background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

Listy z Ameryki 

Sąsiedzi 

 Manager domu (w Stanach każdy człowiek ma jakiś tytuł; w najgorszym wypadku jest 

się Vice Presidentem lub  Officerem) wprowadził mnie na podwórko domu i powiedział: 

-  Pański  apartament  będzie  dwadzieścia  dziewięć.  Jeśli    Pan  usłyszy  jakieś  krzyki  z 

apartamentu dwadzieścia siedem,  proszę nie zwracać uwagi. To samo spod dziewiętnastego;  
jeśli zaczną się kłócić, to niech pan udaje, iż pan nie  słyszy. Natomiast dwadzieścia siedem 
to  problem.  Gdyby    się  zaczęli  kotłować,  proszę  zawołać  mnie  lub  połączyć    się  przez 
operatora z policją. Ta samotna starsza pani,  mieszkająca na dole, będzie mówić czasem do 
pana, ale  proszę nie zwracać uwagi. Jest chora umysłowo i mówi  tylko do siebie. Ten gość, 
którego pan tam widzi, będzie  chciał od pana pożyczyć pieniądze. Niech pan mu nie  daje. 
Pańskim sąsiadem będzie irlandzki policjant, który  mieszka z matką. On jest spokojny przez 
cały tydzień;  w niedzielę lepiej... 

Nie  dokończył;  potężny  blondyn  w  mundurze  oficera    policji  przeszedł  podwórkiem 

obrzuciwszy  nas  bacznym    spojrzeniem  i  uśmiechnął  się  sadystycznie.  W  ten  sposób  
zostałem mieszkańcem domu w dzielnicy ludzi mało zarabiających. 

Najbliższym  moim  sąsiadem  jest  Bob.  Bob  pracował  niegdyś    jako  agent  reklamowy; 

pewnego  dnia  pijany  kierowca  samochodu  poturbował  go  tak  dotkliwie,  iż  Bob  poszedł  do 
szpitala  na  długie  miesiące.  Dzień  ten,  jakkolwiek  pełen  bólu,  okazał    się  jednak 
najradośniejszym  w  jego  monotonnym  dotąd    życiu;  Bob  po  wyjściu  ze  szpitala  otrzymał 
kilkadziesiąt  tysięcy dolarów odszkodowania jak również zaświadczenie,  że jest niezdolny 
do  pracy.  Bob  raźno  zabrał  się  do  dzieła:    szybko  przepił  część  pieniędzy  w  Down-Town; 
resztę przegrał  w Las Vegas. Od tego czasu Bob szwenda się po barach  opowiadając o sobie 
różne historie, a kiedy nie ma pieniędzy  na picie, staje na skraju ulicy i tęsknym wzrokiem 
wpatruje  się w mijające go samochody. Treść jego marzeń jest dla  wszystkich oczywista. 

Bob  jest  myślicielem,  filozofem  i  wnikliwym  obserwatorem    życia  codziennego.  Jest 

najkoszmarniejszym  typem  alkoholika;  jest  bowiem  alkoholikiem-entuzjastą;  alkoholikiem 
piejącym hymny na cześć życia. O ile pamiętam, spotkałem się  tylko raz z podobnym typem 
pijaka w literaturze; bodajże  w „Pojedynku” Kuprina spotykamy postać pijącą nałogowo   i 
wygłaszającą  entuzjastyczne  monologi  na  cześć  życia.  Bob    ma  po  temu  zresztą  pełne 
podstawy; otrzymuje dwieście  dolarów miesięcznie jako niezdolny do pracy, a to starcza mu  
na mieszkanie i na picie. Ponieważ jednak jego nogi zostały  pogruchotane, Bob posuwa się 
zygzakami i nazywany jest  „skaczący Bob”. 

Bob  nie  dysponuje  również  własnym  uzębieniem.  Po  miesiącach  starań  otrzymał 

nareszcie sztuczną szczękę i wybrał  się na przejażdżkę do rodziny samochodem przyjaciół. 
Jadąc    w  kierunku  Santa  Monica,  Bob  uległ  czarowi  krajobrazu    i  otworzywszy  okno, 
wychylił  się,  a  wtedy  wiatr  wydmuchnął    mu  szczękę.  O  tym  opowiadał  mi  wieczorem, 
przekonując  mnie, iż powinienem koniecznie pożyczyć mu czterdzieści  dolarów na zakup 
nowej szczęki; w końcu zadowolił się  dwudziestoma pięcioma centami i poszedł. 

Bob należy do kategorii „Rummys”. „Rummys" chodzą  tylko po pewnych ulicach nie 

zapuszczając się nigdy w dzielnice zamieszkane przez ludzi lepiej zarabiających. „Rummys"  
wchodzą do baru i w milczeniu kładą przed sobą na lado 

dwadzieścia  pięć  centów;  tyle  płaci  się  tutaj  za  kiepskie  piwo.  „Rummys"  kładą 

pieniądze i rzadko kiedy mówią o co im  chodzi; są znani, barmani znają ich upodobania i 
możliwości.    Pijaństwo odbywa  się  tutaj  w  milczeniu;  nikt  do  nikogo  nie    mówi;  wszyscy 
obserwują ekran telewizyjny komentując z rzadka dramat miłosny lub obyczajowy; częściej 
komentują  tutaj    walki  bokserskie  czy  zmagania  zapaśników,  a  w  niedzielę    zawody 
piłkarskie. Mało widzi się awantur;  jak powiedziałem,  pijaństwo odbywa się w  milczeniu; 
tego rodzaju niezbędne  akcesoria, jakimi dysponuje alkoholik w Polsce, jak na  przykład nóż 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

sprężynowy, szpadryna czy bicz do łamania  kręgosłupa, są tutaj mało popularne w kręgach 
dojrzałych    uczuciowo  alkoholików.  Na  tym  szarym  raczej  tle  korzystnie    odbijają  się 
długowłosi  młodzieńcy  zręcznie  operujący  kozikami.  Grasują  oni  w  okolicach  Sunset 
Boulevard i nie zapuszczają  się w naszą ponurą dzielnicę. 

Bob  jest  również  entuzjastą  życia  erotycznego  i  rewolucji    seksualnej.  Pewnego  dnia 

zjawił  się  w  towarzystwie  Davida;    David  właśnie  wyszedł  ze  szpitala  dla  wariatów  po 
czteroletniej kuracji odwykowej; teraz razem z Bobem zabrali się do  dzieła, podkreślając w 
czasie pijaństwa konieczność znalezienia dla Davida ukochanej; ten bowiem pozbawiony był  
możliwości korzystania z wdzięków kobiecych przez ostatnie  cztery lata. 

 

Bob-David. Dialog przy barze 

 
Bob: 
- Ja ci znajdę dziewczynę. 
David: - Ja przez cztery lata nie pierdoliłem.  Pauza. Milczenie. 
Bob (po chwili pełnej napięcia): - Ja mógłbym wytrzymać  jeszcze jeden kieliszek. 
David: - Ale to ostatni. Potem pójdziemy i poszukamy  jakiejś dziewczyny. 
Piją. 
Bob: - Prawdę powiedziawszy, to o tej porze nie ma tu  nikogo. Trzeba będzie poczekać 

do wieczora. 

David: - Dobrze. Ale pamiętaj, że ja cztery lata nie  pierdoliłem. 
Opowieść o Bobie i Davidzie zakończę morałem: David  wrócił do domu dla wariatów 

dla odbycia powtórnej kuracji  nie przespawszy się z nikim. Morał: alkohol... i tak dalej. 

 

William 

 

William  jest  moim  najbliższym  przyjacielem;  jest  on  również    przedstawicielem 

kierunku  filozoficznego, o którym  mówi się   „Amerykański  sen". Tak więc  William, który 
jest chwilowo  bez grosza przy duszy i nie może znaleźć pracy, wierzy  głęboko, iż pewnego 
dnia wszystko się ułoży; znajdzie pracę,  zarobi mnóstwo pieniędzy i tak dalej. W jaki jednak 
sposób to  może się stać? Nikt tego nie wie. 

I  ja  również  tego  nie  wiem.  Ktoś  podobno  powiedział,    iż  pisanie  o  jakimś  kraju  jest 

rzeczą  możliwą  tylko    albo  po  dwudziestoczterogodzinnym  pobycie,  albo  po  
dwudziestoczteroletnim.  Stwierdzenie  to,  jakkolwiek  efektowne,  nie  wydaje  się  prawdziwe. 
W Stanach Zjednoczonych  każda drobna obserwacja stanowi w sumie olbrzymie  zjawisko 
społeczne,  nad  którym  pracuje  tysiące  ludzi    i  któremu  poświęcone  są  tysiące  publikacji. 
Wchodząc  do drugstore'u i patrząc na okładki książek, widzimy  obok książek kryminalnych 
lub magazynów typu „Poświęciłam małżeństwo dla przygody miłosnej" książki  związane z 
psychiatrią i problemami erotycznymi, napisane  przez lekarzy specjalistów. Laikowi trudno 
zorientować  się w wartości tych publikacji; na mnie osobiście duże  wrażenie zrobiły książki 
,,Samotny tłum" i „Bunt człowieka  w wieku średnim". Jesteśmy świadkami fenomenalnego  
zjawiska,  polegającego  na  wzajemnym  mijaniu  się  ludzi;  na  nieumiejętności  nawiązania 
kontaktu; nieumiejętności  spędzania wolnego czasu. 

William,  który  interesuje  się  literaturą,  nie  od  rzeczy  mówi,    że  gdyby  byt  pisarzem, 

najważniejszą  sceną  dla  niego  byłoby    pierwsze  spotkanie  między  kochankami.  To  jest 
według    Williama  sprawa  zasadnicza  dla  dobrego  opowiadania.  Ludzie    spotykają  się, 
powiada William, i pierwszymi wrażeniami są  zazwyczaj:  nieufność i nadzieja. Jeśli ładna 
dwudziestoparoletnia  kobieta  spotka  mężczyznę  w  tym  samym  wieku    i  powiedzą  sobie  w 
rozmowie, że oboje są ludźmi samotnymi,  z miejsca zaczynają działać w atmosferze klęski; 
zaczynają    grać  z  pozycji  straconych.  Cóż  działo  się  z  nimi  przez  tyle  lat;    dlaczego  są 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

samotni;  dlaczego  nie  udało  im  się  założenie    rodziny  czy  nawiązanie  trwałych  związków 
przez tyle czasu;  i czy to, co oni sami o tym mają do powiedzenia, stanowi  prawdę? 

William powiada, iż film i telewizja wytworzyły pewne  schematy, które oddziałały na 

ludzi.  W  filmach zazwyczaj  spotykamy  samotnego mężczyznę, który wchodzi do nocnego  
lokalu;  tam  spotyka  piękną  dziewczynę  i  ratuje  ją  z  kłopotów.    Widzimy  to  codziennie 
obserwując  serię  telewizyjną  Tighrope,    której  bohater  (glina  w  cywilu)  wchodzi  do  baru, 
przez    sekundę  obserwuje  siedzącą  tam  samotną  dziewczynę,  nawiązuje  na  jej  temat 
rozmowę z barmanem; podchodzi do niej;   bije innego mężczyznę w zęby i odchodzi z nią. 
Od miesięcy  obserwuję dzielnego agenta i każdy film o nim zaczyna się  w ten, i tylko w ten 
właśnie  sposób.  Tak  samo  zresztą  dzieje    się  niemalże  w  każdym  filmie  przygodowym; 
mężczyzna    spotykający  kobietę,  z  miejsca  ma  okazję  zademonstrowania    swej  odwagi, 
determinacji i lekceważenia obyczajów, których  obejście, jakkolwiek przynosi innym klęskę, 
dla niego i dla  niej okazuje się zbawienne. 

Książki poświęcone przypadkom histerii, alkoholizmu i rozpaczy, pisane przez lekarzy, 

przynoszą  zupełnie  inny  obraz  od    obrazu  stwarzanego  przez  film  i  telewizję.  Ludzie  są 
samotni;  boją się jednak zdradzania swych uczuć i swego poczucia klęski. W końcu znajduje 
jedynego  i  prawdziwego  przyjaciela,  którym  jest  psychoanalityk.  Analityk  nie  podejmuje  
jednak  decyzji  w  imieniu  swego  pacjenta;  stara  się  raczej    zwrócić  mu  uwagę  i  skierować 
jego energię we właściwym  kierunku. Przyjaciółka Williama  jest od siedmiu  lat pacjentką 
lekarza  analityka  i  chodzi  do  niego  codziennie,    przy  czym  godzina  psychoterapii 
indywidualnej  kosztuje    dwadzieścia  pięć  dolarów.  Ponieważ  przyjaciółka  Williama    jest 
idiotką,  kuracja  przeciągnąć  się  może  na  najbliższe    kilka  milionów  lat  świetlnych.  I  ona 
również  nie  spotkała    nikogo;  i  ona  również  obserwuje  Tighrope  patrząc  na  przystojnego 
agenta policji odchodzącego co wieczór z inną  dziewczyną. 

William jest z urodzenia pesymistą, do czego przyznaje się  niechętnie, gdyż na co dzień 

reprezentuje kierunek  „Amerykańskiego snu".  William twierdzi,  iż z  chwilą kiedy państwo  
troszczy  się  o  obywateli  tak  bardzo  jak  to  dzieje  się  w  Stanach,    wytwarza  się  obojętność 
człowieka wobec człowieka i człowieka  wobec bólu i cierpienia. Człowiek rodzi się, działa, 
żyje  i umiera nie umiejąc zainteresować swoim losem innych  ludzi. Nikt tu nie jest głodny i 
w  każdego  wpajane  jest    przekonanie,  iż  własną  energią  i  pomysłowością  można  zdobyć  
wszystko.  Ten  schemat  myślenia  jest  obowiązujący  dla  wszystkich,  powiada  William,  i 
człowiek rzadko wyzwala się z tego  przed ukończeniem trzydziestu lat życia. A przecież nie  
wszyscy  ludzie  są  pomysłowi,  energiczni;  i  nie  wszyscy  poza    tym  pragną  zdobywania 
fortun,  pałaców  i  luksusowych  jachtów.  W  naszym  społeczeństwie  istnieje  minimalna 
możliwość    kompromisu.  Najgorszym  tego  wszystkiego  wynikiem  jest,    według  Williama, 
obojętność. Dzieci mało troszczą się o starych rodziców wiedząc, że jest im wypłacana renta; 
że  rodzice    mają  samochód,  aparat  telewizyjny  i  telefon.  Święta  dzieci    spędzają  z 
rówieśnikami,  a  potem  -  kiedy  wstępują  w  związki    małżeńskie  -  z  własnymi  dziećmi. 
William powiada: człowiek  czeka, aby go ktoś odwiedził, a pewnego dnia idzie odwiedzić  
własne dzieci; i to jest już właśnie starość. 

William  jest kimś, o kim  mówi  się  loser.  William  jest   inteligentny, oczytany, dobry  i 

dostatecznie  sceptyczny,    aby  zachować  zimną  głowę.  William  potrafi  wszystko:  mówić  
mądrze  o  przeczytanej  książce,  wyśmiać  zły  film,  krytykować    wybory  i  kandydaturę 
gubernatora;  William  potrafi  mówić    o  armii,  o  wojnie  w  Wietnamie,  i  o  wielu  innych 
rzeczach.  Nie potrafi tylko jednej rzeczy: nie potrafi pozbyć się  wiary, iż pewnego dnia w 
jego  życiu  zaistnieje  wyjątkowa    sytuacja,  wyjątkowe  spotkanie;  pewnego  dnia  zjawi  się  
wyjątkowy człowiek, a wtedy życie Williama ułoży się  inaczej. 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

 
 

Judy i Kira 

 

Judy jest tak śliczna, iż z punktu widzenia opowiadania nie  nadaje się na nic; nie nadaje 

się poza tym do niczego  z każdego innego punktu widzenia, ponieważ ma dwadzieścia  sześć 
lat,  troje  dzieci  i  trzy  nieudane  małżeństwa  za  sobą;  jest    ponadto  wiecznie  na  gazie.  Judy 
stanowi wspólne zmartwienie  moje, Williama i wszystkich mieszkańców domu. 

Judy otrzymuje od rządu sześćdziesiąt dolarów tygodniowo.  Ta suma musi starczyć jej i 

dzieciom.  Nie  starcza,  gdyż  Judy    pije  jak  smok,  a  butelka  whisky  kosztuje  jednak  sześć 
dolarów.    Tak  więc  dzieci  Judy  latają  głodne  i  bose;  czasami  karmi  je    żona  Williama, 
czasami inni ludzie. Teraz Judy usiłowała  popełnić samobójstwo; odratowano ją jednak i jest 
już z powrotem w świetnym humorze. 

Patrząc  czasem  na  nią  i  myśląc  o  jej  nieudanym  samobójstwie,  myślę  o  opowiadaniu 

Adolfa Rudnickiego „Pył",  którego bohaterka, Kira, również usiłuje popełnić samobójstwo  
po  szeregu  nieudanych  afer  miłosnych.  Kira  jest  młoda,    ładna,  uganiają  się  za  nią 
mężczyźni;  dziewictwo  straciła    będąc  jeszcze  właściwie  dzieckiem;  jako  dojrzała  kobieta  
jedzie w noc wigilijną pociągiem z Warszawy do Łodzi, aby  popatrzyć na choinkę, która jej 
przypomina dzieciństwo. 

W  filmie  włoskiego  reżysera  Blow-up,  uznanego  za  arcydzieło  i  monument  myśli 

ludzkiej  widzimy  bohatera,  długowłosego  młodzieńca,  mającego  doświadczenie  erotyczne 
rozpustnego  i  bogatego  starca;  młodzieniec  ten  pewnego  dnia    kupuje  w  antykwariacie 
drewniane  śmigło  samolotu; symbol  czy też rekwizyt epoki, której  nie  może pamiętać; do 
której  odnosi się z pogardą i z którą nic go nie sączy. Nie potrafi  przy tym wytłumaczyć, po 
co potrzebne mu jest to śmigło. 

W  filmie  francuskiego  reżysera,  „Oszuści"  widzimy  młodzieńca,  który  ryzykuje  życie, 

aby wybawić kota z opresji, po  czym oświadcza zgromadzonym i struchlałym widzom: „Nie  
cierpię kotów". 

Dramat  długowłosych  ludzi  nie  jest  rzeczą  łatwą  do  zrozumienia.  Dramaty  młodych 

ludzi  zawsze  uderzmy  ostrością.    Dwudziestoczteroletni  Iwan  Karamazow  prowadził 
rozmowy  z diabłem; młody Werther zastrzelił się z miłości; Fabrycy  del Dongo postanowił 
zamknąć się w klasztorze, aby w ascezie  i ciszy znaleźć ukojenie w rozpaczy; Adolf latami 
nie  umiał    zdobyć  się  na  zerwanie  z  kobietą,  gdyż  nie  chciał  sprawiać  jej    bólu;  bohater 
powieści Faulknera odrzuca karierę, stanowisko,  następnie możliwość ucieczki przed karą i 
możliwość  samobójstwa,  wybierając  smutek,  który  pomoże  mu  zachować  w  pamięci 
ukochaną kobietę; młody Raskolnikow popełnia morderstwo snując asocjację między sobą a 
osobą  Cesarza  Francji;    Robert  Jordan,  bohater  powieści  Hemingwaya,  postanawia    przed 
śmiercią  polatać  trochę  z  karabinem  po  polu,  wysadzić    parę  mostów  w  powietrze  i  to 
wszystko po to, aby nie będąc  ani komunistą, ani monarchistą, zginąć jak mężczyzna. Dra-
maty  tych  wszystkich  młodych  ludzi  mogą  nam  wydawać  się    wyjątkowe,  nawet 
sentymentalne,  prawdziwe  lub  nie,  lecz    uderzają  one  ostrością.  Na  czym  jednak  polega 
dramat długowłosych? Jest to niewątpliwie dramat ludzi zagadkowych.  Kazimierz Brandys 
napisał kiedyś:  „Powiedziano  mi, abym  poszedł  do kabaretu STODOŁA, gdyż tańczy tam 
zagadkowa  młodzież. Nie pójdę. Ja też kiedyś byłem zagadkowy i nikt nie  podglądał mnie 
w czasie tańca". 

Judy i Kira należą do jednego pokolenia. Zapoznały  się szybko z seksem;  mają nawet 

pewne pojęcia  na temat  Freuda  i  wiedzą,  iż  sen, w którym  natrętnie powtarza  się  motyw 
wieży Eiffla nie zawiera w sobie elementów  religijnych; obie wiedzą, jak zażywać pigułki 
pozwalające  uniknąć zajścia w ciążę; ta cała wiedza nie przydała  im  się  jednak  na wiele. 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

Adolf  Rudnicki  kończy  swoje  opowiadanie  słowami:  „Zabiło  ją  poczucie  winy".  William  
odwożący nieprzytomną Judy do szpitala powiedział to  samo. I to jest prawda. 

Zabiło  je  obie  poczucie  winy.  Jednakże  nie  wobec  społeczeństwa;  nie  wobec  ludzi 

żonatych, z którymi nawiązywały  romanse; nie wobec dzieci, którym odbierały ojców; nie  
wobec rodziców, którym ich postępowanie przynosiło wstyd.  Zabiło je poczucie winy wobec 
siebie  samych:  poczucie,  że    straciły  najlepsze  lata  swego  życia  w  poszukiwaniu  przygód,  
które  okazały  się  w  rezultacie  mało  ciekawe;  rozbijały  małżeństwa  innych  ludzi,  lecz  nie 
udało  im  się  samym  wyjść  dobrze    za  mąż;  straciły  dużo  czasu,  pieniędzy  i  zdrowia  nie 
myśląc    o  tym,  iż  w  tym  samym  czasie  dojrzewały  inne  młode  kobiety    równie  głupie, 
egoistyczne i zimne jak i one, lecz mające nad  nimi nieznaczną przewagę młodości. 

William  powiada,  że  dla  niego  najpiękniejszą  ze  wszystkich    książek  Faulknera  jest 

książka „Dzikie palmy. William  powiada, iż jest to książka prorocza; książka o umiejętności  
wytwarzania  w  sobie  napięć  uczuciowych.  Dzisiaj,  powiada    William,  seks  jest  sprawą 
wątłego schematu obyczajowego: Ty  spotykasz kobietę, opowiadasz jej o swoim nieudanym 
małżeństwie; ona opowiada ci o nieudanym swoim; idziecie na  kolację, idziecie do lóżka - 
co  dalej?  Seks  był  kiedyś  ostatnią    stacją  w  pewnej  sytuacji;  dziś  jest  początkiem.  Seks 
stanowił    „owoc  namiętności",  poświęcenia,  odwagi;  człowiek  żonaty    wiążący  się  z  inną 
kobietą  występował  przeciw  społeczeństwu,    rodzinie  i  religii.  Dzisiaj,  powiada  William, 
seks nie zawiera  w sobie tych napięć uczuciowych, jakie zawierał niegdyś.  Chciałbym dziś 
zobaczyć autora, który napisałby książkę o człowieku, który po prostu umarł z miłości tak jak 
Lucjan,  tak jak Eleonora. Dlatego „Dzikie palmy" są w jakimś sensie  książką proroczą. 

Być  może  jest  tak  istotnie.  Jestem  szczęśliwy  widząc  od    czasu  do  czasu  nowe  tytuły 

książek poświęconych Faulknerowi.  William Faulkner, którego książki w roku 1944 nie były 
już    wznawiane,  jest  dzisiaj  przedmiotem  setek  publikacji.  W  książce  Faulkner:  Te  Major 
Years  
autor  podaje  w  indeksie,  iż  przy    pracy  nad  tą  książką  o  autorze  „Dzikich  palm" 
korzystał    z  pomocy  34  książek  poświęconych  Faulknerowi  oraz  z  kilkuset  artykułów 
krytycznych. Zwycięstwo Faulknera wydaje  się całkowite. Myślę, iż najciekawszą książką, 
jaką  czytałem    w  roku  ubiegłym,  jest  „Faulkner  na  uniwersytecie".  Książka    „Papa 
Hemingway"  opowiadająca  o  ostatnich  kilkunastu  latach    autora  ”Śniegów  Kilimandżaro” 
wydaje się zbiorem płaskich  anegdot o starzejącym się gadule mówiącym w stylu: „Jedna  z 
moich  weneckich  dziewczyn",  lub  opowiadającym  o  swym    wyimaginowanym  stosunku  z 
Matą Hari: „Pewnej nocy, jak  zwykle, wypierdoliłem ją porządnie..:' 

O  tym  wszystkim  mówiliśmy  z  Williamem  do  późnej  nocy,    Głębię  i  powagę  naszych 

rozmyślań przerwał wesoły śpiew:  Roll me over and do it again... To Judy, która dziś rano 
opuściła    szpital  po  nieudanej  próbie  pozbawienia  się  życia,  wróciła    właśnie  do  domu  z 
nowym narzeczonym. Patrząc na jego  brudne długie włosy mam ochotę mordować i wyć. I 
mnie  również zabija poczucie winy; i również wyłącznie wobec  mnie samego. Widzę siebie 
sprzed lat dziesięciu, ale nie  powiem tego Judy. Niech i ona przejdzie sama swoją drogę. 

Dramat długowłosych jest reakcją na dramat Williama,  który głęboko wierzy, iż spełni 

się pewnego dnia jego sen; tak  mi to przynajmniej tłumaczyła jego żona. Być może jest tak;  
być może jest zupełnie inaczej. Dramaty ludzi, których twarzy  nie można dojrzeć, wydają się 
chyba każdemu mało ciekawe.  Stanowią oni odsetek i trudno rzeczywiście zrozumieć o co 
im  chodzi, ponieważ oni sami tego nie wiedzą. W Polsce, po  wojnie, patrzyliśmy wszyscy 
na dramat ludzi z AK, i to było dla nas zrozumiałe; to pobudzało naszą wyobraźnię; wywoły-
wało w nas uczucia gniewu, miłosierdzia i rozpaczy. W dziesięć lat później patrzyliśmy na 
dramat  rozczarowanych    komunistów.  Tutaj  patrzymy  na  dramat,  co  do  którego  
autentyczności  ogarniają  nas  zastrzeżenia.  Jest  tu  bunt    przeciw  społeczeństwu;  lecz  bunt 
wygodny;  bunt  nie  grożący    konsekwencjami,  i  w  tym  tylko  przypomina  mi  to  dramat  
młodych komunistów, postanawiających zerwać z Partią  wtedy, kiedy Partia sama wezwała 
ludzi do złożenia legitymacji partyjnych. 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

Bruce,  mój  inny  sąsiad,  ma  dwadzieścia  cztery  lata  i  od    dwóch  lat  jest  instruktorem 

pilotażu. Tak więc ja, starszy od  niego o lat dziesięć, jestem jego potulnym uczniem. Bruce 
jest  młodym Amerykaninem o określonych ambicjach i o dużych  umiejętnościach. Szkoła, 
do  której  uczęszczam,  jest  jedną    z  tysiąca  prywatnych  szkół  lotniczych.  Bruce,  kiedy 
przyszedł  tam po raz pierwszy w swoim życiu, zapytany przez właściciela  szkoły, czemu 
chce  się  poświęcić,  powiedział,  iż  chce  zostać    instruktorem  pilotażu.  Na  zapytanie,  kto 
zapłaci za jego kurs,  Bruce odpowiedział: „Pan". Wyśmiany przez właściciela,  powiedział: 
„OK. Zabiję kogoś i przyniosę panu pańskie  wszawe trzy tysiące". Właściciel powiedział: 
„W jego twarzy  było coś takiego, iż musiałem mu uwierzyć, i Bruce odwalił  cały kurs za 
darmo,  a  teraz  pracuje  dla  mnie.  To  jest  mój    najlepszy  instruktor".  Bruce  jest  zimny  i 
odważny i kocha  latanie. Ale nie ma w sobie bezmyślności wobec niebezpieczeństwa i nigdy 
nie naraża swych uczniów. Zapytany  przeze mnie, co myśli o dramacie długowłosych, Bruce  
powiedział:  „Ich  rodzice  zarabiają  forsę,  dają  im  samochody    i  pieniądze  na  szkołę,  więc 
czegóż można od nich żądać? Ja  bym ich chciał zobaczyć na moim miejscu: uczyć kretyna, 
jak    m  latać,  i  dostawać  za  to  siedem  dolarów  za  godzinę.  Keep  the    nose  down,  Marek". 
Bruce  ma  świetną  metodę  uczenia  ludzi;    jeśli  ktoś  na  przykład  przechyla  samolot  ponad 
sześćdziesiąt    stopni  na  skrzydło,  co  jest  zabronione  w  czasie  lotów  treningowych,  Bruce 
zrzuca ręce ucznia ze steru z taką siłą, że to się 

musi  pamiętać;  po  czym,  po  locie,  wpisuje  w  książkę  lotów:    „Uczeń  wykazuje  dużą 

poprawę". I tak jest do następnego razu. 

Bruce należy do tego samego pokolenia co Judy i Kira.  Bruce ma dziecko; Bruce wie, że 

za  ileś  lat  pracy  zarabiać    będzie  dostatecznie  dużo,  aby  znaleźć  wiele  wolnego  czasu  dla  
siebie; czas ten prawdopodobnie przeznaczy  na dodatkowe  latanie, ale to już  jego sprawa. 
William i Bruce nie lubią się  nawzajem. William nazywa Bruce'a robotem; Bruce'a opinia  o 
Williamie  jest  równie  mało  skomplikowana.  William  powiada,  że  Bruce  jest  typowym 
przykładem amerykańskiej arogancji. „Jeśli ja mu powiem, że gdzieś w Chinach jest piękne  
jezioro, Bruce nawet nie pozwoli mi skończyć i powie, że to  nic w porównaniu z jeziorem w 
Michigan, nad którym leciał  w zeszłym tygodniu" - powiada William. Bruce na to wszystko  
odpowiada warknięciem: „To jest mój dom". Być może, iż nie  jest to wiele warte jako wkład 
do  nauki  poznania  świata;  ale    któż  z  nas  powie  kiedyś  te  słowa?  Dom  jest  czymś,  co  
akceptujemy;  wraz  z  niewygodami,  z  ciotką  neurasteniczką;    ze  scenami  małżeńskimi;  z 
chorobami, kłótniami i przeprosinami. Tak samo Bruce akceptuje ten piękny kraj i jego  siłę; 
jego  dobrych  i  złych  ludzi;  jego  wielkie  i  słabe  momenty.    Jego  akceptacja  nie  wynika  z 
bezmyślności, o którą wszyscy  tak chętnie posądzają Amerykanów; jego akceptacja wynika  
z faktu, iż Bruce uważa, że nie ma powodu, aby on sam uważał  siebie za mądrzejszego od 
wszystkich  ludzi  rządzących  tym    pięknym  krajem.  Jeśli  nawet  Bruce  jest  tylko  małym 
kółkiem  w tej olbrzymiej maszynie; jest on kółkiem piekielnie znającym  swą wartość. 

 

Dzieci 

 
Dzieci  Williama  i  Judy  bawią  się  razem.  Dzieciom  oczywiście  nie  wolno  niczego 

zabraniać, gdyż to powoduje narastanie  kompleksów, które później odbijają się fatalnie - na 
czym?  - na wszystkim; co do tego wszyscy są zgodni, nawet Bruce. 

W  związku  z  tym,  kiedy  jedziemy  czasem  z  Williamem,  jego    żoną  i  dziećmi  do 

Disneylandu,  a  dzieci  jego  drą  się  wniebogłosy,  William  nie  mówi  po  prostu:  ,,Trzymać 
dziób jeden  z drugim", lecz wymyśla dla nich najrozmaitsze gry i przekrzykując je, mówi: 
„OK. Ja  myślę teraz o zwierzęciu, którego  imię  zaczyna się  na T". To pomaga; dzieci  nie 
przestają się co  prawda drzeć zespołowo, ale zaczynają się drzeć indywidualnie:  T for Tiger, 
T for Tiger... 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

Żona  Williama  pokazała  mi  wczoraj  piękną  książeczkę  pod    tytułem:  „Listy  dzieci  do 

Boga". (Children's letters to God,  compiled by Eric Marshall and Stuart Hample). 

„Dobry  Boże  -  Kocham  Cię,  ponieważ  jesteś  dobry.  Próbuję    być  taki,  jaki  Ty  jesteś. 

Jestem dobry dla wszystkich ludzi; dla  matki i dla ojca, i dla moich dwóch sióstr. To musi 
być fajnie;  być Bogiem i wiedzieć, że wszyscy Cię kochają. - Twój  Życzliwy Thomas". 

Dobry Boże - Nie zdałem. Dziękuję Ci bardzo - Raymond".  „Dobry Boże - Nazywam 

się Robert i chciałbym mieć  brata. Moja mama powiedziała, abym się udał w tej sprawie  do 
ojca; ojciec kazał poprosić  Ciebie. Myślisz, że  mógłbyś to  zrobić? Życzę ci powodzenia  - 
Robert". 

„Dobry Boże - Mój młodszy brat ma cztery lata. Bądź  łaskaw zrobić coś, aby on przestał 

mnie wściekać. - Twój  przyjaciel - Mark". 

„Dobry  Boże  -  I  myślę,  że  to  wspaniałe,  w  jaki  sposób    nasi  astronauci  latają  ponad 

światem.  Proszę  Cię,  uczyń    coś,  aby  nie  spadli  tylko  na  nasz  dom.  Twój  przyjaciel    - 
Norman". 

„Dobry  Boże  -  Co  będzie,  jak  Ty  umrzesz?  Nikt  mi  nie    chce  tego  powiedzieć.  Twój 

przyjaciel - Mike". 

„Dlaczego  nie  możesz  zrobić  czegoś,  żeby  deszcz  przestał    padać  każdej  soboty?  - 

Rose". 

,,Dobry Boże - Chłopcy są lepsi od dziewcząt. Ja wiem, że  Ty jesteś jednym z nich, ale 

mimo to bądź fair. - Sylvia".  „Dobry Boże - Uczymy się teraz o Jonaszu i wielorybie. 

Kiedy on go połknął i tak dalej. To jest najlepsza historia ze 
wszystkich, które słyszałem, z akcją i napięciem. Mój tata  mówi, że to wszystko brzmi 

trochę podejrzanie. Czy myślisz,  że to jest zabawne? - Twój Sidney". 

„Dobry  Boże  -  Jeśli  rzeczywiście  umiesz  tak  dużo,  dlaczego    nie  uczyniłeś,  aby  rzeka 

była  dostatecznie  duża  i  aby  nie    zalało  naszego  domu,  tak  że  musimy  się  teraz 
przeprowadzać  - Victor". 

Nie pisałbym o tym, gdyby nie fakt, iż dla mnie dzieci  należą nierozerwalnie do pejzażu 

Ameryki. Widzę je codziennie: rano jadą do szkoły specjalnym autobusem, zaopatrzonym  w 
czerwone światła; potem wracają; potem czekają na samochód z lodami, który na naszej ulicy 
pojawia  się  około    czwartej;  potem  siedzą  przy  telewizorach  obserwując  przygody  
„Człowieka-Nietoperza". Pomiędzy godziną siódmą a dziewiątą  na naszej ulicy rozlegają się 
straszne ryki; jest to pora,  w której dzieci trzeba oderwać od telewizora i położyć spać. 

Dzieciom nie zabrania się niczego i nie bije się po łapach,  gdyż okazuje się to zgubne w 

przyszłości.  Nie  umiem  jednak    pozbyć  się  uczucia  zdziwienia  patrząc  na  dzieci  siedzące 
przy    telewizorach  i  obserwujące  przygody  „Człowieka-Nietoperza";    przygody  agentów 
policji i sadystycznych osobników działających w szulerniach, ciemnych ulicach i w barach z 
kobietami;    na  temat  ich  obyczajów  można  w  najlepszym  wypadku  powiedzieć,  iż  są 
specyficzne.  Co  chwila  pada  trup;  co  chwila    samochód  zlatuje  w  przepaść  eksplodując;  w 
najlepszym  wypadku kowboj wyrzuca kopnięciem pokrwawionego człowieka mówiąc przy 
tym: „Bierz konia i wynoś się z miasta".  Czyżby to nie odbijało się na psychice dzieci? Żona 
Williama    powiada,  iż  telewizja  w  jakiś  sposób  rozładowuje  sadystyczne    instynkty 
człowieka, co być  może stanowi  część prawdy.   W książce  „Świat seksu" przeczytałem,  iż 
ludzie  obserwujący    walki  bokserów  czy  zapaśników  przeżywają  uczucia  podobne    do 
orgazmu. Ponieważ książka ta została napisana przez  psychiatrę, trudno tutaj zabierać głos; 
w tym kraju, w każdej  sprawie psychiatra ma głos decydujący. 

Ale cóż na przykład myśli dziecko czytające bajeczkę 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

„Dlaczego jelly fish nie ma kości" 

1

? Proste: pewnego dnia  córka króla oświadczyła, że 

jest chora. Doktor-ośmiornica po  gruntownym zbadaniu królewskiej córy oświadczył, iż po-
trzebna  jest  niezbędnie  porcja  małpiej  wątroby.  Aby  wykonać    to  zlecenie,  wydelegowano 
jelly fish, będącą najlepszym pływakiem. 

Jelly  fish  płynęła  przez  ocean  i  nagle  zobaczyła  tonącą    małpę.  Zaofiarowała  małpie 

pomoc; małpa wskoczyła na jej  grzbiet i w ten sposób ocaliła swe życie. W czasie rozmowy,  
jaka wywiązała się pomiędzy rybą a małpą, ryba poprosiła  małpę, aby dała jej trochę swojej 
wątroby,  gdyż  jest  to    niezbędne  z  punktu  widzenia  zdrowia  córy  królewskiej.  Małpa  
oświadczyła, iż chętnie to zrobi, ale że zostawiła swoją wątrobę  na wyspie; tak więc ryba z 
małpą na plecach popłynęły  w kierunku wyspy; małpa wyskoczyła na brzeg i wszedłszy na  
drzewo  powiedziała:  „A  teraz  pocałuj  mnie  w  dupę".  Ryba    popłynęła  z  powrotem  i 
opowiedziała  o  swojej  przygodzie    doktorowi-ośmiornicy.  Doktor  zameldował  o  tym 
królowi,  który wpadłszy we wściekłość polecił swoim giermkom bić  rybę; bili ją tak długo, 
aż pogruchotali jej wszystkie kości. Oto  dlaczego jelly fish nie ma kości. 

Nie jest to jednak koniec tej budującej historyjki. Otóż po  egzekucji wykonanej na rybie 

królewska  córka  oświadczyła,  iż    wcale  nie  jest  chora,  o  dolegliwościach  zaś,  o  których 
myślała,  iż pochodzą z chorej wątroby, nie warto w ogóle mówić, gdyż  są one rezultatem 
lekkiego bólu głowy. 

Jest  to  najbardziej  sadystyczna  bajka,  jaką  znam.  Mamy    w  niej  element  odwagi  i 

poświęcenia, zniweczony przez zdradę;  element oszukanej wiary; element tortur fizycznych; 
element  nie zawinionej kary, i to wszystko jest tylko wynikiem kaprysu  młodej i nudzącej 
się  idiotki. Mamy tu również  element  trwałego kalectwa, który stanowi wytłumaczenie  na 
zadawane    przez  dzieci  pytanie:  dlaczego  jelly  fish  nie  ma  kości?  Jest  to  najlepsze 
opowiadanie Sartre'a, jakie czytałem, i muszę przyznać, iż czytając jego ciężkie, teutońskie 
wypracowania nigdy  nie myślałem, że ten chłopak zajdzie tak daleko. 

Adolf  Rudnicki  powiada  w  którejś  ze  swych  „Niebieskich    kartek",  że  młodzi  ludzie 

wierzą, iż przyczyną wszystkich ich  nieszczęść jest kobieta; tak więc gniew młodych spada 
na  kobietę. Tu natomiast przyczyną wszystkich nieszczęść młodych ludzi są zawsze rodzice. 
Jeśli  młody  człowiek  jest    fajtłapą,  pederastą,  alkoholikiem  i  idiotą  ogólnym,  od  razu  
słyszymy, że dzieje się to dlatego, że jego ojciec był pantoflarzem i matka dominowała. Jeśli 
dziewczę  kurwi  się,  to    dlatego,  iż  ojciec  był  niedołęgą  i  pantoflarzem;  jest  rzeczą  
zastanawiającą,  iż  we  wszystkich  filmach  amerykańskich    poświęconych  młodzieży  nawet 
najbardziej  mierni  -  tacy  jak    Elvis  Presley  -  aktorzy,  grają  dobrze,  jeśli  przychodzi  do  
konfliktu między ojcem a synem. 

Mnie interesuje jednak odpowiedź na pytanie, co myśli  dziecko czytające bajkę  o jelly 

fish.  Tu  opinie  pedagogów-psychiatrów  są  podzielone.  Jedni  twierdzą,  iż  dziecko  czytające 
bajkę  rozumie,  że  chodzi  tu  o  postacie  i  sytuacje    umowne;  drudzy  twierdzą,  że  dzieje  się 
przeciwnie, że  świat baśni jest rzeczywistym światem dziecka i że dziecko  wpierw będzie 
rozumieć przygody psa Pluto, a później  dopiero zagadnienia ministra McNamary. W jednej z 
tych  książek czytamy historię o chłopcu, który panicznie bał  się lotu samolotem i nie umiał 
powiedzieć  dlaczego.  Aby    więc  zademonstrować  mu,  iż  latanie  nie  jest  niebezpieczne,  
ojciec  zdał  egzamin  PP  (Privat  Pilot);  po  czym  to  samo    uczynna  jego  matka  i  tylko  rak 
uratował  teściową  i  teścia    od  zdawania  tego  egzaminu.  Jednak  dziecko  w  dalszym    ciągu 
bało się latania; zaprowadzone do psychiatry, po  szeregu seansów, dziecko wyjaśniło: „Otóż 
gdy widzę odlatujący samolot, obserwuję, .że samolot maleje. Po prostu  nie chcę być tam w 
środku i zostać zgnieciony. To wszystko." 

                                                        

1

 

*  Jelly  fish  -  meduza.  Amerykanie  używają  tej  nazwy  przenośnie:    „człowiek  słabej 

woli - galareta". 

 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

Opinie psychiatrów-pedagogów są podzielone i nie będę zabierać głosu, gdyż wydaje mi 

się, iż ze wszystkich ludzi na  świecie ja sam mam najmniej kwalifikacji pedagogicznych.  
Kiedy patrzę na amerykańskie dzieci i wstrząsający dramat  długowłosych, przypomina mi 
się rozmowa, którą przeprowadził bohater „Podrostka" ze swoim ojcem. Otóż na rosyjskie  
pytanie: „Co robić w życiu?" - młodzieniec otrzymuje następującą odpowiedź: „Najlepiej nic 
nie robić. Przynajmniej  będzie się miało czyste sumienie, że się w niczym nie  
uczestniczyło". Muszę szczerze wyznać, iż trafność i słuszność  tej odpowiedzi poruszyły 
mnie tak głęboko, iż jestem jej  wierny od lat przynajmniej piętnastu; i myślę, iż uda mi się  
wytrwać w tej wierze, dopóki pewnego dnia nie odejdę drogą  wszystkich ludzi. 

Opinie psychiatrów na temat stosunku dziecka do gwałtowności są podzielone i trudno tu 

kusić się o rzeczowy osąd tej  sprawy. Czyhałem parę dni temu artykuł lekarza psychiatry,  w 
którym  doktor  powiada,  iż  dziecko  należy  uczyć  rozumienia    gwałtowności,  brutalności  i 
przemocy, aby mogło wkroczyć  w życie uzbrojone w wiarę, iż człowiek jakkolwiek bity  i 
poniewierany  w  ostatecznym  wyniku  zdolny  jest  jednak  do    odniesienia  zwycięstwa.  Tak 
więc  bohater  filmu  rysunkowego,    który  jest  kotem  wysadzanym  w  powietrze, 
elektryzowanym,    przejeżdżanym  przez  walec  drogowy  i  tak  dalej,  na  końcu    otrząsa  się 
przecież  i  niszczy  sadystyczną  mysz,  której  zawdzięcza  tak  wiele  utrapień.  Taka  jest  rola 
pedagogiczna  gwałtowności i przemocy w książkach i filmach przeznaczonych dla dzieci. 

Trudno mi o tym myśleć w ten sam sposób. Nie jestem  wcale przekonany,  że dziecko 

tak  właśnie  należy  przygotowywać  do  rozumienia  życia.  Sam  będąc  dzieckiem  podczas  
okupacji  widziałem  tak  wielu  zabitych,  zmasakrowanych    i  publicznie  rozstrzeliwanych 
ludzi, że  nie robiło to na  mnie  wcale wrażenia;  i przypuszczam,  iż podobnie działo  się   z 
wieloma ludźmi, którzy dzisiaj są w moim wieku. Po wojnie  dzieci na gruzach Warszawy 
bawiły  się  przeważnie  w  rozstrzeliwanie  Żydów.  Lata  powojenne  przyniosły  nową  falę 
terroru,  tym  straszniejszego,  że  pochodzącego  od  Polaków;    tak  więc  nie  widziałem  już 
zabijania  ludzi  na  ulicach,  ale    czytałem  artykuły  z  rozpraw  sądowych  przeciw  ludziom    z 
RAF-u;  ludziom  z  AK;  czytałem  sprawozdania  z  procesu    Doboszyńskiego  i  biskupa 
Kaczmarka.  Wcześnie  rozszedłszy    się  ze  swoją  rodziną,  przebywałem  w  rozmaitych 
środowiskach, w których każde nieporozumienie kończyło się bójką,  w najlepszym wypadku 
na pięści. Nie wiem, czy jestem  typowym produktem; lecz dla mnie jest oczywiste, że stano-
wię  produkt  czasu  wojny,  głodu  i  terroru.  Stąd  też  bierze  się    nędza  intelektualna  moich 
opowiadań;  ja  po  prostu  nie    potrafię  wymyśleć  opowiadania,  które  nie  kończyłoby  się  
śmiercią,  katastrofą,  samobójstwem  czy  też  więzieniem.  Nie    ma  w  tym  żadnej  pozy  na 
silnego  człowieka,  o  co  posądzają    mnie  niektórzy.  Jest  to  infantylizm  intelektualny, 
wynikający  z faktu nieumiejętności oceniania człowieka, absolutnej  nieznajomości wartości 
życia ludzkiego, prawdziwości ludzkich zapatrywań i czystości pragnień. Ja o tym wszystkim  
doskonale  wiem  już  od  lat,  niemniej  nie  jestem  w  stanie    wymyślić  innych  opowiadań  jak 
właśnie opowiadania tego  rodzaju. 

Pytano mnie kiedyś, dlaczego wciąż piszę o tych dwóch  opryszkach zabijających psy. 

Nie wiedziałem tego z początku;  teraz przypomniało mi się, iż jako dziecko czekałem kiedyś 
na  stacji wraz z matką na pociąg odchodzący z dworca Warszawa - Służewiec. Zobaczywszy 
pięknego  psa  podszedłem  do    niego  i  zacząłem  się  z  nim  bawić,  aż  do  chwili  kiedy  silne  
kopnięcie  butem  w  twarz  odrzuciło  mnie  do  tyłu;  pies  należał    do  Niemca,  który  miał  po 
temu  powody,  aby  polskie  dziecko    nie  dotykało  jego  psa.  Dalej:  mieszkając  jako  dziecko 
poza    Warszawą,  jechałem  kiedyś  do  Warszawy  i  widziałem  polską    kurwę  jadącą  z 
niemieckim oficerem, podczas gdy jej pies  biegł za pociągiem. W pewnym momencie oficer 
zastrzelił    psa;  i  śmiał  się  wraz  z  tą  polską  kurwą.  Dalej:  znów  jako    dziecko  dostałem  od 
matki kundla Miki; kundla tego zastrzelili  nudzący się żołnierze niemieccy. 

Aby  zrozumieć  to,  o  czym  mówię,  należy  pomieszkać  trochę    w  Niemczech  i 

obserwować  ich  stosunek  do  zwierząt;  czuły,    przyjacielski,  opiekuńczy.  W  naszym  kraju 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

10 

Niemcy nienawidzili nie tylko nas, lecz również naszych zwierząt. Adolf  Rudnicki słusznie 
pisze, iż nienawiść Niemców była nie  nienawiścią panów, lecz nienawiścią lokajów. Trudno 
zaiste    wyobrazić  sobie  kraj,  w  którym  mały  kapral  przemawia  do    półpijanych  ludzi  w 
piwiarni oświadczając im, że stanowią  najbardziej wartościowy element żyjący na świecie i 
to upoważnia ich do popełniania zbrodni. 

Tak więc ja sam jestem produktem tych czasów i jest to  prawdopodobnie krzyż, którego 

nie pozbędę się nigdy. Czy  jednak obserwowanie gwałtowności i przemocy pomogło mi  w 
życiu?  Z  całym  przekonaniem  odpowiadam:  nie.  Wręcz    przeciwnie;  będąc  na  Zachodzie, 
jako  dorosły  człowiek,    musiałem  uczyć  się  elementarnych  rzeczy,  szacunku  dla  innych  
ludzi, poszanowania ich spokoju, ich prawa do odpoczynku;  i nie jestem wcale pewien, czy 
nauczyłem się tego w stopniu  dostatecznym. Będąc dorosłym człowiekiem musiałem uczyć  
się  prawidłowego  przechodzenia  przez  jezdnię,  nieprzekraczania  dozwolonej  szybkości  w 
czasie  prowadzenia  samochodu;    musiałem  wreszcie  uczyć  się  rzeczy  dla  mnie 
najtrudniejszej:  rozmowy z urzędnikami i policjantami bez uczucia strachu.  I tego również 
nie nauczyłem się do dziś. Idąc w Niemczech  ulicą stale schodzę na jezdnię, gdyż oczekuję, 
że  człowiek    idący  naprzeciw  mnie  kopnie  mnie  nagle  lub  uderzy  pięścią    w  twarz;  i  nie 
przyjdzie  mi  nawet  do  głowy,  iż  ja,  ważący  dziś    przeszło  dziewięćdziesiąt  kilo,  i 
uprawiający  forsowną  gimnastykę,  mógłbym  takiego  człowieka  rozłożyć,  gdyby  rzeczy-
wiście przyszła mu ochota, aby mnie uderzyć. Tak więc moja  lekcja i moje „wychowanie w 
gwałtowności"  nie  przyniosły,    jeśli  o  mnie  chodzi,  rezultatów  zadowalających.  Uznawszy  
nawet, iż jestem najnieznośniejszym z ludzi, nie myślę, aby to  wszystko, co widziałem, było 
rzeczą obojętną, w czasie kiedy  kształtował się mój charakter. Obserwując dzieci patrzące na  
kopiących się  ludzi  i  słysząc głos speakera:  „Jaka szkoda dla tych  z was, którzy  nie  macie 
kolorowej  telewizji.  Killer  Kard    Koks  właśnie  rozcina  skórę  na  czole  Riska  Romerro; 
Romerro  wspaniale krwawi;  każdy  z was powinien  mieć color TV.  Nawet nie wiecie, co 
tracicie..."  -  doznaję  uczuć  raczej    niedobrych,  wbrew  opiniom  psychiatrów.  Pocieszam  się 
jednak    tym,  że  jak  powiedział  Voltaire,  każde  generalne  stwierdzenie    jest  fałszywe, 
włącznie z tym, które niniejszym uczyniłem. 

 

Moja kariera w przemyśle filmowym 

 

Siedziałem  czekając  na  prezydenta  kompanii,  dla  której    miałem  pracować.  Nagle  drzwi 

otworzyły się z hukiem i jakiś  człowiek o straszliwej twarzy i przekrwionych oczach wbiegł 
do    pokoju.  Za  nim  pędem  wbiegło  kilkanaście  sekretarek,  maszynistek,  asystentów  i 
osobników,  których  płci  nie  udało  mi  się    zidentyfikować,  gdyż  wszyscy  zdradzali  tak 
krańcowe  wyczerpanie  fizyczne  i  psychiczne,  iż  twarze  ich  stały  się  niemożliwe  do  
odróżnienia. 

-  To pan napisał tę pierdoloną  historię o  lotnikach?   -  zahuczał prezydent.  -  I co? Pan  by 

chciał, aby kobieta  w końcu odeszła od swego męża? I kto to ma finansować?  Niech pan 
wymyśli coś innego dla tej kurwy. Niech jej mąż  zginie przy lądowaniu. 

-  To niemożliwe  -  powiedziałem.  - Jej  mąż  jest doświadczonym  lotnikiem  i pracując  jako 

pilot  rolniczy  ląduje  co    czterdzieści  pięć  minut.  Założywszy  nawet,  iż  musi  lądować    na 
miękkim  terenie  i  że  lądowanie  takie  musi  odbywać  się  na    flapsach  zamkniętych  do 
dwudziestu pięciu stopni i przy  otwartej przepustnicy... 

Prezydent przerwał mi władczym ruchem ręki. 
- To niech go szlag trafi w innych okolicznościach. Pan  przecież nie myśli poważnie, że ta 

kurwa może odejść na  końcu, zostawiwszy swego męża. Odejść z innym mężczyzną!  Nam 
nie wolno produkować filmów niemoralnych. -Odwrócił  się do jednego ze swych sekretarzy. 
- Fred, zawieź go gdzieś. 
Zapomniałem, jak się nazywa ta miejscowość. Tam są takie  dziwne skały. To mu się przyda. 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

11 

Miotając klątwy ruszył przed siebie; tłum sekretarzy, maszynistek, asystentów i doradców 

wybiegł  za  nim.  Widziałem    go  jeszcze,  jak  pędził  podwórzem  wznosząc  obie  pięści  nad  
głową. Nie widziałem już nigdy potem ani jego, ani tych  dziwnych skał, które niewątpliwie 
mogłyby zmienić mój  pogląd na kobiety, odchodzące od swych mężów; i tak to się  w ogóle 
skończyło. 

„Kultura" 5/1967, Paryż 

 

Nowy sąsiad - Nathan 

Piękną Judy wyrzucono z trzaskiem za pijaństwo i nocne  igraszki. Na jej miejsce zjawił się 

Nathan: człowiek po  czterdziestce cierpiący na chorobę Parkinsona. Widziałem,  jak wnosi 
swoje walizki na górę, i pomogłem mu. Wieczorem  tego samego dnia Nathan przyszedł do 
mnie  i  otworzył  przede    mną  serce.  Otóż  tak  jego,  jak  i  piękną  Judy  wyrzucono    z 
poprzedniego  miejsca  zamieszkania  za  niemoralne  prowadzenie  się.  Nathan,  jako  człowiek 
chory, nie należy do  zdobywców kobiet, pewnego jednak dnia poznał jakąś dziewczynę i ta 
zamieszkała u niego, dzieląc z nim stół i łoże, pod  jednym jednak warunkiem: Nathan musiał 
zaakceptować jej  kochanka, Mulata. 

-  Zgodziłem  się  -  powiedział Nathan.  -  Jestem chory   i  nie  liczyłem  nigdy  na to, że będę 

miał  jakąś  dziewczynę;    tak  więc  wziąłem  ją  do  siebie  i  wychodziłem,  kiedy  tamten  
przychodził. Ale po jakimś czasie właściciel domu wezwał  mnie do siebie i powiedział mi, 
że muszę ją wyrzucić  albo wyprowadzić się, ponieważ moje życie prywatne stanowi obrazę 
moralności  i  sąsiedzi  skarżą  się  na  mnie.    Płakałem  jak  dziecko  i  mówiłem  mu,  że  jestem 
chory    i  że  żadna  kobieta  nie  chce  żyć  ze  mną,  ale  to  nie    pomagało.  Tak  więc 
wyprowadziłem się, a ona odeszła.  I teraz będę sam. 

- Nie będziesz sam - powiedziałem. - Znajdziesz jakąś  inną kobietę. 

- Znowu z Mulatem?  - To lepsze od niczego. 
- Może. Ale nie powinien mnie wyrzucać. Znał mnie tyle  lat i wiedział przecież, że jestem 

wstrętny. 

Istotnie, nie należy on do urodziwych;  jego prawa ręka drży  bez przerwy; prawa połowa 

jego twarzy jest sparaliżowana  i Nathan wygląda jak zły i zabawny duch z jasełki. Od czasu  
do czasu spotykamy się na schodach czy też na parkingu  i pytam go zawsze o jego sprawy. 
To  nieprawda,  że  chorzy  nie    lubią,  aby  przypominać  im  o  ich  chorobie.  Nathan  uwielbia  
rozmowy  na  temat  swojej  choroby,  lekarzy  i  cen  artykułów    medycznych;  Nathan,  którego 
życie erotyczne stanowi od lat  dwudziestu nieprzerwane pasmo klęsk, uwielbia rozmowy na  
temat kobiet; tak więc jeśli o niego chodzi, jestem dobrze  poinformowany. 

Któregoś  dnia  siedząc  na  słońcu  usłyszałem  głośne  klaskanie,  podobne  do  tak  zwanego 

bicia  po  mordzie.  Chyżo    pobiegłem  w  tamtą  stronę  i  istotnie  miałem  możność  
zaobserwowania, jak jakaś młoda osoba bije Nathana po  twarzy, po czym pędem biegnie do 
swego samochodu  i znika. 

- Nic jej nie powiedziałem - rzekł Nathan trzymając się za  spuchniętą jagodę.  - Po prostu 

poznaliśmy  się,  zaprosiłem  ją    na  kawę  i  powiedziałem,  że  zawsze  może  do  mnie  przyjść,  
nawet jak mnie nie ma, ale pod dwoma warunkami. 

- I co to było? 
- Nie wolno jej kraść i przyprowadzać kochanków. 
- A skąd ty wiesz, że ona by kradła i przyprowadzała  kochanków? 
- Jeśli przychodzi do mnie? Przecież jestem wstrętny... 
-  Jesteś  idiota  -  powiedziałem.  -  I  jesteś  również  tyranem.    To  prawda,  każdy  chory  jest 

tyranem; tyranem jest również  Nathan, który zwala się do mnie rano i ględzi godzinami  o 
swojej  chorobie,  o  złych  kobietach,  o  złych  ludziach.    Niekiedy  wożę  go  jego  własnym 
samochodem,  gdyż  prawo    jazdy  Nathana  opatrzone  jest  stemplem  limited,  co  w  jego 
wypadku  oznacza,  iż  nie  wolno  mu  oddalać  się  od  miejsca    zamieszkania  o  więcej  niż 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

12 

dziesięć mil. Czasem wożę go na  lotnisko i Nathan obserwuje lądujące i startujące samoloty.  
Chciałem go wziąć ze sobą, lecz nie pozwolono mi. Nathan  jest chory i nie powinien latać. 

Nathan  tyranizuje  mnie  i  nienawidzę  go  nienawidząc    własnej  nienawiści;  i  wiem,  że 

ilekroć zapuka do mych  drzwi, otworzę mu i słuchać będę jego nieartykułowanego  bełkotu. 
Nathan  nie  ma  dokąd  iść;  rodzice  przysyłają  mu    trochę  pieniędzy;  pomaga  mu  bogata 
siostra, jednak nie  pozwalają mu się żenić, twierdząc, iż kobieta, która go  poślubi, uczyni to 
tylko  dla  pieniędzy.  Tak  więc  Nathan    był  sam,  a  teraz  ma  mnie,  a  ja  mam  jego  i 
nienawidzimy  się nawzajem; ale w końcu lepsze to od samotności, królowej  chorób. 

William,  mój  inny  sąsiad, powiada, że dla  niego  Freud  jest  przede wszystkim  moralistą. 

Freud  pochylony  nad  nędzą    ludzką  powiedział  światu,  iż  człowiek  nie  jest  brudny,  nik-
czemny, zawstydzający; Freud związał człowieka do kupy,  wyjaśniając przyczyny schorzeń 
i wskazując je. Myślę, iż  w tym, co mówi William, jest dużo prawdy; zresztą w tym  kraju 
Freud uważany jest za świętego i nawet gdybym myślał  inaczej, nie powiedziałbym tego. W 
czym jednak Freud może  pomóc Nathanowi, który mówi o sobie, że jest wstrętny; który  z 
własnego nieszczęścia zbudował sobie kapitał, egzystencję,  filozofię; nie wiem tego. 

Któregoś dnia Bruce i ja poszliśmy na piwo, a w parę minut  później przyszedł Nathan i 

usiadł  przy  ladzie  prosząc  o  Coca-colę,  właściciel  baru  powiedział  mu,  że  nie  ma  Coli  i 
Nathan  wyszedł uderzając głową o szyld With Cola things are going  belfer. 

-  To  nie  jest  dobre  dla  przedsiębiorstwa  -  powiedział    właściciel  baru.  -  On  tu  siedzi 

godzinami i obserwuje ludzi.  A ci, co tu przychodzą, chcą mieć przecież dobry czas, nie?  A 
któregoś  dnia  on  tu  przylazł,  a  Freddy  był  już  równy    i  powiedział  mu,  żeby  przestał  się 
trząść,  a  ktoś  ujął  się  za  nim  i  Freddy  dostał  po  zębach  i  kotłowali  się  tu  przez  dziesięć  
minut, zanim zabrała ich policja. 

Ale  kim  był  ten  człowiek?  Wracałem  do  domu  i  byłem    bardzo  szczęśliwy  tego  dnia 

myśląc, kto to nakładł Fredowi  po ryju; i wszystko ukazało mi się nagle w innym świetle;  
zrozumiałem, że nikt z nas nie bywa samotny całkowicie;  samotny bez nadziei; i kładąc się 
spać pomyślałem sobie,  iż muszę uczynić coś dobrego dla Nathana. Znajdę mu  dziewczynę 
i  będę  żyć  z  nią,  kiedy  jego  nie  będzie.    W  końcu  on  ma  więcej  pieniędzy  ode  mnie.  Tym 
pokrzepiony  usnąłem. 

 

Czarny kaczor z Malibu 

 
Szwendając się bez sensu po mieście, pojechałem pewnego  dnia do Malibu i stanąłem na 

molo czekając na prom obok  jakiegoś starego człowieka, który usiłował złowić rybę. Kiedy  
był już bliski sukcesu, z wody wychynął czarny kaczor  i połknął rybę zerwawszy ją z haka. 
Stary człowiek wpadł we  wściekłość. 

- Znowu się tu pojawił, skurwysyn! - krzyczał tupiąc nogami.  - Ile razy mam już rybę na 

haku, tyle razy ten skurwysyn zrywa  mi ją i ucieka, jakby w całym Pacyfiku nie było innych 
ryb oprócz  tej, którą ja właśnie łowię. Ja go znam, tego skurwysyna. Raz mi  wlazł na hak, a 
kiedy go odczepiłem, uszczypał mnie w rękę. 

Znów  zarzucił  wędkę  i  staliśmy  tam  razem  w  słońcu  patrząc    na  wodę  a  kiedy  stary 

poderwał wędkę, czarny kaczor z wdziękiem zerwał ją z haka i odpłynął. Wściekłość rybaka 
przeszła  wszystkie pojęcie. 

- Zastrzelę skurwysyna! - krzyczał. - On mi to robi  specjalnie na złość. Znam go od roku. 

Od roku nie złowiłem  ryby, a to jedyna przyjemność, jaką mam, od czasu jak  pogrzebałem 
żonę. Nie mam nikogo na świecie; wędka,  licencja, benzyna, to wszystko kosztuje. On się 
uwziął na  mnie. Zastrzelić tego drania, to jeszcze nagroda. 

Odszedłem;  po  kilku  dniach  wróciłem  tam  znowu  i  słyszałem  skrzekliwy,  ostry  głos 

starego;  powiedziano  mi,  że  on  tak    szaleje  od  roku.  Stary  nazywa  się  Douglas,  ale  dla 
przyjaciół,  jak to sam mi powiedział, jest po prostu osobnikiem imieniem  Doud. Tak więc 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

13 

odwiedzam  czasem  starego  Douda,  kiedy    łowi  ryby  w  Malibu,  słyszę  jego  misternie 
skonstruowane  przekleństwa widzę wspaniale poruszającego się kaczora,  odpływającego z 
rybami  Douda.  A  potem  Doud  idzie  do    samochodu  i  jedzie  do  Westwood,  gdzie  jest 
barmanem  i  przez    całą  noc  sprzedając  piwo  opowiada  o  czarnym  kaczorze  i  o  jego  
nikczemności. 

Tydzień  temu,  jadąc  do  Santa  Monica  na  lotnisko,  miałem    jeszcze  nieco  czasu  i 

pojechałem  zobaczyć,  jak  idą  sprawy    starego  Douda.  Na  molo  było  pusto  i  cicho;  Doud 
siedział  patrząc w przygnębieniu na swoje chude piszczele. Wędkę  odrzucił. 

- Co jest, Doud? - zapytałem. - Ryba nie bierze?  - Bierze - powiedział. 
- Dlaczego nie łowisz? 
- Nie mam nerwów do tego - powiedział. - Wiesz, tego  skurwysyna już nie ma. 
- Kaczora? 
- Tak. Nie ma go już od paru dni. 

- Przykro mi - powiedziałem. - Muszę już iść na lotnisko. 
- Nie ma go - powiedział Doud. - Po prostu go nie ma. Czy  opowiadałem ci, jak mi wlazł 

na hak, a ja go odczepiłem  i darowałem mu życie, a ten czarny skurwysyn uszczypał  mnie 
w grabę? 

- Nie - powiedziałem. - Nie mówiłeś mi tego. A teraz  muszę już iść. 

I  już  nigdy  nie  widziałem  starego  Douda  łowiącego  ryby  na    molo  w  Malibu;  często 

myśląc o nim przypominam sobie to,  co przeczytałem kiedyś, że człowiek starzeje się  nie 
poprzez    lata,  lecz  tylko  dlatego,  że  zdradza  swoje  ideę;  i  że  kiedy    umiera  twoja  idea, 
umierasz i ty. 

 

Opis oglądania 

 

Jedną  z  rzeczy,  które  zadziwiają  mnie  w  Stanach,  jest    tak  zwany  show.  Ta  nazwa  nie 

oddaje precyzyjnie kryjących  się za nią treści; ale patrząc na przykład na Alan Burke  Show 
wiemy, iż mistrz prowadzący tę imprezę, poważny  brodacz upozowany na Mefista, będzie 
lżyć swych gości,  wyrzucać ich precz; patrząc na David Susskind Show wiemy,  że Susskind 
jest człowiekiem czarującym i nie każe nikomu  wychodzić za drzwi; patrząc na  Noe 1'yne 
Show  
z góry  wiemy, że  mamy do czynienia z tak zwanym  człowiekiem  szorstkim,  lecz to 
wszystko. Nie wiemy nic o gościach,  którzy wystąpią dziś wieczorem; nie znamy również 
treści,  która wypełni ten wieczór. Gościem może być oficer policji  walczący z Cosa Nostra; 
pisarz Norman Mailer lub tancerka  prezentująca swe wdzięki w nocnym lokalu. Pamiętam,  
że  w  Niemczech  urządzono  kiedyś  podobną  imprezę;  impreza  upadła  jednak,  gdyż 
prowadzący  wieczór  zadał  gościom    pytanie:  „Cóż to  jest?  W  oborze  stoi  -  Kaśka  ją  doi".  
Impreza upadła, gdyż tłumnie zebrani przedstawiciele narodu poetów i myślicieli nie byli w 
stanie sklecić odpowiedzi. 

Pyne jest w tej chwili chyba najpopularniejszym organizatorem tego rodzaju imprez. Zdaje 

się, że to „Time"  nazwał go złym człowiekiem roku, na co Pyne, w sensie  filozoficznego 
wyjaśnienia,  oświadczył,  że  kiedy  był  dobrym    człowiekiem,  zarabiał  tylko  czterdzieści 
kawałków  rocznie,    a  teraz,  już  jako  nikczemnik,  zarabia  ponad  czterysta  tysięcy.  
Zważywszy  położenie  nieszczęśnika  zarabiającego  czterdzieści  tysięcy  zielonych  rocznie, 
musimy jego wyznanie potraktować jako całkowicie szczere i całkowicie nas zadowalające. 

Pyne jest przystojnym człowiekiem po czterdziestce i potrafi  swoich gości trzymać krótko 

przy  zębach.  Nie  wyrzuca  ich  co    prawda  za  drzwi,  jak  Alan  Burke,  który  oponentom 
przerywa  zwracając się do swych pomocników: „Wyrzucić won tego wszarza! Co ten idiota 
tu robi?" Pyne do końca usiłuje  przeciwników pognębić intelektualnie i kiedy nie udaje  mu 
się  to,  pyta:  ,,Jaki  jest  pański  stosunek  do  wojny    w  Wietnamie?  Jeśli  pytany  odpowie  na 
przykład:  ,,Nienawidzę  tej  wojny"  -  Pyne  wytknie  swemu  rozmówcy    brak  patriotyzmu  i 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

14 

zrozumienia polityki amerykańskiej;  jeśli zaś człowiek zapytany odpowie, iż wojnę tę całym  
popiera  sercem,  Pyne  zwróci  mu  gniewną  uwagę,  że  wojna    nie  jest  sprawą,  którą  można 
lubić. Jeśli zaś ten system  zawiedzie, Pyne przyczepi  się do podatków czy czegoś  w tym 
rodzaju i ponieważ mało jest na tym świecie ludzi  doskonałych, uda mu się wreszcie znaleźć 
jakiś punkt  i wykończyć przeciwnika. 

Tej  zimy  często  padał  deszcz  w  Kalifornii  i  godzinami    siedziałem  przed  telewizorem. 

Widowiska  telewizyjne  nie    wnoszą  w  rozumienie  życia  nic  rewelacyjnego:  Gośćmi  są  
czarownicy,  politycy,  pro  i  contra  segregacji  rasowej,  miłośnicy    rewolucji  seksualnej, 
duchowni  i  zwolennicy  zabiegu  przerywania  ciąży,  natomiast  uczą  nas  one  jednego  - 
zrozumienia    istoty  wolności  słowa.  Obserwując  Noe  Pyne  Show,  widziałem    i  słyszałem 
ludzi nazywających prezydenta Johnsona bandytą  i dopominających się o sąd nad nim, jako 
nad  zbrodniarzem    wojennym.  Trudno  mi  wyobrazić  sobie  -  mimo  całego  szacunku  dla 
nowego kanclerza Niemiec z uwzględnieniem  jego  świetlanej wręcz przeszłości  - abym w 
Niemczech  ujrzał    i  usłyszał  pewnego  dnia  człowieka,  który  głośno  powie  swoje    imię  i 
nazwisko  i oświadczy, że  członek organizacji o  charakterze zbrodniczym  nie  nadaje się  na 
głowę  państwa.  Czy  jest    to  możliwe  we  Francji,  w  Anglii;  i  jak  by  to  było  w  mateczce  
Rosji? 

Ale  człowiek  miotający  klątwy  na  prezydenta  najpotężniejszego  kraju  świata  znika;  na 

jego  miejsce  zjawia  się  pani,  która    o  sobie  mówi,  że  jest  czarownicą  i  że  żyje  już  od  lat 
ośmiuset.  Pani ta trzyma na szyi olbrzymią jaszczurkę. Ledwie przebrzmiały jej skrzydlate 
słowa, a już na jej miejsce zjawia się  człowiek protestujący przeciw projektowanej ustawie o 
legalizacji  zabiegu  przerywania  ciąży.  Bredzi:  skończył  swoje    i  przepadł  ze  sceny,  teraz 
pojawia się pierwszy człowiek,  który wyskoczył z samolotu bez spadochronu  - spadochron  
podał  mu  w  powietrzu  inny  skoczek.  Wybełkotał  swoją    kwestię;  zastępuje  go  inny,  który 
napisał  książkę  o  tajemnicach  Hollywood.  Istotę  dyskusji  stanowi  fakt,  iż  podobno  Tony 
Curtis  -  aktor grający w  filmie  Some like  it hot  wraz z Marilyn Monroe  -  odpowiedział  na 
pytanie    dziennikarzy,  co  czuł,  kiedy  całował  nieodżałowaną  MM:    „To  było  tak,  jakbym 
całował Adolfa Hitlera". Odchodzi;  jakiś starzec zajmuje jego miejsce i pyta, dlaczego w za-
wodowym boksie zawodnikowi wagi ciężkiej nie wolno  tłuc zawodnika wagi piórkowej i że 
w związku z tym  on uważa, że Amerykanie nie powinni walczyć w Wietnamie,  a wybrać 
sobie  nieco  poważniejszego  przeciwnika.  Na  pytanie    Pyne'a  czy  porównuje  wojnę  w 
Wietnamie  do  walki  bokserów,    odpowiada,  iż  chodziło  mu  o  metaforę  o  charakterze  fi-
lozoficznym.  Wygwizdany  odchodzi;  na  jego  miejsce  zjawia    się  pani  .Murzyn,  kobieta-
szpieg, komunista-agent prowokator  pracujący niegdyś dla FBI. Pani-Murzyn napisała teraz  
książkę o swych przejściach w charakterze podwójnego  agenta. Jej zeznania nie wnoszą nic 
ciekawego do naszej  wiedzy o patriotach komunistycznych, z wyjątkiem tego,  co mówi na 
temat  dyskryminacji  w  partii,  antysemityzmu    i  tego  wszystkiego,  co  znamy  choćby  z 
artykułu Juliusza  Mieroszewskiego pt. Mein Kampf opublikowanego w „Kulturze". 

Alan Burke w jakiś sposób naśladuje Pyne'a. Jednak  Pyne w jakiś sposób robi od czasu do 

czasu  dobrą  robotę;    Burke  jest  podobny  do  zapaśnika  walk  wolnoamerykańskich.    Jest 
bezczelny, krzykliwy, chamski i brutalny. Ponieważ  nosi brodę i okulary, uchodzi za rodzaj 
autorytetu naukowego we wszystkich sprawach, począwszy od tego, w jaki  sposób powinien 
prowadzony  być  pojedynek,  a  skończywszy    na  sprawie  Niepokalanego  Poczęcia 
Najświętszej  Marii    Panny.  Osobiście  nie  lubię  tego  pętaka,  od  czasu,  jak  obwieścił 
wszystkim,  iż  James  Joyce  jest  niczym  więcej  jak    tylko  pisarzem  pornograficznym. 
Ponieważ,  jak powiedziałem, Burke  nosi  brodę, nie trudno wyobrazić go sobie  na  Sycylii, 
gdzie zapewne nazywano by go commandatore lub  professore. 

David Susskind Show nie należy do agresywnych. Susskind  jest człowiekiem olbrzymiego 

wdzięku i taktu, i dlatego udaje  mu się czasem pokazać ludzi i ich myślenie, nie obrażając 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

15 

ich    przy  tym  i  nie  ośmieszając.  Johnny  Carson  Show  jest  podobno    najzabawniejszy. 
Wystarczający powód, aby się tym nie zajmować. 

 

Ze świata grozy 

 
W „Los Angeles Times" przeczytałem następującą historię: Amerykanie zlikwidowali jakąś 

wieś w Wietnamie,  stanowiącą punkt przerzutowy partyzantów. Po akcji reporter podszedł 
do jakiegoś żołnierza, który wyglądał na  wyraźnie rozwścieczonego, i zapytał go, co myśli o 
tym  wszystkim. 

-  Ach  -  powiedział  żołnierz  -  obrzydło  mi  to  wszystko.    Rozumiem,  że  jest  wojna, 

rozumiem, że zabijamy komunistów, bo inaczej oni zabiją nas - ale zabijać krowy i szczenia-
ki, to zupełnie co innego. Tego nie powinno się od nas  wymagać. 

Przeczytawszy  powyższe,  uszczęśliwiony  pobiegłem  do  Williama.  Bill  przeczytał  i 

powiedział, że to nie jest znowu aż  takie curiosum. Pokazał mi inny wycinek gazetowy. Była 
tam  historia o człowieku pracującym w więzieniu Alcatraz i od  dwudziestu lat taszczącym 
ludzi do komory gazowej. 

-  Strażniku  -  powiedział  reporter.  -  Pan  ma  okropny    zawód.  Co  panu  pomaga  w 

wykonywaniu tych przeklętych  obowiązków? 

-  Nie  wiem  -  powiedział  strażnik  po  chwili  namysłu.  -  Ja    po  prostu  lubię  ludzi,  to 

wszystko. 

Epoka komputerów 

 

Czytając pisma codzienne i przeglądając tygodniki ilustrowane mam często okazję czytania 

i  oglądania  dowcipów  na    temat  komputerów.  Jak  wiadomo,  przed  paru  laty  ekspery-
mentowano  z  komputerem-swatem.  Kandydat  na  małżonka    i  kandydatka  na  małżonkę 
powierzali  swe  przyszłe  szczęście    komputerowi  dostarczając  mu  danych  na  temat  swych 
upodobań,  uzdolnień,  zalet  i  wad;  komputer  dokonywał  błyskawicznej  selekcji.  Ten 
przerażający pomysł  jest tematem  wielu komedii  i dowcipów, niemniej sprawa komputera 
jest  wciąż aktualna. 

Alan Burke, którego nie cierpię tak jak i Nathana, jest mi  potrzebny tak jak i Nathan; parę 

dni temu patrząc na jego  show miałem okazję zapoznania się z profesorem R. Profesor  R. 
pracuje nad komputerem, który ma zrewolucjonizować  zagadnienia sądownictwa. Po prostu 
nie będzie potrzebny sąd  nad człowiekiem, który, dajmy na to, wypatroszył sześć osób  w 
San  Francisco.  Policja  dostarczy  komputerowi  danych    dotyczących  miejsca  zbrodni, 
charakteru zbrodni, przeszłości  oskarżonego, a komputer błyskawicznie przeanalizuje te ele-
menty  i  wyda  wyrok.  Profesor  skończył  i  wodził  triumfalnym    wzrokiem  po  zebranych. 
Ludzie wstawali i zadawali mu  pytania, na które profesor odpowiadał w sposób logiczny.  A 
co,  zapytał  ktoś,  jeśli  zeznania  świadków  okażą  się  nieprawdziwe.  Jeżeli  zabójca,  którego 
świadek widział z odległości  dwustu jardów, okaże się kim innym lub kimś podobnym do  
samego profesora R.? Profesor odpowiedział na to w sposób  naukowy, tak jednak zawile, iż 
nie  jestem  w  stanie  przytoczyć    jego  odpowiedzi.  Wtedy  podniósł  się  inny  przedmówca, 
który    był  profesorem  prawa,  i  usiłował  ośmieszyć  profesora  R.;    również  i  te  zarzuty 
profesor R. odparował zwycięsko, opatrując  je szyderczymi komentarzami. Triumf profesora 
R.  i  jego    przerażającego  komputera  wydawał  się  całkowity.  W  tym    momencie  brutalny 
Burke powiedział do niego: 

- A jednak, profesorze, zapomniał pan o jednej rzeczy. 

Pański komputer wyklucza omyłkę. Jednak wiara w sprawiedliwość polegać musi również i 
na wierze w omyłki. Tak  więc sędzia pochylony nad oskarżonym może się omylić na  jego 
korzyść  lub  niekorzyść.  Ale  wyrok  człowieka  nad    człowiekiem  musi  polegać  na 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

16 

miłosierdziu, na tym, co  sędzia czuje do człowieka wbrew oskarżonemu. Czy wbudował pan 
guzik opatrzony czerwonym światłem z napisem  charity? 

Profesor  nie  wbudował  tego  guzika  i  przyznał,  iż  jest  to    niemożliwe.  Kładąc  się  spać, 

pomyślałem sobie, że pomyliłem  się w stosunku do brutalnego brodacza Burke'a; a usypiając  
doszedłem  do  przekonania,  iż  jednym  z  najpiękniejszych    doświadczeń  życiowych  jest 
pomyłka, tak długo, jak lubi się  ludzi i świat. 

 

Chemia 

 
Graham  Greene  w  swej  książce  „Nasz  człowiek  w  Hawanie"    pisze,  że  tematem  numer 

jeden  rozmów  w  Hawanie  jest  seks.    Powyższa  obserwacja  uczyniona  przez  mistrza  prozy 
katolickiej  świadczy, iż Greene nie spędził ani godziny swego życia  w Los Angeles. Należy 
przypuszczać  jednak,  iż  jest  to  strata    najmniej  bolesna  ze  wszystkich,  z  punktu  widzenia 
hrabstwa  Los Angeles. 

Stendhal  w  rozdziale  poświęconym  Irlandii  pisze,  iż  w  życiu    Irlandczyka  postacią 

najbardziej  straszliwą  jest  ksiądz  wkraczający  w  życie  człowieka  i  niszczący  je  według 
swych    idiotycznych  dogmatów;  nad  życiem  duchowym  mych  przyjaciół  czuwa 
psychoanalityk. Oczywiście frustracja jest zagadnieniem numer jeden. Ponieważ jednak, jak 
już  pisałem,    psychiatra  jest  ostatecznym  autorytetem  we  wszystkim  począwszy  od  kupna 
samochodu aż do koloru trumny nie  ośmielę się zabrać głosu w tej sprawie. 
Czuję się ogłupiony seksem. Tu każda reklama poparta jest  seksualnym symbolem. Siedząc 
na lotnisku i czekając na swój lot czytam często pismo „Pilot and Plane". Na ostatniej  stronie 
tego pisma widzę  ilustrację samolotu Piper Cherokee.  Na skrzydle  samolotu stoi powabna 
blondyna, a wiatr  owiawszy sukienkę wokół jej smukłych nóg, obnaża w sposób dyskretny, 
lecz  jednoznaczny  jej  kuszące

 

wdzięki. Podpis:  „KOCHANIE. Kiedy pierwszy raz polecisz 

naszym  nowym Cherokee 140 i wylądujesz miękko i bezpiecznie,  nie pomyślisz inaczej o 
Cherokee  jak:  KOCHANIE".  Na    drugiej  stronie  czasopisma  artykuł:  Sex  and  the  simple 
engine.    
Autor  badacz,  naukowiec,  opisuje,  co  działo  się  pewnego    dnia  na  lotnisku,  kiedy 
przeszła dziewczyna w minisukience.  Mechanik nalał benzyny 92 miast 82; ktoś popatrzył 
chwilę  na dziewczę i obliczył TC (True Cors) 300 zamiast 030,  co w konsekwencji miast 
zaprowadzić go na północny  wschód zaprowadziło go na północny zachód. Jeszcze ktoś  tam 
popełnił  inną  straszliwą  omyłkę,  która  w  konsekwencji    pozbawiła  go  licencji  pilota.  I tak 
dalej i tak dalej. 

Siedząc  przed  telewizorem  widzę  setki  razy  dziennie    reklamy  rozmaitych  środków 

medycznych,  kosmetycznych,    spożywczych;  każda  z  nich  jest  misternie  skomponowanym  
scenariuszem,  dowodzącym,  iż  używanie  tego  właśnie  środka    uchroni  cię  od  klęski 
erotycznej, co w konsekwencji uchroni  cię od utraty żony, pracy, przyjaciół; uchroni cię od 
alkoholizmu,  rozpaczy,  samotności.  Chłopiec  z  dziewczyną    wracają  do  domu;  on  chłodno 
się  z  nią  żegna,  a  ona  idzie  do    przyjaciółki  i  powiada:  „Uścisk  dłoni  miast  pocałunku".  
Przyjaciółka skupia się przez chwilę w sobie i wreszcie,  z męką wyraziście malującą się na 
twarzy,  powiada:  „Czy    jesteś  pewna,  iż  twój  oddech  jest  OK?"  „Ależ  ja  myję  zęby",  
powiada nieszczęsna. „To nie wystarcza. Musisz używać  - etc. etc." 

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ - ZALEDWIE JEDEN TYDZIEŃ  PÓŹNIEJ. Ta sama dziewczyna z 

rym  samym  chłopakiem    wracają  późno  do  domu.  Tym  razem  on  nie  podaje  jej  ręki,  ale  
namiętnie  ją obejmuje  i zamyka  jej usta długim,  przeciągłym  pocałunkiem, który wstrząsa 
do  głębi  jej  jestestwem.  Ona  poddaje  mu  się.  Zaciemnienie;  rozlegają  się  nad  nimi  chóry  
aniołów  i  my  wiemy,  my  wierzymy,  my  jesteśmy  najszczęśliwsi    na  świecie  wierząc,  iż 
wywiązała się sytuacja, o której rosyjska  pieśń ludowa powiada: 
Pareń diewuszku j...  
 Choczei paznakomiisia... 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

17 

Głos speakera:  „Nasz taki a taki produkt uchroni  cię od  samotnego powrotu do domu". I 

znowu chóry aniołów. Inna  reklama:  młodzi  mają się ku sobie, on wyciąga ku  niej drżącą  
dłoń, ona podaje mu swoją i nagłe - trzask - on nie trzyma  w dłoni jej pięknych szponów, on 
trzyma... szczotkę. Speaker  mówi tonem zagniewanego Pana Boga karcącego Onana: „Czy  
on chciałby ściskać szczotkę miast twojej dłoni?  NIE:  Tydzień  później:  dziewczyna użyła 
środka  zmiękczającego  skórę  i  widzimy,  że  tym  razem  on  trzyma  jej  dłoń,  aby  potem, 
ruchem  szalonym i spragnionym, przytulić jej ciało do siebie i - jak  powiadał niezastąpiony 
Tadeusz Dołęga-Mostowicz - „Ciała  ich splotły się w zagadkowy hieroglif natury". 

W  każdym  drugstorze  można  nabyć  publikacje  poświęcone    życiu  erotycznemu  samicy 

ludzkiej.  Mój  znajomy  lekarz  nie    bez  racji  powiada,  że  istnieją  tysiące  publikacji 
poświęconych  zagadnieniu, w jaki sposób samica ludzka powinna zostać  zaspokojona; nie 
znana  mu  jest  natomiast  ani  jedna  książka    wyjaśniająca,  w  jaki  sposób  samica  ludzka 
powinna  uszczęśliwić  mężczyznę.  Książki  te  zostały  przeważnie  napisane    przez  lekarzy-
psychiatrów  i  oparte  są  na  autentycznych  wypadkach;  każdy  z  tych  wypadków  został 
opatrzony fachowym  komentarzem ze szczególnym uwzględnieniem symboli erotycznych. 

Książki  tego  rodzaju  rozchodzą  się  w  milionach  egzemplarzy,  a  autorzy  ich  zarabiają 

ciężkie  pieniądze.  O  wartości    naukowej  tych  publikacji  trudno  wyrokować;  być  może,  iż  
jedna  na  sto  jest  rzeczywiście  w  jakiś  sposób  pożyteczna.  Nie    mogę  jednak  oprzeć  się 
wrażeniu, iż ta ofensywa seksu, począwszy od reklam mydła i szpilek do włosów, wykorzys-
tywana  jest  przez  cwaniaków,  żerujących  na  tym  tak,  jak  na    każdym  ludzkim  pragnieniu 
zawsze  żerowano.  I  nie  mogę    oprzeć  się  wrażeniu,  iż  za  tymi  tysiącami  publikacji  wciąż  
jeszcze kryją się marzenia o dobrych mężczyznach i kobietach  i o tym, co kiedyś nazywano 
miłością, a co dziś nazywa się już  tylko chemią. 

 

Szkoła 

 

Szkoła lotnicza, której jestem uczniem, jest szkołą prywatną. Właścicielką szkoły jest Mrs. 

Betty Miller, wyjątkowo  przystojna i miła kobieta, która jest najlepszym lotnikiem-kobietą 
świata  i  która  pewnego  dnia  przeleciała  ze  Stanów    do  Australii  jednomotorowym 
samolotem.  Szkoła  obwieszona  jest  dyplomami  honorowymi,  nadanymi  jej  za  zasługi    na 
polu  krzewienia  lotnictwa.  Pucharów  nie  jestem  w  stanie    zliczyć.  O  szkole  tej  chciałbym 
napisać parę słów, gdyż  wydaje mi się w jakiś sposób charakterystycznym zjawiskiem. 

Ucząc  się  pilotażu  w  Europie,  byłem  przez  cały  czas    obwarowany  zakazami  i 

przestrogami. Nie wolno mi było  właściwie niczego, gdyż wszystko połączone jest z niebez-
pieczeństwem;  nie  wychylaj  się  ponad  sześćdziesiąt  stopni  na    skrzydle;  nie  podnoś  i  nie 
opuszczaj  nosa  powyżej  czy  poniżej    trzydziestu  stopni;  a  przede  wszystkim  -  nie  ufaj 
samolotowi.  W Ameryce jedną z pierwszych lekcji jest spadanie przy  wyłączonym (power-
off)  
silniku  i  przy  włączonym  silniku    (power-on).  Dla  nowicjusza  nie  jest  to  przyjemne. 
Spadanie    w  pozycji  power-off  odbywa  się  następująco:  zamyka  się  prawie    do  końca 
przepustnicę  i  ciągnie  się  ster  ku  sobie  tak  długo,  aż    nos  samolotu  uniesie  się  krytycznie; 
wtedy  zapala  się  światło    ostrzegawcze  i  samolot  spada.  Tak  więc  trzeba  natychmiast  
opuścić nos, przez co redukuje się kąt natarcia; otwiera się  przepustnicę i samolot wyłazi z 
tego.  Nie  jest  to  przyjemne,  ale  w  tym  kraju  uczą  czegoś  wręcz  przeciwnego;  absolutnego  
zaufania  do  samolotu  oraz  tego,  iż  mając  zaufanie  do    samolotu  możesz  ufać  sobie  i 
wykaraskać się z każdej  sytuacji. Lubię to właśnie; chcę nareszcie zaufać innym  ludziom, że 
zbudowany  przez  nich  przedmiot  jest  dobry    i  bezpieczny.  Zbyt  długo  żyłem  w  kraju,  w 
którym spuszczenie wody w klozecie mogło spowodować zawalenie się  domu, naciśnięcie 
klamki  spadek  napięcia  prądu  w  całym    województwie;  i  nie  chcę  już  dłużej,  patrząc  na 
ogólny widok  rzeźni na Pradze, wpadać w zadumę na temat ciemnych sił  przyrody, które 
ujarzmił człowiek - jak o tym napisał Jerzy  Zaruba. 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

18 

Również nauka nawigacji odbywa się inaczej. W Europie  była to męka i nuda; nauczyciel 

rozkładał mapy, kreślił na  nich linię i ględził. Amerykanie wyświetlają filmy, produkowane, 
o  ile  pamiętam,  przez  firmę  SANDERS.  Filmy  te    stanowią  ilustrację;  są  zabawne  i 
dowcipne;  Amerykanie    atakują  wyobraźnię  człowieka  poprzez  obrazy,  poprzez  sytuacje; 
obrazy  są  nieraz  ciekawe,  a  przede  wszystkim  tak  atrakcyjne,  że  nawet  największy  tępak 
obserwuje  je  z  zainteresowaniem.  W  ten  sposób  człowiek  uczy  się  szybciej;  wiele  szkół  
prywatnych robi z kogoś, kto już ma prywatną licencję,  zawodowego pilota w cztery i pół 
miesiąca, co jest rzeczą  zmuszającą do szacunku. 

Nasz  nauczyciel  Ray  jest  starym  pilotem  i  był  przez  lata    instruktorem  pilotażu,  ale 

pewnego dnia rzucił to, gdyż musimy  uczyć kobiety. Tu trzeba dodać, czytałem to w piśmie 
lotniczym, iż panie absolutnie nie nadają się na instruktorów  pilotażu z powodu idiotyzmu. 
Myślę, iż każdy miżoginista  będzie szczęśliwy przeczytawszy powyższe. 

Uczniowie  przychodzący  wieczorem  dzielą  się  na  dwie    zdecydowanie  przeciwstawne 

sobie  kategorie.  Jedni  przyjeżdżają  Porsche,  Jaguarami  i  Fordami  Cobra;  drudzy  samo-
chodami  starymi  i  biednymi.  Ci  właśnie  są  dobrymi  pilotami;    oczy  zamykają  im  się  ze 
zmęczenia,  piją  bez  przerwy  kawę,    często  zasypiają,  ale  Ray  nie  budzi  ich  nigdy.  To 
robotnicy,  którzy  chcą  zostać  zawodowymi  pilotami.  Ci  latają  dobrze    i  zdają  pisemne 
egzaminy; nie mają ani czasu, ani pieniędzy  do stracenia. Jeżdżący Jaguarami i Porsche nie 
uważają na  lekcjach; ci mają czas, aby wynająć sobie instruktora, który  wbije im do głowy 
to,  czego  nie  wbije  im  Ray,  i  płacą  pięć    dolarów  za  godzinę.  Ci  pilotami  nigdy  nie  będą, 
choć właściwie  pieniądze robią cię dobrym pilotem. 

Jeden ze śpiących  nazywa się Jerry  i wygląda  jak bandyta  z  filmu o Dzikim  Zachodzie. 

Jego  ponurą  gębę  wykrzywia    czasem  uśmiech  tak  straszliwy,  że  wielokrotnie,  patrząc  na  
niego, myliłem  się z przerażenia w  najprostszych obliczeniach.  Jerry wrócił z  Wietnamu  i 
odwala szkołę na zasadzie »GI bill". Jerry odwozi mnie czasem do domu; Jerry jest milczący,  
a  jeśli  rzuca  przed  siebie  kwiaty  swych  myśli,  to  porównać  to    mogę  tylko  do  pewnego 
marynarza  z  Odessy,  Wasyla,  którego    poznałem  w  Hajfie  i  który  potrafił  kląć  przez 
piętnaście    minut,  nie  powtarzając  się  słowem.  Tu  trzeba  dodać,  iż    pomysłowość 
Amerykanów jest równie zastanawiająca; z tym  jednak że Amerykanie w przekleństwach są 
bardziej  precyzyjni,  podczas  gdy  Rosjanie  zdradzają  wyraźne  zamiłowanie    do  ekstazy 
religijnej. 

- Jerry - powiedziałem kiedyś do niego - dlaczego chcesz  zostać zawodowym? 
- Ty tego nie zrozumiesz - powiedział Jerry. - Ja właśnie  wróciłem z tej pierdolonej wojny. 

Kiedyś przeleciałem nad  liniami. To było wcześnie rano. Ty nie wiesz, jak pięknie  wygląda 
las,  kiedy  rano  nad  nim  przelatujesz.  Jak  pięknie    i  spokojnie  wygląda  ziemia.  I  kiedy 
patrzysz na nią z góry,  nigdy nie wierzysz w to, że tyle na niej zła i nieszczęść. 

Ponury Jerry powiedział właściwie wszystko i każdy pilot  zgodzi się chyba z tym. Autor 

„Nocnego  lotu" napisał,  iż   zawsze czuł  się  niespokojny, kiedy  niebo  było zbyt  błękitne    i 
zbyt spokojne; spokój bezchmurnego nieba zawsze przynosił  jeśli nie burzę, to silny wiatr, 
co  jest  prawdą.  Nie  wiem,    dlaczego  to,  co  powiedział  przerażający  Jerry,  jest  dla  mnie  
najpiękniejszą rzeczą, jakiej dowiedziałem się o lotnictwie. 

Bruce, mój sąsiad instruktor, twardy, zimny i przystojny jak  diabeł, wyśmiał mnie, kiedy 

powtórzyłem mu oświadczenie  straszliwego Jerry'ego zapomniawszy dodać, iż to nie moje  
własne słowa. 

-  Jesteś  głupcem,  Marek  -  powiedział.  -  Kiedy  latasz,  to    podlegasz  przecież  innemu 

ciśnieniu.  To  jest  chyba  jasne,    nie?  Gdyby  było  inaczej,  nie  potrzebowałbyś  maski  i 
oxygenu,  kiedy  jesteś  na dwudziestu tysiącach.  I  jeszcze  jedna rzecz;   kiedy  lecisz, to nie 
patrz na ziemię, lecz na altimetr i MC. To  na pewno będzie lepsze dla ciebie, jeśli ci zależy, 
aby  wylądować. 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

19 

Nienawidziłem  go  tego  dnia;  nie  mogę  jednak  myśleć    o  nim  inaczej  jak  o  piekielnie 

dobrym  instruktorze.  Hemingway  napisał  kiedyś,  iż  najbardziej  zdumiewającym  
człowiekiem,  którego  poznał,  był  pewien  portier  hotelu    w  Kairze.  „Jedną  ręką  otwierał 
drzwiczki  samochodu  -  powiedział  Hemingway  -  drugą  zdejmował  czapkę,  a  trzecią  
wyciągał  po  napiwek".  Człowiek  ten  w  porównaniu  z  Bruce'em  wydaje  się  śmiesznym  w 
swej niezgrabności tworem  natury. Bruce potrafi jedną ręką pchać elewator, podczas  gdy ja 
ciągnę, drugą  ręką zamykać przepustnicę, podczas  gdy  ja usiłuję  ją otworzyć; trzecią ręką 
wydziera  mi  mikrofon  z  ręki,  przez  który  ja  usiłuję  połączyć  się  z  Santa    Monica  Ground 
Control  na częstotliwości 121.9,  i  łączy  się z  Wieżą  na częstotliwości 120.1; czwartą ręką 
zamyka  flapsy, podczas gdy ja usiłuję je otworzyć; i wreszcie,  ostatnią ręką klepie mnie po 
plecach i mówi, że czynię  dalsze postępy. 

 

Śmierć prawdziwego człowieka 

 

Dzisiaj,  piętnastego  maja  tysiąc  dziewięćset  sześćdziesiątego    siódmego  roku,  dostałem 

wiadomość  o  śmierci  mego  wydawcy,    doktora  Josefa  C.  Witscha.  Czternaście  miesięcy 
temu,  J.C.W.    obchodzie  sześćdziesięciolecie  swych  urodzin,  a  wtedy  my,  autorzy  domu 
wydawniczego Kiepenheuer Witsch, pisaliśmy  o Nim do księgi pamiątkowej, którą wydano 
w  Jego  wydawnictwie  i  w  tajemnicy  przed  Nim,  aby  sprawić  mu  niespodziankę.  Wkrótce 
potem J.C.W. zachorował, a teraz  odszedł drogą wszystkich ludzi. Ale droga, którą zmarły 
szedł  za życia, nie była drogą wszystkich. Zmarły był człowiekiem  kochającym literaturę, 
kochającym  ludzi  piszących  i  pomagającym  im.  Był  człowiekiem  wielkiej  siły;  wiedział  o 
tym  i potrafił innym dać siłę. Przez lata dodawał mi otuchy;  martwił się, kiedy przynosiłem 
mu  rzeczy  kiepskie  i  cieszył    się,  kiedy  przynosiłem  mu  rzeczy  nieco  lepsze.  J.C.W.  był  
walczącym katolikiem; katolikiem pozbawionym hipokryzji,  a więc typem katolika znanym 
raczej  z  literatury  -  o  charakterze  dydaktycznym  a  nie  z  życia.  Był  walczącym  anty-
komunistą;  był  antyfaszystą;  próbując  uciec  z  Niemiec  został    zatrzymany  na  granicy 
szwajcarskiej  i  odesłany  do  Niemiec.    Kiedyś,  kiedy  powiedziałem  mu,  iż  pewną  książkę 
uważam za  utwór pornograficzny, odparł: „Jesteś głupcem. To jest  książka o miłości. Każda 
książka o miłości jest książką  o Bogu. 

Był człowiekiem wielkiej siły fizycznej i wielkiej urody.  Mając lat sześćdziesiąt wyglądał 

na  mężczyznę  po  czterdziestce.    Prowadził  samochód  po  ulicach  Kolonii  z  przeciętną  szy-
bkością stu dziesięciu kilometrów na godzinę. Mówił z silnym  akcentem ludzi urodzonych i 
wyrosłych w Kolonii i diabelnie  ciężko było się z nim porozumieć; sam o sobie powiadał,  iż 
kolończyka rozpoznałby bez trudu, nawet gdyby spotkał  się z nim na Saharze i gdyby zaczęli 
mówić po francusku.  Nasza literatura straciła w Zmarłym wielkiego przyjaciela.  Tak więc 
niech pamięć o nim będzie święta, lecz niech  nie będzie spokojna. Niech stanie się pamięcią 
nawołującą    do  walki,  do  prawdy,  do  niszczenia  przemocy,  do  gromienia    głupoty-  taką, 
jakim było życie tego pięknego i niespokojnego  człowieka. 

W zastępstwie Wacława Zbyszewskiego - Marek Hłasko 

 

Sprawiedliwy z Sodomy. 

Dalszy ciąg mojej kariery w przemyśle filmowym 

 

Larry  jest producentem  filmowym  i wygląda tak,  jak  powinien wyglądać producent;  jest 

ciężki, słoniowaty, nie  wyspany, pali cygaro i ożywia się tylko na dźwięk telefonu.  Później 
w  swym  reportażu o  Hollywood  pisze  o roli  telefonu.    Tu  istotnie  każdy  czeka  na  telefon. 
Telefon  może  z  żebraka    uczynić  człowieka  pracującego;  z  maszerującego  na  piechotę    - 
właściciela  samochodu  Lincoln  Continental;  z  wszarza  nie    mającego  czym  zapłacić  za 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

20 

mieszkanie  -  właściciela  apartamentu.  Telefon  może  również  pozbawić  cię  wszystkiego,  co  
masz,  i  sprawić,  że  nikt  cię  nie  zapyta,  jak  ci  idzie.  Tak  długo,    jak  sympatyczny  głos 
panienki  z  Generał  System  nie  oznajmi    ci,  że  na  skutek  nie  zapłaconego  rachunku  nie 
będziesz już  miał telefonu. I wtedy jesteś już niczym. 

Larry zadzwonił do mnie i powiedział mi, iż chce się ze  mną spotkać; Larry przysłał po 

mnie  samochód  i  kazał  mi    podać  filiżankę  kawy,  po  wypiciu  której  uwierzyłem  po  raz  
pierwszy  w  życiu,  że  istnieje  zło  absolutne.  Larry  kazał  mi    opowiedzieć  sobie  o  mnie; 
wypytał mnie o stan mego zdrowia;  o mój stosunek do religii, skrzywił się niechętnie, kiedy  
powiedziałem  mu,  iż  życiu  religijnemu  nie  poświęcam  wiele    czasu;  wypytał  mnie  o  moją 
żonę  i  zapałał  oburzeniem,  kiedy    po  długiej  rozmowie  przyznałem  mu  się,  iż  przed 
wstąpieniem    w  związki  małżeńskie  miałem  przedtem  dwie  kobiety.  Ochłonąwszy  
uspokoiwszy się na widok mej skruchy i wstydu,  Larry zapytał mnie, ile zarabiam, co jem na 
śniadanie,  a wreszcie oświadczy)  mi,  iż  będzie  mówił do  mnie  nie  jak  producent, ale  jak 
ojciec,  gdyż  jestem  wyjątkowo  luby  sercu    jego.  Larry  następnie  począł  mówić  o  sobie; 
skreśliwszy    w  kilku  mistrzowskich  zdaniach  swoją  trudną  młodość,  służbę    w  wojsku, 
przebyte  choroby,  powiedział  mi,  iż  muszę  szczególnie  uważać,  gdyż  w  tym  mieście  jest 
wielu łobuzów, którzy  będą mi obiecywać złote góry, wykorzystają mnie i nie zapłacą  ani 
grosza. Ale nie będzie tak. Nie stanie się tak, ponieważ on, Larry, otoczy mnie swoją osobistą 
opieką;  udzieli  mi  wskazówek  i  obroni  przed  ludzką  nikczemnością.  Wreszcie  Larry  
zakończył stwierdzeniem, że w tym mieście był do tego czasu  jeden tylko człowiek uczciwy; 
ale teraz jest już nas dwóch. 

- OK - powiedział Larry. - Ja chcę zrobić film o człowieku,  o włóczędze, który pewnego 

dnia odkrywa w sobie miłość do  Boga. - Larry zaszlochał rozdzierająco; ukoiłem go. Larry  
mówił dalej: - I ten pierdolony włóczęga, ten zasrany skurwysyn pewnego dnia zrozumie, iż 
nie warto żyć bez Boga,  i staje się innym człowiekiem. co ty na to? 

Powiedziałem  szczerze,  że  pomysł  jego  jest  niczym  innym    jak  monumentem  myśli 

ludzkiej, a kiedy  Larry chciał  mi  przerwać, zgromiłem go za niewiarę w potęgę własnego  
umysłu. 

-  Jest  tylko  jedna  rzecz  -  powiedziałem.  -  Jako  dziecko    przeczytałem  opowiadanie  o 

włóczędze, którego wynajął misjonarz, aby go łódką zawiózł do Indian. Nudzili się jak dwa  
psy i ten misjonarz chciał nawrócić tego włóczęgę, ale ten  powiedział, że nie wierzy w Boga, 
i  koniec.  Wreszcie  złapali    ich  Indianie.  Przywiązali  ich  do  słupa  i  kazali  misjonarzowi  
wyprzeć się Boga, gdyż inaczej spalą go żywcem. Misjonarz  wyparł się, bo nie miał wyboru. 
Ale włóczęga stanowczo  odmówił. „Ja tam nic się na tym nie znam - powiedział. - Ale  mój 
ojciec  wierzył  w  Boga,  a  był  to  tęgi  pijak  i  najsilniejszy    człowiek  w  stanie  Kentucky.  I 
dziadek mój też wierzył  w Boga, a był z niego najlepszy gracz w pokera i miał  najszybszą 
prawą rękę. Ja się na tym nic nie znam; ale to jest  Bóg ojców moich. Misjonarza puścili, ale 
tego włóczęgę  spalili żywcem. 

- Kto to napisał? - zapytał Larry blednąc gwałtownie.  - O ile pamiętam, Jack London. 
- Nic się nie przejmuj - powiedział Larry. - Jedź do domu  i myśl nad tym. 
- A co z prawami? 
- Zostaw to mnie. Ja wiem, jak to ukraść. 
Uskrzydlony tą myślą wróciłem do domu. Szybko połączyłem się z przedstawicielstwem 
firmy Jaguar i zapytałem, ile  kosztuje najlepszy model. Zamówiłem; zadzwoniłem do 
pięknej Judy i zaprosiłem ją na wycieczkę do Palm Springs.  Kazałem sobie przynieść z 
Super-Marketu butelkę whisky.  Zamówiłem długodystansową rozmowę z Paryżem; 
wymówiłem mieszkanie i właśnie czytając gazetę szukałem ogłoszenia  dotyczącego domu 
z basenem pływackim, kiedy zadzwonił  telefon. To był Larry; mówił jak stary i chory 
człowiek.  Płakał i trząsł się, a wreszcie powiedział mi, co się stało:  projekt, nasz projekt, 
już w międzyczasie ukradli inni. 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

21 

„Kultura" 7-8/1967, Paryż 

 

Panowie bez krawatów, 

czyli pamiętnik nikczemnika 

 W  tym  roku  obchodzę  osiemnastolecie  tak  zwanej  działalności  przestępczej.  Często 

myśląc  o  tym  skromnym  jubileuszu    niepokoiłem  się,  iż  to  tak  wiele  znaczące  dla  mnie 
święto  spędzę w ciszy i zapomnieniu; stało się jednak zupełnie  inaczej dzięki życzliwości i 
serdeczności policji hrabstwa Los  Angeles. Wdawszy się w awanturę, zostałem zaproszony 
przez    deputowanych  szeryfa  do  złożenia  im  wizyty  i  już  na  miejscu,    drogą  łagodnych 
perswazji, pozbawiony zostałem sznurowadeł  i paska, po czym udałem się na spoczynek. 

Po częściowym odzyskaniu przytomności, uniosłem ze snu  skroń i postanowiłem również 

odzyskać wolność. Długie  łomotanie do drzwi nie przyniosło skutku. Na dole jakaś  młoda 
kobieta wrzeszczała histerycznie i od czasu do czasu  słyszałem monotonny głos policjanta, 
pytający: 

- Jak się pani nazywa? Jak się pani nazywa? 
Młoda osoba musiała znajdować się pod działaniem jakiegoś  narkotyku, gdyż odpowiedzi 

jej  wprowadzały  w  zdumienie  nie    tylko  policjanta,  ale  również  moich  współtowarzyszy, 
obiecujących  młodzieńców  z  więzienia  San  Quentin,  których  przedwczoraj  zwolniono 
warunkowo, a którzy teraz oczekiwali na  transport do więzienia Centralnego w Los Angeles, 
skąd  mieli    wrócić  do  swego  poprzedniego  przytuliska,  aby  następnie    znów  powrócić  do 
miejsca,  w  którym  ich  zaaresztowano  pod    zarzutem  sfałszowania  czeku  opiewającego  na 
sumę czternastu  dolarów. I tak na kolejne pytanie policjanta „Jak się pani  nazywa" młoda 
osoba  odpowiedziała:  »Kitty  Golden  Cunt",  po  czym  poczęła  bredzić:  „Czy  są  w  ogóle 
diabły?  A  jeśli  są,    to  co  diabeł  robi  na  deszczu?  Moja  matka  zawsze  mówiła,  że    jeśli 
mężczyzna  nie  ożeni  się  do  trzydziestki,  to  potem  nie    ożeni  się,  nawet  żeby  go  rąbać 
siekierą". 

Młodą  osobę  uznano  za  chwilowo  niezdolną  do  złożenia    zeznań  i  zaproponowano  jej 

spędzenie nocy na koszt hrabstwa  Los Angeles. Postanowiono wobec tego opróżnić celę, w 
której  siedziałem wraz z mymi młodymi druhami, i zaprowadzić tam  dziewczynę. Najpierw 
wyprowadzono mnie. Kiedy przechodziłem obok śpiącej dziewczyny i usiłowałem przekonać  
policjanta,  że  jestem  już  w  stanie  udać  się  do  domu  na    własnych  nogach,  policjant 
powiedział ostrzegawczo: 

- Uważaj brudny skurwysynu! To jest kobieta, nie?  Umieszczono nas w sąsiedniej celi, 

gdzie były tylko dwa  łóżka, na których smacznie spali jacyś panowie o wyglądzie  
łachudrów. Kiedy obudziliśmy ich prosząc, aby ustąpili nam  nieco miejsca, spotkaliśmy się 
ze wściekłym oporem popartym  argumentacją moralną, polegającą na stwierdzeniu, iż obaj  
panowie nie posiadają stałego miejsca pobytu i że czekanie na  transport do więzienia 
Centralnego stanowi być może jedyną  okazję do wygodnego wyspania się. Ponieważ mnie 
kompletnie  zawiódł kunszt oratorski, a młodzieńcy z San Quentin nie  należeli do ludzi o 
usposobieniu gadatliwym, skończyło się na  tym, iż jeden z nich kopnął bezdomniaka w 
twarz, drugi  bezdomniak zszedł już w milczeniu i położył się obok swego  towarzysza na 
ziemi, a ja położyłem się na dolnym łóżku  z chudszym przestępcą. 

Koło  godziny  dwunastej  obudzono  nas  ku  wyraźnemu    niezadowoleniu  wszystkich 

mieszkańców celi i misternie  skuwszy nas kajdanami wyprowadzono do samochodu policyj-
nego, który brzegiem Pacyfiku powiózł nas ku Los Angeles.  Jeden z młodzieńców, należący 
do tak zwanych specjalistów-wróżek, głośno dzielił się swymi myślami ze mną: 

-  Reszta  parolu  -  sześć  miesięcy.  Sfałszowanie  czeku  może    być  dwa,  może  być  pięć. 

Opieranie się w czasie aresztu, to  może być pół roku. Pijaństwo za kierownicą po raz trzeci, 
znowu  pół.  Wszystko  zależy  od  tego,  czy  mój  adwokat  każe  mi    powiedzieć  „winny"  czy 
„niewinny". I w ogóle wszystko  zależy od sędziego. 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

22 

Przyjechawszy  do  więzienia  Centralnego  spotkaliśmy  się    z  żywym  i  uprzejmym 

przygięciem. I podczas kiedy niektórzy  z nas pozbywali się raźno swych rzeczy, inni musieli 
poddać    się  oględzinom  dwumetrowego  policjanta  w  wieku  lat  może    dwudziestu  dwóch, 
który do każdego więźnia zwracał się per  „synu", nawet jeśli więzień miał lat sześćdziesiąt. 
Zapadł mi  w serce dialog, który przeprowadził z pewnym beznogim  starcem. 

-  Stanowczo  domagam  się  mojej  nogi  -  mówił  starzec.    -  Nie  miałeś  nogi,  synu  –  mówił 

łagodnie policjant. 

-  Owszem,  oficerze,  miałem  -  mówił  rozgoryczony  patriarcha.  -  Każdemu  więźniowi 

przysługuje  prawo  do  drewnianej    nogi,  sztucznej  szczęki,  a  nawet  okularów  w  drucianej 
oprawie. 

- Klnę się na Boga, synu, że nie miałeś nogi - mówił  policjant z męczeńskim uśmiechem. 
- Pan jest oficerem policji, prawda? 
- A co? Może nie wyglądam na takiego? 
- To dlaczego nie zna pan regulaminu obowiązującego  w Federal Correctional Institution, 

Texacarana? 

- Przecież my nie jesteśmy w Texacarana. To jest więzienie  Centralne w Los Angeles. 
- To jak to się stało, że ja jestem tutaj? - powiedział ze  zdziwieniem patriarcha. - Przecież 

jeszcze dwa dni temu  byłem w Texacarana. 

- A czy nie wstąpiłeś na piwo, po tym jak cię zwolnili  stamtąd? 
Na twarzy patriarchy odbiła się męka myślenia. 
- Owszem, wstąpiliśmy - powiedział. - Co leci przeciw  mnie, oficerze? 
- Pijaństwo i włóczęgostwo, synu. 
- Włóczęgostwo? Przecież nie mam nawet nogi. 
- Prawo nie myli się nigdy - powiedział policjant. - Nie  utrudniaj mi, synu. 

Widziałem,  jak  patriarcha  odpełza  do  następnego  stołu,    gdzie  zapytano  go o  imię  i  datę 

urodzenia matki. Patriarcha  nie mógł sobie tego przypomnieć, więc inny oficer powiedział  
uprzejmie: 

-  To  nie  szkodzi,  synu.  Podaj,  co  chcesz.  Chodzi  o to,  aby    była  choć  o  dzień  starsza  od 

ciebie. 

Czekając na swoją rozmowę z dwumetrowym policjantem,  patrzyłem na rozbierających się 

młodych ludzi o długich  włosach. Nie myślę, abym widział w życiu coś podobnego.  Byli to 
w większości narkomani; ich wyniszczone stare twarze  kontrastowały w sposób przerażający 
z wychudłymi ciałami  o mięśniach w stanie atrofii. Wyglądali jak statyści z filmu  o Bergen-
Belsen;  brudu  ich  nie  da  się  opisać,  a  nogi  ich    -  jakby  to  powiedział  Mistrz  Gałczyński  - 
wydzielały niepokojący, metafizyczny zapach. 

- Synu - powiedział dwumetrowy. 

Podszedłem do ściany zniewolony do tego jego uśmiechem,  o którym on zapewne myślał, 

iż  jest uprzejmy;  ale który    niewątpliwie  niósł w sobie elementy zachęty. Rewizja odbywa  
się w ten sposób, iż szeroko rozkraczywszy nogi trzeba oprzeć  się rękami o ścianę. Stojący 
za  tobą  policjant  wsuwa  swoją    nogę  między  twoje,  tak  aby  przy  próbie  oporu  zręcznie  
wytrącić ci ziemię spod nóg. Więzień pada wtedy twarzą na  betonową posadzkę, co stwarza 
niezapomniane efekty humorystyczne i zapewne przyczynia się do wesołości, a tym  samym 
zdrowia  moralnego  innych  bandytów.  Zauważywszy    moje  nieśmiałe  próby  utrzymania 
równowagi, co nie stanowiło  mojej mocnej strony owej nocy, dwumetrowy policjant powie-
dział łagodnie: 

- Co z tobą, synu? Przecież już tu byłeś, nie? 

Następnie  przeszedłem  do  skromnie,  lecz  gustownie  urządzonego  atelier  w  celu 

sporządzenia  fotografii  pamiątkowej,    która  stanowić  będzie  mój  mały  wkład  w  trud 
założenia  albumu przestępców. Fotografem nie był jednak policjant,  tylko więzień o duszy 
niewyżytego artysty. Człowiek oczekujący przede mną wyglądał na zawodowego dusiciela i 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

23 

twarzy jego trudno odmówić było siły i ekspresji; z jakiegoś jednak  powodu, mimo iż twarz 
oczekującego rozjaśniał żywy, wewnętrzny uśmiech, fotograf nie był zadowolony. 

- Troszkę w lewo, Harry -  mówił spoza kamery. - Tak,  teraz lepiej. O, nie, nie. Przedtem 

było lepiej. Nie gniewaj się,  Harry, ale naprawdę wyglądasz jak podlec. Teraz jest dobrze.  - 
Błysnęło światło i Harry odszedł w bok, dyskretnie brzęcząc  kajdanami. 

Stanąłem  przed  kamerą  starając  się  wyglądać  swobodnie,    a  jednak  godnie  jak  przystało 

okolicznościom; artysta nie był  jednak zadowolony i ze mnie. 

- Śmiej się! 
- Nie mam powodu. 
- Chcesz mieć chyba dobre zdjęcie, nie? Nie będzie ci  wstyd, jeśli wyglądać będziesz jak 

jełop? Powiedz: nie będzie  ci wstyd? 

- Nie mam powodu, aby się uśmiechać - powiedziałem  małodusznie, myśląc o kosztach 

adwokata i sądu.  Odpowiedź moja zdumiała i być może nawet zgorszyła  artystę. 

-  Co  to  znaczy?  -  powiedział.  -  Spójrz  na  Harry'ego.    Dostanie  najmarniej  dziesiątkę,  a 

dawno nie zrobiłem lepszego  zdjęcia. 

Aby  mnie  przekonać  i  pomóc  w  przezwyciężeniu  mej    nędznej  małoduszności,  Harry 

zabrzęczał porozumiewawczo  kajdanami i artysta uznał, iż zdjęcie będzie w porządku. 

Czekając  na  oficera  pochłoniętego  pobieraniem  odcisków    daktyloskopijnych,  słyszałem 

rozmowę,  jaką  prowadził  z  pewnym  panem,  również  wyglądającym  na  jednego  z  tych, 
których  nie powinniśmy spotykać na wąskim moście. 

- Co jest? Spokojnie. Rękę trzeba trzymać luźno.  - Kiedy dostałem kulę w przegub. 
- Od kogo? 
- Od kogoś, kto chciał mnie zastrzelić.  - I co się z nim stało? 
- Ktoś go zastrzelił. 
- A ty pewnie nie wiesz kto?  - Nie. 
- Jesteś dobry chłopak - powiedział policjant i skinął  na mnie. 
Znalazłszy się w celi usiadłem obok jakiegoś pana, który  umilał swym towarzyszom czas 

gawędą towarzyską: 

- I wtedy wyprowadzili Johnny'ego. Johnny trzymał się  jeszcze na nogach, ale wyglądał na 

wykończonego. Za nim  szedł ksiądz i też nie wyglądał lepiej i myliła mu się modlitwa,  tak 
że  trwało  to  długo,  zanim  przywiązali  Johnny'ego  do   fotela.  A  potem  rozcięli  mu  rękawy 
koszuli i założyli elektrody  i jeszcze jedną na czubek głowy. 

- A nogi? - zapytał inny więzień. 
- Nogi też. A potem puścili przez niego prąd i wtedy widać  było, jak wszystkie jego włosy 

wyprostowały się nagle... 

- Prostują włosy? Gdzie? - zainteresował się nagle jakiś  kędzierzawy Murzyn siedzący do 

tego  czasu  w  milczeniu.    Kiedy  jednak  udzielono  mu  życzliwych  informacji,  usunął  się    w 
bok, wyglądając nie wiadomo dlaczego na człowieka zniechęconego. 

Owej nocy jadąc ze stacji szeryfa w Malibu do więzienia  Centralnego wsłuchiwałem się w 

radio. Słyszałem głos jakiejś  młodej kobiety mówiący do wszystkich radiowozów: „Podej-
rzanego  widziano  na  rogu  Fuller  i  Sunset.  Podejrzany  krwawi    i  jest  uzbrojony.  Ucieka  w 
kierunku  Santa  Monica  Boulevard.    Potwierdźcie".  Potem  usłyszałem  kilkanaście  głosów, 
podających numery swych jednostek i wypowiadających słowo  Roger.  Przez chwilę trwała 
cisza, a potem któryś z policjantów  działających na tamtym terenie powiedział: „Mamy go. 
Sprowadźcie  ambulans".  Młoda  kobieta  powiedziała:  „Roger.    W  Fordzie  Fairlane,  rocznik 
prawdopodobnie  pięćdziesiąt    siedem,  ucieka  podejrzany  o  posiadanie  narkotyków.  Numer  
licencji  nie zidentyfikowany; kolor czarny  lub ciemnoniebieski. Potwierdźcie. Podejrzanego 
widziano uciekającego z Santa Monica w kierunku South". znów usłyszałem głosy policjan-
tów podających numery swych jednostek. A nim skręciliśmy  na autostradę, usłyszałem głos 
policjanta,  znów  tak  samo    spokojny  i  beznamiętny  jak  i  głos  młodej  kobiety:  „Mamy  go.  

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

24 

Oper  and  out";  na  co  znów  młoda  kobieta  odpowiedziała  Roger    i  znów  usłyszałem  inną 
transmisję. 

Słowa Roger, Over, Out należą do frazeologii lotniczej  i policyjnej. Słowo Roger oznacza 

potwierdzenie; słowa over  and out oznaczają: „Otrzymałem twoją ostatnią transmisję  i nie 
spodziewam  się  od  ciebie  odpowiedzi".  Tak  więc    w  sprawie  tych  dwóch  ludzi,  z  których 
jeden  uciekał  zakrwawiony  w  stronę  południową,  podczas  gdy  drugi  w  tę  samą    stronę 
uciekał skradzionym samochodem, nie  będzie się  już  więcej  mówić tej nocy przy pomocy 
radia. Czekają ich godziny,  a może miesiące śledztwa; po czym wyrok i kara. Ale kim byli  
ci ludzie? Nie wiedziałem; mogłem o tym tylko myśleć  patrząc na innych więźniów. 

Być  może  wmieszali  się  w  zbrodnie  przez  głupotę;  być    może  zostali  namówieni  przez 

innych;  być  może zawinili tu  rodzice, przyjaciele czy  ich  żony. Lecz teraz nie  było to już  
ważne; teraz nie byli już tymi samymi ludźmi, którymi byli  przed pięcioma minutami. Ich 
działanie, ich myślenie, nawet  ich funkcje fizjologiczne zależeć będą od myślenia, działania  
i  fizjologii  innych  ludzi.  Stając  się  więźniem  stajesz  się  dla    samego  siebie  człowiekiem 
nowym  i  nie znanym. To, co było  dla ciebie rzeczą naturalną przed  minutą, może stać się  
przestępstwem teraz; to co napawało cię ohydą przed minutą,  musi stać się teraz dla ciebie 
rzeczą normalną. Nim odsłonisz  swoje myśli przed innymi ludźmi, musisz wpierw odsłonić  
swoje ciało, którego być może się wstydzisz; które być może  jest brzydkie i słabe i brudne z 
powodu tobie znanego, ale  który  innym wyda się  niewystarczającym usprawiedliwieniem.  
Tym innym, którzy także stali się innymi. 

A potem musisz jeszcze odkryć swoje myśli. Od twej  inteligencji i od twego sprytu zależeć 

będzie, czy odkryjesz je  w sposób dla ciebie korzystny. Sartre w swej książce o Jean Genet, 
mówi: The fascination that ihe police have for ihe Chief is  manifesied by ihief s tempiation to 
confess when he is arrested. In  the presence of ihe examining magisirale who quesiions him, 
he  is    seized  wiih  giddiness;  the  magistrale  speaks  gently  to  him,  perhaps    with  kindness, 
explaining what is expected of him; practically  nothing; an assent. If only once, just once, he 
dit what was asked  of him, if he uttered the ‘yes' that is requested, harmony of minds  would 
be achieved. He would be told, 'That’s fine ; perhaps he  would be congratulated. It would be 
the end of haired. The desire  to confess is the mad dream of universal love; it is, as Genet 
himself  says, the tempiation  of the human.  
W tym,  co napisał Sartre, jest  zalążek prawdy, 
czemu nie należy się dziwić. 

W ciekawym piśmie „Psychology Today" znajdujemy artykuł pt. The Psychology of Police 

Confessions. Między innymi  opisany tu został casus Whitmore'a; historia o człowieku,  który 
przyznał się do całego szeregu nie popełnionych zbrodni.  W czerwcu 1964 policjant Frank 
Isola przybył na pomoc Mrs.  Elbie Borrero, która została napadnięta przez jakiegoś osobnika  
w Bronxville, części dzielnicy Brooklyn. Napastujący zbiegł;  Mrs. Borrero opisała go jako 
Murzyna, 5 stóp 9 cali wzrostu,  ze śladami ospy, ważącego około 165 funtów, ubranego  w 
płaszcz  deszczowy,  z  którego  udało  jej  się  w  czasie  walki    z  napastującym  urwać  guzik. 
Guzik ten stanowił jedyny  materiał obciążający w tej sprawie. 

O  godzinie  ósmej  dnia  następnego  policjant  Frank  Isola    i  detektyw  Richard  Aidala 

zaaresztowali  George'a  Whitmore'a,    Jr.  pod  zarzutem  usiłowania  dokonania  gwałtu  na 
wspomnianej  już Mrs. Borrero. Whitmore był osobnikiem stosunkowo  niskiego wzrostu  - 
około 5 stóp  i 5 cali  -  i ważył  zaledwie 140   funtów. Ale  Whitmore  miał  na  sobie płaszcz 
deszczowy  bez   jednego guzika  i  był Murzynem. Został aresztowany, ponieważ,   jak cytuje 
autor:  There  was  a  reasonable  ground  for  suspicion    supported  by  circumstances  sirong  in 
themselves. 

Mrs. Borrero zidentyfikowała go  jako napastnika  i o godzinie  10.30 tego samego ranka 

Whitmore zeznał, iż usiłował dokonać  gwałtu na oskarżającej. Około południa tego samego 
dnia Whitmore zeznał również, że zamordował za pomocą noża  niejaką panią Edwards. 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

25 

Przeglądając  rzeczy  należące  do  Whitmore'a  detektyw  Bulger    znalazł  fotografię  białej 

dziewczyny.  Przez  osiem  ostatnich    miesięcy,  poprzedzających  aresztowanie  Murzyna 
Whitmore'a,    Bulger  i  inni  funkcjonariusze  policji  pracowali  nad  wykryciem    podwójnego 
morderstwa, popełnionego na dwóch młodych  dziewczynach, Janice Wylie i Emily Hoffert, 
które zostały  zasztyletowane w swoim mieszkaniu w dzielnicy Manhattan.  Bulger rozpoznał 
zdjęcie  znalezione  w  rzeczach  Whitmore'a    jako  fotografię  jednej  z  zamordowanych 
dziewczyn  -  Janice    Wylie.  O  godzinie  16.00  Whitmore  „pękł"  i  zeznał,  iż  jest    również 
mordercą  dwóch  dziewczyn  -  było  to  jego  trzecie    zeznanie  w  ciągu  dwudziestu  godzin  i 
policjanci oświadczyli:  „Znaleźliśmy przestępcę; nie ma co do tego wątpliwości".  Zeznanie 
Whitmore'a zostało spisane na 61 stronach; zawierało  wszelkie niezbędne detale łącznie ze 
szkicem mieszkania,  w którym Whitmore „zamordował" dwie dziewczyny. 

Jednak w dwa tygodnie później policja odkryła,  iż zdjęcie  znalezione przy Murzynie  nie 

było  wcale  zdjęciem  zamordowanej  miss  Wylie.  W  międzyczasie  Whitmore  został  już  
osądzony i skazany za próbę gwałtu; nieco później odkryto, iż  guziki płaszcza należącego do 
Whitmore'a  were  different  in  size,    shape,  design  and  consiruction  From  the  button  Mrs. 
Borrero  had    torp  off  her  attacker’s  coat.  
District  Attorney  dzielnicy  Brooklyn,    S.A. 
Lichtman, powiedział: We have nailed George Whitmore on  the button, to speak so. 

W  październiku  tego  samego  roku  mieszkaniec  Nowego    Jorku,  Nathan  Delaney, 

poinformował policję, iż przyjaciel  jego Richard Robles przyznał mu się do zamordowania 
dwóch    dziewcząt.  Rozpoczęto  nowe  śledztwo,  przy  czym  okazało  się,    iż  znaleziona  przy 
Whitmorze fotografia przedstawia Arlene  Franco, która oświadczyła policji, iż zdjęcie to po 
prostu  wyrzuciła. Whitmore znalazł je i zatrzymał dla siebie. Zarówno  Arlene Franco, jak i 
George Whitmore mieszkali w Wildwood  i kiedy dwóch świadków przysięgło, iż widziało 
Whitmore'a w Wildwood tej samej nocy, kiedy zostały zamordowane dwie  dziewczyny na 
Manhattanie, George Whitmore został zwolniony. 

Zagadką  pozostaje,  dlaczego  przyznał  się  do  szeregu  nie    popełnionych  przez  siebie 

przestępstw. Whitmore twierdzi, iż  był bity; policja temu zaprzecza. Na to właśnie stara się  
odpowiedzieć autor artykułu, Philip G. Zimbardo. 

Metody policji, o których czytamy w książkach i które  pokazywano nam w kinie, nie mają 

nic wspólnego z rzeczywistością, powiada autor. Pokój, w którym odbywa się przesłuchanie, 
nie jest ciemną norą, w której jedynym źródłem  światła jest silna lampa świecąca wprost w 
oczy przesłuchiwanego. Pokój, w którym odbywa się śledztwo, według Zimbardo,  sprawia 
wrażenie pokoju prywatnego, a jeśli nawet w oknie są  kraty, przypominają one raczej wrota 
wiodące do ogrodu.  Pokój jest jednak nagi; bez obrazów; przesłuchiwany powinien  siedzieć 
na  krześle  bez  poręczy,  tak  aby  każdy  ruch  jego  ciała    mógł  być  obserwowany; 
przesłuchiwany  powinien  znajdować    się  jak  najbliżej  przesłuchującego,  gdyż:  When  a 
person is close  to another physically, he is closer psychologically. 
Przesłuchujący  powinien 
być ubrany skromnie i unikać krawatów w krzykliwych kolorach; oddech jego nie może być 
w żadnym  wypadku nieprzyjemny dla przesłuchiwanego. Przesłuchujący  musi kontrolować 
swoje  odruchy,  a  wreszcie  autor  artykułu    dochodzi  do  słusznego  wniosku,  iż 
przesłuchującym nie można  zostać; trzeba się nim urodzić. 

Artykuł  ten  jest  dość  przerażający  i  prawdopodobnie  nie    zwróciłbym  na  to  wszystko 

większej  uwagi,  gdyby  nie  natrętnie    powtarzająca  się  forma  „on",  mężczyzna.  Tak  więc 
postanowiłem  zajrzeć  do  bibliografii  i  znajdujemy  tu  między  innymi    następującą  pozycję: 
Communist  Interrogation  and  Indocirination    of  Enemies  of  the  State.  L.E.  Hinkle,  H.C. 
Wolff in Archives  of Neurology and Psychiatry. Tak, teraz łatwiej mi zrozumieć  ten artykuł 
i  rzeczywiście  podpisałbym  się  chętnie  pod    zdaniem  Sartre'a  o  „obłędzie  uniwersalnej 
miłości".  Nie  tylko    ja;  wielu  drwali  pracujących  w  rześkim  klimacie  Północy,  któregoś  z 
Krajów  Oddalenia,  również  chętnie  przyłączyłoby    się  do  opinii  laureata  Nagrody  Nobla. 
Niestety, jest na to zbyt  późno; władze sowieckie niechętnie przystępują do tego, co  nazywa 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

26 

się Stanach „powtórnym otworzeniem sprawy".  Przypadek nieszczęśliwego Murzyna jest 
niewątpliwie tragiczny, tak  jak  i tragiczną  była  sprawa Chessmana;  mówiąc    jednak o tym 
chciałbym, aby pokazano mi kraj, w którym  skazany na śmierć człowiek dwanaście lat może 
walczyć  o swoje życie. 

Dlaczego  jednak  ludzie  ci  przyznali  się  do  rzeczy  nie    popełnionych.  Nie  robią  tego  z 

powodów,  o  których  pisze    Sartre,  Koestłer,  i  inni.  Więzień  mówi  rzeczy  dziwne  do  
przesłuchującego go człowieka, gdyż człowiek siedzący przed  nim jest wspomnieniem jego 
samego.  Wspomnieniem  wolnego    świata;  porażek  i  zwycięstw;  smutków  i  radości;  lecz 
wciąż  jeszcze jest wspomnieniem świata, który uważało się za własny;  za nieszczęśliwy i 
nienawistny; lecz, choćby nawet w stopniu  minimalnym, w skali kroku i szeptu  - wolny. 
człowiek  siedzący naprzeciw ciebie jest tobą samym; tym, kim byłeś,  ale czym już nigdy nie 
będziesz, gdyż kara, podejrzenie czy  wspomnienie nocy spędzonej w niewolnictwie wlec się 
będzie  za tobą do końca twych dni. Tak więc ten, który siedzi  naprzeciw ciebie, jest tobą, 
tym, kim byłeś; jemu wolno ująć  słuchawkę telefonu, wstać, zapalić papierosa - podczas gdy 
ty    każdy  swój  ruch  musisz  skoordynować  z  jego  wolą.  Nie,    pojedynek  między 
sprawiedliwością i występkiem nie jest  oparty na prawie równego z równym, na szczęście 
dla  nas    samych.  Jak  każde  ludzkie  poczynanie,  pojedynek  ten  jest    opisem  głupoty  nas 
samych, którzy wplątaliśmy się w nierówną  walkę, w życie. 

Tak  więc  więźniowie  mówią  brednie,  które  zostaną  przeanalizowane  przez  fachowców. 

Podają  nazwiska  ludzi,  którzy    zmarli;  mówią  o  swoich  żonach,  o  nieszczęściach;  podają  
fakty, które w ich mniemaniu okażą się im pomocne, a które  mogą ich zniszczyć; ale mówią, 
mówią,  mówią, ponieważ  siedzący  naprzeciw  nich  jest człowiekiem;  ma takie same  nerki, 
oczy i serce, które i ty masz, i dlatego mówisz do niego  jak do samego siebie, gdyż on jest 
tobą, a ty może jeszcze  kiedyś będziesz nim; i na tym się to wszystko kończy. Może  jednak 
nie  kończy  się  i  na  tym?  Może  istnieje  jeszcze  jedno    uczucie,  jakiego  doznaje 
przesłuchiwany  wobec  przesłuchującego  -  uczucie  zazdrości.  Może  ty  chciałbyś  być  nim! 
Może  wyobrażasz sobie, iż nim jesteś; iż to od twojej woli zależeć  będzie los innego; a więc 
mówiąc zazdrościsz, zazdrościsz,  zazdrościsz, jak każda ofiara, która marzy o tym, aby stać 
się    katem;  aby  z  niszczonego  stać  się  niszczącym;  z  bitego    -  bijącym.  Czyżby  o  tym 
wszyscy zapomnieli? 

Rano opuściłem gościnne mury więzienia Centralnego  w Los Angeles żegnany uprzejmie, 

lecz  w  sposób  pełen    powagi,  dającej  mi  w  jakiś  sposób  nadzieję,  iż  więzy  przyjaźni  
zadzierzgnięte  między  nami  pozostaną  trwałe  i  niezniszczalne;    gościnność  zaś,  szczerze 
okazana  mi  przez  wszystkich,  pozwala    mi  również  żywić  nadzieję,  iż  znajdę  tam  zawsze 
przytulisko  i ludzi, którzy otoczą mnie ojcowską opieką, kiedy zajdą  odpowiednie po temu 
okoliczności.  Dzień  ten  był  jednym    z  najpiękniejszych  i  najbardziej  słonecznych  w  mym 
życiu;    był  jedynym  dniem,  który  spędziłem  bez  poniżających  godność    ludzką  trosk 
materialnych. 

„Kultura" 10/1969, Paryż 

 

Zadziwiający człowiek pająk 

 

Pewnego  dnia,  po  szeregu  błyskotliwych  sukcesów  w  branży  filmowej  oraz  sukcesów 

towarzyskich,  odniesionych  dzięki  darowi  żywego  słowa  w  więzieniu  Centralnym    Los 
Angeles,  znalazłem  się  bez  grosza  przy  duszy.  Dzięki    jednak  życzliwości  ludzkiej 
otrzymałem pracę tragarza.  O umówionej godzinie, czysto umyty i ogolony, stanąłem  przed 
obliczem szefa, który patrzył na mnie chwilę w milczeniu, a potem powiedział: 

- Pan będzie pracował jako zadziwiający człowiek pająk.  Co pan na to? 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

27 

Powiedziałem,  iż  przez  całe  życie  nie  marzyłem  o  niczym    innym,  jak  właśnie  o 

przeobrażeniu się w zadziwiającego  człowieka pająka; i że na chwilę tę czekałem trzydzieści 
cztery  lata; i oto właśnie sny moje stały się prawdą. 

- Widzi pan - powiedział mój szef. - Nasza firma zajmuje  się kolportażem komiksów. Nie 

ma  gówna,  którego  by  pan    u  nas  nie  znalazł.  Mamy  wszystko:  „Miłość  dziewczyn",  
„Prawdziwe wyznania", „Misja nie do wykonania", „Człowiek-Nietoperz" i tak dalej. Myto 
rozprowadzamy  po  mieście.  Pan    będzie  w  grupie  „Przygody";  pana  kierownikiem  będzie  
Mickey,  czyli  automatycznie  będzie  pan  w  podgrupie  „Fantastyczne"  czyli  że  również 
automatycznie stanie się pan członkiem sekcji „Zdumiewający człowiek pająk". Jasne? 

- Oczywiście - powiedziałem. 
- Czy pan był kiedy zatrzymany przez policję?  - Nie. 
Mój szef spojrzał na mnie raz jeszcze. 
- Komu pan to mówi? - powiedział z rozbawieniem.  Przeszedłem na salę i zbliżyłem się 

do mego kierownika,  Mickeya. Przedstawiłem mu się i zapytałem jak mam do  niego mówić, 
na co Mickey powiedział, żeby mówić mu po  imieniu. Następnie dał mi fartuch, na plecach 
którego namalowany był człowiek wyglądający jak potomek Nikity  Chruszczowa i Florence 
Nightingale;  twór  ten  wplątany  był    w  jakąś  pajączynę;  pod  zachwycającym  wizerunkiem 
biegł  olbrzymi napis: 

ZADZIWIAJĄCY CZŁOWIEK PAJĄK 
I to byłem ja. 
Praca  zaczynała  się  o  godzinie  siódmej  rano.  Na  salę    wjeżdżał  olbrzymi  samochód 

ciężarowy,  a  ja  i  jeszcze    inny  człowiek  o  twarzy  syfilityka-sadysty,  na  którego  fartuchu 
wymalowane  było  serce  przebite  strzałą  oraz  napis:    PIERWSZA  MIŁOŚĆ  DZIEWCZĄT 
zabieraliśmy się do  dzieła. 

- Ty bierz swoje, a ja będę brał swoje - powiedział  PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT. 

-  Uważaj,  żeby  nam  się    wszystko  nie  popierdoliło.  Jeżeli  dołożysz  swojego  PAJĄKA    do 
moich kurew, to Francesco dostanie szału. 

- Kto to jest Francesco? 
-  Kierowca  ciężarówki  -  powiedział  PIERWSZA  MIŁOŚĆ    DZIEWCZĄT.  -  To  jest 

skurwysyn. On potem pójdzie do  Mickeya, powie, że jego wóz miał przestój z naszej winy,  
i w piątek obaj wyskakujemy z roboty. Jasne? 

Zaczęliśmy  zrzucać paczki,  a  Francesco stał patrząc  na  nas  z szyderczym uśmiechem  i 

opatrując nasz wysiłek komentarzami nie nadającymi się do powtórzenia nawet w towarzy-
stwie filmowców. Jego słowa miały w sobie dużo zachęty; co  nie było bez znaczenia, jeśli 
weźmie  się  pod  uwagę,  iż  ciężar    jednej  paczki  wynosił  najmniej  czterdzieści  kilo.  Po 
kilkunastu  minutach wszedł powolnym krokiem na salę jakiś starzec o wyglądzie człowieka 
stojącego  nad  grobem.  Na  plecach    patriarchy  wypisane  było:  SEKSUOLOGIA. 
WSPANIAŁY   KOCHANEK. Ciężko dysząc  i wybałuszając oczy w śmiertelnym wysiłku, 
SEKSUOLOGIA wdrapał się na ciężarówkę  i szepnął mi na ucho: 

-  Uważaj!  Mickey  tu  był  dwa  razy  i  widział,  jak  siedzisz.    -  Przecież  dźwig  odjechał  - 

powiedziałem. - Musieliśmy  czekać na następny. 

-  W  naszej  firmie  się  nie  siada  -  powiedział  SEKSUOLOGIA.  WSPANIAŁY 

KOCHANEK.  -  Nawet  jeśli  nie  ma    dźwigu,  musisz  stać.  Jeśli  Mickey  cię  zobaczy,  to 
wykopie  cię    od  razu.  -  Charcząc  i  dysząc  z  wysiłku  SEKSUOLOGIA.    WSPANIAŁY 
KOCHANEK  zlazł  z  ciężarówki  i  patrząc    przed  siebie  błędnym  wzrokiem  odszedł;  jego 
rybie oczy  łzawiły. 

Mickey wszedł na salę i krzyknął:  - Przerwa. 
Widziałem, jak PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT podnosił akurat paczkę i puścił ją w 

tym samym momencie, kiedy  rozległ się ryk Mickeya. Wszyscy usiedliśmy, gdzie kto mógł,  
i każdy jadł przyniesione ze sobą sandwicze. Nagle na salę  wszedł jakiś garbus, wyglądający 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

28 

przy  tym  jak  przejście  Żydów    przez  Morze  Czerwone  w  jednej  osobie.  Na  plecach  miał  
napis: HERKULES, CZŁOWIEK MIĘŚNI. Garbus płakał  rozdzierająco. 

- Dlaczego ten bękart płacze? - zapytałem. 
- Nie wiesz dlaczego? - zapytał PIERWSZA MIŁOŚĆ  DZIEWCZĄT. 
- Nie. 
- Nasz szef ma dziwne poczucie humoru - odparł PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT. - 

Widzisz,  on  nas  wszystkich    tak  ponazywał,  żeby  nas  krew  zalewała,  jak  o  tym  myślimy.  
Ten  garbus  najpierw  był  TARZAN,  SYN  KNIEI,  potem  go    zrobili  PIĘKNO  I  SIŁA 
MĘŻCZYZNY, a teraz jest HERKULES. Kiedy ja tu przyszedłem, kiedy dali mi ten fartuch  
i  gdy  zobaczyłem,  że  już  nie  jestem  Billy  Andersonem,  tylko  PIERWSZĄ  MIŁOŚCIĄ 
DZIEWCZĄT,  poszedłem  do  szefa    i  mówię:  „Szefie,  czy  nie  mógłbym  być 
CZŁOWIEKIEM  BESTIĄ, MORDERCĄ DO  WYNAJĘCIA?"  A on popatrzył   na  mnie  i 
powiedział:  „Moim  zdaniem  ty  wyglądasz  jak    PIERWSZA  MIŁOŚĆ  DZIEWCZĄT". 
Odwrócił  się  do  swojej    sekretarki  i  powiedział:  „Susan,  czy  to  nie  jest  najprzystojniejszy 
chłopak w Down-Town?" A Susan na to: „Tak, panie  Fischbajn". A on do mnie: „I co, teraz 
mi wierzysz?" I tak się  skończyło. 

PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT zamyślił się. Jego  ponura twarz syfilityka-sadysty 

stężała;  czółko,  które  normalnie  miało  wielkość  znaczka  pocztowego,  zniknęło  zupełnie;  
zdawało się, że szczęka wyrastała mu wprost z głowy. 

-  A  ja  przecież  nawet  seks  muszę  kupować  -  powiedział    PIERWSZA  MIŁOŚĆ 

DZIEWCZĄT. - Tak jak inni kupują  kartofle. Jestem wstrętny i nikt mnie nie chce. Kiedyś  
poszedłem do jednego baru z kurwami na Vine Street i one  tam siedziały i piły whisky, którą 
kupowali im faceci,  a potem wyprowadzali je ze sobą. Więc ja też chciałem kupić  jednej i 
zapytałem  ją, co ona pija, a ona  mi  na to:  „Ja piję  Seven and Seven.  A ty co?  Krokodyle 
gówno?" I nie chciała  nawet ze mną mówić. Wtedy jakiś szofer taksówki powiedział mi, że 
zna  w  Down-Town  jedną  prostytutkę,  która    nazwała  siebie  Josephine,  i  że  mnie  tam 
zawiezie.  Zawiózł    mnie,  kazał  zapukać  do  drzwi  trzy  razy  i  powiedzieć,  że    Harry  mnie 
przysyła. On miał czekać na dole. Zapłaciłem  mu osiem dolarów za kurs; poszedłem na górę, 
zapukałem;    otworzył  mi  jakiś  Murzyn.  Ja  mówię:  ,,Chciałbym  się    widzieć  z  Josephiną". 
Czy  wiesz,  kim  był  ten  Murzyn?  To    był  zapaśnik,  który  zabił  człowieka  na  ringu,  za  co 
odebrali  mu licencję; nie umiał udawać i bił się naprawdę. Ten  Murzyn dostał szału i potem 
ja leżałem trzy tygodnie  w szpitalu. 

- Pewnie chciał ci zrobić kawał - powiedział człowiek  POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM. 
- Kto? 
- Ten szofer taksówki - powiedział POGRZEBCIE MNIE  ŻYWCEM. 
- Tak myślisz? - zapytał PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT. 
-  Człowiek  czasem  myśli,  że  jest  śmieszny,  jak  upierdoli    drugiego  -  powiedział 

POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM. 

- Ja go jeszcze znajdę - rzekł PIERWSZA MIŁOŚĆ  DZIEWCZĄT. 
- Oni nas tu wszystkich wpierdolili - powiedział POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM. - Żeby 

dostać tę pracę, musisz  należeć do związku. Nasz szef nikogo nie wyrzuci, bo Związek  by 
go wykończył w jeden dzień. Daddy Hoffa nie pozwoliłby  nikomu z nas nic zrobić. Dlatego 
my dostajemy dwa pięćdziesiąt trzy na godzinę, a nasz szef musi tyle płacić; on  nienawidzi 
Daddy Hoffy i odgrywa się na nas. Ja na przykład  jestem po dwóch zawałach serca, czterech 
operacjach przepukliny, nie mam ani jednego własnego zęba. i dlatego mój szef  pchnął mnie 
na  tę  serię  o  bandycie,  który  grzebie  ludzi    żywcem.  W  zeszłym  miesiącu  zagrzebał  dwie 
małe  dziewczynki,  zakonnicę  i  swojego  własnego  teścia.  A  to  wszystko    dlatego,  że  w 
młodości coś się z nim stało i on, zdaje się,  nienawidzi ludzi. Tak to przynajmniej wygląda. 

-  Powiedz  PAJĄKOWI,  jak  nazywałeś  się  przedtem  -  powiedział  PIERWSZA  MIŁOŚĆ 

DZIEWCZĄT. 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

29 

- Wolałbym o tym nie mówić.  - Powiedz mu. 
-  OK  -  powiedział  POGRZEBCIE  MNIE  ŻYWCEM.    -  Przedtem  nazywałem  się  JOE 

ZMARTWYCHWSTANIEC.    To  o  takim  jednym  chłopaku  z  Kansas  City,  który  porywał  
trupy. 

- I co z nimi robił? 
- Ja nie wiem. Akurat jak to się miało wyjaśnić, przeszedłem do innej grupy - powiedział 

POGRZEBCIE MNIE  ŻYWCEM. 

-  Nasz szef  zawsze tak robi  -  zauważył PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT.  -  Jak ktoś 

się  naprawdę  zainteresuje,  co  tam  piszą  w  tych  śmieciach,  to  zaraz  przesuwa  cię  na  inną  
robotę. Ja jestem PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT, a nawet nie wiem, o czym tam jest. 

- To wszystko dlatego, że nasz szef nienawidzi Daddy  Hoffy - powiedział POGRZEBCIE 

MNIE  ŻYWCEM.  -  Daddy    był  dobrym  człowiekiem,  chciał  nam  nawet  dać  opiekę  
dentystyczną. Teraz go zamknęli, ale nasz szef boi go się dalej. 

- On nienawidzi Hoffy, bo Hoffa był kierowcą ciężarówki  i gdyby powiedział dziś jedno 

słowo, to cały kraj by stanął  - powiedział PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT. - Tylko  że 
Daddy tego nie zrobi. Daddy nie pozwoli nikomu nas  wpierdolić, ale nie może się mieszać w 
sprawy wewnętrzne  naszego szefa. Dlatego on nas wszystkich zrobił błaznami. 

Mickey wszedł na salę i krzyknął:  - Let ś go! 
Tym  razem  nie  było  ciężarówki  do  wyładowywania.  Ja    i  PIERWSZA  MIŁOŚĆ 

DZIEWCZĄT układaliśmy na kupę  stare komiksy i zdzieraliśmy z nich okładki. 

PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT odszedł na chwilę,  więc ja sam zdzierałem okładki i 

układałem stosy tych śmieci,  ale potem wrócił i stanął koło mnie. 

- Gdzie są okładki? - zapytał. 
- Nie wiem - powiedziałem. - Ktoś je wziął przed chwilą.  - Wielkie Nieba! My to 

wszystko musimy ułożyć na kupę  i przykryć jedną okładką. O czym to teraz jest? 

Wziąłem jeden z oddartych komiksów i zacząłem czytać:  „Pierwszy raz Tom wziął mnie 

siłą na Cmentarzu Wojskowym w Darlington. Działo to się nocą. Do dziś jeszcze  pamiętam 
jego kosmatą rękę wciskającą się niby kleszcze  w moje, bezbronne i niedoświadczone wtedy 
jeszcze uda..." 

- OK - powiedział PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT.  - Przykryjemy to Donaldem 

Duckiem i wszystko będzie  w porządku. - Zerwał okładkę z DONALDA DUCKA i przy-
krywszy nią paczkę, zręcznie zawiązał ją sznurkiem i rzucił  następnemu z nas. 

Ludziom pracującym po drugiej  stronie  stołu  musiało się także coś pomylić. Słyszałem, 

jak jeden z nich usiłował  zidentyfikować tekst z okładką: 

„Wtedy w ręku  Johnny'ego błysnął krótki,  meksykański   nóż. Johnny  wbił go w brzuch 

Murzyna i jednym ruchem,  śmiejąc się szatańsko, wyrwał mu wnętrzności. - To cię  nauczy 
w przyszłości szacunku dla białego człowieka, czarny  psie - powiedział Johnny i spokojnie 
odszedł na bok  śmiejąc się upiornie". Czytający przerwał i powiedział po  chwili: 

- W przyszłości?  - No tak? 
-  Ale  jak  ten  człowiek  może  mieć  przyszłość?  Przecież    Johnny  wyrwał  mu  wszystkie 

kiszki. 

- Nie znasz się na literaturze - powiedział jego przyjaciel.  - To jest wszystko gówno, ale 

musi  być  prawda,  nie?    Przecież  jeśli  sprzedają  tego  miliony  tygodniowo  i  każdy    zeszyt 
kosztuje dwadzieścia pięć centów, więc to nie może być  całkiem głupie, nie? Czytaj teraz z 
tej kupy. 

„Powiedziałem ci, abyś nigdy nie wracał do tego miasta,  rzekł szeryf i cofnął się o krok. 

Błyskawicznym ruchem  sięgnął do biodra, ale Billy The Kid był szybszy. Dwa strzały  zlały 
się w jeden i ciało szeryfa bezwładnie osunęło się na  ziemię..." 

Przerwałem na chwilę zdzieranie okładek i usiłowałem  przemyśleć tę scenę. Jeśli szeryf 

sięgnął do biodra ruchem  błyskawicznym, a Billy The Kid był jeszcze szybszy, to jak  szybki 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

30 

musiał  być  ruch  Billy'ego?  Nie  umiałem  sobie  na  to    odpowiedzieć.  Ale  uderzony  byłem 
precyzją  tej  sceny:  Billy    strzelił  celniej  i  już  nie  szeryf,  lecz  ciało  szeryfa  osunęło  się  
bezwładnie  na  ziemię.  Gdyby  autor  usunął  słowo  „bezwładnie",    byłby  to  kawałek  tęgiej 
prozy, ale każdy musi przecież  wygłupiać się jakoś w pisaniu. Do dziś nie rozumiem kom-
binacji  finansowych  przeprowadzanych  przez  bohaterów  powieści  Balzaca;  nie  rozumiem 
bełkotu  Żeromskiego;  nie    rozumiem,  dlaczego  Jerzy  Andrzejewski  pisze  tak  mało,  i  nie  
rozumiem, dlaczego ja zacząłem pisać w ogóle. 

-  I  jeszcze  jednej  rzeczy  nie  rozumiem  -  powiedziałem    głośno.  -  Dlaczego  szef  nazwał 

mnie ZADZIWIAJĄCY  CZŁOWIEK PAJĄK. 

- On ci wymyśli coś innego - powiedział PIERWSZA  MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT. - ŚWIAT 

KOBIET odchodzi niedługo do Wietnamu, gdzie będzie kapelanem, i wtedy może  przerzuci 
cię na ŚWIAT KOBIET. Czy twoja żona żyje? 

- A czy ja wyglądam na zadowolonego? 
-  Więc  może  cię  przerzuci  na  ŚWIAT  KOBIET.  Tam    przedtem  pracował  jeden  taki, 

którego żona kompletnie  zrujnowała, i dlatego szef go tam postawił. 

- A dlaczego ŚWIAT KOBIET ma być kapelanem? 
-  ŚWIAT  KOBIET  jest  księdzem.  Księdzem-robotnikiem.    Dużo  jest  takich.  Ale  teraz 

ŚWIAT KOBIET  ma też już dosyć   i  jedzie na wojnę. ŚWIAT KOBIET to takie pismo ze  
zdjęciami nagich dziewczyn i tam jest jeszcze o tym, że one  za jedną godzinę modelowania 
zarabiają pięćdziesiąt zielonych.  Zresztą popatrz sobie na niego. 

Odwróciłem się w lewo i zobaczyłem jakiegoś człowieka  zrywającego okładki z pisemka 

ŚWIAT KOBIET. Oczy miał  wbite w niebo i krzywił się za każdym razem, kiedy dotykać  
musiał okładki. Natychmiast po jej zerwaniu ukazywało się  zdjęcie nagiej kobiety leżącej na 
pluszowej kanapie, w pozie   jednoznacznie  zachęcającej do  jak  najszybszego położenia  się  
na  niej,  nawet  bez  uprzedniego  kładzenia  się  na  kanapie.    Podpis  brzmiał:  „Teresa  W.  ma 
tylko dziewiętnaście lat i całe  życie przed sobą. Kocha sport, muzykę i taniec". Nie zdołałem  
przeczytać  nic  więcej  o  Teresie  W.;  ŚWIAT  KOBIET  zrywał    okładki  z  męczeńskim 
wyrazem twarzy, szepcząc przy tym  słowa modlitwy. 

Z  drugiego  końca  sali  dobiegły  nas  straszne  krzyki.  To    Mickey  rozmawiał  z  jakimś 

kulawym człowiekiem, którego  lewy but ważyć musiał chyba z piętnaście funtów, i dzięki  
temu  kulas  wyglądał  trochę  jak  diabeł  z  operetki,  której    producenci  już  przed  premierą 
zrozumieli,  że  pójdą  na  żebry,    więc  do  roli  diabła  zaangażowali  najtańszego  aktora  w 
mieście. 

Chude  plecy  kulawego  diabla  pokryte  były  pomarszczonym    fartuchem  z  napisem: 

ŚWIAT SPORTU. 

- Co to ma wspólnego ze sportem? -  mówił Mickey swym  jadowitym głosem.  -  Zawsze 

wszyscy mylicie okładki. Proszę,  przeczytaj mi kawałek tego. 

- Nie muszę czytać - powiedział ŚWIAT SPORTU.  - Wiem, o czym to jest. 
- A więc o czym? 
- O takim jednym bandycie, który miał narzeczoną, i wtedy  go właśnie zamknęli. 
- I co dalej? 
- A potem on urwał się z więzienia i przyszedł do  niej, aby go ukryła, i trafił na jej ślub z 

jakimś innym  człowiekiem. I zadusił wszystkich weselnych gości, a Murzynowi, który grał 
na  trąbce,  wyrwał  oczy,  wyrzucił  go    przez  okno,  a  za  nim  wyrzucił  trąbkę  krzycząc 
szyderczo:  „Teraz nikt nie zarabia tak dobrze jak ślepcy-trąbkarze".  To wszystko. 

- A co to wszystko ma wspólnego ze sportem? - zapytał  Mickey. 
-  Ja  myślę,  że  człowiek,  który  własnoręcznie  zadusił  wszystkich  gości  weselnych  i 

wyrzucił  ciężkiego  Murzyna  przez    okno,  musiał  mieć  trochę  krzepy  -  powiedział  z 
godnością  ŚWIAT SPORTU. - Przynajmniej z mojego punktu widzenia.  Ja jestem chory na 
polio, nie przyjęto mnie do wojska i nie  mam nawet prawa jazdy. 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

31 

- Twój punkt widzenia jest bez żadnej wartości - powiedział  Mickey. - Trzymaj się tekstu. 
- A dla mnie ten człowiek był siłaczem.  - Ale u nas jest bandytą. 
- A co, nie ma już silnych bandytów?  - To nie należy do rzeczy. 
- A z mojego punktu widzenia człowiek, który zadusił  własnymi rękami wszystkich gości, 

musiał być wyrobiony  sportowo - z godnością odpowiadał ŚWIAT SPORTU. - Ja  bym tego 
nie umiał i ty byś tego nie umiał. 

- Ja ci tłumaczę jak człowiekowi: ten gość był bandytą. To  była broń do wynajęcia. 
-  To jeszcze niczego nie dowodzi  - powiedział ŚWIAT  SPORTU.  -  Baby  Chessman też 

był bandytą, a w więzieniu  uprawiał sport, podnosił ciężary i czytałem o nim w gazecie,  że 
miał bicepsy jak wąż kobra. Jedno nie przeszkadza  drugiemu. 

Mickey odszedł, a PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT  powiedział do mnie: 
-  To  nasz  szef  zrobił  z  tego  kulasa  ŚWIAT  SPORTU.    Przedtem  on  był  DEMONEM 

SZYBKOŚCI,  CZYLI  WYZWANIEM  PRZESTWORZY,  ale  nikt  nie  kupował  tych  
komiksów,  i  stary  przesunął  go  na  ŚWIAT  SPORTU.  Trzeba    go  było  wtedy  widzieć. 
Patrzyliśmy wszyscy na niego; byłem  pewny, że mu serce pęknie ze złości. Był czerwony 
jak ktoś,  kogo mają wieszać, tylko że zapodział im się gdzieś sznur  i trzeba trochę poczekać. 
Czerwony i blady. Podszedł do  kulasa i powiedział: „OK, od jutra jesteś ŚWIAT SPORTU.  
Wyrzuć te śmieci. I własnoręcznie począł drzeć resztki  DEMONA SZYBKOŚCI. 

- Przerwa - powiedział Mickey. 
Kupiłem sobie butelkę mleka i kanapkę z szynką, a siedzący  koło mnie POGRZEBCIE 

MNIE  ŻYWCEM  mówił  do  jakiegoś  człowieka,  który  zdjął  fartuch  i  o  którym  nie 
wiedziałem    nic  ponadto,  iż  spał  chrapiąc  smacznie,  podczas  gdy  POGRZEBCIE  MNIE 
ŻYWCEM rozwijał kunszt oratorski: 

- Przez cały czas myślałem sobie, że kiedy stuknie mi  sześćdziesiątka, pójdę na emeryturę 

i  wynajmę  sobie  jakiś  tani    pokój  na  Brodwayu  w  Santa  Monica.  Posiedzę  trochę  nad  
morzem, ugotuję sobie obiad, a potem pójdę do piwiarni   i  będę  mówił z  ludźmi, a  jak się 
trafi ktoś fajny, to kupię mu  piwo. Wiesz, w tych małych barach liczą dwadzieścia, a nawet  
piętnaście centów za piwo. Ja nie mam dzieci, żona moja  umarła i cały czas myślałem, że 
kiedy będę już stary, to pójdę  do baru i będę gadał z ludźmi. Ja tam nie jestem żaden pijak,  
ale lubię usiąść i pogadać. I w końcu ten dzień przyszedł; wynająłem sobie pokój i chodziłem 
do barów i opowiadałem  ludziom, że zrywałem okładki z komiksów i układałem  je na kupę. 
I że tak było przez czterdzieści lat. I co?  Ludzie nie chcieli mnie słuchać. Ile czasu można 
opowiadać,  że zrywa się okładkę i rzuca na kupę? A ja nic innego  nie umiałem tym ludziom 
opowiedzieć, bo ani nie piłem,  ani nie jeździłem nigdzie; raz tylko pijany Murzyn trzasnął  
mnie  samochodem,  a  kiedy  leżałem  na  jezdni,  podszedł    do  mnie  i  kopnął  mnie  w  dupę 
mówiąc: „Nie szwendaj  się na drugi raz ulicami, kiedy ja jeżdżę i piję". Odjechał  i nigdy go 
nie złapali. Tak więc opowiadałem  im o tych  okładkach, aż w końcu ci właściciele tanich 
barów  na    Brodwayu  wyrzucali  mnie,  kiedy  wchodziłem  trzeźwy,  krzycząc:  „Pijakom  nie 
sprzedajemy". Widocznie goście poprosili  ich, aby mnie wyrzucali. Wtedy wróciłem tutaj i 
szef    przyjął  mnie  z  powrotem  i  z  JOE  ZMARTWYCHWSTAŃCA  zrobił  mnie 
POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM. Rozumiesz? 

Śpiący obudził się i powiedział: 
-  Jasne.  Miałeś  rację.  Ja  tam  żadnej  nie  wierzę.  Moja  żona    była  też  z  Południa  i  też 

odeszła z jakimś wszarzem i nigdy  o niej nie słyszałem. 

PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT podszedł do mnie  blady. 
-  Czy  pamiętasz,  gdzie  położyłeś  tę  paczkę  przykrytą    DONALDEM  DUCKIEM?  - 

zapytał. - Mickey szaleje. 

- Leży tam jeszcze, na stole. 
PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT porwał paczkę i gumką starł mój monogram. 

background image

Marek Hłasko – Listy z Ameryki 

32 

- Przyjacielu! - krzyknął do jakiegoś Meksykanina. - Pokaż  mi tę twoją paczkę. Co ty tam 

masz? 

- Twoja i innych - powiedział Meksykanin TWOJA  I INNYCH. 
- Pokaż to na chwilę. Nie widziałem nigdy tego śmiecia.  TWOJA I INNYCH rzucił mu 

paczkę i PIERWSZA  MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT czytał przez chwilę tekst. 

-  Dobra  historia  -  powiedział  PIERWSZA  MIŁOŚĆ    DZIEWCZĄT.  -  Jak  ty  się 

nazywasz? 

- TWOJA I INNYCH.  - Ale przedtem? 
- Carlos Romeo. 
PIERWSZA MIŁOSĆ DZIEWCZĄT zmazał mój autograf  i szybko napisał dwie litery: 

„C.R."  A  potem  przerzucił    paczkę  poprzez  całą  salę,  Murzyn  zaś  stojący  przy  maszynie,  
która zbijała paczki w kwadratowe bryły, owiązał ją drutem  i rzucił na ciężarówkę. 

-  Dlaczego  nazywasz się TWOJA I INNYCH?  - zapytałem.   -  Moja  żona pierdoli się ze 

wszystkimi. 

PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT powiedział do mnie  szeptem: 
-  Oni  będą  myśleli,  że  to  ten  bękart  przykrył  tę  historię...    -  Wiem  -  powiedziałem.  - 

„Pierwszy raz Tom brał mnie  nocą na cmentarzu wojskowym w Darlington. Do dziś jeszcze  
i tak dalej...» A myśmy to przykryli DONALDEM DUCKIEM. 

-  Oni  będą  myśleli,  że  zrobił  to  TWOJA  I  INNYCH    powtórzył  PIERWSZA  MIŁOŚĆ 

DZIEWCZĄT. - I w piątek  wykopią go z roboty. Mickey przyjdzie i powie: „OK, to  twój 
ostatni dzień". Ale Mickey nie robi tego nigdy, kiedy  jest sam na sam z człowiekiem. On to 
powie, jak TWOJA  I INNYCH będzie pracował jeszcze do wieczora i tylko  szczęki będą 
mu  chodzić,  ale  nie  powie  Mickeyowi  nic    więcej  jak  tylko:  I'm  sorry,  sir.  Thank  you  for 
giving me  a chance. 
I to koniec. 

- Dlaczego wybrałeś jego? 
- On nie należy do Związku. Nie przepracował jeszcze  trzydziestu dni. 
- A jak poznają twój charakter pisma? 
- Nie poznają - powiedział POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM 
. - PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT odsiedział  swoje za sfałszowanie czeku. On nas 

wszystkich wyciąga  z kłopotów. 

-  Tak  -  powiedział  ze  smutkiem  PIERWSZA  MIŁOŚĆ    DZIEWCZĄT.  -  Ja  wszystkim 

zawsze pomagam. Ale jak ja  raz poprosiłem, żeby mi zmienili imię, to nikt nie chciał  nawet 
słuchać. I to jest wolny kraj. 

- A jak się chciałeś nazywać? - zapytałem. 
-  PEŁEN  SZLACHETNOŚCI  DUSICIEL  -  powiedział    PIERWSZA  MIŁOŚĆ 

DZIEWCZĄT. - Ale nawet i to się nie  udało. 

„Kultura" 3/1968, Paryż