background image
background image

Maja Lidia Kossakowska

Upiór Południa.

Pamięć umarłych

2009

background image

 

COPYRIGHT © BY Maja Lidia Kossakowska, LUBLIN 2009

COPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z 0.0., LUBLIN 2009

WYDANIE I

 

Redakcja serii:

Eryk Górski, Robert Łakuta

 

Projekt okładki:

 Piotr Cieśliński

 

Ilustracje:

Dominik Broniek

Wydawca:

Fabryka Słów sp. z o.o.

www.fabryka.pl

e-mail: biuro@fabryka.pl

 

ISBN 978-83-7574-116-2

background image

Upiór Południa

1. Czerń
2. Pamięć Umarłych
3. Burzowe Kocię
4. Czas mgieł

background image

Spis treści

Strona tytułowa
Pamięć Umarłych

background image

„Słyszy  w  swym  sercu  narastającą  nawałnicę,  potężną  jak  łoskot  bębnów.  Jak

głębokie  westchnienie  wiatru  wśród  drzew  jest  jego  początek,  potem  ukazują  się
oczom,  niesieni  na  chmurze  widmowego  pyłu.  Przelatują  przed  nim,  pochyleni  w
siodłach,  wywijając  szablami  pod  furkoczącymi  wstęgami  pochylonych  lanc. 
Z
wrzawą  i  bezgłośnym  wrzaskiem  przelatują  jak  fala,  której  grzebień  jak  krater
wybuchającego  świata  najeżony  jest  rozszalałymi  łbami  koni  i  uniesioną  bronią.
Przelatują,  zniknęli,  pył  unosi  się  kłębami  ku  niebu  i  znika  pośród  nocy,  która
nadeszła już w pełni”.

 

William Faulkner

„Światłość w sierpniu”

 
„Tak, tak, on na pewno był obłąkany, chociaż nie tak znów bardzo. Bo w złym się

zawsze  kryje  myśl  praktyczna:  złodziej  czy  kłamca,  czy  nawet  morderca  ma  swe
prawidła mocniej zaszczepione, niż kiedykolwiek maje cnota; czemuż więc obłęd nie
miałby ich też?”

 

William Faulkner

„Absalomie, Absalomie”

background image

Pamięć Umarłych

Wóz kołysze się na wybojach, koła podskakują, obijając się o kamienie. Jest tak upalnie, że blade,

bezchmurne  niebo  zdaje  się  rozpływać  jak  woda,  parować  niczym  wrzątek  wylany  na  rozgrzaną
blachę.  Młoda  kobieta  wachluje  się  palmowym  liściem.  W  drugiej  dłoni  trzyma  pęk  kwiatów,
blaknących, więdnących w rozpalonym powietrzu niczym zmazana porannym słońcem tęcza.

To  łąkowe,  swojskie  kwiaty,  nazrywane  o  świcie  w  schludnym,  wesołym  ogródku  wiejskiej

dziewczyny.

Zupełnie jak jętki czy motyle, stwierdza bez smutku, obojętnie. Są świeże tak krótko. To całkiem

bez  sensu,  wieźć  je  tutaj,  w  głąb  tej  upalnej  pustki.  Zupełnie  bez  sensu.  Tak  samo  jak  te  coroczne
wyprawy.

Ale nic nie mówi. Poprawia tylko wstążkę podróżnego czepka.
Siedzący obok na koźle woźnica także milczy. Pod szerokim rondem kapelusza ukrywa pospolitą,

nieco obwisłą, źle dogoloną twarz człowieka, który przekroczył już sześćdziesiątkę.

Dwa  dorodne,  ładnie  utrzymane  kasztany  idą  spokojnym  stępem.  Mężczyzna  ich  nie  popędza.

Widać, że nigdzie się nie spieszy.

Dziewczyna  wzdycha,  mości  się  wygodniej  na  twardym  siedzeniu.  To  jedyny  przejaw

zniecierpliwienia, który pozwala sobie okazać.

Napiłabym  się  zimnej  lemoniady,  myśli  tęsknie.  Bardzo  zimnej.  Najchętniej  na  ocienionej,

chłodnej werandzie domu.

Mężczyzna zdaje się czytać w jej umyśle, bo obraca ku niej głowę.
- Jesteś spragniona? Chcesz wody?
-  Nie.  Na  razie  nie  -  odpowiada,  bo  na  samą  myśl  o  ciepłej,  cuchnącej  skórą  cieczy  z  bukłaka

czuje  skurcz  żołądka.  -  Daleko  jeszcze?  Doskonale  zna  drogę,  ale  pyta  i  tak,  żeby  zaakcentować
swoje znużenie, niechęć i złość.

Woźnica wskazuje batem.
- Za tymi skałami. Już niedługo będziemy na miejscu.
Pozwala sobie na krótki, odrobinę tylko kpiący uśmiech, bo dziewczyna kapryśnie wydyma usta i

znów wierci się na siedzeniu, jakby na znak dezaprobaty chciała się schować, zapaść w głębi lekkiej
perkalowej sukienki, żeby nie uczestniczyć w czymś, czego nie pragnie i nie umie zrozumieć.

Między skałami jest chyba jeszcze goręcej niż na równinie. Powietrze wydaje się równie ciężkie,

nieruchome jak otaczające podróżnych kamienie.

Kobieta  wachluje  się  omdlewającym  gestem.  Kwiaty  na  jej  kolanach  zamieniają  się  w  wiotkie,

wyssane z koloru zjawy. Duchy roślin, żałosne wspomnienia o wesołym wiejskim ogródku.

To  niedaleko.  Niedaleko,  myśli.  Jeszcze  trochę  i  wszystko  się  skończy.  Będziemy  mogli  wracać.

Do domu. Do zimnej lemoniady i ocienionej werandy. Do sensownych, zrozumiałych czynności, jakże
innych niż ta absurdalna, odbywana co roku pielgrzymka.

Mężczyzna  powozi  spokojny,  niewzruszony,  zdawałoby  się,  zadowolony.  Jakby  upał  go  nie

dotyczył. Nawet się nie poci.

To  tak  jakby  miał  misję,  przychodzi  do  głowy  dziewczynie.  Jakbyśmy  naprawdę  udawali  się  do

tajemniczego, świętego miejsca. Sanktuarium, które zna tylko on. Bo nie ja. Nie ja.

Jeden  z  koni  potyka  się,  chrapie  nerwowo.  Woźnica  łagodnie  ściąga  lejce.  Jego  ciche,  pełne

skupienia  opanowanie  udziela  się  zwierzętom.  Wyrównują  krok,  żwawy  i  miarowy,  jakby  to  była
wieczorna przejażdżka po mieście.

background image

To  tutaj,  już  zaraz,  myśli  wyczekująco  mężczyzna. A  potem  się  uśmiecha.  Trochę  gorzko,  trochę

drwiąco.

Myślałby kto, że jadę się zobaczyć z dawno niewidzianym przyjacielem. No, no, naprawdę można

by tak sądzić.

Sterta  kamieni  wygląda  tak  naturalnie  w  pustym,  surowym  krajobrazie,  jakby  była  jego

przyrodzoną częścią. Tylko krzywy drewniany krzyż wskazuje, że w tym miejscu znajduje się grób.

Mężczyzna  zatrzymuje  wóz  w  cieniu  pobliskiej  skałki,  sterczącej  z  ziemi  niczym  zepsuty  ząb.

Zeskakuje z kozła i rusza ku kamiennemu nagrobkowi, nawet nie spętawszy koni. Zmęczone kasztany
opuszczają łby. Wyglądają teraz jak miedziane posągi. Posągi nieruchomego oczekiwania.

Też wolałyby być w domu, mówi sobie dziewczyna.
Niechętnie gramoli się z siedzenia.
Jestem  cała  mokra,  złości  się  rozdrażniona,  przepełniona  niechęcią.  Cała  mokra,  spocona,

purpurowa z gorąca i brzydka. Przez niego. Przez jego dziwactwa.

Starszy  mężczyzna  nie  ogląda  się  na  nią.  Prostuje,  mocuje  krzyż,  starannie  układa  kawałki  łupka,

które  się  obsunęły.  Jest  w  tym  jakaś  szorstka  troskliwość,  charakterystyczna  dla  pielęgniarza
okrywającego  rannego  żołnierza  w  szpitalu  polowym,  zakonnicy  posługującej  umierającemu
żebrakowi. Nawet nie spogląda ku swojej towarzyszce, zajęty, pogrążony w zamyśleniu.

Kobieta  podchodzi,  pochyla  się,  żeby  położyć  kwiaty.  Tak  samo  martwe  jak  ten  bezimienny

człowiek otulony rozpaloną słońcem, ciężką obojętnością kamieni.

Nawet nie wiem, kto tam leży, myśli nie pierwszy raz, już bez zdumienia, bez ciekawości. Minęło

tyle lat, tyle lat, a on mi nigdy nie powiedział.

-  Dlaczego  ciągle  tu  przyjeżdżamy?  -  pyta  właściwie  wbrew  sobie,  nie  oczekując  żadnej

sensownej odpowiedzi.

Mężczyzna  unosi  wzrok.  I  śmieje  się.  Tak,  naprawdę,  śmieje  się  cicho,  jakby  powiedziała  coś

bardzo zabawnego, jakby była dzieckiem próbującym wybadać, zrozumieć świat dorosłych.

-  Bo  umarli  mają  dobrą  pamięć  -  mówi,  a  potem  odwraca  się  i  idzie  do  wozu,  zostawiając  ją

nadąsaną, zirytowaną, pocącą się mimo wachlarza z palmowych liści i podróżnego czepka.

 

* * *

To  stary  człowiek,  myśli  burmistrz  Statford.  Krzepki,  ale  stary.  Pewnie  po  siedemdziesiątce.

Wystarczy spojrzeć na jego ręce. Ogromne, jakby wyciosane z drewna dłonie, pokryte cętkami plam
wątrobowych.  Jak  te  hikorowe  laski  spacerowe.  Ręce  starego  mężczyzny.  Nie  siwe  włosy,  nie
pobrużdżona, smagła i surowa twarz człowieka, który większość czasu spędza na wolnym powietrzu,
ale właśnie te długie, sękate palce czynią z niego starca. Są znamieniem wieku, swoistym piętnem.

Jego  epoka  odchodzi  w  przeszłość,  ginie.  On  wie  o  tym.  Wie,  choć  stara  się  wciąż  trwać,  jak

wielkie, na wpół uschłe drzewo, które choć prawie martwe, rzuca ogromny cień na okolicę.

Tak, cień. Mrok. Ciemność. W każdym razie nie dobro. Nie, z pewnością nic dobrego.
Statford nalewa sobie whisky z kryształowej karafki. Upija mały łyk. W gabinecie jest ciemnawo.

Grube aksamitne story walczą z napierającym, dzikim i okrutnym upałem sierpnia o spokój i ciszę w
tym  wykładanym  politurowanym  drewnem,  eleganckim  azylu.  Tylko  owady  brzęczą  uparcie,
bezmyślnie, natrętnie wysławiając przemijającą powoli pełnię lata.

To tak jakby wykarczować suchy, konający pień, mówi sobie Statford. Nic więcej. Powalić stare

drzewo, żeby móc posiać coś nowego, żeby zebrać dobry plon. To nawet nie będzie śmierć. Nie, na
pewno nie śmierć. Tylko usunięcie czegoś zbędnego, czegoś, co zawadza, a jednocześnie jest groźne,

background image

niebezpieczne.

Jego  epoka  odchodzi.  Już  odeszła.  A  on  powinien,  musi  zniknąć  razem  z  nią.  Tak  będzie

prawidłowo,  właściwie.  Nie  chodzi  o  to,  żeby  powiedzieć  „dobry  uczynek”.  Na  to  Statford  ma  za
mało  odwagi  i  mimo  wszystko  za  mało  hipokryzji.  Prędzej  pomyślałby:  „przezorność”  lub
„obywatelska  powinność”. Albo  „usankcjonowana  okolicznościami  egzekucja”,  choć  to  określenie
nie przypada mu do gustu. Jest za brutalne, kojarzy się z krwią i przemocą.

A przecież obejdzie się bez krwi. Z pewnością bez krwi.
Podnosi  do  ust  szklankę.  Whisky  ma  rześki,  mocny  smak.  Dymny,  podnoszący  na  duchu  smak

zwycięstwa.

No, myśli Statford. Teraz już wszystko będzie w porządku. Wszystko dobrze.
Muchy tępo, nieznośnie tłuką się o szybę.

* * *

To przez ten skwar. Przez ten przeklęty skwar, myśli z rozpaczą. Dlatego że chciało mi się pić. Tak

głupio, tak bez sensu... po prostu chciało mi się pić.

Niczego nie podejrzewał. Wynajęli go, wypełnił zadanie, przybył po zapłatę. Jak zawsze. Przyjęli

go  spokojnie,  chłodno,  rzeczowo.  Tak  jak  lubił.  W  eleganckim  gabinecie  wykładanym  ciemnym
drewnem.

Interesy. To nic więcej prócz interesów. Zamówienie, wykonanie, zapłata. Ale było tak gorąco, a

oni wydawali się tacy opanowani, uprzejmi. Dobrze ubrani, dobrze wychowani ludzie załatwiający
po prostu swoje sprawy.

Więc  uwierzył  im,  stracił  czujność,  postąpił  wbrew  zasadom.  Gdy  go  poczęstowano,  wypił

whisky,  a  potem  tę  cholerną  lemoniadę.  Tę  pieprzoną,  przeklętą  lemoniadę.  Czy  wydawała  mu  się
wtedy jakaś gorzka, cierpka? Nie, chyba nie. Więc wypił ją, łamiąc zasady, jak nigdy dotąd.

Nie powinien był. I nic go nie usprawiedliwia. Nie powinien, a teraz jest już za późno.
Kiedy,  dziwnie  lekki,  bezcielesny  i  pozbawiony  siły,  spadł  z  konia,  myślał,  że  to  z  gorąca.  Że

nabawił się lekkiego udaru. Nigdy wcześniej to się nie zdarzyło, ale nie przestraszył się. Wiedział, że
jest silny mimo swoich lat. To tylko trochę za dużo słońca. Przecież nic więcej. Nic, czym dorosły
mężczyzna  powinien  się  przejmować.  Tyle  razy  w  życiu  bywał  ranny,  chory,  bliski  śmierci.
Uśmiechnął  się,  kiedy  zrozumiał,  że  nie  potrafi  zliczyć.  Teraz  zmógł  go  upał.  To  nawet  trochę
zabawne.  Nie  ołów,  nie  żelazo,  a  gorący,  rozpłomieniony  sierpień.  Czas  nie  przepuszcza  każdemu.
Nawet  zdrowemu,  dorodnemu  mężczyźnie,  wysokiemu,  żylastemu,  zbudowanemu  na  podobieństwo
sztucera, jakby z samego twardego drzewa i stali.

Wczołgał się w cień sterczącej skałki i zmusił drżące palce, żeby namacały i odkorkowały bukłak.

Ale  woda  nie  przyniosła  ukojenia.  Zdawała  się  śliska  jak  rtęć,  zbijając  w  żołądku  w  żeliwną
armatnią kulę. Jeśli tylko próbował się poruszyć, kula przetaczała się w środku, powodując ból. Nie
podejmował  więc  dalszych  wysiłków,  spoczywał  tylko  pod  skałą  jak  porzucony  koc.  Nie  umiałby
powiedzieć, ile czasu minęło, odkąd zwalił się z siodła. Sam wydawał się sobie dziwnie oczadziały,
obojętny, pozbawiony woli. Pomyślał mętnie, że nie może tak leżeć, że powinien zająć się koniem,
zabezpieczyć broń i juki. Chciał wstać, schwytać i spętać swojego karego, jednak ledwo podniósł się
na kolana, ciężar w brzuchu powalił go z powrotem. Przez chwilę, przez jedną chwilę uczuł strach i
bezradność, ale te odczucia natychmiast odpłynęły. Jego myśli spowalniały, miękły, jakby otaczała je
warstwa  bawełny.  Postanowił,  że  później  będzie  się  martwił  o  rzeczy,  teraz  musi  odpocząć.  Że
wystarczy posiedzieć trochę w cieniu.

background image

Ale nie wystarczyło. Już wie, że nie wystarczyło.
Upał nad jego głową, ogromny, ciężki, wzniesiony do ciosu metalicznym, bladym błękitem nieba,

jest  młotem.  Młotem,  który  opada,  żeby  go  zmiażdżyć. A  sucha,  spękana  ziemia,  twarda  jak  kawał
żelaza, to kowadło. Słońce rozmazuje się, krąży, ślizga tam, w górze, rozprażone i białe. Nie ustaje
ani na moment.

Skulony  w  cieniu  skałki  człowiek  próbuje  się  podźwignąć  na  nogi.  Jego  wielkie,  sękate  dłonie

pokryte  brązowymi,  starczymi  cętkami  drapią  piasek  w  strasznym  wysiłku.  Kościste  kolana  tłuką  o
kamienie.  Ciało  wygina  się  targane  spazmami.  Długie,  całkiem  białe  włosy  podobne  do  końskiej
grzywy opadają na twarz. Straszną, wykrzywioną, znękaną twarz konającego.

Piana  zakrzepła  na  brodzie  i  policzkach  ma  żółtawą  barwę  starego  mydła.  Na  pierwszy  rzut  oka

może się wydawać, że ten człowiek po prostu nie skończył się golić. Ale nie. Lepkie włókna śliny,
mętne,  niezdrowe,  kleją  się  do  szarej  jak  płótno,  broczącej  potem  skóry,  kapią  na  piasek.  W
oczodołach  zalegają  cienie,  upodobniając  je  do  dwóch  brudnych  bajor  sinego  błota.  Pod  kośćmi
policzkowymi rysują się już plamy niebieskawych wybroczyn.

Pod zadartą koszulą widać jasną plamę pleców, z kręgosłupem napiętym, więźlastym niczym sznur

pełen supłów.

Nagły  skurcz  poddaje  cały  tors  ku  przodowi,  głowa  pochyla  się,  niemal  dotykając  ziemi,  jak  w

pełnym szacunku pokłonie, a z rozwartych ust, otoczonych szpalerem wyszczerzonych zębów, płynie
potok pienistych żółtych wymiotów.

Mężczyzna  kolebie  się  na  rękach  i  kolanach,  jakby  zdumiony  swoim  stanem.  Już  nie  stara  się

wstać.  Patrzy  na  ziemię,  tam  gdzie  wsiąka  cuchnąca,  brudna  kałuża  cieczy,  która  właśnie  opuściła
jego  wnętrzności.  Opuściła,  ale  pozostawiła  po  sobie  pożogę.  Straszliwy,  szalejący  w  środku
płomień, przepalający od wewnątrz płuca, serce, żebra i skórę. Jakby połknął to rozpalone, zamazane
słońce,  które  teraz  mozolnie,  bezlitośnie  przebija  się  przez  warstwy  ciała,  żeby  uwolnione  wrócić
znów  na  nieboskłon.  Czuje,  jak  świeci  okrutnym  białym  blaskiem,  mącącym  myśli,  odbierającym
wzrok.

Otruli  mnie,  rozumie  w  nagłym  olśnieniu  między  kolejnymi  atakami  gwałtownych  torsji.

Skurwysyny. Bękarty. Bydlaki. Otruli jak kojota. Jak zwierzę...

Ale nie ma w nim już wściekłości. Nie ma gniewu. Rozgrzane do białości słońce wypala wszelkie

uczucia, wysysa siły.

Znów  wymiotuje  i  zupełnie  obojętnie,  bez  zdziwienia,  przygląda  się  czerwieni  lejącej  się

spomiędzy warg. Czerwieni prawie tak gorącej jak ukryte pod sercem pulsujące jądro jasności.

A potem lśniący, błękitnawy, stalowy młot nieba opada i powoli zaczyna zapadać zmierzch.

* * *

Nic  już  prawie  nie  widzi.  Tylko  zamazany  szary  kształt.  Jęczy  z  bólu,  kiedy  palce,  szorstkie,

brutalne palce przeszukują mu kieszenie.

- Wiedziałem, że daleko nie odjedziesz, parszywy draniu - mówi ten odległy, jasny, okrutny głos. -

Wiedziałem, że musisz się gdzieś tu zwalić. To była trutka na szczury, wiesz? Na szczury takie jak ty.

To chyba śmiech, ten odgłos.
-  No,  stary  pierdzielu.  Nie  myśl  sobie,  że  coś  do  ciebie  mieliśmy.  Co  to,  to  nie.  Uczciwie  ci

zapłaciliśmy, prawda? Tyle że ja i tato nie lubimy kłopotów. Nie możemy sobie na nie pozwolić. A
ty już i tak zdychasz, taki z ciebie stary pierdziel. Wszystko ci jedno, prędzej czy później. No to my z
tatą  postanowiliśmy  zrobić  ci  przysługę  i  wybrać  za  ciebie.  Teraz,  bękarcie.  Właśnie  teraz.  Chyba

background image

nie masz nam tego za złe, co?

Te  paskudne,  lepkie,  twarde  ręce  wyciągają  rewolwery  z  kabur  przy  jego  pasie,  grzebią  za

pazuchą.  I  nic  już  nie  można  zrobić.  Nawet  poruszyć  palcem.  Wreszcie  natrafiają  na  zwitek
banknotów, unoszą go gdzieś w górę, ku czarnoszarej nicości nieba.

- No, skurwielu. To ci już nie będzie potrzebne. I żebyś nie ośmielił się szczekać, że je ukradłem.

Nic z tych rzeczy. Zapłaciliśmy ci uczciwie, bękarcie. Po prostu zabieram, żeby się nie zmarnowały.
Cholernie nie lubię, jak się coś marnuje.

Znowu ten rechot podobny do czkawki.
Wytęża gasnący wzrok. Ta twarz, ta pospolita, przystojna twarz drania, wykrzywiona uśmiechem

triumfu. Statford. Młody Statford. Syn burmistrza.

- Aha. O konia też się nie martw. Złapałem go. Ładna sztuka. Przyda się. No, pierdzielu. To żegnaj.

Na wieki. Mam nadzieję, że będziesz już trupem, kiedy zaczną cię żreć kojoty.

Cień  znika,  usuwa  się  jak  czarna  chmura  odegnana  wiatrem.  Słońce  jest  teraz  mdłe,  czerwone,

zamierające. Gaśnie. Gaśnie.

* * *

Szeryf Joseph Barlow kołysze się w siodle w rytm kroków konia. Rondo kapelusza ocienia jego

pospolitą, nieco może zbyt miękką twarz, ściągniętą teraz w wyrazie znużenia.

Ten  upał,  myśli.  Ten  nieznośny  skwar.  To  wprost  niemożliwe,  żeby  ktoś  mógł  zaplanować  i

przeprowadzić  napad  na  sklep  w  taką  pogodę.  To  musiały  być  jakieś  cholerne  dzieciaki.
Chichoczący,  wystraszeni,  nerwowi  chłopcy,  którzy  jeszcze  niedawno  podkradali  jabłka  w  sadzie
sąsiada. Może myśleli, że to kolejna psota. Nic, tylko szczeniacki wybryk, posunięty nieco dalej niż
zwykle.

Prawie słyszy w wyobraźni ich wysokie, cienkie z podniecenia głosy: „No co jest, Luke? Strach

cię obleciał, co? Tchórzysz? Nie wejdziesz tam, Luke. Nie wejdziesz i nie zabierzesz tych cholernych
pieniędzy z kasy, chociaż leżą tam sobie i czekają, a ty dobrze wiesz, co możemy za nie mieć. Wiesz,
prawda, chłopaki? Nie, ten głupek po nie nie pójdzie albo ja jestem pies. Słyszysz? Klnę się na Boga,
że nie wejdziesz, tchórzliwy bękarcie!”.

Zawsze to samo, mówi sobie Barlow. Tylko głupie, przeklęte dzieciaki mogły mieć tyle kipiącej,

bezmyślnej  energii,  żeby  sterroryzować  bronią  starego  Jenkinsa  i  zabrać  ze  sklepu  te  nędzne  parę
dolarów w sierpniu tak gorącym jak tegoroczny. A teraz on, Barlow, snuje się jak duch po pustyni,
uganiając się za cieniem, za bandą wyrostków udających, że są kumplami Jesse Jamesa.

A  Mary  jest  sama  w  domu,  szepcze  nagle  złowrogi,  cichy  głos  w  umyśle  szeryfa.  Głos

strwożonego serca.

Mężczyzna zaciska zęby.
Wcale nie sama. Jest z nią Celeste. A wdowa Bunch obiecała zajrzeć. Na pewno przyjedzie. Nie

dochowała się własnych dzieci, więc teraz, jak tylko jest okazja, matkuje cudzym. A Mary czuje się
lepiej. Całkiem dobrze. Nie miała ataku od... od...

Boi się pomyśleć. Palce ściskają kurczowo łęk siodła.
Od dawna. Tak. To właściwe słowo. Od dawna.
Niebo wydaje się ciężkie, sprane jak stara flanek.
Barlow jest zmęczony. Właściwie nie pamięta już, kiedy odpoczywał. Nigdy, chyba nigdy, odkąd

zachorowała  Helen.  Odkąd  usłyszał  kaszel.  Ten  straszny  kaszel,  głuchy,  dudniący,  jakby  gdzieś  w
środku  w  piersi  żony  obluzowały  się  jakieś  tryby  i  tłukły  o  siebie  rozpaczliwie,  coraz  bardziej

background image

zepsute, rozpadające się z każdym oddechem.

W  grobie,  Barlow.  Odpoczniesz  sobie  w  zimnej  ziemi,  obok  niej,  mówi  cichy,  zjadliwy  głos  w

umyśle.  Ale  najpierw  spocznie  tam  Mary.  Już  niedługo.  Bardzo  niedługo.  A  ty  dopiero  potem,  za
długie, puste, pełne znużenia lata. No, no i cała rodzina będzie leżeć cichutko razem. A to ci dopiero.
Wzruszający obrazek, co?

Nie, myśli szeryf. Nie!
Lecz  w  głębi  serca  wie,  że  się  łudzi.  Wie,  patrząc  na  córkę,  przywołując  w  pamięci  obraz  jej

bladej  buzi  poznaczonej  czerwonymi  plamami  wypieków  na  policzkach,  jej  rozgorączkowanych,
lśniących  jak  jesienne  konstelacje  oczu.  Wie,  że  się  łudzi,  bo  widywał  już  przedtem  roześmiane,
szydercze  oblicze  śmierci,  wyzierające  przez  skórę  twarzy  Helen,  tak  jak  teraz  widuje  je,
spoglądając na Mary.

I  wszystko  nagle  wydaje  mu  się  płaskie,  pozbawione  sensu,  żałosne.  Ten  pościg  za  bandą

dzieciaków, ta blaszana odznaka, ciążąca teraz niczym zbroja błędnego rycerza, rozpalona jak piętno.
Szeryf  Barlow.  Wspaniale.  Ale  widział  kto  takiego  szeryfa?  Znużonego  do  granic  śmierci,
wypalonego jak stara lampa, zobojętniałego na wszystko człowieka, który parę lat temu przekroczył
czterdziestkę i utracił wszystko, co los może odebrać mężczyźnie.

Wyglądam jak własne odbicie w krzywym lustrze. Karykatura, stwierdza bez smutku, bez żalu.
A przecież kiedyś kochał tę robotę. W jakimś dawnym, nieistniejącym życiu, tak samo nierealnym

jak cienie na ścianie, jak sny pełne kolorów i blasku.

-  Szeryfie!  -  wyrywa  go  z  zamyślenia  głos  Toma  Ribbsa.  -  Tak  sobie  myślę,  że  byłoby  dobrze,

gdyby pan tu podjechał. Chłopcy znaleźli coś ciekawego.

Barlow niechętnie podnosi wzrok na zastępcę. Ribbs jest postawnym mężczyzną z szopą jasnych,

gęstych włosów, kwadratową szczęką i brązowymi oczami poczciwego, choć czujnego psa.

Dobry pomocnik, myśli szeryf. I dobry człowiek.
Przypomina  sobie  jego  cichą,  spokojną  obecność  w  domu  pogrzebowym,  przy  rozmowach  z

pastorem,  na  cmentarzu  i  czuje  wdzięczność.  Tak  jakby  obaj  wpadli  w  tarapaty,  walczyli  ramię  w
ramię  pod  ostrzałem,  a  Barlow  znalazł  się  nagle  w  wielkim  niebezpieczeństwie  i  potrzebował
wsparcia.

Potrzebowałem, Tom, przyznaje Joe. I niech mi Bóg wybaczy, że nigdy nie potrafiłem okazać ci,

jak cenna była twoja pomoc.

- Co tam znowu? - pyta, popędzając konia. - Jakieś ślady? Obozowali koło tych skałek, Tom?
Zastępca powoli kręci głową.
-  Nie,  szeryfie.  To  będzie  pewnikiem  chodziło  o  całkiem  inną  rzecz.  Tak  mi  się  widzi,  że  oni

znaleźli trupa.

Joseph wzdycha ciężko. Nie w smak mu takie odkrycie. Zdecydowanie nie w smak. Jeśli naprawdę

mają  tam  nieboszczyka,  ta  sprawa  nie  skończy  się  prędko.  Durne  bękarty  pokłóciły  się  o  te  kilka
dolców i ktoś oberwał kulkę. Zawsze tak jest z takimi wszarzami. Same kłopoty. A Mary jest w domu
tylko z Celeste. I tą drugą starą kobietą, wdową Bunch.

Powinienem  przenieść  się  do  miasta,  wyrzuca  sobie. Ale  Helen  kochała  tę  farmę. A  Mary  musi

dużo przebywać na powietrzu. Tak polecił doktor. W mieście zaszkodzi jej kurz i spiekota.

Wjeżdża kłusem między skałki.
- Macie zwłoki? - pyta krótko.
Fred  i  Zack  zeskoczyli  z  siodeł,  poszturchują  się  nawzajem  i  chichoczą  pochyleni  nad

nieruchomym kształtem.

To też jeszcze szczeniaki, myśli szeryf ze zniechęceniem. Takie same jak ci, co obrabowali sklep.

background image

Pewno nigdy nie widzieli trupa.

Fred unosi wzrok, ściąga kapelusz na tył głowy.
- Niech pan sam zerknie, szeryfie. To żaden z nich albo niech będę pies! Jakiś dziadyga. Całkiem

siwy.

-  No  -  wpada  mu  w  słowo  Zack.  -  Stary  dziad.  Rany,  ale  go  kojoty  obrobiły!  Wyżarły  mu  całe

bebechy, niech skonam! To ci dopiero! Widać żebra i inne gnaty. Jak u wieprza. I flaki ma wyprute.
Niech pan szybko spojrzy, szeryfie!

Barlow niezdarnie, bez wdzięku gramoli się z konia.
- A co, ucieknie mi, Zack? - pyta drwiąco.
Fred wybucha śmiechem, a dziecinna, pucołowata twarz Zacka robi się czerwona z zawstydzenia.
- No, tego, eeee - zaczyna się plątać i nagle zadziornie unosi podbródek. - Szło mi o to, że to może

przeszkodzić w ustaleniu przyczyny zgonu! - kończy triumfalnie.

- No to ustalajcie - poleca Joe i po raz pierwszy spogląda na zwłoki.
Mężczyzna  rzeczywiście  sprawia  wrażenie  starca.  Wykrzywiona  spazmatycznie  twarz  jest

oblepiona zakrzepłą krwią i wymiotami. Na pierwszy rzut oka nie widać śladów po postrzale.

- Chyba zeżarł coś, co mu zaszkodziło - mówi Tom. - A może go dziabnął grzechotnik. Zdarza się,

że  ludzie  rzygają  od  jadu.  Ale  mnie  się  widzi,  że  pewnikiem  zjadł  jakie  świństwo,  bo  nie  widać
opuchlizny od gada. Zgadza się pan ze mną, szeryfie?

Barlow kiwa głową.
- Chyba masz rację. Ale nie zaszkodzi sprawdzić. Niech Fred i Zack obejrzą ciało. Przyda im się

nauka, co?

Ribbs się uśmiecha.
- Nie da się zaprzeczyć.
-  Dobrze,  że  to  żaden  z  tych  szczeniaków  -  pozwala  sobie  powiedzieć  Joseph.  -  Inaczej  jeszcze

przez dobrych kilka dni nie wrócilibyśmy do domu. A tak pochowamy tego biedaka i zabieramy się z
powrotem. Oni dawno już przekroczyli granicę stanu i są w Southville, gdzie trwonią utarg starego
Pete a w tamtejszym burdelu.

- No, to na wiele im nie starczy - stwierdza młodszy mężczyzna z kpiną w głosie.
- A ty co, dobrze się orientujesz, Tom? - uśmiecha się szeryf.
- A pan to niby nie? - pyta Ribbs i zaraz mrocznieje. - No, ja, tego, no... nie miałem na myśli...
- Jasne, Tom. W porządku. Przypilnuj lepiej Zacka i Freda. Ten stary zmarł chyba z gorąca albo od

jakiejś choroby. Jeśli nie znajdziecie śladów po kuli lub nożu, to nie nasza sprawa. Nie uśmiecha mi
się wlec trupa w tym stanie do miasta. Rozpadłby się chyba po drodze.

-  Racja  -  przytakuje  skwapliwie  Ribbs.  -  I  tak  nikt  go  nie  rozpozna.  To  obcy  jakiś,  włóczęga.

Lepiej go zostawić, szeryfie. Dobrze pan mówisz.

Joseph odwraca się, ociera twarz rękawem.
Ten skwar, myśli. Ten cholerny upał.
Ale nie tęskni do ochłody, którą przyniosą jesienne wiatry, do zimnych wieczorów, gdy niebo robi

się takie wysokie i szklane, po brzegi wypełnione gwiazdami. Czas nie jest jego przyjacielem. O nie.
To podstępny wróg, najeźdźca, który zabiera swój haracz bez litości, bez chwili wahania.

Barlow podchodzi do konia, coś tam machinalnie poprawia przy siodle, lecz tak naprawdę nie ma

go  tutaj.  Popada  w  odrętwienie,  rodzaj  zamyślenia  podobnego  do  transu,  jakby  był  bezwiednie,
bezwolnie  medytującym  wschodnim  mędrcem,  pozbawionym  jednakowoż  siły  płynącej  z  wiary.  Po
prostu  odpływa,  nie  myśląc  o  niczym,  podobny  skałom  i  jaszczurkom,  jałowy  jak  otaczająca  go
pustynia.

background image

Ten stan zdarza mu się często, sen na jawie bez majaków, jakby jego umysł się wyłączał, nie chcąc

pamiętać, nie chcąc przyjmować niczego z bezlitosnej rzeczywistości.

Dochodzą  do  niego  jedynie  strzępy  słów  jakiejś  sprzeczki  wywiązującej  się  między  Zackiem  i

Fredem.

- Sam weź, jakeś taki cwany... podnieś za kark...
- Żebym się ze szczętem uwalał? Niedoczekanie, chłopie...
-  Do  diabła,  Fred!  Weź  nie  puszczaj  jego!  Jak  rany,  na  nogi  mi  spuścił!  Całe  buty  na  nic

zmarnowane! Czyścić mi będziesz, bękarcie jeden!

- Sam se wyczyść... łachudra! Lepiej się kopsnij po te rękawice, co je masz u siodła.
-  Aha!  Se  wymyślił!  Moje  nowiutkie  rękawice.  Swoje  wsadź  na  łapy,  cholero.  Takie  stare,  że

paluchy ci wyłażą. Do moich się chce dobierać, patrzcie no bękarta! Zazdrościsz, co?

- Zaraz ci tak pysk wymaluję, że sam się nie rozpoznasz, suczy synu! Czego bym miał zazdrościć?

Tych szmat wyleniałych?! Niedoczekanie!

- Spokój tam, do diabła! - to Tom. - Pożytku z was żadnego, durnie! Zack, nie szarp tak tego ciała,

ramię ze szczętem oderwiesz. Skaranie ze szczeniakami...

Nagle czas wraca na miejsce i Barlow wyrywa się z otępienia. Odwraca się, żeby zobaczyć, jak

Zack wlecze bezradnie trupa po ziemi, niczym szczeniak kojota taszczący za duży łup, a Fred kopie
czubkiem buta rozwartą, czarną od skrzepłej krwi jamę brzuszną nieboszczyka.

-  No,  galancie  urządzony  -  chichocze.  -  Pewnikiem  mu  kojoty  lepiej  wygodziły  niż  dziwki  w

Southville. Widział pan, panie Ribbs? A śmierdzi, aż się chce rzygać. Parszywy staruch, dobrze, że
zdechł.  Mnie  to  nic  tak  nie  obrzydza  jak  trup  starucha.  Kiedy  jaka  ładna  kobitka,  młoda  jeszcze,
weźmie i kojfnie, to też obrzydliwość, ale jakby mniejsza. No bo leży sobie taka w trumnie, nawet
apetyczna trochę, jak ją w trupiarni galancie wymalują i uczeszą. A może i co innego wyczyniają, kto
ich tam wie? Co, panie Ribbs?

Chłopak gada jak nakręcony, gestykuluje nerwowo, przytłoczony, zszokowany obecnością śmierci,

jej  zapachem  i  ciężką,  zimną,  lepką  grozą  bijącą  od  ciała.  Ma  niezdrowy,  zielonkawy  kolor  skóry,
jakby  zaraz  zamierzał  zwymiotować,  a  w  oczach  strach  i  niepewność,  ale  szczerzy  zęby  i  mruga
znacząco  w  głupiej,  bezmyślnej  próbie  okazania  dorosłości  i  odpowiedniej  dla  zastępcy  szeryfa
pogardy dla śmierci.

-  Fred!  -  syczy  Tom  znacząco,  słabym  ruchem  podbródka  wskazując  stojącego  przy  koniach

Barlowa. - Na boską litość, Fred!

Ale  dzieciak  już  się  rozkręcił,  krzyczy  piskliwym,  podnieconym  głosem,  próbując  zagłuszyć

narastające mdłości, lęki i młodzieńczą słabość.

-  No,  ale  w  taki  upał  to  i  ona  zaraz  się  plamami  pokryje  i  zamieni  w  kupę  cuchnącego  gówna...

Widziałem raz taką w Georgetown. Jakaś dziwka, co ją alfons podobno zanożował. Cała ta szminka z
niej spływała razem ze skórą, z tym żółtawym śluzem, z tym trupim...

- Dość!
To  Barlow.  Blady,  spokojny,  całkowicie  opanowany  Barlow.  Wyprostowany,  zdałoby  się,

wyższy.

Jak dawniej, myśli Ribbs. Przed śmiercią Helen.
Patrzy na Freda jak na zdechłego szczura, jak na coś obrzydliwego, w co wdepnął. Ale szeryf nie.

Szeryf przypatruje się twarzy chłopca z surową powagą, bystro i przenikliwie.

-  Dość  tych  waszych  wykładów  z  anatomii,  Johnson.  Stwierdziliście  obecność  jakichś  ran  czy

obrażeń na ciele nieboszczyka?

Fred z trudem przełyka ślinę. Gdyby mógł, sam chętnie padłby teraz trupem.

background image

- Nie, szeryfie Barlow.
- To go pogrzebcie, Johnson. Niech wam Clayton pomoże.
- Ale,  szeryfie!  -  protestuje  Zack.  -  Dlaczego  ja?  Ja  nic  nie  mówiłem!  Nie  otwierałem  ust  albo

niech będę pies!

- Zamknij się, Clayton - mówi Ribbs cichym, kipiącym wściekłością głosem. - Przełożony wydał

ci polecenie. To wykonaj je, suczy synu.

Obaj chłopcy, Zack i Fred, niechętnie, z ociąganiem zabierają się do wygrzebywania płytkiej jamy

w  spalonej,  twardej  jak  terakota  ziemi,  popatrując  na  siebie  krzywo.  Grzebią  jak  koty  w  piasku,
ledwo zadrapując powierzchnię słabo widocznymi rysami.

- Obłóżcie go lepiej kamieniami - odzywa się Barlow tym nowym, dźwięcznym, stalowym tonem. -

Nie chcę tu sterczeć w nieskończoność. Tylko porządnie, żeby zwierzęta się nie dobrały do zwłok.

Johnson  i  Clayton  posłusznie  ruszają  zbierać  płaskie,  lśniące  miką  kawałki  łupka  i  usypują  nad

zmarłym mały kurhanik, ostatni dom dla bezimiennego, samotnego włóczęgi.

Joseph  stoi  obojętny,  opanowany,  tylko  czasem  drgną  mu  mięśnie  szczęki,  a  pracującym  w

milczeniu chłopcom przychodzi poniewczasie do głowy, że dla niego to wciąż jest niedawno. Że pół
roku to może być za mało, żeby pochować i opłakać kobietę taką jak Helen Barlow.

* * *

-  Tato!  Tato!  Popatrz  tylko!  -  Mary  biegnie  przez  podwórze,  biała  jak  karton,  z  tymi  strasznymi

wypiekami na twarzy i oczami jasnymi od gorączki. - Pani Bunch przyniosła mi lalkę!

Głos małej jest pełen zachwytu. W piąstce ściska niedużą szmacianą, ale bardzo starannie uszytą

laleczkę.  Wyciąga  zabawkę  w  stronę  ojca,  z  tym  skupieniem  i  radością  małych  dzieci,  które
prezentują światu swój kolejny bezwartościowy skarb.

Barlow patrzy w szklane oczy lalki, widzi uśmiechnięte czerwone usta wyszyte grubą nicią i myśli:
Krew. Jakby zabarwiała je krew.
- Widzisz? Ma czepeczek i takie śliczne włoski! Pani Bunch mówi, że musiała spruć koronkę, żeby

Lily Mae miała te pokręcone loczki! - oznajmia Mary z triumfem.

Wdowa  Bunch,  przypominająca  kopę  siana  ubraną  w  kolorowy  perkal,  uśmiecha  się  z

zażenowaniem.

- Ależ, kochanie, to nic takiego. To była stara koronka, mnie już niepotrzebna. Po co stara kobieta

miałaby się tak  stroić?  Toż  to  lepiej  sprawić  trochę  radości  takiej  ślicznej,  słodkiej  panience  jak
Mary. A i mnie od razu weselej, prawda, skarbie?

- Lili Mae jest najpiękniejsza na świecie, pani Bunch! - mówi dziewczynka z przekonaniem. - Nikt

nie  ma  ładniejszej,  w  całym  stanie.  Prawda,  tato?  Pan  Bobby  też  tak  myśli.  Ojej,  a  gdzie  on  jest?
Gdzie Pan Bobby, tato?

-  Pewnie  śpi  na  słońcu,  kochanie.  Idź  zobacz,  czy  nie  ma  go  przy  stajni.  Lubi  spać  na  słomie  -

odpowiada zamiast Josepha wdowa Bunch.

Pan  Bobby  to  kociak  Mary.  Mały,  łaciaty,  czarno-biały  strzępek  puchatego  życia,  z  różowym

noskiem i ślepkami turkusowymi jak stara broszka Helen. Biega wszędzie za dziewczynką, bardziej
przywiązany niż psiak. Mary go uwielbia i traktuje jak przyjaciela, jakby zwierzątko było chłopcem,
nie kotem.

Odbiega w podskokach, tuląc do siebie szmacianą zabawkę.
To Helen powinna szyć jej lalki, myśli ze smutkiem Barlow. Ale nigdy nie zdążyła nawet zacząć.

Może i lepiej.

background image

Lepiej, bo widzi w wyobraźni żonę pochyloną nad kolorowymi skrawkami materiału, zgiętą wpół,

obryzgującą szycie pienistą krwawą czerwienią lejącą się z ust.

Te  szmatki,  przypomina  sobie  z  rozpaczą  i  odrobiną  obrzydzenia.  Te  pokrwawione  szmatki,

chusteczki  i  ścinki,  prane  pokątnie,  potem  już  tylko  chowane,  wrzucane  do  ognia,  zakopywane,
wpychane  w  dziuple  w  drzewach.  Te  okropne  świadectwa,  pieczęcie  choroby,  rozpadu,
odchodzenia.

- Dziękuję pani - odzywa się wreszcie. - To bardzo miło z pani strony, że poświęca pani tyle czasu

i serca mojej Mary.

Wdowa Bunch lekko się czerwieni.
- A tam, drobnostka. A co niby mam innego do roboty. Jak człowiek sobie pobędzie chwilę z takim

słodkim słoneczkiem, to i siły mu wracają i ochota do życia... Mary to wykapana Helen, kiedy na nią
spoglądam, to jakbym widziała jej matkę przed laty. I przez chwilę tak się czuję, jakby wracała mi
młodość. To sama radość dla mnie zająć się czasem Mary. A mężczyzna sam z dzieckiem potrzebuje
czasem pomocy...

Urywa speszona.
Joseph  krzywi  twarz  w  uśmiechu  i  myśli,  jak  bardzo  ma  już  dość  tego  wszechobecnego,

nienawistnego  współczucia,  tych  niewypowiedzianych  zdań,  znaczących  spojrzeń,  cichnących
rozmów.  Ma  ochotę  złapać  tę  starą  babę  za  kark  i  potrząsnąć  nią,  krzycząc:  „Ty  suko!  Ty  tępa,
bezmyślna suko! Zostaw mnie wreszcie w spokoju!”.

Ale  wie,  że  to  zwykłe,  proste  kobiece  dobro  kieruje  czynami  i  słowami  wdowy  Bunch.  Że  tak

naprawdę należy jej się wdzięczność, że kocha Mary tak samo, jak kochała kiedyś Helen, i okazałby
się skończonym skurwysynem, gdyby dał jej odczuć, jak męczy go jej cichy, trwożliwy smutek.

- To bardzo pięknie z pani strony - mówi wreszcie. - Że tak się pani zajmuje moją córką. Nasz dom

zawsze  będzie  dla  pani  otwarty.  Mary  panią  uwielbia,  jakby  była  pani  jej  babcią.  Oczywiście,
zostanie  pani  na  kolacji.  Celeste  coś  tam  pewnie  ugotowała.  A  potem,  jak  pani  zechce,  odwiozę
panią do domu.

Myrtle Bunch z zażenowaniem macha dłonią, jakby oganiała się od much.
-  Nie,  Joe,  naprawdę  nie  musisz.  Z  wieczora  przyjedzie  tu  Clemens.  Poleciłam  mu,  żeby

codziennie zajeżdżał, na wypadek gdybyś wrócił albo gdyby co było potrzeba.

Barlow uświadamia sobie, że Clemens, czarny służący wdowy Bunch, jest chyba jeszcze bardziej

wiekowy  od  swojej  pani.  Helen  opowiadała  Joemu,  że  kiedy  była  dziewczynką,  Clemens  już
wydawał jej się niewiarygodnie stary, z tymi siwymi włosami i powłóczącym chodem. Nie zmienił
się za wiele przez lata. Stary, milkliwy, pociągający nogami Murzyn.

Natomiast Myrtle Bunch była przyjaciółką dawno już nieżyjącej matki Helen.
- Panie Bobby! Panie Bobby! Gdzie się podziewasz? Celeste, gdzie jest Pan Bobby? - dobiega go

rozkapryszony, natarczywy głos córki. - Nie widziałaś go, Celeste? Mów zaraz prawdę!

-  Zamkłam  ja  jego,  czorta,  na  stryszku,  bo  mi  ze  szczętem  mleko  porozlewał!  -  gdacze  z  głębi

kuchni głos służącej. - A panienka nich się nie złości. Wypuszczę, jak panienka każe.

Słychać człapanie i ogromna czarna kobieta, starsza chyba niż pramatka Ewa, ciężko wlecze przez

podwórze odwłok opięty barwną długą spódnicą. Obok nerwowo jak wiewiórka podskakuje Mary.
Gestykuluje przesadnie, strofując opiekunkę za próbę uwięzienia kociaka na strychu.

Tylu ludzi, myśli Joe. Tyle wspomnień. Trudno uwierzyć, że wszyscy ci starcy żyją w najlepsze,

podczas gdy moja żona...

Przestań, mówi sobie. Gorycz w niczym nie pomoże. Przeciwnie.
Spogląda w pomarszczoną, poczciwą twarz wdowy Bunch.

background image

-  Czy  podczas  mojej  nieobecności...  Czy  Mary,  to  znaczy  czy  nie  zdarzyło  się  coś,  coś

niepokojącego? - pyta z trudem.

Stara kobieta dostrzega jego niespokojne, pełne udręki oczy. Widzi napięcie, które nigdy nie znika.

Jakby  było  zwierzęciem  zapędzonym  w  głąb  umysłu,  przerażonym,  dyszącym  w  przyczajeniu,
wyzierającym tylko czasami przez oczodoły niczym przez wyloty jamy, w której waruje.

- Nie, Joe - mówi. - Nic nie zaszło.
- Na pewno?
- Na pewno, Joe. Nie okłamałabym cię w takiej sprawie.
Barlow próbuje zmusić usta do uśmiechu.
- Tak. Wierzę pani. Oczywiście. To dobrze.
Myrtle Bunch ujmuje go łagodnie pod ramię.
- I co z tą kolacją, chłopcze? - pyta wesoło. - Zdążę coś przetrącić, zanim Clemens doczłapie się z

wozem?

- Och tak! Pewnie, że tak! Zapraszam do domu. Głupiec ze mnie, że pozwoliłem pani stać w tym

skwarze, pani Bunch - przeprasza szeryf.

I holuje ją jak wielką kolorową barkę w kuszący cień werandy.

* * *

-  Szeryfie!  Szeryfie  Barlow!  Niech  pan  zaraz  wyjdzie,  szeryfie!  -  natarczywy,  wystraszony  głos

Zacka wywabia Joego ze stajni.

I  już  wtedy,  w  tym  samym  momencie,  gdy  obejmuje  wzrokiem  postać  i  twarz  Claytona,

kiełznającego  spienionego,  tańczącego  w  miejscu  konia,  Barlow  wie,  że  wydarzyło  się  coś
poważnego.

- Zaczekaj, wezmę broń! - rzuca tylko, ruszając biegiem do domu po pas i rewolwery.
- Jest tam! Klnę się na Boga, że tam siedzi! - dyszy Zack. - Jakby nigdy nic, panie Barlow! Jakby

nigdy nic!

Ma  rozszerzone  z  przestrachu  i  podniecenia  źrenice,  na  policzkach  wypieki,  jak  dzieciak,  który

właśnie dostał pierwszego prawdziwego colta.

-  Zaraz,  spokojnie,  chłopcze  -  mówi  Joe,  wyprowadzając  i  siodłając  w  pośpiechu  swego

wielkiego karego ogiera imieniem Raven. - Kto i gdzie właściwie jest?

-  No,  ten  bandyta,  rewolwerowiec,  co  go  w  czterech  stanach  szukają!  Ten,  co  będzie  w  zeszłym

tygodniu  napadł  na  bank  w  Clarktown  i  ze  szczętem  trzech  gości  pozabijał.  Kasjera,  szeryfa  i
zastępcę. Na śmierć ich zaraz zabił jednym strzałem!

-  Wszystkich  naraz?  -  pyta  drwiąco  Barlow,  ale  głęboko  pod  sercem  budzi  się  jednak  niepokój.

Zimny, nieprzyjemny cień prawdziwego strachu.

-  Nie,  każdemu  po  kulce,  jakby  to  były  cukierki  na  Boże  Narodzenie,  co  je  w  sklepie  dają

szczeniakom!  To  Ralph  Hitchcomb,  szeryfie!  Sam  Ralph  Hitchcomb,  niech  skonam!  We  własnej
osobie!

Ręce Joego zamierają przy popręgu.
Nie, myśli spokojnie i chłodno. Nie. To niemożliwe. Co by tu robił? U nas nawet nie ma banku,

droga  się  urywa,  wiedzie  prosto  w  pustynię.  Jeden  dyliżans  przyjeżdża  na  tydzień.  Chłopakowi  się
coś uroiło. Musiało mu się uroić.

-  Gdzie  on  niby  jest,  ten  Hitchcomb,  Zack?  -  pyta,  starając  się,  żeby  głos  brzmiał  dalej  nieco

kpiąco. - U nas, w High Hill? A widział go kto?

background image

Usta Claytona wykrzywiają się jak do płaczu.
- No, toż mówię panu, szeryfie! U nas siedzi! W naszym saloonie! Czy go kto widział? Jak rany,

wszyscy  go  widzieli!  Siedzi  jakby  nigdy  nic  przy  stole,  ma  przed  sobą  list  gończy  ze  swoją
podobizną,  dwa  rewolwery  na  blacie,  każe  sobie  nalewać  whisky  i  wszystkich  pyta,  czy  go  aby
galancie odmalowali! Niech mnie diabli, jak to nie on! Szybciej, szeryfie, na boską litość, bo oni już
tam są! Znaczy Tom Ribbs i Fred!

O Boże, myśli Joe. O słodki Jezu.
Błyskawicznie poprawia siodło, wskakuje na grzbiet konia.
Może  to  nie  on,  łudzi  się  przez  chwilę.  Może  nie  on.  Jakiś  młody  narwaniec  podszywa  się  dla

zabawy.  Po  co  by  u  nas  siedział  poszukiwany  rewolwerowiec?  Zgubił  tu  co?  O  dobry  Chryste,
błagam, spraw, żeby to nie był on! Jestem na to za stary. Za stary i zbyt zmęczony. Dlaczego jeszcze
to?  Czy  nic  mi  nie  będzie  oszczędzone?  Czy  to  także  musi  być  zachowane  dla  mnie?  Nie  damy  mu
rady, nawet we dwójkę z Ribbsem. Szeryf z cichego, zapomnianego nawet przez diabła zadupia, taki
szeryf, który właśnie pochował żonę, który nie oddał ani jednego strzału do żywego celu od przeszło
roku, choć przepisowo czyści i nabija broń, starym, bezsensownym nawykiem, oraz jeden porządny,
spokojny człowiek, polujący czasem na kojoty. A do tego dwóch dzieciaków, których najrozsądniej
byłoby odesłać do domu, żeby nie musieć się ciągle o nich troskać, jak już ten Hitchcomb na dobre
zacznie zabijać.

Bo zacznie. Zacznie z pewnością.
Joe  zna  takich  jak  on.  To  przekleństwo  zwykłych,  prostych  stróżów  prawa.  Zna  takich  ludzi  bez

skrupułów, bez sumienia, którzy sami są bronią, sami są jednym wielkim zabijaniem. Tylko to robią
przez całe życie, tylko to kochają całym swym istnieniem.

Jak ten bękart, ten suczy syn Hitchcomb.
Kołysząc się w siodle w rytm ciężkiego, wytężonego galopu Ravena, szeryf myśli z rozpaczą, że

diabeł właśnie przypomniał sobie o High Hill, a jemu, Barlowowi, nic nie zostanie oszczędzone, nic
aż do ostatniej gorzkiej kropli.

Ale  pędzi  już  pylistą,  dobrze  znaną  drogą  do  miasteczka,  na  spotkanie  z  przeznaczeniem,  z

niechybną śmiercią, której nazwisko brzmi Ralph Hitchcomb.

* * *

Ręce  się  pocą,  ślizgają  na  rękojeści  rewolweru.  Twarz  też  oblewa  się  potem.  Słone  krople

zbierają się na czole, skroniach, brodzie.

Barlow stoi przed drzwiami saloonu sam. Fredowi i Zackowi nakazał niby osłaniać skrzydła, ale

w praktyce ukrył ich za rogiem budynku. W miarę bezpiecznie, ma nadzieję. Jeśli cokolwiek w High
Hill może teraz być w jakikolwiek sposób zabezpieczone.

Ribbs obstawia tylne wyjście.
Wolałbym, żeby stał tu ze mną, stwierdza Joe. Czuje się całkowicie odsłonięty, niemal obnażony,

jakby  paradował  po  ulicy,  zapomniawszy  włożyć  ubrania.  Sterczy  przed  drzwiami  knajpy  niczym
kwakier, który waha się, czy ulec pokusie. Nie ma żadnego planu. Nie ma pojęcia, co w ogóle robić.
Ta  chwila  znajduje  się  poza  czasem,  zawieszona  gdzieś  w  upale  popołudnia,  nierealna,  ale
konieczna, nieuchronna niczym przeznaczenie.

Powinienem wiedzieć, że kiedyś do tego dojdzie, myśli. Powinienem chociaż brać pod uwagę taką

ewentualność.  Dlaczego  sądziłem,  że  coś  takiego  nigdy  nie  nastąpi?  Że  od  chwili  kiedy  Helen
zachorowała,  będę  całkowicie  uwolniony  od  obowiązków  stróża  prawa,  żeby  móc  poświęcić  się

background image

jedynie własnemu smutkowi. Nawroty kaszlu, lekarze, gorączka, rokowania, krwotoki. Tylko to i nic
poza tym. Czemu czuję się teraz, jakby znów mnie oszukano, jakby diabeł nie dość jeszcze naszkodził
wszystkim, którzy noszą nazwisko Barlow?

Popołudniowa  cisza  spowija  ulicę,  słońce  odcina  cienie  ostre  jak  nóż.  Z  saloonu  także  nie

dochodzi żaden dźwięk.

To nie rzeczywistość, myśli szeryf. To akwarela.
A zaraz potem: Mój Boże, kto wychowa Mary?
Ale,  oczywiście,  wie  doskonale,  że  nikt  nie  wychowa.  Nie  wychowa,  bo  nie  będzie  takiej

potrzeby.

Więc  stoi  w  spiekocie,  bezradny,  nieprzygotowany  na  żaden  ruch,  stoi  z  bronią  w  ręku,

nieruchomy,  mimowolnie  stając  się  częścią  tej  akwareli,  z  której  postrzega  tylko  fragment,  drobny
ułamek, dla niego całkiem pozbawiony celowości.

Więc  to  ten  obcy  mężczyzna,  ukryty  w  ciemności,  siedzący  za  stołem,  pijący  whisky  i  palący

papierosa, ten mężczyzna, który ma przed sobą list gończy opatrzony własną twarzą i dwa rewolwery
na blacie, wykonuje pierwsze posunięcie.

- Niech pan się nie krępuje, szeryfie - mówi dostatecznie głośno, żeby usłyszano go w tej gorącej

sierpniowej ciszy, ale w żadnym wypadku nie tak, żeby ktokolwiek mógł go posądzić, że krzyczy. -
Proszę wchodzić. Miejsca dość.

Ton  głosu  jest  całkowicie  pozbawiony  emocji,  dźwięczny  i  wyraźny.  Jak  zdawkowe,  lecz

uprzejme  zaproszenie  kogoś,  kto  wychował  się  wśród  ludzi  niepozbawionych  dobrych  manier.
Barlow,  stojący  w  pełnym  słońcu,  spocony,  niepewny,  ściskający  śliską  rękojeść  colta,  sam  sobie
zdaje się tu intruzem. Człowiekiem, który zakłóca absolutny spokój mężczyzny w barze.

-  To  ty  wyjdź  natychmiast,  bez  broni,  z  podniesionymi  rękami!  -  krzyczy  o  wiele  za  gromkim

głosem,  brzmiącym  dziwnie  śmiesznie  wobec  spokojnej  uprzejmości  tamtego,  ale  ma  po  prostu
nadzieję, że usłyszy go Ribbs ukryty na tyłach.

W razie gdyby drań próbował tamtędy uciec, mówi sobie, choć doskonale wie, że ten człowiek nie

będzie nigdzie uciekał.

-  Przykro  mi,  szeryfie,  ale  zbyt  wygodnie  się  tu  siedzi  -  odpowiada  z  wnętrza  lokalu  ten  sam

spokójny, stanowczy glos. - Obawiam się, że będzie się pan musiał pofatygować do środka.

- Wypuść więc wszystkich z saloonu! - krzyczy Barlow nieco zbyt nerwowo.
-  Niestety,  tej  prośby  też  nie  mogę  spełnić.  Rozczaruję  pana,  szeryfie,  ale  naprawdę  nie  mogę.

Nikogo tu ze mną nie ma. Wszyscy opuścili lokal, kiedy zostałem obsłużony. Nawet pianista.

Czy on kpi? - myśli Barlow z przestrachem. Czy drwi sobie ze mnie, ten Hitchcomb, ten mężczyzna

ukryty w przytulnym cieniu saloonu, rewolwerowiec, który przybył tu nie wiadomo po co, równie nie
wiadomo dlaczego pozwolił się natychmiast rozpoznać, a teraz żąda najspokojniej, żebym dał mu się
zabić,  przybiegając  na  jego  gwizdnięcie  jak  posłuszny  pies?  Przecież  powinien  czuć  coś,  jakieś
napięcie, nerwowość, w obliczu czterech uzbrojonych mężczyzn, czatujących na niego, otaczających
ten przeklęty bar, spływających potem i strachem w słońcu popołudnia. Jedno drgnienie palca, jeden
przestrach za dużo i nie będzie żył, nawet jeśli zdoła pozabijać nas także. Czterech na jednego to za
dużo, żeby kpić. Nawet jeśli to tylko wiejski szeryf i jego zastępcy.

Patrzy z nienawiścią w ciemne wnętrze saloonu, tak złowrogo spokojne, przepełnione obecnością

tego  człowieka,  tego  wcielenia  klęski,  tego  przekleństwa.  Bo  tak,  to  klątwa.  Nie  ma  wątpliwości.
Klątwa, która ani na chwilę go nie opuściła, która po prostu zatoczyła krąg i znów przemieniła się w
kolejne nieszczęście.

A jednak spoczniesz w ziemi koło Helen znacznie prędzej, niżbyś przypuszczał, syczy zły głosik w

background image

głowie.  Czyż  nie  o  to  się  modliłeś,  durniu?  Czy  ten  piekielny,  upadły  anioł  z  parą  rewolwerów  i
listem  gończym  nie  jest  właśnie  odpowiedzią  na  twoje  żałosne  modły?  A  Mary  będzie  konała
samotna,  zupełnie  opuszczona,  dławiąc  się  krwawym  kaszlem,  w  jakimś  leprozorium  dla  ubogich,
przerażona tak, jak tylko może być osierocone umierające dziecko.

Barlow zaciska zęby w bezsilnej wściekłości.
Och, Boże, to już za wiele, za wiele dla mnie. Za wiele dla każdego.
- Wyłaź, Hitchcomb! - wrzeszczy ochryple. - Wyłaź natychmiast! Jesteś otoczony!
Przytulny półmrok baru milczy przez chwilę.
-  Jeśli  chce  pan  czegoś  ode  mnie,  szeryfie  -  odzywa  się  w  końcu  ten  jasny,  absolutnie  spokojny

głos,  bezcielesny  jak  zew  posłańca  z  niebios  -  musi  się  pan  tu  pofatygować.  To  proste.  Wystarczy
pchnąć drzwi. Zapraszam.

I  wtedy  wściekłość  uderza  Barlowa  jak  błyskawica.  Płonąca,  zimna,  błękitna  wściekłość

determinacji.

Dobrze!  Dobrze!  Skoro  tego  chcecie!  Skoro  tego  chce  Bóg,  Opatrzność  czy  diabeł.  Dość  już

udręki,  dość  lęku,  dość  rozpaczy.  Skoro  tego  właśnie  oczekujecie!  Nie  można  w  nieskończoność
znęcać  się  nad  jednym  człowiekiem,  nie  wolno  stawiać  go  w  obliczu  takich  przegranych  z  góry
wyborów, takiej straszliwej bezradności wobec wydarzeń.

Nie jestem Hiobem! Nie jestem Hiobem! Nie jestem! - krzyczy w duszy Barlow i sam nie wiedząc,

jak ani kiedy to się stało, wkracza w bezsłoneczne, chłodne, zaciszne wnętrze saloonu.

A on, ten Hitchcomb, ten anioł z piekieł, majaczący jak zamazany cień przed oślepionymi blaskiem

oczami szeryfa, on, demon, siedzi bez ruchu przy stoliku i nie strzela. Nie strzela.

Joseph ściska w dłoni broń, czuje jej ciężar, jej materialną, wypchaną ołowiem moc, ale i tak stoi

sparaliżowany.  On  także  nie  naciska  spustu.  Celuje  w  ciemną,  płaską  sylwetkę  za  stołem  i  znów
zamiera, tak jak przed chwilą na ulicy, niezdolny do żadnej decyzji, żadnego czynu.

Z  zewnątrz,  z  tego  zalanego  upałem,  całkiem  nierealnego  świata,  słychać  stłumione,  pełne

przestrachu okrzyki.

„O Jezu słodki! Wszedł tam! Wszedł, panie Ribbs! Co teraz? Co teraz? Co robimy, panie Ribbs?”
Ale tu, w łagodnym cieniu pustego baru, to wszystko nie jest wcale ważne. Tu znajduje się brama

do  innego  królestwa.  Do  małego,  niezwykle  cichego  świata,  który  wypełnia  sobą  tylko  obecność
owych  dwóch  mężczyzn.  Jednego  napiętego,  spoconego,  celującego  z  rewolweru  do  tego  drugiego,
tak nienaturalnie spokojnego, siedzącego naprzeciw z dłońmi spoczywającymi na blacie, obok broni i
szklanki whisky, i kawałka papieru z rysunkiem twarzy, przybitego do stolika ostrzem myśliwskiego
noża.

- Ralph Hitchcomb - mówi szeryf prawie niesłyszalnie, ledwie poruszając wargami.
- Szeryf Barlow - odpowiada tamten.
I  wyłania  się  z  półmroku  niczym  materializujący  się  duch,  w  miarę  jak  oczy  Josepha

przyzwyczajają się do ciemności.

Jest  wysoki,  chudy,  żylasty,  muskularny,  tak  jakby  nie  było  w  nim  nic  niepotrzebnego,  zbędnego.

Wydaje  się  podobny  jakiemuś  zmyślnie  skonstruowanemu  przedmiotowi  mechanicznemu.  Broni.
Najpewniej  broni.  Prostej,  bez  ozdób,  całkowicie  funkcjonalnej,  jak  dobra  strzelba.  Ma  pociągłą
twarz, jasne włosy i przenikliwe, nieruchome oczy drapieżcy.

Uśmiecha  się  lekko  i  to  wygląda  jak  pęknięcie,  jakaś  szrama,  a  nie  cokolwiek  ludzkiego,

przypominającego choćby z pozoru normalny grymas.

-  Napije  się  pan  whisky,  szeryfie?  -  pyta  uprzejmie  i  dopiero  wtedy,  dopiero  wtedy  Barlowa

przeszywa dreszcz lęku.

background image

Boże, co to za człowiek, myśli wystraszony.
A Hitchcomb sięga po butelkę, nie przestając się uśmiechać, tak jak mogłaby to robić puma albo

niedźwiedź, chociaż nie, raczej zwierzę bardziej zwinne i bardziej okrutne, wcale nie przejmując się,
że  Barlow  może  nacisnąć  spust,  widząc  ruch  jego  ręki  prześlizgującej  się  nad  uśpionymi
rewolwerami, nad rękojeścią noża ku szyjce flaszki z podłą miejscową żytniówką.

Ale Barlow nie strzela.
Nie porusza się nawet, niezdolny przełknąć śliny lub choćby zaczerpnąć głębiej oddechu.
Ratuje go ciche, słabe skrzypnięcie zawiasów i mocny, zdecydowany głos Ribbsa.
- Nie drgnij nawet, Hitchcomb. Jestem za twoimi plecami.
A potem dwa skulone cienie prześlizgują się przez frontowe drzwi i stają obok Joego, niczym dwa

psiaki wystraszone, choć podniecone pierwszym prawdziwym polowaniem.

Zack. Fred. Ribbs.
I Barlow.
A  pośrodku,  niby  widmo  z  zupełnie  innej  rzeczywistości,  Hitchcomb,  rewolwerowiec

poszukiwany w czterech stanach, nalewający sobie whisky do szklanki. Jakby pociągnięcie z gwinta
stanowiło jakąś drobną kapitulację, symptom lęku, którego przecież ten człowiek nie czuje.

O ile to w ogóle jest człowiek, myśli gorączkowo Barlow.
Nie porusza się, nie przejmuje dowodzenia akcją, w ogóle nic nie robi, jak urzeczony gapiąc się w

stalowe,  nieporuszone  oczy  zabójcy.  Dostrzega  je  bardzo  wyraźnie.  Jasne,  zupełnie  przejrzyste,
bystre, bezbarwne tęczówki z ciemną plamą nieruchomej źrenicy. Na dnie niczym w płytkiej, bardzo
czystej wodzie odbijają się cienie i kształty, prześlizgują odblaski.

Strumień, rozumie Joe. Kamienisty, rwący strumień pełen pstrągów.
-  Podnieś  ręce  do  góry  i  wstań. Ale  powoli!  -  nakazuje  Ribbs,  z  pozoru  stanowczo,  lecz  Joseph

wie, że jest zaskoczony i zdetonowany jego biernością.

Hitchcomb uśmiecha się niczym kot, jego wielkie, kościste dłonie spoczywają nadal na blacie.
- Jeśli chce pan mnie rozbroić, szeryfie, proszę tu podejść i zabrać rewolwery - mówi, całkowicie

ignorując zastępców, jakby istniał tylko on i Barlow.

- Dobrze - słyszy swój głos Joe. - Dobrze, niech i tak będzie.
Ribbs nerwowo przestępuje z nogi na nogę.
- Szeryfie - odzywa się ochryple - nie ma potrzeby...
- Nie teraz, Ribbs.
Joseph próbuje przełamać tę okropną bierność, ten paraliż, który nie pozwala mu postąpić kroku,

zbliżyć się do strumienia pełnego pstrągów, do uśmiechu wąskich jak blizna ust.

Jakby oswajał lisa, myśli. Podsuwając mu, wygłodniałemu, kawałki mięsa. Tylko że to stal i ołów,

ta przynęta. Ołów i stal.

- Osłaniamy pana, Barlow - bardziej szepcze, niż melduje, Tom.
I  też  się  przesuwa,  minimalnie,  nieznacznie,  ostrożnie,  szurając  podeszwami  o  podłogę.  Bliżej.

Bliżej, niby do węża.

Tak, właśnie tak to wygląda, mówi do siebie Joe. Jak do grzechotnika. Podchodzimy do niego jak

do grzechotnika.

Dwóch  wystraszonych,  dyszących  z  przejęcia  chłopców  i  dwóch  niezgrabnych,  nie  mniej

przerażonych mężczyzn.

A gdzieś ponad tym wszystkim, jakby to była dziecinna zabawa, on, ten chłodny, obojętny zabójca,

otoczony aurą absolutnego spokoju.

To nie on się porusza, nie Barlow. To tylko czas płynie nieubłaganie, choć nieskończenie wolno,

background image

czas  zamarły,  zastygły,  a  przecież  płynny  niczym  krzepnąca  żywica.  I  w  tych  martwiejących,
powolnych  sekundach  stopy  szeryfa  w  jakiś  całkowicie  od  niego  niezależny  sposób  przysuwają  się
do stołu, a dłoń, lewa dłoń, nieobciążona ołowianym ciężarem broni, wyciąga się ponad blatem ku
skalnej  szczelinie  i  strumieniowi  płynącemu  rwąco  po  wygładzonych  otoczakach,  bo  tyle  zostało  z
twarzy tego obcego, tego demona, Hitchcomba.

Zaraz, myśli Barlow, za moment, palce zetkną się z lodowatą, przejrzystą wodą strumienia i wtedy

umrę. Nie usłyszę nawet strzału. A może jednak tak, niczym odległy dźwięk grzmotu przetaczający się
w oddali. Bo przecież on strzeli. Musi strzelić, porwać te swoje rewolwery, te stalowe pułapki na
lisa, popisać się swoją szybkością, swoją determinacją, tym umiłowaniem, oddaniem się na zawsze
śmierci,  tą  nieznośną  brawurą  człowieka,  który  nic  nie  może  stracić,  ponieważ  nigdy  niczego  nie
posiadał.

I,  oczywiście,  nie  chodzi  tu  o  jakiekolwiek  rzeczy,  o  dobra  czy  majętności,  lecz  o  innych  ludzi

wokoło. Ludzi, o których trzeba się troszczyć, o jakich pamiętać, drżeć i modlić się w bezsenne noce.
Nie, Hitchcomb naprawdę jawi się jako upadły anioł w tej swojej zupełnej, ostatecznej wolności, w
której  rości  sobie  prawo  do  stanowienia  nie  tylko  o  własnym  życiu  czy  śmierci,  ale  także  o  losie
zupełnie obcych osób.

Teraz.  To  teraz,  myśli  Barlow,  bezwolnie  przyglądając  się,  jak  jego  ręka,  własna,  a  przecież

zdradziecka,  sięga  do  broni  na  blacie,  dotyka  tego  kąsającego  palce  chłodu,  który  wcale  nie  jest
zimnem płynącej wody, tylko nieruchomego żelaza. Żelaza, które wytworzono, żeby zabijać.

Słyszy,  jak  Ribbs  wciąga  przez  zęby  powietrze,  a  Zack  i  Fred  dyszą  ciężko  ze  strachu.  Tylko

Hitchcomb siedzi nieruchomy, z uśmiechem kota i wielkimi, chudymi dłońmi wspartymi o stół.

Zrób to! - krzyczy bezgłośnie szeryf, ale rewolwerowiec nawet nie drgnie.
Bo  nie  chce,  nawet  nie  zamierza  kiwnąć  palcem.  Nigdy  nie  zamierzał,  rozumie  w  nagłym,

strasznym przebłysku Joe i czuje, jak na policzki wypływa mu rumieniec upokorzenia.

Ponieważ  ten  grzechotnik,  którego  tak  się  boją,  którego  osaczają  z  takim  głębokim,  zabobonnym

lękiem,  ani  przez  chwilę  nie  czuł  się  zagrożony.  Nie  przez  nich,  nie  przez  wiejskich  ciołów,
podskakujących  nerwowo  niczym  psy  otaczające  skunksa,  nieudolnych,  żałosnych  i  nawet  nie
zabawnych. Oni są tylko pionkami w realizacji jego celu, mrocznego, tajemniczego celu, który może
sobie wyznaczyć taki człowiek jak on. Nawet jeśli ten cel zakłada, że musi zostać aresztowany gdzieś
na zabitej deskami, zapomnianej wsi jak High Hill.

Barlow zgarnia leżący na blacie rewolwer i niezgrabnie sięga tą samą lewą ręką po drugi, wciąż

celując  do  nieruchomego,  spokojnego  Hitchcomba,  rozpaczliwie  próbując  zachować  pozory  wciąż
realnego, grożącego niebezpieczeństwa.

Pewnie śmierdzę, myśli z goryczą. Potem i strachem. Cuchnę jak kojot, jak tchórzliwy skunks, a on

czuje ten odór i nawet się nie śmieje, nie drwi, bo przecież niczego innego się nie spodziewał.

- Mówiłem, że to proste - odzywa się rewolwerowiec znów z tą obojętną uprzejmością człowieka

dobrze wychowanego. - Wystarczyło wejść i aresztować mnie, szeryfie.

A  tymczasem  strumień  pełen  rozblasków  płynie  dalej,  niezmącony,  tak  straszliwie  spokojny,  że

Joseph ma przez chwilę ochotę pociągnąć za spust tylko po to, żeby zobaczyć wyraz zaskoczenia w
oczach przeciwnika.

Ale  oczywiście  nie  robi  nic  podobnego,  tylko  zabiera  broń  tamtego  i  nóż  wbity  w  podobiznę  tej

twarzy,  której  nigdy  nie  zapomni,  tej  bezczelnej,  triumfującej  twarzy,  której  nawet  nie  chce  się
zmienić  wyrazu,  upokorzony  i  zhańbiony  do  granic  możliwości,  słysząc  za  plecami  radosne,  pełne
podziwu piski tych szczeniaków zastępców.

-  Skuj  go,  Ribbs  -  mówi  drewnianym,  pustym  głosem  i  myśli:  „Chcę  do  domu.  Chcę  wreszcie

background image

wrócić do domu”.

A Hitchcomb wstaje, taki wysoki, że aż olbrzymi, bez słowa, bez gestu, dając wykręcić sobie ręce

i  założyć  kajdanki,  jakby  nie  zdarzyło  się  nic  szczególnego,  jakby  zawsze  w  ten  sposób  kończył
popołudniową wizytę w barze.

Czuję się brudny, szepcze do siebie Joe, gdy wychodzą na rozsłonecznioną, skwarną ulicę i ciągną,

poważni,  pod  bronią,  w  kierunku  płaskiego  budynku  aresztu,  pod  wystraszonymi  spojrzeniami
mieszkańców miasteczka, którzy już wiedzą, już wyleźli ze swoich kryjówek, żeby popatrzeć na tego
Sinobrodego, tę postać z okrutnej bajki, bandytę zabijającego jednym strzałem, wleczonego jak wołu
na ofiarę przez procesję pogromców.

Tymczasem Zack i Fred dławią się nagromadzoną adrenaliną, napięci niczym sprężyny, gadający

jeden przez drugiego:

„Słyszałeś?  Słyszałeś?  Podszedł  jakby  nigdy  nic  i  zabrał  mu  broń!  Do  uzbrojonego  zabójcy

poszukiwanego w czterech stanach! No, niech będę pies, jeśli to nieprawda! Niech będę łysy kojot
albo Negr! Jak rany, tak właśnie zrobił, nasz szeryf! A myśmy cały czas mieli drania na muszce, nie,
Fred? Cały cholerny czas!”.

Za  chwilę  zaczną  biegać  w  kółko  jak  króliki,  myśli  Barlow,  teraz  już  tylko  znużony,  nawet  nie

dotknięty  obelgą  tamtego,  idącego  przez  jego  miasto,  jego  ulice  z  tą  obojętnością  w  twarzy,
obojętnością kota napastowanego przez szczury.

Chciałbym  być  w  domu.  Chciałbym  jak  najszybciej  wrócić  do  domu,  powtarza,  jakby  to  mogło

pomóc, popchnąć do przodu sprawy, nad którymi znów stracił, jeżeli kiedykolwiek miał, kontrolę.

* * *

- To nie może być on - mówi burmistrz Statford. - Nie on.
W  zaciszu  swego  eleganckiego,  wykładanego  drewnem  gabinetu,  rozświetlonego  teraz  łagodnym

blaskiem lampy, wpatruje się z napięciem w twarze przyjaciół i wspólników.

Stephen  Coldfield.  Charles  Steward.  Lucas  Rockstone.  Abraham  Mallory,  odlicza,  jakby

przeprowadzał przegląd pułku.

A  oni  przypatrują  mu  się  w  milczeniu,  w  niemym  oczekiwaniu,  że  i  teraz  weźmie  na  siebie

przywództwo,  że  znajdzie  radę,  zadecyduje  w  imieniu  wszystkich,  jak  wtedy,  prawie  dwa  lata
wstecz, jak zawsze, w każdych istotnych okolicznościach.

- Nosi to samo nazwisko - odzywa się stateczny, siwy Coldfield.
-  To  nic  nie  znaczy  -  neguje  za  szybko,  nerwowo  Steward.  -  Tamten  był  starcem,  liczył  ponad

siedemdziesiąt lat. Ten pewnie niedawno przekroczył trzydziestkę.

-  Widziałeś  go?  Na  własne  oczy?  -  pyta  Mallory  z  tym  krzywym  uśmiechem  przebiegłego

Irlandczyka, który zwykle obnosi jak tarczę herbową.

- Nie. Ale oglądałem list gończy.
- No, to wiele wyjaśnia - mruczy drwiąco Mallory.
- Panowie! - Statford unosi ręce w uciszającym geście. - Ralph Hitchcomb, którego wynajęliśmy

dwa lata temu, nie żyje. Mogę za to ręczyć.

- Co z tego? - Rockstone wzrusza ramionami. - Może to jego syn? Przyjechał po zemstę.
-  I  zaraz  dal  się  zamknąć  temu  smutnemu  łazędze  Barlowowi  -  kwituje  Mallory.  -  To  chyba  nie

mamy się czego lękać, przyjaciele.

-  Nie  obracaj  wszystkiego  w  farsę, Abe  -  wtrąca się Coldfield.  -  Obawiam  się,  że  jednak  mamy

problem.

background image

-  Z  tym  domniemanym  Hitchcombem?  -  parska Abraham  Mallory.  -  To  pewnie  zwykły  bandzior,

nawet  niespokrewniony  z  tamtym,  który  po  prostu  przywłaszczył  sobie  tożsamość  innego,  bardziej
znanego, żeby budzić większy postrach. Ta hołota często tak robi.

-  Tylko  że  Hitchcomb  nie  był  specjalnie  sławny.  Nie  tak  jak  Jesse  James  czy  Wyatt  Erp  -  mówi

Steward.

- Tym lepiej. Nikt by nie uwierzył, gdyby tytułował się Jesse Jamesem. Chyba tylko ty, Charles.
-  Panowie,  proszę!  -  Statford  jest  już  zmęczony  jałowymi  przepychankami  wspólników.  -  Jedno

wiemy na pewno. To nie tamten Hitchcomb. Chyba że wrócił zza grobu. Zastanówmy się, czy to może
być jego syn?

Coldfield w zamyśleniu gładzi się po brodzie.
- W sumie dlaczego nie? Wiek by się zgadzał, a nazwisko Hitchcomb nie jest znów tak popularne,

nie sądzicie?

- Nie przypuszczam, żeby pozostawił po sobie syna - mówi Statford z powagą. - W każdym razie

nie takiego, który chciałby go pomścić. On był jak stary, samotny basior, zbyt nieufny, zbyt skupiony
na  sobie,  żeby  odchować  chłopca,  nauczyć  go  szacunku  dla  przodków,  dla  nazwiska,  zaszczepić
dumę  potrzebną  do  tego,  by  odczuwać  potrzebę  jakiejś  zemsty.  Nie,  nie  mógł  mieć  syna,  panowie.
Oczywiście nie mam żadnej pewności, ale tak właśnie myślę.

- Czyli co postanawiamy? - pyta Rockstone. - Zostawiamy rzecz własnemu biegowi?
Och,  Lucas,  myśli  Henry  Statford.  Nie.  Z  całą  pewnością  nie.  Niczego  nie  wolno  zostawiać

własnemu  biegowi.  Ale  nawet  jeśli  to  pojmujecie,  nie  jesteście  w  stanie  niczego  przedsięwziąć,
przyjąć  na  własne  barki  jakiejkolwiek  odpowiedzialności.  I  dlatego  teraz  przyszliście  do  mnie,  do
mnie  właśnie,  oczekując  rozwiązania  problemu,  pozbycia  się  kłopotu,  usunięcia  tego  ciernia  z
waszego  wygodnego,  dostatniego  życia,  które,  a  jakże,  również  zawdzięczacie  mnie,  mojej
determinacji,  mojemu  działaniu,  mojej  sile.  Do  mnie,  a  nie  do  ciebie  czy  kogoś  innego  z  was,
Rockstone.

Dokładnie  tak  samo  jak  wtedy,  gdy  dwa  lata  temu  tak  bardzo  śliniliście  się  do  tej  ziemi,  tej

cudownej,  zawierającej  czarny,  oleisty  skarb  ziemi,  niestety,  należącej  nie  do  was,  ale  do  starego
Zebedeusza Benbowa.

- Sprawdzimy to, a w razie czego pozbędziemy się tego następnego, wskrzeszonego Hitchcomba,

tak jak pozbyliśmy się poprzedniego - mówi dobitnie i słyszy, jak oddychają z ulgą.

Znów  zrobiłem  coś  za  was,  przyjaciele,  myśli  z  odrobiną  drwiny.  Znów  przyczyniam  się  do

waszego  spokoju,  bogactwa,  do  waszej  beztroskiej  gnuśności,  do  nudy  waszego  prowincjonalnego,
skisłego istnienia. Za lwią część udziału w działce Zebedeusza Benbowa, za ciężar zbrodni pozbycia
się balującego gdzieś w świecie Solomona Benbowa, jedynego syna i spadkobiercy starca, który w
nim pokładał całą nadzieję, całą ziemską siłę, jaka mu jeszcze ocalała przez lata ciężkiego żywota. A
kiedy  dowiedział  się,  że  to  ostatnie  mdłe  światło,  ten  chorowity  i  blady  promyk  nadziei  zgasł
zduszony ręką zbrodniarza, poddał się wreszcie, skapiał, osunął w zgrzybiałość i za grosze sprzedał
tę  ziemię,  tę  ukochaną  ziemię  zawierającą  skarb,  o  którym  nawet  mu  się  nie  śniło,  ten  żałosny
spłacheć, który tak chciał ocalić dla swego jedynaka.

No cóż, w pewnym sensie zrobiłem coś dobrego dla High Hill. Bo przecież Solomon, ten późny,

nieudany  syn,  odrost  od  starego,  martwiejącego  pnia  rodu  Benbow,  jakże  smutny  powód
rozczarowania  wiekowego  ojca,  bez  wątpienia  sprzeniewierzyłby  całe  dziedzictwo,  roztrwonił  i  tę
ziemię, i te skarby, gdyby kiedykolwiek zadał sobie trud odnalezienia ich, dostrzeżenia chociażby.

Tak. Śmierć Solomona Benbowa była tylko kwestią czasu. A ten Hitchcomb tylko ją potwierdził,

przypieczętował niejako, przyspieszył, co jest jednak zupełnie bez znaczenia, bo młody Benbow był

background image

już  praktycznie  skazany,  potępiony  i  martwy,  gdy  porzucał  dom  ojca  i  wyprawiał  się  w  świat
oddawać rozpuście, hazardowi i rozpaczy.

Więc High Hill skorzystało na tajemnym pakcie piątki swoich najbardziej szacownych obywateli,

którzy  zwyczajnie  nie  mogli  dopuścić,  żeby  utracone  zostało  coś,  co  Opatrzność  pieczołowicie
złożyła w ziemi okalającej miasteczko, aby zabezpieczyć los i dostatek jego mieszkańców.

-  Zajmiesz  się  tym,  Henry?  -  pytanie  Coldfielda  wyrywa  Statforda  z  zamyślenia.  -  Zbadasz

koligacje tego bandyty?

- Tak, oczywiście - stwierdza burmistrz.
Jak zawsze, dodaje w duchu.
- Napijemy się, panowie? - proponuje, skoro omówiono już najważniejsze sprawy.
Kiwają skwapliwie głowami, już rozluźnieni, już wyzbyci strachu, wolni od obaw.
Jak woły, myśli z niechęcią Statford. Jak banda Negrów.
Za oknami wistaria i powój, i kapryfolium dyszą ciężko dławiącym, słodkim zapachem w tę upalną

sierpniową noc.

* * *

Barlow przez pręty celi przygląda się więźniowi siedzącemu na pryczy. I choć doskonale rozumie,

kto tutaj znajduje się w areszcie, a kto na wolności, w jakiś irracjonalny, niezrozumiały sposób czuje
się schwytany w pułapkę.

Już  po  wszystkim,  mówi  sobie  w  duchu,  lecz  w  żadnym  razie  nie  może  przejść  do  porządku  nad

nienaturalnym  spokojem  tamtego,  nad  tymi  jasnymi,  wodnymi,  bo  przecież  nie  wodnistymi  oczami,
ślepiami zwierzęcia czy pogańskiego boga, niewzruszonymi niczym górski strumień. Nie ma w nich
ani  śladu  porażki,  ani  krztyny  poddania  czy  rezygnacji.  O  nie.  Tylko  ta  straszna  spokojna  pewność.
Czego? Barlow nie wie.

Zamierza coś, musi coś zamierzać, myśli gorączkowo i rozpaczliwie. Inaczej nigdy byśmy go nie

pokonali. Nigdy, tak jak nie dalibyśmy rady zatrzymać burzy ciągnącej znad pustyni.

- Szeryfie! Szeryfie Barlow! - zawodzi jękliwie ktoś z celi naprzeciwko Hitchcomba.
- Stul dziób, Burns! Stul, ty suczy synu, albo wejdę tam i sam ci go zatknę! - krzyczy Zack, zanim

Joseph ma czas bodaj otworzyć usta. - Szeryf więźnia wysłuchuje!

Przesłuchuje,  poprawia  w  myślach  Joe,  chociaż  Bogiem  a  prawdą  pragnąłby  chociaż  wysłuchać

go, tego ludzkiego zwierza przyczajonego w celi, wysłuchać i zrozumieć, uzyskać bodaj najmniejszy
znak, przesłankę, żeby pojąć jego zamiary. Tymczasem nic nie jest w stanie zrobić, niczego uzyskać,
chyba żeby był hipnotyzerem, szarlatanem z obwoźnego cyrku i zdołał przeniknąć za zasłonę płynącej
wody, do umysłu tego człowieka, tam gdzie przecież musi kryć się jakiś cel, zamysł głęboko ukryty.

- Nazywacie się Ralph Hitchcomb? - stara się, żeby głos brzmiał surowo i pewnie.
-  Od  samego  urodzenia,  szeryfie.  -  Znów  ten  paskudny,  koci  uśmiech,  który  tak  zbija  Barlowa  z

tropu.

Jakby sugerował jakąś wspólnotę, tajne porozumienie, które on, Joseph, zawiązał gdzieś u zarania

dziejów,  wieki  temu,  na  dzikiej  i  niespokojnej  ziemi  z  tym  człowiekiem,  demonem,  zabójcą,  choć
wcale  nie  wie  o  tym,  nie  pamięta  i  pamiętać  nie  chce.  Jakby  Hitchcomb,  wyczekawszy  się
nieskończenie  długo,  wracał  teraz  na  scenę  dramatu,  w  ostatnim  akcie,  oczekując  od  Barlowa,  że
przypomni sobie tę nieprawdziwą, nigdy nieprzypieczętowaną umowę i będzie się do niej stosować.

Nie znam go. Nie mam z nim nic wspólnego, zaciska zęby, zżyma się Joseph. Łączy nas jedynie to,

co dzieli na zawsze i nieodwołalnie. Ja jestem stróżem prawa, a on to prawo lamie.

background image

-  Czyli  wy  jesteście  Hitchcomb,  tak?  Przyznajecie?  -  pyta  i  natychmiast  rozumie,  że  powtarzając

się, popełnia błąd, zdradza słabość i jakąś paskudną, graniczącą z tchórzostwem nerwowość.

Więzień  nadal  się  uśmiecha,  nie  okazując  ani  odrobiny  zniecierpliwienia,  ale  przecież

jednocześnie jest tak arogancki, arogancki i drwiący, że Barlow znów czuje uderzające na policzki
rumieńce.

- Dokładnie tak samo jak przed momentem i przez trzydzieści cztery lata życia. To zmienia się z

wiekiem tylko u kobiet. Mam na myśli nazwisko, szeryfie.

-  Jesteście  poszukiwani  za  napady  i  zbrodnie  -  ciągnie  Joseph,  w  jednej  fatalnej  chwili

uświadamiając  sobie,  że  nie  wie,  jakie  przestępstwa  popełnił  Hitchcomb  ani  dlaczego  jest
poszukiwany w czterech stanach. Pamięta tylko o banku w Clarktown, kasjerze, tamtejszym szeryfie i
zastępcy.

Boże, jakąż żałosną istotą mnie uczyniłeś, myśli z goryczą. Że nawet w obliczu tego mordercy, tego

zła  w  ludzkiej  skórze,  czuję  się  tylko  starym,  znękanym  głupcem.  Głupcem,  który  nie  umie  sobie
poradzić z pracą, jaką wykonuje od niemal dwudziestu lat.

- Przyznajecie się więc do tych zbrodni?
Hitchcomb  wzdycha,  nadal  bez  zniecierpliwienia,  jak  człowiek  nieprzywykły  do  kontaktów  z

dziećmi, który musi coś wytłumaczyć kilkulatkowi.

-  Ale  do  których,  szeryfie?  Kłopot  z  tym,  że  zupełnie  jak  pan  nie  pamiętam,  ilu  ich  miałbym

dokonać. Niektóre fakty nieco mi się mieszają. Zapewne z upału, jak sądzę.

Barlow przygryza wargę.
Ustąpię,  postanawia.  Zrzeknę  się  stanowiska,  ledwo  powieszą  tego  drania.  Przysięgam,  że

natychmiast ustąpię.

-  Na  przykład  napad  na  bank  w  Clarktown  i  pozostawione  tam  trzy  trupy.  To  się  wydarzyło

niedawno. Powinniście przypomnieć sobie coś podobnego, Hitchcomb.

Twarz więźnia rozpromienia się w uśmiechu.
- Aaa, tak! Rzeczywiście. Oczywiście przyznaję, szeryfie. Napad na bank i trzy trupy. No, to by się

z grubsza zgadzało.

Joseph stara się nie pokazać, jak jest wstrząśnięty.
- Człowieku - mówi cicho - powieszą was za to. Macie coś na swoją obronę?
Hitchcomb zaprzecza ruchem głowy.
- Nie. W samej rzeczy, nie mam. Próżno by u mnie szukać upadającej farmy, głodujących dzieci,

chorej matki czy takich tam sentymentalnych powodów. Kaprys, powiedziałbym raczej.

- Dla kaprysu zabiliście trzech łudzi?
Rewolwerowiec  prostuje  się  i  mimo  iż  siedzi  na  pryczy,  nagle  zdaje  się  Barlowowi  o  wiele

większy, potężniejszy od niego, od każdego człowieka w areszcie, od wszystkich mieszkańców High
Hill niemalże.

- Dla kaprysu zabiłem znacznie więcej osób, szeryfie. O wiele więcej.
Tak,  myśli  Joe.  Nie  wątpię.  O  Boże,  wcale  nie  wątpię.  Tylko  dlaczego,  na  Chrystusa  Króla,  tak

beztrosko się do tego przyznaje?

- A łup? Gdzie go ukryliście? - pyta, nie spodziewając się odpowiedzi.
-  Pieniądze?  -  Więzień  unosi  brwi  w  wyrazie  zdziwienia.  -  Są  przy  siodle.  Razem  ze  strzelbą,

kocem i moimi rzeczami. Nie sprawdził pan moich rzeczy, szeryfie? Przypuszczałem, że już wszystko
znaleźliście. Zaopiekuje się pan moim koniem, prawda? To dobry wierzchowiec. Posłuszny i wierny.
Nazywam go Flame, bo jest rudy jak ogień. Nie mogę go zabrać ze sobą, tam gdzie mnie posyłacie.

On  mówi  o  swojej  śmierci,  tak  jakby  już  stała  się  faktem,  zdumiewa  się  Joseph.  Z  tą  straszną

background image

obojętnością szaleńca, która przecież zdaje się nie mieć nic wspólnego z obłędem.

- Barlow! Barlow! - jęczy znów ten głos z sąsiedniej celi. - Niech mnie pan wypuści, na miłość

boską! Ja z nim siedział nie będę w jednym pierdlu! Nie będę z tym diabłem piekielnym! On nie ludź
jest, przysięgam ja na słodkiego Jezusa! Taki łudź z niego jak z tego Heroda czy inszego Belzububa,
co przed nim pastor ostrzegał! Pan się zlituje, szeryfie! Niech ja skonam, jak będę tu z nim siedział!
Toż on nam wszystkim gardła galancie podetnie, zanim zdążymy „amen” zawołać!

- Zamknijże się, Burns! Do kogo mówiłem, człowieku! - wrzeszczy Zack, szczęśliwy, że może się

wykazać.

- Dobrze już, Clayton - ucisza go Joseph. - A ty od kiedy się taki religijny zrobiłeś, Burns?
- Jakby pan tu z tym diabłem siedział, to tyż by się modlił, a jakże! - pada odpowiedź.
Szeryf  odwraca  się,  rzuca  spojrzenie  do  sąsiedniej  celi  i  widzi  ryżawego,  chudego  wyrostka

skulonego pod ścianą, z twarzą wykrzywioną mieszaniną strachu i zadziorności.

Który  to  z  nich,  tych  Burnsów,  zastanawia  się.  Clay?  Henry?  Bob?  Nie,  chyba  Tom.  Siedzi  już

dwie  doby  za  bójkę  i  kradzież.  I  posiedzi  jeszcze  ze  trzy,  bo  tym  razem  nie  dam  się  tak  łatwo
ułagodzić.  Ci  Burnsowie  są  gorsi  niż  sfora  psów,  niż  Negry.  Muszę  im  dać  nauczkę,  zanim  mi
całkiem opanują miasto.

- A co on ci niby zrobił, Tom, co?
- Co zrobił? - Chłopak aż sapie z oburzenia i zgrozy. - On mnie śmierci życzył! A te gały tylko mu

świciły jasnym ogniem, jak u czarta, przysięgam. Powiedział, że mnie nie więcej jak trzy lata po tej
ziemi przyjdzie chodzić, aż mnie powieszą na suchym drzewie za kradzież i ochwacenie ulubionego
konia  takiego  jednego  z  Georgville!  Tak  mnie  gadał  z  tą  mordą  bladą  i  gałami  jak  u  diabla!  Niech
mnie matka rodzona wyklnie, niech no ja czarnuch będę, jeśli łżę!

- Uspokój się, Burns - mówi Joe, w sumie zadowolony, że może już jakoś przerwać, zakończyć bez

dalszych klęsk tę rozmowę, to niby przesłuchanie mordercy. - Jeśli myślisz, że cię wypuszczę przed
czasem, jeśli będziesz tak błaznował, to się grubo mylisz. Lepiej siedź cicho albo dołożę ci jeszcze
dobę aresztu.

- Dobry Jezu, pan to taki nieużyty jest, szeryfie! A ten tam to czort jakiś! Przysięgam, no na Boga

przysięgam! Bo kto to słyszał, żeby komu takie rzeczy gadać!

Barlow wzdycha.
- Straszyliście tego dzieciaka, Hitchcomb? Groziliście mu?
Rewolwerowiec wzrusza ramionami.
- Po co? Darł ryj, spać nie dawał, to mu się kazałem zamknąć i tyle.
- Łże! No łże, suczy syn! Śmierć mi wróżył na stryczku, bękart jeden! - wrzeszczy na to Burns.
- No to jak było, Hitchcomb? Wróżyliście?
- A bo to trudno dociec, jak taki śmieć skończy? Może wspomniałem, że pewnie go powieszą za

kradzież konia czy inną błahostkę. Nerwowych pan ma aresztantów, szeryfie Barlow.

Morderca  unosi  głowę,  patrzy  wprost  na  szeryfa,  bez  cienia  lęku,  bez  jakiegokolwiek  ludzkiego

napięcia czy niepokoju. Bez śladu choćby poczucia winy. Jakby w barze, na polowaniu czy spotkaniu
towarzyskim prowadzili zdawkową, uprzejmą rozmowę dwóch dalekich znajomych.

-  To  wszystko  -  kończy  sucho  i  jakoś  niezgrabnie  Joseph,  nie  mogąc  znieść  spojrzenia  jasnych,

czystych,  całkowicie  niezmąconych  oczu  więźnia.  -  I  spokój  ma  być.  Nie  zniosę  żadnych  burd,
rozumiesz, Burns?

Odwraca się, żeby wyjść, ścigany jękliwym, pełnym goryczy zawodzeniem chłopaka.
-  Pan  jeszcze  zobaczy,  co  to  za  diabeł!  Sam  pan  zobaczy,  szeryfie!  Tyle  że  za  późno  już  będzie

wtedy. Za późno na amen!

background image

* * *

Po  rozpłomienionym,  bursztynowym  zmierzchu  noc  barwi  się  fioletem,  poszarpanym  kruchymi

pasmami  czerni,  podobnym  strusim  piórom  w  wachlarzu  kurtyzany.  Ciemność  nie  przynosi
wytchnienia.  Broczy  tym  lepkim,  słodkim  zapachem  wistarii,  nieznośnym  aromatem  konających  z
gorąca powojników.

Lucas Rockstone w zaciszu swego pokoju, wyizolowany, odcięty od reszty domu, pełnego synów,

córek i bardziej lub mniej hebanowoskórej służby, czuje się samotny. Samotny i przytłoczony życiem.
Ten  gorący  mrok,  te  duszące  wyziewy  wistarii,  te  ćmy  w  beznadziejnym,  ostatecznym  przejawie
szaleńczej  odwagi  spopielające  się  w  płomieniu  lampy,  wszystkie  zupełnie  zwykłe,  oczywiste
symptomy sierpniowej nocy zdają mu się być nienawistnymi omenami nieszczęścia.

Mężczyzna,  myśli  ze  smutkiem,  biały  mężczyzna  z  majątkiem  i  pozycją  musi  być  jak  skała  na

morzu. Niewzruszony, spokojny, twardy i samotny. Wobec żony powinien zawsze przede wszystkim
być oparciem, żywicielem i głową rodziny, wobec synów surowym mentorem, nauczycielem zasad i
prawd niepodważalnych, wobec córek opiekunem, który ma obowiązek korzystnie wydać je za mąż,
wobec  służby  i  niewolników  panem,  ostateczną,  absolutną  instancją,  sędzią  i  wcieloną
sprawiedliwością. Tak, w domu, w rodzinie, mężczyzna zawsze jest sam. Ten rodzaj słabości, owej
tkliwej,  płaczliwej  wspólnoty,  która  przynależna  jest  kobietom,  ta  prymitywna  bezpośredniość,
odarta  z  intymności  pospólna  egzystencja  białej  biedoty  oraz  plemienne,  dzikie  i  pierwotne
braterstwo  czarnych,  wynikające  z  ich  afrykańskiej,  nieoswojonej  krwi,  krwi  do  głębi  obcej  naszej
cywilizacji,  wszystkie  owe  rodzaje  współistnienia,  dzielenia  się  troskami  i  przemyśleniami  są  na
zawsze niedostępne mężczyźnie.

Pozostaje  mu  tylko  Bóg  i  honor,  i  obowiązek,  i  proste,  żołnierskie  niemalże  rozmowy  z  innymi

mężczyznami, takimi samymi jak on. Te krótkie, a jakże znaczące wymiany zdań przy whisky, kartach
czy koniach. Wspomnienia snute w blasku ogniska, na polowaniach i wyścigach.

I zwykle to, owszem, oczywiście wystarcza. Ale nie teraz. Teraz nie.
Zleciliśmy  morderstwo  człowieka,  myśli  ze  strachem.  Wynajęliśmy  rewolwerowca,  żeby  zabił

Solomona Benbowa, ponieważ pragnęliśmy wejść w posiadanie ziemi jego ojca, starca pochylonego
nad grobem. I Solomon Benbow zginął gdzieś w mrocznym, pustym zaułku tego Babilonu ziemskiego
zwanego  Nowym  Orleanem.  Zginął  wiele  mil  stąd,  zastrzelony  z  małego,  przemyślnego  rewolweru
typu bulldog, którym zwykle posługują się szulerzy, żeby nikt nie miał najmniejszych wątpliwości, że
chodziło  o  porachunki  przy  hazardzie.  Nikt.  Nawet  ten  starzec,  jego  ojciec,  ten  wyniosły,  zaciekły,
pełen  rozpaczy  umierający  lew,  Zebedeusz  Benbow,  którego  przecież  także  zamordowaliśmy,
zabierając  mu  jedynego  dziedzica,  gasząc  jego  ostatnią  nadzieję  utrzymującą  przy  życiu  to
skorodowane, rozsypujące się ciało i nieugiętą duszę.

A potem postanowiliśmy, że bezpieczniej będzie pozbyć się i zabójcy, którego wynajęliśmy. Więc

Henry  Statford  uznał,  że  weźmie  to  na  siebie,  bo  to  on  przecież  znalazł  tego  rewolwerowca  i
negocjował z nim, i płacił mu, choć wszyscy się złożyliśmy, zapłaciliśmy za krew Solomona rozlaną
w  brudnym,  podejrzanym  zaułku  Nowego  Orleanu  i  zapewne  zapłacimy  po  raz  drugi,  na  Sądzie
Ostatecznym.  Ale  nie  pamiętaliśmy  o  tym  wtedy,  nie  pamiętaliśmy  przez  całe  dwa  lata,  wiodąc
zwykłe, dostatnie, spokojne życie, aż zjawił się on, ten Hitchcomb. Jak zły znak, jak memento.

Syn? Ktoś, kto przybrał to nazwisko przypadkowo? I przybył do High Hill, do miejsca, które stało

się  grobem  dla  jego  poprzednika?  Czy  to  tylko  splot  niezwykłych,  acz  niezwiązanych  ze  sobą
okoliczności, czy ktoś, Opatrzność, Los, Nemezis, upomina się wreszcie o swoje?

background image

I  wtedy  po  karku  i  plecach  Lucasa  Rockstone’a,  zamkniętego  w  dusznym,  upalnym  półmroku

pokoju,  przebiega  zimny  dreszcz.  Bo  nabiera  pewności,  że  to  nie  moc  boska  ani  ludzka  tutaj
interweniuje,  tylko  diabeł.  Diabeł  w  swej  groźnej,  biblijnej  osobie,  a  nie  zabobon  z  kazań
wędrownego kaznodziei czy zły duch, w którego święcie wierzą Murzyni.

Skrzydła ćmy palą się z sykiem, odnóża owada rozpaczliwie drapią w szkło klosza, a Rockstone

drży z lęku i śmiertelnego zimna, samotny w swym wielkim domu pełnym dzieci i służby.

* * *

- Steward! - woła ciemność. - Charles Steward!
Ten  głos,  szeleszczący,  bezdźwięczny,  odległy,  mroczny  jak  noc,  wyrywa  Stewarda  ze  snu.

Obudzony  porywa  się  na  łożu,  ogromnym  jak  wojenny  galeon,  czarnym,  zwalistym  i  pustym,  odkąd
parę  miesięcy  temu  Georgina  Steward  odeszła  w  swą  ostatnią  drogę,  wiodącą  na  cichy,  spokojny
cmentarzyk rodzinny na wzgórzu obsadzonym cedrami.

- Charles! - szepcze złowrogo mrok. - Nadszedł czas. Obudź się, Charles.
W  pierwszej  chwili  Steward  sądzi,  że  w  rogu,  przy  zasłonie,  stoi  kolorowy,  bo  jego  oblicze  i

dłonie  nie  mają  mdławej,  księżycowej  bieli  jasnej  skóry.  Zamiera  więc,  bardziej  z  oburzenia  niż
lęku, ale już po chwili powolnym, niemal niedostrzegalnym ruchem sięga pod materac po broń.

Cień drga jak mroczny płomień, występuje krok do przodu. Jest teraz niewyraźnym majakiem na tle

okna, wysoką, długą sylwetką pozbawioną rysów twarzy.

-  Kto  tu?  Jak  śmiesz  wchodzić  do  mojej  sypialni!  -  chce  zawołać  ostro  Steward,  ale  z  ust

wydobywa się tylko słaby, łamiący się skrzek.

Bo już wie, już podświadomie pojmuje, że to nie zbuntowany Negr, nie złodziej, nie szaleniec.
- To ja, Charles - mówi noc. - Nie poznajesz mnie?
I  Steward,  z  rozszerzonymi  przestrachem  źrenicami,  z  ustami  rozwartymi  do  niemego  krzyku,

patrzy, jak ciemność gęstnieje, porusza się, materializując z nicości ogromną, chudą postać sunącą ku
łożu, z każdym krokiem nabierającą kształtu, ubraną w ciało, które nie jest, w żadnym wypadku nie
może być ludzkie.

Charles pragnie wrzeszczeć, wyć ze strachu, ryczeć, ale zamiast tego wydaje tylko slaby pisk. Bo

twarz, ta twarz, szczupła, skupiona, pociągła, lśni blaskiem metalu, ciemnieje materią polerowanego
drewna, nie ludzkiej skóry.

O Boże, myśli w popłochu. O dobry Jezu! Dobry Jezu!
Widziadło  uśmiecha  się  i  w  ustach,  wąskich  ustach  z  przepięknie  wygładzonego  palisandru,

błyskają  zamiast  zębów  ostre  łuski  nabojów.  Połowa  twarzy  połyskuje  metalicznie.  Steward  widzi
wybite na srebrzystym policzku jakieś cechy, kalibracje czy znaki rusznikarza. Bo ta istota, to widmo,
jest bronią, jakimś zamkniętym w ludzkim kształcie sztucerem czy karabinem, starannie, kunsztownie
wykonanym mechanizmem, który żyć pod żadnym pozorem nie jest w stanie, a przecież porusza się,
oddycha,  istnieje,  nie  w  martwej  parodii  życia,  niczym  upiór  powstały  z  grobu,  ale  jak  cielesny
zupełnie  człowiek,  który  zamiast  mięśni  i  stawów  ma  drewno  i  metal,  smar  w  miejsce  krwi,
obracający się bęben miast serca i gilzę z prochem tam, gdzie winny być wnętrzności.

Tylko  oczy  są  ludzkie.  Przejrzyste,  jasne  oczy  wizjonera  czy  marzyciela,  z  tęczówkami  niczym

płynąca woda, niczym rwący strumień pełen pstrągów.

I  rysy  twarzy,  srebrno-rdzawej  twarzy  z  palisandru  i  dobrej  stali,  też  się  nie  zmieniły.  Nie

zmieniły,  choć  teraz  wydają  się  należeć  do  kogoś  o  dobre  trzydzieści  lat  młodszego.  Nawet
najbardziej  utalentowany  rzeźbiarz  nie  oddałby  lepiej  podobieństwa.  Bo  tu  nie  o  żadną  kwestię

background image

podobieństwa przecież chodzi. To z pewnością ten sam człowiek, ten sam co dwa lata temu, młodszy,
w pełni sił, żywy, choć przybyły w ciele z gładzonego drewna i metalu, w formie, w której istniał od
zawsze, także za życia, wcielonej broni palnej.

-  Charlesie  Steward  -  mówi,  pochylając  się  nad  struchlałym  w  pościeli  mężczyzną  -  czy  mnie

poznajesz? Czy wiesz, kim jestem?

- Tak - szepcze bezgłośnie Steward. - Hitchcomb. Ralph Hitchcomb. Morderca!
Ostre naboje znów połyskują w uśmiechu.
- Twój czas nadszedł. Żegnaj, Charlesie Steward. Ktoś bardzo potężny, ktoś, kto mieszka w mroku

i  mrokiem  włada,  dał  mi  na  ciebie  zlecenie.  Wkrótce  spotkasz  się  z  nim  twarzą  w  twarz,  Steward.
Przygotuj się.

- Nie! Błagam, nie! - skrzeczy, ślini się ten żałosny, skulony wśród betów mężczyzna, ten siwiejący

upadły  bóg,  plącząc  się  w  połach  nocnej  koszuli,  bezradnie  grzebiąc  wśród  kołder  i  poduszek  w
poszukiwaniu rewolweru.

Tymczasem metalowe, srebrzyste palce, dobrze naoliwione, lśniące od smaru palce zaciskają się

na szyi Stewarda, odginają głowę daleko w tył, niemal łamiąc kark, podczas gdy prawa dłoń dotyka
piersi mężczyzny, zagłębia się w skórę, kaleczy, zagarnia, szarpie szeroki płat, obnażając mięso. A
potem  napiera  silniej,  zakrzywia  szpony,  rozdziera,  rozsuwa  mięśnie,  jakby  to  były  łachmany.
Charles  miota  się,  wyrywa,  kopie  spazmatycznie,  charcząc,  dławiąc  się  krzykiem,  dla  którego
brakuje  mu  tchu,  purpurowieje  na  twarzy.  Oczy,  wysadzone  z  orbit,  wybałuszone  jak  u
szlachtowanego wołu, pokrywają się siatką pękniętych żyłek. Usta, rozwarte usta przypominają norę
zwierzęcia czy gada. Sączy się z nich ślina pomieszana z różową pianą krwi. Wielkie, wyszczerzone
zęby przypominają krzywo wkopane nagrobki.

Posoka  tryska  na  ścianę,  na  boazerię  i  hebanowe  wezgłowie  łóżka,  ciemnym,  oleistym  w  mroku

nocy wodospadem płynie, cieknie, leje się z rany, barwiąc pościel, wsiąkając w wypchane pierzem
poduchy.

Steward słabnie, rzuca się już bez siły, bez pasji zrodzonej z męki i strachu, drga spazmatycznie,

rozdarty na pół niby worek pełen śmieci, otwarty do głębi, obnażony aż do ostatecznej obrzydliwości
ludzkich wnętrzności.

Tymczasem Hitchcomb, taki sprawny i mocny, piękny w swym polerowanym ciele, które wyszło

spod ręki piekielnego rusznikarza, spokojnie miażdży mostek, odłamuje żebra, jakby dzielił pieczyste
nad  rusztem,  sięga  głęboko,  głęboko  w  rozdziawioną,  drgającą  pierś  Stewarda,  zgniata,  wyrywa
białawy,  miękki  płat  płuc,  żeby  dostać  się  do  serca,  wciąż  bijącego,  choć  nierówno  i  płochliwie
niczym postrzelona pardwa.

A  potem  zaciska  dłoń  na  pulsującym  worku  mięśniowym  i  wyszarpuje  go  z  piersi  ofiary.  I  już

pozostają tylko słabe drgnienia, ostatni spazm, konwulsje wylewającej się krwi.

-  Patrz!  -  Zabójca  potrząsa  sflaczałym  już,  nieruchomiejącym  ochłapem  mięsa  nad  martwą,

fioletową  twarzą  Stewarda,  wysadzonymi  gałkami  ślepych  oczu.  -  To  moja  zapłata  za  ten  kontrakt.
Lepsza niż woreczek ze złotymi samorodkami, żałosny bękarcie. Przysięgam, dużo lepsza!

Uśmiecha  się,  już  do  siebie,  do  własnych  myśli  czy  tęsknot,  i  zimnymi,  gładkimi  ustami  z

palisandru całuje serce wroga.

A  potem  noc,  ta  noc  pełna  księżyca  i  kipiącego,  słodkiego  zapachu  kwiatów,  pochłania  go,

zagarnia, ukrywa w dusznym mroku, w upalnej, dyszącej ciemności lata.

Muchy,  zwabione  żelazistą,  ostrą  wonią  krwi,  już  obsiadają  twarz  i  wpatrzone  w  pustkę  oczy

Charlesa Stewarda.

background image

* * *

Tego nie mogło zrobić zwierzę, myśli ze zgrozą Barlow. Choć, na litość boską, tak byłoby lepiej

dla tego biedaka i dla nas wszystkich.

Wśród  barokowego  niemal  przepychu  tego  domu,  domu  teraz  ogarniętego  popłochem,  tak  bardzo

nie na miejscu tutaj, wśród kryształowych kandelabrów i dywanów, i ciężkich czarnych mebli, i firan
wydętych przeciągiem i przestrachem, pośród owych szlochających córek nerwowo biegających po
schodach  i  piętrach,  wlokących  za  sobą  tornada  koronkowych  krynolin,  tych  bladych,  źle
ukrywających  przerażenie  synów,  synów  rychtujących  strzelby  i  sztucery,  otoczony  cichą  trwogą
służących,  milczących  postaci  o  skórze  barwy  hebanu,  mahoniu  czy  kawy  z  mlekiem,  ubranych  w
surduty i spodnie o niebo lepsze, niż Barlow mógłby sobie kiedykolwiek sprawić, szeryf patrzy nie
na  roztwarty  niczym  podróżna  torba  kadłub  trupa,  lecz  na  jego  szyję.  Szyję  z  wyraźnymi  sinymi
plamami, jakie pozostawiły palce mordercy.

Nie, żadne zwierzę nie rozszarpało nocą Charlesa Stewarda. Chociaż człowiek zapewne także nie.
Chyba że mężczyzna o sile lamparta odziany w żelazne rękawice.
- Co o tym sądzisz, Tom? - pyta zastępcy.
A Ribbs, którego pewnie w innych okolicznościach nie wpuszczono by do tego domu inaczej niż

kuchennym wejściem, Ribbs w butach szarych od kurzu i spranej błękitnej koszuli zaciska palce na
rondzie kapelusza.

- Mnie to się widzi, szeryfie, żeśmy obaj wdepnęli w niezłe bagno.
Tak,  myśli  Barlow.  Z  pewnością  tak.  Tyle  że  sami  nie  uczyniliśmy  nawet  kroku.  Ktoś  nas  w  to

bagno wciągnął. Pytanie tylko kto.

* * *

- Z pewnością nie opuszczał w nocy celi? - pyta po raz dziesiąty Joseph.
-  Chyba  że  we  śnie  -  mówi  Ribbs  lekko  urażonym  tonem.  -  Jakżeby  miał  gdzieś  wychodzić?  Na

schadzkę  czy  co?  W  karty  pograć?  Jasne,  pewnieśmy  go  wypuścili  z  Fredem,  żeby  sobie
pospacerował przy księżycu, a on potem grzecznie do nas wrócił i jeszcze podziękował może!

- W porządku, Tom. W porządku. Ja nic... - ucisza go Barlow, ale zastępca przerywa:
- Ano, to mnie ciut martwi, szeryfie, że pan nic. Bo ja tak sobie myślę, że toby lepiej było, gdyby

pan  czasem  tego  więźnia  w  nocy  popilnował,  zamiast  furt  zostawiać  go  ze  mną. A  ze  mną  to  i  tak
mniejsza bida niż pod strażą tych szczeniaków, Claytona i Johnsona. Ja nie mówię wcale po złości,
rozumiem,  jak  to  u  pana  jest  w  domu,  i  nawet  nie  o  to  mi  idzie,  że  moja  Lucy  się  piekli,  co  mnie
cięgiem  w  chałupie  nie  ma  po  nocy,  ale  to  o  pana  idzie  i  o  miasto,  i  o  ten  urząd,  co  go  pan  pełni,
szeryfie.

O Boże, myśli Barlow. I to też nie będzie mi oszczędzone? To także? Ustąpię! Ustąpię, jak tylko...

Zaciska pięści.

- Dobrze, Tom. Zostanę z nim dzisiaj. Tylko widzisz, Mary... ona choruje już od trzech lat, to długo

dla takiego małego dziecka, bardzo długo, a ja myślę... Widzę znaczy, no rozumiesz, doktor mówi, że
ona już nie tak bardzo, nie tak długo... no, ja myślę, że jej ostatnio jakby gorzej, Tom. To pewnie od
upału. Minie jesienią, z pewnością minie, ale teraz trochę z nią gorzej, Tom, więc ja...

Czuje na ramieniu ciężką, spokojną dłoń zastępcy.
- Nie trzeba, szeryfie. Ja tak bez pomyślunku powiedziałem. No bo po co ma się pan fatygować,

skoro on spokojnie za kratami siedzi? Przecie nie wylezie stamtąd. Siły takiej nie ma, żeby wylazł.

background image

Pan  mieszka  ze  dwie  mile  za  miastem,  po  co  pan  ma  tu  przyjeżdżać  i  po  nocy  wysiadywać?
Przypilnujemy  drania  razem  z  chłopakami.  Niech  panu  aby  do  głowy  nie  przychodzi  tutaj  po  nocy
siedzieć, szeryfie.

Barlow unosi głowę.
Jezu, jak bezradnym, jak słabym i ułomnym uczyniłeś mężczyznę w potrzebie, mężczyznę, który nie

może działać, nie może nic uczynić, musi zdać się tylko na surowy wyrok losu i litość innych ludzi.

- Nie, Tom. Ja zostanę - mówi cicho.
-  Nie,  szeryfie.  Niech  mnie  diabli,  jak  pan  tu  zostanie  na  noc  -  odpowiada  spokojnie  nieugięty,

niewzruszony Ribbs.

Jak  szmata,  myśli  Barlow.  Jestem  jak  szmata.  Łachman  na  wietrze.  Ale  już  nie  protestuje,  już

milczy, pokonany i upokorzony. Bo przyjaźń i litość, i współczucie mogą być czasem ciężkie niczym
kamienie.

-  Jezu  słodki,  zamknijże  mordę,  mówię!  -  słychać  zza  drzwi  podniesiony,  zirytowany  głos

Claytona. - Dość tych bzdur, Burns! Co to, głupka ze mnie robisz? Żartów ci się zachciało?

-  Lepiej  sprawdźmy,  co  tam  się  dzieje,  szeryfie  -  mówi  Ribbs  i  wychodzi  z  kantorka,  a  za  nim

wlecze się udręczony, szary na twarzy Barlow.

Nie obchodzi mnie, co tam się dzieje, myśli z niejakim zdumieniem. Nic mnie nie obchodzi. Czuje

się pusty jak porzucone gniazdo termitów.

Otwiera jednak usta, żeby machinalnie, odruchowo zapytać ostrym tonem:
- O co chodzi, Clayton? Jakieś kłopoty?
-  Durnia  ze  mnie  struga  ten  bękart  Burns!  -  rzuca  ze  złością  Zack.  -  Jak  nic,  wygłupów  mu  się

zachciało!

Ale  szeryf  podchodzi  już  do  krat,  spogląda  w  białą  jak  prześcieradło  twarz  więźnia,  w  oczy

rozszerzone i mętne, a to, co tam widzi, to strach. Głęboki, instynktowny strach zwierzęcia.

- Burns? Czego się tak trzęsiesz, chłopie?
- On gada, ten bękart, że w nocy... - zaczyna Cłayton, ale Joe ucisza go machnięciem dłoni.
- Spokój, Zack. Niech sam opowie.
A skulony pod ścianą chłopak, ten sam, który bez zastanowienia wdaje się w każdą burdę, który

nie  boi  się  kraść,  bić  na  noże  czy  strzelać,  ten  Burns  z  piekła  rodem,  krew  z  krwi  białej  hołoty,
zadziorny i butny dzieciak, uzbrojony na co dzień jedynie w swój honor rozrabiaki i rozpadający się
rewolwer  po  dziadku,  podnosi  na  szeryfa  wzrok  przerażonego,  zaszczutego  stworzenia,  słabego  i
kruchego, jakiegoś królika czy szopa zapędzonego w kąt, niezdolnego do najmniejszej bodaj obrony.

- Thomas? - Szeryf pochyla się, odruchowo zniżając głos. - Co się tu stało, na miłość boską?
- To on - szepczą bezkrwiste, blade usta Burnsa. - Mówiłem panu, szeryfie. Ostrzegałem, ale pan

nie słuchał. A teraz za późno już jest. Na wszystko za późno...

-  Synu,  weź  się  w  garść  -  Barlow  stara  się  mówić  stanowczo,  ale  i  on  ma  już  w  oczach,  pod

sercem cząstkę tego strachu, tego zwierzęcego przerażenia. - Coś ty zobaczył? Co tu zaszło w nocy?

-  W  nocy?  W  nocy?  -  powtarza  Burns,  jakby  nie  bardzo  rozumiał.  -  O  słodki  Jezu!  Ja  w  nocy

spałem,  szeryfie.  Spałem  na  pryczy,  a  teraz  już  nigdy  nie  będę...  nie  będę  spać,  panie  Barlow!  Jak
Boga mego!

Joseph kuca na podłodze, obejmuje spoconymi dłońmi pręty.
- Tom? Synu, musisz mi powiedzieć. Musisz mi powiedzieć, co zaszło.
- On - tchnie prawie bezgłośnie Burns, jakby to wszystko wyjaśniało. - On!
- Hitchcomb?
Niepewne, nerwowe skinienie głową.

background image

-  Spałem.  Spałem  -  powtarza  chłopak  z  niedowierzaniem,  cicho  i  słabo.  -  I  zbudziłem  się,  od

blasku.  Od  tej  poświaty,  gorącego  światła  czerwonego,  jak  słońce,  co  wschodzi.  Jezu,  pożar,
myślałem zrazu. Z początku, z samego początku to się wystraszyłem, że ogień wszędzie. Bo zaspany
byłem. No, bałem się, że się pali, znaczy. Że pożar i żywcem tu spłoniemy. Ale to nie był pożar. To
on!  On,  panie  Barlow!  Szedł,  cały  rozpalony,  czerwony  jak  diabeł,  nie,  jak  płomień,  szeryfie.  Taki
cały przejrzysty, huczący niczym ognisko. On płonął, szeryfie. A wcale się nie smażył, nie zwęglał.
Na wylot przez niego można było patrzeć, przysięgam! A w rękach miał ten ochłap, to mięso. I wtedy
tom  się  dopiero  zląkł.  Tak,  słodki  Jezu,  jak  żem  się  zląkł!  Bo  to  ludzkie  mięso  było.  Wiem.
Przysięgam, na wszystko przysięgam! Nie mięso jednak. Nie mięso! Dopiero jak on blisko podszedł,
bardzo blisko, tak grzejąc i hucząc jak ognisko, to zobaczyłem, co on tam ma. Serce, myśli Barlow z
trwogą. Jestem pewien. Jestem zupełnie pewien! Boże, miej nas w swojej opiece.

- I to ono, to serce, to ludzkie serce tak płonęło, szeryfie. A on się od niego cały zajął. I nie śmiał

się, tak jak czart powinien. Nie drwił ani nie klął. Powiedział tylko: „Ty śnisz, Burns. Śnij dalej”. A
potem przeniknął przez kraty, jak dym, chociaż nie, nie dym, tylko płomień. I położył się na swojej
pryczy  z  tym  świecącym  się,  palącym  ochłapem,  który  był  przecież  ludzkim  sercem,  a  ono  powoli,
powoli zaczęło gasnąć...

Burns urywa, patrzy teraz na Josepha ze znużeniem, ogromnym znużeniem i udręką, która przystoi

raczej wołu, spracowanemu wołu, a nie chłopakowi niespełna dwudziestoletniemu.

Barlow wstaje, prostuje plecy.
- Wypuść go, Clayton - mówi cicho, z wysiłkiem, jakby i on przejął cząstkę owego bezbrzeżnego

znużenia. - Wypuść na wolność.

- Ale on powinien siedzieć jeszcze dwie doby! - protestuje Zack.
- Clayton - mówi Barlow - zrób, co kazałem.
I  odwraca  się  do  Ribbsa,  Ribbsa  stojącego  cały  czas  przy  drzwiach  z  założonymi  rękami  i

kamienną twarzą.

- Nie ma takiej możliwości - odzywa się twardo zastępca. - Nie ma takiej możliwości, szeryfie.

Żaden z nich, ani w nocy, ani o jakiejkolwiek porze dnia, nie ruszył się z celi nawet o cal. O jeden
cal, Joseph!

- Wiem, Tom. Oczywiście. Wiem, tylko...
Kwadratowa szczęka Ribbsa wysuwa się lekko do przodu.
- Joe. Na litość boską, Joe. Zastanów się. Posłuchaj sam siebie. Wiem, jak to brzmi. Wiem. Ale od

świtu,  kiedy  znaleźli  Stewarda,  każdy  czarny,  każdy  służący,  każdy  biały  łachmaniarz,  każdy
wyrostek,  włóczęga  i  tramp,  jeden  w  drugiego  z  tej  hołoty,  wszyscy  to  powtarzają.  Serce,  serce,
serce. Że go znaleźli wypatroszonego jak wieprza, bez serca w piersi. Rozumiesz? Wiatr już o tym
wieje, Joe. To nie tajemnica, choćby i tu, w areszcie. Nie żadna cholerna tajemnica. A on się stąd nie
ruszył, szeryfie. Przysięgam. Na Boga przysięgam.

Barlow  robi  krok  w  tył,  jakby  się  poddawał,  pokazywał,  że  nie  dąży,  nie  chce  dążyć  do

jakiejkolwiek konfrontacji.

- Tak, Tom. Jasne. - Próbuje się uśmiechnąć. - Nie ruszył się. Z pewnością.
- Spytaj go - szepcze Ribbs, tak żeby nie usłyszał Zack, eskortujący do wyjścia zataczającego się

niczym lunatyk Burnsa. - Sam go spytaj, Joe.

Więc  szeryf  odwraca  głowę,  żeby  wreszcie  spojrzeć,  zmusić  się  i  spojrzeć  na  Hitchcomba,

siedzącego na pryczy z obojętną twarzą kota.

- Coście robili w nocy?
- Spałem - odpowiada spokojnym, wręcz uprzejmym tonem.

background image

- A on, ten dzieciak? Możecie to wytłumaczyć?
Hitchcomb wzrusza ramionami.
- Było dokładnie tak, jak powiedział. Wszystko się zgadza, szeryfie. Śnił i coś mu się uroiło.
Ale Barlow nie rezygnuje. Coś, jakaś trwoga, strzęp tego, co znalazł w ściągniętych rysach Burnsa,

co usłyszał w tym złamanym, słabym głosie, każe mu jeszcze się nie poddawać.

Przysuwa  się  do  kraty,  starając  się  przeniknąć  poza  zasłonę  wartkiej,  płynącej  wody  w  zimnych

tęczówkach tamtego.

- Ralphie Hitchcomb, czy choć na chwilę opuszczaliście w nocy ten areszt?
Tym  razem  na  wąskich  ustach  więźnia  pojawia  się  krzywy  uśmiech.  Wysuwa  nogę  i  czubkiem

lekko  znoszonego  buta  kopie  w  stojące  w  kącie  wiadro  z  pokrywą,  aż  słychać  chlupoczący,  mokry
dźwięk. Nikły zapach uryny szybko rozwiewa się w powietrzu.

- Czy opuszczałem celę? Nie podejrzewałem pana o takie poczucie humoru, szeryfie Barlow.
- Chodź, Joseph - mówi Ribbs. - Chodź. Nic tu po nas.
Więc Barlow posłusznie wychodzi, marząc już tylko o tym, żeby wreszcie się uwolnić, żeby ktoś

przyjechał  po  tego  człowieka,  przeniósł  go  do  większego  więzienia,  powiesił  czy  zastrzelił,  w
każdym razie usunął na zawsze z sennej egzystencji High Hill.

* * *

To  wszystko  dręczy  go,  nie  pozwala  się  skupić  czy  odpocząć  tego  wieczoru,  ale,  oczywiście,

zupełnie zmienia się, rozwiewa, traci na znaczeniu w nocy. Krwawej nocy, zabarwionej strachem i
popłochem,  i  szlochami  Celeste,  i  bezradnym,  strasznym  miotaniem  się  między  przymusem
natychmiastowego  siodłania  konia  i  szalonej  jazdy  do  miasteczka  po  lekarza  a  lękiem,  panicznym
lękiem, że to się skończy, ostatecznie stanie wtedy, gdy go przy niej zabraknie, bo oddalony o blisko
trzy mile będzie kołatał do drzwi starego doktora Hornby’ego, pospieszał go, uprowadzał niemalże, a
tymczasem Mary odejdzie na zawsze, za ostatni widok mając nie twarz ojca, jego oczy i zaciśnięte,
wykrzywione rozpaczą usta, lecz pomarszczone, zapłakane oblicze starej Murzynki, która była jedyną
matką, jaką jego dziecko znało.

I  dopiero  Celeste  drżącymi  starczymi  rękami  wypycha  go  za  próg,  wciska  w  ręce  wodze,  gruba,

natarczywa, twarda jak stal, szepcząc:

- Niech pan jedzie, paniczu Joe! Niech pan szybko jedzie! Ja ją utrzymam, przysięgam na Boga i

nieśmiertelną duszę, że utrzymam, aż przyjedzie doktór!

Więc Joseph pędzi przez tę czarną, duszną noc, poruszając się niczym żywy obłok kurzu, wyciąga

Hornby’ego z łóżka, a potem z tą samą gorączkową trwogą, co przedtem lekarza, próbuje popędzać
biedną starą klacz doktora, klnąc w żywy kamień, że Celeste osiodłała mu Ravena, zamiast wprząc
go do dwukółki.

A potem nadchodzi świt, szary, zamazany brzask, i ustaje wszelki ruch, ta nerwowa, rozpaczliwa

panika.

Jaka cisza, myśli Joe. Jaka cisza.
Doktor  siedzi  przy  łóżku  małej,  czarny  jak  grabarz.  Siedzi  długo,  a  potem  wstaje  i  wychodzi  na

werandę, gdzie czeka Barlow.

-  Zrobiłem,  co  w  mojej  mocy,  Joe  -  mówi  ze  zmęczeniem  w  głosie.  -  Powinieneś  ją  oddać  do

szpitala, synu. Już czas, wierz mi.

Barow  zaciska  usta,  nie  patrzy  na  Hornby’ego,  nie  patrzy  na  nic w  ogóle,  tylko w  to  blade,

wyłaniające się zza horyzontu słońce.

background image

- Nie - mówi. - Mary musi...
Umrzeć, umrzeć! - syczy ten obcy, zły głos w głowie.
- ...zostać w domu - kończy z wysiłkiem.
Stary doktor kiwa tylko głową, zaczyna mówić o lekach i zaleceniach, ale Joe nie słucha.
Przypomina  sobie  Helen,  jak  ją  odwiedzał  w  szpitalu.  Leżącą  pod  stertą  koców,  wychudłą,

dziwaczną  kukłę,  odlegle,  karykaturalnie  podobną  do  jego  żony,  jakby  ktoś  nieudolnie  próbował
zrobić  z  niej  manekin,  pusty,  zupełnie  pozbawiony  wszelkich  cech,  które  postrzegamy  jako
temperament, rozum i osobowość człowieka.

Nie, Mary odejdzie stąd, z domu, a nie z żelaznego, za dużego dla niej szpitalnego łóżka.
-  Joe?  -  Doktor  Hornby  delikatnie  dotyka  jego  rękawa.  -  Pojadę  już.  Gdyby  coś  się  działo,

natychmiast mnie wzywaj. Do widzenia, synu.

-  Do  widzenia,  doktorze  -  mówi  Joe,  myśląc,  że  one  jeszcze  nastąpią,  te  widzenia,  te  nocne  czy

dzienne galopady przepełnione lękiem i rozpaczą. Przez jakiś czas jeszcze będą.

Więc mija dzień, nadchodzi kolejna noc, bezsenna noc dla Barlowa, gdy cały dom, ściany, dach,

podłogi  rozbrzmiewają  odgłosem  kaszlu  i  Joseph  zastanawia  się,  jak  małej  dziewczynce  udaje  się
napełnić wszystkie te puste pokoje, wszystkie korytarze i schody tym jednym dźwiękiem, tak smutnym
i nienawistnym.

A  potem  myśli,  że  to  wcale  nie  kaszel,  tylko  śmiech.  Szyderczy,  pusty  śmiech  diabła,  który

nawiedza  High  Hill,  rządzi  się  w  jego,  Barlowa,  domu  i  zabiera,  co  zechce,  niczym  kapryśny,
chorowity, rozpieszczony, zły bliźniak Pana Boga.

I leżąc w łóżku, szerokim, małżeńskim łóżku będącym częścią posagu jego żony, przypomina sobie

Helen.  Jej  straszną,  zwierzęcą  żądzę  życia,  te  przerażające  chwile,  gdy  przywierała  do  niego  w
rozpaczliwej próbie zaznania jeszcze czegoś, jakichś uczuć, jakichś doznań normalnych dla każdego
innego  męża  i  żony,  ale  już  nie  dla  nich,  dla  nich  już  nie,  przez  to  piętno,  ten  wyrok,  wszystkie
chowane,  zakopywane,  palone  chustki  i  szmatki  naznaczone  czerwoną  pieczęcią  krwi.  I  choć
rozumiał, że ona chce się oszukiwać, zapomnieć choć na chwilę, na jedną krótką część nocy, pragnie
rozpaczliwie  odsunąć  to  od  siebie  choćby  na  moment,  to  on,  Barlow,  nie  potrafił.  Bo  zawsze  pod
maską  jej  twarzy,  bladej,  z  ceglastymi  plamami  wypieków  na  policzkach,  okolonej  posklejanymi,
wilgotnymi od potu włosami, widział uśmiechnięte szyderczo oblicze kostuchy, a usta, rozchylone i
miękkie, miały słony, żelazisty posmak posoki.

Nie  pamiętam  jej,  myśli  z  rozpaczą.  Nie  pamiętam  jej  sprzed  choroby,  zanim  stała  się  tym

wiecznie  głodnym  życia  upiorem,  tą  złą,  pełną  goryczy  wychudłą  marą,  gotową  pochłonąć  nas
wszystkich,  skazić,  zarazić  swoją  nienawiścią,  swoją  niezasłużoną  tragedią.  Nie  umiem  sobie
przypomnieć, jaka była, co robiła i mówiła takiego, że wtedy, tak dawno temu, byłbym gotów umrzeć
dla niej, mając jednak to buńczuczne, harde przeświadczenie młodości, że właśnie my będziemy żyć,
żyć wiecznie, szczęśliwi, całkowicie uodpornieni na wszelkie nieszczęścia świata.

Nie pamiętam jej, powtarza i nawet wtedy, nawet wtedy nie potrafi zapłakać.

* * *

A  następnego  dnia  o  poranku,  jak  na  jakąś  upiorną  ironię,  niczym  omen  nadchodzącej  klęski,

ukochany kociak Mary, Pan Bobby, ginie rozszarpany przez tego głupiego, nieułożonego psa Selbych,
tego specjalnego psa do polowań, którego Selby kupił za duże pieniądze i nigdy nie chciał przyznać,
że były to pieniądze wyrzucone w błoto.

W  jednej  chwili  wszystko  na  farmie,  na  sennym,  upalnym  podwórzu,  wydaje  się  zupełnie  w

background image

porządku,  drepczące  kury,  indyczki,  konie  tupiące  w  zagrodzie  i  Pan  Bobby,  łaciaty  kot,
wygrzewający  się  na  stercie  słomy,  w  tym  absolutnym,  niezakłóconym  błogostanie  kochanego  i
hołubionego zwierzęcia domowego. A potem znikąd, wyrodzony chyba z jakiegoś podmuchu gorąca,
zjawia  się  ten  pies,  wielki  czarny  pies  z  wywalonym  ozorem  i  fanatycznym  obłędem  w  ślepiach,
obłędem godnym inkwizytora czy opętanego francuskiego rewolucjonisty.

Ale  Pan  Bobby  nawet  nie  ma  czasu  się  zaniepokoić,  całkowicie  pewien  wysokiej  pozycji  i

nietykalności  w  domu  swojej  małej  władczyni.  Władczyni  troskliwej  i  czułej.  Może  gdyby
obyczajem mniej rozpuszczonych kotów nauczył się choć odrobiny czujności, a miejscem porannego
wypoczynku  obrał  stodołę,  stajnię,  spichlerzyk  czy  inny  budynek  pozwalający  w  razie  czego  skryć
się, zaszyć, umknąć przed niebezpieczeństwem, nie zderzyłby się tak brutalnie z losem.

Lecz ten łaciaty, kochający i kochany sybaryta nigdy, w najgorszych snach nie przypuściłby, że na

podwórzu, jego podwórzu, może go spotkać coś złego.

Więc  wstaje  tylko,  syczy  groźnie,  strosząc  ogon,  uniesiony  honorem  i  oburzeniem,  całą  postawą

ukazując,  że  nie  boi  się  dyszącej  wściekle,  obnażającej  kły  bestii,  która  ośmieliła  się  wtargnąć  na
jego teren, a w następnej chwili jest już krwawym strzępem biało-burego futra.

- Nie! - krzyczy wściekle Joe. - Nie, na litość boską!
I  strzela  do  tego  piekielnego  potwora,  tego  śliniącego  się  demona,  drogiego  psa  Selbych,  ale

oczywiście  nie  trafia.  I  on,  ten  pies,  ucieka  z  fanatycznym  obłędem  Robespierre’a  w  ślepiach,
pozostawiając na ziemi to, co było jeszcze przed chwilą najdroższą istotą w życiu Mary.

Więc Joseph biegnie i podnosi to coś z kurzu, powtarzając, nie wiadomo, do psa czy do martwego

Pana Bobbego:

- Ty bydlaku, ty głupi bydlaku, jak mogłeś jej to zrobić! Jak mogłeś!
Lecz na wszystko jest już za późno. Szeryf może tylko wstać, pójść po łopatę i pogrzebać kota swej

córki, zastanawiając się cały czas, jak powiedzieć o tym ciężko choremu dziecku.

Umierającemu dziecku, poprawia zły, zimny głos pod czaszką. Umierającemu, Barlow.
A Joseph zgadza się, tak, musi się zgodzić z tym głosem, kopiąc dół na skraju podwórza i cały czas

monotonnie,  wściekle  przeklinając  najgorszymi  wyrazami  psa  Selbych,  Pana  Bobby’ego,  patriarchę
Noego oraz wszystkie zwierzęta, które tamten uratował z potopu.

* * *

Tej nocy, pierwszej od miesięcy łagodnej, ciepłej nocy, dającej nieco wytchnienia od upału, kiedy

wiatr wreszcie zdaje się wiać z góry, od zimnych, srebrzystych gwiazd, a nie gdzieś z samego piekła,
budynek  aresztu  w  High  Hill  wydaje  się  cichy  i  spokojny  jak  stajenka  betlejemska.  Fred  Johnson
drzemie w biurze szeryfa, z nogami wspartymi o urzędowe biurko, zaś Zachary Clayton czyści i oliwi
strzelbę. Przez rozwarte drzwi kantorka widać pręty krat, niczym rosnący w ciemności, nieruchomy i
bezgłośny  las  żelaznych  bambusów.  Śpiący  na  pryczy  Ralph  Hitchcomb  przypomina  w  mroku
niedbale  rzucony  długi  marynarski  worek.  Zack  odkłada  broń,  przeciąga  się,  aż  trzeszczą  stawy,  i
potrząsa lekko ramieniem kolegi.

- Fred, idę za potrzebą. Miej tu oko na wszystko.
Johnson ziewa, mruga zaspanymi powiekami.
- Po czym cię tak sparło? Po tej flaszce żytniówki, cośmy z wieczoru wypili?
Zack szczerzy zęby w uśmiechu.
- A co, chcesz iść ze mną i wywąchać, bracie?
-  Czarnucha  by  twój  smród  powalił!  Idź,  wynoś  się,  zanim  cały  areszt  do  cna  zapaskudzisz.

background image

Cholera, gorzej niż skunks!

Zack przekręca klucz w zamku, wychodzi w mrok ulicy.
- No, na skunksach to się pewnie znasz, bękarcie! Sam masz takich w rodzinie, co?
-  No  już,  wynocha!  Ulżyj  sobie  wreszcie,  stary  capie,  byle  daleko  od  okien!  -  chichocze  Fred,

wstając i zamykając za towarzyszem drzwi.

Wraca  na  krzesło,  znów  układa  nogi  na  stole,  ale  już  nie  jest  senny.  Jego  myśli  krążą  leniwie

między Nancy, śliczną córką sklepikarza Jenkinsa, a tą apetyczną Mulatką, którą jego wuj dopiero co
zatrudnił  jako  kucharkę.  I  tak  jakoś  mu  się  obie  zlewają  w  zwiewną,  choć  całkiem  cielesną,
rozkoszną, gorącą niczym ta noc, słodką obietnicę, jakąś zjawę roześmianą, chętną, łagodną, jasną i
blondwłosą,  choć  równocześnie  czarnooką,  ze  skórą  gładką,  aksamitną,  ciemną  jak  kawa  z  kroplą
mleka,  w  jakichś  nieokreślonych  koronkowych  negliżach,  w  tych  okowach  fiszbinów  i  sprzączek,
zjawą podwójną, siostrzaną, bliźniaczą niemalże, niczym zmierzch i poranek.

Więc  słysząc  pukanie  do  drzwi,  wciąż  jeszcze  rozleniwiony,  z  głową  pełną  tego  ciemnego,

kawowego poranka, złotego zmierzchu i falban, i haftek, po prostu przekręca klucz w zamku. Ale to
nie Zack stoi po drugiej stronie.

- Hej, Fred - mówi Josh Statford, wyłaniając się z ciemności z tą przystojną, buńczuczną twarzą

drania, a za nim majaczą sylwetki Buda Watsona i Iana MacAllistera. - Tak żeśmy z chłopakami do
ciebie zaszli. I nie z pustymi rękami, żebyś sobie nie myślał. Wyciąga dłoń z butelką whisky.

- No co tak stoisz? Wpuścisz nas wreszcie?
- Nie - odpowiada Fred, żałując, bardzo żałując, że strzelba została na biurku.
-  No  co  ty,  chłopie?  -  Josh  rozciąga  w  uśmiechu  swoje  wypukłe,  niemalże  kobiece  usta.  -

Nieładnie  puszczać  z  kwitkiem  kumpli.  Zabawić  się  przyszliśmy,  pogadać,  popatrzeć  na  tego
strasznego  bandziora,  co  go  tam  trzymasz  za  kratami.  Naprawdę  taki  z niego diabeł,  co?  Uuuuu,
czarny lud! Ma rogi albo kopyta, albo czarci ogon, Fred? No jak, dasz popatrzeć?

- Mnie tam nikogo wpuszczać nie wolno - oponuje Johnson, ale Statford już go popycha, wtłacza

do środka, a za nim postępują Bud i Ian.

-  Takiś  się  zrobił  ważniak,  Fred?  -  dudni  grubym  głosem  Bud.  -  Przyjaciół  nie  chcesz  przyjąć  z

wizytą towarzyską?

I Fred ustępuje, usuwa się na te słowa, choć przecież nigdy nic szczególnego, żadna sympatia czy

choćby dziecięca przyjaźń nie wiązała go ani z Budem, ani tym bardziej z młodym Statfordem.

-  No,  nieźle  się  tu  urządziłeś.  -  Josh  z  założonymi  za  plecami  rękoma  rozgląda  się  po  biurze

szeryfa. - A Zack? Gdzie się podziewa?

- Ano,  akurat  za  tobą  -  powiada  od  drzwi  Zachary,  stojący  z  bronią  w  ręku.  -  Tylko  nie  bardzo

wiem, co ty tu robisz, Statford, z tymi twoimi przydupasami.

MacAllister podrywa się jak pies ukąszony przez pchłę.
- Uważaj, Clayton, ty bękarcie! Uważaj, co gadasz tą plugawą gębą, bo...
- Ian! - syczy gniewnie Josh. - Zamknij się, durniu. Zack, a ty się, chłopie, nie złość. Bo i myśmy tu

nie po złości przyszli. Widzisz, popatrzeć chcemy na tego waszego rewolwerowca, tego Hitchcomba,
czy jak mu tam. Tylko popatrzeć, bracie.

- To areszt jest, a nie piknik dobroczynny - mówi ostro Zack. - Tu się nie ma na co gapić.
- Ej, daj spokój. - Statford junior rozkłada ręce uspokajającym gestem. - Wiem, że areszt. Ale ja tu

przyszedłem niejako z urzędu, rozumiesz.

Oczy Claytona zwężają się gniewnie.
- A mnie się coś widzi, Statford, że to nie ty pełnisz urząd, ale twój staruszek, nie?
- A twój, zdaje się, u niego pracuje, Clayton! - warczy MacAllister. - Tak?

background image

To błąd, bo twarz Zacka momentalnie robi się biała, a szczęki drgają wściekle.
-  Wynoś  się  stąd,  szczurze  -  mówi  na  pozór  spokojnym,  cichym  głosem.  -  Wynoś  zaraz,  bo

będziesz miał dziurę we łbie, przez którą zobaczę księżyc!

-  Zack!  -  szepcze  wystraszony  Fred.  -  Zack,  no  co  ty?  Schowajże  tego  colta.  Oni  nic  złego  nie

zrobią. Prawda, chłopaki?

- Jasne, że nie. - Josh uśmiecha się szeroko, wesoło jak małpa na festynie. - Nikt tu nic nie ma do

twego  starego,  Clayton.  Mój  bardzo  go  ceni,  przysięgam.  Zawsze  mi  mówi:  „Nie  ma  to  jak  Jack
Clayton. Drugiego takiego ze świecą szukać”. A jak mój staruszek tak mówi, to znaczy, że kocha tego
drugiego faceta jak brata. Nie, Ian?

MacAllister kiwa niechętnie głową, sztywno niczym popsuta marionetka.
- Taaa, jasne - mówi Zack od drzwi, ale opuszcza broń.
- To jak? Dasz popatrzeć?
Clayton spluwa na podłogę.
- A patrz sobie, byle krótko.
Trzej przybysze ruszają w kierunku celi.
- A oni gdzie? - pyta ostro Zachary. - Powiedziałem, ty sobie popatrz, Statford.
-  Rany,  Zack,  daj  spokój!  Co  cię  ugryzło?  -  wtrąca  się  ugodowo  Fred.  -  Niech  się  pogapią.  Nie

zbiedniejemy od tego.

- Do diabła z tobą, Johnson - burczy Clayton. - Idź za nimi, pilnuj, żeby nam burdelu nie narobili.

Jeszcze będzie z tego problem, sam zobaczysz. Zobaczysz albo jestem pies!

Tymczasem  Statford  przysuwa  się  do  prętów  celi,  z  wysiłkiem  wpatruje  w  ciemny,  nieruchomy

kształt na pryczy.

- Niech no który zapali lampę - rozkazuje cicho i Bud posłusznie zapala knot.
Hitchcomb leży plecami do nich, z twarzą wciśniętą w kąt i osłoniętą ramieniem. Nie porusza się

ani w żaden sposób nie daje znaku, że słyszy, że jakkolwiek obchodzi go ta nocna wizyta.

- Co, napatrzyłeś się? To wynocha - mówi Zack.
-  Czekaj,  czekaj!  -  Młody  Statford  ogania  się  od  niego  ze  zniecierpliwieniem.  -  Co  mam  niby

widzieć? Jego chudy tyłek? Spójrz, nie rusza się nawet. Skąd mam wiedzieć, czy nie jest martwy, co?

-  Śpi,  Josh  -  odpowiada  drwiącym  tonem  Zachary.  -  Ludzie  często  tak  robią  w  nocy.  Nawet

mordercy.

Ale sam jest nieco zaniepokojony nienaturalnym bezruchem więźnia.
- Śpi? - wykrzywia się Bud. - Jasne. Jak dla mnie, to jest martwy jak wół w rzeźni.
- Hej, ty, Hitchcomb! - woła nieco zbyt nerwowo Fred. - Wstawaj! Słyszysz, bękarcie? No, co z

tobą?

Jednak więzień się nie porusza.
- O żeż ty! - jęczy Fred. - Zack, co z nim? Jak myślisz?
- Udaje - mówi Zachary, ale wcale nie jest przekonany. - Hitchcomb, słyszycie?! Hej, człowieku,

co z wami? Spicie? Odpowiadajcie, jak pytam!

- Cholera! - denerwuje się Johnson. - Jak nic kipnął, Zack! Co teraz zrobimy?
- Dawaj klucze! - nakazuje Clayton. - A wy zmiatajcie stąd. Widzieliście dosyć!
Fred grzebie przy zamku lekko drżącymi palcami, a Zack znów wyciąga colta, ale mierzy teraz w

skuloną, nieporuszoną sylwetkę na pryczy.

-  Hej,  nie  bądź  taki  ważniak,  Zachary!  -  Josh  podsuwa  ku  niemu  wykrzywioną  przyjaźnie,

przymilną twarz drania. - No co ty? Nic żeśmy nie widzieli! Słuchaj, powiem ci, jak jest. Założyłem
się  z  Budem  przy  whisky,  że  wejdę  tu  i  strzelę  tego  całego  Hitchcomba  w  pysk.  No  wiesz,  jak  to

background image

bywa  przy  flaszce  i  dobrej  zabawie.  O  konia  się  założyłem,  no!  O  tę  piękną  klacz,  co  mi  ojciec
sprowadził aż z Nowego Orleanu. Nie chcę, żeby ją ten bydlak Watson zajeździł. Po moim trupie ją
dostanie, rozumiesz, Zack? Ale zakład jest zakład! Tu o honor chodzi, nie? Wpuść mnie, ja go tylko
raz stuknę i załatwione. Przecież to morderca, ludzi pozabijał, powieszą go jak nic, a ty się chcesz tak
z bękartem cackać?

Zaraz wyrzucę drania na zbity pysk, myśli Clayton. Ale wtedy przypomina sobie: ojciec! Przecież

ojciec. Taki jest zadowolony z tej posady u burmistrza. A matka? A Sue i Zelda? Jak sobie poradzą?
John, Francis i Stan są jeszcze nieletni. To dzieciaki. Trzeba ich odchować, za coś wykształcić. A ten
mydłek,  ten  śliski  śmierdziel,  się  zemści.  Jak  nic  się  zemści.  I  to  na  ojcu.  Nie  załatwi  tego  jak
mężczyzna,  sam  na  sam  z  nim,  Zacharym.  Co  to,  to  nie!  Stary  straci  robotę  w  imię  czego?
Bezpieczeństwa jakiegoś mordercy na zlecenie, suczego syna, co go i piekło nie zechce? Nie, tak być
nie może.

- Dobra - mówi. - Wejdziesz ze mną. Ale bez sztuczek, rozumiesz, Statford?
- Och, jasne, Zack! - Josh rozpromienia tę swoją gębę krokodyla w szerokim uśmiechu. - Raz w

dziób i tyle! Nie zapomnę ci tego, chłopie! Na pewno nie!

Cholera na ciebie, śmieciu, myśli Clayton, a na głos mówi:
- Fred, uważaj na drania. My wchodzimy ze Statfordem.
I  wsuwa  się  do  celi,  nagle  jakiejś  mrocznej  i  złowrogiej,  niby  gniazdo  grzechotnika.  Za  plecami

czuje przyspieszony, płytki oddech Josha. Słyszy szuranie podeszew, więc wie, że Bud i Ian wchodzą
także,  ale  tym  razem  nie  ma  ochoty  odsyłać  ich  do  diabła.  Im  więcej  będzie  tu  ludzi  z  bronią,  tym
bezpieczniej.

Przestrzeń  po  wewnętrznej  stronie  krat  wydaje  się  jakaś  inna,  przestronniejsza,  szersza,

nieprzyjemnie  obca,  jakby  obecność  więźnia  wydymała  ją,  rozpychała  ściany,  nasycała  półmrok
wywołującym  dreszcze  na  plecach  poczuciem  grozy.  Mężczyzna  na  pryczy  wciąż  się  nie  porusza  i
Zack  przez  jedną  straszną  chwilę  przypuszcza,  że  to  naprawdę  wypchany  worek  pozostawiony  dla
niepoznaki, a sam morderca czai się gdzieś obok, w pobliżu, ukryty w ciemności.

Uspokój się, nakazuje sobie ostro. Tu nie ma się gdzie schować. Widać każdy kąt.
A  jednak  kiedy  staje  nad  śpiącym  i  wyciąga  rękę,  żeby  dotknąć  jego  ramienia, t o ta  ręka  drży

wyraźnie.

- Hitchcomb? - pyta niepewnie. - Żyjecie?
Palce zaciskają się na ramieniu więźnia, wyczuwają ciepło skóry i ostre, twarde kości ukryte pod

nią, ale ciało Hitchcomba wydaje się dziwnie wiotkie, jakby pozbawione ciężaru. Zack stara się je
przekręcić na wznak, ale nie czuje oporu, jakby było puste w środku, lekkie niczym kokon poczwarki,
choć  sam  nie  wie,  czy  to  jednak  nie  Hitchcomb  sam  się  ku  niemu  odwraca.  Patrzy  w  woskową,
zupełnie  pustą  twarz  mordercy  i  jego  oczy,  nieruchome,  zastygłe,  lecz  pałające,  niczym  dwa
zmatowiałe  szlachetne  kamienie,  które  wciąż  jednak  błyszczą  dawnym  blaskiem,  nawet  w
zniszczonej, skorodowanej oprawie.

Nie żyje, myśli Clayton w popłochu. Trup.
A wtedy te oczy rozpalają się jak u kota, a wąskie, blade usta poruszają się ledwo dostrzegalnie.
- Nie budź mnie! - syczy gardłowym, cichym głosem więzień. - Nie waż się mnie budzić, Clayton!

Nie zmuszaj mnie, żebym o tobie pamiętał, gdy się obudzę.

I Zack odskakuje, przerażony, wstrząśnięty, zdjęty nagłym, niezrozumiałym lękiem, bo choć dobrze

słyszał  słowa  Hitchcomba,  nie  może  się  oprzeć  wrażeniu,  że  tamten  powiedział  „tego”  zamiast
„mnie”, jakby to było równoważne, tożsame. „Nie budź tego, Clayton”.

A  Zachary  wie,  w  nagłym  przebłysku  rozumie  doskonale,  że  nigdy,  za  żadną  cenę nie  chciałby

background image

„tego” obudzić.

Lecz  Statford,  głupi,  butny  Statford,  ze  swoją  gębą  przystojną  i  drańską,  z  nowymi  pistoletami  u

pasa  i  drogimi  skórzanymi  rękawiczkami  na  dłoniach,  z  pewnością  niczego  nie  wie,  niczego  nie
czuje, bo przyskakuje do Hitchcomba z uśmiechem kojota pochylającego się nad padliną, ustawiony
tak, żeby kumple doskonale widzieli, co robi, i bierze zamach, żeby uderzyć go w twarz.

A  wtedy  cała  wiotkość,  cała  słabość  w  ułamku  sekundy  ulatuje,  zdaje  się  parować  z  ciała

rewolwerowca,  tak  że  zostaje  tylko  gibkość  i  szybkość  atakującego  węża,  kiedy  chwyta  rękę
napastnika i wykręca w nadgarstku, błyskawicznie i brutalnie, lecz lekko, bez wysiłku, jakby chciał
złamać suchy patyk.

- Statford! - mówi zdławionym, pełnym nienawiści, ale i triumfu tonem, tym niskim i gardłowym

głosem  warczącej  pumy,  który  wcale  nie  wydaje  się  Claytonowi  należeć  do  człowieka,  lecz  do
jakiejś bestii zrodzonej z mroków nocy. - Statford!

Josh pada na kolana, wrzeszcząc z bólu i strachu, w parodii poddańczego, niemal lennego gestu.
-  Nie  strzelać,  nie  strzelać!  -  krzyczy  Zachary,  bo  widzi,  że  Hitchcomb  już  cofnął  dłoń,  uwolnił

Statforda  z  uścisku,  choć  ten  nadal  klęczy,  wyjąc,  jakby  ze  zdumienia  i  wściekłości  nie  zdążył
zauważyć, że już nie musi.

Tymczasem Ian i Bud rzucają się w obronie swego przywódcy, wymachując rewolwerami, ale na

szczęście  nie  oddają  strzałów,  tylko  ściągają  Hitchcomba  na  podłogę,  tłuką  kolbami  po  twarzy,
głowie,  ramionach,  kopią  po  nogach  i  żebrach.  A  on  znów  zdaje  się  przeobrażać  w  worek  pełen
szmat, taki obojętny, zwiotczały, nie wydając nawet dźwięku.

-  Bydlaku!  Bękarcie!  Skurwielu!  -  zapluwa  się  Josh,  wrzeszczy  wysokim,  piskliwym  głosem

rozhisteryzowanego bachora. - Zapłacisz za to! Zapłacisz!

I kopie zaciekle, rozpaczliwie ciało wroga, który ośmielił się go upokorzyć, tak jak rozpieszczony

dzieciak w napadzie złości kopałby czarną niańkę czy ulubioną przed chwilą zabawkę.

- Przestańcie! - krzyczy oburzony, bezradny Zack, szarpiąc Watsona i MacAllistera za ramiona w

bezowocnej próbie odciągnięcia ich od więźnia. - Przestańcie i wynocha stąd, głupie cioły! To areszt
jest! Miejsce publiczne! Przestańcież, bękarty, do diabla! Bo i was pozamykam!

Ale oni wiedzą, że to czcza groźba, że w takiej sytuacji żaden zastępca, a zwłaszcza Clayton, nie

zdecyduje się przymknąć syna burmistrza.

A  Hitchcomb  leży  jak  szmata,  przewracana,  potrącana  butami,  niczym  wielki,  chudy  strach  na

wróble, z białą twarzą unurzaną we krwi, w poszarpanej koszuli, nawet się nie zasłaniając i wciąż
nie  wydając  choćby  jęku.  I  chyba  się  uśmiecha,  ponieważ  widać  jego  ostre,  wielkie  zęby,  bardzo
białe w ustach pełnych czerwieni, jakby to on był drapieżcą, to on atakował i rozszarpywał ofiary.
Uśmiecha się, choć nie, to może grymas bólu albo wściekłości, bo nie strachu przecież. W żadnym
wypadku nie strachu.

- Zack! Zack! - woła od drzwi Fred. - Co się tam dzieje?! Wyprowadź ich, na miłość boską!
- Masz! Masz! - piszczy Josh. - Żebyś już więcej... już więcej nie podniósł ręki...!
I tłucze podkutym obcasem w wąską, kościstą dłoń rewolwerowca, miażdży palce, aż barwią się

gorącym szkarłatem.

- Żebyś się nie ważył...!
- Dość! - ryczy Zachary. - Dość, bydlaki! Zabijecie go, durnie!
Zaś  Hitchcomb,  ten  diabeł,  demon,  którego  ubranie  nasiąka  posoką,  naprawdę  powoli  robi  się

czerwony, tak jak opowiadał Burns, czerwony nie ostrą barwą płomienia, lecz krwi. Tylko oczy ma
bardzo  zimne  i  nagle,  z  tą  samą  szybkością  grzechotnika,  pokaleczoną,  może  nawet  połamaną,
zdawałoby się, ręką chwyta pochylającego się nad nim Statforda za koszulę, odpycha z niesłychaną

background image

siłą  na  ścianę,  aż  tamten  uderza  plecami  w  mur,  przewraca  się,  oszołomiony,  zdumiony,  i  gapi  na
odciśnięty na piersi ślad, krwawy ślad dłoni o długich, chudych palcach.

Bud i Ian zamierają w bezruchu zadziwieni.
- Nie teraz, Statford! Jeszcze nie teraz! - mówią popękane, broczące krwią usta.
A Josh porywa się na nogi, wyjąc:
- Zabiję!
- Nie! - odzywa się ostry, stanowczy głos.
I zaraz potem ścianami wstrząsa ogłuszający huk, aż powietrze wibruje tym dźwiękiem, zaś Zack,

Josh i jego banda przysiadają na nogach, podrywają ręce do uszu.

Fred stoi z dymiącym coltem i twarzą jak szare płótno, ściągniętą gniewem.
- Precz! - mówi na pozór spokojnie. - A jeśli ktoś będzie tu zabijał, to chyba ja! Clayton, zamknij

celę. A wy wynocha!

Słyszą  go  niewyraźnie,  słabo,  jakby  ktoś  ponapychał  im  do  uszu  surowej  bawełny,  ogłuszeni

hukiem  wystrzału,  ale  wychodzą  posłusznie,  niosąc  swoje  purpurowe  ze  złości,  spocone  oblicza,
jakby to był cenny prezent, który mają zamiar ofiarować światu.

Zachary  patrzy  bezradnie  na  Hitchcomba.  Rewolwerowiec  porusza  się  słabo,  niczym  rozjechany

padalec, próbuje dźwignąć się z ziemi, usiąść.

Powinien być nieprzytomny, myśli Clayton. Już dawno powinien stracić zmysły.
- Zack! - woła Fred, ten nowy, stanowczy, opanowany Fred. - Zamknij drzwi za tymi bękartami i

poszukaj jakichś ręczników, bandaży, choćby czystych szmat, a ja przyniosę wodę.

Zachary  opuszcza  pospiesznie  celę,  zmieszany,  starając  się  nie  patrzeć  na  gramolącego  się  z

podłogi, zakrwawionego więźnia. Nawet nie przekręca klucza w zamku.

Tymczasem  Johnson  niesie  już  wodę  i  kilka  płóciennych  ręczników,  więc  Clayton  zawraca,

wchodzi z nim do aresztu.

Hitchcomb półsiedzi na pryczy, dysząc ciężko.
Jak on się tam dostał bez pomocy, zastanawia się zdetonowany Zack. Wszystko teraz wydaje mu

się snem, dziwnym majakiem, zupełnie niemożliwym na jawie. Ten mężczyzna, ta krew i całe zajście
z młodym Statfordem.

Nie budzę tego, myśli słabo. Wcale nie budzę.
Fred  klęka  przed  rannym,  wyciąga  zwilżony  ręcznik  ku  jego  twarzy,  ale  Hitchcomb  lewą,  także

zakrwawioną i pokaleczoną dłonią odtrąca jego rękę.

- Zostaw mnie. Nie potrzebuję takiej pielęgniarki.
I spluwa czerwoną pianą na podłogę.
- Zastępcy pieprzeni!
- Poczekaj, człowieku! Daj spokój! Nieźle oberwałeś. Pomogę ci - tłumaczy Johnson.
Hitchcomb obnaża kły niczym zwierzę, cofa się jak przed żelazem do piętnowania.
- Nie! - to nie ludzki głos, to warknięcie wilka. - Nie dotykaj!
- Zostaw go - mówi cicho Clayton.
„Nie budź tego! Nie budź, Zack!”
- Zostaw go i chodźmy stąd.
Być  może  z  powodu  tego,  co  zobaczył  na  dnie  czystych,  jasnych  oczu,  być  może  z  powodu  tych

wyszczerzonych  zębów  i  bladej  twarzy,  Fred  nie  protestuje.  Stawia  obok  pryczy  miskę  z  wodą,  na
materacu zostawia ręczniki i obaj z Zackiem wycofują się do kantorka szeryfa.

- Jezu, Zack! - mówi Fred.
- Słodki Boże. - Clayton kręci z niedowierzaniem głową. - Dobrze, że strzeliłeś w podłogę, bracie.

background image

Kiepsko było, co?

- No, kiepsko - przytakuje ponuro Johnson. - Barlow urwie nam dupy przy samych jajach. A to, co

zostało, zabierze na pamiątkę.

- Tak? - Usta Zacka wykrzywia gorzki grymas. - A gdzie on był, jak to się stało, co? Gdzie był,

Fred? Nie tutaj, prawda? Gdyby tu został, nic by się nie stało. Sam wiesz najlepiej. Nie było go tam,
gdzie powinien, więc nie ma prawa się czepiać. Nie ma, ni cholery!

Fred spuszcza wzrok, wzdycha.
Niechby  już  się  skończyło,  myśli.  Ta  noc,  to  lato,  Hitchcomb,  wszystko.  Niechby  się  jak

najszybciej skończyło.

 * * *

Henry Statford stoi w przewiewnej, rozświetlonej słońcem jadalni, już posprzątanej po śniadaniu.

Ręce założył za plecy i wygląda przez okno, na ogród więdnący w upale sierpnia.

Trzeba więcej wody, myśli. Więcej troski.
- Wzywałeś mnie, ojcze? - słyszy od progu.
Podrywa się jak podcięty koń, obraca do syna z wściekłością wypisaną w każdym rysie twarzy.
- Po coś to zrobił, głupcze? - pyta z gniewem. - Prosił cię kto?
Josh zatrzymuje się w pół kroku, zdumiony i urażony.
- Ależ, ojcze! Ja tylko dałem nauczkę temu bękartowi, temu łazędze! To nie on, na pewno. Nie on,

nawet nie jest podobny. Znacznie młodszy, bardzo wysoki, jakaś tyka tytoniowa. To nie jego syn, nie
wierzę.  Niemożliwe.  To  nawet  nie  jego  syn,  a  ja  tylko  chciałem  go  nauczyć  rozumu,  pokazać  mu
miejsce  gdzieś  między  czarnuchami,  między  nędzną  białą  hołotą.  To  nie  jest  nikt  szczególny,  ot,
śmieć! My z chłopakami załatwiliśmy wszystko. Nie będzie szczekał, nic nie powie. Będzie trzymał
pysk na kłódkę. Już dobrze o to zadbaliśmy z Budem i łanem. Nawet jeśli wie o tamtym Hitchcombie,
nawet jeśli coś zwąchał, to nie puści pary z gęby. Nie puści, ojcze. Nie mogłem przecież pozwolić,
żeby się ośmielał, żeby się ważył... Powiedziałem mu, że jeśli się ośmieli zbrukać nazwisko Statford,
to...

- Zamilcz, Joshua. Zamilcz, głupcze!
Burmistrz patrzy na syna jak sokół na mysz i pod wpływem tego wzroku Josh kurczy się, milknie,

wykrzywia płaczliwie.

- Ojcze!
Stary Statford odwraca się do okna, żeby nie widzieć tego pierworodnego, tego nieudanego płodu

swoich lędźwi, tej klęski rodzicielskiej.

Mój  Boże,  myśli.  Czy  to  ja  popełniłem  błąd,  wychowując  go,  czy  to  Ty  odmówiłeś  mi  godnego

następcy?

- Nie rozumiesz, prawda? Nie potrafisz zrozumieć. Zostawiłeś ślad, świadków! Na Boga, Joshua!

Teraz już można nas połączyć z tą sprawą. Teraz już wiedzą. Oni, obcy. Johnson, Clayton, a pewnie i
szeryf Barlow. To nieudacznik, synu, ale nie idiota. Za to ty tak! Ty tak, Joshua! Wyjdź!

Młody Statford cofa się jak muł na widok bata, plącze, jąka.
- Ale, ojcze! On się nie poważy! Nie ośmieli! Wybiliśmy mu to ze łba...
- Zejdź mi z oczu, głupcze! - mówi stłumionym, wściekłym głosem burmistrz. - Wynoś się, bo nie

ręczę za siebie!

Więc upokorzony, rozżalony Josh opuszcza jadalnię.
- Do widzenia, ojcze - powiada jeszcze od drzwi.

background image

Stary Statford milczy.

* * *

- Jak do tego doszło, Clayton? - pyta Barlow.
Zack przeżuwa ślinę, patrzy spode łba.
- Weszli i już. A kto ich niby miał powstrzymać? Fred i ja?
-  Tak,  Clayton.  Ty  i  Fred.  Zastępcy  szeryfa.  Zachary  wbija  kciuki  za  pas,  buńczucznie  podrywa

głowę.

- Bo szeryf spał sobie smacznie we własnym łóżku, zamiast więźnia pilnować?
- Ty się nie rzucaj, Clayton - wtrąca się szybko Ribbs. - Gdzie szeryf był, to szeryfa sprawa. Dość,

że ty i Johnson, prawowici, zaprzysiężeni zastępcy, dupy żeście dali jak złoto!

Ale Barlow już skapitulował, myśli: „Ma rację. Chłopak ma rację. To tylko moja wina”.
- Dobrze - mówi. - Dobrze. Nie wyjdę z aresztu, póki go nie zabiorą.
Bo także i to jest zachowane dla mnie. Mary tam, w domu, sama z Celeste, i on tutaj, ten wyrzut

sumienia, ta klątwa.

- Nie, szeryfie. Na zmianę będziemy pilnować. Ja albo pan z jednym z tych szczeniaków. I nie rób

mi  tu  min,  Clayton,  bo  w  pysk  zamaluję!  Taki  z  ciebie  zastępca  jak  z  krowiego  tyłka  orkiestra.
Szczeniak jesteś i tyle! No jak, zgoda, szeryfie? Może tak być?

Ale Joseph nie słucha. Przed oczami ma skuloną na brudnym materacu sylwetkę więźnia, którego

zobowiązał  się  pilnować,  ale  także  chronić.  Podarte  ubranie,  widoczne  pod  szmatami  krwawe
wybroczyny  i  sińce,  długie,  zaognione  rany  na  klatce  piersiowej,  ramionach,  rękach.  Dłonie
przypominające  teraz  surowe  befsztyki.  I  twarz,  chudą,  znękaną,  pokrytą  strupami  i  fioletowymi
stłuczeniami, lecz nadal paskudnie nieugiętą, niemal drwiącą.

Podziwiam  go,  myśli  z  niechęcią.  Gdzieś  w  głębi  duszy  podziwiam  tego  bandytę,  zabójcę,  tego

człowieka  o  żelaznej  konstrukcji,  który  zapewne  nigdy  się  nie  ukorzył,  nie  skapitulował,  ba,  nie
postąpił  wbrew  sobie.  Bo  ja  sam,  razem  z  moją  bronią,  odznaką,  urzędem,  jestem  i  byłem
słabeuszem. A  on,  ten  Hitchcomb,  ten  drapieżca,  zapewne  wie  o  honorze  i  odwadze  więcej,  niż  ja
kiedykolwiek  zdołałbym  pojąć.  To  południowiec,  piekielny  południowiec  z  krwi  i  kości,
oddychający,  myślący,  krwawiący,  a  nawet  srający  odwagą  i  honorem,  które  płyną  mu  w  żyłach,
zaćmiewają umysł. O tak, on by jeszcze dziś z szablą, pióropuszem i nieskończonym zapasem pychy
gnał  konno  z  oddziałami  generała  Lee,  tak  jak  moi  chwalebni  przodkowie,  zmieceni  z  powierzchni
ziemi w kwiecie wieku, przedwcześnie i bohatersko. Ale nie ja. Ja nie. I być może płacę za to Bogu
czy diabłu haracz nie mniej ciężki, lecz zupełnie inny, niż jemu przyjdzie zapłacić.

- Nie powinien go obejrzeć lekarz? - pyta Ribbsa, choć nie bardzo umie sobie wyobrazić starego

Hornby  ego  w  celi,  przy  tym  człowieku.  -  Może  mieć  połamane  żebra  albo  inne  kości.  Jego  ręce
wyglądają naprawdę paskudnie.

Zastępca wzrusza ramionami.
-  Pytałem.  Powiedział,  że  jeśli  sprowadzimy  tu  konowała,  to  wyjmie  mu  serce  i  zatrzaśnie  w

torbie z instrumentami. Nie bardzo mi się to spodobało, a pewnikiem doktorowi Hornby’emu jeszcze
mniej by przypadło do gustu. Ale trzeba przyznać, że żywotny jest, suczy syn. I zaciekły jak jadowita
żmija.

- Ano,  prawda  -  zgadza  się  Barlow.  -  Nie  było  żadnego  telegramu,  Tom?  Jeszcze  nie  wiadomo,

kiedy go zabiorą?

Ribbs uśmiecha się krzywo, drwiąco.

background image

- A był, jakżeby, był. Z samego rana przyszedł. Pisali, że do nas sędzia przyjedzie, tu się odbędzie

sąd  i  egzekucja.  Widać  uznali,  że  nasze  stare  High  Hill  jest  wystarczająco  wielkim  miastem,  żeby
bandytów wieszać, szeryfie.

Twarz Barlowa ściąga się ze zmartwienia i rozczarowania. To nie są dobre wieści, zdecydowanie

nie.  Będzie  musiał  pilnować  Hitchcomba  o  wiele  dłużej,  niż  przypuszczał.  A  potem  zapewnić
bezpieczeństwo  sędziemu,  gapiom,  a  nawet  samemu  zabójcy.  I  tak  jakiemuś  niezwykłemu  fartowi
zawdzięcza, że nocny samosąd nie skończył się morderstwem.

Mary,  myśli  z  rozpaczą.  Moja  mała  Mary.  Przecież  ona  już  prawie  z  łóżka  nie  wstaje.  Jakże  ją

zostawię na tyle dni, tyle nocy?

I ten smutek, to zmartwienie, przeważa w tej chwili nad uporczywą myślą, czego, u diabła, młody

Statford chciał od siedzącego w areszcie rewolwerowca.

- Poradzimy sobie, Joe - mówi cicho, pokrzepiająco Ribbs. - Wszystko się ułoży, zobaczysz.
Ale Joe wie, że nic się nie ułoży, że teraz czeka go tylko apokalipsa.

* * *

W  domu  panuje  cisza,  wieczorna  cisza,  która  nigdy  nie  wydawała  się  Mary  głębsza.  Tak  jakby

dom  wstrzymał  oddech,  oczekując  na  coś,  dyszącego  gorącem,  ukrytego  w  mroku,  strasznego,  lecz
jednocześnie  pociągającego  w  zły,  przewrotny  sposób.  Nie  słychać  trzeszczenia  belek,  odgłosów
biegających  myszy,  wiatru  wdzierającego  się  przez  nieszczelne  okno,  żadnego  ze  zwykłych
dźwięków  właściwych  starym  drewnianym  budynkom,  stygnącym  w  złudnym  chłodzie  wieczoru  po
całym upalnym, rozprażonym dniu.

Dziewczynka wierci się pod kołdrą, rozgorączkowana, niespokojna, słaba, ale przepełniona jakąś

potrzebą  ruchu,  niepokojem  mieszkającym  nie  w  umyśle,  ale  w  tkankach  i  narządach  chudego,
wątłego ciała. Jest jej duszno, choć przecież zimno. Poci się wstrząsana dreszczami, słuchając swego
wysilonego,  płytkiego  oddechu,  czekając  na  symptomy  nadchodzącego  krwotoku.  Głowę  ma  lekką,
jakby napełnioną musującą lemoniadą. Leży cicho, cichutko, choć wilgotne, lśniące oczy są gotowe
do płaczu, usta w każdej chwili mogą się wykrzywić kapryśnie, w spazmie kaszlu bądź krzyku.

Nie ma ojca, przypomina sobie i płacz jest już blisko, znacznie bliżej niż przed chwilą. Nie ma też

Pana  Bobby’ego.  Ojciec  mówi,  że  pewnie  gdzieś  pobiegł,  że  koty  chodzą  własnymi  drogami,  ale
Mary jest smutna i rozżalona.

Jak mógł mnie zostawić? - myśli. Poszedł sobie, a ja tu leżę sama i chora! Wszyscy mnie zostawili,

wszyscy uciekli. Pozostała tylko Celeste, ale pewnie dlatego, że jest za stara i za gruba, żeby daleko
odchodzić.

Więc oczy szklą się łzami, cienkie palce zaciskają w piąstki na kołdrze.
Och,  nikogo  już  nie  obchodzę,  mówi  sobie. A  Pan  Bobby  zawsze  wracał,  zawsze  spał  ze  mną  i

budził mnie rano. Pewnie stało mu się coś złego, tylko nie chcą mi powiedzieć. Oszukują mnie, bo
ich nie obchodzę!

Pociąga  nosem,  przestraszona  nagłą  myślą,  tym  przeczuciem,  że  ukochany  kot  odszedł  tam,  gdzie

ona  pewnie  też  pójdzie  niedługo,  choć  boi  się  o  tym  mówić  i  myśleć.  Że  powita  ją  tam,  w  tym
mrocznym, dziwnym miejscu, żeby nie czuła się zupełnie samotna, całkiem opuszczona.

I płacz gaśnie, zostaje tylko dziwny lęk, zupełnie nie dziecięcy, przytłaczający.
- Tam jest już mama - mówi do siebie, cichutko, dla dodania otuchy, ale to nie pomaga, bo matka

stała się dla niej tylko wyblakłym cieniem, wspomnieniem jakiegoś upiora, wychudłego, targanego na
przemian złością i rozpaczą, widziadła, którego wcale nie ma ochoty spotykać.

background image

Chcę, żeby wrócił Pan Bobby, myśli. I tata. Niech tata wreszcie przyjdzie do domu.
Ale dom milczy, nagle odległy, obcy, a może złowrogi.
I  Mary  dusi  się,  zachłystuje  strachem,  że  coś,  a  może  ktoś  jest  z  nią  w  pokoju,  czai  się  niczym

głodny  kojot  w  ciemności,  w  mroku  pod  łóżkiem,  w  kącie  albo  za  szafą.  Potwór!  Z  pewnością
potwór, który przyszedł ją skrzywdzić, zabrać, wystraszyć na śmierć! Widać jego straszne, świecące
ślepia, kły niczym zęby brony albo myśliwskie noże ojca. O tak, stoi tam, wielki, choć nienaturalnie
wydłużony, wyciąga łapy zaopatrzone w szpony i rozciąga w uśmiechu, złym, podłym uśmiechu usta
ogromne jak nora lisa.

Dziewczynka  próbuje  porwać  się  z  pościeli,  krzyknąć,  zapłakać,  lecz  płytki,  urywany  oddech

niczym magiczna ręka czarownicy dusi ją, zatyka usta.

- Ce...leste! - szepcze bezgłośnie, w nieudanej próbie wezwania pomocy. - Ce...leste!
Ale  służąca  nie  przybiega.  Za  to  mrok  w  kącie  gęstnieje,  ciemnieje  jakoś  w  niezwykły  sposób,

zdaje  się  poruszać.  Wyłania  się  z  niego  człekopodobny  kształt,  za  wysoki  jednak,  za  cienki,  jakby
rozciągnięty w nienaturalnym procesie odklejania się wprost od ściany, z cieni i kurzu, i lęku.

Mary  wydaje  słaby  pisk,  bo  postać  otrząsa  się  jak  mokry  pies,  robi  krok  do  przodu,  wprost  w

plamę księżycowego światła.

To  ożywiony  strach  na  wróble,  ubrany  w  łachmany,  z  długą,  bladą  gębą  poznaczoną  głębokimi

szczelinami  szwów  czy  zagłębień.  Potwór  z  kijów  i  szmat,  okropnie  chudy,  nienaturalnie  wielki.
Patrzy  na  nią  czarnymi,  pustymi  oczodołami,  już  się  nie  uśmiechając  wąską,  ciemną  szramą  ust.
Wydaje  się  dziecku  okropny  z  szopą  zwichrzonych  włosów  nad  czołem,  z  białą  płócienną  twarzą
poprzecinaną  wyraźnymi  szwami,  niezdarnie  wykonanymi  czerwoną  i  brunatną  nicią.  A  ręce,
obrzydliwe,  wielkie,  umazane  w  czymś,  co  chyba  jest  skrzepłą  krwią  czy  smołą,  ręce  o  długich,
sękatych palcach przyciska do piersi, jakby trzymał tam coś cennego, a może broń, a może wyrwane
ludzkie serce, bo to pewnie ten sam potwór, o którym trwożnie, żegnając się znakiem krzyża, szeptała
Celeste z Milly, kucharką Williamsów, nie wiedząc, że ona, Mary, nie śpi, lecz słucha wystraszona.

A  wtedy  stwór  podchodzi  bliżej,  zatrzymuje  się  przy  nogach  łóżka,  więc  dziewczynka  wydaje

kolejny stłumiony pisk, zanim spostrzega w słabym świetle księżyca, że to nie strach na wróble, tylko
człowiek, a te wszystkie szwy na jego twarzy i czarne oczodoły to skaleczenia i siniaki.

Znów się uśmiecha rozbitymi paskudnie ustami, lekko, ale nie tak, jak zwykle dorośli uśmiechają

się  do  dzieci.  Raczej  kpiąco,  czy  może  zuchwale.  Oczy  mu  świecą  zielonkawo,  własnym
wewnętrznym blaskiem, jak ślepia Pana Bobby’ego. Przykłada palec do warg i mówi:

- Szzzzz...
Mary porusza się w pościeli, uspokojona, że to żywy mężczyzna, a nie stwór z murzyńskich gadek,

ale  uspokojona  tylko  trochę.  Serce  wciąż  nieprzyjemnie  kurczy  się  w  klatce  żeber,  a  oddech  jest
urywany, świszczący.

- Ktoś... ty...? - udaje jej się wykrztusić.
- Przyjaciel.
- Przyj...aciel? - dziwi się.
- Aha. - Kiwa głową.
- Po co przyszedłeś?
Mężczyzna pochyla się, pokazując coś, co trzyma w wielkich, okropnie pokaleczonych dłoniach.
- Ktoś, kto się zagubił, bardzo za tobą tęsknił, Mary. Więc przyprowadziłem go do domu.
- Pan Bobby! - woła uradowana, a nieznajomy wypuszcza na kołdrę trochę brudnego, lecz wcale

nie wystraszonego kota.

- Miau! - skarży się Pan Bobby, łasząc się do swojej małej pani.

background image

Mężczyzna  wyciąga  pokiereszowany  palec,  głaszcze  zwierzątko  po  łebku.  Pan  Bobby  zaczyna

mruczeć, ugniatając łapkami pościel.

-  Jej!  -  mówi  Mary,  już  całkiem  ufna,  szczęśliwa.  -  Dziękuję!  Martwiłam  się.  Nie  było  go  i  nie

było. Gdzie go znalazłeś? Pewnie daleko odszedł, może nad strumień albo drogą do miasta?

Kocie oczy nocnego gościa rozjarzają się zielonym, zimnym blaskiem.
- Bardzo daleko. Nawet nie wyobrażasz sobie jak.
Dziewczynka przytula mruczącego kota, surowo macha palcem nad wąsatym pyszczkiem.
-  Gdzieś  ty  polazł,  głuptasku?  Mówiłam,  że  nie  wolno  oddalać  się  od  domu!  Wcale  mnie  nie

słuchasz. Wiesz, gdzie byś był, gdyby nie ten miły pan? Błąkałbyś się samotny i głodny. I mógłby cię
złapać jakiś pies! Rozszarpać kojot! Albo ten potwór, który wyrywa serca.

-  To  nie  jego  wina  -  mówi  spokojnym,  stłumionym  głosem  mężczyzna.  -  Każdy  czasem  może  się

zgubić, Mary. Każdy może odejść za daleko.

Jest coś w jego tonie, co każe dziecku unieść wzrok i spojrzeć mu wprost w twarz.
- Jesteś znajomym taty? - pyta cicho, niezaniepokojona, jeszcze nie, ale już baczna i zdziwiona.
- O tak. Twój ojciec dobrze mnie zna.
- Nigdy u nas nie byłeś. Skąd wiedziałeś, gdzie przyprowadzić Pana Bobby ego?
- Powiedział mi. Jak nie wierzysz, sama go spytaj.
- Mruff! - łaciaty kotek zdaje się potwierdzać słowa przybysza.
Podchodzi  ku  niemu  po  kołdrze,  z  wygiętym  grzbietem  i  ogonem  sterczącym  do  góry  jak  lanca,

mrucząc usilnie.

-  Pan  Bobby  to  mój  najlepszy  przyjaciel.  Dziękuję,  że  sprowadziłeś  go  do  domu  -  mówi  Mary  z

powagą. - Kto ci to zrobił? Źli ludzie?

Wskazuje podbródkiem poranione ręce nieznajomego.
- Ktoś, kto mnie nie lubi - odpowiada spokojnie, nie przestając głaskać kota.
- Dlaczego cię nie lubi?
- Bo się mnie boi. - Mężczyzna pokazuje w uśmiechu zęby, a Mary przez chwilę czuje, że tak, jest

się czego bać.

- To boli? - pyta ostrożnie.
- O tak, oczywiście. Nie wygląda ładnie, co?
Pokazuje jej dłoń, niedbale okręconą brudną szmatą.
Mary przełyka ślinę, zbiera się na odwagę.
- Jesteś inny niż dorośli. To znaczy też dorosły, ale nie taki jak oni. Dlaczego?
- Bo odszedłem bardzo daleko. Tam, gdzie Pan Bobby, a może jeszcze dalej. Ale wróciłem.
Jego oczy nie są już lustrzane i zielone, tylko bardzo jasne, prawie bez koloru, jak płytki staw o

poranku.

- Po co? - pyta Mary cicho i z napięciem.
Mężczyzna uśmiecha się drapieżnie.
- Pooddawać długi.
- To takie ważne?
Kiwa głową.
- Najważniejsze.
Dziewczynka sięga po kota, przygarnia do siebie.
- Wiesz co? - mówi do nieznajomego. - Ja się ciebie nie boję. I chyba nawet cię lubię.
- To dobrze, bo chcę cię prosić, żebyś mi coś oddała. Przyprowadziłem twojego kotka, więc coś

mi się za to należy, prawda?

background image

Oczy Mary rozszerzają się gwałtownie.
-  Chcesz  pieniędzy?  Jesteś  bandytą?  Obrabowujesz  farmy  i  pociągi,  i  banki?  My  nic  nie  mamy.

Wszystko poszło na leki dla mamy i dla mnie.

Nieznaczny skurcz przebiega przez twarz nieznajomego, jakby coś go zabolało.
-  Tak,  jestem  bandytą.  Nie  da  się  zaprzeczyć. Ale  nie  przyszedłem  po  pieniądze  ani  nic  w  tym

rodzaju. Wezmę tylko to, czego nie chcesz, co ci nie jest potrzebne.

- Dlaczego?
- Bo inaczej ty musiałabyś mieć dług wobec mnie.
Mała marszczy nos.
- Nie mam nic odpowiedniego. Grzebień i lusterko po mamie. Lalki od taty i wdowy Bunch, ale

ich  nie  mogę  oddać,  bo  byłoby  wszystkim  przykro.  Są  jeszcze  sukienki  i  kokardy,  ale  po  co  ci
dziewczyńskie ubrania?

- Nie zabiorę ubrań. Mówiłem, że wezmę to, co niepotrzebne. Chwyć mnie za rękę.
Wyciąga chudą dłoń, całą we krwi i strupach. Mary waha się, znów trochę wystraszona.
- Ale nie jesteś zimny ani przezroczysty, prawda? Bo wtedy musiałabym zacząć krzyczeć.
-  Sama  się  musisz  przekonać,  młoda  damo.  Co,  brzydzisz  się  krwi?  Rzeczywiście,  wygląda

ohydnie. Na pewno cię umażę.

Znów ten kpiący, krzywy uśmiech łobuza.
Dziewczynka patrzy na przybysza i czuje dreszcze przebiegające po plecach. Teraz może się coś

stać,  coś  ważnego. A  ona  zdaje  sobie  sprawę,  że  kiedy  dotknie  tej  poranionej  ręki,  nie  będzie  już
odwrotu.

Przyprowadził Pana Bobby’ego, myśli. Więc nie może być całkiem zły. Ale jest. Jest zły, tylko nie

wiem, czy dla mnie też.

- Nie mogę - mówi niepewnie, trochę dla zyskania na czasie. - Przecież to cię będzie bolało.
-  Jasne,  że  będzie  -  przytakuje.  -  Przyszedłem  tu  uregulować  długi,  ale  prosić  się  o  nic  nie  mam

zamiaru. Więc jak, Mary Barlow? Bierzesz mnie za rękę czy tchórzysz?

Jeśli  chce  mnie  zabrać,  to  trudno,  decyduje  Mary.  Przecież,  to  się  i  tak  stanie,  wszyscy  wiedzą.

Tata, Celeste, wdowa Bunch. Niech więc będzie teraz. Niech już się dokona. Zanim stanę się taka jak
mama. Okropna, zawsze rozzłoszczona, zawsze z krzykiem na ustach, niekochająca nikogo. Nie chcę
się  taka  zrobić.  To  już  wolę  iść  z  nim.  Mogę  z  nim  iść,  naprawdę.  Nie  boję  się.  No,  może  trochę.
Tylko trochę. Ale przynajmniej nie będę musiała iść sama.

Zamyka  oczy  i  sięga  po  dłoń  mężczyzny.  Jego  palce  są  silne,  kościste  i  ciepłe.  Bardzo  ciepłe,

prawie  parzą.  Jednak  Mary  nie  może,  nie  chce  wyrwać  się  z  uścisku.  Czuje,  jak  coś  gorącego
wypełnia jej klatkę piersiową, otula bijące mocno serce. I ono zwalnia, jej własne serce, cichnie i
zamiera,  a  w  miarę  jak  poprzez  zaciśniętą  pięść  nieznajomego  wlewa  się  w  nią  to  zdumiewające
ciepło, ubywa jej sił i świadomości. To srebrne ciepło, księżycowe, płynne niczym rtęć. Zalewa ją
słodką, spokojną wodą niebytu.

Więc tego właśnie tak się lękają dorośli, myśli leniwie, mętnie. Więc tak się umiera. To wcale nie

jest straszne. Wcale nie.

Lecz  nagle,  w  ułamku  sekundy,  gorąco,  które  ją  ogarnia,  zamienia  się  w  lodowate  zimno.  Mary

gwałtownie wciąga do płuc haust powietrza, piekącego, jakby było poprzetykane igłami, krztusi się
nim, dławi. A tymczasem serce urywa się, spada w przepaść, gdzie trzepocze w popłochu, panicznie,
niczym przestraszony gołąb.

To  koniec,  koniec!  -  kłębi  się  krzyk  w  głowie  dziewczynki,  lecz  nic  nie  następuje.  Żadnej

ciemności, żadnego złocistego światła ani aniołów, ani diabłów, ani mamy, która powinna ją witać.

background image

Mała oddycha ostrożnie, wciąż napełniając płuca chłodem, który teraz wydaje się ożywczy, rześki

jak  pierwsze  zimowe  podmuchy.  I  choć  nie  bardzo  chce  się  do  tego  przyznać,  czuje  się  troszkę
rozczarowana.

Powoli rozwiera powieki.
Nieznajomy klęczy na podłodze, przyciskając ręce do piersi i dysząc z trudem. Rysy ma ściągnięte,

wykrzywione okrutnym bólem. I świeci, jakby cały płonął.

Powinnam krzyczeć! Powinnam wrzeszczeć, myśli w popłochu dziewczynka, ale nie jest w stanie

wydać dźwięku. Otwiera tylko bezgłośnie usta.

A  on,  ten  człowiek,  to  gorejące  widmo,  drży,  zwija  się  z  męki,  przepalając  to  coś,  to  mroczne,

okropne stworzenie, które zdaje się składać z samych pazurów i zębów, coś, co próbuje wniknąć do
jego klatki piersiowej, drapiąc i gryząc, rozdzierając skórę i mięśnie. Lecz kościste ręce, całe teraz
w  strzępach  ognia,  trzymają  mocno  owego  stwora,  prażą  go,  spopielają  i  palą.  Potwór,  bezgłowy,
ślepy i wściekły jak sama furia, wije się, wymachując mnóstwem odnóży ze sztyletami szponów na
końcach, kłapie potrójną, pełną kłów paszczą. I za każdym razem trafia na żywe ciało. Wszędzie jest
pełno  krwi  nieznajomego,  czerwonej,  gorącej  jak  księżycowe  ciepło,  które  w  nią  tchnął,  posoki
ochrzczonej pożogą płomienia. Ale chude męskie ręce nie puszczają miotającej się morderczej istoty.
Zaciskają się z całej siły, próbując utrzymać kłąb szalejącego bólu. A ten kłąb, to coś o kształcie ni to
pająka, ni to gada, wyrywa się, szarpie, kaleczy, rani przeciwnika i krzyczy. Wysokim, wibrującym,
prawie  niesłyszalnym  głosem,  rozjuszonym  i  gniewnym.  Tymczasem  stawiający  równie  zaciekły,
równie zuchwały opór mężczyzna milczy uparcie, krwawiąc i płonąc.

Mary  patrzy  na  ich  zaciekłą,  cichą,  straszną  walkę,  nie  mogąc  oderwać  wzroku.  Przegra,  myśli,

patrząc  na  dyszącego  ciężko,  wspartego  na  szeroko  rozstawionych  kolanach  nieznajomego,  który
znów  wygląda  jak  dziwaczny  strach  na  wróble.  Przegra,  rozumie  i  zaczyna  drżeć,  bo  wie
podświadomie, że wtedy stanie się coś niewyobrażalnie, straszliwie złego.

Cała się wzdraga, podskakuje na łóżku, gdy coś miękkiego i kosmatego ociera się o jej nogę. Pan

Bobby wystraszony chowa się pod kołdrę. Dziewczynka przyciąga go do siebie, przytula.

- Nie bój się, nie bój - szepcze, chociaż sama jest przerażona.
A  tymczasem  mężczyzna,  który  stał  się  pochodnią,  który  klęczy  uparcie,  niezłomnie  obok  łóżka,

choć  zdaje  się  słaniać,  upadać,  omdlewać,  jednak  powoli,  bardzo  powoli  zaczyna  zwyciężać.  Bo
stwór, czarno-czerwony teraz od mocy płomienia, cały w iskrach i językach ognia, słabnie. Szamocze
się  jeszcze,  kąsa,  szarpie  pazurami,  lecz  bez  dawnej  dzikiej  zaciekłości.  Jeszcze  moment  maleje,
jakby  zapadał  się  do  środka,  zwija  odnóża  na  kształt  martwego  owada,  zaciska  piekielne  szczęki  i
zaczyna  się  kruszyć,  opadać  na  podłogę  miękkimi,  brudnymi  płatami,  jak  sadza  z  czyszczonego
komina. Teraz jest już tylko brudną plamą czerni na podłodze, nasiąkającą szkarłatem rozlanej krwi.
Światło i gorąco przygasają. Nieznajomy osuwa się, opiera czołem o ramę łóżka. Jego ramiona drżą.
Słychać urywany, wysilony oddech.

- Nic... nic ci nie jest? - pyta dziewczynka piskliwym, trzęsącym się z przerażenia głosem.
- Nic... - odpowiada ciemność.
- Co to było? Co zrobiłeś? Co to? - Mary jest bliska płaczu.
Mężczyzna unosi głowę, uśmiecha się tak, aż małej dreszcz przebiega po plecach.
- Spłacam, co moje, dziecko. I jestem wolny.
A potem z wysiłkiem i tym samym zuchwałym uporem, którym kierował się w walce, prostuje się,

wstaje,  zataczając  się  na  nogach,  ale  wciąż  z  tym  samym  okrutnym  grymasem  uśmiechu  na  ustach,
grymasem  odsłaniającym  zęby  drapieżcy.  Dziewczynka  nie  może  oderwać  oczu  od  głębokich,
poszarpanych ran na jego piersi, od porozdzieranych, świecących gdzieniegdzie bielą kości strzępów

background image

mięsa,  w  które  zamieniły  się  dłonie.  Krew,  która  się  sączy  z  licznych  ran,  ma  głęboką  barwę
czerwonego wina. Mała przenosi wzrok na twarz mężczyzny, na tę mizerną, wilczą, ściągniętą twarz
upiora.

Pomyliłam się, myśli. Boję się. Teraz się go boję.
A on stoi, wysoki, płaski w świetle księżyca, niczym sylwetka z tektury.
-  Pilnuj  swojego  kota  -  odzywa  się  kpiącym  tonem,  który  wcale  nie  pasuje  do  napiętych,

wykrzywionych bólem rysów. - Następnym razem może mnie nie być w pobliżu. Taka późna godzina.
Czy nie powinnaś już dawno spać, mała?

Boję się, mówi sobie Mary. Ale i tak w jakiś sposób go lubię.
- Na pewno nic ci nie jest? - pyta. - Okropnie cię pokaleczyło to coś obrzydliwego.
-  Obrzydliwe  rzeczy  tak  właśnie  robią.  Kaleczą.  Teraz  mogę  iść  swoją  drogą,  mała.  Jeden  dług

spłaciłem.

- Są jakieś inne?
- Jasne. Całkiem sporo. Ale z jednym mam zamiar się uporać jeszcze tej nocy.
-  Przyjdziesz  potem?  Albo  kiedyś  indziej?  Mężczyzna  znów  się  uśmiecha,  ale  już  inaczej,

łagodniej, bez tego szaleństwa i wściekłości, bez męki.

- Wcale byś nie chciała, Mary. Wierz mi.
Dziewczynka  stara  się  odpowiedzieć  uśmiechem,  zaczepnym  i  przekornym,  ale  za  bardzo  jest

poruszona. Krzywi tylko słabo usta.

- Skąd wiesz? Może bym chciała. Bo nie jesteś przecież taki zły. No, nie taki zły jak na ducha, ma

się rozumieć. Nie zapomnę o tobie.

- Och, zapomnisz, z pewnością. Postaram się o co - mówi poważnie.
Nie chcę, żeby sobie poszedł, myśli Mary z pewnym zdziwieniem. To duch, a ja się boję duchów,

ale  wcale  nie  chcę,  żeby  poszedł.  Mogłabym  się  z  nim  zaprzyjaźnić.  Chyba  naprawdę  bym  mogła.
Opowiedziałby  mi,  jak  to  jest  umrzeć  i  w  jaki  sposób  można  wracać  nocą,  tak  jak  on.  Przecież
niedługo  będę  taka  sama,  nieżywa.  I  już  mnie  to  tak  nie  przeraża.  Wcale  nie.  Wiem  teraz,  co  mi
zabrał, czego nie chciałam i nie potrzebowałam. Strach. Zabrał strach. Teraz łatwiej mi będzie pójść
do jego krainy, do miejsca, gdzie są umarli.

Uśmiecha się, tym razem szczerze, bez przymusu.
- Śnisz mi się, prawda?
-  Oczywiście,  że  się  śnię.  Śpij  dobrze,  mała  -  mówi  i  rozwiewa si ę nagle,  jak  dym,  jak  cień,

którego nigdy nie było.

A Mary układa się w łóżku, spokojna, zmęczona, choć wcale nie senna, obok ciepłego kłębuszka,

Pana  Bobby’ego,  zwiniętego  w  nogach  na  kołdrze,  i  leży,  wpatrując  się  w  księżycowe  rysunki  na
suficie.

- Dobrze, że wróciłeś - szepcze. - Okropnie za tobą tęskniłam. Ojej, zapomniałam go spytać, jak

ma na imię. To nieładnie, jestem nieuprzejma. Wiesz co, będę go nazywać Ralph. Jakoś tak do niego
pasuje, prawda?

- Mru! - zgadza się przez sen Pan Bobby.

* * *

Joshua  Statford  przewraca  się  w  zmiętej  pościeli,  pogrążony  w  płytkiej,  niespokojnej  drzemce.

Nie ma już przy nim Milly, wesołej, korpulentnej Mulatki, którą, otumaniony doszczętnie alkoholem,
próbował  zerżnąć,  równie  bezskutecznie  jak  potem,  po  niedokonanym  fakcie,  zbić,  ponieważ  się

background image

śmiała.  Kiedy  groził  jej,  zaplątany  we  własne  gacie,  niezborny  niczym  zbudzony  w  ciągu  dnia
nietoperz,  parsknęła  tylko:  „Jak  Boga  kocham,  paniczu  Josh!  Co  to  też  panicz  gada!  No,  no!”  i
zakręciwszy  ponętnym,  szerokim  zadkiem,  wyszła  spokojnie  z  sypialni,  obciągając  kwiecistą
spódnicę,  wciąż  zanosząc  się  od  śmiechu,  jakby  pokazał  jej  coś  niesłychanie  zabawnego.  Więc  nie
zostało  mu  nic,  jak  tylko  upaść  w  poduchy  i  prześcieradła,  zapadając  się,  tonąc  w  pijackich
mrzonkach  i  snach  o  odwecie.  Gdzieś  w  pół  drogi  do  jawy  roją  mu  się  teraz  jakieś  myśli  pełne
pretensji  i  poczucia  krzywdy,  jakieś  zwidy,  w  których  ojciec,  ten  niesprawiedliwy,  stary  drań,
przygląda  mu  się  z  szacunkiem  i  należytym  podziwem,  zaś  Milly,  na  klęczkach,  w  samej  bieliźnie,
szlochając, prosi o wybaczenie. A za nimi tłoczy się całe miasto, strwożeni i niepewni mieszkańcy,
zgromadzeni  na  ulicy,  by  go  powitać,  z  twarzami  przepełnionymi  słusznym  lękiem,  ale  i  głębokim
zachwytem. Wszystkie usta powtarzają szeptem: „Joshua Statford! Joshua Statford!”. Ten szum brzmi
niby  najpiękniejsza  muzyka,  poemat  chwały.  A  on,  Josh,  na  ogierze  ogromnym  jak  lokomotywa  i
czarniejszym  niż  dno  piekieł,  majestatycznie,  dumnie  przepływa  ponad  miastem,  niczym  pogański
bóg,  bohater  wojny  domowej  albo  słynny  bandyta.  Ma  wyniosłą  postawę,  piękny  strój,  a  jego
nowiutkie, monstrualnej wielkości rewolwery lśnią niby dwa słońca przytroczone do pasa.

Kobiety na ten widok tracą zmysły, a mężczyźni opuszczają głowy, nie bez podziwu, ale i szczypty

zawiści, choć wiedzą, że nigdy nie zdołają dorównać takiej personie.

I  wszędzie  rozbrzmiewają  te  głosy,  cudowne  głosy:  „Joshua  Statford!”,  piękne  niczym  śpiewy

cherubinów.

- Joshua Statford!
W  chór  rozanielonych  szeptów  wdziera  się  nagle  jakiś  przykry  dysonans,  jakiś  zgrzyt

nieprzyjemny,  zjadliwy  i  groźny.  Ale  rozespany  Josh,  pijany,  ukołysany  przez  swoje  słodkie,
próżniacze sny, nie chce go słuchać, nie ma zamiaru się budzić.

- Joshua Statford! - powtarza ciemność, jadowicie i złowrogo.
Syn  burmistrza  niechętnie  rozkleja  powieki.  W  sypialni  jest  cicho  i  pusto.  Tylko  firanka  się

wydyma, potrącona lekkim powiewem wiatru. Księżyc, blady i jasny niczym nowiutki dolar, gapi się
przez  okno.  Josh  przewraca  się  na  drugi  bok,  naciąga  na  głowę  poduchę,  bo  razi  go  nawet  to
srebrzyste, słabe światło. I już zapada w głęboki wódczany sen, gdy ciemność znów się odzywa:

- Teraz, Statfbrd. Czas nadszedł.
Dźwięk wypycha Josha z mętnej wody snów niczym szampan korek z butelki. Młody Statford znów

rozwiera powieki.

- Szzzego? - bełkocze ze złością. - Iś presz, kto tam przylazł, bo kark pszzetrące, zaraza! Spaś nie

dają!

- No, nie pośpisz sobie, draniu. To fakt - mówi nicość cichym, na pozór uprzejmym tonem.
Josh wybałusza oczy, ale nie widzi nikogo.
- Jest tu kto? - pyta nieco trzeźwiej. - Milly, to ty, głupia krowo? Wynoś się, pókim dobry!
Ale głos z mroku jest ewidentnie męski. I bardzo, bardzo zimny.
-  No  co  z  tobą,  Statford?  Nie  poznajesz  mnie?  Nie  powitasz  znajomego,  który  wpadł  z  wizytą?

Gdzie twoje maniery, chłopie?

- Bud? Zabawę sobie ze mnie robisz, gnoju? Pokaż się zaraz, to ci mordę obiję! - rzuca Joshua w

ciemność, ale na plecach czuje dreszcze lęku, bo głos wcale nie zdaje się należeć do Buda, pomijając
już fakt, że Watson nigdy by się nie ośmielił tak zakpić z któregokolwiek Statforda.

-  Och,  Joshua,  Joshua  -  szepcze  cień.  -  Bystrości  to  nie  odziedziczyłeś  po  swoim  szanownym

tatusiu, co?

Broń!  -  myśli  Statford,  trzeźwiejąc  gwałtownie.  Gdzieś  tu  leży.  Pod  poduszką?  Przy  łóżku?  Na

background image

szafce?

A wtedy z kąta wyłania się wysoka, szczupła postać, postać bez twarzy, czarna na tle bijącej od

okna srebrzystej poświaty, i płynnym, delikatnym niemalże ruchem czubkiem buta kopie stertf ubrań
rzuconych niedbale na podłogę.

Joshua  przełyka  z  trudem  ślinę,  bo  widzi  metaliczny  błysk  prześlizgujący  się  w  czerni  szmat,

odblask światła odbity od stalowej powierzchni.

-  Tu  są  twoje  nowiutkie,  nabite  rewolwery,  Statford.  Pod  moimi  nogami.  Chcesz  sobie  wziąć

jeden, bracie?

Ten  drwiący  ton,  ostry  jak  klinga  noża.  Ta  sylwetka,  chuda,  ogromna.  Ta  postrzępiona  koszula.

Nie, myśli Josh. Na Boga, tylko nie on!

-  Nie  bierzesz?  Trudno.  I  tak  nie  będą  ci  potrzebne.  Mnie  zresztą  też  nie.  Do  uregulowania  tego

długu ołów mi się nie przyda.

Przybysz  przesuwa  się  nieco  w  bok,  zbliża  do  ogromnego,  zwieńczonego  baldachimem  łoża,  w

którym  młody  Statford  kuli  się,  kotłuje  nerwowo,  szukając  nieistniejącej  drogi  ucieczki,  niczym
kapitan handlowego statku opanowanego przez słynnego z okrucieństwa pirata.

-  No,  teraz  też  mnie  nie  rozpoznajesz?  Tak  się  zmieniłem  pod  tymi  wszystkimi  sińcami?  Nie  do

poznania? Dalej, nie krępuj się. Uderz mnie w twarz, może wrócą ci miłe wspomnienia.

Joshua  gapi  się  z  rozpaczą  na  mozaikę  wybroczyn  i  krwawych  szram  na  tym  obliczu,  zaciekłym,

pochylonym, uśmiechniętym po wilczemu, drapieżnie. Znajomym. Niestety, znajomym.

- Hitchcomb - stara się wykrztusić bez drżenia głosu. - Ralph Hitchcomb.
Rewolwerowiec prostuje się, odruchowo opiera dłoń na boku, gdzie powinien być pas z bronią.
-  Proszę,  proszę.  Pamiętasz  moje  nazwisko.  Nazwisko  białego  śmiecia,  niewartego  nawet

splunięcia.  Co  za  zaszczyt,  no,  no.  Jakże  ja  się  odwdzięczę  jaśnie  draniom  Statfbrdom?  Masz  jakiś
pomysł, żałosny gnojku?

Syn burmistrza czuje przypływ ożywczego gniewu. Zbiera siły, zaciska dłonie w pięści.
To mój dom. Jest sam w moim domu. Tu pełno służby, broni, naszych ludzi ze strzelbami. Zdechnie

w tym pokoju. Wlazł do nas jak tygrys do pułapki. Dureń. Beznadziejny, głupi skurwysyn.

- Nie wyjdziesz stąd żywy, Hitchcomb! Zabiję cię jak psa! Jak zbiegłego czarnucha! Ale najpierw

zedrę z ciebie żywcem skórę! Oćwiczę do kości jak niewolnego, jak wściekłe zwierzę! Wystarczy, że
krzyknę! Że teraz krzyknę, a ty... a za drzwiami... a tam... - dyszy zapamiętale.

Ale on, ten Hitchcomb, się śmieje. Bezczelnie, drwiąco, niemal wesoło.
- Ile zapału, Statford. No myślałby kto! Rzecz w tym, że nie krzykniesz, suczy synu. Nie rozumiesz?

Nawet nie piśniesz, nędzny bękarcie.

I Joshua faktycznie milknie. Otwiera usta bezgłośnie, zamiera przerażony. Bo widzi, jak Hitchcomb

nagle zaczyna się zmieniać. Jak ludzkie tkanki, skóra i mięśnie tężeją, krzepną, nabierając ciemnego
połysku polerowanego drewna i chłodnej gładkości polerowanej stali. To nadal on, rewolwerowiec,
żywy  i  krzywo  uśmiechnięty,  ale  już  nie  człowiek.  Nie  widmo  też  przecież.  Do  diabła,  nie  zwid.
Tego jest nieszczęsny młody Statford aż za bardzo pewien.

To jawa, to się dzieje na jawie, myśli gorączkowo, rozpaczliwie.
Przygląda  się,  jak  znikają  rany  i  siniaki,  zastąpione  metalem  i  drewnem,  jak  bandyta  z  koszmaru

staje się bandytą z piekła.

-  Widzisz,  Statford  -  ciągnie  przybysz  tym  samym  tonem,  jakby  nic  się  nie  wydarzyło,  jakby  nie

zauważył,  że  nie  ma  już  ciała  z  kości  i  krwi.  -  Kiedyś  ty  i  twój  staruszek  poczęstowaliście  mnie
godnie.  Nie  żałowaliście  mi  trunków,  nie  mogę  się  skarżyć.  „Napoić  spragnionych”.  Czyż  nie  tak
napisano  w  Biblii? A  ty  i  twój  ojciec  usłuchaliście  nakazów  chrześcijańskiego  miłosierdzia.  Mam

background image

wobec was dług do spłacenia. Więc teraz przychodzę, żeby się właściwie odwdzięczyć.

Josh  nadal  ma  ściśnięte  gardło,  charczy  tylko  niezrozumiale,  wlepiając  przerażony  wzrok  w

nocnego gościa,

- Co mówisz? Nie rozumiem? - Widmowy rewolwerowiec pochyla się nad nim.
-  Chcesz...  pieniędzy?  Dam  ci!  Wszystko  ci  dam!  Hitchcomb  wybucha  śmiechem,  szczerym  i

naturalnym.

-  Josh,  durniu!  Ja  nie  żyję.  Nie  żyję,  bo  mnie  zabiliście.  Ty  i  twój  skrzętny,  przezorny  staruszek,

burmistrz  szacownego  miasteczka  High  Hill.  Pojechałeś  za  mną,  zabrałeś  mojego  konia,  moją  broń
oraz całą sumę, którą mi przedtem zapłaciliście. Ale nie martw się, byłem już wtedy konający, więc
nie  potrzebowałem  żadnej  z  tych  rzeczy.  Ciężko  myślisz,  Josh.  Nie  tak  jak  twój  bystry  tatko.  Po
cholerę mi teraz twoje pieniądze? Co bym z nimi robił?

Joshua z trudem przełyka lepką, zgęstniałą ślinę.
Jeden  krzyk,  myśli.  Jeden  krzyk.  Tylko  że  to  teraz  już  nie  wystarczy.  Od  początku  to  byłoby  za

mało.

- Trutka na szczury, Statford - mówi tymczasem człowiek-karabin. - Pamiętasz? Na szczury takie

jak ja. Dwa lata temu wynajęliście mnie, żebym zabił Solomona Benbowa, jedynego dziedzica ziemi,
na  której  tak  wam  zależało.  Ziemi  pełnej  tłustego  czarnego  skarbu.  I  dorwaliście  się  do  niej,  i  jest
teraz wasza, ponieważ wypełniłem zlecenie. Ja wypełniłem swój kontrakt. Wy nie. Wiesz, jak jest w
piekle, Joshua? Myślałeś kiedyś, co tam staje się ważne? Nie miłość przecież i nie pobożność. Nie
litość  ani  żadne  podobne  uczucia.  Nie  grzech,  bo  wszyscy  tam  są  grzeszni.  Więzy  krwi  także  nie.
Więc co w zamian, Josh? Odwaga? Ujdzie. Szaleństwo? Dobrze widziane. Honor? O tak! Nieźle tam
mieć  honor.  Nieźle  go  zachować.  Ale  kontrakt,  Joshua,  umowa,  to  coś  nie  do  przecenienia.  Tam,
gdzie nie obowiązują żadne prawa, żadne normy, żadna moralność, gdzie króluje siła i okrucieństwo,
musi  być  miejsce  na  kontrakty.  Bez  reguł  nawet  piekło  nie  mogłoby  funkcjonować.  Zapadłoby  się
zniszczone mocą chaosu. Posłuchaj mnie dobrze, pomiocie samozwańczego burmistrza. Przyszedłem
po  swój  udział,  gnojku.  Więc  masz  się  teraz  czego  bać,  zapewniam.  Jeśli  znajdziesz  dość  odwagi,
podnieś się z tych betów, ubierz w swoje łachy, chwyć za broń i stań ze mną do pojedynku. Jeśli nie,
zginiesz goły i w gaciach, Statford. Josh waha się moment.

- Dobrze - skrzypi ochrypłym, obcym głosem. - Dobrze, będę z tobą walczył.
Upiór uśmiecha się ostrymi pociskami zębów.
- Cóż, troszkę mnie zdziwiłeś. Nie żebyś zaraz zaimponował, ale zawsze coś. No już, ruszaj się.

Wciągaj spodnie, gnojku.

Młody Statford powoli, ostrożnie zwleka się z pościeli.
Strzelać  do  trupa?  To  szaleństwo.  I  tak  go  nie  zabiję.  Drzwi,  myśli,  są  za  daleko.  Więc  okno

będzie lepsze. Piętro jest wysokie, ale pod spodem znajduje się klomb, a po ścianie pną się wistarie.
Wyskoczę  przez  okno.  Boże,  lepiej  złamać  nogę,  skręcić  kark  nawet,  niż  dać  się  zabić  temu
diabelskiemu czemuś.

Przysuwa się do sterty ubrań, udaje, że grzebie w poszukiwaniu spodni, aż nagle podrywa się do

szaleńczego  biegu  ku  oknu.  Ale  on,  Hitchcomb,  upiór,  jest  oczywiście  szybszy.  Tym  łagodnym,
płynnym,  prawie  sennym  ruchem,  którym  teraz  zwykł  się  przemieszczać,  zagradza  Joshowi  drogę,
wyciąga  rękę  do  ciosu  i  posyła  syna  burmistrza  na  ścianę  tak  lekko,  jakby  ciskał  kukłę  wypchaną
grochowinami.  Josh  spływa  na  podłogę,  bezwładny,  oszołomiony,  bezwiednie  niczym  pies  zlizując
płynącą do ust krew z rozbitego nosa.

-  Oj,  Statford.  Próbowałeś  uciec,  oszukać  mnie  ponownie.  Nie  będzie  ci  łatwo  odnaleźć  się  w

piekle, chłopie. Bo przecież zaraz tam trafisz. Wiesz o tym dobrze, prawda? Czy ja nic nie mówiłem

background image

o układach i honorze? Nic nie wspominałem? Niedobrze. A więc jednak umrzesz goły, w gaciach -
mówi Hitchcomb.

Jego drewniana, stalowa twarz jest pełna drwiącej troski.
Josh  potrząsa  głową,  próbując  skupić  wzrok.  Wszystko  wydaje  mu  się  ciemne,  płaskie.  Przed

oczami tańczą niezliczone srebrne księżyce wielkości półdolarówki.

Kiedy  wreszcie  rzeczywistość  trochę  się  uspokaja,  widzi,  że  klęczy  przed  nim  Hitchcomb  z

niewielką flaszką w dłoni. Jego twarz widziana z bliska jest straszna. Wyraźny staje się każdy słój
drewna, każde zarysowanie błyszczącej, natłuszczonej smarem stali. I kalibracje wybite na policzku.
I  gmerk  rusznikarza  przedstawiający  płonące  serce.  Tylko  oczy  mają  kolor  i  temperaturę  wody  w
górskim strumieniu. Oczy marzyciela, oczy przepełnione pasją. Te cienie przepływające na dnie, te
rozbłyski i migotliwe wiry, to czyste, głębokie szaleństwo.

-  Pij,  bracie.  Nie  krępuj  się  -  mówi  ogarnięty  obłędem  upiór,  podsuwając  mu  do  ust  flaszkę.  -

Przebyłem długą drogę, żeby ci się odwdzięczyć za gościnę.

Płyn w butelce śmierdzi paskudnie, znajomo.
-  Och,  Statford  -  syczy  Hitchcomb.  -  Pij,  nie  wykręcaj  się.  To  mój  dług,  a  twoja  zapłata.  Do

ostatniej kropli, bękarcie!

Wtłacza mu szyjkę flaszki w usta, rozgniatając wargi, uderzając szkłem o zaciśnięte zęby. Gęsty,

czarny, oleisty płyn leje się po brodzie Joshui.

To  ropa,  rozumie  w  nagłym  przebłysku  lęku.  Surowa  ropa  z  działki  starego  Benbowa!  A  zaraz

potem: Boże, przynajmniej nie trucizna na szczury! Nie umrę od tego! Wyrzygam się, a potem doktor
Hornby zrobi, co do niego należy, i postawi mnie na nogi. Będę żyć!

Więc  stara  się  łykać  odrobinę,  powstrzymując  mdłości,  krztusząc  się  i  plując.  Pije  drobnymi,

pozorowanymi  łyczkami,  posłuszny  ręce  upiora,  choć  żołądek  kurczy  się  w  spazmach,  a  gęsta,
cuchnąca treść podchodzi z powrotem do gardła.

- Do dna! Do dna, Statford! - warczy Hitchcomb, przechylając naczynie.
Ropa  rozmazuje  się  po  twarzy  Josha,  ścieka  po  szyi,  brudzi  bawełniany  kombinezon  bielizny.

Wtem rewolwerowiec odejmuje naczynie od ust ofiary. Syn burmistrza krztusi się, beka, zaciska usta,
starając się nie zwymiotować powracającej z głębi trzewi zimnej, oleistej, cuchnącej masy.

Przełknąłem!  -  myśli  triumfalnie,  rozpaczliwie,  jakby  mogło  go  to  uratować.  Przełknąłem

wszystko! Butelka jest pusta. Będę żyć. Zaraz to wyrzygam i będę żyć!

Upiór  odrzuca  flaszkę  na  podłogę,  brutalnie  szarpie  Statforda,  stawiając  go  na  chwiejnych,

miękkich  nogach.  Mężczyzna  słania  się,  opiera  plecami  o  ścianę.  Znów  beka,  popuszczając  trochę
ropy.

- Spłaciłem swój dług - mówi Hitchcomb cicho. - Czas, byś przyjął zapłatę, bękarcie.
Kładzie  mu  dłoń  na  piersi,  jakby  chciał  odbić  swój  znak.  Kiedy  ją  odejmuje,  Joshua  zaczyna

wrzeszczeć, spoglądając z niedowierzaniem na wypalony na skórze ślad długich, kościstych palców.
Rewolwerowiec  odsuwa  się  o  kilka  kroków  i  w  tym  samym  momencie  ropa  w  żołądku  i
wnętrznościach młodego Statforda wybucha.

Krzyk  Josha  przechodzi  w  wycie,  straszne,  zwierzęce,  pełne  nieznośnej  udręki  i  strachu.  Pałce

drapią histerycznie skórę na brzuchu, jakby chciały wyszarpać stamtąd źródło bólu, rozedrzeć tkanki i
wypuścić na zewnątrz palący się płyn. Nogi nie są w stanie utrzymać ciała, syn burmistrza upada na
kolana,  jakby  błagał  Hitchcomba  o  litość.  Ale  surowe  oblicze  rewolwerowca  pozostaje
niewzruszone.

Joshua  pochyla  się  w  konwulsjach  do  przodu,  bijąc  swemu  katu  nieświadomie  korne  pokłony,

próbuje wymiotować płynnym ogniem. Pożoga kotłuje się w gardle, dusi, zabiera oddech, wywołując

background image

spazmy krwawego, pełnego iskier kaszlu. Poczerniałe, pękające usta odsłaniają wyszczerzone zęby.
Ręce nadal rozpaczliwie, szaleńczo szarpią brzuch, nabrzmiały, napięty w groteskowej parodii ciąży.
Skóra naciąga się i pęka, otwierając głębokie kaniony żywego, czerwonego mięsa. Paznokcie Joshui
rozrywają  je,  pogłębiają  w  szaleńczej  próbie  otwarcia  wnętrzności,  aby  płynna  męka  wreszcie  się
wylała. Ale ropa płonie już wewnątrz całego ciała, spływa w dół, ku kroczu i udom, strzela ku górze,
obejmując barki i ramiona. Płomienie, widoczne przez skórę, spalają wątpia, liżą narządy w klatce
piersiowej, prześwietlając żebra, zmieniając ciało mężczyzny w upiorny lampion.

Joshua wybałusza przekrwione gałki oczne, porusza sczerniałymi, spalonymi ustami, jakby coś żuł.

W jamie gardła drga zwęglony język, osmalone policzki pękają z gorąca. Wycie cichnie, zastąpione
przez  charkotliwe  jęki.  W  tej  samej  chwili  płonąca  ropa  przepala  skórę  na  brzuchu,  płomienie
wydostają  się  na  zewnętrz,  czerwone  i  złote  jęzory  wystrzelają  ku  górze,  sypiąc  iskrami  i  kopcąc
ciemnym,  smrodliwym  dymem.  Płynny  ogień  zalewa  przyciśnięte  do  podołka  dłonie  Statforda,
zamieniając palce w spopielające się błyskawicznie sękate patyki. Cały tułów jest teraz pochodnią.
Płomień sięga już twarzy, liże włosy.

Josh  przewraca  się  ciężko  na  bok,  jeszcze  drgając  ostatnimi  skurczami  mięśni,  konający  w

agonalnych  konwulsjach.  Płynna  lawa  wypływa  z  jego  ciała  na  podłogę,  pełznie  powoli  ku  nogom
łoża,  ciemnego,  masywnego,  pokrytego  rzeźbieniami,  niczym  okręt,  który  ma  zabrać  dziedzica  rodu
Statfordów w ostatnią podróż pod zakurzonym baldachimem żagla.

Za  drzwiami  słychać  już  wrzawę,  łomotanie  i  strwożone  okrzyki.  Ktoś  przestraszonym  głosem

nawołuje:

- Paniczu Statford! Paniczu Statford!
Ale  pierworodny  Henry’ego  nie  słyszy.  Leży  na  drogim  dywanie,  w  kałuży  ognia,  głuchy  na

wszystkie  odgłosy  tego  świata.  Obok,  połyskując  krwiście  w  blasku  płomienia,  spoczywają  jego
naładowane nowe pistolety.

Hitchcomb  przyklęka,  wyciąga  dłoń,  zatrzymuje  ją  nad  klatką  piersiową  zmarłego,  lecz  szybko

cofa z wyrazem obrzydzenia na twarzy.

- Serce głupca i tchórza - mówi do siebie. - Pies by go nie chciał zeżreć.
A  potem  spluwa  na  trupa,  odwraca  się  i  znika  w  ciemności  dokładnie  w  chwili,  gdy  służącym

udaje się wreszcie wyważyć drzwi.

* * *

Dobry Boże, myśli osłupiały Barlow. Dobry Boże! Czy ja oszalałem?
Pan Bobby przeciąga się leniwie na kołdrze, wyciągając na całą długość łaciate łapki. Spogląda

na szeryfa turkusowymi ślepiami, jak zwykle pełnymi ufnego zadowolenia.

To  on,  przekonuje  się  Joseph.  To  z  pewnością  ten  sam  kot.  Pan  Bobby,  ulubieniec  mojej  córki,

wychowany od kociaka w tym domu. To ten sam cholerny kot, przecież go poznaję. Każdą plamę na
sierści, różowy nos, oczy w kolorze przejrzystej zieleni. Więc jakie stworzenie, u diabła, zakopałem
na podwórzu?

Mary porusza się przez sen, wzdycha lekko. Oddech ma ciężki, wysilony.
Szeryf  Barlow  przygląda  się  podejrzliwie  kotu,  zwijającemu  się  na  powrót  w  puchaty,  ciepły  i

najzupełniej żywy kłębek.

Tamten  kot,  którego  zagrzebałem,  to  musiało  być  po  prostu  inne  zwierzę,  myśli.  Jakiś  zabłąkany

kociak, może Cliffordów albo Jonesów. Położył się w słońcu i spał, a ten cholerny pies go dorwał.
W  mgnieniu  oka  został  z  niego  tylko  krwawy  łachman.  Jasne,  że  nie  rozpoznałem  w  nim  obcego

background image

zwierzaka. Jasne, że musiałem uznać, że leży przede mną Pan Bobby. To było oczywiste, narzucało
się  samo.  Tamten  był  takiej  samej  maści,  ale  to  żaden  niezwykły  przypadek.  Biało-burych  kotów
kręcą  się  wszędzie  całe  tabuny.  Pan  Bobby  nie  wyróżnia  się  przecież  niczym  szczególnym.  Zwykły
kot,  można  go  pomylić  z  innym,  zwłaszcza  w  chwili  zdenerwowania.  Bo  zdenerwowałem  się,
oczywiście, i to jeszcze dołożyło się do reszty. Byłem cholernie pewien, że to Pan Bobby i że będę
musiał powiedzieć o tym Mary. Opatrzność nade mną czuwała, że w końcu nie powiedziałem. Bo traf
chciał, że ten cholerny kot po prostu się gdzieś poszwendał. Ale teraz wrócił, chwała Bogu. I Mary
nie będzie musiała tego przeżywać, opłakiwać go. To dobrze. To bardzo dobrze.

Traf chciał? Diabelnie trudno w to uwierzyć, szepcze znajomy zimny głos w głowie, ale Joe nie

ma ochoty go słuchać. Pan Bobby na szczęście wrócił, a on pochował w rogu podwórza jakieś inne
zwierzę, któremu zabrakło tamtego dnia fartu. Cała sprawa ma proste, logiczne rozwiązanie.

- Tato?
Dziewczynka  otwiera  oczy,  uśmiech  na  jej  wątlej,  bladziutkiej  twarzy  kraje  Barlowowi  serce.

Pokasłuje lekko, zanim zdoła się odezwać.

- Pan Bobby wrócił! Wiedziałam, że mnie nie opuści.
Joseph pochyla się nad dzieckiem, z czułością poprawia poduszki.
- Oczywiście, skarbie. Cieszę się, że masz swojego kotka z powrotem. Mówiłem, że nie trzeba się

martwić. Koty zawsze wracają. Pewnie Pan Bobby wślizgnął się w nocy do domu, kiedy spałyście,
ty i Celeste, i jak zwykle wlazł ci do łóżka.

Na  te  słowa  buzia  dziecka  przybiera  jakiś  skupiony  wyraz,  jakby  Mary  wahała  się  czy

zastanawiała.

- Nie wrócił sam. Jeden pan go przyniósł.
- Pan? - Barlow z niedowierzaniem unosi brwi. - Ktoś z sąsiadów?
Mała kręci głową.
-  Nie,  na  pewno  nie.  Był  wysoki,  chudy  i  miał  jasne  włosy.  Powiedział,  że  jest  twoim

przyjacielem.

Jakiś lekki niepokój, właściwie cień niepokoju, wdziera się do umysłu szeryfa.
- Może Tom Ribbs? On ma jasne włosy.
-  Pan  Ribbs?  Nie,  to  wcale  nie  on.  Przecież  znam  pana  Ribbsa,  tato.  To  był  ktoś  inny.  I  on,  no,

właściwie to mi się śnił. Sam tak powiedział.

Joseph  uspokaja  się  natychmiast,  oddycha  z  ulgą.  No  tak,  oczywiście.  Jakiś  produkt  dziecięcej

wyobraźni, wymyślony przyjaciel czy postać zapamiętana z bajki. A on przez chwilę obawiał się, że
ktoś, może morderca Stewarda, nachodził w nocy jego dom.

-  We  śnie  widzimy  różne  rzeczy,  czasem  przychodzą  do  nas  różni  ludzie. Ale  nie  są  prawdziwi,

kochanie. Nie trzeba się ani ich bać, ani specjalnie przywiązywać. Wiesz, co się mówi: „Sen mara,
Bóg wiara”. Tylko Murzyni wierzą w sny. Nie dzielne i mądre dziewczynki. Nie ma się czego bać.

-  Wcale  się  go  nie  przestraszyłam!  -  protestuje  Mary.  -  No,  może  z  początku.  Bo  stał  w  cieniu  i

wyglądał jak potwór. Myślałam, że to strach na wróble, który ożył i przyszedł mnie zabrać. Ale on
miał po prostu pełno siniaków i takich długich czerwonych skaleczeń na twarzy, które wyglądały jak
szwy. I ręce całe w strupach. Wydawało mi się, że to patyki.

- Miał sińce na twarzy? - pyta Joe, czując, jak serce zrywa mu się do galopu jak spłoszony koń. -

Pokaleczone ręce? Jak wyglądał, Mary?

-  No,  mówiłam  przecież!  Wcale  mnie  nie  słuchasz!  -  niecierpliwi  się  dziewczynka.  -  Wielki,

bardzo  wielki,  wyższy  od  ciebie.  I  chudy  jak  kołek. A  oczy  miał  takie  świecące,  jasne  jak  woda.
Mówił, że chce ci oddać jakiś dług czy coś takiego. Nie pamiętam. Ale przyniósł Pana Bobby’ego i

background image

Pan  Bobby  go  lubił.  Łasił  się  do  niego.  Ja  też  go  trochę  lubię.  Chociaż  jest  dziwny  i  może  nawet
straszny. Ale nie dla mnie. Myślę, że jest straszny raczej dla kogoś innego. Barlow blednie.

-  Mary  -  pyta  cichym,  napiętym  głosem  -  był  tu  wysoki,  bardzo  szczupły  mężczyzna  ze  śladami

pobicia na twarzy i rękach, który przyniósł twego kota, Pana Bobby’ego? O to ci chodzi? To chcesz
mi powiedzieć? Naprawdę był, czy może słyszałaś o kimś takim od Cełeste albo kogoś innego?

- Nie wiem - szepcze wystraszona tonem jego głosu dziewczynka. Zaczyna ciężej dyszeć, a Barlow

klnie w duszy samego siebie, że ją zaniepokoił, że to może wywołać atak kaszlu. - Przecież mi się
przyśnił. Przecież sny są prawdziwe tylko dla Murzynów, sam mówiłeś. Przyszedł w nocy i wyglądał
jak potwór, a potem już wcale nie, raczej jak człowiek, i przyprowadził Pana Bobby’ego, i zniknął.
Rozmawiałam z nim, myślałam, że jest prawdziwy, a potem że nie, że na pewno mi się śni. A on to
potwierdził.  Powiedział:  „Jasne,  że  się  śnię”.  I  odszedł.  Czy  zrobiłam  coś  złego?  Wiem,  mówiłeś,
żebym  nie  rozmawiała  z  nieznajomymi,  ale  on  był  w  domu,  sam  tu  przyszedł  i  powiedział,  że  go
znasz, że jest twoim przyjacielem. I w dodatku był ze snu, wcale nie żywy. To znaczy żywy, ale nie
taki jak inni. Nie byłam niegrzeczna! Nie zrobiłam niczego złego, tato!

- Nie, nie, kochanie. - Joseph stara się uspokoić. - To był tylko sen. Nie mamy wpływu na sny. Na

pewno Celeste coś ci naopowiadała, więc tak go sobie wyobraziłaś.

Tak  musiało  być,  myśli  gorączkowo.  Oczywiście.  Celeste  mieliła  ozorem  przy  dziecku  o  nim,  o

tym  mordercy,  a  mała  coś  sobie  uroiła.  Wszyscy  powtarzają,  jak  wygląda,  wszyscy  o  nim  w  kółko
gadają.  Nie  tylko  Murzyni,  wdowa  Bunch  na  pewno  też.  Może  i  doktor  Hornby.  Kiedy  zaglądał
niedawno  z  wizytą,  pewnie  opowiedział  starej  Myrtle  to  i  owo  o  groźnym  przestępcy.  Że  Josh
Statford  go  pobił,  że  mało  nie  doszło  do  samosądu.  Oni  wszyscy  kochają  plotki. A  dziecko  na  tym
cierpi. Że też nie umieją trzymać języka na wodzy. Przecież byłem wtedy w areszcie. Całą noc. Nie
zmrużyłem nawet powieki. A on leżał na pryczy, nieruchomy jak wór. Widziałem go cały czas. Cały
czas.

Pamięć  podsuwa  mu  ten  obraz.  Cichego,  pogrążonego  w  ciężkim  śnie  rewolwerowca,

wyciągniętego na pryczy, przykrytego burym kocem.

Przecież nie oszalałem, powtarza sobie z rozpaczą.
Tymczasem oczy Mary robią się okrągłe ze strachu, ale i zaciekawienia.
- Kogo sobie wyobraziłam, tato? Potwora?
- Nieważne - mówi Barlow, próbując się uśmiechać. - Sny to tylko głupie majaki. Zaraz Celeste

przyniesie ci śniadanie.

Mary niechętnie odwraca głowę.
- Nie jestem głodna.
Joe pochyla się, całuje córkę w czoło. Skóra jest rozgrzana, lekko wilgotna.
- Musisz jeść, żeby być silna i zdrowa. No, odpoczywaj teraz. Celeste na pewno przyniesie jakieś

przysmaki.

Wychodzi z pokoju i wiedziony jakimś nieznośnym impulsem, przeczuciem uporczywym, ćmiącym

niczym  bolący  ząb,  kieruje  się  w  róg  podwórza.  Ziemia  jest  nienaruszona,  uklepana,  tak  jak  ją
zostawił.

Nie rób tego, ostrzega się, bezgłośnie poruszając ustami. Zostaw to w spokoju, Barlow, ty idioto.
Ale  już  sięga  po  łopatę,  zaczyna  kopać,  wciąż  mając  przed  oczami  obraz  śpiącego  w  celi

Hitchcomba.

Miarowo  przerzuca  suchy  piasek,  miałki  czerwonawy  pył.  Dół  się  pogłębia,  starczyłby  teraz  za

grób dla sporego psa, kozy, cielaka. I wciąż jest pusty.

W  końcu  Barlow  rezygnuje.  Siada  ciężko  na  ziemi,  patrząc  w  głąb  dziury,  którą  przed  chwilą

background image

wykopał, jakby tam mógł znaleźć objawienie, jakąś ukrytą głęboko prawdę.

- Zwierzęta go zabrały - mówi do siebie powoli, nienaturalnie spokojnie. - Psy albo nawet kojoty.

Podchodzą  przecież  nocą  pod  zagrodę.  Wyczuły  zapach  krwi  i  wyciągnęły  padlinę.  Nie  ma  innego
wytłumaczenia. Po prostu nie ma. To psy albo kojoty.

A potem zasypały starannie dół, odzywa się zimny, kpiący głos w głowie. Zasypały dół, Barlow!
Lecz Joe nie chce go słuchać. Tym razem za nic w świecie nie chce usłuchać głosu rozsądku.

* * *

Joshua, Joshua, mój synu! - myśli Henry Statford.
To  jedyne,  o  czym  myśli  od  wielu  godzin.  Bez  przerwy  nic  więcej,  tylko:  „Joshua,  synu  mój!

Synu!”.

Ale  twarz  ma  kamienną,  zamkniętą  niczym  zatrzaśnięty  kufer,  zalana  lakiem  szkatuła.  Gdyby

pozwolił sobie ją otworzyć, okazać straszne, mroczne, wypełnione morzem rozpaczy wnętrze, już nie
umiałby dalej żyć. Dlatego zaciska usta, zimny, marmurowo blady, niczym popiersie Rzymianina.

- Burmistrzu Statford - mówi Barlow, skłaniając na powitanie głowę.
Henry patrzy na szeryfa kamiennym, pustym wzrokiem rzeźby.
Joshua, myśli. Mój synu!
Ale jego wargi rozchylają się i mówią. I nie jest to lament, nie jest krzyk, nie jest zawodzenie.
- Chcę go zobaczyć, szeryfie.
Przez jedną szaloną chwilę Joe sądzi, że burmistrz mówi o swoim zmarłym dziedzicu.
- Kogo? - pyta więc zaskoczony.
- Aresztanta - wyjaśnia Henry, a brzmi to, jakby spluwał trucizną.
- Nie wiem, czy to właściwa chwila, panie burmistrzu - mówi Joseph.
I wtedy pierwszy raz Statford na niego spogląda. Puste, martwe oczy ożywają, a mieszka w nich

nienawiść zdolna wygubić narody.

- Z racji mego urzędu mam do tego prawo, szeryfie.
Ale  Barlow  nie  zamierza  się  bać,  ustępować,  odwracać  z  zawstydzeniem  wzroku  przed  potężną

furią jego nieszczęścia, jego rodzicielskiej rozpaczy.

Mnie też to czeka, myśli. Ta strata, ta straszna niesprawiedliwość, biblijna wprost klątwa. Ja też

wiem,  że  to  wbrew  naturze,  wbrew  prawom  boskim,  żeby  dziecko,  potomek,  mogło  odejść  przed
ojcem. Ale  ja  muszę  żyć  z  poczuciem  tej  straty  latami,  miesiącami,  Statford.  Dlatego  nie  czuję  się
winny  wobec  ciebie.  Nie  boję  się  twego  bólu,  twej  nienawiści,  twej  zaciekłej  jak  wściekły  pies
rozpaczy.

- Jak pan sobie życzy, burmistrzu. Będzie pan łaskaw oddać broń memu zastępcy. Clayton, zabierz

pas z rewolwerami. - Skinieniem przywołuje lekko wystraszonego Zacka. - Pozwoli pan jednak, że
będę panu towarzyszył. I w żadnym wypadku nie ma mowy o tym, żebym zgodził się otworzyć celę.
Rozumie pan, Statford?

Henry go nie słucha.
Joshua, myśli. Mój synu. Teraz go zobaczę. I będę wiedział. Na pewno będę wiedział, gdy tylko

spojrzę mu w twarz.

Machinalnie odpina pas, oddaje Claytonowi.
W celi jest ciemnawo, burmistrz wytęża wzrok. Ma rację. Wystarczy jedno spojrzenie i już wie.

To  nie  on.  Nie  tamten  Hitchcomb,  ani  też  z  pewnością  nie  jego  potomek.  Nawet  nie  wydaje  się
podobny.

background image

Jeszcze  raz  starannie  przywołuje  w  pamięci  obraz  twarzy  tamtego  i  nakłada  na  pokiereszowane

oblicze więźnia.

Nie, nie on, rozum potwierdza tylko to, co serce wiedziało w chwili pierwszego zerknięcia.
Rewolwerowiec nie odzywa się, nie rusza, patrzy tylko zuchwale, lecz spokojnie.
To ślady rąk Josha, myśli Statford na widok strupów i siniaków. Ostatnie dzieło rąk mojego syna.

Zanim zdążą się zagoić, powieszą tego drania, więc i ono spocznie w grobie, rozłoży się, obróci w
proch tak samo jak ciało Joshui. Jest w tym jakiś okrutny, ponury żart. Ten człowiek nie będzie do
śmierci  nosił  na  skórze  blizn,  pamiątek  po  moim  zmarłym  pierworodnym.  Nawet  ten  ślad  po  moim
dziecku  zaginie.  Nie  zostanie  nic,  nic,  co  by  go  przypominało,  co  świadczyłoby,  że  istniał  przez
dwadzieścia dwa lata na świecie. Joshua, mój syn. Tylko płyta na cmentarzu. Nicość.

Czy  to  moja  wina,  że  jedynym  dokonaniem  mego  jedynaka,  które  przetrwało  jego  śmierć,  były

sińce na twarzy bandyty? Czy to ja popełniłem błąd?

- Burmistrzu? - odzywa się Joseph. - Czy chce pan przesłuchać więźnia?
- Nie - mówi Henry, odwraca się i wychodzi.
W  biurze  zwraca  się  jeszcze  do  szeryfa  z  zaciekłą,  zimną  furią  człowieka  nienawykłego  do

porażek:

- Pilnujesz go, Barlow, prawda? Nie spuszczasz bękarta z oka? Bo jeśli się dowiem, że on mógł

się wydostać, że była możliwość, żeby w nocy opuścił celę...

-  Nie  było  -  przerywa  ostro  Joe.  -  Proszę  iść  do  domu  i  odpocząć.  Pan  sugeruje  jakieś

niedorzeczności,  burmistrzu.  Ja  i  moi  ludzie  znamy  się  na  swojej  robocie.  Tego  człowieka  z
pewnością  powieszą.  Naprawdę  pan  sądzi,  że  gdyby  jakimś  cudem  udało  mu si ę uciec,  wróciłby
spokojnie do celi?

Śmiertelna nienawiść na chwilę wykrzywia rysy Statforda.
-  Po  prostu  chcę,  abyś  rzetelnie  wykonywał  obowiązki,  Barlow!  Co  robisz  w  kwestii

bezpieczeństwa publicznego? Czy mieszkańcy miasta mogą spać spokojnie? Jakiś oszalały morderca
zabija  Stewarda,  a  teraz...  -  urywa,  bo  nie  jest  w  stanie  wykrztusić  imienia  syna,  przyznać,  że  on
rzeczywiście nie żyje.

Barlow się nie cofa, nie ma zamiaru się poddawać.
- Wykonuję obowiązki najrzetelniej jak potrafię, burmistrzu - mówi zimno. - A przyczyną śmierci

pańskiego pierworodnego nie było morderstwo, tylko zaprószenie ognia.

To  spokojne,  rzeczowe  okrucieństwo  uderza  w  Statforda,  przygniata  go,  obezwładnia.  Burmistrz

zaciska usta, milknie, odwraca się.

Nawet  nie  musiał  dodawać,  że  był  pijany!  Spity  jak  bela  bawełny!  -  stwierdza  z  goryczą.  Nie

musiał  tego  podkreślać.  Wszyscy  wiedzą.  Wszyscy  w  mieście.  Nikt  nie  ma  wątpliwości,  że  Joshua
Statford  nie  pozostawił  po  sobie  nic  więcej  prócz  wspomnień  o  pijackich  eskapadach,  burdach  w
saloonie, szalonych wyścigach w środku nocy i wizytach w burdelu. A teraz spłonął żywcem przez
swoją nieuwagę wywołaną zamroczeniem alkoholowym. Tak właśnie skończył. Oto, jak wypala się,
ginie, wyradza krew Statfordów. Oto, dokąd podąża mój ród.

Joshua! Joshua, mój synu! - myśli uporczywie. Mój synu!

* * *

Barlow w zamyśleniu obraca w palcach telegram.
Jutro, stwierdza. Jutro przyjedzie sędzia okręgowy, a ja się niczego nie dowiem. Nigdy nie poznam

prawdy.

background image

Noc  za  oknem  znów  jest  gorąca,  niebo  poci  się  srebrnymi  kroplami  gwiazd,  kwiaty  konają  w

dusznym upale, brocząc słodkim, nieznośnym aromatem kończącego się z wolna lata. Johnson chrapie
rozwalony na krześle, długie nogi wepchnąwszy głęboko pod stół.

Dlaczego Statfordów w ogóle interesuje ten człowiek? - zastanawia się Joe. Najpierw Joshua go

pobił, a teraz burmistrz wpada do aresztu, zaślepiony z rozpaczy, i sugeruje mi prosto w oczy, że to
on,  ten  więzień,  bandyta  napadający  na  banki  i  pociągi,  rozdarł  na  kawałki  Stewarda,  a  potem
podpalił tego biedaka Josha. O co w tym wszystkim chodzi? A Mary? Dobry Boże, kogo widziała we
śnie Mary? Nie dowiem się już. Nie dowiem, bo jutro przybędzie sędzia, a Hitchcomb zawiśnie na
szubienicy najpóźniej następnego ranka.

- Szeryfie? - Więzień stoi przy kratach, obejmując pręty posiniałymi, obtłuczonymi palcami. - Jest

tam coś, co mogłoby mnie zainteresować?

Joseph odkłada papier, podchodzi do drzwi celi.
-  No  cóż  -  mówi.  -  Obawiam  się,  że  tak.  Jutro  przyjeżdża  sędzia.  Rozprawa  odbędzie  się

natychmiast.

Rewolwerowiec kiwa tylko głową, jakby chodziło o datę targu czy festynu. Twarz ma spokojną, a

nawet pogodną.

- Dzięki, szeryfie. Dobranoc.
Muszę, myśli Barlow. Muszę go spytać. Ale nie potrafię.
-  Nie  boisz  się,  człowieku?  -  zdumiewa  się  za  to.  -  Przecież  z  pewnością  wydadzą  wyrok

skazujący. Zostaniesz stracony.

- W sumie niczego innego się raczej nie spodziewam. - Hitchcomb uśmiecha się łagodnie.
-  A  inny  sąd?  -  szepcze  Barlow  bardziej  do  siebie  niż  do  więźnia.  -  Ten  w  zaświatach?  Bóg,

grzechy,  odpłata?  Przecież  z  zimną  krwią  zabijałeś  Judzi.  Nie  gryzie  cię  sumienie?  Nie  boisz  się
Sądu Bożego? Wiecznego potępienia?

Hitchcomb wzdycha, jakby miał do czynienia z wyjątkowo tępym dzieckiem.
-  A,  potępienie.  Pastorzy  uwielbiają  straszyć  ludzi  wiecznym  potępieniem.  Jakby  mieli  o  tym

decydować, to prócz nich samych w Niebie pałętałoby się tylko kilka wystraszonych aniołów. Wie
pan, szeryfie, tacy jak ja, prawdziwi rewolwerowcy, bandyci, wyjęci spod prawa, tłumaczą sobie te
rzeczy  nieco  inaczej.  Jasne,  że  zostaniemy  osądzeni  i  skazani,  a  dobry  Bóg  nie  przyjmie  do  siebie
naszych  potępionych  duszyczek.  Trafimy  więc  oczywiście  do  piekła,  tak  właśnie,  jak  prorokują
pastorzy. Ale tam na nasze powitanie wyjdzie sam diabeł i skłoni się nam uprzejmie, z szacunkiem,
przyjmie z otwartymi ramionami, nie tak, jak zasmarkanych, żałosnych grzeszników, którzy dopuścili
się  jakichś  drobnych  machlojek,  smutnych,  przypadkowych  zabójstw,  pokątnej  rozpusty,  kradzieży,
małych  podłości.  O  nie!  On  przybędzie  na  powitanie  z  całą  świtą,  z  gorzałką  i  pięknymi
dziewczynami. I powie: „Witaj, bracie. Sam nie zrobiłbym tego lepiej! Taki był z ciebie potwór, taki
nieugięty, śmiały, zuchwały skurwysyn, że teraz z radością przyjmę cię do swojej kompanii! Przyłącz
się do nas, pij, szalej i czyń złe uczynki, boś całe życie nie zaznał strachu ani wahania, ani żałości.
Odszedłeś  z  honorem,  ze  śmiechem  na  ustach,  z  pogardą  w  sercu.  Teraz  jesteś  nam  bratem.  Tu,  na
dnie, w piekle, zawsze było twoje miejsce. Witaj w domu, chłopcze!”. I tak też się stanie. Każdy z
nas zostanie demonem, bo zasłużył sobie na to w ziemskim życiu. Nie mogę ani nie chcę teraz bać się
śmierci,  okazywać  słabości,  prosić  o  litość,  modły  i  pokutę,  bo  stracę  wszystko,  co  do  tej  pory
zdołałem osiągnąć, zostanę zaliczony do grona ludzkich śmieci. Nie, szeryfie. Nie czuję strachu ani
przed  bólem,  ani  przed  śmiercią,  ani  boskim  czy  ziemskim  sądem.  Jestem  wolnym  człowiekiem.
Wyzwolonym  z  pęt  lęku.  I  umrę  tak,  jak  powinien  ginąć  rewolwerowiec.  Z  ustami  pełnymi
szyderstwa, spokojnym umysłem i duszą przepełnioną absolutną pogardą.

background image

On  jest  szalony,  myśli  Barlow.  I  silny.  Silny  jak  samotny  basior.  Tak,  diabeł  może  mieć  z  niego

pożytek. Może go powitać jak brata. Boże, wybacz mi, bo mimo obrzydzenia i niechęci wciąż go w
jakiś sposób podziwiam. To podziw dla buty i nieokiełznanej pychy, wiem, ale inaczej nie potrafię.
Postarałbym się za niego modlić, ale od śmierci Helen nie umiem już tego robić.

- Niech pan się nie fatyguje niepotrzebnie, szeryfie. Modły na nic mi się nie zdadzą. Już mówiłem,

nie  potrzebuję  takiej  posługi.  Jedyne,  co  ceni  diabeł,  to  pogrzeb.  Jeśli  pochowali  takiego  jak  ja  w
grobie, z należytą celebrą, to musieli się go bardzo bać. Był takim draniem, że okazali mu względy
także po śmierci. To imponuje w piekle, Barlow. Bardzo podnosi prestiż.

- Co? - Joe mruga zaskoczony, speszony. - Skąd wiesz, co...?
Oczy  Hitchcomba,  jasne,  niepokojąco  hipnotyczne,  mrużą  się  z  rozbawienia.  Wygląda  teraz  jak

wielki płowy kot.

- Mówił pan na głos, szeryfie. Coś o modlitwach za mnie i śmierci jakiejś Helen.
Joseph czuje, że się rumieni.
- Helen to była moja żona - wyjaśnia, zanim zdąży pomyśleć.
-  Och,  przykro  mi  -  mówi  Hitchcomb  z  gładką  uprzejmością.  -  Lepiej  nie  mieć  dzieci  i  żon,  niż

patrzeć, jak gryzą piach. Samotność nie jest zła, jeśli umie się korzystać z wolności, jaką daje.

Dłonie Barlowa robią się wilgotne od potu.
- Masz dzieci, Hitchcomb? - pyta.
Rewolwerowiec parska śmiechem.
- Nie, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
- Ja mam córkę. Ośmioletnią.
Więzień krzywi się drwiąco.
- Moje gratulacje. Przynajmniej pan coś zdziałał w kwestii rozmnażania gatunku ludzkiego. Jak to

było?  „Idźcie  i  mnóżcie  się  jak  króliki”?  Coś w  tym  rodzaju.  Dobry  z  pana  chrześcijanin,  szeryfie.
Spełnia pan nakaz biblijny. Dobranoc. Jutro będę bohaterem dnia. Muszę się z tym przespać.

Odwraca się, żeby podejść do pryczy, ale Barlow woła za nim:
- Zaczekaj!
Hitchcomb przystaje zaskoczony.
- Widziałeś ją? - pyta Joseph nerwowo. - Widziałeś Mary?
Rewolwerowiec unosi brwi.
- Kogo, u diabła?
- Mary. Moją córkę.
Bandyta prycha pogardliwie.
- Pańską córkę? Jak? Chyba we śnie! Niech pan się prześpi, szeryfie. Napięcie panu szkodzi.
Barlow zaciska dłonie na kracie.
-  Naprawdę  jej  nie  widziałeś?  Nie  byłeś  u  niej?  A  kot?  Martwy  kot?  Odniosłeś  go,  prawda?

Ożywiłeś w jakiś sposób i sprawiłeś, że wrócił.

Hitchcomb ściąga usta, jakby z trudem powstrzymywał się od śmiechu. Przybliża twarz do prętów.
- Joseph - mówi łagodnie - idź się położyć, chłopie. Nic nie wiem o córkach czy kotach, martwych

lub żywych, jak tam wolisz. Powinieneś odpocząć. Tylko tyle ci mogę poradzić. Napij się, zabaw. I
daj mi już spokój, dobra?

-  Nie,  poczekaj,  proszę!  Przysięgnij!  Przysięgnij,  że  nie  wychodziłeś  z  celi,  nie  byłeś  u  niej,  nie

ożywiłeś tego cholernego kota! Przysięgnij mi, Hitchcomb!

Uśmiech na ustach rewolwerowca jest drwiący, pełen nieukrywanej pogardy.
- Wychodziłem z celi? Po prostu przeniknąłem sobie przez mur? I wróciłem, Barlow? Masz mnie

background image

za szaleńca czy idiotę? Człowieku, jutro skażą mnie na śmierć. Może i mam jakieś nadzieje związane
z piekłem, ale z pewnością mi się tam nie spieszy.

Szeryf  odsuwa  się,  nerwowo  przełyka  ślinę.  Ślepia  Hitchcomba  patrzą  zimno,  bez  litości,  jak  na

śmieć, gnijący odpadek.

- Dobranoc, Barlow - mówi twardo, jak do kapryszącego malca, którego trzeba wysłać wreszcie

do łóżka. - Idź się położyć.

Joseph odchodzi posłusznie, bez słowa.
Po co to zrobiłem? Czemu tak się zbłaźniłem? - myśli. Boże, to też musi być dla mnie zachowane?

Ta pogarda, ta bezbrzeżna pogarda człowieka, który zaraz umrze i nie uroni z tego powodu jednej łzy.
A ja... a ja byłem i będę słaby jak szczenię. Zagubione szczenię pod nogami dorosłych ludzi.

Siada za biurkiem, bezwiednie miętosząc w dłoni podjęty z blatu telegram, patrząc, jak Hitchcomb

układa  się  do  snu  i  leży  nieruchomy,  pozbawiony  emocji,  niczym  długi  marynarski  worek  pełen
szmat.

* * *

Cały następny dzień Barlow przesypia na jawie. Sędzia Richards, agenci Pinkertona, Hitchcomb,

szeryfowie i zastępcy z Southville i Clarktown to tylko blade cienie, sny wyblakłe i niespójne, które
ulatują  z  pamięci  szybciej  niż  opary  whisky.  Sama  rozprawa  wydaje  się  krótsza  niż  mrugnięcie.
Rewolwerowiec, umyty, niestarannie ogolony pod strupami, w czystym ubraniu, spokojny jak kłoda
drewna,  stoi  nieruchomo,  z  pogodnym  wyrazem  twarzy,  jakby  czekał  na  pociąg  do  domu.  Joseph
widzi  tylko  jego  wysoką,  wyprostowaną  postać,  choć  postrzega  oczywiście  także  inne  osoby,
poruszające  się  sztywno,  nienaturalnie  niczym  marionetki  wobec  porażającego  bezruchu  tamtego.
Mrowią  się  wokół  niego,  bezsensownie  aktywne,  pędzone  dziwnym  podnieceniem,  gestykulują,
przemawiają,  przedstawiają  coś  na  kształt  dowodów  i  świadków.  Wspominają  jakieś  zbrodnie,
trupy,  wystrzały,  kradzieże,  napady  na  banki  i  pociągi.  A  on,  Hitchcomb,  stoi  pośród  tego  chaosu
niewzruszony,  skupiony,  ogromny,  niczym  filar  podtrzymujący  firmament.  Gdyby  zechciał  się
poruszyć,  wszystko  rozsypałoby  się,  rozpadło  w  proch,  eksplodowało.  Lecz  on  trwa  spokojny,
wyniesiony dalece ponad to, pobłażliwy, czy może nawet wyrozumiały, niczym objawiony pogański
bożek  bądź  diabeł  spoglądający  z  politowaniem  na  śmieszne  ludzkie  obrzędy,  te  ceremonie
pozbawione sensu, lecz odprawiane z pompą i oburzeniem, te wybuchy niepohamowanej nienawiści,
żądzę zemsty i eksplozje strachu, nazywane dlaczegoś, z niezrozumiałej zgoła przyczyny, prawem lub
sądem. Sędzia Richards coś mówi, a Barlow ze zdumieniem stwierdza, że to koniec, już po wyroku,
że trzeba odprowadzić skazańca.

A potem nie wiadomo kiedy robi się ciemno, kocim krokiem nadchodzi zmrok.
Tom Ribbs przeciąga się, charakterystycznym gestem odsuwa kapelusz na tyl głowy.
- Jezu, co za dzień! - mówi ze zmęczeniem.
Dzień? - myśli zdumiony Barlow. Kiedy zdążył się w ogóle zacząć? Kiedy przepłynął? Ten czas

pełen mglistych zjaw, niedokończonej przeszłości, pustki, której nic nie wypełni. Dzień? Noc raczej.
Ciemna, bezgwiezdna noc, przespana w majakach, bez ukojenia, bez resztki nadziei.

Nie dowiem się, myśli ze smutkiem. Nigdy nie dowiem się prawdy. Bo przecież gdyby on wbrew

rozumowi, wbrew prawom boskim, przeciw naturze, jakąś mocą diabelską czy niebiańską, wszystko
jedno,  gdyby  on,  ten  człowiek,  ta  zjawa,  przenikał  poprzez  przestrzeń  i  czas,  wymykał  się  nocą  ze
swego ciała z mocy reguł nierządzących znanym, normalnym światem, to może jest jakaś nadzieja na
cud,  na  interwencję  nadprzyrodzoną,  na  istnienie  bodajże  zaświatów,  miejsca,  gdzie  zbierają  się

background image

dusze  zmarłych  oczekujących  na  swych  krewnych  i  przyjaciół,  miejsca  pełnego  spokoju  i  miłości,
zamiast nicości, przerażającej, czarnej nicości, w którą Barlow tak bardzo nie chce uwierzyć, która
tak  go  przeraża  za  każdym  razem,  gdy  ośmieli  się  dopuścić  przypuszczenie,  że  Bóg  milczący,  Bóg,
który nie chce uratować jednego niewinnego dziecięcego życia, Bóg obojętny i odległy może być w
rzeczywistości Bogiem martwym lub urojonym.

Nie jest w stanie dokończyć tej myśli. Oddycha tylko głęboko wonią letniego wieczoru, zapachem

kurzu  i  kwiatów,  i  strawy  gotowanej  na  kolację,  słuchając,  jak  niestrudzone  młoty  cieśli  pracują
miarowo, wznosząc szubienicę.

* * *

Świt nastaje różowy, w euforii śpiewających ptaków, wciąż jeszcze świeży w tej krótkiej chwili

bladego poranku, podobny beztroskiej młodej dziewczynie strojącej się w tandetne przecież koronki i
kokardki chmurek i brzasków, przez ten moment jeszcze pełnej naturalnego wdzięku, który zaraz zgasi
skwar,  tak  jak  w  zwykłym  życiu  kobiety  gasi  ciężka  praca  i  macierzyństwo.  To  już,  już,  myśli
Barlow.  Za  chwilę  ten  niepokojący  demon,  ten  bandyta  o  stalowym  sercu,  ten  więzień  tak
nieporuszony,  kamienny,  odejdzie  na  zawsze  stąd,  z  High  Hill  i  mojego  życia,  przenosząc  się
bezpowrotnie w sferę wspomnień, prochu, pyłu i zapomnienia. Trudno w to uwierzyć. Trudno pojąć,
że niedługo, dziś jeszcze, umrze, pozostawiając pustą celę, ściany i kraty naznaczone, przesiąknięte
jego  dziwaczną,  niezrozumiałą  obecnością,  jego  jakże  stonowanym  szaleństwem.  Jak  żyję  nie
spotkałem takiego człowieka. Jak długo żyję.

-  Joseph?  -  Dłoń  Ribbsa  ciężko  opada  na  jego  ramię,  aż  szeryf  wzdraga  się,  wyrwany  z

zamyślenia.

- Tak?
-  On  nie  chce  przyjąć  pastora.  Na  sam  widok  starego  Higgsa  zaśmiał  się  jak  dziki,  a  potem

powiedział,  że  tam,  gdzie  się  wybiera,  takie  znajomości  byłyby  wyjątkowo  źle  widziane.  Pastor
mamrotał więc te swoje modlitwy w korytarzu, a on tylko się patrzał ślepiami jak u kota, z krzywym
uśmieszkiem  na  ustach.  A  biedny  Higgs  pocił  się,  jąkał,  czytał  coraz  ciszej  i  ciszej,  aż  w  końcu
zatrzasnął Biblię i zwiał jak wystraszony opos. Niech mnie diabli, jeśli nie był na amen przerażony.
Żegnał  się  po  drodze,  jakby  go  sam  Lucyfer  gonił.  A  Hitchcomb  na  to:  „No,  tośmy  się  pięknie
pomodlili,  Ribbs.  Teraz  czas  się  zabawić”.  I  żeby  choć  drgnął,  zaklął,  zbladł,  pokazał,  że  się  choć
trochę lęka, że w nim jakaś ludzka dusza siedzi. A on nic. Gapi się tylko wzrokiem kocura, co czatuje
pod mysią dziurą. Szkoda, że się nie oblizuje jeszcze! Mnie on się widzi bardzo dziwny, Joe. Ja się
w życiu naoglądałem bandziorów, a jakże. Ale żaden nie był ani trochę taki jak on. Jest w nim takie
coś, aż człowieka biorą dreszcze. Dobrze, że go powieszą wreszcie, szeryfie.

- Trzeba będzie na drania uważać - mówi Barlow ze zmęczeniem.
- No, to jest pewne - przytakuje Ribbs. - Nie odetchniemy z ulgą, zanim go od sznura nie odetną i

nie zagrzebią w dole.

Jasne, myśli szeryf. Jeśli to wystarczy. Jeśli jego śmierć naprawdę zakończy to wszystko.
-  Słuchaj,  Tom  -  mówi,  zniżając  głos.  -  Zastanawiam  się,  czemu  burmistrz  Statford  tak  się  nim

interesował.  Młody  Josh,  zanim  zginął,  też  wlazł  ze  swoimi  chłopakami  do  aresztu  i  spuścił  mu
manto. Ciekawe dlaczego?

Zastępca kiwa głową.
-  No,  mnie  też  to  męczy,  Joe.  Stary  Statford  siedział  cały  czas  na  rozprawie  i  gapił  się  na  tego

bandytę jak sęp na zdychającego muła. A kiedy już wyrok zapadł, to stał na zewnątrz biały jak wapno

background image

i ocierał chustką czoło.

- Gorąco było. I duszno - mówi Barlow bez przekonania. - Może dlatego.
- Może. - Poczciwe, psie oczy Toma robią się nagle twarde i nieugięte. - Ale sprawdzić trzeba.

Coś mi się widzi, że burmistrz Statford może mieć z tym typem jakieś konszachty.

Szeryf klepie go po ramieniu.
-  W  porządku,  Tom.  Przyjrzymy  się  tej  sprawie. A  póki  co  spróbuję  porozmawiać  z  więźniem.

Może mi co powie.

Ribbs krzywi z powątpiewaniem usta.
-  Jeśli  będzie  chciał  gadać.  Niech  pan  uważa,  szeryfie.  On  mi  się  całkiem  dziwny  widzi,  ten

Hitchcomb.

- Będę uważać, Tom - uspokaja go Barlow.

* * *

Poranek  wdziera  się  do  celi  wąskim  różowawym  strumieniem  światła.  Skazaniec  siedzi  jak

zwykle  na  pryczy,  tylko  tym  razem  głowę  ma  nisko  pochyloną,  ręce  splecione  na  karku.  To  jedyny
wyraz  emocji,  na  który  sobie  pozwala.  Na  odgłos  kroków  szeryfa  unosi  twarz,  chłodną,  kościstą  i
wąską  jak  nóż.  Oczy  ma  za  to  rozszerzone,  pociemniałe  nieco,  przejrzyste,  jakby  strumień  dotarł
wreszcie do głębokiego górskiego jeziora.

- A, Barlow - mówi pozbawionym emocji głosem. - Czekałem, kiedy przyjdziesz.
Joseph zatrzymuje się, nagle zmieszany.
Po  co  do  niego  przyszedłem?  -  zastanawia  się.  O  co  miałbym  go  pytać?  On  przecież  umrze  za

chwilę. Powinienem to uszanować, powinienem zostawić go teraz w spokoju. Co go może obchodzić
Statford czy jakiekolwiek ziemskie sprawy. Nie myśli przecież o tym.

-  Coś  pana  dręczy,  szeryfie?  -  znów  ten  ton  uprzejmy,  o  lekko  drwiących  nutach.  -  Chce  pan

porozmawiać? O wieczności, czy raczej o czymś całkiem przyziemnym?

- Nie chciałem was niepokoić, Hitchcomb. - Joe stara się przybrać oficjalną postawę. - Ale coś

nie daje mi spokoju. Czy wy znacie burmistrza Statforda lub jego syna Joshuę? Czy spotkaliście się
może wcześniej?

- A, burmistrz Statford! - mówi Hitchcomb z ożywieniem, jakby chodziło o dawno niewidzianego

przyjaciela.

I  uśmiecha  się. A  raczej  pokazuje  zęby  w  jakimś  grymasie  strasznym,  zwierzęcym  prawie,  choć

pełnym tak szalonej furii, nienawiści długo tłumionej, przez jedno krótkie mgnienie lśniącej gdzieś na
dnie niczym srebrny skarb zatopiony w mulistej studni, aż szeryfa przechodzi dreszcz zgrozy.

Rewolwerowiec tymczasem podnosi się z pryczy, zbliża do krat.
- A  gdybym  powiedział,  że  tak?  Gdybym  przyznał,  że  znam,  znam  całkiem  dobrze?  Co  byś  na  to

odparł, Barlow? Zdziwiłbyś się?

-  Nie  -  odpowiada  Joseph  sucho.  -  Próbowałbym  się  dowiedzieć,  w  jakich  okolicznościach  się

spotkaliście i po co.

Hitchcomb opiera się o pręty, zbliża znękaną, poranioną, nieugiętą twarz do twarzy Barlowa. Jego

rysy  ściąga  wielkie  napięcie,  głos  trochę  się  łamie,  jakby  od  tej  rozmowy,  od  odpowiedzi  szeryfa
zależało coś dalece cenniejszego niż jego własne życie.

- A jak sądzisz, Joseph? Jakie to mogły być sprawy?
Joe z trudem przełyka ślinę.
- Wynajął cię? Zlecił morderstwo?

background image

Rewolwerowiec odwraca głowę, spogląda na małe okienko w korytarzu, przez które widać blady

skrawek porannego nieba.

- Skazali mnie - mówi. - I zaraz powieszą. Jaki ma sens teraz odgrzebywać przeszłość?
- Żebyś nie umierał sam. Żebyś wiedział, że wszyscy, którzy są winni, zostali osądzeni i ukarani.
Źrenice Hitchcomba zdają się czarne i puste jak noc bez gwiazd.
- A ty? Jaką miałbyś z tego korzyść, Barlow?
- Przysiągłem stać na straży prawa. I prawo musi zwyciężyć. Inaczej wszystko będzie pozbawione

sensu  -  mówi  twardo  Joe.  -  Twoja  śmierć,  moja  praca,  reguły  współżycia  ludzkiej  wspólnoty,
przykazania boskie. Wszystko.

- Prawo! - parska lekceważąco więzień. - Stanąłbyś do walki z burmistrzem i trzema najbardziej

wpływowymi, najbogatszymi mieszkańcami okręgu w imię pomszczenia jakiejś zapomnianej zbrodni
sprzed lat?

-  Nie  pomszczenia  -  prostuje  Barlow.  -  Wyświetlenia  i  osądzenia.  Na  sprawiedliwość  i  prawdę

nigdy nie jest za późno, Hitchcomb.

Skazaniec prostuje się, unosi wysoko głowę, jego niesamowite oczy płoną triumfem.
- A więc chcesz prawdy, Barlow? Naprawdę chcesz? Jesteś na to gotowy?
Szeryf  potwierdza  spokojnym,  lecz  pewnym  skinieniem,  choć  serce  w  jego  klatce  piersiowej

tłucze jak kafar w kamieniołomie.

Coś się stanie, myśli. Zajdzie coś, co może zmienić wszystko. Mój los, jego, nie wiem. Boję się,

ale muszę wiedzieć.

-  Dobrze  -  mówi  spokojnie  Hitchcomb  i  zaczyna  niezgrabnie,  pomagając  sobie  zębami,  zdzierać

bandaż z prawej dłoni.

Joseph stoi osłupiały, nic nie rozumiejąc, a więzień odrzuca przesiąkniętą krwią szmatę, parę razy

mocno  zaciska  palce  w  pięść,  aż  pękają  strupy,  trzeszczą  maltretowane  stawy.  Kości  sterczą  pod
skórą nienaturalnie, przesuwają się pod dziwnym kątem.

Są połamane, myśli Barlow ze zgrozą. Muszą być, do diabła! Co on robi? Oszalał?! To pewnie z

szoku. Nie powinienem tu przychodzić.

Tymczasem Hitchcomb spokojnie czeka, aż świeża czerwień zabarwi palce, zacznie skapywać na

podłogę.

- W porządku - mówi. - Weź mnie za rękę.
Wysuwa  dłoń  przez  kratę.  Szeryf  jak  zahipnotyzowany  gapi  się  na  paciorki  krwi  sypiące  się  na

deski posadzki.

- Chciałeś prawdy, dam ci ją. No dalej, Barlow! Śmiało! Uściśnij mi dłoń na pożegnanie - ponagla

skazaniec tym nieznośnym, drwiącym tonem, w którym teraz szeryf rozpoznaje ukrytą desperację.

Chce, żebym zbliżył się do kraty, a potem chwyci mnie za kark i z całej siły uderzy o pręty. Liczy,

że  dam  się  nabrać,  uznam,  że  jego  dłoń  jest  kompletnie  niesprawna.  Ma  nadzieję  mnie  ogłuszyć,
wyciągnąć  klucze,  zabrać  broń  i  spróbować  ucieczki,  rozumie  Joe  w  nagłym  przebłysku  olśnienia.
Boże, a ja byłem pewien, że naprawdę przyjmuje wyrok tak spokojnie!

Odsuwa się od drzwi celi, mierzy Hitchcomba surowym wzrokiem. Krwawa dłoń wciąż wystaje

spoza prętów, niczym brzydki egzotyczny kwiat, który więzień chce wręczyć szeryfowi.

-  Co,  boisz  się,  Barlow?  No  cóż,  jak  wolisz.  Mary  się  nie  bała.  -  Rewolwerowiec  cofa  powoli

rękę.

- Mary? - Joe blednie. - Więc byłeś... widziałeś ją? Jakim cudem?! Kiedy?!
-  Gdy  przyszedłem  oddać  coś,  na  czym  jej  zależało  -  uśmiecha  się  skazaniec.  -  Łaciatego  kotka,

którego zakopałeś kilka dni wcześniej w rogu podwórza. Martwego jak jankeski honor. Nazywał się

background image

jakoś tak zabawnie. Pan Billy? Nie, Pan Bobby! Tak, złożyłem wizytę twojej córce, Barlow. Mary ci
nie wspominała? Może nie posłuchałeś. Mało kto słucha uważnie dzieci.

Zapominając o ostrożności, szeryf przypada do krat.
Nie  mógł  wiedzieć!  -  myśli  rozpaczliwie,  gorączkowo.  Nie  mógł!  Nie  wspomniałem,  jak  się

nazywa  ten  kot!  Ani  gdzie  go  zagrzebałem.  Nie  zająknąłem  się  nawet.  Pamiętam!  Doskonale
pamiętam! On był u Mary! Był jako upiór! Jezu, jak to możliwe?! I zabił Stewarda. I Josha Statforda
pewnie też! Dobry Boże, miej nas w opiece! Nie opuszczaj nas! Chroń moje dziecko!

-  Co  jest,  Joseph?  Zdziwiłeś  się?  -  Pokaleczone  usta  wykrzywiają  się  drwiąco.  -  Niepotrzebnie.

Przyszedłem tylko zwrócić dług.

-  Co  zrobiłeś  Mary?  Co  jej  zrobiłeś,  potworze?  -  charczy  szeryf,  czując,  że  zaraz  zabraknie  mu

tchu, że zemdleje.

-  Nic.  Oddałem  zgubę,  której  strata  bardzo  ją  dotknęła.  Nie  ma  w  tym  żadnej  perfidii,  szeryfie.

Pomóc umierającemu dziecku. To dobry uczynek, prawda?

- Bydlaku! - jęczy Barlow. - Upiorze! Trzymaj się od niej z daleka! Wynoś się do piekła!
Gniew rozpala jasne oczy skazańca, aż zaczynają świecić. Znów wyciąga rękę, twardym, pełnym

wściekłości gestem.

- Słuchaj no! - syczy. -  Powiedziałem  już  twojej  małej.  Chcę  zwrócić  dług! Ale  o  nic  prosił  nie

będę!  Nie  chcesz  przyjąć  odpłaty,  odejdę  bez  żalu.  Uściśnij  mi  rękę,  żałosny  śmieciu,  a  wszystko
zrozumiesz. Mary wahała się tylko przez chwilę. I to nic z tak podłych, małostkowych powodów jak
jej tchórzliwy ojciec! Nie mam zamiaru obezwładniać cię i uciekać, zapewniam. Gdybym zechciał,
dawno już zadusiłbym cię jak nieudane, chorowite szczenię i po prostu wyszedł. Może to by i był akt
łaski,  Joseph!  Mam  jednak  rachunki  do  uregulowania.  Z  tobą  także,  Barlow.  No  już,  dotknij  mnie!
Twoja  córka  okazała  się  dzielniejsza  od  ciebie.  Nie  przyznała,  że  brzydzi  się  krwi,  powiedziała
tylko,  że  nie  chce  mnie  urazić  w  rękę.  Czy  to  nie  słodkie?  Nawet  jeśli  próbowała  jedynie  trochę
zyskać na czasie. Nie szkodzi. I tak to miłe. Nie będę dłużej czekał, aż się zbierzesz na odwagę. Za
dużo  ci  jej  brakuje,  żebyś  się  zdecydował  uścisnąć  rękę  mordercy.  Uznaję,  że  nie  chcesz  swojej
zapłaty. Więc nigdy nie poznasz prawdy, szeryfie!

Ostatnie słowa brzmią jak obelga, jakby spluwał z obrzydzeniem.
- Nie! - krzyczy Barlow. - Ja muszę! Czekaj!
Chwyta cofające się palce, zaciska z całej siły.
Skurcz bólu przebiega po twarzy Hitchcomba.
- Więc... - mówi z trudem - ...dobrze!
I  nagły  strumień  siły  uderza  w  szeryfa,  prawie  zwalając  go  z  nóg,  jakiś  rwący,  potężny  prąd

przetacza się przez jego umysł i ciało, jakby ta struga górska, niegdyś przejrzysta i pełna pstrągów,
nabrała  głębi,  zolbrzymiała  nagle,  przyspieszyła,  spieniona  i  dzika,  spiętrzyła  się  wodospadem  i
runęła wprost na Barlowa. A wtedy w nagłych przebłyskach, podobnych do wystrzałów magnezji u
fotografa, Joseph widzi blade, przepalone, jakby wyssane z barw, lecz wyraźne obrazy. I zdaje sobie
nagle  sprawę,  iż  ogląda  przeszłość,  dawne  chwile  z  życia  Hitchcomba,  jego  oczami,  że  w  jakiś
sposób  niezrozumiały  i  cudaczny  wkroczył  w  pamięć  i  doznania  zabójcy,  aby  poniekąd  stać  się
biernym uczestnikiem minionych przed laty wydarzeń, poszarpanych i niedokończonych, lecz przecież
spójnych i całkiem zrozumiałych.

Oto  kolejny  wybuch  magnezji  i  widzi  burmistrza  Statforda  w  jego  gabinecie,  w  towarzystwie

Coldfielda,  Stewarda  i  Rockstone’a,  a  także  Hitchcomba  pośród  nich,  przyjmującego  zlecenie
zabójstwa. Głosy słyszy stłumione, urywane, ale i tak doskonale rozumie sytuację, dysponując całym
zasobem wiedzy i wspomnień rewolwerowca.

background image

Następna biała eksplozja i jest już w brudnym, ciemnym zaułku Nowego Orleanu, gdzie Solomon

Benbow  w  całkowitym  zamroczeniu  obija  się  o  ściany,  potyka  o  progi,  klnie  i  gestykuluje.  Ręka
Hitchcomba,  wielka,  koścista,  stara  i  sękata  niczym  korzeń,  wyłania  się  z  mroku,  dzierżąc
groteskowo maleńki dwustrzałowy pistolet szulerów i dziwek, zwany „Bulldog”, celuje w Solomona,
który obraca się, ukazując opuchłą twarz i oczy mętne, podkrążone, pozbawione świadomości niczym
gały martwej ryby, a cała ta scena przypomina absurdalną zabawę, grę, w jaką surowy zwykle, lecz
teraz zdziecinniały dziadek mógłby bawić się z topornym, słabym na umyśle wnukiem. Pada strzał i
ciało  Benbowa  osuwa  się  ciężko  na  ziemię,  bezwładne,  lecz  wielkie  i  nieporęczne,  niczym  siennik
wypchany łuskami kukurydzy. Ciało tak samo wyzbyte świadomości w ostatniej chwili życia, jak już
potem, po śmierci.

I znów następuje srebrzysty wybuch, a Barlow jest teraz ponownie w gabinecie Statforda, wciąż

uwięziony  w  umyśle  Hitchcomba,  i  patrzy,  jak  ta  sama  mordercza  dłoń,  pokryta  wątrobowymi,
starczymi plamami, wyciąga się po zapłatę, a następnie szklankę whisky i lemoniadę.

A potem jest już na pustyni, w milczącej asyście dwóch znajomych skałek, gdzie skulony na ziemi,

wstrząsany drgawkami wymiotuje żółcią i krwią.

Kolejna  rozlana  srebrzysta  plama  magnezji  odsłania  rozmazaną,  niewyraźną  sylwetkę  Josha

Statforda, jego brutalne ręce szarpiące konające ciało, szyderczy głos, bezczelny szczeniacki śmiech
podobny do serii szczeknięć.

A  następnie,  choć  zdawałoby  się,  że  to  koniec,  że  to  musi  być  kres,  pojawiają  się  Zack  i  Fred,

pochyleni,  wsparci  na  szeroko  rozstawionych  nogach,  pąsowi  z  upału  i  zdenerwowania.  Unoszą
ciało, którego martwe oczodoły rejestrują uważnie każdy ich ruch, zaś następnie wstrząśnięty Barlow
widzi  w  jakiejś  przekoszonej,  nienaturalnej  perspektywie  samego  siebie  zsiadającego  z  konia,
zbliżającego się do trupa i zmęczonym, pustym głosem wydającego komendy. Więc Clayton i Johnson
upuszczają  zwłoki,  a  Barlow  przez  chwilę  widzi  tylko  niebo  i  wyłaniającą  się  nagle  niczym  mały,
wąski księżyc twarz Ribbsa. Zaś później są już tylko kamienie, płaskie, ciężkie płytki łupka, układane
wokół  ramion,  boków  i  nóg,  na  klatce  piersiowej  i  brzuchu,  a  w  końcu,  niczym  dziwaczne,
niekształtne  obole  dla  Charona,  także  na  oczach.  Zapada  więc  ciemność  rozświetlona  kolejnym
białym  rozbłyskiem.  Barlow  cofa  się,  zatacza,  porywa  ręce  do  twarzy,  przerażony  i  wstrząśnięty.
Mija  dobra  chwila,  zanim  zdaje  sobie  sprawę,  że  znów  jest  w  areszcie,  że  nie  ściska  już  dłoni
tamtego,  tylko  opiera  się  o  ścianę,  żeby  nie  upaść,  żeby  nie  stracić  zmysłów  i  nie  zemdleć  jak
histeryczna kobieta, a Hitchcomb patrzy na niego z mieszaniną lekceważenia i drwiny.

- Podoba się prawda, szeryfie? Wyzwoliła pana? Zadowolony z seansu?
- Ty... - szepcze Joseph. - Ty... nie żyjesz! Jesteś tym trupem, którego Zack i Fred... jesteś trupem!

Starcem, którego znaleźliśmy na pustyni, Boże! Prawie dwa lata temu!

-  A  którego  ty  kazałeś  pogrzebać  -  mówi  Hitchcomb  cicho.  -  To  bardzo  ważne  tam,  skąd

przychodzę.  Nawet  nie  wyobrażasz  sobie,  jak  ważne.  Pogrzeb.  Przyzwoity  pochówek.  Grób.
Niewielu  z  nas  może  się  tym  poszczycić.  Niewielu  pochowano  jak  ludzi,  z  odruchu  przyzwoitego
serca. Nie wrzucono byle jak do dołu, żeby truchło się nie zaśmierdło. Nie pozostawiono na pastwę
padlinożerców i kaprysów pogody. Pochowano, Barlow. I to właśnie zawdzięczam tobie. A nie lubię
mieć długów. Nie życzę sobie żadnych nieodpłaconych dobrych uczynków. Nie chcę być od niczego
zależny,  nawet  od  naiwnej  prostoty  twych  rozumianych  po  chrześcijańsku  powinności.  Nawet  jeśli
biorę pod uwagę, że nie wiedziałeś, kogo każesz pogrzebać. Ale znając cię, jestem pewien, że także
teraz,  gdy  wiesz,  jakiemu  łajdakowi  wyświadczyłeś  przysługę,  uczyniłbyś  to  samo.  Nie  ze  względu
na mnie, lecz tę właśnie powinność. Chrześcijańską powinność, Barlow. Więc wracam, aby prosto w
oczy powiedzieć ci, że dziękuję, i zwracam należność, oddaję przysługę, odpłacam, żeby nic już nie

background image

ciążyło na moim sumieniu.

- Wracasz? - bełkocze oszołomiony Joseph. - Jak? Jaką mocą?
Teraz  oczy  Hitchcomba  naprawdę  świecą.  Płoną  zielonym,  wyraźnym  blaskiem,  niczym  chiński

lampion.

-  Potężną.  Starą  jak  świat.  Odwieczną.  Tą,  która  od  zarania  dziejów  pozwala  trupom  wyjść  z

grobu  i  dopominać  się  o  sprawiedliwość.  Nie  boską,  Barlow.  Z  pewnością  nie.  Niebo  jej  nie
rozumie  ani  nie  pochwala.  Taką,  która  wyrywa  ciało  z  okowów  śmierci  i  spopiela  codziennie  na
nowo gorejącą duszę. O tę moc mi chodzi, szeryfie.

- Ach! - szepcze ze zrozumieniem Joe. - Zemsta. Przyszedłeś się zemścić, Hitchcomb!
Rewolwerowiec uśmiecha się okrutnie.
- Domyśliłeś się. No proszę, co za intelekt.
- Ty zabiłeś Stewarda? Rozszarpałeś go na kawałki i wyrwałeś serce?
Hitchcomb unosi z dumą pokrwawione dłonie.
-  Tymi  rękami,  szeryfie.  To  była  czysta  przyjemność,  zapewniam.  Ryczał  jak  wieprz  i  obawiam

się, że zrobił pod siebie ze strachu. Żałosny śmieć.

Joe cofa się odruchowo o krok.
- Tak, przypominam sobie. Ten dzieciak od Burnsów, bodajże Tom, widział cię tamtej nocy. Nie

uwierzyliśmy mu, oczywiście - mówi z roztargnieniem, starając się usilnie zebrać myśli. - Miałeś w
rękach jego serce.

Rewolwerowiec uśmiecha się niemal miękko.
- Miłe wspomnienie, szeryfie. Moja odpłata.
- A Joshua? Zabiłeś także młodego Statforda?
Usta upiora wykrzywiają się pogardliwie.
- O tak, spaliłem bękarta. Był spity jak zwierzę, ale ogień go otrzeźwił, nie martw się. Nawet mnie

rozpoznał, suczy pomiot. Wyobrazisz sobie, Barlow, że proponował mi z powrotem pieniądze, które
mi  ukradł,  gdy  konałem  otruty  przez  jego  uprzejmego  ojczulka,  burmistrza?  Szczyt  kiepskiego
wychowania. Statfordowie to w sumie chamy. Takie szumowiny tylko psują zdrową krew Południa.
Przez ich tchórzostwo i mętne interesy Jankesi, niech ich diabeł popieści, wygrali tę cholerną wojnę.

Joe patrzy na Hitchcomba mętnym wzrokiem, całkowicie oszołomiony. Nie wie już, czy to jawa,

czy oszalał i prowadzi tę rozmowę w majakach i malignie. Powstały z grobu trup wyrażający opinie
o niedawno skończonej wojnie domowej? To dla niego trochę za dużo. Za dużo.

-  Zabrałeś  więc  serce  Joshui  -  stwierdza  naraz,  jakby  to  miało  teraz  jakieś  pierwszorzędne

znaczenie.

Rewolwerowiec żacha się na te słowa. Targa głową niczym rasowy ogier.
-  Na  Boga,  Barlow!  Skąd  ci  to  przyszło  do  głowy?  Nie,  oczywiście,  że  nie!  Cuchnęło  tchórzem

gorzej niż kiszki gównem! Nie dotknąłbym tej kupy nawozu butem!

- Och, rzeczywiście - powtarza szeryf. - Umarł z sercem w środku.
- A teraz kolej na pozostałych - obwieszcza upiór z zadowoleniem.
Joe unosi wzrok, stara się skupić. Instynkt stróża prawa, przytępiony ostatnio, lecz przecież niejako

Barlowowi  wrodzony,  przynależny  z  racji  charakteru  i  wychowania,  znów  daje  o  sobie  znać,
wyostrza zmysły, budzi otumaniony umysł.

-  Chcesz  więc  zabić  Statforda,  tak?  I  jego  wspólników.  Dobrze  zrozumiałem?  Zamierzasz  się

zemścić.

Hitchcomb  prostuje  się,  zaplata  ręce  na  piersi.  Na  twarzy  ma  wyraz  spokojnej,  lecz  absolutnej

determinacji.  Naprawdę  teraz  wygląda  jak  pułkownik,  czy  nawet  generał  konfederacki  na  chwilę

background image

przed  decydującą  potyczką,  przepełniony  dumą,  szaleństwem  i  beztroskim,  radosnym  poczuciem
odwagi,  brawury  nawet,  zdolnej  całkowicie  wyplenić  jakiekolwiek  ślady  ludzkiego  naturalnego
strachu przed śmiercią czy bólem.

- I uczynię to, Barlow - mówi zdecydowanie. - Nikt mnie nie powstrzyma. A już z pewnością nie

ty.

Szeryf przełyka gęstą nagle, puchnącą w ustach ślinę.
- Nie? - pyta. - A to dlaczego?
Hitchcomb  pochyla  się,  zbliża  do  krat.  Jego  fosforyczne  oczy  pełne  są  dziwnej  przekory,  niemal

roześmiane, jak u chłopca, który szykuje starszym wspaniałą psotę.

-  Bo  będziesz  miał  co  innego  do  roboty.  Coś,  co  wyda  ci  się  znacznie  ważniejsze  niż  życie

burmistrza Statforda i jego podłych, tchórzliwych kompanów.

Joe czuje, że miękną mu kolana. Bo istnieje tylko jedna sprawa, jedna istota, która jest dla niego

ważniejsza ponad wszystko, ponad prawo i obowiązek, i honor.

- Och, tak. Nie mylisz się - mówi wesoło rewolwerowiec. - Mary. Oczywiście, że Mary!
Barlow przestaje oddychać.
- Draniu! - szepcze niemal bezgłośnie, bez tchu. - Bydlę! Potworze! Co zrobiłeś? Co jej zrobiłeś?!
Hitchcomb wzdycha z politowaniem.
- Szeryfie, pozwól mi przez chwilę być dobrym człowiekiem. Sprawić uczynek miłosierdzia. Czy

naprawdę wolałbyś, żeby umierała długo i w męczarniach? Żeby dusiła się krwią ze zgniłych płuc,
rzęziła,  walczyła  o  każdy  rozpaczliwy  oddech?  Żeby  konała  strasznie,  bez  nadziei  na  pomoc,  bez
chwili  ulgi,  tak  jak  Helen?  Żebyś  umęczony,  bezsilny,  przerażony  własnymi  myślami,  pokusami,  z
jakimi  potem  tak  trudno  sobie  poradzić,  trudno  żyć,  modlił  się  tylko  o  koniec,  który  nie  chce  i  nie
chce nadejść? Tego życzysz swojemu dziecku, Barlow? Naprawdę tego chcesz?

-  Nie!  -  jęczy  Joe.  -  Boże,  nie!  Tylko  nie  to!  Nie  Mary!  O  Jezu  słodki!  Coś  ty  zrobił,  potworze!

Skurwysynu! Diable! Diable wcielony!

Wyrywa rewolwer, trzęsącą się, rozdygotaną ręką próbuje celować w więźnia, choć lufa zatacza

nerwowe pętle, rzuca się na boki jak spłoszony muł przy dyszlu.

-  Daruj  sobie  ten  popis  strzelecki,  Barlow  -  mówi  upiór,  wciąż  lekko  rozbawiony.  -  Nie

rozumiesz? To nic nie da. Ja nie żyję. Nie zastrzelisz mnie drugi raz. No już, uspokój się. Odłóż broń.
Nie  możesz  być  taki  tępy,  żeby  nie  docierały  do  ciebie  proste  fakty.  Chcesz,  to  strzelaj.  Zniosę  to
jakoś.  Ale  na  twoim  miejscu  jechałbym  teraz  do  domu.  Gnałbym  na  złamanie  karku.  Bo  możesz
jeszcze  zdążyć,  Joe.  Możesz  z  nią  porozmawiać,  wziąć  na  ręce,  przytulić.  Pokazać,  jak  bardzo  ją
kochasz.  Jest  tam  teraz  sama.  Tylko  z  tą  służącą,  Celeste.  Myślisz,  że  Murzynka  i  wskrzeszony  kot
mogą zastąpić w takiej chwili ojca?

- Boże! Boże! - Barlow siania się na nogach, wstrząsany łkaniem.
Podnosi  broń,  celuje,  ale  zaraz  odrzuca  z  łoskotem  na  podłogę,  niezdolny  do  naciśnięcia  spustu,

niezdolny do jakiejkolwiek reakcji, zdruzgotany, przepełniony jedynie zwierzęcą, wyzutą z wszelkich
myśli rozpaczą.

Do domu. Tak, musi natychmiast znaleźć się w domu. Zobaczyć ją, utulić, objąć. Bo przecież on

może  kłamać,  może  łżeć,  ten  diabeł,  ten  trup,  ten  Hitchcomb,  który  stoi  i  śmieje  się,  i  patrzy  z
pogardą,  i  niczego  nie  musi  czuć,  niczego  się  lękać,  o  nic  drżeć,  bo  nie  żyje.  W  końcu  diabeł  jest
księciem kłamstwa. Księciem świata. Tego świata.

I Barlow nigdy nie odczuwał tego mocniej, nie wierzył silniej.
Więc  wybiega  z  aresztu,  pędzi  ku  stajni,  odprowadzany  zdumionym,  niedowierzającym

spojrzeniem Ribbsa.

background image

-  Nie  podchodź  do  niego,  Tom!  -  krzyczy  jeszcze  powodowany  przyjacielską  lojalnością.  -  Nie

zbliżaj się! Nie pozwól, żeby kazali ci go doprowadzić do szubienicy!

A potem jest już w siodle i w obłoku kurzu pędzi drogą prosto na farmę. Kopyta Ravena walą jak

werble, równo, niezmordowanie, na alarm.

W celi Hitchcomb wygodnie rozsiada się na pryczy, splata dłonie na karku.
-  Zegnaj,  szeryfie  -  mówi  z  zadowoleniem.  -  Spłaciłem  ci  dług.  Teraz  jestem  już  wolnym

człowiekiem. Czas, żeby inni zwrócili to, co są mi winni.

Przy  drzwiach  słychać  podniesione,  przepełnione  oburzeniem  i  zdumieniem  głosy,  pełne

konsternacji.  Przez  chwilę  trwa  urywana,  nerwowa  sprzeczka.  Potem  słychać  zgrzyt  klucza  i
skrzypienie zawiasów. W tej samej chwili zielony blask w oczach skazańca przygasa, tęczówki znów
są jasne, przejrzyste i nieprzeniknione, niczym bystry strumień pełen pstrągów.

*

Mimo  że  świt  jest  zaledwie  łagodnie  ciepły,  że  dzień  nie  runął  jeszcze  na  High  Hill  dusznym,

zakurzonym upałem, burmistrz Statford poci się obficie.

Powieszą go, myśli gorączkowo. I będzie koniec. Nieważne, jest czy nie jest potomkiem tamtego

diabła,  czy  to  przypadkowa  zbieżność  nazwisk  i  on  naprawdę  nic  nie  wie,  jeśli  nie  powiedział
prawdy  o  mnie,  o  nas  wtedy  na  rozprawie  i  jeśli  nie  wykrzyczy  jej  teraz,  spod  szubienicy,  to
wreszcie będzie koniec.

Lecz zaraz potem gorzko, z głębi smutku, przypomina sobie, że i tak jest już za późno. Dla Joshui i

całego rodu Statfordów.

Zeszłego wieczoru zastanawiał się nad tym. Pijąc samotnie w gabinecie, upijając się coraz ciężej,

z coraz większą goryczą, naprawdę przez chwilę sądził, że może jeszcze zbudować coś od początku.
Rozpaczając  nad  ciałem  syna,  którego  dopiero  co  pogrzebał,  w  pijackim  zadufaniu  miał  jeszcze
nadzieję  na  wskrzeszenie  rodu,  przekazanie  potomnym  nie  tylko  majątku  i  tytułów,  ale  także  krwi,
czystej,  niezmąconej  domieszkami  krwi  Statfordów,  jakąś  nieznośną  determinację,  rosnącą  niczym
guz, narośl, z całą pewnością coś chorobliwego, zatruwającego umysł, mącącego prawidłowy ogląd
rzeczy,  co  przecież  znikło,  wypaliło  się  w  świetle  dnia,  owego  poranka,  gdy  wszystko  ma  się
wreszcie zakończyć.

I teraz, gdy pozostał tylko cień tamtej wściekłości i żalu, ćmiący niczym zepsuty ząb, nawet teraz

jakaś szalona cząstka jego umysłu dopuszcza jednak, kusi myślą, że przecież nie jest jeszcze zupełnie
zniedołężniały,  że  być  może  w  jakichś  dalszych  okolicznościach,  nie  teraz,  nie  zaraz  po  pogrzebie,
ale  później,  gdy  żałoba  już  się  złuszczy  niczym  strup  na  ranie,  on,  Henry  Statford,  mógłby  przecież
spłodzić syna, dziedzica, potomka, który ocaliłby od zapomnienia  nazwisko,  majętność  i  dokonania
przodków.

Ale  nie  czas  myśleć  o  przyszłości.  Teraz  trzeba  zamknąć,  na  zawsze  zatrzasnąć  przeszłość,  jak

trumnę z ciałem człowieka, który zaraz postrada życie na szafocie wznoszącym się przy głównej ulicy
High Hill niczym jakiś surowy symbol biblijnej sprawiedliwości.

Burmistrz  zamyka  oczy,  oblizuje  spierzchnięte  usta.  Jest  spragniony  i  słaby.  W  głowie  słyszy

odgłos  tysięcznych  owadów  lata,  jakby  wszystkie,  porzuciwszy  wprzód  omdlałe,  krwawiące
słodyczą wistarie i gardenie, wniknęły w niego i teraz szukały wyjścia, obijając się bezmyślnie pod
czaszką.

Czas,  myśli  Statford.  Tego  mi  teraz  potrzeba.  To  jedyny  lek,  jedyna  szansa  na  ukojenie.  Dar,

jakiego nie będzie dane skosztować człowiekowi, który zaraz zawiśnie na tej szubienicy.

background image

-  Burmistrzu!  -  Ktoś  unosi  na  powitanie  dłoń  do  kapelusza,  a  Henry,  wyrwany  nagle  ze  swoich

rojeń, mruga niczym oślepiony nietoperz.

Główna  ulica  High  Hill  wygląda  jak  w  dniu  świątecznym.  Mieszkańcy  miasta  oraz  wieśniacy,

wystrojeni jak na niedzielę, w proste, tanie, na pierwszy rzut oka znamionujące prowincjuszy, lecz w
ich  mniemaniu  jakże  szykowne  odzienie,  zbierają  się  wokół  szubienicy,  jakby  to  był  kram
wędrownego golibrody albo kaznodziei. Ich ogorzałe, tchnące zwykle spokojną apatią twarze są teraz
pełne  dumy.  Murzyni,  zaciekawieni  i  podnieceni,  gromadzą  się  na  uboczu,  lecz  także  ciekawie
wyciągają szyje w oczekiwaniu na widowisko.

Bo  to  widowisko  właśnie,  ten  sąd,  rozprawa,  egzekucja  wreszcie,  wydarzenie,  w  którym

uczestniczą  ważne  i  niebagatelne  postaci,  jak  sędzia  Richards,  szeryfowie  z  pobliskich
miejscowości, członkowie lokalnej milicji przechadzający się wokół z minami wyrażającymi surową
godność urzędu, pastor Higgs zacierający nerwowo ręce, a nawet ranczerzy przybyli z daleka, żeby
na  własne  oczy  ujrzeć  triumf  i  chwałę  sprawiedliwości.  Spektakl  pełen  napięcia  i  grozy,  a  ich
miasto, High Hill, wyraźnie okazało się godne, aby tu go odprawiać.

Przyjdą.  Oczywiście,  że  przyjdą.  Muszą  się  przekonać,  zobaczyć  na  własne  oczy,  mówi  sobie

Statford, jeszcze zanim rozpoznaje w tłumie Coldfielda i Rockstone’a, do których spiesznie dołącza
Mallory.  Ścierwa,  nie  mają  nawet  tyle  odwagi,  żeby  podejść  do  mnie  i  złożyć  choćby  najbardziej
zdawkowe kondolencje. Ścierwa!

Przymyka oczy i odruchowo rozluźnia kołnierzyk.
Dlaczego jeszcze go nie wyprowadzają? - denerwuje się, ocierając chusteczką czoło. Czemu to tak

długo trwa, u diabła?

Tak  jak  Mallory,  Rockstone  i  Coldfield,  stojący  po  drugiej  stronie  drewnianego  podwyższenia

szubienicy, nie musi się martwić o dobre miejsce. Mieszkańcy i przyjezdni rozstępują się przed nim z
szacunkiem, kłaniają, zdejmują kapelusze.

Oto jaka ze mnie świetna persona, myśli z cieniem goryczy. Boże, czemu to tak długo trwa?

* * *

-  Ribbs,  na  Boga,  gdzie  jest  Barlow?  -  Simmons,  szeryf  z  Clarktown,  nie  próbuje  nawet  ukryć

oburzenia.

- Zdaje się, że wyjechał nagle - odpowiada spokojnie Tom.
- Zdaje się? Dobry Jezu! A dokąd to, u diabla?
- Nie opowiadał mi się, szeryfie - mówi Ribbs tym samym opanowanym, chłodnym tonem.
Wielki,  przypominający  słabo  ucywilizowanego  niedźwiedzia  Simmons  piorunuje  go  wzrokiem

niczym spocony, rozgniewany Jupiter.

- Wyjechał! Nie mówiąc dokąd! Kiedy więźnia trzeba na szubienicę prowadzić! No pięknie. Jak

żyję nie widziałem czegoś takiego! No, ale czego się można spodziewać po kimś takim jak Barlow!
Dobra, poradzimy sobie sami - sapie ze złością. - Dawaj klucze od celi, Ribbs.

Ale Tom już sam otwiera drzwi.

* * *

- Idzie - szepcze bezgłośnie Statford. - Idzie.
Bo  oto  otwierają  się  wreszcie  drzwi  aresztu  i  więzień,  wyprostowany,  opanowany,  ogromny,

górujący  nad  eskortującymi  go  stróżami  prawa  niczym  starotestamentowy  Samson,  podąża  długimi,

background image

równymi krokami na platformę zwieńczoną złowrogim hieroglifem szubienicy, nie jakby wlókł się na
śmierć, lecz raczej maszerował do ataku. Słońce rozświetla jego jasne włosy złudną aureolą. Twarz
jest  skupiona,  poważna.  Ręce,  skute  na  plecach,  trzyma  swobodnie,  jakby  splótł  je  po  prostu  w
chwili zamyślenia, pogrążony w ważkich rozważaniach, niby orator na chwilę przed wstąpieniem na
mównicę,  zanim  obrzuci  tłum  władczym  wzrokiem  i  porwie  potokiem  błyskotliwej,  natchnionej,
nabrzmiałej treścią wymowy. Niczym generał, który tuż przed decydującą bitwą zamierza przemówić
do swoich żołnierzy, wyzbyty lęku, groźny i przepełniony chwałą bliskiego zwycięstwa.

Szeryfowie  Simmons  i  Mitchels  kroczą  u  jego  boku,  podobni  cesarskim  liktorom,  zastępca  ze

strzelbą,  idący  za  więźniem,  w  oczach  Statforda  nabiera  cech  chorążego  niosącego  sztandar  lub
jakieś  mistyczne,  pogańskie  zgoła  insygnia  władzy,  a  cała  plejada  stróżów  prawa,  milicjantów  pod
bronią i agentów Pinkertona orszaku iście monarszego.

To nie egzekucja, myśli zdumiony. To raczej pochód triumfalny. I gdzie, na Boga Ojca, podziewa

się ten nieudacznik Barlow?

Tymczasem  Hitchcomb  już  wkracza  na  stopnie  wiodące  na  szafot,  żegnany  nerwowym,  pełnym

podniecenia  szmerem  zgromadzonych  gapiów,  wstrząśniętych  jego  spokojem,  jego  pełną  skupienia
powagą, jego nieugiętą postawą. Nic, bodaj pochylenie karku, minimalne chociaż zgarbienie ramion,
grymas na wąskiej, bladej, nieruchomej twarzy, nie znamionuje choćby odrobiny lęku.

Jezu, co to za człowiek? - nie może pojąć zaskoczony Statford. Skąd biorą się tacy? Więc Jankesi

nie wytłukli jeszcze wszystkich? Niektórzy ocaleli, przetrwali pogrom, wrócili wreszcie, ci olbrzymi
z czasów przed potopem, ci szaleńcy, te demony w ludzkiej skórze? Jak to możliwe?

Hitchcomb,  eskortowany  przez  człowieka  ze  strzelbą,  znajduje  się  już  na  szafocie,  gdy  pastor

Higgs,  stojący  u  stóp  szubienicy,  zaczyna  się  głośno  modlić. A  wtedy  szeryf  Mitchels  podchodzi  i
sprawdza węzeł stryczka, zaś dwaj zastępcy przesuwają się, aby przejąć skazańca.

I  w  tej  właśnie  chwili  więzień  rozgląda  się  wokół,  po  tłumie,  nie  jakby  szukał  pocieszenia,

nadziei,  współczucia  lub  choćby  obecności  kogoś  bliskiego,  znajomego,  lecz  fachowo,  chłodno
oceniał  pole  bitwy,  aż  wzrok  jego  w  końcu  pada  na  spoconą,  białą  niczym  tynk  twarz  burmistrza
Statforda.

- A, pan burmistrz! - mówi głośno i dobitnie. - No proszę. Jak miło!
Powie, myśli w popłochu Henry. Wykrzyczy wszystko o Solomonie Benbowie. Czekał długo na ten

moment,  a  teraz  chce,  żeby  się  całe  miasto  dowiedziało.  To  musi  być  syn  lub  krewny  tamtego
Hitchcomba,  tamtego  starca,  widma  z  przeszłości.  Boże,  dlaczego  dałeś  mi  nadzieję,  pozwoliłeś
sądzić, że jednak do tego nie dojdzie?

Zaniepokojony Mitchels przysuwa się bliżej, celuje do więźnia z rewolweru.
- Żadnych sztuczek, Hitchcomb! - ostrzega srogo. - Nie czas i miejsce na to!
Pastor  Higgs  czyta  dalej,  nie  zważając  na  to  drobne  zamieszanie,  monotonnie,  nieco  za  szybko,

jakby pragnął tylko dobrnąć do końca psalmu, końca egzekucji, ukryć się w świętości słów, zatopić
w  niej,  odgrodzić  od  brutalnej  rzeczywistości,  nie  bacząc  na  żadne  ziemskie  sprawy  rozgrywające
się wokół.

Tymczasem  rewolwerowiec  pochyla  się  nieco,  uśmiecha  szeroko  lodowym,  groźnym,

przerażającym uśmiechem, a jego czyste, przenikliwe oczy spoglądają wprost na burmistrza.

- Poczęstuje pan skazańca cygarem, Statford? - pyta. - Okaże pan nieco ludzkich uczuć, co?
I  w  tym  momencie,  w  tej  jednej  strasznej  chwili,  Henry  go  rozpoznaje,  jakby  Hitchcomb  nagle

zerwał maskę.

To on. On! On! - myśli sparaliżowany przerażeniem. Boże, jak mogłem go dotąd nie rozpoznać! To

ten człowiek! Diabeł! Trup! Którego ja... Którego Joshua... dwa lata temu...

background image

Nie jest w stanie skończyć zdania. Zatacza się tylko, chwyta odruchowo ramienia stojącego obok

człowieka.

-  Słabo  panu,  burmistrzu?  -  pyta  ze  zdumieniem  ten  ktoś,  którego  oblicze  jest  tylko  zamazaną

plamą, nic nieznaczącym kształtem. - Może wody? Odprowadzić pana do cienia?

To  nic  nie  da!  Nic  nie  da,  głupcze!  -  krzyczy  bezgłośnie  Statford,  drewnianymi,  pozbawionymi

czucia palcami grzebiąc niemrawo w kieszeni.

- Daj mu! Daj... - szepcze słabo.
Więc  ten  ktoś  bez  twarzy,  bez  znaczenia  bierze  cygaro  i  podaje,  a  Hitchcomb,  ten  Hitchcomb,

tamten, Bóg tylko wie który, trup, zabójca, upiór, odtrąca pomocną rękę zastępcy, przykuca i odbiera
podarek niczym pies, prosto w zęby, wciąż uśmiechnięty, złowróżbnie, triumfalnie, strasznie.

- Dziękuję - mówi uprzejmie. - Teraz możemy zaczynać.
Henry stoi nieporuszony, niezdolny do ucieczki, do jakiejkolwiek reakcji. Daleko od niego, pośród

tłumu, widzi poruszające się nerwowo, pochylające ku sobie  i  gestykulujące  sylwetki  wspólników.
Ale jego oczy są puste, jak lampy, w których zabrakło nafty.

Oni też nie uciekną, stwierdza ze zrozumieniem. Oni także nie.
Jeden z zastępców, ten, który stoi tuż za więźniem, nagle cofa się, wytrzeszcza z niedowierzaniem

oczy,  gapi  niczym  zahipnotyzowany  na  kajdanki,  czerwieniejące,  rozpalające  się  z  każdą  chwilą
bardziej,  aż  stają  się  obręczami  czystego  ognia  na  chudych,  nietkniętych  śladem  oparzeń
nadgarstkach. Jeden ruch i więzień strząsa je z siebie niczym pasma pajęczyny. Zastępca unosi broń,
stara się celować, choć dłonie trzęsą mu się jak w ataku febry, palec ślizga na spuście.

Zaś  Hitchcomb  wstaje,  prostuje  się,  wyciąga  rękę,  żeby  podtrzymać  cygaro,  odgryza  końcówkę  i

spluwa  na  ziemię.  Kajdanki  osuwają  się  na  deski  szafotu,  znacząc  w  surowym  drewnie  czarny,
wypalony ślad.

Ktoś w tłumie zaczyna krzyczeć, wysoko, histerycznie.
Pierwsze rzędy, zgromadzone najbliżej szubienicy, zdają się falować na kształt zboża sieczonego

nagłą nawałnicą. Dalsze napierają na nie, wiedzione podnieceniem i ciekawością.

Końcówka  cygara  rozpala  się  sama,  mruga  do  gapiów  jak  czerwone,  szydercze  ślepie  diabła.

Skazaniec zaciąga się głęboko, niespiesznie.

Zastępca wreszcie odnajduje spust, strzela gdzieś w deski pod nogami Hitchcomba. Czas zdaje się

gęstnieć  niby  melasa.  Płynie  niezwykle  powoli,  podobny  do  gęstego  syropu  kapiącego  z
wywróconego  naczynia.  Szeryf  Mitchels  i  szeryf  Simmons  oddają  strzały  właściwie  w  tym  samym
momencie co człowiek ze strzelbą. Mitchels chybia, kula Simmonsa trafia rewolwerowca w ramię,
wnika w mięsień jak w mokry piasek, porywając w powietrze nie strzępy ciała i krople krwi, lecz
jakąś chmurę pyłu czy mgły, która szybko się rozwiewa. Tymczasem pocisk ze strzelby dosięga celu,
wbija się w plecy skazańca, wstrząsa nim jak silne pchnięcie, na chwilę rozdzierając ciało niczym
surowe ciasto, które natychmiast zamyka się, zasklepia, pochłaniając wystrzelony metal. Poszarpane,
oderwane siłą uderzenia tkanki zamieniają się w opar mgły, parują.

A Hitchcomb, upiór, upiór, myśli Henry, ten Hitchcomb obraca się błyskawicznie, wyciąga broń z

omdlałej, osłabłej dłoni najbliższego zastępcy i strzela trzy razy, precyzyjnie, celnie, wprost w głowę
mężczyzny  ze  strzelbą,  szeryfa  Mitchelsa  i  szeryfa  Simmonsa.  Wszyscy  trzej,  jak  kukły  w  teatrzyku,
nagle  pozbawione  ożywiającej  je  dłoni  sztukmistrza,  padają  na  deski  szafotu,  bezwładnie,  bez
wdzięku, niczym wory pełne surowej bawełny.

-  Dwa  -  mówi  Hitchcomb,  prezentując  rewolwer  tłumowi,  już  nie  zaciekawionemu,  już

ogarnianemu  gwałtowną  pożogą  paniki,  kłębiącemu  się  bezładnie  wokół  drewnianej  platformy,  na
której króluje, wysoki, niedosiężny, z fałszywą aureolą jasnych włosów. - Tylko dwa.

background image

Zaciąga się cygarem, podczas gdy teraz już wszyscy uzbrojeni mężczyźni wyciągają rewolwery i

strzelby, podrywają do strzału, wolno, niesłychanie wolno mierzą i pociągają za spusty. Ale ten czas
zamrożony,  rozciągnięty,  ciekły  niczym  gęsta  melasa,  nie  dotyczy  wyraźnie  Hitchcomba,  który
porusza  się  jakby  poza  sekundami,  w  pustych  przestrzeniach.  I  obie  jego  kule  dosięgają  dwóch
pozostałych  na  podwyższeniu  zastępców,  otwierają  gorące,  krwawe  rany  w  ich  piersiach,  podczas
gdy  rewolwerowiec  pochyla  się,  wyjmuje  broń  z  kabury  najbliższego,  wciąż  rzężącego  i
krztuszącego się w agonii stróża prawa, prostuje się i celuje w tłum.

- Sześć - mówi spokojnie. - Wystarczy aż nadto.
Większość pocisków śmigających w powietrzu, pędzących ku niemu niczym metalowe szerszenie

chybia, kalecząc głęboko surowe, nieoheblowane deski szafotu i konstrukcję szubienicy, wyrywając
strzępy  drzazg  i  grzęznąc  w  drewnie.  Ale  kilka,  pięć  czy  sześć,  dobiega  celu,  wbija  się  w  ten
zdumiewający  mokry  piasek  jego  tkanek  i  znika,  wywołując  tylko  krótkie,  blade  krwawienie  mgły.
Hitchcomb  wzdraga  się  co  prawda,  z  trudem  utrzymuje  równowagę,  jakby  balansował  na
niewidocznej linie, ale nie upada.

Nie upada, myśli Statford powoli, sennie, bez emocji. Nie potrafi się poruszyć, stoi tylko z szeroko

otwartymi oczami, z twarzą białą niczym wapno, jak mysz sparaliżowana spojrzeniem węża.

Zaś on, potwór, upiór, śmieje się, wyciąga dłoń z rewolwerem, a Henry nie musi się domyślać, do

kogo celuje.

Ribbs,  milicjanci  i  pozostali  przy  życiu  zastępcy  wciąż  strzelają,  rozpaczliwie,  dziko,  lecz  zdają

się tak powolni, jakby grzęźli w smole. Także zgromadzeni gapie rozpierzchają się niezwykle wolno,
jakby z trudem oddzierali się od materii czasu, ciągnąc za sobą jego pasma niczym łachmany.

To  nie  oni  zamarzli,  zakrzepli  gdzieś  między  uciekającymi  chwilami,  lecz  on  się  porusza  tak

szybko, rozumie burmistrz tą nową, wnikliwą obojętnością szoku. Trzy. Teraz padną trzy jego strzały.
Jestem pewien.

Nie  myli  się.  Widzi,  jak  po  drugiej  stronie  szafotu  Coldfield,  Rockstone  i  Mallory  groteskowo

powoli,  niczym  w  wodewilu,  upadają  na  kolana,  chwytają  się  za  serca  i  wreszcie  zginają  wpół,
wywracając  na  ziemię,  jakby  bili  pokłon  swemu  diabolicznemu  zabójcy.  Hitchcomb  pozdrawia  ich
szyderczym  gestem,  a  tłum  rozstępuje  się  w  miejscu,  gdzie  leżą  zwłoki,  w  panicznej,  jakże
nieudolnej, ślimaczej ucieczce tratując się nawzajem, obalając na ziemię, gniotąc.

Jeszcze  dwie,  jeszcze  trzy  kule  wstrząsają  ciałem  rewolwerowca,  który  chwieje  się  na  nogach,

zatacza, jakby osłabł nieco, lecz wciąż stoi i śmieje się, i pali cygaro, zwracając teraz lufę broni w
jego,  Statforda  stronę.  Czarna  czeluść  dymi,  podobna  do  bramy  piekieł.  Wokół  furczą  wyrywane
niecelnymi strzałami drzazgi, podobne do oślepionych, zbudzonych nagle do lotu ciem.

Nie będzie żadnego nowego początku, pojmuje burmistrz. Tylko koniec. Koniec.
-  Hej,  Henry!  -  woła  Hitchcomb,  choć  może  to  tylko  głos  w  otumanionej,  oczadziałej  głowie

Statforda. - To moja odpłata. Trzymaj!

I  szerszeń,  srebrzysty,  obły,  lśniący,  wylatuje  z  czerni  lufy,  by  podążyć  drogą  diabelskiej

sprawiedliwości, drogą zemsty, gniewu i honoru. Więc Henry Statford, burmistrz High Hill, jeden z
najbogatszych i najbardziej wpływowych mieszkańców okręgu, niedoszły potentat naftowy, ostatni ze
świetnego  rodu  obszarników  i  plantatorów,  może  już  tylko  ugiąć  kolana  przed  tym  człowiekiem,
którego  podstępnie  zamordował,  tym  nieokiełznanym,  nieugiętym,  żelaznym  zabójcą,  tym
rewolwerowcem, któremu nawet diabeł nie zdołał przeszkodzić w dokonaniu pomsty, którego nawet
śmierć  nie  powstrzymała,  i  chwytając  się  za  dziurawe  serce,  oddać  mu  ostatni  pokłon,  gasnącym
wzrokiem  oglądając  jego  triumf,  jego  chwałę  rodem  z  piekła  i  głębokich,  niezłomnych  tradycji
Południa.

background image

A  gdy  Statford  już  leży  nieporuszony,  niewstrząsany  nawet  ostatnimi  agonalnymi  drgawkami,

mściciel odrzuca broń i znów zaciąga się cygarem.

- Dobrze - mówi. - Długi uregulowane.
I w tej samej chwili łamie się wpół, wali na kolana, rozrzuca ramiona i pada na deski szafotu, a

krew,  której  przecież  przedtem  nie  było,  tryska  z  licznych  ran,  zalewa  ciało  szkarłatem,  okrywa
niczym całun barbarzyńskiego władcy, dawno zapomnianego cesarza. Lecz kule wciąż go dosięgają,
wciąż z wizgiem prują powietrze, jakby ogłupiali, zszokowani stróże prawa nie mogli uwierzyć, że
już nie żyje, że nie powstanie, że to wreszcie koniec.

A gapie, Murzyni, wieśniacy, ranczerzy, mieszkańcy miasta, zbierają się z ziemi, mrugając oczami,

niepewni, co w ogóle zaszło, czy są jeszcze na tym świecie cali i nietknięci na duszy i ciele, oglądają
obrażenia, lamentują, szlochają, starają się oczyścić odzienie bądź stoją nieruchomo, osłupiali.

- Nie strzelać! Nie strzelać! - krzyczy wreszcie Ribbs.
Więc  kanonada  powoli  zamiera.  Ostrożnie,  bardzo  powoli,  kilku  zastępców  pod  wodzą  Toma,  z

bronią gotową do strzału, podchodzi do szafotu, wkracza na stopnie, omija ciała leżących szeryfów i
zbliża się do rozstrzelanego rewolwerowca. Stryczek kiwa się na wietrze, rzucając swój wydłużony,
szyderczy cień na zaplamione krwią deski.

Ribbs przełyka gęstą nagle ślinę i cały czas mierząc do trupa, czubkiem buta przewraca zwłoki na

wznak.  Zastygła  w  grymasie  uśmiechu,  zakrwawiona  twarz  zmarłego,  wykrzywiona  i  stężała,
zmieniona przez śmierć, zdaje się obliczem starego człowieka.

* * *

Szeryf  Barlow  osadza  spienionego,  dyszącego  niczym  miech  konia  na  środku  podwórka.  Zsuwa

się, a właściwie spada z siodła, czepiając się łęku i strzemion. Oczy mu łzawią od kurzu, oddech się
rwie, a serce w środku bryka niczym przerażony muł. Joseph przyciska odruchowo dłonie do piersi,
jakby chciał je zatrzymać w klatce żeber.

Mary!  Mary!  Mary!  -  powtarza  nieustannie,  jedynie,  bez  przerwy,  nie  mając  siły,  nie  mogąc

przypuścić żadnej innej myśli.

Moje dziecko! Mary!
Podwórze  jest  puste.  Tylko  kury  grzebią  w  piasku,  przekrzywiają  małe,  zdobne  we  frędzle

grzebieni głowy. Cisza wydaje mu się martwa, złowróżbna.

-  Celeste!  -  chce  krzyknąć,  ale  ze  zdartego,  wyschniętego  gardła  wydobywa  się  tylko  ochrypły

szept.

Więc biegnie, a raczej próbuje biec, zataczając się i słaniając, w stronę ganku.
Mary! Mary! Mary! - tłucze puls w skroniach.
I  wtedy  otwierają  się  drzwi,  głęboko  w  cieniu  werandy  staje  wątła,  drobna  postać  jego  córki,

bardziej podobna do zjawy niż żywego dziecka. W objęciach trzyma Pana Bobby’ego.

Szeryf zamiera.
- Mary - powtarza zmartwiałymi ustami, przekonany, pewien, że to duch, widziadło, halucynacja,

dusza, która już uleciała, a teraz przez to ostatnie mgnienie chce się pożegnać, zanim rozwieje się jak
dym. - Mary!

A  mała  rusza  ku  niemu,  wkracza  w  krąg  światła,  mrużąc  oczy,  pochyla  się  i  stawia  na  ziemi

wiercącego się, wyrywającego kota, żywa, z pewnością żywa, równie cielesna jak Barlow.

- Dość mam już tego leżenia w łóżku! - stwierdza dobitnie. - Kazałam Celeste, żeby pomogła mi

się ubrać i wypuściła na dwór. Pan Bobby też chciał iść. O, popatrz, jak się ładnie bawi na słomie.

background image

Tatusiu? Co ty robisz?

Bo Barlow nagle, jak podcięty, pada kolanami w piasek, rękoma starając się przydusić, uspokoić

szalejące,  wierzgające  serce,  w  pozie  niemal  identycznej  jak  umierający  Henry  Statford.  Patrzy  na
dziewczynkę, na jej chudą, mizerną twarzyczkę z plamami rumieńców na policzkach, i wie. Już wie,
o jakiej odpłacie mówił Hitchcomb. I słyszy jego drwiący, uprzejmy głos: „Pozwól mi choć raz być
dobrym człowiekiem, szeryfie”.

O  Boże,  myśli.  Przyjąłbym  to  i  od  diabła,  od  samego  diabła,  nie  tylko  jego  sługusa,  zabójcy,

upiora.  Wybacz  mi  i  wejrzyj,  jak  bardzo  jestem  wdzięczny  Tobie,  jak  ogromne  jest  moje
dziękczynienie za to, że pozwoliłeś mu na ten jeden dobry uczynek. Uczynek powodowany kaprysem
czy fałszywym poczuciem honoru, czy po prostu odruchem tego żelaznego, zapiekłego serca. Wiem,
szatan  nie  może  uzdrawiać,  ale  Ty  tak.  Nawet  jego  rękami.  Możesz  pozwolić,  żeby  ta  klątwa,  ta
śmierć,  ta  choroba,  wróciła  do  piekła,  skąd  pochodzi,  żeby  zabrał  ją  za  dług,  który,  jak  sądzi,
zaciągnął,  nawet  jeśli  ten  dług  to  tylko  wyraz  jego  pychy  i  zadufania  w  sobie.  Nieważne.  Teraz
nieważne.

Ponieważ  Mary,  jego  Mary,  dziecko  Helen,  nie  ma  już  na  twarzy  tego  piętna,  tej  wyzierającej,

szczerzącej zęby czaszki, tej żółtej, ziemistej, przezroczystej cery konającego. Nie ma, bo nie umrze.
Joseph  wie  to  na  pewno,  widzi  w  oczach,  w  ruchach,  w  sylwetce  córki.  Jakimkolwiek  cudem
nazwałby to doktor Hornby czy dowolny inny lekarz, jakkolwiek by się dziwił i niedowierzał, Mary
jest  zdrowa.  Zdrowa,  na  rany  Chrystusa!  Może  wycieńczona  i  osłabiona,  ale  na  pewno  nie  bliska
śmierci.

On ją zabrał, wziął ze sobą na powrót do piekła chorobę i śmierć, on, ten Hitchcomb, ten demon,

ten potwór, zabójca, przez jeden jedyny litościwy czyn na zawsze już dla Barlowa po prostu dobry
człowiek. Towarzysz, przyjaciel, brat. Ralph Hitchcomb. Morderca.

To  jego  odpłata,  jakże  hojna,  jak  niewspółmierna,  jak  serdeczna  odpłata  za  krzywy  nagrobek  z

łupka w cieniu dwóch milczących pustynnych skałek.

Więc  teraz  Barlow  z  głębi  duszy,  z  całej  szalejącej  tam,  wzburzonej,  kipiącej  wdzięczności,  ze

szczęścia,  które  nie  może  się  pomieścić,  z  głębokiego,  czystego  szacunku,  podrywa  głowę,  patrzy
pełnymi łez oczami w niebo błękitne jak sprana dziewczęca sukienka i rozrzuciwszy na bok ramiona,
krzyczy z radości, siłą wolnego wreszcie od udręki serca, pełną piersią, szczerze:

- Niech pana Bóg błogosławi, panie Hitchcomb! Kimkolwiek pan jest!

 

Koniec opowieści drugiej

background image

Spis treści

Strona tytułowa. 1
Pamięć Umarłych. 6


Document Outline