background image

Diana Palmer 

 

Komedia omyłek 

 
 
 

ROZDZIAŁ PIERWSZY  

Ta kobieta musi by

ć

 kompletnie szalona. Nie mogła wybra

ć

 bardziej widocznego punktu 

na  hodowl

ę

  marihuany,  jej  dom  znajdował 

si

ę

 

przecie

Ŝ

  przy  głównej  ulicy  niewielkiego 

miasteczka na północy stanu Georgia.  

Oczywi

ś

cie nie mogła wiedzie

ć

Ŝ

e agent FBI Curtis Russell był wła

ś

nie w odwiedzinach u 

matki, która mieszkała po drugiej stronie ulicy. To, 

Ŝ

e przebywał na urlopie, nie zwalniało go· 

jednak z czujno

ś

ci, dlatego nie mógł udawa

ć

, i

Ŝ

 nie zauwa

Ŝ

a tak ewidentnego i bezczelnego 

łamania prawa, zwłaszcza, 

Ŝ

e działo 

si

ę

 

to tu

Ŝ

 pod jego nosem.  

Stał  w  szerokim  oknie  domu  matki,  przygl

ą

daj

ą

si

ę

 

z  niesmakiem,  jak  Marihuanowa  Mary 

troskliwie piel

ę

gnuje zakazane ro

ś

linki. Owszem, doskonale wygl

ą

dała w be

Ŝ

owych szortach 

i kremowej koszulce na rami

ą

czkach. Istotnie, miała 

ś

liczn

ą

, gładk

ą

, lekko opalon

ą

 skór

ę

, no 

i  te  cudowne  kobiece  kształty...  Wynajmowała  niedu

Ŝ

y  dom,  je

ź

dziła  absurdalnie  drogim 

volkswagenem  w kolorze groszku,  z  mi

ę

kkim,  składanym  dachem.  Zastanawiał 

si

ę

kim  te

Ŝ

 

mo

Ŝ

e by

ć

  z zawodu. Z tego, co 

si

ę

 

dowiedział od matki, mieszkała tam zaledwie od trzech 

miesi

ę

cy. W sam raz, by posadzi

ć

 flance marihuany i doczeka

ć

 

si

ę

 

zbioru. Ze te

Ŝ

 nie zadała 

sobie nawet trudu, by je schowa

ć

 za rz

ą

dkiem tych ładnych krwistoczerwonych kwiatów.  

Curtis nie interesował 

si

ę

 

nigdy ogrodnictwem, 

wi

ę

nie miał poj

ę

cia, co te

Ŝ

 jeszcze ro

ś

nie 

w  ogródku  vis-a-vis,  jednak  konopie  indyjskie  rozpoznał  na  pierwszy  rzut  oka.  W  ko

ń

cu  w 

pracy widział je wiele razy na zdj

ę

ciach i rysunkach.  

- Curt, gotowa jestem pomy

ś

le

ć

Ŝ

e zakochałe

ś

 si

ę

 w tej dziewczynie z naprzeciwka - stwier-

dziła matka, tłuk

ą

c gotowane kartofle na obiad. - Czemu tak s

ą

dzisz?  

- Bo od trzech dni gapisz 

si

ę

 

na ni

ą

 z okna.  

- Nie zakochałem 

si

ę

Podniósł 

si

ę

 

z krzesła i przeci

ą

gn

ą

ł. - Wiesz mo

Ŝ

e, jak ona ma na 

nazwisko?  
- Ryan. Mary Ryan. Niestety, nic 

wi

ę

cej 

o niej nie Wiem.  

- A do kogo nale

Ŝ

y ten dom?  

- Do Grega Henry'ego. Czemu pytasz?  
- Tak sobie.  

Przeczesał palcami niesforne czarne włosy i u

ś

miechn

ą

ł 

si

ę

 

do matki. Od chwili przedwczes-

nej 

ś

mierci ojca, kiedy to Curt był zaledwie sze

ś

ciolatkiem, byli tylko we dwoje. Aby mieli co 

je

ść

  i  gdzie  mieszka

ć

,  Matilda  pracowała  na  dwóch  etatach,  jako  reporterka  w  lokalnym 

dzienniku  oraz  felietonistka  w  regionalnym  magazynie.  Kiedy  Curt  miał  dziesi

ęć

  lat,  podj

ą

ł 

pierwsz

ą

 prac

ę

, czyli roznosił gazety, a w wieku szesnastu lat zatrudnił si

ę

 na pełnym etacie, 

by wesprze

ć

 domowy bud

Ŝ

et. Tak wi

ę

c mo

Ŝ

na by powiedzie

ć

Ŝ

e jego przeznaczeniem była 

background image

praca, praca i jeszcze raz praca.  

Jedynym  minusem  stanowiska,  jakie  do  niedawna  zajmował  w  słu

Ŝ

bach  specjalnych,  a 

obecnie  w  FBI,  była  rozł

ą

ka  z  matk

ą

.  Na 

szcz

ęś

cie 

Matilda  nie  przesiadywała  samotnie  w 

domu,  tylko  z  zapałem  uczestniczyła  w  parafialnych  akcjach  charytatywnych,  a  tak

Ŝ

spotykała 

si

ę

 

z przyjaciółmi. Od czasu do czasu pisywała te

Ŝ

 do gazet, i cho

ć

 nie zajmowała 

si

ę

 

ju

Ŝ

 sprawami bie

Ŝą

cymi, miała nadal wiele kontaktów w przeró

Ŝ

nych kr

ę

gach, wł

ą

czaj

ą

w to 

ś

rodowiska, o których Curtis wolał zapomnie

ć

.  

- Ci

ą

gle si

ę

 spotykasz z tym handlarzem broni

ą

? - zapytał ni z tego, ni z owego.  

Drobna, siwowłosa Matilda o szelmowskim spojrzeniu u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 pobła

Ŝ

liwie.  

- Nigdy mu nie udowodniono jakiegokolwiek zwi

ą

zku z t

ą

 spraw

ą

. Zreszt

ą

 od tamtej pory 

si

ę

 

zmienił, bardzo 

si

ę

 

wyciszył. Teraz nawet wykłada w college'u.  

- Niesamowite! A czego konkretnie uczy?  
- Etyki. 

Curtis wybuchn

ą

ł gromkim 

ś

miechem.  

ś

artowałam. - Postawiła na stole półmisek z gor

ą

cym daniem. - Wykłada prawo karne.  

- Jeszcze lepiej.  
- Wielu młodych ludzi ma na pewnym etapie swego 

Ŝ

ycia kłopoty z prawem. - Spojrzała na 

syna wymownie.  

- Ja przynajmniej byłem na tyle przyzwoity, 

Ŝ

e zdemolowałem własny dom, a nie cudzy.  

-  I  do

ść

  rozs

ą

dku,  by  przewidzie

ć

Ŝ

e  bli

Ŝ

sze  kontakty  z  osobami  niestroni

ą

cymi  od 

narkotyków mog

ą

 ci

ę

  wp

ę

dzi

ć

  w kłopoty -  zgodziła si

ę

. - Ale chyba nigdy przedtem i nigdy 

potem a

Ŝ

 tak si

ę

 o ciebie nie bałam jak wtedy, gdy znalazłe

ś

 si

ę

 w s

ą

dzie. Jako dziennikarka 

od dziesi

ę

ciu lat zajmowałam si

ę

 takimi sprawami, wi

ę

c dobrze wiedziałam, czym to pachnie.  

- Ale potem zachowywałem si

ę

 ju

Ŝ

 wzorowo. - U

ś

cisn

ą

ł j

ą

 serdecznie. - A teraz 

ś

cigam 

takich gagatków.  
-  Teraz 

ś

cigasz  znacznie  powa

Ŝ

niejszych  przest

ę

pców.  Jestem  z  ciebie  dumna. 

Doskonale  sobie  poradziłe

ś

  z  tym  hakerem  z  Teksasu.  Sama  słyszałam,  jak  prokurator 

generalny ci

ę

 chwalił.  

- Tak, to było co

ś

. - Pokiwał z zadowoleniem głow

ą

·  

- Tylko błagam, uwa

Ŝ

aj na siebie. - U siadła do stołu. - Do

ść

 si

ę

 nadenerwowałam, gdy 

pracowałe

ś

 przy ochronie zagranicznych dygnitarzy. Na sam

ą

 my

ś

l, 

Ŝ

e b

ę

dziesz si

ę

 

zajmował tropieniem morderców, dostaj

ę

 g

ę

siej skórki. 

- Spójrz na to z drugiej strony. Dzi

ę

ki temu mogłaby

ś

 wróci

ć

 do gazety i pisa

ć

 o aktualnych 

wydarzeniach,  bo  zapewniłbym  ci  stały  dopływ  rzetelnych,  cho

ć

  nieoficjalnych  informacji. 

Przyznasz, 

Ŝ

e to ciekawsze ni

Ŝ

 zachwycanie si

ę

 gigantyczn

ą

 dyni

ą

, która urosła na grz

ą

dce 

miejscowego ogrodnika.  

- Dzi

ę

kuj

ę

 bardzo, wol

ę

 spa

ć

 spokojnie. - Nalała kawy do dwóch fili

Ŝ

anek. - Bardzo mi  

si

ę

  podoba, 

Ŝ

e  ju

Ŝ

  nie  musz

ę

  przerywa

ć

  odpoczynku, 

Ŝ

eby  p

ę

dzi

ć

  na  miejsce  zbrodni  ani 

wnikliwie wsłuchiwa

ć

 si

ę

 w przemowy polityków, którzy próbuj

ą

 wszystkim wmówi

ć

Ŝ

e nowa 

ustawa,  tak  naprawd

ę

  kompletnie  bezsensowna,  w  praktyce  si

ę

  sprawdzi.  Tematy 

ogrodnicze s

ą

 znacznie przyjemniejsze, a nie wymagaj

ą

 takiego zachodu.  

- Słuszna uwaga.  
- Poza tym zarabiam teraz wi

ę

cej ni

Ŝ

 przed odej

ś

ciem na emerytur

ę

. To chyba 

najpowa

Ŝ

niejszy argument.  

Curtis skin

ą

ł głow

ą

. Z tym nie dało si

ę

 dyskutowa

ć

, wi

ę

c zabrał si

ę

 do jedzenia.  

- A tak naprawd

ę

, to czemu przygl

ą

dasz si

ę

 tej Mary Ryan? - zagadn

ę

ła po chwili Matilda. 

- Czy

Ŝ

by

ś

 wiedział co

ś

, czego nie wiem ja?  

- Jeszcze nie. Ale mam przeczucie, 

Ŝ

e to tylko kwestia czasu.  

 
Nast

ę

pnego dnia poszedł si

ę

 zobaczy

ć

 z Gregiem Henrym, który prowadził agencj

ę

 

nieruchomo

ś

ci. 

Bez zb

ę

dnych wst

ę

pów zapytał go o now

ą

 s

ą

siadk

ę

 matki.  

- Czy

Ŝ

by miała jakie

ś

 kłopoty z prawem? - zaniepokoił si

ę

 Greg, jako 

Ŝ

e dla nikogo z tych  

stron nie było tajemnic

ą

, czym zajmuje si

ę

 Curtis.  

- A sk

ą

d niby mam to wiedzie

ć

? - Wzruszył ramionami. - Dlatego wła

ś

nie pytam.  

background image

Grek otworzył teczk

ę

 Mary Ryan.  

-  Pochodzi  z  Ashton,  małego  miasteczka  na  południe  od  Atlanty.  Nie  figuruje  na  li

ś

cie 

dłu

Ŝ

ników. Ma doskonałe referencje, cho

ć

 od dziwnych ludzi.  

- Dziwnych? To znaczy?  
- Były rewolucjonista z Ameryki Południowej, nawiedzony kaznodzieja, znany z niedziel-
nego programu w telewizji, kontrowersyjny pisarz, który do niedawna miał swoj

ą

 kolumn

ę

 

w jednym z nowojorskich dzienników.  
Curta zaintrygowały te informacje. Kim była kobieta, która ma takich przyjaciół? Niestety 

Greg nie wiedział, jaki zawód wykonuje Mary Ryan, u

ś

miechn

ą

ł 

si

ę

 

tylko dziwnie. Curtisowi 

nie  pozostało  wi

ę

c  nic  innego,  jak  przespacerowa

ć

  si

ę

  na  posterunek  policji,  którym 

dowodził jego dawny kolega ze szkolnej ławy.  

Jack  Mallory  nie  krył  rozbawienia,  słysz

ą

c,  gdzie  dawno  niewidziany  kolega  znalazł 

zatrudnienie.  
- FBI? - powtórzył ze 

ś

miechem. - Nigdy bym nie pomy

ś

lał, 

Ŝ

e tam trafisz. Zawsze wydawało 

mi si

ę

Ŝ

e przyjmuj

ą

 tylko rozs

ą

dnych, dobrze uło

Ŝ

onych, przewidywalnych ludzi.  

-  Mo

Ŝ

e  rozs

ą

dnych  i  dobrze  uło

Ŝ

onych  tak,  ale  z  moich  obserwacji  wynika, 

Ŝ

zdecydowanie preferuj

ą

 tych nie przewidywalnych.  

-  A  nie  pracowałe

ś

  jeszcze  do  niedawna  w  słu

Ŝ

bach  specjalnych?  Doszły  mnie  słuchy  o 

jakim

ś

 skandalu, w który byłe

ś

 zamieszany. Za kar

ę

 wysłali 

ci

ę

 

chyba na bagna Okefenokee, 

Ŝ

eby

ś

 tam ochraniał wiceprezydenta, prawda?  

- To bzdurne plotki. Zgłosiłem si

ę

 na ochotnika. Uwielbiam bagna.  

- Naprawd

ę

? - Jack spojrzał na niego z lekkim u

ś

miechem.  

-  Niewa

Ŝ

ne.  Słuchaj,  naprzeciwko  mojej  matki  mieszka  kobieta,  która  hoduje  zakazane 

ro

ś

liny. N a domiar złego przy samej drodze.  

- Zakazane, czyli jakie?  
- Takie, którymi mo

Ŝ

na si

ę

 solidnie odurzy

ć

.  

- Wi

ę

c przyjrzyjmy si

ę

 tym ro

ś

linkom.  

Pojechali  nieoznaczonym  policyjnym  samochodem,  ale  gdy  zaparkowali  przed  bram

ą

Mary Ryan przywitała ich wesołym u

ś

miechem.  

- Dzie

ń

 dobry, policjo! - Podniosła si

ę

 z kolan i otrzepała r

ę

ce, bo wła

ś

nie pieliła grz

ą

dki. - 

Spó

ź

nili

ś

cie si

ę

. W zeszłym tygodniu sama przyznałam si

ę

 do przekroczenia pr

ę

dko

ś

ci, ale 

sko

ń

czyło si

ę

 tylko na ostrze

Ŝ

eniu. Nie mo

Ŝ

na dwa razy kara

ć

 za to samo.  

-  Nie  chodzi  o  wykroczenie  drogowe.  -  Jack  zerkn

ą

ł  na  grz

ą

dk

ę

  i  posłał  Mary  Ryan 

wymowne  spojrzenie.  -  Czy  naprawd

ę

  musz

ę

  ci  tłumaczy

ć

,  dlaczego  powinna

ś

  je  jak 

najszybciej wyrwa

ć

 i zniszczy

ć

?  

Nie

 

to tylko ... 

! - 

zaprotestowała.  

- S

ą

 zakazane i wiesz o tym doskonale - przerwał jej stanowczo.  

- Ale takie ładne ... - westchn

ę

ła.  

- Prawo jest prawem. Naprawd

ę

 chcesz, 

Ŝ

ebym przysłał moich ludzie, by je wyrwali?  

-  Obejdzie  si

ę

,  dzi

ę

kuj

ę

.  Jak  widzisz,  nie 

boj

ę

 

si

ę

  brudnej  roboty.  Nie

 

i  tak  bym  nie 

wiedziała, co z nimi dalej zrobi

ć

.  

-  Ja  te

Ŝ

,  ale  to  nie  zmienia  postaci  rzeczy, 

Ŝ

e  s

ą

  nielegalne.  Nie  dalej  jak  tydzie

ń

  temu 

kazali

ś

my  Jeanette,  to  dwa  domy  dalej,  zlikwidowa

ć

  cał

ą

  grz

ą

dk

ę

.  Nie  mog

ę

  dla  ciebie 

zrobi

ć

 wyj

ą

tku.  

-  Dobrze  ju

Ŝ

,  dobrze  -  ust

ą

piła  z  ci

ęŜ

kim  sercem.  - To  on ci

ę

  na mnie  nasłał,  prawda?  - 

Posłała  Curtisowi  w

ś

ciekłe  spojrzenie.  -  Widziałam,  jak  si

ę

  gapił  z  okna  matki.  To  jaki

ś

 

ogródkowy kapu

ś

 czy co?  

Jack zakrył usta dłoni

ą

, cho

ć

 Curtowi wcale nie było do 

ś

miechu.  

-  Pani  złamała  prawo  -  stwierdził  oschłym  tonem.  -  Z  tego  co  widz

ę

,  robiła  to  jak 

najbardziej 

ś

wiadomie. Jestem agentem specjalnym FBI.  

-  Nie  wiedziałam, 

Ŝ

e  w  nazwie  pana  firmy  zaszła  zmiana  i  Federalne  zmienili  na  Florys-

tyczne Biuro 

Ś

ledcze.  

Curt zarumienił si

ę

 po same uszy i zły jak diabli wrócił do policyjnego wozu, trzaskaj

ą

c za 

sob

ą

 drzwiami, i spojrzał z wyrzutem na Jacka, który wci

ąŜ

 dławił si

ę

 ze 

ś

miechu.  

background image

Było  to  małe  miasteczko,  wi

ę

c  informacja  o  tym  niefortunnym  spotkaniu  szybko  dotarła 

do  jego  matki.  Jeszcze  tego  samego  wieczoru,  gdy  ogl

ą

dał  telewizj

ę

,  przyszła  do  jego 

pokoju i usiadła na kanapie.  

- A wi

ę

c teraz pracujesz dla Wydziału Narkotykowego? - zagadn

ę

ła.  

- Słucham?  
- Wiesz, nigdy bym nie pomy

ś

lała, 

Ŝ

e b

ę

dziesz zmuszał niewinne kobiety do wyrywania 

kwiatków w swoich ogródkach.  
- To nie były 

Ŝ

adne kwiatki, tylko marihuana.  

- Jeste

ś

 pewien?  

- Oczywi

ś

cie. Wiele razy widziałem te ro

ś

liny na zdj

ę

ciach.  

- Julie Smith ma w ogródku przed domem niedu

Ŝ

y klon japo

ń

ski. Teraz jest prawie łysy, 

bo jaki

ś

 głupiec powiedział koledze, 

Ŝ

e to marihuana, wi

ę

c nastolatki zakradaj

ą

 si

ę

 noc

ą

 do 

jej ogrodu i zrywaj

ą

 li

ś

cie, 

Ŝ

eby zrobi

ć

 z nich skr

ę

ty. Bardzo jestem ciekawa, jaki wpływ na 

ludzkie zachowanie mo

Ŝ

e mie

ć

 palenie li

ś

ci miniaturowych klonów japo

ń

skich.  

-_ Owszem, pomyłki si

ę

 zdarzaj

ą

, ale nie zaprzeczyła, a do tego Jack od razu si

ę

 poznał 

na tych jej kwiatuszkach. Powiedział, 

Ŝ

e to zabroniona ro

ś

lina i ma wyrwa

ć

 te wszystkie 

konopie.  
-_ Naprawd

ę

 nie wiem, jak ja jej teraz spojrz

ę

 w oczy ...  

-  Przecie

Ŝ

  nie  ty  u  niej  była

ś

,  tylko  ja.  Zreszt

ą

  twoja  reputacja  nie  powinna  na  tym 

ucierpie

ć

, wszyscy ci

ę

 bardzo lubi

ą

.  

- To dlatego, 

Ŝ

e mam poczucie humoru.  

- Ja te

Ŝ

 mam poczucie humoru - oburzył si

ę

.  

- Jasne.  

.Wstała i wyszła, zostawiaj

ą

c go samego z telewizorem.  

Nast

ę

pnego  dnia  po 

ś

niadaniu  podszedł  boso,  w  d

Ŝ

insach  i  podkoszulce  do  drzwi  po 

gazet

ę

. Odruchowo zerkn

ą

ł na drug

ą

 stron

ę

 ulicy i a

Ŝ

 si

ę

 zagotował ze zło

ś

ci. T e przekl

ę

te 

krzaki marihuany wci

ąŜ

 tam rosły! Niewiele my

ś

l

ą

c, przebiegł przez ulic

ę

, wszedł do ogródka 

s

ą

siadki i wyrwał jedn

ą

 ro

ś

lin

ę

, chwycił nast

ę

pn

ą

· ..  

- Prosz

ę

 przesta

ć

! Natychmiast!  

Z  drzwi  domku  wybiegła  bosa  blond  furia,  ubrana  w  biały  frotowy  szlafrok,  dopadła  do 

Curta,  wyrwała  mu  z  r

ę

ki  ro

ś

link

ę

  i  zacz

ę

ła  go  okłada

ć

  pi

ęś

ciami.  Zaskoczony  tym 

niespodziewanym atakiem, zachwiał si

ę

 i oboje run

ę

li na ziemi

ę

·  

- Zostaw ... ty ... wandalu! - Zadała mu cios w brzuch.  

Szarpn

ą

ł  j

ą

  za  rami

ę

  tak  mocno, 

Ŝ

e  przekr

ę

ciła  si

ę

  plecami  do  ziemi,  i  przycisn

ą

ł,  by  nie 

mogła  si

ę

  poruszy

ć

.  Nie  wpadł  jednak  na  to, 

Ŝ

e  powinien  równie

Ŝ

  unieruchomi

ć

  jej  nogi. 

Przyszło  mu  to  do  głowy  zbyt  pó

ź

no,  gdy  wymierzyła  mu  silnego  kopniaka,  podniosła  si

ę

 

błyskawicznie i stan

ę

ła kilka kroków od niego, tul

ą

c do piersi nieszcz

ę

sn

ą

  

ro

ś

lin

ę

·  

- To jest naruszenie prywatnej własno

ś

ci!  

Wandalizm! Brutalny atak na biedne pomidory. Odpowie pan za to przed s

ą

dem!  

-  Z  przyjemno

ś

ci

ą

  -  mrukn

ą

ł,  bezskutecznie  próbuj

ą

c  obci

ą

gn

ąć

  jeszcze  przed  chwil

ą

 

nieskazitelnie biał

ą

 koszulk

ę

·  

- Naprawd

ę

?! Skoro tak, to ch

ę

tnie to panu umo

Ŝ

liwi

ę

. - Wyci

ą

gn

ę

ła z kieszeni szlafroka 

telefon  komórkowi  i  wystukała  numer.  -  Dzie

ń

  dobry,  tu  Mary  Ryan  z  Cherry  Boulevard 

numer  123.  Złapałam  na  gor

ą

cym  uczynku  chuligana.  Zastosowałam  areszt  obywatelski. 

Prosz

ę

 jak najszybciej przysła

ć

 radiowóz.  

_ A drugi dla niej, bo hoduje w ogrodzie  

marihuan

ę

! - krzykn

ą

ł w kierunku telefonu. - Słucham?! Jak

ą

 marihuan

ę

?  

- A tak

ą

, jak

ą

 trzyma pani w r

ę

ku!  

-  To?  -  Uniosła  zgniecion

ą

  ro

ś

lin

ę

.  -  To  jeden  z  moich  krzaków  pomidorów  na  konkurs 

ogrodniczy. Wyhodowałam je własnor

ę

cznie z nasion. _ Spojrzała na niego z politowaniem. 

- Je

ś

li nie odró

Ŝ

nia pan pomidorów od marihuany, to radz

ę

 zmieni

ć

 zawód, bo w Wydziale 

Narkotykowym niewiele pan zwojuje.  

background image

- Pracuj

ę

 w FBI - oparł z godno

ś

ci

ą

- Szcz

ęś

ciarze - prychn

ę

ła. - A to si

ę

 uciesz

ą

, jak przeczytaj

ą

 jutrzejsze nagłówki lokal-

nych gazet.  

- Nie dalej jak wczoraj komendant policji nakazał pani wyrwa

ć

 i zniszczy

ć

 nielegalne ro

ś

-

liny.  

- Nie zaprzecz

ę

. Ju

Ŝ

 je zreszt

ą

 wyrwałam.  

Chodziło o mak, panie agencie specjalny FBI. Mak, a nie marihuan

ę

.  

Zacisn

ą

ł usta. Sprawiała wra

Ŝ

enie gł

ę

boko przekonanej o swej racji. Rozejrzał 

si

ę

 

dokoła. 

W  k

ą

cie  ogrodu  le

Ŝ

ała  sterta 

ś

wie

Ŝ

o  wyrwanych  ro

ś

lin,  które  faktycznie  poprzedniego  dnia 

widział na rabatce przy ogrodzeniu. Ale jak to mo

Ŝ

liwe, 

Ŝ

eby nie rozpoznał pomidora?!  

- Odpowie pan za to w  s

ą

dzie - sykn

ę

ła w

ś

ciekle, tul

ą

c do piersi zielon

ą

 łody

Ŝ

k

ę

. - Moje 

biedne pomidory. Mo

Ŝ

si

ę

 

pan po

Ŝ

egna

ć

 z odznak

ą

·  

- Bardzo ciekawe. A czym 

si

ę

 

pani zajmuje, poza upraw

ą

 podejrzanych ro

ś

lin, je

ś

li mo

Ŝ

na 

wiedzie

ć

?  

-  Jestem  zast

ę

pc

ą

  prokuratora  okr

ę

gowego  w  s

ą

siednim  hrabstwie  -  odparła  z 

nieskrywan

ą

 satysfakcj

ą

 w głosie.  

- Chyba pani 

Ŝ

artuje!  

- Chciałby pan. Przeniosłam si

ę

 tu z Ashton, gdzie pracowałam dla organizacji zajmuj

ą

cej 

si

ę

 udzielaniem bezpłatnych porad prawnych ludziom, których nie sta

ć

 na adwokata. 

Wydawało mi si

ę

Ŝ

e b

ę

dzie to awans nie tylko zawodowy, ale i społeczny. Teraz jednak 

widz

ę

Ŝ

e si

ę

 myliłam, bo trafiłam do jakiej

ś

 Durnej Wólki.  

- Nie jestem durniem! - oburzył si

ę

.  

- Za to morderc

ą

 niewinnych pomidorów, wychodzi wi

ę

c na jedno.  

- To wcale nie wygl

ą

da na krzak pomidorów - szedł w zaparte.  

Byli  tak  pochłoni

ę

ci  sporem, 

Ŝ

e  nie  zauwa

Ŝ

yli,  i

Ŝ

  z  okolicznych  domów  powychodzili 

mieszka

ń

cy  i  przypatrywali  si

ę

  im  z  du

Ŝ

ym  zaciekawieniem.  Nie  spostrzegli  tak

Ŝ

zbli

Ŝ

aj

ą

cego si

ę

 policyjnego samochodu.  

- O nie, tylko nie to - j

ę

kn

ą

ł Jack, wysiadaj

ą

c z auta.  

-  Wtargn

ą

ł na mój teren, dokonał aktu przemocy i wyrwał krzak pomidorów! - dramatycznie 

oskar

Ŝ

ała Mary. - My

ś

lał, 

Ŝ

e to marihuana. Mo

Ŝ

e by

ś

cie sprawdzili, sk

ą

d on wzi

ą

ł odznak

ę

 

FBI? Zało

Ŝę

 

si

ę

Ŝ

e ukradł!  

- Po pierwsze, to ona na mnie napadła. Po drugie, czy to nie wygl

ą

da jak krzak 

marihuany? - bronił 

si

ę

 

Curt.  

śą

dam, 

Ŝ

eby został aresztowany za włamanie, przemoc i wandalizm.  

Jack podszedł bli

Ŝ

ej, ogl

ą

daj

ą

si

ę

 

raz po raz za siebie.  

-_ Czy macie 

poj

ę

cie

jak s

ę

dzia Wills zareagowałby, gdyby

ś

cie przyszli do niego z tak

ą

 

spraw

ą

? Mary, jak b

ę

dziesz 

si

ę

 

czuła, gdy na zako

ń

czenie pierwszego kwartału pracy 

publicznie najesz si

ę

 wstydu w s

ą

dzie?  

Spu

ś

ciła głow

ę

_-  A  ty,  Curt,  czy  naprawd

ę

  chcesz  tłumaczy

ć

  s

ę

dziemu,  dlaczego  wyrywałe

ś

  krzaki 

pomidorów  z  ogródka  s

ą

siadki?  S

ę

dzia  Wills  znany  jest  jako  wielki  miło

ś

nik  pomidorów, 

sam je hoduje na konkurs.  

Curtis skrzywił si

ę

, jak gdyby kazano mu połkn

ąć

 

ć

wiartk

ę

 cytryny.  

-  Mog

ę

  napisa

ć

  notatk

ę

  słu

Ŝ

bow

ą

  i  nada

ć

  bieg  sprawie,  ale  radz

ę

  wam, 

Ŝ

eby

ś

cie 

potraktowali to wydarzenie jako wa

Ŝ

n

ą

 lekcj

ę

 

Ŝ

yciow

ą

. Wró

ć

cie do domów i we

ź

cie dług

ą

relaksuj

ą

c

ą

 k

ą

piel.  

Przyjrzeli  si

ę

  sobie  nawzajem.  Byli  umazani  błotem,  jako 

Ŝ

e  poprzedniego  wieczoru 

padał deszcz.  

-  Wydaje  mi  si

ę

Ŝ

e  mo

Ŝ

emy  cał

ą

  spraw

ę

  rozstrzygn

ąć

  polubownie.  Agent  specjalny 

Russell  z  pewno

ś

ci

ą

  odkupi  ci  zniszczon

ą

  ro

ś

lin

ę

,  prawda?  -  Jack  zerkn

ą

ł  wymownie  na 

koleg

ę

.  

- Tak - zgodził si

ę

 niech

ę

tnie Curt.  

- Wyhodowałam j

ą

 z nasionka - przypomniała Mary Ryan.  

- W takim razie ja te

Ŝ

 wyhoduj

ę

 j

ą

 z nasionka. 

Mog

ę

 

nawet j

ą

 wysiadywa

ć

 niczym 

bezcenne jajo, je

ś

li ma pani takie 

Ŝ

yczenie.  

background image

Posłała mu mordercze spojrzenie.  

-  Centrum  ogrodnicze  przy  zje

ź

dzie  z  autostrady  ma  du

Ŝ

y  wybór  sadzonek -  podsun

ą

ł 

Jack.  -  Od  tradycyjnych,  przez  ró

Ŝ

ne  odmiany,  a

Ŝ

  po  te  doskonałe  rutgersy,  które 

hodujemy z 

Ŝ

on

ą

.  

- Nie b

ę

d

ę

 chytrusem, kupi

ę

 pani dwa rutgersy - zgodził si

ę

 szarmancko Curtis. - 

Mog

ę

 

je 

nawet własnor

ę

cznie posadzi

ć

.  

- Dzi

ę

kuj

ę

 bardzo, wol

ę

 nie. S

ą

dz

ą

c po pa

ń

skiej gł

ę

bokiej wiedzy na temat ogrodnictwa, 

posadzi je pan korzeniem do góry.  

-  Hola,  hola.  -  Komendant  uniósł  r

ę

ce,  by  ich  uciszy

ć

.  -  Je

ś

li  tak  dalej  pójdzie,  b

ę

d

ę

 

zmuszony  aresztowa

ć

  was  oboje  za  zakłócanie  spokoju.  Nie  poczekam,  a

Ŝ

  si

ę

 

przebierzecie,  a  musicie  wiedzie

ć

Ŝ

e  co  rano  na  posterunek  przychodzi  fotoreporter  z 

lokalnego dziennika. Z pewno

ś

ci

ą

 ucieszy si

ę

 z tak wdzi

ę

cznej pary modeli.  

Spojrzeli po sobie.  
- Dwa rutgersy. Dzisiaj - powiedziała twardo.  
- Dwa - zgodził si

ę

.  

- W takim razie wycofuj

ę

 zgłoszenie. - Tul

ą

c przywi

ę

dni

ę

t

ą

 ro

ś

link

ę

, wróciła do domu, dla 

własnej satysfakcji trzaskaj

ą

c na do widzenia drzwiami.  

Curt odwrócił si

ę

 na pi

ę

cie, przeszedł przez ulic

ę

, min

ą

ł oniemiał

ą

 z wra

Ŝ

enia matk

ę

 i bez 

słowa  znikn

ą

ł  w  domu,  Jack  za

ś

  wsiadł  do  radiowozu  i  odjechał,  zastanawiaj

ą

c  si

ę

,  czy  do 

momentu wyjazdu Curta Russella czeka go cho

ć

 jeden nudny dy

Ŝ

ur.  

Po  zakupieniu  i  dostarczeniu  dwóch  sadzonek  pomidorów  odmiany  rutgers  do  ogrodu 

Mary,  Curtis  wzi

ą

ł  prysznic  i  przebrał  si

ę

  w  d

Ŝ

insy,  sportow

ą

  bawełnian

ą

  koszul

ę

  oraz 

br

ą

zowe  zamszowe  mokasyny.  Zamierzał  usi

ąść

  sobie  wygodnie  w  saloniku,  by  troch

ę

 

odpocz

ąć

, jednak pechowo natkn

ą

ł si

ę

 tam na matk

ę

wi

ę

nie było mu to dane.  

- Mo

Ŝ

e si

ę

 wreszcie dowiem, o co w tym wszystkim chodziło? - zacz

ę

ła spokojnie.  

-  Wyrwałem  z  jej  grz

ą

dki  krzak  pomidorów,  a  ona  mnie  zaatakowała  -  wyja

ś

nił  bez 

owijania w bawełn

ę

.  

- Dlaczego wyrwałe

ś

 ten nieszcz

ę

sny krzak?  

- Bo my

ś

lałem, 

Ŝ

e to marihuana.  

- Pomyliłe

ś

 pomidor z marihuan

ą

?  

- Nie miałem z sob

ą

 zdj

ę

cia, 

Ŝ

eby je porówna

ć

 - tłumaczył 

si

ę

 

bez Wi

ę

kszego 

przekonania. - Zreszt

ą

 byłem tam wczoraj z Jackiem, który kazał jej usun

ąć

 nielegalne 

ro

ś

liny, a ona si

ę

 zgodziła. Sk

ą

d miałem wiedzie

ć

Ŝ

e mówili o makach?  

-  O  makach?  A  to  dopiero!  Przyzna

ć

  trzeba, 

Ŝ

e  to  przepi

ę

kne kwiaty.  Niestety figuruj

ą

 

na li

ś

cie zakazanych ro

ś

lin. W przeciwie

ń

stwie do pomidorów.  

- Prosz

ę

 

ci

ę

nie pastw si

ę

 nade mn

ą

.  

- Dobrze, dobrze. Co było dalej?  

- Musiałem pojecha

ć

 do sklepu ogrodniczego i kupi

ć

 jej dwie sadzonki rudgersów. Przed 

chwil

ą

 je posadziłem. Dzi

ę

ki temu wycofała oskar

Ŝ

enie o nielegalne naj

ś

cie, przemoc i 

wandalizm, a ja obiecałem, 

Ŝ

e nie pozw

ę

 jej za napa

ść

.  

- Napa

ść

?!  

- Tak jest, napadła na mnie z u

Ŝ

yciem krzaka pomidorów.  

Matilda tylko cudem nie rykn

ę

ła 

ś

miechem. - Mam niedługo zebranie komitetu - poinfor-

mowała, gdy udało jej si

ę

 odzyska

ć

 wzgl

ę

dn

ą

 powag

ę

.- Zjesz lunch na mie

ś

cie?  

- Jasne. Zreszt

ą

 i tak miałem taki zamiar. 

Musz

ę

 

zajrze

ć

 do okr

ę

gowego biura FBI.  

- W takim razie do zobaczenia na kolacji. Miłego dnia, synku - dodała, spogl

ą

daj

ą

c na 

niego z rozbawieniem.  
Gdy kwadrans pó

ź

niej wychodził z domu, starannie unikał zerkania na drug

ą

 stron

ę

 ulicy, 

na wypadek gdyby szalona ogrodniczka obserwowała go ze swych okopów. Wycofał auto z 
podjazdu i wł

ą

czył 

si

ę

 

do ruchu. Dokładnie w tym samym momencie z tyłu dobiegło go gło

ś

ne 

tr

ą

bienie.  Zajrzał  w  lusterko  wsteczne.  Mary  Ryan  siedziała  w  swym  groszkowym  volks-

wagenie, wygra

Ŝ

aj

ą

c mu pi

ęś

ci

ą

. Jak 

si

ę

 

okazało, wycofuj

ą

c, niemal

Ŝ

e uderzył w jej przedni 

background image

zderzak, brakowało zaledwie paru centymetrów. U

ś

miechn

ą

ł 

si

ę

 

do niej w lusterku, machaj

ą

przy tym wesoło, na co ona znów zatr

ą

biła. Ruszył powoli, bez po

ś

piechu, cho

ć

 miał ochot

ę

 

wystartowa

ć

 z piskiem opon, by w swej je

Ŝ

d

Ŝą

cej zabaweczce mogła pow

ą

cha

ć

 dym z jego 

rury  wydechowej.  Ku  swej  irytacji  wkrótce  przekonał 

si

ę

Ŝ

e  zabaweczka  ta  potrafi  całkiem 

szybko je

ź

dzi

ć

, bo gdy tylko znale

ź

li 

si

ę

 

na stanowej autostradzie, zielone autko 

ś

mign

ę

ło mu 

z lewej strony. Znajdowali 

si

ę

 

około trzydziestu kilometrów od miasta, w którym mie

ś

ciła si

ę

 

siedziba  zarówno  s

ą

du  okr

ę

gowego, jak  i  biura FBI.  Curt miał  nieprzyjemne  przeczucie, 

Ŝ

obie instytucje, nale

Ŝą

ce przecie

Ŝ

 do jednego resortu, mieszcz

ą

 

si

ę

 

pod tym samym dachem.  

Jak  wkrótce  si

ę

  przekonał,  jego  podejrzenia  nie  były  bezpodstawne.  Aby  dosta

ć

  si

ę

  do 

ś

rodka,  musiał  przej

ść

  przez  bramk

ę

  wykrywaj

ą

c

ą

  metale,  a  tak

Ŝ

e  wyło

Ŝ

y

ć

  na  tack

ę

 

zawarto

ść

  wszystkich  kieszeni.  Nie  pomogła  nawet  legitymacja  FBI.  Tym  bardziej  wi

ę

upokorzył go fakt, 

Ŝ

e chwil

ę

 po jego wej

ś

ciu w budynku zjawiła si

ę

 miło

ś

niczka pomidorów, 

ubrana  w  modny  jasnoszary  kostium  i  grafitowe  szpilki,  a  u

ś

miechn

ą

wszy  si

ę

  słodko  do 

stra

Ŝ

nika, przeszła obok bez zb

ę

dnych ceregieli.  

Gdy  wreszcie  udało  mu  si

ę

  dosta

ć

  do 

ś

rodka,  przeszedł  si

ę

  powoli  korytarzem 

prowadz

ą

cym do biura FBI. Sekretarka kazała mu usi

ąść

 w recepcji, bo agent, z którym miał 

si

ę

  spotka

ć

,  rozmawiał  wła

ś

nie  przez  telefon  z  kim

ś

  niesłychanie  wa

Ŝ

nym.  Na  szcz

ęś

cie 

długo nie musiał czeka

ć

, bo dwie minuty pó

ź

niej sekretarka z u

ś

miechem poinformowała go, 

i

Ŝ

 mo

Ŝ

e ju

Ŝ

 wej

ść

.  

U

ś

miech,  z  jakim  powitał  go  ów  agent,  sprawił, 

Ŝ

e  zmi

ę

kły  mu  nogi.  Nawet  nie  musiał 

pyta

ć

, czy informacje o pomidorowej bójce zd

ąŜ

yły ju

Ŝ

 pokona

ć

 trzydziestoparokilometrow

ą

 

odległo

ść

 od jego rodzinnego miasteczka ...  

ROZDZIAŁ DRUGI  

Hardy  Vicks,  agent  specjalny  o  sympatycznej  twarzy,  wskazał  mu  krzesło.  Po  urlopie  to 

wła

ś

nie  Hardy  miał  by

ć

  jego  bezpo

ś

rednim  przeło

Ŝ

onym,  teraz  za

ś

  chciał  przedstawi

ć

  mu 

szczegóły pewnego 

ś

ledztwa.  

- T o naprawd

ę

 uci

ąŜ

liwa sprawa - stwierdził, nie kryj

ą

c irytacji. - T en człowiek - rzucił na 

biurko  par

ę

  zdj

ęć

  -  to  Abe  Hunt, 

ś

wiadek  koronny  w 

ś

ledztwie  prowadzonym  przez  nasze 

biuro  w  Atlancie.  Dzi

ę

ki  niemu  skazano  wła

ś

ciciela  klubu  erotycznego,  który  okazał  si

ę

 

wa

Ŝ

n

ą

 figur

ą

 w siatce handlarzy narkotyków. W dodatku wyszło na jaw, 

Ŝ

e miał powi

ą

zania 

z mafi

ą

 z Miami.  

-  Jak  rozumiem,  s

ą

  jakie

ś

  kłopoty?  -  zapytał  Curt,  przypatruj

ą

c  si

ę

  postawnemu 

m

ęŜ

czy

ź

nie o ciemnych oczach, kr

ę

conych kruczoczarnych włosach i szerokiej, do

ść

 nawet 

sympatycznej  

twarzy.  

.  

_  Nie  mo

Ŝ

emy  go  odnale

źć

ś

yje  w  ukryciu,  bo  nie  wierzy, 

Ŝ

e  jeste

ś

my  mu  w  stanie 

zapewni

ć

  bezpiecze

ń

stwo.  W  szczególno

ś

ci  obawia  si

ę

  niejakiego  Danielsa,  mafijnego 

snajpera.  Zreszt

ą

  trudno  mu  si

ę

  dziwi

ć

,  bo  Danieis  jest  wyj

ą

tkowo  skutecznym  zabójc

ą

. W 

ka

Ŝ

dym razie Hunt jest dla nas cennym 

ź

ródłem informacji, wi

ę

c gotowi jeste

ś

my zapewni

ć

 

mu nietykalno

ść

, nawet now

ą

 to

Ŝ

samo

ść

, je

ś

li tylko zgodzi si

ę

 znów zeznawa

ć

. Trzymali

ś

my 

go  ju

Ŝ

  w  specjalnej  kryjówce  w  Doraville,  ale  niestety  agenci,  którzy  mieli  go  pilnowa

ć

background image

ogl

ą

dali w telewizji nowy teleturniej i kiedy wykrzykiwali odpowiedzi, Hunt po prostu wyszedł 

z  domu  i  znikn

ą

ł.  Oczywi

ś

cie  zdaj

ę

  sobie  spraw

ę

Ŝ

e  jeste

ś

  na  wakacjach,  ale  byliby

ś

my 

wdzi

ę

czni, gdyby

ś

 miał uszy i oczy otwarte. Wiem, 

Ŝ

e jego dwaj kuzyni mieszkaj

ą

 niedaleko 

ciebie, jeden z nich dwa domy od twojej matki.  

- Naprzeciwko nas mieszka pani Ryan, zast

ę

pca prokuratora okr

ę

gowego, czemu nie po-

prosicie jej o pomoc?  

- Ju

Ŝ

 to zrobili

ś

my. Od razu si

ę

 zgodziła, a potem zapytała, czy jeste

ś

 uzbrojony.  

- Słucham? - Curt zmarszczył gniewnie brwi.  
- Była ciekawa, czy twój dzienny przydział to wi

ę

cej ni

Ŝ

 jedna kulka. - Vicks starał si

ę

 

zachowa

ć

 kamienny wyraz twarzy.  

- To najgorsza zołza, jak

ą

 znam.  

-  Naprawd

ę

?  To  nale

Ŝ

ysz  do  jednoosobowej  mniejszo

ś

ci,  bo  wszyscy  m

ęŜ

czy

ź

ni  w 

promieniu trzydziestu kilometrów s

ą

 odmiennego zdania. A ju

Ŝ

 dla nas jest nadzwyczaj miła. 

–  Wskazał  le

Ŝą

c

ą

  na  biurku  papierow

ą

  torebk

ę

  pełn

ą

  kruchych  ciasteczek.  -  Upiekła  je 

własnor

ę

cznie i obdarowała oba biura. Jak na zołz

ę

, ma wyj

ą

tkowy talent kucharski.  

- Czy co

ś

 jeszcze? - Curt postanowił pomin

ąć

 t

ę

 uwag

ę

 pełnym wy

Ŝ

szo

ś

ci milczeniem.  

- Nie, póki jeste

ś

 na urlopie. - Vicks wstał, by u

ś

cisn

ąć

 mu r

ę

k

ę

 na po

Ŝ

egnanie. - A, mam 

dla ciebie wiadomo

ść

 z Wydziału Narkotykowego. Gdyby

ś

 stracił u nas prac

ę

, nie wysyłaj do 

nich  podania.  Podobno  nie  s

ą

  zainteresowani  krzakami  pomidorów.  Hej,  dok

ą

d  si

ę

  tak 

spieszysz?! Russell!  

Ale  Curt  był  ju

Ŝ

  na  schodach.  W  r

ę

ku 

ś

ciskał  fotografi

ę

  Hunta  z  tak

ą

  sił

ą

Ŝ

e  była  ju

Ŝ

 

niemal  całkiem  zgnieciona.  A

Ŝ

  si

ę

  gotował  ze  zło

ś

ci.  Nie  pami

ę

tał,  kiedy  ostatnim  razem 

zdarzył mu si

ę

 tak fatalny dzie

ń

.  

Gdy wrócił przed dom matki, okazało si

ę

Ŝ

e to jeszcze nie koniec kłopotów. Na samym 

ś

rodku podjazdu siedział wielki, wychudzony, rudy kundel. Curt zatr

ą

bił, ale zwierz

ę

 si

ę

 tym 

nie  przej

ę

ła.  Zirytowany,  zatr

ą

bił  ponownie,  tym  razem  przytrzymuj

ą

c  dłu

Ŝ

ej  klakson.  Po 

chwili przed dom wybiegła matka, gestem wskazuj

ą

c, by był cicho.  

- Nie hałasuj! - poprosiła, gdy opu

ś

cił szyb

ę

· - S

ą

siad zza płotu pracuje w nocy, wi

ę

c teraz  

pewnie 

ś

pi.  

- Nie mog

ę

 zaparkowa

ć

, ten kundel mi przeszkadza. 

- Jaki kundel? - zdziwiła si

ę

. - Przecie

Ŝ

 ja nie mam psa.  

Curtis wskazał ruchem głowy zwierz

ę

, które wła

ś

nie układało si

ę

 wygodnie na podje

ź

dzie.  

- O, piesek. Sk

ą

d on si

ę

 tu wzi

ą

ł?  

- Nie wiem. Mo

Ŝ

e go zapytasz? - zaproponował, nie kryj

ą

c irytacji.  

Matka posłała mu pełne wyrzutu spojrzenie i poszła przekona

ć

 psa, by łaskawie przeniósł 

si

ę

 w inne miejsce. Gdy jej 

si

ę

 

to nie udało, pospieszyła z powrotem do domu, by za moment 

powróci

ć

  z  kawałkiem  surowego  mi

ę

sa.  Pies  pow

ą

chał  k

ą

sek,  a  potem  podniósł  si

ę

  i 

poszedł za Matild

ą

, dzi

ę

ki czemu Curt mógł wreszcie zaparkowa

ć

 pod wiat

ą

. Kiedy dotarł do 

wej

ś

cia,  psisko  siedziało  ju

Ŝ

  na  werandzie,  oblizuj

ą

si

ę

 

z  widoczn

ą

  satysfakcj

ą

·  Nic  nie 

wskazywało na to, 

Ŝ

eby wybierało si

ę

 dok

ą

dkolwiek.  

- Nie mo

Ŝ

esz hodowa

ć

 ogara w mie

ś

cie - o

ś

wiadczył matce.  

- To nie ogar, tylko seter irlandzki. Nie widzisz, jakie ma długie uszy? Ciekawe, sk

ą

si

ę

 

tu 

wzi

ą

ł.  

- Mo

Ŝ

e spadł z nieba?  

- Nie 

Ŝ

artuj sobie. W okolicy jest zbieg, 

ś

wiadek koronny - poinformowała szeptem. - Jego 

kuzyn mieszka w tym białym domu nieopodal.  

- A sk

ą

d ty to wiesz?! - zdumiał 

si

ę

Dopiero przed chwil

ą

 dowiedziałem si

ę

 o tym od 

szefa tutejszego biura FBI, gdzie po urlopie zamierzam pracowa

ć

- Jestem do

ś

wiadczon

ą

 dziennikark

ą

· - Wzi

ę

ła si

ę

 pod boki. - Mam swoje sposoby.  

- Ale przecie

Ŝ

 od dawna jeste

ś

 na emeryturze.  

- Spotkałam dzi

ś

 

Ŝ

on

ę

 tego kuzyna w sklepie  

spo

Ŝ

ywczym.  Mówiła, 

Ŝ

e  nie  cierpi  tego  typa,  ale  jej  m

ąŜ

  jest  w  niego  wpatrzony  jak  w 

obrazek, bo przyja

ź

ni

ą

 si

ę

 z nim jacy

ś

 znani sportowcy. - Pokr

ę

ciła głow

ą

 z dezaprobat

ą

· - 

Nie cierpi

ę

 sportu.  

background image

- Ja te

Ŝ

. A ta s

ą

siadka nie wie przypadkiem,  

gdzie jest teraz Abe Hunt?  

- Nie, ale obiecała, 

Ŝ

e mnie powiadomi, jak tylko cokolwiek usłyszy. Niestety wyje

Ŝ

d

Ŝ

aj

ą

 

na wakacje, nie powiedziała mi dok

ą

d.  

- Mo

Ŝ

e powinni

ś

my kogo

ś

 powiadomi

ć

?  

- Zerkn

ą

ł na czworono

Ŝ

nego przybł

ę

d

ę

· - Jest tu  

w okolicy jakie

ś

 schronisko?  

-  Tak,  nawet  niedaleko  st

ą

d  ...  Ale  wła

ś

nie  je  remontuj

ą

.  Zreszt

ą

  on  ma  obro

Ŝę

,  wi

ę

mo

Ŝ

e znajdziemy jego adres. - Przykucn

ę

ła, 

Ŝ

eby zdj

ąć

 psu obro

Ŝę

ten za

ś

 nadstawił głow

ę

 

do  pieszczot.  -  A  mo

Ŝ

e  to  pies  wi

ę

zienny?  Swoj

ą

  drog

ą

,  ciekawe,  jak 

si

ę

 

tu  dostał? 

Przypilnuj go, a ja pójd

ę

 zadzwoni

ć

, mo

Ŝ

e si

ę

 czego

ś

 dowiem.  

Chc

ą

c nie chc

ą

c, Curt usiadł na schodach obok bestii.  

- Widzisz to? - Odsun

ą

ł poł

ę

 kurtki i wskazał  

na  pistolet,  który  tkwił  w  kaburze.  -  Je

ś

li  tylko  spróbujesz 

si

ę

 

wymkn

ąć

,  zastrzel

ę

 

ci

ę

 

mgnieniu oka.  

W odpowiedzi zwierz

ę

 polizało go po policzku.  

Kilka minut pó

ź

niej matka powróciła na werand

ę

. Wygl

ą

dała na zaniepokojon

ą

.  

- W wi

ę

zieniu nic nie wiedz

ą

 o zbiegłym psie.  

Zatelefonowałam te

Ŝ

 do szeryfa, ale nie maj

ą

 zgłoszenia o zaginionym seterze. Zdaje si

ę

Ŝ

nikt nie ma poj

ę

cia, sk

ą

d si

ę

 wzi

ą

ł.  

- A mo

Ŝ

e nale

Ŝ

y to którego

ś

 z s

ą

siadów?  

- Tak s

ą

dzisz? - Matilda zadumała si

ę

.  

Zerkn

ą

ł na drug

ą

 stron

ę

 ulicy, marszcz

ą

c czoło z dezaprobat

ą

.  

- Mo

Ŝ

e sprawiła go sobie twoja s

ą

siadka Marihuanowa Mary?  

-  Mary?  Nie,  na  pewno  nie  ma  psa,  cho

ć

  miałaby  gdzie  go  trzyma

ć

.  -  Ruchem  głowy 

wskazała star

ą

 szop

ę

, znajduj

ą

c

ą

 si

ę

 na terenie jej działki.  

- A mo

Ŝ

e to pies naszego zbiega? Mo

Ŝ

e zainstalował si

ę

 w szopie, a kundla podesłał tu, 

Ŝ

eby odwróci

ć

 nasz

ą

 uwag

ę

?  

- Interesuj

ą

cy pomysł. - Roze

ś

miała si

ę

. - Najlepiej b

ę

dzie, jak zadzwoni

ę

 do lokalnej 

stacji radiowej, 

Ŝ

eby nadali ogłoszenie. Istnieje du

Ŝ

e prawdopodobie

ń

stwo, 

Ŝ

e usłyszy je 

wła

ś

ciciel i zgłosi si

ę

 po swego pupila.  

- A zanim si

ę

 to stanie ... ?  

- Mo

Ŝ

emy go tu przechowa

ć

. Chod

ź

, piesku!  

Otworzyła drzwi frontowe.  

- Nie mo

Ŝ

esz trzyma

ć

 w domu takiego wielkiego zwierzaka. Zało

Ŝę

 si

ę

Ŝ

e ma pchły, 

kleszcze i wszystkie mo

Ŝ

liwe choroby. A co, je

ś

li wskoczy na kanap

ę

Przyjrzała mu si

ę

 ze zdziwieniem.  

-  A  kiedy

ś

  tak  bardzo  chciałe

ś

  mie

ć

  zwierz

ę

·  Nigdy  nie  mogli

ś

my  mie

ć

  psa  ani  kota,  bo 

tata cierpiał na alergi

ę

, wi

ę

c potraktuj to jako rekompensat

ę

·  

- Jestem ju

Ŝ

 na to za stary.  

- W

ą

tpi

ę

. - Odwróciła si

ę

 w kierunku drzwi kuchennych, jako 

Ŝ

e znajda ju

Ŝ

 si

ę

 tam 

skradała. - Ka

Ŝ

dy chłopiec powinien mie

ć

 psa.  

- Tak? W takim razie kupi

ę

 sobie owczarka niemieckiego.  

- Za du

Ŝ

y, kochanie.  

- A ten rudy potwór jest mniejszy?  

Matka  nic  nie  odpowiedziała,  tylko  zamkn

ę

ła  drzwi,  wi

ę

c  niech

ę

tnie  udał  si

ę

  do  swojej 

sypialni,  by  przebra

ć

  si

ę

  w  wygodniejszy  strój.  Z  kieszeni  kurtki  wyj

ą

ł  zdj

ę

cie  zbiega, 

przyjrzał mu si

ę

 uwa

Ŝ

nie i ustawił na biurku.  

Nim przyszła pora kolacji, pies został wyk

ą

pany, wyczesany i ochrzczony imieniem Rudy. 

Lokalna  rozgło

ś

nia  poinformowała  ju

Ŝ

  o  jego  znalezieniu,  niestety 

Ŝ

aden  st

ę

skniony 

wła

ś

ciciel  si

ę

  nie  zgłosił.  Wieczorem  zwierz

ę

  wskoczyło  na  kanap

ę

,  uło

Ŝ

yło  si

ę

  obok 

zdegustowanego  Curta  i  wpatrzyło  si

ę

  w  ekran  telewizora,  jakby  faktycznie  było 

zainteresowane  programem  informacyjnym,  w  którym  roztrz

ą

sano  naj  nowszy  polityczny 

skandal.  

background image

-  Tak  ci

ę

  to  ciekawi?  -  zagadn

ą

ł  Curtis,  spogl

ą

daj

ą

c  na  jego  pysk,  spoczywaj

ą

cy  na 

skrzy

Ŝ

owanych przednich łapach. - Pewnie nie macie psich afer, dlatego ludzkie wydaj

ą

 si

ę

 

wam takie zajmuj

ą

ce.  

Rudy podniósł na niego spojrzenie, zamachał  

ogonem i znów wpatrzył si

ę

 w ekran.  

- Jaki on m

ą

dry - stwierdziła Matilda.  

- Hm, m

ą

dry?  

- Nie biega jak op

ę

tany po całym domu, nie szczeka ani nie próbuje nic zniszczy

ć

, tylko 

le

Ŝ

y sobie spokojnie i ogl

ą

da telewizj

ę

.  

W  tym  momencie  prezenter  zapowiedział  zmian

ę

  tematu,  a  na  ekranie  pojawił  si

ę

 

m

ęŜ

czyzna,  którego  fotografia  stała  na  biurku  w  sypialni  Curta.  Na  widok  Hunta  pies 

zastrzygł uszami  
i szczekn

ą

ł gło

ś

no.  

.  

- Cicho! - mrukn

ą

ł Curtis, pochylaj

ą

c si

ę

 w kierunku odbiornika, by nie uroni

ć

 ani jednego 

słowa.  

Reporta

Ŝ

 był krótki i nie wnosił nic nowego.  

Abe  Hunt  najpierw  o

ś

wiadczył, 

Ŝ

e  niczego  nie  wie  i  nie  zamierza  zeznawa

ć

,  a  dwa  dni  po 

nagraniu znikn

ą

ł i nie wiadomo, gdzie si

ę

 ukrył.  

- Pewnie le

Ŝ

y na dnie jeziora Lanier - zawyrokował Curt.  

- Je

ś

li tak, to pr

ę

dko go nie znajd

ą

 - skomentowała Matilda, nie przerywaj

ą

c haftowania. - 

Woda jest jeszcze zimna i nawet wiosenne sło

ń

ce niepr

ę

dko ogrzeje j

ą

 tak mocno, by zwłoki 

wypłyn

ę

ły na powierzchni

ę

.  

- Zawsze masz na podor

ę

dziu jakie

ś

 ciekawostki o trupach. Sk

ą

d ty tyle wiesz? 

- Kiedy

ś

 spotykałam 

si

ę

 

z koronerem. Pokr

ę

cił głow

ą

 i wrócił do ogl

ą

dania wiadomo

ś

ci. Ni z 

tego, ni z owego pies podniósł głow

ę

 i zawył.  

- Przesta

ń

! –ofukn

ą

ł go.- Co 

si

ę

 

z tob

ą

 dzieje? Zwierz

ę

 spojrzało na niego, machaj

ą

c inten-

sywnie ogonem.  

- Pewnie jest głodny - zawyrokowała matka. - Nakarmi

ę

 go makaronem z obiadu. Chod

ź

Rudy.  

Zwierzak natychmiast pow

ę

drował za ni

ą

, reaguj

ą

c na nowe imi

ę

, jakby nosił je od dawna. 

Curt  odprowadził  go  ponurym  wzrokiem.  Zapowiadały  si

ę

  beznadziejne  wakacje.  Najpierw 

krwi napsuła mu Marihuanowa Mary, teraz za

ś

 kundel z piekła rodem wprowadził 

si

ę

 

do jego 

matki.  

Gdy  ju

Ŝ

 

si

ę

 

poło

Ŝ

yli  spa

ć

,  pies  pow

ę

drował  do  salonu,  usiadł  przyoknie  i  zawył  tak 

rozdzieraj

ą

co, 

Ŝ

e  pewnie  zbudził  wszystkich  w  promieniu  kilkunastu  kilometrów.  Jak 

si

ę

 

mo

Ŝ

na było spodziewa

ć

, za moment rozległ si

ę

 dzwonek do drzwi. Curt zwlókł si

ę

 niech

ę

tnie 

z łó

Ŝ

ka. Jakim

ś

 cudem matka wci

ąŜ

 spała, bo mijaj

ą

c jej sypialni

ę

, słyszał spokojne, miarowe 

pochrapywanie.  Zanim  otworzył  drzwi,  wrzasn

ą

ł  jeszcze  na  psa,  który  nie  przestawał  wy

ć

Na  ganku  stała  Marihuanowa  Mary,  ubrana  w  dług

ą

,  granatow

ą

  bawełnian

ą

  koszulk

ę

  i 

puchate ró

Ŝ

owe kapcie. Najwyra

ź

niej zd

ąŜ

yła ju

Ŝ

 zasn

ąć

, bo ka

Ŝ

dy jej włos sterczał w inn

ą

 

stron

ę

.  

-  Czy  mógłby  pan  zakneblowa

ć

  swojego  kundla,  bo  s

ą

  tu  tacy,  którzy  pracuj

ą

  i  chc

ą

 

si

ę

 

cho

ć

 troch

ę

 zdrzemn

ąć

 - wycedziła z nie skrywan

ą

 w

ś

ciekło

ś

ci

ą

·  

- Ja te

Ŝ

 pracuj

ę

 - odparował.  

- O ile mi wiadomo, jest pan na wakacjach.  

Trzymała r

ę

ce na biodrach, przez co nie

ś

wiadomie uwydatniała swój kształtny biust. Curt 

bezwiednie utkwił w nim spojrzenie, na co ona zareagowała znacz

ą

cym chrz

ą

kni

ę

ciem. Gdy 

zajrzał jej w oczy, zarumieniła 

si

ę

 

gwałtownie.  

- A sk

ą

d w ogóle ten pies tu 

si

ę

 

wzi

ą

ł? Wczoraj go tu jeszcze nie było.  

- Matka go nakarmiła i nie chciał odej

ść

. W dodatku ogl

ą

dał z ni

ą

 wiadomo

ś

ci, a 

Ŝ

e to jej 

ulubiony program, nadała mu imi

ę

 i pozwoliła zosta

ć

. A pani czemu włóczy si

ę

 po okolicy 

w nocnej koszuli?  

-  To  nie  jest  koszula  nocna!  -  zaprotestowała,  a  jej  wzrok  padł  na  jego  nagi  tors. Wida

ć

 

było, 

Ŝ

e chce odwróci

ć

 oczy, jednak nie jest w stanie 

si

ę

 

do tego zmusi

ć

.  

background image

-  Prosz

ę

 

si

ę

  tak  na  mnie  nie  gapi

ć

!  Napastowanie  seksualne  to  ci

ęŜ

kie  przest

ę

pstwo. 

Mógłbym pani

ą

 aresztowa

ć

.  

Otworzyła usta, by co

ś

 odpowiedzie

ć

, ale z oburzenia nie mogła wydoby

ć

 z siebie głosu, 

bo tylko poruszała bezd

ź

wi

ę

cznie wargami.  

- Mo

Ŝ

e i lepiej, 

Ŝ

e nic pani nie mówi, bo za wyzwiska te

Ŝ

 mo

Ŝ

na posiedzie

ć

 - zauwa

Ŝ

ył, 

ś

wietnie 

si

ę

 

przy tym bawi

ą

c. 

-  Ten  pies  ...  -  wykrztusiła,  wskazuj

ą

c  na  zwierz

ę

,  które  znów  zacz

ę

ło  wy

ć

.  -  T  en  pies 

narusza 

cisz

ę

 

nocn

ą

.  Mogłabym  pana  aresztowa

ć

  za  to, 

Ŝ

e  pan  do  tego  dopu

ś

cił.  Jestem 

przedstawicielk

ą

 wymiaru sprawiedliwo

ś

ci.  

Wsparł  dło

ń

  na  biodrze  i  spojrzał  na  ni

ą

  z  całkiem  nowym  zainteresowaniem.  Była  na-

prawd

ę

  bardzo  ładna,  a  jej  porywczy  temperament  mógł  imponowa

ć

,  zwłaszcza  komu

ś

  tak 

Ŝ

ywiołowemu jak on. Od dawna nie spotkał równie interesuj

ą

cej kobiety. Ch

ę

tnie poznałby j

ą

 

bli

Ŝ

ej.  

- Nie mógłby pan jako

ś

 go uciszy

ć

? - poprosiła, zmieniaj

ą

c taktyk

ę

.  

-  Mógłbym,  gdybym  wiedział,  dlaczego  tak  wyje.  Mo

Ŝ

e  pani  wejdzie,  omówimy  problem 

przy fili

Ŝ

ance kawy - zaproponował łagodnym tonem i otworzył szerzej drzwi.  

Pies zachował 

si

ę

jakby od dawna na to czekał.  

Wybiegł do korytarza i jak strzała przemkn

ą

ł mi

ę

dzy nogami Curta, szczekaj

ą

c jak op

ę

tany.  

- Wracaj tu! - krzykn

ą

ł za nim, pełen obaw, co rano powie matka, gdy odkryje, 

Ŝ

e zgubił jej 

pupila. - Do diabła, 

musz

ę

 

go dorwa

ć

.  

Nie zwa

Ŝ

aj

ą

c na swój strój, pop

ę

dził za czworono

Ŝ

nym zbiegiem. Mary przez chwil

ę

 stała 

na  werandzie,  potem  bezradnie  rozło

Ŝ

yła  r

ę

ce,  obróciła 

si

ę

 

na  pi

ę

cie  i  pobiegła  w 

ś

lad  za 

Curtisem.  Skoro  ju

Ŝ

  i  tak  nie  było  jej  dane  zasn

ąć

,  mogła  równie  dobrze  wesprze

ć

  go  w 

pogoni.  

Ś

wiatła  w  okolicznych  domach  zapalały  si

ę

,  a  mieszka

ń

cy  spogl

ą

dali  przez  okna  na  sk

ą

po 

ubran

ą

 par

ę

, która p

ę

dziła za ujadaj

ą

cym w

ś

ciekle wielkim, rudym psem. Nagle Curt skr

ę

cił 

do  niewielkiego  lasu  za  domem  Mary,  wi

ę

c  poszła  w  jego 

ś

lady.  Zaraz  jednak  wpadł  na 

le

Ŝą

cy  na  ziemi  p

ę

d  dzikiej  ró

Ŝ

y,  zawył  z  bólu  i  zacz

ą

ł  podskakiwa

ć

  na  jednej  nodze, 

próbuj

ą

c  w  słabym 

ś

wietle  ulicznych  latarni  usun

ąć

  kolce.  Nie  było  to  proste  zadanie,  bo 

lampy mrugały ka

Ŝ

da w swoim tempie. Wzywani wiele razy pracownicy elektrowni twierdzili 

jak jeden m

ąŜ

Ŝ

e to normalna sytuacja, cho

ć

 na innych ulicach nic podobnego si

ę

 nie działo. 

Chc

ą

c  nie  chc

ą

c,  mieszka

ń

cy  nauczyli  si

ę

  ju

Ŝ

  z  tym 

Ŝ

y

ć

,  jednak  Curta  to  nie  dotyczyło. 

Przeklinał gło

ś

no, chwiej

ą

c si

ę

 na zdrowej nodze.  

Coraz wi

ę

cej drzwi si

ę

 otwierało, pies na przemian szczekał i wył coraz gło

ś

niej, Mary za

ś

 

krzyczała, 

Ŝ

eby  si

ę

  uciszył.  Tak

ą

  to  wła

ś

nie  sytuacj

ę

  zastał  patrol  policyjny.  Radiowóz  za-

trzymał si

ę

 z piskiem opon, a nast

ę

pnie dwaj młodzi funkcjonariusze wyskoczyli na chodnik, 

celuj

ą

c do wygra

Ŝ

aj

ą

cego latarniom i psu Curtisa.  

- R

ę

ce do góry! -krzykn

ą

ł jeden z policjantów.  

- Nie 

mog

ę

mam kolce w stopie i musz

ę

 j

ą

 podtrzymywa

ć

. Zreszt

ą

 jestem agentem FBI.  

- A ja Królewn

ą

 

Ś

nie

Ŝ

k

ą

. No ju

Ŝ

, r

ę

ce do góry! Bo b

ę

d

ę

 strzelał!  

- Strzelaj sobie, prosz

ę

 bardzo. Wszystko mi jedno. Tylko rozwal najpierw 

t

ę

 

latarni

ę

, bo 

dłu

Ŝ

ej tego nie znios

ę

.  

W  tym  momencie  jak  na  komend

ę

 

ś

wiatło  zgasło,  a  cała  okolica  pogr

ąŜ

yła  si

ę

  w 

ciemno

ś

ci.  Po  krótkiej  naradzie  policjanci  wł

ą

czyli  reflektor  na  dachu  radiowozu.  Snop 

ś

wiatła obj

ą

ł nie tylko Curta, ale równie

Ŝ

 Mary i nieszcz

ę

snego psa, którzy jakim

ś

 sposobem 

znale

ź

li si

ę

 u jego boku.  

- Co tam si

ę

 dzieje, do diabła?! - krzykn

ą

ł z irytacj

ą

 jaki

ś

 s

ą

siad.  

Curt spojrzał na Mary, po czym oboje popatrzyli na psa. Czekała ich długa noc ...  

Jak si

ę

 mo

Ŝ

na było spodziewa

ć

, zostali zatrzymani i doprowadzeni na posterunek. Rzecz 

jasna,  nie  mieli  przy  sobie  dokumentów, 

wi

ę

c 

najpierw  nale

Ŝ

ało  sprowadzi

ć

  kogo

ś

,  kto 

mógłby  ich  zidentyfikowa

ć

.  Nie  było  sensu  dzwoni

ć

  do  Matildy  Russell,  która  słyn

ę

ła  z 

twardego  snu, 

wi

ę

c 

Curt  zmuszony  był  poprosi

ć

  oficera  dy

Ŝ

urnego,  by  zatelefonował  do 

swego szefa, Jacka Mallory'ego, by przyjechał na posterunek i potwierdził to

Ŝ

samo

ść

 kolegi.  

Na szcz

ęś

cie policjanci byli na tyle uprzejmi, 

Ŝ

e dali Mary koc, by mogła przykry

ć

 gołe 

background image

nogi.  

Ś

mierdzi tu, jakby kto

ś

 zwymiotował - stwierdziła, spogl

ą

daj

ą

c z wyrzutem na Curta.  

- Nic dziwnego, to przecie

Ŝ

 policyjna izba wytrze

ź

wie

ń

.  

- Ale ja nie jestem pijana!  
- Ani ja, ale z jakiego innego powodu mieliby

ś

my gania

ć

 noc

ą

 po okolicy w pi

Ŝ

amach?  

- Z powodu twojego psa!  
- O, wypraszam sobie, to nie mój pies, tylko mojej matki.  

- W takim razie niech ona si

ę

 tłumaczy przed policj

ą

·  

- Nie ma mowy, 

ś

pi jak kamie

ń

 i nie budzi si

ę

 przed dziewi

ą

t

ą

. A jak wstanie, b

ę

dzie si

ę

 

zastanawia

ć

, czemu nie ma mnie w domu.  

- Mo

Ŝ

e ta bestia stanie przy jej łó

Ŝ

ku i zawyje prosto do ucha?  

- W

ą

tpi

ę

, chyba 

Ŝ

e umie otwiera

ć

 drzwi. - Westchn

ą

ł. - Nie b

ę

dzie to ciekawie wygl

ą

da

ć

  

w moich papierach.  

-  Oj,  nie  -  zgodziła  si

ę

  z  podst

ę

pnym  u

ś

miechem.  -  Mo

Ŝ

e  powiem  im, 

Ŝ

e  szukałe

ś

 

lataj

ą

cego talerza? Ze goniłe

ś

 za kosmit

ą

?  

- Ani mi si

ę

 wa

Ŝ

!  

- A czemu niby nie? Najpierw oskar

Ŝ

asz mnie o upraw

ę

 marihuany, potem niemal 

rozbijasz mi samochód, cofaj

ą

c bezmy

ś

lnie, a w ko

ń

cu napuszczasz na mnie to 

koszmarnie hała

ś

liwe stworzenie, 

Ŝ

ebym nie mogła zmru

Ŝ

y

ć

 oka przed najwa

Ŝ

niejsz

ą

 

rozpraw

ą

 mojego 

Ŝ

ycia. O nie! - j

ę

kn

ę

ła, zakrywaj

ą

c usta dłoni

ą

. - Musz

ę

 by

ć

 w s

ą

dzie o 

dziewi

ą

tej, 

Ŝ

eby przedstawi

ć

 zarzuty handlarzowi narkotyków. Je

ś

li si

ę

 nie zjawi

ę

, s

ę

dzia 

mo

Ŝ

e potraktowa

ć

 go łagodnie. Czas leci, a ja tu siedz

ę

 z tob

ą

 - dodała z nie skrywan

ą

 

niech

ę

ci

ą

·  

- Przecie

Ŝ

 to oczywiste nieporozumienie. Gdy tylko zjawi si

ę

 Jack, b

ę

dziemy mogli wróci

ć

 

do domu. 
- A je

ś

li si

ę

 nie zjawi?  

- Cierpliwo

ś

ci. Na pewno jest ju

Ŝ

 w drodze.  

Faktycznie,  Jack  przybył  kilka  minut  pó

ź

niej,  u

ś

miechni

ę

ty  rado

ś

nie,  w  towarzystwie 

miejscowego fotoreportera, znanego z wyj

ą

tkowo ci

ę

tego poczucia humoru. Jak si

ę

 okazało, 

pracował  do  pó

ź

na  w  ciemni  w  siedzibie  gazety,  wi

ę

c  Jack  zabrał  go  po  drodze  na 

posterunek.  Zanim  podejrzani  zdołali  otworzy

ć

  usta,  zostali  sfotografowani  w  swych 

niekompletnych strojach.  

Ś

wietnie. Jak by tu zatytułowa

ć

 tak doskonałe uj

ę

cia? Jeden z najbardziej obiecuj

ą

cych 

agentów  FBI  oraz  młoda  pani  prokurator  figluj

ą

  po  północy  na  obrze

Ŝ

ach  miasteczka  z 

wielkim rudym psem?  

- Mo

Ŝ

esz jeszcze doda

ć

Ŝ

e był to jaki

ś

 poga

ń

ski rytuał - podpowiedział komendant. - Kto 

wie, mo

Ŝ

e nale

Ŝą

 do sekty ...  

- Zabierz mnie st

ą

d! - przerwał mu Curt.  

- I mnie! - Mary stan

ę

ła u jego boku z rozwianymi włosami i furi

ą

 w oczach. - O dziewi

ą

tej 

mam rozpraw

ę

 w s

ą

dzie okr

ę

gowym w Lanier. Wa

Ŝ

n

ą

 rozpraw

ę

 - dodała z naciskiem.  

Jack przypatrywał si

ę

 z nieskrywanym rozbawieniem jej gołym nogom i stopom w pucha-

tych ró

Ŝ

owych kapciach.  

- Nie w

ą

tpi

ę

Ŝ

e zrobisz na s

ę

dzim Willsie piorunuj

ą

ce wra

Ŝ

enie.  

- Zaoferuj

ę

 mu koszyk najdojrzalszych pomidorów z mojego ogródka.  

- Szkoda, 

Ŝ

e jeszcze ich nie ma, bo gdyby

ś

 przyniosła mu je w takim stroju, miałby czym 

w ciebie rzuca

ć

 - zachichotał Jack. - No dobrze, Harry, ju

Ŝ

 wystarczy tej zabawy, mo

Ŝ

emy im 

pokaza

ć

 aparat.  

Fotoreporter  otworzył  pokryw

ę

.  Pojemnik  na  klisz

ę

  był  pusty.  Mary  i  Curt  zmierzyli  go 

pełnym wyrzutu spojrzeniem. W tym momencie zjawił si

ę

 oficer dy

Ŝ

urny, by otworzy

ć

 cel

ę

.  

-  Nast

ę

pnym  razem,  zanim  zaczniecie  si

ę

  gania

ć

  po  nocy,  zastanówcie  si

ę

  dwa  razy, 

dobrze?  -  poprosił  komendant.  -  Naprawd

ę

  nie  lubi

ę

,  kiedy  si

ę

  mnie  wyci

ą

ga  z  łó

Ŝ

ka  dwie 

godziny po tym, jak si

ę

 do niego poło

Ŝ

yłem.  

- Naprawd

ę

 bardzo mi przykro - wymamrotał Curt. - Pies wył jak op

ę

tany, wi

ę

c pani Ryan 

rzekomo  przyszła,  by  go  uciszy

ć

,  ale  tak  naprawd

ę

  chodziło  jej  tylko  o  to, 

Ŝ

eby  mnie 

background image

epatowa

ć

 niekompletnym strojem. Kiedy si

ę

 na ni

ą

 gapiłem, pies uciekł, wi

ę

c musieli

ś

my za 

nim goni

ć

 i. ..  

Jack uniósł r

ę

k

ę

·  

- Nic nowego, takie historie słyszałem ju

Ŝ

 wiele razy. Mary, jak mo

Ŝ

esz napastowa

ć

 bogu 

ducha winnego agenta specjalnego FBI?  

Nie miała najmniejszego zamiaru odpowiada

ć

 na takie pomówienie, kopn

ę

ła tylko Curta z 

całej  siły  w  łydk

ę

,  odwróciła  si

ę

  gwałtownie  i  przeszła  przez  poczekalni

ę

,  w  której  kilku 

funkcjonariuszy popijało kaw

ę

.  

- Co si

ę

 gapicie?! - wrzasn

ę

ła, gdy utkwili w niej zdumiony wzrok. - To przecie

Ŝ

 zwykła 

bawełniana koszulka.  

Wzruszyli  ramionami,  co  ani  troch

ę

 jej  nie  uspokoiło.  Gdy  tylko  znalazła  si

ę

  za  drzwiami 

posterunku, zdała sobie spraw

ę

, i

Ŝ

 czeka j

ą

 długi spacer do domu. W tym stroju miała marne 

szanse, by dotrze

ć

 tam nie niepokojona. Nie wiedziała nawet, 

Ŝ

e w tym samym momencie to 

samo  przeszło  przez  my

ś

l  Curtowi,  który  wła

ś

nie  mijał  tych  samych  oficerów,  co  ona  par

ę

 

chwil wcze

ś

niej. W przeciwie

ń

stwie do niej, obdarzył ich pełnym wy

Ŝ

szo

ś

ci u

ś

miechem. Miał 

idealne ciało i był tego w pełni 

ś

wiadomy. Niektórzy z dy

Ŝ

uruj

ą

cych policjantów byli od dawna 

Ŝ

onaci  i  dzieciaci,  wi

ę

c  wyhodowali  spore  brzuszki.  Z  dumnie  podniesion

ą

  głow

ą

 

przemaszerował przez 

ś

rodek komisariatu i wyszedł na zewn

ą

trz.  

- Dok

ą

d

ś

 si

ę

 wybierasz? - zapytał Mary.  

- Do domu, jak mi si

ę

 uda znale

źć

 

ś

rodek  

lokomocji. - Posłała mu druzgoc

ą

ce spojrzenie. - Mnie przynajmniej dali koc.  

- Nie był mi potrzebny. - Wyprostował si

ę

 dumnie. - Szkoda chowa

ć

 to, co si

ę

 ma 

najlepsze.  
Uniosła stop

ę

, ale był szybszy. Wycofał si

ę

 w por

ę

, by unikn

ąć

 bolesnego kopniaka, który 

z  pewno

ś

ci

ą

  nie  pomógłby  jego  obolałej  od  ró

Ŝ

anych  kolców  nodze.  Musiał  jednocze

ś

nie 

przyzna

ć

Ŝ

e dra

Ŝ

nienie Mary Ryan sprawiało mu szczególn

ą

 przyjemno

ść

.  

- Nic ciesz si

ę

 nadmiernie, jeszcze czeka si

ę

 polowanie na psa - przypomniała. 

- Jak znam 

Ŝ

ycie, od dawna sterczy pod domem.  

- Hej, nocni kowboje! - zawołał ze swego auta Jack. - Je

ś

li chcecie, 

Ŝ

ebym was podwiózł, 

to si

ę

 pospieszcie, bo spa

ć

 mi si

ę

 chce.  

Z  niezadowoleniem  odkryli, 

Ŝ

e  z  przodu  siedzi  ju

Ŝ

  fotoreporter.  Na  szcz

ęś

cie  przez  cał

ą

 

drog

ę

 do domu nie odezwał si

ę

 ani słowem, aparat równie

Ŝ

 trzymał schowany w torbie.  

-  Prosz

ę

  bardzo.  -  Komendant  zatrzymał  si

ę

  na  ich  ulicy.  -  Od  tej  pory  prosz

ę

  nie 

opuszcza

ć

  domu  po  północy.  Moi  ludzie  maj

ą

  wa

Ŝ

niejsze  sprawy  na  głowie  ni

Ŝ

  zabawa  w 

berka  z  golasami.  A  kiedy

ś

  to  było  takie  spokojne  miasteczko  -  westchn

ą

ł  i  zanim  zd

ąŜ

yli 

cokolwiek odpowiedzie

ć

, zamkn

ą

ł okno.  

Przez  chwil

ę

  obserwowali  oddalaj

ą

cy  si

ę

  pojazd.  Na  horyzoncie  powoli  si

ę

  rozwidniało. 

Sp

ę

dzili na posterunku znacznie wi

ę

cej czasu, ni

Ŝ

 im si

ę

 zdawało.  

- Chyba nie ma sensu si

ę

 ju

Ŝ

 kła

ść

 - stwierdziła z rozpacz

ą

 w głosie Mary. - Dzi

ę

ki tobie 

pewnie usn

ę

 w czasie wniosków ko

ń

cowych.  

- Je

ś

li uda ci si

ę

 zamkn

ąć

 tak

ą

 spraw

ę

 w jeden dzie

ń

, kaktus mi tu wyro

ś

nie.  

- Fakt, pewnie potrwa to ze trzy albo cztery dni.  

- Przyjrzała mu si

ę

 z rozbawieniem. - Rzeczywi

ś

cie  

musieli

ś

my dziwnie wygl

ą

da

ć

, ganiaj

ą

c po ulicy. - Poga

ń

skie rytuały. - U

ś

miechn

ą

ł si

ę

. - Mu-

sz

ę

 to zapami

ę

ta

ć

Ŝ

ebym miał o czym opowiada

ć

 kolegom w pracy. 

- Nie ma takiej potrzeby. Jestem pewna, 

Ŝ

e Hardy Vicks poinformuje ka

Ŝ

dego, kogo uda 

mu  si

ę

  dopa

ść

.  -  Zmarszczyła  brwi.  -  Ale  tak  naprawd

ę

,  to  po  co  ci  pies?  Matilda 

wspominała, 

Ŝ

e nigdy nie mieli

ś

cie zwierz

ę

cia. Nie jeste

ś

 przypadkiem uczulony na sier

ść

?  

- Nie, to mój ojciec był uczulony. A pies jest  

mi zupełnie zb

ę

dny, to matka go przygarn

ę

ła. - Ciekawe, sk

ą

d si

ę

 wzi

ą

ł...  

- Nie mam poj

ę

cia.  

Spojrzał  w  kierunku  domu.  Na  parterze  wszystkie  okna  były  o

ś

wietlone.  Czego

ś

  takiego 

si

ę

 nie spodziewał. Nie zd

ąŜ

ył nawet tego skomentowa

ć

, gdy drzwi frontowe otworzyły si

ę

 i 

stan

ę

ła w nich matka, obok niej za

ś

 czworono

Ŝ

na przyczyna jego nocnych kłopotów.  

-  No,  jeste

ś

  wreszcie!  Co  robisz  na  ulicy  noc

ą

  i  w  pi

Ŝ

amie?  -  Spojrzała  na  Mary.  -  A  ty, 

background image

czemu stoisz na chodniku w kocu?  
Mary odwróciła si

ę

 bez słowa i pobiegła do domu, zastanawiaj

ą

c si

ę

, czy kto

ś

 nie skorzystał 

z okazji, 

Ŝ

e zapomniała go zamkn

ąć

. Curt westchn

ą

ł ci

ęŜ

ko i ruszył do wej

ś

cia. Ciekaw był, 

w jaki sposób wyja

ś

ni matce, co si

ę

 wydarzyło. Pies za

ś

 nie odrywał od niego oczu, 

machaj

ą

c entuzjastycznie ogonem. 

ROZDZIAŁ TRZECI  

Nast

ę

pnego popołudnia Curt odczekał, a

Ŝ

 Mary odpocznie po powrocie z pracy, zostawił 

matk

ę

  w  towarzystwie  nieodł

ą

cznego  psa  i  przeszedł  na  drug

ą

  stron

ę

  ulicy.  Zadzwonił  do 

drzwi. Otworzyła mu od razu, ale wygl

ą

dała na zaniepokojon

ą

·  

- Co

ś

 nie tak? - spytał pospiesznie.  

- Wejd

ź

, prosz

ę

. - Poprowadziła go do kuchni i podała fili

Ŝ

ank

ę

 kawy. - Wiem od Matildy, 

Ŝ

e lubisz czarn

ą

, bez cukru. Kiedy wróciłam nad ranem do domu, okazało si

ę

Ŝ

e kto

ś

 

przetrz

ą

sn

ą

ł kuchni

ę

 i zabrał bochenek chleba oraz w

ę

dlin

ę

·  

- Nie zamkn

ę

ła

ś

 drzwi na klucz? - Gdy posłała mu pełne wyrzutu spojrzenie, uniósł r

ę

k

ę

 w 

pojednawczym ge

ś

cie.  

- Nie chciałam znów mie

ć

 do czynienia z policj

ą

, wi

ę

c tylko przeszukałam dom, starannie 

zamkn

ę

łam drzwi i poło

Ŝ

yłam 

si

ę

 

spa

ć

. Kiedy przyszedłe

ś

, miałam wła

ś

nie rozejrze

ć

 

si

ę

 

po 

ogrodzie.  

-  Pomog

ę

  ci.  W  słu

Ŝ

bach  specjalnych  współpracowałem  z  agentem,  który  pochodził  z 

plemienia  Lakota.  Nauczyłem 

si

ę

 

od  niego  wielu  po

Ŝ

ytecznych  rzeczy,  na  przykład 

wyszukiwania i odczytywania 

ś

ladów.  

- Twoja matka wspominała, 

Ŝ

e macie troch

ę

 india

ń

skiej krwi.  

-  T  o  prawda.  Mój  dziadek  figurował  w  spisie  Indian  plemienia  Czirokezów  z  Karoliny 

Północnej. A twoja rodzina sk

ą

d pochodzi?  

- Z Danii i Szkocji.  
- T o by wyja

ś

niało blond włosy.  

- Powiniene

ś

 zobaczy

ć

 mojego tat

ę

- Roze

ś

miała si

ę

. - Metr osiemdziesi

ą

t pi

ęć

 wzrostu, 

blond włosy i niebieskie oczy. - U rwała na chwil

ę

, przypatruj

ą

c mu si

ę

 z wahaniem. - 

Kiedy zmarł twój ojciec?  

- Dawno, miałem wtedy sze

ść

 lat. Mama obudziła si

ę

 pewnego ranka, a on martwy le

Ŝ

ał 

obok niej. Niezbyt dobrze go pami

ę

tam.  

- Na pewno nie było jej łatwo samej ci

ę

 wychowa

ć

.  

-  Nie,  ale  doskonale  dała  sobie  rad

ę

.  - W  jego  głosie  pobrzmiewała  duma.  -  Pracowała 

jako  dziennikarka,  wiedziała  wszystko  o  wszystkich.  Zawsze  kr

ę

ciła  si

ę

  wokół  niej  masa 

kuratorów, policjantów, s

ę

dziów, prokuratorów. Pewnie dlatego wybrałem taki zawód.  

- Tak, jest niesamowita - przyznała Mary,  

odstawiaj

ą

c na stół pust

ą

 fili

Ŝ

ank

ę

. - To jak, idziemy si

ę

 przekona

ć

, ile naprawd

ę

 jest w tobie 

india

ń

skiej krwi?  

Podniósł si

ę

 z u

ś

miechem. Mary wcale nie kryła, 

Ŝ

e w

ą

tpi w jego tropicielskie talenty, za-

mierzał wi

ę

c jej udowodni

ć

, jak bardzo si

ę

 myli. Gdy znale

ź

li si

ę

 na tyłach domku, zatrzymał 

si

ę

  i  w  skupieniu  ogarn

ą

ł  wzrokiem  najbli

Ŝ

sz

ą

  okoli

c

ę

Kilka 

ś

cie

Ŝ

ek  prowadziło  od 

background image

kuchennych drzwi w gł

ą

b ogrodu.  

Curt  odtworzył  w  pami

ę

ci  marihuanow

ą

  afer

ę

,  przypomniał  sobie,  któr

ę

dy  chodził  Jack  i 

on, gdzie była Mary, dok

ą

d musiała przej

ść

, by odło

Ŝ

y

ć

 wyrwane maki.  

- Zauwa

Ŝ

yłam nowe krzaki pomidorów - odezwała si

ę

, przerywaj

ą

c jego skupienie - 

Bardzo dzi

ę

kuj

ę

.  

- Nie ma za co - mrukn

ą

ł. - Nie ruszaj si

ę

, dobrze?  

Wszedł w gł

ą

b ogrodu, co jaki

ś

 czas przykl

ę

kaj

ą

c, by z bliska przyjrze

ć

 si

ę

 ziemi i ro

ś

linom. 

Nagle zatrzymał si

ę

, potem skr

ę

cił w stron

ę

 ulicy. - Kto

ś

 t

ę

dy szedł! - zawołał. - Od szopy do 

ulicy.  
Doł

ą

czyła do niego i razem zacz

ę

li si

ę

 przygl

ą

da

ć

 

ś

ladom na trawie wzdłu

Ŝ

 chodnika. Curt 

kazał Mary przykucn

ąć

 i wskazał co

ś

 na ziemi. - Przecie

Ŝ

 to zwykła mrówka. - Spojrzała na 

niego podejrzliwie. - Czy

Ŝ

by

ś

 rozumiał 

mow

ę

 

owadów?  

- Mów ciszej. Kiwaj od czasu do czasu głow

ą

, jakby

ś

 si

ę

 ze mn

ą

 zgadzała. Zdaje si

ę

Ŝ

e kto

ś

 

nas obserwuje.  

Skin

ę

ła głow

ą

.  

- Kto

ś

 od kilku dni przebywa w twojej szopie  

- oznajmił półgłosem. - 

Ś

lady nie kłami

ą

, zreszt

ą

  

s

ą

 tak wyra

ź

ne, 

Ŝ

e ka

Ŝ

dy mógłby si

ę

 zorientowa

ć

. - T o by tłumaczyło przeszukanie mojej 

kuchni. Musimy zadzwoni

ć

 na policj

ę

·  

- Po co? Przecie

Ŝ

 jestem policjantem. W pewnym sensie.  

- Owszem, ale to nie twój rejon.  
- Od niedawna ju

Ŝ

 tak. Jak s

ą

dzisz, czemu  

odwiedziłem nasze biuro okr

ę

gowe w Lanier? Po wakacjach zaczynam tam prac

ę

.  

- Co za degradacja! Przeniesienie z Austin w Teksasie do takiej zapadłej dziury. Przyznaj 

si

ę

, komu nadepn

ą

łe

ś

 na odcisk?  

- Nikomu - mrukn

ą

ł ura

Ŝ

ony. - Musz

ę

 si

ę

 zobaczy

ć

 z Jackiem. Lepiej chod

ź

 ze mn

ą

·  

Podejrzewał, 

Ŝ

e  w  szopie  chowa  si

ę

  zbiegły 

ś

wiadek  koronny,  który  wprawdzie  nie 

stanowił  specjalnego  zagro

Ŝ

enia,  jednak  Curt  uznał, 

Ŝ

e  na  wszelki  wypadek  lepiej  usun

ąć

 

Mary ze strefy zero.  

- Nie mam czasu, musz

ę

 si

ę

 przygotowa

ć

 do jutrzejszej rozprawy.  

- Nie zamierzam ci

ę

 tu zostawi

ć

 samej, skoro w okolicy kr

ę

ci si

ę

 zbieg - oznajmił tonem 

nie znosz

ą

cym sprzeciwu. - Bez wzgl

ę

du na to, czy ci si

ę

 to podoba, czy nie.  

Nie  wiedziała,  czy  wszcz

ąć

  awantur

ę

  i  wy  krzycze

ć

Ŝ

e  sama 

ś

wietnie  sobie  poradzi,  czy 

mo

Ŝ

e jednak przyzna

ć

Ŝ

e zbiegły przest

ę

pca to jak na ni

ą

 zbyt wiele.  

- Mary, gdybym był na twoim miejscu, po prostu bym ust

ą

pił. Prawnicy wprawdzie wymie-

rzaj

ą

 sprawiedliwo

ść

, ale słowem, nie broni

ą

.  

- Poddaj

ę

 si

ę

. Ale musz

ę

 wróci

ć

 do domu po teczk

ę

 i komputer.  

- W takim razie chod

ź

my razem.  

- A nie lepiej byłoby najpierw przeszuka

ć

 szop

ę

?  

- Nie. Je

ś

li akurat tam jest, to tylko go wypłoszymy, bo nie mam jeszcze uprawnie

ń

Ŝ

eby 

go zatrzyma

ć

. Zreszt

ą

 

ś

lady wskazuj

ą

 na to, 

Ŝ

e wyszedł. Sprowad

ź

my policj

ę

, niech oni 

si

ę

 tym zajm

ą

Mary szybko spakowała si

ę

 i przebrała w eleganckie szare spodnie oraz biały dzianinowy 

golf bez r

ę

kawów.  

- A co, je

ś

li jednak ucieknie i nie wróci? - zaniepokoiła si

ę

. - Wyjdzie na to, 

Ŝ

e go wy-  

płoszyli

ś

my i solidnie oberwiemy.  

- Mam przeczucie, 

Ŝ

e nas obserwował. We

ź

mie nas za głupców, pod nasz

ą

 nieobecno

ść

 

wróci  i  zatrze 

ś

lady,  odczeka,  a

Ŝ

  policja  przeszuka  szop

ę

  i  znów  si

ę

  w  niej  zainstaluje,  bo 

poczuje si

ę

 całkowicie bezpieczny.  

- aby

ś

 miał racj

ę

 ...  

- abym - zgodził si

ę

 z u

ś

miechem.  

Ze zdumieniem odkryła, 

Ŝ

e na widok jego u

ś

miechu zrobiło jej si

ę

 dziwnie przyjemnie.  

- Ile masz lat? - zainteresował si

ę

- Dwadzie

ś

cia siedem. Byłe

ś

 kiedy

ś

 

Ŝ

onaty? - wyrwało jej si

ę

background image

- Nie, nie miałem na to czasu. A ty?  
- Tak. Wyszłam za m

ąŜ

 jako osiemnastolatka. Rodzice nie mogli przemówi

ć

 mi do 

rozs

ą

dku, wi

ę

c zgodzili si

ę

Ŝ

eby nie straci

ć

 ze mn

ą

 kontaktu. Te

Ŝ

 miał osiemna

ś

cie lat, 

ale jak na swój wiek był bardzo dojrzały, ja natomiast byłam rozpuszczon

ą

, upart

ą

 

nastolatk

ą

, która nie potrafiła zdoby

ć

 si

ę

 na 

Ŝ

aden kompromis. Nasze mał

Ŝ

e

ń

stwo nie 

trwało nawet pół roku, ale wci

ąŜ

 si

ę

 przyja

ź

nimy. O

Ŝ

enił si

ę

 ponownie, ma mił

ą

 

Ŝ

on

ę

 i 

kochane dzieci.  
- A czym si

ę

 zajmuje? - zapytał, czuj

ą

c całkowicie nieuzasadniony przypływ zazdro

ś

ci.  

- Jest trenerem piłki no

Ŝ

nej w szkole 

ś

redniej. - Nie cierpi

ę

 piłki no

Ŝ

nej.  

- Ja te

Ŝ

. To był jeden z naszych problemów, bo z kolei dla niego piłka to najwa

Ŝ

niejsza 

rzecz na 

ś

wiecie.  

- A lubisz jakie

ś

 zimowe sporty?  

- Ły

Ŝ

wiarstwo i narty.  

Ś

wietnie, bo dla mnie istniej

ą

 tylko zimowe sporty.  

U

ś

miechn

ę

ła si

ę

 do niego. Na pocz

ą

tek dobre cho

ć

 tyle.  

Poinformowali Jacka o odkryciu, jakiego dokonali w ogrodzie Mary.  

- Masz jaki

ś

 pomysł, kto to mo

Ŝ

e by

ć

? - spytał komendant.  

-  Hm,  niech  pomy

ś

l

ę

  ...  Wiemy, 

Ŝ

e  w  okolicy  ukrywa  si

ę

  zbiegły 

ś

wiadek  koronny.  Jego 

kuzyn  mieszka  dwa  domy  od  Mary,  a  kto

ś

  koczuje  w  jej  szopie.  Słowo  daj

ę

,  nie  mam 

poj

ę

cia, kto to mógłby by

ć

 - zako

ń

czył kpi

ą

cym głosem.  

Jack przewrócił oczyma.  

-  Musisz  mu  wybaczy

ć

,  jest  tylko  agentem  FBI.  -  Mary  porozumiewawczo  mrugn

ę

ła  do 

Jacka.  

-  Problem  w  tym, 

Ŝ

e  nie  chciałem  go  spłoszy

ć

,  wi

ę

c  nic  nie  zrobiłem.  W

ą

tpi

ę

,  czy  jest 

uzbrojony,  ale  skoro  pochodzi  z  szemranego 

ś

rodowiska,  wolałem  nie  ryzykowa

ć

.  Zreszt

ą

 

Mary była ze mn

ą

 .. ·  

- Bardzo słusznie, nie wolno nara

Ŝ

a

ć

 cywilów na niebezpiecze

ń

stwo.  

- Nie jestem cywilem - stwierdziła z pretensj

ą

 w głosie.  

- Z mojego punktu widzenia jeste

ś

. A mo

Ŝ

e chcesz troch

ę

 popracowa

ć

 na swoim laptopie?  

- Jasne.  
- Hej, Ben! - zawołał Jack w kierunku drzwi.  
Policjant zajrzał do 

ś

rodka. - Tak jest, szefie?  

- Zabierz pann

ę

 Ryan do gabinetu Dona i uprz

ą

tnij biurko, 

Ŝ

eby mogła pracowa

ć

.  

- Tak jest. Prosz

ę

 za mn

ą

, panno Ryan. Curt miał ochot

ę

 zapyta

ć

, czy Ryan to Jej 

nazwisko panie

ń

skie, czy po m

ęŜ

u, ale uznał, 

Ŝ

e lepiej b

ę

dzie poczeka

ć

 na bardziej 

sprzyjaj

ą

ce okoliczno

ś

ci. 

_  Facet  nazywa  si

ę

  Abe  Hunt  -  zacz

ą

ł,  gdy  zostali  sami.  - Widziałem  jego  akta,  ma  na 

koncie  kilkana

ś

cie  spraw  ró

Ŝ

nego  kalibru.  Mary  jest  naprawd

ę

  odwa

Ŝ

na,  ale  jak  by  co  do 

czego  przyszło,  nie  dałaby  sobie  rady.  Jest  bardzo  postawny,  jak to  zapa

ś

nik, kiedy

ś

  brał 

udział w profesjonalnych walkach. Musimy go jako

ś

 wywabi

ć

 z tej szopy.  

- Jak ju

Ŝ

 to zrobimy, to dok

ą

d pójdzie? Chyba nie do kuzyna, a

Ŝ

 taki głupi nie jest, 

prawda?  

-  Nie,  zreszt

ą

  kuzyn  i  tak  ju

Ŝ

  si

ę

  zmył  z  miasta.  Hunt  głupi  nie  jest,  ale  całkiem 

zdesperowany. Nie chce, 

Ŝ

eby

ś

my go złapali, ale chyba jeszcze bardziej nie chciałby, 

Ŝ

eby 

odnale

ź

li go dawni kumple. Zało

Ŝę

 si

ę

Ŝ

b

ę

dzie 

si

ę

 z nami bawił w kotka i myszk

ę

·  

- Jak chcesz, 

mog

ę

 

wyst

ą

pi

ć

 o posiłki z okolicznych hrabstw.  

-  To  całkiem  niezły  pomysł.  Mógłbym  poprosi

ć

  o  agentów  FBI,  ale  za  bardzo  by  si

ę

 

rzucali  w  oczy.  Ja  przynajmniej  mam  oczywisty  powód, 

Ŝ

eby  tu  by

ć

,  wi

ę

c  nie  wzbudz

ę

 

podejrze

ń

, nawet je

ś

li 

b

ę

d

ę

 

wi

ę

cej przebywał u Mary ni

Ŝ

 u matki.  

- W takim razie 

wezm

ę

 

ludzi i od razu pojad

ę

 przeszuka

ć

 szop

ę

. Hunt pomy

ś

li, 

Ŝ

e skoro 

nic nie znale

ź

li

ś

my, damy sobie spokój, i poczuje si

ę

 bezpiecznie.  

-_ Te

Ŝ

 mi to przyszło do głowy. Dzi

ę

ki, Jack.  

- Nie ma za co, wykonuj

ę

 tylko swoje obowi

ą

zki. Ale co zrobisz, jak go złapiemy? 

Przecie

Ŝ

 nie mo

Ŝ

na go zmusi

ć

 do składania zezna

ń

background image

- Zmusi

ć

 nie, ale jak si

ę

 ma perspektyw

ę

 do

Ŝ

ywocia za współudział w zabójstwie, nagle 

nabiera si

ę

 ochoty do gadania. Nie wiem, czy ci o tym wspominałem, ale drugi potencjalny 

ś

wiadek został znaleziony w nurtach Chattahoochee z kulk

ą

 w tyle głowy.  

- Tak, to zmienia posta

ć

 rzeczy.  

- Dziwi

ę

 si

ę

 Huntowi, 

Ŝ

e tak ucieka przed nami. Je

ś

li mafia dopadnie go pierwsza, b

ę

dzie 

ju

Ŝ

 po nim. - Prawie mi go szkoda.  

- Mnie te

Ŝ

 ... prawie - za

ś

miał 

si

ę

 

Curt.  

- Postaram si

ę

 obróci

ć

 jak najszybciej. W ekspresie znajdziecie kaw

ę

, pocz

ę

stujcie si

ę

.  

- Dzi

ę

ki, Mary napoiła mnie ju

Ŝ

 kofein

ą

.  

- No, no, bratamy si

ę

 z nieprzyjacielem? - Jack obrzucił go badawczym spojrzeniem.  

- Czego by nie powiedzie

ć

, to całkiem ładny nieprzyjaciel.  

- Co prawda, to prawda. Do zobaczenia.  

Curt  zaj

ą

ł  miejsce  po  drugiej  stronie  biurka  i  przygl

ą

dał  si

ę

  Mary  przy  pracy.  Po  paru 

minutach zerkn

ę

ła na niego znad laptopa.  

- Jaki

ś

 ty cichy - zauwa

Ŝ

yła cierpko.  

- Nie chc

ę

 przeszkadza

ć

.  

- Przegl

ą

dam notatki, musz

ę

 je posegregowa

ć

 na jutrzejsz

ą

 rozpraw

ę

.  

- Jakie stawiasz zarzuty?  
- Facet przeszmuglował spory snopek marihuany mi

ę

dzy snopkami zwykłego siana. Miał 

siatk

ę

 dilerów w kilku szkołach 

ś

rednich. 

-  Dzieciaki  z  liceum  handluj

ą

  narkotykami,  strzelaj

ą

  do  swych  rówie

ś

ników  ...  Na  jakim 

ś

wiecie my 

Ŝ

yjemy?!  

- Dzieciaki zbyt du

Ŝ

o czasu sp

ę

dzaj

ą

 bez nadzoru, nie maj

ą

 kontaktu z rodzicami, za mało 

sportu,  za  du

Ŝ

o  gier  komputerowych,  gdzie  zabija  si

ę

  bez  opami

ę

tania.  I  tak  dalej,  i·  tak 

dalej. Przyczyny znaj

ą

 wszyscy, tylko nikt nie ma na to recepty.  

- Recepta jest prosta. - Wzruszył ramionami.  

- Wiedzie

ć

, co twoje dziecko robi w ka

Ŝ

dej  

minucie doby. By

ć

 w domu, gdy wraca ze szkoły. Zna

ć

 jego kolegów i przyjaciół.  

- Doprawdy? - prychn

ę

ła. - Ile dzieci wychowałe

ś

?  

- To recepta mojej matki. - U

ś

miechn

ą

ł si

ę

.  

- Jak wida

ć

, skuteczna.  

- Nie do ko

ń

ca. Miałem swoje sposoby, by wymkn

ąć

 si

ę

 spod jej kontroli. Zawsze spała 

kamiennym snem, wi

ę

c zwiewałem przez okno, a ona o niczym nie wiedziała. A

Ŝ

 do 

chwili, gdy zostałem aresztowany. Nie zrobiłem nic złego, tylko byłem w nieodpowiednim 
momencie w złym towarzystwie. Z dzieciakami, które 

ć

pały. Ale samo aresztowanie to nic 

w porównaniu z tym strasznym rozczarowaniem, które zobaczyłem w oczach matki, gdy 
przyszła mnie odebra

ć

 za kaucj

ą

. Bole

ś

nie j

ą

 zawiodłem. Był to dla mnie taki szok, 

Ŝ

e od 

tamtego czasu staram si

ę

 by

ć

 czysty jak łza - dodał niby 

Ŝ

artobliwie.  

-  Có

Ŝ

,  twoja  matka  jest  m

ą

dra  i  miła,  ale  gdyby

ś

  miał  szczególne  skłonno

ś

ci  do  łamania 

prawa, nawet ona nie powstrzymałaby ci

ę

 przed degrengolad

ą

. Co do mnie, to raz zostałam 

zatrzymana za przekroczenie pr

ę

dko

ś

ci.  

- Zgroza, prawdziwa zgroza. - Za

ś

miał si

ę

.  

- Ojciec dał mi szlaban na dwa miesi

ą

ce,  

omin

ą

ł mnie bal maturalny i randka, o której marzyłam od paru miesi

ę

cy. Ale i tak, jak widz

ę

 

przed sob

ą

 pust

ą

 szos

ę

, kusi mnie, by ostro przycisn

ąć

 pedał gazu.  

- Dot

ą

d nie wspomniała

ś

 o matce - zauwa

Ŝ

ył  

z wahaniem.  

- Nie mam z ni

ą

 kontaktu. - Zesztywniała.  

- Dlaczego?  
- Rzuciła tat

ę

 dla instruktora aerobiku. W dodatku kompletnego czubka, który nie jadł nor-

malnego jedzenia i sp

ę

dzał ka

Ŝ

d

ą

 woln

ą

 chwil

ę

 na 

ć

wiczeniach ciała. Szybko 

doprowadził j

ą

 do szału, bo po dwóch miesi

ą

cach próbowała wróci

ć

 do taty, ale nie 

wpu

ś

cił jej do domu. Zreszt

ą

 uwa

Ŝ

am, 

Ŝ

e bardzo słusznie. Przeprowadziła si

ę

 do 

background image

Kalifornii, z tego, co wiem, obecnie mieszka z nauczycielem walk wschodnich.  
- Przykro mi.  
- Nigdy nie byłam z ni

ą

 blisko. To tata zabierał mnie na przyj

ę

cia, szkolne bale i inne 

imprezy. Ona nigdy nie miała dla mnie czasu, pochłaniały j

ą

 wa

Ŝ

niejsze sprawy, takie jak 

bryd

Ŝ

, gimnastyka czy podró

Ŝ

e.  

      - Nie pracowała?  
-  Nie  musiała,  rodzice  zostawili  jej  niezły  maj

ą

tek.  Z  kolei  tat

ę

  nigdy  nie  interesowały  jej 

pieni

ą

dze,  zawsze  ci

ęŜ

ko  pracował,  bez  wzgl

ę

du  na  wysoko

ść

  wynagrodzenia  -  dodała  z 

nieskrywan

ą

 dum

ą

·  

- Jeste

ś

 do niego podobna?  

- Z rysów twarzy, koloru włosów, ale wzrostu mi nie przekazał.  
- Sko

ń

czył studia?  

- Tak, siedem lat temu. Byłam z niego naprawd

ę

 dumna.  

- Nie w

ą

tpi

ę

. - U

ś

miechn

ą

ł si

ę

·  

- Matka nawet nie ma matury. Nie czuła takiej potrzeby, 

Ŝ

adnych ambicji. - W jej głosie 

słycha

ć

 było cie

ń

 pogardy.  

- Niektórzy ludzie po prostu nie czuj

ą

 potrzeby, by zdobywa

ć

 wiedz

ę

- Ale ty czułe

ś

.  

- Owszem, pewnie te

Ŝ

 dzi

ę

ki temu, 

Ŝ

e moja matka ci

ęŜ

ko pracowała na moj

ą

 edukacj

ę

 i 

normalny, zasobny dom, do którego bez wstydu mogłem zaprasza

ć

 kolegów. Kiedy 

poszedłem na studia, nadal mnie wspierała, cho

ć

 sam zarabiałem na czesne. Dzi

ę

ki 

temu nigdy nie zawaliłem 

Ŝ

adnego przedmiotu, bo o pieni

ą

dze na poprawk

ę

 nie byłoby 

łatwo.  
-  U  mnie  było  podobnie.  Tata  oczywi

ś

cie  mi  pomagał,  ale  wi

ę

kszo

ść

  wydatków 

pokrywałam ze stypendium i z pensji kierownika nocnej zmiany w barze z hamburgerami.  

- Ci

ęŜ

ko pracowała

ś

.  

- Owszem, ale mimo to udało mi 

si

ę

 

uko

ń

czy

ć

 studia z siódm

ą

 lokat

ą

. Tata p

ę

kał z dumy, 

matka nawet nie pofatygowała si

ę

 na uroczyste rozdanie dyplomów.  

- A w ogóle j

ą

 zaprosiła

ś

?  

- Szczerze mówi

ą

c, nie. - Odwróciła wzrok.  

- Wiedziałam, 

Ŝ

e i tak nie przyjdzie.  

- A twój były?  

- A

Ŝ

 tak bliskich kontaktów nie mamy. Zreszt

ą

 nie s

ą

dz

ę

Ŝ

eby to si

ę

 podobało jego 

Ŝ

onie, 

cho

ć

 jest naprawd

ę

 bardzo miła.  

- Szcz

ęś

ciarz z niego.  

- Hej, ja te

Ŝ

 jestem miła. Potrafi

ę

 gotowa

ć

, troch

ę

 te

Ŝ

 

szyj

ę

 

- Czy

Ŝ

by

ś

 ogłaszała przetarg?  

- Całkiem nie

ź

le wygl

ą

dasz bez koszuli.  

Ś

miało spojrzała mu w oczy. - I nie jeste

ś

 taki sztywny i nieprzyst

ę

pny, jak mi si

ę

 na 

pocz

ą

tku zdawało. My

ś

l

ę

Ŝ

e b

ę

d

ą

 z ciebie jeszcze ludzie.  

- W jakim sensie?  

- Tego jeszcze nie wiem. - Pochyliła si

ę

 nad laptopem.  

Agent  FBI  Curtis  Russell  skrzy

Ŝ

ował  r

ę

ce  na  piersi.  Poczuł  si

ę

  zagro

Ŝ

ony,  ale,  ku 

swemu zdumieniu, całkiem mu si

ę

 to spodobało.  

Jack wrócił po godzinie. Mina, z jak

ą

 stan

ą

ł w drzwiach gabinetu, nie napawała zbytnim 

optymizmem.  

- W szopie nie ma 

Ŝ

adnych 

ś

ladów, by ktokolwiek tam przebywał. Jeste

ś

 pewien, 

Ŝ

e kto

ś

 

tam faktycznie si

ę

 ukrywał? 

Curt skin

ą

ł z przekonaniem głow

ą

.  

- Moi ludzie przeczesali ka

Ŝ

dy centymetr kwadratowy, ale niczego nie znale

ź

li. Nie 

mog

ę

 

tej sytuacji zało

Ŝ

y

ć

 całodobowej obserwacji. - Rozło

Ŝ

ył bezradnie r

ę

ce.  

- Jasne, 

Ŝ

e nie. T rudno, wyci

ą

gn

ę

 z szafy mój  

background image

komandoski kombinezon i przesiedz

ę

 cał

ą

 noc w lesie, mo

Ŝ

e co

ś

 wypatrz

ę

.  

- Zastanów si

ę

, czy jednak si

ę

 nie pomyliłe

ś

.  

- Nie tym "razem.  
Przyzwyczaił  si

ę

  ju

Ŝ

Ŝ

cz

ę

sto 

kwestionowano  jego  opinie.  Był  tym  zm

ę

czony,  ale  nie 

protestował,  gdy

Ŝ

  wiedział, 

Ŝ

e  niczego  w  ten  sposób  nie  osi

ą

gnie.  Wystarczyło  popełni

ć

 

jeden drobny bł

ą

d, a konsekwencje ci

ą

gn

ę

ły si

ę

 latami, je

ś

li nie do samego grobu.  

- OK, Russell - westchn

ą

ł z rezygnacj

ą

 Jack. - Zrobi

ę

, co zechcesz, skoro tak twardo 

obstajesz przy swoim.  
-  B

ę

d

ę

  miał  komórk

ę

,  jak  tylko  zadzwoni

ę

,  przyje

Ŝ

d

Ŝ

aj  natychmiast.  O  nic  wi

ę

cej  nie 

prosz

ę

.  No,  mo

Ŝ

e  jeszcze  poza  tym, 

Ŝ

eby  twoi  chłopcy  nie  skuli  mnie  w  kajdanki,  gdyby 

który

ś

 z s

ą

siadów mnie zobaczył i wpadł w panik

ę

.  

- Masz to jak w banku - roze

ś

miał si

ę

 Jack.  

Nie padało wprawdzie ju

Ŝ

 od jakiego

ś

 czasu, ale mimo to w lesie było wilgotno, wi

ę

c le

Ŝ

enie 

na posłaniu z li

ś

ci nie nale

Ŝ

ało do przyjemno

ś

ci. Noc była zaskakuj

ą

co cicha i spokojna, 

słycha

ć

 było tylko cykanie 

ś

wierszczy, nawet Rudy nie szczekał ani nie wył. Co ciekawe, od 

poprzedniego wieczoru był dziwnie cichy.  

Po  powrocie  nad  ranem  z  posterunku  Curt  błagał  matk

ę

,  by  zadzwoniła  do  schroniska  i 

dowiedziała  si

ę

,  dok

ą

d  mo

Ŝ

na  przekaza

ć

  psa,  ale  była  ju

Ŝ

  do  niego  tak  przywi

ą

zana, 

Ŝ

nawet  nie  chciała  o  tym  słysze

ć

.  Co  wi

ę

cej,  ostentacyjnie  wybrała  si

ę

  do  sklepu 

zoologicznego i kupiła bestii du

Ŝ

y worek najdro

Ŝ

szej karmy. Widz

ą

c, 

Ŝ

e sytuacja staje si

ę

 z 

ka

Ŝ

d

ą

  minut

ą

  coraz  bardziej  beznadziejna,  Curt  obdzwonił  wszystkie  okoliczne  gabinety 

weterynaryjne,  ale,  jak  si

ę

  okazało,  nikt  nie  zgłosił  zagini

ę

cia  rudego  setera.  By

ć

  mo

Ŝ

poprzedni  wła

ś

ciciel  tak  si

ę

  ucieszył, 

Ŝ

e  wreszcie  mo

Ŝ

e  odespa

ć

  bezsenne  noce,  i

Ŝ

  nie 

wychodził z łó

Ŝ

ka i nie zawracał sobie głowy poszukiwaniami rudego potwora.  

Gdy przyszedł wieczór, Curt wstał z kanapy, na której od paru godzin walczył z włochatym 

rywalem o godziw

ą

 przestrze

ń

 do odpoczynku. Przebrał 

si

ę

 

w czarny kombinezon, pomazał 

warz  i  wyszedł  z  domu  tylnymi  drzwiami,  by  okr

ęŜ

n

ą

  drog

ą

  dotrze

ć

  do  lasku  za  domem 

Mary.  

Obserwacja szopy przyniosła mu jak dot

ą

d rozczarowanie, poniewa

Ŝ

 budynek wci

ąŜ

 pozo-

stawał pusty. Był przekonany, 

Ŝ

e kto

ś

 si

ę

 tam wcze

ś

niej krył, ale nie potrafił tego udowodni

ć

zwłaszcza po wizycie patrolu policyjnego. Wresz

cie

 

zacz

ę

ły go ogarnia

ć

 w

ą

tpliwo

ś

ci. Mo

Ŝ

to wcale nie był Abe Hunt? Czy człowiek urodzony 

wychowany w Miami, nie znaj

ą

cy zasad 

przetrwania w polowych warunkach, był w stanie odnale

źć

 i zatrze

ć

 własne 

ś

lady?  

Było co

ś

 jeszcze, co go nurtowało. Kuzyn Hunta, który mieszkał przy tej samej ulicy, spa-

kował 

Ŝ

on

ę

,  dzieci  oraz  niezb

ę

dne  manatki  i  wyjechał  z  miasta.  Curt  specjalnie  min

ą

ł  po 

drodze jego dom, 

Ŝ

eby upewni

ć

 si

ę

, czy nie został on opuszczony tylko po to, by Abe mógł 

si

ę

  w  nim  ukry

ć

.  Nie  znalazł  nic,  co  mogłoby  wskazywa

ć

Ŝ

e  ktokolwiek  kr

ę

cił  si

ę

  wokół 

budynku w czasie nieobecno

ś

ci gospodarzy.  

Nie działo si

ę

 absolutnie nic. Rudy przybł

ę

da spał jak zabity, nikt nie zbli

Ŝ

ał si

ę

 do szopy, 

nikt  nie  przeszedł  nawet  ulic

ą

.  Curt  westchn

ą

ł  gł

ę

boko  i  oparł  si

ę

  plecami  o  drzewo, 

wpatruj

ą

si

ę

 

w ciemno

ść

.  

ROZDZIAŁ CZWARTY  

background image

Około ósmej rano Curt wszedł zm

ę

czonym krokiem przez tylne drzwi. Powitał go zapach 

ś

wie

Ŝ

o usma

Ŝ

onych nale

ś

ników oraz radosne szczekni

ę

cie Rudego.  

- Czy

Ŝ

 on nie jest słodki? - rozpromieniła si

ę

 matka, która podrzucała wła

ś

nie na patelni 

kolejny nale

ś

nik. - Chod

ź

, skarbie, zjedz co

ś

. Musisz by

ć

 

ś

miertelnie zm

ę

czony.  

-  Jestem  zm

ę

czony,  a  w  dodatku  cały  wysiłek  na  nic  -  oznajmił  zniech

ę

conym  głosem, 

chusteczk

ą

 

ś

cieraj

ą

c z twarzy farb

ę

 kamufla

Ŝ

ow

ą

. - Nic si

ę

 nie działo, absolutnie nic.  

- Domy

ś

lam si

ę

, bo Rudy nawet nie pisn

ą

ł.  

- My

ś

lisz, 

Ŝ

e to ma jaki

ś

 zwi

ą

zek?  

- Chyba tak, skoro poprzedniej nocy wył jak op

ę

tany, a mówisz, 

Ŝ

e kto

ś

 ukradł Mary 

jedzenie z kuchni. Nawet zdołał mnie obudzi

ć

, gdy policja odwoziła was na posterunek.  

- Do tej pory nie wiem, jak mu si

ę

 to udało. 

- Hałasował pod oknem mojej sypialni.  
- Wła

ś

nie, to dziwne, 

Ŝ

e wył akurat tam, prawda?  

- Umyj r

ę

ce, prosz

ę

Podszedł do zlewozmywaka, zastanawiaj

ą

c si

ę

 przy tym na głos:  

-_ Pod twoj

ą

 sypialni

ą

 znajduje si

ę

 piwnica. Mo

Ŝ

e nasz zbieg próbował si

ę

 tam ukry

ć

podczas gdy my szukali

ś

my go gdzie indziej.  

- Có

Ŝ

, nie zamykam wej

ś

cia do piwnicy.  

-  Dzisiaj  kupi

ę

  porz

ą

dn

ą

  kłódk

ę

.  -  Usiadł  przy  stole.  -  Je

ś

li  nawet  próbował  si

ę

  tu 

schowa

ć

, wi

ę

cej nie b

ę

dzie miał ku temu okazji.  

- Nie wydaje ci si

ę

 dziwne, 

Ŝ

e uciekinier chciałby si

ę

 ukry

ć

 pod bokiem agenta FBI?  

-  Owszem,  zwłaszcza 

Ŝ

e  jego  kuzyn  mieszka  dwa  domy  dalej.  -  Nało

Ŝ

ył  sobie  solidn

ą

 

porcj

ę

  

nale

ś

ników.  

Po 

ś

niadaniu przejechał si

ę

 do sklepu z artykułami metalowymi, a nast

ę

pnie udał si

ę

 do 

okr

ę

gowego biura FBI w Lanier, by porozmawia

ć

 z agentem Vicksem.  

-_ Mam pewien pomysł - oznajmił ju

Ŝ

 od progu przeło

Ŝ

onemu.  

- A mianowicie?  

-  Nie  chciałbym  zdradza

ć

  szczegółów,  póki  nie  b

ę

d

ę

  miał  absolutnej  pewno

ś

ci.  -  Usiadł 

wygodnie na wskazanym krze

ś

le. - Czy mógłby

ś

 oddelegowa

ć

 dwóch ludzi do całodobowej 

obserwacji pewnego obiektu? 

Odpowied

ź

,  jak

ą

  otrzymał,  była  tak  gło

ś

na, 

Ŝ

e  a

Ŝ

  sekretarka  zajrzała  przez  uchylone 

drzwi, by sprawdzi

ć

, z jakiego powodu jej szef wprost p

ę

ka ze 

ś

miechu.  

- Nie ma sprawy - obruszył 

si

ę

 

Curt. - Poprosz

ę

 miejscow

ą

 policj

ę

 albo szeryfa. Oczywi

ś

-

cie je

ś

li złapiemy tego, kogo zamierzam złapa

ć

, cała zasługa przypadnie im, ale trudno ...  

- Russell, tobie zawsze 

si

ę

 

wydaje, 

Ŝ

e wiesz, o co chodzi, a potem wychodzi na to, 

Ŝ

e nie 

miałe

ś

  bladego  poj

ę

cia.  Obsesyjnie  uganiałe

ś

 

si

ę

 

za  t

ą

  blondynk

ą

  w  San  Antonio,  kiedy 

odwo

Ŝ

ono  do  aresztu 

Ŝ

on

ę

  gubernatora  z  zarzutem  morderstwa  ~  przypomniał  nie  bez 

satysfakcji.  

-  Była  wa

Ŝ

nym 

ś

wiadkiem.  Wytropiłem  j

ą

  w  ko

ń

cu,  a  nawet  doprowadziłem  do  jej  eks-

tradycji z Ameryki Południowej, 

Ŝ

eby mogła zeznawa

ć

.  

- Tak, to prawda. Zgoda, zobacz

ę

, co 

si

ę

 

da zrobi

ć

. W razie czego gdzie mam wysła

ć

 

ludzi? 
 - Do mojej piwnicy.  

- Co?! 

To ju

Ŝ

 nie mo

Ŝ

esz sam posprz

ą

ta

ć

?  

- To zagospodarowana piwnica - oznajmił ura

Ŝ

onym tonem. - Mamy nawet stół do bilarda, 

mog

ą

 sobie zagra

ć

, je

ś

li lubi

ą

.  

-  W  takim  razie  by

ć

  mo

Ŝ

e  sam 

si

ę

 

zgłosz

ę

  na  ochotnika.  Bardzo  lubi

ę

  gra

ć

  w  bilard. 

Odezw

ę

 si

ę

jak co

ś

 

b

ę

d

ę

 

wiedział, ale mo

Ŝ

e mi to zaj

ąć

 par

ę

 dni.  

- Trudno, mam nadziej

ę

Ŝ

e do tego czasu nikt nie przepłoszy Hunta. 

Ŝ

, o to ju

Ŝ

 mo

Ŝ

esz 

si

ę

 

sam zatroszczy

ć

, za to ci w ko

ń

cu płacimy.  

Wychodził na ulic

ę

, gdy dogoniła go Mary Ryan. Ubrana była w szary kostium składaj

ą

cy 

background image

si

ę

 

Ŝ

akietu  i  spodni,  do  tego  biała  bluzka,  przez  co  wygl

ą

dała  bardzo  powa

Ŝ

nie  i 

profesjonalnie.  

- Słycha

ć

 co

ś

 nowego?  

- Tak, dowiedziałem 

si

ę

 

wła

ś

nie, 

Ŝ

e mój przeło

Ŝ

ony lubi gra

ć

 w bilard.  

- Mój równie

Ŝ

. - Zachichotała.  

- Niestety, zorganizowanie całodobowej obserwacji mo

Ŝ

e zaj

ąć

 nawet kilka dni, a mam 

powa

Ŝ

ne podejrzenia, 

Ŝ

e do tej pory nasz zbieg dawno 

si

ę

 

ulotni. Jak 

si

ę

 

okazało, kiedy 

policja odwoziła nas na posterunek, pies wył pod oknem sypialni mojej matki, a tak 

si

ę

 

składa, 

Ŝ

e znajduj

ą

 

si

ę

 

tam te

Ŝ

 drzwi do piwnicy.  

- My

ś

lisz, 

Ŝ

e tam 

si

ę

 

schował?  

- Pewnie tak. Nie było wprawdzie oczywistych 

ś

ladów, ale zauwa

Ŝ

yłem, 

Ŝ

e kilka ksi

ąŜ

ek 

na półkach zmieniło kolejno

ść

. Poza tym kule bilardowe były uło

Ŝ

one na stole, a ja je 

zawsze zostawiam w łuzach.  
- Dziwnie 

si

ę

 

zachowuje jak na kogo

ś

, kto 

si

ę

 

ukrywa. 

 

- Wła

ś

nie. - Pokiwał głow

ą

 w zamy

ś

leniu.  

- A je

ś

li wcale 

si

ę

 

przed nami nie chowa?  

Jemu te

Ŝ

 od jakiego

ś

 czasu chodziło to po głowie.  

- Otó

Ŝ

 to. Mo

Ŝ

e wr

ę

cz przeciwnie, chce kontaktu, ale nie wie, jak to zrobi

ć

, by nie wy

ś

ledziła 

go mafia. Z tego, co wiem, szuka go pewien snajper o nazwisku Daniels.  

- No to super... Na pewno b

ę

d

ę

 spa

ć

 spokojnie ze 

ś

wiadomo

ś

ci

ą

Ŝ

e w twojej piwnicy albo 

mojej szopie czai si

ę

 strzelec wyborowy.  

- Je

ś

li 

ci

ę

 

to pocieszy, te

Ŝ

 nie jestem tym zachwycony. Nie zapomnij, 

Ŝ

e moja matka rów-

nie

Ŝ

 jest na linii ognia.  

- Przynajmniej masz psa.  
- Kolejny nie pasuj

ą

cy element układanki. Sk

ą

d si

ę

 wzi

ą

ł? Czemu przypl

ą

tał si

ę

 akurat do 

mojej matki? Do kogo tak naprawd

ę

 nale

Ŝ

y?  

- Mo

Ŝ

e przylgn

ą

ł do Matildy, bo po prostu lubi zwierz

ę

ta?  

- Mo

Ŝ

e, ale przyznasz, 

Ŝ

e zjawił si

ę

 w dziwnym momencie.  

- To prawda. Id

ę

 na lunch, masz ochot

ę

 na sałatk

ę

?  

-  Czemu  nie.  Podejrzewam, 

Ŝ

e  zanim  dotr

ę

  do  domu,  moja  zupa  b

ę

dzie  ju

Ŝ

  w 

Ŝ

ą

dku 

tego rudego przybł

ę

dy.  

- Twoja mama jest zupełnie niesamowita. - Za

ś

miała si

ę

.  

- Oj tak. Kiedy byłem dzieckiem, nigdy nie wiedziałem, sk

ą

d tym razem zadzwoni, by 

oznajmi

ć

Ŝ

e znów si

ę

 spó

ź

ni. Raz było to zza kordonu radiowozów, bo czekała, a

Ŝ

 

zdejm

ą

 z dachu jakiego

ś

 snajpera. Innym razem p

ę

dziła na miejsce wybuchu bomby, 

podło

Ŝ

onej w zwi

ą

zku z jak

ąś

 afer

ą

 narkotykow

ą

- Prowadziła bardzo ekscytuj

ą

cy tryb 

Ŝ

ycia.  

Co skłoniło j

ą

 do rezygnacji? - zainteresowała si

ę

 Mary, gdy wchodzili do kafejki.  

-  Ja  -  przyznał  ze  wstydem.  -  Jako  nastolatek  zacz

ą

łem  jej  si

ę

  dawa

ć

  we  znaki,  wi

ę

zrezygnowała  z  dobrze  płatnej  pracy  w  dziale  miejskim  i  zacz

ę

ła  pisa

ć

  felietony,  aby  w 

ka

Ŝ

dej  chwili  by

ć

  do  mojej  dyspozycji.  Jestem  jej  za  to  wdzi

ę

czny,  my

ś

l

ę

Ŝ

e  wyratowała 

mnie  z  nie  lada  kłopotów.  Niestety,  wydaje  mi  si

ę

Ŝ

e  mimo  wszystko  na  pewnym  etapie 

Ŝ

ycia  chłopak  potrzebuje  ojca,  cho

ć

by  nie  wiem  jak  dobr

ą

 miał  matk

ę

. Wiem, 

Ŝ

e  to  bardzo 

niepoprawna politycznie opinia ...  

- Ja nie wyobra

Ŝ

am sobie 

Ŝ

ycia bez ojca ...  

- Chciałbym kiedy

ś

 go pozna

ć

 - wyrwało mu si

ę

' niespodziewanie.  

.  

- Naprawd

ę

? - Jej oczy zal

ś

niły.  

Była 

ś

liczna,  gdy  si

ę

  tak  o

Ŝ

ywiała.  U

ś

miechn

ą

ł  si

ę

  do  niej,  ona  za

ś

  zareagowała  lekkim 

rumie

ń

cem.  Szybko  odwróciła  wzrok  i  zaj

ę

ła  si

ę

  nalewaniem  wody  do  szklanki,  nie  była 

jednak  w  stanie  ukry

ć

  delikatnego  dr

Ŝ

enia  r

ą

k.  Widok  ten  sprawił  mu  niesłychan

ą

 

przyjemno

ść

.  

Gdy  usadowili  si

ę

  przy  stole,  wrócili  do  tematu  zbiega,  pojadaj

ą

c  przy  tym  frytki  ze 

wspólnego talerza.  

background image

-  Je

ś

li  w  okolicy  kr

ę

ci  si

ę

  snajper,  Hunt  musi  o  tym  wiedzie

ć

.  W  takim  razie  co  on  tu 

jeszcze robi?  
-  Sam  sobie  zadaj

ę

  to  pytanie.  Nie  miałem  odwagi  powiedzie

ć

  tego  wszystkiego 

przeło

Ŝ

onemu. W czasie ostatniego 

ś

ledztwa wpadłem w niezłe kłopoty i odk

ą

d przeszedłem 

do FBI, koledzy nie pozwalaj

ą

 mi o tym zapomnie

ć

.  

- W naszym biurze si

ę

 mówi, 

Ŝ

e kto

ś

 ci pomógł w tym przej

ś

ciu.  

-  Marc  Brannon. Współpracowałem  z  nim  przez  dwa  lata  w  Teksasie.  Szczerze  mówi

ą

c, 

jest spokrewniony z wiceprezydentem i prokuratorem generalnym Georgii.  

- Miałe

ś

 niezłe plecy.  

- Có

Ŝ

, gdybym si

ę

 nie wkr

ę

cił do FBI, poszedłbym siedzie

ć

. Na szcz

ęś

cie kto

ś

 wpadł na 

pomysł, 

Ŝ

e ukarze mnie, zsyłaj

ą

c na północ Georgii, z dala od ekscytuj

ą

cych wydarze

ń

.  

- Je

ś

li nasze podejrzenia si

ę

 sprawdz

ą

, twoi przeło

Ŝ

eni b

ę

d

ą

 musieli zmieni

ć

 zdanie. Czy 

wspominałam ci, czym zajmuje si

ę

 mój tata?  

- Nie.  
- Jest policjantem.  
- A to dopiero! - Za

ś

miał si

ę

. - Czemu si

ę

 do tej pory nie domy

ś

liłem?  

- Odk

ą

d sko

ń

czył studia, pracuje w administracji, ale przez wiele lat był detektywem. Du

Ŝ

si

ę

 nauczyłam, obserwuj

ą

c go i słuchaj

ą

c.  

- Słusznie, to najskuteczniejsza metoda.  
- Co zamierzasz dalej?  

Chcę

 

zało

Ŝ

y

ć

 podsłuch w piwnicy.  

- Naprawd

ę

? To mo

Ŝ

e zajmiesz si

ę

 te

Ŝ

 moj

ą

 szop

ą

?  

- Jasne. Je

ś

li naprawd

ę

 chcemy go złapa

ć

, niestety musimy liczy

ć

 tylko na siebie, bo moi 

przeło

Ŝ

eni s

ą

 sceptycznie nastawieni do całej sprawy, czy te

Ŝ

 raczej do mnie.  

Si

ę

gn

ę

ła przez stół, by w pokrzepiaj

ą

cym ge

ś

cie poło

Ŝ

y

ć

 mu dło

ń

 na r

ę

ku.  

- Jeszcze im poka

Ŝ

esz!  

- Dzi

ę

ki. - Spu

ś

cił wzrok, aby nie da

ć

 po sobie pokaza

ć

, jak ucieszyło go jej zaufanie.  

-  Czasem  wystarczy,  gdy  kto

ś

  w  człowieka  uwierzy.  -  U

ś

miechn

ę

ła  si

ę

.  -  Zrobi

ę

,  co  w 

mojej mocy, 

Ŝ

eby ci pomóc.  

Zanim  jednak  dotarł  z  powrotem  do  domu,  brak  post

ę

pów  w 

ś

ledztwie  pozbawił  go 

dobrego  samopoczucia.  Matka  siedziała  na  kanapie  z  laptopem  na  kolanach,  pies  spał 
smacznie,  le

Ŝą

c  na 

ś

rodku  salonu  łapami  do  góry.  Curta  przywitał  leniwym  uniesieniem 

jednej powieki.  

- Ale z ciebie stró

Ŝ

 - mrukn

ą

ł, siadaj

ą

c na fotelu.  

- Gdzie byłe

ś

?  

- Próbowałem przekona

ć

 niektórych, 

Ŝ

e nie jestem idiot

ą

.  

- Przecie

Ŝ

 to oczywiste, 

Ŝ

e nim nie jeste

ś

, kochanie. 

Mog

ę

 

ci jako

ś

 pomóc?  

- Wła

ś

ciwie czemu nie? Masz przecie

Ŝ

 imponuj

ą

ce do

ś

wiadczenie w sprawach kryminal-

nych. Jak s

ą

dzisz, kto si

ę

 ukrywa w szopie na tyłach domu Mary?  

-  Abe  Hunt,  twój 

ś

wiadek  koronny,  który  nie  chce  zeznawa

ć

.  O  tym  wła

ś

nie  próbujesz 

przekona

ć

 swoich szefów? 

W milczeniu ponuro skin

ą

ł głow

ą

.  

-  Ich  problem.  -  Wzruszyła  ramionami.  -  Złap  go,  skarbie,  a  oni  niech  si

ę

  martwi

ą

,  jak 

usprawiedliwi

ć

 swoje niedopatrzenia.  

- Jeste

ś

 bardzo pewna siebie.  

- Zawsze wpajałam ci, 

Ŝ

e powiniene

ś

 wszystko wykonywa

ć

 najlepiej, jak potrafisz. Jak 

dot

ą

d si

ę

 nie zawiodłam, wi

ę

jestem spokojna. Czemu jeszcze tu siedzisz z zało

Ŝ

onymi 

r

ę

koma?  

-  Id

ę

  ju

Ŝ

,  id

ę

  -  roze

ś

miał  si

ę

,  podnosz

ą

c  z fotela.  -  B

ę

d

ę

  w  piwnicy.  Zamierzam  z  drutu, 

baterii  i 

Ŝ

arówek  wyczarowa

ć

  system  alarmowy.  Jak  to  dobrze, 

Ŝ

e  znam  si

ę

  troch

ę

  na 

elektronice.  

-  No  widzisz,  a  tak  nie  chciałe

ś

  i

ść

  do  tego technikum elektronicznego - przypomniała  z 

wyrzutem.  

- I tak zrezygnowałem po pierwszej klasie.  

background image

Rok  wystarczył, 

Ŝ

eby  si

ę

  przekona

ć

Ŝ

e  naprawa  odbiorników  telewizyjnych  nie  jest  moim 

przeznaczeniem. Ale, chwali

ć

 Boga, nauczyłem si

ę

, jak zakłada

ć

 podsłuch. - U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 

szelmowsko.  

-  Tak,  to  akurat  mogłe

ś

  sobie  darowa

ć

.  Naprawd

ę

,  jaki  trzeba  mie

ć

  tupet, 

Ŝ

eby  zało

Ŝ

y

ć

 

podsłuch w gabinecie szefa policji.  

Wci

ąŜ

 kr

ę

ciła głow

ą

 z dezaprobat

ą

, gdy wyszedł na korytarz.  

Nigdy nie przyznał si

ę

  matce, i

Ŝ

 najwi

ę

cej nauczył si

ę

 od pewnego starszego kolegi, praw-

dziwego  pasjonata  wszelkich  urz

ą

dze

ń

  słu

Ŝą

cych  do  inwigilacji.  W  przeciwie

ń

stwie  do 

wi

ę

kszo

ś

ci  kolegów,  Curtis  ju

Ŝ

  na  tym  wczesnym  etapie  miał  gotowy  pomysł  na 

Ŝ

ycie. 

Wymarzył sobie bowiem, 

Ŝ

e zostanie agentem federalnym.  

Całe  popołudnie  pracował  nad  skonstruowaniem  maty  z  odpowiedni

ą

  ilo

ś

ci

ą

  czujników, 

reaguj

ą

cych  na  nacisk  osoby  wa

Ŝą

cej  minimum  dwadzie

ś

cia  kilogramów.  Planował 

zainstalowa

ć

  urz

ą

dzenie  dopiero  po  zmroku,  aby  nie  budzi

ć

  sensacji,  cho

ć

  zdawał  sobie 

spraw

ę

Ŝ

e  je

ś

li  snajper  lub  Abe  Hunt  faktycznie  ukrywa  si

ę

  w  okolicy,  niew

ą

tpliwie 

obserwuje  ka

Ŝ

dy  jego krok.  Z  drugiej  strony  obydwaj  potrzebowali  kiedy

ś

  odpocz

ąć

,  a  je

ś

li 

ś

wiadek przemieszczał si

ę

 noc

ą

, jego prze

ś

ladowca musiał równie

Ŝ

 odsypia

ć

 w ci

ą

gu dnia.  

Oczywi

ś

cie je

ś

li jego podejrzenia miały cokolwiek wspólnego z rzeczywisto

ś

ci

ą

. Je

ś

li Abe 

Hunt  faktycznie  ukrywał  si

ę

  z  jakiego

ś

  powodu  w  okolicy.  Je

ś

li  nie,  Curt  mógł  spokojnie 

pakowa

ć

 manatki, bo po wszystkich dotychczasowych wpadkach nie mógł sobie pozwoli

ć

 na 

kolejn

ą

, cho

ć

by najmniejsz

ą

.  

Przypomniał sobie słowa i wyraz twarzy Mary Ryan. Skoro ju

Ŝ

 dwie osoby okazały mu tak 

wielkie  zaufanie,  nie  mógł  by

ć

  a

Ŝ

  takim  nieudacznikiem.  Wystarczyło  tylko  udowodni

ć

  to 

reszcie 

ś

wiata ...  

Gdy pod wieczór Mary wróciła do domu, poszedł do niej na narad

ę

. Przeszli do kuchni, ale 

zanim  zacz

ę

li  rozmow

ę

,  nakazał  jej  gestem  milczenie,  sam  za

ś

  obszedł  pomieszczenie  z 

wykonanym własnor

ę

cznie wykrywaczem urz

ą

dze

ń

 podsłuchowych.  

- To tak na wszelki  wypadek - wyja

ś

nił, chowaj

ą

c pudełeczko do kieszeni. - Uwa

Ŝ

aj, jak 

b

ę

dziesz spacerowa

ć

 w ogrodzie. Rozło

Ŝ

yłem tam siatk

ę

 wykrywaj

ą

c

ą

 ruch i nacisk.  

- Co zrobiłe

ś

?! - Uj

ę

ła si

ę

 pod boki.  

- Rozło

Ŝ

yłem kable, poł

ą

czyłem nimi czujniki ruchu i nacisku, od ulicy do samej szopy.  

- W moich pomidorach?!  
- Nie w pomidorach. W chwastach. Tych z 

Ŝ

ółtymi kwiatkami.  

- W moich nagietkach?! - Złapała si

ę

 za głow

ę

. - Przecie

Ŝ

 to ekologiczne 

ś

rodki 

owadobójcze.  
- Czy mogłaby

ś

 mnie wreszcie dopu

ś

ci

ć

 do głosu? Nie pora rozpacza

ć

 nad kilkoma ro

ś

lin-

kami, skoro te urz

ą

dzenia mog

ą

 ci ocali

ć

 

Ŝ

ycie.  

Nabrała  gł

ę

boko  powietrza  w  płuca.  Nie  mogła  go  wini

ć

  za  zniszczenie  wszystkich 

kwiatów, skoro 

cz

ęść

 

podeptali policjanci, szukaj

ą

ś

ladów zbiega.  

- OK - wycedziła przez zaci

ś

ni

ę

te z

ę

by.  

- Jak ju

Ŝ

 b

ę

dzie po wszystkim, pojedziemy do sklepu ogrodniczego i kupimy ci dziesi

ęć

 

skrzynek sadzonek.  
- Ale ja je wyhodowałam z nasion ...  
- Tylko nie zaczynaj od nowa!  
- Zdaje si

ę

Ŝ

e nie masz bladego poj

ę

cia, czym jest ogród, prawda?  

W nagłym porywie podszedł do niej, chwycił wpół i pocałował z w

ś

ciekło

ś

ci

ą

. Na pocz

ą

tku 

troch

ę

  si

ę

  opierała,  potem  zamarła  w  bezruchu,  a

Ŝ

  wreszcie  wtuliła  si

ę

  w  niego  i  zacz

ę

ła 

odpowiada

ć

 na pieszczoty. Najpierw jej dłonie spoczywały spokojnie na jego pasku, a potem 

rozpocz

ę

ły w

ę

drówk

ę

 w gór

ę

 i w dół pleców.  

Od dawna ju

Ŝ

 nie czuł si

ę

 tak wspaniale, całuj

ą

c kobiet

ę

. Oszołomiony, uniósł lekko głow

ę

 

spojrzał na Mary.  

- Bardzo dobrze ci to wychodzi - pochwaliła, spogl

ą

daj

ą

c na niego zamglonym wzrokiem.  

- Dzi

ę

ki, tobie te

Ŝ

.  

Przez  moment  patrzyli  sobie  gł

ę

boko  w  oczy,  próbuj

ą

c  wyrazi

ć

  to,  na  co  nie  znajdowali 

słów.  

- Dla ciebie ogród jest substytutem dzieci - stwierdził wreszcie. - Masz silnie rozwini

ę

ty  

background image

instynkt  opieku

ń

czy,  ale 

Ŝ

e  jeste

ś

  zapracowana,  piel

ę

gnujesz  pomidory  i  sałat

ę

  zamiast 

potomstwa. - Znów j

ą

 pocałował, tym razem nieco mniej gwałtownie. - Mogłaby

ś

 spróbowa

ć

 

zaopiekowa

ć

 si

ę

 mn

ą

. Moja matka ma ju

Ŝ

 dosy

ć

 brudnych skarpetek i mokrych r

ę

czników, 

walaj

ą

cych si

ę

 w łazience.  

- My

ś

lisz, 

Ŝ

e mam ochot

ę

 je ogl

ą

da

ć

 w mojej?  

- Czemu nie? Mamy podobne zawody, oboje jeste

ś

my miłymi lud

ź

mi. Mogliby

ś

my 

wspólnie hodowa

ć

 kapust

ę

, a mo

Ŝ

e kiedy

ś

 znajdziemy w niej co

ś

 ciekawego ...  

- Pomy

ś

l

ę

 o tym - obiecała, rumieni

ą

c si

ę

.  

Ś

wietnie.  -  Odsun

ą

ł  j

ą

  na  odległo

ść

  wyci

ą

gni

ę

tego  ramienia.  -  Tymczasem  zajmijmy  si

ę

 

najpilniejszymi  sprawami.  Jak  ju

Ŝ

  wiesz,  okablowałem  twoj

ą

  szop

ę

,  ogród  i  piwnic

ę

  mojej 

matki. Mysz si

ę

 przeci

ś

nie, kot· te

Ŝ

, ale ju

Ŝ

 wi

ę

kszy pies mo

Ŝ

e uruchomi

ć

 alarm. Mam prze. 

czucie, 

Ŝ

e dzi

ś

 kogo

ś

 złapi

ę

, nawet gdyby miał to  

by

ć

 zwykły podgl

ą

dacz.  

Jednak  cho

ć

  siedział  w  piwnicy  do 

ś

witu,  ani  jedno 

ś

wiatełko  na  wy

ś

wietlaczu  si

ę

  nie 

zapaliło.  W  okolicy  nie  działo  si

ę

  kompletnie  nic,  nawet  pies  spał  jak  zabity  pod  łó

Ŝ

kiem 

Matildy. Zniech

ę

cony i wyczerpany Curt rzucił si

ę

 na łó

Ŝ

ko i spał jak zabity a

Ŝ

 do wczesnych 

godzin popołudniowych.  

Gdy  otworzył  oczy,  na  r

ę

kawie  miał  mokr

ą

  plam

ę

,  której  sprawca,  kudłaty  rudy 

czworonóg, siedział na podłodze przy łó

Ŝ

ku i tłukł ogonem w podłog

ę

.  

- Fuj! - mrukn

ą

ł na widok za

ś

linionej koszulki. - Co ci si

ę

 stało?  

Zwierz

ę

  wci

ąŜ

  sapało  i  wygl

ą

dało,  jak  gdyby  próbowało  si

ę

  u

ś

miechn

ąć

.  Bezwiednie 

wyci

ą

gn

ą

ł r

ę

k

ę

, by pogłaska

ć

 go po łbie.  

- Hej, wiesz co? Nie jeste

ś

 taki najgorszy. O, a to co?  

Na obro

Ŝ

y wyczuł zgrubienie, którego do tej pory nie zauwa

Ŝ

ył. Całkiem rozbudzony usiadł 

na łó

Ŝ

ku i rozpi

ą

ł sprz

ą

czk

ę

. Pomi

ę

dzy dwiema warstwami obro

Ŝ

y, zabezpieczony czarn

ą

 

ta

ś

m

ą

 klej

ą

c

ą

, tkwił niewielki plastikowy pojemnik. 

- A niech to! - zawołał, wyjmuj

ą

c zwitek papieru.  

- Curt, jedzenie gotowe! - poinformowała z kuchni matka. - Nie 

ś

pisz ju

Ŝ

?  

- Nie 

ś

pi

ę

!  

Rozwin

ą

ł karteczk

ę

 i przyjrzał jej si

ę

, p

ę

kaj

ą

c wr

ę

cz z ciekawo

ś

ci. Zapisano na niej szereg 

liter i cyfr. Wygl

ą

dało to na jaki

ś

 szyfr.  

Wyskoczył czym pr

ę

dzej z łó

Ŝ

ka, zapi

ą

ł psu obro

Ŝę

 i pospieszył do kuchni.  

- Zobacz, co znalazłem - oznajmił podekscytowanym głosem, podaj

ą

c Matildzie kawałek 

papIeru.  

- To chyba jaki

ś

 kod - stwierdziła po dłu

Ŝ

szym namy

ś

le. - Sk

ą

d to masz?  

- Z obro

Ŝ

y twojego pupila. Zdaje si

ę

Ŝ

e chodził z tym ju

Ŝ

 od kilku dni. - Zmarszczył brwi. - 

A co, je

ś

li Hunt od kilku dni próbował si

ę

 ze mn

ą

 skontaktowa

ć

, przysłał tego rudego posła

ń

-

ca, a ja si

ę

 niczego nie domy

ś

liłem?  

- Mój drogi, nikomu nie przyszłoby do głowy szuka

ć

 czegokolwiek na psie. Usi

ą

d

ź

, zjedz, 

a potem si

ę

 zastanowimy, co to mo

Ŝ

e by

ć

. Działo si

ę

 co

ś

 podejrzanego w nocy?  

-  Nie,  cisza  jak  makiem  zasiał.  -  Powoli  wypił  łyk  gor

ą

cej  kawy.  -  Ani  widu,  ani  słychu. 

Wiem, 

Ŝ

e kto

ś

  buszował  w  szopie  Mary,  jestem niemal  pewny, 

Ŝ

e  mieli

ś

my  nieproszonego 

go

ś

cia w piwnicy, ale wszyscy jakby si

ę

 rozpłyn

ę

li, wliczaj

ą

c w to kuzyna Hunta.  

- On akurat wrócił.  
- Naprawd

ę

?!  

- Tak, widziałam ich dzisiaj z okna. Wrócili cał

ą

 rodzin

ą

.  

     - Mo

Ŝ

e wywie

ź

li go niepostrze

Ŝ

enie? To wyja

ś

niałoby, dlaczego od paru dni nic si

ę

 nie 

dzieje. - Rzeczywi

ś

cie. A jak my

ś

lisz, co ma znaczy

ć

 ten szyfr?  

- Nie mam poj

ę

cia. Na pewno nie jest to 

Ŝ

aden kod do schowka czy czego

ś

 takiego.  

- Współrz

ę

dne? - podsun

ę

ła.  

- Nie, za długie.  
- Przeczytaj mi to na głos.  
- LPST23LBSDB129. Widzisz? Nie ma w tym 

Ŝ

adnej logiki.  

- A czy w pojemniku było co

ś

 jeszcze?  

background image

- Kawałek br

ą

zowego papieru, w który okr

ę

cona była ta karteczka ... Czekaj, czekaj!  

Podbiegł do psa, który wła

ś

nie chłeptał wod

ę

 - Przepraszam 

ci

ę

kolego - mrukn

ą

ł, zdejmuj

ą

c po raz kolejny obro

Ŝę

. - Eureka! - zakrzyk-

n

ą

ł, gdy udało mu 

si

ę

 

wyj

ąć

 br

ą

zowy kartonik.  

ROZDZIAŁ PI

Ą

TY  

W  kilku  słowach  obja

ś

nił  matce  wag

ę

  swego  znaleziska,  błyskawicznie  przebrał  si

ę

  i  z 

niedozwolon

ą

 pr

ę

dko

ś

ci

ą

 pomkn

ą

ł do s

ą

du w Lanier. Na szcz

ęś

cie w chwili, gdy wkroczył na 

sal

ę

 rozpraw, ogłaszano wyrok, wi

ę

c nie musiał długo czeka

ć

.  

- Potrzebuj

ę

 

ci

ę

Złapał Mary za rami

ę

 i poci

ą

gn

ą

ł na korytarz.  

- Musz

ę

 przekaza

ć

 papiery wo

ź

nemu s

ą

dowemu! - zaprotestowała, gdy znale

ź

li 

si

ę

 

na 

zewn

ą

trz. - Zadzwo

ń

 do asystentki i popro

ś

Ŝ

eby 

ci

ę

 

jako

ś

 usprawiedliwiła. Mamy przełom w 

sprawie.  

Wepchn

ą

ł  j

ą

  do  auta,  wsiadł  za  kierownic

ę

,  a  ruszaj

ą

c  z  miejsca,  podał  Mary  zwitek 

br

ą

zowego papieru.  

- To kwitek z przechowalni! - zawołała podekscytowana.  
- Mam co

ś

 jeszcze. - Pogrzebał w kieszeni i podał jej karteczk

ę

 z ci

ą

giem cyfr i liter. - Czy 

dałaby

ś

 rad

ę

 to odszyfrowa

ć

Sam juz wreszcie domy

ś

lił si

ę

, co to znaczy, ale chciał sprawdzi

ć

, czy jej my

ś

lenie pójdzie 

tym samym tropem.  

- Chyba tak. Czekaj, niech si

ę

 zastanowi

ę

 ...  

Na pewno chodzi o przechowalni

ę

 w Lanier, st

ą

d literki LPS. LBSDB129 oznaczałoby numer 

skrytki w banku miejskim. Jak s

ą

dzisz?  

- Bystra dziewczyna!  
- Ciekawe, co jest w tej skrytce.  
- Nie mam 

poj

ę

cia, 

ale podejrzewam, ze mo

Ŝ

e to by

ć

 jaki

ś

 dowód na to, ze jeden z byłych 

kompanów Hunta popełnił morderstwo, aby uniemo

Ŝ

liwi

ć

 dalsze 

ś

ledztwo.  

Pop

ę

dzili  do  przechowalni  i  zgodnie  z  przewidywaniami  odebrali  tam  klucz  do  skrzynki 

depozyt owej. Pospiesznie udali si

ę

 do banku, gdzie przedstawili dokumenty to

Ŝ

samo

ś

ci, ale 

mimo to musieli otwiera

ć

 skrytk

ę

 w obecno

ś

ci prezesa banku. Jednak gdy wło

Ŝ

yli kluczyk do 

skrytki, okazało si

ę

, i

Ŝ

 czeka ich przykra niespodzianka.  

- Jak to mo

Ŝ

liwe?! -  wybuchn

ą

ł Curt. - Przecie

Ŝ

  mamy wła

ś

ciwy numer i  wła

ś

ciwy klucz. 

Dlaczego nie mo

Ŝ

emy otworzy

ć

 skrytki?  

Prezes  rozło

Ŝ

ył  bezradnie  r

ę

ce,  nie  rozumiej

ą

c,  co  jest  nie  w  porz

ą

dku.  Tymczasem 

młoda urz

ę

dniczka, stoj

ą

ca do tej pory za nim w milczeniu, odezwała si

ę

 dr

Ŝą

cym głosem.  

- To nie moja wina ... Oni tez mieli odpowiednie dokumenty. Powiedzieli, ze s

ą

 z 

Prokuratury Generalnej. Wzi

ę

li skrzynk

ę

, przewiercili zamek i kazali wstawi

ć

 nowy ... 

Prezes poczerwieniał jak burak.  
- Nic mi pani o tym nie wspomniała, panno Davis!  
- Poinformowałam przeło

Ŝ

onego. Pana wtedy akurat nie było. To si

ę

 działo trzy dni temu.  

Curt zacisn

ą

ł z

ę

by ze zło

ś

ci. Kto

ś

 mu sprz

ą

tn

ą

ł sprzed nosa jedyny dowód na słuszno

ść

 

jego przypuszcze

ń

.  

background image

- Mo

Ŝ

emy jeszcze raz rozwierci

ć

 zamek - zaoferował prezes, wyra

ź

nie poruszony.  

-  Dzi

ę

kuj

ę

,  pró

Ŝ

ny  trud.  To,  co  istotne,  na  pewno  juz  dawno  znikn

ę

ło.  Przechytrzyli  nas. 

Mimo wszystko dzi

ę

kuj

ę

 za pomoc.  

- A niech to diabli! - warkn

ą

ł, gdy wsiedli do auta, by wróci

ć

 do s

ą

du. - Dlaczego wcze

ś

niej 

nie obejrzałem tego psa ...  
- Kto mógł przypuszcza

ć

, ze rudy przybł

ę

da b

ę

dzie miał wiadomo

ść

 ukryt

ą

 w obro

Ŝ

y. Nie 

jeste

ś

 przecie

Ŝ

 jasnowidzem - pocieszała go Mary. - Nie do wiary. 

Ś

wiadek znikn

ą

ł. Dowód 

zbrodni skradziono. A ja znów mam kłopoty.  

- Przynajmniej si

ę

 starałe

ś

, a inni agenci? Jako

ś

 nie było ich specjalnie wida

ć

.  

- I co z tego? Straciłem dwie noce, a nic nie osi

ą

gn

ą

łem. No, poza zniszczeniem grz

ą

dki 

nagietków. - U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 gorzko.  

- Tym si

ę

 akurat nie przejmuj, kilka si

ę

 uchowało. Jak chcesz, mog

ę

 ci

ę

 zaprosi

ć

 na dobr

ą

 

kolacj

ę

, a potem zagramy u ciebie w bilard.  

- Naprawd

ę

? Lubisz bilard? 

 

- Uwielbiam. Razem z kole

Ŝ

ank

ą

 z akademika były

ś

my postrachem naszych kolegów.  

- Byłoby to miłe zako

ń

czenie paskudnego dnia. Dzi

ę

ki.  

- Nie ma za co. Od czego w ko

ń

cu ma si

ę

 przyjaciół?  

Ostatecznie  to  pani  Russell  przygotowała  kolacj

ę

  dla  całej  trójki.  Pojadaj

ą

c  sałatk

ę

  z 

szynki  oraz  ziemniaków  oraz  zagryzaj

ą

c  j

ą

  chlebem  domowego  wypieku,  dyskutowali  na 

temat systemu sprawiedliwo

ś

ci oraz dziwnej mody na lokalne całodobowe stacje radiowe o 

profilu informacyjnym, do znudzenia powtarzaj

ą

ce te same wiadomo

ś

ci co pół godziny.  

Po kolacji matka została na górze z psem, natomiast Curt i Mary zeszli do piwnicy na bilard.  

- Nawet nie zapytałem, jak ci poszła sprawa - zreflektował si

ę

, ustawiaj

ą

c bile. - Wygrała

ś

?  

- Nie t

ę

. Walczyłam jak lwica, ale ława przysi

ę

głych nie dała si

ę

 przekona

ć

Ŝ

e ten biedny 

starszy człowiek upił s

ą

siada i ukradł mu pieni

ą

dze. Ale wygrałam t

ę

 dotycz

ą

c

ą

 handlu 

narkotykami - pochwaliła si

ę

. - Có

Ŝ

, raz na wozie, raz pod wozem, ju

Ŝ

 si

ę

 do tego 

przyzwyczaiłam.  

Jako d

Ŝ

entelmen pozwolił jej na wykonanie pierwszego zagrania, czego natychmiast po

Ŝ

ało-

wał, bo w rezultacie samodzielnie oczy

ś

ciła stół. - 

Ś

wietnie si

ę

 bawiłam - stwierdziła po kilku-

nastu partiach. - Ale mam jutro spotkanie o dziewi

ą

tej, wi

ę

c ... Curt?  

- Tak? - mrukn

ą

ł, ustawiaj

ą

c bile ponownie na 

ś

rodku stołu.  

- Co oznaczaj

ą

 te wszystkie 

ś

wiatełka? Odwrócił si

ę

, nie do ko

ń

ca 

ś

wiadomy jej słów, i 

dopiero gdy jego wzrok padł na migaj

ą

c

ą

 jak choinka tablic

ę

, poł

ą

czon

ą

 z systemem czujek 

w ogrodzie Mary, zrozumiał, co si

ę

 dzieje.  

- Kto

ś

 jest znów w twojej szopie! Niesamowite. Mamy go!  

- Chcesz i

ść

 tam sam? Nie czekaj

ą

c na policj

ę

? Bez słowa podszedł do wieszaka, na którym 

czekała w kaburze automatyczna czterdziestka pi

ą

tka.  

- Id

ź

 na gór

ę

 i zadzwo

ń

 po Jacka. Niech si

ę

 natychmiast skontaktuje z Hardym Vicksem. 

Nie obchodzi mnie, 

Ŝ

e b

ę

dzie musiał wyj

ść

 z ciepłego łó

Ŝ

ka, potrzebuj

ę

 wsparcia.  

- Tata nauczył mnie strzela

ć

. U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 lekko i pocałował j

ą

.  

-  Nie  naraziłbym  ci

ę

  na  takie  ryzyko,  gdybym  nawet  miał  za  to  dosta

ć

  wszystkie  sztabki 

złota z Rezerwy Federalnej.  

- Tylko nie daj si

ę

 postrzeli

ć

!  

- Ani mi to w głowie. P

ę

d

ź

.  

Szybko  pobiegła  na  gór

ę

,  on  za

ś

  ubrał  si

ę

  i  wył

ą

czył 

ś

wiatło.  Kryj

ą

c  si

ę

  za  krzakami, 

rosn

ą

cymi  wzdłu

Ŝ

  domu  matki  i  s

ą

siada,  przedostał  si

ę

  do  drogi.  Tam  schował  si

ę

  za 

Ŝ

ywopłotem i odczekał, a

Ŝ

 hałas przeje

Ŝ

d

Ŝ

aj

ą

cej ci

ęŜ

arówki zagłuszy odgłos jego kroków na 

chodniku. Przekradł si

ę

 do 

ś

ciany szopy, wyj

ą

ł pistolet, odbezpieczył i  zacz

ą

ł nasłuchiwa

ć

Zdawało  mu  si

ę

Ŝ

e  kto

ś

  z  westchnieniem  oparł  si

ę

  plecami  o 

ś

cian

ę

  wewn

ą

trz  budynku. 

Serce  zabiło  mu  mocniej.  Zamkn

ą

ł  oczy,  by  skoncentrowa

ć

  si

ę

  tylko  na  tym,  co  działo  si

ę

 

wewn

ą

trz. Znów szelest, tym razem gło

ś

niejszy.  

W najgorszym momencie przypomniało mu si

ę

, jak bardzo cierpiał, gdy został jedyny raz 

background image

postrzelony w czasie akcji przeciwko dilerom narkotyków w Nowym Jorku. Przywołał 

si

ę

 

do 

porz

ą

dku  i  skupił  my

ś

li  na  matce  i  Mary.  Wzi

ą

ł  dwa  gł

ę

bokie  oddechy.  Z  dala  dobiegł  go 

hałas kolejnej ci

ęŜ

arówki. Albo teraz, albo nigdy. Zacisn

ą

ł usta. Gdy odgłos silnika stał si

ę

 

gło

ś

ny, skorzystał z okazji i sforsował drzwi szopy.  

ś

rodku  znajdował  si

ę

  wysoki,  mocno  zbudowany  m

ęŜ

czyzna  o  faluj

ą

cych  czarnych 

włosach, który natychmiast podniósł r

ę

ce.  

- Nie strzelaj! - zawołał z przera

Ŝ

eniem. Curt wci

ąŜ

 miał pistolet wycelowany w jego 

brzuch.  

- Jestem agentem specjalnym FBI. Kim jeste

ś

?  

- Abe. Abe Hunt. Czy mo

Ŝ

esz odło

Ŝ

y

ć

 pistolet?  

- Ty głupcze! Co ty tu robisz? Przecie

Ŝ

 mogłem ci

ę

 zastrzeli

ć

.  

-  Uciekam  przed  Danielsem.  Człowieku,  gdzie

ś

  ty  był  tyle  czasu?  Nie  dostałe

ś

  mojej 

wiadomo

ś

ci? Posłałem psa ...  

- A ty gdzie byłe

ś

? - przerwał mu Curt. - Tu na pewno nie. Ten przekl

ę

ty pies ani pisn

ą

ł od 

paru dni. A

Ŝ

 do teraz - dodał, słysz

ą

c gło

ś

ne wycie. 

- O Bo

Ŝ

e! To on! Daniels! Redbone wyczuwa go na odległo

ść

.  

W to był w stanie uwierzy

ć

, widział bowiem psy, które potrafiły tropi

ć

 ludzi jad

ą

cych 

samochodem.  
- Padnij! - krzykn

ą

ł i pchn

ą

ł Hunta na ziemi

ę

. Ten chciał co

ś

 powiedzie

ć

, ale zamkn

ą

ł usta, 

pouczony silnym kuksa

ń

cem. Oczy powoli przywykały do ciemno

ś

ci. Curt, który umiał 

doskonale strzela

ć

 i mógłby si

ę

 równa

ć

 z niejednym snajperem, wiedział, 

Ŝ

e je

ś

li uda mu si

ę

 

w por

ę

 dojrze

ć

 Danielsa, ma du

Ŝ

e szanse, by go wyeliminowa

ć

. Pod warunkiem, 

Ŝ

e tamten 

nie wpadnie na genialnie prosty pomysł podpalenia szopy, która spłon

ę

łaby jak snop 

suchego siana, nie daj

ą

c im czasu na ucieczk

ę

.  

Curt wsłuchiwał si

ę

 w odgłosy dobiegaj

ą

ce z ogrodu. Jak na zło

ść

 w oddali znów rozległ 

si

ę

 hałas ci

ęŜ

arówki, maskuj

ą

cy wszystkie inne d

ź

wi

ę

ki.  

Cho

ć

  Daniels  sprytnie  wydobył  dowód  zbrodni  z  pozornie  bezpiecznej  kryjówki,  nie 

oznaczało  to  ko

ń

ca  po

ś

cigu  za  Huntem,  który  wci

ąŜ

  stanowił  najwi

ę

ksze  zagro

Ŝ

enie  dla 

mafii. Dlatego mo

Ŝ

na było zało

Ŝ

y

ć

, i

Ŝ

 snajper uczyni wszystko, co w jego mocy, aby uciszy

ć

 

niewygodnego 

ś

wiadka, Curt zatem musiał zrobi

ć

 jeszcze wi

ę

cej, by go ochroni

ć

. Le

Ŝ

ał wi

ę

w  ciemno

ś

ci,  wsłuchuj

ą

c  si

ę

  w  cisz

ę

,  przerywan

ą

  wyciem  psa.  Ka

Ŝ

da  komórka  jego  ciała 

działała na najwy

Ŝ

szych obrotach, wszystkie zmysły wyt

ęŜ

ał do granic mo

Ŝ

liwo

ś

ci.  

Gdy wreszcie nast

ą

pił atak, nadszedł z zupełnie nieoczekiwanej strony, a zapowiedziało go 

jedynie ciche skrzypni

ę

cie. Na szcz

ęś

cie wystarczyło, by Curt błyskawicznie odwrócił si

ę

 na 

plecy i wystrzelił w gór

ę

, w kierunku dachu.  

- Ty idioto, gdzie strzelasz ... - krzykn

ą

ł Hunt.  

- Uwa

Ŝ

aj!  

Curt w por

ę

 si

ę

 zorientował i od turlał na bok.  

Ciemna  posta

ć

  na  dachu,  ledwie  widoczna  przez  szpary  mi

ę

dzy  deskami,  wystrzeliła  cał

ą

 

seri

ę

  z  automatycznej  broni  maszynowej.  Curt  poczuł  piek

ą

cy  ból  w  ramieniu,  ale  nie 

przestawał strzela

ć

. Chwil

ę

 pó

ź

niej rozległ si

ę

 gło

ś

ny j

ę

k, posta

ć

 zgi

ę

ła si

ę

 wpół, przewróciła 

na dach i wpadła do 

ś

rodka. Niemal jednocze

ś

nie rozległy si

ę

 syreny policyjne.  

ś

yjesz? - Curt spytał Hunta, który podnosił si

ę

 powoli.  

- Tak. A ty? Cały jeste

ś

?  

Curt  nie  był  pewien,  ale  nie  miał  czasu  na  zastanawianie  si

ę

,  musiał  bowiem  jak 

najszybciej  sprawdzi

ć

,  w  jakim  stanie  jest  Daniels.  Podszedł  do  niego,  obrócił  na  plecy  i 

wyj

ą

ł z zaci

ś

ni

ę

tych dłoni bro

ń

. Na jego piersi widniała spora plama z krwi.  

- Dzi

ę

ki, uratowałe

ś

 mi 

Ŝ

ycie! - zawołał Hunt. - Hej, ty krwawisz!  

Dopiero wtedy Curt poczuł, 

Ŝ

e jedno rami

ę

 ma dziwnie ci

ęŜ

kie, a w dodatku lepkie. Zdał 

sobie te

Ŝ

 spraw

ę

 z bólu w boku.  

- Russell! Russell! Jeste

ś

 tu? - rozległ si

ę

 znajomy gł

os.  

- Jack! - Chciał krzykn

ąć

, ale udało mu si

ę

 jedynie wyszepta

ć

 imi

ę

 przyjaciela.  

- Jest ranny! Chod

ź

cie tu, jeste

ś

my tutaj! -wzywał Hunt, jednocze

ś

nie podtrzymuj

ą

c Cur-

ta, by nie upadł na twarz.  

Usłyszeli tupot, a tak

Ŝ

e szcz

ę

k broni.  

background image

- Curt! - zawołała Mary.  

- Mary! Mary, stój! Nie wolno ... 

! - 

próbował j

ą

 zatrzyma

ć

 Jack.  

Bezskutecznie,  bo  chwil

ę

  pó

ź

niej  ukl

ę

kła  przy  Curtisie,  dr

Ŝą

cymi  dło

ń

mi  sprawdzaj

ą

rozmiar obra

Ŝ

e

ń

.  

- Jest ranny. Postrzelony dwa razy - poinformowała. - Gdzie s

ą

 sanitariusze?  

- Ju

Ŝ

 biegn

ą

 - uspokoił j

ą

 jeden z komandosów, którzy wła

ś

nie stan

ę

li w drzwiach szopy. - 

Pospieszcie si

ę

, chłopaki! - zawołał do dwóch m

ęŜ

czyzn, biegn

ą

cych z noszami.  

-  To  jest  Erskine  Daniels  -  wyja

ś

nił  Hunt,  wskazuj

ą

c  na  le

Ŝą

cego  obok  nieprzytomnego 

m

ęŜ

czyzn

ę

.  -  Nazywam  si

ę

  Abe  Hunt,  jestem 

ś

wiadkiem  koronnym  w  sprawie  mafii 

narkotykowej w Atlancie. Widziałem, jak główny boss pozbył si

ę

 innego 

ś

wiadka. Zastrzelili 

go  i  wrzucili  do  Chattahoochee.  Zabierzcie  mnie  w  bezpieczne  miejsce,  a  wszystko  wam 
wy

ś

piewam.  Tylko  najpierw  zajmijcie  si

ę

  nim,  dobrze?  -  Ruchem  głowy  wskazał  Curta.  - 

Uratował mi 

Ŝ

ycie.  

- Zajmiemy si

ę

 - obiecał jeden z sanitariuszy. - Dostał dwa strzały, jeden w rami

ę

, drugi w 

bok.  

Ale wyjdzie z tego.  

- Dzi

ę

ki Bogu! - westchn

ę

ła Mary.  

Gdzie

ś

 w pobli

Ŝ

u pies zawył dwa razy, a nast

ę

pnie do szopy weszła Matilda.  

- Wolnego! To jest miejsce zbrodni, nie mo

Ŝ

na tak po prostu tu wchodzi

ć

! - zaprotestował 

komendant policji, ale Matilda tylko si

ę

 do niego u

ś

miechn

ę

ła.  

- Moje biedactwo! - Ukl

ę

kła przy synu.  

- Wszystko b

ę

dzie dobrze. Mog

ę

 co

ś

 dla ciebie zrobi

ć

? - zapytała, kompletnie ignoruj

ą

sanitariuszy i mamrocz

ą

cego co

ś

 pod nosem Jacka.  

Na szcz

ęś

cie w tym momencie Curtowi zrobiło si

ę

 słabo i na chwil

ę

 stracił przytomno

ść

Wielki rudy pies podbiegł, by poliza

ć

 go po twarzy.  

- Redbone, ty niewdzi

ę

czniku! - zawołał ze 

ś

miechem Abe Hunt. - Wysłałem ci

ę

 z wa

Ŝ

n

ą

 

informacj

ą

, a ty co? Znalazłe

ś

 sobie nowy dom i zupełnie o mnie zapomniałe

ś

.  

- To pa

ń

ski pies? - spytała Matilda.  

- Tak. A raczej to był mój pies, bo pewnie nie b

ę

d

ę

 mógł go z sob

ą

 zabra

ć

, prawda? - 

zwrócił si

ę

 do m

ęŜ

czyzny, który w tym momencie pojawił si

ę

 w szopie.  

- Prawda - potwierdził .Hardy Vicks. - Do diabła, to przecie

Ŝ

 Russell! 

ś

yje?  

- Oczywi

ś

cie, 

Ŝ

Ŝ

yje! - oburzyła si

ę

 Matilda. - To mój syn, prawdziwy Russell z krwi i 

ko

ś

ci, łatwo si

ę

 nie poddaje. To na pewno tylko powierzchowne rany.  

- A pani si

ę

 na tym akurat zna - mrukn

ą

ł z przek

ą

sem agent.  

-  Oczywi

ś

cie, 

Ŝ

e  si

ę

  znam.  Przez  wiele  lat  relacjonowałam  dla  prasy  aktualne  wydarzenia, 

raz nawet zostałam postrzelona w czasie zamieszek w Atlancie - pochwaliła si

ę

. - Dwie kule 

przeszły mi przez udo, min

ę

ły ko

ść

 zaledwie o pół centymetra.  

Vicks a

Ŝ

 cmokn

ą

ł z podziwu.  

- A wi

ę

c pani jest jego matk

ą

?  

- Owszem.  
- Nie jest taki najgorszy - mrukn

ą

ł, zerkaj

ą

c na Curta, którego sanitariusze wywozili 

wła

ś

nie na noszach. - Musz

ę

 nawet przyzna

ć

Ŝ

e jestem pod wra

Ŝ

eniem. Z tego, co mi 

powiedzieli policjanci, zdj

ą

ł snajpera i ochronił 

ś

wiadka koronnego.  

- To prawda - potwierdziła Matilda, przypatruj

ą

c si

ę

 z zainteresowaniem m

ęŜ

czy

ź

nie. Był 

niemal  łysy,  a 

Ŝ

e  zawsze  lubiła  łysiny,  wydał  jej  si

ę

  całkiem  atrakcyjny.  -  Miałby  pan  mo

Ŝ

wolne  miejsce  w  aucie, 

Ŝ

eby  podwie

źć

  starsz

ą

  pani

ą

  do  szpitala?  Mary  pewnie  pojedzie  z 

nim w karetce, wi

ę

c dla mnie nie b

ę

dzie miejsca.  

-  Z  przyjemno

ś

ci

ą

,  tylko 

Ŝ

e  nie  widz

ę

  w  okolicy 

Ŝ

adnej  starszej  pani.  -  U

ś

miechn

ą

ł  si

ę

 

szarmancko. - Jestem rozwiedziony. A pani nie jest zam

ęŜ

na?  

- Owdowiałam wiele lat temu.  
- Ja te

Ŝ

 kiedy

ś

 zostałem postrzelony - oznajmił z dum

ą

 w głosie.  

U

ś

miechn

ę

ła si

ę

, ale jej spojrzenie pow

ę

drowało w kierunku oddalaj

ą

cych si

ę

 noszy.  

- Powinnam jak najszybciej jecha

ć

 do szpitala, musz

ę

 jeszcze tylko co

ś

 zrobi

ć

 z psem ...  

background image

- Prosz

ę

 go zatrzyma

ć

 - zaproponował Abe Hunt. - B

ę

dzie mi l

Ŝ

ej ze 

ś

wiadomo

ś

ci

ą

Ŝ

jest bezpieczny i zadbany. 

- Dzi

ę

kuj

ę

 panu, panie ...  

- Hunt. Abe Hunt. A gdyby pani czegokolwiek potrzebowała, prosz

ę

 mi przekaza

ć

 wiado-

mo

ść

 przez niego. - Ruchem głowy wskazał agenta Vicksa. - Nie 

chc

ę

 si

ę

 

chwali

ć

, ale 

mam bardzo szerokie znajomo

ś

ci.  

Oczyma wyobra

ź

ni ujrzała legion m

ęŜ

czyzn z kijami bejsbolowymi w dłoniach, oferuj

ą

cych 

jej pomoc w ka

Ŝ

dej trudnej sprawie.  

- Jeszcze raz dzi

ę

kuj

ę

, panie Hunt. Zaopiekuj

ę

 

si

ę

 

pa

ń

skim psem.  

- Jest troch

ę

 t

ę

py, ale ma dobre serce - zapewnił, klepi

ą

c zwierz

ę

 po grzbiecie.  

Po chwili podeszło do niego dwóch agentów, uj

ę

ło pod r

ę

ce i wyprowadziło z szopy.  

- Chod

ź

, Rudy. - Matilda zmierzwiła psu sier

ść

 i poci

ą

gn

ę

ła lekko smycz.  

- Pomog

ę

 pani - zaofiarował 

si

ę

 

agent Vicks. - Taki du

Ŝ

y zwierzak to zbyt wiele jak dla  

drobnej kobietki. Słyszałem, 

Ŝ

e ma pani w piwnicy stół do bilardu?  

Curt  ockn

ą

ł 

si

ę

 

kilka  godzin  pó

ź

niej,  ledwie  przytomny  z  bólu.  Gdy  otworzył  oczy,  spo-

strzegł, 

Ŝ

e obok łó

Ŝ

ka siedz

ą

 matka i Mary, całkowicie pochłoni

ę

te rozmow

ą

.  

- Ma nawet rodzin

ę

 w Cordele, gdzie mieszka te

Ŝ

 mój wuj - opowiadała z przej

ę

ciem 

Matilda. - Niesamowite, prawda? W dodatku uwielbia gr

ę

 w bilard. Zaprosiłam go na kolacj

ę

 

w pi

ą

tek, Curt do tego czasu powinien wyj

ść

 ze szpitala. Mo

Ŝ

e ty te

Ŝ

 przyjdziesz, moja 

droga? Upiek

ę

 taki chleb i bułeczki, jak ostatnim razem ...  

- Z przyjemno

ś

ci

ą

. - Mary u

ś

miechn

ę

ła 

si

ę

· 

_ Kto ma ... rodzin

ę

 ... w Cordele? - wtr

ą

cił 

si

ę

 

Curt ledwie słyszalnym szeptem.  

-  Twój  przeło

Ŝ

ony,  kochanie.  Agent  specjalny  Hardy  Vicks.  Zrobił  na  mnie  doskonałe 

wra

Ŝ

enie. Poza tym pochwalił ci

ę

 i twoje zaanga

Ŝ

owanie w spraw

ę

·  

- Mamo, on to zrobił z premedytacj

ą

· Jest miło

ś

nikiem bilardu. - Spróbował 

si

ę

 

u

ś

miechn

ąć

. - 

Boli ...  
- Ta pompa podaje ci 

ś

rodek znieczulaj

ą

cy - poinformowała tonem znawczyni matka, wska-

zuj

ą

c na urz

ą

dzenie podł

ą

czone przezroczyst

ą

 rurk

ą

 do jego nadgarstka. - Zaraz powinno 

zacz

ąć

 działa

ć

.  

Westchn

ą

ł gł

ę

boko. Rami

ę

 ci

ą

gle wydawało mu 

si

ę

 

jakby cudze, a ból w boku zdawał 

si

ę

 

przekracza

ć

 jego wytrzymało

ść

.  

- Nie szarp tej rurki - poprosiła Mary, kład

ą

c mu dło

ń

 na zdrowym ramieniu. - Nie kr

ęć

 

si

ę

 

za bardzo, spróbuj wytrzyma

ć

. Zanim si

ę

 zorientujesz, b

ę

dziesz z powrotem w domu.  

-_ Dałem 

si

ę

 

postrzeli

ć

. - U

ś

miechn

ą

ł 

si

ę

 

przepraszaj

ą

co.  

-_ Trudno, nikt nie jest doskonały. - U

ś

miechn

ę

ła 

si

ę

 

krzepi

ą

co. - Za to ocaliłe

ś

 Hunta. Ten 

snajper  miał  na  koncie  co  najmniej  pi

ęć

  zabójstw,  a  gdyby  nie  twój  doskonały  słuch, 

powi

ę

kszyłby  je  o  dwa  kolejne.  Siedział  przyczajony  na  dachu  szopy  i  czekał  na  powrót 

Hunta,  bo  wiedział, 

Ŝ

e  ten  najbardziej  na 

ś

wiecie  kocha  swoich  kuzynów  i  psa.  Hunt 

powiedział nam, 

Ŝ

e nie był w stanie ich zostawi

ć

, a zarazem bał si

ę

 o ich bezpiecze

ń

stwo. 

Na to wła

ś

nie liczył Daniels. - Zacisn

ę

ła na moment powieki. - Był gotów zabi

ć

 was obu.  

- Jak wida

ć

, nie przyszedł na mnie jeszcze czas. - Uj

ą

ł jej delikatn

ą

, drobn

ą

 dło

ń

.  

- Bardzo si

ę

 ciesz

ę

. - Spojrzała mu prosto w oczy.  

- Mary przyjdzie do nas na kolacj

ę

 w pi

ą

tek - poinformowała Matilda, nie kryj

ą

c zachwytu  

z powodu ich za

Ŝ

yło

ś

ci. - B

ę

dzie te

Ŝ

 agent Vicks. - Zagramy w bilard - dorzuciła Mary.  

- Raczej wy zagracie, a ja sobie popatrz

ę

. B

ę

d

ę

 ci podpowiadał. Chc

ę

Ŝ

eby

ś

 mu doło

Ŝ

yła 

w moim imieniu. Uwa

Ŝ

a mnie za głupca.  

-  Ale

Ŝ

  sk

ą

d!  -  zaprzeczyła  matka.  - Wr

ę

cz  przeciwnie,  napisał  pochlebny  raport  i  zgłosił 

ci

ę

 do awansu.  

- To prawda, wspominał co

ś

 o znacznie lepszym stanowisko w du

Ŝ

ym mie

ś

cie.  

Był ledwie przytomny, ale nie mógł nie usłysze

ć

 tonu rozczarowania w jej głosie.  

- Kochanie, jestem pewien, 

Ŝ

e z twoimi referencjami w ka

Ŝ

dym du

Ŝ

ym mie

ś

cie znajdziesz 

prac

ę

 w biurze prokuratora okr

ę

gowego.  

- Tak, ale praca w Lanier w zupełno

ś

ci mi odpowiada.  

background image

- Porozmawiamy, jak ju

Ŝ

 st

ą

wyjd

ę

· 

Uj

ą

ł j

ą

 za r

ę

k

ę

 i zamkn

ą

ł oczy. - Jestem taki senny 

...  

Znów  odpłyn

ą

ł  w  nico

ść

,  ale  nie  wypu

ś

cił  dłoni  Mary.  Matilda  obrzuciła  j

ą

  badawczym 

spojrzeniem.  

- Zdaj

ę

 

si

ę

Ŝ

e zacz

ą

ł ju

Ŝ

 robi

ć

 plany ...  

- Nie mam nic przeciwko temu. - U

ś

miechn

ę

ła 

si

ę

 

z rozmarzeniem.  

- Ani ja. To dobry syn, jestem pewna, 

Ŝ

e b

ę

dzie te

Ŝ

 dobrym m

ęŜ

em.  

- Nie wiem, czy jego plany akurat to zakładaj

ą

 Matilda posłała jej pokrzepiaj

ą

cy u

ś

miech.  

Kilka dni pó

ź

niej zabanda

Ŝ

owany i obolały Curt le

Ŝ

ał na kanapie w salonie matki, a u jego 

stóp wylegiwał si

ę

 wielki rudy pies.  

-  Naprawd

ę

,  jak  mo

Ŝ

na  zaufa

ć

  psu, 

Ŝ

e  dostarczy  wiadomo

ść

,  od  której  zale

Ŝ

y  czyje

ś

 

Ŝ

ycie ... - stwierdził, kr

ę

c

ą

c głow

ą

 z niedowierzaniem.  

- W sumie to był niezły pomysł - od parł Vicks, popijaj

ą

c kaw

ę

 po obfitym posiłku. - 

Niestety nikt si

ę

 nie spodziewał, 

Ŝ

e w naszych czasach mo

Ŝ

na w taki sposób wykorzysta

ć

 

psa. Ale przypomnij sobie, jak to było z goł

ę

biami pocztowymi w czasie pierwszej wojny 

ś

wiatowej.  

- We Francji taki goł

ą

b został nawet odznaczony medalem - poinformowała  Matilda. - W 

por

ę

 dostarczył Amerykanom wiadomo

ść

 o tym, 

Ŝ

e powinni wstrzyma

ć

 si

ę

 z atakiem, zanim 

oddziały francuskie zdołaj

ą

 si

ę

 wycofa

ć

.  

- Ma głow

ę

 pełn

ą

 takich ciekawostek - dra

Ŝ

nił 

si

ę

 

z ni

ą

 syn.  

- Powinna

ś

 napisa

ć

 ksi

ąŜ

k

ę

 - poradził Vicks. 

- Tyle cennych wiadomo

ś

ci, a w cotygodniowych felietonach nie ma na nie miejsca.  

- Ksi

ąŜ

k

ę

 ... - powtórzyła w zamy

ś

leniu.  

- Jasne, któ

Ŝ

 inny nadałby si

ę

 do tego lepiej - schlebiał jej. - To jak b

ę

dzie z tym bilardem?  

- Pu

ś

cił do niej oczko.  

- Chod

ź

my, chod

ź

my. Ostrzegam tylko, 

Ŝ

e wiem, jak si

ę

 trzyma kij, wi

ę

c nie my

ś

l, 

Ŝ

e łatwo 

mnie ogra

ć

.  

- Doskonale, uwielbiam kobiety, które znaj

ą

 si

ę

 na wa

Ŝ

nych sprawach.  

W

ś

ród 

ś

miechów i 

Ŝ

artów zeszli do piwnicy.  

Curt przygl

ą

dał si

ę

 w milczeniu Mary, która siedziała sztywno w przepastnym fotelu. Do-

kładała  wszelkich  stara

ń

Ŝ

eby  nie  sprawia

ć

  wra

Ŝ

enia  tak  przygn

ę

bionej,  jak  si

ę

  faktycznie 

czuła.  

- A wi

ę

c to ju

Ŝ

 koniec, został tylko proces.  

Zdaje  si

ę

Ŝ

e  nie 

b

ę

d

ę

 

brała  w  nim  udziału,  bo  to  sprawa  na  poziomie  federalnym.  Ale  z 

przyjemno

ś

ci

ą

 

b

ę

d

ę

 

go obserwowa

ć

 z sektora dla publiczno

ś

ci ...  

- Mary!  

Przerwała, spogl

ą

daj

ą

c na niego spod uniesionych brwi.  

- Chod

ź

 tu, prosz

ę

ROZDZIAŁ SZÓSTY  

background image

Mimo jego pro

ś

by nie ruszyła si

ę

 z miejsca.  

B

ę

d

ą

c nowoczesn

ą

 kobiet

ą

, nie miała w zwyczaju przyjmowa

ć

 polece

ń

, zwłaszcza od 

m

ęŜ

czyzn. - Chod

ź

, chod

ź

 - kusił, spogl

ą

daj

ą

c na ni

ą

 błyszcz

ą

cymi oczyma.  

Wbrew swojej woli podniosła si

ę

 wreszcie i podeszła do niego.  

- Nie b

ę

dzie to łatwe, ale damy 

rad

ę

Przygarn

ą

ł j

ą

 do siebie. - Na pewno damy rad

ę

·  

Pocałował  j

ą

,  a  ona  u

ś

miechn

ę

ła  si

ę

  pod jego wargami.  Martwiła  si

ę

  o  niego, gdy  był  w 

szpitalu, cho

ć

 starała si

ę

 tego nie okazywa

ć

. Teraz za

ś

 ogarn

ę

ła j

ą

 taka ulga, 

Ŝ

e nie czuła 

najmniejszego skr

ę

powania.  

Zaskoczony  jej  przyzwoleniem,  pocałował  j

ą

  gł

ę

boko  i  nami

ę

tnie,  kład

ą

c  obok  siebie  na 

kanapie.  Ju

Ŝ

  dawno  nie  pragn

ą

ł  tak 

Ŝ

adnej  kobiety,  niestety  ból  ograniczał  jego  ruchy. 

J

ę

kn

ą

ł, wodz

ą

c ustami po jej szyi.  

- Nie mog

ę

 ... - wyszeptał. - Nawet nie wiesz, jak bardzo ci

ę

 pragn

ę

, ale tak strasznie 

mnie boli ...  
Westchn

ę

ła, przeci

ą

gaj

ą

c si

ę

 rozkosznie.  

- Nigdzie mi si

ę

 nie spieszy. A tobie? Spojrzał na ni

ą

 ze wzruszeniem. Dotkn

ą

ł dr

Ŝą

cymi 

palcami jej ust, nie odrywaj

ą

c wzroku od l

ś

ni

ą

cych oczu.  

- Nie interesuj

ą

 mnie przelotne zwi

ą

zki. Matka wychowała mnie do

ść

 surowo.  

- Mój tata te

Ŝ

 starał si

ę

 wpoi

ć

 mi pewne zasady. - U

ś

miechn

ę

ła si

ę

. - A to znaczy, 

Ŝ

e nie 

mo

Ŝ

emy si

ę

 kocha

ć

 na kanapie w salonie twojej matki.  

Skin

ą

ł głow

ą

.  

- Ale ja te

Ŝ

 mam kanap

ę

 - kusiła.  

- Jak sama powiedziała

ś

, nigdzie nam si

ę

 nie spieszy. - Pochylił si

ę

 i pocałował j

ą

 

ponownie. - Zwłaszcza 

Ŝ

e jestem na zwolnieniu lekarskim, a potem mam do 

wykorzystania 

reszt

ę

 

urlopu.  

- Czy

Ŝ

by

ś

 chciał mi co

ś

 przez to powiedzie

ć

?  

- Owszem. Mamy wreszcie czas lepiej si

ę

 pozna

ć

.  

- Brzmi nie

ź

le.  

- Nawet lepiej ni

Ŝ

 nie

ź

le. - Znów j

ą

 pocałował, tym razem z tak ogromnym 

Ŝ

arem, 

Ŝ

e nie 

zauwa

Ŝ

ył lekkiego nacisku na bok, który po chwili stał si

ę

 wilgotny.  

- Czy

Ŝ

bym znowu krwawił? - zdziwił si

ę

. Uniósł si

ę

 na łokciu, by mogła sprawdzi

ć

.  

Roze

ś

miała si

ę

, kr

ę

c

ą

c przecz

ą

co głow

ą

·  

- To pies. Z sympatii a

Ŝ

 ci

ę

 za

ś

linił. A wi

ę

c nie tylko ja ci

ę

 kocham ...  

Trzy  miesi

ą

ce  pó

ź

niej,  jeszcze  przed  obj

ę

ciem  nowego  stanowiska  w  biurze  FBI  w 

Atlancie,  Curt  poj

ą

ł  Mary  Ryan  za 

Ŝ

on

ę

  podczas  skromnej,  wzruszaj

ą

cej  ceremonii  w 

Lulaville.  W

ś

ród  go

ś

ci  znale

ź

li  si

ę

  wszyscy  miejscowi  policjanci,  a  tak

Ŝ

e  pracownicy  s

ą

du 

okr

ę

gowego  i  biura  FBI  w  Lanier.  Hardy  Vicks  siedział  w  rz

ę

dzie  zarezerwowanym  dla 

najbli

Ŝ

szej  rodziny,  u  boku  Matildy  Russell,  która  wygl

ą

dała  na  szcz

ęś

liw

ą

  i  odpr

ęŜ

on

ą

Rudy  pies,  przystrojony  kwiatami,  czekał  przed  ko

ś

ciołem,  za

ś

  po  nabo

Ŝ

e

ń

stwie  został 

zaproszony do auta agenta Vicksa.  

- Chcieli, 

Ŝ

eby

ś

my zostali na uroczystym obiedzie, ale powiedziałem, 

Ŝ

e spieszymy si

ę

 na 

samolot - przyznał si

ę

 Curt swej 

ś

wie

Ŝ

o po

ś

lubionej 

Ŝ

onie.  

- Naprawd

ę

?  

- W pewnym sensie - odparł tajemniczo, przyciskaj

ą

c pedał gazu udekorowanego z tej 

okazji auta.  

Niespełna  trzy  kwadranse  pó

ź

niej  zatrzymali  si

ę

  przed  jednym  z  najbardziej 

ekskluzywnych hoteli w Atlancie. W drzwiach przywitało ich dwóch portierów w uniformach. 
Jeden  z  nich  wzi

ą

ł  kluczyki,  by  przestawi

ć

  samochód  na  hotelowy  parking,  drugi  za

ś

  zaj

ą

ł 

si

ę

 baga

Ŝ

em.  

_ Mamy rezerwacj

ę

 na nazwisko Russell- poinformował Curt recepcjonist

ę

, u

ś

miechaj

ą

si

ę

 na widok zdumienia na twarzy Mary.  

- Tak jest - potwierdził m

ęŜ

czyzna. - 

Prosz

ę

 

przyj

ąć

 nasze najserdeczniejsze gratulacje. 

Kiedy  dotarli  na  koniec  korytarza,  gdzie  znajdowały  si

ę

  windy,  z  antresoli  dobiegły  ich 

chóralne 

ś

piewy.  

- Wczoraj zawitali do nas 

Ŝ

ołnierze piechoty morskiej - wyja

ś

nił portier, który pchał wózek 

z  baga

Ŝ

ami.  -  Lubi

ą

 

ś

piewa

ć

  t

ę

  piosenk

ę

,  a  kto  si

ę

  znajdzie  z  nimi  w  windzie,  musi  im 

background image

wtórowa

ć

.  

- Chyba pan 

Ŝ

artuje! - Mary prychn

ę

ła 

ś

miechem.  

W tym momencie winda podjechała, a gdy drzwi si

ę

 rozsun

ę

ły, okazało si

ę

Ŝ

e znajduj

ą

 

si

ę

 w niej pani sier

Ŝ

ant i pan w tej samej randze.  

- Lubimy 

ś

piewa

ć

 - oznajmił sier

Ŝ

ant, gdy drzwi zamkn

ę

ły si

ę

 za nowymi pasa

Ŝ

erami.  

- Bardzo lubimy - u

ś

ci

ś

liła pani sier

Ŝ

ant.  

- Co za doskonały zbieg okoliczno

ś

ci! - rozpromieniła si

ę

 Mary. - Bo ja te

Ŝ

.  

Zaintonowała star

ą

 

Ŝ

ołniersk

ą

 piosenk

ę

, któr

ą

 w dzieci

ń

stwie 

ś

piewał jej ojciec.  

- Nie, nie, to jest piosenka kawalerii, nasza jest inna - przerwał jej sier

Ŝ

ant.  

- Wła

ś

nie wyszłam za m

ąŜ

, mo

Ŝ

e za

ś

piewamy marsz weselny?  

Ledwie zd

ąŜ

yła to powiedzie

ć

, winda zatrzymała si

ę

, a do 

ś

rodka weszła jeszcze czwórka 

oficerów, przez co zrobiło si

ę

 niezno

ś

nie ciasno. - Ta pani wła

ś

nie wyszła za m

ąŜ

 - 

oznajmiła pani sier

Ŝ

ant. - Chciałaby wspólnie za

ś

piewa

ć

 marsz weselny.  

Cała czwórka u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 ze zrozumieniem. 

Ś

piewamy, 

Ŝ

ołnierze. Laa, laa, la la la ... - zakomenderował jeden z nich. - Czy kto

ś

 w 

ogóle zna słowa?  

- Niewa

Ŝ

ne - wtr

ą

cił szybko Curt. - Lepiej doł

ą

czymy si

ę

 do waszej piosenki. Dalej, kocha-

nie, na pewno to znasz. Na wzgóóórzaach Montezuuuumy ...  

Wszyscy jak jeden m

ąŜ

 zakryli dło

ń

mi uszy.  

Kto

ś

  szybko  przycisn

ą

ł  guzik  "Stop".  Winda  zatrzymała  si

ę

  na  najbli

Ŝ

szym  pi

ę

trze,  a 

Ŝ

ołnierze wysiedli, kr

ę

c

ą

c głowami z niedowierzaniem.  

-  Prosz

ę

  nigdy,  przenigdy  wi

ę

cej  nie 

ś

piewa

ć

  naszej  piosenki  -  odezwała  si

ę

  na 

po

Ŝ

egnanie  pani  sier

Ŝ

ant.  Curt  wybuchn

ą

ł 

ś

miechem,  chwil

ę

  pó

ź

niej  doł

ą

czyli  do  niego 

portier i Mary.  

Gdy wysiedli na swoim pi

ę

trze, portier zaprowadził ich do apartamentu, rozsun

ą

ł zasłony, 

wskazał barek oraz szafy, na koniec poinstruował, jak korzysta

ć

 z jacuzzi i wyszedł z hojnym 

napiwkiem. Curt zamkn

ą

ł za nim drzwi, odwrócił si

ę

 i oparł o nie plecami, przygl

ą

daj

ą

c si

ę

 z 

lubo

ś

ci

ą

 swej 

Ŝ

onie, 

ś

licznie prezentuj

ą

cej si

ę

 w kremowym kostiumie.  

- Apartament w najpi

ę

kniejszym hotelu w Atlancie. - U

ś

miechn

ę

ła si

ę

 promiennie. - Jeste

ś

 

kochany!  

- Wszystko dla mojej najcudowniejszej na 

ś

wiecie dziewczyny. - Podszedł do niej. - Była

ś

 

najpi

ę

kniejsz

ą

 pann

ą

 młod

ą

 w całej Georgii. Kocham ci

ę

 do szale

ń

stwa.  

- Te

Ŝ

 ci

ę

 kocham. - Obj

ę

ła go za szyj

ę

-  Ciesz

ę

  si

ę

Ŝ

e  nie  dałe

ś

  si

ę

  zastrzeli

ć

  w  mojej  szopie.  A  wi

ę

c  zostali

ś

my  wreszcie  sami. 

ś

adnych  spraw  s

ą

dowych, 

Ŝ

adnych  zbiegów  do  uj

ę

cia.  Co  my  zrobimy  z  tak  pi

ę

knie 

rozpocz

ę

tym dniem?  

Jego  spragnione  usta  szybko  udzieliły  jej  odpowiedzi.  Jako 

Ŝ

e  ich  narzecze

ń

stwo  miało 

tradycyjny  charakter,  trzy  miesi

ą

ce  postu  sprawiły, 

Ŝ

e  nie  byli  ju

Ŝ

  w  stanie  dłu

Ŝ

ej  na  siebie 

czeka

ć

.  Pocałunki  z  ka

Ŝ

d

ą

  chwil

ą

  stawały  si

ę

  coraz  gł

ę

bsze,  coraz  bardziej  nami

ę

tne. 

Wreszcie  Curt  poderwał  w  gór

ę

  sw

ą

  pann

ę

  młod

ą

  i  zaniósł  na  wielkie,  wygodne  łó

Ŝ

ko. 

Pomi

ę

dzy pocałunkami powoli, stopniowo pozbywał si

ę

 kolejnych cz

ęś

ci jej i swojego stroju.  

- Miałe

ś

 przy sobie bro

ń

 podczas naszego 

ś

lubu? - zdumiała si

ę

, gdy spostrzegła l

ś

ni

ą

cy 

pistolet, z którym si

ę

 nigdy nie rozstawał.  

- Tak na wszelki wypadek. - Pchn

ą

ł j

ą

 lekko z powrotem na łó

Ŝ

ko, bo z wra

Ŝ

enia a

Ŝ

 usiadła. - 

Na jaki wszelki wypadek?!  
- Na przykład gdyby kto

ś

 upierał si

ę

 przy 

ś

piewaniu hymnu piechoty morskiej. Nie zmieniaj 

tematu!  

Obsypał jej mi

ę

kk

ą

, jedwabist

ą

 skór

ę

 pocałunkami, rozpalaj

ą

c jeszcze wi

ę

ksze pragnienie 

zarówno w niej, jak i w sobie. A

Ŝ

 westchn

ą

ł z rozkoszy, gdy smukłe nogi oplotły go w pasie. 

Chciał powoli budowa

ć

 napi

ę

cie, dozowa

ć

 przyjemno

ść

, ale 

Ŝ

adne 

ź

nich nie było w stanie 

wytrzyma

ć

 ani chwili dłu

Ŝ

ej. 

- Dawno nie byłam z m

ęŜ

czyzn

ą

 ... -wyszeptała, gdy udało jej si

ę

 uspokoi

ć

 oddech. - Po 

moim pierwszym m

ęŜ

u ... - urwała zawstydzona.  

  - Co po twoim pierwszym m

ęŜ

u?  

.  

background image

- Nie miałam nikogo ...  
- Ale przecie

Ŝ

 wyszła

ś

 za m

ąŜ

, gdy miała

ś

 osiemna

ś

cie lat!  

- Tak, i zaraz 

si

ę

 

rozwiodłam.  

- Chcesz przez to powiedzie

ć

 ... ? - Jego oczy rozszerzyły 

si

ę

 

ze zdumienia.  

- Jak ju

Ŝ

 wiesz, jestem do

ść

 staro

ś

wiecka. - Zarumieniła si

ę

 jeszcze bardziej.  

- Uwielbiam staro

ś

wieckie kobiety - wyszeptał, przygarniaj

ą

c j

ą

 do siebie. - Dobrze pami

ę

-

tam, 

Ŝ

e on te

Ŝ

 miał wtedy osiemna

ś

cie lat?  

 -  Tak.  A  ja  byłam  jego  pierwsz

ą

  dziewczyn

ą

ś

adne  z  nas  nie  wiedziało,  jak  to  si

ę

  robi  i 

niespecjalnie nam to wychodziło, wi

ę

c kiedy 

si

ę

 

rozstali

ś

my, nie miałam za czym t

ę

skni

ć

. Ale 

z  tob

ą

  ...  -  Nabrała  gł

ę

boko  powietrza.  -  Z  tob

ą

  ...  Bardzo  mi  si

ę

  podoba.  -  Przesun

ę

ła 

opuszkami  palców  po  jego  plecach.  -  Mo

Ŝ

e  powtórzymy  od  tego  momentu,  gdy  tak 

rozkosznie westchn

ą

łe

ś

? - zasugerowała z szelmowskim u

ś

miechem.  

- Mo

Ŝ

e powinnam rzuci

ć

 prac

ę

 i zajmowa

ć

 si

ę

 tylko tym? - rozwa

Ŝ

ała gło

ś

no, gdy tylko byli 

znowu w nastroju do rozmowy. - Czuj

ę

Ŝ

e mam w tej dziedzinie talent.  

- Podpisuj

ę

 si

ę

 obydwiema r

ę

kami!  

-  Tobie  te

Ŝ

  niczego  nie  brakuje.  -  Potarła  łydk

ą

  jego  udo.  -  Mo

Ŝ

e  by

ś

my  tak  przedłu

Ŝ

yli 

miesi

ą

c miodowy do czterech albo nawet pi

ę

ciu miesi

ę

cy?  

- Niezły pomysł.  

Przeturlała si

ę

, by poło

Ŝ

y

ć

 mu 

si

ę

 

na piersi. 

 - Chciałabym zatrzyma

ć

 psa.  

- Słucham?! - Wytrzeszczył na ni

ą

 oczy, była to bowiem ostatnia rzecz, jak

ą

 spodziewał 

si

ę

 usłysze

ć

.  

-  Chc

ę

  zatrzyma

ć

  Rudego.  Twoja  mama  nie  ma  zbyt  wiele  miejsca,  a  my  mogliby

ś

my 

zamieszka

ć

 u mnie, postawi

ć

 porz

ą

dne ogrodzenie, miałby wtedy gdzie biega

ć

.  

- Nie, prosz

ę

, nie psa. Nie tego psa!  

- Prosz

ę

 ... - Obsypała jego klatk

ę

 piersiow

ą

 pocałunkami. - Bardzo prosz

ę

. - Z satysfakcj

ą

 

spostrzegła, 

Ŝ

e jej starania znacznie przyspieszyły mu oddech. - Bardzo, bardzo, bardzo 

prosz

ę

.  

- Zgoda, zgoda! - wykrztusił z trudem. - Zgadzam si

ę

 na wszystko.  

- Tak? - U

ś

miechn

ę

ła 

si

ę

 

łobuzersko. - W takim razie mam jeszcze jedn

ą

 pro

ś

b

ę

.  

- Słucham?  
- Nigdy wi

ę

cej nie 

ś

piewaj piosenki piechoty morskiej.  

- Ale dlaczego?  
Nie zdołał jednak doko

ń

czy

ć

 pytania, bo zamkn

ę

ła mu usta pocałunkiem.  

Ze  snu  wyrwał  ich  d

ź

wi

ę

k  telefonu.  Curt  przeturlał  si

ę

  na  brzeg  łó

Ŝ

ka  i  si

ę

gn

ą

ł  po 

słuchawk

ę

.  

-  Mhm  ...  Mhm  -  mruczał,  próbuj

ą

c  przezwyci

ęŜ

y

ć

  senno

ść

.  -  Mhm  ...  Co  takiego?!  - 

Gwałtownie usiadł na łó

Ŝ

ku. - Chyba 

Ŝ

artujesz!  

Mary otworzyła oczy i z niepokojem przypatrywała si

ę

 m

ęŜ

owi, który był wyra

ź

nie zszoko-

wany  wiadomo

ś

ciami.  Odpowiadał  monosylabami,  wreszcie  roze

ś

miał  si

ę

  i 

Ŝ

ycz

ą

rozmówcy powodzenia, po

Ŝ

egnał 

si

ę

 

i zako

ń

czył rozmow

ę

·  

Uło

Ŝ

ył głow

ę

 na poduszce, nie przestaj

ą

c u

ś

miecha

ć

 

si

ę

 

do siebie z rozbawieniem.  

- Co 

si

ę

 

stało?  

- Nie chcieli marnowa

ć

 takich pi

ę

knych kwiatów, a skoro pastor ju

Ŝ

 i tak si

ę

 pofatygował... 

Mieli ju

Ŝ

 go

ś

ci na miejscu, wi

ę

c od razu 

si

ę

 

zdecydowali.  

- Kto? Ale o co chodzi?  
- Moja matka i agent Vicks ... Pobrali si

ę

!  

- Niemo

Ŝ

liwe!  

- A jednak! Ech, trudno, zdaje 

si

ę

, 

Ŝ

e istniej

ą

 gorsze rzeczy ni

Ŝ

 dwóch agentów FBI w 

jednej rodzinie ...  

Mary obrzuciła go za

Ŝ

enowanym spojrzeniem.  

- Tak? - zaniepokoił 

si

ę

Co

ś

 chciała

ś

 mi powiedzie

ć

?  

- Jak wiesz, tata nie mógł przyjecha

ć

 na nasz 

ś

lub i dlatego przysłał nam kaset

ę

 z uroczymi 

background image

Ŝ

yczeniami.  

- Tak. 

I

 

co w zwi

ą

zku z tym?  

- Tata jest w Wirginii.  
- W Wirginii - powtórzył, nie pojmuj

ą

c, o co jej chodzi. - Ale gdzie w Wirginii?  

- To si

ę

 chyba nazywa Quantico.  

- Nie. O nie! Nie! - zaprotestował.  
- Tata stwierdził, 

Ŝ

e skoro ma zi

ę

cia w FBI, lepiej poł

ą

czy

ć

 siły.  

- Przeszedł do FBI?!  
- Tak. Teraz to si

ę

 ju

Ŝ

 robi rodzinna specjalno

ść

. - U

ś

miechn

ę

ła si

ę

, muskaj

ą

c wargami 

jego usta. - Wyobra

ź

 sobie, 

Ŝ

e wczoraj dostałam wszystkie dokumenty, które s

ą

 potrzebne 

do wst

ą

pienia do ...  

- Nie chc

ę

 tego słysze

ć

! Prosz

ę

, ani słowa wi

ę

cej.  

- Ale

Ŝ

, kochanie ... - dra

Ŝ

niła si

ę

 z nim.  

- Umówmy si

ę

 w ten sposób: my b

ę

dziemy ich łapa

ć

, a ty oskar

Ŝ

a

ć

, zgoda?  

- Tylko 

Ŝ

artowałam. Ale musisz przyzna

ć

Ŝ

e to byłby numer stulecia.  

- Nie bój si

ę

, jeszcze czeka nas takich wiele.  

 
 
Miał 

racj

ę

Dwadzie

ś

cia pi

ęć

 lat pó

ź

niej ich dwaj synowie oraz córka zostali jednego dnia 

zaprzysi

ęŜ

eni na agentów FBI, a 

ś

wiadkami podniosłej uroczysto

ś

ci byli dumni rodzice i 

dziadkowie.