background image

 

 

EDMUND   NIZIURSKI 

WYRAJ 

 

 
Rozdział I 
Otworzyłem szeroko okna... 
Żadnej ulgi. Siódma rano, a powietrze już duszne. Od tygodnia smażyłem się na moim poddaszu. Od wtorku 
dołączył  się  do  tego  obrzydliwy  zaduch  i  wzrastał  z  każdym  dniem.  Spojrzałem  ze  złością  na  podwórze 
Karcza.  Ci  dranie  wciąż  koczowali.  Co  rano  budził  mnie  ich  nieustający  jazgot.  Koczowali  tak  już  piąty 
dzień, rozwaleni   pod   murem i   pod   rachitycznymi drzewami, porzuciwszy walizy i toboły. 
Dziedziniec  Karcza  zawsze  był  obozowiskiem  rajzerów  i  handlarzy  różnej  maści,  od  radomsko-kieleckich 
przekupek do krakowskich pinklerów. Karcz miał licencją na hurtdrobnych towarów.   Zaopatrywał wiejskie 
sklepiki.  Ludzie  z  tobołami  na  jego  podwórzu  nie  razili  miejscowych  Niemców.  Wprawdzie  często  z 
tobołków rozlegały się głośne kwiki, ale oberfeldfebel Ratscheck przymykał na to oko. 
Oberfeldfebel    Ratscheck      był      "dobrym"  Niemcem.  Dobry  Niemiec  to  taki,  do  którego  jest  dojście.  Do 
oberfeldfebla Ratschecka było dojście. Oberfedfebel Ratscheck był rozsądny i wiedział, że wojna nie będzie 
trwać  wiecznie.  Dlatego  oberfeldfebel  Ratscheck  budował  pod  Hirschbergiem  pensjonat.  Będzie  tam 
siadywał z fajką na tarasie i patrzył na Riesengebirge, a jego Inga będzie karmić pensjonariuszy. 
Ale  pensjonat  potrzebował  gotówki.  Rozsądni  ludzie  zawsze  dojdą  do  porozumienia.  Oberfeldfebel 
potrzebował Karcza. Karcz potrzebował handlarzy. Placowe brał wysokie i z reguły w naturze, ale wszyscy 
chętnie płacili. U Karcza było bezpiecznie. Dlatego nasze miasteczko stało się Mekką handlarzy. 
Od  pięciu  dni  jednak  coś  w  naszej  Mekce  zaczęło  się  psuć.  Normalny  ruch  w  interesie  uległ  poważnym 
zaburzeniom.  Handlarze  nie  wyjeżdżali,  a  wciąż  przybywali  nowi...  Cały  plac  był  zajęty  przez 
zdenerwowanych ludzi. Do późna  w  nocy  nie ustawał harmider. Rano zrywali się  wcześnie  i szli  łapać na 
rogatkach okazje. Ale wszyscy wracali. Obca żandarmeria okupowała drogi. Nie było przejazdu. 
Na  trzeci  dzień  zaczęło  śmierdzieć.  Gdy  otwierałem  okno,  wraz  z  rozgrzanym  czerwcowym  powietrzem 
nieznośny fetor zgnilizny wpadał do mojego pokoju. 
W mieście potaniało mięso. Moja gospodyni co dzień teraz raczyła mnie schabem. 
Dziś  rano  trupi  zaduch  był  szczególnie  uparty...  Zamknąłem  z  obrzydzeniem  okno.  Ale  nic  nie  pomogło. 
Zaduch zadomowił się w izbie. 
Umyłem się pospiesznie, rezygnując z golenia. Chciałem jak najszybciej wyrwać się z tego poddasza. 
Otworzyłem  walizkę  z  lekami.  Niewiele  już  tego  zostało.  Od  tygodnia  spodziewałem  się  towaru  od 
Makarczyka,  ale  Makarczyk  nie  przyjeżdżał.  Czyżby  wpadł  w  końcu?  Zawsze  miał  ryzykanckie  pomysły. 
Zapakowałem do teczki potrzebne lekarstwa i instrumenty. Zbiegłem na dół. 
Na schodach już tak nie cuchnęło. Wszedłem do Bularskiej do kuchni. Topiła smalec. Od odoru jełczejącego 
już tłuszczu aż w nosie kręciło. Oszaleć można z tymi odorami! 
-Pan doktor co dzień wcześniej wstaje - zauważyła. 
-Trudno już wytrzymać na górze. 
-Tak, u pana doktora osobliwie pachnie. To dlatego, że zaduch idzie górą. 
-Jak długo te świntuchy będą tu jeszcze popasać? 
-Mówiła mi jedna z Krakowa, że pan Karcz już się targuje z żandarmami. Może puszczą w niedzielę. Tylko 
chodzi o cenę. 
Pan doktor weźmie sobie śniadanie. Wędlina już jest na stole. 
-Nie mam apetytu na wędlinę. 
-To ugotuję jajek. 
-Nie. Zjem tylko bułkę i napiję się zsiadłego mleka. 
-Pan doktor pewnie się przepił na tych imieninach. 
-Co też pani Bularska... Pani wie, że bimbru nie piję. 
-U panny Misi to pewnie i koniaku postawili. 
Usiadłem do śniadania. Bularska mówiła dalej: 
- Była Kasińska i pytała, czy pan doktor jej dzisiaj spędzi tasiemca. Śledzie już dostała. I rycyny wypiła, jak 
pan kazał. 
Jedzenie poczęło mi rosnąć w ustach. 
-Przyjdzie pan? 
-Przyjdę - wykrztusiłem. 

background image

-Aha,  byłabym  zapomniała  -  ciągnęła  Bularska.  -  Jest  pismo  do  pana  doktora.  Żandarm  przyniósł  jeszcze 
wczoraj, ale pana doktora nie było. Leży na kredensie. 
Z  niepokojem  otworzyłem  list.  Urzędowa  koperta.  Feldfebel  Ratscheck  wzywał  mnie,  żebym  się  stawił  u 
niego dziś o dwunastej. Żadnych wyjaśnień. Czyżby znów coś z wątrobą feldfebla? Bzdura. Nie czekałby do 
dwunastej.  W  takich  wypadkach  wyciągano  mnie  zawsze  z  łóżka.  A  więc  sprawa  urzędowa.  Cóż  on  może 
chcieć ode mnie, u licha? Będę musiał przedtem odwiedzić majora. 
Dokończyłem  pospiesznie  śniadania.  Miałem  rano  kilka  wizyt  u  chorych,  ale  postanowiłem,  że  najpierw 
wpadnę  do  majora.  W  wątpliwych  sprawach  zawsze  zwracałem  się  do  niego.  Tylko  jeszcze  ten  tasiemiec 
Kasińskiej. Wróciłem na poddasze, żeby zabrać butelkę extracti Filicis maris aetherei oraz sól gorzką. 
Już  wychodziłem  z  mieszkania,  gdy  w  drzwiach  pojawił  się  człowiek.  Krępy,  kudłaty  poczciwiec  w 
kamizelce,  z  kapeluszem  w  łapie.  Ale  jego  wygląd  mnie  nie  zmamił.  Z  głębokich  oczodołów  patrzyły  na 
mnie zimne, czujne źrenice. 
-Pan doktor Stajny? 
-O co chodzi? 
-Do wypadku, dopraszam się łaski - chciał mnie buchnąć w mankiet. 
-Co się stało? 
-Dziadka nam postrzelili. 
-Bardzo smutna historia - powiedziałem, przypatrując mu się uważnie. 
Chłopina wbił oczy w ziemię. 
-Pan doktor pojedzie. Wóz czeka. Górala zapłacimy. 
-Górala? A to ładnie. Z góry? 
-Może być z góry. 
-Gdzie to? Daleko? Może w gajówce? 
-Nie, w Wólce Węglowej. 
-Kto go postrzelił? Leśniczy, co? A dziadek pewnie kłusownik... 
-Co też pan doktor. Dlaczego? 
-Byłem już cztery dni temu u pewnego kłusownika, którego postrzelił leśniczy. Tylko ten leśniczy strzelał z 
rozpylacza. Dziwne, co? Znam się trochę na tym... 
Chłop chrząknął. 
-Powiem  prawdę.  Dziadka  postrzelili  Niemcy  w  obławie.  Dużo  ludzi  wytłukli.  Dziadek  pasł  krowy  pod 
lasem, jak się zaczęła ta strzelanina... 
-Jest pan pewien? - zapytałem. 
-Że niby co? 
-A może dziadek za dużo dokazywał? 
-Dokazywał? 
-Zwłaszcza pirotechnicznie. To nie jest zdrowo dla dziadków. 
-Co też pan doktor? 
-Uciekajcie, człowieku. 
-Co, jakże to? 
-Uciekajcie, mówię. Nie mam czasu na słuchanie bajeczek. 
Chłop spojrzał na mnie ponuro. Zawahał się... zrobił krok do drzwi, wrócił. 
- Doktorze, powiem jak jest – rzekł znękanym głosem. - Jesteście człowiek pewny. Jeździliście już przedtem, 
chociażby  do  tej  gajówki  Smolarskiej.  Potrzeba  znowu  waszej  pomocy.  Są  ranni.  Oddział  się  wyrwał  z 
obławy... 
- Macie chyba swój szpital. 
-Rozbity... Możeście słyszeli o bitwie we wsi Wola Kopcowa. Tam. właśnie, pieroniska, rozbili nam szpital. 
Doktor zginął. 
-Czy musicie wciąż do mnie? 
-Nie ma tu nigdzie chirurga. Chyba aż w Ostrowcu. Bo i w Iłży nie ma. 
-Nie jestem prawdziwym chirurgiem - powiedziałem. - Ani nawet lekarzem. Nie mam dyplomu. 
-Co tam! Ważne, co umiecie. 
-Nigdzie nie jadę! 
-Pan doktor się boi? 
-Człowieku - uśmiechnąłem się - wyjrzyj przez okno! Tam czeka już grabarz. 
Chłop wyjrzał. Naprzeciw, po drugiej stronie ulicy, tkwił przed bramą łysy, gładko wygolony osobnik. Koło 
niego stał rower i otworzona walizka pełna kosmetyków. 
-Myśli pan, że on... 
-Od czasu tamtej wycieczki stale mnie pilnuje. Nazywa się Pabiś. Nie słyszeliście o nim? 
-Nie jestem z tych stron. 

background image

-Włóczy  się  z  tą  swoją  walizką  po  okolicy.  Ale  ludzie  mówią,  że  dziwnym  trafem  gdy  tylko  coś... 
rozumiecie, zawsze go licho przynosi... 
Chłop spojrzał na mnie ponuro. 
-Doktor się boi - powtórzył. - Jak się człowiek boi, to wszędzie diabła widzi. 
-Człowieku, idźcie sobie - powiedziałem. - Nie macie nic do mnie ani ja do was. 
-Pan może się mnie boi. Ja panu powiem, kto jestem... 
- Nie chcę wiedzieć, kim jesteście. 
Wypchnąłem go z pokoju. 
Schodził w milczeniu po schodach. Przeczekałem parę minut na podeście i dopiero potem wyszedłem. 
Byłem niespokojny. Już przeszło rok mieszkałem w tym miasteczku i nic mi się nie przytrafiło. Myślałem, 
że tamte rzeczy będą już do końca poza mną. Teraz pragnąłem tylko jednego: przeżyć. Ktoś musi przeżyć. 
Pomyślałem sobie, że to by było dobrze, gdybym ja właśnie przeżył. Chciałem być sprytny. Postanowiłem 
uczyć się podstaw biologicznej mądrości. Przyjąć prawidła gry słabych. 
Jeszcze  w  czasie  studiów  pasjonowałem  się  cystą.  Od  roku  byłem  już  tylko  cystą  otorbioną  na  czas 
niesprzyjający.  Otorbienie  moje  było  zresztą  całkiem  znośne,  powiedziałbym,  wysokiej  jakości,  dość 
elastyczne, by mi pozwolić na bezpieczne ruchy, nie tylko na wegetację. Mogłem leczyć, uczyć się, a nawet 
flirtować z Miską. Mogłem  nawet czytać  Bergsona. Od  czasu bitwy stalingradzkiej  doszła  inna, nie  mniej 
przyjemna  lektura.  Leżąc  sobie  wygodnie  po  obiedzie  i  popijając  piwo,  czytałem  komunikaty  głównej 
kwatery fiihrera o skracaniu frontu i planowym odłączaniu się od nieprzyjaciela. Niekiedy wpadał mi w ręce 
biuletyn informacyjny AK.i Przykre były tylko próby strażackiej orkiestry. W kennkarcie napisano mi: mu 
zyk - flecista, a pech chciał, że zastępca Ratschecka - feldfebel  Bein znał  się na muzyce. Włączono mnie do 
orkiestry,  która  była  chlubą  naszego  miasteczka.  Gdy  wizytował  Owczary  pan  gubernator  major  Kundt, 
graliśmy Horst Wessel Lied, co mile zaskoczyło gościa. W ogóle mieliśmy niezłą opinię u pana gubernatora. 
Nasze miasteczko było dobrym przykładem "niemieckiego dzieła odbudowy". Wywiązaliśmy się lojalnie ze 
wszystkich  obowiązków  w  stosunku  do  Wielkiej  Rzeszy.  Żadnych  aktów  sabotażu,  żadnych  gwałtów. 
Posłuszeństwo, porządek i spokój. Oberfeldfebel   Ratscheck   chwalił   się   tym   porządkiem. Na odprawie 
kreisleiterów   otrzymał on    podobno    nawet    nazwę:    Ratscheck-Ordnung. 
To  prawda,  że  Ratscheck  był  umiarkowany,  nietypowy,  jeśli  można  tak  określić.  Wiedział  więcej,  niż 
powinien był   z czystym niemieckim sumieniem wiedzieć. Patrzył przez palce na różne rzeczy. To mu się 
opłacało. Od czasu gdy, jak to delikatnie okreslał, rozwiązał problem żydowski w Owczarach - miał spokój, 
wyjąwszy niektóre żarty feldfebla Beina, lecz były to wypadki sporadyczne,    które    nie    zamąciły    atmo- 
sfery lojalnej pracy dla ostatecznego zwycięstwa. 
Uśmiechnąłem się melancholijnie. 
I oto teraz wszystko zaczęło się psuć... Odór, jaki od trzech dni panoszył się w miasteczku, wydawał mi się 
niemal symboliczny. 
Skręciłem  w  ulicę  Kościelną.  Major  prowadził  tu  do  spółki  ze  szwagrem  pożydowski  sklep  artykułów 
żelaznych.  Właśnie  ów  szwagier,  pan  Dobosz,  podnosił  żaluzje  na  drzwiach.  Miśka  mu  pomagała.  Już  z 
daleka uśmiechnąłem się do niej. 
Miała dziecięcą, okrągłą buzię, oczy jakby zawsze zdziwione. Patrzyłem na nią z przyjemnością. Jak zawsze, 
była  doskonale  ubrana.  Z  przypadkowych,  okazyjnie  kupowanych  ciuchów  potrafiła  skombinować  wcale 
miłą całość. To zainteresowanie dla szyku nie wyczerpywało jej ambicji, co należy podkreślić. 
Major zwoził jej z Radomia i Ostrowca stosy książek. Uwielbiała lekturę. I trochę żyła jak bohaterka książek 
i dramatów, najchętniej przybierając pozy tajemniczej, nie-odgadniętej istoty. Ale nie popadała w przesadę. 
To  były  tylko  odcienie.  Była  zbyt  inteligentna,  żeby  się  zgrywać,  i  zaharowana  do  tego.  Wuj  major  nie 
zajmował się sklepem. Załatwiał jedynie dostawy towarów - dzięki swym znajomościom. Matka prowadziła  
gospodarstwo.  Ojciec miewał  okresy depresji, zwłaszcza kiedy unieruchamiał go reumatyzm. Bywały dni, 
kiedy  cały  sklep  miała  na  głowie.  Prócz  tego  uczyła  się  na  kompletach.  Właśnie  tydzień  temu  zdała  tajną 
maturę w Ostrowcu.    
Niewątpliwie nie było wspanialszej dziewczyny w Owczarach. Sam się dziwiłem, czemu się w niej jeszcze 
nie zakochałem. Nie miałem nic przeciwko temu, żeby się zakochać. 
-Witam pracowitych kupców - rzekłem głośno. 
-Eugeniusz!  -  zawołała  Miśka.  -  A  ja  myślałam,  że  jesteś  śpiochem.  Już  wiem,  zbudzili  cię  handlarze. 
Serwus! – uścisnęła mi rękę.         
-Pana córka wnioskuje, jak zawsze, lo-  I gicznie. - Przywitałem się z Doboszem.         
-Właśnie idę do Karcza po mięso. Taka   " okazja - powiedziała.  
-Nie polecam.    
-Dla szczeniaków wuja... Ale może się   coś trafi... Wiesz, że dzisiaj tańczymy?      
-Nie. Z jakiej to okazji?        
-Drugiego  frontu  w  Normandii.  Przyjdziesz?  O  ósmej  u  Ludwika.  Jego  papa  upitrasił  tort  wielki  jak  koło 
młyńskie.  

background image

-Oczywiście, że przyjdę - powiedziałem. - Czy wuj major już wstał? 
- Tak, jest w ogrodzie - odparła. - Cześć. Ja już lecę. Przyjdź po mnie wcześniej. Wybierzemy płyty. 
Wyszedłem  na  podwórze  i  pchnąłem  furtkę  do  starego  ogrodu.  Major,  w  szarych  bryczesach,  nachylony, 
karmił psy. Obcisła jedwabna koszulka uwydatniała jego atletyczną budowę. 
Pięć  jednakowych, upasionych  jak  wałki buldożków zaparło się  mocno  łapami  w ziemię  i  jadło  chciwie  z 
koryta drobno pokrojone mięso. 
- Jak się masz, Gienek? – przywitał mnie prostując się. - Co nowego? Jak ci się podobają te małe? 
Zza krzaków wybiegł pies podobny do wyżła. Począł odpędzać szczeniaki od mięsa. Major krzyknął: 
- Noga! 
Pies usiadł posłusznie przy nodze. 
-Widzę, że ma pan nowy nabytek. Dostał go pan od gajowego... 
-Tak, podobno bardzo inteligentny. Tom! Aport! - major rzucił w głąb ogrodu gałąź. 
Pies zerwał się i natychmiast przyniósł ją majorowi. 
- Szukaj! 
Pies począł grzebać we wskazanym miejscu. 
-To już ostatnie zabawy. Likwiduję tę psiarnię - powiedział major. 
-Dlaczego? 
-Czy nie czujesz, że zbliża się "Burza"? Każą nam łapać wiatr w garść. Ale już go nie złapiemy. 
-Pan nie wierzy w sens "Burzy"? 
-Już  teraz  nie.  Za  długo  się  guzdrali  z  drugim  frontem.  Ale  cóż,  będziemy  się  bawić  do  końca.  Ciebie  też 
poprosimy  na finał. Nie  myśl, że będziesz tu siedział  jak u pana Boga za szafą. Nie upiecze  ci się. Leżeć, 
Tom! - odpędził psa, który lizał mu ręce. 
-Obawiam  się,  że  ma  pan  rację.  Niech  pan  to  przeczyta  -  pokazałem  mu  list  Ratschecka.  -  Co  pan  o  tym 
myśli? 
Major ocierał powoli ręce chusteczką. 
-Nic groźnego - powiedział. 
-Ale co on może ode mnie chcieć? 
-Zdaje się, że go leczyłeś... 
- Wzywał mnie dwa razy do swojej wątroby, w charakterze znachora, ale robił to dotychczas bez listu. 
-Pewnie nabrał do ciebie szacunku. 
-Pan żartuje. A może to w związku z tą akcją? 
-Nie, to nas nie dotyczy. To zresztą robi żandarmeria z Radomia. 
-Więc o co chodzi? 
-Przypuszczam, że o Beina. 
-O Beina? 
- Bein zginął, a raczej zaginął bez wieści... 
Osłupiałem. 
- To niemożliwe. W mieście spokój. Nie zauważyłem, żeby go szukano. 
 - Ober robi to dyskretnie i bez nerwów. Nie chce, żeby sprawa się rozniosła. Chyba domyślasz się dlaczego? 
- Nie. 
-  Przypuszczalnie  chodzi  mu  o  zachowanie  nieskalanego  Ratscheck-Ordnung.  -  Major  roześmiał  się.  - 
Poczciwiec wierzy, że coś takiego istnieje, i gotów jest na wszystko, żeby to złudzenie ocalić. Uważa zapew- 
ne, że skompromitowałby się w oczach obcych żandarmów, gdyby zarządził oficjalne przeszukiwania dom 
po  domu. Owczary przybrałyby  wtedy szary, przeciętny, okupacyjny  wygląd  i sławny Ratscheck-Ordnung 
okazałby się mitem. A on chce się przecież chwalić naszą lojalnością. Rozumiesz, jeśli sprawa się rozniesie, 
wtedy cały Ratscheck-Ordnung kaputt! Zostaniemy okupowani przez obcą żandarmerią i, co gorsza, gestapo, 
dlatego ober trzyma sprawę w ukryciu. Wciąż zresztą nie może uwierzyć, że Beinnaprawdę zginął. Łudzi się, 
że feldfebel po prostu gdzieś się zawieruszył. Już kilka razy znikał na dwa, trzy dni. Nie udało mi się zbadać 
dokładnie,  czy  chodziło  o  tajne  sprawy  służby.,  czy  też  o  kobiety.  W  każdym  razie  Ratscheck  na  razie 
ogranicza  się  do  prywatnego  śledztwa.  Rozmawiał  już  z  burmistrzem  i  z  niektórymi  przedstawicielami 
ludności. Podejrzewam, iż specjalnie mu na tym zależy, żeby ludność sama odszukała Beina. To byłby dla 
niego miły sprawdzian naszej lojalności. Taki mały maniak. 
-Więc mam iść? 
-Oczywiście - powiedział major. - Wstąp do mnie potem. Opowiesz, jak ci poszło. 
 
Rozdział II 
Rozmowa z majorem uspokoiła mnie nieco. Major zawsze działał krzepiąco na mnie. Spojrzałem na zegarek. 
Było dopiero pół do dziewiątej. Zdążę więc chyba załatwić ranne wizyty. 
Ruszyłem w kierunku rynku. Miasteczko, już przebudzone, osiągało powoli swój leniwy rytm. 

background image

Gdyby  nie  psy,  syte  dzisiaj,  wylegujące  się  przed  progami,  gdyby  nie  mdły  zapach  unoszący  się  w 
powietrzu, można by powiedzieć: nic się nie zmieniło, normalny okupacyjny dzień. 
Za oknami sklepików kawa Franka i Boh-ma, sztuczny miód braci Pakulskich... Obok gromada kobiet. Dziś 
dają margarynę na kartki. Przeszedłem obojętnie. Należałem do tych szczęśliwych w miasteczku, których nie 
obchodzą kartki. 
Pod magazynami kontyngentowymi chłopi z worami na wozach. Pewnie ich przycisnęli żandarmi. 
Do  piekarni  kolejki,  zapach  świeżego  razowca  połaskotał  mi  nozdrza.  Może  by  tak  spróbować  znów  tego 
legalnego gnieciucha? Już mi się znudziły bułki. 
Przy  kościele  rozbierano  ołtarze  po  oktawie  Bożego  Ciała.  Głuchy  odgłos  młotków  płoszył  czarne  stada 
gawronów i kawek, które miały gniazda na sąsiednich drzewach. 
W bramie cmentarza kanonik rozmawiał z Karczem. Pewnie o handlarzach, a może o Beinie? Ależ nie, obaj 
się śmieli. Chyba raczej umawiali się na preferansa. 
Na rogu fryzjer Santorek nudził się przed zakładem. 
-Pan doktor do mnie? 
-Do pacjentów. Nie ma ruchu, panie Santorek? 
Santorek westchnął. Owczary to jednak nie Gdynia. Santorek miał niegdyś salon na Świętojańskiej w Gdyni. 
Zostały mu tylko ręce, i to odmrożone podczas wysiedlenia. 
- A może jednak ogolić. Pan doktor zapuszcza brodę? 
Przejechałem ręką po twarzy. Prawda, nie goliłem się dzisiaj. 
Wszedłem  do  zakładu  i  wysłuchałem  po  raz  nie  wiem  który  opowieści  o  sześciu  czeladnikach  i  plutonie 
manicurzystek, które Santorek zatrudniał w Gdyni, tudzież o osobliwościach   marynarskich   fryzur   i   bród 
z całego świata. 
-Ostrzyżemy przy okazji? 
-Nie dzisiaj. Spieszę się. 
 
Najpierw  poszedłem  do  Stachurskiego.  Wczoraj  miał  znowu  krwotok.  Mieszkał  w  oficynie  na  ulicy 
Tartacznej. Stachurskiej nie było. Pracowała w mleczarni. Otworzyła mi pięcioletnia dziewczynka. Szczerze 
mówiąc, chodziło  mi  już tylko  o to  dziecko. Na  wiosnę przechodziła szkarlatynę. Wywiązała się anemia  i 
bałem się o jej płuca. - Czy przyniosłeś mi te kolorowe cukierki? - zapytała bez wstępów. 
Przyniosłem  jej  witaminy  w  pastylkach,  nie  znane  jeszcze  w  Owczarach  osiągnięcie  niemieckiej  chemii. 
Wręczyłem jej po dwie każdego koloru. 
-Ale zjedz zaraz - powiedziałem. Spojrzała na mnie z pretensją. 
-Pobawię się najpierw... 
-Nie, połkniesz od razu. 
Musiałem pilnować, żeby przy mnie połknęła te witaminy, gdyż inaczej chowała je do zabawy. Żal jej było 
zjadać.  Teraz  czekał  ją  mniej  przyjemny  zabieg,  zastrzyk  preparatu  wątroby.  Próbowałem  ją  przekupić 
pastylkami  ferrum  sulfuricum  oxydulatum,  ale  zgodziła  się  dopiero  wtedy,  gdy  jej  obiecałem,  że  ona  też 
zrobi zastrzyk swojej lalce prawdziwą strzykawką. 
-A pijesz te winka, które ci zostawiłem? 
-Piją- 
-To kwaśne też? 
-Też. Niech pan idzie do taty. Tato chce panu coś powiedzieć. 
Stachurski leżał w komórce obok. Kazałem mu się tam przenieść ze względu na dzieci. Z okna widać było 
tylko ślepą ścianę i pobliski komin tartaku. 
Usiadłem na jego łóżku. Nic już dla niego nie mogłem zrobić. Wiedział o tym. 
Przez chwilę milczeliśmy obaj. Słychać było tylko jego świszczący oddech. 
-Podobno wysadzili most na Iłżance - szepnął. 
-Tak, wysadzili most... - powiedziałem. 
Od  miesiąca  rozmawiał  ze  mną  już  tylko  o  partyzantach.  Streściłem  mu  resztę  najnowszych  wiadomości: 
trzy wykolejenia na odcinku Ostrowiec-Kunów, ścięte słupy telefoniczne. Rozbrojony posterunek policji  w 
Jozkowicach. Napad na Iłżę. Zniszczenie poczty i banków, obrobienie młyna i mleczarni. 
-Jeśli tak, to będzie nowa ofensywa ruska... - powiedział patrząc za okno. 
-Tak, wszyscy spodziewają się lada dzień ofensywy. 
-Dojdą już do nas tym skokiem. 
-To możliwe. Stoją już kilkadziesiąt kilometrów za Bugiem. 
-A w naszym mieście wciąż cicho... - Zakaszlał. - Cholerne miasto trup... 
-U nas też zginął żandarm - powiedziałem. 
-Który? 
-Bein. Ale czas na mnie. Niech pan będzie dobrej myśli. 
Zatrzymał mnie. 

background image

- Mam do pana doktora prośbę. 
- Co takiego? 
Uniósł się na posłaniu. 
-Kiedyśmy  wrócili  we  wrześniu,  było  nas  jeszcze  trzech...  Nie  oddaliśmy  broni.  Z  bronią  tu  wróciliśmy... 
Trzy karabiny... Pan doktor słucha? 
-Słucham - powiedziałem. 
-Nasmarowaliśmy je tłuszczem, owinęliśmy w papę... 
Sięgnął pod poduszkę i wydostał kartkę. 
-Tu  narysowałem,  gdzie  są  zakopane.  Koło  magazynów...  w  tartaku...  Myślałem,  że  kiedyś,  jak  trzeba 
będzie...  pan  rozumie...  Potem  zostałem  sam,  kolegów  zabrali...  myślałem,  że  choć  ja...  ale  ja  też...  - 
zakrztusił się kaszlem. 
-Niech pan już nic nie mówi - powiedziałem, wziąłem kartkę i wyszedłem, 
 
Do dziesiątej odwiedziłem jeszcze trzech obłożnie chorych oraz Kasińską. 
Mąż Kasińskiej, niegdyś zawodowy trębacz w orkiestrze garnizonowej w Kielcach, odprowadził mnie aż na 
ulicę. Był bardzo zdenerwowany. 
-Słyszałeś już o Beinie? 
-Słyszałem. 
-Nie wiem, co robić. Chyba trzeba wiać. 
-Dlaczego? 
-Podejrzenie padnie na nas. 
-Myślisz? 
-On zginął zaraz po próbie. Nie widziano go już potem. 
-To chyba niemożliwe. 
-Ależ tak. Nie byłeś na tej próbie. Bardzo się pieklił na ciebie. A potem już na wszystkich... Bił szpicrutą za 
byle  co.  W  ogóle  przyszedł  już  wściekły.  Podobno  otrzymał  przeniesienie  na  front.  Ratscheck  się  o  to 
postarał. Po próbie powiedział, że rozprawi się z tobą... Widziałeś go? - szepnął konspiracyjnie. 
-Nie. 
-Nie był u ciebie? 
-Nie. Bularska musiałaby go widzieć. 
-Była wtedy procesja... Pamiętam, spóźniliśmy się wtedy na procesję przez Beina. To była pierwsza procesja 
bez orkiestry w Owczarach. Kanonik był niepocieszony. Bularska musiała być wtedy na procesji. Wszyscy 
byli. Dom został pusty. Dlatego nikt nie widział Beina. 
-Czy Ratscheck wie... - głos mi uwiązł w gardle. 
-Nie, nikt z nas nie powiedział o tobie. Przynajmniej o ile wiem. 
-Ale byliście wezwani... 
-Tak,  byliśmy  wezwani...  Mimo  wszystko,  kto  jak  kto,  ale  ty  powinieneś  prysnąć  -  popatrzył  na  mnie  z 
troską. 
Odszedłem zdenerwowany i znów począłem mieć wątpliwości, czy powinienem iść do Ratschecka, czy też 
od razu zwijać ma-natki. 
Jednak  w  końcu  postanowiłem,  że  pójdę.  Mam  przecież  dobre  alibi.  W  tym  czasie  byłem  u  profesora 
Stachowiaka. Miał ostry atak kamicy nerkowej. Muszę go tylko uprzedzić. To stary maniak. Może wszystko 
poplątać. 
Był profesorem historii na poznańskim uniwersytecie, ale tu opętała go fizyka. Zwłaszcza jakaś nowa gałąź 
fizyki.  Snuł  apokaliptyczne  hipotezy  na  temat  wykorzystania  w  wojnie  energii  atomowej.  Według  niego 
wojna,  jeśli  się  dostatecznie  szybko  nie  skończy  na  frontach,  zostanie  rozstrzygnięta  w  przerażających 
laboratoriach  fizyków  i  przez  przerażające  narzędzia  zagłady.  Wtedy  Hitler,  nawet  padając,  zdąży  jeszcze 
pogrzebać świat i zakończyć na zawsze historię ludzkości. 
-  Pan  nawet  nie  wie  -  mówił  podniesionym  głosem  -  co  znaczy  każdy  przedłużający  się  dzień  wojny! 
Laboratoria pracują... Słyszał pan, co Hitler mówił o zwycięstwie za pięć minut dwunasta i o wunderwaffe. 
Nie... pan nie pojmuje niebezpieczeństwa. Gdyby pan je pojął, nie śmiałby się pan aż do ostatniego dnia. Aż 
póki Rzesza nie padnie. Tak, jak ja się nie śmieję. Rzuciłby pan moje nerki w diabły i poszedł bić się, żeby 
skrócić te dni przerażenia. 
Nie traktowałem go poważnie. Był ruiną człowieka i nerwy miał zdarte na strzępy. 
Oczywiście  także  dziś,  gdy  tylko  się  zjawiłem,  nie  dał  mi  dojść  do  słowa,  lecz  uraczył  nową  porcją 
apokalipsy i makabrycznych ostrzeżeń. 
Wysłuchałem go spokojnie. Ćwiczyłem przy nim lekarską pobłażliwość, tak przydatną w naszym zawodzie. 
Następnie  dałem  mu  podwójną  dawkę  środka  na  uspokojenie.  Podniecał  się  jeszcze  przez  kilka  minut, 
wreszcie sedatiw zadziałał. Powiedziałem mu wówczas, z czym przyszedłem. 
- Pan profesor raczy zapamiętać, byłem cały czwartek u pana profesora. 

background image

Zrozumiał  wreszcie.  A  nawet próbował  mnie uspokajać, że przecież nie tylko  on  mnie  widział,  lecz także 
musieli  mnie  widzieć ci  Niemcy z przeciwka,  którzy  z  okna fotografowali procesję.  Wyszedłem  wtedy  na 
balkon i oglądałem pod słońce probówki. Musiało ich to bawić, bo mnie też zrobili zdjęcie. Sam mu przecież 
o tym mówiłem. 
Pomyślałem,  że  z  profesorem  nie  jest  tak  źle,  jak  myślałem,  i  że  zdradza  niekiedy  zdumiewającą  jasność 
umysłu. Istotnie ci Niemcy powinni mnie urządzić, w razie gdyby Ratscheck się czepiał. 
Z uczuciem ulgi wyszedłem na dwór. 
 
Miałem  jeszcze  nieco  czasu  do  dwunastej,  postanowiłem  więc  odwiedzić  mojego  byłego  patrona,  starego 
doktora, którego nieszczęściu zawdzięczałem tak rozległą i samodzielną praktykę. Co dzień odwiedzałem go 
po skończonych wizytach. 
Rok temu doktor Fudala miał wylew krwi do mózgu. Bezpośrednią przyczyną wypadku była wiadomość o 
aresztowaniu  w  Radomiu  córki.  Do  tej  pory  nie  odzyskał  władzy  w  lewej  połowie  ciała  i  mowy. 
Zachodziłem  do  niego  co  rano.  Wręczałem  pieniądze  pani  doktorowej,  a  on  podpisywał  mi  in  blanco 
recepty.  Miałem  ich  już  całe  stosy  w  domu.  Przeważnie  nie  były  potrzebne.  Otrzymywałem  najnowsze 
specyfiki  wprost  z  Krakowa,  na  lewo,  z  niemieckich  szpitali.  Ale  wciąż  kazałem  staremu  podpisywać  te 
recepty i udawałem, że konsultuję z nim poważniejsze przypadki. 
Wynotowywałem  mu  na  kartce  stan  pacjenta  i  objawy  choroby,  a  on  zdrętwiałą  ręką  kreślił  pod  spodem 
diagnozę. Wiedziałem, że muszę to zrobić, to go jeszcze utrzymywało przy życiu. Zresztą inaczej nie brałby 
ode mnie pieniędzy. 
 
Rozdział III 
W żandarmerii zameldowałem się pięć przed dwunastą. Znałem punktualność Ratschecka i nie chciałem mu 
się narażać. Wartownik w budce przekazał mnie gefreiterowi Kochowi, temu samemu, który wyciągnął mnie 
z łóżka, gdy ober miał atak wątroby. 
Siedziba Ratschecka znajdowała się w rokokowym pałacu książąt D., położonym w głębi obszernego parku 
na  uboczu  miasteczka.  W  lewym  skrzydle,  do  którego  prowadziła  aleja  magnoliowa,  znajdowało  się 
mieszkanie prywatne oberfeldfebla. 
Z  niepokojem  patrzyłem,  gdzie  mnie  zaprowadzi  gefreiter  Koch.  Niestety  ominął  aleję  magnoliowa, 
prowadzącą  na  ukwiecony  taras  boczny,  i  prowadził  mnie  aleją  kasztanów,  wprost  do  głównego  wejścia, 
ozdobionego proporcami ze swastyką. Zupełnie  mi się to  nie podobało. Oznaczało to bowiem,  że  dziś  nie 
będę leczył oberfeldfeblowskiej wątroby i że sprawa jest całkiem oficjalna. 
Weszliśmy  do  hallu  obwieszonego  portretami  osobników  w  kontuszach.  Gefreiter  Koch  pokazał  mi 
rzeźbione masywne drzwi. Otworzyłem je nieco nerwowo i zatrzymałem się na progu. 
Oberfeldfebel  Ratscheck  siedział  za  szerokim  biurkiem,  zastawionym  bukietami  róż.  Uwielbiał  róże  i 
burmistrz dbał o to, by co dzień dostawał świeże. 
- Bitte, setzen Sie sich - usłyszałem sapiący, astmatyczny głos. 
Usiadłem na miękkim rokokowym krześle obok biurka. Ober wyglądał źle, jego okrągła, pobrużdżona twarz 
nabierała  wyraźnego  żółtobrunatnego  odcienia  i  jeszcze  bardziej  niż  kiedykolwiek  przypominała  pieczone 
jabłko.    
Patrzył na mnie  dobrodusznie czarnymi oczkami, bawiąc się nożykiem do przecinania  kart. Nożyk   był  w   
kształcie  mizerykordii.  
Otarłem czoło chusteczką.        
-Gorąco dzisiaj - powiedział.    
-Tak, bardzo gorąco, herr oberfeldfebel.  
Ratscheck skrzywił się.        
-Pan ma bardzo zły akcent.       
-Nie jestem Niemcem - odparłem -  . mój niemiecki jest wyuczony. 
-Prawda, nieraz zapominam, że nie jest pan Niemcem. 
Poruszyłem się nerwowo. Krzesło wydało mi się nagle niewygodne. 
Ober poczęstował mnie papierosem. Przez chwilę paliliśmy w milczeniu. 
- Kiedy pan widział ostatni raz feldfebla Beina? - zapytał nagle. 
A więc o to jednak chodzi, pomyślałem, major miał rację. 
-No... chyba tydzień temu... - odparłem - tak, w poniedziałek. 
-Jest pan pewien? 
-Tak,  jestem  pewien.  Widziałem  feldfebla  Beina  na  próbie  orkiestry.  Herr  feldfebel  Bein  chciał  mnie 
zastrzelić po raz drugi. 
Ratscheck westchnął. 
-Dlaczego chciał pana zastrzelić? 
-Ponieważ miałem nieczyste "g". 

background image

-A dlaczego pana nie zastrzelił? 
-Ponieważ przyprowadzono Cyganów i herr feldfebel Bein wolał zastrzelić Cygana. 
-Od tego czasu pan nie widział feldfebla Beina? 
-Nie. 
-To dziwne. Feldfebel miał przecież w czwartek następną próbę. 
-Nie byłem na tej próbie... Wezwano mnie do chorego. Cały czas byłem przy chorym. Mam świadków... 
-Wiem, że zamierzał złożyć panu wizytę. 
-Nic o tym nie wiem. Po co? 
-Pragnął z panem porozmawiać. 
-O czym? 
-O pana podróżach. 
-Nigdzie nie wyjeżdżam. 
-Był pan w zeszłym tygodniu w gajówce Smolarskiej. 
Zaskoczył mnie. Więc  o  to   mu  chodzi? Poruszyłem się niespokojnie. 
-Istotnie byłem. Ale to nie jest podróż. Dziesięć  kilometrów wszystkiego. 
-Raczej   wycieczka  -  uśmiechnął  się  ober. 
-Tak, raczej wycieczka - powiedziałem. 
-Po co? 
-Wezwano mnie do chorego.        
-Rannego - sprostował łagodnie ober.     
- Gajowy postrzelił kłusownika.      
-Mniej  więcej  się  zgadza  -  rzekł  -      tylko  że  ten  gajowy  to  był  mój  żandarm,  a  kłusownik  polował  na 
Niemców.  Kiedy    moi  ludzie  przyszli  po  niego,  odbezpieczył  granat.  Pan  rozumie,  że  to  bardzo  przykra 
historia. Zwłaszcza że bandyta był komunistą. 
-Komunistą...? Tak, to bardzo przykre... 
-Zwłaszcza   że ten komunista miał na kulasie opatrunek zrobiony przez pana. 
-Nie mam zwyczaju pytać, kogo opatruję. 
-To  źle.  Ale  gorzej,  że  nie  ma  pan  także  zwyczaju  meldować  mi  o  tych  samarytańskich  wycieczkach. 
Właśnie w związku z tym wybierał się do pana feldfebel Bein. 
-To  dziwne  -  powiedziałem  -  że  zechciał  się  fatygować  osobiście.  Czy  nie  prościej  byłoby  wezwać  mnie 
tutaj? 
-Feldfebel Bein miał swoje ulubione metody. Nie lubił siedzieć za biurkiem. Feldfebel Bein miał sprężyny w 
nogach. Był w cywilu listonoszem. 
-Rozumiem. 
-Więc nic pan nie wie? 
- Nie. Może go pan u mnie szukać. 
Ober westchnął. 
-Gdybym  wierzył,  że  pan  ma  z  tym  coś  wspólnego,  inaczej  i  gdzie  indziej  byśmy  rozmawiali.  Chyba  pan 
rozumie. 
-Rozumiem. 
-Widzi pan jednak, że darzę pana zaufaniem i sympatią. W ogóle nikt w miasteczku nie może się uskarżać na 
mnie. Robiłem dla was, co mogłem. 
- My dla pana też - powiedziałem. 
Skinął głową. 
-Niestety, jeśli feldfebel Bein się nie odnajdzie, czekają nas przykrości. Zwłaszcza pana. 
-Mnie? 
-Sprawę  weźmie  w  swoje  ręce  gestapo  i  wtedy  niewątpliwie  wyjdą  na  jaw  pana  kontakty...  niebezpieczne 
kontakty. 
-Pan chyba nie podejrzewa, żebym ja... 
-Ja nie, ale oni. Oni z tego wyciągną zupełnie inne wnioski. 
-Pan nie powie. 
-Będę musiał uczciwie wszystko powiedzieć - rzekł ostro Ratscheck. 
Milczałem przerażony. Ratscheck też milczał. 
-  Czemu  pan  tak  się  przestraszył?  -  powiedział  wreszcie  z  uśmiechem.  -  Czyżby  pan  nie  wierzył,  że 
odnajdziemy Beina? 
- Nie... skąd - bąknąłem. 
Ratscheck westchnął. 
- Może pan ma rację. Ja też przestaję wierzyć. Jest bardzo możliwe, że Beina uprowadzili komuniści. Co pan 
o tym myśli? Może pan coś słyszał? 

background image

Ogarnęła  mnie  nowa  fala  niepokoju.  Czyżby  Ratscheck  naprawdę  mnie  podejrzewał  o  jakieś  kontakty? 
Niewątpliwie nie był szczery ze mną. Tak, odczuwałem to teraz wyraźnie. Nie był szczery. Lawirował, grał i 
kluczył. Coś jeszcze trzymał w zanadrzu, tamto było tylko sondowaniem. 
-  Rzeczywiście  -  mruknął  w  zamyśleniu,  podejrzewałem,  że  sztucznym  -  rzeczywiście,  może  istotnie  nie 
mamy  czego  szukać  w  tym  miasteczku...  Na  sprawie  Beina  położyć  krzyżyk,  co?  Wpisać  ją  na  rachunek 
komunistów,  zdobyć  tylko  pokwitowanie.  Tak,  pokwitowanie  byłoby  konieczne.  Pan  by  się  o  to  mógł 
postarać? 
-Ja? W jaki sposób? 
-Pan  lubi  przecież  wycieczki.  Tydzień  temu  rozbiliśmy  wywrotowcom  szpital.  Lekarz  zginął.  Sądzę,  że 
potrzebują  lekarza.  Pan  ma  już  pewne  kontakty.  Mógłby  pan  odbyć  jeszcze  jedną  wycieczkę  do  samego 
jądra. Jądra ciemności,  jak  mówi Conrad... Widzi pan, czytałem także Conrada. Oczywiście sprawa Beina 
nie  byłaby  tu  najważniejsza.  To  tylko,  jak  powiedziałem,  "pokwitowanie".  Chodzi  o  coś,  co  zaćmi  tamtą 
sprawę. Nowy ofiarny wkład Owczar w przejściowo trudnej sytuacji. Ostatnio wokół Owczar zauważyliśmy 
nowe ruchy band. Były zrzuty broni. Mamy podejrzenie, że szykuje się nowa skoordynowana akcja i że tu 
niedaleko działa sztab. Szczegóły jutro rano - zakończył. 
-A jeśli się nie zgodzę? 
-Zrobi mi pan wielką przykrość - odparł. - To jedyne rozsądne wyjście dla pana. 
-Jest jeszcze jedno. 
-Jakie? 
-Jeśli ucieknę. Nie boi się pas? 
-Ma pan rację - powiedział - to też jest wyjście i na to jestem też przygotowany. Ale pan oczywiście żartuje. 
-Oczywiście żartuję. 
Ratscheck      uśmiechnął      się        dobrodusznie  i  pożegnał  ze  mną  uprzejmie.  Wyszedłem  zdenerwowany. 
Czułem  w  tym  wszystkim  jakiś  podstęp.  Przecież  Ratscheok  nie  miał  żadnych  podstaw  przypuszczać,  że 
zgodzę  się  na  tę  szpiegowską  historię.  Raczej  mi  przecież  nie  ufał...  O  co  więc  mu  chodziło?  O 
przestraszenie mnie? O wypłoszenie z miasteczka? 
Niewątpliwie sprawa Beina musiała mu popsuć humor i chciał się mocno odegrać. Chciał czymś zabłysnąć 
w oczach żandarmerii z dystryktu. Ale jaka miała być w tym moja rola? 
Poszedłem natychmiast do majora, oglądając się już lękliwie, czy ktoś nie idzie za mną. Ale nikt nie szedł. 
Major czytał Krakauer Zeitung w cieniu gruszki, wyciągnięty na leżaku. 
- No i wracasz cały i zdrów. - Uśmiechnął się na mój widok. - A więc Bein? 
- Tak, Bein i coś jeszcze. 
Opowiedziałem  dokładnie   przebieg  rozmowy. 
Major słuchał mnie spokojnie. 
-No cóż - powiedział na końcu - sprawa jest prosta... Ratscheck uwierzył w twoje kontakty z komunistami i 
pragnie je wykorzystać. 
-Dlaczego mnie nie aresztuje? 
-Sądzi, że na razie nie masz wystarczająco dużych kontaktów, żebyś mógł interesująco śpiewać, ale że sobie 
je wkrótce wyrobisz. W tej chwili raczej liczy na ciebie jako na nitkę Ariadny. 
-Nie bardzo rozumiem. 
-Oczywiście nie wierzy, żebyś się dał zwerbować. Nie ma żadnych podstaw, żeby w to uwierzyć. Niby skąd? 
Ma natomiast nadzieją, że będziesz nitką, której się uczepi i która zaprowadzi go do kłębka. Do melin, może 
nawet do sztabu czerwonych. 
-W jaki sposób? 
-Pamiętaj,  że  on  jest  przekonany  o  twoich  kontaktach.  Sądzi  więc,  że  jeśli  cię  przestraszy,  uciekniesz  z 
miasteczka. Dokąd? No, oczywiście do lasu. A on puści za tobą swojego człowieka. 
-To naiwne. 
-Nie takie bardzo, tylko oparte na tej jednej błędnej przesłance. 
Major zamyślił się. 
- Powinieneś jednak udać, że przyjmujesz jego propozycje - powiedział po chwili. 
Spojrzałem na niego z niepokojem. 
-O czym pan myśli, u licha? Nie chcę nic robić dla Niemców. 
-Zrobisz to dla nas. 
-To rozkaz? 
-Nie, tylko sugestia. Sądzę, że należy wykorzystać tę szansę. 
-Pan przecież twierdzi, że on puści za mną szpicla. Powiedziałem, że nie chcę nic robić dla Niemców. 
-Nie bój się - powiedział - zlikwidujemy tego człowieka. 
Pożegnałem się szybko. Ta rozmowa mnie przerażała. 
- Zastanowisz się nad tym - powiedział major, zagłębiając się znów w gazecie. 
Wybiegłem z ogrodu zdenerwowany. 

background image

Miasteczko  wciąż  jeszcze  smażyło  się  w  słońcu.  Przez  opustoszałe  ulice  przelatywały  tylko  raz  po  raz 
tumany owadów i napełniały męczącym jazgotem powietrze. Na rynku gołębie krążyły nad studnią, czekając 
na parę kropel rozlanej wody. Ale nikt nie wychodził po wodę. 
Handlarze spali pokotem pod murem na podwórku Karcza. Zaduch wyraźnie osłabł. Czyżby rozprzedali już 
mięso? Miasteczko czuć było zwyczajnie, tym, czym zwykle o tej porze. Kapustą, przypalonym tłuszczem, 
gdzieniegdzie obornikiem, wszędzie roztopioną smołą. Błyszczała na krzywych dachach, tu i ówdzie sącząc 
się czarnymi soplami. 
To  było  głupie,  ale  miałem  uczucie,  jakbym  cały  nurzał  się  w  rozpalonej  smole.  Parzyło  mnie  to  miasto. 
Szedłem jak w gorączce. Bardziej wściekły i oburzony niż przerażony. Że też musiały mi się w końcu takie 
rzeczy  przytrafić.  Niby  nic  specjalnego,  okupacyjny  przypadek,  ale  myślałem  już,  że  wywinę  się  od  tego 
rodzaju  przypadków.  Oczywiście  nie  dam  się  w  to  wciągnąć.  O  nie,  nie  ma  głupich,  żebym  dał  się  w 
cokolwiek  wplątać...  Trzeba  będzie  wiać.  Całkiem  zwyczajnie  zwinąć  manatki.  Szkoda,  to  było  bardzo 
przytulne miasteczko. Nawet mimo żartów feldfebla Beina. Tak, przyskrzynili mnie co się zowie. Dlaczego 
u licha mnie przyskrzynili? Czy popełniłem jakiś błąd? Oczywiście to był błąd. Nie trzeba było jeździć do 
zakazanych gajówek. 
Lecz  istniała  jakaś  granica  ostrożności,  za  którą  rozpoczynało  się  tchórzostwo  i  podłość.  Nie  chciałem  jej 
przekroczyć. Zawsze  myślałem,  że zdołam jakoś  wylawirowac bezpiecznie,  nie  kalając się tchórzostwem  i 
podłością. 
Czyżby to było aż tak trudne? Może niemożliwe? Czy też tylko zaważył cholerny przypadek? 
W domu wstąpiłem do Bularskiej. Obiad był już na stole. Oczywiście mięsny pbiad. 
- Niech pan je. Nieprędko trafi się znów 
taka okazja. 
Uśmiechnąłem się gorzko. 
-O, na pewno nieprędko. 
-Jakaś panienka pytała o pana doktora - powiedziała Bularska. 
-Panienka? 
-Nietutejsza. Młoda, zgrabna, z warkoczami, w szarej sukience. Pan nie zna? 
-Nie. 
-Powiedziała,  że  wstąpi  później.  Pan  wie,  że  nowi  żandarmi  przyjechali.  Wczoraj  ludzi  palili  w  Kolonii 
Łebkowskiej... za partyzantów... - rozgadała się na dobre, ale jej nie słuchałem. 
Myślałem, jak się stąd wyrwać, dokąd i czym? Ciężarówką mleczarni? Na piechotę? Pożyczyć rower? Teraz, 
od razu czy czekać nocy? 
Przed  domem  rozległ  się  skowyt  motoru.  Drgnąłem...  Trąciłem  talerz  i  wylałem  barszcz.  Ładna  historia, 
pomyślałem, jeszcze nic się nie dzieje, a ja już tracę głowę. Nie, chyba już się coś dzieje. 
W  lustrze  naprzeciwko  zobaczyłem,  że  pod  nasz  dom  zajechała  wojskowa  ciężarówka.  Wyskoczył  z  niej 
żołnierz, a za nim cywil w tyrolskim kapelusiku i płaszczu nieprzemakalnym na ręce... Gestapowiec? Nie, bo 
żołnierze wytaszczyli dwie eleganckie walizki. Chcieli nieść dalej, ale facet zatrzymał ich i dał znak, że sam 
poniesie. 
Żołnierze zasalutowali i wskoczyli do wozu. Facet zdjął kapelusik, założył złote binokle i przetarł spoconą 
jajowatą  łysinę.  Wtedy  go  poznałem  i  odetchnąłem  z  ulgą.  To  Makarczyk,  tylko  w  nowym  przebraniu. 
Wyskoczyłem do niego natychmiast. 
Powiedział,  że  trafiła  mu  się  okazja  z  samych  Starachowic.  Podał  się  za  przedstawiciela  Hermann  Góring 
Werke,  miał  zresztą  lipną  legitymację,  inaczej  by  nie  przejechał.  Miasteczko  jest  oblężone,  zwłaszcza  od 
zachodu. Góral załatwił resztę wątpliwości. 
Był  w  doskonałym  humorze.  Handel  szedł  jak  nigdy.  W  Krakowie  można  kupować  całe  samochody 
lekarstw.  Oczywiście,  jak  się  ma  dojście.  U  szwabów  wszystko  już  się  rozprzęga.  Tak,  to  już  ostatnie 
podrygi. W Normandii alianci co  dzień robią postępy. Kolosalna operacja. Nowa broń Hitlera? Nie będzie 
nowej broni. Zniszczono fabrykę ciężkiej wody w Norwegii. Nową broń będą mieli Amerykanie. Lada dzień 
ruszy ofensywa radziecka. Tym razem zatrzymają się chyba dopiero na Wiśle. 
Słuchałem  go  niecierpliwie,  nie  wiedząc,  jak  przerwać  i  jak  mu  powiedzieć,  że  może  sobie  zabrać  swoje 
walizki do diabła. 
-Słuchaj, te walizki... - zacząłem. 
-Prawda! - nie dał mi dokończyć. - Wniosę je zaraz do ciebie. 
- Nie... zostaw na razie tutaj. 
Zdziwił się, ale zostawił. Wziąłem go na górę i powiedziałem mu, jaka cholerna historia jest ze mną. 
Nie bardzo się przejął ani zdziwił. Był przyzwyczajony do takich rzeczy. 
-Człowieku, nie przejmuj się. Byłem w gorszych opałach. Po prostu pryśniesz, i już. Dam ci nową kennkartę. 
Mam  tego  śmiecia  całą  kupę.  A  do  tego  legitymację  z  Hermann  Gforing  Werke.  To  cię  najlepiej  urządzi. 
Niemiecka legitymacja. 
-A co z towarem? 

background image

-O  to  mnie  głowa  nigdy  nie  boli.  Wsadzę  w  pierwszej  lepszej  aptece.  Po  pieniądze  zgłoś  się  do  Krakowa. 
Teraz mogą ci zwrócić  tylko  dwa  górale.  Ależ  tu  much u ciebie! - zamachał rękami. 
Wziąłem dwa górale i wsadziłem do kieszeni. On tymczasem ochłonął i zaczął poruszać nosem. 
- Co tu tak cuchnie? 
Pokazałem na okno i odparłem, że to rzeźnikom mięso się psuje. 
-Człowieku - powiedział - to niemożliwe, bo u ciebie cuchnie bardziej niż na dworze.     
-Zdaje ci się - powiedziałem - i zabierz lepiej od razu te walizki. Jutro tu będzie gestapo. 
Roześmiał się. Odparł, że to możliwe, ale do jutra daleko, więc może pozwolą mu się zdrzemnąć. Nie spał 
dwie noce. 
- Dobrze, śpij sobie - powiedziałem, a on zniknął za drzwiami prawego stryszku, tam gdzie był przewiew, bo 
wentylator  w  dachu  zasysał  powietrze  do  piekarni  na  dole,  i  gdzie  trzymałem  nowy  tapczan,  szafę  i  inne 
meble, które kupowałem okazyjnie z myślą o małżeństwie. 
Wydostałem  spod  łóżka  walizkę  i  chciałem  się  spakować,  gdy  drzwi  stryszku  otworzyły  się  gwałtownie  i 
stanął w nich zdumiony Makarczyk. 
-Cóż to za kawały?! - zawołał. 
-Jakie kawały? 
-Tam już ktoś śpi. 
Spojrzałem na Makarczyka jak na wariata, a potem zajrzałem do komórki. Istotnie w półmroku zauważyłem 
czyjeś  nogi  w  butach  z  cholewami  na  tapczanie.  Chwilę  później,  gdy  oczy  oswoiły  się  z  ciemnością, 
zobaczyłem  mundur  niemieckiego żandarma. Zdrętwiałem... Nie, to  nie była pomyłka. Z  mroku  wyłaniała 
się  wykrzywiona twarz feldfebla  Beina. Ale  on  nie spał. Był  martwy. W jego  wytrzeszczonych  oczach,  w 
otwartych ustach zastygło przerażenie... Trupi zaduch unosił się dookoła. 
Makarczyk  oblizał  nerwowo  wargi  i  poprawił  binokle.  -  O,  do  licha...  -  wykrztusił  -  o,  do  licha!  Dajże 
spokój,  człowieku,  a  dajże  ty  mi  spokój!  -  Patrzył  to  na  mnie,  to  na  trupa  z  wzrastającym  przestrachem, 
potem zaczął cofać się tyłem, aż zniknął za drzwiami. Po chwili znów wetknął głowę do pokoju. 
- Brzydko się bawisz, Gieniu - jęknął z wyraźną pretensją, ale nim zdążyłem coś powiedzieć, zatrzasnął mi 
drzwi przed nosem. Usłyszałem jego dudniące kroki - biegł jak szalony po schodach. 
 
Rozdział IV 
Szczeniaka wyciągnąłem  zaraz potem. Ledwie wróciłem do komórki, usłyszałem szelest i wyciągnąłem tego 
szczeniaka  z  kąta.  Miał  ryżawe  kudłate  włosy,  sczerniałe  zapadłe  policzki,  lnianą  rozchełstaną  koszulę, 
brudny szkaplerz na szyi, cajgowe zaszargane spodnie do połowy łydki i bose nogi.         
Nie był zbytnio przerażony.      
- To ty załatwiłeś tego szwaba.    
Skinął głową.    
-Doskonale. - powiedziałem. -  Ile masz lat?                                                                             
-Szesnaście. 
-Jak ci na imię?         
-Olek.   
-Skąd się tu wziąłeś?    
-Wlazłem. A o! - pokazał na okno.        
-Skąd uciekłeś?  
-Z transportu.   
-Z jakiego transportu? 
-Z Zamojszczyzny. 
- Wysiedlony? 
Opowiadał dość chętnie i składnie. Był rozgarnięty i niegłupi. Mieszkał we wsi Grabki w powiecie Zamość. 
W  czasie  wysiedleń  w  zeszłym  roku  schronił  się  z  rodziną  do  lasu.  Złapano  ich  pięć  dni  potem  w  czasie 
obławy. Ojca i matkę rozstrzelano na miejscu. Jego i czworo rodzeństwa załadowano na transport do Rzeszy. 
Dwoje  najmłodszych  zamarzło  w  wagonie.  Gdy  w  Koluszkach  wyrzucano  trupy,  kolejarze  zrobili 
zamieszanie i pomogli mu uciec. Ukrywał się przez rok u dróżnika. Dłużej się nie dało. Niemcy przetrząsali 
domy.  Ruszył  więc  w  drogę.  Chciał  dostać  się  w  swoje  strony.  -  Tam  teraz  biją  Niemców  -  powiedział.  - 
Koloniści uciekają. To ja tam idę i też będę bił Niemców. Dostanę karabin... Do partyzantów przystąpię. 
-To ładnie - mruknąłem - ale w takim razie co robisz w moim mieszkaniu? 
-Pan  się  nie  gniewa.  Musiałem  przy-warować.  Pełno  żandarmów  w  lasach  i  na  drogach.  Nie  puszczają 
nikogo i łapią. Ludzie mi powiedzieli: "Nie idź, przeczekaj parę dni". Więc przywarowałem. 
-Ale dlaczego akurat u mnie? 
-Nie  chciałem  u  pana.  Chciałem  na  jakimś  strychu  i  żeby  coś  do  jedzenia  blisko.  Patrzę,  piekarnia... 
Wszedłem na podwórko... Za oknem chleby na desce. Porwałem bochen. Ktoś szedł. Koło okna była komi- 
niarska drabina. Wdrapałem się po niej. Patrzę, okienko w dachu otwarte. Wlazłem. To było to okienko. 

background image

-Tak ci się ładnie złożyło. 
-Tak mi się złożyło, proszę pana. Można powiedzieć szczęśliwie. 
-Ale nie dla mnie. 
-Ja  tam  panu  specjalnie  nie  przeszkadzałem.  Nawet  pan  nie  spostrzegł  -  uśmiechnął  się  -  spokojnie 
siedziałem. 
-Tak, bardzo spokojnie. - Powtórzyłem patrząc na trupa Beina. - Czym go załatwiłeś? 
-A tym. - Wyciągnął kuchenny nóż i pokazał. 
Ale  mnie  już  bardziej  zaciekawiły  jakieś  małe  regularne  blizny  na  jego  przedramieniu.  Jedno  skaleczenie 
zupełnie świeże. 
-Co to za ślady? - zapytałem. 
-A to po Niemcach. 
-Jak to po Niemcach? 
-Liczę ich. Każdy załatwiony ma u mnie kreskę. 
- Wariat jesteś. 
Wzruszył ramionami. 
-Ja sobie postanowiłem, że ich będę zabijał, ilu tylko się da. Stu, to stu. 
-Nieźle - powiedziałem. - Więc ten był piąty. 
-Tak. 
-Kiedy to było? 
-Cztery dni temu... 
-Jak on tu wszedł? 
-To było tak... Jak pan doktor wychodził... 
-Skąd wiesz, że jestem doktorem? 
-Słyszałem,  jak  do  pana  mówili,  i  przeglądałem  pana  książki.  Pan  jest  doktorem  chirurgiem,  ale  nie 
skończonym. Pan się dopiero uczy... 
-Bystry jesteś. 
-Ja też chciałem zostać doktorem. 
-Ty? 
-Jakby nie wojna, tobym już był w gimnazjum. Chyba w trzeciej klasie. 
-Dobra. Gadaj, jak to było z tym szwabem? 
-No więc, jak pan doktor wychodził, to ja też wychodziłem pić wodę. W sieni zawsze stały wiadra z czystą 
wodą.  W  tych  drzwiach  jest  zatrzask  i  można  je  otwierać  bez  klucza  tylko  od  wewnątrz  izby,  więc  nie 
zamykałem drzwi. No i wtedy, cztery dni temu, kiedy wróciłem, słyszę, ktoś jest w mieszkaniu... Zajrzałem 
przez szparę w drzwiach. Szwab jakiś w mundurze szperał w pana pokoju. 
-Szperał, mówisz? - zapytałem niespokojnie. 
-Czegoś  szukał.  A  w  ręku  trzymał  gazetkę...  Pomyślałem,  że  to  chyba  ten  "Biuletyn",  co  pan  przyniósł 
poprzedniego  dnia...  A  potem  usiadł  sobie  w  fotelu,  zapalił  papierosa  i  czekał...  Wiedziałem,  że  czeka  na 
pana.  Wtedy  nagle  wszedłem.  Był  bardzo  zaskoczony...  Nawet  nie  zipnął...  Potem...  myślałem,  co  z  nim 
zrobić... 
Tak  opowiadał,  bez  szczególnego  przejęcia... ale  z  widocznym  zadowoleniem  z  siebie,  a  mnie  było  coraz 
bardziej  gorąco  i  ten  trup  na  tapczanie  cuchnął  coraz  bardziej...  Muchy  brzęczały  nieznośnie.  Opasłe,  z 
zielonymi błyszczącymi brzuszkami, a ja, słuchając tego brzęczenia, czułem mdłości... 
-Czemu nie powiedziałeś mi zaraz... jeszcze tamtego dnia? - przerwałem mu wreszcie. - Jak mogłeś nic nie 
mówić? Na co czekałeś? 
-Nie  chciałem  panu  robić  stracha  -  mruknął.  -  Myślałem,  że  jak  obława  się  skończy,  to  go  gdzieś  cichcem 
wyniosę... 
-Szczeniak jesteś - rzuciłem przez zęby. 
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Sytuacja była cholerna. On też umilkł stropiony. 
-Czego stoisz?! - krzyknąłem. - Umyj się. Żebyś wyglądał jak człowiek. 
-Gdzie się umyć? 
Prawda, nie było wody. Wziąłem wiadro i poszedłem do studni. Kiedy ciągnąłem wodę, podeszła do mnie 
dziewczyna  z  jasnymi  warkoczami,  które  wydawały  mi  się  jeszcze  jaśniejsze  na  tle  brązowych  ramion. 
Uśmiechała się z daleka. Miała szarą sukienkę i torebkę w ręku. To chyba ta, o której mówiła Bularska. 
-Pan doktor Eugeniusz Stajny? 
-Tak, to ja. 
-Ja do pana doktora. 
-Nie przyjmuję nikogo. 
-Nie zabiorę dużo czasu. Powtórzenie recept. Pan mi tylko wypisze insulinę. 
-Cukrzyca? 
-Tak, cukrzyca. 

background image

-Niech pani idzie na górę - powiedziałem. 
Wziąłem wiadro i weszliśmy do izdebki. Od razu poczuła zapach. Spojrzała podejrzliwie na obdartusa. 
-Kto to? 
-Pacjent - powiedziałem - ale to nie on tak pachnie. 
-A co? 
- Zepsute mięso - mruknąłem. 
Chlusnąłem wodę z wiadra do miednicy i skinąłem na chłopaka. 
- Szoruj się, szczotką i mydłem! 
Chłopak posłusznie zabrał się do mycia. 
-Gdzie te recepty? - zapytałem dziewczynę. 
-Zaraz panu pokażę - otworzyła torebkę i błyskawicznie wyciągnęła z niej rewolwer. 
-Stać! Ty mały też! - rozkazała. - Ręce na kark! 
Osłupiali, spełniliśmy rozkaz. Woda z rąk chłopca spływała ciurkiem na podłogę. Patrzyłem oszołomiony w 
lufę rewolweru dziewczyny. Ruski nagan. Nie ulegało wątpliwości. 
-O co pani chodzi? 
-Gdzie leki? 
-Leki? 
-Tak, leki, dostałeś dziś nowy transport. Dwie walizki. 
-Po co ci leki? 
-Dowiesz się potem. A teraz mów, gdzie walizki. 
-Na dole u gospodyni. 
-Ubieraj  się!  -  rozkazała.  -  Weź  wszystkie  koszule,  kalesony  i  skarpety.  Koce  też  się  przydadzą.  Szybko. 
Pomóż panu doktorowi - skinęła na chłopaka. 
-Nie zostawisz mi ani jednej koszuli? - zapytałem. 
-Pytanie bez sensu - powiedziała - przecież ty też pojedziesz. 
-Ja? Zaniemówiłem na chwilę. 
-Potrzebny lekarz. 
-Do dziadka? 
-Tak, do dziadka. 
-Rozumiem. 
-To dobrze, że rozumiesz... A teraz zamknij się. 
-Nie jesteś zbyt grzeczna. 
-Przepraszam. Niech pan doktor umilknie. 
-Jeszcze jedno słowo. 
-Słucham. 
-To nie jest mądre - powiedziałem zadyszany. - Obława. 
-Właśnie. Rozbili nam szpital. Lekarz nie żyje. Mamy rannych. 
-Jak się przedrzesz? 
-Skoro się przedarłam w tę stronę, to uda się i z powrotem. 
-Nie uda się. 
Siląc się na spokój, opowiedziałem jej, jak stoją sprawy ze mną i co mi zaproponował Ratscheck. 
-To jeszcze lepiej - powiedziała - jeśli jest tak, jak mówisz, przepuszczą nas. 
-Pójdą tropem. 
-Zmylimy trop. 
-Popatrz za okno. Czy widzisz tego handlarza kosmetyków? 
Rzuciła szybko okiem na ulicę. Pabiś siedział skulony nad swoją walizką... 
-Widzę go. I co z tego? - zapytała. 
-Szpicel. 
-Załatwimy go, jak będzie trzeba. Pakuj się. 
Pochyliłem się  nad  walizką. Myślałem  gorączkowo. Dać się  zabrać czy  nie? Oczywiście  mógłbym się  nie 
dać zabrać... Gdybym tak nagle szarpnął za dywan, na którym stoi ta pannica... Przewróciłaby się od razu i 
byłbym  panem  sytuacji.  Tak,  to  by  się  dało  zrobić.  Bez  większego  ryzyka.  Ale  potem  kłopot.  Możliwe 
powikłania i ten cholerny trup w komórce. Właśnie to jest okazja, żeby pozbyć się trupa. Nie mogłem go w 
żadnym wypadku zostawić. Już nie ze wzglądu na mnie, ale na Bularską, na cały dom, na całe miasteczko. 
Pierwsza i najważniejsza rzecz uprzątnąć bez śladu to cielsko. 
-Masz wóz? - zapytałem nagle. 
-Mam. 
-Pakowny? 
-Czemu pytasz? 
-Będę miał dodatkowy bagaż, bez którego się nie ruszę. 

background image

-Jaki? 
-Zobacz! Tam leży w komórce. 
-Przynieś go tu! Tylko niej próbuj jakiegoś kawału. 
Skinąłem na chłopaka. Wleźliśmy na poddasze. Dziewczyna szła za nami z naganem w ręce. Chmara much 
zerwała się z trupa. 
Dziewczyna wzdrygnęła się. 
Zawinęliśmy zwłoki w koc i położyliśmy przed osłupiałą dziewczyną. 
-To jest ten bagaż - powiedziałem. 
-Ładna historia! - mruknęła nieco drżącym głosem. 
-Tak, ładna historia. 
-Nie wiedziałam, że trudnisz się także taką robotą. 
- To nie ja, to on - pokazałem na Olka. 
- Wlazł    tutaj...   grzebał...   -   mruknął chłopak - musiałem go zrobić. 
- Załatwia szwabów nożem i karbuje ich sobie na ręce. Pokaż panience łapę. 
Dziewczyna stropiła się. 
-Wolny strzelec? 
-Nożownik... 
-Terrorysta? 
-Nie, mściciel. On jest z Zamojszczyzny. - Opowiedziałem krótko całą historię. 
Dziewczyna pokręciła głową. 
-No dobrze, zdejmcie mu mundur i buty - pokazała na trupa. 
-Po co? 
-Tak będzie bezpieczniej. A gdzie jego broń? - zapytała. 
-Broń? 
- Przecież musiał mieć jakąś broń. 
Prawda,   nie   pomyślałem   o   tym.   Począłem szukać gorączkowo. 
Futerał przy pasie był pusty. W kieszeniach też nie miał broni. 
-Gdzie podziałeś jego spluwę? - zapytałem chłopaka. 
-Nie miał żadnej spluwy. 
-Nie opowiadaj. Schowałeś gdzieś. 
-Może pan szukać. 
-Ja  was  obu  obszukam  -  powiedziała  dziewczyna  i  zabrała  się  do  rewizji  osobistej,  ale  nic  przy  nas  nie 
znalazła. 
-Bardzo dziwna historia - powiedziała - ale nie mam czasu na śledztwo. Rozebrać zwłoki, mundur spakować 
osobno, zatrzeć ślady krwi w mieszkaniu i wychodzić. 
Spełniliśmy  rozkaz.  Na  szczęście  nie  było  prawie  żadnych  śladów.  Parą  kropli  krwi  na  prześcieradle.  To 
wszystko. Zabraliśmy prześcieradło z sobą. 
- Niedopałek - rzuciła dziewczyna. 
Istotnie na podstawce doniczki leżał niemiecki papieros. Dziwne, że dotąd go nie zauważyłem. Wsunąłem go 
Beinowi do kieszeni. Potem ułożyliśmy zwłoki w "kucki", zawinęliśmy kocem, zrobiliśmy tobół i znieśliśmy 
na dół. Dziewczyna szła za nami z naganem ukrytym pod przerzuconym przez ramią płaszczem. 
Bularska wyjrzała z kuchni. 
-Pan wyjeżdża? 
-Do chorego - powiedziałem. 
-A ten tobół? 
-Po  drodze podrzucą bieliznę  do prania. I zabierzemy  te  walizki.  - Wskazałem  na bagaż Makarczyka.  - To 
towar od pana Makarczyka. Muszę go wstawić do sklepu - dodałem widząc jej zdziwioną miną. 
-Kiedy pan wróci? 
-Wieczorem. 
-Nie boi się pan? 
-To niedaleko - mruknąłem. 
-Znów ten zaduch! - skrzywiła się Bularska. - Żeby ich choroba... zarazę jeszcze przyniosą. 
Bojąc  się,  by  nie  odkryła  właściwego  źródła  zapachu,  pospiesznie  wytaszczyłem  z  Olkiem    bagaż.  
Natychmiast  podjechała    furmanka,  która  stała  pod  parkanem  po  drugiej  stronie  ulicy.  Woźnica,  krępy, 
kudłaty  chłop  w  kamizelce,  ten  sam,  który  był  u  mnie  rano,  pomógł  nam  załadować  tobół.  Potem 
przynieśliśmy jeszcze walizki Makarczyka. 
- Wsiadaj - mruknęła dziewczyna. 
Wskoczyłem na wóz. Olek też wskoczył. 
-A ty czego! Wysiadaj! - zmarszczyła brwi. 
-Panienka mnie zabierze - powiedział. 

background image

-Dokąd cię zabrać? 
-No do lasu. 
-Ani mi się śni - powiedziała. 
-Panienka mnie zabierze - powtórzył zachrypłym głosem. 
-Smarkacz jesteś. 
-Ja muszę. 
-Dalej...  dalej,  nie  chandryczyć  się!  -  zdenerwował  się  woźnica.  -  Trzeba  szybko  ruszać,  bo  ludzie  patrzą. 
Potem się go wyrzuci. 
-Państwo gdzie jadą? -: usłyszeliśmy zasapany głos. 
Obróciłem się gwałtownie. Przy wozie stał Pabiś i patrzył na nas z zaciekawieniem. 
-Prosto - powiedziała dziewczyna. 
-Obława przecież. Niemcy na drodze. 
-Jakoś damy radę. 
-Jadę z wami... 
-Coś pan, tu miejsca nie ma... 
-Nie chodzi d miejsce w wozie - sapał - mam rower... tylko żeby z kimś... zawsze raźniej. Sam nie miałem 
odwagi. Tydzień już tu sterczę jak głupi bez żadnego utargu. Pal licho! Wypuszczę się... Wypuszczę się, do 
jasnej cholery. 
- Jedźcie, Syrkuć! - krzyknęła dziewczyna zdenerwowana. 
Woźnica zaciął konie. Ruszyliśmy mocnym kłusem. Spojrzałem za siebie. Pabiś zamykał nerwowo walizkę. 
Ale gdy dojeżdżaliśmy do rynku, już nas doganiał na rowerze. 
-Widzisz tego pieska, mała - powiedziałem do dziewczyny - nie spuści nas z tropu. 
-Zobaczymy. 
Woźnica,  tak  jak  przypuszczałem,  skręcił  w  ulicę  Iłżecką.  A  więc  pojedziemy  w  lasy  starachowickie. 
Szalona smarkula! Zastanawiałem się, gdzie jej prysnąć. Gdy tylko zagłębimy się w las czy też w pierwszej 
wsi. Pierwsza wieś będzie Wołoszyn, to ja jej  w tym  Wołoszynie... Najpierw zagadam, albo  jeszcze  lepiej 
coś pokażę, a kiedy się odwróci... 
Woźnica  zahamował  gwałtownie,  bo  na  rogatce  zajechały  nam  drogę  jakieś  konie  skręcające  z  bocznej 
drogi. Dwu facetów siedziało na wózku, ale nie wyglądali na chłopów... Na wozie mieli wypchany worek i 
słomę... 
Jeden z facetów, z blond wąsikiem i przylizanymi włosami, z przedziałkiem pośrodku, zeskoczył z wozu  i 
podszedł do nas z batem. 
Przyłożył dwa palce do czoła niedbałym salutem. 
-Przejedzie? 
-Czemu ma nie przejechać - powiedział nasz woźnica. 
-Za mostem żandarmi. 
-A co oni mają do nas? 
-Mogą macać. 
-Masz pan co do wymacania? Handlarz wzruszył ramionami. 
-Pan gadasz  jak  niewinna Agnieszka. 
-Jak pan jedziesz na Iłżę  -  mruknął  woźnica - to co pan  możesz  mieć? Jakbyś pan jechał  na Kraków, to co 
innego. 
-Do Lublina jadę. 
-Pierwszy raz widzę, żeby stąd do Lublina handlarz jechał - woźnica spojrzał podejrzliwie na przylizanego. 
Przylizany zmieszał się. 
-Mam tu krewnych... 
-Dobra... - powiedział woźnica. - Wio! - machnął lejcami. 
Pojechaliśmy. 
Handlarze naradzali się chwilę szeptem. Potem ruszyli za nami. 
Za mostem istotnie stała ciężarówka, obok kręciło się paru żandarmów. Reszta, ze trzydziestu chyba chłopa, 
chlapała się wrzaskliwie w rzece. Poczułem się, mówiąc delikatnie, nietęgo. 
Musiałem mieć bardzo niewyraźną minę, bo dziewczyna uśmiechnęła się do mnie... 
-Masz kennkartę? Skinąłem głową. 
-Meldowany w Owczarach? 
-Tak, w Owczarach. 
-Zawód lekarz? 
-Nie, muzyk flecista. 
-Dlaczego muzyk? 
- Grałem w knajpie w Warszawie, kiedy dawali kennkarty. 
Skrzywiła się. 

background image

-To pech z tym muzykiem. Nie pasuje do sytuacji. 
-Przestań kombinować. Tu nic nie pasuje! - rozzłościłem się. - Jak nas zatrzymają, to koniec. 
-Co  ma  być  koniec  -  powiedział  chłopak  -  będziemy  kropić.  Przy  ciężarówce  jest  ich  tylko  trzech. 
Moglibyśmy nawet zdobyć tę ciężarówkę. Ma pani empi? 
Spojrzałem na niego wściekły. 
-Będziesz krótko żył. 
-Obejdzie  się  bez  kropienia  -  powiedziała  dziewczyna.  -  Nawet  jak  nas  zatrzymają,  nie  muszą  od  razu 
grzebać w naszych paczkach. Mogą tylko zapytać i sprawdzić kennkarty. 
-A jeśli zobaczą trupa? 
-Powiem, że wiozę zmarłego brata ze szpitala, a ty, że jedziesz na pogrzeb jako szwagier. 
-Idiotyzm. 
-Będziesz do mnie mówił Wanda. 
-A, to z przyjemnością - powiedziałem. 
Przejechaliśmy obok Niemców z napiętymi nerwami. Nie zatrzymali nas. Ich oczy przesunęły się obojętnie 
po naszym wozie. 
Odetchnąłem i z zaciekawieniem obejrzałem się wstecz, żeby zobaczyć, jak pozostali przejadą. 
Ich też nie zatrzymano. Pabiś przejechał spokojnie na swoim rowerze, a za nim wóz handlarzy. Powlekliśmy 
się dalej. Syrkuć kiwał się coraz bardziej senny. 
- Szybciej, Syrkuć! - Wanda potrząsnęła go za ramię. 
Syrkuć ocknął się, potrząsnął głową, jakby chciał odegnać sen, i zdzielił konie batem. Furmanka zaterkotała 
po szosie. 
 
Rozdział V 
Na   razie   musiałem   odłożyć na później  ucieczkę. 
Wkrótce  za  owym  mostem  z  żandarmami  Wanda  kazała  mi  zmienić  półprzytomnego    Syrkucia  i  powozić 
końmi. Syrkuć przesiadł  się na tył wozu i momentalnie zasnął. 
- Nie spał już dwie noce - powiedziała Wanda.        
Siedziałem  więc teraz daleko  od Wandy  i tyłem do  niej. Ryzyko było zbyt  wielkie. Minęliśmy  Wołoszyn, 
minęliśmy Wólkę Węgłową. Pomyślałem, że uda mi się prysnąć chyba dopiero w lesie. 
Droga  była  pusta,  tylko  w  dwu  miejscach  pocztowcy  pod  okiem  żandarmów  naprawiali  przeciętą  linię 
telefoniczną. Po obu stronach   drogi   żyto   kołysało   się   na  wietrze srebrnymi smugami. Dalej na łąkach 
chłopi grabili siano. Pomyślałem, że chyba w tych  alarmujących   wieściach   było   sporo   przesady,    
Wanda otworzyła walizkę i oglądała specyfiki, mrucząc pod nosem łacińskie i niemieckie nazwy. 
-Znasz się na tym? - zapytałem. 
-Byłam na kursie sanitarnym... zanim nas tu zrzucili. Co to za dziwne czerwone pastylki? 
-Prontosil. 
-Ach, więc to jest prontosil. 
-Nowy niemiecki specyfik. Sulfamid. Zwalcza infekcję. Jak długo mam bawić się w furmana? 
-Do końca. 
-Może by Olek - zaproponowałem. 
-Nie... Olek niedługo wysiądzie. 
-O rany! Jakże to? - zaniepokoił się chłopak. 
-Powiedziałam, że wysiądziesz, i basta. 
-Nie potrzebuje pani partyzanta? 
-Nie zbieram partyzantów na drodze. 
-To jak się zostaje partyzantem? 
-Dosyć  gadania! - przerwała  ostro. - Zabieraj swoje  manatki. Tam,  koło tej  kapliczki, skręcimy  w  las, a ty 
wysiądziesz. 
- To co ja z sobą zrobię? 
- Masz przecież jechać za Wisłę. Na pewno znajdziesz tam jakichś krewnych. 
Nie poruszył się. 
- Bierz rzeczy, mówię. 
- Nie mam żadnych rzeczy. 
Zapanowało milczenie. Patrzyłem na Wandę. Ciekaw byłem, co zrobi z chłopakiem. Kiedy dojechaliśmy do 
leśnej    drogi  przy  kapliczce,  Wanda  poleciła  mi  zatrzymać  konie  i  bez  słowa  dała  znak  Olkowi,  żeby 
wysiadł. Spojrzał na nią ponuro. 
-Ale dacie choć coś na grzbiet. Noce mogą być chłodne. 
-Weź sobie koszulą i buty tego Niemca - powiedziała Wanda. 
-Mundur też? 
-Oszalałeś? Zwróciłbyś od razu uwagą. Niechby tylko cię Niemcy zobaczyli.        

background image

-Weź sobie mój sweter - powiedziałem - i stare bryczesy. Są na spodzie walizki. 
Chłopak rozwinął paczką z rzeczami Beina, wyjął koszule i buty, potem otworzył  walizką. Grzebał w niej 
przez chwilą, zasłonięty uniesionym wiekiem. Już zacząłem żałować, że go dopuściłem samego do walizki. 
Diabeł go wie, jaki on jest właściwie.  zdecydowałem się coś powiedzieć, on już zatrzasnął walizkę. W ręku 
miał tylko mój stary sweter i bryczesy. Okręcił nimi koszulę i buty Niemca, całą paczką związał rękawami 
swetra i zeskoczył z wozu.  
Ruszyliśmy dalej.        
- Cześć! - krzyknął za nami, gdy byliśmy już z pięćdziesiąt metrów od niego.        
Obróciliśmy się zaskoczeni ni to wesołym, ni to szyderczym brzmieniem jego głosu. Wymachiwał w jednej 
race  tobołkiem,  a  w  drugiej...  Zakląłem  pod  nosem.  W  drugiej  podrzucał  do  góry  pistolet  Beina.  Wanda 
spojrzała na mnie z potępieniem. 
-Musiał go schować w mojej walizce - mruknąłem zmieszany. 
-Głowę dam za to, że ten szczeniak nawarzy sobie piwa... - powiedziała. 
-Mogłaś go zabrać ze sobą. Tak się rwał do twojego wojska. 
Wanda wzruszyła gniewnie ramionami. 
-Szkoda było chłopaka. Nie  mogłam  go  narażać. Czort wie, co  nas czeka,  nim się przedrzemy  do swoich  i 
czy się w ogóle przedrzemy. 
-Ładne rzeczy - przestraszyłem się. - To może ja też wysiądę? 
-Z tobą jest inna historia - uśmiechnęła się pod nosem. 
-Dziewczyno,  bądź  człowiekiem  -  mówiłem  zdenerwowany  -  po  jakie  licho  się  przedzierać,  jeśli  sprawy 
wyglądają tak smętnie? 
-Rozkaz mam - mruknęła - tylko że gdy wydawali ten rozkaz, sytuacja była nieco inna. 
-Żeby cię diabli z twoim rozkazem! 
-Stul pysk! - warknęła ze złością. - Przepraszam, niech pan doktor opanuje nerwy. 
Opanowałem  nerwy  i  pomyślałem,  że  muszę  się  szybko  urwać.  Póki  nie  będzie  za  późno.  To  fanatyczka. 
Dziewica-bohater. 
Wjechaliśmy  w  las. Tu był  już  cień.  Tylko  gdzieniegdzie  w  czarnej  ścianie  drzew  gorzały  rude  słoneczne 
szpary. Ptaki umilkły. Ogarniała nas cisza. Wiatr nie poruszał najmniejszym listkiem. 
- Stań - powiedziała. 
Zatrzymałem  wóz.   Nadsłuchiwała  przez chwilę. 
- Oni jednak jadą. 
Istotnie z daleka dochodziły głuche uderzenia kopyt i skrzypienie wozu. 
- Nie podoba mi się to - powiedziała. - Dlaczego się tek nas trzymają? 
Milczałem... 
-  Jedź  szybciej  -  powiedziała  -  musimy  zyskać  na  czasie,  żeby  się  pozbyć  wreszcie    twojego  ohydnego 
bagażu. 
Popędziłem konie. 
-Tam będzie gajówka - mruknąłem - a przy gajówce bagnisty staw. 
-Znasz te strony? 
-Coś  niecoś  -  powiedziałem  -  spędzałem  tu  każde  lato.  Mój  stryj  był  leśniczym  w  Dębcu.  Zimą  i  jesienią 
przyjeżdżaliśmy tu z ojcem na polowania. Nachodziłem się tymi ścieżkami... 
-Gajowego znasz? 
-Znam  -  powiedziałem  -  na  imię  ma  Mikołaj,  ale  nazywają  go  Psiarz.  Jest  wysoki  jak  słup.  Pali  cuchnącą 
fajką  i  hoduje  psy  podobne  do  wyżłów  i  złe  jak  sto  diabłów.  Wyhodował  jakąś  własną  rasą.  Wszyscy  w 
okolicy mają od niego te psy. 
-Jak go znasz - powiedziała - to nie będziesz się z nim widział. 
-Czemu nie? 
-Tak będzie lepiej. 
-Nie ufasz mnie czy jemu? 
Nie odpowiedziała. 
Nadsłuchiwałem  szczekania  psów,  ale  było  cicho.  Zdziwiło  mnie  to,  bo  gajówka  powinna  być  tuż-tuż. 
Czyżbym stracił orientację w tym lesie? Kiedy nasze konie, spływające potem, wpadły wreszcie jak burza na 
Mokrą  Porębę  -  okazało  się,  że  gajówki  już  nie  ma.  Została  niedawno  spalona.  Siwe  dymki  unosiły  się 
jeszcze  ze  zgliszcz.  Tu  i  ówdzie  leżały  psie  trupy.  Trupów  ludzi  nie  było.  Znaleźliśmy  tylko  strzępki 
skrwawionych mundurów koloru feldgrau. 
Nie było czasu na refleksje. Z pomocą Syrkucia ściągnąłem z wozu tobół. Włożyliśmy do niego jeszcze parę 
kamieni, rozkołysaliśmy go w rękach i cisnęli do stawu. 
Pomyślałem,  że  teraz  jest  sposobność,  żeby  prysnąć.  Ale  zaraz  przekonałem  się,  że  Wanda  też  o  tym 
pomyślała. Nie odstępowała mnie ani na krok i ciągle wymyślała mi nowe zajęcia. 
Najpierw musiałem rozpalić ogień, potem wydostać koce z wozu, potem prowiant... 

background image

Kiedy rozpoczynaliśmy wieczerzę, na Porębę wjechał Pabiś, a parę minut po nim handlarze. Na wozie były 
trzy osoby. 
- Zobacz, kto przyjechał z handlarzami - powiedziałem do Wandy. 
Uniosła głowę znad patelni i oczy jej się zwęziły ze złości. Z wozu zeskakiwał Olek. Pogroziła mu pięścią. 
Chłopak uśmiechnął się smętnie. 
Podszedł do nas Pabiś żując chleb. W ręku trzymał solidny wianek kiełbasy. 
- Smacznego - powiedział - może kiełbasy? Czysto wieprzowa. 
- Nie, dziękuję - odburknęła Wanda. 
On  jednak  nie  dał  się  zrazić  i  przysiadł  się  do  ogniska.  Chwilę  gawędził  o  trudach  i  niebezpieczeństwach 
drogi, a potem nagle zapytał: 
-Czemu wygoniliście chłopaka? Zbroił "coś? 
-To  włóczęga  -  powiedziała  Wanda  -  przyczepił  się  do  nas  w  Owczarach.  Nie  mam  zamiaru  ciągnąć  go  z 
sobą. 
- I tobół gdzieś przepadł? – Pabiś uśmiechnął się jakoś dziwnie. 
- Pilnuj pan swojej walizki. 
Pabiś chrząknął. 
- Panienka jest  nie  w sosie.  Ale  ja rozumiem, że zdenerwować się  można... można się zdenerwować. Taka 
heca, co? Taka heca! - zaśmiał się nieprzyjemnie i ruszył na drugą stronę polany, gdzie handlarze rozpalali 
swój ogień. 
Wanda odprowadziła go ponurym wzrokiem. Niedługo jednak mieliśmy spokój, ponieważ z kolei zjawili się 
u nas obaj  handlarze. Zostawili Olka przy  ognisku, a sami przyszli  na pogawędkę. Poznałem teraz z bliska 
tego  drugiego.  Miał  małą,  pulchną,  niemożliwie  piegowatą  twarz,  krótką  szyję  i  wesołe,  chytre  oczka. 
Przyniósł  karty  i  wódkę.  Chciał  z  nami  grać  i  pić.  Wanda  nie  pozwoliła,  więc  zaczął  pokazywać  sztuki. 
Potem  opowiadał  swoje  handlarskie  przygody  i  fortele.  Jego  specjalnością  był  handel  zegarkami  i  złotem. 
Demonstrował specjalne pasy z kieszeniami, które nosił na sobie. 
Patrzyliśmy na niego nieufnie. 
-Ten też wygląda na kapusia - powiedziała Wanda, gdy wreszcie poszedł sobie. 
-Jeśli kapuś, to kiepski - dodałem. -Szarżuje do niemożliwości. W każdym razie byłabyś nieźle obstawiona. 
-Niech cię o to głowa nie boli. 
- I Olek też jest w dobrym towarzystwie. 
Znów wzruszyła gniewnie ramionami. 
Postanowiłem, że ucieknę, gdy uśnie. Żeby zmylić jej czujność, udałem, że kładę się spać. 
-Dawno jesteś w Owczarach? - zapytała. 
-Od roku. 
-A przedtem? 
-Przedtem mieszkałem w Warszawie. 
-Masz rodzinę? 
-Ojciec w oflagu - rzekłem niechętnie - matka zmarła rok temu. 
-Dlaczego przeniosłeś się do Owczar? 
-Czy nie dasz mi spać? 
-Nie. 
-Nie jesteś śpiąca? 
-"Wolę z tobą mówić. 
-A to dlaczego? 
-Gdybym usnęła, uciekłbyś. 
-To prawda - powiedziałem skwaszony - ale możesz mnie związać. 
-Nie. 
-Dlaczego? 
-To nie wypada... Nie jesteś jeńcem. 
-A kim jestem, do licha?! 
-Jesteś lekarzem, który udaje się z wizytą do chorego. 
-Udaje się... Dobry żart Wymyśl co innego. 
-No więc... został zmobilizowany. 
-Siłą? 
-Nie każdy ma poczucie obowiązku. 
-Ja nie mam? 
-Oczywiście, że nie. Jesteś cwaniakiem, który chce wykpić się z wojny tanim kosztem. 
-Moja  panno  -  powiedziałem  -  porwałaś  mnie,  pal  cię  sześć,  ale  nie  mam  zamiaru  wysłuchiwać  twoich 
opinii. To już za wiele. 
-Niech się inni biją, prawda? Ty przyjdziesz do gotowego. 

background image

-Niech się biją - mruknąłem - my już zrobiliśmy swoje. 
-Kiedy? 
-Kiedy  przyszła  nasza  kolej.  We  wrześniu.  Teraz  kolej  na  innych.  Oni  wtedy  nawet  palcem  nie  ruszyli. 
Byliśmy sami... 
-Cóż więc według ciebie powinniśmy robić? 
-Teraz mamy tylko jedno zadanie. Trwać. Przetrwać w jakiej takiej kondycji. Już nam za dużo upuścili krwi. 
-Wciąż jeszcze upuszczają. 
-Nie trzeba dawać pretekstu, żeby upuszczali. Schować do kieszeni ułański honor, odłożyć zemstę na koniec. 
Oszczędzać siły  i krew. Te akcje po prostu się  nie  opłacają. Za dużo strat w stosunku  do zysków. Trzeba 
nauczyć  się  rachować  i  ważyć...  Wolność  i  tak  przyjdzie.  Musi  nas  zastać  żywych,  i  zastanie!  Tylko  nie 
dawać się ponieść szaleństwu. Hitlerowcy czekają na pretekst. 
-Sądzisz,  że  oni  czekają  na  pretekst...  -  roześmiała  się.  -  Czy  do  egzekucji  w  Ostrowcu  potrzebny  był 
pretekst?  Czy  do  łapanek  potrzebny  pretekst,  do  zbrodni  na  Zamojszczyźnie  -  pretekst?  Do  Oświęcimia 
pretekst?  Do  wykończenia  Żydów  pretekst?  To  jest  system.  W  tym  systemie  śmierć  została  z  góry 
zaplanowana. 
-W Owczarach było spokojnie - powiedziałem. - Od roku nie zginął nikt z mieszkańców miasteczka. 
-Za  jaką  cenę?  Żywiliście  zbrodniarzy  mąką  z  waszych  młynów,  tuczyliście  gęś-mi  z  waszych  tuczami. 
Paśliście  masłem  z  waszej  mleczarni.  I  sprzedawaliście  niewolników,  żeby  robili  broń.  Co  kwartał 
trzydziestu ludzi, taka była umowa. Prawda? 
-Ja nie sprzedawałem.    
-Korzystałeś z tego. Miałeś znajomości. 
Ktoś inny szedł za ciebie.       
-Przestań - powiedziałem - sądzić zawsze łatwo.                                                                            
-Właśnie, tylko bić się trudniej.        
-Nie, najtrudniej mieć rozum. Polityczny. Tego nam zawsze brakowało. 
-Wydaje ci się, żeś go posiadł. 
-Odrobinę.       
-Czekać?         
-Tak, czekać.    
-  Nie  doczekalibyśmy.  Gdyby  wszyscy    myśleli  tak  jak  ty,  nie  doczekalibyśmy.  Dni  teraz  są  długie. 
Zapominasz,  ile  każdy  dzień  kosztuje  naród.  Chcesz  rachować?  To  rachuj!  Ale  dobrze.  Wszystko  rachuj! 
Wtedy  zobaczysz,  że  uległość  nie  popłaca.  Opłaca  się  tylko  skracać  te  długie  dni.  Nie  dawać  wrogowi 
spokoju.   On cofa się tylko przed siłą.  Tak było na  Zamojszczyźnie. Tak jest  wszędzie.  Zwłaszcza teraz, 
kiedy  front  już  się  przybliżył.    Kiedy  bestia  już  słabnie.  Każdy  cios,  nawet  szturchnięcie  się  liczy. 
Milczałem. 
-A w ogóle - powiedziała - nie mogę zrozumieć, jak mężczyzna młody i zdrowy, bez rodziny... 
-Uważasz mnie za tchórza? 
-No, nie za największego. Ostatecznie jeździłeś do dziadka do gajówki. Tylko... 
-Tylko co? 
-Myślę, jak ty potrafisz znieść... Patrzysz przecież na wszystkie okropności... 
-Nauczyłem się zaciskać zęby. 
-Tak, to wielka sztuka. 
-Większa, niż przedtem myślałem. 
-"Przedtem" - to znaczy kiedy? 
-Kiedy bawiłem się w to, co wy. 
-Ty? - spojrzała na mnie z drwiną. 
-Niech ci się nie wydaje, że wymyśliłaś proch. Bawiliśmy się w to samo. Ja i moi bracia. W Warszawie. 
-Byłeś w organizacji? Skinąłem głową. 
-Jakiej? 
-To nie ma znaczenia. 
-Kiedy? 
- W czterdziestym pierwszym, drugim i trzecim... Tak, moja droga, znam te emocje, kiedy się ma w kieszeni 
maszynę.  Raz  akcja  nawaliła.  Jeden  z  braci  padł  na  miejscu,  drugiego  wzięli  rannego.  Rozwalili  go  na 
Nowym  Świecie  miesiąc  później,  matkę  zadręczyli  na  Pawiaku.  Na  rozwałkę  poszli  również  wszyscy 
mężczyźni z naszej kamienicy... 
-A ty? 
-Ja miałem więcej szczęścia. Byłem w tym czasie na melinie. Ranny. Tak, kochana, ja też mam już "bliznę 
za honor i ojczyznę". Nawet całkiem przyzwoitą. Potem zadekowałem się tu. Na lewych papierach. 
-I odechciało ci się. 

background image

-W  każdym  razie  w  tej  formie.  Kiedy  leżałem  ranny,  zrobiłem  mały  bilans.  Wypadł  fatalnie.  Myśmy 
zgładzili w sumie pięciu gestapowców, oni rozwalili trzydziestu niewinnych. Matki i braci nie liczę. 
Wanda milczała przez chwilę. 
-Nasz bilans jest nieco inny - powiedziała wreszcie. 
-Każdy ma własny rachunek - mruknąłem. 
Nie  mogłem  się  doczekać,  aż  Wanda  uśnie.  Co  więcej,  odkąd  dowiedziała  się,  że  miałem  kiedyś  do 
czynienia  z  bronią,  pilnowała  mnie  bardziej  czujnie.  Takie  odniosłem  przynajmniej  wrażenie.  Przestałem 
więc walczyć z sennością... 
 
Rozdział VI 
Dali  spać  tylko  cztery  godziny.  Ledwie  się  niebo  zaróżowiło  na  północnym  wschodzie,  już  mnie  Syrkuć 
połechtał końcem biczyska pod żebro. 
Odjechaliśmy  najciszej,  jak  tylko  było  można.  Sądziłem,  że  tym  razem  uda  nam  się  zgubić  Pabisia  i  obu 
handlarzy.  Kiedy  odjeżdżaliśmy,  jeszcze  spali.  Ale  już  pół  godziny  potem  usłyszeliśmy  za  sobą  znajomy 
turkot, a wkrótce dopędził nas Pabiś na rowerze. 
-  Chcecie  zdążyć  na  śniadanie  do  Obiboków?  -  zapytał  zziajany.  -  A  to  faktycznie  trzeba  się  śpieszyć.  Bo 
tam już ogień palą... Tylko żeby nie przypalili, choroba, dymu jakoś za dużo - uśmiechnął się posępnie. 
Dopiero  teraz  zauważyłem  za  lasem  złowróżbną  czarną  chmurę.  Rosła  w  oczach.  Patrzyliśmy  na  nią  w 
milczeniu.  Gdy  podjechaliśmy  bliżej,    dały  się    słyszeć    wyraźne  echa  strzałów.  Syrkuć  przyhamował  i 
obrócił się do nas. 
-Jedziem? 
-Czy znasz inną drogę? - zapytała mnie Wanda. 
-Dokąd? 
-Do Iłży - rzekła z pewnym wahaniem. 
-Oczywiście - odparłem. - Do Iłży jest tyle dróg, co do Rzymu. 
-Chodzi o bliską drogę. 
-Ile godzin możesz dołożyć? 
-Jedną. 
-Najkrótszy objazd zajmie trzy godziny. 
-Jedziemy prosto, Syrkuć - powiedziała. - Przed samą wsią zatrzymacie. Zbadamy sytuację. 
Gdy  wyjechaliśmy  z  lasu,  całą  wieś  widać  było  jak  na  dłoni.  Była  to  wielka  wieś,  ciągnąca  się  kilkoma 
ulicami na przestrzeni może kilometra. 
Nieco bliżej nas, w górnej części wsi, wznosił się szary drewniany kościół, kryty blachą i otoczony murem. 
Po  jednej  jego  stronie  widać  było  biało  tynkowaną  plebanię,  po  drugiej  czerwienił  się  budynek  gminy  i 
posterunek policji. 
Reszta  zabudowań  wsi  była  drewniana,  dość  luźno  rozrzucona  przy  trzech  równoległych  drogach.  Temu 
należy przypisać, że pożar nie rozprzestrzeniał się zbyt szybko i paliły się na razie tylko pojedyncze chałupy 
we  wschodniej stronie  wsi. Lecz  we  wsi  musiało być piekło. Ujadanie i skowyt psów, ryk bydła, beczenie 
owiec,  kwik  świń  -  cały  ten  hałas  mieszał  się  z  płaczem  ludzkim.  Niekiedy  ponad  te  odgłosy  wzbijał  się 
ostry, przeszywający krzyk kobiet. 
- Biegną! - krzyknęła Wanda. 
Na  szosie  od  strony  wsi  pojawił  się  tłum  ludzi  i  stado  bydła.  Wkrótce  pierwsi  uciekinierzy  zetknęli  się  z 
nami. Z ich bezładnych relacji dowiedzieliśmy się, że we wsi jest pełna ciężarówka żandarmów. Wyganiają 
ludzi z domów, łapią mężczyzn, a chałupy palą. Schwytanych pędzą pod kościół. 
Wanda naradziła się krótko z Syrkuciem. Postanowili spróbować objechać bokiem, polną drogą za sadami, 
po prawej stronie wsi. Niebawem osiągnęliśmy pierwsze sady. Na lewo, w polu naszego widzenia, siedem 
czupryn ognia poruszało się na wietrze. Raz po raz podmuch wiatru nanosił w naszą stronę żywiczny swąd 
drzewa,  odór  palonych  piór,  a  wraz  z  nim  przerażający  jazgot  domowego  ptactwa,  który  głuszył  inne 
odgłosy. 
Nagle  w  ten  krzyk  drobiu  wdarł  się  obcy,  energiczny  pomruk.  Syrkuć  zatrzymał  gwałtownie  wóz. 
Zamarliśmy  na  moment. To był  warkot silnika. Oddalał się... Ciężarówka odjeżdżała widać  w stronę Iłży. 
Czyżby koniec operacji? 
Wanda  zatrzymała  wóz,  wyjęła  spod  słomy  automat.  Zostawiła  mnie  pod  opieką  Syrkucia  i  ruszyła  w 
kierunku  wsi.  Zaraz  potem  zauważyłem,  że  z  wozu  handlarzy  zeskoczył  Olek  i  pognał  za  nią.  Przylizany 
handlarz i Pabiś też poszli. 
- Może i ja bym się przeszedł? - zapytałem Syrkucia, ale on warknął tylko: 
"Siedź pan!" i począł ostentacyjnie bawić się pistoletem. 
Żeby  uspokoić  Syrkucia,  położyłem  się  na  słomie  i  patrzyłem  w  niebo.  Postanowiłem,  że  teraz  się  urwę. 
Trzeba tylko wykorzystać moment nieuwagi starego. Nie powinien mieć zbyt szybkiego refleksu. Szczęście 

background image

mi  sprzyjało.  Kiedy  kątem  oka  spojrzałem  na  Syrkucia,  spostrzegłem,  że  położył  pistolet  na  kolanach  i 
zabrał się do skręcania papierosa. 
Postanowiłem  zaryzykować.  Przewróciłem  się  ostrożnie  na  brzuch.  Czekałem  na  odpowiednią  chwilę. 
Syrkuć, osłaniając dłonią płomień zapałki, zapalał w  skupieniu skręta. Wtedy skoczyłem. Głową rąbnąłem 
go w piersi. Przewrócił się od razu w tył. Chciałem porwać pistolet, niestety, gdzieś się zawieruszył. 
- Stój! Stój! - usłyszałem za sobą zachrypły głos Syrkucia, ale nie obejrzałem się nawet. 
Wpadłem  do  jakiegoś  zdziczałego  sadu.  Biegłem      pochylony      między      karłowatymi  śliwami,  krzakami 
porzeczek.  Potem  wskoczyłem  do  drugiego  ogrodu.  Ten  był  zupełnie  inny,  wypielęgnowany,  grządki 
starannie wyplewione, ścieżki wygracowane. Na klombie stała figurka Matki Boskiej. Chyba ogród plebanii. 
Od  cmentarza  kościelnego  oddzielał  go  bielony  kamienny  mur,  zarośnięty  gęstwiną  kwitnącego  jaśminu. 
Odurzający  zapach  rozchodził  się  w  powietrzu.  Podpełzłem  pod  mur,  rozgarnąłem  ostrożnie  gałęzie, 
wyjrzałem i serce mi zamarło. 
Pod  drewnianą  ścianą  kościoła  stali  rzędem  ludzie.  Bosi,  w  bieliźnie  tylko,  twarzą  do  muru,  z  rękami 
wyciągniętymi  do  góry.  Może  ze  dwudziestu  ich  było.  Dziesięć  metrów  od  nich  dwu  uśmiechniętych 
żandarmów  czekało  z  pistoletami  maszynowymi  w  rękach.  Po  chwili  trzeci  żandarm  doprowadził 
pospiesznie pod ścianę jeszcze czterech chłopów. Jeden ze stojących osunął się na  ziemię. Niemiec dopadł 
do niego i strzelił mu w twarz. W tej samej chwili zachwiał się i upadł. 
Powietrzem  wciąż  wstrząsał  huk  wystrzałów.  Dwaj  pozostali  Niemcy  przypadli  do  ziemi,  ale  nim  zdążyli 
otworzyć  ogień^  już  gdzieś  z  drugiej  strony  zaterkotał  automat...  Przez  ciała  Niemców  przeszedł  jakby 
dreszcz, potem znieruchomieli. 
Chłopi zbili się  w ciasną gromadę pod  kościołem. Patrzyli  na  powalonych Niemców  w osłupieniu, jakby 
wciąż jeszcze nie mogli pojąć, co się stało. 
Tymczasem przez mur cmentarny przeskoczyła niewielka, gibka postać. Poznałem Olka. Za nim wyskoczyła 
Wanda z automatem w ręce. 
- Ludzie, kryjcie się - krzyknęła do stojących wciąż nieruchomo chłopów. – We wsi są jeszcze Niemcy. 
Chłopi rzucili się do ucieczki... Był ku temu najwyższy czas, bo rozległy się nowe strzały. Z okna plebanii 
strzelał żandarm. 
Rzuciłem  się  na  ziemię  i  począłem  pełznąć  wzdłuż  muru.  Parę  metrów  dalej    natrafiłem    w    murze    na  
otwór,      odprowadzający  wodę  z  dziedzińca  kościelnego  do  rowu  biegnącego  skrajem  ogrodu  plebanii. 
Począłem  przeciskać  się  przez  niego  gwałtownie,  nie  zważając  na  to,  że  ostre  kamienie  drą  mi  ubranie  i 
kaleczą twarz.                                                     
Ledwie jednak znalazłem się na cmentarzu, dostałem ogień z drugiej strony. Ktoś  strzelał z budynku gminy 
znajdującego się naprzeciw głównej bramy kościoła.      
, Przypadłem  do  ziemi  i podpełzłem pod  mur. Nieco dalej  zauważyłem przycupnietą Wandę. Patrzyła na 
mnie zaskoczona. 
-Co tu robisz?   
-Przyszedłem  dotrzymać  ci  towarzystwa. Zdaje się, że jesteśmy w kropce.                        . 
-To wszystko przez tego drania Olka - powiedziała  zduszonym szeptem - to  on zaczął strzelać. 
-Ty też strzelałaś. Zatłukłaś przecież tych dwóch... 
-W tej sytuacji nie było już wyjścia... 
-Więc gdyby chodziło o ciebie, to byś nie przeszkodziła rozwalić tych chłopów? 
-Mam surowy rozkaz nie mieszać się do niczego. Przywieźć leki, ciebie i.... jeszcze coś bardzo ważnego. To 
jest moje zadanie. 
-Nie wierzę... Nie wytrzymałabyś... 
-Zaciska się zęby i wytrzymuje... 
-Gdzie ja to słyszałem? 
Spojrzała na mnie i oboje uśmiechnęliśmy się smutno. 
-Masz rację. Chyba nie wytrzymałabym - westchnęła. 
-Słuchaj no - rozejrzałem się niespokojnie - a gdzie jest Olek? 
-Chyba z drugiej strony kościoła. Kiedy zaczęli prażyć z gminy, widziałam, jak zmykał w tamtą stronę. 
- Z tamtej strony też prażą... 
Urwałem, bo nagle zauważyłem Olka. Pełzł pod murem obładowany trzema rozpylaczami. 
-Ale nas wzięli w dwa ognie, co? I najgorsze, że nie można się do nich dobrać. 
-Siedź cicho - mruknęła z wściekłością Wanda - ciesz się, że masz jakąś osłonę. 
- Daj no jeden z tych rozpylaczy - powiedziałem i zdjąłem mu z ramion automat. 
Zastanawiałem się nad sytuacją. Od strony Niemca prażącego z gminy zasłaniał nas mur, a od strony Niemca 
na  plebanii  -  kościół.  Niestety  byliśmy  w  równej  mierze  osłonięci,  co  zablokowani.  Niemożliwe  było  z  tej 
pozycji  prowadzić  ogień.  Mur  wznosił  się  zbyt  wysoko.  Widoczność  równała  się  zeru.  Lecz  strategia 
biernego  czekania  wcale  mi  nie  odpowiadała.  Aczkolwiek  większość  żandarmów  odjechała,  to  jednak  ten 

background image

pluton egzekucyjny, który pozostał, mógł nam zdrowo zalać sadła za skórę. Wystarczy, jeśli wrzucą za nasz 
murek granat. 
-Na co oni czekają, dlaczego nie podchodzą? - zdenerwował się Olek. 
-Jest ich pewnie mało - mruknąłem - a myślą, że tu jest nas kupa. 
-To jaki sens ma ta strzelanina? - zapytała Wanda. 
-Po prostu ryglują nas ogniem - odparłem. 
-Jak  długo będą  się w  to bawić? 
-Póki nie nadejdą posiłki... Sądzę, że wkrótce doczekamy się całego batalionu SS. Jak nie wykombinujemy 
czegoś szybko, będzie po nas. 
-Ten Niemiec na plebanii siedzi po prostu  w  oknie...  -  mruczał  Olek. 
-Umiesz chodzić po drzewach? - zapytałem go nagle. 
-Czemu nie. 
-Potrafiłbyś się wdrapać na kościół? Olek spojrzał na mnie zaskoczony. 
-A co... myśli pan, że stamtąd... 
-Gdyby ci się udało niepostrzeżenie zająć pozycję gdzieś w górze, to byś mógł łatwo sprzątnąć tego szwaba  
z plebanii. 
-Jak się wdrapie? - powiedziała Wanda. - Kościół zamknięty. 
-Właśnie dlatego pytam, czy potrafi... Jakby kościół nie był zamknięty, to by nie było problemu. 
Olek przez chwilę przyglądał się kościołowi, a potem zaczął zdejmować buty... 
-Oszalałeś...  -  Wanda  złapała  go  za  ramię.  -  Naprawdę  chcesz  tam  wejść?  Gdzie  ty  wysyłasz  chłopaka!  - 
krzyknęła. - To pewna śmierć. Nigdzie nie pójdziesz, Olek! 
-Nie  rób  z  siebie  dobrej  ciotki  -  powiedziałem.  -  To  trzeba  zrobić,  a  on  się  najlepiej      do      tego      nadaje.   
Próbuj,   chłopie... 
-Jakże on się tam dostanie pod tym ogniem. Nie ma sensu. 
-Ma szanse - powiedziałem i zwróciłem  się do  Olka: 
-Pobiegniesz  pod  murem  aż  do  rogu.  Potem  w  paru  susach  dolecisz  do  kościoła.  Jak  to  ci  się  uda,  reszta 
będzie zależała od twoich zdolności gimnastycznych. Widzisz tę żelazną rynnę za węgłem? Ta rynna zasłoni 
cię przed ogniem, tylko musisz się wspinać tuż przy niej i lepić się płasko do ściany. 
Olek skinął głową, przewiesił sobie automat przez plecy i pobiegł. Obserwowaliśmy go w napięciu. Udało 
mu  się  szczęśliwie  dopaść  do  kościoła.  Niemiec,  strzelający  ze  strychu  domu,  spostrzegł,  co  się  święci, 
dopiero wtedy, gdy chłopak był już za węgłem. Puścił w tym kierunku serię, ale za późno. Olek wspinał się 
już po ścianie. 
To były najbardziej denerwujące chwile. Niemiec kropił wciąż zażarcie. Kule bębniły po rynnie. Powietrze 
napełniło się  metalicznym  jękiem. Poczułem, że ręka Wandy zacisnęła się na  mojej ręce. Kiedy  zza rynny      
ukazywał  się  rąbek  niebieskiej  koszuli  chłopaka,  wstrzymywaliśmy  oddech,  a  ręka  Wandy  ściskała  moją 
rękę aż do bólu. To były momenty, kiedy Niemiec mógł trafić...    
Olek posuwał się powoli  i z  widocznym    trudem. Widzieliśmy raz po raz jego  dłoń szukającą uchwytu  w 
szparach ściany...   
Wreszcie  dotarł  do  okna.  Rozległ  się  brzęk  szyby.    Odetchnęliśmy.  Wanda    dopiero    teraz  zauważyła,  że 
ściska  moją  rękę.  Zmieszała  się  i  poprawiła  nerwowo  włosy.  A  ten  odruch  kobiecy  jeszcze  bardziej  ją 
speszył. Udałem, że nic nie widzę...                                               
W chwilę później zza kolumienek sygnaturki na dachu rozległa się seria automatu. Strzały od strony plebanii 
natychmiast umilkły i usłyszeliśmy radosny okrzyk Olka.   
Niemal jednocześnie umilkły strzały w gminie. Nie wiedzieliśmy, co o tym sądzić. 
Wychyliliśmy się ostrożnie z bramy. Nikt nie strzelał. W okienku na dachu gminy nie widać było nikogo. W 
paru susach przeskoczyliśmy drogę. Drzwi budynku były szeroko otwarte. Wpadliśmy do środka. 
W kancelarii siedział przy stole Pabiś i zajadał truskawki. 
- Poczęstujecie się? - podsunął nam menażkę. - Niestety tylko to zostało ze śniadania SS-manów. 
Patrzyliśmy  na  niego  osłupiali.  Istotnie  na  stołach  widać  było  resztki  jedzenia.  Uwagę  naszą  zwróciła 
słuchawka aparatu telefonicznego. Zwisała ze stołu, chwiejąc się na sznurze nad samą podłogą. 
Wzdrygnęliśmy się. Na podłodze pod stołem leżał przylizany handlarz w kałuży krwi. 
- To pan go zrobił? - zapytałem Pabisia. 
Skinął głową i mruknął. 
- Agent Ratschecka. Miałem  go  na oku. Gdy zobaczył, co się  wyrabia, wpadł tutaj i zaczął telefonować do 
Komendantury. Ale mu przeszkodziłem. 
Wanda pochyliła się nad nim. Nie miał żadnych dokumentów. 
-Pan go rewidował? - zapytała. 
-Nie, a po co? - zapytał naiwnie, ale zauważyłem, że Wanda mu nie dowierza. 
-A co z tym Niemcem, co strzelał z góry? - zapytała. 
-Niech pani zobaczy - pokazał ręką na schody. 

background image

Ruszyliśmy na górą. 
Na poręczy schodów wisiało ciało żandarma   z   twarzą   zmasakrowaną. 
-Jak pan go  zrobił? 
-To  nie  było  trudne.  Moje  strzały  zaniepokoiły  go  oczywiście  i  postanowił  wyjrzeć,  co  się  dzieje. 
Wiedziałem, że wyjrzy, więc natychmiast, jak załatwiłem agenta, schowałem się w komórce tu na dole, przy 
schodach. Kiedy zszedł, puściłem mu seryjkę. 
-Pan mi sprawił przyjemną niespodziankę  -  powiedziałem. 
Wanda patrzyła na niego nieufnie. 
-A ten drugi handlarz? 
-Chyba prawdziwy. Myślę, że przylizany zabrał go, żeby zbytnio na siebie nie zwracać uwagi. 
-Gdzie on jest? 
-Podejrzewam, że jest bardzo zajęty. 
-Czym? 
-Obdzieraniem szwabów. 
-A pan do licha kto jest? - zapytała. 
- Przecież mnie znacie – uśmiechnął się - handluję kosmetykami. 
- A poza tym? 
- Poza  tym  to  jestem  szczerym Polakiem,  panienko,  tak,  szczerym Polakiem... Jak mogę, to kropię. 
-Po jakie licho pan się nas trzyma, szczery Polaku? 
-Zawsze to raźniej... Towarzyski człowiek jestem. 
-Pogadamy jeszcze. 
-Ja zawsze chciałem gadać - powiedział - to panienka nie chciała. 
Wanda zabrała automat Niemca i wyszła z gminy. Obejrzałem się za Pabisiem. Mrugnął do mnie okiem. A 
może mi się tylko wydawało? Dołączyłem do Wandy. 
Biegiem sadził szosą Syrkuć. Odetchnął na nasz widok. Otarł czoło rękawem. 
- No, to wszystko w porządku - mruknął. - Co ja przeżyłem! Myślałem, że was wy tłukli. 
-I czekaliście sobie spokojnie na wozie? - zmarszczyła brwi Wanda. 
-Jakie spokojnie! - obruszył się Syrkuć. - Kiedy pan doktor, pieronisko, dał mi kozła w sam dołek i uciekł... 
-Uderzyłeś Syrkucia? - zapytała Wanda wzburzona. 
-Przykro mi, ale taka była cena wolności. 
-Bardzo was zamroczyło, Syrkuć? 
-E,  nie...  Zaraz  przyszedłem  do  siebie...  Słyszę,  strzelanina.  Niedobrze,  myślę,  wziąłem  automat  i  na  wieś! 
Patrzę,  na  drodze  stoi  Niemiec  przy  motocyklach.    Jacyś  ludzie  biegną  od  kościoła  i  kryją  się.  To  ten 
Niemiec  krzyczy  "halt"  i  zaczyna  mierzyć  do  ludzi.  Widzę,  pieronisko,  tendencję  nieprzyjemną  ma,  no  to 
przejechałem  serię  po  nim  i  po  motorach.  Benzyna  wybuchła,  wszystko  się  spaliło.  Myślę,  że  już  koniec, 
Niemiec  leży  zabity,  strzałów  nie  słychać,  a  tu  z  obejścia  naprzeciw  wyskakuje  jeszcze  jeden  i  dalejże 
uciekać... to ja krzyczę "halt", to on za stodołę, to ja za nim, patrzę, pieronisko, rozbiera się. 
-Jak to się rozbiera? 
-Zwyczajnie, mundur rozpina, buty zdejmuje. To ja serię po ziemi, żywcem go chciałem brać. To on przestał 
się rozbierać i dalej w nogi. - Syrkuć odsapnął. - Ty mi się gdzieś schował, pieronisko. - Pokazał na pobliskie 
gospodarstwo. - W tym obejściu się zadekował, ale ja go dostanę. 
-Macie za krótkie nogi, Syrkuć, może ja was wyręczę - powiedziałem. 
-Zajdź go od strony warzywnika i zbadaj stodołę - powiedziała Wanda. - Ja pójdę od podwórza. Wy, Syrkuć, 
uważajcie na drogę. Miał broń? 
-Nie... nie miał chyba... W każdym razie nie strzelał. 
-Warto by wziąć go żywego i pociągnąć za język. To by nam się przydało w tej sytuacji. 
-Dostaniemy go, sierżancie. On tu siedzi w tych budach - powiedział Syrkuć podniecony. - Zziajany już był. 
Zmęczyłem go. Tylko trza uważać. Tendencję miał do przebierania  się... 
Zapuściłem  się  w  warzywny  ogród  i  począłem  zachodzić  do  stodoły  od  tyłu.  Uchyliłem  ostrożnie  bramę. 
Postąpiłem  krok  naprzód  w półmroku. Jakaś spłoszona kura skoczyła na mnie znienacka. Przez chwilę  nic 
nie  widziałem.  Oczy  miałem  zaprószone  plewami.  Kiedy  je  wreszcie  przetarłem,  zauważyłem,  że  na 
klepisku leżą niemieckie spodnie. Wpadłem za sąsiek. Zza snopów wyskoczyła postać w bieliźnie i rzuciła 
się na dwór. 
Syrkuć miał rację. Szwab poczuł, że się nie wywinie, i chciał zmienić skórę. 
- Halt! - krzyknąłem i pobiegłem za nim. 
Biegliśmy przez opustoszałe podwórka, ogrody. Co chwila znikał mi z oczu za węgłami chałup. Bałem się, 
żeby  nie  przepadł  w  jakiejś  dziurze,  ale  on  obrał  widać  inną  taktykę.  Chciał  mnie  zmęczyć.  I  trzeba 
przyznać,  że  miał  solidny  napęd.  Ale  uwziąłem  się.  Niedaleko  widać  już  było  pierwsze  dymiące 
pogorzelisko. Tam poparzy stopy i dogonię go. 

background image

Właśnie przebiegaliśmy przez jakieś obejście zarzucone słomą, kiedy niespodziewanie straciłem go z oczu. 
Jakby się pod ziemię zapadł. Nie mógł się nigdzie schować, bo na pustym, obszernym dziedzińcu rósł tylko 
jeden wątły krzak bzu, a przecież zniknął mi z oczu tuż za tym krzakiem. Zajrzałem za krzak, ale tam go nie 
było. Zakręciłem się zdenerwowany dookoła i nagle poczułem, że spadam gdzieś w dół. Nie wiem, jak długo 
leżałem  zamroczony. Ocuciło  mnie zimne,  wilgotne dotknięcie.  Usiadłem  i zobaczyłem,  że znajduję się  w 
głębokim  dole,  zamaskowanym  u  góry  słomą.  Wokół  mnie  tłoczyły  się  opasłe  świnie  i  trącały 
bezceremonialnie ryjami, pokwikując przyjaźnie. 
Odegnałem  je  z  obrzydzeniem  i starałem się rozeznać w sytuacji.  Dół  wyglądał  na silos, obecnie użytko-
wany widać jako kryjówka dla nierogacizny. Miał głębokości co najmniej trzy metry i gładko wybetonowane 
ściany. W jego przeciwległym kącie ujrżałem siedzącego człowieka w bieliźnie. To był ten osobnik, którego 
goniłem.                                           
- Mam  cię   nareszcie   -  powiedziałem po  niemiecku,   choć  to  sformułowanie   nie  bardzo pasowało do 
sytuacji. Kto tu właściwie kogo miał? Już chyba raczej on mnie,  ponieważ w tej  samej  chwili spostrzegłem      
z  przerażeniem,  że  Niemiec  trzyma  w  ręku  moj  automat.  Przez  chwilę  mierzyliśmy  się  nieufnie  oczyma, 
wreszcie on zapytał czystą polszczyzną:     
-Kto pan właściwie jest? 
-Lekarz - powiedziałem.  
-Lekarz? - zdziwił się. - Dlaczego pan mnie gonił? 
-Pan palił wieś. 
-Ja? - Facet w bieliźnie zaśmiał się nerwowo. 
- Pan rozstrzeliwał chłopów!  -  krzyknąłem. - Niech  mi pan odda broń  i  nie robi  głupstw. Jest pan ostatnim 
Niemcem w tej wsi. Zaraz tu przyjdą nasi. Pański opór nie ma żadnego sensu. 
-Nie jestem Niemcem - powiedział. 
-Niech pan się nie wykręca. Pan dopiero przed chwilą pozbył się munduru. 
- To prawda, byłem w mundurze, ale nie jestem Niemcem - powiedział. - Zaraz to panu wytłumaczę. 
Opowiedział,  że  był  pomocnikiem  gminnym.  Pomagał  partyzantom,  naraził  się  przez  to  wójtowi  i  został 
przez  wójta  wyznaczony  na  roboty  do  Niemiec.  Uciekł  i  ukrywał  się  u  krewnych.  Kilka  dni  potem  patrol 
żandarmów  zaatakował  we  wsi  partyzantów,  ale  potyczka  przybrała  niefortunny  obrót  dla  hitlerowców. 
Wtedy  jeden  z  Niemców  sterroryzował  go  i  zmusił  do  oddania  ubrania.  Przebrany  za  cywila  żan-=  darm 
wymknął  się  ze  wsi.  Pozostawił  po  sobie  mundur.  Czyn  Niemca  podsunął  mu  pomysł.  W  okolicy  ciągle 
odbywały się rewizje, łapanki i pacyfikacje. Zabrał więc mundur Niemca i odtąd sypiał w nim stale. Kiedy 
budził go alarm, wychodził bezpiecznie w mundurze i bez ryzyka osiągał kryjówkę w sitowiu nad rzeką. 
Tej nocy, widząc, że ciężarówka z Niemcami już odjechała, wracał właśnie do domu, kiedy usłyszał okrzyki 
"halt!" Przerażony, rzucił się do ucieczki. Potem zauważył wprawdzie, że ścigający go mężczyzna nie nosi 
munduru, lecz bał się, że ma do czynienia z tajniakiem. 
Słuchałem go z irytacją. 
- To nie był mądry pomysł - powiedziałem. 
Wzruszył ramionami. 
-Czy człowiek może być mądry w takich czasach?                                                                           
-Nie filozofuj pan - burknąłem.  -  Rusz pan lepiej głową, jak się stąd wydostać. 
-Bez  drabiny  nie  da  rady  -  odparł  z  rezygnacją.  -  Szkoda  gadać.  Ja  już  próbowałem,  jak  pan  leżał 
zamroczony.                                 
-W takim razie trzeba wołać na pomoc.    
-Niech pan tego nie robi - przeraził się. - Bóg wie, co się mogło stać na górze przez ten czas. Pańscy ludzie 
mogli już uciec, Niemcy  wrócić, a jeśli nawet nie Niemcy, to  wójt. Zresztą Niemcy tu  mają agentów. Pan 
widział przecież, że nie całą  wieś spalili. Spalili, kogo wójt wytypował  jako komunistę. Pan też czerwony? 
- zapytał nagle. 
-Nie, dopiero różowy - powiedziałem  ze złością. - Jak długo już siedzimy w tym gnoju? 
- Chyba pół godziny. Może więcej. Zegarek  mi stanął. 
Zdecydowałem się, że będę jednak krzyczeć. Już otwierałem usta, gdy wtem do uszu moich dobiegł głuchy 
odgłos kroków i szelest słomy. Ktoś zbliżał się do nas ostrożnie. Wpadnie czy nie wpadnie? pomyślałem. 
Ale człowiek na górze wiedział widać, czego szuka. W otworze między słomą pojawił się najpierw koniec 
kija,  a  potem  rozległo  się  pełne  zadowolenia  mruknięcie.  Człowiek  począł  zdejmować  słomę  z  góry. 
Wreszcie ujrzałem czerwoną okrągłą twarz i ciekawie penetrujące oczka. Do licha! To ten handlarz! 
-To ci dopiero... - mruknął. - Panie doktorze, żyjesz pan? 
-Żyję- 
-Zaraz pana wyciągnę. 
Po chwili spuścił na dół drabinę. Wygramoliłem się najpierw ja, a potem ten pomocnik gminny. Typ ledwie 
się znalazł na wierzchu, ruszył od razu w swoją drogę, jak gdyby nigdy nic. 
- Hej, panie ładny - powiedziałem - a rozpylacz? 

background image

Odwrócił się i potrząsnął głową. 
- To mi się przyda lepiej jak mundur. Znajdzie pan sobie inny. 
-Co to za jeden? - zapytał handlarz. 
-Spalony facet - mruknąłem - buchnął mi automat, łobuz! 
-Zostaw go pan - powiedział handlarz - dam panu inny. Rozpylaczy mamy dziś do cholery... 
Patrzyłem na niego z zaciekawieniem. Istotnie miał przewieszone przez ramię trzy empi. 
- Bierz pan ten - wręczył mi jeden. - Automat jak  złoto. Całkiem nowy. 
Uścisnąłem mu rękę. 
-Dziękuję panu, panie... 
-Paluch. Zygmunt Paluch. Ja pana doktora znam. Zaglądałem czasem do Owczar. 
-Chyba nie systematycznie, bo nie zapamiętałem pana. 
-A  nie... nie... to fakt, nierówno pracuję... zwykły  handelek  mnie  nudzi... pokręcić się  lubię to tu, to tam.... 
okazję złapać. Ot tak jak teraz, to rozumiem. 
-Pan przytył w pasie - zauważyłem. Zaśmiał się i poklepał po brzuchu. 
-Nie narzekam sobie... 
-Jak mnie pan tu znalazł? 
-  Ma  się  to  ucho.  Muszę  panu  powiedzieć,  że  na  zwierzęce  głosy  jestem  specjalnie  wyczulony,  a  już  na 
kwiczenie, to szkoda gadać. Świniaka na sto metrów dosłyszę. Ale chodźmy, bo panienka strasznie się zde- 
nerwowała z powodu pana, że pana tak długo nie było widać. To ja mówię, że nie ma co złościć się na pana 
doktora, bo panu doktorowi mógł się zdarzyć nieszczęśliwy wypadek. Alem głupio powiedział, bo panienka 
zbladła mi jakoś i usta zaczęła sznurować, więc mówię, niech się panienka nie boi, już ja doktora znajdę i 
przyprowadzę.  Dla  samej  wdzięczności,  bo  gdyby  nie  panienka,  to  bym  się  nie  odważył  wyjechać,  choć 
może tamten drań przylizany namawiał. A swoją drogą, patrz pan, w jakiej kompanii jechałem. Z różnymi 
fachowcami jeździłem, raz nawet z ojcem redemptorystą, a raz z jasnowidzem pewnym, który mi przyszłość 
szczęśliwą przepowiedział i dyrektorstwo po wojnie, jak Boga kocham... ale z fałszywym kupcem jeszcze mi 
się nie zdarzyło. Co1 za szczęście, że go sprzątnął ten Pabiś... Ale niech pan się też strzeże Pabisia. Za dobry 
strzelec  z  niego.  Lepszy  strzelec  niż  kupiec.  Politycznie  pachnie.  Niech  pan  mi  wierzy,  ja  mam  węch.  Te 
jego mydła, perfumy w walizce nie zagłuszą mi tego zapachu... Pan doktor wsiądzie, to podjedziemy. Tu jest 
mój wózek. W drodze sobie jeszcze pogadamy. Bo, słowo daję, szczęście, że mam do kogo usta otworzyć. 
Całe  dwa  dni  ćwiczyłem  się  w  małomówności  z  powodu  przylizanego,  który  rzadziej  gębę  otwierał  niż 
cesarz wrota. O tu, ten wózek... Pan doktor wsiądzie. 
Okazało się, że nie mam być bynajmniej jedynym pasażerem. Na wozie siedziały już owce i świnia. Z tyłu 
zas przywiązana była ociężała krowa rasy czerwonej. 
Widząc, że patrzą raczej zdziwiony na ten dobytek, wyjaśnił szybko: 
-To policyjne zwierzęta. 
-Policyjne? 
-Granatowi  hodowali  je przy posterunku. Pomyślałem, szkoda zwierzątek  dla granatowych. Głodne  zresztą 
były. Dranie policjanci uciekli. Żal mi się zrobiło... 
-Widzę, że pan jest przyjacielem zwierząt. 
-To  po  ojcu.  Tatuś  był  rzeźnikiem  w  Ostrowcu.  Ale  pan  doktor  pewnie  głodny  -  zmienił  szybko  temat.  - 
Mam dla pana świeży podpłomyczek. Sam z pieca wyjąłem. Trochę przypalony, ale tylko z jednego boku. I 
serek  mam  pyszności.  Masełka  nie  polecam.  Zarobione.  Z  nerwów  albo  z  gorąca.  W  takim  upale  nie 
wychodzi babom masło. 
-Panie Zygmuncie - przerwałem - do Iłży stąd dziesięć kilometrów. Co pan na to? 
-Nie rozumiem. 
-Urwijmy się do Iłży. 
-Jak Boga, panie doktorze, nie rozumiem. To pan nie chce dalej z panienką... A ja myślałem... 
-Co pan myślał? 
-No... - Paluch ściszył głos konfidencjonalnie - że pan też... AL. 
Spojrzałem na niego zaskoczony. 
-Naprawdę tak pan myślał? 
-Tak. 
-Niech pana diabli! 
-To czemu pan doktor z nimi jechał? 
-Olek panu nie mówił? 
-Nie, a bo co? 
-Nic. Potem panu wytłumaczę... Nieważne zresztą. Ale dlaczego pan się pchał w ten interes? 
-No... bo przylizany chciał... Powiadał, że wy znacie boczne drogi i łatwiej się przy was przebijemy do Iłży. 
-Oni nie jadą do Iłży - powiedziałem. 
-Wiem już. 

background image

-Jak pan wie, to po co pan się ich trzyma? 
Paluch stropił się. 
- Jak to panu  doktorowi  wytłumaczyć?  - chrząknął. -  Pan doktor nie jest uświadomiony  w tej  materii... No 
nic,  powiem  tak:  gdzie  drwa  rąbią  tam  drzazgi  lecą.  Biednemu  człowiekowi  przydają  się  drzazgi... 
Chodziłem  już  za  różnymi  partyzantami  i  nie  powiem...  drzazg  można  nazbierać.  Osobliwie,  jak  pociąg  z 
szyn wyleci. Tylko trzeba wiedzieć, za kim iść, rozeznanie mieć polityczne, pan doktor uważa. Za NSZ nie 
warto. Nie ma ruchu w interesie. Niepracowici. Dużo krzyku, a urobku nie ma. Dawni Jędrusie, nie powiem, 
byli lepsi. Jak za Robotem i Ponurym łaziłem, też wyszedłem na swoje.  Inni. też  dali się pożywić.  Ale naj- 
większy  obrót  miałem  przy  tych  -  mrugnął  okiem.  -  Pracowite  chłopaki.  Jakem  więc  wymiarkował,  że 
panienka z AL, myślę, przyczepić sic warto. Pod oddział jakiś zaprowadzi... Na akcje pójdziemy. Zawsze w 
ręce coś wpadnie. 
-Pan uprawia szczególne rzemiosło - powiedziałem. - Jeszcze pan kiedyś oberwie. 
-Ma się to szczęście. Albo tu nam źle poszło? 
-Raz się tylko udało. Drugi raz nie będzie szczęścia. 
-Myśli  pan?  -  pokręcił  głową.  -  Ee,  chyba  pan  doktor  nie  ma  racji.  Szczęście  idzie  serią.  Zawsze  w  życiu 
serią wali. Jeśli pan doktor gra w karty, to pan wie. 
-Dobra,  Bóg  z  nimi  -  powiedziałem  -  ale  ja  sobie  postanowiłem,  że  prysnę...  Dostanie  pan  dwa  górale  do 
kieszonki i pan mnie odstawi do Iłży. Ja tu znam wszystkie ścieżki. Zgubimy im się łatwo. 
Namyślał się. 
- Panie Zygmuncie, dobrze panu radzę - mówiłem. - Pan i tak już gruby. Na ten raz wystarczy. Pan nie idzie 
za wilkiem, pan idzie za kózką. Odłączoną od stada. Co pan może uszczknąć przy niej? Czy pan nie wie, jak 
sprawy stoją? Panienka straciła wczoraj łączność. Miała się z kimś spotkać koło gajówki, ale tam przedtem 
byli Niemcy. Kontakt się spalił. 
-Tak pan myśli? 
-Tak myślę. 
-Kiedy pan chce odłączyć? Zaraz? Zawahałem się. 
-Nie,  jeszcze  nie  teraz.  Pośpiechu  nie  ma.  -  Podrzuciłem  pistolet  do  góry.  -  Teraz  to  nie  problem.  Odjadę, 
kiedy  będę  chciał.  Ale  najpierw  odpoczniemy  gdzieś  trochę.  Tej  nocy  spać  mi  przecież  nie  dali  i  ogólnie 
mówiąc  męczący  mieliśmy  ranek.  Odpoczniemy  więc  gdzieś  na  trawce,  potem  zabierzemy  walizki.  Mam 
walizki u Syrkucia na wozie. Chciałbym, żeby obyło się bez dramatów. Poczekamy więc na jakąś okazję. 
-Jak pan chce -r powiedział Paluch, ale bez specjalnego entuzjazmu. 
Pojechaliśmy do Wandy. Po drodze przyłączył się do nas Pabiś. 
Byłem zły na Palucha, bo od razu powiedział Pabisiowi o mojej decyzji. 
- Pojedzie pan z nami? - zakończył. 
Pabiś spojrzał na mnie z uśmiechem. 
-Doktor sobie z pana żartuje, panie Paluch - powiedział. 
-Jak to żartuję? - oburzyłem się. 
-Pan doktor nie ucieknie - powiedział spokojnie. 
-Dlaczego? 
Ale Pabiś nic nie powiedział. Wciąż tylko uśmiechał się obrzydliwie. 
 
Rozdział VII 
Kiedy przybyliśmy do wozu Syrkucia, okazało się, że nie ma jeszcze, Wandy. Podobno poszła mnie szukać i 
jeszcze  nie  wróciła.  Bardzo  to  wszystko  denerwowało  Syrkucia,  bo  spodziewał  się  lada  moment  powrotu 
Niemców do wsi. 
Znalazłem Wandę niedaleko pogorzeliska. Była blada i zdenerwowana. 
-Myślałam, że już nie wrócisz. 
-Cóż za tragiczne myśli. 
-Wiem, że chcesz uciec. 
-Ja? 
-Przecież sam mówiłeś. 
-To prawda - przyznałem zmieszany - ale zrezygnowałem. 
Przez chwilę patrzyła na mnie bardzo poważnymi oczyma. 
-Czy mogę ci wierzyć? 
-Oc2y wiście... - powiedziałem. - Rozumiem, że jestem tam potrzebny jako lekarz. 
-Nie wierzę ci... 
-Dlaczego? Przecież sam do ciebie wróciłem. 
-Dlaczego wróciłeś? 
-Powiedziałem,  dlaczego. 
-Nie powiedziałeś prawdy. 

background image

-No więc dobrze, wróciłem, bo nie chciałem ci robić przykrości. Paluch mówił, że płakałaś... 
-Ja? To łgarz! - zaczerwieniła się. - Byłam po prostu zdenerwowana. 
-Zdenerwowanie konwojenta? 
-Możesz tak to nazwać. 
-Zresztą przywiązałem się już do ciebie - dodałem po chwili. -•. Zawsze marzyłem o tym, żeby poznać jakąś 
wspaniałą dziewczynę. 
-To nie czas na żarty ani miejsce. Świeże pogorzeliska! 
-Sądzisz, że nie można się do ciebie przywiązać? 
-Dosyć tego! - rzekła ostro. - Oddaj rozpylacz. 
-Czemu? 
-Bez pytań. 
- Proszę bardzo - oddałem bez oporu. 
Miałem ukryty przy sobie krótki pistolet. 
A na swoim wozie Paluch zagrzebał jeszcze w słomie dwa automaty. 
Moje posłuszeństwo zaskoczyło ją. 
-Jesteś  dziwny - powiedziała. 
-Czemu? 
-Myślałam, że nie oddasz. 
-Och, to mi już niepotrzebne... - odparłem. 
-Pogodziłeś się z losem? 
-A ty wciąż jeszcze mi nie ufasz? 
-Twoja przemiana wygląda podejrzanie. 
-Nie wierzysz, że ludzie mogą się zmieniać? To po co mnie przekonywałaś? 
Nic nie odpowiedziała. 
 
Ledwie wyjechaliśmy z Obiboków, złapała nas burza. Oczywiście nie było mowy o tym, żeby ją przeczekać. 
Zdawaliśmy  sobie  wszyscy  sprawę,  że  zbyt  długo  siedzieliśmy    w  Obibokach    i    że    w  każdej    chwili 
możemy mieć  Niemców  na karku.  Syrkuć popędził więc tylko konie i pognaliśmy na oślep przez pioruny i 
ulewę.     
Po  godzinie  takiej  jazdy,  przemoknięci  do  suchej  nitki,  skręciliśmy  w  odludne  bagniste  wertepy.      Bałem   
się,      żebyśmy      nie      zgubili  Palucha.  Krowa,  którą  miał  przy  wozie,  nie  pozwalała  mu  na  rozwinięcie 
odpowiedniej szybkości, ale dognał nas na tych wertepach. Dużo  czasu  zmarnowaliśmy   tutaj,  klucząc po 
bezdrożach.   
Było dla mnie jasne, że Syrkuć szuka jakiegoś  umówionego  miejsca.  Wreszcie   zatrzymaliśmy się wśród 
zarośli na beznadziejnym wygwizdowie. 
Niedaleko  płynęła  rzeczka.   Przegradzała ją drewniana, na pól zbutwiała tama. Niegdyś służyła zapewne 
do spiętrzania wody  i  dostarczania jej  obok położonym stawom rybnym, po  których  dziś zostały już tylko 
zarośnięte tatarakiem bajora. 
Rozłożyliśmy przemoczone manatki, pozdejmowaliśmy z siebie odzież i trzęsąc się z zimna czekaliśmy na 
słońce. Była dopiero godzina dziesiąta rano i liczyliśmy jeszcze na pogodę. 
Wanda  od  razu  zniknęła  mi  z  oczu.  Wróciła  po  kilkunastu  minutach  niemożliwie  zabłocona.  We  włosach 
miała  pełno  suchego  igliwia.  Z  kolei  wybrał  się  na  zwiad  Syrkuć,  ale  też  widać  nie  znalazł  tego,  czego 
szukał,  bo  kiedy  go  znów  zobaczyłem,  minę  miał  bardziej  zatroskaną  niż  zwykle,  by  nie  powiedzieć 
zrozpaczoną. 
Rozłożyłem się na piasku nadbrzeżnym i śledziłem ich oboje ciekawym wzrokiem. Dyskutowali na uboczu 
dość  gorąco.  Syrkuć  na  coś  widocznie  nalegał,  ale  dziewczyna  stale  kręciła  przecząco  głową.  Wreszcie 
wzięła ręcznik i zniknęła w zaroślach przybrzeżnych, a Syrkuć poszedł paść konie. 
Myślałem, że powinienem teraz odjechać. To jest na pewno ten moment, ale nie chciało mi się jakoś ruszyć z 
miejsca.  Dobrze  mi  było.  Tak  jakoś  sennie  i  ciepło.  Duszne  opary  wisiały  w  powietrzu.  Słońce  poczęło 
wprawdzie  przeglądać  przez  chmury,  ale  bezsilne  i  mgliste.  Wyobraziłem  sobie,  że  nie  ma  wojny  i 
przyjechałem z dziewczyną nad rzeką. I pomyślałem, że chętnie bym tu przyjeżdżał z taką dziewczyną jak 
Wanda. 
Potem pomyślałem o Misce. Miśka nie wyglądałaby tak dobrze nad rzeką. Biedna Miśka. Mieliśmy wczoraj 
iść na te tańce. Wyobrażam sobie, co przeżyła. Nie wiem, czy major zdążył jej wytłumaczyć... Ale dziś już 
pewnie wytłumaczył jej wszystko. Miśka będzie chodziła po mieście tajemnicza i blada. 
Och, z pewnością będzie jej z tym do twarzy. Wszyscy będą mówić o niej i wszyscy będą dla niej dobrzy. 
Taka historia jak ze  mną  nie zdarzyła się  już  od  dawna w  miasteczku. Muszę  jej  jak  najszybciej  dać  jakiś 
znak życia o sobie. 
Wstałem i podszedłem do Palucha. Doił właśnie krowę, podstawiwszy pod wymię czajnik. Doił z dość dużą 
wprawą jak na mężczyznę i kupca. 

background image

-Niech pan się pośpieszy - powiedziałem - to jest dobry moment do odjazdu. 
-Tak jest, doktorze - powiedział - tylko spełnię powinność  względem tego bydlątka. Napije się pan  mleka? 
Mówię panu, sama śmietana. Delikatesowa krowa. W życiu czegoś takiego nie piłem. 
-Poczekam, aż wystygnie - powiedziałem - nie lubię ciepławego mleka. Albo zimne, albo gorące. 
-Tak jest, zostawię dla pana doktora. Pan doktor przyniesie walizki. Już jadę. 
Zdjąłem  z  wozu  Syrkucia  walizkę  z  odzieżą.  Zastanawiałem  się,  czy  wziąć  także  walizki  z  lekami,  ale 
machnąłem  na nie ręką. Niech służą partyzantom. Bóg z  nimi. Zresztą leki  nie będą  mi  już potrzebne. Do 
Owczar przecież nie wrócę. 
- Jeszczeście nie wysuszyli rzeczy, doktorze? - usłyszałem głos Syrkucia. 
Szedł do mnie z nagim torsem. W; ręku trzymał zwinięty ręcznik i mydło. 
-Nie wysuszyłem jeszcze - odparłem. 
-Czy wyście nie chorzy? - spojrzał na mnie z troską. 
-Nie, dlaczego? 
-Patrzycie jakoś mętnie... Rozmaglowało was to wszystko? 
-Tak, rozmaglowało. 
-Siądźcie sobie na walizce - powiedział. 
-Niby po co? Syrkuć chrząknął. 
-Sierżant Wanda kazała was ogolić. 
-Idźcie do diabła - ofuknąłem go - jakbym chciał, to bym się sam ogolił. 
-Myślałem, że nie macie brzytwy. Pożyczyłem od tego Pabisia. 
-Mam brzytwę. 
-Znaczy, nie macie chęci. 
-Tak, nie mam chęci. 
-Powinniście więcej zwracać uwagi na porządek - powiedział. – Ostatecznie sierżant  to kobieta,  a wy nic o 
siebie nie dbacie. 
- Syrkuć, nie wychowujcie mnie, dobrze? 
Syrkuć  odszedł  mamrocząc  do  siebie  z  niezadowoleniem...  Nagle  zatrzymał  się.  Za  rzeką,  poniżej  tamy, 
widać było jakichś ludzi z wozami. Syrkuć ruszył w ich kierunku. Zobaczyłem, że i Paluch przerwał dojenie 
i podszedł do mnie. 
Ludzie z wozami przejechali wpław rzeką. Wieźli drzewo.       
-Widzi pan? - mruknął Paluch.    
-Widzę.  
- Nie podoba mi się to.    
Syrkuć   zatrzymał   już   wozaków.   Podeszliśmy i my.    
-Cóż to, drzewo wieziecie do lasu? -  zapytał Syrkuć wąsatego chłopa.        
-Pan nie wie, u Hitlera teraz wszystko   już idzie na odwyrtkę - odpowiedział wąsaty. 
-Stało się coś?  
-Niemcy kocioł robią. Cofnęli nas. Siedzą na wszystkich drogach. 
-Siedzą czy idą?         
- Siedzą.  
-i A przecinkami nie przejedzie? - zapytał Paluch.    
- Wszędzie siedzą. Przecież mówię. Kocioł robią.                                                                                 j 
Paluch stropił się,  szyję potarł i pas na brzuchu poprawił.        
-Słyszał pan - powiedział do mnie. 
-Mówiłem panu przecież, panie Zygmuncie, szczęście przychodzi tylko jeden raz. 
-Cholera, nigdy nie myślałem, że skończą w kotle. Chyba nie na nas ten kociołek, jak pan myśli? 
-Kocioł jest na wszystkich - powiedział wąsaty. - Kto w kotle, tego prażą. 
-Chyba wrócę do dojenia - powiedział Paluch. 
-Niech pan wróci - powiedziałem. 
-Zje pan coś z tej biedy? 
-Dobrze - zgodziłem się. 
Jadłem  podpłomyki  z  serem,  popijając  mlekiem  i  myślałem,  dlaczego  pozwoliłem  wrócić  Paluchowi  do 
dojenia. Groźba "kotła" i obławy wcale mnie nie przerażała. Znałem jedno takie miejsce, gdzie nikt obcy nie 
odważył się jechać. Bezdroże. Ostatnia dróżka gubiła się w mokradłach. Ale w lecie można było przejechać. 
Jeździłem tam po siano z ludźmi stryja. Można było  przejechać, jeśli pamiętało się szlak. To rzeczywiście 
bardzo dziwne, że pozwoliłem Paluchowi wrócić do dojenia. 
Uśmiechnąłem się w duchu i poszedłem się ogolić. A potem poszedłem nad rzekę umyć się. 
Syrkuć  siedział  z  Olkiem  przy  ścieżce  nad  kupką  wilgotnego  chrustu.  Próbowali  rozpalić  ogień.  Niebieska 
smuga dymu wlokła się po ziemi. 
-Gdzie? - zatrzymał mnie. - Idźcie stąd! 

background image

-Cóż to? Nie mogę się umyć? 
- Nie teraz, sierżant pływa. 
Przez      szuwary,  w      lekkich      pajęczynach  mgły  widać  było  gładką  taflę  wody.  Brązowe  ramiona  Wandy 
pruły ją wytrwale. Drżące kręgi rozchodziły się niemal aż do moich stóp.      
Wyciągnąłem szyję.      
- Siądźcie i nie zaglądajcie. Żurawi tu nie potrzeba. - Syrkuć pociągnął mnie energicznie na dół.      
Usiadłem. 
-Dobrze pływa wasz sierżant - powiedziałem. 
-O, jak ona pływa! Widziałem, jak pływała w Wiśle - rzekł Syrkuć.                                           
-W Wiśle?        
-Jakżeśmy się przeprawiali przez Wisłę, to wpadł nam jeden pakunek do wody.  I sierżant wyłowiła wtedy... 
Pływa, nurkuje, doktorze. Nad wodą wychowana. Nad ! jeziorami koło Wilna.                                                           
-Z ognia tylko dym - przerwał nam Olek. - Nie ma tu co siedzieć. Na co właściwie się czeka?                                                                    
-Gdzie ci się tak śpieszy? - zapytałem.  
-Do wojska mu się tak śpieszy. - Syrkuć   roześmiał   się. - Masz   jeszcze   czas, młody kucyk jesteś. 
-Pan się nie śpieszył? - zapytał Olek. 
-Nie. 
-Ale pan jest w tym interesie? - wtrąciłem. 
-Jestem. 
-Czemu? 
-Jak trzeba, to się wszystko robi... Nawet porywa doktora. 
-Pan nietutejszy? 
-Z Biłgorajskiego, po drugiej stronie Wisły. 
-I co pan tu robi? 
-Broń  przywiozłem.  W  Lubelskiem  broni  więcej.  Do  frontu  bliżej.  Mają  zrzuty.  Więc  przerzucamy  przez 
Wisłę. 
-Opowiedzcie mi... - prosił Olek. 
-Już ci mówiłem.  Nie  nudź. 
- No to o armii. 
Syrkuć westchnął. 
- Ano idzie ta armia... znad Oki idą... w białoruskim froncie... - zaczął. 
Uśmiechnąłem się pod nosem. Umyłem twarz w rozlewisku przy brzegu i wróciłem do mojej walizki, żeby 
się przebrać. 
Otworzyłem wieko. Na samym wierzchu leżała fotografia Miśki. Przez chwilę przyglądałem się jej uważnie 
i myślałem, że fotograf Bryl z firmy "Rubens" nie jest z pewnością Rubensem. 
Nagle poczułem zimną kroplę wody na szyi. Odwróciłem się gwałtownie. Nade mną stała Wanda, zawinięta 
jak mumia w płótno, i rozczesywała mokre włosy. Pachniała wiatrem i wodą. Ciasno przylegające do ciała 
płótno podkreślało smukłość sylwetki. 
-Wiesz, że sytuacja jest głupia? - zapytała jak gdyby nigdy nic. Czyżby już oswoiła się ze mną? 
-Wiem, że sytuacja jest głupia - odparłem. 
-Niemcy blokują drogi. Nie można ani w tył, ani naprzód. 
-To ładnie - powiedziałem. 
-Nie jesteś zbyt zmartwiony. 
-Zdążyłaś mnie już do tego przyzwyczaić. Zresztą ty jesteś sierżant. Niech się sierżant martwi. 
-Sierżant się martwi - powiedziała siadając koło mnie. - Kto to? - spostrzegła fotografię. 
-Moja narzeczona. 
-Masz narzeczoną? 
-Miałem. 
-Już nie masz? Wzruszyłem ramionami. 
-Zostałem przecież porwany. 
-Więc zrobiłam ci świństwo. 
-Maleńkie. 
-Musisz mnie nienawidzić. 
Nic  nie  powiedziałem.  Patrzyłem  na  jej  włosy  jaśniejsze  od  ramion.  I  znów  pomyślałem,  że  chciałbym  tu 
stale być z nią nad tą rzeką. 
-Bardzo mi przykro - powiedziała i uniosła się na kolanach. 
-Daruj sobie - odparłem. 
Owinęła się szczelniej płótnem i odeszła. Było coraz duszniej. 

background image

Poszedłem do Palucha. Rozmawiał z jakimś obcym woźnicą. Zdążył już widać sprzedać mu krowę, bo ten 
obcy woźnica trzymał ją na postronku. Obok stała furmanka załadowana pękatymi workami. Na mój widok 
Paluch zbliżył się do mnie żwawo. 
-Ten gospodarz jedzie do Iłży, do młyna - powiedział ściszonym głosem. - Mówił, że da się przejechać. Zna 
drogę przez moczary. 
-Ja też znam tę drogę - odparłem. 
-I co, pan nie pojechał? - rozległ się zaspany głos Pabisia. 
-Wykrakałeś pan - mruknął rozeźlony Paluch. - Pan jesteś nie tylko strzelec, pan jesteś także prorok. Pan w 
niewłaściwym fachu pracujesz. 
-Jestem tego samego zdania. - Pabiś ziewnął szeroko, a potem zmienił temat: 
-Patrzcie, panienka coś się ostro bierze za Syrkucia. 
Istotnie Wanda musiała coś powiedzieć staremu, bo wstał, zadusił nogą palenisko, fuknął na Olka i ruszył w 
naszą stronę. 
-To jak, panie starszy - zwrócił się do niego Pabiś - robimy odjazd czy mogą jeszcze pospać? 
-Idźcie   do   diabła.   Nie   jesteście  nasz  I człowiek. Co mnie stale pytacie?                                          
-Jedziemy przecież w kompanii. Niegrzeczny z was kumpel, Syrkuć. 
-Mam gdzieś waszą kompanię. 
-Jak Boga kocham, niegrzeczny z was kumpel. 
-Właśnie sierżant kazała, żebyście je-  i chali w diabły. Już przedtem miałem wam 
to powiedzieć. 
- Cóż to panienka taka nerwowa? - Paluch chrząknął. 
- Sierżant ma czasem takie tendencje - rzekł Syrkuć. - Doktorze, mam do was parę słów...       
-Słucham was.    
Syrkuć odciągnął mnie na bok.                                     
-Coście zrobili sierżantowi?     
-Ja? Nic.        
-Musieliście coś zrobić sierżantowi. Gadaliście z nią. 
-A co się stało?         
-Mieliśmy  czekać do wieczora.  Teraz   znów nic, tylko żeby jechać.   
-Nic nie  zrobiłem   sierżantowi,  słowo  daję.                                                                                       
Syrkuć zakaszlał i złapał się za piersi.        j 
-  Resztę  zdrowia  tu  stracą  –  powiedział  i  zaczął  szukać  po  kieszeniach  tytoniu.  Wyciągnął  wreszcie 
woreczek i zaczął skręcać papierosa grubego jak palec. 
-Za dużo kurzycie - powiedziałem. 
-Jak tu nie kurzyć, kiedy człowiek nerwami żyje... a wy w dodatku robicie coś sierżantowi. 
-Znów zaczynacie, przecież powiedziałem... 
Syrkuć machnął ręką. 
-Mniejsza z tym. Inny jest kłopot... - chrząknął z zakłopotaniem. - Pan tu wciąż jeszcze na swoim terenie... 
-Tak jakby... 
Syrkuć ściszył głos i nachylił się do mnie. 
-Gdzie tu jest Cukiernia? 
-Jaka cukiernia? - Wytrzeszczyłem oczy. 
Zdawało mi się, że z Syrkuciem naprawdę jest niedobrze. 
-Cukiernia - powtórzył. 
-Może Lukiernia? 
-Może być, że Lukiernia. Tak, macie rację, Lukiernia chyba. 
-  Dwanaście  kilometrów  stąd,  na  północ.  Przez  Ślimaczą  Porębę  i  gajówkę  Uskoczę    nawet  bliżej,  tylko 
droga gorsza. 
-Ale jest droga? 
-Jest. 
-No to Niemcy, pieroniska, na niej siedzą. 
-A pewnie. 
-A nie można tam przejechać inaczej niż drogą? 
-Nie - odpowiedziałem. - Na Iłżą i Ostrowiec jest takie przejście, ale Lukiernia w przeciwnej stronie. 
Syrkuć  odszedł,  ale  widać  nie  zdołał  odwieść  Wandy  od  tego  zamiaru,  bo  zaraz  potem  zaczął  zaprzęgać 
konie. 
-Szybka jesteś - powiedziałem zbliżając się do niej. 
-Jesteśmy i tak spóźnieni. Tam chorzy czekają. 
-Przypomniało ci się. 
-Zawsze o tym pamiętałam. Nie myśl, że siedzimy tu dla rozrywki. 

background image

-Wiem - westchnąłem - czekaliśmy na Archanioła Gabriela, ale Archanioł nie przyleciał i cudu nie było. 
 
Rozdział VIII 
Niemców  zauważyliśmy  z  daleka.  Nie  maskowali  się  wcale.  Kiedy  dojeżdżaliśmy  do  Ślimaczej  Poręby  i 
wychyliliśmy  się  ostrożnie  zza  drzew,  od  razu  zwróciły  naszą  uwagę  zielonkawe,  maleńkie  jak  mrówki 
sylwetki poruszające się po drugiej stronie Poręby, koło niewielkiego wzniesienia. 
Zatrzymaliśmy wozy. Olek zaofiarował się, że pójdzie zbadać sytuację. 
-Nie  trzeba  -  powiedziałem  -  znam  to  miejsce.  Z  tej  poręby  zwykle  szła  nagonka  aż  do  gajówki  Uskoczę, 
cztery kilometry stąd. Będziemy musieli koło niej przejeżdżać. 
-Czy nie ma tu innej drogi? 
-Jest. Odchodzi od tej samotnej sosny w prawo, a potem biegnie wzniesieniem równolegle do głównej. 
-W jakiej odległości od niej? 
-Jakieś  pięćdziesiąt  metrów.  Nazywają  ją  "górną".  Jeździ  się  nią  w  jesieni,  kiedy  dolną      drogą    trudno  
przejechać  z  powodu błota. 
-Nie widać jej. 
-Na wzgórzu są zagajniki i zasłaniają. 
- To nas nie urządza – powiedziała Wanda. - Niemcy na pewno są także na wzgórzu. 
- Oczywiście - powiedziałem - to nas nie urządza. 
Zapadło milczenie. 
-Ja miałbym myśl - powiedział Paluch. - Mamy przecież dwa wozy. Jakby naprzód jeden puścić dolną drogą, 
to by odwróciło uwagę Niemców. Wtedy może drugi i wóz przemknąłby się górą.                                           
-Może... - powiedziałem - ale to znikoma szansa.                                                  
-Niemcy nie siedzą na drodze. Siedzą między drogami - powiedziała Wanda. - Jeśli zobaczą wóz na dolnej   
drodze,  rzucą się wszyscy do niego...   wtedy drugi  wóz...   
-Tak właśnie myślę - mruknął Paluch.     
-To znaczy, że jeden wóz się poświęca - powiedziałem. 
-Nie da rady inaczej.    
-I kogo z nas w tym wozie? - pytałem.   
-Nikogo.         
-Jak to?         
-Wóz pojedzie sam, i to całym pędem.     
-Da się to zrobić? - zapytała Wanda. 
-Zobaczy panienka. 
-Tylko który wóz? 
-Przesiądziecie się wszyscy na mój. Moje konie i lepsze i wóz większy. 
Syrkuć miał co do tego pewne zastrzeżenia, ale Wanda się zgodziła. Istotnie konie Palucha były silniejsze i 
mniej zmęczone. Przenieśliśmy się na wóz Palucha z całym bagażem. Paluch poszedł w zarośla. Wrócił po 
chwili z kolczastymi gałązkami tarniny. Powtykał je koniom pod uprząż i chomąta. 
Syrkuć patrzył ponuro na tę operację. 
- Żal koników... - Paluch  westchnął i poklepał szkapy  po zadach.  - Ale żebyśmy tylko tyle stracili... No, to 
zaczynamy... 
Zamachnął się z całej siły i podciął konie batem... Konie ruszyły gwałtownie. Kolce pod napiętą uprzężą i 
chomątami doprowadziły je do szału. W dzikim pędzie coraz szybciej gnały w dół. 
Paluch  wskoczył  pośpiesznie  na  wóz.  Ruszyliśmy  szybkim  kłusem.  Droga  biegła  jakiś  czas  wertepami 
leśnymi, potem skręciła na wzniesienie pokryte zagajnikiem. 
Gdy byliśmy mniej więcej w połowie wzniesienia, do uszu naszych dobiegł przeraźliwy zgiełk. Słychać było 
wrzaski Niemców, głuche uderzenia i kwik koni. Paluch począł teraz gwałtownie przynaglać swoje szkapy. 
Rozglądaliśmy się niespokojnie po bokach drogi. Niemców wciąż nie było widać. Konie, sapiąc z wysiłku, 
kłusowały  pod  górę.  Już  byliśmy  na  szczycie.  Zapach  wędzonki  podrażnił  nam  nozdrza.  Koło  drogi  stał 
dymiący kocioł. Wokół ani jednego Niemca, musieli zbiec na dół. Przemknęliśmy przez zagajnik jak wicher. 
Dopiero gdy dojeżdżaliśmy do wysokiego lasu, daleko za sobą na drodze ujrzeliśmy biegnące sylwetki. 
- Nic nam nie zrobią. Nie mają czym gonić - mruknąłem. 
Odetchnęliśmy. Ale Paluch nie zwolnił pędu. Skacząc po dołach, dopadliśmy lasu. Nie więcej jak kwadrans 
potem ujrzeliśmy przed sobą zabudowania gajówki Uskoczę. Kazałem Paluchowi zwolnić. W gajówce mogli 
być Niemcy. 
Olek zeskoczył z wozu i powiedział, że sprawdzi. 
- Pójdę z tobą - powiedziałem. 
Znałem  tutejszego  gajowego.  Spodziewałem  się,  że  jeśli  go  zastanę,  powie  mi,  jak  wygląda  sytuacja  na 
drodze. 

background image

Podchodziliśmy  ostrożnie,  nasłuchując.  W  gajówce  panował  spokój.  Kury  leniwie  chodziły  po  podwórku. 
Kot  drzemał  na  płocie.  Na  odgłos  naszych  kroków  zeskoczył  i  począł  łasić  się  nam  u  nóg,  miaucząc 
przeraźliwie. Olek schylił się i wziął go na ręce. 
Wszedłem  do  domu.  Drzwi  były  tylko  przymknięte.  Zaskrzypiały  nieprzyjemnie,  gdy  je  popchnąłem.  
Zajrzałem do kuchni. 
Pod blachą palił się jeszcze ogień, ale nikogo nie było. Na stole stał pleciony gąsiorek i dwie puste szklanki, 
oblepione przez muchy. Przeniosłem wzrok na łóżko... Było wygniecione, leżały na nim dwa hełmy. 
Skoczyłem do okna. Olek bawił się wciąż z kotem. 
- Olek, tu są Niemcy! - syknąłem. 
Olek puścił kota. Rozglądał się nerwowo po zabudowaniach. 
Ja też rozglądałem się... Nikogo nie było widać. Dopiero po chwili zobaczyłem ich za drzewami w sadzie. 
Byli  pijani.  Jeden  z  nich  trzymał  się  oburącz  pnia  czereśni.  Drugi,  mały  Niemiec,  celował  z  automatu  w 
plecy Olka. 
- Padnij! - krzyknąłem. 
Olek uskoczył w bok. Jednocześnie rozległy się strzały. Długa, nierówna seria. Wybiegłem z domu. Niemcy 
na chwiejnych nogach wyłazili z ogrodu. Na mój widok ten mały z brzuszkiem znów podniósł automat. Ale 
ja byłem szybszy. Skosiłem ich obu. 
Podbiegłem do Olka. Kulił się pod płotem. Koszula na piersiach szybko nasiąkała krwią. Bałem się, żeby nie 
serce... 
Na podwórze wpadli Pabiś i Wanda. Przenieśliśmy chłopaka do gajówki. Zatamowałem krwotok z rany. Był 
wciąż jeszcze przytomny, ale życie uchodziło z niego. 
- Doktorze... czy ja...? - patrzył na mnie przerażony. 
- Nie. 
-Pan doktor mnie wyleczy... ja nie chcę... ja nie mogę przecież. 
-Wyleczę - odparłem - ale nie mów tyle. Nie wolno ci mówić... 
-Będę musiał długo leżeć... czuję, że bardzo długo. 
-Wszyscy ranni muszą leżeć. 
-Chyba nie zdążę... 
-Dokąd? 
Ale  on już  nie  odpowiedział. Puls stawał się coraz bardziej  nitkowaty  i słaby. Otworzył  jeszcze raz oczy  i 
patrzył nieruchomo w Wandę. 
- Pojedziemy tam... pani mnie zabierze... To już niedaleko... 
Wanda ukryła twarz w dłoniach. 
 
Pochowaliśmy  Olka  dopiero  w  Lukierni.  W  gajówce  baliśmy  się  zostać  nawet  chwilę  dłużej,  zabraliśmy 
więc ciało chłopaka z sobą. Wanda nie  mówiła nic przez całą drogę. Wypadek przygnębił  nas wszystkich. 
Dojechaliśmy do Lukierni bez przeszkód. Niegdyś był tu folwark leśny i dworek myśliwski hrabiego W., ale 
został spalony jeszcze w czasie walk wrześniowych. Od tego czasu miejsce było zupełnie opustoszałe. 
Wśród  ruin  bujnie  pieniło  się  zielsko.  Między  gruzem  i  chwastami  w  zdziczałym  ogrodzie  kwitły  jeszcze 
gdzieniegdzie ocalałe róże. Koło tych róż pochowaliśmy Olka. Miejsce wybrała Wanda. 
Wciąż stroniła ode  mnie. Po pogrzebie zaczęła razem z Syrkuciem  obchodzić ruiny, jakby czegoś szukała. 
Oboje byli przygnębieni. Wiedziałem, że nie tylko śmierć chłopaka ich przygnębia. 
Potem Syrkuć poszedł  w  las, a Wanda siadła na schodkach z czerwonego piaskowca, które prowadziły  na 
taras nie istniejącego dworku. 
Pogrążyła się w myślach. Podszedłem do niej i wręczyłem jej czerwoną różę. 
-Znów się wygłupiasz? - Nie podniosła nawet głowy. 
-Masz zgryz? - zapytałem. 
-Zgryz? Jak ty się wyrażasz. Doktor! 
-No, zmartwienie. 
-Mam. 
-Myślisz wciąż o Olku? 
-Nie  pierwszy  raz  widzę  śmierć.  O  tym  nie  wolno  nawet  zbyt  długo  myśleć...  Trzeba  dalej    robić  swoje. 
Tylko właśnie... 
-Może bym ci pomógł? 
-Ty? 
-Wydaje mi się, że łapiesz srokę za ogon albo mgłę w garść. 
Milczała. 
-Cóż to ciebie może obchodzić? 
-Moja droga, ostatecznie  jestem  w tym także  zainteresowany, wprawdzie  jako  bagaż, ale weź łaskawie pod 
uwagą, że jestem bagażem myślącym. 

background image

-Nic mi nie możesz pomóc - powiedziała. - Ty jesteś dobry do bitki, ale tu nic nie zdziałasz. Rzecz w czym 
innym. 
-Czy to ostatnie miejsce, gdzie miałaś złapać kontakt? 
Spojrzała na mnie. 
-Nie. 
-Więc dlaczego się martwisz? 
-Och, to wszystko staje się nużące... Włóczymy się już drugi dzień.      
-Nie mam nic przeciwko. To nie jest znów takie niemiłe.      
-Jesteś naprawdę wyjątkowym bagażem. Zastanawiam się nawet dlaczego.                            
-I jakie wnioski? 
-Wnioski nie są zbyt budujące. 
-Co masz mi do zarzucenia?       
-Motywy.         
-Nie rozumiem.   
-Jesteś przecież człowiekiem inteligentnym, nawet chyba porządnym...                                    
-Dziękują ci. 
-Jesteś odważny i doświadczony, a traktujesz wszystko jak majówką... z dziewczyną.         
-Nie mam prawa?  
-Nie.    
-Zrobiłem chyba już swoje. Czy sądzisz, i że to, co zrobiłem, wcale się nie liczy? 
Milczała przez chwilą.   
-Powiedz mi, czy wtedy, jak strzelałeś... jak robiłeś tamte rzeczy w Warszawie, myślałeś, po co to robisz? 
-Nie bardzo cię rozumiem, tłukłem po prostu hitlerowców. 
-Więc tłukłeś. Załóżmy, że ich w końcu wy tłuką, i co dalej? 
-Jak to co? Będzie Polska. 
-Myślałeś o tej Polsce, która będzie? 
-No... tak... 
-Nie kłam. Nie myślałeś. 
-Wiele tam się nie zastanawiałem, to prawda. Ale czy to teraz jest najważniejsze. Grunt, żeby ona była. 
-Jaka? 
-No jaka... Po prostu będzie. Czy to nie wystarczy? 
-Nie wystarczy. 
-Dlaczego? 
-A jeśli to byłaby tylko Polska na niby? 
-Co to znaczy na niby? 
-Polska, która nie byłaby Ojczyzną... 
-Ho ho ho... - powiedziałem - to już polityka. 
-Więc nie myślałeś o tym. Nie wydawało ci się to ważne. 
-A ty myślałaś? 
-Zawsze o tym myślę... Inaczej jakże walczyć? 
-To ładnie - powiedziałem - ale czy wszyscy muszą być politykami? 
-Wolisz, żeby ktoś za ciebie pomyślał. 
-Przyznam się szczerze, że wolę. 
-Szkoda. 
-I to cię właśnie drażni? 
-Tak! To! Jesteś mi obcy! Nie mogę cię lubić,  nie mogę! 
-Więc aż tak ci na mnie zależy? 
Zmieszała się. 
-No, po prostu... 
-Widzisz...  nie  jestem  ci  wcale  taki  obcy.  Tylko  nie  bardzo  pasuję  ci  do  modelu,  a  ty  jesteś  z  powołania 
modelarką. 
-Za dużo ci się zdaje - powiedziała zdenerwowana. 
-Naprawdę mnie nic a nic nie lubisz? 
-Ani trochę. I w ogóle nie chcę z tobą więcej gadać. 
-Wolisz z Syrkuciem? 
-O, na pewno! 
Syrkuć właśnie wracał z posępną miną. 
- Słyszałem w lesie  tętent - powiedział - ale nie spotkałem nikogo. Ale ja  bym nie popasał tu długo.       
Wanda wstała.    
- Chodźcie, trzeba coś postanowić.         

background image

Nic  jednak  widać  nie  postanowili,  ponieważ  upływały  godziny,  a  my  dalej  czekaliśmy.  Obserwowałem 
pewne zdenerwowanie u Pabisia. Kręcił się niespokojnie po zaroślach, próbował wąchać róże, potem ogolił 
się z nudów, używając przy tym po raz pierwszy kosmetyków ze swojej walizy. Już sam ten fakt świadczył o 
stopniu jego zdenerwowania. 
Potem  zaczął  konferować  z  Paluchem,  który  też  stracił  wyraźnie  humor  i  spoglądał  na  swój  inwentarz, 
żerujący po ogrodzie, z wyraźną gospodarską troską. Wiedziałem dobrze, o co mu chodzi. Przestoje nie były 
jego żywiołem. Brakowało mu ruchu w interesie. 
 
Rozdział IX 
Żaskoczyli    nas    całkowicie.  -      Najpierw    rozległ    się    tętent  i  zobaczyliśmy  ich  siedmiu  na  koniach. 
Przelecieli przez Lukrownię na przełaj i zniknęli w lesie. 
Kiedy  zerwaliśmy  się  na  nogi,  ujrzeliśmy  cały  szpaler  chłopaków.  Szli  wprost  na  nas  z  bronią  gotową  do 
strzału. Spojrzałem na  Wandę. Była blada i zaciskała usta.      
- Coście wy za jedni? - zapytał mężczyzna w puszystym golfie, chyba dowódca.        
- Kupcy - odparł nie tracąc głowy Paluch.  
- Obszukać ich.    
Zdrętwiałem.    Partyzanci zabrali się do rewizji.         
- Czyści - zameldował chłopak w furażerce. - Ten gruby ma tylko do diabła zegarków na brzuchu.       
- Gdzie  tak  się  obłowiłeś?  -  zapytał dowódca.         
-W Obibokach. Niemców tam leżało do cholery. 
-Niemców? Kto ich zrobił? 
-Chłopi. 
-Chłopi? Sami chłopi? 
-Widzieliśmy na własne oczy. Niektórzy dźgali kosami i widłami. 
-Mieli broń palną? 
-Jeszcze ile! Oficer pokręcił głową. 
-Co tu robicie? - zapytał. 
-Jedziemy do Iłży. 
-To nie jest droga do Iłży. 
-Czy uczciwy Polak może teraz jechać prostą drogą, panie pułkowniku? Byliśmy w Owczarach... 
-Właśnie. Jak przeszliście przez obławę? 
-Bożą pomocą i polskim kantem, panie pułkowniku. 
Oficer spojrzał na wóz, na świnię i owcę przywiązane do drzewa. Potem pokazał na Wandę. 
-Ta mała też kupiec? 
-Zabrałem po drodze. Pasażerka. 
-A ty? - zapytał Pabisia - gdzie ja ciebie widziałem? 
-Chyba w zeszłym roku, koło Przysuchy. Pan kupił ode mnie brzytwę i wodę "Rosę Marie". 
Porucznik roześmiał się. 
-A prawda. 
-Czy brzytwa dobrze panu służy? 
-Owszem. 
-Utarguję coś od pana porucznika? Może ałun. 
-Ałun? 
-Przeciw krwawieniu. Krew powstrzymuje. 
-Nie zacinam się. 
-A to i dobrze. 
- Za bardzo  jesteś  rozmowny,  przyjacielu - powiedział kwaśno oficer i podszedł do mnie.         
- Pańskie dokumenty?       
Wręczyłem mu kennkartę. 
-Muzyk? Nie widzę, żeby pan tu miał jakiś instrument. 
-Chwilowo trudnię się handlem. 
-A wy, ojcze - zwrócił się do Syrkucia - markotną macie jakoś minę.                                  
-Konie straciłem.        
-Skąd jedziecie?         
-Z Owczar.       
-Widzieliście bandy po drodze?   
-Bandy?  
-No, ludzi z bronią.     
-Partyzantów?    
-No, partyzantów - zgodził się niechętnie - Sowietów.                                                               ; 

background image

-A to już są Sowieci?    
-Z desantu.      
-Był desant? Gdzie? 
-Nie twoja rzecz - popatrzył na Syrkucia uważnie. - Za bardzo ci się oczy świecą, stary. 
-E, co też pan oficer... Człowiek tylko ciekawy, więc pyta. 
-To ja pytam. 
-Nic nie widziałem. Tylko Niemców. 
-Ulotnili się, psiakrew - oficer zaklął pod nosem. - Wszystko o dzień za późno... 
Podszedł chłopak w furażerce. 
- To znaleźliśmy pod siedzeniem na wozie - pokazał pistolet maszynowy. 
Zdziwiłem się. Tylko jeden? Musieli resztę gdzieś ukryć. Porucznik obejrzał dokładnie broń i mruknął: 
-Ciekawe. Niemiecki. Bronią też handlujecie? - zapytał Palucha. 
-Jak się zdarzy, poruczniku. 
-Nie róbcie ze mnie idioty. 
-Zachowaj Boże. 
-Komu wieziecie tę broń? 
-Kto kupi... 
-Co jeszcze znaleźliście? - pytał chłopaka. 
-Dwie walizki leków niemieckich. 
-Macie duży  wybór towarów - zwrócił się  do  nas porucznik.  - Brawo. Jeszcze  większe brawo za dzielność. 
Przejść przez pierścień obławy... Dzielni kupcy. Jak myślicie, chłopcy - zwrócił się do swoich ludzi - warto 
ich wynagrodzić za dzielność? 
-Po ile? - zapytał chłopak ze szpicrutą. 
-Zostawcie.  -  Uśmiechnął  się  do  Wandy.  -  Kapitan  z  nimi  pogada,  jak  wróci.  Posadźcie  ich  na  schodach  i 
miejcie na nich oko. 
-Tak jest. 
Posadzono nas więc rzędem na stopniach. 
Porucznik  wziął  kilku  chłopców  i  ruszył  w  las.  Reszta  pozdejmowała  plecaki  i  zaczęła  rozwijać  koce. 
Przygotowywali się widocznie do spędzenia tu nocy. Patrzyłem podejrzliwie na Pabisia. 
-Pan ich zna. 
-Coś niecoś... 
-Skąd? 
-Byłem koło Przysuchy. Rozwalili wtedy siedmiu z Gwardii Ludowej w jednej gajówce. 
-Pan tam akurat był? 
-Tak mi się złożyło. 
-Czy panu nie za często się tak składa? 
-Co pan, do cholery?! - Pabisiowi zwęziły się oczy. 
-  Niech  pan  go  zostawi  -  wtrącił  się  Syrkuć.  -  Co  pan  chce  od  człowieka?  Albo  to  źle  spisał  się  w 
Obibokach? 
Pohamowałem się. Pabiś uśmiechnął się blado. 
-Ani mi się śni tu siedzieć i czekać, aż nas będą nagradzać - powiedział Paluch. - Szczęście odwróciło się od 
nas, trzeba karty pomieszać... - to mówiąc wstał. 
-Niech pan da spokój - powiedziałem. 
- Rzecz jest do załatwienia, doktorze, władza poszła, a ci chłopcy wydają mi się do rzeczy. 
Zbliżył się do partyzantów. Myślałem, że go przepędzą, ale oni wdali się z nim w rozmowę. Konferował z 
nimi dość długo, wreszcie wrócił zadowolony. 
- Załatwione - powiedział – możemy wiać. 
Spojrzałem na niego zdumiony. 
-Pan żartuje. 
-Pogadałem, rozgoryczone chłopaki i takie akcje jak ta mają gdzieś. 
- Pozwolą nam odjechać? Oszaleliście chyba. 
- Jak zacznie się ściemniać. Będą strzelać tylko na postrach i robić dziury w niebie. 
Przyglądałem mu się uważnie. 
- Pan schudł, panie Zygmuncie. 
Poprawił pas i zaśmiał się. 
- Raz się tyje, raz chudnie. Grunt, że jest z czego chudnąć... 
Przez  chwilę  jeszcze  dyskutowaliśmy  nad  tym  bądź  co  bądź  zdumiewającym  załatwieniem  sprawy  przez 
Palucha. Syrkuć i Wanda mieli pewne podejrzenia i obawy, ale gdy tylko się ściemniło i Paluch jak gdyby 
nigdy  nic podszedł spokojnie,  nie zaczepiony przez nikogo  do  koni, ruszyliśmy  wszyscy  za nim. Syrkuć  i 

background image

Paluch pogrzebali w workach z owsem i wydobyli z nich schowane pistolety. A potem Paluch zajął miejsce 
furmana, machnął lejcami i pojechaliśmy. 
Patrzyłem uważnie  na chłopaków kręcących się  koło  zarośli. Niby  nie reagowali.  Ale  dwu z  nich poczęło 
siodłać konie. 
Kiedy odjechaliśmy około dwustu metrów, rozległy się strzały i okrzyki: 
- Stój! 
Jednocześnie posłyszeliśmy tętent koni za nami. Paluch jechał  spokojnie. Wkrótce  z półmroku wyłoniło się 
dwu jeźdźców. 
-<- Stać! Stać! - krzyczeli. 
- Psiakrew, tego nie było w umowie -  zdenerwował się Paluch. -  Cóż to za szopka?                                                                                 
W  tym  samym momencie  kule   zaczęły  nam gwizdać koło uszu. Rozległ się żałosny bek owcy.       . 
Syrkuć  nie  wahał  się  dłużej.  Wymierzył    z  automatu  po  końskich  nogach.  Konie  potknęły  się  i  padły  na   
kolana.    Widziałem   cienie   jeźdźców   koziołkujące   w   powietrzu.         
- Prędzej! - krzyknąłem.   
Palucha  nie  trzeba  było  zachęcać.  Stał rozkraczony na wozie i klnąc na czym świat  stoi,  okładał batem 
konie. Mknęliśmy jak  ekspresowy dyliżans. Dopiero gdy wyjechaliśmy na otwartą przestrzeń i stało się wi- 
doczne,  że  nikt  już  nas  nie  ściga,  Paluch  ochłonął  nieco  i  obrócił  się  do  nas.  Oddychał  ciężko.  Wydobył 
flaszkę z kieszeni i napił się. 
-Nieprawe nasienie, żmije zdradliwe, zaraza! - klął rozgoryczony. - Zrobili ze mnie wała. A takie przyjemne 
chłopaki! Widzieliście państwo coś takiego? Ze też ja, stary wróbel, dałem się wziąć na plewy! Ale zegarki 
przecież wzięli! Bez Boga i honoru! A takie inteligentne chłopaki. Zabawę sobie umyślili. Z nudów chyba, 
cholera...  Za  rzadko  proch  wąchają...  A  niechże  to  dunder  i  pies!  Łobuzerka  leśna...  No,  powiedz  pan, 
Syrkuć, jakbyśmy nie mieli broni, wysiekliby nas dla żartu. 
-Nie denerwujcie się, Paluch - powiedział Syrkuć. - Koniec końcem, pieroniska, więcej się nacięli. 
Ale Paluch nie słuchał. Nie mógł przyjść do siebie. Wciąż klął i żółć go zalewała. Nie wiadomo było, czego 
bardziej żałuje, czy zegarków, czy tego, że dał się podejść. 
- Ale że też  ja na stare  lata! Tfu, za mały  widać szuler do  nich  jestem. No  nie, panienko? Cóż to panienka 
taka struchlała. Jezus Maria, czy panienka nie chora? 
Drgnąłem. Dopiero teraz zauważyłem, że z Wandą coś nie jest w porządku. Usta miała zaciśnięte. Siedziała 
przykurczona jakoś. 
-Co ci jest? 
-Nic ważnego, drasnęli mnie trochę. 
- Drasnęli! Czemu nic nie mówisz! Zatrzymajcie, Paluch. 
Wóz stanął. 
-Poświećcie. Paluch podał latarkę. 
-Gdzie cię drasnęli, na miłość boską! 
 
Rozdział X 
Dostała  postrzał  w  nogę.  Sama  rana  nie  wydawała  się  groźna,  kula  przeszła  przez  mięsień,  nie  naruszając 
kości.  Niestety  wywiązała  się  gorączka,  która  mnie  bardzo  zaniepokoiła.  Zrobiłem  wszystko,  co  w  mojej 
mocy. Natychmiast zaaplikowałem prontosil, oczyściłem ranę ze skrzepów i założyłem opatrunek. 
Była już noc, kiedy przybyliśmy do Garbarni Rozłuckiej. Miejsce znajdowało się parę kilometrów od wsi na 
skraju lasu. Całą osadę stanowiło parę zaledwie zabudowań rozrzuconych daleko jedno od drugiego i ruiny 
spalonej jeszcze przed wojną garbarni. Okazało się, że Syrkuć ma tu swoich ludzi. 
Ulokowaliśmy Wandę na strychu jednej z chałup. Czuwałem przy niej całą noc i pakowałem w nią końskie 
dawki sulfonamidów. 
Rano gorączka spadła. Odetchnąłem i wyszedłem na dwór orzeźwić się u studni. Na ganku czekał na mnie 
ziewający Pabiś. 
- Jak zdrowie panienki? - zapytał. 
- Dobrze. Bałem się, żeby nie było infekcji, ale gorączka spadła. Gdzie tu studnia? 
- Pan się chce umyć? - spojrzał na mój ręcznik i mydło. - Zaraz uciągnę wody - zaofiarował się usłużnie. 
Poszliśmy do studni. 
-Więc nic już nie grozi panience? - spuścił wiadro.      
-Wszystko będzie w porządku - odparłem zdumiony tą troską. 
-Do ślubu się zagoi. - Uśmiechnął się nieznacznie. 
-Z pewnością. 
-Pan tu nie ma nic do wysiadywania,  doktorze - mówił kręcąc korbą - już dość j straciliśmy czasu. Szkoda 
pana. 
-Cóż się pan tak o mnie troszczy? 
-Major mnie wysłał, żebym czuwał nad  i panem.                                                                                 

background image

Ta  enuncjacja  nie zaskoczyła mnie zupełnie.  
-Czy tylko po to pana wysłał? - zapytałem mydląc powoli ręce.                                                
-Chodziło także o pewne rozeznanie. To chyba zrozumiałe.                                                               
-Tak, to zrozumiałe... Niech pan leje! 
-Niestety... a może na szczęście sytuacja uległa zmianie. 
Pabiś uśmiechnął się krzywo. 
-Zmianie? 
-Pan  wie,  że  oni  stracili  łączność?  -  mówił  polewając  mi  ręce  wodą.  -  Mieli  pana  przekazać  już  w  tej 
pierwszej  gajówce...  Obława  wszystko  popsuła.  Pan  ma  jeszcze  mydło  za  uchem...  Niech  pan  się  głębiej 
schyli,  popłuczę  pana.  W  tej  sytuacji  wracamy  do  Iłży.  Zameldujemy  się  w  inspektoracie...  Niech  nas 
skontaktują z majorem i dadzą jakąś melinę. Należy nam się sanatorium po tym, co tu przeszliśmy... 
-Nie mam specjalnej ochoty - powiedziałem otrząsając się z wody. 
-Nie rozumiem. 
-Zostanę tu z Wandą. 
-Pan oszalał. 
-Dlaczego? Ładna chałupka... gospodarz rąbie drzewo, ja też mogę być drwalem. 
-Pan żartuje? 
-Nie... 
-Na serio pan tu chce zostać? 
-Tak. 
-Co mam powiedzieć majorowi? 
-Nic. Albo nie... Niech mu pan powie, że mi się udało złapać wiatr w garść. 
Pabiś spojrzał na mnie jak na wariata i odszedł. 
Na podwórze zajechał wóz wyładowany wiórami. 
- Ho ho... pan doktor ranny ptaszek - usłyszałem głos Palucha. - Panience lepiej? 
-Lepiej. 
-Dziękować Bogu. A śpi jeszcze? 
-Śpi. 
-Szkoda. Chciałem się pożegnać. Odjeżdżamy z Pabisiem - chrząknął i poprawił spodnie. 
Przyglądałem mu się z uśmiechem. 
-Pan schudł już zupełnie, panie Zygmuncie. 
-Kupiłem wióry, jak pan widzi. Okazja się trafiła. 
-Takie drogie? 
-  Jeszcze  świnkę  dołożyłem  i  owce  -  ściszył  głos.  -  Pan  wie,  że  tu  wciąż  jeszcze  garbują?  Ubiłem  interes 
skórny. 
-No, to pan w końcu wyszedł na swoje. 
-Dziękować Bogu nie narzekam. 
-Dokąd pan jedzie? 
-Do Ostrowca. Zabierze się pan doktor? 
-Nie. Zostaję. 
-No to wszystkiego dobrego. Niech pan uszczknie jeszcze tego szczęścia... 
- I pan też. 
Pożegnaliśmy się kordialnie. 
Gdy tylko odjechali, wyrósł przede mną Syrkuć. 
- Myślicie, że odwalili się od nas na dobre? 
-Tak myślę. 
-A wyście zostali? 
-Zostałem. 
Popatrzył mi w oczy uważnie. 
-O czyni rozmawialiście z Pabisiem? 
-Namawiał mnie, żebym z nimi jechał. 
-I wyście nie pojechali? 
-Chyba wiedzieliście, że nie pojadę. 
-Ludzi  trudno  do  końca  rozgryźć  -  powiedział.  -  Ale  to  dobrze,  że  oni,  pieronis-ka,  pojechali,  a  wyście 
zostali. Jest dla was robota, doktorze. 
-O co chodzi? 
-Są chorzy. 
-Gdzie? 
-W lesie. Niedaleko. Poruszyłem się niespokojnie. 
-Czy to znaczy, że jesteśmy u celu? Syrkuć pokręcił markotnie głową. 

background image

- Nie... Robota jest przypadkowa. Weźmiecie te nowe lekarstwa i pójdziemy. 
Spakowaliśmy specyfiki do chlebaka i ruszyliśmy w las. Po półgodzinnym marszu opuściliśmy starodrzew i 
zagłębiliśmy  się  w  gęste  zagajniki.  Syrkuć  rozglądał  się  uważnie.  Wreszcie  spotkaliśmy  dwu  uzbrojonych 
ludzi, którzy nas poprowadzili. Szliśmy w milczeniu krętą ścieżką. Wyznaczały ją samotne baldachimowate 
sosny. Zostawiono je niegdyś przy wyrębie jako nasienniki. 
Pod jedną z takich sosen, na omszałej polanie zauważyliśmy ludzi. Może ze dwudziestu, w różnym wieku i 
stroju. Większość była bez broni. Siedzieli jacyś odrętwiali, apatyczni. 
Na nasz widok podniósł się krępy, łysawy mężczyzna w butach z cholewami i kolejarskiej kurtce. 
- To jest właśnie nasz doktor, porucznik 
Stajny - przedstawił mnie Syrkuć. 
Mężczyzna uścisnął mi w milczeniu rękę. Nie pytałem o nic. Zresztą nikt nie kwapił się do rozmowy. 
Począłem badać wszystkich po kolei. Z punktu widzenia medycyny każdy z koczujących tu ludzi zasługiwał 
na  miano  chorego.  Kilku  cierpiało  na  czyraki.  Przez  dwie  godziny  nacinałem  wrzody,  czyściłem  z  ropy, 
zasypywałem  proszkiem  sulfamidowym,  bandażowałem,  lepiłem  plastrami,  aplikowałem  prontosil  i 
zalecałem zbierać i jeść jagody. Trzech miało sprawy gastryczne i jelitowe. Dawałem im węgiel i krople. U 
jednego  odkryłem  gruźlicę.  Poleciłem  odesłać  go  do  domu.  Wszyscy  natomiast  byli  niedożywieni, 
niewyspani i wyczerpani nerwowo. 
-Cóż to, u licha, za partyzanci? - mruknąłem do Syrkucia. 
-To  jeszcze  nie  partyzanci  -  powiedział  -  świeżo  zmobilizowani  towarzysze,  prosto  z  miasta...  i  paru 
ochotników  z  BCh.  Nie  mają  nawet  broni,  z  wyjątkiem  tych  czterech  ze  Starachowic.  Ale  tamci  przed 
wyjściem  rozbroili  straż  fabryczną.  Siedzą  tu  już  trzy  dni.  Czekają  na  kontakt  i  nie  mogą  się  doczekać. 
Obława. Rozumiecie. A przecież jeszcze zanim tu dobrnęli, też swoje przeszli. Nerwy  ich już zjadają. Ani 
zaopatrzenia, ani kontaktu. To wszystko ich przygnębia. 
Przygnębiona  była  też  Wanda.  Sądziłem,  że  to  z  powodu  nogi  i  uspokoiłem  ją,  że  wszystko  jest  w 
najlepszym  porządku.  Za  dwa  tygodnie  będzie  mogła  już  tańczyć.  Ale  rozdrażniłem  ją  jeszcze  bardziej. 
Oczywiście. Mogłem przypuszczać, że to nie z powodu nogi. Zmartwienia Wandy muszą być pryncypialne... 
Chodziło o sytuację, w jakiej się znaleźliśmy. Pabiś, okazało się, znów miał nosa. 
-Nic już nie możemy zrobić... - wyznała załamana. - Wszystko zawalone. 
-Czemu zawalone? - próbowałem ją pocieszyć. - Pójdę dalej z Syrkuciem. 
-Teraz?! Jak? Dokąd pójdziesz? 
-Nie znasz miejsca? 
-To  było  ostatnie  miejsce,  które  znałam.  Przyjechaliśmy  za  późno.  Tu  już  nikogo  nie  ma.  Straciliśmy 
łączność. 
-Są przecież ci ludzie w lesie - powiedziałem. 
-Oni? Oni sami są w kropce. Siedzą tu jak na szpilkach. Syrkuć ci nie mówił? 
-Coś niecoś. 
-Miano ich doprowadzić do punktu formowania... 
-Wiem, łącznik nie przybył. Ale czemu siedzą jak łazarze, nie mogą próbować sami? - zapytałem. 
-Co próbować? 
-Przedostać się. 
-Jak? 
-' Nie znają punktu formowania? 
-Znają. 
-Więc? 
-Znają nazwę, ale nikt nie wie, gdzie to jest i co to jest. 
-Macie tu przecież w Garbarni swoich ludzi. Nie wiedzą? 
-Oni znają tylko najbliższą okolicę. Ale takiej miejscowości tu nigdzie nie ma. 
- Co to za wieś? Możesz mi powiedzieć?     
Zawahała się na moment i popatrzyła mi w oczy. 
-Mogę... - rzekła po chwili - nazywa się Wyraj. 
-To   nie   wieś -  powiedziałem   - to uroczysko. 
-Uroczysko? Co to takiego?      
-Termin leśniczy.        
-Więc to jest miejsce w lesie?   
-Tak, po prostu miejsce w lesie.         
-Znasz je?   Skinąłem głową. 
-Daleko?         
-Dosyć. Parę godzin marszu, a raczej  przedzierania się. Jeśli się zgodzą, mogę ich  poprowadzić  - dodałem 
patrząc w ziemię.                     
-Ty?    | 

background image

-Może się uda... a ja w Wyraju złapię  kontakt. 
Przyglądała mi się w milczeniu. 
-Syrkuć mówi, że trudno rozgryźć do końca ludzi. Ma rację. 
-Ale ty chyba mnie rozgryzłaś? - uśmiechnąłem się. 
Potrząsnęła głową. 
- Chodź bliżej - powiedziała. 
Usiadłem na jej łóżku. Wzięła moją rękę. 
-Tak bardzo chciałabym ci wierzyć - rzekła poważnie. - Ale nie chcę być naiwna. 
-Nie jesteś naiwna - powiedziałem. 
-Dlaczego chcesz to zrobić? 
-Mam dwa powody. 
-Dwa? - zdziwiła się. - Jakie? 
-Mogę ci powiedzieć tylko o jednym. 
-Jakim? 
-Widzisz - powiedziałem - za daleko już zabrnąłem w las. To trzeba doprowadzić do końca. Głupio by było, 
gdyby zmarnowało się tyle męki. Niech to wszystko ma sens. 
-Wierzysz, że to co robiłam, ma jakiś sens? 
Skinąłem głową. 
-Może jedyny sens w tej naszej zababranej narodowej sytuacji. 
-Może? 
-Nie żądaj za wiele. Nie zdążyłem jeszcze wszystkiego przemyśleć do końca... 
-Czy nad tym trzeba aż tak dużo myśleć? 
-No cóż, mam taką wadę, że myślę. 
-A niech tam... - powiedziała - i tak się  cieszę.   A ten drugi  powód?  - przypomniała sobie nagle. 
-Uprzedziłem cię, że nie powiem. 
-Dlaczego? 
-Koniecznie chcesz wiedzieć? 
-Tak. 
-To zamknij oczy. Zamknęła. 
Pochyliłem się nad nią i pocałowałem w usta. Chwilę leżała bez ruchu, a potem jej ręce oplotły mnie mocno. 
 
Zachodu nie było. Bure chmury wyprzedziły słońce. Syrkuć podał mi nieprzemakalny płaszcz. 
- To od sierżanta. Będzie deszcz. 
Rozejrzałem   się  po   horyzoncie. Ciężka pięść nieba  przygięła sosny. Wiatr sypał w oczy puchem ostów. 
-Poruczniku, już chyba pora... - powiedział ten w kolejarskiej kurtce. 
-Tak, już pora - odparłem. 
Ludzie podnieśli się z ziemi. Zanurzyliśmy się w las.