background image

RUDOLF STEINER

FILOZOFIA TOMASZA Z

 

    AKWINU

 

 

Trzy wykłady wygłoszone w czasie Zielonych świąt w Goetheanum w Dornach roku 1920

I. Tomasz i Augustyn 

22.V.1920r.

II. Istota tomizmu 

23.V.1920r.

III. Tomizm w czasach obecnych 

29.V.1920r.

1

background image

TOMASZ I AUGUSTYN

Czcigodni słuchacze! W ciągu tych trzech dni mówić chciałbym  na temat, który zazwyczaj rozważany bywa 

bardziej   od   strony   formalnej.   Traktuje   sie   go   najczęściej  w ten   sposób,   ze   w średniowieczu,   na   skutek   ruchu 
filozoficznego jaki tkwił u jego podstaw, mianowicie tomizmu, ustalił sie stosunek światopoglądu filozoficznego do 
chrześcijaństwa. Temat nasz niewątpliwie posiada znaczenie także i z tego względu, ze w czasach nowszych ta strona 
doznała jakby odnowienia z powodu odezwy papieża Leona XIII do kleru, aby tomizm uczynić oficjalna filozofia 
Kościoła katolickiego. Nie chciałbym jednak sprawy tej, która jako filozofia średniowieczna skupia sie przeważnie 
około osób Alberta Wielkiego i Tomasza z Akwinu, rozpatrywać jedynie z tej formalnej strony, ale starać sie będę 
w ciągu   tych   dni   ukazać   głębsze   podłoża   historyczne,   z jakich   wyłonił   sie   ów   ruch   filozoficzny,   który   czasy 
współczesne mimo wszystko za mało jednak doceniają.

Otóż możemy powiedzieć, ze w wieku 13 - stym, Tomasz z Akwinu usiłuje ująć w sposób zupełnie ścisły problem 

poglądu całkowitego na świat. Lecz  przyznać trzeba, ze problem ten ujmuje on w taki sposób, iż dla dzisiejszego 
człowieka jest rzeczą trudna iść za biegiem jego myśli. Myślenie bowiem Tomasza z Akwinu opiera sie na takich 
założeniach,   które   ludziom   współczesnym,   nawet   gdy   są   filozofami,   niezmiernie   trudno   jest   sobie   przyswoić. 
Niezbędna jest w tym celu umiejętność całkowitego wniknięcia w sposób myślenia takiego Tomasza z Akwinu oraz 
jego poprzedników i następców, ponieważ wtedy tylko zrozumie sie pojęcia, o których historia filozofii mówi w sposób 
dość zewnętrzny, a jakie istniały w duszach tych średniowiecznych ludzi.

Jeżeli tedy spojrzymy na centralny temat naszych rozważań, i ((na Tomasza z Akwinu)), to widzimy, ze człowiek 

ten, sam w sobie jako osobowość, nie wysuwa sie nigdy na pierwszy plan. Jest on jedynie wykładnikiem podstawowego 
prądu filozofii chrześcijańskiej średniowiecza, a która to filozofia dzięki tej właśnie osobowości dochodzi z pewna 
uniwersalnością do swego wyrazu. Mówiąc zatem o "tomizmie", mówi sie o czymś w wysokim stopniu bezosobistym, 
a co tylko weźmiemy pod uwagę Augustyna, a wiec najgłówniejszego poprzednika teizmu, spostrzeżemy od razu, ze 
w centrum rozważań ustawić sie tu musi pełna jego osobowość, to wszystko, co w tej jednej osobowości przebywało. 
Gdy wiec u Tomasza z Akwinu wszystko jest bezosobiste, to u Augustyna przeciwnie. U niego wszystko jest czymś 
osobistym. Mamy tu do czynienia z człowiekiem walczącym, zmagającym sie - zaś u Tomasza z Akwinu z Kościołem 
średniowiecznym, ustalającym swe stanowisko w stosunku do nieba, ziemi, człowieka, historii itd. z Kościołem, który - 
można by tak rzec, choć z pewnymi zastrzeżeniami - dopiero przez filozofie Tomasza z Akwinu wyraził sie właściwie 
jako "Kościół".

Pomiędzy zaś tymi dwoma historycznymi postaciami widzimy pewne zdarzenie, bez uwzględnienia którego nie 

zdoła sie ustawić w należytym do siebie stosunku tych dwu osobistości średniowiecza. Zdarzeniem, jakie tu mamy na 
myśli, było spowodowane przez cesarza Justyniana - ogłoszenie Orygenesa kacerzem.

Cale zabarwienie światopoglądu Augustyna wtedy tylko staje sie zrozumiale, gdy weźmie sie pod uwagę podłoże 

historyczne,   z którego   wyrósł   Augustyn.   Owe   podłoże   historyczne   stało   sie   naprawdę   całkiem   inne   w czasach 
późniejszych, kiedy ustal już potężny wpływ, jaki na kraje zachodnie wywierały szkoły filozoficzne w Atenach. Lecz aż 
do VI - tego wieku wbrew zapatrywaniom dzisiejszych historyków filozofii - wpływ ten był rzeczywiście bardzo silny.  
Znikł   on   potem   w sposób   tak   zupełny,   ze   to   wszystko   co   było   późniejszym   prądem   filozoficznym   zachodu 
przedstawiało sie w swej istocie już całkiem inaczej iż to, w czym żywo tkwił jeszcze Augustyn.

Uwzględnić proszę, ze dzisiaj dany tu będzie raczej wstęp do tomizmu. O jego istocie mówić będę jutro, zaś 

właściwy cel mój, a wiec to, dlaczego przedstawiam te wszystkie rzeczy o jakich mówić będę w tych dniach, ukaże sie 
w pełni dopiero pojutrze.

Otóż   czcigodni   moi   słuchacze,   także   i   w odniesieniu   do   filozofii   chrześcijańskiej,   mianowicie   do   tomizmu, 

znajduje sie /wybaczcie mi te osobista uwagę/  w pewnym  osobliwym  położeniu. Wspominałem już nieraz, także i 
w wykładach   publicznych,   co   mi   sie   zdarzyło   gdy   przed   audytorium   robotniczym   mówiłem   o toku   zdarzeń 
historycznych  w krajach zachodnich w taki sposób, jaki uważam za zgodny z prawda. Ale chociaż wśród uczniów 
swych miałem wielu zwolenników, to jednak przewodnicy ruchu proletariacki ego na przełomie IX - tego i XX - tego 
wieku doszli do wniosku, ze to, co wykładam, nie jest prawdziwym marksizmem. A gdy na zebraniu odwoływałem sie 
do tego, ze ludzkość w przyszłości musi uznać wolność nauczania, odpowiedziano mi ze strony miarodajnej w ten 
sposób: nasza partia nie zna wcale wolności nauczania, ona uznaje jedynie rozsądny ((przymus!)) Musiałem wiec na 
tym skończyć swa czynność nauczania, pomimo ze wśród proletariatu miałem wielu zwolenników.

Coś podobnego przydarzyło mi sie tez i gdzie indziej, mianowicie dziewiętnaście czy dwadzieścia lat temu, gdy 

miałem odczyt o tomizmie i o tym wszystkim, co sie z tym łączy jako filozofia średniowieczna. Były to czasy, kiedy 
właśnie  na  przełomie  IXX  -  tego   i XX  -  tego   stulecia   doszedl   do szczytu   tak zwany  ((monizm)).  W  Niemczech 
zalozono wtedy "Giordano - Bruno - Bund" /Zwiazek Giordana Bruna/, pozornie dla pielegnowania wolnego monizmu, 
materialistycznie zabarwionego. Ale poniewaz wspolpraca moja w owym  berlinskim zwiazku "Giordano - Bruno - 
band/ skad wysylano wciaz w swiat stek pustych frazesow pod nazwa /"monizmu"/ stala sie wreszcie niemozliwa, 
przeto postanowilem wyglosic tam odczyt o tomizmie, dla wykazania ze tomizm byl istotnie w najscislejszym tego 
slowa   znaczeniu   "monizmem   duchowym",   ktory   wyrazil   sie   w tak   scislym   mysleniu,   o jakim   dzisiejsza   nowsza 
filozofia, wynikla z protestantyzmu, a pozostajaca pod wplywem Kanta, nie ma juz wyobrazenia, ani tez w ogole nie 
posiada ku temu sily. Lecz to, czcigodni sluchacze, popsulo mi tylko opinie u monistow!

2

background image

Ogromnie trudno jest dzis mowic, jezeli to co sie mowi nie ma sluzyc jakiemus partyjnemu zabarwieniu, a  tylko 

tak, jak to wynika z samej istoty rzeczy. Ja jednakze w ciagu tych trzech dni starac sie bede w taki wlasnie sposob 
mowic o zjawiskach, o ktorych wspominalem.

Otoz   jak   juz   powiedzialem   w czwartym   i piatym   wieku   po   Chr.   Widzimy   osobowosc   Augustyna,   walczaca 

i zmagajaca sie ze soba w najwyzszym  tego slowa znaczeniu. Wnikajac w szczegolna nature tej walki czujemy, ze 
rodzaj i sposob tej walki i zmagan wewnetrznych gleboko zapada nam w dusze.

Istnialy oto dwa zagadnienia, ktore przed dusza Augustyna unosily sie z taka intensywnoscia, o jakiej dzis, gdy 

wlasciwie zagadnienia poznania i duszy tak bardzo staly sie bladymi, nie mamy juz wyobrazenia. Pierwsze zagadnienia 
scharakteryzujemy   tak:   Augustyn   walczy   o istote   prawdy   podtrzymujacej   czlowieka,   prawdy   wypelniajacej   dusze 
ludzka. Drugim zas dreczacym  go zagadnieniem bylo: jak wytlumaczyc sobie, ze to zadlo zla istniejace w naturze 
ludzkiej, ten glos zla, nie milknie nigdy /przynajmniej wedlug pogladu Augustyna/, nawet wtedy gdy czlowiek posiada 
uczciwe dazenie do dobra?

Nie sadze aby mozna bylo naprawde zblizyc sie do Augustyna, jesli te dwa zagadnienia ujmuje sie w  taki sposob, 

jak to jest sklonny czynic przecietny czlowiek wspolczesny, nawet gdy jest filozofem.

Przypatrzyc sie musi specjalnemu zabarwieniu, jakie te zagadnienia mialy dla czlowieka z czwartego i piatego 

stulecia   po   Chrystusie.   Otoz   zycie   Augustyna   bylo   takim,   ze   poczatkowo   cechowala   je   ogromna   ruchliwosc 
wewnetrzna, ktora nawet przechodzila w przesade, moznaby rzec w rodzaj wyuzdania. Ale wsrod tego zycia pelnego 
ruchu i wyuzdania, z duszy jego raz po raz wylanialy sie te dwa zagadnienia. Istota jego popadala w rozterke. Ojciec 
jego byl poganinem, matka pobozna chrzescijanska, zas syna pociagac zaczelo zrazu cos, co cechowala wielka powaga. 
Byl to ((manichemizm)). Przygladniemy sie potem nieco blizej temu swiatopogladowi, ktory ukazal sie Augustynowi 
w tym czasie, gdy z nieco frywolnego zycia przerzucil sie w pewna powage zyciowa. potem jednakze, choc w kazdym 
razie dopiero po latach, Augustyn czul sie coraz bardziej i bardziej odtracany od manicheizmu. Ugruntowal sie w nim 
bowiem   pewien   sceptycyzm,   abstrakcyjnych,   ale   pod   wplywem   calego   pradu   owczesnego   zycia   filozoficznego. 
Sceptyzyzm ten, cechujacy zreszta w pewnym okresie cala filozofie grecka, utrzymal sie za do czasow Augustyna. On 
wlasnie laczyl do pewnego stopnia Augustyna z filozofia grecka i przez pewien czas wywieral niewatpliwie na stan 
jego duszy, na cala jego subiektywna postawe, gleboki wplyw.

Pod wplywem tego sceptycyzmu zblizyl sie nastepnie Augustyn do zupelnie innego kierunku, a mianowicie do 

tego, ktory w historii filozofii zwie sie ((neoplatonizmem)). Kierunek ten o wiele wiecej pociagal Augustyna, niz sie 
zazwyczaj sadzi. I cala jego osobowosc, wszystkie walki ze soba, wtedy dopiero staja sie zrozumiale, gdy sie wie jak 
wiele   ze   swiatopogladu   neoplatonskiego   wsiaklo   w jego   dusze.   Wnikajac   obiektywnie   w rozwoj   Augustyna 
przekonywujemy sie, ze przelom  jaki  u tej  osobowosci  dokonal  sie  juz  w tej  samej  sile,  gdy Augustyn  przeszedl 
nastepnie z neoplatonizmu do chrystianizmu.

Moznaby wlasciwie powiedziec, ze Augustyn  pozostal do pewnego stopnia nadal neoplatonikiem, lecz o tyle 

tylko, o ile nim potem mogl pozostac. A ze on mogl byc neoplatonikiem tylko do pewnego stopnia, przeznaczenie jego 
doprowadzilo go nastepnie do zaznajomienia sie ze zjawiskiem Chrystusa Jezusa. Nie bylo tu wlasciwie juz zadnego 
niezwyklego skoku, ale naturalny rozwoj od neoplatonizmu do chrystianizmu. W jaki zas sposob chrystianizm ten 
w Augustynie przebywal, nie da sie doprawdy nalezycie osadzic, nie przypatrzywszy sie wpierw ((manicheizmowi)), tej 
szczegolnej formie przezwyciezenia swiatopogladu poganskiego wraz z judaizmem, ze Starym Testamentem wlacznie.

W czasach mlodosci Augustyna manicheizm, jako swiatopoglad, byl juz pradem starym. Szerzyl sie on po calej 

Afryce   polnocnej,   tam   gdzie   rosl   i wychowywal   sie   Augustyn.   Ale   takze   i   w krajach   zachodnich   wielu   bylo 
zwolennikow tego swiatopogladu. Jednakze z tego manicheizmu, ktory okolo XXX - ciego wieku po Chrystusie zalozyl 
w Azji Pers ((Mani)) niezwykle malo przedostalo sie historycznie w swiat pozniejszy.

Chcac   scharakteryzowac   manicheizm,   powiedziec   sie   musi,   ze   tu   bardziej   chodzi   o cale   nastawienie   tego 

swiatopogladu, anizeli o te tresc, jaka dzis mozemy ujac w slowa. Charakterystyczna wlasciwoscia manicheizmu bylo 
przede wszystkim to, ze dla niego nie istnial ow podzial przezyc ludzkich na ich strone duchowa i  materialna. Takie 
slowa, wzglednie idee, jak "duch" i "materia" nie mialy dla niego znaczenia, poniewaz w tym, co zmyslom objawia sie 
materialnie, dostrzegal on ducha, a znow mowiac o duchowosci nie wznosil sie ponad to, co podpada pod zmysly. Ow 
fakt,   ze   gwiazdy   i ich   ruchy   sa   rzeczywistymi   przejawami   zjawisk   duchowych,   zdarzen   duchowych,   odczuwane 
w manicheizmie o wiele intensywniej niz stal sie tak bardzo abstrakcyjny i intelektualistyczny.  W tajnikach slonca 
dostrzegano   rownoczesnie   i to,   co   dzialo   sie   na   ziemi,   jako   wydarzenie   spirytualne.   Zatem   dla   manicheizmu   nie 
mialoby to zadnego sensu mowienie z jednej strony o materii, a z drugiej o duchu, poniewaz to co duchowe bylo dla 
niego rownoczesnie tym, co sie objawia materialnie, zas to wszystko co przejawia sie materialnie, bylo duchowoscia.

I stad tez dla manicheizmu bylo czyms calkiem naturalnym, ze o astronomii oraz o zjawiskach w swiecie mowilo 

sie tak samo jak o moralnosci, czyli o zjawiskach wewnetrznego rozwoju ludzkosci. To tez owo przeciwienstwo miedzy 
swiatlem   a ciemnoscia,   jakie   do   swego   swiatopogladu   wprowadzi   ja   manicheizm,   nasladujac   w tym   nieco 
staroperszczyzne,  stanowilo dla niego sprawe o wiele wazniejsza niz sie zwyczajnie sadzi. Bylo  to dla niego, i to 
w sposob samo przez sie zrozumialy, rownoczesnie ((prawa duchowa)). Jasnym wiec jest, ze mowiac o sloncu, ktore 
pozornie posuwa sie po sklepieniu niebieskim, manicheizm mowi  o tym  jako o sprawie, ktora ma cos wspolnego 
z impulsami   duchowymi,   z istotami   duchowymi.   Mowi   zatem   o stosunkach   jakie   zachodza   miedzy   ta   "moralna 
fizycznoscia   poruszajaca   sie   po   sklepieniu   niebieskim,   a znakami   Zodiaku,   czyli   o stosunku   do   tych   "Dwunastu 
Jestestw", przez ktore pra - istota, istota "Praswiatla Swiata" okresla swa dzialalnosc.

3

background image

Ale dla manicheizmu charakterystycznym bylo jeszcze cos innego. Oto manichejczyk nie spogladal na czlowieka  

tak, jak sie to dzis czyni. Dzisiaj uwaza sie go za korone stworzen ziemskich. Mozna dzis na te sprawe zapatrywac sie  
bardziej materialistycznie, lub bardziej spirytualistycznie, ale dla ludzi dzisiejszych czlowiek przedstawia sie zawsze  
jako   korona,   jako   uwienczenie   wszystkich   stworzen   ziemskich.   W   kazdym   razie   krolestwo   ludzkie   uwaza   sie   za 
najwyzsze, za szczyt krolestwa zwierzecego. Lecz manicheizm takiego stanowiska nie uznawal. Dla niego to, co na 
ziemi stalo sie czlowiekiem /a wlasciwie w co sie to jeszcze za jego czasow przemienialo/, bylo zaledwie czastka 
i odpadkiem tego, co przez boska Istote Swiatla stac sie mialo czlowiekiem na ziemi. Czlowiek mial byc istota zupelnie 
inna,   rozniaca   sie   bardzo   od   tego,   co   pojawilo   sie   na   ziemi   na   skutek   przegranej   walki   Pierwotnego   Czlowieka  
z Demonami Ciemnosci. Jednakze Dobre Potegi uratowaly tego Pra - Czlowieka przenioslszy go na Slonce, gdzie 
przyjety zostal przez Krolestwo Swiatla". Lecz mimo to Demony doprowadzily do tego, ze od "Czlowieka wlasciwego" 
uciekajacego na Slonce oderwaly pewna jego czesc, tworzac z niej rodzaj ludzki, mianowicie ten ziemski rodzaj ludzki, 
chodzacy po ziemi, jako pewne "gorsze wydanie" Czlowieka. Czlowiek prawdziwy nie potrzebowalby bowiem wcale  
chodzic po ziemi, gdyby nie musial wycofac sie na Slonce po przegranej ciezkiej walce Duchow. I oto aby czlowieka 
tego, ktory tu na ziemi pojawil sie jako "gorsze wydanie" napowrot doprowadzic do jego pierwotnego przeznaczenia, 
przyszedl ((Chrystus)), zstapilo Jestestwo Chrystusowe, ktorego dzialalnosc zepsula i zniweczyla robote Demonow.

Rozumiem to dobrze czcigodni sluchacze, ze wszystko to, co przy dzisiejszym sposobie mowienia da sie z  tego 

swiatopogladu ujac w slowa, nie moze juz wlasciwie nas zadowolic. Calosc bowiem takiego swiatopogladu wyrosla 
z pewnych glebokich pokladow duszy, ktorych przezycie rozni sie zasadniczo od obecnego. Lecz to wlasciwa istote 
rzeczy,   na   ktorej   nam   zalezy.   Albowiem   choc   tak   fantastycznym   wydaje   sie,   co   tu   w sensie   manichejskim 
przedstawilem jako rozwoj swiata, jako ziemski proces rozwojowy, to jednak manicheizm bynajmniej nie przedstawial  
tego jako cos, co - powiedzmy - ogladac mozemy jedynie w duchu, ale tak, jakby to rozgrywalo sie przed oczyma 
fizycznymi jako zjawisko zmyslowe, lecz ktore sa rownoczesnie zjawiskami duchowymi.

Byla to pierwsza rzecz, ktora poteznie podzialala na Augustyna. Problemy tyczace sie jego osobowosci odslaniaja  

sie nam wlasciwie tylko wtedy, gdy wezmie sie pod uwage potezne dzialanie manicheizmu, tej jego zasady "duchowo -  
materialnej".

A teraz spytac musimy: co spowodowalo pozniejsza niechec Augustyna do manicheizmu? Otoz niechez ta nie 

powstala z powodu - ze tak powiem - "mistycznej" tresci manicheizmu, tej tresci, ktora teraz scharakteryzowalem, ale 
z powodu calego nastawienia tego swiatopogladu. U Augustyna  rzecz  z tym  miala sie tak: Z poczatku czul sie on 
poruszony, sympatycznie poruszony ta zmyslowa pogladowoscia, obrazowoscia, z jaka swiatopoglad ten przed nim sie 
pojawil. Ale potem zaczelo sie w nim budzic cos, co nie moglo sie pogodzic z tym, aby materialnosc traktowana byla 
duchowo,   a duchowosc   materialnie.   I doprawdy   nie   daleko   zajdziemy  z ta   sprawa,   jasli   nie   przejdziemy  od   tylko 
formalnego jej rozpatrywania, z jakim tak czesto sie spotykamy, do czegos realnego, jesli nie uwzglednimy faktu, ze 
Augustyn w gruncie rzeczy byl juz czlowiekiem o wiele podobniejszym do ludzi czasow srednich, a nawet do ludzi 
czasow nowoczesnych, niz do tych, ktorzy dzieki swemu psychicznemu nastrojowi byli naturalnymi zwolennikami 
manicheizmu. Augustyna cechowalo cos, co nazwalbym: nowoczesnym zyciem duszy. Wskazywalem na to juz nieraz 
i przy innych sposobnosciach w wykladach publicznych.

W czasach obecnych, tak sklonnych do abstrakcji, w czasach intelektualnych, dopatruja sie ludzie w zjawiskach 

historycznych danego stulecia zawsze wplywow tego, co wnioslo poprzednie stulecie itd. Otoz przy rozpatrywaniu 
zycia   jakiegos   indywidualnego   czlowieka   byloby   przeciez   nonsensem   twierdzic,   ze   cos,   co   rozgrywa   sie   np.  
w osiemnastym  roku zycia, jest jedynie rezultatem przezyc w jego trzynastym  i czternastym  roku zycia. Albowiem 
miedzy   tymi   dwoma   okresami   zycia   zachodzi   u czlowieka   zawsze   cos,   co   nie   jest   wcale   skutkiem   rzeczy 
poprzedzajacych   w tym   znaczeniu,   w jakim   mowi   sie   slusznie   o skutku   wyplywajacym   z przyczyny,   ale   co   jest 
wyplywem   samej   natury   ludzkiej   w jej   najglebszych   pokladach,   mianowicie:   dojscie   do   dojrzalosci   plciowej, 
a wynikajace   z istoty   czlowieczenstwa.   Istnienie   takich   "skokow"   rozwojowych   przyjac   nalezy   takze   i   w rozwoju 
ludzkosci, indywidualnego rozwoju ludzkosci, kiedy rzecz jakas wydobywa sie z glebi na powierzchnie w taki sposob, 
ze nie mozna powiedziec, jakoby to co sie dzieje bylo bezposrednim, prostolinijnym skutkiem czegos poprzedniego. 
Musimy zatem przyjac, ze w calej ludzkosci przed takim skokiem istnialo w duszach to, czym byl manicheizm, zas 
potem takie nastawienie duszy, jakie posiadal Augustyn.

U Augustyna Bylo tak, ze on po prostu nie mogl sie utrzymac przy danym sposobie odnoszenia sie do tych rzeczy.  

To co manichejczyk mial przed soba w sposob duchowo - materialny, on przenosil w duchowosc czysta, w ogladanie 
rzeczy   jedynie   w duchu.   O wiele   silniej   niz   to   czynil   manichejczyk,   Augustyn   wznosic   sie   musial   do   rzeczy 
pozbawionych wszelkiej zmyslowosci. I to bylo powodem, ze na koniec Augustyn odwrocil sie od tego pogladowego, 
obrazowego swiatopogladu manichejskiego. 

O tym  pierwszym  intensywnym  przezyciu,  ktore gleboko  przeniknelo jego dusze, swiadcza nastepujace  jego 

slowa: 

"Najglowniejsza   i prawie   jedyna   przyczyna   bledu,   ktorego   nie   moglem   uniknac,   bylo   to,   ze   myslac   o Bogu 

przedstawialem sobie mnostwo cial, sadzac ze poza tego rodzaju rzeczami nie moze nic innego istniec".

W taki sposob wskazuje Augusttn na ten okres swego zycia, kiedy w duszy jego przebywal manicheizm ze swa 

"zmyslowa duchowoscia", ale ze swa "duchowoscia" i okres ten charakteryzuje jako swoj blad. Potrzeba mu bylo 
czegos   innego,   a nie   tego   co   mu   dawal   manicheizm,   jako   ogladanie   w swiecie   zmyslowym   rzeczy   zmyslowo   - 
duchowych. I tak, jak z duszy Augustyna zawsze wybucha wszystko z ogromna sila i intensywniejsza a takze powaga, 

4

background image

tak tez i to objawia sie w nastepujacych slowach:

"Pytalem ziemie i powiedziala mi: Ja tym nie jestem! I wszystko na niej wyznawalo to samo".
O co wiec pyta Augustyn? Pyta on o to, co nazwac by mozna: ((Bostwem wlasciwym)). Zapytuje o nie ziemie, 

a ona mu odpowiada, ze nim nie jest. W manicheizmie znalazlby na to taka odpowiedz" "ja, jako Ziemia, jestem o tyle 
Bostwem, o ile ono wyraza sie przez ziemskie dzialanie". I dalej mowi Augustyn:

"Pytalem morze i otchlani, pytalem o to wszelkie zycie, jakie one w sobie kryja. I odpowiedzialy: My nie jestesmy 

twoim Bogiem, szukaj go ponad nami. Zapytywalem powietrza co wieje, a caly krag oparow wraz z wszystkimi jego 
mieszkancami odpowiedzial: Myla sie filozofowie, szukajacy w nas istoty rzeczy. My nie jestesmy Bogiem".

A wiec nie jest nim ani morze, ani krag oparow, ani w ogole wszystko, co ogladane byc moze zmyslowo. 
"Pytalem dalej slonce, ksiezyca i gwiazd. I powiedzialy mi: Nie jestesmy Bogiem, ktorego szukasz".
W   ten   sposob   wydobywa   sie   Augustyn   z manicheizmu   z tego   wlasnie   elementu   manichejskiego,   ktory 

scharakteryzowac nalezy, przynajmniej pod wzgledem omawianych tu zwiazkow, za najwazniejszy. Augustyn szuka 
duchowosci wolnej od wszystkiego, co zmyslowe. Znajduje sie on bowiem w tym okresie rozwojowym, kiedy dusza 
pragnie sie wyzwolic z ogladu rzeczy zmyslowej jako duchowej, a duchowej jako zmyslowej.

Pod   tym   wzgledem   rozumie   sie   falszywie   takze   i filozofie   grecka.   Poczatek   mojej   ksiazki:   "Ratzel   der 

Philosophie" jest dlatego tak malo zrozumiany, ze grecka filozofie scharakteryzowalem tam w sposob odpowiadajacy 
tylko temu, czym ona byla. Lecz ludzie dzisiejsi sadza, ze kiedy grek, kiedy taki Platon mowi o ideach, o pojeciach, to 
ma na mysli to samo, co my rozumiemy dzis jako pojecia, to ma na mysli to samo, co my rozumiemy ddzis jako 
pojecia, czy jako idee. Tak jednak nie bylo. Gdy Grek mowil o ideach, mial na mysli to, co spostrzegl w swiecie 
zewnetrznym   tak   samo,   jak   mowiac   o barwach,   czy   tonach,   mial   na   mysli   swe   spostrzezenia   w tym   swiecie 
zewnetrznym.  To co bylo w menicheizmie, istnialo w calym  greckim  swiatopogladzie, a tylko, ze w manicheizmie 
mialo to zabarwienie bardziej orientalne. Grek widzial jakas idee tak samo@ jak spostrzegal barwe, poniewaz posiadal  
jeszcze owe "zmyslowo - duchowe" i "duchowo - zmyslowe" przezycia duszne, ktore duchowosc nie ogalacalo ze 
wszelkiej zmyslowosci, tak, jak my to rozumiemy. Nie chodzi nam w tej chwili o to, czy duchowosc te rozumiemy jako 
pewna realna tresc naszej duszy, czy tez jako czysta abstrakcje, ale o to, ze Grek wzale sie jeszcze nie liczyl z tym, co 
my dzis nazywamy przezyciem duszy, wolnym od wszystkiego co zmyslowe. Nie rozroznial on bowiem w tym sensie 
jak my myslenie od wewnetrznego, zmyslowego postrzegania. Nalezaloby wlasciwie z tego stanowiska spojrzec na cala 
filozofie platonska, aby sie ukazalo jej prawdziwe oblicze.

Moznaby wiec powiedziec, ze manicheizm byl pochrystusowym  iksztaltowniem tego tylko, co bylo w Grecji, 

choc, jak to juz powiedzielismy, z zabarwieniemwschodnim. I tak samo nie rozumie sie tez genialnego Arystotelera, na 
ktorym konczy sie grecka filozofia, jesli sie nie wie, ze Arystoteless, choc stal juz mocno na gruncie abstrakcyjnego  
ujmowania, wolnego od zmyslowosci, to jednak o pojeciach mowi w duchu owego dawnego tradycyjnego poczucia, 
kiedy pojecia ogladalo sie jeszcze w obrebie swiata zmyslowego tak samo, jak to jest dzis z postrzezeniami.

Otoz na skutek pewnego realnego zdarzenia, jakie rozegralo sie w duszach ludzkich, do rzedu ktorych nalezal 

Augustyn, jako specjalnie wybitna osobistosc, czul sie on po prostu zmuszony, by nie ograniczajac sie do tego tylko, co  
odczuwal Grek, wzniesc sie do mysleia wolnego od wszystkiego co zmyslowe, myslenia posiadajacego pewna tresc 
rowniez i wtedy, gdy nie bierze pod uwage ani ziemi, ani powietrza, ani morza, gwiazd, slonca i ksiezyca, myslenia 
o tresci nie dajacej sie ogladac.

Jednakze Augustyn  stykal  sie z takimi tylko  swiatopogladami  i z takimi filozofami, ktorych  stanowisko bylo 

zupelnie inne, a mianowicie wyzej scharakteryzowane stanowisko "zmyslowej nadzmyslowosci". Trudnow sie wiec 
dziwic, e dusze takich ludzi jak Augustyn ogarnial sceptycyzm. W sposob niejasny dazyly one do tego, co jeszcze nie  
istnialo, a kiedy zblizaly sie do tego co bylo, znajdowaly tylko to, czego juz przyjac nie mogly. Wszelako u Augustyna 
istnial tak silny prad, by mocno stanac na gruncie prawdy i rozwiazac zagadnienie zrodla zla, ze w dusze jego gleboko 
wniknal swiatopoglad, ktory pojawil sie pod koniec rozwoju filozofii greckiej pod nazwa ((neoplatonizm)), a ktorego 
glownym reprezentantem byl ((Plotyn)). 

W Plotynie odslania sie takze i w sposob historyczny a czego nie mozna poznac z dialogow Platona, a tym mniej 

z filozofii   Arystotelesa   -   Wewnetrzny   proces   takiej   duszy,   ktora   szuka   drogi   do   swej   glebi,   do   wyjscia   ponad 
moralnosc.   Platyn,   jako   juz   jeden   z ostatnich,   nalezal   do   tych   ludzi,   ktorzy   posiadali   droge   poznania,   droge   do 
wewnetrznego zycia duszy. Droga ta jednak roznila sie zasadniczo od tego, co mogli zrozumiec ludzie pozniejsi, od 
tego co potem zdolali w sobie rozwinac. Dlatego tez czlowiek wspolczesny uwaza plotyna za fantaste. Zwlaszcza dla 
takiego   czlowieka,   ktory   przyjal   w siebie   sredniowieczna   scholastyke,   Plotyn   przedstawia   sie   po   prostu   jako 
niebezpieczny marzyciel.

Przekonac sie o tym mialem sposobnosc nieraz w moim zyciu. Dawny moj przyjaciel Wincenty Knauer, zakonnik 

Benedyktynow,  ktory napisal  historie filozofii, a takze dzielo o glownych  problemach filozoficznych  od Talesa do 
Hamerlinga, byl, ze tak powiem, sama lagodnoscia. Czlowiek ten wlasciwie nigdy sie nie irytowal z wyjatkiem tyc 
chwil, kiedy rozmawialo sie z nim o filozofii neoplatonskiej, a w szczegolnosci o Plotynie. Wowczas wpadal w gniew, 
w irytacje i klnac okropnie nazywal Plotyna niebezpiecznym, straszliwym fantasta. Podobnie i Franciszek Brentano, 
swiety   arystotelik   i empiryk,   ktory   przejal   sie   niezwykle   gleboko   i intensywnie   filozofia   sredniowiecz,   napada 
w gwaltowny sposob na Plotyna w swej ksiazce pt: "Jacy to filozofowie robia czasem epoke"?, poniewaz jego zdaniem 
ow filozof, ktory "robil epoke" pod koniec greckiej starozytnosci, byl tylko "niebezpiecznym marzycielem i fantasta". 
Z tego widac jak dzisiejszemu filozofowi niezmierna trudnosc sprawia zrozumienie Plotyna.

5

background image

Otoz dla Platona, dla owego filozofa z III - ego wieku naszej ery, byl przede wszystkim czyms zgola innym niz dla 

nas to, co my dzis przezywamy jako nasza tresc rozsadkowa, jako pewna sume pojec, ktora wytworzylismy sobie  
o swiecie. Jesli wolno mi sie wyrazic pogladowo, to okreslilbym to tak: Ludzie terazniejsi ujmuja swiat przez swe 
postrzezenia zmyslowe, ktore nastepnie droga abstrakcji przetwarzaja w pojecia i na tym koncza. Majac owe pojecia, 
jako wewnetrzne przezycia duszy, ludzie wspolczesni, jesli sa ludzmi przecietnymi, swiadomi sa tego, ze posiadajacych 
ich rzeczy. Istotnym jest to, ze na tym sie konczy, konczy sie na wytworzeniu pewnej sumy pojec, pewnej sumy idei.  
Lecz dla Plotyna sprawa ta inaczej sie przedstawiala. Dla niego nie istnial prawie jako punkt wyjscia ow caly swiat  
postrzezen zmyslowych. To, o czym Plotyn mowil tak samo, jak my mowimy o mineralach, roslinach, zwierzetach 
i fizycznym czlowieku, dostrzegal on jako unoszace sie ponad pojeciami.

Byl to ((swiat duchowy)), ktory wedlug niego od dolu posiadal jakby granice. Ta granica byly wlasnie ((pojecia)).  

Podczas gdy my zwracamy sie do rzeczy zmyslowych, a nastepnie abstrahujac wytwarzamy sobie o nich pojecia, gdy 
dla nas pojecia sa pewnym zbiorowym ujeciem, sa abstraktem ideowym ze spostrzezen zmyslowych, to dla Plotyna, 
ktory nie wiele troszczyl sie o postrzezenia zmyslowe, przedstawialo sie to mniej wiecej tak: Jako ludzie przebywamy 
w swiecie duchowym. Najnizsza jego warstwa, jakby juz na samym  pograniczu, sa pojecia. Dla nas ponizej pojec 
znajduje sie swiat zmyslowy, dla Plotyna zas powyzej pojec wznosi sie swiat duchowy, wlasciwy swiat intelektualny,  
krolestwo ducha.

Moglbym tu uzyc tez takiego porownania: wyobrazmy sobie, ze znaurzylismy sie w morzu i patrzac w gore ku 

powierzchni morza nie dostrzegamy juz ponad nia niczego. A wtedy ta powierzchnia morza stanowilaby dla nas gorna 
granice. Gdybysmy zyli w morzu, to zapewne mielibysmy uczucie, ze ta granica zakreslony jest element zyciowy 
w jakim zorganizowanymi  dla zycia wlasnie w morzu. Lecz  dla Plotyna  rzecz ta przedstawialaby sie inaczej. Nie 
zwracalby on uwagi na otaczajace go morze, poniewaz ta granica, ktora by wtedy dostrzegal, granica pojec, bylaby dla 
tego swiata w ktorym przebywalaby jego dusza, "granica dolna" w stosunku do tego, co znajdowalo sie ponad nia. 
Byloby to wiec to samo, jakbysmy powierzchnie morza traktowali - w stosunku do przestrzeni powietrznej, swiata 
chmur, oblokow itp. - jako granice dolna.

Plotyn, ktory byl gleboko przekonany, ze to wszystko co znajduje sie powyzej granicy swiata pojec, jest tym  

samym, co Plotyn nazywa "swiatem idei". I oto ow swiat idei jest w sensie Plotyna tymi wlasnie, co rozumiec nalezy 
w ogole  jako  swiat. Zadnemu  z nas na  pewno nie przyszloby na  mysl  patrzac  na lake  /chociaz  bylibysmy  nawet 
nastawieni   calkiem   subiektywnie,   albo   gdybysmy   byli   zwolennikami   nowoczesnej   filozofii   subiektywicznej/ 
powiedziec o tej lace: ja mam swoja lake, ty masz swoja lake, a ktos trzeci ma znow swoja lake..

Nawet wtedy, gdy jestesmy przekonani o tym, ze u kazdego istnieje jego wlasne wyobrazenie tej laki, mowimy 

przeciez zawsze o ((jednej)) tylko lace, tej wlasnie, ktora istnieje na zewnatrz. Tak samo i Plotyn mowi o ((jednym 
swiecie idei)), a nie o swiecie idei tej, tamtej, czy innej jeszcze glowy. Poznac to mozna chocby z opisu toku mysli 
prowadzacego do tego swiata idei.

Moznaby tak powiedziec: Dusza, psyche, wylania sie do pewnego stopnia z tego swiata idei, skoro go przezywa. 

I tak samo jak ow swiat idei stwarza dusze, czyli psyche, tak znow ona ze swej strony stwarza sobie materie, w ktora sie 
odziewa. To wszystko wiec co jest w dole, z czego dusza czerpie sobie cialo, jest w istocie tworem duszy. I tu dopiero 
jest poczatek indywiduacji. Psyche przebywajaca wprzod w jednolitym swiecie idei, wchodzi jako pewien czlon tego 
swiata idei w cialo "A", w cialo "B" itd. przez co powstaja poszczegolne dusze. Otoz te poszczegolne dusze wytwarzaja 
sie dlatego, ze Psyche laczy sie z oddzielnymi cialami materialnymi. Jest to tak, jakbym mial najpierw pewna wieksza 
ilosc   jednolitego   plynu,   ktorym   nastepnie   napelnil   bym   dwadziescia   szklanek.   Podobnie   tez   dzieje   sie   z Psyche, 
wynikajaca w poszczegolne ciala, ktore sama sobie wybiera. Tak wiec czlowiek - wedlug Plotyna - spogladac moze na  
siebie zrazu od swej strony zewnetrznej, od strony swego naczynia, ktore naprawde jest tylko tym, przez co sie dusza  
objawia, a takze przez co sie ona indywidualizuje, lecz nastepnie przezyc sie moze i wewnetrznie, przezyc moze swa 
dusze, te dusze, ktora wzniesc sie moze do swiata idei. A potem - istnieje znow jeszcze wyzszy rodzaj przezyc.

Dla zwolennika Plotyna nie mialoby najmniejszego sensu mowienia o abstrakcjach. Zareagowalby na to w takich 

mniej wiecej slowach: Coz to sa te pojecia abstrakcyjne? Wszak pojecia nie moga byc w jakis sposob przez ducha 
sprowadzone   w dol   jako   ((konkretne))   objawienie   duchowosci!   Mowiac   tak,   wskazywalby   on   na   pewien   swiat 
intelektualny, swiat duchowosci, a zatem taka interpretacja tej rzeczy, ze idee o ktorych mowi sa abstrakcjami, nie 
mialaby dla niego slusznosci.

U   takich   ludzi,   wsrod   ktorych   wyrosl   Plotyn   i jego   zwolennicy,   wyrazalo   sie   to   nawet   w ich   zwyklych 

przezyciach. Dla nich nie mialoby zgola sensu mowienia o pojeciach w taki sposob, jak to sie dzis czyni, poniewaz oni 
znali tylko przenikanie swiata duchowego w glab ich dusz, a na granicy tego wnikania pojawial sie w nich przezyciu 
ow swiat pojec. Dopiero przez dalsze poglebienie, przez dalsze rozwijanie swej duszy,  dochodzili do tego, czego 
czlowiek   zwyczajny   nie   mogl   ogladac,   a przezywal   jedynie   ten,   kto   potrafil   wzniesc   sie   na   ten   wyzszy   stopien. 
Przezywal   on  to,   co   istnialo  ponad   tym   swiatem   idei,  przezywal   wtedy   pewna   ("Jednosc"),   jezeli   to  tak   nazwac  
zechcemy.

Przezycie tej "Jednosci" - wedlug Plotyna - niedostepnym bylo dla zadnych pojec. Dotrzec mogl do niego tylko  

taki czlowiek, ktory potrafil bezpojeciowo zanurzyc sie w to, co jest wewnetrzne. W naszej wiedzy duchowej opisuje 
sie to, jako "imaginacje". Poznac sie z tym mozna czytajac ksiazke: "Jak osiagnac poznanie wyzszych swiatow", a tylko 
ze w ksiazce tej pisze sie o tym w duchu nowoczesnym, zas u Plotyna podaje sie to samo w sensie dawnym. Zatem to, 
co u nas obecnie nazywa sie "imaginacja", u Plotona znajduje sie w sferze wznoszacej sie ponad swiatem idei.

6

background image

Z tego  ogladu  calosci  swiata zrodzilo sie tez  u Plotyna  poznanie ludzkiej  duszy.  Poznanie to miesci  sie juz 

wlasciwie w samym tym ogladzie. W rozumieniu Plotyna indywidualnym jest tylko taki czlowiek, ktory wie w jaki 
sposob wzniesc sie moze do duchowosci, do tego co jest wyzsze nad osobowoscia. Do duchowosci tej dochodzi sie  
wznoszac sie ku gorze, podczas gdy ludzkosc w obecnym okresie nauczyla sie zwracac raczej ku temu co jest w dole, 
co zmyslowe. Lecz to wszystko, co w plotynizmie wyraza sie w taki sposob, ze nawet prawdziwy scholastyk nazywa to 
fantazja i marzycielstwem, dla Plotyna nie bylo bynajmnie czyms wymyslonym, nie bylo wcale jakas hipoteza. Dla 
niego wszystko to, az do owej "Jednosci" wlacznie /a ktora przezywalo sie tylko w wyjatkowych wypadkach/ bylo nie 
ulegajacym   watpliwosci   ((postrzezeniem)),   tak   jak   dla   nas   sa   nim   mineraly,   rosliny   i zwiarzeta.   Plotyn,   mowiac 
o duszy, o Logosie, majacym zwiazek z owa "Jednoscia", ktora okresla slowem "Nous" i ze Swiatem idei, rozumial pod 
tym zawsze cos, co dusza naprawde bezposrednio przezywa. Caly swiat byl dla Platona w pewnej mierze duchowoscia.

Otoz mamy tu pewien odcien pogladu na swiat, rozniacy sie od tego jaki wyrazal sie w manicheizmie, a takze od 

pogladu, do ktorego dazyl Augustyn. Manicheizm poznawal "zmyslowa nadzmyslowosc". Dla niego takie slowa, jak 
materia i duch nie mialy zadnego znaczenia. Augustyn walczy o to, aby wyszedlszy z ogladu zmyslowego dojsc do 
"duchowego", przezycia duszy, wolnego od wszystkiego co umyslowe. Dla Plotyna zas caly swiat byl duchowoscia, 
rzeczy zmyslowe dla niego nie istnialy. To bowiem co przejawia sie jako materia, bylo dla niego jedynym ze sposobow  
i to najnizszym, objawieniem sie ducha. Wszystko jest duchem, trzeba tylko  umiec dostatecznie gleboko wniknac 
w rzeczy, a wszystko objawi sie jako duch.

Wszelako Augustyn nie mogl sie w pelni z takim ujeciem zgodzic. Nie mogl on sie z tym zgodzic z tego powodu, 

ze sam do takiego "ogladu" nie byl  juz zdolny.  Byl  on bowiem reprezentantem  czasow pozniejszych. Jesli zatem  
Plotona   nazwalibysmy   reprezentantem   czasow   dawnych,   a tylko   przeniesionym   w trzecie   stulecie   po   Chr. 
reprezentantem   tych   czasow,   kiedy   ludzie   posiadali   jeszcze   tego   rodzaju   "oglady",   to   Augustyn   byl   niejako 
poprzednikiem takich ludzi, ktorzy juz nie potrafia wczuc sie w to, ze pod postacia swiata idei objawia sie, w kierunku 
ku dolowi, swiat duchowy.

Augustyn tedy nie posiadal juz sam owego dawnego "ogladu", a tylko slyszal i dowiadywal sie o tym z ust innych 

ludzi. Mogl on jedynie przekonac sie, ze o czyms takim mowiono, wzbudzic w sobie przeczucie, ze w ty zawiera sie 
pewna droga prowadzaca do prawdy.

I na tym wlasnie polegala rozterka duszna, w jaka popadl zetknawszy sie z plotynizmem. Wlasciwie Augustyn nie 

przestal   nigdy   dazyc   do   wewnetrznego   zrozumienia   plotynizm,   aczkolwiek   do   "widzenia"   nie   doszedl   nigdy.  
Przeczuwal tylko, ze ow swiat musi cos w swym wnetrzu ukrywac, choc nie potrafil sie do niego podzwignac. W takim 
nastroju bedac, szukal samotnosci. I w czasie takich okresow samotnosci studiowal biblie i chrystianizm, pozniej zas 
zapoznal sie z kazaniami Ambrozego oraz z listami Pawla. To doprowadzio go potem do wypowiedzenia takich slow, 
ze wszystko to, czego Plotyn szukal jako istoty swiata w swiecie idei, w tym co okreslal slowem "Nous", wzglednie 
w owej "Jednosci", a co osiaga sie tylko w specjalnych stanach duszy, objawilo sie juz cielesnie na ziemi w ludzkiej 
postaci Chrystusa Jezusa. Przy studiowaniu biblii wpadl na mysl, ktora stala sie jego przekonaniem, a mianowicie: nie 
potrzeba juz czlowiekowi wznosic sie z trudem do owej "Jednosci", bo wystarczy spojrzec tylko na to, co o Chrystusie 
Jezusie przekazala tradycja historyczna. Tu "Jednosc" ta zstapila na ziemie i stala sie czlowiekiem. I oto teraz Augustyn 
filozofie Plotyna zastepuje Kosciolem. Wypowiada on to wlasciwie w sposob calkiem Jasny, mowi bowiem tak:

"Ktoz bylby na tyle zaslepiony, by sadzic, ze
Kosciol apostolow nie zasluguje na wiare, ten
Kosciol, ktory jest tak wierny i tyle ma w sobie
braterskiej   zgodnosci,   przekazujacy   potomnym   pisma   apostolskie   z taka   sumiennoscia,   z jaka   zachowaly   ich 

katedry nauczycielskie, przedawne z jednych na drugie w scisle zapewnionej kolejnosci 

az do wspolczesnych nam biskupow?
Augustyn  przypisuje  temu zasadnicza wartosc  na skutek opisanego  powyzej  nastroju. Wywod  jego jest  taki: 

Zbadawszy rzecz widzi sie, ze przed kilku wiekami istnieli tacy ludzie, ktorzy znali jeszcze uczniow Pana i  ze istnieje 
wiarygodna tradycja o pojawianiu sie na ziemi tego, co Plotyn zdobyl na opisanej przez nas drodze. Pojawilo sie tedy 
u Augustyna dazenie, by zastosowac plotynizm do zrozumienia tego, co w chrystianizmie odslonilo sie jego uczuciu 
i jego wewnetrzemu postrzeganiu.

I rzeczywisscie do zrozumienia chrystianizmu i jego tresci Augustyn zastosowal to, co przyjal z plotynizmu. W 

ten sposob przeksztalcil np, owe pojecie "Jednosci". Dla Plotyna bylo to pewne (przezycie), dla Augustyna, ktory do  
takiego przezycia nie mogl sie wzniesc, byla ona czyms, co okreslil abstrakcyjnym pojeciem "Byt". Rowniez swiat idei 
ujal w abstrakcyjne pojecie "wiedza", zas "Psyche" byla dla niego czyms, co w sposob abstrakcyjny nazwal "Zyciem", 
albo tez "Miloscia".

O tym, ze Augustyn do tych pojec doszedl ta wlasnie droga, swiadczy rzecz nastepujaca: Oto usilowal on za  

pomoca pojec neoplatonskich, pojec Plotyna, jakos ujac ow swiat duchowy z ktorego podlug jego mniemania pochodzil 
Chrystus Jezus. Opierajac sie na Plotynie i na zasadzie plotynskiego trojpodzialu, z ktorym sie zapoznal, dochodzi do 
nastepujacego wyjasnienia sobie trzech Osob Trojcy: Ojca, Syna i Ducha:

"Jednosc"..........:Byt
"Swiat idei".......:Wiedza Trojca 
"Psyche"...........:Zycie - Milosc
 Indywiduacja.

7

background image

Jesli   teraz   spytamy   powaznie,   co   wypelnilo   dusze   Augustyna   gdy   mowil   o tych   trzech   "Osobach",   musimy 

odpowiedziec, ze wypelnilo ja to, czego sie nauczyl od Plotyna. Od Plotyna tez nauczyl sie sposobu z jakim podchodzil 
do biblii.

Przekonac sie tez mozemy i o tym, ze rzeczy te dzialaly dalej. Ta sama bowiem "Trojca" odzyla nastepnie u ((Scot 

- Erigeny)), zyjacego w IX - tym wieku na dworze Karola Lysego. W ksiazce Erigeny o podziale przyrody spotykamy 
sie z podobna "Trojca". W taki sposob chrystianizm, chcac wyjasnic swa tresc, opiera sie na Plotynie.

Najsilniej   jednakze   zachowalo   sie   u Augustyna   z plotynizmuto,   co   dla   plotynizmu   bylo   najbardziej   istotnym 

i podstawowym.   Pomyslcie   tylko,   ze   wedlug   tej   filozofii   czlowiek   staje   sie   indywidualnoscia   ziemska   na   skutek  
zanurzenia sie Psyche  w zasade materialna, jakby w pewne naczynie.  Lecz  wznioslszy sie nieco  wyzej  od rzeczy 
ziemskich ku rzeczom duchowym, w sfere wyzszej istotnosci, gdzie tkwi podloze owej "Trojcy" nie ma sie juz do 
czynienia z poszczegolnym czlowiekiem, ale poniekad z gatunkiem, z ludzkoscia. To tez gdy do tej sprawy zblizamy 
sie z obecnymi  naszymi  pojeciami, nie jestesmy sklonni w tak silny sposob zwracac wyobrazen naszych ((na cala 
ludzkosc, jak)) to pod wplywem plotynizmu czynil Augustyn.

Problem ten ujac by mozna w taki sposob: Ludzie widziani ze sfery ziemskiej przedstawiaja sie oczywiscie jako 

indywidua, lecz widziani od gory przedstawiaja sie jako pewna jednosc, jako ludzkosc. Z tego tez punktu widzenia dla 
Plotyna cala ludzkosc zrasta sie w jednego (("Adama")). Adam jest cala ludzkoscia. Otoz Adam, zstapiwszy ze swiata 
duchowego  w dol, zwiazal   sie  z ziemia  i stal  jestestwem   posiadajacym  wolna  wole.  Poczatkowo w jestestwie  tym 
przebywalo jeszcze to, co nie pochodzilo ze zbladzenia w jakie popadla materia, pozostawalo ono jeszcze tam w gorze, 
jako nie zdolne do grzechu. Poczatkowo ow Czlowiek, ow Adam, nie bedac wolnym nie mogl grzeszyc, a z tym razem 
nie mogl umierac. Lecz stalo sie tak, ze na niego zadzialalo cos, co Augustyn wyczuwal jako jestestwo szatanskie, jako  
ducha Przeciwnika. Jestestwo to uwiodlo czlowieka tak, ze on pograzyl sie w materie i upadl. A z nim upadla cala 
ludzkosc.

Widzimy wiec jak bardzo gleboko tkwi jeszcze Augustyn w plotynizmie i jak z niego czerpie cale swe poznanie. 

Ludzkosc jest dla niego jeszcze pewna "jednoscia". W Adamie nie grzeszy poszczegolny czlowiek, ale grzeszy cala  
ludzkosc.

Gdy wnikniemy glebiej w to, co w pismach Augustyna, zwlaszcza ostatnich, miesci sie jakby miedzy liniami, to 

spostrzegamy jak trudna rzecza bylo dla Augustyna spogladac w ten sposob na cala ludzkosc, na to jak ta ((cala)) 
ludzkosc grzeszy. Albowiem w nim tkwi juz czlowiek nowoczesny, czlowiek indywidualny. Augustyn posiadal juz 
wyczucie   tego,   ze   kzady   poszczegolny   czlowiek   bedzie   coraz   wiecej   odpowiedzialny   za   to   co   czyni   i co   sobie 
przyswaja.   W   niektorych   momentach   czul   Augustyn,   ze   jest   to   dla   niego   prawie   niemozlwym   do   przyjecia,   aby  
poszczegolny czlowiek byl tylko czastka, jednym czlonkiem ludzkosci. Ale plotynizm byl w nim za silny, aby mogl 
spogladac na ludzkosc inaczej.

Otoz   czlowiekowi,   jako   calosci,   stan   grzechu   i smierci   uniemozliwil   potem   by  stal   sie   wolnym,   by   stal   sie 

niesmiertelnym. Wobec tego cala ludzkosc odwrociwszy sie od swego prapoczatku stoczyla sie w dol. Gdyby wiec Bog 
byl tylko sprawiedliwym, to porzucilby te ludzkosv. Ale Bog jest nie tylko sprawiedliwy, ale i milosierny - tak to 
odczuwal Augustyn  - postanowil  zatem czesc ludzkosci uratowac.  Podkreslam, ze ((czesc)) ludzkosci! Z boskiego 
postanowienia czesc ludzkosci przeznaczona zostala do przyjecia laski, dzieki czemu wyzwolic sie mogla ze stanu  
smierci i braku wolnosci, stajac sie wolna i niesmiertelna. Lecz to urzeczywistnic sie moglo dla niej dopiero po smierci. 
Natomiast reszta ludzkosci, ci nie wybitni, pozostawac mieli nadal w grzechu. Ludzkosc zatem rozpada sie na dwie 
czesci: na wybranych i na odrzuconych. Jesli wiec w sensie Augustyna spogladamy na ludzkosc, to widzimy ze ona po 
prostu dzieli sie na takich ludzi, ktorzy bez swej zaslugi, a tylko dlatego ze rzeczy zostaly z madroscia w boskim planie 
swiata tak ulozone, przeznaczeni sa do zbawienie i na takich, ktorzy zokolwiek by robili nie potrafia nigdy zdobyc 
sobie laski, ludzi przeznaczonych, czyli ((predystonowanych)) do upadku.

poglad ten, zwany rowniez nauka o predystynacji, wytworzyl sie u Augustyna wlasnie ze sposobu, w jakim on 

spogladal na cala ludzkosc. Skoro cala ludzkosc zgrzeszyla, tedy wlasciwie ona cala zasluzyla na to, aby spotkal ja los  
tej czesci, ktora zostala potepiona.

Jutro   mowic   bede   o straszliwych   walkach   duchowych,   przez   jakie   przechodzili   ludzie   na   skutek   tej   nauki 

o predystynacji i o tym jak z tego wyrosl pelagianizm oraz semi - pelagianizmu. Za dzis pod koniec tego wykladu 
dodam jeszcze niektore rzeczy. Otoz Augustyn, jak widzimy, gleboko jeszcze tkwil w tym pogladzie wznoszacym sie 
do duchowosci, a ktory ujmowal ludzkosc jako pewna calosc. Uwidacznia sie to w jego nauce o predystynacji. Lecz 
z drugiej znow strony Augustyn odczuwal silny ped aby wzniesc sie do takiej duchowosci, ktora by wolna byla od 
wszystkiego  co zmyslowe.  Ped taki  jest nastepstwem  ludzkiej  indywidualnosci,  a zatem  i tego rodzaju duchowosc 
wywodzic sie moze tylko z indywidualnosci. Wlasnie cecha charakterystyczna czasow pozniejszych, a ktore Augustyn 
naprzod juz wyczuwal, byl fakt uswiadomienia sobie przez ludzi czegos, czego starozytnosc jeszcze nie znala. Bylo to  
nieznane   dotychczas   odczucie   sie   czlowieka   ((istota   indywidualna)).   To   tez   dzis,   kiedy   spoglada   sie   na   czasy  
dawniejsze, wiele rzeczy z tego zakresu uwaza sie juz tylko za frazesy. Klopstock np. byl czlowiekiem powaznym i nie 
operowal   frazesami,   kiedy   swa   "Messiade"   rozpoczynal   od   slow:   "Spiewaj   o Duszo   niesmiertelna   o zbawieniu 
grzesznych ludzi". Rowniez i Homer uczciwie i szczerze rozpoczal poemat swoj slowami: "Gniew opiewaj Bogini...", 
lub: "Spiewaj mi Muzo o chytrym mezu, o Odyseuszu". Ludzie ci, mowiac w ten sposob nie zwracali sie do czegos, co 
w nich wnetrzu przebywa indywidualnie, ale co przemawia do nich jako ogolna Ludzkosc, jako Dusza gatunku, jako 
Psyche. Nie nalezy zatem uwazac tego za frazes, jesli Homer nie odwoluje sie do samego siebie, ale do Muzy, aby mu 

8

background image

spiewala.

Odczucia siebie jako indywidualnosci pojawilo sie u ludzi dopiero pozniej, zas Augustyn byl w gruncie rzeczy 

jednym   z pierwszych,   ktory   wyczuwac   poczal   byt   indywidualny   czlowieka,   a wraz   z tym   indywidualna 
odpowiedzialnosc.  I dlatego  w duszy jego  panowala  taka rozterka.  W wewnetrznym  jego  przezyciu  istnialo wciaz 
indywidualne   dazenie   do   duchowosci   wolnej   od   czynnika   zmyslowego.   I to   bylo   jego   osobistym,   subiektywnym 
zmaganiem sie.

W czasach pozniejszych rozwoju ludzkosci zatracilo sie u ludzi nawet takie rozumienie plotynizmu, jakie mogl 

sobie przyswoic Augustyn. A gdy ostatni filozofowie greccy, zwolennicy Platona i Plotyna, wyemigrowac musieli na 
wygnanie do Persji, gdzie oni i ich nastepcy nauczali w akademii w Gondishapur, na zachodzie zatracila sie calkowicie 
zdolnosc spogladania w gore ku duchowosci, a pozostalo jedynie to, co pozniejszemuswiatu przekazal Arystoteles jako 
"przefiltrowana" juz filozofie grecka i to tylko w poszczegolnych fragmentach. Nastepnie przedostalo sie to do Europy, 
jak   to   zobaczymy,   droga   okrezna   za   posrednictwem   Arabow.   Lecz   w tym   nie   bylo   juz   zadnej   swiadomosci 
o wlasciwym "swiecie idei", nie bylo juz plotynizmu.

W ten sposob powstalo pewne wielkie zagadnienie, ktore ujac mozna w takich slowach: Czlowiek, wysnuwajac 

z siebie pewna duchowosc, rodzi ja w sobie ((jako abstrakcje)). Gdy na widok lwow tworzy sobie "pojecie lwa", na 
widok wilkow "pojecie wilka", a widzac ludzi tworzy sobie "pojecie czlowieka", to pojecia te przebywaja tylko w nim 
samym,   one   wynurzaja   sie   z jego   indywidualnosci.   Dla   Plotyna,   rzecz   prosta,   cala   to   zagadnienie   nie   mialoby 
oczywiscie najmniejszego sensu, lecz teraz nabiera ono znaczenie. I nabiera ono glebokiego sensu pod innym jeszcze 
wzgledem.

Auugustyn   mogl   jeszcze   za   pomoca   swiatla,   jaie   rzucil   w dusze   jego   platonizm,   oswiecic   i wyjasnic   sobie 

Misterium na Golgocie. Lecz potem ludzkosc plotynizm utracila.

Na skutek zamkniecia szkoly filozoficznej a Atenach w 529roku przez cesarza Justyniana, zerwany zostal zywy 

kontakt z tego rodzaju pojeciami. Atoli u roznych ludzi rodzila sie pewna mysl, gleboko przez nich odczuwana, a ktora 
wyrazic mozna w nastepujacych slowach: "Pismo i tradycja mowia o swiecie duchowym. My zas, w oparciu na swej 
indywidualnosci,   dochodzimy   do   pewnych   "nadzmyslowych"   pojec,   do   pojec   pozbawionych   wszystkiego,   co 
zmyslowe. Jakiz tedy jest stosunek naszych pojec do "Bytu", do Jestestwa swiata? Czy to, co w  sobie wytwarzamy jako 
"pojecia" jest czyms samoistnym, czy tea ma jakis zwiazek ze swiatem zewnetrznym?"

W tekiej oto formie wylanialy sie te zagadnienia. Wylonily sie one w formie skrajnie abstrakcyjnej, stajac sie 

kwestia   ogromnie   powazna   nie   tylko   dla   ludzi,   ale   niezmiernie   waznym   zagadnieniem   dla   calego   sredniowiecza 
Kosciola.  Zwlaszcza  przed  dwoma  osobistosciami   sredniowiecza,  przed  Albertem  Wielkim   i Tomaszem   z Akwinu 
zagadnienia te pojawily sie w takiej intymnej bezposredniczosci. Ujete one zosyaly potem w sposob jeszcze bardziej 
abstrakcyjny i znane powszechnie pod nazwa stosunku ((realizmu)) do ((nominalizmu)). Jaki jest nasz stosunek do 
swiata,   o ktorym   otrzymujemy   relacje   za   posrednictwem   pojec,   wytwarzanych   w nas   samych,   z naszej 
indywidualnosci? - oto wielkie pytanie, przed ktorym staneli sredniowieczni scholastycy.

Cala glebie tego scholastycznego zagadnienia odczuje sie dopiro wtedy, gdy wezmie sie pod uwage forme, jaka  

przybral   platonizm   w nauce   Augustyna   o predystynacji.   Pomyslcie   tylko:   Uczestniczyc   w lasce,   czyli   dojsc   do 
zbawienia, moze tylko pewna czesc ludzkosci. Druga czesc jest z gory przeznaczona na potepienie, cokolwiek by nie 
robila. Augustyn, choc mial juz poczucie ludzkiej indywidualnosci, nie zdolal jednak przeksztalcic owego okropnego  
pojecia, jakiemu dal wyraz przez swa nauke o predystynacji. Dla niego ludzkosc byla jeszcze jednoscia. Lecz juz dla 
Tomasza kazdy poszczegolny czlowiek byl indywidualnoscia.

W jakiz tedy sposob ow wielki proces rozwoju swiata, wraz z predystynacja w ujeciu Augustyna, wiaze sie z tym, 

co przezywa poszczegolna ludzka indywidualnosc? Jaka ma lacznosc poszczegolna ludzka indywidualnosc, a ktora 
Augustyn wlasciwie zupelnie odrzucil, z tym co ona sobie moze zdobyc?  Augustyn bowiem dlatego przyjal nauke 
o predystynacji,   poniewaz   nie  chcial   dopuscic   do  glosu   ludzkiej   indywidualnosci.   Na   rzecz   "ludzkosci"   zagluszul 
i stlumil czlowiecza indywidualnosc. Natomiast Tomasz z Akwinu dostarcza tylko poszczegolnego czlowieka z jego 
dazeniem do poznania. I Tomasz, w oparciu na ludzkiej indywidualnosci, ktora Augustyn wykluczyl ze swego ogladu 
na czlowieka, zmuszony byl szukac ludzkiego poznania i jego stosunku do swiata.

Czcigodni   slucjacze!   Zagadnienia   tego   rodzaju   nie   mozna   traktowac   abstrakcyjnie,   racjonalistycznie,   lecz 

ujmowac je sercem, cala ludzka osobowoscia. Wtedy tylko ocenic mozna, jak bardzo zagadnienie to ciazylo na tych  
ludziach, ktorzy w XIII - tym wieku dzwigali je na swych barkach.

9

background image

ISTOTA TOMIZMU

Czcigodni   sluchacze!   Usilowalem   wczoraj   specjalnie   podkreslic,   ze   jesli   chodzi   o rozwoj   umyslowy   krajow 

zachodnich, wyrazajacy sie nastepnie w scholastyce, to nie w tym rzecz, aby rozwoj ten ujac w pojecia abstrakcyjne 
i przedstawic to tylko, co w zakrasie tych abstrakcyjnych pojec sie dokonalo, lecz ze po zatym wszystkim ma sie tu do 
czynienia z pewnym realnym rozwojem ((impulsow)), w oddzialywujacych na ten odlam ludzkosci, jaki zamieszkiwal 
kraje zachodnie.

Rozumiem to w taki sposob: Skierowac mozna uwage swa najpierw - jak to sie najczasciej robi - na to, co sie  

dostrzega u poszczegolnych filozofow i sledzic jak pewne idee spotykane np. u filozofow szostego, siodmego, osmego 
i dziewiatego   stulecia   rozwijane   sa   nastepnie   przez   pewne   osobistosci   dziesiatego,   jedenastego,   dwunastego 
i trzynastego stulecia. Przy takim sposobie obserwowania dojsc mozna latwo do przedswiadczenia, ze jedni mysliciele  
przyjmuja pewne idee od drugich i ze w taki sposob ma sie przed soba jak gdyby stopniowa ewolucje idei.

A jednak od takiego historycznego obserwowania zycia duchowego nalezaloby sie powoli odzwyczaic. Albowiem 

to, co w taki sposob sie przejawilo, co sie w pewnej  mierze z poszczegolnych  dusz ludzkich wylonilo, bylo tylko 
symptomem   czegos   o wiele   glebszego,   a co   znajdowalo   sie   poza   arena   wypadkow   zewnetrznych.   Byly   to   pewne 
zjawiska, ktore rozegraly sie na kilkaset lat przed era chrzescijanska i potem w pierwszych wiekach po Chrystusie az do 
czasow scholastyki, zjawiska, nalezace do calkiem organicznego procesu rozwojowego ludzkosci zamieszkujacej kraje 
zachodnie. Jesli sie tego nie uwzgledni, nie zdola sie wyrobic sobie sadu o calym rozwoju, podobnie jak nie zrozumie 
sie rozwoju poszczegolnego zycia ludzkiego, powiedzmy od dwunastego do dwudziestego roku, jesli nie zwroci uwagi  
na pewne doniosle wydarzenie, jakie zachodzi zawsze w tym okresie, a ktore jest w zwiazku z dojrzaloscia plciowa 
oraz z wszystkimi silami, jakie sie wtedy wytwarzaja z zasadniczych podlozy jestestwa ludzkiego.

Otoz takze i w owym  wielkim organizmie ludzkosci  europejskiej zdarzylo  sie wowczas cos podobnego, a co 

scharakteryzowac   mozna   by   w taki   sposob:   Dawni   poeci,   tacy   np.   jak   Homer,   postepowali   calkiem   uczciwie 
rozpoczynajac owe poematy takimi slowami: "Gniew Achillesa, potomka Peleja, opiewaj "Bogini", albo tez: "Spiewaj 
mi Muzo o czynach meza przebieglego". Ludzie ci nie szafowali stan swiadomosci, ze tu wypowiedziec sie chce nie 
jazn indywidualna, ale pewna wyzsza zasada duchowo - psychiczna, ktora wygrywa sie w zwyczajny stan ludzkiej 
swiadomosci. Takze i Klopstock, jak to juz wczoraj wspomnialem, mowi uczciwie i wyraza tylko rzeczywisty stan 
rzeczy,   choc   moze   tylko   instynktownie,   gdy   swa   "Messiade"   rozpoczyna   wprawdzie   nie   juz   slowami:   "Spiewaj 
o Bogini", albo "Spiewaj mi Muzo", ale: "Spiewaj Duszo niesmiertelna o zbawieniu poszczegolnego czlowieka jako 
jego indywidualnosc.

Bezsprzecznie,   ze   w czasach   kiedy   Klopstock   pisal   swa   "Messiade"   indywidualne   poczucie   bylo   juz 

u poszczegolnych  jednostek  daleko  posuniete,  wszelako  ow  wewnetrzny ped  do  podkreslenia  indywidualnosci,   do 
formowania zycia w sposob indywidualny, zapoczatkowal sie i w glownych zarysach wytworzyl w okresie trwajacym 
od powstania chrzescijanstwa do rozkwitu scholastyki. W mysl filozofow dostrzega sie tylko zewnetrzna warstwa tego, 
co rozgrywalo sie w glebokich pokladach ludzkosci, mianowicie ((przemiane swiadomosci)) ludzi, zamieszkujacych 
Europe, na ((swiadomosc indywidualna)).

Zasadniczym  momentem  przy szerzeniu sie w tych  stuleciach  chrzescijanstwa  bylo  to, ze ludzie, na  ktorych 

zadanie to spoczywalo, przemawiac musieli do takiej ludzkosci, ktora z glebi swej istoty dazyla do coraz silniejszego 
poczucia indywidualnego. Tylko z tego stanowiska zrozumiec sie dadza poszczegolne zdarzenia, jakie w tym okresie 
zaszly i tylko przy takim ujmowaniu tych zdarzen pojac mozna walki, jakie toczyly sie w duszach takich osobistosci, 
jak Albert Magnus i Tomasz z Akwinu, ktore z najwiekszych glebin czlowieczej duszy czerpiac, rozprawic sie chcialy 
z jednej strony z Chrystianizmem, a z drugiej z filozofia. Dzisiejsi historycy filozofii o wiele za malo uswiadamiaja 
sobie prawdziwe oblicze tych zagadnien, konczacych sie poniekad na Albercie Wielkim i Tomaszu z Akwinu, aby moc 
w swych historiach chocby w przyblizeniu przedstawic okres ten z pewna wyrazistoscia.

W zyciu Alberta i Tomasza wgrywalo sie wiele rzeczy, aczkolwiek zewnetrznie wyglada to tak, jak gdyby Albert 

Wielki, zyjacy na przelomie XII - tego i XIII - tego stulecia oraz Tomasz zyjacy w XIII - tym stuleciu, usilowali tylko 
zlaczyc   razem   swiatopoglad   Augustyna,   o ktorym   mowilismy   wczoraj,   z pogladami   Arystotelesa.   Pierwszy   byl 
wyrazicielem idei koscielnej, drugi zas skrystializowanych w nim idei filozoficznych. Wprawdzie w tym wszystkim co 
napisali ci dwaj ludzie, Albert i Tomasz, przebija sie daznosc do uwzglednienia tych dwu zasad, jednakze poza tym, co 
w tym okresie rozwoju uczuc i woli swiata zachodniego, utrwalilo sie w myslach, istnialo tez wiele takich rzeczy, ktore 
nie przeszly do okresu pozniejszego, mianowicie od XV - tego wieku poczawszy po nasze czasy, a  wiec tego okresu, 
z ktorego dzis czerpie sie idee stosowane w naukach, a takze i w calym zyciu publicznym.

Czlowiek   nowoczesny,   slyszac   takie   rzeczy   jak   te,   o ktorych   wczoraj   mowilem   jako   o pogladzie   zyciowym 

Augustyna, gdy slyszy ze Augustyn rzeczywiscie mial takie zapatrywanie, jakoby jednak czesc ludzkosci bez swej 
zaslugi byla z gory przeznaczona na otrzymanie laski, czyli zbawienia swej duszy i ducha /choc wlasciwie po grzechu 
pierworodnym musieli by byc potepieni wszyscy/, a druga czesc bez wzgledu na to co by czynila, ulec musi zagladzie 
pod wzgledem ducha i duszy, czlowiek dzisiejszy odczuje to oczywiscie jako paradoks. Poglad taki nie tylko wyda mu  
sie paradoksalny, lecz wprost bezsensownym.

Inaczej jednak ustosunkowuje sie do tej sprawy czlowiek, ktory potrafi wczuc sie w czasy, w jakich zyl Augustyn, 

a kiedy  istnialy  te wszystkie  mysli  i odczucia,  ktore   wczoraj   scharakteryzowalem.  Odczuje  on  i zrozumie,  ze  taki 

10

background image

czlowiek jak Augustyn,  w ktorym  walczyly z soba dwie idee:  jedna, aby ludzkosc traktowac  jako pewna jednosc, 
a druga, by z tej jednolitej ludzkosci wykrystalizowac czlowiecza indywidualnosc - trzymac sie musial z jednaj strony 
mysli pochodzacych z czasow dawnych, kiedy nie uwzglednialo sie jeszcze poszczegolnego czlowieka /a co bylo idea 
plotynizmu,   majaca   na   oku   glownie   i wylacznie   sprawy   ogolno   -   ludzkie/,   a   z drugiej   strony   odczuwal   ped   do 
podkreslenia ludzkiej indywidualnosci. I dlatego idee Augustyna odznaczaja sie taka zywnoscia, tak pelnym wyrazu 
ujeciem   i tak   silnie   poruszaja   dusze,   ze   sa   przepojone   gleboko   ludzkim   przezywaniem,   a sam   Augustyn,   ilekroc 
spogladamy na stulecia poprzedzajace scholastyzyzm, jest postacia, ktora wywiera na nas glebokie wrazenie.

Po   Augustynie   przetrwalo   u wielu   ludzi   w formie   idei   to,   co   poszczegolnego   czlowieka   zachodniego   jako 

chrzescijanina laczy z jego Kosciolem. Przetrwalo to w formie takich idei, jakie przekazal Augustyn. Niemniej jednak 
idee te, jak to wczoraj wykazalem, dla zachodniego odlamu ludzkosci byly nie do przyjecia. Czlowiek zachodni nie  
mogl zniesc mysli, by cala ludzkosc uwazac za cos jednolitego, za pewna calosc, a siebie odczuwac jedynie za jej czlon 
i to w dodatku za czlon takiej ludzkosci, ktora czesciowo zostala potepiona i ulec miala zagladzie.

Kosciol   zatem   szukac   musial   wobec   tego   jakiegos   wyjscia.   Jeszcze   sam   Augustyn   prowadzi   po   swojemu 

gwaltowna   walke   z ((pelagiuszem)).   Otoz   Pelagriusz   byl   czlowiekiem   przepojonym   juz   calkiem   indywidualnym 
impulsem Zachodu. U niego to wyczucie siebie, jak indywidualnosci, wlasciwe ludziom czasow pozniejszych, zjawilo 
sie przed swoim czasem i dlatego tez nie mogl on mowic inaczej, a tylko w taki sposob: "To niemozliwe, aby czlowiek 
nie mial zadnego wplywu na swoj los w swiecie zmyslowo - duchowym! Juz z samej indywidualnosci czlowieczej 
zrodzic sie musi sila, ktora podzwignie dusze ze stanu omotania zmyslowoscia do rejonow czysto duchowych, gdzie  
znajdzie swe zbawienie i powrot do wolnosci i niesmiertelnosci".

Poglad ten, szerzony przez przeciwnikow Augustyna, opieral sie na tym, ze kazdy poszczegolny czlowiek znalezc 

moze w sobie sile dla przezwyciezenia grzechu pierworodnego.

Otoz Kosciol stanal po srodku miedzy tymi dwoma przeciwnikami i szukal drogi wyjscia. Wiele dyskutowano nad 

tym wyjsciem, przechylano sie to w jedna, to w druga strone, az na koniec zatrzymano sie w punkcie srodkowym, 
a mianowicie na ((semi - pelagienizmie.)) /Pozostawiam to juz wam samym - czcigodni sluchacze - czy w tym wypadku 
ow srodek mozna uznac za "zloty"/. Znaleziono wreszcie formulke, ktora sprawe te ujmowala nie za bardzo czarno, ani  
tez za bardzo bialo. A glosila ona co nastepuje: Wprawdzie jest tak, jak mowi Augustyn, ale jednak nie nie calkiem tak. 
Nie jest to tez tak, jak twierdzi Pelegiusz, choc i on do pewnego stopnia ma slusznosc. Bo wprawdzie nie jest tak, jakby 
przez madre, wiekuiste postanowienie Bostwa jedni ludzie skazani byli na pozostawanie w grzechu, a drudzy dostapic 
mogli laski, wprawdzie ludzie moga sami przyczynic sie do popadniecia w stan grzechu, albo tez dostapienia laski, nie 
mniej jednak sprawa przedstawia sie tak, ze aczkolwiek nie ma tu z gory juz powzietego boskiego postanowienia, to 
jednak istnieje boskie "z gory wiedzenie". Albowiem Bog wie juz z gory czy dany czlowiek stanie sie grzesznikiem,, 
czy tez dostapi laski.

Otoz rozpowszechniajac ten dogmat, nie uwzgledniono jednak zupelnie tego, ze w gruncie rzeczy nie chodzilo tu 

wcale   o "poprzednie   widzenie",   ale   o to,   by   zajac   jasne   i wyrazne   stanowisko   wobec   kwestii,   czy   poszczegolny 
czlowiek jest w stanie w swym  zyciu indywidualnym  polaczyc  sie z silami, ktore by go doprowadzily do Bosko - 
duchowej Istoty swiata. To tez zagadnienie to, o ile chodzi o sama istote tego dogmatu, pozostalo w gruncie rzeczy nie 
rozwiazane.

I oto mozna tak powiedziec: Albert i Tomasz, zmuszeni z jednej strony uwzgledniac tresc dogmatow, a z drugiej 

przepelnieni ogromna czcia dla wielkosci Augustyna, staneli w okresie najwyzszego rozkwitu scholastycyzmu przed 
zadaniem uksztaltowania duchowego rozwoju Zachodu w ramach chrzescijanstwa. Lecz w to wszystko wgrywaly sie 
jeszcze  inne  rzeczy,  pochodzace   z poprzednich  okresow.  A wgrywalo   sie  to  w taki  sposob,  ze  sie je  wtedy tylko 
dostrzega, gdy dokladniej obserwuje sie dusze Alberta i dusze Tomasza, chociaz rzeczy te nie dochodzily do ich pelnej 
swiadomosci. Wgrywalo sie to w ich mysli, choc oni sami nie potrafili tego ujac w sposob calkiem scisly.

Sprawy te, moi drodzy sluchacze, dlatego wlasnie ze odnosza sie do czasow rozkwitu scholastyki, do czasow 

Alberta i Tomasza, musi sie glebiej przemyslec, niz jakiekolwiek analogiczne zjawisko naszych np. czasow. Dlaczego 
tak jest, staralem sie wyjasnic w mej ksiazce: "Welt - und Lebensanschauengen des neunzehntem Jahrhumderts". To, co 
tam wyjasnilem, zachowuje w pelni swe znaczenie. Jutro zajme sie tym obszerniej, obecnie pragne tylko to powiedziec, 
ze wtedy dopiero dochodzi sie do zrozumienia czym jest najwyzszy rozkwit logicznego wnioskowania, a moznaby tez 
powiedziec najwyzszej techniki myslenia logicznego, gdy sie spoglada na proces rozwojowy indywidualnosci u  tych 
myslicieli, ktorzy w tych czasach ujeli w sposob filozoficzny to wytwarzanie sie inteligencji. Otoz, czcigodni sluchacze, 
ze stanowiska partyjneo takiej czy innej partii mozna wymyslac na scholastyke, ale wymyslanie takie z reguly nie 
zawiera w sobie naprawde rzeczowego opanowania przedmiotu. Kto bowiem posiada rzeczywisty zmysl dla procesu 
scislego myslenia, zmysl dla roztrzasania czegos ze stanowiska naukowego lub tez innego, gdyz pomijam tu zupelnie  
tresc rzeczowa, kto posiada umiejetnosc laczenia i zestawienia ze soba pewnych zwiazkow, ktore musi sie zestawic, 
jesli zycie nabrac ma jakiegos sensu, kto posiada prawdziwy zmysl dla tych i dla wieu jeszcze innych rzeczy, ten 
zrozumie, ze ani przedtem, ani nigdy juz potem nie myslano tak precyzyjnie, z tak swiadoma logika wewnetrzna, jak 
w czasach pelnego rozkwitu scholastyki!

Istotnym  jest, ze tu czyste  myslenie  przebiegalo  od idei  do idei, od sadu do sadu,  od wniosku do wniosku 

z matematyczna pewnoscia, ze swiadomym zdawaniem sobie sprawy z kazdego kroku. Nalezy tylko uprzytomnic sobie 
w jakim srodowisku odbywalo sie takie myslenie. Nie jest dzis w swiecie pelnym halasu i zgielku, ale w cichej celi 
klasztornej, wzglednienie w jakims innym miejscu odgrodzonym od zgielku swiatowego. Myslenie to bylo calkowitym 

11

background image

bez reszty zyciem w myslach. Dlatego tez, a takze dzieki innym jeszcze okolicznosciom, wyksztalcic bylo w stanie 
czysta technike myslowa. Dzisiaj jest juz naprawde rzecza bardzo trudna rozwinac taka czynnosc czystego myslenia,  
poniewaz gdziekolwiek chcialoby sie zastosowac tego rodzaju myslenie na forum publicznym, myslenie, ktore nie chce  
niczego innego, a tylko powiazania jednych mysli z drugimi wylacznie na zasadzie ich tresci, powstaja natychmiast 
przeciwko temu ludzie nielogiczni, ludzie nierzeczowi, mowiacy to, co im do glowy strzeli i wysuwaja przeciw temu 
swoje brutalne poglady "partyjne".

Skoro sie jest czlowiekiem wsrod ludzi, musi sie oczywiscie wpierw rozprowadzic z takimi rzeczami, ktore nie sa 

naprawde niczym innym a tylko brutalnasciami, nie majacymi najczesciej zadnego zwiazku ze sprawa o ktora chodzi. 
Rzecz jasna, ze w takich wypadkach latwo jest utracic ow spokoj wewnetrzny, jaki cechowal myslicieli z XII - tego 
i XIII - tego stulecia, ktorzy wsrod swych warunkow spolecznych nie musieli tak wiele uwagi zwracac na sprzeciw 
ludzi nieprzygotowanych.

Otoz   to   wszystko   i wiele   innych   jeszcze   rzeczy   wytworzylo   w owych   czasach   te   wspaniala   i plastyczna, 

a rownoczesnie   subtelnie   wycezelowana   czynnosc   myslowa,   jaka   cechowala   scholastyke.   Albert   Wielki   i Tomasz 
usilowali w swiadomy sposob zdobyc sobie taka wlasnie czynnosc myslowa.

Rozwazmy teraz taka rzecz: W owych czasach, rzecz jasna, liczyc sie musiano z dogmatami, ktore niejednokrotnie 

wyrazone byly w sposob ogromnie niejasny, jak na przyklad wyzej omawiany semi - pelagianizm. Starano sie wiec na  
wszelkie sposoby jakos podeprzec i podtrzymac te rzeczy, o ktorych sadzono, ze poniewaz ustanowil je Kosciol do tego 
uprawniony,  zatem  podtrzymac   sie je  musi. Otoz  starano  sie  je  podeprzec  za pomoca  najbystrzejszego  myslenia.  
Przedstawmy sobie tylko, jak mono trzeba bylo wniknac najbystrzejszym mysleniem w cos tak uksztaltowanego, jak 
np. to, co scharakteryzowalem omawiajac augustianizm.

No, trudno, jesli sie chce ukazac owo przejscie od patrystyki do scholastyki, nie mozna isc tylko sladem tych 

pojec, jakie sie dotychczas utarly, o jakich sie gdzies tam wyczytalo, ale trzeba koniecznie wniknac gleboko w myslenie 
scholastyczne.

W umysly scholastykow z epoki najwyzszego rozkwitu wgrywaly sie procz tego na wpol nieswiadomie rozne inne 

rzeczy, to tez wtedy tylko dojdziemy do jakiegos rezultatu, gdy poza tym co wczoraj scharakteryzowalem, przyjrzyjmy  
sie jeszcze pewnej postaci, ktora od VI - tego wieku na wpol mitycznie weszla w zycie umyslowe Europy, mianowicie 
postaci znanej pod imieniem ((Dioniziusza Areopagity)). Nie moge dzis, bo nie starczylo by na to czasu, wdawac sie we 
wszystkie spory na temat, czy prawda  jest, ze wszystkie spory na temat, czy prawda  jest, ze wszystkie te pisma  
powstaly  dopiero   w szostym   stuleciu,   czy  tez   nalezy  uznac   za  sluszne   inne   zapatrywanie,   a mianowicie,   cofajace 
powstanie tych pism, a przynajmnej odnosnej tradycji, w czasy znacznie wczesniejsze. Nie chodzi nam bowiem teraz 
o to, ale o poglad na swiat Dionizjusza Areopagity, poniewaz z pogladem tym stykali sie mysliciele VII - ego i VIII - 
ego stulecia az po czasy Tomasz z Akwinu. Chodzi o to, ze pisma te zawieraly w sobie w pewnej szczegolnej formie to 
wlasnie, co wam wczoraj scharakteryzowalem jako plotynizm, jako neoplatonim Plotyna, lecz w zabarwienie na wskros 
chrzescijanskie.

U myslicieli chrzescijanskich z konca czasow starozytnych a poczatkow sredniowiecza az do jego srodka, az do 

rozkwitu scholastyki, ogromna role odgrywal sposob ustosunkowania sie autora pism dionizjuszowskich do problemu  
pogladu na Boskosc. Zazwyczaj  Dionizjusza przedstawia sie tak, jakoby on posiadal dwojaki poglad na droge do 
Boskosci. On tez rzeczywiscie wskazuje na pewne dwie drogi. Czlowiekowi idacemu jedna droga stawia sie takie 
wymagania: "Skoro chcesz wzniesc sie ze swiata zewnetrznego do Boskosci, musisz wydobyc ze wszystkich rzeczy 
jakie istnieja to, co jest ich doskonaloscia, to co jest  w nich istotne. Starac sie musisz dotrzec w nich do czegos 
najdoskonalszego i to najdoskonalsze ze wszystkich rzeczy nazwac imieniem. W ten sposob dojdziesz do samej tresci 
owej   najdoskonalszej   Boskosci,   ktora   przez   indywidualizacje   i rozniczkowanie   rozlewa   sie,   wylaniajac   ze   siebie 
poszczegolne rzeczy tego swiata".

Dla   Dionizjusza   zatem,   moznaby   rzec,   Bostwo   jest   takim   Jestestwem,   ktoremu   w najszerszym   zakresie 

przysluguja  ((imiona)),  albowiem   oznaczyc   je  mozna   okresleniami,  jakie  tylko   wydobyc   sie   dadza   ze  wszystkich 
doskonalosci swiata. "Ujmij razem to wszystko, co ci w rzeczach swiata wydaje sie doskonaloscia, okresl to imieniem 
i nazwij tym nastepnie Bostwo, a bedziesz mial o nim pewne wyobrazenie".

To jedna droga, jaka wskazuje Dionizjusz. Druga droga jest inna. Dionizjusz wyraza  ja w taki sposob: "Nie 

poznasz nigdy Bostwa, okreslajac go tylko imieniem, poniewaz ow proces psychiczny, ktory prowadzi od wyszukania 
czegos   najdoskonalszego   w rzeczach,   od   wyszukania   ich   istotnosci   i ujecia   ich   razem,   by   nastepnie   okreslic   tym 
Bostwo, nie doprowadzi nigdy do jego poznania. Poza tym nalezy umiec samemu wyzwolic sie z tego wszystkiego, co 
sie   poznaje   w rzeczach.   "Swiadomosc   swa   oczyscic   musisz   calkowicie   z tego,   co   przezyles   w rzeczach.   Odsunac 
musisz od siebie to wszystko, co jest mowa swiata, zapomniec o wszystkich nazwach, jakie przyzwyczailes sie dawac 
rzeczom i przeniesc sie w taki stan duszy, w ktorym nie wie sie nic o calym swiecie. Jesli potrafisz uczynic to "stanem 
twojej duszy" wtedy przezyjesz "Bezimiennego!" Utracisz go jednak natychmist, gdy tylko nadasz mu jakiekolwiek 
imie! Poznasz "Boga", "Nad - Boga", w calej jego "Nad - Pieknosci", ale samo juz imie "Nad - Bog", "Nad - Pieknosc", 
byloby dla ciebie zapora, gdyz imiona takie sluzyc moga jedynie do skierowania cie na to, co musisz przezyc jako  
bezimienne.

I jak tu poradzic sobie z takim czlowiekiem, ktory nie podaje jednej teologii, ale az dwie? jedna pozytywna,  

a druga negatywna, jedna racjonalistyczna, a druga mistyczna?! A jednak ten kto zdola wniknac w ducha tych czasow, 
w ktorych powstalo chrzescijanstwo, ten da sobie doskonale z tym rade. Ale jesli ten kto zdola wniknac w ducha tych 

12

background image

czaso, w ktorych powstalo chrzescijanstwo, ten da sobie doskonale z tym rade.

Ale jesli ktos przedstawia sobie rozwoj ludzkosci, takze w pierwszych wiekach chrzescijanstwa w ten sposob jak 

to czynia dzisiejsi materialisci, ten wszystkie takie zjawiska, jak np. pisma Areopagity, potraktuje w wiekszym lub 
mniejszym stponiu jako zbior niedorzecznosci pochodzacych z zamroczenia umyslu. To tez dzis z reguly po prostu sie 
je odrzuca. Skoro jednak wniknie siie glebiej w to, co ludzie w tych czasach przezywali i odczuwali, wtedy zrozumie 
sie czego wlasciwie chcial taki czlowiek jak Areopagita. zrozumie sie, ze byl on tylko wyrazicielem tego, do czego  
w tych czasach dazyla znaczna liczba ludzi. Dla ludzi tych mianowicie Bostwo bylo Istota, ktorej w ogole nie mozna 
bylo poznac, jesli sie do niej zdazylo wylacznie jedna droga. Dla Dionizjusza zatem do Bostwa mozna sie bylo zblizyc  
droga racjonalistyczna, przez nadawanie mu imion i przez wynajdywanie tych imion, lecz podazajac wylacznie ta droga 
stracilibysmy wnet slad i latwo moglibysmy sie w tym  zgubic. Zgubilibysmy sie w tym, co jest swiatem, swiatem 
odbostwionym i odduchowionym i nie doszlibysmy do Boga.

Ale momo to ta pierwsza droga isc musimy, poniewaz bez niej rowniez nie dojdziemy do Boga. Procz tego musi  

sie isc jeszcze ta druga droga, prowadzaca do "Bezimiennego". Jesli pojdziemy tylko jedna z tych drog, to na zadnej 
z nich nie odnajdziemy Bostwa. Idac jednak obiema tymi  drogami  przekonamy sie, ze one w pewnym  momencie 
przecinaja sie ze soba.

Nie nalezy zatem spierac sie o to, czy wlasciwa jest pierwsza droga, czy druga, one obie sa wlasciwe, choc zadna 

z nich z osobna nie prowadzi do niczego, albowiem do celu doprowadzi dusze ludzka zdazanie nimi oboma i dojscie do 
ich skrzyzowania, do punktu przeciecia sie ich obu.

Doskonale to rozumiem, ze wielu ludzi wspolczesnych przywyklych do metod polemicznych cofa sie z lekiem 

przed   tym,   czego   tu   zada   Areopagita.   A jednak   wymagania   te   znali   i zywili   nimi   kierownicy   duchowi   rozwoju 
chrzescijanstwa   w pierwszych   wiekach,   a nastepnie   przetrwalo   to   dalej   jako   tradycja   w pradzie   chrzescijansko   - 
filozoficznym krajow zachodnich az do czasow Alberta Magnusa i Tomasza z Akwinu. Przebywalo to np. w takiej 
osobistosci jak ta, o ktorej wczoraj wspomnialem, a mianowicie u Scota - Erigeny, ktory zyl na dworze Karola Lysego.

Scot - Erigena przywodzi mi na pamiec to, o czym wczoraj wspomnialem. Mowilem mianowicie, ze nie znalem 

czlowieka   lagodniejszego   od   Wincentego   Knauera,   historyka   filozofii.   Byl   on   zawsze   niezmiernie   lagodny,   ale 
rozmowa schodzaca na Plotyna lub na to, co do Plotyna bylo tez i z Franciszkiem Brentano, swietnym filozofem, ktory 
byl zawsze bardzo opanowany i zrownowazony, a jednak w ksiazce swej p.t. "Jacy to filozofowie robia nieraz epoke?", 
a mial na mysli Plotyna, ten jego powazny i uroczysty nastroj zmienia sie w cos calkiem przeciwnego, gdyz wymysla 
on tam ostrymi slowami na Plotyna.

Otoz ludzie sklaniajacy sie w wiekszym lub mniejszym stopniu do racjonalizmu, w podobny sposob traktuja tez 

i Areopagite, zetknawszy sie z tym, co z pism jego promieniuje, a co znalazlo swoj ostatni znamienny wyraz u Erigeny. 
O Erigenie,   ktory   w ostatnich   latach   swego   zycia   byl   przeorem   Benedyktynow,   istnieje   podanie,   ze   jego   wlasnie 
towarzysze tak dlugo kluli go szpilkami, az umarl. Nie twierdze, ze podanie to jest doslownie scisle, ale choc nie  
calkiem, to w przyblizeniu. Do smierci jego przyczynilo sie to, ze on powazyl sie az w dziewiate stulecie przeniesc 
plotynizm! Mimo to jednak idee Scot - Erigemy, jako dalsze rozwiniecie idei Areopagity, szerzyly sie w  dalszym ciagu. 
Pomimo zniszczenia wiekszosci jego pism, idee jego przeszly na swiat potomny.

W wieku XII - tym Scot - Erigena ogloszony zostal kacerzem. Wszelako w tych czasach nie mialo to jeszcze tak 

wielkiego znaczenia jak pozniej i jakie ma dzis, wiec nie przeszkodzilo to temu, ze idee jego oddzialaly silnie na 
Alberta   Magnusa   i na   Tomasza   z Akwinu.   Jest   to   jeden   z takich   przejawow,   ktory   przy   rozpatrywaniu   tomizmu 
traktowac sie musi jako pewna spuscizne dawnych czasow, przechowywana na dnie dusz.

Ale i cos jeszcz innego wziac sie tu musi pod rozwage. W plotynizmie, ktory wczoraj scharakteryzowalismy 

odnosnie do jego kosmologii, znajdujemy bardzo znamienna charakterystyke istoty czlowieka, wynikla z owego ogladu 
zmyslowo   -   nadzmyslowego.   Do   takich   rzeczy   odnosimy   sie   wtedy   tylko   z nalezytym   szacunkiem,   gdy   do   nich 
dochodzimy sami za pomoca metod wiedzy duchowej. Wtedy bowiem budzi sie w nas samo przez sie przeswiadczenie, 
ze to wszystko co znajduje sie u Plotyna, wzglednie w tym co po nim zostalo nam przekazane, czyni wrazenie zawile 
i chaotyczne tylko na czlowieka nieprzygotowanego. Ale gdy to sami odkrywamy jako prawde, natenczas poglady te, 
choc dla tamtych czasow wypowiedziane byly w inny sposob, niz sie je dzis musi wypowiadac, nabieraja specjalnego 
wyrazu i ukazuja swe prawdziwe oblicze.

I tak na przyklad u Plotyna znalezc mozna poglad, ktory scharakteryzuje w taki sposob: Plotyn rozpatrujac ludzkie 

jestestwo i jego wlasciwosci duchowo - duszne, czyni to przede wszystkim ze stanowiska pracy duszy nad cialem. 
Stawia on te sprawe tak: w rozwijajacym  sie dziecku widzimy, ze pewien element pochodzacy z zasady duchowej 
ksztaltuje to ludzkie cialo. Lecz  potem, gdy dziecko  dorasta, owe sily duchowo - duszne przestaja juz  pracowac  
w cielesnosci. /Dla Plotyna to wszystko, co przejawia sie materialnie, zwlaszcza w czlowieku, jest do pewnego stopnia, 
jesli moge uzyc  tego wyrazenia, ktorym  prosze sie nie gorszyc,  jesli moge wydzielina, czy wypocina pierwiastka  
duchowo - dusznego, tak za cokolwiek w czlowieku przejawia sie cielesnie, traktowac sie musi jako skrzepnienie, czy 
stwardnienie tego duchowo - dusznego pierwiastka/.

Mamy wiec tu zrazu do czynienia z oddzialywaniem sil duchowo - dusznych na cielesnosc, przez co ona sie 

ksztaltuje. Zatem  czlowiecza  organizacje   wytwarza   jego   zasada   duchowo  -  duszna,  ale  gdy ta  praca  zostanie  juz 
dokonana, gdy organizm doszedl juz do pewnej dojrzalosci, na skutek np. tych sil, ktore pozniej przejawiaja sie jako  
sily   pamieci,   natenczas   te   sily,   dzialajace   dotychczas   w cielesnosci,   przechodza   pewna   metamorfoze   duchowa. 
Skonczywszy   swa   dotychczasowa   prace,   owe   sily   duchowo   -   duszne   oswobodzaja   sie,   stajac   sie   pewnym 

13

background image

samodzielnym jestestwem. Mowiac w sensie Plotyna nazwalibysmy to jestestwem: ((Zwierciadlem duszy)).

Niezmiernie trudno jest scharakteryzowac te rzeczy za pomoca naszych dzisiejszych pojec. lecz moze latwiej 

zblizymy sie do nich, gdy pomyslimy w sposob nastepujacy: Spojrzmy na ten moment, kiedy dziecko doszedlszy do 
pewnej dojrzalosci swej pamieci zaczyna sobie cos przypominac. Wprzody, jako male dziecko, nie moglo ono tego 
czynic.   Skad   sie   wiec   wziely   te   sily,   ktorymi   czlowiek   sobie   cos   przypomina?   Pracowaly   one   wprzod   w  jego 
organizmie ksztaltujac go, lecz potem, gdy juz opracowaly organizm, dzialaja wewnatrz owego "zwierciadla duszy",  
gdzie mieszka wlasciwe jadro czlowieka, jego jazn. Z takiej charakterystyki, a takiego niezmiernie obrazowego ujecia 
tresci   ideowej,   wylania   sie   poglad   na   jedna   zasade   duszy,   ((czynnie))   dzialajaca   i na   druga,   do   pewnego   stopnia 
((bierna)), pasywna, jak np. sila pamieci, przechowywujaca wrazenia swiata zewnetrznego tak tylko, jak je przyjela.  
Otoz   ta   podwojna   praca   duszy,   ton   podzial   duszy  na   czesc   aktywna,   budujaca   wlasciwe   cialo   i na   czesc   bierna, 
przedstawiony jest u Plotyna w sposob nadzwyczaj obrazowy. Opis ten pochodzi z owego dawnego glebszego sposobu 
spogladania   na   swiat,   ktorego   ostatnim   wyrazicielem   byl   Plotyn,   a co   nastepnie   przeszlo   na   Augustyna   i jego 
nastepcow.

Ten   sam   poglad,   lecz   juz   zracjonalizowany   i przetworzony   w pojecia,   bardziej   filozoficzny,   znajdujemy   i 

u Arystotelesa, ktory ten sposob patrzenia przejal od Plotyna. Czytajac jednak Arystotelesa spostrzegamy, ze stara sie  
on to wszystko, co przejal z dawnych pogladow, ujac w pojecia abstrakcyjne.

Tak wiec w systemie Arystotelesa, ktory dzialal wciaz dalej az do czasow Alberta i Tomasza z Akwinu, jako 

zracjonalizowana postac tego samego, co w innej formie podal Plotyn, widzimy jakby "Zracjonalizowana mistyke", 
zracjonalizowany opis duchowej tajemnicy jestestwa ludzkiego.

Zarowno   Albert   Wielki   jak   i Tomasz   z Akwinu   swiadomi   byli   tego,   ze   Arystoteles   za   pomoca   pojec 

abstrakcyjnych sprowadzil niejako na dol to, co inni posiadali w swych ogladach. I stad tak Albert jak i Tomasz nie 
ustosunkowali sie do Arystotelesa tak, jak to czynia wspolczesni filozofowie filologii, prowadzac przedziwne spory na 
temat podwojnych pojec, pochodzacych od Arystotelesa. Te podwojne pojecia dlatego tylko wygladaja jakby nie mialy 
ze soba  zadnego   zwiazku, poniewaz  pisma  Arystotelesa   nie  zachowaly  sie  w calosci.  Lecz  fakt  taki   daje  zawsze 
sposobnosc do zajecia przy uczonych sporach roznych stanowisk.

Otoz u Arystotelesa spotykamy sie z dwoma ideami. Widzi on mianowicie w ludzkim jestestwie cos, co laczy 

w pewna jednosc zasade wegetatywna czlowieka, jego zasade nizsza, animalna. Lecz nastepnie widzi on tez jego zasade 
wyzsza, ktora nazywa "nous". Scholastycy zas nazywali to pozniej "intelektem". Arystoteles odroznia jednak "nous  
poieticos" od "nous patheiticos", odroznia u czlowieka ducha czynnego od ducha poddajacego sie dzialaniu, biernego. 
Wyrazenia te nie okreslaja jednak tak scisle samej rzeczy, jak dawniejsze greckie, ale mimo to mozemy powiedziec, ze  
Arystoteles odroznia: rozum aktywny od rozumu biernego ducha ludzkiego.

Jakzez to nalezy rozumiec? Nie zrozumiemy tego, nie cofnawszy sie do zrodla tych pojec. Otoz obydwa te rodzaje  

rozumu   w swej   innej   metamorfozie   czynne   sa   przy   rozbudowie   duszy   ludzkiej.   Ow   "nous   poiticos"   Arystotelesa 
indywidualzujac sie z wszechswiata, rozbudowuje cialo czlowieka i dziala czynnie przez cale jego Zycie, a nie tak jak 
np. pamiec, ktora wprzod byla rozumem budujacym, a potem wyemancypowala sie jako sila pamieci. Otoz nie jest to 
niczym   innym,   a tylko   "dusza   aktywna"   Plotyna.   To   zas,   co   sie   z tego   potem   emancypuje,   aby   ujmowac   swiat 
zewnetrzny   i przepracowywac   dialektycznie   wrazenia   tego   swiata,   jest   owym   "nous   pathetcos",   czyli   intelektem, 
poddajacym sie dzialaniu, intellectus possibilis.

To   wszystko   co   w scholastyce   mamy   ujete   w scisla   dialektyke,   w precyzyjna   logike,   jest   w zwiazku   z owa 

spuscizna dawnych czasow. Nie zrozumiemy zatem absolutnie tego, co rozgrywalo sie w duszach scholastykow, jesli 
nie wezmiemy pod uwage  tych  pradawnych  tradycji, ktore wnikaly w nie i spowodowaly pojawienie sie pewnego 
wielkiego zagadnienia, jakie zazwyczaj uznaje sie za scholastyczny problem podstawowy.

W czasach, kiedy ludzie posiadali jeszcze wglad duchowy, czego wynikiem bylo takie zjawisko jak plotynizm 

oraz jego zracjonalizowane przefiltrowanie w arystotelizmie i kiedy ludzkie poczucie indywidualne nie doszlo jeszcze 
do swego punktu szczytowego, tego rodzaju problemy nie mogly sie jeszcze pojawic. Albowiem to, co dzis zwiemy  
"intelektem" /nazwa ta pochodzi z terminologii scholastycznej/, jest wlasnie nastepstwem, pojawieniem sie czlowieka 
indywidualnego.   To,   ze   wszyscy   jednako   myslimy   pochodzi   stad,   ze   wszyscy   jestesmy   jadnako   indywidualnie  
zorganizowani   i ze   rozum   u wszystkich   ludzi   zlaczony   jest   z jednako   zorganizowana   zasada   indywidualna. 
Bezsprzecznie, ze rozni ludzie roznie mysla, ale sa to tylko odcienie nie majace nic wspolnego z logika wlasciwa, 
poniewaz wlasciwe myslenie logiczne i dialektyczne jest wyplywem ogolno - ludzkiej organizacji, choc indywidualnie 
zroznicowanej.

Mamy wiec przed soba czlowieka czujacego sie indywidualnoscia, ktory mowi tak: Powstaja we mnie mysli, 

w ktorych swiat zewnetrzny przejawia sie we mnie wewnetrznie. Mysli te zestawiam ze soba, dzialajac jak gdyby od 
wewnatrz, przez co daja mi one obraz swiata. W czlowieku zatem istnieja takie wyobrazenia, ktore nawiazuja do  
poszczegolnych rzeczy indywidualnych, jak np. wolu, czy czlowieka. Ale poza tymi istnieja w nim pewne wewnetrzne 
przezycia, jak np. sny, dla ktorych nie znajduje na razie takiego samego zewnetrznego reprezentanta, jak dla tamtych. 
Czlowiek moze rowniez tworzyc sobie wyobrazenia, bedace czystymi chimerami, jak np. centaura czy tym podobne, 
ktore juz scholastycy uwazali za chimery.

Ale z drugiej strony istnieja w czlowieku tez takie pojecia i idee ogolne, jak np. "ludzkosc", "typ lwa", "typ wilka" 

itp., ktore przechylaja sie tak w jedna jak i w druga strone. Otoz pojecia te nazywali scholastycy, zgodnie z dawnym 
sposobem mowienia: "uniwersaliami".

14

background image

W   czasach   kiedy   ludzie,   jak   to   wam   wczoraj   mowilem,   wznosic   sie   mogli   sami   do   owych   "uniwersaliow"  

i odczuwali je jako najnizsza granice swiata duchowego, jaki sie czlowiekowi objawial, uniwersalia te, a wiec np. "typ 
zwierzecia", "typ lwa" itp. byly po prostu tym, przez co objawil sie swiat ducha, swiat dajacy sie ujmowac mysla.  
Pojecia zatem byly czyms, co dusza przezywala jako wyplyw swiata nadzmyslowego. Lecz aby moz to przezywac, 
trzeba bylo byc wolnym od poczucia indywidualnego, ktore w ludziach przejawialo sie dopiero w scharakteryzowanych 
powyzej stuleciach

Takie poczucie swej indywidualnosci doprowadzilo ludzi do tego, ze mowiono sobie tak: wznioslszy sie od rzeczy 

zmyslowych w gore, dochodzimy do granicy, na ktorej przezyc mozna wiecej lub mniej abstrakcyjnie takie uniwersalia 
jak "ludzkosc", "typ lwa" itp. Scholastyka rozumiala to dobrze, ze nie sa to tylko zbiorowe ujecia swiata zewnetrznego 
i ze nie mozna bez zastrzezen twierdzic, jakoby to byly tylko pewne koncepcje. Na problem ten zapatrywalo sie one 
tak: Ludzie w oparciu na swej indywidualnosci, wytwarzac sobie musza pojecia ogolne, pojecia uniwersalne, ale kiedy 
patrza na swiat zewnetrzny, to wcale nie widza jakiejs "ludzkosci", a tylko poszczegolnych ludzi, nie widza "typu 
wilka", ale poszczegolne wilki. Lecz z drugiej strony nie moga oni na zasade wilka, czy zasade owcy tak spogladac 
jakby tu mieli do czynienia tylko z materia uformowana raz na sposob wilka, a raz na sposob owcy. Zasada wilka, czy 
zasada owcy nie jest bynajmniej tylko ujeciem zbiorowym, poniewaz czynnik materialny nie stanowi tu jednaj rzeczy  
istotnej i rzeczywistej. Gdybysmy bowiem przyjeli, ze jest to tylko nazwa zbiorowa, a nic istotnego, to musielibysmy 
zarazem przyjac i taka rzecz: Wilk po zamknieciu go i przypilnowaniu, aby przez jakis czas, az do dokonania sie w nim 
calkowitej przemiany materii, jadl tylko same jagnieta, wypelni sie caly materia jagnieca. Powinienby wiec wilk stac sie 
jagnieciem. On jednak nadal pozostaje wilkiem. Zatem materia nie sprawi tego, by wilk stal sie jagnieciem. Przeto 
zasada wilka jest czyms, co odnosi sie nie tylko do jego materialnosci. Materialnie bowiem wilk caly jest jagnieciem, 
a jednak nie przestaje byc wilkiem.

Problemu tego ludzie dzis najczesciej nie biora powaznie, ale dawniej zmagano sie z nim ze wszystkich sil i to 

wlasnie w okresie jego rozkwitania. Zas problem ten pozostawal w bezposrednim zwiazku ze sprawami koscielnymi. 
A to, w jaki sposob powiazal sie on ze sprawami Kosciola, wytworzymy sobie pewne pojecie gdy spojrzymy na taka  
rzecz.  Zanim   jeszcze   wystapil  Albert   Wielki   i Tomasz  z Akwinu,  zanim  pojawilo  sie  to  specjalne  uksztaltowanie 
filozofii   jakie   sie   im   zawdziecza,   zjawili   sie   tacy   ludzie,   jak   ((Roscelin)),   ktorzy   twierdzili   i szczerze   byli   o tym 
przekonani, ze pojecia ogolne, uniwersalia, nie sa niczym  innym, a tylko tym co w sobie wytwarzamy zestawiajac 
razem cechy wydobyte  z rzeczy zewnetrznych,  indywidualnych.  Bylyby to wiec tylko slowa, tylko  nazwy.  Z tego 
wytworzyl sie poglad, zwany ((minalizmem)), ktory widzial w pojeciach ogolnych, w uniwersaliach, jedynie slowa.

Roscelin zastosowal swoj nominalizm w sposob powazny takze i do Trojcy Swietej. Mowil on tak: Skoro pojecia 

zbiorowe sa tylko slowami, nazwami /a co sam uznawal za prawde/, tedy i Trojca jest tylko slowem, jest nazwa, 
podczas gdy jedyna rzeczywistoscia sa Osoby indywidualne: Ojca, Syna i Ducha Swietego. To tylko ludzki rozum 
ujmuje te trzy Osoby jedna nazwa Trojcy.

Jak widzimy,  umysly sredniowieczne  rozbudowywaly takie rzeczy do ostatnich konsekwencji. Kosciol zatem 

zmuszony byl na synodzie w Soissons uznac poglad Roscelina za czesciowy politeizm, a nauke jego za heretycka. 
I wtedy nominalizm znalazl  sie w polozeniu bardzo krytycznym.  Zagadnienie  filozoficzne zlaczylo  sie tu bowiem 
z zagadnieniem dogmatycznym. Oczywiscie, ze dzis takiej sytuacji nie odczuwa sie juz za cos realnego, w tamtych 
jednak czasach byla ona nia bez zadnych watpliwosci.

Zarowno Albert jak i Tomasz zmagaja sie z tym wlasnie stosunkiem uniwersaliow do rzeczy indywidualnych 

i problem ten staje sie dla nich obu najwaniejszym. W gruncie rzeczy wszystko inne u nich jest tylko wynikiem tego 
zmagania sie, to znaczy, ze wszystko inne otrzymalo pewne zabarwienie ze sposobu ich ustosunkowania sie do tego 
problemu.

Rzecz prosta, ze na ten ich sposb ustosunkowania sie wplynely te wszystkie sily, o jakich dotychczas mowilem, 

a wiec to, co tradycja zachowala po Areopagicie, co sie zachowalo po Plotynie, co przeszlo przez dusze Augustyna, 
dusze Erigeny i wielu innych. To wszystko znalazlo oddzwiek w specjalnym sposobie formowania mysli, jaki pojawia 
sie najpierw u Alberta, a nastepnie w obszernych wywodach i uzasadnieniach filozoficznych Tomasza z Akwinu.

W tych czasach wiedziano jeszcze o tym, ze istnieli ludzie, ktorzy mogli spogladac w swiat wznoszacy sie ponad 

pojeciami,   w swiat   intelektualny,   duchowy,   w ten   swiat,   o ktorym   takze   tomizm   mowi   jako   o rzeczywistosci, 
dostrzegajac w nim pewne istoty intelektualne, wolne od materii a okreslane mianem "Aniolow". Dla tomizmu nie byly 
one   abstrakcja,   ale   istotami   realnymi,   choc   nie   posiadajacymi   cial.   Istoty   te   umieszcza   Tomasz   w tzw.   "sferze 
dziesiatej", wyobrazajac sobie, ze Ziemie otacza siedem sfer, a to: sfera Ksiezyca, Merkurego, Wenus, Slonca itd., 
a dalej przechodzi sie przez sfere osma do sfery dziewiatej, stad zas do tzw. "Empireum", czyli sfery dziesiatej.

Te   wszystkie   sfery,   wedlug   Tomasza,   zamieszkuja   pewne   Inteligencje,   mowiac   zas   o nich   ma   na   mysli 

w pierwszym rzedzie te Inteligencje, ktore pozwalaja przyswiecac ku dolowi temu, co stanowi ich najnizsza granice  
w taki sposob, by dusza ludzka to przezywac.

Jednakze to wszystko o czym teraz mowie, nie wylanialo sie z dusz ludzkich w formie, ktoraby przypominala 

plotynizm, ale pochodzilo jedynie z poczucia indywidualnego, do jakiego wlasnie dopracowala sie scholastyka. Dla 
Alberta   i Tomasza   bylo   to   juz   raczej   ((wiara)).   Oni   wierzyli   w to,   ze   ponad   pojeciami   abstrakcyjnymi   istnieje 
"Objawienie". Lecz w duszach tej pojawilo sie wtedy takie pytanie: Jaka realnosc posiadaja te abstrakcyjne pojecia?  
Otoz   tak   Albert   jak   i Tomasz   rozumieli   jeszcze,   ze   w cielesnosci   pracuje   czynnik   duchowo   -   duszny,   ktory   po 
dokonaniu w dostatecznej mierze swej pracy, wytwarza swe wlasne((odbicie zwierciadlane)). O tym mieli oni jeszcze 

15

background image

pewne wyobrazenie. A takze i o tym, czym staje sie czlowiek w swym zyciu jednostkowym z roku na rok, z jednego 
dziesiatka lat w nastepne, dzieki temu wlasnie co w siebie przyjmuje w postaci wrazen swiata zewnetrznego i co przez 
to w sobie przepracowuje.

W ten sposob wytworzyl sie poglad, ze istnieje wprawdzie otaczajacy nas swiat, ale jest on tylko objawieniem  

tego, co pozaziemskie, tego co duchowe. A gdy spogladamy na swiat, gdy zwracamy sie do poszczegolnych mineralow, 
roslin i zwierzat, wtedy do pewnego stopnia przeczuwamy, ze poza tym tkwi cos, co pochodzac z wyzszych swiatow 
duchowych tu sie tylko objawia. Rozpatrujac nastepnie owe krolestwa natury na zasadzie analizy logicznej oraz tych 
wszystkich sil myslowych, jakie posiadamy, dojsc mozna do tego, jak wiele swiat duchowy wlozyl w owe krolestwa 
natury. Musimy jednakze zdac sobie sprawe takze i z takiej rzeczy: Nasz wzrok i inne organy zmyslow zwracamy na 
swiat, przez co komunikujemy sie z tym swiatem. Odwrociwszy sie od niego, zachowuje jednak do pewnego stopnia to, 
co z niego przyjelismy, jako swe wspomnienie. I dopiero wtedy gdy zwracamy sie do tego wspomnienia, pojawia sie 
przed nami zasada ogolnosci, uniwersalnosci, pojawiaja sie takie rzeczy, jak "ludzkosc" itp.

Otoz Albert i Tomasz mowia tak: Gdy spogladasz wstecz, gdy dusza twa oddaje ci w odbiciu to, co przezyla 

w swiecie   zewnetrznym,   wowczas   pojawiaja   sie   w duszy  twej   uniwersalia.   Pojecia   "ludzkosci"   tworzysz   sobie   ze 
wszystkich ludzi, jakich spotkales. Gdybys przypominal sobie tylko poszczegolne indywidualne rzeczy, przebywalbys  
tylko w nazwach ziemskich, ale poniewaz nie tylko w tym przebywasz, przeto miec mozesz w sobie uniwersalia. To sa: 
((uniwersalia post res,)) to znaczy takie uniwersalia, ktore wytwarzaja  sie w duszy ((po rzeczach)).  Zwracajac  sie 
bowiem ku rzeczom, nie posiada czlowiek jeszcze tego samego co potem, gdy sobie to przypomina, gdy to do pewnego 
stopnia odbija sie w nim na wewnatrz. Czlowiek znajduje sie wtedy w stosunku realnym do rzeczy, przezywa w nich 
duchowosc, a tylko przeklada to na forme uniwersaliow post rem.

Albert i Tomasz przyjmowali nastepnie, ze czlowiek wytworzyc sobie moze takie pojecia, jak "typ wilka", np. 

takze i wtedy, gdy przez swa zdolnosc myslenia nawiazuje do czegos realnego w swym otoczeniu, a zatem nie tylko do 
tego, czym jest np. wilk przez sam fakt, ze oko go widzi, ucho go slyszy itp. ale przez to, ze czlowiek moze o  nim 
myslec. To znaczy:czlowiek moze przezywac w sobie cos, co w rzeczach ujmowac sie da nie tylko przez oglad, ale 
myslowo, zatem przezywac moze cos, czego nie wyczerpuja same jakosci zmyslowe. Przezywa on wtedy ((uniwersalia  
in rebus)).

Nie tak latwo jest rozroznic te rzeczy, zwykle bowiem sadzimy tak, ze to co posiadamy w swej duszy na koniec 

jako odbicie, istnieje rowniez i w rzeczach. Lecz w ujeciu Tomasza z Akwinu, tak nie jest. Nie jest to tym samym cos, 
co czlowiek w swej duszy przezywa  jako idee, co wyjasnia sobie swym  rozumem, jest jego wlasnym  przezyciem 
realnosci, uniwersalnosci. Jest tak, ze choc wewnetrznie sa one takie same, to jednak pod wzgledem formy uniwersalia 
"w rzeczach"roznia sie od uniwersalii "po rzeczy".

Macie   tutaj   z tych   pojec   scholastycznych,   ktorych   zwykle   nie   ustawia   sie   z cala   scisloscia   przed   dusza, 

a mianowicie, ze tak uniwersalia "w rzeczach" jak i uniwersalia "po rzeczach", to znaczy tych, ktore w duszy powstaja 
pozniej, roznia sie co do formy, lecz sa co do tresci tym samym. To wskazuje znow na ow swiat, o  ktorym mowi 
plotynizm, ze ujac sie wlasnie mysla. W swiecie tym przebywaja te same tresci, ktore w duszy ludzkiej istnieja "w 
rzeczach" i "po rzeczach", ale choc o tej samej tresci, lecz juz w innej formie. Sa to ((uniwersalia ante res)), przed 
rzeczami, takie uniwersalia, jakie przebywaja w rozumie boskim oraz w rozumie slug bozych, jestest anielskich.

Tak   wiec   to,   co   dla   czasow   dawnych   bylo   sprawa   bezposredniego   ogladu   zmyslowo   -   nadzmyslowego, 

przetworzylo sie na tego rodzaju oglady, odtwarzane w obrazach zmyslowych. Tego jednak co sie widzi w sposob 
nadzmyslowy /nawet wedlug Areopagity/ nie da sie okreslic zadnym imieniem, gdy chce sie to ujac w prawdziwej 
postaci. Mozna jedynie o tym powiedziec, ze ((nie jest tym wszystkim, czym sa rzeczy zewnetrzne.

W ten sposob cos, co dla dawnych ludzi bylo ich widzeniem, co im w swiecie duchowym przedstawialo sie jako 

realnosc, dla scholastyki stalo sie tym, o czym decydowac miala jedynie bystrosc myslenia, subtelnosc i plastycznosc 
logiki. Problem, z ktorym dawniej zalatwiano sie droga ogladu, widzenia, sprowadzony zostal w dol, w sfere myslenia, 
w sfere logicznego dowodzenia.I to stanowi istote tomizmu, istote albertynizmu, istote szczytowej scholastyki.

Scholastyka   zdawala   sobie   przede   wszystkim   sprawe   z tego,   ze   w jej   czasach   poczucie   indywidualnosci 

u czlowieka   doszlo   do   szczytu.   Wszystkie   zatem   problemy   ujmuje   ona   w formie   racjonalnej,   w formie   logicznej, 
w takiej jaka posluguje sie mysliciel. W sposob istotny zmaga sie scholastyka z taka myslowa forma problemow swiata. 
I wlasnie z tym  swoim zmaganiem  sie i mysleniem  tkwi ona w glebi  zycia  koscielnego,  ktore wam  wczoraj  i dzis 
z roznych stron, choc nie ze wszystkich nakreslilem.

Mamy wiec w XII - tym i XIII - tym stuleciu cos, o czym sadzono, ze da sie to zdobyc bystrym mysleniem, scisla 

logika, a z drugiej strony cos, co zostalo przekazane jako dogmaty Kosciola, jako tresc wiary. Jako przyklad wezmy 
sposob, w jakim taki mysliciel jak Tomasz z Akwinu ustosunkowuje sie do tych obu rzeczy. Pyta on tak: Czy mozna za 
pomaca logiki udowodnic istnienie Boga? I odpowiada: Tak jest, mozna. I Tomasz podaje tez caly szereg dowodow. 
Jeden  z nich  jest  taki:  My  ludzie  mozemy  na razie  zdobywac  poznanie  w taki  tylko  sposob,  ze  podchodzimy  do 
uniwersalii in rebus, ze wgladamy w rzeczy. W swiat duchowy nie mozemy przeniknac przez patrzenie /a bylo to po 
prostu osobistym  przezyciem  tych czasow/, gdyz  silami ludzkimi wniknac mozemy w duchowy swiat tylko w taki 
sposob, ze wglebimy sie w rzeczy i z nich wydobywamy to, co nazwac mozemy: uniwersalia in rebus. Ale nastepnie tak 
mowi Tomasz droga wstecznego wnioskowania dociec mozna do tego jak sie rzecz ma z owymi uniwersalia ante res. 
Otoz swiat widzimy w pewnym ruchu. Jedna rzecz porusza druga, poniewaz sama jest poruszana. w ten sposob cofac 
sie mozna od jednej poruszanej rzeczy do poprzedniej, a od tej do jeszcze dalszej. Lecz w nieskonczonosc tak isc nie 

16

background image

mozna. Dojsc sie bowiem musi wreszcie do czegos poczatkowego, co porusza. Bo gdyby i to cos bylo poruszane, 
musielibysmy isc dalej do innego poruszajacego, az na koniec doszlibysmy do poruszajacego nieporuszanego.

Przeprowadzajac to wnioskowanie, Albert i Tomasz dochodza do (("Poruszajacego nieporuszonego")), ktory jest 

tym samym, co arystotelesowska "Pierwsza Przyczyna". Dla logicznego myslenia dostepna jest uznanie Boga za owe 
niezbedne jestestwo, bedace pierwszym co porusza, a nie jest poruszane. Jednakze nie ma takiego toku logicznego 
myslenia, ktory by nas doprowadzil do Trojcy. Zasada Trojcy zostala nam przekazana. Mysleniem logicznym mozna 
jedynie dociekac, czy pojecie Trojcy jest sprzeczne z rozumem, czy nie. I wtedy stwierdzimy, ze nie jest ono sprzeczne, 
ale Trojcy nie jestesmy w stanie udowodnic, a tylko musimy wierzyc, ze ona istnieje. Musimy przyjac ja za taka tresc, 
do ktorej indywidualnosc ludzka, opierajac sie tylko na sobie samej, nie moze sie wzniesc.

I oto scholastyka  staje teraz przed zagadnieniem  dla tamtych  czasow o wielkiej donioslosci, mianowicie:  jak 

daleko   ((dojsc   moze   rozum   ludzki   sam   sobie   pozostawiony?))   Znalazla   sie   ona   w samym   sednie   tego   problemu 
w sposob szczegolny na skutek rozwoju owych czasow. Poprzedzili ja bowiem inni mysliciele, ktorzy glosili wprost 
absurdalne twierdzenie, ze istniec moze cos teologicznie prawdziwego, a filozoficznie falszywego. Moze byc po prostu 
tak, ze pewne rzeczy, jak np. Trojce, uznac sie musi, poniewaz przekazane sa jako dogmaty, ale jesli sie nad nimi 
rozmysla, to dochodzi sie do rezultatu przeciwnego. Zatem przyjac sie musi za mozliwe, ze rozsadkiem dochodzi sie do 
calkiem innych wynikow nizeli to, co podane jest nam jako tresc wiery. I ze tak byc musi.

Otoz byla  to sprawa, przed ktora staneli scholastycy:  "Sprawa podwojnej prawdy".  Tak Albert jak i Tomasz 

przykladali ogromna wage do rozwiazania tego problemu. Ich dazeniem bylo zawsze, by tresc wiary uzgodnic z trescia 
rozsadku, a nie wykazac sprzecznosci miedzy tym co moze myslec rozsadek /oczywiscie do pewnej tylko granicy/, 
a tym co jest trescia wiary. Sadzili oni, ze to co mysli rozum nie moze sie w zadnym razie sprzeciwiac tresci wiary, 
a tresc wiary nie sprzeciwia sie rozumowi.

W owych czasach bylo to juz wielkim radykalizmem, poniewaz wiekszosc autorytetow koscielnych, nadajacych 

wowczas ton, stala twardo przy nauce o "podwojnej prawdzie" twierdzac, ze czlowiek myslec moze co do tresci cos 
rozumnego pod jedna postacia, a tresc wiary moze mu to podac w innej postaci. On zatem zyc musi tymi dwoma 
postaciami.

Sadze, ze latwo moznaby dojsc do wyczucia historycznego tla tych czasow, gdyby sie bralo pod uwage, ze przed 

tak jeszcze niewielu stuleciami tacy ludzie, jak ci o ktorych dzis mowimy, tkwili wszystkimi fibrami swej duszy w tego 
rodzaju problemach. Echa tych spraw przetrwaly az do naszych czasow, poniewaz rowniez i my wsrod tych samych 
problemow sie obracamy. To, w jaki sposob my sie wsrod nich obracamy, omowie jutro, dzis chcialem tylko ogolnie 
scharakteryzowac istote tomizmu, jak sie on przedstawial w tamtych czasach.

Sprawa  tedy,  jak widzicie, wygladala  tak, ze przed Albertem  i Tomaszem  wylonil  sie podstawowy problem: 

w jakim stosunku znajduje sie rozum ludzki do tresci wiary? W jaki sposob to, co podaje do wierzenia Kosciol, da sie  
po pierwsze zrozumiec, a po drugie obronic przed tym, co sie mu przeciwstawia? Ludzie tacy jak Albert i Tomasz, 
mieli z zagadnieniem tym wiele do czynienia.

Ale w Europie nie tylko takie poglady istnialy, jakie tu scharakteryzowalem, poniewaz wraz z rozszerzeniem sie 

islamu, z rozszerzeniem sie Arabow, doszly do wielkiego znaczenia jeszcze inne poglady. W calej Europie zachowaly 
sie resztki pogladu, ktory wczoraj opisalem, jako swiatopoglad manichejski, ale przede wszystkim szerzyly sie tu nauki, 
ktorych reprezentantem w XII - tym wieku byl ((Averrhoes)). Otoz Averrhoes dowodzil w taki sposob: To, co czlowiek 
przemysla swym czystym intelektem, nie nalezy tylko do niego, ale do calej ludzkosci. Nie posiadamy bowiem rozumu 
tylko dla siebie. Wprawdzie kazdy posiada swe wlasne cialo, ale nie rozum. Osobnik "A" posiada swe wlasne cialo, ale 
jego rozum jest taki sam, jak rozum osobnika "B", a takze osobnika "C" itd.

Mozna   wiec   tak   powiedziec:   Anerrhoes   twierdzil,   ze   istnieje   pewna   jednolita   inteligencja,   jednolity   rozum, 

w ktorym   jakby   glowami   swymi   zanurzone   sa   wszystkie   indywidua.   Po   smierci   czlowieka   odpada   od   tego 
uniwersalnego   rozumu,   tylko   ludzkie   cialo.   A zatem   nie   ma   niesmiertelnosci   w sensie   jakiegos   indywidualnego 
dalszego trwania po smierci, bo trwa tylko to, co jest owym rozumem uniwersalnym, a co jest wspolne wszystkim 
ludziom.

Dla Tomasza rzecz ta przedstawiala sie tak: Wprawdzie i on musial sie liczyc z uniwersalnoscia rozumu, jednakze 

stanowisko jego bylo takie, ze to co jest rozumem uniwersalnym scisle zwiazane jest nie tylko z indywidualna pamiecia 
poszczegolnego czlowieka, ale w ciagu jego zycia laczy sie rowniez z czynnymi silami jego organizacji, organizacji 
cielesnej. Polaczenie to tworzy sie w taki sposob, ze ow rozum uniwersalny w czasie zycia czlowieka przyciaga do 
siebie   wszystkie   sily   ksztaltujace,   sily   wegetatywne,   sily   animalne,   i sily   pamieci   czlowieka.   Zatem   czlowiek   za 
posrednictwem czegos co jest uniwersalne przyciaga do siebie to, co staje sie jego czynnikiem indywidualnym, a co 
nastepnie wnosi on z powrotem w swiat duchowy.

Jak z tego widzicie, dla Alberta i Tomasza nie istniala praegzystencja, a tylko istniec mogla postegzystencja. To 

samo   spotykamy   tez   u Arystotelesa,   albowiem   mysliciele,   o ktorych   mowimy,   byli   pod   tym   wzgledem   tylko 
kontynuatorami arystotelizmu.

Tak wiec stykaja sie tu razem wielkie logiczne zagadnienia uniwersaliow z zagadnieniami dotyczacymi losow 

kosmicznych   poszczegolnego   czlowieka.   We   wszystkie   te   szczegoly   wgrywa   sie   to,   co   scharakteryzowalem   jako 
logiczna istote albertynizmu i tomizmu.

Stwierdzic to mozna rowniez badajac kosmologie Tomasza z Akwinu, lub tez niezmiernie szeroko zakreslona, na 

wszystkie dziedziny rozciagajaca sie, historie naturalna Alberta, ktora obejmuje ogromna liczbe tomow. Ta istotnosc 

17

background image

logiczna   opierajac  sie  na   takim  zalozeniu:  Nie   mozna  dojsc  ludzkim   rozumem,   a co   wowczas  nazywano   wlasnie 
"intelektem", do tego, co jest w gorze. Za pomoca scislej logiki i dialektyki dojsc mozna tylko do pewnej granicy, 
potem zas przejsc sie musi do tresci wiary. Oni obaj zreszta, jak to juz scharakteryzowalem, nie traktowali tych dwu  
rzeczy jako sprzecznych ze soba. "To, co ujac mozemy naszym rozumem oraz to, co jako tresc wiary zostalo nam  
objawione, istniec moze obok siebie".

Z czymzez jednak mamy tu do czynienia? sadze, ze do pytania tego podejsc mozna z roznych stron, ale gdy istote 

albertynizmu i tomizmu rozpatrujemy w sensie ogolno - ludzkim, zapytujemy: z czym tu mamy do czynienia?

Otoz u Tomasza czyms waznym i charakterystycznym bylo to, ze on trudzac sie nad rozumowym uzasadnieniem 

istnienia Boga, zmuszany byl dodac rownoczesnie taka uwage: "dochodzi sie do takiego wyobrazenia Boga, ktore  
w Starym Testamencie okreslane bylo slusznie mianem: ((Jahve")). To znaczy, ze Tomasz biorac za punkt wyjscia 
rozum dostepny kazdej duszy ludzkiej dochodzi jedynie do takiego jednolitego pojecia Bostwa, ktore znal takze Stary 
Testament, nazywajac je Bogiem - Jahve. Jesli jednak zechcemy dojsc do ((Chrystusa)), natenczas musimy przejsc do 
tresci wiary. Albowiem do Niego nie mozna dotrzec przez to tylko, co dusza odczuwa jako swa wlasna duchowosc.

Jednakze w owych pogladach o "podwojnej prawdzie", ze cos moze byc teologicznie prawdziwym, a filozoficznie 

falszywym   /a   przeciwko   czemu   wystapic   musiala   z zaprzeczeniem   scholastyka   w czasach   swego   najwyzszego 
rozkwitu, po prostu zgodnie z duchem czasu/ - tkwilo przeciez cos glebszego, a czego oczywiscie w owych czasach 
nacechowanych silna daznoscia do racjonalizmu i logiki nie mozna bylo pojac. 

Tym glebszym bylo mianowicie to, ze ludzie mowiacy o podwojnej prawdzie bynajmniej nie byli przeswiadczeni 

o tym, jakoby w ostatecznym rezultacie istniec mogly dwie rzeczy: jedna prawda objawiona teologicznie i druga, ktora 
mozna zdobyc rozumem. Byli oni tego zdania, ze te dwie prawdy istnieja ((tymczasowo)), aczlowiek dlatego tylko 
dochodzi do dwu prawd, poniewaz podlegl ((upadkowi grzechowemu)), ktory gleboko przeniknal do jego wnetrza.

Takie  przeswiadczenie  tkwilo  na  dnie  dusz   ludzkich  az   do  Alberta   i Tomasza.   I  z glebi   tych   dusz  powstalo 

pytanie: Czyz grzech pierworodny nie dotknal rowniez i naszego myslenia, czy nie opanowal on tego, co w sobie mamy 
jako nasz rozum? Czy nie na skutek tego wlasnie, ze rozum ludzki odpadl od duchowosci, ukazuje on nam jak kuglarz 
odmiennosc tresci wiary od prawdy rzeczywistej? Ale dopiero wtedy, gdy w ten nasz rozum przyjmiemy ((Chrystusa)), 
gdy przyjmiemy cos, co ten nasz rozum przemieni, rozwinie sie on dalej i stanie sie zgodny z prawda, bedac trescia 
wiary.

A zatem gdy w czasach poprzedzajacych Alberta i Tomasza mysliciele mowili o dwuch prawdach, to na dnie tego 

pogladu tkwila w pewien sposob zasada o stanie grzechowym rozumu ludzkiego. Nie mieli oni jeszcze potrzebnej do 
tego   sily   myslenia   i logiki,   by   w sposob   powazny   rozprawic   sie   z nauka   o grzechu   pierworodnym   oraz   z nauka 
o zbawieniu   przez   Chrystusa,   wszelako   dojsc   do   tego   pragneli   zadajac   sie   z nauka   o grzechu   pierworodnym   oraz 
z nauka o zbawieniu przez Chrystusa, wszelako dojsc do tego pragneli zadajac sobie takie pytanie: "Skoro nasz rozum 
jest skazony i wlada nim grzech pierworodny, w jaki tedy sposob Chrystus zbawi w nas prawde tego rozumu, ktory 
w nas teraz sprzeciwia sie prawdzie duchowo objawionej? W jaki sposob staniemy sie az do naszego najglebszego  
wnetrza chrzescijanami?

I oto zjawiaja sie Albert i Tomasz. Zrazu wydalo im sie, ze nie ma slusznosci taka mysl, jakoby zaglebiajac sie 

czysto logicznie w uniwersalia in rebus, biorac w siebie to co jest rzeczywistoscia, pozostawalo sie przez to w stosunku 
grzesznym do swiata. Jednakze w owym zagadnieniu scholastyki, znajdujacej sie u swego szczytu, miesci sie w gruncie 
zagadnienie  chrystologiczne.  To bowiem  czego  nie potrafila  rozwiazan scholastyka  w okresie  swego  najwyzszego 
rozkwitu, wyraza sie w takim zapytaniu: W jaki sposob wejsc moze Chrystus w myslenie ludzkie? Jak mozna to ludzkie 
myslenie przechrystusowic? W jaki sposob to myslenie, bedace wlasciwoscia czlowieka, Chrystus prowadzi w  gore az 
do sfery, w ktorej ono zjednoczyc sie moze z tym co jest duchowa trescia wiary?

To pytanie gleboko zapadlo w dusze scholastykow, stajac sie glowna sprezyna ich dzialalnosci. I stad, pomimo ze 

scholastyke cechuje najdoskonalsza technika logicznego myslenia, wazne jest przede wszystkim to, by nie brac pod  
uwage jedynie samych rezultatow scholastycyzmu, ale poza odpowiedzia, by spojrzec takze na sposob stawiania pytan 
i pomijajac to do czego ci ludzie dwunastego i trzynastego stulecia mogli sie dopracowac, spojrzec na owe wielkie 
problemy, jakie sobie wtedy stawiano.

Chrystologia w tych czasach nie byla na tyle rozwinieta, aby mozna bylo dosledzic sie wybawienia ludzi z grzechu 

pierworodnego az do ich myslenia. I dlatego Albert i Tomasz odmowili rozumowi ludzkiemu prawa wkraczania na te 
stopnie, z ktorych moglby przeniknac w swiat duchowy. Scholastyka mogla jedynie postawic sobie takie pytanie: ((W 
jaki   sposob  myslenia   ludzkie   rozwijac  sie  moze  ku  gorze,  ku  ogladowi  swiata   duchowego?))   Najwyzszy  rezultat 
szczytowej scholastyki byl zatem tylko ((pytaniem!)) I to pytanie ciazylo na Tomasza z Akwinu, gdy w roku 1274 
umieral. Albert w chwili smierci dopracowac sie mogl tylko do tego pytania!

I   pytanie   to   istnieje   tez,   jako   cos   gleboko   intymnego,   w duchowej   kulturze   europejskiej.   To   czym   sie   ono 

nastepnie stalo, zaznacze na razie w taki tylko sposob: Czlowiek wniknac moze w istote rzeczy tylko do pewnego 
stopnia. Potem przyjsc musi tresc wiary. A tylko zwazac nalezy, aby te dwie rzeczy nie byly ze soba sprzeczne. Zwykly 
rozum nie jest w stanie sam ze siebie pojac rzeczy najwyzszych, jak np. Trojcy sw., inkarnacji Chrystusa w  czlowieku 
Jezusie itp. Jego pojmowanie dojsc moze do tego tylko, ze powie sobie tak: Swiat mogl powstac w czasie, ale rowniez 
wywodzic sie moze z bezczasowosci, z wiecznosci. Objawienie mowi, ze powstal on w czasie. Otoz zwracajac sie do 
rozumu, znalezc mozna dowod na to, ze powstanie swiata w czasie jest rozsadniejsze.

To, co pozostalo ze scholastyki, drodzy moi sluchacze, przebywa wiecej niz sie przypuszcza w naszej dzisiejszej 

18

background image

wiedzy, w calym zewnetrznym zyciu wspolczesnym, choc niewatpliwie w szczegolnej postaci.

Jutro mam zamiar mowic o tym, jak w duszach naszych w gruncie rzeczy zywa jest jeszcze scholastyka i jakie 

stanowisko zajac musi wobec tego, co w nim z niej jest jeszcze zywe - czlowiek wspolczesny.

19

background image

III
TOMIZM W CZASACH OBECNYCH
Drodzy sluchacze! Przy koncu wczorajszych rozwazan nad scholastyka staralem sie wskazac na to, ze w kazdym 

pradzie myslowym najbardziej istotne znaczenie maja problemy. Mowilem o niektorych problemach, jakie pojawily sie 
w duszach   ludzkich   w sposob   zupelnie   okreslony.   Skoncentrowaly   sie   one   ostatecznie   w pewnej   tesknocie   za 
zrozumieniem tego, w jaki sposob czlowiek osiaga poznanie potrzebne mu do zycia i w jakim zwiazku pozostaje ono 
z tym, co stalo sie trescia wiary zachodniego Kosciola chrzescijanskiego.

Scholastycy, jak to widzielismy, mieli juz do czynienia z ludzka indywidualnoscia, ktora w taki sposob zmagajac 

sie   ze   soba,   coraz   bardziej   sie   wyzwalala.   Lecz   nie   mogla   ona   juz   swego   poznania   wzniesc   na   wyzyny   owej  
prawdziwej, konkretnej tresci duchowej, jaka przez pewien czas przyswiecala jeszcze z resztek neoplatonizmu oraz 
z tego, co pozostalo po Areopagicie, a takze po Scocie - Erigenie. Mowilem rowniez o tym, ze impulsy wniesione 
w czasach rozkwitu scholastyki zyly nastepnie w pewien sposob dalej, lecz to ich dalsze zycie moznaby tak okreslic, ze 
dlugo jeszcze potem dzialal ow sposob, w jakim ujmowalo sie te potezne problemy.

Zagadnienie, ktore wlasnie ma byc trescia dzisiejszego rozwazania, a ktore uwazano za najwazniejsze, bylo takie: 

Jaki jest stosunek czlowieka do rzeczywistosci zmyslowej i do rzeczywistosci duchowej?.

To zagadnienie istnieje wlasciwie wciaz jeszcze i dzis, choc w formie calkiem odmiennej pod wzgledem metody. 

Ale ze zagadnienie to przyjac moglo forme zupelnie przeciwna scholastyce, dzis juz sie tego nie dostrzega. A  jednak te 
wszystkie rzeczy tkwia poniekad w tym, co wyraza sie jako dzialalnosc umyslowa czasow najnowszych, jakkolwiek 
ulegly one zasadniczemu przeobrazeniu pod wplywem tego, co w rozwoju wniosly na polu filozofii pozniejsze wybitne 
osobistosci.

To  tez  gdy  tylko   od  Tomasza  z Akwinu   przejdziemy  do  ((Dunsa  -  Scota)),  franciszkanina,  prawdopodobnie 

pochodzacego z Irlandii, ktory w XIV - tym wieku nauczal w Paryzu a potem w Kolonii, natychmiast spostrzegamy, ze 
problem   ten,   nawet   dla   tak   cudownej   i wypracowanej   techniki   myslenia,   bedacej   spuscizna   czasow   wlasciwego 
mistrzostwa w mysleniu, to jest scholastyki, jest juz do pewnego stopnia za wielki. Przed Dunsem Scotem staje na 
nowo pytanie: W jaki sposob dusza ludzka przebywa w cielesnosci?

U Tomasza z Akwinu, jak to juz wczoraj mowilem,ta sprawa przedstawiala sie tak, ze wyobrazal on sobie dusze 

jako pewna zasade dzialajaca w glebi cielesnosci. Wedlug niego czlowiek wchodzac przez poczecie i narodzenie w byt 
fizyczny,  w byt  zmyslowy,  jest wprawdzie na skutek dziedzicznosci cielesnej wyposazony w sily wegetatywne, we 
wszystkie sily mineralne oraz w sily warunkujace zdolnosc zmyslowego ujmowania swiata, ale wnika w niego ponadto 
bez preegzystencji, jako pewien nowy czlon, wlasciwy intelekt, intelekt czynny, czyli to co Arystoteles nazywa: "nonus  
poieticos". Tomasz jednak ujmuje sprawe w taki sposob, ze ow nous poieticos wchlania niejako w siebie caly czynnik 
wegetatywny duszy oraz czynnik animalny i osadza sie w cielesnosci, aby to wszystko soba ogarnac i odpowiednio 
przetworzyc.   Czynnik   ten,   ktory   pochodzi   z wyzyn   wiecznosci,   przeniknawszy   cialo   ludzkie,   moze   zyc   dalej 
niesmiertelnie, aczkolwiek bez preegzystencji, zyc dalej w tym wszystkim co zdolal uzyskac za posrednictwem ciala 
ludzkiego.

Otoz Duns scot nie moze juz sobie wyobrazic, by ow rozum czynny mogl ogarnac soba caly system sil ludzkich.  

Przedstawic to sobie moze jedynie tak, ze ludzka cielesnosc istnieje juz jako rzecz do pewnego stopnia gotowa i  ze 
czynnik wegetatywny i animalny zachowuje w ciagu calego zycia pewna samodzielnosc, a tylko potem, po smierci 
zostaje odrzucony, podczas gdy w niesmiertelnosc przechodzi wlasciwa zasada duchowa, intellectus agens.

Nie   moze   on   siebie   rowniez   i tego   przedstawic,   co   jeszcze   w pewien   sposob   wyczuwal   Tomasz   z Akwinu, 

a mianowicie:  przenikanie przez te ludzka zasade duchowo - duszna calego  ciala. Ani Duns Scot, ani  jego uczen 
((Wilhelm   von   Occam)).   ktory   w XIV   -   tym   wieku   zmarl   w Monachium,   nie   mogli   sobie   tego   wyobrazic.   Lecz 
stwierdzic sie musi, ze ow Wilhelm Occam, dla ktorego rozum ludzki byl juz czyms abstrakcyjnym i nie reprezentowal 
swiata   duchowego,   poniewaz   do   niego   -   jak   sadzil   -   dochodzilo   sie   jedynie   przez   spostrzezenia   zmyslowe   i ich 
rozwazanie,   zawrocil   napowrot   do   nominalizmu.   Nie   potrafil   on   juz   tak   myslec   jak   myslano   dawniej 
o rzeczywistosciach istniejacych w uniwersaliach, w ideach. Powrocil wiec do podladu, ze to co w czlowieku utrwala 
sie   jako   idea,   jako   pojecie   ogolne,   zostalo   tylko   wykoncypowane   z otaczajacego   swiata   zmyslowego   i przebywa 
w umysle ludzkim jako slowo, jako nazwa po to, by moc wygodniej ujmowac byt w pewne calosci. Jednym slowem 
zawraca on do nominalizmu.

W istocie jest to wazne zdarzenie. Widzimy tu bowiem, ze ow nominalizm, z jakim wystapil taki np. Roscelin, 

a ktoremu po zastosowaiu go rozpadla sie Trojca! - trwa dalej, a tylko na jakis czas zrobila w nim wylom wysilona 
praca myslowa Alberta Wielkiego i Tomasza z Akwinu oraz niektorych innych myslicieli. Ludzkosc europejska zaraz 
potem   popada   znow   w nominalizm,   ktory   w gruncie   rzeczy   jest   niezdolnoscia   wytwarzajacej   sie   obecnie 
indywidualnosci ludzkiej do ujecia duchowej realnosci tego, co istnieje w duchu jako idea. Indywidualnosc ludzka nie 
moze   juz   ujac   idei   w takim   rozumieniu,   ze   przebywaja   one   w czlowieku,   a rownoczesnie   w pewien   sposob   i 
w rzeczach.

Wkrotce  juz  po owej  przerwie  idee  przestaja  byc  dla ludzi  realnosciami,  stajac  sie  znow nazwami, pustymi 

abstrakcjami. Spogladamy na coraz wieksze trudnosci, jakie mysleniu europejskiemu stawia zagadnienie dotyczace 
poznania. Ostatecznie, my ludzie zmuszeni jestesmy poznawac za pomoca idei, a w kazdym razie na poczatku naszego 
poznawania poslugiwac sie musimy ideami. Rodzic sie wiec w nas musi wciaz na nowo wielkie pytanie: w jaki sposob 

20

background image

owe idee oddaja rzeczywistosc? Lecz z chwila gdy ktos idee uwaza jedynie za nazwy pozbawione wszelkiej realnosci, 
to w gruncie rzeczy nie ma juz prawie zadnej mozliwosci, by znalezc odpowiedz na to pytanie.

I   oto   te   idee,   ktore   dla   dawnej   Grecji   /a   przynajmniej   dla   Grecji   wtajemniczonej/   byly   jeszcze   ostatnimi  

zwiastunami realnego swiata ducha, splywajacymi  z gory,  dla swiadomosci europejskiej  stawaly sie coraz wieksza 
abstrakcja.

Sledzac zas dalej rozwoj zachodniego myslenia widzimy, ze proces abstraktyzacji idei, stawania sie idei slowem, 

postepuje   w gruncie   rzeczy   coraz   dalej.   Pojawiaja   sie   wprawdzie   jeszcze   potem   poszczegolni   mysliciele,   jak   np. 
((Leibnitz)), ktorzy posiadajac pewien tradycyjny poglad duchowy odrzucaja takie zapatrywania. Leibnitz na przyklad  
sprowadza wszystko do indywidualnych monad swiata, ktore sa wlasciwie istotami duchowymi. On jednakze, ze tak 
powiem, wzniosl sie ponad innych jak wieza wysoko, poniewaz mial jeszcze odwage przedstawic swiat, jako cos 
duchowego.

I   tak   tez   jest!   Swiat   jest   naprawde   duchowy   i sklada   sie   rzeczywiscie   z samych   duchowych   jestestw.   Lecz 

powiedzialbym tak: To, co dla czasow dawnych, kiedy posiadalo sie poznanie bardziej instynktowne, nieprzeswietlone 
taka logika, jaka posiadala scholastyka bylo duchowo zroznicowanymi Indywidualnosciami, to dla Leibnitza bylo juz 
tylko "monadami", czyli jakby duchowymi punktami, ktore uporzadkowane wedlug swych stopni schodza stopniowo 
w dol. Wprawdzie stwierdza sie tu pewna indywidualnosc, ale tylko w postaci monady,  czyli  jakby jestestwawego 
punktu. Pominawszy jednak Leibnitza, widzimy na calym  Zachodzie usilowanie, by zdobyc  sobie pewnosc co do  
podstaw bytu. Lecz rownoczesnie dostrzegamy tu calkowita niezdolnosc do rzeczywistego rozwiazania zagadnienia 
mominalizmu.

W   najbardziej   wybitny   sposob   wystepuje   tu   u mysliciela,   stawianego   zreszta   zupelnie   slusznie   w punkcie 

wyjsciowym naszej historii filozofii, mianowicie u ((Descartesa Karteziusza)), ktory zyl w pierwszej polowie XVII - 
tego wieku. W historii filozofii podaje sie zawsze jako zasadnicza podstawe filozofii Kartezjusz jego powiedzenie: 
"Cogito, ergo, sum" /mysle, a wiec jestem/. W powiedzeniu tym tkwi jeszcze cos z dazen augustynianizmu. Albowiem 
Augustyn wydobywa sie z tego zwatpienia, o ktorym mowilem w pierwszym wykladzie, w taki sposob, ze dochodzi do 
nastepujacego przekonania: "Moge watpic we wszystko, jednakze niewzruszonym zostaje sam fakt mego watpienia 
oraz   to,   ze   podczas   tego   gdy   watpie,   zyje   przeciez.   Moge   wiec   powatpiewac,   nie   naokolo   mnie   istnieja   rzeczy 
zmyslowe, ze istnieja chmury, ze istnieja gwiazdy, moge watpic, ze jest Bog, ale gdy w  to watpie, to przeciez istnieje 
zwatpienie. Nie moge watpic w to, co sie dzieje w mej wlasnej duszy. Tu jest pewnosc, tu jest pewien punkt wyjscia".

Mysl   te   na   nowo   podejmuje   Karteziusz.   "Mysle,   wiec   jestem".   Narazamy   sie   oczywiscie   na   przykre  

nieporozumienie, gdy rzeczy uznanej historycznie przeciwstawic musimy pewna calkiem prosta rzecz. A jednak jest to 
konieczne.   Otoz   Kartezjusz   i wielu   jego   nastepcow}   a mial   on   pod   tym   wzgledem   niezliczona   ilosc   nastepcow/, 
zapatruje sie na te sprawe w taki sposob: "Kiedy w swej swiadomosci mam pewna tresc myslowa, kiedy zatem mysle, 
to faktu tego nie da sie zaprzeczyc, ze skoro mysle, to jestem. Byt moj staje sie pewnoscia dzieki memu mysleniu. Przez 
to, ze mysle, zakorzeniony jestem niejako w bycie swiata. Moim mysleniem zapewnilem sobie byt".

Tym   oto   rozpoczyna   sie   wlasciwa   filozofia   nowoczesna   jako   intelektualizm,   jako   racjonalizm,   jako   cos,   co  

calkowicie opiera sie na mysleniu. I tylko pod tym jednym wzgledem przypomina ona scholastycyzm. Ten bowiem 
zwraca   sie   rowniez   w energiczny   sposob   ku   intelektualizmowi.   U Kartezjusz   widzimy   dwie   rzeczy.   Wysunac   tu 
musimy  przede   wszystkim   taki   zarzut:   Czy  rzeczywiscie   przez   fakt,   ze   mysle,   ujmuje   swoj   byt?   Kazdy  sen   jest  
dowodem czegos innego. /Jest to wlasnie ow prosty zarzut, ktory kazdy moze wysunac/. Oto co rano, budzac sie ze snu, 
wiemy przeciez, ze od wieczora do rana istnielismy, chociaz wtedy nie myslelismy! Juz sam ten fakt po prostu obala to  
zdanie: cogito, ergo sum, mysle, wiec jestem. Jest to tak proste, ze poniekad przypomina owo jajo Kolumba i konieczna 
jest rzecza, aby tan fakt przeciwstawic owemu uznaniu zdania Kartezjusz, ktore pociagnelo za soba tyle nastepst.

To jedna rzecz, ktora podniesc nalezy w odniesieniu do Kartezjusza. Druga rzecza jest takie pytanie: Ku czemu 

wlasciwie   skierowana   jest   cala   folozoficzna   daznosc   Kartezjusza?   Nie   kieruje   sie   ona   ku   "ogladowi",   nie   jest 
nastawiona   na   przyjecie   do   swiadomosci   tajemnicy   swiata,   w istocie   swej   zorientowana   jest   ona   calkiem 
intelektualistycznie, calkiem myslowo. Nastawiona jest tylko na pytanie: w jaki sposob zdobyc mozna pwenosc, w jaki 
sposob wyzwolic sie z watpliwosci i jak mozna dowiedziec sie o tym, ze istnieja rzeczy i za ja sam istnieje? Nie jest to 
juz zagadnienie materialne, zagadnienie tresciowego wyniku z obserwacji swiata, ale zagadnienia zdobycia pewnosci 
poznania. Wyroslo ono z nominalizmu scholastykow, ktorzy na pewien tylko czas pokonali Albert i Tomasz, ale ktory 
poza ich plecami natychmiast pojawia sie na nowo. W ten sposob z dusz ludzkich wydobywa sie utajona w nich chec 
((nadania ideom charakteru nazwy)), aby przyjawszy w siebie te nazwy odnalezc w swych  duszach taki punkt, na 
ktorym oparlszy sie uzyskac by mozna juz nie obraz swiata, nie poglad na swiat, ale pewnosc, ze to wszystko nie jest  
wogole zluda, nie jest nieprawda i ze patrzac na swiat spogladamy na pewna realnosc, a takze patrzac na dusze, mamy 
tu jakas realnosc.

W tych wszystkich  przejawach dostrzec mozna wyraznie  to, na co wskazalem  wczoraj pod koniec wykladu,  

a mianowicie,   ze   ludzka   indywidualnosc   doszla  wprawdzie   do  intelektualizmu,   ale   w tym   intelektualizmie,   w tym 
elemencie myslowym  nie wyczula jeszcze ((problemu Chrystusa)). U Augustyna ow problem Chrystusa - moznaby 
powiedziec   -   w tym   sie   przejawia,   ze   on   spoglada   na   cala   ludzkosc.   U chrzescijanskich   mistykow   sredniowiecza 
Chrystus zaledwo zaczyna switac. Ale nie widac Go juz zupelnie u tych filozofow, ktorzy znalezc Go chca, opierajac 
sie tylko na mysleniu, na tak bardzo zreszta potrzebnym dla rodzacej sie indywidualnosci mysleniu, wzglednie na tym,  
do czego takie myslenie dojsc moze.

21

background image

Otoz to myslenie, jakie zrazu z duszy sie wylania, jest tego rodzaju, ze silnie opiera sie temu, co jest najglebsza 

zasada chrzescijanska, mianowicie opiera sie wszelkiemu przeobrazeniu, wzbrania sie przed jakakolwiek metamorfoze 
wewnetrzna. Nie zyczy ono sobie wcale, aby do zycia poznawczego ustosunkowac sie tak, ze: skoro mysle przede  
wszystkim o sobie i o swiecie, to mysle mysleniem niedoskonalym, takim, jakim uczynil je upadek pierworodny. Zatem 
konieczna jest rzecza, by moje myslenie wydzwignelo sie w gore ponad siebie, by sie ((przeistoczylo)), by wznioslo sie 
ku sferze wyzszej!

Ta koniecznosc rozblysla wlasciwie raz jeden tylko w umysle jednego z nastepcow Kartezjusza, mianowicie ((u 

Spinozy)). I to rzeczywiscie ma swe wielkie uzasadnienie, ze Spinoza wywarl  gleboki wplyw na takich ludzi, jak  
((Herder i Goethe)). Spinoza bowiem, choc pozornie zupelnie jeszcze tkwi w intelektualizmie, to jednak intelektualizm 
ten ujmuje on w taki sposob: Czlowiek, wedlug niego, dojsc moze do prawdy tylko na tej drodze/ polegajacej zreszta 
u niego na rozwoju intuicji/, ze wewnetrznie przeistoczy to zycie intelektualne swej duszy, nie poprzestajac jedynie na 
tym, co istnieje w zyciu codziennym oraz w zwyczajnym zyciu naukowym. I tu wlasnie dochodzi Spinoza do takiego 
wniosku: Myslenie ludzkie na skutek swego rozwoju napelnia sie na nowo pewna trescia duchowa.

Zatem ow "swiat duchowy", o ktorym mowi plotynizm, do pewnego stopnia odslania sie takiemu mysleniu, ktore 

usiluje wyjsc naprzeciw ducha. Myslenie takie wypelnia wtedy ((duch)), jako "intuicja".

Jest rzecza interesujaca i, jak sadze, nawet bardzo interesujaca, ze w ten sposob mowi wlasnie Spinoza. Powiada 

on tak: Gdy ogarniemy spojrzeniem swym byt wszechswiata, rozwijajacy sie w swej najwyzszej substancji w duchu, 
a nastepnie ow sposob, w jakim my, wznoszac sie mysleniem  naszym  do intuicji, przyjmujemy tego ducha w swe 
dusze,   widzimy,   ze   wowczas   nastawieni   jestesmy   z jednej   strony   intelektualistycznie,   poniewaz   dowodzenia 
przeprowadzac   mozemy   w sposb   niejako   scisle   matematyczny,   lecz   z drugiej   strony   przez   takie   dowodzenie 
rownoczesnie  sami   sie  rozwijamy i wznosimy tak,  ze duch  moze nam  wyjsc   naprzeciw.  Rozwinawszy  sie  w taki 
sposob, zrozumiemy wlasciwy bieg historycznego rozwoju, zrozumiemy strone wewnetrzna zycia ludzkosci.

Doprawdy dziwna to rzecz, ze wlasnie z pism zycia Spinozy wypromienia sie jak swiatlo nastepujace zdanie: 

Najwyzsze objawienie boskiej substancji dane jest w Chrystusie. W Chrystusie intuicja doszla do teofanii, do tego, ze 
Bog stal sie czlowiekiem. Przeto glos Chrystusa jest naprawde glosem Boga i droga do zbawienia.

A zatem zyd Spinoza doszedl do tego, ze czlowiek opierajac sie na swym intelektualizmie moze sie tak rozwinac,  

ze duch moze wyjsc mu naprzeciw. A gdy nastepnie uzyska moznosc zwrocenia sie do Misterium Golgoty, natenczas 
owo   wypelnienie   duchem   nie   bedzie   juz   tylko   "intuicja",   to   znaczy   objawieniem   sie   ducha   przez   myslenie,   ale 
przemieni sie w "teofanie", w objawienie sie samego Boga.

Ze Spinoza nie kryl sie wcale z tym, co mu sie tak nagle objawilo, swiadczy powyzsze jego wypowiedzenie. I to 

tez przepaja jego "Etyke", nadajac jej pewien specjalny ton. Nastroj ten przechodzi nastepnie i na czytelnika, jesli ten 
zdolny jest do odczucia takich rzeczy. Jasnym wiec sie staje, ze dla Goethego, a zatem czlowieka, ktory potrafil czytac 
takze miedzy wierszami, ktory sercem  wyczuwal to wszystko, co w tej ksiazce pulsuje, "Etyka"  Spinozy stala sie 
dzielem ogromnie cennym.

Wszelako sprawy te nie nadaja sie do tego rodzaju abstrakcyjnego rozpatrywania, jakie zazwyczaj stosuje sie 

w historii filozofii. Nalezy na nie spojrzec takze ze stanowiska ludzkiego. Nalezy spojrzec na to, co ze Spinozy i jego 
filozofii promieniowalo w dusze Goethego.

Ale faktycznie na bieg czasow pozniejszych nie wplynelo to, co w taki sposob przeswieca miedzy wierszami 

Spinozy. Przeciwnie, ow bieg czasow opanowalo to wlasnie, co nie bylo zdolne wyjsc ponad nominalizm. Zrazu ow  
nominalizm przybiera taka postac, ze czlowiek coraz bardziej zaplatuje sie w nastepujaca mysl: To, co przebywa we 
mnie nie jest w stanie tak sie zanurzyc w swiat zewnetrzny, aby moc poznac jego nature. I oto taki nastroj, ze sie jest 
w sobie samym zasklepionym i odcietym od swiata zewnetrznego, ze nie mozna wyjsc poza siebie na zewnatrz, by 
pochwycic cos z tego swiata zewnetrznego, nastroj ten pojawia sie nastepnie w wieku XVII - tym u filozofa ((Lockea)) 
w formie nastepujacej:  To, co w swiecie zewnetrznym  spostrzegamy jako tony i barwy,  nie wprowadza nas wcale 
w realnosc swiata zewnetrznego. Jest to bowiem w gruncie rzeczy tylko oddzialywaniem tego swiata zewnetrznego na 
nasze zmysly, a zatem czyms subiektywnym.

Tak wyglada jedna strona sprawy. Druga zas strona jest to, ze w wieku XVI - tym i XVII - tym u umyslow tego 

rodzaju jak ((Bakon z Verulamu)) nominalizm staje sie pogladem przenikajacym we wszystko. Wyraza sie on u niego 
w nastepujacym zdaniu: Usunac trzeba z czlowieka zabobonna wiare w cos, co naprawde istnieje tylko jako nazwa. 
Wtedy  tylko   mamy   przed   soba   jakas   realnosc,   gdy   spogladamy   na   swiat   zmyslowy.   Jedynie   zmysly   w poznaniu 
doswiadczalnym dostarczaja nam pewnej realnosci.

Wobec tego dla Bakona te realnosci, dla ktorych Albert i Tomasz zbudowali cala swa rozumowa teorie poznania, 

nie odkrywaja naprawde zadnej roli naukowej. U Dakona to wszystko juz sie tak rozwodnilo, ze nie moze wyplynac 
zwnetrza czlowieka z pewnoscia i scisloscia naukowa. Dla niego swiat ducha jest tylko trescia wiary, co nazywamy 
wiedza, co nazywamy poznaniem. Poznanie zdobywac  mozna tylko przez zewnetrzna obserwacje i doswiadczenie, 
ktore jest tez obserwacja zewnetrzna, a tylko bardziej duchowa.

I w taki to sposob sprawa ta posuwa sie potem dalej az do ((Humea)) w XVIII - tym wieku dla ktorego nawet 

zwiazek miedzy przyczyna  a skutkiem znajduje sie tylko w ludzkiej subiektywnosci. Wedlug niego jest to cos, co 
ostatecznie czlowiek przypisuje rzeczom jedynie z pewnego zewnetrznego przyzwyczajenia.

Widzimy zatem, ze ow nominalizm, spadek po scholastyce, ciazy na ludziach jak zmora. Coz wiec jest najbardziej 

znamienne   w tym?   Najbardziej   znamiennym   jest   fakt,   ze   istniala   scholastyka   ze   swoim   bystrym   mysleniem   i ze 

22

background image

pojawila   sie   ona   w czasie,   kiedy   wladze   rozumu   mialy  byc   oddzielone   od   prawdy   swiata   duchowego.   Zadaniem 
scholastyki bylo z jednej strony spogladac na prawde przekazana jako tresc wiary, jako tresc objawienia koscielnego, a 
z drugiej strony uwage swa zwracac na to, co mozna uzyskac tylko przez zdolnosc ludzkiego poznawania.

Jednakze owa pozniejsza zmiana frontu /bedaca po prostu koniecznoscia rozwojowa czasow/ stracila z oczu ten 

punkt widzenia, jaki przyswiecal scholastykom. W czasach kiedy Tomasz i Albert rozwijali swa wlasna filozofie, nie 
istnial wogole swiatopoglad nauk przyrodniczych, nie dzialal jeszcze Galileusz, Giordano Bruno, Kopernik, Keppler. 
Nie istnial wtedy taki poglad na przyrode zewnetrzna, jaki uzyskuje sie silami rozumu ludzkiego. Zatem w czasach tych 
nie bylo jeszcze potrzeby rozprawiac sie z tym, co wykryc moze rozum ludzki z glebi duszy dzialajacy, a z drugiej 
strony z tym  co zdobyc mozna z zewnetrznego doswiadczalnego swiata, ze swiata zmyslow. Za to konieczne bylo 
wtedy   rozprawic   sie   ze   stosunkiem   zachodzacym   miedzy  tym,   co   jest   skarbem   prawd   duchowych   przez   Kosciol 
przekazanym. Do prawd tych nie mogli juz dojsc ludzie przez swoj wlasny rozwoj indywidualny, poniewaz niezdolni 
sie stali wzniesc sie do nich z glebi wlasnej realnosci, a tylko widzieli je w takiej postaci, w jakiej podawal je Kosciol 
jako Pismo, jako Tradycje itd.

Cisnie  sie  wiec   teraz   na usta  pytanie:   Jaki  stosunek  zachodzi   miedzy trescia   rozumu,  a wiec  tym  co  Albert 

i Tomasz rozwineli jako teorie poznania w odniesieniu do tresci rozumowej, a trescia swiatopogladu przyrodniczego?

Mozna by tak rzec: Az do XIX - tego wieku wlacznie ma sie tu do czynienia tylko z pewnym  bezowocnym 

zmaganiem sie. I oto widzimy rzecz ogromnie dziwna. Spogladajac wstecz na XIII - tym stulecie widzimy, jak Albert 
i Tomasz pouczaja ludzkosc o istnieniu granic poznania dla rozumu ludzkiego, jesli chodzi o tresc wiary i objawienia. 
Widzimy jak Albert i Tomasz idac krok za krokiem rozumuja w taki sposob: Istnieje tresc objawienia, ale dla ludzkiego 
poznania opierajacego sie na rozsadku dostepna jest ona tylko do pewnego stopnia, poniewaz wznosi sie ponad to  
poznanie rozumowe pozostajac dla niego zagadka swiata. Takie zagadki swiata dla czlowieka mozna wyliczyc. Jest to 
na przyklad obecnosc czyli inkarnacja Ducha w Sakramencie itp. To wszystko znajduje sie poza obrebem ludzkiego 
poznania. Gdy patrzymy na to, rozumiemy, ze dla Alberta i Tomasza sprawa przedstawiala sie tak, ze czlowiek nie 
moze spojrzec w glab swiata duchowego, poniewaz natyka sie na granice swego poznania.

Tak ukladaly sie te rzeczy dla trzynastego stulecia. A teraz skierujemy wzrok na wiek dziewietnasty. Uderza nas 

tu   pewien   dziwny   fakt.   Oto   w latach   VII   -   mych,   XIX   -   tych   wieku   na   pewnym   slynnym   zebraniu   uczonych 
przyrodnikow w Lipsku ((Du Boia - Reymond)) wyglasza odczyt o granicach poznania przyrody, odczyt, ktory wywarl 
ogromne wrazenie. Wkrotce potem ma on znow odczyt o "siedmiu zagadkach swiata".

Jakiez zagadnienie pojawilo sie wowczas? Wyglada to tak: ((Tu)) stoi czlowiek, a ((tu)) sa granice poznania. Po 

drugiej stronie tej granicy znajduje sie swiat materialny, znajduja sie atomy i to wszystko, o czym Du Bois - Reymond 
wyraza sie, ze "my nie wiemy wcale czym jest ta materia, ktora jakby jakie widmo pojawia sie w przestrzeni... "Po tej 
zas stronie granicy znajduje sie to, co rozwija w duszy ludzkiej.

Jesli nawet wyda sie drobnostka to zagadnienie, jakie wysunal Du Bois - Reymond w latach siedemdziesiatych 

XIX - tym wieku w porownaniu z imponujacym dzielem, jakiego dokonala sredniowieczna scholastyka, to jednak jest 
ono pewnym odpowiednikiem tamtego. W scholastyce wysuwano zagadnienia, dotyczace zagadki swiata duchowego,  
tu zas zagadnienie tyczace sie zagadki swiata materialnego. Tam odczuwano granice miedzy czlowiekiem a Aniolami 
i Bogiem, tutaj staja sie przed granica wytyczna miedzy czlowiekiem a atomami.

Spojrzec musimy glebiej na te rozpietosc czasu, aby dojrzec blizsze oraz dalsze nastepstwa, jakie wynikly wlasnie 

ze scholastycyzmu.

Otoz nastepstwem scholastycyzmu byla filozofia ((Kanta)) pozostajaca pod wplywem Humea, a pod wrazeniem 

ktorej znajduja sie wciaz jeszcze ludzie uprawiajacy filozofie. Gdy bowiem w latach szesciesiatych XIX - tego wieku 
o filozofii kantowskiej nieco przycichlo, filozofowie niemieccy natychmiast rzucili haslo: "z powrotem do Kanta!" i  do 
tego czasu datuje sie olbrzymia literatura kantowska. Procz tego pojawili sie i samodzielni mysliciele kantowscy, jak 
Volkert, Cohen itd. moznaby ich wyliczyc legion caly.

Dzis naturalnie mozemy tu scharakteryzowac Kanta tylko w ogolnych zarysach, wystarczy jednak gdy wskazemy 

na to, co jest dla niego istotne. Nie sadze, aby czlowiek naprawde studiujac Kanta mogl go ujac inaczej niz tak, jak to 
usilowalem uczynic w mej niewielkiej rozprawce pt. "Wahrheit und Wissenschaft" /Prawda a wiedza/. Pod koniec lat 
szesdziesiatych   i na   poczatku   siedemdziesiatych   lat   XVIII   -   tego   stulecia   pojawia   sie   przed   Kantem   z cala   moca 
zagadnienie, juz nie pewnych okreslonych formach, obrazach i pojeciach, lecz formalne zagadnienie poznawcze:Jak 
mozna   uzyskac   pewnosc   czegokolwiek   w swiecie   zewnetrznym,   pewnosc   tego,   ze   w swiecie   zewnetrznym   cos 
naprawde   istnieje?   Bardziej   niz   jakakolwiek   tresc   poznania   gnebi   Kanta   zagadnienie   pewnosci   poznania.   Moim 
zdaniem,  biorac  sie  do krytyki  Kanta,  powinno sie wlasnie  wyczuc,  ze u Kanta  mamy do czynienia  nie z trescia 
poznania, ale z dazeniem do pewnosci poznania.

Wezmy do reki Kanta "Krytyke czystego rozumu", "Krytyke rozumu praktycznego" i przypatrzymy sie jak tam po 

klasycznym poniekad rozdziale o przestrzeni i czasie, przystepuje sie tylko czysto pedantycznie dla uzyskania pewnej 
calosci. Ow caly wyklad w "Krytyce czystego rozumu" nie przebiega wcale w taki sposob, jak u czlowieka, ktory swa 
krwia serdeczna znaczy droga od zdania do zdania. Dla Kanta jest sprawa o wiele, wiele wazniejsza od zewnetrznej 
rzeczywistosci, stosunek pojec, a wiec tego, co jest trescia calego poznania do tej zewnetrznej rzeczywistosci. Sama zas 
tresc on tylko zbiera i gromadzi ze wszystkiego co mu przekazala dotychczasowa filozofia, ktora jedynie schematyzuje 
i systematyzuje.  Ze  wszystkiego  jednak wyziera  pytanie:  Jak dojsc do pewnosci,  do takiej  pewnosci, jaka sie ma 
w matematyce?

23

background image

I   oto   do   takiej   pewnosci   dochodzi   on   w pewien   sposob,   ktory   w istocie   nie   jest   niczym   innym,   jak 

((nominalizmem)),   a tylko   nieco   przemienionym,   a ponadto   skrzetnie   zakrytym.   Jest   to   bowiem   prawdziwy 
nominalizm, a tylko ze obecnie rozciaga sie on poza ideami uniwersalnymi na formy zmyslowosci, czasu i przestrzeni.

Kant powiada tak: To, co w duszy rozwijamy jako tresc poznawcza, nie ma w gruncie rzeczy nic wspolnego 

z samymi rzeczami. My tylko sami obdarzamy tym rzeczy. Cala forme naszego poznania wydobywamy z nas samych. 
Jesli   mowimy,   ze   "A"   jest   w lacznosci   z "B"   na   zasadzie   przyczyny   i skutku,   to   ta   zasada   istnieje   tylko   w nas. 
Obdarzamy nia tylko "A" i "B", obydwie tresci poznawcze, albowiem przyczynowosc wnosimy w rzeczy sami.

Innymi slowy /choc to, co tu powiem wyglada na paradoks, ale w rzeczywistosci wobec ogromnego znaczenia, 

jakie zdobyla sobie filozofia Kanta, jest to "paradoks historyczny", ktory wypowiedziec sie musi: Kant szuka pewnosci 
na tej drodze, ze zaprzecza w ogole temu, jakoby mozna bylo tresc poznawcza zaczerpnac z rzeczy. Twierdzi bowiem, 
ze czerpiemy ja z nas samych i wkladamy w rzeczy. Moznaby to wyrazic rowniez w taki sposob i w tym tkwi wlasnie 
owa  paradoksalnosc:   Ze   posiadamy  prawde,  poniewaz  sami   ja robimy.   Prawde  mamy w subiekcie,   gdyz   jest  ona 
wytwarzana   przez   nas   samych.   To   my   dopiero   wnosimy   prawde   w rzeczy.   Oto   macie   ostateczna   konsekwencje 
nominalizmu!.

Scholastyka zmagala sie z uniwersaliami, z zagadnieniem jak to, co ujmujemy w nasze idee, przebywa w swiecie 

na zewnatrz? Nie mogla ona jednak dojsc do rzeczywistego rozwiazania tego problemu, do takiego rozwiazania, ktore 
by  dla  niej   bylo   w pelni  zadawalajace.  Lecz   Kant  powiada   tak:   Idee   sa  tylko   nazwami.  Wytwarzamy   je  w sobie 
i narzucamy rzeczom, przez co staja sie one realnoscia. Poza tymi nie sa one wcale czyms realnym, poniewaz my, stajac 
przed rzeczami, wlaczamy tylko nazwy do swych doswiadczen, czyniac je w ten sposob realnosciami. Przez nazwanie 
pewnego doswiadczenia, czynimy je takim, jakim mu byc kazemy.

Tak   wiec   kantyzm   jest   poniekad   nominalizmem   do   potegi,   jest   jakby   szczytem   nominalizmu,   ale   zarazem 

((ostatecznym   upadkiem   filozofii   Zachodu)),   zupelnym   bankructwem   czlowieka   w jego   dazeniu   do   prawdy, 
zwatpieniem w to, abym w jakikolwiek sposob mozna bylo z rzeczy wyluskac prawde! Tu bowiem dyktuje sie nam 
takie   rzeczy:   W   taki   sposob   Kant   niweczy   wszelka   obiektywnosc,   wszelka   moznosc   zanurzenia   sie   czlowieka 
w realnosc rzeczy. Burzy on mozliwosc jakiegokolwiek poznania, mozliwosc dazenia do prawdy. Prawda bowiem nie 
moze sie ostac, jesli jest wytwarzana tylko w subiekcie.

Wszelako to, drodzy sluchacze, bylo wlasnie konsekwencja scholastyki. Scholastyka bowiem nie zwrocila uwagi  

na   zarysowujaca   sie   druga   "granice",   ktora   nalezalo   przekroczyc,   zanim   nadeszly   czasy   nauk   przyrodniczych.  
Scholastyka nie zwrocila sie czolem ((Ku przyrodoznawstu)), czego nastepstwem byl wlasnie kantyzm, ktory w gruncie 
rzeczy wystepuje jako subiektywizm.

Lecz  w kantyzmie,  po dzialaniu w tej subiektywnosci  wszelkiej  moznosci  poznania, pojawiaja  sie tak zwane 

"postulaty", mianowicie postulat: wolnosci, niesmiertelnosci i idei Boga. Oto powinno sie czynic dobrze, wypelniajac 
"kategoryczny imperatyw"  i powinno sie umiec to czynic. To znaczy:  musimy byc  wolni, jakkolwiek przebywajac 
w ciele   fizycznym   wolnymi   byc   nie   mozemy.   Zatem   doskonalosc,   umozliwiajaca   nam   spelnienie   bez   reszty   ten 
kategoryczny imperatyw, osiagniemy dopiero wtedy, gdy bedziemy juz poza swym cialem. A wiec w tym celu musi 
istniec niesmiertelnosc. Ale i tam, jako ludzie, nie potrafimy wszystkiego jasno widziec. Lecz gdy usilujemy czynic tak, 
jak powinnismy, wtedy tresc naszego postepowania wniesc moze w swiat jedynie Bog. A zatem i Bog musi istniec.

Te trzy postulaty: Wolnosc, niesmiertelnosc i idea Boga - lecz o ktorych nie wie sie absolutnie w jaki sposob tkwia 

one w realnosci - byly czyms jedynym, co jeszcze zachowal Kant. Jednakze zachowal je w taki sposob, ze wedlug jego 
wlasnej wypowiedzi: "zniszczyc musialem poznanie, aby zrobic miejsce dla wiary... "I Kant to miejsce uzyskuje, ale 
nie dla tresci wiary w rozumieniu Tomasza z Akwinu, nie dla przekazanej tresci wiary, ale dla pewnej abstrakcyjnej 
wiary   w "wolnosc,   niesmiertelnosc   i idee   Boga",   dla   takiej   wlasnie   tresci   wiary,   ktora   rodzi   sie   w indywidum, 
wytwarzajacym w sobie pewna "prawde", a to znaczy ulude!

W   taki   sposob   Kant   stal   sie   realizatorem   nominalizmu.   Jest   on   takim   filozofem,   ktory   naprawde   odmawia 

czlowiekowi moznosci zaglebienia sie w jakas realnosc. To bylo tez powodem natychmiastowej reakcji, z jaka zwrocili 
sie przeciw temu Fichte, Schelling, nastepnie Hegel i inni jeszcze mysliciele XIX - tego wieku.

Wystarczy tylko spojrzec na ((Fichtego)). To wszystko co Kant uznal w gruncie rzeczy za swiat tylko pozorny, 

czyli zjawiskowy, Fichte usilowal wyprowadzic z ((tworczej Jazni)), jaka wedlug niego tkwi w tresci bytu swiata. I oto 
widzimy jak Fichte chcac wyjsc poza kantyzm dazyl z wysilkiem do intensywniejszego przezycia swej duszy tak, ze 
przezycia   to   staje   sie   coraz   bardziej   i bardziej   mistyczne.   Fichte   poczatkowo   nie   mogl   w to   uwierzyc,   aby   Kant 
naprawde mial na mysli to, co o nim mowili jego krytycy. Z pewna filozoficzna naiwnoscia wyobrazal on sobie zrazu, 
ze musi sie tylko  z kantowskiej  filozofii wyciagnac ostateczne konsekwencje, gdyz  jesli sie ich nie wyciagnie,  to 
moznaby sadzic, ze filozofie te zlepil razem jakis osobliwy przypadek, a nie ludzka glowa.

Otoz to wszystko rozgrywa sie obok tego, co wsrod ludzkosci rozwija sie na Zachodzie jako reakcja pod wplywem 

nauk przyrodniczych, ktore pojawiaja sie wlasnie okolo polowy XIX - tego wieku. Ta wiedza przyrodnicza nie rozumie 
naprawde niczego z filozofii i dlatego tez u wielu myslicieli przerodzilo sie to nastepnie w skrajny materializm.

Takimi to drogami kroczyl filozoficzny rozwoj az do XIX - tego wieku wlacznie, az do ostatniej tercyny XIX -  

tego wieku. Widzimy jak opisane wyzej dazenia filozofii spelzly na niczym, a nastepnie widzimy jak pojawila sie 
proba, by przez rozne rzeczy doczepiane do kantyzmu moc przeciez cos zrozumiec z tego, co jest w swiecie.

A jednak zaniechana zostalo i nie podjete przez ludzi pewne zjawisko, ktore byloby czyms niezmiernie waznym, 

gdyby sie je potraktowalo powaznie. Byl to mianowicie poglad na swiat ((Goethego!))

24

background image

Pominawszy takie umysly, ktore oparly sie o Schellinga, Hegla i Fichtego, dla ludzi XIX - tego wieku poglad ten 

przepadl zupelnie, choc w nim zapoczatkowane zostalo to, ((czym stac sie musi tomizm przez zwrocenie sie frontem ku 
wiedzy przyrodniczej)), przez wzniesienie sie na wspolczesna wyzyne rozwojowa.

Tomasz   mogl   jedynie   w sposob   abstrakcyjny   ustalic   fakt,   ze   czynnik   duszny   i duchowy   schodzac   w dol 

oddzialywuje rzeczywiscie na wszelkie czynnosci organow ludzkich. Wyrazil to abstrakcyjnie w takich slowach, ze 
wszystko co tylko w ludzkim ciele zyje, az do jego czynnosci wegetatywnych, kierowane jest przez czynnik duszny 
i poznawane   byc   musi   od   strony   duszy.   Wszelako   Goethe   dal   poczatek   owej   zmiany   frontu   przez   swa   nauke 
o barwach  /"Farbenlehne"/,  ktora dlatego  wlasnie jest tak malo rozumiana przez swa morfologie  /"Morphologie"/, 
a tekze przez swa nauke o roslinach i zwierzetach /"Pflanzen - und Tierlehre"/.

Jednakze calkowitym wypelnieniem goethenizmu bylaby taka wiedza duchowa, ktora by doszla wlasna swa sila 

do wyjasnienia faktow wiedzy przyrodniczej. Wskazywalem tu przed kilku tygodniami, ze nasza wiedza duchowa jest  
w stosunku   do   nauk   przyrodniczych   czynnikiem   korygujacym.   Na   przyklad   jesli   chodzi   o wiedze   o serce,   poglad 
mechaniczno   -   materialistyczny   uczynil   z serca   pompe,   ktora   tloczy  krew   w ludzkie   cialo.   Tymczasem   serce   jest 
wlasnie przeciwienstwem takiej pompy. Cyrkulacja krwi - a embriologia jesli zechce moze to dokladnie wykazac - jest 
procesem zywym. To wlasnie krew wprawia w ruch serce i poruszajac je wewnetrznie wywoluje jego dzialalnosc. 
Serce jest tym  organem, w ktorym  czynnosc krwi przyjeta przez ludzka indywidualnosc, ostatecznie sie ogniskuje 
i utrwala. Dzialalnosc serca jest nastepstwem dzialalnosci krwi, a nie odwrotnie. Omawiajac tak poszczegolne organy 
ludzkiego   ciala,   jak   to   juz   robilem   w swym   kursie   dla   lekarzy,   wykazac   mozna   jasno,   ze   dopiero   spojrzenie   na 
czlowieka jako na istote duchowa wyjasnia naprawde jego materialnosc. Mozna do pewnego stopnia nadac realny 
ksztalt temu, co przed Tomaszem  unosilo sie w postaci  abstrakcyjnej  gdy mowil, ze "czynnik  duchowo - duszny 
przenika  wszelka  cielesnosc".   Mysl   ta stac  sie  moze  realny,  konkretnym  poznaniem. Filozofia  tomistyczna,   ktora 
w XIII - tym wieku posiadala jeszcze postac abstrakcyjna, ozywiona przez zetkniecie sie z goetheanizmem, przebywa 
w naszej terazniejszosci jako ((wiedza duchowa)).

Czcigodni   sluchacze!   Pozwole   sobie   wplesc   tu   pewne   osobiste   przezycie,   ktore   bedzie   tylko   pewna 

bezpretensjonalna ilustracja.

Oto kiedy pod koniec osiemdziesiatych lat XIX - tego wieku mialem w Wiedniu w "Wiener - Goethe - Verein" 

wyklad na temat: "Goethe, jako ojciec nowej estetyki", miedzy sluchaczami znajdowal sie rowniez pewien bardzo  
uczony zakonnik reguly Cystersow, O. Wilhelm Neumann. Powolac sie moge na ten wyklad, poniewaz niedawno  
ukazal sie w nowym wydaniu. Otoz w wykladzie tym staralem sie wyjasnic, jak nalezy sobie przedstawic zapatrywanie 
Goethego na sztuke. I wtedy ow ojciec Neumann, zakonnik Cystersow, ktory rownoczesnie byl profesorem wydzialu 
teologicznego na uniwersytecie wiedenskim, zwrocil sie do mnie z dziwna uwaga. Powiedzial bowiem tak: "To co 
mowil nam pan dzis w tym wykladzie, znalesc juz mozna w zarodku u Tomasza z Akwinu". Bylo to dla mnie ogromnie 
interesujacym przezyciem, gdy z ust ojca Wilhelma Neumanna } ktory oczywiscie dziedzine te zupelnie opanowal, 
poniewaz bylo to juz po ukazaniu sie neotomizmu wsrod katolickiego kleru/ uslyszalem to, ze w tomizmie wyczul on 
jakby zarodki tego, co tu przedstawilem jako konsekwencje swiatopogladu Goethego w odniesieniu do estetyki.

Powiedziec wiec musimy tak: Rzeczy ogladane w swej prawdzie zupelnie inaczej przecistawiaja sie niz wtedy, 

gdy   pozostajemy   pod   wplywem   martwego   pogladu   nominalistycznego,   opierajac   sie   przewaznie   na   Kancie 
i kantyzujacej   Filologii   nowoczesnej,   a takze,   jak   one   ukazuja   sie   pod   wplywem   tego   swiatopogladu   historykowi 
filozofii.

Mozna by tu dojsc do niejednej rzeczy, gdyby sie poszukalo w wiedzy duchowej. Czytajac np. moja ksiazke: 

"Seelenratsela",   ktora   ukazala   sie   przed   wielu   laty,   zobaczycie,   ze   staram   sie   tam,   opierajac   sie   na   swych 
trzydziestoletnich studiach, przeprowadzic podzial istoty ludzkiej na trzy czlony. Wykazuje tam mianowicie, ze jeden 
z tych czlonow ludzkiego ciala fizycznego zwiazany jest z organizacja myslenia i zmyslow, nastepnie to wszystko co 
jest w zwiazku z oddychaniem i czynnoscia serca, a wiec system rytmiczny, nalezy do organizacji uczucia, zas trzeci 
czlon ludzkiego ciala, przemiana materii, laczy sie z systemem woli. Wszedzie tam staralem sie pochwycic czynnik 
duszno - duchowy w jego tworczej dzialalnosci. To znaczy, ze w ten sposob ((podjeta zostala owa zmiana frontu ku 
wiedzy   przyrodniczej)).   Uczyniono   tu   probe,   aby   po   rozpoczeciu   sie   czasow   przyrodoznawstwa   przeniknac   bytu 
przyrody,   tak   samo   jak   przed   czasami   scholastyki,   tomistyki,   wnikano   ludzkim   poznaniem,   jak   to   widzielismy 
u Areopagity i u Plotyna, w dziedzine ducha.

Taka zmiana frontu sprawia, ze traktuje sie w sposob bardzo powazny zasade Chrystusowa, tak jak powaznym jej 

traktowaniem  jest  to, gdy sie tak powiada:  Ludzkie  myslenie  mozna przemienic  przez  istotne  poddzwigniecie  go  
w gore. A wtedy wyzwoli sie ono ze swego upadku pierworodnego, ktory wytycza mu "granice poznania" i wolne od 
zmyslowosci moze przeniknac w swiat duchowy.

To, co objawia sie jako przyroda, jest tylko zaslona, ktora da sie usunac. I wtedy przekracza sie owa granice 

poznania, jaka wzniesc musial dualizm, podobnie jak po przeciwnej stronie wytyczyli taka sama granice scholastycy.  
Po wniknieciu tedy w swiat materialny odkrywa sie nam, ze jest on wlasciwie swiatem duchowym i ze poza "zaslona 
Przyrody" nie istnieja zadne materialne "atomy", ale sa tam tylko jestestwa duchowe. Juz z tego poznac mozecie jak 
niezmiernie donioslym i zgodnym z zasada postepu jest ((dalszy rozwoj)) sredniowiecznego tomizmu.

Rozpatrzcie tylko najglowniejsze mysli u Alberta i Tomasza w ich atrakcyjnosci, a odnoszace sie do duszy. Nie 

ma tam jeszcze tak glebokiego wnikniecia w ludzka cielesnosc, aby moc podac w jaki sposob duch czy dusza pracuje 
w sercu, sledzionie, watrobie itp. Mowi sie tylko o tym, ze cale cialo ludzkie nalezy traktowac jako powstale z zasady 

25

background image

duchowo - dusznej. Jednakze ((dalszym)) rozwinieciem tej mysli byloby rzeczywiste wysledzenie az do szczegolow,  
pracy czynnika duchowo - dusznego w cielesnosci. Nie uczyni tego filozofia, nie uczynia tego nauki przyrodnicza, ale 
uczyni to wiedza duchowa! Nie cofnie sie ona przed tym, by w nasze czasy wzniesc te wielkie mysli jakie raz powstaly 
w rozwoju   ludzkosci   w okresie   szczytowej   scholastyki   i by   zastosowac   je   do   tych   wszystkich   pogladow 
przyrodniczych,   jakie   w naszych   czasach   sie   pojawily.   Lecz   aby   rzecz   ta   otrzymala   swe   naukowe   ugruntowanie,  
nalezalo koniecznie rozprawic sie wprzod z kantyzmem.

Otoz   przed   wielu   juz   laty   usilowalem   rozprawic   sie   z kantyzmem.   Najpierw   w niewielkiej   mej   publikacji 

"Wahrheit und Wissenschaft", nastepnie w osiemdziesiatych latach XIX - tego wieku w dzielku: "Erkenntnistheorie der 
Goetheschen   Weltanschaung",   a potem   znow   w mej   "Philosophie   der   Freiheit".   Dzisiaj   chcialbym   tylko   w sposob 
zwiezly /nie zwazajac juz na to, ze takie rzeczy zwiezle ujete wygladaja pozornie na bardzo ciezkie} przedstawic wam  
glowna   mysl,   jaka   te   ksiazki   przenika.   Stanowisko   jakie   tam   zajalem   bylo   takie:   Bezsprzecznie,   ze   w  swiecie 
postrzezen, jaki sie wokol nas rozposciera, nie mozna bezposrednio znalezc prawdy. Stad w  duszy ludzkiej zakorzenia 
sie do pewnego stopnia nominalizm. Dusza przyjmuje falszywe konsekwencje kantyzmu, poniewaz Kant zupelnie nie 
dostrzegl tego, do czego tak powaznie odnosili sie autorzy dawnych ksiag. A mam na mysli ten fakt, ze juz samo 
rozpatrywanie swiata postrzezen, jesli sie je przeprowadza calkiem gruntownie i rzeczowo, prowadzi do nastepujacego 
poznania: Swiat postrzezen nie jest caloscia. Przedstawia sie on jako cos, co dopiero my sami urzeczywistniamy, co my 
sami czynimy rzeczywistym. Coz to bowiem sprawilo, ze powstala tak wielka trudnosc zwalczania nominalizmu? Co 
bylo powodem powstania kantyzmu? - Kantyzm powstal dlatego, ze bralo sie swiat postrzezen i nad nim rozposcieralo 
powstaly pod wplywem zycia duszy swiat idei. A stad wytworzyl sie poglad, jakoby swiat idei byl tylko odbiciem, 
odzwierciedleniem zewnetrznych postrzezen. Rozumowano tak: Czyz swiat idei, ktory znajduje sie w naszym wnetrzu, 
ma cos wspolnego z tym co jest na zewnatrz?

I na to pytanie Kant, nie znajdujac innej odpowiedzi, odpowiada tak: "To my sami robimy prawde w ten sposob, 

ze ow swiat postrzezen zaopatrujemy swoim swiatem idei". Tak jednak nie jest. Rzecz bowiem ma sie tak, ze skoro  
rozpatrujemy jakies postrzezenia w sposob nieuprzedzony, to przedstawi sie ono nam jako cos jeszcze nie gotowego, 
nie zakonczonego. I to wlasnie staralem sie w sposob scisly udowodnic w ksiazce mej "Wahrheit und Wissenschaft", 
a potem w "Philosophie der Freiheit". Postrzezenie jest pod kazdym wzgledem tego rodzaju, ze nie przedstawia sie jako 
cos skonczonego, zamknietego w sobie. Swiat bowiem, na skutek tego, ze przez swe urodzenie zostalismy w niego 
wstawieni, on jakby sie dla nas rozpadl, jakby rozpolowil. Rzecz przedstawia sie tak: Tu - powiedzmy^ mamy tresc  
swiata. Lecz na skutek tego, ze jako ludzie weszlismy w ten swiat przez swe urodzenie, tresc tego swiata rozpada sie dla 
nas na: ((postrzezenie)), jakie plyna ku nam z zewnatrz i na ((swiat idei)), przejawiajacy sie wewnatrz naszej duszy. 
Jezeli zatem ktos taki podzial uznaje za absolutny, mowiac po prostu: "tu jest swiat, a tu jestem ja", ten oczywiscie ze 
swoim swiatem idei nie potrafi juz wejsc w swiat postrzezen. Wszelako sprawa przedstawia sie tak, ze spogladajac na 
swiat postrzezen widzimy, ze on sam w sobie nie jest pod zadnym wzgledem czyms zupelnym, tu bowiem zawsze 
czegos brakuje. Lecz my i caly nasz byt  pochodzimy z tego swiata, do ktorego nalezy takze ow swiat postrzezen. 
A nastepnie, spogladajac znow na samego siebie, widzimy, ze to co spostrzegamy w sobie jest wlasnie tym, czego brak 
swiatu postrzezen. Musimy zatem znow przez wlasny nasz byt zlaczyc razem to, co wkroczenie naszej jazni rozdzielilo  
na dwa czlony.

Rzeczywistosc wypracowujemy wiec my sami. Przez nasze tu urodzenie wytworzyla  sie zluda, ze to co jest  

jednoscia rozpadlo sie na dwa czlony: na swiat postrzezen i na swiat idei. Ale my zyjac i rozwijajac sie, laczymy razem 
te dwa prady rzeczywistosci. Zatem wchodzimy w rzeczywistosc przez prace swego zycia poznawczego.

Czlowiek nie moglby nigdy dojsc do swiadomosci siebie, gdyby przez wejscie w swiat nie oddzielil swiata idei od 

swiata postrzezen. Ale tez nigdy nie odnalazlby pomostu do swiata zewnetrznego, gdyby nie oddal swiatu z powrotem 
tego, co z niego uszczknal, mianowicie swiata idei. Albowiem bez tego swiat ten nie oddalby zadnej rzeczywistosci.

Kant poszukuje rzeczywistosci tylko w postrzezeniu zewnetrznym, nie przeczuwajac wcale, ze druga polowa tej 

rzeczywistosci miesci sie w tym wlasnie, co nosimy w sobie. To bowiem, co nosimy w sobie, mysmy tylko oderwali od 
zewnetrznej rzeczywistosci.

I to jest wlasnie pokonaniem nominalizmu. My nie dokladamy do zewnetrznych postrzezen w pewien formalny 

sposob idei, bedacych tylko nazwami, ale w akcie poznawczym oddajemy temu postrzezeniu z powrotem to, cosmy mu 
zabrali, wstepujac przez swe urodzenie w swiat zmyslowy.

W ten sposob mamy przed susza swa, na razie w formie czysto filozoficznej, stosunek, jaki zachodzi miedzy 

czlowiekiem a swiatem duchowym. Kto wiec przyjmie te moja "filozofie wolnosci", ktora w zupelnosci opiera sie na 
podstawach   teorii   poznawczych   wzywania   sie   w rzeczywistosc   przez   ludzkie   poznanie,   kto   przyjmie   w siebie   te 
podstawowa   mysl,   jaka   wyraza   sie   juz   w tytule   mej   ksiazki   "Prawda   i wiedza",   "Wahrheit   und   Wissenschaft", 
a mianowicie ze wiedza prawdziwa laczy ze soba postrzezenia i swiat idei, kto w tym polaczeniu dojrzy proces nie 
tylko idealny, ale i realny, a zatem kto potrafi dostrzec w tym cos i z problemem, ktorego pojawienie sie w krajach 
zachodnich wylonilo z siebie nominalizm, a ktory okazal sie tak bezsilny wobec owego podzialu na postrzezenia i na 
swiat idei.

Do problemu indywidualnosci zblizyc sie mozemy tylko w dziedzinie stycznej. I dlatego moja filozofia wolnosci 

jest filozofia rzeczywistosci, realnosci. A poniewaz "poznanie" nie jest tylko aktem formalnym, ale procesem realnym, 
przeto   wyplywem   tego,   co   przezywa   indywiduum   w owym   realnym   prosesie   dzieki   swej   (XXXXX   -   niejasnosc 
w tekscie str 73 wers 1)) "fantazji moralnej" jako intuice, jest postepowanie moralne, postepowanie etyczne. Powstaje 

26

background image

przez  to cos, co w drugiej  czesci  mej "Filozofii  wolnosci" przedstawilem  jako ((indywidualizm  etyczny)),  a ktory 
w rzeczywistosci, choc tego w tej ksiazce nie wypowiedzialem - wybuduje sie w czlowieku na impulsie Chrystusowym 
w nim. Wybudowuje  sie na tym,  co czlowiek zdobywa  sobie jako swa wolnosc w ten sposob, ze jego zwyczajne 
myslenie przemienia sie w to, co w swej "Filozofii wolnosci" nazwalem "mysleniem czystym". Jest ti takie myslenie, 
ktore wznosi sie do swiata duchowego i z tego swiata ducha czerpie pobudki do czynow moralnych. 

Czynic   zas   tak   moze   dzieki   temu,   ze   wowczas   wznoszac   sie   ku   gorze,   spirytualizuje   sie   pewien   impuls, 

w zwyklych   warunkach   zwiazany   z cielesnoscia,   mianowicie   ((impuls   milosci)).   Skoro   wiec   w taki   sposob   przez 
fantazje moralna zaczerpniete zostana ze swaiata duchowego idealy moralne, objawiaja sie one w swej potedze i staja 
sie ((sila milosci duchowej)). I dlatego to "Filozofia wolnosci" przeciwstawic sie musiala owej filisterskiej zasadzie 
kantowskiej, zwalczanej juz przez Schillera, a ktora Kant ujal w takich slowach: "Obowiazku! ty wniosla nazwo, nie 
majaca   w sobie   nic   z pochlebstwa   i ktora   wymagasz   bezwzglednego   poddania   sie...   "   "Filozofia   wolnosci" 
przeciwstawia temu: ((przemieniona jazn, ktora rozwinela sie ku sferze duchowosci i tam w gorze, w sferze ducha, 
zaczyna milowac i uprawiac cnote tylko dlatego, ze z wnetrza indywidualnosci rodzi sie wtedy taka milosc.

Takze i to, co dla Kanta jest tylko trescia wiary, staje sie teraz pewna realna trescia swiata. Dla Kanta poznanie 

jest tylko czyms formalnym, natomiast dla "Filozofii wolnosci" jest ono faktem realnym. Proces, jaki sie tu dokonuje, 
jest procesem  rzeczywistym,  dlatego tez laczy sie z tym  i wyzsza moralnosc. Oczywiscie, ze tacy filozofowie jak 
Wildebrand i Rickert, ktorzy proces poznania nie uznaja za proces realny, nie dochodza tez do tego, by w swiecie bytu 
dostrzec do filozofii i rzeczywistosci.

Filozoficzne uzasadnienie tego, co tu pojawia sie jako "wiedza duchowa", wyplywa z calego roku rozwojowego 

filozofii   Zachodu.   Dzis   wlasnie   przeprowadzilem   tu   probe   wykazania,   ze   ow   ojciec   z zakonu   Cystersow   nie   bez 
slusznosci zrobil swego czasu owa uwage. Wyczul on wtedy zupelnie slusznie, ze ma sie tu do czynienia z prosba 
wstawienia   w nasza   epoke   przyrodniczo   -   naukowa   za   pomoca   wiedzy   duchowej,   ((realistycznych   elementow 
scholastyki z czasow jej rozkwitu, ze tu ukazana zostala w sposob powazny sprawa przeobrazenia duszy ludzkiej przez 
impuls Chrystusowy takze i w zyciu myslowym. Zycie poznawcze, dokonywujace sie na arenie ludzkiej swiadomosci 
/jak to wykazalem w mej ksiazce "Goethes Weltanschaung"/ staje sie tu czynnikiem realnym w stawaniu sie swiata. 
Proces ten dokonujacy sie w ludzkiej swiadomosci, a ktory jest rownoczesnie procesem we wszechswiecie, jest tym 
samym, ktory swiat, a wsrod swiata nas samych posuwa naprzod.

Zatem problem poznania przybiera tu zupelnie inna postac. To bowiem co przezywamy staje sie czynnikiem 

duchowo - dusznym, ktory nas w sposob realny rozwija. Stajemy sie tym wlasnie, co wynika z procesu, ktory zwiemy 
"poznaniem". Podobnie jak na uksztaltowanie sie luznie lezacych opilkow zelaza dziala magnes, ukladajac je w figury, 
tak  tez   i  w nas  dziala   to,  co  odzwierciedla   sie  w nas  jako  poznanie.  A dziala   ono  rownoczesnie  jako   zasada  nas 
ksztaltujaca. I wtedy poznajemy zarazem i to, co w nas jest wieczne i niesmiertelne. To tez problem poznania nie jest 
juz dla nas tylko problemem formalnym.

A w jakiz to sposob odnoszono sie zawsze do tego problemu? Opierajac sie na kantyzmie, zapytywano o to tylko, 

w jaki sposob dochodzi czlowiek do tego, ze w swym swiecie wewnetrznym spostrzega odbicie swiata zewnetrznego? 
Tymczasem racje poznania nie stanowi w pierwszej linii to, ze wytwarza ono odbicie swiata zewnetrznego, ale ze 
poznanie nas rozwija, zas to ze w sobie odtwarzamy swiat zewnetrzny, to tylko produkt uboczny. To znaczy produktem 
ubocznym   jest   ow   fakt,   ze   w swiecie   zewnetrznym   pozwalamy   polaczyc   sie   temu,   cosmy   przez   swe   urodzenie 
rozdzielili.

Zagadnienie procesu poznawczego w ujeciu zwyczajnym przedstawic by sobie mozna w stosunku do tego tak, 

jakby ktos majac pszenice czy inny jakis produkt rolny i chcac zbadac zasade rosniecia tej pszenicy, prowadzi swe 
badania tylko pod katem znaczenia pszenicy jako srodka spozywczego. Oczywiscie, ze mozna byc takze i chemikiem 
srodkow spozywczych, ale przez taka chemie nie mozna poznac, co w tej pszenicy dziala od korzenia do klosa i wciaz 
dalej. Taka chemia nie dociera do pewnego regularnego, ciagle plynacego pradu rozwojowego, jakiemu podlega roslina 
pszenicy.

Lecz i w nas istnieje pewien prad rozwojowy zycia duchowego, ktory nas utrzymuje i ktorym cos do czynienia 

z nasza istota. I tutaj takze rzecz ma sie, podobnie jak z roslina, ktora w rozwoju swym od ziarna i korzenia, poprzez 
lodyge i lisc, staje sie kwiatem, owocem, a nastepnie znow nasieniem i korzeniem. I tak samo jak przy wyjasnianiu 
istoty wzrostu rosliny, nie gra oczywiscie zadnej roli to, ze my te rosline spozywamy, tak tez podstawa teorii poznania  
nie powinno byc zagadnienie wartosci poznawczej tego, co przebywa w nas jako impuls rozwojowy, lecz przeciwnie 
jasnym powinno sie stac, ze to co w zyciu zewnetrznym nazywamy poznaniem, jest tylko produktem ubocznym tej 
pracy   jaka   dokonuje   w naszej   ludzkiej   istocie   czynnik   ideowy.   I wtedy   dochodzimy  do   ujecia   realnej   tresci   tego 
czynnika  ideowego,  ktory w nas pracuje.  Zas  nominalizm  i kantyzm  pojawil  sie  tylko  dlatego,  ze do zagadnienia 
poznania   ustawiono   sie   w taki   sposob   jak   gdyby   ktos   kwestie   istoty   pszenicy   ujal   od   strony   chemii   srodkow 
spozywczych.

Mozemy wiec tak powiedziec: Dopiero wtedy gdy zrozumiemy czym w naszych czasach moze byc tomizm, czym 

stac   sie   on   moze   dla   wspolczesnosci,   jesli   rozwinie   sie   z tego   wlasnie,   co   w wiekach   srednich   bylo   w nim 
najwazniejsze,   zobaczymy,   ze   obecnie   wypuszczajac   ((nowe   pedy)),   jako   wiedza   duchowa,   przyjmuje   on   ksztalt 
odpowiedni dla wieku dwudziestego i ze istnieje tu znowu jako wiedza duchowa!

To   cosmy   tu   powiedzieli,   rzuca   pewne   swiatlo   na   pytanie:   jak   odnosic   sie   mamy   do   ludzi,   ktorzy   do   nas  

przychodza z takim oswiadczeniem: "Nalezy nowoczesnej filozofii przeciwstawic Tomasza z Akwinu, nalezy cofnac 

27

background image

sie wstecz i studiowac samego Tomasza z Akwinu, uwzgledniajac poza tym najwyzej pewne wyjasnienia krytyczne itp. 
Nalezy go studiowac tak, jak on pisal w XIII - stym wieku".

Lecz teraz juz widzimy co oznacza, jesli w sposob uczciwy i rzetelny wnikamy w prad rozwojowy, ktory wyszedl 

ze szczytowej  scholastyki,  a co  oznaczaloby przeniesienie  sie w samo tylko  trzynaste  stulecie  z pominieciem  tego 
wszystkiego, co od tego czasu dokonalo sie jako rozwoj ludzki w Europie. Jednakze to wlasnie w gruncie rzeczy sie 
stalo pod wplywem encykliki papieskiej z roku 1879 /"Encyklika aeterni patris"/, ktora poleca klerowi katolickiemu 
uwazac Tomasza z Akwinu za filozofa oficjalnego kosciola katolickiego.

Nie chce tu rozwodzic sie nad pytaniem: gdzie jest tomizm? Wystarczy gdy tak spytam: Czy roze, ktora mam  

przed soba najlepiej zbadamy wtedy, gdy pominawszy jej kwiat grzebac bedziemy w ziemi, by przypatrzyc sie tylko jej 
korzeniom, gdy przeoczymy fakt, ze z tych korzeni juz przeciez cos wyroslo? - czy tez gdy wezmiemy pod uwage, to 
wszystko co z tych korzeni juz sie rozwinelo?

Na to, szanowni moi sluchacze, mozecie sobie sami odpowiedziec. I oto dzis patrzymy, jak do glosu przychodzi 

tomizm na nowo wskrzeszony, taki tomizm, jaki istnial ((dla wieku trzynastego!)) A rownoczesnie spogladamy na to, 
w czym   naprawde   uczciwie   pragniemy   wziac   udzial,   spogladamy   na   rozwoj   europejskiego   Zachodu.   I   w takim 
polozeniu bedac, mamy prawo zapytac: ((Gdzie przebywa tomizm z czasach obecnych?)) Aby na to odpowiedziec, 
wystarczy spojrzec tylko na to, w jaki sposob sam Tomasz z Akwinu odnosil sie do tego, z czym wowczas mial do 
czynienia, mianowicie do tresci  objawienia. Oto pragnal  on do tej tresci w jakis sposob sie ((ustosunkowac)). My 
jednakze   obecnie   stoimy   przed   koniecznoscia   ((ustosunkowaniasie))   do   tresci   objawienia   przyrody,   poniewaz   nie 
mozemy poprzestac tylko na dogmacie. Tak jak istnieje dogmat objawienia, tak my z drugiej strony rozprawic sie 
musimy z dogmatem  "eksperymentu",   z dogmatem   "doswiadczenie".   /Pisalem   juz  o tym  w osiemdziesiatych   latach 
ubieglego stulecia/. Tu trzeba naprawde odwolac sie do ewiata idei, do tresci duchowo - dusznych czlowieka, ktora  
przyjac moze w siebie przeksztalcajacy, przemieniajacy czynnik Chrystusowy, aby przez Chrystusa w nas, to znaczy 
w swiecie   idei   odnalezc   znowu   swiat   duchowy.   Czyz   musi   sie   wciaz   trwac   przy   tym,   aby   swiat   traktowac   jako 
odpadek? Czyz nie ma on wziac udzialu w zbawieniu?

W   wieku   XIII   -   stym   nie   mozna   bylo   jeszcze   w swiecie   idei   odnalezc   zbawczego   czynnika   Chrystusowego 

i dlatego swiat idei przeciwstawiano swiatu objawienia. Jednakze droga ludzkosci w przyszlosci prowadzaca stac sie 
musi to, aby odnalezc czynnik znawczy nie tylko dla swiata zewnetrznego, ale i dla ludzkiego rozumu. Rozum ludzki 
"nie   zbawiony"   nie   moglby   sie   sam   przez   sie   wzniesc   do   swiata   duchowego,   lecz   zbawiony   rozum   czlowieczy,  
posiadajacy   rzeczywisty   stosunek   do   Chrystusa,   jest   w moznosci   wniknac   w swiat   duchowy.   A takiego   rodzaju 
wnikniecie w swiat duchowy, z tego stanowiska ujete, jest ((chrzescijanstwem dwudziestego wieku!))

Jest  ono tak poteznym  chrzescijanstwem,  o tak wielkim  nasileniu,  ze przenika  najglebsze  fibry tego,  co  jest 

ludzkim mysleniem, co jest ludzkim zyciem duszy, Nie jest to zaden panteizm, nie jest to nic z tego, co nam dzisiaj 
zarzucaja oszczercy to tylko ((cala powaga chrystianizmu!)) I moze wlasie przez takie rozpatrywanie filozofii Tomasza 
z Akwinu, cjoc filozofia ta w pewnym wzgledzie zabladzic musiala w dziedziny abstrakcji, dojdzie sie do zrozumienia 
jak bardzo powaznie wiedza duchowa odnosi sie do problemow krajow zachodnich i jak stac ona pragnie zawsze na 
gruncie   wspolczesnosci,   a nawet   nie   moze   ona   nigdy   stanac   na   innym   gruncie,   cokolwiek   by   sie   przeciw   temu 
wysuwalo.

Rozwazania te przeprowadzilismy w tym celu, aby wykazac, ze szczytowa scholastyka z trzynastego wieku byla 

punktem kulminacyjnym europejskiego rozwoju duchowego i ze w czasach obecnych jest rzecza w peln uzasadniona 
tego rodzaju wnikanie w szczegolna istote owego szczytowego  momentu w rozwoju duchowym  Europy.  Z tekiego 
bowiem wnikniecia wiele mozemy sie nauczyc, przede wszystkim w odniesieniu do tego, co w najistotniejszym tego 
slowa znaczeniu nazwac musimy: poglebieniem naszego zycia ideowego.

A takie poglebienie jest nam koniecznie potrzebne po to, abysmy wyszli poza wszelki nominalizm, abysmy doszli 

do   ((przechrystusowienia))   idei   i odnalezli   takie   chrzescijanstwo,   ktore   zdolne   jest   przeniknac   w byt   duchowy. 
Albowiem czlowiek musi przeciez stamtad pochodzic, skoro nie moze go nic innego zadowolic - jesli tylko w  stosunku 
do siebie jest szczerym i uczciwym - a tylko swiadomosc o swym duchowym prapoczatku.

28