background image
background image

 

 
 

  MARGARET WAY 

   NIANIA Z AUSTRALII 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
Marissa  Devlin,  jej  siedmioletni  brat  przyrodni  Riley  i  jego  pies  Dusty 

podróżowali  już  od  kilku  dni.  W  czasie  wyprawy  z  Brisbane  przez  żyzne 
równiny  Australii  wierny  Dusty  wielokrotnie  był  gotów  walczyć  z  ludźmi, 
którzy  zachowywali  się  wobec  nich  podejrzanie.  Wystarczyło,  by  ktoś  zbyt 
długo przyglądał się nieustraszonej trójce podróżników. 

Dusty był wspaniałym psem pasterskim. Na dodatek rozumiał słowa, czasem 

całe  zdania,  a  być  może  nawet  potrafił  mówić  -  przynajmniej  tak  twierdziła 
Marissa.  Dzięki  temu  pies  uczestniczył  w  ich  naradach.  Marissa  po  prostu 
potrzebowała wsparcia przy podejmowaniu trudnych decyzji. Ciągle obawiała 
się, czy porzucenie tak zwanego normalnego życia, by ruszyć w nieznane, nie 
okaże się wielkim błędem. 

Natomiast  Riley  i  Dusty  byli  zachwyceni.  Uważali,  że  to  świetna  zabawa  i 

nie zdawali sobie sprawy z czyhających niebezpieczeństw. 

Dawniej  Dusty  prowadził  zwykłe  pracowite  życie  psa  rasy  blue  heeler, 

zaganiając  bydło  na  pastwiskach  w  północnej  części  stanu  Queensland. Teraz 
był  już  na  zasłużonej  emeryturze,  lecz  nadal  opiekował  się  swą  „przybraną 
rodziną".  Psy  pasterskie  zwykle  słuchają  tylko  jednego  pana.  Ostatnio  rea-
gował  głównie  na  polecenia  Marissy,  choć  oficjalnie  należał  do  Rileya.  Jak 
było dawniej? Marissa unikała myślenia na ten temat - wspomnienia były zbyt 
bolesne. Na szczęście teraz musiała skupić się na tym, co ich czeka. 

Zapowiedź problemów ukazała się wkrótce w postaci drogowskazu. Był tak 

stary  i  zniszczony,  jakby  pochodził  z  czasów  prehistorycznych.  Wskazywał 
miejscowości,  o  których  nigdy  nie  słyszała  i  nie  potrafiłaby  wymówić  ich 
nazw.  Appilayarowie,  Balukyambut,  Cocatatocallen...  Język  Aborygenów. 
Cóż, najwyraźniej znaleźli się w krainie legend. 

Słup  był  poobijany  przez  samochody.  Jakiś  nieostrożny  kierowca  mógł 

przekręcić  drogowskaz  i  kierunki  już  dawno  nie  odpowiadały  rzeczywistości. 
Równie dobrze mogłaby zasłonić oczy Rileyowi i poprosić, by wskazał drogę. 

Dziewczyno,  gdzie  twoja  żądza  przygód?  -  pomyślała.  Miała  nadzieję,  że 

odzyska  ją  następnego  dnia.  Tymczasem  jej  niepewność  była  większa  niż 
optymizm. 

Po  prawej  stronie  zauważyła  dużą  kępę  eukaliptusów.  Najwyższy  czas  na 

odpoczynek,  zdecydowała.  Ręce  zaczynały  jej  drżeć  po  wielu  godzinach 
trzymania  kierownicy.  Zdjęła  nogę  z  gazu.  Na  pustej  szosie  samochód  zaczął 
zwalniać. Ich krwistoczerwona półciężarówka na drzwiach od strony kierowcy 

background image

miała  namalowaną  czarną  panterę  w  biegu.  Wspaniała  ozdoba  pojazdu,  jak 
stwierdził sprzedawca samochodów. 

Marissa  zaparkowała  w  cieniu  rozłożystego  eukaliptusa.  Któregoś  dnia 

wyczytała w gazecie, że w Australii rośnie sześćset gatunków tych roślin. Jako 
że miała talent do zapamiętywania zbędnych informacji, również i ta na długo 
utkwiła  jej  w  głowie.  Cóż,  eukaliptusy  dominują  wśród  drzew  na  tym 
kontynencie i zapewne są największym  darem, jaki Australia  może ofiarować 
światu. Co prawda w okresach gwałtownych pożarów lasów nikt nie zgodziłby 
się z tą opinią. 

W  upale  niebieskoszare  Uście  odwracały  się  końcami  do  słońca.  Rzucały 

cień,  ale  przede  wszystkim  wspaniale  pachniały,  co  natychmiast  poprawiało 
nastrój.  Marissa  używała  olejków  zapachowych  również  w  domu:  skrapiała 
nimi poduszkę przed zaśnięciem. 

Przepadała  za  zapachem  australijskiego  buszu.  Różnorodność  roślin  i  woni 

sprawiała jej przyjemność. Wczesną wiosną wybierała się na długie spacery po 
łąkach pokrywających wzgórza w pobliżu domu w Brisbane. 

Dojechali daleko na południowy zachód stanu. Okolica sprawiała wrażenie, 

jakby  znaleźli  się  na  obcej  planecie.  Tu  nie  czekały  na  nich  zielone  łąki,  ale 
zrudziałe  od  słońca  rośliny.  Gdzieniegdzie  sterczały  w  górę  kępy  szarych 
łodyg, które migotały srebrem, odbijając światło. Zupełny koniec świata, gdzie 
mieszkają  duchy,  pomyślała  Marissa.  Miała  podświadome  uczucie,  że  te 
nierzeczywiste stwory obserwują ich z ukrycia. Mijał kolejny dzień, a oni nie 
widzieli żadnego pojazdu, a tym bardziej ludzi. 

Marissa urodziła się i wychowała w mieście, jednak niezwykła tajemniczość 

tego dzikiego obszaru ją pociągała.  Wydawało się, że  nawet powietrze jest tu 
przesycone  tajemniczością.  Teraz  byli  już  blisko  środka  kontynentu.  Dalsza 
podróż  miała  zaprowadzić  ich  do  Channel  Country,  krainy  rzek  i  kanałów 
nawadniających, gdzie rządzili wielcy hodowcy bydła, których stada pasły się 
aż do obrzeży wielkiej Pustyni Simpsona. 

Właśnie  dlatego  Marissa  zdecydowała  się  na  przyjazd  w  tę  okolicę. 

Zamierzała  podjąć  pracę  w  jednym  z  lokalnych  miasteczek.  Dzięki  temu 
mogłaby  opiekować  się  Rileyem,  dopóki  chłopiec  nie  stanie  się  na  tyle 
samodzielny,  by  poradzić  sobie  w  szkole  z  internatem.  Troskę  o  najbliższych 
przejęła  po  babci  i  nie  traktowała  tych  obowiązków  z  przymrużeniem  oka. 
Poza tym była wdzięczna losowi, że Riley zjawił się w jej życiu. 

Była wykwalifikowaną nauczycielką, może nawet zbyt wykwalifikowaną, by 

uczyć  najmłodsze  dzieci.  Uzyskała  licencjat  w  dwóch  specjalnościach 

2

RS

background image

humanistycznych i pracowała, jednocześnie przygotowując pracę magisterską. 
Gdy Riley wkroczył w jej życie, odłożyła ten ambitny zamiar przynajmniej na 
jakiś  czas.  Eleanor  Bell,  dyrektorka  szkoły  Saint  Catherine,  gdzie  Marissa 
wykładała historię i ekonomię w klasach dziesiątej i dwunastej, z przykrością 
zgodziła się na jej rezygnację. 

- Marisso, zawsze znajdzie się u nas miejsce dla ciebie, jeśli tylko zechcesz 

uczyć  -  powiedziała.  -  Nie  traktujmy  tego  jak  rozstania.  Kochanie,  życzę  ci 
szczęścia i czekam na wiadomości. 

Marissa  zamierzała  dotrzymać  obietnicy  i  wrócić.  Eleanor  Bell  przy  każdej 

okazji starała się jej pomóc. Dzięki niej atmosfera w szkole była lepsza niż w 
domu. Właściwie nazywanie domem rodzinnym budynku, w którym mieszkała 
z  wujem,  ciotką  i  kuzynką  Lucy,  było  sporą  przesadą.  Wylądowała  tam  po 
śmierci mamy i została do dnia, gdy dostała się na studia. Przeniosła się wtedy 
do  akademika  na  terenie  kampusu.  Odetchnęła  od  problemów  rodzinnych  i 
choć  przez  pewien  czas  mogła  cieszyć  się  życiem.  Wtedy  dowiedziała  się  o 
Rileyu i znów wszystko zupełnie się zmieniło. 

Otrząsnęła  się  z  zamyślenia  i  wysiadła  z  samochodu.  Przeciągnęła  się, 

wyciągając  ręce.  Dusty  zeskoczył  ze  skrzyni  pojazdu  i  pognał  przed  siebie, 
przeganiając stado białych papug. Obrażone unosiły się w powietrze, strosząc 
żółte czuby i głośno protestując. 

-  Biegnij  za  nimi!  -  krzyknął  Riley  lekko  ochrypłym  głosem.  Dusty  długo 

leżał  senny  z  tyłu  wozu.  Teraz  mógł  wreszcie  rozprostować  kości  i  radośnie 
biec przez pustkowie, pełen energii w silnych mięśniach. 

-  Riley,  ty  też  rozprostuj  nogi  -  powiedziała  Marissa,  pochylając  się  do 

wnętrza kabiny. 

Otworzyła  schowek,  by  wyjąć  mapę,  a  przy  okazji  przyjrzała  się  Rileyowi. 

Chłopiec  cierpiał  na  astmę.  Starała  się  zawsze  dyskretnie  go  obserwować,  by 
nie przegapić nadchodzących objawów. Po ostatnim silnym ataku poszła z nim 
do  specjalisty.  Lekarz  zapewniał  ją,  że  Riley  pewnie  wyrośnie  z  tego  około 
trzynastego lub czternastego roku życia. Modliła się, by lekarz miał rację. Nie 
rozstawali  się  z  inhalatorem,  i  na  razie  wszystko  wydawało  się  w  porządku. 
Marissa miała nadzieję, że suche powietrze outbacku zadziała niczym lek. Było 
czyste, pozbawione pyłu i spalin miasta. 

Riley  posłuchał  jej  natychmiast.  Nie  sprawiał  problemów.  Jej  ojciec  dobrze 

go wychował. 

- Dobrze się czujesz? - spytała od niechcenia i lekko ścisnęła go za rękę. 

3

RS

background image

Był  niewysoki  i  drobny  jak  na  swoje  siedem  lat.  Dotychczas  nie  miał 

łatwego życia. Domyślała się, że zdarzały mu się wyjątkowo trudne i bolesne 
chwile, o których jej nie opowiadał. Jednak był odważny i nie poddawał się, co 
potrafiło  wzruszyć  ją  do  łez.  Zupełnie  podbił  jej  serce.  Dawno  przestała 
uważać go za brata przyrodniego. 

- Jasne - odparł Riley z uśmiechem. 
- Chyba masz lekką chrypkę - zauważyła. 
-  Zaschło  mi  w  gardle  -  wyjaśnił.  -  Nie  przejmuj  się,  Ma.  Nic  mi  nie  jest. 

Powiem  ci,  kiedy  będzie  mi  ciężko  oddychać.  Mogę  się  czegoś  napić?  - 
zapytał. 

- Oczywiście. W lodówce są butelki z wodą. Ja też chętnie się napiję, a tym 

bardziej Dusty. 

- Jeśli wróci! - zawołał Riley, biegnąc na tył auta. Po chwili wrócił z dwiema 

małymi butelkami. Podał jedną siostrze i wskazał na drogowskaz. 

- Nazwy aborygeńskie - stwierdził. Wiedział o wiele więcej na ten temat niż 

Marissa, która wychowała się w mieście. - Jak myślisz, którędy do Wungalli? 

-  Możemy  tylko  zgadywać  -  przyznała.  Wypiła  wodę  z  taką  miną,  jakby  to 

był  boski  nektar.  -  Ten  drogowskaz  jest  w  takim  stanie,  że  nie  można  być 
niczego  pewnym.  Może  Wungalla  była  już  gdzieś  po  drodze,  albo  mamy  do 
niej jeszcze tysiąc kilometrów. 

- To naprawdę duży kraj - stwierdził z dumą Riley. - Przyzwyczaisz się, Ma. 
Znów  powiedział  do  niej  „Ma".  Marissa  nalegała,  by  zwracał  się  do  niej 

pełnym  imieniem,  ale  Riley  pozostał  przy  swoim.  Domyślała  się,  o  co  mu 
chodziło.  Ma  było  dla  niego  skrótem  od  „mama",  a  nie  „Marissa".  Chłopiec 
bardzo  potrzebował  matki  i  widział  ją  w  przyrodniej  siostrze.  Gdy  po  drodze 
zatrzymywali się  w  małych  miasteczkach, ludzie uznawali Rileya  za jej  syna. 
Cóż,  kolejna  młodociana  samotna  matka,  która  pewnie  uciekła  z  domu.  Jeśli 
przedstawiała go jako młodszego brata, spoglądali na nią niedowierzająco. 

Oczywiście  Riley  nie  zamierzał  nikogo  wyprowadzać  z  błędu.  Był 

zachwycony,  gdy  ludzie  uważali,  że  Marissa  jest  jego  mamą.  Wzruszył  ją 
wyznaniem,  że  o  takiej  matce  mógłby  tylko  marzyć.  Właściwie  Marissa  nie 
dziwiła  się  ludziom.  Rzadko  się  zdarza,  by  starsza  siostra  poświęcała  się 
wychowaniu przyrodniego rodzeństwa. 

Teraz  rozłożyła  mapę  na  ziemi  pokrytej  zbrązowiałymi  liśćmi  i  kucnęła 

obok.  Byłoby  wygodniej  oglądać  mapę  rozłożoną  na  masce  samochodu,  ale 
blacha rozgrzała się tak bardzo, że można by smażyć na niej jajecznicę. 

4

RS

background image

- Aha, jesteśmy tutaj - powiedziała tonem doświadczonego przewodnika. W 

rzeczywistości  miała niewielkie pojęcie na ten temat. Zadbała jednak o to, by 
wzięli ze sobą duży zapas wody i jedzenia. - Na pierwszy rzut oka Wungalla to 
dla tutejszych farmerów całkiem spore centrum - dodała. - Od Ransom trzeba 
przejechać sto pięćdziesiąt kilometrów. 

-  Co  za  dziwaczna  nazwa  -  odezwał  się  Riley,  lekko  odwracając  głowę,  by 

widzieć, co robi Dusty. - Przecież „ransom" oznacza okup, jaki trzeba zapłacić 
złemu człowiekowi, żeby uwolnił zakładnika. 

-  Zaskakujesz  mnie.  Czy  istnieje  jakieś  słowo,  którego  jeszcze  nie  znasz?  - 

spytała z uśmiechem. 

Była dumna z brata. Gdy dowiedziała się o jego istnieniu, przeżyła wstrząs i 

początkowo  nie  mogła  się  z  tym  pogodzić.  Wkrótce  okazało  się  jednak,  że 
Riley jest prawdziwym darem losu. Ani ciotka Allison, ani kuzynka Lucy nie 
okazywały jej serdeczności, natomiast Riley pokochał ją od pierwszego dnia i 
oboje doskonale się rozumieli. Teraz próbował się roześmiać w odpowiedzi na 
jej pytanie, ale zamiast tego rozległ się szloch. Natychmiast zakasłał, by ukryć 
wzruszenie. 

- Tata uczył mnie mnóstwa rzeczy - wyjaśnił w końcu. 
Tata!  Michael  Devlin,  kiedyś  doskonały  prawnik  pracujący  dla  poważnych 

korporacji,  który  popadł  w  alkoholizm,  stoczył  się  na  samo  dno  i  zmarł  w 
przykościelnym  schronisku  dla  ubogich  gdzieś  daleko  w  buszu.  Tata  Rileya  i 
jej  ojciec.  Kochała  go  bardzo,  podobnie  jak  Riley,  który  płakał  nocami  w 
poduszkę, choć od pogrzebu minęło już półtora roku. Marissa też cierpiała, ale 
nie  wylewała  łez.  Wydawało  się  jej,  że  wypłakała  już  swoje.  Jednak  wkrótce 
przekonała się, że łzy potrafią płynąć przez całe życie. 

Riley był sierotą, inteligentnym małym chłopcem, który przylgnął do niej jak 

tonące dziecko chwytające się liny ratunkowej. Zobaczył ją na korytarzu małej 
szkoły w buszu na północy Queenslandu, która nie należała do wykwintnych. 

Wystarczyło mu jedno spojrzenie na Marissę, by domyślić się, że to rodzina. 

Nie  potrzebował  zbędnych  słów.  Oboje  odziedziczyli  po  ojcu  Irlandczyku 
kruczoczarne włosy, niebieskie oczy i porcelanową cerę. W najbliższym czasie 
mógł spodziewać się jedynie przeniesienia do domu dziecka. 

Marissa miała zaledwie dwadzieścia jeden lat i wielkie poczucie obowiązku, 

które wynikało z pamięci o ukochanym ojcu. Zdawała sobie sprawę, jak bardzo 
skomplikuje  sobie  życie,  podejmując  się  wychowania  dziecka  obcej  kobiety. 
Tamta  porzuciła  Rileya,  gdy  miał  cztery  lata.  Zostawiła  również  jej  ojca.  Po 
śmierci Michaela Devlina odnalezienie matki Rileya okazało się niewykonalne. 

5

RS

background image

Młoda  kobieta,  która  podobno  pochodziła  z  Polinezji,  zniknęła  bez  śladu.  Jej 
syn został sierotą. Do tego czasu Marissa nawet nie podejrzewała, że w czasie 
któregoś  z  licznych  wyjazdów  ojciec  związał  się  z  jakąś  kobietą  i  miał  z  nią 
dziecko. 

Życie  Michaela  Devlina,  przez  długi  czas  usłane  różami,  zmienił  dramat. 

Michael zaczął się staczać. Nie miał dość silnej woli, by się z tego wyrwać. 

-  Samobójstwo!  To  po  prostu  było  samobójstwo!  -  wykrzyknął  brat  ojca 

Bryan,  gdy  przeczytał  zawiadomienie  z  przytułku.  Pastor  McCauley,  który 
zarządzał  kościołem  misyjnym,  poinformował  ich  o  śmierci  Michaela. 
Wspomniał również o jego synku, którym tymczasowo zaopiekował się wraz z 
żoną. 

- Nieudacznik! - stwierdziła Allison, żona Bryana. Zawsze surowo osądzała 

innych,  natomiast  wobec  siebie  nie  miała  zastrzeżeń.  -  Michael  odrzucił 
wszystkie  szanse.  Mówię  ci,  Bryan,  że  to  dziecko  tu  nie  zamieszka. 
Zlitowaliśmy się nad 

Marissa  i  ją  wychowaliśmy.  Nie  wyobrażaj  sobie,  że  zajmę  się  kolejnym 

dzieckiem Michaela. Nie powinien wiązać się z tą kobietą, a tym bardziej mieć 
z  nią  dziecka.  Jeśli  nie  można  znaleźć  matki,  chłopiec  musi  pójść  do 
sierocińca. 

Ciotka Ally nie rozumiała cierpienia innych. Nie szanowała niczyich uczuć. 

Nigdy do końca nie pojęła, jak bardzo Michael kochał żonę i córkę. Poza tym 
Ally zawsze zazdrościła urody Maureen, matce Marissy. 

Rzeczywiście,  wuj  Bryan  i  ciotka  Ally  zaopiekowali  się  Marissa,  gdy  jej 

ojciec  wyruszył  w  nieznane.  Jednak  przedtem  Michael  pozostawił  w  banku 
pieniądze,  by  pokryć  koszty  jej  utrzymania  oraz  studiów.  Ciotka  Ally 
zapominała  wspomnieć  o  tym  fakcie,  jakby  opieka  nad  Marissa  stanowiła  dla 
nich  poważny  uszczerbek  w  budżecie.  Nie  stanowiła  żadnego.  Pod  tym 
względem ojciec należycie wywiązał się z obowiązków. 

Michaela Devlina prześladowało poczucie winy. Rozpacz nie opuszczała go 

od dnia, gdy jego ukochana  młoda żona zginęła w wypadku samochodowym. 
On  siedział  wtedy  za  kierownicą.  Jakimś  cudem  wyszedł  z  wypadku  z 
drobnymi  skaleczeniami,  Maureen  nie  miała  jednak  szczęścia.  Niespełna 
dwunastoletnia Marissa miała jechać z nimi, ale w ostatniej chwili koleżanka z 
klasy zaprosiła ją na urodziny. 

Uniknęła  tragicznego  losu,  ale  nikt  nie  pomógł  jej  przetrwać  najgorszych 

chwil. Rodzina była załamana nieszczęściem, jednak nie znalazła się żadna na 
tyle  rozsądna  osoba,  by  zapewnić  psychiczne  wsparcie  dziecku,  które  tylko 

6

RS

background image

przypadkiem  nie  zostało  sierotą.  Jej  ojca  zaś  niemal  dosłownie  zżerało 
poczucie winy. Niecały rok po tragedii porzucił pracę, zostawił córkę i zaczął 
podróżować w złudnej nadziei, że w ten sposób uniknie popadnięcia w obłęd. 

-  Kochanie,  jestem  w  takim  stanie,  że  nie  ma  ze  mnie  żadnego  pożytku  - 

powiedział jej na pożegnanie. - Będzie ci lepiej beze mnie, przynajmniej przez 
jakiś czas. Ale zawsze pamiętaj, że cię kocham. 

Wszyscy mieli nadzieję, że „jakiś czas" nie potrwa dłużej niż kilka miesięcy. 

Przeciągnął  się  jednak  na  długie  lata.  Wuj  Bryan,  spokojny  urzędnik 
państwowy,  był  dobrym  człowiekiem  i  pomagał  bratanicy  w  trudnych 
momentach. Natomiast jego żona troszczyła się wyłącznie o ich jedyną córkę, 
Lucy. 

Bryan zawsze podziwiał swego młodszego bystrego brata i - jak mówiono - 

podkochiwał się w Maureen. Michael miał więc nadzieję, że przynajmniej brat 
zapewni jego córce życzliwą opiekę. Poza tym Lucy była od niej starsza tylko 
o dwa lata, więc dziewczęta powinny łatwo dojść do porozumienia. 

Minęło  dziesięć  lat.  Michael  zapił  się  na  śmierć,,  nie  dożywając  nawet 

pięćdziesiątki. Właściwie nie było szansy, by wziął się w garść. Kiedyś cieszył 
się życiem, o którym można marzyć. Piękna kochająca żona, wspaniała córka, 
doskonały zawód, wielki dom i luksusowe samochody. Potem już tylko czasem 
odwiedzał  brata  i  bratową,  mając  cierpienie  wypisane  na  twarzy.  Chwalił  ich 
za opiekę nad jego córką i znów znikał. Ciągle dręczyły go wyrzuty sumienia, 
jakby popełnił morderstwo. 

- Ile czasu zajmie nam podróż do Ransom? - odezwał się Riley, wyrywając 

Marissę z zamyślenia. Pochylił się, by pogłaskać Dustyego, który przybiegł do 
nich,  radośnie  poszczekując.  Wilgotny  język  zwisał  mu  z  pyska  i  wydawało 
się,  że  spogląda  z  uśmiechem  na  swego  pana.  Po  chwili  odwrócił  się  i  znów 
zniknął. 

- To już naprawdę ostatnia część podróży - zapewniła Marissa, wstając. 
Przejechała  dłonią  po  gęstych  kręconych  włosach  Rileya.  Był  naprawdę 

ładnym dzieckiem. Jak matka mogła go zostawić? W przeciwieństwie do ojca, 
ta  kobieta  nie  miała  wyrzutów  sumienia.  Porzuciła  małe  dziecko,  które  już 
wtedy cierpiało na astmę, a jedyną opiekę zapewnić mógł tylko nieszczęśliwy 
ojciec alkoholik. 

- Gdy dojedziemy, zjemy coś naprawdę dobrego - obiecała. 
-  Myślisz,  że  jest  tam  bar  z  hamburgerami?  -  spytał  Riley  z  nadzieją  w 

głosie. Dla niego inne potrawy mogłyby nie istnieć. 

Marissa złożyła mapę. 

7

RS

background image

-  W  Ransom  na  pewno  można  zjeść  hamburgera  z  frytka...  -  zaczęła  i 

spojrzała w dal. - Czy Dusty próbuje zagonić stado kangurów? - zawołała. 

- Zaganianie zwierząt to jego praca! - Riley się roześmiał. 
-  Kangurom  może  się  to  nie  spodobać  -  zauważyła  Marissa  rozbawiona.  - 

Dusty  rzeczywiście  niczego  się  nie  boi,  ale  rozzłoszczony  kangur  może 
kopnąć. Spróbuj na niego zagwizdać. 

-  Nie  bój  się  o  niego.  Dusty  wie  wszystko  o  owcach,  krowach  i  strusiach  - 

oświadczył Riley z dumą. 

Zagwizdał i po chwili Dusty gnał w ich stronę. 
Na tym etapie podróży miasteczko Ransom wydawało się dziwnie znajome. 

Po drodze minęli wiele podobnych miejscowości. Wyglądały, jakby istniały od 
zawsze i miały pozostać niezmienione do końca świata. Na głównej ulicy roz-
grzanej  słońcem  widać  było  pojedynczych  przechodniów  i  zaparkowane 
furgonetki  lub  samochody  terenowe  pokryte  czerwonawym  kurzem.  Dalej 
stacja  benzynowa,  otwarty  warsztat,  gdzie  mechanik  czasem  naprawiał  jakiś 
pojazd, kilka sklepików, jednoosobowy posterunek policji, kafejka, bar, przed 
którym  na  ławce  siedzieli  dwaj  staruszkowie.  Naprzeciw  baru  widać  było 
skromny park, prawdziwą oazę wśród pustynnego pyłu. 

W  parku  ktoś  z  fantazją  i  znajomością  rzeczy  zasadził  kiedyś  brazylijskie 

drzewa  dżakarandy.  Kilkanaście  dorodnych  okazów  dobrze  radziło  sobie  w 
tutejszym gorącym klimacie. Był już koniec października i właśnie pokryły się 
błękitnymi  kwiatami.  Płatki,  spadając  na  ziemię,  tworzyły  piękny  bajkowy 
dywan. 

-  Ma,  spójrz,  jakie  piękne  drzewa  -  odezwał  się  Riley.  Otarł  się  o  nią 

ramieniem. Czuł się niepewnie i potrzebował jej dotyku. - Do głowy by mi nie 
przyszło, że coś takiego może rosnąć w piasku. 

-  Pochodzą  z  Brazylii,  a  tam  rosną  na  pustynnych  terenach  -  wyjaśniła 

Marissa i objęła jego szczupłe ramiona. - 

Im  rok  bardziej  suchy,  tym  piękniej  wyglądają.  Nie  znajdziesz  ich  w 

okolicach,  z  których  przyjechałeś,  ale  rosną  w  parkach  w  Brisbane.  Australia 
nie  jest  ich  naturalnym  środowiskiem.  Ktoś  musiał  przywieźć  je  i  zasadzić. 
Wiesz  coś  na  temat  Brazylii?  Stolica  nazywa  się  Brasilia,  ale  największym 
miastem jest Rio de Janeiro. Słyszałam, że jest piękne. 

Starała  się  codziennie  przekazać  mu  trochę  wiedzy  o  świecie,  a  poza  tym 

uczyła go ze szkolnych podręczników. 

Riley podziwiał kwitnące drzewa z widoczną przyjemnością. 

8

RS

background image

-  Brazylia  leży  w  Ameryce  Południowej  -  wyrecytował  jak  w  czasie 

odpowiedzi w klasie. - To naprawdę duży kraj, i mówi się tam po portugalsku. 
-  Nagle  głos  mu  się  zmienił.  -  Tata  był  najlepszym  nauczycielem,  jakiego 
miałem  oprócz  ciebie.  Kiedy  byłem  bardzo  mały,  zaczął  uczyć  mnie  różnych 
rzeczy,  historii,  geografii,  gramatyki  i  matematyki.  Starał  się,  żeby  wszystko 
było  interesujące,  ale  często  chorował  i  musiałem  przenosić  się  do  pastora 
McCauleya i jego żony. Byli dla mnie bardzo mili. 

To dobrzy ludzie - stwierdziła Marissa. Riley skinął głową. 
-  Pani  McCauley  mówiła,  że  ze  wszystkich  dzieci  w  szkole  misyjnej  ja 

byłem najbystrzejszy. Tata zawsze mówił do mnie jak do starszego dziecka, a 
nie  jakiegoś  malucha.  Miał  taki  głos,  że  chciało  się  go  słuchać.  Ty  też  masz 
taki głos. Tęsknisz za tą dużą szkołą? 

Szkoła  Saint  Catherine  zrobiła  na  nim  wielkie  wrażenie.  Nie  tylko  sam 

budynek,  ale  i  rozległy  teren.  Marissa  poczuła  łzy  napływające  do  oczu,  ale 
szybko się opanowała. 

-  Mam  ciebie  i  zamierzam  kontynuować  to,  co  zaczął  tata.  Chcę,  żebyś 

chodził do jego dawnej szkoły. Jego nazwisko jest na tablicy pamiątkowej. Był 
doskonałym  uczniem,  a  potem  studentem.  Wiesz,  że  chcę  pracować  jako 
nauczycielka lub opiekunka do dzieci na którejś z tych wielkich farm? 

-  Dostaniesz  tę  pracę  -  zapewnił  Riley,  jakby  było  to  oczywiste.  -  Jesteś 

dobrą nauczycielką i dzieci cię lubią. 

- Nie wiemy, czy kogoś takiego potrzebują - zauważyła. 
- Może ktoś właśnie zrezygnował? Nigdy nie wiadomo. Tutaj dzieci uczą się 

w domu, a potem wyjeżdżają do szkół z internatem, prawda? 

-  Tak.  Zwykle  gdy  skończą  dziesięć  lat.  W  tej  okolicy  mieszkają  najwięksi 

hodowcy.  Mają  mnóstwo  ziemi  i  bydła.  Channel  Country  to  dobry  teren  na 
pastwiska. Mnóstwo strumieni i sztucznych kanałów. Nawet podczas suszy tu 
zawsze wystarcza wody. 

- Wiem wszystko o deszczach i porze deszczowej - wtrącił Riley i skrzywił 

się.  -  Kiedyś  jechałem  z  tatą  ciężarówką  i  rzeka  zalała  drogę.  Było  wszędzie 
pełno  błota.  Musieliśmy  czekać  kilka  dni,  zanim  wreszcie  udało  się  nam 
przejechać przez most. Kogo chcesz zapytać o pracę? - nagle zmienił temat. 

- Zacznijmy od kafejki po tamtej stronie drogi - odparła Marissa. Nie chciała 

go martwić, ale nie była pewna, czy znajdzie tu jakiekolwiek płatne zajęcie. - 
Wygląda przyjemnie i czysto. Natomiast zupełnie nie rozumiem, dlaczego na-
zywa się River Cafe. Nigdzie w pobliżu nie widzę rzeki. 

9

RS

background image

-  Pewnie  nazwali  ją  tak  dla  żartu  -  domyślił  się  Riley.  -  Co  zrobimy  z 

Dustym? - zaniepokoił się. 

- To co zwykle. Przywiążemy go na zewnątrz. Nie martw się. Zamówię dla 

niego hamburgera. 

-  I  dużo  sosu  pomidorowego.  Gn  przepada  za  pomidorowym  sosem  -  rzekł 

Riley z uśmiechem. - Mógłby go pić litrami! 

-  To  wasz  pies?  -  spytała  kobieta,  gdy  weszli  do  środka.  Obserwowała  ich, 

gdy go przywiązywali. 

- Ma na imię Dusty! - oświadczył z dumą Riley. 
- Australijski pies pasterski. Najlepsza rasa na świecie -powiedziała tamta z 

dumą i wytarła dłonie w czysty fartuch. -Nie zapomnieliście dać mu wody? 

-  Nie.  -  Riley  pokręcił  głową.  -  Ma  i  ja  dbamy  o  Dusty'ego.  Kochamy  go. 

Chcemy zamówić dla niego hamburgera z sosem pomidorowym. Czy pani robi 
hamburgery? 

- Kochanie, ja wszystko robię - odrzekła, mrużąc do niego oko. Była niska i 

bardzo tęga, miała spojrzenie pełne życzliwości do świata i ludzi. - Ty i mama 
też macie ochotę na hamburgery? 

- Z frytkami? - upewnił się Riley. 
- Oczywiście - potwierdziła i skinęła głową. 
-  Super,  dzięki  -  powiedział  Riley.  Najwyraźniej  był  zadowolony  z  potraw 

oferowanych w tym lokalu. 

- Kochanie, dokąd jedziecie? - Tym razem kobieta popatrzyła z sympatią na 

Marissę. 

Marissa uśmiechnęła się nieco rozbawiona. 
-  Powinniśmy  się  przedstawić.  Jestem  Marissa  Devlin,  a  to  mój  młodszy 

brat, Riley - powiedziała i wyciągnęła dłoń. 

Kobieta uścisnęła ją z uśmiechem. 
- Miło was poznać. Ja nazywam się  Deidre O'Connell i jestem właścicielką 

tego lokalu. 

-  Bardzo  tu  ładnie!  -  wtrącił  Riley.  Jak  urodzony  dyplomata  potrafił  w 

odpowiedniej  chwili  powiedzieć  komplement.  -  Skąd  wzięła  się  nazwa  River 
Cafe? 

-  Przyszło  mi  to  kiedyś  do  głowy  i  wydało  mi  się  zabawne  -  wyjaśniła  i 

roześmiała się głośno. 

- Bo jest - potwierdził Riley. 
- Jesteś niezwykle miłym chłopcem. Mama dobrze cię wychowała. 

10

RS

background image

Czy  powtarzanie,  że  jestem  jego  starszą  siostrą,  ma  w  ogóle  sens?  - 

pomyślała Marissa. 

-  Chciałabym  znaleźć  pracę  jako  nauczycielka  na  jakiejś  dużej  farmie  - 

powiedziała.  -  Deidre,  na  pewno  znasz  tu  wszystkich.  Czy  ja  w  ogóle  mam 
szansę? 

Tamta  rozłożyła  pulchne  ręce,  które  okazały  się  zaskakująco  gładkie  i 

delikatne. 

-  Kochanie,  jesteś  zbyt  ładna.  Podobnie  zresztą  jak  twoje  dziecko.  Gdybyś 

była  żoną  farmera,  chciałabyś,  żeby  jakaś  ślicznotka  uczyła  twoje  dzieci  i 
kręciła się po twoim domu? 

Riley wytrzeszczył oczy. 
-  Oczywiście  -  stwierdziła  dobitnie  Marissa.  -  Gdyby  była  to  osoba 

niewywołująca konfliktów i z odpowiednimi kwalifikacjami. 

Deidre w zamyśleniu potarła palcem policzek. 
-  Prawda  jest  taka,  że  opiekunki  zwykle  zakochują  się  w  swoich 

pracodawcach. 

- Ja nie mam takiego zamiaru! - oświadczyła Marissa i pokręciła głową. 
- Za to twój szef straci dla ciebie głowę - zauważyła spokojnie Deidre. - Tak 

czy owak, szukasz pracy? 

-  Owszem  -  odparła  Marissa  bez  uśmiechu.  -  Jestem...  byłam  dobrą 

nauczycielką. Mam odpowiednie referencje. Natomiast chciałabym, żeby Riley 
był ze mną jeszcze przez kilka lat. 

-  Wcale  ci  się  nie  dziwię  -  rzekła  Deidre,  jakby  było  to  oczywiste.  -  Co 

potem? 

- Pójdzie do szkoły z internatem. Deidre spojrzała na nią zaskoczona. 
- Kochanie, to sporo kosztuje. 
- Odłożyłam trochę - przyznała Marissa. 
-  Dzielna  dziewczyna!  Jednak  „trochę"  nie  wystarczy  na  długo.  Tak  się 

składa, że wiem, ile kosztuje szkoła z internatem. Fortunę. Czy ty przypadkiem 
przed  kimś  nie  uciekasz?  Szuka  cię  słodki  mężulek  albo  narzeczony?  Tu 
będziesz  bezpieczna.  Miasteczko  Ransom  figuruje  tylko  na  bardzo  szcze-
gółowych mapach. 

-  Deidre,  ja  nie  uciekam,  ale  dzięki  za  troskę.  Nie  mam  męża  ani 

narzeczonego. 

-  Tylko  patrzeć,  jak  to  się  zmieni  -  zapewniła  Deidre,  mrużąc  oczy.  - 

Chciałabym  ci  pomóc.  -  Zaśmiała  się.  -  Widzę,  że  jesteś  dziewczyną  z  klasą. 
Zdaje się, że ostatnio jest ci trudno, zresztą podobnie jak nam wszystkim. Jak 

11

RS

background image

wiesz,  farmy  ciągną  się  jedna  za  drugą  na  całym  południowym  zachodzie. 
Najbliżej  Ransom  jest  Wungalla,  ale  nie  sądzę,  żeby  akurat  Holt  szukał 
nauczycielki.  Holt  McMaster  ma  sześcioletnią  córeczkę.  Bystre  dziecko,  ale 
nie lubi opuszczać domu i ojca. Cóż, to nie moja sprawa. Natomiast Holt jest 
po prostu wspaniały! Jego żona Tara, a właściwie była żona, bo wzięli rozwód, 
była bardzo wybuchowa i egzaltowana. Mała Georgia nie wrodziła się w żadne 
z nich. Teraz opiekuje się nią ciocia Lois. Mieszka z nimi od dłuższego czasu. - 
Deidre przewróciła oczami. - To siostra Tary. Domyślam się, że to ona zajmuje 
się nauką Georgii. Sama rozumiesz, kochanie, że nikt tam na ciebie nie czeka. 

Marissa skinęła głową. Starała się pogodzić z nie najlepszą wiadomością. 
- Czas zająć się hamburgerami - oświadczyła Deidre, prostując się. - Młody 

człowiek  jest  głodny.  Trzeba  go  wzmocnić.  Tym  bardziej,  że  nie  wygląda  na 
siłacza.  To  żadna  aluzja.  Na  pewno  jesteś  dobrą  mamą.  Czego  byś  się  napił, 
synku? - spytała, patrząc na Rileya. - Tylko żadnych sztucznych świństw, które 
psują zęby. 

- Poproszę sok jabłkowy - rozsądnie wybrał Riley. 
- Dobrze! Usiądź  sobie tam - zarządziła Deidre. - Daj odpocząć nogom.  Za 

chwilę wszystko będzie gotowe. Masz ochotę na lody? 

Riley uśmiechnął się szeroko. 
-  Czekoladowe  lubię  najbardziej  -  stwierdził.  Starsza  pani  roześmiała  się  i 

machnęła ręką. 

- Jasne. Tak się domyślałam. 
Usiedli  naprzeciw  siebie  przy  stoliku.  Właściwie  mogli  wybrać  dowolne 

miejsca, bo bar był pusty. 

-  Deidre  zapomniała  spytać,  na  co  ja  mam  ochotę  -  powiedziała  cicho 

Marissa, pochylając się nad stolikiem. - Była zbyt zajęta tobą. 

-  Nie  masz  ochoty  na  hamburgera?  Przecież  wszyscy  je  lubią  -  zauważył 

Riley i odwrócił głowę, by sprawdzić, czy Deidre go słyszy. 

- Może być - odparła Marissa, opierając się wygodnie. Kanapka z wołowiną 

byłaby  jeszcze  lepsza,  pomyślała.  Ostatnio  przez  wiele  nocy  sypiali  w 
samochodzie,  ale  dziś  postanowiła  spytać  Deidre,  czy  nie  znalazłaby  dla  nich 
pokoju. 

W  końcu  zjawiło  się  jedzenie.  Połówki  bułek  lekko  opieczone  od  środka, 

wołowina z plastrami żółtego sera, boczku i pomidora, liść sałaty oraz kawałek 
gotowanego buraka, żeby mięso nabrało lekko słodkawego smaku. Do tego gó-
ra frytek. Riley dostał sok jabłkowy, a Marissa cappuccino z dwoma gorącymi, 
kruchymi ciasteczkami. Na koniec Riley zajął się miseczką lodów. 

12

RS

background image

- Deidre, muszę przyznać, że to było doskonałe - stwierdziła Marissa. 
- W życiu nie jadłem lepszego hamburgera - poparł ją Riley, głaszcząc się po 

brzuchu. 

-  Cieszę  się,  że  wam  smakowało  -  rzekła  Deidre  z  zadowoleniem.  -  Może 

zostaniecie tu przez dzień lub dwa? - zwróciła się do Marissy. - Rozejrzę się w 
tym czasie za pracą dla ciebie, popytam ludzi. Rok szkolny już się kończy, ale 
niektórzy rodzice chcą, żeby dzieci nadrobiły zaległości albo przygotowały się 
lepiej  przed  wyjazdem  do  szkoły  z  internatem.  Może  jakaś  nauczycielka 
zrezygnowała? Nigdy nie wiadomo. 

-  Bardzo  dziękuję  -  powiedziała  Marissa,  zaskoczona  jej  życzliwością.  - 

Sądzisz, że w pubie znajdzie się jakiś wolny pokój? 

Deidre roześmiała się głośno. 
- Kochanie, nie zauważyłaś, że jest już po sezonie? - spytała z uśmiechem. - 

Nie  ma  problemu.  Zajrzyj  tam  i  wybierz  pokój.  Właścicielem  jest  mój  brat 
Denny. Jest przygłuchy, ale powinien cię usłyszeć. Najlepiej, gdyby jego żona 
Marj była w domu. Powiedz im, że to ja cię przysłałam. A przy okazji, mam tu 
derkę dla waszego psa. Najlepszy na świecie blue heeler z Queenslandu musi 
mieć  wygodę.  Uważajcie,  żeby  nie  złapał  kogoś  za  piętę.  Niektóre  mają  ten 
niemiły zwyczaj. Zaczekajcie chwilę, dam wam trochę resztek. 

-  Deidre,  ile  jestem  ci  winna?  -  zawołała  Marissa,  gdy  tamta  zniknęła  w 

kuchni. 

- Nic, kochanie - odpowiedziała Deidre, gdy w końcu wróciła. - Wszystko na 

mój koszt. Chwilowo jesteście oboje w nie najlepszej sytuacji. 

- Och, jeszcze nie jest tak źle - zaprotestowała Marissa, wyjmując portfel. 
-  Mam  oczy  i  widzę,  co  się  dzieje  -  odparła  tamta,  machając  dłonią.  - 

Zapłacisz mi, gdy znajdziesz pracę. 

W ten sposób zaczęła się ich przyjaźń. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

13

RS

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
Po  wygodnie  przespanej  nocy  świat  wydawał  się  dużo  lepszy.  W 

promieniach  słońca  wpadającego  przez  okno  na  piętrze  Marissa  przeciągnęła 
się jak kot. Miała dobre przeczucia. Wierzyła w przeznaczenie i uznała, że los 
rzucił ich tu nieprzypadkowo. 

Wstała  z  łóżka  i  cicho  podeszła  do  otwartych  drzwi,  by  zerknąć  na  Rileya. 

Spał spokojnie w sąsiednim pokoju. W pubie panowała nieskazitelna czystość, 
podobnie  jak  w  kafejce  Deidre.  Natomiast  wyposażenie  pokoi  było  bardzo 
skromne.  Pojedyncze  łóżko,  jakby  nigdy  nie  nocowały  tu  małżeństwa,  jedno 
krzesło, szafa i niewielka komoda z szufladami, na której stało lustro. Poza tym 
ładne firanki w oknach, dywanik na środku pomieszczenia, a na ścianie obra-
zek  przedstawiający  karawanę  wielbłądów  wspinających  się  na  wysoką 
wydmę. 

Gospodarze,  Denny  i  Marj,  stanowili  doskonale  dobraną  parę.  On  był 

głuchy,  a  ona  miała  tak  donośny  głos,  jakby  przez  całe  życie  zaganiała  stada 
bydła.  Marissę  i  Rileya  przyjęli  tak,  jakby  znali  ich  od  lat.  Ustalono,  że 
śniadanie zjedzą u Deidre. Jej kafejka niewątpliwie stanowiła towarzyskie cen-
trum osady. 

-  Spróbujcie  zdążyć  przed  godziną  największego  porannego  ruchu  - 

doradziła wtedy Marj. 

Marissa zdała sobie sprawę, że powinna się pospieszyć. 
Deidre  powitała  ich  w  kolejnym  nieskazitelnie  czystym  fartuchu,  wskazała 

miejsce przy stoliku i natychmiast zniknęła w kuchni. 

-  Ciekawe,  czy  to  znaczy,  że  znów  dostaniemy  hamburgery?  -  zastanawiał 

się Riley z nadzieją w głosie. 

Rozejrzał się po sąsiednich stolikach. Niemal wszystkie miejsca były zajęte 

przez robotników z farm, kierowców ciężarówek i przejezdnych gości. 

- Mam nadzieję, że nie - zauważyła Marissa. 
Starała  się  nie  zwracać  uwagi  na  zaciekawione  spojrzenia  wszystkich 

obecnych tu mężczyzn. 

- Deidre jest miła i na pewno znajdzie ci pracę - odezwał się Riley. 
- I nie przeszkodzi jej nawet to, że nikt nie szuka pracowników - mruknęła z 

uśmiechem. - Jesteś głodny? 

- Tak, i chce mi się pić - przyznał Riley. - Mamy fajne przygody! Dobrze, że 

Dusty polubił Marj. Widziałem, jak chodził za nią krok w krok. 

- Żeby tylko nie próbował łapać jej za pięty. 

14

RS

background image

- Ojej, na pewno na nią nie zapoluje - zachichotał Riley. 
- Mam nadzieję, że jest na to za mądry - stwierdziła Marissa. 
Na  śniadanie  dostali  do  wyboru  sok  brzoskwiniowy  i  z  owoców  mango, 

potem  po  miseczce  chrupiącego  muesli  z  mlekiem  i  bananem,  a  następnie 
gorący  chleb  pita  z  boczkiem  i  jajkami  na  twardo.  Po  takim  posiłku  powinno 
wystarczyć  mi  energii  na  cały  dzień,  pomyślała  Marissa.  Oczywiście  pod 
warunkiem, że zdoła wstać. 

Nie  była  przyzwyczajona  do  tak  obfitych  śniadań.  Deidre  kolejny  raz 

odmówiła  przyjęcia  zapłaty.  W  tej  sytuacji  Marissa  uparła  się,  że  gdy  minie 
godzina  porannego  szczytu,  wróci  i  pomoże  w  kuchni.  W  tym  czasie  Riley 
może usiąść przy stoliku i zająć się odrabianiem lekcji. 

-  To  naprawdę  miło  z  twojej  strony  -  rzekła  Deidre,  spoglądając  na  nią  z 

uznaniem.  -  Tymczasem  moglibyście  przejść  się  po  parku.  Nie  ma 
piękniejszego widoku niż kwitnąca dżakaranda. Nie byłoby tych drzew, gdyby 
nie  babcia  Holta,  starsza  pani  McMaster.  To  ona  zaplanowała  park  i  do-
prowadziła sprawę do końca. Tutejsi ludzie nie mieli o tym pojęcia. Prawdziwa 
dama,  była  dla  nas  jak  królowa.  Mówiła  nam,  co  mamy  robić,  a  my  jej 
słuchaliśmy.  Cóż,  rodzina  Mc-Masterów  jest  tu  zasiedziała  od  pokoleń  i 
miasteczko należy do nich. Wiecie, skąd wzięła się nazwa Ransom? 

- Proszę, opowiedz - rzekł Riley, a tymczasem z tyłu rozległ się podniesiony 

męski głos: 

- Czy doczekam się wreszcie parówek z jajecznicą? 
-  Spokojnie,  już  do  ciebie  biegnę!  -  odkrzyknęła  Deidre.  -  Riley,  później  ci 

opowiem.  Pewnie  nie  wiesz,  że  ransom  to  okup,  który...  Zresztą,  mama  ci 
wyjaśni. 

Marissa ujęła Rileya za rękę. 
-  Musisz  wreszcie  zacząć  nazywać  mnie  -  Marissa,  bo  ludzie  naprawdę 

myślą, że jestem twoją mamą. 

-  Pamiętasz,  co  ci  powiedziałem?  Jesteś  dla  mnie  jak  najlepsza  mama  na 

świecie  -  mówił  szeptem,  pochylając  się  do  niej.  -  Moja  prawdziwa  mama 
często  mnie  biła.  Raz  uderzyła  mnie  tak  mocno,  że  chyba  miałem  złamane 
żebro. Tata bardzo się zdenerwował i nazwał ją jadowitą żmiją! 

Marissa przymknęła oczy. 
- Riley, nigdy mi o tym nie mówiłeś - odezwała się zrozpaczonym tonem. 
-  Nie  lubię  opowiadać  o  złych  rzeczach  -  stwierdził  i  pokręcił  głową.  - 

Niedługo potem Keile uciekła. 

Marissa spojrzała na niego z konsternacją. 

15

RS

background image

-  Mówiłeś,  że  za  nią  nie  tęsknisz,  ale  to  chyba  nie  do  końca  prawda. 

Ostatecznie  jest  twoją  matką.  Powiedz  prawdę.  Musimy  rozmawiać  ze  sobą 
szczerze. 

- Nie chcę jej widzieć - odezwał się Riley po chwili i zwiesił głowę. - Taka 

jest  prawda.  Niedaleko  nas  mieszkał  taki  facet,  Nat.  Nazywał  ją  pieprzoną 
hipiską,  ale  tata  powiedział,  że  Keile  wyjechała  właśnie  z  nim.  Nata  już  nikt 
potem nie widział. Tata złożył jej rzeczy na stertę i podpalił. 

- Nikt nie płakał? - spytała Marissa, starając się spojrzeć mu w oczy. 
-  Nie.  -  Riley  pokręcił  głową.  -  Tata  zaczął  szukać  nowego  mieszkania  i 

przeprowadziliśmy  się.  Powiedział,  że  chce  wziąć  się  w  garść.  Codziennie 
powtarzał,  jak  bardzo  mnie  kocha.  Nie  tęskniłem  za  Keile.  Nie  pozwalała 
nazywać  się  mamą  i  zawsze  była  niezadowolona.  Jeśli  zrobiłem  coś  źle, 
wpadała  we  wściekłość.  Jak  mnie  biła,  starałem  się  zwinąć  w  kłębek  i 
czekałem na powrót taty. 

- Mój Boże! - jęknęła Marissa. Cierpiała, słuchając jego wspomnień. 
-  Tata  mówił,  że  to  wszystko  jego  wina.  Bardzo  starał  się  nie  pić,  gdy 

nachodziły  go  złe  wspomnienia.  Nazywał  je  duchami  przeszłości.  Ja  i  tata 
byliśmy najlepszymi kumplami. 

Marissa czuła, że wilgotnieją jej oczy. 
- Był dla mnie najlepszym ojcem, dopóki nie umarła mama - odezwała się po 

chwili.  -  Bardzo  ją  kochaliśmy.  Zginęła  w  wypadku,  tata  prowadził  wtedy 
samochód. Od tamtego dnia zaczął pić. Przedtem nigdy mu się to nie zdarzało. 
Nie mógł sobie wybaczyć i szukał zapomnienia. 

Byli  pogrążeni  w  rozmowie  i  nie  zauważyli,  że  gdy  wyszli  z  kafejki,  ktoś 

ruszył za nimi. Dogonił ich przy wejściu do parku. Mężczyzna ubrany był jak 
robotnik. 

- Witam! - odezwał się radosnym tonem, dotykając dłonią szerokiego ronda 

kapelusza. 

- Dzień dobry - odparł Riley, zawsze gotów, by się zaprzyjaźnić. 
-  Cześć,  młody  -  powiedział  tamten,  spojrzał  na  Rileya,  ale  szybko  zwrócił 

spojrzenie w stronę Marissy. 

Miał  około  trzydziestki,  był  muskularny,  obie  ręce  ozdabiały  mu  misterne 

tatuaże.  Można  by  go  uznać  za  przystojnego  mimo  grubych  rysów  i  zimnego 
spojrzenia szarych oczu. - Idziesz z mamą na spacer? 

- To mój brat - wyjaśniła Marissa, starając się zachować spokój. 
-  Jak  sobie  chcesz  -  odparł  z  nieprzyjemnym  uśmieszkiem.  -  Mogę  się 

przyłączyć? 

16

RS

background image

Marissa wzięła głęboki wdech, by się uspokoić. Zauważyła, że teraz na ulicy 

kręci się sporo ludzi. 

- Riley i ja chcielibyśmy pobyć ze sobą bez towarzystwa - powiedziała. Ten 

człowiek niepokoił ją coraz bardziej, a zwłaszcza lodowate spojrzenie, jakim ją 
obrzucał. 

-  Naprawdę?  -  spytał,  unosząc  brwi.  -  Jesteś  bardzo  wygadana  jak  na 

włóczęgę z dzieckiem. Do tego całkiem ładna. Czarne włosy i fiołkowe oczy, 
jak Liz Taylor w młodości. Co cię sprowadza do Ransom, jeśli można spytać? 
Nazywam się Wade Pearson - dodał, wyciągając wielką dłoń. 

Marissa spojrzała z niechęcią i cofnęła się o krok. Objęła Rileya za ramiona. 

Poczuła, że drżał. 

-  Ojej,  nie  jestem  dla  ciebie  dość  dobry,  co?  -  ciągnął  Pearson.  -  Lubisz 

zadzierać nosa? 

Cały czas wodził wzrokiem po jej ciele. Miała na sobie białą bluzkę i szorty 

w  kolorze  khaki,  sięgające  kolan.  Ten  strój  tylko  podkreślał  szczupłość  jej 
sylwetki. 

- Przepraszam, nie szukam kłopotów - powiedziała, odwracając się. Czuła na 

plecach świdrujące spojrzenie obcego. Dlaczego nie ma z nimi Dustyego? 

Pearson powoli ruszył za nią. 
- Nie będziesz miała kłopotów, jeśli się uspokoisz i będziesz dla mnie miła - 

mówił z lekkim uśmiechem, ale w jego głosie słychać było groźbę. 

-  Panie  Pearson,  nie  mam  ochoty  na  znajomość  z  panem  -powiedziała, 

zatrzymując  się.  Starała  się  mówić  spokojnie,  by  nie  sprowokować  go  do 
agresji. - Proszę zostawić nas w spokoju. 

-  Dziewczyno,  ja  tylko  chcę  porozmawiać  -  stwierdził  niewinnym  tonem.  - 

Nie odchodź. 

-  Słyszał  pan?  -  krzyknął  nagle  Riley,  tracąc  panowanie  nad  sobą.  -  Niech 

pan sobie idzie, bo zawołam mojego psa! 

-  Poważnie  mówisz,  mały?  -  spytał  Wade  Pearson,  z  niedowierzaniem 

spojrzał na Rileya i pokręcił głową. - Poradzę sobie z kilkoma takimi jak ty i z 
twoim psem. Ale nie bój się, ja tylko chcę pogadać z twoją mamą. Przyszło mi 
właśnie do głowy kilka pomysłów. Rzadko widujemy tu tak piękne kobiety. 

Marissa zaczynała wątpić, czy ktokolwiek uwierzy, że nie jest matką Rileya. 
- Mówiłam już, że Riley to mój brat. Mężczyzna roześmiał się chrapliwie. 
-  Trudno  w  to  uwierzyć.  Musiałaś  być  jeszcze  dzieckiem,  kiedy  jakiś  facet 

dobrał  się  do  ciebie  -  mówił,  podchodząc  bliżej.  Wyprostował  się,  napinając 

17

RS

background image

klatkę  piersiową.  Najwidoczniej  uważał,  że  nadawało  mu  to  groźnego 
wyglądu. 

Marissa zauważyła, że Rileyowi zaczynają drżeć usta. To dodało jej sił. 
- Niech pan idzie swoją drogą, ale już! - powiedziała ostrym tonem. 
W odpowiedzi skrzyżował ręce na piersi. 
- Zadziorna jesteś. Lubię takie. Ciekawe, co mi zrobisz? Riley stanął między 

Pearsonem a siostrą. 

- Odejdź. Ma cię nie lubi i ja też. Pearson pochylił się i pociągnął go za ucho. 
- Ale ja lubię twoją mamę - powiedział z kamienną twarzą. - Lepiej się nie 

wtrącaj, mały. 

- Nie boję się ciebie - stwierdził odważnie Riley, cofając się. Marissa objęła 

go  za  ramiona  i  przytuliła  do  siebie.  Jednocześnie  zauważyła  wysokiego 
mężczyznę,  który  właśnie  wszedł  do  parku.  Szedł  prosto  w  ich  kierunku. 
Kawaleria pędzi na ratunek! 

Nawet  z  daleka  widać  było,  że  mężczyzna  potrafi  wzbudzać  posłuch. 

Sprawiał wrażenie człowieka, z którego autorytetem otoczenie musi się liczyć. 
Pewnie to jeden z właścicieli wielkich farm... 

- Pomoc już nadchodzi - zwróciła się do Pearsona z zaczepnym spojrzeniem. 
Nie zrobiło to na nim wrażenia. 
-  Mnie  nie  nabierzesz.  -  Podszedł  tak  blisko,  że  czuła  jego  zatęchły  pot.  - 

Chyba nie chcesz, żeby dziecku stała się jakaś krzywda? 

Marissa spojrzała na niego z pogardą. 
- Spróbuj, a pożałujesz! 
- Jesteś porąbanym dupkiem! - krzyknął Riley, z trudem łapiąc oddech. 
-  Zdaje  się,  że  dzieciak  potrzebuje  nauczki  -  zauważył  Pearson 

beznamiętnym tonem i chwycił szczupłą rękę chłopca. 

Marissa starała się nie wypuszczać Rileya z uścisku. 
- Pearson, zostaw tego chłopca! - rozległ się nagle stalowy głos. 
Pearson  natychmiast  wypuścił  rękę  Rileya  i  odwrócił  się,  starając  się 

przybrać radosną minę. 

- Witam, szefie! - zawołał. - Właśnie pytałem tę młodą damę, czy mógłbym 

jej w czymś pomóc. 

- Kłamca! - żywo zaprzeczył Riley, który nagle odzyskał głos. 
Szefowi  Pearsona  wystarczyło  kilka  długich  kroków,  by  podejść  bliżej. 

Spojrzał na robotnika z zaciśniętymi ustami. 

18

RS

background image

-  Nie  wyglądało  na  to,  żeby  zainteresowała  ją  twoja  oferta.  Nie  chcę  cię  tu 

widzieć.  Masz  pięć  minut,  żeby  wziąć  te  zapasowe  części  z  warsztatu.  Potem 
wracaj prosto na farmę. Jeszcze porozmawiamy. 

- Szefie, przysięgam, że nic się nie stało - zapewnił Pearson, odgrywając rolę 

skrzywdzonej niewinności. - Wyglądało na to, że ona potrzebuje pomocy. 

-  Chyba  mnie  nie  zrozumiałeś.  Odejdź  stąd!  -  przerwał  mu  przybysz  i 

dotknął palcem jego piersi. 

- Jasne, szefie. 
Pearson nie czekał dłużej. 
- Do zobaczenia, Riley! - zawołał, machając ręką. 
- Niedoczekanie! - odkrzyknął chłopiec, usiłując powstrzymać się od kaszlu. 
- Czego od was chciał? - spytał mężczyzna. 
Patrzył  na  Marissę,  niecierpliwie  czekając  na  odpowiedź.  Teraz  mogła 

przyjrzeć  się  mu  uważniej.  Miał  ciemne  błyszczące  oczy,  które  życzliwie 
spoglądały  na  świat.  Najważniejsze  jest  pierwsze  wrażenie,  pomyślała. 
Najwyraźniej zbyt długo zwlekała z odpowiedzią, bo Riley włączył się do roz-
mowy. 

-  Zaczepiał  Ma  -  wyjaśnił.  Jednocześnie  pomyślał,  że  ten  człowiek  to 

prawdziwy  mężczyzna,  o  jakich  czytał  w  opowiadaniach  o  kowbojach.  Był 
wysoki, silny, gotów do pomocy i miał głos podobny do taty. - Akurat dziś nie 
było z nami Dusty'ego - dodał Riley. 

- A Dusty to... ? - Mężczyzna spojrzał łagodnie na kręconą czuprynę Rileya. 

- Nie mów, sam zgadnę. Twój pies? 

- Prawdziwy pies pasterski - oświadczył Riley z dumą. -Dziękujemy panu za 

pomoc - dodał. 

-  Nazywam  się  Holt  McMaster  -  przedstawił  się  mężczyzna.  -  A  wy  kim 

jesteście? - Uniósł brwi i spojrzał na Marissę. 

Odchrząknęła.  No  cóż,  Holt  McMaster  we  własnej  osobie.  Onieśmielający, 

ale  na  pewno  nie  ma  zwyczaju  zaczepiania  kobiet.  Raczej  one  go  zaczepiają, 
pomyślała. 

-  Marissa  Devlin  -  odezwała  się  w  końcu,  wyciągając  dłoń.  -  To  mój  brat 

Riley. 

-  Witam.  -  Przyjrzał  się  jej  uważnie,  ale  zupełnie  inaczej  niż  Pearson.  Jak 

napomknęła Deidre, był bardzo przystojny, ale miał dość oschły sposób bycia. 
Patrząc  na  niego,  musiała  przyznać,  że  jest  bardzo  interesujący  i  zapewne 
pozostanie taki do późnej starości. Poczuła dreszcz, gdy zetknęły się ich dłonie. 

Holt zerknął na Rileya. 

19

RS

background image

-  Synku,  na  pewno  dobrze  się  czujesz?  Wydaje  mi  się,  że  masz  kłopoty  z 

oddychaniem. 

-  Riley  ma  astmę  -  przyznała  Marissa  i  zaczęła  nerwowo  przeglądać 

zawartość skórzanej torby, którą miała przewieszoną przez ramię. - Dobrze się 
czuł, ale pana pracownik bardzo nas przestraszył. 

-  To  było  nieporozumienie  -  stwierdził  McMaster.  -  Riley,  teraz  musisz  się 

uspokoić - mówił, obejmując go za plecy. - Potrafisz wziąć się w garść? 

- Tak - zapewnił chłopiec chrapliwym głosem. 
- Macie inhalator? - spytał i znów spojrzał na Marissę. 
- Oczywiście. 
Podała inhalator bratu, który natychmiast z niego skorzystał. 
- Doskonale - pochwalił go Holt McMaster. - Za chwilę ci przejdzie. - Skinął 

głową  z  aprobatą.  -  Co  sprowadziło  was  do  miasteczka?  -  zwrócił  się  do 
Marissy, a ona się zaczerwieniła. 

- Szukam pracy. 
-  Jakiej?  -  spytał  krótko.  Czuła,  że  nie  pochwalał  długiej  podróży  z 

dzieckiem chorym na astmę. 

-  Jestem  dyplomowaną  nauczycielką.  Mam  doskonałe  referencje.  Liczę  na 

znalezienie pracy na jakiejś dużej farmie. 

- Pan nie potrzebuje nauczycielki? - spytał Riley z nadzieją w głosie. 
Holt  McMaster  uśmiechnął  się  szeroko.  Surowy  wyraz  zniknął  z  jego 

twarzy. 

- Wiesz, Riley, nie myślałem o tym. Przynajmniej dotąd. 
-  Może  zna  pan  jakiegoś  ranczera,  który  poszukuje  opiekunki  do  dzieci?  - 

spytała Marissa, starając się mówić obojętnym tonem. 

Nie było to łatwe, bo McMaster zafascynował ją od pierwszej chwili. 
- Może gdzieś razem usiądziemy - zaproponował. - Zamówimy coś do picia i 

pogadamy. Mam wielką ochotę na kawę. 

-  Może  u  Deidre?  -  podpowiedział  Riley.  -  Robi  bardzo  dobrą  kawę  i 

hamburgery, i... wszystko. 

-  Masz  rację.  Chodźmy  do  Deidre  -  zgodził  się  Holt  McMaster  i  pochylił 

lekko, wskazując drogę. 

Nadzieje Marissy  zaczęły gwałtownie rosnąć. Instynktownie wyczuwała, że 

mężczyzna  zainteresował  się  jej  sytuacją  i  być  może  zaczął  szukać 
rozwiązania. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie? - pomyślała. 

-  Patrzcie  tylko,  któż  to  właśnie  wszedł!  -  zawołała  Deidre.  -  Cześć,  Holt! 

Miło cię widzieć. 

20

RS

background image

-  Witaj,  Dee  -  odrzekł  z  szerokim  uśmiechem.  -  Marzę  o  mocnej  czarnej 

kawie. - Spojrzał na Marissę i Rileya. - A wy? 

-  Jesteśmy  po  ogromnym  śniadaniu,  ale  małego  cappuccino  nie  odmówię  - 

powiedziała Marissa. - A ty, Riley? Już się lepiej czujesz? 

- Nic mu nie jest - stwierdził Holt McMaster takim tonem, jakby miał ochotę 

powiedzieć:  nie  bądź  nadopiekuńcza.  -  Na  co  masz  ochotę?  -  spytał, 
odwracając się do chłopca. 

- W moim brzuchu nic już się nie zmieści - stwierdził Riley z przekonaniem. 
-  W  takim  razie  chodź  do  kuchni.  Pomożesz  mi,  a  mama  spokojnie 

porozmawia z panem McMasterem. 

Marissa  miała  ochotę  zaprotestować.  Przecież  nie  jest  niczyją  mamą! 

Ostatecznie  jednak  udała,  że  nie  zwróciła  uwagi  na  słowa  Deidre.  Tamta 
wzięła Rileya za rękę, a on chętnie ruszył za nią. 

- Zapomniałem, że Dusty został w pubie. Na pewno za mną tęskni. 
- Nie martw się o niego - powiedziała Deidre. - Marj się nim opiekuje. Ona 

lubi psy. Miała ich sporo. Zawsze pasterskie, do zaganiania bydła albo owiec. 
Ja też kiedyś miałam owczarka. Wabił się Shorty... - zaczęła opowiadać. 

-  Riley  to  mój  brat  -  powtórzyła  Marissa  kilka  minut  później  przy  tym 

samym  stoliku,  przy  którym  rano  jadła  śniadanie.  Deidre  już  zdążyła  podać 
dzbanek kawy i świeże kruche ciasteczka. - Właściwie brat przyrodni. 

Holt spojrzał na nią z niedowierzaniem. Nie było to miłe. 
- A co z rodzicami? - spytał, unosząc filiżankę. 
- Nie żyją - stwierdziła krótko. 
Unikała tego tematu, bo za każdym razem napływały jej łzy do oczu. 
- Musieli być jeszcze młodzi? - drążył dalej. 
- Właściwie tak - odpowiedziała wymijająco. 
- No dobrze. Skąd przyjechałaś? Jesteś zaręczona, zamężna, zaangażowana? 

- pytał, najwyraźniej przekonany, że starała się coś przed nim ukryć. 

Marissa wyjrzała przez okno w stronę kwitnących drzew. Czuła się nieswojo 

i niepewnie. 

- Urodziłam się i wychowałam w Brisbane. 
- Riley pewnie też? - spytał takim tonem, jakby próbował się z nią droczyć. 
Marissa uznała, że sytuacja staje się niezręczna. 
- Jasne - odpowiedziała. Nie widziała powodu, dla którego miałaby omawiać 

z  nim  szczegóły  swojego  dzieciństwa  i  losy  Rileya.  -  Z  nikim  nie  jestem 
związana.  Oczywiście  poza  Rileyem.  Zupełnie  mi  to  wystarczy.  Ma  astmę,  a 
tutejsze suche powietrze podobno działa uzdrawiająco na tę chorobę. 

21

RS

background image

McMaster  zdjął  kapelusz.  Marissa  zauważyła,  że  miał  proste  kruczoczarne 

włosy,  zaczesane  do  tyłu.  Jednocześnie  zdała  sobie  sprawę,  że  jego  osoba 
bardzo zaprząta jej myśli. Na szczęście nie zwrócił uwagi na jej zaciekawione 
spojrzenie, więc odetchnęła z ulgą. 

- Znam przypadki całkowitego wyzdrowienia - odezwał się po chwili. - Nie 

jestem  specjalistą  w  tej  dziedzinie,  ale  wydaje  mi  się,  że  u  Rileya  największe 
znaczenie ma psychika. On jest delikatny i wszystko bardzo przeżywa. 

Słuszne spostrzeżenie, pomyślała. 
-  Mam  nadzieję  to  zmienić.  Po  śmierci  ojca  Riley  zamieszkał  u  mnie,  ale 

ciągle  brakowało  mi  dla  niego  czasu.  Uczyłam  w  prywatnej  szkole  dla 
dziewcząt. Miałam wiele dodatkowych zajęć i wracałam dosyć późno. Trudno 
też  było  znaleźć  kogoś  do  opieki  nad  nim,  chyba  głównie  z  powodu  astmy. 
Ludzie nie chcą brać na siebie odpowiedzialności. 

- Cóż, nie dziwię się. W końcu zdecydowałaś, że najlepiej będzie przejechać 

półtora tysiąca kilometrów na zachód i poszukać pracy opiekunki na farmie? 

- Ogólnie biorąc, tak to właśnie wyglądało - przyznała ironicznym tonem. 
Holt wypytuje ją o takie szczegóły, jakby ubiegała się o dwa miejsca na lot 

orbitalny. 

- Pani Devlin, czy wzięła pani pod uwagę, że  właśnie nadchodzą wakacje i 

raczej nikt nie szuka nauczycielki? 

Dotychczas  rzucała  mu  ukradkowe  spojrzenia,  teraz  jednak  zaczęła 

przyglądać  mu  się  otwarcie.  Miał  bardzo  interesującą  twarz,  zmysłowe  usta, 
żywe  i  władcze  spojrzenie.  Wyglądał  na  zdecydowanego  człowieka, 
przyzwyczajonego do rządzenia. 

-  Słyszałam,  że  farmerom  zależy  na  nauce  dzieci  niezależnie  od  wakacji.  - 

Starała  się  mówić  z  przekonaniem.  -  To  bywa  przydatne,  kiedy  dzieci  mają 
przenieść się do szkoły z internatem. 

- Podjęłaś poważne ryzyko - zauważył. Marissa wzruszyła ramionami. 
- Możliwe, ale nie miałam wyjścia. Może mi pan pomóc? Widać było, że się 

zastanawiał. 

- Ile lat ma Riley? - spytał. - Siedem? Zdaje się, że jest bardzo inteligentny 

jak na swój wiek. 

-  To  prawda  -  przyznała  z  dumą.  -  Mój  ojciec...  –  zaczęła  i  głos  się  jej 

załamał. 

- Wasz ojciec? - wtrącił, kolejny raz rzucając jej badawcze spojrzenie. 
- Trudno mi o nim mówić - powiedziała. Holt McMaster nie spuszczał z niej 

wzroku. 

22

RS

background image

-  Marisso,  chyba  nie  słyszałem  jeszcze  twojego  nazwiska?  -odezwał  się 

pozornie obojętnie. 

- Devlin. Chyba już je wymieniłam. 
- To prawda - przyznał z lekkim uśmiechem. 
- Chciał mnie pan na czymś przyłapać? - zapytała. 
- Na przykład na czym? 
- Może chodzi o nazwisko prawdziwego ojca Rileya? - podpowiedziała. - W 

takim razie powtarzam, że Riley jest moim przyrodnim bratem. 

- Jesteście bardzo do siebie podobni. 
- Co w tym dziwnego? Jesteśmy podobni do ojca. 
- Mogę wiedzieć, ile masz lat? - zapytał. 
- Dwadzieścia osiem - skłamała. - Uwierzy pan? - spytała zaczepnie. 
-  Z  trudem  -  odparł,  kręcąc  głową.  -  Nie  wyglądasz  na  osobę,  która  dawno 

skończyła szkołę. 

- Uniwersytet - poprawiła go. - Potem uczyłam w college'u dla dziewcząt w 

Brisbane,  co  łatwo  sprawdzić.  Dyrektorką  szkoły  jest  Eleanor  Bell.  Mam  od 
niej referencje. Chce pan zobaczyć? 

- Dlaczego nie? 
Wyciągnął  opaloną  dłoń,  silną  i  zadbaną.  Marissa  sięgnęła  do  podręcznej 

torby i z bocznej kieszeni wyjęła dokumenty. Holt szybko je przejrzał. 

-  Rzeczywiście  robią  wrażenie  -  przyznał.  Miał  przyjemny,  dźwięczny  głos 

bez lokalnego akcentu. - Mam nadzieję, że nie napisałaś tego sama? 

- Zupełnie niepotrzebnie pan to mówi - stwierdziła z niechęcią. 
Spojrzał jej głęboko w oczy. 
- Kobietom często zdarza się kłamać - zauważył. 
- Ludziom zdarza się kłamać - podkreśliła. Chętnie dodałaby coś więcej, ale 

nie  mogła  sobie  pozwolić  sobie  na  to,  by  się  z  nim  kłócić.  -  Byłam  dobrą 
nauczycielką  -  dodała.  -  W  czasie  podróży  uczyłam  Puleya.  Jego  ogólna 
wiedza jest chwilami zaskakująca. Mój ojciec... - zaczęła i zamilkła nagle. 

- Dlaczego zaczynasz o nim mówić i nie kończysz? 
-  Nie  pogodziłam  się  z  jego  śmiercią  -  odparła.  -  Nadal  cierpię  z  tego 

powodu,  nie  potrafię  nad  tym  zapanować.  Momentami  ból  staje  się  nie  do 
zniesienia. - Urwała na chwilę. - Czuł pan kiedyś coś takiego? 

- Nie mam zwyczaju się zwierzać - stwierdził krótko. 
-  To  tak  jak  ja  -  powiedziała,  wyglądając  przez  okno  na  ulicę  rozgrzaną 

słońcem. 

Spojrzał na nią. 

23

RS

background image

- Więc masz dwadzieścia... trzy lata? - spróbował zgadnąć. 
- Tak - odrzekła odruchowo. 
Myślała o nim i przestała zwracać uwagę na to, jakie sama sprawia wrażenie. 
Była jak przynęta, której nie sposób się oprzeć, pomyślał Holt, gdy zobaczył 

ją  po  raz  pierwszy.  W  tej  niegościnnej  części  kraju  wytrzymują  tylko 
najtwardsi. Samotna młoda kobieta z dzieckiem, delikatna, subtelna i wrażliwa, 
jest  tu  zupełnie  nie  na  miejscu.  Wyglądała  jak  piękna  bohaterka  ro-
mantycznych powieści, a on oczywiście lubił piękno. 

Z  przyjemnością  patrzył  na  jej  czarne  włosy,  błyszczące  oczy  z  długimi 

rzęsami,  nieskazitelną  cerę,  którą  powinna  chronić  przed  ostrym  słońcem. 
Stwarzała  wrażenie  niewinnej,  co  było  bardzo  pociągające,  kobiece,  wręcz 
uwodzicielskie. Jednocześnie najwyraźniej nie zdawała sobie z tego sprawy. 

Urodzenie  dziecka  nie  zepsuło  jej  figury,  pomyślał.  Była  wysoka  i  bardzo 

szczupła,  jakby  nigdy  nie  miała  dziecka.  Jednak  ten  chłopiec  traktował  ją  jak 
matkę i patrzył na nią z miłością. Była między nimi duża różnica wieku. Albo 
Riley  rzeczywiście  jest  późnym  dzieckiem  jej  rodziców,  albo  jest  wynikiem 
wpadki nastoletniej Marissy. Tak czy owak ta kobieta nie ma lekko. 

Ona  i  chłopiec  wyglądali  na  odważnych  i  to  mu  się  podobało.  Ten 

parszywiec  Pearson  miał  ochotę  jeszcze  bardziej  ją  skrzywdzić.  Cóż,  facet 
dobrze zajmuje się bydłem, ale jeszcze jeden wyskok i będzie musiał odejść. 

Marissa  nie  była  przyzwyczajona  do  takich  przesłuchań.  McMaster  nie 

spuszczał z niej wzroku. Bardzo ją to peszyło. 

-  W  kwietniu  skończę  dwadzieścia  cztery  -  dodała.  -  Panie  McMaster,  czy 

mogę liczyć na pana pomoc? - spytała z desperacją w głosie. 

-  Być  może  -  odparł.  -  Sam  mam  dziecko  -  stwierdził  posępnym  tonem,  co 

wydało się jej trochę dziwne. - Georgia ma sześć lat. Miała dwie nauczycielki, 
obydwie  krótko.  Nie  był  to  sukces  dla  żadnej  ze  stron  i  musiałem  się  z  nimi 
rozstać.  W  tej  chwili  jej  nauką  zajmuje  się  ciotka.  Mieszka  w  Sydney  i  już 
niedługo  będzie  chciała  wrócić  do  domu.  A  tak  przy  okazji,  jestem 
rozwiedziony  -  dodał  bez  emocji,  jakby  od  dawna  nie  miało  to  dla  niego 
znaczenia. 

Marissa oczywiście wiedziała o rozwodzie, ale  miała  dość rozsądku, by nie 

wspominać, że rozmawiała z Deidre na jego temat. 

- Bardzo współczuję - powiedziała. 
W rzeczywistości najbardziej współczuła sześcioletniej Georgii. 

24

RS

background image

- Naprawdę nie ma powodu - stwierdził krótko i znów przybrał ponurą minę, 

jaką  miał  w  chwili,  gdy  się  poznali.  Najwyraźniej  nie  zamierzał  się  przed  nią 
zwierzać. 

Wtedy Marissa trochę się zagalopowała. 
-  Jak  udało  się  panu  przejąć  opiekę  nad  dzieckiem?  -  spytała  i  natychmiast 

odruchowo zakryła usta ręką. 

Jak może wypytywać go o tak osobiste sprawy? 
-  To  było  proste  -  wyjaśnił  z  nieco  wymuszonym  uśmiechem.  -  Matka  nie 

była  zainteresowana  Georgią.  Nie  interesowało  jej  wychowywanie  dziecka, 
więc wyjechała. 

-  Biedna  Georgia  -  powiedziała  cicho.  Zastanawiała  się,  dlaczego 

małżeństwo  Holta  McMastera  okazało  się  nieudane.  Nie  należał  do  ludzi, 
którzy łatwo godzą się z przegraną. 

- Okazało się, że popełniłem wiele błędów - odezwał się nagle. - Wydawało 

mi  się  oczywiste,  że  matki  kochają  własne  dzieci  i  dbają  o  ich  dobro. 
Wierzyłem,  że  jest  to  naturalny  instynkt.  Natomiast  moja  była  żona  nie  czuła 
nic. Była zupełnie obojętna wobec swojej córki. 

- To się zdarza - szepnęła Marissa. Zdziwiła się, że mówił o „jej" a nie „ich" 

córce. - Może była to depresja poporodowa? - zastanawiała się głośno. - To nie 
są rzadkie przypadki. Szalejące hormony muszą być prawdziwym piekłem. 

- Ja też myślałem, że to chwilowe. Jednak czas mijał i nic się nie zmieniało. 

Cóż,  staram  się  dbać  o  Georgię  najlepiej,  jak  potrafię.  Jej  ciotka  Lois,  siostra 
mojej byłej żony, bardzo lubi małą i często do niej przyjeżdża. 

Doskonale  ją  rozumiem,  pomyślała  Marissa  i  się  zawstydziła.  Być  może 

dotychczasowe opiekunki również nie potrafiły oprzeć  się jego urokowi. Holt 
był  bardzo  pociągający.  Przypominał  bohaterów  romantycznych  powieści, 
natomiast  Marissa  marzyła  o  wrażliwym,  czułym  i  delikatnym  mężczyźnie. 
Holt  McMaster  należał  do  twardych,  silnych  i  pewnych  siebie.  Związek  z 
takim partnerem mógłby okazać się dla niej emocjonalnie rujnujący. 

Oczywiście nie zmienia to faktu, że Holt jest atrakcyjny. Poza tym naprawdę 

stara  się  jej  pomóc.  Najwyraźniej  teraz  zastanawia  się  poważnie  nad 
zatrudnieniem jej u siebie. 

Nerwowo  czekała  na  decyzję.  Jeśli  on  odmówi,  pozostanie  jej  tylko  uronić 

kilka  łez.  Rozumiała  jego  sytuację.  Holt  potrzebuje  opiekunki,  która  córce 
zastąpiłaby matkę, więc zadanie jest odpowiedzialne. 

- Dobrze  -  rzekł z lekkim uśmiechem.  - Przyjmę cię  na próbę. Przekonamy 

się,  co  z  tego  wyjdzie.  Georgia  bywa  trudna  i  usiłuje  terroryzować  otoczenie, 

25

RS

background image

nie zamierzam tego ukrywać. Od czasu do czasu będziesz musiała także trochę 
poczytać  mojej  babci.  Ma  już  za  słabe  oczy.  Może  czasem  trzeba  będzie 
dotrzymać jej towarzystwa. To niezwykła kobieta, więc nie powinnaś cierpieć 
w  jej  obecności.  Co  do  dzieci...  Georgia  i  Riley  mogą  uczyć  się  razem. 
Nadchodzą wakacje, ale masz rację w sprawie przygotowania do wymagań w 
nowej  szkole.  Czy  to  się  uda,  zależy  nie  tylko  od  ciebie.  Już  mówiłem,  że 
Georgia to nie anioł, ale jest bystra i pojętna. Miewa napady złości, gdy nie ma 
mnie w pobliżu, a ja często bywam poza domem. 

Przerwał na chwilę i spojrzał smutno w przestrzeń. 
- Muszę dopilnować pracy na farmie i ciągle jest jeszcze coś do załatwienia 

w innych miejscach. Zajmuje mi to czas od świtu do zmierzchu, a dodatkowo 
muszę  wyjeżdżać  w  sprawach  związanych  z  biznesem.  -  Westchnął.  -  Od 
ciebie  nikt  nie  będzie  wymagał  prac  domowych.  Zajmuje  się  tym  gospodyni, 
Olly.  Jest  z  nami  od  trzydziestu  lat  i  zasłużyła  sobie  na  największy  medal. 
Nadzoruje  też  osoby  zatrudnione  w  domu.  Głównie  są  to  aborygeńskie 
dziewczyny,  które  lubią  pracę  w  „wielkim  domu",  jak  go  nazywają.  Mam 
nadzieję, że cię nie zniechęciłem? -spytał, patrząc na nią przekornie. 

- Brzmi to jak cudowna odpowiedź na moje ciche marzenia - przyznała. 
- Nie ma sensu myśleć w ten sposób. Zabrzmiało to jak ostrzeżenie. 
- Czy mogę spytać o wynagrodzenie? - odezwała się oficjalnym tonem. 
Oparł się wygodnie i zmarszczył czoło. 
- Cóż, dopóki nie poznamy się lepiej, nie powinnaś liczyć na pensję - rzucił 

obojętnie. 

Aha, on lubi robić drobne złośliwości. 
- To żart, prawda? 
- Prawda. - Skinął głową. - Miałem nadzieję, że się uśmiechniesz. Nie jestem 

nieokrzesanym wilkołakiem z bajki, za jakiego mnie masz. 

Marissa  poczuła  przyspieszone  bicie  serca,  jakby  właśnie  wbiegła  po 

schodach na dziesiąte piętro. 

- Nic takiego nie przyszło mi do głowy - zapewniła. 
- Cieszę się, bo patrzyłaś na mnie bardzo krytycznie. O mój Boże, zauważył! 

- pomyślała. 

- Na pewno było to nieświadome - zapewniła go pospiesznie. 
- Czyli szczere - podsumował. - Wróćmy do interesów. Oczywiście należy ci 

się  zakwaterowanie  i  pełne  wyżywienie.  Ile  zarabiałaś  w  tej  szkole  dla 
dziewcząt? - spytał. 

26

RS

background image

Udzieliła  mu  odpowiedzi  z  niepewną  miną.  Zarabiała  dobrze  i  nie 

spodziewała się podobnego wynagrodzenia na farmie. 

-  Chyba  nie  powodziło  ci  się  najlepiej  z  takimi  dochodami?  -  zauważył, 

wywołując w niej zdumienie. 

-  To  była  całkiem  niezła  pensja  -  powiedziała.  -  Pan  zapewne  jest  bardzo 

bogaty. 

-  Więc?  -  odezwał  się,  spoglądając  jej  prosto  w  oczy.  Poczuła,  że  się 

zaczerwieniła. 

- Ojciec zostawił nam trochę pieniędzy. Chcę, żeby dzięki temu Riley zdobył 

wykształcenie.  Gdy  skończy  dziesięć  lat,  chcę  wysłać  go  do  dobrej  szkoły  z 
internatem. 

-  Ambitny  plan  -  oświadczył  z  lekko  rozbawioną  miną.  -  Istnieje  jeszcze 

możliwość, że znajdziesz bogatego męża - dodał. 

- Pieniądze to nie wszystko - mruknęła z przekonaniem. 
-  Trudno  się  nie  zgodzić.  Co  powiesz  na...?  -  Tu  rzucił  kwotę,  która  była 

znakomitą pensją, biorąc pod uwagę, że zapewniał im także utrzymanie. 

- Świetna propozycja — stwierdziła i wreszcie uśmiechnęła się radośnie. 
-  Wspaniale!  -  powiedział,  udając,  że  westchnął  z  wielką  ulgą.  -  Bardzo 

długo  się  nie  uśmiechałaś  -  dodał,  patrząc  na  nią  z  sympatią.  -  Pozostaje 
jeszcze sprawa waszego psa. Co z Dustym? 

-  On  jest  cudowny  -  zapewniła  Marissa.  -  Opiekował  się  nami  i  nas  bronił. 

Czy  Dusty  może  z  nami  zostać?  Jest  przyzwyczajony  do  pracy,  więc  można 
dać  mu  zajęcie.  Riley  naprawdę  go  kocha,  ja  też.  Bardzo  zależy  mi  na  tej 
pracy, ale jeśli Dusty nie może być z nami, to będę musiała zrezygnować. 

Holt McMaster roześmiał się głośno i zaraźliwie. 
- Pani Devlin, czy mogę prosić o powtórzenie? -Powiedziałam... 
- Wiem, wiem. Przyznaję, że to bardzo wzruszające. Po prostu muszę wziąć 

psa? 

- Obawiam się, że tak. 
-  Jakie  to  szczęście,  że  rozmawia  pani  z  miłośnikiem  psów  -  powiedział, 

opierając  dłonie  na  stole.  -  Zgadzam  się  przyjąć  panią,  Rileya  i  waszego  psa 
pod  warunkiem,  że  pani  oraz  Dusty  podejmiecie  pracę.  Riley  będzie  miał 
mnóstwo okazji, żeby się z nim bawić. 

Cóż, szorstki sposób bycia kryje gołębie serce, pomyślała. 
- Panie McMaster, jest pan wyjątkowo dobrym człowiekiem. 
Skrzywił się lekko. 

27

RS

background image

- O tym się dopiero przekonamy - mruknął. - Natomiast przyznaję, że lubię 

młodych ludzi, którzy darzą uczuciem zwierzęta. Ludzie rzadko potrafią mnie 
zaskoczyć, ale tobie się udało. 

- Co było takie zaskakujące? - spytała, nie mogąc oderwać od niego wzroku. 

Działał na nią jak magnes. 

-  Przede  wszystkim  zupełnie  nie  pasujesz  do  takiej  okolicy.  Tu  słońce  jest 

niemiłosierne.  Masz  taki  odcień  skóry,  który  pasuje  raczej  do  wilgotnej 
Irlandii. Zabezpieczasz ją jakoś? 

- Może trudno w to uwierzyć, ale jestem przyzwyczajona do ostrego słońca - 

odparła spokojnym tonem, choć kłębiło się w niej mnóstwo sprzecznych uczuć. 
- Brisbane też leży w strefie upałów. Dotychczas udało  mi się tam przetrwać. 
Ja i Riley jesteśmy odporni na słońce. Poza tym zawsze można użyć kremu z 
filtrem i włożyć kapelusz z dużym rondem. 

-  Jeśli  się  o  nim  pamięta  -  wtrącił,  spoglądając  znacząco  na  jej  odkrytą 

głowę. 

-  Dziś  rano  po  prostu  zapomnieliśmy  -  wyjaśniła.  -  Kiedy  mam  zacząć 

pracę? - spytała, nadal nie wierząc we własne szczęście. 

Holt McMaster oparł się wygodnie i skrzyżował ręce na piersi. 
-  Myślę,  że  dziś  jest  właściwy  dzień.  -  Najwyraźniej  lubi  szybko 

podejmować  decyzje.  -  Ty  i  chłopiec  polecicie  ze  mną  helikopterem.  Mój 
nadzorca weźmie  wasz samochód i pojedzie nim na farmę. Domyślam  się, że 
to do was należy ta czerwona furgonetka z panterą dyskretnie wymalowaną na 
drzwiach? - spytał, nie kryjąc złośliwości. 

-  Tak  -  przyznała.  Cóż,  samochód  rzeczywiście  rzucał  się  w  oczy.  -  Cena 

była wyjątkowo okazyjna, a sprzedawca przekonywał mnie, że pantera podnosi 
wartość pojazdu. Skąd pan wie, że to nasz wóz? 

Uśmiechnął się. 
- Pani nauczycielko, drugiego takiego nie ma w promieniu wielu kilometrów 

- powiedział, wstając. - Czy możecie się zebrać mniej więcej w ciągu godziny? 
- spytał i spojrzał na zegarek. 

Marissa szybko wstała. 
-  Żaden  problem!  -  stwierdziła  w  euforii.  Ma  pracę,  Riley  będzie  z  nią,  a 

Dusty'emu też nie powinno niczego brakować. 

-  Pies  pojedzie  samochodem.  Poproszę  kluczyki  -  powiedział  głosem 

nieznoszącym sprzeciwu. - Nie możemy zabrać go do helikoptera. 

-  Nic  mu  nie  będzie  -  zapewniła  Marissa  i  skinęła  głową.  -Wszystko  mu 

wytłumaczę. 

28

RS

background image

McMaster spojrzał na nią, jakby nagle zaczęła bredzić. 
- To żart, prawda? 
- Nie, mówię poważnie. Dusty doskonale rozumie, co do niego mówię. Poza 

tym nie chcę, żeby pogryzł kierowcę. 

Roześmiał się głośno. 
-  Pani  Devlin,  to  mało  prawdopodobne.  Bart  świetnie  radzi  sobie  z  psami. 

Oprócz tego psy pasterskie instynktownie wyczuwają, kto jest ich wrogiem, a 
kto przyjacielem. 

- Bardzo się cieszę - powiedziała Marissa. - Bez przyjaciół nie da się żyć. 
- Bardzo słusznie - stwierdził krótko. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

29

RS

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
Riley  był  bardzo  przejęty.  Pierwszy  raz  leciał  helikopterem!  Dla  Marissy 

było  to  również  wielkie  przeżycie,  ale  ona  zdołała  zachować  większą 
powściągliwość. Gdyby jechali samochodem, zajęłoby im to co najmniej dwie 
godziny,  a  upał  był  nieznośny.  Natomiast  helikopterem  bardzo  szybko  dotarli 
nad  ogromną  farmę,  która  ciągnęła  się  aż  do  skraju  Simpson  Desert, 
pustynnego obszaru centralnej Australii. 

Wielki srebrny hangar był coraz bliżej. Stał na skraju rozległego kompleksu 

budynków,  które  sprawiały  wrażenie  niewielkiego  miasteczka.  Marissa 
patrzyła zafascynowana. Na żółtym dachu hangaru wymalowano nazwę farmy 
wielkimi  granatowymi  literami.  Wydawało  się,  że  budynek  mógłby  zmieścić 
airbusa. Drugi żółty helikopter, podobny do tego, którym lecieli, stał niedaleko 
wjazdu. Obok zaparkowano kilka ciężarówek i samochodów terenowych. 

Marissa  spodziewała  się,  że  Holt  McMaster  wyląduje  w  pobliżu  tego 

skupiska,  on  jednak  potoczył  się  w  stronę  domu  otoczonego  oazą  zieleni. 
Drzewa  rzucały  przyjemny  cień,  a  dalej  Marissa  dostrzegła  ogrodowe  rabaty. 
Była to dla niej prawdziwa niespodzianka, bo gęsta zieleń stanowiła ogromny 
kontrast z pustynną okolicą. Wiedziała już, że farma w najdłuższym miejscu na 
ponad sto sześćdziesiąt kilometrów. Nawet przejście piechotą od lądowiska do 
domu byłoby nie lada wyczynem. 

W  czasie  lotu  podziwiała  pajęczynę  okresowych  strumieni,  zatoczki  i 

skomplikowaną  sieć  kanałów,  które  przecinały  obszar,  dostarczając 
życiodajnej  wody.  W  tej  okolicy  nie  sposób  było  przewidzieć,  kiedy  spadnie 
deszcz. Zwykle liczono na monsuny i potężne rzeki w północnej części kraju, 
dzięki którym system wodny od dawna całkiem dobrze funkcjonował. 

Region  zaskakiwał  kontrastem  między  niemal  zawsze  błękitnym  niebem  i 

czerwonym odcieniem suchej ziemi, na której niczym duchy wyrastały drzewa 
eukaliptusa  z  białymi  pniami.  Przestrzeń  wydawała  się  rozciągać  w  nieskoń-
czoność.  Prawdziwa  tajemnicza  Australia,  pomyślała  Marissa.  Łatwo  uległa 
specyficznej  urodzie  tutejszego  krajobrazu.  Przyjechała  tu,  szukając  pracy,  i 
jeszcze  nie  dotarło  do  niej,  że  zrobiła  wielki  krok  w  tworzeniu  własnej 
przyszłości. 

Stali  na  podjeździe  prowadzącym  do  domu.  Holt  przekazywał  polecenia 

ogorzałemu  mężczyźnie  w  stroju  ogrodnika.  Marissa  pomyślała  jednak,  że 
pojedynczy  ogrodnik  nie  byłby  w  stanie  zadbać  o  otoczenie  budynku, 
wielkością przypominające ogród botaniczny. 

30

RS

background image

- O rany, tu będziemy mieszkać? - spytał Riley, wytrzeszczając oczy. - Ten 

dom jest jak pałac! 

- Na pewno nie jest mały - zgodziła się Marissa, ściskając dłoń brata. 
Farma Wungalla powstała w 1860 roku. Już na pierwszy rzut oka sprawiała 

wrażenie kolonialnej zamożności i dostatku. Ciekawe, ile kosztowałoby dzisiaj 
zbudowanie takiego domu? - pomyślała Marissa. Dom, w którym mieszkała w 
dzieciństwie,  został  zaprojektowany  przez  uznanego  architekta  i  do  dziś 
przyciągał oczy. Z kolei dom wuja Bryana był o wiele mniej reprezentacyjny, 
ale dla Rileya stanowił jedyny znany mu wzór zamożnej architektury. 

Duży dom w stylu georgiańskim stanowił teraz centralną część kompleksu. Z 

dwóch stron odchodziły od niego identyczne jednopoziomowe skrzydła, które 
powstały w późniejszym okresie. Szeroka weranda otaczała dom z trzech stron. 
Wychodziły  na  nią  oszklone  drzwi.  Natomiast  główne  wejście  było  teraz 
szeroko otwarte. Prowadziło do niego kilka kamiennych schodków. Obok nich 
mimo upału kwitły dwa rzędy żółtych róż. 

Marissa i Riley rozglądali się z zachwytem. 
- Mam nadzieję, że nas tu polubią - szepnął Riley. 
- Nie mają wyjścia - zażartowała Marissa, by dodać mu odwagi, choć sama 

czuła się niepewnie. Holt McMaster uprzedził ją przecież, że nie będzie łatwo. 

-  Wejdźmy do środka - zaproponował teraz, przyłączając się do nich. -  Hal 

wniesie  wasze  bagaże.  Muszę  przyznać,  że  nie  ma  ich  wiele.  Czyżbyście 
zamierzali wpaść tu tylko na weekend? 

Marissa zaczerwieniła się lekko. 
- Nie miałam pewności, że znajdę pracę - wyjaśniła. 
-  Pani  Devlin,  w  przyszłym  tygodniu  polecimy  do  Coorabri.  Jest  duża  w 

porównaniu z Ransom i ma dobrze zaopatrzony sklep z odzieżą. 

- Skąd wezmę pieniądze na zakupy? - zastanowiła się głośno. 
- Wpiszą na rachunek farmy - powiedział. - Tu na miejscu mamy w szafach 

sporo ubrań, ale nic się nie nadaje dla małych chłopców i chudych podlotków. 

Nie  jestem  żadnym  podlotkiem,  tylko  pracującą  kobietą  z  doświadczeniem 

zawodowym! 

- Czy ktoś się nas spodziewa? - zapytała. 
- Tym się nie przejmuj. 
- Czyli nikt o nas nie wie. 
-  Chciałem,  żebyście  sprawili  wszystkim  wielką  niespodziankę  -  przyznał 

Holt i spojrzał na Rileya. - Ruszaj pierwszy. Świat stoi przed tobą otworem! 

Riley nagle spoważniał. 

31

RS

background image

- Tata często tak do mnie mówił - powiedział drżącym głosem. 
- I miał rację. A gdzie teraz jest twój tata? - spytał, obejmując go za ramię. 
Marissa nie wytrzymała. 
-  Już  mówiłam.  Natomiast  rozmowy  na  ten  temat  są  dla  Rileya  bardzo 

bolesne. 

Holt pokręcił głową. 
-  Jest  zbyt  młody,  żeby  cierpieć  w  samotności.  Nie  słyszała  pani 

powiedzenia: Prawda cię wyzwoli? 

- Powiedziałam prawdę - oświadczyła, czerwieniąc się ze złości. 
- Nie musi pani rzucać mi takich spojrzeń, bo od razu widać, co pani o mnie 

myśli. Teraz pospieszmy się, bo Olly niedługo wychodzi. 

Marissa zatrzymała się na chwilę. 
- Panie McMaster, jak mamy się do pana zwracać? - spytała. 
Zaśmiał się krótko. 
-  Dla  takich  spojrzeń  każdy  mężczyzna  chętnie  zmieniłby  nazwisko  na 

McMaster. Zostańmy na razie przy tej formie, żeby nie wywoływać zbędnych 
komentarzy  wśród  tutejszych  ludzi  -  powiedział  i  pogłaskał  Rileya  po 
czuprynie. 

We  frontowych  drzwiach  pojawiła  się  kobieta  z  szerokim  uśmiechem  na 

twarzy.  Miała  około  sześćdziesięciu  lat,  a  ubrana  była  w  prostą  niebieską 
sukienkę z białymi mankietami i kołnierzykiem. Wysoka i szczupła, stanowiła 
przeciwieństwo  niskiej  i  pulchnej  Deidre.  Uśmiechała  się  życzliwie,  tryskając 
radością, i pod tym względem niczym się od tamtej nie różniła. 

- Widzę, Holt, że przywiozłeś gości - odezwała się, spoglądając na Marissę i 

Rileya z zainteresowaniem. - Podobni do siebie jak dwie krople wody. 

McMaster uśmiechnął się. 
-  To  prawda.  Przywiozłem  tu  kilkaset  osób  w  ciągu  ostatnich  lat,  ale  ta 

dwójka  to pierwsi  goście,  którzy  zapracują  na  swój  pobyt.  Olly,  chciałbym  ci 
przedstawić  Marissę  i  Rileya  Devlinów.  Marissa  będzie  u  nas  nauczycielką  i 
opiekunką. Nie przyjechałaby tu bez Rileya, a on bez wiernego psa, który wabi 
się  Dusty.  Riley  i  Georgia  będą  razem  się  uczyć.  Natomiast  Dusty  dopiero 
jedzie  do  nas  w  ich  samochodzie,  który  prowadzi  Bart.  Pies  również  ma 
nadzieję na znalezienie u nas zatrudnienia. 

-  Holt,  na  pewno  mówisz  poważnie?  -  spytała  Olly,  patrząc  na  niego  z 

komiczną miną. 

- Olly, czy ja kiedykolwiek bywam niepoważny? - odpowiedział pytaniem. 
- Zawsze, kiedy masz ochotę - stwierdziła. Było jasne, że się go nie boi. 

32

RS

background image

Olly podeszła bliżej i przywitała się z Marissa i Rileyem, podając im rękę. 
-  Witajcie  w  Wungalli.  Od  lat  nie  mieliśmy  tu  prawdziwej  guwernantki,  a 

przydałaby się - podkreśliła. - Pierwszy raz odwiedzasz ten region Australii? - 
zwróciła  się  do  Marissy,  spoglądając  z  niepokojem  na  jej  wyjątkowo  jasną 
cerę. 

-  Tak,  i  oboje  jesteśmy  zafascynowani  tym,  co  już  widzieliśmy  -  odparła. 

Gospodyni  okazała  się  przyjazna  i  życzliwa,  co  bardzo  ją  ucieszyło.  -  Mam 
dobre kwalifikacje, pani... - zaczęła. 

- Kochanie,  mów mi  Olly  - wtrąciła gospodyni. - Ciebie,  młody człowieku, 

też  to  dotyczy.  Teraz  wejdźcie.  Pewnie  napilibyście  się  herbaty,  chyba  że 
wolicie poczekać na lunch? 

- Wolimy lunch - zdecydował Holt. - Tymczasem może pomożesz Marissie 

wybrać pokoje? Gdzie wszyscy się podziali? - spytał. 

Olly rozłożyła dłonie. 
-  Pani  McMaster  jest  w  swoim  pokoju.  Obawiam  się,  że  to  nie  jest  jej 

najlepszy  dzień.  Panna  Lois  pojechała  na  konną  przejażdżkę,  ale  wkrótce 
powinna  wrócić.  Georgy  jest  w  ogrodzie.  Bawi  się  z  Zoltanem.  To  jej 
wymyślony przyjaciel - wyjaśniła, znacząco mrużąc oko do Rileya, który spoj-
rzał na nią zaskoczony. 

- Ma wymyślonego przyjaciela? Ja też miałem. Nazywał się Nali. Należał do 

plemienia Emu. 

- Co się z nim stało? - spytała Olly takim tonem, jakby naprawdę zależało jej 

na tak istotnej informacji. 

Riley z żalem pokiwał głową. 
-  Nali  chciał  ze  mną  zostać,  ale  reszta  plemienia  postanowiła  wyruszyć  na 

wędrówkę. On był takim chłopcem jak ja, ale jego wuj należał do starszyzny i 
był czarownikiem. Nali musiał go posłuchać. 

- Nie dziwię się. Nieposłuszeństwo wobec czarownika to nie żarty - wtrącił 

Holt.  -  Tu  w  Wungalli  mamy  dawnego  aborygeńskiego  czarownika. 
Podejrzewam, że nie zaprzestał dawnych praktyk. Któregoś dnia poznam was z 
nim. 

- Byłoby super! 
Riley  spojrzał  na  Holta  z  takim  uwielbieniem  i  szacunkiem,  że  Marissa 

poczuła zazdrość. 

-  Czy  mogę  iść  poszukać  Georgii?  -  spytał  chłopiec.  Marissa  pokręciła 

głową. 

- Riley, przecież niedługo i tak ją poznasz. 

33

RS

background image

- Nie martw się o niego. Poradzi sobie - odezwał się Holt. -Ona jest gdzieś w 

ogrodzie. 

Riley roześmiał się radośnie. 
- Chciałbym się z nią zaprzyjaźnić. 
Marissa  powstrzymała  się  od  uwag.  Zaprzyjaźnienie  się  z  kimś,  kto  miewa 

gwałtowne  napady  złości,  może  okazać  się  niezwykle  trudne.  Jednak  Riley 
mógłby  mieć na Georgię uspokajający wpływ. Był wyjątkowo pogodny, choć 
los nie szczędził mu cierpień. 

- W takim razie zmykaj  - zdecydował Holt. - Jest tam  mnóstwo  miejsca do 

zabawy. Tylko nie wychodź poza mur wokół ogrodu. 

- Dobrze, proszę pana! - zawołał Riley, zbiegając po schodach. 
-  W  porządku.  Mam  co  prawda  trochę  spraw  do  załatwienia,  ale  nie 

zamierzam  zrezygnować  z  lunchu  -  oznajmił  Holt.  -  Olly,  o  pierwszej  będzie 
dobrze? Tymczasem pomóż zagospodarować się pani Devlin. 

- Chętnie - odpowiedziała tamta życzliwie. 
Na  razie  wszystko  idzie  dobrze,  pomyślała  Marissa.  Doszła  do  wniosku,  że 

być może nawet uda się jej przyzwyczaić do sarkastycznych uwag Holta. 

- Kochanie, chodź za mną - odezwała się Olly. - A gdzie wasz bagaż? 
- Hal zaraz go wniesie - wyjaśnił Holt. - Niewiele tego jest. 
-  Nie  przejmuj  się,  kochanie  -  pocieszyła  ją  Olly.  -  W  Coorabri  jest  bardzo 

dobry sklep 7 nieświadomie powtórzyła słowa swego pracodawcy. - Na pewno 
znajdziesz  tam  coś  dla  siebie  i  dla  chłopca.  Muszę  przyznać,  że  jest  ładnym 
dzieckiem. 

Marissa  spodziewała  się,  że  za  chwilę  kolejny  raz  trzeba  będzie  wyjaśniać, 

że nie jest jego matką. 

- Przede wszystkim ma dobry charakter - stwierdziła z dumą. 
-  Oby  udzieliło  się  to  Georgii  -  powiedział  McMaster,  zbiegając  po 

schodach. 

Poruszał  się  energicznie  jak  sportowiec  i  harmonijnie  jak  tancerz.  Marissa 

nie  mogła  się  oprzeć  i  zatrzymała  na  nim  wzrok.  Był  najprzystojniejszym 
mężczyzną,  jakiego  zdarzyło  się  jej  spotkać.  Oczywiście,  nie  licząc 
ukochanego ojca. 

Gdy się odwróciła, zauważyła badawcze spojrzenie Olly. 
-  Chodź,  kochanie.  Zdążysz  wypakować  rzeczy  przed  lunchem.  Dziś  nie 

poznasz pani McMaster, babci Holta, ale Lois Aldridge, ciotka Georgii, wróci 
na  lunch.  Jeździsz  konno?  -zapytała  tonem,  jakby  z  góry  spodziewała  się 
zaprzeczenia. 

34

RS

background image

-  Jeżdżę  -  odparła  Marissa,  rozglądając  się  z  zainteresowaniem  po 

obszernym holu. 

Najbardziej  rzucały  się  w  oczy  szerokie  schody  z  mahoniowego  drewna. 

Podłogę  tradycyjnie  wyłożono  czarnym  i  białym  marmurem.  W  centralnym 
miejscu  leżał  perski  dywan,  na  którym  z  kolei  stał  solidny,  okrągły  stół.  Pod 
sufitem błyszczał zabytkowy, kryształowy żyrandol. Ogromny bukiet kwiatów 
dodawał  uroku  temu  wnętrzu.  Dwa  rzeźbione  krzesła  obok  stołu  i  obrazy  na 
ścianach  świadczyły,  że  bez  wątpienia  mieszka  tu  zapalony  kolekcjoner 
antyków. 

-  To  bardzo  dobrze  -  odezwała  się  Olly  z  wyraźną  ulgą.  -Ostatnia 

dziewczyna  nie  miała  pojęcia  o  jeździe  konnej,  a  na  takiej  farmie  to 
podstawowa umiejętność. Riley też jeździ? 

- Od dawna - stwierdziła Marissa. 
- Jaka matka, taki syn - pochwaliła Olly. 
Marissa czuła, że winna jest Olly wyjaśnienie. 
- Riley to mój przyrodni brat. 
Olly złożyła dłonie jak do modlitwy. 
- Moje dziecko, w takim razie gdzie jest jego matka? 
- Odeszła i nie wróci - odparła Marissa obojętnym tonem. 
-  Mój  Boże,  musi  ci  być  bardzo  ciężko.  -  Olly  zatrzymała  się  na  chwilę.  - 

Właściwie ile masz lat? Dwadzieścia dwa? 

-  Niecałe  dwadzieścia  cztery.  Jest  ciężko,  ale  mam  też  wiele  radości. 

Kocham Rileya. To przecież moja rodzina. 

- Oczywiście, kochanie. 
Olly  nie  zadawała  więcej  pytań.  Wspinała  się  po  schodach  do  galerii  na 

górze.  Marissa  nie  miała  pojęcia,  czy  jej  uwierzyła.  Riley  ciągle  nazywa  ją 
„ma", a to na pewno nie pomaga. Cóż, na razie nie udało się odzwyczaić go od 
tego. Po prostu jest w wieku, gdy dziecko jeszcze bardzo potrzebuje matki. 

Długie  korytarze  na  piętrze  miały  błyszczące  podłogi.  Perskie  chodniki  na 

środku  tłumiły  kroki.  Na  ścianach  wisiały  portrety  przodków  Holta 
McMastera.  Byli  przystojni  i  pewni  siebie,  podobnie  jak  on.  Olly  zatrzymała 
się w końcu korytarza. 

-  Tu  jest  szkolny  pokój  -  powiedziała,  otwierając  drzwi  i  gestem  zaprosiła 

Marissę do środka. 

- Chyba od bardzo dawna - zauważyła. 
-  Od  dnia,  gdy  zbudowano  ten  dom  -  wyjaśniła  Olly  i  skinęła  głową.  - 

Uzbierałaby się całkiem spora grupka małych McMasterów, którzy pobierali tu 

35

RS

background image

nauki. Oczywiście, Holt też do nich należy. Kochanie, myślisz, że będzie ci tu 
dobrze? 

Marissa odpowiedziała jej uśmiechem. 
-  Na  pewno!  Olly,  nawet  sobie  nie wyobrażasz,  jak  jestem  wdzięczna  za  tę 

pracę. Riley jest ze mną i już samo to wystarczy mi do szczęścia. 

Pokój  wyglądał  trochę  ponuro,  ale  wystarczyłoby  wprowadzić  trochę 

jasnych kolorów, by natychmiast stał się weselszy. Panował tu ład i porządek. 
Wzdłuż ścian stały regały pełne książek. Z daleka widać było, że często z nich 
korzystano. Duża czarna tablica wisiała obok okien. Dziesięć stolików i krzeseł 
ustawiono w równych rzędach. Dwa wspaniałe wiekowe globusy na stojakach 
dopełniały wystroju wnętrza. 

- Czy lekcje Georgii odbywają się właśnie tutaj? - spytała Marissa. 
Nie  było  żadnych  śladów  czyjejkolwiek  obecności  w  tym  pomieszczeniu,  i 

to od bardzo dawna. 

-  Panna  Lois  woli  prowadzić  lekcje  w  altanie  -  odparła  Olly.  W  jej  głosie 

dało  się  wyczuć  lekką  dezaprobatę.  -  Tak  między  nami,  zdradzę  ci  pewien 
sekret:  niewiele  jest  tych  lekcji.  Muszę  cię  ostrzec,  jeśli  Holt  nie  zdążył 
powiedzieć o tym wcześniej, mała Georgy jest bardzo trudnym dzieckiem. 

-  Mając  takiego  ojca?  Nigdy  bym  nie  pomyślała  -  stwierdziła  Marissa  bez 

zastanowienia. 

- Co masz na myśli? - spytała Olly, unosząc brwi. 
-  Trudno  wyobrazić  sobie,  żeby  ktoś  miał  tyle  odwagi,  aby  mu  się 

sprzeciwić. 

Olly roześmiała się głośno. 
-  Holt  potrafi  poradzić  sobie  w  każdej  sytuacji,  ale  Georgy  to  wyjątkowy 

charakterek. 

- Potrzebuje swojej matki - oświadczyła Marissa z przekonaniem. 
Współczuła dzieciom, którym brakowało rodziców. 
-  Potrzebuje  jakiejkolwiek  matki  -  poprawiła  ją  Olly.  -  Smutna  prawda  jest 

taka, że własnej matce nie jest do niczego potrzebna. Georgy jest jeszcze mała, 
ale doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Dzieci potrafią instynktownie wyczuć 
pewne rzeczy. Na pewno potrafisz to zrozumieć. 

-  Tak,  dobrze  to  rozumiem  -  odrzekła,  czując  łzy  pod  powiekami.  -  Mam 

nadzieję, że dzieci się polubią. 

-  Kochanie,  nie  oczekuj  od  razu  cudów.  Teraz  chodź,  pokażę  ci  pokoje.  Są 

na  drugim  końcu  holu.  Riley  może  mieć  pokój  obok  twojego.  Jeśli  ci  się 
spodobają, każę je przewietrzyć i przynieść pościel. 

36

RS

background image

Oba  pokoje  miały  przyjemny  widok  na  ogrody  z  tyłu  domu.  Co  prawda  tu 

wszystkie pokoje mają taki widok, pomyślała Marissa. 

Wtedy zauważyła za ogrodzeniem basen. 
- To na pewno nie jest złudzenie? - spytała, patrząc na połyskującą w słońcu 

turkusową  wodę.  Pływanie  wzmocniłoby  Rileya  i  na  pewno  kłopoty  ze 
zdrowiem  mniej  by  mu  dokuczały.  Sama  była  dobrą  pływaczką.  Należała  do 
reprezentacji uniwersytetu. 

Zerknęła na prawo od basenu. Na solidnych słupach stał tam obszerny dach, 

obłożony  pomarańczową  terakotą.  W  cieniu  widać  było  rozstawione  krzesła, 
stoły, plażowe łóżka. 

-  Codziennie  z  tego  korzystają  -  poinformowała  Olly  od  niechcenia.  - 

Przyjemne miejsce. Będziesz miała mnóstwo czasu, żeby sobie poleniuchować. 
Ojciec Holta zbudował to dla niego i dziewcząt. 

-  On  ma  siostry?  Przepraszam,  że  się  dopytuję,  ale  dopiero  dziś  poznałam 

pana McMastera i nie wiem o nim zbyt wiele. 

- Wygląda na to, że od razu cię polubił - stwierdziła Olly. 
- Chyba nie. - Marissa pokręciła głową. - Po prostu chciał nam pomóc. 
-  To  właśnie  cały  Holt  -  zauważyła  Olly,  wzruszając  ramionami.  - 

Rzeczywiście,  ma dwie siostry. Alex, właściwie Alexandra, jest starsza o trzy 
lata.  Wyszła  za  Stevena  Baileya,  bankiera,  który  zajął  się  polityką.  Niektórzy 
mówią,  że  zostanie  premierem.  Druga  siostra,  Franchie,  jest  młodsza  o  dwa 
lata  i  robi  karierę  w  bankowości.  Jeszcze  nie  wyszła  za  mąż.  Ojciec  Holta 
zginął w wypadku na farmie, niedługo po ślubie Holta. Jego matka wyszła za 
mąż po raz drugi. Mieszka w Melbourne, ale często tu przyjeżdża. 

Olly wzięła głęboki oddech i mówiła dalej: 
-  Babka  Holta,  Catherine,  nie  wyjeżdżała  na  dłużej  z  Wun-galli  od  czasu, 

kiedy  przyjechała  tu  jako  panna  młoda.  Oczywiście,  robiła  mnóstwo 
wycieczek. Ma rodzinę w Anglii, ale tu jest jej prawdziwy dom.  Nie chce się 
rozstawać  ani  z  Holtem,  ani  z  Wungalla.  W  ogóle  imię  Holt  to  w 
rzeczywistości panieńskie nazwisko jego matki. W dokumentach figuruje jako 
Douglas  Holt  McMaster,  ale  imię  Douglas  się  nie  przyjęło.  Wuj  Carson,  brat 
matki, pierwszy zaczął nazywać go Holt. Powiedział ci, że jest rozwiedziony? - 
spytała Olly, badawczo patrząc jej w oczy. 

-  Wspomniał  mimochodem  -  odparła  Marissa.  -  Wiesz,  Olly,  po  prostu  nie 

wierzę swemu szczęściu. Te pokoje są jak spełnienie marzeń. 

Spojrzenie Olly złagodniało. 

37

RS

background image

-  Kochanie,  nie  będziesz  też  musiała  biegać  do  łazienki  przez  cały  hol. 

Każda z dwunastu sypialni ma swoją małą łazienkę. Dawniej nie było tu takich 
wygód, ale pomieszczenia są na tyle obszerne, że dokonano przebudowy. Jeśli 
chcesz,  żeby  pokój  wyglądał  ładniej,  znajdziesz  mnóstwo  rzeczy  w 
magazynku. Holt na pewno nie będzie miał nic przeciwko temu. Chcemy, żeby 
ci tu było dobrze. 

Marissa poczuła ucisk w gardle. 
- Ja też chciałabym wszystkim nieba przychylić - powiedziała. - Lubię uczyć 

i  mam  nadzieję,  że  będzie  z  tego  jakiś  pożytek.  Riley  szybko  przyswaja 
wiedzę... 

- Może zachęci to Georgię - wtrąciła Olly z westchnieniem. 
- Domyślam się, że Georgia potrafi pływać? - spytała Marissa, spoglądając w 

stronę basenu. 

- Może kiedyś zacznie. Na razie nie znosi wody. 
-  Nie  do  wiary!  -  powiedziała  zaskoczona.  -  Myślałam,  że  wszystkie  dzieci 

lubią  się  pluskać.  Riley  doskonale  sobie  radzi  jak  na  swój  wiek.  Może,  gdy 
Georgia  zobaczy,  jaka  to  dla  niego  świetna  zabawa,  zdecyduje  się  w  końcu 
zmienić zdanie. 

-  Kochanie,  nie  ciesz  się  z  góry.  Aha,  to  pewnie  Hal  z  twoimi  rzeczami  - 

powiedziała nagle i ruszyła do głównego wejścia. 

Hal, nie spiesząc się, wniósł dwie torby. Postawił je i spojrzał na Marissę. 
- Widzę, dziewczyno, że nie wzięłaś tego wiele - stwierdził i uśmiechnął się. 
Olly trąciła go łokciem w żebro. 
- Hal, to nie twoje zmartwienie. 
- Tylko mówię, co widzę - odrzekł. - A z ciebie, Olly, niezła hetera. 
Olly odpowiedziała kolejnym szturchnięciem w żebro. 
- Prawdę mówiąc, mam sporo ubrań, ale zostawiłam je w Brisbane. Właśnie 

stamtąd przyjechałam. 

- Panienka i ten mały chłopak? - odezwał się, dyskretnie mrużąc jedno oko. 

Od razu domyśliła się, co chciał dać do zrozumienia. 

- Riley to mój młodszy brat. Hal spojrzał znacząco na Olly. 
-  Jeśli  panienka  tak  uważa...  Taka  delikatna,  faktycznie  nie  wygląda  na 

mamę. 

- Hal, czas już na ciebie. Ogród czeka - wtrąciła Olly stanowczym tonem. 
- Już tam lecę. - Zamaszyście zasalutował i zniknął za drzwiami. 
-  Hal  zawsze  musi  poplotkować  jak  stara  baba  -  skomentowała  Olly  -  ale 

nikomu  nie  chce  dokuczyć.  Przechowałam  ubrania,  które  zostawiła  Fran  - 

38

RS

background image

zmieniła temat. - Już nie będzie ich nosić. Są w twoim rozmiarze, chociaż pew-
nie  trochę  za  długie.  Jest  bardzo  szczupła,  a  jednocześnie  wysoka,  jak  cała 
rodzina McMasterów. Znajdę ci coś odpowiedniego. ' 

Marissa była jej wdzięczna, ale trochę zażenowana. 
-  Olly,  poradzę  sobie  do  czasu,  kiedy  pan  McMaster  zabierze  mnie  na 

zakupy. 

-  Dlaczego  mają  się  zmarnować  rzeczy,  które  są  naprawdę  w  doskonałym 

stanie? Fran nieustannie kupuje sobie coś nowego. Poza tym sama mówiłaś, że 
musisz oszczędzać na szkołę dla Rileya. 

-  To  prawda  -  przyznała  i  objęła  Olly  serdecznym  gestem.  -Jesteś  dla  mnie 

wyjątkowo życzliwa. Dziękuję. 

Olly zarumieniła się. 
-  Naprawdę  nie  ma  za  co,  kochanie.  Cóż,  teraz  rozgość  się  -  powiedziała, 

podchodząc do drzwi. - Lunch o pierwszej. Znajdź przedtem Rileya. Z ogrodu 
nie dobiegają wrzaski i piski, więc dzieci jakoś się dogadały albo Riley jej nie 
znalazł. Georgia ma tam ze sto miejsc, w których można się schować. 

-  Nie  martw  się  -  powiedziała  Marissa  i  wyjrzała  przez  okno.  -  Szybko  ich 

znajdę. Riley jest zadziwiającym dzieckiem i Georgia tak łatwo nie sprowokuje 
go do kłótni. 

Olly spojrzała na nią z niedowierzaniem. 
- Przykro mi to mówić, ale Georgy potrafi wyprowadzić z równowagi nawet 

głaz. Momentami mam jej dość, a naprawdę się staram. Ona ma charakterek po 
matce. 

Gdy  Marissa  została  sama,  postanowiła  szybko  się  odświeżyć.  Potem 

włożyła  czerwoną  haftowaną  koszulkę  z  bawełny  zamiast  pasiastej,  w  której 
przyjechała.  Uczesała  włosy  i  zaczęła  rozpakowywać  rzeczy.  W  pubie  miała 
okazję skorzystać z pralki i teraz część rzeczy wymagała prasowania. 

Jeszcze  raz  z  wyraźnym  zadowoleniem  obejrzała  pokoje.  Były  obszerne, 

stały  w  nich  duże  łóżka  i  wygodne  fotele.  Na  ścianie  nad  jej  łóżkiem  wisiały 
oprawione rysunki roślin, a w pokoju Rileya kolekcja grafik przedstawiających 
rasy koni czystej krwi. 

Zamierzała spytać, gdzie jest sypialnia Georgii, ale doszła do wniosku, że i 

tak  wkrótce  się  dowie.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  sześcioletnia  Georgia 
sprawia  mnóstwo  problemów.  Próby  zapanowania  nad  nią  nie  dają  żadnego 
rezultatu.  Podobno  odziedziczyła  charakter  po  matce,  która  ją  porzuciła, 
zupełnie jak matka Rileya. Jednak chłopiec zdołał pogodzić się z tym faktem, 
natomiast 

Georgia 

najwyraźniej 

dostawała 

tego 

powodu 

furii. 

39

RS

background image

Prawdopodobnie  wszystkie  napady  złości  były  próbą  zwrócenia  na  siebie 
uwagi. 

Być  może  Holt  doskonale  wywiązywał  się  z  obowiązków  jako  rodzic,  ale 

pewnie nie był przy tym nadzwyczajnie kochającym ojcem. Marissa nie mogła 
się z tym pogodzić, bo dziewczynka potrzebowała przede wszystkim poczucia 
bezpieczeństwa i miłości. 

Czas ich poszukać! - pomyślała. Dzieci powinny umyć ręce, zanim usiądą do 

posiłku. Zastanawiała się, jaka okaże się cioteczka Lois. Czy to kapryśna dama 
jak jej siostra? Marissa miała nadzieję, że nie. Dobrze, że Riley zobowiązał się 
nie  opuszczać  terenu  wokół  domu.  Obiecał  to  Holtowi,  więc  na  pewno 
dotrzyma słowa. 

Marissa  właśnie  zeszła  na  dół,  gdy  przez  frontowe  drzwi  weszła  młoda 

kobieta. Zauważyła Marissę, zmarszczyła brwi i obejrzała ją od stóp do głów. 

- A ty to kto? - spytała wrogo. 
Kolejna niegrzeczna dziewczynka w tej rodzinie, pomyślała Marissa. 
-  Nazywam  się  Marissa  Devlin  -  przedstawiła  się.  -  Pan  McMaster  przyjął 

mnie do opieki nad dzieckiem. 

- Słucham? 
Pytanie  zabrzmiało  tak,  jakby  ciotka  Lois  nie  mogła  uwierzyć  własnym 

uszom. 

- Jestem nową nauczycielką Georgii - powtórzyła Marissa. Jej dobry nastrój 

zniknął bezpowrotnie. - A pani jest zapewne jej ciocią Lois. 

Niezwykle pewna siebie młoda kobieta uniosła dłoń wielkopańskim gestem. 
- Chwileczkę. Przykro mi, że muszę się do tego wtrącić, ale dziś rano jadłam 

śniadanie z Holtem  i ani słowem nie wspomniał o zatrudnianiu jakiejkolwiek 
opiekunki. 

Och,  naprawdę?  -  pomyślała  Marissa.  Gdyby  cokolwiek  wspomniał, 

cioteczka  niewątpliwie  natychmiast  wybiłaby  mu  to  z  głowy.  Była  atrakcyjną 
blondynką o nieco zbyt ostrych rysach twarzy. Miała na sobie kosztowny strój 
do konnej jazdy i była przeraźliwie chuda, zgodnie zresztą z panującą modą. 

Marissa  starała  się  jak  najszybciej  uspokoić  kobietę,  która  wręcz  kipiała  z 

oburzenia. 

-  Rano  pan  McMaster  nic  jeszcze  o  mnie  nie  wiedział.  Poznaliśmy  się  w 

Ransom. Szukałam pracy jako nauczycielka, a on mnie zaangażował. 

-  Skąd  się  wzięłaś  w  Ransom?  Jakie  masz  kwalifikacje?  Jak  mam  się 

przekonać,  czy  mówisz  prawdę?  Nic  z  tego  nie  rozumiem  -  mówiła  ciotka 

40

RS

background image

Lois. Opanowała się w końcu i zmieniła taktykę. - Georgia świetnie sobie radzi 
dzięki mojej pomocy - oświadczyła. 

-  Nie  mam  co  do  tego  wątpliwości...  -  Marissa  starała  się  za-żegnać 

ewentualny konflikt - ale pan McMaster powiedział, że na stałe mieszka pani w 
Sydney i zamierza tam wrócić. 

Ciotka  Lois  miała  minę,  jakby  zamierzała  za  chwilę  zamordować  Holta  z 

zimną krwią. 

- Chętnie zobaczę dokumenty potwierdzające te rzekome kwalifikacje. 
- Pan McMaster już je widział - odparła Marissa. 
Lois  najwyraźniej  chciała  ją  onieśmielić,  ale  jej  wysiłki  spełzły  na  niczym. 

Mimo wszystko Marissa nie była zachwycona przebiegiem spotkania. 

Na  podjeździe  przed  budynkiem  rozległ  się  przeraźliwy  krzyk  małej 

dziewczynki. Nie była to jednak złość ani strach. Marissa była przyzwyczajona 
do takich odgłosów i szybko zorientowała się, że zabawa toczy się w najlepsze. 
Po chwili dołączyło się szczekanie psa. Marissa nie miała wątpliwości: to może 
być tylko Dusty. Kto mu pozwolił tu biegać? Ciotce Lois na pewno się to nie 
spodoba. 

- Co tu się dzieje? - zawołała rozzłoszczona Lois. Odwróciła się, by wyjść na 

werandę,  gdy  tymczasem  do  holu  wpadła  jasnowłosa  dziewczynka,  za  nią 
Riley z niepewną miną, a za nimi rozbawiony Dusty. 

Ciotka Lois krzyknęła z przerażenia. 
- Riley, Dusty! - zawołała Marissa, starając się zapanować nad sytuacją, ale 

nikt  nie  zwrócił  na  nią  uwagi.  Niewiele  brakowało,  by  przewróciła  ją 
rozpędzona Georgia. Dusty dotrzymywał jej kroku z ozorem wywieszonym na 
bok Był zachwycony zabawą z dziećmi. Marissa zamarła, przewidując szkody, 
które mogły za chwilę nastąpić. Ta zabawa może zakończyć się utratą pracy. 

-  Siad!  -  rozległ  się  nagle  donośny  okrzyk  Holta.  Dusty  zamarł  w  miejscu. 

Dobrze wiedział, że przesadził. 

-  Cudowny  pies,  prawda?  -  zawołała  Georgia  i  podbiegła  do  ojca.  -  Ma  na 

imię Dusty. 

Holt McMaster położył dłoń na jej głowie uspokajającym gestem. 
-  Miałem  już  przyjemność  poznać  Dustyego,  ale  dziękuję,  że  mi  go 

przedstawiłaś. Dusty nie może, powtarzam, nie może biegać po domu. Wolno 
mu wejść najwyżej na werandę. Słyszałeś, Riley? - spytał i spojrzał na chłopca, 
który, sądząc po minie, najwyraźniej uważał, że zasłużył na wymówki. 

-  Tak,  proszę  pana.  Przepraszam,  że  Dusty  zaczął  szaleć.  Jak  prawdziwy 

dżentelmen nie dodał, że stało się to głównie z powodu zachowania Georgii. 

41

RS

background image

-  Holt,  co  tu  się  dzieje?  -  odezwała  się  ciotka  Lois,  demonstracyjnie 

rozcierając skronie. - Ten wstrętny brutal niemal mnie przewrócił. 

-  Bardzo  przepraszam,  ale  pies  jest  fajny!  -  zaprotestowała  Georgia 

najgłośniej,  jak  potrafiła.  W  odruchu  złości  kopnęła  nogą  przed  siebie,  ale  na 
szczęście nie wymierzyła w nikogo konkretnego. 

- Jesteś dzikim dzieckiem! Nikogo nie słuchasz! - Ciotka Lois wyraźnie nie 

szczędziła jej oskarżeń. 

- Riley, wyprowadź Dustyego na dwór - powiedziała cicho Marissa. - Skąd 

on się tu wziął? 

-  Bart  pewnie  go  wypuścił  -  odezwał  się  Holt.  Drobny  domowy  incydent 

najwyraźniej nie wyprowadził go z równowagi. 

- Riley, zaprowadź Dustyego na werandę - polecił. -Znajdę coś, żeby go tam 

przywiązać. Teraz już jest wszystko w porządku i nie musisz się martwić. 

- Tak, proszę pana. 
Riley  od  razu  odzyskał  dobry  nastrój,  widząc,  że  Holt  nie  ma  do  niego 

pretensji.  Tymczasem  Georgia  podeszła  do  Marissy  i  przyjaźnie  się 
uśmiechnęła. Brak jedynki z daleka rzucał się w oczy. 

-  Jesteś  mamą  Rileya?  -  spytała  tonem,  który  bez  wątpienia  świadczył  o 

zachwycie z powodu ich przyjazdu. 

- Co takiego? - Głos ciotki Lois niemal zmienił się w skrzekliwy pisk. 
- Lois, słuchaj i się ucz - powiedział Holt. 
Marissa  przykucnęła  i  uśmiechnęła  się  do  piegowatej  buzi.  Dziewczynka 

wyglądała  na  bystrą  i  energiczną.  Zmierzwione  włosy  sterczały  bezładnie  na 
wszystkie  strony.  Miały  piaskowy  odcień.  Zielone  oczy  patrzyły  na  nią  z 
zaciekawieniem. 

-  Cześć,  Georgy.  Bardzo  mi  miło,  że  mogę  cię  poznać.  Jestem  Marissa  - 

powiedziała,  wyciągając  dłoń.  Dziewczynka  podała  jej  rączkę  bez  wahania, 
jakby  uczono  ją  tego  od  dzieciństwa.  -  Jestem  siostrą  Rileya,  a  nie  mamą. 
Przyjechałam, żeby pomóc ci w nauce. Riley będzie uczył się razem z tobą. Co 
ty na to? 

Radosny uśmiech nie zniknął z buzi Georgie. 
- Zastanowię się nad tym - powiedziała, jakby rzeczywiście wszystko od niej 

zależało.  -  Jesteś  naprawdę  bardzo  ładna!  -  dodała.  Niespodziewanie  nadęła 
policzki  i  powoli  wypuściła  ustami  powietrze,  naśladując  syk  balonu.  -  Riley 
wygląda  tak  samo  jak  ty.  Jeśli  nie  jesteś  jego  mamą,  dlaczego  nazywa  cię 
„ma"? - spytała roztropnie. - Dlaczego on jest mały, a ty duża? 

Ciotka Lois wzniosła oczy do nieba. 

42

RS

background image

-  Przestań  wypytywać!  -  powiedziała  z  wyrzutem.  Marissa  nie  zwracała  na 

nią uwagi. 

-  Ma  to  zdrobnienie  od  Marissa  -  wyjaśniła  dziecku.  Wiedziała  jednak,  że 

Riley  mówił  to  tak,  jakby  zwracał  się  do  własnej  matki.  -  Riley  urodził  się, 
kiedy już byłam duża. Mieliśmy tego samego tatę, ale inne mamy. 

-  To  gdzie  jest  jego  mama?  -  spytała  Georgia,  jakby  spotkały  się,  by 

poplotkować. - Powinna być tu z nim! - zakończyła, tupiąc twardym butem w 
marmurową posadzkę. 

-Tata chciał, żebym zaopiekowała się Rileyem. Rozumiesz, Georgio? 
-  Mów  do  mnie  Georgy!  -  szybko  poprawiła  ją  mała.  -Masz  miły  głos  - 

dodała. 

-  Dziękuję  -  powiedziała  Marissa  z  uśmiechem.  -  Riley  lubi  być  ze  mną  i 

chyba jest szczęśliwy. 

- Bo on cię kocha! - zawołała Georgia z teatralną przesadą. - Mogę wyjść i z 

nim porozmawiać? 

Wyciągnęła dłoń i dotknęła włosów Marissy. 
- Czy te loki są prawdziwe? Chciałam tylko sprawdzić. 
Marissa skinęła głową. 
- Riley i ja mamy kręcone włosy. 
- Ładnie w nich wyglądasz - oświadczyła dziewczynka. -Nienawidzę swojej 

fryzury - dodała z głębokim westchnieniem. 

- Wiesz, może wystarczyłaby odrobina żelu, żeby nie fruwały na wietrze we 

wszystkie  strony.  Masz  w  sobie  tyle  energii,  że  włosy  za  tobą  nie  nadążają. 
Wystarczy,  że  weźmiesz  trochę  żelu  na  dłonie,  a  potem  lekko  wetrzesz  we 
włosy. Przekonasz się, że to działa. 

-  Jasne!  -  stwierdziła  Georgia  takim  tonem,  jakby  od  wielu  lat  czekała  na 

rozwiązanie  tego  problemu.  -  Musimy  kupić  żel  -  dodała  i  odwróciła  się  do 
ciotki. - Dlaczego mi go nie kupiłaś? - spytała z wymówką w głosie. 

-  Twoje  włosy  wystarczy  porządnie  uczesać  -  stwierdziła  tamta.  - 

Oczywiście, gdybyś potrafiła ustać przez chwilę w jednym miejscu. 

Holt McMaster skrzywił się z niesmakiem. 
-  Skoro  w  końcu  znaleźliśmy  rozwiązanie,  może  przejdziemy  dalej?  - 

zaproponował. 

- Chwileczkę, Holt - wtrąciła Georgia z miłym uśmiechem i zwróciła się do 

Marissy. - Może powinnam zmienić fryzurę? - spytała, unosząc brwi. 

-  Nie  potrzebujesz  nowej  fryzury  -  oświadczyła  dobitnie  ciotka  Lois. 

Zupełnie  niepotrzebnie  uparła  się  kontynuować  temat,  który  wszyscy 

43

RS

background image

najchętniej  uznaliby  za  zakończony.  Nie  mogła  znieść,  że  siostrzenica 
natychmiast polubiła kobietę, którą Holt przygarnął do swego domu. 

- A ciebie kto pyta? - wrzasnęła Georgia. - Rozmawiam z Marissa, jasne? 
- Holt, pozwolisz jej tak do mnie mówić? - spytała Lois. 
-  Przepraszam,  zamyśliłem  się  -  mruknął.  -  Georgy,  dość  tego.  Przeproś 

ciocię. 

-  Już  się  robi  -  rzekła  Georgia  i  natychmiast  zaczęła  stepować.  - 

Przepraszam,  ciociu!  -  zawołała  i  przerwała  taniec  z  szeroko  rozłożonymi 
rękami. 

- Na litość boską, Georgy, przestań wreszcie - jęknął Holt. - Zanim zaczniesz 

zarabiać ciężkie pieniądze jako aktorka, pobiegnij do Rileya. Przywiążcie psa i 
wróćcie, żeby umyć ręce. 

- Tak, proszę pana. 
Georgia  uśmiechnęła  się  do  niego  na  tyle  słodko,  na  ile  pozwalał  jej  brak 

jedynki. Sposób, w jaki Riley zwracał się do Holta, najwyraźniej przypadł jej 
do gustu. 

Marissa  wybuchnęła  śmiechem.  Dziewczynka  miała  prawdziwy  talent 

komiczny. 

- Nie zachęcaj jej - poleciła ciotka Lois, patrząc na nią gniewnie. 
- Bardzo przepraszam - szepnęła Marissa. 
Dobrze  wiedziała,  że  nie  powinna  się  śmiać,  ale  nie  potrafiła  się 

powstrzymać. 

-  Zachęcanie  jej  nie  prowadzi  do  niczego  dobrego  -  powtórzyła  Lois, 

czerwona ze złości. 

-  Już  dobrze,  Lois,  poznaliśmy  twoją  opinię  -  odezwał  się  Holt,  patrząc  na 

Georgię, która pobiegła na werandę. Na schodach siedział Riley. 

Dziewczynka pogłaskała go po policzku. Może Riley zastąpi Zoltana, który 

ciągle namawiał ją do złych rzeczy? - pomyślał. 

- Domyślam się, że nie mówisz prawdy o sobie i tym chłopcu - odezwała się 

Lois do Marissy. 

- Dlaczego miałabym kłamać? - spytała Marissa. 
Nie  dała  poznać  po  sobie,  jak  wielką  przykrość  sprawiła  jej  ta  zaczepka. 

Było to gorsze niż rozmowa z jej własną ciotką Allison. 

Lois spojrzała na nią z politowaniem. 
- Nawet sześcioletnie dziecko nie dało się nabrać. 

44

RS

background image

-  Marissa  nie  musi  tego  wysłuchiwać  -  wtrącił  Holt  zniecierpliwionym 

głosem.  Daremnie  liczył  na  zawieszenie  broni.  -  Poza  tym,  Lois,  to  nie  twoja 
sprawa. 

Szwagierka złożyła dłonie zbolałym gestem. 
-  Po  tym  wszystkim,  co  zrobiłam?  -  zawołała  rozzłoszczona.  -  Codziennie 

znosiłam  wrzaski  Georgii,  przekleństwa,  kopniaki,  bo  tylko  ja  się  o  nią 
troszczyłam. 

Holt z trudem nad sobą zapanował. 
-  Dobrze  wiesz,  że  to  nieprawda.  Jestem  ci  bardzo  wdzięczny  za  pomoc. 

Mówiłem ci to już wielokrotnie. Natomiast teraz zapewne chętnie odpoczniesz 
od opieki nad Georgią? 

Marissa  bez  trudu  odgadła,  że  ciotka  Lois  zniosłaby  towarzystwo  nawet 

dziesięciorga  nieznośnych  bachorów,  żeby  być  blisko  Holta.  A  teraz  okazało 
się  raptem,  że  ma  odejść.  McMaster  to  bezwzględny  facet.  Wszystko  nagle 
stało  się  jasne.  Przyjął  Marissę  tylko  dlatego,  aby  ciotka  Lois  nie  miała 
pretekstu, by tu mieszkać. Najzwyczajniej udawał dobrego człowieka! 

Powód  nagłego  zatrudnienia  Marissy  stał  się  oczywisty  także  dla  Lois. 

Widać to było po jej minie. 

-  Ależ  Holt,  co  ty  mówisz?  -  spytała  cicho,  patrząc  mu  w  oczy.  Dla  niej 

musiał  być  najwspanialszym  mężczyzną  na  świecie,  choć  teraz  zachował  się 
brutalnie. 

Czas na mnie, pomyślała Marissa. 
- Proszę wybaczyć, ale gdzieś mam zapasową smycz dla Dustyego. Pójdę jej 

poszukać - oznajmiła. 

Nie  potrafiłaby  znieść  dalszych  błagań  i  jęków,  tym  bardziej  że  Holt  miał 

minę, jakby właśnie odciął się od wszelkich uczuć. 

Marissa  nie  polubiła  ciotki  Lois,  bo  ta  wyłącznie  ją  atakowała,  natomiast 

trochę jej współczuła. Zakochać się w byłym mężu siostry to prawdziwy pech. 
Zapewne  kochała  go  już,  gdy  była  druhną  na  jego  ślubie.  Beznadziejna 
sytuacja. Nagle niespodzianka, małżeństwo się rozpadło i pojawiła się okazja, 
której nie można zmarnować. Jednak Marissa miała przeczucie, że ciotka Lois 
nie ma szans. 

 
 
 
 
 

45

RS

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
Nie  minęła  nawet  doba,  a  Georgia  zdążyła  już  zdecydować,  że  chce  się 

wyprowadzić  ze  swej  sypialni.  Chciała  przenieść  się  do  Devlinów  w 
zachodnim  skrzydle.  Była  przyzwyczajona,  że  ciągłym  naleganiem  można 
osiągnąć cel. Powtarzała więc to samo w nieskończoność. 

-  Chcę  się  do  was  przenieść.  Proszę,  proszę,  Marisso!  Nie  możemy  być 

porozrzucani w różnych miejscach. Powinniśmy być razem! 

Riley  niespokojnie  przeczesał  włosy  palcami.  Zastanawiał  się,  jak  bardzo 

ciągła  obecność  Georgii  może  skomplikować  im  życie.  Z  tak  wybuchowym 
dzieckiem jeszcze nigdy nie miał do czynienia. 

- Mój Boże, jesteś nieznośna! - stwierdziła Lois podniesionym głosem, stając 

w  drzwiach  klasy.  Czuła  się  osobiście  upokorzona  faktem,  że  siostrzenica 
podlizuje się guwernantce. 

Marissa  kręciła  się  po  pomieszczeniu,  przestawiając  sprzęty  zgodnie  z 

własną  koncepcją.  Dzieci  w  tym  czasie  siedziały  w  ławkach  i  miały  zająć  się 
rysowaniem.  W  przypadku  Rileya  był  to  prom  kosmiczny  z  astronautą  w 
kombinezonie.  Natomiast  Georgia  stworzyła  ponury  obrazek,  na  którym 
poskręcane  drzewa  wyrastały  na  bagnie  zamieszkanym  przez  straszliwe, 
czarne, czworonożne stwory. Riley stwierdził, że to groźne niedźwiedzie. 

Na dźwięk głosu Lois rozmowa ucichła. 
- Co ty możesz wiedzieć? - odezwała się do niej Georgia. Lois prześladowała 

dziewczynkę  ciągłym  krytykowaniem,  ale  mała  nie  powinna  tak  się 
zachowywać, pomyślała Marissa. 

-  Georgy,  proszę,  usiądź  prosto  i  dokończ  rysunek  -  powiedziała, 

przybierając oficjalny ton nauczycielki. W szkole była to skuteczna metoda, ale 
żadna z jej uczennic nie zachowywała się tak jak Georgia. - Jeśli chcesz, żeby 
ktoś poważnie potraktował twoje życzenie, musisz zachowywać się uprzejmie. 
Pokrzykiwanie na ciocię na pewno nie jest grzeczne. 

-  Dobrze,  przepraszam  -  mruknęła  Georgia  i  dorysowała  wyjątkowo 

paskudnego niedźwiedzia. - Powiedz jej, żeby też zachowywała się grzecznie i 
nie wrzeszczała na mnie. Jeszcze jej nie słyszałaś. Holt też nie. 

-  Czy  nie  powinnaś  nazywać  go  tatą?  -  spytał  Riley.  Nie  mógł  pojąć, 

dlaczego Georgia zwraca się do ojca po imieniu. 

Dziewczynka odwróciła się w jego stronę. 
- On nie ma nic przeciwko temu - zapewniła. - Nawet to lubi. 
Chłopiec nie był przekonany. 

46

RS

background image

- Ja zawsze mówiłem do taty „tato". 
- Dobrze. Będę mówiła do Holta „tato", jeśli ci na tym zależy. 
Georgia nie miała zamiaru zniechęcać do siebie Rileya. Była nim po prostu 

zachwycona. Wymyślony Zoltan zupełnie wyleciał jej z głowy. 

-  Bardzo  go  kocham  -  dodała.  -  Jest  wspaniały.  Chciałabym  być  chłopcem 

jak  ty.  Wtedy  kochałby  mnie  mocniej.  Dlaczego  chłopcy  są  tak  cholernie 
ważni? - spytała, z wyraźną przyjemnością wymawiając przekleństwo. 

Marissa pokręciła głową. 
- Georgy, nie przeklinaj. Dziewczynka skrzywiła się. 
- A mogę mówić psiakrew i do diabła? 
- Tylko gdy naprawdę musisz - wyjaśniła Marissa. - Na przykład, kiedy się 

przewrócisz i skaleczysz, ale lepiej by było, gdybyś nie przeklinała. Będziemy 
się  uczyć  bardzo  wielu  nowych  słów.  Zapewniam  cię,  że  brzydkie  słowa  nie 
będą nam potrzebne. 

-  To  prawda  -  potwierdził  Riley,  spoglądając  na  rysunek  Georgii.  Przy  nim 

jego  dzieło  wydawało  się  nudne.  Georgia  właśnie  dorysowała  zasieki  z  drutu 
kolczastego. - Lubię słowa - dodał. 

-  Ja  też  -  przyznała  szczerze.  -  Lubię  też  przeklinać  -  szepnęła,  zasłaniając 

usta dłonią. - Nie będę kląć przy tobie i Marissie, bo jesteście bardzo mili. 

- Pani Devlin, czy możemy porozmawiać na osobności? -spytała nagle Lois. 
- Oczywiście. 
Marissa na chwilę odwróciła się do dzieci. 
- Georgy, gdy skończysz rysować, pokaż Rileyowi swoje ulubione książki. A 

Riley pokaże ci swoje. Muszę na chwilę wyjść. 

- To mogę się przenieść bliżej was? - zawołała za nią Georgia. 
-  Porozmawiamy  o  tym  z  tatą  -  odparła  Marissa.  -  Nie  sądzę,  żeby  się 

sprzeciwił, ale musimy go spytać. 

-  Nie  spotkasz  go  dziś,  chyba  że  go  poszukasz  -  uprzedziła  ją  Georgia.  - 

Wiem, gdzie jest, i mogę ci powiedzieć. Chcę się przenieść jak najszybciej, bo 
mamy z Rileyem mnóstwo rzeczy do zrobienia, prawda, Riley? 

-  Jasne!  -  potwierdził  i  roześmiał  się  radośnie,  co  w  uszach  Marissy 

zabrzmiało jak muzyka. 

-  Zobaczymy,  co  da  się  zrobić  -  powiedziała.  Zastanawiała  się,  czy 

rzeczywiście powinna poszukać 

Holta i załatwić sprawę do końca. Georgia na pewno nie zamierza ustąpić. 
- Nie od razu Rzym zbudowano - przypomniała. - Riley, pamiętaj, że zawsze 

musicie być blisko domu. 

47

RS

background image

- Oczywiście, Ma! - zapewnił. 
Lois  czekała  na  Marissę  w  dalszej  części  korytarza.  Obrzuciła  ją  chłodnym 

spojrzeniem. 

- Masz zamiar zadomowić się tutaj, prawda? Oswoiłaś już Holta, Olly, nawet 

moją  nieznośną  siostrzenicę.  Pewnie  rzucisz  się  do  stóp  pani  McMaster,  gdy 
tylko ją spotkasz? 

Oddychaj  głęboko  i  powoli.  Policz  do  dziesięciu.  Może  do  piętnastu, 

powtarzała sobie Marissa. 

-  Pani  Aldridge,  dlaczego  pani  mnie  nienawidzi?  -  spytała.  -  Nawet  mnie 

pani nie zna. Nie zależy mi na konflikcie z panią, wręcz przeciwnie. Na czym 
polega  problem?  Georgy  potrzebuje  guwernantki  i  konsekwentnego 
wychowania. Mam nadzieję zapewnić jej należytą opiekę. 

Rozsądne argumenty nie wzruszyły Lois. Spoglądała z niechęcią na rywalkę 

i nie szukała porozumienia. Chciała konfrontacji. 

-  Myślisz,  że  jeśli  masz  dziecko,  to  od  razu  wiesz,  jak  wychowywać 

wszystkie? - spytała zaczepnie. 

- Czyja ciągle muszę powtarzać to samo? - spytała Marissa z westchnieniem. 

- Riley jest moim przyrodnim bratem. Czy to tak trudno zrozumieć? 

Lois prychnęła pogardliwie. 
- Łatwo to sprawdzić. 
- Rozumiem, że potem mogę oczekiwać przeprosin? Lois milczała. 
-  O  czym  miałyśmy  rozmawiać?  -  spytała  Marissa.  Nie  zamierzała  tracić 

czasu na słowne przepychanki. 

-  Chcę  cię  tylko  ostrzec  -  odezwała  się  Lois,  patrząc  jej  prosto  w  oczy.  - 

Moja siostra co prawda zostawiła Georgię pod opieką Holta, ale nadal jest jej 
matką i nadal go kocha, cokolwiek by mówiła. Nie próbuj za bardzo zbliżyć się 
do niego, to wszystko. 

Marissę ogarnęła irytacja. 
- Pani Aldridge, nie zamierzam zbliżać się za bardzo, cokolwiek miałoby to 

znaczyć. Może pani przekazać to siostrze. Na pewno składa jej pani dokładne 
sprawozdania. 

- A niby dlaczego nie? To moja siostra! - stwierdziła Lois, czerwieniąc się ze 

złości. 

Zapewne  dobrze  wie,  że  się  kochasz  w  Holcie,  i  sprawia  jej  to  mnóstwo 

satysfakcji, pomyślała Marissa. 

- Co? - spytała Lois gwałtownie, jakby potrafiła czytać w cudzych myślach. 
- Nic nie powiedziałam - rzekła Marissa. 

48

RS

background image

-  Co  chcesz  zyskać,  zaszywając  się  na  takim  odludziu?  -spytała  Lois.  - 

Zauważyłam,  że  jesteś  niebrzydka  -  dodała.  Nie  potrafiła  wykrztusić  z  siebie 
szczerego komplementu. 

- Chcę mieć przy sobie Rileya, dopóki nie podrośnie i nie pójdzie do szkoły 

z  internatem  -  spokojnie  wyjaśniła  Marissa.  -  W  mieście  to  praktycznie 
niemożliwe.  Moja  przyjaciółka  wychowywała  się  na  farmie  i  miała 
guwernantkę. Podpowiedziała  mi takie rozwiązanie na rok lub dwa. Riley był 
załamany śmiercią naszego ojca. Na razie jestem mu potrzebna. 

- Nadal upierasz się przy tej swojej historyjce? - spytała Lois. 
Pojawienie  się  Marissy  było  dla  niej  jak  grom  z  jasnego  nieba  i  oznaczało 

wyłącznie kłopoty. 

-  Pani  Aldridge,  nie  zmyślam  historyjek,  tylko  mówię  prawdę.  -  Marissa 

doskonale zdawała sobie sprawę, co Lois chodzi po głowie. - Muszę wracać do 
dzieci. 

-  Na  razie  nie  widzę  żadnych  szkolnych  sukcesów  -  stwierdziła  Lois  z 

satysfakcją. 

- Sprawy wyglądają o wiele lepiej, niż się spodziewałam, i bardzo się z tego 

cieszę. Teraz proszę wybaczyć... 

Jednak  Lois  była  jak  zwykle  pełna  agresji,  co  wydawało  się  cechą  całej  jej 

rodziny. 

-  Nie  radzę  rozmawiać  z  Holtem  na  temat  przeprowadzki.  Georgia  ma 

piękny pokój, który urządziłam osobiście. Nie życzę sobie żadnych zmian. 

Boże, ratuj, pomyślała Marissa. 
- Niewątpliwie jest pani dla niej bardzo dobrą ciotką, ale zatrudnił mnie pan 

McMaster i przed nim odpowiadam. -Napastliwość Lois nie robiła na Marissie 
wrażenia.  -  Potrzebowałam  pracy,  ale  nie  podjęłabym  jej,  gdybym  nie  miała 
swobody. 

-  Swobody?  -  Lois  spojrzała  na  nią  z  wściekłością.  -  Jak  sobie  chcesz,  ale 

jeśli wejdziesz w drogę mnie i mojej siostrze, to pożałujesz! 

Zabrzmiało to jak groźba. 
- Obawiam się, że przecenia pani swoje możliwości - powiedziała cicho. 
Mogła dodać, że Holt już jej poradził, by się nie wtrącała, ale nie chciała się 

nad  nią  znęcać.  Lois  najzwyczajniej  jest  w  rozpaczy  z  powodu  odrzuconej 
miłości, i widać to z daleka. 

-  Niewątpliwie  różnisz  się  od  guwernantek,  które  tu  zatrudnialiśmy  - 

odezwała  się  Lois  roztrzęsionym  ze  złości  głosem.  -  Jak  śmiesz  tak  do  mnie 
mówić?  Ja  należę  do  rodziny,  a  ty  zostałaś  tu  zatrudniona,  i  to  nie  na  długo. 

49

RS

background image

Możesz być tego pewna. Ja jestem tylko łagodną kotką w porównaniu z moją 
siostrą. To prawdziwa tygrysica. 

Marissa nie miała co do tego wątpliwości. Holt McMaster nie wziąłby ślubu 

z łagodną kotką. 

- Dlatego nie spodobała się jej pustynia? - spytała i odeszła. 
Przed wyjściem z domu Marissa poszła po radę do Olly. Zastała ją w kuchni. 
-  Georgy  chce  się  przenieść  do  innej  sypialni  -  oznajmiła,  przechodząc  od 

razu  do  rzeczy.  -  Chce  mieszkać  w  naszym  skrzydle.  Najwyraźniej  bardzo 
polubiła Rileya. 

-  Nic  dziwnego  -  stwierdziła  Olly.  -  Usiądź  sobie.  To  śliczny  i  pogodny 

chłopiec, a wszystko zawdzięcza tobie. 

- Dziękuję - powiedziała Marissa. - Co myślisz o tym wszystkim? - Usiadła i 

spojrzała na zaniepokojoną minę Olly. 

-  Lois  poświęciła  dużo  czasu  i  pieniędzy,  żeby  urządzić  pokój  Georgy  - 

odparła  gospodyni,  patrząc  na  Marissę  ponad  swymi  okularami.  -  Jest  zbyt 
ekstrawagancki  i  dziwaczny  jak  na  potrzeby  małej  dziewczynki.  Jednak  Lois 
nie potrafi inaczej, a Tara była taka sama. 

- Tara to była żona pana McMastera? 
-  Tak.  Oczywiście  byłoby  lepiej,  gdybyś  miała  dziecko  na  oku.  Jeszcze 

niedawno zdarzało się jej lunatykować. 

Marissa spojrzała na nią z zaskoczeniem. 
-  To  musiało  być  poważne  zmartwienie?  -  spytała.  Miała  nadzieję,  że  Olly 

powie coś więcej. 

- Było, ale na szczęście minęło. 
- Cóż, nadal powinno się ją obserwować. Chciałam zapytać pana McMastera 

o pozwolenie, ale najpierw zależy mi na twojej opinii. Jeśli uważasz, że to zły 
pomysł,  to  zrezygnuję.  Pani  Aldridge...  nie  proponowała,  żebym  nazywała  ją 
Lois... 

- I nie zaproponuje - wtrąciła Olly. 
- Więc pani Aldridge jest absolutnie temu przeciwna. 
-  Kochanie,  chyba  się  nie  dziwisz?  A  przy  okazji,  panna  Lois  jest  bardzo 

zainteresowana Holtem. 

-  Już  zdążyłam  to  zauważyć  -  przyznała  Marissa  obojętnym  tonem.  - 

Powiedziała,  a  właściwie  ostrzegła  mnie,  żebym  nie  ośmieliła  się  zrobić 
czegokolwiek, co mogłoby wyprowadzić z równowagi jej siostrę. 

Olly cmoknęła i pokręciła głową. 

50

RS

background image

-  Tara  jest  dominująca.  Lois  to  tylko  blady  cień  starszej  siostry.  Dobiega 

trzydziestki, a ciągle jest w nią zapatrzona. 

Marissa oparła brodę na dłoni. 
-  Można  jej  tylko  współczuć.  W  każdym  razie  przekazała  mi  informację: 

jeśli wyprowadzę z równowagi matkę Georgii, natychmiast stąd wylecę. 

- Coś takiego! - zawołała Olly, podchodząc bliżej. - Była pani McMaster nie 

ma  tu  nic  do  gadania,  kochanie.  Lois  cię  nabiera.  Cóż,  czuje  się  zagrożona. 
Zjawiasz się nie wiadomo skąd, wyglądasz jak świeży kwiat, więc nie  ma się 
co dziwić. 

Marissa jęknęła. 
- Olly, przyjechałam tu jako guwernantka, a nie w charakterze zagrożenia dla 

kogokolwiek Mam dość własnych problemów. 

-  Na  pewno,  ale  dzięki  urodzie  można  wiele  zyskać.  Masz  problemy,  więc 

bogaty mąż bardzo by się przydał. 

-  Jakoś  mi  się  nie  spieszy.  Natomiast  domyślam  się,  że  poprzednia 

opiekunka zakochała się w panu domu. Mam rację? 

- I ta przed nią! Obie były zakochane po uszy. Jednak Holt nie spieszy się do 

kolejnego ślubu. Nie można mu się dziwić. Gdyby chciał, miałby na zawołanie 
kilkanaście kandydatek. Mówię tylko o tych, o których słyszałam. 

Prawdopodobnie  inne  chętne  musiałyby  ustawić  się  w  kolejce  sięgającej  aż 

do Alice Springs, pomyślała Marissa. 

- Jak poznał Tarę? - zapytała. - Aldridgebwie to posiadacze ziemscy? 
Olly pokręciła głową. 
-  Nie.  Holt  poznał  Tarę  na  przyjęciu  w  Sydney.  Tam  mieszka  jej  rodzina. 

Ojciec to znany biznesman, który zawsze jest na liście najbogatszych. Ślub był 
gigantyczny!  Myślę,  że  po  powrocie  z  miodowego  miesiąca  w  Europie  Holt 
zaczął żałować swego kroku. 

-  Coś  takiego!  -  nie  wytrzymała  Marissa.  Czyżby  nie  sprawdził  przed 

ślubem, z kim się wiąże? - On nie sprawia wrażenia osoby, która popełnia tak 
poważne błędy - skomentowała. 

-  Kochanie,  wszyscy  popełniamy  błędy  -  rzekła  Olly  aluzyjnym  tonem  i 

poklepała ją po dłoni. 

Przekonanie  kogokolwiek,  że  Riley  nie  jest  jej  dzieckiem,  wydawało  się 

ponad siły. 

Samochód  od  czasu  do  czasu  podskakiwał  na  nierównościach.  Zupełnie 

płaska  równina  ciągnęła  się  aż  po  horyzont.  Nic  dziwnego,  że  gdy  rzeki 
wzbierały,  powódź  rozlewała  się  po  dużym  obszarze,  pomyślała  Marissa. 

51

RS

background image

Jechała,  wystawiając  rękę  przez  okno,  by  czuć  chłodny  pęd  powietrza.  Z 
zachwytem  obserwowała  stada  ptaków.  Jadący  samochód  płoszył  ich  tysiące. 
Krążyły potem w górze z doskonałą koordynacją. Nie mogła oderwać od nich 
oczu. 

Nagle  z  wysokiej  trawy  wybiegło  stado  spłoszonych  walabii.  Zaskoczona, 

gwałtownie  wcisnęła  pedał  hamulca.  Serce  podeszło  jej  do  gardła.  Torbacze 
zatrzymały  się.  Przez  chwilę  spoglądały  na  nią  z  zaciekawieniem,  a  potem 
ruszyły w podskokach w stronę błyszczącej tafli wody. 

Marissa  doszła  do  wniosku,  że  bezpieczeństwo  jest  ważniejsze  niż 

obserwowanie  nawet  najpiękniejszych  ptaków,  i  od  tej  chwili  prowadziła  już 
uważniej. 

Zgodnie  ze  wskazówkami  Olly  i  Georgii  starała  się  nie  tracić  z  oczu 

płytkiego kanału, którego brzegi porastały wielkie eukaliptusy. Meandrował z 
prawej strony, gdzie przed chwilą zniknęły walabie. 

Marissa zaczęła wypatrywać chmur czerwonego pyłu. Dzięki temu powinna 

najłatwiej trafić do zagrody, gdzie dziś pracowała grupa robotników Holta. Dla 
typowego  mieszczucha  okolica  była  niebezpiecznym  miejscem,  gdzie  łatwo 
zabłądzić  i  stracić  życie.  Na  szczęście  w  pewnej  chwili  Marissa  zauważyła 
kłęby  czerwonego  pyłu.  Skierowała  pojazd  w  tamtą  stronę.  Była  bardzo 
zadowolona,  że  Holt  dał  jej  do  dyspozycji  samochód  terenowy.  Dzięki  temu 
nie musiała tkwić w pobliżu domu. 

Panował  upał,  ale  znosiła  go  bardzo  dobrze.  Pomyślała,  że  w  tropikach, 

gdzie  powietrze  wydaje  się  ociekać  wilgocią,  taka  temperatura  byłaby 
zabójcza. Tymczasem okazało się, że chmury pyłu znajdowały się dużo dalej, 
niż  jej  się  początkowo  wydawało.  Teren  wzdłuż  kanału  był  coraz  bardziej 
skalisty, a wystające ponad wodę korzenie tworzyły nieprzebytą plątaninę. 

Z oddali słyszała już ryk bydła i szczekanie psów. Nagle zauważyła ruch w 

wysokiej  trawie.  Kolejne  walabie  czy  może  pies  dingo?  -  zastanawiała  się. 
Tymczasem dziwny kształt nieubłaganie sunął przed siebie. Niewiele wiedziała 
na temat stworzeń zamieszkujących tę część Australii. 

W  następnej  chwili  nacisnęła  hamulec  i  zamarła.  Na  ścieżkę  wypełzła 

olbrzymia  jaszczurka,  wyglądająca  jak  groźny  smok.  Miała  ponad  dwa  metry 
długości. Nie tylko jej wygląd budził strach. Wydawała z siebie odstraszający 
syk.  Olbrzymi  waran...  Te  giganty  bywają  agresywne,  przypomniała  sobie. 
Uznała, że będzie czekać choćby pół dnia, by ten relikt przeszłości zszedł jej z 
drogi.  Dookoła  widziała  mnóstwo  miejsc,  gdzie  potwór  mógłby  znaleźć 
kryjówkę.  Być  może  jaszczurka  broni  gniazda?  Potężny  ogon  poruszał  się 

52

RS

background image

groźnie  na  boki,  zamiatając  ziemię.  Marissa  miała  nadzieję,  że  w  razie 
potrzeby samochód nawet w gąszczu okaże się szybszy od zwierzęcia. 

Nagle  stwór  stanął  na  tylnych  łapach.  Nie  miała  pojęcia,  że  w  ogóle  to 

potrafi. Spoglądał na nią jak na łakomy kąsek. Kurczowo ścisnęła kierownicę. 
Nawet krokodyl nie przestraszyłby jej bardziej. Nie zamierzała dłużej czekać. 
Skręciła  kierownicę  w  prawo,  wcisnęła  gaz  i  gwałtownie  ruszyła  w  stronę 
wody. Grunt był  tu nierówny. Marissa podskakiwała na wybojach, ryzykując, 
że wypadnie z pojazdu. 

Niecałe dwa kilometry dalej Holt uniósł głowę, słysząc silnik samochodu na 

wysokich  obrotach.  Zamierzał  pojechać  do  następnej  zagrody,  ale  najpierw 
sięgnął do jeepa po lornetkę. Wystarczyło jedno spojrzenie. Terenówka, którą 
dał  Marissie  do  dyspozycji,  gwałtownie  skręciła,  wzbijając  chmurę  pyłu,  i 
ruszyła prosto w stronę zarośli rosnących wzdłuż brzegu. Do diabła, co tam się 
dzieje?  -  pomyślał  rozzłoszczony.  Dlaczego  ona  nie  trzyma  się  drogi?  Czy  to 
jakieś wygłupy? 

Jedno jest pewne: Marissa jedzie o wiele za szybko. Holt rzucił lornetkę na 

tylne  siedzenie,  wskoczył  za  kierownicę  i  ruszył  w  stronę  samochodu,  który 
właśnie zniknął wśród krzewów. 

Wyobraźnia  podsunęła  mu  obraz  pojazdu  ślizgającego  się  po  stromym 

brzegu, by w końcu przekoziołkować i wylądować w mule. Co jej przyszło do 
głowy?  -  zastanawiał  się.  Sprawiała  wrażenie  spokojnej  i  zrównoważonej,  a 
teraz  nagle  gna  jak  szalona,  wzbijając  chmurę  pyłu.  Wszystko  po  to,  by 
przeżyć chwilę napięcia. Nie powinienem pozwolić jej na samodzielne wyjaz-
dy,  powtarzał  w  myślach,  zły  na  siebie.  Kto  opiekuje  się  dziećmi,  kiedy  ona 
urządza  sobie  zabawy  nad  rzeką?  Głupia  baba!  Dotychczas  sądził,  że  ma 
więcej rozumu. 

W  końcu  ją  odnalazł.  Siedziała  bezradnie  w  samochodzie,  przednie  koła 

zapadły się w mule po osie. Gdy stwierdził, że nic się jej nie stało, odeszła mu 
jakakolwiek ochota na współczucie. 

-  Czy  mogę  wiedzieć,  co  zaczęłaś  tu  wyrabiać?  -  zapytał  ostrym  tonem.  - 

Mogłabyś wysiąść. Samochód ci nie ucieknie - zapewnił. 

Otworzył drzwi i podał jej rękę. Jej dłoń była delikatna i jedwabista. Marissa 

nie wypuszczała jego ręki, dopóki nie odzyskała równowagi. Musiała nieźle się 
przestraszyć, pomyślał, czując jej drżenie. Nagle przeszła mu złość. 

-  Zrobiłaś  sobie  coś?  -  spytał  i  przyjrzał  się  jej  dokładnie.  Bujne  włosy 

wyglądały  wspaniale  i  kobieco,  twarz  była  piękna  jak  zwykle,  długie  nogi, 
delikatne ciało... Na pewno wszystko jest z nią w porządku. Natomiast on zdał 

53

RS

background image

sobie  sprawę,  że  właśnie  po  raz  pierwszy  w  życiu  spotkał  kobietę,  która 
wywoływała  w  nim  nieodparte  pragnienie,  by  ją  objąć  i  przytulić.  Opamiętaj 
się, człowieku, powtarzał sobie w myślach. 

Marissa potrząsnęła głową. 
- Przepraszam - powiedziała, patrząc mu w oczy. 
-  Rzeczywiście  powinnaś  przepraszać,  bo  byłaś  o  krok  od  nieszczęścia. 

Samochód mógł stoczyć się do rzeki. 

- Wiem - stwierdziła, stojąc po kostki w wodzie. Buty miała przemoczone, a 

teraz spodnie zaczęły nasiąkać wodą. 

- Jak można być tak niemądrym? - odezwał się cicho, starając się nie myśleć 

o tym, jakie zrobiła na nim wrażenie. Kobiety zawsze starają się wykorzystać 
męską opiekuńczość, mówił sobie. 

- Wiem, wiem... - zaczęła i poczuła, że ugięły się pod nią nogi. 
- Do diabła! - wymknęło mu się, ale wykazał się refleksem i zdążył ją złapać, 

zanim  wylądowała  w  błocie.  Obejmując  ją,  poczuł  przyjemny  dreszcz,  choć 
wydawało mu się, że uodpornił się na wdzięki kobiet. - Już dobrze. Trzymam 
cię - rzekł uspokajającym tonem. 

Szybko wspiął się na brzeg. 
-  Dobrze,  już  mi  lepiej.  Po  prostu  bardzo  się  przestraszyłam  -  mówiła.  - 

Może mnie pan postawić na ziemi. 

- Całe szczęście, bo ważysz co najmniej tonę! 
- Nieprawda! - zaprzeczyła odruchowo. 
- Och, co za różnica? Usiądźmy na chwilę - zaproponował niezadowolonym 

tonem. 

Cóż, musiał przyznać, że Marissa działa na jego zmysły. Oczywiście, nie jest 

ciężka,  jak  przed  chwilą  stwierdził,  lecz  krucha  i  delikatna.  Jej  skóra  ma 
zapach, który bardzo go pociągał. 

Musi jakoś wybrnąć z tej sytuacji. 
-  Zdajesz  sobie  sprawę,  jak  głupim  pomysłem  było  zjechanie  z  drogi? 

Pędziłaś  na  łeb  na  szyję  przez  wysokie  trawy,  w  których  mogły  być  głazy, 
doły, czy jakieś duże zwierzę... 

Spojrzała na niego z ukosa. 
- Był tam wielki waran. - Uznała, że czas wyjaśnić powody szaleńczej jazdy. 

- Miał ze dwa metry długości i nagle stanął na tylnych łapach, gotów do ataku. 
Nie  wiedziałam,  że  jest  zdolny  do  takich  zachowań.  Był  dokładnie  na  środku 
drogi. Nie mogłam jechać dalej. Przestraszył mnie bardziej niż krokodyl. 

Holt roześmiał się głośno. Zupełnie zmienił mu się nastrój. 

54

RS

background image

- Byłaś kiedyś aż tak blisko krokodyla? - spytał. 
-  Na  tyle  blisko,  na  ile  miałam  ochotę.  Oglądałam  je  na  pokazach  dla 

turystów. 

-  Rozumiem  -  stwierdził  kpiącym  tonem.  -  Lecąc  helikopterem,  można 

zobaczyć  ich  tu  setki  w  jeziorach,  rzekach  i  na  bagnach.  Gdybyś  spotkała 
takiego  z  bliska,  uznałabyś  warana  za  zwierzę  spokojne  jak  domowy  kot  czy 
pies. Wystarczyło nacisnąć klakson. Oczywiście, nie przyszło ci to do głowy? 

Jego kpiący ton zaczął wyprowadzać ją z równowagi. 
-  Byłam  przerażona  i  nie  chciałam  go  prowokować.  Wyglądało  na  to,  że 

mógłby skoczyć na samochód. Wiem, że potrafią wchodzić na drzewa. 

Holt spojrzał na nią i skinął głową. 
- Cóż, może była to samica broniąca gniazda. 
- Mnie też przyszło to do głowy - stwierdziła cierpko. 
-  Krótko  mówiąc,  nie  były  to  z  twojej  strony  żadne  chuligańskie  wygłupy. 

Byłaś  przekonana,  że  walczysz  o  życie  -  podsumował  z  rozbawieniem.  - 
Przyrzekam, że nikomu o tym nie powiem. 

- Chciałabym w to wierzyć. 
- Jeśli przyrzekam, to dotrzymuję słowa - powiedział, patrząc jej w oczy. 
Do  diabła,  tracę  przy  nim  resztki  pewności  siebie,  pomyślała.  Jeśli  mam 

zostać w jego domu na dłużej, muszę jakimś cudem wziąć się w garść. 

-  Nie  ma  co  się  śmiać.  Przez  chwilę  nie  byłam  w  stanie  utrzymać 

kierownicy.  To  wystarczyło,  żeby  samochód  sam  wybrał  drogę  prosto  w 
najgłębsze błoto, które oblepiło przednie koła jak cement. 

-  Miałaś  szczęście.  Ale  bardziej  interesuje  mnie  inna  sprawa:  po  co  tu  w 

ogóle  przyjechałaś?  -  spytał,  patrząc  na  jej  usta  jakby  stworzone  do 
pocałunków. 

Zauważyła  to  i  nerwowo  zwilżyła  wargi.  Holt  z  trudem  powstrzymał 

westchnienie. 

- Wydawało mi się, że o tej porze powinnaś zajmować się dziećmi? 
Zaczerwieniła się. 
- Są teraz po opieką Olly. Przyjechałam tu, bo Georgy chce przenieść się do 

sypialni w zachodnim skrzydle, bliżej mnie i Rileya. 

-  Naprawdę?  -  spytał,  zastanawiając  się,  czy  Marissa  zdaje  sobie  sprawę, 

jakie wywiera na nim wrażenie. 

- Tak. 
- I dlatego jechałaś taki kawał drogi? 

55

RS

background image

-  A  kto  mógłby  podjąć  decyzję?  Pan  jest  jej  ojcem.  Ciotka  Lois  jest  temu 

absolutnie przeciwna. 

- To oczywiste - powiedział, wyciągając się na piasku. Podparł się na łokciu. 

- Zaprojektowała ten pokój... i wszystko na marne! Domyślam, się, że Georgy 
życzy sobie podjęcia natychmiastowych działań? - spytał z domyślnym uśmie-
chem. 

Marissa wzruszyła ramionami. To było jasne. 
- Uparła się, ale pomysł nie jest wcale zły. Będę ją miała na oku, a poza tym, 

jak pewnie pan zauważył, bardzo polubiła Rileya. 

- I ciebie - dodał. - Jestem za to wdzięczny losowi. Zjawiłaś się znikąd, jak 

spełnienie moich marzeń. Już ci lepiej? 

Skinęła  głową.  Miała  uczucie,  że  z  dnia  na  dzień  jej  życie  przyspieszyło 

bieg. 

- Wszystko w porządku. Martwię się tylko o samochód. 
-  Niepotrzebnie.  Wyciągniemy  go.  Tymczasem  podwiozę  cię,  żebyś  mogła 

wrócić do obowiązków. 

Wstał, wyciągnął dłoń i pomógł jej wstać. 
-  Dziękuję  za  pomoc,  chociaż  właściwie  mogłam  pójść  do  zagrody  na 

piechotę. 

Uniósł brwi. 
- Nigdy tego nie rób, chyba że jestem w pobliżu. 
Było to stanowcze polecenie, choć przekazane życzliwym tonem. 
- Jak pan sobie życzy - powiedziała i roześmiała się po chwili. - Naprawdę 

pan myślał, że postanowiłam trochę poszaleć, jeżdżąc po zaroślach? 

-  Przyznaję,  że  byłem  zaskoczony  -  powiedział.  Jej  śmiech  sprawił  mu 

wyraźną radość. 

- A Georgia? Mam to zrobić? 
- Co zrobić? - spytał, patrząc na nią lekko nieprzytomnym wzrokiem. 
- Przenieść jej rzeczy do zachodniego skrzydła. Skinął głową i ruszył dalej. 
- Jeśli jej na tym zależy. 
- Kocha pan córkę? - spytała nagle. Zatrzymał się. 
- Słucham, pani Devlin? 
- Przepraszam, ja wiem, że tak, tylko czasem bywa pan... jakby nieobecny. 
- Uważnie mnie obserwujesz, prawda? 
- Próbuję wyrobić sobie zdanie na temat ludzi, z którymi mam do czynienia. 
-  Ja  też,  pani  Devlin.  Żeby  było  łatwiej,  od  razu  podpowiem,  że  mam  dość 

szorstki sposób bycia. Jeszcze jakieś pytania? 

56

RS

background image

Marissa milczała przez chwilę. 
- Czy mogę trochę zmienić pokój do nauki, żeby stał się odrobinę weselszy? 
- Plakaty, baloniki, czy coś w tym stylu? 
- Raczej trochę jasnej farby - rzekła odważnie. Odwrócił się i spojrzał na nią 

z góry. 

- Pamiętaj, że nie chcę żadnych kłopotów - powiedział powoli i stanowczo. 
- Nie rozumiem - stwierdziła bez przekonania. 
Już pierwszego dnia coś między nimi zaiskrzyło i doskonale zdawała sobie z 

tego sprawę. Holt pokręcił głową. 

- Myślę, że rozumiesz. 
Z iloma mężczyznami spała? - zastanawiał się, wioząc ją w stronę domu. Ilu 

dotykało  tej  nieskazitelnej  jedwabistej  skóry?  Kim  był  jej  pierwszy  chłopak? 
Poczuł  złość  i  zazdrość,  a  jednocześnie  zaskoczyła  go  własna  reakcja.  Z 
jakiego  powodu  ją  zatrudnił?  Poczuł  sympatię  do  niej  i  dziecka,  czy  raczej 
chodziło  o  jej  urodę?  Już  zdążyła  zrazić  do  siebie  Lois,  która  na  pewno 
doniesie  o  wszystkim  Tarze.  Było  mu  to  zupełnie  obojętne,  ale  z  kolei  Tara 
może w tej sytuacji przyjechać do Wungalli. 

Tego  sobie  nie  życzył  i  nie  wyobrażał.  Właściwie  w  sprawie  guwernantki 

mógł  się  zwrócić  do  agencji.  Na  pewno  znaleźliby  kogoś  odpowiedniego,  o 
przeciętnym wyglądzie. Taka dziewczyna nie wzbudzałaby niczyich emocji, w 
odróżnieniu od Marissy Devlin. 

Ile  musiała  mieć  lat,  gdy  zaszła  w  ciążę?  -  myślał  dalej.  Pewnie  piętnaście. 

Właściwie  to  jeszcze  dziecko.  Teraz  nadal  wygląda  bardzo  niewinnie,  ale  na 
pewno  wielu  mężczyzn  wodzi  za  nią  pożądliwym  wzrokiem.  Pearsonowi 
zagroził nawet, że jeszcze jedno spojrzenie w jej kierunku, a natychmiast straci 
pracę. 

Musi  mieć  ciężki  los  jako  samotna  młoda  matka.  Gdzie  podział  się 

kochanek,  który  zrujnował  jej  życie?  Gdzie  jest  jej  rodzina?  Marissa  była 
dobrze  wychowana,  wykształcona  i  niewątpliwie  pochodzi  z  dobrej  rodziny. 
Czyżby miała za sobą tak okropne przeżycia, że stara się je ukryć? Dlaczego tu 
przyjechała?  Ucieka  przed  jakimś  prześladowcą?  Lepiej,  żeby  ten  ktoś  nie 
wkroczył na jego teren. W Wungalli Marissa jest bezpieczna. 

 
 
 
 
 

57

RS

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
Zaledwie  Marissa  przekroczyła  próg,  Olly  natychmiast  zjawiła  się  w  holu. 

Powiedziała, że pani McMaster czuje się dziś lepiej i chciałaby ją poznać. 

-  Kochanie,  dlaczego  jesteś  boso?  -  spytała  na  koniec,  spoglądając  na  jej 

stopy. 

-  Mam  kompletnie  mokre  buty.  Zostawiłam  je  na  werandzie.  Historia  jest 

długa,  więc  opowiem  ci  później.  Teraz  przebiorę  się  w  spódnicę.  Spodnie  też 
mam mokre. 

Olly uniosła brwi. 
- Znalazłaś Holta? 
-  Raczej  on  mnie  -  odparła,  wbiegając  na  schody.  Nie  chciała  narażać  pani 

McMaster  na  czekanie.  -  Georgy  ma  zgodę  na  przeprowadzkę!  -  zawołała 
przez ramię. 

-  Zaraz  się  tym  zajmę,  ale  najpierw  zaprowadzę  cię  do  pani  McMaster. 

Georgy  bardzo  się  ucieszy.  Kiedy  ciebie  nie  było,  dzieciaki  zachowywały  się 
wspaniale. Georgy stara się zrobić dobre wrażenie na Rileyu. 

Oby jak najdłużej, pomyślała Marissa. 
Catherine  McMaster  była  drobną  starszą  panią  z  bujną  siwą  czupryną  i 

orzechowymi  oczami,  które  w  lekkim  półmroku  wydawały  się  błyszczeć. 
Miała  niezwykle  cienką  skórę,  a  mimo  skończenia  osiemdziesięciu  dwóch  lat 
zachowała  ślady  dawnej  urody.  Była  ubrana  w  długą,  haftowaną,  bawełnianą 
bluzę, spodnie z białego lnu i cienkie pantofle przypominające baletki. 

-  Podejdź  no  tu,  dziecko.  Chcę  ci  się  przyjrzeć  -  powiedziała  zaskakująco 

silnym głosem. 

Należała do tutejszej elity, ale zachowywała się przyjaźnie i życzliwie. 
- Bardzo mi miło panią poznać - odezwała się Marissa. 
- Mnie również - rzekła starsza pani, wyciągając rękę na powitanie. 
- Holt  mówił  mi,  że jesteś ładna, ale jak widzę, był oszczędny w słowach - 

stwierdziła i roześmiała się. 

Marissa odpowiedziała jej uśmiechem, ale powstrzymała się od komentarzy. 

Przyzwyczaiła się do uwag na temat swojej urody. Czasem bywało to niemiłe i 
powodowało kłopoty, jak w przypadku Wadea Pearsona. 

-  Może  usiądziemy?  -  zaproponowała  Catherine,  nie  puszczając  ręki 

Marissy. 

Powoli podeszły do sofy, z której przez oszklone drzwi rozciągał się widok 

na werandę i na ogród. Marissa pomogła jej zająć miejsce. 

58

RS

background image

- Dziękuję, kochanie. Łatwo się męczę. To jedna z wad podeszłego wieku, a 

o ewentualnych zaletach jakoś mało się wspomina - stwierdziła z uśmiechem i 
wskazała jej wygodny fotel. 

Pokój  był  jasny  i  przytulny.  Jedną  ze  ścian  ozdabiała  kolekcja  obrazów 

przedstawiających 

bukiety 

kwiatów. 

Marissa 

rozglądała 

się 

zainteresowaniem. 

- Widzę, że podoba ci się mój pokój - stwierdziła Catherine. 
- Bardzo. Panuje tu spokój i piękno. 
-  Wyrosłam  w  domu  z  pięknym  ogrodem.  Ludzie  przychodzili  specjalnie, 

żeby popatrzeć na kwiaty. A ty lubisz ogrody? - zapytała. 

-  Oczywiście.  Są  interesujące  przez  cały  rok.  Cathrine  chętnie  słuchała  jej 

opowieści  o  ulubionych  kwiatach  i  krzewach.  Wiedziała  od  Holta,  że 
dziewczyna  przyjechała  tu  z  siedmioletnim  chłopcem,  który  jakimś  cudem 
zaprzyjaźnił się z Georgią. Podobno był przyrodnim bratem Marissy, choć Holt 
uważał, że jej synem. 

- Spróbuj sobie wyobrazić, jak trudno było tu założyć ogród - odezwała się 

Catherine.  -  Bardzo  mi  pomógł  stary  przyjaciel.  Nie  był  zawodowym 
projektantem, choć miał wrodzone zdolności. Razem przygotowaliśmy plany. 

-  Ogród  jest  wspaniały.  Widziałam  też  park  w  Ransom  -  rzekła  Marissa.  - 

Dżakarandy  właśnie  kwitną.  Deidre  O'Connell  powiedziała  mi,  że  to  pani 
stworzyła park i kazała zasadzić drzewa. 

-  Pięknie  się  przyjęły  -  zauważyła  z  dumą  Catherine.-  -Prawdę  mówiąc,  od 

dawna nie miałam okazji odwiedzić parku - przyznała. 

-  Kwitnące  dżakarandy  to  jedno  z  moich  najwcześniejszych  wspomnień  z 

dzieciństwa - rozmarzyła się Marissa, jakby właśnie teraz to do niej dotarło. - 
Mieliśmy piękny stary dom w kolonialnym stylu. Stał na wzgórzu, a okna wy-
chodziły  na  wszystkie  strony.  Wokół  rosły  wielkie  dżakarandy,  a  kiedy 
zakwitały, wydawało się, że jesteśmy w raju - mówiła, smutniejąc nagle. 

Catherine spojrzała na nią z namysłem. 
-  Ile  miałaś  lat,  kiedy  się  stamtąd  wyprowadziliście?  -  spytała  cicho.  -  To 

było w Brisbane? 

- Tak. - Marissa skinęła głową. - Miałam około ośmiu lat. 
Jej  dzieciństwo  było  wtedy  pełne  radości.  Ojciec  powtarzał  często,  że  jest 

najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. 

-  Kilka  lat  później  mama  zginęła  w  wypadku  samochodowym.  Tata 

prowadził. 

59

RS

background image

-  A  potem  już  zawsze  siebie  winił  za  jej  śmierć  -  dokończyła  za  nią 

Catherine.  -  Bardzo  ci  współczuję.  Wiem,  co  to  znaczy  cierpieć.  Straciłam 
wspaniałego męża, potem syna. To był ojciec Holta. Trzymałam się dzielnie po 
śmierci męża, bo musiałam przejąć po nim obowiązki. Załamałam się dopiero, 
gdy  straciłam  syna.  Pociesza  mnie  tylko  fakt,  że  nie  stracę  Holta,  bo  odejdę 
dużo wcześniej. 

- Proszę tak nie mówić. Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy na długo. 
Catherine spojrzała na nią wilgotnymi oczami. 
- Tego jestem pewna. Chcę koniecznie poznać twojego młodszego brata. Ma 

na imię Riley, prawda? 

Wreszcie ktoś jej uwierzył. Marissa uśmiechnęła się radośnie. 
- Tak. To miły chłopiec i ma dobry charakter. Nie sprawia kłopotu i od razu 

zaprzyjaźnił się z Georgy. 

- Właśnie słyszałam! Wiele przecierpiał, porzuciła go matka i podobnie było 

z Georgy. Nikt z nas nie zdawał sobie sprawy z tego, jaka Tara jest naprawdę. 
Gdy  odeszła,  dziewczynka  stała  się  nie  do  zniesienia.  Jeśli  teraz  uspokoi  się 
pod waszym wpływem, będę naprawdę szczęśliwa. 

Marissa wyszła z pokoju Catherine bardzo zadowolona z atmosfery i długiej 

szczerej  rozmowy.  Starsza  pani  opowiedziała  jej  o  rozstaniu  z  rodziną  i 
wyjeździe  z  Anglii,  gdy  szaleńczo  zakochana  wyruszyła  z  mężem,  by  zacząć 
nowe  życie  na  zupełnym  odludziu  w  odległej  Australii,  o  której  niewiele 
wiedziała. 

Rodzina  była  przekonana,  że  ich  związek  nie  ma  szans  na  przetrwanie,  a 

jednak stało się inaczej. Wszelkie trudności tylko wzmagały jej upór. Wungalla 
stała się jej pasją. 

Minęło  kilka  dni.  Dla  Marissy  najtrudniejsze  były  chwile,  gdy  w  czasie 

kolacji musiała siedzieć przy wspólnym stole z Lois. Czuła na sobie jej wrogie 
spojrzenia.  Niespodziewanie  Holt  zaproponował,  że  osobiście  odwiezie  Lois 
do Sydney. 

-  Nie  ma  sensu,  żebyś  wynajmowała  samolot  -  zauważył.  -  Mam  tam  kilka 

spraw do załatwienia, więc chętnie cię zabiorę. 

Odwrócił  się  w  jej  stronę,  czekając  na  odpowiedź.  Lois  spojrzała  na  swój 

kieliszek wina, jakby w nim kryła się prawda. 

-  Zabrzmiało  to,  jakbyś  chciał  się  mnie  pozbyć  -  powiedziała  rozżalonym 

tonem. 

60

RS

background image

-  Ależ  Lois,  bardzo  się  mylisz  -  Catherine  włączyła  się  do  rozmowy.  - 

Poświęciłaś  Georgii  mnóstwo  czasu  i  troski,  ale  na  pewno  brakuje  ci 
miejskiego życia i kontaktu z przyjaciółmi. 

Lois szybko zamrugała, jakby walczyła z napływającymi łzami. 
- To bardzo miło z pani strony, ale czuję, że muszę jechać, bo nie jestem tu 

mile widziana. 

-  Lois,  na  litość  boską!  -  odezwał  się  zniecierpliwiony  Holt,  który  już 

widywał takie sceny. - Zaproszę cię, przyrzekam. Nie zdawałem sobie sprawy, 
że tak bardzo polubiłaś życie na farmie. Dawniej cię to nie pociągało. 

- Tara nie życzyła sobie moich odwiedzin. 
Marissa  odwróciła  wzrok.  Czy  Lois  nie  może  porozmawiać  z  nim  sam  na 

sam? 

- Słyszałem, że Tara gdzieś wyjechała? - Holt próbował zmienić temat. 
Lois skinęła głową. 
- Jest w Dubaju i bardzo jej się tam podoba. Niedługo wraca. 
- Pewnie robi wielkie zakupy. Nie chcesz się z nią zobaczyć? Na pewno ma 

dla ciebie coś zupełnie niepotrzebnego. 

Lois rzuciła serwetkę. 
- Nienawidzę cię! 
- Lepsze to, niż gdybyś miała mnie kochać - stwierdził. 
- Holt! - napomniała go Catherine. 
-  Lois,  nie  chcę  sprawiać  ci  przykrości  -  zaczął  o  wiele  spokojniej  -  jednak 

wydaje mi się, że teraz będzie ci lepiej we własnym domu. Chętnie zobaczymy 
cię tu na Boże Narodzenie. 

-  Przestań!  -  zawołała,  zrywając  się  z  krzesła.  -  To  wszystko  z  jej  powodu, 

prawda?  -  spytała,  wskazując  palcem  Marissę.  -  Tak  ciężko  pracowałam,  ale 
nie zostało to docenione. Zapamiętajcie moje słowa, że ta tu okaże się o wiele 
gorsza od dwóch poprzednich. 

- Ta tu ma na imię Marissa - podkreślił Holt. - Postanowiłem dać jej szansę, 

żeby  mogła  się  wykazać.  A  teraz  zdenerwowałaś  babcię,  i  tego  nie  będę 
tolerował. 

Lois zrobiła minę, jakby została spoliczkowana. 
- Bardzo przepraszam, pani McMaster. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. 
-  Jesteś  bardzo  zdenerwowana  -  odrzekła  cicho  Catherine.  -  Georgy 

niewątpliwie  dała  ci  się  we  znaki.  Usiądź,  kochanie.  Nie  chcę,  żeby  było  ci 
przykro,  ale  nie  powinnaś  też  sprawiać  przykrości  Marissie.  Niczym  sobie  na 
to nie zasłużyła. 

61

RS

background image

Lois wybuchnęła gorzkim śmiechem. 
- Chyba nie wierzycie w to, co ona mówi o sobie? 
-  Ja  wierzę  w  każde  jej  słowo  -  stwierdziła  Catherine,  wyprowadzona  z 

równowagi. - Jeśli chcesz odejść od stołu, nie będziemy cię zatrzymywać. 

Lois odsunęła krzesło i ruszyła w stronę drzwi, ale nagle się odwróciła. 
- Jak możesz jej ufać? - zwróciła się do Holta. - Ktoś taki ma uczyć Georgię i 

mieszkać  w  twoim  domu?  Sprawdziłeś,  kim  naprawdę  jest?  Na  pewno  ma 
niejedno na sumieniu. 

Marissa na chwilę przymknęła oczy. 
-  Pani  Aldridge,  nigdy  nie  popełniłam  żadnego  przestępstwa,  a  pan 

McMaster widział moje referencje. Mam też odpowiednie wykształcenie, żeby 
uczyć pani siostrzenicę. 

- Ty też mogłabyś nauczyć się czegoś od Marissy - wtrącił Holt. 
Lois  odwróciła  się  i  zatrzasnęła  za  sobą  drzwi.  Przez  chwilę  w  pokoju 

panowała cisza. 

- Kiedy ostatnio Lois zachowywała się w ten sposób? - zapytała Catherine. - 

Chyba dwa lub trzy lata temu? 

-  W  czasie,  gdy  trwała  sprawa  rozwodowa  -  stwierdził  Holt  z 

nieprzeniknioną miną. 

- Naprawdę przesadziła, ale nie powinieneś jej dokuczać, kochanie. 
-  Dokuczać?  Babciu,  przecież  ona  chętnie  rzuciłaby  się  na  wszystkich  z 

pięściami. Nie obchodzi jej, jak wielką przykrość sprawiła tobie i Marissie. Po 
prostu  musiała  to  z  siebie  wyrzucić.  Do  jutra  jej  przejdzie.  Bardzo  cię 
zdenerwowała? 

-  Nie,  kochanie  -  odrzekła  pospiesznie  Catherine.  -  Jednak  chciałabym  się 

położyć. 

- Dobrze, pomogę ci wejść na górę - powiedział, wstając. 
-  Dziękuję  -  odparła  i  spojrzała  na  Marissę.  -  Spróbuj  jej  wybaczyć. 

Obudziłaś  w  niej najgorsze  cechy.  Zwykle  bywa  czarująca  i  naprawdę  starała 
się zaopiekować Georgy. 

-  A  przynajmniej  wszyscy  sobie  to  wmawiamy  -  wtrącił  Holt.  -  Chcesz, 

żebym cię zaniósł? 

- Dziadek czasem tak robił - przyznała z filuternym uśmiechem. 
- To jest prawdziwe wyzwanie dla mężczyzny, a ja je podejmę - stwierdził, 

unosząc ją jak piórko. 

Już  po  chwili  uchyliły  się  kuchenne  drzwi  i  weszła  Olly.  Widocznie 

usłyszała podniesione głosy. 

62

RS

background image

- O co chodziło? - spytała konspiracyjnym szeptem. Marissa wzięła głęboki 

wdech. OUy traktowała ją jak pełnoprawnego członka rodziny. 

- Holt zaproponował, że zawiezie Lois do Sydney swoim samolotem. 
- No nie! - Olly z wrażenia oparła się o boazerię. - Więc o to chodzi! Założę 

się, że nie była zachwycona? 

- Wściekła się. 
-  Mam  nadzieję,  że  nie  zdenerwowała  pani  McMaster.  Dla  niej  zejście  po 

schodach na kolację to poważny wysiłek. Lubi cię i zrobiła to dla ciebie. 

- Ja też ją lubię. Bardzo chciałabym mieć taką babcię - oznajmiła. 
- A co z twoimi własnymi dziadkami i babciami? 
Olly już wcześniej doszła do wniosku, że Marissa dzielnie przetrwała trudne 

dzieciństwo,  ale  nie  uwolniła  się  od  cierpienia.  Rozmowy  o  bolesnych 
wspomnieniach powinny jej pomóc, rozumowała. 

-  Babcia  ze  strony  mamy  była  wspaniała,  ale  śmierć  córki  zupełnie  ją 

załamała  -  rzekła  Marissa.  -  Mimo  upływu  lat  nie  doszła  do  siebie.  W  końcu 
zmarła.  Z  kolei  matkę  mojego  taty  pochłaniało  życie  towarzyskie  i  nawet  nie 
potrafiłaby  zająć  się  nieszczęśliwym  dzieckiem.  Zamieszkałam  u  wujostwa. 
Brat  taty  i  jego  żona  zapewnili  mi  opiekę  do  czasu  studiów.  Zamieszkałam 
wtedy w uniwersyteckim kampusie. 

-  Wujostwo  to  dobrzy  ludzie?  -  spytała  Olly,  która  miała  coraz  więcej 

życzliwości dla Marissy i Rileya. 

Marissa spojrzała jej w oczy. 
- Wuj Bryan jest życzliwy i uczynny. Bardzo mi pomógł. 
- A ciotka? 
Olly powoli domyślała się prawdy. 
- Allison też się starała. 
-  A  twój  tata?  -  zaryzykowała  Olly,  ale  Marissa  obawiała  się,  że  nie 

powstrzyma łez, jeśli zacznie opowiadać. Pokręciła głową. 

- Może kiedy indziej... 
-  Już  dobrze,  kochanie  -  rzekła  Olly.  Miała  do  siebie  pretensję,  że  za 

wcześnie zaczęła drążyć temat. - Jedzenie ci wystygło. Przyniosę z kuchni. 

-  Olly,  jest  pyszne,  ale  więcej  nie  mogę.  Może  kiedyś  dasz  mi  kilka  lekcji 

gotowania?  Ciotka  Ally  nie  chciała  mnie  widzieć  w  kuchni.  Miałam 
wyznaczone tylko zmywanie i sprzątanie. Nie lubiła tego. Lucy zresztą też. 

Olly przysiadła na krześle. - A Lucy to...? 
- Cioteczna siostra. Dwa lata starsza ode mnie. 
- Przyjaźniłyście się? 

63

RS

background image

- Ani przez chwilę. Pewnie w dużym stopniu była to moja wina. Nie był to 

najlepszy  okres  i  zdarzało  mi  się  płakać.  Nie  potrafię  jak  Georgy  krzyczeć  i 
kopać, gdy stanie mi się krzywda. Nienawidziłam tamtego domu. Ciotka często 
powtarzała mi, jaką jestem niewdzięczną egoistką. 

- Co za przerażająca osoba - stwierdziła Olly. 
Marissa roześmiała się. 
-  To  prawda.  To  z  jej  powodu  Lucy  nie  mogła  dojść  ze  mną  do 

porozumienia. Myślę, że cierpiałyśmy obie. Ale dość. Nie lubię mówić o sobie. 

-  Kochanie,  czasem  trzeba  zwierzyć  się  z  problemów.  Nie  duś  w  sobie 

wszystkiego, bo nic dobrego z tego nie wyniknie. 

Holt  stał  przez  chwilę  w  korytarzu,  bez  skrępowania  podsłuchując  ich 

rozmowę.  Dobrze  rozumiał  wysiłki  Olly,  by  zachęcić  Marissę  do  mówienia. 
Dziewczyna  miała  zadziwiającą  umiejętność  zyskiwania  sympatii  otoczenia. 
Jego  babka  i  Olly  przejęły  się  jej  losem,  a  przecież  on  sam  też  nie  pozostał 
obojętny.  Trudno  było  traktować  ją  jak  obcą.  Właściwie  była  dla  nich  ód 
początku jak młoda osoba z rodziny, która znalazła schronienie w Wungalli. 

- Dobry wieczór paniom - zawołał żartobliwym tonem, wchodząc do jadalni. 
- Witam, witam. Jak tam pani McMaster? - spytała Olly. 
- Już w porządku - zapewnił. - Słyszałaś naszą kłótnię? 
-  Musiałabym  być  całkiem  głucha,  żeby  nie  usłyszeć.  Szkoda.  Pani 

McMaster miała taki dobry humor. 

- Olly, nie martw się. Jeszcze nieraz zasiądziemy razem do posiłku. A ty jak? 

- zwrócił się do Marissy. 

- W porządku, dziękuję - odparła lekko speszona. 
-  Świetnie.  W  takim  razie  zjemy  deser  -  zaproponował.  -  To  najlepszy 

sposób na skołatane nerwy. Potem możemy przejść się po ogrodzie. 

Spojrzała na niego kompletnie zaskoczona. 
- Czy to nie jest coś w rodzaju spoufalania się ze służbą? 
- Chyba tak, ale stałaś się już przyjaciółką rodziny. Babcia przepada za tobą, 

a to rzadkość. Na dodatek masz jakieś sekrety z Olly. 

Zaczerwieniła się. 
- Skąd pan wie? 
Pochylił się do niej z uśmiechem. 
- Lubię podsłuchiwać we własnym domu. 
-  Będę  o  tym  pamiętać  -  stwierdziła  i  nerwowo  zaczęła  bębnić  palcami  po 

stole. 

64

RS

background image

-  Szkoda,  że  ci  powiedziałem.  Możesz  jednocześnie  kręcić  dłonią  nad 

głową? - spytał nagle. 

Wytrzeszczyła na niego oczy. 
- Słucham? 
- Ja potrafię. To test na dobrą koordynację. - Zaczął uderzać w stół palcami 

prawej ręki, a lewą kręcił kółka. 

- Łatwizna - stwierdziła Marissa, naśladując go. Wtedy weszła Olly, niosąc 

deser. 

Marissa  sprawdziła,  czy  dzieci  śpią,  i  zeszła  na  dół.  Spacer  z  właścicielem 

Wungalli  uważała  za  przesadę,  ale  on  nalegał,  a  jej  zależało  na  pracy. 
Zastanawiała się, czy zabierał na spacery poprzednie opiekunki. A może Lois? 
Ciekawe, czy byli kochankami? Na pewno  myślał o powtórnym  małżeństwie. 
Mężczyźni  zawsze  chcą  zostawić  po  sobie  dziedzica,  a  do  prowadzenia 
ogromnej farmy przydałby się męski potomek. 

- Pójdziemy ścieżką? - spytała. 
- Wyłącznie. 
-  Moje  poprzedniczki  też  zapraszał  pan  na  spacer?  Holt  spojrzał  na  nią  z 

bliska. 

- Zaprosiłem ciebie, ale to absolutnie nie znaczy, że zapraszałem inne. 
- Panie McMaster, czy powinnam czuć się wyróżniona? 
- Nie. Po prostu podziwiaj gwiazdy i nie nazywaj mnie panem McMasterem. 
- Tak od razu? 
- Zawsze musisz krytykować to, co mówię? 
- Po prostu czuję się niezręcznie. Nie wiem, jaką rolę tu spełniam. 
- Będę się starał traktować cię jako opiekunkę Georgii. Babcia może mieć w 

tej  sprawie  własne  poglądy  -  uprzedził.  Chwycił  ją  za  łokieć,  by  skręciła  w 
prostopadłą  dróżkę.  -  Rano  polecę  z  Lois  i  nie  będzie  mnie  przez  kilka  dni, 
może nawet tydzień. Babcia wspominała, że jeździsz konno. Powiedz szczerze, 
jeździsz czy tylko potrafisz utrzymać się na bardzo spokojnym koniu? 

-  Jeżdżę.  Pierwszego  kucyka  tata  kupił  mi,  gdy  miałam  pięć  lat.  On...  - 

Urwała nagle. 

- Nie możesz dokończyć? 
- Powiedziałam już dość. Riley też dobrze jeździ. 
-  Georgy  niestety  boi  się  koni.  Ma  złe  wspomnienia  z  wczesnego 

dzieciństwa. Podobnie jest z pływaniem. 

65

RS

background image

Marissa zastanawiała się, czy Holtowi mógł przyjść do głowy głupi pomysł, 

by wrzucić dziewczynkę na głęboką wodę, w nadziei, że jakimś cudem odżyje 
w niej instynkt pływania. 

-  Mam  kilka  pomysłów,  jak  jej  pomóc,  żeby  pozbyła  się  lęku.  Ale  będę 

działać powoli i z pomocą Rileya. On też dobrze pływa. 

- Ty go uczyłaś? 
- Nie - stwierdziła, poprawiając włosy. 
Spojrzał  na  nią.  Miała  na  sobie  elegancką  bluzkę.  Spory  wydatek  jak  na 

samotną  matkę,  pomyślał.  Właściwie  mógłby  łatwo  sprawdzić  jej  prawdziwe 
dane, ale chciał usłyszeć prawdę bezpośrednio od niej samej. 

- Kto w takim razie? 
-  Mój  ojciec.  Nauczył  Rileya  wielu  rzeczy.  Gwiaździste  niebo  powinno 

pomóc  jej  zapomnieć  o  problemach,  jednak  najwyraźniej  pojawił  się  nowy. 
Coraz bardziej interesował ją właściciel farmy. 

-  Nie  pytałeś  mnie  o  metody  nauczania.  Nie  wiem  też,  czy  jest  jakiś 

przedmiot, na którym ci najbardziej zależy? 

- Codzienne zachowanie Georgy było dotychczas największym problemem. 

Już osiągnęłaś bardzo wiele, więc metody są mi obojętne. Co złego działo się 
w twoim domu? - nagle zmienił temat. 

- Nic nadzwyczajnego. Chciałam być kochana. 
- Wszyscy tego chcą. 
- Twój rozwód musiał być strasznym przeżyciem... - zauważyła. 
-  Nie  powinnaś  o  to  wypytywać,  ale  szczerze  powiem,  że  to  była  wielka 

ulga. A jak twoje miłosne sprawy? 

- Cóż, nigdy nie byłam szaleńczo zakochana - przyznała. 
- Trudno w to uwierzyć. 
- Riley naprawdę nie jest moim dzieckiem. 
- Być może, ale w takim razie świetnie odgrywa rolę twojego syna. 
- Cóż w tym dziwnego? Jest dzieckiem, które potrzebuje... 
Zamilkła.  Nie  czuła  się  na  siłach,  by  opowiadać  Holtowi  o  ojcu, 

alkoholizmie, odejściu matki Rileya. 

- Może lepiej już wracajmy - powiedział, czując, że zaczęła drżeć. 
- Ja nie kłamię - odezwała się po chwili. 
- Powiedz mi tylko, czy obawiasz się kogoś? - spytał poważnie. 
Miała  wielką  ochotę  zawołać,  że  wyłącznie  jego.  Nie  przestawała  o  nim 

myśleć, a to jest groźne. 

Holt uznał jej milczenie za potwierdzenie swych podejrzeń. 

66

RS

background image

- Tu w Wungalli jesteście bezpieczni. 
- Domyślam się i dziękuję. Jesteś dla nas bardzo życzliwy. 
- Tak tylko wspomniałem, bo może nie zwróciłaś na to uwagi - zażartował, 

uśmiechając się szeroko. 

Gałęzie nad ich głowami tworzyły gęstą zasłonę. Nagle z wysokiego konaru 

duży  ptak  sfrunął  w  ich  stronę  z  głośnym  krakaniem.  Holt  odruchowo  uniósł 
rękę  w  obronnym  geście,  a  jednocześnie  przyciągnął  do  siebie  Marissę.  Ptak 
zaskrzeczał jeszcze raz i odleciał na drugi koniec ogrodu. 

- Co to za ptaszysko? - spytała niepewnie, wyglądając zza ramienia Holta. - 

Orzeł? 

Holt roześmiał się. 
-  Tutejsze  orły  mogą  rozłożyć  skrzydła  na  szerokość  dwóch  metrów.  Taki 

osobnik potrafiłby cię unieść prosto do gniazda. 

- Chciałam tylko powiedzieć, że był wielki - broniła się nieśmiało. 
Teraz,  w  jego  ramionach,  czuła  się  bezpieczna.  Holt  nie  spieszył  się,  by 

wypuścić ją z objęć. Czuł delikatny zapach jej włosów i miał ochotę zanurzyć 
w nich twarz. Jak na ironię musiał powstrzymać się od tego. Ona i dziecko są 
pod jego opieką. Cofnął rękę, którą ją obejmował. 

-  Przykro  mi,  że  ptak  cię  przestraszył.  Teraz  najlepiej  będzie,  jeśli 

odprowadzę cię do domu. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

67

RS

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 
Pod koniec tygodnia Marissa potrafiła już pracować zgodnie z planem, który 

sobie narzuciła. Co prawda Georgy zdarzały się jeszcze chwile, gdy donośnie 
wrzeszczała,  zdarzało  się  to  jednak  rzadko  i  trwało  bardzo  krótko.  Nie 
urządzała  scen  i  nie  obrażała  się  o  byle  co.  Zachowywała  się  jak  normalne 
bystre dziecko, gotowe do wspólnej pracy i zabawy. 

-  Marissa,  kochanie,  to  dzięki  twojej  cierpliwości  -  powtarzała  Catherine.  - 

Zawsze  uważałam,  że  Georgy  jest  mądra,  ale  nikt  nie  potrafił  jej  niczym 
zainteresować. 

-  Zdaje  się,  że  ja  spełniam  tu  rolę  łagodnego  kucyka.  Trenerzy 

przyprowadzają je przed wyścigami, żeby uspokoić konie - odezwał się Riley. 

- Gdzie o tym słyszałeś? - zdziwiła się Marissa. 
- Od taty. Kiedyś nawet zabrał mnie na zawody przełajowe. Tutaj też bywają 

wyścigi? - zwrócił się do Georgy. 

-  Mamy  coś  lepszego!  -  zawołała,  wstając.  -  Prawdziwe  mecze  polo.  Holt 

świetnie gra. W zeszłym roku finały były w Wungalli, a potem był wielki bal. 
Przyjechały  moje  ciocie.  Była  Alex  i  Lois,  która  kocha  się  w  Holcie  bez 
wzajemności. 

Marissa spojrzała na dziewczynkę. 
- Ciekawe, kto to powiedział? 
- Skąd wiesz, że nie ja? 
-  W  ten  sposób  mówią  dorośli.  Lepiej  tego  nie  powtarzać,  bo  może  komuś 

być przykro. 

Georgy wzruszyła ramionami. 
- To mówiła Tiffany, przyjaciółka cioci Lois. Czy ciocia jeszcze przyjedzie? 
- Oczywiście - zapewniła ją Marissa. - Na pewno przyjedzie na święta. 
-  Ale  wy  musicie  być  tu  zawsze.  Jak  dorosnę,  wezmę  ślub  z  Rileyem  - 

oświadczyła Georgy. 

Riley zakrztusił się, powstrzymując chichot. 
- Na razie usiądź i zajmiemy się dodawaniem - zaproponowała Marissa. 
Późnym  popołudniem  Marissa  i  Riley  poszli  popływać.  Georgy  usiadła 

niedaleko basenu. W końcu podeszła bliżej i zdecydowała się zamoczyć stopy 
w płytkiej wodzie. 

- Dlaczego nie wejdziesz dalej? - zawołał Riley. - Woda jest wspaniała. Będę 

cały czas koło ciebie. 

- Riley, nie zmuszaj jej - odezwała się Marissa, płynąc za nim. 

68

RS

background image

- Nie mam kostiumu! - zawołała Georgy z żalem. 
Ku zaskoczeniu Marissy nie zabrzmiało to jak wymówka. 
- Nie martw się, znajdziemy coś ładnego. Twój tata wraca w niedzielę. 
- Powiecie mu, że już się wyleczyłam? - spytała z nadzieją w głosie. 
- Z czego? - spytał Riley, siadając obok niej na krawędzi basenu. 
-  Ze  strachu  przed  wodą.  Mama  wrzucała  mnie  do  basenu.  Była  podła,  tak 

jak  twoja  -  oświadczyła  dziewczynka.  -  Kiedy  już  nauczysz  mnie  pływać, 
musisz nauczyć mnie siedzieć na koniu - dodała. 

- A ty naucz mnie rysować tak ładnie jak ty - powiedział Riley. 
- Podobają ci się moje rysunki? 
Georgy spojrzała na niego z uśmiechem i zaczerwieniła się. 
- Bardzo! - zapewnił Riley. 
- Giocia Lois powiedziała, że powinien zobaczyć je psy... psy... 
- Psychiatra? - podpowiedział Riley. - Jak dla niej, masz za dużą wyobraźnię 

- ocenił. 

Georgy cmoknęła go w policzek. 
-  Po  podwieczorku  coś  wam  zaśpiewam,  bo  jesteście  moimi  przyjaciółmi  - 

obiecała. - Na razie tylko Zoltan słyszał, jak śpiewam. 

Holt  wrócił  do  domu  z  uczuciem  wielkiej  ulgi.  Lot  w  towarzystwie 

nieszczęśliwej  Lois  był  ciężkim  przeżyciem.  Oczywiście,  dużo  wcześniej 
zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  co  się  święci.  Tara  złośliwie  wyśmiewała  siostrę 
za jej plecami. 

- Kochanie, jesteś wyłącznie mój i nie zapominaj o tym! - mawiała do niego. 

Jednak to właśnie ona rozbiła ich małżeństwo. 

Holt i jego ojciec byli wtedy za granicą jako członkowie komisji handlowej. 

Tara wybrała się do Sydney na wesele przyjaciółki. Był tam zespół muzyczny, 
w którym grał chłopak o wiele od niej młodszy. Gdy Tara była w odpowiednim 
nastroju, nie potrafiła odmówić sobie uprawiania seksu. Zaszła wtedy w ciążę. 
Najdziwniejsze, że nie czuła się winna. 

-  Ależ  kochanie,  on  nic  nie  znaczył!  -  wyjaśniła  potem  Holtowi.  -  Taki 

zwykły przystojny chłopak. To była szalona noc, a ja się upiłam. 

Małżeństwo nie od razu się rozpadło, choć Holt już nigdy jej nie dotknął. Za 

późno  zorientował  się,  że  Tara  niczym  zawodowa  aktorka  odgrywała  przed 
nim i jego rodziną jakąś rolę. Jedynie babci nie zwiodły jej gierki, lecz Holt nie 
słuchał ostrzeżeń. 

Tara  ciągle  miewała  zmienne  nastroje.  Gdy  Holt  zauważył  podobne 

zachowania u Georgii, był przekonany, że odziedziczyła po matce wszystko co 

69

RS

background image

najgorsze. Jednak teraz, po jego powrocie z Sydney, Georgia zachowywała się 
jak każde szczęśliwe dziecko. 

Marissa  wspomniała  mu  o  muzycznych  zdolnościach  Georgii.  Ku  jej 

wielkiemu rozczarowaniu Holt nie miał ochoty posłuchać jej śpiewu. Spojrzała 
na niego z wyrzutem. 

Co  mam  ci  powiedzieć?  -  pomyślał.  Bardzo  lubię  Georgy,  ale  trzymam  się 

od  niej  na  dystans,  bo  to  nie  moje  dziecko?  Wiele  razy  zastanawiał  się,  czy 
tamten chłopak powinien wiedzieć, że został ojcem. Holt próbował rozmawiać 
o tym z Tarą, ale urządziła mu karczemną awanturę. Nikt nie miał prawa o tym 
wiedzieć. Uznała  za oczywiste, że Holt zajmie się dzieckiem.  Zgodził się, ale 
zażądał rozwodu. Rozwścieczona Tara w końcu opuściła Wungallę. 

-  Nie  chcę  tego  brzydactwa,  nigdy  jej  nie  chciałam!  -  zawołała  na 

pożegnanie. - Możesz ją sobie zatrzymać, ty cholerny świętoszku! 

Holt  uważał,  że  Georgy  powinna  kiedyś  poznać  prawdę,  choć  nie  miał 

pojęcia, kiedy i jak jej to powiedzieć. 

Któregoś  popołudnia  Holt  wrócił  do  domu  z  Dustym  i  zaproponował 

wycieczkę do laguny, która nie wysychała przez cały rok, a teraz powinny tam 
kwitnąć lilie wodne. Dzieci natychmiast zaczęły zabawę z psem. 

-  Dusty  jest  piękny,  a  Riley  obiecał,  że  nauczy  mnie  pływać.  Tato,  muszę 

mieć kostium. Marissa powiedziała, że mi kupisz - wyrecytowała Georgia. 

Dziewczynka tak rzadko nazywała go tatą, że na chwilę zamilkł. 
- Oczywiście - potwierdził w końcu. 
Laguna  okazała  się  bardzo  urokliwym  miejscem.  Splątane  gałęzie  akacji 

osłaniały brzeg od słońca. Lilie wodne wystawiały głowy spomiędzy szerokich 
liści. Dzieci natychmiast zbiegły z Dustym nad wodę. 

- Tu  jest suche  miejsce - Holt  zwrócił się do  Marissy,  siadając na  miękkim 

piasku. - Zawsze marzyłaś, żeby zostać nauczycielką? - spytał. 

-  Raczej  psychologiem  dziecięcym.  Rzeczywiście,  zawsze  chciałam 

pracować wśród dzieci i pomagać tym, które mają problemy. 

-  Sama  miałaś  trudne  dzieciństwo,  więc  rozumiem  twój  wybór.  Dlaczego 

ostatecznie nie zrealizowałaś marzeń? 

-  Stało  się  coś  zaskakującego.  Dowiedziałam  się,  że  mam  przyrodniego 

brata,  i  moje  życie  się  zmieniło.  Co  prawda  nikt  nie  chce  wierzyć,  że  to  mój 
brat... 

- Sama jesteś temu winna, bo niewiele mówisz o swojej przeszłości. 
Pokręciła głową. 
- Byliśmy szczęśliwą rodziną. Ojciec bardzo kochał mamę. 

70

RS

background image

- Jesteś do niej podobna? 
-  Nie.  Ja  i  Riley  jesteśmy  podobni  do  taty.  Mama  była  blondynką.  Gdy 

zginęła, zupełnie się załamał. 

- Potrafię to zrozumieć - stwierdził. 
- Na pewno? - spytała Marissa. 
Spojrzała  na  niego  i  zrobiła  coś  niespodziewanego.  Dotknęła  palcem  jego 

policzka i odwróciła jego twarz, by spojrzał jej w oczy. Poczuł dreszcz. Gdyby 
nie dzieci, natychmiast przyciągnąłby ją do siebie. 

- Możesz mi wierzyć. Jeszcze niewiele wiesz na mój temat. 
- Unikam rozmów o ojcu, bo ludzie zaraz chcą osądzać cudze postępowanie. 

Załamał się, pił, związał z dużo młodszą kobietą, która w końcu porzuciła jego 
i Rileya... 

Holt uważnie słuchał jej opowieści. Powtarzał sobie co chwila, że nie może 

wziąć jej w ramiona. 

-  Marisso,  proszę,  otrzyj  łzy.  Dzieci  zaraz  tu  przybiegną  -odezwał  się 

przyciszonym głosem. -  Właściwie dlaczego pozwalasz, żeby Riley  mówił do 
ciebie Ma? 

-  Każde  dziecko  chce  mieć  matkę.  On  właśnie  tak  mnie  traktuje.  Widzisz, 

Holt, nic nie jest tak proste, jak może się wydawać. 

- Od teraz będziesz mówić do mnie Holt? - podchwycił natychmiast. 
- Nie, jeśli sobie nie życzysz. 
-  W  porządku.  Chciałem  się  tylko  upewnić.  Natomiast  Riley  musi  zacząć 

nazywać  cię  po  imieniu.  Sama  wiesz,  że  czas  to  przerwać.  Jeśli  chcesz, 
porozmawiam z nim. Dobrze się dogadujemy. 

-  Sama  mu  o  tym  powiem  -  obiecała  i  machnęła  dłonią.  Na  chwilę  zapadła 

cisza. 

- Wstydziłaś się picia ojca? - spytał. 
-  Cóż,  ciotka  Allison  wspominała  o  tym  przy  każdej  okazji,  żeby  mi 

dokuczyć.  Myślę,  że  alkohol  nie  był  jego  problemem.  To  był  tylko  objaw. 
Natomiast  ciotka  miała  własny  problem.  Wujek  Bryan  kochał  się  w  mojej 
mamie, więc wyżywała się na mnie. 

- Na dziecku? To nieprawdopodobne. 
- Nie chciała mnie w swoim domu. Została do tego zmuszona. 
-  Bardzo  mi  imponuje,  że  zdecydowałaś  się  zaopiekować  przyrodnim 

bratem. Jego matka nie upomni się o niego? 

Marissa pokręciła głową. 

71

RS

background image

- Szukaliśmy jej na wszystkie sposoby. Pewnie wróciła, skąd przyszła. Riley 

nie był jej potrzebny. Poza tym znęcała się nad nim. 

-  Mój  Boże!  -  jęknął  Holt.  Natychmiast  przypomniała  mu  się  Tara  i  jej 

sposób  traktowania  własnej  córki.  -  Georgia  potrzebuje  matki  podobnie  jak 
Riley, ale tęskni za taką, jaką sobie wyobraża, a nie za Tarą. Moja była żona jej 
nie chce, a z kolei ja nie wyobrażałem sobie dalszego trwania w tym związku. 
Jeszcze nie widziałem, jak jeździsz konno - zmienił nagle temat. Uśmiechnęła 
się. 

- Rozumiem, że nie dostanę szybkiego konia, dopóki nie sprawdzisz  moich 

umiejętności? 

- Właśnie - przyznał. 
Patrzył  na  nią  z  przyjemnością  i  marzył,  by  ją  objąć.  Już  wcześniej  zdał 

sobie sprawę, że taka chwila nieuchronnie nadejdzie. 

- Jeśli jutro wstaniesz o świcie,  możemy spotkać się przy stajni i ruszyć na 

przejażdżkę. 

- Bardzo chętnie! 
Po  chwili  nadbiegły  roześmiane  dzieci,  a  z  nimi  Dusty,  radośnie  machając 

ogonem. Georgia wzięła Marissę za rękę. 

- Chodźcie na spacer. Nie możecie tu siedzieć przez cały dzień - stwierdziła 

dziewczynka  z  uśmiechem  i  kiwnęła  głowa  w  stronę  Rileya.  -  Powiedziałam 
mu, żeby nie nazywał cię Ma, bo to brzmi, jakbyś była jego mamą. Jego mama 
miała na imię Keile, prawda? 

- Dużo jej opowiedziałem - wyjaśnił Riley i pobiegł oglądać pelikany, które 

właśnie nadleciały. - Georgy, powinnaś je narysować! 

- Spróbuję! 
Zbliżało się Boże Narodzenie. Marissa czuła się coraz bardziej niespokojna i 

podenerwowana.  Była  beznadziejnie  zakochana.  Wdzięczna  losowi,  że  rzucił 
ją  do  Wungalli,  zdawała  sobie  sprawę,  że  ta  sytuacja  nie  może  trwać  w  nie-
skończoność. Starała się o tym nie myśleć. 

Cieszyło  ją,  że  Riley  dosłownie  rozkwitł.  Przybyło  mu  mięśni  i  nie  miewał 

już  ataków  astmy.  Przestał  nazywać  ją  Ma,  zgodnie  z  życzeniem  Georgii. 
Dziewczynka  z  kolei  stała  się  radosna,  życzliwa  i  chętna  do  pomocy.  Często 
śpiewała, do czego zachęcali ją domownicy. Oboje przykładali się do nauki, a 
Marissa starała się, by lekcje były interesujące. 

Ku zaskoczeniu wszystkich Catherine poczuła się lepiej i często schodziła na 

posiłki. Zaczęła jeździć z Marissa i dziećmi na wycieczki po okolicy. W końcu 
nawet  dała  się  przekonać  do  spacerów  po  ogrodzie  w  wózku  inwalidzkim, 

72

RS

background image

którego  nie  znosiła.  W  związku  z  tym  Holt  zarządził  przycięcie  wszystkich 
gałęzi, które mogłyby zaczepiać o wózek. 

- Powinniśmy podpisać wieloletnią umowę - powiedział do Marissy któregoś 

wieczoru. 

- Planujesz powiększenie rodziny? - spytała zaskoczona. 
- Zastanawiam się nad tym - przyznał. 
Cóż,  było  dla  niej  oczywiste,  że  Holt  się  ożeni,  ale  wyobrażanie  sobie  tego 

stanowiło prawdziwą torturę. 

Na tydzień przed świętami, gdy wydawało się, że na farmie zapanował błogi 

spokój, w ich domu niespodziewanie zjawiła się Tara McMaster. 

- Mój Boże! - wykrzyknęła przerażona Olly, zauważywszy jeepa mijającego 

żelazną  bramę  i  pędzącego  w  stronę  domu.  -  Nadchodzą  kłopoty!  -  dodała  i 
przeżegnała się, jakby w ten sposób mogła powstrzymać szatana. 

Natychmiast pobiegła do oszklonej werandy od strony ogrodu, gdzie Marissa 

z dziećmi kończyła śniadanie w towarzystwie Catherine. 

- Olly, co się stało? - spytała starsza pani. 
- Tara tu jedzie - wykrztusiła Olly. 
-  Mój  Boże!  Ma  tupet  po  tym  wszystkim,  co...  -  przerwała  Catherine, 

przypominając sobie o obecności dzieci. Odwróciła się do Marissy.  -  Tylnym 
wyjściem przejdź do stajni, weź konia i pędź po Holta. Wiesz, gdzie jest? 

- Tak, ale nie chcę was zostawić... 
- Nie martw się. Biegnij. Zatrzymam ją, dopóki nie wrócicie. Dzieci, proszę 

szybko na górę do klasy. Weźcie kruche ciasteczka i bądźcie grzeczni. 

-  Dobrze,  babciu  -  zawołała  Georgia  już  w  biegu.  Marissa  zdążyła  jeszcze 

pocałować Rileya, który otworzył szeroko oczy, przeczuwając coś niedobrego. 

-  Ona  nie  powinna  tu  przyjeżdżać!  -  zawołała  Georgia  i  pociągnęła  go  za 

rękę w stronę schodów. 

Nabiła,  piękna  arabska  klacz,  zarżała  na  jej  widok.  Gdy  Holt  pozwolił 

Marissie dosiąść jej po raz pierwszy, przekonał się, że radziła sobie doskonale. 
Od tego dnia Nabiła była do jej dyspozycji. 

- Jeździły na niej moje siostry - wyjaśnił Holt. - Nie lubi ostrego traktowania, 

ale widzę, że jest teraz w dobrych rękach. 

Zaufanie  zobowiązuje,  ale  co  robić,  kiedy  pojawia  się  zagrożenie?  Tara  na 

pewno  usłyszała  od  Lois  mnóstwo  poprzekręcanych  informacji  i  przyjechała, 
gotowa do działania. Czy stracę pracę? Co będzie z Georgy? - zastanawiała się 
Marissa. A Catherine? Jak zniesie tę wizytę? 

73

RS

background image

Gdy  Holt  zauważył  samolot,  od  razu  pomyślał  o  byłej  żonie.  Zapewne 

wróciła  niedawno  z  egzotycznych  podróży,  wysłuchała  komentarzy  Lois  i 
postanowiła użyć własnego dziecka jako argumentu w walce z byłym mężem. 
Nie  uznawała  żadnych  zasad  moralnych,  a  Georgia  była  dla  niej  tylko 
pionkiem, który może być dowolnie przestawiany. 

Holt spojrzał na Barta i rzucił krótki komentarz na temat niespodziewanego 

gościa.  Bart  pracował  u  niego  ponad  dwadzieścia  lat.  Przez  ten  czas  ze 
zwykłego  pastucha  awansował  na  nadzorcę.  Na  temat  rodziny  swego 
pracodawcy  wiedział  prawie  wszystko,  ale  zachowywał  to  dla  siebie.  Teraz 
Holt zostawił go z robotnikami i wsiadł na konia. 

Nie  miał  wyjścia.  Musiał  wrócić  do  domu.  Tara  stanowiła  zagrożenie  dla 

spokoju  całej  rodziny,  a  głównym  powodem  jej  przybycia  niewątpliwie  jest 
Marissa.  Na  otwartej  przestrzeni  zachęcił  konia  do  galopu.  Szybko  zauważył 
jeźdźca  gnającego  z  naprzeciwka.  Rozpoznał  Marissę.  Musiał  przyznać,  że 
jeździła  lepiej  od  jego  sióstr,  a  one  naprawdę  świetnie  sobie  radziły.  Spotkali 
się w pół drogi. 

-  Wysłała  mnie  Catherine.  Musisz  natychmiast  wrócić  -mówiła,  dysząc.  - 

Zjawiła się twoja żona. 

-  Moja  była  żona  -  poprawił  ją  i  z  trudem  powstrzymał  uśmiech.  Babcia 

bardzo  niewielu  osobom  pozwalała  mówić  do  siebie  po  imieniu.  Marissa 
musiała jej wyjątkowo przypaść do serca. - Czy Tara zdążyła wejść do domu, 
zanim wyjechałaś? 

- Nie, ale teraz już na pewno tam jest. 
-  Marisso,  nie  ma  powodów  do  obaw  -  mówił,  patrząc  jej  w  oczy.  - 

Wysłucham tego, co ma do powiedzenia, i odeślę ją do domu. Nie jest tu mile 
widziana i dobrze o tym wie. 

- Wszystko tak dobrze się układało. Myślisz, że chce zabrać Georgy? 
Holt pokręcił głową. 
-  Byłoby  to  jej  bardzo  nie  na  rękę.  Tara  nie  może  w  nieskończoność 

utrzymywać  się  z  oszczędności,  więc  zacznie  się  rozglądać  za  bogatym 
mężem.  Większość  mężczyzn  nie  ma  ochoty  wychowywać  cudzych  dzieci  - 
stwierdził z przekonaniem. 

To ją uspokoiło. 
- Catherine bardzo się zdenerwowała, a Georgy jest wściekła, ale posłuszna. 

Zrobiła wszystko, co jej kazano, bez żadnych protestów. 

- Bardzo dobrze - ucieszył się. - Teraz wracam, a ty nie musisz się spieszyć. 
- Wracam z tobą. Nabiła ma jeszcze mnóstwo siły. 

74

RS

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 
Holt szybko wszedł do głównego holu. Marissa miała wejść po schodach na 

górę, by uniknąć spotkania z byłą żoną Holta. Jednak Tara była szybsza. Mimo 
że  rozmawiała  z  Catherine,  cały  czas  nasłuchiwała.  Natychmiast  wstała  z 
krzesła. 

-  Przepraszam,  Catherine,  ale  zdaje  się,  że  właśnie  wrócił  pan  Wungalli!  - 

powiedziała, wybiegając z pokoju. - Holt, kochanie! - zawołała, wyciągając w 
górę chude ręce. - Masz niespodziankę! Przyjechałam. 

-  Takie  niespodzianki  łatwo  jest  przewidzieć  -  powiedział,  uchylając  się 

przed pocałunkiem. 

-  O,  panna  Devlin!  -  rzekła  Tara,  odwracając  się  w  jej  stronę.  Marissa 

zdążyła  wejść  zaledwie  na  pierwszy  stopień  schodów.  -  Jako  matka  Georgii 
chciałabym zamienić słowo z jej nauczycielką. Holt, nie przedstawisz nas? 

- Marisso, idź na górę - odezwał się Holt. 
-  Groźny  pan,  którego  wszyscy  słuchają  -  powiedziała  Tara,  marszcząc 

czoło.  -  Jeśli  chcesz  mi  utrudniać,  kochanie,  to  trudno,  ale  chcę  natychmiast 
rozmawiać z panną Devlin! 

- Albo się uspokoisz, albo zostaniesz wyrzucona z Wungalli - zagroził Holt. 
-  Pod  tym  względem  wcale  się  nie  zmieniłeś!  -  zawołała,  lecz  urwała  na 

widok Catherine, która z trudem weszła do holu. 

- Wiesz,  Taro, naprawdę powinnaś grać w teatrze. Urządzanie scen idzie ci 

doskonale - oświadczyła. 

-  Zdaje  się,  że  nie  lubiłaś  mnie  od  pierwszego  dnia  -  zauważyła  Tara 

zgorzkniałym tonem. 

- Ale próbowałam cię polubić - odparła starsza pani. 
- Pomogę pani wejść na górę - zaproponowała Marissa. 
- Bardzo chętnie skorzystam. Holt uniósł dłoń. 
-  Ja  zajmę  się  babcią,  a  ty,  Taro,  przejdź  do  mojego  gabinetu.  Zaraz  tam 

będę. 

- Oczywiście, kochanie - zapewniła  go i skinęła głową. -Tymczasem  panna 

Devlin dotrzyma mi towarzystwa. 

-  Wolę,  żeby  Marissa  zajęła  się  dziećmi  -  powiedział  Holt,  wchodząc  na 

schody. 

Marissa  przez  chwilę  nie  wiedziała,  na  co  się  zdecydować.  Nie  zamierzała 

uciekać przed Tarą, ale opieka nad dziećmi należała do jej obowiązków. Tara 

75

RS

background image

podjęła  decyzję  za  nią  i  chwyciła  ją  za  rękę.  Jest  silna  jak  buldog,  pomyślała 
Marissa ze zdziwieniem. 

-  Panna  Devlin  poświęci  mi  tylko  chwilę.  On  jest  bardzo  uparty,  prawda, 

Marisso? - spytała słodkim tonem i spojrzała na nią z nienawiścią. 

- Oczywiście, tylko proszę puścić moją rękę. Bardzo się cieszę, że chce pani 

rozmawiać o córce. Georgia to wyjątkowe dziecko. 

Tara spojrzała na nią z niesmakiem. 
-  Nie  próbuj  mi  się  podlizywać.  Georgia  pod  żadnym  względem  nie  jest 

wyjątkowa, poza brakiem urody i inteligencji. 

Marissa poczuła chłodny dreszcz. 
- Przykro mi to słyszeć. Georgia jest bardzo inteligentna i zdolna. Co do jej 

wyglądu... Teraz, gdy panią poznałam, widzę podobieństwo. 

Nie  zamierzała  prowokować  Tary.  Georgia  w  przyszłości  zapewne  również 

będzie miała ostre rysy. Tara była elegancka i zwracała uwagę, ale nie należała 
do piękności. 

-  Najwidoczniej  masz  kłopoty  ze  wzrokiem  -  syknęła.  -To  był  najbrzydszy 

noworodek, jakiego widziałam. Nie mogłam na nią patrzeć. Nic dziwnego, że 
ją zostawiłam. 

- Może była pani w szoku poporodowym i nie funkcjonowała rozsądnie? 
Tara skinęła głową. 
-  Pewnie  tak.  Byłam  zrozpaczona.  Nasze  małżeństwo  rozpadło  się  z  jej 

powodu. Holt też jej nie znosi. 

Marissa zaczęła tracić panowanie nad sobą. 
- Zupełna bzdura! 
-  Co  ty  wiesz?  Nie  przyszło  ci  do  głowy,  że  ktoś  taki  jak  Holt  McMaster 

byłby bardzo, ale to bardzo rozczarowany dzieckiem niesprawnym umysłowo? 

Marissa otworzyła drzwi do gabinetu Holta. 
-  Jestem  naprawdę  zaskoczona  tym,  co  pani  mówi.  Nie  ma  pani  racji. 

Problemy  Georgii  wynikały  wyłącznie  z  tego,  że  czuła  się  nieszczęśliwa  i 
porzucona. 

Tara  rozsiadła się  w skórzanym fotelu. Argumenty  Marissy zupełnie jej nie 

interesowały. 

-  Była  jak  małe  dzikie  zwierzę.  Drapała,  gryzła,  krzyczała,  że  mnie 

nienawidzi.  Nie  miałam  wyboru.  Kto  wyrzeka  się  własnego  dziecka,  jeśli  nie 
jest  do  tego  zmuszony?  Holt  odwrócił  się  ode  mnie.  Stał  się  innym 
człowiekiem. Zanim urodziła się Georgia, byliśmy tacy szczęśliwi. 

- Naprawdę? 

76

RS

background image

- Oczywiście! 
Marissa nie była o tym przekonana. 
- Pani McMaster, właściwie dlaczego pani przyjechała? Tara uniosła głowę i 

zmarszczyła czoło. 

- To nie powinno cię obchodzić - stwierdziła zaczepnym tonem. 
-  Cóż,  ostatnio  Georgia  bardzo  się  zmieniła.  Jest  szczęśliwym  dzieckiem. 

Dobrze się uczy i robi to chętnie... 

- Panno Devlin, bardzo trudno mi w to uwierzyć - przerwała Tara. - Georgia 

nigdy  nie  zachowywała  się  jak  normalne  dziecko.  Dlaczego?  Bo  nie  jest 
normalna. 

- Jeśli od początku traktowała ją pani jak nienormalną, nie ma się co dziwić, 

że wyrosła w przekonaniu, że jest niekochana. 

- Doprawdy? - spytała Tara z miną, jakby za chwilę zamierzała rzucić się na 

Marissę.  -  Kim  ty  jesteś,  żeby  analizować  moje  życie?  Zastanów  się,  co 
zrobiłaś ze swoim. 

- Po co tu przyjechałaś? - odezwał się Holt, stając w progu. 
-  Odwiedzić  własną  córkę  -  stwierdziła,  szeroko  otwierając  oczy.  -  Przy 

okazji  chciałam  sprawdzić,  cóż  to  za  pomoc  wynająłeś.  Samotna  matka? 
Musiała zajść w ciążę jako dziecko. Cóż, jestem wyrozumiała... 

-  Siostra  przekazała  pani  mylne  informacje.  Riley  jest  moim  przyrodnim 

bratem. 

Tara spojrzała na nią z niesmakiem. 
- Przeszłość panny Devlin jest właśnie teraz dokładnie sprawdzana. Holt, ja 

znam  ten  rodzaj  dziewczyn.  Ta  jest  ładna,  a  zdaje  się,  że  dla  ciebie  to 
zasadnicza różnica, prawda? 

- Jest wyjątkowo piękna - stwierdził Holt. - Marisso, możesz już iść. 
-  Tak,  kochana,  na  górę  -  wtrąciła  Tara,  machając  dłonią.  -Już  cię  tu  nie 

potrzebujemy. 

Holt odczekał chwilę i zajął miejsce za biurkiem. 
- Powiedz, o co chodzi? 
Tara rzuciła mu spojrzenie, które w zamyśle miało być uwodzicielskie. - 
- Chciałam cię zobaczyć. Czy to tak trudno zrozumieć? 
- Trudno - zgodził się. - Nie sądzę, żebyś w ogóle była zdolna do głębszych 

uczuć. 

-  Straciłeś  rozum.  Kocham  cię.  Ty  też  mnie  kochałeś  i  byłam  wtedy 

najszczęśliwsza na świecie. 

77

RS

background image

- Tara, którą kochałem, to było tylko przedstawienie przed ślubem. Rodzina 

chciała cię dobrze wydać za mąż, a ty chciałaś się obłowić. 

- Jak możesz tak mówić? - wykrzyknęła i spokojnie poprawiła się w fotelu. - 

Spałeś  już  z  nią?  Właściwie  nie  wygląda  na  łatwą.  To  pewnie  skutek 
przedwczesnej ciąży. 

Holt nabrał powietrza w płuca. 
- Taro, masz za sobą poważne problemy. 
-  Traktujesz  mnie  jak  grzesznicę.  Zdajesz  sobie  sprawę,  jak  dobrze  byłoby 

nam znów razem? 

Roześmiał się. 
- Próbowałem i nie chcę więcej. Po co przyjechałaś? Wiesz, że nie wrócimy 

do siebie. Nie chcę, żebyś doprowadziła Georgię do histerii. 

Wzruszyła ramionami. 
- Zwykle to ona wyprowadzała mnie z równowagi. 
- Lois złożyła ci sprawozdanie i dlatego mam zaszczyt cię oglądać? 
Tara roześmiała się złośliwie. 
-  Oczywiście.  To  jej  obowiązek  jako  mojej  siostry.  Natychmiast  wyczuła 

twoje zainteresowanie tą panienką. 

-  Ta  panienka  czyni  cuda.  Georgia  jest  zupełnie  innym  dzieckiem. 

Codziennie dziękuję Bogu na kolanach... 

- Już ja cię widzę na kolanach! - powiedziała, śmiejąc się. 
- No cóż, nie będę ci utrudniał widzenia z córką ale musisz być dla niej miła. 

Wiem, że to dla ciebie trudne. Można wiedzieć, kiedy wyjeżdżasz? 

Tara zacisnęła usta ze złości. 
- Pozwoliłeś, żeby głupia Lois tu przyjechała. Nie wiesz, że szaleje na twoim 

punkcie? 

-  Udało  mi  się  nie  wpaść  w  depresję  z  tego  powodu.  Ostatnim  razem 

porozmawiałem  z  nią  poważnie.  Wytłumaczyłem  jej,  że  takie  marzenia  nie 
mają sensu. Chyba ją przekonałem, żeby zainteresowała się kimś innym. 

-  No  proszę,  guwernantka  bardziej  cię  interesuje  -  powiedziała,  wstając.  - 

Teraz  chciałabym  zobaczyć  moje  dziecko.  Pewnie  na  jej  widok  znów 
przypomnę sobie mój jednorazowy wyskok. 

- Jeden z setek - poprawił ją Holt. 
-  Żaden  nie  dorównywał  chwilom  spędzonym  z  tobą.  Prze-cudowna  panna 

Devlin twierdzi, że Georgia jest inteligentna, a ja tkwiłam w przekonaniu, że w 
ogóle nie posiada rozumu. 

Holt otworzył przed nią drzwi. 

78

RS

background image

- Nigdy nie znałaś się na dzieciach. 
Marissa zastała dzieci w klasie. Miały posępne miny. Usiadła obok nich. 
- Spokojnie, Georgy, mama przyjechała tylko, żeby się z tobą zobaczyć. 
- Nie! Przyjechała, żeby wszystkim narobić mnóstwo kłopotów. 
- Czy o mnie też wie? - zapytał Riley. 
-  Tak,  ale  ty  również  nie  masz  powodu,  żeby  się  martwić.  Dzieci  nie 

potrafiły  się  uspokoić.  Czekały  w  napięciu,  obawiając  się  rozdzielenia. 
Rozległo  się  pukanie  do  drzwi  i  wkroczyła  Tara,  rozkładając  ręce  teatralnym 
gestem. 

- Gdzie moja mała dziewczynka? - zapytała ociekającym słodyczą tonem. 
- Tu jej nie ma - odparła Georgy wrogo. 
- Na pewno? - przymilała się Tara. - Chodź uściskać mamę. 
- Nie musisz całować się z mamą, ale możesz wstać i się przywitać - wtrącił 

Holt. 

Giorgia stanęła sztywno na baczność. 
- Dobrze, tato. 
Z nieznanego jej powodu Tara wybuchnęła śmiechem. 
- Co w tym śmiesznego? - zapytała jej córka. 
- A kim jest twój kolega? Dobrze, że zniknął ten potwór Zoltan. 
- Sama jesteś potworem! - krzyknęła Georgia. - Jesteś najgorszą. 
- Georgia, proszę cię! - ostrzegła ją Marissa. Dziewczynka miała niezwykle 

bogaty  słownik  wyzwisk  i  przekleństw.  Pozostawało  tajemnicą,  skąd  się  ich 
nauczyła. Teraz poczerwieniała ze złości, ale ugryzła się w język. 

- Zostaw Rileya w spokoju - poleciła matce. - On nie chce cię znać. 
-  Taro,  sama  widzisz,  że  nic  z  tego  nie  będzie  -  stwierdził  Holt  ponurym 

tonem. 

Tara przybrała smutną minę i pokręciła głową. 
-  Cóż,  moim  zdaniem  Georgia  nadal  potrzebuje  pomocy.  Panna  Devlin 

zapewniała  mnie,  że  to  wzorowe  dziecko,  ale  widzę,  że  jak  dawniej  każdy 
drobiazg doprowadza ją do furii. 

Marissa poczuła się w obowiązku bronić własnego zdania. 
- Pani ją prowokuje. 
-  Nie  próbuj  mnie  pouczać.  Moja  córka  nie  jest  w  lepszym  stanie  niż 

przedtem.  Najwyższy  czas,  żebym  znalazła  jej  fachową  pomoc.  Powinnam 
zabrać ją ze sobą do domu. 

Zapadła cisza, jakby czas zatrzymał się w miejscu. Holt powoli podszedł do 

Georgii i wziął ją za rękę. 

79

RS

background image

- Wydaje mi się, że to rozsądne rozwiązanie - stwierdził chłodno. 
Marissa spojrzała na niego zdumiona. Nie mogła pojąć, dlaczego się zgodził. 
-  Oczywiście,  zabierz  ją  -  mówił  dalej  spokojnie.  -  Najlepiej  od  razu.  Pani 

Devlin błyskawicznie spakuje jej rzeczy, prawda? - zwrócił się do niej. 

Marissa stała bez ruchu. Mężczyzna, którego pokochała, nie był więcej wart 

jako ojciec niż jego była żona jako matka. 

-  Przykro  mi.  Nie  mogę  tego  zrobić  -  powiedziała  i  głos  się  jej  załamał. 

Łatwo przewidzieć, że oznacza to utratę pracy. - Georgia nie zasłużyła na takie 
traktowanie. Przecież to oczywiste, że nie chce jechać z matką. 

Czyżbym  się  myliła?  -  pomyślała  nagle,  patrząc  na  dziewczynkę.  Sytuacja 

nie zrobiła na niej najmniejszego wrażenia. Georgia stała spokojnie, trzymając 
za rękę ojca, który zgodził się oddać ją wyrodnej matce. 

Czyżby  ze  strachu  zaniemówiła?  Nic  na  to  nie  wskazywało.  Może  jestem 

kompletną idiotką i nic już nie rozumiem? 

- Najlepiej będzie, jeśli spakuję nasze rzeczy - odezwała się z bólem serca. - 

Chodź, Riley! 

- Wszystko będzie dobrze - zapewniła go Georgia. - Zobaczysz! 
- Riley, idź z siostrą - powiedział Holt cicho, ale stanowczo. 
- Dobrze, proszę pana. 
Marissa  wzięła  brata  za  rękę  i  wyszła  z  klasy.  Nie  była  tu  potrzebna.  Jej 

marzenia legły w gruzach. 

U siebie zajęła się pakowaniem, a Riley rzucił się na łóżko z książką w ręku. 

Nie potrafił skupić się na lekturze. Od czasu do czasu zadawał siostrze pytania 
i wzdychał, słuchając odpowiedzi. 

- Nie rozumiem - stwierdził ponuro. - Georgia bardzo poważnie mówiła, że 

nie chce widzieć matki. Teraz zgadza się na wyjazd z nią do Sydney. 

- Życie jest pełne niespodzianek. Nie martw się. Coś wymyślę. 
- Naprawdę wyjeżdżamy? - dopytywał się Riley załamany. 
-  Cóż,  Georgy  wyjeżdża,  więc  nauczycielka  w  domu  nie  będzie  już 

potrzebna. Pewnie matka wyśle ją do szkoły z internatem. 

-  Starsza  pani  McMaster  bardzo  lubi,  gdy  przychodzisz  jej  poczytać  -  nie 

ustępował. - Mówiła mi. Będzie chciała cię zatrzymać. 

Marissa pokręciła głową. 
- Nie wydaje mi się, ale nie zamartwiaj się. Poradzimy sobie. 
-  Bardzo  mi  się  tu  podoba.  Myślałem,  że  może  tutaj  zostaniemy.  Georgy 

mówiła, że nie pozwoli nam wyjechać, a teraz sama wyjeżdża. 

- Riley, mama to dla każdego bardzo ważna osoba. 

80

RS

background image

- To dlaczego moja wyjechała? 
Przerwała  pakowanie  i  spojrzała  na  niego.  Zdała  sobie  sprawę,  jak  jest  jej 

bliski. 

-  Nie  nauczyła  się  odpowiedzialności.  Może  sama  miała  nieszczęśliwe 

dzieciństwo? Bardzo ci współczuję... 

- Niepotrzebnie - odparł z uśmiechem. - Mam ciebie. 
Myślałem,  że  Georgy  jest  moją  przyjaciółką.  Jest  wesoła  i  będzie  mi  jej 

brakować. 

- Mnie też. 
-  Nie  rozumiem  tylko,  dlaczego  pan  McMaster  zgodził  się  na  wyjazd 

Georgy. Wie, że matka jest dla niej bardzo zła. 

- Może ma jej dość? - zastanawiała się Marissa. 
-  Nie  wierzę  -  stwierdził  Riley  stanowczo,  po  czym  wyprostował  się,  bo 

rozległo się pukanie do drzwi. 

Marissa pomyślała, że to może być Olly. Gdy odmówiła spakowania rzeczy 

Georgii,  ten  obowiązek  spadł  na  gospodynię.  Otworzyła  drzwi  i  stanęła 
zaskoczona. Stał przed nią Holt. Ponad jej ramieniem spojrzał na Rileya. 

- Mam prośbę - odezwał się. - Georgy jest z Olly w swojej dawnej sypialni. 

Idź pogadać z nimi, a ja zamienię kilka słów z twoją siostrą. 

- Jeśli ma pan pretensje do Marissy, to ja zostaję - powiedział chłopiec. 
- Nie obawiaj się, Riley. Idź. 
- Dobrze. 
Tym razem już się nie ociągał. 
- Georgy naprawdę wyjedzie z mamą? - spytał od drzwi. 
- Jej matka tak uważa. Nie spodziewała się, że na to pozwolę. 
- Ja też nie - wtrąciła Marissa, ocierając łzy. 
- Wie pan, co ja o tym myślę? - spytał Riley. 
-  Powiedz  to  Georgy  -  poprosił  Holt  i  poklepał  go  po  ramieniu,  po  czym 

odwrócił się do Marissy. - Wyjeżdżasz? - spytał takim tonem, jakby zamierzał 
wezwać taksówkę. 

- Nie jestem tu potrzebna. 
- Może to jednak ja powinienem o tym decydować? 
- Jak mogłeś to zrobić? Oddałeś Georgy Tarze jak jakąś rzecz! 
Holt przysiadł na skraju łóżka. 
- Przestań, bo powiesz coś, czego będziesz żałować - zauważył. 
-  Trudno.  Nie  zamierzam  za  nic  przepraszać  -  odparła,  składając  koszulkę 

Rileya trzęsącymi się rękami. 

81

RS

background image

- Jak chcesz stąd wyjechać? - spytał, przyglądając się jej. 
- Tak jak przyjechałam - stwierdziła krótko. 
- Przylecieliśmy helikopterem - przypomniał. 
- Słusznie. Mogę pojechać samochodem. 
- Dokąd? 
- Co za różnica? - spytała rozzłoszczona. - To już nie będzie twoja sprawa. 
- Zostawisz ubrania? - Wskazał na otwartą szafę. - Mają mi przypominać, że 

tu byłaś? 

- Nie są moje. Należą do Fran. Olly pozwoliła mi z nich korzystać. 
- Jesteś bardzo nieszczęśliwa? 
-  Ty,  oczywiście,  nie  -  stwierdziła  i  pokręciła  z  niedowierzaniem  głową.  - 

Jesteś  najgorszym  ojcem,  jakiego  znałam.  Miałam  o  tobie  inne  zdanie. 
Straszne, że okazałeś się potworem. 

Holt lekko się uśmiechnął. 
- Czy ty mnie przypadkiem trochę nie kochasz? 
-  Nie  bądź  śmieszny!  -  zaprotestowała,  choć  nie  wypadło  to  zbyt 

przekonująco. 

- Spójrz mi w oczy. 
- Nie ma mowy. 
- Chcę tylko sprawdzić, czy mówisz prawdę. 
Zaczęła się przed nim cofać. Holt wyciągnął ręce i mocno ujął ją pod pachy. 

Czuła się kompletnie zagubiona. Pragnęła go, a jednocześnie nie potrafiła  mu 
wybaczyć zachowania wobec Georgii. 

- Powinnaś dostać porządnego klapsa za całe to gadanie, ale musi wystarczyć 

pocałunek. 

- Nie, zaczekaj! 
Delikatnie objął dłońmi jej twarz. 
- Czekałem już wystarczająco długo - stwierdził i ją pocałował. 
Pomyślała, że to nie w porządku, że nic takiego nie powinno się wydarzyć. 

Jednak  równocześnie  nie  miała  najmniejszej  ochoty,  by  z  nim  walczyć.  Holt 
obejmował ją i całował, a ona odwzajemniła się tym samym. W pewnej chwili 
uniósł  ją  i  położył  na  łóżku.  Oparła  się  na  łokciu  i  patrzyła  na  niego, 
oddychając szybko. 

- Sam widzisz, że są różne powody, dla których nie powinnam zostać w tym 

domu. 

-  Przecież  sprawy  między  nami  od  początku  zmierzały  w  tym  kierunku  - 

odparł, zły na siebie. 

82

RS

background image

- Od razu zdałeś sobie z tego sprawę? Skinął głową. 
- Ty zresztą też. 
- Mów za siebie, Holt. 
- Na razie zostawmy ten temat - powiedział, siadając obok i obejmując ją. - 

Jeśli to możliwe, przez resztę dnia siedź cicho jak mysz i nie wychodź z pokoju 
- poprosił stanowczo. 

- To jakieś szaleństwo. Chcesz mnie uwięzić? 
-  Jeśli  będę  musiał...  Żeby  się  nie  nudzić,  możesz  rozpakować  rzeczy. 

Nigdzie nie jedziesz. 

-  Rozumiem.  Wymyśliłeś  dla  mnie  nowe  zajęcie  -  powiedziała,  nie  kryjąc 

złośliwości. 

- Tak. 
- Odmawiam! 
- Spokojnie, przecież mamy umowę. 
- Sam ją zerwałeś. Wzruszył ramionami. 
- Miałem nadzieję, że lepiej potrafisz oceniać ludzi i wydarzenia. 
- Zupełnie nie wiem, o co chodzi - przyznała. 
- Trudno. Sama musisz się domyślić. 
- Zaczekaj. Proszę cię, błagam, nie odsyłaj Georgii - powiedziała, patrząc mu 

w oczy. 

Roześmiał się krótko. 
-  Pani  Devlin,  proszę  pozwolić  mi  załatwić  tę  sprawę  po  swojemu  -  rzekł  i 

opuścił pokój. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

83

RS

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 
Tara  wkroczyła  do  pokoju  córki,  żądając  dokładnych  informacji,  co  się 

dzieje.  Dla  Olly  było  to  pytanie  bez  sensu,  bo  Tara  doskonale  wiedziała,  że 
rzeczy Georgii zostały właśnie spakowane do wyjazdu. 

Wzruszyła ramionami i wstała z bujanego fotela. Spodziewała się Tary dużo 

wcześniej.  Holt  podjechał  jeepem  do  pasa  startowego,  by  sprawdzić  samolot. 
Nie  zamierzał  gościć  byłej  żony.  Tymczasem  Olly  miała  zadbać  o  spokój  w 
domu.  Dostała  od  niego  dokładne  instrukcje.  Pod  żadnym  pretekstem  nie 
wolno  było  niepokoić  babci.  Marissa  miała  siedzieć  w  swoim  pokoju.  Jej 
obecność  działała  na  Tarę  i  Lois  jak  płachta  na  byka.  Siostry  uznały,  że  ta 
dziewczyna  jest  dla  nich  pierwszym  poważnym  zagrożeniem  od  czasu 
rozwodu. 

- Co to ma być? - spytała Tara, wskazując palcem dwie walizki stojące obok 

drzwi. 

-  Przecież  to  rzeczy  Georgy!  -  wyjaśniła  Olly,  robiąc  okrągłe  oczy. 

Udawanie  zdumienia  było  jej  mocną  stroną.  -  Pan  McMaster  kazał  je 
spakować, bo ona jedzie z panią do Sydney, prawda? 

-  Mówiłaś,  że  mnie  zabierasz!  -  przypomniała  Georgia  oskarżycielskim 

tonem dziecka, któremu ktoś chce odmówić obiecanej przyjemności. 

Przez chwilę Tara stała nieruchomo. 
- Gdzie Holt? - spytała podniesionym głosem, wbijając, wzrok w Olly. 
-  Sprawdza  samolot  -  znów  zdziwiła  się  Olly.  -  Chce  osobiście  panią 

zawieźć. 

- Dzisiaj? 
Tara roześmiała się, jakby pomysł był zupełnie niedorzeczny. 
Georgy, Rilley i Olly spojrzeli na nią w milczeniu. 
-  Gdzie  jest  guwernantka?  -  spytała  na  granicy  histerii.  Olly  przezornie 

przesunęła się bliżej wyjścia. 

- Pakuje rzeczy. Nic tu po niej, gdy Georgia wyjedzie. 
-  Czyżby?  -  odezwała  się  Tara  zaczepnie.  Chwyciła  jedną  z  kolorowych 

książek leżących na łóżku i rzuciła nią w oszklone drzwi werandy. - Chcę się z 
nią widzieć. Muszę być pewna. 

Ruszyła do drzwi, ale dzieci zabiegły jej drogę. 
- Co to ma znaczyć? Zwariowaliście? 

84

RS

background image

-  Tata  powiedział,  że  masz  zostawić  Marissę  w  spokoju  -oświadczyła 

Georgia,  choć  widok  Tary  z  twarzą  wykrzywioną  złością  przyprawiał  ją  o 
szybsze bicie serca. 

- Tata? - powtórzyła za nią Tara i pokręciła głową. - Precz mi z drogi, oboje! 
Olly  zawsze  starała  się  panować  nad  sobą,  ale  tym  razem  nie  wytrzymała. 

Stanęła obok dzieci. 

- Nie radzę podnosić na nie ręki! Tara rzuciła jej mordercze spojrzenie. 
-  A  ty,  stara  idiotko,  też  straciłaś  resztki  rozumu?  -  wrzasnęła  i  odepchnęła 

Rileya.  -  Wyrzuciłabym  cię  stąd  natychmiast.  Nigdy  nie  znałaś  swojego 
miejsca! 

- I wzajemnie - odrzekła Olly, ale Tara już była na korytarzu i kierowała się 

do zachodniego skrzydła budynku. 

Nie  miała najmniejszej ochoty opiekować się swoją nieznośną córką. Miała 

zamiar  zabrać  ją  do  Sydney  najwyżej  na  tydzień,  żeby  pozbyć  się  tej 
guwernantki. Potem Holt zatrudniłby następną. 

Marissa usłyszała odgłos kroków. Nerwy miała napięte jak postronki. Nagle 

drzwi otworzyły się z hukiem i do jej pokoju wkroczyła Tara, nie bawiąc się w 
pozory uprzejmości. 

Za nią wbiegły dzieci w towarzystwie Olly. 
-  Wydawało  mi  się,  że  należy  pukać,  kiedy  się  do  kogoś  wchodzi  - 

zauważyła Marissa. 

Tymczasem Georgia wysunęła się do przodu. 
-  Mówiliśmy  jej,  żeby  tu  nie  przychodziła.  Tata  nie  pozwolił  ci 

przeszkadzać. 

-  Przestań  mówić  „tata"!  -  odezwała  się  Tara,  odsunęła  córkę  na  bok  i 

zwróciła się do Marissy. - Podobno wyjeżdżasz. Nie widzę twojego bagażu! - 
stwierdziła i bezceremonialnie zajrzała do szafy pełnej ubrań. 

-  Te  rzeczy  należą  do  Fran.  Olly  pozwoliła  mi  z  nich  skorzystać.  Jaką  pani 

ma do mnie sprawę? 

- Chcę się upewnić, że zostałaś zwolniona - oświadczyła Tara wrogo. 
-  Co  prawda  to  nie  pani  sprawa,  ale  rzeczywiście  wyjadę.  Bez  Georgii  nie 

ma tu dla mnie pracy. 

Georgia odchrząknęła głośno i spojrzała na matkę. 
- To prawda! - oświadczyła głośno. 
- Rzeczywiście zabierze ją pani? - spytała Marissa. 

85

RS

background image

-  Oczywiście!  -  potwierdził  Holt  donośnym  głosem,  zaskakując  obecnych. 

Wszedł  tak  cicho,  że  nikt  go  nie  zauważył.  -  Wszystko  gotowe.  Możemy 
startować za godzinę. 

Tara  spojrzała  na  niego  roziskrzonym  wzrokiem,  chwyciła  z  półki 

porcelanową figurkę i roztrzaskała ją o podłogę. 

- Cudownie! - stwierdził Holt, którego już nie zaskakiwały takie sceny. 
Georgia podbiegła do matki. 
- Jesteś najwstrętniejsza na świecie! - krzyknęła. 
- Ty bezczelny bachorze! - zrewanżowała się Tara, unosząc rękę. 
-  Dość  tego!  -  włączył  się  Holt.  -  Taro,  masz  rację  -  przyznał  ponurym 

tonem.  -  Georgia  potrzebuje  lekarza.  Bardzo  mi  przykro,  że  muszę  się  z  nią 
rozstać,  ale  rzeczywiście  nie  radzimy  sobie  tu  z  tym  dzieckiem.  Mam  tylko 
nadzieję, że pozwolisz mi się z nią widywać. 

Tara zdobyła się na uśmiech. 
-  Nie  chcę  mieć  jej  w  domu  na  stałe  -  powiedziała.  - Natomiast  zamierzam 

pójść z nią do psychologa lub nawet psychiatry. 

- Co to za rozwiązanie? Każdy specjalista powie ci, że dziecko powinno być 

z matką. Zabierz ją i niech zostanie z tobą, dopóki nie przestanie potrzebować 
twojej pomocy. 

Może  do  czasu  gdy  dostanie  się  na  studia?  -  mówił,  sięgając  po  walizki.  - 

Zejdźmy na dół. Georgy spokojnie pożegna się ze wszystkimi. 

Tara  była  na  tyle  zaskoczona,  że  wyszła  z  pokoju  razem  z  nim.  Zapadła 

cisza. 

- Georgy, o co tu chodzi? - spytała Marissa. 
- Powiedz wreszcie - domagał się Riley. 
-  Zaczekajcie  jeszcze  chwilę  -  poprosiła  Olly,  wystawiając  głowę  na 

korytarz. 

- Nie martwcie się. Na pewno się uda - zapewniła Georgia. - Lepiej już zejdę 

na dół - dodała. 

-  Odprowadzę  cię  -  powiedział  Riley,  biorąc  ją  za  rękę.  Marissa  czuła 

napływające do oczu łzy. 

- Georgy, czy to jakiś przebiegły plan wymyślony przez tatę? - spytała. 
- Tak - odparła dziewczynka z uśmiechem. 
- A jeśli się nie uda? 
-  Uda  się  na  pewno  -  stwierdziła  Georgia  z  przekonaniem.  Marissa  mocno 

objęła ją i pocałowała. Dziewczynka zarzuciła jej ręce na szyję. 

- Kocham was oboje. 

86

RS

background image

W  tym  momencie  Marissa  już  nie  potrafiła  powstrzymać  łez.  Wyszła  z 

dziećmi na korytarz. Z dołu dobiegały krzyki Tary. 

-  Nie  domagam  się,  żebyś  był  dla  niej  prawdziwym  ojcem.  Masz  ją  tylko 

zatrzymać przy sobie. 

- O rany, niezła kłótnia - stwierdziła Georgia. Marissa natychmiast zawróciła 

dzieci do pokoju. 

- Nie powinniście tego słuchać. 
- Dobra. Niech będzie, ale ty idź posłuchać. 
- Przecież to osobiste sprawy! - zaprotestowała Marissa. 
- Trudno - wtrąciła Olly. - Musimy wiedzieć, co ona ma do powiedzenia. 
- Jakie ja mam prawo uczestniczyć w tym wszystkim? 
- Kochanie, zależy ci na Georgy, a jej na was. 
-  Tak  -  potwierdziła  dziewczynka.  -  Lepiej  żebyś  wiedziała,  co  się  święci. 

Myślisz, że nie widzę, jak się martwisz? 

Marissa wyszła cicho na korytarz. Głosy przycichły, więc zeszła na dół. 
Holt i Tara byli w gabinecie. 
- Jack się o tym nie dowie? - dociekała Tara. 
-  Może  kiedyś  trzeba  będzie  powiedzieć  Georgii  prawdę,  ale  do  tego  czasu 

trzymaj  dziób  na  kłódkę,  jasne?  Zawsze  myślisz  tylko  o  sobie.  Co  zyskasz, 
mówiąc  Georgii,  że  nie  jest  moim  dzieckiem?  Nic!  A  jej  zrobisz  krzywdę. 
Zupełnie ci na niej nie zależy. 

Pod Marissa ugięły się nogi. Wreszcie zrozumiała. 
- Zależałoby, gdyby była ładna. Mogłabym ją pięknie ubrać i pochwalić się 

znajomym... 

-  Georgy  ma  coś  cenniejszego  niż  uroda.  Jest  bystra  i  inteligentna.  Jeśli 

spróbujesz  mnie  szantażować,  poinformuję  o  tej  sprawie  twoją  rodzinę,  a 
przede  wszystkim  Jacka  Gamera.  On  ma  już  trzech  dorosłych  synów  i  na 
pewno  nie  marzy  o  wychowywaniu  cudzych  dzieci.  Zgadzasz  się  na  moje 
warunki? 

- Tak, bydlaku! - mówiła Tara, udając szlochanie. - A tak cię kochałam. 
Holt roześmiał się. 
- Jesteś taka nieprawdziwa w tym, co robisz i mówisz... 
- Nie ja jedna - stwierdziła krótko. 
- Słusznie. Pora na nas - powiedział Holt ze zniecierpliwieniem. - Polecimy 

do Longreach. Z tamtego lotniska masz połączenie do Sydney. 

- Pewnie powinnam być ci wdzięczna? 
- Lepiej nic już nie mów. 

87

RS

background image

-  Ta  mała  dziwka  zawróciła  ci  w  głowie.  Udana  mamusia.  Pewnie  ktoś  ją 

zgwałcił, gdy jeszcze była dzieckiem. 

-  Marissa  tak  samo  jest  matką  Rileya,  jak  ja  ojcem  Georginy  -  stwierdził 

chłodno i dobitnie. 

Po  wyjeździe  Tary  życie  na  farmie  zaczęło  wracać  do  normy.  Georgia 

opowiedziała  im  ze  szczegółami  o  planie  ojca.  Holt  przewidywał,  że  prędzej 
czy później Tara zjawi się w Wungalli, by pokazać, na co ją stać. Przygotował 
więc córkę do spotkania. 

- Gdy tylko wziął mnie za rękę, wiedziałam, że zaczynamy przedstawienie - 

stwierdziła z dumą. 

Nadeszły  święta.  Dzieci  bawiły  się  doskonale,  ubierając  choinkę,  a  potem 

witając  gości.  Obiad  świąteczny  w  Wungalli  był  rytuałem,  którego  nie 
opuszczał  nikt  z  rodziny.  Przyjechały  siostry  Holta,  Alex  z  mężem,  Fran  z 
narzeczonym,  wuj  Carson  Holt  z  liczną  rodziną.  Łącznie  w  jadalni  zasiadło 
dwadzieścia osób, w tym czworo dzieci. Przez następne dni trwały odwiedziny 
znajomych i przyjaciół 

Młode  kobiety  otwarcie  flirtowały  z  Holtem.  Spójrz  na  nie  i  na  siebie, 

myślała  Marissa.  To  zupełnie  inny  świat.  Czuła,  że  jest  przez  wszystkich 
bacznie obserwowana. Miała obowiązek uczestniczyć we wszystkich posiłkach 
i  spotkaniach  towarzyskich.  Starała  się  z  każdym  zamienić  kilka  słów.  Na-
tomiast Holt trzymał się nieco z daleka. 

Wieczorem,  gdy  w  domu  zapanowała  cisza,  Marissa  stanęła  zamyślona 

przed  choinką  i  wspominała  święta  z  dzieciństwa.  Westchnęła  głęboko,  nie 
zdając sobie z tego sprawy. 

- Smutne wspomnienia? - spytał Holt, który cicho wszedł do pokoju. 
- Cóż, nawet dawne radosne święta kojarzą mi się z ojcem. Brakuje mi go. 
- Rozumiem cię doskonale i bardzo współczuję. Powiedz, dlaczego ostatnio 

mnie unikałaś? 

Marissa spojrzała na niego zaskoczona. 
- Przecież to ty ciągle gdzieś przepadałeś. 
- Może masz rację. 
-  Czuję,  że  jesteś  na  mnie  zły.  Właściwie  to  chyba  złe  słowo.  Zachowujesz 

się, jakbyś był mną rozczarowany. 

- Dlaczego? Wykonujesz świetną pracę. Udało ci się nawet zachęcić Georgię 

do nauki pływania. 

-  Chciałeś,  żebym  ci  zaufała,  a  ja  nie  byłam  w  stanie  -  domyśliła  się  w 

końcu. 

88

RS

background image

-  Właściwie  masz  rację  -  przyznał.  -  Usiądź,  proszę.  Czego  się  napijesz? 

Kieliszek koniaku? 

- Wystarczy woda mineralna. 
-  Ja  i  Georgia  zyskaliśmy  bardzo  dużo  dzięki  temu,  że  jesteś  z  nami  - 

powiedział. 

Marissa skinęła głową. 
-  Byłeś  dla  nas  bardzo  dobry  -  zrewanżowała  się.  -  Czy  to  pożegnanie?  - 

spytała niepewnie. Od dawna prześladowała ją myśl, że nadejdzie taka chwila. 
- Pocałowałeś mnie i teraz tego żałujesz? 

Uśmiechnął się, patrząc jej w oczy. 
- Zdajesz sobie sprawę, jak jesteś piękna? - spytał przyciszonym głosem. 
Objął  ją  i  delikatnie  pocałował.  Ku  swemu  zaskoczeniu  Marissa  zaczęła 

myśleć  o  przyszłości.  Jeśli  wyniknie  z  tego  romans,  co  dalej  ze  mną  będzie? 
Kocham go, ale nie mam pojęcia, co w nim siedzi! 

- Powinnam już iść! 
- Najpierw musisz uwolnić się ode mnie - powiedział, nie wypuszczając jej z 

objęć. 

-  Chyba  miałbyś  skrupuły,  kochając  się  z  guwernantką  córki?  -  zapytała, 

podkreślając słowo „córka". 

Natychmiast uwolnił ją z uścisku. 
-  Już  zdążyłaś  poznać  prawdę?  -  spytał  ponuro.  -  Domyślam  się,  że 

podsłuchałaś kłótnię z Tarą? 

- Każdy mógł ją słyszeć. Tara wrzeszczała na pół domu. Natomiast Georgia 

była ciekawa, co dzieje się na dole. Błagała mnie, żebym poszła posłuchać. 

Holt skrzywił się z niesmakiem. 
- Od początku patrzyłaś na mnie niechętnie, bo uważałaś mnie za złego ojca. 

Teraz znasz prawdę, ale nadal nie masz do mnie zaufania. 

-  Trochę  już  w  życiu  przeszłam  i  nauczyłam  się  ostrożności  w  lokowaniu 

uczuć. Trudno zdobyć moje zaufanie, ale przyznaję, zakochałam się w tobie. 

- Miłość bez zaufania? - zdziwił się. 
-  To  działa  w  obie  strony.  Przecież  nie  wierzyłeś  w  moje  zapewnienia,  że 

Riley nie jest moim synem. Już jest za późno, żeby coś zmienić. 

-  Dlaczego  tak  sądzisz?  Mieszkamy  w  jednym  domu  -  mówił.  -  Nie 

potrzebujemy nikogo więcej. 

- Jasne. Powinnam zostać twoją kochanką. 
- Pragnę cię od chwili, kiedy zobaczyłem cię w tym parku. Nie wierzysz w 

miłość od pierwszego wejrzenia? 

89

RS

background image

- Tylko w pożądanie od pierwszego wejrzenia. 
-  Świętoszkowata  wiedźma  -  mruknął  pod  nosem.  -  Czego  chcesz? 

Małżeństwa? 

- Byłbyś strasznym mężem. Uśmiechnął się. 
-  Tego  nie  możesz  wiedzieć.  Natomiast  zatrzymaj  dla  siebie  informację  na 

temat Georgii. Jest za mała, żeby poznać prawdę. 

- Do głowy by mi nie przyszło, żeby jej mówić cokolwiek na ten temat. Ona 

cię bardzo kocha. Nie wiem, czy zniosłaby rozłąkę z tobą. 

- W takim razie co mam zrobić? 
- To co zawsze - odparła cicho. - Opiekuj się nią. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

90

RS

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 
Święta okazały się dla Marissy najszczęśliwszym okresem w życiu. Rodzina 

Holta dawała jej odczuć serdeczne zainteresowanie. 

- Nie zdajesz sobie sprawy, jak jesteśmy ci wdzięczni - powiedziała do niej 

Rachael, matka Holta. 

Polubiła  ją,  gdy  tylko  ją  poznała.  Siedziały  właśnie  nad  basenem,  gdzie 

dzieci wesoło rozrabiały. 

-  Nie  zdawałam  sobie  sprawy,  że  dziecko  może  tak  się  zmienić.  Marzę, 

żebyście zostali tu na zawsze. Riley jest uroczym chłopcem. 

Marissa  spojrzała  jej  w  oczy.  Rachael  mówiła  najzupełniej  szczerze. 

Poznając  kolejnych  członków  rodziny,  Marissa  doszła  do  wniosku,  że 
wszystkie  starsze  osoby  wiedziały,  że  Holt  nie  jest  ojcem  Georgii. 
Jednocześnie uznały, że temat nie jest wart rozmowy. 

W końcu wszyscy kolejno wyjechali. 
- Masz prawdziwy talent do zjednywania sobie ludzi - powiedział Holt, gdy 

odleciał ostatni samolot z gośćmi. - Moja rodzina za tobą przepada. 

- Są wspaniali - stwierdziła krótko. 
- Znów zamierzasz mnie unikać? - spytał. 
- Tylko wtedy, gdy naprawdę będę musiała. 
Na  cztery  godziny  przed  przybyciem  do  Wungalli  Lois  poinformowała,  że 

jest w drodze. Holt nie zaprosił jej na święta, ale spędziła je z przyjaciółką Sue 
Bedford w pobliskiej posiadłości Bedford Downs. 

Teraz chciała osobiście dostarczyć Georgii gwiazdkowy prezent. 
- Do diabła!  Myślałem, że już się od niej uwolniłem - skomentował  Holt. - 

To babsko znów coś knuje. 

Jednak  Lois  zachowywała  się  bardzo  uprzejmie.  Sue  Bedford  niewątpliwie 

miała  na  nią  uspokajający  wpływ.  Zresztą,  była  tu  lubianą  osobą,  bo  nawet 
Catherine pofatygowała się, by ją przywitać. 

Marissa  zastała  dzieci  w  ogrodzie.  Georgia  bujała  się  na  huśtawce,  którą 

Riley wprawiał w ruch. 

- Chodź, Georgy. Ciocia Lois przyszła cię odwiedzić - powiedziała Marissa. 
- Nie mogę. 
- Ma dla ciebie prezent. 
- Nie chcę. 
- Pokaż jej, że jesteś uprzejma. Masz już prawie siedem lat - wtrącił Riley. 
- Dobrze, już dobrze. Żeby tylko nie zaczęła wrzeszczeć. 

91

RS

background image

- Będzie miła, bo przyjechała z Sue Bedford. 
- Fajnie. Sue potrafi rozmawiać z dziećmi. Oczywiście też jest zakochana w 

tacie. 

Marissa siedziała, czytając książkę i zerkając czasem na bawiące się dzieci. 

Dusty wygodnie rozłożył się obok i obserwował okolicę. 

-  Tu  jesteś!  Nie  chciałam  wyjechać  bez  pożegnania  -  rozległ  się  donośny 

głos Lois. 

- Jestem naprawdę wzruszona - oświadczyła Marissa, zamykając książkę. 
- Widzę, że dzieci nadal bawią się z tym wstrętnym psem. 
- Lepiej go nie drażnić. Pamiętam, że nie przepadacie za sobą. 
- Nie boję się byle kundla - zapewniła ją Lois. 
- A własnej siostry? Mnie ona przeraziła. 
-  Nic  dziwnego  -  odparła  Lois.  -  Jesteś  po  prostu  nikim,  zerem.  Nie  masz 

szans, żeby być w jej lidze. 

- Dzięki Bogu - skomentowała Marissa. 
Było jasne, że Lois właśnie przystąpiła do zaplanowanego ataku. 
-  Miałam  z  nim  romans  -  skłamała  bez  najmniejszych  oporów.  -  Trwał 

bardzo długo. 

- A potem nagle obudziłaś się ze snu? - zapytała słodko Marissa. 
- Przekonałam się, że to nie jest mężczyzna dla mnie - odparła Lois. 
- Zgadzam się. 
- Georgia nie jest dzieckiem Holta - dodała Lois jadowicie. 
- Najważniejsze, że uważa się za jego córkę - powiedziała Marissa. 
-  Zależy  ci  na  niej,  prawda?  Chcesz,  żeby  była  szczęśliwa?  W  takim  razie 

radzę ci wyjechać stąd jak najszybciej. Mam nadzieję, że to przejrzysta aluzja? 

- Słucham? - spytała Marissa. 
- Holt potrzebuje dziedzica, a Sue Bedford jest dla niego idealną kandydatką 

na  żonę.  Będziemy  ją  wspierać,  podobnie  jak  najgorsze  plotki  na  twój  temat. 
Oczywiście, nie jesteśmy okrutne. Wypłacimy ci odprawę. 

Marissa nie mogła uwierzyć własnym uszom. 
-  Rozumiem,  że  chcecie  mścić  się  na  mnie,  choć  nic  złego  nie  zrobiłam. 

Natomiast psychiczne znęcanie się nad dzieckiem jest po prostu nie do pojęcia. 

- Nie będzie problemu, jeśli wyjedziesz - powiedziała Lois, wstając. 
Sue  Bedford,  wyjeżdżając  z  Wungalli,  usilnie  zapraszała  Holta  na  bal 

noworoczny  w  posiadłości  jej  rodziny.  Jednak  on  zaskoczył  wszystkich,  bo 
oznajmił,  że  już  wcześniej  przyjął  zaproszenie  od  swojej  siostry  Alex.  Lois 
poczerwieniała ze złości, natomiast Sue starannie ukryła niezadowolenie. 

92

RS

background image

- Koniecznie pozdrów ją ode mnie - powiedziała, całując go w policzek. 
- Wymyśliłeś to na poczekaniu? - spytała Marissa chwilę później. 
- Nie. Po prostu nie uprzedziłem cię wcześniej, że pojedziemy do Alex. 
- A co z dziećmi? Zresztą, nie powinnam z tobą się wybierać. Jestem tu tylko 

opiekunką... 

- Mam dziwne uczucie, że Lois solidnie się napracowała, żeby namieszać ci 

w głowie. Nie chce słyszeć żadnych wymówek - oświadczył Holt. 

Gdy zjawili się w posiadłości Baileyów w Melbourne, zabawa trwała już w 

najlepsze.  Alex  natychmiast  otoczyła  Marissę  opieką  i  poznała  z  kilkoma 
osobami.  Jej  mąż,  Steven,  okazał  się  bardzo  sympatycznym  człowiekiem. 
Jednak  Marissa  szybko  została  porwana  do  tańca.  Wyglądała  pięknie  i 
atrakcyjnie w eleganckiej sukni. 

Holt  specjalnie  zawiózł  ją  helikopterem  na  zakupy.  Teraz  patrzył  na  nią  z 

dumą. Podobnie zachwyceni byli kolejni partnerzy, zapraszający ją do tańca. 

W końcu Holt zdołał porwać ją w ramiona. 
-  Nie  udało  mi  się  policzyć,  z  iloma  dziewczynami  już  tańczyłeś  - 

powiedziała Marissa z uśmiechem. 

- Naprawdę liczyłaś? - roześmiał się. 
- Planujesz kolejny ślub? - spytała niepewnie. 
- Jasne, ale tym razem wybiorę lepiej. 
- Zabrzmiało to cynicznie. 
- Cóż, po nieudanym małżeństwie człowiek staje się cynikiem - stwierdził i 

ruszył z nią do kolejnego tańca. 

O północy wszyscy zaczęli składać sobie życzenia. 
- Zmieniłeś moje życie - powiedziała Marissa, obejmując go za szyję. 
Holt przytulił ją do siebie. 
-  Kochanie,  życzę  ci  wszystkiego  najlepszego  -  powiedział,  całując  ją 

gorąco. 

Niedługo  potem  dyskretnie  opuścili  przyjęcie.  Czekała  na  nich  wynajęta 

biała  limuzyna,  która  zawiozła  ich  do  hotelu.  Po  drodze  nie  rozmawiali,  co 
tylko wzmagało narastające między nimi napięcie. 

- Idziemy do twojego czy mojego apartamentu? - spytał Holt już w hotelu. 
Milczała, wyobrażając sobie, co stanie się za chwilę. 
- Do twojego - zdecydował. - Będziesz się czuła bardziej komfortowo. 
Odruchowo gotowa była odmówić, jednak marzyła o tym od dawna. 
W apartamencie Holt objął ją, całował jej kark i szyję, a jednocześnie zaczął 

zdejmować z niej ubranie. Pochylił się, szepcąc jej imię. 

93

RS

background image

-  Jesteś  taka  piękna  -  mówił  cicho,  dotykając  jej  jedwabistej  skóry.  - 

Będziesz ze mną na zawsze! 

Pomyślała, że Holt się myli. 
Nie  potrafiła  sobie  uświadomić,  jak  długo  trwało,  nim  znów  wróciła  do 

rzeczywistości. Holt leżał obok, obejmując ją. 

- Jesteś najcudowniejszą kobietą na świecie - powiedział, patrząc jej w oczy i 

uśmiechając się. - Marisso, naprawdę nie masz powodu do płaczu - zapewnił ją 
i przytulił mocniej. 

- Co masz na szyi? - spytała zdziwiona, kiedy poczuła, że coś ją uwiera. 
Wtedy  rozpiął  złoty  łańcuszek,  na  którym  wisiał  pierścionek  zaręczynowy, 

piękny szafir otoczony drobnymi brylantami. 

- Zobacz sama. To przecież twoje - rzekł z uśmiechem. 
- Holt, to niemożliwe! 
- Masz już męża? 
- Nie żartuj. 
- Więc gdzie jest problem? 
- Mój ślub z tobą byłby jednym wielkim skandalem. Holt jęknął. 
- Miałem rację. Lois próbowała cię szantażować. Obie siostrzyczki są siebie 

warte. Nie wypuszczę cię z łóżka, dopóki nie powiesz mi wszystkiego. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

94

RS

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 
Alex radośnie powitała ich w drzwiach. 
- Muszę przyznać, że oboje wyglądacie kwitnąco - zauważyła. 
-  Możesz  mi  pogratulować.  Jestem  najszczęśliwszym  człowiekiem  na 

świecie. Marissa zgodziła się zostać moją żoną. 

Alex była przejęta, choć nie wyglądała na bardzo zaskoczoną. 
- Miałam nadzieję, że tak to się skończy - powiedziała i objęła ich oboje. 
- Podoba ci się mój pierścionek? - spytała Marissa, rumieniąc się. 
- Jest przepiękny. Babcia już wie? Holt skinął głową. 
-  Dowiedziała  się  jako  pierwsza.  Natomiast  dzieciom  powiemy  o  tym  po 

powrocie do domu. Gdzie jest Fran? 

- U mnie. Wejdźcie dalej i powiedzcie jej sami. 
W Sydney, w posiadłości Jacka Garnera, której okna wychodziły na zatokę, 

zebrała  się  na  drinka  grupka  znajomych.  Pokojówka  poprosiła  do  telefonu 
panią McMaster. 

Tara wstała i poklepała pana domu po ramieniu. 
- Kochanie, odbierz w moim gabinecie - zaproponował Garner. 
Lois,  która  oczywiście  została  tu  zaproszona,  poczuła  niepokój.  Czyżby 

Marissa jednak poinformowała Holta o ich rozmowie? Tara była zdecydowana, 
by za wszelką cene związać się z Garnerem, który był co prawda dużo starszy, 
ale  niezwykle  zamożny.  Lois  zdawała  sobie  sprawę,  że  nieco  przesadziła, 
szantażując  guwernantkę.  Teraz  pozostawało  jej  tylko  cierpliwie  czekać,  by 
siostra skończyła rozmowę. 

Po chwili Tara wróciła. 
-  Lois,  twoja  głupota  nie  ma  granic.  Dzwonił  Holt.  Jest  u  siostry  w 

Melbourne. Je lunch z narzeczoną. Domyślasz się na pewno, co to za jedna? 

- Więc? 
-  Wytłumaczyłam  mu,  że  nie  mam  nic  wspólnego  z  twoim  głupim 

pomysłem, żeby ją szantażować. Obiecałam, że z tobą porozmawiam. Zrozum 
wreszcie,  idiotko,  że  moja  kochana  córeczka  ma  zostać  pod  opieką  Holta. 
Jasne? - spytała, ściskając jej rękę aż do bólu. 

- Jasne - zapewniła Lois. 
Od dzieciństwa bała się siostry niepomiernie. 
Następnego  popołudnia  Marissa  i  Holt  polecieli  do  Wungalli.  Olly  czekała 

na nich z dziećmi przy lądowisku. 

- Nie mogłam zatrzymać ich w domu - wyjaśniła. Riley podbiegł do siostry. 

95

RS

background image

- Wreszcie wróciłaś! - powiedział, jakby nie było jej przez miesiąc. 
Georgia natomiast przywitała ją pocałunkiem. 
- Pięknie wyglądasz - zauważyła. - Masz nową sukienkę i... coś na palcu! - 

zawołała i zaczęła podskakiwać. - Pierścionek zaręczynowy! 

- Naprawdę jesteście zaręczeni? - spytał Riley z niedowierzaniem. 
- Tak - potwierdził Holt. - Kocham twoją siostrę, a ciebie chcę traktować jak 

syna. 

-  Gratuluję!  -  wtrąciła  Olly.  -  Holt,  wreszcie  znalazłeś  wyjątkową 

dziewczynę. 

Marissa pocałowała ją w policzek. 
- To nie w porządku! - zawołała Georgia, patrząc na uśmiechniętego Rileya. 

- Przecież my mieliśmy wziąć ślub, jak będziemy starsi. 

Dorośli  wymienili  uśmiechy  ponad  ich  głowami.  Marissa  ze  wzruszeniem 

zdała sobie sprawę, że zapamięta tę chwilę do końca życia. 

Holt pochylił się i ją pocałował. 
- Teraz wsiadajcie do samochodu i jedziemy do naszego domu! 

96

RS


Document Outline