background image

Andrzej Syta 
Generał Dezydery Chłapowski 1788 - 1879 
Warszawa: MON 1971 

Na dysk przepisał Franciszek Kwiatkowski 
Młodzieńcze, zarób na krzyŜ!..." 

Zima 1807 roku była nad podziw łagodna i mokra. Ciągnąc sznury 
taborów, brnąc w błocie rozmiękłych dróg, armie Napoleona 
maszerowały na wschód. 

W dalszym ciągu trwała wojna z Prusami, chociaŜ na polach pod Jeną 
i Auerstedt rozwiała się legenda o niezwycięŜonej armii pruskiej. 
Napoleon parł naprzód. Zdemoralizowane błyskawicznymi klęskami 
pułki króla pruskiego nie przedstawiały juŜ wielkiej wartości 
bojowej, ale w ich rękach pozostawały jeszcze twierdze na Pomorzu 
i w Prusach Wschodnich. Na drodze Bonapartego stanął teŜ nowy 
groźny przeciwnik: 

Cesarz rosyjski Aleksander I wysłał swoje armie na pomoc pruskiemu 
sprzymierzeńcowi. Walki rozgorzały od nowa. Przez ponad pół roku 
straszliwa wojna przetaczała się przez ziemie polskie. Koniec 
grudnia przyniósł krwawe zmagania pod Czarnowem, Pułtuskiem i 
Gołyminem. Tu Francuzi przekonali się, co to znaczy męstwo i 
nieustępliwość rosyjskiego Ŝołnierza. Bitwy przyniosły dotkliwe 
straty obu stronom ale jeszcze nie przesądziły o dalszych losach 
wojny. Lepiej wiodło się Francuzom w walkach na Pomorzu, zimą i 
wiosną 1807 roku, nie tu jednak miało się wszystko rozstrzygnąć. 
Trzeba było czekać na to pół roku. Dopiero krwawo okupione 
zwycięstwa Napoleona pod Iławą Pruską i Frydlandem, w lutym i w 
czerwcu 1807 roku, zadecydowały o jego sukcesie w tej wojnie. 7 
lipca 1807 roku w TylŜy został zawarty pokój z Rosją, a 9 tegoŜ 
miesiąca, z Prusami. Jesienią 1806 roku ludność Wielkopolski 
pierwsza entuzjastycznie powitała Napoleona na ziemiach polskich. 
OŜyły nadzieje Polaków na wskrzeszenie bytu Ojczyzny. Twórcy 
Legionów Polskich we Włoszech, generał Jan Henryk Dąbrowski i 
Józef Wybicki, skierowali do narodu polskiego płomienną odezwe. 
Wzywali pod sztandary Napoleona, wierzyli, Ŝe przywróci on 
niepodległość krajowi. "Polacy! - nawoływali. - Napoleon, wielki, 
niezwycięŜony. Wchodzi w trzykroć sto tysięcy wojska do Polski. 
Nie zgłębiajmy tajemnic zamysłów, starajmy się być godnymi jego 
wspaniałości... Powstańcie i przekonajcie go, iŜ gotowi jesteście 
i krew toczyć na odzyskanie Ojczyzny... Broń i oręŜ z rąk jego 
otrzymacie. A wy, Polacy, przymuszeni przez naszych najeźdźców bić 
się za nich przeciwko własnej sprawie, stawajcie pod chorągwiami 
Ojczyzny swojej..." 

Apel ten nie pozostał bez echa. Ochotnicy spieszyli do wojska, 
obficie płynęły dary i Ŝywność. Formowały się pułki, które na polu 
bitwy swoim męstwem i krwią starały się rozwiać wątpliwości 
Napoleona wyraŜone słowami: "Obaczę, jeŜeli Polacy godni są być 
narodem..." 

Polskie oddziały odznaczały się w walkach na Pomorzu zimą i wiosną 
1807 roku, brały teŜ udział w wielkiej i rozstrzygającej bitwie 
pod Frydlandem. 

background image

W pochmurny i mglisty poranek pod koniec stycznia 1807 roku 
wyruszył z Gniezna nowo sformowany 9 liniowy pułk piechoty. Nauka 
wojskowego rzemiosła była krótka. W ciągu kilku zaledwie tygodni 
młody Ŝołnierz zdołał jedynie poznać jego podstawowe i niezbędne 
arkana. Resztę edukacji miał otrzymać w bitwie. 

Kompanie opuściły miasto. Umilkła muzyka pułkowa, coraz dalej w 
tyle pozostawały gnieźnieńskie dachy i wieŜe. Ten i ów obejrzał 
się ukradkiem za siebie, w duchu zapytywał: czy tu jeszcze wrócę? 
Padający bez przerwy mokry śnieg zalepiał oczy, utrudniając marsz. 
Oficerowie, chcąc dać przykład młodym Ŝołnierzom, pozsiadali z 
koni i maszerowali pieszo ze swoimi kompaniami. Wśród nich 
znajdował się młody, zaledwie dziewiętnastoletni porucznik 
Dezydery Chłapowski. Wtulając twarz w kołnierz płaszcza, jak inni 
brnął na spotkanie z nieznanym, ze swoim nowym losem. Czy okaŜe 
się dla niego łaskawy? Czy zdobędzie sławę, zabłyśnie męstwem, czy 
będzie godny oficerskiego munduru, który z takim zaufaniem 
ofiarowała mu Ojczyzna... 

Wypadki ostatnich miesięcy mocno wryły się w pamięć Dezyderego. 
Ich bieg jak rwący potok ogarnął go i poniósł ku nowemu losowi. 
Skoczył w ten nurt z zapałem swoich dziewiętnastu lat. On to 
pierwszy przywiózł do Poznania wieść o klęsce Prus i zajęciu 
Berlina przez Francuzów. Kilka dni później w szeregach gwardii 
honorowej witał Napoleona. Następnie przebywał w orszaku cesarza 
podczas jego trzydniowego pobytu w Poznaniu. 

Pewnego razu Napoleon odbywał jedną ze swoich ulubionych 
przejaŜdŜek konnych. Nagle orszak natrafił na szeroko rozlane 
kałuŜe. Oficerowie rozjechali się w poszukiwaniu wygodniejszej 
drogi. Dezydery wysunął się przed innych, znalazł suchy przesmyk i 
zawołał wesoło: 

- Un Polonais passe partout!* (* Polak wszędzie przechodzi!) 

W drodze powrotnej Napoleon rozkazał mu, aby pozostał przy nim. 
Wypytywał go o rodzinę, kraj i miejscowe stosunki. Jasne i zwięzłe 
odpowiedzi młodzieńca spodobały się cesarzowi. Gdy wrócili, kazał 
Dezyderemu pozostać na obiedzie, w którym uczestniczył równieŜ 
marszałek Berthier. 

Wspominając tamte wydarzenia Chłapowski nie przypuszczał, jak 
mocno zawaŜą one na jego dalszych losach. 

Tymczasem pułk maszerował przez Gąsawę, Bydgoszcz, Świecie, Gniew 
w stronę Gdańska, gdzie toczyły się walki. Pod Gniewem pułk 
Dezyderego dołączył do dywizji Dąbrowskiego. Generał dokonał tu 
przeglądu podległych sobie oddziałów. 

NajbliŜszy nocleg wypadł juŜ w bezpośredniej styczności z 
nieprzyjacielem. Nad Wisłą uwijały się podjazdy pruskich huzarów. 
Tę noc Dezydery spędził na wysuniętej placówce, grzejąc się przy 
niewielkim ognisku rozpalonym w dole po kartoflach. 

Nazajutrz pułk pomaszerował drogą wiodącą do Gdańska. Kompania 
woltyŜerów szła w straŜy przedniej, dowodzonej przez Jana 
Dąbrowskiego, syna generała. Awangarda stała w Sułkowie, wsi 
połoŜonej kilka kilometrów przed Tczewem. 

Wstawał późny, zimowy ranek 23 lutego 1807 roku. Jeszcze było 
ciemno, kiedy do Sułkowa przybył generał Dąbrowski. Otoczony 
oficerami, zatrzymał się na skraju wsi. Adiutanci rozłoŜyli mapę. 

- Przed nami Tczew - odezwał się generał. 

background image

- Niezbyt to potęŜna forteca, ale obsadzona silnie i drogę do 
Gdańska nam zasłania. Musimy ją wziąć - i to jeszcze dziś. 

Dąbrowski omawiał plan ataku na miasto i udzielał szczegółowych 
dyrektyw dowódcom. Chłapowski, stojący w gronie oficerów, z uwagą 
słuchał słów generała. Nagle dowódca zwrócił się wprost do niego: 

- Poruczniku, zbliŜ się waćpan! Pójdziesz w przedzie ze swoją 
kompanią, przed domami przedmieścia połowę ludzi puścisz tyralierą 
w ogrody, a z resztą Ŝywo postąpisz w ulicę między domy i będziesz 
otwierał drogę ku bramie. Za tobą pójdą grenadiery i reszta 
batalionu. Czy dobrze zrozumiałeś rozkaz? Podołasz? 

- Tak jest, generale! Rozumiem, będę się starał! 

- Młodyś - z uśmiechem mówił Dąbrowski. - Widzę, Ŝe zapału ci nie 
brak. Jak słyszę, to twój pierwszy występ w boju, bacz więc, by 
ochota rozsądku w tobie nie zabiła. Pamiętaj, Ŝe nie swoim tylko 
Ŝyciem szafujesz. Ruszaj tedy, rad będę dobrze o tobie usłyszeć. 

Chłapowski wrócił do kompanii. Niebawem ruszył w stronę Tczewa, 
poprzedzany szwadronem ułanów. Po dwu godzinach marszu oczom 
Ŝołnierzy ukazało się miasto. Na przedmieściu kręcili się huzarzy 
pruscy. Ułani poprzedzający kompanię Chłapowskiego kłusem ruszyli 
w stronę nieprzyjaciela, rozwijając plutony flankierskie. Huknęły 
pierwsze strzały, woltyŜerzy przyśpieszyli kroku. Ułani w mig 
spędzili kawalerię pruską, a następnie usunęli się otwierając 
drogę piechocie. 

Kilka krótkich rozkazów i pół kompanii rozsypało się w tyraliery. 
Resztę Dezydery prowadził ulicą ku Bramie Nadwiślańskiej. Ale 
piechurzy pruscy czuwali. Z okien niskich domków podmiejskich, zza 
płotów i szop huknęły strzały. Padli zabici, rozległy się jęki 
rannych. Zachwiały się i pomieszały szyki woltyŜerów. Widok 
zabitych i cierpienia rannych wstrząsnęły młodymi Ŝołnierzami. 
Pierwszy raz zetknęli się z grozą wojny. Stracił teŜ głowę młody 
dowódca. Szczęściem była to tylko chwilowa depresja. Dezydery 
szybko otrząsnął się i ponownie sformował Ŝołnierzy. Otuchy dodał 
mu widok nadbiegającej kompanii grenadierów, która poprzedzała 
resztę pułku. 

Prusacy nie czekali na ponowne natarcie. Uciekali w kierunku 
bramy, ścigani przez woltyŜerów którzy znów byli na czele 
batalionu. Piechurzy pruscy zdąŜyli dopaść do bramy i zatrzasnąć 
ją przed ścigającymi. Ze strzelnic w bramie, z okien i dachów 
domów stojących za wałem znowu sypnął grad kul na atakujących. 

Galopem nadjechał zastępca dowódcy pułku, podpułkownik Sierawski, 
wołając: 

- Poruczniku! KaŜ ludziom kryć się za domy, wnet tu zajedzie 
armata i rozbije bramę! 

WoltyŜerzy rozbiegli się szukając schronienia pod ścianami domów i 
za płotami. Strzelali z ukrycia, celując w strzelnice i okna domów 
za wałem. RównieŜ pozostałe kompanie batalionu ukryły się za 
domami. 

Obustronna strzelanina trwała z górą pół godziny, aŜ wreszcie 
pędem zajechała armata z obsługą francuską. Dowodził nią stary, 
wąsaty oficer artylerii. 

Francuz zatrzymał się w odległości około 150 kroków od bramy i, 
nie bacząc na kule, nie zsiadając z konia, spokojnie wydawał 
rozkazy swoim kanonierom. 

background image

Za domem Chłapowski sformował kompanię w kolumnę szturmową. 
Ściskając rękojeść szpady, z niecierpliwością oczekiwał skutku 
ognia artyleryjskiego i sygnału do ataku. 

Za trzecim strzałem runęła brama. Francuz z flegmą zwrócił się w 
siodle, pochylił w stronę Dezyderego i powiedział: 

- Dalej, młodzieńcze, zarób na krzyŜ, ruszaj w miasto! 

Chłapowski juŜ nie słuchał. 

- Naprzód! - wydał komendę. 

WoltyŜerzy ścisnęli szeregi, pochyliły się bagnety. 

Prusacy nie wytrzymali impetu natarcia, rzucili się do ucieczki. 
Kilku usiłujących stawiać opór rozniesiono na bagnetach. 

Droga do miasta była wolna... 

W potyczce pod Tczewem młody porucznik "zasłuŜył sobie" na 
czerwoną wstąŜkę Legii Honorowej. Dobrze wypadł jego pierwszy 
chrzest bojowy, poznał swoją wartość, z jeszcze większym zapałem 
przystąpił do pełnienia dalszej słuŜby. A słuŜba była cięŜka... 

Jedną, szczególnie przykrą, noc z 12 na 13 marca tak wspomina 
Dezydery w swoich Pamiętnikach: 

"... juŜ byliśmy się jako tako urządzili i ogień rozłoŜyli, aŜ tu 
przybywa podpułkownik Cedrowski i przynosi mi rozkaz posunięcia 
się pod spalone przedmieście Schotland [dzisiejsza dzielnica 
Gdańska Szkoty - A.S.), gdzie zabroniono nam ognia palić, aby się 
nieprzyjacielowi nie objawić. Tam, bez słomy, bez ognia, całą noc 
mokrą przepędziłem, drepcąc dla rozgrzania się po śniegu z błotem 
przemieszanym. Blisko bardzo od placówki czaty popostawiałem, bo 
noc była ciemna. Cała kompania istotnie stała na czatach, bo się 
Ŝaden z nas nie połoŜył. Nie pamiętam przykrzejszej nocy w ciągu 
tej wojny. Nad ranem dopiero Ŝołnierze ze spalonego przedmieścia 
kilka tarcic przynieśli, na których kolejno z Gorzeńskim 
spoczęliśmy, bo na ziemi nie moŜna było się połoŜyć - wszędzie 
było na pół łokcia błota z śniegiem. Tej nocy nigdy nie zapomnę, 
bardzo długą mi się zdawała i dlatego obszernie ją opisuję, aŜeby 
młodzi Ŝołnierze wiedzieli, co na wojnie ich czeka: nie tylko 
kula, ale niewygody, na które trzeba być przygotowanym. 
KoleŜeństwo zresztą takie cierpienia zmniejsza..." 

Pędząc przed sobą nieprzyjaciela, w ciągłych potyczkach na 
płaskich, podmokłych polach Ŝuławskich wojska francuskie i polskie 
ciągnęły pod Gdańsk. 

W połowie marca 1807 roku rozpoczęło się oblęŜenie Gdańska. Pułk 
Chłapowskiego osłaniał francuskich saperów prowadzących podkopy do 
twierdzy i odpierał wypady oblęŜonych. W ciągu dnia trzeba było 
stać w pogotowiu, często w zasięgu ognia działowego, a takŜe 
pomagać saperom przy pracach oblęŜniczych. Szczególnie cięŜkie 
były jednak noce, kiedy to nieprzyjaciel wypadał z fortecy, 
starając się zniszczyć wykonane podczas dnia prace. W ciemności 
dochodziło wtedy do zaciekłych starć, w których obok bagnetów i 
szabel w ruch szły łopaty, kilofy, a często pięści i noŜe. 

U schyłku nocy 26 marca kompania Chłapowskiego jak zwykle 
obejmowała słuŜbę przy podkopie. śołnierze składali w rowie 
tornistry, rozmieszczali się na stanowiskach. Było jeszcze 
ciemno... 

background image

Nagle z lewej strony, ze stanowisk, które powinni byli zajmować 
Ŝołnierze badeńskiego korpusu posiłkowego, sypnął grad kul. Od 
śniegu odbijały sylwetki tyralierów pruskich, biegnących w stronę 
podkopu, a nowa salwa huknęła z tyłu naszej kompanii. 

Chłapowski zrozumiał, Ŝe jeszcze moment, a będzie otoczony. 
Widocznie Badeńczycy dali się podejść i bez wystrzału złoŜyli 
broń... Pozostała jedyna droga w prawo cofać się ku swoim 
kompaniom odwodowym, stojącym kilkaset metrów z tyłu. Te zresztą 
teŜ juŜ wchodziły do boju, odpierając piechurów pruskich 
otaczających kompanię Dezyderego. Nadjechał major Malczewski, 
dowódca kompanii odwodowych, który rozkazał Chłapowskiemu rozwinąć 
swoich Ŝołnierzy w tyralierę; pod osłoną ich ognia wszyscy 
wycofywali się dalej, ku swoim. Okazało się bowiem, Ŝe 
nieprzyjaciel wyprowadził z twierdzy znaczne siły, tak jakby 
zamierzał toczyć bitwę w polu. 

W blasku wstającego dnia moŜna było zobaczyć kolumny piechoty i 
rozwijające się szwadrony jazdy. Widząc szykującą się do ataku 
kawalerię Chłapowski zwinął tyralierów, rozkazał podporucznikowi 
wycofywać kompanię, sam zaś z dziesięcioma ludźmi osłaniał odwrót. 
Wtedy to z boku do szarŜy linią ruszyły dwa szwadrony pruskich 
dragonów. 

Grzmot kopyt rozpędzonych koni, błysk uniesionych szabel i juŜ 
szwadron przeleciał pomiędzy rozbiegającymi się tyralierami 
Chłapowskiego, który popędził ku cofającej się kompanii. 

Dezydery pamiętał tylko, Ŝe nagle znalazł się pomiędzy dwoma 
końmi, potem cios i stracił przytomność. Ocknął się na ziemi, 
spostrzegł, Ŝe jest otoczony przez kilku kozaków. Był w niewoli. 
Cios, który pozbawił go przytomności, nie był groźny. Widocznie 
dragonowi w momencie uderzenia zwinęła się w ręce szabla, walnął 
więc płazem - mocno, ale nieszkodliwie. 

Wkrótce zjawił się oficer rosyjski, który pomógł Dezyderemu wstać, 
a następnie polecił jednemu z kozaków zsiąść z konia i wsadzić na 
siodło niepewnie stojącego na nogach jeńca. Chłapowski wraz z 
kilkoma innymi Ŝołnierzami wziętymi do niewoli został odprowadzony 
do twierdzy. 

Tu pierwszy raz spotkał go dowód wielkiej pamięci i łaski cesarza 
Napoleona. Na wieść o wzięciu do niewoli młodego porucznika 
osobiście wstawił się on za jego uwolnieniem. "śywię 
szczególniejsze zainteresowanie dla tego młodego człowieka" - 
pisał cesarz 1 kwietnia 1807 roku do dowódcy korpusu oblęŜniczego, 
marszałka Francji Lefebre'a. Nakazywał niezwłoczne poczynienie 
odpowiednich kroków w celu uzyskania wymiany Chłapowskiego. 

Niestety, interwencja cesarska była spóźniona. Parę dni wcześniej 
Chłapowski wraz z innymi jeńcami został załadowany na statek i 
wysłany najpierw do Kłajpedy, a potem do Rygi. 

Niewola nie trwała jednak długo. Po kilku miesiącach warunki 
pokoju w TylŜy przywróciły wolność jeńcom. Chłapowski mógł 
powrócić do kraju. Jechał przez Wilno, w którym zabawił kilka dni 
poznając miasto i okolicę. Jeszcze wtedy nie wiedział, Ŝe 
poczynione tu obserwacje przydadzą się mu w najwaŜniejszej i 
równocześnie - najcięŜszej chwili jego Ŝycia. 

Po przyjeździe do Warszawy natychmiast powrócił do słuŜby. 
Otrzymał awans na kapitana, KrzyŜ Orderu Virtuti Militari i 
nominację na adiutanta generalnego III legionu. SłuŜbę adiutancką 
miał pełnić przy boku generała Dąbrowskiego. Otwierała się przed 
nim szeroka kariera wojskowa. 

background image

Nie dane mu jednak było długo słuŜyć w armii Księstwa 
Warszawskiego. Napoleon pamiętał o tym "małym Polaku, który 
wszędzie przejdzie" i specjalnym rozkazem powołał Chłapowskiego do 
ParyŜa, mianując go swoim oficerem ordynansowym. 

Adiutant Jego Cesarskiej Mości 

Hucznie i gwarnie toczyło się Ŝycie na cesarskim dworze w ParyŜu. 
Wciągnęło ono teŜ od razu nowo mianowanego adiutanta, cieszącego 
się szczególną łaską cesarza. Młody Polak szybko zyskał sobie 
popularność w kręgach dworskich. Przystojny, inteligentny 
młodzieniec o nienagannych manierach, mimo pewnej wyniosłości w 
sposobie bycia, był przyjmowany Ŝyczliwie w kręgach towarzyskich, 
szczególnie w otoczeniu cesarzowej. 

Niedługo jednak mógł Dezydery korzystać z dworskich uciech, które, 
nawiasem mówiąc, nie bardzo go pociągały. Adiutant cesarza musiał 
duŜo umieć, więcej niŜ przeciętny oficer, dlatego teŜ trzeba było 
się uczyć. Chłapowski z zapałem przystąpił do studiów w paryskiej 
szkole politechnicznej, uzupełniając braki w swoim ogólnym 
wykształceniu. 

W tych dniach wytęŜonej pracy znalazł przecieŜ Dezydery czas, by 
odwiedzić legendarnego juŜ bohatera powstania 1794 roku, Tadeusza 
Kościuszkę, dla którego Ŝywił głęboki szacunek i podziw. Naczelnik 
przyjął go w cichej miejscowości Berville pod ParyŜem, gdzie 
zajmował niewielki dom z ogrodem. 

Kościuszko, ubrany w skromny strój francuskiego wieśniaka, w 
momencie przybycia Chłapowskiego zajmował się ulubioną pracą w 
ogrodzie. śyczliwie powitał młodego oficera, wypytywał go o 
przebieg słuŜby, dalsze plany, dzielił się swoimi poglądami na 
panującą sytuację polityczną. 

- Dobrze, Ŝe słuŜysz, Ŝe się uczysz. Przy boku cesarza moŜesz 
zdobyć wiele wiadomości i doświadczenia... To wielki człowiek i 
wielki wojownik. Pamiętaj jednak, Ŝe dla nas, dla Polski, nic on 
nie zrobi. On myśli tylko o sobie... 

Słowa te głęboko wryły się w pamięć Dezyderego. Kto wie, czy 
później nie przesądziły o jego decyzjach. 

Tymczasem Napoleon opuścił ParyŜ, udając się wiosną 1808 roku do 
Bajonny. Cesarz Francuzów obrócił oczy za Pireneje, sięgnął po 
Hiszpanię. Minęły juŜ dni świetności hiszpańskiego królestwa. Tron 
Bourbonów, przeŜarty demoralizacją, chwiał się w posadach. Trwały 
walki i rozgrywki między królem Karolem i synem księciem 
Ferdynandem, a krajem faktycznie rządzili wszechwładni faworyci. 
Lud burzył się, szlachta i arystokracja spiskowały, dzieląc się na 
frakcje i stronnictwa. Na dworze mnoŜyły się spiski i intrygi, 
krajem wstrząsały powstania. I wtedy zawisła nad Hiszpanią cięŜka 
dłoń Bonapartego. Zapadł wyrok na ostatni w Europie tron 
Bourbonów. Pierwszym posunięciem było wyrwanie Hiszpanii spod 
wpływów brytyjskich i narzucenie jej francuskiej przyjaźni. Dla 
jej zabezpieczenia wciąŜ nowe oddziały francuskie rozlewały się po 
Półwyspie Pirenejskim, początkowo Ŝyczliwie witane przez ludność. 
Niosły przecieŜ z sobą tyle nowych i postępowych haseł, obcych 
dotąd hiszpańskiemu ludowi, spętanemu ponurymi tradycjami 

background image

inkwizycji. Kiedy jednak wchodziło ich coraz więcej, gdy ofiarą 
zaczęły padać kolejne twierdze, z oczu Hiszpanów opadła zasłona. 
Stało się jasne, Ŝe za tą przyjaźnią kryje się twarda zaleŜność, 
narzucona dumnemu królestwu przez europejskiego mocarza. 

W kraju zatliły się ogniska wojny przeciwko obcej przemocy. Kiedy 
Napoleon brutalnie pozbawił tronu hiszpańską rodzinę królewską, a 
do Madrytu wprowadził swojego brata Józefa, ten Ŝar przerodził się 
w płomień. Lud hiszpański chwycił za broń... 

Te kolejne wydarzenia przerwały naukę Chłapowskiego. Napoleon 
chciał mieć przy sobie swojego adiutanta i wezwał go do Bajonny. 
Tu wypadło mu spełnić pierwsze zlecenie cesarza. Miał zawieźć 
pilny rozkaz marszałkowi Muratowi, który stacjonował w Madrycie. 
Do celu winien dotrzeć trzeciego dnia, licząc od chwili wyjazdu z 
Bajonny. 

Dezydery ruszył w drogę. Nie zatrzymując się po drodze na dłuŜej, 
tyle tylko, ile trzeba było na zmianę koni, pędząc szaleńczo dzień 
i noc, stanął na miejscu przeznaczenia wcześniej, niŜ mu kazano. U 
marszałka meldował się w opłakanym stanie, który tak określa w 
Pamiętnikach: "...prowadzić mnie musiano do marszałka, bom się na 
nogach utrzymać nie mógł; miałem gorączkę w całym ciele, zdawało 
mi się, Ŝe się głowa karku nie trzyma, ale myśl była wyraźna i 
bardzo przytomna..." 

Świetnie wywiązał się z postawionego zadania i odtąd, po tej 
pierwszej próbie, był uŜywany do najtrudniejszych i 
najpilniejszych poleceń. 

Koniec lata i jesień 1808 roku Chłapowski spędził u boku cesarza w 
ParyŜu. Otoczony nimbem cesarskiej łaski, zwany "cherubinkiem" 
wśród dam dworu cesarzowej, potrafił jednak zachować całkowitą 
godność; nigdy nie nabrał cech i manier dworaka. Obce mu były 
intrygi i zawiści tego kapiącego złotem tłumu, wypełniającego 
codziennie sale pałacu w Tuileries, chociaŜ niejeden zabiegał o 
względy faworyzowanego adiutanta. 

Tymczasem na mozolnie wznoszonym przez Napoleona gmachu potęgi 
francuskiej zaznaczyły się rysy. W krajach podporządkowanych tu i 
ówdzie powstawały punkty zapalne. Prusy skrycie przygotowywały 
powstanie, płonęła Hiszpania, zaczynała podnosić głowę pokonana 
Austria. 

Napoleon zareagował natychmiast. Prusy obłoŜył nową kontrybucją i 
zaostrzył tam system okupacyjny, a Austrię szachował staraniem o 
wzmocnienie przymierza z Rosją. W tym teŜ celu udał się Bonaparte 
w końcu września 1808 roku do Erfurtu na spotkanie z cesarzem 
Rosji Aleksandrem I. 

W ciągu kilkunastu dni władcy dwu potęg demonstrowali swoją 
przyjaźń. Pojawiali się razem na balach, polowaniach i w teatrze, 
ostentacyjnie wymieniali uściski i pocałunki. Spotkania te tak 
scharakteryzował jeden z historyków tych czasów: "Chodziło o to, 
Ŝeby wszystkie przejawy czułości odbyły się publicznie. Dla 
Napoleona te pocałunki utraciłyby całą słodycz, gdyby wieść o nich 
nie dotarła do Austriaków, a dla Aleksandra, gdyby nie mieli się o 
nich dowiedzieć Turcy". 

Mimo tych demonstracji serdeczności Napoleon nie uzyskał w 
Erfurcie tego, co zamierzał. Aleksander nie dał zapewnienia, Ŝe 
wystąpi zbrojnie po stronie Francji, gdyby musiała ona prowadzić 
wojnę z Austrią. Była to zapowiedź rysującego się konfliktu 
rosyjsko-francuskiego. 

Chłapowski towarzyszył cesarzowi w jego podróŜy do Erfurtu i 

background image

dzięki temu mógł być świadkiem tego historycznego spotkania. 
Niestety, ten epizod ze swojego Ŝycia bardzo skąpo opisał w 
Pamiętnikach, podobnie zresztą jak i te, które odnosiły się do 
chwil spędzonych na dworze. Dowodzi to, Ŝe sprawy ściśle wojskowe 
zawsze pozostawały w centrum jego zainteresowania. 

W pamięci Dezyderego pozostał jednak fakt spotkania w Erfurcie z 
wielkim księciem Konstantym, który swoją oryginalną osobowością 
wywarł duŜe wraŜenie na młodym adiutancie. Wtedy, w Erfurcie, 
nawet nie przypuszczał, Ŝe ten człowiek po latach zostanie jego 
szwagrem. 

Groźny rozwój wypadków w Hiszpanii powołał tam Napoleona w 
listopadzie 1808 roku. Wraz z cesarzem znalazł się tam takŜe 
Chłapowski. Często musiał jeździć z rozkazami do róŜnych korpusów 
i oddziałów francuskich. PodróŜe te, często samotne, nie naleŜały 
do przyjemnych. W kraju ogarniętym poŜarem szczególnie okrutnej 
wojny, gdzie drogi roiły się od fanatycznych partyzantów, 
niebezpieczeństwo było olbrzymie. Niewoli nie było. Dostanie się 
Ŝywcem w ręce Hiszpanów to śmierć, często po długich i 
wyrafinowanych torturach. Chłapowski szczęśliwie jednak uniknął 
losu wielu kurierów francuskich, chociaŜ nieraz musiał szablą 
torować sobie drogę, a często tylko szybkości konia zawdzięczał 
ocalenie. 

Uczestnicząc od początku w wypadkach hiszpańskich Chłapowski nie 
patrzył bezkrytycznie na rolę, jaką odgrywał w nich Napoleon. 
Cenił Hiszpanów, widział i rozumiał cel ich walki, mimo Ŝe słuŜył 
przeciwko nim. 

W styczniu 1809 roku, kiedy za plecami przebywającego w Hiszpanii 
Napoleona przygotowywała się piąta koalicja, Chłapowski otrzymał 
kolejną waŜną misję. Cesarz, baczny na wypadki europejskie, z 
Valladolidu w Hiszpanii wysłał Chłapowskiego do Warszawy, 
polecając mu: "...zabawić w Warszawie dni osiem, obaczyć wszystko, 
co się tam dzieje, jaki duch panuje w Księstwie Warszawskim, co 
się mówi i czyni w Galicji". 

PodróŜując dniem i nocą, dziewiętnastego dnia Dezydery stanął w 
Warszawie. Zatrzymał się tu siedem dni: Zebrał potrzebne 
wiadomości, głównie dokładne dane o dyslokacji wojsk austriackich 
w Galicji, i ruszył w drogę powrotną. Cesarz, którego spotkał w 
ParyŜu, i tym razem mógł być zadowolony ze swojego adiutanta. 
Interesujące go informacje otrzymał w dokładnym raporcie. 

Będąc w Warszawie Chłapowski wiele uwagi poświęcił armii Księstwa 
Warszawskiego. Starał się zaobserwować jej wyszkolenie i ocenić 
wartości bojowe. Z radością i dumą stwierdził, Ŝe ta niewielka 
liczebnie armia jest oŜywiona wspaniałym duchem, równocześnie 
jednak dostrzegał takŜe mankamenty. Ubolewał nad brakiem kadry 
oficerskiej, widział teŜ słabość ekonomiczną wyczerpanego kraju. 

Tak zanotował poczynione wówczas spostrzeŜenia: "...Przyjemnego 
bardzo doznałem uczucia w Warszawie. Poznałem się ze wszystkimi 
prawie naszymi oficerami starszymi. Wprawdzie wojsko nasze było 
jeszcze w formacji, ale dzielny duch oŜywiał wszystko. Znać jednak 
było we wszystkich regimentach brak oficerów doświadczonych i 
wielka zachodziła róŜnica między temi nowemi pułkami a gwardią 
polską i Legią Nadwiślańską, które dopiero co w Hiszpanii 
widziałem i często z niemi przebywałem. Gwardia miała prócz 

background image

pułkownika Krasińskiego cały sztab złoŜony ze starych oficerów i 
na wzór starych regimentów gwardii wkrótce się wykształciła. 
Legia Nadwiślańska miała starych oficerów jeszcze z Legii Włoskiej 
Dąbrowskiego i Nadreńskiej Legii Kniaziewicza. Prawie wszyscy 
podoficerowie jeszcze w niej byli starzy, więc słuŜba szła 
spokojnie, powaŜnie i regularnie. 

Nie tak było w wojsku Księstwa Warszawskiego. Piechota wprawdzie 
doskonała. Jazda potrzebowała jeszcze wyrobienia. PoniewaŜ manewry 
dotychczasowego regulaminu nie dość szybkie, miał być nowy 
regulamin wydany. Artyleria ma mało oficerów wykształconych, ale 
Ŝołnierz dosyć wyrobiony. Cała armia miała postawę bardzo dobrą i 
duch dobry; Ŝywość, wesołość i zaufanie rokowały najlepszą 
nadzieję. Zresztą wojska polskiego w Księstwie stało niewiele, bo 
trzymało garnizony w Gdańsku, Szczecinie. Kistrzynie [Kostrzynie - 
A.S.). pieniądze wysyłane do tych garnizonów nie wracały do kraju: 
ToteŜ stan finansowy niepokoił ludzi powaŜnych. Pieniądze na 
wszystkie potrzeby wychodziły z kraju, bo nie było w nim fabryk 
ani manufaktur. A jedyny dochód był za zboŜe, którego sprzedać nie 
było moŜna. 

Podatki były nad siły kraju. Urzędników zdolnych mało, bo Prusacy 
Polaków nie przypuszczali. A liczba zbyt wielka absorbowała 
dochody..." 

Tymczasem w Europie zachodniej i środkowej znów grzmiały działa. 
Wojna z Austrią wybuchła wcześniej, niŜ się tego spodziewano. 9 
kwietnia 1809 roku rozpoczęły się działania austriacko-francuskie 
w Bawarii, 14 kwietnia potęŜny korpus austriacki wkroczył do 
Księstwa Warszawskiego. 

Chłapowski znów towarzyszył Napoleonowi w drodze na pole walki. W 
Bawarii, pod miejscowością Ingolstadt, nastąpiło spotkanie cesarza 
z Ŝołnierzami. Tę ciekawą i bardzo barwną scenę, charakterystyczną 
dla epoki napoleońskiej, opisuje dokładnie Chłapowski: 

"...Cesarz na otwartem polu zsiadł z konia i ogień kazał rozpalić, 
juŜ bowiem dzień się kończył. Nadeszła dywizja Davousta [Davouta] 
i kolumnami przemaszerowywała tuŜ przed cesarzem. śołnierze, 
poznawszy go, a myśleli, Ŝe był jeszcze w Hiszpanii, takie poczęli 
roznosić wiwaty, jakich jeszcze nie słyszałem. W tejŜe chwili 
kilkunastu kirasjerów przeprowadzało z drugiej strony cesarza całą 
kolumnę niewolników, których nad wieczorem zabrano. Dostał się do 
niewoli pułkownik sztabu generalnego, którego przywiedziono przed 
cesarza. Cesarz kazał mu usiąść przy stole i zaczął wypytywać o 
stanowisko i siłę korpusów austriackich. Odpowiadał z początku, 
ale potem rzekł, Ŝe nie moŜna Ŝądać, aby oficer sztabowy 
informował nieprzyjaciela. "Nie obawiaj się pan - rzecze 
cesarz - wiem i tak wszystko", i zaczął szybko, z największą 
dokładnością wymieniać stanowiska korpusów i pułków. Zdziwiony 
Austriak, Ŝe oficer na forpocztach tak informowany, rzekł: "Z kim 
mam honor?" Na to cesarz podniósł się trochę, uchylił kapelusza i 
rzekł: "Monsieur Bonaparte". W czasie tej rozmowy piechota 
francuska tak głośne okrzyki wydawała. Piękny to był obraz..." 

Całą tę kampanię Dezydery odbył u boku Napoleona, ale tu miał 
równieŜ okazję bezpośrednio dowodzić na polu bitwy. W bitwie pod 
Eckmhl prowadził do szarŜy szwadrony francuskich strzelców 
konnych. Tego dnia był zaliczony do grona najwaleczniejszych. 

background image

Uczestniczył równieŜ w krwawych bojach pod Aspern i Essling, był 
teŜ świadkiem świetnego zwycięstwa pod Wagram. Tu właśnie, w ogniu 
bitwy wagramskiej, przeŜył Chłapowski osobliwą przygodę. Stojąc z 
uniesionym kapeluszem słuchał właśnie kolejnego rozkazu cesarza, 
gdy nadlatująca kula armatnia wyrwała mu go z ręki. Dezydery 
opuścił rękę i nie zmieniając postawy spokojnie patrzył w twarz 
cesarza. Napoleon uśmiechnął się, zadowolony, Ŝe jego ulubiony 
"Klaposki" umie zachować zimną krew. 

- Dobrze, Ŝeś nie wyŜszy - wtrącił, po czym dokończył rozpoczęty 
rozkaz. 

Zwycięstwo Napoleona pod Wagram zmusiło Austrię do zawarcia 
zawieszenia broni, a później do podpisania traktatu pokojowego. 
Zdawało się, iŜ nad Europą ucichnie burza, Ŝe wreszcie na trwałe 
zapanuje upragniony pokój. Były to jednak złudzenia... 

Mimo zwycięstwa wagramskiego i innych Austria nie była doszczętnie 
rozbita i rzucona na kolana - jak przed kilku laty po Austerlitz. 
Rokowania pokojowe były długie i pełne ostrych targów. 

Wreszcie 14 października 1809 roku, w pałacu cesarza Franciszka I 
w Schonbrunn pod Wiedniem, podpisano pokój pomiędzy Francją i 
Austrią. Na mocy pokoju Austria traciła znaczne terytoria, między 
innymi ziemie trzeciego rozbioru, zajęte przez wojska polskie w 
wyniku zwycięskiej kampanii 1809 roku, świetnie przeprowadzonej 
przez księcia Józefa Poniatowskiego. Ogólnie jednak pokój ten 
pozostawiał wiele punktów zapalnych i nie wróŜył trwałości. 
Niedługo okazało się, Ŝe nie zdołało go przypieczętować nawet 
małŜeństwo Napoleona z córką cesarza Austrii Marią Luizą. 

Na drodze Napoleona stała teŜ Rosja, z którą był wprawdzie na 
stopie pokojowej, ale narastały konflikty. Cesarz rosyjski nie 
mógł pogodzić się z nieograniczoną hegemonią Napoleona w Europie, 
gdyŜ coraz bardziej odbijała się ona na interesach rosyjskich. 
Równowaga między tymi mocarstwami stała się juŜ nieosiągalna. 
Dobitnym tego wyrazem było stanowisko Rosji wobec toczącej się 
wojny francusko-austriackiej 1809 roku. Formalnie tylko 
opowiedziała się ona po stronie Francji, faktycznie zachowując 
bardzo przychylną neutralność w stosunku do Austrii. Przebywający 
w Księstwie Warszawskim korpus rosyjski pod dowództwem księcia 
Golicyna, który miał wspierać działania armii polskiej, w 
rzeczywistości robił wszystko, aby ułatwić ruchy wojsk 
austriackich. Wydawało się, Ŝe w wypadku niepowodzeń Napoleona na 
polach bitew wojska cesarza Aleksandra otwarcie wystąpią po 
stronie Austrii. Dwuznaczna postawa korpusu Golicyna była teŜ 
powodem ostrych, ale nie zbrojnych, starć z wojskami polskimi, 
szczególnie w czasie zajmowania Krakowa przez armię Księstwa 
Warszawskiego. 

Tak więc obie strony, Napoleon i Aleksander, spoglądały na siebie 
z nieufnością, starając się przeniknąć wzajemne zamiary. 

Bezpośrednio po zawarciu rozejmu z Austrią Chłapowski został 
wysłany do Krakowa, do księcia Józefa Poniatowskiego, aby 
zawiadomić go o zawieszeniu broni i poinformować o przebiegu 
rozmów pokojowych. Miał się teŜ na miejscu zorientować w sytuacji 
i nastrojach armii polskiej. W tym to okresie w Galicji w dalszym 
ciągu stacjonował korpus księcia Golicyna. 

Po powrocie cesarz pierwszy raz nie był zadowolony ze swojego 
wysłannika. Chodziło właśnie o ów korpus rosyjski. "...Cesarz 
zwrócił całą mowę na korpus Golicyna. Musiałem mu wyznać, Ŝe u 
Golicyna nie byłem. Rozgniewał się szczerze i kazał mi iść do 
kozy, powtarzając kilka razy: Mogłeś się domyślić, jak 
interesującym byłby dla mnie raport o korpusie rosyjskim..." 

background image

Tym razem nie odgadł intencji Napoleona, ale Napoleon w dalszym 
ciągu miał do niego zaufanie i uŜywał go do róŜnych zadań. 
Wreszcie cesarz, czyniąc zadość prośbom Chłapowskiego, zgodził się 
na jego przeniesienie do słuŜby czynnej. Dezydery miał słuŜyć w 
pułku lekkokonnym gwardii, słynnym pułku szwoleŜerów. Wprawdzie 
nominację na szefa szwadronu otrzymał juŜ latem 1810 roku, ale 
cesarz zatrzymał go jeszcze przy sobie. 

We wrześniu 1810 roku Chłapowski wyruszył po raz ostatni z waŜnym 
poleceniem cesarza. Tym razem rozkaz brzmiał: "Zasięgnąć 
wiadomości o Księstwie Warszawskim, o jego stanie i duchu 
publicznym, zasięgnąć teŜ, jakie tylko będzie moŜna, wiadomości o 
stanie i duchu publicznym na Litwie". Było to zapowiedzią 
nabrzmiewającego konfliktu z Rosją. Napoleon zbierał juŜ 
informacje, układał plany. 

Tym razem Chłapowski zadowolił cesarza. Dobrze wywiązał się z 
powierzonego zadania. 

13 stycznia 1811 roku objął swoje obowiązki w pułku, ale kontaktu 
z cesarzem nie stracił. Jesienią 1811 roku brał udział ze swoimi 
szwoleŜerami w podróŜy Napoleona do Holandii, uczestniczył teŜ w 
wielkich manewrach pod Boulogne. 

Zmierzch cesarskich orłów 

Rozpoczynał się pamiętny rok 1812. Nad Europą znów zbierały się 
groźne chmury, ale jeszcze nie zdawano sobie sprawy z 
niebezpieczeństwa nowej wojny. 

Dwór napoleoński bawił się. Były bale wyprawiane przez cesarza, 
jego siostry, w domach ministrów, a nawet u rosyjskiego ambasadora 
- księcia Kurakina, chociaŜ tu i ówdzie przebąkiwano juŜ o wojnie z 
Rosją. 

Wesoło i przyjemnie spędzali szwoleŜerowie zimę z 1811 na 1812 
roku. Uczestniczyli w licznych paradach, tworzyli honorową eskortę 
cesarza, oficerowie zaś byli chętnie przyjmowani w najlepszych 
towarzystwach. 

Chłapowski coraz mocniej wrastał w nowe otoczenie. ZŜywał się z 
pułkiem, w którym sumienność i pedanteria w przestrzeganiu 
obowiązków słuŜbowych były egzekwowane ze szczególną surowością. 
Była to szkoła nie tylko brawury, ale przede wszystkim starannej 
słuŜby wewnętrznej. 

Nadeszło lato 1812 roku, a razem z nim wojna z Rosją, przez 
propagandę napoleońską określana jako "druga wojna polska". 
Korpusy Wielkiej Armii barwnymi kolumnami ciągnęły przez Księstwo 
Warszawskie, by 24 czerwca przekroczyć graniczną rzekę Niemen. 

SzwoleŜerowie, a z nimi Chłapowski, maszerowali w straŜy 
przedniej, przewaŜnie towarzysząc Napoleonowi podczas jego 
słynnych rozjazdów na rozpoznanie. O świcie 24 czerwca, kiedy 
cesarz rozpoznawał sytuację nad brzegiem Niemna, poŜyczył nawet od 
porucznika Wąsowicza płaszcz i czapkę szwoleŜerską w celu ukrycia 
swojej charakterystycznej sylwetki przed wzrokiem nieprzyjaciela. 

background image

Działania bojowe szwoleŜerów ograniczały się do sporadycznych 
utarczek z kawalerią przeciwnika, który ciągle cofał się, unikając 
walnej bitwy. 

Z biegiem czasu coraz gorzej zaczęło się dziać w szeregach 
Wielkiej Armii. Rozwleczone korpusy brnęły w głąb zniszczonego 
kraju. Nie starczało Ŝywności. Brak zdecydowanych działań 
demoralizował masy Ŝołnierskie, szczególnie w korpusach 
posiłkowych, które z musu szły na tę wojnę. Powiększały się 
szeregi maruderów. 

SzwoleŜerowie nieraz musieli podejmować niepopularną słuŜbę 
policyjną, interweniując w przypadkach rabunków, wyłapując 
maruderów i dezerterów. Słynny juŜ Kozietulski, zaprzyjaźniony z 
Chłapowskim, tak opisywał warunki tego pochodu w liście do 
siostry, pisanym 8 sierpnia 1812 roku w Witebsku: "...Prowadzimy 
Ŝycie prawdziwie koczownicze z Chłapowskim, Załuskim, 
Roztworowskim i Szeptyckim. Śpimy pod gołym niebem, bo wszystkie 
domy są albo bez dachu, albo tak zrujnowane, Ŝe nie ma się odwagi 
tam wejść. 

Często budzi nas deszcz, po tym jak nas juŜ dobrze odświeŜył, bo 
zmęczeni naszemi rozjazdami czujemy go dopiero, kiedy jesteśmy 
juŜ dobrze przemoczeni. Nasze posiłki są bardzo skromne, gdyŜ nie 
bardzo moŜemy liczyć na dzień jutrzejszy... zdarza się często, Ŝe 
porzucamy nasz posiłek na wpół ugotowany, Ŝeby wyjechać. Nasz 
zwykły napój to błotnista woda, której czasem nam brakuje". 

Kiedy armia francuska podchodziła pod Smoleńsk, szwoleŜerowie 
Kozietulskiego przeprowadzili rozpoznanie nad Dnieprem. Wtedy to 
Chłapowski na czele swojego szwadronu stoczył zaciętą, ale 
zwycięską potyczkę z kawalerią rosyjską. 

W krwawej bitwie pod Borodino, określanej teŜ jako bitwa pod 
Moskwą, bezpośrednio nie uczestniczył. SzwoleŜerowie byli tu 
raczej widzami niŜ aktorami śmiertelnych zapasów. W pewnej jednak 
chwili zostali przesunięci do drugiej linii, skąd mieli wesprzeć 
szarŜę kirasjerów w wypadku załamania się jej. Scena tej słynnej 
szarŜy kirasjerów francuskich, polskich i saskich na środkową 
redutę rosyjską głęboko utkwiła w pamięci Dezyderego. Tak opisał 
ją w swoich Pamiętnikach: 

"Myśmy stali cały czas na nizinie i tylko dym na całej linii od 
ognia działowego widzieliśmy. Raz tylko przez jedną godzinę 
posunęliśmy się na wzgórze, a to wtedy, gdy kirasjerzy nasi 
przypuszczali szarŜę na piechotę, broniącą środkowej reduty. 
Cesarz kazał naszemu pułkowi pomknąć naprzód i puścić zaraz 
szarŜę, jeŜeli kirasjerom się nie powiedzie i zostaną odparci. 
Rozkaz ten dowodzi, Ŝe miał do nas zaufanie. Reduta przez kule juŜ 
tak była poryta, Ŝe cesarz dobrze osądził, iŜ jazdą ją odebrać 
moŜna. Patrzyliśmy tedy na piękny obraz ataku kirasjerów, który 
wykonały cztery regimenta francuskie, polski jedyny regiment 
kirasjerów Małachowskiego i saski Leizera. Kirasjerzy wpadli do 
reduty i rąbiąc piechotę, jeszcze dalej polecieli. Małachowski i 
Leizer, kilka razy ranni, spadli z koni. Po zdobyciu reduty 
cofnęliśmy się na nasze dawne połoŜenie, gdzie kule nie 
dochodziły". 

I wreszcie kilka ogólniejszych uwag naszego bohatera na temat tej 
wielkiej bitwy, którą niektórzy historycy uznają za przełomową w 
całej kampanii 1812 roku: 

"Co chwila do cesarza przybywali jenerałowie z linii bojowej i, 
jak nam powiadano, zaklinali go, Ŝeby część gwardii wysłał dla 
zdecydowania bitwy i odniesienia korzyści, ale cesarz wciąŜ 

background image

odmawiał i prócz 60 dział artylerii nic z gwardii nie było w 
ogniu. Zapewne cesarz, będąc o 400 mil od Francji, chciał zachować 
gwardię nietkniętą. Około czwartej z południa przybył oficer 
ordynansu [!] z raportem, Ŝe Rosjanie się rejterują. Cofnęli się 
oni w najlepszym porządku za MoŜajsk i miasto to całą noc jeszcze 
utrzymali w swym ręku. Przeciw swemu zwyczajowi cesarz nie kazał 
ich ścigać. Po ruchach cesarza, na któregośmy z daleka patrzyli, 
widać było, Ŝe był cierpiącym. Raz się przechodził, to znów siadał 
na polowym krzesełku. Na konia cały dzień nie siadł." 

Nadszedł wreszcie krach wyprawy napoleońskiej na Rosję. Zawiodły 
wszelkie rachuby Napoleona na zawarcie pokoju z cesarzem 
Aleksandrem. Sprawa była przegrana. 

W drugiej połowie października rozpoczął się tragiczny odwrót. 
Wygłodniały i zrozpaczony tłum Ŝołnierzy róŜnych narodowości, 
chłostany ostrymi podmuchami jesieni i wczesnej, surowej zimy 
rosyjskiej, w niczym juŜ nie przypominał tych barwnych pułków 
sprzed kilku miesięcy. Nieprzywykli do surowości klimatu 
południowcy, a w dodatku zupełnie nie przygotowani do kampanii 
zimowej, padali masowo. Chroniąc się przed zimnem przywdziewali 
najcudaczniejsze okrycia. 

SzwoleŜer Płaczkowski tak opisuje wygląd świetnej niedawno armii 
napoleońskiej: "Jedni byli w koŜuchach lub tołubach, w ruskich 
czapkach zimowych, inni pozakrywani błamami rozmaitych futer lub 
ich kawałkami... inni znowu w aparatach cerkiewnych [szaty 
liturgiczne duchownych prawosławnych - A.S.], inni w rasach i 
czapkach księŜy, inni w kobiecych ubiorach, to jest w salopach, 
bekieszach i jupkach, nawet w ruskich spódnicach. Było wielu 
takich, co poduszkami przywiązywanymi głowy mieli okryte; słowem 
masa dziwolągów nie da się niczym określić, ani opisać..." 

Nawet Napoleon zmienił się w swojego rodzaju "przebierańca". 

"Pewnego dnia - pisze oficer szwoleŜerów Józef Załuski - kiedy 
pułk nasz cały maszerował w porządku, a szef Chłapowski na czele 
mojej 1 kompanii przy mnie z lewej strony, nadciągnął cesarz konno 
i podjechał pod lewy bok Chłapowskiego; przywitał się z nim 
poufale i zaczął z nim mówić. Napoleon miał na sobie szubę 
zieloną, aksamitną, sobolami podszytą, i czapkę podobną, formy w 
Moskwie uŜywanej ..." 

Właściwą postawę zachowały pułki starej gwardii i oddziały 
polskie. Na nich spoczywał główny cięŜar walk z napierającymi 
wojskami rosyjskimi. Podczas gdy na początku wyprawy szwoleŜerowie 
byli w awangardzie, tak teraz przyszło im przewaŜnie osłaniać 
odwrót i strzec osoby cesarza. 

SłuŜba była cięŜka, ale pułk trzymał się dobrze. W tym czasie 
Dezydery przewaŜnie uczestniczył w boju, odpierając ataki 
kawalerii rosyjskiej, szczególnie zaś wszędobylskich kozaków. W 
czasie bitwy pod Krasnem, 19 listopada, wykonując bezsensowny 
rozkaz marszałka Murata, Chłapowski na czele szwadronu szarŜował 
silnie obsadzoną przez nieprzyjaciela wieś. Posłuchajmy, jak sam o 
tym opowiada: 

"...Liczne tyraliery nieprzyjacielskie posunęły się nad parów, 
który ich od naszych oddzielał. Opanowali nawet na naszym prawym 
boku z tej strony parowu wioskę z kilkunastu chałup złoŜoną. 
Stałem za cesarzem takŜe na prawo z czterema szwadronami. Król 
Murat przypadł do mnie, kazał mi wziąć jeden szwadron i kłusem za 
sobą maszerować, co trudnem było, gdyŜ śnieg był głęboki. Stanął z 
nami przed tą samą wioską, w której znajdowali się Rosjanie, i 
kazał mi w nią wmaszerować. Szczególny to rozkaz dla jazdy, ale 
trzeba było słuchać... Puściłem się więc środkiem wsi. Strzelcy 

background image

rosyjscy z podwórków z bliska do nas wszyscy wystrzelili. Spadło 
mi z koni czterech ludzi, których Murat ma na sumieniu, a rannych 
było sześciu. Rosjanie ani uciekli, ani uciec tak prędko nie 
mogli, tylko za płoty powchodzili. Rozumie się samo przez się, Ŝem 
nie maszerował wolno przez wioskę, ale śnieg aŜ po brzuchy nie 
pozwalał galopować... ujrzałem kompanię grenadierów gwardii, 
których cesarz, spostrzegłszy zapewne szalony rozkaz dany mi przez 
Murata, wysłał ku wiosce. Grenadierzy opanowali ją bez 
wystrzału... Cesarz stał pieszo na czele gwardii, był bardzo 
rozgniewany na Murata. Powiedział mi Ŝywo: "Jak mogłeś tego 
wariata usłuchać!?" 

Minęło najgorsze piekło odwrotu spod Moskwy. Resztki Wielkiej 
Armii przepływały przez Księstwo Warszawskie, ścigane przez 
zwycięskie wojska rosyjskie. Napoleon był juŜ dawno w ParyŜu, 
zbierał siły do nowej kampanii. 

SzwoleŜerowie przez Wilno, Warszawę i Poznań ciągnęli na zachód, 
wierni do końca napoleońskim sztandarom. 

W toku wojny 1812 roku Chłapowski odznaczał się szczególną 
troskliwością o los podwładnych i stan koni w swoich szwadronach. 
Być moŜe właśnie dlatego powierzono mu prace nad reorganizacją 
części pułku. Wywiązał się z niej znakomicie. W przededniu 
kampanii wiosennej 1813 roku stał juŜ na czele dwóch szwadronów o 
pełnej sprawności bojowej. 

Wkrótce okazało się, jak były one potrzebne. U progu wiosny 1813 
roku formowała się kolejna koalicja antynapoleońska. Król pruski 
Fryderyk Wilhelm III, po zawarciu przymierza z cesarzem 
Aleksandrem I, 15 marca wypowiedział wojnę Francji. Austria 
formalnie była jeszcze po stronie Napoleona, ale tajnymi 
porozumieniami była mocno związana z koalicją. Czekała tylko 
dogodnego momentu, by przejść na stronę jawnych przeciwników 
Francji. 

Austriacy, mający osłaniać Księstwo Warszawskie, bez walki 
wpuszczali na jego teren wojska rosyjskie, które coraz dalej 
zalewały kraj. Pozostał jeszcze Kraków, ale w obliczu dwuznacznej 
postawy Austrii i ten skrawek jeszcze wolnej ziemi polskiej był 
coraz bardziej zagroŜony. 

Armia polska, do końca wierna Napoleonowi, opuściła Kraków 
kierując się na zachód. 

Tymczasem sprzymierzeni uderzyli na Saksonię, odnosząc tam 
pierwsze sukcesy. W utworzonych przez Napoleona państewkach 
Związku Reńskiego zapanował popłoch. JednakŜe tryumf koalicji był 
jeszcze przedwczesny. W końcu kwietnia Napoleon z nowymi siłami 
stanął nad Łabą. Na początku maja 1813 roku rozpoczęła się nowa 
wojna, określana jako kampania niemiecka. 

Mimo jednak świetnych zwycięstw Napoleona pod Ltzen i Bautzen 
(Budziszyn) widać juŜ było, Ŝe gwiazda cesarza Francuzów zaczyna 
blednąć. Siły koalicji rosły, jego natomiast topniały. Na drogach 
odwrotu spod Moskwy pozostał kwiat jego wojska. Nowa, pośpiesznie 
sformowana armia nie miała juŜ dawnej wartości. Brakowało 
szczególnie kawalerii, dlatego teŜ szwadrony szwoleŜerów były na 
wagę złota. W bitwach pod Lutzen byli raczej widzami niŜ 
uczestnikami. 

Dopiero 22 maja 1813 roku, w dniu bitwy pod Reichenbach, 
szwoleŜerowie zdobyli nowy liść do wieńca sławy pułku. Był to 
równieŜ dzień sukcesu i chwały Dezyderego Chłapowskiego, który na 
czele swoich szwadronów kilkakrotnie szarŜował na dragonów oraz 
ułanów pruskich i rosyjskich. Trzy pułki kawalerii sprzymierzonych 

background image

zostały rozbite. W czasie tego starcia szwoleŜerowie ponieśli 
znaczne straty; ranny tu równieŜ został i Chłapowski, ale 
odniesione obraŜenia nie wytrąciły go ze słuŜby. Następnego dnia 
znów był na koniu. 

Wiosenne zwycięstwa Napoleona na nowo obudziły nadzieje Polaków. 
Zdawało się im, Ŝe manewr Napoleona na Śląsk, mający na celu 
uniemoŜliwienie połączenia się wojsk pruskich i rosyjskich, będzie 
nową "wojną polską". Zamiast tego jednak zakomunikowano wiadomość 
o podpisaniu rozejmu z koalicją. Było to 4 czerwca 1813 roku. 

Parę dni po rozejmie do marszałka Soulta, dowódcy całej kawalerii 
francuskiej, wpłynęła prośba Chłapowskiego o dymisję. Zapanowała 
konsternacja, zastanawiano się, co moŜe być przyczyną takiego 
kroku ze strony cesarskiego ulubieńca. Oddajmy mu głos, niech sam 
to wytłumaczy: 

"...Z Neumark rozkazano mi eskortować wielkiego koniuszego 
Caulaincourt[a] do zamku naprzód Leuthen, a potem Pleswitz, gdzie 
traktował o pokój z jenerałem Szuwałow[em]. Staliśmy w podwórzu i 
zsiedliśmy z koni. Z jenerałem Szuwałow[em] przyszło kilkuset 
kozaków, którzy takŜe zsiedli z koni, rozmawialiśmy więc z 
oficerami; opowiadali nam, gdzie stali w Polsce, i zdarzyło się, 
Ŝe wspomnieli o kilku domach mi znajomych. Zapytałem się 
pułkownika kozackiego, czyby nie był łaskaw oddać na pocztę 
głównej kwatery list do ojca, który napiszę i zostawię nie 
zapieczętowany. Przyobiecał mi to uczynić, ale prosił, Ŝeby 
zapieczętować, tylko on adres napisze, a nikt nie otworzy. 
Wszedłem do pałacu, uprosiwszy sekretarza cesarskiego, który był z 
Caulaincourtem, o papier i napisałem list do ojca. Znajdując się 
sam na sam w pokoju z sekretarzem pokazywał mi on propozycje do 
układu Napoleona z cesarzem Aleksandrem. Zaraz na wstępie 
ofiarował Napoleon Aleksandrowi całe Księstwo Warszawskie i 
pozwalał albo Ŝeby przyjął tytuł Króla Polskiego, albo Ŝeby 
Księstwo Warszawskie wcielił do swego cesarstwa. Sekretarz 
cesarski, który miał mnie tak jak za Francuza, widywał mnie bowiem 
kilka lat przy cesarzu, ani domyślać się mógł, jaką we mnie 
straszną rewolucję sprawił, pokazując mi ten projekt pokoju. Aby 
nie zdradzić pomieszania mego, wyszedłem i tak byłem zamyślony, Ŝe 
dopierom się ocucił, gdy mnie pułkownik kozacki zatrzymał i o list 
zapytał. Stanęło zawieszenie broni, nie pokój, jak cesarz 
proponował. Pomaszerowaliśmy na powrót do Drezna. Tam napisałem 
prośbę o dymisję i oddałem marszałkowi Soult.[owi). Bardzo był 
zdziwiony i próbował mnie nakłonić do pozostania w słuŜbie. Nie 
mogłem sekretarza Fain[a] kompromitować i mówić wszystkim o owych 
propozycjach pokoju, bo mi je pokazał pod sekretem. PrzecieŜ 
powiedziałem o tem kapitanowi Jordanowi, z którym byłem w 
przyjaźni, i generałowi Chłopickiemu. Ten zaklął po swojemu i 
powiedział, Ŝe wolałby kamienie tłuc, niŜ dłuŜej słuŜyć temu 
człowiekowi. Obaj podali się do dymisji..." 

Dymisja Chłapowskiego spotkała się na ogół ze złym przyjęciem ze 
strony współtowarzyszy. Nie znano wtedy jej prawdziwych przyczyn. 
Potomni, szczególnie piewcy epopei napoleońskiej, potraktowali to 
równie ostro. Określając posunięcia Napoleona z Księstwem 
Warszawskim jako manewr dyplomatyczny, zarzucali Chłapowskiemu 
brak wyczucia politycznego, małoduszność i niewiarę w cesarza. Czy 
nie byli zbyt surowi w ocenie? Dezydery miał wtedy dwadzieścia 
pięć lat i mimo całego obycia politykiem nie był. 

Miał prawo nie dostrzegać ukrytych zamysłów czy planów Napoleona. 
Był natomiast szczerym Polakiem, który przez siedem lat obserwował 
gry i gierki Bonapartego, w których piłką była sprawa polska. Mógł 
stracić zaufanie. 

background image

Dobiegała kresu wielka epopeja napoleońska. W 1814 roku do ParyŜa 
wkroczyły wojska zwycięskiej koalicji, a pod osłoną ich bagnetów 
powrócili Bourboni i ci wszyscy, których nie zdąŜyła znieść fala 
rewolucji. Napoleon abdykował, wyjechał na wyspę Elbę, przyznaną 
mu wspaniałomyślnie we władanie. Pozwolono mu nawet zabrać 
batalion starej gwardii i szwadron jazdy, dowolnie wybrany. Wybór 
cesarza padł na szwoleŜerów. Szwadron Pawła Jerzmanowskiego miał 
być słynnym później "szwadronem Elby". 

Zwycięzcy przystąpili do podziału łupów. W tym celu w Wiedniu 
zebrał się kongres, który miał zdecydować o losach Europy. Ton 
obradom i posunięciom dyplomatycznym nadawali cesarz rosyjski 
Aleksander, zręczny dyplomata i wytrawny dworak Klemens 
Metternich - minister spraw zagranicznych cesarza Austrii, oraz 
przedstawiciel Anglii Castlereagh. Bourbońską Francję 
reprezentował Talleyrand, niedawny minister Napoleona, który 
wcześniej juŜ zdradził swojego cesarza, człowieka, któremu 
zawdzięczał świetną karierę. 

W Wiedniu zebrała się cała śmietanka europejskiej arystokracji. 
MnoŜyły się bale, maskarady, konne kawalkady, premiery w teatrach. 
Królowały piękne toalety i nowy, modny taniec - walc wiedeński, 
wtórujący intensywnym rozgrywkom dyplomatycznym. Kongres tańczył i 
obradował. 

Przy dźwiękach walca decydował się los Polski. Sprawa polska była 
jednym z palących problemów, którego rozwiązanie interesowało 
wszystkie mocarstwa nadające ton w Wiedniu. Cesarz Aleksander I, 
będący dziwnym połączeniem satrapy z liberałem, roztaczał swoją 
wizje połączenia wszystkich ziem polskich pod swoim berłem. Miał 
nawet poparcie części szlachty i arystokracji polskiej, ale z 
drugiej strony niechęć zdecydowanej większości społeczeństwa, 
oŜywionego patriotycznym duchem Księstwa Warszawskiego. RównieŜ i 
mocarstwa nie były zainteresowane zbytnim wzmocnieniem Rosji. Idee 
Aleksandra napotkały zdecydowany sprzeciw ze strony popieranych 
przez Anglię Prus, Austrii i bourbońskiej Francji. Za cenę 
zachodniego skrawka ziem polskich byłego Księstwa Warszawskiego i 
za całą Saksonię Aleksandrowi udało się pozyskać Prusy. Pozostał 
jednak triumwirat, który twardo przeciwstawiał się zakusom Rosji, 
szermując przy tym hasłami o prawie Polaków do wolności i 
niezawisłości. Wśród długich targów i wzajemnych gróźb przyjęto 
wreszcie rozwiązanie kompromisowe. 

Prusy uzyskały Wielkopolskę i Bydgoskie, ale za to tylko połowę 
Saksonii; Austria otrzymała obwód Tarnopolski i Kraków z okręgiem, 
z którego utworzono "wolne miasto". Reszta byłego Księstwa 
Warszawskiego pozostała przy Rosji. Z tych terenów powstało tzw. 
Królestwo Polskie, co do którego postanowiono, Ŝe będzie połączone 
z cesarstwem rosyjskim "poprzez własną konstytucję" i Ŝe będzie 
"uŜywać oddzielnej administracji". Prócz tego Aleksander 
zastrzegł, Ŝe da temu państwu "rozszerzenie wewnętrzne, jakie uzna 
za przyzwoite". Tak więc los Polski został przesądzony. 

Tymczasem napoleońskie orły jeszcze raz zerwały się do lotu, 
przerywając obrady "tańczącego kongresu". Triumf ich jednak trwał 
krótko - tylko sto dni. Tu koalicja zareagowała szybko i 
solidarnie. Napoleon, ostatecznie rozbity pod Waterloo, stał się 
jeńcem swojego nieprzejednanego wroga - Anglii. Obrońcy starego 
porządku odetchnęli z ulgą. Wróg przestał być groźny... Skalista 
wysepka, zagubiona wśród bezkresu oceanu, wkrótce miała stać się 
grobem tego, który przez kilkanaście lat narzucał swoją wolę i 

background image

dyktował warunki Europie. 

Od pewnego juŜ czasu zegar na ścianie pałacu w Turwi zastępował 
będącą na tym miejscu tarczę herbową. Symbolizował nowy czas i 
nowe porządki w dobrach Chłapowskich. Porządki te zaprowadzał 
obecny właściciel, młody pułkownik Dezydery Chłapowski. Ojciec 
Dezyderego nie miał zmysłu gospodarza. śył ponad stan, więcej 
dbając o reprezentację niŜ o jej zabezpieczenie. Szybko teŜ 
zrujnował gospodarkę i popadł w długi. W takim stanie przekazał 
wszystko synowi. 

Młody gospodarz zabrał się do pracy z energią. Najpierw się uczył, 
gdyŜ przecieŜ dotąd narzędziem jego była szabla, a nie pług. Do 
gospodarstwa wprowadzał to, co było najlepsze. Pracę organizował 
po wojskowemu - szybko, sprawnie i dokładnie. Po paru latach 
pospłacał długi, zaczął uzyskiwać przychody. Przykładem wzorowej 
organizacji pracy zaraził sąsiadów, zdobywał naśladowców, zyskiwał 
sobie szacunek i uznanie. 

Dezydery nie stronił od działalności społecznej. Był gorącym 
rzecznikiem oświaty rolniczej, pracował nad rozwiązaniem kwestii 
włościańskiej. 

Mijały lata wypełnione pracą, zbliŜał się rok 

"...Oto dziś dzień krwi i chwały..." 

Piętnaście juŜ lat istniało Królestwo Kongresowe, w którym obok 
pozorów wolności w kaŜdym elemencie Ŝycia politycznego odczuwało 
się cięŜką rękę caratu. Była konstytucja, której rząd nie 
respektował, istniał sejm, którego nie zwoływano. Aktywnie 
działała tajna policja polityczna, zawzięcie poszukująca wciąŜ 
Ŝywych w społeczeństwie źródeł myśli niepodległościowej. Udało się 
jej wpaść na trop Towarzystwa Patriotycznego, organizacji 
niepodległościowej, załoŜonej w 1821 roku przez majora Waleriana 
Łukasińskiego. 

W czasie procesu Łukasińskiego i towarzyszy w czerwcu 1824 roku 
ludność Warszawy okazała jawną sympatię dla oskarŜonych. Dla 
zastraszenia opinii publicznej urządzono pokazową egzekucję 
skazańców. Na oczach mieszkańców stolicy zrywano z nich szlify i 
mundury oficerskie, przykuwano do taczek. Zgromadzony tłum pełnym 
powagi milczeniem uczcił skazanych. Matki podnosiły do góry 
dzieci, by dobrze pokazać im tych, którzy cierpieli w imię miłości 
ojczyzny. Wielu cywilnych i wojskowych płakało, łzy w oczach mieli 
takŜe Ŝołnierze rosyjskiego garnizonu obecni na egzekucji. 

Następne lata niosły nowe, waŜne wypadki dziejowe. W 1825 roku 
zmarł cesarz Aleksander I, a tron po nim objął jego młodszy brat 
- Mikołaj I. W grudniu tego roku w Petersburgu wybuchło powstanie, 
wywołane przez rosyjskich szlacheckich rewolucjonistów, dąŜących 
do obalenia carskiego absolutyzmu i zastąpienia go monarchią 

background image

konstytucyjną, wzorowaną na zachodnich. 

Słabo przygotowane powstanie i niezdecydowana postawa przywódców 
spisku spowodowały, Ŝe ruch ten został szybko stłumiony, prawie w 
zarodku. Główni inicjatorzy powstania zawiśli na szubienicy, 
posypały się surowe wyroki na innych uczestników; represje objęły 
teŜ Ŝołnierzy tej części garnizonu petersburskiego, która 
opowiedziała się za rewolucją. W całym imperium nastąpiło 
zaostrzenie reŜimu politycznego, co zaznaczyło się równieŜ i na 
terenie Królestwa Polskiego. Cesarz Mikołaj I nie usiłował nawet 
przywdziewać maski liberała, jak to czynił jego starszy brat. 

Mimo to jednak Towarzystwo Patriotyczne, pod innym wprawdzie 
kierownictwem, działało nadal. Dopiero śledztwo w sprawie 
dekabrystów ujawniło ich powiązania z Towarzystwem i ułatwiło jego 
rozbicie przez masowe aresztowania. Czołowych działaczy, z 
pułkownikiem Sewerynem KrzyŜanowskim na czele, postawiono przed 
sądem sejmowym jako oskarŜonych o zdradę stanu. Proces toczył się 
długo, prawie pięć pierwszych miesięcy 1828 roku. Wyrok sądu 
zawiódł jednak oczekiwania Mikołaja I. Pod naciskiem opinii 
publicznej sąd nie orzekł winy zdrady stanu i wymierzył oskarŜonym 
niewielkie kary więzienia jedynie za przynaleŜność do nielegalnych 
organizacji. 

Wszystko to nie było w stanie zahamować działalności 
patriotycznej. Niebawem zawiązał się spisek w Szkole PodchorąŜych 
Piechoty pod przewodnictwem podporucznika Piotra Wysockiego. 
Spisek ten stopniowo ogarniał coraz szersze kręgi wojskowych, 
młodzieŜy akademickiej i inteligencji, docierając do ludu 
warszawskiego. 

Wybuch rewolucji lipcowej we Francji w 1830 roku spowodował 
podniesienie fali patriotyzmu i chęci skutecznego działania. 
Kolejna rewolucja, tym razem w Belgii, i wieści o zamiarze uŜycia 
do jej tłumienia właśnie wojsk polskich skłoniły spiskowców do 
szybkiego działania. 

Nadeszła wreszcie pamiętna noc 29 listopada 1830 roku. Spiskowcy 
dokonali zamachu, nieudanego wprawdzie, na znienawidzonego, 
szczególnie w kołach wojskowych, cesarskiego brata - wielkiego 
księcia Konstantego. Uderzono równieŜ na oddziały cesarskie 
stacjonujące w Warszawie. 

Strzały na ulicach stolicy Królestwa Polskiego odbiły się głośnym 
echem w kraju i w Europie. Lud Warszawy powstał i rzucił wyzwanie 
caratowi, porywając za sobą cały naród. 

Powstanie - po pierwszych dniach kryzysu spowodowanego ugodową i 
tchórzliwą postawą arystokracji, zamoŜnego mieszczaństwa i części 
wyŜszych oficerów - zwycięŜyło, stało się faktem dokonanym. Naród 
przygotowywał się do wojny, która miała zdecydować o dalszych 
losach ziem polskich. 

Wieść o wypadkach warszawskich lotem błyskawicy obiegła cały kraj. 
Polacy z zaborów austriackiego i pruskiego sposobili się do 
niesienia pomocy braciom, którzy stanęli do walki o wolność. Z 
Galicji i Wielkopolski płynęła do Królestwa broń, śpieszyli 
ochotnicy. 

Dezydery Chłapowski nie pozostał głuchy na odgłos wypadków. 

background image

Wiedział, Ŝe jego miejsce jest tam, gdzie toczy się walka o 
wolność. Decyzje wyjazdu do Warszawy tak uzasadniał w Pamiętnikach 
pisanych po latach: "...Wyjazd mój, opuszczenie kochanej Ŝony i 
dzieci nie było spowodowane Ŝadną namową, Ŝadnym przykładem, ale 
było skutkiem surowej rozwagi. Miałem juŜ lat 43, przeszedłem 
róŜne koleje. Wiadomości moje wojskowe, całe Ŝycie zbierane, 
doświadczenie wskazywały mi moŜliwość walki i zwycięstwa. Ambicja 
osobista Ŝadnego wpływu w tym kroku nie miała. Jeśli kiedyś w 
młodości mojej ambicja i chęć wywyŜszenia się mną czas jakiś 
powodowała, uprzątniętą juŜ dawno była. Miejsce jej zajęła chęć 
wypełnienia moich powinności. Za najświętszą (rzecz) miałem być 
uŜytecznym moim rodakom. UŜyteczniejszym być nie moŜna, jak 
przyczynić się do odrodzenia naszej ojczyzny..." 

8 grudnia 1830 roku Chłapowski opuścił rodzinną Turwie i po 
dwudniowej podróŜy stanął w Warszawie. Wiedział juŜ, Ŝe dyktatorem 
powstania został ogłoszony generał Józef Chłopicki, dawny jego 
znajomy z okresu wojen napoleońskich. Do niego teŜ skierował swoje 
pierwsze kroki. 

PrzejeŜdŜając przez ulice Warszawy, rojne i gwarne w tym czasie, 
Chłapowski z radością spoglądał na entuzjazm i patriotyczne 
uniesienie ludności stolicy, widział zapał, chęć walki. W tym 
tłumie, częściowo uzbrojonym, dostrzegał przyszłe pułki i 
szwadrony, miał juŜ wizję dalszego działania i swoje plany. W jak 
najlepszej wierze i w znakomitym nastroju spieszył podzielić się 
nimi z dyktatorem, wesprzeć go radą, pomocą. 

Chłopicki Ŝyczliwie powitał przybysza z Wielkopolski, kazał mu 
nawet zatrzymać się w swoim domu. Po wstępnych powitaniach rozmowa 
potoczyła się wokół spraw najistotniejszych. 

- Kontent jestem - rozpoczął Chłopicki - Ŝe otwarcie mogę mówić z 
dawnym znajomym, któremu tutaj jeszcze nie zawróciło się w głowie. 
Ci szaleńcy nie wiedzą, na co się porwali! Nie moŜemy się bić, 
Moskwie nie poradzimy! 

- Ale, jenerale... - próbował wtrącić Chłapowski. 

- Czekaj, nie przerywaj!... Otrzymamy od cesarza warunki, które w 
przyszłości, przy pierwszej sposobności, pozwolą nam uskutecznić 
to, co dziś jest niemoŜebne. Posłałem Lubeckiego i Jezierskiego z 
mojemi propozycjami do Petersburga. Chcę mieć organizację rezerw 
na wzór obrony krajowej pruskiej; będziem wtenczas mieli na 
zawołanie 100 tysięcy z górą. Broń dla nich będzie w ciągu trzech 
lat, są na to pieniądze, obrachunek juŜ zrobiony. Wtedy 
powstaniem... 

- Ale cesarz... - zaczął znów Chłapowski. 

- Cesarz jest w takim połoŜeniu - dyktator wpadł mu w słowa - Ŝe 
musi przyjąć moje propozycje... 

Chłapowski ze zdumieniem i zgrozą słuchał słów człowieka, który 
stał na czele narodu i miał go prowadzić do walki. Widział juŜ, Ŝe 
powołanie Chłopickiego na to stanowisko jest tragicznym 
nieporozumieniem. Ale jeszcze nie tracił nadziei, pamiętał go 
innym, cenił jego wiedzę wojskową, usiłował przekonać i natchnąć. 
Skorzystał z chwili, w której wzburzony Chłopicki umilkł. 

- Cesarz nie będzie się układać, a w Ŝadnym razie nie przystanie 
na takie warunki... - rzekł. 

- Co mi tam prawisz! - przerwał mu Chłopicki. 

- Tak! Będzie Ŝądać zdania się na łaskę i niełaskę, ale skoro 

background image

jenerał myślisz, Ŝe 100 tysięcy wojska dość będzie do rozpoczęcia 
wojny, wkrótce moŜesz je mieć. Pod bronią jest 30 tysięcy, 
dymisjonowanych wraca 20 tysięcy, rekruta moŜna mieć 50 tysięcy, 
do tego ochotnicy, którzy garną się ze wszech stron, i będzie 100 
tysięcy, a nawet więcej. Moskali więcej przyjść nie moŜe. Po 
wojnach tureckich i cholerze większych sił nie zdołają zebrać. 
Teraz trzeba nam iść naprzód, w prowincje zabrane, w siły rosnąć. 
Tylko silni mają przyjaciół. 

Rozmowa tego typu nie była ostatnia. Powtarzały się one dość 
często i zawsze z wypowiedzi Chłopickiego przebijała niechęć do 
powstania i niewiara. 

W ciągu pięciotygodniowego pobytu u boku dyktatora Chłapowski, 
znuŜony ustnymi perswazjami, opracował na piśmie memoriał, w 
którym podawał swój śmiały plan operacji ofensywnych, 
przeniesienia działań na tereny nieprzyjaciela, szczególnie na 
Litwę, wskazywał sposoby powiększenia sił zbrojnych. Dokument ten 
jest wart zacytowania w obszernych fragmentach nie tylko ze 
względu na zawarte w nim myśli, ale równieŜ dlatego, Ŝe w pewnym 
sensie charakteryzuje osobowość jego autora. Chłapowski zawsze i 
konsekwentnie przestrzegał zasad dyscypliny wojskowej i 
subordynacji, jak równieŜ lojalności podkomendnego w stosunku do 
przełoŜonego. Te cechy, które aŜ nazbyt konsekwentnie towarzyszyły 
mu przez cały czas działalności, dobitnie przejawiły się w 
pierwszych zdaniach memoriału: 

" 15 grudnia 1830 

Jenerale! 

Przynoszę Ci, co kaŜdy Polak nieść czuje potrzebę swemu 
przełoŜonemu: uległość bez granic, ale poniewaŜ w przebiegu 
organizacji widzę chwiejność, pozwól, Ŝe Ci przełoŜę myśli moje 
jako wyznanie wiary. Przyrzekam Ci jednak, jenerale, jeŜeli się z 
Twojemi nie zgadzają, w niczym nie uchybić uległości tak 
koniecznej w kaŜdym podwładnym. 

Wszelkie rokowanie z cesarzem rosyjskim jest niemoŜebne; 
niemoŜność ta leŜy w nim samym, w jego dumie i w jego stanowisku 
względem swego narodu... Rokowania mogą być przeto chyba uwaŜane 
jako podstęp wojenny, a przygotować się naleŜy do wojny nie tracąc 
chwili. 

Organizacja winna postępować szybko i rozpocząć ją trzeba od 
usunięcia wszystkich zbyt wiekowych oficerów wyŜszych armii. 
Mogliby oni tylko działać bez energii. Następnie trzeba nakazać 
wszystkim dowódcom pułków, aby się udali z kadrami wybranemi ze 
swych pułków do miast prowincjonalnych. KaŜdy pułkownik 
zorganizuje tam nową brygadę, złoŜoną ze swych kadr, z Ŝołnierzy, 
którzy wrócili do słuŜby, i z rekrutów, uŜywając do tego przyborów 
nagromadzonych w magazynach... 

Prócz armii regularnej, złoŜonej z dawnych pułków i tyluŜ nowych 
brygad, co uczyni od dziś za sześć tygodni 108 szwadronów, 70 
batalionów i 24 baterie, trzeba kazać sformować zdatnym do tego 
oficerom 8 oddziałów partyzanckich, z których kaŜdy obejmować ma 
600 do 800 koni, 200 do 300 strzelców pieszych i 2 do 6 dział. 
Ochotnicze te korpusy winny być jak najspieszniej posunięte 
naprzód dla strzeŜenia granicy... naleŜy wszystko przygotować do 
przejścia Bugu i Niemna jeszcze po lodzie i jak tylko wielkie 
mrozy sfolgują, mniej więcej 1 lutego. W tej epoce słońce jest 
wyŜej, armia rosyjska czekać będzie równieŜ na tę chwilę. JeŜeli 
nie przejdzie i będzie dalej zbierać kolumny nad Niemnem i Bugiem, 
trzeba rzucić nasze 8 korpusów ochotniczych pomiędzy ich 
kolumnami, zrobić powstanie na Wołyniu i Litwie i wprawić w nieład 

background image

tyły armii rosyjskiej..." 

Memoriał pozostał jednak bez odpowiedzi! Tymczasem cenne dni 
uciekały, prace nad powiększeniem wojska postępowały opieszale. 
Dywizje starej armii stały bezczynnie wokół Warszawy, a 
nieprzyjaciel zbierał siły. 

Nastroje w stolicy pogarszały się z kaŜdym dniem. Szemrano przeciw 
bezczynności, domagano się zdecydowanych akcji, coraz więcej 
głosów atakowało Chłopickiego, który czekał na powrót Lubeckiego i 
Jezierskiego z Petersburga. Wreszcie jeden z wysłanników - 
Jezierski powrócił z odpowiedzią cara. 

Zgodnie z przewidywaniami Chłapowskiego dokument przywieziony z 
Petersburga zawierał same Ŝądania i faktycznie stanowił kres tych 
nawet namiastek wolności, jakie miało Królestwo przed powstaniem. 
Cesarz w surowych słowach ganił czołowe osobistości Królestwa, 
obciąŜał je odpowiedzialnością za istniejącą sytuację. Nic nie 
obiecywał, nakazywał bezwarunkową kapitulację i zdanie się na jego 
łaskę. Zapowiedział, Ŝe tylko wtedy będzie się zastanawiał nad 
dalszymi losami Królestwa i postanowi to, co uzna za słuszne. Było 
to więc Ŝądanie satrapy, którego kaprys miał przesądzić o losie 
kraju. 

Był równieŜ i list adresowany do Chłopickiego, w którym cesarz 
chwalił go za porządek utrzymywany w Królestwie: Chłopicki przyjął 
ten list wybuchem furii. Tupiąc nogami krzyczał: 

- Co on sobie myśli? śe ja dla niego, nie dla mojego kraju 
porządek tu utrzymuję! Kpię sobie z cesarza! 

Po tych słowach list cesarski powędrował do pieca. 

Niektórzy, a wśród nich takŜe Chłapowski, sądzili, Ŝe po tym 
wybuchu Chłopicki ostro weźmie się do pracy nad przygotowaniami 
wojennymi i wreszcie rozpocznie ofensywę. Szybko jednak przyszło 
rozczarowanie. Kiedy armie carskie stały nad granicami Królestwa, 
Chłopicki złoŜył dyktaturę. 

Motywy tego kroku były liczne i skomplikowane. Chłopicki nie 
wierzył w moŜliwości walki zbrojnej: powstanie, jako fakt 
dokonany, chciał wykorzystać w postaci argumentu do rozmów z 
cesarzem. Dla siebie Ŝądał nieograniczonych pełnomocnictw i 
uprawnień, nie uznawał krytyki swojej działalności. Z kaŜdym dniem 
swoim postępowaniem i postawą tracił popularność, tak przecieŜ 
wielką w pierwszych chwilach. Pełnomocnictw, których się domagał, 
nie otrzymał i wtedy, obraŜony, w chwili dla kraju krytycznej 
zareagował na to dymisją. 

Chłopicki podczas swojej dyktatury nie powierzył Chłapowskiemu 
Ŝadnej funkcji wojskowej. Trzymał go u swojego boku, chętnie z nim 
rozmawiał, ale munduru włoŜyć mu nie pozwolił. Mówił, Ŝe nie chce 
naraŜać znajomego na represje ze strony władz pruskich, niechętnym 
okiem patrzących na poddanych króla Fryderyka Wilhelma 
wstępujących w szeregi powstańcze. W istocie starał się 
wykorzystać go jako narzędzie w pewnych posunięciach politycznych. 
Za pośrednictwem Chłapowskiego dyktator chciał porozumieć się z 
konsulem pruskim w Warszawie, dąŜąc do powstrzymania Prus od 
zbrojnych wystąpień przeciwko powstaniu. NaleŜy tu równieŜ dodać, 
Ŝe Chłopickiego generalnie cechowała niechęć do wojskowych 
zgłaszających się z innych zaborów i w ciągu jego dyktatury nie 
tylko Chłapowski pozostawał na uboczu. Po ustąpieniu Chłopickiego 
nowy wódz naczelny - ksiąŜę Michał Radziwiłł - powołał 
Chłapowskiego do słuŜby czynnej. WłoŜył więc wreszcie 
pułkownikowski mundur, ale w dalszym ciągu nie miał konkretnych 
zadań. 

background image

Tymczasem armie carskie pod dowództwem feldmarszałka Iwana Dybicza 
1 lutego 1831 roku przekroczyły granice Królestwa. 

Rozpoczęła się wojna. 

Brygadier 

W nocy z 1 na 2 lutego 1831 roku około godziny pierwszej oficer 
ordynansowy wezwał Dezyderego do kwatery naczelnego wodza. 
Znajdowało się tu juŜ kilkunastu wyŜszych oficerów. Wchodzącego 
Chłapowskiego powitał generał Jan Skrzynecki i oznajmił mu, Ŝe 
zostaje mianowany dowódcą brygady jazdy. 

W kwatermistrzostwie Chłapowski dowiedział się o składzie i 
miejscu postoju podległych mu oddziałów. W skład brygady miały 
wejść: 4 pułk ułanów stacjonujący w Siedlcach i 1 pułk Krakusów, 
będący w tym czasie w marszu w rejonie Kozienic. Ten ostatni pułk 
nie trafił pod komendę Chłapowskiego. Po drodze został skierowany 
do dywizji generała Józefa Dwernickiego i odznaczył się w bitwie 
pod Stoczkiem. Na jego miejsce do brygady Chłapowskiego oddano 
pułki jazdy lubelskiej i sandomierskiej. Dowództwo pozwoliło 
Chłapowskiemu przyjąć do brygady ochotników zgłaszających się z 
Poznańskiego. Dzięki temu u jego boku znalazło się kilku wiernych 
i wypróbowanych przyjaciół, którzy nie zawiedli go w najcięŜszej 
chwili. Wśród nich był równieŜ słynny później działacz oświatowy, 
lekarz i społecznik - doktor Karol Marcinkowski. 

Po przybyciu do Siedlec Chłapowski dokonał przeglądu podległych 
sobie pułków. W 4 pułku ułanów spotkał wielu dawnych swoich 
znajomych z okresu napoleońskiego, zarówno oficerów, jaki 
podoficerów. 

Podczas przeglądu okazało się, Ŝe pułk sandomierski praktycznie 
nie przedstawia Ŝadnej wartości. Zupełnie niewyszkolony i nie 
przystosowany do Ŝycia obozowego i działań bojowych, w obliczu 
nieprzyjaciela mógł stanowić tylko zbędny balast dla brygady. W 
tej sytuacji Chłapowski w porozumieniu z dowódcą dywizji, 
generałem Tomickim, odesłał sandomierzan do Warszawy na dalsze 
szkolenie. Pozostał mu 4 pułk ułanów, złoŜony ze świetnie 
wyszkolonego Ŝołnierza, i ochotniczy pułk jazdy lubelskiej, gdzie 
słuŜyło wielu dawnych kawalerzystów, wśród których nie brakowało 
równieŜ byłych Ŝołnierzy armii rosyjskiej. Tych pułków dowódca 
mógł być pewien, wiedział, Ŝe w spotkaniu z nieprzyjacielem nie 
zawiodą. 

Pierwsze dni lutego zeszły na pracach organizacyjnych i 
patrolowaniu okolicy. Dochodziło do pierwszych potyczek z 
podjazdami nieprzyjaciela, którego główna armia koncentrycznym 
marszem posuwała się ku Warszawie. Dywizje polskie, osłaniane 
przez szeroko rozrzucone oddziały jazdy, powoli cofały się w 
kierunku stolicy. 

13 lutego Chłapowski otrzymał rozkaz wymarszu z Siedlec do Opola 
(około 6 km na zachód od Siedlec). Tu powierzono mu zadanie 
osłaniania cofającej się dywizji generała Jana śymirskiego. 
Brygada została wzmocniona batalionem piechoty i półbaterią 
artylerii konnej. 

background image

Rozpoczął się uciąŜliwy, z uwagi na porę roku, odwrót do Warszawy. 
Maszerowano nocą, w ciągu dnia zaś oddziały rozwijały się zajmując 
moŜliwie dogodne pozycje, aby móc odeprzeć ewentualny atak 
nieprzyjaciela. Czasem trzeba było potykać się z próbującą 
natarcia kawalerią rosyjską, niekiedy stać pod nękającym ogniem 
artylerii. Na szczęście Rosjanie nie przejawiali większej 
aktywności, przez co i straty były niewielkie. 

Brygada Chłapowskiego, maszerując przez Kałuszyn, Mińsk, Dębe 
Wielkie, po kilku dniach dotarła do Pragi, gdzie w wielkim obozie 
zgromadziła się cała niemal jazda polska. 

Rozpoczęło się gwarne Ŝycie obozowe. Często przyjeŜdŜali 
oficerowie ze sztabu naczelnego wodza, od których Chłapowski 
dowiadywał się o ogólnej sytuacji strategicznej. Ze zdumieniem 
spoglądał na bezczynność naszego dowództwa, zastanawiał się, kto 
ponosi odpowiedzialność za tak karygodne marnowanie korzystnej 
sytuacji, stworzonej błędnymi posunięciami przeciwnika. W 
rozmowach z oficerami zawsze podkreślał, Ŝe strategia polega 
między innymi takŜe na wykorzystaniu błędów przeciwnika. 

Nie rozumiano tego, niestety, w dowództwie polskim. Dywizje stały 
u bram stolicy oczekując nieprzyjaciela, który tymczasem jak 
groźna fala płynął ku Warszawie. Nadchodził pamiętny dzień 25 
lutego, dzień bitwy grochowskiej. 

W przeddzień bitwy Chłapowski pełnił funkcję brygadiera 
słuŜbowego, dowodzącego oddziałami kawalerii, które wystawiały 
linie czat przed pozycjami piechoty. 

Rankiem 25 lutego 200 dział rosyjskich gradem pocisków sypnęło na 
polskie szeregi. Ruszyły głębokie kolumny cesarskiej piechoty, 
trzasnęły karabiny tyralierów. 

Rozpoczęła się bitwa. 

Po pierwszych strzałach Chłapowski zwinął linię czat i cofnął się 
za linię piechoty dywizji generała śymirskiego. Jego rola 
kawalerzysty była na razie skończona. W całej zresztą bitwie 
grochowskiej, ze względu na rozwój sytuacji, był bardziej 
obserwatorem niŜ uczestnikiem. Raz tylko, na rozkaz Skrzyneckiego, 
z dwoma szwadronami ułanów pomyślnie szarŜował na tyralierów 
rosyjskich, osłaniając przegrupowujące się bataliony. 

Drugi gorący moment przeŜył Dezydery w czasie słynnej szarŜy 
olbrzymich kirasjerów rosyjskich z pułku imienia księcia Alberta. 
W pułku tym słuŜyli Ŝołnierze wyróŜniający się wysokim wzrostem i 
dosiadający specjalnie dobieranych, rosłych koni. 

W chwili kiedy szarŜujący kirasjerzy rosyjscy pomieszali się z 
usiłującymi ich powstrzymać ułanami 2 pułku, Chłapowskiego, 
wracającego do swoich szwadronów, poniósł koń. W efekcie znalazł 
się on niespodziewanie wśród olbrzymich jeźdźców i tylko 
doświadczeniu i zimnej krwi zawdzięczał to, Ŝe uniknął śmierci lub 
niewoli. 

Około godziny piątej po południu bitwa grochowska miała się ku 
końcowi. Nieprzyjaciel, wykrwawiony atakami i zaskoczony 
uporczywą, bohaterską postawą Ŝołnierza polskiego, nie przejawiał 
aktywności. Oddziały polskie cofały się na linię umocnień Pragi, 
wieczorem zaś zaczęły przechodzić na lewy brzeg Wisły, do 
Warszawy. 

Chłapowski odebrał rozkaz przejścia do Warszawy o dziewiątej 
wieczorem. Po przybyciu do miasta brygada zatrzymała się w 

background image

Łazienkach; ludzie i konie biwakowali wśród drzew parkowych. 
Niedługo jednak trwał wypoczynek. JuŜ następnego dnia rano 
Chłapowski otrzymał polecenie obserwowania Wisły na odcinku od 
Czerniakowa do Wilanowa. Cztery dni trwała uciąŜliwa słuŜba 
patrolowa wśród mokrego śniegu, padającego na przemian z deszczem. 
Chłapowski wielokrotnie przemierzał konno powierzony mu odcinek. 
Kontrolował posterunki, zbierał raporty młodszych oficerów, 
osobiście sprawdzał stan lodu na Wiśle. 

Trudne to były dni. Istniało realne niebezpieczeństwo zaatakowania 
stolicy przez armię carską, która mogła po lodzie przeprawić się 
przez Wisłę lub przystąpić do budowy mostów. Tu natura okazała się 
jednak łaskawa. Trwająca odwilŜ z kaŜdym dniem zmniejszała szanse 
Rosjan na przeprawę po lodzie, a przygotowania do budowy mostów 
przebiegały z ich strony opieszale. Prócz tego sukcesy generała 
Dwernickiego, działającego na lewym skrzydle Rosjan, powaŜnie 
zaabsorbowały uwagę feldmarszałka Dybicza. Skierował on przeciwko 
Dwernickiemu liczne siły; osłabiając tym samym własne moŜliwości 
ofensywne. Wódz rosyjski przeceniał znaczenie sił Dwernickiego, 
widząc w nich zagroŜenie dla siebie. Warszawa przestała być w 
centrum jego uwagi, bezpośrednie niebezpieczeństwo dla stolicy 
minęło, a w dalszej konsekwencji dało stronie polskiej moŜliwości 
przejęcia inicjatywy. 

Chłapowski otrzymał ze sztabu polecenie przekazania dotychczasowej 
brygady generałowi Rutie i objęcia dowództwa nad inną, w której 
skład wchodziły: 3 pułk strzelców konnych i pułk jazdy 
augustowskiej. Nowa brygada naleŜała do korpusu generała 
Umińskiego, mającego działać na skrzydle armii głównej. 

Korpus Umińskiego niebawem opuścił Warszawę, kierując się najpierw 
do Modlina, później, idąc wzdłuŜ Narwi, w rejon Pułtuska i 
Ostrołęki. W okresie inicjatywy polskiej, kiedy to armia główna 
skierowała się na Siedlce, korpus operował w okolicach Okuniewa; 
Liwu i Sokołowa Podlaskiego. 

Dla Chłapowskiego był to ponad dwumiesięczny okres cięŜkiej, ale 
chwalebnej słuŜby. Nie było tam wielkich bitew i błyskotliwych 
zwycięstw, przynoszących dowódcy rozgłos i sławę. Była to raczej 
zwykła wojenna harówka, szarpiąca nerwy dowódcy i wyciskająca pot 
z Ŝołnierzy. Podjazdy, zasadzki, niespodziewane potyczki - oto 
obraz tamtych dni. Często suchar, kęs wędzonego mięsa i łyk z 
manierki były całodziennym poŜywieniem. Wiele godzin w siodle i 
nocleg w chłopskiej chacie lub biwak pod gołym niebem z szablą i 
pistoletem pod ręką. Tak było pod RóŜanem, Ostrołęką, później pod 
Sokołowem Podlaskim; Liwem i Okuniewem. 

Ten typ działań stawia przed dowódcą wiele dodatkowych wymagań. 
Obok wiedzy taktycznej i znajomości regulaminów walki musi on 
umieć znajdować wyjście z zupełnie nieoczekiwanych sytuacji, mieć 
zdolność improwizacji, nie cofać przed poświęceniem osobistym. 

Chłapowski odznaczał się tymi cechami. Z natury zimny i opanowany, 
gdy trzeba było, potrafił błysnąć kawaleryjską fantazją. Lubił 
ruch i manewr, dobrze czuł się jako dowódca kawalerii. W słuŜbie 
przestrzegał Ŝelaznej dyscypliny, był wymagający wobec 
podwładnych, ale i siebie nie oszczędzał. Z całą bezwzględnością 
tępił przejawy niesubordynacji, nie dopuszczał do Ŝadnych 
wyjątków. Na tym tle miał nawet zatarg z dowódcą przydzielonego mu 
czasowo pułku jazdy podlaskiej - pułkownikiem Kuszlem. Wizytując 
niespodziewanie kwatery tego pułku Chłapowski stwierdził, Ŝe 
Kuszel wbrew instrukcjom ma do swojej dyspozycji karetę i brykę. 
Mimo interwencji Umińskiego, do którego odwołał się Kuszel, 
Chłapowski kategorycznie zaŜądał odesłania tych ekwipaŜy. Sam jako 
brygadier miał prawo do bryczki, ale nigdy z niej nie korzystał. 

background image

Kiedy brygada Chłapowskiego operowała w rejonie Stanisławowa i 
Kamionki, a w głównej kwaterze dojrzewał plan wyprawy na gwardie, 
do dowódcy brygady przyjechał Maciej MielŜyński, adiutant ze 
sztabu Skrzyneckiego. Przywiózł on wiadomość, Ŝe w sztabie 
postanowiono wysłać wojska na Litwę, a na dowódcę wyprawy 
przewidziany jest właśnie Chłapowski. 

Informacja wkrótce potwierdziła się. Generał Umiński wezwał do 
siebie Chłapowskiego i powiedział mu, Ŝe na podstawie rozkazu z 
głównej kwatery ma natychmiast udać się do Jędrzejowa na spotkanie 
z naczelnym wodzem. 

Niebezpieczna misja 

Powstanie na Litwie wybuchło juŜ w ostatnich dniach marca 1831 
roku, w pierwszej połowie kwietnia osiągając największy zasięg. 
Był to teren szczególnie waŜny dla armii rosyjskiej, stanowił 
bowiem zaplecze wojsk działających w Królestwie. Nic więc 
dziwnego, Ŝe w tej sytuacji Rosjanie z całą energią przystąpili do 
jego tłumienia, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo na 
newralgicznych szlakach komunikacyjnych. 

W wyniku zdecydowanej akcji wojsk cesarskich powstanie, po 
początkowych sukcesach, w drugiej połowie kwietnia zostało w 
znacznej mierze przytłumione. Oddziały powstańcze, które nie 
uległy rozbiciu, zapadły w lasy i ograniczały się do sporadycznych 
wypadów na mniejsze oddziały rosyjskie. Pozbawione początkowego 
rozmachu, po utracie opanowanych przedtem miast, powstanie 
sprowadzało się do sporadycznych działań o charakterze 
partyzanckim, a w niektórych powiatach, szczególnie waŜnych dla 
Rosjan, wygasło prawie zupełnie. Nie oznaczało to, Ŝe na Litwie 
zapanował zupełny spokój. Niektóre ogniska działań powstańczych, 
szczególnie na śmudzi, tliły się mocno, zmuszając Rosjan do 
ciągłej gotowości i utrzymywania na tych terenach znacznych 
garnizonów. 

Niektórzy dowódcy polscy w Warszawie doceniali znaczenie ruchu 
powstańczego na Litwie. Doskonale dostrzegł to generał Ignacy 
Prądzyński, świetny strateg i autor znakomitych planów 
operacyjnych. Do partyzantki na Litwie nawiązywał teŜ Chłapowski w 
planie przedstawionym Chłopickiemu w grudniu 1830 roku. 

Niestety, kolejni wodzowie pozostawiali to zagadnienie na 
marginesie innych spraw. Skrzynecki przemyśliwał co prawda o 
wysłaniu na Litwę grupy wojsk regularnych, jednak nie mógł jakoś 
zdecydować się na realizację tego zamiaru. 

Dopiero przybycie w połowie kwietnia emisariusza z Litwy - Feliksa 
Wrotnowskiego, który dokładnie przedstawił sytuację i zdecydowanie 
domagał się pomocy, w pewnym sensie przyspieszyło bieg wydarzeń. 

Skrzynecki serdecznie przyjął w swojej kwaterze meldującego się na 
rozkaz Chłapowskiego. Przede wszystkim gratulował mu awansu na 
generała brygady, chwalił za dotychczasowe działania. Od razu 
przeszedł do sedna sprawy. 

- Czy podejmujesz się z 1 pułkiem ułanów i baterią konną 
przeprowadzić w Trockie, pod Wilno, 200 oficerów i podoficerów, 

background image

przeznaczonych na instruktorów dla powstania litewskiego? 

- Nigdy, słuŜąc od dzieciństwa, nie wybierałem, co mam czynić; 
kaŜdy rozkaz będę się starał wypełnić - odparł Chłapowski. - 
Znając jednak Litwę, kraj wszędzie lasami przeplatany, zamiast 
całej baterii proszę o jedno działo i jeden granatnik, ale za to o 
batalion piechoty. 

- Całego batalionu nie mogę ci dać - odpowiedział Skrzynecki - bo 
zdezorganizuję sobie cały regiment, ale z 1 pułku strzelców 
wybierz sobie stu Ŝołnierzy i oficerów, jakich zechcesz. Pamiętaj, 
niech jak najmniej ludzi wie o celu twojej wyprawy. WaŜne, Ŝeby 
nieprzyjaciel nie zorientował się, łatwiej ci będzie prześliznąć 
się... Nie taję, Ŝe powierzam ci niebezpieczną misję, ale nie mogę 
nie posłać powstaniu litewskiemu instruktorów, o których proszą. 

- Wszędzie równe niebezpieczeństwo na wojnie, toteŜ i przy takiej 
wyprawie nic więcej spotkać człowieka nie moŜe jak śmierć, na co 
pewnie wszyscy powinniśmy być jednako przygotowani. Jenerale, czy 
dasz mi jakieś bliŜsze instrukcje, co mam czynić na Litwie? 

- śadnych instrukcji ci nie daję, bo i sam mało wiem, co tam dziś 
się dzieje - odparł Skrzynecki. - Staraj się organizować tam 
powstanie, bacz na wszystko i działaj podług okoliczności. 

Rozmowa toczyła się jeszcze czas jakiś wokół spraw związanych z 
wyprawą, wreszcie na zakończenie Chłapowski zwrócił się do 
naczelnego wodza: 

- Jenerale, lecz skoro wysyłasz mnie tak daleko od siebie i 
mówisz, Ŝe to niebezpieczna wyprawa, pozwól, niech ci zadam jedno 
pytanie. 

- Pytaj - odparł Skrzynecki. 

- Dlaczego, jenerale, po zwycięstwach pod Wawrem i Dębem Wielkim 
nie uderzyłeś na Dybicza? 

- Brała mnie chętka, ale tylu emisariuszów z Francji przybyło do 
mnie, zaklinając mnie, aŜebym głównej bitwy nie wydawał i Ŝebym 
się starał przedłuŜyć walkę o kilka miesięcy, a negocjacje są juŜ 
tak posunięte, iŜ bylebym utrzymał armię naszą bez znacznej 
straty, to byt Polski dyplomatycznie będzie zapewniony. Musiałem i 
muszę jeszcze do tego się stosować. 

Chłapowski nie podzielał nadziei wodza. 

- Jenerale! śebyśmy główną armię pobili, co było niezawodne, jak 
ona w błotach od Ryk do Łukowa się rozwlekła, to by negocjacje o 
nas były łatwiejsze. Nie wierzę w Ŝadne negocjacje, tylko w 
zwycięstwo. 

Po rozmowie ze Skrzyneckim Chłapowski powrócił do swojego obozu i 
energicznie zabrał się do przygotowywania wyprawy. Najpierw 
dokonał przeglądu 1 pułku ułanów, liczącego 640 ludzi. Wybrał 520 
Ŝołnierzy, pozostawiając słabszych lub starszych wiekiem. Z 1 
pułku strzelców pieszych na wyprawę wyruszyli kapitanowie Macewicz 
i Stryjeński oraz porucznik Szymon Konarski. Oficerowie ci wybrali 
z pułku tych Ŝołnierzy, do których mieli pełne zaufanie. Dobrano 
jeszcze sześciu saperów z podoficerem. 

Po kilku dniach przygotowania do wyprawy były zakończone. Cały 
oddział, łącznie z instruktorami i obsługą przydzielonych dwóch 
dział, liczył 820 ludzi. Wszyscy byli konno, co zapewniało 
szybkość poruszania się. Tabor ograniczono do kilku niezbędnych 
wozów, głównie amunicyjnych. 

background image

Sztab generała stanowili: doktor Karol Marcinkowski, dowódca 
artylerii Janusz Czetwertyński, kwatermistrz Kazimierz Krasicki, 
płatnik Wincenty Wielkopolski oraz adiutanci - Maciej MielŜyński, 
Leon Smitkowski, Gustaw Potworowski i Stanisław Chłapowski, 
Wielkopolanin, ale nie krewniak generała.

Był to okres, kiedy w głównej kwaterze postanowiono uderzyć na 
gwardię rosyjską, rozlokowaną w rejonie ŁomŜy. Wyprawę tę 
utrzymywano w głębokiej tajemnicy.12 maja wojska polskie, 
pozostawiając korpus Umińskiego dla obserwacji rosyjskiej armii 
głównej Dybicza, ruszyły ze swoich pozycji między Mińskiem i 
Kałuszynem, kierując się do Serocka, a potem trzema kolumnami w 
stronę Ostrołęki. 

Oddział Chłapowskiego maszerował w straŜy przedniej, dowodzonej 
przez generała Jankowskiego. 

Pod Długosiodłem doszło do pierwszej potyczki. Po wyparciu ze wsi 
piechoty rosyjskiej Chłapowski na czele szwadronu ułanów szarŜował 
cofających się jegrów. SzarŜa, przeprowadzona w trudnych 
warunkach, gdyŜ po wąskiej grobli, otworzyła drogę piechocie i nie 
pozwoliła nieprzyjacielowi na zniszczenie mostu. 

Następnie wojska postępowały za cofającymi się oddziałami 
przeciwnika, często ścierając się z osłaniającą odwrót kawalerią 
rosyjską. Pod Sokołowem trzeba było zatrzymać się, poniewaŜ 
Rosjanie zniszczyli most na rzece Orz. Saperzy w ciągu godziny 
naprawili uszkodzenia i wojska przeszły na drugi brzeg rzeki. 
Dzień minął na starciach z huzarami i ułanami, którzy usiłowali 
powstrzymać marsz polskiej straŜy przedniej. 

Kończył się dzień 17 maja. Wieczorem Chłapowski otrzymał rozkaz 
stawienia się w głównej kwaterze. 

- Teraz pora na ciebie - powiedział Skrzynecki. - Gwardie cofają 
się, masz wolne przejście na Litwę. śyczę ci powodzenia. 

- Za jenerałem zapewne wyślemy tam całą dywizję - dodał obecny 
przy rozmowie generał Prądzyński. 

Sytuacja rzeczywiście sprzyjała wyprawie. Wojska polskie zajmowały 
rejon Śniadowa, gwardie rosyjskie cofały się na całej linii, a 
główne siły feldmarszałka Dybicza były jeszcze daleko. Pomiędzy 
najdalej na południe wysuniętym skrzydłem gwardii a najbardziej na 
północ sięgającymi oddziałami armii Dybicza pozostawał pas 
szerokości około 40 km. W ten korytarz skierował swój oddział 
Chłapowski, by niepostrzeŜenie przemknąć się pomiędzy masami wojsk 
nieprzyjacielskich. 

Wyruszył o świcie 18 maja. Maszerując przez Andrzejewo i CzyŜewo, 
nocą z 21 na 22 maja dotarł do granicy Królestwa, którą 
przekroczył pod miejscowością Mień. 

Głuchy tupot kopyt kawaleryjskich koni i hurkot kół toczących się 
armat ostro wdzierał się w ciszę majowej nocy. Czasem zadzwoniło 
trącone strzemię, zabrzmiały krótkie, przyciszone słowa komendy. 
Oddział śpiesznie maszerował na wschód. Gdzieś w mijanej wiosce 
zaszczekał pies, ktoś wyszedł przed chatę, by odprowadzić wzrokiem 

background image

sylwetki ludzi i koni niknące w mroku. 

Generał nakazywał pośpiech. Coraz dalej za plecami pozostawała 
granica Królestwa. NaleŜało zaskoczyć oddziały nieprzyjaciela, 
które mogły zastąpić drogę, i mieć czas na zmylenie pościgu, gdyŜ 
przecieŜ niemoŜliwe, aby nieprzyjaciel wcześniej czy później nie 
zorientował się w sytuacji. Trudna i niebezpieczna była to 
wyprawa. Niewiele wiedziano o sytuacji na terenach, ku którym 
zdąŜano; w sztabie nie umieli tego określić. Kazali działać 
"podług okoliczności". Musiała wystarczyć ta niewiele mówiąca 
informacja. Resztę naleŜało obmyślić i wykonać samemu. 

Generał był jednak dobrej myśli. WaŜne, Ŝe wreszcie zaczął działać 
samodzielnie, miał inicjatywę. Nieobce były mu zasady 
partyzanckich działań. Dość się im napatrzył, a nawet odczuł na 
własnej skórze w Hiszpanii i w Rosji w pamiętnym 1812 roku. 
Obejrzał się za siebie. Miarowo, w takt końskiego kroku, kołysała 
się fala jeźdźców, migotały groty ułańskich lanc. Doprowadzi tych 
ludzi tam, gdzie mu kazano, z nimi rozdmucha przytłumiony przez 
wroga Ŝar powstania, zamieni go znowu w płomień partyzanckiej 
wojny. 

Krótkie były postoje, tyle tylko, Ŝeby dać odpocząć zmęczonym 
koniom i ludziom pozwolić na chwile oddechu. Kilkuosobowe patrole 
ułańskie badały teren, zbierały informacje. Chłapowski wiedział 
juŜ, Ŝe wysłano za nim w pościg znaczne siły. Generałowie Knorring 
i Gerstenzweig z dwiema brygadami jazdy mieli przeciąć mu drogę, 
osaczyć i zniszczyć. Dlatego trzeba się śpieszyć, zmylić pogoń, 
utonąć w zastępach Puszczy Białowieskiej. 

Z marszu, bez wystrzału zostało zajęte miasto Bielsk. 

Zaskoczona załoga rosyjska złoŜyła broń, a zdobyczą Polaków były 
obficie zaopatrzone magazyny. Zdobyto broń i amunicję oraz duŜy 
zapas sukna, z którego później uszyto mundury dla nowo 
powstających oddziałów. 

23 maja doszło do pierwszej powaŜniejszej potyczki. Rosyjski 
generał Linden, wiedząc juŜ o zbliŜającym się polskim oddziale, 
postanowił zatrzymać go pod Hajnówką, na skraju Puszczy 
Białowieskiej. Siły składające się z dwóch batalionów piechoty, 
szwadronu ułanów i dwóch dział rozmieścił na dobrej pozycji na 
skraju wsi. Silny patrol piechoty wysunął w stronę, skąd 
spodziewał się przeciwnika, i spokojnie czekał na nieprzyjaciela. 
Nie docenił jednak polskiego generała. 

Chłapowski uderzył akurat z przeciwnej strony od tej, z której 
spodziewał się ciosu rosyjski dowódca. 

Na piechotę rosyjską, swobodnie stojącą na szerokiej wiejskiej 
drodze, spadła piorunująca szarŜa 1 szwadronu ułanów. Ułani, 
kłując lancami i rąbiąc szablami, pędzili przed sobą uciekających 
piechurów, a spieszeni strzelcy Macewicza wyłapywali tych, którzy 
usiłowali kryć się wśród zabudowań. 

Linden zdołał jednak sformować za wsią czworobok, otworzył teŜ 
ogień z dział. Widząc to Chłapowski, prowadzony przez wieśniaka, 
mieszkańca wsi, spróbował obejść czoło stanowisk rosyjskich i 
uderzyć od tyłu. JednakŜe zamiar ten nie powiódł się - ułani 
grzęźli na podmokłych łąkach. W tych warunkach o szarŜy nie mogło 
być mowy. 

Generał wrócił ze szwadronem na drogę i wezwał armaty. Szybki i 
celny ogień dwóch dział polskich przytłumił artylerię rosyjską. 
Pod jego osłoną dwa szwadrony ruszyły do szarŜy na czworobok. 
Przyjęte gęstym ogniem, nie dotarły jednak do pierwszego szeregu 

background image

jegrów. 

Chłapowski zatrzymał cofających się ułanów, krzycząc: 

- śołnierze! Jeśli nie rozbijecie tej piechoty, to zsiadajcie z 
koni i poddajcie się, bo Moskale przed nami i za nami! Nie ma 
ratunku! Trzeba naprzód! Marsz, marsz! 

Ułani, poderwani do ponownej szarŜy, poszli jak burza, wpadli na 
piechotę nieprzyjaciela rozbijając szyk. Czworobok pękł jak walący 
się dom. Do zwycięstwa walnie przyczynił się teŜ porucznik Szymon 
Konarski, który na czele stu strzelców uderzył na stanowiska dział 
rosyjskich, zdobywając jedno z nich. 

Generał Linden, tracąc 200 zabitych, rannych i jeńców oraz jedno 
działo, musiał pośpiesznie wycofać się w stronę BiałowieŜy. 

śołnierze opatrywali rany, zbierali i ładowali na wozy zdobytą i 
porzuconą przez nieprzyjaciela broń. Jeńców po rozbrojeniu 
puszczono wolno, dając im po rublu na zakup Ŝywności. 

Wkrótce po potyczce oddział zanurzył się w Puszczę Białowieską, 
gdzie nastąpiły pierwsze spotkania z miejscowymi powstańcami. Byli 
to głównie straŜnicy leśni, chłopi z puszczańskich wiosek i 
okoliczna szlachta. Wiele szlachty przyjechało na wieść o 
przybyciu regularnego wojska, aby obejrzeć to polskie wojsko i 
dowodzącego nim generała. 

Chłapowski przyłączył do swojego oddziału dwustu strzelców, 
którymi dowodził nadleśniczy Rohnke; natomiast inne oddziałki 
powstańcze pozostawił na miejscu z zadaniem przecinania szlaków 
komunikacyjnych wiodących przez puszczę i niepokojenia 
nieprzyjaciela na jej skraju. Pozwolił teŜ na krótki odpoczynek 
swojemu oddziałowi. W tym czasie sam przeprowadził liczne rozmowy 
z miejscowymi dowódcami, zbierał informacje, starał się rozeznać w 
panujących nastrojach; dokonywał przeglądu ochotników, których 
zamierzał zabrać z sobą. 

RóŜni byli ci ochotnicy. Wielu szlacheckich kandydatów na 
partyzantów przybyło prowadząc z sobą bryki, wozy, słuŜbę, tak jak 
niegdyś ich dziadowie i pradziadowie ciągnęli do obozów 
pospolitego ruszenia. Inni znów, którzy w jakiś sposób 
zamanifestowali swoje sympatie dla powstania, uznali się za 
skompromitowanych w oczach władz rosyjskich i w obawie przed 
represjami przybyli z dobytkiem i rodzinami. Byli przekonani, Ŝe 
pod eskortą wojska przejdą w bezpieczne, ich zdaniem, strony. 

Generał, po którym tyle sobie obiecywali, rozwiał te złudzenia. 

- Panowie! - mówił. - Nie przyszedłem tu, by skompromitowanych 
eskortować i tabory wodzić. Mam rozdmuchać to, co nieprzyjacielowi 
udało się stłumić, a tym samym spełnić waŜną misję wojskową. Komu 
wola proszę z nami, ale na koniu i z szablą w garści... Do tej 
wojny ekwipaŜy i kredensów nie trzeba. Sam przypilnuję, by ani 
jeden zbędny wóz nie wadził mi w marszu! 

Tylko kilkunastu uznało słuszność tych argumentów i wstąpiło do 
szeregów. Większość straciła ochotę do wojaczki i głośno 
wydziwiając na nowe porządki oraz bezduszność generała rozjechała 
się do domów. 

Maszerując leśnymi drogami, po minięciu miejscowości Narewka i 
Rudnia, oddział ostroŜnie wynurzył się z Puszczy Białowieskiej. 
OstroŜność ta była w pełni uzasadniona, gdyŜ był to przecieŜ 
obszar kontrolowany przez przeciwnika i w kaŜdej chwili moŜna było 
natknąć się na jego oddziały. Kiedy przekraczano trakt wiodący ze 

background image

Słonimia do Białegostoku, patrol ułanów schwytał oficera 
grenadierów gwardii, jadącego z depeszami do Białegostoku. Z 
papierów znalezionych przy kurierze Chłapowski zorientował się 
mniej więcej w dyslokacji oddziałów rosyjskich, stwierdził teŜ, Ŝe 
w Słonimiu w dalszym ciągu przebywa wielki ksiąŜę Konstanty. Po 
krótkiej naradzie z doktorem Marcinkowskim i kapitanem Krasickim 
Chłapowski postanowił to wykorzystać. Kazał przyprowadzić jeńca. 

Blady z wraŜenia kurier stanął wypręŜony przed generałem, z 
wyczekiwaniem patrząc mu w twarz. Lekko uśmiechnięty Chłapowski 
zwrócił się do grenadiera: 

- Panie oficerze! Nie wiem, czy wiesz, a pewno nie wiesz, Ŝe 
księŜna łowicka i moja Ŝona to rodzone siostry. Jak widzisz zatem, 
jestem powinowatym wielkiego księcia. Wybieram się w gości do 
księstwa, a Ŝe nie godzi się składać wizyt bez zapowiedzi, wracaj 
do Słonimia, aby nas anonsować. Dodaj teŜ, Ŝe jako awangarda 
korpusu polskiego, który idzie w Litwę, maszeruję spiesznie i 
rychło tam stanę. Masz tu list, który oddasz księŜnej. Ruszaj! 

Co dał ten manewr? W kwaterze Konstantego po przeczytaniu listu i 
wysłuchaniu relacji kuriera zapanowała konsternacja. Sądzono, Ŝe 
Polacy na pewno przeszli do szeroko zakrojonych działań 
ofensywnych. JeŜeli awangarda z generałem na czele, którą na 
własne oczy widział kurier, jest tak silna, to jaki za nią ciągnie 
korpus? Pewnie teŜ niemały. Informacji brak, wojska niewiele, 
powstanie znów rozgorzeje ze zdwojoną siłą. Popędzili kurierzy, 
wioząc rozrzuconym po kraju rosyjskim dowódcom dezorientujące 
informacje i rozkazy, skutecznie odwracając uwagę od polskiego 
oddziału, mieniącego się awangardą nie istniejącego korpusu. 

Dzięki temu Chłapowski 28 maja 1831 roku bez przeszkód dotarł do 
Niemna i przez nikogo nie niepokojony, przeprawił się na drugi 
brzeg pod miejscowością Mosty. 

Za Niemnem 

Niełatwe były ostatnie dni maja 1831 roku dla rosyjskiego generała 
gubernatora Wilna - Chrapowickiego. Zdawało się, Ŝe juŜ uspokoił 
zbuntowany kraj. Marcowo-kwietniową ruchawkę przytłumił, zapędził 
głęboko w lasy oddziały buntowników, pozbawiając je inicjatywy. 
Obronił w kwietniu stolicę prowincji przed zakusami powstańców, 
oczyścił szlaki komunikacyjne, wprowadził jaki taki ład, a tu 
znowu... 

Coraz groźniejsze wieści docierały do jego kwatery. Jakieś polskie 
regularne oddziały wkroczyły na Litwę, gromią rosyjskie garnizony, 
idąc w głąb kraju. Powstanie oŜywało na nowo, buntownicy łączyli 
się z przybyłymi, na innych terenach coraz śmielej sobie 
poczynali, zachęceni nadzieją pomocy. Jego dotychczasowa robota 
waliła się w gruzy. 

Gubernator zŜymał się, denerwował. Nic nie wiedział o przeciwniku, 
nie znał jego sił, nie potrafił rozszyfrować zamiarów. Polski 
dowódca kluczył, zmieniając kierunki marszu, uderzał 
niespodziewanie w róŜnych punktach i równocześnie niebezpiecznie 
zbliŜał się do Wilna. Co się stanie, jeŜeli uderzy na miasto? 
Słaby, niewiele ponad 3 tysiące ludzi liczący garnizon nie będzie 

background image

w stanie go obronić. Atmosfera w mieście teŜ była jakaś cięŜka, 
naładowana. Niby spokój, ale groźny; coś w nim się czaiło, 
straszyło... Trudno pomyśleć, co będzie, gdy równocześnie z 
atakiem z zewnątrz w mieście wybuchnie bunt. Jak potoczą się losy 
wojny, jeŜeli w ręce nieprzyjaciela wpadnie to waŜne strategicznie 
miasto razem z jego arsenałem i magazynami? W arsenale nie 
bagatela... ponad 20 tysięcy karabinów, 60 armatnich luf, amunicja 
i wiele innego wojennego dobra. 

MoŜe w tej sytuacji wyjść z miasta, którego nie sposób obronić, 
zamknąć się w obwarowanym arsenale, tam zatrzymać nieprzyjaciela i 
czekać pomocy? A moŜe lepiej będzie w ogóle wyjść z załogą w pole, 
zniszczywszy uprzednio arsenał i magazyny? Trudne chwile, niełatwe 
decyzje... 

Na razie, póki wróg nie atakuje, ściągać pomoc! 

Popędzili kurierzy z rozkazami do generałów, Chiłkowa, Kuruty, 
Otroszenki, Sulimy, by ze wszystkimi siłami pośpiesznie przybywali 
na pomoc zagroŜonemu Wilnu. Byle zgromadzić moŜliwie najwięcej 
wojska. Wezwani generałowie są coraz bliŜej. 

Nagle niespodziewanie ulga. Są pewne wieści! 

Dzielny pułkownik Haferland nie dał się zaskoczyć, rozpoznał 
przeciwnika, zameldował co trzeba... Okazało się, Ŝe nie taki 
diabeł straszny... To nie Ŝaden korpus ani krocie, ale liczący 
zaledwie kilkaset koni oddział regularnego wojska, z którym 
złączyło się trochę miejscowych ludzi. Bezpośrednie 
niebezpieczeństwo odsunęło się, ale nie wolno go lekcewaŜyć. 
Dowodzi nimi śmiały oficer, podobno generał Chłapowski - 
napoleończyk. Tacy jak on znają wojenne rzemiosło. Ma wiele broni. 
JeŜeli zdoła zgromadzić miejscowych powstańców, nie przestanie być 
groźny. Trzeba go zniszczyć, nim będzie za późno. 

Znów popędził kurier do generała Otroszenki, maszerującego z 
Oszmiany do Wilna. Rozkaz zawrócił go z drogi, nakazując osaczyć i 
zniszczyć polski oddział. Ponad tysiąc piechoty, szwadron ułanów, 
400 kozaków i 9 dział powinno wystarczyć. 

Czy wystarczyło? 

Jak doszło do spotkania rosyjskiego pułkownika Haferlanda z 
generałem Chłapowskim i skąd pochodziły wieści, które tak 
ucieszyły gubernatora Wilna? 

Chłapowski po przekroczeniu Niemna i wykonaniu kilku marszów w 
róŜnych kierunkach, które miały zdezorientować przeciwnika, wszedł 
na trakt wiodący z Grodna do Wilna, kierując się w stronę stolicy 
Litwy. Przy trakcie tym, mniej więcej w połowie drogi między 
Grodnem a Wilnem, znajdowało się niewielkie wówczas miasteczko - 
Lida, gdzie stacjonował rosyjski garnizon, składający się z 
batalionu piechoty i dwóch dział. Dowódca garnizonu, kapitan 
Komarnicki, na wiadomość o zbliŜaniu się polskiego oddziału 
postanowił opuścić miasto i połączyć się z maszerującym w jego 
stronę silnym oddziałem pułkownika Haferlanda. 

Manewr ten jednak nie powiódł się. Batalion nieprzyjaciela, 
dopędzony w otwartym polu przez ułanów Chłapowskiego, w krótkiej, 
zaciętej potyczce został rozbity. Polacy wzięli wielu jeńców, 

background image

zdobyli obydwa działa i duŜo broni. 

Po zwycięskiej potyczce Chłapowski ruszył na spotkanie Haferlanda, 
ale ten nie dał się zaskoczyć. Zaalarmowany odgłosem bitwy, 
zatrzymał się w folwarku śyrmuny, mocno usadawiając się w jego 
solidnych zabudowaniach. Po drodze zdąŜył juŜ zebrać nieco 
informacji o przeciwniku, dalsze uzyskał od zbiegów z potyczki pod 
Lidą. Natychmiast wysłał gońca do Wilna, czym tak ucieszył 
generała gubernatora Chrapowickiego. 

Chłapowski spróbował zaatakować Rosjan, szybko jednak zorientował 
się, Ŝe zdobycie folwarku zajmie zbyt wiele czasu i przyniesie 
znaczne, zupełnie niepotrzebne straty: W tej sytuacji zdecydował 
się zaniechać zbędnego oblęŜenia. 

Błyskawicznie zwinął swoje siły i skierował się na północ, w 
okolice Trok, spodziewając się zastać tam większe skupiska 
powstańców. Rzeczywiście, przybywało ich coraz więcej. Na wieść o 
pochodzie wojsk polskich wychodzili z leśnych kryjówek i 
przyłączali się pojedynczo lub całymi oddziałami. Przynosili teŜ 
bezcenne informacje, dzięki którym generał zorientował się, Ŝe w 
Wilnie wiedzą juŜ o nim dostatecznie duŜo. Dowiedział się teŜ, Ŝe 
od Oszmiany maszeruje Otroszenko, a od Grodna Kuruta. 

Chłapowski, zręcznie manewrując wśród próbujących go osaczyć 
oddziałów przeciwnika i wykorzystując lotność swojego oddziału 
oraz doskonałe informacje, wymknął się pogoni i utonął w lasach 
trockich. Tu wreszcie zaczęły napływać oddziały litewskich 
powstańców. Przybył słynny w Trockiem dowódca i partyzant Wincenty 
Matusewicz, dołączył ze swoją partią Ogiński, dotarł równieŜ 
oddział studentów wileńskich. 

Były to jednak zbyt słabe siły, aby pokusić się o zdobycie Wilna, 
a tym samym zrealizować zamiar, o którym generał myślał od 
początku wyprawy. W tej sytuacji Chłapowski postanowił pozostawić 
Wilno w spokoju, obejść je i przenieść działania w lasy mozyrskie 
i borysewskie, wzniecić powstanie na Polesiu, a tym samym uderzyć 
na głębokie tyły nieprzyjaciela. 

Plan ten równieŜ nie został zrealizowany, a powodem tego były 
waŜne i niespodziewane wieści, uzyskane w czasie marszu w Trockie. 
2 czerwca w Oranzch do Chłapowskiego zgłosił się osobnik 
przedstawiający się jako Korabiewicz, ziemianin z Augustowskiego. 
Donosił on o znacznym korpusie polskim, który idąc przez Augustów 
i Suwałki wkroczył na Litwę. Przybyły nie umiał powiedzieć nic 
konkretniejszego. 

Wiadomości te mocno poruszyły Chłapowskiego. Sądził, Ŝe przybywają 
tu jakieś większe siły, z którymi będzie moŜna coś przedsięwziąć. 
Szlachcic wzbudzał zaufanie, generał uznał więc, Ŝe moŜna go 
wykorzystać jako posłańca. Napisał krótki, bardzo ostroŜny list do 
dowodzącego korpusem, w którym prosił o bliŜszy kontakt. 

JuŜ po dwóch dniach przyszła odpowiedź podpisana przez generała 
Henryka Dembińskiego. Donosił on, Ŝe na czele wyprawy stoi generał 
Antoni Giełgud, wspomniał o zwycięskiej bitwie pod Rajgrodem, jako 
cel marszu wymienił rejon Kowna, dawał do zrozumienia, Ŝe teraz 
głównodowodzącym na Litwie jest Giełgud, jako generał dywizji 
najstarszy tu stopniem. Konkretnych rozkazów jednak nie było. 

Chłapowski nie był zachwycony tymi wiadomościami. Zdziwił go 
kierunek marszu, kierujący wojska na tereny leŜące zupełnie z boku 
waŜnych strategicznie rejonów. Prócz tego, znając nieco Giełguda, 
wiedział, Ŝe jest to człowiek zacny i odwaŜny, bardzo ceniący 
dyscyplinę i lojalność wobec przełoŜonych, ale obdarzony miernymi 
raczej zdolnościami wojskowymi. Wszelkie wątpliwości zachował dla 

background image

siebie, do Giełguda natomiast wystosował szczegółowy raport, w 
którym meldował gotowość do wykonywania rozkazów. Określał swoje 
połoŜenie i zamiary, charakteryzował sytuację wojsk rosyjskich i 
równocześnie radził natychmiastowy zwrot na Wilno. Prosił o 
konkretne zadania dla siebie. 

Mając juŜ stały kontakt z Giełgudem, Chłapowski przesunął się 
dalej na północny zachód, gubiąc ostatecznie próbujące osaczyć go 
oddziały rosyjskie. Zatrzymał się w miejscowości śyŜmory, skąd w 
jednakowym stopniu szachował Kowno i Wilno. 

Był juŜ czerwiec. NaleŜało pozwolić odetchnąć zmęczonym 
Ŝołnierzom, którzy przecieŜ od 19 maja byli prawie bez przerwy w 
marszu lub w boju. Trzeba teŜ było w dalszym ciągu organizować 
miejscowe oddziały, zamieniać je w regularne wojsko. Chłapowski 
przez cały ten czas pracował z niezwykłą energią. Tworzył 
bataliony i szwadrony, które obejmowali pod swoje komendy 
miejscowi dowódcy oraz oficerowie i podoficerowie - instruktorzy 
przyprowadzeni z Królestwa. Gromadzono konie dla jazdy, 
rozdzielano przywiezioną broń, kompletowano umundurowanie i 
wyposaŜenie. 

W wyniku wytęŜonej pracy organizacyjnej powstały cztery nowe pułki 
jazdy, podzielone na dwie brygady, oraz dwa pułki piechoty, 
batalion strzelców, i bateria artylerii licząca pięć dział. 

Wreszcie po kilku dniach przyszedł rozkaz od Giełguda, nakazujący 
koncentrację wszystkich wojsk pod Kiejdanami. 

Generał wyprowadził swoje oddziały z śyŜmorów wieczorem 7 czerwca. 
W nocy, wśród deszczu, wojsko na promach sprawnie przeprawiło się 
przez Wilię, by następnego dnia, po forsownym marszu, stanąć w 
śejmach pod Kiejdanami. 

śejmy, wówczas majątek Kossakowskich, zmieniły się w wielki obóz 
wojskowy. W zabudowaniach, w parku, na polach biwakowały piechota, 
jazda, artyleria, tabory. Przybyli powstańcy litewscy, podobnie 
jak w pobliskich Kiejdanach, i tu zbierały się miejscowe 
osobistości. 

Warto tu dodać, Ŝe w obozie powstańczym pod śejmami znalazła się 
równieŜ panna Emilia Plater wraz ze swoją przyjaciółką, panną 
Raszanowiczówną. Młode kobiety, ubrane po męsku i uzbrojone, 
przybyły tu na czele oddziału powstańców, z którymi wcześniej juŜ 
prowadziły działania bojowe. 

Obydwie panny przedstawiono oczywiście generałowi Chłapowskiemu, 
który absolutnie nie wydawał się być zachwycony ich obecnością. 
Chwalił zapał i męstwo, ale w długiej rozmowie usiłował przekonać 
późniejszą legendarną bohaterkę, Ŝe obóz wojskowy nie jest 
najlepszym miejscem dla kobiet. JednakŜe wobec zdecydowanej i 
pełnej zapału postawy panny Emilii generał ustąpił i zezwolił na 
pozostanie w wojsku. 

Chłapowski niezwłocznie udał się do Kiejdan, gdzie nastąpiło 
spotkanie trzech generałów, ludzi, w których rękach spoczął los 
tych wojsk. Czy w równej mierze spełnią pokładane w nich nadzieje? 

Od dłuŜszego juŜ czasu oficer słuŜbowy, stojący przed drzwiami 
jednego z pokoi dworku Czapskich w Kiejdanach, zapytywany przez 

background image

ciekawych, odpowiadał niezmiennie: 

- Jenerałowie radzą, nie wolno przeszkadzać. 

Za drzwiami, nad stołem załoŜonym mapami, trzech pochylonych 
męŜczyzn w generalskich mundurach. Mówił generał Chłapowski: 

- JeŜeli ruszymy na Wilno zaraz, wszystkimi siłami, nieprzyjaciel 
nie zdoła go obronić. Staniemy tam wcześniej, niŜ mogą przybyć 
rozrzucone po kraju ich oddziały. Mam pewne wiadomości, Ŝe obrona 
miasta nie przygotowana, a garnizon słaby. ZwaŜcie, panowie, jaki 
efekt moralny przyniesie opanowanie tego miasta, nie mówiąc o 
moŜliwościach znacznych zdobyczy w broni i amunicji. 

- Broń i amunicję mamy dostać z zagranicy - wtrącił generał 
Dembiński - dlatego trzeba nam iść na śmudź i zdobyć Połągę - port, 
do którego zawinie statek z Anglii. 

- Jenerale - Chłapowski zwrócił się w stronę Dembińskiego - jakąŜ 
mamy pewność, Ŝe ten statek przybędzie, a jeŜeli nawet, czy warto 
ryzykować i pchać na śmudź wszystkie siły? Panowie, spójrzcie na 
mapę. śmudź to worek, do którego wchodząc łatwo moŜemy być 
odcięci. Prócz tego leŜy na uboczu, teren niewielki. Co my tam 
zdziałamy? Szkoda, Ŝe weszliśmy tu, pod Kiejdany; czas ucieka, 
nieprzyjaciel zdoła otrząsnąć się z zaskoczenia, rozpozna 
dokładnie nasze siły. Wielką teŜ dla nas stratą jest wysłanie 
dobrego 19 pułku liniowego pod Połągę. Osłabiamy się w ten 
sposób... 

- 19 liniowy poszedł pod Szymanowskim, by wspomagać śmudzinów i 
zająć Połągę - wtrącił milczący dotąd Giełgud. 

- PrzecieŜ oddziały tamtejsze tu do nas przybywają, i wzmocnienie 
działań na uboczu nie zaszkodzi nieprzyjacielowi - argumentował 
Chłapowski. 

- Były instrukcje w sztabie, aby zająć Połągę - odezwał się 
Dembiński - i zgodnie z nimi podjęliśmy takie decyzje na 
poprzedniej naradzie, nim do nas przybyłeś, jenerale. 

- Tak, wiem o tym - odrzekł Chłapowski. - Rozum jednak nakazuje 
działać tak, jak na to wskazują moŜliwości i sytuacja. Jestem tu 
dość długo, miałem moŜność poznać tutejsze stosunki. Na miejscowe 
oddziały za bardzo nie moŜemy liczyć. Będzie to dobry Ŝołnierz, 
ale trzeba go zaprawić do boju, przysposobić. Z naszymi pułkami, 
ucząc się od nich, będzie coraz lepszy. Wiem, jak cesarscy 
obawiają się utraty Wilna. Robią wszystko, aby zabezpieczyć to 
miasto. JeŜeli będziemy działać zdecydowanie, ubiegniemy ich. 
Mając oparcie w Wilnie moŜemy kolejno znosić poszczególne oddziały 
nieprzyjaciela, nie damy mu moŜliwości skoncentrowania się. 
Jenerale Giełgud! Pan tu dowodzisz, przy panu komenda... zrobisz 
tak, jak będziesz uwaŜał. JeŜeli wolno mi jednak radzić - gorąco 
przemawiam - idźmy na Wilno! 

Giełgud z wahaniem spoglądał to na jednego, to na drugiego ze 
swoich podkomendnych, nie bardzo wiedząc, co robić. W ogóle cała 
ta wyprawa to jedno zło. Nie był z niej zadowolony. Po bitwie 
ostrołęckiej, w której nie brał udziału, gdy stał ze swoją dywizją 
w ŁomŜy, przybył do niego Dembiński z rozkazem marszu na Litwę. 
Skrzynecki donosił, Ŝe ma działać według instrukcji ustnych, 
których udzieli mu Dembiński. Co to za instrukcje? Od razu chciał 
iść na Wilno, ale Dembiński powiedział, Ŝe wódz naczelny ma 
informacje o jakichś statkach angielskich, które przybędą do 
Połągi, i w oparciu o to przekonywał do marszu na śmudź. Potem ten 
marsz jak jeden triumfalny pochód, nieprzyjaciel pobity pod 
Rajgrodem, jakoś nie niepokoił. Przed paroma dniami na naradzie w 

background image

Rawdanach przyjęli z Dembińskim jakiś plan, rozkazy zostały 
wydane, a tu teraz ten drugi... Mówi z sensem, chyba ma rację; ale 
jak tu załatwić z Dembińskim, który ciągnie na śmudź... A moŜe 
właśnie on ma rację? W Rawdanach teŜ przemawiał przekonywająco, 
tak samo jak Chłapowski tutaj. Zwrócił się do Dembińskiego: 

- A pan co powiesz? Jesteś za planem jenerała Chłapowskiego? 

- Jenerale! Znasz moje stanowisko - odezwał się Dembiński wstając. 
- Znasz teŜ plan jenerała Chłapowskiego. Czekamy na rozkazy... 

Giełgud nie był zdecydowany. Długo jeszcze trwała narada, długo 
jeszcze Chłapowski przekonywał obu generałów co do celowości 
zwrotu na Wilno. Wyliczał dokładnie, Ŝe ruszając natychmiast za 
pięć dni moŜna być pod Wilnem, podczas gdy najbliŜsze powaŜniejsze 
siły rosyjskie są oddalone od miasta o siedem, dziesięć i 
piętnaście dni marszu. Były to armie Kuruty, Tołstoja i 
Savoiniego. 

Wreszcie Giełgud przyjął plan atakowania Wilna. Ustalono, Ŝe 
Chłapowski z dwu i pół tysiącem ludzi i trzema działami wyruszy 
natychmiast jako awangarda, siły główne zaś będą ciągnąć o dzień 
marszu za straŜą przednią. 

Wydano odpowiednie rozkazy. W obozie zawrzało. Oddziały wyznaczone 
do straŜy przedniej szykowały się do wymarszu. W skład awangardy 
wchodził niezawodny 1 pułk ułanów, resztę stanowiły nowo 
sformowane pułki, złoŜone z powstańców litewskich. 

ZbliŜał się wieczór 8 czerwca. Miano wyruszyć nocą. 

Chłapowski z cięŜkim sercem wracał do swoich Ŝołnierzy. WraŜenia, 
jakie wyniósł z narady, były fatalne. Gniewało go niezdecydowanie 
Giełguda, zdumiewał upór Dembińskiego. Wyczuwał niesnaski, zawiści 
i intrygi. On, Ŝołnierz z krwi i kości, nawykły do subordynacji, a 
przede wszystkim do szybkiej decyzji, co wyniósł z twardej szkoły 
napoleońskiej, nie mógł się z tym wewnętrznie pogodzić. Widział, 
jak mocna indywidualność Dembińskiego dominuje nad słabym i 
chwiejnym Giełgudem. Dembiński to zdolny generał, ale w tym 
wypadku popełniał błąd, jego rady były zgubne. Odrzucenie 
zaproponowanego przez siebie planu potraktował jako osobistą 
obrazę, dawał odczuć swoje lekcewaŜenie przełoŜonego, podrywał 
jego autorytet. CzyŜby zamierzał przejąć dowództwo? Niesłychana to 
rzecz w sytuacji, gdy trzeba zgody i zdecydowanego działania. Ach 
te intrygi, zawiści, ambicje... Chłapowski obawiał się o dalsze 
losy wyprawy. 

Zapytany przez swojego adiutanta, kapitana Krasickiego, o wynik 
narady, powiedział, Ŝe jest źle. 

- Dlaczego? zdziwił się Krasicki - jest nas przecieŜ teraz więcej. 
Łatwiej nam pójdzie z Wilnem. 

- śeby to zgoda była - odparł generał - lecz z tymi dwoma trudno 
dojść do ładu. Jeden jak wahadło - nie wie, czego chce, drugi 
- opanowany ambicjami, zdaje się mieć w zanadrzu myśl przejęcia 
dowództwa, bo i mnie to proponował. Śmiertelny to grzech przeciw 
subordynacji. Prócz tego chce gdzieś gonić nad morze po złote 
runo. Dziś postanowiono iść na Wilno - a co będzie jutro? 

background image

Awangarda szybko szła naprzód. Po całonocnym marszu 9 czerwca 
przeprawiono się przez rzekę Świętą, a następnego dnia na promach 
została pokonana Wilia. Wojska weszły na trakt wiodący z Kowna do 
Wilna i zatrzymały się w miejscowości Czabiszki. Tu 
niespodziewanie przybył Dembiński, który oświadczył, Ŝe Giełgud 
nie wyruszył jeszcze z śejm, a on otrzymał rozkaz udania się z dwu 
i pół tysięcznym oddziałem na północ od Wilna. Dodał teŜ, Ŝe 
Giełgud waha się, czy warto jednak atakować Wilno. Chłapowski 
przeraził się. Jak to? PrzecieŜ plan został przyjęty, po co 
osłabiać siły oderwaniem Dembińskiego i wysyłaniem go w kierunku 
zupełnie nie mającym sensu? 

Napisał list do Giełguda, w którym prosił go o zatrzymanie 
Dembińskiego i przyspieszenie marszu, tak jak to było 
przewidziane. 

Pełen najgorszych przeczuć ruszył ze swoimi wojskami dalej. 15 
czerwca rano nagłym atakiem został zdobyty most na rzece Wace, 
ostatniej przeszkodzie wodnej przed Wilnem. Mimo kontrataków 
Rosjan most ten został utrzymany, zajęto miejscowość Rykonty. 

Chłapowski mocno usadowił się na zdobytych pozycjach. Z siłami, 
którymi dysponował, nie mógł iść dalej. Od Wilna dzieliła go 
odległość niespełna 19 km. 

Mijały dni, Giełgud nie przybywał. 

Pod Wilnem 

Od momentu wkroczenia na Litwę wojsk Giełguda ponownie wzrosły 
obawy Rosjan o los Wilna. Oni doceniali jego znaczenie. To duŜe 
miasto, połoŜone na waŜnym szlaku komunikacyjnym do Petersburga, 
nie mogło wpaść w ręce przeciwnika. 

Poczynając od 4 czerwca do miasta napływały coraz to nowe 
bataliony i szwadrony, sposobiono się do jego obrony. W dniach od 
9 do 14 czerwca przyprowadzili swoje wojska: ksiąŜę Chiłkow, 
zdolny i energiczny generał Sacken, generał Otroszenko i wreszcie 
długo oczekiwany generał Kuruta, który przywiódł świetną dywizję 
gwardii. 

Spadł cięŜar z serca generał gubernatora Chrapowickiego. W Wilnie 
zebrało się juŜ ponad 20 tysięcy piechoty i jazdy, było teŜ 78 
dział. Teraz juŜ moŜna było myśleć o skutecznej obronie, a w 
dodatku wiedziano wreszcie, skąd mogą uderzyć Polacy. 

Wilno, stolica Litwy, leŜy w szerokiej dolinie Wilii, od 
południowego zachodu obrzeŜonej łańcuchem wzgórz, od wioski Ponary 
zwanych wówczas Wzgórzami Ponarskimi. Na szczycie tych wzgórz 
sztab rosyjski postanowił rozlokować swoje siły i zamknąć wojskom 
polskim drogę do miasta. 

Wzgórza Ponarskie swoim południowym skrajem przylegają do brzegu 
Wilii, zataczającej tutaj szerokie zakole. W tej partii są 
najwyŜsze, a od strony rzeki strome ich stoki porastały krzewy. W 
kierunku południowym przechodziły w niŜsze, łagodniejsze wzgórza, 
pokryte gęstym lasem. Przed nimi, od zachodu, rozciągała się 
półkolista równina z kępami krzewów, dookoła otoczona lasami. Z 

background image

lasów tych wybiegały trzy trakty - z Kowna, Trok i Grodna, by na 
łagodniejszym, zachodnim zboczu Wzgórz Ponarskich połączyć się w 
jedną drogę wiodącą do Wilna. Wspinała się ona na szczyt wzgórz i 
wpadając w głęboki, kręty wąwóz przecinała je, wychodziła na 
równinę i prowadziła dalej, do miasta. Od zachodniego skraju 
Wzgórz Ponarskich do centrum Wilna w owym czasie było niespełna 9 
km. 

Rosjanie, zdumieni bezczynnością przeciwnika, coraz mocniej 
usadawiali się na tej pozycji. Wejście do wąwozu, przyjęte za 
centrum pozycji, zamknięto potęŜną baterią 18 dział, które 
zaciągnięto na pośpiesznie usypane szańce. Na zboczach wzgórz 
porobiono zasieki i szańczyki, które gęsto obsadzono piechotą i 
artylerią. Na zapleczu gór, w dolinie Wilii, rozlokowały się silne 
rezerwy, głównie jazda i artyleria konna. 

śołnierzom wydano rozkazy: "Ani kroku w tył!" 

W miarę przybywania sił coraz śmielej atakowano Chłapowskiego, 
który mocno usadowił się na pozycjach nad Waką. Chłapowski, 
odpierając nieustanne ataki Rosjan, w ciągłej walce, w ciągłym 
ogniu, bezsilny patrzył na ich przygotowania do obrony, z rozpaczą 
liczył uciekające dni. KaŜdy z nich był sprzymierzeńcem cesarskich 
generałów... Codziennie wysyłał oficerów ze szczegółowymi 
meldunkami, w nadziei, Ŝe moŜe to przyśpieszy pochód Giełguda. 

Gońcy, którzy wybiegali na trakt kowieński, przynosili niezmiennie 
tę samą odpowiedź: "Naszych wojsk nie widać!" 

Niedobrze teŜ zaczęło się dziać w naszych szeregach. Nieudolność 
głównodowodzącego była tak widoczna, Ŝe głośno komentowano ją w 
szeregach. Zaczęło się to, co jest najgorsze dla dyscypliny: 
krytyka, wiecowanie, petycje, szczególnie dotyczyło to korpusu 
oficerskiego. śołnierze zaczynali tracić zaufanie do swojego 
dowódcy. Głosy te rozlegały się równieŜ w szeregach podległych 
bezpośrednio Chłapowskiemu. Oficerowie wyraźnie domagali się od 
niego, by przejął dowództwo od niedołęŜnego przełoŜonego, Ŝeby 
prowadził ich do walki. W korpusie Giełguda oficerowie uchwalili 
nawet petycję do rządu w Warszawie, domagając się przekazania 
dowództwa Chłapowskiemu. 

On sam, ku któremu zwracały się teraz oczy wszystkich, w 
zdecydowany sposób wystąpił przeciwko tym poczynaniom, określając 
je buntem. UwaŜał, Ŝe jest to coś, co moŜe być najgorszego. 
Poczucie dyscypliny nie pozwalało mu na przejęcie dowództwa w 
drodze nielegalnych poczynań. Czy postąpił słusznie? RóŜnie to 
potem osądzą... 

Tak więc sytuacja nie wyglądała zbyt korzystnie. Siły rozdzielone, 
część na śmudzi, Dembiński bezkutecznie działający daleko na 
północ od Wilna, ślamazarny pochód Giełguda, z kaŜdym dniem 
rosnący w siły przeciwnik. 

Wreszcie Giełgud, nie tyle pod wpływem meldunków Chłapowskiego, 
ile przestraszony rosnącym fermentem w wojsku, przyśpieszył swój 
pochód i 18 czerwca w południe przybył do Rykont. Po połączeniu 
się wojsk siły polskie wynosiły niewiele ponad 12 tysięcy piechoty 
i jazdy oraz 28 dział. W tym wiele było nowo sformowanych pułków, 
złoŜonych z powstańców litewskich. 

W miejscowej karczmie odbyła się narada wojenna, w której oprócz 
Giełguda i Chłapowskiego wzięli udział inni oficerowie. 
Chłapowski, znając siły i pozycje Rosjan, scharakteryzował 
sytuację i gorąco odradzał atakowania Wilna. UwaŜał, Ŝe obecnie 
próba zdobycia tego miasta jest nierealna, przerasta po prostu 
moŜliwości naszych wojsk. Proponował rozdzielenie sił, obejście 

background image

Wilna i przejście do szeroko zakrojonych działań partyzanckich. 
Plan jego poparli doświadczeni oficerowie, między innymi pułkownik 
Valentin d'Hauterive i generał Rohland. 

Giełgud był jednak odmiennego zdania. PrzeraŜony postawą oficerów 
liniowych, poprzedniego dnia, nie znając sytuacji, przyrzekł im 
atak na Wilno. Obawiał się, Ŝe zmieniając poprzednie obietnice 
straci resztki autorytetu. 

- Z jakimŜe czołem - mówił do Chłapowskiego - moŜesz mi radzić 
odstąpienie od Wilna? Popularyzowałeś się w armii planem na Wilno, 
a dziś, kiedy przybyłem, chcesz, abym ze wstydem się rejterował? 
Widzę, iŜ prawdą jest, Ŝe mnie chcesz zgubić w opinii wojska i 
dowództwo odebrać. Jutro atakuję Wilno, a okopy weźmie 7 pułk. 

Chłapowski odpowiedział na to: 

- Nie obawiaj się, jenerale, Ŝe ci odbiorę dowództwo. Daję ci 
Ŝołnierskie słowo, Ŝe nigdybym go od podwładnych nie przyjął. 
Będziesz miał we mnie najposłuszniejszego Ŝołnierza. 

Tak więc Giełgud, opanowany jedną myślą, Ŝe wszyscy chcą go 
pozbawić pełnionej funkcji, zupełnie zatracił poczucie 
rzeczywistości. Chcąc ratować swoją reputację, wbrew radom i 
rozsądkowi, podjął fatalną decyzję. 

Była ona spóźniona przynajmniej o trzy dni... 

19 czerwca o godzinie dziewiątej rano kolumny polskie idące 
traktem kowieńskim wynurzyły się z lasu i zaczęły rozwijać się na 
równinie, naprzeciw pozycji rosyjskich. Szybko spędzono rosyjskie 
oddziały osłonowe, które po oddaniu kilku salw wycofały się na 
wzgórza. 

Przemówiły baterie rosyjskie z okopów usypanych u wejścia do 
wąwozu, którym wiodła droga do Wilna. Pod ogniem cięŜkich dział 
rosyjskich artyleria polska zajmowała stanowiska ogniowe na skraju 
lasu, a 2 i 4 pułki strzelców pieszych rozwijały się naprzeciwko 
prawego skraju okopów cesarskich. 7 pułk piechoty liniowej 
przygotowywał się do szturmu na centrum pozycji rosyjskich u 
wejścia do wąwozu, za nim, w drugiej linii, stanął nowo sformowany 
26 pułk piechoty. 

śołnierze 7 pułku, z pochylonymi bagnetami, pod morderczym ogniem, 
biegiem ruszyli na okopy nieprzyjaciela. Zdawało się, Ŝe dojdą... 
W odległości zaledwie siedemdziesięciu kroków od celu atak załamał 
się. Krwawiąc obficie pułk spłynął na pozycje wyjściowe. 

Tymczasem Chłapowski w towarzystwie swojego adiutanta, 
Smitkowskiego, wyminął cofających się tyralierów rosyjskich i 
dotarł do pierwszych szeregów Zaliwskiego. Nie zsiadając z konia, 
krótko poinformował Zaliwskiego o sytuacji, rozkazał mu 
kontynuować natarcie na lewe skrzydło Rosjan, z zadaniem obejścia 
ich pozycji. Pędem wracał na główne pole bitwy, skąd niósł się 
nieustanny grzmot dział i grzechot palby karabinowej. 

Sytuacja, jaką zastał po powrocie, nie wyglądała wesoło. Rohland z 
2 i 4 pułkami strzelców pieszych, wbrew przyjętemu planowi, zaczął 
atakować prawe skrzydło rosyjskie, pułki 7 i 26, stojące w zasięgu 
dział rosyjskich, po nieudanym ataku równieŜ zaczęły się odsuwać w 

background image

lewo, by uniknąć morderczego ognia. Artylerii praktycznie nie 
było. Cztery działa zostały juŜ zdemontowane, dwa prowadziły 
ogień, resztę pociągnął za sobą Rohland. 

Giełguda nie było, po stracie konia gdzieś się zawieruszył, 
faktycznie więc nikt nie dowodził. Inicjatywa przeszła w ręce 
niŜszych dowódców. Na domiar złego, nie wiadomo z czyjego rozkazu, 
do pierwszej linii podsunięto część rezerw, między innymi 1 pułk 
ułanów. Przysparzało to nowych, niepotrzebnych strat. 

Chłapowski jeszcze raz spróbował opanować sytuację. Odesłał do 
tyłu rezerwy, sformował do ataku 7 i 26 pułki piechoty. Wraz z 
pułkownikiem Kossem, dowódcą 7 pułku, stanął na czele Ŝołnierzy i 
osobiście poprowadził ich do ataku na okopy centrum rosyjskiego. 

I ten szturm nie powiódł się, mimo Ŝe Ŝołnierze podeszli pod same 
okopy. Chłapowski prowadząc atak z bliska przekonał się o słabości 
umocnień przeciwnika. Okopy były świeŜe, nie wzmocnione faszyną. 
Łatwo dałyby się zniszczyć ogniem kilkunastu dział. CóŜ, kiedy 
tych dział nie było. 

Tymczasem na świeŜym koniu przyjechał Giełgud. Kazał cofnąć się 7 
i 26 pułkom, oświadczył, Ŝe Rohland na lewym skrzydle zdołał 
wedrzeć się na szczyt wzgórz i wychodzi na tyły Rosjan. Rozkazał 
Chłapowskiemu pozostać z 7 pułkiem. 

W rzeczywistości pułki Rohlanda nie miały szans na osiągnięcie 
sukcesu. Wiedział o tym dobrze Chłapowski, znający teren i 
ugrupowanie rosyjskie. 

Piechota polska opanowała co prawda w tym miejscu szczyt wzgórza, 
zepchnęła piechurów rosyjskich w dolinę i na tym sukces zakończył 
się. Bataliony polskie znalazły się na niewielkiej przestrzeni w 
szerokim zakolu Wilii i stanęły oko w oko z silnymi rezerwami 
wojsk przeciwnika. Natychmiastowe przeciwuderzenie pułku jegrów 
wołyńskich doprowadziło do zaciętej walki na bagnety, w której juŜ 
wydawało się, Ŝe wołyńcy zostaną przełamani. JednakŜe do boju 
wchodziły coraz to nowe bataliony rosyjskie, wzmacniając 
nadszarpnięte szeregi jegrów wołyńskich. Piechurzy rosyjscy 
zaczęli otaczać pułki polskie. W tej sytuacji generał Rohland 
rozpoczął odwrót. śołnierze polscy, ostrzeliwując się i często 
bagnetami torując sobie drogę, rozpoczęli uciąŜliwy odwrót pod 
górę, by dotrzeć do swoich. Na szczycie wzgórz po krótkim, ale 
zaciekłym starciu na bagnety przełamali próbującą zamknąć 
okrąŜenie piechotę rosyjską. Z wielkimi stratami 2 i 4 pułki 
strzelców pieszych cofnęły się na równinę. 

Giełgud zrozumiał, Ŝe wszystko juŜ stracone. Zawiodły jego 
rachuby, bitwa była przegrana. Przybiegł do Chłapowskiego wołając: 

- Dałem rozkaz piechocie i artylerii do odwrotu. Jenerał, z 1 
regimentem ułanów i baterią Czetwertyńskiego, zasłonisz cofanie! 

Pułki polskie zbierały się na trakcie kowieńskim i jeden po drugim 
odchodziły, by po pewnym czasie zniknąć w lesie. Piechota 
przechodziła obok pułku ułanów, ustawionych przez Chłapowskiego w 
kolumnie szwadronowej. Ułani odprowadzili wzrokiem odchodzących 
kolegów, dla których bitwa była juŜ skończona. Oni mieli ją 
dopiero przed sobą. Stali spokojnie, murem, ufni w swojego 
generała, który juŜ tyle razy prowadził ich do szarŜy. 

Rzeczywiście, generał nie zaniedbał niczego. Ustawił pułk ułański 
szwadronami, jeden za drugim, w odległości około 300 kroków: Z 
tyłu, na skraju lasu, stały dwa szwadrony jazdy kaliskiej, 
skrzydła zabezpieczali strzelcy pod dowództwem Stanisława 
Chłapowskiego. 

background image

Rosjanie długo nie przejawiali aktywności. W czasie odwrotu naszej 
piechoty i artylerii ograniczali się do ognia działowego. Dopiero 
pół godziny po odejściu głównych sił polskich zorientowali się, Ŝe 
to jest odwrót, a nie przegrupowanie do ponownego ataku. 

Zza okopów zaczęły wyjeŜdŜać szwadrony kawalerii przeciwnika, 
ukazały się działa artylerii konnej. 

Chłapowski nie czekał, aŜ przeciwnik zdoła w pełni sformować swoje 
szyki. Rozkazał 1 szwadronowi uderzyć na przygotowujący się do 
ataku pułk ułanów gwardii. Brawurowa szarŜa rozbiła dwa szwadrony 
przeciwnika, po czym ułani polscy cofnęli się na dawne stanowiska. 
Z kolei do ataku ruszyli Rosjanie. Pułk mirhorodzkich ułanów ostro 
ruszył do szarŜy, ale, zbyt wcześnie nabierając szybkości, połamał 
szyk przed dojściem do starcia z Polakami. Chłapowski pozwolił 
mirhorodcom zbliŜyć się na 70 kroków i nagłym uderzeniem, 
wykonanym całym pułkiem, bez trudu rozbił zmieszanego przeciwnika. 

Dopiero trzecia szarŜa rosyjska, przeprowadzona przez pułk 
orenburskich ułanów, doprowadziła do gwałtownego starcia. Na 
piaszczystym polu, wysuszonym czerwcowym słońcem, wzniosła się 
olbrzymia chmura kurzu, w której starli się ludzie i konie. Trudno 
było coś rozpoznać z odległości trzech kroków. Trzask ścierających 
się lanc, szczęk szabel, huk wystrzałów pistoletowych, rŜenie koni 
i wrzaski ludzi tworzyły jeden niesamowity trudny do rozróŜnienia 
zgiełk. Wreszcie, po dobrej półgodzinie, z kurzawy zaczęli wypadać 
pojedynczo, a później całymi gromadami orenburczycy, gnając ku 
swoim pozycjom. Na ich karkach jechali nasi ułani, kłując i rąbiąc 
uciekających. Dopadli dział rosyjskich, dobrali się do kanonierów. 
Powstrzymał ich dopiero ogień piechoty i nowe szwadrony 
zajeŜdŜające z boku. Cofnęli się, osłaniając i uprowadzając 
rannych. 

Kiedy ułani ścierali się z orenburczykami, kozacy usiłowali 
chyłkiem przedostać się na tyły pułku. Jednak strzelcy pilnujący 
skrzydeł czuwali. Celny i gęsty ogień odebrał kozakom ochotę do 
tego rodzaju poczynań. 

Po tym wszystkim Chłapowski zebrał pułk na pozycji, z której tak 
świetnie i skutecznie zdołał rozbić przeciwnika, czekając, co 
będzie dalej. 

Rosjanie nie przejawiali jednak dalszej inicjatywy. Szwadrony ich 
kawalerii, piechota i działa wycofały się za okopy. Wysoko ocenili 
kunszt przeciwnika. Tak oto pisał o tym jeden z oficerów 
rosyjskiego sztabu w liście do swojego pruskiego kolegi: 

"... Konnica ich jednak tak wybornie i zręcznie prowadzone szarŜe 
wykonywać umiała, Ŝe w kaŜdej chwili, kiedy ich przednią linię 
myśleliśmy otoczyć, świeŜe lub nowo zebrane szwadrony potrafiły ją 
uwolnić. 

Tu trzeba oddać sprawiedliwość męstwu ich konnicy i talentowi 
tego, co chwile stosowne tak dobrze umiał wybierać. Kilku jeńców, 
którzy dostali się w nasze ręce, mówiło, Ŝe to jenerał Chłapowski 
szarŜe te prowadził. SzarŜom tym winna piechota ocalenie, gdyŜ 
przez nie miała czas skupić się i cofnąć..." 

Chłapowski rozkazał teraz czuwać szwadronom kaliskim, ułani zaś 
mogli nieco odpocząć. O godzinie ósmej wieczorem ze wszystkimi 
siłami cofnął się za rzeczkę Wakę i rozstawiwszy czaty pozostawał 
tam do północy, dając czas Ŝołnierzom na popas koni. O północy 
odebrał rozkaz maszerowania do Jewia, miejscowości przy trakcie 
kowieńskim, w której zatrzymał się Giełgud. 

background image

Generał pozostawił w straŜy tylnej kompanię strzelców pod 
dowództwem doświadczonego oficera ułanów, podpułkownika 
Niezabitowskiego, z rozkazem, by opuścili zajmowane stanowiska 
godzinę po jego odejściu. 

Noc była ciepła i cicha. W atmosferze Ŝalu i przygnębienia wojska 
powstańcze maszerowały znów w nieznane. Zawiodły nadzieje, bitwa 
była przegrana, a przecieŜ mogło być inaczej... 

"... Jakeśmy się dziwili - pisał wspomniany juŜ oficer rosyjski - 
Ŝe ani 19, ani 18 czerwca z Ŝadnej strony nie byliśmy przez 
powstańców zaatakowani. Teraz Wilno było ocalone. Przez ten czas 
zajmowano się ciągle wzmocnieniem pozycji pod Ponarami, obsadzano 
wzgórza działami, któreśmy naprędce zaprzęgami opatrzyli. RównieŜ 
i dywizja gwardii przyszła na czas. Pierwsza dywizja rezerwy 
zbliŜała się jednocześnie od strony północnej. Gdyśmy więc 19 
czerwca zostali zaatakowani, byliśmy pewni naszych sił. 

Nie ulega jednak wątpliwości, Ŝe trzy dni przedtem nie byliśmy w 
stanie się utrzymać. Wilno byłoby natychmiast przez powstańców 
wzięte, wraz ze znacznymi materiałami wojennymi, a my od dywizji 
gwardii odcięci. JeŜeli więc kiedykolwiek powstańcy mieli 
sposobność przewagi na Litwie, to tylko wtenczas, gdyŜ nie da się 
zaprzeczyć, Ŝe wzięcie Wilna wywarłoby ogromny wpływ moralny, a 
następstwa stąd byłyby nie do obliczenia..." 

Tak więc stało się to, przed czym przestrzegał Chłapowski. 
Zmarnowano czas, zaprzepaszczono szanse znacznego sukcesu. Na 
stokach Wzgórz Ponarskich rozwiały się nadzieje na powodzenie 
wyprawy. Prócz znacznych strat w ludziach, sięgających około dwóch 
tysięcy, wystrzelano większość amunicji, której nie było gdzie 
uzupełnić. W szeregi wkradły się rozprzęŜenie i niewiara w 
dowództwo, zaczęły się dezercje, szczególnie w pułkach złoŜonych z 
miejscowych powstańców. 

Czy wszystko jednak było juŜ stracone? 

Czy to juŜ koniec? 

U schyłku krótkiej, czerwcowej nocy, około godziny trzeciej 
oddział Chłapowskiego wjeŜdŜał do Jewia. Na drodze spotkał 
przybywających Giełgud. Zatrzymał Chłapowskiego i od razu zapytał: 

- Jakie jest zdanie jenerała? Co nam naleŜy czynić? 

- Myślałem o tym podczas marszu - odparł Chłapowski. - Zdanie moje 
jest takie: maszerować do Kowna; pod miastem, które ma połoŜenie 
bardzo dobre, okopać się, ściągnąć Ŝywność i furaŜ na kilkanaście 
dni. Najmniej tydzień, a moŜe i więcej upłynie, nim nieprzyjaciel 
zdoła nas zaatakować. Przez ten czas zbierzemy i uporządkujemy 
wojsko, podzielimy się na sześć oddziałów, które jenerał moŜe 
oddać pod dowództwo Dembińskiego, Szymanowskiego, Rohlanda, Kossa, 
Hauterive'a i moje. Mostów kilka postawimy na Niemnie i Wilii koło 
Kowna. Moskale nie będą mogli zająć Kowna, bo z naszej pozycji 
będziemy nad miastem panować. Dowiedziawszy się, Ŝe się okopujemy, 
zechcą zapewne przejść Niemen w bok od Kowna. My im w tym 
przeszkadzać będziemy o tyle, o ile strat zdołamy przynieść. Skoro 
będą juŜ przechodzić, w nocy opuścimy nasz obóz, idąc po 

background image

przygotowanych mostach; kaŜdy oddział pójdzie w swoją stronę. 
Rosjanie wejdą do obozu, zastaną go próŜnym i przez kilka dni będą 
się namyślać, co dalej czynić. My przez ten czas rozlejemy się po 
wszystkich częściach Litwy. Kiedy przed dwoma tygodniami 
nieprzyjaciel był rozproszony, naleŜało nam skupionymi siłami bić 
jego pojedyncze oddziały, tak teraz, gdy Rosjanie skupieni, musimy 
rozejść się na wszystkie strony, pomnaŜać nasze siły powstańcami, 
wcielać do regimentów i wprawiać przy naszych starych do słuŜby i 
ognia. To jedyny sposób uniknięcia zupełnej klęski, która musi nas 
spotkać, jeŜeli razem pozwolimy się zamknąć idąc na śmudź i ku 
Połądze. 

Zdawało się, Ŝe taki plan znalazł aprobatę głównodowodzącego. 
Giełgud obiecał za godzinę wydać odpowiednie rozkazy. 

śołnierze rozlokowywali się na kwaterach, karmili konie. Gęsto 
rozstawione placówki czuwały nad bezpieczeństwem odpoczywających 
wojsk. Od wielu dni Chłapowski pierwszy raz mógł zasnąć spokojnym 
snem. 

Krótko trwał odpoczynek. Obudzony, stanął ponownie przed 
Giełgudem. Ten oświadczył, Ŝe po naradzie z dowódcami litewskimi 
postanowił maszerować na śmudź. Chłapowskiemu wydał rozkaz 
wymarszu w dzień po siłach głównych do Kowna, gdzie miał otrzymać 
dalsze instrukcje. 

Wieczorem Chłapowski wyruszył z Jewia do śyŜmorów; tam 
przenocował, a następnego dnia stanął w Kownie. 22 czerwca 
wieczorem przyszedł rozkaz od Giełguda, nakazujący marsz do 
Kiejdan. Stało się to, czego obawiał się Chłapowski. Wojska 
wracały do punktu, z którego wyszły przed bitwą pod Wilnem, 
ponownie wchodząc w ślepy zaułek Ŝmudzki. 

W Kiejdanach Giełgud przedstawił plan obrony linii rzek Wilii i 
Świętej. Był to plan fatalny, rozwlekający siły polskie na 
znacznej przestrzeni i nie dający szans powodzenia. W dalszym 
ciągu Giełgud uparcie trzymał się myśli zdobycia Połągi. 

Tymczasem pierścień wojsk rosyjskich zaciskał się coraz bardziej. 
Zajęto Kowno, kolumny nieprzyjaciela ze wszystkich stron 
niepokoiły polskie oddziały. Dni mijały na nieustannych marszach, 
potyczkach, bitwach. W szeregach polskich sytuacja pogarszała się 
z kaŜdym dniem. Rosły: rozprzęŜenie, niezadowolenie, niewiara... 
Poszczególni dowódcy zaczynali dowodzić na własną rękę. Dembiński 
jawnie nie respektował rozkazów Giełguda i działał osobno. 

Dla ratowania sytuacji Chłapowski przyjął funkcję szefa sztabu, 
gorąco do tego namawiany przez Rohlanda i pułkownika Piętkę. 
Giełgud pisemnym rozkazem powołał go na to stanowisko. Chłapowski 
usiłował wprowadzić jakiś ład, ale jego rozkazy jako szefa sztabu 
teŜ często nie były respektowane. Oficerowie, którym jakiś rozkaz 
nie odpowiadał, udawali się z protestami do Giełguda; ten, chory, 
złamany, roztrzęsiony, pozwalał je zmieniać, wydawał inne. 

W tych warunkach utrzymanie porządku i karności było nierealne. 
Ciągle debatowano, do narad byli dopuszczani dowódcy niŜszego 
szczebla, wiele decyzji podejmowano drogą głosowania. 

Wieczorem 6 lipca na kolejnej naradzie postanowiono zdobyć miasto 
powiatowe Szawle. Chłapowski od początku był przeciwny temu 
planowi. Marsz pod Szawle utrudniał i tak skomplikowaną sytuację 
wojsk polskich, jeszcze bardziej bowiem odsuwał szanse 
ewentualnego wymknięcia się z matni. Prócz tego nawet ewentualne 
zdobycie tego miasta nie dawało Ŝadnych korzyści. Ani nie był to 
waŜny punkt strategiczny, ani nie było tam jakichś znaczniejszych 
zapasów materiałów wojennych. Przez swoje połoŜenie na wzgórzu, 

background image

pomiędzy dwoma jeziorami, miasto było łatwe do obrony, lecz trudne 
do zdobycia. PróŜno Chłapowski przekonywał, Ŝe dla wątpliwych 
korzyści nie warto ryzykować strat i nadweręŜać nad wyraz 
szczupłych zapasów amunicji. 

Niestety, i tym razem go nie posłuchano. Uderzenie na Szawle, 
któremu z początku był przeciwny nawet sam Giełgud, umotywowano 
koniecznością poprawienia morale wojska. Sukces miał przywrócić 
Ŝołnierzom dawną wiarę. 

8 lipca o godzinie czwartej rano rozpoczął się atak na Szawle. I 
znów powtórzyła się sytuacja spod Wilna. Po stronie polskiej nie 
było jednolitego dowództwa; generałowie: Rohland, Szymanowski i 
Dembiński, działali na własną rękę bez powiązania, przypadkiem 
tylko nawiązując współdziałanie. Giełgud nie był w stanie panować 
nad sytuacją, a odsunięty Chłapowski nie miał nic do powiedzenia. 

Dziewięciogodzinna zaciekła bitwa o Szawle, w której determinacja 
i bohaterstwo atakujących były równe męstwu i uporczywości 
obrońców, zakończyła się odwrotem Polaków. Szczupły stosunkowo 
garnizon rosyjski, pod dowództwem dzielnego pułkownika Krukowa, 
zdołał utrzymać miasto. 

Zamiast podtrzymać morale wojska, nieudany atak na Szable wywołał 
ogólne oburzenie przeciw Giełgudowi. Wielu oficerów głośno mówiło, 
Ŝe jedynym ratunkiem będzie przejście granicy pruskiej. 

W takiej atmosferze o świcie 9 lipca w Kurszanach odbyła się 
narada wojenna, która miała zdecydować, co dalej czynić. 

Miała ona burzliwy przebieg. Wiele było dysput, targów, 
niepotrzebnych wymówek. Doszło do ostrej wymiany zdań pomiędzy 
Dembińskim a Giełgudem. Głównodowodzący wyrzucał podkomendnemu, Ŝe 
nie wykonywał rozkazów, ten zaś w odpowiedzi wytykał przełoŜonemu 
popełnione błędy. Ostatecznie głosowano, czy podzielić się na 
trzy, czy na sześć oddziałów. Projekt Chłapowskiego, dotyczący 
podziału wojsk na kilka grup, akceptowali wszyscy, rozumiejąc, Ŝe 
jest to jedyne wyjście z trudnej sytuacji. 

Ustalono podział na trzy oddziały. Pierwszy, pod dowództwem 
Rohlanda, przy którym pozostał Giełgud, miał iść pod Połągę, Ŝeby 
zabezpieczyć port dla ciągle oczekiwanych okrętów angielskich, a 
potem prowadzić partyzantkę na śmudzi. Drugi, pod Dembińskim, 
kierowano na północ od Wilna. Trzeci, Chłapowskiego, otrzymał 
kierunek marszu na południe od Wilna, przez Trockie. 

Protokólarnie ustalono, Ŝe wszyscy nadal podlegają rozkazom 
Giełguda tak długo, jak tylko moŜliwe będzie utrzymanie łączności. 
W wypadku jej zerwania kaŜdy z dowódców miał mieć prawo do działań 
według własnego uznania. 

Wielka radość zapanowała w dawnym oddziale Chłapowskiego, 
szczególnie w 1 pułku ułanów, na wieść, Ŝe znów będą walczyć pod 
jego dowództwem. On sam teŜ odetchnął, iŜ będzie wreszcie z dala 
od tego bałaganu. 

Szybko sprawił wojsko do pochodu i tego samego dnia opuścił 
Kurszany. Zaraz za miasteczkiem oddział zszedł z traktu i 
maszerując polnymi drogami, a często bezdroŜami, pierwszego dnia 
przeszedł ponad dwadzieścia kilometrów. W niewielkiej kotlinie 
pomiędzy wzgórzami Chłapowski zatrzymał oddział, Ŝeby zaczekać do 
nocy, zamierzając wtedy niepostrzeŜenie dotrzeć do Wilii i 
przeprawić się na drugi brzeg. Jeszcze z Kurszan, zaraz po 
naradzie, wyprawił zaufanego człowieka, który miał przygotować i 
ukryć w lesie łodzie oraz tratwy potrzebne do przeprawy. 

background image

Tymczasem Ŝołnierze rozłoŜyli biwak, karmili konie, przygotowywali 
strawę dla siebie: Nagle, w pełnym bezładzie, do obozu 
wmaszerowała masa piechoty i jazdy. Był to oddział Rohlanda, który 
zawrócił z marszu w stronę Połągi. Moment ten najlepiej oddaje w 
swoich Pamiętnikach sam Chłapowski: 

"...Wmaszerowała jazda i piechota Rohlanda do mego obozu bez 
najmniejszego porządku i przy naszych ogniskach się rozłoŜyła. 
Byłem był pojechał do wioski o ćwierć mili dla wypytania się o 
drogę i wzięcia dobrych przewodników na noc. Spostrzegłem z daleka 
ten na nowo rozpoczynający się nieład. Jakby mi kamień spadł na 
głowę. Dopiero w kilka godzin kolumna moja wyjaśniała była. Radość 
i nadzieja na wszystkich twarzach się malowały. SłuŜba porządna. 
Jednym rzutem oka widać było, gdzie co jest w obozie. A tu znowu 
ta sama wrzawa i nieład co w wilię jak chmura czarna w obóz mi 
wpadła. 

Ruszyłem nazad do obozu, aŜeby się wydobyć i z 10 mil od razu 
umaszerować, Ŝeby mnie zaraz nie dogonili. A tu jedzie Giełgud 
koczem, za nim bryka, drugi kocz Tyszkiewicza i cały konwój bryk i 
bryczek całego sztabu w środek mojego obozu. 

Spostrzegłszy Giełguda, zszedłem z konia i powiedziałem mu o 
zamiarze przejścia w Trockie, ale Ŝe jedną drogą dwa oddziały, 
zwłaszcza tak mocne, się nie ukryją. Giełgud pochwalił mój plan, 
ale oświadczył, Ŝe ze mną pomaszeruje, a poniewaŜ go noga bolała, 
za 1 szwadronem wieźć się kazał..." 

Tak więc oddział Chłapowskiego, mając z sobą głównodowodzącego, 
ruszył dalej na południe. Maszerowano całą noc, wczesnym rankiem 
zatrzymano się na krótki popas i znów w pochód. Przed wieczorem 
oddział stanął w ukrytej nizinie, wysuwając naokoło gęstą linię 
czat. 

Chłapowski z kilkoma oficerami pojechał rozejrzeć się po okolicy, 
którą zamierzał przebyć w ciągu nocy, jednak z drogi zawrócił go 
oficer z obozu wiadomością, Ŝe przybyli wywiadowcy, wysłani przed 
dwoma dniami w stronę Rosień. Po powrocie do obozu Chłapowski 
zastał juŜ wszystko w ruchu, Giełgud bowiem zarządził wymarsz. 

Wiadomości przywiezione przez wywiadowców były fatalne. Okazało 
się, Ŝe Rosjanie zdołali przechwycić część taboru Rohlanda, a w 
nim wielu rannych Ŝołnierzy. Od nich dowiedzieli się o kierunku 
marszu zarówno grupy Rohlanda, jak i Chłapowskiego. Rosjanie 
ruszyli natychmiast z Rosień kilkoma kolumnami z zamiarem odcięcia 
oddziałów polskich od południowego wschodu. 

Jeszcze przed powrotem Chłapowskiego z rekonesansu większość sił 
wyruszyła z obozu w kierunku zachodnim, ku pruskiej granicy. 
Pierwszy teŜ raz Giełgud otwarcie powiedział, Ŝe aby uchronić się 
przed niewolą, trzeba przekroczyć granicę pruską. Wysłał równieŜ 
rozkaz do Rohlanda, oddalonego o dzień marszu, nakazujący zwrot na 
zachód. 

Było to 10 lipca wieczorem. Chłapowski prosił Giełguda, aby 
zezwolił mu z 1 pułkiem ułanów przedrzeć się mimo wszystko na 
południe. Z niewielkim oddziałem było to moŜliwe. Giełgud jednak 
zwlekał z odpowiedzią, a wojska ciągle szły w stronę Retowa, ku 
granicy pruskiej. Silne kolumny rosyjskie coraz mocniej naciskały 
z trzech stron. Marsz przebiegał przy akompaniamencie huku dział. 

12 lipca wojska stanęły o kilkanaście kilometrów od granicy 
pruskiej, niedaleko Kłajpedy. Giełgud wysłał dwóch oficerów do 
władz pruskich. Łudził się, Ŝe Prusacy zgodzą się przepuścić 
wojsko przez swoje terytorium do Królestwa. Tak przecieŜ postąpili 
z oddziałem rosyjskiego pułkownika Bartholameja, który w kwietniu, 

background image

przyciśnięty przez Ŝmudzkich powstańców, przeszedł do Prus i nie 
rozbrojony, przez ich terytorium, bezpiecznie powrócił do swoich. 
Zapomniał jednak, Ŝe zaborcy byli solidarni. 

Po południu 12 lipca posunięto się nad samą granicę. Wieczorem 
wojska obozowały pod Gudawą, osłaniane silnymi patrolami. Cały 
dzień od strony południowej dawał się słyszeć huk dział. To 
ciągnął Rohland, tocząc cięŜkie boje z nie odstępującym go 
nieprzyjacielem. Patrole osłaniające obóz staczały utarczki z 
kręcącymi się wokoło kozakami. 

Katastrofa zbliŜała się nieuchronnie. 

Na pruskiej granicy 

CięŜka była noc z 12 na 13 lipca 1831 roku dla generała Dezyderego 
Chłapowskiego. Dobiegała kresu wyprawa, w której dwa miesiące temu 
pokładał tyle nadziei. Długo pasował się z sobą. Poprzedniego dnia 
ogłoszono wojsku rozkaz, napisany przez niego, a podpisany przez 
Giełguda. Głosił on: kto chce, moŜe na własną rękę próbować 
szczęścia i wydostać się z matni. Niektórzy z tego skorzystali. 
Podobnie zamierzał postąpić takŜe sam Chłapowski. Na czele 
kilkunastu ludzi chciał przedrzeć się do Warszawy. JuŜ nawet 
Ŝegnał się z oficerami, gdy któryś zrobił mu wyrzut, Ŝe pozostawia 
ich, nie chce z nimi dzielić losu tułacza. Giełgud teŜ usilnie 
prosił o pozostanie. Czy odejście w tej sytuacji nie będzie 
samolubstwem? 

Został, mimo Ŝe zdawał sobie sprawę z surowych konsekwencji, jakie 
czekały poddanych króla pruskiego uczestniczących w powstaniu. 

Smutny był dzień 13 lipca 1831 roku. Przez rów stanowiący granicę 
kolejno przechodziły oddziały polskie. Sucho trzaskała rzucana na 
stos broń. śołnierze polscy w milczeniu omijali piechurów pruskich 
i odchodzili dalej od granicy. 

Chłapowski ze swoimi ułanami pozostawał jeszcze przed granicą, 
osłaniając przejście innych oddziałów. Tymczasem nadchodziły 
oddziały Rohlanda. Ciągnąc za sobą masę nieprzyjaciół, brnęły 
dalej na północ. Powstało pewne zamieszanie. Niektórzy Ŝołnierze 
od Rohlanda łączyli się z przechodzącymi granicę, ci natomiast, 
którzy jeszcze jej nie przeszli, wchodzili w szeregi Rohlanda. 

Wtedy zginął Giełgud. Ale oddajmy tu głos świadkowi tej sceny - 
kapitanowi Kazimierzowi Krasickiemu: 

"... Generał właśnie rozmawiał z reprezentantami władz pruskich, 
otoczony grupami naszych wojskowych, kiedy nagle, pędząc na karym 
koniu, zbliŜył się do niego kapitan Skulski z 7 liniowego pułku, z 
pistoletem przewieszonym na smyczy, a dawszy ognia do Giełguda, 
rzekł: Patrzcie, koledzy, tak zdrajcy giną. W tej chwili zawrócił 
konia i galopem połączył się z odchodzącym właśnie korpusem 
Rohlanda. Generał schwycił się za bok i jęknął, po czym 
natychmiast spadł z konia i Ŝycie zakończył. Przypatrzyłem się tej 
scenie, będąc tylko o parę kroków oddalonym od generała..." 

Kula kapitana Skulskiego nie ugodziła w zdrajcę, gdyŜ generał 
Giełgud zdrajcą nie był. Był zacnym człowiekiem, dobrym patriotą i 

background image

odwaŜnym Ŝołnierzem. I nic więcej... Brakowało mu tylko tych 
przymiotów, jakimi powinien odznaczać się dowódca wyŜszego 
szczebla: fachowego przygotowania, zdolności, umiejętności oceny 
sytuacji, a przede wszystkim decyzji. Nieszczęściem jego było to, 
Ŝe włoŜono mu na barki cięŜar, którego nie był w stanie udźwignąć. 
Swoim postępowaniem wywołał w wojsku nastroje, których szczytowym 
punktem był strzał kapitana Skulskiego. Strzał desperacji, 
rozpaczy i zawiedzionych nadziei... 

Chłapowski szybko opanował nieład, jaki powstał po zajściu z 
Giełgudem. Śmierć przełoŜonego mocno nim wstrząsnęła. Nie chodziło 
o to, Ŝe pozostawał teraz sam z tą masą zgnębionych i wyczerpanych 
Ŝołnierzy, niepewnych dalszego losu. Bolał głównie nad faktem 
demoralizacji, która w jego przekonaniu była najgorszym wrogiem 
wojska. Robił później wszystko, aby ustrzec przed nią tych 
rozbrojonych Ŝołnierzy, których błędy wodza zaprowadziły w granice 
obcego kraju. 

Tymczasem ostatnie oddziały Chłapowskiego przekroczyły granicę. 
Szwadron majora Hempla wszedł do Prus, do ostatniej chwili walcząc 
z nacierającymi oddziałami rosyjskimi. 

Dwa dni później, 15 lipca, pod Nowym Miastem do Prus przeszedł 
korpus Rohlanda. Świetnie zapowiadająca się wyprawa litewska 
dobiegła końca. 

Nie zakończyła się jednak dla generała Chłapowskiego. śołnierzy 
polskich umieścili Prusacy w dwóch obozach niedaleko Królewca. 
Generał był wśród nich, zabiegał o nich u władz pruskich, starał 
się podtrzymać na duchu, liczył jeszcze, Ŝe Prusacy po 
kwarantannie pozwolą im powrócić do Królestwa. Sam nie miał 
łatwego Ŝycia. Władze pruskie prowadziły śledztwo w jego sprawie, 
groziły mu powaŜne represje. Najgorsze jednak, Ŝe w kraju 
próbowano zrzucić na niego odpowiedzialność za tragiczne skutki 
wyprawy litewskiej. Zarzuty te podtrzymywano i później, po 
zakończeniu wojny, w ogniu dyskusji i polemik emigracyjnych. 

Do Warszawy, jeszcze przed wejściem w granice Prus, dotarły echa 
wypadków na Litwie. Próbowano ratować sytuację, ale decyzje były 
juŜ spóźnione. Dowodem tego jest list Skrzyneckiego z 1 lipca, 
adresowany do "Jaśnie WielmoŜnego Jenerała Chłapowskiego, 
dowodzącego na Litwie". List ten nie dotarł do adresata. Później 
juŜ tylko szukano winnych. 

W tych trudnych chwilach z obozu w Kranz pod Królewcem o swoich 
przeŜyciach tak pisał Chłapowski do przyjaciela Józefa 
Morawskiego: 

"Skończyły się na teraz marzenia nasze. Czy nic z nich nie 
pozostanie? Tego nie przypuszczam. Odnowiliśmy święte prawo nasze, 
oŜyła ojczyzna, przypomniała się mocno światu i młodzieŜy naszej, 
w której Ŝyć nie przestanie, aŜ dopóki całości swej nie odzyska. 
To młode pokolenie, które poznałem, przyszłość mi dla niej 
zapewnia. Nabrało doświadczenia, którego zdaje się starzy nawet 
potrzebowali, poniewaŜ pozostała w nich jeszcze stara wada nasza - 
radzenia, kiedy działać trzeba. Spierali się, komu oddać na Litwie 
naczelnictwo, zapominając, Ŝe nic droŜszego nad czas, jeŜeli 
gdzie, to na wojnie. 

...Pomaszerowało tam [na Litwę - A. S.] czterech jenerałów. W 
pierwszym momencie trzeba było pomyśleć, który z nich jest w 
stanie dowodzić wszystkim, lub piątego zaraz wysłać dla objęcia 
komendy. 

...MoŜesz miarkować, z jakim duchem maszerowałem na Litwę. 
Spełniały się moje nigdy w myśli nie opuszczone plany. 

background image

Przewróciłem wszystko, co mi drogę zastępowało; w działa, broń, 
amunicję, nawet Ŝołnierzy nieprzyjaciel mnie opatrzył. 9 czerwca 
przeszedłem pod komendę Giełguda. Nieład, w którym dywizja była, 
zaraził i mój korpusik. Kazał mi być swoim szefem sztabu. 
Surowość, której uŜyć chciałem dla przywrócenia porządku, narobiła 
mi tylko nieprzyjaciół; pozbawiło mnie to zdrowia na zawsze... 
Śmiało mogę powiedzieć, Ŝe do 8 czerwca był to czas 
najszczęśliwszy mego Ŝycia, równieŜ, jak od tegoŜ, 
najnieszczęśliwszy. Pomijam to, co o mnie pisali, korzystając z 
mej nominacji, aby mnie potępić jako komenderującego, nie 
zwaŜając, Ŝe komunikacje były przecięte, Ŝe ja mojej nominacji 
wcale nie odebrałem. Czas to wszystko wyjaśni. Nawet to, Ŝe w 
przejściu do Prus poświęciłem całą moją osobistość, poniewaŜ w 
kilku zaufanych mogłem się przedrzeć, ale z korpusem nie moŜna 
było; nie odłączyłem swego losu i spełniłem pełen kielich... Jeśli 
chcesz pisać do mnie, adresuj do Fischhausen. Jestem pomiędzy tu i 
tam, gdzie nasi Ŝołnierze kantonują, których nie opuszczę, dopóki 
mi dozwolą..." 

Opuścił ich w lutym 1832 roku. Wyrokiem sądu pruskiego za udział w 
powstaniu został skazany na dwa lata twierdzy i 22 tysiące talarów 
grzywny. 

Tak zakończyła się wojskowa działalność Dezyderego Chłapowskiego. 
Po odbyciu kary w szczecińskiej twierdzy wrócił do rodzinnej 
Turwi. 

Odtąd, do końca swojego długiego Ŝycia, nie wziął do ręki szabli - 
słuŜył ojczyźnie pracą. 

Nota biograficzna 

Przez kartki naszej opowieści przesunęła się postać człowieka, 
który Ŝył i działał w burzliwej i obfitującej w wypadki epoce. 
Jego Ŝycie było nierozerwalnie związane z doniosłymi dla Polski 
wydarzeniami, jej teŜ poświęcał swoją wiedzę i zdolności. Czas na 
podsumowanie zebranych o nim wiadomości. Czas na próbę 
charakterystyki i oceny poznanej sylwetki. 

Dezydery Adam Chłapowski urodził się 23 maja 1788 roku w jednym z 
majątków swojego ojca (Śmiglu lub Turwi, dokładnie nie ustalono) 
Józefa, starosty kościańskiego. Jego matką była Urszula z 
Mozczeńskich Chłapowska. 

Ojciec naszego bohatera, przedstawiciel starej szlachty 
wielkopolskiej, nie zapisał się dobrze w pamięci potomnych. śyjąc 
ponad stan, mocno nadszarpnął swój majątek, w którym gospodarzył z 
wyjątkową lekkomyślnością. Szybko teŜ pogodził się z nowymi 
rządami pruskimi. 

Początkowe wykształcenie Dezydery otrzymał w domu, później 
uczęszczał do Kolegium Pijarów w Rydzynie. W czternastym roku 
Ŝycia ojciec zapisał go do pułku dragonów pruskich szefostwa 
generała Bruesewitza, w stopniu kadeta, tzw. wówczas Fri-Corporal. 
Wcześnie stracił matkę, wyrastał więc w warunkach surowych, od 
zarania sposobiąc się do zawodu Ŝołnierskiego. 

Z pułku został skierowany do Instytutu Oficerów Inspekcji 
Berlińskiej, prowadzonego przez słynnego wkrótce reformatora armii 
pruskiej, podpułkownika Scharnhorsta. W ciągu trzech lat otrzymał 
tu solidne podstawy wiedzy wojskowej: Jako kadet, a później 
chorąŜy, słuchał wykładów z dziedziny geografii wojskowej, 

background image

historii wojen, matematyki, logiki, artylerii, sztuki 
fortyfikacji, nauki o prowadzeniu oblęŜeń, jak równieŜ taktyki. W 
1805 roku został mianowany porucznikiem. Jesienią 1806 roku 
zawierucha napoleońska zmiotła gmach pruskiej potęgi, przerywając 
tym samym wojskową edukację Dezyderego. Z podziwem i zachwytem 
młody chłopak oglądał wkraczające do Berlina oddziały francuskie, 
które w kilkudniowej kampanii rozwiały mit o niezwycięŜoności 
armii pruskiej. Niewiele się namyślając, konno popędził do 
Poznania, pierwszy przywoŜąc tę niezwykłą i radosną wiadomość do 
Wielkopolski. 

Na miejsce uciekających w popłochu garnizonów i urzędów pruskich 
przybyli do Wielkopolski Dąbrowski i Wybicki, niebawem teŜ 
przyjechał do Poznania sam cesarz Napoleon. W szeregach utworzonej 
dla niego gwardii honorowej znalazł się równieŜ Chłapowski i tu po 
raz pierwszy zwrócił na siebie uwagę cesarza. 

Kampanię 1807 roku odbył jako porucznik w szeregach 9 pułku 
piechoty księcia Antoniego Sułkowskiego. Pod Tczewem uzyskał Legię 
Honorową. Podczas oblęŜenia Gdańska dostał się do niewoli, z 
której został zwolniony w wyniku postanowień traktatu pokojowego w 
TylŜy. Wracając do Warszawy, za przykładem Napoleona, zatrzymywał 
się w ciekawszych miejscowościach, starając się je zapamiętać, 
głównie pod kątem geografii wojskowej. Wiele uwagi poświęcił 
Litwie, której zupełnie nie znał, a szczególnie okolicom Wilna. 

20 września 1807 roku odebrał w Warszawie z rąk księcia Józefa 
Poniatowskiego awans na kapitana i został mianowany adiutantem 
generała Dąbrowskiego. JednakŜe juŜ 21 lutego 1808 roku powołano 
go na dwór cesarski jako oficera ordynansowego Napoleona. 

Zaczął się nowy okres w Ŝyciu Chłapowskiego i jego błyskotliwa 
kariera. Był bardzo popularny na dworze, gdzie nazywano go 
"cherubinkiem", ale główne jego zajęcia to zdobywanie wiedzy 
wojskowej. Specjalny dekret cesarski zezwalał mu na uzupełnienie 
studiów w słynnej paryskiej szkole politechnicznej, ale uczyło go 
przede wszystkim Ŝycie. Bliskość cesarza i ciągła słuŜba u niego 
pozostawiły niezatarte piętno na charakterze Chłapowskiego. 
Wyrobiły w nim zdolność koncentracji, energię, szybkość decyzji. 
Pozostając przy cesarzu, oprócz wiedzy wojskowej zdobywał równieŜ 
orientację polityczną. 

Oprócz naleŜnych jazd ordynansowych z poleceniami cesarskimi, z 
których wywiązywał się znakomicie, miał moŜność przypatrzenia się 
operacjom wojennym z punktu widzenia najwyŜszego dowództwa. U boku 
Napoleona odbył Chłapowski kampanię hiszpańską 1808 roku i 
austriacką 1809 roku. Był uŜywany do misji politycznych i 
wywiadowczych, dowodził teŜ bezpośrednio na polu bitwy. W bitwie 
pod Eckmhl na czele szwadronu wykonał kilka świetnych szarŜy, za 
co został obdarzony tytułem barona cesarstwa. 

W 1810 roku, mając zaledwie 22 lata, był juŜ podpułkownikiem 
gwardii, baronem cesarstwa, kawalerem Legii Honorowej i KrzyŜa 
Orderu Virtuti Militari. Nie zerwał jednak więzów z krajem ani nie 
osłabił swojego przywiązania do ojczyzny. W styczniu 1811 roku, na 
własną prośbę, został przeniesiony do konnego pułku polskiego 
gwardii słynnych szwoleŜerów jako szef szwadronu. Pozostawał 
jednak jeszcze czas jakiś przy boku Napoleona. 

Kampanię 1812 roku odbył Chłapowski w pułku szwoleŜerów, dowodząc 
w końcu dwoma dywizjonami. Objawił tu wówczas swoje znakomite 
walory wojskowe, odznaczając się szczególnie w walkach 
kawaleryjskich. Osłaniał cesarza, dokonującego rozpoznania 
fortyfikacji Smoleńska, podczas odwrotu uratował Dąbrowskiego, 
rannego w bitwie nad Berezyną. W czasie tragicznego odwrotu spod 
Moskwy wyróŜniał się szczególną dbałością o los podwładnych. 

background image

Początek 1813 roku spędził Chłapowski na pracach związanych z 
reorganizacją części pułku szwoleŜerów, które wykonał szybko i 
sprawnie. W bitwie pod Reichenbach, 23 maja 1813 roku, na czele 
dwóch dywizjonów znakomicie i ze skutkiem szarŜował kilkakrotnie 
przeciwko trzem pułkom kawalerii rosyjskiej. Odznaczył się teŜ i w 
innych bitwach tzw. kampanii saskiej. 

I tu nagle następuje nieoczekiwany moment. U szczytu kariery, na 
początku czerwca 1813 roku, Chłapowski poprosił o dymisję, którą 
otrzymał 19 czerwca, po dwukrotnych próbach cesarza zatrzymania go 
w słuŜbie. Motywy tego kroku warto spróbować wyjaśnić po krótkiej 
charakterystyce "napoleońskiego" okresu Ŝycia Chłapowskiego. 

Kilkuletni okres twardej szkoły napoleońskiej, jawne dowody łaski 
cesarskiej, awanse i zaszczyty nie rzuciły Chłapowskiego bez 
reszty w objęcia "boga wojny". Nigdy nie był fanatycznym 
bonapartystą. Napoleon fascynował go, wywierał na niego duŜy 
wpływ, ale mimo to, w głębi duszy, Chłapowski zachowywał rezerwę w 
stosunku do cesarza Francuzów. Z natury nieskłonny do entuzjazmu, 
od dziecka wychowywany w duchu konserwatywnym i powiązany więzami 
przyjaźni z francuskimi zwolennikami "starego porządku", nie uległ 
od razu urokowi Bonapartego. Nie bez znaczenia teŜ był tu wpływ 
Kościuszki, z którym Chłapowski kontaktował się w ParyŜu, 
ostrzegającego młodego oficera przed wielkimi nadziejami 
pokładanymi przez Polaków w Napoleonie. Stary Naczelnik uwaŜał, Ŝe 
Polska potrzebna jest cesarzowi jedynie do przetargów z dworami i 
na tyle tylko będzie wykorzystana. Doceniał jednak geniusz 
Napoleona i zalecał Dezyderemu uczyć się od niego sztuki wojennej, 
by zdobytą wiedzę spoŜytkować dla dobra ojczyzny. Zalecenia 
Kościuszki Chłapowski wykonywał w pełni. Wyszedł ze słuŜby jako 
świetny i doświadczony oficer mimo bardzo młodego wieku. Cechy 
oficera napoleońskiego - rzutkość, energię, niebywałą sumienność, 
a nawet pedanterię w pełnieniu słuŜby, szerokie spojrzenie na 
całokształt operacji - przyswoił sobie na całe Ŝycie. 

Nieoczekiwaną dymisję motywował nieszczerym wobec Polski 
posunięciem Napoleona. Przypadkiem dowiedział się, Ŝe w układach z 
Aleksandrem Bonaparte nie zawaha się oddać cesarzowi Księstwa 
Warszawskiego. UwaŜał, Ŝe w tych warunkach nie moŜe słuŜyć 
wodzowi, który w imię własnych interesów poświęca szczerego i 
oddanego sojusznika. Wiadomością tą podzielił się z innymi 
oficerami, co wywołało pewnego rodzaju ferment i pociągnęło za 
sobą inne dymisje. 

Krok ten spotkał się z negatywną oceną współczesnych i potomnych. 
Określano go jako "zbyt obcesowy", dopatrywano się w nim innych 
pobudek. 

Uzyskawszy dymisję udał się do ParyŜa, gdzie przebywał w domu 
rodziny Caramanów. Trudy wyprawy na Rosję i kampania 1813 roku 
odbiły się na jego zdrowiu. Przez kilka miesięcy chorował 
obłoŜnie. Po dojściu do zdrowia wyjechał do Anglii i tam 
oczekiwał, aŜ kongres wiedeński rozstrzygnie o losie ziem 
polskich. Do rodzinnej Wielkopolski powrócił w okresie słynnych 
"100 dni" Napoleona. 

Lato 1815 roku minęło Chłapowskiemu na porządkowaniu spraw 
rodzinnych i majątkowych. Kontraktem z 19 lipca 1815 roku przejął 
od ojca majątki: Turew, Woronowo, Rąbin, Rąbinek i Podborze. Dobra 
te, po fatalnej gospodarce ojca, zastał w opłakanym stanie i 
bardzo zadłuŜone. Nowy właściciel zabrał się jednak do pracy z 
wrodzoną energią i wojskową spręŜystością. Rozpoczął od tego, Ŝe 
najpierw sam zaczął się uczyć fachowej wiedzy rolniczej czerpiąc 
ją z najnowszych zagranicznych podręczników. Wprowadzał do 
gospodarstwa nowe metody, dąŜył do najkorzystniejszych 

background image

ekonomicznie rozwiązań. Stosował najodpowiedniejsze dla danego 
rodzaju gleby uprawy, rozwijał hodowlę, wzorowo prowadził 
gospodarkę leśną. Pierwszy zastosował młockarnię i cięŜki pług 
szkocki, do hodowli sprowadzał najlepsze odmiany bydła i trzody. 

W latach 1818-1819 przez półtora roku przebywał w Anglii ucząc się 
we wzorowo prowadzonych majątkach. Wbrew przyjętej wówczas manii 
okazałości był bardzo oszczędny, nie inwestował bez potrzeby w 
budynki. Za przykładem angielskim zboŜa przechowywał w stogach, 
budował zaś gorzelnie, olejarnie i cukrownie. Wszędzie panowały 
ład i porządek, Ŝycie toczyło się z iście wojskową regularnością. 

Tak prowadząc gospodarstwo Chłapowski zdołał nie tylko szybko 
spłacić długi, ale równieŜ zabezpieczyć znaczne dochody. Świecił 
przykładem gospodarności dla okolicy, powoli zaczynał zdobywać 
naśladowców, a wśród sąsiedztwa i ludu cieszył się coraz większym 
uznaniem i szacunkiem. 

Był bardzo popularny wśród chłopów, z którymi Ŝył na stopie 
przyjaznej. Oddał włościanom pod parcelację co lepsze grunty w 
swoich majątkach. Był jednym z inicjatorów Ziemstwa Kredytowego, 
zasiadał teŜ w dyrekcji Towarzystwa Ubezpieczeń od Ognia. W 1827 
roku był wybrany do pierwszego Sejmu w Poznaniu, a w 1830 roku 
został mianowany jego wicemarszałkiem. 

29 września 1821 roku, mając juŜ uporządkowane sprawy majątkowe, 
Chłapowski wstąpił w związek małŜeński z Anną Grudzińską, siostrą 
Ŝony wielkiego księcia Konstantego - Joanny Grudzińskiej. 

Ze spokojnego rytmu Ŝycia prywatnego i obowiązków społecznych 
wytrąciły go dramatyczne wydarzenia Nocy Listopadowej. Natychmiast 
pośpieszył do Warszawy, by słuŜyć krajowi swoją wiedzą i 
doświadczeniem. Niestety, długo nie przywdział munduru, trzymany 
przez Chłopickiego na uboczu wypadków. Wywołało to niesłuszne 
podejrzenia, Ŝe doradzał układy zamiast zdecydowanej walki. Była 
to nieprawda, gdyŜ, jak pamiętamy, od początku był rzecznikiem 
zdecydowanej walki. 15 grudnia przedstawił dyktatorowi śmiały plan 
działań zaczepnych oraz organizacji działań partyzanckich na 
Litwie i Wołyniu. Plan ten pozostał jednak bez echa. Pozostawanie 
zaś przez dłuŜszy czas na uboczu spowodowało, Ŝe w awansach 
wyprzedzili go młodsi słuŜbą. 

Powołany do czynnej słuŜby przez Skrzyneckiego, dowodzi brygadą 
jazdy, dając próbki swoich znakomitych umiejętności wojskowych i 
talentów dowódczych. Odczuwał jednak pewną niechęć wobec swojej 
osoby, widział, Ŝe jest pomijany i niewłaściwie wykorzystywany. 

Szersze moŜliwości dała mu dopiero wyprawa na Litwę. Awansowany 
wreszcie do stopnia generała brygady, uzyskał szersze pole do 
działania. Awans ten, nadany w maju, został zatwierdzony przez 
Rząd Narodowy 13 czerwca, kiedy Chłapowski był juŜ prawie pod 
Wilnem. 

Świetnie zapowiadająca się wyprawa litewska i jej fatalny skutek 
ściągnęły na głowę Chłapowskiego wiele gromów. Faktyczny sprawca 
katastrofy, generał Giełgud, nie Ŝył, on sam pozostał naprzeciw 
krzywdzących go oskarŜeń. Cierpiał za błędy nieudolnego 
przełoŜonego, odpowiadał za winy niepopełnione. 

Oceniając wyprawę litewską i rolę w niej Chłapowskiego, znakomity 
historyk Szymon Askenazy tak pisał m.in.: "Ta śmiała, tyle 
obiecująca wyprawa litewska skończyła się, jak wiadomo, 
najopłakaniej, lecz nie z jego [Chłapowskiego] winy. Wina główna, 
najniezawodniej, obciąŜa nieszczęśliwego Giełguda, który 
pokrzyŜował pierwotne rzutkie intencje Chłapowskiego, zepchnął go 
z przywództwa, sprowadził z drogi i sam własne błędy przepłacił 

background image

Ŝyciem. Był cięŜki zawód. Była nie przewidziana od Chłapowskiego, 
przedwczesna zapewne, rezygnacja. Ale winy jego nie było. 
Świadectwo generała Puzyrewskiego (historyk rosyjski, autor 
wydanej w latach pięćdziesiątych XIX w. świetnej pracy pt. Wojna 
polsko-rosyjska 1831 r. - A. S.] usuwa pod tym względem ostatnie 
wątpliwości. Nie moŜe teŜ ulegać nadal Ŝadnej wątpliwości, Ŝe 
Chłapowskiemu, zbyt surowo i niesłusznie potępionemu od swoich, 
cięŜka stała się krzywda". 

Po katastrofie na granicy pruskiej Chłapowski pozostawał przez 
jakiś czas z internowanymi Ŝołnierzami, później został 
przewieziony do Szczecina, gdzie odsiadywał dwuletnie więzienie, 
skazany przez władze pruskie za udział w powstaniu. Opracował 
wtedy podręcznik nauki rolnictwa, który cieszył się duŜą 
popularnością. Po wyjściu z więzienia powrócił do Ŝycia 
publicznego, chociaŜ długo ciąŜyły na nim niesłuszne oskarŜenia z 
1831 roku. Był pod swego rodzaju "klątwą opinii publicznej". 

Od 1836 roku pisywał artykuły fachowe do Przewodnika 
rolniczo-przemysłowego, był współtwórcą słynnego Bazaru 
Poznańskiego. Wraz z doktorem Marcinkowskim zamierzał załoŜyć 
akademię rolniczą, w Turwi kształcił wielu praktykantów do zawodu 
rolniczego. Miał duŜy wpływ na otoczenie, chociaŜ nie był lubiany 
z powodu surowości zasad i poglądów ultrakatolickich. 

W 1848 roku organizował siłę zbrojną w swoim powiecie, co było 
ostatnim epizodem jego działalności wojskowej. 

Powoli, w miarę jak coraz bardziej odległe stawały się wypadki 
wojny 1831 roku, rósł urok jego osoby. Był świadkiem i 
uczestnikiem wielkich wydarzeń, o których umiał opowiadać z duŜym 
talentem. Z biegiem lat usuwał się z Ŝycia publicznego, powodowany 
dolegliwościami wieku, pozostając jednak do końca najpowaŜniejszą 
postacią swojej okolicy. Pisał pamiętniki, w których z wielkim 
umiarem i taktem opisywał swoje przeŜycia na tle dziejowych 
wydarzeń. Nikogo w nich nie oskarŜał, nikogo nie osądzał, siebie 
nie stawiał na centralnym miejscu. Pisał sucho, relacjonując 
wypadki w sposób jasny i przejrzysty, bez angaŜowania się w oceny 
i sądy. Tym właśnie róŜnią się one od jakŜe namiętnych i często 
pochopnych wypowiedzi w pamiętnikach ludzi jemu współczesnych i 
opisujących te same wydarzenia. 

Owiany pod koniec Ŝycia tą legendą wielkich i burzliwych lat, 
zbliŜał się do kresu. Zmarł w 1879 roku mając 91 lat. 

Oceniając tę postać moŜemy śmiało powiedzieć, Ŝe był to człowiek 
wybitny, ale nie niezwykły, co mu usiłowali przypisać niektórzy 
biografowie. Twarda szkoła Ŝycia wyrobiła w nim hart ducha, a 
wrodzone zdolności pozwalały wybiec ponad przeciętność. Twarda 
natura nie znosiła kompromisów, był surowy wobec siebie i innych. 
Miał duŜe ambicje, ale wychowany od dzieciństwa w duchu 
konserwatyzmu zachował te zasady do końca Ŝycia. Wtłoczony w 
sztywne ramy zasad legalizmu, nie umiał i nie chciał wyjść z nich 
i sięgnąć po wyŜsze cele. Nie był z pewnością typem rewolucyjnego 
dowódcy, który dla dobra sprawy nie waha się popełnić czynu 
wykraczającego poza obręb określonych porządków. Dowodem tego jest 
jego bierność przy Giełgudzie, gdzie ograniczał się jedynie do 
podsuwania przełoŜonemu korzystnych rozwiązań. Mimo ogólnych 
nalegań nie sięgnął wtedy po dowództwo, chociaŜ rozwój wypadków 
mógłby usprawiedliwić ten krok. Zresztą rząd w Warszawie 
zorientował się ostatecznie w sytuacji i mianował go dowodzącym na 
Litwie. Niestety, nominacja ta zastała go juŜ w Prusach. 

W kontaktach z ludźmi był raczej oschły, cechowała go pewna 
sztywność i oszczędność w manifestowaniu uczuć. Nigdy nie był 
wylewny, nie szukał taniej popularności, niesłuszne zarzuty zbywał 

background image

pogardliwym milczeniem. Przez tę pewnego rodzaju sztywność i 
wyniosłość, cechującą zresztą większość byłych napoleończyków, 
otoczenie nie lubiło go, był natomiast przez nie szanowany. 

Jako dowódca był rzutki i przedsiębiorczy. Nade wszystko cenił 
ruch i manewr, miał szerokie spojrzenie na całość działań, umiał 
przystosować się do konkretnych sytuacji. Był znakomitym 
zagończykiem i dowódcą kawalerii, chociaŜ wybornie znał równieŜ 
zasady ogólnotaktyczne. Pod względem słuŜbistości stanowił jeden z 
nielicznych wyjątków wśród generałów polskich z 1831 roku. Nie 
znał tu Ŝartów, był bezwzględnie wymagający wobec podwładnych, ale 
i siebie nie oszczędzał. Pierwszy wstawał, ostatni udawał się na 
spoczynek. Osobiście kontrolował posterunki, prowadził wywiady, 
gdy było trzeba stawał w ogniu na równi z prostym Ŝołnierzem. 
Bardzo dbał o dobro Ŝołnierzy, starał się, by w miarę moŜliwości 
niczego im nie brakowało. Swoim zachowaniem i przykładem potrafił 
wzbudzić do siebie zaufanie podkomendnych, zarazić ich własnym 
duchem słuŜbistości i poświęcenia. Świetnie dawał sobie radę z 
pułkami nowej formacji, które szybko ujmował w karby Ŝelaznej 
dyscypliny. 

Współcześni charakteryzowali go róŜnie. "Budził respekt i obawę" - 
pisali Rosjanie Dawidow i Smitt; "Więcej imponować niŜ rozkazywać 
zdolny - tak określał Barzykowski, "Nie brakło mu odwagi ani 
zdolności" - oto ocena nieskorego do pochwał Prądzyńskiego. 

Był świetnym dowódcą, który w innych warunkach i w innych 
sytuacjach politycznych mógł wiele dokonać. Korzystnie odbiegał od 
innych dowódców wojny 1831 roku, wielu przerastał umiejętnościami, 
chociaŜ formalnie był im podległy. Na tym tle postać generała 
Dezyderego Chłapowskiego odbija korzystnie i moŜe właśnie dlatego 
jest warta przypomnienia i utrwalenia. 

Koniec.