  górnej  kondygnacji,  stały 
przywiązane  do  słupków  konie  i  mężczyźni  wchodzili  i  wychodzili 
przez wahadłowe drzwi.

Emily  chłonęła  ten  widok  bez  zmrużenia  oka.  Oddychała  płytko, 

czuła szybkie bicie serca. Skądś nagle doszedł ją gwizd starej, parowej 
lokomotywy.

To musi być plan jakiegoś filmu. Perfekcyjny w każdym szczególe. 
A ci ludzie to aktorzy i statyści - zaraz zaczną kręcić scenę. Albo - o 

tak,  z  całą  pewnością  -  Rifle  to  miasto-skansen,  jak  Williamsburg  w 
Wirginii czy Sturbridge w Massachusetts, miasta specjalnie urządzone 
dla turystów, żeby mogli zobaczyć, jak ludzie żyli w przeszłości. Tak, 
Rifle to z pewnością miasto-skansen.

Jakiś  mężczyzna  uchylił  przed  Willem  kapelusza;  Will  w 

odpowiedzi  pomachał  mu  ręką  od  niechcenia.  Emily  spojrzała  na 
niego - jego twarz nie odzwierciedlała żadnych uczuć. 

To  zwariowane  nierzeczywiste  miasto  było  dla  niego  czymś 

najzwyczajniejszym  w  świecie.  O  Boże...  dlaczego  on  jej  tego  po 
prostu nie powiedział?

Rifle  zajmowało  niewielki  obszar.  Wzdłuż  krzyżujących  się  ulic 

stały domy, ze sklepami i barami. Na jednym z rogów znajdowała się 
siedziba  gazety  „Poranek  Rifle".  Nagle  uderzył  Emily  brak  światła 
elektrycznego.  Były  tylko  lampy  gazowe,  owszem,  ozdobne  lampy 
gazowe  wzdłuż  głównej  ulicy,  wymyślne  złote  szyldy,  koronkowe 
firanki w oknach, malowane szyby i cudowne jaskrawe wiktoriańskie 
detale  na  co  elegantszych  budynkach,  ale  żadnych  neonów,  świateł 
elektrycznych,  słupów  telefonicznych,  żadnych  samochodów, 
autobusów, taksówek czy telefonicznych automatów...

Emily  nie  widziała  też  żadnych  turystów,  którzy  by robili  zdjęcia 

miasta-skansenu,  żadnych  kamer,  autokarów  z  wycieczkami 
prowadzonymi  przez  przewodników,  żadnych  kiosków  z  biletami, 
parkingów...  A  na  ulicach  takie  błoto,  że  żaden  zdrowy  na  umyśle 
człowiek  nie  chciałby  tędy  przejść.  Na  miłość  boską,  jeśli  chcą  tu 
przyciągnąć  turystów,  to  powinni  przynajmniej  zadbać  o  jakieś 
wygody. Ale Emily nie zauważyła ani jednego turysty.

Ogarniała to wszystko wzrokiem i tylko dzięki jakiejś pozbawionej 

logiki wewnętrznej alchemii nie straciła jeszcze zmysłów. Poczekaj -
powtarzała sobie. Czekaj i patrz. Jeszcze nie wyciągaj wniosków, nie 

background image

podejmuj pochopnych decyzji. Czekaj i patrz.

-  Dokąd  chcesz  iść  najpierw,  Emily?  -  spytał  Will  zatrzymując 

konie.

Odetchnęła głęboko.
- Chciałabym do telefonu. Gdzie jest telefon?
- W hotelu Winchester, ale tylko lokalny. Nie mamy tu jeszcze linii 

telefonicznych,  jak  w  niektórych  dużych  miastach.  Jeśli  chcesz 
ściągnąć pieniądze, to musisz iść do telegrafu.

- Do telegrafu... - powtórzyła Emily. 
- O, jest tam.
Kiedy  wchodziła  do  biura  telegrafu,  nogi  miała  miękkie,  a  kolana 

jak z waty. Za drewnianym kontuarem siedział gruby, łysy mężczyzna 
w białej koszuli i czarnych opaskach z gumy podtrzymujących rękawy 
powyżej łokci.

- Czym mogę służyć?
-  Ja  bym  chciała...  to  znaczy...  czy  mogłabym  zatelegrafować  do 

banku w Filadelfii? - zapytała Emily.

Urzędnik popchnął w jej stronę blankiet Western Union.
-  Potrzebny  jest  pełny  adres  banku,  pani  nazwisko  i  adres.  Ale 

muszę  panią  uprzedzić,  że  to  może  potrwać  dzień  lub  dwa. 
Wiadomość  zostanie  przekazana  najpierw  do  Denver,  potem  do  St. 
Louis,  Chicago  i  dopiero  Stamtąd  do  Filadelfii.  Uprzedzam  panią 
zawczasu.

Emily patrzyła  na  pusty  blankiet  usiłując  uporządkować  myśli.  Co 

ma  powiedzieć?  Od  czego  zacząć?  Nie  mogła  sobie  przypomnieć 
swojego  numeru  konta,  powinna  najpierw  poprosić  bank,  żeby  go 
sprawdził...

Nagle  z  przerażającą  jasnością  zdała  sobie  sprawę,  że  bank,  w 

którym pracowała w Filadelfii, w świecie Willa Dutchera nie istnieje. 
Człowiek, który czeka, aż ona wypełni formularz, nie będzie w stanie 
przesłać  wiadomości  do  jej  banku,  który  jest  za  daleko  stąd,  tak 
daleko, że nawet Emily zwątpiła w jego istnienie.

- Hmm... rozmyśliłam się - powiedziała zdenerwowana. 
- Załatwię to innym razem.
- Jak pani sobie życzy - odparł urzędnik.
- Dziękuję, dziękuję bardzo.
Zataczając się wyszła z biura. Było jej słabo, w oczach miała łzy.
- Emily, czy dobrze się czujesz? - usłyszała głos Willa. 

background image

- Nadałaś swój telegram?
Potrząsnęła głową.
Natychmiast  znalazł  się  u  jej  boku,  wysoki,  silny  i  opiekuńczy. 

Wziął  ją  pod  ramię,  cały  czas  podtrzymując,  kiedy  szła  drżąca, 
półprzytomna,  ledwie  mogąc  utrzymać  się  na  nogach.  Czuła  zawrót 
głowy.

- Usiądź tu, na tym stopniu, oprzyj głowę – mówił Will. 
- Boże święty, tego się właśnie obawiałem. Ach, te kobiety.
- Nic mi nie jest - zapewniła go Emily, głęboko oddychając. Zawrót 

głowy powoli ustępował.

- Jesteś pewna? Może wezwać doktora Tichenora?
- Nic mi nie będzie. 
-  Emily  siedziała  trzymając  się  za  głowę.  Była  nie  tylko 

zażenowana,  ale  i  w  jakiś  dziwny,  trudny  do  określenia  sposób
przerażona.

-  Przyszedłem  tutaj,  bo  sobie  uświadomiłem,  że  przecież  musisz 

zapłacić za ten telegram powiedział.

- Nie wysłałam go - odparła słabym głosem Emily.
- Nie znam adresu, nie znam swojego numeru konta. Ja... ach, nawet 

nie wiem, czy mam na koncie jakieś pieniądze.

- Podniosła na niego wzrok, zupełnie wyczerpana. 
-  Popełniłam  błąd,  straszliwy  błąd.  Przepraszam,  o  Boże, 

przepraszam z całego serca. Jak mogłam...

-  Nie  przejmuj  się.  To  się  mogło  przydarzyć  każdemu,  kto  tak 

mocno dostał w głowę jak ty.

-  Nie  wiem.  Ja  już  nic  nie  wiem.  Co  ja  mam  ze  sobą  zrobić?  Nie 

mam pieniędzy. Nie mam się gdzie udać.

-  Emily  siedziała  na  stopniu  drżąc,  nie  wiedząc  co  począć, 

całkowicie  zagubiona.  Nad  nią  stał  Will  Dutcher,  a  ona  była 
świadoma  jego  zniecierpliwienia  i  skrępowania.  Podniosła  na  niego 
wzrok  ze  zwykłej  potrzeby  psychicznego  wsparcia,  oczekując 
poczucia bezpieczeństwa, jakie gwarantowała jego obecność.

-  Emily,  posiedź  tu  chwilę.  Jeśli  się  źle  czujesz,  zawiozę  cię  do 

doktora. Jeśli nie, to wracajmy już do domu.

- Tak, tak, wracajmy do domu, nic mi nie jest - mruknęła.
Objął ją ramieniem, żeby pomóc jej wstać.
-  No,  no,  już  jest  lepiej,  już  lepiej.  Nie  zemdlejesz  mi  znowu, 

prawda?

background image

- Nie - odparła wstając.
- Trzeba jeść. Te piekielne kobiety nigdy nic nie jedzą. Musisz coś 

zjeść,  zobaczysz,  zaraz  poczujesz  się  lepiej.  Zjemy  lunch  w  hotelu 
Winchester. Odpowiada ci to?

- Tak - zgodziła się potulnie.
Musi  jakoś  dalej  żyć.  Nie  może  tak  po  prostu  przerwać  życia  w 

samym środku. Tyle wiedziała. Nie panikuj, Emily - powtarzała sobie. 
- Wszystko jest w porządku. Zobaczysz, jakoś to będzie. 

- Musiała w to wierzyć. Wyprostowała ramiona i otarła oczy.
Jakaś  kobieta  powiedziała  Willowi  dzień  dobry;  w  odpowiedzi 

uchylił grzecznie kapelusza. Emily widziała, że nieznajoma szacuje ją 
wzrokiem,  ale  Will  nie  przedstawił  ich  sobie.  Kiedy  mijali  drogerię 
Zimmermana, mignęła jej sterta gazet w środku.

- Zaczekaj chwilę, chciałabym tam wejść.
- Jak sobie życzysz.
Gazety pochodziły z Denver. „Wiadomości Gór Skalistych" sprzed 

kilku  dni,  z  1  marca  1893  roku.  Ale  tym  razem  nie  przeżyła  już 
żadnego wstrząsu. Jakby jej przeciążony ostatnio system nerwowy był 
już  teraz  całkowicie  odrętwiały.  Przyjmowała  do  wiadomości 
najdziwniejsze fakty z całkowitą biernością.

Will czekał na nią na zewnątrz.
- Chcesz coś kupić? - zapytał, kiedy wyszła, Potrząsnęła głową.
- Nie, chciałam tylko coś zobaczyć.
Bank mieścił się w budynku z cegły z dwoma wysokimi oknami w 

głębokich wnękach. Nad każdym z okien biegł łukiem złocony napis: 
„Pierwszy Narodowy Bank Rifle".

- Mogę tu wejść? - spytała Emily. Will jedynie wzruszył ramionami.
Nad  okienkiem kasjera  widniała  data:  3  marca. Emily  podeszła  do 

okienka, w którym siedział młody mężczyzna w okularach, miał też te 
czarne gumki podtrzymujące rękawy koszuli.

Jaki dziś dzień? - spytała.
- Trzeci marca, proszę pani - odparł kasjer wskazując na datę.
- Którego roku?
Kasjer spojrzał na nią dziwnie.
-  Tysiąc  osiemset  dziewięćdziesiątego  trzeciego.  Zanim  zdążyła 

powiedzieć cokolwiek więcej, pojawił się przy niej Will, odciągając ją 
od okienka.

W  hotelu  Winchester  można  było  zamówić  na  lunch  albo  stek 

background image

wołowy,  albo  baraninę  i  kartofle.  Żadnych  sałatek,  marynat  czy 
sosów. Will wziął do steku piwo, a Emily kieliszek wina.

Pozostali  goście  w  jadalni  hotelu  Winchester  byli  to  wyłącznie 

mężczyźni,  głównie  biznesmeni,  jak  uznała  Emily,  i  wszyscy  jedli 
mięso  -  przed  nimi  stały  duże  talerze  z  potężnymi  porcjami  mięsa. 
Emily  było  niedobrze;  skubała  kartofle  i  małymi  łyczkami  sączyła 
wino.

-  Zjedz  coś  -  zachęcał  ją  Will  -  może  odzyskasz  kolory,  jesteś 

strasznie blada.

- Dlaczego tu nie ma żadnych kobiet? - zapytała.
-  Bo  są  w  domu.  Nie  ma  powodu,  żeby  tu  były.  Jest  ich  zawsze 

trochę  w  niedzielę  wieczorem.  Wtedy  przychodzą  całe  rodziny, 
rozumiesz.

Niemal wszyscy  mężczyźni kopcili  grube  cygara i wkrótce  zrobiło 

się  niebiesko  od  dymu.  Nigdzie  nie  było  zakazu  palenia,  tylko 
zalecenie, żeby goście korzystali ze spluwaczek. Przez otwarte drzwi 
Emily  widziała  bar  -  ozdobnie  rzeźbione  drewniane  elementy, 
fantazyjne  lustro,  podłoga  z  małych  płytek  ułożonych  w  mozaikę. 
Przy barze stało kilku mężczyzn popijając i rozmawiając.

Dekoracja do filmu. Ale gdzie są turyści, gapie?
Will  zostawił  na  stole  dwie  błyszczące  ćwierćdolarówki  i  dołożył 

jeszcze dziesiątkę. Pomógł Emily włożyć płaszcz i wyszli. Idąc czuła 
na sobie spojrzenia mężczyzn.

Wyprostowała się odruchowo i odgarnęła kosmyk włosów.
- Nie zwracaj na nich uwagi - powiedział Will. 
- Ludzie  są  tu  ciekawscy.  Rifle  to  małe  miasteczko  i  wszyscy 

wiedzieli, że czekałem na gospodynię z Chicago,,.

-  Ale  ja  nie  jestem  twoją  gospodynią  z  Chicago  -  zaprostestowała 

Emily.

Will wzruszył ramionami.
- Ale oni tego nie wiedzą.
Kiedy wyszli, zatrzymał się przed hotelem przygładzając wąsa.
- Czy jest jeszcze coś, co chciałabyś załatwić w mieście?
Emily rozejrzała się dokoła - objęła wzrokiem ludzi, błękitne niebo, 

błotnistą  ulicę,  konie,  szeroką  rzekę  widoczną  w  dali,  wąski 
drewniany  most,  stację  kolejową  przy  końcu  ulicy.  Popatrzyła  na  to 
wszystko, przełknęła głośno ślinę i zwróciła się do Willa:

- Nie, chyba nie... Pojadę z tobą do domu, dobrze? Ja... ja nie mam 

background image

co ze sobą zrobić.

- Emily, ja i tak bym cię nigdy nie wyrzucił...
- Ja... ja przyjmę u ciebie posadę gospodyni, zgadzasz się? 
- powiedziała szybko Emily. 
-  Zarobię  na  swoje  utrzymanie,  przysięgam,  że  zarobię.  A  jak  już 

oszczędzę  trochę  pieniędzy,  to...  do  diabła,  przecież  zawsze  gdzieś 
można wyjechać...

-  Nie  ma  potrzeby  przeklinać,  Emily.  Byłbym  ci  też  wdzięczny, 

gdybyś nie używała  przy dzieciach  brzydkich  słów.  Zwłaszcza  Mary 
jest w tych sprawach bardzo zasadnicza - dodał surowym tonem.

- Przepraszam, postaram się.
- No to jedziemy do domu. Czekają  mnie tam jeszcze  obowiązki  -

powiedział biorąc ją pod rękę.

Ale  Emily  przystanęła  przed  barem  „Satille  i  Gallów".  Ze  środka 

dochodziły dźwięki pianina, męskie głosy i rubaszny śmiech.

- Kto jest prezydentem Stanów Zjednoczonych? - zapytała ni z tego, 

ni z owego.

- Grover Cleveland - odparł Will. 
- No, idziemy.
Zacisnęła  usta.  Miała  ochotę  krzyczeć,  porwać  na  sobie  ciasny 

niewygodny  żakiet,  powiedzieć  Willowi,  że  ona  jest  tu  obca  w  tym 
zwariowanym,  żyjącym  przeszłością  mieście,  ale  wiedziała,  że  on  w 
to nie uwierzy.

- Grover  Cleveland  okaże  się  prezydentem do  kitu  - warknęła  pod 

nosem.

Will obrzucił ją spojrzeniem, w którym dostrzegła ledwie ukrywaną 

pogardę.

-  I  właśnie  dlatego,  szanowna  pani,  kobiety  nigdy  nie  będą  miały 

prawa głosu.

-  Nie  licz  na  to  -  burknęła  czując  się  tak,  jakby  już  ze  szczętem 

zwariowała.

Droga  na  ranczo  była  długa  i  wyczerpująca.  Niewielki  zasób

energii,  jakim  Emily  dysponowała,  wyczerpał  się  już  dawno.  Drżała 
na całym ciele, to zapadając w drzemkę, to się budząc, by za każdym 
razem poczuć obejmujące ją silne ramię Willa. Za każdym też razem 
bardzo speszona mówiła „przepraszam" i siadała prosto, ale po chwili 
zmęczenie znów brało górę i zasypiała. Obudziło ją szczekanie Shepa, 
właśnie  wjeżdżali  na  podwórko.  Usiadła  prosto  w  chwili,  gdy  Will 

background image

zatrzymywał konie przed drzwiami frontowymi. Zeskoczył na ziemię i 
obszedł bryczkę, żeby pomóc jej wysiąść. Emily wstała zbyt szybko i 
poczuła  silny  zawrót  głowy.  Dzięki  Bogu  mocne  ręce  Willa 
podtrzymały  ją  w  porę,  inaczej  bowiem  nie  była  pewna,  czy  dałaby 
radę zejść z wysokiego siedzenia o własnych siłach. Stanęła na ziemi, 
chwiejna,  w  dalszym  ciągu  wspierając  się  na  jego  ramieniu.  Zerknął 
na nią spod ronda kapelusza.

- Jak? W porządku? - spytał szorstko.
Emily  popatrzyła  w  jego  ciemnoniebieskie  oczy  i  widząc 

zmarszczkę  na  jego  czole,  która  ściągnęła  brwi  w  jedną  kreskę, 
poczuła skurcz serca. Tysiąc osiemset dziewięćdziesiąty trzeci. Nie, to 
nie jest możliwe... to nie może być prawda.

Ocknęła  się  na  kanapie  w  saloniku.  Czyjeś  ręce,  oczywiście  ręce 

Willa, rozpinały jej bluzkę pod szyją, a Antonio ją wachlował.

background image

ROZDZIAŁ 6

Mary - zapytała Emily któregoś wieczoru po obiedzie - czy ty albo 

ktokolwiek z twoich przyjaciół jeździcie na nartach?

- Na nartach? 
- Mary ze zdziwieniem spojrzała na Emily, która właśnie kładła ją 

spać.

- No wiesz, w Aspen albo... Vail? 
-  Emily  wiedziała,  że  Vail  powstało  w  latach  tysiąc  dziewięćset 

sześćdziesiątych. 

- To taki sport. Przypina się narty do nóg i zjeżdża z góry po śniegu.
- Aha - powiedziała Mary. 
- Chodzi pani o norweskie rakiety śnieżne, wiem.
- Norweskie rakiety śnieżne - mruknęła Emily.
- Tak, wiem, co to  jest, ale nie  znam tu u nas nikogo,  kto  by tego 

używał.  Słyszałam,  że  górnicy  w  Aspen  zjeżdżają  na  nich  z  kopalń 
położonych w górach... A jak się nazywa ta druga miejscowość?

- Vail.
- Nie wiem, gdzie to jest, panno Emily.
- No a co z Aspen, byłaś tam kiedyś? Mary potrząsnęła głową.
- To za daleko. Ale wiem, że tam jest dużo bogatych ludzi. I duże 

domy.

-  A  na  czym  ci  ludzie  się  bogacą,  kochanie?  -  zapytała  Emily, 

otulając Mary kołdrą.

-  Pracują  w  kopalniach  srebra,  panno  Emily.  Obojętne,  ile  pytań 

zadawała Dutcherom, rezultat był zawsze ten sam. Żyli w 1893 roku. 
Ale nie Emily. Ona nie mogła się z tym pogodzić. Nie chciała.

Zastanawiała  się  często  jakim  sposobem  tutaj  trafiła.  I  dlaczego 

właśnie  ją  to  spotkało?  Ale  nie  znajdowała  odpowiedzi.  Od  samego 
zastanawiania się  nad tym, co nieodgadnione, dostawała bólu głowy. 
No  cóż,  jakoś  musi  z  tym  sobie  poradzić.  Przyjdzie  dzień,  że 
zrozumie, co się stało i powróci do prawdziwego życia.

Wieczorami, kiedy dzieci już spały, siadywała z Willem w saloniku 

i  patrzyła,  jak  naprawia  uprząż  albo  zapisuje  coś  w  swoich  księgach 
rachunkowych.

Och, jakże chętnie wyrwałaby mu z ręki taką książkę i powiedziała, 

jak  przestarzały  jest  jego  system  prowadzenia  księgowości. 

background image

Ostatecznie  była  absolwentką Wharton,  wydziału  ekonomicznego 
Uniwersytetu  Stanu  Pensylwania,  miała  stopień  magistra  i  od  lat 
pracowała w banku.

Uniosła  głowę  znad  koszul  chłopców,  do  których  właśnie 

przyszywała  guziki.  Miała  ochotę  krzyknąć:  Jestem  zastępcą  szefa 
działu pożyczek, osobą wykształconą! Jestem...

Ze  ściśniętym  gardłem  powróciła  jednak  do  igły  i  nitki  -  Will 

pomyślałby,  że  oszalała.  Musi  trzymać  język  za  zębami  i  po  prostu 
któregoś dnia w jakiś sposób stąd uciec.

Ucieczka. Obsesyjnie uczepiła się tej myśli. Gdyby tylko mogła się 

jakoś  dostać  do  Denver.  Może  w  Denver  wszystko  jest  normalne.  Z 
pewnością. Problem polegał na tym, że nie miała pieniędzy, telefonu, 
samochodu - niczego. Ale przecież nie była więźniem. Will traktował 
ją bardzo uprzejmie. Był to oczywiście opryskliwy, oschły samotnik, 
nie  nawykły  do  obecności  kobiet  i  dzieci,  ale...  ale  jednocześnie 
człowiek ciężko pracujący i wielkoduszny. Wziął do siebie bratanicę i 
bratanków, i nawet ją tolerował pod swoim dachem, mimo że nie była 
zdolna do wykonywania właściwie żadnej pracy.

Westchnęła  głęboko  i  zobaczyła,  że  Will  spogląda  na  nią  znad 

swoich  ksiąg.  Nie  lubiła,  kiedy  tak  na  nią  patrzył,  jakby  była  jego 
utrapieniem.

Trudno, musi się z tym pogodzić -pomyślała, odważnie napotykając 

jego spojrzenie. Musi żyć w Rifle, w domu Willa, dopóki nie wyjaśni, 
gdzie  tak  naprawdę  jest,  czy  raczej  -  bała  się  nawet  pomyśleć  -  w 
jakiej epoce... jest.

- Masz jakieś problemy z księgowością, Will? - zapytała. 
- Ja jestem dobra w rachunkach. Gdybyś...
- Wszystko jest w porządku, Emily, dziękuję. 
- I znów opuścił wzrok na swoje księgi.
- Wobec tego - powiedziała  odkładając  szycie - pójdę się położyć. 

Nie masz nic przeciwko temu, prawda?

- Uhm?
- Że się położę, Will?
- Nie, nie - odparł podnosząc się, ale nie patrząc w jej stronę. 
- Proszę, bardzo proszę.
- Dziękuję. - Wstała, nachmurzona.
Od  czasu  do  czasu  ogarniała  ją  panika,  strach,  że  istotnie 

zwariowała.  Może  rzeczywiście  jest  gospodynią  Willa  i  tylko  na 

background image

skutek wypadku ma pomieszane w głowie? Ale czy wariat może roić 
sobie takie rzeczy, jak samoloty, komputery i bomby nuklearne? Kto 
wie.  Usiłując  opanować  panikę  powtarzała  sobie  w  kółko:  wszystko 
jest w porządku. Nic ci się złego nie stanie. Musisz tylko to wszystko 
pojąć.

Ale jak  dotychczas  zrozumiała  jedynie  - a przynajmniej  tak  jej się 

wydawało  -  dlaczego  Will  znalazł  ją  nagą.  Otóż  w  jakiś  sposób
musiała się znaleźć  w innym strumieniu czasu! Jej ciało prześliznęło 
się  przez  otwór,  ale  tak  jak  na  znanych  jej  filmach,  przedmioty 
nieożywione  -  ubranie,  biżuteria,  torebka  -  to  wszystko  zostało  po 
tamtej stronie.

Jezu, pomyślała, niech no tylko wróci do domu - ale będzie miała o 

czym opowiadać! Oczywiście, w dalszym ciągu nie ma pewności, czy 
to  jest  rzeczywiście  rok  1893.  Może  gdyby  się  mogła  dostać  do 
Denver...

W  dwa  dni  potem,  jak  zaoferowała  Willowi  swoją pomoc  w 

prowadzeniu księgowości, znużenie wzięło górę i poszła go szukać do 
stajni.

-  Jesteś  tu?!  -  zawołała,  zamykając  za  sobą  ciężkie  wrota  przed 

zimnym podmuchem wiatru. 

- Will, jesteś tu?
- Jestem.
Siano  szeleściło  jej  pod  nogami  i  czepiało  się  długiej  spódnicy, 

kiedy  szła  do  boksu  w  drugim  końcu  stajni,  gdzie  Will  doglądał 
narowistej kobyły. Wielkie konisko płoszyło się i rzucało łbem, kiedy
ostrożnie  smarował  jakąś  maścią  skaleczenie  na  jego  grzbiecie.  Na 
przegrodzie  boksu  balansował  z  wdziękiem  pręgowany  kot  nie 
spuszczając Shepa z oka.

- Uważaj - szepnęła Emily widząc, że kobyła staje dęba.
Will spojrzał na nią z wyraźną pogardą.
Męski  świat,  pomyślała  Emily,  obserwując,  jak  Will  radzi  sobie  z 

narowistą  kobyłą.  W  jakiś  absurdalny  sposób  została  uwięziona  w 
świecie, w którym dominowali mężczyźni, a kobiety pełniły służebne 
role.  Will  delikatnie,  uspokajająco  przesuwał  rękami  po  gładkich 
bokach konia. Patrzyła na to z podziwem. Świat mężczyzn, w którym 
kobieta  znaczyła  niewiele  więcej  niż  ta  kobyła.  Gdzie  miała 
wykonywać  pewne  określone  prace  i  rodzić  mężczyźnie  dzieci.  Jak 
klacz rozpłodowa.

background image

Emily  nadal  w  niemej  fascynacji  obserwowała  ręce  Willa.  Duże, 

łagodne  dłonie,  które  płynnym  ruchem  przesuwały  się  w  tę  i  z 
powrotem  po  grzbiecie  zwierzęcia,  wzdłuż  zagłębień  i  krągłości, 
wzdłuż  boków...  Wrażliwe,  delikatne...  jakby  głaskały  kobietę, 
uspokajając, łagodząc, pieszcząc.

- Czy chcesz czegoś ode mnie, Emily? - Jego ostry głos wyrwał ją z 

marzeń. 

- Wszystko w porządku? Mam nadzieję, że nie jesteś chora?
Emily przestraszyła się, ale szybko odzyskała rezon.
-  Nie,  wszystko  jest  w  porządku.  Czuję  się  świetnie.  I  na  tym 

właśnie polega problem.

Umył ręce w wiadrze  i wytarł je w stary ręcznik.  Kiedy opuszczał 

rękawy koszuli, Emily nie mogła się powstrzymać, żeby nie spojrzeć 
na jego potężne, muskularne ramiona porośnięte ciemnymi włosem.

- Jakiż to problem tym razem? 
- Jego głos zabrzmiał szorstko, jak zwykle.
- Jestem...  jestem  gotowa  do pracy, Will - powiedziała  patrząc  mu 

poważnie w oczy.

- No cóż... 
- Przyglądał jej się tak długo i w takim milczeniu, że miała ochotę 

wejść w mysią dziurę. 

- No  więc...  - powtórzył  i  jeszcze  raz  obrzuciwszy  ją  spojrzeniem, 

przecisnął się koło niej i sięgnął do wiadra z owsem.

- Co więc? - Emily przełknęła i ruszyła za nim.
- Nie chciałbym, żeby wróciły twoje dolegliwości.
- Will, ja nie jestem jakimś... jakimś chorym koniem. Jestem istotą 

ludzką.  Kobietą.  Wiem,  kiedy...  a  zresztą  wszystko  jedno.  -  Mocno 
skrzyżowała ręce na ciężkiej, wełnianej szubie, którą miała na sobie, i 
cała  w  wypiekach  patrzyła  na  niego  wyczekująco.  Will  jednak  nie 
przerywał sobie: to się pochylał, to coś podnosił, to znów zagadał do 
któregoś z koni. Emily czuła się jakaś mała, upokorzona.

Ciekawe, co o niej myślał Will Dutcher. Czy kiedykolwiek myślał o 

niej jako o kobiecie? Widział ją nagą... Jej wzrok pobiegł nagle w jego 
stronę,  ku  siodlarni.  Stał  na  lekko  rozstawionych  nogach,  robiąc  coś 
przy uździe,  a  mięśnie  jego  szerokich  ramion  poruszały  się  płynnie, 
kiedy  pracował.  Miał  potężną  szyję,  grubą  i  długą,  i  kiedy  pochylał 
głowę, Emily widziała, jak poruszają się jego cienkie wargi.

- Do licha, będę z tym musiał jechać do miasta... - mruknął.

background image

Tak,  był  nieprzeciętnie  przystojnym  mężczyzną  -atrakcyjnym  w 

każdym  miejscu  i  czasie.  Ten  typ  męskości  sprawdzi  się  za  sto  i  za 
dwieście lat. Zawsze znajdą się amatorki na takich mężczyzn jak Will 
Dutcher.

- Emily, czy mogę jeszcze coś dla ciebie zrobić? - spytał rzucając w 

jej stronę szybkie spojrzenie.

- Nie. - Odchrząknęła. 
- Nie, dziękuję. Później na ten temat porozmawiamy.
- Mhm. 
-  Pochylił  się  nad  uzdą  i  kiedy  wychodziła,  nawet  nie  podniósł 

głowy.

- To  w zupełności  wystarczy  - powiedziała  Emily do  sklepowej  w 

Składzie Handlowym. 

- W zupełności.
- Na rachunek pana Dutchera. 
- Kobieta nie pytała, po prostu stwierdziła fakt.
- Tak, jestem jego gospodynią.
-  Wiem  o  tym.  Wszyscy  wiedzą,  kim  pani  jest  -  powiedziała 

chłodno  pani  Tatę,  spoglądając  na  Emily  wyzywająco  swoimi 
wyblakłymi oczami.

Emily  zaniemówiła.  Ta  kobieta  wyraźnie  jej  nie  lubi,  mimo  że  po 

raz pierwszy widzi ją na oczy.

- Zaraz to zapiszę i zapakuję pani sukienkę - powiedziała pani Tatę 

z niechęcią.

- Bardzo pani dziękuję. 
- Emily usiłowała  być uprzejma. Co za paskudna baba, pomyślała. 

Co ją ugryzło? 

Tak  się  jednak  cieszyła  swoją  nową  sukienką,  że  postanowiła  nie 

pozwolić zepsuć sobie humoru. Boże, ależ miała dość swoich dwóch 
dotychczasowych strojów: workowatej czarnej sukienki i niezgrabnej 
niebieskiej  spódnicy.  Zapytała  Willa,  czy  może  sobie  kupić  coś 
nowego,  a  on,  nawet  nie  podnosząc  wzroku  znad  gazety, 
odpowiedział: „Jasne, oczywiście".

Sukienka  była  piękna  -  naturalnie  ręcznie  uszyta.  Głęboki  błękit, 

cienka  wełna,  z  turniurą,  plisowanym  karczkiem  i  falbaną  na  dole. 
Prawdziwe 

dzieło 

sztuki. 

Kosztowała 

dziewięć 

dolarów 

dziewięćdziesiąt pięć centów, ale sprowadzono ją aż z Nowego Jorku, 
jak  zapewniła  pani  Tatę.  Emily  nie  mogła  się  doczekać,  żeby  ją 

background image

włożyć do kolacji.

Był  to  chwyt  stary  jak  świat,  doskonale  o  tym  wiedziała  schodząc 

na dół  i czując, jak falbana nowej spódnicy  muska jej kostki.  Chwyt 
obliczony  na  zwrócenie  uwagi  Willa.  Tu  nie  chodziło  o  romans  -  w 
żadnym razie, nie w tej zwariowanej szaradzie, w jakiej się znalazła -
raczej p to, żeby dostrzegł w niej kobietę. Żadnemu mężczyźnie, bez 
względu na czasy czy wiek, nie można pozwolić na taką obojętność i 
wyniosłość,  jaką  okazywał  jej  Will  Dutcher,  dżentelmen-ranczer. 
Nawet gdyby Emily miała przywołać na pomoc całą swoją kobiecość. 
Dlaczego niby nie?

- Dobry wieczór, Will - powiedziała zaglądając do saloniku. 
- Kolacja gotowa. Dzieci już siedzą przy stole. 
-  Obróciła  się  na  pięcie,  zaszeleściła  spódnicą  i  poszła  do  kuchni 

pomóc Antoniowi.

Nawet  jeśli  Will  nie  zauważył  nowej  sukni  Emily,  to  zauważył  ją 

Antonio.

Dios - powiedział robiąc wielkie oczy.
- Podoba ci się? - Emily zakręciła się dokoła. 
Dios - powtórzył tylko stary.
Chłopcy,  podobnie  jak  Will,  okazali  całkowitą  obojętność.  Emily 

nie  wiedziała,  czy  to  jego  zwykłe  roztargnienie,  czy  celowo  unikał 
patrzenia na nią.

- Może jeszcze kartofli? - spytała nachylając się nad nim. 
- Albo mięsa?
- Nie, dziękuję - odparł i ponownie zajął się jedzeniem.
-  Coś  wam  powiem  -  odezwała  się  Emily  -  byłoby  lepiej  dla  nas 

wszystkich,  gdybyśmy  ograniczyli  spożycie  wołowiny.  Spadłby  nam 
znacznie poziom cholesterolu.

Will spojrzał znad talerza i ze zdziwieniem uniósł ciemne brwi.
- Poziom  tłuszczu  we krwi. To  powoduje  zatykanie  się,.. a zresztą 

wszystko jedno.

- A co jest złego w mięsie? - cienkim głosikiem zapiszczał Jesse.
Emily uśmiechnęła się,
-  Nic.  Dla  ciebie  jest  dobre,  Jesse.  Ale  powinieneś  jeść  więcej 

owoców i warzyw.

- Ja nienawidzę warzyw - wtrącił Burkę.
- A ja lubię - powiedziała Mary. 
- Są zdrowe. -Uśmiechnęła się do Emily.

background image

Po obiedzie  chłopcy bawili się na poddaszu,  a Emily i Mary szyły 

suknię ślubną dla lalki, co okazało się zadaniem bardzo trudnym. Will 
siedział  w  swoim  fotelu  w  świetle  lampy  naftowej,  a  u  jego  nóg 
drzemał  Shep,  od  czasu  do  czasu  drżąc  we  śnie.  W  piecu  wesoło 
trzaskały szczapy drzewa. Will czytał „Poranek Rifle".

Emily podniosła głowę znad szycia.
- Czy wydarzyło się w mieście coś ciekawego?
-  To  samo  co  zwykle.  We  środę  zebranie  Stowarzyszenia 

Hodowców. W poniedziałek Koła Literackiego Kobiet. 

- Zaszeleścił gazetą. 
- Gdybyś chciała, żeby Antonio albo któryś z naszych ludzi zawiózł 

cię do miasta, to powiedz.

Emily zmarszczyła czoło.
- Tak, powiedz - bąknęła pod nosem. Ilekroć Emily zjawiała się w 

mieście  spotykało  ją  lodowate  przyjęcie  ze  strony  miejscowych 
kobiet.  Mężczyźni  nie  wyczuwali  w  niej  kogoś  obcego,  dziwnego,  a 
kobiety  -  natychmiast.  No  cóż,  kobieca  intuicja.  Może  to  była  po 
prostu  zazdrość?  Ostatecznie  Emily  mieszkała  u  mężczyzny 
uważanego w okolicy za najlepszą partię. Miała uczucie, że wszystkie 
kobiety wiedziały, w jakich okolicznościach Will ją znalazł. Widziała 
ją  przecież  wówczas  i  zaopatrzyła  w  odzież  pani  Fisher,  zdaniem 
Mary  największa  plotkara  w  mieście.  A  cała  ta  historia  to  był  zbyt 
pikantny  temat,  żeby  go  pominąć  milczeniem.  Teraz  już  Emily  nie 
miała  wątpliwości:  wszyscy  w  mieście,  zarówno  kobiety,  jak  i 
mężczyźni,  wiedzieli  doskonale,  że  kiedy  Will  ją  znalazł,  była  naga, 
jak  ją  Pan  Bóg  stworzył.  Emily  wyraźnie  wyczuwała  wokół  siebie 
atmosferę ogólnego potępienia. Ta piekielna wiktoriańska moralność -
zadręczała się, jakby to była jej wina.

- Co mówiłaś? - zapytał.
- A, że chyba daruję sobie Kółko Literackie.
- Jak chcesz. 
- Gazeta znów zaszeleściła. Chłopcy położyli się spać o dziewiątej. 

Mary o wpół do dziesiątej. Antonio też już dawno poszedł do baraku.

Noc była czarna choć oko wykol, ale Will ciągle jeszcze siedział w 

fotelu,  senny  po  obfitym  posiłku,  to  drzemiąc,  to  się  budząc  na 
przemian, rozmarzony ciepłem bijącym od pieca. Otuliwszy Mary do 
snu Emily zeszła na dół i cicho wśliznęła się do saloniku. Przez chwilę 
stała  na  środku  orientalnego  dywanu,  niezdecydowana,  czy  budzić 

background image

Willa,  czy  też  już  iść  spać.  Ostatecznie  musi  z  nim  w  końcu 
porozmawiać,  musi  się  dowiedzieć,  czego  od  niej  oczekuje  teraz, 
kiedy  już  zupełnie  wydobrzała.  Ale  jednocześnie  była  w  niej  jakaś 
część osobowości, która domagała się jego uwagi, jakiś uwodzicielski 
głos  wewnętrzny  mówił,  że  Will  powinien  wreszcie  dostrzec  w  niej 
istotę  ludzką,  kobietę.  Co,  u  licha,  było  z  tym  Willem  Dutcherem? 
Przecież  inni  mężczyźni  w  mieście,  uchylając  kapelusza  patrzyli  na 
nią  z  zaiteresowaniem.  Inni  mężczyźni  dostrzegali  jej  kobiecość.  A 
on? Na czym polegała jego odmienność?

Kiedy tak drzemał w fotelu, Emily chłonęła wzrokiem jego wąskie 

biodra  i  długie,  lekko  krzywawe  nogi.  Pod  białą,  rozpiętą  u  góry 
koszulą  bez  kołnierzyka  miał  podkoszulek,  spod  którego  wyzierały 
porastające  jego  pierś  czarne  kędzierzawe  włosy.  Oddychał  przez 
lekko  uchylone  usta,  wydając  cichy  warkot,  jak  dobrze  utrzymana 
maszyna.

Boże,  ależ  był  przystojny.  Plama  złocistego  światła  padła  na  jego 

ciemne  kręcone  włosy,  muskając  policzek  i  brodę  i  kładąc  się  na 
długim nosie i gęstych rzęsach przysłaniających przenikliwe  błękitne 
oczy.  Normalnie  Emily  chichotałaby  z  jakąś  przyjaciółką,  beztrosko 
mówiąc,  że  Will  ma  twarz  i  ciało  „odjazdowe",  ale  teraz,  kiedy  tak 
stała  przed  nim  nieruchoma i  niezdolna  do najmniejszego  ruchu,  nie 
była pewna swoich uczuć. Wmawiała sobie, że ta nowa sukienka, ten 
jego  prezent  dla  niej,  miała  służyć  temu,  żeby  Will  dostrzegł  w  niej 
człowieka,  żeby  usiadł  i  z  nią  porozmawiał.  Ale  nagle  zdała  sobie 
sprawę;  że  to  kłamstwo,  tak,  oczywisty  fałsz:  ta  sukienka  to  symbol 
samotności, narastającego w niej głodu...

- Mmm... 
- Will poruszył się, wyciągnął i otworzył oczy. 
- Chyba się zdrzemnąłem - powiedział.
- Tak, owszem.
Emily  szybko  zaczęła  się  krzątać  po  pokoju,  zbierając  drewniane 

żołnierzyki Burke'a i usuwając ze stołu szczotkę do włosów Mary. 

-  Musiałeś  być  bardzo  zmęczony.  -  I  nagle...  doczekała  się 

upragnionej  reakcji.  Dostrzegła  to  w  jego  wzroku,  który  mimo  woli 
zatrzymał  na  wypukłości  jej  stanika,  na  szczupłej  talii,  na 
rozszerzającej się linii bioder.

Po  dręcząco  długiej  chwili  oderwał  wreszcie  od  niej  spojrzenie  i 

zaczął składać gazetę. Usta miał zaciśnięte, widać było, jak mu chodzi 

background image

żuchwa.

Nagle  Emily  doznała  strasznego  uczucia  -  jakby  zdradziła  samą 

siebie, cały swój kobiecy rodzaj. Tak musi się czuć prostytutka, kiedy 
robi to po raz pierwszy, pomyślała. Serce podeszło jej do gardła. Co w 
nią wstąpiło? Czyżby rzeczywiście próbowała uwieść Willa Dutchera? 
Szczotka  wypadła  jej  z  drżących  rąk,  żołnierzyki  rozsypały  się  po 
dywanie.

Will zerwał się na nogi.
- Pozwól... Jeszcze nie jesteś... Emily nie mogła powstrzymać łez.
- Nic mi nie jest - wyszlochała. 
- Czuję się zupełnie dobrze, Will. Czy nie możesz sobie tego wbić 

do  tej  swojej  tępej  głowy?  Nic  mi  nie  jest!  Po  prostu  chcę  być 
traktowana  jak...  jak  istota  ludzka.  Potrzebny  mi  jest  ktoś,  z  kim 
mogłabym  porozmawiać.  Chcę,  żebyś  mi  powiedział,  jak  mogę  ci 
pomóc. W czymkolwiek, Pozwól mi tu coś robić. I... i na miłość boską 
przestań udawać, że ja nie istnieję!

Ale Will patrzył na nią obojętnie, nim wreszcie powiedział:
-  Niepotrzebnie  się  irytujesz.  Nie  zamierzam  dyskutować  o  twoim 

istnieniu.

Mijały dni. W dolinę wtargnęła wiosna. Gałęzie jabłoni pod oknem

Emily  pokryła  jasna,  delikatna  zieleń.  Drogi  stały  się  grząskie, 
błotniste. Emily powoli przejmowała prowadzenie domu.

Była  to  ciężka  praca.  Ciężka  i  beznadziejna.  Gryzące  ługowate 

mydło drażniło jej skórę, zimna woda doprowadzała do szału. A jakie 
ciężkie  było  żelazko!  Gdyby  ten  koszmar  miał  potrwać  dłużej,  toby 
chyba  sama  wynalazła  tkaniny  nie  wymagające  prasowania.  Praca 
wydawała się nie mieć końca i być bardzo niewdzięczna, aż do dnia, 
kiedy Will nagle podszedł z tyłu i pomógł jej opróżnić ciężką wannę.

Otarła  pot  z  czoła  w  kwietniowym  słońcu  i  odgarnęła  za  ucho 

kosmyk włosów.

- Dzięki - powiedziała patrząc, z jaką łatwością radzi sobie z ciężką 

wanną.

- Drobiazg. 
- Wyprostował się i powiesił wannę na kołku przed domem.
Emily uśmiechnęła się.
- No, przynajmniej o jedno mniej.
Stał nie speszony, przyglądając się jej, jakby szacował jej wartość.
- Chciałem ci powiedzieć, Emily... - zaczął wreszcie - że podziwiam 

background image

twoją pracę.

- O? - Machnęła ręką zdziwiona. 
-  To  przecież  nic  wielkiego.  Muszę  jakoś  zarobić  na  swoje 

utrzymanie.

- Uhm. 
- Trzymając się pod boki nie przestawał jej się przyglądać.
- Ale... ale jest mi miło, że to zauważyłeś - powiedziała wreszcie i 

tym razem, o dziwo, to ona pierwsza odwróciła oczy.

Przez  resztę  dnia  krzątała  się  po  domu  z  uczuciem  młodej  żony, 

która po raz pierwszy samodzielnie ugotowała obiad.

Cały kłopot polegał na tym, uznała Emily, że zaczynała akceptować 

swoją dziwną egzystencję.

A przecież nie tu było jej miejsce. I niezależnie od tego, jak łatwo i 

szybko  godziła  się  z  rutyną  życia  codziennego  w  Rifle,  to  przecież 
tęskniła za swoimi czasami, za swoim miejscem w tym zwariowanym 
świecie.

Podróże  w  czasie  nie  istnieją  -  myślała  często.  A  jednak  istniały. 

Chciała  się  wyrwać  z  tego  czasu.  Potrzebne  jej  były  bodźce 
intelektualne  lat  dziewięćdziesiątych  dwudziestego  wieku.  Jej  klub 
sportowy.  Muzea.  Podróże.  Jakaś  kobieta,  z  którą  by  mogła 
porozmawiać. Kobiety w Rifle, jak się zorientowała, miały wobec niej 
kompleksy, nie lubiły jej.

-  Jestem  jakimś  dziwolągiem  -  wymamrotała  Emily  znad  deski  do 

prasowania. 

- Ja tutaj nie pasuję.
Może  nawet  jest  dla  tych  ludzi  niebezpieczna  –  przychodziło  jej 

nieraz  do  głowy.  Bo  gdyby  tak  na  przykład  zmieniła  bieg  historii? 
Zaraz, jak to było w tej starej anegdocie? Jeżeli człowiek cofnie się w 
czasie  i  zabije  własnego  dziadka,  to  czy  sam  przestanie  istnieć?  No 
właśnie. Może nie być przyszłości, w każdym razie tej, z której Emily 
pochodzi.

To dziwne, ale jakoś dni mijały, a ona nie dostawała bzika. Polubiła 

nawet  tych  dwóch  małych  łobuziaków,  a  towarzystwo  Mary  ceniła 
sobie  coraz bardziej. Nawet Antonio ożywiał się, kiedy  przychodziła 
do  kuchni.  Ale  Wili...  Will  w  dalszym  ciągu  zachowywał  dystans  i 
Emily nie wiedziała, co on właściwie o niej myśli.

To  nie  ma  znaczenia  -  usiłowała  przekonać  samą  siebie -  bo 

przecież  kiedyś,  prędzej  czy  później,  znajdzie  drogę  powrotną  do 

background image

swoich czasów. Do diabła z Willem Dutcherem! - myślała, chociaż jej 
spojrzenie,  gdy  wracał  konno  do  domu,  piękny  i  wysoki,  przeczyło 
tym  słowom. Stanowczo  musi stąd  odejść.  Gdyby  tylko  miała jakieś 
pieniądze  i  mogła  się  dostać  do  Denver.  Musi  uciekać  z  Rifle,  od 
Willa, tak, przede wszystkim od Willa, bo mimo jej czystych intencji 
Will zaczyna jej wchodzić w krew.

Tak  właśnie  myślała  Emily,  siedząc  przy  obiedzie  z  Willem  i 

prezesem  miejscowego  banku,  Bobem  Bergenerem,  który  przyszedł 
na ranczo w interesach. Musi uciekać...

- Wspaniały obiad, panno Jacoby. 
-  Czterdziestopięcioletni  Bob  Bergener  odsunął  się  od  stołu 

demonstrując  pokaźny  brzuszek,  widoczny  pod  złotą  brokatową 
kamizelką.

- Dziękuję - odpowiedziała Emily - ale to głównie zasługa Antonia.
- A co byś powiedział na cygaro i brandy, Bob? - zapytał Will. On 

także  wstał  od  stołu,  wysoki  i  szczupły,  dokładne  przeciwieństwo 
łysiejącego bankiera.

Mężczyźni  przeszli  do  saloniku,  a  Emily,  ku  swemu 

niezadowoleniu,  musiała  pozostać  w  jadalni  i  dalej  zajmować  się 
szyciem.  Przez  jakiś  czas  siedziała  w  sąsiednim  pokoju  kłując  sobie 
palce i przysłuchując  się  rozmowie  mężczyzn. Boże,  jakby  chętnie z 
nimi  pogadała  o  sprawach  bankowych.  Mogłaby  przysiąc,  że  wie  na 
ten temat więcej niż ten stary Bergener.

- Jak tam twoje nowe pastwiska, Will? - słyszała, jak pytał Willa.
- W porządku. 
- Emily czuła zapach dymu z cygar snującego się po domu.
- No cóż... 
- Bergener odchrząknął. 
- Chciałbym, żeby dla mojego banku klimat był równie łaskawy.
- To znaczy?
-  Och,  ostatnio  zrobiła  się  dość  nerwowa  atmosfera.  I  to  w  całym 

kraju.  Wielu  z  nas,  bankierów,  musi  sięgać  do  rezerw.  Rozumiesz, 
Will.

- Nie - powiedział Will wolno. 
- Niezupełnie. Bergener znów odchrząknął.
- Sprawa wygląda tak - zaczął ostrożnie. 
- Chodzi o te pieniądze, które pożyczyłeś jesienią na powiększenie 

stada...  No  cóż...  będę  ci  musiał  zwiększyć  oprocentowanie,  chyba 

background image

rozumiesz? My, bankierzy, musimy zaciskać pasa, jak to się mówi.

-  Zwiększyć  oprocentowanie?  -  zapytał  Will,  w  którego  głosie 

zabrzmiała twarda nuta. 

- A o ile, jeśli wolno spytać?
Na chwilę zaległa cisza.
- Dwukrotnie.
- Jak to, chcesz mi dwukrotnie zwiększyć oprocentowanie?
- Posłuchaj, Will, przecież nigdy bym tego nie zrobił, gdybym miał 

inne wyjście.

- A czy ja jestem jedynym ranczerem w tej piekielnej sytuacji?
-  Ależ  skąd,  naturalnie,  że  nie.  To  samo  dotyczy  McCruddenów, 

Smithów i...

Emily już dłużej nie słuchała. Jeśli jest 1893 rok - myślała - zaraz... 

co  to  się  w  tym  okresie  wydarzyło...  Tak,  już  wie.  A  przynajmniej 
częściowo.  Tak,  wybuchła  wtedy  w  Stanach  jakaś  panika.  Tak, 
panika.  Upadały  banki.  O,  właśnie,  miało  to  coś  wspólnego  z 
rezerwami  złota  w  skarbie  państwa.  Tak.  Ale  kiedy  ta  panika  miała 
miejsce? I jakie były jej powody?

Zanim Emily zdążyła pomyśleć o tym, co robi, stała już w drzwiach 

salonu, trzymając szycie w ręku.

- Ma pan za małe rezerwy złota, tak? - zapytała Boba Bergenera.
Spojrzał na nią ze zdumieniem.
- Proszę?
Emily zmarszczyła czoło.
- Pytałam, czy jest pan zadłużony powyżej wartości aktywów, panie 

Bergener.

- Emily - powiedział Will z naciskiem. Ale Emily zignorowała go.
-  Byłam  ciekawa,  czy  ma  pan  wystarczające  rezerwy  złota  na 

pokrycie depozytów. I czy pański bilans...

- Emily. 
- Will podszedł do niej i szorstko wziął ją za ramię.
- Ja nigdy... 
- Bergener wstał, zdusił cygaro i sięgnął po płaszcz. 
-  Porozmawiamy  w  mieście,  Will  -  powiedział  rzuciwszy  Emily 

pełne  niesmaku  spojrzenie,  po  czym  wyszedł  spiesznie  z  salonu  i 
szybko wsiadł do swojego powozu.

- Do diabła, Emily!
- Will chwycił ją za rękę, przyciągnął  do krzesła i posadził niemal 

background image

siłą. - Jak mogłaś mi narobić takiego wstydu? Co z ciebie za kobieta?

Emily spojrzała na jego złą minę. Wzruszyła ramionami.
-  Owszem,  powiem  ci,  co  ze  mnie  za  kobieta.  Jestem  kobietą 

wykształconą. Skończyłam jedną z głównych uczelni ekonomicznych 
w tym kraju. 

- Patrzyła na jego osłupiałą twarz nie chcąc się poddać. 
-  A  ponadto  -  dodała  w  podnieceniu  -  jestem  przekonana,  że  na 

temat bankowości  wiem znacznie więcej niż ten twój zakichany Bob 
Bergener!

Przez  dłuższą  chwilę  Will  patrzył  na  nią  surowo,  po  czym  bardzo 

cicho powiedział:

-  Jeśli  to  prawda,  Emily,  to  dlaczego  przyjęłaś  pracę  gospodyni 

domowej?

Spojrzeniem  swoich  szafirowych  oczu  przenikał  ją  na  wskroś.

Emily westchnęła i popatrzyła na swoje ręce. Stało się.

-  Ja...  ja...  to  znaczy  ja  miałam  kogoś,  ale...  ale  nic  z  tego  nie 

wyszło. Więc wyjechałam na Zachód i... - urwała nagle. Mogła sobie 
wyobrazić, co Will w tej chwili myśli.

Will  machinalnie sięgnął  do wąsa, nadal nie spuszczając  wzroku  z 

Emily, którą przeszedł dreszcz.

- Przypuszczałem, że... że od czegoś uciekasz - powiedział w końcu. 

- Powinienem był się domyślić, że chodzi o mężczyznę.

Wieczór  wlókł  się  bezlitośnie.  Emily  przeżywała  wewnętrzną 

rozterkę.  Z  jednej  strony  była  z  siebie  zadowolona,  że  potrafiła  się 
postawić  wobec  tych  dwóch  mężczyzn,  z  drugiej  zaś  zdawała  sobie 
sprawę,  że  wpakowała  Willa  w  niezręczną  sytuację.  Jeśli  to  był 
rzeczywiście  rok  1893,  to  nie  miała  prawa  wtrącać  się  do  rozmowy
mężczyzn. I na koniec jeszcze tak niefortunnie zdradziła się, że kogoś 
miała. Cholera.

Ale  nie  zrejteruje,  o  nie.  Będzie  siedziała  na  kozetce, 

wyprostowana, z głową do góry, ze ściśniętym gardłem. Po co ona to 
Willowi powiedziała? Czy chciała jego współczucia?

Cholera  -  myślała  wbijając  igłę  w  jego  białą  koszulę -  cholera. 

Przecież  mogła  wymyślić  z  tuzin  różnych  historyjek,  po  diabła 
wyskoczyła akurat z tym! Głupia. Idiotka.

Spojrzała  znad  szycia  i  napotkała  jego  pytający,  oskarżycielski 

wzrok. I jej serce znów zaczęło walić jak młotem. Na dworze szalała 
wiosenna burza i okiennice skrzypiały ale tu, w saloniku Willa, lampa 

background image

rzucała  na  dywan  kręgi  złotego  ciepłego  światła  i  Emily  poczuła  na 
czole i górnej wardze kropelki potu.

Will  nadal  jej  się  przyglądał;  na  jego  surowej  twarzy  widać  było 

tysiąc  nie  wypowiedzianych  pytań,  których  Emily  mogła  się  tylko 
domyślać.  Wytrzymując  to  jego spojrzenie  nakazała  sercu  spokój.  I 
nagle wydało jej się, że w jego oczach dostrzegła coś nowego, coś, co 
nie było oskarżeniem. Jakby ją sobie wyobrażał w ramionach innego 
mężczyzny  i  jakby  się  zastanawiał,  co  by  ona  czuła,  gdyby  ją 
przytulił...

Emily  zerwała  się.  Guziki  rozsypały  się  po  podłodze,  a  koszula 

wypadła  jej  z  rąk.  Nawet  tego  nie  zauważyła.  W  jednej  chwili  Will 
znalazł się przy niej. Nie po to jednak, by zbierać guziki. Poczuła na 
swoich  ramionach  jego  ręce,  łagodne,  ale  jednocześnie  władcze.  I  te 
oczy.  Te  szafirowe  oczy,  które  przenikały  ją  na  wskroś.  Wstrzymała 
oddech, krucha jak szkło, jakby się miała rozlecieć w kawałki.

Ta  chwila  przeciągała  się  w  nieskończoność.  Wreszcie  usłyszała 

jego szept:

-  Ty  jednak  jesteś  inna,  Emily.  Jest  coś...  -  zawahał  się  jednak  i 

urwał w pół słowa, a Emily miała ochotę przylgnąć ze szlochem do tej 
twardej piersi i wypłakać na niej wszystkie swoje lęki. Will by jej na 
to pozwolił, Emily wiedziała. Przytuliłby ją, pocieszył i uratował, jak 
wtedy, z tamtej katastrofy.

- Emily... - zaczął, ale ona odsunęła go, próbując mu się wyrwać.
Stwierdziła,  że  ucieka  -  ucieka  z  saloniku,  ucieka  od  tego 

mężczyzny, od siebie, od dręczących ją strachów.

Później,  już  znacznie  później,  kiedy  za  oknem  ucichła  burza  i  nad 

płaskowyżem  zabłysły  gwiazdy,  słyszała,  jak  Will  idzie  na  górę,  jak 
przystaje  na  chwilę,  a  potem  otwiera  i  cicho  zamyka  za  sobą  drzwi 
sypialni.  Zacisnęła  powieki  prosząc  Boga,  żeby  ten  koszmarny  sen 
skończył się jak najprędzej.

background image

ROZDZIAŁ 7

Emily obsesyjnie uczepiła się tej myśli. Jeśli tylko wydostanie się z 

Rifle, jeśli uda jej się dotrzeć do normalnego prawdziwego miasta, to 
z  pewnością  okaże  się,  że  wszystko  jest  w  najlepszym  porządku. 
Zdecydowała się na Denver czy też Denver City, jak je nazywano w 
roku 1893. Między Rifle a Denver chodził pociąg; sprawa wydawała 
się prosta. Znała nawet na pamięć rozkład jazdy.

Emily była całkowicie opanowana przez swoją nową obsesję. Przez 

cały  czas,  kiedy  zakładała  długie  reformy, staniczek,  gorset,  halki  i 
niewygodne  ciasne  żakiety,  sprzątając  dom  Willa,  piorąc  i  zanosząc 
ludziom  lunch  na  pole,  gdy  Antonio  był  zbyt  zajęty,  grzejąc  wodę, 
kąpiąc  dzieci  i  pomagając  im  w  odrabianiu  lekcji  -  cały  czas  snuła 
plany oceniając szanse i możliwości.

Musi  stąd  uciekać.  Musi  udowodnić  wszystkim,  że  samoloty, 

samochody i komputery istnieją naprawdę i że ona nie zwariowała.

No  i  naturalnie  musi  uciekać  od  Willa  Dutchera.  Chociaż  były 

chwile,  kiedy  zapominała  o  swojej  obsesji,  kiedy  ich  oczy  się 
spotykały, a jego ręka przypadkowo muskała jej dłoń, lub kiedy Will 
pomagał  jej  w  ciężkich  domowych  obowiązkach.  Były  to  jednak 
chwile kradzione.

Nauczyła  się  cenić  jego  siłę  i  dziwną  łagodność,  jaką  okazywał 

dzieciom  czy  choremu  koniowi  -  to  coś,  co  czyniło  go  tak 
niedostępnym  i  tak  atrakcyjnym;  jego  zgrzebne  staromodne  cnoty, 
takie  jak  lojalność,  niezależność,  duma  i  poczucie  wielkiej 
odpowiedzialności za rodzinę. Nie znała mężczyzny, który mógłby się 
równać z Willem Dutcherem, a już z pewnością nie był nim Bill.

Emily znalazła się w szczególnie delikatnej sytuacji - starej panny, 

która  trafiła  pod  dach atrakcyjnego  kawalera. Bez  trudu  mogła sobie 
wyobrazić  te  wszystkie  historie,  które  kolportowała  pani  Fisher  na 
temat  skandalicznych  okoliczności,  w  jakich  Emily  pojawiła  się  u 
doktora  Tichenora.  Co  jeszcze  dodatkowo  pogarszało  sprawę.  Bo  z 
pewnością i Will, i całe miasteczko oczekiwało brzydkiej, zasuszonej 
starej wiedźmy. Emily nie pasowała do tej roli i kobiety w mieście

background image

nie  robiły  z  tego  tajemnicy.  Każda  z  nich  miała  albo  córkę,  albo 

siostrzenicę, którą by chętnie wydala za Willa Dutchera i dlatego nie 
przepadały za Emily. Była tu obca, nie miały co do tego wątpliwości.

A  i  Willowi  byłoby  bez  niej  lepiej.  W  końcu  dostanie  go  jedna  z 

tych  silnych,  zaradnych  kobiet,  nadających  się  na  żony  ranczerów, 
kobiet, które tu pasują.

W miarę jak mijały tygodnie, a nie działo się nic takiego, co by ją 

przywróciło  do  jej  świata,  Emily  podjęła  decyzję:  nie  ma  wyboru, 
musi uciekać do Denver. Musi wziąć od Willa pieniądze i wyjechać.

Owszem, pytała go o swoje zarobki, ale nie na wiele się to zdało.
-  No  cóż...  -  powiedział  -  mój  brat  Clay  w  Chicago  zapłacił  w 

agencji  pośrednictwa  pracy  za  rok  z  góry,  a  reszta  to  mieszkanie  i 
utrzymanie.

- Ale nie zapłacił mnie - powiedziała z naciskiem Emily. 
-  Potrzebne  mi jest  chociaż  jakieś  kieszonkowe.  Ja  nie  mam centa 

przy duszy, Will. To jest dla mnie bardzo krępujące.

-  Ale  przecież  masz  wszystko,  czego  ci  potrzeba.  W  Składzie 

Handlowym w Rifle możesz sobie zamówić, czego dusza zapragnie.

- Tak,ale...
-  Nie  wyobrażam  sobie,  na  co  ci  tu  jeszcze  mogą  być  potrzebne 

pieniądze.

- Żeby oszczędzać. Żeby mieć coś, kiedy będę stąd wyjeżdżała...
- Zamierzasz wyjeżdżać?
- Kiedyś wreszcie tak;
-  Wiesz  co,  napiszę  do  Claya  i  spytam,  gdzie  są  te pieniądze. 

Myślałem, że agencja wypłaciła ci twoją należność. Zgoda?

Poddała się.
- Zgoda.
Ale przecież nie będzie czekała na wiadomość od Glaya z Chicago. 

Musi stąd wyjechać i sprawdzić, czy  i reszta świata też żyje w 1893 
roku.

Była  środa  pod  koniec  kwietnia.  Przyroda  budziła  się  do  życia. 

Zieleń  wydawała  się  jasna,  soczysta  po  długiej  zimie.  Will  i  jego 
ludzie  byli  zajęci  przy  cieleniu  się  krów.  Parę  razy  Will  nawet  nie 
wrócił  na  noc.  Tego  ranka  wyszedł  bardzo  wcześnie  i  Emily  została 
sama w domu z Antoniem.

Nagle doznała olśnienia. Postawiła koło kuchni formy z ciastem na 

chleb,  żeby  rosło,  starannie  przykrywając  je  czystymi  ściereczkami, 

background image

dołożyła  drew  do ognia  i nalała  sobie ciepłej  wody,  żeby pozmywać 
naczynia.  Zwykłe  rutynowe  czynności.  Kiedy  już  wszystko  było 
gotowe, rozwiązała biały fartuszek i starannie powiesiła na gwoździu.

Antonio siedział u siebie w pokoiku za kuchnią. Było cicho, czysto i 

pusto.  Emily  prosto  z  kuchni  poszła  do  stojącego  w  saloniku  biurka 
Willa i starannie, jedną po drugiej, przeszukała wszystkie szuflady.

W  górnej  prawej  szufladzie  znalazła  w  puszce  trzydzieści  pięć 

dolarów  -  śmieszne  duże  banknoty,  jak  do  jakiejś  gry.  Zielone. 
Zamknęła  puszkę  i  szufladę  i  trzymając  pieniądze  w  ręku  poszła  na 
górę.

Z bijącym sercem spakowała te kilka sztuk garderoby, które miała, 

w niewielką szmacianą  torbę. Przecież  nie kradnie. Nie ucieka. Robi 
coś, co musi zrobić. Jeśli Will Dutcher ją za to znienawidzi, to trudno, 
to niech ją znienawidzi. Dla niej to bez różnicy. Nie może zostać.

Uświadomiła sobie wszakże, jak bardzo będzie jej żal dzieci. Musi 

się z nimi pożegnać. Chciała wierzyć w to, że będą za nią tęskniły 

- szczególnie Mary. Ale nie miała wyboru. Poradzą sobie bez niej. 

Clay  może  im  przysłać  z  Chicago  prawdziwą  gospodynię,  starą 
doświadczoną  kobietę,  która  będzie  pasowała  do  tutejszej 
społeczności - kogoś, kim Emily nigdy nie będzie.

Zeszła na dół i zastukała do drzwi Antonia.
- Antonio, źle się czuję - powiedziała, kiedy się obudził z drzemki. 
-  Muszę  jechać  do  doktora  Tichenora.  Czy  mógłbyś  mnie  zawieźć 

do miasta?

Wydawało  jej  się,  że  trwało  wieki,  nim  Antonio  zaprzągł  konie. 

Modliła  się,  żeby  tylko  w  tym  czasie  nie  przyjechał  Will.  Siedziała 
przed  domem,  kurczowo  ściskając  torbę  z rzeczami.  Serce  waliło  jej 
jak młotem.

Antonio wysadził ją przed domem doktora.
- Poradzi sobie pani sama, panno Emily? - spytał zatroskany. 
- Szef by mnie zamordował, gdyby się pani coś stało.
Stała  na  chodniku  obsadzonym  dokoła  kwiatami  i  patrzyła  na 

Antonia.

- Idź sobie na piwo czy na coś w tym rodzaju. A ja po ciebie poślę, 

jak już będę gotowa. Dzięki ci, Antonio, teraz jak już tu jestem, dam 
sobie świetnie radę.

Kiedy już bryczka zniknęła jej z oczu, szybko ruszyła drewnianym 

chodnikiem.  Minęła  drogerię  Zimmermana,  bank,  biura  Western 

background image

Union,  bary,  sklepy  i  domy  i  skierowała  się  do  stacji  kolejowej. 
Przyszła  w  samą  porę.  Pociąg  Denver-Rio  Grandę  w  kierunku 
wschodnim  odchodził  o  godzinie  10.18  i  Emily  postanowiła  nim 
pojechać.

-  Poproszę  Denver  City,  w  jedną  stronę-  powiedziała  dobitnie  do 

kasjera.

- A czy pani nie jest przypadkiem gospodynią Willa Dutchera? 
- spytał podejrzliwie kasjer, poprawiając na nosie okulary. 
- Tą, co to ją znalazł w rozbitym pociągu?
- Tak - odparła Emily.
- A po co się pani wybiera do Denver City? Wyjeżdża pani?
Emily pomyślała, że lepiej nie wzbudzać podejrzeń.
-  Ja...  ja  jadę  odwiedzić  kuzynkę.  Ona...  ona  ma  właśnie  urodzić 

dziecko i... i... - Emily usiłowała się uśmiechnąć.

- Płaci pani cztery dwadzieścia pięć.
Do  przyjazdu  pociągu  zostało  jeszcze kilka  minut,  miły usiadła  na 

zewnątrz  w  słońcu.  Spod  jej  długiej  wełnianej  niebieskiej  spódnicy 
wystawały smętnie wysokie buciki zapinane na guziczki. Ręce złożyła 
na torbie, którą trzymała na kolanach. Miała nadzieję, że jej warz jest 
nieodgadniona,  że  nikt  się  nie  domyśla,  jakie  przeżywa  emocje:  lęk, 
smutek,  poczucie  winy,  nadzieję,  próbowała  nie  myśleć  o  Mary, 
Jesse'ie i Burke'u. Usiłowała odwrócić swoje myśli od Willa. Ufała, że 
nie  bezie  zły  na  Antonia,  że  nie  będzie  miał do  niego  pretensji.  Czy 
potraktuje  ją  jak  złodziejkę?  Czy  będzie  za  nią  tęsknił?  Jako 
gospodyni mało się przykładała, była też z niej kiepska praczka, ale z 
dziećmi radziła sobie naprawdę dobrze.

Zamknęła  oczy  i  zagryzła  wargę,  czując,  jak  pod  powiekami 

wzbierają jej łzy. Co robić?

Z  zachodu  wzdłuż  rzeki  niósł  się  smutny  gwizd  lokomotywy. 

Wstała  i  wyszła  na  peron.  Patrzyła  prosto  przed  siebie,  zaciskając 
zęby tak, żeby jej broda nie drżała. Czuła, jak jej spódnica łopocze na 
wietrze,  wywołanym  pędem  nadjeżdżającego  pociągu,  słyszała  syk 
pary i wołanie konduktora.

W  pociągu  siedziała  jak  manekin,  jakby  nie  było  w  niej  życia.  Jej 

oczy  oglądały  scenerię  zapamiętaną  z  niedawnej  podróży,  ale  umysł 
rejestrował  niewiele.  Gdzieś  w  jej  świadomości  tkwiło  wyobrażenie 
jadącej  pociągiem  kobiety,  ubranej  jak  ona,  ale  to  wyobrażenie 
wydało  jej  się  „czymś  obcym  i  odległym,  zrodzonym  w  cudzych 

background image

myślach.

Pociąg zakołysał się i stanął zawodząc na swoją smętną nutę. Emily 

siedziała  bojąc  się  cokolwiek  czuć,  czy  nawet  myśleć,  usiłując  nie 
płakać. Kiedy zrobiło się ciemno, zapadła w drzemkę.

W przerywanym, niespokojnym śnie widziała Willa Dutchera, który 

jej  rozpaczliwie  poszukiwał,  głośno  stukając  obcasami  wysokich 
butów po drewnianych chodnikach Rifle. Albo nadjeżdżał z rancza na 
swojej  kasztance.  Ale  najczęściej  siedział  w  swoim  fotelu,  z 
wyciągniętymi  długimi  nogami,  w  kręgu  światła  lampy  naftowej,  z 
twarzą  pobrużdżoną  i  zmęczoną  po  całodziennej  pracy,  z  Shepem  u 
nóg.  I  niezmiennie  czuła  na  sobie  spojrzenie  jego  oczu,
oskarżycielskie, pytające.

Och, Will - myślała - szkoda, że nie mogło być inaczej.
W  Denver  City  był  rok  1893.  Emily  poznała  to  natychmiast,  jak 

tylko  wysiadła  z  pociągu.  Upewniły  ją  o  tym  lampy  gazowe  na 
ulicach, powoziki, tramwaje i wozy, i ubrania ludzi - podobne do tego, 
w  jakim  chodziła  sama.  Szła  ulicą  w  posępnym  milczeniu,  przejęta 
zgrozą, obca na obcej ziemi. O Boże, o Boże - myślała nieustannie.

Zrobiła się bardzo głodna, wstąpiła więc do małej kawiarenki, gdzie 

mężczyźni dosłownie pożerali ją wzrokiem. Czy też może tylko jej się 
tak  wydawało?  Spytała  kelnerkę  o  jakieś  bezpieczne  miejsce,  w 
którym kobieta mogłaby się zatrzymać na noc.

-  Proszę  spróbować  w  Hotelu  Dla  Kobiet  na  Larimer  Street  -

odparła kobieta. 

- To czyste i bezpieczne miejsce.
Kilka  razy  Emily  musiała  pytać  o  drogę,  ale  w  końcu  trafiła. 

Recepcjonista spał i musiała długo dzwonić do drzwi. Zaczęło padać, 
drobny wiosenny deszcz, więc była zmoknięta, zmęczona, załamana.

- Dwa dolary za noc - powiedział recepcjonista. 
-A  jeszcze  dodatkowe  pięćdziesiąt  centów  za  ciepłą  wodę  rano  i 

dwadzieścia pięć za śniadanie.

Cały dzień spędziła w pokoju hotelowym. W ciepłej wodzie uprała 

sobie ubranie i wobec tego musiała czekać, aż wyschnie. Zdecydowała 
się  szukać  pracy,  w  miarę  możności  w  banku.  Czy  w  1893  roku 
zatrudniali  w  bankach  kobiety?  Uznała,  że  musi  sobie  znaleźć  jakiś 
tańszy pokój i pracę, z której mogłaby się utrzymać. Tego, co ma, nie 
na długo jej starczy, jeśli będzie się stołowała poza domem.

Tego długiego dnia dręczyła ją samotność. Przez okno obserwowała 

background image

ruch  uliczny  w  centrum  Denver  City.  Tramwaj  konny,  obładowane 
towarami  osły,  pociąg  zaprzężony  w  muły  i  składający  się  z 
kilkunastu  wielkich  wagonów  towarowych,  kobiety  w  krzykliwych 
strojach i ozdobnych kapeluszach. 

Po ulicach przemykały bose łobuziaki w podartych łachmanach. Tu 

i ówdzie trafił się kaleka czy żebrak, to znów kawalkada kowbojów na 
koniach.  Małe dwukółki,  wspaniałe powozy czy bryczki,  takie jak ta 
Willa,  turkotały  po  ulicach,  na  których  rozlegały  się  krzyki,  piski, 
rżenie koni, stukot kopyt, brzęk uprzęży. 

W powietrzu unosił się zapach kurzu i końskiego nawozu, śmieci i 

bekonu.  Dandysi  w  czarnych  garniturach,  kamaszach  i  cienkich 
krawatkach,  wymachujący  laskami.  Stare,  bezbarwne  kobiety  w 
perkalowych  sukniach  i  czepeczkach,  idące  noga  za  nogą  za 
wyładowanymi wozami. 

Denver City kipiące życiem - życiem sprzed stu lat.
Następny  dzień  postanowiła  poświęcić  na  szukanie  pracy. 

Wchodziła dosłownie do każdego banku.

Właściciele  byli  grzeczni,  uprzejmi,  ale nie  mieli do  niej  zaufania. 

Cóż mogła im powiedzieć? Skierować do Wharton po odpis dyplomu, 
rocznik 1988? Nie miała żadnych referencji, po prostu nie istniała.

-  Przykro  nam,  panno  Jacoby  -  mówili  na  przykład -  ale  niestety 

chwilowo nie mamy wolnego miejsca.

-  Albo:  -  Na  te  stanowiska  nie  przyjmujemy  kobiet.  Taka  jest 

polityka firmy. 

-  Kilku  bankierów  powiedziało  jej,  że  w  ogóle  nie  przyjmują  bez 

referencji. Jeden zapytał ją wprost, czy zdaje sobie sprawę, jak bardzo 
niebezpieczna jest to praca.

- Raz  na  miesiąc  mamy tu  napad, panno  Jacoby.  To  nie jest  praca 

dla kobiety, proszę mi wierzyć.

Emily  prawie  nie  jadła,  a  jeśli,  to  tylko  w  restauracjach  dużych 

hoteli, gdzie czuła się bezpieczna. Ale nawet tam mężczyźni się na nią 
gapili.  Najwyraźniej  w  roku  1893  kobiety  nie  chodziły  samotnie  do 
restauracji.

Oszczędzała pieniądze. Starczy jej jeszcze na jakiś tydzień, a przez 

ten czas na pewno coś znajdzie.

Ale w piątek rano, kiedy wychodziła z hotelu, potrąciło ją na ulicy 

dwóch chłopaków i Emily o mało się nie przewróciła. Kiedy straciła 
ich z oczu, okazało się, że wraz z nimi straciła aksamitną torebkę, a w 

background image

niej wszystkie pieniądze, jakie miała.

Przez  cały  dzień  chodziła  po  ulicach  w  poszukiwaniu  pracy. 

Machnęła ręką na banki;  teraz postawiła na sklepy i restauracje. Bez 
skutku.

Ogarnęła  ją  panika.  Znalazła  się  sama,  w  przeszłości,  jak  na 

bezludnej wyspie, bez pieniędzy. Bez możliwości wyrwania się stąd i 
powrotu do domu, do własnego świata. Po raz pierwszy przestraszyła 
się nie na żarty, że nie wytrzyma. Była głodna, zmęczona, zagubiona. 
Wróciła na Larimer Street do Hotelu Dla Kobiet i zaproponowała, że 
odpracuje  należność  za  pokój.  Recepcjonista  spojrzał  na  nią  z 
politowaniem.

- Niech no panienka posłucha - powiedział. 
- Miałem zatrzymać panienki rzeczy za tę ostatnią noc, ale co tam, 

oddam je panience, niech panienka idzie z Bogiem.

Bezdomna, snuła się po ulicach ściskając mocno szmacianą torbę z 

całym swoim nędznym dobytkiem. Tak długo siedziała na krawężniku 
chodnika  przed  jednym  ze  sklepów,  z  obolałymi  nogami  i  pustym 
brzuchem, że wreszcie wyszła właścicielka i zapytała:

- Czy panienka się zgubiła?
Emily spojrzała na pochylającą się  nad nią zwalistą kobietę.  Miała 

włosy  ufarbowane  henną,  a  czerwonawe  niesforne  strąki  wymykały 
się z koka. Jej stanik, najeżony tuzinami szpilek, świadczył o tym, że 
jest krawcową.

-  Tak,  zgubiłam  się  -  odparła  Emily  głuchym  głosem,  w  dalszym 

ciągu przyglądając się rumianej twarzy kobiety.

-  Dokąd  panienka  chciała  iść,  może  jakoś  pomogę.  Nie  mogę 

pozwolić,  żeby  panienka  siedziała  tak  jak  teraz  przed  sklepem. 
Odstraszy mi panienka klientów. Dokąd panienka chciała iść?

- Do domu - odparła Emily.
-  A  gdzie  jest  ten  dom?  -  spytała  krawcowa  zniecierpliwionym 

tonem.

- Daleko stąd. Za daleko. Nie mogę się tam dostać. Nie mogę trafić. 

Nie mam pieniędzy. 

- Emily nagle zdała sobie sprawę, że płacze. Siedzi w Denver City, 

na  krawężniku  drewnianego  chodnika,  brudna  i  rozczochrana, 
ściskając szmacianą torbę z całym swoim dobytkiem, i płacze.

-  Niech  się  panienka  uspokoi.  Przecież  nie  może  być  aż  tak  źle. 

Gdzie panienka ma rodzinę?

background image

Emily pociągnęła nosem i otarła łzy.
Nie mam żadnej rodziny.
- O Boże, to bardzo smutne. Bardzo mi panienki żal, ale naprawdę 

nie może panienka tutaj siedzieć - powiedziała duża kobieta.

- A dokąd mam iść? - spytała Emily. 
- I co mogłabym robić?
Krawcowa założyła ręce przyglądając się Emily badawczo. Po czym 

zniknęła w sklepie, skąd po chwili wyłoniła się z pieniędzmi.

-  O,  ma  panienka  tutaj  dwa  dolary.  Więcej  nie  mogę,  ale  za  to 

znajdzie sobie panienka pokój i kupi trochę jedzenia. A teraz, proszę 
stąd iść.

Emily patrzyła przez łzy na szeleszczące zielone banknoty.
- Niech panią Bóg błogosławi - wyszeptała. 
- Ja te pieniądze zwrócę, przysięgam.
-  No,  proszę  już  iść,  widzę,  że  nie  jest  z  panienki  złe  stworzenie. 

Proszę iść i kupić sobie jakiś przyzwoity posiłek.

W sklepie spożywczym Emily kupiła sobie herbatniki, ser, kiełbasę 

- żadnych konserw,  jako że nie  miałaby czym otworzyć puszki  - i te 
wszystkie  zakupy  nosiła  w  torbie  przy  sobie.  W  obawie,  że  jej 
zabraknie  pieniędzy  najedzenie,  postanowiła  nie  wydawać  na  hotel  i 
ruszyła w stronę  Brown Pałace Hotel, gdzie się zatrzymała  będąc w. 
Denver przejazdem. 

I rzeczywiście - znalazła hotel, dokładnie ten sam, tylko jak gdyby 

nowszy.  Znajomy  widok  budynku  uspokoił  Emily.  Weszła  do
eleganckiej  toalety,  żeby  doprowadzić  do  porządku  swój  wygląd,  a 
następnie usiadła w krytym pluszem fotelu, w rogu hotelowego holu, 
pod palmą, usiłując nie zwracać na siebie uwagi.

Przesiedziała  tak  kilka  godzin  -  było  jej  ciepło,  wygodnie  i  szmer 

ludzkich  głosów  ukołysał  ją  do  snu.  Głowa  opadła  jej  na  piersi  i... 
Emily  znów  znalazła  się w  Rifle.  Siedziała  z  Willem  w  saloniku. 
Chciała z nim porozmawiać, przeprosić go, błagać, żeby ją zrozumiał, 
ale nie mogła dobyć słów. Nagle zobaczyła, że wstaje, pochyla się nad 
nią,  tak  wielki,  że  aż  Emily  ogarnia  przerażenie,  i  miota  oczami 
błyskawice. Emily znów rozpaczliwie próbowała coś powiedzieć, ale 
Will położył ciężką rękę na jej ramieniu.

- Przepraszam panią - usłyszała gniewny głos - ale nie może pani tu 

siedzieć ani chwili dłużej.

Serce skoczyło jej do gardła; otworzyła oczy.

background image

- Przepraszam... - wyjąkała - ale ja... ja na kogoś czekam. Na kogoś 

z waszych gości.

Mężczyzna wyjął zegarek kieszonkowy i postukał w niego palcem.
- O pierwszej piętnaście w nocy? Panienko!
- Ja... ja...
-  Albo  pani  wyjdzie  stąd  natychmiast,  albo  zawołam  policjanta, 

żeby panią wyprowadził.

Emily podniosła się i ruszyła w stronę drzwi, nie dbając nawet o to, 

czy  ktokolwiek  z  obecnych  w  holu  hotelowym  gości  zauważył  jej 
upokorzenie.  Zachowywała  się  jak  ktoś,  na  kim  już  nic  nie  robi 
wrażenia. Całą tę wiosenną noc snuła się po ulicach, skulona z zimna, 
potykając się o własne nogi ze zmęczenia.

W  przebłysku  olśnienia  pomyślała,  że  jednak  szkoda,  że  nie 

dopuściła  do  tego,  żeby  mężczyzna  wezwał  policjanta;  przynajmniej 
miałaby  co  jeść  i  jakiś  dach  nad  głową.  A  może  powinna  popełnić 
jakieś  przestępstwo  i  dostać  się  do  więzienia  -  ale  czy  w  roku  1893 
były więzienia dla kobiet?

To już lepiej umrzeć. Położyć się na brudnej ulicy, zasnąć i więcej 

się nie obudzić. Tak byłoby łatwiej.

Snując się po ulicach i pojadając kiełbasę i ser, zastanawiała się w 

oszołomieniu,  jak  mogło  dojść  do  tego,  że  znalazła  się  w  takiej 
sytuacji, jak  mogła być taka głupia, żeby opuścić  Rifle - ciepły kąt i 
jedzenie. Boże, dlaczego tak mało sobie to ceniła!

O świcie Emily przechodziła właśnie koło eleganckiego hotelu. Bar 

hotelowy był jeszcze otwarty, a na ulicę dochodziły śmiechy, światło i 
muzyka fortepianowa. Zatrzymała się i z zazdrością zajrzała do środka 
przez wahadłowe drzwi. Wewnątrz było ciepło.

W  tym  momencie  wyszedł  z  baru,  zataczając  się  lekko,  elegancko 

ubrany mężczyzna i o mało nie wpadł na Emily.

- Przepraszam - mruknęła i odwróciła się w drugą stronę.
- Nic nie szkodzi - odparł mężczyzna wesoło. 
-  Co  za  miłe  spotkanie.  Niech  mi  wolno  będzie  spytać,  czy  w  tę 

piękną noc panienka jest sama?

Mężczyzna wyraźnie się z niej naigrawał.
- Przepraszam - powtórzyła.  Mężczyzna jednak położył jej rękę na 

ramieniu.

- Ależ proszę nie odchodzić. Proszę mi tylko powiedzieć ile.
- Co ile?

background image

-  O,  widzę,  że  panienka  udaje,  ach,  jak  rozkosznie.  Chciałbym 

wiedzieć, moja droga, jaka jest twoja cena.

Emily zesztywniała.
- Co pan sobie wyobraża?! Łapy przy sobie, ty gnoju! - krzyknęła. 

Szok, jaki odmalował się na twarzy mężczyzny, tylko zachęcił Emily 
do  dalszych  ataków  słownych,  w  których  nie  przebierała  w 
dwudziestowiecznym słowniku przekleństw.

Poprawiwszy  znacznie  swoje  samopoczucie  ruszyła  dalej  w 

chłodzie  i  mroku  poranka,  wlokąc  nogi,  w  za-szarganej  spódnicy,  z 
włosami w nieładzie, tuląc do piersi szmacianą torbę.

Podczas  wędrówki  zaśmieconymi  ulicami  Denver  City  myślała  o 

tym,  jak  przyjemnie  musi  być  teraz  w  Rifle,  a  w  szczególności  w 
domu  na  ranczo,  gdzie  na  kuchni  wesoło  trzaska  ogień  i  Antonio 
smaży  bekon.  Emily  czuła  zapach  bekonu,  czuła  rozchodzące  się 
dokoła  ciepło,  słyszała,  jak  kłócą  się  między  sobą  Jesse  i  Burkę,  a 
Antonio śpiewa hiszpańskie piosenki.

No i Will. Oczyma duszy widziała, jak siedzi w saloniku w swojej 

białej koszuli bez kołnierzyka i czarnej kamizelce, z zapaloną fajką w 
ustach,  z  gazetą  na  kolanach  i  utkwionym  w  niej  spojrzeniem 
szafirowych oczu.

Will  rzucił  na  wolne  siedzenie  obok  siebie  skórzaną  torbę  i  zdjął 

swojego  stetsona.  Zanim  usiadł,  wyciągnął  jeszcze  zegarek  i 
sprawdził, która godzina. Była siódma czterdzieści pięć. Ten piekielny 
pociąg powinien lada chwila ruszyć.

Czuł się jak miejski goguś, wystrojony w najlepsze spodnie, surdut, 

kamizelkę i elegancki krawat. Antonio wypucował mu i przygotował 
najnowszą  koszulę.  Do  diabła  -  w  tych  wszystkich  szykownych 
czarnych szmatach czuł się jak hazardzista.

I  po  co  to  wszystko?  Po  co  gonił  za  Emily  Jacoby  aż  do  Denver 

City?

Wreszcie  wagony  pasażerskie  szarpnęły  i  powoli  ruszyły  w 

kierunku  Glenwood  Springs.  Will  usadowił  się  wygodnie, 
rozpoczynając długą podróż przez Góry Skaliste. Zwykła strata czasu 
- mruknął pod nosem, marszcząc brwi i przygładzając wąsa. A kiedy 
już  wreszcie  dotrze  do  tego  piekielnego  miasta,  to  ciekawe,  jak 
znajdzie tę kobietę, niech ją Bóg ma w swojej opiece.

Kiedy pociąg ze stukotem kół przejeżdżał przez Glenwood Canyon, 

Will wyciągnął list od brata, który przyszedł tego ranka.

background image

Nie  mógł w to  uwierzyć.  Cały czas  myślał,  że na  skutek  wypadku 

Emily  została  lekko  poszkodowana  na  umyśle,  bo  przecież  musiała 
być tą gospodynią! A tymczasem list Claya stawiał tożsamość Emily 
Jacoby pod znakiem zapytania. Brzmiał on:

„Drogi Willu,

Z  przykrością  muszę  cię  zawiadomić,  że  osoba,  którą  zamierzałem 

ci  przysłać  jako  gospodynię,  rozmyśliła  się  niestety.  Biuro 

pośrednictwa pracy tu w Chicago  dopiero  teraz dało mi znać, że nie 

pojechała  tamtym  pociągiem.  Oczywiście  w  związku  z  tym  powstał 

pewien  problem  finansowy,  ale  naturalnie  gotowi  są  przysłać  inną 

osobę,  która  by  odpowiadała  twoim  wymaganiom  i  którą  obiecali 

wyekspediować  najbliższym  pociągiem  odjeżdżającym  na  zachód. 

Bądź tak dobry i napisz, co o tym sądzisz..."

Do  diabła,  pomyślał  Will  chowając  list,  to  kim  jest  wobec  tego 

Emily?  Czyżby  rzeczywiście  uciekała  do  Seattle  przed  jakimiś 
kłopotami  sercowymi?  Przyzwoite  kobiety  nie  uciekają  samotnie  w 
jakieś  dzikie  prymitywne  miejsca.  Z  całą  pewnością  nie.  Ale  wobec 
tego tym bardziej nie wie, kim jest Emily. Sufrażystką, która wybrała 
się w podróż po kraju, żeby głosić swoje idee, ale bała się powiedzieć 
Willowi  prawdę?  Jeśli  rzeczywiście  jest  jedną  z  tych  kobiet,  to  Will 
nie chciałby, żeby dzieci się z nią stykały. 

Wiktoria Fisher już mu napomykała, że Emily nie jest odpowiednim 

towarzystwem dla młodzieży. I on nie był zachwycony jej poglądami, 
ale wolał o tym nie mówić pani Fisher. 

Dlaczego  od  razu  poczuła  do  niej  taką  antypatię?  Co  jej  Emily 

zrobiła? Och, te kobiety...

Emily. Głupia, lekkomyślna kobieta. Oszukała Antonia i uciekła do 

obcego  miasta,  sama,  bez  pieniędzy,  zaledwie  z  kilkoma  dolarami, 
które wzięła od Willa z biurka. Nietrudno było wpaść na jej ślad, Jack 
Rusk  ze  stacji  Rio  Grandę  zapamiętał  ją  doskonale,  łącznie  z  jej 
idiotyczną opowieścią o kuzynce z Denver City.

background image

Ale po co on ją ścigał? Antoniowi i dzieciom powiedział, że to jego 

obowiązek  bronić  Emily  przed  nią  samą.  Siebie  też  próbował  o  tym 
przekonać.

Ta Emily,  która  w  pewnych  sprawach  potrafiła  być taka  mądra, w 

innych  okazywała  się  wyjątkowo  naiwna.  Uratował  ją  z  katastrofy  i 
przygarnął i dlatego czuł się teraz za nią odpowiedzialny. Mężczyzna 
powinien się opiekować kobietą, i już. I to wszystko.

Kobiety! Will parsknął, poprawił się na ławce, nacisnął kapelusz na 

oczy i usiłował zasnąć.

Mimo  jednak  usilnych  prób  noc  miał  niespokojną.  Nawiedzały  go 

złe  sny,  z  których  budził  się  co  chwila.  Emily  błądzi  samotnie  po 
ulicach Denver City, zaczepiana przez  mężczyzn. Nawet we śnie był 
zły, zwłaszcza że narobiła  mu tyle kłopotu. A nie była warta takiego
zachodu. 

Żadna kobieta nie jest warta. Robią wszystko, żeby tylko dokuczyć 

mężczyźnie.

Pociąg zajechał na miejsce o świcie. Konduktor potrząsnął Willa za 

ramię. Will cały był zesztywniały, znużony i zły. Jego miejsce jest w 
domu na ranczo, a nie w jakichś pociągach. Chyba zwariowała, że mu 
zrobiła takiego psikusa. A i on też, że za nią goni.

Dzień  był  paskudny,  deszczowy  i  wietrzny.  Wielkie,  ciemne 

chmury  przetaczały  się  przez  wzgórza  na  zachód  od  Denver,  a 
następnie  pędzone  wichrem  gnały  na  wschód  przez  rozległą  prerię. 
Chroniąc  się  przed  zimnym  wiosennym  wiatrem  Will  podniósł 
kołnierz i schował głowę w ramiona. Co za niewygoda.

Dzień od świtu do zmierzchu spędził przedeptując tłoczne błotniste 

ulice  miasta,  rozpytując  w  każdym  hotelu,  każdej  restauracji,  w 
każdym sklepie - a nawet na posterunku policji - czy gdziekolwiek nie 
widziano Emily Jacoby. W nagrodę za swoje trudy jedynie przemókł i 
zmarzł.

Zjadł kolację w swoim hotelu na Larimer Street i wcześnie poszedł 

do łóżka. Ale jak tu spać ze świadomością, że gdzieś tam jest Emily, 
przemarznięta, zmoczona, przerażona i najprawdopodobniej już do tej 
pory  bez  grosza  przy  duszy.  A  jeśli  jakiś  łajdak  wziął  ją  z  ulicy  i 
zaoferował  schronienie?  Na  tę  myśl  żołądek  podjechał  Willowi  do 
gardła.

Rano spytał recepcjonistę:
-  Gdzie  mógłbym  szukać  młodej  kobiety  o  bardzo  skromnych 

background image

środkach?

Mężczyzna uniósł brwi.
- Sir?
- Och. - Will, zmieszany, przestąpił z nogi na nogę. 
- To znaczy chciałem powiedzieć, że ta kobieta u mnie pracuje. To 

szczególna osoba. Obawiam się, że ma bardzo ograniczone fundusze.

- Niech pan próbuje szukać po kościołach. 
- Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Albo może w Misji Pomocy Denver.
-  Dziękuję,  spróbuję -  odparł  Will,  włożył  kapelusz  o  szerokim 

rondzie i wyszedł z hotelu.

Obszedł  cztery  różne  kościoły,  niestety,  w  ciągu  ostatnich  dwóch 

dni nie zgłosiła się tam żadna kobieta.

Szukał  Emily  w  Misji  Pomocy  na  Osiemnastej  Ulicy.  Bez  skutku. 

Zastał tam tylko żałosną grupkę jakichś wyrzutków i paru uliczników. 
Nikt nie widział młodej kobiety o gęstych włosach miodowego koloru 
i szczupłej figurze.

- Owszem, mamy tu kilka kobiet - powiedział stary mężczyzna - ale 

nie ma na czym oka zatrzymać. Wszystkie stare jak te tam wzgórza. 

- Wskazał ręką w stronę odległych gór.
- No cóż, dziękuję - odparł Will odchodząc. Jego twarz poryta była 

bruzdami troski.

Tak  minął  ranek.  Błąkał  się  po  ulicach  śródmieścia,  zaglądając  do 

sklepów,  banków,  restauracji  i  hoteli.  Sprawa  wyglądała 
beznadziejnie.  Stojąc  na  chodniku przed biurem  Western  Union  zdał 
sobie  sprawę,  że  wyczerpał  wszelkie  możliwości.  Jedyne,  co  mu 
pozostało,  to  zatelegrafować  do  Antonia  i  powiedzieć  mu,  że 
przyjedzie  rannym  pociągiem.  Może  jeszcze  wieczorem  ją  znajdzie. 
Jeśli  nie,  to  rezygnuje  z  szukania.  Jego  ranczo,  dzieci,  jego  życie  -
wszystko to jest w Rifle.

Niech licho porwie tę płochą dziewczynę za to wszystko, na co go 

naraziła. Już się odwrócił, żeby iść do biura telegrafu, ale zawahał się 
nagle.  Jeszcze  raz  spróbuje  popytać  w  Misji  Pomocy  Denver.  A  nuż 
trafiła tam w międzyczasie?

Ruszył  Larimer  Street  w  stronę  Osiemnastej,  przyglądając  się 

ludziom,  wypatrując  znajomej  twarzy,  znajomej  sylwetki.  Przecież 
musi gdzieś tu być.

Przed  sobą  dostrzegł  Misję.  Na  widok  zdobiącego  drzwi  napisu: 

background image

„Ktokolwiek  jest  w  potrzebie,  może  wejść",  ścisnęło  mu  się  serce. 
Miał  nadzieję,  że  Emily  przeczytała  ten  napis.  Boże,  ależ  mu 
przysporzyła kłopotów! Pchnął drzwi i wszedł do środka. Powitał go 
ten sam odór co poprzednio: gotowanej kapusty i nie mytych ciał. Na 
ławach przy stołach siedzieli różnego rodzaju nędzarze, kulawi i ślepi, 
jedząc zupę. Nieszczęśliwe wyrzutki społeczeństwa.

Stojący  w  progu  Will  wodził  wzrokiem  wzdłuż  stołów  w 

poszukiwaniu  tej  jednej  jedynej  twarzy,  niepowtarzalnych  złocistych 
włosów, znajomej linii policzka, brody, czoła...

-  Will?  -  usłyszał  nagle  i  obrócił  się  w  stronę,  z  której  dochodził 

głos. Jedna z nędzarek stała gapiąc się na niego w osłupieniu. 

- Will?
Na jego twarzy odmalował się szok.
- Emily? - powiedział z niedowierzaniem.
- Och, Will! 
-  Rzuciła  się  ku  niemu,  roztrącając  siedzących  przy  stołach 

biedaków,  potykając  się  o  ich  nogi,  z  wyciągniętymi  ramionami, 
brudna i blada.

Will  zrobił  krok,  potem  drugi.  Jeszcze  chwila  i  Emily  stała  przed 

nim, z twarzą zalaną strugami łez.

- Emily - powtórzył wstrząśnięty.
Ani się obejrzał, kiedy była w jego ramionach, tuląc się do niego jak 

zagubione  szczenię,  brudnymi  rękami  czepiając  się  surduta  i 
szlochając:

- Och Will, o Boże, Will!
Delikatnie  dotknął  jej  włosów,  czując  pod  palcami  sprężyste, 

wybielone na słońcu loki. Ogarnęła go fala czułości.

- O Boże, Will, ukradli mi pieniądze. I... i nie mogłam znaleźć pracy 

- wyszlochała. 

- Przepraszam, przepraszam cię bardzo.
- Ciii - uspokajał ją czule. 
- Nie masz mnie za co przepraszać. Jesteś już bezpieczna.
- Will, ja się tak bałam... - wyznała łamiącym się głosem.
Poklepał  ją  po  ramieniu  niezdarnie,  speszony,  świadom  tego,  że 

wszyscy się na nich gapią. Odetchnął głęboko i odchrząknął.

- Powiedziałem, że wszystko jest w porządku. 
-Wziął ją energicznie za ręce i uwolnił się z jej uścisku.
- Will, ja... - zaczęła bez tchu.

background image

- Dosyć tego - warknął. 
- Przyszedłem po ciebie, żeby cię zabrać do domu.
Patrzyła na niego w osłupieniu, z twarzą kredowobiałą, poznaczoną 

smugami rozmazanego przez łzy brudu, z pełnym niepokoju pytaniem 
w oczach. Wstrząsana łkaniem usiłowała się opanować.

- Tak, Will... 
- Odwróciła wzrok.
Zrobił dla niej, co mógł. Jakby miał poczucie winy, które w gruncie 

rzeczy było przecież nieuzasadnione, wiedział o tym z całą pewnością. 
Emily ze swej strony taka była cicha, taka potulna i wdzięczna, że aż 
go to peszyło.

Zabrał  ją  na  lunch  do  Palmer  House  Hotel,  gdzie  rzuciła  się  na 

jedzenie  jak  dzikie  zwierzątko,  a  następnie  wynajął  powóz  i 
zapowiedział  jej  stanowczo,  że  ma  wyrzucić  swoją  szmacianą  torbę, 
ponieważ kupuje jej nową.

- Dobrze, Will - zgodziła się posłusznie. 
-  Ale...  ale  jest  jeszcze  jedna  sprawa.  Pewna  kobieta  okazała  mi 

dużo serca, dała mi pieniądze. Chciałabym jej te pieniądze oddać. 

- Błagała go oczami. 
- Will, ja musiałam... musiałam pożyczyć te dwa dolary.
- Naturalnie, że jej oddamy - odparł.
Tak więc pojechali do krawcowej i oddali jej dwa dolary. A potem, 

skoro już tam byli, Will nie mógł się oprzeć pokusie kupienia Emily 
dwóch nowych kompletów ubrania i kapelusza. Przecież nie pozwoli 
na to, żeby pokazywała się w tych podartych, brudnych łachmanach.

Zabrał  ją  powozem  do  swojego  hotelu  i  wynajął  drugi  pokój  po 

przeciwnej  stronie  korytarza.  Kiedy  brała  kąpiel  i  przebierała  się  w 
nowe  rzeczy,  zamówił  najlepszy  stek  w  całym  mieście  i  butelkę 
francuskiego wina i kazał to podać o ósmej w jadalni hotelowej.

Ale  po  co  on  to  wszystko  na  miłość  boską  robi?  -  zadawał  sobie 

nieustannie  pytanie.  Dlaczego  ją  traktuje,  jakby  była  ni  mniej,  ni 
więcej, tylko samą królową Wiktorią. Co za głupota - wymyślał sobie, 
czekając w swoim pokoju, aż się Emily przebierze.

Ostatecznie  tak  rzadko  bywał w Denver City,  że nic  w tym  złego, 

jeśli czasem sobie pofolguje. Oczywiście, że robił to i dla Emily, ale 
tylko dlatego, że ten piekielny głuptas ściągnął na siebie takie kłopoty. 
Broń  Boże  nie  dlatego,  żeby  zasługiwała  na  jakieś  szczególne 
względy, o, co to, to nie.

background image

Zapukała do jego drzwi punktualnie o ósmej i Will stanął twarzą w 

twarz z zupełnie nową Emily.

Miała  na  sobie  kostium  w  gołębim  kolorze,  dopasowany  w  talii  i 

rozszerzany  na  biodrach,  z  turniurą  z  tyłu.  Do  tego  założyła 
bladoróżową  bluzkę,  rozszytą  koronką  i  wykończoną  haftem  w 
różyczki.  Stroju  dopełniały  rękawiczki  z  koźlej  skórki  i  kapelusz  ze 
strusimi  piórami.  Wyglądała  wytwornie,  oszałamiająco.  Jak  wielka 
dama. Will zaniemówił.

Emily stała, jakby nie zauważyła jego reakcji. Czekała z uśmiechem 

na ustach, ze skromnie złożonymi przed sobą rękami.

- Dziękuję ci za to wszystko - powiedziała wreszcie przez zaciśnięte 

gardło - bardzo dziękuję.

-  Nie  mogłem  ci  przecież  pozwolić  paradować  w  tamtych 

wyszarganych 

łachmanach 

mruknął, 

skrępowany 

jej 

podziękowaniami.

Odzyskała  już  nieco  pewność  siebie  i  Will  był  z  tego  rad.  Te 

babskie płacze i szlochy, czepianie się i szukanie pociechy to nie dla 
niego.  O,  co  to,  to  nie.  Boże,  jakże  nie  cierpiał  takich  objawów 
słabości. Szczerze mówiąc, bał się tego wszystkiego.

Przy obiedzie Emily zachowywała się grzecznie; odzywała się tylko 

wtedy, kiedy była pytana, sama mówiła niewiele, tak że rozmowa siłą 
rzeczy  nie  była  specjalnie  ożywiona.  Z  długiego,  ozdobnego  menu 
zamówiła kurczę. 

Kto  to  widział!  Kurczę  w  Kolorado!?  Ale  Will  nie  odezwał  się 

słowem nie chcąc psuć nastroju.

Restauracja  była  bardzo  elegancka  -  czerwone  brokatowe  tapety  i 

boazeria,  puszyste  dywany,  kandelabry,  okrągłe  stoliki  nakryte 
białymi  obrusami,  kryształy  i  tyle  piekielnych  łyżek  i  widelców,  że 
Will  musiał  podpatrywać  Emily,  żeby  wiedzieć,  kiedy  i  jak  ich 
używać. A ilu kelnerów w białych marynarkach. Will czuł się dumny 
siedząc z damą tak elegancką jak Emily. Umyta i odszy-kowana, była 
śliczna jak obrazek i prezentowała się nie gorzej od innych siedzących 
tu pań.

-  Ja  ci  za  to  wszystko  zwrócę  -  powiedziała  Emily  pochylając  się 

nad ciastem czekoladowym. 

- Co do centa. Obiecuję.
- Znów te pieniądze - mruknął. 
- Daj spokój, kobieto, i zajmij się deserem.

background image

Emily  przyglądała  mu  się  przez  chwilę,  z  ciężkim  srebrnym 

widelcem zawieszonym w powietrzu.

-  I  pomyśleć  -  powiedziała  jak.  gdyby  do  siebie  -  że  jeszcze  w 

ubiegłym  miesiącu  zarabiałam  na  czysto  siedemdziesiąt  pięć  tysięcy 
rocznie plus premia.

Spojrzał na nią i w zadumie potrząsnął głową. Czasem rzeczywiście 

Emily  zachowywała  się  dziwnie,  jakby  mówiła  w  jakimś  obcym 
języku. Dziwna kobieta, inna. Przez chwilę szukał właściwego słowa: 
egzotyczna.  Tak,  to  jest  to.  Emily  Jacoby  przypominała  egzotyczny 
kwiat. Obcy tu w Rifle, ale niezaprzeczalnie piękny.

background image

ROZDZIAŁ 8

Minął  maj i  wiosna  była w pełnym rozkwicie,  a Emily zaczęła się 

zastanawiać  nad  swoją  zdolnością  przystosowania  do  znoszenia 
paradoksów  swojego  życia  na  ranczo  Willa  Dutchera.  Przeżywała 
dzień  po  dniu  dzięki  szczególnej  i  kruchej  równowadze,  którą 
uzyskiwała stawiając czoło rzeczywistości - jak akrobata chodzący po 
rozkołysanej napiętej linie, widocznej tylko dla siebie.

Chwilami przyjmowała swój los spokojnie. Kiedy indziej buntowała 

się wewnętrznie, zadając sobie nieustannie pytanie: dlaczego właśnie 
mnie to musiało spotkać? Czy została rzucona w przeszłość celowo, z 
jakichś  nie  znanych  sobie  powodów?  Czy  też  może  jej  podróż  w 
czasie  to  dziwaczny,  odosobniony  przypadek?  Emily  nie  wiedziała. 
Na pewno wiedziała tylko to, że być może leży teraz nieprzytomna w 
szpitalu, śniąc jakiś szczególnie wyrazisty sen, jako że - niech to licho 
- kiedy zdarzyła się ta katastrofa, właśnie próbowała sobie wyobrazić 
życie pionierów i zastanawiała się, czy znalazłaby w sobie tyle odwagi 
i  siły  co  ci  surowi  ludzie,  którzy  dokonali  dzieła  ucywilizowania 
amerykańskiego Zachodu.

A teraz już wiedziała. Przecież jakoś przeżyła. Stać ją było na to co 

tamtych  ludzi:  żeby  rozpocząć  tu  życie  od  nowa.  Chociaż  drogo  jej 
przyszło  zapłacić  za  znalezienie  odpowiedzi  na  to  pytanie  -  myślała 
czasem.

Ale  trąc  na  tarze  kołnierzyki  Willa  zadawała  sobie  jeszcze  jedno 

pytanie, które od czasu powrotu z Denver City nie dawało jej spokoju: 
Jeśli istotnie znalazła się w tym miejscu i czasie celowo, to jaka była 
w  tym  wszystkim  rola  Willa?  Przecież  reperować  i  prać  jego 
garderobę  mogłaby  dosłownie  każda  kobieta.  Jakakolwiek  kobieta 
żyjąca  w  jego  czasach  mogłaby  sprzątać,  prasować,  gotować  i 
opiekować się dziećmi. Dlaczego akurat ona?

I nawet nie może powiedzieć, żeby ją doceniał. Wymuszenie na nim 

dobrego  słowa było zadaniem ponad siły. Wczoraj wieczorem, kiedy 
przepuściła  przez  wyżymaczkę  jego  koszule  i  rozwiesiła  na  słońcu, 
miała  najlepszy  dowód  jego  obojętności.  Czy  też  wtedy,  kiedy  to 
pomogła Antoniowi zrobić pieczeń, która tak smakowała dzieciakom. 
Wszyscy  ją  otwarcie  chwalili  przy  kolacji,  z  wyjątkiem  Willa. 
Niemożliwy był z niego człowiek.

background image

- A czy tobie smakowała ta pieczeń? - spytała Emily wprost.
- A - powiedział podnosząc wzrok znad talerza. 
- Pieczeń. Tak, jest bardzo dobra.
- Nie za słona? - nalegała Emily.
- Nie. Jest akurat taka jak trzeba.
Emily opróżniła cebrzyk i wycierając ręce zastanawiała się, co jest 

w tym człowieku takiego, że ją jednocześnie przyciąga i odpycha. Był 
z pewnością  męskim szowinistą,  co  do  tego nie  miała wątpliwości,  i 
na  dodatek  grubiańskim.  Ale  poza  tym  miał  wszystkie  uroki 
atrakcyjnego mężczyzny. Aż nazbyt często Emily łapała się na tym, że 
mu się skrycie przygląda i wyobraża sobie życie z nim, nie wyłączając 
sytuacji  intymnych.  Czasem  w  nocy,  leżąc  sama  w  ciemnościach, 
nasłuchiwała jego kroków i wtedy ogarniała ją fala dziwnego gorąca, 
które  miało swoje  źródło  gdzieś  w dole brzucha  i rozchodziło  się po 
całym ciele. A jeśli kiedyś te kroki dojdą do jej drzwi?

Życie i maj szły swoim rytmem. W domu na ranczo były codzienne 

obowiązki, które należało wypełnić. A po nich następowały wieczory, 
czas spokoju, kiedy Will wracał z pola i Emily słyszała przed gankiem 
brzęk jego ostróg. Dokoła niego skakał Shep, z językiem na wierzchu, 
niestrudzony.  Zjadali  kolację  i  dzieci  wreszcie  szły  spać,  a  oni  z 
Willem siadywali w saloniku, przeważnie w milczeniu, ale Emily cały 
czas była świadoma jego obecności.

Jak bardzo świadoma, przekonała się dobitnie tego wieczoru, kiedy 

sparzyła się  w  rękę.  Antonio  miał akurat  wolne  i  Emily  zastępowała 
go w kuchni. Problem polegał na tym, że nie mogła się przyzwyczaić 
do rozpalonych rączek żeliwnych rondli. Po obiedzie dzieci poszły na 
dwór, a Will do stajni. Emily sprzątała ze stołu. Pogrążona w myślach, 
zastanawiała  się  jak  zwykle,  dlaczego  to  właśnie  ona  musiała  się 
przedostać przez wrota czasu.

- Prawdopodobnie po to, żeby pozmywać stertę naczyń - mruknęła 

pod  nosem.  Jednocześnie  uświadomiła  sobie,  jak  to  w  pociągu  tuż 
przed katastrofą myślała o.... potrzebie bycia potrzebną. No cóż, tutaj 
niewątpliwie  była  potrzebna.  Żeby  grzać  lodowatą  wodę  z  pompy  i 
zmywać sterty garnków, patelni i naczyń. Po to tu była potrzebna.

Nastawiła wodę, namoczyła talerze i spojrzała na stojące na kuchni 

gary.

- Boże, ile tego - powiedziała i bezmyślnie złapała jeden ż rondli za 

długą rączkę.

background image

Poczuła  potworny  ból  i  z  krzykiem  upuściła  rondel  na  podłogę. 

Dopiero  później  uświadomiła  sobie,  jaka  była  głupia,  że  od  razu  nie 
wsadziła ręki pod pompę. Ale przez długą chwilę tylko stała znosząc 
męki bólu.

Nie miała pojęcia, kiedy Will wszedł do kuchni i zobaczył, że stoi 

bezradnie papierowo-biała i trzyma się za rękę.

- I co znów tym razem? - zapytał poirytowanym tonem.
Emily odchrząknęła, starając się opanować potworny ból.
- Ja... ja się sparzyłam.
W  ułamku  sekundy  pokonał  dzielącą  ich  odległość.  Dopiero  teraz 

ogarnął  wzrokiem  całą  scenę:  rondel  na  podłodze,  bladość  Emily  i 
rękę,  za  którą  się  trzymała.  Obejrzał  oparzenie  i  gwizdnąwszy  cicho 
przez zęby zaprowadził ją do zlewu.

Gdyby  nie  dojmujący  ból  i  obezwładniająca  świadomość  własnej 

głupoty, Emily z pewnością by mu się wyrwała. W tej sytuacji jednak 
pozwoliła mu wsadzić swoją rękę pod zimną wodę i objąć się w pół.

- Jak, do diabła, mogłaś... - zaczął, ale opanował się po chwili. 
- Jak to się stało? - zapytał już łagodniej.
-  Złapałam  za  rondel  -  bąknęła  nieśmiało  -  ale  rączka  była  bardzo 

gorąca...

- A rondel stał na kuchni. 
-  Nie  było  to  jednak  pytanie.  Wyjął  jej  rękę  z  wody,  wytarł,  raz 

jeszcze starannie obejrzał i posadził Emily na krześle.

-  Usiądź,  zanim  zemdlejesz  czy  coś  w  tym  rodzaju  -  powiedział 

rozglądając się po kuchni. - Gdzie Antonio trzyma ten swój balsam?

- W szafce nad zlewem - powiedziała nie spuszczając z niego oka. 
- Will, dlaczego jesteś na mnie taki wściekły? - spytała. 
- Przecież nie zrobiłam tego na umyślnie.
- A czy ja coś takiego mówiłem? 
-  Zdjął  z  półki  kamionkowy  słój  z  driakwią  na  oparzenia  i 

skaleczenia zrobioną przez Antonia. Emily wiedziała tylko, że ból jest 
palący, a Will wyraźnie zatroskany. Żałowała, że akurat w tej chwili 
musiał przyjść do domu i zastać ją w takim stanie.

- A bandaże? Gdzie są bandaże? - spytał trzymając słój w ręku.
Emily skinęła głową w stronę spiżarki za kuchnią.
- Dolna półka. Po chwili znów był przy niej i klęcząc trzymał ją za
rękę.
Kiedy opatrywał jej oparzenie, stała się dziwna rzecz: jego dłonie na 

background image

jej dłoniach, ciepły dotyk jego skóry, sposób, w jaki trzymał jej rękę i 
badał  oparzenie  palcami wszystko  to  razem  uśmierzyło  ból.  Poczuła 
cudowną błogość, a w całym ciele powolne pulsowanie. Patrzyła, jak 
przed  nią  klęczy,  i  przypomniało  jej  się,  jak  gładził  chorą  klacz. 
Pomyślała  sobie,  jak  delikatny,  jak  fachowy  jest  dotyk  Willa.  Tak, 
miała wtedy rację.

Chłonęła wzrokiem miękkie, ciemne loki, które opalały mu na kark, 

i  sztywne  włosy  wyzierające  spod  rozpiętej  na  piersi  zgrzebnej 
koszuli...

Zapach  Willa  podziałał  jej  na  zmysły.  Skóra,  drewno,  dym  i  pot. 

Zapach mężczyzny nie zagłuszony przez płyn po goleniu czy mydło, 
mocny naturalny aromat, prymitywny, uderzający do głowy...

Pochylony nad nią opatrywał jej rękę.
- Nie za mocno? - spytał.
- Nie, bardzo dobrze - westchnęła Emily.
Te bary, szerokie i długie ramiona, o wydatnych muskułach idących 

od karku aż do sprawnych, silnych dłoni.

-  Czy  możesz  wstać?  -  zapytał  podnosząc  się  z  klęczek  i  szukając 

wzrokiem jej oczu. 

- Czy możesz wstać? - powtórzył.
- Och... - Myśli Emily wirowały w zawrotnym tempie. 
- O tak, z pewnością.
Jednak musiał jej pomóc. Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu.
-  Ja...  ja  nie  byłem  na  ciebie  zły.  Po  prostu  chciałbym,  żebyś 

bardziej uważała - powiedział.

- Postaram się - zapewniła go Emily.
- Uhm.
- Odwrócił się i wyszedł do saloniku.
Po kilku minutach zauważyła, że ból w ręce powrócił.
O ile Will był zagadką, o tyle dzieci wręcz przeciwnie. Spragnione 

czułości  po  śmierci  rodziców,  szybko  zaczęły  się  garnąć  do  Emily. 
Szczególnie  Mary,  od  wielu  miesięcy  pozbawiona  kobiecego 
towarzystwa.

- Panno Emily, co nam z Antoniem zrobicie dzisiaj na kolację? 
-  spytała  następnego  dnia,  siedząc  na  stole  kuchennym  i  machając 

nogami w grubych czarnych pończochach i wysokich bucikach. 

- Może to... zaraz, jak pani to nazwała?
-  Spaghetti  -  odparła  Emily,  niezdarnie  obierając  marchew 

background image

zabandażowaną ręką.

-  Tak,  spaghetti.  Czy  dostała  je  pani  w  sklepie?  Czy  pan  Tatę 

obiecał je pani sprowadzić na zamówienie?

Emily westchnęła;
-  On  nigdy  nie  słyszał  o  spaghetti,  kochanie.  Wiem,  że  można 

zrobić  spaghetti  z  ciasta,  ale  nie  sądzę,  żeby  tu  można  było  dostać 
specjalne maszyny do jego wyrobu.

Mary śmiała się ze wszystkiego, co mówiła Emily, a szczególnie z 

tego, czego nie rozumiała.

- A co  to  znaczy cymbał?  - spytała  słysząc, jak  Emily  burknęła  to 

słowo pod nosem, adresując je do Antonia.

- Cymbał to ktoś taki, co robi głupie rzeczy - wyjaśniła Emily.
- A cycek?
- Cycek to slangowa nazwa piersi. Mary oniemiała.
-  Nie  bądź  taka  zgorszona.  Piersi  to  rzecz  naturalna.  wszystkie 

kobiety mają piersi. Ty też będziesz miała.

- Ja?
-  Małe  dziewczynki  dorastają  i  osiągają  dojrzałość,  rozwijają  się... 

One... ach, Mary, czy mama nigdy ci tym nie mówiła?

-  Nie  -  wyszeptała  Mary.  Musiała  wziąć  to  na  siebie  Emily.  Mary 

była wstrząśnięta.

- Ale przecież dzieci przynoszą bociany - powiedziała.
- Nie, nie przynoszą. Wiesz przecież, że na wiosnę byki zapładniają 

krowy i te krowy za rok rodzą cielęta, tak samo jest z ludźmi, tylko że 
u ludzi ciąża trwa dziewięć miesięcy, a nie rok.

- To straszne - powiedziała Mary.
-  Nie  ma  w  tym  nic  strasznego.  Kiedy  kogoś  kochasz,  to  w  ten 

sposób  okazujesz  mu  miłość.  To  cudowne.  To  źródło  wielkiej 
przyjemności dla obojga partnerów.

- Ja tego nigdy nie będę robiła - powiedziała Mary naciskiem, a jej 

nogi zastygły w pół ruchu.

-  Zmienisz  jeszcze  zdanie,  pędraku,  każdy  zmienia  prędzej  czy 

później.

- A pani? - zapytała Mary.
-  No  cóż...  hm...  z  pewnością,  o  ile  spotkam  mężczyznę,  którego 

pokocham, no i wyjdę za mąż. Tak jak twoja mama.

Mary  potrzebowała  sporo  czasu,  żeby  przemyśleć  wszystko,  co 

usłyszała. Emily widziała to wyraźnie. Te dzieci były tak niewinne w 

background image

porównaniu 

tymi, 

które 

znała, 

dziećmi 

nieustannie 

bombardowanymi  przesyconą  seksem  reklamą,  wystawionymi  na 
działanie telewizji, filmów wideo, czytującymi kolorowe magazyny, a 
do  tego  te  wszystkie  ich  komputery  i  cały  ten  szum  informacyjny, 
który muszą wchłonąć, zanim dorosną... Te dzieci były prostolinijne, 
serdeczne, nie zepsute.

Przed samą kolacją przybiegł do niej z płaczem Burkę, w podartych 

spodniach  i  z  krwawiącym  kolanem.  Musiała  pocałować  ranę,  a 
następnie  ją  przemyć  i  wrzucić  spodnie  do  kosza  z  rzeczami  do 
reperacji.  Siedział  u  niej  na  kolanach,  z  brudną  buzią,  wstrząsany 
szlochem,  podczas  gdy  zdrową  ręką  przemywała  mu  skaleczenie. 
Emily  pochyliła  się  nad  nim, pocałowała  w  rozczochraną  czuprynę  i 
zaśpiewała  mu  piosenkę  „Z  popielnika  na  Wojtusia  iskiereczka 
mruga..."

Do  Jessego  miała  znacznie  trudniejszy  dostęp.  Był  to  kawał 

twardego urwisa. Uwielbiał swego wuja Willa i udawał, że pogardza 
wszystkimi  kobietami.  Ale  zaraz  potem,  jak  Will  przywiózł  ją  z 
Denver  City,  Jesse  rozchorował  się  na  brzuch.  Emily  przesiedziała 
przy nim całą noc, trzymając go za głowę, kiedy wymiotował, i robiąc 
mu zimne okłady na czoło.

-  Dobrze,  że  pani  tu  jest  -  powiedział  tej  nocy,  z  twarzą 

kredowobiałą,  rozświetloną  lampą  naftową  -  bo  przynajmniej  mam
jakieś towarzystwo.

- Cała przyjemność po mojej stronie - odparła Emily.
Dzieci były rzeczywiście nieskomplikowane, ale niestety nie można 

było  tego  powiedzieć  o  ich  wujku.  W  chwili  kiedy  się  pojawiał  w 
domu,  zalegała  cisza.  Owszem,  malcy  dobrze  się  czuli  w  jego 
towarzystwie,  ale  atmosfera  stawała  się  zdecydowanie  sztywniejsza. 
Emily  uświadomiła  sobie,  że  bardzo  podobnie  było  w jej  rodzinnym 
domu. A jednak obecność Willa sprawiała, że i ona była jakoś dziwnie 
napięta,  że  wbrew  swojej  woli  zaczynała  dociekać,  zastanawiać  się, 
rozpamiętywać  jego  bliskość,  jego  zapach,  sposób  w  jaki  szedł  do 
stajni,  jego  sylwetkę  z  długimi  nogami  i  wąskimi  biodrami,  i  te 
szerokie  bary...  Czasami  bywał  ponury  i  wtedy  Emily  nie  wiedziała, 
jak ma ten jego nastrój rozładować. Przy niej zawsze wydawał się zły 
lub  poirytowany.  Czasami  nienawidziła  go  za  to.  Pogardzała  nim,  a 
jednocześnie,  ilekroć  znalazł  się  w  pobliżu,  czuła  w  sobie  jakieś 
dziwne pragnienie.

background image

 W miarę jak mijał maj i wieczory stawały się coraz dłuższe, Emily 

siadywała  albo  reperując  garderobę,  albo  czytając  gazetę  i  usiłując 
zaakceptować swoje nowe położenie. Tłumaczyła sobie, że utknęła w 
tej  przeszłości  dla  jakichś  ważnych  powodów.  Pogódź  się  z  tym  -
myślała  -  poczekaj.  A  potem  te  rozmyślania  brały  w  łeb  i  odkładała 
gazetę,  gotowa  powiedzieć  Willowi,  dlaczego  nie  pasowała  do  tego 
świata, i że pewnego dnia w jakiś sposób odnajdzie drogę do domu.

Zawsze  jednak  moment  rozpaczy  mijał.  Nie,  nie  mogła  mu  tego 

wszystkiego  powiedzieć.  Nawet  gdyby  ją wysłuchał,  gdyby  jej 
uwierzył, to przecież i tak nic na to nie poradzi.

Rozmowa  z  Willem  przypominała  wyciąganie  słów  na  siłę. 

Skłonienie  go,  żeby  jej  opowiedział  o  swoim  życiu,  sprzed  czasów 
Rifle, zajęło jej dokładnie tydzień.

- A dlaczego Clay mieszka w Chicago? - spytała odkładając podarte 

spodnie Jessego.

Spojrzał znad książki i odłożył fajkę.
- Zatrzymał się tam, jak wyjechaliśmy ze stanu Nowy Jork.
- Nowy Jork? Nie wiedziałam, że pochodzicie z Nowego Jorku.
- Rodzice umarli w 1878 roku i we trzech wyruszyliśmy na Zachód.
- A ty i Jesse przyjechaliście aż do Kolorado?
- Tak. - Will znów podniósł książkę do oczu.
- Chwileczkę - powiedziała Emily. 
- Zaczekaj. Powiedz mi o tym coś więcej.
- O czym? - uniósł ciemne brwi.
- O waszej drodze na Zachód. Czy jechaliście wozami?
- Tak.
- Czy napadli was Indianie?
- Raz.
- No i?
- No i co?
- To opowiedz mi o tym.
- Nie ma o czym opowiadać. Odparliśmy ich.
- Zabiłeś jakiegoś Indianina?
- Naturalnie, Emily, przecież to oni chcieli nas zabić.
- A czy poza tym zabiłeś w życiu człowieka?
Wzruszył ramionami ze zniecierpliwieniem.
- Na początku, tutaj w Rifle, była wojna pograniczna. 

:

- I ty brałeś w niej udział?

background image

-  Osiedlaliśmy  się  właśnie  i  wytyczaliśmy  swoje  ziemie. 

Musieliśmy bronić z Jessem tego, co nasze. 

- Spojrzał na nią w zadumie. 
- A dlaczego pytasz?
- Tak sobie - odparła Emily - bez żadnego szczególnego powodu.
-  Mhm  -  mruknął  i  powrócił  do  czytania.  Trwało  to  wieki,  ale  w 

końcu  dowiedziała  się  tego i  owego  o  Willu  Dutcherze,  o  jego 
pochodzeniu  i  obecnym  stanie  finansów.  Za  każdym  razem  pytał 
zniecierpliwiony: „Co cię to właściwie obchodzi?", ale ona nie dawała 
za  wygraną  i  po  jakimś  czasie  odpowiadał  jej,  choćby  tylko  po  to, 
żeby się od niej odczepić.

Sprawy finansowe Willa niepokoiły Emily. W gazetach wyczytała, 

że banki w całym kraju znalazły się w trudnej sytuacji. Wiedziała, że 
dotyczyło  to  również  miejscowego  bankiera,  Boba  Bergenera,  i  że 
zarówno  Willowi,  jak  i  innym  ranczerom  nie  podobało  się 
podniesienie  przez  niego  oprocentowania  pożyczek.  Wkrótce,  jak 
tylko  pieniądz  Stanów  Zjednoczonych  przestanie  być  oparty  na 
srebrze  i  banki  zaczną  sięgać  do  rezerw  złota  -  miała  wybuchnąć 
panika,  i  to  w  skali  całego  kraju.  Dla  banków  będzie  to  oznaczało 
upadek; dla ludzi katastrofę finansową. A dla Rifle?

Jak  wyjdzie  z  tego  Will?  Czy  i  on  straci  wszystko  przez  tego 

okropnego  bankiera?  Może  mu  o  tym  powiedzieć,  próbować  go 
ostrzec, ale przecież Will nie zechce jej słuchać! A poza tym, jak mu 
wyjaśni swoje „jasnowidzenie"?

I  co  się  stanie  z  nią,  jak  Will  wszystko  straci?  -  niepokoiła  się 

Emily.

-  Co  stanie  się  z  nią,  z  dziećmi  i  z  samym  Willem?  Czy  wszyscy 

pójdą  z  torbami?  Boże  zachowaj  -  myślała.  Wiedziała  już,  czym  to 
pachnie,  i  nie  miała  najmniejszej  ochoty  powtórzyć  tego 
doświadczenia.

-  Will  -  zagadnęła  go  pewnego  wieczora  -  czy  Bergener  nadal 

podnosi wam oprocentowanie pożyczki?

Spojrzał na nią spode łba.
- Wolałbym, Emily - powiedział surowym tonem - żebyś zajęła się 

sprawami domowymi, a finanse zostawiła mnie.

- Ja tylko chciałam... - zaczęła, ale dała spokój. Nic dobrego z tego 

nie wyniknie, jeśli go będzie ciągle nagabywała.

Stało  się  to  już  następnego  wieczora.  Kiedy  Emily  później 

background image

rozpamiętywała  to  wydarzenie,  doszła  do,  wniosku,  że  prędzej  czy 
później musiało się tak skończyć. Pogasili lampy szykując się do snu. 
Jak  co  wieczór,  Will  wypuścił  Shepa,  żeby  pilnował  domu.  Dał  mu 
kość, poklepał po łbie i zamknął drzwi kuchni.

Emily ruszyła na górę kiepsko oświetlonymi schodami, z naręczem 

ubrań do reperacji. Za nią szedł Will z lampą.

Emily  potknęła  się  na  ostatnim  stopniu  i  upadła  rozsypując  na 

korytarzu wszystko, co niosła.

- O cholera... choroba - zaklęła.
- Czy nic ci się nie stało? 
- Will pochylił się nad nią, postawił lampę na podeście i pomógł jej 

wstać.

- Wszystko w porządku, tylko trochę skręciłam nogę w kostce. 
-  Uśmiechnęła  się  do  niego,  kwitując  w  ten  sposób  własną 

niezdarność,  wysunęła  dłonie  z  jego  rąk  i  zaczęła  zbierać  rozsypane 
rzeczy. 

- Najpierw ręka. Teraz noga. Co za niezdara ze mnie.
-  Pozwól  -  powiedział  schylając  się,  żeby  jej  pomóc.  Migotliwe 

światło lampy rzucało cienie na ściany i na gładkie płaszczyzny jego 
twarzy.

- Taka jestem niezdara - mruczała pod nosem, przyjmując od niego 

kolejne sztuki garderoby.

- Każdemu mogło się to zdarzyć... - zaczął Will, ale nagle zamilkł.
Stojąc oparta o ścianę, z tobołkiem rzeczy w ramionach, napotkała 

jego  wzrok  i  zamarła.  Był  blisko,  aż  za  blisko  w  tym  ciasnym 
pomieszczeniu. Płomień lampy igrał na jego twarzy oświetlając oczy. 
Emily już wiedziała. Fala gorąca, jaka w nią uderzyła, powiedziała jej 
ponad  wszelką  wątpliwość, że obojętność  Willa to  pozór. Wyczytała 
to  z  jego  szafirowych  oczu,  z  gry  mięśni  jego  szczęki.  Z  jego  nagle 
sztywnej postawy i surowych rysów. Nie była Willowi obojętna, o nie.

Ta  chwila  ciągnęła  się  w  nieskończoność.  Will  stał  nieruchomo, 

przeszywając ją wzrokiem; ona też nie mogła się ruszyć. Mimo gęsiej 
skórki, wewnątrz płonęła. Czuła przepływające przez nią fale zimna i 
gorąca.  Gdzieś  w  najtajniejszych  zakamarkach  świadomości  żywiła 
przekonanie, że gdyby pozbyła się rzeczy, które trzymała w rękach, i 
rzuciła mu się w ramiona, oboje byliby zgubieni. Serce waliło jej jak 
młotem. Mogłaby mieć Willa, gdyby tylko chciała. Mogłaby...

Nagle Emily zaczerpnęła tchu i oderwała wzrok od jego oczu. Nie -

background image

krzyczało coś w niej - nie!

- Może ja... - zaczęła - może ja bym odłożyła te rzeczy...
Jeszcze  przez  chwilę,  krótką  jak  uderzenie  serca,  Will  stał  jej  na 

drodze,  a  światło  lampy  tańczyło  wokół  nich.  A  potem  powoli,  nie 
spuszczając z niej oczu, zrobił krok do tyłu.

- Zrób to - powiedział  zdławionym  głosem i  Emily przecisnęła  się 

obok niego, z bijącym dziko sercem. W jakiś sposób znalazła się przy 
drzwiach swego  pokoju,  świadoma tego,  że Will się nie  ruszył, i już 
po chwili była w środku, odgrodzona od niego zamkniętymi drzwiami. 
Rozebrała się szybko drżącymi rękami i założyła długą nocną koszulę. 
Jej  pierś  unosiła  się  i  opadała  spazmatycznie,  jak  po  długim 
męczącym  biegu.  Weszła  pod  kołdrę  i  zacisnęła  powieki.  W  tym 
ciemnym  korytarzu  coś  się  dzisiaj  wydarzyło.  Coś,  co  ją  fizycznie 
rozbroiło, a jednocześnie napełniło przerażeniem. Była jak ćma lecąca 
do światła - pomyślała prosząc Boga, żeby się to już nigdy więcej nie 
powtórzyło.

Po  tym  incydencie  Emily  stała  się  tak  chłodna  i  pełna  dystansu  w 

stosunku do Willa, jak on w stosunku do niej. Chwilami wydawało jej 
się,  że  oboje  pękną  i  rozsypią  się  jak  szkło.  To  znów  czepiała  się 
pamięcią tej sceny w korytarzu, szukając oczyma jego oczu i czując w 
sobie bolesne pragnienie tego, co zakazane. Jej logiczny umysł mówił 
jej:  nie  -  nie  w roku  1893.  Wtedy  kobiety  były  inne,  powściągały  w 
sobie  cielesne  potrzeby. Musi  o  tym  pamiętać i  to  szanować. Ale jej 
ciało,  doszła  do wniosku,  miało  swój  własny  rozum.  Jej  ciało 
domagało się zaspokojenia.

Emily starała się być cały czas zajęta. Bardzo zajęta. Uprosiła nawet 

Antonia, żeby ją nauczył powozić bryczką. Nigdy nie zgłębiła sztuki 
zaprzęgania koni, ale umiejętność powożenia nimi posiadła na tyle, że 
mogła  sama  jeździć  do  miasta,  co  dawało  jej  jaką  taką  swobodę  i 
pozwalało zająć myśli.

Pewnego  dnia  Jesse  wrócił  ze  szkoły  z  rozciętą  wargą.  Nie  chciał 

się  przyznać  przed  Emily  i  Wiliem,  co  się  stało.  Powiedział  tylko: 
Pobiłem się.

-  Nigdy  przedtem  się  nie  biłeś  -  zauważył  Will  patrząc  surowo  na 

bratanka.

- Ale tym razem się pobiłem - odparł chłopak.
- Myślę, młody człowieku - nie ustępował Will - że będzie dobrze, 

jak pójdziesz do swego pokoju i przemyślisz całą sprawę.

background image

Po  tej  drobnej  sprzeczce  Emily  zaniosła  Jessemu  obiad,  wspinając 

się na stryszek po wąskich, stromych schodach. Mimo obiekcji Willa
sercem była z małym uparciuchem.

- Powiedz mi, Jesse, co się stało w szkole. Nie było to chyba nic aż 

tak  poważnego,  żebyś  mi  nie  mógł  powiedzieć.  To  będzie  nasza 
tajemnica - dodała, siadając na brzegu łóżka.

- Nic. Pobiłem się. 
- Chłopak siedział obejmując rękami kolana i tępo patrząc w ścianę.
Emily westchnęła.
- Okay. Powiesz mi, kiedy sam uznasz za stosowne. A teraz jedz.
- Nie chcę jeść.
- Dziękuję - poprawiła go Emily.
Nazajutrz  postanowiła  odebrać  dzieci  ze  szkoły  i  porozmawiać  z 

nauczycielką, panią Lindley. Może się czegoś dowie na temat bijatyki 
Jessego,  a  jak  nie,  to  przynajmniej  przedstawi  się  i  powie  pani 
Lindley, jak bardzo jest zadowolona z postępów Mary w czytaniu.

Podczas  lunchu  zastała  Willa  w  stajni  i  powiedziała  mu  o  swoich 

planach.

- Psujesz dzieci - mruknął nie przerywając roboty. 
- To normalne, że chłopcy wdają się w bójki.
- Ale Jesse nie jest taki. To może być coś ważnego. Może czuje się 

bardzo  pokrzywdzony,  Will,  ostatecznie  nie  tak  dawno  stracił 
rodziców i...

-  Idź  do  szkoły,  Emily,  jeśli  masz  ochotę,  ale  ja  bym  na  twoim 

miejscu nie krępował chłopaka.

- Nie mam zamiaru go krępować - powiedziała Emily wsiadając do 

bryczki.

Szkoła  znajdowała  się  na  przedmieściu  Rifle.  Był  to  prostokątny 

budynek  z  cegły,  mieszczący  wszystkie  klasy,  łącznie  z  gimnazjum. 
Starannie owinąwszy lejce wokół hamulca ręcznego Emily wysiadła z 
bryczki  i  poklepała  konie.  Dzieciaki  wysypywały  się  właśnie  po 
lekcjach ze szkoły, a majowe słońce oślepiało.

Trójka malców była zdziwiona na jej widok.
-  Chciałam  się  zobaczyć  z  waszą  nauczycielką  -  wyjaśniła  im 

Emily. 

- Dlatego przyjechałam. Zaczekajcie na mnie w bryczce. Macie tam 

w koszyku bułeczki.

Pani  Lindley  poprawiała  właśnie  w  jednej  z  klas  zeszyty.  Była  to 

background image

przystojna kobieta, niewiele po trzydziestce, wdowa, o ładnych rysach 
i gęstych, jasnych, wijących się włosach, upiętych na czubku głowy.

- Dzień dobry pani - powiedziała Emiły. 
- Nazywam się Emily Jacoby i jestem gospodynią  Willa Dutchera. 

Pomyślałam sobie, że może byłoby dobrze, gdybyśmy się poznały.

-  Jakżeż  to  rozsądnie  z  pani  strony,  panno  Jacoby,  proszę  siadać  -

odparła  pani  Lindley  mierząc  Emily  szacującym,  przenikliwym 
spojrzeniem.

Emily  usiadła  na  jednym  z  niedużych  krzesełek,  poprawiając 

spódnicę, tę nową, brązową, kupioną ostatnio w Denver.

-  Chciałam  pani  powiedzieć,  jak  dobrze  Mary  czyta.  Czyta  już 

książki dla dorosłych i tyle z nich rozumie, że aż mnie to zdumiewa.

Pani Lindley z rozmysłem położyła ręce na pulpicie.
-  A  czy  pani  sobie  wyobrażała,  że  my  wszyscy  tutaj  jesteśmy 

ciemnymi analfabetami?

Emily zaniemówiła.
- Ale dlaczego... nie, w żadnym razie. Ja nic takiego nie miałam na 

myśli.  Chciałam  tylko  powiedzieć,  że  Mary  właśnie  pani...  pani 
zawdzięcza to, że tak świetnie czyta.

- Dziękuję - powiedziała lodowato pani Lindley.
- Przepraszam, ja nie chciałam powiedzieć, że... to znaczy chłopcy 

też robią postępy, ale Mary... Mary jest wyjątkowa - jąkała się Emily 
nie mogąc znaleźć słów.

- To rzeczywiście zdolna dziewczynka.
-  Tak,  tak,  bardzo  zdolna.  -  Emily  odchrząknęła,  boleśnie 

upokorzona. - Ale ja... ja właściwie przyszłam w sprawie Jessego.

- Słucham.
- Jesse pobił się z kimś wczoraj. Czy pani wiedziała...?
- Wiem o wszystkim, co się dzieje w szkole. Owszem, posprzeczał 

się  z chłopcem  od  Schaeferów.  Obaj  poszli  na  godzinę  do  kąta  i  tak 
się to skończyło.

-  Aha,  rozumiem.  A  czy  pani  może  wie,  o  co  im  poszło?  Bardzo 

mnie to interesuje, bo jak dotychczas, Jesse nigdy nie brał udziału w 
bijatykach - powiedziała Emily.

Pani Lindley machnęła ręką.
- Chłopcy to są zawsze chłopcy, panno Jacoby. Nie wiem, o co im 

poszło, i mało mnie to obchodzi. Nie cierpię bójek.

-  Naturalnie,  ja  tak  samo.  Miała  pani  całkowitą  rację,  że  go  pani 

background image

ukarała. Zastanawiam się tylko, skąd ta sprzeczka, tak ni z tego, ni z 
owego?

- Nie mam pojęcia.
- Rozumiem. 
-  Emily  czuła,  jak  wzbiera  w  niej  złość.  Dlaczego  ta  kobieta  jest 

taka opryskliwa? Przecież nigdy w życiu się nie widziały. Nie będzie 
jej  tu  jakaś  prowincjonalna  nauczycielka  z  dziewiętnastego  wieku 
ustawiała! 

-  Gdyby  pani  mogła  -  zaczęła  oficjalnym  tonem  -  pomóc  mi  w 

zrozumieniu  tego,  co  dzieje  się  z  Jessem,  byłabym  pani  bardzo 
wdzięczna.  Bo  los  tej  trójki  dzieci  bardzo  roi  leży  na  sercu,  panno 
Lindley.

- A ich wujek?
Emily zaczęła  myśleć intensywnie.  Czy ona pyta o stosunek Willa 

do jego wychowanków, czyjej do Willa? Co za bezczelność!

- Ich wujek tak samo, panno Lindley. Dziękuję, że zechciała mi pani 

poświęcić swój cenny czas. Miło było panią poznać.

- I nawzajem, panno Jacoby.
Wracając  do  bryczki  Emily  uznała,  że  żadna  z  nich  nie  potrafiła 

udawać. Ale skąd u tej kobiety wzięła się taka wrogość w stosunku do 
niej? Przecież się nie znały.

Pozwoliła  Jessemu  powozić  końmi  i  machinalnie  odpowiadała  na 

pytania dzieci.

- Co mówiła pani Lindley? - spytała Mary.
- Mhm... powiedziała, że jesteś bardzo zdolną dziewczynką.
- A ja? - zapiszczał Burkę.
- O, ty też, urwisie.
Dopiero kiedy zatrzymali się nad rzeką, żeby zjeść bułeczki, i Emily 

odeszła z Mary na bok, przysięgając, że nigdy nie zdradzi tajemnicy -
szydło wyszło z worka.

- To... to poszło o panią, panno Emily - wyznała Mary.
- O mnie?
Mała skinęła głową.
-  Benny  Schaefer  powiedział...  on  powiedział,  że  pani  nie  jest 

prawdziwą damą.

Emily westchnęła.
- Rozumiem. A skąd Benny to wie?
- Od swojej mamy. Ale - Mary wzięła ją za rękę-ja myślę, że pani 

background image

Schaefer jest zazdrosna, bo to stara wiedźma.

- Zazdrosna? - Emily zmusiła się do uśmiechu.
- Bo... bo pani jest taka ładna.
Ale  Emily  wiedziała  swoje.  Nie  pierwszy  raz  wyczula  szczególną 

wrogość kobiet z Rifle w stosunku do siebie.

Była  to  społeczność  odizolowana,  mała  i  bardzo  ściśle  ze  sobą 

powiązana.  Wyczuwała  rezerwę  pani  Tatę  ze  Składu  Handlowego  i 
innych  kobiet,  które  mierzyły  ją  lodowatym  spojrzeniem,  a 
uśmiechały się do Willa. Była tu obca - zdawały sobie z tego sprawę i 
plotkowały  na  ten  temat,  w  swoim  klubie  literackim  i  na  zebraniach 
kółek  parafialnych,  nie  miała  co  do  tego  najmniejszej  wątpliwości. 
Emily Jacoby z Filadelfii i te jej tony - mówiły. Goła, jak ją Pan Bóg 
stworzył,  w rozbitym  pociągu,  nawet  bez  halki.  Co  za wstyd. Nawet 
nie  potrafi  się  zachować  jak  przystało  kobiecie,  wtrąca  się  do 
rozmowy mężczyzn. Jeżeli Will Dutcher jest za głupi, żeby zobaczyć, 
do czego ona zmierza... Była inna, stanowiła zagrożenie dla tutejszej 
surowej,  konserwatywnej  społeczności  ranczerskiej.  Sytuacji  nie 
ułatwiało  to,  że  żyła  pod  jednym  dachem  z  Willem  Dutcherem,  bez 
żadnej  przyzwoitki,  jeśli  nie  liczyć  trójki  niewinnych  dzieciaków  i 
starego Antonia. Przyzwoite kobiety takich rzeczy nie robią - chyba że 
są  stare  i  brzydkie,  wdowy  lub  zasuszone  i  nienawidzące  mężczyzn 
stare panny. Czy Will zdawał sobie sprawę, co one czują?

-  Ale  niech  pani  przysięgnie,  panno  Emily,  że  nic  pani  nie  powie 

Jessemu, że się wygadałam. 

- Mary była niespokojna.
-  Przysięgam,  kochanie -  obiecała  Emily  i  zawołała  na  chłopców. 

Skończyli  bułeczki,  umyli  ręce  w  rzece  i  cała  czwórka  zajęła  się 
rozmową  o  szkole  i  o  letnich  wakacjach.  Ale  Emily  bez  przerwy 
myślała:  jestem  tu  obca  -  i  chciało  jej  się  płakać.  Kiedy  bryczka 
podskakiwała  na  wybojach,  miała  uczucie,  że  drga  w  niej  każda 
najmniejsza  kosteczka.  Coś  się  w  niej  zacisnęło,  niby pięść  -  aż  do 
bólu. Co ona najlepszego zrobiła pojawiając się w tym czasie i w tym 
miejscu?  I  dlaczego  te  niewinne  dzieciny  muszą  z  tego  powodu 
cierpieć?

Jestem tu obca...
Jechali drogą biegnącą równolegle do rzeki i do torów kolejowych. 

Nad  ich  głowami  krążyły  ptaki,  karmiąc  się  majowymi  muszkami, 
które tu, nad rzeką, wezbraną po deszczach i mulistą, były wyjątkowo 

background image

dorodne. Po drugiej stronie w oddali  majaczyły góry. Była to piękna 
okolica,  rozległa  i  urodzajna.  Dlaczego  Emily  przyjechała  do  tego 
niegościnnego kraju?

- Proszę zobaczyć, jak powożę - odezwał się Jesse. 
- Powie pani wujkowi, jak sobie radzę?
-  Jasne,  że  powiem.  Świetnie  ci  idzie  -  pochwaliła  go  Emily, 

myślami błądząc daleko.

Po  prawej  stronie  torów  leżały  pordzewiałe  wraki  wagonów 

kolejowych.

- Stop - powiedziała nagle Emily. 
- Stop.
- Ale dlaczego?
- To chyba wrak mojego pociągu... 
- Emily oddychała z trudem, wpatrując się w hałdy złomu. 
- Miejsce tamtej katastrofy...
- Tak, chyba tak, panno Emily.
Emily  wpatrywała  się  w  resztki  porozbijanego  pociągu.  Nie 

uprzątnęli  ich jeszcze, być może z braku  ciężkiego  sprzętu, piętrzyły 
się  więc  ozdobne  wagony,  połamane,  powykręcane,  spłowiałe  i 
pordzewiałe, jak szkielety ogromnych przedpotopowych zwierząt.

- O Boże - szepnęła Emily. Wysiadła z bryczki i zaczęła iść w tamtą 

stronę, pchana jakąś nieodpartą siłą.

- Panno Emily! - krzyknął Burkę. 
- Co pani robi?!
- Szsz uciszyła go Mary - zostaw ją w spokoju.
Stojąc  przy  szynach  Emily  usiłowała  sobie  przypomnieć  tamten 

dzień: śnieg, góry, czarną rzekę. Teraz  to wszystko  było  takie inne  -
ciepłe,  słoneczne,  radosne.  Szła  po  torach,  uważając  na  złącza, 
posłuszna jakiemuś wewnętrznemu nakazowi, którego nawet nie była 
pewna.  To  tu  -  pomyślała  -  to  się  stało  dokładnie  w  tym  miejscu. 
Byłam  w  1993  roku  i  nagle  znalazłam  się  w  1893.  Gdybym  tylko 
mogła.

Czy  to  rzeczywiście  było  owo  miejsce,  dziura  w  czasie,  punkt 

przejścia?  Czy  coś  takiego  naprawdę  może  istnieć?  A  może 
wystarczy, że tak jak Dorota z „Czarownika z Oz" stuknie obcasami i 
powie: „Nie ma miejsca jak dom" i w cudowny sposób wróci w swój 
czas?  Idąc  w  palącym  słońcu  Kolorado  Emily  zamknęła  oczy  i 
wytężyła całą swoją wolę. Szła przed siebie coraz dalej i dalej.

background image

Później,  kiedy  próbowała  o  tym  myśleć,  nie  była  pewna,  gdzie 

właściwie  granice  jej  percepcji  zaczęły  się  zacierać  i  okrywać 
mrokiem. Szyny drgały w upale i gdzieś tam przed nią zbiegały się w 
jeden punkt. Czuła, jak wzbiera w niej jakaś niesamowita nadzieja. To 
jest to - myślała. To miejsce! Mogę wrócić do domu. Czuła mdłości i 
otępienie,  jak  po  wypadku.  Bolała  ją  głowa,  jakby  ją  ktoś  ścisnął  w 
imadle, a przed nią lśniące szyny falowały ciągnąc ją dalej, naprzód, 
wciąż dalej i dalej. Nagle poczuła zapach, mdlący, intensywny, niemal 
słodki. Jej uszy wypełnił ryk - hałas jednocześnie znajomy, a zarazem 
obcy, który dotarł do niej jakby przez mgłę. Tak, czuła zapach spalin 
dieslowskiego  silnika  i  słyszała odgłosy  pędzących  po  autostradzie 
pojazdów, które mogły istnieć tylko w przyszłości, w jej świecie.

O Boże, to wszystko jest tak blisko, musi tylko iść dalej, pokonując 

zawrót  głowy  i  strach,  i  ból  w  skroniach.  Może  się  uwolnić  od 
przeszłości.  Jeśli  tylko  będzie  dostatecznie  mocno  chciała,  może 
opuścić Willa Dutchera i jego ranczo. Rifle i dzieci. Może...

- Panno Emily!
Emily szybko odwróciła głowę i wizja znikła. To Mary ciągnęła ją 

za spódnicę.

- Panno Emily, nic pani nie jest? Czy coś się stało? - pytała Mary, 

zaniepokojona, z wyrazem troski na buzi.

Wśród rozpaczliwych pytań dziewczynki cała wizja ulotniła się jak 

dym.  Emily  głęboko  zaczerpnęła  tchu  i  wolno  wypuściła  powietrze 
czując, jak jej serce uspokaja się powoli.

- Panno Emily?
- Tak, Mary, wszystko w porządku - odparła. 
- Czuję się bardzo dobrze. - Kiedy brała do ręki drobną dłoń Mary, 

ogarnął ją smutek. Smutek, a jednocześnie pełne melancholii uczucie 
ulgi.  Powinna  była  iść,  ale  się  zawahała.  O  Boże,  tak,  powinna  była 
iść!

-  Tak  długo  pani  tam  stała,  że  się  zaniepokoiłam  - powiedziała 

dziewczynka.

Emily poklepała ją po ręce.
- Nie ma powodu do niepokoju, kochanie. No, wracamy do bryczki. 

Jedziemy do domu.

Dlaczego się zawahała?

background image

ROZDZIAŁ 9

-  A  teraz,  dnia  czternastego  maja  roku  pańskiego  tysiąc  osiemset 

dziewięćdziesiątego  trzeciego,  zgodnie  z  porządkiem  dziennym: 
Stowarzyszenie  Hodowców  Grand  Valley  -  powiedział  Ollie 
McCrudden i uderzył młotkiem.

Szmer  głosów  ustał.  Słychać  było,  jak  uczestnicy  zebrania 

odwracają głowy i rozdeptują obcasami niedopałki cygar.

-  No,  jak  tam,  panowie,  są  jakieś  stare  sprawy  do  załatwienia?  -

zapytał Ollie McCrudden.

Will  zawiesił  sobie  kapelusz  na  kolanie  i  nastawił  uszu.  Thad 

Wooderson dalej się pieklił o to, że Dashel George postawił tamę na 
strumieniu - stara historia. Trzeba było ustalić daty Dni Arbuzowych, 
zorganizować  piknik  z  okazji  czwartego  lipca,  rodeo  i  jarmark  we 
wrześniu.  Potem  sprawozdanie  Telia  Listera  z  jego  wyników 
hodowlanych  w  związku  z  kupnem  nowego  byka  rasy  Hereford. 
Wszyscy słuchali, podkręcając wąsy, bawiąc się wstążkami kapeluszy, 
chustkami na szyję czy szelkami — stare sprawy nie były dziś ważne i 
Will to wiedział.

Dziś szykowała  się  wielka burza.  Zjawili się  wszyscy  mieszkający 

w  promieniu  wielu  kilometrów.  Zgromadzili  się  tutaj  z  jednego, 
jedynego  powodu.  Wcale  nie  po  to,  żeby  słuchać  narzekań 
Woodersona na prawa dotyczące dostępu do wody.

-  Wobec  tego  przechodzimy  do  nowych  spraw  -  zagrzmiał 

McCrudden. - Mam pewną propozycję. Kto popiera mój wniosek?

-  Lepiej  nam  powiedz,  o  co  chodzi,  McCrudden!  - zawołał  ktoś  z 

tłumu niezbyt grzecznie, a zaraz potem rozległy się śmiechy.

- Wiesz dobrze, o co chodzi, Martinson - odparł McCrudden. Złapał 

leżący przed nim na stole egzemplarz „Wiadomości Gór Skalistych" i 
uniósł  w  górę,  tak  żeby  każdy  mógł  zobaczyć.  „Run  na  złoto"  -
krzyczały nagłówki. „Banki sięgają do rezerw".

Will poprawił się na twardym krześle. Zdążył już przeczytać gazetę, 

ale jej widok tutaj zepsuł mu humor. Był wyraźnie rozdrażniony.

- Bob Bergener - mówił właśnie McCrudden – robi dokładnie to, o 

czym donosi gazeta w skali całego kraju. Moje pytanie brzmi: w jaki 
sposób zamierzamy go powstrzymać?

- Nie możemy go powstrzymać, Ollie - odezwał się ktoś z tyłu. 

background image

-  Bank  jest  jego  i  pieniądze  są  jego.  On  je  nam  tylko  pożyczył. 

Jeżeli  domaga  się,  żebyśmy  mu  je  zwrócili,  to  chyba  ma  do  tego 
prawo.

- Nie mówmy o prawie - powiedział Kelly Phelps. 
-  Podpisaliśmy  dokumenty,  w  których  zostało  określone,  kiedy 

mamy oddawać  i  ile. A Bob  chce  zmienić warunki.  Uważam,  że nie 
ma  do  tego  prawa!  -  Wybuchła  awantura.  Słychać  było  podniesione 
głosy, zatroskane, gniewne.

McCrudden uderzył młotkiem.
- Zamknijcie się! - ryknął.
Will patrzył na swoich przyjaciół i sąsiadów, wiedząc doskonale, co 

czują.  Ich  życie,  ziemia,  którą  wydarli  surowej  przyrodzie,  bydło, 
które  karmili,  obojętne,  czy  deszcz,  czy  susza,  rodziny...  wszystko 
było teraz zagrożone. To nie fair - myślał. 

-  Żywimy  cały  cholerny  kraj,  łącznie  z  tłustymi  politykami  z 

Waszyngtonu, a teraz mamy pić piwo, którego oni nawarzyli.

- Musimy się trzymać razem - wyrwał się ktoś z zebranych. 
-  Płaćmy  tylko  tyle,  ile  mamy obowiązek,  ani  centa  więcej.  Niech 

się Bergener ugotuje we własnym sosie.

- Ale on może zamknąć bank! - zawołał ktoś inny. 
Razem  z  naszymi  pieniędzmi.  To  prawda,  że  nam  udzielił 

pożyczek, ale z kolei całe oszczędności trzymam u niego w depozycie. 
Wszyscy jedziemy na tym samym wózku.

Rozległy  się  pomruki,  słowa  aprobaty,  szmer  szeptanych 

komentarzy.

Will słuchał nie zabierając głosu. Nie należał do wygadanych. Jeżeli 

już  wygłaszał  swoje  zdanie,  było  ono  Starannie  przemyślane.  Dziś 
tylko słuchał.

Wiedział  dobrze,  jak  i  wszyscy  zebrani,  że  poważne  kłopoty  ze 

skarbem  Stanów  Zjednoczonych  zaczęły  się  kilka  lat  temu,  kiedy 
Kongres  uchwalił  Prawo  Shermana  o  Skupie  Srebra.  Z  pewnością 
początkowo  było  ono  korzystne  dla  Zachodu  -  zwłaszcza  dla  kopalń 
srebra w Górach Skalistych - rząd bowiem zobowiązał się kupować od 
nich  o  pięćdziesiąt  procent  więcej  srebra,  żeby  w  ten  sposób
stymulować  rozwój  tych  terenów.  Za  to  wszystko  przyszło  teraz 
zapłacić wysoką  cenę:  z powodu  skupu  srebra na taką skalę rezerwy 
złota  osiągnęły  przerażająco  niski  poziom.  Wszyscy  byli  przerażeni. 
Mówiono o szturmach na banki, wróżono nadejście ciężkich czasów, 

background image

na  ustach  wszystkich  były  likwidacje  i  bankructwa  banków.  A  Bob 
Bergener był nie mniej przerażony niż inni.

Znów stuknął młotek.
-  Czy  może  któryś  z  wysokiej  klasy  specjalistów  od  finansów  -

powiedział z ironią Ollie McCrudden - ma jakiś konkretny pomysł?

-  Sprzedać  bydło  -  odparł  Phelps  -  wziąć  za  nie  grube  pieniądze  i 

trzymać je w pończosze.

-  Gdyby  każdy  tak  zrobił,  Phelps,  to  cena  wołowiny  W  krótkim 

czasie  spadnie  tak  drastycznie,  że  trzeba  będzie  resztę  bydła
wystrzelać  - burknął Martinson w odpowiedzi.

-  A  jeśli  bank  zostanie  zamknięty,  to  i  tak  wszystko,  co  w  nim 

mamy, przepadnie - wtrącił ktoś inny.

- To musimy razem iść i podjąć swoje pieniądze. I to najlepiej już 

jutro! - wykrzyknął Tell Lister.

W tym momencie Will nie wytrzymał.
- To jest właśnie run na bank - powiedział cedząc słowa. 
-  Bergener  straci  ostatnią  koszulę,  ściągnie  z  nas  długi,  ale  bank 

upadnie. Nie widzę w tym żadnego sensu.

- Co z tobą, Dutcher, chyba słuchasz rad tej swojej nowej gospodyni 

czy co?

Rozległy się chichoty i pomruki.
-  Kto  to  powiedział?  -  spytał  Will,  któremu  zrobiło  się  gorąco  w 

okolicy kołnierzyka. 

-  Wiecie  doskonale,  że  nie  jestem  z  tych,  co  to  słuchają  kobiety. 

Chyba już nic głupszego nie można było wymyśleć.

- Słyszałem, że jest całkiem bystra - wyrwał się Abner Fisher. 
- I wykształcona. No i niczego sobie z wyglądu.
- Co ma do diabła z tym wszystkim wspólnego moja gospodyni? 
-  zapytał  Will  surowo,  wyzywającym  wzrokiem  wodząc  po 

zebranych, z których większość spuszczała oczy.

- Kompletnie nic - powiedział Ollie McCrudden. 
- Porozmawiajmy  o  czymś  naprawdę  sensownym.  Mamy 

ważniejsze sprawy do omówienia niż gospodyni Dutchera, wy durnie.

Znów  podniosły  się  głosy,  które  McCrudden  uciszył  stuknięciem 

młotka.  I  tak  jeszcze  jakieś  pół  godziny  ludzie  źli  i  przestraszeni 
próbowali  znaleźć  wyjście  z  sytuacji.  Kiedy  wybiła  siódma,  a  w 
dalszym  ciągu  nie  zanosiło  się  na  koniec  sporów,  McCrudden 
powiedział:

background image

-  Ludzie,  dosyć  tego  wałkowania.  Trzeba  odsunąć  krzesła  i 

przygotować podłogę do tańca. Panie na nas czekają i jedzenie stoi na 
ogniu.  Wrócimy do  sprawy w przyszłym  miesiącu. Ogłaszam  koniec 
zebrania. 

- Bang! - stuknął młotek.
-  Popieram!  -  wrzasnął  ktoś  ze  środka  sali  i  natychmiast  napięcie 

opadło.  Rozległy  się  śmiechy  i  mężczyźni  zaczęli  szykować  się  na 
doroczny bal Stowarzyszenia Hodowców.

Co tak cicho - pomyślała Emily wchodząc do budynku szkolnego z 

trójką  dzieci.  Ale  wiedziała  dlaczego.  Czytała  nagłówki  w 
„Wiadomościach  Gór  Skalistych".  Bez  wątpienia  musieli  o  tym 
dyskutować.  O,  jakże  chętnie  wystąpiłaby  przed  nimi  na  zebraniu 
hodowców  i  powiedziała,  co  mają  robić!  Cóż,  kiedy  nikt  by  jej  nie 
słuchał.

Zaniosła  koszyk  z  bułkami,  pierogiem  i  kompotem  z  suszonych 

owoców do sali i rozstawiła to wszystko na jednym z długich stołów
ustawionych  pod  ścianą.  Przed  budynkiem  kobiety  zaczęły  już  piec 
mięso - kawały wołowiny, żeberka, steki i kotlety syczały na ruszcie 
wypełniając powietrze aromatem, od którego leciała ślinka. Żaden bal 
nie mógł się obyć bez tradycyjnego barbecue.

- Czy mogę kawałek pieroga? - zapytał Burkę.
-  Nie,  nie,  jeszcze  nie  teraz,  po  obiedzie,  wiesz  przecież,  mały 

smyku - odpowiedziała Emily szukając wzrokiem Willa.

- Tam jest wujek Will - wskazała palcem Mary.
To  śmieszne  -  pomyślała  Emily  -  że  jest  tak  wyraźnie  podniecona 

perspektywą imprezy. Była to pierwsza zabawa, w której miała wziąć 
udział, a znając nieprzyjemny stosunek do siebie kobiet z Rifle, czuła 
się bardzo niepewnie. 

Dobrze,  że  miała  przy  sobie  dzieci  -  z  jednej  strony  Burke'a,  z 

drugiej  Mary.  Poza  nią  wszyscy  się  tu  znali,  byli  albo  rodziną,  albo 
starymi przyjaciółmi, lub partnerami w interesach.

Żałowała,  że  Will  nie  mógł  jej  tu  wprowadzić,  ale  powiedział,  że 

musi być na zebraniu Stowarzyszenia Hodowców i że się spotkają na 
miejscu. A ona krępowała się powiedzieć: Will, ja się boję spotkania z 
tymi ludźmi, czy nie mógłbyś mnie wprowadzić?

Zobaczyła go teraz w drugim końcu sali. Stał z pochyloną głową i z 

kimś rozmawiał.

- Chodźmy, panno Emily, chodźmy do wujka - zachęcała ją Mary.

background image

Tłum  przerzedził  się  nieco  i  Emily  zobaczyła,  z  kim  Will 

rozmawiał. Była to pani Lindley, która dosłownie promieniała. Jej loki 
jasnoblond  pełne  były  aksamitnych  kokardek.  Emily  oblała  się 
rumieńcem.

-  Nie,  kochanie,  wujek  jest  zajęty.  Chodź,  pójdziemy  najpierw 

rozpakować jedzenie.

W kilka minut później pojawił się Jesse ciągnąc Willa za rękę.
- Popatrz, wujku, panna Emily upiekła pieróg i ugotowała kompot z 

owoców.

- Jak się masz, Will - powiedziała sztywno Emily. Skinął głową w 

odpowiedzi.

- Straszne tutaj tłumy...
- Mhm. - Przygładził wąsa. 
- Nie miałaś kłopotu z zaprzęganiem?
- Nie, pomógł mi Antonio.
- Byłaś już tam, na zewnątrz, i próbowałaś może barbecuel
- Nie, jeszcze nie.
- Wszystkie dzieci z tobą przyjechały? Jeśli tak, to chodźmy, zanim 

kolejka sięgnie do Glenwood.

Wiele osób pozdrawiało Willa, biorąc Mary pod brodę, a Jessemu i 

Burke'owi mówiąc, jak bardzo urośli i jak są podobni do swego taty. 
Will przykładnie przedstawiał im Emily:

- A to jest moja gospodyni, panna Emily Jacoby z Filadelfii.
Mężczyźni  mierzyli  ją  zwykle  od  stóp  do  głów  i  uśmiechali  się 

uchylając  kapeluszy,  kobiety  zaś  zdobywały  się  co  najwyżej  na 
wymuszone  uprzejmości  albo  po  prostu  z  niesmakiem  kiwały 
głowami.  Emily  zdecydowała  jednak,  że  nie  będzie  się  nimi 
przejmować. 

Ostatecznie  nic  sobą  nie  reprezentowały  -  co  ją  obchodzą,  jedna  z 

drugą, jakieś ciemne baby sprzed stu lat. Co z tego, że miały rodziny, 
przyjaciół,  mężów,  dzieci  i  społeczność,  do  której  należały?  Co  z 
tego? To nie był jej świat.

Emily, wyprostowana, trzymała głowę wysoko do góry. Uśmiechała 

się  do  wszystkich  uprzejmie,  zarówno  do  mężczyzn,  jak  i  kobiet,  i 
chwaliła ich domowe wyroby.

Kiedy  już  wszystko  zostało  zjedzone,  zaczęła  grać  orkiestra  z 

Glenwood  Springs  i  goście  puścili  się  w  tany  -  ojcowie  z  córkami, 
synowie  z  matkami,  narzeczeni,  kuzyni,  siostry.  Tańczono  bez 

background image

żadnego  stylu  czy  kroku, ale  widać  było,  że  wszyscy  świetnie  się 
bawią.  Pani  Fisher  tańczyła  z  doktorem  Tichenorem,  którego 
szacowne  oblicze  płonęło  nad  siwą  bródką.  Tate'owie  statecznie 
płynęli w tańcu, zaś Ollie McCrudden energicznie obracał swoją żonę, 
Rebe.

A  Will...  Will  rozmawiał  z  ludźmi,  wystukując  rytm  nogą  i 

pojadając  ciastka,  ale  nawet  mu  nie  w  głowie  było  poprosić 
którąkolwiek z pań do tańca.

-  Nie  tańczysz,  wujku?  -  spytała  niewinnie  Mary,  jakby  czytała  w

myślach Emily, jakby w jej imieniu zadała to pytanie.

- Ja tam nie bardzo umiem tańczyć, Mary - odparł Will. 
- Nikt mnie nie nauczył.
Ja  cię  nauczę.  Chodź,  zatańczymy,  wujku  -  wykrzyknęła  Mary 

podniecona.

- Och, Mary, ja nie wiem.
Ale poderwał  ją w górę i zakręcił  w takt dixie. Zachwycona  Mary 

chichotała,  a  jej  blond  warkoczyki  fruwały  w  powietrzu.  Emily 
podziwiała,  jak  zgrabnie  Will  się  porusza,  wpatrzona  w  jego  wąskie 
biodra  i  szerokie  ramiona,  długie,  lekko  krzywawe  nogi,  ciemny 
surdut napięty na plecach, kiedy trzymał Mary w objęciach. A do tego 
-  rzecz  u  niego  rzadka  -  spod  ciemnych  wąsów  łyskały  w  uśmiechu 
białe  zęby,  zaś  na  policzku  widać  było  dołek,  tak  -  miał  dołek  w 
policzku! Emily nigdy go dotychczas nie zauważyła.

- Niech pani patrzy, panno Emily, oni tańczą. Śmieszne, prawda? 
- powiedział Burkę.
- Tak, kochanie, bardzo śmieszne.
W  tym  momencie  odwróciła  się  i  natrafiła  na  utkwione  w  siebie 

spojrzenie...  pani  Lindley.  Emily  uniosła głowę,  odwzajemniła 
spojrzenie i uśmiechnęła się do niej.

Orkiestra  przestała  grad  i  Will  z  Mary  wrócili.  Will  był  spocony, 

Mary zarumieniona.

- Widzieliście nas? - spytała. 
- Ale było przyjemnie,  wujku!  A teraz zatańcz koniecznie z panną 

Emily. Jej nie będziesz musiał unosić w górę.

-  Tak,  wujku,  zatańcz  -  podchwycił  Burkę,  radośnie  klaszcząc  w 

ręce.

Emily wyczuła nagłą zmianę nastroju - jakby wokół nich wszystko 

zamarło. Spojrzała ukradkiem na Willa i zobaczyła, jak z jego twarzy 

background image

znika uśmiech, a szyja powoli oblewa się rumieńcem.

- Wiesz co, smyku, ja myślę, że wujek jest zmęczony, a ja... ja nie 

bardzo znam ten krok.

- Wujek też tak mówił - wtrącił się Jesse - ale okazało się, że umie 

tańczyć. To bardzo łatwe.

- Och, ja myślę, że...
- Ale ja was proszę - nalegała Mary. 
- Wszyscy tańczą, panno Emily.
- Mary - zaczął Will. 
- Sądzę, że...
-  Prosimy,  prosimy  -  wołała  chórem  cała  trójka,  podskakując  jak 

piłeczki. 

- Musicie zatańczyć!
Orkiestra  zaczęła  grać  „My  Darling  Clementine",  a  Emily  i  Will 

stali  patrząc  na  siebie  i  słuchając  piskliwych  głosików  dzieci.  Emily 
wstrzymała  oddech,  dosłownie  porażona,  niezdolna  dobyć  słowa, 
niezdolna  ruszyć  się  z  miejsca.  Znajome,  zawodzące  nuty  pulsowały 
jej w głowie, wyznaczając rytm serca: Oh, my darlin', oh, my darłin', 
óh, my darlin' Clementine. You are lost and goneforever.
..

Powoli, opornie, ręce Willa oderwały się od jego boków. Przeszył ją 

spojrzeniem  ciemnoniebieskich  oczu,  jakby  chciał  powiedzieć: 
„Zrobię to, ale tylko, jak będę musiał". Czekał.

Emily  nie  miała  wyboru  -  nie  było  dla  niej  ucieczki.  Podeszła  do 

niego nie spuszczając oczu. Prawą ręką dotknął jej dłoni, lewą położył 
lekko  w  talii.  Patrzyła  prosto  przed  siebie,  ponad  jego  ramieniem, 
poruszając się sztywno na odległość wyciągniętego ramienia.

Oddech  miała płytki,  urywany, jakby się bała wciągnąć w nozdrza 

jego zapach. Jej serce tłukło się w piersi jak oszalałe. 

- Spokój! - nakazała sobie w myślach. 
- To przecież tylko taniec.
Nie wymienili  między  sobą  ani  słowa,  ani  nawet  uśmiechu.  Kiedy 

spojrzała  na  niego  ukradkiem,  stwierdziła,  że  Will  ma  kamienną 
twarz, która przypominała maskę bez wyrazu. Melodia zdawała się nie 
mieć  końca.  Emily  niezdarnie  poruszała  nogami,  świadoma  tego,  że 
Will z trudem wytrzymuje ich zbliżenie.

A  jednak  pod  dotykiem  jego  dużych,  spracowanych  dłoni  czuła 

ciepło,  jakby  ją  liznął  płomień,  ciepło,  które  sprawiało,  że  miała 
miękkie kolana i nogi jak z waty.

background image

Taniec  trwał,  wydawałoby  się,  całą  wieczność.  Pośród 

roześmianych,  wirujących  par  zataczali  koła  wyobcowani  i 
skrępowani,  jak  wyspa  smutku  pośród  morza  wesołości  i  gwaru. 
Emily  czuła  na  sobie  ludzkie  spojrzenia,  męskie  -  pełne 
zainteresowania,  kobiece  -  zawiści.  A  pani  Lindley...  W  jej 
niebieskich utkwionych w nich oczach płonęła dzika uraza. Ja go nie 
chcę  -  myślała  Emily  -  możesz  go  sobie  wziąć.  Tu  nie  jest  moje 
miejsce.

Orkiestra przestała wreszcie grać i między Willem a Emily zapadła 

grobowa cisza. Emily próbowała się uśmiechnąć. 

- Dziękuję - mruknęła w końcu, spuszczając oczy.
-  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie  -  skłamał.  Dalszy  ciąg 

wieczoru był dla Emily męką. Nawet

kiedy Abner Fisher z szalonego klanu Fisherów poprosił ją do tańca, 

była sztywna, niezdarna i tak napięta, że miała ochotę płakać. Czując 
rozczarowanie  młodego  człowieka  próbowała  robić  dobrą  minę  do 
złej gry.

- Skąd pani jest, panno Emily, że pozwolę sobie zapytać? 
- Wirując dokoła sali mijali właśnie orkiestrę i grupkę ludzi, wśród 

których  Emily  dostrzegła  patrzące  spode  łba  kobiety  o  surowych 
twarzach,  roześmianych  mężczyzn  sięgających  do  wazy  z  ponczem, 
dzieci bawiące się w chowanego.

- Ze Wschodu, z Filadelfii - odparła.
- Czy to duże miasto?
- Owszem, dość duże, ale nie tak jak Nowy Jork czy Los Angeles.
- Los Angeles? - zapytał zdziwiony.
-  Tak,  Los  Angeles,  w  Kalifornii.  -  Boże,  pomyślała  przecież  w 

1893  roku  Los  Angeles  było  niewielkim  ośrodkiem  turystycznym,  o 
którym mało kto słyszał.

- Aha, Los Angeles, śmieszna nazwa.
- Jeszcze o nim usłyszymy. Ono się bardzo rozwinie. Emily zrobiła 

sobie z tego zabawę.

Abner,  krzepki  farmerski  syn  w  koszuli  z  zawiniętymi  rękawami, 

przyciągnął  ją  bliżej  do  siebie.  Miała  dziwne  uczucie  klaustrofobii, 
była napięta, a jednocześnie żal jej było Abnera, czuła na sobie jednak 
wrogie spojrzenia pani Lindley i jej drużyny. Proszę bardzo, oto ona, 
ta  bezczelna  kobieta,  sprowadza  na  manowce  kolejnego  mężczyznę-
mówiły.

background image

A  Will...  Od  czasu  do  czasu  widziała  go,  jak  stoi  pod  ścianą, 

gładząc wąsa, pogrążony w rozmowie, ale ani razu nie spojrzał w jej 
stronę.

Po  jednym  tańcu  Abner  odprowadził  ją  na  miejsce,  co  Emily 

przyjęła  z  ulgą.  Zbyt  wiele  wysiłku  kosztowało  ją  utrzymanie 
uprzejmego wyrazu twarzy i udawanie, że wszystko jest w najlepszym 
porządku.

Bo przecież nie było. Ani z nią, ani z Willem, ani z kobietami, które 

patrzyły  na  nią  wrogo,  prowokacyjnie.  Zastanawiała  się,  czy  nie 
poprosić Willa, żeby już wyszli, ale oznaczałoby to całkowity tryumf 
miejscowych matron, a Emily nie zamierzała im tak łatwo ustępować. 
Wytrwa do końca bez względu na to, ile ją to będzie kosztowało.

- Już pani nie tańczy? - spytała Mary ciągnąc Burke'a za rękę.
- Nie, nie, kochanie, nogi mnie bolą. Jestem już chyba za stara.
- Pani wcale nie jest stara - odparła Mary. 
- Dlaczego pani nie porozmawia z wujkiem Willem?
-  Na  miłość  boską,  Mary,  przestań  mnie  zadręczać  pytaniami! 

Warkocze ci się porozplataly, chodź no tu do mnie, to ci je poprawię 

- odparła Emily rozdrażniona.
-  Ale  tu  jest  tak  wesoło  -  poinformował  ją  Burkę,  z  jednym 

cukierkiem w buzi, a drugim w brudnej piąstce.

 To dobrze, smyku, gdzie jest Jesse?
-  Na  dworze,  bawi  się  z  chłopakami.  Ale  oni  są  niegrzeczni  -

powiedziała Mary z pogardą.

Kiedy orkiestra skończyła grać, Emily była wykończona. Drżała ze 

zmęczenia  i  napięcia  i  z  przyjemnością  poszła  po  talerze,  salaterki, 
koszyk i płaszcze dzieci.

Idę  do  koni  -  oznajmił  Will  i  było  to  wszystko,  co  miał  jej  do 

powiedzenia od czasu tamtego fatalnego tańca.

- Dobrze - odparła. 
- A ja zbiorę dzieci. Odczuła ulgę. Za chwilę już ich tu nie będzie i 

wtedy usiądzie  sobie  spokojnie,  odpręży  się  i  spróbuje  zapomnieć  o 
całej tej męce. 

Nigdy więcej - przysięgła sobie - już nigdy więcej nie narazi się na 

okrucieństwo tych łudzi.

Z  koszykiem  na  ręce,  z  trójką  dzieci  przed  sobą,  ruszyła  przez 

rzednący  tłum  do  drzwi.  Ludzie  ściskali  się,  całowali  i  mówili  o 
następnym  spotkaniu.  Gaszono  jedną  po  drugiej  lampy  naftowe, 

background image

sprzątano ze stołów, orkiestra chowała instrumenty.

Dzięki Bogu już po wszystkim - pomyślała Emily.
Wyszedłszy  na  zewnątrz  zaczerpnęła  głęboko  chłodnego  nocnego 

powietrza. Wiatr owiewał jej twarz, a wysoko na ciemnym bezmiarze 
nieba  świeciły  gwiazdy.  Nareszcie  może  wrócić  do  domu,  gdzie 
przynajmniej  czuje  się  bezpieczna  i  gdzie  są  dzieci,  którym  jest 
potrzebna. Bogu dzięki.

-  Przepraszam,  panno  Jacoby.  -  Doszedł  Emily  z  ciemności  jakiś 

głos.  -  Czy  mogłaby  pani  wrócić  jeszcze  na  moment?  Czegoś  pani 
zapomniała.

Była to pani Lindley. Emily westchnęła.
-  Idźcie  dzieci,  wujek  czeka  na  was  w  bryczce.  A  ja  za  chwilę 

wracam. Mary, weź koszyk.

Weszła  do  niemal  już  pustej  mrocznej  sali,  niczego  nie 

podejrzewając. Nie błysnęła inteligencją - pomyślała później.

- Ciekawe, czego zapomniałam - powiedziała. 
- Czasami jestem okropnie roztargniona.
Powinna się była domyśleć. W sali czekały na nią kobiety. Socjeta 

Rifle, Kolorado, same matrony: pani Lindley, pani Tatę, pani Fisher i 
parę  innych,  których  nazwisk  nie  znała,  ale  które  zapamiętała  z 
widzenia.

- Och... przepraszam, czy tu jest...? - zaczęła.
-  Panno  Jacoby  -  odezwała  się  pani  Lindley  -  chciałyśmy  z  panią 

porozmawiać.

- Ale ja naprawdę muszę iść... Will i dzieci czekają-
- Will? Ma pani na myśli pana Dutchera? - spytała pani Tatę.
Teraz  już  wiedziała,  z  chłodną  pewnością,  od  której  przeszedł  ją 

dreszcz.

- Przepraszam - powiedziała i odwróciła się, chcąc wyjść.
Pani Fisher złapała ją za rękę stalowym uchwytem.
- Chwileczkę, panienko.
- Czujemy się tu odpowiedzialne... - zaczęła pani Lindley. 
- To jest małe miasto i społeczność bardzo zżyta, musimy pilnować 

własnych interesów.

-  Nie  bardzo  rozumiem,  co  ja  mam  z  tym  wszystkim  wspólnego  -

powiedziała Emily, patrząc znacząco na rękę pani Fisher.

- Musimy dbać o moralne zachowanie  w naszym mieście, musimy 

bardzo na to uważać. 

background image

- Ton pani Tatę pełen był fałszywego poczucia godności.
- Proszę puścić moją rękę - Emily zwróciła się ostro do pani Fisher -

w  tej  chwili.  Pani  Fisher  puściła.  Emily  spojrzała  na  nią  z  dumnie 
podniesioną głową. 

- Nie zrobiłam nic  złego i nie zamierzam się z niczego  tłumaczyć. 

Jak śmiecie insynuować... 

- Mamy swoje zasady - przerwała jej pani Lindley - proste i jasne, 

panno  Jacoby.  Na  naszych  spotkaniach  towarzyskich  nie 
potrzebujemy  służby.  Służba  ma  swoje - Emily  zaniemówiła.  Z 
wściekłości oblała się rumień-Hem.

-  Nie  jestem  bardziej  służącą  niż  wy  tu  wszystkie.  Prowadzę  dom 

Willowi  Dutcherowi  i  zajmuję  się  dziećmi.  Nie  ważcie  się  więcej 
mnie dotykać czy odzywać się do mnie w ten sposób, zrozumiałyście, 
damy? 

- Każdej po kolei posłała spojrzenie, jakie zwykle rezerwowała dla 

przedstawiciela  mafii,  kiedy  przychodził  do  jej  banku  w  sprawie 
prania pieniędzy. Następnie obróciła się na pięcie zamiatając spódnicą 
i... już jej nie było.

background image

ROZDZIAŁ 10

Przez  całą  drogę  do  domu  Emily  nie  odezwała  się  słowem. 

Przełykała  nerwowo  i  zagryzała  wargę,  gotując  się  ze  złości,  ale  nic 
nie mówiła. Zamierzała to jednak zrobić. Niech no tylko dzieci pójdą 
spać, to już Will z pewnością od niej usłyszy.

To  jego  wina.  Powinien  znać  miejscowe  zwyczaje  -  myślała  -

dlaczego kazał przyjść jej i przyprowadzić dzieci. To jego miasto. To 
on powinien znać reguły... Oczywiście, że znał. A może... może ją tam 
zaprosił, żeby ją upokorzyć? O, Boże.

-  Wspaniała  była  zabawa,  prawda,  panno  Emily?  - odezwała  się 

Mary.

- Tak, cudowna, kochanie.
Podczas  gdy  Will  odprowadzał  konie  do  stajni,  Emily  poszla  z 

dziećmi na poddasze. Jedno po drugim myło juzie, wieszało ubranie w 
szafie i odmawiało pacierz na klęczkach.

Po zmówieniu pacierza Burkę oświadczył:
- Ja nie jestem śpiący.
- Zamknij się. 
- Emily usłyszała głos Jessego.
- Nienawidzę chłopaków - powiedziała Mary wyższością.
Emily westchnęła i otuliła Burke'a kołdrą.
- Dzieci, jest już późno, zostawmy to wszystko do jutra, zgoda?
Mary zachichotała, a Jesse spojrzał dziwnie na Emily.
- Co mamy zostawić do jutra?
- Wszystko. 
- Emily zgasiła lampę. 
- Życzę wam miłych snów, urwisy.
- Dobranoc, panno Emily - odpowiedzieli chórem. Zastała Willa w 

saloniku;  palił fajkę, z nogą założoną na nogę. Tak obojętnie, tak od 
niechcenia.  Zagotowało  się  w  niej  wszystko.  Powinien  znać 
miejscowe obyczaje. Skinął jej krótko głową.

- Dzieci śpią? - Smuga błękitnego dymu uniosła się z fajki wijąc się 

dokoła jego głowy.

-  Leżą  w  łóżkach  -  odparła  sztywno  Emily,  zastanawiając  się,  od 

czego zacząć. Wzięła się pod boki, patrząc mu prosto w oczy.

- Powiedz mi jedną rzecz. 

background image

- W dalszym ciągu stała przy drzwiach. 
- Czy ja według ciebie jestem służącą? 
Spokojnie, powtarzała sobie w myślach, nie trać zimnej krwi.
Will powoli uniósł wzrok.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Dokładnie to, co powiedziałam: czy według ciebie jestem służącą?
-  Myślę,  że  bycie  gospodynią  to  w  pewnym  sensie  służba.  Ale 

oczywiście Antonio jest bardziej...

-  W  porządku  -  powiedziała  Emily,  której  dolna  warga  zaczęła 

drgać. 

- To wobec tego, jakie są miejscowe obyczaje, jeśli chodzi o udział 

służby w zabawach publicznych?

- Ja... ja nie jestem pewien...
- Owszem, jesteś!
- Ale o co chodzi?
- Kazałeś mi przyjść na tańce, wiedząc doskonale, że mnie narażasz 

na upokorzenie!

- Ja nigdy...
Na tym spokój Emily się wyczerpał. Tupnęła nogą.
- Sam mnie upokorzyłeś! Tylko chciałabym wiedzieć, dlaczego. Co 

ja ci takiego...

- Czy ktoś cię obraził? - Will odłożył fajkę.
- Wiesz doskonale kto.
- A skąd ja mam to niby wiedzieć? 
-  W  jego  głosie  zabrzmiała  irytacja.  Była  to  reakcja  na  jej 

agresywne zachowanie.

-  Kobiety.  A  w  szczególności  twoja  pani  Lindley,  ale  za  nią  stało 

całe miasto. Powiedz mi, Will, dlaczego do diabła kazałeś mi przyjść 
na tę zabawę?

Już  po  raz  drugi  w  przeciągu  minuty  zaklęłaś  przy mnie.  Jeżeli 

sobie wyobrażasz, że będę siedział i spokojnie tego słuchał...

- Pocałuj mnie w d...! - To powiedziawszy Emily odwróciła się do 

niego plecami. Chciała odejść, ale usłyszała, jak Will wstał z krzesła i 
zrobił krok w jej stronę. Czuła w głowie łomot krwi.

-  Rozumiem,  że  chciałaś  mnie  znieważyć  -  powiedział  wolno  i 

poważnym tonem.

-  Doskonale  to  zrozumiałeś,  przyjemniaczku  -  wyrzuciła  z  siebie 

odwracając się do niego i wysuwając brodę do przodu.

background image

Will stał z marsem na czole.
- Czy powiesz mi wreszcie, o co ci chodzi z tym upokorzeniem i z 

tym, że jesteś służącą?

Emily zacisnęła pięści usiłując opanować złość.
- Tak, jakbyś nie wiedział!
- Mów! - polecił jej szorstko.
-  Te...  te  kobiety.  Pani  Fisher  i  pani  Tatę,  i  Violetta  Lindley. 

Powiedziały  mi,  że  jestem  służącą  i  że  mam  się  nie  pokazywać  na 
tańcach. „Służba ma swoje" - powtórzyła za nimi.

- Tak ci powiedziały?
-  Tak.  Tak  mi  właśnie  powiedziały.  Zrobiły  to  specjalnie,  a  ty 

przecież  powinieneś  wiedzieć!  Stawiasz  mnie  w  takiej  okropnej 
sytuacji  i  nic  cię  nie  obchodzi,  co  ja  czuję!  -  oddychała  ciężko, 
czerwona ze złości. 

- Jak śmiesz mnie w ten sposób traktować!
- Ach, te kobiety - mruknął Will pod nosem. 
- Czasem się rzeczywiście posuwają za daleko.
- Tak, za daleko się posuwają! - wykrzyknęła Emily.
-  Nie  zwracaj  na  nie  uwagi.  Po  prostu  lubią  intrygi.  Nie  mają  nic 

lepszego do roboty.

-  Przypuszczam,  że  nie  traktują  tak  każdego  nowego  przybysza. 

Nie, to chodzi o mnie. One mnie nienawidzą. A przecież ja im nigdy 
nic złego nie zrobiłam. Stare wiedźmy!

- Emily...
- Ciągle tylko „Emily" i „Emily".  Daj spokój.  Will spojrzał  na nią 

przeciągle.

-  Najlepiej  będzie,  jak  się  położysz.  Wbiłaś  sobie  do  głowy  coś 

zupełnie niedorzecznego i myślę, że porządny odpoczynek...

- Naturalnie, powinnam wiedzieć, że to wszystko moja wina. Jasne.
-  Idź  spać!  -  tym  razem  w  głosie  Willa  zabrzmiało  surowe 

polecenie.

-  Do  diabła,  nie  będziesz  mi  tu  rozkazywał,  nie  jestem  twoją 

służącą!

-  Dopóki  jesteś  pod  moim  dachem,  bądź  łaskawa  wyrażać  się 

przyzwoicie  -  powiedział  Will  tonem  ostrzeżenia,  a  jego  oczy 
pociemniały z gniewu.

-  Będę  mówiła,  co  mi  się  podoba!  -  wykrzyknęła,  zdając  sobie 

sprawę, że zachowuje się dziecinnie, ale już nie dbała, co sobie o niej 

background image

pomyśli.

- Idź do łóżka - powtórzył groźnie i nieustępliwie.
Stała jeszcze przez chwilę, przyglądając mu się uważnie. Owszem, 

pójdzie  do  łóżka,  to  bardzo  dobry  pomysł,  ale  nie  ma  zamiaru  mu 
ustępować. Wykluczone. Wzięła lampę i ruszyła w stronę schodów.

-  Wiedziałeś  -  powiedziała  tak  głośno,  żeby  mieć  pewność,  że 

usłyszał. 

- Albo wiedziałeś, albo jesteś tak głupi!
Zadowolona  z  siebie,  weszła  na  górę  na  miękkich  ze 

zdenerwowania  nogach.  Odczuwała  satysfakcję.  Przynajmniej 
powiedziała mu w oczy, co o nim myśli. Może się zresztą myli, może 
Will rzeczywiście nigdy nie myślał o niej jako o służącej. W każdym 
razie dała mu nauczkę.

- Emily.
Jego dochodzący z tyłu głos zaskoczył ją. Mało nie upuściła lampy.
-  Ty  myślisz,  że  jesteś  od  nas  lepsza.  Masz  bardzo  wysokie 

mniemanie o Emily Jacoby.

- Możliwe - wyszeptała.
-  I  możliwe,  że  jesteś  przestraszoną  kobietą,  która  ucieka  od 

przeszłości, która.

- To nie twoja sprawa.
- Nie moja? - Will zbliżał się do niej powoli, złowrogo.
- Nie - powiedziała cicho. 
- Moja. Ty nic o mnie nie wiesz.
- Wiem wszystko, co potrzebuję wiedzieć. 
-  Szedł  dalej,  a  jego  sylwetka  w  świetle  lampy  robiła  się  coraz 

większa i większa.

Emily  zaczęło  walić  serce.  Za  daleko  się  posunęła,  nadużyła  jego 

cierpliwości i musiała ponieść konsekwencje swego zachowania. A to 
przecież nie jest rok 1993, w którym kobietę chroni prawo...

Kiedy  tak  stała  w  mroku  korytarza,  twarzą  w  twarz  z  Willem, 

ogarnął  ją  lęk.  Ale  nie  tylko  to  -  czuła  w  sobie  dziką, 
niewytłumaczalną  agresję.  Jakby  w  niej  wzbierał  wybuch,  który 
nieuchronnie  musiał nastąpić.  Jeśli  Will jej  dotknie,  jeśli  się  odważy 
tknąć  ją  choćby  jednym  palcem,  z  pewnością  nie  pozostanie  mu 
dłużna.

Will, z zaciśniętymi pięściami, postąpił jeszcze krok w jej stronę.
- Nie waż się... - wyszeptała, starając się opanować strach.

background image

Zbliżał  się  do  niej  nadal,  krok  po  kroku.  W  migotliwym  świetle 

lampy jego twarz wyglądała demonicznie. Widać było, jak mu chodzi 
żuchwa. Jeszcze krok i.. .był przy niej.

-  Nie  waż...  -  Emily  odsunęła  się,  ale  on  stał  nad  nią,  ogromny,  i 

przeszywał ją na wskroś spojrzeniem swoich niebieskich oczu.

Każdy  najmniejszy  mięsień  w  jej  ciele  był  napięty  jak  struna, 

czujny.  Nagle  złapał  ją  za  ramiona.  Wykręciła  się  gwałtownie, 
usiłując  mu  się  wyrwać  i  jednocześnie  oczyma  przekazując 
ostrzeżenie.

- Tylko się nie waż - syknęła. 
- Puść.
I wtedy - stało się. Przyciągnął ją mocno do siebie, szukając ustami 

jej ust. Próbowała go odepchnąć, ale był za silny. Obejmując ją wpół, 
cały drżący, uniósł ją lekko w górę i pocałował.

Nagle coś się w niej odmieniło i Emily poczuła, jak jakaś nieodparta 

siła każe jej ulec, odpowiedzieć pocałunkiem na pocałunek, i podczas 
gdy rozum mówił „nie", jej ciało...

Nagle Will przerwał pocałunek i cofnął się, a jego twarz wykrzywił 

grymas bólu,  jakiego nigdy u niego nie widziała. Przytknęła  wierzch 
dłoni do obolałych  ust, nie spuszczając z niego  zdumionego  wzroku. 
Drżała na całym ciele, a jej pierś unosiła się i opadała, jak po długim, 
męczącym biegu.

Emily  już  to  wiedziała.  Kiedy  tak  stali  w  odległości  zaledwie 

kilkunastu centymetrów od siebie, drżący i onieśmieleni, zrozumiała, 
że pragnie Willa. Pragnie, żeby ją znów całował, mocno, aż do utraty 
tchu... aż...

- Czy nie rozumiesz - odezwał się niskim, gardłowym głosem - czy 

nie rozumiesz, że ja bym cię nigdy nie skrzywdził?

- Will - tuliła się do niego, oddychając szybko - och, Will, ja... ja cię 

tak bardzo pragnę. Ja... 

- Uniosła ręce do jego twarzy, ledwie dotykając pokrytych zarostem 

policzków. 

- Tak bardzo cię pragnę - wyszeptała, a potem Will pochylił głowę i 

ich wargi znów się spotkały powoli, niepewne, gorące.

Topniała  w  jego  ramionach,  błądząc  palcami  po  jego  szyi, 

przywierając  do  jego  szerokiej  piersi.  Nigdy  dotychczas  nie  doznała 
takiego  pragnienia,  jak  wtedy  kiedy  dłonie  Willa  przesuwały  się 
wzdłuż  jej  pleców  w  górę  ł  w  dół,  tuląc  ją  jednocześnie  w 

background image

miażdżącym uścisku.

Potem,  kiedy  o  tym  myślała,  zdała  sobie  sprawę,  że  to  ona 

poprowadziła  ich  do  jego  pokoju,  że  to  ona  podsycała  ogień 
pocałunków, muskając ustami jego szyję i pierś.

Will  jednak  z  równą  niecierpliwością  i  desperacką  determinacją 

rozbierał ją, sztuka po sztuce zdejmując z niej ubranie, aż stanęli oboje 
idealnie  nadzy,  drżący  Z  pożądania,  rozświetleni  wpadającym  przez 
okno księżycowym blaskiem.

Tylko ną jedną chwilę Will się zawahał.
- Czy jesteś pewna, Emily? - zapytał głosem głębokim, ochrypłym.
-  Niczego  w  życiu  nie  byłam  bardziej  pewna  -  odparła,  bez  tchu, 

przyciągając go do siebie.

Gdzieś  w  zakamarkach  świadomości  Emily  zrodziła  się  myśl,  że 

tam  gdzie  w  grę  wchodzi  miłość  dwojga  ludzi,  czas  i  przestrzeń  nie 
mają  znaczenia.  Równie  dobrze  mogła  być  kobietą  jaskiniową,  jak  i 
przybyszem  z  dalekiej  przyszłości.  A  Will?  Mężczyzna  jest  zawsze 
mężczyzną i zawsze ma te same potrzeby, obojętne, gdzie się to dzieje 
i kiedy.

A  potem  nie  było  już  żadnych  pytań,  tylko  dzikie,  gorące 

pragnienie,  by  stać  się  jednym.  Ich  oczy  spotkały  się,  przekazując 
sobie nieme przesłanie: tak.

Ciało przy ciele, usta przy ustach, wśród namiętnych pocałunków i 

pieszczot,  spleceni  w  uścisku  dążyli  do  spełnienia,  które  przyszło 
nagle jak letnia burza.

Później Emily leżała koło niego, delikatnie wodząc palcami po jego 

piersi.

-  Co  się  stało?  -  zapytał  Will,  unosząc  jej  brodę  i  patrząc  w  oczy 

zamglone od miłosnej ekstazy.

- To, co się stać musiało. I o czym wiedzieliśmy oboje.
- Wiedzieliśmy?
- Tak - westchnęła Emily - wiedzieliśmy.
Leżeli jakiś czas, jedno przy drugim, a księżyc srebrzystą poświatą 

kładł  się  na  ich  nagości.  Przez  głowę  Emily  przemknęło,  że 
przynajmniej  pora  miesiąca  jest  dla  niej  bezpieczna.  A  zresztą  nie 
miało  to  żadnego  znaczenia;  przyjęłaby  go  nawet  mimo 
niebezpieczeństwa. 

O Boże - pomyślała - dlaczego takie szczęście musi być zakazane?
Gdzieś na dworze  kojot  wył do księżyca, a ciepły, wiosenny  wiatr 

background image

szumiał  wśród  gałęzi  budzących  się  do  życia  drzew.  Emily  podparła 
się na łokciu i przejechała szczupłym palcem po jego brodzie. 

Will...  -  wyszeptała  -  pragnę  cię  tak  bardzo,  - i  stało  się  znów: 

poczuła przyspieszone tętno krwi i rozchodzącą się po całym ciele falę 
gorąca.  Ale  tym  razem  robili  to  powoli,  rozkoszując  się  sobą 
nawzajem,  poznając  siebie.  Emily  błądziła  palcami  po  twardych 
mięśniach  widocznych  na  jego  plecach  i  brzuchu,  na  udach  i 
szczupłych biodrach, wszędzie tam, gdzie jego skóra, nie tknięta przez 
słońce, lśniła bielą.

Ich usta znów się spotkały, spragnione, niesyte pocałunków i Emily 

przywarła  do  niego  biodrami,  domagając  się  zaspokojenia  -  sygnał 
stary jak świat i nowy jak ta chwila.

Tej  nocy  spali  niewiele.  Niewiele  też  rozmawiali.  Przed  świtem 

Emily  ucałowała  śpiącego  Willa,  pozbierała  swoje  ubranie  i  z 
zagadkowym uśmiechem na ustach wymknęła się na korytarz.

Bańka mydlana miłosnego oszołomienia zaczęła pękać po południu, 

kiedy dała o sobie znać rzeczywistość. Co ona najlepszego zrobiła? 

-  zadawała  sobie  pytanie  Ernily.  Niezależnie  od  radosnego 

podniecenia, jakie odczuwało jej ciało, umysł nie przestawał pracować 
planując i kalkulując. Musiała sobie w koło powtarzać, że nie jest to 
ani  jej  czas,  ani  miejsce  i  że  Will  Dutcher  nigdy  tak  naprawdę  nie 
będzie mógł do niej należeć.

W  porządku  -  powiedziała  sobie  twardo,  obierając  w  kuchni 

ziemniaki  -  wydarzyło  się  wreszcie  pomiędzy  nimi  to,  na  co  się 
zanosiło od pierwszego dnia, kiedy się pojawiła na ranczo. Ale to się 
już nie powtórzy. Ona do tego nie dopuści.

Dzieci wróciły o czwartej. Ranek był dla Emily szczególnie ciężki -

obawiała  się, że  wszyscy  będą  w niej  czytać  jak  w otwartej  księdze. 
Ale nikt nie zauważył jej rumieńca, uśmiechu, czy ledwie ukrywanego 
zażenowania  Willa.  A  Antonio?  - jeżeli  cokolwiek  zauważył,  to  w 
każdym razie nie dał tego po sobie poznać.

Emily  była  szczęśliwa.  Nawet  jeśli  w  jej  głowie  roiło  się  od 

wątpliwości,  poczucie  szczęścia  wydawało  się  znacznie  od  nich 
silniejsze. Zakochała się i tego faktu nie mogła zignorować.

Will  przyjechał  o  piątej.  Zwiastujący  jego  przybycie  brzęk  ostróg 

wprawił jej serce w dziki łomot. Will... Wysoki, przystojny, milczący 
i daleki, a jednocześnie  tak wspaniały i  bliski.  Will... Wszystko  inne 
się nie liczyło - ani jej idiotyczne utknięcie w przeszłości, ani plotki, 

background image

ani  lodowate  spojrzenia  czy  uszczypliwe  uwagi,  jakie  znosiła  od 
kobiet z Rifle, ani nawet okropne obowiązki, jakie na nią spadły, czy 
życie, które porzuciła. Liczył się tylko Will i było jej z tym dobrze.

-  Jak  się  masz  -  powiedziała  z  uśmiechem.  Otworzyła  przed  nim 

drzwi i wzięła od niego kapelusz, robocze rękawiczki i kurtkę.

- Jak się masz, Emily.
Ach, jakiż był przystojny - z tymi ciemnymi kędziorami, z cieniem, 

jaki  wąsy  rzucały  na  jego  ogorzałe  policzki,  no  i  te  oczy,  takie 
błękitne, takie głębokie...

- Masz chwilę czasu? - zapytał ciągnąc ją za rękę do saloniku. 
- Musimy porozmawiać, Emily.
-  Naturalnie  -  odparła  idąc  za  nim  z  ręką  ukrytą  w  jego  wielkiej 

spracowanej dłoni.

Posadził  ją  na  sofie,  a  sam  zaczął  się  nerwowo  przechadzać  po 

pokoju, tam i z powrotem, machinalnie gładząc wąsy.

-  O  co  chodzi?  -  zapytała  Emily.  Najwyraźniej  coś  było  nie  w 

porządku.

-  Emily  -  zaczął  obracając  się  ku  niej  gwałtownie  -  jutro  rano 

zamierzam  posłać  Antonia  do  miasta  po  Wielebnego  Shumakera. 
Weźmiemy ślub tutaj w saloniku. Dzieci mogą nawet.

Ale Emily potrząsnęła głową.
- Nie - powiedziała - nie, Will. Ja nie mogę. Ja myślałam...
- Co myślałaś? - zapytał z niedowierzaniem. 
- Przecież chyba nie sądzisz, że w tej sytuacji wszystko będzie tak 

jak dawniej. Emily - powiedział - chcę się z tobą ożenić.

- Ale ja nie mogę. 
- Jej głos był dziwnie słaby, przestraszony.
- Posłuchaj...- zaczął.
- Nie, Will - przerwała mu - ja naprawdę nie mogę. Ja... ,
- Ale co...  - zająknął  się  - co  z twoją  reputacją?  Mogłaś się  chyba 

tego spodziewać po tym, co... co zrobiliśmy.

Spojrzała  na  jego  pełną  zaskoczenia  twarz  oczyma,  które  nagle 

zasnuła mgła smutku.

-  Proszę  cię,  Will,  spróbuj  mnie  zrozumieć.  To...  to  nie  jest  mój 

dom. Pewnego dnia będę musiała... stąd wyjechać, wrócić tam, gdzie 
jest naprawdę moje miejsce. 

Musisz  o  tym  wiedzieć,  musisz  sobie  zdawać  sprawę,  że  moje 

miejsce jest gdzie indziej...

background image

- Ale, Emily...
- Nie - uniosła rękę - nie mów nic. Obojętne, cokolwiek powiesz, ja 

i  tak  nie  zmienię  zdania.  Chciałabym,  naprawdę  bym  chciała, 
żebyśmy  to  jakoś  między  sobą  załatwili.  Naprawdę,  możesz  mi 
wierzyć. 

- Nagle zerwała się na równe nogi; czuła, że wzbiera w niej szloch. 

Jak  ona  mogła  sobie  wyobrażać,  że  wszystko  będzie  tak  jak 
dotychczas?  Znała  Willa,  powinna  wiedzieć,  że  zaproponuje  jej 
małżeństwo,  nawet  gdyby  jej  nie  kochał.  Był  człowiekiem 
honorowym.  Honorowym  człowiekiem  epoki  wiktoriańskiej.  Jak 
mogła nie widzieć, na co się zanosi? 

- O Boże! - wykrzyknęła wybiegając z pokoju, a potem z domu i na 

drogę.

Emily biegła. Biegła tak długo, że mało jej płuca nie pękły. Co on 

sobie  pomyśli?  Ale  Emily  o  to  nie  dbała.  Wiedziała  tylko  jedno:  że 
musi  uciekać.  Musi  biec,  nie  przystając  ani  na  chwilę,  dopóki  nie 
znajdzie drogi do domu.

Z  szaleńczego  biegu  przeszła  w  spokojniejszy  już  trucht,  a 

jednocześnie  z  oczu  puściły  jej  się  strumienie  łez.  Słońce  stało 
wysoko,  paląc  ją  bezlitośnie  w  plecy.  Skręciła  w  pole,  idąc  teraz  na 
przełaj prosto przed siebie, w kierunku torów kolejowych, nie dbając 
o  to,  jak długo przyjdzie  jej iść. Gdyby tylko  mogła odnaleźć  bylicy 
łapały  ją  za  spódnicę,  zapadała  się  w  dziury  i  wykroty,  boleśnie 
wykręcając  sobie  kostki.  Musi  iść,  nie  może  się  zatrzymać  ani  na 
chwilę.

Słońce obniżyło się, ukośnymi promieniami oświetlając płaskowyż 

mieniący  się  czerwienią,  złotem  i  wszelkimi  odcieniami  fioletu. 
Brudnymi rękami ocierała łzy, spazmatycznie łapiąc powietrze. Musi 
iść  naprzód  -  jeżeli  się  podda  i  wróci  do  Willa,  ulegnie  mu  i 
przepadnie  na  zawsze.  Ale  co  gorsze,  może  w  jakiś  sposób  zmienić 
przyszłość tworząc paradoks, który zniszczy świat, z którego przyszła.

Muszę się dostać do domu, do domu...
Przed  sobą  widziała  płot  dzielący  grunty  Willa  od  gruntów  jego 

brata.  Za  tym  płotem  była  droga,  a  dalej,  w  odległości  mniej  więcej 
kilkuset metrów, mostek na strumieniu. Tak, da radę. A potem jeszcze 
droga do Rifle i nad rzekę. Pójdzie ścieżką wzdłuż torów kolejowych i 
znajdzie jakoś to miejsce, te iluzoryczne drzwi. Tak, da radę. I nigdy 
nie obejrzy się za siebie, nigdy...

background image

Uniosła spódnicę i zaczęła przechodzić przez płot. 
Odpocząć - myślała - gdyby tylko mogła odpocząć, chociaż minutę. 

Usiadła na płocie,  trzymając się  mocno. Parę  minut odpoczynku - to 
wszystko,  czego  jej  w  tej  Chwili  potrzeba.  Tym  razem  musi  jej  się 
powieść.

Nagle doznała uczucia, że jakaś niewidzialna siła odwraca jej głowę 

i  skręca  tak,  że  Emily  przestaje  patrzeć  przed  siebie  i  spogląda  za 
siebie,  w  przeszłość.  I  wtedy  go  zobaczyła,  jak  jedzie  konno  przez 
pole, a promienie zachodzącego słońca złocą obłoki kurzu wzniecane 
przez końskie kopyta.

Serce Emily zamarło. Nie powinna się była oglądać.
tamto miejsce, drzwi w czasie, i wrócić do siebie, w swój czas.
Ja tu nie mogę zostać! - krzyczał jej rozum. 
-  Zmarnuję  życie  sobie  i  Willowi,  a  przy  okazji  jeszcze  tym 

niewinnym dzieciom.

Brnęła przez nie kończące się pole. Srebrzyste krzewy bylicy łapały 

ją za spódnicę, zapadała się w dziury i wykroty,  boleśnie wykręcając 
sobie kostki. Musi iść, nie może się  zatrzymać ani na chwilę.

Słońce obniżyło się, ukośnymi promieniami oświetlając  płaskowyż 

mieniący  się  czerwienią,  złotem  i  wszelkimi  odcieniami  fioletu. 
Brudnymi rękami ocierała łzy, spazmatycznie łapiąc powietrze. Musi 
iść  naprzód  -  jeżeli  się  podda  i  wróci  do  Willa,  ulegnie  mu  i 
przepadnie  na  zawsze.  Ale  co  gorsze,  może  w  jakiś  sposób  zmienić 
przyszłość tworząc paradoks, który zniszczy świat, z którego przyszła.

Muszę się dostać do domu, do domu...
Przed  sobą  widziała  płot  dzielący  grunty  Willa  od  gruntów  jego 

brata.  Za  tym  płotem  była  droga,  a  dalej,  w  odległości  mniej  więcej 
kilkuset metrów, mostek na strumieniu. Tak, da radę. A potem jeszcze 
droga do Rifle i nad rzekę. Pójdzie ścieżką wzdłuż torów kolejowych i 
znajdzie jakoś to miejsce, te iluzoryczne drzwi. Tak, da radę. I nigdy 
nie obejrzy się za siebie, nigdy...

Uniosła spódnicę i zaczęła przechodzić przez płot. 
Odpocząć - myślała - gdyby tylko mogła odpocząć, chociaż minutę. 

Usiadła na płocie,  trzymając się  mocno. Parę  minut odpoczynku - to 
wszystko,  czego  jej  w  tej  chwili  potrzeba.  Tym  razem  musi  jej  się 
powieść.

Nagle doznała uczucia, że jakaś niewidzialna siła odwraca jej głowę 

i  skręca  tak,  że  Emily  przestaje  patrzeć  przed  siebie  i  spogląda  za 

background image

siebie,  w  przeszłość.  I  wtedy  go  zobaczyła,  jak  jedzie  konno  przez 
pole, a promienie zachodzącego słońca złocą obłoki kurzu wzniecane 
przez końskie kopyta.

Serce Emily zamarło. Nie powinna się była oglądać. Jak żona Lota, 

zamieni się w słup soli i tak już zostanie na zawsze, uwięziona w tym 
czasie i w tej przestrzeni - nieodwołalnie. 

Uciekaj - podpowiadał jej rozum, ale Emily tkwiła dalej w miejscu, 

unieruchomiona, pragnąc, aby Will zdjął ją z tego płotu i jednocześnie 
bojąc się tego.

Jeszcze  chwila  i...  już  był  przy  niej.  Wyraźnie  widziała  rozdęte 

chrapy  kobyły,  jej  wznoszące  się  i  opadające  boki.  Widziała,  jak  w 
obłokach  kurzu  Will  zsiada  z  konia  i  rzuca  lejce.  Obserwowała  go 
nieruchoma, przerażona,  a jednocześnie szczęśliwa, że jednak  mu na 
niej zależy, że może ją nawet trochę kocha.

Nagle znalazła się w jego ramionach. Czuła, jak ją unosi i stawia na 

ziemi, a potem tuli do siebie z całej siły.

- Ty głuptasie, ty szalona kobieto - mówił poirytowanym, szorstkim 

głosem, mimo całej emanującej z niego czułości. 

- Dokąd ty do diabła zamierzasz uciekać?
-  Ja...  ja  do  domu,  Will,  ja  wracałam  do  domu  -  zaczęła,  zdając 

sobie sprawę, że nigdy w życiu mu tego nie wytłumaczy.

- Twój dom jest tu, przy mnie, przy dzieciach.
-  Nie  -  wyszeptała  Emily,  ale  Will  zamknął  jej  usta  pocałunkami, 

raz jeszcze zawracając ją z drogi.

background image

ROZDZIAŁ 11

Przez  cały  następny  dzień  Will  chodził  milczący  unikając  Emily  i 

starając się przebywać poza domem. Był zupełnie zdezorientowany jej 
zachowaniem.  Jak  na  miłość  boską  kobieta  i  mężczyzna,  którzy  tak 
świetnie do siebie pasują, mogą być tak dalecy?

A to wszystko z winy Emily. Zaproponował jej małżeństwo, a ona 

nie tylko go odrzuciła, ale jeszcze od tego uciekła!

Nawet gdyby dożył setki, to i tak nie zrozumie kobiet.
Całe popołudnie głowił się, jak tu wrócić do sprawy ślubu. Wczoraj 

wieczorem  musiała  być  zdenerwowana  i  sfrustrowana.  Mimo  to, 
ilekroć próbował w myślach układać zdania, którymi miał się do niej 
zwrócić,  słowa  odmawiały  mu  posłuszeństwa.  Jasne  -  nigdy  nie  był 
najlepszym mówcą.

Kiedy wracał z rancza do domu, przyszła mu do skołowanej głowy 

pewna  myśl:  zaczął  się  mianowicie  zastanawiać,  czy  rzeczywiście 
kocha tę kobietę. Nigdy do tej pory nie był zakochany, więc skąd niby 
miał to wiedzieć? 

Pragnął jej - czuł to we krwi - ale czy to już była miłość?
Dlaczego  wtedy,  za  pierwszym  razem,  nie  powiedziała  po  prostu: 

tak?  Czy  kobiety  zostały  stworzone  tylko  po  to,  żeby  dręczyć 
mężczyzn?

- Ale tym razem nie uciekaj - zaczął odkładając gazetę - chciałbym 

z tobą porozmawiać.

Emily odłożyła szycie i skinęła głową, jakby wiedziała, co ją czeka.
Niech to licho... ależ trudno zacząć.
-  Ja...  ja  bym  chciał,  Emily,  żebyś  jeszcze  raz  rozważyła  moją 

propozycję  -  powiedział  patrząc  w  podłogę.  -  Myślę...  myślę,  że 
byłaby z nas dobrana para, i...

Ale Emily cały czas tylko potrząsała głową.
-  Will,  ja  tu  jestem  obca  -  westchnęła  -  tu  nie  jest  moje  miejsce. 

Wierz mi, że nic by z tego nie wyszło.

-  Masz  kogoś  innego?  Chodzi  o  tego...  z  Filadelfii,  o  którym 

wspominałaś?

-  Nie,  Will,  on  rzeczywiście  był  kiedyś  moim  narzeczonym,  ale 

sprawa jest zakończona. On nie ma z tym nic wspólnego.

- Chodzi ci o Rifle?

background image

-  Tak,  może,  częściowo.  Ja  się  tu  źle  czuję.  I  nigdy  nie  będę  się 

dobrze czuła. Chyba rzeczywiście w głębi serca jestem dziewczyną z 
wielkiego miasta.

-  A  może  to  sprawa  przyjęcia,  jakie  ci  zgotowały  miejscowe 

kobiety? Niech mnie Ucho, jeśli rozumiem, co one od ciebie...

- Ja rozumiem, Will.
- A więc jednak chodzi o te kobiety - rzekł ponuro.
- Nie, chodzi o znacznie więcej. Mój... mój żywioł o miasto.
-  Owszem  -  odparł  sucho  -  widziałem,  jak  się  szanowna  pani 

świetnie bawiła w Denver City.

- To... to było co innego. Ukradli mi wszystkie moje pieniądze.
- Raczej moje pieniądze - sprostował.
- Tak, twoje pieniądze. Ale, Will, ja jestem przyzwyczajona do tego, 

że  sama  za  siebie  odpowiadam,  że  mam  swoje  pieniądze.  Ja  nie 
potrafię tak żyć!

- Ależ mogę ci dać pieniądze, jeśli o to chodzi. Kobieto, czy ty nie 

potrafisz  myśleć  o  niczym  innym?  Ja  mówię  o  małżeństwie,  a  ty  w 
kółko o pieniądzach - powiedział rozgoryczony.

- Przepraszam cię,  to nie jest sprawa  pieniędzy,  masz rację.  To po 

prostu jeden z elementów. Czasami... czasami miłość nie wystarcza -
dodała ze smutkiem.

- To co wystarcza, Emily?
- Nie wiem. Może powrót do domu.
-  Kupię  ci  bilet  do  Filadelfii.  Jedź  do  domu,  pozałatwiaj  sprawy. 

Poczekamy. Przyjmę każde warunki, ze ślubem czy bez ślubu. Tylko 
już więcej ode mnie nie uciekaj - wybuchnął.

-  Sama  bym  chciała,  żeby  to  było  takie  proste.  Ale  ja  nie  mogę 

wrócić. Nie mam do czego ani do kogo. Wszystko przepadło.

Spojrzał na nią zaskoczony.
- To zostań tutaj.
-  Och,  Will,  to  wszystko  jest  takie  zwariowane.  Nic  z  tego  nie 

wyjdzie. Uwierz mi. Mogę ci tylko jedno obiecać: że już nigdy więcej 
nie spróbuję ucieczki. Jak już będę wiedziała, dokąd iść, powiem ci i 
wszystko  zaplanujemy.  Odprowadzisz  mnie  razem  z  dziećmi  na 
stację.  Ucałuję  cię  na  do  widzenia  jak  dobrego  przyjaciela  i  dopiero 
wtedy odjadę.

- A kiedy to ma nastąpić? Spojrzała na swoje splecione ręce.

background image

- Nie wiem. Jeszcze nie wiem.
-  Nie  jestem  przyzwyczajony  do  proszenia,  Emily.  Już  i  tak  było 

tego za dużo. Nie będę cię do niczego zmuszał. Wiesz, co robisz.

- Dziękuję ci, Will.
-  To  znaczy...  na  razie  jesteś  w  dalszym  ciągu  moją  gospodynią, 

tak?

- Może czymś więcej - odparła. 
- Twoim przyjacielem.
- Moim przyjacielem! - zaśmiał się krótko, ironicznie. 
-  A  jak  ty  to  sobie  wyobrażasz,  jak  długo  możemy  być 

„przyjaciółmi" żyjąc pod jednym dachem i sypiając w dwóch końcach 
tego  samego  korytarza?  -  Odwrócił  się  do  niej  tyłem  i  przez  chwilę 
stał sztywno.

- Will... - zaczęła, ale urwała, jakby nie wiedziała, co powiedzieć.
-  Do  licha  z  twoimi  nowoczesnymi  poglądami,  Emily!  Nie  chcesz 

wyjść za mnie za mąż, ale denerwuje cię, że ludzie gadają. Zdecyduj 
się na coś wreszcie, kobieto!

Patrzyła na niego, nieszczęśliwa, a Will czuł, jak cała złość z niego 

uchodzi.  Obojętne,  jak  przewrotne  Emily miała  poglądy,  to  jednak 
była kobietą, a on...

- Ja wyjadę, Will - powiedziała nagle. 
- Znajdę sobie jakieś miejsce.
- Już raz próbowałaś - odparł szorstko.
- Ale ja naprawdę wyjadę, zobaczysz... Podszedł do niej i ujął ją za 

ramiona chcąc nią potrząsnąć.

- Powiedz mi, gdzie twój zdrowy rozsądek, kobieto? Go ci, do licha 

ciężkiego, przychodzi do głowy?

Stało się to nagle: w jednej chwili Will dosłownie  kipiał złością, a 

już  w  następnej  tulił  ją  do  siebie  i  gładząc  po  włosach  wyjmował  z 
nich  jedną  po  drugiej  szpilki.  Uniosła  głowę,  wzdrygnęła  się  jakby 
pod wpływem bólu i zamknęła oczy.

-  Nie  jesteś  młodziutkim  dziewczątkiem,  Emily,  które  nie  wie, 

czego chce - rzekł poirytowany.

Potrząsnęła głową nie otwierając oczu.
- Spójrz na mnie. Otworzyła oczy, pełne łez.
- Do licha, Emily, chcę, żebyś była moją kobietą. 
-  Przytulił  ją  mocniej,  zamykając  jej  usta  pocałunkiem.  Objął  ją 

ramionami i Emily otworzyła się, poddała jego pieszczocie. Jej skóra, 

background image

tam gdzie  dotykała  jego  rozgorączkowanego  ciała, wydawała  mu się 
jak  jedwab,  gładka,  chłodna  i  obezwładniająca  w  swej  zmysłowości. 
Nie  przypominała  żadnej  z  kobiet,  które  znał  dotychczas  -  tak 
swobodnie  potrafiła  czerpać  z  drzemiących  w  niej głęboko  rezerw 
miłości.  Nigdy  w  życiu  nie  miał  takiego  uczucia  jak  teraz,  kiedy 
trzymał  w  ramionach  tę  kobietę;  nie  był  przygotowany  na  takie 
doznania. Teraz zrozumiał, dlaczego mężczyźni się żenią, dlaczego się 
statkują.  Tak,  teraz  wiedział.  I  właśnie  w  chwili,  kiedy  pojął  tę 
prawdę, miał to wszystko stracić.

Ponownie  poszukał  jej  ust,  a  czując  ich  przychylność,  zadrżał  z 

pożądania. Ogarnęła go fala wspomnień - ich bliskości, ich kochania. 
Trzymał  jej  twarz  oburącz,  całując  oczy  i  nos,  i  scałowując  łzy 
strumieniami spływające po policzkach.

- Nie, poczekaj - powiedziała bez tchu - dzieci...
Poszli na górę, trzymając się za ręce, aż na poddasze, gdzie stanęli, 

spleceni w uścisku, przyglądając się trójce śpiących dzieci. Następnie 
poszli do jego pokoju, starannie zamykając za sobą drzwi.

Emily  wzięła  go  przez  zaskoczenie.  Upłynęła  dłuższa  chwila,  nim 

odzyskał panowanie nad sobą i odpowiedział na jej pocałunek z całą 
siłą  swojej  namiętności.  Przywarli  do  siebie,  mocno,  boleśnie,  z 
żarliwością,  która  zaskoczyła  ich  oboje.  Wśród  pieszczot  i 
pocałunków szukali nowych sposobów zaspokojenia swego głodu.

A potem leżeli w jego łóżku. Will nie pamiętał, jak się tam znaleźli. 

Emily była naga, jak wtedy, kiedy ją zobaczył po raz pierwszy, i Will 
napawał  się  tym  widokiem,  jakby  chciał  go  zachować  w  pamięci  na 
czasy, kiedy... ale wolał o tym nie myśleć.

Jej ciało - przybytek zmysłowości - lśniło w świetle księżyca bielą 

alabastru,  smukłe,  zgrabne,  o  pełnych  piersiach.  Leżała  na  boku 
odwrócona  do  niego  twarzą,  której  zmysłowość  nadała  wyraz 
łagodności.

- Na zawsze zapamiętam cię taką - szepnął.
-  A  ja  ciebie,  Will,  pierwszego  mężczyznę,  którego  pokochałam 

naprawdę. Jedynego.

Poczuł  falę  gorąca  i  przemożną  chęć  połączenia  się  z  nią  w 

miłosnym akcie. Poczuł chęć dawania i odczuwania rozkoszy.

W chwilę później, kiedy leżeli spleceni w czułym uścisku, usłyszał 

w ciemności cichy szloch - Emily płakała.

- Co się stało?

background image

- Nic - odparła. 
- Przepraszam cię, Will. Nigdy dawniej tak często nie płakałam. Ale 

ostatnio rzeczywiście mam oczy w mokrym miejscu.

Objął  ją  czule  i  przyciągnął  do  siebie,  jej  głowa  spoczęła  na  jego 

ramieniu.

- Oj, kobiety, kobiety - powiedział łagodnie.
- Och, Will, przestań - zezłościła się na niego. 
- Chciałbyś móc płakać. Ale jesteś na to za twardy.
- To prawda, Emily - wyszeptał jej do ucha. 
- Masz całkowitą rację. A teraz śpij.
- Co z nami będzie, Will? - spytała cicho.
- Szszsz, nie martw się. Jakoś to będzie. Zawsze jakoś jest 
-  powiedział  z  ufnością,  ale  w  głębi  duszy  sam  nie  był  pewien. 

Wiedział, że już nigdy  żadnej kobiety nie pokocha  tak, jak pokochał 
dziwną i wspaniałą Emily Jacoby.

Wieczór był upalny i po kolacji siedzieli na ganku, przyglądając się, 

jak słońce zachodzi za płaskowyżem. Emily obserwowała Willa, jego 
twarz,  jego  silnie  umięśnione  nogi.  O  tak,  kochała  go  bardzo.  Czuła 
się  ociężała,  zaspokojona,  śpiąca.  Przestała  się  czymkolwiek 
przejmować. Może właściwie zostać tu z Willem na ranczo - myślała -
ulec pokusie, kochać go, rodzić mu dzieci i wychowywać je razem z 
Mary,  Jessem  i  Burkem.  To  zwykły  los  kobiety,  najlepsza  dla  niej 
możliwość spełnienia życiowego posłannictwa.

Ale  kiedy  zaczynała  rozpatrywać  sprawę  od  drugiej  strony, 

ogarniało  ją  przerażenie.  Emily  Jacoby  nigdy  nie  istniała  w  Rifle  w 
roku  1893  i  wobec  tego  nie  mogła  mieć  dzieci.  Zniszczy  Willa  i 
wszystko, co przedstawia dla niego jakąkolwiek wartość. A za bardzo 
go kocha, aby mu to zrobić.

Will  ze  zniecierpliwieniem  upuścił  na  podłogę  gazetę  i  wystukał 

popiół z fajki o podeszwę buta, mrucząc coś ze złością pod nosem.

- Co się stało? - spytała Emily.
- Nic.
Podniosła  gazetę  i  spojrzała  na  pierwszą  stronę  „Wiadomości  Gór 

Skalistych" z dnia 20 maja 1893. Na samej górze widniały złowrogie 
nagłówki:  MINISTER  SKARBU  ZAPRZECZA  POGŁOSKOM, 
JAKOBY  REZERWY  ZŁOTA  SPADŁY  PONIŻEJ  100  000  000 
DOLARÓW.  POWSZECHNE  ŻĄDANIE  ODWOŁANIA  AKTU 
SHERMANA O WYKUPIE SREBRA.

background image

Wszystko  zaczęło  się  w  jej  głowie  układać  w  logiczną  całość.  Ta 

sytuacja  zyska  w  historii  miano  „Paniki  srebra  1893  roku".  Akt 
Shermana zostanie odwołany i rząd przestanie sięgać do rezerw złota, 
żeby skupywać srebro. Ale będzie już za późno. Do tego czasu biura 
maklerskie  i  banki  poupadają,  a  cala  sprawa  stanie  się  zwiastunem 
kryzysu 1929 roku. Ucierpią na tym wszystkie miasta Zachodu żyjące 
z  kopalń  srebra.  Aspen  pozostanie  zacofaną  dziurą  aż  do  lat 
czterdziestych  dwudziestego  wieku,  kiedy  to  przekształci  się  w 
ośrodek  narciarski.  Z  dnia  na  dzień  tętniące  życiem  osady  górnicze 
zamienią się w miasta-widma. Ale jaki los spotka Rifle w Kolorado?

A ona, Emily, tkwiła w samym środku tego wszystkiego, ze swoim 

dyplomem  z  Wharton  i  znajomością  przyszłości.  Tylko  co  jej z tego 
przyjdzie?  Nikt  jej  przecież  nie  chce  słuchać,  a  nawet  gdyby,  to  co 
mogłaby zrobić, żeby powstrzymać panikę?

- Will - powiedziała upuszczając gazetę na kolana.
- Uhm?
- Martwisz się tymi sprawami, prawda?
-  Musiałbym  być  zupełnie  głupi,  żeby  sienie  martwić.  Myślała 

intensywnie, co zrobić, żeby nie wyjść na kompletną idiotkę.

-  Zastanawiałam  się  nad  tym,  Will,  i  doszłam  do  wniosku,  że  nie 

możesz  stracić  na  tej  panice  inaczej,  jak  przez  bank  Bergenera, 
prawda?

-  Emily,  już  ci  mówiłem.  To  jest  moja  sprawa.  Ty  się  tym  nie 

przejmuj.

-  Ale,  Will,  proszę  cię,  posłuchaj  mnie.  Jeżeli  bank  Bergenera 

upadnie, znajdziesz się w kłopocie.

- Owszem, wiem, ale Bergener jest dość pewny, to bardzo ostrożny 

człowiek.

- Wobec tego najgorszą rzeczą, jaka mogłaby się zdarzyć, byłby run 

na bank.

- Być może.
- Gdyby istniała jakaś możliwość powstrzymania tego nacisku...
- Emily. 
- Wziął ją za rękę. 
- Zapomnij o tym. To nie jest twój problem.
- Owszem, jest. Zależy mi na tobie i na dzieciach... Nie chciałabym, 

żeby cokolwiek złego stało się z tobą czy z twoim ranczem.

- Damy sobie radę.

background image

- Ale może mogłabym ci w tym pomóc. Może mogłabym...
- Co byś  mogła?  - zapytał. - Z całym tym twoim  Bóg wie - jakim 

wykształceniem  i  pracą  w  banku  w  Filadelfii.  Co  byś  mogła?  Czy 
mogłabyś  powstrzymać  ludzi  przed  próbą  wycofania  pieniędzy  z 
banku Bęrgenera?

- Nie - odpowiedziała cicho.
- Jeszcze  nigdy  nie  widziałem  takiej  upartej,  wścibskiej  baby  -

powiedział potrząsając głową. 

- Nie wiem... może to dlatego, że jesteś inna niż wszystkie kobiety, 

jakie kiedykolwiek znałem.

- Inna? - spytała. 
- Pod jakim względem?
- Przestań mnie tak naciskać.
- Ale powiedz, proszę.
- Do  licha,  Emily,  pod  tym,  że  potrafisz  zmusić  człowieka  do 

mówienia.

- Mówienia do kobiety, tak?
- Niech ci będzie.
- Ale  przyznaj,  Will  -  droczyła  się  z  nim  -  jesteś  zadowolony,  że 

masz się do kogo odezwać, prawda?

- Jeśli  ci  to  sprawi  przyjemność  - powiedział  obojętnie  -  owszem, 

jestem bardzo zadowolony.

Ale mimo całej jego szorstkości i prześmiewek Emily wiedziała, że 

Will  tylko  udaje,  że  w  gruncie  rzeczy  rozmowa  z  nią  większą  mu 
sprawia przyjemność, niż chciałby się do tego przyznać. Uśmiechnęła 
się i uniosła jego ręce do swoich ust.

W ciepłym zapadającym powoli zmroku nadbiegły ze stajni dzieci.
-  Wiesz  co,  wujku?!  -  wołały  jedno  przez  drugie widzieliśmy 

córeczkę Daisy!

-  Jest  najładniejszym  źrebaczkiem  ze  wszystkich  -powiedziała 

Mary.

- Ona się przewróciła - mruknął Burkę - jak niezdara.
- Nie żadna niezdara - skarcił go Jesse. 
- Ona jest jeszcze malutka i ma słabe nogi.
- A właśnie, że jest niezdara - upierał się Burkę.
- Przewraca się jak Antonio w sobotę wieczorem.
- On chce powiedzieć, jak pijana - wyjaśniła Mary dyskredytujące -

Och, Burkę.

background image

- Bardzo bym ją chciała zobaczyć - zapaliła się Emily.
- Ale później tam pójdę. Teraz czas już na was, smyki.
Kiedy  dzieci  poszły  spać,  Emily  wybrała  się  z  Willem  do  stajni, 

gdzie  o  tej  porze  roku  trzymali  kobyły  na  oźrebieniu.  Will  niósł 
lampę, a Emily, otulona cienkim wełnianym szalem, szła obok niego. 
Koło ich nóg podskakiwał Shep, radośnie kiwając kikutem ogona.

- Nigdy nie widziałam nowo narodzonego źrebaka
- powiedziała Emily.
- Nigdy? - zdziwił się Will. - Chyba na miłość boską są jakieś konie 

w tych waszych miastach na Wschodzie.

- Jasne że są, ale nie źrebaki.
W  stajni  panowały  ciemności  i  unosił  się  ostry  zapach  koni 

pomieszany  ze  słodkim  aromatem  siana.  Słychać  było  stłumiony 
stukot  kopyt,  szelest  słomy,  ocieranie  się  potężnego  cielska  o  belki. 
Koło  ich  nóg  przemknął  szary  pręgowany  kot,  który  zasyczał  na 
Shepa. Will podszedł do ostatniego boksu i uniósł lampę.

- Witaj, Daisy, staruszko, jak się masz. 
-  Klacz  zbliżyła  się  do  niego  i  powąchała  rękę,  którą  do  niej 

wyciągnął. 

- Co byś chciała, kostkę cukru?
- A gdzie jest małe? - wyszeptała Emily.
Will poruszył lampą oświetlając mały, skulony w kącie kształt. Pod 

wpływem  światła  źrebak  poruszył  się  usiłując  wstać.  Podniósł  się 
niepewnie  i  na  długich,  chudych,  szeroko  rozstawionych  nogach 
podszedł do matki i zaczął ssać.

- Och - powiedziała Emily z podziwem.
Kot zamiauczał, jakby się przyłączał do jej zachwytów.
- Co roku to oglądam i co roku jednakowo mnie to zachwyca - rzekł 

Will.

Oparci o drewniane przepierzenie, podziwiali źrebaka. Posilając się, 

malec  podskakiwał  na  słabych  patykowatych  nogach  i  wymachiwał 
pędzelkiem ogona.

- Co roku Daisy obdarza mnie takim pięknym malcem. Poczciwina.
Emily  pochwyciła  w  jego  tonie  tę  dziwną  łagodną  nutę 

zarezerwowaną  dla  tych,  których  kochał.  Oparła  mu  głowę  na 
ramieniu,  a  on  objął  ją  w  pół.  Była  szczęśliwa.  Tak  jak  Daisy, 
mogłaby mu co roku rodzić pięknego malca i razem by się starzeli i...

Nie,  ta  myśl  była  uwodzicielska,  niebezpieczna.  To  się  nie  może 

background image

udać.  Pewnego  dnia  poczułaby  się  zmęczona  tym  życiem.  Czyż  nie 
powiedziała tego Willowi dostatecznie wiele razy?

Ale  w  ciemności  ukradkiem  położyła  rękę  na  brzuchu.  Czy 

przyjdzie  taki  czas,  że  dojrzeje  i  urodzi  dziecko  komuś,  kogo 
pokocha? Czy powtórzy się chwila takiego szczęścia, jakie odczuwała 
teraz?

Powoli wrócili do domu, do ciemnej kuchni. Will tulił ją do siebie 

całując.

-  Obiecałem  ci,  że  nie  będę  nalegał  -  powiedział  - ale  nie  mogę 

wytrzymać tej bliskości.

- Tak - odparła - wiem.
- Czy ty..,?
- Tak - wyszeptała.
Przywarli  do  siebie,  spragnieni.  Stojąc,  na  pół  rozebrani,  okrywali 

pocałunkami swoje twarze, szyje, piersi... Emily zagłębiła rękę w jego 
gęstej czuprynie.

- Masz cudowny smak - wyszeptała.
- A ty smakujesz jak promień słońca.
Pociągnął  ją  za  bluzkę  i  Emily  wysunęła  się  z  niej  zręcznie. 

Przepełniało  ją  szczęście  miłości.  Chłonęła  go  nienasycona,  głodna 
jego  dotyku,  jego  smaku,  zapachu.  [Wszystko  dokoła  zniknęło  i 
zostali  tylko  oni,  sami  we  wszechświecie.  Wiek  był  tylko  nic  nie 
znaczącym  punktem  w  czasie,  drobną  przeszkodą,  którą  ich  miłość 
przezwyciężyła bez trudu.

Nazajutrz  po  południu  miało  się  odbyć  zebranie  Stowarzyszenia 

Hodowców,  zwołane  z  powodu  narastającego  napięcia  w  mieście. 
Poszła plotka, że Bergener zamierza zamknąć bank. Nie tyle zamknąć 
bank,  co  ściągnąć  wszystkie  należności,  a  tym,  którzy  nie  mieli 
gotówki,  zająć  bydło.  Mówiono  też,  że  najmuje  zawodowców  -
rewolwerowców i zabijaków - żeby strzegli banku przed tymi, którzy 
by  się  chcieli  wedrzeć  do  środka;  mieli  rozkaz  strzelać  do  każdego, 
kto by się na coś podobnego ważył.

Will musiał wyjechać wcześnie, żeby zdążyć do miasta.
- Staraj  się  nad  sobą  panować  - ostrzegała  go  Emily  trzymając  się 

strzemienia  -  i  uspokajaj  innych.  Zwykle  rzeczywistą  przyczyną 
paniki  jest  strach.  Jeśli  ludzie  zachowają  spokój  i  nikt  nie  będzie 
Bergenerowi groził, to wszystko rozejdzie się po kościach, zobaczysz.

Zbierało  się  na  wiosenną  burzę.  Wiatr  gnał  przez  korral  tumany 

background image

kurzu oblepiając Emily spódnicę wokół nóg. W oczach miała kosmyki 
włosów i patrząc na Willa mrużyła powieki.

Uśmiechnął się do niej i potrząsnął głową.
- A ty jak zwykle pełna dobrych rad, co, Emily?
-  Will,  posłuchaj  mnie.  Ja  nie  żartuję.  Ja  wiem.  Nie  pozwól,  żeby 

zrobili jakieś głupstwo. Siedźcie cicho i próbujcie to przeczekać.

-  A  jeśli  Bergener  rzeczywiście  najął  rewolwerowców?  Jeśli 

rzeczywiście zamknął bank?

-  Negocjujcie.  Nie  stawiajcie  ultimatów.  Zawsze  jest  możliwość 

zawarcia kompromisu.

- Rozumiem cię, Em, ale nie mam pojęcia, czy ludzie będą chcieli 

mnie słuchać.

- W każdym razie postaraj się, dobrze? Nachylił się i ucałował ją w 

usta.

- Tak bardzo ci na tym zależy, Em?
- Tak, bardzo, Will - odparła żarliwie.
Czekała  przez  całe  wietrzne  popołudnie  patrząc  na  napływające  z 

zachodu  czarne  chmury.  Nakarmiła  dzieci  i  znów  czekała.  Zaczęło 
lać,  błyskawice  rozdzierały  niebo,  a  grzmoty  odbijały  się  echem  od 
stojących na straży Grand Valley gór.

Boże, ileż by dała za telefon! Will mógłby przynajmniej zadzwonić 

i powiedzieć jej, jak przebiega zebranie. 

Ale skąd! Musiała siedzieć, ze zdenerwowania gryząc paznokcie.
Nagle przyszła jej do głowy pewna myśl. Will nazwał ją wścibską. 

Czyjej wtrącanie się w sprawy Rifle mogło spowodować paradoks? 

A  może  taka  miała  być  kolej  rzeczy:  że  bank  Bergenera 

zbankrutuje, że Rifle upadnie, a Will Dutcher straci ranczo.

Ale przecież - uświadomiła sobie - w jej czasach Rifle istniało. Było 

na  mapie  i  w  przewodniku  turystycznym.  Ktoś  je  uratował.
Dlaczegóżby nie ona?

Za  oknami  szalała  burza,  a  ona  martwiła  się  na  przemian  to  o 

zebranie,  to  o  Willa  -  że  wraca  w  taką  pogodę.  Kiedy  podmuchy 
wiatru uderzały w okna, chwiał się nawet płomień lampy naftowej.

Wzięła do ręki jedną z książek Mary i usiłowała czytać, ale wkrótce 

książka opadła jej na kolana, a Emily dalej czekała zagryzając wargę i 
wśród szalejącej burzy nasłuchując kroków Willa na ganku.

Aż  wreszcie  -  doczekała  się.  Usłyszała  jego  kroki,  skrzypienie 

otwieranych drzwi, szum deszczu, grzmot pioruna.

background image

-  Will!  -  wykrzyknęła  biegnąc  mu  na  spotkanie.  Stał,  otulony  w 

płaszcz, w ociekającym wodą kapeluszu, z kałużą u nóg.

-  Will?  Nic  ci  nie  jest?  Tak  się  niepokoiłam.  Zrobiło  się  okropnie 

późno... Cały jesteś przemoczony. Taka straszna burza.

- Szszsz, uspokój się. 
- Zdjął płaszcz i kapelusz i usiadł, żeby ściągnąć buty. 
- Czasami masz rzeczywiście za dużo do powiedzenia.
- Pozwól. 
- Wzięła od niego mokre rzeczy. 
- Jesteś głodny? Zostawiłam ci trochę chili i chleba. Zjesz...?
Przygładził wąsa i strzepnął z palców krople wody.
- Nie teraz, Emily, jestem wykończony.
- Nie masz apetytu? Jadłeś coś w mieście?
-  Jedzenie  może  poczekać.  Nie  jestem  głodny  -  powiedział 

znużonym głosem.

Stała z jego mokrym ubraniem na ręku, bojąc się zapytać, jak było, 

lękając  się  jego  odpowiedzi,  a  jednocześnie  pragnąc  ją  poznać. 
Przyglądała  mu  się,  kiedy  tak  siedział  przed  nią,  przemoczony  do 
suchej  nitki,  ledwie  żywy,  przygnębiony,  a  ona  nie  śmiała  się 
odezwać,  mimo  że  jakiś  głos  wewnętrzny  krzyczał  w  niej:  co  się 
stało?!

Przejechała ręką po jego mokrych włosach.
- Napiłbym się whisky, Em - powiedział wreszcie.
- Dobrze, chwileczkę.
Wychylił  wszystko  jednym  haustem.  Ostrożnie  odstawił 

szklaneczkę i spojrzał na Emily.

- Wszyscy w mieście zażądali swoich depozytów w złocie - zaczął 

zmęczonym głosem. 

-  Bergener  nie  przyszedł  na  zebranie  i  groził,  że  zamknie  bank. 

Szykuje się jakiś wybuch. Tak dłużej być nie może,

- Och, Will...
-  Będzie  wybuch.  A  spowoduje  go  jakiś  dureń  w  gorącej  wodzie 

kąpany. 

- Oparł łokcie na kolanach i schował głowę w dłoniach. 
- W tych czasach powinniśmy być jednak mądrzejsi.
Emily  wpatrywała  się  w niego  ze  ściśniętym  sercem, jednocześnie 

gorączkowo myśląc. Gdyby tylko mogła coś zrobić, żeby mu pomóc. 
Cokolwiek.

background image

- Do diabła - mruknął pod nosem. 
- Będzie źle. Gorzej, niż sobie wyobrażasz - pomyślała - ale może. .. 

może jednak zdoła to jakoś zmienić.

background image

ROZDZIAŁ 12

Will  zamknął  drzwi  stajni,  otarł  z  potu  czoło  i  szyję,  i  schylił  się, 

żeby poklepać Shepa po łbie. Psisko dyszało jak lokomotywa parowa. 
Do  licha,  zapowiadało  się  upalne  lato.  Miał  jedynie  nadzieję,  że  po 
gorącym  maju  nie  nastanie  susza.  Do  tych  wszystkich  kłopotów 
finansowych tylko tego mu jeszcze brakowało.

Po  skończonej  pracy  szedł  przez  gorące,  pełne  kurzu  podwórze. 

Przed  barakami  kilku  mężczyzn  zmywało  z  siebie  całodzienny  brud. 
Za  chwilę  Will  zrobi  to  samo, może  już  nawet  Emily  nagrzała  mu 
wody. Boże, ależ było gorąco.

Doszedł  właśnie  do  ganku  i  wycierał  buty,  kiedy  Shep,  słysząc 

tętent kopyt końskich na drodze dojazdowej do rancza, zaczął ujadać 
jak szalony.

- A to co znowu? - Will zaklął pod nosem.
Kiedy jeździec się zbliżył, poznał w nim Johnny'ego McCruddena, 

czerwonego na twarzy z wysiłku.

- Panie Dutcher, tata mnie przysłał do pana z wiadomością, że bank 

jest zamknięty.

- Oczywiście, Johnny, że jest zamknięty, przecież minęła czwarta.
- Ale bank jest nieczynny.
- Na dobre? - Żołądek podjechał Willowi do gardła.
- Aha. I tata mówi, że musicie się spotkać. Bardzo kiepska sprawa, 

mówi tata, w mieście wszyscy powariowali.

-  Wyobrażam  sobie  -  mruknął  Will.  Od  czasu  tamtego  zebrania 

spodziewał  się  najgorszego.  Wszyscy  się  spodziewali,  a  mimo  to 
wiadomość wyraźnie Willem wstrząsnęła. 

-  Powiedz  tacie,  że  przyjadę  do  szkoły  najprędzej,  jak  tylko  będę 

mógł. Za godzinę, jasne?

- Jasne, panie Dutcher. Teraz jadę jeszcze do Farleyów, a potem do 

domu. Powtórzę tacie. 

- Chłopak spiął konia piętami i zniknął w obłokach kurzu.
-  O,  nie...  -  Emily  zmarszczyła  czoło,  kiedy  powtórzył  jej  tę 

wiadomość. 

- Rzeczywiście nieczynny?
- Na to wygląda. - Will ochlapał wodą twarz i szyję i wziął od niej 

background image

ręcznik. 

- Muszę zaraz jechać do miasta. 
- Starał się mówić obojętnym tonem. 
- Ludzie się zbierają, żeby omówić sprawę.
Emily usiadła na jego łóżku z wyrazem troski na twarzy.
- To straszne - powiedziała. 
- Okropne. Co będzie, Will?
- Nic, Em. Trzeba porozmawiać.
- Ale czy ty nie rozumiesz...
- Emily, nie denerwuj mnie. Daj spokój, to jest męska sprawa.
Odprowadziła  go  do stajni, kiedy szedł  siodłać  kobyłę. Nie  mogąc 

słuchać  tego  babskiego  gadania  i  nie  wiedząc,  jak  jej  zamknąć  usta, 
przygarnął  ją  do  siebie  i  zaczął  całować.  Przez  chwilę  wyrywała  mu 
się, a potem uległa, jak zwykle, tuląc się do niego i rozchylając wargi. 
Ze zdziwieniem zauważył, jak bardzo go to bierze. Do licha, przecież 
powinien być już w drodze. Ale ciało nie słuchało głowy.

Ciężko  dysząc  odsunął  się  wreszcie  i  trzymał  ją  przez  chwilę  na 

odległość ramienia.

- Em - powiedział - jak długo zamierzasz to ciągnąć?
- Co ciągnąć? - spytała z przymkniętymi oczami i nutą rozmarzenia 

w głosie.

- Jak długo zamierzasz ode mnie uciekać? O to mi chodzi. Przecież 

wiesz, że oboje...

Ale Emily położyła mu palec na ustach.
- Nie pora teraz, Will, mówiłam ci. Może... może już niedługo.
- A może wcale - mruknął pod nosem, wiedząc, że go słyszy, ale nie 

dbając o to.

Mieć  Emily  tak  blisko  siebie  i  nie  móc  jej  posiadać,  była  to  dla 

niego  tortura.  Znacznie  większa,  niż  chciałby  to  przyznać  przed  nią 
czy  nawet  przed  sobą  samym.  Wiedział,  że  Emily  ma  rację 
zachowując  ostrożność,  i  przeklinał  siebie  za  to,  że  tak  bardzo  jej 
pragnie. A pragnął jej całej, bez reszty 

- zarówno ciała, jak i duszy. Wszystko jednak wskazywało na to, że 

nie może jej mieć. Była tu, pod jego dachem, na krótko, wypożyczona 
mu  przez  jakieś  dziwne  zrządzenie  losu,  ale  nie  na  zawsze,  i  ta 
świadomość spędzała Willowi sen z powiek. Nie pozostawało mu nic 
innego, jak się złościć, ale i to nie robiło na Emily wrażenia. Zdawała 
się  rozumieć  jego  nastroje,  jego  zadumę,  co  jedynie  pogłębiało  jego 

background image

frustrację.

- Będę czekała z kolacją - powiedziała, kiedy ją wreszcie wypuścił z 

objęć i dosiadł konia.

- Nie wiem, jak długo to potrwa - odparł krótko.
- Będę czekała z kolacją - powtórzyła. 
- Życzę ci powodzenia.
Zawrócił  kasztankę,  spiął  ją  ostrogami  i  pogalopował  przed  siebie 

czując na plecach wzrok Emily jak rozpalone żelazo.

Miasto  zastał  pod  bronią  -  może  ludzie  nie  powariowali,  jak  to 

określił  Johnny,  ale  kipieli  ze  złości.  Ze  złości,  ale  i  ze  strachu. 
Podobnie zresztą jak i on sam. Chociaż Willa musieliby chyba kołem 
łamać, żeby zaczął wykrzykiwać tak jak niektórzy z zebranych.

- Proszę  o  spokój!  - krzyczał  Ollie  McCrudden  waląc  młotkiem w 

pulpit, tak że aż szyby drżały. 

- Czy będzie tu wreszcie cisza?!
-  Strzelę  w  łeb  każdemu,  kto  się  odważy  zabierać  mi,  co  moje!  -

wrzasnął jeden z rozwścieczonych ranczerów.

- Do diabła z ziemią! - krzyknął drugi. 
- Wyłamiemy drzwi banku i weźmiemy, co nasze!
- Zlinczować Bergenera! Nie jest lepszy od zwykłego koniokrada!
- Zlinczować go! - ryknęli chórem zebrani.
- Spokój! - krzyczał Ollie. 
- Spokój!
I tak dalej i dalej. Will słuchał tego w milczeniu, z nogą założoną na 

nogę, z kapeluszem zawieszonym na kolanie.

- Will! - ponad wrzawę wzbił się głos Ollie’ego. 
- Will,  może  byś  tu  przyszedł  i  przemówił  tym  ludziom  do 

rozsądku?

Zdecydował  się,  chociaż  nienawidził  publicznych  wystąpień.  I bez 

tego nie był specjalnie  wymowny.  Wszedł po stopniach  na podium i 
odchrząknął.

- Ludzie - zaczął. 
-  Ludzie,  to  naprawdę  do  niczego  nie  prowadzi.  Bądźcie  rozsądni. 

Run  na  bank  nic  nie  da,  a  zlinczowanie  Boba  jeszcze  pogorszy 
sytuację. Panowie, mamy rok 1893 i jesteśmy cywilizowanymi...

- Co ź ciebie za tchórz, Dutcher! - wyrwał się ktoś z końca sali. 
- Chyba ci ta twoja gospodyni zawróciła w głowie, przyznaj no się!
McCrudden walnął młotkiem z całej siły.

background image

- Zostawcie w spokoju jego gospodynię! - wrzasnął.
- Nie zamierzam obojętnie  słuchać takiego  gadania,  Lonnagan,  ani 

twojego, ani niczyjego - powiedział Will stalowym głosem. 

- Znacie mnie i dobrze wiecie, że nie jestem tchórzem. A jeśli który 

nie wierzy, to niech wyjdzie ze mną przed budynek.

- Przeproś go, Lonnagan - odezwał się ktoś z zebranych. 
- No, prędzej.
- Przepraszam, Dutcher - mruknął Lonnagan pod nosem.
- Mamy tu poważny problem - podjął Will - i musimy się wspólnie 

zastanowić, jak go najlepiej rozwiązać.

- Słuchamy!
Will ponownie odchrząknął.
- Proponuję, żebyśmy poczekali kilka dni. Może przez ten czas Bob 

jakoś sobie poradzi i całe to gadanie zda się psu na budę.

- Słyszałem - powiedział Ollie stając koło Willa - że Bergener posłał 

do Denver City po jakichś płatnych morderców.

Wśród mężczyzn powstało groźne poruszenie. I oni o tym słyszeli.
- To może być plotka, Ollie - rzekł Will.
- Pewnie, że może.
- Ale wiesz, że nie jest, Dutcher - zawołał Tell Lister.
Will rozejrzał się po rozwścieczonym tłumie.
- Posłuchajcie - próbował przyciągnąć ich uwagę -w dalszym ciągu 

twierdzę,  że  należy  poczekać.  Gangsterskimi  metodami  nic  nie 
osiągniemy. Po pierwsze, możemy porozmawiać z Bobem...

- A po drugie, go powiesić! - zagrzmiał ktoś ze środka sali.
Will poddał  się. Uspokoją się wieczorem w domach; w gromadzie 

stawali  się  niebezpieczni.  Może  każdy  z  osobna  ochłonie  i  odzyska 
zdrowy rozsądek. Ale na razie...

- Panowie! - Will starał się przekrzyczeć tłum. 
-  Nie  wiem,  jak  wy,  ale  ja  idę  do  domu.  Muszę  się  przespać  z  tą 

sprawą i mam nadzieję, że wy zrobicie to samo. Proponuję, żebyśmy 
zamknęli zebranie. 

- Spojrzał na McCruddena. 
- Co o tym sądzisz, Ollie?
-  Tak,  masz  rację  -  odparł  Ollie  i  dodał  tak,  żeby tylko  Will  go 

słyszał:  -  Aczkolwiek  nie  sądzę,  żebyśmy  długo  utrzymali  ich  w 
spokoju.

Will  jechał  do  domu  powoli,  przygnębiony,  znacznie  bardziej 

background image

zatroskany,  niż  sam  chciał  się  do  tego  przyznać.  Pamiętał  krwawą 
wojnę pograniczną z lat osiemdziesiątych. Zastanawiał się, czy znów 
cała  dolina  stanie  pod  bronią.  Miał  takie  uczucie,  jakby  obserwował 
nadchodzącą gwałtowną, wiosenną burzę, szalejącą nad płaskowyżem 
i nie mógł jej powstrzymać.

A  do  tego  wszystkiego  jeszcze  sprawa  Emily.  Ludzie  wygadują 

niestworzone  rzeczy.  Zacisnął  mocniej  rękę  na  cuglach,  a  kobyła 
wyczuwając jego napięcie zaczęła

I  rzucać  łbem.  Will  zesztywniał  cały  na  myśl  o  tych  plotkach,  o 

naruszaniu jego prywatności - jego i Emily. 

Nikt nie ma do tego prawa.
Tamtego  wieczoru,  przy  barbecue,  Emily  wzięła  na  siebie  cały 

ciężar  ludzkiego  strachu  i  złości,  ale  teraz  Will  widział,  jak  ta  fala 
zbliża  się  do  niego,  jak  nad  jego  głową  zbierają  się  czarne  chmury. 
Emily i panika srebra, i zamknięcie banku - wszystko razem w jednym 
straszliwym ataku niszczycielskiej siły, która zmiecie wszystko, co na 
drodze.

Ale zawsze w centrum wydarzeń - Emily. Tak, jakby jej pojawienie 

się powodowało te wszystkie  kłopoty,  i  choć przecież  Will wiedział, 
że tak nie jest.

Czy  jednak  by  z niej  zrezygnował?  Czy  wolałby  jej  !  w  ogóle  nie 

poznawać? Nie - odpowiedział sobie na to pytanie - nigdy.

Zgodnie  z  zapowiedzią  Emily  położyła  dzieci  spać  i  czekała  na 

niego  z  kolacją.  Ale  Will  nie  był  głodny.  Jadł  na  siłę,  robiąc  dobrą 
minę  do  złej  gry  i  uśmiechając się  blado,  kiedy  do  niego  mówiła, 
szczęśliwy, że go o nic nie wypytuje. Ona i tak wie - pomyślał. Nic się 
nie da ukryć przed tą piekielną babą. Zawsze wiedziała.

Nazajutrz  ranek  wstał  czysty  i  pogodny,  słońce  złociło  odległe 

szczyty gór i Will pomyślał, że może jednak sprawy nie wyglądają tak 
źle,  jak  mu  się  wczoraj  wydawało.  Może  spotkają  się  z  Bobem  w 
mniejszej  grupie  i  jakoś  dojdą  do  porozumienia.  Jasne.  Problem 
polegał tylko na tym, że Bob mógł rzeczywiście posłać do Denver po 
pomoc.  Will  miał  nadzieję,  że  nie.  Bo  gdyby  Bob  popełnił  to 
głupstwo, na ulicach Rifle z pewnością polałaby się krew.

Zjadł z dziećmi śniadanie, z rozbawieniem słuchając ich opowieści 

o wakacjach.

- Ja tam nie wracam jesienią do szkoły - oznajmił Jesse. 
- Dosyć mam tej arytmetyki.

background image

- Jesteś głupi - powiedział Burkę polewając sobie chleb miodem.
- Obaj jesteście głupi - podsumowała Mary zadzierając nosa.
AEmily?  Śniadanie  stało  na  stole,  a  jej  nigdzie  nie  było  widać. 

Kiedy  ją  wreszcie  Will  znalazł  -  ciągnącą  przez  podwórko  jakieś 
dziwne urządzenie - ofuknęła go ostro, kazała nie wsadzać nosa w nie 
swoje sprawy i iść w pole.

- Uciekaj stąd! - krzyknęła. 
- Wieczorem wszystko zobaczysz. Uciekaj!
Był to kolejny upalny dzień; dopiero po lunchu napłynęły chmury i 

zrobiło  się  trochę  chłodniej.  Ale  o  czwartej  Will  wrócił  do  domu 
spocony i zmordowany. Cały czas myślał o swojej ziemi i stadzie 

- jeśli sprawy pójdą źle, może to wszystko stracić. A Emily? Gdyby

mu trzy miesiące temu ktoś powiedział, że będzie wzdychał do jakiejś 
kobiety, nazwałby go kłamcą i durniem.

Wyszczotkował kobyłę, wypuścił ją i poklepawszy po szyi zamknął 

bramę. Mięśnie klaczy zareagowały żywo na znajomy dotyk.

Idąc  z  Shepem  u  nóg  w  stronę  domu  przez  nagrzane  słońcem 

podwórko, jak zwykle myślał o Emily.

Co za piekielna baba. Nieźle mu zalazła za skórę. Jakby miał mało 

kłopotów.  Ale  kiedy  sobie  wyobraził,  że  mogłaby  odejść...  nie,  to
byłoby jeszcze gorsze. Na samą myśl o tym coś go ściskało w środku, 
odczuwał bolesną pustkę.

A gdyby tak została... gdyby została, starałby się dać jej szczęście, 

zrobiłby  wszystko,  co  w  jego  mocy,  żeby  ją  zatrzymać.  Nigdy  nie 
przypuszczał, że mógłby żywić podobne uczucia do kobiety, ale był to 
fakt  bezsporny.  Problem  polegał  na  tym,  że  z  jego  dobrych  intencji 
niewiele wychodziło.

Emily Jacoby go nie chciała.
Stale  powtarzała,  że  wyjedzie  -  ale  kiedy  i  dokąd?  Czy  wróci  do 

tamtego mężczyzny do Filadelfii?

To  jasne,  że  zrobi  wszystko,  żeby  ją  przy  sobie  zatrzymać,  poza 

jednym: nie będzie się płaszczył. Nie, już więcej nie zamierza błagać. 
Mężczyzna  ma  swoją  godność  i  jeśli  ją  straci,  nie  zechce  go  żadna 
kobietą zwłaszcza taka jak Emily. Oczywiście da sobie bez niej radę, 
ale  będzie  cierpiał  jak  wszyscy  diabli.  A  dzieciaki  -  dla  nich  też 
byłoby  to  bardzo  bolesne,  chociaż  przecież  i  one  jakoś  przeżyją. 
Związane z nią kłopoty zdawały się nie mieć znaczenia. Jej ucieczka 
do Denver City, jej gadanie, jej dziwne zwyczaje, jej inność. I to, co o 

background image

niej mówili ludzie, jak choćby Lonnagan wczoraj. Trzeba mieć źle w 
głowie,  żeby  szukać  guza  z  taką  kobietą  jak  Emily.  A  jednak,  kiedy 
byli sami, wszystko to stawało się nieważne.

Do licha, przecież ta kobieta wywróciła jego życie do góry nogami. 

Ani  na  chwilę  nie  przestawał  o  niej  myśleć.  Dręczyła  go, 
denerwowała, fascynowała...

- Och, Will! - wykrzyknęła Emily, kiedy wszedł do kuchni. 
- Działa!
- Uhm. Co takiego działa?
- Mój wynalazek, głuptasie. Jestem wynalazczynią!
-  No,  to  pokaż  -  powiedział  obdarzając  ją  jednym  ze  swoich 

powściągliwych uśmiechów.

Wynalazek  Emily  -  czy  też  może  magiczna  machina  -  był 

najdziwniejszą rzeczą, jaką Will kiedykolwiek widział. Emily, wraz z 
dziećmi i Antoniem, pracowała nad nim już od kilku tygodni. Było to 
coś wielkiego i ciężkiego - kupa żelastwa i rurek - umieszczonego na 
zewnątrz  domu  przy  ścianie  od  strony  kuchni.  Pod  brzydkim, 
walcowatym  urządzeniem  znajdował  się  stary  piec  przeniesiony  z 
domu  brata  Willa.  Jedna  rura  wpuszczona  była  w  mur,  druga  do 
studni.

- Co do diaska... - zaczął Will podparłszy się pod boki.
Dzieci zachichotały.
-  Podgrzewacz  do  wody  -  wyjaśniła  Emily,  dosłownie  szalejąc  z 

radości. 

-  Pompujesz  wodę  w  zlewie  i  w  wannie!  Antonio  nawet  znalazł  u 

kowala odpowiednie zawory i...

- Ale po co to wszystko? - spytał Will w osłupieniu.
- Już ci mówiłam. Do ciepłej wody. Przez okrągły rok masz ciepłą 

wodę  z  automatu!  A  myślę,  że  gdybyś zbierał  łupki  bitumiczne,  to 
podgrzewanie  wody  praktycznie  nic  by  cię  nie  kosztowało.  -  Emily, 
rozpromieniona, strzeliła z palców. 

- I Will Dutcher będzie pierwszy, który tego spróbuje!
- O, co to, to nie... - Will ściągnął brwi.
Przez cały wieczór, z kosmykami złotych włosów, które wymykały 

się  spod  szpilek,  Emily  pracowała  niestrudzenie,  choć  radośnie. 
Kąpali  się  wszyscy  -  z  wyjątkiem  Antonia,  który  brał  kąpiel  raz  na 
miesiąc,  czy  potrzebował,  czy  nie  -  a  Emily  tak  była  zachwycona 
swoim wynalazkiem, że wreszcie Will zapytał:

background image

- Zadowolona jesteś z siebie, prawda?
Oczywiście,  że  w  eleganckich  katalogach  oglądał  podobne 

urządzenia,  sam  jednak  nie  widział  zastosowania  dla  czegoś 
podobnego. W każdym razie, kiedy Emily zapowiedziała, że wystąpi 
o patent, nie odezwał się słowem.

Siedzieli  na  ganku,  w  chłodnym  wieczornym  powietrzu  niósł  się 

zapach kwitnących jabłoni, a dzieci bawiły się w berka koło korralu.

- Tak - powiedziała Emily bujając się w swoim ulubionym fotelu. 
-  Mogłabym  właściwie  opatentować  ten  wynalazek.  A  potem, 

gdybyśmy  zbudowali  drogę  do  Płonącej  Góry  i  zaczęli  wydobywać 
iłołupek, to mogłabym nawet sprzedawać... - Przechyliła głowę. 

- Will, czy ty mnie słuchasz?
W  istocie  Will  nie  słuchał.  Na  początku  nastrój  radości  wywołany 

wynalazkiem  jakoś  mu  się  udzielił,  ale  teraz,  no  cóż,  teraz  czas  był 
pomyśleć  o  poważniejszych  sprawach.  Jak  choćby  o  tym,  czy  Bob 
Bergener  rzeczywiście  najął  płatnych  rewolwerowców. Will?  -  Glos 
Emily wyrwał go z zamyślenia. 

-  Powiedz  mi,  co  się  stało.  Od  wczoraj  po  południu,  kiedy 

pojechałeś, do miasta jesteś taki... jakiś nieobecny. Nawet... nawet nie 
pocałowałeś mnie na dobranoc - wyszeptała. 

- Proszę cię.
Ale Will tylko wziął ją za rękę i dalej spoglądał na ranczo, na swoje 

ranczo.

Atmosfera w mieście była taka, jak ją Will opisał - pełna napięcia. 

Emily  ze  zdziwieniem  stwierdziła,  że  nawet  pani  Tatę  ze  Składu 
Handlowego  była  zbyt  tym  zaabsorbowana,  żeby  tego  sobotniego 
ranka pokazywać jej swoje fochy. 

Z Glenwood Springs przyszła bowiem telegraficzna wiadomość, że 

pociągiem o godzinie 12.33 jadą do Rifle rewolwerowcy.

-  Czy  to  będzie  wszystko,  panno  Jacoby?  -  spytała  pakując  Emily 

pudło z zakupami.

-  Tak,  dziękuję -  powiedziała  sztywno  Emily,  aż  nazbyt  dobrze 

pamiętając przykrości, jakich doznała od niej wtedy na zabawie. 

-  Czy  niczego  już  więcej  nie  potrzebujesz,  kochanie?  Koronki  do 

sukienek dla lalki? Guziczków?

- Zwróciła się do Mary.
- Nic, panno Emily. 
- Pani  Tatę  wręczyła  małej lizaka.  Mary zaczęła  ciągnąć  Emily  za 

background image

rękę. 

- Chodźmy do kowala po wujka Willa. Chciałabym  zobaczyć  tych 

złych ludzi z pociągu. Pospieszmy się.

Emily nie była przekonana, czy rzeczywiście dzieci powinny jechać 

w tej chwili na dworzec, chociaż wyraźnie całe miasto szykowało się 
na  to  wydarzenie.  Jak  na  miejsce,  w  którym  nie  było  telefonów, 
wiadomości rozchodziły się tutaj lotem błyskawicy. Nie minęły dwie 
godziny, jak nadszedł telegram z Glenwood. Na ulicach gwarno było i 
tłoczno i wszyscy razem - ranczerzy, farmerzy i biznesmeni - spieszyli 
na stację kolejową.

- Chodźmy - Mary nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie pójdą do 

kowala.

W  kuźni  zastali  Willa  i  chłopców  czekających,  aż  pan  Crowley 

skończy  reperować  jeden  z  resorów  bryczki.  I  nawet  Jesse  i  Burkę, 
którzy  nie  mieli  zielonego  pojęcia,  dlaczego  wszyscy  spieszą  na 
pociąg, dosłownie umierali z ciekawości.

-  Zupełnie  jakby  do  miasta  przyjechał  cyrk  -  powiedział  Will  do 

Emily, marszcząc czoło.

- Jedźmy do domu - zaproponowała. 
- Boję się, że może być niebezpiecznie, Will. Chodzi mi o dzieci i w 

ogóle...Ale Will potrząsnął głową.

-  Po  pierwsze  od  patrzenia  nic  się  dzieciom  nie  stanie.  Muszą  się 

uczyć, kiedyś przecież dorosną.

- A po drugie?
- Ja bym w żadnym razie nie chciał tego stracić.
Na stacji panował tłok. Mężczyźni spoglądali  na zegarki, kobiety i 

dzieci  wytężały  wzrok  wpatrując  się  w  tory  kolejowe.  Koło  zagrody 
dla  bydła  stały  powozy  i  bryczki,  tarasując  drogę  tam,  gdzie  miano 
rozładowywać zwierzęta.

- To jest ZOO, Will - powiedziała Emily ciągnąc go za rękaw. 
-  Uważam,  że  powinniśmy  stąd  iść.  Jeżeli  wybuchną  jakieś 

zamieszki...

- Nie będzie żadnych zamieszek - odezwał się zza ich pleców Ollie 

McCrudden. 

-  W  każdym  razie  nie  dzisiaj.  Nie  wcześniej,  aż  rewolwerowcy 

Boba  staną przed  bankiem  albo  spróbują  zająć  czyjeś  stado.  Wtedy 
rzeczywiście może być gorąco.

- Amen - zakończył ponuro Will.

background image

- Z tego, co słyszę, Bob Bergener jest durniem - powiedziała Emily 

i Will posłał jej znaczące spojrzenie.

Usłyszeli gwizd lokomotywy na długo przedtem, nim pociąg wziął 

zakręt i ukazał się oczom zgromadzonych. Ludzie ruszyli do przodu, 
rozstępując się, żeby lepiej widzieć rewolwerowców. Emily trzymała 
dzieci  przy  sobie,  besztając  je,  ilekroć  próbowały  wysunąć  sie  przed 
tłum.  Will  posadził  sobie  Burke'a  na  ramionach,  żeby  mały  lepiej 
widział.

- Dzidziuś,  dzidziuś  -  przekomarzał  się  z  bratem  Jesse,  wspinając 

się na palce.

Pociąg  szarpnął  i  zatrzymał  się,  ciągnąc  za  sobą  smugę  dymu. 

Rozległy  się  jeszcze  dwa  gwizdki  oznajmiające  jego  przybycie  i 
zebrani wokół ludzie wstrzymali oddech.

- Czy  rzeczywiście  myślisz,  że  tym  pociągiem  przyjechali 

rewolwerowcy?  -  spytała  Emily,  która  jakoś  nie  mogła  się 
przystosować do realiów westernowego życia.

- Gdyby  mieli  nie  przyjechać,  to  przecież  nie  dostalibyśmy 

wiadomości  od  zawiadowcy  stacji  Glenwood  -  odparł  Will  patrząc, 
jak pociąg wjeżdża na stację.

Pierwszy  wysiadł  konduktor  mocując  stopnie  dła  pasażerów. 

Następnie poprzez obłok pary zobaczyli dwie kobiety z dziećmi, kilku 
mężczyzn,  a  wśród  nich  paru  z  siodłami,  wyglądających  na 
kowbojów.  I  jeszcze  dwie  kobiety.  I  młodego  mężczyznę  z  żoną 
niosącą na ręku niemowlę...

Ale  oczy  wszystkich  w  dalszym  ciągu  spoczywały  na  wagonach 

pasażerskich.  Po  chwili,  kiedy  wydawało  się, że  już  nikt  więcej  nie 
wysiądzie, przez tłum przeszedł nerwowy  pomruk. A może...  może -
pomyślała Emily

- żadni rewolwerowcy nie przyjechali tym pociągiem...
- Nagle serce skoczyło jej do gardła. 
- O, jest jeden!
Nie  ma  mowy,  żeby  się  pomyliła.  Mężczyzna  przez  chwilę  stał  w 

drzwiach  wagonu,  ogarniając  wzrokiem  tłum,  a  jego  cienkie  usta, 
wykrzywione w cynicznym uśmieszku, wyglądały jak szrama.

Chociaż otaczała go atmosfera grozy, wyglądał na dandysa w stylu 

dawnego  Zachodu.  Ciemnowłosy,  sądząc  na  oko  niespełna 
czterdziestoletni mężczyzna, był wysoki, szczupły i ubrany na czarno. 
Miał na  sobie  czarną  marynarkę, kamizelkę,  czarne  spodnie  i  buty,  i 

background image

czarny  stetson  złowieszczo  naciśnięty  na  czoło.  Głęboko  osadzone, 
przenikliwe  oczy  od  niechcenia  przesuwały  się  po  tłumie.  Uwagi 
Emily nie uszły dwa wysadzane macicą perłową kolty u jego boków. 
Ujęła dłoń Mary w swoją rękę i ścisnęła.

Tuż  za  nim  ukazał  się  drugi  mężczyzna,  bliźniaczo  podobny  do 

pierwszego,  tyle  że  młodszy  i  jasnowłosy.  Jeden  po  drugim, 
obładowani  niebezpiecznymi  zabawkami  najemnicy  Bergenera, 
wysiadali na peron w obłokach pary. Tłum rozstąpił się w milczeniu, 
żeby ich przepuścić.

Najróżniejszego  wieku  i  budowy,  jedno  mieli  wspólne:  zimny, 

pozbawiony wyrazu wzrok mordercy.

- Naliczyłem dwunastu - zwrócił się do Ollie’ego Will.
- Bergener chyba rzeczywiście spodziewa się powstania.
- I słusznie - odparł Ollie nie spuszczając mężczyzn z oka.
Tłum prawie cały czas milczał - wszystkie głowy były zwrócone ku 

armii  rewolwerowców  idących  peronem  w  stronę  bydlęcych 
wagonów.

Emily,  w  której  głowie  kłębiło  się  od  myśli,  również  ich 

obserwowała. Nie, to niemożliwe - powtarzała sobie - to wszystko nie 
dzieje się naprawdę. To scena z jakiegoś filmu, na miłość boską, to nie 
jest rzeczywistość. Lada chwila ukaże się Billy Kid*

3

 w swoim starym 

ubraniu,  wiszącym  na  jego  chudej  postaci  jak  worek,  z  twarzą 
dziecinną i ze śmiercionośną bronią u boku.

Tłum  ruszył  peronem  za  płatnymi  mordercami,  powoli,  w  pełnej 

oczekiwania ciszy. Emily trzymając dzieci za ręce szła za Willem.

- Dokąd oni idą? - wyszeptała.
- Podejrzewam, że idą do bydlęcego wagonu odebrać swoje konie. 
- Zatrzymał się, odwrócił do niej i dodał uspokajająco:
- Nie bój się, Emily, to tylko ludzie.
Kilku  spośród  idących  szeregiem  miało  przerzucone  przez  ramię 

strzelby.  Para  w  dalszym  ciągu  z  sykiem  uchodziła  z  lokomotywy  i 
snuła  się  po  peronie  wilgotna  i  pachnąca  metalicznie,  chwilami 
przesłaniając Emily widok. Ale kiedy się rozwiewała, zawsze tkwili w 
miejscu - najemni mordercy czekający na swoje konie.

Tłum  przerzedził  się  nieco,  ale  Will  nie  zamierzał  odejść.  Emily 

chętnie  by  już  wróciła  do  domu,  ale  wiedziała,  że  byłby  na  nią  zły. 

                                                          

3

*  Billy  the  Kid  -  przezwisko  Williama  H.  Bonneya  (1859-1881),  znanego  na  Dzikim  Zachodzie 

awanturnika, koniokrada i mordercy. (Przyp. tłum.)

background image

Nie należał do tych, którzy tchórzą w obliczu niebezpieczeństwa. Nie, 
tacy jak on zostawali zawsze do końca.

- Posłuchajcie - odezwał się Ollie. 
-  Ja  idę  do  szkoły.  Trzeba  się  wspólnie  zastanowić  co  dalej. 

Przyjdziesz tam do nas, Will?

- Przyjdę - odparł Will, ale jego wzrok w dalszym ciągu utkwiony 

był w dwunastu mężczyznach, którzy właśnie prowadzali swoje konie 
po drewnianej rampie. Słychać było głuchy stukot kopyt, a na widok 
drgających nerwowo końskich zadów ludzie pierzchali na boki.

- Rany - powiedział Jesse uwalniając rękę z dłoni miły. 
- Widzicie te wielkie spluwy u tego wysokiego?
- Och - wzdrygnęła się Maryja się boję.
- Ja też - szepnęła Emily.
Will  natomiast  w  najmniejszym  nawet  stopniu  nie  roił  wrażenia 

przestraszonego.  Patrzył  spokojnie,  jak  mężczyźni  ze  swymi  końmi, 
jeden po drugim, ruszają stronę miasta. Will nie ustępuje pola, o nie, 
nie  ustąpił  nawet  z  drogi,  gdy  jeden  z  mężczyzn  jechał  prosto  na 
niego. Uchylił tylko przed nim kapelusza i uśmiechnął się chłodno.

- Co ty robisz? - szepnęła mu do ucha Emily.
- To nasze miasto, Em - odparł - i ktoś musi dać im do zrozumienia. 
Przed  szkołą  kobiety  i  dzieci  zostały  odesłane  do  bryczek  i 

dwukółek, mężczyźni zaś, z ponurymi twarzami chodzili do środka.

- Czy możemy jechać? - spytała siedząca już bryczce Mary.
- Jeszcze nie - odparła Emily - ale to nie potrwa długo. 
- Ze swojego miejsca widziała, jak rewolwerowcy zbierają się przed 

bankiem.  Wydawało  jej  się  nawet,  e  widzi,  jak  Bob  Bergener 
podjeżdża  swoim  eleganckim  czarnym  powozikiem.  Kombinuje  -
pomyślała. Nie miał odwagi spotkać swoich bandziorów na stacji, bał 
się tłumu. A teraz w ich obecności zgrywa ważniaka.

Od  czasu  do  czasu  słychać  było  dochodzące  z  budynku  szkolnego 

głosy  -  nabrzmiałe  paniką,  podniesione  głosy  podenerwowanych 
łudzi.

- Według mnie musimy to z nimi załatwić już, zaraz, od ręki.
-  Ludzie,  w  tym  banku  jest  nasze  złoto  i  mamy  do  niego  święte 

prawo.

- Proszę  o  spokój!  -  Głos  Ollie’ego  z  trudem  przebijał  się  przez 

wrzawę.

Boże, jakżeż marzyła o tym, żeby wejść między nich i wyjaśnić im 

background image

wszystkim,  powiedzieć,  że  jest  tylko  jeden  sposób  na  uratowanie 
miasta:  rozpocząć  negocjacje  z  Bergenerem  i  obiecać  mu,  że  jeśli 
otworzy  bank,  to  ludzie  nie  zaczną  wycofywać  swoich  depozytów. 
Ale przecież by jej nie usłuchali. Gorzej - ukamienowaliby ją, gdyby 
tylko  otworzyła  usta.  Ale  była  jeszcze  szansa,  chociaż  niewielka. 
Gdyby  zdołała  wyperswadować  Willowi,  żeby  przemówił  do  nich  w 
tym duchu...

Emily wraz z innymi kobietami czekała w napięciu, że lada chwila 

otworzą  się  drzwi  budynku  szkolnego  i  mężczyźni,  z  bronią  gotową 
do  strzału,  wysypią  się  na  ulicę.  Ledwie  zdawała  sobie  sprawę  z 
wrogich spojrzeń niektórych kobiet. Znacznie ważniejsze było dla niej 
bezpieczeństwo Willa. Nie może tego zrobić, nie będzie na tyle ślepy, 
żeby się przyłączyć do tłumu.

Starając  się  nad  sobą  panować,  wyjaśniała  dzieciom  sytuację 

najlepiej jak potrafiła.

-  Czy  wujek  Will  będzie  walczył  z  tymi  ludźmi?  -zapytał  Jesse 

kręcąc się niespokojnie na siedzeniu.

-  Ależ  skąd  -  odpowiedziała  Emilły,  w  której  głosie  więcej  było 

pewności, niż jej faktycznie odczuwała.

Wreszcie  ranczerzy  zaczęli  wychodzić  z  zebrania,  burcząc  pod 

nosem  i  odgrażając  się.  Była  wokół  nich  prawie  namacalna  aura 
strachu  i  gniewu.  Jak  jeden  mąż  poszli  pod  bank  stawić  czoło 
rewolwerowcom.  Stali,  nieruchomi  jak  posągi,  ale  drżący  z 
niepewności  i  wyczekiwania,  wpatrzeni  w  grupę  czarno  odzianych 
mężczyzn zgromadzonych wokół Bergenera.

Przybysze  musieli  wyczuć  napięcie.  Świadomi  wrogich  spojrzeń 

gospodarzy, jeden po drugim podnosili wzrok, wyzywająco patrząc im 
w oczy.

- Nie - szepnęła Emily do siebie - nie.
Czas  wlókł  się  niemiłosiernie;  kobiety  wstrzymywały  oddech, 

mężczyźni z trudem hamowali wybuch.

Nagle  powstał  jakiś  ruch  i  nastąpiła  jakby  minimalna  zmiana 

nastroju.  Emily  usłyszała  stłumione  głosy  i  w  perspektywie  ulicy 
zobaczyła,  jak  Bergener  otwiera  drzwi  banku  i  wpuszcza  do  środka 
swoich  bandziorów.  Przeniosła  wzrok  na  ranczerów.  Trwali  w 
bezruchu, napięci, wyczekujący.

Jeden po drugim czarno odziani mężczyźni znikali wewnątrz banku, 

a  kiedy  drzwi  się  za  nimi  zamknęły,  na  ulicy  pozostał  tylko  obłok 

background image

kurzu wzniecony podmuchem gorącego wiatru.

Z  zebranego  przed  szkołą  tłumu  wyrwało  się  podobne  do  jęku 

westchnienie,  a  potem  zaczął  się  ruch,  słychać  było  głosy,  najpierw 
ciche,  potem  coraz  głośniejsze,

w  miarę  jak  mężczyźni 

odreagowywali pierwszą konfrontację z wrogiem.

Emily  odprężyła  się,  odetchnęła  głęboko.  Jeszcze  przed  chwilą 

wszystko wisiało na włosku.

Tego  dnia  szła  spać  bardzo  nieszczęśliwa.  Przez  całe  popołudnie 

Will prawie się do niej nie odżywał. 

Był bardzo napięty - obawiał się, że Bergener rozpuści swoich ludzi 

po całej okolicy, żeby zajmowali stada, plądrowali obejścia.

O siódmej wieczorem pojechał porozstawiać swoich ludzi na noc w 

różnych punktach rancza.

- Kiedy wrócisz? - spytała go Emily, kiedy się spotkali w stajni.
- Nie wiem dokładnie. 
- Było to wszystko, co miał jej do powiedzenia. Wskoczył lekko na 

konia  i  tyle  go  widziała.  Zobaczyła  jeszcze  czarno-białą  plamkę 
towarzyszącego mu nieodłącznie Shepa.

Leżała w łóżku modląc się, żeby nikogo w Rifle, a w szczególności 

Willa, nie spotkało nic złego. Bo gdyby mu się coś stało...

Było dobrze po północy, kiedy zastukał do jej drzwi.
-  Nie  śpisz,  Emily?  -  usłyszała  jego  stłumiony  głos.  Serce  zaczęło 

tłuc się w jej piersi jak ptak.

- Nie, nie śpię, Will, wejdź. 
-  Przyciągnęła  go  do  siebie,  na  łóżko,  i  tuliła  czule  jego  długie, 

potężne  ciało  pachnące  kurzem,  krzewami  bylicy,  jego  własną 
męskością.

Objął  ją  powoli  swoim  potężnym  ramieniem  i  dotknął  ustami  jej 

warg.  Głodna  jego  miłości,  nienasycona,  poczuła  falę  rozkosznego 
gorąca.

- Och, Em - wyszeptał. 
- Tak bardzo mi jesteś potrzebna. 
- Pieścił jej gładkie biodra, płaski brzuch i pełną pierś, aż całe ciało 

Emily wezbrało pożądaniem. Nagle zesztywniała.

- Will - wyszeptała zdyszana. 
-  Ja...  my  nie  możemy.  Usiadł  raptownie  w  świetle  księżyca, 

nerwowo przeczesując palcami swoje gęste włosy.

- Will - wyszeptała. 

background image

-  Przepraszam  cię,  ale  ja  nie  mogę  zajść  w  ciążę.  Po  prostu  nie 

mogę. Nie rób nam tego.

- Ale kiedy ja chcę, żebyś zaszła w ciążę - jęknął.
- Może wtedy pozwolisz mi sprowadzić księdza.
-  Ja...  ja  nie  mogę  -  powtórzyła  odwracając  wzrok.  Przez  chwilę 

patrzył  na  nią  spode  łba,  jakby  z  nienawiścią.  Następnie  wstał  i 
nacisnął kapelusz głęboko na czoło.

- Niech ci będzie - powiedział szorstko. 
- Ja w każdym razie muszę iść. Życzę ci miłych snów, moja damo.
- To rzekłszy wyszedł, trochę zbyt mocno zamykając za sobą drzwi.
Emily z trudem powstrzymała łzy. Wiedziała, że płacz nic tu nie da. 

Musi  zebrać  siły.  Musi  jakoś  Willowi  pomóc.  Dziś,  bardziej  niż 
kiedykolwiek, miała świadomość tego, że jej pobyt w Grand Yalley, u 
jego boku, ma się ku końcowi. Już dłużej nie mogą się tak nawzajem 
dręczyć.  Ale  zanim  stąd  wyjedzie,  zanim  go  opuści  i  znajdzie  drogę 
powrotu  do  swojego  świata,  musi  mieć  pewność,  że  Will  i  dzieci  są 
bezpieczni.

Tak, musi zebrać siły i wreszcie opuścić tego surowego mężczyznę, 

którego tak bardzo pokochała.

background image

ROZDZIAŁ 13

Will zbliżał się do domu powoli, perspektywa spotkania z Emily nie 

wydawała  mu  się  zachęcająca.  Wieści  z  miasta  były  niedobre  i  Will 
wiedział,  że  znów  zaczną  się  pytania,  którymi  w  końcu  wszystko  z 
niego  wyciągnie.  Nie  miała  do  tego  prawa,  a  jednak  to  robiła.  Cała 
Emily.

Zsiadł z konia przed stajnią, rozsiodłał i napoił kobyłę, odwlekając 

w ten sposób o kilka minut to, co i tak było nieuniknione.

- No, dobra - mruknął do siebie, wierzchem dłoni zsuwając kapelusz 

na tył głowy. 

- Czas stawić czoło najgorszemu.
Kiedy  otworzył  drzwi  do  kuchni,  Emily,  zarumieniona  od  żaru, 

wyjmowała  właśnie  coś  z  pieca.  Miała  na  sobie  starą  granatową 
spódnicę i bluzkę w paski, której nie widział. W kuchni panował upał, 
więc  podwinęła  rękawy  i  rozpięła  kołnierzyk.  Było  w  niej  coś 
szczególnego, jakiś niepowtarzalny wdzięk i na samą myśl o tym, że 
miałaby  go  opuścić,  Will  poczuł  się,  jakby  mu  ktoś  wbijał  nóż  w 
serce. Nigdy o tym nie rozmawiali, ale ta świadomość wisiała między 
nimi  w  powietrzu  jak  chmura  gradowa.  Prędzej  czy  później  Emily 
wyjedzie.

Wyprostowała się i uśmiechnęła do niego.
- O, jesteś, przyszedłeś akurat w samą porę na ciastka z owocami.
Spotkanie z Emily podziałało na niego jak zwykle: jakby zobaczył 

wschodzące słońce - taka była piękna,  promienna, życiodajna. Robił, 
co  mógł, żeby  powściągnąć  w  sobie  te  reakcje,  do  których  nigdy  by 
się  przed  nikim  nie  przyznał  -  ilekroć  jednak  ją  widział,  odczuwał 
radosne podniecenie, wdzięczność.

- Udany miałeś dzień? - zapytała.
Mruknął coś pod nosem i rzucił kapelusz na stół.
- A, już wiem, jaki miałeś dzień, rozumiem.
- Emily...
- Masz tu szklankę wody, napij się, siadaj i opowiadaj.
Westchnął,  ale  usiadł.  Woda  była  chłodna,  kryształowo  czysta  i 

Emily czekała z założonymi rękami, aż Will wypije.

- No więc?

background image

-  Nic  się  nie  zmieniło.  Tamci  stoją  pod  bankiem  na  zmianę, 

Bergenera nie widać. Mówią, że postawił McCruddenowi ultimatum: 
albo  mu  Ollie  zapłaci  na  poczet  pożyczki  tysiąc  dolarów  albo 
Bergener  zajmie  mu  stado.  Ollie  ma  największe  zadłużenie  z  nas 
wszystkich, dlatego poszedł na pierwszy ogień.

- Tysiąc dolarów? - zdziwiła się Emily. 
- A czy Ollie ma tyle gotówki?
- Skąd. Nikt z nas nie ma. I Bergener świetnie o tym wie.
- No i co będzie? Przejechał ręką po włosach.
- Niech mnie licho, jeśli wiem. Nic dobrego.
- Och, Will. 
- Usiadła naprzeciwko niego i położyła rękę na jego dłoni. 
-  A  może...  może  mógłbyś  porozmawiać  z  Bergenerem. 

Ponegocjować  z  nim.  Przecież  to  leży  w  jego  interesie,  żeby  wam, 
ranczerom, wiodło się dobrze, nie uważasz?

-  Coś  ci  powiem,  Emily.  Bergener  nie  będzie  chciał  ze  mną 

rozmawiać.  Okopał  się  w  swoim  banku  i  nikt  mu  nic  nie  zrobi,  bo 
dostanie kulę w łeb. Już za późno na rozmowy.

- To niemożliwe. Musi być jakaś rada.
-  A  w  tej  twojej  ważnej  szkole  nie  uczyli  was,  co  robić  w  takich 

sytuacjach? - zapytał uszczypliwie.

- Uczyli nas sztuki negocjacji - odpowiedziała wolno.
- Obawiam się, że jedyne negocjacje, o jakich może być tutaj mowa, 

odbędą się z bronią w ręku.

Kiedy się to wreszcie stało - pomyślał później Will - nie poczuł się 

specjalnie  zaskoczony.  Była  pełnia  lata, ciepły  słoneczny  dzień  i 
błękitne  bezchmurne  niebo,  kiedy  Tell  Lister  zawitał  z  ważnymi 
wiadomościami.

- Zajmują pięćset sztuk bydła ze stada McCruddena - powiedział - i 

wywożą.

- Zaraz tam jadę - rzekł ponuro Will.
Wszedł do domu i ruszył prosto do biurka. Z szuflady wyjął kolta i 

olstro.

- Co ty robisz? - spytała Emily.
-  Jadę  do  McCruddena.  Bandziory  Bergenera  zajmują  mu  bydło -

odparł krótko.

-  Will,  ale...  broń?  Ja  cię  nigdy  nie  widziałam  z  bronią  -  rzekła 

Emily z szeroko otwartymi oczyma.

background image

- Od lat nie potrzebowałem broni, a teraz potrzebuję.
- Ale... ale co zamierzasz zrobić?
- Bronić McCruddena.
-  O  Boże,  Will,  to  znaczy,  że  będzie  strzelanina?  Och,  nie,  nie 

możesz  tego  zrobić...  to  nie  rozwiąże  problemu.  Nie  w  ten  sposób, 
Will!

- Daj spokój, Emily, mężczyzna robi to, co musi.
Obrócił bęben kolta, a następnie z pudełka w szufladzie wyjął garść 

nabojów  i  jedną  po  drugiej  załadował  wszystkie  komory.  Czuł  na 
sobie  pełen  niepokoju  wzrok  Emily,  która  w  napięciu  patrzyła,  jak 
przypina  sobie  olstro,  wkłada  do  niego  sześciostrzałowego  kolta,  a 
następnie  kilkakrotnie  wyjmuje  i  wkłada  broń,  by  zmiękczyć 
zesztywniała od długiego nieużywania skórę.,

- Trzeba by ją nasmarować - mruknął pod nosem.
- Nie, ja w to nie wierzę - powiedziała przerażona Emily. Położyła 

mu rękę na ramieniu usiłując go powstrzymać. 

- Proszę cię, nie idź. A jeśli... jeśli...
Ale Will strząsnął jej rękę.
- Do zobaczenia i uważaj na malców - rzucił szorstko.
- O Boże, Will...
- Muszę iść, Emily.
Przed  obejściem  McCruddena  zebrała  się  grupa  ranczerów, 

gniewnych,  przestraszonych  łudzi,  z  których  każdy  miał  u  pasa 
sześciostrzałowy rewolwer i strzelbę przytroczoną do siodła.

-  Są  tam,  w  zachodniej  części  mojego  rancza  -  powiedział 

McCmdden. 

- Żeby się dostać do miasta, będą musieli tędy przejeżdżać.
-  Proponuję,  żebyśmy  wyjechali  im  naprzeciw  i  kładli  trupem 

jednego po drugim - powiedział ktoś twardo.

- To oduczy Bergenera igrania z nami.
- Trzeba poczekać do wieczora i wtedy dać im nauczkę.
- Spokojnie, panowie - odezwał się Will.
-  Musimy  być  rozsądni.  Jeżeli  prawo  jest  po  stronie  Bergenera, 

jeżeli ma papiery, które mówią, że może zająć bydło McCruddena, to 
nic mu nie możemy zrobić. Sprowadzi na nas szeryfa z Glenwood.

- Do diabła z papierami! - ryknął Martinson.
- Ja mu nie pozwolę zająć mojego stada - powiedział McCrudden. 
- Do  diabła,  proponowałem  mu dwieście  dolarów  w  złocie.  Czego 

background image

ten człowiek chce więcej? Krwi?

W  oddali  dostrzegli  obłok  kurzu  wzniecony  przez  gnane  w  ich 

stronę  stado;  słychać  było  ryk  bydła  i  głuchy  stukot  tysięcy  kopyt. 
Mężczyźni zamilkli na chwilę, próbując ocenić sytuację.

-  Zrobimy  zasadzkę  -  rzekł  ponuro  Dashel  George  przerywając 

ciszę.

- Nie, najpierw musimy z nimi porozmawiać - powiedział Will.
- Co z tobą, Dutcher? Łamiesz się? - szydził Thad Wooderson.
Will puścił tę uwagę mimo uszu. Jadący przodem bandzior zbliżył 

się do nich krótkim galopem.

- Hej - powiedział  - może byście tak zeszli z drogi, co? Za chwilę 

będziemy tędy pędzili stado.

- Nie byłbym tego taki pewien - warknął Ollie McCrudden.
-  Poczekaj  tu,  Ollie  -  powiedział  Will,  po  czym  zwrócił  się  do 

mężczyzny: - Czy zajmujecie to bydło z mocy prawa?

-  Bergener  ma  nakaz  sądowy  -  wyjaśnił  mężczyzna,  niespokojnie 

strzelając  ciemnymi  oczyma  od  jednego  do  drugiego  ze 
zgromadzonych przed nim ranczerów.

- Czy mogę go zobaczyć? - zapytał Will.
- Ja go nie mam. Bergener trzyma papiery. Ale to, co robimy, jest 

legalne i powtarzam: zaraz będziemy tędy pędzić stado.

- Coś wam powiem, ludzie - zaczął Will, żeby rozładować napięcie. 

- Poczekajmy, aż pan McCrudden zobaczy nakaz sądowy. Jak dotąd, 
mamy tylko twoje słowo.

- A co, wątpicie w moje słowo? - zapytał chłodno rewolwerowiec.
-  To  nie  jest  twoja  ziemia  i  myślę,  że  będzie  o  niebo  lepiej,  jeśli 

wszyscy tutaj zobaczymy te papiery. Poślij kogoś do miasta, a my tu 
zaczekamy.

- Mam polecenie przygnać na stację kolejową pięćset sztuk bydła i 

zamierzam je wypełnić - odparł mężczyzna. 

- Na twoim miejscu nie próbowałbym w tym przeszkadzać.
-  Kto  tak  powiedział?  -  zapytał  Ollie,  pod  którym  koń  tańczył 

niespokojnie.

- Ja tak powiedziałem - odparł zimno intruz. 
- A teraz przepraszam partów. 
-  Z  tymi  słowy  nawrócił  konia  w  stronę  wolno  zbliżającego  się 

stada.

- Nie zamierzam mu na to pozwolić - mruknął pod nosem Ollie. 

background image

- A wy co, panowie,  jesteście ze mną? Po mnie przyjdzie kolej na 

was.

Rozległy się krzyki:
-  No  jasne,  że  przyjdzie!  -  Słychać  było  przekleństwa,  pomruki  i 

nerwowe  szarpanie  się  kilkunastu  koni.  Napięcie  było  niemal 
dotykalne.

Will żałował, że nie zna prawdy. Gdyby Bergener miał rzeczywiście 

nakaz  sądowy... Ale  facet  może kłamać,  a wtedy trzeba  bronić  stada 
McCruddena  do  ostatniej  kropli  krwi.  Poza  tym  zachowanie 
mężczyzny nie usposabiało przyjaźnie; nie było czasu, żeby siedzieć z 
założonymi  rękami  i  patrzeć,  jak  inni  mężczyźni,  z  groźnie 
ściągniętymi brwiami, zbliżają się już do nadciągającego bydła.

Widać  je  było,  jak  stąpa  ciężko,  sunąc  nieubłaganie,  a  po  obu 

stronach stada jadą grupki mężczyzn z chustami na twarzach.

McCrudden  spiął  konia,  wyciągnął  broń  i  wymachując  nią  w 

powietrzu  zaczął  wykrzykiwać  coś,  czego  Will  nie  był  w  stanie 
zrozumieć. Nagle pojął: Ollie zamierza wywołać popłoch wśród bydła 
- za chwilę będzie tu piekło. Niegtupio, panie McCrudden - pomyślał, 
sam  spinając  konia  i  ruszając  galopem.  Przynajmniej  w  ten  sposób
zyskamy  czas,  żeby  sprawdzić,  czy  Bergener  rzeczywiście  działa 
zgodnie z prawem.

Rozległy  się  strzały  i  ludzie  pognali  za  Olliem  prosto  na  stado. 

Zwierzęta zwolniły, jakby się zawahały, pierwsza linia się załamała; z 
tyłu dochodziło porykiwanie. Tak, to powinno pomóc...

W  powstałej  wrzawie,  w  obłokach  kurzu  i  huku  strzałów  Will  nie 

widział,  kto  wycelował  w  Ollie'ego  i  pociągnął  za  spust.  W  jednej 
chwili McCrudden galopował strzelając z kolta i wykrzykując, a już w 
następnej zsuwał się z siodła z czerwoną plamą na piersi.

Cała  scena  przypominała  zatrzymany  na  ułamek  sekundy  kadr  z 

filmu: ranczerzy zastygli jak porażeni w poczuciu zgrozy i słusznego 
gniewu  -  bandyci  zastrzelili  człowieka  z  zimną  krwią!  Cała  ich 
determinacja  gdzieś  uszła  i  wszyscy  skupili  się  wokół  leżącego  na 
ziemi McCruddena.

Will podjechał  galopem, osadził  konia  w  miejscu, zsiadł  z siodła  i 

ukląkł koło Ollie’ego. Wziął go za rękę, zmierzył mu puls, spojrzał na 
dziurę w piersi.

-  Żyje,  Bogu  dzięki!  Pomóżcie  no  mi  który.  Przyprowadźcie  jego 

bryczkę i niech ktoś weźmie jego konia. I jak naj szybciej do doktora!

background image

Reba McCrudden uparła się jechać z mężem do Rifle, a eskortujący 

Ollie’ego  koledzy  tworzyli  milczącą  straż  honorową,  na  czele  z 
Willem, który powoził końmi.

Przez  całe  popołudnie  w  milczeniu  i  poczuciu  bezsilnej  złości 

czekali w barze na wiadomość o stanie zdrowia McCruddena.

Nikt nawet nie pomyślał o pięciuset sztukach jego bydła, które dalej 

powoli  zmierzało  ku  stacji  kolejowej.  Nikt  nie  pomyślał  -  aż  do 
chwili, kiedy stado mijając bar ruszyło główną ulicą Rifle, wzniecając 
kłęby duszącego pyłu i napełniając powietrze zwierzęcym odorem.

Ranczerzy  siedzieli  w  barze,  bezradni,  ponuro  patrząc  w  stojące 

przed  nimi  szklanki  whisky,  gdy  tymczasem  bydło  McCruddena 
kończyło  swoją  ostatnią  podróż,  która  trwała  całą  ciągnącą  się  w 
nieskończoność godzinę.

Will  stwierdził,  że  nabrał  zwyczaju  dzielenia  się  z  Emily 

wszystkimi  swoimi  przeżyciami.  Za każdym razem, kiedy obiecywał 
sobie,  że  nie  powie  nic,  zawsze  w  końcu  potrafiła  jakoś  wszystko  z 
niego wyciągnąć. A może rzeczywiście było mu z tym lżej?

Ale dziś Emily już wszystko wiedziała.
-  Dzieci  mi  powiedziały.  Przyniosły  tę  wiadomość  ze  szkoły.  Czy 

stan Ollie’ego jest bardzo ciężki? - zapytała z twarzą ściągniętą troską.

- Będzie żył, ale przez jakiś czas musi poleżeć.
- Głupio postąpił.
-  Możliwe.  A  może  po  prostu  zachował  się  tak,  żeby  móc  sobie 

samemu spojrzeć w oczy. Czy wzięłaś to pod uwagę, Emily?

Przez  dłuższą  chwilę  wpatrywała  się  w  niego  swymi  pięknymi 

oczyma nie mówiąc nic.

- Nie... nie traktowałam tego w ten sposób - powiedziała wreszcie. -

Ale  przypuszczam,  że  gdyby  ktoś  chciał  mi  zabrać  dzieci,  to...  to 
chyba zachowałabym się podobnie. W każdym razie coś musiałabym 
zrobić.

Will, znużony, skinął głową.
- Problem polega na tym, że oni rzeczywiście mieli nakaz sądowy -

rzekł. 

- Obejrzeliśmy go później w barze.
- To jednak Ollie nie miał prawa... - powiedziała Emily. 
- Ale strzelać do człowieka... A co na to szeryf?
- Szeryf jest w Glenwood. Nie będzie tu przyjeżdżał, skoro nikt nie 

zginął, a zajęcie stada było legalne.

background image

- Rozumiem - odparła Emily, a Will poczuł się nagle bardzo stary i 

bardzo zmęczony.

-  Czeka  na  ciebie  ciepły  obiad,  Will,  może byś  coś  zjadł.  A  może 

chciałbyś się wykąpać?

Zjadł  niewiele  i  wypalił  fajkę,  podczas  gdy  Emily  napełniała  mu 

wannę.  Dzieci  leżały  już  w  łóżkach,  a  Antonio,  mamrocząc  coś  jak 
zwykle  pod  nosem,  sprzątał  kuchnię.  Will  ogarnął  wzrokiem  swój 
spokojny,  wygodny  dom:  czy  rzeczywiście  na  skutek  kaprysu  Boba 
Bergenera  mógłby  to  wszystko  stracić?  Obiecał  swojemu  bratu, 
Jessemu, że zajmie się dziećmi. Czy  może dopuścić  do tego, żeby te 
trzy  niewinne  istotki  zostały  pozbawione  swego  dziedzictwa,  żeby 
straciły dach nad głową i stały się nędzarzami? Boże uchowaj.

Jeżeli  mężczyzna  nie  potrafi  zapewnić  rodzinie  opieki,  jeśli  nie 

zdoła obronić ziemi, którą wydarł dzikiej przyrodzie, to nie zasługuje 
na miano mężczyzny.

- Kąpiel gotowa - oznajmiła Emily przerywając mu rozmyślania.
Ciepła woda podziała na niego kojąco i Will próbował się odprężyć 

i zapomnieć. Po krótkim czasie Emily wśliznęła się do łazienki. Było 
to  jedno  z  tych  jej  szokujących  zachowań,  które  traktowała  jak  coś 
zupełnie naturalnego.

- Antonio poszedł spać, więc ja...
- Emily, to nieprzyzwoicie.
- Will, przecież już nieraz widziałam cię nagiego. Na miłość boską, 

nie bądź taki pruderyjny.

Siedząc na krawędzi wanny namydliła mu, a potem spłukała włosy.
- Czy ojciec twojej matki zachował włosy na starość? - spytała.
- Co takiego?
- Chodzi mi o to, że jeśli twój dziadek ze strony matki był łysy, to i 

ty możesz być łysy.

- Skąd, do diaska, wiesz takie rzeczy?
- Prawo genetyczne. 
-  Emily  namydliła  mu  ramiona  i  plecy,  zmysłowo  wodząc  dłońmi 

po całym ciele. 

- No więc, był łysy czy nie?
-  Na  miłość  boską,  kobieto,  skąd  ja  mam  to  wiedzieć?  Zmarł  w 

Szkocji, zanim zdążył tu przyjechać.

- Czy kiedykolwiek widziałeś jakieś jego zdjęcia?
- Wtedy nie  istniały  jeszcze aparaty  fotograficzne  ani  tego rodzaju 

background image

rzeczy,  Emily.  To  było  zbyt  dawno  temu  -  odparł  wyciągając  się  w 
wannie leniwie i przymykając oczy.

- Tak, rzeczy wiście, masz rację - odparła spiesznie.
-  Wiesz  co,  Emily,  czasem  wydaje  mi  się,  że  masz  pomieszane  w 

głowie.

-  To  wszystko  dlatego,  że  tak  mi  się  podoba  twoja  czupryna.  Nie 

chciałabym, żebyś ją stracił. 

- Przeczesała palcami jego mokre włosy, a następnie je zmierzwiła. 
- I szyję masz taką ładną. 
- Przejechała palcami wzdłuż jego szyi aż do obojczyka.
-  Znów  zaczynasz  coś,  czego  nie  będziesz  chciała zakończyć?  -

rzekł Will łapiąc ją za rękę i przyciągając do siebie.

- Will, zmoczysz mi sukienkę.
- Do licha z twoją sukienką.
Miasto  i  otaczające  je  okoliczne  rancza  żyły  z  dnia  na  dzień  w 

gorączce  oczekiwania.  Minął  maj,  nadszedł  czerwiec.  Wszystko  się 
zazieleniło, a potem uschło w palących promieniach słońca Kolorado; 
ludzie Bergenera w dalszym ciągu pilnowali banku. Krążyła plotka, że 
po  McCruddenie  następny  na  liście  Bergenera  jest  Lonnagan.  Albo 
zapłaci, albo jego stado zostanie zajęte i sprzedane. Miasto jak gdyby 
wstrzymało  oddech  -wszyscy  ranczerzy  z  okręgu  Garfield,  łącznie  z 
Willem, nie rozstawali się z bronią. W całym kraju późną wiosną 1893 
roku interesy szły źle, a banki upadały i ludzie tracili dobytek i dach 
nad  głową.  Miasta  skupione  wokół  kopalń  srebra  wyludniały  się  i 
jedynie  Cripple  Creek  w  stanie  Kolorado  żyjące  z  kopalnictwa  złota 
przeżywało okres rozkwitu.

- Ciężkie  czasy nastały  -  mówili ludzie z rancza bojąc  się o swoją 

pracę.

-  Ciężkie  czasy  -  wzdychali  kupcy,  którzy  nie  mogli  wycofać  z 

banków pieniędzy, żeby ponownie zapełnić towarami półki sklepowe.

-  To  zjawisko  nazywają  „paniką  srebra  1893  roku"  -  powiedział 

Will stukając palcem w gazetę. 

- O, proszę, już ma swoją nazwę.
-  Uhm  -  Emily,  która  właśnie  cerowała  skarpetki,  ugryzła  się  w 

język. Odcięła nitkę, odłożyła skarpetę i spojrzała na Willa. - Will, czy 
mogłabym jutro pojechać do miasta? 

Całymi dniami trzymasz mnie tu jak więźnia. Dostaję klaustrofobii. 

Will powoli wystukał fajkę.

background image

- Emily...
- Wiem.  Jest  niebezpiecznie.  Już  mi  mówiłeś.  Ale  jak  się  stąd  nie 

ruszę, to wkrótce zwariuję.

- Prędzej  czy  później  dojdzie  do  jakiegoś  wybuchu,  a  ja  bym  nie 

chciał, żebyś się znalazła w jego środku.

- Ale ja chcę tylko wstąpić do Składu. Muszę kupić parę rzeczy. To 

nie  potrwa  długo.  Do  banku  nawet  się  nie  zbliżę,  Obiecuję.  Will, 
przecież cały czas będziesz ze mną. Nic się nie stanie.

- Ludzie  Bergenera  są  wszędzie.  Wczoraj  zaczepiali  córkę 

Zimmermana. Ubliżali jej publicznie. Mało nie doszło do strzelaniny, 
ledwie Hank Henderson zdołał powstrzymać Zimmermana.

- To obrzydliwe - powiedziała Emily.
- Można tak to nazwać. Ale ja bym na przykład nie chciał, żeby ktoś 

z  mojej  rodziny  stał  się  zarzewiem  konfliktu.  Zwłaszcza  że  to  ja 
byłem  tym,  kto  próbował  negocjować  i  uspokajać.  -  Will  z 
zastanowieniem  potrząsnął  głową.  -  Wolałbym  jednak,  żebyś  została 
w domu. Nie należy szukać guza.

Ale Emily nie dawała za wygraną, nagabując go jeszcze przez dwa 

dni, aż Will ustąpił. Ubrała się elegancko w szary kostium z Denver, 
bluzkę i kapelusz ze strusimi piórami.

- Muszę  tym  starym  wiedźmom  dostarczyć  nowego  tematu  do 

plotek, poza tymi zbirami - powiedziała naciągając rękawiczki.

Ach,  ta  Emily.  Samowolna,  uparta,  dziwna  pod  wieloma 

względami. 

Twarda  jak  kamień,  to  znów  w  jego  ramionach  miękka  jak  wosk. 

Same  sprzeczności...  Nieskłonna  do  małżeństwa,  a  przynajmniej  tak 
mówi.

Will  jechał  do  miasta,  świadom  obecności  siedzącej  obok  niego 

Emily,  tak  pięknej,  tak  dumnej,  tak  bardzo  wytwornej.  Miał  ochotę 
przyciągnąć ją do siebie i tu, w słońcu południa, całować jej usta, aż 
nabiegną krwią. Ta piekielna kobieta weszła mu w krew jak choroba.

Tego  upalnego  czerwcowego  dnia  w  Rifle  panował  złowrogi 

spokój.  Kurz  ledwie  miał  siłę  unieść  się  w  górę;  wszyscy  siedzieli 
pochowani  w  domach  albo  przyczajeni  w  cieniu  pod  drzewami. 
Wszyscy,  poza  ludźmi  Bergenera,  którzy  stali  w  pogotowiu  przed 
bankiem, z bronią na ramieniu.

- Pomyleńcy - syknęła Emily patrząc na nich spode łba.
- Tylko  ty się  do  tego nie  mieszaj, Em. Nie chcę  mieć  kłopotów  -

background image

ostrzegł ją Will.

- Dobrze, obiecuję, ale to są pomyleńcy - powtórzyła.
- To są ludzie, którzy spełniają swój obowiązek, Em.
- Ładny mi obowiązek!
Will jechał ulicą w stronę stacji kolejowej.
-  Najpierw  muszę  odebrać  na  stacji  pasze  -  wyjaśnił  -  a  potem 

podjedziemy do Składu.

- A nie możesz mnie wysadzić po drodze?
- Wolę mieć cię przy sobie.
- Co za szowinista - powiedziała oschle.
Ciekawe...  jakich  dziwnych  słów  używała  Emily.  Zawsze  jednak 

przynajmniej  po  tonie  poznawał,  o  co  jej chodzi,  a tego  tonu  bardzo 
nie lubił. Spojrzał na nią z ukosa, ale Emily robiła wrażenie, jakby się 
pogodziła z jego decyzją, więc dał spokój.

Ładował  właśnie  worki  z  paszą,  kiedy  podszedł  do  niego  Jackson 

Rusk.

- Ciężkie czasy nastały - zagadnął Jackson.
- Będzie lepiej - odparł Will.
- Miejmy nadzieję.
Jackson zauważył Emily, która właśnie wysiadała z bryczki.
- Przepraszam cię, Jack - powiedział Will. 
- Co ty robisz, Em?
- Podskoczę do Składu! - zawołała. 
-  Widzę,  że  jesteś  zajęty.  Podjedź  tam  po  mnie,  dobrze?  Dzień 

dobry, panie Rusk.

-  Poczekaj  chwilę,  zaraz  będę  gotów.  Uśmiechnęła  się  do  niego 

promiennie.

- Nie chcę cię ponaglać. Podejdę ten kawałek na piechotę.
- Emily!
- Do widzenia, panie Rusk, miło było pana spotkać. 
-  Z  tymi  słowy  Emily  obróciła  się  na  pięcie  i  swoim  zwykłym 

długim krokiem ruszyła w stronę Składu.

Powinien był ją wtedy zatrzymać - myślał później. Powinien był za 

nią pobiec, złapać i przełożyć przez kolano. Ale było gorąco i czuł się 
skrępowany  obecnością  Jacka  Ruska,  a  zresztą  uznał,  że  nie  warto 
robić szumu.

Ładowanie  worków  z  paszą  nie  zajęło  mu  więcej  jak  pięć  minut. 

Ale cały czas miał jakieś dziwne uczucie, że coś jest nie w porządku. 

background image

Em, ta  uparta  baba,  nie  powinna  była ot,  tak  sobie,  odchodzić  sama. 
Will spieszył się, ledwie świadom swego zniecierpliwienia. Z Jackiem 
Ruskiem  rozmawiał  krótko,  po  czym  zbyt  mocno  szarpnął  cuglami. 
Co za diabelna baba.

Zobaczył  ją,  kiedy  się  znalazł  na  wysokości  baru.  Tak,  na  wprost 

niej stał jeden z rewolwerowców Bergenera. Wiadomo! Powinien był 
to przewidzieć.

Owinął  lejce  wokół  hamulca  ręcznego  i  zeskoczył  na  ziemię.  Na 

rozprażonej słońcem ulicy nie było poza nimi żywego ducha. Zupełnie 
jakby zostali sami na świecie: Emily, Will i tamten mężczyzna. Puścił 
się  biegiem.  Zbliżając  się  słyszał  strzępy  słów,  widział  złowrogi 
uśmiech mężczyzny i wyczuwał napięcie Emily.

W jednej sekundzie scena rozpadła się na elementy jak potłuczone 

lustro. Zobaczył, jak Emily rzuca się na mężczyznę i jak mu wymierza 
cios  kolanem  w  krocze,  usłyszał  wrzask  tamtego,  i  dostrzegł  jego 
wykrzywioną twarz. A potem Emily zakręciła się w miejscu i puściła 
pędem do niego.

-  Will!  -  wołała  z  przerażeniem,  ale  jednocześnie  i  z  uczuciem 

wielkiej ulgi.

Mimo bólu, klnąc na czym świat stoi, mężczyzna wyciągnął kolta i 

wycelował prosto w Emily. Will dopadł jej zdyszany, i schował ją za 
siebie, jednocześnie wyciągając broń. Czuł za sobą jej ciężki oddech, 
jej  gorące  ciało,  świadom  zagrażającego  im  niebezpieczeństwa.  Nie 
było  chwili  do  stracenia,  należało  działać  błyskawicznie.  Wypalił. 
Emily krzyknęła. Mężczyzna zachwiał się, wypuścił rewolwer i złapał 
się za ramię w miejscu, gdzie na rękawie wykwitła czerwona plama, a 
następnie osunął się na kolana.

Dopiero  potem  wszystko  nabrało  normalnego  tempa i  znalazł  się 

czas  na  refleksję,  na  to,  by w  pełni  zdać  sobie  sprawę  z tego,  co  się 
stało.

- Chodź, Emily - powiedział Will. 
- Wydaje mi się, że jak na jeden dzień, dość już narobiłaś szkody.
Stała, przejęta grozą, biała jak kreda, z ręką na ustach.
- Przepraszam - wyszeptała. 
- Och, Will, ja...
Na ulicy zaczęli się pojawiać ludzie - najpierw jedna osoba, potem 

dwie,  pięć,  wreszcie  cały  tłum.  Z  drzwi,  okien,  bram  domów 
wyzierały twarze.

background image

Ludzie  Bergenera,  słysząc  strzały,  nadbiegli  całą  gromadą,  ubrani 

na  czarno,  z  płomieniem  w  oczach,  wzbijając  tumany  kurzu.  W 
bezlitosnym blasku słońca złowrogo połyskiwała ich broń.

- No, chodź - powtórzył Will ciągnąc Emily za rękę.
- Chwileczkę! - zawołał jeden z rewolwerowców, biegnący na czele 

grupy.

- Will... - zaczęła.
- Idziemy, Emily.
Ale  było  już  za  późno  -  przed  nimi  stała  murem,  zagradzając  im 

drogę  do  bryczki,  grupa  rewolwerowców.  Will  wyciągnął  kolta  i 
wymierzył go w ich szefa.

-  Zabierajcie  swojego  człowieka  i  z  drogi  -  rozkazał  stalowym 

głosem.

- Zaraz, chwileczkę... Will machnął bronią.
- Z drogi, mówię. Odjeżdżamy.
Lodowatym  spojrzeniem  mężczyźni  mierzyli  granice  jego 

determinacji. Potem przenieśli je na Emily.

- Już - powtórzył.
Mężczyzna  stojący  na  czele  grupy  rewolwerowców  nie  spuszczał 

oczu, które przypominały najpierw zimny

Obsydian,  potem  lodowaty  kobalt.  Widać  było,  jak  drgają  mu 

mięśnie,  jak  bieleją  mu  zaciśnięte  na  broni  pałce.  W  rozprażonym 
powietrzu  wisiało  niemal  namacalne  napięcie.  W  górze  nieruchomo 
stało  słońce.  Mężczyzna  w  czerni  wykonał  ledwie  dostrzegalny  ruch 
na  znak,  że  ustępuje.  Napięcie  zelżało.  Will  zrobił  krok  do  przodu, 
mężczyźni rozstąpili się niechętnie.

Nie schował broni, czując, jak lodowate igły strachu wbijają mu się 

w czaszkę i podnoszą mu włosy na głowie. Musiał ciągnąć potykającą 
się  Emily.  Pot  spływał  mu  po  skroniach,  łaskocząc,  oczy  go  paliły, 
ręce drżały ze zdenerwowania.

Wreszcie znaleźli się przy bryczce. Za sobą mieli czarno odzianych 

mężczyzn  i  ludzi  z  miasta,  milczących,  przerażonych.  Nikt  nie 
odezwał  się  słowem,  kiedy  Will  najpierw  podsadził  Emily  na 
siedzenie bryczki, a następnie wsiadł sam.

Trzepnął  gniadosze  lejcami  po  grzbietach  i  czując  między  sobą  a 

Emily zimny kształt kolta, wpatrzony w perspektywę  ulicy, ruszył w 
obłokach kurzu.

Bryczka  skrzypiąc  i  podskakując  sunęła  wolno  przez  tłum,  ale 

background image

żadna  ze  znajomych  twarzy  nawet  nie  drgnęła.  Nikt  nie  uniósł 
kapelusza, nikt się nie uśmiechnął, nikt ich nie pozdrowił.

Will  nie  miał  wątpliwości  dlaczego.  W  Rifle  skończył  się  spokój, 

wojna została wypowiedziana. A winien temu był Will Dutcher - on i 
jego znienawidzona gospodyni, Emily Jacoby.

background image

ROZDZIAŁ 14

O  ile  scena  strzelaniny  w  mieście  była  piekłem,  o  tyle  drogę  do 

domu  można  by  nazwać  czyśćcem.  Emily  do  śmierci  nie  zapomni 
twarzy  Willa,  na  której  malowały  się  chłodna  furia  i  przerażająca 
zaciętość.  A  co  gorsze,  nic  nie  mogła  powiedzieć:  miał  rację. 
Wiedzieli  o  tym  oboje.  Ten  incydent  otworzył  pomiędzy  nimi 
przepaść  nie  do  przebycia,  tragiczne  pęknięcie.  Wiedziała,  że  Will 
nigdy słowem o tym nie wspomni i że nie da jej okazji do przeprosin. 
Stało  się  zło  i  teraz z powodu  jej lekkomyślności nie  wiadomo,  jaką 
postać przybierze  konflikt  pomiędzy  miastem  a  ludźmi  Bergenera. 
Dlaczego  działała  tak  impulsywnie?  Przecież  Will  ją  prosił,  żeby  na 
niego  zaczekała  na  stacji.  Ale  skąd,  Emily  Jacoby,  nowoczesna 
dziewczyna łat dziewięćdziesiątych, wiedziała lepiej...

Jej  wina.  Nie  potrafiła  być  potulną,  prostoduszną  kobietą,  jakiej 

potrzebował  Will.  Tak,  nie  może  tu  zostać.  Wiedziała  o  tym  już  od 
wielu tygodni. Ale jak ma się stąd wyrwać? Jeżeli nie znajdzie drogi 
do domu, to dokąd się udać?

Podczas  gdy  wieść  o  wojnie  w  mieście  rozchodziła  się  po  całej 

dolinie  z  szybkością  pożaru  prerii,  Emily  spędzała  dnie  trawiona 
wyrzutami  sumienia.  Wiedziała,  że  musi  opuścić  Willa,  ale 
jednocześnie  nie  miała  w  sobie  dość  siły,  by  podjąć  ostateczną 
decyzję.

Powtarzała  sobie,  że  zanim  odejdzie,  musi  się  upewnić,  że  ranczo 

Willa  jest  bezpieczne,  ale  jednocześnie  zdawała  sobie  sprawę,  że  w 
żaden  sposób  nie  może  mu  pomóc.  Nikt  nie  będzie  jej  słuchał, 
zwłaszcza  teraz,  kiedy  już  nawet  sam  Will  musi  powątpiewać  w  jej 
zdrowy  rozsądek.  Dokąd  jednak  iść?  Co  robić?  Wyglądało  na  to,  że 
nie może ani zostać, ani odejść. Jednocześnie ogarniało ją przerażenie, 
że mogłaby stać się przyczyną kolejnego incydentu, popełnić następny 
fatalny  błąd,  który  wszystkich  narazi  na  niebezpieczeństwo  i  wtedy 
nawet dzieci, Bogu ducha winne niewiniątka, będą przez nią cierpiały.

Ale  najgorszy  ze  wszystkiego  był  milczący  dystans,  z  jakim 

traktował  ją  Will.  Naturalnie  gdy  próbowała  myśleć  o  tym 
bezstronnie,  nie  mogła  go  za  to  potępiać,  mimo  to  teraz,  gdy 
potrzebowała go najbardziej, kiedy była przestraszona, nieszczęśliwa i 

background image

zagubiona,  odwracał  się  od  niej, zimny  i  pełen  rezerwy,  jak  na 
początku.

Nienawidził jej. Nie mógł się doczekać, kiedy go wreszcie zostawi 

w  spokoju.  Przysparzała  mu  samych  kłopotów.  Wiedziała,  że  tak 
właśnie ocenia ją Will.

Kiedy  wynikła  sprawa  dorocznego  czerwcowego  rodeo 

połączonego  z  piknikiem,  powiedziała  mu,  że  nie  idzie.  Czyż  nie 
przysięgła sobie, że już nigdy nie postawi siebie w takiej sytuacji? A 
przecież od czasu tej strzelaniny zrobiło się jeszcze gorzej. Nie mogła 
spojrzeć tym ludziom w oczy.

- Nie pójdę, Will - powiedziała. 
- Nie mogę.
Will  Dutcher  przeszył  ją  spojrzeniem  swoich  ciemnoniebieskich 

oczu i poprawił kapelusz.

-  Owszem,  pójdziesz,  Emily,  i  ani  słowa  więcej.  Dutcherowie  nie 

tchórzą. Gdzie twoja duma, kobieto?

- Ale ja się nie nazywam Dutcher - odparła. 
- Mnie ten rodzaj dumy nie jest na nic potrzebny.
- Jak śmiesz! Nie odważysz się...! - Zrobił w tył zwrot i wyszedł z 

domu.

Emily  kipiała  ze  złości.  Przez  dwa  dni  przysięgała  sobie,  że  dla 

zachcianki  Willa  nie  narazi  się  ponownie  na  taką  męczarnię. 
Ostatecznie  jednak  zdecydowała  się  iść.  Nie  ze  względu  na  Willa.  I 
nie dlatego, że był rok 1893 i kobiety musiały robić to, co im kazano. 
Postanowiła  iść  z  powodu  czegoś,  co  jej  Will  powiedział  pewnego 
wieczora,  a  co  u  człowieka  czasów  wiktoriańskich  wydało  jej  się 
zdumiewająco przenikliwe.

- Jeżeli nie pójdziesz na piknik, Emily, to oni będą tryumfować. Nie 

rozumiem, jak kobieta tak silna jak ty może się tak łatwo poddawać. 

- Potrząsnął głową i wyszedł z kuchni.
Miał całkowitą rację.
Tak  więc  Emily  rozpoczęła  przygotowania  do  tej  towarzyskiej 

imprezy. Wraz z Antoniem, który się z tej okazji specjalnie wykąpał, 
upiekła  dwa  pierogi  i  ugotowała  wielki  gar  fasoli  po  meksykańsku, 
piekącej  w  język  od  chili.  Ostrzyżeni  świeżo  chłopcy  wyszorowali 
uszy  i  włożyli  najlepsze  koszule  i  krótkie  spodnie.  Emily 
podejrzewała,  że  już  w  pięć  minut  po  przyjściu  na  miejsce  będą 
umorusani,  ale  nie  mogła  sobie  pozwolić  na  przyprowadzenie 

background image

brudasów - byłoby to danie do ręki miejscowym damom upragnionej 
broni.

Wyruszyli  z  domu  przed  południem.  Była  sobota,  pierwszy 

czerwcowy  weekend.  Bezchmurne niebo  Kolorado  rozpościerało  nad 
nimi swój nieskazitelny błękit. Na tle tego nieba obrysowane wyraźną 
kreską rozciągały  się płaskowyże, których barwy -- czerwień, złoto i 
ochra  -  jak  gdyby  drgały  w  rozpalonym  powietrzu,  podczas  gdy  w 
oddali  na  szczytach  poszarpanych  gór  w  dalszym  ciągu  jeszcze  lśnił 
bielą śnieg.

Dzień był wyjątkowo piękny. Ze względu na dzieci Emily udawała 

radosny nastrój. Tak bardzo czekały na tę uroczystość. Ale wewnątrz 
była napięta  jak  struna.  Owszem,  stawi  czoło  matronom Rifle,  skoro 
już musi, ale nie będzie to nic przyjemnego.

- Ja nie jestem mały dzidziuś - wrzeszczał Burkę do Jessego.
- Dość tego! - Emily wstała, żeby ich uspokoić. Boże, kto te dzieci 

wychowa  -  nie  po  raz  pierwszy  zadawała  sobie  to  pytanie.  Kto  je 
będzie kochał, kto im pomoże dorosnąć? Czy Will da sobie radę sam?

Przyglądała  mu  się,  jak  siedzi,  z  lejcami  w  rękach,  w  kapeluszu 

naciśniętym głęboko na czoło, chroniąc twarz przed słońcem, z czysto 
zarysowanym,  pięknym  profilem.  Ogarnęła  ją  fala  smutku  -
najprawdopodobniej  Willowi  będzie  znacznie  lepiej  bez  niej. 
Potrzebna  mu  jest  kobieta  z  jego  czasów,  któraś  z  tutejszych  wdów 
albo młodych, pięknych dziewczyn. Will na to zasługiwał. 

Ale  Emily  chciało  się  płakać  w  poczuciu  niesprawiedliwości.  Z 

jakich to okrutnych wyroków losu znalazła się w tej przeszłości? 

Czy  po  to  tylko,  by  być  zmuszoną  do  porzucenia  pierwszego  i 

jedynego mężczyzny, jakiego kiedykolwiek kochała?

Kiedy  przyjechali  na  miejsce,  na  terenach  zabawowych  było  już 

tłoczno. Emily i Antonio wyładowali sagan z fasolą i zanieśli ciasto na
ławy z bali ustawione na kozłach koło barbecue. 

Dzieci  biegały  wrzeszcząc  jak  szalone,  kobiety  chichotały, 

mężczyźni  -  jedni  poszli  w  stronę  rodeo,  żeby  zawczasu  dokonać 
zakładów,  inni  zajęli  się  organizowaniem  turnieju  baseballowego. 
Było dopiero południe, ale już tereny festynu spowijał obłok kurzu, a 
czoła ludzi pokrywał perlisty pot.

Emily  błądziła  wzrokiem  w  poszukiwaniu  Willa,  którego  nigdzie 

nie było widać. Snuła się bez celu oglądając rękodzieła wystawione na 
sprzedaż:  kołdry,  narzuty,  galaretki  i  dżemy,  ciasta  i  kapelusze 

background image

przeciwsłoneczne,  obrusy,  koronkowe  serwetki  i  ręcznie  szyte 
poszewki na poduszki. Kręciło się tam mnóstwo kobiet, które grubymi 
palcami próbowały dżemy, słychać było ochy i achy, pytano o ceny.

Emily  snuła  się  między  stolami,  przez  wszystkich  ignorowana, 

czując  na  sobie  wzrok  kobiet,  który  palił  ją  żywym  ogniem.  Boże, 
jakżeż  ona  ich  nienawidziła!  Ale  jednocześnie  wiedziała,  że  to 
przecież ona była tu intruzem.

W pewnym momencie spotkała Mary z grupką szkolnych koleżanek 
-  dziewczynki  pokazywały  sobie  lalki  i  przechwalały  się 

sukienkami.

- Jak się masz, smyku - Emily przykucnęła przy dziewczynkach. 
- Nie widziałaś wujka Willa?
- Jest przy rodeo - odparła Mary. 
- Chce popatrzeć, jak Jeb Akers będzie dostawał w tyłek.
- Mary...- oburzyła się Emily.
- Ale tak powiedział wujek Will, naprawdę, panno Emily.
-  No  cóż,  dobrze,  wobec  tego  idę  tam  do  niego,  kochanie,  i 

możliwe, że was za chwilę zawołam na wspólny lunch, dobrze?

- Dobrze. 
-  Mary  wróciła  do  swoich  przyjaciółek.  Emily  odeszła,  samotna  i 

opuszczona. Nikt mnie nie potrzebuje - litowała się nad sobą. Znajdzie 
w  końcu  Willa  i  pokręci  się  koło  niego,  ale  najprawdopodobniej 
będzie na nią zły.

Kiedy zbliżała się do areny, mało nie przewróciła jej gromada psów, 

która  właśnie  tamtędy  przebiegała.  Potknęła  się  o  długą  spódnicę  i 
zaklęła głośno, nie dbając o to, czy ktoś ją widzi albo słyszy. To nie 
jej świat. I nigdy nie będzie. 

Dlaczego - po raz nie wiadomo już który zastanawiała się Emily 
- dlaczego los ją tu rzucił?
Znalazła  Willa  w  gronie  kolegów.  Przyglądali  się,  jak  groźny 

brązowy byk zrzuca młodego kowboja parskając i wdeptując w ziemię 
jego kapelusz.

- Do diabła! - wykrzyknął jakiś mężczyzna. 
- Russ nie wytrzymał i dziesięciu sekund!
- Jesteś mi winien dolara, Phelps - powiedział ktoś inny.
Emily  zobaczyła,  jak  ktoś  niechętnie  wręcza  Willowi  srebrnego 

dolara.

-  Halo  -  odezwała  się  -  przyszłam  zapytać,  czy  przypadkiem  nie 

background image

miałbyś ochoty na lunch.

Will  robił  wrażenie  lekko  speszonego.  Emily  była  w  tym 

towarzystwie  jedyną  kobietą.  Zauważyła,  jak  jeden  z  mężczyzn 
ukradkiem chowa do kieszeni flaszkę.

- Może później - powiedział. 
- Pasuje ci?
- Tak, oczywiście, jasne... Ja... ja pójdę zobaczyć, co robią dzieci.
- Dobrze. 
- Wyczuła w głosie Willa ulgę. Kiedy już miała odejść, położył jej 

rękę na ramieniu. 

- Jest tu Bergener - powiedział i wskazał głową na jasną plamę po 

drugiej stronie areny. - Przyprowadził kilku swoich ludzi. Trzymaj się 
od nich z daleka, dobrze?

- Oczywiście - odparła Emily, z przykrością myśląc o tym, że musi 

ją mieć za kompletną idiotkę. 

- W porządku. 
- Przeciskając się przez tłum czuła na sobie jego wzrok.
Przez  chwilę  obserwowała  w  zadumie  pierwszą  rozgrywkę 

baseballową  ranczerzy  przeciwko  farmerom.  Przez  sto  lat  nic  się 
praktycznie nie zmieniło - przynajmniej w baseballu.

Burke'a  i  Jessego  znalazła  nad  rzeką  w  gronie  chłopców.  Mary  w 

dalszym ciągu bawiła się nie opodal w cieniu z przyjaciółkami. Emily 
zatrzymała się przy jednych i przy drugich, polecając dzieciom, żeby 
się zbytnio nie oddalały, bo wujek Will przyjdzie wkrótce na lunch.

- Okay, panno Emily - krzyknęli chłopcy i wrócili do zabawy. Jedna 

Mary, znudzona już lalkami, dotrzymała jej towarzystwa.

-  Chodźmy  popatrzeć  na  ryby  -  powiedziała,  jedną  ręką  ciągnąc 

Emily, a w drugiej ściskając lalkę.

- Widzisz ryby? - spytała Emily.
- O, tak, panno Emily, i to dużo. Ja wiem, dokąd trzeba iść, żeby je 

zobaczyć.

Poszły więc przez łąki, wśród wysokich traw, wzdłuż rzędów topoli 

i  osik,  aż  doszły  nad  brzeg  Rifle  Creek.  Obsypany  piegami  zadarty 
nosek Mary i jej jasne warkoczyki lśniły w słońcu, kiedy dziewczynka 
sadowiła  się  na  miękkim  brzegu.  Emily  usiadła  obok,  poprawiając 
czerwone  kokardki  w  warkoczykach  małej  i  otrzepując  z  kurzu  jej 
lalkę.

-  Podoba ci się piknik? - spytała.

background image

- Tak, bardzo. 
- Dziewczynka jednak zmarszczyła czoło. 
-  W  zeszłym  roku  byli  tu  mama  i  tata.  Czy  oni  są  teraz  w  niebie, 

panno Emily?

-  Z  pewnością,  kochanie.  Bardzo  za  nimi  tęsknisz?  Mary  skinęła 

głową.

- Lubię wujka Willa, ale z nim nie jest tak wesoło.
- On się stara - powiedziała Emily. 
- Przywykł do kawalerskiego życia, kochanie, i czasem trzeba dużo 

czasu, żeby się człowiek zmienił.

- A czy pani ma dzieci? Emily roześmiała się.
- Jeszcze nie, smyku. Może kiedyś...
- A czy... czy z wujkiem Willem? - zapytała nieśmiało Mary.
Emily westchnęła.
- Chyba nie... Nie jesteśmy małżeństwem.
- I nigdy się nie ożenicie? Nagle Emily podjęła decyzję.
- Coś  ci powiem, Mary  - zaczęła,  wpatrzona  w toczące  się  powoli 

fale rzeki. - Ja pewnie nie zawsze z wami tu będę. Ja... to znaczy jest 
miejsce, do którego powinnam wracać.

- Ale czy jeszcze kiedyś się zobaczymy?  - spytała  Mary z szeroko 

otwartymi oczyma.

Emily zastanowiła się.
- Tak, być może. To znaczy myślę, że tak. Wiem, że to głupie, ale 

jakoś  nie  mogę  sobie  wyobrazić,  że  moglibyśmy  się  już  więcej  nie 
zobaczyć.

- Dlaczego głupie?
- No bo... bo po prostu musisz mi uwierzyć na słowo, kochanie.
- O! - wykrzyknęła Mary pokazując palcem. 
- Ryba!
-  Gdzie?  Aha,  widzę.  Pstrąg.  Wspaniały.  Gdybyśmy  miały  wędkę, 

to przysięgam, że bym...

- Proszę, proszę - doszedł je z tyłu głos. Drgnęły przestraszone. 
- Założę się, że to ta mała dama.
Emily zerwała się  na równe nogi,  serce skoczyło  jej do gardła. To 

on, to ten człowiek, którego postrzelił Will!

-  Wynoś  się  stąd!  - Emily  poczuła  od  mężczyzny alkohol.  Szybko 

rozejrzała się za jakąś pomocą. - Nie masz prawa...

- Mam takie prawo, jakie jest mi potrzebne, proszę szanownej pani. 

background image

- Mężczyzna zrobił krok do przodu.  
- A może by tak przepędzić stąd tę małą i wtedy moglibyśmy się we 

dwójkę przyjemnie zabawić?

Emily schowała Mary za siebie i groźnie spojrzała na mężczyznę.
- Wynoś się stąd! - syknęła. 
- Jesteś pijany. Twarz mężczyzny pociemniała. Wydał się Emily
wielki,  wzrostu  Willa  albo  wyższy,  tyle  że  o  kilka  lat  starszy,  i 

najwyraźniej  nie  było  z  nim  żartów.  Zrobił  jeszcze  krok  w  jej 
kierunku i wyciągnął rękę. Nagle podjęła decyzję.

-  Uciekaj,  Mary!  -  powiedziała  ostro,  rozkazująco,  i  popchnęła 

małą. 

- Uciekaj! - powtórzyła i zagrodziła mężczyźnie drogę. 
-  Jeśli  się  ośmielisz  choćby  tknąć  mnie  palcem...  -  ostrzegła  go, 

poczerwieniała  ze  złości,  kątem  oka  widząc,  jak  Mary  ucieka  ku 
terenom festynu.

Mężczyzna  również  spojrzał  w  stronę  Mary,  ale  cała  jego  uwaga 

skierowana była na Emily.

-  A  ja  tak  sobie  myślę,  że  pani  jest  mi  coś  winna  -  powiedział  i 

nagle złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie gwałtownie.

Emily  rzuciła  się  na  niego  z  furią  i  zanim  zdążył  wykręcić  jej 

boleśnie rękę i zmusić, by uklękła, rozorała mu policzek paznokciami.

- Mała diablica. 
-  Uśmiechnął  się  krzywo.  Ślady  po  jej  paznokciach  powoli 

nabiegały krwią. 

-  Aleja  cię  obłaskawię,  moja  panienko,  jeszcze  mnie  będziesz 

błagała...

- Idź do diabła! - wyrzuciła z siebie Emily.
-  Wolę umrzeć!  -  Wyrwała  mu się,  usiłując  uciec,  ale  był  szybszy 

od niej. Zdrową ręką objął ją wpół, unosząc nad ziemię.

Szarpiąc się i wyrywając zadała mu bolesny cios w zranione ramię. 
Mężczyzna krzyknął nie dając jednak za wygraną. Przycisnął ją do 

siebie, ustami szukał jej ust.

Rozpaczliwie  kręcąc  głową  poczuła  nagle,  że...  że  jest  wolna. 

Potknęła się, zdyszana, oszołomiona, czując oszalałe tętno krwi. 

A mężczyzna... mężczyzna jakby nagle stracił grunt pod nogami.
Dopiero w tej chwili spostrzegła Willa. Błyskawicznie odsunął ją na 

bok,  po  czym  z  zakrwawioną  pięścią,  z  twarzą  wykrzywioną 
wściekłością natarł na intruza. W oka mgnieniu wyszarpnął mu kolta i 

background image

cisnął  do  rzeki.  Mężczyzna  rzucił  się  na  kolana,  usiłując  odzyskać 
broń, ale rewolwer zniknął w fontannie białej piany.

- Ty sukin... - zaklął, ale Will go zignorował.
- Nic ci nie jest? - zwrócił się do Emily.
- Nic - zapewniła go.
- Idź po dzieci, jedziemy do domu.
- Will, ja...- zaczęła.
- Idź po dzieci, Emily. - Zgromił ją wzrokiem i z powrotem zwrócił 

się do mężczyzny.

Było to najgorsze popołudnie w całym jej życiu. Chodziło nie tylko 

o złość Willa. I nawet nie o rozczarowanie dzieci - czekały je przecież 
jeszcze inne  pikniki.  Chodziło  o nią. Ona  po prostu  nie pasowała  do 
dziwnej  roli, w jakiej  się  tutaj  znalazła. Zrozumiała,  że  gdyby  w grę 
wchodziła  jakakolwiek  inna  kobieta  z  Rifle,  nie  byłoby  kłopotów  z 
bandziorem Bergenera. Tak, chodziło o nią.

Wyjść za niego za mąż? - myślała leżąc samotnie na łóżku, gdy nad 

doliną zapadł zmrok - to śmieszne. Przecież Will wiedział, że ona jest 
inna,  powtarzał  jej  to niezliczoną  ilość  razy,  dlaczego  więc  nie 
rozumiał, na czym ta różnica polega. Dlaczego jej stąd nie odesłał?

Zaczęła  płakać.  Wyrzucenie  jej  stąd  nie  było  w  jego  stylu.  Jeśli 

zostawi mu ten problem do rozstrzygnięcia, to skończy się tym, że ją 
znienawidzi,  a  na  jej  smutek  odpowie  zimnym  milczeniem.  Ale  ta 
druga strona natury Willa będzie ją nadal kochać, cenić i trzymać przy 
sobie w nieskończoność.

Tak,  muszę  stąd  iść  -  powiedziała  sobie  Emily.  Opuści  Willa  i 

dzieci, i spróbuje w jakiś sposób trafić do domu. Przedtem... przedtem 
zrobi  wszystko,  żeby  mu  pomóc  ocalić  jego  ziemię.  Może  po  to 
została posłana do Rifle - pomyślała. 

-  Może  to  wcale  nie  miała  być  dla  niej  próba  przetrwania,  tylko 

określona misja do spełnienia. Misja dla niej jako pracownicy banku.

Usiadła  na  łóżku  i  zatknęła  za  uszy  luźne  kosmyki  włosów.  Tak, 

dość już narobiła Willowi kłopotów. Teraz pora mu pomóc.

Z determinacją zeszła na dół, Dzieci już spały. Antonio jeszcze nie 

wrócił z pikniku, Will siedział samotnie na ciemnym ganku pogrążony 
w  rozmyślaniach.  Od  godziny  słyszała  skrzypienie  jego  bujanego 
fotela.

Cicho otworzyła drzwi i stanęła przed nim.
- Czy... czy mogę przyjść tu do ciebie? - zapytała nieśmiało.

background image

- Proszę bardzo. 
-  Przestał  się  bujać  i  Emily  w  blasku  rozżarzonej  fajki  dostrzegła 

jego mocny profil.

Usiadła na stopniach ganku, twarzą do ciemnego, bezksiężycowego 

nieba,  z  nogami  owiniętymi  spódnicą.  Tak  wiele  miała  mu  do 
wytłumaczenia. Gdyby tylko uwierzył w jej prawdziwe pochodzenie, 
wszystko  by zrozumiał.  Ale  Will  jej  nie  uwierzy.  Nikt  by  jej  nie 
uwierzył.  Żeby  chociaż  zechciał  posłuchać,  co  ma do  powiedzenia  o 
sprawach  bankowych  miasta,  żeby  nie  lekceważył  głosu  zdrowego 
rozsądku...

- Will? - zaczęła nieśmiało.
- Uhm.
- Wiesz przecież, że to, co się dzisiaj stało, to nie z mojej winy?
- Oczywiście, że wiem.
- Ale mimo to jesteś na mnie zły.
- Jestem zły, tak. Ale nie na ciebie.
- Kłamiesz.
Pod Willem zaskrzypiał bujany fotel.
- Ty wiesz, że ja tu nie pasuję, prawda?
- Ja nie wiem, kim ty jesteś, Emily - powiedział tym swoim niskim, 

chropowatym głosem.

- Wiem, że nie wiesz - odparła. 
-  Ale  zdajesz  sobie  sprawę,  że  znam  się  na  pewnych  rzeczach, 

prawda?

- Tak, na pewnych rzeczach. Być może.
- Na bankowości? Finansach?
- Być może.
-  Czy  wobec  tego  zechcesz  mnie  przez  chwilę  posłuchać,  ale  tak 

naprawdę, z uwagą?

- Emily...
- Proszę cię, Will. Mogę ci pomóc w ocaleniu rancza. Naprawdę.
Mruknął coś pod nosem z powątpiewaniem. Emily zignorowała go.
-  Musisz  zwołać  zebranie  i  przekonać  ludzi  do  negocjacji  z 

Bergenerem. Wiem, że to nie będzie łatwe...

- Z całą pewnością.
-  Nie  bądź  defetystą,  Will  -  powiedziała,  w  dalszym  ciągu  patrząc 

przed siebie i ogarniając wzrokiem ziemię Willa. 

-  To  jest  naprawdę  możliwe.  Jeżeli  ludzie  zobowiążą  się  do

background image

zostawienia swoich pieniędzy w jego banku, to jestem przekonana, że 
odstąpi od ściągania pożyczek. Przez jakiś czas będzie ciężko, nawet 
bardzo  ciężko,  ale  nikt  na  tym  nie  straci.  Ale  jeśli  dalej  tak  pójdzie, 
ucierpią wszyscy.

Will roześmiał się niewesoło.
- Czy to  jest  jedna  z tych rzeczy,  których  was  uczyli  w tej waszej 

ważnej szkole na Wschodzie?

- Jeśli chcesz wiedzieć, to owszem.
- Uhm.
Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu; ciszę przerywało tylko 

od  czasu  do  czasu  wycie  kojota  i  powarkiwanie  Shepa.  Emily 
zastanawiała  się,  czy  Will  usłyszał,  choćby  jedno  słowo  z  tego,  co 
powiedziała.

- Oni mnie nigdy nie posłuchają - powiedział wreszcie. 
- Bo i dlaczego mieliby posłuchać?
- Dlatego - odpowiedziała Emily czując, jak wali jej serce - że jesteś 

silnym i mądrym człowiekiem.

- Teraz też jestem?
-  Owszem,  jesteś.  Będą  cię  słuchać  -  podjęła  żarliwie,  czując  na 

plecach jego spojrzenie. - Będą cię słuchać, bo jesteś głosem rozsądku 
w całym tym morzu chaosu.

- Widzę, że jesteś piekielnie pewna siebie.
- A jestem. 
- Powoli odwróciła się do niego w ciemności. 
- Spróbujesz, Will? powiedz, spróbujesz?
- Może. 
-  Fotel  zaskrzypiał,  kiedy  nachylił  się,  żeby  delikatnie,  niepewnie 

dotknąć palcami jej szyi.

background image

ROZDZIAŁ 15

Nie  jeden  raz  w  ciągu  ostatnich  kilku  dni,  jeżdżąc  w  spiekocie  od 

sąsiada  do  sąsiada  i  próbując  ich  namówię  na  negocjacje  z 
Bergenerem, Will miał okazję przekląć Emily. Stwierdził przy okazji, 
że  ma  dziwny  dar  przekonywania  ludzi,  nawet  tych  najbardziej 
upartych, którzy początkowo chcieli zlinczować Bergenera. Ci ludzie 
go słuchali.

Raz tylko znalazł  się w kłopocie, kiedy dwaj złośliwcy  wyciągnęli 

mu sprawę jego gospodyni. Wtedy i tylko wtedy stracił cierpliwość.

-  Pilnujcie  swojego  nosa  -  warknął  patrząc  na  nich  spode  łba  i 

mężczyźni zamilkli.

Jeździł  więc  w  upale,  gadając,  aż  mu  język  kołkiem  stanął. 

Wreszcie  udało  mu  się  przekonać  upartych,  przestraszonych  i 
wściekłych  ranczerów,  żeby  się  raz  jeszcze  spotkali  w  budynku 
szkolnym. Żałował, że nie ma tej pewności i determinacji co Emily.

-  Jutro  wieczorem,  tak?  -  spytała  podając  mu  porcję  tłuczonych 

kartofli.

- Jutro wieczorem - burknął. 
- Jutro wieczorem będę pośmiewiskiem całego miasta. Już to widzę, 

jak  stoję  przed  tymi  żądnymi  krwi  chłopakami  i  mówię  im,  żeby 
złożyli broń.

- Najpierw im powiesz, że mają nie wycofywać z banku pieniędzy, 

a potem spotkasz się z Bergenerem i zaczniesz z nim negocjacje. On 
cię posłucha. A zresztą nie ma wyboru.

- Ma, i to jeszcze jaki. Może na przykład posyłać swoich zbirów do 

wszystkich ranczerów po kolei.

Emily przekrzywiła głowę.
- To jest rozsądny człowiek, Will, on potrafi dostrzec swój interes. 

Musisz tylko działać konsekwentnie.

- Łatwo ci mówić.
W  chwilę  później  z  twardego  nieustępliwego  bankiera  Emily 

zmieniła  się  w  miękką,  rozmarzoną  kobietę,  która  pochyliła  się  nad 
Willem  i  muskając  ustami  jego  włosy  szepnęła,  że  znów  mogą  się 
kochać.  Ogarnęło  go  radosne  drżenie,  nieproszone,  nie  planowane,  a 
jednocześnie tak niepowstrzymane jak zmiana pór roku.

background image

Emily.  Siedział  na  ganku,  zapatrzony  w  czerwień  zachodzącego 

słońca, które kryło się właśnie za górami, i z bijącym sercem trwał w 
rozkosznym oczekiwaniu spełnienia.

- Will - usłyszał jej głos w gęstniejącej ciemności - czy ty... czy ty 

rzeczywiście  tak  bardzo  nie  lubisz,  kiedy  rozmawiam  z  tobą  o 
męskich sprawach? Powiedz mi prawdę.

Will parsknął w odpowiedzi.
- Ale prawdę - powtórzyła.
- Nie - powiedział wreszcie, kręcąc się niespokojnie w fotelu. 
- Nie tak bardzo, Em.
Trochę  później  Emily  stała  pośrodku  jego  sypialni,  w  nocnej 

koszuli, i uśmiechała się do niego patrząc, jak starannie zamyka drzwi. 
Ale  kiedy  próbował  zgasić  lampę,  Emily  powiedziała:  nie,  i 
potrząsnęła głową, a jej złote włosy rozsypały się na ramionach.

- Ma zostać zapalona? - zapytał.
- Tak - wyszeptała. 
- Chcę cię widzieć, Will, chcę widzieć nas razem.
- Ale ja...
Było  to  doświadczenie  zupełnie  dla  niego  nowe  -  rozbieranie  się 

przy  zapalonym  świetle.  I  chociaż  na  własną  nagość  nie  zwracał 
uwagi,  nie  mógł  oderwać  oczu  od  Emily,  z  której  alabastrowych 
ramion  powoli,  podniecająco,  opadała  biała,  cienka  koszulka. 
Najpierw  wyłoniła  się  jedna  pierś,  potem  druga,  różowa  i  jędrna. 
Zacisnął  pięści  walcząc  z  namiętnością.  Tymczasem  koszula  Emily 
zsunęła  się  niżej  odsłaniając  delikatną,  miękką  krągłość  brzucha  i 
bioder. A potem jeszcze niżej, aż oto stała przed nim, wspaniale naga, 
z miedzianym trójkątem widocznym pomiędzy kształtnymi udami...

Will podszedł do niej powoli, aż zetknęły się ich piersi, ich usta.
Leżąc  obok  niego  Emily  otwierała  się  jak  kwiat  w  żarze  jego 

pożądania.

- Och, Will - szeptała - tak bardzo cię pragnę, Will - powtarzała bez 

końca,  a  on  z  nią  igrał,  dręcząc  i  zwlekając,  dopóki  ich  ciała, 
zespolone w jednym rytmie, nie znalazły upragnionego spełnienia.

Raz, jeden raz tej nocy Will kochał się ze swoją kobietą. Wydawało 

się,  że  nigdy  nie  będzie  miał  dosyć  Emily  Jacoby.  Była  inna. 
Niewinna  i  nieśmiała,  a  jednocześnie  doświadczona  i  tak  pełna 
sprzeczności, że nie wyobrażał sobie drugiej takiej. Kiedy leżeli obok 
siebie,  zaspokojeni  i  szczęśliwi,  zastanawiał  się,  czy  przypadkiem 

background image

Emily nie wyskoczyła po prostu naga spod ziemi i nie wylądowała w 
tym pociągu po to tylko, żeby on, Will Dutcher, mógł ją znaleźć. Był 
to  naturalnie  śmieszny  pomysł,  ale  ilekroć  przychodził  Willowi  do 
głowy, rozważał go poważnie od nowa.

- Kim jesteś, Emily? - wyszeptał w delikatną puszystość jej włosów.
Ale  ona  tylko  wtuliła  się  w  niego  jeszcze  mocniej,  zasypiając  w 

jego  ramionach  i  Will wiedział  - nie  mając pojęcia,  skąd  wie  - że ta 
cudowna  istota  została  mu  jedynie  wypożyczona,  że  przyszła  mu  z 
pomocą  podtrzymując  w  trudnych  chwilach  i  ucząc  miłości,  a  kiedy 
wypełni swoją misję, z pewnością go opuści.

-  Czy  wy,  ludzie,  uspokoicie  się  wreszcie?  -  zagrzmiał  Will 

przekrzykując  wrzawę  podniesionych  głosów  zgromadzonych  w 
szkole ludzi.

- Gdzie jest Ollie McCrudden? - zapytał ktoś z zebranych.
- Miną tygodnie, zanim będzie mógł chodzić! - odkrzyknął drugi.
- Cisza! - wrzasnął Will, sfrustrowany. Niech licho weźmie Emily z 

jej szalonymi pomysłami. 

- Spokój, panowie! To nie potrwa dłużej, jak minutę!
Trwało godzinę, ale powoli i z oporami co trzeźwiejsi ludzie zaczęli 

jednak dostrzegać korzyści propozycji Willa.

Westchnął głęboko i zastukał młotkiem.
- No, panowie - powiedział zmęczonym głosem. - Który z was tak 

naprawdę chce wojny? Proponuję, żebyście spróbowali mojego planu 
i albo Bob pójdzie na układ, albo nie. Nie mamy nic do stracenia. 

- Popatrzył po twarzach zebranych. 
-  Do  diabła,  chyba  nie  chcecie,  żeby  wasi  chłopcy  strzelali  się  z 

tymi  bandziorami.  Co  powiesz,  Fisher?  W  jakim  wieku  są  twoi 
synowie? 

I oni by z pewnością chętnie powalczyli. Nie widzę innej drogi, jak 

pójść  za  głosem  zdrowego  rozsądku  i  ułożyć  się  z  Bergenerem.  No, 
podnoście ręce, panowie.

-  A  czy  ty  sam  podejmiesz  się  rozmów  z  Bobem,  Will?  -  zapytał 

ktoś z sali.

- Nie wykluczam tego. Ale na razie chciałbym wiedzieć, kto jest za, 

podnoście ręce, panowie.

Zanim ktokolwiek zdążył podnieść rękę, drzwi nagle się otworzyły i 

na  salę  wpadło  wszystkich  dwunastu  najemników  Bergenera,  z 
sześciostrzałowymi rewolwerami w pogotowiu.

background image

-  Jezu  -  powiedział  Will,  który  jak  i  wszyscy  inni  machinalnie 

sięgnął do broni.

Na  całą  minutę  zaległa  cisza.  Napięcie  było  niemal  dotykalne.  Po 

jednej  stronie  stali  mieszkańcy  Rifle  i  ranczerzy,  po  drugiej  w 
czarnych  kapeluszach  naciśniętych  na  czoło,  rewolwerowcy 
Bergenera. Oba obozy zastygły w oczekiwaniu i tylko ręce jednych i 
drugich niespokojnie drżały na spustach koltów.

I  wtedy  nagłe  Will  dostrzegł  ruch  -  był  to  ten  sam  mężczyzna, 

którego postrzelił w ramię i który w sobotę podczas pikniku zaczepiał 
Emily. 

- Dutcher - odezwał się intruz przerywając ciszę. 
- Mamy ze sobą pewne porachunki. 
- Postąpił krok do przodu, i tłum zafalował jak woda, blokując  mu 

przejście.

Will wytrzymał pełne determinacji spojrzenie mężczyzny.
- Jestem do dyspozycji - powiedział. 
- Bardzo proszę. Byle nie tutaj.
- Nie! - wykrzyknął ktoś gwałtownie. 
- Nie rób tego, Will!
Ale Will go nie słuchał. Jeżeli  ma stawić  czoło temu mordercy, to 

nie  ma  powodu,  by  wciągać  w  to  innych.  Załatwią  sprawę  na 
zewnątrz, tam gdzie nikt się nie znajdzie na linii strzału.

Z mieszaniną zdumienia i żalu Will pomyślał - był to jednak tylko 

ułamek sekundy, błysk, który zgasł równie nagle, jak się pojawił - że 
jest  już  za  stary  na  takie  numery,  że  ma  obowiązki.  Jak  mógł  się 
postawić w tak śmiesznej sytuacji?

Emily - szepnął mu jakiś wewnętrzny głos. 
- Emily.
Wyprostował ramiona, poprawił kapelusz, zaczerpnął tchu i zszedł z 

podium.

- Idziemy - powiedział swoim niskim, szorstkim głosem. 
- Im prędzej załatwimy sprawę, tym lepiej.
Za  nimi  ruszyli  inni,  przepychając  się  jeden  przez  drugiego,  żeby 

zająć  lepsze  miejsce  i  nie  stracić  nic  z  szykującego  się  widowiska. 
Gdyby Will nie był taki napięty, mógłby się śmiać, a tak, myślał tylko 
o  przeżyciu.  Od  lat  nie  używał  broni,  miał  jednak  nadzieję,  że  nie 
wyszedł  z  wprawy.  Kiedyś  był  w  tym  bardzo  dobry,  szybki  jak 
błyskawica. Może więc...

background image

Zajął  pozycję  tak,  żeby  mieć  zachodzące  słońce  w  plecy.  Dawało 

mu  to  niewielką  przewagę,  ale  zawsze  stanowiło  okoliczność 
sprzyjającą. Zebrany tłum rozstąpił się z szacunkiem, szerokim kołem 
otaczając  dwóch  mężczyzn,  którzy  stali  teraz  nieruchomo  w 
odległości  dziesięciu  kroków  jeden  od  drugiego,  nie  spuszczając  się 
nawzajem  z  oka.  Will  zauważył  ironiczny  uśmieszek  swego 
przeciwnika.  Ale  poza  tym  zauważył  coś  jeszcze:  mężczyzna  był 
ranny  w  prawą  rękę  i  choć  już  nie  używał  temblaka,  to  i  tak  był  w 
niekorzystnej sytuacji. Głupi - pomyślał - co za dureń...

I  nagle  zrozumiał.  Chodziło  o  urażoną  dumę  tamtego.  Will  już 

dwukrotnie  go  upokorzył  i  prawdopodobnie  koledzy  nie  dawali  mu 
spokoju.

Zastanów  się -  nakazał  sobie.  Nie  wiedział,  czy  zdoła  pokonać 

mężczyznę,  ale  przecież  wiedział,  że  tak  czy  siak  pojedynkiem 
niczego  nie  załatwi,  że  nie  zlikwiduje  napięcia  w  mieście,  a  jedynie 
doprowadzą  do  dalszego  rozlewu  krwi.  Jak  tu  znaleźć  honorowe 
wyjście dla nich obu?

Will  westchnął.  Boże,  jakżeż  mu  było  nie  w  smak  załatwianie 

takich spraw na oczach połowy miasta.

-  Posłuchaj  -  zaczął,  przyjmując  nieco  swobodniejszą  postawę  i 

patrząc w stalowe oczy przeciwnika. 

- Jestem ranczerem, a nie strzelcem wyborowym. 
- Ojcze nasz, któryś jest w niebie... - I nie chcę mieć jeszcze więcej 

kłopotów. Szczerze mówiąc, nie planowałem dzisiaj umierać. A ty?

Mężczyzna przyglądał się czujnie. I wtedy jakiś dureń wykrzyknął:
-  Strzelaj,  Will,  on  ma  niesprawną  rękę!  Strzelaj!  Will  odwrócił 

głowę i posłał podżegaczowi mordercze spojrzenie.

- Chcesz rozlewu krwi, to chodź tutaj, bardzo proszę! Ale jeśli nie, 

to się zamknij. 

- I z powrotem odwrócił się do swojego przeciwnika. 
- Co ty na to? Ja jestem za tym, żebyśmy tu sprowadzili Bergenera i 

wyjaśnili  Sprawę  na  miejscu.  To  nie  są  twoje  problemy,  bracie.  To 
sprawa między nami a Bergenerem. A tobie tylko płacą za wykonanie 
zadania.

Przez  dłuższą  chwilę  Will  był  pewien,  że  mężczyzna  wyciągnie 

broń. Zamarł w oczekiwaniu. Zrobił mu furtkę, dlaczego facet, u licha, 
z  niej  nie  korzysta...?  Ale  rewolwerowiec  uśmiechnął  się  i  wzruszył 
ramionami.

background image

- Wiesz co, Dutcher - powiedział - miałem cię za tchórza i widzę, że 

się nie pomyliłem.

Will uśmiechnął się blado, trzymając nerwy na wodzy.
- Masz rację - wycedził wolno, nie spuszczając go z oka. 
-  A  teraz  proponuję,  żebyśmy  wrócili  na  salę  i  żeby  jeden  z  was, 

chłopcy, poszedł po Bergenera. 

- Odwrócił się ostrożnie i ruszył w stronę szkoły. I wtedy właśnie ją 

zauważył - małą twarzyczkę w tłumie - Emily. Zacisnął zęby i wszedł 
do budynku.

Trwało to z piętnaście minut, ale, w końcu Bob Bergener przyszedł. 

Miał  ściągniętą  twarz  i  był  zdenerwowany,  a  jego  ludzie  pilnowali 
drzwi. Wysłuchał jednak tego, co Will miał do powiedzenia. Ze dwa 
razy skinął głową, po czym wszedł na podium.

- Co ty na to, Bob? - kończył swoje wystąpienie Will. 
-  Pomożesz  w  rozwiązaniu  naszych  wspólnych  problemów  czy 

wybierasz katastrofę dla całego miasta, łącznie z sobą samym?

Bergener stanął przed zebranymi, z brzuchem wypiętym do przodu 

pod brokatową kamizelką, i dwukrotnie odchrząknął.

-  Nie  zależy  mi  na  kłopotach  -  zaczął  i  z  tłumu  posypały  się 

szyderstwa. 

-  Sprowadziłem  pomoc  z  powodu  szturmów  na  banki  w  całym 

kraju. Wiecie zresztą o tym, panowie.

- A dlaczego nie próbowałeś się najpierw z nami dogadać? - zawołał 

ktoś z sali.

- Wszyscy jesteśmy tu sąsiadami, Bergener, a na twój rozkaz został 

postrzelony Ollie!

- Właśnie, co z Olliem?!
- Uspokójcie się - powiedział Will stając obok Bergenera. 
- Ollie'emu nie możemy w tej chwili pomóc, ale możemy zapobiec 

dalszemu rozlewowi krwi.

Bergener zakasłał przysłaniając ręką usta.
- Will ma rację, chłopcy - powiedział. 
- Jak już mówiłem, chcę tylko bronić tego, co moje.
-  No  więc  jak  będzie,  Bob  -  wyrwał  się  Tell  Lister  -  otworzysz 

bank?

Bob w napięciu rozejrzał się po zebranych.
- Jeżeli zrobicie run na mój bank, to zamknę go na dobre.
Zapadła cisza.

background image

Wreszcie odezwał się Will.
- Damy ci słowo, Bob, że będziemy korzystali z banku jak zawsze, 

ale musimy mieć od ciebie jakieś gwarancje, że nie podniesiesz nam 
oprocentowania pożyczek.

Bergener spojrzeniem oceniał wiarygodność Willa.
-  Chciałbym,  żebyśmy  to  załatwili  przez  głosowanie.  Proszę  o 

podnoszenie rąk. Muszę mieć pewność, że jak jutro otworzę bank, to 
nikt  nie  będzie  się  na  siłę  domagał  zwrotu  swoich  depozytów  w 
złocie.

- A jakie gwarancje od ciebie, Bob? - spytał Will. 
- Co z twoją obietnicą, że złagodzisz warunki spłaty pożyczek?
- Ja... ach, tak - powiedział wreszcie Bergener. 
- Obiecam wam złagodzenie warunków, jak zobaczę wasze ręce. 
-  I  wtedy,  wreszcie,  po  tygodniach  gorzkich  przepychanek, 

podniosło się ostrożnie kilka rąk.

Will rozejrzał się dokoła.
- No, panowie - rzekł. 
- Spróbujmy. Nie mamy nic do stracenia. Śmiało, ręce do góry. 
- Krótka chwila wahania i wszystkie ręce znalazły się w górze. 
- Mam nadzieję, że jutro rano bank będzie otwarty? - zwrócił się do 

Bergenera.

- Będzie - zapewnił go Bergener i zszedł z podium.
- I wynocha z tymi bandziorami! - wykrzyknął ktoś z sali.
Bergener,  przeciskając  się  przez  tłum,  nerwowo  skinął  głową.  Za 

nim w ciemną noc wyszli jego ludzie.

- No, to tyle - podsumował Will trzymając młotek w ręce. 
- Daliśmy słowo, panowie. Ogłaszam koniec zebrania. 
- Bang.
Część  uczestników  narady  zebrała  się  jeszcze  na  zewnątrz,  żeby 

pomówić o tym, jak pomóc 011ie'emu McCruddenowi, zanim stanie o 
własnych  siłach.  Will  słuchał  z  aprobatą,  ale  wzrokiem  cały  czas 
poszukiwał  Emily.  Jak  się,  u  licha,  dostała  do  miasta?  Pewnie 
przyjechała bryczką, najprawdopodobniej. I do tego sama. 

Czy ona się nigdy niczego nie nauczy?
Ludzie  powoli  zaczęli  się  rozchodzić  do  domów  i  wtedy  Will  ją 

zobaczył.  Siedziała  w  bryczce,  koło  szkoły,  w  pobliżu  miejsca,  w 
którym  zostawił  konia.  Przynajmniej  -  pomyślał  -  nikt  inny  jej  tutaj 
nie zauważył. Do licha, była jedyną kobietą, która odważyła się tego 

background image

wieczora wyjść z domu. Jak się jednak zastanowił, nie mógł mieć jej 
za  złe  tej  ciekawości  i  niecierpliwości.  Nie.  Ostatecznie  był  to  jej 
pomysł. W gruncie rzeczy - pomyślał zbliżając się do niej - uratowała 
miasto. Szkoda tylko, że była świadkiem tej konfrontacji przed szkołą, 
że  widziała,  jak  się  wycofał.  Celowo,  to  prawda,  ale  żałował,  że  w 
ogóle do tego doszło.

- Jak się masz - powiedziała.
- Jak się masz, Emily. Widzę, że nie mogłaś wytrzymać.
Potrząsnęła głową i poklepała siedzenie obok siebie.
- Możesz przywiązać konia z tyłu i jechać ze mną? - zapytała.
- Żebyś mnie zarzuciła gradem głupich pytań? 
- Podparł się pod boki i patrzył na nią poprzez ciemność.
- Tak - odparła z uśmiechem - żebym cię mogła dręczyć.
Pogładził wąsa i skinął głową.
- Wiele ci zawdzięczam - powiedział. 
- Wszyscy ci wiele zawdzięczamy. - I ruszył w stronę konia.
W  tym  momencie  w  obłokach  kurzu  podjechał  do  nich  ranny 

rewolwerowiec. Uchylił przed Emily kapelusza i zatrzymał konia przy 
bryczce, po czym zwrócił się do Willa:

-  Moja  ręka  nie  zawsze  będzie  sztywna,  Dutcher  - powiedział 

ściągając wodze.

Will zaczął wiązać swoją kobyłę do tyłu bryczki.
-  Wiesz,  co  ci  powiem  -  rzekł  swobodnie  -  wskaż  tylko  czas  i 

miejsce, a możesz być pewien, że się tam zjawię.

Przez chwilę jeszcze mężczyzna przygważdżał Willa wzrokiem, po 

czym uchylił przed Emily kapelusza i odjechał.

background image

ROZDZIAŁ 16

Po  tych  wydarzeniach  sytuacja  w  mieście  wyraźnie  się  uspokoiła. 

Ludzie  Bergenera  po  cichu  opuścili  Rifle.  Jednego  dnia  kręcili  się 
jeszcze po ulicach, a już następnego ich nie było. Bank został otwarty, 
ale  nikt  go  nie  szturmował  ani  nie  wycofywał  swoich  oszczędności. 
Pieniędzy  było  mało,  otrzymanie  pożyczki  prawie  niemożliwe,  a 
przed końcem 1893 roku kilku ranczerów miało splajtować.

Ale nie Will Dutcher.
-  Czy  jesteś  pewien,  że  tej  jesieni  będziesz  miał z  bydła  dość 

gotówki,  żeby  spłacić  Bergenera?  -  pewnego  czerwcowego  wieczora 
spytała go Emily.

- Na miłość boską, Emily, już ci mówiłem. Przestań nudzić.
- Nawet jeśli spadną ceny wołowiny? - nalegała.
- Jeszcze coś niecoś mi zostanie. Czy ci to wystarczy?
- Tak. - Westchnęła. Will da sobie radę. Dzięki Bogu udało jej się 

tego dopilnować. Will Dutcher nie straci swojego rancza. Spojrzała na 
ciemne  łąki  ciągnące  się  aż  do  podnóża  gór,  na  wysrebrzone 
księżycowym  blaskiem  niewyraźne  sylwetki  pasącego  się  bydła  i 
zdała  sobie  sprawę,  że  i  ona  kocha  tę  ziemię.  Okolica  była  surowa, 
nękana to spiekotą, to znów siarczystym mrozem, ale spływająca z gór 
rzeka mile łagodziła klimat. W całej dolinie kwitły drzewa owocowe i 
dojrzewały  winogrona.  Ludzie  uprawiali  ziemniaki,  truskawki, 
warzywa i pszenicę. A pszczoły dawały miód.

Ludzie byli twardzi - nieustannie narażeni na fizyczne i psychiczne 

niedogodności - zimno, głód, ciężką pracę, znużenie i samotność - ale 
dzielnie sobie z tym wszystkim radzili.

Emily też doświadczyła tych trudów. Patrzyła teraz na ziemię Willa 

chłonąc zapach kurzu, krzewów bylicy i dymu z jego fajki i czując na 
skórze gorące, suche powietrze. Fotel, w którym się bujała, za każdym 
razem  przyciskał  znajomą  skrzypiącą  deskę  w  podłodze  ganku,  a 
Emily  myślała, że  już  wkrótce  będzie  musiała  to  wszystko  porzucić. 
Nie  wiedziała  jeszcze  ani  jak,  ani  kiedy,  ale  czuła  to  w  głębi  duszy. 
Wkrótce, ale jeszcze nie zaraz.

- Em? - Z soczystej ciemności doszedł ją głos Willa.
- Uhm?

background image

-  Nigdy  ci  nie  mówiłem...  nigdy  ci  tego  właściwie  wyraźnie  nie 

powiedziałem... - odchrząknął. 

-  Ale  z  tym  bankiem  miałaś  rację.  Winien  ci  jestem...  wszyscy 

jesteśmy ci winni wielkie podziękowanie.

- Och, Will...
- Po prostu chciałem ci to, dla porządku, powiedzieć.
Jakżeż lubiła jego głos, szorstki i niski, i tę oszczędność wyrażania 

się, tym bardziej precyzyjnego, im mniej używał słów.

- Nie ma o czym mówić, to drobiazg.
- Oni myślą, że to był mój pomysł, Emily.
- Jeszcze lepiej - mruknęła - to nie ma znaczenia.
- Ale ja... ja bym chciał, żeby wszyscy wiedzieli, że to twoja zasługa 

- powiedział cicho.

Potrząsnęła głową w ciemności.
- Nie, Will. Jeśli myślisz, że oni mnie z tego powodu zaakceptują, to 

się mylisz. Będą mnie w dalszym ciągu nienawidzieć, tym bardziej za 
to, że się mieszam w męskie sprawy.

Przez chwilę milczał.
- Możliwe - przyznał w końcu.
- Nic nie szkodzi, Will. Jest mi obojętne, co o mnie myślą. 
-  Przez  jakiś  czas  siedzieli  obok  siebie  bez  stów,  czując  swoją 

wzajemną  bliskość,  ale  Emily  wiedziała,  że  Will  o  czymś  myśli. 
Spokojna, odprężona, czekała, aż zacznie mówić. Gdzieś zawył kojot i 
zaraz potem Shep uniósł łeb i wpatrując się w ciemność zawarczał.

-  Szykujesz  się  do  rychłego  wyjazdu,  prawda,  Emily?  -  zapytał  w 

końcu.

Serce jej zamarło, przepełnione bólem.
- Will...
- Czuję to w głębi duszy - powiedział.
Łzy napłynęły jej do oczu, ale je powstrzymała.
-  Odetchniesz  z  ulgą,  Will.  Nie  będziesz  musiał  słuchać  mojego 

nagabywania i... - głos jej się załamał, przełknęła. 

- A Violetta Lindley z pewnością lepiej gotuje ode mnie i...
- Viołetta Lindley nie umywa się do ciebie pod żadnym względem, 

Em - powiedział szorstko.

- Ona za tobą szaleje, Will.
- Szalona to jesteś ty, Em.
- Nie, nie jestem szalona - powiedziała smutno.

background image

- Kiedy? - zapytał po chwili. 
- Jak długo jeszcze? Zwiesiła głowę.
- Nie wiem - szepnęła. 
- Niedługo.
Zerwał  się  gwałtownie,  zły,  rozdrażniony,  podszedł  do  balustrady 

ganku i stanął tyłem do niej. Wiedziała, że nie będzie jej prosił, błagał, 
przekonywał.  Nie  byłoby  to  w  stylu  Willa  Dutchera.  Powiedział,  że 
nie będzie, i dotrzymywał słowa.

-  Przepraszam  -  powiedziała  do  jego  pleców.  Poruszył  się 

niecierpliwie, ale nie odezwał się słowem, nerwowo gładząc wąsa.

Emily wstała i w milczeniu podeszła do niego. W srebrnym świetle 

księżyca  widziała  jego  sylwetkę,  mocny  profil  o  czystych,  niemal 
surowych  liniach,  ściągnięte  brwi,  zaciśnięte  usta,  drgający  mięsień 
szczęki. Powoli dotknęła jego dłoni.

Obrócił  się  błyskawicznie  i  porwał  ją  w  ramiona,  tuląc  do  siebie 

mocno, niemal brutalnie.

- Niech cię licho, kobieto - mruknął.
Zarzuciła mu ręce na szyję i położyła głowę na piersi.
- Will, ty przecież wiesz, co ja do ciebie czuję - wyszeptała. 
- Ani przez chwilę nie miałam co do tego wątpliwości. Nigdy cienie 

zapomnę.

Uniosła do góry twarz,, a on poszukał ustami jej ust. Stali, wtuleni 

w siebie, tworząc jedno ciało. Jak ona zdoła opuścić tego mężczyznę, 
jak z niego zrezygnuje?

Poszli  na  górę  nie  zadając  sobie  nawet  trudu,  żeby  zapalić  lampę. 

Rozebrali  się  w  milczeniu,  tuląc  się  do  siebie  wśród  westchnień  i 
szeptów, rozpaczliwie spragnieni miłości. Może to już ostatni raz 

- myślała Emily zdając sobie sprawę, że i on myśli to samo. 
- Ostatni raz czuję wokół siebie jego ramiona, słyszę tak blisko jego 

zdyszany oddech, czuję słony smak jego potu, czuję go w sobie...

Ofiarowywała  mu  swoje  ciało  starając  się  dać  mu  jak  najwięcej 

rozkoszy.  Kochali  się  aż  do  pełnego  wzajemnego  zaspokojenia,  a 
potem  leżeli  spleceni  w  uścisku,  czując  na  rozpalonej  skórze  chłód 
potu.  Rozmiłowanym  wzrokiem  patrzyła,  jak  śpi  niespokojnie  w  jej 
ramionach,  ciężki,  ogromny,  nienasycony.  Przez  całą  bezsenną  noc 
czuwała nad nim, w gorącej ciemności, nie chcąc stracić ani jednej z 
bezcennych chwil, jakie im jeszcze pozostały.

Niedziele  upływały  pod  znakiem  kościoła.  Emily  nigdy  im  nie 

background image

towarzyszyła,  ale  tej  niedzieli  Mary  uprosiła  ją,  żeby  z  nimi  poszła, 
było  bowiem  rozdanie  nagród  w  szkółce  niedzielnej,  a  wśród 
nagrodzonych znalazła się Mary.

-  Panno  Emily,  niech  pani  z  nami  pójdzie,  bardzo  panią  proszę! 

Mam  dostać  bukiet  kwiatów  i  białą  Biblię,  tylko  dla  mnie,  na 
własność.

Emily  popatrzyła  na  poważną  buzię  Mary,  na  porządnie  splecione 

warkocze,  na  jasne  piegi,  na  nową  białą  sukienkę  z  falbanami,  spod 
której  widać  było  wysokie  sznurowane  trzewiczki.  Przez  ułamek 
sekundy  zastanawiała  się,  jak  też  będzie  wyglądała  Mary,  kiedy 
dorośnie,  i  na  myśl  o  tym,  że  nigdy  tego  nie  zobaczy,  ogarnął  ją 
smutek.

- Naturalnie, że pójdę, Mary. Jakże bym mogła stracić taką okazję.
-  Och,  jak  to  dobrze,  jak  bardzo  się  cieszę!  -  wykrzyknęła 

dziewczynka.

Chłopcy czekali już, wystrojeni w krótkie czarne spodnie, skarpety 

pod kolana i wykrochmalone białe koszule. Podobnie prezentował się 
Will  w  swoich  wizytowych  spodniach,  surducie  i  czarnej  muszce 
zawiązanej na wykrochmalonym kołnierzyku.

-  Radzę  ci,  pospiesz  się  -  zwrócił  się  do  Emily  wycierając  usta  i 

wstając od stołu. 

- Wielebny Shumaker jest dla spóźnialskich bardzo surowy.
No  cóż  -  pomyślała  Emily  przebierając  się  spiesznie  w  szary 

kostium  -  pójdzie  ze  względu  na  Mary.  Nie  była  w  kościele  od 
czasów  dzieciństwa,  od  kiedy  sama  dostała  Biblię  w  nagrodę.  Gdzie 
się podziały te czasy?

Tej niedzieli mogli uchodzić za wzorową rodzinę: przystojny ojciec, 

elegancko  ubrana  matka  i  trójka  rozkosznych  dzieciaków  -  zajechali 
bryczką zaprzężoną w dwa lśniące kasztany.

Mogli uchodzić, ale nie byli.
Wielebny  Shumaker  witał  wszystkich  w  otwartych  drzwiach 

kościoła uśmiechając się powściągliwie. Emily pomyślała, że wygląda 
jak  ponura  wersja  Abrahama  Lincolna.  Will  przedstawił  ją  i  Emily 
skinęła głową i powiedziała:

- Miło mi poznać wielebnego ojca.
-  Pani  tu  u  nas  pierwszy  raz,  panno  Jacoby,  prawda?  -  powiedział 

bez uśmiechu.

-  Tak,  pierwszy,  i  właśnie  nie  mogę  się  doczekać  kazania  -

background image

powiedziała  Emily  słodko,  przeciskając  się  obok  niego  do  małego
pozbawionego ozdób kościoła.

Ktoś  postawił  na  pulpicie  wielki  wazon  późnego  górskiego  bzu  i 

słodki  mdlący  zapach  kwiatów  unosił  się  w  powietrzu,  kiedy  ludzie 
wchodzili  zajmując  miejsca.  Dutcherowie  skierowali  się  do  swojej 
ławki,  a  za  nimi  Emily.  W  kościele  panowała  cisza  i  było  trochę 
duszno  w  ten  gorący  letni  dzień.  Słychać  było  szepty,  skrzypienie 
ławek i od czasu do czasu głosy dzieci,

Okazja  była szczególna,  zakończenie  roku  w szkółce  niedzielnej,  i 

właśnie  rozpoczynało  się  nabożeństwo,  po  którym  miał  wygłosić 
kazanie  wielebny  Shumaker.  Najpierw  była  modlitwa,  którą 
prowadziła  pani  Fisher,  potem  psalm,  który  czytała  pani  Tatę,  i 
wreszcie  pieśń  „Skała  wieków",  w  wykonaniu  wszystkich  wiernych. 
Will  śpiewał  pięknie  swoim  potężnym  barytonem,  Emily  zaś 
ograniczyła  się  jedynie  do  powtarzania  nielicznych  zapamiętanych 
słów.

Potem  nastąpiło  wręczanie  nagród.  Mary  siedziała  spokojnie,  w 

oczekiwaniu tej uroczystej chwili, ale Burkę i Jesse kuksali się, gadali 
i  machali  nogami.  Will  nie  zwracał  na  to  uwagi,  ale  Emily  stale  ich 
uspokajała. Było jej gorąco i w bieliźnie, bluzce i żakiecie pociła się 
obficie.  Nie  było  jednak  mowy  o  zdjęciu  żakietu,  o  tym  Emily 
wiedziała. No i te kwiaty. Ich słodki, duszący zapach wypełniał każdy 
zakątek kościoła. Wywołano Mary.

-  Panna  Mary  Dutcher,  uczennica  szóstej  klasy,  nagroda  za 

bezbłędne  opanowanie  na  pamięć  dwudziestego  trzeciego  psalmu. 
Proszę, Mary.

Pani Fisher wręczyła jej bukiet kwiatów i białą Biblię, dokładnie tak 

jak  to  Mary  zapowiedziała,  i  Emily  tak  była  szczęśliwa,  dumna  i 
podniecona,  jakby  chodziło  ojej  własne  dziecko.  Spojrzała  na  Willa. 
Uśmiechnął się do małej szczerze i serdecznie.

- Brawo, Mary - powiedział, kiedy z kwiatami i Biblią siadała obok 

niego w ławce.

- Dziękuję, wujku - odparła Mary, zarumieniona ze szczęścia.
- Jestem z ciebie dumna, kochanie. 
- Emily pocałowała ją w rumiany policzek.
- Tak się cieszę, że pani przyszła, to najpiękniejszy dzień w moim 

życiu.

Tymczasem  w  kościele  zrobiło  się  cicho,  bo  wielebny  Shumaker 

background image

wchodził  właśnie  na  ambonę.  Poprawił  okulary  i  popatrzył  sponad
nich na wiernych.

-  Dzień  dobry  -  zaczął  -  i  niech  was  wszystkich  Bóg  błogosławi. 

Zebraliśmy się tutaj, żeby w ten święty dzień oddać cześć Panu, aby w 
naszych  sercach  i  duszach  zapanował  pokój  i  abyśmy  mogli  przyjąć 
słowo pańskie.

Emily  usadowiła  się  w  ławce,  słuchając  piąte  przez  dziesiąte. 

Wachlowała  się  śpiewnikiem,  podobnie  jak inne  kobiety,  a  zapach 
bzów napływał do niej falami, to mdląco  słodki, to znów ulotny jak 
odległe  wspomnienie.  Upłynęła  dłuższa  chwila,  nim  zauważyła 
zmianę atmosfery. Jej umysł zarejestrował ton głosu pastora i sposób, 
w  jaki  ludzie  poprawiali  się  na  twardych  ławkach.  Zaczęła  słuchać 
uważnie, ale początkowo nie wierzyła własnym uszom;

-  Ci,  którzy  łamią  przykazania  boskie,  zostaną  ukarani!  -  grzmiał 

kaznodzieja. 

-  Nawet  te  ustanowione  nie  przez  prawo,  lecz  tradycję.  My,  tutaj, 

którzy żyjemy na rubieżach naszego wielkiego kraju, z całego serca i 
duszy staramy się tę tradycję szanować. A nasze życie nie jest łatwe i 
dlatego  musimy  dokładać  jeszcze  większych  starań  niż  nasi  bracia  z 
miasta,  by  się  podobać  Bogu.  Tak,  jeszcze  większych!  Nie  możemy 
sobie  folgować  zasługując  na  potępienie  wieczne.  Musimy  zwalczać 
zło w zarodku.

Aha - pomyślała Emily - już wiem, co to za kaznodzieja.
- A w szczególności nie możemy żyć w grzechu cudzołóstwa! Tak, 

nie bójmy się tego słowa: cudzołóstwa!

Wierni  nabrali  tchu  w  piersi  -  w  kościele  rozległ  się  jakby  syk 

jadowitego  węża  szykującego  się  do  skoku.  Emily  zamarła-  wokół 
siebie  słyszała  szepty  i  pomruki,  a słowo  „cudzołóstwo"  odbijało  się 
echem w małym pustym kościółku.

-  Zbaw  nas,  o  Panie,  a  w  szczególności  zbaw  tych  spośród  nas, 

którzy  są  grzesznikami.  Muszą  oni  zaprzestać  swoich  niecnych 
praktyk  i  prosić  Ciebie  o  wybaczenie  już  teraz,  tak,  teraz,  albo  -  tu 
wymierzył przed siebie sztywny drżący palec - iść stąd precz!

Emily  nie  miała  wątpliwości,  że  palec  był  wymierzony  w  nią. 

Wszystkie  głowy  zwróciły  się  ku  niej  i  wydało  ej  się,  że  wrogim, 
oskarżycielskim spojrzeniom nie będzie końca.

Wielebny  Shumaker  mówił  dalej  gniewnym  głosem,  to  kokietując 

wiernych, to znów im grożąc, ale Emily niewiele już z tego słyszała.

background image

Siedziała  obojętna,  zimna  jak  lód  i  tak  pełna  bólu,  jakby  czuła  na 

sobie krople krwawego potu.

- Tak,  chociaż  idę  przez  dolinę  zła,  nie  ulęknę  się  żadnego 

grzesznika!  -  zagrzmiał  Shumaker,  przekręcając  tekst,  czego  jednak 
nikt nie zauważył. 

- Wygnam zło z mego domu.
To właśnie wtedy Emily poczuła, jak palce Willa zaciskają się na jej 

dłoni.  Mało  brakowało,  by  się  załamała  i  wybuchnęła  płaczem,  ale 
jego  dotyk  podniósł  ją  na  duchu.  Wytrzymała  do  końca  kazania. 
Siedziała owiana mdlącym zapachem bzów, z sercem przepełnionym 
miłością i ściskając go mocno za rękę patrzyła prosto przed siebie.

Z  kościoła  wyszli  szybko,  zaraz  po  zakończeniu  nabożeństwa. 

Emily,  z  oczyma  pełnymi  łez,  niemal  wybiegła  roztrącając  dzieci. 
Will, zdumiony, pomógł jej wsiąść do bryczki.

- Emily, czy ty...? - zaczął.
- Proszę cię - wyszeptała. 
- Jedźmy już, dobrze? Nie chciała robić sceny przy dzieciach. I tak 

już  były wystarczająco  zdeprymowane.  Widziały,  że  dzieje  się  coś 
niedobrego  i  „dorosłego",  ale  nie  wiedziały  co  i  dlaczego.  Chłopcy 
zapomnieli  o  tym  raz  dwa,  Mary  jednak,  wrażliwa,  kochająca  Mary, 
zasługiwała na jakieś wyjaśnienie. Nie w tej chwili - pomyślała Emily 
- nie w tej chwili.

Zaraz  po  powrocie  do  domu,  poszła  do  siebie.  Zdążyła  jeszcze 

pochwycić nieśmiałe pytanie Mary: „Wujku Willu, co się stało pannie 
Emily?" I wymijającą odpowiedź Willa: „Źle się czuje, Mary".

Przyszedł  do  niej  zaraz  potem,  jak  obrządził  konie,  ciągle  jeszcze 

ubrany  na  ciemno.  Wszedł  do  jej  sypialni  nie  pukając  i  usiadł  na 
brzegu łóżka.

-  Emily  -  powiedział  łagodnie.  Obróciła  się  w  jego  stronę.  Oczy 

miała czerwone, ale suche. 

- Emily, to nie są źli ludzie.
Westchnęła.
- Ja wiem, to przeze mnie. To ja jestem zła.
- Nie, Em, nie jesteś zła.
- Dla nich jestem. I nic tego nie zmieni. Teraz już za późno. Nawet 

gdybym... - zawahała się.

- Nawet gdybyś co? - Wyciągnął rękę i odgarnął jej z czoła kosmyk 

włosów. Pod wpływem jego dotyku przeszedł ją dreszcz, przymknęła 

background image

oczy.

- Nic - odparła odwracając głowę. Zdradziecka łza spłynęła jej z oka 

i potoczyła się po skroni.

- Emily... - odchrząknął. 
- Powiedziałem ci, że nie będę prosił. Powiedziałem...
Położyła mu palec na ustach.
- Nie mów, proszę cię, nie mów.
Ich spojrzenia się spotkały. Słowa były zbyteczne. Emily wiedziała, 

że on wie. I że przeżywa mękę.

- Muszę odejść, Will - wyszeptała.
- Kiedy?
- Dzisiaj, zaraz.
- Pozwolisz im wypędzić się z miasta, ot tak, po prostu?
Westchnęła ponownie, spazmatycznie wciągając powietrze.
- Niech myślą, że odnieśli zwycięstwo. To nie ma znaczenia.
- A co mam powiedzieć dzieciom?
Położyła mu rękę na ramieniu próbując się uśmiechnąć. 
- Sama im powiem.
- Emily...
-  Och,  Will,  pocałuj  mnie  jeden  jedyny  ostatni  raz.  Nachylił  się  i 

podniósł ją z łóżka. Zarzuciła mu ręce na szyję, chłonąc jego zapach, 
szukając ust, czując muskanie wąsów na skórze. Był to długi, smutny 
pocałunek, który zawierał więcej miłości i żalu niż namiętności.

Kiedy się rozłączyli, ujął ją mocno za ramiona i spojrzał jej w oczy.
-  Jeszcze  nigdy  nie  powiedziałem  tego  żadnej  kobiecie  -  rzekł 

szorstko. - Nigdy. Jesteś jedyna, Emily Jacoby. Kocham cię.

Wpatrywała się w jego twarz.
- Wiesz przecież, że i ja kocham ciebie. 
- Odetchnęła. 
- Nie zapomnij mnie.
-  Jakbym  mógł?  Będę  cię  pamiętał  na  zawsze.  Zestarzeję  się  z 

twoim obrazem przed oczyma.

Potrząsnęła głową.
-  Ożeń  się,  Will.  Z  Violettą  Lindley.  Albo  z  kimś  innym.  Miej 

dzieci. Bądź szczęśliwy.

Uśmiechnął się krzywo.

background image

- Strasznie lubisz rządzić, Emily.
- Wiem, nic na to nie poradzę. 
-  Usiadła  na  brzegu  łóżka,  poprawiła  spódnicę,  uporządkowała 

niesforne kosmyki włosów. 

-  Zostaw  mnie  teraz  samą,  Will.  Spakuję  się  i  zaraz  zejdę  na  dół. 

Mógłbyś mnie zawieźć na stację?

- Jeśli sobie tego życzysz...
- Tak - powiedziała z determinacją - tego sobie właśnie życzę.
- Od pierwszej chwili, kiedy cię zobaczyłem - powiedział jakby do 

siebie - wiedziałem, że coś jest nie w porządku.

- Z czym, Will?
- Z  tobą,  Emily.  Zawsze  w  głębi  duszy  wiedziałem,  że  twoje 

miejsce jest nie tutaj.

- Och, Will... - zaczęła.
- Wiem,  mówiłaś  mi,  ale  ja  nie  chciałem  tego  słuchać.  I  dalej  nie 

chcę - mruknął pod nosem i wyszedł zostawiając ją samą.

Później, po południu, Emily zebrała dzieci w saloniku. Patrzyły na 

nią poważnie, czując, że dzieje się coś niedobrego. Cała trójka - Mary, 
Jesse i Burkę - stali według wzrostu dokładnie tak, jak ich zobaczyła 
po  raz  pierwszy  po  wypadku.  Trzy  rozkoszne  jasne  główki,  trzy 
sieroty, które potrzebowały jej miłości.

Poczuła skurcz gardła i przez chwilę nie mogła wydobyć słowa.
- Panno  Emily  -  powiedziała  Mary  -  wujek  Will  mówił,  że  pani 

wyjeżdża.

Emily zamknęła oczy. Powiedział im.
- Och, Mary, kochanie, ogromnie mi przykro, że się rozstajemy tak 

nagle.  -  Wzięła  małą  za  rękę.  -  Wiecie  przecież,  że  ja  nie  jestem  tą 
gospodynią,  którą  miał  przysiad  z  Chicago  wujek  Clay,  i  dlatego 
muszę wyjechać. Mówiłam wam już o tym nie raz.

- Ale dlaczego...? - spytał Jesse. Emily westchnęła głęboko,
- Muszę wracać do mojego własnego życia. Moje miejsce jest gdzie 

indziej. Mam tam pracę i przyjaciół.

-  Nie  podoba  się  pani  tutaj?  -  spytała  Mary.  Boże,  jakżeż  było  jej 

ciężko.

- Bardzo mi się podoba i bardzo was kocham. Kocham nawet wujka 

Willa, ale... ale czasami dorośli muszą robić rzeczy... które są dla nich 
nieprzyjemne i trudne.

- Dlaczego? - zapytał Burkę.

background image

Dlaczego? - pomyślała Emily. 
- Właśnie, dlaczego?
- Po prostu muszą. Tak jak wy musicie chodzić do szkoły. Bo to jest 

ważne. A potem w życiu będzie jeszcze ważniejsze.

Patrzyli  na  nią  szeroko  otwartymi  oczyma,  przestraszeni,  nic  nie 

rozumiejący, zagubieni. 

O Boże - myślała Emily - co ja najlepszego zrobiłam?
Pochyliła się w milczeniu i przygarnęła do siebie całą trójkę. Stała 

przez chwilę z twarzą ukrytą we włosach Mary, czując przytulone do 
siebie trzy małe ciałka. 

Nie mogę - myślała - nie mogę tego zrobić. Ja...
-  Czy  pani  przyjedzie  nas  odwiedzić?  -  spytała  Mary  zduszonym 

głosem.

-  Pamiętasz,  jak  wam  powiedziałam,  że  mam  takie  przeczucie,  że 

się  jeszcze  zobaczymy?  W  dalszym  ciągu tak  uważam.  Nie  wiem 
dokładnie,  ani  kiedy,  ani  jak,  ale...  jakoś  się  spotkamy.  Na  pewno. 
Jestem o tym przekonana.

Podnosząc  głowę  zobaczyła  Willa.  Musiał  nadejść  tak,  że  go  nie 

zauważyła, i teraz stał przyglądając się całej scenie. Ich oczy spotkały 
się nad główkami dzieci.

-  Musimy  jechać  -  powiedział  cicho,  starając  się  panować  nad 

emocjami.

-  Tak  -  odparła,  po  czym  zwróciła  się  do  dzieci:  - Muszę  już  iść. 

Mary,  dopóki  wujek  Will  nie  znajdzie  nowej  gospodyni,  ty  będziesz 
panią  domu.  I  nie  zapominaj  o  czytaniu,  dobrze?  I  pilnuj,  żeby 
chłopcy zawsze przed kolacją myli ręce. Jesse, jesteś starszy, opiekuj 
się Burkem i pamiętaj, żebyście się nie bili. 

- Przerwała na chwilę. 
-  A  ty,  mały  smyku,  masz  być  grzeczny,  zgoda?  Kiedyś  będziesz 

taki duży jak Jesse. Obiecuję ci to. Uważaj na siebie.

- Emily - upomniał ją Will.
- Tak, już idę.
Włożyła szary żakiet i wzięła torbę, którą jej Will kupił w Denver.
- Jeszcze chwileczkę, tylko się pożegnam z Anto-niem.
Weszła do kuchni, gdzie stary obierał kartofle na niedzielną kolację.
-  Do  widzenia,  Antonio  -  powiedziała.  Obrócił  na  nią  swoje 

załzawione oczy.

- Szef powiedział, że pani wyjeżdża, panno Emily. 

background image

- Smutno potrząsnął głową. 
- Nie rozumiem, o co chodzi, ale mówię hasła la vista, nie „żegnaj". 

Do zobaczenia. Lepiej tak powiedzieć, prawda?

- Znacznie lepiej. Hasta la vista, Antonio. Opiekuj się dzieciakami, 

jak mnie nie będzie, dobrze?

Antonio poważnie skinął głową i powrócił do swojego zajęcia.
Znajoma droga do Rifle przypominała mękę. Podobnie jak przejazd 

przez miasto koło Składu Handlowego, drogerii Zimmermana, hotelu 
Winchester  i  Pierwszego Banku  Narodowego.  Will przywiązał  konie 
przed  budynkiem  stacji  Rio  Grandę  i  obszedł  bryczkę,  żeby  pomóc 
Emily wysiąść. Czując dotyk jego dłoni zamknęła oczy.

Kupił jej bilet do Denver w jedną stronę. Powiedziała mu, że to jej 

wystarczy. Nie ma sensu, żeby tracił pieniądze.

- Proszę, twój bilet, Emily.
-  Dziękuję  -  odpowiedziała  patrząc  w  ziemię  i  czując,  jak  jej 

zamiera serce.

- I weź jeszcze to. - Wcisnął jej do ręki zwitek banknotów.
Spojrzała na niego zaskoczona.
- Ale ja... Ja nie potrzebuję.
-  Weź  to.  Pamiętasz,  jak  było  poprzednim  razem  w  Denver  City? 

Nie  chciałbym,  żebyś  musiała  przeżyć  coś  takiego  po  raz  drugi.  Nie 
chciałbym myśleć o tym, że... - odwrócił głowę. 

- Will - powiedziała łagodnie. 
- Weź to - powtórzył. 
-  Zawsze  tyle  było  gadania  o  pieniądzach.  Jeśli  one  są  dla  ciebie 

takie ważne... 

- Nie, nie są. Zresztą tam, gdzie jadę, nie będą mi potrzebne.  
- Spojrzał na nią surowo.
-  Chciałam  powiedzieć,  że...  że  wracam  do  domu,  dlatego  nie 

potrzebuję pieniędzy.

- Weź je - warknął.
Stali patrząc na siebie, a dokoła nich tłoczyli się ludzie, popłakiwały 

dzieci, mężczyźni palili cygara, krzątały się kobiety.

- Opiekuj się dziećmi - powiedziała.
- Robiłem to, zanim się pojawiłaś, i będę to robił nadal. Niech cię o 

nas głowa nie boli.

-  Nie  chciałabym,  żebyś  mnie  nienawidził,  Will.  Zdjął  kapelusz  i 

przejechał ręką po włosach.

background image

- Do diabła, Emily, chciałbym móc cię znienawidzieć. Byłoby mi z 

tym znacznie lżej.

- Och, Will...
- Daj spokój, Emily, nie zaczynaj...
- Czy będziesz za mną tęsknił?
- Boże święty, kobieto... 
- Spojrzenie jego ciemnoniebieskich oczu przeszyło ją na wskroś. 
- Tak, będę za tobą tęsknił.
-  Kocham  cię,  Will,  zawsze  cię  będę  kochała.  Podszedł  do  niej  i 

tam,  w  poczekalni  kolejowej,  przy wszystkich,  objął  ją  i  w  nagłej 
ciszy złożył na jej ustach długi miłosny pocałunek.

- Idź już - powiedziała Emily z ustami przy jego ustach, z oczyma 

pełnymi łez.

- Poczekam, aż przyjdzie pociąg.
- Nie. Zostaw mnie samą. Nie czekaj. Nie chcę, żebyś czekał.
- Czy to twoje ostatnie słowo?
- Tak, Will - powiedziała stanowczo. 
- Wracaj do domu.
Odszedł.  Włożył  kapelusz,  odwrócił  się  i  odszedł.  Widziała  jego 

dumnie  wyprostowane  plecy,  szerokie  ramiona,  słyszała  stukot 
obcasów na deskach podłogi. Nawet się nie obejrzał za siebie, a kiedy 
zniknął za drzwiami, przytknęła rękę do ust, żeby stłumić łkanie.

Siedziała  w  kącie,  z  torbą  u  nóg,  czekając,  aż  Will  oddali  się  na 

bezpieczną  odległość,  po  czym  ostrożnie  włożyła  do  torby  zwitek 
banknotów.  Zawiadowca  stacji  zwróci  je  Willowi,  kiedy  znajdzie 
torbę po jej odejściu.

Wstała,  Była  gotowa.  Wyszła  z  poczekalni  i  przez  peron  podeszła 

do torów. Nie zwracała uwagi na ludzi, którym jej zachowanie mogło 
się wydać dziwne. Nie dbała o to. Ruszyła wzdłuż torów na wschód, 
wzbijając tumany kurzu długą suknią, która się za nią ciągnęła.

Tym razem  się uda,  tym  razem nie  zabraknie jej determinacji.  Nie 

ma nikogo, kto by ją zawrócił z tej drogi.

Szła przed siebie w gorących promieniach słońca. Wkrótce zdjęła i 

rzuciła giemzowe  rękawiczki, tak samo  aksamitną torebkę  - nie były 
jej  już  potrzebne;  odpięła  i  odrzuciła  kapelusz  ze  strusimi  piórami, 
zsunęła z ramion i strząsnęła z siebie żakiet w gołębim kolorze. Idąc 
czuła  się  jakaś  dziwnie  lekka  i  wolna.  Wykonała  zadanie.  Ocaliła 
ranczo  Willa.  Kochała  i  była kochana.  Zrozumiała,  co  jest  naprawdę 

background image

ważne. Przeżyła próbę.

Nagle stwierdziła, że niczego nie żałuje. Na prawo, w promieniach 

słońca,  mrugała  do  niej  rzeka  Kolorado.  Emily  wyjęła  szpilki  z 
włosów i potrząsnęła głową.

Przyspieszyła kroku. 
- O, jest!
- Przed nią widniał pordzewiały wrak pociągu. Z dziur w karoserii 

wagonów i pustych otworów okien wyzierała soczyście zielona trawa. 
Emily  nie  przestawała  iść.  Słońce  prażyło  niemiłosiernie  i  wszelkie 
kontury zatraciły ostrość. Poczuła słabość i odpięła bluzkę pod szyją. 
Tory  prowadziły  ją  jednak  dalej,  łącząc  się  gdzieś  na  horyzoncie. 
Bolała  ją  głowa,  była  jak  zamroczona.  Ale  teraz  nie  miała  już 
odwrotu.  Pełna  determinacji  podążała  do  punktu  przecięcia  dwóch 
stalowych wstęg, a kiedy go osiągnęła, szła dalej przed siebie.

background image

ROZDZIAŁ 17

Emily  usiłowała  wypłynąć  na  powierzchnię  otaczających  ją 

mrocznych  wód.  Powinna  coś  zrobić...  zaraz...  ale  co?  Ma  do 
wykonania  zadanie  tak  trudne,  że  poczuła  się  zniechęcona,  znużona. 
Ale co to takiego może być? Co ma do zrobienia?

Była  wyczerpana,  jak  gdyby  pogrążona  w  letargu  zbyt  głębokim, 

żeby  się  z  niego  obudzić.  Wiedziała,  że  śni,  ale  jakąś  częścią 
świadomego umysłu starała się obudzić, przypomnieć sobie...

Jej  nozdrza  podrażnił  znajomy  słodki  zapach,  oddziałując  na 

zmysły, prowokując. Było coś... coś...

Usłyszała  jakiś  łagodny  głos  kobiecy  i  wiedziała,  że  ten  głos  już 

wielokrotnie wymawiał jej imię. Do kogo mógł należeć?

- Panno Jacoby - powiedział głos z jakąś niebywałą cierpliwością. 
- Emily, słyszysz mnie?
A potem inny głos, męski.
- Poruszyła się. Widziałem, jak poruszyła powiekami, naprawdę. 
- Tym razem głos był znajomy.
Za  wszelką  cenę  usiłowała  odpowiedzieć,  ale  gardło  odmówiło  jej 

posłuszeństwa. Wszystko to było takie trudne. A ona miała całkowity 
zamęt  w  głowie.  Dlaczego  mówienie  sprawiało  jej  taką  trudność? 
Dlaczego nie dadzą jej spać?

- Emily, Emily Jacoby, słyszysz mnie? 
- Poczuła  na  ramieniu  czyjąś dłoń  i zdała  sobie  sprawę, że już  nie 

śpi. - Emily, jeśli nie możesz nic powiedzieć, to przynajmniej porusz 
ręką. Możesz poruszyć ręką, Emily?

Z  determinacją,  o  którą  sama  siebie  nie  podejrzewała,  otworzyła 

oczy. Światło. Porażający blask. Zamknęła oczy.

- Mój Boże - powiedział męski głos, a potem znów poczuła rękę na 

ramieniu, tym razem cięższą.

-  Przepraszam,  zadzwonię  po  doktora  Stinsona  -  powiedział  ktoś 

inny.

-  Emily,  Emily  Jacoby.  Otwórz  oczy,  Emily. -  Był  to  znów  męski 

głos.

Spróbowała, zmrużyła powieki, poczuła w oczach bolesną eksplozję 

światła, ale tym razem ją wytrzymała.

background image

- Emily.
Zobaczyła nad sobą twarz, zamazaną, nagle ostrą, znów zamazaną. 

Zamrugała. Twarz zmaterializowała się przed jej oczami.

Will. To był Will. Naturalnie. Próbowała się uśmiechnąć, poruszyć 

ręką.  Poruszyła  wargami  i  wydała  jakiś  cichy  dźwięk,  ale  tak  ją  to 
wyczerpało,  że  znów  zapadła  w  sen.  Ale  przedtem  zobaczyła  Willa. 
To znaczy, że wszystko jest w porządku. Will się nią zajmie...

Kiedy  nieco  później  obudziła  się  po  raz  drugi,  wszystko  zaczęło 

nabierać sensu. Trochę, niewiele.

Jej pielęgniarka miała na imię Dorothy.
-  Tydzień  temu  była  katastrofa  kolejowa,  wykoleił  się  pociąg, 

którym pani jechała. Ma pani silny wstrząs mózgu. Przez tydzień była 
pani  nieprzytomna.  Czy  pani  rozumie,  co  ja  do  pani  mówię,  panno 
Jacoby?

- Tak - wyszeptała Emily.
-  O,  widzę,  że  jest  coraz  lepiej.  Z  urazami  głowy  nigdy  nie 

wiadomo.

-  Czy  ja  tu  leżałam  przez  tydzień  nieprzytomna?  - zdołała  spytać 

Emily.

-  Była  okropna  burza.  Czy  pani  to  pamięta?  Zamieć  śnieżna.  Jeśli 

pani  nie  pamięta,  proszę  się  nie  przejmować.  Chwilowa  amnezja 
zdarza się bardzo często. Ale wszystko wróci powoli do normy.

- Burza - wyjąkała Emily. 
- Zeszłej zimy. Pociąg. Dorothy uśmiechnęła się uspokajająco.
- To nie było zeszłej zimy, tylko tydzień temu. Tej zimy. Zaczął się 

właśnie marzec. Ale proszę sienie przejmować, to wszystko wróci.

Wróciło  w  ciągu  następnego  dnia.  Burza  śnieżna.  Katastrofa 

kolejowa. Mniejsze i większe szczegóły zaczęły się układać w całość, 
choć tu i ówdzie jeszcze czegoś brakowało. Przypomniała sobie Willa 
i trójkę dzieci, psa Shepa, Rifle i całą resztę. Wszystko to wróciło do 
niej słodkim wspomnieniem.

Sen. Pomieszanie,  amnezja.  Czy  doktor  Tichenor  nie  powiedział 

tego samego?

Ale już teraz Emily wiedziała, gdzie jest. Była w szpitalu w Rifle, w 

Kolorado. I był dzień 8 marca 1993 roku. Wiedziała, bo zapytała o to.

Pamięć  zaczęła  wracać  tego  dnia  wieczorem  po  kolacji,  kiedy 

Dorothy przyszła na dyżur.

-  Czy  był  tu  mężczyzna,  kiedy  obudziłam  się  po  raz  pierwszy?  -

background image

spytała ostrożnie. 

- Wydaje mi się, że pamiętam...
- O, pamięta pani? To dobrze - powiedziała Dorothy wesoło. 
- Tak, był tu Will Dutcher.
Emily  poczuła,  jak  krew  jej  odpływa  do  nóg,  jak  się  pokrywa 

zimnym potem, jak ją ogarniają mdłości. Wszystko się nagle cofnęło, 
zaczęło jej dzwonić w uszach.

- Panno Jacoby, co pani jest? - pytała Dorothy. -Emily, słyszy mnie 

pani?

Starała się zwalczyć ciemność. Zamknęła oczy i siłą woli próbowała 

jej  nakazać,  żeby  ustąpiła.  Zazgrzytała  zębami,  zaciskając  słabe 
jeszcze pięści.

- Tak, zrobiło mi się trochę słabo.
- Już jest lepiej - powiedziała pielęgniarka.
-  Proszę...  proszę  mi  powiedzieć  -  wychrypiała  Emily  -  Will 

Dutcher... kto to jest Will Dutcher?

-  Will?  A,  to  jeden  z  ochotników,  którzy  pomagali  w  akcji 

ratowniczej  po  katastrofie.  Ma  przeszkolenie w  udzielaniu  pierwszej 
pomocy, a tacy ludzie byli tam bardzo potrzebni. To chyba właśnie on 
panią  wyciągnął.  Odwiedzał  panią  potem  w  szpitalu,  interesował  się 
pani stanem zdrowia. Jakby mu zależało...

- Czy on jest tutejszy? - zapytała Emily.
-  Tak,  mieszka  na  ranczo  kilkanaście  kilometrów  Stąd.  Spokojny 

facet.

- I nazywa się Will Dutcher?
- Tak - odpowiedziała Dorothy, zdumiona. 
- Już pani mówiłam. O, proszę, to on przyniósł te kwiaty.
Emily  obróciła  głowę.  Na  nocnym  stoliku  stał  wazon  z  kwiatami. 

Zapach, tak, zapamiętała ten zapach ze swego snu, tylko że tamten... 
to był bez, a tu były kwiaty cieplarniane, jak to w zimie.

Dorothy  krzątała  się  po  pokoju  poprawiając  łóżko,  sprawdzając 

kroplówkę.

-  Will  Dutcher  to  samotnik,  kawaler.  Miał  ciężkie  przeżycia.  Jego 

brat  z  bratową  zginęli  w  ubiegłym  roku  w  wypadku  i  zostawili  mu 
trójkę  dzieciaków,  jeszcze  małych.  Haruje  ciężko,  ale  opiekuje  się 
nimi naprawdę troskliwie.

- Mary... czy jedno z tych dzieci ma na imię Mary?
- Możliwe. Tak, bratanica. To popularne imię. Potem jest Jesse i ten 

background image

mały... nigdy nie pamiętam, jak on się nazywa.

- Burkę - podpowiedziała Emily cichutko.
- Ależ tak, oczywiście! - Dorothy spojrzała na nią zdumiona.
- Ja...  ja  musiałam  słyszeć,  jak  Will... jak  pan  Dutcher  mówił to  u 

mnie w pokoju... - wyjaśniła Emily, gorączkowo szukając słów.

Dorothy wyszła z pokoju, zgasiła światło i zostawiła
Emily w półmroku, sam na sam z kroplówką i monitorami. 
Emily  była  słaba  i  zdezorientowana.  Na  głowie  miała  bandaż  i 

wszystko ją bolało. Ale pamiętała. O tak, pamiętała.

A  więc  Will  Dutcher  żył  w  1993  roku.  Czy  był  to  ten  sam  Will 

Dutcher?  Czy  ją  znał?  Czy  może  te  cztery  miesiące  życia  w 
przeszłości Emily tylko sobie wyśniła, gdy leżała nieprzytomna? Czy 
ta  miłość,  którą  odczuwała,  zapachy,  widoki,  dźwięki...  czyżby  to 
wszystko był sen? Skąd mogła znać takie szczegóły?

A więc Will Dutcher żył. Był człowiekiem z krwi i kości. Widziała 

jego twarz, tak, to był on. Słyszała jego głos. Głos Willa. Odwiedził ją 
tutaj i Emily znów go zobaczy. Zamknęła oczy i zaczęła się modlić po 
cichu. A potem zapadła w sen.

Przyszedł następnego dnia wieczorem. Zapukał cicho do drzwi.
Emily drzemała, ale ocknęła się natychmiast. Serce skoczyło jej do 

gardła, krew waliła  w skroniach.  Odczuwała jednocześnie  lęk i ulgę, 
radość i smutek. Will był z nią, w jej pokoju, stał nad nią, patrzył jej w 
oczy.

- Hej - powiedziała.
- Panna Jacoby? - spytał ostrożnie.
-  Emily.  Jestem  Emily.  Wtedy,  tamtej  nocy,  mówiłeś  do  mnie 

Emily... - powiedziała, po czym zamilkła.

Tak,  to  był  Will.  Te  same  niebieskie  oczy  i  ciemne  kędzierzawe 

włosy,  ten  sam  nos  i  usta.  Te  same  wąsy,  tyle  że  mniejsze,  krócej 
przystrzyżone. No i przedziałek na głowie - z boku, a nie pośrodku. W 
rękach nerwowo miął stetsona.

-  Okay,  Emily,  pomyślałem,  że  wstąpię,  żeby  się  dowiedzieć  o 

twoje zdrowie. Nie przeszkadzam ci? Bo mogę wpaść kiedy indziej.

- Nie, proszę cię, wejdź, siadaj.
Przysunął krzesło do jej łóżka, siadł w charakterystyczny dla siebie 

sposób, opierając jedną nogę w kostce na kolanie drugiej i zawieszając 
na niej kapelusz.

- Widzę - zaczął nieśmiało - że czujesz się lepiej.

background image

- Lepiej, choć jeszcze nie całkiem dobrze. Ale powiedzieli, że z tego 

wyjdę. 

-  Nie  mogła  oderwać  od  niego  wzroku.  Te  usta.  Całowały  ją 

przecież. Te ręce ją pieściły.

- Przez dłuższy czas byłaś nieprzytomna. Miałaś szczęście.
- Tak, miałam szczęście, Will - powtórzyła jak echo. 
-  Will.  Nie  masz  nic  przeciwko  temu,  żebym  cię  tak  nazywała? 

Dziękuję ci za kwiaty. Są cudowne.

- Bardzo proszę. Drobiazg.
-  Dorothy  mówiła  mi,  że  to  ty  mnie  uratowałeś  z  katastrofy. 

Chciałabym  ci i za to podziękować  - powiedziała  nieśmiało.  Mówiła 
do Willa, patrząc mu w twarz, ale miała przed sobą człowieka obcego. 
Obcego, ale zarazem i nieobcego...

- Cieszę się, że mogłem pomóc. Paskudnie to wyglądało. Ogromne 

zaspy  śniegu  na  torach,  które  spowodowały  wykolejenie  się 
lokomotywy - wyjaśnił.

To  nie  mogła  być  prawda.  To  wszystko  było  jakieś  zwariowane. 

Znała  go.  Znała  tego  człowieka,  który  siedział  teraz  na  brzegu  jej 
łóżka. A on jej nie znał.

-  Słyszę...  słyszę,  że  masz  u  siebie  dzieci  swojego  brata  -

powiedziała.

- Troje. 
- Ich oczy się spotkały. 
- To jedyne, co mogłem dla nich zrobić... Brat z bratową zginęli w 

wypadku samochodowym.

- Tak mi przykro - wyszeptała Emily.
- Mnie też. Ale cóż, przeszło, minęło i jakoś sobie radzimy. 
- Przerwał i odchrząknął. 
- Czy masz jakąś rodzinę? Kogoś, kogo chciałabyś zawiadomić?
Namyślała się przez chwilę, ale potrząsnęła głową.
- Ja...  Nie, dziękuję.  Moi  rodzice...  nie  są  w najlepszej  formie,  nie 

chciałabym  ich  niepokoić.  A  innej  rodziny  nie  mam.  Mogłabym 
zadzwonić  do  mojej  przyjaciółki,  Judy,  ale  poczekam,  aż  się  trochę 
lepiej poczuję.

Na chwilę zapadło między nimi niezręczne milczenie.
- No cóż - odezwał się wreszcie Will. - Będę się zbierał do domu. -

Wstał, włożył w charakterystyczny dla siebie sposób kapelusz, lekko 
pod kątem, a w Emily zamarło serce. To niemożliwe.

background image

-  Dziękuję  ci,  że  przyszedłeś,  sprawiłeś  mi  wielką  przyjemność.  -

Na jego twarzy dostrzegła dziwny pytający wyraz. 

- Czy... czy jeszcze mnie kiedyś odwiedzisz?
- Ja... tak... ja mogę... - odparł.
-  Naturalnie,  o  ile  ci  to  nie  sprawi  kłopotu.  A  czy...  czy  mógłbyś 

przyprowadzić dzieci? Bardzo chciałabym je zobaczyć. 

- Zamilkła, nie mogła złapać tchu, serce waliło jej jak młotem.
- Dzieci?
-  Uwielbiam  dzieci  -  powiedziała  i  zaraz  potem  pomyślała,  że  jej 

żądanie musiało mu się wydać dziwne.

- Myślę, że tak.
- Ale tylko jeśli będą chciały.
Kiedy  wyszedł,  Emily  długo  leżała  z  zamkniętymi  oczami, 

wyczerpana. To był Will, jej Will, tu i teraz, sam z trójką dzieci. Ale 
jak  to  jest  możliwe?  Nawet  jeśli  odbyła  podróż  w  czasie  i  spędziła 
kilka  miesięcy  w  przeszłości,  a  potem  wróciła  do  teraźniejszości 
dokładnie  w tym samym  momencie, kiedy pociąg  wpadł w zaspę, to 
jakim cudem znalazł się tu Will?

Nie mogła sobie poradzić z tym problemem. Czy rzeczywiście żyła 

w  przeszłości,  czy  to  był  tylko  sen?  Przesunęła  ręką  po  twarzy, 
usiłując  się  skupić,  zrozumieć  sytuację,  i  wtedy  nagle  wszystko 
zaczęło się układać w jakiś klarowny obraz.

Powoli, z namysłem, odjęła rękę od twarzy i drżącą trzymała przed 

oczyma.  Boże,  tak,  jest!  Blizna,  lekko  przybladła  brązowawa  blizna 
po oparzeniu tamtym garnkiem. Jest!

Emily  opuściła  rękę,  przymknęła  oczy  i  westchnęła  głęboko. 

Odbyła podróż w czasie. A więc to prawda.

Tak...  znaleźli  ją  tydzień  temu  w  rozbitym  pociągu.  Czyli  że 

musiała  wrócić  tymi  samymi  drzwiami  w  tym  samym  momencie 
kiedy wyszła. Oczywiście, to by wszystko wyjaśniało... nawet i to, że 
tym razem ma swoje ubranie.

To by wyjaśniało wszystko, poza istnieniem Willa Dutchera. Bo był 

tu, w 1993 roku, a przecież nie powinien tu być, chyba że ktoś wierzy 
w reinkarnację. Ona, Emily, nie wierzy, ale ostatecznie w podróże w 
czasie też nie wierzyła.

Will przyszedł nazajutrz wieczorem i przyniósł pudełko czekoladek.
- Proszę, jesteś taka chuda, że śmiało możesz jeść.
- Przez ostatni tydzień byłam na dość ścisłej diecie - powiedziała. 

background image

- Ale bardzo lubię czekoladki. Muszę wyglądać jak śmierć.
Patrzył  na  nią  poważnie,  wodząc  wzrokiem  od  pozlepianych  w 

strąki jasnych włosów,  poprzez  szarą szpitalną  koszulę do wkłutej w 
ramię igły.

- To prawda, że wyglądałaś lepiej. 
- Przysunął sobie krzesło i usiadł. 
-  Tym  razem  nie  zabrałem  ze  sobą  dzieci.  Poczekam,  aż  będziesz 

trochę silniejsza. To hałaśliwe urwisy. Zwłaszcza chłopcy.

-  Myślę,  że  będę  tu  jeszcze  w  przyszłym tygodniu,  więc  jest  czas. 

Dorothy powiedziała, że jutro odłączą mi kroplówkę.

- To dobrze.
- Dziś już wstawałam - zwierzyła mu się.
- Jakim cudem?
-  Nogi  pode  mną  drżały.  Śmieszne  uczucie.  Zaczął  jej  się 

przyglądać w swój badawczy deprymujący sposób.

- Czy byłaś w Rifle kiedykolwiek wcześniej? - zapytał nagle.
- Nie, nigdy. 
-  Serce  skoczyło  jej  do  gardła.  Odwróciła  głowę  udając,  że 

rozpakowuje czekoladki.

- Bo wyglądasz tak jakoś znajomo. Myślałem... 
- Potrząsnął głową. 
-  Jest  takie  zjawisko,  które  nazywa  się  deja  vu*

4

.  Wiesz,  o  czym 

mówię, prawda?

- Tak, wiem - mruknęła.
Oparł  się  wygodnie  na  krześle  i  zaczął  się  bawić  skórzaną  taśmą 

przy kapeluszu.

-  Czy  możesz  mi  powiedzieć,  Emily,  dokąd  się  wybierałaś  tym 

pociągiem?

- Jechałam do Seattle, do mojej przyjaciółki. Miałam zamiar się tam 

przenieść.

- A skąd jesteś?
- Z Filadelfii. 
- Patrzyła na swoje ręce. 
- Pracowałam tam w banku w dziale pożyczek.
- Ale rzuciłaś tę pracę?

                                                          

4

*Deja vu (franc.) - już widziany. Uczucie polegające na złudzeniu, że osoby czy nowe sytuacje wydają nam 

się już znane, poprzednio widziane. (Przyp. tłum.)

background image

-  Byłam  zmęczona  tym  wiecznym  wyścigiem.  Za  duży  stres.  Jak 

zwykle - powiedziała.

- Wygląda na to, że trafił ci się tu niezły wypoczynek.
Zaśmiała się krótko.
- Wymuszony.
-  Może  był  ci  potrzebny  -  powiedział  tajemniczo.  Przychodził 

niemal  co  wieczór.  Mówili  o  wszystkim i  o  niczym.  Jednego  dnia 
zawiózł  ją  na  wózku  do  szpitalnego  sklepiku  z  upominkami,  żeby 
sobie mogła coś kupić, innego - podtrzymywał pod ramię, gdy po raz 
pierwszy, jeszcze chwiejnie, próbowała spaceru do kawiarenki.

Kiedy  nie  mógł  przyjść,  dzwonił  i  wtedy,  spragnieni  kontaktu, 

rozmawiali  długo  przez  telefon,  a  kiedy  Willa  nie  było,  Emily 
umierała z tęsknoty.

Od  nowa  zakochała  się  w  Willu  Dutcherze.  I  tym  razem  było  to 

podwójnie  rozkoszne,  bo  Emily  wiedziała,  co  może  być  dalej.  I 
podwójnie straszne z powodu tego, czego mogłoby nie być.

Pewnego  spokojnego  sobotniego  ranka  przyszedł  jej  do  głowy 

pomysł i zadzwoniła do Willa na ranczo.

- Nie chciałabym ci robić kłopotu, ale czy mógłbyś, jadąc do mnie, 

wstąpić do biblioteki i przywieźć mi kilka książek z historii Rifle?

- Jasne, nie ma problemu.
Tego  dnia,  gdy  Will  poszedł  do  domu,  Emily  drżącymi  rękami 

otworzyła pierwszą książkę. Nosiła tytuł „Rifle w fotografii" i była to 
opatrzona  zdjęciami  historia  miasta  dokładniejsza,  niż  się  Emily 
mogła spodziewać. Około północy znała już odpowiedzi na wszystkie
pytania,  choć  bez  dodatkowych  wyjaśnień,  wiedziała  jednak  z  całą 
pewnością,  że  w  roku  1893  spotkała  Willa  Dutchera  i  jego  rodzinę. 
Nie  miała  co  do  tego  najmniejszej  wątpliwości.  Problem  polegał  na 
tym, że niewiele było informacji o późniejszych latach Willa.

W niedzielę rano znów do niego zadzwoniła i ostrożnie zadała mu 

kilka pytań.

-  Will,  czy  założycielami  waszego  rancza  byli  twój  pradziadek  i 

jego brat? - spytała. 

- I czy twój pradziadek miał na imię Will?
- Tak. I mój ojciec też był Will.
- A więc twój pradziadek był żonaty?
- Myślę, że musiał być:- odparł Will ze śmiechem
-  inaczej  nie  siedziałbym  tu  przy  telefonie  i  nie  rozmawiał  z  tobą, 

background image

Emily.

-  Jasne,  że  nie  -  odparła.  A  więc  Will,  ten  jej  Will  z  1893  roku, 

musiał się rzeczywiście ożenić. Ale z kim?

- A jak się nazywała jego żona? - spytała. 
- W książce o tym nie piszą.
- O Boże - powiedział Will. 
- Nie pamiętam. Wiem tylko tyle, że była nauczycielką.
Emily poczuła, jak jej wali serce. Do diabła - pomyślała. 
- Wioletta Lindley!
- A dlaczego cię to interesuje?
- Och - Emily próbowała uspokoić gonitwę myśli. 
-  Bo...  po  prostu  interesuje.  Spodobała  mi  się  ta  okolica..  .  Jej 

historia jest bardzo ciekawa, więc;

Myślała o tym cały dzień i pół nocy. Will powiedział jej też, że w 

tradycji  rodzinnej  leżało  utrzymywanie  tych  samych  imion  przez 
wiele pokoleń, co naturalnie wyjaśniało wiele spraw, jak imiona dzieci 
i imię ich ojca -Jesse. Ale te podobieństwa i tak wydawały się dziwne 
i  Emily  wyciągnęła  z  tego  wszystkiego  jedynie  wniosek,  że  została 
wysłana  w  przeszłość,  aby  poznała  Willa  Dutchera  i  w  jakiś  sposób
ustaliła wzorzec przyszłości. Ale dlaczego? Czy ma prawo sądzić, że 
stanowi element ciągłości historii Dutcherów, przyszłości rodziny?

To wszystko było zbyt zwariowane, a jednak...
W  kilka  dni  później  Will  przywiózł  dzieci.  Były  tak  podobne  do 

swoich  przodków,  że  Emily  powinno  to  zaskoczyć,  ale  nie 
zaskoczyło. W tym szaleństwie jest jednak metoda, coś tak logicznego 
w  swoim  nieprawdopodobieństwie,  że  przestała  cokolwiek 
kwestionować.  Metoda  -  myślała  -  tak,  to  ta  sama  metoda  jak  w 
niektórych  filozofiach  Wschodu.  Czytała  o  tym  w  czasie  studiów  na 
uniwersytecie.  Ludzie  Wschodu  wierzą w ponowne  narodziny, to się 
nazywa  reinkarnacja...  Czy  to  jednak  możliwe,  by  Will  narodził  się 
ponownie  w jej świecie,  ponieważ  ich wspólne  życie sienie spełniło, 
nie wypełnili swojej karmy?

Szaleństwo, szaleństwo... ale ostatecznie cała sytuacja była szalona. 

Przed  nią  stały  dzieci  -  trzy  jasne  główki,  według  wzrostu...  Mary 
miała  włosy  związane  w  koński  ogon,  ale  poza  tym  podobieństwo 
było  ogromne.  Emily  przez  chwilę  nie  mogła  dobyć  głosu  i  oczy  ją 
piekły od łez.

-  Jak  się  cieszę,  żeście  mnie  przyszły  odwiedzić  - powiedziała 

background image

wreszcie. 

- Tyle o was słyszałam.
- Ty jesteś Emily - powiedział Burkę.
- I twój pociąg się wykoleił - dodał Jesse. 
- Wujek Will nam mówił.
- Wyglądasz w porządku - wtrąciła Mary.
-  Czuję  się  już  lepiej,  dziękuję  ci,  Mary.  Za  kilka  dni  wyjdę  stąd. 

Pozwalają mi już wrócić do domu.

Poszła z nimi do szpitalnej kawiarenki. Nadal poruszała się bardzo 

wolno,  wsparta  o  ramię  Willa.  Dzieci  pobiegły  przodem:  chłopcy 
gonili się, Mary podskakiwała, wymachując końskim ogonkiem.

- Są rozkoszne - powiedziała Emily.
- Tak, to dobre dzieci - przyznał Will wzruszając ramionami.
Jedli lody i Burkę wysmarował się polewą czekoladową.
- Nie bądź takim flejtuchem - zwróciła mu uwagę Mary. 
- Zrobisz złe wrażenie.
Emily  uśmiechnęła  się  do  siebie.  Czyżby  Will  im  przykazał,  że 

mają zrobić dobre wrażenie?

Nazajutrz był czwartek i Will przyszedł po południu.
- Zostawiłem dzieci z Antoniem - oznajmił.
-  Z  Antoniem?!  -  Nie  mogła  ukryć  zaskoczenia  i  powstrzymać  się 

przed zadaniem mu tego pytania.

- To taki mój... no, człowiek do wszystkiego, złota rączka, kucharz i 

baby sitter... Jest u mnie od lat. Jego dziadek... 

-  Też  stary  sługa  rodziny  -  powiedziała  Emily  w  zamyśleniu, 

przerywając Willowi.

- Tak, tak by go można nazwać... 
- Will zawahał się i przygładził wąsa. 
-  Wiesz  co,  Emily...  Tak  sobie  myślałem  o  tym,  co  powiedziałaś 

wczoraj:  że za kilka  dni  idziesz  do domu...  Zastanawiałem  się, co  to 
dla ciebie znaczy. Gdzie jest twój dom? W Filadelfii?

Przerzuciła  nogi  przez  krawędź  łóżka  i  siedziała  przez  chwilę 

nieruchomo, czując przyspieszony puls w skroniach.

- Nie wiem - wyszeptała.
- Nie wiesz, dokąd masz iść?
- Nie wiem, gdzie jest mój dom.
- Zamierzasz  pojechać  do swojej przyjaciółki  do Seattle? - zapytał 

wolno.

background image

Prowadzili skomplikowaną grę nie patrząc  sobie  w oczy, starannie 

dobierając  słowa.  I  za  każdym  razem  Emily  czekała  na  to  jedno 
pytanie...

- Nie wiem, tak daleko  nie planowałam - odpowiedziała,  z trudem 

łapiąc oddech.

- Emily, to wcale nie jest tak daleko. 
- Szczególny nacisk położył na słowo „tak".
Nie  była  w  stanie  odpowiedzieć.  Siedziała  patrząc  na  swoje  ręce, 

obracając je. Była chuda, skóra i kości.

- Emily - powiedział ponownie.
- Słucham, Will.
- Czy mógłbym... na przykład kupić ci bilet z Denver? Wynająć ci 

samochód? Tak żebyś się nie musiała już o to martwić? - zapytał.

Serce w niej zamarło. A więc nie zamierza jej zapytać. Nie ma tego 

w  planie.  Stara  się  być  tylko  przyjacielski.  Skoro  więc  nie  będzie 
mogła  pozostać  tu,  w  Rifle,  z  Willem,  to  po  co  wysłano  ją  w 
przeszłość,  żeby  to  wszystko  „nagrać"?  Mój  Boże  -  myślała Emily  -
po co?

- Byłoby miło z twojej strony - usłyszała swój głos.
- To znaczy mam kupić ci bilet na samolot, tak? A dokąd?
W tym momencie uniosła oczy.
- Nie wiem - odparła.
-  Widzę,  że  jeszcze  nie  jesteś  dość  silna.  -  Patrzył  na  nią 

ściągnąwszy swoje ciemne brwi.

- Jestem, dam sobie radę.
Nagle  Will  wstał,  niespokojny,  wysoki  mężczyzna  w  dżinsach, 

sandałach  i  koszuli  w  kratkę.  Odwrócił  się  do  niej  tyłem  i  ten  ruch 
wydał się Emily tak bardzo znajomy, że zamarło w niej serce.

- Coś ci powiem, Emily. 
- Nie patrzył w jej stronę. 
- Wiem, że to szalony pomysł, zwróć mi uwagę, jeśli na zbyt wiele 

sobie pozwalam.

Wstrzymała oddech.
Gwałtownie odwrócił się twarzą do niej.
- Zostań ze mną - powiedział. 
-  Dopóki  nie  wydobrzejesz.  Mam  gościnny  pokój.  -  Podszedł  do 

niej blisko i uniósł jej twarz do góry. 

-  Tylko  dopóki  nie  nabierzesz  sił,  Emily.  Nie  mogę  myśleć...  że 

background image

miałabyś  samotnie  podróżować  w  tym  stanie...  Potrzeba  ci  trochę 
czasu, żebyś w pełni przyszła do siebie.

- Will?
- Czy pozwalam sobie na zbyt wiele? Powiedz mi. Spojrzała mu w 

oczy i uśmiechnęła się nieśmiało.

-  Chcesz  mnie  wziąć  do  siebie  do  domu?  Przecież  ja  jestem  kimś 

obcym, kogo po prostu uratowałeś z katastrofy kolejowej.

Will  wytrzymał  jej  wzrok.  Patrzył  swymi  ciemnoniebieskimi 

oczyma ściągnąwszy brwi.

- Nie jesteś nikim obcym, Emily.
- Naprawdę chcesz mnie do siebie wziąć?
- Pewnie dzieci będą cię męczyć. Nie dadzą ci żyć...
- Ale ja kocham twoje dzieci.
-  Jesteś...  jesteś  bardzo  dobrym  człowiekiem,  Emily-  powiedział 

speszony.

- Dziękuję ci - odparła Emily. Will odchrząknął.
- No więc jak, zgadzasz się?
- Zgadzam się być z tobą tak długo, jak zechcesz - wyszeptała.
Ujął  jej  rękę,  delikatnie,  nieśmiało,  i  Emily  wiedziała,  nie  miała 

żadnych wątpliwości, że to jest jej Wili Dutcher, ten sam mężczyzną, 
którego kochała sto lat temu i którego będzie kochała zawsze.

KONIEC.