background image

PAUL HERRMANN 

POKAŻCIE MI TESTAMENT 

ADAMA

 

NA SZLAKACH NOWOŻYTNYCH ODKRYĆ GEOGRAFICZNYCH 

Przełożył Kazimierz Rapaczyński 

TOM  1 

 
 

WSTĘP 
Pokażcie mi testament Adama — zawołał z oburzeniem Franciszek I, król Francji, gdy w lecie 1522 roku 
nadeszła wiadomość, że kapitanowie jego okrętów kaperskich zagarnęli kara- welę hiszpańską ze szczególnie 
bogatymi skarbami. Z papierów okrętowych tej kaTaweli dowiedziano się, że niezmiernie cenne klejnoty, sztaby 
złota, szmaragd wielkości dłoni, szlifowany w kształcie piramidy, delikatne, kunsztowne wyroby z piór i inne 
osobliwości pochodzą z Meksyku, od Corteza. Była to przeznaczona dla króla Hiszpanii piąta część łupu, który 
konkwistadorzy zdobyli w Tenochtitlan, cudownym mieście Azteków, i który obecnie powędrował do 
francuskiej szkatuły koronnej. 

Pokażcie mi testament Adama — ten gniewny okrzyk Jego ArcychrześdjaAskiej Mości Króla Francji, który 

od czasu zawarcia układu w Tordesilla musiał przypatrywać się bezczynnie, jak Portugalia i Hiszpania dzieliły 
między siebie ziemię, odbił się szerokim echem po całym świecie. Podjęli go najpierw Holendrzy i Anglicy, a 
potem Niemcy, Włosi i Amerykanie; narody te dołożyły wszelkich starsń, by uzyskać swą część przy podziale. 
A dzisiaj gniewny protest Franciszka I powtarzają ludy kolorowe. 

Pokażcie mi testament Adama — zapewne, ani w Biblii, ani w świętych objawieniach Uru i Babilonu, 

Sumeru, Akkadu czy Teb egipskich nie ma nigdzie wzmianki, żeby Adam pozostawił testament. Pot, krew i łzy 
są jego jedyną spuścizną. Ale dzieciom, które mu Ewa zrodziła, wpoił niewątpliwie tęsknotę za rajem, owym 
rozkosznym ogrodem Boga, u którego wrót stoi anioł z mieczem płomiennym. Wszędzie, od Oceanu 
Lodowatego po obszary tropikalne, olbrzymi ląd wdziera się długimi mackami w morza. Ale mocarnego nakazu: 
„Idźcie tedy w świat cały!", nie przyjęto nigdzie tak żarliwie i nie wcielono w życie z takim zapałem i 
entuzjazmem jak w Europie. Ludzie żółci, czarni ani czerwoni — choć i oni daleko zaszli w swych wędrówkach 
— nie wyruszyli, aby zobaczyć, co jest za górami i za morzami i czy nie znajduje się tam raj — nie, zadanie 
odkrycia i zbadania naszej ziemi przypadło w dużej mierze Europejczykom. 

Pokażcie mi testament Adama — jako jeden z pierwszych mieszkaniec Europy wziął na siebie to brzemię. 

Dla niego również świat był przez długi czas zahity deskami. Wyruszać na zwiady przez huczące morza, w 
dzikie góry i śmiercionośne pustynie — znaczyło wystawiać Boga na próbę, było kuszeniem szatana. Jeszcze w 
czasach Kolumba trzeba było ogromnej odwagi, aby wybrać się w nieznaną dal. Głód pieniądza, chęć przygód, 
żądza sławy, a wreszcie chrześcijańska gorliwość nawracania pogan to były bodźce, które skłoniły człowieka do 
pójścia za głosem wrodzonej tęsknoty i nakazem niespokojnej krwi. 

Pokażcie mi testament Adama — książka, którą teraz przedkładamy czytelnikom — porusza ten sam temat, 

co jej poprzedniczka Siódma minęła, ósma przemija. Ale gdy tam opisywaliśmy przygody najwcześniejszych 
odkryć, pierwsze, po omacku czynione próby poruszania się na naszej planecie, przedhistoryczne szlaki 
wędrowne i dawno zapomniane śmiałe czyny, to obecnie opowiadamy o ludziach, krajach i zdarzeniach czasów 
nowożytnych. Tamta kończy się z chwilą, gdy między nocą a porankiem nowa wachta obejmuje służbę — u 
progu roku 1492, w którym Kolumb odkrywa Amerykę. Z siedmiu szklanek przesypał się już piasek, opróżnia 
się ósma! Ta książka rozpoczyna się z błyskiem owej sekundy. Prowadzi aż do świtu naszej epoki, w której 
ludzkość gotuje się do opuszczenia swej ziemskiej siedziby i do wyruszenia w nieskończoność czasu i 
przestrzeni. 

Pokażcie mi testament Adama — to, co tu opisujemy, jest „klasycznym" okresem wypraw odkrywczych. 

Handlarze, bohaterowie i święci usłyszeli mistyczne wołanie losu. Gromady ich płyną przez oceany, przebywają 
puszcze i pustynie, zdobywają świat. Przy tym nieraz nie wiedzą wcale, co czynią. Suną jak somnambulicy, aby 
dokonać tego, do czego zostali powołani, każdy 
na swój sposób. Ale właśnie fakt, że nie przestali być sobą, że trzymają się uparcie własnej drogi, użycza 
każdemu z ich opisów barwy i kształtu, czyni ich historię po dzień dzisiejszy godną czytania i przeżycia. Dlatego 
nie jest właściwie ważne, co badają, odkrywają, odnajdują, lecz jak to czynią. Wszyscy ci ludzie są ekstatykami, 
fantastami, opętańcami — czy to będzie Kolumb, czy James Cook, Hornemann czy Vasco da Gama, Duveyrier 
czy Heinrich Barth, Stanley czy pere Foucauld, Livingstone czy Gerhard Rohlfs. 

Ale ludzie ci występują nie tylko jako jednostki rządzące się własnym prawem. Z istoty swej są dziećmi 

czasu, w którym żyją. Dlatego też dzieje odkryć geograficznych nie są same w sobie celem tego opowiadania, 

background image

lecz podobnie jak w książce Siódma minęła, ósma przemija potraktowane są jako część historii kultury. Opisując 
zbadanie Oceanu Spokojnego więcej uwagi poświęcamy kwaśnej kapuście i paście bulionowej niż dokonanemu 
właśnie wówczas wynalezieniu sekstansu i chronometru. Welserowie po przybyciu do Wenezueli gorliwiej 
poszukują „świętegojdrzewa" niż złota. Francuzi sądzą, że na wyśnionych wyspach Mórz Południowych odkryli 
„złoty wiek natury" Russa i królestwo Afrodyty wyłaniającej się z piany morskiej; Brytyjczycy stwierdzają 
trzeźwo, że na południu nie ma żadnego nieznanego wielkiego kontynentu, żadnej terra australis, która mogłaby 
im zastąpić wymykające się kolonie amerykańskie. 

I ta książka nie jest dziełem systematycznym, naukowym, aczkolwiek nieraz przyjdzie nam omawiać 

poważne problemy z rozmaitych dziedzin wiedzy. Wyłączyliśmy z naszego opowiadania wielkie obszary kuli 
ziemskiej, jak Azja, Australia czy bieguny, ze względu na zamierzone późniejsze przedstawienie podróży 
odkrywczych podjętych głównie w celach naukowych. Być może, że będzie to tej książce poczytane za wadę. 
Ale dzieje odkryć geograficznych nie przebiegają tak, jak by sobie tego życzyli autorzy podręczników, odbywają 
się skokami, gdyż i one z natury rzeczy podlegają tajemniczemu biegowi historii naszego świata. 

Autor chciałby podziękować wielu przyjaciołom na szerokim świecie za słowa zachęty, za wskazówki i 

informacje. Biblioteki i muzea, wśród nich zwłaszcza berlińskie Museum fiłr Yolkerkunde,

background image

 
Wstęp 
którego dyrektorem jest Hans-Dietrich Disselhoff, instytucje naukowe i archiwa oraz liczne osoby prywatne — 
nieraz mimo przeciwnych poglądów na dane problemy — okazywały autorowi jak najżyczliwszą (pomoc i 
poparcie. Wskazówkom ich książka w znacznym stopniu zawdzięcza swe powstanie. Jest ona zatem w równej 
mierze ich dziełem jak pracą jednostki 
Berlin, w lecie 1950. 
Dr P. H. 

Część pierirsza 
POMÓŻ NAM, MATKO ŚWIĘTA Z GWADELUPY!

background image

 
 

23 grudnia 1493. 
Sroga zima zapanowała w tym roku, od tygodni puch śnieżny przykrywa czcigodne miasto Rzeszy 

Norymbergą. Bardzo zabawny to widok; wielkim starym domom wyrosły kołpaki ze śniegu, domy wtulają się w 
te cieple czepki nocne. A pod podbródkami, to jest wyższymi piętrami, wysuniętymi głęboko w ulice, niesforne, 
rozczochrane, połyskujące brody z lodu — gąszcz sopli już to lśniących jak srebrne nici, już też lekko 
przyprószonych śnieżnymi kryształkami naniesionymi przez północny wicher, który dął wczoraj, 

Dziś powietrze jest spokojne. Cisza wisi nad miastem. Jutro będzie ono obchodziło narodziny Chrystusa. 

Zabłysną światełka, wołki i osły, nieme stworzenia, które były świadkami narodzin Pana, otrzymają obfitą paszę, 
siano i koniczynę. Jutro o tym czasie zabrzmią u Sw. Wawrzyńca i u Sw. Sebalda pienia dziękczynne kapłanów, 
srebrny głosik z dzwonnicy Najświętszej Panny zadźwięczy nad miastem, zawtóruje mu basem kościół Sw. 
Ducha, a potem w mosiężnym pogłosie wszystkich dzwonów Boże Dziecię wstąpi w podwoje swego miasta. 

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, amen! 
Chłopcu, który biegnie do domu Antoniego Kobergera trzymając w zaciśniętej dziecinnej jeszcze ręce 

olbrzymi kufel piwa z browaru Tuchera, z nabożnego zachwycenia dreszcz przebiega po krzyżach — jutro jest 
Boże Narodzenie. 

W tej „łacińskiej" dzielnicy miasta mieszkają także złotnik Diirer, ojciec wielkiego Albrechta, artysta-

kaligraf Neudorfer, malarz Wol- gemut i Hartmann Schedel, lekarz i autor Kroniki śuńata. 

Ten chłopak to jeszcze dziecko mimo swych dwunastu lat! Nie przeczuwa wcale, że za dwadzieścia kilka lat 

będzie jednym g wielkich w państwie drukarzy-czarnoksiężników i że w naszych czasach 
a« 
19

background image

 
C

ZQŚĆ

 pierwsze — Pomóż nam, Matko Święta z Gwadelupy 

książki, które wyszły z oficyny Jana Petrejusa w Norymberdze, będą szły na wagę złota. 

Dzisiaj, w przededniu święta Bożego Narodzenia Roku Pańskiego 1493, jest on tylko małym chłopcem, 

zmarzniętym i przestraszonym, którego posłano po piwo. Ale pobiegł chętnie. Bo tam, w wielkim domu 
Kobergera, już dzisiaj jest święto. 

I j akie święto! Dzisiaj nareszcie ukończy się druk olbrzymiego dzieła doctoris medicinae Hartmanna 

Schedla Register des buchs der Cronicken und Geschichten mit Figuren und pildnissen von ańbegin der Welt bis 
auf dise unsere Zeit („Rejestr księgi Kronik i Historii z wizerunkami i obrazami od początku świata aż po nasze 
czasy"). Wczoraj ukończyli druk pierwszej strony ostatniego arkusza: odbita tam była wyraźnie wielka mapa 
Niemiec z morzami, rzekami, górami i miastami. Była tam Lundea w Anglii, którą dzisiaj zowiemy Londynem, 
Antwerf we Flandrii, Hamburg, Lubick, Gdańsk, Melbing i Ryga już wysoko w górze, na północy. W środkowej 
Europie Wrocław i Kraków, na południu zaznaczone Lyon, Genewa i Berno, Monachium i Wiedeń, Buda, 
Belgrad, Warażdyn, Siedmiogród i Konstantynopol — wszystkie wielkie miasta świata. 
Dzisiaj pod prasą leży strona odwrotna: strona CCLXXXVI i ostatnia strona z impressum — jak byśmy dziś 
powiedzieli — zastrzeżeniem praw autorskich. 
Janowi Piotrowi, późniejszemu wielce czcigodnemu mieszczaninowi wolnego miasta Rzeszy Norymbergi, 
zwanemu Petrejusem, zezwolono przed południem owego dnia stać przy kolumnie z czcionkami i podawać. 
Przypatrywał się, jak zecer składał poszczególne litery impressum, znał na pamięć tekst, który powstał po 
kilkudniowych naradach między autorem Hartmannem Sched lem a wydawcą Antonim Kobergerem, tłumaczem 
z łaciny Georgem Altanem, „czcigodnymi i światłymi obywatelami" Sebaldusem Schreyerem i Sebastianem 
Kammermaistrem, którzy łożyli pieniądze na wydanie dzieła, i wreszcie obydwoma malarzami i rysownikami 
Michałem Wolgemutem i Wilhelmem Pleydenwiwffem: 

„Tu jest wreszcie ukończona księga kronik i godnych zapamiętania dziejów od początku świata aż do 

czasów dzisiejszych, przez wielce uczonego męża po łacinie z wielką pilnością i rozwagą zebrana. I przez 
Georga Altena, obecnego pisarza w Norymberdze, z tejże łaciny czasami zdanie po zdaniu, a czasami (nie bez 
przy- 
Kronika <wlata Schedla 
czyny) w streszczeniu na niemiecki przełożona. I następnie przez czcigodnego i szanownego Antoniego 
Kobergera tamie w Norymberdze wydrukowana. Za zachętą i na żądanie czcigodnych i światłych obywateli 
Sebalda Schreyera i Sebastiana Kammermaistra, mieszczan tamże. I przy współpracy Michała Wolgemuta i 
Wilhelma Pleydenwurffa, malarzy tamże i współmieszczan, którzy dzieło to wizerunkami odręcznie ozdobili. 
Dokonano XXIII dnia miesiąca grudnia, po narodzeniu Chrystusa, Zbawiciela naszego, MCCCCXC1I1 roku." ... 

Johannes Petrejus pomagał przy podkładaniu papieru i tektury pod formę, tak ażeby każda litera pięknie się 

zarysowała i w pełni odbiła. Trzymał garnek z farbą mistrzowi drukarskiemu, który nasycał nią skład, patrzał, 
jak preser eleganckim i prawie niedbałym ruchem uruchamiał dźwignię, wskutek czego olbrzymia drewniana 
śruba przyciskała ciężki tygiel do formy drukarskiej. Cała ta wymyślna technika wprawiała go w zachwyt. 
Zdawał sobie sprawę, że stoi u progu nowych czasów. Nie przeczuwał jednak, jak niebezpieczna stanie się 
kiedyś prasa drukarska, której służył. Były, co prawda, dni — sam to przyznawał — kiedy trwożliwe ostrzeżenia 
matki przed tą sztuką czarnoksięską napełniały go niepokojem. Jak dotąd, matka zawsze miała rację. Nie 
przeczuwał, jak słuszne były tym razem jej przestrogi. Starał się gorliwie pchnąć naprzód nową sztukę. 
Kilkadziesiąt lat później ulepszył ją wynalazkiem, zastępując drewniane wrzeciono tokowe wrzecionem 
mosiężnym, działającym lekko i równomiernie; nie wiedział, że tymi udoskonaleniami technicznymi przyczynia 
się tylko do intronizacji siłowa drukowanego jako najwyższego Boga, nie wiedział, że drukujący, czytający, 
oświecony naukowo człowiek stanie się pokornym niewolnikiem tego drukowanego słowa, rodzajem 
homunkulusa, który zburzy organiczną harmonię świata. 

Wielki Boże, czyż mógł to przeczuć! A cóż to był za wspaniały wieczór! Przyszedł sam pryncypał, aby 

przypatrzyć się drukowi ostatnich dwóch stron: imć pan Anthonius Koberger, właściciel największej drukarni 
świata, zatrudniającej dwudziestu kilku mistrzów, samych uczonych panów, i ponad stu robotników. We Frank-
furcie, Wenecji, Hamburgu, Ulmie, Augsburgu, Bazylei, Erfurcie, Wiedniu, Lyonie i innych wielkich miasta 
Europy posiadał oficyny księgarskie, w których pracowali jego przedstawiciele jako księgarze,

background image

 
IDLA 
buchalterzy, spedytorzy. Skoro przy ukończeniu druku obecny był sam pan Anthonius Koberger, człowiek zacny 
i poważany, to matka małego Janka na pewno nie miała racji. Żaden Koberger nie wdawał się w nieuczciwe 
sprawy. 

Ale oto dom Kobergera. Twardy klekot pras dolatywał aż na ulicę. Potem słychać było ostry dźwięk przy 

odejmowaniu formy, którą mistrz drukarski znowu nasycał farbą. Klap — klip — klap — brzmiało to jak 
uderzanie cepów w tajemniczym rytmie. 

Chłopak wzdrygnął się. Potem całym ciężarem ciała pchnął drzwi. Powoli uchyliły się odrzwia, owionął go 

panujący w drukarni dziwny zapach farby, oleju i ołowiu, którego nie zapomni nigdy, kto kiedykolwiek w życiu 
nim oddychał. 

Norymberska Kronika świata Hartmanna Schedla, potężny foliant 

0  wieluset stronicach objętości, około czternastu funtów wagi, jest największym inkunabułem świata. Antoni 
Koberger mógł słusznie być dumny z tego, że olbrzymie dzieło, ozdobione dworna tysiącami drzeworytów, 
wyszło jego nakładem i było tłoczone w jego drukarni. Jest ono bowiem chyba najlepszym dowodem niezwykle 
szybkiego rozwoju, jaki w niespełna pięćdziesiąt lat po jej wynalezieniu osiągnęła czarnoksięska sztuka 
drukarska. W późniejszych wiekach tylko radio i telewizja, dwa inne środki rozpowszechniania wiadomości, 
dwie inne możliwości techniczne zapewniające człowiekowi wszech- obecność, przeszły równie błyskawiczny 
rozwój. Jest to bardzo znamienne. 

Zjawiska tego rodzaju zachodzą bowiem tylko wówczas, gdy spokojny nurt czasu i pokoleń zaczyna się 

burzyć, gdy wylania się nowa epoka. I jak radio i telewizja są wyrazami nowego rozdziału dziejowego, który 
zaczął się z wybuchem pierwszej wojny światowej, tak i Kronika świata Kobergera jako osiągnięcie techniczne 
nosi na sobie piętno nowego czasu. 

Oczywista, można by twierdzić, że stare wino zostało tu tylko przelane w nowe naczynia. Olbrzymia księga, 

której druk Antoni Koberger ukończył 23 grudnia 1493 roku, należy z ducha w znacznej mierze jeszcze do 
średniowiecza. Na jednej z ostatnich stron jest wezwanie do czytelników, „dostojnych włodarzy, prałatów, 
cesarzy 
1  królów, książąt, panów i pachołków", aby pamiętali, że koniec świata jest bliski. „Otwórzcie oczy, nastawcie 
uszy i pamiętajcie 
0  przeszłych i przyszłych czasach — ażeby was śmiercionośny sen nie zaskoczył ani nagły promień zmiennego 
szczęścia nie zranił!" Jest to żałobne proroctwo rozpowszechnione w końcu XV wieku 
1  znane nam z niezliczonych podobnych wypowiedzi: Ostatni dzień świata jest bliski, czyńcie pokutę, 
grzesznicy! Zgodnie z tradycją umieszczony też został w Kronice Kobergera taniec śmierci. Pierwszym z tych 
grozą przejmujących obrazów był fresk wymalowany w 1424 roku na murach cmentarza Niewinnych Dziatek w 
Paryżu. Od tego czasu nie skąpiono trudu, by ciągle na nowo odtwarzać w obrazach dziki taniec, w który, 
według wyobrażeń średniowiecza, wielki kosiarz puszcza się ze swymi ofiarami 

Taniec śmierci, przedstawiony w norymberskiej Kromce świata, jest najokropniejszym w swej wymowie z 

wszystkich tego rodzaju

background image

 
Część pierwsza — Pomóż nam, Matko Święta z Gwadelupy 
dzieł sztuki. Obraz ten, stworzony przez Albrechta Diirera i w jego pracowni wyryty w drzewie, nie jest już 
niewinnie naiwny, lecz intelektualistyczny i przepojony okrutną ironią. Śmierć zeszła tu na drugi plan. Opiera 
się o lewą krawędź obrazu, zdegradowana do rzędu pogardzanego flecisty, który przygrywa tańczącym. Pierw 
szy plan zajmują dwa tańczące szkielety, męski i żeński. Od rysowane zostały z najwyższym realizmem, słyszy 
się wprost klekot ich kości, czuje zmysłową rozkosz ich tańca. Jak gdyby podniecone westchnienia tańczących 
nie pozwalały biednym duszom leżeć spokojnie w grobach, na wpół przegniłe trupy podnoszą się z nich ku 
kuszącym rytmom. Panieneczka w rogu obrazu weźmie zaraz udział w tej zabawie. Z jej ciała, które niegdyś 
było zapewne piękne, zwisają zgniłe piersi, a wokół ud, które niedawno jeszcze pieściły czułe ręce, wiją się 
kiszki z pękniętego brzucha. 
Kronika świata Schedla 

Straszny to widok. Jest w tym obrazie intencja. Bije z niego chorobliwa rozkosz zgrozy — lubieżna, 

przewrotna. Nie jest to tylko spekulacja nakładcy. Tematyką swą obraz Diirera należy oczywiście do 
średniowiecza, bo kto za czasów Kobergera chciał wydać ilustrowaną historię świata, ten musiał pokazać także 
taniec umarłych. Ale sposób, w jaki go tutaj ukazano, jest już nowoczesny, tak że przy użyciu nieco tylko od-
miennych środków technicz-1 nych mógłby śmiało pochodzić z pogrążonej w rozterce sztuki naszych 
niepewnych czasów. 

Nowoczesny jest także sposób, w jaki Koberger ilustruje swoje dzieło. Już przed Kroniką norymberską 

istniało oczywiście kilka dzieł drukowanych z ilustracjami. Był więc słynny Der goldene Thron („Złoty tron"), 
wydrukowany w 1470 roku przez Alberta Pfistera w Bamberdze. Zawierał dwadzieścia pięć ilustracji, ale były to 
właściwie dwa drzeworyty ciągle się powtarzające i opatrzone jedynie w różne napisy. Tak samo postąpił Peter 
Schoffer z Moguncji, gdy 
w 1492 roku wydał Kroniką stiSką. Zamówił u malarza i kazał wyciąć w drzewie cztery obrazy miast, kilka 
rysunków rycerzy, dam i biskupów. I to mu wystarczyło do zilustrowania dziejów od początku świata do jego 
czasów. Ani jemu, ani jego czytelnikom bynajmniej nie wadziło, że Halberstadt wygląda tak samo jak Rzym, 
Hamburg jak Salzwedel, a Munster jak Hildesheim. Trudno nam to dzisiaj zrozumieć — wówczas ilustracja nie 
miała jeszcze wartości realnej, lecz tylko symboliczną. 

W swej Kronice Koberger nie zerwał zresztą zupełnie z dawnym zwyczajem. W jego arcydziele drukarskim 

cesarze, królowie i ojcowie Kościoła majrozmaitszych czasów i krajów ukazani są nieraz 
2. 
■P 
aSka.

background image

 
identycznym rysunkiem, a czytelnik stwierdza ze zdziwieniem, że ilustracja oznaczona jako Moguncja ukazuje 
się w innych miejscach książki jako Neapol, Akwileja, Bolonia czy Lyon. Ale są to wyjątki i na tym polega 
nowoczesność i oryginalność dzieła. Przez długi czas wysyłał Koberger Michała Wolgemuta i Wilhelma 
Pleyden- wurffa, wielkich nauczycieli i kolegów Diirera, do Europy środkowej, aby otrzymać od nich 
prawdziwe i zgodne z rzeczywistością obrazy miast. Rysunki miast, takich jak Norymberga, Augsburg, Mona-
chium, Wiedeń, Strasburg i Magdeburg są prawdziwe. Z końcem XV wieku wyglądały rzeczywiście tak, jak je 
przedstawia Kronika świata. Szczególnie interesujące jest to zwłaszcza, jeśli chodzi o Magdeburg/gdyż został on 
w sto pięćdziesiąt lat później przez TUly'ego tak doszczętnie zniszczony, że tylko z Kroniki Kobergera można 
się dowiedzieć, jak przedtem wyglądał. 

W naszym świecie, zaopatrywanym tak hojnie w obrazy przez fotografię, film i telewizję, nie możemy sobie 

nawet wyobrazić, jaki przełom oznaczała norymberska Kronika świata. Do tej pory bowiem rzeczywistość nie 
była przedmiotem zainteresowania. W Kronice ukazuje się, po raz pierwszy chyba na Zachodzie, jako wartość 
samoistna. I do chwili obecnej to, co realne, tylko dlatego, że istnieje, wartość tę na ogół zachowało. 

W wielkim dziele drukarskim Kobergera przeplatają się cechy średniowieczne i nowoczesne. Powstało ono 

w historycznej chwili, gdy nadchodził już nowy czas. Albowiem wkrótce po owym 23 grudnia 1493 roku 
dowiadują się ludzie także w Norymberdze, że niejaki Cristóbal Colón, admirał Jego Arcykatolickiej Mości 
Króla Hiszpanii, odkrył za oceanem nowe lądy. 

24 czerwca 1493. 
Podczas gdy w Norymberdze, dużym ośrodku wiedzy geograficznej w Europie, stukają i huczą prasy 

drukarskie Kobergera, dziwna pielgrzymka wyrusza z dworu Ich Królewskich Hiszpańskich Mości w 
Barcelonie. 

Na przedzie kroczy służba królewska ubrana w szaty czerwone, złote i białe, niosąc dumnie herby Aragonii 

i Kastylii. Za nią postę 
Procesja pątnicza Kolumba 
pują mnisi-pokutnicy w zgrzebnych habitach, z gołymi głowami w palącym słońcu południa, z płonącymi 
świecami w. ręku. Krocząc w tyle za lekkonogimi i strojnymi hajdukami królewskimi mnisi wyglądają 
niepokaźnie i niezbyt pociągająco. Przez cały czas próbują prostować palcami gnące się w upale świece 
woskowe, co dla tłumu gapiów jest źródłem nieustającej i gorszącej wesołości. 

Ale nagle*tłum milknie. Ludzie wyciągają głowy, oczy im błyszczą. Oto nadchodzą! Zbliża się w 

pochodzie pięciu mężczyzn, ubranych również w zgrzebne habity, jak mnisi, ale bez świec. Wąskie, brązowe 
twarze o orlich profilach. Krucze włosy spadają im na ramiona. Tu i ówdzie, mimo nadzoru duchownych, 
barwna wstążka spina potok włosów, z długich czupryn sterczą wachlarze cudacznych piór. 

Indianie — ludzie stamtąd! Poddani Wielkiego Chana Azji! Obco i groźnie wyglądają nawet w habitach. 

Jeden z gapiów żegna się krzyżem świętym i odmawia starą błagalną modlitwę ludzi z Estre- madury: „Pomóż 
nam, Matko Święta z Gwadelupy!" A gdy z prawa i z lewa przyłączają się do tej modlitwy sąsiedzi, jednostajny 
szept niesie się wzdłuż drogi. Szmer i westchnienia idą za Indianami. Czerwoni ludzie przysłuchują się ze 
zdziwieniem. Wreszcie pytają, co to oznacza. Gdy dowiadują się, że Panna Święta z Gwadelupy jest przede 
wszystkim orędowniczką wojowników, wielkie zainteresowanie malujje się na ich twarzach. Oni są przecież 
także wojownikami. Tam, za wielkim morzem, w ich ojczyźnie, wszyscy mężczyźni noszą broń. 

Niedługo potem czerwoni rodacy w Meksyku i Peru wzniosą wszędzie prymitywne rzeźby wielkiej 

Orędowniczki, powstaną nowe Gwadelupy. Starzy bogowie okazali się bezsilni wobec obcych przybyszów, 
może pomocna będzie biała Pani. Jeśli lituje się nad zwycięskimi białymi ludźmi — zmiłuje się tym bardziej nad 
pobitymi i uciśnionymi! 

Pięćset lat minęło od tego czasu. Ale w Południowej Ameryce, wszędzie, gdzie, żyją Indianie, w szepcie i 

westchnieniu modlitwy błagalnej, w głuchej groźbie i rozdzierającym krzyku rozpaczy dziś jeszcze słychać: 
„Pomóż nam, Matko Święta z Gwadelupy!" 

Pielgrzymka zdąża do Panny Świętej z Gwadelupy, do starego gotyckiego kościoła klasztornego w jednej z 

dolin poprzecznych Sierra de Guadalupe, do cudownej figury Matki Boskiej, którą

background image

 

według legendy wyrzeźbić miał ewangelista Łukasz. Chłopi, żebracy i komedianci, kaleki, ladacznice i 

.panowie, stojący przy drodze i gapiący sie na pochód — dobrze wiedzą, kto teraz nadchodzi. To jeden z 
możnych tego świata błaga o odpuszczenie mu grzechów. To admirał, „zwycięzca Oceanu", który po drugiej 
stronie nieskończonych odmętów wodnych odkrył nowy ląd. 

Czy rzeczywiście wszystko to odbyło się 'bez czarów? Czy rzeczywiście Wszechmocny roztoczył swą łaskę 

nad tym cudzoziemcem, o którym tak wielu mówi, że jest Żydem, pół-Maurem i czarnoksiężnikiem? -A może 
było to tylko mamidłem piekła i wszetecznym dziełem czarownic? Jak mógł człowiek ten zatrzymać swe okręty, 
gdy nad okrągłością kulistej ziemi ześlizgiwały się w bezdenną przepaść? Jakich zaklęć użył, by moce 
podziemne pozwoliły mu wbrew wszelkim prawom natury wspiąć się w drodze powrotnej do Hiszpanii na 
sklepioną górę wód oceanu? 

Podczas gdy uroczysta procesja pnie się powoli i mozolnie przez góry Estremadury, zakurzeni, tajemniczy 

jeźdźcy galopują po wszystkich drogach nad Morzem Śródziemnym. Już w połowie marca 1493 roku Don Luas 
de la Gerda-, książę Medinaceli, grand hiszpański, wielki kupiec i armator, dowiedział się przez swą prywatną 
służbę wywiadowczą w Lizbonie, że Kolumb wrócił i znalazł wszystko, czego szukał. A zaledwie osiem dni 
później, w ostatnim tygodniu marca, nadchodzi do szefa tajnej służby wywiadowczej Signorii florenckiej 
doniesienie agenta, że z polecenia króla Hiszpanii kilku młodych ludzi na trzech karawelacłŁ- odkryło na 
zachodnim oceanie wielką wyspę zamieszkałą przez ludzi. Nie znają tam żelaza, ale jest za to obfitość złota, 
bawełny i korzenią 
Wiadomość ta spada na Florencję jak grom. Bogate miasto nad Arnem nie jest wprawdzie bezpośrednio 
zainteresowane w handlu morskim jak .Genua lub Neapol, ale, podobnie jak inne miasta włoskie, i ono żyje z 
importu złota afrykańskiego, korzeni wschodnich i ze związanych z tym interesów, bankowych i giełdowych. Ta 
niezwykle lukratywna działalność będzie narażona na szwank, jeśli doniesienia agentów hiszpańskich okażą się 
prawdziwe. Handel z Afryką i Wschodem jest utrudniony, a od chwili zdobycia Konstantynopola przez Turków 
wielce ryzykowny, trzeba więc siłą rzeczy zwrócić się ku nowo odkrytym lądom na zachodzie. We Włoszech 
zdawano sobie jasno sprawę z grożącego z tej strony niebez- 
piecze ństwa. Ale nawet najbardziej przebiegły bankier lub armator włoski nie mógł przewidzieć skutków 
nowych odkryć hiszpańskich. Nikt nie przypuszczał oczywiście, że miasto zubożeje, że już następne pokolenia 
nie będą mogły rozebrać walących się domów, kościołów i umocnień, aby zastąpić je nowoczesnymi 
budowlami, że kwitnące miasta zamienią się w rodzaj zamieszkałego muzeum. Jeżeli dziś w Wenecji, Pawii, 
Florencji, Rawennie lub Sienie, w Rothenburgu, Nordlingen, Augsburgu i Norymberdze chodzimy po tych 
samych ulicach, po których przed pięciuset laty chodzili nasi przodkowie, jeżeli w tych samych domach, co 
wówczas, ludzie kochają się i cierpią, rodzą się i umierają, jeżeli w tych samych kościołach zanosi się modły do 
Boga i Jego świętych, jeżeli wyglądamy przez stare wykusze w murach obronnych i przez blanki wież, przez 
które dwadzieścia pokoleń wcześniej ludzie w stalowych hełmach wypatrywali ponuro wroga, jeżeli tutaj czas 
stanął, podczas kiedy gdzie indziej pędził ku nieznanej przyszłości — jest to jednym z wielu skutków, które 
sprawił czyn Kolumba. Jak Herkulanum i Pompea zostały niegdyś zasypane przez wybuch Wezuwiusza, tak i 
tutaj dokonało się jedyne w historii kultury „zasypanie". Albowiem z chwili /wit, krycia Ameryki handel i 
komunikacja odvyr<kiły__sigjiiejaka w oka mgnieniu od Morza Śródziemnego i miast górno-niemieckich, prze-
nosząc się do Hiszpanii i Portugalii. ^Nabrzeża włoskich miast porto- wych wyludniają się*, spichrze 
pustoszeją^czas-staje. 
~Nielhogli tego oczywiście przewidzieć ludzie żyjący we Włoszech współcześnie z Kolumbem. Niemniej 
jednak są oni poruszeni i zaniepokojeni. I podczas gdy u ich kontrahentów po drugiej stronie Alp staroświecko 
wygodne życie toczy się dalej starym trybem, jak gdyby nic nie zaszło, Włosi zbierają skrzętnie wszystkie 
wiadomości, które można uzyskać z Hiszpanii. Kupiec włoski Armibale Zenaro, osiadły w Barcelonie, wysyła 9 
kwietnia 1493 roku do swego brata w Mediolanie obszerną relację o odkryciach Kolumba. W dwa tygodnie 
później odpis tego listu leży na biurku księcia Ercole d'Este. Równocześnie Rzym otrzymuje kopię słynnego 
sprawozdania z podróży, które Kolumb sporządził dla hiszpańskiej pary królewskiej. Z końcem kwietnia 1493 
roku poseł księcia mediolańskiego Lodovica Moro w Rzymie zawiadamia swego mocodawcę o treści tego spra-
wozdania. A 25 kwietnia 1493 roku pisarz miejski w Sienie zapisuje, że „z kilku wiadomości listownych od 
swoich rodaków w Hiszpanii

background image

 
i z ustnych relacji wielu innych mężów zaufania" dowiedział się, iż niejaki Cristoforo Colom bo odkrył na 
zachodzie oceanu nowe wyspy pełne złotą i korzeni.-„A ludzie tamtejsi uważają naszych ludzi za bogów" — 
dodaje. Z początkiem maja 1493 roku sprawozdanie Kolumba wychodzi w Rzymie nawet jako „nadzwyczajne 
wydanie", praszczur naszych pism codziennych, które datę swego | 

urodzenia mogą liczyć od 

I ukazania się tej ulotki, obliczonej na szerokie koła czytelników, a w r. 1494 drukuje się ją również w Ant-
werpii, Bazylei i Paryżu. 

Dziwne to i niezrozumiałe, że rozgarnięci kupcy z wielkich miast handlowych w Niemczech południowych 

nic nie wiedzieli o podnieceniu swych włoskich partnerów. A jednak sądząc I z zachowanych dokumen- I tów z 
owych 1 czasów tak istotnie było. 14 lipca 1493 roku dr Hieronymus Miinzer z Norymbergi napisał mianowicie 
długi list do króla portugalskiego Jana II, w którym z polecenia cesarza niemieckiego Maksymiliana wzywa 
usilnie obcego monarchę do odkrycia Ameryki. Miinzer nie tylko dowodzi, że ekspedycja taka nie jest trudna do 
przeprowadzenia, ale wskazuje również, że handel z krajami za oceanem byłby niezmiernie intratny: 

„Biorąc pod uwagę te okoliczności Maksymilian, król niezwyciężony, który przez swą matkę sam jest 

pochodzenia portugalskiego, pragnie przez mój skromny list wezwać Waszą Królewską Mość, byś raczył 
odnaleźć wschodni kraj bogatego Kataj u. Jak na końcu drugiej księgi o niebie i świecie przyznaje Arystoteles, 
jak w piątej księdze swej historii naturalnej podaje Seneka i Petrus Alliacus, 
Czy Kolumb był w Kataju? 
najświatlejszy kardynał swego czasu, i wielu innych oświeconych mężów, tak i ja twierdzę, że początek 
zamieszkałego Wschodu ziemi leży bardzo blisko końca zamieszkałego Zachodu. Dowodem na to są słonie, 
których w obu tych miejscach jest bardzo wiele, oraz trzcina z wybrzeży wschodnich, którą burza nanosi na 
wybrzeża Azorów. Niezliczone są też i, śmiem twierdzić, pewne dowody, z których wynika jasno, że owo morze 
w stronę wschodniego Kataju można przepłynąć w ciągu niewielu dni... 

Masz Wasza Królewska Mość środków i bogactw co niemiara, masz bardzo doświadczonych żeglarzy, 

którzy sami chcieliby posiąść nieśmiertelność i sławę. Jaką sławę uzyskasz Wasza Królewska Mość, gdy 
sprawisz, że zamieszkały Wschód stanie się znany Zachodowi, i jakąż korzyść przyniesie Ci potem handel! 
Wyspy na Oceanie uczynisz zyskownymi, a zdumieni królowie poddadzą się Twemu panowaniu!" 

Listu tego Miinzer nie byłby oczywiście napisał, gdyby odkrycia Kolumba znane już były w lecie 1493 roku 

w Norymberdze albo gdyby ludzie byli tam przekonani, że Włoch dotarł rzeczywiście do nadmorskich krajów 
wschodniej Azji Ale jeszcze w cztery lata później, gdy Bartłomiej Kistler ze Strasburga oddaje do druku nie-
miecki przekład sprawozdania Kolumba z jego pierwszej podróży, przeznaczonego dla hiszpańskiej pary 
królewskiej, wypisuje na stronie tytułowej: „Wielce'przyjemne czytanie o kilku wyspach, które przed 
niedawnym czasem zostały przez króla Hiszpanii znalezione. I mówi o wielkich dziwnych rzeczach, które na 
tych wyspach się znajdują." 

Czyżby przemądrzali uczeni niemieccy nie wierzyli synowi włoskiego tkacza? Twierdził przecież, że był w 

Kataju, owym wspaniałym państwie, które przed dwustu laty opisywał z takim zachwytem wenecjanin Marko 
Polo. Zapewne, Kolumb odkrył wszelkie możliwe wyspy daleko za morzem. Ale czy należą one rzeczywiście do 
Kataju? 

Poza niemieckimi uczonymi także inni ludzie stawiają znak zapytania przy wiadomościach odkrywcy. On 

sam mówi, że jest pewny swej sprawy. Czy jest istotnie tak pewny? 

Oczywista, na dworze królewskim w Barcelonie przyjęto go | wszelkimi honorami. Nosi teraz tytuł 

„admirała Oceanu", wioekró- la i gubernatora wszystkich wysp indyjskich. Podczas uroczystego

background image

 
Część pierwsza — Pomóż nam, Matko Święta z Gwadelupy 
przyjęcia wydanego przez Ich Królewskie Moście zajął miejsce między nimi, na królewskim krześle tronowym. 
Został podniesiony do stanu szlacheckiego i posiada herb nadany mu przez króla. Posiada oficjalny dokument 
nominacyjny, który jego i jego rodzinę zatwierdza „na teraz i na zawsze" w ich dostojnych urzędach. 

Kolumb przyjął chętnie wszystkie te zaszczyty. Ale gryzie go sumienie. I podczas mozolnego marszu 

pokutniczego do wielkiej Orędowniczki z Gwadelupy dręczy go bezustannie pytanie, które będzie go nurtowało 
do śmierci: czy to, co odkrył, jest rzeczywiście Katajem? Kataj oznacza złoto, złoto i jeszcze raz złoto. A na 
wyspie Cipangu, o której Marko Polo opowiadał, że leży przed państwem Wielkiego Chana na morzu 
wschodnim, jest także mnóstwo złota i wspaniałych szlachetnych kamieni. Przywiózł, co prawda, ze swej 
podróży trochę złota, tak że para monarsza dała się przekonać. Ale w gruncie rzeczy było tego złota tak mało, że 
nie może pozbyć się nękających go wątpliwości. I istotnie wszystkie późniejsze podróże Kolumba są jednym 
dręczącym poszukiwaniem namacalnego dowodu, że słuszne były jego nadzieje, twierdzenia, jego upieranie się, 
iż był rzeczywiście w Chinach lub Indiach. 

Pomóż, Matko Święta z Gwadelupy! 
Przy Talavera de la Reina, na zachód od Madrytu, Kolumb i jego procesja przekraczają rzekę Tag. Droga, w 

tym miejscu mało co szersza od ścieżki, pnie się zakosami w górę Sierra de Estremadura. Z czerwcowego nieba 
praży niemiłosiernie słońce. Szarobrunatne stoki górskie wydają się w tym oślepiającym świetle skrzepłymi 
falami kamiennego morza. Niemiłosierne, nieubłagane, obce, złe! Jak daleko jest Bóg! 

A przecież Bóg widomie wiódł go i prowadził! Jego, Krzysztofa Kolumba, biednego tkacza z „Genova la 

Superba", bogatej, potężnej Genui, której mieszkańcy uważali się zawsze za lepszych od reszty Włochów. 

I gdy admirał ciężko dysząc pnie się powoli w górę, myśl jego wraca do miłej ojczyzny włoskiej, do 

szczęśliwego dzieciństwa i młodości, do owych początków sprzed wielu, wielu lat... 

Oto Genua i dom rodzicielski przy Porta deH'01ivella, wschodniej bramie miasta. Oto jego ojciec, 

Domenico Colombo, wesoły genueńczyk, z zawodu tkacz, a zarazem stróż bramy Olwella. Ale osiemdziesiąt 
cztery funty genueńskie, które za to rocznie otrzymuje, nie 
Młody Kolumb uczy się łaciny 
wystarczają na utrzymanie rodziny, a i dochody z właściwego zawodu są bardzo niskie. Nieraz bieda zaglądała 
do mieszkania Kolumbów, a choć Dominik był poważanym mieszczaninem, nigdy nie opływał w dostatki. Obok 
swej tkalni otworzył w późniejszych latach sklepik z serem, próbował także handlu winem, ale zawsze dawał 
obietnice, których nie mógł dotrzymać, ciągle zamawiał towary, których nie mógł zapłacić, długi rosły — 
słowem, nic się jakoś ojcu nie wiodło. 

Tak dorasta urodzony w 1451 roku Krzysztof Kolumb, syn dość szanowanych, ale niewątpliwie całkiem 

prostych ludzi. Późno dopiero nauczył się czytać i pisać, znał się trochę na tkactwie, a dzięki urozmaiconej 
działalności zarobkowej ojca udało mu się coś niecoś powąchać z niejednej gałęzi rzemiosła i handlu. Ale po 
łacinie nie umie, a więc zamknięte są przed nim drzwi do dalszego kształcenia i wyższej wiedzy; ba, nawet po 
włosku nie umie zbyt dobrze. Jako młody człowiek mówił widocznie tylko narzeczem genueńskim, którego 
bynajmniej nie rozumie się w całych Włoszech. Nie daje mu to zbyt dobrego startu. Ale jako dziewiętnastoletni 
młodzieniec ręczy dnia 31 października 1470 r. za zaciągnięty przez ojca dług, który wynosił czterdzieści osiem 
funtów genueńskich. Zdaje się więc, że Krzysztof rozumiał się trochę na interesach i już jako młody człowiek 
zarabiał pieniądze. 

Wkrótce potem spotykamy go jako urzędnika domu bankowego Centurionich w Genui — musiał widocznie 

wzbudzać zaufanie i coś umieć. Dzięki posadzie u Centurionich Kolumb wychodzi na morze. Jak każdy chłopak, 
którego lata upływają nad brzegiem morza, tak i on pływał zapewne nieraz na łodziach rybackich. Może nawet 
tu i ówdzie przypatrywał się rysownikom map, ślęczącym nad porto- lanami, modnymi mapami morskimi, które 
się w tym czasie ukazały. Genua była bowiem siedzibą słynnej szkoły kartograficznej, która dostarczała map 
wszystkim miastom nadmorskim Italii, z jej usług korzystała także Portugalia, ilekroć jakaś nowa wyprawa do 
Afryki wracała z wynikami swych obserwacji. Możliwe też, że w latach 1470 do 1472 Kolumb dał się 
zwerbować na jeden z wielu żaglowców handlowych Genui. Ale dowód odbycia przez niego podróży morskiej 
posiadamy dopiero z roku 1475, gdy w służbie Centurionich wybrał się na Chios. Wczesnym latem 1476 
wypływa znowu z wielkim konwojem genueńskim, który ma przywieźć żywicę pista- 
33 
mmSKKM

background image

 
Część pierwsza — Pomóż nam, Matko Święta z Gwadelupy 
cjową z Morza . Śródziemnego do Lizbony i Flandrii. Ale w połowie sierpnia u południowego wybrzeża 
Portugalii, niedaleko Przylądka Sw. Wincentego i w pobliżu Lagos, silna flota portugalsko-francuska napada na 
konwój i rozbija go. 

I teraz następuje w życiu Kolumba wielki, cudowny zwrot. Po zatonięciu okrętu morze wyrzuca go, lekko 

rannego, uczepionego do szczątka kadłuba, na ląd w pobliżu Lagos. Stamtąd wyjeżdża kilka tygodni później do 
Lizbony. Dla kupców i żeglarzy piękne miasto 
■ nad Tagiem jest w owym czasie najbardziej interesującym miejscem świata. Kok w rok zawijają tutaj z da-
lekiej Afryki królewskie okręty handlowe z ładowniami pełnymi kosztowności i najdziwniejszych przedmiotów: 
ciężkich śkrzyń ze złotem, grubych worków pełnych ostrego pieprzu Ma- laguetta, olbrzymich pęków kości 
słoniowej i coraz to nowych grup bojaźliwie u- śmiechniętych, czarnych niewolników. Obok smukłych* 
portugalskich karawel stoją tam brzuchate kogi z Hamburga i Londynu, a na Praęa de Commercio piętrzą się 
towary. Nieskończony, gęsty tłum ludzi faluje w obie strony i przelewa się przez wąskie uliczki miasta — 
ogniści Maurowie, Irlandczycy z włosami jak len, dumni, milczący Kastylijczycy, otyli Grecy, czarni jak heban 
ksią- ■ żęta murzyńscy ze Złotego Wybrzeża, zwinni Włosi, opaśli flandryj- scy sukiennicy, eleganccy Francuzi. 

Był, zdaje się, początek 1477 roku, gdy Krzysztof Kolumb przybył <ip Lizbony. Wysoki, rudawy, 

niebieskooki genueńczyk nie rozumie ani słowa po portugalsku. Mimo to niebawem czuje się w obcym mieście 
jak u siebie w domu. Od dawna mieszka w Lizbonie znaczna kolonia genueńska — bankierzy, kapitanowie okrę-
tów, astronomowie i kartografowie. Kolumb ma wśród nich niejednego znajomego, z pewnością pomogą mu 
stanąć na nogi. 
Rozbicie okrętu i ocalenie w Portugalii 

Nie omylił się. Niebawem jest już przyzwoicie odziany i zarabia tyle, że może uczyć się po portugalsku, 

hiszpańsku i po łacinie. Przede wszystkim po łacinie! Kto nie włada językiem nauki, językiem wszystkich 
podręczników, ten nigdy nie będzie mógł zajmować się nautyką i astronomią. A tym należy się tu zająć. Nie 
trzeba szczególnej przenikliwości, by to zrozumieć. Krzysztof Kolumb nauczył się niejednego w szkołach 
kartograficznych Genui. To mu się teraz przydaje. Z zapałem pogrąża się w studiach, niebawem opanowuje fach 
rysowania map tak świetnie, jak się tego żąda w Lizbonie. 

Ale w żyłach genueńskiego zapaleńca płynie zbyt niespokojna krew, by mógł zadowolić się ślęczeniem nad 

mapami przez całe życie. Zdaje się, że po pewnym czasie zadzierzgnął znowu stosunki z firmą Centurionich, 
którzy mają filię w Lizbonie. W r. 1478 wielka stara firma wysyła swego dawnego pracownika na Maderę; ma 
tam zakupić cukier. Nie było to dziełem przypadku. Młody genueńczyk poznał mianowicie w tym czasie dońę 
Felipę Perestrello de Moniz, córkę zmarłego przed kilku laty Bartłomieja Perestrello, dawnego gubernatora Porto 
Santo, małej wyspy w pobliżu Madery. Od 1473 roku żyje na Porto Santo jako pan dziedziczny brat doni Felipy. 
Kolumb mający tak dobre stosunki na Maderze musiał Centurionim wydać się pożytecznym. Prawdopodobnie 
na krótko przed wyruszeniem w podróż Kolumb poślubił dońę Felipę. Młoda dama nie miała, zdaje się, 
pieniędzy, ale w posagu wniosła mężowi swe stosunki towarzyskie oraz mapy morskie i opisy nautyczne ojca. 
Nie wiemy, czy opowiedziana wyżej przygoda o zatonięciu statku u wybrzeży portugalskich jest prawdziwa. W 
ostatnich czasach podawano ją z ważkich powodów w wątpliwość. Możliwe, że Kolumb przybył do Lizbony 
jako agent handlowy. Ale ożenek z damą niezbyt wprawdzie bogatą, ale należącą do szlachty portugalskiej, jest 
doku- mentarnie zaświadczony. Nie ulega też wątpliwości, że młody marynarz i kupiec zbliżył się podczas 
swych portugalskich lat nauki o spory szmat drogi do celu swego życia.

background image

 

Od kilku dni wieje z Afryki leste — suchy, gorący wiatr pustynny. Brunatna mgła zasnuła słońce, wszystko 

pokryła warstwa czerwonego pyłu. Drobniutki żwir zgrzyta w zębach, oczy pieką, pył wciska się przez 
zamknięte okiennice do izb mieszkalnych. Afryka jest oddalona o siedemset kilometrów, przedzielona szerokim 
morzem, ale to niczego nie zmienia ani nie łagodzi. Człowiek czuje się, jak gdyby siedział przed drzwiczkami 
rozpalonego pieca piekarskiego. Nie, jeszcze gorzej! Bo ten wiatr pustynny wywołuje nieznośne podniecenie i 
nerwowość. Na dole w porcie, w szynkach La Vilha, znowu zabłysną wieczorem noże. 

W połowie sierpnia leste zdarza się rzadko na Porto Santo. Ale jeżeli się zdarzy, nieomylna to oznaka, że 

nastąpi zmiana pogody. Niebawem, może już jutro, wiatr zacznie znowu dąć od zachodu, od dalekiego, 
niezmierzonego oceanu. Wówczas z rozwianymi grzywami, głowa przy głowie, nadjadą rumaki Neptuna, 
olbrzymie fale uderzą z taką siłą o skały, że ich potężny grzmot rozlegnie się po całej wyspie, piana wzbije się 
na wysokość wież kościelnych i nawet w górach małej wyspy będzie się czuło kropelki wody morskiej w 
powietrzu — jak gdyby spadł słony, delikatny deszczyk z jasnego nieba i w blasku letniego słońca. 

Tak wyjaśnił te sprawy przybyłemu z Lizbony szwagrowi Barto- lomeo Perestrello, który po śmierci ojca 

objął godność gubernatora Porto Santo. A jeszcze więcej dziwnych rzeczy opowiedziała zaciekawionemu 
Kolumbowi młoda żona, gdy oprowadzała go po ulubionych zakątkach swego dzieciństwa. 

Potem wszakże zaczął wiać wiatr zachodni, normalny, silny wicher. Kolumb nie był jeszcze wówczas 

żeglarzem. Podczas ostatniej podróży znalazł się właściwie po raz pierwszy na pełnym morzu i po raz pierwszy 
przez kilka dni nie widział lądu. Wzruszony i przerażony, patrzy teraz ze stromych urwisk na północy od La 
Vilha na szalejące morze. Niech Bóg będzie miłościw grzesznym duszom, które w taki czas znajdują się na 
morzu! 
W dwa dni później zapanowała cisza, tylko drobne fale szeleszczą u brzegu. O świcie Kolumb jest już nad 
morzem. Starannie wyszukuje nieliczne miejsca, gdzie wąski pas piasku ciągnie się przed 
O fasoli morskiej i bambusach 
skałami. Musi sam obejrzeć naniesione przez burzę przedmioty, które żona pamiętała z lat dzieciństwa. Po 
takich burzach można tu podobno znaleźć „fasolę morską" i lekkie, żółte, grubsze u dołu trzciny lub drewna, 
podobne do skrzypów lub szuwarów, ale silne i grube jak ramię — przedmioty zupełnie nieznane, pochodzące 
chyba z bardzo dalekich stron. 

Gdy dońa Felipa opowiadała o tym, Kolumb doznał nagle jakby olśnienia. Dopiero niedawno czytał o takich 

drewnach czy trzcinach u Ptolemeusza, w wielkim dziele, które słynny uczony starożytny napisał o sporządzaniu 
map geograficznych. Dzieło to należy do wyposażenia warsztatu każdego kartografa. Ptolemeusz pisze, że trzcin 
takich w Afryce nie ma, znajdują się natomiast w Azji, a zwłaszcza w Indiach. 

Don Bartolomeo potwierdza opowiadania swej siostry. O tak, te obce drewna można tu i ówdzie znaleźć na 

Porto Santo. Wyjmuje ze starej, wielkiej szafy żółtawą trzcinę, grubą jak baryłka, z sękami i brunatnymi pasami. 
Kolumb drży z napięcia oglądając trzcinę bambusową. Jeśli to pana szwagra interesuje, ciągnie dalej don 
Bartolomeo, to tu ma rzecz podobną, która także pochodzi z daleka, a jest obrobiona przez obcych ludzi I 
pokazuje długi kawałek naniesionego drewna, pięknie rzeźbionego, ale tak grubo ciosanego, że każdy może 
rozpoznać, iż nie wykonano tego żelazem, lecz jakimś innym materiałem. 

Następnego dnia .Kolumb zerwał się skoro świt i pobiegł nad brzeg morza. I rzeczywiście! Oto są favas do 

mar, ziarna fasoli morskiej, lśniące i ciemnobrązowe jak kasztany, ale nieco większe. Kolumb nigdy jeszcze 
czegoś takiego nie widział, te obce ziarna pochodzą z bardzo dalekich stron. Nic o nich nie ma u Ptolemeusza. 

Ale u Ptolemeusza nic o tym być nie może. Albowiem favas do mar są nasieniem entada adans lub entada 

gigas, rośliny strączkowej, występującej przede wszystkim w Ameryce tropikalnej i należącej do gatunku 
pnączy. Jest to jedna z owych dziwnych roślin, które przypominają węże i wywołują u laika nierzeczowe 
przypuszczenie, że Bóg miał je przed oczyma jako wzór, gdy stworzył węże. Entada adans, tworząca przykre dla 
oka węzły i bardzo dziwacznie skręcona, oplata się zazwyczaj dookoła drzew. Ale wężowaty roślinozwierz, boa 
dusiciel z chlorofilu i celulozy, umie również metrami pełzać po ziemi, w nadziei, że gdzieś niedaleko znajdzie 
jakieś drzewo.

background image

 
Ta niesamowita istota pozostawia jako nasienie fasolę morską, która w wodzie utrzymuje się stale na 
powierzchni, gdyż jest wewnątrz przemyślnie wydrążona i otoczona niezwykle twardą skorupą. To diabelskie 
nasienie wymaga tylko trochę słońca i wilgotnej ziemi, aby zakiełkować i spełnić swe przeznaczenie. 

Nie wiedział o tym nic Ptolemeusz, a wskutek tego także Kolumb. Ale nie potrzeba szczególnie bujnej 

fantazji, aby wyobrazić sobie, jak przejęty był przyszły odkrywca Ameryki, gdy znalazł fasolę morską; 
dziwacznymi kulami wypchał sobie pewnie kieszenie. 

Jeśliby ktoś zapytał, kiedy Kolumbowi po raz pierwszy przyszedł na myśl jego wielki plan, to odpowiemy 

na to: tu, na wybrzeżu Porto Santo, w starych uliczkach La Vilha, w rezydencji gubernatora wyspy. Wysnucie 
tego wniosku usprawiedliwia jedna poszlaka: jest faktem, że Bartolomeo Perestrello pokazał swemu szwagrowi 
naniesiony przez burzę kawałek drewna, który był dziwnie wyrzeźbiony ręką ludzką, ale bez użycia żelaza. To 
jest wszakże wszystko, co tradycja nam przekazała. Można uważać za pewne, że Kolumb dowiedział się o fasoli 
morskiej i o naniesionych kawałkach bambusu i że je widział. Można też przypuszczać, że na Porto Santo 
pomyślał po raz pierwszy o Indiach i o możliwości dotarcia do nich przez Ocean Atlantycki. Dowieść jednak 
tego przypuszczenia nie można, gdyż w żadnym dokumencie pisanym, w żadnej starej księdze ani w żadnym 
archiwum świata nie znajdziemy jednej linijki, która by to stwierdzała czarno na białym. Pewny jest tylko czas, 
w którym to wszystko mogło się dziać. Jest nim lato 1479 roku, mówiąc dokładnie sierpień tego roku. 25 
sierpnia zeznaje mianowicie Kolumb jako świadek przed sądem w Funchalu, a z protokołu jego przesłuchania 
wynika, że już następnego dnia miał wracać do Lizbony. 

Do ostatnich czasów nie przestawano snuć najrozmaitszych domysłów, kiedy i skąd wielki genueńczyk 

wpadł na pomysł, że za oceanem musi leżeć Azja i że można do niej dotrzeć łatwiej żeglując morzem na zachód 
aniżeli drogą dokoła Afryki. Nic pewnego jednak o tym nie wiadomo. Możliwe, że plan ten zarysował się po raz 
pierwszy w umyśle Kolumba w okolicznościach przez nas opisanych, możliwe, że myśl ta pochodziła od jego 
brata, Bartłomieja Kolumba, który od r. 1480 przebywał w Lizbonie jako kartograf i znał oczywiście dobrze 
nautyczne i geograficzne problemy swego, czasu, moż 
liwe też, że genialna idea opiera się na koncepcji lekarza florentyńskiego Paola Toscanellego, który w 1474 roku 
radził królowi portugalskiemu Alfonsowi V, by starał się dotrzeć do Indii wprost przez Ocean Atlantycki. 

W czasie gdy Paolo Pozzo di Toscanelli dał koronie portugalskiej tę ważną radę, był on już starym 

człowiekiem. Zbliżał się do osiemdziesiątki, wiele przeżył, wiele widział i ufny w swe doświadczenie starca, 
pewny był swej sprawy. Pozostając w bliskich stosunkach z kurią papieską, miał kilkadziesiąt lat wcześniej 
sposobność prowadzić rozmowy o Wielkim Chanie i o jego krajach z legatem nestoriańskim wysłanym przez 
„północne części Indii Górnych" do papieża Eugeniusza IV (1431—1447). Rozmowa potwierdziła to, co w 
swoim czasie podał Marko Polo. Prawie równocześnie z tym nieznanym zresztą wysłannikiem chrześcijańskim 
przybył do Włoch inny podróżnik z Azji — wenecjanin Nicolo Conti, który bawił przez dwadzieścia pięć lat na 
Dalekim Wschodzie i oprócz Indii i Chin zwiedził także Wyspy Sundajskie. Jego opis był tak interesujący, że 
tajny sekretarz papieski Bracciolini otrzymał oficjalne polecenie, aby fakty podane przez Contiego ustalić 
protokolarnie. A w roku 1424, gdy Toscanelli był jeszcze młodym człowiekiem, powrócił do swego miasta 
rodzinnego po dwudziestoczteroletniej nieobecności trzeci podróżnik z Azji, kupiec florentyński Bartolomeo. 
Jego także nasz lekarz-geograf dokładnie wypytał. 
Toscanelli był niewątpliwie wybitnym znawcą Azji wschodniej. Ponieważ teoria o kulistości ziemi była za jego 
czasów od dawna uznana przez uczonych, nic dziwnego, że już w czasie pierwszej wyprawy afrykańskiej 
księcia' Henryka portugalskiego ugruntowało się w Toscanellim przekonanie, że wyprawa, którą królewski 
żeglarz podejmuje, jest właściwie podróżą okrężną. Buscar el levante por el poniente, należy szukać „wschodu 
na zachodzie", a Indii prostą drogą morską przez Atlantyk. 

Nasz florentyńczyk nie należał do ludzi, którzy swą wiedzę chowają pod. korcem. Przeciwnie, pogląd swój 

omawiał wiele razy ze współczesnymi naukowcami. Do jego rozmówców należał między innymi także pewien 
duchowny portugalski, który w latach sześćdziesiątych XV wieku bawił w Rzymie, a wkrótce potem został 
powołany na spowiednika Alfonsa V portugalskiego. Toteż Toscanelli nie był zbyt zdziwiony, gdy na wiosnę 
1474 roku otrzymał

background image

 
 
od swego dawnego rozmówcy list, w którym piszący prosił o opinią, czy można szukać Indii na zachód od 
Oceanu Atlantyckiego. Zapytanie to było okazją do napisania słynnego listu, który Toscanelli skierował dnia 25 
czerwca 1474 roku do swego starego przyjaciela w Lizbonie. 

„Z zadowoleniem przyjąłem do wiadomości, że jesteś na tak zażyłej stopie z Waszym szlachetnym i 

wielkodusznym królem. Nieraz już mówiłem o najkrótszej drodze do Indii, skąd pochodzą korzenie; albowiem 
prosta droga przez morze jest krótsza niż ta, której szukacie przez Gwineę. Zawiadamiasz mnie, że król życzy 
sobie otrzymać ode mnie jeszcze raz komentarz i jasne wytłumaczenie, czy i w jaki sposób można drogę tę 
odbyć. 

Jestem zdania, że powinno się to uczynić przy pomocy globusu. Ale dla zaoszczędzenia trudu i lepszego 

zrozumienia postaram się wyjaśnić kierunek za pomocą mapy, która jest podobna do mapy morskiej. W 
załączeniu przesyłam Ci narysowaną przeze mnie mapę; znajduje się na niej zachodnia ekumena ciągnąca się od 
Irlandii do Gwinei wraz ze wszystkimi wyspami, które napotyka się po drodze. Naprzeciwko tych wysp, na 
zachodzie, jest naszkicowany początek Indii z wyspami i miejscowościami, na które możecie wziąć kurs za 
równikiem. Zaznaczono na niej również, w jakim oddaleniu 
40 
Kolumb mylnie szacuje obwód ziemi 
i po ilu milach dotrzecie do tych krajów, w których znajdują się wielkie ilości korzeni, przypraw, kamieni 
szlachetnych i klejnotów. 

Nie dziwcie się, że określam słowem «zachód» okolice, z których pochodzą korzenie, choć z reguły mówi 

się, że okolice te leżą na wschodzie. Linie pionowe, narysowane na mapie z góry na dół, podają odległości ze 
wschodu na zachód. Linie biegnące w poprzek do nich wskazują odstępy od południa na północ. Poza tym 
zaznaczyłem na mojej mapie wiele miejscowości indyjskich, do których, można przybić, gdyby zaszły 
nieprzewidziane okoliczności, np. burze lub niepomyślne wiatry... 

Z Lizbony wprost na zachód jest na mojej mapie 26 odcinków, z których każdy ma szerokość 250 mil — a 

więc prawie jedna trzecia część obwodu ziemi; dzielą nas one od wspaniałego, wielkiego miasta Quinsay. 
Obwód tego miasta wynosi 100 mil lub 25 leguas, a jest w nim dziesięć mostów marmurowych. Jego nazwa 
oznacza «miasto nieba*. Leży ono w prowincji Mangi, niedaleko prowincji Kataj, w której król przeważnie 
przebywa. 

Ale z wyspy Antilia, która u Was nazywa się «Wyspą siedmiu miast», jest do Cipangu tylko 10 odcinków, 

tzn. 2500 mil względnie 625 leguas. Cipangu obfituje w złoto, perły i drogie kamienie. Świątynie i pałace 
królewskie pokryte są tam czystym złotem. 

Ponieważ droga do Cipangu jest nie znana, nie znane są jeszcze również wszystkie inne drogi. Pewne jest 

jednak, że można tam dotrzeć. Dałoby się jeszcze wiele o tym powiedzieć. Uczyniłem to jednak już ustnie, a że 
Ty doskonale to rozumiesz, nie potrzebuję wypowiadać się bliżej..i'* 

Ten pewny siebie list, wypływający z głębokiego przekonania piszącego, wywołał na dworze lizbońskim 

głębokie wrażenie. Gdyby żył jeszcze Henryk Żeglarz, nie byłby się prawdopodobnie wahał pójść za 
wskazówkami włoskiego lekarza i wysłać swe karawele przez ocean do Cipangu-Japonii. Ale Henryk leżał już 
od czternastu lat w grobie, Alfons V nie był skłonny do awanturniczych wypraw, a zresztą w pół roku po 
otrzymaniu listu Toscanellego wybuchła kastylijska wojna sukcesyjna, która pochłonęła wszystkie siły Por-
tugalii. 

Jaką sensację wywołał w Lizbonie list Toscanellego, wynika choćby z tego, że jego treść przedostała się 

niebawem z kół dworu i admiralicji do cechu kartografów. Słyszał o nim także Kolumb.

background image

 
Przed kilku dziesiątkami lat udało się nawet znaleźć odpis opinii Toscanellego sporządzony własnoręcznie przez 
Kolumba. 

Wydaje się, że myśl przepłynięcia Atlantyku unosiła się w owych latach niejako w powietrzu i że u 

wrażliwszych przybierała kształty wprost namacalne, jak na przykład u kapitana fiandryjskiego van Olmena, 
który w 1486 roku wyruszył, co prawda daremnie, z Azorów na zachód, lub u patrycjusza norymberskiego 
Hieronima Munzera, którego błagalny list, skierowany w 1493 roku do króla portugalskiego, przytoczyliśmy 
wyżej. Może jeszcze wielu innych miało tę myśl, oglądało ją w duchu ze wszystkich stron, wypowiadało ją 
wobec innych. Ale tylko jeden człowiek wchłonął ją w siebie, uczynił ją swoją i urzeczywistnił. Człowiekiem 
tym był Krzysztof Kolumb. 

Jest pewne, że Kolumb przestudiował bardzo starannie całą dostępną mu literaturę historyczną i 

geograficzną, przede wszystkim zaś opisy Marka Polo, Historią naturalną Pliniusza, Imago mundi d

,

Ailly'ego i 

dzieło Historia rerum ubique gestarum Eneasza Syl- wiusza. Wszystkie te dzieła podawały, że Azja, kraj 
Wielkiego Chana, jest niesłychanie bogata w ludzi, wytwory ich pracy i skarby przyrody. Wypowiadały także 
pogląd, że płynąc z zachodnich wybrzeży Europy przez Ocean Atlantycki nie jest daleko do Azji. Jeżeli 
istniałyby jakieś choćby na wpół ścisłe dane o obwodzie ziemi, reszta byłaby już stosunkowo prosta. 

Otóż obwód ziemi można było bez trudności obliczyć, znając odległość między dwoma najbliższymi 

stopniami długości geograficznej. Około dwieście lat przed naszą erą-obliczył ją dość dokładnie Eratostenes, 
określając ją liczbą 59,5 mil morskich (110,2 km). Kolumb oparł się nie na Eratostenesie, lecz na Arabach i-
..którzy uważali, że odległość między stopniami jest mniejsza. Ponadto genueńczyk użył w swych obliczeniach 
nie mili arabskiej, lecz o wiele krótszej mili włoskiej i ustalił odległość między stopniami na równiku tylko na 45 
mil morskich (83,7 km). 

Te obliczenia doprowadziły Kolumba do mylnego wniosku, że obwód ziemi jest o jedną czwartą mniejszy 

od podawanego przez starożytnych. Ale nie dość na tym; Kolumb przesunął jeszcze wybrzeże Azji o wiele dalej 
na wschód. Według jego szacunku eurazjatycka ekumena miała około 285° rozciągłości, a ponieważ Kolumb 
chciał swą podróż na zachód rozpocząć z Wysp Kanaryj 
skich, odległość, którą miał przebyć morzem do wybrzeża azjatyckiego, wynosiłaby tylko 66°. 

I tego było jeszcze Kolumbowi za wiele. Sądził, że ten szacunek jest o około 10 procent za wysoki i 

wyliczył, że na równiku, gdzie stopnie długości geograficznej leżą najdalej od siebie, odległość między 
Wyspami Kanaryjskimi a Japonią wynosi około 60°. Wobec tego, że jeden stopień długości geograficznej na 30° 
szerokości północnej — a na tej mniej więcej szerokości chciał przepłynąć Atlantyk — był według niego 
oddalony od najbliższego stopnia długości geograficznej tylko o 40 mil, przypuszczał, że tylko 2400 mil mor-
skich (około 4400 km) dzieli go od Azji wschodniej. Znaczyło to, że musiałby żeglować około trzech tygodni 
przy szybkości 4,5 mil morskich, tj. 7,5 km na godzinę. 

To leżało w granicach ówczesnych możliwości. Karawele portugalskie osiągały taką szybkość bez trudu 

nawet na dłuższych trasach, a podróż trzytygodniowa bez widoczności lądu nie wydawała się marynarzom z 
końca XV wieku niemożliwością. Z pełnomocnictwa, jakiego król portugalski udzielił w r. 1486 wspomnianemu 
już kapitanowi flandryjskiemu i odkrywcy van Olmenowi, wiemy, że miał pn przez czterdzieści dni sprawować 
dowództwo nad flotą, która otrzymała zadanie przepłynięcia zachodniego oceanu. Wyprawa wyruszyła z 
Azorów, oznaczało to więc, że podejmowano się żeglugi po morzu bez widoczności lądu przez czterdzieści dni 
— a więc mniej więcej tyle, ile w niekorzystnych warunkach potrzebowano, by z wybrzeża wschodnio-
afrykańskiego dopłynąć z pasatem do Indii. 

Kolumbowi, człowiekowi czynu, nie przyszło zapewne łatwo zestawić szczegółowo tę suchą mozaikę cyfr 

— podobnie jak nam nie przyszło łatwo przedstawić ten rachunek czytelnikowi. Ale Kolumb zdawał sobie 
sprawę, że bez gruntownej podbudowy teoretycznej nie uda mu się nigdy przekonać żadnej oficjalnej komórki w 
Lizbonie. A teraz spróbujmy wyjaśnić, dlaczego korona portugalska nie poparła kapitana genueńskiego i jego 
planów, ba, dlaczego nie mogła ich poprzeć. 

Sześć lat minęło od owego późnego lata 1479 roku, kiedy, jak przypuszczamy, zrodziło się u Kolumba po 

raz pierwszy ulotne przeczucie wielkiego planu. Przez sześć lat zbierał materiały, częściowo w Lizbonie, 
częściowo na Maderze, którą kilka razy odwiedził

background image

 
Ale nie siedział spokojnie za biurkiem. W roku 1483/84 jest znowu na morzu. I kto wie, czy ta podróż, która 
zawiodła go aż nad wybrzeże gwinejskie w Afryce, nie stała się drugim wielkim punktem zwrotnym w jego 
życiu. 

Geografowie starożytni nauczali, że dokoła równika ciągnie się, niby ognista wstęga, nie zamieszkała strefa 

gorąca. Tak czytał Kolumb w wielu czcigodnych, grubych, starych foliałach i to samo znajdujemy i my w 
różnych dziełach antycznych. Tymczasem okazało się, że starożytni nie mieli racji. Dzień po dniu flota gnana 
łagodnym wiatrem północno-wschodnim płynęła lewym halsem, by dowieźć zaopatrzenie do wybudowanego 
właśnie fortu portugalskiego Sao Jorge da Mina, dzisiejszej Elminy. Oczywiście, bywało podczas tego rejsu 
gorąco. Ałe upał był do zniesienia i mowy nie mogło być o tym, by słońce spalało wszystko, co żyje. 

Kolumb był wstrząśnięty faktem, że wielcy mędrcy starożytni padli ofiarą pomyłki; w swoim egzemplarzu 

Historia rerum Eneasza Sylwiusza zanotował z niechęcią: „Strefa gorąca nie jest bynajmniej niezamieszkała, 
przeciwnie, jest bogata w ludzi. Portugalczycy przepływają ją bez trudności. Znajduje się tam też, jak 
widzieliśmy, fort Mina naszego Miłościwego Króla Portugalii." 
Kolumb zwrócił też baczną uwagę na wiatr. Nie wiemy, czy osobliwe zjawisko pasatu północno-wschodniego, 
równomiernego prądu powietrznego, skierowanego na strefę równikową, było znane jakiemuś staremu 
podróżnikowi. Ale jest to z pewnością tylko wynikiem braków czy luk w przekazanych nam wiadomościach. 
Prąd ten musiał być po prostu znany każdemu marynarzowi i nie ulega wątpliwości, że począwszy od Fenicjan 
w odległej starożytności, a skończywszy na Portugalczykach u schyłku średniowiecza każdy kapitan żeglujący 
po Atlantyku uwzględniał działanie pasatu przy obliczaniu swych kursów żeglarskich. Donosiły o nim zapewne 
także ekspedycje portugalskie powracające z Afryki. Ale doniesienia te przechowywano starannie w tajnych 
archiwach koronnych. Hiszpańska załoga podczas wyprawy Kolumba do Ameryki niepokoiła się, gdy dzień po 
dniu dął ciągle wiatr północno-wschodni — lecz z tego faktu nie można jeszcze wnosić, że pasat był zupełnie nie 
znany. 

Sam Kolumb poznał w każdym razie pasat już na dziesięć lat przed swą podróżą odkrywczą. Nie wiedział 

naturalnie, jak daleko w głąb Atlantyku prąd ten sięga, ale ponieważ według jego obliczeń 
ocean nie był bardzo szeroki, istniała możliwość, że pasat będzie mu towarzyszył aż do przeciwległego brzegu 
wielkiego morza. Powtarzamy, że to przypuszczenie nie znajduje oparcia w żadnej pisanej tradycji. Ale podróż 
do Elminy, zapoznanie się z pasatem i przekonanie się, iż strefa gorąca jest zamieszkała, były zapewne dla 
Kolumba ostatnim bodźcem, który skłonił go do przedłożenia swych planów koronie portugalskiej. 

Jeżeli genueńczyk wyobrażał sobie, że król Portugalii i jego rzeczoznawcy, Junta dos Mathemśticos, będą 

jego projektem tak zachwyceni i przejęci jak on sam, był w wielkim błędzie. W owym bowiem czasie kapitan i 
odkrywca portugalski Diego Cao dotarł daleko na południe Afryki. Celem tej wyprawy było zapewne opły- 
nięcie Afryki; Junta dos Mathemśticos zdała sobie widocznie sprawę, że Czarny Kontynent nie rozciąga się aż 
do bieguna południowego ani też nie łączy z Azją. Droga morska do Indii stała odtąd otworem przed admiralicją 
portugalską. Henryk Żeglarz już przed kilkudziesięciu laty uzgodnił z papieżem, iż wszystkie kraje odkryte na 
południe od Przylądka Bojador będą należały do Portugalii, przeto i od strony politycznej nie należało 
oczekiwać żadnych niemiłych niespodzianek. Droga morska do Indii znajdowała się na całej przestrzeni w 
zasięgu władzy Portugalii. 

W takiej właśnie chwili przybywa Kolumb. Wystąpienie jego nie jest bynajmniej skromne. Para bitscar el 

levante por el ponien e, by dotrzeć do Indii od zachodu, żąda nie jednego okrętu, lecz całej floty. Nie byłoby nic 
dziwnego, gdyby Kolumba na zamku w Lizbonie grubiańsko odprawiono. Po co ryzykować choćby jeden okręt 
dla niepewnego projektu, gdy jest się w przededniu dotarcia do Indii zbadaną już drogą dokoła Afryki! Mimo to 
żadne grubiańskie słowo nie pada. Włoskiego przybłędę odesłano tylko do rzeczoznawców, do Junta dos 
Mathemśticos. 

Nie wiadomo, jakie zarzuty podniosło to gremium, gdy w 1485 roku przedłożono mu plan Kolumba. 

Prawdopodobnie nie zgodziło się ono z oszacowaniem odległości dokonanym przez Kolumba i wskazało na 
Ptolemeusza, który odległość od Europy do wschod

background image

 
nich granic Azji obliczał na około 19 000 kilometrów, lub co najmniej na Toscanellego, który odległość tę 
obliczał na ponad 9000 km. Nawet ta mniejsza odległość oznaczała jednak z górą pięćdziesiąt dni żeglugi 
morskiej. Jeżeli zaś w Juncie matematycy przyjmowali 19 000 km Ptolemeusza, co wymagało więcej niż 100 dni 
podróży — był to okres czasu, który mógł odstraszyć nawet kolegium nautyczne składające się z młodych, 
przedsiębiorczych marynarzy, a cóż dopiero gremium profesorów. 
Ponieważ Kolumb gotów był ważyć życie, by dowieść słuszności swej koncepcji, musimy uznać, że tylko 
ważkie powody mogły go skłonić do tak wielkiej korektury obliczeń zarówno antycznych, jak i współczesnych 
koryfeuszy geograficznych. Byłoby niewątpliwie fałszywe sądzić, że genueńczyk był zwykłym awanturnikiem, 
chociaż — jak podkreśla Peschel— odkrywanie nowych krajów było w owym czasie rodzajem gry na loterii. 
Mimo pewnych trudności materialnych Kolumb nie był bynajmniej zmuszony do gry va banque. A żądania, 
które przed wyruszeniem w podróż stawiał zarówno koronie portugalskiej; jak później królowi Hiszpanii, były 
tak niesłychane, że tylko człowiek zupełnie pewny swego mógł się na. to zdobyć. Co uczyniło syna małego 
genueńskiego tkacza tak pewnym swej sprawy? Nie mogła to być chyba tylko mania wielkości, która jest tak 
często istotną przyczyną chełpliwych postanowień i — trzeba to przyznać — także niejednego udanego przed-
sięwzięcia. Gdy w 1492 roku Kolumb wyruszył na morze, miał bądź co bądź czterdzieści jedeń lat, nie był 
młodym zawadiaką, lecz człowiekiem dojrzałym i rozważnym. Zaprzeczać takim autorytetom jak Ptolemeusz, 
Marinus i Paolo Toscanelli, wykłócać się przez lata całe z portugalskimi i hiszpańskimi komitetami naukowymi, 
wziąć wreszcie na siebie niewątpliwie głęboko odczuwaną odpowiedzialność za życie ludzi, którzy mieli mu w 
tej wyprawie towarzyszyć — wszystko to zakłada coś więcej niż tylko zarozumiałość. 

Z tych powodów wyrażano nieraz aż do najnowszych czasów przypuszczenie, że genueńczyk wiedział z 

pewnością, iż na zachodzie za Atlantykiem znajduje się ląd. Dla badaczy wyprawy Kolumba odgrywało przeto 
znaczną rolę pytanie, czy odkrywca, jak twierdzi jego syn Ferdynand, odbył w 1477 roku podróż do Islandii, 
gdzie byłby naturalnie usłyszał o Winlandii, urodzajnym 
kraju wina, który Wikingowie grenlandzcy odkryli po drugiej stronie oceanu. Amerykanin Samuel Eliot Morison 
oraz kilku geografów skandynawskich jest zdania, że genueńczyk podróż tę rzeczywiście odbył, a kilka 
niedorzeczności, które Kolumb napisał o Islandii, nie posiada takiej wagi, ażeby z tego powodu trzeba było 
odrzucić jako nieprawdziwe wiadomości o jego podróży arktycznej. Inni naukowcy, ostatnio przede wszystkim 
geograf Richard Hennig, 
zwalczają energicznie ten pogląd, i to ze słusznych powodów. Są przekonani, że Kolumb nie był dalej niż w 
północnej Anglii. Kwestia ta nie ma jednak dla nas większego znaczenia. Możemy z pewnym uzasadnieniem 
przyjąć, że z końcem XV wieku sagi winlandz- kie były dość szeroko znane i że każdy marynarz o nich 
wiedział. By się o tym dowiedzieć, Kolumb nie potrzebował wcale płynąć aż do Islandii. I bez tego wiedział 
niewątpliwie, że na zachodnim oceanie odkryto ląd. 

Prawdopodobnie wiedział nawet jeszcze więcej. W połowie XIV wieku ekspedycja skandynawska, której 

oddziały zwiadowcze

background image

 
wtargnęły prawdopodobnie do wnętrza Ameryki, stwierdziła, że kraj ten nie jest wyspą, lecz potężnym 
kontynentem. Główna kwatera tej ekspedycji znajdowała się przypuszczalnie w Newport na Rhode Island, a 
więc w zasięgu podróży Normanów grenlandzkich. Nie ma wprawdzie wiadomości, aby owe oddziały 
zwiadowcze, które dotarły, być może, do Wielkich Jezior, wróciły kiedykolwiek do głównego obozu 
winlandzkiego lub do pierwotnej bazy grenlandzkiej. Ale przeciwdowodu też przeprowadzić nie można, a wobec 
szybkości, z jaką pogłoski zwykły się rozszerzać wśród tubylców, wolno nam przyjąć, że członkowie 
skandynawskiej kwatery głównej w Newport na Rhode Island, którzy żyli w zgodzie ze swymi indiańskimi 
sąsiadami, byli -nieźle poinformowani o losie swych towarzyszy operujących o dwa tysiące kilometrów dalej na 
zachód, chociaż ich samych nigdy już więcej nie zobaczyli. 

Gdyby nawet za czasów Kolumba nie zachowało się już nic z bezpośredniej tradycji o Winlandii, to 

przecież fakt, że na zachód od północnego oceanu leżą rozległe lądy, nie był w Europie nie znany. Słyszał i pisał 
o nich nie tylko biskup Adam z Bremy, lecz byli o nich równie dobrze i z pierwszej ręki poinformowani liczni 
dostojnicy Kościoła, a przede wszystkim papież. Wobec bardzo ożywionego w pewnych okresach ruchu między 
Europą środkową a daleką Północą można śmiało założyć, że dowiedziało się o nich również wielu armatorów i 
marynarzy oraz wielkie domy handlowe. Nie należy wreszcie zapominać, że na kilka lat przed Kolumbem wy-
startowała wielka wyprawa norwesko-portugalska pod dowództwem kapitanów Pininga i Pothorsta, w której z 
ramienia Portugalii wziął udział odkrywca Joao Cortereal. Podróż ta została podjęta w roku 1473. Celem jej była 
prawdopodobnie Ameryka północno-wschodnia, a skoro Cortereal otrzymał później w nagrodę za odkrycie 
„Kraju Sztokfiszów" stanowisko namiestnika wyspy Terceira na Azorach, cel ten został zapewne osiągnięty. 
Kolumb wiedział więc prawdopodobnie o tej wyprawie i o jej wynikach. Ponieważ opis jej, podobnie zresztą jak 
wszystkie inne wiadomości o krajach położonych na dalekiej Północy, mówił o dość ubogich i surowych 
okolicach, w najlepszym zaś razie o olbrzymich lasach z dziko rosnącym winem, przeto nie budził on w Europie 
środkowej szczególnego zainteresowania. W opisach tych mogło według panujących ówcześnie wy 
obrażeń chodzić tylko o najbardziej na północ wysunięte części wybrzeża wschodnio-azjatyckiego, a nie o kraje, 
o których opowiadał Marko Polo. Dlatego też — taki nasuwa się wniosek — odkrycia Normanów nie spotkały 
się z taką oceną, na jaką zasługiwały. 

Wspomnieliśmy już, że Junta dos Mathematicos odrzuciła plan genueńczyka. Nastąpiło to prawdopodobnie 

z początkiem roku 1485 i w formie tak uprzejmej, że Kolumb nie mógł poczuć się urażony • i z tego powodu 
wyjechać. Ale w owym czasie był on już tak bardzo pochłonięty swym planem, że nie chciał żyć tam, gdzie plan 
jego odrzucono. W lecie 1485 roku wyemigrował do Hiszpanii. 

Tam z niewiadomego powodu zwrócił swe kroki najpierw do Palos nad Rio Tinto. Jego pięcioletni synek 

Diego, którego po śmierci matki, doni Felipy, musiał gdzieś umieścić, został przyjęty do klasztoru braci 
mniejszych w La Rabida koło Palos. U bramy klasztornej spotkał brata Antonio de Marchena, wizyta twa okręgu 
minorytów z Sewilli, który zawitał przypadkowo w gościnę do la Rabida. Brat Antonio był ogólnie poważanym 
astronomem. Kolumb, opanowany tylko jedną myślą, zwierzył się prawdopodobnie uprzejmemu fran-
ciszkaninowi ze swych planów. Jego rozmówcę najpierw zaintere- sowało opowiadanie Kolumba, później 
porwała go i małość zamysłu, aż wreszcie dał się przekonać, po czym za jego radą^Lsomocą Kolumb ułożył 
memoriał do don Enrique'a de Guzman, najbogatszego dygnitarza Hiszpanii 

Pismo to odniosło natychmiastowy skutek. ■ W'Hiszpanii wiedziano, że Portugalia odkrywa właśnie drogę 

morską do Indii. Można sobie zatem wyobrazić, z jak żywym zainteresowaniem spotkał się w Hiszpanii 
człowiek, który przybywał z Lizbony i twierdził, że zna o wiele krótszą drogę do Indii i Chin. Guzman 
oświadczył też od razu, że gotów jest postawić do dyspozycji Kolumba trzy lub cztery karawele. Nieoczekiwanie 
nastąpiły jednak powikłania natury politycznej. Guzmśn musiał przerwać swe pertraktacje z Kolumbem, w jego 
miejsce wstąpił don Luis de la Cerda, książę Medinaceli. Cerda, który także chciał dać Kolumbowi żądane przez 
niego trzy okręty, zawiadomił o swym zamiarze królową Izabelę Kastylską. 
40

background image

 
Ta okazała wielkie zainteresowanie tą sprawą, postanowiła sama przeprowadzić wyprawę i wezwała Kolumba 
do siebie. Jego plan został przekazany do zbadania radcom królowej, a samego Kolumba umieszczono na 
królewskiej liście uposażeń. Teraz wszystko zdawało się być tylko kwestią niedługiego czasu. 

Ale ten niedługi czas urasta do sześciu lat — sześciu lat pełnych męki i udręczeń, w ciągu których nieraz 

wydawało się, że Kolumb będzie mógł już, już wyruszyć na zachód. Genueńczyk wspominał później z głęboką 
goryczą o tym okresie. Przeciwnicy jego myśleli, że mogą naigrawać się z obcego przybłędy. Nie chodziło tyle o 
kulisty kształt ziemi, ile raczej o kwestię odległości między Europą a wschodnim wybrzeżem Azji. I jak 
przypuszczalnie już Junta dos Mathematicos, tak i hiszpański komitet rzeczoznawców, ustanowiony z polecenia 
królowej Izabeli pod przewodnictwem Hernanda de Tala- vera, przeora El Prado i spowiednika królowej, uznał, 
że podane przez Kolumba odległości są o wiele za małe i że plan jego jest nie do przeprowadzenia. Mimo to 
jednak Kolumb wywarł na Talar verze głębokie wrażenie. Komitet odroczył obrady, nie sporządziwszy 
sprawozdania ze swych prac. 

Było to w lecie 1486 roku. Dopiero w cztery i pół roku później, z końcem r. 1490, sprawozdanie to zostało 

wreszcie opracowane: niekorzystne dla Kolumba, ale o tyle słuszne, że teza Kolumba o niewielkiej szerokości 
oceanu była niewątpliwie fałszywa. Mimo to para królewska nie przyłączyła się do stanowiska, swych Rzeczo-
znawców, ypp zawiadomiła Kolumba, że po ukończeniu tocząpej się właśnie ^ftjny przeciwko Grenadzie i 
Maurom plśn jego bidzie ponownie wzięty pod rozwagę. 

Ale Koluńlfo nieiiHtoitittsię pogodzić nawet z tą kompromisową postawą pary królewsl^ej. Już przedtem 

próbował ponownie na-' wiązać rozmowy z Portugalią; teraz myśli o nawiązaniu stosunków z Francją i Anglią. 
W każdym razie opuści Hiszpanię. Jeszcze raz, z początkiem stycznia 1492 roku, bezpośrednio po wypędzeniu 
Maurów z Grenady, staje przed Izabelą i Ferdynandem. Para królewska oświadcza mu wówczas, że korona 
hiszpańska nie wykona jego projektu. 

Podczas gdy Kolumb, głęboko przygnębiony, rozgoryczony i rozczarowany daremnym sześcioletnim 

wyczekiwaniem, każe siodłać swego muła i odjeżdża, inny człowiek, który zna i ceni genueńczyka, 
uzyskuje u Izabela audiencję. Człowiekiem tym jest Luis de Sąntąn- gel, przełożony prywatnej szkatuły 
królewskiej. Tłumaczy on królowej, że ryzyko, które korona bierze na siebie, nie jest wcale nadmierne, i 
oświadcza, że w razie potrzeby gotów jest wziąć na siebie koszty floty i jej zaopatrzenia. 

Wtedy staje się cud! Santangelowi udaje się przekonać królową. Za genueńczykiem pędzi w skok konny 

posłaniec, który dogania go dziesięć mil za miastem na moście Pinos. Kolumb zawraca muła i przybywa z 
powrotem na dwór królewski. Nie postawiono mu wprawdzie do dyspozycji dwóch milionów marawedów, które 
wyprawa będzie kosztowała (około 60 000 złotych franków), Kolumb mUsi sam wystarać się o brakujące 250 
tysięcy marawedów, a San- t&ngel wylicza od siebie mniej więcej równą kwotę, ale w zasadzie wszystko idzie 
już gładko. W połowie kwietnia 1492 roku korona hiszpańska zawiera z Krzysztofem Kolumbem najważniejsze 
umowy: syn skromnego tkacza z Genui otrzymuje dziedziczne szlachectwo, zostaje wicekrólem i gubernatorem 
wszystkich przez siebie odkrytych krajów i wysp, zyskuje wreszcie 10-procentowy, wolny od podatków udział 
we wszystkich skarbach, które „stamtąd" przybędą do Hiszpanii. Dnia 12 maja 1492 roku sprawy te zostały 
uregulowane. 

Dziesięć dni później „admirał Oceanu" przybywa do Palos. Tu, gdzie przed siedmiu laty wstąpił po raz 

pierwszy na ziemię hiszpańską, ma zacząć swą wielką podróż. Może wydać się dziwne, że tak mały 'i, w 
porównaniu z Sewillą lub Kadyksem na uboczu Leżący port wybrano za punkt wyjścia tak ważnej 
wyprawy.^Były jednak ku temu dwa ważkie powody. Po pierwsze, Palos i j^go^ okolice dostarczały głównie 
kapitanów i załóg dla dawnych hiszpańskich wypraw afrykańskich, ludność tamtejsza .jetfMcdy otarta z morzem 
i przywykła do dalekich podróży, po dTugie, małe to miasto posiada flotę dalekomorskich karawel, którymi 
koroną pragnie się teraz posłużyć. Następuje to w sposób dość niefrasobliwy. Miastu Palos, które | jakichś 
powodów popadło u Ich Królewskich Mości w niełaskę, nakazuje się po prostu, by oddało do dyspozycji 
admirała dwie karaweie. Miasto niezbyt mile przyjęło ten rozkaz, toteż „Ninia", 60-tonowa karawela Juana Nino 
z Moguer koło Palos, i „Pinta", statek równej mniej więcej wielkości Cristóbala Quintero z Palos, nie były 
zapewne największymi jednostkami dalekomorskimi małego miasta portowego. 
i

background image

 

Istotnie też oba statki były małymi łupinami. Miały około 20 metrów długości i 7 metrów szerokości i były 

mało co większe od nowoczesnych kutrów używanych przez pilotów portowych. Nie należy przy tym dać się 
uwieść średniowiecznym określeniom tonażu. Jeśli przekazano nam, że „Ninia" i „Pinta" miały mniej więcej po 
60 ton, to nie chodziło tu wcale ani o ich wyporność, ani o nośność. Dopiero od XVII wieku oblicza się tonaż 
okrętu za pomocą wzoru obejmującego długość, szerokość i zanurzenie danej jednostki morskiej. Dawniej 
rozumiano przez tonaż jedynie ilość beczek wina, które okręt mógł przyjąć pod pokład. 

Jako okręt flagowy Kolumb wydzierżawił statek „Santa Maria". Statek ten, liczący 80 ton, był znacznie 

większy niż „Ninia" lub „Pinta", a jako wybrzuszony i szeroko zbudowany trójmasztowiec nadawał się 
znakomicie do przewożenia ciężarów, ale pod żaglem był o wiele powolniejszy niż obie smukłe karawele. Był to 
statek kupiecki, który podczas podróży handlowej przypadkowo znalazł się w Palos; jego właściciel i szyper 
Juan de la Cosa wziął udział w wyprawie Kolumba jako drugi oficer. Także właściciel „Ninii", Juan Nino, 
popłynął z Kolumbem do Indii. Był kapitanem swego okrętu, podczas gdy Cristóbal Quintero, właściciel 
„Pinty", zaciągnął się jako marynarz. Pierwszym oficerem na „Pincie" był Francisco •Pinzón, marynarz 
pochodzący z Palos, którego starszy brat Martin Alonzo Pinzón płynął na tym samym okręcie jako kapitan. 
Także inni oficerowte, a zwłaszcza załogi statków pochodziły prawie wyłącznie z Ba los i okolicy. W podróży 
do Indii brało udział poza Kolumbefti tylko czterech nie-Hiszpanów. 

Podane tu fakty przeczą krążącej tu i ówdzie bajce, jakoby marynarze Kolumba byli źt&odmarzami 

zmuszonymi przemocą do służby na morzu. Nic podobnego! Zwartość narodowa dziewięćdziesięciu ludzi, 
którzy wybrali się z Kolumbem za ocean, wzmocniona wielokrotnie węzłami pokrewieństwa, przyczyniła się 
walnie do zwycięskiego przeprowadzenia wyprawy. 

Nie wiemy, jak naprawdę wyglądały trzy statki Kolumba. Wszystkie przekazane nam rysunki są 

niedokładne i w mniejszym lub większym stopniu wytworem fantazji twórczej tego czy innego rysownika. 
Niewiele więcej wiemy o wyposażeniu tej floty. Można jednak przyjąć, że Kolumb troszczył się o to 
szczególnie, gdyż odpowiednie zaopatrzenie było istotnym warunkiem powodzenia 
wyprawy. Sam był niegdyś marynarzem, podczas swych podróży na Maderę i do Afryki w latach 1478 i 1484 
poznał wagę celowego wyposażenia, zwłaszcza w okolicach tropikalnych; nauczył się praktycznie nawigacji 1 
kierowania wielkim okrętem, z własnego doświadczenia marynarskiego wiedział, jak należy zaprowiantować 
okręt na daleką podróż w stronę południowych szerokości geograficznych i jakie towary należy z sobą zabrać 
dla handlu wymiennego z tubylcami. Zachowały się wiadomości, że wyprawa Kolumba była wyposażona na 
cały rok podróży po morzu i że Kolumb przewidywał na każdego członka załogi dziennie po 1 kubku wina, 500 
g sucharów, 300 g mięsa lub ryby oraz cebulę, jarzyny, ser itd. Widać z tego, że admirał, który liczył się z 
trzema tylko tygodniami , podróży morskiej, przystąpił do dzieła ostrożnie i rozważnie. 

Tak minęło lato 1492 roku. Z początkiem sierpnia zameldowano ,.admirałowi Oceanu", że jego trzy okręty 

są gotowe do drogi. Dnia 3 sierpnia 1492 roku, pół godziny przed wschodem słońca, mniej więcej o godzinie 
5,45 rano, „Santa Maria", „Ninia" i „Pinta" podniosły kotwicę. 
« 

Droga prowadziła najpierw na Wyspy Kanaryjskie, ostatni przyczółek hiszpański na oceanie. Leżały one 

według przekonania Kolumba mniej więcej na tej samej szerokości geograficznej, na której spodziewał się 
znaleźć Cipangu-Japonię, przy czym znajdowały się w strefie, w której o tej porze roku panowały wiatry 
północno- wschodnie. 

Podróż hiszpańskiej flotylli na Wyspy Kanaryjskie trwała dość krótko i już o świcie 9 sierpnia ukazała się 

Gran Canaria, środkowa wyspa tej grupy. Tutaj, przed wyruszeniem w dalszą podróż, nastąpiła raz jeszcze 
krótka przerwa. Przeprowadzono remont na „Pincie", której ster wyskoczył z zawiasów, i zmieniono 
ożaglowanie „Ninii" z łacińskiego, niepraktycznego w razie wiatru od rufy, na rejowe. Kolumb wiedział zatem z 
pewnością, że nie będzie potrzebował wiele manewrować, że może w przeważającej mierze liczyć na wiatry 
wschodnie. Wreszcie załadowano wodę do picia i drzewo na opał, a istniejące jeszcze braki w środkach 
żywności uzupełniono

background image

 
 
świeżym prowiantem. Wszystko to przeciągnęło się do 5 września 1492 roku. We wczesnych godzinach rannych 
tego dnia Kolumb wysłuchał mszy w kościele Wniebowstąpienia w Las Palmas, po czym rozwinięto żagle, a 
gdy w cztery dni później, w niedzielę 9 września, zmierzch zapadł na oceanie, ląd zniknął za linią widnokręgu. 
Odtąd przez trzydzieści cztery dni widać było wokoło tylko niebo i morze. 
Już w ową niedzielę, gdy przepłynął obok. wyspy Ferro, wysuniętej najdalej na zachód z siedmiu Wysp 
Kanaryjskich, Kolumb 
zdał sobie sprawę, że nie powinien podawać załogom swych statków prawdziwej codziennie przebywanej 
odległości, aby ich tym nie demoralizować. Zapowiedział, że ląd ukaże się im po przepłynięciu 750 mil 
morskich. Czy jego przypuszczenia zgadzały się, było nader niepewne; wątpliwe, czy sam Kolumb ufał swym 
obliczeniom. Jednakże wydawało się bezpieczniej podawać możliwie niewielką odległość przebytą w ciągu 
doby, gdyż w ten sposób uzyskiwano pewną „cichą rezerwę", do której można było sięgnąć na wypadek buntu 
wśród załogi. Z tego rodzaju wypadkami musiał w owym czasie liczyć się każdy kapitan podejmujący dłuższą 
podróż morską. Fakt, że już na samym początku swej wyprawy Kolumb zastosował pewne środki ostrożności, 
wskazuje, że jasno pojął właściwy problem swej podróży. Problem ten był w znacznej mierze natury moralnej i 
polegał na tym, aby utrzymać w ryzach gromadę ciemnych, zabobonnych ludzi, źle żywionych, stłoczonych w 
marnych pomieszczeniach statku, a równocześnie zmuszanych do ciężkiej pracy. 
Niedoskonałość ówczesnych przyrządów nautycznych przyszła tu 
Pierwsza wyprawa Kolumba 

Kolumbowi ze znaczną pomocą. Sekstansów jeszcze nie było, posługiwanie się astrolabium było bardzo 

skomplikowane — Kolumb w ogóle chyba na nim się nie rozumiał. Zwyczajny kwadr ant żeglarski, który 
admirał wiózł z sobą, okazał się zupełnie nieprzydatny, gdy chodziło o to, aby na silnie kołyszącym się statku 
patrząc przez mały wizjer tego przyrządu nastawić go na jakąś konstelację; wobec tego, jak tysiąc lat przed 
Kolumbem i jeszcze wiele lat po nim, żeglarze byli zdani ną usta- ■ lanie położenia statku według mapy. 
Odbywało się to w ten sposób, że na mapie morskiej wykreślano kurs według kompasu i odkładano przebytą 
odiegłcść. Jest to dość proste, jeśli się ma dobry czasomierz, prawidłowo działający kompas i log podający 
szybkość okrętu. Ale Kolumb nie rozporządzał żadnym z tych przyrządów. Kompas znano wprawdzie i 
posługiwano się nim już od jakichś sześciu pokoleń, ale zjawisko odchylania się kompasu, deklinacji 
magnetycznej, było w owym czasie jeszcze prawie zupełnie nie zbadane, chociaż zaobserwowano je już na setki 
lat. przed podróżą genueńczyka. Szczęśliwym trafem Kolumb ani razu chyba nie znalazł się w okolicy o 
większej deklinacji, choć już w kilka dni po swym wyjściu na morze zauważył ku swemu zdziwieniu i 
zmartwieniu, że przez pewien czas igła kompasu odchyliła się na północo-zachód od gwiazdy polarnej. 30 
września, daleko na oceanie, zdarzyło się to samo raz jeszcze i Kolumb był tym znowu bardzo zaniepokojony. 
Jeśli kompas nie dopisywał, żeglarz tracił najważniejszy środek orientacji. 

Za czasów Kolumba nie znano też jeszcze w żegludze europejskiej logu. Wynaleziono go dopiero w XVI 

wieku, do tego zaś czasu

background image

 
PlprwufH PomriA nmn, Mnlko Awtęta * Owadolupy 
śeglarse  mu

leli szacować szybkość 

stat 

ku na oko, Htarzy maryna- 

rse, któri  iy o ale życie spędzili na morzi u, umieli podobno oznaczać 
szybkość okr

(j 

}tu 

i dokładnością do pół 

'ęzłu. Ale podczas 
dlużazyoh 

podróży,  gdy ni< e można w ogól© sito. nlrolowuó ściałości takiego 
szacunku, ok  roś

li 

nnie szybkości statku  na oko Jest nlewystarcza- 

jąee. Kol  um

1

 

na 

i prsyklud szacował s> tybkośó awego okrętu fla- 

gowego o 10  pro

!i>i11 za wysoko. W 
akr 

ytoścl dueha spruwiuło mu 

(o *H|Htwiic powa/.m> zmartwienie, gdy zbliżał al<| cJo okolic, w których w<*dfu# Jego obliczeń powinna 
była Jut leAeó Clpungu-Juponlu. Zdawał sobi© /.'ipowm? wprawy, że tu, w oznaczaniu szybkości statku, leżsł 
najałabazy punJtl Jego nuwigucji, Wreszcie nie było taft możliwości na wpół choćby dokładnego mierzenia 
czasu, Nu pokładało każdego wJ^lfji/^gfi okrętu znajdowała mI<> wówczus tzw, ampolatta, tj. astgaśP 
piaskowy n|K>rxi|dxony zo m/Jc)u, który trzeba było odwracać co |>ói godziny, Należało to do obowiązków 
chłopca okrętowego, Kolumb notuje niekiedy w awym dzienniku, ii martwi się, że chłopcy aa opieszali, Ponadto 
podczus burzy wskutek silnego kołysania statku sączenie się piaaku z górnej szklanki do dolnej doznawało 
nieraz znacznego zakłócenia. W tych warunkach ni© można było z Jaką taką dokładnością oznaczyć na mapie 
położenia atatku. Ponieważ nit było żadnych innych możliwości nautycznych, zwłaszcza że nawigacja 
astronomiczna nie była wówczaa rzeczą żeglarza, leci matematyka, Kolumb musiał wlij z tym tak czy owak 
.pogodzić. 

Jak Już powiedzieliśmy, podróż Kolumba nie przedatawiała właściwie problemu pod wzglądem 

nawigacyjnym, tym bardziej iż Kolumb miał to wielkie szczęiido, że pasat aJ^g&J dotfć duloko na północ, 
Nowoczesne locjo zulocają przy podróży wschód—-zachód, z Europy północnej do Stanów Zjednoczonych, 
wczesną Jesienią kura wiodący w pobliżu 20° szerokości północnej, Kolumb trzymał ale o 6 do 10" bardziej na 
północ, mimo to Jednak przez cały prawie czaa znajdował alt; w strefie paaatu. 

Floty ilu Jogo płynęła z wydętymi żaglami równomiornio na zachód, przy wietrz© wiejącym ataie od rufy. 

Duża szybkość, która pozwalała przobyć w ciągu doby odległość 140 do 170 mil morskich, z pewnością wielce 
radowała Kolumba. Ludzie jego natomiast coraz bardziej się tym niepokoili, gdyż sądzili, że w tych 
szerokościach geograficznych nie ma widoczni© innego kierunku wiatru. Dlatego też Kolumb notuje z pewnym 
zadowoleniem w swym tajnym dzienne 
Nloiamowll* Meris Muraniów* 
nlku podróży pod dalą MM września, «dy flotylla snuiient była pry,!;/, dwu dni manewrować przeciw 
niepomyślnym wiatrom; 

,,Daremnie czekaliśmy do tej pory nu przeciwny wiatr, Wobec równomiernie dmącego j>omyślnego wiatru 

ntoi marynar/e z a u wili ale obawiać, że nie I

M

,nią mieli nigdy możliwości powrotu do Hlr/pa- nll, i z tego 

powodu wielki niepokój panował nu pokładzie," 

Dowodzi to z jednej strony, że żaden uczestnik flotylli Kolumba jwza nim Jednym — nie słyszał nigdy o 

pasacie, Z drugiej strony wiadomość o niepokoju wśród zułogi Jest oznaką budzącej się juk teraz trwożnej 
nerwowości marynarzy, Co prawda, właśnie w tym czusle flotyllu żegluje od jakichś ośmiu dul prze/. Morze 
Sargasowe, owo mara plgrum starożytności, o którym krążyły wliieij że lepkie muay morazczynu nie wypuszczą 
żadnego okrętu, który si«? dostanie* w ich zielono ramiona. Niewątpliwie te>, widok ule/mierzonych łąk 
mirgaHMum baccifarum był niepokojący, Itośllny te dochodziły wpraw* dzie nujwyżej do półmetrowej 
wysokości, a poM tym aq to na ogół zupełni© bezallrio twory, które się pochylają i pokładają na siebie, ale w 
samym środku Morza Sargssowego, zajmującego obszar taki Jak Kuropa, musy morazczynu lak g<jsto splątane, 
że mogt stanowić niebezpieczeństwo dla małych Jednostek pływających. Takiego przynajmniej zdania był 
duński botanik U, Monter, który w latach dwudziestych naszego wieku podjął wyprawę badawczy na Morze 
Surgusowe 1 stwierdził, że rozległe części tych łąk wodoro» stów są tak g<jste, iż można po nich wędrować. 
Uczucie grosy owładnęło murynarzami Kolumba, którzy prawie dwa tygodnie żeglowali skrajem piekielnego 
pustkowiu. Musiał to być widok rff*— samowity, zwłaszcza w nocy, gdy niezmierzony obszar od nieboskłonu 
do nieboskłonu migotał w niebieskiej, zielonej 1 żółtej fosforescencji wywołanej niezliczoną ilością ryb i 
mięczaków. Admirał usiłował uspokoić swych ludzi. Czyściej niż zwykle dokonywano sondowania, które 
wykazywało głębokość dwustu 1 więcej HH Mimo to Jednak załogę ogarnęła trwoga, że (wwnego dnia okręty 
utkni) w pływają* cych łąkach, Tuki nastrój zdziera nerwy; nic zatem dziwnego, że na dziobie okrętu leczyły się 
szemrania, 

background image

Gdy żeglarz© zobaczyli, że łąki morszczynu nie hamują szybkości statków, nabrali z kolei przekonania, że 

taJUe mnóstwo świętego zielska wskazuje na bliskość Jądui gdy ponadto wielkie stada ptue* lwa morskiego 
przeleciały nad okrętami, wydało 28 to dalszym

background image

 
znakiem, że nadzieja jest uzasadniona. Ale dzień po dniu mijał, a nie było widać lądu. Statki przepłynęły 
widocznie obok grupy wysp, które kartografowie wyrysowali w tej okolicy na mapach morskich. Francisco 
PAnzón, pierwszy oficer „Pinty", był o tym tak głęboko przekonany, że wieczorem 25 września podpłynął blisko 
do „Santa Maria" i zaproponował Kolumbowi, by wykonał kilka manewrów dla odszukania wysp. Ale Kolumb 
odmówił. Nie miał czasu do stracenia, jego celem były Indie. 

Gfiy jeszcze o tym rozmawiali, starszy brat Franciszka, Martin Pinzón, poderwał się nagle i wydał radosny 

okrzyk: 

— Tierra! TierraJ — Ziemia! Ziemia! — zawołał do Kolumba z rufowego pokładu okrętu i wskazywał ręką 

w stronę południo-za- chodu. I rzeczywiście — na horyzoncie majaczył nad morzem ciemniejszy pas. Wszyscy 
go dostrzegli, także Kolumb. Admirał ukląkł i zaintonował dziękczynny hymn Gloria in excelsis, a załoga 
okrętów w uniesieniu ducha radośnie mu wtórowała. 

Noc zapadła nad oceanem. Okręty chyboczą się krótkimi ruchami w obie strony, nadchodzi świt, nad 

morzem zabłysnął poranek — a lądu nie widać. Rozczarowanie było głębokie. Sam Kolumb naj 
58 
mniej się tym przejmował. Według swych tajnych obliczeń odbył on dopiero około dwie trzecie trasy. Jeżeli 
tutaj odkryje się gdzieś ląd, może to być tylko jakaś wyspa — wyspa, do której przybiją, co zabierze mu tylko 
czas, co go tylko zatrzyma. A jego ciągnie niepowstrzymanie na zachód, ku wielkiemu celowi. 

Przez sześć dni, od 25 września do 1 października 1492, dmą cały czas zmienne, niespokojne wiatry. 

Wydaje się, jak gdyby bóg oceanu jeszcze się nie zdecydował, dokąd ma zapędzić trzy sunące powoli okręty. Na 
pokładzie niewiele jest do roboty. Załoga ma czas snuć swe myśli. Może jeden z ma- - ^ rynarzy wyliczył sobie 
na palcach, że mijają już prawie trzy tygodnie od chwili, gdy po raz ostatni oglądano ląd. Trzy tygodnie? 
Przecież admirał zapewniał, że nie będą dłużej na morzu niż trzy tygodnie! Szemranie załogi zmienia się w 
głośny po- j mruk, padają gwałtowne sło- i wa, ludzie zastanawiają się,l co by się stało, gdyby genu-B eńczyk 
pewnej ciemnej nocyn został wyrzucony za burtę, jednym słowem, każdej chwili może wybuchnąć o- twarty 
bunt. Kolumb czuje j to oczywiście. Gdy kilku 
oficerów żąda w imieniu załogi powrotu, przerywa im gniewnie: niech dobrze rozważą, co będzie, gdy nie 
osiągnąwszy celu i bez admirała powrócą do Hiszpanii. Naturalnie, mogą go zabić, ale czeka ich za to 
szubienica. Jeżeli natomiast pójdą z nim, zdobędą bajeczne bogactwa, a łaska królewska jest każdemu pewna. 
Indie są już niedaleko, trzeba przetrzymać jeszcze tylko kilka dni. 

Kolumbowi udało się raz jeszcze przekonać swoich ludzi. Może mu się poszczęścić i następnym razem. Ale 

potem albo wyrzucą go za burtę, albo zmuszą do powrotu. W najbliższych dniach musi się coś stać, musi odkryć 
ląd. Właśnie dokonał jeszcze raz oblicze 
58 

background image

 
nia na mapie. Do 1 października 1492 roku, tj. do dnia dzisiejszego, przebyli 707 mil. Najbliższe trzy, cztery dni 
muszą dowieść, czy miał rację. Naturalnie, on także jest niespokojny, nieuważny, rozdrażniony. Wszakże Bóg 
nie na darmo chyba tak cudownie go dotąd prowadził. Nie, nie może się mylić! 

Każe rozwinąć wszystkie żagle. Wiatr wieje bez ustanku i z całej siły z kierunków wschodnich, w dzikim 

pędzie na zachód okręty prują morze pozostawiając za sobą długi ślad piany. Przebywają 182 mile na dobę, to 
znaczy prawie osiem mil morskich na godzinę, niewiele mniej niż przeciętny tramp naszych czasów. Równo-
mierna szybkość zńów daje załodze sposobność do rozmyślań i mędrkowania. Znów odzywa się sarkanie. Ale 
nagle przelatują nad flotyllą wielkie stada ptactwa. Kolumb wie od dawna, że to nic nie znaczy, że są to ptaki 
morskie, które swymi niezbadanymi drogami krążą nad oceanem. Ludzie jego nie mają jednak o tym pojęcia, 
sądzą, że w pobliżu musi znajdować się ląd, i uspokajają się. 

Tak nadchodzi 6 października. „Pinta" zbliża się do okrętu flagowego — Pinzón przykłada dłonie do ust i 

wielkim głosem radzi genueńczykowi, by wziął kurs na południo-zachód. Pinzón prowadził oczywiście własne 
wyliczenia. Wie równie dobrze jak Kolumb, że już dawno przebyli owych 750 mil, które miała wynosić 
odległość od Wysp Kanaryjskich do Japonii. Nie ulega wątpliwości — minęli już Cipangu i płyną w kierunku 
wschodniego wybrzeża Azji. Admirał zamyśla się. 'Jeszcze raz uzmysławia sobie, co powiedział Marko Polo o 
położeniu Chin w stosunku do Japonii, i postanawia płynąć dalej na zachód. Ale zrozumiał również, co oznacza 
interwencja Pinzóna. Na „Pincie" rozpoczyna się bunt załogi, w którym jego kapitanowie maczają palce. 
Najwyższy czas, by ukazał się ląd! 

Upragniony ląd zdaje się być blisko. Gdy kończy się noc z 6 na 7 października, z falkonetów płynącej 

przodem „Ninii" rozlega się grzmot salwy — widać ziemię! Z okrętu admirała dostrzeżono już także 
ciemniejszy pas na horyzoncie, ale nie miano odwagi sygnalizować lądu. Kolumb zakazał, gdyż nie chciał 
przeżyć jeszcze raz rozczarowania pierwszej omyłki. Tym razem był bardziej sceptyczny niż 25 września. Stoi 
na dziobie okrętu z twarzą zwróconą na zachód, niebieskie oczy utkwił w dal morza i ciemny pas na 
widnokręgu-, który ma być lądem. Po kilku godzinach wie, że to znowu pomyłka. 
Ale wie także, że przed nimi już blisko musi rzeczywiście leżeć ląd. Toda la noche oyeron pasar pajarós, „całą 
noc słyszało się przelatujące ptaki", zapisał w swym dzienniku. Stada ptaków, które od wczesnego ranka 
przelatują wysoko na niebie w kierunku południowo-wschodnim, przecinają kurs okrętów pod ostrym kątem i 
znikają z przodu za widnokręgiem, nie należą już do gatunku ptactwa morskiego, jakie oglądali z końcem 
września. To nie są ptaki morskie! To ptaki lądowe i niedaleko już jest ląd! Ląd, ląd, ląd! Kolumb zmienia kurs 
na południo-zachód. Pinzón zauważył to z głębokim zadowoleniem. Admirał podziela zatem jego zdanie. A więc 
uparty staruch robi przecież to, czego chciał on, Pinzón! Bunt jest znowu na jakiś czas zażegnany. 

W cztery dni później jednak, rankiem 4 października, sytuacja na „Pincie" staje się krytyczna. Załoga 

wzbrania się płyrąć dalej. Pinzón, wzmocniony i podniesiony na duchu zarządzoną przez admirała zmianą kursu, 
pokazuje swej załodze ptaki ciągnące na południo- zachód; przez całą noc słychać było szum skrzydeł nad 
oceanem. Ląd nie może już być daleko. Tym sposobem udaje się kapitanowi utrzymać porządek na swym 
okręcie. Marynarze uważają P:nzóna za jednego ze swoich — pochodzi jak oni z Palos i jest z wieloma z nich 
spokrewniony i spowinowacony. 

Na okręcie flagowym, na którym iskra buntu zapłonęła w kilka godzin później, warunki nie są tak 

korzystne. Kolumb był cudzoziemcem, jednym z owych przeklętych włoskich dagos, którzy od jakiegoś czasu 
owładnęli żeglugą chrześcijańską także w Hiszpanii. Co gorsza, przybył do kraju ze znienawidzonej Portugalii. 
Tam pozbyli się go, widać, za upór, zawziętość i zwariowane pomysły. Czyżby z żeglarzami hiszpańskimi 
wolno mu było wyprawiać, co mu się podoba? Pochodzący z północno-zachodniej Hiszpanii Baskowie i 
Galicjanie mają na pokładzie okrętu flagowego najważniejszy głos. Wśród Kastylijczyków i Aragończyków 
czują H tak samo obco jak Kolumb. Dlaczego on miałby być lepszy, mądrzejszy od nich? 

Kolumb miał czas przygotować się na bunt. Jeżeli nie uda mu się uspokoić tych ludzi, jeśli dojdzie do 

starcia, położenie jego będzie beznadziejne. Surowością, drakońskimi środkami, przeciąganiem przez stępkę lub 
przywiązywaniem do rej nie można iego buntu uśmierzyć. Ci z dziobu mają rację. Jest wszak i pozostanie cudzo

background image

 
ziemcem, a jeśli gwałt trzeba będzie odpierać gwałtem, on wyjdzie na tym najgorzej. Tego dnia zapisuje w 
dzienniku: 

„Ludzie skarżyli się dzisiaj na nie kończącą się podróż i że nie mogą już tego wytrzymać. Jednakowoż 

admirał dodał im w miarę swych sił otuchy, wskazując na wielki zysk, jaki ich cz'?ka. Żale i skargi są właśnie w 
tej chwili tym bardziej nie na czasie, że zbliżają się już do Indii Bunt nic im nie pomoże, admirał wyruszył w 
podróż po to, aby dotrzeć do Indii, i teraz nie zatrzyma się ani nie wolno mu się zatrzymać, póki z Boską 
pomocą nie odnajdzie Indii." 

W innych opisach owego krytycznego 10 października czytamy, że Kolumb przyrzekł swym ludziom, iż 

zawróci, gdy w ciągu najbliższych dwóch, trzech dni flota nie natrafi na ląd. A późniejsze relacje o wypadkach 
pierwszych dni października 1492 roku wspominają nawet, że Kolumb sam nie był pewny swego i uważał 
termin dwóch, trzech dni za rodzaj sądu Bożego nad wartością swego* projektu. Co się właściwie rozegrało na 
pokładzie trzech okrętów, nie jest zupełnie jasne. Pewne jest tylko, że i tym razem Kolumb przeprowadził swą 
wolę — co prawda, po raz ostatni i na ściśle określony czas, w ciągu którego odnalezienie lądu było absolutną 
koniecznością. 

I znowu staje się cud w tej tak bogatej we wszelkie dziwy historii. Z pokładu „Ninii", pędzącej jak huragan 

pod wszystkimi żaglami na południo-zachód, marynarze dostrzegają na falach jakiś przedmiot. Wyciągają go z 
wody. Oto zielony krzak z kwieciem przypominającym kastylską dziką różę. „Pinta" dokonuje podobnego 
połowu — deska, trzcina, zielona roślina nadbrzeżna i kawałek drewna, na którym widać wyraźnie ślady obróbki 
ręką ludzką. Jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej milknie potajemne szemranie. Teraz nawet najgłupszy 
chłopak okrętowy rozumie, że całkiem blisko musi być ląd. 

Tak mija dziesiąty października, nadchodzi jedenasty i po wietrznym dniu zmierzch zapada na burzliwym i 

niespokojnym oceanie. Pod wieczór Kolumb wygłasza z nadbudówki rufowej krótkie przemówienie do swych 
ludzi; wskazuje na łaskę Boga i napomina wachtę nocną, aby była szczególnie czujna. Potem rozlega się, jak co 
wieczór, śpiew Salve Regina, wolna wachta schodzi pod pokład, a nowa obejmuje służbę. Ale i wolna wachta 
nie kładzie się spać. Z wy 
jątkiem kilku marynarzy wszyscy wracają stopniowo na pokład. Dziesiątki par oczu usiłują przeniknąć 
ciemności na zachodzie. Choć ląd jest blisko, admirał kazał rozwinąć wszystkie żagle. Cała eskadra pędzi z 
szumem na zachód. O godzinie 11 wieczorem wschodzi księżyc. W jego świetle można pewniej żaglować. Przy 
takim morzu i wietrze wpaść całym pędem na rafę — niech nas Bóg ma w swej opiece! W ten nerwowy, pełen 
rozdrażnienia nastrój, któremu nawet Kolumb nie może się oprzeć, pada niby piorun nagły okrzyk majtka Pedro 
Yząuierdo: „Lumbre! Tierra!" Światło! Ziemia! Kolumb także widzi światło, a prócz niego dwóch lub trzech 
ludzi stojących na rufie. Ale światło znika i nie ukazuje się więcej — widocznie znowu się pomylili. 

Ogólna nerwowość rośnie. Bez przerwy dmie silny pasat, okręty pędzą ciągle na zachód z szybkością 

siedmiu, ośmiu węzłów. Około drugiej nad ranem księżyc stoi wysoko na niebie, na ukos za flotyllą. Gdy na 
wschodzie, za szumiącą rufą, morze tonie w niepewnym mroku, z przodu wszystko jest jasne i srebrzyście 
oświetlone. Grzywy fal lśnią śnieżną bielą nad dziobem okrętu. Szybka „Pinta" płynie o kilka mil przed okrętem 
flagowym, w bocianim gnieździe siedzi skulony Rodrigo de Triana z Palos. Daleko na horyzoncie zabłysła nagle 
świetliście biało mieniąca się płaszczyzna — wygląda to niby wydma nadbrzeżna. A tam znowu — i tam! 
Pomiędzy nimi ciemniejszy pas. Okręt silnie się kołysze. Triana czeka dobrą chiwilę. Nie chce dać fałszywego 
alarmu, boi się braci Pinzónów i szyderstw towarzyszy. Ale chciałby dostać jedwabny kaftan, który Kolumb 
przyrzekł temu, kto pierwszy dostrzeże ląd. A może przypadnie mu także coś z rocznej renty dziesięciu tysięcy 
marawedów, którą kapitan otrzymuje jako wynagrodzenie od korony hiszpańskiej. Rodrigo de Triana wytęża 
wzrok. Tam z przodu coś się łyska, świeci i migoce, ciemny pas staje się coraz wyraźniejszy, niecnie może już 
być żadnej wątpliwości! To ziemia! 

—  Tierra! Tierra! — niesie się z góry głos. 
Pinzón rzuca z wysokiego pokładu rufowego szybkie spojrzenie przed siebie. Na Boga, ten człowiek ma 

rację! 

—  Ognia! — woła w kierunku dziobu. 
Długi błysk ognia wybiega z naładowanego falkonetu, głucho toczy się grzmot wystrzału po morzu, aż 

cichym pomrukiem dochodzi do płynącego daleko w tyle okrętu flagowego.

background image

 

Tu wszyscy poderwali się, a najszybsi wdrapali się na wanty. Widzą, jak „Pinta" ściąga kilka żagli, by 

zmniejszyć szybkość, „Santa Maria" przyśpiesza, podpływa od zawietrznej do „Pinty" tak blisko, że reje zdają 
się dotykać, a gdy Kolumb woła: „Seńor Martin, czy dostrzegliście ląd?", rozlega się stamtąd głos: „Panie, 
nagroda jest dla mnie!" 

Obcy brzeg leży oddalony o około sześć mil norskich. Okręty płyną dokładnie w jego kierunku, za niecałą 

godzinę znajdą się tuż przed'lądem. Kolumb każe zwinąć wszystkie żagle z wyjątkiem głównego — flota 
pędzona wiatrem kołysze się przez całą noc w obie strony krótkimi ruchami. Około godziny 4,30 rano robi się 
jasno. Żeglarze widzą przed sobą silnie wzburzone morze, którego fale załamują się na lśniącym brzegu 
zalesionej wyspy koralowej. Opływają wyspę od południa, by po stronie chronionej od wiatru poszukać 
możliwości rzucenia kotwicy. 

Wielki cel został osiągnięty! W taki właśnie sposób opisano admirałowi rafy znajdujące się tu i ówdzie 

przed wybrzeżem Indii. Kolumba przenika uczucie głębokiego szczęścia. Miał więc rację, a Bóg pozwolił mu 
zwyciężyć. W tej chwili pomyślał zapewne przede wszystkim o wielkich skarbach, które leżą już tak blisko, 
0  owych sztabach złota, drogich kamieniach i perłach, o belach jedwabiu, o olbrzymich składach pełnych 
korzeni i przypraw, o których opowiadał Marko Polo. Ale zarazem wpadło mu też z pewnością na myśl, że z 
pomocą dobrotliwego Boga wyrwie teraz Arabom 
1  Mamelukom z rąk przywilej wyłącznego dojazdu do Dalekiego Wschodu, że on, wysłannik Kościoła 
chrześcijańskiego, mimo wielkich trudów zdołał zatriumfować nad niewiernymi. Dopiero o wiele później okaże 
się, że nie ma mowy ani o Cipangu, ani o Azji, że pismo odręczne króla hiszpańskiego do Wielkiego Chana, 
które Kolumb wiezie z sobą, nie dojdzie nigdy do rąk adresata i że Luis de Torres, uczony Żyd, który przeszedł 
na chrześcijaństwo i na prośbę Kolumba towarzyszy mu w obecnej podróży, gdyż rozumie nie tylko po 
hebrajsku, ale także po arabsku i zna inne języki wschodnie, nie będzie miał sposobności zużytkowania swych 
umiejętności tłumacza. Kolumb wierzył przez cały czas, że wylądował na wybrzeżu wschodniej Azji. W 
rzeczywistości jednak odkrył on Wyspy Bahama, mianowicie należącą do nich wyspę San Salvador, zwaną 
przez Indian Guanahani, obecnie Watlings Island. 

W piątek, 12 października 1492 roku, niedługo po wschodzie słońca i znalezieniu miejsca odpowiedniego 

do rzucenia kotwicy Kolumb objął z hiszpańskim ceremoniałem obce wybrzeże w posiadanie. W pierwszej 
łodzi, na której zatknięto banderę królewską, znajdował się on sam, za nim pod sztandarem wyprawy do Indii 
płynęli kapitanowie „Pinty" i „Ninii" — wszyscy w asyście znacznej ilości zbrojnych ludzi. Kolumb wyszedł 
pierwszy na ląd, uklęknął, ucałował ziemię, dziękował „zalewając się łzami" Bogu i ochrzcił wyspę mianem San 
Salvador. 

„Następnie przywołał do siebie obydwu kapitanów oraz pisarza floty Rodryga de Escobedo i Rodryga 

Sanchez z Segowii. Gdy wszystkich, którzy wyszli z nim na ląd, zgromadził dokoła siebie, w obecności wielu 
przybyłych tubylców objął w posiadanie wyspę w imieniu Ich Katolickich Mości, słowami pełnymi umiaru i w 
sposób uroczysty... Następnie chrześcijanie obwołali go admirałem i wicekrólem i ślubowali mu jako 
namiestnikowi Ich Królewskich Mości wierność i posłuszeństwo..." 

Odśpiewanie Salve Regina zakończyło uroczystość. Indianie, Taj- nowie, którzy należą do grupy językowej 

Arawaków, już od rana obserwowali obce, wielkie, okręty; teraz zbliżają się nieśmiało, acz z wielką 
ciekawością. Są to, widać, ludzie pierwotni, ale przyjaźnie usposobieni, a gdy Kolumb ofiarowuje im w 
podarunku czerwone czapki i kilka szklanych pereł, zyskuje ich sobie zupełnie. 

„Chodzą nadzy, tak jak się urodzili; kobiety są także całkiem nagie, choć widziałem tylko jedną młodą 

dziewczynę. Byli tam w ogóle tylko młodzi ludzie, nikt nie miał ponad trzydzieści lat. Są słusznego wzrostu, 
mili dla oka, o życzliwym wyrazie twarzy. Włosy ich są grube jak u ogonów końskich, opadają im na czoło aż 
po brwi. Na kark spada im długa, nigdy nie obcinana czupryna. Ich kolor skóry jest taki jak u tubylców na 
Wyspach Kanaryjskich. Jedni malują się na czarno, inni na biało, czerwono lub w inny sposób. Niektórzy malują 
sobie twarz lub ciało, inni tylko nos. Nie noszą broni, co więcej, nie znają jej widocznie. Gdy im pokazałem 
miecze, chwytali je — nic nie przeczuwając — za klingę i kaleczyli się. Żelaza nie mają. Ich włócznie są z 
trzciny, ale bez żelaza. Czasami służy im za grot ząb rybi lub coś innęgo. 
Ludzie są dość wysocy, pięknej i proporcjonalnej budowy, dobrze wyglądają. U niektórych zauważyłem blizny 
na ciele i pyta-

background image

 
Jem ich na migi, skąd to pochodzi. Wyjaśnili mi, że z sąsiednich wysp przybyli do nich ludzie, by ich schwytać, 
i że bronili się. Zaraz to sobie pomyślałem i jestem przekonany, że z lądu stałego przybywają tu ludzie, by 
uczynić z nich niewolników. Muszą być świetnymi służącymi, gdyż zauważyłem, że wszystko, co się im powie, 
starają się prędko naśladować. A ponieważ nie mają żadnej religii, sądzę, iż mogą z nich być dobrzy 
chrześcijanie. Gdy będziemy odjeżdżali, zabiorę, jeśli mi Bóg pozwoli, sześciu spośród nich dla Ich Królewskich 
Mości, ażeby nauczyli się po hiszpańsku. Oprócz papug nie widtziałem tu żadnych zwierząt." 
Jest godne uwagi, że już w pierwszych wiadomościach o spotkaniu białych ludzi z czerwonymi znajdujemy 
wzmianki, że Indianie uważali swych brodatych, białoskórych gości za istoty z nieba. W naszej poprzedniej 
książoe Siódma minęła, ósma przemija mówiliśmy obszernie o sagach krążących w Meksyku i Peru o 
przybyłym niegdyś ze wschodu brodatym bogu i o proroctwie zachowanym w obu tak odległych od siebie 
krajach, że bóg ten i jego synowie wrócą kiedyś, w przyszłości. W następnych rozdziałach niniejszej książki 
jeszcze do tego powrócimy. Tutaj zaznaczymy tylko, że podobne sagi krążyły także wśród pierwotnych Tajnów, 
którzy potem zupełnie wymarli. Kolumb opisuje bądź co bądź dwukrotnie, że Indianie witali go jako boga i syna 
niebios. Wspomina też, że widział Indian prawie tak białych jak Hiszpanie, w każdym zaś razie o wiele 
jaśniejszych niż Guanczowie na Wyspach Kanaryjskich. Jeśli zważymy, że Wyspy Bahama i archipelag 
zachodnio-indyjski leżą zwrócone frontem do pasatu północno-wschodniego, że zatem niewątpliwie wiatr 
zapędzał tu nieraz okręty ze Starego Świata, to istnienie w tych okolicach białych Indian nie może nikomu 
wydać się szczególnie osobliwe. Kolumb ogranicza się zresztą tylko do samej wzmianki. Jest to zrozumiałe, 
gdyż Kolumb nie miał żadnych wątpliwości, że już przed nim dotarli do zachodniej strony oceanu inni biali 
ludzie. Sądził wszak, że jest w Azji, gdzie oczywiście już przed nim przebywało bardzo wielu Europejczyków. 
Dopiero Corte- zowi i Pizarrowi, którzy wiedzieli, że Nowy Świat jest kontynentem między Europą a Dalekim 
Wschodem, biali Indianie wydali się zjawiskiem dziwnym i godnym uwagi. 
Jest interesujące, że właśnie Kolumb dał początek legendzie o rajskich stosunkach panujących wśród dzikich 
ludów nie tkniętych 
 
przez cywilizację i kulturę, co później znalazło wyraz w sentymentalnym haśle retournons d la naturęl Podobną 
liryczną śpiewkę usłyszymy później od Cooka i jego towarzyszy. Przed Kolumbem w takie tony nie uderzano, 
chociaż podróże Portugalczyków wzdłuż wybrzeża Afryki południowej mogły niewątpliwie dać ku temu spo-
sobność. Powstanie tej legendy, jak wielu innych podobnych, miało zapewne swe źródło w ogólnym 
niezadowoleniu z opłakanych sto- 
którym gruntownie obmierzły ich czasy i „dekadencja", mogli dopatrzyć się w pierwotnych Tajnach niewinnych 
istot bożych. O istotnym stanie rzeczy przekonał się Kolumb w dziewięć miesięcy później. Gdy podczas swej 
drugiej podróży amerykańskiej wylądował w Santa Maria de Guadalupe, znalazł" tam niewątpliwe ślady 
ludożerstwa. A gdy ludzie jego uwolnili kilku kastrowanych chłopców Arawaków, których Karaibowie z 
Gwadelupy schwytali i tuczyli na mięso, gdy młode niewolnice, które wyrwały się ze swych klatek, podpłynęły 
do okrętu flagowego — dziewczęta trzymane przez Karaibów specjalnie do płodzenia dzieci, ponieważ 
niemowlęta uchodziły za szczególny przysmak — wówczas i Kolumb musiał 
l: 

87 

background image

 
w duchu przyznać, że rzekoma naturalna niewinność czerwonoskó- rych jest jednak problematyczna. 

Kolumb zdawał sobie sprawę, że wiadomości te wzbudzą duże zainteresowanie w Starym Świecie, ale jedno 

stało się dla Kolumba niebawem całkiem pewne: ani na Guanahani, ani u tubylców nie można było się 
spodziewać żadnych skarbów o znaczniejszej wartości. „Wydawało się nam, że byli oni bardzo ubodzy" —i 
pisze w swej relacji. A w innym miejscu mówi: 

„Było dla mnie szczególnie ważne dowiedzieć się, czy znajduje się u nich złoto; niektórzy nosili małą 

sztabę złota w przekłutej przegrodzie nosowej. Z wskazówek na migi wywnioskowałem, że na południe od ich 
wyspy żyje król posiadający naczynia ze złota... Złoto, które tubylcy noszą w przegrodach nosowych, pochodzi z 
tej wyspy. Ale nie chcę tracić czasu na szukanie go, gdyż muszę dołożyć starań, aby jak najprędzej dotrzeć do 
Cipangu." 

Złoto, złoto! Tu jaskrawo wychodzi na jaw jeden z najistotniejszych bodźców wyprawy Kolumba. Jak w 

portugalskich podróżach odkrywczych, tak i w wyprawach hiszpańskich auri sacra fames, przeklęty głód złota, 
jest bardzo silnym motywem. Toteż Kolumb nie zatrzymuje się na Guanahani dłużej, niż to jest bezwzględnie 
konieczne. Już 14 października po południu podnosi kotwicę i w towarzystwie siedmiu tubylców żegluje dalej w 
kierunku południowo-zachodnim. Tam — jak oświadczają tubylcy, którzy chyba niezupełnie dobrowolnie 
towarzyszą Kolumbowi — leży kraina złota, z której pochodzi ich własny zapas. Cudna jest ta podróż wśród 
tropikalnych wysp Ameryki Środkowej. Królestwa kwiatów wydających słodką woń, wyspy o barwach tęczy 
wyłaniają się jedne po drugich z jasnej, przezroczystej toni morza. Od czasu do czasu Kolumb wysyła posłów na 
ląd, którzy mają wypytywać o Wielkiego Chana i składać swemu dowódcy sprawozdania z położenia i 
właściwości wysp. Z jednej z tych wycieczek lądowych ludzie przynoszą admirałowi wiadomość, że dzicy mają 
„łóżka, które wyglądają jak siatki z bawełny i zwane są hamacas". 

„Składają się one z rodzaju węzłów. Sznury nie biegną zygzakiem w różne strony, lecz na całej długości 

zawiązane są w węzły, i to tak luźno, że można pomiędzy nie włożyć rękę i palce. Przez sznury idące podłużnie 
biegną sznury poprzeczne w odstępach na szerokość dłoni, czasem więcej, czasem mniej... Hamacas mają 5V« 
stóp 
długości, a ich oba końce składają się z wielu zawężleń tych samych sznurów... jak u rękojeści miecza. Tymi 
końcami przymocowuje się je do pali chat, tak że wiszą wolno nad ziemią i kołyszą się w powietrzu... Można w 
nich spokojnie spać..." 

Wiadomość ta zainteresowała Kolumba. Jako człowiek o dużym zmyśle praktycznym zorientował się, że w 

ten sposób można zapewnić marynarzom na pokładzie wygodny sen i wypoczynek. Hiszpanie pierwsi 
wprowadzili hamaki na swych okrętach. Nie znając ani nie wymieniając, co prawda, Kolumba, setki tysięcy 
marynarzy nieraz dziękuje z całego serca swemu wielkiemu koledze, gdy po wachcie wyciągają się wygodnie w 
hamakach. Portugalczycy nieco później zaprowadzili również hamaki w swej flocie. Jak podaje niemiecki 
podróżnik i kupiec Hans Mayr w 1505 roku, Europejczycy zobaczyli je po raz pierwszy w Indiach jako siatkę z 
włókien palmowych, którą przymocowywano do pali i w której zmieścić się mogła jedna osoba. Wydaje się 
więc, że hamak wynaleziono dwa razy niezależnie od siebie. 

Ale Kolumbowi nie wystarcza oczywiście to osiągnięcie z dziedziny kultury materialnej. Rozczarowanie 

zaczyna powoli wkradać się do jego duszy. Kraina złota pozostaje nadal nieuchwytna. Kolumb pokłada jeszcze 
wielkie nadzieje w wyspie Kubie, którą tubylcy opisują jako wielką wyspę uprawiającą handel, i notuje w swym 
dzienniku: i 

„Wyspą tą może być tylko Cipangu. Ale zobaczę, gdzie znajdę złoto i korzenie. W każdym razie odwiedzę 

Quinsay, by wręczyć Wielkiemu Chanowi pismo króla." 

Widać z tego, że admirał korony hiszpańskiej zaczął odczuwać pewne wątpliwości, czy odkryte przez niego 

wyspy mają coś wspólnego z Cipangu. Gdy jednak w kilka dni później, 28 października, rzuca rzeczywiście 
kotwicę u wybrzeży Kuby, zapomina o wszelkich wątpliwościach. Pora deszczowa właśnie się skończyła i 
tropikalna przyroda ukazała się w całej swej wspaniałości. Kolumb jest tym tak wzruszony, że w coraz to 
nowych słowach wielbi nieporównany czar okolicy. „Zapach kwiatów i drzew jest rozkoszny ponad wszelkie 
opisanie. Przez całą noc słychać śpiew ptaków i ćwierkanie koników polnych. Powietrze jest łagodne i 
balsamiczne, ani gorące, ani zimne. Tu chciałbym żyć wiecznie" — wyznaje w dzienniku podróży i pełen 
radości odkrywczej, widzi już drzewa pistacjowe w lasach,

background image

 
ławice perłowe w morzu i złoto w metalowym połysku łożysk rzecznych. Tak, to na pewno Cipangu! A jeśli nie 
Cipangu, to Indie. Niewątpliwie osiągnął wreszcie swój wielki cel. 

Ale złota, o którym marzył, owych funtowych sztab czy wielkich brył, kosztowności, występujących tak 

obficie, że dla tubylców nie mają prawie żadnej wartości — znaleźć nie sposób; sen o „El Dorado", w pogoni za 
którym wyruszył z Hiszpanii i przepłynął 
/ »/ 
wielkie morze, nie ziścił się. Indianie mówią teraz, że wielki król, który posiada złoto, nie mieszka na Kubie, 
lecz w Cibao. Kolumb tłumaczy sobie znowu nazwę tej miejscowości jako Cipangu i żegluje dalej. 2 listopada 
wysyła na ląd dwóch ludzi, którym poleca zbadać bliżej właściwości okolic. W cztery dni później posłańcy 
wracają, a Kolumb opisuje pod datą 6 listopada obszernie, co zaobserwowali: „Moi posłańcy opowiadali, że po 
przejściu około 12 mil znaleźli wieś Uczącą jakieś tysiąc mieszkańców. Tubylcy przyjęli ich bardzo uroczyście; 
umieścili ich w najlepszych domach, nosili na rękach, całowali im ręce i nogi, krótko mówiąc, starali się 
wytłumaczyć im na wszelkie możliwe sposoby, że wiedzą, iż biali ludzie przybywają od bogów. Około 
pięćdziesięciu mężczyzn i kobiet prosiło moich ludzi, aby wolno im było udać się razem z nimi w podróż 
powrotną do nieba wiecznych bogów. Posłańcy opowiadali, że spotkali wiele mężczyzn i kobiet niosących w 
rękach rodzaj kolby, w której żarzyły się wonne zioła. Były to zasuszone źdźbła ziół, zawinięte w suchy, 
szerszy liść. Z drugiego końca kolby ludzie ssali i pili niejako dym przez wdychanie. Byli odurzeni, ale chroniło 
ich to przed zmęczeniem. Tubylcy mówili, że kolby te nazywają się tabacos." 

Według dziennika Kolumba posłańcy w dalszym ciągu swego sprawozdania rozwodzili się szeroko nad 

charakterem okolicy, zalesieniem, roślinnością, ale nie wspominali wcale o złocie, A Kolumb wyruszył przecież 
po złoto. Ich Królewskie Moście na pewno uradują 
się wieścią, że ich nowe  _____________   _____________  
kraje są urodzajne i obfitują we wszystkie pożyteczne rośliny. Ale w tej chwili, gdy wraz z wypędzeniem Mau-
rów i Żydów wywędrowały do innych krajów również ich kapitały — Hiszpania potrzebuje najpilniej złota, 
złota i jeszcze raz złota. A złota nie można nigdzie znaleźć. 

Niepokój admirała udziela się j^go ludziom. Wszystkich opanowuje zły nastrój. 21 listopada dezerteruje 

Martin Alonso Pinzón, kapitan podlegający bezpośrednio Kolumbowi, razem z „Pintą", aby na własną rękę 
szukać krainy złota. Wierna pozostaje natomiast Kolumbowi pogoda. Mimo tornada, panującego zwykle na tych 
szerokościach geograficznych, Kolumb płynie dzień po dniu przy jasnym niebie i lekkiej bryzie. Z początkiem 
grudnia dociera do wyspy Haiti, o której znajdujący się na pokładzie tubylcy mówili z trwożnym podziwem i 
przerażeniem. Mieszkańców tej wyspy nazywają Karaibami i opisują ich jako ludożerców. Kolumb rozumie 
fałszywie swych tubylczych przewodników i tłumaczy sobie nazwę „Kaniba", którą określają mieszkańców 
Haiti, jako oznaczającą poddanych Wielkiego Chana. 

Ale Wielki Chan jest równie nieosiągalny jak Cipangu i Quinsay. Nieuwaga sternika powoduje rozbicie 

okrętu. „Santa Maria" osiada na mieliźnie i nie można jej już zepchnąć na wodę. Marynarze przenoszą na ląd 
wszystko, co posiada jakąkolwiek wartość, a ponieważ na „Ninii", najmniejszym statku, nie ma dość miejsca dla 
wszyst

background image

 
Część pierwsza — Pomóż nam, Matko Święta z Gwadelupy 
kich„ część załogi pozostaje w forcie zbudowanym naprędce ze szczątków „Santa Maria", Kolumb zaś płynie 
dalej. Stosunki z krajowcami są dobre; kacyk, jak Indianie nazywają swego króla, wydaje się być cudzoziemcom 
przychylny, żywność i zapasy wszelkiego rodzaju zgromadzono w forcie na cały rok. Tak więc według wszel-
kiego przewidywania pozostającym na miejscu nie powinno się nic złego przydarzyć. Poza tym Haiti zdaje się 
być o wiele bogatsza w złoto niż odkryte do tej pory wyspy. W krótkim czasie, który załoga musiała tu spędzić 
podczas rozbicia okrętu i budowy umocnień, zdołano zebrać w drodze wymiany z krajowcami wcale pokaźny 
skarbczyk złota. A więc przecież znaleziono złoto, nie bardzo wiele, co prawda, ale dość, by w sam raz pokryć 
koszty pierwszej empresa de las Indias. 

W krótki czas po rozbiciu okrętu Pinzón powrócił do Kolumba podając na swe usprawiedliwienie dość 

nieprzekonujące argumenty. Jego samowolne poszukiwanie krainy złota okazało się daremne, admirał miał więc 
powód do przypuszczenia, że niezdyscyplinowany podwładny nie przedsięweźmie już żadnych nowych eskapad. 
Ale kto mógł poręczyć genueńczykowi, że pewnego pięknego dnia Pinzón znowu się nie oddali i nie skorzysta z 
nadarzającej się sposobności, aby przed Kolumbem powrócić do Hiszpanii? Myśl ta nie dawała admirałowi 
spokoju. Wyczekawszy się tyle lat, zanim nareszcie udało mu się osiągnąć cel swych marzeń, Kolumb nie chce 
teraz dać się nikomu wyprzedzić i nie pozwoli, by komuś innemu dostała się w udziale sława jego odkryć. 
Dlatego w połowie stycznia 1493 roku zdecydował się na powrót do Hiszpanii. i . 

Postanowienie to nie przyszło mu łatwo. Dwanaście tygodni żeglował u rzekomych brzegów Azji wzdłuż i 

wszerz, nie mogąc znaleźć ani Cipangu, ani Wielkiego Chana. Nie czekali na niego obwieszeni złotem, 
przybrani w brokaty dostojnicy, lecz biedni, nadzy dzikusi. Nigdzie nie widział owych rojnych, olbrzymich 
miast, o których tak wymownie opowiadał Marko Polo. Nie odkryto ani jednego gatunku korzeni 
przedstawiającego wartość handlową, co najwyżej tylko marną namiastkę cynamonu i pieprzu. Na Haiti znalazł 
wprawdzie złoto i regularna eksploatacja będzie się z pewnością opłacała, ale jak ma dowieść Ich Katolickim 
Mościom, że były to rzeczywiście wybrzeża Kataju, że były to kraje Wielkiego Chana? Zaiste, myśli, które 
nasuwały się Kolumbowi, gdy w nocy z 15 na 16 stycznia 
 
 
72 
Rozbicie okrętu 1 powrót 
1493 roku wyruszał z Haiti w drogę powrotną do Hiszpanii, nie były wesołe. 

Podczas gdy przeprawa z Wysp Kanaryjskich na Wyspy Bahama była, jak widzieliśmy, nie tyle ryzykiem 

nautycznym, ile raczej moralnym, to podróż powrotna stawiała najwyższe wymagania sztuce żeglarskiej 
admirała, jego kapitanów i oficerów. Teraz żaden usłużny ani uprzejmy pasat nie pędził okrętów przez dal 
morza. Przeciwnie, Kolumb musiał dołożyć wszelkich sił, aby przede wszystkim wydostać się ze strefy pasatu i 
wytropić wiatry zachodnie. Płynąc prawym halsem przy wiejących wiatrach wschodnich sterował zupełnie 
słusznie na północ aż do wysokości Bermudów. W czternaście dni po wypłynięciu z Haiti zaczął dąć wiatr 
zachodni, ale był to zły, porywisty, burzliwy wiatr zimowy z orkanami, lodowatymi deszczami, dziko 
wzburzający morze. Na przednią część okrętu waliły się ciągle spienione fale, a ster wynurzał się wyżej niż o 
dwie trzecie z morza i zaledwie jeszcze chwytał wodę. Kołysząc się ociężale, obie karawele pruły morze płynąc 
z trudem na wschód. 

12 lutego nadeszła silna burza. Przez dość długi czas zdawało się, że dojdzie do katastrofy. Wiatr wiał od 

świtu na zmianę z kierunków zachodnich i poł udniowo-zachodnich, a skutkiem tych zmian były niezwykle 
gwałtowne i nieregularne fale. Kolumb kazał zwinąć wszystkie żagle, tak że brak było okrętom utrzymująoej i 
podnoszącej siły wiatru. Statki pracowały z trudem, wszystkie wiązania poddane były" niezwykle wielkiemu 
naprężeniu. Gdy po 24 godzinach burza trochę się uspokoiła, załoga podniosła znowu żagle, ale od popołudnia 
13 lutego wiatr zaczął dąć znowu z całą siłą z południo- zachodu. Ponieważ z zachodu szła równocześnie 
potężna martwa fala, morze było nieregularnie wzburzone. W nocy z 13 na 14 lutego „Pinta" znikła z oczu. 
„Ninia", z admirałem na pokładzie, bez wystarczającego balastu i zagrożona każdej chwili wywróceniem się, 
przebijała się z trudem na wschód. Były godziny, w których nawet sam Kolumb stracił odwagę i nie wierzył, by 
mógł okręt wyprowadzić z odmętów. W głębokiej rozpaczy wyrzuca za burtę szczelnie zabitą beczułkę, w której 
zamknął sprawozdanie z podróży. Następnie gromadzi załogę dokoła siebie i, dwukrotnie wyznaczony do tego 
przez los, składa ślubowanie, że odbędzie pielgrzymkę do Świętej Matki Boskiej z Gwadelupy w górach 
Estremadury. Tak 
I 73 
 

background image

 
przeszedł 14 lutego. Pod wieczór burza cichnie, morze powoli uspokaja się, noc upływa znośnie. Następuje 
spokojny dzień, a wieczorem 15 lutego 1493 roku ukazuje się przed nimi ląd. Kolumb twierdzi, że może to być 
tylko jedna z Wysp Azorskich, i nie myli się. To Santa Maria, najbardziej południowa z Azorów — do niej 
„Ninia" powoli się zbliża. 

Tak więc Kolumb ma już najgorsze za sobą. Majstersztyk nautyczny, którego musiał dokonać geniusz 

wielkiego genueńczyka, powiódł się. Kolumb znalazł drogę powrotną. Teraz następuje jeszcze kilka 
nieprzyjemnych tygodni pobytu we władzy Portugalczyków, do których należą Azory i którzy obchodzą się 
niezbyt uprzejmie z podróżnikiem powracającym rzekomo z Azji, gdyż są zdania, że Kolumb pojechał 
bezprawnie do Gwinei. Ale w końcu pozwalają mu odpłynąć. 14 marca 1493 roku, po siedmiu i pół miesiącach, 
Kolumb zawija znowu do Palos. Tego samego wieczoru przybywa tam także „Pinta", która, zapędzona przez 
burzę, z końcem lutego dostrzegła wybrzeże galicyjskie Hiszpanii północnej i wzdłuż niego dopłynęła do Palos. 
Pinzón jeszcze z Galicji donosi pośpiesznie hiszpańskiej parze królewskiej o odkryciu nowych lądów i o swym 
własnym szczęśliwym powrocie. Ale Ferdynand i Izabela zrozumieli doskonale, co oznacza ten pośpiech. Nie 
wzywają więc Pinzóna na dwór, lecz każą mu pozostać na pokładzie okrętu. Pinzón, głęboko dotknięty i urażony 
niełaską królewską, przemyka się chyłkiem na Palos. Nie wytrzymuje tego niepowodzenia, utraty niezbyt zresztą 
uczciwych nadziei. Zmożony chorobą już na pokładzie 
„Pinty", oddaje dowództwo swemu bratu i gdy tylko zniesiono go w Palos na ląd i do jego domu, zamyka oczy 
na wieki. 

Powrót Kolumba dał oczywiście powód do hucznego przyjęcia i mnóstwa uroczystości i bankietów. Dwór 

królewski, przebywający w owym czasie w Barcelonie, wyróżniał odważnego odkrywcę, który zjawił się przed 
parą monarszą w towarzystwie kilku Indian, otoczony rozmaitymi dziwami Nowego Świata. Kolumb skorzystał 
skwapliwie z przychylnego dlań nastroju, aby wymownymi słowy wychwalać piękno nowego kraju, jego 
olbrzymie bogactwo, cuda okolic tropikalnych, ich urodzajność i wspaniałość. Gdy wyruszał, przyrzekł 
wprawdzie, że po drugiej stronie Oceanu Atlantyckiego odnajdzie obfitujące w korzenie wyspy indyjskie, 
Cipangu, niezrównaną krainę czarów Marka Polo, i Kataj, wielkie państwo Chin z niezliczonymi kanałami, 
marmurowymi mostami i złotymi pałacami. To mu się, widać, nie udało i wśród powszechnego uniesienia 
podniosło się tu i ówdzie kilka wątpiących i pytających głosów. Kolumb sam prawdopodobnie niczego innego 
nie oczekiwał. Zastrzegał się bowiem w końcowym ustępie swego sprawozdania, skierowanego do króla 
hiszpańskiego, przeciwko wszelkim wrogim atakom, przedstawiając siebie — prawdopodobnie w zgodzie ze 
swym rzeczywistym przekonaniem — jako narzędzie Boga, jako tego, „którego podróż przyniesie zaszczyt 
chrześcijaństwu, aczkolwiek została wykonana pozornie z tak wielką lekkomyślnością". Ale mimo wątpliwości 
nikt na dworze królewskim nie przypuszczał, że nowo odkryte kraje są częściami zupełnie dotychczas nie 
znanego kontynentu. Niebawem też zaczęto przygotowywać wielką armadę dla objęcia w posiadanie nowych 
lądów na zachodzie. 

W czasie tych przygotowań Kolumb postanowił spełnić swe śluby i wyruszył na pielgrzymkę do Madonny z 

Gwadelupy. Z Barcelony wybrał się najpierw do Madrytu, a stamtąd w góry Estremadury. Trasa pielgrzymki 
admirała nie zachowała się, nie wiemy zatem dokładnie, jaką Kolumb wybrał drogę. Ale jest bardzo możliwe, że 
jechał przez Trujillo i że Francisco, czternastoletni wówczas syn świniopasa Pizarra, stał przy drodze i patrzył z 
podziwem na przechodzący orszak wielkiego dostojnika. Kilkadziesiąt lat później tenże Francisco Pizarro 
zawojuje olbrzymie państwo Inków i zajmie miejsce Inki, syna słońca. A nieco dalej na południowy zachód, w 
małym miasteczku Medellin, o które Kolumb otarł się, być może,

background image

 
w kilka dni później, stał przy drodze inny młody chłopak, aby zobaczyć admirała — Hernando Cortez, który 
zdobędzie kiedyś Meksyk i odda koronie hiszpańskiej potężne państwo Azteków. 

Procesja, w której podążał Kolumb, była rzeczywiście świetna i zwracała powszechną uwagę. Uczestniczyli 

w niej urzędnicy korony, którzy mieli towarzyszyć admirałowi i piastować wysokie urzędy w nowych krajach za 
oceanem. Było tam sześciu Indian, którzy zostali ochrzczeni na hiszpańskim dworze i teraz mieli już powrócić 
do swych rodaków jako wyznawcy Chrystusa. Był tam wreszcie sam don Cristóbal Colón, grand Hiszpanii, 
„admirał Oceanu" i wicekról odkrytych przez siebie krajów — siwy, poważny człowiek o rumianych policzkach 
i władczym, imponującym wyglądzie. Wiadomo było ludziom, w owych dniach czerwcowych 1493 roku, gdy 
Kolumb jako pielgrzym jechał przez ziemie hiszpańskie, że spędził on wiele dni i godzin w cztery oczy z Ich 
Królewskimi Mościami, że para królewska uczciła go i wyróżniła jak żadnego dotąd żeglarza. Z pobliskiej 
Portugalii przeniknęły niejasne pogłoski o rozpaczy króla Jana, gdy dowiedział się o szczęśliwym powrocie 
genueńczyka. Miał zawołać: „Czyż byłem porażony ślepotą? Jak mogłem pozbawić się takiego człowieka?" 

Król portugalski nie poprzestał zresztą na słowach, lecz podjął natychmiast starania, aby z odkryć Kolumba 

pozyskać także coś dla siebie. Jeszcze zanim genueńczyk przybył do Barcelony, poseł hiszpański w Lizbonie 
doniósł swemu dworowi, że Portugalia przygotowuje flotę, której celem ma być podróż do nowych krajów za 
oceanem. Temu należało zapobiec na razie środkami dyplomatycznymi, a ponieważ według poglądów prawnych 
z końca średniowiecza prawo rozporządzania obszarami nie należącymi jeszcze do żadnego władcy 
chrześcijańskiego przysługiwało papieżowi, przeto Hiszpania zwróciła się natychmiast do niego o 
rozstrzygnięcie. Papież Aleksander VI, Hiszpan z urodzenia, był koronie hiszpańskiej osobiście zobowiązany. 
Watykan zadekretował już z początkiem maja 1493 roku, że nowo odkryte wyspy i lądy stałe, które znalazł 
dilectus filius Christophorus Colón, należą do korony hiszpańskiej. Sprzeciwiało się to jednak w pewnej mierze 
wcześniejszym rozstrzygnięciom papieskim, a w szczególności bulli aeterni regis z 1481 roku, na podstawie 
której Portugalia rościła sobie prawo do wszystkich krajów położonych na południe i na zachód od Wysp 
Kanaryjskich. 
Portugalia nie omieszkała też powołać się energicznie na tę bullę. Hiszpania wysłała delegację do papieża i z 
końcem czerwca 1493 słynną bullą inter caetera kuria wyznaczyła o sto mil na zachód od Azorów linię ciągnącą 
się od bieguna północnego do południowego jako granicę między hiszpańską a portugalską sferą wpływów. 

Rozstrzygnięcie Aleksandra VI opierało się bez wątpienia na sprawozdaniach Kolumba. Albowiem mniej 

więcej wzdłuż tej linii demarkacyjnej, odpowiadającej 38° długości zachodniej, przebiegała granica 
meteorologiczna między krajami zachodniej Europy a Ameryką. Od tego miejsca zmieniała się temperatura, 
pojawiał się pasat, kompas odchylał się na północo-zachód, inne konstelacje wschodziły na niebie, morze 
pokrywały olbrzymie pola sargasu, jednym słowem, wydawało się, jak powiedział Kolumb o swojej trzeciej 
podróży, „jak gdyby pozostawiło się za sobą wzgórze na widnokręgu". 

Dla żeglarzy było to jasne, szczurom lądowym jednak niewiele mówiło. Dlatego ważniejszy był dla nich 

komentarz Las Casasa. W swym opisie Ameryki opowiada on, że nie ma tam ani wszy, ani much, i ciągnie dalej: 

„Okręty i ludzie płynący na nich po morzu roją się przeważnie od tych małych zwierząt; sprawiają one 

każdemu, kto jest pierwszy raz w drodze, wiele udręki i kłopotu. O ile chodzi o podróż do Indii, to jest właśnie 
godne uwagi, że do Wysp Kanaryjskich i 100 mil na zachód albo aż do długości geograficznej Azorów 
rozmnażają się wszy. Następnie jednak giną i gdy wstępuje się na pierwsze wyspy Ameryki, nikt nie ma już 
wszy." 

Dla krajów śródziemnomorskich, w których muchy i inne owady są nieraz nawet i dzisiaj okropną plagą, 

tego rodzaju obserwacje wydawały się oczywiście bardzo zadziwiające i godne uwagi. Nie wiemy, czy 
wspominali o tym wytworni hiszpańscy dyplomaci, którzy wymogli na Aleksandrze VI linię demarkacyjną na 
38° długości geograficznej. Jeżeli tak, to wszy i muchy współdziałały niejako w dojściu do skutku słynnego na 
cały świat rozgraniczenia między hiszpańską a portugalską sferą interesów. 

Podczas tygodni i miesięcy, gdy ciągnęły się rokowania dyplomatyczne, ukończono przygotowania do 

drugiej podróży transoceanicznej. Przeprowadził je w sposób bardzo przewidujący i rozsądny bratanek 
arcybiskupa Sewilli, don Juan de Fonseca. Zdolny ten kupiec i organizator potrafił w ciągu pięciu miesięcy 
zestawić flotę

background image

 
składającą się z siedemnastu okrętów i zaopatrzyć ją we wszystkie potrzebne zapasy. 25 września 1493 roku 
wszystko było już gotowe do drogi. Siedemnaście okrętów uroczyście przybranych we flagi po szczyty 
masztów, z tysiącem dwustu Hiszpanami na pokładzie, wyruszyło na morze biorąc kurs południowo-zachodni. 

Pełen najlepszych nadziei Kolumb pomyślał tym razem także o wprowadzeniu na odkrytych ziemiach 

uprawy roli i hodowli: zabrał więc z sobą sztuki żywego bydła, owce, świnie, konie, nasiona zbóż europejskich i 
trzciny cukrowej — dary Starego Świata dla Nowego, które też umożliwiły skuteczną kolonizację i miały za 
oceanem wydać wspaniałe owoce. 2 października armada przybyła do Gran Canaria, a między 7 a 10 
października wzięła rozpęd do skoku przez ocean. Już 4 listopada, żeglując z pasatem północno-wschod- nim, 
dotarła do wysp zachodnioindyjskich. Kolumb wybrał tym razem kurs o wiele bardziej na południe, aby móc w 
pełni wyzyskać pasat. 22 listopada rzucono kotwicę przed wyspą Haiti; Kolumb przed niespełna rokiem rozstał 
się pełen nadziei z pierwszą założoną tu osadą hiszpańską, fortem Natividad. Teraz jednak zamiast kwitnącej 
miejscowości zastał gruzy i zgliszcza. Okrucieństwo i ciągły rozlew krwi wznieciły wśród krajowców taką 
nienawiść do białych prześladowców, że skorzystali z wyprawy rekonesansowej Hiszpanów w głąb kraju, aby 
się na nich zemścić. Rozczarowanie Kolumba, gdy zamiast oczekiwanych sztab złota zastał trupy i pogorzelisko, 
było tak wielkie, że kazał sam rozkopać studnię osady przypuszczając, że znajdzie bogate skarby złota, które 
zebrali zapewne osadnicy pozostali przy życiu. Ale nic nie znaleziono. Postanowił zatem założyć nową osadę w 
miejscu jeszcze korzystniej położonym, któremu na cześć królowej nadał nazwę Izabela. Osadę tę, bardziej, co 
prawda, podobną do twierdzy, Kolumb pozostawił pod rozkazami swego brata Diega, sam zaś wstąpił znowu na 
pokład, aby wreszcie odnaleźć legendarne Cipangu. 

Ale zarówno Cipangu, jak i Ofir, o którym przypuszczano, że znajduje się w głębi wyspy Haiti, okazały się 

złudnymi mamidłami. Tak więc wiele nadziei obróciło się tu wniwecz. Ponadto uczestnicy drugiej wyprawy 
składali się przeważnie z ludzi nie przyzwyczajonych do żadnej pracy, którzy wyobrażali sobie, że gdy tylko 
przybędą do obcych krajów, pieczone gołąbki same wlecą im do gąbki. Oczekiwali złota, złota i tylko złota. 
Myśleli, że bez większego trudu 
uda im się napełnić kieszenie i jako możni panowie wrócą do miłej ojczyzny. Ich nadzieje spełzły na niczym. 
Toteż z drugiej wyprawy, rozpoczętej pod tak świetnymi auspicjami, wróciło o wiele więcej rozczarowanych niż 
z pierwszej. 11 czerwca 1496 roku Kolumb zawinął do Kadyksu z trofeami swej działalności odkrywczej — 
złotem, krajowcami i tropikalnymi okazami. Ale przyjęcie było tym razem znacznie chłodniejsze niż po 
powrocie z pierwszej podróży. Albowiem 
TJo raz drugi przybył bez tego, czego od niego oczekiwano — bez złota. Udało mu się wprawdzie stłumić 
jeszcze raz niechęć, jaką otwarcie mu okazywano, ale minęły pełne dwa lata, zanim, w 1498 roku, zebrał środki 
na trzecią podróż. Odkrył znowu wiele lądów, ale nie osiągnął upragnionego celu — Cipangu. Natomiast w 
polach złota Cibao na Haiti udało mu się odkryć ,.Dorado", o którym tak często opowiadali mu krajowcy. 
Znaleziono mnóstwo złota wielkości jaj kurzych i sukces ten był w dużej mierze odszkodowaniem za okropne 
straty w ludziach i materiale, które wyprawa poniosła wskutek upadku osady Izabela, założonej na Haiti w 
miejscu fortu Natividad. Opary unoszące się z pobliskich nizin wywołały febrę, na którą ludzie masowo 
umierali. Elementy przestępcze wykorzystały to do rabunku, plądrowania i gwałtów wszelkiego rodzaju.

background image

 
Rebelię, która zaczynała tu wzbierać, Kolumb poskromił mocną i stanowczą ręką. Przy tej sposobności jednak 
dość szorstko rozprawił się z niektórymi nieudanymi latoroślami wysokiej szlachty hiszpańskiej, na skutek 
czego okrzyczano go niebawem wi ojczyźnie jako zdziercę, krwawego psa i butnego tyrana. Tak więc podczas 
gdy Kolumb był jeszcze zajęty przywracaniem porządku po nieszczęsnych zamieszkach, nadszedł pewnego dnia 
na Haiti rozkaz z Hiszpanii, ażeby Kolumb stanął przed Ich Królewskimi Maściami i usprawiedliwił się ze 
swych zbrodni. Zakuty w kajdany, rozpoczął Kolumb swą trzecią podróż powrotną. W Hiszpanii zaniechano 
wprawdzie dość szybko wszelkich przeciw niemu dochodzeń, ale dobre stosunki z koroną hiszpańską minęły 
bezpowrotnie. I —może bardziej by się go pozbyć, niż ze względu na nadzieje pokładane w czwartej podróży, 
król zgodził się na jego plan, aby w 1502 roku znaleźć definitywnie drogę do Indii Wschodnich, której odkrycie 
drogą dokoła Afryki udało się właśnie Portugalczykom. 

Sterując na zachód, wzdłuż północnego wybrzeża Hondurasu, Kolumb wypłynął tym razem daleko poza 

obszary dotychczas przez siebie odkryte i dotarł aż do okolic dzisiejszego Kanału Panamskiego. Tu usłyszał o 
wielkim morzu rozciągającym się w odległości kilku dni podróży po drugiej stronie wybrzeża — o Oceanie 
Spokojnym, który wszedł w ten sposób po raz pierwszy do świadomości świata zachodniego — tu usłyszał 
jednak także o osobliwej kulturze Majów z Jukatanu. Wiadomości te ożywiły jego dawne nadzieje, które uległy 
zachwianiu na skutek wieści o nieznanym morzu po drugiej stronie wybrzeża. Ponieważ nigdzie nie można było 
odkryć przejścia prowadzącego na zachód do owego morza, Kolumb musiał rzeczywiście dojść do przekonania, 
iż ma przed sobą ląd stały, w którym można będzie odnaleźć krainę czarów Marka Polo. Opowiadano mu także 
0  Ciguarre, mitycznej krainie złota na północo-zachodzie, gdzie mężczyźni i kobiety chodzili we wspaniałych 
ozdobach ze złota 
1 w której dzisiaj rozpoznajemy Meksyk. On sam miał tę satysfakcję, że tu wreszcie odkrył jeszcze raz złoto. 
Ale zły stan okrętów, które dano na odczepne natrętowi w Hiszpanii, zmusił go do przedwczesnego przerwania 
dalszej podróży i do powrotu. 

Na Jamajce wszakże statki jego były już tak nieszczelne, że nie można było nawet myśleć o kontynuowaniu 

drogi powrotnej. Odcięty od wszelkiej łączności z koloniami hiszpańskimi, Kolumb razem 
z resztkami swej załogi musiał spędzić tu prawie rok, zanim ustanowiony przez koronę hiszpańską namiestnik 
wyspy Haiti zdecydował się uczynić coś dla rozbitków, wiedząc od dawna o ich opłakanym położeniu. Po 
długoletniej nieobecności Kolumb powrócił w jesieni 1504 roku do Hiszpanii; wkrótce potem jego protektorka 
Izabela kastylska zamknęła oczy na wieki. Przeciwności losu i upokorzenia, których doznał, złamały jednak 
także żelazne ■ siły Kolumba. Jeszcze przez dwa lata prowadził walkę 
0  swoje prawa i o restytucję udzielonych mu łask. Potem dał za wygraną. Umarł w dzień Wniebowstąpienia w 
1506 roku. Zszedł do grobu jeden z największych ludzi, jacy kiedykolwiek działali dla Hiszpanii. Albowiem 
jeśli w niewiele lat później arcykatolicki król Hiszpanii mógł się pochlubić, że w jego państwach słońce nie za-
chodzi, zawdzięczał to właśnie Kolumbowi. 

Skutki odkryć Kolumba były wprost olbrzymie. Ich bezpośrednią konsekwencją był zmierzch potęgi 

tureckiej w Europie, potęgi, która — zanim upadła w straszliwym ataku na Wiedeń w drugiej połowie XVII 
wieku —• miała po raz ostatni na przestrzeni prawie trzech stuleci odsłonić bezmiar niebezpieczeństwa 
grożącego z tej strony Europie. Środek ciężkości świata przesunął się na północne 
1  północno-zachodnie wybrzeża Europy i odtąd centrum zainteresowań jej mieszkańców pozostawało przez 
stulecia nieruchomo w jednym miejscu — nad obu brzegami Oceanu Atlantyckiego, który w niepośledniej 
mierze dzięki śmiałemu czynowi odkrywczemu Kolumba stał się morzem śródlądowym. 

Pozostają jeszcze do rozpatrzenia pytania, jak rozpowszechniały

background image

 
się w Europie wiadomości przywiezione przez Kolumba i jaki wpływ tam wywarły. O odkryciach Kolumba 
dowiedział się najpierw świat romański, do krajów położonych na północ od Alp wieści dotarły znacznie 
później. 
Ponieważ relacje o wyprawach Kolumba opierały się na jego własnych wypowiedziach, zapanował początkowo 
dość powszechny 
— ~ - ~

r

   _______    

pogląd, iż admirał istot- 

nie dotarł do Indii Obwód 

' --------------------------------------' ------ 1 ziemi musiał zatem być 
znacznie mniejszy, niż nauczał Ptolemeusz. Widocznie starożytni., ci wielce podziwiani mistrzowie myśli i 
wiedzy, jeszcze raz się omylili. Ale już jesienią tego samego roku, w którym Kolumb po raz pierwszy wrócił z 
Ameryki do Europy, podniosły się pierwsze głosy powątpiewania, czy odkryty za morzem nowy ląd na za-
chodzie to rzeczywiście Indie. A 1 listopada 1493 roku Peter Martyr ukuł w liście do kardynała Sforzy pojęcie 
„Nowy Świat", gdy pisał o Kolumbie jako repertor Ule Novi Orbis. Martyr nie był, co prawda, pewny swej' spra-
wy, oświadczył, że są to może nie znane dotąd wyspy leżące przed wybrzeżem Azji. W końcu opłynięcie świata 
przez Magellana wyjaśniło sprawę ostatecznie. Dopiero w 1538 roku weszła w. użycie nazwa „Ameryka", 
wywodząca się od imienia innego wielkiego żeglarza włoskiego — Ameriga Vaspucci. 
Na drugie pytanie, które wyżej postawiliśmy, jaki wpływ wy 
warło odkrycie Nowego Świata na Stary Świat, odpowiedź nie jest równie łatwa. Ażeby w tej sprawie uzyskać 
jasny sąd, musimy, jak to już uczyniliśmy w pierwszym tomie naszego dzieła, cofnąć się do źródeł. Wykazują 
one, że ludzi z końcem XV wieku ogarnęło głębokie zwątpienie. Po burzliwej próbie otwarcia okna na świat, 
jakiej dokonali przodkowie za czasów wypraw krzyżowych, wszystko jak gdyby utknęło w miejscu. Kościół 
Chrystusowy był rozdwojony, Turcy ogniem i mieczem spustoszyli Bałkan i stanęli u wrót Wiednia, papiestwo 
tonęło w bagnie niewiary. Ale nie tylko Bóg i religia, także nauka, cesarstwo i pieniądz stały się wartościami 
względnymi. Z jednej strony podnosili się wszędzie kacerze, którzy walcząc z papieżem kwestionowali również 
absolutne istnienie Boga, z drugiej strony powstanie koncepcji narodowych podważało tradycyjny europejski 
uniwersalizm. Cesarz Rzymski Narodu Niemieckiego, który uważał się za następcę Karola Wielkiego i pana 
zachodniego świata, musiał walczyć nie tylko z królem Francji i Anglii, ale nawet w jego kraju powstawali 
przeciw niemu książęta i panowie. A przeciw wszystkiemu, co było godne czci, co przekazane zostało po 
przodkach, co było na tej ziemi z łaski bożej — przeciw temu powstawał nowy, nieubłagany wróg w postaci 
rodzącego się kapitalizmu, który ruszał z posad strukturę świata. 
Jak średniowiecze, epoka święcie wierząca w ustanowione normy i Ustalony porządek prawny, mogło uporać się 
z tą powszechną relatywizacją? Nie mogło tego dokonać, zwątpiło i wskutek tego zrodziła się już wówczas 
niejedna myśl, którą w naszych czasach wypowiedzieli Heidegger i Sartre. Głęboki niepokój owładnął całym 
światem, uczucie upośledzenia w porównaniu | epoką wcześniejszą zapanowało powszechnie. W takiej chwili 
mały drobnomieszczanin genueński mocą swej nieokiełznanej woli odkrył olbrzymi nowy ląd, w którym 
znudzonego samym sobą, wątpiąoego w siebie białego człowieka przyjęto jak boga. 

Konsekwencje duchowe są jasne. Odkrycie Ameryki oddziałało na pokolenie, które zwątpiło w siebie, tak 

jak gdyby ludziom naszych czasów udało się wylądować na jakiejś gwieździe zagubionej we wszechświecie, 
gdzie powitano by ich jako bogów. To, co czyn Kolumba oznaczał dla Staręgo Świata, znalazło wyraz w 
reformacji 
MM

background image

 
i kontrreformacji, w bogactwie baroku, a nawet w rewolucji francuskiej 1789 roku. Europejczyk odnalazł znowu 
siebie, wyruszył ku nowym lądom i czasom. Oczywiście, owa samoafirmacja wypaczała się nieraz, przechodząc 
w nadmierną wyniosłość, i początki nowych czasów zdają się już zawierać trujące zalążki tej hipertrofii, której 
straszliwe skutki sami przeżyliśmy i przeżywamy. 

Część druga 

zi

emia JEST KUL

4

background image

 
l^Tiech będzie błogosławiony pieprz! 
I ll Od dwudziestu pięciu lat mieszkańcy Lizbony żyli 1 

pie

p

r2U 

Każda nowa wyprawa do Afryki przywoziła do 

Portugalii olbrzymie ładunki tej wspaniałej przyprawy. Podczas gdy nabrzeża weneckie pustoszały, nad rzeką 
Tagiem piętrzyły się towary ze wszystkich krajów świata. Kto z początkiem lat siedemdziesiątych, gdy nastąp- 
cy tronu Janowi przyznano wpływy z handlu afrykańskiego, przestawił się na handel pieprzem, ten był bogatym 
człowiekiem, ten pozbył się wszelkich trosk. Bo za pieprz można było dostać wszystko. Każde ziarnko tej 
przyprawy szło dosłownie na wagę srebra, pieprzem można było uiszczać cło, czynsze i podatki, ba, nawet kary 
sądowe, za pieprz kupowało się nieruchomości, hipoteki, przywileje miejskie i herby szlacheckie. Najpiękniejsze 
kobiety, najszlachetniejsze konie, najświetniejsze drogie kamienie, najwspanialsze kobierce, najrzadsze futra — 
wszystko można było nabyć za pieprz. 

Potem cena pieprzu zaczęła spadać. W r. 1473, gdy król Jan partycypował osobiście w wielkim interesie, 

paląca przyprawa była jeszcze tak droga, że tylko wielcy panowie mogli sobie na ten zbytek pozwolić. Teraz, w 
roku 1499, już nawet prosty człowiek przyrządza sobie niedzielną lub świąteczną kurę tak pieprznie, jak to jest 
w zwyczaju. Może sobie też na podwieczorek przyrządzić „proszek korzenny", mieszaninę cukru i pieprzu 
przypiekaną na chlebie. 

Oczywiście jest to tylko modny przysmak. Już wśród współczesnych nie brak było głosów przeciw temu 

uprzywilejowamu orientalnych korzeni i przypraw. Humanista niemiecki Ulryk von^ Hutten był jednym z tych, 
którzy najgłośniej przeciw memu UU Rzecz znamienna, że w hasłach bojowych tego pr^l ^ „wywłaszczonego" 
junkra-intelektualisty 
żywili się owsianką — pisze. n-iw®*

background image

 

zagranicznymi potrawami. Na tym wzbogacili się tylko Fuggerowie i spółka i dopóki będziemy 

niewolnikami naszego brzucha, dopóty oni będą jedynymi ludźmi w Niemczech, którzy mają pieniądze i 
mieszkają w pałacach." A w innym miejscu twierdzi: „Jako wymowny przykład przytaczam prosty sposób życia 
mego dziadka, Wawrzyńca Huttena. Był to człowiek bogaty i piastował najwyższe urzędy w służbie wojskowej i 
cywilnej. Ale pieprzu, imbiru, szafranu i innych przypraw cudzoziemskich nie uświadczyłbyś w jego domu, a 
odzież nosił tylko z niemieckiej wełny." 
Jakże się nam to wydaje znajome! A zarazem jakże wytarte! Jak często musieliśmy .sami wysłuchiwać takich 
litanii w czasie, gdy światła na świecie zagasły! A jakież to wszystko jest zawsze bezcelowe! Jeśli chodzi o 
import przypraw tropikalnych, to pamflety Huttena bynajmniej go nie zahamowały. Import ten miał bowiem 
bardzo konkretne przyczyny. Europa średniowieczna nie wytwarzała dostatecznej ilości paszy, aby móc 
utrzymać swe bydło przez zimę, zaczynał się więc wszędzie późną jesienią masowy ubój. Czego nie można było 
natychmiast spożyć mimo urządzanych przy tej sposobności gargantuicznych saturnalii i nieokiełznanego 
obżarstwa, to wędzono i peklowano. Na dworach wielkich panów zakładano już wprawdzie tu i ówdzie 
lodownie w piwnicach. Ogół ludności jednak jadał do końca XVI wieku dzień w dzień mięso peklowane i wę-
dzone. Świeże mięso jadano tylko przez dwa do trzech miesięcy w roku. Celem dodania smaku jednostajnemu 
pożywieniu przyprawiano je w coraz większej mierze wschodnimi dodatkami, aż wresz-. eie potrawy — według 
słów pewnego trubadura — były tak silnie przyprawione, że usta pachniały jak apteka, a z warg unosił się 
gorący opar niby dym. 

Na pierwszym miejscu wśród sprowadzanych ze Wschodu środków spożywczych stał od czasów wypraw 

krzyżowych pieprz, tajemnicza jagoda rośliny piper nigrum. Przez długi czas sądzono w Europie, że jagodę tę 
praży się na wolnym ogniu i że wskutek tego jest ona pomarszczona i czarna. Dopiero u schyłku średniowiecza 
dowiedziano się, że palącego diabelstwa ani się nie praży, ani nie poddaje żadnej innej mistycznej procedurze. 
Jeżeli schnące na słońcu jagody pieprzu pozostawiło się w skórce, to pieprz był czarny. Jeżeli natomiast zdjęto 
przedtem skórkę, otrzymywało się łagodny, biały pieprz. Biały pieprz szedł głównie do Azji, zwłaszcza do Chin, 
które 
były wówczas jeszcze większym spożywcą tej przyprawy niż dzisiaj, czarny pieprz zaś eksportowano do 
Europy. Aleksandria w Egipcie i miasto lagun Wenecja były przez długie stulecia głównymi ośrodkami handlu 
pieprzem. 

Nagle, przez noc niejako, w handlu pieprzem wysunęła się na pierwszy plan Lizbona. Przez długie lata 

armatorzy i kupcy robili tu największe interesy. W miarę wzrastającego importu towarów kolonialnych 
transakcje te zaczęły w porównaniu z da- wnymi złotymi czasami prze-- i®^-—-gAj biegać o wiele spokojniej. 
W podziwianej „stolicy Eu-J ropy" nie można też już było osiągać tak wygórowanych zysków jak z początku. 
Ale równolegle do spadającej ceny za pieprz rosło spożycie. Odkąd nawet mieszczanie i rękodzielnicy mogli 
uczestniczyć w bogactwach Wschodu, popyt gwałtownie wzrósł. Było tak nie tylko w Portugalii, Hiszpanii i 
Francji. Niemcy, Holendrzy i Skandynawowie, niegdyś klienci bogatych Włochów, jeździli teraz do Lizbony. 
Przełęcze alpejskie, przez które jeszcze przed kilku laty kryte wozy kupców południowoniemieckich 
przejeżdżały w drodze do Genui, Wenecji i Mediolanu, teraz opustoszały. Srebro, które Fuggerowie augsburscy 
wydobywali w swych kopalniach na Śląsku i Węgrzech, które doprowadzali z Tyrolu i Karyntii, miedź, której 
dostarczali do odlewania luf armatnich — wszystko to płynęło obecnie szerokim strumieniem do Portugalii. Z 
Antorf, dzisiejszej Antwerpii, nadchodziły tam całe ładunki okrętowe najwspanialszego flandryjskiego sukna, z 
nadbałtyckich krajów Prusów, Estów i Litwinów niezliczone worki zboża i grube bele najprzedniejszej skóry; 
Norwegowie i Szwedzi płacili futrami, niebieskimi i srebrnymi lisami, skórami niedźwie

background image

 
Część druga — Ziemia jest kulą 
dzi, zębami morsa. Wszystkie te bezcenne <przedmioty, na które przedtem nie mogli sobie nieraz pozwolić 
nawet panujący i ich dwory, stały się teraz w Lizbonie czymś powszednim. 

Czy to nie świetny rozwój? Czy nie oszałamiający postęp? Godny podziwu wiek, który nawet prostemu 

człowiekowi pozwala uczestniczyć w wielkich osiągnięciach cywilizacji, w pomyślności gospodarczej i w 
ogólnym wzroście dobrobytu! 

Nie wszędzie, co prawda, ludzie trwają w sytym optymizmie. Wenecjanie np., którym Portugalia 

odprowadza wodę ze źródła, są bardzo zagniewani. Zrazu poprzestają na zwykłej kontrpropagan- dzie. 
Oświadczają, że trwający długie miesiące transport wysoko- wartościowych korzehi w stęchłych ładowniach 
karawel portugalskich zabija aromat, tak że bezcenne wschodnie przyprawy stają się dla prawdziwego smakosza 
wręcz niejadalne. Gdy to nie pomaga, starają się podburzyć sułtana Egiptu. W październiku 1502 roku wysyłają 
jednego ze swych najtęższych głowaczy, Benedetta Sanudo, do Kairu, aby wytłumaczył obcemu władcy, że 
podcina gałąź, na której siedzi, jeśli będzie nadal przyglądał się bezczynnie poczynaniom Portugalczyków. 
Niechże zaleci energicznie radżom indyjskim, aby Portugalczykom nic więcej nie sprzedawali. Jeżeliby to się 
nie udało, to piękne pieniążki, które dotąd płynęły do jego kieszeni, zasilą niebawem (kiesy Portugalii. Także im, 
wenecjanom, nie pozostanie ostatecznie nic innego, jak zakupywać w Lizbonie zamiast, jak dotychczas, w 
Aleksandrii — do czego zresztą w 1515 roku istotnie dochodzi. Ale sułtan odmawia. Chwilowo nie może nic 
zrobić. Wówczas, jak fama głosi, wenecjanie wysłali do Indii swoich oficerów artylerii, ogniomistrzów i 
odlewaczy kul armatnich, aby wzmocnić siły obronne radżów. Czy tak było rzeczywiście, nie wiadomo. Nie jest 
to wszakże niemożliwe, albowiem handel z Egiptem i Indiami był podstawą gospodarczej egzystencji Wenecji, a 
kto ma nóż na gardle, ten nie przebiera w środkach. 

Ta sytuacja polityczno-gospodarcza sprawia, że włoskie republiki przeciwstawiają się z całych sił dalszemu 

naporowi Portugalczyków. Włosi nie są przy tym w swych usiłowaniach odosobnieni. Hiszpanie i Francuzi 
patrzą także krzywym okiem na Portugalię. Ich dyplomaci są nieuprzejmi i starają się rzucać nowej iberyjskiej 
potędze gospodarczej kłody pod nogi, gdzie tylko mogą. Papież rozstrzygnął już w 1481 roku, że wszystkie kraje 
położone na południe i na 
Drotyzna. Przekleństwo pieprzowi! 
zachód od Wysp Kanaryjskich mają należeć do Portugalii, więc tak Francja, jak Hiszpania mają ręce związane. 
Portugalii niewiele grozi. 

Ale także w samej Portugalii sytuacja wewnętrzna nie jest zbyt różowa. Oczywista, wielu kupców dorobiło 

się na pieprzu majątku, a zarówno państwo, jak i korona, które pobierają lwią część od każdego worka korzeni, 
dobrze zarobiły. Ciągle powtarzają się jednak ciężkie kryzysy. Nagły bezmierny napływ wysokowartościowych 
korzeni wywołuje w Portugalii takie same skutki jak powódź złota, która po odkryciu Ameryki zalała Hiszpanię. 
Ceny środków żywności, kształtujące się w zależności od stosunku między podażą artykułów rolnych a 
zapotrzebowaniem ludności, nie spadają tak jak ceny za złoto i korzenie, a ponadto cale gromady marynarzy i 
awanturników ze wszystkich stron świata zbiegły się wówczas na Półwyspie Pirenejskim, więc chleb, mięso i 
masło drożeją bez-. ustannie. Rosną również płace i koszty produkcji rzemieślniczej. W pierwszej połowie XVI 
wieku wiele artykułów pierwszej potrzeby podrożało w Portugalii aż o 200 procent. 
Nikt w owym czasie nie umiał wytłumaczyć, jakie są tego przyczyny. Kapitalizm znajduje się dopiero w 
powijakach. Nikt nie umie zapobiec nieszczęściu — ani papież, ani cesarz. Dopiero w pięćdziesiąt lat później 
Jean Bodin, laik, adwokat i publicysta, stwierdza w swym Discours sur les causes de l'extrdme chertć qrui est au- 
jourd'hui en France, ogłoszonym w Paryżu, że przyczyną straszliwej drożyzny jest nadmiar złota i srebra. Jean 
Bodin ma oczywiście słuszność. W czasie gdy się urodził, z początkiem XVI wieku, europejski zapas metali 
szlachetnych wynosił około siedmiu milionów kilogramów o wartości dwóch do trzech miliardów franków. Gdy 
jego stulecie chyli się ku końcowi, w sklepach kupców, w lepiankach wyrobników i w pałacach królów piętrzą 
się dwadzieścia trzy miliony kilogramów srebra i 750 000 kilogramów złota o wartości od ośmiu do dziesięciu 
miliardów franków. Stara bajka o królu Midasie, w którego rękach wszystko zmieniało się w złoto, stała się w 
świecie zachodnim XVI wieku rzeczywistością. Jeden jedyny konwój zawijający do Sewilli wiezie na pokładzie 
złoto wartości trzech milionów dukatów, a hrabia Albuquerque sprawia sobie czterysta podwójnych drabin z 
czystego srebra, przy pomocy których jego lokaje podczas wydawanych bankietów zdejmują z wysokich półek 
tysiąc

background image

 
dwieście srebrnych półmisków i tysiąc czterysta srebrnych talerzy, Ale złota nie można jeść, a srebra pić. I 
dlatego ceny środków żywności dochodzą do zawrotnej wysokości. Ze zdumieniem ludzie rejestrują to 
tajemnicze zjawisko, które, rzecz znamienna, występuje najpierw na Półwyspie Iberyjskim. Uzasadnia się je 
wzrostem liczby ludności, nieurodzajem i wojnami, a wreszcie nieszczęsnymi skutkami lichwiarskiej spekulacji. 
W Niemczech krąży prorocze ostrzeżenie poety Freidanka wypowiedziane już przed dwustu pięćdziesięciu laty: 
„Trzy lenna stworzył Bóg: rycerzy, chłopów i księży. Czwarte stworzyła chytrość szatańska: nazywa się ono 
lichwą." 

Nawet kupcy, „wory pieprzu", jak się ich teraz nazywa, nie są zadowoleni. Ilekroć bowiem wraca jedna z 

coraz liczniejszych portugalskich wypraw afrykańskich, na rynku korzennym powstaje zamieszanie. Tak było po 
raz pierwszy około roku 1460, gdy flota przywiozła z Afryki pieprz Malaguetta, owe tak bardzo pożądane 
„rajskie ziarnka", które dotąd importowano z Aleksandrii za pośrednictwem Wenecji. Tak było po raz drugi w 
roku 1485, gdy Diego Cao wpłynął na rzekę Tag z okrętami wypełnionymi po luki pieprzem. 

Nikt się tęgo wówczas w Lizbonie nie spodziewał. Licząc na dalszy wzrost popytu i cen rynek korzenny był 

nastawiony na haussę. Zakupiono z dużym mozołem wielkie zapasy i złożono je na skład. A tu nagle dziesiątki 
tysięcy kwintali pieprzu i ziaren rajskich leży w szopach załadowczych, firmy importowe muszą likwidować 
zapasy, a że na samą wiadomość o przybyciu floty ceny spadły do połowy, bankructw było co niemiara. 

Przekleństwo pieprzowi! Przekleństwo „worom pieprzu"! Przekleństwo i śmierć lichwiarzom! 
Zdarzyły się w Lizbonie dwa takie czarne dni. Przeminęły i zapomniano o nich w ciągu lat. Były one jednak 

tylko niewinną idyllą w porównaniu z tym, co działo się w „czarny piątek" — 10 lipca 1499 roku. Wczesnym 
rankiem zawinęła wówczas do Lizbony kara- wela „Berrio", z kapitanem Nicolao Coelho, z eskadry indyjskiej 
Vasco da Gamy. Od dwóch lat, kiedy admirał wyruszył w podróż, nie słyszano ani o nim, ani o jego flocie. 
Teraz przybył z powrotem jeden z czterech okrętów, które niegdyś wypłynęły z biegiem Tagu. Znajdowała się 
na nim garstka wynędzniałych, owrzodzonych marynarzy, ale pod pokładem piętrzyły się całe paki korzeni. A 
reszta 
okrętów, które nadejdą w najbliższych dniach, była tak samo wypełniona najdroższymi przyprawami. 

Nowina ta rozchodzi się błyskawicznie po całym mieście. Handlarze korzenni bledną. W południe zamykają 

kantory. Są zrujnowani, wszyscy razem i każdy z osobna, ludzie, firmy, sklepy. Lizbona pozostaje obojętna na 
to, że ze stu pięćdziesięciu marynarzy, którzy wypłynęli z Vasco da Gamą, powróciło tylko pięćdziesięciu, że w 
stu domach gasi się światła, zawiesza lustra i otwiera okna, aby dusze zmarłych mogły jeszcze po raz ostatni 
trafić do swych żon i dzieci. Prawdziwym nieszczęściem jest natomiast, że wielcy importerzy zamykają swe 
sklepy, że nie mogą już wypełnić swych zobowiązań i bankrutują. 

Ten spadek koniunktury rozszerza się na całą Europę. „Nie ma żadnego popytu na korzenie, gdyż każdy 

oczekuje wiadomości z Portugalii", brzmi w tym czasie jedno ze sprawozdań handlowych wielkiej spółki 
Ravensburgów, słynnego podówczas południowoniemiec- kiego trustu handlowego. A z giełdy we Frankfurcie 
nad Menem tamtejszy korespondent Ravensburgów donosi do centrali: „Nikt nie ma odwagi lokować większych 
kapitałów w korzeniach, gdyż wszyscy boją się następnych partii towaru, które mogłyby nadejść z Kalikut." 

Obawa ta ogarnia nie tylko wielkie firmy, ale nawet kramarzy. Byli oni wówczas o wiele mniej 

wyspecjalizowani niż dzisiaj. Sklep przeciętnego kupca z początkiem XVI wieku prowadził rozmaite artykuły, 
jak za naszych czasów amerykański dmgstore. Wdowa Pithan miała w swoim sklepie we Frankfurcie nad 
Menem, jak wiemy ze sporządzonego w połowie XVI wieku rocznego spisu inwentarza, następujące towary na 
składzie: ryż, rodzynki, wino, pieprz, gałkę muszkatołową i wszelkie inne korzenie, krochmal, bawełnę, len, 
papier, ałun, drzewo sandałowe, barwniki, złoto, srebro, miedź, cynę, ołów, skórę, tytoń, cukier, szafran, wosk, 
kamień winny oraz sukna z Epinal, Augsburga i Brabancji. Nie inaczej wyglądał też w 1516 roku we Frankfurcie 
nad Menem sklep Hansa Bingena, zwanego „Hansem korzennym". Jest jasne, że taka różnorodność interesów i 
towarów musiała wywołać szczególną wrażliwość na wahania koniunktury. Najszersze warstwy spożywców od-
czuwały dotkliwie nawet stosunkowo nieznaczne wahania cen. 

Dlatego też coraz częściej rozlega się okrzyk: Przekleństwo pieprzowi! Troska ogarnia także dwór 

królewski w Portugalii. Przy-

background image

 
Część druga — Ziemia jest kulą 
czyną tego nie są, co prawda, kłopoty poddanych. Zorientowano się jednak, w jaką awanturę wdał się rząd dążąc 
do odkrycia drogi morskiej do Indii Wschodnich. Teraz nie ma już odwrotu. Piwo, którego nawarzyli, trzeba 
wypić. Portugalia miała w owym czasie poniżej jednego miliona mieszkańców. Kraj potrzebował koniecznie 
pomocy, aby móc udźwignąć ciężar o światowej wadze, który Vasco da Gama przywiózł na swych zniszczonych 
okrętach. Albowiem mały kraj zawładnąwszy połową świata, usposobił do siebie -wrogo nie tylko sułtanów 
indyjskich, ale także Arabów i Mameluków egipskich, w których ręku spoczywał handel wschodnimi 
korzeniami. Dlatego też w krótki czas po przybyciu swego najdzielniejszego admirała korona portugalska 
wysyła ostrożnych pośredników do Niemiec, ażeby nawiązać rozmowy z Fuggerami i Welserami, których 
interesy koncentrowały się dotychczas we Włoszech. Dla Portugalii, która nagle stała się handlowym i 
politycznym ośrodkiem świata, transfuzja krwi, zastrzyk kamfory w postaci wielkich inwe- 
Upadek Egiptu. Cukier d bawełna 
stycji kapitału jest kwestią życia lub śmierci. A wielkie kapitały znajdują się w rękach Niemców. 

Ale ten zastrzyk obcej krwi nie wydał tak bardzo upragnionych owoców, gdyż zanim międzynarodowa 

finansjera zapuściła korzenie w Portugalii, okazało się, że potężny, bogaty Egipt dogorywa. Przez to zaś 
powstała zupełnie nowa sytuacja, której skutków nie sposób było przewidzieć. Od pięciuset bez mała lat świat 
zachodni czynił wszystko, aby kraj nad Nilem zepchnąć z jego pozycji pośrednika w handlu ze Wschodem Nic 
nie pomagało — ani klątwy papieskie, ani blokada Egiptu, którą utrzymywały floty zakonów rycerskich. Kair i 
Aleksandria pozostawały nadal głównymi punktami przeładunkowymi w handlu przyprawami i korzeniami. 
Początkowo nieśmiało i jakby wypatrująco, potem jednak całymi stadami zawijają tam okręty europejskie — 
ciężko uzbrojone statki weneckie, karawele katalońskie o wysokich burtach i szybkie galery genueńskie. 
Cudzoziemcy muszą wprawdzie oddawać egipskim kapitanom portów swe wiosła sterowe i reje okrętowe, 
wskutek czego okręty ich są uwiązane do portów, ale otrzymują własne kwatery, gdzie rządzą się swoim 
prawem, nie gnębią ich cła wywozowe ani opłaty eksportowe, o ile nie chodzi o metale szlachetne, niewielki jest 
także podatek opłacany za przewóz własnych produktów. Za to muszą kupować wszystkie towary w ustalonej 
ilości i za przepisaną cenę z magazynów sułtana. Zysk osiągany z tego monopolu był olbrzymi i zwiększał się 
stale aż do połowy XV wieku. W tym czasie jednak wyrastają nad Nilem dwaj wrogowie potężnych władców, 
straszliwsi i bardziej niezwyciężeni niż wszystkie koalicje polityczne. 

Są to cukier i bawełna, a więc jedyne artykuły handlowe, które Egipt sam wytwarza i z których kraj 

właściwie żyje. Nie pochodzą one znad Nilu — ojczyzną trzciny cukrowej są Indie, gdzie uprawia się ją od 
niepamiętnych czasów, a bawełna pochodzi z okolic tropikalnych. Obydwie rośliny potrzebują wiele słońca i 
wilgotnej ziemi. W Egipcie udają się znakomicie, gdyż zalewisko nad Nilem jest jakby stworzone do ich 
uprawy. Już w IX wieku umiano tam rafinować cukier i przerabiać cieniuteńkie włoski nasion bawełnianych. 
Około roku 1000 nadchodzą do Wenecji pierwsze ładunki cukru egipskiego. Bogaty mieszczanin wenecki 
kosztuje z zachwytem słodki ziarnisty proszek. Wyprawy krzyżowe zapoznają niebawem

background image

 
całą Europę z cukrem, który obok delikatnych tkanin bawełnianych staje się szybko głównym artykułem 
eksportowym Egiptu. Ale do XVII wieku był tak drogi, że kupowano go w aptekach na łuty, a w Europie 
północnej do osłody używano nadal głównie syropu i miodu. Za funt cukru można było kupić wieprza. 

Przez kilka wieków udaje się sułtanom utrzymać w tajemnicy uprawę i techniczną przeróbkę bawełny i 

cukru. Ale od r. 1300 uprawia się już obie rośliny u wybrzeży Morza Śródziemnego. Olbrzymie plantacje 
powstają niebawem zwłaszcza na Maderze i na Wyspach Kanaryjskich. W norymberskiej Kronice świata z 1493 
roku znajdujemy następujący ustęp: 

„Oprócz innych owoców zbiera się tam tyle cukru, że cała Europa jest ponad miarę nim obdarzona. Wyspa 

nazywa się Madera. I stąd pochodzi nazwa «cukier z Madery*." 

W miarę jak Europa sama zaczyna produkować cukier i bawełnę, spada oczywiście eksport egipski. Obok 

egipsko-indyjskiego cukru krystalicznego ukazuje się też cukier z Malty, Madery i Wysp Kanaryjskich, a 
wreszcie tańszy gatunek, importowany w wielkich beczkach z Brazylii. Ale nawet najtańszy cukier kosztuje 
około roku 1620 jeszcze 30 guldenów za cetnar. A to jest majątek! 

"Podobnie rzecz się ma z bawełną. Zachodnia bawełna z ferm Apulii, Sycylii, Krety, Grecji, Hiszpanii i 

Malty uchodzi za mniej wartościową, ale jest tańsza i stanowi dla eksporterów egipskich śmiertelną groźbę. 
Sprowadzanie zaś bawełny indyjskiej i jej dostawa firmom zachodnim jest dla Egiptu ze względu na wysokie 
koszty zupełnie nieopłacalna. A ponieważ na handlu zawsze się więcej zarabia niż na produkcji, więc to było 
chyba rozstrzygające. 

Nieomal w tym samym czasie Portugalczycy uzyskują dzięki swym wyprawom do Afryki możność 

zaopatrywania się na miejscu w wiele korzeni i przypraw. Nawet kości słoniowej nie nabywa się już z 
magazynów sułtanów egipskich, lecz przez Lizbonę od portugalskich firm handlowych. Wpływy pieniężne 
Egiptu kurczą się więc gwałtownie, porty pustoszeją i już z początkiem XVI wieku kwitnące do niedawna i 
wspaniałe metropolie, jak Aleksandria i Kair, stają się upiornymi cieniami swej dawnej chwały. Polityczny 
punkt ciężkości przeniósł się raz jeszcze: odtąd aż do czasu wybudowania Kanału Sueskiego życie gospodarcze 
Egiptu będzie tylko wegetacją. 

Mądrzy panowie na dworze portugalskim zorientowali się szybko, że to oni są teraz dziedzicami świetności 

gospodarczej Egiptu. Pragną upewnić się w posiadaniu Indii, zająć Malakkę i Aden, zabezpieczyć sobie nie 
tylko Afrykę zachodnią, ale także szeroki łuk wybrzeża Afryki wschodniej. Strach ich ogarnia przed olbrzymim 
zadaniem, dla którego spełnienia Portugalia jest za mała. Ze swej wielkiej podróży Vasco da Gama przywiózł 
ojczyźnie dar Danaów. 

„Portus Cale", gorący port — tak nazwali Rzymianie po objęciu dziedzictwa morskiego Kartaginy szerokie 

zagłębie wodne, które rzeka Duero tworzy u swego ujścia po drugiej stronie granitowej cieśniny skalnej. 
Iberyjczycy uczynili z tego potem „Portocale"; tak nazywa się kwitnące miasto jeszcze za Swewów i Gotów, 
którzy niby zawierucha nawiedzają kraj w V wieku. Starą tę nazwę zachowują także Maurowie, gdy w trzysta lat 
później przejmują panowanie nad krajem. W górę aż po Minho i fiordy wybrzeża galicyjskiego, a na południe po 
Tag Portocale jest jedynym wielkim portem. Stara osada uchodzi przez długi czas za stolicę skalistej prowincji 
nad zachodnim oceanem. 

Tak było do 25 października 1147 roku. Gdy tego dnia chrześcijańscy krzyżowcy po długich i zmiennych 

walkach wyzwolili Lizbonę spod jarzma mauretańskiego, nazwą portu, w którym najpierw wylądowali, objęli 
cały kraj. Nazywa się on odtąd Portugalią, a prastary Portus Cale nad obrosłą winnicami rzeką Duero nazwany 
zostaje krótko portem — Porto. 

Smakoszom na całym świecie serca biją żywiej na dźwięk tego słowa. „Czysty" portwejn, nie ów brunatno 

zabarwiony napój noszący zazwyczaj tę nazwę, lecz wino koloru jasnej purpury, podobne w smaku do starego 
burgunda, ale pełniejsze i słodsze, jest prawdziwym darem bożym. Nie ma go prawie wcale w handlu; aby się go 
napić, trzeba wybrać się do Porto, do małych austerii przy bocznych uliczkach wokół Sao Martinho de 
Cedofeita, słynnego kościoła króla Swewów Teodomira. Kto sam pochodzi z Porto, tego cieszy światowa sława 
starego grodu. Ale świadomość niby ostry cierń tkwi w sercu, że rzeka Duero musi ustąpić rzece Tag, że 
Lizbonę

background image

 
wymienia się przed Porto, że Lizbona została stolicą, a Portus Cale spadł do rzędu prowincjonalnej mieściny. Od 
25 października 1147 roku leai e invicta cidade, wierne i niezwyciężone miasto nad Duero, widzi stale rywalkę 
w szczęśliwszej Lizbonie. 

Ten portugalski „gwelfizm" nie wymarł zupełnie do dnia dzisiejszego. W 1480 roku, gdy urodził się Fernao 

de Magalhaes, który w kilkadziesiąt lat później będzie się nazywał Fernando Magellan i jako pierwszy człowiek 
opłynie świat — opozycja wobec stolicy była naturalnie znacznie ostrzejsza. Kto nie należy do wysokiej 
szlachty, kto jak Magalhaes jest drobnym szlachcicem, fidalgo de cota de armas, ten niewiele może wskórać na 
dworze w Lizbonie. Na tego będą tam spoglądali z nieufnością, jaką on sam zresztą żywi dla układnych i 
wymuskanych dworaków. Była to jedna z przyczyn, dla których Fernao de Magalhaes stał się później zdrajcą 
swej ojczyzny. 

Całkiem inne były losy okręgu Alemtejo, położonego o godzinę drogi samochodem na południe od Lizbony. 

Urodzajna, rozległa kraina nad zatoką Sines przyłączyła się dopiero późno do nowego królestwa ze stolicą 
Lizboną. Tu nie było żadnych starych podań, żadnej czcigodnej tradycji ani rywalizacji ze wspaniałym miastem 
nad Tagiem. Tu nie siedzi też szaraczkowa szlachta, lecz panują niby królewięta potężni baronowie. Kraj to 
młody — rodzaj kolonii. Kto stąd wyjeżdża na dwór królewski, ten nie uprawia frondy, lecz przybywa bez 
uprzedzeń i nie napotyka podejrzeń. A jeśli pochodzi z wyższej szlachty, jest mile widziany w przestronnych 
aulach, w cienistych krużgankach pałacu królewskiego przy dzisiejszym Praęa de Comercio, Placu Handlu. W 
krótkim czasie sam zacznie powtarzać z zachwytem dumny slogan: Quem nao tem visto Lisboa, new tem visto 
cousa boa (Kto nie widział Lizbony, nie wie, co jest piękne). W krótkim czasie przyswoi sobie bajkę, że Ulisses, 
wielki grecki żeglarz i awanturnik, założył niegdyś osadę Olisipo, Lizbonę. 

Gdy Fernao de Magalhaes przychodzi na świat, Vasco da Gama, trzeci syn komtura Sinesu i Cercalu, stoi 

już przy ambrazurze jednej z niezliczonych portugalskich karawel. W owym roku 1480 skończył właśnie 
jedenaście lat, jest więc jeszcze dzieckiem; ale starczy mu już sił i rozumu, aby donosić do armat kule 
rozżarzone w piecu smołowym. Jak w trzysta lat później Anglia, tak wówczas Portugalia wysyłała już dzieci swe 
na morze. Kto chce być żeglarzem, 
musi zacząć wcześnie. A jest rzeczą od dawna już postanowioną, że Vasco da Gama jako syn komtura i kapitana 
Estevao da Gamy będzie marynarzem. Wszak ojciec jego był żeglarzem. Należy do starej gwardii, którą 
wychował infant książę Henryk Żeglarz, jak go współcześni nazywali. Estevao odbył jako kapitan okrętli wiele 
wypraw do Afryki zdobywając duże doświadczenie, toteż gdy Bartolomeo Diaz powrócił w 1487 roku z 
Przylądka Dobrej Nadziei, król zamianował kapitana da Gamę dowódcą następnej wyprawy odkrywczej. W 
dziesięć lat później, w 1497 roku, ekspedycja ta wyrusza w podróż. Jej dowódca nazywa się da Gama, ale jest 
nim nie ojciec Estevao, lecz syn jego Vasco. 

W owym czasie, gdy ekspedycje wyruszają i wracają jedna po drugiej, w nieskończonym, nieprzerwanym 

szeregu, Fernao de Magalhaes siedzi jako paź królowej zagubiony w jakimś kącie olbrzymiego pałacu. Wie, że 
ojcu ogromnie na tym zależało, by został paziem. Teraz troska o niego spadła z głowy ojca, teraz znajdzie sobie 
już drogę w życiu. Fernao także zdaje sobie oczywiście sprawę, jak wielkim jest dla niego zaszczytem, że może 
nosić barwy królowej. Ale podczas gdy starsi koledzy zostają kapitanami karawel Jego Królewskiej Mości, jako 
chorążowie w forcie Elmina na Złotym Wybrzeżu, jako oficerowie piechoty w twierdzach na Azorach, on 
zostaje w Lizbonie, jest jeszcze za młody. 

Nie przeczuwa, jaki czeka go los. Gdy w połowie stycznia 1497 roku Vasco da Gama przyjął w oficjalnej 

audiencji od króla Manuela nominację na admirała eskadry indyjskiej, Fernao de Magalhaes był zapewne 
świadkiem tej uroczystości. Ale między rosłym, świetnym kawalerem z baronii Sines i Cercal, dzielnym 
kapitanem, który mimo swych dwudziestu siedmiu lat jest już wypróbowanym w tysiącach burz żeglarzem, a 
krępym, czarnowłosym paziem o żółtawej cerze, świdrujących, czarnych oczach i zarosłym czole nie ma żadnej 
łączności, żadnego związku, żadnego cienia wspólnoty. A jednak los uczynił obu tych tak zasadniczo 
odmiennych ludzi braćmi, towarzyszami; Magalhaes został wykonawcą testamentu swego o ileż szczęśliwszego 
poprzednika i wymieniamy ich jednym tchem — Vasco da Gama i Fernao de Magalhaesa! 

Gdy Kolumb wrócił szczęśliwie ze swej pierwszej podróży, w Lizbonie zapanowała wielka konsternacja. 

Nad Tagiem obawiano się poważnie, że przy odrobinie szczęścia Hiszpanie za jednym zama

background image

 
chem osiągną cel, do którego w mozolnym trudzie Portugalia zdążała od dziesiątków lat. Co prawda, właśnie w 
Portugalii odezwały się pierwsze głosy wyrażające wątpliwość, czy obszary odkryte przez Kolumba są istotnie 
wybrzeżami Azji. Ale niedowiarkowie nie byli całkiem pewni swej sprawy, a istniały powody do najgorszych 
obaw. Kto panował nad drogą morską do Indii, ten był panem świata. Wyszkoleni w polityce światowej 
głowacze z akademii żeglarskiej księcia Henryka portugalskiego zrozumieli to już wówczas, gdy wzrok 
pozostałej Europy nie sięgał o wiele dalej niż do wież kościelnych sąsiedniego miasta. Zamieszanie polityczne i 
rozdrobnienie Niemiec stało się już chroniczne. Francja ścierała się w długotrwałych wojnach z Anglią. We 
Włoszech panowała wojna wszystkich przeciw wszystkim, która zmniejszała bojowość nawet takich miast 
morskich jak Genua, Neapol i Wenecja. Hiszpania była przez długi czas zaabsorbowana wojną z Maurami — 
tylko w Portugalii, której granice od połtora wieku były nienaruszone, panowały uporządkowane stosunki. Mały 
kraj u zachodniego wybrzeża Półwyspu Iberyjskiego wyzyskał rozsądnie i celowo korzystne położenie, które 
przypadło mu w udziale, i gdy w 1487 Bartolomeo Diaz opłynął Przylądek Dobrej Nadziei, udał się wielki skok, 
ku któremu zmierzano przez cały prawie XV wiek — drogę morską do Indii Wschodnich można było już 
uważać za zasadniczo odkrytą i zbadaną. Stwierdzono bowiem ponad wszelką wątpliwość, że na wschód od 
Czarnego Kontynentu rozciągało się morze, a nie ląd stały, jak to przypuszczali starożytni. 

Wyczyn Portugalczyków aż do owego brzemiennego w decyzje punkty zwrotnego należy uznać za większy 

niemal niż ich osiągnięcia w latach następnych, które przyniosły pierwsze faktyczne przepłynięcie nowych dróg 
morskich. Wszak czyn ten został dokonany w nieustannych zmaganiach o każdą piędź ziemi nieznanego kraju i 
o każdą milę obcych mórz! Wszak został spełniony, mimo że na razie nie przynosił ani nie pozwalał spodziewać 
się szczególnie bogatych plonów! A dodać trzeba, że nawet dzisiaj podróż morzem na południe wzdłuż 
wybrzeży Afryki zachodniej nie należy bynajmniej do nawigacyjnie prostych. Pasat południowo-wschodni i 
silny Prąd Benguełski w połączeniu z olbrzymim spiętrzeniem biegnących ku brzegom fal, nawet przy słabych 
wiatrach bardzo silnie wzburzają morze, co sprawia, że droga ta nie jest pozbawiona nie 
bezpieczeństw nawet dla większych okrętów i wymaga mężów gotowych na wszystko. 

Ale takich w Portugalii nigdy nie brakło! Obojętne, kto zaginął w bezmiarach mórz, obojętne, ile istnień 

ludzkich pochłonął szkorbut i inne choroby, obojętne, ile okrętów wróciło z dalekich stron nie przywożąc nic 
poza znajomością coraz to nowych odludnych wybrzeży — w ośmiu dziesiątkach lat od zapoczątkowania 
wypraw morskich zjawiali się zawsze nowi, bezimienni bohaterowie. Ai wreszcie udało się! Droga morska do 
Indii Wschodnich, poszukiwana planowo, została odkryta. 

Dokonał tego już właściwie Diaz w r. 1487. Trzeba było jednak jeszcze pełnych jedenastu łat, zanim daleki 

cel został rzeczywiście osiągnięty. Także ten ostatni krok, obejmujący około ośmiuset mil morskich od punktu, 
w którym Diaz zawrócił ze wschodniego wybrzeża Afryki, do sfery wpływów Arabów oraz dalszy skok do 
samych Indii, został starannie przygotowany. Już z końcem fet osiemdziesiątych wyruszyło do Afryki 
wschodniej poselstwo portugalskie, któremu polecono, aby przy użyciu drogi lądowej przeprowadziło bliższy 
wywiad obszarów nadbrzeżnych i badania te połączyło z podróżą do Indii. Pod przewodnictwem handlarzy 
arabskich ekspedycja dotarła przez rzekę Zambezi do Sofali. Poza tym przez nawiązanie rozległych stosunków 
na wybrzeżu Indii przygotowano nieźle grunt pod przyszłe wyprawy portugalskie. Zwłaszcza miasta Kannanur 
(Cannanore), Kalikut i Goa zdawały się być gotowe do przyjęcia cudzoziemców; później stały się one też 
istotnie głównymi punktami oparcia handlu portugalskiego w Indiach. 

Sprawozdanie wysłane przez tę ekspedycję do Portugalii oraz wiadomości pochodzące z innych 

wiarygodnych źródeł potwierdziły pogląd Batłomieja Diaza, ie wrota Indii stoją otworem i że można tam dotrzeć 
drogą morską. Portugalia przystąpiła bez niepotrzebnej zwłoki do budowy i wyposażenia floty, którą oddano pod 
rozkazy Vasco da Gamy. Urząd marynarki portugalskiej wybrał dla wykonania tego zadania najlepszego 
człowieka, jakim rozporządzał- Admirał był wprawdzie jeszcze bardzo młody, ale wypróbowany w wielu 
podróżach i dał się już posnąć jako doskonały dowódca. A o to głównie chodziło. Dowódca floty musiał gra 
oczywiście także doświadczonym marynarzem, ale jeszcze ważniejsze było, aby posiadał bezwzględny 
autorytet. Liczono się z tym, że trzy małe statki

background image

 
Część druga — Ziemia Jest kulą 
Portugalczyków spędzą całe miesiące na pełnym morzu bez widoczności lądu — dłużej niż ktokolwiek przed 
nimi. Aby to przetrzymać w warunkach ówczesnej podróży morskiej, potrzebny był dowódca o wielkiej sile 
charakteru. Niezłomny, a przy tym giętki i zręczny Vasco był właściwym człowiekiem. Jeśli komukolwiek, to 
tylko jemu mogło się to udać. A musiało się udać, musiało się tego dokonać bez względu na to, ile istnień 
ludzkich i dóbr wyprawa pochłonie. Kolumb wyruszył właśnie w swą trzecią podróż do Ameryki. To, co mu się 
dotychczas nie udało, tzn. znalezienie złota, mogło się tym razem powieść. Był już więc najwyższy czas, aby 
Portugalia podjęła wreszcie ostatni rozstrzygający krok, tym bardziej że zachodni sąsiedzi dumnych Hiszpanów 
byli już zupełnie pewni jednego: ziemia, którą odkrył Kolumb — to nie były Indie! 

Blado płoną świece. Człowiek, który tam, na przedzie, klęczy u stopni ołtarza, odwraca głowę. Mroczne, 

czerwonawe światło sączy się przez wysokie gotyckie okna do kaplicy Najświętszej Panny z Betlejem. Nastaje 
ranek 8 lipca 1497 roku. Mnisi z pustelni Ra- stello koło Lizbony, dzisiejszego Belem, intonują Salve Regina. 
Wigilia kończy się. 

Samotny człowiek u ołtarza przeżywa najcięższą godzinę swego życia. Mógłby się jeszcze cofnąć! Mógłby 

wskoczyć na konia i przybywszy do pałacu złożyć Ich Królewskim Mościom powierzone mu dowództwo. Lecz 
gdyby to zrobił, byłby do samej śmierci pośmiewiskiem wszystkich, on i jego rodzina. Musiałby spędzić życie w 
wiejskiej posiadłości, bezczynny, pogardzany, zapomniany. To wszystko zdołałby znieść. Nie trapi go troska o 
własne życie. Przez długie lata służby dla króla stawiał je już nie raz na jedną kartę. Ale jego ludzie! Stu 
pięćdziesięciu ludzi, których oddano jego pieczy! Czy przywiezie ich wszystkich z powrotem żywych i zdro-
wych? Czyha na nich szkorbut, straszliwa, tajemnicza choroba żeglarzy, na którą nie ma lekarstwa. Czyhają 
Arabowie, przeciw którym przyjdzie dobyć miecza. A sułtani egipscy, od których stanowiska wszystko zależy? 
Jak wielu ludzi będzie musiało pożegnać się z życiem — z jego powodu! 
Wyprawa Vaaco da Gamy do Indii 

Z jego powodu? Jeżeli zrzeknie się dowództwa, otrzyma je kto inny. Droga morska do Indii jest prawie 

odkryta, nikt nie może się już cofnąć, nawet król. Jeśli więc on, Vasco da Gama, zajedzie konia na śmierć i 
wróci do Lizbony, by zakląć Ich Królewskie Moście: „Odwróćcie ode mnie tę próbę!" — wysłuchają może jego 
prośby i odbiorą mu dowództwo, ale nie zatrzymają już okrętów. Jest, widać, wolą boską, aby wyruszono tak 
długo poszukiwaną drogą. A skoro tak być musi, nie ma bardziej powołanego wodza niż on. Jeżeli odmówi, 
rejestr jego win przed Bogiem i historią pomnoży się jeszcze o życie tych, których jego doświadczenie mogłoby 
ocalić. 

Tej nocy, z piątku na sobotę 8 lipca 1497 roku, sen odbiega też Manuela, króla Portugalii. Gdyby nie był 

królem, stałby teraz na nabrzeżu w Rastello, aby przyglądać się wyruszeniu swej eskadry. Niesie ona na 
pokładzie potęgę i świetność korony portugalskiej. Jeżeli nie osiągnie dalekiego celu na Wschodzie, Hiszpania 
zwyciężyła. Wtedy wszystko, czego dokonano od czasu Henryka Żeglarza, było czczą fantasmagorią. Ale jeśli 
Vasco da Gama odkryje drogę morską do Indii, Portugalia stanie przed największym zadaniem swych dziejów. 
Czy kraj, lud, chłopi i szlachta mają na to dość siły? Dość zdolności, wytrzymałości? Czy są wybrańcami Boga, 
czy też jego ofiarami? Czy nie czeka ich straszliwa próba? 

Rankiem 8 lipca 1497 roku, zaledwie słońce wyszło zza wzgórz, Manuel przywołuje swego spowiednika i 

kilku świadków. Jeszcze przed nastaniem dnia monarcha obwieszcza uroczyste ślubowanie: w Rastello, na 
miejscu starej pustelni, zbuduje wielki klasztor, który będzie zarazem grobowcem jego i jego następców. Zaraz 
po powrocie Vasco da Gamy w 1499 roku kładzie kamień węgielny pod Convento dos Jeronymos do Belem, 
wspaniały klasztor hieronimitów, zbudowany przez mistrza Joano de Castilho na wzgórzach nad miastem, gdzie 
w dwadzieścia lat później spoczną doczesne szczątki Manuela. Jeden ze zwrotnych punktów historii uzyskał w 
tym wielkim dziele swój architektoniczny wyraz — jest wspomnieniem owej nocy sprzed pięciuset lat, kiedy 
losy Zachodu leżały przez przelotną sekundę w rękach króla Portugalii. 

Na pokładach czterech okrętów udających się do Indii pozostały tylko wachty. Mimo potrójnej porcji wina 

panuje na nich zupełny spokój. Czasami rozlega się tylko szczęk łańcuchów dwunastu ska

background image

 
zanych na śmierć zbrodniarzy, których Vasco da Gama zabiera z sobą do Indii, by ich użyć w szczególnie 
niebezpiecznej potrzebie. Zresztą nic nie mąci aksamitnej ciszy nocy. Posterunki patrzą w głębokim milczeniu 
na światła migocące w Rastello, smętnie przysłuchują się pogwarowi z bliskiego lądu. 

Ostatnia nocl Czy zobaczą jeszcze kiedy Portugalię? 
Gdy tylko nastał szary świt, gwizdki wachtowych rozległy się na okręcie admiralskim, karaweli „Gabriel". 

Pedro d'Alemquer, główny pilot Vasco da Gamy, udaje się na ostatnią kontrolę na „Rafaela" dowodzonego przez 
Paula da Gamę, starszego brata admirała. Gdy łódź dobija do trapu „Rafaela", wachty meldują przepisowo; 
„Wszystko w porządku!" Na okręcie admiralskim Słychać w ciszy nocnej wyraźnie plusk wioseł uderzających 
rytmicznie 
0  wodę. Pilot podpływa do „Berrio", małej karaweli pod dowództwem Nicolao Coelho, rycerza domu 
królewskiego. Ma ona tylko 50 ton, zaś nowo zbudowane „Gabriel" i „Rafael" liczą po 120 ton. 

„Piekielne zadanie dla tych na «Berrio»" — myśli Martin Alonso, tłumacz języków Bantu, który z 

„Gabriela" śledzi uchem ostatni objazd pierwszego oficera. Wie z własnego doświadczenia, że te płaskodenne, 
małe i szybkie okręty portugalskie wysyła się w bój, gdy tylko robi się gorąco. Z dreszczem zgrozy przypomina 
sobie własną długą niewolę w lasach Kongo, w którą popadł po zatonięciu małej karaweli. Za to teraz jest 
fachowcem w sprawach Bantu 
1  podróżuje wygodnie na okręcie admirała. Trzeba mieć trochę szczęścia. 

Teraz znów słychać gwizd z „Berrio". Plusk wioseł łodzi dochodzi słabo do „Gabriela". 
— Stary wariat jedzie jeszcze do pudła prowiantowego — szepce ktoś Martinowi Alonso do ucha. 
Martin, przestraszony, podrywa się. Na okręcie admiralskim trzeba trzymać język za zębami. W świetle 

gwiazd widzi, że obok niego stoi Diego Diaz, młodszy brat słynnego Bartłomieja, jadący do Indii jako tajny 
pisarz. 

Okręt prowiantowy, duże cielsko o dwustu tonach, którym dowodzi jeden ze starych żeglarzy Vasco da 

Gamy, przeznaczone do zatopienia w Zatoce Mossel za Przylądkiem Dobrej Nadziei, przepisowo wita i żegna 
gwizdkiem pierwszego oficera. Teraz plusk wioseł zbliża się do okrętu admiralskiego. 
Wyprawa Vasco da Gamy do Indii 

Czas już najwyższy. Gdy pierwsze promienie wschodzącego słońca zabłysły nad . wzgórzami, z kaplicy 

Najświętszej Panny ukazują się świece idących w procesji. Pochód zbliża się uroczyście do portu. Każdy ze stu 
marynarży, którym pozwolono towarzyszyć admirałowi na wigilię, niesie świecę w ręku. Niosą je także du-
chowni i lud. 

Od wszystkich czterech okrętów odbijają łodzie, aby zabrać towarzyszy na pokład. Po chwili wspinają się 

już po sznurowych drabinkach i po trapach, rozlegają się gwizdki, huczą bębny, wielkie żagle rejowe skrzypiąc 
podnoszą się na maszty, chrzęszczą łańcuchy kotwiczne i okręty zaczynają ruszać się ociężale, płyną z biegiem 
Tagu i wraz z odpływem ku morzu. Bryza uderza z szumem w płótna żagli. Zrobiło się już zupełnie widno, 
wieże San Juliao i Cascaes stopniowo maleją i po krótkim czasie potężne urwiska skalne Przylądka Espichel 
wydają się już tylko cieniem na zanikającym lądzie. 

W trzy tygodnie później, 25 lipca, eskadra dotarła do Wysp Zielonego Przylądka, wzięła na pokład wodę, 

drzewo na opał, świeże mięso, owoce i trochę jarzyn i po ośmiodniowym pobycie wyruszyła w dalszą drogę. 
Nauczona doświadczeniami swych poprzedniczek, armada Vasco da Gamy trzymała się z dala od wybrzeży 
afrykańskich, wskutek czego atlantycki pas ciszy przekroczyła w najwęższym jego miejscu — o wiele bliżej 
Ameryki Południowej niż Afryki. Dni płynęły jednostajnie. Utrzymywał się przychylny wiatr, czasami 
nastawała taka cisza, że żagle zwisały fałdami na rejach, ale niebawem znowu silny powiew grał w napiętych 
wantach. 

Nagle zaszło coś niezwykłego: 
„22 sierpnia, gdy płynęliśmy w stronę pełnego morza na południe, ujrzeliśmy wiele ptaków, które 

wyglądały jak czaple. A gdy nadeszła noc, pociągnęły ęne bardzo szybko na południo-zachód, jak ptaki, które 
lecą w stronę lądu..." 

Jest to notatka z Roteiro da Viagem de Vasco da Gama, dziennika podróży zwykłego marynarza, który 

pełnił służbę na „Rafaelu". Vasco da Gama i jego ludzie jako doświadczeni żeglarze wiedzieli oczywiście, co 
oznaczają stada ptactwa i że niedaleko, w kierunku południowo-zachodnim, znajduje się ląd. Tego samego dnia 
admirał obliczył, że odległość od Afryki wynosi ponad osiemset leguas, tzn. około czterech tysięcy kilometrów. 
Obliczenie było może fałszywe,

background image

 
jednakże Portugalczycy znaleźli się bardzo blisko wybrzeży Brazylii i tylko przypadek zrządził, iż nie natknęli 
się na ten ląd. 

Teraz nastąpiły długie, ciężkie dni żeglowania po atlantyckich obszarach ciszy i dopiero z początkiem 

listopada 1497 roku ukazało się wybrzeże afrykańskie, mniej więcej w okolicy Zatoki Świętej Heleny, na północ 
od Przylądka Dobrej Nadziei. Dawał się już odczuć zimny antarktyczny prąd okołobiegunowy, padał śnieg i 
grad na przemian z lodowatym deszczem. U żadnego uczestnika podróży nie przeszły bez śladu trudy trzech 
miesięcy spędzonych na morzu od chwali opuszczenia Wysp Zielonego Przylądka; obecna zmiana klimatu dała 
się wszystkim dość niemile we znaki. Vasco da Gama zarządził kilka dni odpoczynku i pozwolił załodze wyjść 
na ląd. Wówczas po raz pierwszy spotkano tubylców; skończyło się to jednakże rozczarowaniem. Oto co pisze o 
tym Roteiro: 

„W kraju tym mieszkają ludzie brązowego koloru skóry, żywią się mięsem wielorybów, gazel, lwów 

morskich tudzież różnymi roślinami Używają skór jako odzieży, a mężczyźni noszą nad genitaliami pochwy ze 
skór i muszel. Z rogu hartowanego w ogniu sporządzają swą broń; mają wiele psów, które wyglądają zupełnie 
tak samo jak portugalskie i umieją także szczekać. Gdy wyszliśmy na ląd, schwytaliśmy jednego tubylca 
niedużego wzrostu. Zabraliśmy go z sobą na okręt, komendant kazał mu dać jeść i ubrać go w piękne szaty, a 
potem znowu wysadziliśmy go na ląd. Następnego dnia przyszło ich czterdziestu do pięćdziesięciu; admirał 
polecił pokazać im rozmaite towary, jako to drogie kamienie, złoto, goździki korzenne, cynamon i wiele innych, 
aby stwierdzić, czy mają takie rzeczy u siebie. Nie rozumieli jednak nic z tego i zachowywali się jak ludzie, 
którzy widzą to pierwszy raz w życiu." 

Vaseo poświęcił czas odpoczynku na pomiary wysokości słońca, którą przy pomocy prymitywnego 

astrolabium można było na pokładzie ustalić tylko bardzo niedokładnie. Ku swej wielkiej radości stwierdził, że 
znajduje się tylko o trzydzieści leguas, tzn. około sto pięćdziesiąt kilometrów na północ od Przylądka; kurs jego 
był zatem prawidłowy. Minęli szczęśliwie niebezpieczną Zatokę Gwinejską i byli niedaleko od Przylądka. Mimo 
to zeszło jeszcze prawie trzy tygodnie, zanim go Vasco opłynął. Dalsze posuwanie się opóźniły sztormy o 
niespotykanej gwałtowności. W środę 22 listopada 1497 
106 
 

około południa admirał miał i to za sobą, opłynął Przylądek, flota żeglowała znów w kierunku północnym. 

Wkrótce po okrążeniu Przylądka Vasco rzucił kotwicę w Zatoce Mossel, w tym samym miejscu, w którym 

dziesięć lat przedtem dobił do lądu Bartłomiej Diaz. Vasco nie zrobił tego jednak zupełnie dobrowolnie. 
Wprawdzie według otrzymanych instrukcji winien był tu wznieść krzyż drewniany i słup herbowy z insygniami 
korony portugalskiej, aby zgodnie z zezwoleniem papieskim objąć ląd w posiadanie, prawdziwy powód był 
jednak o wiele poważniejszy. Już od tygodni załogi narzekały na zmęczenie i słabość. Twarze marynarzy 
opalone od słońca i wiatrów stały się zielonożółte, oczy podkrążone, niektórzy skarżyli się na bóle w stawach i 
członkach, u innych dziąsła zaczęły barwić się niebieskawo i boleśnie puchnąć. 

Vaśco da Gama zrozumiał natychmiast, co to oznacza i jaki nieproszony, straszliwy gość nawiedził jego 

załogę. Takie objawy nieraz 
107

background image

 
już obserwował, wiedział więc, że szalenie szybko się rozwijają i pogarszają. Spuchnięte dziąsła zaczną 
krwawić, pokryją zęby, tak że będzie niemożliwością żuć twarde suchary okrętowe. Chorzy zaczną cuchnąć jak 
morowe trupy i na ich ciałach ukażą się niebieskawe, twarde wrzody. Krew rzuci się im z nosa i ust, potem 
rozwinie się puchlina wodna, aż wreszcie nadejdzie śmierć w męczarniach. 

Jeszcze dwadzieścia lat temu nie wiedziano, jaka była przyczyna tej choroby zwanej szkorbutem. Ze nie 

chodziło o nic innego jak o brak w codziennym pożywieniu 50 tysięcznych grama substancji o bardzo prostym 
składzie chemicznym CeHsOs, tj. kwasu askorbinowego — to stwierdzili chemicy angielscy, niemieccy i 
szwajcarscy dopiero w latach 1933 i 1934. Aż do tej chwili zarówno nauka lekarska, jak i marynarze wszelkich 
narodowości błądzili w ciemnościach. Jeszcze w roku 1907 wyjaśniał Wielki Leksykon Meyera pod hasłem 
„szkorbut": „Należy przypuszczać, że chodzi tu o chorobę infekcyjną, nie znane dotychczas bakterie tej choroby 
mogą się rozwinąć tylko w bardzo osłabionym organizmie." I w zgodzie z lekarzami całego świata „Wielki 
Meyer" radził: ,Jeśli zachodzi obawa epidemicznego rozszerzenia się szkorbutu, należy dbać o czystość, ciepłe 
ubranie, wietrzenie pokoi, przebywanie na świeżym powietrzu, obfite pożywienie, należyty dobór i odmianę 
potraw." 

Dzisiaj pouczenia te wydają się śmieszne, tym bardziej że poczynając od Wikingów przed prawie tysiącem 

pięciuset laty wszyscy marynarze przykładali szczególną wagę do gromadzenia na pokładzie dużych zapasów 
cebuli, chrzanu, pomarańcz, cytryn i surowej kwaśnej kapusty. Wiedzieli oni z doświadczania, że świeże poży-
wienie, zwłaszcza jarzyny, mogły przy tej chorobie zdziałać cuda. Było zatem jasne, że szkorbut jest chorobą 
deficytową, którą wywołuje niezdrowe pożywienie podczas długich podróży i że nie mogła ona być zakaźna, a 
tym mniej epidemiczna. Z drugiej strony już bardzo wcześnie zauważono, że nie wszyscy członkowie załogi 
zapadali na nią, mimo iż żyli w identycznych warunkach. A nauka nowoczesna dowiodła, że niektóre zwierzęta, 
jak np. szczury lub króliki, mogą w ogóle bez szkody dla swego zdrowia obejść się bez kwasu askorbinowego. 

Jakie są tego przyczyny, nie jest jeszcze ostatecznie wyjaśnione; wydaje się więc zrozumiałe, dlaczego 

przez tak długi czas uważano 
szkorbut za chorobę zakaźną. Wszakże nawet dżuma, trąd, tyfus i cholera nie atakowały wszystkich. Wielu ludzi 
było nieczułych na te plagi, tak jak dzisiaj grypa, rak, gruźlica lub porażenie dziecięce nawiedzają także tylko 
poszczególne jednostki. Nie wiemy, dlaczego tak jest, jakie działają tu wpływy. Nie jesteśmy więc pod tym 
względem w lepszym położeniu niż nasi rodzice. Wiadomo nam wprawdzie, że kwas askorbinowy — lub jak go 
dziś nazywamy, witamina C — stanowi cudowne lekarstwo przeciw szkorbutowi, ale jakie jest jego działanie, i 
dziś nie wiemy. 

Vasco da Gama uczynił w zatoce Mossel wszystko, co było w jego mocy. Starał się o uzyskanie od 

Hotentotów świeżej żywności, a Róteiro podaje, że ponadto upolowano wiele fok: „...olbrzymie stworzenia o 
potężnych kłach i tak grubej skórze, że nie mogła jej zranić żadna Włócznia, choćby nie wiedzieć jak silnie 
wyrzucona." Ustrzelono także pingwiny, „ptaki tak wielkie jak kaczki, które nie umieją pływać i ryczą jak osły". 
Ale to wszystko nie wystarczało dla załogi ciężko chorej na zaawansowany już szkorbut. Gdy Portugalczycy 
wyruszyli w dalszą drogę, wiatry północne spychały przez szereg dni okręty w tył, wskutek czego dał się odczuć 
także brak wody do picia; z końcem stycznia 1498 roku trzeba było na jakiś czas przerwać podróż. Vasco zawija 
do Quilimano, odnogi rzeki Zam- bezi, i zatrzymuje się tam przez cały miesiąc. 

Tu załoga zabiera się przede wszystkim do kopania grobów. Nie wszyscy marynarze portugalscy 

wytrzymali trudy podróży, trzydziestu ludzi zmarło, cała prawie reszta jest obłożnie chora na szkorbut. Ostatnie 
dni przed wylądowaniem były dla załogi szczególnie męczące. Wzburzone morze, niepomyślny wiatr, ciągłe 
lawirowanie i zmiana ustawienia żagli były niezmiernie uciążliwe. Ucierpiał także znacznie takielunek, podczas 
długiej podróży uczepiły się dna okrętów wodorosty, muszle, morszczyn i różne pasożyty, zmniejszając 
zdolność żeglowną i zwrotność karawel. 

Ale były także oznaki pocieszające: wynikało z nich, że znaczną część drogi Vasco miał już za sobą. Gdy 

pewnego dnia dwaj krajowcy zbliżyli się do okrętów portugalskich, stwierdzono 1 zadowoleniem, że mieli na 
głowie turbany z zielonymi emblematami pielgrzymów udających się do Mekki. Strefa wpływów arabskich nie 
mogła więc już być daleko. Z początkiem marca 1498 roku w porcie Mozambik tłumaczowi języka arabskiego, 
Fernao Martinsowi, udało

background image

 
się nawiązać rozmowę z kilkoma miejscowymi kupcami. Okazało się, że byli to Maurowie. 

,Mówili, że arcykapłan Jan mieszka niedaleko stąd, że ma wiele miast wzdłuż morza i że ich mieszkańcy są 

wielkimi kupcami i posiadają liczne wielkie okręty. Sam kapłan Jan natomiast żyje daleko w głębi swego kraju i 
można tam dotrzeć tylko na wielbłądach. Wspomniani Maurowie przyprowadzili z sobą dwóch indyj 
skich chrześcijan. To i jeszcze wiele innych rzeczy opowiadali pomienieni Maurowie, czym byliśmy tak 
uszczęśliwieni, że płakaliśmy z radości." 

Nieco później podróżnicy spotkali w Mozambiku także pierwsze dhau, tj. frachtowce arabskie, które 

powróciły właśnie z Indii. W Roteiro czytamy o tym: 

„Okręty te są wielkie i bez pokładów. Nie mają żadnych gwoździ, listwy ich są zszyte łykiem. Żagle 

sporządzone są z mat z łyka palmowego, ale żeglarze posiadają genueńskie igły magnesowe, którymi ustalają 
kierunek, a poza tym kwadranty i mapy morskie." 

Szyte okręty — brzmi to jak bajka, jest jednak prawdą. Już na dwieście mniej więcej lat przed 

Portugalczykami opowiadał o tym dominikanin Jordan us Ca tal ani, biskup Columbo, dzisiejszego Quilon w 
Indiach Przedgangesowych. Około 1330 roku pisał on w liście do swych braci zakonnych we Włoszech, że 
okręty żeglujące między Indiami a Afryką są wprawdzie bardzo wielkie, ale nie znajdzie się na nich nic z żelaza. 
Są szyte „nicią, którą wytwarza się z pewnej rośliny". Statki te nie posiadają pokładu biegnącego nieprzerwanie 
przez całą długość, zbiera się w nich bardzo dużo wody, wskutek czego marynarze stale stoją przy pompach. 

Przypomina to wschodnią baśń, opowiedzianą przez Sindbada- żeglarza. Ale szyte okręty istnieją jeszcze po 

dziś dzień. Można je spotkać przy nabrzeżach Zanzibaru, a kto na statku kabotażowym mijał długie brzegi 
Sumatry, ten zauważył je we wszystkich portach, od Meulaboh na północy do Teluk Betung w Cieśninie 
Sundajskiej. Statki te nazywają się tam ntepe; są to otwarte łodzie o wyporności około 40 ton, niskim dziobie, 
wysokiej rufie i olbrzymim łacińskim żaglu trójkątnym. Są one istotnie szyte. Albowiem wszystko — wręgi, 
stępka, listwy poszycia — jest nierozerwalnie powiązane, sczepione, splecione wodoodpornym rodzajem 
sznurka z łyka kokosowego. Jak w czasach przedhistorycznych, tak i teraz statki te kursują z monsunami w obie 
strony między Afryką a Indiami, przez cztery tysiące pięćset kilometrów straszliwego morza — aż ciarki 
człowieka przechodzą, gdy mija je, zbryzgane pianą, gdzieś na Oceanie Indyjskim — daleko, daleko od brzegu. 

Dziwne te statki zainteresowały naturalnie bardzo żywo "Portugalczyków. Jeśli tak prymitywne łodzie 

przetrzymały podróż do Indii, powinno się to tym bardziej udać ich własnym karawelom

background image

 
Część druga — Ziemia jest kulą 
zbudowanym według najnowszych wymagań techniki. A to, że arabskie statki przeznaczone do podróży do Indii 
okazały się ociężałymi i marnymi żaglowcami, było niezwykle uspokajające. Gdyby miało dojść do jakichś 
utarczek, karawele portugalskie górowałyby nad nimi o całe niebo szybkością, zwrotnością i uzbrojeniem. Już 
tutaj bowiem, choć jeszcze tak daleko na południu, Arabowie nie ukrywali wrogiego usposobienia. Vasco 
przypisywał wprawdzie początkowo wrogość tę motywom religijnym; wybuchła ona mianowicie otwarcie, gdy 
trzej mieszkańcy chrześcijańskiej oazy Habesz w Abisynii odkryli na okręcie admiralskim obrazy archanioła 
Gabriela i w obecności mahometan uklękli nabożnie przed tymi obrazami. 

Niebawem jednak okazało się, że rzekome religijne motywy wrogości Arabów są w rzeczywistości bardzo 

konkretnej, merkantylnej natury: handel Arabów z Indiami znalazł się w niebezpieczeństwie. Zagrożony 
monopol dałby się uratować, gdyby można było za jednym zamachem zniszczyć armadę portugalską. Siłą nic 
nie można było wskórać. Dlatego szejkowie podjęli kroki, aby przez zdradliwych pilotów wpędzić armadę 
portugalską na rafy. Plan spalił wprawdzie w ostatniej chwili na panewce, ale Vasco da Gama uważał za 
wskazane wyruszyć dalej na północ. 

W Mombasie, najbliższym porcie, do którego zawinął, nie było inaczej. O przyjeździe „giaurów" Arabowie 

tamtejsi byli już dawno powiadomieni i z trudem tylko Portugalczycy zdołali odeprzeć nocny napad na flotę. W 
Mombasie znaleźli się też w najbardziej krytycznej sytuacji. Jedna czwarta z górą część załogi zmarła, reszta 
składała się z obłożnie chorych, wstrząsanych dreszczami lub spuchniętych od szkorbutu. Sam admirał uginał się 
pod nadludzkimi trudami podróży. Musiał użyć całego swego wpływu, chcąc podnieść załogę na duchu. Wieść 
głosi, że w owych dniach przykładał do wszystkiego sam ręki jak zwyczajny matros i był często przez dwie 
wachty z rzędu na pokładzie. Dokonał jednak rzeczy, która wydawała się pozornie niemożliwa: Portugalczycy 
oderwali się szczęśliwie od Arabów i wypłynęli wreszcie bez przeszkód na pełne morze. W Melinde, 
dzisiejszym Malindi, w Kenii, otrzymali w połowie kwietnia świeżą żywność, satrapa arabski przyjął ich 
życzliwie ze względu na dziedziczną wrogość wobec władcy z Mombasy; nie była też zapewne obojętna 
okoliczność, że w porcie znajdowały się 
Chrześcijańscy Indowie 
wówczas wielkie okręty, które miały zawieźć znaczną liczbę chrześcijan św. Tomasza na Wybrzeże Malabarskie 
w Indiach. 

Nieraz kwestionowano tę wiadomość, przekazaną nam przez Roteiro. Wyrażano pogląd, że rzekomymi 

„chrześcijanami św. Tomasza" byli zapewne buddyści, których obrzędy religijne pod niejednym względem 
istotnie przypominają zwyczaje chrześcijańskiego Zachodu. Ale badania Richarda Henniga wykazały, że w 
dawnych Indiach istniał świetnie prosperujący Kościół nestoriańsko-chrześci- jański, wobec czego nie ma 
powodu, aby podawać w wątpliwość wiadomości Roteiro. Portugalczycy dowiedzieli się o tym już na kilka dni 
przed wylądowaniem: „W dzień Wielkiejnocy Maurowie, których wzięliśmy do niewoli, powiedzieli nam, że w 
pomienionym mieście Melinde stoją cztery chrześcijańskie okręty z Indii..." A gdy następnie Vasco da Gama 
rzucił kotwicę, chrześcijanie św. Tomasza podeszli tłumnie do okrętów portugalskich. Roteiro opowiada: 

„Tu zastaliśmy cztery okręty chrześcijan indyjskich. Gdy d podeszli po raz pierwszy do okrętu Paula da 

Gamy, gdzie znajdował się admirał, pokazano im obraz nad ołtarzem przedstawiający Matkę Boską z 
niemowlęciem i apostołów u stóp krzyża. Gdy Indowie zobaczyli ten obraz, rzucili się na ziemię. Przez cały czas 
naszego postoju przychodzili, aby odprawiać u obrazu swe modły. I przynosili z sobą goździki, pieprz i inne 
przedmioty, które składali w ofierze." 

W tych warunkach pobyt w Malindi był dla Portugalczyków wcale przyjemny. Wreszcie za wielką sumę 

złota znalazł się też moallen, pilot, który obiecał powieść flotę portugalską przez Ocean Indyjski. 

24 kwietnia 1498 roku rozpoczęła się ostatnia, najszczęśliwsza część podróży. Świeża żywność i jarzyny 

przywróciły zdrowie chorym na szkorbut, przez trzy tygodnie dął równomierny, łagodny wiatr od rufy, który 
zdumiewająco szybko pędził statki naprzód. Najbardziej interesujący na tym ostatnim odcinku podróży był dla 
Portugalczyków, według sprawozdań uczestników wyprawy, pilot Achmed Ibn Madżid, przybyły na pokład w> 
Malindi. Był to podobno chrześcijanin św. Tomasza z Wybrzeża Malabarskiego. Spełniał

background image

 
Część druga — Ziemia jest kulą 
funkcję zarówno pilota, jak oficera nawigacyjnego, a jego sztuka nawigacyjna wywarła na Portugalczykach 
olbrzymie wrażenie. Igły genueńskie — tak bowiem nazywano wówczas igły magnetyczne, ostatnią nowość w 
dziedzinie oznaczania położenia statku — znał równie dobrze jak kwadranty i mapy morskie. Było to niezwykle 
zadziwiające, gdyż arabskie i indyjskie dhau, które Portugalczycy widzieli, wydawały się mimo swej wielkości 
bardzo prymitywnymi i niepewnymi środkami komunikacji morskiej. Pędzone wiatrem po morzu, chybotały się 
niezgrabnie, nie mogły w ogóle lawirować, a zwrotność ich była o wiele mniejsza niż okrętów portugalskich. 
Wydawało się cudem, że przy trochę choćby wzburzonym morzu nie rozpadały się. Mimo to jednak przebywały 
rokrocznie setki leguas. Warunki meteorologiczne były zresztą także osobliwe. Pilot indyjski zapewniał, że w 
ciągu obecnej podróży będzie wiał bezustannie miły, równomierny wiatr południowo-zachodni, który pędził już 
od trzech tygodni armadę Portugalczyków; jednakże za kilka miesięcy zapanuje tu przez równie długi okres 
czasu niezmienny wiatr północno- wschodni. Do Arabii i Afryki płynie się zatem głównie zimą, a do Indii z 
reguły dopiero z nastaniem lata. Z tego powodu nietrudno przepowiedzieć szczęśliwą podróż. 
Moallen miał zupełną rację. Przepowiednia ta była dla niego zresztą niezmiernie prosta, gdyż nigdy nic innego 
nie widział. Niezliczone pokolenia żeglarzy rozwijały wczesnym latem żagle w drodze z Afryki do Indii, a 
wracały z Indii jesienią. Już tysiąc pięćset lat przed naszą erą istniały w Afryce towary pochodzenia indyjskiego. 
Ludziom tamtejszym owe obce wybrzeża, oddalone o tysiące kilometrów, były tak dobrze znane, że admirałowie 
rzymscy, którzy na przełomie naszej ery pracowali nad ułożeniem locji dla drogi morskiej Egipt-Indie, 
dowiedzieli się od nich wielu szczegółów. Tak na przykład w pewnej przekazanej nam locji znajdujemy 
wzmiankę, że statek jest już blisko brzegów Indii, gdy napotka nagle wielkie ciągi wężów morskich. Wzmianka 
ta miała duże znaczenie jeszcze w XVI wieku. Gdy w 1505 roku silna flota portugalska wypłynęła do Indii, 
towarzyszyło jej kilka żaglowców kupieckich, wyposażonych przez augsburski dom Welserów. Jako ich 
pełnomocnik płynął do Indii także Baltazar Sprenger. Opisując w swym dzienniku podróży zbliżanie się okrętu 
do obcych wybrzeży podaje: „przepływało tam w morzu obok okrętów wiele krabów i wężów"; jego 
114 
.. Ha 
kolega Giovanni Empoli, który już w 1503 roku odbył podróż Ho Indii jako przedstawiciel północno-włoskich 
wielkich firm handlowych, potwierdza to w następujących słowach: 

„Następnie widzieliśmy morze pełne wężów i to w tak olbrzymich ilościach, że nie ma na to słów. Węże te 

są cienkie, długie i płyną z głową nad wodą. Ostatnią oznaką są czerwone raki, nie bardzo wielkie. Gdy 
wszystkie te znaki wystąpią, wiemy, że jesteśmy blisko brzegów, w odległości około 70 leguas." 

Była to prastara wiedza praktyczna, przechodząca przez tysiąclecia z ojca na syna; umożliwiła ona także 

indyjskiemu pilotowi Vasco da Gamy prognozę przebiegu podróży. Podróż odbyła się też istotnie szybko i bez 
przeszkód. 24 kwietnia eskadra podniosła kotwicę w Malindi, a już 20 maja okręty stały przy nabrzeżu w 
Kalikut — droga morska do Indii Wschodnich została dla Por- 
116

background image

 
tugalii zdobyta! Przyjęcie w Kalikut nie było, co prawda, zbyt życzliwe: zapowiadało ciężkie walki o indyjskie 
posiadłości kolonialne. Tylko zręczności admirała należy przypisać, że udało mu się bez poważniejszych starć 
wrócić do ojczyzny. 

Vasco zabrał się do dzieła bardzo ostrożnie. Wyprawił łodzią jednego z przestępców i kazał mu wiosłować 

do brzegu. Osobliwy przybysz dotarł szczęśliwie do nabrzeża; zaprowadzony do dzielnicy dla cudzoziemców, 
spotkał tam dwóęh mauretańskich marynarzy z Tunisu, którzy widząc go zawołali płynnym dialektem kataloń- 
skim: „Pocałuj mnie gdzieś! Ki diabeł cię tu przywiódł?" To rubaszne pozdrowienie wszystkich kumplów spod 
masztu i wszystkich piechurów świata przywróciło niewątpliwie zachwianą równowagę ducha nieborakowi, 
który sam jak palec w zbójeckiej dzielnicy portowej nieznanego miasta stanął oko w oko z hordą dziko wyglą-
dających dokerów drawidzkich i nie czuł się chyba zbyt dobrze w swej skórze. Po tym pierwszym 
niespodziewanym powitaniu nastąpiła dłuższa pogawędka, w toku której obaj marynarze mauretańscy 
oświadczyli niedwuznacznie, że Portugalczycy są dla nich konkurencją i powinni się jak najszybciej stąd 
wynieść. 

Dla admirała da Gamy wiadomości przywiezione przez wysłańca były niezwykle ciekawe. Vasco liczył się 

z tym, że ani maho- metańscy sułtani Indii, ani miejscowi książęta, radżowie, nie będą zbytnio uradowani 
pojawieniem się floty portugalskiej. Albowiem handel cennymi towarami, piętrzącymi się na bazarach w 
Kalikut, znajdował się od wieków w rękach kupców arabskich. Wśród tych towarów znajdowały się drogie 
kamienie z Cejlonu, perły z zatoki Mannar, goździki z Moluków, gałka muszkatołowa znad morza Banda, 
kamfora z Borneo, pieprz z Sumatry i z Wybrzeża Mala- barskiego. Zrozumiały był gniew Arabów z powodu 
pojawienia się uzbrojonego po zęby, nieproszonego nowego konkurenta. 

Zrazu wszystko zapowiadało się nieźle, Vasco da Gama, który nie otrzymał od swego króla żadnych 

instrukcji dyplomatycznych i mógł w miarę potrzeby podawać się zarówno za kupca, jak za specjalnego 
wysłannika korony, ukaźał się w pełnym blasku swej władzy komendanckiej i polecił zakomunikować radży 
Samudrinowi z Kalikut, „władcy morza", że zamierza go odwiedzić jako wysłannik króla Portugalii. Jego 
brunatna książęca mość udzielił admirałowi posłuchania, po czym w poniedziałek 28 maja 1498 roku Portu 
galczycy wkroczyli z wielką pompą do rezydencji. Przyjęcie ze strony zebranego ludu nie było nieprzychylne, a 
Roteiro opisuje zrazu dość rzeczowo: 

„Pomienione miasto Kalikut jest chrześcijańskie. Tamtejsi chrześcijanie mają brązową skórę. Niektórzy 

noszą długą brodę i długie włosy. Inni znów Obcinają sobie włosy krótko, a jeszcze inni strzygą głowę do skóry 
i noszą na samym czubku kosmyk włosów na znak, że są chrześcijanami." 

Ale gdy Portugalczycy odwiedzili w Kalikut „kościół", ogarnęło ich zdumienie: 
„I jeszcze wielu innych świętych było wymalowanych na ścianach kościoła. Mieli dokoła głowy aureolę, ale 

sposób ich przedstawienia był dziwny. Albowiem zęby ich były tak wielkie, że wystawały z ust o cal, a każdy 
święty miał czworo lub pięcioro ramion." 

Zdziwienie wzmogło się jeszcze, gdy Portugalczycy stwierdzili, że po obu stronach drogi, którą posuwał się 

ich pochód, stali uzbrojeni żołnierze demonstrujący nagie miecze. Nie wyglądało to wcale na chrześcijańską 
gościnność. Nic złego jednakże nie zaszło; Portugalczycy przybyli bez przeszód do pałacu, a posłuchanie u 
żującego betel Samudrina minęło na obustronnych zapewnieniach o niezmiennej przyjaźni. Jeden z towarzyszy 
Vasco da Gamy pozostawił nam zabawny opis tej wizyty: 

„Zastaliśmy króla siedzącego na stołku, który podsunął mu jeden z dworzan. Król był koloru 

ciemnobrązowego, półnagi, tylko od pasa do kolan ubrany w białe płótna. Jedno z tych płócien było zakończone 
długim sznurem, przez który były przeciągnięte rozmaite złote pierścienie z wielkimi rubinami. Wyglądał bardzo 
okazale. Na lewym ramieniu nad łokciem nosił bransoletę z trzech połączonych z sobą kół, z których środkowe 
było większe od dwóch pozostałych. Były one bogato przetykane drogimi kamieniami — zwłaszcza na środko-
wym znajdowały się wielkie kamienie o znacznej zapewne wartości. Z tego środkowego pierścienia zwisał luźno 
wielki świecący kamień — diament wielki jak kciuk, bezcenny klejnot. Król nosił dokoła szyi podwójnie 
zwinięty, aż do pasa sięgający łańcuch z pereł wielkości orzecha laskowego. Nad tym łańcuchem biegł jeszcze 
drugi, cienki, okrągły złoty łańcuszek z klejnotem w kształcie serca, otoczony wielkimi perłami i przetykany 
rubinami: w środku znajdował się kamień zwany szmaragdem, wielkości dużej fasoli, który

background image

 
sądząc z ognia był pewnie bardzo oenny. Gdy później zapytaliśmy o ten klejnot oraz o bransoletę i o inną 
jeszcze perłę, którą król miał we włosach, dowiedzieliśmy się, że te trzy sztuki należą do starego skarbu królów 
z Kalikut. Król miał długie czarne włosy, zaczesane do tyłu i związane w węzeł na czubku głowy. Dokoła węzła 
był owinięty łańcuch z pereł, tak samo jak dokoła szyi. U jego końca wisiała perła w kształcie gruszki, większa 
niż pozo 
stałe i z pewnością bardzo kosztowna. Uszy króla były przewiercone, a z wielkich dziur zwisało mnóstwo 
kolczyków zdobnych w perły. Tuż obok króla stał chłopak ubrany w jedwabie. Trzymał czerwony parasol z 
bortą ze złota i klejnotów i z guzikiem w środku, szerokości piędzi, z takiego samego materiału. Także wszystkie 
szprychy tego parasola były ze złota. Chłopak miał także krótki miecz, długi na łokieć, z rękojeścią ze złota i 
drogich kamieni, ozdobioną wisiorkami z pereł. Paź z drugiej strony trzymał złotą pękatą spluwaczkę, do której 
król spluwał. Obok stołka stał wyższy bramin i podawał królowi od czasu do czasu zielony liść, w który jeszcze 
coś innego było owinięte. Król żuł to i wypluwał następnie do spluwaczki. Liść był wielkości liścia 
pomarańczowego. Król stale zajadał taki liść. Po dłuższym żuciu wypluwał go do spluwaczki i brał nowy, gdyż 
połykał tylko sok liścia oraz mieszaninę z niega 
szonego wapna i innych drobno pokrajanych ingrediencji, które tu nazywają areka. Całość ma wielkość 
kasztana, barwi usta i zęby jaskrawą czerwienią i nadaje oddechowi bardzo przyjemny zapach. Tubylcy 
wszędzie dzień w dzień hołdują temu zwyczajowi." 

Posłuchanie można było uważać za udane. Mistrz ceremonii i minister dworu w Kalikut zapowiedzieli się 

na następny dzień, aby obejrzeć i odebrać dary króla Portugalii. 

Ale wieczorem, gdy załoga okrętów portugalskich nawiązała rozmówki z marynarzami arabskimi, którzy 

zapełnili barki, okrążając ze wszystkich stron cudzoziemsikLe karawele, można było usłyszeć ciągle 
powtarzające się słowa: „Wynoście się, do wszystkich diabłów! Czego tu szukacie? Pocoście tu przyjechali?" 
Szydercze śmiechy wybuchły wśród Arabów, gdy z okrętów padła odpowiedź, że Portugalczycy przybyli tu w 
poszukiwaniu chrześcijan indyjskich i chcieliby przy tej sposobności zakupić korzenie. Powtórzył to także 
Vasco w swym przemówieniu powitalnym wobec władcy z Kalikut; nie przywiodło ich tu ani złoto, ani 
poszukiwanie złota. Tego mają sami pod dostatkiem. Życzeniem jego pana jest jedynie nawiązanie stosunków z 
chrześcijanami Indii, do czego zmierzał na próżno od sześćdziesięciu lat. Król nie dał poznać po sobie 
zdziwienia i przysłuchiwał się tym zapewnieniom z życzliwością. Wieczorne rozmowy z żeglarzami arabskimi 
przyniosły jednak pierwsze ostrzeżenie. A gdy rankiem następnego dnia zjawił się ochmistrz dworu, 
Portugalczycy zorientowali się od razu, że także u dworu powiał przez noc inny wiatr. 

Gdy minister przyjrzał się darom, które Vasco przeznaczył dla króla — a były tam szkarłatne kapuzy, 

cukier, oliwa, miód, tkaniny bawełniane w paski, miednice, korale i kapelusze — wybuchnął głośnym, 
szyderczym śmiechem z powodu ubóstwa przedmiotów, które rzekomo tak bogaty i potężny król Portugalii śmie 
ofiarować królowi Kalikut. Wszak najuboższy pielgrzym udający się do Mekki składa więcej w ofierze; jeśli 
więc król Portugalii pragnie Samudri- nowi sprawić jakiś podarunek, to powinien mu posłać przede wszystkim 
złoto. „A gdy odszedł, przyszli kupcy mauretańscy i wyrażali się z pogardą o podarunkach, które komendant 
chciał przesłać królowi." 

Odmowa przyjęcia ofiarowanych darów miała ważkie powody. Indie były krajem ubogim w złoto. Import 

korzeni z Moluków

background image

 
musiały jednak opłacać metalami szlachetnymi. Wskutek tego każdemu radży zależało niezmiernie na 
otrzymaniu złota lub srebra. Wartości rzeczowych radża nie potrzebował; jak za czasów Rzymian, tak i teraz 
okazało się, że interesy wymienne czy clearingowe ze Wschodem były albo zupełnie niemożliwe, albo bardzo 
ograniczone. 

Skutki tego rozczarowania nie dały na siebie długo czekać. Portugalczycy, którzy następnego dnia przybyli 

na audiencję razem ze swym admirałem, zauważyli nagle, że są jeńcami. Vasco da Gama musiał użyć całej swej 
sztuki dyplomatycznej, aby siebie i towarzyszy wybawić z położenia, które łatwo mogło się stać rozpaczliwe. 
Portugalczyk założył kontrminę, która dała mu pewną swobodę ruchów i umożliwiła wypełnienie okrętów po 
brzegi korzeniami: wziął mianowicie kilku wytwornych dworzan w rycerską niewolę jako zakładników, 
zorientował się jednak bardzo szybko, że wpływy Arabów w Indiach są na razie zbyt potężne, aby na dłuższą 
metę można było z Indiami uprawiać intratny handel. 
Vasco nie zwlekając postanawia wracać do domu. Dziennik okrętowy z ostatnich dni przed odjazdem zawiera 
mnóstwo wiadomości krajoznawczych, mogących się przydać na wypadek ponownego przybycia. 

„Z tegoż kraju Kalikut, który nazywa się Indiami właściwymi, przybywają korzenie jadane na Zachodzie i 

Wschodzie, w Portugalii i we wszystkich krajach świata. Stamtąd przybywają też liczne kamienie szlachetne 
wszelkiego rodzaju. Z własnych wytworów znajdują się w Kalikut tylko następujące korzenie: dużo imbiru i 
cynamonu, choć ten nie jest tak dobry jak z wyspy, która nazywa się Cillao (Cejlon). Wyspa ta jest oddalona od 
Kalikut o osiem dni podróży. Wszystek cynamon stamtąd idzie do pomienionego miasta Kalikut albo na wyspę, 
którą nazywają Meleca (Malakka), skąd goździki korzenne wywozi się następnie do Kalikut. Stamtąd okręty z 
Mekki zabierają korzenie i zawożą je do miasta, które nazywa się Judea (Dżidda). Z wyspy Meleca do Judei 
płynie się pełnym wiatrem pięćdziesiąt dni, gdyż okręty tych krajów nie żeglują półwiatrem. W Judei 
wyładowują je i płacą cło wielkiemu sułtanowi. Następnie załadowują na mniejsze okręty i przewożą przez 
Morze Czerwone do miejscowości leżącej blisko góry Synaj i noszącej nazwę Tuuz (Suez). Tu znowu płacą cło. 
Kupcy załadowują owe korzenie na wielbłądy, które wynajmują po 4 cruzados od sztuki, i przewożą je 
w dziesięć dni do Kairu, tam płacą znowu cło. Załadowują znów korzenie na okręty, które płyną po rzece zwanej 
Nilem, a płynącej z kraju arcykapłana Jana. Po tej rzece płyną dwa dni, aż przybędą do miejscowości zwanej 
Roxete (Rosette nad zachodnim ujściem Nilu) i tu znów płacą cło. Teraz załadowuje się towar na wielbłądy i 
przywozi go po jednodniowej podróży do Aleksandrii, która jest miastem nadmorskim. A tam przybywają galery 
weneckie i genueńskie, które zabierają korzenie..." 

Tyle wcale dobrze poinformowany Roteiro. Podczas swego pobytu w Kalikut Portugalczycy zdali sobie 

jasno sprawę, że prawdziwe bogactwa można znaleźć dopiero o wiele dalej na wschodzie i że w tym celu 
należałoby dotrzeć do Malakki i Wysp Korzennych. Ale na to Vasco da Gama ze swą słabą flotą ważyć się nie 
mógł. Tak tedy 29 sierpnia 1498 roku okręty portugalskie podniosły żagle, a wiatr od lądu, który zerwał się 
właśnie, wyzwolił je od rojowiska ciężko uzbrojonych łodzi, które jeszcze w ostatniej chwili próbowały dokonać 
nagłego ataku na cudzoziemców. 

Podróż powrotna odbywała się bardzo wolno, gdyż północno- wschodni mohsun tej pory roku jeszcze się 

nie zaczął, a Vasco da Gama za wcześnie skręcił w kierunku zachodnim. Wiatr był zmienny, przechodził od 
absolutnej ciszy do gwałtownych wichrów ze wszystkich możliwych stron świata i pędził Portugalczyków przez 
trzy miesiące wzdłuż i wszerz po Oceanie Indyjskim. Znowu wybuchł szkorbut, wielu spośród załogi chorowało 
i umierało, na co nie było żadnej rady. Wszyscy byli u kresu sił. Dyscyplina zupełnie zanikła, wybuchały otwarte 
bunty i nawet niewzruszony Vasco doszedł ostatecznie do takiego stanu, że mimo krzywd, jakich doznał w 
Indiach, gotów był tam wrócić. Wreszcie zerwał się przychylny wiatr; mimo że Vasco miał na pokładzie 
zbiorowisko inwalidów zamiast załogi, udało się niedaleko wybrzeży afrykańskich odeprzeć atak piratów 
arabskich, po czym wyczerpani marynarze zobaczyli przed sobą Malindi, gdzie podczas podróży do Indii 
przyjęto ich dosyć życzliwie. 

Nie mogli tam jednak usiedzieć dłużej niż pięć dni. Wszyscy byli chorzy z nostalgii i marzyli tylko o tym, 

aby po długiej i burzliwej podróży znaleźć się wreszcie w domu. Ale czekało ich jeszcze jedno bolesne 
przeżycie. Straty wskutek szkorbutu i febry były w drodze powrotnej z Indii do Afryki tak wielkie, że stan załogi 
nie wystarczał już na obsadzenie wszystkich trzech okrętów — frachtowiec pro-

background image

 

wiantowy został już w drodze do Indii zatopiony w zatoce Mossel. Ważyć się z tak osłabioną załogą na 

ciężką przeprawę koło Przylądka Dobrej Nadziei byłoby szaleństwem. Toteż Vasco kazał spalić „Rafaela". 17 
stycznia 1499 pod wieczór znikły w morzu ostatnie szczątki pięknego, dumnego okrętu. Tylko z galionem, 
bardzo piękną figurą św. Rafaela, Vasco nie mógł się rozstać. Pod opieką tego świętego Udało mu się 
poprowadzić wyprawę tak szczęśliwie, jak sobie postanowił. Żywił dla niego szczególną wdzięczność i pragnął, 
aby święty dalej miał go w swej opieoe. Figurę św. Rafaela kazał zanieść do swej kajuty;"przez całe życie nie 
rozłączał się z nią i wiózł ją z sobą jak talizman podczas wszystkich swych dalszych wypraw. 

Św. Rafael spełnił, istotnie swą powinność. Po niezwykle szybkiej i szczęśliwej podróży bez żadnych 

szczególnych wydarzeń dwa pozostałe okręty rzucił^ 10 lipca 1499 roku kotwicę w rodzinnym porcie nad 
Tagiem. Samego dowódcy eskadry nie było na pokładzie, w tym samym mniej więcej czasie, gdy pozostali przy 
«życiu żeglarze pierwszej wyprawy do Indii wylądowali na ziemi ojczystej, na wyspie Terceira Vasco zamknął 
swemu bratu oczy do snu wiecznego. Śmierć zbierała żniwo także wśród kapitanów — dowód nadludzkich 
trudów, jakie ponosili wszyscy uczestnicy wyprawy. 

Sam admirał wrócił do Portugalii dopiero z początkiem września 1499 roku. Oczekiwało go świetne 

przyjęcie, został oficjalnie mianowany admirałem Oceanu Indyjskiego, a król nadał mu oraz dzieciom jego i 
rodzeństwu tytuł dom, zaszczyt przyznawany jedynie członkom szczupłej garstki starych rodów szlacheckich. 
Poza tym Manuel portugalski oddał mu w dziedziczne lenno Sines i Cer cal, jego miasta ojczyste. Było to 
gorącym życzeniem admirała; do łez wzruszony, przyjął w dzień Bożego Narodzenia roku 1499 dokument 
nadania. 

Ale cena pieprzu spadła w Lizbonie katastrofalnie, mnóstwo wielkich domów handlowych odmówiło 

zapłaty weksli i listów kredytowych, a ponieważ nie było człowieka, który by nie ulokował choćby kilku 
cruzados w korzeniach, więc podniosło się ogólne wołanie: „Przekleństwo pieprzowi! Przekleństwo worom 
pieprzu! Przekleństwo! Na pohybel lichwiarzom!" 

25 marca 1505 r. 
Dwadzieścia dwie karawele stoją zakotwiczone na rzece Tag, dwadzieścia dwa ciężko uzbrojone, wielkie 

okręty oceaniczne z setkami doświadczonych marynarzy na pokładzie, z rzemieślnikami wszelkiego rodzaju, 
żaglomistrzami, cieślami i tysiącem pięciuset uzbrojonymi po zęby żołnierzami. Admirał Francisco d'Alimeida, 
wicekról Indii, jest ich dowódcą — nio*Vasco da Gama. Może się to wydać dziwne, ale młoda stosunkowo 
dynastia obawiała się, aby dowódcy nie zdobyli zbyt wielkiej władzy. Portugalia była właściwie koncernem 
rodzinnym, a panujący generalnym dyrektorem tego koncernu; tylko on jest silnym człowiekiem w firmie, 
kapitanowie i admirałowie, którzy z j ego polecenia i na jego ryzyko wyjeżdżają w nieznany świat, do kuszącego 
Dalekiego Wschodu, nie powinni zdobyć zbyt wielkiej władzy. Dlatego odsunięto Diega Cao, który w 1485/86 
dotarł prawie do Przylądka Dobrej nadziei, dlatego bez przydziału pozostaje Bartłomiej Diaz po opłynięciu z 
początkiem lutego 1488 południowego cypla Afryki, dlatego też nie korzysta się na razie z usług Vasco da 
Gamy, chociaż był on już dwa razy w Indiach. 

Vasco da Gama sprawuje nadzór nad zaopatrzeniem floty, a ponieważ czyni to z godną uznania gorliwością, 

król podnosi go w kilka lat później do godności hrabiego Vidigueira — choć i to nie nastąpiło zupełnie 
dobrowolnie i spontanicznie. Dopiero gdy doświadczony admirał zagroził, że mógłby wiadomości swe oddać do 
dyspozycji innych państw — myślał prawdopodobnie o Hiszpanii lub Francji — Manuel portugalski zrozumiał, 
że powinien udobruchać swego paladyna. 

Dowódcą największej eskadry, jaką Portugalia do tej pory wysłała do Indii, został Francisco d'Almeida. Z 

dumą odbiera on w katedrze lizbońskiej z rąk króla biały adamaszkowy sztandar; pod' wyhaftowanym na nim 
znakiem krzyża ma nieść mord i pożogę między Arabów i Indów. Za nim klęczy tysiąc pięciuset ochotników, 
sami wybrani, wielokrotnie przesiani i na wszystkie strony obejrzani żołnierze. Wszyscy wyspowiadali się i 
przyjęli ciało Pańskie, zaprzysięgli wierność dowódcy i swemu królowi. Teraz powstają

background image

 
jak jeden mąż i podczas gdy w mieście dzwonią wszystkie dzwony, a dwustu bombardierów, którzy zostali na 
okrętach, bije z dział, tysiąc pięciuset wybrańców kroczy uroczyście ku portowi. 

Tysiąc pięciuset! A jednak tylko jednego spośród nich oznaczyła swym stygmatem historia, tylko jednego z 

nich zaliczyła geografia w poczet swych wielkich. Nazywa się on Fernao de Magalhaes, ma dwadzieścia cztery 
lata, pochodzi z Porto, był paziem królowej, a teraz jest sobresaliente, nieznanym, zwykłym ochotnikiem. 

Armada pod pełnymi żaglami wypływa na morze, obciążona balastem, gdyż Wschód nie kupuje prawie 

żadnych towarów europejskich, mając jednak na pokładzie osobliwego chochlika okrętowego. Tym razem 
bowiem podróż nie odbywa się nieoficjalnie, jako wypad rekonesansowy lub przedsięwzięcie handlowe jak 
wszystkie dotychczasowe wyprawy Portugalczyków do Indii. Jest to ekspedycja floty o jasno zakreślonym oelu 
wojskowym. Wyprawa ma zabezpieczyć wybrzeże wschodniej Afryki i zdobyć dla Portugalii definitywnie 
wybrzeże Indii. Nie ulega wątpliwości, że odkrywając drogę morską do Indii dokonali oni wielkiego dzieła. 
Teraz jednak skutki tego dzieła zmuszają ich do dalszego kroczenia po drodze, na którą już raz wstąpili, 
aczkolwiek wymaga ona od nich niesłychanych wysiłków i ofiar i chociaż najrozważniejsi na dworze króla 
Portugalii zaczynają rozumieć, że droga ta musi ich zawieść i niezawodnie zawiedzie w nieszczęście. 

Nie ma już jednak odwrotu. W połowie marca 1506 roku flota portugalska stoi w pełnej gotowości bojowej 

na redzie w Kannanur, mieście położonym nieco na północ od Kalikut. Na lądzie zdaje się panować spokój. 
Łodzie rybackie zawijają i wypływają, u nabrzeży wielkiego portu załadowuje się i wyładowuje skrzętnie 
arabskie żaglowce handlowe — a jednak coś groźnego unosi się w powietrzu. Posterunki na okrętach 
portugalskich wyczuwają jakieś napięcie. Gdy szybko zapada tropikalna noc i coś zapluskało u dziobu okrętu 
admiralskiego, młody chłop portugalski, który przebijając wzrokiem panujące ciemności obserwuje bacznie 
nieliczne światła na brzegu, wie natychmiast instynktownie, że to nie rekiny, lecz człowiek podpływający do 
okrętu. Człowiek sam jeden w ciemną noc, w morzu pełnym wielkich drapieżników! Z wysokiego kasztelu lina 
spada błyskawicznie z pluskiem w morze. Cichy gwizd uprzedził wachtowego przy sterze. Boso, niedosłyszalnie 
zjawia się nagle z kwater 
wachta na pokładzie. I równie szybko zrozumiał to nieznajomy człowiek w wodzie. Zaledwie ludzie poczuli po 
naprężeniu liny, że ją chwycił, a już tuzin silnych rąk wyciąga go z wody. 

Na pokładzie stanął jeden z najzuchwalszych awanturników wszystkich czasów. Nazywa się Lodovico 

Varthema, pochodzi z Bolonii we Włoszech i jest z zawodu i z powołania włóczęgą-obieży- światem. „Ponieważ 
miałem głowę twardą i nie nadającą się do studiowania książek, starałem się własnymi oczami poznawać naj-
rozmaitsze miejscowości świata. Jestem zdania, że opis choćby jednego jedynego naocznego świadka jest więcej 
wart niż wszystkie opowiadania ze słyszenia" — oświadcza. W kilka chwil później siedzi przy szklance 
świetnego porto w kabinie oficera wywiadowczego na okręcie admiralskim, potem sam dowódca, obudzony ze 
snu, wchodzi do kajuty i przed tym doświadczonym marynarzem portugalskim przybysz roztacza dzieje 
szalonego, zupełnie niezwykłego życia. 

Przypadek zapędził go niegdyś do Egiptu. Ale nie mógł tam zagrzać miejsca i pewnego dnia przybył do 

Damaszku. Jego smukła jak gazela syryjska kochanka dopóty odmieniała z „Frankiem" czasownik „kochać", 
dopóki nie nauczył się płynnie mówić po arabsku. Znajomość obcych języków jest zawsze pożyteczna, toteż po 
niedługim czasie komendant gwardii Mameluków, straży przybocznej sułtana, zwrócił uwagę na wysokiego 
młodego cudzoziemca. Znudziwszy sobie arabską przyjaciółkę, Lodovico Varthema wstępuje do gwardii 
syryjskiej i w kilka miesięcy później zostaje razem z towarzyszami wysłany w charakterze asysty wojskowej do 
karawany zdążającej do Mekki. Tym sposobem dostaje się jako pierwszy Europejczyk do świętego miasta 
islamu. Na własne oczy oglądał Kaabę, święty czarny meteor! 

Francisco d'Almeida podniósł z zainteresowaniem ciężką głowę. Mekka, Mekka! Święte miasto 

muzułmanów! I gdy obcy włóczęga opowiada, że już w roku 1503, podczas jego pobytu w islamskim Rzymie, 
podczas drugiej podróży Vasco da Gamy do Indii, nie było tam ani korzeni, ani jedwabiu, admirał każe mu 
powtórzyć to zdanie tajnemu pisarzowi protokołującemu zeznania przybysza. 

Dalej, dalej! Varthema opowiada więc, jak żeglował wzdłuż i wszerz po Oceanie Indyjskim, od Di u na 

wybrzeżu Indii do Zejli koło Dżibuti albo do portu arabskiego Dhufar, jak dotarł do Adenu,

background image

 
do Ormuzu nad Zatoką Perską, do Heratu i Szirazu, a stamtąd do Kannanur i Kalikut. 

Lodovico Varthema ma tyle przedziwnych rzeczy do opowiedzenia, że noc przechodzi w mgnieniu oka. W 

1505 był w Indiach Wschodnich, poznał Cejlon i niewiarygodnie bogatą Bengalię, w Pegu w Burmie wymieniał 
korale za rubiny, w Malakoe podawano mu na olbrzymich dżonkach chińskich płetwy rekina i zgniłe jaja do 
jedzenia, na Sumatrze, którą Ibn Batuta i Marko Polo nazywali jeszcze Małą Jawą i której nazwa teraz po raz 
pierwszy się pojawia, poznał cudowne pachnidła tej wyspy, oszałamiająoe perfumy i drogocenne kadzidło — aż 
wreszcie popłynął na Wyspy Korzenne — na Moluki. 

Francisco d'Almeida stał na pomoście od chwili rzucenia kotwicy. Z głębokiego snu zbudzonogo w 

pierwszych godzinach wieczornych i teraz łapie się ciągle na tym, jak mu głowa opada na piersi. Ale sen 
odlatuje go zupełnie, gdy Varthema zaczyna opowiadać o Wyspach Korzennych. Pisał o nich Marko Polo, ale 
nawet on nie oglądał na własne oczy tych szczęśliwych wysp. A tu stoi przed admirałem człowiek, który sam 
tam był. To jest niesłychanie ważne. I choć Portugalczyk upada ze zmęczenia, dokładnie przesłuchuje włoskiego 
przybłędę w sprawie owych „Ilhas das Especierias". 

To, czego się następnie dowiaduje, wydaje mu się już mniej ważne. Sam wie dobrze, że będzie musiał 

walczyć, walczyć o swoje życie. Varthema ciągnie dalej swe opowiadanie: Ponieważ kroki dyplomatyczne 
sułtana Egiptu, dla którego podróże odkrywcze Portugalczyków stanowią bezpośrednie zagrożenie, pozostały 
bez rezultatu, nalegania papieża nie odniosły skutku, a chrześcijanom zachodnim jest widocznie obojętne, czy 
sułtan Egiptu spełni swą groźbę i spustoszy ogniem i mieczem Jerozolimę i inne święte miejsca chrześcijaństwa 
— państwa zagrożone przez Portugalczyków zawarły sojusz i postanowiły zniszczyć za jednym zamachem 
armadę króla Portugalii. Uczestniczą w tym porozumieniu nie tylko radżowie indyjscy, w szczególności radża z 
Kalikut, ale także sułtan Egiptu i nawet wenecjanie, którzy wysłali do Kalikut odlewaczy kul armatnich i 
bombardierów. 

Francisco d'Almeida nie jest nowicjuszem. Znane mu są naturalnie listy z pogróżkami, które sułtan 

Mameluków wysłał w 1502 roku do króla Portugalii, a w dwa lata później do papieża. Fakt, że 
przemoknięty człowiek, który podpłynął z Kannanuru do jego okrętu, także o tym wie, nadaje jego słowom 
pewną wiarygodność. Być może, że kłamie twierdząc, iż sam był na Wyspach Korzennych, ale jest to wysoce 
interesujące. Wiadomość, iż dwieście okrętów radży z Kalikut napadnie o świcie flotę portugalską i wobec 
dziewięciokrotnej przewagi prawdopodobnie ją zniszczy, dodaje jeszcze wagi relacjom tego trampa mórz, tego 
dżentelmena-włóczęgi. 

Almeida zarządza alarm pierwszego stopnia. Rankiem 16 marca 1506 Toku Arabowie istotnie ruszyli do 

ataku, lecz Portugalczycy przyjęli ich straszliwym ogniem i odpowiedzieli salwami ze wszystkich dział. Gdy 
rozpętała się bitwa morska, tylko jedenaście karawel portugalskich znajdowało się na redzie. Mimo to dzięki 
przewadze technicznej Portugalczycy są górą. Jedenaście okrętów ostało się przeciw dwustu okrętom arabskim. 
Bitwa została wygrana. Kosztowała Portugalczyków osiemdziesięciu zabitych i dwustu rannych — olbrzymia to 
liczba! Zapewniła Portugalii posiadanie wybrzeży Indii, ale równocześnie rozstrzygnęła o tym, że nie Portugalia, 
lecz Hiszpania sięgnie po panowanie nad światem. 

Albowiem wśród owych dwustu rannych znajduje się także „nieznany żołnierz" Fernao de Magalhaes. A co 

dziwna, historia zawzięła się, widać, by temu nic nie znaczącemu outsiderowi nałożyć wawrzyn za pierwsze 
opłynięcie ziemi. Nieraz przebieg wypadków historycznych wydaje się późniejszemu obserwatorowi zrozumiały 
zarówno w swych przesłankach, jak i logicznych konsekwencjach. Ale nie ten! Nie wiadomo, dlaczego właśnie 
ten człowiek został wybrany. Tuziny innych kapitanów mogły spełnić to zadanie. Jednakże dokonał go drobny 
szlachcic portugalski. 

Rana Fernao de Magalhaesa była widocznie poważna, gdyż odesłano go do ojczyzny. Przybył w pełni lata 

1507 roku do Lizbony na tym samym okręcie, co Lodovico Varthema. Podczas długiej podróży miał sposobność 
wypytać dokładnie o wszystko zuchwałego włóczęgę włoskiego. Varthemę bawiła ciekawość nieśmiałego mło-
dego ochotnika i opowiadał bez końca... Magalhaes nigdy tęgo nie zapomni. Gdy dwanaście lat później wyruszy 
wreszcie w swą wielką podróż dookoła świata, pożegluje śladem złudnych zjaw, które Lodo- vico Varthema 
wywołał w jego wyobraźni. 

Na Portugalczyka oddziałał jednak nie tylko ów zawrotny, kuszący kalejdoskop świata, ale jeszcze coś o 

wiele ważniejszego —

background image

 

realny, konkretny bodziec. Gdy Magalhaes wylądował w Lizbonie, zobaczył u nabrzeża trzy dobrze mu 

znane okręty: „Rafaela", „Leon- harda" i „Hieronymusa". Owe trzy żaglowce handlowe wypłynęły w swoim 
czasie razem z flotą Francisca Almeidy. Jako jednostki eskadry stały one wprawdzie pod jego naczelną 
komendą, należały jednak nie do korony portugalskiej, lecz do potężnego niemieckiego domu handlowego 
Welserów, który okręty te wyposażył, zobowiązując się również do utrzymania ich załóg w ciągu osiemnastu 
miesięcy. Magalhaes znał także obydwu kupców niemiećkich, którzy na tych okrętach odbyli podróż do Indii: 
Baltazara Sprengera z Vils nad rzeką Lech, który później w prostodusznej książeczce opisze swą podróż na 
„Leonhardzie", i pisarza faktorii, scriva da feytoria, Hansa Mayra z Augsburga, który płynął na „Rafaelu". 
W kilka dni po przybyciu do Lizbony spotkał tych Niemców; Baltazar Sprenger pieniąc się ze złości 
opowiedział mu, że został tutaj zatrzymany wraz z ładunkiem okrętowym. Dlaczego? To zupełnie jasne. Po 
straszliwym krachu na rynku pieprzu i korzeni, który wybuchł po powrocie floty Vasco da Gamy, korona 
portugalska zarekwirowała niemieckie żaglowce handlowe, aby zapobiec powtórzeniu się tej klęski. Do tej 
chwili Sprenger nie mógł więc sprzedać ani jednego kwintala pieprzu, i to ani tutaj, ani loco Antorf lub 
Frankfurt. Czy załadował aż tyle korzeni na swe okręty? Ależ oczywiście! Zażywny Niemiec, którego twarz 
stawała się co chwila sinawoczerwona, opowiedział słuchającemu z zainteresowaniem ochotnikowi 
portugalskiemu o swych osiągnięciach. Ma 12 000 kwintali pieprzu na pokładzie (około 70 000 kg). Z tego w 
myśl umów przypada 30% na rzecz korony, pozostaje więc jeszcze 8400 kwintali. Przy cenie pieprzu 20 
cruzados za kwintal, 8400 kwintali ma wartość 168 000 cruzados. Wcale nieźle, to przecież tylko pieprz i 
dopiero początek. Gdyby tak można zakupywać na samych Mo- lukach! Wtedy przestawiłby się oczywiście na 
goździki. Na „Ilhas das Especierias" cetnar goździków kosztuje dwa dukaty, w Kalikut już 50, a w Londynie 
ponad 200 dukatów. To dopiero interes, w porównaniu z tym bledną wszystkie inne! 

Słysząc to Magalhaes otwiera usta ze zdziwienia. Przelicza błyskawicznie, jaki zysk osiągnęli kupcy 

niemieccy — a raczej jaki osiągną, gdy będą mogli sprzedać swój pieprz, co w jakiś czas potem rzeczywiście im 
się udaje. A przy tym flota Almeidy nie dotarła 
jeszcze wcale do Wysp Korzennych. Kupili więc właściwie z drugiej ręki. Ile można by zarobić, gdyby się 
rzeczywiście dotarło na Moluki! A ponieważ Magalhaes pochodzi z Porto i jest biedny jak mysz kościelna, więc 
szczegółów tych tak samo nie zapomni jak barwnych opowiadań Varthemy. 

Historia nie przekazała nam daty spotkania Baltazara Sprengera lub Hansa Mayra z Magalhaesem w 

Lizbonie. W owym czasie nie interesowało ono też żadnego kronikarza. Ale jest bardzo prawdopodobne, że ci 
trzej ludzie spotkali się i poznali. I pewne jest, że młody ochotnik z floty Almeidy wiedział, jakie olbrzymie 
zyski przynosi handel korzeniami. Oczywista, nie znał dokładnie cyfr, które wyżej przytoczyliśmy, gdyż 
pochodzą one z ksiąg handlowych Welserów. Kupieckie rozważania o zyskach nie były wyłącznym motywem 
jego olbrzymiego dzieła. Ale były one chyba jednym z czynników, które współdziałały przy jego dokonaniu. 
Auri sacra fomes, przeklęty głód złota i dóbr ziemskich, jest, jak wiadomo, jednym z największych obciążeń 
dziedzicznych, które my, ludzie, otrzymaliśmy po Adamie i Ewie. Magalhaes z pewnością nie był od tego 
wolny. 

Wielkie myśli i wielkie czyny miały się jednak spełnić kilka lat później. Nie ma na razie mowy o tym, aby 

coś niezwykłego wy- dźwignęło Fernao de Magalhaesa spośród masy żołnierzy, którzy w szpitalach lizbońskich 
i kompaniach marszowych czekają na nowe przydziały. Na koniec, w lecie 1508 roku Magalhaes zostaje prze-
niesiony do floty Lópeza de Seąueiry, która ma wykonać raid wywiadowczy do Malakki. 

Wyprawa jest dość niebezpieczna. Wielkiego miasta na aurea chersonesus, złotym półwyspie na Dalekim 

Wschodzie, nie można zdobyć znienacka, wstępnym bojem. Ale może uda się podejść sułtana fortelem: dlatego 
Seąueira przybywa na pozór jako kupiec i handlarz. Admiralicja portugalska dała mu w tym celu swoich 
najlepszych ludzi; dla Magalhaesa to nie lada zaszczyt, że może być jednym z nich. Ale w strażach przednich, 
którym porucza się szczególnie niebezpieczne zadania, indywidualne zalety członków 

background image

 
mogą pewnego dnia popaść w kolizję z koniecznością ścisłego zespolenia oddziału. Oddział musi być 
zdyscyplinowany, ale wbrew zwyczajom wszystkich armii świata indywidualność pojedynczego żołnierza nie 
może na tym ucierpieć, musi mu być dana możność najskuteczniejszego rozwoju. Jest to zadanie wręcz 
nierozwiązalne. W każdym razie nie umiał go rozwiązać López de Sequeira, a Fernao de Magalhaes, ochotnik o 
twardym karku z okręgu Porto, nie mógł spełnić roli, którą mu wyznaczono jako podwładnemu. Gdy w kilka lat 
później zostanie odesłany do Portugalii, ciążyć na nim będzie opinia człowieka upartego i nieobliczalnego. Kto 
ze straży przednich zdoła ujść z życiem, ten w zasadzie dalszej kariery nie zrobi — tak uczy stare 
doświadczenie. Przekonał się o tym również Magalhaes. I to było jeszcze jednym powodem, dla którego wyrzekł 
się swej ojczyzny. 

Z początkiem kwietnia 1509 roku flota Lópeza Seąueiry dopływa do Indii i rzuca kotwicę w Kalikut. W 

cztery miesiące później, we wrześniu, Portugalczycy stoją na redzie przed Malakką. Jak daleko wzrok sięga, 
maszt przy maszcie, reja przy rei chyboczę się u nabrzeży wielkiego portu. Stoją tam chińskie dżonki z 
olbrzymimi żaglami z mat i potężnymi nadbudówkami, malajskie prau i łodzie z pływakiem równoważnikowym 
przemierzające Morza Południowe, arabskie dhau, których łacińskie ożaglowanie odcina się od turkusowego 
nieba pięknie zarysowaną, elegancką sylwetą. W porcie kipi życie, ruchliwy, barwny tłum kłębi się i przewala, 
handluje i kupczy, szwargocze we wszystkich językach Wschodu. Malakka, osada położona niedaleko 
dzisiejszego Singapuru, założona przez Malajeżyków około 1280 roku, jest prawdziwym portem światowym, 
takim jak Kalikut, Aleksandria czy Lizbona. Co prawda, nie przepływają tamtędy wszystkie okręty idące ze 
wschodu na zachód i z krajów wynurzającego się słońca do krajów Zachodu^ Ze względu na wiatry 
komunikacja morska odbywa się tylko późną jesienią i zimą przez Cieśninę Malakka; linie do Chin i z Chin 
prowadzą z reguły przez Cieśninę Sundajską na Filipiny. Ale kto uprawia handel korzeniami, ten musi zawinąć 
do Maiakki. Jest to głównie handel wymienny. Stoją tu afrykańscy Murzyni-niewolnicy, towar w Chinach 
niezwykle poszukiwany, obok potężnych zwałów cynamonu, goździków i pieprzu, olbrzymich kruży z 
japońskim sake i starannie zapakowanych skrzyń, pełnych najdelikatniejszej chińskiej porce 
lany, obok drzewa sandałowego z wyspy Timor i plombowanych worków skórzanych z drogimi kamieniami z 
Cejlonu, obok kaszmiru z Bengalii, pięknie cyzelowanych, giętkich kling z Damaszku, drogocennych 
syjamskich rzeźb z kości słoniowej i długonogich nałożnic z Cyrkasji. Wszystko, co świat ma drogiego i 
dobrego, jest tu wystawione na sprzedaż. 

Sułtanowi Maiakki dawno już oczywiście doniesiono o zbliżaniu się floty portugalskiej. W lśniącym pałacu, 

wznoszącym się na jednym ze wzgórz tuż obok meczetu, każdy wie, że cudzoziemcy spod biało połyskujących 
żagli nie są kupcami jak uprzejmi, cisi, uśmiechnięci właściciele dżonek z Chin, Syjamu czy Japonii. Tajna 
służba sułtana złożyła już dawno obszerne raporty o krwawych rzeziach, które niewierne psy sprawiły w 
Indiach. I aż nadto dobrze wiedziano w Malakce, co znaczą długie, brązowe, gładkie rury, których okrągłe 
paszcze sterczały z burt obcych okrętów. Malajczycy nie mogą temu nic przeciwstawić prócz chytrości. 
Należałoby rozdrobnić armadę portugalską, zwabić jej załogę na ląd, pokonać poszczególne okręty z osobna, 
wtedy udałoby się może odwrócić niebezpieczeństwo. 

Tak więc gdy Sequeira i jego ludzie wpływają na swych łodziach do portu, spotyka ich przyjęcie pełne 

wylewnej serdeczności i uprzejmości. Tym bardziej są zaskoczeni, gdy w kilka dni później zadźwięczały strzały, 
gdy na pokładach okrętów zaroiło się od brązowych diabłów, gdy oddział lądowy zostaje w pień wycięty. 
Magalhaes, od początku nieufny, ostrzegał swego admirała. Teraz z wysokiego kasztelu flagowego okrętu widzi, 
jak towarzysze w porcie giną pod wściekłymi ciosami malajskich krisów. W towarzystwie jednego żołnierza 
wskakuje do lodzi, płynie szybko do brzegu i odbija ostatniego żołnierza z oddziału lądowego, który pozostał 
przy życiu — swego przyjaciela Franciszka Serrao. 

Portugalczycy ponieśli ciężką klęskę. Stracili więcej niż jedną trzecią swej załogi i wszystkie łodzie, a 

przede wszystkim stracili już na Wschodzie twarz". Pogrom ten jest jednak punktem zwrotnym na drodze życia 
byłego pazia królewskiego Magalhaesa. Zwrócił na siebie uwagę i w dwa lata później, w 1511, awansowany 
wreszcie po sześcioletniej służbie na oficera, stoi na pokładzie jednego z okrętów, wysłanych przez Portugalię, 
aby zająć na dobre Malakką i zawładnąć nią ostatecznie. Czyn ten udaje się. Po kilku tygodniach

background image

 
Część druga — Ziemia jest kulą 
zmiennych, ciężkich walk największy port Dalekiego Wschodu dostaje się w ręce Portugalczyków. 

Tym razem Magalhaes również odznaczył się i chlubnie wyróżnił. Ale nie jest piewcą własnych czynów i 

umiejętność to sell himself, rekłamiarskiego „sprzedania" własnej osoby, jest mu obca. Kilka razy popadł w 
głośną sprzeczkę ze swymi przełożonymi, a gdy w czasie rozbicia okrętu staje po stronie załogi i wśród 
szalejącego orkanu pozostaje z nią, mimo że capitd.es e fidalgos (kapitanowie i szlachcice) chronią się do łodzi 
— przegrywa z kretesem. Dlatego nie bierze udziału w wysłanym z Dalekiego Wschodu poselstwie 
hołdowniczym Portugalczyków, które w kilka miesięcy później przybywa do Watykanu. Nie jest świadkiem, jak 
papież odmawia urbi et orbi, przed Bogiem i całym światem, uroczystą modlitwę dziękczynną za iberyjską 
potęgę morską, jak we wspaniałym pochodzie zwycięskim Tristao da Cunha prowadzi pantery i lamparty, jak z 
jego rąk perły, rubiny i turkusy o niewidzianej piękności spadają do złotych mis, które podsuwają 
szambelanowie papiescy, nie słyszy triumfalnych okrzyków ludu rzymskiego, gdy przewieziony przez morza 
olbrzymi żywy słoń indyjski zgina po trzykroć kolano przed ojcem świętym. 
Nie jest też świadkiem, jak jego stary przyjaciel, Francisco Serrao, obejmuje w posiadanie Wyspy Korzenne. 
Albowiem Magal- haesa nie odkomenderowano na jeden z trzech portugalskich okrętów, które po zdobyciu 
Maiakki otrzymały polecenie zajęcia „Ilhas das Especierias", bogatych w korzenie Moluków — wysp Tidore, 
Ternate, Amboina i Banda w Archipelagu Sundajskim. Jakże mógłby należeć do tego oddziału! Jemu sądzone 
jest dokonać większego czynu, a choć zrobił wszystko, aby móc towarzyszyć swemu przyjacielowi Serrao, to 
znana mu jest z pewnością stara, uświęcona doświadczeniem maksyma żołnierska, że w czasach wojennych nie 
można brać na siebie roli przeznaczenia. Patrzał tedy z krwawiącym sercem na odpływającego Serrao, rozstając 
się z nim na całe życie, aż do dnia sądu ostatecznego. 

Stary przyjaciel, pełen radości życia syn Andaluzji, zrywa bowiem na zawsze ze zgiełkliwym światem 

Zachodu. Po rozbiciu okrętu pozostaje na stałe na Amboinie; żeni się z brązową córeczką miejscowego kacyka, 
a król, sprawujący rządy na odległej o wiele mil wyspie, mianuje portugalskiego Robinsona wielkim wezyrem. 
Magelhaes emigruje do Hiszpanii 
Od tej chwili były kapitan Jego Królewskiej Mości Króla Portugalii nie ma już najmniejszego powodu, aby 
opuszczać rajskie dolce far niente Wysp Korzennych, zostać znowu żołnierzem, znosić upokorzenia i nadstawiać 
karku za wielkich panów, którzy zjawiają się wszędzie tam, gdzie się nie strzela, ale dobrze zarabia. 

Podobnie jak nowocześni Robinsonowie nie chcą rezygnować z książek i whisky, tak i Francisco Serrao nie 

wyrzekł się korespondencji ze swym towarzyszem Magalhaesem. Ilekroć jakaś barka wypływała z Amboiny do 
Maiakki, jasnobrązowy, bosy kapitan otrzymywał od wielkiego wezyra niepozorną paczuszkę owiniętą w ceratę, 
a w kilka miesięcy później przed siedzącym bezczynnie w Lizbonie weteranem wypraw indyjskich roztaczał się 
barwny świat, taki, jaki przed wielu laty ukazywał mu awanturnik Var- thema. „Tu znalazłem nowy świat — 
pisał Serrao. — Jest on bogatszy, większy i nieskończenie piękniejszy niż ten, który odkrył da Gama." 
Uskrzydlony swym przeżyciem, dawny grumete, marynarz, który ostatecznie dochrapał się stopnia kapitana, 
opisuje w entuzjastycznych, a nawet poetyckich słowach raj, w jakim panuje. Nie przeczuwa, że zachwyt ten 
przypłaci życiem. W 1521 roku umiera w mękach od tropikalnej trucizny. Do dzisiejszego dnia nie wiadomo, 
czy śmierć jego spowodowali krajowcy, czy też jego rodacy, którzy pozazdrościli mu samodzielności i którym 
przyjaźń, jaką Serrao darzył zbiega Magalhaesa, wydawała się podejrzana. 

Gdy w r. 1512 Magalhaes zostaje odesłany z Indii do ojczyzny, nie może sobie znaleźć miejsca w Lizbonie. 

Z przerażeniem odkrywa to, co w pewnej chwili życia odkrywa każdy żołnierz — przekonuje się, że podczas 
gdy on na obczyźnie nadstawiał karku, świat bynajmniej nie stanął w miejscu. Mała niegdyś rezydencja Lizbona 
zamieniła się od dawna w port. W Rastello, tam gdzie przedtem stała kaplica Najświętszej Panny, strzela teraz 
ku niebu wspaniała katedra. Wielkie kościoły i luksusowe pałace wznoszą się po obu stronach ulicy. U nabrzeży 
okręt stoi przy okręcie, na drogach i ulicach rozbrzmiewają wszystkie narzecza świata, przed kantorami 
wymiany, w faktoriach, u maklerów tłoczą się ludzie różnego koloru skóry, 'pochodzący z wszystkich stron 
świata. Starzy przyjaciele zaginęli gdzieś na dalekim świecie, umarli albo też doszli do bogactw, obrośli w sadło 
i nie poznają już przybysza z dalekich stron. Przebywać na obczyźnie nie jest przyjemnie, a nieraz nawet gorzko 
Ale

background image

 
powrócić i zobaczyć, że jest się właściwie niepotrzebnym, gdyż zgodnie z odwiecznymi prawami biologicznymi 
tylko ten odsetek ludności męskiej kraju prowadzącego wojnę idzie do wojska, z którego społeczność może 
liczbowo zrezygnować — ta prawda jest najbardziej gorzka ze wszystkich. 

Magalhaes pochodzący z Porto, a zatem z natury nieufny i podejrzliwy, nie zadowolił się zdawkowym 

powiedzeniem, że wszystko jest sprawką losu i że głupi ten, kto nie potrafi przezwyciężyć gorzkich uczuć. On i 
jego towarzysze narażali życie i zdrowie za Portugalię, ciała ich pokryte są bliznami Ich to czyny umożliwiły 
wesołą grę w kości, radosny brzęk pucharów i intratne interesy w ojczyźnie — a teraz są zbyteczni i niemile 
widziani. On sam, ponieważ pochodzi ze szlachty, ma się jeszcze stosunkowo dobrze. Jako fidalgo escudeiro 
otrzymuje miesięczną pensję 1850 rejsów (około 10 złotych franków), a że należał przedtem do dworu jako paź 
królowej, nie musi — jak inni starzy oficerowie frontowi — wałęsać się żebrząc po uliczkach portowych Be lem 
i Rastello. 

Tak przechodzi długi

1

, niedobry rok. W lecie 1513 Magalhaes zostaje przeniesiony do piechoty w Maroku. 

Były żeglarz nie ma pojęcia o walce na lądzie. Podczas walki wręcz odnosi ranę w lewe kolano, która czyni go 
niezdolnym do służby frontowej. Wrogowie jego uzyskali wreszcie powód, aby niewygodnego oficera, który nie 
ma ani przyjaciół, ani stosunków, a w dodatku pochodzi z Porto, odesłać w 1515 roku definitywnie do ojczyzny. 

W kilka miesięcy później, w sali przyjęć pałacu królewskiego w Lizbonie, Magalhaes kulejąc zbliża się do 

swego monarchy. Znają się od wielu lat, lecz nie czują ku sobie sympatii. Niezręczny junkier zwraca się do 
króla, by go znowu zatrudnił; nie prosi, lecz żąda. Manuel szorstko odmawia, równie szorstko odrzuca prośbę o 
podwyższenie renty o dwieście rejsów. Był to w gruncie rzeczy ochłap. Ale Manuel ma niefortunny dzień i gdy 
wreszcie Magalhaes pyta, czy król zezwoliłby mu na objęcie służby w jakimś innym kraju, gdzie mógłby się 
wybić, otyły, płaskostopy Manuel odpowiada z irytacją, że jest mu zupełnie obojętne, czy i gdzie kapitan 
zamierza szukać szczęścia. 

Magalhaes jest jakby obuchem uderzony. 
Pozostał twardy i opanowany, ani drgnął, ale wie, że klamka zapadła. Wielka, olśniewająca chwila nadeszła. 

Teraz będzie działał. 
W dwanaście miesięcy później, 20 października 1517 roku, były oficer portugalski przekracza granicę Hiszpanii 
z olbrzymim planem w zanadrzu. 

Jego plan polega jednakże na olbrzymim błędzie. W pewien czas później, gdy flota hiszpańska pod 

dowództwem Magalhaesa posuwa się mozolnie wzdłuż brzegów Ameryki Południowej, aby znaleźć przejście na 
Morze Chińskie, admirał zrozumie swoją pomyłkę i przeżyje najcięższe chwile swego życia. Ale teraz zamysł 
wydaje mu się jeszcze pełen jasnej, nieodpartej logiki 

Kolumb wbrew swemu najgłębszemu przekonaniu nie wylądował ani w Indiach, ani w Chinach. Już za 

pierwszym jego powrotem podniosły się powątpiewające głosy w Portugalii i we Włoszech, w Niemczech, 
Anglii i Francji. Gdy następnie doszły wieści, że podczas swej trzeciej podróży genueńczyk nakłonił załogę do 
złożenia uroczystej przysięgi, iż wszyscy są przekonani, że dotarli do Azji — zapanował powszechny 
sceptycyzm. Nie, nowy ląd nie ma nic wspólnego z Katajem. Ale czym jest? Grupą wysp? Kontynentem? 

W roku 1497 płynący pod flagą angielską kapitan genueński Gio- vanni Caboto natknął się na dalekiej 

północy, w dzisiejszej Nowej Fundlandii lub Labradorze, na nieznany ląd. Ląd ten musiał być bardzo wielki, 
gdyż wysyłał do oceanu olbrzymie rzeki, poza tym jednak nic więcej nie udało się stwierdzić. Gruba warstwa 
lodów zmusiła wyprawę angielską do odwrotu. Wydawało się, że te surowe, puste okolice łączą się 
bezpośrednio, z Arktyką. O tysiące kilometrów na południe w tym samym mniej więcej czasie także Kolumb 
rzucił kotwicę u brzegów wielkiego lądu. Po raz pierwszy dotarł on do wybrzeży kontynentu amerykańskiego, a 
nie do leżących przed nim wysp. Spenetrował obszar od Orinoko do Hondurasu. Był przekonany, że zbadana 
przez niego potężna linia wybrzeża należy do Azji. Ale gdy w roku 1504 powrócił do Hiszpanii, ludzie wiedzieli 
już więcej od niego, gdyż na dalekim południu odkryto także ląd. Admirał portugalski Cabral natknął się w 
drodze do Indii na wybrzeże położone na południe od równika. Ponieważ obydwa charakterystyczne punkty na 
lądzie, dostrzeżone przez Cabrala noszą po dziś dzień

background image

 

nazwy, jakie im wówczas nadał, mianowicie Porto Seguro i Monte Paschoal, mniej więcej na 16° stopniu 

szerokości południowej — znamy dokładnie miejsce lądowania Portugalczyków i. wiemy, że odkryli Brazylię. 

Dla kartografów, obszary te były wciąż jeszcze zagadkowe i tajemnicze. Od dawna rozpowszechniona była 

opinia, że na oceanie zachodnim leży mnóstwo wielkich wysp, więc lądowania dokonane bez żadnego z sobą 
związku, od dalekiej północy aż hen na południe, nikogo nie zaskoczyły. Ale oto zjawią się pewien urzędnik 
bankowy, przeprowadza inwentaryzację dotychczas dokonanych

:

 odkryć, do których dodaje jeszcze kilka 

własnych, i obwieszcza zdumionemu światu: „Przejechaliśmy już sześćset mil wzdłuż tych wybrzeży, a 
ponieważ ciągną się one tak daleko, iż nikt nie widział ich końca, sądzę, że nie jest to wyspa, lecz 
prawdopodobnie ląd stały." 
Były buchalter nazywa się Amerigo Vespucęi. Pochodzi z bardzo poważanej, patrycjuszowskiej rodziny 
florenckiej, która wydała wielu zasłużonych mężów, ale i niejednego dziwaka. Pewnemu z jej członków, 
luminarzowi jurysprudencji, współobywatele wypisali na kamieniu grobowym: „Człowiek ten powinien był albo 
żyć wiecznie, albo nigdy nie ujrzeć światła dziennego." Dowcipny napis wyraża szacunek, ale podkreśla 
równocześnie, że ten luminarz utrius- que iuris nie bardzo dawał się wtłoczyć w ciasne, mieszczańskie życie 
bogatego miasta nad Arnem. W późniejszych czasach osobliwość Vespuccich przejawiała się w sposób bardziej 
niewinny, np. w nadawaniu oryginalnych imion męskim potomkom rodu. Ojciec Ameriga nazywał się 
Anastazjusz — imię nie używane w Europie środkowej od wieków. Syna nazwano Amerigo, imieniem nie 
używanym również od długich lat. 

Amerigo Vespucci, dyrektor banku Medicich w Sewilli, znalazł się nagle, jako człowiek 

czterdziestopięcioletni, z początkiem 1496 r. bez zajęcia. Ponieważ posiadał majątek, zamknięcie hiszpańskiej 
filii jego koncernu nie było dla niego katastrofą, lecz oznaczało wolność. Były dyrektor banku skorzystał z niej 
w całej pełni, wyruszył sam w podróż morską do krajów odkrytych za zachodnim oceanem. Okręty jego 
podniosły z początkiem maja' 1497 roku kotwicę w Kadyksie, a gdy w pięę lat później Amerigo powrócił do 
Europy, ogłosił, że nowy ląd rozciąga się nieskończenie daleko na południe. Co najmniej do 25° szerokości 
południowej, aż do oko 

lic dzisiejszego Rio de Janeiro, olbrzymia, ciągnąca się nieprzerwanie masa urodzajnej, tłustej ziemi i 

twardego kamienia zamyka przejście na zachód. Nie są to wyspy, lecz nie znany dotychczas nowy olbrzymi 
kontynent. Geograf Waldseemiiller zaproponował naukowcom swego czasu, ażeby nowy ląd na zachodzie 
nazwać imieniem Vespucciego. 

Kolumb i jego następcy odkryli nową część świata. Ponieważ ziemia jest kulą, więc za obcymi lądami musi 

znowu być woda, morze, niezmierzony ocean. Portugalczycy, którzy siedzą na Wyspach Korzennych, 
powiadają, że na wschodzie rozpościera się olbrzymie morze. Portugalia nie zagarnęła jeszcze oficjalnie Molu- 
ków, jeszcze brak jej do tęgo okrętów i wojska. Ale Robinsonowie na Amboinie i Ternate, przede wszystkim 
Francisco Serrao, wciąż piszą o potężnym morzu na wschodzie. 

Kto znajdzie przejście morskie przez nowy kontynent, ten będzie prawdopodobnie prędzej na Molukach niż 

Portugalczycy, którzy muszą najpierw odbyć długą drogę dokoła Afryki, by tam dotrzeć. Czy takie przejście 
istnieje? Czyżby nowy kontynent był na południu zrośnięty z zamarzniętą, niezamieszkałą strefą bieguna 
południowego, a na północy z Arktyką? 

Zdążając konsekwentnie do celu, Hiszpania wysyła wyprawę za wyprawą, by ustalić prawdziwy stan 

rzeczy. W roku 1510 wiadomo było, że do 33° na północ od równika, do okolic dzisiejszego Charlestonu, nie ma 
żadnej możliwości przepłynięcia. Po lewej burcie okrętu jest ląd, ciągnie się nieskończona linia wybrzeża, 
wznoszą się nieprzeniknione łańcuchy górskie. V&squez de Ayllon, minister rządu w San Domingo, przekazał 
owego roku do Domus Indica, wszechmocnego urzędu kolonialnego imperium hiszpańskiego w Sewilli, 
wiadomości o wynikach badań przeprowadzonych przez okręt wysłany na północ — nie brzmiały one zbyt 
obiecująco. 

Rok 1513 przyniósł nową sensację europejskim geografom, politykom i władcom. Morze, którego 

domyślano się po drugiej stronie obcego kontynentu, istniało naprawdę. Hiszpański konkwistador Nuńez de 
Balboa oglądał je na własne oczy po trzech tygodniach straszliwego marszu przez dżungle Ameryki Środkowej. 
Balboa został wprawdzie wkrótce potem ścięty jako buntownik, ale jego doniesienia były tak doskonale 
udokumentowane, że nie mogły budzić wątpliwości. Nieznany ocean, ciągnący się od Ameryki aż

background image

 
do Chin, Indii i Moluków, był nie tylko teorią naukową, lecz rzeczywistością. 

Jeżeli jest ocean — wnioskowano — to musi gdzieś znajdować się także droga morska do niego 

prowadząca. Wszak jest nie do pomyślenia, ażeby rygiel amerykański rozciągał się bez szczeliny od bieguna do 
bieguna. Wniosek ten był tak nieodparty, że nawet skąpy, pozbawiony złudzeń, sceptyczny Karol V — niedługo 
potem dzięki kredytom Fuggerów obrany cesarzem hiszpańsko-rzymsko- niemieckim — musiał się z nim 
zgodzić. Stało się to za sprawą emigranta portugalskiego nazwiskiem Magalhaes; ten dymisjonowany, niezbyt 
reprezentacyjny oficer cudzoziemski stanął przed Karolem V i oświadczył kategorycznie, że wie, gdzie znajduje 
się przejście. Jeśli dadzą mu do dyspozycji kilka okrętów, opłynie całą ziemię dookoła. 

W tej postaci, w jakiej drogę tę wyobrażał sobie Fernando Magellan — bo tak będziemy odtąd według 

pisowni hiszpańskiej nazywali naszego bohatera — nie istniała ona w owym czasie. Została przekopana 
sztucznie i jako dzieło rąk ludzkich otwarta dopiero czterysta lat później — 15 sierpnia 1914 roku pierwszy okręt 
przepłynął Kanał Panamski, docierając w kilka godzin z Oceanu Atlantyckiego na Ocean Spokojny. Już 
Hiszpanie nosili się niegdyś z zamiarem przekopania Przesmyku Panamskiego; porwani szaloną dumą 
potomków Prometeusza, chcieli sami przebić drogę, której nie stworzyła natura. W r. 1551 przesadnie pobożny 
Filip II zakazał swym poddanym pod karą śmierci snuć takie przeciwne porządkowi boskiemu, a więc grzeszne 
myśli. Potem wszystko poszło w zapomnienie aż do czasu, gdy w XIX w. podjęto stare plany i gdy następnie z 
początkiem XX w. kanał zbudowano. 

Na szczęście Magellan nie mógł przewidzieć przyszłości-. Był pewny, że przejście morskie widzi jak na 

dłoni. Historyk Leopold Rankę powiedział niegdyś o Kolumbie, że nigdy większy błąd nie miał większych 
skutków — można to zastosować w równym, a może nawet w większym stopniu do upartego szlachcica z Porto. 

Jak błąd ten powstał? Na czym Magellan opierał swe przekonanie, że droga morska istnieje? Przez długie 

wieki nauka biedziła się daremnie nad tym pytaniem. Przypuszczano, że Martin Behaim, główny kartograf 
korony portugalskiej, rodem z Norymbergi, pozostawił po swej śmierci w 1507 roku mapę z zaznaczeniem tej 
drogi. 
Zwrócono następnie uwagę na istniejący do dziś dnia słynny globus, który w roku 1515 sporządził Johann 
Schoener z Norymbergi i na którym, co prawda w zupełnie fałszywym miejscu, droga ta została istotnie 
umieszczona. Z olbrzymim mozołem starano się ustalić, czy mapa i globus znajdowały się w tesoria, tajnych 
archiwach królewskich w Lizbonie, i czy Magellan miał dostęp do tych materiałów. Wreszcie znaleziono starą 
niemiecką ulotkę, Copia der Newen Zey- tung auss Presill Lamdt, tłoczoną w 1507 roku u Erharta Oeglina w 
Augsburgu. Podawała ona, że pewien okręt portugalski odkrył swego czasu, mniej więcej na 40° szerokości 
południowej, głęboką, ze wschodu na zachód biegnącą cieśninę morską, że przez dwa dni płynął po niej nie 
docierając jednak do końca, gdyż burza spędziła go z tej drogi. Jest jednak pewne, że kanał ten prowadzi do 
zachodniego morza, a więc można bez trudu dotrzeć tą drogą do Malakki. 

„A gdy przybyli do takiego klimatu i okolicy, a mianowicie na wysokość czterdziestu stopni, znaleźli kraj 

Presill z przylądkiem, to jest taki cypel, czyli miejsce, które wrzyna się w morze. I opły- nęli lub okrążyli tenże 
przylądek.. A gdy już minęli ten przylądek i pożeglowali na północo-zachód, wówczas zerwała się tak wielka 
burza i wiatr, że nie mogli dalej żeglować... Pilot, to jest dowódca lub kapitan, który płynął na tym okręcie, jest 
moim dobrym przyjacielem. Powiedział mi, że od tego przylądka Presill, który jest na początku kraju Presill, nie 
ma więcej niż sześćset mil do Malakki. Zamierza też w krótkim czasie tym viaggio, tj. drogą, popłynąć z 
Lizbony do Malakki i z powrotem, i spodziewa się, że korzenie okażą się wielką pomocą dla króla Portugalii..." 

Prawdziwe przejście, a mianowicie Cieśnina Magellana, leży na 52° szerokości południowej, i do niej żaden 

Europejczyk przed rokiem 1520 nie dotarł. Ale na 35° znajduje się rzeczywiście, niby otwarta rana w ciele 
kontynentu południowoamerykańskiego, potężny lej o długości setek kilometrów, który na pierwszy rzut oka 
można wziąć za drogę morską — jest to ujście rzeki La Plata. Możliwe, że opis z Newe Zeytung odnosi się do 
La Plata i że viaggio, przejście, które miało w tak krótkim czasie zaprowadzić do Malakki, było w 
rzeczywistości ujściem tej gigantycznej rzeki Ale dopiero w 1515 roku Hiszpan Diaz de Solis dotarł do La Platy; 
podróż swą podjął on także w poszukiwaniu drogi morskiej na Ocean Spokojny i z początku był przekonany, że 
wreszcie udało mu się

background image

 

ją znaleźć. Bardzo rychło jednak stwierdził swą pomyłkę. Ponieważ ulotka niemiecka już osiem lat 

wcześniej pisała o La Plata, wydaje się, że jakiś okręt portugalski przybył tam jeszcze na długo przed 
Hiszpanami. Nie wiemy, jakiemu kapitanowi należy się sława tego odkrycia, ale nie jest wykluczone, że podróż 
ta była trzymana w tajemnicy, albowiem już w roku 1504 Manuel portugalski zabronił pod karą śmierci 
rozpowszechniania szczegółów o żegludze w obawie, by jakiś cudzoziemiec nie wyciągnął korzyści z odkryć 
Portugalczyków. A ponieważ potężna rzeka nie jest zaznaczona na żadnej ze starych map, lecz tylko paso, tj. 
wielki kanał, przecinający wszerz Amerykę Południową, przeto tu należy szukać źródła błędu Magellana. 
Dzieło Kolumba i Magellana przytacza się często na dowód, że podstawą wielu wspaniałych osiągnięć były 
omyłki. Prostaczkowie wyciągają stąd wniosek, że jest dość obojętne, czy motywy działania są obiektywnie 
uzasadnione, czy też nie, ważne jest tylko samo działanie. Znane jest powiedzenie, że wiara przenosi góry. Tutaj 
wiara dzielnego człowieka „przebiła" niejako wąwóz przez najtwardsze na świecie, kambryjskie skały Patagonii; 
przejście, w którego istnienie Magellan pokładał tak niewzruszoną ufność, rzeczywiście otwarło się przed nim. 
Ale znalazł owo paso bynajmniej nie tam, gdzie go się spodziewał. Tragiczną ironią losu poszukiwane paso 
znajdowało się tuż przed południowym cyplami olbrzymiego kontynentu amerykańskiego, wskutek czego 
byłoby właściwie obojętne, gdyby Magellan zamiast przepłynąć przez nazwaną od swego imienia cieśninę 
opłynął Przylądek Horn. Ale sprawy stały, jak jeszcze zobaczymy, na ostrzu miecza, tak że gdyby cieśnina 
morska ukazała się choćby o jeden dzień później, Magellan byłby prawdopodobnie zawrócił. 

Snucie tego rodzaju refleksji nie leżało jednak zupełnie w naturze Magellana. Rozważania nasze są w 

pełnym znaczeniu tego słowa retrospektywne. Gdyby ktoś chciał dać im wyraz w obecności Magellana, 
odburknąłby on tylko opryskliwie. Człowiekiem tym rządziła wola, rozum i trzeźwe obliczenie, nie pozostawiał 
on nic przypadkowi, intuicji czy genialnej inspiracji. Był na wskroś realistyczny. Wszystko, co czynił, było od 
dawna zaplanowane i szczegółowo przygotowane. Gdy w jesieni. 1517 roku przeszedł granicę portugalską jako 
transfuzja, zbieg i emigrant, miał już w Hiszpanii nawiązane 
stosunki, przy pomocy których mógł się zrehabilitować. Zaledwie w rok po opuszczeniu ojczyzny wszedł w 
związki małżeńskie z Bea- trix de Barbosa, córką dyrektora arsenału w Hiszpanii. Małżonka jego nie była 
wprawdzie pięknością, ale przyniosła mu w posagu 600 000 marawedów, a niejako wraz z wyprawą — 
obywatelstwo hiszpańskie i stosunki z Domus Indica, słynnym urzędem kolonialnym w Sewilli. Albowiem teść, 
Diego de Barbosa, miał ścisłe powiązania z Domem Indyjskim, 

Gdy Magellan zwrócił się do Domu Indyjskiego, nie był już człowiekiem nieznanym. Mimo to było dość 

trudno wzbudzić tam zainteresowanie. Wreszcie, choć z pewnym wahaniem, Dom Indyjski zgodził się na plan 
Magellana. Wszechmocni radcy przedstawili sprawę swemu suwerenowi, Karolowi V, i znaleźli u niego 
posłuch. Cesarzowi przemówiły do przekonania plany Magellana i choć zazwyczaj udzielał konkwistadorom 
tylko sankcji cesarskiej, a nie gotówki, tym razem korona hiszpańska miała wyasygnować 6 454 209 mara-
wedów (około 70 000 do 80 000 złotych franków). Znaczną częścią kosztów Karol V obciążył jednak 
finansistów prywatnych, a mianowicie niderlandzkiego armatora de Haro i jego przyjaciół, zastrzegając sobie 
przy tym lwią część ewentualnej zdobyczy. Taki sposób postępowania zdał już kilkakrotnie egzamin. Korona nie 
miała nic przeciwko temu, jeśli w ryzykownych przedsięwzięciach koła prywatne angażowały swoje kapitały, 
wiedząc, że i tak nie ominą jej wydatki w latach późniejszych. Państwo zawsze musiało pomagać, gdy poddani 
znaleźli się pewnego dnia w kropce. Nic dziwnego, że Karol V odnosił się z rezerwą do śmiałych planów. 

22 marca 1518 roku w Valladolid doszło do zawarcia kontraktu: Karol V zobowiązuje się dostarczyć pięć 

okrętów i prowiant na dwa lata. Mianuje Portugalczyka adelantado y gobernador i wyznacza mu poza udziałem 
w zyskach z przyszłych odkryć znaczne uposażenie. Magellan natomiast przyjął na siebie tylko zobowiązanie, że 
„w obrębie należącego do Nas oceanu — jak brzmiał dokument umowy — odkryje wyspy, lądy stałe i liczne 
korzenie". Trzeba przyznać, że w tej ekspedycji całe ryzyko brała na siebie korona oraz prywatni finansiści; w 
razie fiaska wyprawy zainwestowany kapitał byłby stracony. Oznacza to bardzo wiele u tak pesymistycznego 
władcy jak Karol V, który myślał po kupiecku i znajdował się bezustannie w tarapatach finansowych; nie należy 
też zapominać,

background image

 
że zasypywano go dzień w dzień mnóstwem projektów i że sprzykrzyły mu się już górnolotne plany. Jeżeli 
mimo to zgodził się na częściowe finansowanie podróży, stało się to chyba tylko pod silnym wrażeniem, jakie 
wywarł na nim brzydki, kulejący były oficer portugalski o niezręcznych formach obejścia. Od Magellana biła 
siła wielkiej indywidualności, nieposkromionej i wbrew wszelkim przeciwnościom niezłomnej woli. Tak tedy 
Jego Cesarska Mość podpisuje umowę: 

„Jest objawem Naszej Łaski i Naszą Wolą, ażeby w uznaniu trudów i kosztów tej podróży wynagrodzić 

Was w ten sposób, iż z uzyskanego czystego zysku po potrąceniu kosztów na flotę możecie zatrzymać jedną 
piątą część. Ażeby podróż Wasza zapewniona była i abyście plan Wasz wykonać mogli, przyrzekamy Wam pięć 
okrętów: dwa po 130 ton, dwa po 90 i jeden na 60 ton, zaopatrzone w załogę, prowiant i armaty na dwa lata, na 
234 osoby, łącznie z kapitanami i marynarzami, którzy będą flocie potrzebni. 

To Wam przyrzekam i zaręczam Moim królewskim słowem, że będę Was ochraniał, na znak Czego 

składam ten podpis mego imienia. 
Ja, 
Valladolid, 22 marca 1518. 

Król" 

Minął cały rok, zanim zwerbowano załogę i przygotowano okręty do drogi. Jeżeli przy podpisywaniu umów 

korona okazała się zadziwiająco wielkoduszna, to teraz zaczynała wychodzić na jaw jej małostkowość. 
Żaglowce w liczbie pięciu, które zgodnie z umową winna była dostarczyć, były starymi jednostkami, nie nadają-
cymi się już prawie do wypłynięcia na morze; Magellan musiał poddać je gruntownemu remontowi. Stefan 
Zweig w swej pięknej książce o Magellanie przytacza rachunki, które Portugalczyk zapłacił za wyposażenie 
swej floty. Znajdujemy tam między innymi następujące pozycje za remont zbutwiałych starych okrętów: 
175 098 marawedów za drewno na belki i listwy, 104 244 „ wynagrodzenie za pracę cieśli, 

6 790 „ za piłowanie listew, 142 532 „ za obicie metalem okrętów, 

129 539 „ wynagrodzenie za uszczelnianie 

i smołowanie okrętów, 149 076 „ za zakup 173 sztuk płótna żaglowego, 324170 „ za 221 cetnarów lin i 

konopi. 

Są to znaczne kwoty; widocznie okręty, dostarczone przez koronę hiszpańską, nie były w najlepszym stanie. 

Nie posiadały już prawie steng ani rej; w każdym razie Magellan wydał na ten cel 37 437 marawedów. Brak też 
było pomp okrętowych, a nawet sterów; takie- lunek był całkiem zbutwiały, nie było kotwic — krótko mówiąc, 
radcy dworu Karola V wybrali stare gruchoty, by możliwie tanim kosztem spełnić warunki umowy z 
Portugalczykiem. 

Także reszta wyposażenia była, jak dowodzą rachunki, niezmiernie skąpa, a materiał ludzki wręcz żałosny. 

Zwerbowano około 37 Portugalczyków, 30 Włochów i 19 Francuzów. Ponadto byli tam Fla- mandczycy, 
Baskowie, Niemcy, Grecy, Anglicy, Murzyni, Malaj- czycy i naturalnie Hiszpanie. Było wśród nich wielu 
desperatów i przestępców, którzy udziałem w wyprawie spodziewali się odzyskać wolność i dobre imię, 
przeważająca większość nigdy nie widziała morza i nie miała pojęcia o żeglarstwie. Było prawdziwym cudem, 
że z wyprawy tej w ogóle ktokolwiek wyszedł cało. Stocznia antwerpska de Haro wywiązała się solidnie ze 
swych zobowiązań* korona hiszpańska natomiast wykazała i tu swe przysłowiowe skąpstwo. Działalność jej 
ograniczyła się głównie do ochrony Magellana przed prześladowaniami ze strony Portugalczyków. Gdy się 
bowiem w Lizbonie dowiedziano, z jakimi planami wyemigrował do Hiszpanii, i gdy się następnie okazało, że 
pozostaje nieczuły na wszelkie zachody Portugalii usiłującej go skusić na przemian pieniędzmi i odznaczeniami, 
przypomniano sobie o brutalnych metodach, które według panujących ówcześnie przekonań były dozwolone 
także państwu i koronie, i postanowiono Magellana sprzątnąć. Ale to się nie udało. Dnia 10 sierpnia 1519 roku, 
rozwinąwszy na głównym maszcie flagę Hiszpanii obok herbu Magellana, potrójnej czerwonej belki w 
szachownicę na srebrnym tle, flota wypłynęła z Sewilli Gwadalkwiwirem w morze. 

Jeszcze przed wypłynięciem z portu doszło do starć z kapitanami, rzucających jaskrawe światło na trudne 

położenie Magellana mimo oficjalnej nominacji. Kapitanowie czterech pozostałych okrętów, Hiszpanie z dziada 
pradziada, przeważnie szlachetnego rodu, bardzo

background image

 
niechętnie poddawali się komendzie Portugalczyka; główny dowódca musiał na koniec osobiście ingerować, aby 
utrzymać dyscyplinę i zdusić w zarodku kiełkujący bunt. Własnoręcznie zakuł w żelazo kapitana okrętu „San 
Antonio", wiceadmirała Cartagenę, dając tym dosadnie do zrozumienia, że jemu wyłącznie przysługuje prawo 
wydawania rozkazów. Wywarło to zapewne niemałe wrażenie na załodze zebranej z wszystkich prawie 
narodowości Europy. 

Ostatecznie udało się Magellanowi zaprowadzić dyscyplinę i na razie nastały lżejsze dni. Z końcem 

listopada 1519 roku flota dotarła w okolicy dzisiejszego Recife-Pernambuco do wybrzeży Brazylii, a 13 grudnia, 
po jedenastu tygodniach podróży, rzuciła kotwicę w zatoce Rio de Janeiro. Zmęczeni marynarze byli 
uszczęśliwieni, wydawało im się, że znaleźli się w raju. Właściwie flota nie powinna była się tu wcale 
zatrzymać. Instrukcja króla zabraniała wyraźnie lądowania w obrębie portugalskiej sfery interesów. Ponieważ 
jednak kuzynowie z Lizbony nie mieli tam żadnej faktorii, a cudownie piękna zatoka była jeszcze ziemią 
niczyją, Hiszpanie wysłali spokojnie swoje łodzie na ląd. Ludzie Magellana zajadali z zadowoleniem nie znane 
im owoce, „wielkie okrągłe szyszki", które brązowi krajowcy nazywali ananasami, nadzwyczaj słodkie i 
smaczne, bataty, mączny owoc przypominający smakiem kasztany, wreszcie trzcinę cukrową, którą w owym 
czasie uprawiano już wprawdzie w Afryce północnej, a także w wielu miejscowościach w Hiszpanii i Włoszech, 
ale była ona jeszcze rzadkością. Ptactwo rodzime, jak kury, gęsi i papugi, były równie poszukiwane. Ogromnym 
powodzeniem cieszyły się oczywiście młode dziewczęta z Rio de Janeiro. Miały one, jak piszą stare dzienniki z 
tej podróży, „za całe odzienie tylko swe włosy". W zamian za nóż albo zwyczajny topór można było otrzymać 
od razu dwie lub trzy z tych pięknych cór Ewy. Brzmi to niezbyt rycersko i bardzo merkantylnie. Większość 
owej gromady podejrzanych typów, z których składała się załoga Magellana, myślała też zrazu z pewnością 
tylko o taniej przyjemności. Jednakże między wierszami starych opisów jest coś więcej. Nawet ci zdziczali 
ludzie byli wzruszeni wdziękiem i naturalną szlachetnością, którą wyróżniały się dziewczęta i kobiety owego 
najpiękniejszego portu świata. 

Magellan siedział tymczasem w swojej kajucie drżąc z niecierpliwości. Stwierdził za pomocą astrolabium, 

że są mniej więcej na 
24° szerokości południowej. Na 40° ma znajdować się droga mordka przecinająca kontynent, a więc dzieli go 
jeszcze tylko szesnaście stopni od celu. Nerwowo popędza swych ludzi, wszystko wydaje mu się nie dość 
szybkie. Jednakże po jedenastu tygodniach podróży przywarły do okrętów glony, muszle i różne zielsko, żagle 
trzeba załatać i doprowadzić do porządku, liny posplatać, krótko mówiąc, minęły dwa tygodnie, zanim admirał 
otrzymał meldunek, że flota jest gotowa do wypłynięcia na morze. 26 grudnia Magellan rozpoczyna decydującą 
w swym przekonaniu fazę podróży. Przy pomyślnym wietrze każe rozwinąć wszystkie żagle; armada pędzi z 
pełną szybkością na południe, po czternastu dniach żeglowania przebyła okrągło dwa tysiące kilometrów wzdłuż 
wybrzeża. Admirał widzi z głęboką radością, że brzeg po prawej burcie okrętu skręca powoli na zachód. Przy 
wyspach Lobos, niedaleko dzisiejszego Montevideo, obcy ląd zatacza wklęsły łuk prawie pod kątem prostym. 
Równocześnie otwiera się na pełną szerokość olbrzymi lej, który wydrążyło ujście La Platy. Magellan jest 
przekonany, że znalazł cieśninę prowadzącą do „Mar del Sur", morza południowego, toteż pierś jego rozpiera 
duma i radość. Nie może dłużej milczeć. Niebawem cała flota wie, że droga morska została odkryta, i widząc 
olbrzymią wodę ciągnącą się w nieskończoność na zachód, cała załoga wraz z krnąbrnymi kapitanami jest 
przekonana, że już za kilka dni wszyscy będą mogli wyruszyć do bogatego Kataju i złotego Cipangu. 

Co dziwna jednak, żadnemu z 270 ludzi Magellana nie przyszło na myśl, by wyrzucić za burtę wiadro i 

sprawdzić smak wody. Daleko przed ujściem La Platy woda jest jeszcze słodka, jest wodą rzeczną. Hiszpanie są 
tak pewni swej sprawy, że nawet gliniasto- żółty kolor morza nie budzi w nich żadnego podejrzenia. Pełne dwa 
tygodnie upływają na rozpaczliwym lawirowaniu i manewrowaniu żaglami, na coraz żmudniejszych 
poszukiwaniach w łodziach, zanim wreszcie dla wszystkich staje się jasne, że nie ma tu żadnego przejścia, że 
olbrzymia zatoka jest ujściem potężnej rzeki, a droga do Azji przez morze południowe jest równie daleka jak 
przedtem. 

Magellan dzielnie znosi doznany zawód. Badawczo śledzą go dziesiątki par oczu, gdy 2 lutego 1520 roku 

daje z pokładu swego okrętu rozkaz do odwrotu. Ale żaden muskuł nie drgnął w jego twarzy. Żagle podnoszą się 
i z rześkim wiatrem północnym armada płynie znowu na południe. Po tym ciosie pozostała admirałowi jeszcze

background image

 
jedna furtka, którą może się ratować. Stare opisy podają, że przejście znajduje się na 40° szerokości 
południowej. A on jest dopiero na 35°, dzieli go tedy jeszcze wiele mil morskich od celu — lub od zupełnego 
załamania się wszystkich jego nadziei. Ale czy naczelny dowódca wyprawy był istotnie tak pewny, tak pełen 
wiary i ufności, jak sądzą jego współcześni? Czy od pierwszego dnia nie czaił się w nim przecież jakiś cień 
wątpliwości? 

W Domu Indyjskim w Sewilli starzy fachowcy, kontrolując rachunki Magellana za prowiant, kręcą z 

zafrasowaniem głowami. Zabrał z sobą 21 383 funty sucharów okrętowych, 480 funtów oleju, 570 funtów 
peklowanego mięsa, 1120 funtów sera, 200 baryłek sardynek, 238 tuzinów pęków ryb suszonych i 1170 funtów 
ryby suszonej w beczkach. Ponadto olbrzymie ilości fasoli, grochu, soczewicy, mąki, ryżu, cukru, czosnku, 
cebuli, rodzynków, fig, kaparów, soli, miodu itd. Wystarczyłoby to do wyżywienia jego floty przez pełne dwa 
lata. Po co temu przybłędzie z Portugalii taka ilość prowiantu? Jakie ma zamiary? W Domu Indyjskim szepty 
krążą od drzwi do drzwi. Ale lepiej nie zadzierać z faworytem Karola V, z zięciem dyrektora arsenału. Ludzie 
milczą więc, a na pokładzie jeden tylko Magellan wie, jak dobrze wyprawa jest zaopatrzona w żywność. 

Czyżby admirał zostawił sobie tutaj jeszcze jedną furtkę otwartą? Pewne jest, że jego zapasy żywności 

mogły wystarczyć na dwa lata. Pewne jest dalej, że trzymał w tajemnicy ilości zapasów. Gdyby powiedział 
swoim marynarzom, że powinni liczyć się z dwuletnią podróżą, trzeba by ich chyba było przemocą wlec na 
okręty. 

24 lutego 1520 roku, w trzy tygodnie po spiesznym wyruszeniu znad La Platy, Magellan przebył tysiąc 

dwieście kilometrów wzdłuż wybrzeża aż do Zatoki San Matias na 42° szerokości południowej. Posuwał się 
więc dość powoli, gdyż wpływał do każdej zatoczki i każdego zagłębienia. W jego duszy płonie jeszcze ognik 
nadziei. A gdy pięć statków hiszpańskich mija Punta Vermeja, wejście do Zatoki Św. Mateusza, gdy nawet z 
bocianiego gniazda na sto mil morskich otwartego morza nie widać lądu, wtedy przez dwanaście godzin 
żeglowania wydaje się znowu, jak gdyby wreszcie natura przebiła tu jakąś cieśninę. 

Ale już wieczorem 24 lutego 1520 roku Magellan wie, że i ta ostatnia nadzieja była złudna. Nie jest to 

cieśnina, lecz wielka 
mt 
zatoka. O zachodzie słońca admirał schodzi z kamiennym wyrazem twarzy z pokładu. W ciszy kajuty chwyta go 
coś lodowatymi szponami za serce, gdyż zdaje sobie sprawę, że odtąd jest swym własnym więźniem. Czy ma 
jutro rano wezwać kapitanów? Czy ma im powiedzieć, że się pomylił, że nie ma żadnego paso i w najlepszym 
razie można będzie w lipcu 
—i -------------------------------------------------------------- T 
lub sierpniu, gdy skończy się zima południowa, udać g się znowu na poszukiwanie fi tego fantomu, tej idśe fixe I 
rzekomego przejścia? Zaku-H liby go w żelaza, połamali-■ by mu kości, gdyby im to po- ■ wiedział. 

Tej nocy Magellan powziął I zapewne postanowienie że-l glowania dalej — za wszelką cenę. Może sam 

przypłaci^ to życiem — niech tam, wielkich widoków i tak już niej ma! Może przypłacą to ży-« ciem wszyscy, 
cała załoga.aj A niech idą do diabła! Nieaj tylko temperament awantur- 9 nika podszepnął admirałowi 
postanowienie kontynuowa-■ nia podróży i przetrzyma-1 nia za każdą oenę. W cichości ducha żywi wciąż prze- 
j konanie, że jego plan jest I słuszny, choćby założenia te- i go planu, tj. tajne mapy, by-1 ły fałszywe. 

O tej decydującej nocy tradycja nie przekazała ani słowa. I jeśli oczyma wyobraźni widzimy głównego 

dowódcę krążącego z kąta w kąt po ciasnej kajucie, możemy się mylić. Może Fernando Magellan spał przez 
osiem godzin głęboko, bez snów i nie był poruszony doniosłością powziętej decyzji. Natury genialne lub opętane 
jakąś

background image

 

manią żyją, bądź co bądź, w innym klimacie duchowym niż przeciętny, normalny człowiek. Genialność i 

szaleństwo przechodzą w siebie niepostrzeżenie i w praktyce musimy poprzestać na tym, że ze skutków 
pewnego sposobu zachowania się lub działania wnosimy, czy ich inicjator był geniuszem, czy szaleńcem. 

Tak więc podróż ciągnie się dalej, aż 31 marca 1520 roku kotwice okrętów hiszpańskich zachrzęściły na 

dnie zatoki portu San Juliśn. Magellan zawiadamia swych ludzi, że zamierza tu przezimować. Równocześnie 
wydaje rozkaz zmniejszenia dziennych racji żywnościowych do połowy. Jest to otwarte wyzwanie i w dwa dni 
później następuje to, czego oczekiwał — wybucha bunt. 
Posiadamy obszerne i dokładne opisy tego wydarzenia. Wyszły one spod pióra Antoniego Pigafetty, młodego 
patrycjusza z Vicenzy we Włoszech, który z żądzy przygód rzucił ogólnie poważaną i zamożną rodzinę. Antonio 
Pigafetta znajdował się w podróży, którą w owych czasach zwykli byli odbywać potomkowie szlachetnych 
rodów. Prowadziła ona zazwyczaj przez Rzym i Paryż na dwór cesarski i miała dostarczyć młodym pankom 
okazji wyszumienia się i rozejrzenia po świecie. Młody szlachcic włoski zjawił się więc pewnego dnia w 
orszaku protonotariusza papieskiego na dworze Karola V w Barcelonie, gdzie słysząc o Magellanie i jego 
tajemniczej wyprawie, zwrócił się do Karola V z prośbą o zezwolenie wzięcia udziału w ekspedycji. 

Popiersie Karola V z 1517 roku, dłuta Konrada Meita, przedstawia go jako pełnego życia, ciekawego i 

zapewne żądnego przygód. Kto je widział, nie wątpi, że równie żądny przygód, ciekawy i pełen życia 
młodzieniec, jakim był Antonio Pigafetta, zezwolenie to natychmiast otrzymał. Może nawet młody cesarz 
żałował, że sam nie może wyruszyć z Magellanem w daleki świat. Prawdopodobnie bawiło go także, że pomoże 
swemu rówieśnikowi wydostać się z przywiązanego do tradycji środowiska i domu rodzinnego. 

Jakkolwiek by było, Antonio Pigafetta otrzymał bardzo rychło dokument opatrzony we wspaniałe pieczęcie, 

w którym w niezwykle zawiłym dworskim stylu zawiadomiono go, iż został tajnym pisarzem Magellana i w tym 
charakterze ma wziąć udział w wyprawie. 

Tak więc nasz żółtodziób, naiwny i zmieszany, niezdolny zrozumieć, co się właściwie dokoła niego dzieje, 

znalazł się nagle wśród zbieraniny zawodowych awanturników, ostrożnych urzędników, 
pozbawionych wszelkich skrupułów geszefciarzy i starych wilków morskich. U niego w domu nie mówiono 
nigdy o pieniądzach i interesach, o tym, że poza prawami jego warstwy istnieją jeszcze jakieś inne prawa. Nigdy 
przedtem nie słyszał, że w dżungli życia potrzebne są mocne szczęki, chytrość, przebiegłość i silne łokcie. Ród 
jego dawno już zapomniał, że dzięki tym pierwotnym przymiotom sam przed kilkoma wiekami dźwignął się w 
górę i dopiero uzyskawszy samodzielność, stworzył obowiązujący ideał patrycjusza. 

Niejeden byłby na miejscu Antonia Pigafetty nieraz szukał ocalenia w ucieczce, wróciłby do papieskiego 

protonotariusza i pojechał z zadowoleniem dalej do Paryża. Ale młody patrycjusz włoski był ulepiony z innej 
gliny, mimo strachu pozostał na pokładzie. Odbył całą podróż, od pierwszego do ostatniego dnia, należał do 
nielicznych, którzy tę podróż przeżyli, którzy powrócili z niej do kraju rodzinnego, był chyba jedynym, który w 
drodze poczynił notatki. Ponieważ wiedział, że jest greerihornem, trzymał się z dala od trudnych, 
skomplikowanych- spraw. Czuł, jak każdy na pokładzie, tlący płomień niezgody między Magellanem a jego 
kapitanami. Ale nie pisze o tym, w jego pamiętnikach nie ma ani słowa o grze intryg. Wiedział,

background image

 
że przy swej prostoduszności i naiwności i tak nie zrozumie prawdziwego znaczenia świszczących w ukryciu 
zatrutych strzał, zakładanych perfidnie sideł i zarzucanych w ciemności dławiących pętli. Dlatego trzymał się na 
uboczu i ograniczał do faktów, do konkretnych wydarzeń. Te jednak notował z fotograficzną wiernością. 

„Pozostaliśmy pięć miesięcy w porcie, który nazwaliśmy portem San Juliśn. W tym czasie wybuchło 

niezadowolenie i nieufność wobec Magellana. Gdy tylko rzucono kotwicę w tym porcie, Magellan wydał 
rozkazy, by wybudować na lądzie mieszkania. Nakazał też zmniejszenie dziennych racji żywnościowych, ażeby 
zapasy okrętowe wystarczyły jeszcze na dłuższy czas. Sprzeciwili się temu zarówno załoga, jak i kapitanowie. 
Ludzie niezadowoleni żądali powrotu do ojczyzny. Magellan odmówił wszelkich rozmówi na ten temat, a gdy 
nie dawali mu spokoju, kazał najoporniejszych pochwycić i ukarać. Ale rozgoryczenie jeszcze się przez to 
wzmogło. Gdy 1 kwietnia 1520 na rozkaz Magellana wszyscy mieli wyjść na ląd, aby wziąć udział w mszy, 
kapitanowie Juan de Cartagena, Luis de Mendoza i Gaspar de Quesada nie zjawili się. Wkrótce potem wybuchł 
otwarty bunt. Na czele stanął Juan de Cartagena. W nocy z 1 na 2 kwietnia wdarł się na okręt «San Antonio», 
wziął do niewoli jego kapitana, który był oddany Magellanowi, i zmusił załogę do oddania broni Rankiem 2 
kwietnia buntownicy mieli w swej mocy trzy okręty, gdyż kapitan «Victorii» przeszedł także na ich stronę. 
Magellanowi pozostał wierny prócz jego okrętu «Trinidad» tylko «Santiago» pod kapitanem Serrano. Podstępem 
udało się jednak admirałowi wejść w posiadanie «Victorii». Wtedy z trzema okrętami stanął przed wejściem do 
portu. Szczęście mu sprzyjało. W nocy «San Antonio*, którego załoga była po stronie buntowników, urwał się z 
kotwicy, a wiatr zepchnął go na statek głównego dowódcy. «San Antonio* został szybko wzięty, tym bardziej że 
załoga przeszła od razu na stronę Magellana. Na skutek tego wydarzenia Juan de Cartagena ze swoją 
«Conception» musiał poddać się admirałowi. Winni buntu niezwłocznie ponieśli karę. Najpierw uwięziono przy-
wódców. Kapitan Mendoza, który dowodził «Victorią», został zabity podczas nagłego zaskoczenia, Magellan 
wszedł więc znowu w posiadanie jego okrętu. Juana de Cartagena i pewnego kapłana, który przyłączył się do 
buntu, wysadzono na ląd i pozostawiono swemu losowi. Załogi, które dopuściły się buntu, zostały 
ułaskawione..." 

Tak pisał Pigafetta jako naoczny świadek. Nie wspomina ani słowem o psychologicznych powikłaniach, o 

rozgoryczeniu kapitanów, o tym, że Magellan zdawał sobie dokładnie sprawę z sytuacji i jako główny aktor i 
protagonista chóru w jednej osobie, czekał tylko, aż nadarzy się odpowiednia okazja, by ukarać winnytfi. Sąd 
kapturowy sądził w maskach, pod dębem lub na skrzyżowaniu dróg, bez kotar i tła. Sądy doraźne potrzebują 
jedynie pala, by przywiązać do niego delikwenta, i kupy piasku, na którą osuwa się jego ciało przeszyte kulami. 
Bogini sprawiedliwości nie potrzebuje żadnego sztafażu. Wszędzie tam natomiast, gdzie się nie tylko dokonywa 
aktu zemsty i sądu, lecz gdzie chodzi o wywarcie wrażenia, o podkreślenie straszliwej świętości prawa — tam 
niezbędny jest doświadczony reżyser i sugestywna sceneria. 

Magellan zdawał sobie sprawę, że jego zamiary wymagają odpowiedniej dekoracji Dostarczyła mu jej zima 

w porcie San Julión — Skłębione chmury, groźne skały, lodowate pustkowie. Przeciągają burze, zapada noc 
arktyczna, świat wydaje się szary i beznadziejny. Dwóch przywódców Magellan kazał wysadzić na bezludny 
ląd. Wszelki słuch o nich zaginął. W kraju, który w przyszłości dał możność życia dziesiątkom tysięcy ludzi, ci 
dwaj przepadli, zginęli — z trwogi, z własnych przywidzeń, pod wrażeniem kulis, które wybrał sprawca ich 
dramatu. 

Trzeci przywódca ma być ścięty. Jest nim kapitan Gaspar de Quesada, zdolny i wypróbowany oficer korony 

hiszpańskiej, toteż jego stracenie powinno się stać prawdziwym widowiskiem teatralnym. Protokół spisany przez 
escribanos, pierwszych pisarzy sztabu, liczy wiele stron. Wyrok jest bardzo długi, obciążony hiszpańskim 
balastem formułek, choć był przecież z góry postanowiony. Stracenie przebiega, jak gdyby było starannie 
wyreżyserowane na wielu próbach: na tle skał stoi w półkolu jakby zamarła załoga i oficerowie, na groźnym 
niebie ciemne chmury. Na środku sceny pień do straceń, przed nim ponury pan życia i śmierci — admirał: 
krótko- nogi, kulejący, o niepewnym wzroku, niskim czole, zarośniętym siwiejącymi włosami. Lodowaty 
powiew idzie od niego ku widzom. Dreszcz przebiega im po plecach. Jakież diabelstwo stary wymyślił! Obok 
pnia, do którego przywiązują Gaspara de Quesadę, stoi Luis de Molino, jego sługa i brat mleczny. Magellan 
przyrzekł darować mu życie, jeśli on odbierze je swemu panu. 1 Molino jest posłuszny

background image

 
szatańskiemu rozkazowi. Głowa Quesady pada pod ostrym, ciężkim mieczem, straszliwie trzeszczą strzaskane 
kręgi, czerwony strumień krwi wytryska jak źródło z otwartej czeluści szyi, zwierzęce wycie Luisa Moliny 
odbija się od skał przeraźliwym echem. 

Pigafetta, tajny pisarz i zaufany Magellana, był, jak większość podoficerów, po stronie admirała. 

Kapitanowie, którzy powstali przeciw Magellanowi, wydają mu się zwykłymi buntownikami. Czy byli jednak 
nimi istotnie? 

Magellan, mimo że 'był opętany swą ideą, zdawał sobie niewątpliwie sprawę, że powstający przeciw niemu ' 

ludzie nie byli w gruncie rzeczy buntownikami. Zaimponowali staremu żołnierzowi: ich zamierzenia były 
doskonale przemyślane i pod względem wojskowym wykonane precyzyjnie. Udało im się obezwładnić go 
błyskawicznym zamachem na „San Antonio", bez rozlewu krwi, bez krzyku — co było nie lada wyczynem! 
Poza tym byli przecież zatwierdzeni przez króla jako inspektorzy, skarbnicy i oficerowie rachunkowi wyprawy. 
Zepchnięci przez admirała na drugi plan, mieli niewątpliwie obowiązek oprzeć się temu. Z Iudzkięgo punktu 
widzenia nie można im nawet wziąć za złe, że chwycili za szpady, aby bronić własności swego króla przeciwko 
szalonemu, ich zdaniem, przełożonemu. 

Magellan przeżywał głęboką wewnętrzną rozterkę. Nikt nie wie, jak ją przezwyciężył, gdyż ani on, ani 

ktokolwiek inny nie napo 
mknął o niej choćby słówkiem. Toteż musimy zadowolić się tym, co nam przekazała historia. 

Magellan odczuł silnie tragizm swej sytuacji. Po jednej stronie stał szlachcic, który dla zrealizowania swego 

wielkiego planu wywę- drował z niewdzięcznej ojczyzny, stary żołnierz o reputacji splamionej dezercją — już 
choćby z tego powodu musiał za wszelką oenę osiągnąć swój cel. Po drugiej stronie — szlachetnie urodzeni 
oficerowie, zobowiązani uroczystą przysięgą do wierności swemu królowi, których poczucie obowiązku zmusza 
do przeciwstawiania się szalonemu, cudzoziemskiemu admirałowi Mierząc ludzką miarą, gra była równa. 

Ale ów dezerter, cudzoziemiec i opętaniec nie mógł tak działać jak człowiek prywatny. Dopóki istniała 

choćby najmniejsza możliwość odkrycia drogi morskiej na Ocean Spokojny, dopóki okrętom jego nie zaniknęła 
przejścia na południe taka sama zapora grubego na metr lodu, jaka przed dwudziestu laty zamknęła drogę 
północno- zachodnią Giovaimiemu Caboto, dopóty był więźniem swego zadania. Musiał tedy uważać za 
niesubordynację i ukarać jako bunt to, co było właściwie tylko obowiązkiem. Musiał zadawać ciosy, odbijać je, 
grać zuchwale va banque. Uczynił to też z szatańską wręcz zręcznością, nie pomijając żadnego szczegółu, z 
somnambuliczną pewnością geniusza. W kilka godzin po wybuchu buntu trzyma swą flotę znowu mocno w 
garści. 

Jako stary żołnierz Magellan znał dobrze wielkiego wroga swego obozu zimowego. Był nim nie głód, lecz 

bezczynność. Przed niewielu laty admirał był przecież sam jeszcze zwykłym żołnierzem. Wie zatem, co to 
znaczy, gdy setki ludzi stłoczonych na małej przestrzeni wałęsają się bez zajęcia i powtarzają znane do 
znudzenia kawały i anegdoty. Nic dobrego z tego nie wychodzi; bezczynność prowadzi do niesnasek, a wreszcie 
do buntu, buntu od dołu. Tu, na odludnym, pustym wybrzeżu, wśród ciągłych burz zimowych, w mglistym 
mroku panującym na tych szerokościach geograficznych niebezpieczeństwo to jest szczególnie wielkie. 
Magellan musi więc popędzać swoich ludzi tak, by upadali ze zmęczenia. Przez prawie sześć

background image

 
Część druga — Ziemia jest kulą 
miesięcy pędzi ich jak nagonka dziką zwierzynę. Załogi okrętów ścinają drzewa, przycinają belki i listwy, 
naprawiają żagle, ładują balast. Następnie budują zbiegające pochyło do wody tory wyciągu, a gdy olbrzymie 
windy wyciągnęły okręty na ląd, remontują stępki, odnawiają zbutwiałe części kadłubów, ciosają, klepią, 
świdrują, smołują i uszczelniają, zamiatają, szorują i malują, jak gdyby nazajutrz mieli wyruszyć w dalszą drogę. 

Ludzie Magellana przeklinają „terapię pracy" swego admirała. Alenie buntują się i nie chorują. A oprócz 

tego tak uporządkowali okręty, że są wspanialsze niż kiedykolwiek. 

Gorszy jest los Magellana, gdyż trapi go niepewność. Kazał ogłosić, że będzie żeglował do 75° szerokości 

południowej. Potem chce skręcić na wschód i płynąć do Wysp Korzennych zwyczajną drogą przez Indie 
Wschodnie. Jest to oferta pokojowa wobec kapitanów. Ale jest to równocześnie kapitulacja Magellana, 
przyznanie się do własnej niepewności. Przez to prowokuje ponownie bunt. Ale bunt nie wybucha. Ludzie czują 
jeszcze zbyt dobrze strach w kościach. 

Nie buntują się też, gdy Magellan w niecierpliwości ducha decyduje się o wiele za wcześnie na działanie i z 

końcem maja 1520 wysyła w ciemność i burzę korwetę „Santiago" na rekonesans w kierunku południowym. 
Kapitan Serrano wypływa bez słowa sprzeciwu. Ale nie powraca. Mijają tygodnie, aż wreszcie dwie słaniające 
się i wygłodniałe postacie schodzą ze wzgórz do portu San Julian. Byli to marynarze z „Santiago", którzy 
przynieśli hiobową wieść, że okręt rozbił się i zatonął, a ci, którzy uszli z życiem, znajdują się o kilka dni drogi 
stąd na południe, głodni i bezdomni wśród dzikich skał. 

Te smutne wieści przerywa nagle sensacja. Na wzgórzach okalających ze wszystkich stron port San Juli&n 

ukazuje się pewnego dnia dziwna istota podobna do człowieka. Hiszpanom, którzy byli średniego wzrostu, 
wydała się ona nadludzko wielka, olbrzymia. Zwłaszcza nogi tej istoty ludzkiej, jak opowiadali później 
hiszpańscy podróżnicy, były niezwykle długie. Nazwali tedy owego człowieka patagón, „wielkonogi", i 
dotychczas kraj, w którym olbrzymy te iyją, nazywa się Patagonią. 

Niezgrabne człeczysko, które wynurzyło się jakby z nicości, wydaje się być w dobrym humorze: tańczy i 

śpiewa. Ciekawy Pigafetta, który od długiego czasu nie miał nic do opisywania w swym dzien 
Patagończycy, ludzie-olbrzymy 
niku, rozkoszuje się tą sceną jak prawdziwy dziennikarz. Nic nie uchodzi jego uwagi. Widzi czerwone i żółte 
koła, które dzikus wymalował sobie dokoła oczu — oznaka szczepu Tehuelche, „ludu południowego", jak 
krajowcy sami siebie nazwali. Opowiada, że dziwne to stworzenie ubrane było w kunsztownie zszyte skóry 
jakiegoś nieznanego zwierzęcia, w futro guanako, które Patagończycy noszą jeszcze obecnie. Z uśmiechem 
przypomina sobie, że admirał kazał jednemu z marynarzy, aby także tańczył, śpiewał i jak ów dzikus rzucał poza 
siebie piasek. Ku wielkiej uciesze swych towarzyszy marynarz okazał się przy tym tak zręczny, że krajowiec 
zrozumiał, iż obcy ludzie nie żywią wobec niego złych zamiarów, i podszedł do nich bliżej. 

„Dał się spokojnie zaprowadzić na małą wyspę, na którą udali się także kapitan i jego towarzysze. 

Patagończyk był widocznie uradowany, że nas zobaczył, i wskazywał palcem ciągle na niebo, chcąc widocznie 
w ten sposób wyrazić, że według jego przekonania zeszliśmy stamtąd. Człeczysko było przy tym tak potężnie 
wielkie, że nasze głowy sięgały mu najwyżej do pasa. Kapitan kazał mu dać jeść i pić i podarował mu oprócz 
innych rzeczy także lusterko. Gdy olbrzym ujrzał się w nim, zatoczył się ze strachu tak szybko i silnie w tył, że 
przewrócił czterech marynarzy, którzy przypadkowo stali tuż za nim." 

Tak pierwotnego człowieka żaden z Hiszpanów jeszcze nie widział i gdy ukazało się jeszcze kilku 

Patagończyków zwabionych hałasem, a wśród nich także kilka „olbrzymek", uciecha była ogromna. Ludzie 
mieli ochotę schwytać jednego z tych potężnych chłopów, by zabrać go z sobą do Hiszpanii. Było przecież 
niezmiernie pocieszne patrzeć, jak pożerał żywe szczury, jak kilku kęsami połykał pół komiśniaka, jak oglądał 
na wszystkie strony lusterko i dzwonki, które mu podawano. Potem pokazano mu kajdanki na ręce i wyjaśniono, 
że jest to wspaniale pobrzękująca ozdoba. Dzikus nie przeczuwając nic złego uwierzył, ale gdy stalowy pierścień 
nagle z chrzęstem się zamknął, olbrzym był bezbronny i w okowach; zaciągnięto go na jeden z okrętów, gdzie 
jednak w niedługi czas potem zginął jak zwierzę. 

Magellan otrzymał z Domu Indyjskiego rozkaz, aby przywiózł z sobą okazy wszystkich ludzi, zwierząt i 

roślin, jakie podczas swej podróży odkryje. Użycie gwałtu było mu jednak w głębi serca

background image

 
niemile. Krajowcom z Zatoki Rio de Janeiro włos z głowy nie spadł. Dotknęło go boleśnie, że biedny dzikus 
doznał tu takiej krzywdy. Nieszczęście i śmierć czyhają widocznie w porcie San Julian. Precz stąd czym prędzej! 
Z końcem sierpnia 1520 roku można było nareszcie wyruszyć. Magellan wypłynął już tylko z czterema 
okrętami. Była to niedobra podróż. Szalały dzikie burze wiosenne, które bez żadnych znaków ostrzegawczych 
spadają tutaj naglę z wyżyn na morze i są niebezpieczne nawet dla nowoczesnych okrętów. Jeszcze lód pływał 
po wodzie, dni były krótkie, a noce ciemne, burzliwe i długie. Brak „Santiago" dawał się przy tym stale i 
dotkliwie we znaki. Był to najmniejszy okręt armady, ale też najbardziej zwrotny i o najmniejszym zanurzeniu. 
Gdy chodziło o zwiady, gdy trzeba było przepłynąć niesamowite, czarne fiordy — zadania te powierzano małej 
korwecie. Teraz Magellan musi do tego celu użyć wielkich, ciężkich okrętów. Po dwóch dniach ma tego dość. U 
ujścia rzeki, którą „Santiago" odkrył na krótko przed zatonięciem, dowódca zatrzymuje się, a 26 sierpnia rozbija 
znów na dwa miesiące obóz zimowy. 

Jest to naprawdę złośliwość losu. Albowiem o dwa dni drogi dalej na południe leży paso; wśród potężnych 

murów z gnejsu i granitu otwiera się tak długo poszukiwana cieśnina. Bardzo blisko ujścia Santa Cruz! Ale 
Magellan nie wysyła nawet łodzi. Głos wewnętrzny, który wiódł go aż do tego miejsca, poprzez wszystkie 
przeciwności, nagle zamilkł. Zgasła ufność, jest jakby przerażony beznadziejnością i rozpaczą, stracił odwagę i 
ochotę do działania. A jednak nie poddaje się. 18 października 1520 roku flota znowu podnosi kotwicę i po 
krótkiej podróży mija zatokę leżącą na południe od wdzierającego się daleko w morze przylądka. 
Jest 21 października, dzień jedenastu tysięcy dziewic. Znajdują się na 52° szerokości południowej. Pogoda jest 
zmienna, co chwila zrywa się porywisty wiatr, morze marszczy się krótkimi falami. Zatoka wygląda jak każda 
inna, a oficerowie i kapitanowie nie badają jej nawet bliżej. Mój Boże, okaże się z pewnością, że -to znowu 
fiord, który po pewnym czasie zgubi się gdzieś wśród lądu. Magellan miał pewnie także wątpliwości i był 
niezdecydowany. Minął rok, od kiedy wyruszyli z Sewilli. Zużyto już więcej niż połowę prowiantu. W 
najlepszym razie czekają go jeszcze długie mie- 

siące podróży. Czas nagli, każdy dzień jest cenny. Czy znów próbować? Wydaje wreszcie rozkaz. Wysyła okręty 
„San. Antonio" 
i „Conception" polecając im, aby wróciły najpóźniej po pięciu dniach. Nie chce więcej ryzykować. Okręty 
ruszają i pędzone rześkim wiatrem znikają za przedgórzem. Zaledwie znikły z oczu, nad zatoką zrywa się orkan. 
„Trinidad", okręt flagowy Magellana, 1 „Victoria" zdołały ujść jeszcze na redę. Pozostałe dwa okręty 
znajdowały się jednak już zbyt daleko w cieśninie, miotane gwałtowną burzą. Nie ulega wątpliwości — są 
stracone! 
Dokładny opis zdarzeń owego dnia zawdzięczamy znowu Piga-

background image

 
fetcie. Ara słowa o dramatis personae, o czynnych i biernych aktorach tragedii. Wydarzenia są ważniejsze niż 
ludzie. Srebrny ołówek notuje lakonicznie: 

„Burza zapędziła oba okręty głębiej w zatokę. Marynarze myśleli już, że rozbiją się o skalne brzegi, gdy 

nagle dostrzegli otwór, w który wpłynęli Popłynęli dalej tą drogą i przybyli do nowej zatoki, z której dostali się 
przez drugą cieśninę do jeszcze innej zatoki. Zadowalając się tym, zawrócili, aby jak najszybciej przybyć z 
dobrą nowiną do Magellana. Byli w drodze dwa dni. Myśleliśmy, że rozbili się podczas burzy. Gdy ujrzeliśmy 
unoszący się na lądzie dym, uważaliśmy to za znak dany nam przez rozbitków. W tej chwili jednak obydwa 
okręty wypłynęły do nas z zatoki z rozwiniętymi żaglami i powiewającymi flagami. Rozległy się wystrzały 
armatnie i słychać było okrzyki radości..." 

Można sobie wyobrazić, co chwila ta oznaczała dla Magellana. Nie był jeszcze pewny, czy długi kanał 

prowadzi do „Mar del Sur", czy z szarego, skalistego pustkowia istnieje przejście do słonecznych brzegów Mórz 
Południowych, które Balboa odkrył przed kilku laty. Ale do tej pory nie napotkali fiordu, który wrzynałby się 
tak głęboko w ląd jak ten. Czyżby to była istotnie upragniona cieśnina? Choć załoga i kapitanowie obu okrętów 
zapewniają, że nie może to być koryto rzeki, gdyż woda była przez cały czas niezmiennie słona, a aż do 
ostatniego zakrętu przypływ i odpływ zaznaczały się głębokim opadaniem i potężnym podnoszeniem się wody. 
Magellan każe wysłać na zwiady barkas okrętu admiralskiego. 

A więc naprzód! Nie czekając prawie na rozkaz podnoszą się żagle, winda wyciąga z chrzęstem kotwicę, po 

czym najpierw z lekkim chybotaniem, potem poddając się błogo wiatrowi, cztery okręty lecą jak cztery strzały w 
stronę kanału, w którym znikł barkas. Z obu stron czają się milczące rafy i ławice. Jak okiem sięgnąć nie widać 
żywego stworzenia. Ale w nocy jarzą się wokoło niezliczone ognie, tak że Hiszpanie nadają temu posępnemu, 
niesamowitemu lądowi nazwę „Tierra del Fuego", Ziemia Ognista. Nie wiedzą, że w tym estrecho, tj. cieśninie, 
okręty ich przepływają nie tylko oceany, ale także bezmiar czasu, że wpłynęły z powrotem w tysiąclecia, gdy 
człowiek nie umiał jeszcze zapalać ognia i musiał dniami i nocami żywić prometejską iskrę. Szczepy, które tu 
mieszkają — jak niedawno temu wykazał Otto Menghin, ludy o odcieniu europidalnym — 
żyją jeszcze we wczesnej epoce kamiennej. Podobnie jak ich krewni w górach Hiszpanii i Afryki północnej 
odtwarzają na ścianach głębokich jaskiń i wąwozów swe ręce, opryskując je potem jasnoczer- woną lub czarną 
farbą. Jak tamci ryją w twardej skale figury geometryczne, kunsztowne rysunki labiryntów, tropy zwierząt, na 
które polują. Ale są o wiele prymitywniejsi od wczesnych Europejczyków. Znają ogień, potrzebują go, aby 
utrzymać się przy życiu, ale muszą go troskliwie strzec i podsycać, aby nie zgasł. Gdy wśród poszarpanych skał 
wyje nocny wiatr, tysiące upiornych, ognistych oczu żarzy się na wzgórzach martwej pustym. 

Gdy od wschodu wpłynęli w cieśninę, nic z początku nie zapowiadało niebezpieczeństw, które ich czekały. 

Żeglarzy witały zielone brzegi, okolone miłymi jasnymi wzgórzami. Ale gdy po pierwszych zakrętach statki 
sunęły wąskim torem wodnym, z obu stron wyrastały niebotyczne góry. Nagie, strome ściany do 2000 m 
wysokości wznosiły się nad huczącym, pełnym wirów, spienionym morzem, które w dzikim rozkołysaniu 
obnażało co chwilę ostre jak igły, niebezpieczne rafy. Przeciągające mgły zasnuwały czasami groźny widok; w 
nieprzeniknionym, nasyconym wilgocią powietrzu wszystko przybierało upiorne kształty. Niezliczone okręty 
wszystkich narodów świata zakończyły tutaj swój żywot. Jest wprost cudem i najlepszym świadectwem 
wybitnych uzdolnień nautycznych Magellana, że pokonał owe sześćset kilometrów nie straciwszy żadnego 
okrętu. 

Jeden z oficerów nie wytrzymał jednak napięcia nerwowego. Był nim Portugalczyk Estevao Gómez, krewny 

admirała, pilot na okręcie „San Antonio". Zwraca uwagę Magellanowi, że wielka część środków żywności 
uległa zepsuciu i że w niedługim czasie grozi załodze głód a na domiar złego stan okrętów jest niepokojący. 
Dalszą podróż w kierunku Wysp Korzennych uważa w tych warunkach za błąd. Należy wracać do Hiszpanii, co 
teraz może przecież nastąpić bez ujmy dla honoru, a w następnej ekspedycji można by bez trudu dotrzeć na 
Moluki. Ale Magellan jest głuchy na wszelkie perswazje Nakazuje płynąć dalej i w tajnym rozkazie 
skierowanym do kapitanów grozi karą śmierci i straceniem każdemu, kto by się ośmielił napomknąć wobec 
załogi o niedostatecznym zaopatrzeniu w żywność. Gdyby mieli nawet jeść skórę z rej, popłyną dalej! 

Tego jest za wiele dla Estevao Gómeza. Przytroczony w ciągu

background image

 
dnia do koła sterowego, zmuszony do stałego napięcia uwagi, aby ciężki statek wymanewrować z raf i ławic, 
zrywany w nocy ze snu przez żarzące się wokoło demoniczne oczy, nękany słuszną troską 
0  zły stan okrętów, podburza załogę swego statku, pokonuje przemocą kapitana „San Antonio" i wraca. W pięć 
miesięcy później, gdy dawni jego towarzysze przybijają po drugiej stronie świata dopiero do Filipin, „San 
Antonio" wpływa z kilkudziesięciu dezerterami do portu w Sewilli. Ucieczka nastąpiła potajemnie, w jednym z 
wielu zakrętów biegnącej ku południowi Cieśninie Admiralicji, gdy statkom „Conception" i „San Antonio" 
zlecono zbadanie tej cieśniny. Stało się to niemal dokładnie w tym samym czasie, kiedy wysłany na zachód 
barkas okrętu admiralskiego wraca powiewając flagą na znak, że widział morze południowe, że estrećho uchodzi 
rzeczywiście do drugiego oceanu, że Magellan ma słuszność! 

Na kasztelu „Trinidad" stoi krótkonogi, osiwiały w ostatnich miesiącach, wychudły, niepokaźny człowiek. 

U dołu przybiła łódź, ludzie wykrzykują głośno, z triumfem, radosną nowinę. Nagle cichną 
1 trącają się z zakłopotaniem łokciami. Admirał zakrył twarz rękoma, łzy ciekną mu między palcami, odwraca 
się łkając — szloch rozrywa mu piersi. Niepojęte, że ich twardy jak stal „stary" rozpłakał' się niby dziecko, por 
alegria, z radości, ze szczęścia, z błogiej wdzięczności. Ludzie odwracają się, zawstydzeni. 

Wtem nadchodzi wiadomość o zniknięciu okrętu „San Antonio". Z wszystkich ciosów, jakie los wymierzył 

Magellanowi, ten jest najdotkliwszy. Największy okręt wiózł też największy ładunek żywności. Okręty 
wypływają na wszystkie strony, wysyłają oddziały zwiadowcze, ale nie znajdują nic — ani trupów, ani 
szczątków. Ponieważ pogoda była wspaniała, pozostaje tylko wniosek, że „San Antonio" uciekł. Magellan nie 
chce w to uwierzyć. Ale Andrea de San Martin, astronom i astrolog eskadry, potwierdza złowieszcze 
przypuszczenie. Tak jest w horoskopie, tak mówią gwiazdy. A gwiazdy nie kłamią! 

Czy było to jeszcze jedno ostrzegawcze wołanie Norn, odwija- jących coraz krótszą nić życia Magellana? 

Czy miał rację Estevao Gómez, gdy radził, aby tym razem poprzestać na samym odkryciu przejścia? Magellan 
przyrzekł wprawdzie Karolowi V, że jego flota popłynie zachodnią drogą morską do upragnionego celu, do 
Wysp Korzennych. Ale okręty niewiele są już warte i brak prowiantu. 
Jeżeli zechce dotrzymać swej przysięgi, narazi życie swoje i swoich ludzi. Czy wolno mu to uczynić? 

Magellan waha się. Potem każe doręczyć swym kapitanom następujący rozkaz: 
„Fernando de Magellan, rycerz Orderu Sw. Jakuba, główny dowódca floty wysłanej przez Jego Cesarską 

Mość celem odkrycia Wysp Korzennych, do kapitanów, oficerów, majstrów okrętowych i bosmanów: 

Wiem, że mój zamiar kontynuowania podróży budzi w Was obawę, że bez nadziei powodzenia narażacie się 

na największe niebezpieczeństwa. Jesteście zdania, że pozostaje nam za mało czasu do wykonania naszego 
zadania. 

Nie odrzuciłem dotąd bez wysłuchania żadnej opinii, nie pogardziłem żadną radą; sprawy były zawsze 

omawiane jawnie i w czasie wszystkich narad każdy mógł swobodnie wypowiedzieć swój pogląd. Ale po 
wypadkach w porcie San Julian uważałem za bardziej wskazane wysłuchać Waszego zdania pojedynczo aniżeli 
zwoływać zebranie. 

Żądam tedy od Was, abyście mi pisemnie podali wszystko, co wydaje się Wam pożyteczne dla służby Jego 

Cesarskiej Mości i dla bezpieczeństwa floty. Zobowiązuję Was przede wszystkim, abyście mi nie radzili nic, co 
by wykraczało przeciw, służbie dla Króla, naszego pana, i przeciw przysiędze, którąście mi złożyli. Rozkazuję 
Wam w imieniu Króla i jako Wasz admirał, ażebyście mnie zawiadomili o wszystkim, co uważacie, że 
powinniście mi radzić w sprawie naszej podróży, ażebyście mi wyłożyli pisemnie Wasze powody, nic przede 
mną nie ukrywając. Moje własne zdanie i moją decyzję podam Wam potem do wiadomości." 

Ten rozkaz dzienny jest majstersztykiem dyplomacji. Zawiera naturalnie także ludzkie rysy. Magellan jest 

rzeczywiście niezdecydowany, co ma robić. Ale myśl jego sięga dalej. Myśli o powrocie i o tym, co powie Dom 
Indyjski. „San Antonio" przyniesie pierwsze wiadomości o wypadkach w San Julian. Dezerterzy będą się uskar-
żali na nieznośny terror stosowany przez admirała. Z tym musi się rozprawić nie dopiero po powrocie, lecz już 
dziś i tutaj. Jego oficerowie uśmiechną się wprawdzie sceptycznie, gdy przeczytają, że Magellan nigdy nie 
odrzucił żadnej rady i zawsze wszystkie sprawy omawiał jawnie. Wiedzą, że to kłamstwo. Ale scripta manent,

background image

 

a

 główny dowódca w cichości liczy się z tym, że stanie jeszcze jako oskarżony przed sądem wojennym, więc 

postępuje mądrze, przygotowując zawczasu obronę. Byle tylko nie dać poznać po sobie, jak sprawy stoją! I 
dlatego zakończenie: „Moje własne zdanie i moją decyzję podam Wam potem do wiadomości." 
pw ---------  ----  

Sformułowania tego rodzaju nie wzbudzają naturalnie zaufania. Oficerowie przesyłają zatem odpowiedź, w 

której asekurują się przez rozmaite „tak" i „nie", „wprawdzie" i „ale". Wszyscy myślą przy tym o porcie San 
Julian. „Stary" jest chyba opętany. Toteż nie są zdziwieni rozkazem, który 28 listopada 1520 roku sygnalizuje 
okręt dowódcy eskadry: „Podnieść żagle! Za mną!" 

Gdy „Cabo deseado", upragniony przylądek, położony u wyjścia z Cieśniny Magellana na Ocean Spokojny, 

po trzydziestu dniach rozpaczliwego lawirowania znika za flotą płynącą z rześkim wiatrem na zachód, admirał i 
jego ludzie przekraczają próg piekła. Wygląda ono zrazu pięknie i promiennie. Z błękitnego nieba spływają cie-
płe promienie słoneczne, białe, lekkie chmurki suną po niebie, pieniste grzebienie marszczą łagodnie morze, 
zdając się gonić w dziecinnej igraszce. „El Pacifico", „Spokojny", tak Hiszpanie 
ochrzcili nowe morze, tak bardzo różniące się od gwałtownego Atlantyku. 

Mijają godziny, dni i tygodnie. Miesiąc upływa za miesiącem, stale wieje ten sam wiatr, za okrętami pędzą 

te same fale, te same chmury ciągną po niebie — a ponad wszystkim unosi się coraz bardziej oślepiające, coraz 
nieznośniejsze, rażące, ostre słońce. 

Jest to przedsionek piekła. W miarę jak mijają dnie i mile, Hiszpanie wchodzą coraz głębiej w szatański 

krąg. Jedyny łyk wody, który otrzymują dziennie i na który z wyschniętym językiem czekają dwadzieścia cztery 
godziny, cuchnie jak zaraza. Pijąc go, zatykają sobie nosy. Suchary okrętowe roją się od długich, tłustych 
robaków, które wzdłuż i wszerz wydrążyły sobie chodniki przez twarde ciasto, tak że pojedyncze porcje 
rozpadają się w obrzydliwy proch. Setki szczurów zlały je swą uryną. Ohydne jest to żarcie. Mięso stało się 
zupełnie niejadalne. Mieni się i fosforyzuje wszystkimi barwami rozkładu. Lepiej już polować na szczury. Są 
niezłe w smaku. I tłuste — tłuste! Cena pieczeni ze szczura podnosi się z kilku marawedów do jednego złotego 
dukata. A ponieważ ludziom nie zawsze udaje się je schwytać, więc odrywają skórzane obicie z rej, moczą je 
przez kilka dni w wodzie morskiej, gotują i jedzą. 

Opisuje to Pigafetta. Ale oczywiście nie zadowala się przepisami kucharskimi dla głodnych marynarzy. Tak 

jak umie, podaje w swoim dzienniku również kurs, którym żeglują: 

„W trzy miesiące i dwadzieścia dni przebyliśmy prawie 4000 leguas (22 000 km). Nocą stało na zachodnim 

niebie pięć błyszczących gwiazd, które tworzyły wyraźny kształt krzyża. Nigdzie nie widzieliśmy lądu, z 
wyjątkiem dwóch nie zamieszkałych wysp, na których znajdowały się tylko drzewa i ptaki. U brzegów tych 
wysp nie było miejsca na rzucenie kotwicy, roiło się tam od rekinów. Nazwaliśmy je przeto „Wyspami 
Nieszczęśliwymi". Odległość między nimi wynosi 200 leguas (1100 km), pierwsza leży pod 15°, a druga pod 
12° szerokości południowej. 

Żeglowaliśmy w kierunku północno-zachodnim, aż dotarliśmy do równika. Gdyśmy go przekroczyli, 

skierowaliśmy się na zachód kursem między zachodem a północo-zachodem. Potem płynęliśmy przez 200 
leguas stale na zachód. Następnie zmieniliśmy znowu kurs i przeszliśmy na południo-zachód, aż osiągnęliśmy 
13° szerokości północnej. Żeglując na tej szerokości około 70 leguas (390 km)

background image

 
w kierunku zachodnim, odkryliśmy pod 12° szerokości północnej małą wyspę..." 

Nawet najgorsze czasy mają na tym świecie swój kres. Dla Magellana i jego ludzi piekielna podróż trwała 

sto dziesięć dni. Nieszczęśliwy los wiódł ich tak wśród mnóstwa wysp Polinezji, że dostrzegli zaledwie kilka raf 
podwodnych. Wreszcie 6 marca 1521 roku gęste chmury skłębiły się na horyzoncie. Wytwarzają je, jak dzisiaj 
wiemy, termiczne prądy powietrzne przy zetknięciu się z chłodniej 
szymi masami powietrza. Ale prądy takie nie powstają nad lasami lub morzem, lecz tylko nad piaskami i nagimi 
skałami rozgrzanymi w słońcu. Tam więc, gdzie ukazują się gęste kłęby wysoko spiętrzonych chmur, będą się na 
lądzie stałym znajdowały z reguły wielkie płaszczyzny piasku, w morzu zaś —i większe wyspy. Hiszpanie 
Magellana nie wiedzieli, że kapitanowie polinezyjscy wypatrują od niepamiętnych czasów takie kłębiaste 
chmury podczas swych dalekich podróży przez ocean. Nie przeczuwali więc, co chmury oznaczają, toteż gdy 
marynarz z bocianiego gniazda oznajmił ląd, nowina ta przeleciała jak iskra elektryczna przez cały okręt. Nawet 
ropiejący, owrzodziali marynarze, chorujący na szkorbut drugiego i trzeciego stopnia, wyszli słaniając się na 
pokład. Ziemia, ziemia, ziemia! 

Lekko zarysowane, delikatne linie na horyzoncie, odkryte w zmierzchu wieczornym 6 marca 1521 roku, 

okazały się następnego ranka urodzajnymi wyspami pełnymi palm kokosowych i gajów bananowych, które 
wyłaniały się z morza niby kwitnące, zaczarowane ogrody. Każdy, nie wyłączając admirała, łaknął świeżej wody 
i kęsa świeżej strawy, ale krajowcy, którzy mnóstwem kanu otoczyli eskadrę Magellana, kradli wszystko, co nie 
było przybite gwoździami lub przynitowane, i dokazali nawet tego, że zabTali barkas dowódcy przymocowany u 
rufy „Victorii"; stali się wreszcie tak natarczywi, że Magellan musiał już następnego dnia wysłać na ląd 
ekspedycję karną, która oczywiście nie miała czasu ani możności wystarać się o prowiant. Przezwanie tej grupy 
wysp ,,Los Ladrones", Wyspami Złodziejskimi, było ze strony Hiszpanów tylko platonicz- nym odwetem za 
doznane krzywdy. 

Ale już 16 marca, a więc w tydzień później, flota ujrzała znowu ląd. Serce Magellana zabiło żywiej: to 

według jego obliczeń powinny być nareszcie Moluki, owe osnute legendą „Ilhas das Especierias". Z wielką 
ostrożnością zbliżył się do wybrzeża i przybił do niezamieszkałej wyspy. Mogła się tu już od dawna znajdować 
załoga portugalska, z którą bynajmniej nie chciał się spotkać. Nie wolno mu też było wdać się w walkę z 
krajowcami; wszystkie jego okręty były w gruncie rzeczy pływającymi lazaretami, a jeśli ktoś z załogi nie leżał 
chory na szkorbut, to był tak osłabiony z głodu, że nie mógł utrzymać kuszy w ręku. 

Obawy okazały się jednak płonne. Kolorowi, którzy przybyli

background image

 
z pobliskich wysp, byli dobrotliwi i przyjaźnie usposobieni. O Portugalczykach nic nie wiedzieli Magellanowi 
spadł kamień z serca. Ale tubylcy rozumieli tylko bardzo słabo po malajsku, widocznie nie był to ich język 
ojczysty. Czyżby wyspy te nie były Molukami? Admirał wpada pod pokład, by wynieść kwadrant. Potem 
nastawia wziernik na słońce, stojący obok niego sternik odczytuje liczbę stopni i Magellan, przerażony, musi 
przyznać w duchu, że żadne z jego obliczeń dokonanych na morzu nie było trafne. Znajduje się 
0  10° bardziej na północ, leżące przed nim wyspy nie są zatem Molukami, lecz jakimś nie znanym dotychczas 
lądem. 

Na razie jednak musi się z tym pogodzić. Najważniejsze, że chorzy powracają do zdrowia. Marynarze i 

oficerowie rzucają się z dzikim apetytem na przepyszne nieznane owoce, które tubylcy przywożą w olbrzymich 
ilościach na łodziach. Są to banany i orzechy kokosowe, Pigafetta nie może się ich dosyć nachwalić. Nie brak 
także świń i kur, a w lasach pełno jest owoców i jagód. Mają tu nawet coś w rodzaju wina: wino palmowe, 
sfermentowany sok palmy kokosowej, o mlecznym i mętnym wyglądzie, kwaskowate, ale wcale niezłe. 
Wszystkie te przysmaki można otrzymać w nadmiarze za kilka dzwonków lub lusterko. Ale najwspanialsza jest 
woda, czysta, świeża, chłodna woda źródlana, która wszystkim, jak pisze Pigafetta, tak wybredny niegdyś syn 
patrycj uszowski, smakuje lepiej niż w domu najdrogoceimiejsze wino. A co najcudowniejsze, we wszystkich 
tych świeżych owocach i jarzynach, w młodym winie 
1 mięsie tkwi jakieś nieznane lekarstwo. Hiszpanie nie tylko są syci, ale wracają do zdrowia. Cuchnące, zropiałe 
wrzody nikną, zęby przestają się chwiać, spuchnięte dziąsła odzyskują dawny kształt, woda, która wzdymała 
członki, wydziela się z organizmu, ustają wieczne zawroty głowy, krótko mówiąc, z dnia na dzień czują się jak 
nowo narodzeni. Jest niezmiernie znamienne, że Magellan nadaje tym wyspom nazwę „Wysp Św. Łazarza", od 
postaci biednego człowieka w micie Chrystusowym. Nazwa ta jednak nie utrzymała się, tak samo jak nazwa 
Ladrones. Wyspy Złodziejskie zostały przemianowane na Mariany od imienia pewnej królowej hiszpańskiej. 
Wyspy Św. Łazarza otrzymały po hiszpańskim następcy tronu Felipe, późniejszym Filipie H, nazwę Filipiny. 

W niespełna tydzień później, gdy załoga przyszła znów do siebie, Magellan popłynął na Cebu, główną 

wyspę Filipin. Tu chciał się 
zaopatrzyć w środki żywności na dalszą podróż na Moluki. Po początkowych trudnościach wszystko 
zapowiadało się jak najlepiej. Sułtan Cebu zawarł braterstwo z Magellanem, złożył przysięgę na wierność 
królowi Hiszpanii, a kapelan okrętowy miał sposobność dopełnić wielkiej ceremonii chrztu, podczas której 
dwieście osób, mężczyzn i kobiet, przyjęło chrześcijaństwo. Przyjaźń brązowych 
i ich skłonność do nawrócenia się pozostawały naturalnie — bo jakże mogłoby być inaczej! — pod wrażeniem 
technicznej przewagi cudzoziemców. Huk armat jest bardzo przekonywającym argumentem. Magellan nie 
zastosował jednak jawnej przemocy. Oznajmił, że kto nie chce przyjąć chrześcijaństwa, nie musi tego uczynić i 
nic złego mu się z tego powodu nie stanie. Ale chrześcijanie będą oczywiście lepiej traktowani.

background image

 

„Wówczas wszyscy zawołali jak jeden mąż, że chcą zostać chrześcijanami, nie z bojaźni i służalczości, lecz 

z wolnej woli Oddają się całkiem w ręce admirała, niech z nimi postąpi jak z własnymi ludźmi" 

Nie jest to złośliwa aluzja do późniejszych czasów i do całkiem innego rodzaju .wychowywania kolorowych 

ludzi Słowa, które tu przytoczyliśmy, pochodzą od Stefana Zweiga, podobny opis znajdujemy zresztą u 
Pigafetty. Stawia to w szczególnie korzystnym świetle Magellana jako człowieka — choć był on przecież 
współczesnym krwawych zdobywców Corteza i Pizarra. Umiał być twardy, był jednak rozsądny i ludzki, gdy 
chodziło o los zwyciężonych. 

Główny dowódca floty hiszpańskiej, wysłanej w podróż dokoła świata, był dobrym i wierzącym żołnierzem 

Chrystusa i wspaniałe sceny religijnego bratania się sprawiały mu niewątpliwie głębokie zadowolenie. Ale te 
nawrócenia nie były oczywiście jedynym czynnikiem, który dawał mu pewność, że przebyte straszliwe tygodnie 
i miesiące miały jednak jakiś sens. Ponieważ handlarze indyjscy i chińscy często odwiedzali odkryte przez 
niego, a w Europie zupełnie nie znane wyspy, Magellan dowiedział się, że jego wielki cel, Wyspy Korzenne, 
leżą tuż przed nim. Żeglując na zachód, przez nie znaną jeszcze część świata, o której wielkości żaden geograf 
owych czasów nie miał wyobrażenia, przekroczył długość geograficzną, do której kilka lat przedtem dotarli od 
zachodu Portugalczycy. Wiadomość ta napełniła go uczuciem potężnego triumfu. Wszak podróżą swą dowiódł 
ostatecznie, że ziemia ma kształt kuli, co do tej pory było tylko teorią. 

Nie było mu jednak sądzone żyć długo po tej chwili spełnienia najgorętszych marzeń. Wódz sąsiedniej 

wyspy Matan wzbraniał się uznać obcego wodza i pójść za przykładem sułtana Cebu. Gdy Magellan wyruszył 
tam z ekspedycją karną, wpadł nagle w zasadzkę i znalazł się wraz ze swymi pięćdziesięcioma źle uzbrojonymi 
marynarzami wobec trzydziestokrotnie liczniejszego wroga, któremu nie mógł się oprzeć. Śmiertelnie ugodzony 
zatrutą strzałą, nakazał odwrót, który zakończył się tak bezładną ucieczką, że na placu boju musiano pozostawić 
trupa Magellana. Wstrząśnięty tym wypadkiem Pigafetta zanotował: 

„Zabili nasze zwierciadło, nasze światło, naszą pociechę i wiernego dowódcę. Gdy go zranili, zwrócił się 

jeszcze kilka razy w stronę 
wybrzeża, aby przekonać się na własne oczy, czy wszyscy zdołaliśmy dobiec do łodzi." 

W innym miejscu Pigafetta poświęca Magellanowi następujące wspomnienie pośmiertne: 
„Główne jego cnoty to stałość i wytrzymałość nawet w najcięższych chwilach. Głód znosił lepiej od nas 

wszystkich. Był niezwykle biegły w sztuce odczytywania map morskich, a na nawigacji znał się lepiej niż piloci. 
Najlepszym dowodem jego niezwykłej intuicji jest to, że opłynął dokoła świat — a co najmniej, że dzieła tego w 
chwili swej śmierci tak jak gdyby dokonał — nie mając w tym żadnego poprzednika." 

W tych krótkich słowach mieści się wszystko, co można powiedzieć na chwałę Magellana. Odkrył przejście 

zachodnie, czego pragnął Kolumb. W co genueńczyk wierzył i co przeczuwał, kulistość

background image

 
aS^ĘoS^ffł^pBar^A^akpotęLia siła bilTodT^^wlo- bywcy ziemi, dowodzi wiadomość przekazana przez 
geografa angielskiego Crawfurta: jeszcze w połowie ubiegłego wieku imię Magellana było na Filipinach 
otoczone głęboką czcią, a Matańczycy uważali, iż obarczyli się ciężką winą zabijając tak godnego i zasłużonego 
człowieka. 

Ze śmiercią admirała los całej ekspedycji wydawał się przesądzony. W czasie pobytu na Cebu wycięto w 

pień 25 oficerów, którzy wzięli udział w bankiecie wydanym dla nich przez sułtana. Z 270 ludzi pozostało 114. 
Tylko garstka wróciła w półtora roku później do Europy. Dzieła tego dokonali po miesiącach straszliwych 
wyrzeczeń i tylko dlatego, że w umysłach ich żyło nadal wspomnienie wielkiej indywidualności Magellana; 
nieliczni członkowie, którzy przeżyli jego wyprawę, przez długie obcowanie z nim stali się dziećmi jego ducha. 
Należy krótko wspomnieć o ich dalszych dziejach. 

W kilka dni po śmierci Magellana flota ruszyła w dalszą drogę. W gmatwaninie wysp, wśród zdradliwych 

wód, zmuszających do 
 
częstych zmian kursu, okazało się niebawem, że pozostała załoga, uszczuplona licznymi wypadkami śmierci, nie 
sprosta obsłudze trzech okrętów. Zapadło zatem postanowienie, aby najstarszy statek, „Con- ception", podpalić i 
zniszczyć. Zamiar wykonano. Karawela stanęła w płomieniach od dziobu do rufy i zaczęła szybko pogrążać się 
w morzu. Z „Trinidad" i „Victorii" marynarze patrzyli w milczeniu na płonący okręt. Dowodził nim niegdyś 
Gaspar de Quesada. Był on potem głową sprzysiężenia, które Magellan tak bezlitośnie stłumił w San Julian. Czy 
to przypadek, że teraz musi zginąć także „Con- ception", czy koścista ręka admirała uderzyła jeszcze raz z 
zaświatów? Gdy płonąca smoła uszczelnień rozlała się krwawą smugą po powierzchni morza, odżyły dawne, 
okropne wspomnienia i tej nocy nikt nie znalazł snu na pokładzie. 

„Conception" zatonęła przed wyspą Bohol na Filipinach. Do Mo- łuków było jeszcze około pięciuset 

kilometrów, a więc mniej więcej cztery dni drogi. Lecz zamiast żeglować na południowy zachód Hiszpanie 
lawirują dokoła bez celu. Wkrótce zawitał do nich ponownie stary gość — głód. W końcu wszyscy zaczęli 
gotować się na śmierć. Chcieli zatrzymać się przed niezamieszkałą wyspą, która nagle wyłoniła się przed nimi z 
morza. Załoga i oficerowie zamierzali wyjść na ląd, aby tam ze stoicką, hiszpańską godnością oczekiwać 
śmierci. 

Nagle Juan Campos, arkabuzjer, wskakuje do łodzi, płynie ku lądowi i wraca po kilku godzinach z łodzią 

pełną prowiantu. Dobroduszny kacyk ofiarował najniezbędniejsze środki żywności. Posłał Hiszpanom nawet 
pilota, który zna kurs na Borneo. Posiliwszy sie, marynarze ruszyli w kilka dni później w dalszą drogę i z 
końcem czerwca przybyli do portu Brumei na Borneo, które należało już do portugalskiej sfery wpływów. 

Czekały tam na nich, opowiada Pigafetta, lukullusowe uczty. Trzydziestoma rozmaitymi daniami między 

innymi prawdziwym curry

1

 — uraczył ich sułtan, a podczas przyjęcia płynęła strumieniami wódka z ryżu, napój 

przezroczysty jak woda, zwany przez krajowców arakiem. Mimo przyjaznego przyjęcia Hiszpanie mieli się 
bardzo na baczności, a gdy następnego dnia sułtan Brumei pró

background image

 
bował zbliżyć się ze swoją flotą do okrętów hiszpańskich, spotkało go ogniste powitanie. Ambrazury otworzyły 
się i ze wszystkich luf armatnich spadł na krajowców niszczycielski grad ołowiu i kamieni. Hiszpanie tak szybko 
opuścili tę na ostatek dość niegościnną miejscowość, że odrąbali tylko liny kotwiczne, porzucając kotwice. 

Następują straszliwe tygodnie. Hiszpanie tułają się bez ustanku między wyspami. Znowu nadchodzi głód. 

Nie mając odwagi wyjść na ląd, napadają napotykane dżonki, zabierają żywność, korzenie, złoto i ludzi. Jeden 
ze schwytanych Malajczyków pochodzi z Ternate. Zna drogę do tej wyspy, opowiada o zmarłym Franciszku 
Serrao, starym przyjacielu i towarzyszu Magellana. Hiszpanie zmuszają jeńca do pilotowania. 6 listopada 1521 r. 
wyłania się przed nimi nagle pięć górzystych wysp, uwieńczonych wulkanami. Nareszcie to one, Moluki! 

Żądnemu uciech, rozpieszczonemu Pigafetcie zawdzięczamy znów obszerny opis wspaniałości tych wysp: 
„Były tu goździki, sago, imbir, orzechy kokosowe, ryż, migdały, banany, słodkie i cierpkie granaty, trzcina 

cukrowa, olej orzechowy i sezamowy, ogórki, dynie, melony i ananasy — niezwykle odświeżający owoc o 
wielkości mniej więcej kawonu — a także owoc w rodzaju brzoskwini, który tu nazywają guawe, i wiele innych 
jadalnych roślin. Poza tym wielka obfitość kóz i drobiu. Miód lał się wprost strumieniami. Składają go tu w 
dziuplach drzew pszczoły wielkości mrówek. Wokoło latało mnóstwo pstrych i białych papug; czerwone były 
najbardziej poszukiwane, nie dlatego, jak można by przypuszczać, że są jadalne, ale dlatego, że najprędzej 
można je nauczyć mówić." 

Ale nie tylko zainteresowania natury gastronomicznej kierowały naszym sprawozdawcą. Podaje też bardzo 

obszernie, czym można na Molukach handlować poza płodami natury, ile kosztują tkaniny, narzędzia itd., a 
obok tego dość dokładne dane o rzekomej obfitości złota i drogich kamieni. 

Notuje oczywiście położenie geograficzne każdej wyspy oraz szczegóły dla rysowników map morskich, 

przez co ustala w pewnej mierze tor wodny, który w tych okolicach jest najeżony niebezpieczeństwami. Niezbyt 
uprzejme są uwagi Pigafetty o kobietach na Molukach. Wbrew późniejszym doświadczeniom europejskim od-
mawia im wszelkiej piękności, podaje jednak zarazem, że mężczyźni 
są mimo to zazdrośni „jak wcielone diabły". Z tego szczegółu czytelnik dojdzie do wniosku, że nasz 
sprawozdawca musiał przy okazji spotkać się z jakąś nieprzyjemną odprawą. Może wyszło mu to na zdrowie, 
gdyż wspomina, że na wszystkich wyspach „zaraza weneryczna jest bardziej rozpowszechniona niż w 
jakimkolwiek innym miejscu świata". Przyczyną jest ,.nierząd, który ci biedni poganie uprawiają". Ale znajduje 
się tu wiele innych godnych uwagi rzeczy. Tak na przykład rośnie tu drzewo, którego liście, gdy tylko opadną na 
ziemię, pełzają jak żywe. Pigafetta zapewnia z powagą: 

„Mają po każdej stronie jakieś organy, które wyglądają jak dwie krótkie spiczaste nogi; jeżeli się je odetnie, 

nie wypływa z rany krew ani krwawy sok. Jeden z takich liści przechowywałem przez osiem dni w misce; gdy 
następnie próbowałem go wziąć do ręki, zaczął biec dokoła miski. Nie mogę sobie wytłumaczyć, z czego liście 
te żyją. Przypuszczam, że z powietrza. Tak samo istnieje tu rodzaj ptaków, które według opowiadań tubylców 
podobne są do kawek. Ptaki te wylatują na morze i tam połykają je żywcem wieloryby. Gdy tylko ptak znajdzie 
się we wnętrzu wieloryba, dobiera mu się do serca i zaczyna je zjadać. Wieloryb oczywiście z tego umiera, wiatr 
i fale znoszą go na brzeg i tam Indianie rozcinają mu brzuch. Znajdują wtedy we wnętrznościach żywego ptaka, 
ciągle jeszcze zajętego spożywaniem serca wieloryba." 

Natomiast opowiadania Portugalczyków, jakoby na Molukach „z powodu płytkiego morza i ciągłych 

ciemności w wyniku mgły nie można było wcale żeglować, są czystym wymysłem, rozpowszechnianym tylko w 
tym celu, aby nikt tu nie przyjeżdżał". 

Pigafetta powtarza rozmaite brednie bez zmrużenia powiek; czar tropików każe mu przyjąć z największą 

łatwowiernością nawet rzeczy niemożliwe. Mimo to wspomina tu i ówdzie, że opowiadania tubylców uważa za 
bajki. Tak na przykład ocenia ich relacje, że nieco na północ od tych okolic, w Zatoce Chińskiej, żyją ptaki tak 
wielkie, iż porywają bez trudu dorosłych ludzi i największe zwierzęta, albo że na pewnej małej wyspie na 
Molukach mieszkają karły zaledwie na łokieć wzrostu, mające tak długie uszy, iż mogą się na jednym wygodnie 
położyć, a drugim przykryć. Mało wiarygodne wydaje mu się także palenie wdów na Jawie, o czym zresztą 
donosi jako jeden z pierwszych Europejczyków. 

Nie należy czynić Pigafetcie zarzutów koloryzacji, jego dziennik

background image

 
należy do najbardziej interesujących opisów podróży. Podobnie jak podróżnicy arabscy i on przykłada główną 
wagę do opisu ludzi i stosunków społecznych, z którymi się zetknął, wtrącone szczegóły polityczne i handlowe 
sprawiają wrażenie sztucznie przyczepionych dodatków — jak gdyby niezbyt chętnie wywiązywał się z 
poleconego mu zadania. Szkoda, że brak nam miejsca, ażeby przytoczyć coś więcej z jego dziennika, 
zacytowane próbki dają jednak pewne wyobrażenie o wrodzonym darze narratorskim tego wielkiego repor- 
tażysty, jak byśmy go dzisiaj nazwali. 

Pobyt na Molukach zapowiadał się na ogół pomyślnie. Udało się osiągnąć to, co było życzeniem 

wszystkich, tj. nawiązać bardzo intratny handel. W niedługim czasie „Victorię" i „Trinidad" napełniono 
drogocennymi korzeniami Marynarze zaczęli w końcu pozbywać się swych spodni, koszul i płaszczy, aby także 
dla siebie zdobyć możliwie wiele w drodze wymiany. 21 grudnia 1521 roku, w dniu św. Tomasza, wyruszyli w 
drogę powrotną. 

Jak podróż na Moluki, tak i droga powrotna nie odbywała się • pod szczęśliwą gwiazdą. „Trinidad" okazał 

się nieszczelny i musiano go pozostawić na miejscu dla naprawy. Załoga próbowała później powrócić do 
Hiszpanii przez Cieśninę Magellana. Ale straszliwe burze zatrzymały ją tak długo, że ostatecznie skierowała się 
na zachód. Trudy ostatnich tygodni wyczerpały wszystkich, od kapitana do ostatniego chłopca okrętowego — 
dawny okręt flagowy Magellana stał się łatwą zdobyczą Portugalczyków. Aby chorą załogę ostatecznie 
unieszkodliwić, internowano ją w kilku portach o szczególnie niezdrowym klimacie. Tylko trzech czy czterech 
marynarzy zdołało po wielu latach tułaczki powrócić do Hiszpanii. 

Zakrawa to na złośliwy dowcip losu. Dowódcą „Trinidadu" był mianowicie dawny zbrojmistrz Magellana, 

Gómez de Espinosa, jeden z niewielu, którzy w godzinie próby w porcie San Juliśn pozostali wierni admirałowi. 
Jego to sztylet zagłębił się między żebra Luisa Mendozy, zbuntowanego kapitana „Victorii". Teraz Espinosa jest 
kapitanem okrętu flagowego i razem z nim płynie ku swej zagładzie. Drugi natomiast, Bask Sebastian del Cano, 
należał wówczas w obozie zimowym do buntowników. Był wtedy tylko prostym żołnierzem i to uratowało mu 
życie. Teraz stoi jako kapitan na rufie „Victorii". Przeznaczenie zamiast go zniszczyć, jako jednego z szalonych 
przeciwników biegu dziejów, podnosi go i opromienia sławą, jaka należałaby 
się Magellanowi — Primus circumdedisti me! „Pierwszy mnie okrążyłeś!", wypisuje Karol V na kuli ziemskiej, 
którą umieścił w herbie Juana Sebastiana — zapomina zaś o tym, który był mu wierny. 

Ale i „Victorii" nie powiodło się o wiele lepiej niż „Trinidadowi". Kapitanem jej był człowiek, który w 

twardości i wytrzymałości niewiele ustępował Magellanowi. Del Cano potrzebował trzy i pół miesiąca, aby 
dotrzeć do Przylądka Dobrej Nadziei. Środki żywności prawie zupełnie się wyczerpały lub były zepsute. Chorzy 
błagali go ze wzniesionymi rękami, aby w Mozambiku wysadził ich na ląd. Ale Mozambik był osadą 
portugalską, del Cano zacisnął zęby, a Pi- gafetta notuje: 

„Ponieważ wszystkim marynarzom honor jest droższy niż życie, postanawiamy, że starać się będziemy ze 

wszystkich sił, aby wrócić do Hiszpanii, choćby niebezpieczeństwa, które przyjdzie nam pokonywać, były nie 
wiedzieć jak wielkie." 

„Victorii" udało się wrócić do ojczyzny, a było to głównie zasługą jej kapitana. Czterdziestu siedmiu 

marynarzy i trzynastu tubylców wyruszyło na jego okręcie w podróż do Hiszpanii. Dopłynęło do niej piętnastu 
Europejczyków i trzech tubylców. Inni zmarli i zgodnie ze starym marynarskim obyczajem zostali wrzuceni do 
morza, przy czym, jak opowiada Pigafetta, zauważono, „że chrześcijanie szli na dno z twarzą zwróconą do góry, 
podczas gdy Indowie pogrążali się w morzu z twarzą zwróconą w dół. Gdyby nam Bóg nie był wreszcie zesłał 
dobrej pogody, bylibyśmy wszyscy zginęli z głodu i wyczerpania." 

Na koniec, 6 września 1522 roku, niemal dokładnie w trzy lata po wypłynięciu eskadry, „Victoria", 

zbutwiała i połatana, zawinęła do Hiszpanii. Nieliczni, którym dane było przeżyć pierwsze opłynię- cie świata, 
wybrali się, boso i w koszulach, jako pątnicy do najbliższego miejsca pielgrzymek, aby podziękować Bogu za 
szczęśliwe ocalenie. Ale nie czynili tego w radosnym nastroju. Straty były zbyt duże, wspomnienie przeżytych w 
podróży chwil grozy zbyt okropne. Na dobitek zaszło jeszcze niezrozumiałe wydarzenie, które głęboko 
wstrząsnęło nawet' oficerami i pilotami. Według ich dokładnie prowadzonego dziennika okrętowego wylądowali 
| września; tymczasem w Hiszpanii, a z nią w całym świecie chrześcijańskim, był już dzień 7 września. Bóg był 
więc tak zagniewany na zuchwałych marynarzy, że skreślił całkowicie jeden dzień z ich życia.

background image

 
Jeżeli sięgnąć wzrokiem wstecz, okazywało się, że podczas podróży obchodzili fałszywie wszystkie święta i nie 
stosowali się do zbożnych nakazów religii chrześcijańskiej, aby w piątki nie jeść mięsa, czcić niedzielę jako 
dzień prawdziwego duchowego pokrzepienia itd. 

Dopiero po długich tygodniach gorliwych astronomicznych dociekań udało się Pigafetcie rozwiązać 

przygnębiającą zagadkę, którą dwieście lat przed nim wyjaśnili już Arabowie. Kto okrąża ziemię w kierunku 
wschodnim, zauważy, że w miarę przekraczania każdego stopnia długości geograficznej słońce wschodzi o 
cztery minuty wcześniej. Przy 360 stopniach różnica wynosi 1440 minut, czyli jeden dzień. Ten natomiast, który 
steruje w kierunku zachodnim, spostrzeże, że z każdym stopniem długości geograficznej słońce wstaje o cztery 
minuty później z łoża oceanu, tak że po okrążeniu kuli ziemskiej traci on pełen dzień. Tym samym teza o 
kulistości ziemi, którą od stuleci uznawano tylko teoretycznie na podstawie skomplikowanych konstrukcji 
myślowych, została obecnie dowiedziona w praktyce. Jest to z geograficznego punktu widzenia największym 
chyba sukcesem wyprawy Magellana. W historii odkryć ma ona tylko jeden odpowiednik: odkrycie Ameryki 
przez Kolumba. 

Praktyczny sukces wyprawy był zresztą niewielki. Przejście południowe poprzez kontynent amerykański 

zostało wprawdzie odkryte, ale leżało w tak niebezpiecznej strefie, że jego wartość dla żeglugi była wątpliwa. 
Wskutek tego dążenie do znalezienia drogi morskiej przez Amerykę w średnich szerokościach geograficznych 
pozostało nie spełnione. Dopiero w czterysta lat po Magellanie i Kolumbie odwieczne marzenie wszystkich 
żeglarzy zostało zrealizowane przez budowę Kanału Panamskiego. 

Dla korony hiszpańskiej ©płynięcie świata przez Magellana miało ogromne znaczenie. Przede wszystkim 

okazało się, że sześćset cetna- rów korzeni, które „Victoria" przywiozła, mimo strat, spowodowanych przez 
wtargnięcie wody do nieszczelnych ładowni, przedstawiało wartość tak wielką, że pokryło wszystkie koszta 
wyprawy. Poza tym Magellan dowiódł, że Moluki leżą w granicach obszaru przyznanego Hiszpanii przez dekret 
papieski. Tym samym przełamany został handlowy i polityczny monopol Portugalczyków, a śmiała podróż stała 
się punktem zwrotnym w historii. Wybiła godzina Hiszpanii jako władczyni świata. 

Część trzecia ZDOBYCIE MEKSYKU

background image

 

mi H^^H 
NM ieznośny upałl Według kalendarza Jest dopiero 25 marca M1519 roku. W ojczystej Hiszpanii panuje o tej 
porze wiosna w pełnym rozkwicie, wszystkie drzewa, łąki i pola stroją alę w ślubny welon, rześki wiatr wieje z 
gór w urodzajne równiny. 

Tu żar jest straszliwy. Słońce wisi na. przyblakłym niebie jak płyta rozżarzonego ołowiu. Kontury okolicy 

rozpływają się w strumieniu gorąoego powietrza, unoszącego aię z wybrzeża i z bagien mangrowii. Ale bo też 
ujście Tabasco, dzisiejszej rzeki Grijalva z portem Frontera w zatoce Campeche, leży tylko o kilka stopni na 
północ od równika. Panuje tu stale upał i febra. 

Wokół rozlega się bicie w bębny. Głuche tony brzmią w. gęstej dziewiczej puszczy monotonnie, 

niesamowicie, męcząco. Powietrze rozdzierają tu i ówdzie ostre krzyki wydawane przez nieznane istoty jakby w 
śmiertelnej męce. Nieco później dowiedzą się Hiszpanie, że tak brzmią trąby z muszli — sygnały rogowe 
stojącego naprzeciwko nich wojska Indian. 

663 żołnierzy, którymi dowodzi Hernando Cortez, to awanturnicy, zuchwali młodzi ludzie. Przywiodła ich 

tutaj nadzieja wielkiej kariery. Wkładają teraz pośpiesznie grubo watowane kaftany skórzane dla ochrony przed 
strzałami, wdziewają kolczugi i ściągają rzemienie u szyszaków, pewni, że czeka ich walka. Jezus Maria! W 
jakież niebezpieczeństwo się wpakowali! Czują — po raz pierwszy w Nowym Świecie — że to nie fraszka. 

Przeczucie ich nie myli. Przeciwko nim stoi dziesięć tysięcy gotowych na śmierć, ba, gardzących śmiercią 

wojowników indiańskich, znakomicie wyszkolone zastępy, uszykowane według wszelkich prawideł taktyki. 
Będzie to walka na śmierć i życie. Similui aimihbua curantur (podobne leczy się podobnym) - zasada Samuela 
Hahne- manna ma chyba zastosowanie nie tylko w medycynie. Zwycięzcy i zwyciężeni ulepieni są z jednej 
gliny, zdaje się, ze także w hi- 
i 9 . 179 
I

background image

 
storii istnieje rodzaj homeopatii. Mały oddział gotowych na śmierć Hiszpanów, który pamiętnego 25 marca 1519 
roku podejmuje walkę przeciw państwu Azteków, jest właśnie ową przez los ustaloną dawką, ową „potencją" 
homeopatyczną, która musi być skuteczna. 

Wyłącznie rozumowe tłumaczenie tego byłoby zbytnim uproszczeniem. Zapewne, Indianie nie mieli jazdy, 

ponieważ koń był w Ameryce nie znany. Na Haiti i na Antylach przypatrują się jednak 

■spokojnie, jak cudzoziemcy dosiadają koni i zaczynają cwałować. Gdy natomiast tutaj, w Jukatanie, 

szesnastu konnych Corteza pędzi na nich w lśniącej zbroi, z lancą w ręku, czer- wonoskórych ogarnia śmiertelne 
przerażenie. Wydaje im się, że rumak i jeździec są jedną istotą — rodzajem centaura. Powtarza się to w kilka lat 
później po wylądowaniu Piza rra w Peru. Gdy na dobitek jeden z kawalerzystów spada z konia, Indianie sądzą, 
że niesamowita obca istota rozszczepiła się na dwoje. Gdzie jest źródło owej histerycznej trwogi, o której gdzie 
indziej nikt nie wspomina? 

Indianie nie znają prochu ani ołowiu, dział ani muszkietów. Dzika panika ogarnia ich, gdy najlepsi 

wojownicy padają pokotem, zabijani z odległości błyskawicą i piorunem zagadkowej broni. Mimo to jednak 
trudno zrozumieć, dlaczego w tej pierwszej potyczce i nieco później Hiszpanie odnieśli zwycięstwo nad 
państwem, które było o wiele większe, bez porównania bogatsze i potężniejsze niż Hiszpania. Musiało to mieć 
głębsze przyczyny. Dwie z nich, sięgające z mroku w nasze ludzkie dziedziny, są nam znane. Jedna nazywa 
się Quetzalcoatl i jest bogiem, a druga — Marina i jest bardzo piękną, mądrą i dobrą kobietą. 

Już z opisów Kolumba wiemy, że na całym wschodnim wybrzeżu nowego kontynentu krążyła od dawna 

dziwna legenda. Według niej pewnego dnia, przed wielu, wielu laty przybyć tu miała ze wschodu przez morze 
grupa białych bogów. Nie wiadomo dokładnie, skąd bogowie ci pochodzili i co się z nimi potem stało. Ale gdy 
Hiszpanie wylądowali w 1492 roku na Antylach, powitano ich jako „białych bogów". Później z południowych 
krańców Nowego Świata Magellan doniósł, że tam także uważano jego i jego ludzi za bogów. 

Zdarzenia te spowijała zrazu mgła mistycyzmu. Bardziej określony kształt przybrały one dopiero, gdy 

Cortez podjął swą wyprawę zdobywczą. Okazało się, że jeszcze wtedy Aztecy czcili jako boga przywódcę owej 
grupy nieznanych obcych przybyszów. Od lśniącego upierzenia ptaka ąuetzal nazwali jasnowłosego, 
niebieskookiego i brodatego człowieka Quetzalcoatlem i umieścili go w areopagu swych bogów. Cortez 
dowiedział się jeszcze czegoś więcej. Przed kilku dopiero wiekami — nauka obliczyła, że było to mniej więcej 
w XI lub XII stuleciu naszej ery — zjawił się podobno w Meksyku z dalekich krain Wschodu nie znany nikomu 
człowiek Miał blond włosy, białą skórę i niebieskie oczy, był ubrany w szatę z grubego, czarnego 6Ukna, z 
okrągłym wycięciem dokoła szyi, z szerokimi, krótkimi rękawami, bez kapuzy i otwartą na piersi W czasach, w 
których żył Cortez, strój taki był już nie znany, sutanny duchownych wyglądały całkiem inaczej. Ale tak 
ubierano się niegdyś w Europie i jeszcze w XVI wieku takie stroje nosili w Grenlandii europejscy Wikingowie, 
których przodkowie osiedlili się w tym kraju. 

Cortez był zapewne zdumiony i zmieszany, gdy z dalszych opowiadań Indian dowiedział się, że ów 

nieznany bóg obwieścił nową religię i ustanowił prawa. Miał to być bóg bardzo dobrotliwy i łagodny, 
zrównoważony i mądry. Gdy mowa była o wojnie, zatykał sohie uszy, tak bardzo nienawidził rozlewu krwi i 
gwałtu. Ludzie byli przez długi czas posłuszni Quetzalcoatlowi, „Bogu, przez którego żyjemy", 
„Wszechobecnemu", „niewidzialnemu, bezcielesnemu, jedynemu Bogu o zupełnej doskonałości i czystości". 
Jeszcze za czasów Corteza składano mu ofiary z kwiatów i owoców pod znakiem krzyża na olbrzymiej 
piramidzie-świątyni w Choluli — gdy bóg

background image

 
Część trzecia — Zdobycie Meksyku 

wojny Huitzdlopochtli żądał ofiar żywych ludzi. Ale później przodkowie zbuntowali się przeciwko 

Quetzalcoatlowi, który przed srożą- cym się Huitzilopochtlim musiał uchodzić z Tabasco na wschód — przez 
bezmiar morza do wyśnionej krainy Tlapalian. Przed swym zniknięciem zapowiedział jednak, że pewnego dnia 
bracia jego powrócą do Meksyku i zdobędą ten kraj. 

Nieco później Hiszpanie znaleźli istotnie kamienne krzyże i stylizowane w kształcie krzyża wyobrażenia 

drzew, pod którymi leżały ofiary z płodów rolnych. Odkryli groby, wielkie sklepienia ze starannie ociosanych 
płyt kamiennych, tak ułożonych, że tworzyły krzyż. Ze zdziwieniem stwierdzili, że świątynie i ołtarze są 
ozdobione symbolami wyobrażającymi rybę i rodzaj gołębia, zupełnie podobnymi do symbolów chrześcijańskiej 
Europy. Byli zaskoczeni tym, że w Meksyku chrzci się dzieci, i roboli wielkie oczy, gdy kapłan pogański 
opryskiwał dziecko wodą, gdy zwilżał mu wargi i błagał przy tym bogów, aby krople wody zmyły z dziecięcia 
grzech pierworodny i spowodowały jego nowe narodzenie. 

Pojęcia spowiedzi i komunii też nie były Aztekom obce. Po wyznaniu grzechów nakazywano 

spowiadającemu się ćwiczenia pokutne i umartwienia, rozgrzeszano go i podawano do spożycia wyobrażenia 
bogów z ciasta. Kto spożył chleb boży, ten mógł ubłagać zagniewane moce niebieskie. „Boże, Ty wiesz — 
brzmiała aztecka modlitwa przy spowiedzi — że ten biedny człowiek zbłądził nie z własnej woli, lecz pod 
wpływem grzechu, pod którego znakiem się urodził." A na zakończenie uroczystości kapłan odprawiał wiernych 
słowami: „Odziewajcie ubogich i nakarmcie głodnych, jakąkolwiek by to dla was oznaczało ofiarę. Pamiętajcie, 
że ich ciało jest jako wasze i że są oni ludźmi jako i wy." 

Przypominało to w sposób zdumiewający chrześcijańską naukę o zbawieniu. Każdy spowiadający się 

otrzymywał od spowiednika po odbytej pokucie i komunii odpowiednie zaświadczenie, a więc rodzaj kartki o 
odpuszczeniu grzechów, która wobec państwowego wymiaru sprawiedliwości uwalniała od wszelkich 
konsekwencji za popełnione przestępstwo; podczas „nabożeństw" Indian Hiszpanie słyszeli z ust ich kapłanów 
takie zdania: „Znoś w pokorze obrazę"; „Bóg widzi wszystko i jest twym mścicielem"; w katechizmie Azteków 
czytali: „Kto spogląda zbyt ciekawie na kobietę, ten oczyma swymi popełnia cudzołóstwo!" Przekonanie 
Azteków, że oni, Hiszpa- 
nie, są potomkami nieznanego chrześcijańskiego świętego i misjonarza, który niegdyś dotarł do Nowego Świata, 
nie wydało im się tak nieprawdopodobne. 

Prawie w tym samym czasie, w którym naczelny dowódca wojsk hiszpańskich dowiedział się o tych 

zadziwiających sprawach, w pałacu Montezumy II, ostatniego cesarza Azteków, odbywała się rada koronna. 
Montezuma zwołał wszystkich dostojników duchownych i świeckich, starych paladynów, głowy wielkich rodów 
szlacheckich do olbrzymiej rezydencji zbudowanej na palach na Jeziorze Meksy

background image

 
kańskim. Zawiadomił ich o tym, co wyśledziła tajna służba wywiadowcza, podzielił się spostrzeżeniami o 
obcym ludzie, który zbliżał się do wybrzeży Meksyku na wielkich „domach wodnych", z żaglami lśniącymi jak 
skrzydła łabędzi. 

Wiadomości te wywarły głębokie wrażenie na notablach azteckich. 
Teraz następuje trzeźwe sprawozdanie wywiadowców. Wielmożni panowie, generałowie i czcigodni kapłani 

znają dobrze starą legendę 
0  powrocie Quetzalcoatla „w roku przestępnym". W pięćdziesięciodwuletnim okresie kalendarza azteckiego 
powtarza się właśnie teraz rok przestępny, są więc przygnębieni i pełni złych przeczuć. Wiedzą, że służba 
wywiadowcza dobrze pracuje i że jej doniesienia są prawdziwe. Nie są to tylko sprawozdania agentów, służba 
wywiadowcza cesarza przedkłada rysunki: widać kunsztownie wymalowane okręty cudzoziemców z biało 
połyskującymi żaglami, widać dziwaczne, czworonożne, szybkie jak huragan bogi-smoki, którymi się wrogowie 
posługują. Widać długie lufy o okrągłych, groźnych paszczach, błyskawicę, która z nich wybiega i zabija na 
odległość, widać lśniące zbroje, groźnie spuszczone przyłbice, lance, arkabuzy, miecze — krótko mówiąc, tak 
jak by to dzisiaj po pięciuset latach zrobiono za pomocą telewizji, tak tu zręczni fachowcy azteckiego sztabu 
generalnego uwidocznili wszystko w obrazach. 

Teraz dopiero wstaje rzecznik cesarza. Montezuma II, który wstąpił na tron w roku 1502, przed siedemnastu 

laty, kazał mu obwieścić, co następuje: 

„Umiłowani bracia, kochani przyjaciele! Wam jako i mnie wiadomo, że nasi przodkowie nie pochodzą z 

kraju, w którym teraz mieszkamy, lecz że przybyli tu z daleka pod wodzą wielkiego księcia. Książę ten, który 
potem znowu odszedł z nielicznym tylko orszakiem, po długim czasie powrócił i zobaczył, że nasi przodkowie, 
jego poddani, zbudowali tutaj nowe miasta, pojęli za żony córki tego kraju, spłodzili z nimi dzieci i założywszy 
gospodarstwa, stworzyli nową ojczyznę i nie chcieli już z nim wracać. A ponieważ go już nie poznali i nie 
chcieli uznać za swego pana, więc odszedł sam 
1  obwieścił, że na razie ustępuje, ale pewnego odległego dnia powróci z wielką potęgą, albo on sam, albo ktoś 
inny w jego imieniu, i odbierze, co mu się należy. Wiecie także, że przez cały czas oczekiwaliśmy go. Otóż z 
tego, co dyszeliśmy o obcym wodzu i o cesarzu, 
który wysłał go do nas przez wielkie morze z okolicy, gdzie słońce wschodzi i dokąd władca naszych przodków 
niegdyś powrócił — wnoszę z całą pewnością, że jest on właśnie owym wielkim panem, którego od wieków 
oczekujemy, zwłaszcza że oznajmia, iż zawsze wiedział o nas. Jeśli przodkowie nasi nie uczynili tego, co winni 
byli swemu panu, to my tym bardziej winniśmy to uczynić i złożyć bogom głębokie dzięki, że ten, którego tak 
długo czekaliśmy, wreszcie się zjawił. Tak więc proszę was, abyście mu byli we wszystkim posłuszni jako 
naszemu panu..." 

Zaległa głęboka cisza. To abdykacja — koniec. Wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Jeśli mąż tej miary co 

Montezuma dobrowolnie zrzeka się władzy, i to w chwili, gdy cudzoziemcy są jeszcze oddaleni o setki mil — 
nie ma już żadnej nadziei. W takim razie Quetzalcoatl, mściciel, karzący bóg, stoi rzeczywiście pod murami i 
puka do bram miasta. 

O naradzie Azteków Cortez oczywiście nic nie wiedział. Wieczorem 25 marca 1519 roku na wysokiej rufie 

okrętu flagowego opada wygodnie na krzesło, aby zażyć ochłody po upalnym dniu; jest tylko zwyczajnym 
hiszpańskim szlachcicem, który w trakcie swej wyprawy zdobywczo-handlowej znalazł się u obcych brzegów. 
Młody panek liczy trzydzieści cztery lata; całe jego dotychczasowe życie było wypełnione zuchwałymi figlami, 
awanturami miłosnymi i rycerskimi przygodami. Pochodzi ze świetnej rodziny. Nie ma ona wprawdzie 
rozległych włości ani wielkiego majątku, ale mała posiadłość koło Medellina w prowincji Estremadura zapewnia 
swym właścicielom dostatnie utrzymanie. Ojciec, Martin Cortez de Monroy, był kapitanem piechoty. Opowiadał 
czasami przy kominku o swych dawnych przygodach. 

Nic nie wskazywało na to, że syn pójdzie w ślady ojca. Było to chłopię delikatne i słabowite, z którego 

kiedyś miał wyróść duchowny, urzędnik dworaki lub inny domator, ale nie żołnierz. Toteż gdy Hernando Cortez 
mając lat siedemnaście poprosił ojca, by mógł zostać żołnierzem, kapitan Martin Cortez zdziwił się i odetchnął z 
ulgą. Przed trzema laty wysłał chłopca na uniwersytet do Salamanki spodziewając się, że wykieruje go tam na 
dobrego prawnika. Od tego czasu nie widział swego syna. Teraz stoi przed nim młodzieniec przerastający go o 
głowę, szeroki w barach, w biodrach wąski jak toledańska klinga, mężczyzna co się zowie. Mniej zado

background image

 
walające jest to, co Hernando ma do opowiedzenia. Umie wprawdzie wcale dobrze po łacinie, styl jego jest 
poprawny, pisze nawet wiersze — ale ponadto niewiele się chyba nauczył, a przywieziony z uczelni wykaz kar 
roi się wprost od jego głupstw i figlów. 

Tak tedy życzenie syna, aby mógł zostać żołnierzem, było Martinowi Cortezowi wcale na rękę. Wszystko 

idzie teraz jak po maśle! Hernando Cortez wyrasta na świetnego żołnierza, osiągnął wielką wprawę w jeździe 
konnej, szermierce i strzelaniu, przyswoił sobie także taktykę i strategię. Studiuje historię Rzymu, a kiedy w 
roku 1502 Kolumb wyrusza w swą czwartą podróż do Ameryki, naszego bohatera spotyka wysoki zaszczyt, 
gdyż zostaje powołany do wzięcia udziału w tej wyprawie. Jest to pasowanie na rycerza i długo upragniona 
wielka szansa. Ale oto los spłatał figla Cortezowi, na kilka dni przed wypłynięciem eskadry do Ameryki Cortez 
spada z muru ogrodowego najsłynniejszego madryckiego pensjonatu dla szlachetnie urodzonych młodych 
dziewcząt, łamie nogę i w czasie, gdy Kolumb podnosi kotwicę, leży z obandażowaną nogą w szpitalu. 

Dopiero w dwa lata później, w r. 1504, dziewiętnastoletni młodzieniec dostaje się na drugą półkulę. Siedem 

lat spędza tam jako hacendado, po czym, w 1511 roku, zostaje tajnym pisarzem don Diego Velasqueza, który 
jako uczestnik drugiej wyprawy Kolumba (1493—1496) dorobił się na Haiti pokaźnego majątku i został guber-
natorem Kuby. Velasquez patrzy przez palce na niejeden wybryk swego podkomendnego, gdyż Cortez jest 
świetnym żołnierzem i kawalerem. Ale gdy jego tajny pisarz uwodzi piękną donę Catalinę Suarez, jedną z 
czterech córek pochodzącego z Grenady don Diego Suareza, komendant traci cierpliwość. Wtrąca 
nieokiełznanego młodego oficera do więzienia i wypuszcza go dopiero wtedy, gdy młodzieniec oświadcza, że 
jest gotów stanąć zaraz z doną Cataliną na ślubnym kobiercu. 

Na rufie „Capitany" migocą światła w lekkim powiewie bryzy morskiej. Hernando Cortez uśmiecha się. 

Dawne obrazy ożywają w jego pamięci i z zadowoleniem stwierdza, że nie zmarnował ani jednej godziny swego 
życia. Ostatnie lata, kiedy jako kubański hacendado żył na wielkiej fermie i został radnym gminnym w mieście 
Baracoa, były trochę nudne. Z tego życia teraz nareszcie się wyrwał. Miał szczęście. Gdy Velasquez otrzymał 
pierwsze skąpe wiadomości, że na zachód od Kuby leży ląd, gdy wyruszyły pierwsze 
ekspedycje, które wiadomości te potwierdziły, don Diego przypomniał sobie o niespokojnym młodym 
człowieku, który był niegdyś jego tajnym pisarzem. Mianuje go od razu dowódcą nowej wyprawy i poleca, aby 
zbadał obce wybrzeże i w drodze wymiany uzyskał tyle złota, ile się tylko da. 

Aż do tego wieczoru, po potyczce nad Tabasco, Hernando Cortez nie miał też chyba innych, dalej idących 

planów. Nagle zachodzi wypadek, który dźwignął go w górę, zmienił linię jego życia. Stało się to za sprawą 
kobiety. W chwili, w której zetknęły się dwie obce sobie kultury, los Corteza złożony został w ręce Indianki — 
nieznanego dziewczęcia, które ukazuje się jak meteor z bezdziejowej ciemności, aby po świetlanym locie znowu 
w niej zatonąć. 

Dwadzieścia młodych dziewcząt i kobiet, które kacykowie z Tabasco i okolicy przesyłają zwycięskiemu 

obcemu generałowi, przybywa do Corteza. Jest to, jak uważają, skuteczny środek, by z nieokiełznanych mężów 
zrobić w krótkim czasie ludzi uległych. Dałby Quetzalcoatl, „bóg łaskawego powietrza", ażeby ofiarowany dar 
nastroił przychylniej tego gwałtownego młodego wodza! 

Zrazu wydaje się, że życzenie to zostało spełnione. Po kilku dniach podnoszą się żagle na okrętach białych 

bogów, nieco później skrzydła łabędzie znikają za linią horyzontu. Kacykowie zacierają ręce z radości: powiodło 
się, takie środki zawsze prowadzą do celu! Quetzalcoatl otrzymuje w ofierze kilka szczególnie pięknych wią-
zanek kwiatów. 

Ale mądrzy kacykowie pomylili się. Dar, który w ich mniemaniu miał wpłynąć uspokajająco na młodego 

dowódcę, zrobił z hiszpańskiego szlachcica zdobywcę, który świat poruszy z posad. 

Wśród dziewcząt, które późnym wieczorem tak nieoczekiwanie przybyły do jego pływającej kwatery, wśród 

tych onieśmielonych, płaczących Indianek jest jedna jasnobrązowa dziewczyna o władczym, hardym wyglądzie. 
Tłumacz wyjaśnia szybko, że właśnie ona, w odróżnieniu od towarzyszek, jest niewolnicą, ale dodaje, że Mali- 
tzin Tenepal *— tak jej na imię — nie pochodzi wcale z Jukatanu, lecz z Meksyku, że ojciec jej był księciem 
prowincji Coatzalcualco na południowo-wschodniej granicy imperium meksykańskiego i generałem w Painalla, 
stolicy owej kresowej prowincji. 

Gdy w pięćdziesiąt lat później regidor miasta Guatemali w Nowej Hiszpanii, rycerz Bernal Diaz del 

Castiłlo, stary towarzysz i przy

background image

 
jaciel Hemanda Corteza, spisuje swe wspomnienia, pamięta dokładnie brązową dziewczynę. „Była wytworną 
damą — pisze — władczynią kraju i ludzi, co można było po niej poznać..." To świadectwo przynosi zaszczyt 
Berna łowi Diazowi. Był to prymitywny wojak i awanturnik. Ale wyczuł pańskość i dostojność obcej niewolnicy 
— podobnie jak Cortez. 

W dzień po przybyciu do Hiszpanów dwadzieścia Indianek przyjęło chrzest z rąk ojca Bartolomeo de 

Olmedo. „Wygłosił on do nich — pisze Bernal Diaz — za pośrednictwem tłumacza kazanie, w którym 
powiedział im wiele budujących rzeczy o naszej świętej religii i wiele złego o ich bałwochwalstwie. Kobieta, o 
której mówiłem, otrzymała na chrzcie imię Marina." 

Jako dońa Marina weszła do historii piękna młoda Indianka, która przez sześć lat była towarzyszką życia 

Corteza. Z niezrozumiałego dla nich imienia Marina Indianie zrobili Malinche i tak będą niebawem nazywali 
także samego Corteza. Jeszcze dzisiaj nie wiemy 
0  tej rozumnej kobiecie wiele więcej ponad to, co opowiedział Bernal Diaz. Według niego została ona po 
śmierci ojca i zawarciu przez matkę nowego małżeństwa sprzedana jako dziecko w niewolę 
1 tym sposobem dostała się na dwór księcia Tabasco. Tu nauczyła się dialektu Majów, którym obok ojczystego 
języka azteckiego biegle władała. 

To było może przyczyną, że Cortez zwrócił uwagę na młodą dziewczynę. Z Majami mógł porozumieć się 

przez tłumaczy. Nikt z jego ludzi nie umiał natomiast przełożyć obcych dźwięków azteckich, które tutaj, na 
granicy wielkiego państwa meksykańskiego, już gdzieniegdzie rozbrzmiewały. To zadanie mogła spełnić 
właśnie Marina, przy czym niewątpliwie nie poprzestała tylko na tłumaczeniu. Wyjaśniła zapewne Cortezowi, 
na czym opierało się panowanie Azteków, potwierdziła niejasne pogłoski o „Dorado", opowiedziała mu o 
naprężonych stosunkach między Aztekami a ich sprzymierzeńcami w Cempoalan, Tlaskala, Tezcuco i Cholula. 
W ten sposób Cortez uzyskał wgląd w najsłabsze punkty azteckiego'ustroju państwowego. 

Czy powodowała Mariną nienawiść i zdrada, żądza zemsty i uraza? Chyba nie. Marina kochała Corteza 

gorąco, wyrosła w społeczeństwie teokratycznym, uważała istotnie konkwistadorów za wysłańców Boga, a ich 
wyprawę za rodzaj krucjaty. Wierzyła święcie 
w posłannictwo zdobywców, stała się świadomą i przekonaną chrześcijanką i wierzyła, że mimo wszelkich 
błędów, które popełniali biali bogowie, panowanie ich przyniesie ludowi meksykańskiemu więcej szczęścia niż 
panowanie Huitzilopochtli i jego kapłanów. Była o tym tak przeświadczona, że w r. 1525 u boku Corteza odwie-
dziła swą matkę w Coatzalcualco. Księżnę ogarnęło śmiertelne przerażenie, gdy poznała swą córkę. Była pewna, 
że teraz odpowie za swój nieludzki postępek. Wszyscy, zarówno Hiszpanie, jak i Indianie, byli zdania, że na to 
w pełni zasłużyła. Ogarnęło ich zdumienie i byli wstrząśnięci, gdy Marina objęła swą matkę i rzekła drżącym ze 
wzruszenia głosem: „Matka moja nie wiedziała, co robi, gdy mnie wówczas sprzedała. Przebaczam jej. 
Poznawszy zasady wiary chrześcijańskiej, jestem nieskończenie szczęśliwsza niż kiedykolwiek przedtem." 
Scena ta była tak głęboko ludzka i wzruszająca, że Bernal Diaz, nieczuły, zatwardziały landsknecht, jeszcze w 
pięćdziesiąt lat później wezwie Boga na świadka: Y todo estro que dijo, se lo oź muy certificamente y se lo juro, 
amen! 

Tłumacząc, pośrednicząc i wyjaśniając służy Marina nie tylko Hiszpanom, ale także, i to w równej mierze, 

swemu ludowi. Stara się — często, co prawda bezskutecznie — łagodzić zbyteczną surowość, naprawiać 
wyrządzone krzywdy, zapobiegać bezmyślnym okrucieństwom. Wpływ jej jako pośredniczki między obydwoma 
ludami był ogromny. Bernal Diaz del Castillo pisze: „Jej władza w Nowej Hiszpanii była bardzo wielka. Umiała 
kierować Indianami wedle swej woli, co było dla nas niezmiernie cenne. Bez jej pomocy nie bylibyśmy 
rozumieli języka meksykańskiego i wielu rzeczy nie osiągnęli." 

W świadomości Indian obraz jej przyćmił nawet obraz Matki Boskiej, który Hiszpanie wszędzie z sobą 

wozili i stawiali na ołtarzach. A gdy piękna młoda kobieta sama tuliła do piersi dziecko, swego syna Martina 
Corteza, stała się dla swych rodaków, i jest dla nich do dzisiejszego dnia, przedmiotem nieomal religijnej czci. 
Żołdacy, korsarze i piraci z armii Corteza, wielcy panowie i prości fornale, składają na swój sposób należny hołd 
obcej kobiecie nazywając ją — Dońa Marina. 

A sam Cortez? W swych listach i sprawozdaniach wspomniał o Azteczce tylko jeden jedyny raz, i to 

mimochodem, jako o „tłumaczce, którą wiozłem z sobą". Ale gdy powiła syna, Cortez nadał

background image

 
Część trzecia — Zdobycie Meksyku 
mu po swym ojcu imię Martin. To jest niezwykłe. Później co prawda członkowie hiszpańskiej arystokracji 
rodowej będą się tak masowo żenili z księżniczkami azteckimi, że jeszcze dzisiaj istnieją w Hiszpanii rody 
posiadające w galerii swych przodków cesarza Montezumę. Ale za czasów Corteza nie było jeszcze mowy o 
takich związkach małżeńskich; poza tym Marina uchodziła za zdobycz wojenną i podarowaną niewolnicę, a nie 
za księżniczkę, którą zresztą była. Cortez związał syna, którego mu Marina urodziła, ze swym domem i rodem, 
nadając mu na chrzcie imię swego ojca. Wolno z tego wnosić, że swą piękną brązową kochankę wysoko cenił i 
szanował. 

Marina wynurzyła się z mroku bezdziejowej egzystencji i w ten mrok znów się pogrążyła. W 1525 roku 

wydano ją za mąż za kasty- lijskiego rycerza Juana Xamarillo. Cortez wyposażył to małżeństwo rozległymi 
dobrami w ojczyźnie Mariny. Zachowały się akta nadania; resztę kryje cisza i milczenie. 

Ale nie zapomnienie! Postać Mariny, jej miłość i ofiarność żyje w sagach i pieśniach Indian. Nie zgasło 

łagodne światło, cichy blask, które niegdyś biły od tej pięknej i dobrej kobiety. 

Jest wątpliwe, czy Marina przez cały czas widziała w Hernandzie Cortezie reinkarnację Quetzalcoatla, 

białego boga. Była jednak z pewnością przekonana, że idea konkwistadorów jako nosicieli krzyża wypływała z 
ducha owego mistycznego założyciela religii. Opowiedziała zapewne swemu ukochanemu panu o Quetzalcoatlu, 
Do tradycji azteckiej dołączyła może także podania krążące wśród Majów i tzw. „legendę o Wotanie" mającą 
swe źródło u krajowców Jukatanu. Legenda, którą oficjalna nauka uważa za „nowoczesną, wymyśloną przez 
fantastów bajkę", głosiła, źe bardzo dawno temu zjawiły się u wybrzeży Jukatanu liczne obce okręty, z których 
wyszli na ląd wysocy, jasnowłosi i niebieskoocy ludzie. Burty ich okrętów lśniły jak łuski skóry wężowej, a przy 
zbliżaniu się do brzegu obce statki wyglądały jak olbrzymie, połyskujące węże, pełznące przez morze ku lądowi. 
Nieznani ludzie byli ubrani w dziwne szaty, a na czole mieli ozdobę wyobrażającą zwiniętego węża. Święty wąż 
był jednym z najstarszych bóstw, czczonych przez 
Legendy Majów 
Majów Jukatanu. Gdy więc owe jasnoskóre, uwieńczone wężami Istoty przybyły na okrętach lśniących jak łuaki 
wężowe, uwierzono powszechnie, że przybysze są synami świętego węża, że są bogami. „Biali bogowie" 
osiedlili się następnie w Jukatanie, ale jeden z ich przywódców powędrował dalej, do sąsiedniego Meksyku. 

Legenda o Wotanie, mająca prawdopodobnie związek z bóstwem pogody jednego z ich szczepów, bogiem 

Wotanem, jest znana od dawna. Dopóki sądzono, że Majowie przywędrowali dopiero około 1000 roku n. e. z 
dziewiczych lasów Gwatemali do swej nowej ojczyzny w Jukatanie, dopóty dość dokładnie oznaczano datę 
powstania tej osobliwej legendy. Przypadała ona, co dziwna, na ten sam mniej więcej czas, w którym 
Wikingowie grenlandzcy odkryli Amerykę, osiedlili się na wybrzeżu Massachusetts i założyli tam kolonię. 
Najnowsze badania wykazały jednak, że przypuszczenie to jest niesłuszne. Majowie żyli w Jukatanie już w V i 
VI wieku n. e. 

W ostatnich czasach legendą o Wotanie zajęła się amerykańska pisarka Ann Terry White w swej ciekawej 

książce Lost Worlds („Zaginione światy"). Opisy jej przywołują na pamięć przekazane w licznych dawnych 
rysunkach drakkary Wikingów, których burty były obwieszone lśniącymi tarczami, a boki połyskiwały jak łuski 
węża. 

Dla Corteza sprawy te nie posiadały większego znaczenia. O Wikingach nic zapewne nie wiedział, a fakt, że 

biali ludzie dotarli do Nowego Świata już na pięćset lat przed nim, też go nie bardzo interesował. Tym 
ważniejsze jest to jednak dla nas. Od dawna mianowicie i aż po dzień dzisiejszy utrzymuje się pogląd, że 
Legenda 

Quetzalcoatlu jest tylko chrześcijańskim „upiększeniem" staroin- diańskiej mitologii, „wymysłem białych, 

którzy chcieliby być wszędzie obecni", jak to sformułował Hans Dietrich Disselhoff w swym Interesującym 
dziele pt. Geachichte der altamerikanischen Kulturen („Historia kultur staroamerykańskich"). Otóż prasagi 
indiańskie, które powstały na długo przed pojawieniem się Azteków, przedstawiały Quetzalcoatla nie jako 
białego boga. Nastąpiło to widocznie dopiero później, nasuwa się więc podejrzenie, że mit o Quetzalcoatlu jest 
kłamstwem propagandowym konkwistadorów, wymyślonym 
1  puszczonym w świat po to, aby ułatwić im zdobycie władzy w Meksyku.

background image

 
Część trzecia — Zdobycie Meksyku 

Ale czy przypuszczenie to jest rzeczywiście słuszne? Czyż owi Hiszpanie, którzy niedługo po zdobyciu 

państwa Azteków przystąpili do spisywania sag i podań osobliwego kraju, przedstawili „białego Zbawiciela" 
tak, jak go sobie sami wyobrażali, tj. jako człowieka ciemnowłosego i czarnookiego? Tak by przecież musiało 
być! Jeżeli zwycięskie państwo, górujące pod względem militarnym i cywilizacyjnym, chce narzucić swych 
bogów podbitym ludom, to — rzecz zrozumiała! — przedstawi tych bogów na wyidealizowane podobieństwo 
własne. A tymczasem Quetzalcoatl jest przedstawiony całkiem odmiennie: nie jest ciemnookim brunetem, lecz 
właśnie 
^niebieskookim blondynem. Jakież to dziwne! Czyż takie przedstawienie białego boga nie musiało wywołać u 
zwyciężonych ludów Nowego Świata okrzyku: Wy, Hiszpanie, wyglądacie przecież całkiem inaczej aniżeli bóg 
światła, w którego imieniu przybyliście i w którego imieniu przyjęliśmy was. Nie jesteście wcale jego synami! 

Jeżeli wejdziemy w położenie Hiszpanów i założymy, że mit o Quetzalcoatlu jest ich wynalazkiem, to 

możemy tylko stwierdzić, że zachowali się wielce niemądrze i niezręcznie. Ich „wynalazek" był tak mało 
przemyślany, że jego wewnętrzne sprzeczności musiały by bezwzględnie wywołać u Indian niewiarę i 
sceptycyzm. Jednakże pogląd, jakoby mit o białych bogach był arabeską wtłoczoną z chrześcijańskiej 
nadgorliwości w mitologię Nowego Świata, jest pozbawiony wszelkich podstaw. Jeżeli się z tym zgodzimy, to 
trzeba w konsekwencji przyznać, że legenda o białym Zbawicielu jest indiańska i że ongiś, w średniowieczu, być 
może w związku z wy

background image

 
prawami Wikingów do Ameryki, biali ludzie dotarli do Jukatanu i Meksyku. 

Przedstawiliśmy tutaj rzecz tę tak obszernie po to, aby wychodząc z logicznych przesłanek dojść do 

wniosków, do których wiedza fachowa doszła w ostatnich kilkudziesięciu latach. Sprowadzone do wspólnego 
mianownika wnioski te dadzą się streścić następująco: we wczesnych, ale jednak historycznych czasach, 
niewątpliwie istniały między Starym a Nowym Światem, poprzez Ocean Atlantycki, długotrwałe kontakty, 
których w szczegółach dotychczas nie znamy. 

Nie należy jednakże pominąć milczeniem faktu, że nowoczesna amerykanistyka odrzuca stanowczo 

podobne hipotezy. Tak na przykład zasypała szyderstwem i drwinami katolickiego badacza Karola Marię 
Kaufmanna, który przed około .trzydziestu laty zajął się jako jeden z pierwszych tymi osobliwościami w książce 
pt. Amerika und das Urchristentum („Ameryka i chrześcijaństwo pierwotne"), i piętnuje jako fantastę każdego, 
który problemy te choćby tylko porusza. Amerykanista Walter Krickeberg stwierdza: 

„Pewne frapujące paralele zachodzące między podaniami amerykańskimi a starochrześcijańskimi należą do 

owej wielkiej liczby zgodności między ludami kulturalnymi Starego i Nowego Świata, zgodności, które istnieją 
również w innych dziedzinach i których wyjaśnienie musimy pozostawić przyszłym pracom badawczym." 

Nowocześni amerykaniści nie wierzą w możliwość bezpośrednich kontaktów kulturalnych i opierają się 

raczej na tradycyjnym pojęciu „zbieżności", tj. swoistego podobieństwa określonych zjawisk kulturalnych, które 
— jak powiada etnolog Hans Plischke — wyjaśniają „w ten sposób, że u całej ludzkości identyczne skłonności 
duchowe w identycznych warunkach i w obliczu identycznych potrzeb prowadzą do identycznych lub 
podobnych rozwiązań". 

Takie sformułowanie właściwie niczego nie wyjaśnia, podstawiając zamiast niewiadomej „x" niewiadomą 

„z". Pojęcie zbieżności jest właściwie jedynie hipotezą roboczą, dogmatem powstałym na tle stosunkowo dużej 
jednolitości kręgu kultury Starego Świata. Jeżeli choćby na podstawie lektury dzieła Ruth Benedict Patterns of 
Cul- ture („Wzory kultury") uprzytomnimy sobie, że na świecie istnieją diametralne przeciwieństwa kulturalne, 
że podstęp, oszustwo i zabójstwo, które w Starym Świecie uchodzą od prawieków za zbrodnię, uważane są gdzie 
indziej za zjawiska moralnie pozytywne, że władza

background image

 
i poszanowanie władzy, u nas tak cenione, w innych kręgach kultury uchodzą za głupie i śmieszne, że istnieją 
ludy, które u każdego współplemieńca hodują systematycznie i z rozmysłem manię wielkości, to musi się w nas 
zrodzić pewien sceptycyzm do owych „u całej ludzkości identycznych skłonności duchowych"! 

Ale mniejsza o to. W każdym razie młoda dyscyplina amerykani- styki dowiedziała się od nauk 

archeologicznych Zachodu, że we wczesnych stadiach rozwoju religijnego czczono jako bóstwa słońce, księżyc i 
gwiazdy, że zatem istniały bóstwa „solarne", „lunarne" i „stellarne", i uznała, że owo doświadczenie Starego 
Świata można zastosować także do zjawisk spotykanych w Ameryce. W dawnej Ameryce bóstwa 
personifikujące pewne ciała niebieskie grały niewątpliwie wielką rolę, więc i białycfh bogów występujących w 
mitach i legendach wielu ludów indiańskich wyjaśniano jako personifikacje cudu słońca. Bóg światła 
Quetzalcoatl — twierdzi amerykanistyka — jest pochodzenia „solarnego" i niczym więcej jak tylko 
wyposażonym przez legendę w krew i ciało symbolem słońca, które wstaje tajemniczo ze wschodniego morza, 
płynie spokojnie nad ziemiami, dla których jest błogosławieństwem, by wreszcie zniknąć na zachodzie. Stąd 
biała barwa skóry Quetzalcoatla, stąd jego łagodność i dobroć, stąd ofiary z kwiatów i owoców! 

I stąd także jego niebieskie oczy, jego długa, jasna broda, znak krzyża na szacie, grzech pierworodny, 

chrzest, spowiedź, komunia, owo „odziewajcie nagich i nakarmcie ubogich"? — nie, tak daleko amerykaniści 
nasi się nie posuwają. Takie zjawiska należą „do wielkiej liczby zgodności między ludami kulturalnymi Starego 
i Nowego Świata, których wyjaśnienie musimy pozostawić przyszłym pracom badawczym". 

Jest to, łagodnie mówiąc, niezwykle zdumiewająca wiara w dogmat. Wywodzi się ona od Amerykanina D. 

G. Brintona, który w 1882 roku pisał w swym dziele American Hero-Myths („Amerykańskie mity bohaterskie"): 

„Przy pomocy oka i światła widzimy i uczymy się. Więc też nic dziwnego, że bogu światła przypisywano 

rozwój życia domowego i społecznego. Stąd .pochodzi też, że światło było symbolem kultury i mądrości i 
stawiano je na równi z pokojem i dobrobytem, niezbędnymi dla gromadzenia doświadczeń. Jasna barwa skóry to 
aluzja do światła poranka. Włosy i broda to promienie słońca wychodzące 
164 
z jego okrągłej twarzy. Luźne i szerokie szaty uzmysławiają oblany światłem i owiany wiatrem firmament." 

Brzmi to wcale przekonywająco, przynajmniej dla mieszkańców stref umiarkowanych, którzy odczuwają 

jedynie dobroczynny wpływ słońca. Inaczej w strefach o klimacie tropikalnym. Dodać jeszcze należy, że teoria 
ta powstała jakie osiemdziesiąt lat temu, na długo przed rozpoczęciem w Ameryce poważnych badań 
archeologicznych i przed znalezieniem wspaniałych okazów prehistorycznych, które zaczęto wydobywać na 
światło dzienne dopiero z początkiem bieżącego stulecia. Obrazy skalne, rzeźby, roboty snycerskie w nefrycie, 
ceramika, płaskorzeźby na ścianach świątyń, barwne rysunki w świętych starych księgach itd. — 
przedstawiające głowy męskie z długimi, pielęgnowanymi brodami — znalezione w wielu miejscach Meksyku i 
Jukatanu, dowodzą, że nie chodzi tu o wyobrażenia mitycznych istot solarnych, lecz o wizerunki ziemskich 
ludzi. W American Museum of National History w Nowym Jorku, w paryskim Musee de 1'Homme i w zbiorach 
National Geographic Society w Waszyngtonie jest mnóstwo takich okazów. 

Podobnie jak u Azteków i Majów, znajdują się też w Peru liczne realistyczne rzeźby i figury z ceramiki 

przedstawiające ludzi, mężczyzn z długimi, pięknie wijącymi się i pielęgnowanymi brodami. Nie można tu 
zastosować do nich absolutnie teorii Brintona o „solarnym" pochodzeniu zagadkowych brodatych, białych hero-
sów, nie możemy uwierzyć, by ludy kolorowe, które nigdy nie oglądały na oczy białego człowieka, wynalazły 
przypadkowo równocześnie zarost, biały kolor skóry i blond włosy! A gdzież w takim razie są „biali bogowie" 
Afryki? Wszak tam taki wynalazek byłby szczególnie aktualny! A gdzie są w północnej Europie „czarni bogo-
wie" — symbole długiej nocy zimowej, której zgubna siła dawała się mieszkańcom we znaki? 

Można by wysunąć twierdzenie, że owe rysunki skalne, rzeźby czy płaskorzeźby przedstawiają po prostu 

brodatych mężczyzn i że teoria o ich solarnym pochodzeniu jest wobec tego nieprawdopodobna. Wśród Indian i 
Chińczyków zdarzają się przecież tu i ówdzie jednostki brodate; we wszystkich tych obrazach uchwycone 
zostały tylko anomalie, zadziwiające odchylenia od nieowłosionego indiańskiego typu. 

Ale i ten, słaby zresztą, zarzut został obalony przez odkrycia 

13* 
195

background image

 
poczynione przed około dwudziestu laty przez Amerykanów A. Morrisa, E. H. Morrisa i J. Charlota w świątyni 
wojny w Chichen Itza w Jukatanie. Uczeni ci znaleźli tam pewną ilość gorzej lub lepiej zachowanych malowideł 
ściennych, pochodzących z X lub XI wieku po Chr., na których przedstawiono bitwę morską między ludźmi 
należącymi do rasy ciemnej z ludźmi należącymi do rasy o jasnym kolorze skóry, widocznie jasnowłosej. 
Malowidła te nie mają bynajmniej charakteru mitycznego. Przeciwnie, są tak realistyczne w przedstawieniu 
walk, ucieczki pobitych „białych" ludzi, tortur i straszliwej śmierci na świętym kamieniu ofiarnym, że dzisiaj 
określilibyśmy je wprost jako reportaż w obrazach. 

Jest to odkrycie zdumiewające i skłonni bylibyśmy uważać malowidła ścienne z Chichen Itza, 

przedstawiające prawdopodobnie walki Majów z Toltekami, owym ludem przedazteckim, wśród którego zjawił 
się Quetzalcoatl, za ostateczny dowód przemakający na korzyść naszej tezy. Nie czynimy tego jednak, albowiem 
dyskusja naukowa na ten temat nie jest jeszcze zakończona. Jedna wszakże uwaga byłaby na miejscu: 
przedstawione tu w wielkim skrócie Zgodności między Starym a Nowym Światem odnoszą się głównie do tych 
obszarów Ameryki, które znajdują się w zasięgu dryfu prądów morskich i powietrznych, prowadzących z 
Europy na zachód, tak że każda tratwa, każde czółno-jednodrzewo, każda w ogóle jednostka pływająca, nie 
wyłączając nadymanej łodzi gumowej Allaina Bom- barda, docierają niechybnie do Ameryki, gdy tylko dostaną 
się w strefę działania tych prądów. 

Osąd i ocenę tych teorii pozostawiamy czytelnikowi. Ale trzeba przyznać, że był to niezwykły przypadek, iż 

Cortez i jego ludzie wylądowali właśnie w Ameryce Środkowej, kraju o wysokiej kulturze. Tylko tutaj istniało 
państwo, organizacja polityczna, zwarty organizm administracyjny z prowincjami, miastami, wsiami i gro-
madami, ze szlachtą, kapłanami i wojskiem — krótko mówiąc, imperium, którym można było zawładnąć i po 
jego podbiciu panować nad nim — tak jak w Europie. Hiszpanie przyjęli to dziwne podobieństwo do ich 
ojczystych warunków bez głębszego zastanowienia. Nie przyszło im nigdy na myśl zapytać, co by się z nimi 
stało, gdyby byli po raz pierwszy wylądowali w Nowym Świecie na skraju niezmierzonych prerii Ameryki 
Północnej lub w dżunglach Ori- noko czy Amazonki. Nie uświadamiali sobie wcale, że zostaliby 
wessani, że wsiąknęliby i rozpłynęli się jak przelotny deszcz w piaskach pustyni. Nie zdawali sobie sprawy, że 
dla swych czynów potrzebowali rozwoju cywilizacyjnego, który równałby się ich własnemu rozwojowi. Tu 
napotkali właśnie poziom odpowiadający ich poziomowi kulturalnemu, toteż tylko tutaj akcja ich mogła zostać 
uwieńczona powodzeniem. A ponieważ było tak, i to w czasie, gdy inne ludy na pozostałym olbrzymim obszarze 
kontynentu amerykańskiego z wyjątkiem Peru tkwiły jeszcze w pierwotnych formach bytowania, trudno nam 
uwierzyć w teorię zgodności i równoczesności rozwoj u. Jesteśmy raczej skłonni przypuścić, że między Starym a 
Nowym Światem istniały rzeczywiście wczesne i dość ścisłe stosunki. 

Faktem jest, co prawda, że stosunki te były przejściowe. Indianie nie przejęli wynalazku koła oraz kółka 

garncarskiego, nie nauczyli się stosowania instrumentów smyczkowych w muzyce, glazury w ceramice, pługa 
do orania pól i ogrodów — chociaż są to wiadomości podstawowe, które hipotetyczni imigranci lub misjonarze 
ze Starego Świata byliby z pewnością z sobą przywieźli. 

Mogliby ostatecznie zrezygnować z instrumentów smyczkowych, z glazury, a nawet z kółka garncarskiego 

— do dziś dnia obywa się bez nich przemysł chałupniczy Indii i Indonezji — a mimo to wznieść się na wysoki 
poziom kultury. Niezrozumiałe jest natomiast, że mieszkańcy Nowego Świata nie przywiązywali żadnej wagi do 
użytku koła; długi czas oficjalna amerykanistyka widziała w tym dowód, że do czasu przybycia Hiszpanów i 
Portugalczyków nie było żadnych kontaktów między Starym Światem a Ameryką. Można wprawdzie dowieść 
bez trudu, że w amerykańskim kręgu kultury znana była i rozpowszechniona wielka ilość przedmiotów obracają-
cych się, jak np. wrzeciono, świdry, bączki i krążki brzęczące. Ale chociaż w Peru znaleziono pod ciężkimi 
bryłami kamiennymi resztki okrągłych pni, które służyły jako środek transportu, to jednak nie wyjaśniona 
pozostała kwestia, czy indiańscy architekci używali walców lub krążków do przesuwania olbrzymich bloków 
skalnych, z których często wznosili swe świątynie i grody. A jest to kwestia ważna, gdyż nauka o starożytności 
zwykła wszędzie wyprowadzać wynalazek koła i używanie wozu z uprzedniego stosowania krążków i walców. 

Wydaje się więc, że Indianie nie wpadli na pomysł, aby ciężkie przedmioty kłaść na okrągłe pnie i toczyć je 

zamiast ciągnąć i popy

background image

 
chać. Nasuwa się stąd wniosek, że skoro nie znali kola, ergo przed Kolumbem nie było żadnych kontaktów z 
Europą. Wniosek ten jest jednak fałszywy. Archeolog amerykański Gordon F. Ekholm podaje, że znaleziono 
gdzieniegdzie w Ameryce Środkowej zabawki dziecinne na kółkach, małe gliniane postacie z bajek. 

Nie zastosowano jednak zasady koła w życiu codziennym, w transporcie i przemyśle, choć się to wprost 

samo narzucało. Wprawdzie w Nowym Świecie nie było zwierząt pociągowych, konia przywieźli do Ameryki 
dopiero Europejczycy, ale nikt nie wpadł tam na pomysł, aby na przykład odpowiednio wytresować psy i 
zaprząc je do wozów, jak to uczynili w Kanadzie i Grenlandii pokrewni Indianom Eskimosi, którzy do swych 
sań zaprzęgali psy. Nawet na ludzi można byłoby założyć uprząż, choćby po to, aby ciągnęli świetne karoce 
królewskie. 

Argumentowano też, że w Ameryce nie było dróg, i wypowiadano pogląd, że wynalazek drogi jezdnej jest 

niejako wstępnym warunkiem wynalezienia koła. Ale i ten zarzut nie mógł się ostać. Istniały mianowicie, 
przynajmniej w Ameryce Środkowej, od dawna znakomite drogi, na co wskazuje z naciskiem Ekholm. W 
północnymi Jukatanie, między Coba a Jaxuna, na trasie długości około stu kilometrów znajdują się jeszcze 
dzisiaj szczątki owych starych szos. Są to drogi kunsztownie zbudowane, o szerokości dziesięciu lub więcej 
metrów, z gładką nawierzchnią, które w niczym nie ustępują nowoczesnym autostradom. 

Zarzut, że Indianie musieliby znać koło i posługiwać się nim, gdyby kiedykolwiek mieli jakieś kontakty ze 

Starym Światem, upada. Nasi czerwonoskórzy bracia znali zasadę koła równie dobrze jak my, ale nie stosowali 
jej — tak samo jak nie stosował jej świat islamu, który posługiwał się prawie wyłącznie zwierzętami jucznymi. 
Pytanie, jaka jest tego przyczyna, pozostaje nadal otwarte. Gordon F. Ekholm sądzi, że uporczywe trzymanie się 
tradycji, które jest istotnie wybitną cechą charakteru Indianina, jest przyczyną słabego rozwoju technicznego 
Ameryki z czasów przed Kolumbem. Ale czemu należy przypisać ową tradycyjną moc trwania przy starym, 
pozostaje nie wyjaśnione, podobnie np. jak nie wytłumaczono, dlaczego okres wielkiego rozwoju technicznego 
na Zachodzie zaczął się dopiero z nadejściem Renesansu. Musimy zadowolić się samym stwierdzeniem takich 
osobliwości. Wyjaśnić ich na razie nie umiemy. 

Może się wydawać, że zeszliśmy dość daleko na boczne tory, że poruszyliśmy tematy nie mające nic 

wspólnego z historią odkryć. Jednakże każda forma historii, czy to historia polityczna, militarna, ekonomiczna, 
czy też historia filozofii lub sztuki jest wszak tylko pewnym aspektem historii kultury. Dlatego prosimy 
czytelnika, ażeby jeszcze przez chwilę dotrzymał autorowi towarzystwa na bocznej ścieżce. Prowadzi ona do 
znanej tylko w kołach fachowych pracy z 1947 roku, którą ogłosiło trzech botaników i biologów amerykańskich 
pod odstraszającym tytułem: The Evolution of Cossypium and the Differentiation of the Cidtivated Cottons. 

Na pierwszy rzut oka publikacja ta wydaje się niestrawna jak stara skóra. Zajmuje się mianowicie rodzajem 

i ilością chromosomów w nasionach bawełny i stwierdza, że dziko rosnąca bawełna Starego Świata zawiera 
trzynaście dużych chromosomów, natomiast dziko rosnąca bawełna Nowego Świata, jak wynika z licznych 
znalezisk w Ameryce Środkowej, zawiera tę samą ilość małych chromosomów. A więc na naszej ziemi istnieją 
od zamierzchłej przeszłości dwa podobne wprawdzie do siebie, ale różne gatunki bawełny. 

Trzej badacze amerykańscy zbadali nasienie bawełny hodowanej przez ludy staroamerykańskie na długi 

czas przed Kolumbem i pojawieniem się białych i stwierdzili, że ta odmiana zawierała dwadzieścia sześć 
chromosomów, trzynaście małych i trzynaście dużych. Obydwa gatunki musiały zatem ulec skrzyżowaniu. Ale 
w jaki sposób dotarły nasiona bawełny ze Starego Świata do Ameryki? Czy przez Cieśninę Beringa, drogą 
zamierzchłych wędrówek, którą pierwotni mieszkańcy olbrzymiego kontynentu płynęli niegdyś do swej nowej 
ojczyzny? Uczony amerykański C. O. Sauer, który kwestią tą specjalnie się zajmował, uznał to w 1950 roku za 
niemożliwe. Klimat okolic podbiegunowych był zawsze tak surowy, że wrażliwe nasiona bawełny nie zniosłyby 
transportu przez Cieśninę Beringa. Musiały one dotrzeć do Ameryki w strefie tropikalnej lub podzwrotnikowej, 
a więc w Indiach Zachodnich lub w Meksyku. 

Jest rzeczą znaną, że nauki nasze bardzo niechętnie przyznają, iż łatwiej jest pokonać dwa tysiące pięćset 

kilometrów między Wyspami Kanaryjskimi a Ameryką Środkową z pasatem i z prądem morskim niż około 
szesnaście tysięcy kilometrów dzielących Azję od Ameryki przeciwko pasatowi i przeciwko prądowi mor

background image

 
skiemu. Wskutek tego zabrano się do przeszukania Melanezji, Mikronezji, Nowej Gwinei, Australii i wysp 
Polinezji, aby stwierdzić, czy nie ma tam gatunków bawełny Starego Świata, tj. owej odmiany z trzynastoma 
wielkimi chromosomami. Ale nie było ich nigdzie, znajdowano ciągle tylko odmiany z dwudziestoma sześcioma 
chromosomami. Stąd zatem i drogą przez Pacyfik nie mógł dokonać się import nasion bawełny Starego Świata 
do Ameryki. Pozostała tylko jedna droga: przez Ocean Atlantycki i stamtąd dalej na Morza Południowe. 

Czy mogły być przeniesione przez ptaki? Ptaki nie jedżą nasion bawełny. Czy burze i prądy morskie mogły 

ponieść lekkie ziarnka bawełny przez olbrzymią powierzchnię morza? Jest to mało prawdopodobne. Na dobitek, 
w wilgotnym powietrzu bawełna traci zdolność • kiełkowania. 

Nie wszystkie zainteresowane gałęzie nauki wyciągnęły z tego należyte wnioski. Nie chcemy wyprzedzać 

uczonych i 'katedr uniwersyteckich, pragnęliśmy jednakże wspomnieć o tych problemach — choćby tylko po to, 
aby wykazać, jak ściśle powiązane są z sobą wszelkie ludzkie sprawy. 

Od czasu gdy Hiszpanie wypłynęli z ujścia Tabasco — a było to w ostatnich dniach marca — Bernal Diaz 

del Castillo nie zaznał chwili spokoju. Cortez wysłał młodego człowieka do bocianiego gniazda, aby się 
rozglądał. Krępy, dwudziestodwuletni syn chłopski z Medina del Campo w prowincji León, sercu starej Kastylii, 
był już raz w tej dzikiej, obcej okolicy. Dopiero przed niespełna rokiem dotarł z Juanem Grijalvą, synowcem 
Diego Velasqueza, aż tutaj, w okolice dzisiejszego Vera Cruz w Meksyku, płynąc wzdłuż wybrzeży Jukatanu i 
przez zatokę Campeche. Na pewno się zorientuje, czy dobrze płyną. 

Bernal Diaz tkwi więc bardzo markotny w koszu umocowanym do masztu. Tak jak Cortez nie przeczuwa, 

że będzie kiedyś nosił tytuł capitan generał de la Nueva Espana y Costa del Swr, tak samo nie przeczuwa nasz 
syn chłopski, że będą go kiedyś tytułowali „seńor" i „regidor" miasta Guatemali i że u schyłku życia napisze 
nawet książkę wspomnień. W każdym bądź razie z początkiem kwietnia 1519 roku wisi u masztu i przeklina 
swój los. Co kilka godzin stary woła na niego z rufy i pyta, co widzi. Co tu można widzieć? Bagna i piasek, 
piasek i bagna. A z prawej burty tylko morze, żadnego statku, żadnego lądu, żadnej wyspy — nic, absolutnie 
nic! Co za pech, już sobie prawie nie przypomina, jak wyglądała okolica, obok której przepływał przed rokiem! 
Ach, gdyby tak zobaczyć znów wysokie góry okryte śniegiem, Sierra Nevadę albo szeroką lagunę Alvarado, 
zaraz by się zorientował. 

Bernal Diaz del Castillo był prostym człowiekiem, toteż nie wiedział, że już Kolumb podczas swej czwartej 

podróży spotkał na pełnym morzu, przed wybrzeżem Hondurasu, Azteków — dziwnych, brązowych ludzi w 
dziwacznej łodzi, którzy mieli na sobie ubrania z farbowanej bawełny, posiadali narzędzia z miedzi i bardzo 
osobliwą broń, a na zdziwione pytanie, skąd przybywają, wskazywali na zachód. Bernal Diaz nie zna oczywiście 
także tajnego raportu, który Grijalva złożył po powrocie swemu wujowi, Diego Veiasquezowi. Był to raport 
bardzo fragmentaryczny i w pewnej mierze bałamutny. Grijalva nie miał bowiem tłumaczy i gdy u wybrzeży 
Meksyku próbowano nawiązać z Indianami rozmowę i stosunki handlowe, porozumiewanie się było utrudnione. 
Hiszpan zrozumiał jednak tyle, że daleko na zachodzie, na wielkim płaskowyżu, znajduje się olbrzymie miasto, 
otoczone ze wszystkich stron wodą i rządzone przez króla, który posiada niezmierzone skarby złota i drogich 
kamieni. Bernal Diaz nie zna tego raportu, ale zna go Cortez. I dlatego nie daje spokoju chłopakowi w bocianim 
gnieździe, wychodzi co chwila ze swej kabiny na pokład pytając, czy czegoś nie dostrzegł. 

Dni mijają, nadchodzi tydzień wielkanocny, wreszcie Wielki Czwartek roku 1519; po lewej burcie okrętu, 

bardzo, bardzo daleko i niesłychanie wysoko unosi się delikatna, migotliwa poświata. Nieco później wynurza się 
z toni oceanu ogniście czerwone słońce i złote promienie z okrytych śniegiem gór obcego lądu biegną ku 
jedenastu hiszpańskim okrętom. W mgnieniu oka cała załoga staje na nogi, w kilka godzin później kotwice z 
chrzęstem wżerają się w dno morza, mniej więcej w miejscu, gdzie dzisiaj leży Vera Cruz — i rozpoczyna się 
jeden z najwspanialszych dramatów wszech czasów. 

Zdarzenia następują po sobie szybko, nerwowo, zapierając dech. Minęło zaledwie pół godziny od chwili, 

gdy Hiszpanie rzucili kotwice,

background image

 
a już nadpływają dwa wielkie wojenne kanu pełne Indian. Dobijają do okrętu admiralskiego, do „Capitany", 
kilkunastu Indian wspina się gęsiego po drabdnce sznurowej na pokład. Pytają o tlatoana, dowódcę, oddają mu 
należne honory i proszą, aby wolno im było wypełnić życzenia obcego pana. 

Czynią to na rozkaz Montezumy, „Gniewnego Pana", cesarza Meksyku. Montezuma był kapłanem, zanim 

został cesarzem i objął władzę. Przez wiele lat siedział w mrocznych celach klasztornych nad pożółkłym pismem 
obrazkowym, opowiadającym o Quetzalco- atlu i przyszłym powrocie białych bogów. Zna stare podanie lepiej 
niż ktokolwiek z jego ludu, boi się białych

1

. Od lat donoszono mu o każdym najdrobniejszym zdarzeniu u 

wybrzeży kraju; gdzie tylko ukazali się Hiszpanie, śledziły ich tysiące ciemnych oczu, nic nie uszło ich 
czujności. Montezuma wie, jakie grozi niebezpieczeństwo. Musi mu zapobiec. Dlatego nakazuje, aby spełniać 
wszystkie życzenia obcych przybyszów. Jeżeli chcą dostać złoto za błyskotliwe perły szklane, które przywieźli, 
a które Aztecy uważają za nefryt, należy im dać złoto. Jeżeli chcą kobiet czy jadła — należy im dać, czego 
zapragną. Może w ten sposób uda się ugłaskać synów-mścicieli białego zbawiciela, nasycić ich, uspokoić, 
zadowolić. Jeżeliby to jednak nie pomogło, w odwodzie stoją gwardie gotowe na śmierć, siły zbrojne Azteków, 
zaprzysiężone swemu kapłanowi-królowi, oraz cały olbrzymi kraj wraz ze wszystkimi sprzymierzeńcami. Wszak 
tylko kilkuset ludzi zbliża się na okrętach. W najgorszym razie zdusi się ich, wdepcze w ziemię, zatopi powodzią 
ciał, które się na nich zwalą. 

Montezuma nie jest zwolennikiem polityki pojednawczej za wszelką cenę; myliłby się, kto by tak sądził. 

Nie wie, jak się ma zachować, jest w kłopocie. A jako dyktator i teokrata jest zaślepiony wiarą w swe 
posłannictwo. Widzi tylko siebie i swój świat i dlatego — jak wszyscy dyktatorzy — popełnia w rozstrzygającej 
chwili błąd. Zamiast zademonstrować swą siłę zbrojną, przesyła Hiszpanom drogocenne podarunki — i tym 
sposobem kusi ich tylko nieopatrznie, tym silniejszą staje się ich żądza zawładnięcia krainą złota. 

Maurice Collis pisze w swej książce Cortez i Montezuma, że o losie cudzoziemców zadecydował osobliwy 

przypadek. Według dawnych proroctw — powracający ze wschodu Quetzalcoatl wyląduje w roku przestępnym. 
W ostatnich stuleciach arcykapłani Azteków obser 
202 
wowali z wielką trwogą pięćdziesięciodwuletni, rytmiczny cykl rok przestępnego. Ale zagniewany Quetzalcoatl 
nie ukazał się ani w 1363, ani w 1415, ani też w 1467 roku. Teraz kalendarz wskazuje znowu rok przestępny. I 
nagle coś zaczyna się dziać na morzu! W 1517 roku ukazują się w oddali pierwsze „domy wodne ze skrzydłami 
łabędzi": to wyprawa Hernandesa Córdoby, który odkrył Jukatan i dotarł do Zatoki Campeche. W 1518 roku 
biali bogowie znowu wracają. Tym razem ich domy wodne nie rzucają już kotwicy w oddali, lecz dopływają do 
wybrzeży Meksyku; czujki Montezumy obserwują przybyszów z bliska. „Mają białą skórę, długie brody i jasne 
włosy" — donoszą swemu królowi. Ale obcy przybysze nie bawią długo. Po kilku tygodniach łabędzie skrzydła 
ich żagli znikają na wschodnim morzu. 
203

background image

 

Gdy przybywa Cortez, jest według kalendarza Azteków rok przestępny. Przerażenie ogarnia króla i 

kapłanów. Mnisi ślęczą nad magicznymi rękopisami, wyczytują z nich, że Quetzalcoatl powróci w dniu 
„dziewięciu wiatrów". 

Cortez, który w Wielki Czwartek 1519 rzucił kotwicę u wybrzeża, miał z pewnością zamiar jeszcze tego 

samego dnia podpłynąć łodzią do lądu. Przeszkodziły temu odwiedziny Indian. Postanawia więc wyjść na ląd 
następnego dnia, tj. w Wielki Piątek. Dzień, w- którym po raz pierwszy postawi nogę na tym nowym świecie, 
ma być dniem śmierci Chrystusa. Tak się też stało. Hiszpanie lądują w Meksyku nie 21 kwietnia 1519, lecz 22. 

A to jest według kalendarza azteckiego dzień „dziewięciu wiatrów"! Stare proroctwo sprawdziło się zatem 

dosłownie. Sprawdziło się także w drobniejszych jeszcze szczegółach: ponieważ w. Wielki Piątek należy nosić 
ciemne szaty, Cortez wychodzi na ląd w czarnym ubraniu. W magicznych księgach Azteków Quetzalcoatl jest 
przedstawiony w ciemnym habicie. Obcy biały bóg ma na głowie niski czarny kapelusz — modne nakrycie 
głowy, które w Europie w początkach XVI wieku spotykamy na wszystkich portretach wielkich panów. 
Quetzalcoatl nosił również podobny kapelusz. W okolicy Tabasco wstąpił niegdyś na tratwę, która zawiozła go 
do jego boskiej ojczyzny na Wschodzie. Stamtąd przybyli teraz biali. A gdzie naj- pierwej wylądowali ze swymi 
parskającymi smokami, z tajemniczym piorunem i błyskawicą w rękach? W Tabasco! I choó była ich garstka, 
pokonali wrogów liczących dziesięć tysięcy wojowników! Są niewątpliwie bogami. Biada Aztekom, jeśli zechcą 
im stawiać opór! 

Szybkie sztafety Montezumy przebywają odległość od wybrzeża do stolicy swego kapłana-króla w ciągu 

dwudziestu czterech godzin. W tej samej mniej więcej godzinie, w której Cortez wychodzi na ląd w Meksyku, 
Aztek ma już pierwsze wiadomości o powrocie białych bogów. Bliższych szczegółów jeszcze nie zna. 
Wyprawia szybkich gońców do namiestników z rozkazem, aby stwierdzili, czy cudzoziemcy mają rzeczywiście 
jakiś związek z Quetzalcoatlem. 

W dwa dni po wylądowaniu w Vera Cruz, w niedzielę wielkanocną 1519 roku zjawia się z wizytą u Corteza 

książę Teutlile, namiestnik prowincji kresowych, wierny i oddany cesarzowi. Bernal 
Diaz del Castillo opowiedział nam obszernie o tych rozstrzygających chwilach: 

„W niedzielę wielkanocną stawił się u nas pan Teutlile we własnej osobie. Cortez powitał go, uściskał i 

zaprosił na nabożeństwo, które właśnie miało się rozpocząć. Pater Bartel Olmedo odśpiewał mszę, a ministrowa! 
mój brat Juan Diaz. Potem namiestnik i co znamienitsi ludzie z jego orszaku wzięli udział w uczcie razem z 
Cortezem i kapitanami. 

^Gdy wstaliśmy od stołu, Cortez rozmawiał za pośrednictwem dońi Mariny z Teutlilem i jego 

towarzyszami; oznajmił im, że jesteśmy chrześcijanami i sługami największego władcy na ziemi, cesarza 
Karola, który ma za lenników i sługi wielu panów swego imperium. Na jego rozkaz przybyliśmy do tego kraju, o 
którym, jak i o jego władcy, królu Montezumie, cesarz wiedział już od dawna. Cortez przybył w imieniu Jego 
Cesarskiej Mości i pragnie być przyjacielem króla Montezumy. Prosi naczelnika o wskazanie mu drogi do 
swego pana i władcy, aby mógł złożyć królowi swe uszanowanie 
i przedstawić mu orędzie cesarza. 
Teutlile odparł wyniośle: «Zanim poprosisz o posłuchanie u mego króla, dobrze uczynisz, jeśli najpierw 
obejrzysz dary, które

background image

 
ci przywiozłem, i powiesz mi, jakich rzeczy będziesz potrzebował!* 

Po czym otworzył kufer pleciony z wikliny zawierający mnóstwo złotych przedmiotów pięknej i misternej 

roboty. Następnie wręczył Cortezowi dwadzieścia bel białej bawełny oraz bardzo kunsztowne hafty z piór i inne 
drogocenne przedmioty, których sobie jednak po upływie tylu lat szczegółowo nie przypominam, a także 
żywność w wielkiej obfitości, jako to kury, suszone ryby i owoce. 

Cortez przyjął wszystkie te podarunki pogodnie i z godnością i odwdzięczył się namiestnikowi 

szlifowanymi perłami szklanymi i innymi wyrobami hiszpańskimi. Następnie polecił mu obwieścić w podległym 
sobie okręgu, aby mieszkańcy zechcieli przybyć do nas w celach handlu wymiennego, gdyż przywieźliśmy z 
sobą wiele ładnych i pożytecznych rzeczy, które pragniemy wymienić na złoto. 

Teutlile przyjął podarunki oświadczając, że jego pan i król, który jest potężnym władcą, ucieszy się, gdy 

otrzyma wiadomość o wielkim oesarzu i podarunki od niego. Prześle mu natychmiast te dary i poprosi o 
wskazówki. 

Indiański namiestnik przyprowadził z sobą kilku niezwykle zręcznych rysowników, których jest w Meksyku 

wielu. Kazał im od rysować twarz, postawę i ubranie głównodowodzącego, wszystkich kapitanów i kilku 
żołnierzy, wygląd okrętów i koni, armat i kul, a nawet nasze dwa psy, krótko mówiąc, wszystkie osoby i rzeczy, 
które u nas widzieli. Rysunki te przesłano królowi Montezumie. 

Aby dać gościom wyobrażenie o naszej potędze, Cortez polecił naładować działa jak największą ilością 

prochu i wydał rozkaz, aby Alvarado wraz z innymi rycerzami wsiedli na koń, zawiesiwszy przedtem dzwonki u 
rzędów końskich, i przejechali cwałem przed wysłannikiem Montezumy. 

Gdy jeźdźcy przejechali, wystrzelono z dział. Pogoda była bezwietrzna. Kule kamienne przeleciały z 

wielkim hukiem nad brzegiem morza, budząc długie echo. Indianie bardzo się przerazili i polecili rysownikom, 
ażeby to dziwne wydarzenie także uwiecznili w rysunku. 

Jeden z Hiszpanów miał na sobie pozłacany hełm szturmowy. Teutlile zauważył, że podobne hełmy nosili 

ich przodkowie. Jeden z takich hełmów jest przechowywany na pamiątkę w świątyni ich boga wojny. Cortez 
odpowiedział na to, że chętnie obejrzałby sobie 
ten hełm. Hełm szturmowy Hiszpana dał w podarunku gościowi, wypowiadając przy. tym życzenie, że chciałby 
otrzymać hełm pełen ziaren złota, gdyż posłałby go naszemu panu i cesarzowi. 

Po tej rozmowie Teutlile pożegnał się z Cortezem. Spiesznie pojechał do Montezumy, aby złożyć mu 

sprawozdanie oraz wręczyć dary Hiszpana i wykonane rysunki. Król był niezmiernie zdziwiony tym, co słyszał i 
widział. On także, gdy tylko ujrzał hełm szturmowy, zauważył podobieństwo do hełmu złożonego w świątyni 
boga wojny i nie wątpił już, że należymy do owego ludu, który według prastarego podania zjawi się pewnego 
dnia w tym kraju i zdobędzie nad nim panowanie. 

Po jakichś sześciu czy siedmiu dniach Teutlile przybył znowu do nas, a razem z nim jeszcze jeden 

przywódca i ponad stu ciężko objuczonych ludzi. Cortez przywitał obu dostojników jak najuprzejmiej i zaprosił 
ich, aby zajęli miejsca obok niego. Po obopólnych powitalnych przemówieniach przybysze rozłożyli na macie 
przywiezione podarunki: 

Okrągłą płytę ze złota, na której były odtworzone słońce i koła zodiaku, wagi ponad 100 grzywien; taką 

samą płytę ze srebra, na której był przedstawiony księżyc, wagi ponad 50 grzywien i wielkości kola u wozu; 
naszyjnik z siedmiu kawałków złota ze 183 małymi szmaragdami i 232 małymi, podobnymi do rubinów drogimi 
kamieniami, na nim uwieszonych 26 małych dzwonków ze złota z 10 pięknymi perłami i osiem innych 
łańcuszków na szyję; zwierciadło z merkazytu w formie kuli, wielkości pięści, oprawne w złoto, bardzo 
misternej roboty, dar iście królewski; mnóstwo złotej i srebrnej biżuterii; liczne figury ze złota, przedstawiające 
żaby, psy, lwy, małpy, kaczki i inne zwierzęta; liczne złote medale; drogie kamienie w prześlicznych oprawach 
przedstawiających wartość większą niż same kamienie. 

Gdy obaj wodzowie wręczyli Cortezowi te skarby, jeden z nich oświadczył: Król Montezuma jest bardzo 

uradowany przybyciem do jego kraju tak walecznych bohaterów. Pragnąłby poznać wielkiego cesarza, o którym 
już przedtem miał wiadomości, musi jednak z powodu wielkiego oddalenia zadowolić się przesłaniem mu w naj-
bliższym czasie cennego podarunku. Z przyjemnością odda nam do dyspozycji wszystko, czego będziemy 
potrzebowali podczas naszego pobytu w tym kraju. Co się jednak tyczy spotkania z Cortezem, to

background image

 
 
Część trzecia — Zdobycie Meksyku 
wolałby, aby biały wódz z tego zrezygnował, gdyż nie jest ono potrzebne i zbyt kłopotliwe." 

Wysłannicy Montezumy skosztowali z prawdziwą przyjemnością wina, którym ich Hiszpanie uraczyli. Było 

ono w Meksyku nie znane i smakowało krajowcom znakomicie. Także kuchnia, hiszpańska spotkała się z ich 
pełnym uznaniem: biali bogowie umieją żyć! Ale książę Teutlile nie uczestniczy w tym bankiecie jako osoba 
pfy- 

  ________________  watna, lecz ma stwierdzić, czy biali 

I są rzeczywiście bogami. Każe podać do stołu przysmaki azteckie. Hiszpanie są niezwykle zaciekawieni. Gdy 

się jednak dowiadują, że pięknie ułożone kosze z indykami, rybami, kukurydzą, owocami, ślimakami i pie-
czonymi wężami ociekają krwią — krwią ludzką, jak uprzejmie wyjaśnia białym bogom książę Teutlile — 
odwracają się ze wstrętem i zgrozą. Namiestnik aztecki ani drgnął, tego się właśnie spodziewał. 
Quetzalcoatl głosił przecież, że spożywanie mięsa ludzkiego i ludzkiej krwi jest grzechem i sprzeciwia się 
woli niebian. Ale Teutlile chce zyskać pewność. Napomyka więc mimochodem, że w jego orszaku znajduje 
się niewolnik przeznaczony na ofiarę. Jeżeli biały bóg ruszy tylko małym palcem, serce niewolnika znajdzie 
się za. chwilę na tacy! 
Cortez-QuetzalcoatI zrywa się, oburzony. Czy chodzi o owego człowieka ze świty księcia, którego żałosna 

mina uderzyła jego i towarzyszy? Teutlile potakuje. Tak, to zresztą zrozumiałe. Ten człowiek wie, że ma służyć 
za pożywienie zagniewanemu panu Quetzal- coatlowi. To niezwykły zaszczyt dla niego, ale dręczy go myśl, czy 
wyrwą mu jak się to zwykle działo — bijące jeszcze serce, czy też na cześć białego boga nie zastosują o wiele 
bardziej bolesnego rytuału. Stąd jęgo smutek. 

Teraz Teutlile wie już, co chciał wiedzieć. Przybysze są istotnie synami Quetzalcoatla. I rozumie doskonale, 

dlaczego Montezuma 
208 
>

s

background image

 
 

Proroctwo błazna Ceryantesa 
pragnie za wszelką cenę trzymać ich z dala od Tenochtitlan. Biały bóg zemści się straszliwie, a inni bogowie nie 
będą bynajmniej przypatrywać się bezczynnie powrotowi Quetzalćoatla. Grozi przeraźliwa rzeź na ziemi, jak i w 
niebie. Należy odwrócić tę zagładę. Może uda się nakłonić Quetzalcoatla, aby wrócił do swego ziemskiego raju. 
Książę Teutlile dodaje do orędzia swego królewskiego pana własne ostrzegawcze słowa. 

Odmowa spotkania się z Montezumą bynajmniej nie odstraszyła Corteza. Ze śmiechem zwraca się do swego 

adiutanta: „Ten Montezumą zdaje się być niedostępny. Mimo to osiodłamy nasze konie i wytropimy go w jego 
norze!" Adiutanci odpowiadają mu także śmiechem, ale w głębi duszy są zmieszani. Przypomniała im się 
dziwna scena, która pół roku temu rozegrała się pewnej niedzieli na Kubie, na krótko przed odjazdem, kiedy 
Diego Velasquez szedł z kapitanem Hernandem Cortezem na mszę. Natknęli się wtedy na błazna nazwiskiem 
Cervantes, który wykrzywiając śmiesznie twarz zawołał nagle do gubernatora: „Ejże, kumie Diego! Czyś 
oszalał? Znam ja dobrze twego kapitana! Mierzy wysoko. Uważaj! Ucieknie ci on z całą eskadrą, ma diabelnie 
twardą głowę!" Podówczas nie zwrócono na to większej uwagi, tutaj jednak, na obcym wybrzeżu, u stóp 
ośnieżonych gór, za którymi leżało bogate miasto Meksyk, wszyscy zawahali się przez chwilę. Ale nie można 
się już cofnąć. Jeśli Montezumą dobrowolnie składa dary bezcennej wartości, jakież olbrzymie skarby można by 
uzyskać, gdyby się trochę o to postarać! Oto kraina złota, której Kolumb szukał na próżno przez całe swoje 
życie! 

Cortezowi także chyba stanęła przed oczyma owa odległa scena, o której myślał jego sztab. Patrząc 

podejrzliwie, zauważył wahanie w oczach swych oficerów, odczuł instynktownie, że niebawem potrzebny 
będzie czyn, który by ich porwał. Przypomniał mu się tekst łaciński, przerabiany w czasie studiów w Salamance. 
Jakże się nazywał ten zgryźliwy stary klasyk, którego wtedy obkuwał? O, już wie, Sextus Aurelius Victor, był 
prefektem miejskim Rzymu i autorem historii cesarzy. On to właśnie opowiada, jak w 363 roku, na początku 
wojny przeciw Persom, zachował się cesarz Julian w podobnej chwili wahania. Kazał spalić wszystkie okręty, 
aby nawet najgłupszy pachołek zrozumiał, że nie ma odwrotu, że można tylko iść naprzód!

background image

 
■ 
Część trzecia — Zdobycie Meksyku 

Główny dowódca uśmiecha się cynicznie. Klasyczne wykształcenie przecież nie poszło na marne! Teraz wie 

przynajmniej, jak postąpić, gdy nie będzie miał innego wyjścia. Chwila ta nadeszła w kilka miesięcy później. 
Wybućha bunt, Cortez wydaje dwa wyroki śmierci — nadszedł moment działania. Po krótkim namyśle 
głównodowodzący każe wyciągnąć okręty na mieliznę, bezpośrednio przed twierdzą, którą zbudował w Santa 
Cruz, po czym smolne pochodnie spadają na suche jak hubka drzewo i sypiąc skrami flota hiszpańska staje w 
ogniu i dymie. Spalone wraki pogrążają się w mule. Bez dopływu powietrza, doskonale zachowane, jakby w 
muzeum, leżą tam wraz z bronią, naczyniami stołowymi i innymi przedmiotami znajdującymi się w kajutach. 
Obecnie zabrano się do wydobycia tych karawel — zmumifikowanych świadków śpiesznego, widocznie w 
ostatniej chwili dokonanego czynu. Natyćhmiast po spaleniu okrętów Hiszpanie formują się do marszu na 
Tenochtitlan, rezydencję Montezumy. Było to 16 sierpnia 1519 roku. 

Niemałe ryzyko podejmowali. Liczyli wprawdzie w pewnej mierze na wewnętrzne rozdarcie kraju, który 

zamierzali podbić. Państwo Azteków było pierwotnie federacją różnych mniejszych miast i plemion, a 
zjednoczenie, przeprowadzone przez pradziada obecnego władcy, dokonane zostało w znacznym stopniu 
przemocą. Toteż we wszystkich prawie trzydziestu ośmiu prowincjach państwa tlił się pod powierzchnią 
zorganizowanej władzy dość groźny ogień niezadowolenia. Mimo to państwo azteckie było tworem wysoce 
cywilizowanym i budzącym postrach, choć pod niektórymi względami żyło ono jeszcze na poziomie epoki 
kamiennej, a więc w stanie, z którego Europa wyszła już przed trzema prawie tysiącami lat. Żelazo było nie 
znane, w technice wojennej Aztecy używali obsydianu, tj. wulkanicznego szkliwa skalnego, które, 
wypolerowane i oszlifowane, osiągało ostrość brzytwy. Miecze, maąwahuitl, wyłożone obsydianem były 
niebezpieczne tylko przy pierwszych ciosach; broń ta szybko tępiała, stawała się nieprzydatna i niewiele mogła 
zdziałać przeciw pancerzom Hiszpanów. Ale Aztecy byli groźnymi przeciwnikami dzięki swej absolutnej, 
bezwzględnej pogardzie śmierci. Była ona wynikiem nie tylko wojowniczego usposobienia, lecz miała swe 
źródło w przekonaniach religijnych. 

Podobnie jak starożytni Germanie, Grecy i Rzymianie, Aztecy mieli licznych bogów. Bóstwom tym 

przypisywali czarodziejskie siły. 
Kanibalskie bóstwa Azteków 
Mogły one sprowadzać trzęsienie ziemi i deszcze, wywoływać powódź lub długotrwałą posuchę; nie można było 
jednakże przewidzieć, czy po ciemnej nocy podzwrotnikowej rankiem na nowo zjawią się na promiennym 
niebie. Albowiem z każdym wstającym dniem — przedstawił to pięknie badacz meksykański Alonso Caso w 
dziele The Religion of the Aztecs („Religia Azteków") — rodziły się na nowo, by każdego wieczoru znów 
umierać i światłością swą rozjaśniać mroki martwego świata podziemnego. A gdy następnie ze światłem złotego 
poranku wynurzały się z mictlan, państwa umarłych, musiały walczyć o swój byt z braćmi-gwiazdami i wielką 
siostrą-księżycem. Uzbrojone w promienie słońca, „węże ognia", bóstwa przeganiały noc. Gdy odnosiły 
zwycięstwo, oznaczało to dla ludzi nowy dzień życia. 

Nie były to pierwotne wyobrażenia, powstały one dopiero w stosunkowo późnym czasie. Z początku w 

kulcie religijnym przeważały ofiary z kwiatów i owoców. Okropne wydarzenie, o którym nie wiemy nic 
bliższego, było przyczyną, że tradycyjne ofiary uznano za zbyt słabe i nie dość skuteczne. Podobnie jak Biblia, 
święte sagi Azteków opowiadają, że pewnęgo dnia słońce stanęło w swym biegu; nastąpiło to nie po stronie 
dziennej świata, lecz po stronie nocnej. Przez trzy dni słońce było niewidoczne. My, ludzie nowocześni, skłonni 
jesteśmy tłumaczyć to zjawisko wybuchem wulkanu, podczas którego deszcz popiołu może istotnie zaciemnić 
światło słońca tak, iż nastają ciemności. Ale kulturze określającej wszystko magicznymi „tabu" takie 
wyjaśnienie było naturalnie obce. O wiele bliższa była wiara, że świetliste ciało niebieskie toczyło walkę na 
śmierć i życie i pojawiło się znowu jedynie dzięki szczęśliwemu losowi. Podobne zjawisko nie powinno się 
więcej powtórzyć. Najwyższym obowiązkiem rodu ludzkiego, pierwszym przykazaniem racji stanu jest pomóc 
słońcu i wszystkim dobrym duchom w walce o ich powrót i życie. A cóż jest lepszego od krwi serdecznej ludzi? 
Jeżeli usta obrazów przedstawiających bogi napoić krwią, jeżeli złożyć im drgająoe serca, wyrwane dopiero co z 
żywego ciała, to siła ofiar przejdzie na bogi. 

Aztecy, Majowie i inne szczepy indiańskie wierzyły, że przez spożycie mięsa i krwi jeńców mogą 

wzmocnić własne siły, że również bogom przysporzą mocy przez ofiary z ludzi. Być poświęconym bogom na 
ofiarę oznaczało pobożny uczynek, zaszczyt, albowiem poza

background image

 
wojownikami, którzy padli na polu chwały, tylko dusze ludzi ofiarowanych bogom mogły wejść w zaświaty. 
Jako kolibry i motyle, unosząc się w jarzącym świetle południa nad kwiatami i pąkami, towarzyszyły słońcu do 
zenitu, jako świecące gwiazdy stały nocą na wiecznym niebie. Ogół zmarłych natomiast szedł do mictlan, świata 
podziemnego, indiańskiego Hadesu. Zarzynano hekatomby ludzi. Ale trwoga, źe to nie jest wystarczające, że 
niebianie mogą mimo wszystko utracić swą siłę, zmuszała do sięgania po inne ludy, do podejmowania wypraw 
wojennych i zmuszania podbitych szczepów, aby dostarczały ofiar dla słabnących bogów. Z tej trwogi, z tej 
metafizycznej rozpaczy powstało „imperium" Azteków — państwo, w którym wojowników awansowano nie 
według ilości zabitych wro 
gów, lecz wziętych do niewoli, państwo, dla którego czas pokoju z powodu niewystarczającej ilości serc 
ofiarnych oznaczał okres największego zagrożenia, tak więc moralnym obowiązkiem było bezustanne 
prowadzenie wojny. 

Biskup Zumarraga, jeden z pierwszych dostojników Kościoła w Meksyku, podaje, że Aztecy składali 

corocznie ofiary z dwudziestu tysięcy ludzi. Być może, że czcigodny dostojnik przesadza, aby czyny własnego 
narodu wobec tak barbarzyńskiego ludu opromienić jaśniejszą jeszcze glorią. Jednakże pewne jest, że po 
wojnach, które Aztecy często podejmowali właśnie w celu połowu ludzi, dochodziło do straszliwych rzezi. 
Podkreślając okrucieństwa Hiszpanów, należy sobie zarazem uprzytomnfić, że byli oni świadkami 
najohydniejszych morderstw i że jednym z motywów ich działania był również zamiar wybawienia świata od 
krwawych potworów, jakimi byli kapłani azteccy. Główna świątynia w Tenochtitlan kryła 136 000 czaszek 
ludzkich; oblepiona grubą warstwą krwi wydawała się Hiszpanom piekielnym koszmarem i wyrazem 
nieludzkich, samobójczych skłonności narodu. 

Zycie było bólem i męką, śmierć wybawieniem. Nic dziwnego, że z ludzi o takich poglądach można było 

stworzyć niezwyciężoną armię. Hiszpanie zostaliby niechybnie starci na proch, gdyby ją Aztecy wysłali w bój. 
Wobec tej olbrzymiej siły przewaga wojenna Hiszpanów byłaby bez znaczenia. Między jednym wystrzałem z 
działa a następnym — biorąc pod uwagę czyszczenie lufy, ładowanie, nastawianie i zapalanie lontu — upływało 
30 minut; z arkabuzami nie było o wiele lepiej. Działanie obydwu tych rodzajów broni miało efekt raczej 
moralny niż rzeczywisty; efekt ten stawał się oczywiście w miarę upływu czasu coraz słabszy. Bardzo skuteczne 
natomiast okazały się kusze Hiszpanów, gdyż ich pociski przeszywały tarcze i pancerze, a szybkość oddawania 
strzałów była o wiele większa niż z arkabuz i dział. Konnica hiszpańska osiągała także poważne sukcesy; jej 
długie lance były w boju tak skuteczne, że Cortez uzbroił nimi również piechotę. 

Na czele wojska Azteków stał król, który od czasów Montezumy był zarazem najwyższym kapłan on. 

Obydwa stany, żołnierski i kapłański, były główną ostoją jego władzy. Jak w każdym prymitywnym ustroju 
społecznym, państwo stało ponad wszelkim prawem podmiotowym i jakimikolwiek roszczeniami 
indywidualnymi. Po

background image

 
dobnie jak w Egipcie, panował tu porządek ściśle hierarchiczny, tłumiący wszelką odrębność. Tylko sztuki 
piękne pozostawiały jednostce pewne pole swobodnego działania. W sztuce oficjalnej panował pociąg ku 
masowości, jaskrawości, ogromnym wymiarom. Nad piramidami świątyń azteckich pracowały, podobnie jak nad 
Nilem, dziesiątki tysięcy ludzi. Obok tego istniała jednak sztuka kameralna, która tworzyła rzeczy tak piękne, że 
nawet opętani manią złota najemnicy hiszpańscy cenili w nich wyżej wartości artystyczne aniżeli zawartość 
szlachetnego metalu. Albrecht Diirer, zwiedziwszy w r. 1520 w Brukseli kolekcję meksykańskich skarbów 
sztuki, pisał: „Rzeczy te są wprost rozkoszne. W życiu swoim nigdy jeszcze nie widziałem czegoś, co by tak 
uradowało moje serce. Oglądałem przedziwne artystyczne przedmioty i podziwiałem wielce subtelny kunszt 
ludzi w obcych krajach." 

Znakomite mapy służyły orientacji w terenie; poczta i komunikacja były wysoko rozwinięte, podobnie jak w 

Chinach za czasów Marka Polo. Istniało coś w rodzaju kodeksu karnego, wymiar sprawiedliwości był w 
znacznym stopniu niezależny od państwa. Astronomia i prace nad kalendarzem doprowadziły do 
zdumiewających wyników w dziedzinie matematyki; budowano wspaniałe drogi i śmiałe konstrukcje mostowe. 
Rysunek i rzeźba artystyczna były wysoko cenione, w malarstwie natomiast osiągnięcia były niewielkie. Za to 
hafty z piór stały na bardzo wysokim poziomie; Hiszpanie opowiadali z podziwem o obrazach wykonanych z 
piór, które nie ustępowały w niczym najwyższym osiągnięciom malarstwa europejskiego. 

Takie było państwo, przeciwko któremu wystąpili Cortez i dowodzona przez niego garstka Hiszpanów. 

Twórcza siła tego państwa była już na wyczerpaniu. Nie tylko wobec swych sprzymierzeńców, ale i wewnątrz 
utrzymywało się ono przy władzy jedynie przez samowolę, terror i okrucieństwo i nawet wśród warstw 
rządzących było wielu ludzi, którzy tęsknili do bardziej ludzkich form rządzenia. Ten stan rzeczy nie uszedł 
uwagi Corteza, a fakt, że w państwie Montezumy istniało coś w rodzaju „frontu wewnętrznego", dodawał mu 
niewątpliwie otuchy. Jeżeli przejrzymy któryś ze starych azteo- kich spisów danin, które przypadek zachował do 
naszych czasów, przekonamy się, że terror, przy pomocy którego Aztecy wykonywali władzę, musiał wprost 
automatycznie wywołać opór. W spisach tych 
zestawiono dokładnie, jakie miejscowości mają dla władzy okupacyjnej uprawiać specjalnie oznaczone role, a 
jakie mają wysyłać swą młodzież jako rekrutów do Tenochtitlan. Ustalano, ilu niewolników należy corocznie 
dostarczać na ofiary dla bogów. Kacyk danej wsi musiał urządzać polowania na ludzi, aby móc dostawić swój 
kontyngent. Mowa jest tam o nałożnicach, które należy dostarczyć, o wężach, którymi żywiono różne zwierzęta 
w ogrodzie zoologicznym cesarza azteckiego, o kakao i octli, odurzającym napoju z kwiecia agawy, o miodzie i 
cygarach, o żywicy i drewnie budulcowym, o siekierach z miedzi, drogich kamieniach, wreszcie o złocie i 
srebrze, czyli żółtym i białym „kale boskim" — jak Aztecy nazywali te szlachetne metale. 

Mimo to trzeba było olbrzymiej odwagi, śmiałości graniczącej wprost z szaleństwem, aby podnieść broń 

przeciw takiej potędze. Należy przypomnieć, że Hiszpanami powodowały impulsy nie tylko materialne, lecz 
także emocjonalne, i to tak silne, że równych im szukać możemy chyba tylko w wyprawach krzyżowych. 
Hiszpania sama została

v

niedawno wyzwolona z niewoli mauretańskiej. Zdobyć dla chrześcijaństwa kraje za 

oceanem było niewątpliwie potężnym bodźcem dla Corteza i jego ludzi. 

Gdy konkwistadorzy wyruszali na Tenochtitlan, Cortez tak ułożył marszrutę, że prowadziła ona przez 

Cempoalan, nie istniejącą już dzisiaj stolicę Totonaków, którzy na krótko przed przybyciem Corteza zostali 
podbici przez Azteków, i przez niezależne od Montezumy wolne państwo Tlaskala. Hufce Hiszpanów posuwały 
się mniej więcej wzdłuż dzisiejszego toru kolejowego, biegnącego od Vera Cruz do Mexico City, u stóp 
wznoszącego się do 5000 m szczytu Orizaba. Hiszpanie znaleźli się więc na płaskowyżu meksykańskim o 
wysokości około 2500 m, przebywszy około połowę 450 km dzielących ich od stolicy Montezumy, W czasie 
tego pochodu wojska hiszpańskie nie napotkały poważniejszego oporu, albowiem państwa położone na wschód 
od rdzennych ziem azteckich były albo niezależne, albo też zostały dopiero niedawno włączone do państwa 
Azteków. Montezuma postanowił nie wysyłać swych wojsk w te niezu

background image

 
Część trzecia — Zdobycie Meksyku 
pełnie bezpieczne okolice. Pewny zwycięstwa, wykorzystywał przewagę linii wewnętrznej i pozwalał zbliżyć się 
nieprzyjacielowi. 

Według udzielonych Cortezowi instrukcji żadna krzywda nie śmiała spotkać Indian, należało się z nimi 

obchodzić po ludzku i przede wszystkim nawracać na chrześcijaństwo. Co więcej, we 
wskazówkach nie było najmniejszej wzmianki o założeniu kolonii, a tym mniej o podjęciu jakiejś wyprawy 
wojennej. To, co teraz czynił, było więc samowolą, którą wybaczą mu jedynie, gdy wyprawę uwieńczy 
powodzenie. 

Rozmaite wątpliwości trapiły garstkę 515 ludzi, którymi dowodził Cortez podczas marszu na Tenochtitlan. 

Mając z sobą 40 kusz i 16 arkabuz, 15 koni oraz 10 lekkich i 4 ciężkie działa, byli dobrze uzbrojeni, nawet na 
stosunki europejskie. Ale już w Cempoalan, liczącym trzydzieści tysięcy mieszkańców, Europejczycy zaczęli 
tracić pewność. Tutaj, w mieście składającym się nie z lekkich chat, lecz z murowanych domów, ludniejszym 
niż wiele europejskich stolic owych czasów, uświadomili sobie, że zostaną po prostu zmie- 
„Szczęśliwy, kto nie umie pisać" 
ceni z powierzchni ziemi, jeżeli brązowy lud z jakiegokolwiek powodu powstanie. Z drugiej strony, Hiszpanie 
zapoznali się tutaj po raz pierwszy ze staromeksykańską kulturą. Materialne i artystyczne bogactwo, które 
spotykali na każdym kroku, wprawiało ich w zaćhwyt. I to, zdaje się, ostatecznie rozstrzygnęło o ich dalszym 
postępowaniu. 

Cortez zdawał sobie oczywiście sprawę, że nie wolno mu pod żadnym pozorem obudzić niezadowolenia 

tubylców. I choć bardzo niechętnie wydawał wyroki śmierci — tak dalece, że raz wyznał z westchnieniem 
Bernalowi Diazowi: „Szczęśliwy, kto nie umie pisać, gdyż nie musi podpisywać wyroków śmierci!" — to 
jednak srożył się, ilekroć podczas-marszu na Meksyk któryś z jego ludzi ukradł choćby tylko indyka. Żadnego 
krajowca nie zabito też ani nie postawiono pod ścianę. 

Cortez trzymał na wodzy swych indiańskich sprzymierzeńców, którzy wobec Azteków zachowywali się 

jeszcze wynioślej niż biali. Sposobność do tego nadarzyła się zaraz po wkroczeniu Hiszpanów do Cempoalan. 
Zjawili się tam komornicy azteccy z urzędu skarbowego w Meksyku, ażeby ściągnąć zaległe podatki. Ci bardzo 
wytworni, eleganccy panowie wąchali jakby od niechcenia trzymane w ręku róże, poza tym jednak nie raczyli 
nawet zaszczycić swym spojrzeniem ani opieszałych podatników z Cempoalan, ani zakutych w zbroję, 
opryskliwych Hiszpanów. Dowiedziawszy się o tym, Cortez kazał tych „komisarzy", jak byśmy ich dzisiaj 
nazwali, odstawić Montezumie — nie upieczonych i na wpół zjedzonych, jak tego oczekiwali podatnicy z 
Cempoalan, lecz całych i zdrowych. 

Takie postępowanie wygładzało Hiszpanom ścieżki. W pozornie przyjaźnie usposobionej Tlaskali, 

urodzajnym „kraju chleba", doszło wprawdzie do ostrych utarczek, ale Hiszpanie odnieśli zwycięstwo, a przede 
wszystkim pokonali własną trwogę, która tutaj, w połowie drogi, trawiła serca wszystkich. Wszelkie wahanie 
znikło, gdy przybyło nowe poselstwo od Montezumy, niosąc drogocenne dary. Zastępy Hiszpanów ruszyły 
niepowstrzymanie ku swojemu celowi. 

Hiszpanie wiedzieli już bardzo wiele o Tenochtitlan. Dońa Marina nie widziała wprawdzie nigdy wielkiego 

miasta założonego w 1324 roku, ale opowiedzieli o nim książęta Tlaskali, z którymi Hiszpanie zaprzyjaźnili się 
ostatecznie po zwycięskich potyczkach. Oto co pisze Bernal Diaz:

background image

 

„Potężna, na stałym gruncie wzniesiona rezydencja Montezumy leży pośrodku bardzo głębokiego jeziora. 

Przybywa się do niej po drogach zbudowanych na groblach, a w wielu miejscach znajdują się drewniane mosty, 
tak wysokie, że okręty mogą pod nimi przepływać. Jeżeli się te mosty zerwie, to leżącą za nimi część grobli 
opływa ze wszystkich stron woda jak wyspę i miasto staje się niedostępne. Dla obrony przed napadem wroga 
wszystkie domy posiadają tarasy i przedpdersia. Miasto jest zaopatrywane w dostateczną ilość wody do picia ze 
źródła Chapultepek, które leży o pół godziny drogi od miasta. Wodę doprowadza się do domów częściowo za 
pomocą rur, a częściowo sprzedaje się ją z czółen." 
— -  ------------- : ------ ,Ov_ I 

P H li 

Hiszpanie przysłuchiwali się ze zdumieniem opowiadaniom Tla- skalan. Przyglądali się ciekawie 

kolorowym rysunkom Meksyku, które ludzie z Tlaskali wydobyli z archiwów. Kapitan Diego de Ordas zapytał 
Tlaskalańczyków, czy z Popocatepetlu nie widać przypadkiem Tenochtitlanu. „To wcale możliwe" — 
odpowiedzieli krajowcy. Sami nigdy nie wspięli się na szczyt góry w obawie przed gniewem bogów. 
Tenochtitlan leży po drugiej stronie Popocatepetlu, powinien więc być z jego wierzchołka widoczny. 

Wkrótce potem po raz pierwszy stopa ludzka stanęła na ziejącej ogniem górze Popocatepetl, wznoszącej się 

5540 m nad poziomem morza — i stąd ród Ordasów ma wulkan w herbie. Do połowy wysokości szła z Ordasem 
grupa Indian-tragarzy. Ale gdy nagle nastą 
piła jedna z rytmicznie powtarzających się erupcji czynnego wówczas wulkanu, gdy popiół i wrząca lawa 
wydobyły się z dymiącej otchłani, Indianie rzucili cały bagaż i popędzili w dół. Diego de Ordas odpoczął chwilę, 
następnie jednak wyszedł prawie na sam wierzchołek. W oddali niebieszczeje. jezioro meksykańskie — tam leży 
wielkie miasto! Oto długa grobla, potężny akwedukt biegnący przez jezioro, a tam znów olbrzymie budowle, 
lśniące srebrzyście piramidy, o których opowiadali Tlaskalańczycy. 

Ani Cortez, ani nikt z jego ludzi nie widział przedtem czynnego wulkanu. Żadnemu z nich nie przyszło do 

głowy, aby wspiąć się na jakąś górę. Człowiek dopiero co odkrył siebie jako indywidualną jednostkę, długa 
droga dzieli go jeszcze od chwili, kiedy odkryje góry, ośnieżone wierzchołki, faustowski zachwyt przy zbliżaniu 
się do nieskończoności. Ziejąca ogniem góra bardzo zainteresowała Diega de Ordas, który później sumiennie 
opisze, że krater ma „kwadrans średnicy". Ale to jest też wszystko, co się z tego pierwszego wejścia zachowało. 
Widok na Tenochtitlan miał o wiele większe znaczenie. 

Cortez i jego ludzie stają u wejścia do szerokiej doliny, w której leży Tenochtitlan. Mają za sobą ciężkie 

marsze i gwałtowne walki. Przed niespełna trzema tygodniami, w wielkim mieście Cholula, „Rzymie" i 
umysłowej stolicy starego Meksyku, o włos uniknęli Zguby. Indianie z Choluli, choć tylko podbici 
sprzymierzeńcy Azteków, podburzeni przez dyplomatów Montezumy, usiłowali napaść na cudzoziemców w 
ciasnych uliczkach miasta i zgładzić ich. Nie powiodło się to, ku wielkiemu ubolewaniu Montezumy, jak dzisiaj 
wiemy. Cortez podstępem zawładnął książętami, duchowieństwem i generałami, po czym spadł jak burza na 
pozbawionych przywództwa przeciwników i sprawił w mieście bezlitosną, krwawą rzeź. Po niewielu godzinach 
Cholula była w jego rękach. 

Teraz Montezumą zmienił nagle sposób postępowania. Poselstwo po poselstwie przybywa, by zaprosić 

Corteza do Meksyku. Wszyscy — kacykowie z Tlaskali, książęta Choluli, nawet dońa Marina radzą mu, by nie 
przyjął zaproszenia; Cortez domyśla się, co knuje Montezumą. Chce zwabić cudzoziemców do swego miasta, 
udając przyjaźń i życzliwość, aby następnie napaść na nich, jak to zrobiła Cholula. Cortez wie także, że atak w 
mieście zbudowanym na lagunach kryje W sobie ogromne niebezpieczeństwo i że on jako dowódca podejmuje

background image

 
straszliwe ryzyko prowadząc swych ludzi po groblach do stolicy Azteków. Nie może się już jednak cofnąć! Za 
głęboko wdarł się w kraj nieprzyjacielski, czterysta pięćdziesiąt kilometrów dzieli go od Vera Cruz i od małej 
twierdzy, którą tam postawił, nie może liczyć na żadną odsiecz ani pomoc. Gdyby teraz dał rozkaz do odwrotu, 
nie uszedłby ani dnia drogi. Tysiące brązowych diabłów rzuci się na jego ludzi, w każdym domu czyhać będzie 
doskonały strzelec, z każdego grzbietu górskiego walić się będą z hukiem olbrzymie głazy na jego drogę, o 
każdy wąwóz będzie musiał staczać ciężkie boje. Tego nie potrafi dokonać. Jest tylko jedna możliwość, jedno 
hasło — naprzód! 

8 listopada 1519 roku wczesnym rankiem, po niespełna Jtrzech miesiącach marszu, Hiszpanie stają u 

południowo-wschodniego brzegu Jeziora Meksykańskiego, przed długą groblą kamienną o szerokości pięciu 
metrów, prowadzącą do Tenochtitlanu. Przenocowali w pałacu, który nie ma sobie równego w Hiszpanii; sufity 
ma z wonnego drzewa cedrowego, wspaniałe kobierce na ścianach. Widzieli cudne pływające ogrody, które 
wyczarował tutaj słynny ogrodnik z Tabasco, Cuitlahuac, brat Montezumy — pachnące, kwitnące, bajecznie 
kolorowe cuda, jakich nie ma nigdzie na Zachodzie. 

Są to w istocie ogrody założone pierwotnie na gęstej plecionce wierzbowej, unoszącej się na wodzie, 

podobne do ogrodów w Chinach południowych, Kaszmirze i Burmie. Uprzedzono tu niejako odkrycie 
nowoczesnej nauki, że roślina może zazielenić się, kwitnąć i owocować nie tylko, gdy jest osadzona w glebie, 
ale także gdy czerpie soki żywotne z wody. Zgodnie z prastarym zwyczajem Cuitlahuac stworzył na jeziorze 
Iztapalapan kwitnące, owocujące tratwy kwiatowe. Z cienkiej warstwy ziemi, którą przykryto sztuczną plecionkę 
wierzbową, wyszły korzenie, zakotwiczyły się na dnie jeziora, okręty kwiatowe znieruchomiały, stały się 
wyspami, chinampas, które były już znane w bardzo dawnych czasach, na długo przed przybyciem Azteków do 
Meksyku. Jeszcze dzisiaj, jak przed pięciuset laty, w wąskich gondolach po kanałach wijących się wśród 
starannie utrzymanych kwietników płyną cicho pary miłosne. Tylko zamiast płomieni ofiarnych na ołtarzach 
teocalli, olbrzymiej piramidy schodkowej Meksyku, świecą nad ogrodami światła neonów z nowoczesnych 
wieżowców, zamiast głuchego bicia bębnów ze skóry ludzkiej, słychać łoskot ciężkich silników lotniczych, a 
ostre dźwięki azteckich 
rogów z muszli zastąpiło brzdąkanie gitar i płynące z niezliczonych aparatów radiowych zgiełkliwe zawodzenie 
trąbek jazzowych. 

Gdy słońce ukazało się nad górami, na wschodzie, świątynie, zamki Montezumy i wysokie domy 

mieszkalne w Tenochtitlan, wyłaniające się przed Hiszpanami z błękitnego jeziora, zaczynają lśnić jak złote. 
Twarda, biała sztukateria, pokrywająca wszystkie budynki, odbija tak silnie światło, jak gdyby mieścił się w nich 
Święty Grał. Zamki Grala czekają tu na przybyszów i trony bogów. 

Podobnie jak zikurraty na bliskim Wschodzie, słynne świątynie w Ur i Babilonie, tak i święte miejsca 

Azteków są piramidami schodkowymi. Na najwyższej platformie wznoszą się świątynie i ołtarze, gdzie bogowie 
zaślubiają ziemię, a kapłani składają ofiary. Ale gdy piramidy Egiptu, także prastara piramida schodkowa 
faraona Dżo- sera lub piramida króla Snofru, są grobami, świętymi miejscami śmierci, piramidy Nowego Świata 
służą bogom i życiu. Od czasu 30 Międzynarodowego Kongresu Amerykanistów jesienią 1952 roku słuszność 
tego poglądu wydaje się, co prawda, nieco podważona. Dotąd uważano za pewne, że piramidy Azteków i Majów 
nie zawierały grobów królewskich lub kapłańskich; archeolog amerykański dr Ruz L'Huillier dowiódł na 
Kongresie, że w zbadanej przez niego piramidzie-świątyni w Palenąue mieścił się grób jednego z książąt Majów. 
Późniejsze wykopaliska wykazują w sposób oczywisty, że piramidy Nowego Świata, podobnie jak Starego, były 
grobami, a nie tylko świątyniami i że uderzającej zresztą zgodności zewnętrznej odpowiada tu i ówdzie także 
podobieństwo wnętrza. 

Hiszpanom, którzy porankiem 8 listopada 1519 roku stanęli pod Tenochtitlan, tego rodzaju rozważania były 

obojętne. Kilka mil przed nimi lśnią budowle-cuda, jakich w życiu nie widzieli. Osiemdziesięcioletniemu 
Bernalowi Diazowi wzruszenie zapiera dech, gdy opisując wkroczenie do Tenochtitlan dochodzi do 
następującego miejsca: „Gdy ujrzeliśmy te cuda, nie wiedzieliśmy, co powiedzieć, i czy zjawiska, na które 
patrzymy, są rzeczywistością. Oto leżało przed namd wielkie miasto, a było nas mniej niż czterystu." 

Hiszpanie zbliżają się w bojowym ordynku do grobli wiodącej z lądu stałego do miasta. Na grobli stoi tłum 

ludzi, głowa przy głowie, na prawo i lewo pływają po jeziorze niezliczone kanu pełne Indian. Tysiące, dziesiątki 
tysięcy przybyły, aby zobaczyć, jak biali bogowie wchodzą do miasta. Dokoła rozlega się szmer głosów. Teules, 
teuj

background image

 
Ies — słyszą Hiszpanie. Oznacza to po aztecku, — bogowie, zniekształcona w hiszpańskiej wymowie liczba 
mnoga od teotl — bóg. 

Cortez notuje w pamięci każdy szczegół. W rok później, 30 października 1520, wysyła do cesarza dokładne 

sprawozdanie: 

„Pół mili przed miastem brukowana droga łączy się z lewej strony z groblą. W tym miejscu zbudowano 

warowny gród zwany Xolok o murze obronnym wysokim na dwóch chłopa, z obejściem, dwiema wieżami i 
blankami. Gród ma tylko dwie bramy, jedną się wjeżdża, drugą wyjeżdża. 

Tuż przed miastem znajduje się drewniany most zwodzony; w tym miejscu jest w grobli przerwa na 

przestrzeni 10 stóp. Także w samym mieście jest wiele takich zwodzonych mostów, aby poszczególne dzielnice 
skuteczniej mogły się bronić. 

Gdy przeszliśmy przez most, wyszedł mi naprzeciw potężny pan Montezumą... Szedł środkiem drogi, z 

prawej i lewej strony jego brat i jego synowiec, książęta Iztapalapanu i Tezcuco... Wszyscy trzej mieli na sobie 
jednakowe stroje, tylko pan Montezumą nosił trzewiki, podczas gdy inni szli boso, aczkolwiek panuje tu zresztą 
powszechny zwyczaj noszenia obuwia. Podjechałem do niego konno. Tuż przed nim zsiadłem z konia i szedłem 
naprzeciw niego, aby go uściskać. Ale obaj panowie towarzyszący mu dali mi znak, abym tego nie robił i nie 
dotykał go..." 

Hiszpanie przemaszerowali z mieszanymi uczuciami po grobli, przypatrywali się podejrzliwie mostom 

zwodzonym, po których przechodzili. Jako starzy żołnierze wiedzieli, że wchodząc do miasta oddali się niemal 
w ręce Montezumy. Po doświadczeniach w Choluli ściągają mocniej rzemienie u hełmów. 

Postać Montezumy utkwiła im dobrze w pamięci. Miał na sobie tilmatli, czworokątny płaszcz z kolorowej 

bawełny, bogato przetykany drogimi kamieniami. Podeszwy jego trzewików były ze złota, nawet rzemyki u 
kostek wysadzane złotymi płytkami. Władca jest poważny, lecz nie przygnębiony, a cała jego postawa wyraża 
godność wielkiego pana. 

„Montezumą liczył około pięćdziesięciu lat. Był słusznego wzrostu i proporcjonalnie zbudowany, ale wątły 

i chudy. Kolor jego skóry nie był bardzo ciemny, jaśniejszy od właściwego Indianom odcienia. Włosy miał 
niedługie — przykrywały mu tylko uszy. Ciemna broda starannie przystrzyżona, choć rzadka, twarz owalna 
i pogodna, o łagodnych oczach. Z całej jego postaci, ze spojrzenia przebijała łagodność, niekiedy powaga. 
Zwracał wielką uwagę na swą powierzchowność i był bardzo czysty. Każdego popołudnia zwykł był się kąpać. 
Miał wiele kochanek, cór szlachetnego rodu. Dwie księżniczki były jego prawowitymi małżonkami. Gdy się z 
nimi jednoczył, odbywało się to w takiej tajemnicy, że tylko kilka sług 
0  tym wiedziało. Szaty i bieliznę, które wkładał, nosił tylko dwa lub trzy dni. Ponad dwustu kapitanów z jego 
straży przybocznej pełniło 
'służbę w salach przylegających do jego komnat mieszkalnych. Nie wszystkim, lecz tylko temu lub owemu 
wolno było z nim rozmawiać. Gdy się do niego zwracali, zdejmowali swe kosztowne płaszcze 
1  sandały, wchodzili ze wzrokiem wbitym w ziemię i nie wolno im było spojrzeć w twarz władcy. Składali 
potrójny ukłon powtarzając: Panie, mój panie, mój wielki panie!" 

Wkraczając do wielkiego obcego miasta Hiszpanie przypatrują mu się bardzo uważnie. Domy uboższych 

mieszkańców są sklecone z szuwaru i gliny, ale szlachta mieszka w olbrzymich domach z kamienia. Na płaskich 
dachach, azoteas, wznoszą się blanki i strzelnice. Każdy dom jest twierdzą, choć zdohią go kwiaty i otaczają 
ogrodowe tarasy. Pałac, który Montezumą przydziela im na kwaterę, jest również twierdzą. Jest to rezydencja 
jego ojca, księcia Axayacatl, zbudowana przed około pięćdziesięciu laty i położona niedaleko miejsca, gdzie 
dzisiaj wznosi się katedra Mexico City. Cortez obchodzi szybko budynek. Wiedziony instynktem starego 
żołnierza, ustawia tak swe działa, by mogły kryć ogniem bramy i ulice dojazdowe, równie instynktownie 
oznacza stanowiska szyldwachów, zarządza służbę wartowniczą i regularny ront. Przyszłość okaże, czy pokój, 
który panuje, jest szczery. Na razie są w oblężonej twierdzy. I aby całemu śwdatu pokazać, jak dobrze o tym 
wiedzą, oddają wieczorem kilka salw z dział. Błyskawice wystrzałów rozjaśniają mrok nocy, głośny huk niesie 
się przez miasto i jezioro, uwielokrotnione echo odbija się od olbrzymich świątyń-piramid. 

Noc przechodzi spokojnie. Żołnierze dobrze sobie podjedli, czekają z przyjemnością na śniadanie ze 

smacznym chocolatl, pienistym, zaprawionym wanilią napojem czekoladowym, który uchodzi za aphrodisiacum, 
napój miłosny. Kilku ciekawskich próbuje także tytoniu, znanego już Hiszpanom z pobytu na Antylach, który 
tutaj, przetykany wonnym zielem, „pije się" przez złote rurki, poprzed

background image

 
niczki naszej fajki Przy spożywaniu mięsa zachowują jednak ostrożność. Podczas marszu widziano zbyt często 
małe drewniane klatki, w których zamknięci byli młodzi mężczyźni i kobiety, tuczeni na najbliższe wielkie 
święto. Indianie jadają wprawdzie mięso ludzkie przeważnie w celach kultu, ale pałac, w którym Hiszpanie 
mieszkają, jest miejscem świętym, a Tlaskalańczycy dość często im opowiadali, że Montezuma otrzymuje nieraz 
na przekąskę poranną mięso małych dzieci. Po śniadaniu przybysze przechadzają się po szerokich dziedzińcach 
olbrzymiego pałacu, spoglądają z dachu ze zdumieniem na rojne ulice, ale nie wychodzą z twierdzy. Cortez 
zakazał opuszczania kwatery pod karą śmierci. 

Raz tylko wychodzi Bernal Diaz. Wraz z kilkoma towarzyszami otrzymał pozwolenie przyłączenia się do 

Corteza podczas oficjalnej przechadzki po Tenochtitlamie. Opisał go barwnie i interesująco. Największe 
wrażenie wywarł na nim wielki targ w Tlatelolco, zachodniej części miasta, u stóp olbrzymiej piramidy, 
wzniesionej na cześć boga Huitzilopochtli. 

„Ze zdumieniem oglądaliśmy olbrzymi plac, wystawione tam liczne towary, falujący tłum ludzi i porządek, 

który panował na całym tym obszarze. 

Towarzyszący nam wielcy panowie z dworu Montezumy pokazali nam wszystko, co zasługuje na uwagę. 

Każdy gatunek towarów miał przeznaczone osobne miejsce. Obejrzeliśmy po kolei roboty w złocie i srebrze, 
klejnoty, piękne tkaniny, inne przedmioty zbytku oraz niewolników i niewolnice, których było tyle na sprzedaż, 
ile Murzynów z Gwinei na targu niewolników w Portugalii. 

Potem przyszła kolej na pośledniejsze towary: — bawełna, materiały, nici, kakao, krótko mówiąc, wszystko, 

co wytwarza Nowa Hiszpania, znajdowało się tam w pięknym porządku. 

Przypominało mi to targi w Medina del Campo, moim mieście rodzinnym, gdzie także każdy towar jest 

wystawiony na sprzedaż w osobnej ulicy. W jednym miejscu widziałeś nagromadzone materiały i tkaniny, 
powrozy i buty, w innym gotowane słodkie korzenie; tu sprzedawano na osobnym placu surowe i garbowane 
skóry tygrysów, lwów, szakali, wydr i innych zwierząt, tam znów zioła i jarzyny, drób, zająoe, sarny i psy; 
podobnie owoce, ciasta, miód i inne słodycze. Potem oglądałeś wyroby gliniane i stolarzy sprzedających stoły, 
stołki, kołyski i inne meble; był także targ drzewny i węglowy; 
w innym miejscu znów sprzedawano papier, tytoń, wonne olejki i nasiona, a w zatokach koło targu sprzedawano 
na czółnach nawet kał ludzki, gdyż Meksykanie twierdzą, że bez niego nie można dobrze wygarbować skóry. 
Brzmi to śmiesznie, jest jednak prawdą. Co więcej, aby zbierać tę cenną rzecz, umieszczono na wszystkich 
ulicach ustępy z trzciny i trawy, zasłaniające przed oczyma innych ludzi tego, który chce z nich skorzystać. Na 
jednym placu były wystawione instrumenty z miedzi, mosiądzu i cyny, filiżanki i dzbany z malowanego drzewa; 
tu sól, tam ryby i różne rodzaje chleba. Jednym słowem, było tam takie mnóstwo rzeczy, iż nie sposób wyliczyć. 
Wreszcie widzieliśmy także kupców sprzedających ziarna złota, które wydobywa się w kopalniach. Wystawiano 
je na sprzedaż w rurkach tak misternie zrobionych z kości dużych gęsi, jakie są w tym kraju, że złoto przez nie 
przeświecało..." 

Podczas zwiedzania miasta Hiszpanie przechodzą obok łaźni parowych z kunsztownie poprowadzonymi 

wodociągami, dają się ostrzyc i ogolić w publicznych salonach fryzjerskich, zwiedzają ©grody botaniczne i 
zoologiczne z klatkami pełnymi dzikich zwierząt, wstępują do jubilerów i hafciarzy, spotykają gońców poczty 
cesarskiej i wachmistrzów policji i są zdumieni, wstrząśnięci i pełni szacunku. Kosztują potraw z garkuchni na 
rynku: jest tam indyk, którego jeszcze nie znają, i smaczny napój octli lub puląue, rodzaj wina sporządzonego z 
agawy. A wszędzie sprzedaje się chocolatl — aż im ślinka idzie! 

Była to jedyna wycieczka. Hiszpanie nie opuszczają przydzielonego im pałacu. Z ciekawością szperają po 

salach i pokojach olbrzymiego budynku. Landsknechci — doświadczeni, starzy żołdacy, podnoszą obicia, 
opukują ściany, czy przypadkiem nie usłyszą głuchego oddźwięku i czy za masywnym z pozoru murem nie ma 
jakichś tajnych schowków. Aż pewnego dnia słyszą rzeczywiście głuchy oddźwięk. W mgnieniu oka 
stwierdzają, że niedawno zamurowano tam jakieś drzwi. Przywołują Corteza. Alonso Yannez, przemyślny 
cieśla, który wypukał wydrążone miejsce, otrzymuje rozkaz przebicia muru. Hiszpanie znajdują się nagle w 
prywatnym skarbcu Montezumy. Stają oniemiali z podziwu, olśnieni, przysłaniają ręką oczy: przed nimi długa, 
wysoka hala, która świeci, lśni, błyszczy i migoce wszystkimi barwami tęczy! Leży tu nieprzebrane mnóstwo 
drogich kamieni, niedbale ułożone stosy najcudniejszej

background image

 
  ______________ Część trzecia — Zdobycie Meksyku 
biżuterii, bele bogatych, pięknych tkanin, niezliczone, grube sztaby złota i srebra. Pozwolono także wejść 
Bernalowi Diazowi. Widzi niesamowity blask, zaparło mu dech, jest oszołomiony. Napisze później: „Młodemu 
chłopcu, którym wówczas byłem, zdawało się, że tak wielkiej ilości złota i dóbr nie zgromadzono nigdzie indziej 
na świecie." 

Zamurowują znowu drzwi, przysięgają milczeć, ale trawi ich wspomnienie! Wystarczy wyciągnąć rękę, a 

zdobędą bogactwo. Nie mogą się jednak ruszyć, są w niewoli. Muszą siedzieć w swych kwaterach wśród setek 
tysięcy Azteków. Namyślają się, rozważają. A że są dziećmi swego wieku — wieku drapieżnego, pozbawionego 
skrupułów, wpadają rychło na machiawelistyczny pomysł, by dostać w swoje ręce Montezumę. On jest 
wierzchołkiem tej scentralizowanej budowli państwowej, królem, najwyższym kapłanem i naczelnym wodzem 
Meksyku. On jest głową upierzonego węża azteckiego. Jeżeli się ją zetnie, zostanie tylko bezduszny, bezsilny 
kadłub. A z tą głową już sobie poradzą! 

Czterech kapitanów i dwunastu podoficerów udaje się do Corteza. Cortez — jak się okazuje — ma podobne 

zamiary. Razem omawiają podstęp, przy pomocy którego można by złapać w potrzask Montezumę. Ma się to 
odbyć rankiem następnego dnia. A gdy szesnastu spiskowców modli się przez całą noc gorąco do Boga i 
wszystkich świętych, słyszą w pokoju obok ciężkie kroki Corteza. Bez ustanku chodzi tam i z powrotem, 
godzinę po godzinie, aż szary świt zagląda do okien. 

Rankiem 14 listopada 1519 roku wybija godzina czynu. Cortez jest przemyślny jak wąż i niewinny jak 

gołąbek. Chytrością swą wprowadza w błąd nie tylko Montezumę, ale i własnych ludzi. Proponuje Aztekowi 
uprzejmie, nieomal nieśmiało, aby przeniósł się do kwatery Hiszpanów. Gdy oburzony cesarz odmawia, 
następuje długa wymiana zdań. Ostatecznie wtrącają się w to oficerowie ze świty Corteza. Grożą królowi bez 
ogródek śmiercią; nie ma on innego wyboru, jak zginąć pod mieczami Hiszpanów lub przyjąć zaproszenie 
swego przyjaciela Corteza. Wchodzi do lektyki i ze swymi żonami i służbą dostaje się do niewoli hiszpańskiej. 

Cortez triumfuje w duchu. Zapewne, ustąpił przed żądną złota niecierpliwością swych najemników i 

niejedna przykrość może jeszcze z tego wyniknąć. Ale sam czyn był koniecznością. Wszak 
Montezuma więźniem Corteza 
wystarczy zerwać kilka mostów, a załoga hiszpańska zostanie całkowicie odcięta i nietrudno obliczyć, jak długo 
będzie mogła się utrzymać bez wody i żywności. W dniu wkroczenia do miasta głównodowodzący wydał 
wprawdzie rozkaz przystąpienia do budowy czterech okrętów, tak aby można było przewieźć na ląd całe wojsko 
z jeźdźcami i końmi, ale zatrzymanie meksykańskiego kapłana-króla jako zakładnika jest mimo to koniecznością 
polityczną. Jak dobrze, że on, Cortez, nie musiał przy tym porwaniu brudzić sobie rąk! To jego ludzie grozili 
rozlewem krwi i zabójstwem! A więc Montezuma będzie odtąd zdany na niego — tylko na niego! On będzie 
rządził, on sam stanie się panem tego olbrzymiego imperium. Albowiem, i to także Hiszpan przewidział, nigdy 
wysocy dostojnicy azteccy nie zapomną, że ich król przeniósł niewolę nad śmierć. Z chwilą zaś gdy Montezuma 
zda sobie sprawę, że stracił twarz, nie będzie miał innego wyboru, jak unicestwić ich. Żywi jeszcze nadzieję, że 
będzie pewnego dnia znów wolny i pozbędzie się obcych, więc sam nie dokona krwawego czynu. Postara się, 
aby jego wczorajsi przyjaciele, a jutrzejsi wrogowie zostali wydani Hiszpanom. Tego właśnie życzy sobie 
Cortez i tak się też w kilka dni później dzieje. Cortez uniemożliwił za jednym zamachem wszelki opór 
wewnętrzny!' 

Potem następuje drugie uderzenie. Cortez zmusza swego więźnia do złożenia przysięgi na wierność 

cesarzowi Karolowi V i do ofiarowania dalekiemu panu lennemu w dani skarbu władców azteckich. Znowu 
otwierają się zamurowane drzwi, przez trzy dni szambela- nowie Montezumy wynoszą skarby z ciemnego lochu, 
po czym, zgodnie z obyczajem landsknechtów, następuje podział łupów. Cortez rzucił swym zgłodniałym 
wilkom żer, którego łaknęli. 

Ale los nie daje konkwistadorowi chwili wytchnienia. Zaledwie opanował sytuację w samym Meksyku, 

dochodzi go wieść, że Diego Velasquez teraz właśnie zamierza wyruszyć przeciwko swemu zbiegłemu 
sekretarzowi. Cortez dowiaduje się, że dziewiętnaście okrętów wiozących 900 żołnierzy, 20 dział, 80 konnych, 
120 łuczników i 70 muszkieterów zawinęło do wybrzeży meksykańskich. Nie waha się długo. Choć w 
Tenochtitlan zaczyna być niespokojnie, opuszcza w pierwszym tygodniu maja 1520 roku wielkie miasto, pędzi z 
260 wybranymi żołnierzami do Vera Cruz i w pierwszy dzień Zielonych Świąt, krótko po północy, w deszcz i 
burzę spada zuchwale na pięć razy silniejszą ekspedycję karną. Ten śmiały czyn przynosi

background image

 
wręcz nieoczekiwany sukces. Wrogowie — rodacy przechodzą z rozwiniętymi sztandarami na stronę Corteza i 
gdy ten wyrusza z powrotem do Tenochtitlan, ma już pod sobą 1000 pieszych, 690 konnych, 80 łuczników i 
tyluż muszkieterów. 
Konkwistador rozporządza teraz poważną siłą zbrojną. Będzie jej też. niebawem potrzebował. Tajny wywiad 
Azteków działa nadal sprawnie, Montezumą dowiedział się, dlaczego Cortez wyruszył tak nagle na wybrzeże, i 
podczas nieobecności I głównodowodzącego doszło w Tenochtitlan do krwawych starć. Gdy 24 czerwca 1520 
wojsko Hiszpanów wkracza po raz drugi do Meksyku, w mieście panuje wprawdzie spokój, ale jest to spokój 
przygnębiający, niesamowity |j§ spokój przed burzą. Nikt nie wita zwycięskiego wodza, ulioe są puste i głucho 
dudnią po nich kroki Hiszpanów. Aby odwrócić uwagę swych ludzi, Cortez daje komendę: „Muzyka!" Ostre 
głosy trąbek brzmią jak jazgot śmierci, tony fletów wydają się cienkie i trwożliwe, a bicie bębnów wojskowych 
zagłuszają niebawem rozbrzmiewające ze szczytów świątyń-piramid głuche huki olbrzymich, oblepionych krwią 
bębnów ze skóry węża. Zimny dreszcz przebiega Hiszpanom po krzyżach. 

Nie wiadomo dokładnie, co właściwie zaszło. Być może, że władca Azteków nawiązał już kilka tygodni 

przedtem tajną łączność z kapłanami świątyni boga Huitzilopochtli; na szczycie tej świątyni Cortez uroczystym 
aktem państwowym kazał wznieść kaplicę chrześcijańską. Kapłani dokładają wszelkich starań, aby Montezumą 
nie poznał z ich zachowania, że już od dawna przegrał, ponieważ wpędziłoby go to ostatecznie w ramiona 
Hiszpanów. Dodają mu otuchy; Montezumą wzywa do siebie Corteza, tuż przed jego wymarszem do Vera Cruz, 
i mówi ostrzegawczo: „Wystarczy, abym ruszył palcem, a każdy Aztek w kraju powstanie przeciwko wam!" Jest 
to tylko teatralny gest. Montezumą wie o tym równie dobrze jak Cortez. Ale władca Azteków spodziewał się, że 
nastraszy Hiszpana. Z zadowoleniem spostrzegł też zapewne, że od tego czasu jego hiszpańscy 
M* ___  
strażnicy śpią w zbroi, w butach i ostrogach, z mieczem w dłoni. Montezumą nie myślał chyba o rzeczywistym 
powstaniu przeciw obcym wojskom okupacyjnym. Tak czy owak oznaczałoby ono koniec jego życia, jego 
panowania i jego ludu, a tego w żadnym razie nie pragnął. 

Kto znajduje się w niewoli, nie powinien igrać z ogniem, gdyż niewinny płomień może się nagle zmienić w 

pożar. Montezumą jest przerażony, gdy dochodzi do walk. Nie ma żadnego wpływu na bieg spraw, jego 
duchowni bracia odsunęli go na bok, działają bez niego i przeciw niemu. Cesarz Azteków postąpił niewątpliwie 
w dobrej wierze wysyłając do Corteza wiadomość,-iż czeka na niego z utęsknieniem, i zapewniając, iż wszystkie 
przykrości, jakie zaszły, nastąpiły wbrew jego woli i bez jego wiedzy. Hiszpanie dostają się bez przeszkód do 
swej głównej kwatery, ale następnego ranka zrywa się burza. Place i ulice, wczoraj puste, roją się od 
uzbrojonych Indian, z blanków sąsiednich domów świszczą strzały, kilku szaleńców z pianą na ustach próbuje 
podpalić pałac Axayacatla. Aztecy powstali przeciw obcym najeźdźcom. Żywiołowy wybuch wściekłości ludu, 
któremu Cortez chciał wszelkimi środkami zapobiec, stał się straszliwą rzeczywistością. 

Sprawy Hiszpanów stoją źle. W głównej kwaterze można będzie oczywiście utrzymać się jeszcze przez 

długi czas; wody i żywności jest dosyć, nie brak amunicji do dział dla arkabuzjerów i muszkieterów. Ale z 
Tenochtitlan do wybrzeża jest daleko, z górą dwanaście dni marszu. Na widok nieprzejrzanych hord brązowych 
diabłów, którzy głowa przy głowie nacierają na mury, myśl o ocaleniu wydaje się mrzonką. 

Sam Cortez wierzy jeszcze, że Aztecy w końcu uspokoją się, że może wprawdzie dojść do walk, ale 

położenie nie jest groźne. „Pierwszy garnitur" wodzów azteckich z wyjątkiem kilku znajduje się w jego ręku, a 
więc nie stać będzie Azteków na zorganizowany atak w większym stylu. Wątpi też w determinację 
czerwonoskórych. Jak można dobrowolnie nadstawiać karku w obronie tak nieludzkiego rządu? Jeśli tylko 
Hiszpanie dadzą stanowczy odpór, jeśli

background image

 
 
pokażą, że się nie boją, to wyjąca tłuszcza z pewnością się uspokoi. Cortez postanawia urządzić w jednym z 
najbliższych dni wypad. 

Gdy o świcie 26 czerwca 1520, po gwałtownym ogniu artyleryjskim ze wszystkich dział, wojsko jego rusza 

do ataku, wszystko zrazu dobrze się zapowiada. Ale Hiszpanie nie odnoszą decydującego sukcesu, na który 
Cortez liczył. Aztecy zbierają swe siły i oni, a nie Hiszpanie, utrzymują się na placu boju. Co dziwniejsza, w 
miejsce wczorajszego zamieszania widać teraz większy ład. Oficerowie azteccy, wspomagani przez kapłanów, 
dowodzą wojskiem. Oficerów 
rozpoznać można po miedzianych płytach pancernych na piersi, czerwonych wstęgach we włosach lub po 
przyznanych im przez cesarza okryciach ze specjalnymi oznakami, np. orłem, wężami lub ślimakiem morskim. 
Każdy zastęp posiada własny proporzec, nad całym wojskiem powiewa aztecka chorągiew narodowa — sztandar 
z wyhaftowanym z piór orłem, który trzyma w szponach wijącego się węża. Obok rezerwistów, powołanych w 
ciągu jednej nocy pod broń, przepisowo wyposażonych i uzbrojonych, w wojsku azteckim walczą także liczni 
mieszczanie nie obowiązani do służby wojskowej. Wydaje się to Hiszpanom niepokojące. Jeszcze większe 
jednak wrażenie sprawia na nich absolutna pogarda śmierci przeciwników. Brązowe diabły wieszają się u koni, 
próbują wysadzić jeźdźców z siodła, pędzą ze swymi prymitywnymi, drewnianymi oszczepami wprost w ogień 
dział i muszkietów, walczą z fanatyczną determinacją. 
 

Pod wieczór Cortez każe trąbić do odwrotu. Hiszpanie z trudem odrywają się od nieprzyjaciela i wracają 

wreszcie na swe pozycje wyjściowe. Następna noc upływa bez incydentów. Aztecy unikają walki w 
ciemnościach, ale nie odstępują od oblężenia. Teraz i Cortez zdaje sobie sprawę, że położenie jest poważne. 
Zaślepiły go łatwe sukcesy odniesione przy wkroczeniu do Meksyku. Ponieważ jednak nie siedzi w bunkrze 
sztabowym daleko za frontem, lecz bierze czynny udział w walce, tej nocy łuski spadają mu z oczu. 

Mimo to nie traci nadziei. Wszak ma jeszcze w ręku ostatni atut mogący przywołać Azteków do 

opamiętania — cesarza Montezumę. Każe stanąć swemu dostojnemu jeńcowi na blankach dachu kwatery 
głównej. Montezuma sprzeciwia się zrazu, lecz potem wychodzi w pełnym ornacie — biało-niebieskim tilmatli, 
płaszczu cesarskim xiuhuitzolli, opasce na głowie z mozaiki turkusowej, ze złotym berłem w ręce. Tak 
przybrany przemawia do swego ludu. Gdy padają pierwsze słowa, zalega spokój. Śmiertelna cisza panuje na pla-
cach i ulicach. Działa jeszcze odwieczne przywiązanie do tradycyjnych form, zgodnie z którymi lud Meksyku 
winien kornie wysłuchać przemówienia swągo władcy. Ludzie klękają, rzucają się na ziemię. To dodaje 
pewności nieszczęśliwemu monarsze, jeszcze raz czuje się wszechwładnym panem swego kraju. Ale te nadzieje 
są płonne. Jego wasale, generałowie, a wreszcie bracia kapłani już od dawna go potępili i przestali się z nim 
liczyć. Niebawem szmer podnosi się w tłumie, nadlatują pierwsze kamienie, zaczynają świszczeć szybkie 
strzały. Montezuma, trafiony kilkakrotnie, pada na ziemię. Rany jego nie są niebezpieczne, ale serce ugodzone 
jest śmiertelnie. Zrywa opatrunki, siedzi przygarbiony i cichy w kącie ojcowskiego pałacu, nie chce żyć. W kilka 
dni później umiera. 

Prysła ostatnia nadzieja Corteza. Teraz pozostaje tylko walka, próba przebicia się do grobli prowadzących 

na ląd. Cortez w sprawozdaniu wysłanym do Karola' V tak opisał tę zuchwałą przeprawę: 

„Rozważyłem niebezpieczeństwo, w którym znajdowaliśmy się, i wielkie szkody zadawane nam dzień po 

dniu przez nieprzyjaciół i obawiałem się, że zniszczą ostatnią istniejącą jeszcze groblę kamienną. Wtedy 
czekałaby nas pewna śmierć głodowa. Ludzie moi nalegali na mnie bez ustanku, abym wycofał się z miasta, 
gdyż prawie wszyscy byli ranni i niezdolni do dalszej walki. Wobec tego postanowiłem uczynić najbliższej nocy 
zadość ich woli

background image

 
Część trzecia — Zdobycie Meksyku 

Złoto i klejnoty Waszej Cesarskiej Mości, ile tylko mogliśmy wynieść, kazałem włożyć do worków i 

powierzyłem je kilku oficerom i urzędnikom, przy czym z Najwyższym Jego Imieniu wezwałem ich, aby starali 
się w miarę swych sił wywieźć te skarby. Dałem im- konia, na którego załadowano tyle, ile zwierzę mogło 
unieść, oraz kilku pachołków i trochę służby dla osłony. Pozostałe złoto rozdzieliłem pomiędzy Hiszpanów... 

Gdy przybyliśmy do pierwszego mostu zniszczonego przez Indian, ustawiliśmy bez większego trudu 

prowizoryczny most, który kazałem poprzednio przygotować. Nikt nam w tym nie przeszkadzał. Tylko kilka 
posterunków pełniących wartę podniosło wielki krzyk i zanim dotarliśmy do następnego mostu, zbiegło się tam 
mnóstwo Meksy- kańczyków, którzy próbowali zadać nam straty ze wszystkich stron, zarówno od lądu, jak od 
jeziora. 

Z pięcioma konnymi i stu pachołkami pieszymi przepłynąłem niezwłocznie rowy między trzema ostatnimi 

mostami i dotarłem do lądu. Tam kazałem pieszym ustawić się jako straż przednia. Sam wróciłem śpiesznie do 
straży tylnej, którą zastałem przy trzecim moście, gdzie toczyła ciężką walkę i poniosła duże straty. Zginęło tam 
wielu Hiszpanów i prawie wszyscy Tlaskalańczycy walczący u naszego boku. Na placu boju zostało również 
wiele kobiet, które były u nas w służbie. Straciliśmy dużo koni, całe złoto, kosztowności, stroje i mnóstwo 
innych rzeczy, które chcieliśmy wynieść. Ponadto wszystkie działa. 

Zebrałem wszystkich, jacy jeszcze żyli, i kazałem im iść naprzód. Z pięcioma konnymi i 

siedemdziesięcioma pieszymi pachołkami, których zatrzymałem przy sobie, osłaniałem marsz. Szliśmy za nimi 
krok za krokiem, w ciągłej walce z nieprzyjacielem, aż przybyliśmy przed miasto Tacuba leżące za groblą... Z 
obu stron naszej drogi ciągnęło się jezioro. Wrogowie mogli do nas strzelać z łódek, nie narażając się na żadne 
straty. Ci «zaś, którzy wyszedłszy na ląd, byli przez nas atakowani, chronili się śpiesznie na łodzie. Tym 
sposobem małe mieli straty, wyjąwszy tych, którzy zostali na śmierć zgnieoeni w ścisku. Po tylu trudach i tak 
ciężkich przejściach przywiodłem tylną straż do wymienionego miasta..." 

Tam gdzie krótka droga, wiodąca przez jezioro na zachód, dociera pod Tacubą do lądu stałego, Cortez 

zarządził owej nocy z 30 czerwca na 1 lipca 1520, osławionej ruoche triate, pierwszy od 
Oblężenie i zdobycie Tenochtitlan 
poczynek. Na skraju wsi Popotla, pod cedrem, rosnącym tam jeszcze dzisiaj, upadł na ziemię. Wyczerpany 
fizycznie, krwawiąc z wielu ran, w obliczu całkowitej porażki, przytłoczony ciężarem odpowiedzialności za 
nieuchronną, jak się wówczas zdawało, śmierć setek dzielnych żołnierzy hiszpańskich — łkał zakrywając 
dłońmi twarz. Ale nic chyba nie umocniło bardziej wierności i oddania starej gwardii jak owa chwila jego 
duchowego załamania się. Nie zapomnieli nigdy, że wybuchnął płaczem za poległych towarzyszy, że nieprzy-
stępny wódz odczuwał to samo, co oni, prości najemnicy. 

Straty były ciężkie. Zginęło czterystu pięćdziesięciu Hiszpanów, padło osiemdziesiąt koni, utracono 

wszystkie działa; prawie cała zdobycz w złocie i klejnotach oraz około trzech tysięcy żołnierzy wojsk 
pomocniczych z Tlaskali wpadło w ręce Azteków. Jeśliby przeciwnicy wyzyskali swoją przewagę, nadzieja 
osiągnięcia wybrzeża stałaby się znikoma. 

Hiszpanie wymykają się bocznymi drogami. Niebawem spełniają się przewidywania i obawy Corteza: 8 

lipca 1520 cała siła zbrojna Azteków staje pod Otumbą przeciwko wyczerpanym Hiszpanom, aby zagrodzić im 
drogę do morza i wyciąć w pień. Ale w tej chwili budzą się „biali bogowie", odżywa ich dawna wielkość. Cortez 
wie, że Aztecy uważają bitwę za przegraną, jeśli ich chorągiew państwowa dostanie się w ręce wrogów. Szuka 
wzrokiem ponad głowami wyjących, nieprzejrzanych zastępów azteckich. Nagle wysoko ponad tłumem zabłysła 
flaga narodowa Meksyku. W jasnym słońcu wódz widzi wyraźnie haftowanego orła z wężem w szponach. Jeden 
z generałów azteckich niesie sztandar na statywie przymocowanym do grzbietu. Niemal mechanicznie Cortez 
spina konia ostrogami i mając u boku tylko młodziutkiego chorążego Juana Salamankę de Onti- veros, którego 
bułana klacz jest równie szybka jak rumak dowódcy, przedziera się przez gęste szeregi Indian. I oto rzecz 
nieprawdopodobna udaje się: generał indiański pada po krótkiej walce. Cortez unosi z triumfem aztecką 
chorągiew ku swoim, a oniemiali z przerażenia brązowi wojownicy rzucają się do ucieczki. Cortez, uważający 
się za wysłannika Chrystusa, jest pewny, że Syn Boży mu pomógł. Aztecy widzą, że Quetzalcoatl zwycięża 
innych bogów. A więc oni zbłądzili, ich obliczenia astrologiczne były fałszywe, dalszy opór jest beznadziejny ^ 
błądzi każdy, kto myśli, że przeciw Cortezowi-Quetzalcoatlowi można coś wskórać środkami ziemskimi

background image

 
„Zdawało się — opowiada Bernal Diaz o tej chwili — jak gdybyśmy nie odnieśli żadnych ran, nie zaznali nigdy 
głodu ni pragnienia, nie czuli zmęczenia po trudach wojennych." W kilka dni później Cortez i reszta jego wojska 
docierają do Tlaskali. 

Na szczęście, Tlaskalańczycy dotrzymują wierności swym hiszpańskim sojusznikom. Wiedzą oczywiście od 

dawna, co zaszło w Tenochtitlan. Wiedzą jednak także o bitwie pod Otumbą, a ich bardowie opiewają już 
bohaterską jazdę Corteza i huzarski wyczyn Juana Salamanki de Ontiveros. Kto posiada świętą chorągiew z Te-
nochtitlan, ten będzie zwycięzcą. 

W Tlaskali wiedzą jednak jeszcze więcej. Ludzie w całym kraju podają sobie z ust do ust dziwne proroctwo 

arkabuzjera Botello, Włocha z pochodzenia, który służył w wojsku Corteza i razem z nim wkroczył do 
Tenochtitlan. Tylko kilku Hiszpanów z najbliższego otoczenia Corteza wiedziało wówczas o tym. Choć 
zaskoczeni, muszą potwierdzić, że prosty żołnierz, niegdyś uczeń szkoły zakonnej w Rzymie, spowodował 
rzeczywiście wymarsz wojsk z Tenochtitlan już w nocy z 30 czerwca na 1 lipca 1520. Przepowiedział 
mianowicie, że nikt nie ujdzie z życiem, jeśli wymarsz się odwlecze. Jemu jest to, co prawda, obojętne, gdyż on i 
brat jego polegną podczas tej przeprawy, jeśli jednak wódz pójdzie za jego radą, w bliskim czasie zostanie 
wielkim, bogatym władcą. 

W Tlaskali ludzie znacząco kiwają głowami. Dowiadują się niebawem, że Botello i jego brat istotnie polegli 

podczas noche triste. Wieść ta wywarła głębokie wrażenie — bogowie są widocznie po stronie obcych 
przybyszów. Rozstrzygnęło chyba jednak coś innego. Zetknięcie się z cywilizacją europejską posiadało dla 
małego, ubogiego państwa, zagrożonego stale przez Azteków, doniosłe znaczenie. W Wielkiej Radzie, która 
miała postanowić o stosunku do Hiszpanów, ogólną aprobatę wywołało przemówienie jednego ze starców: 

„Choćbyście sięgnęli ponad sto lat wstecz, ćzy znany wam jest czas, w którym by Tlaskala była tak bogata i 

potężna, jak od chwili, kiedy przybyli do nas biali cudzoziemcy? Teraz dopiero mamy złoto, tkaniny i sól, 
których dotąd nie mogliśmy uzyskać. Gdziekolwiek nasi wojownicy ukażą się razem z białymi, wszędzie 
zażywają szacunku i poważania. A choć ostatnio wielu z nich poległo w Meksyku, zważcie, że nasi przodkowie 
już w zamierzchłych latach przepo 
wiadali, iż przyjdą od wschodu słońca mężowie, którzy nas podbiją." 

Na skutek takich zapewne rozważań Tlaskalańczycy nie sprzeniewierzyli się Cortezowi. Było to dla niego 

wielkim szczęściem, gdyż oznaczało, że niebawem będzie mógł zmyć hańbę porażki. A musiał to uczynić 
bezwarunkowo, aby móc się obronić w Hiszpanii. Velasquez doniósł już chyba Domowi Indii, że Cortez okazał 
się niegodnym zaufania, a jego wyprawa podjęta na własną rękę przeciw Aztekom jest wykroczeniem przeciw 
zarządzeniom Jego Cesarskiej Mości. 

Byleby Velasquez teraz o niczym się nie dowiedział! Cortez wysyła śpiesznie gońca do Vera Cruz i 

rozkazuje ustanowionemu przez siebie gubernatorowi, ażeby nie wypuścił żadnego okrętu do Kuby, lecz 
przysyłał do niego niezwłocznie załogi wszystkich okrętów zawijających do Vera Cruz. Cortez snuje nadal 
dalekosiężne plany. Z niezmordowaną energią przygotowuje wojsko do ponownego zdobycia Meksyku. Udaje 
mu się znowu przekonać swoich ludzi. Pisał w owych krytycznych dniach do cesarza, że jest bardziej niż kiedy-
kolwiek przeświadczony o prawdziwości starej maksymy, że szczęście sprzyja odważnym; zresztą nie ma 
innego wyboru. Gdyby Indianie zauważyli, że wiara w sprawiedliwość i ostateczny triumf jego sprawy słabnie, 
nie mógłby przebyć drogi dzielącej go od morza. 

I istotnie — szczęście pozostało mu wierne. Do Vera Cruz zawija kilka okrętów z ciężko zbrojnymi 

hiszpańskimi najemnikami i awanturnikami, którzy przybyli do Meksyku w poszukiwaniu złota; Cortez robi z 
nich w krótkim czasie wojsko gotowe za nim pójść choćby w ogień. Natychmiast zawraca i po wielu krwawych 
utarczkach staje z 550 ludźmi, wśród których znajduje się 80 arkabuzjerów i 40 konnych, i dziewięciu działami 
znowu pod murami Tenochtitlan. Tuż przed rozpoczęciem oblężenia otrzymuje posiłki z Haiti, tak że ostatecznie 
dowodzi pokaźną siłą zbrojną, liczącą 84 konnych i prawie 800 piechoty, w tym 194 strzelców. 

Hiszpanie rozporządzają tym razem nawet flotą, co okazuje się szczególnie ważne. Już przed rozpoczęciem 

drugiego marszu na Tenochtitlan Cortez kazał zbudować trzynaście brygantyn w Tlaskali, na płaskowyżu, 
daleko od Meksyku. Gotowe brygantyny rozłożono na poszczególne poręczne części, które Indianie na swych

background image

 
Część trzecia — Zdobycie Meksyku 
grzbietach przenieśli do odległego o sto kilometrów Tezcuco, gdzie złożono je znowu i spuszczono na wody 
Jeziora Meksykańskiego. 

Stało się to 28 kwietnia 1521 roku, w drugim dniu Zielonych Świąt. Zdarzenie to obchodzono uroczyście, 

po odprawieniu mszy nastąpiła parada wojskowa. A gdy na okrętach podniosły się flagi, Cortez kazał odczytać 
artykuły wojenne: 

„Pod ciężką karą nikomu nie wolno bluźnić przeciw imieniu Pana naszego, Jezusa Chrystusa, 

błogosławionej Matki Jego, świętych Apostołów i wszystkich świętych; 

nikomu nie wolno znęcać się nad którymkolwiek z naszych sprzymierzeńców, którzy idą z nami tylko w 

naszym interesie, odbierać im zdobycz, czy byłoby nią złoto, czy też inne rzeczy; 

nikomu nie wolno w dzień czy w nocy opuszczać kwatery, aby udać się do osad sprzymierzeńców. 
Każdy żołnierz winien utrzymywać swą broń w dobrym stanie i gotową do boju. 
Nikomu nie wolno pod ciężką karą grać o broń lub o konia; nikomu nie wolno spać bez broni i butów, jeżeli 

nie jest mu to dozwolone w szczególnych wypadkach z powodu choroby lub odniesionych ran." 

Prócz tego Cortez ogłosił jeszcze raz ogólne ustawy wojenne, według których śmiercią karany będzie każdy 

żołnierz, który by zasnął na posterunku lub opuścił go, oddalił się od swego oddziału bez pozwolenia 
zwierzchnika lub w bitwie odstąpił swych towarzyszy i rzucił się do ucieczki. 

Żołnierze wiedzą, co to znaczy. Zacznie się rozstrzygający bój. 30 maja Meksyk jest ze wszystkich stron 

otoczony przez Hiszpanów; wodociągi zaopatrujące miasto w wodę do picia — odcięte, po jeziorze krążą 
brygantyny Corteza. Oblężenie trwało do 13 sierpnia, tj. 75 dni. W ciężkich, krwawych walkach poniosło śmierć 
dwieście tysięcy Azteków i stu Hiszpanów. A gdy 13 sierpnia Tenochtitlan poddał się, był już tylko dymiącą 
kupą gruzów. Cortez na próżno ofiarowywał kilka razy pokój następcy Montezumy, młodemu królowi 
Guateniozinowi, zwanemu Spadającym Orłem. Kapłani świątyni boga Huitzilopochtli sprzeciwili się 
gwałtownie i przeprowadzili swą wolę. Nieraz zadawano sobie później pytanie, jak się to mogło stać. 
Najbardziej nawet fanatyczni zwolennicy boga Huitzilopochtli uświadamiali sobie, że starzy bogowie przegrali. 
Hiszpanie nacie 
Oblężenie 1 zdobycie Tenochtitlan 
rając z trzech stron po drogach wiodących przez groble do miasta, a z czwartej, od strony jeziora, odcinając 
swymi brygantynami wszelką łączność, przedzierali się w ciężkich walkach metr po metrze. Za parę dni 
przypuszczą szturm do świętego miasta. Dalszy opór był beznadziejny. Ale tego rodzaju rozważania — jak to 
wykazał Maurice Collis w wspomnianej już przez nas książce — nie trafiają w sedno rzeczy. Według poglądów 
Azteków wszystko uzależnione było od znaków astrologicznych, a zjawiska na sklepieniu niebieskim dodawały 
otuchy kapłanom. Uważali oni planetę Wenus za gwiazdę Quetzalcoatla. Co 584 dni następuje koniunkcja 
słońca i Wenus, a wówczas niebiańskie światło białego boga (gwiazda wieczorna) było tuż po zachodzie słońca 
niewidzialne. Cóż prostszego, jak wywnioskować stąd, że ów czas niewidoczności błyszczącej, pięknej gwiazdy 
oznacza zagładę jej ludzkiego odbicia, które wróciło na ziemię? Indiańskie wojska pomocnicze, walczące po 
stronie Hiszpanów, mają także astrologów. Ich pogląd pokrywa się z poglądem azteckich kolegów. Pod ich 
wpływem brązowi sojusznicy złożyli nagle broń i zniknęli w górach. Dodało to oczywiście otuchy kapłanom 
Huitzilopochtli i skłoniło do odrzucenia oferty Corteza. Walka staje się więc coraz bardziej zażarta. Kto z 
Hiszpanów dostanie się do niewoli — Aztecy wzięli około siedemdziesięciu jeńców — zostaje bezlitośnie 
złożony w ofierze bogu wojny. Cortez i jego ludzie słuchają z dreszczem zgrozy przeraźliwego wycia 
nieszczęśliwych towarzyszy, którym kapłani wyrzynają żywcem serce z piersi; widzą, jak jeńcy wyciągają z 
rozpaczą ręce do przyjaciół, jak ostatkiem sił bronią się przeciw okrutnej męce — a oni stoją bezsilni tak 
niedaleko i nic nie mogą pomóc! 

Hiszpanie przedarli się wreszcie do pałacu Guatemozina wynurzającego się samotnie z wody. Teraz już 

nawet król pojął, że walka jest skończona, i pod wieczór w pięćdziesięciu wielkich łodziach próbuje ratować 
siebie i swoją rodzinę Ale brygantyny Corteza są szybsze. Kapitan Garcia Holąuin na.czele swego oddziału 
pierwszy dogania uciekających, woła: „Stój!", a gdy łodzie mimo to płyną dalej, każe strzelać z arkabuz i kusz. 
Wtedy podnosi się ze swego miejsca Guatemozin i woła silnym głosem do swych wrogów: 

„Nie strzelać! Jestem królem Meksyku. Pozostawcie żonę moją, moje dzieci i wszystko, co mam z sobą, nie 

tknięte i zawiedźcie mnie samego do Malinche!"

background image

 

Życzeniu jego staje się zadość. W krótki czas potem Cortez i Gua- temozin stoją naprzeciwko siebie; 

Hiszpanie przyglądają się ciekawie człowiekowi, który stawiał im tak zacięty opór. Muszą przyznać, że dobrze 
się prezentuje. Ma o wiele jaśniejszy kolor skóry od swych rodaków, pociągłą, sympatyczną twarz, wielkie, 
pełne wyrazu oczy i mimo swych dwudziestu trzech lat dostojność władcy. 

Po skończonej walce Hiszpanie wałęsają się po mieście, wspinają na oblepioną warstwami krwi piramidę 

boga Huitzilopochtli i odwracają się wstrząśnięci na widok wiszących na belkach ołtarza głów wielu starych 
towarzyszy. Wędrują po pałacu Guatemozina. Wszystkie dziedzińce i krużganki są pełne trupów, podobnie jak 
brzegi jeziora, kanały, ulioe i domy, place i ogrody. Bernal Diaz pisze z przerażeniem jeszcze pięćdziesiąt lat 
później: 

„Z obawy przed morową zarazą Guatemozin zwrócił się do Corteza z prośbą, aby pozwolił wyjść z miasta 

mieszkańcom Meksyku i wojownikom przybyłym z zewnątrz. Cortez zgodził się na to, po czym przez trzy dni i 
trzy noce snuły się po drogach długie szeregi mężczyzn, kobiet i dzieci wyglądających prawie jak trupy, pokry-
tych brudem i tak straszliwie cuchnących, że budziły najgłębszą litość. Wreszcie gdy już nikt nie wychodził z 
miasta, wysłał tam Cortez ludzi, aby się dowiedzieli, co się dzieje w mieście. Wówczas ujrzano trupy w każdej 
dzielnicy i w każdym kącie, a tu i ówdzie kilku biedaków, którzy byli zbyt słabi, aby wyjść z miasta. Wszystkie 
ulioe i place były rozkopane jak gdyby pługiem, albowiem mieszkańcy wyrywali korzenie z ziemi, a nawet 
pozrywali korę z drzew, ażeby zaspokoić trawiący ich głód. Nie mieli innej wody jak tylko słoną, krótko 
mówiąc, nędza była straszliwa, a jednak nikt nie jadł mięsa Meksykańczyków, lecz tylko wrogów. Zaprawdę, 
żaden lud świata nie cierpiał takiego głodu, pragnienia i niedostatków wojennych jak ten!" 

Pierwsze rozkazy wydane przez Corteza Guatemozinowi, którego Hiszpan zatwierdził jako władoę 

Meksyku, zmierzały do jak najszybszej naprawy wodociągów, zaopatrujących miasto w wodę do picia za 
pomocą systemu rur o długości pięciu kilometrów. Następnie polecił Aztekowi, ażeby zarządził spalenie zwłok i 
przywrócenie w mieście porządku. Gdy jedno i drugie zostało wykonane z zadziwiającą szybkością, Hiszpanie 
wyszli na łi^p. Ale znaleźli niewiele, wobec czego wpadli na szatański pomysł, aby tak długo torturować 
Guatemozina, aż zdradzi im, gdzie ukrył skarby. Moczyli mu nogi w oleju, po czym smażyli na wolnym ogniu. 
Król pozostał niewzruszony i znosił tę okropną mękę bez jęku. Cortez sprzeciwiał się temu okrucieństwu, ale nie 
mógł nic wskórać. Znał dobrze dwór cesarski, wiedział, że zbyt gorąca obrona Guatemozina wzbudzi 
podejrzenie, iż podzielił się z nim po połowie i sprzeniewierzył skaTb cesarski. W r. 1524, podczas wyprawy do 
Hondurasu, Cortez polecił ściąć Spadającego Orła. Według dokumentów, które ostatnio odkryto w archiwach 
Kastylii, Guatemozin przygotowywał spisek, Cortez nie miał więc innego wyjścia — musiał spełnić powinność 
najwyższego sędziego. 

Gdy zwycięstwo zostało ostatecznie utwierdzone, Cortez przystąpił do odbudowy zniszczonego miasta. W 

kilka lat później powstało ono na nowo jako hiszpańskie miasto kolonialne, zupełnie inne niż przedtem, ale 
równie piękne. Jezioro, pośrodku którego leżało Tenochtitlan, zniknęło, Hiszpanie spuścili je. Nie wiadomo 
było, co może nastąpić i czy Aztecy nie powstaną znów przeciw hiszpańskiemu panowaniu. W takim razie 
miasto rozmieszczone na lagunach byłoby trudne do opanowania. Lepiej zatem osuszyć jezioro i przysypać 
kanały szczątkami dawnych umocnień. Gdy to wykonano, Cortez przywołał architektów i murarzy. Na 
fundamentach świątyni boga Huitzilopochtli powstał kościół katedralny — największy na kontynencie 
amerykańskim. Przed nim rozciąga się olbrzymi plac — drugi co do wielkości na świecie i tylko nieco mniejszy 
od Placu Czerwonego w Moskwie. Największa w świecie arena walki byków, największy teatr na ziemi 
amerykańskiej, najszerszy łuk triumfalny, jaki kiedykolwiek zbudowano w Nowym Świecie, dołączają się w 
następnych stuleciach do gigantycznych budowli konkwisty. 

To upodobanie do przesadnych rozmiarów, do przemożnego, gorączkowego wywyższenia, które obudził 

niegdyś Montezumą, a następnie przejął Cortez, wyciska swe piętno także na dzisiejszym obrazie Mexico City. 
Wszystko musi tu być większe, wyższe, strze- listsze, wspanialsze, potężniejsze niż gdziekolwiek w świecie. 
Wydaje się, jak gdyby jakieś przekleństwo ciążyło nad tym miastem! 

I rzeczywiście ciąży nad nim przekleństwo. Mexico City jest zbudowane na mule, a nie na litej skale. 

Dopóki muł ten był wilgotny od wód osuszonego jeziora, dopóty wytrzymywał ciężar olbrzy

background image

 
mich budowli. Dźwigał cierpliwie świątynie i piramidy, grody i pałace. Gdy wodę spuszczono, zaczął wysychać 
i kurczyć się. W miarę kurczenia Mexico City zaczęło się zapadać. Najpierw dwadzieścia: centymetrów., potem 
trzydzieści, dzisiaj sześćdziesiąt centymetrów rocznie — niepowstrzymana jazda do piekieł! 

Gdyby można było przywrócić jezioro, dałoby się odwrócić klątwę Azteków. Gdyby można było w 

podziemia zapadającego się miasta doprowadzić jedną z rzek spadających z gór, muł przesiąknąłby znów 
wilgocią! Ale dotychczas nie zrealizowano żadnego takiego projektu. Tysiące głębokich studzien ssie wodę 
gruntową, fasady domów chylą się, wieże stoją krzywo, w kopułach zieją szerokie szczeliny — całe wielkie 
miasto z połyskującymi wieżowcami ze szkła i stali, ze strzelistymi kościołami i szeroko rozsiadłymi pałacami 
arystokracji obsuwa się niepowstrzymanie w głąb. Oto widoma kara za to, że biali odważyli się spuścić święte 
jezioro. 

Przekleństwo Azteków sprawdziło się także w inny sposób. Wskutek zmetysowania białej części ludności, 

wskutek przewagi urodzeń i biologicznej regeneracji rasy czerwonej poziom krwi europejskiej spada coraz niżej. 
Obsuwające się Mexico City jest jak gdyby symbolem. Mówi się z dumą o „krajach indo-amerykańskich" i na 
wszystkich obszarach, które znajdowały się niegdyś pod panowaniem boga Huitzilopochtli, używa się znowu 
języka azteckiego, dawnego języka przodków. Biali zostaną niebawem zupełnie wchłonięci, jak niegdyś orszak 
mitycznego „białego Zbawiciela". 

Mexico City jest czarownym miastem; cieszą oko piękne barokowe frontony, wyśnione ogrody, przepyszne 

portale i pluszczące wodotryski. Cortez podniósł miasto z popiołów i zniszczenia. Lecz to dzieło pokoju nie na 
wiele się Cortezowi przydało. Przysłowiowa niewdzięczność, jaką ród Habsburgów zwykł był płacić za usługi 
swych najwierniejszych, przypadła także jemu w udziale. Spotkał go podobny los jak niegdyś Kolumba. 

W niedługi czas po mianowaniu Tenochtitlanu stolicą Meksyku nadszedł z Hiszpanii do Vera Cruz rozkaz 

aresztowania Corteza. Były to, co prawda, czcze pogróżki. Któż by się ważył aresztować zwycięskiego wodza 
wśród żołnierzy oddanych mu na śmierć i życie? Niebawem też nadeszło od cesarza odwołanie rozkazu i 
uroczyste zatwierdzenie Corteza jako namiestnika Nowej Hiszpanii. Ale Cortez uznał mimo to za wskazane udać 
się do Hiszpanii. Przedtem musiał 
jeszcze przeprowadzić kilka od dawna planowanych ekspedycji. Doniósł o tym Karolowi V dnia 15 maja 1522 
roku: 

„Już od pewnego czasu dochodziły mnie wieści o morzu po przeciwległej stronie kontynentu, rozpytywałem 

się więc skrzętnie, czy można tam dotrzeć drogą lądową. 

Dowiedziałem się, że można się tam dostać w dwanaście do czternastu dni. Pojąłem, że odkrycie tego morza 

byłoby połączone z wielką korzyścią dla Waszej Cesarskiej Mości, albowiem znajduje się na nim zapewne wiele 
wysp obfitujących w złoto, perły, drogie kamienie i znakomite korzenie oraz w inne wspaniałe i osobliwe 
rzeczy. Tak mówią wszyscy geografowie. 

W tym zamiarze i w wielkiej gorliwości wyprawiłem czterech Hiszpanów, dwóch jedną, a dwóch drugą 

drogą. Po powiadomieniu ich o wszystkim, co wiedzieć powinni, i przydaniu im jako asysty kilku 
zaprzyjaźnionych Indian wszyscy czterej wyruszyli w drogę, otrzymawszy ode mnie rozkaz, aby nie wracali, 
zanim nie dotrą do morza. Gdy zaś tam przybędą, mają morze i ląd tamtejszy ogłosić własnością Waszej 
Cesarskiej Mości. 

Dwaj z tych Hiszpanów przeszli bez przeszkód 130 mil przez wspaniały kraj aż do morza i tam postawili na 

wybrzeżu kilka krzyżów jako znaki. Pozostali byli nieco dłużej w drodze, gdyż przeszli 150 mil, zanim dotarli 
do morza. Oni także objęli tam wybrzeże w posiadanie." 

Wyprawy do wybrzeży Pacyfiku zapoczątkowały odkrycie Kalifornii, której południowy cypel osiągnięto 

już w 1533 roku, ale dopiero w 1539 ustalono, że nie jest on wyspą. Mniej więcej w tym samym czasie Cortez 
zaczął wysyłać wyprawy na wschód w kierunku Florydy. Miały one na celu „dotrzeć do Sztokfiszów, albowiem 
uchodzi za pewne, że znajduje się tam cieśnina, która ciągnie się aż do morza południowego". 

W roku 1525, w dwadzieścia cztery lata po opuszczeniu Hiszpanii, Cortez stanął znowu na ziemi ojczystej. 

Został przyjęty przez cesa- Tza z wszelkimi honorami, ale zarządu Meksyku nie otrzymał. Względy racji stanu 
skłoniły Karola V do tego, że w rękach tak hardego człowieka pozostawił tylko władzę wojskową i zmusił go, 
aby swój głód czynu zaspokoił poza granicami Meksyku. Cortez przejrzał oczywiście prawdziwe motywy tego 
zarządzenia i był nim niewątpliwie głęboko dotknięty i urażony. Ale nie zdradził się nigdy

background image

 

słowem skargi lub rozgoryczenia. Spędziwszy pewien czas na zarządzaniu swymi dobrami, ograniczył się' 

do wypadów wojskowych, które zmierzały do znalezienia drogi wodnej na Ocean Spokojny. Przez długie lata 
było to jego najgorętszym pragnieniem. Doceniał w pełni doniosłość naturalnej lub sztucznej drogi morskiej 
poprzez nowy kontynent i wydał na ten cel bardzo znaczne środki pieniężne, raz nawet klejnoty swej żony. W 
czasach, gdy wszelkie zainteresowania zwrócone były tylko ku wartościom materialnym, fakt ten świadczy 
wymownie o dalekowzroczności i wielkości człowieka, którego chyba tylko brak zrozumienia może piętnować 
jako okrutnego zbrodniarza. 
Przyznać, co prawda, należy, że jego indywidualności nie można mierzyć zwykłą, mieszczańską miarą. Ale 
miara taka, zastosowana do wielkich ludzi, w ogóle zawodzi. Albowiem w wielkich naturach obok największych 
wyżyn, na jakie człowiek zdoła się wznieść, istnieją najniższe głębie, do jakich może spaść. Nie inaczej było u 
Corteza. Miał dziewiętnaście lat, gdy przybył do Nowego Świata. Pełen temperamentu, urodzony i wychowany 
na pana, targany był silnymi namiętnościami. Pierwsze lata pobytu w nowej ojczyźnie nie stanowią świetlanych 
stron jego życia; westchnienie Las Casasa, że wyrosłe jakby z ziemi bogactwo Corteza było prawdopodobnie 
okupione życiem niejednego Indianina, wydaje się aż nadto uzasadnione. Ale gdy wybiła wielka godzina, gdy w 
listopadzie 1518 roku podniósł na wybrzeżu kubańskim kotwicę do wyprawy na zachód, był człowiekiem 
zdolnym wziąć na siebie jej ciężar i odpowiedzialność. Umiał on krótkim przemówieniem, jednym spojrzeniem, 
uściskiem ręki stopić zbieraninę różnych ludzi w nierozerwalną całość. Cortez jest — jak wszyscy wielcy ludzie 
— zjawiskiem historycznym w gruncie rzeczy niewytłumaczalnym.' 

W roku 1540 przybył jeszcze raz do Hiszpanii. Spędził tu siedem lat, otoczony szacunkiem, choć nie miał 

żadnej władzy. Gdy z końcem 1547 roku postanowił powrócić do Meksyku, zapadł w Sewilli na czerwonkę. W 
piątek, 2 grudnia 1547 roku, ze stoickim spokojem ducha anarł w wieku sześćdziesięciu trzech lat. 

Jemu to przede wszystkim Hiszpania zawdzięczała swą wielkość. Wolno jednak wątpić, czy wyświadczył 

tym istotnie przysługę swej ojczyźnie. Lud hiszpański był zbyt mały, ciemny i rozdarty, aby móc wchłonąć 
olbrzymie obszary, które zdobyli dla niego Kolumb, Cortez 
i inni śmiali awanturnicy. Rodził on przy tym bezustannie ludzi, dla których Europa była za ciasna i którzy 
potrzebowali całego świata, ażeby móc wyżyć się zgodnie ze swym wewnętrznym prawem. Państwo samo 
trzymało się wprawdzie z reguły z dala od jakiejkolwiek działalności odkrywczej, ale ostatecznie nie miało 
innego wyjścia, jak położyć rękę na nowych częściach świata i dla ich opanowania oddawać ciągle najlepszych 
ludzi, jakimi rozporządzało. O rzeczywistej penetracji posiadłości kolonialnych, jak to przed Hiszpanią umiało 
uczynić imperium rzymskie, a po niej angielskie, nie mogło tu być mowy. Hiszpania, wprzęgnięta siłą w bieg 
wypadków, próbowała jedynie siłą rządzić. Dla rozumnych obserwatorów było już wówczas jasne, że ta próba 
musi skończyć się niepowodzeniem. Nie przeczuwali oni jednak, jak straszliwy będzie upadek Hiszpanii.