background image

 
 

JOAN HOHL 

Świąteczne pojednania 

 

przełożył 

Jacek Manioki 

"Gwiazdka miłości 94" 

background image

Sernik kremowy 

Przepyszny (i łatwy) świąteczny deser 

 
1/2 kg serka śmietankowego  
2/3 szklanki cukru  
3 jaja 
 
chrupki spód z krakersów  
(1  1/2  szklanki  pokruszonych  krakersów  grahama  - 

mogą tez być zwykłe, same lub z pieczywem chrupkim 

1/3 szklanki roztopionego masła lub margaryny  
3 łyżki cukru) 
 
polewa 
(1 szklanka śmietany 
3 łyżki cukru 
1 łyżeczka cukru waniliowego) 
 

Składniki  na  spód  wymieszać,  wyłożyć  nimi  formę  i 

piec  w  temperaturze  175°C  przez  10  minut.  Zostawić  do 
ostygnięcia. 

Wymieszać pozostałe składniki i ubić je tak, by tworzy-

ły jednolitą, puszystą, żółtą masę. Wylać na upieczony spód, 
wstawić całość do piekarnika, piec ok. 30 minut w temperatu-
rze 175°C, po czym wyjąć i pozostawić na 25 minut do osty-
gnięcia.  

W tym czasie przygotować polewę. Składniki na pole-

background image

wę  dokładnie  wymieszać  i  równo  rozprowadzić  po  wierzchu 
ostygłego  ciasta.  Całość  jeszcze  raz  wstawić  do  piekarnika  i 
piec przez 10 minut.  

Przed podaniem zaleca się schłodzić, nie zaleca się zaś 

liczyć kalorii.  

Smacznego! 

background image

 
 

Rozdział pierwszy 

 

Śnieg! 

Diana Blair stała oczarowana przed wąskim, czteropię-

trowym  budynkiem  biurowym,  obok  tabliczki,  która  głosiła: 
"Blair i Córka, Architekci – Konserwacja Zabytków i Projek-
towanie Wnętrz". 

Kiedy zaczęło sypać? Patrzyła z zachwytem na wirują-

ce, białe płatki, skrzące się w miękkim blasku stylizowanych 
na  przełom  wieków  ulicznych  latami.  Ależ  pięknie,  prze-
mknęło  jej  przez  myśl,  zupełnie  jak  na  wiktoriańskiej  bożo-
narodzeniowej  pocztówce.
  Zauroczona,  powiodła  wzrokiem 
po wysokich, okazałych kamienicach, ciągnących się szpale-
rem wzdłuż wąskiej uliczki. Większości z nich, podobnie jak 
wielu  innym  w  miasteczku  Riverview,  dawną  świetność 
przywrócił jej ojciec. Henry, w którym to dziele od pewnego 
czasu  Diana  z  zapałem  mu  asystowała.  Znała  ten  widok  nie 
od dziś, a jednak pierwszy śnieg w roku  napełniał ją zawsze 
tym samym wzniosłym uczuciem fascynacji. 

Już kilka lat temu Di doszła do wniosku, że to przeży-

wane wciąż na  nowo zauroczenie zimową scenerią przypisy-
wać należy nie tyle śniegowi, co samemu miastu. 

Riverview,  położone  nad  rzeką  Schuylkill,  niecałą  go-

dzinę jazdy od nowoczesnej, tętniącej życiem Filadelfii, było 

background image

miejscem  historycznym.  Miasteczko  wyróżniało  się  szcze-
gólną atmosferą, na każdym kroku dostrzegało się tutaj i czu-
ło tchnienie minionego czasu. Mieszkańcy nie szczędzili sił i 
środków,  by  zachować  niezwykły,  niepowtarzalny  koloryt 
zabytkowych uliczek i placyków. 

Diana  kochała  swoje  rodzinne  miasteczko  przez  cały 

rok, uczucie to nasilało się w okresie świątecznym, zwłaszcza 
kiedy sypał śnieg. 

Kiedy  około  południa  po  raz  ostatni  spojrzała  w  okno 

biura  za  szybą  świeciło  blade,  przefiltrowane  przez  chmury, 
grudniowe  słońce.  Teraz  dochodziła  dziewiętnasta  trzydzie-
ści, a w kapryśnych podmuchach mroźnego wiatru wirowały 
wielkie płatki śniegu. 

Idealnie,  pomyślała  Di  i  rozejrzawszy  się  szybko,  czy 

nikogo  nie  ma w pobliżu, wysunęła język, by złowić  nań  je-
den  z  taki  delikatnych  płatków.  Roześmiała  się  do  siebie, 
kiedy topniał jej na języku. Idealne zakończenie ekscytujące-
go dnia. 

Ekscytującego, ale długiego, dorzuciła w duchu, szacu-

jąc  głębokość  śnieżnej  pokrywy.  Około  trzech  centymetrów
oceniła  i  zrobiła  niepewny  krok  na  wysokich  obcasach,  wy-
chodząc spod markizy osłaniającej wejście. 

Nie przebyła jeszcze połowy odległości, jaka dzieliła ją 

od  maleńkiego  służbowego  parkingu,  usytuowanego  obok 
stuletniego budynku, a stopy już miała mokre. Znalazłszy się 
w  samochodzie,  natychmiast  uruchomiła  silnik  i  włączyła 
ogrzewanie. Gdy wyprowadzała wóz z parkingu, by dołączyć 
do procesji pełznących ulicą pojazdów, kostki nóg zaczynało 
jej już owiewać rozkoszne ciepełko. 

background image

Prowadzenie  samochodu  po  linii  prostej  wymagało 

pełni  koncentracji,  ale  kiedy  naciskając  ostrożnie  pedał  ha-
mulca, zatrzymała się na czerwonym świetle, jej myśli ulecia-
ły z powrotem do porannej rozmowy telefonicznej. Uśmiech-
nęła  się  na  wspomnienie  rozlegającego  się  w  słuchawce, 
świergotliwego głosu macochy. 

– Och, Di, jak cudownie! – wykrzyknęła Miriam Blair 

z wylewnym podnieceniem. 

–  Wyobrażam  sobie  –  odparła  Di,  uśmiechając  się, 

choć  nie  znała  przyczyny,  która  wznieciła  w  kobiecie  taki 
entuzjazm. – Ale co konkretnie jest takie cudowne? 

–  Och!  –  Miriam  wybuchnęła  dźwięcznym,  prawie 

młodzieńczym  śmiechem.  –  Ależ  ze  mnie  głuptas.  Dzwonił 
właśnie twój brat – i to jest właśnie takie cudowne. Terry też 
przyjeżdża na święta do domu. 

Terry.  Jej  przyrodni  brat.  Uśmieszek  dziewczyny  roz-

ciągnął się w szeroki  uśmiech.  Terry  utrzymywał zawsze, że 
nie  cierpi,  kiedy  nazywa  go  swoim  młodszym  braciszkiem. 
Ale nie mówił tego poważnie; wiedziała to, a on wiedział, że 
ona wie. 

Światło  zmieniło  się  na  zielone  i  Di  ruszyła  powoli, 

starając  się  zachować  bezpieczną  odległość  od  tylnego  zde-
rzaka poprzedzającego ją samochodu. 

Rewelacja  Miriam  była  rzeczywiście  cudowna  i  pod-

niecająca – przychodziła tak szybko po wiadomości, że reszta 
rodziny  też  zjeżdża  na  święta  do  domu,  że  śmiało  można  ją 
było nazwać lukrem do ich świątecznej babki. 

Po raz pierwszy od lat cała  gromada – wszyscy człon-

background image

kowie  rodzin  Blairów  i  Turnerów  –  zasiądzie  wspólnie  przy 
świątecznym stole. 

Chwileczkę,  nie  wszyscy,  uświadomiła  sobie  w  tym 

momencie i mocniej zacisnęła dłonie na kierownicy. 

Teraz szczególnie zaznaczy się brak Matta. 

Dreszcz  nie  związany  wcale  ze  spadającą  na  zewnątrz 

temperaturą przebiegł po plecach Di. 

Matt. 

Wspomnienie  przybranego  brata,  najstarszego  dziecka 

połączonych  rodzin  –  słabostka,  na  którą  rzadko  sobie  po-
zwalała  –  wywołało  z  pamięci  jego  obraz,  nie  zatarty  przez 
dziewięć  lat,  jakie  upłynęły  od  czasu,  kiedy  widziała  go  po 
raz ostatni. 

Niestety,  równie  niezatarta  pozostawała  sekretna  mi-

łość do niego, którą Diana przechowywała w sercu i w duszy. 
Wydało jej się, że go widzi, czuje, jak siedzi obok niej w fo-
telu pasażera. Jego obraz był czysty jak słoneczny, letni dzień 
i ostrzejszy od szalejącej na zewnątrz grudniowej zamieci. 

W  wieku  dwudziestu  pięciu  lat  Matt  Turner  mierzył 

sobie  metr  osiemdziesiąt  sześć  wzrostu  i  był  smukły  jak 
trzcina.  Szopa  kruczoczarnych  włosów  –  tak  podobnych  do 
włosów Di, że nieznajomi nie mieli wątpliwości, iż łączą ich 
więzy  krwi,  które  w  rzeczywistości  nie  istniały  –  błyszczała 
zdrowym połyskiem. 

Zdecydowane,  ostre  rysy  twarzy  stanowiły  idealną 

oprawę  dla    jego  chłodnych,  myślących,  przenikliwych  sza-
rych  oczu.  Już  w  tym  stosunkowo  młodym  wieku  Matt  wy-

background image

glądał dojrzale i mężnie. No i te białe zęby błyskające często 
w  ujmującym  uśmiechu,  który  tak  kontrastował  z  powagą 
spojrzenia i sugerował demoniczne cechy charakteru. 

Tak, Matt miał wdzięk, na który każda kobieta musiała 

prędzej  czy  później  zareagować.  Dianie  przyszło  się  o  tym 
przekonać  już  w  podatnym  na  obce  wpływy  wieku  lat  czte-
rech, kiedy to pewnego dnia ojciec przyprowadził Matta, jego 
matkę  i  młodsza  siostrę,  Bethany,  do  domu,  by  poznali  Di  i 
jej młodszą siostrę, Melissę. 

Jako przechodzący  mutację dwunastolatek o załamują-

cymi się, skrzekliwym głosie Matt był pewnym siebie czaru-
siem.  Mrugał  porozumiewawczo,  uśmiechał  się  konspiracyj-
nie i nazywał ją zdrobniale Di. Bardzo szybko popadła w stan 
kompletnego zauroczenia. 

Wbrew własnej woli Diana wróciła wspomnieniami do 

tamtych  pierwszych  lat  po  ślubie  ojca  z  Miriam.  Ich  miłość 
była  oczywista,  głęboka,  trwała  i  wystarczająco  rozległa,  by 
objąć swym zasięgiem przybrane dzieci, spleść osobne części 
w  całość  i  stworzyć  szczęśliwą  rodzinę.  Henry  zyskał  uko-
chanego  syna,  z  którym  wiązał  wielkie  nadzieje;  Miriam 
przybyły  jeszcze  dwie  córki,  które  rozpieszczała  matczyną 
troskliwością. 

Dzieciństwo  upływało  Dianie  w  niezmąconym  szczę-

ściu. 

Dom  rozbrzmiewał  śmiechem,  w  który  z  rzadka  tylko 

wdzierał  się  dysonans  łez.  I  przez  cały  ten  czas  pozostawała 
w stanie uwielbienia dla swojego "dużego brata", Matta. 

Zdawała sobie sprawę, że z tego stanu już nigdy się nie 

background image

wyleczy;  przeszedł  on  jedynie  pewną  metamorfozę  i  z  dzie-
cięcego zauroczenia przekształcił się w bezgraniczną  miłość. 
Zakazaną  miłość, uczucie, które wypędziło Matta z domu i z 
rodziny. 

Powściągliwej i opanowanej zazwyczaj Di wyrwało się 

z  głębi  serca  płynące  westchnienie.  Zawarta  w  nim  tęsknota 
przywołała ją do rzeczywistości. 

Nie teraz! – nakazała swej niesfornej wyobraźni. Uwa-

żaj lepiej na ruch, zobacz, ile samochodów, patrz, dokąd je-
dziesz.
  Wizje  rozpłynęły  się  i  Di  znowu  westchnęła,  tym  ra-
zem  z  ulgą.  Myśli  o  nim,  grzebanie  się  w  przeszłości,  odko-
pywanie  wspomnień  o  czystym  szaleństwie  tamtej  nocy 
sprawiały zbyt wielki ból. 

Z bezwzględną determinacją zmobilizowała całą swoją 

uwagę  i  wszystkie  umiejętności  kierowcy  na  bezpiecznym 
doprowadzeniu samochodu do domu. 

 

 

 

Miriam czekała na Dianę w świątecznie przystrojonym 

holu  dużego,  starego,  wiktoriańskiego  domu.  Blairowie,  po-
dobnie  jak  niemal  wszystkie  inne  rodziny  w  Riverview,  za-
czynali  dekorować  hol  i  pokoje  już  w  listopadzie,  nazajutrz 
po  Święcie  Dziękczynienia.  Stało  się  to  tradycją  miasteczka 
po  części  dlatego,  że  wcześniejsze  przygotowania  do  świąt 
Bożego  Narodzenia  zdawały  się  sprawiać  wszystkim  radość, 
a po części z uwagi na wzmożony napływ turystów, których z 
roku na rok przybywało. 

background image

–  Już  zaczynałam  się  niepokoić  –  zżymała  się  maco-

cha, pomagając Di zdjąć palto, a potem wieszając je w szafie 
na  wierzchnie  okrycia.  –  Ojciec  jest  już  od  dwóch  godzin  w 
domu. Co cię tak długo zatrzymało? 

– Miałam pracę, którą musiałam skończyć – wyjaśniła, 

gimnastykując  zesztywniałe  od  ściskania  kierownicy  palce  – 
a poza tym jeździ się dzisiaj w ślimaczym tempie. 

–  No,  ale  jesteś  wreszcie  w  domu,  cała  i  zdrowa  – 

stwierdziła  Miriam,  oddychając  z  ulgą.  –  Taki  ładny  ten 
śnieg. 

– Owszem, ładny – przyznała Di kpiąco – i mokry. 

–  Właśnie  widzę.  –  Macocha  patrzyła  ze  ściągniętymi 

brwiami  na  przemoczone  buty  Di.  –  Lepiej  weź  prysznic  i 
przebierz się – poleciła. – Zjesz coś? 

– Umieram z głodu – jęknęła dziewczyna, ruszając po-

słusznie w stronę wznoszących się łukiem schodów. – Zosta-
ło coś dla mnie? 

– No wiesz, Diano! – obruszyła się Miriam. – Jeszcze 

nie jedliśmy. Czekaliśmy na ciebie. 

– Nie trzeba było – rzuciła Di przez ramię. – Ale cieszę 

się, że zaczekaliście. Gdzie tatuś? 

–  Rozmawia  przez  telefon  z  Terrym.  –  Twarz  kobiety 

złagodniała,  jak  zawsze,  kiedy  wymawiała  imię  najmłodsze-
go dziecka. 

–  Znasz  ojca  –  ciągnęła,  uśmiechając  się  do  Diany.  – 

Wypytuje go, kiedy dokładnie przyjeżdża. 

background image

–  To  Terry  nie  powiedział  ci  tego,  kiedy  pierwszy  raz 

telefonował?  –  spytała  Di,  zatrzymując  się  u  podnóża  scho-
dów. 

– Nie, on… – Miriam urwała i zrobiła zniecierpliwioną 

minę.  –  Diano,  jeśli  zaraz  nie  zrzucisz  tych  przemoczonych 
rzeczy, przemarzniesz do szpiku kości. No, pośpiesz się. Po-
rozmawiamy przy kolacji. 

–  Idę  już,  idę  –  odparła  ze  śmiechem,  wstępując  na 

schody.  

Siedemnaście minut później, rozgrzana gorącym natry-

skiem,  ubrana  w  wygodne,  miękkie,  wełniane  spodnie,  ob-
szerny sweter i aksamitne domowe pantofle, z włosami zwią-
zanymi  w  koński  ogon,  z  którym  wyglądała  bardziej  na  na-
stolatkę  niż  młodą,  dwudziestosześcioletnią  kobietę.  Di 
wkroczyła do jadalni. 

– Och,  na  moją  niezrównaną babcię Matyldę – powie-

działa  z  rozmarzeniem,  zaciągając  się  głęboko  aromatem, 
który unosił się z wazy ustawionej na długim, misternie rzeź-
bionym stole. – Cokolwiek to jest, pachnie bosko. 

Henry  Blair  zachichotał  i  zbliżył  się  do  Di,  by  złożyć 

na jej policzku ojcowski pocałunek. 

– Prawda? 

– Macie przed sobą najnowsze dzieło sztuki kulinarnej 

naszej  nieocenionej  kucharki,  moi  drodzy  –  oznajmiła  Mi-
riam. – Janet miała dzisiaj natchnienie, którego wynikiem jest 
ta zupa. – Pociągnęła lekko nosem. – Pachnie smakowicie. 

–  No  to  spróbujmy  –  powiedziała  Di,  obchodząc  stół, 

background image

by  zająć  przy  nim  swoje  stałe  miejsce.  –  Głodna  jestem  jak 
wilk. 

Zupa  spełniła  oczekiwania  rozbudzone  swymi  zapa-

chowymi  walorami,  równie  smaczne  okazały  się  dobrane  ze 
znawstwem  przystawki.  Konwersacja  podczas  posiłku  ogra-
niczała się do niezbędnego minimum i rozwinęła w pełni do-
piero po podaniu kawy i babki biszkoptowej. 

Dziękując za ciasto, Di westchnęła i opadła na wyście-

łane oparcie szerokiego krzesła o giętych poręczach. 

–  Było  przepyszne.  –  Uśmiechnęła  się  do  ojca.  –  Czy 

teraz, kiedy czuję, że prawdopodobnie  nie umrę z głodu, po-
wiesz mi wreszcie o Terrym? 

– Powiem, i dorzucę coś jeszcze. – Kąciki jego ust wy-

gięły się w tajemniczym uśmieszku, w jasnych oczach zabły-
sły ogniki jakiegoś wewnętrznego  podniecenia  i  Henry prze-
sunął przekornie wzrokiem po twarzach żony i córki. Na obu 
malował się wyraz szczerego zaintrygowania. 

– Henry, co ty tam chowasz w zanadrzu? – spytała Mi-

riam  z  błyszczącymi  oczami.  Zawsze  uwielbiała  niespo-
dzianki. 

– No, tatusiu, jaką to bombą chcesz nas potraktować? – 

zapytała Di. 

–  Chwileczkę  –  Henry  celowo  przedłużał  moment  na-

pięcia. 

– Najpierw o planach Terry'ego. Przylatuje do Filadel-

fii dwudziestego trzeciego. 

background image

– Och, cudownie! – wykrzyknęła Miriam.  – Jak długo 

zostanie? Kiedy musi wracać do pracy?  

– Trzeciego stycznia – odparł  Henry. – Późnym popo-

łudniem drugiego leci z powrotem do Taos.  

–  To  wspaniale  wiadomości.  –  Di  połączyła  się  w  za-

chwycie  z  macochą.  –  Beth,  Lissa,  Terry.  To  będzie  praw-
dziwy świąteczny zjazd rodzinny. 

– Prawdziwszy, niż ci się wydaje – zapewnił ją Henry, 

przybierając  zdecydowanie  enigmatyczny  wyraz  twarzy  i 
uśmiechając się chytrze. 

– Tato! – zaprotestowała ze śmiechem Di. – Co ty knu-

jesz w tej swojej przewrotnej głowie? 

–  Dosyć  tego  przekomarzania.  Henry  –  powiedziała 

Minami tonem łagodnego upomnienia. – Mów wreszcie. 

Powstrzymywał  się  jeszcze  przez  chwilę,  przeciągając 

moment wyczekiwania. 

–  To  bardzo  specjalna  niespodzianka  dla  nas  wszyst-

kich  –  zlitował  się  w  końcu.  –  A  zwłaszcza  dla  ciebie,  Mi-
riam – zwrócił się z uśmiechem do żony. – Tego roku zanosi 
się na prawdziwy, kompletny zjazd rodzinny. 

Miriam i Diana pochyliły się ku niemu, czekając z na-

pięciem,  co  teraz  powie.  Henry  wziął  głęboki  wdech, 
uśmiechnął się i oznajmił uroczyście: 

– Matt przyjeżdża do domu na Boże Narodzenie. 

 

background image

Bomba,  którą  potraktował  je  ojciec,  miała  silę  czter-

dziestomegatonowego  ładunku  wybuchowego.  Od  eksplozji 
upłynęło już kilka godzin, a Dianą nadal wstrząsały dreszcze 
wywołane falą uderzeniową detonacji. 

Dom pogrążony był w ciszy. Stuletni, zabytkowy zegar 

w  holu  obwieścił  trzecią  nad  ranem.  Dziewczyna  leżała  nie-
ruchomo na łóżku. Oczy miała szeroko otwarte i wsłuchiwała 
się  w  głęboki  ton  kurantów.  Pobudzone  szokiem  wspomnie-
nia, te dobre i te złe, całkiem przepłoszyły sen. 

Matt przyjeżdża do domu na Boże Narodzenie.  

Di ujrzała znowu oczyma duszy scenę, która rozegrała 

się po oświadczeniu ojca. 

Na  chwilę  zapadła  pełna  niedowierzania  cisza.  Potem 

macocha zerwała się z krzesła. Śmiejąc się i szlochając, pod-
biegła  do  siedzącego  u  szczytu  stołu  męża.  Henry,  z  twarzą 
wyrażającą  miłość  i zrozumienie, wstał  i otoczył  ją czule  ra-
mionami. 

– Henry, czy to prawda? – wyjąkała Miriam załamują-

cym się głosem. – Matt naprawdę przyjeżdża? 

Di ogłuszona, sparaliżowana odłamkami emocjonalne-

go szrapnela, pozostała na  miejscu  i zaciskając ręce na twar-
dych poręczach krzesła, żeby nie stracić równowagi, patrzyła 
półprzytomnie na żywy obraz szczęścia odgrywany przez oj-
ca i macochę. 

– Tak, kochanie, przysięgam, że to prawda – zapewniał 

Henry żonę, z którą przeżył już dwadzieścia dwa lata. – Matt 
przyjeżdża do domu. 

background image

–  Ale…  jak?  –  wyrzuciła  z  siebie  Miriam,  niepomna 

łez radości, które płynęły jej po policzkach. 

I dlaczego teraz? Po tylu latach spędzonych poza gra-

nicami  kraju,  jak  najdalej  od  domu.  Di  nie  wypowiedziała 
głośno  tego  pytania.  Siedziała  dalej  w  milczeniu,  pewna,  że 
w końcu i tak usłyszy na nie odpowiedź. 

– Jak? – powtórzył z chichotem ojciec. – Naturalnie, że 

samolotem. 

– Henry,  naprawdę  nie o to  mi chodziło,  i ty  dobrze o 

tym  wiesz.  –  Miriam,  odzyskując  panowanie  nad  sobą,  wy-
zwoliła  się  z  jego  objęć  i  cofnęła  o  krok.  Wzięła  starannie 
złożoną chusteczkę, którą jej podał, osuszyła sobie nią oczy i 
dopiero  wtedy  podjęła:  –  Rozmawiałam  z  Mattem  przed 
dwoma dniami i nic mi nie powiedział, nie wspomniał nawet 
słowem,  że  wybiera  się  na  święta  do  domu.  –  Zmarszczyła 
czoło. – Kiedy się na to zdecydował? 

– Dzisiaj rano, kiedy zadzwoniłem  do  niego, żeby po-

dać mu gałązkę oliwną – odparł z uśmiechem Henry. Miriam 
wpatrywała się w niego zdumiona. 

– Zadzwoniłeś do Matta? 

Diana  była  równie  zdumiona  jak  macocha;  ojciec  nie 

rozmawiał  ze  swoim  pasierbem  od  dnia,  kiedy  Matt  wypadł 
jak burza z domu. Nie odrywała od ojca oczu, czekając z za-
partym tchem na jego odpowiedź. 

– Tak – odparł. – Zadzwoniłem do niego zaraz po tym, 

jak  zatelefonowałaś  do  mnie,  że  przyjeżdża  Terry.  –  Uśmie-
chał  się  ze  smutkiem,  patrząc  czule  na  rozpromienioną  twa-
rzy żony. – Doszedłem do wniosku, że skoro ty, moja droga, 

background image

cierpiałaś  najbardziej  z  powodu  naszej  męskiej  nieugiętej 
dumy, to  nadeszła wreszcie – dawno już  nadeszła – pora, by 
zakończyć  tę  waśń.  Na  szczęście  Matt  się  zgodził.  –  Wzru-
szył ramionami. – To proste. 

Teraz,  kilka  godzin  później,  wciąż  nie  mogąc  zasnąć, 

Diana  coraz  bardziej  była  przekonana,  że  to  wcale  nie  było 
takie proste. Obawiała się, że powrót Matta okaże się bardzo 
trudny – jeśli już nie dla innych członków rodziny, to z pew-
nością dla niej. 

Może   zaaranżować  to  w  ten  sposób,  by  nie  zasiąść 

przy świątecznym stole, przemknęło jej przez myśl i zacisnę-
ła  pięści,  rozdzierana  walką  przeciwstawnych  uczuć  podnie-
cenia  i  niepokoju.  Była  jedynym  członkiem  rodziny,  który 
dotychczas  uczestniczył  we  wszystkich  świętach,  i  miała 
wszelkie prawo opuścić tegoroczne – prawda? 

Pobożne życzenia. Diana przekręciła się na bok i skuli-

ła w ochronny kłębek. Zdawała sobie doskonale sprawę, że z 
jej pobożnych życzeń nic nie będzie. Nie znajdzie, ani nawet 
nie  będzie  szukała,  miejsca,  w  którym  mogłaby  spędzić  ten 
czas. Nie potrafiłaby sprawić takiego zawodu ojcu  i Miriam. 
Tak się cieszyli, że w tym roku będą mieli przy sobie wszyst-
kie swoje dzieci. 

Zegar  trwający  na  straży  w  holu  wybił  pół  godziny, 

oznajmiając  pogrążonemu  w  ciszy  domowi,  że  jest  3.30  nad 
ranem.  Szesnastego  grudnia.  Henry  powiedział,  że  Matt  po-
stara się zdążyć do domu na Wigilię. 

 

Tydzień i dwa dni, pomyślała Diana ze ściskającą żołą-

background image

dek paniką. 

Jakoś  przez  to  przebrniesz,  pocieszyła  się  w  duchu,  z 

wdzięcznością witając nagłą ociężałość powiek. Nie jesteś już 
przecież podlotkiem, lecz dorosłą kobietą.
 Wydorośleli wszy-
scy – ona i Lissa, i Beth, i Terry, i… 

W lecie tego roku skończył trzydzieści cztery lata. 

Ciekawe, czy się zmienił? 

Też coś, oczywiście, że się zmienił. 

Ona również się zmieniła. 

Jest teraz dojrzałą, pewną siebie kobietą. 

Rwący  potok  myśli  urwał  się  w  chwili,  kiedy  jej  wy-

obraźnię  i  zmysły  poraziła  wizja  wysokiego,  smukłego,  cu-
downego młodego mężczyzny o przekornym uśmiechu. 

Och, Matt… 

 

 

 

– Trochę to zaskakujące, nie uważasz? 

– Owszem. – Matt uśmiechnął się do kobiety siedzącej 

naprzeciw  niego  przy  stoliku  w  eleganckiej  restauracji.  – 
Zdecydowałem,  że  polecę  na  święta  do  Stanów  wczoraj  po 
południu, po rozmowie z ojczymem. 

Kobieta  rozciągnęła  usta  w  wymuszonym  uśmiechu. 

background image

Była prawdziwie piękna. 

–  A  ja  myślałam…  miałam  nadzieję,  że  przyjmiesz 

moje  zaproszenie  i  spędzisz  święta  Bożego  Narodzenia  w 
Londynie ze mną i z moją rodziną. 

–  Przykro  mi  –  mruknął  i  mówił  to  szczerze,  pomimo 

że  nadal  rozpierała  go  euforia,  wywołana  nieoczekiwanym 
telefonem.  –  Ale  nie  mogę  odrzucić  zaproszenia  ojczyma. 
Mija  już  dziewięć  lat  od  czasu,  kiedy  po  raz  ostatni  spędza-
łem święta z rodziną. 

Poza  tym,  dodał  w  duchu.  Henry  mówił,  że  w  Rive-

rview sypie śnieg. 

Dom. Matt stłumił westchnienie. Gdzie jest jego dom? 

Podczas  swego  dobrowolnego  wygnania  podróżował  po  Eu-
ropie  jako  konsultant  do  spraw  zarządzania,  zatrzymując  się 
to  tu,  to  tam,  ale  nigdy  nie  nazywał  żadnego  z  tych  miejsc 
domem. 

Allyson  westchnęła  z  leciutkim,  ale  wyraźnym  odcie-

niem smutku. 

–  Kiedy  wrócisz?  –  Jej  łagodny  glos,  jej  intonacja 

wskazywały, że godzi się z tym, co nieuchronne. 

Matt  zdusił  w  sobie  rozpalające  się  poczucie  skruchy; 

starał  się  nigdy  nie  sprawiać  przykrości  ani  jej,  ani  żadnej 
innej kobiecie, z jaką wiązał się przez te lata. Wszystkie jego 
intymne związki, włącznie z tym z Allyson, były otwarte. Na 
samym  początku  każdego  romansu  ustalano  za  obopólnym 
porozumieniem  zasady  gry  –  a  najważniejsza  z  nich  wyklu-
czała wszelkie wzajemne zobowiązania. 

background image

Matt naprawdę lubił Allyson. Pochodziła z zamożnego 

domu,  była  nietuzinkowa,  inteligentna  i  miała  poczucie  hu-
moru; była również dobra w łóżku. Ale przecież, jeśli dawać 
wiarę zapewnieniom  innych partnerek, on  też był w  nim  do-
bry. 

Jeśli  już  o  to  chodzi,  Matt,  gdyby  się  uparł,  mógłby 

dopatrzeć się u siebie wszystkich innych zalet Allyson, z wy-
jątkiem jednej – nie był nawet w przybliżeniu tak bogaty jak 
ona, przynajmniej na razie. Ale pracował nad tym, imając się 
nie  tylko  doradztwa  i  wielu  innych  dochodowych  zajęć,  ale 
również wykorzystując odkrytą w sobie żyłkę do gry na gieł-
dzie.  No  i  doganiał  Allyson  –  z  każdym  nowym  klientem, 
każdą pomyślną akwizycją, każdą udaną transakcją giełdową. 

Nie  znaczyło  to  wcale,  że  bardzo  mu  na  tym  wszyst-

kim  zależy.  Finansowo  stał  nieźle.  Ale  emocjonalnie?  No, 
cóż… 

–  Matt?  –  Łagodne  upomnienie  w  głosie  Allyson  wy-

rwało go z zadumy. – Pytałam, kiedy wracasz. 

–  Przepraszam.  Zamyśliłem  się.  –  Mężczyzna 

uśmiechnął się z zażenowaniem. – Nie jestem pewien, popro-
siłem więc o otwarty bilet powrotny. 

– Rozumiem. – Z jej tonu przebijała teraz rezygnacja. – 

A więc z nami koniec, prawda? 

Matt nie widział  innego wyjścia, jak tylko dostosować 

się do jej bezpośredniości. 

– Tak, Allyson, to koniec. Bardzo mi… 

–  Proszę  cię,  nie  kończ  –  przerwała  mu.  –  Nie  powta-

background image

rzaj znowu, że ci przykro. 

– Ale mnie jest naprawdę przykro – zapewnił ją, czując 

się podle i nienawidząc tego uczucia. – Nie chciałem sprawić 
ci przykrości. 

–  Wiem.  –  Wzruszyła  ramionami;  nie  wyszło  to  tak 

obojętnie, jak miało wyjść. – Jeśli jest mi przykro, to tylko do 
siebie  mogę  mieć o to pretensję. Wiedziałam, że nie angażu-
jesz  się  do  końca.  –  Rozjaśniła  posmutniałą  twarz  uśmie-
chem. – Ale przyznasz chyba, że dobrze nam było ze sobą? 

– Nie. – Matt pokręcił głową. – Było nam cudownie. 

–  Dziękuję  za  dobre  słowo.  –  Glos  Allyson  zdradzał 

rosnące  napięcie.  –  Zawsze  byłeś…  jesteś  dżentelmenem.  – 
Znowu  się  uśmiechnęła.  –  Dżentelmenem  i,  jak  to  mówią  w 
twoim kraju, równym gościem. 

Matt roześmiał się, usiłując nie dopuścić do głosu wy-

rzutów  sumienia,  których  przypływu  nagle  doświadczył. 
Wcale nie czuł się równym gościem; czuł się draniem. Chole-
ra,  pomyślał,  ta  dziewczyna  zasługiwała  na  coś  lepszego. 
Dlaczego  nie  potrafił  się  w  niej  zakochać?  Ani,  na  dobrą 
sprawę, w żadnej innej? 

Znal odpowiedź, znał ją od dawna. Tylko nie przyzna-

wał  się  do  tego  przed  samym  sobą.  Teraz  też  nie  zamierzał 
przyznać. 

Unikając  instynktownie  zajmowania  się  swym  we-

wnętrznym konfliktem, uniósł kieliszek i spojrzał na Allyson. 

– Wesołych świąt Bożego Narodzenia, zdrowia, szczę-

ścia i miłości w Nowym Roku! 

background image

– Nawzajem –  mruknęła, podnosząc do ust swój kieli-

szek i upijając z niego łyczek wina. – Mogę cię o coś spytać, 
Matt? – Spojrzała na niego z wahaniem. 

– Naturalnie. 

Allyson zwilżyła językiem wargi, a potem wyrzuciła z 

siebie: 

– Czy jest jakaś inna kobieta? Ktoś, kogo może znam?  

Pokręcił głową. 

– Nie. 

 

 

Dopiero  po  kilku  godzinach,  już  w  samotności,  Matt 

przeanalizował  pytanie  Allyson.  Właściwie  odpowiedział  jej 
zgodnie z prawdą. Ale w rzeczywistości inna kobieta istniała, 
istniała od samego początku. Kobieta, która nawiedzała go w 
snach,  żyła  w  jego  wspomnieniach,  gdziekolwiek  rzucił  go 
los.  Kobieta,  której  nie  widział  od  dziewięciu  długich  lat. 
Kobieta,  która  była  właściwie  dzieckiem.  Dzieckiem,  które 
uwielbiał.  Dzieckiem,  które  wyrosło  na  pięknego  podlotka  o 
dojrzałym kobiecym ciele i długich, kuszących nogach. 

Na nastolatkę, której Matt  nie był w stanie się oprzeć. 

Na nastolatkę, którą przez swą słabość okrutnie zdradził. 

Roztrzęsiony,  przemierzał  tam  i  z  powrotem  klatkę 

swoje  sypialni,  której  spartańskie  umeblowanie  odzwiercie-
dlało jałowość jego egzystencji. 

background image

Ale  nie  udawało  mu  się  uciec  przed  uczuciami,  które 

wyzwolił  w  nim  ten  niespodziewany  telefon  od  ojczyma. 
Człowieka,  którego  kochał  jak  własnego  ojca.  Człowieka, 
którego również zdradził. 

Przeklinając siebie pod  nosem, Matt podszedł do okna 

i  spojrzał  niewidzącym  wzrokiem  w  usiane  diamentami,  ak-
samitno-czarne, nocne niebo. 

Łącząc  się  z  nim  za  pośrednictwem  transatlantyckiej 

linii telefonicznej, Henry składał propozycję zawarcia pokoju 
i puszczenia w niepamięć dawnych win, zapraszał go taktow-
nie  nie  tylko  na  święta  do  domu,  ale  i  z  powrotem  na  łono 
rodziny. 

Gwiazdy,  na  które  patrzył  Matt,  rozmywały  się  coraz 

bardziej.  Zamrugał  powiekami,  żeby  usunąć  warstewkę  wil-
goci, pogarszającej ostrość widzenia. 

Wracał do domu. 

Rozsadzały  go  podniecenie  i  niecierpliwość.  Tym  ra-

zem, w te święta, musi to wszystko naprawić, bo jeśli nie, to 
lepiej nie myśleć o przyszłości. 

Wspomnienia  czaiły  się,  gotowe  dopaść  Malta,  gdyby 

choć  na  moment  opuścił  gardę.  Bolesne  wspomnienia  z  in-
nych świąt i gorzkiego sylwestra. 

Zaklął  głośno  i  odpędził  je  od  siebie,  zajmując  myśli 

spekulacjami na temat czasu, jaki od tamtej chwili upłynął. 

Na  jaką  osobę  wyrosło  to  dziecko-kobieta?  Odwrócił 

się od okna i podjął nerwowy spacer. Ze strzępków informa-
cji, jakie zdołał wyciągnąć przez te  lata od  matki  i siostry w 

background image

trakcie  rozmów  telefonicznych  i  spotkań  w  Nowym  Jorku  i 
Waszyngtonie, kiedy zdarzało  mu się wpadać z krótkimi wi-
zytami  do  Stanów,  wynikało,  że  jest  teraz  dojrzałą,  uroczą  i 
inteligentną młodą kobietą. 

Dotarło  doń  naraz, że za tydzień  i  parę dni sam  to zo-

baczy  i  oceni,  i  po  plecach  przeszedł  mu  dreszczyk  emocji, 
wywołany nasilającym się podnieceniem i niecierpliwością. 

Zmęczenie  narastającym  napięciem  sprawiło,  że  opu-

ścił troszeczkę swoją gardę. Przez tę lukę przecisnęło się na-
tychmiast jej imię, wypełniając mu myśli, zmysły i skruszoną 
duszę. 

Diana. 

background image

 
 
 

Rozdział drugi 

 

Sześć dni i odliczanie. 

Ta  powracająca  myśl  znowu  przemknęła  przez  głowę 

Diany, przesuwającej wzrokiem po twarzach pasażerów, któ-
rzy  opuścili  przed  chwilą  samolot  i  wylewali  się  teraz  stru-
mieniem  na  halę  przylotów.  Samolot  z  Chicago  wylądował 
zgodnie  z  rozkładem,  a  wśród  sunącej  w  jej  stronę  ludzkiej 
rzeki powinna się znajdować Melissa. 

Od dnia, w którym Diana dowiedziała się, że Matt za-

mierza  przyjechać  na  święta  do  domu,  upłynęło  z  rozdziera-
jącą  powolnością  sześć  dni.  Sześć  długich  dni,  podczas  któ-
rych doświadczała huśtawki nastrojów, od radosnego podnie-
cenia,  że  przyjeżdża,  do  mdlącego  strachu,  że  znowu  będzie 
musiała stanąć z nim oko w oko. Teraz, kiedy do Wigilii po-
zostało zaledwie parę dni, była nie na żarty rozstrojona. Ner-
wy  wibrowały  jej  niczym  struny  gitary,  w  które  uderza  po-
grążony w transie muzyk. Zachowanie maski pozornego spo-
koju wymagało  mobilizacji wszystkich  rezerw siły woli. Mi-
mo to, jak dotąd, jakoś jej się to udawało. 

Dwójka  na  miejscu,  pomyślała  Di,  uśmiechając  się  i 

machając do siostry, której roześmianą twarz wyłowiła wzro-

background image

kiem  z  tłumu,  jeszcze  dwójka  i  będzie  komplet.  Wczoraj 
późnym popołudniem, przedzierając się przez gęstą śnieżycę, 
z  Nowego  Jorku  przyjechała  samochodem  Bethany.  Terry 
miał przylecieć z Nowego Meksyku skoro świt dwudziestego 
czwartego.  Pozostawał  tylko  Matt,  który  obiecał,  że  postara 
się zdążyć na Wigilię – a to już za trzy dni. 

–  No  dobrze.  Di,  w  czym  rzecz?  –  spytała  Melissa, 

kiedy wymieniły już powitalne uściski. 

– W czym rzecz? – powtórzyła Diana, uśmiechając się 

pomimo  nerwowego  skurczu  brzucha,  jaki  w  tym  momencie 
poczuła. Wzięła  Lissę (tej wersji jej  imienia  używała równie 
często) pod ramię i siostry, zrównując krok, wmieszały się w 
tłum,  zmierzający  ku  strefie  odbioru  bagażu.  –  Co  masz  na 
myśli? 

– Tę niespodziankę, o której mówiła Miriam. – Melissa 

uniosła  pytająco  cieniutkie  ciemne  brwi.  –  Czym  chce  nas 
zaskoczyć? 

– Gdybym nawet wiedziała, to mówiąc, zepsułabym ci 

niespodziankę  –  odparła  Diana.  –  Chyba  się  ze  mną  zgo-
dzisz? 

Melissa ściągnęła z transportera wielką walizę, stęknę-

ła i rzuciła Dianie skwaszone spojrzenie. 

– Podejrzewam, że wiesz, co to takiego, a w odróżnie-

niu  od  ciebie  i  Miriam,  ja  potrafię  żyć  bez  niespodzianek, 
dziękuję.  –  Uginając  się  pod  ciężarem  walizy,  przeszła  za 
siostrą przez otwierające się automatycznie drzwi. – Zwłasz-
cza  jeśli  ta  niespodzianka  dotyczy  ogłoszenia  twoich  zarę-
czyn – podjęła, posapując z wysiłku. 

background image

– Moich zaręczyn?! –  Diana zatrzymała się jak wryta; 

Lissa wpadła na nią i obie omal się nie przewróciły. – Jakich 
zaręczyn? Niby z kim? 

–  Z  tym  fajtłapowatym  księgowym,  z  którym  się  spo-

tykasz. – Lissa postawiła walizę na ziemi i odetchnęła głębo-
ko. – A z kim by innym? 

–  Melisso,  Mike  Styer  nie  jest  fajtłapą  –  żachnęła  się 

Diana, chociaż w głębi duszy podzielała opinię siostry. – Po-
za tym, jesteśmy tylko przyjaciółmi. Nasza znajomość nie ma 
i nigdy nie miała żadnych romantycznych podtekstów. 

–  Mam  taką  nadzieję.  –  Lissa  skrzywiła  się.  –  Mam 

również  nadzieję,  że  do  samochodu  nie  jest  daleko.  –  Dźwi-
gnęła  z  ziemi  walizkę  i  postękując  z  wysiłku,  ruszyła  za  od-
dalającą się Di. – To monstrum waży z tonę. 

–  Pewnie  wyładowałaś  ją  gwiazdkowymi  prezentami, 

zgadłam? – Diana z rozmysłem zmieniła temat. 

– Tak – przyznała Melissa. – Całym mnóstwem. 

– Hm… – mruknęła siostra, zerkając na nią spod oka – 

A wydawało mi się, że nie lubisz niespodzianek. 

– Odczep się – odparowała z uśmiechem Lissa. 

– No, no. Widzę, że zdemoralizowało cię to Chicago. – 

Diana chwyciła za rączkę walizki, żeby ulżyć trochę siostrze. 
–  Uuuu!  –  jęknęła  pod  ciężarem,  który  omal  nie  wyrwał  jej 
ręki ze stawu. – Nakupowałaś prezentów z żelaza? 

Lissa uśmiechnęła się  lekceważąco, gimnastykując ze-

sztywniałe palce. 

background image

 Mam tam trochę rzeczy osobistych. 

– Na przykład co? – wysapała Di, kiedy dotarły do sa-

mochodu. – Kuchenny zlew? 

Mellissa  roześmiała  się  i  wrzuciwszy  na  tylne  siedze-

nie torebkę, jeszcze raz objęła Dianę. 

– Zabrałam suszarkę do włosów, elektryczną lokówkę, 

żelazko… 

–  Lisso!  –  wybuchnęła  dziewczyna.  –  Po  co  taszczysz 

cały  ten  majdan?  Pożyczyłabym  ci  wszystko,  czego  byś  po-
trzebowała. 

Siostra  wzruszyła  ramionami  i  pomogła  Di  załadować 

ciężką walizę do bagażnika. 

–  Widzisz,  pamiętam  do  dziś,  jak  wrzeszczałaś  na 

mnie, żebym nie dotykała twoich rzeczy, kiedy byłyśmy małe 
i… 

– Nie wierzę ci – przerwała Diana. – Przecież byłyśmy 

wtedy  dziećmi.  A  jak  sobie  przypominam,  miałaś  nadzwy-
czajny talent do demolowania wszystkiego, co ci wpadło w te 
niezgrabne, małe łapki. 

–  Tak.  –  Wyraz  oczu  i  uśmiech  Lissy  zmiękły  na  to 

wspomnienie. – Trochę wydoroślałyśmy od tamtego czasu. 

–  Owszem.  –  Ze  zwilgotniałymi  nagle  oczami  Diana 

otworzyła drzwiczki i wsunęła się za kierownicę. Kiedy Lissa 
zajęła  miejsce obok, przyjrzała się jej uważniej. – Wspaniale 
wyglądasz. Do twarzy ci w tej nowej fryzurze. 

Lissa obcięła kasztanowe warkocze  i strzygła się teraz 

background image

na gładkiego pazia. 

– Dzięki. – Potrząsnęła głową. Połyskliwe pukle wzbu-

rzyły  się,  by  zaraz  karnie  powrócić  na  miejsce.  –  Sama  też 
wyglądasz niczego sobie. Dobrze ci z długimi włosami. 

– Dziękuję. – Diana z uśmiechem przesunęła dłonią po 

burzy lśniących czarnych loków. – Nie uważasz, że powinny-
śmy odłożyć na później to spotkanie towarzystwa wzajemnej 
adoracji i ruszyć wreszcie do domu? 

– Do domu – powtórzyła za nią Lissa i oczy jej zabły-

sły. – Boże, byłam w domu zeszłego lata, a wydaje mi się, że 
od tamtego czasu upłynęła już cała wieczność. – Westchnęła 
z  zadowoleniem,  kiedy  Diana  uruchomiła  silnik.  –  Jestem 
podniecona jak dziecko.  Nie  mogę się doczekać. Z Terrym  i 
Beth będzie jak za starych, dobrych czasów. 

– Beth przyjechała wczoraj. 

– Wspaniale. – Lissa roześmiała się. – Fajnie będzie… 

A  więc  w  tym  roku  święta  w  pełnym  składzie.  –  Zamilkła  i 
znowu westchnęła. – No, prawie w pełnym – mruknęła. 

Czy  ci  się  to  podoba,  czy  nie,  siostrzyczko,  spotka  cię 

wielka niespodzianka, pomyślała Diana, zerkając na Mellissę, 
która  również  uwielbiała  dużego,  wiecznie  się  z  nią  przeko-
marzającego, przybranego starszego brata. 

– O, śnieg pada! – krzyknęła nagle Lissa, kiedy Di wy-

prowadziła samochód z zadaszonego parkingu. 

– Znowu –  mruknęła siostra, sztywniejąc za kierowni-

cą. – Przez ostatnie dwa lata śniegu prawie nie było, a w tym 
roku sypie już trzeci raz, chociaż zima ledwie zdążyła się za-

background image

cząć. – Westchnęła. – Żeby tak być już w domu. 

– Och, jak tu ładnie! – wykrzyknęła znowu Lissa, kie-

dy  jechali  ulicami  Riverview.  –  Nie  mogę  się  już  doczekać, 
kiedy zobaczę nasz dom. 

 

Dom, ich dom, jarzył się od wewnątrz światłem, a  mi-

gotliwy  blask świec padał  na śnieg,  przykrywający  frontowy 
trawnik  i  tworzył  aureole  wokół  ciemnozielonych  gałązek 
ostrokrzewów, którymi udrapowano okna i drzwi wejściowe. 

Ledwie  zdążyły  zatrzymać  się  na  podjeździe,  Lissa 

otworzyła drzwiczki i wyskoczyła z samochodu. Diana z wy-
rozumiałym  uśmiechem  na  ustach  pokonała  za  siostrą  nie-
wielką odległość do drzwi. 

Miriam, tak jak  przed tygodniem, czekała  w holu.  Ale 

tym razem nie była sama. Diana uśmiechnęła się jeszcze sze-
rzej, słysząc radosny pisk Lissy. Ale uśmiech spełzł z jej twa-
rzy,  kiedy  ujrzała  przyczynę,  dla  której  siostra  wydała  ten 
okrzyk  zachwytu.  Ojciec,  Miriam  i  Bethany  stali  i  patrzyli  z 
nie skrywanym zadowoleniem, jak Lissa unosi się nad podło-
gę,  tonąc  w  objęciach  swego  uśmiechniętego  przybranego 
brata. 

Matt. 

– Och, Matt! Och, Matt! – powtarzała raz po raz Lissa, 

jakby nie mogła uwierzyć, że to nie przywidzenie i że on na-
prawdę tu jest. 

–  Och,  Lissa,  och,  Lissa  –  przedrzeźniał  ją  Matt.  – 

Wspaniała i spontaniczna, jak zawsze. 

background image

Diana,  sparaliżowana  szokiem,  stała  ze  ściśniętą  krta-

nią  w  progu  i  oddychając  z  trudnością,  pożerała  wzrokiem 
tego  wysokiego,  przystojnego  mężczyznę,  którego  nie  wi-
działa  od dziewięciu  lat  – jedynego  mężczyznę, którego  kie-
dykolwiek pokochała. 

Matt  wyglądał  niby  tak  samo,  a  jednak  jakoś  inaczej. 

Był  jeszcze  przystojniejszy  niż  kiedyś,  bardziej  wyniosły  i 
nieprzystępny,  chociaż  twarz  rozjaśniały  mu  w  tej  chwili 
śmiech i miłość do Lissy. Dojrzałość odcisnęła piętno na jego 
ostrych  rysach; siateczka drobniutkich zmarszczek odbiegała 
promieniście od kącików głęboko osadzonych, szarych oczu i 
okalała  zmysłowe  usta.  Srebrne  pasemka  przetykały  czarne 
włosy,  krótko  przystrzyżone  na  skroniach  i  opadające  nie-
sforną grzywą na czoło. 

Wzrok  Diany  zsunął  się  niżej.  Dreszcz  podniecenia 

przebiegł  jej po plecach. Wąskie  biodra,  płaski brzuch  i  dłu-
gie, proste  nogi  miał opięte czarnymi dżinsami. Biały sweter 
uwydatniał  szerokie  bary  i  pięknie  sklepioną  klatkę  piersio-
wą.  Po  chudości  wieku  młodzieńczego  nie  zostało  śladu.  W 
trzydziestym  czwartym  roku  życia  Matt  miał  szczupłą  syl-
wetkę  wysportowanego  mężczyzny  w  kwiecie  fizycznego 
rozwoju. 

Diana  zareagowała  natychmiast  na  magnetyczny  po-

wab jego ciała. Zawirowało  jej w  głowie, na policzki wystą-
pił gorący rumieniec, wszystko przewróciło jej się w środku. 
Wstrząśnięta swoją  fizyczną  i emocjonalną reakcją, siłą woli 
podniosła oczy na jego uśmiechniętą twarz. 

– To ty jesteś tą niespodzianką, którą zapowiadała Mi-

riam?  – spytała  Lissa, kiedy Matt postawił ją z powrotem  na 
podłodze. 

background image

–  Ja  –  przytaknął  i  z  rozbrajającym  uśmiechem  uniósł 

rękę,  by  otrzeć  z  jej  policzka  łzę.  –  Wyznaczono  mi  rolę 
gwiazdkowej  niespodzianki  dla  ciebie,  Terry'ego  i  Beth.  – 
Spojrzał  na  swoją  uśmiechniętą  siostrę  i  znieruchomiał,  do-
piero teraz zauważając Dianę. 

Na chwilę zrobiło się bardzo cicho. A może ta cisza za-

legła tylko we mnie, przemknęło przez myśl Dianie, która nie 
mogła  oddychać  ani  się  poruszyć,  zahipnotyzowana  inten-
sywnością spojrzenia tych szarych oczu. Reszta obecnych nie 
wyczuła  chyba  tej  ciszy,  bo  roześmiana  Lissa  wyswobodziła 
się  z  objęć  Matta  i  jakby  nigdy  nic  podbiegła  do  Henry'ego, 
Miriam i Beth, żeby i ich wyściskać. 

– Cześć. – Wypowiedziane cichym głosem pozdrowie-

nie  zburzyło  tę  ciszę  i  wstrząsnęło  każdym,  nawet  najmniej-
szym nerwem Diany. 

–  Cześć,  Matt.  –  Nienawidziła  tego  drżenia  w  swym 

głosie,  ale  nie  potrafiła  nad  nim  zapanować.  Nie  mogła  też 
oderwać wzroku od tej ukochanej twarzy. Oczy Matta zabły-
sły  i Diana już wiedziała, że zalewa  go powódź wspomnień, 
tych  samych  wspomnień,  które  wartkim  nurtem  wypełniły  i 
ją, wypierając wszelkie  inne  myśli, zatapiając teraźniejszość, 
świadomość obecności gwarzących radośnie członków rodzi-
ny, przenosząc ją z powrotem w czasie do tamtego sylwestra 
sprzed dziewięciu lat. 

 

Dom tonął w powodzi światła rozsiewanego przez ży-

randole,  lampy,  świece  i  roziskrzoną,  sięgającą  sufitu  choin-
kę, która wznosiła się  majestatycznie  na tle jednego z okien. 
Salon,  hol  i  jadalnia  rozbrzmiewały  śmiechem  i  gwarem 

background image

ożywionych rozmów dobrej trzydziestki gości, którzy zebrali 
się  na przyjęciu, wydawanym  tradycyjnie  przez rodzinę Bla-
irów z okazji nadejścia Nowego Roku. 

Diana,  ubrana  w  długą,  czarną,  aksamitną  spódnicę  i 

elegancką,  obcisłą  bluzkę  ze  złotego  jedwabiu,  czuła  się  jak 
Kopciuszek  na  swoim  pierwszym  balu.  Krótkie  pukle  lśnią-
cych  czarnych  włosów  falowały  przy  każdym  kroku,  czarne 
oczy  błyszczały  ze  szczęścia  wewnętrznym  blaskiem.  Usły-
szała od Matta, że wygląda prześlicznie – i jest seksy. 

Przeszedł ją dreszcz. Nikt jej jeszcze nie powiedział, że 

wygląda seksownie ani że jest seksy. Czy Matt mówił poważ-
nie?
 Czy może tylko się z nią droczył, jak to miał w zwycza-
ju? 

Jakieś  nowe  uczucie,  obce,  a  przy  tym  podniecające, 

zniewoliło  Dianę.  Matt  sprawiał  wrażenie  poważnego,  jego 
szare oczy wpatrywały się w nią intensywnie, tlący się w nich 
zwykle ognik przekory zgasł. Jeśli mówił poważnie… 

Seksy. Znowu zadrżała. Możliwości wynikające z jego 

komentarza  sprawiły,  że  serce  zabiło  jej  szybciej,  a  w  pier-
siach zabrakło tchu. Jak się  upewnić?  To  pytanie  nie dawało 
jej  spokoju,  kiedy  z  uśmiechem  na  ustach  krążyła  między 
grupkami gości. 

Czy  odważy  się  przetestować  te  swoje  możliwości? 

Dreszcz przebiegający po plecach Diany przybrał na sile. Ale 
jak taki test miałby wyglądać? Nie licząc kilku zaślinionych, 
niezdarnych  pocałunków  z  chłopcami  w  jej  wieku,  doświad-
czenia Di na polu kontaktów z płcią przeciwną były żadne. 

Może  zacząć  naśladować  sposób  bycia  aktorki,  grają-

background image

cej uwodzicielkę w ostatnio widzianym filmie? 

Ale gdzie się podział Matt? Uśmiechając się  bez prze-

rwy,  Diana  przedryfowała  obok  kolejnej,  ożywionej  grupki 
gości  i  wpłynęła  do  kuchni,  żeby  napełnić  następną  partią 
kanapek  opróżnioną  tacę.  Nie  poeksperymentuje,  nie  prze-
prowadzi żadnego testu bez obiektu swoich badań. 

Jeśli  się  dobrze  zastanowić,  to  nie  widziała  Matta  od 

ponad  godziny,  kiedy  to  łagodnie,  ale  stanowczo  wyswobo-
dził ramię z  kurczowego  uścisku swojej aktualnej dziewczy-
ny. 

Diana  skrzywiła  się.  W  jej  ocenie,  z  Sondry  Taylor  – 

nie  Sandry,  lecz  właśnie  Sondry  –  był  prawdziwy  okaz. 
Nabzdyczona,  protekcjonalna, wyniosła. I  zaborcza. Sondrze 
strasznie zależało  na Malcie, czego dowodem była jej  niena-
sycona zachłanność. 

Co on w niej widział? Diana zadawała sobie to pytanie 

od  chwili,  kiedy  Matt  przyprowadził  Sondrę  do  domu,  żeby 
przedstawić ją matce, ojczymowi i rodzeństwu. 

To bynajmniej  nie z zazdrości, zapewniała się po wie-

lokroć, przez cały czas zdając sobie w pełni sprawę, że jest aż 
zielona  od  tego  przyziemnego  uczucia.  Ale,  do  licha,  Matta 
stać  było  na  coś  znacznie  lepszego  niż  ta  zadzierająca  nosa 
Sondra – na przykład na samą Dianę. 

A  z  zachowania  Sondry  przez  ostatnie  miesiące  wyni-

kało  jasno,  że  zamierza  zdobyć  Matta  –  zawładnąć  nim. 
Zwierzyła się nawet Dianie, że, być  może, w Święta Bożego 
Narodzenia dojdzie do zaręczyn. 

Ku jej wyraźnemu zawodowi, i ogromnej uldze Diany, 

background image

wymarzony pierścionek zaręczynowy nie zmaterializował się. 
Jednak związek Matta z Sondrą wydawał się tak samo nieza-
chwiany jak dotychczas. 

Dlaczego  więc  Matt  kryje  się  gdzieś  po  kątach,  kiedy 

przyjęcie i jego pani akurat na dobre się rozkręcają? 

Wypełniwszy  kanapkami  tacę,  a  miseczki  orzechami, 

czipsami  i  precelkami,  zaintrygowana  Diana  wyruszyła  na 
poszukiwania  Matta.  Znalazła  go  skulonego  w  przepastnym 
fotelu, w skąpo oświetlonym gabinecie ojca. 

–  Głowa  cię  boli?  –  spytała,  cicho  zamykając  za  sobą 

drzwi. 

– Nie. – Matt oderwał oczy od tańczących w kominku 

płomieni i spojrzał na nią z zadumą. – Co tu robisz? 

Zbita z tropu szorstką nutą w jego cichym głosie, Dia-

na  zdobył  się  na  niepewny  uśmiech  i  jeszcze  mniej  pewne 
wzruszenie ramion. 

–  Szukam  cię.  Czemu  się  tu  zaszyłeś?  –  spytała  nie-

winnie  z  cichą  nadzieją,  że  usłyszy,  jak  Matt  przyznaje,  że 
miał dosyć czepliwych rąk Sondry i jej żarłocznych spojrzeń. 

– Żeby uciec przed tobą – mruknął, podnosząc się z fo-

tela. Stanął przed nią spięty i usztywniony, ze ściągniętą, su-
rową twarzą. Oczy miał ciemne i niezgłębione. 

Diana  patrzyła  na  niego  oszołomiona,  zdruzgotana  nie 

tylko  jego  okrutnymi  słowami,  ale  i  opryskliwym  tonem  w 
głosie. Czym sobie zasłużyła  na  takie traktowanie? Przetrzą-
sała  gorączkowo  pamięć  w  poszukiwaniu  jakiejś  przyczyny, 
prawdziwe  czy  wyimaginowanej.  Jedyne  wytłumaczenie,  ja-

background image

kie znajdował jej wstrząśnięty umysł, miało związek z wcze-
śniejszym  komentarzem  Matta  do  jej  wyglądu.  Kiedy  przyj-
rzała  mu  się  uważniej,  ogarnęło  ją  zdumienie,  jeśli  dobrze 
czytała  z  jego  twarzy,  zdradzał  wszelkie  objawy  lęku  przed 
jej osobą! 

Diana  zadrżała  pod  wpływem  poczucia  nie  doświad-

czanej  jeszcze  kobiecej  mocy.  Naśladując,  jak  umiała,  uwo-
dzicielskie zachowanie aktorki, powoli zbliżyła się do Matta. 
Wyraz  niepewności,  który  przemknął  przez  jego  twarz,  wy-
wołał u niej dreszcz, podniecenia. 

Matt nigdy nie tracił pewności siebie!  

Obserwując go, postąpiła jeszcze jeden krok. Oczy mu 

zabłysły,  opuściły  się  na  jej  piersi,  a  potem  szybko  uniosły, 
by spojrzeć płomiennie prosto w jej źrenice. 

Diana była młoda i niedoświadczona, ale nie można jej 

było  zarzucić  głupoty  ani  naiwności.  Czuła,  jak  jedwabisty, 
złoty  materiał  bluzki  ślizga  się  po  jej  piersiach,  wyobrażała 
sobie, jak zmysłowe musi się to wydawać Mattowi, każdemu 
mężczyźnie. 

Poruszyła  leciutko  ramionami.  Jedwab  otarł  się  piesz-

czotliwie  o  ciało,  rozpalając  gdzieś  głęboko  w  niej  iskrę  na-
miętności. Postąpiła kolejny krok. 

Matt uniósł rękę, jakby chciał ją zatrzymać. 

–  Diano,  nie…  –  Napięcie  w  jego  cichym  głosie  po-

działało na nią jak cios w serce. 

Opuściła  ją  odwaga.  Nie  da  rady.  Po  prostu  nie  nada-

wała  się  do  grania  roli  uwodzicielki.  Nie  mogła  zrobić  tego 

background image

Mattowi.  Kochała  go,  a  w  jej  mniemaniu  miłość  wykluczała 
udawanie. 

Ona  również  uniosła  rękę  i  przyłożyła  dłoń  do  jego 

dłoni. 

– Och, Matt, przepraszam… ja… ja… 

– Nie masz za co przepraszać – przerwał jej, wpatrując 

się  z  napięciem  w  ich  złączone  dłonie.  –  To  moja  wina.  Ja 
powinienem  przeprosić.  –  Zmarszczył  czoło,  a  jego  palce 
bezwiednie wsunęły się  między  jej palce.  Z  ust wyrwało  mu 
się westchnienie rezygnacji i ich dłonie się splotły. 

–  Ale  dlaczego?  –  krzyknęła  zdezorientowana  Diana, 

ściskając jego rękę w odruchu rozpaczy. – Jak to… Co ty ta-
kiego zrobiłeś? 

–  Myślałem  o  tobie.  –  Głos  miał  jeszcze  cichszy,  led-

wie go usłyszała. – I to w taki sposób, w jaki nie powinienem 
o tobie myśleć. 

Diana  wiedziała.  Naturalnie,  że  wiedziała,  tą  wiedzą 

drżała każda jej cząstka. Musiała jednak zapytać, usłyszeć to 
z jego własnych ust. 

–  W  jaki  sposób,  Matt?  –  spytała  cicho,  postępując 

jeszcze jeden niepewny krok. 

Rozluźniając gwałtownie palce, szybko cofnął rękę. 

–  W  sposób,  w  jaki  mężczyzna  myśli  o  kobiecie...  o 

swojej kobiecie. – Mówił z wysiłkiem, przez ściśniętą krtań. 
– A ty nie jesteś kobietą. Di. Właściwie jesteś jeszcze dziec-
kiem. – Wciągając chrapliwie powietrze w płuca, odstąpił od 

background image

niej. 

Dianę ogarnęło ponownie  uderzające do  głowy poczu-

cie kobiecej  mocy  i wyparło wszelkie  myśli o ostrożności, o 
konsekwencjach.  Wypowiadając  te  słowa,  Matt  przyznawał, 
że  pragnie  jej  –  jej,  nie  Sondry,  właśnie  jej.  Pod  wpływem 
impulsu zbliżyli się do niego z uniesionymi w błagalnym ge-
ście rękami. 

–  Nie  jestem  już  dzieckiem,  Matt.  Za  kilka  miesięcy 

kończę  osiemnaście  lat  i  w  świetle  prawa  będę  dorosła.  W 
oczach  świata  będę  kobietą.  –  Przesunęła  koniuszkami  pal-
ców  po  miękkim  materiale  jego  koszuli.  Zareagowały  mro-
wieniem,  wyczuwając  pod  gładką  bawełną  twarde  ciało. 
Szybkim  ruchem  języka  zwilżyła  wargi  i  dokończyła:  – 
Wiem, czego chcę, Matt. 

W  głębiach  jego  oczu  znowu  zapłonął  blask,  niemal 

przerażający swoją dzikością. 

– Skąd to wiesz? – spytał z nie skrywaną furią. – Z kim 

byłaś? Kto cię nauczył? 

 Matt, ty nic nie rozu… – Nie zdążyła dokończyć, bo 

przerwał jej chrapliwie: 

– Zabiję tego… 

– Matt, nie! – Diana chwyciła go za koszulę. – Nikogo 

nie było. Pragnę ciebie. Tylko ciebie. 

– Nie wiesz sama, co mówisz. – Chwycił ją za ramię i 

ścisnął mocno. – To nie zabawa, Di. 

– Wiem – szepnęła. – Zabawy nie ranią, a ja ciebie te-

background image

raz ranię.  

W oczach Matta pojawił się ostrzegawczy  błysk. Jesz-

cze mocniej zacisnął palce na jej delikatnym ramieniu. Diana 
spodziewała się, że jego silne, brutalne dłonie sprawią jej ból, 
zaskoczyła  ją  więc  i  zupełnie  wytrąciła  z  równowagi  łagod-
ność tego dotyku, ostrożność, z jaką przyciągnął ją do swego 
ciepłego ciała. 

–  Och,  Di,  pomóż  mi  –  jęknął  chrapliwie.  –  Powiedz, 

chcesz odejść, błagam. – Uścisk palców otaczających jej rani 
zelżał, tak jakby chciał ją puścić, lecz zaraz wzmógł się kon-
wulsyjnym  skurczem.  –  Proszę  cię.  Di,  uciekaj  stąd  czym 
prędzej,  jak  najdalej  ode  mnie,  póki  mam  jeszcze  siłę,  by  ci 
na to pozwolić. – To był krzyk płynący z głębi serca. 

– Nie  mogę. Nie wyjdę. Nie chcę. – Przyłożyła dłonie 

na płask do jego twardego jak skała torsu. Ciepło ciała Matta, 
wyczuwalne nawet poprzez miękki materiał koszuli, poraziło 
ją, rozpaliło zmysły, wznieciło głębokie wewnętrzne pragnie-
nie… czegoś. 

Machinalnie pogładziła jego pierś. 

Cichy jęk rozkoszy, który wyrwał się z ust Matta, prze-

szył ją na wskroś. 

– Di, przestań. –  Potrząsnął  głową. –  Albo nie, proszę 

cię, rób tak dalej – wykrztusił zdławionym, błagalnym tonem. 
– Rozepnij mi koszulę i dotykaj mnie, pieść. 

Diana  zamarła  na  moment,  porażona  szczęściem.  Po-

tem,  w  porywie  dzikiego  podniecenia,  zaczęła  szarpać  nie-
cierpliwie  guziki  jego  koszuli.  Nie  odrywając  złaknionych 
oczu od jego twarzy, wsunęła dłonie pod miękki materiał, by 

background image

pogładzić  rozpaloną  skórę  porośniętą  kłębowiskiem  szorst-
kich włosków. 

Matt  zadrżał.  Na  jego  twarzy  pojawił  się  wyraz  uczuć 

bliskich cierpieniu. 

–  Och,  jak  dobrze.  Di.  –  Opuścił  powieki,  jakby  jej 

pieszczota sprawiała mu rozkosz. – Masz takie miękkie, takie 
podniecające, takie rozpalające dłonie. 

Dotyk  jej  dłoni  potrafił  go  podniecić!  Dianę  przeszyła 

błyskawica  euforii,  zmiatając  resztki  onieśmielenia,  łamiąc 
wszelkie hamulce. Posłuszna nieprzepartemu, wewnętrznemu 
nakazowi,  pochyliła  głowę  i  przywarła  wargami  do  zwilgot-
niałego ciała Matta. 

Mężczyzna  wciągnął  z  sykiem  powietrze  przez  zaci-

śnięte zęby i zadrżał jak rażony prądem elektrycznym. 

– Diano… Diano… – wymawiając zduszonym głosem 

jej  imię,  puścił  jej  ramiona  i  rozdygotanymi  rękoma  ujął  za 
głowę. Oderwał ją od swej piersi i uniósł. 

Dziewczyna  zesztywniała  na  widok  jego  twarzy.  Była 

ściągnięta. Oczy  miał szeroko otwarte, a  ich  niemal  idealnie 
czarną głębię rozświetlał migotliwy płomień nieokiełznanego 
pożądania. 

– Muszę cię pocałować, Diano. – Spuścił wzrok na jej 

drżąca wargi. – Pozwól  mi,  kochana… –  Zbliżył  usta  na od-
ległości tchnienia do jej ust. – Mogę? 

Musiał  ją  pocałować.  Na  samą  tę  myśl  ugięły  się  pod 

nią nogi. Mogę? Mogę? Dusza jej się śmiała; sama Diana nie. 
Wpatrywała  się  w  ten  wszechogarniający  pożar  w  jego 

background image

oczach i wiedziała, że z radością spłonęłaby na popiół za sa-
mo muśnięcie ust jego pięknymi wargami. 

– Diano – wyszeptał, kiedy nie odpowiadała. – Pozwól 

mi.  Ja  muszę…  muszę…  –  Glos  przeszedł  mu  w  tchnienie 
gorąca,  w  pachnący  winem  oddech,  który  owionął  jej  usta  i 
odurzył rozszalałe zmysły.                

– Ja… ja też tego chcę – wyszeptała łamiącym się gło-

sem unosząc zapraszająco twarz. 

Matt  na  wpół  westchnął,  na  wpół  jęknął.  Dotyk  jego 

ust  na  jej  wargach  był  lekki  jak  piórko,  czuły,  słodki.  Diana 
odebrała  go całym ciałem, całą duszą. Rozbudził w  niej pra-
gnienie  czegoś  więcej.  Przesunęła  dłońmi  po  torsie  mężczy-
zny,  oplotła  mu  rękami  napięty  kark  i  przyciągnęła  mocniej 
jego głowę. 

Reakcja Matta była szybka i oszałamiająca. Otoczył ją, 

całą  drżącą,  silnymi  ramionami,  biorąc  w  dziko  zachłanne 
objęcia. Wargi mu stwardniały i wpiły się chciwie w jej usta. 

Diana  wiedziała,  że  jej  pożąda,  ale  wciąż  się  wahała, 

niepewna siebie, pełna obawy, czy zdoła sprostać jego ocze-
kiwaniom. 

Z  krtani  wyrwał  mu  się  chrapliwy  pomruk.  Cofnął 

głowę o włos. 

–  Rozchyl  dla  mnie  usta,  kochana  –  wyszeptał.  – 

Wpuść mnie. Pozwól skosztować swojej słodyczy.  

Rozchyliła wargi… troszeczkę. 

– Szerzej. – W chrapliwym szepcie Matta pobrzmiewa-

background image

ło ponaglenie. – Chcę cię wypełnić cząstką siebie. 

Jego  słowa  wywołały  w  wyobraźni  Diany  pewne  sko-

jarzenie, erotyczną wizję, która skrzesała błyskawicę podnie-
cenia,  ta  zaś  odbita  się  rykoszetem  od  mózgu,  pomknęła  w 
głębie jej kobiecości, by powrócić stamtąd do ust i rozpalić je 
żądzą... poczucia go w sobie. 

Rozchyliła usta. 

Język Matta wdarł się w nie i wypełnił, pozbawiając ją 

zmysłów.  Jego  ręce  błądziły  z  oszalałą  niecierpliwością, 
wtłaczając  jej  miękkie  krągłości  w  twarde,  kanciaste  płasz-
czyzny umięśnionego, męskiego ciała. 

W  Dianie  eksplodowała  namiętność.  Instynktownie 

wtuliła się w pochyloną nad nią, napiętą postać. Zetknęły się 
ich  biodra.  Jęknęła,  wyczuwając  nacisk  na  wzgórek  tuż  nad 
punktem złączenia osłabłych i drżących ud. 

Matt  jął  teraz  obsypywać  pocałunkami  jej  policzki, 

powieki,  skronie.  Poczuła  jego  język  sunący  po  krzywiźnie 
ucha, a potem wsuwający się ostrożnie w głąb. 

Zareagowała dreszczem na tę erotyczną grę. 

– Podoba ci się? – Głos miał cichy. 

– Tak. 

–  Mnie  też,  ale  to  za  mało  –  mruknął  kusząco  Mań.  – 

Wypełnianie  twoich  ust,  twojego  ślicznego  uszka  rozbudza 
we mnie tylko pragnienie czegoś więcej. – Zsunąwszy dłonie 
na jej pośladki, przyciągnął jej ciało mocno do siebie. – Chcę 
cię  wypełnić  całkowicie.  Poczuć,  jak  twoje  napięte,  gorące 

background image

ciało  pulsuje  wokół  mojego.  Chcę  sprawić,  byś  się  zatraciła 
w pożądaniu mnie, tylko mnie. Odchodzę od zmysłów z pra-
gnienia  kochania  się  z  tobą,  dopóki  nie  rozerwiesz  się  dla 
mnie, kiedy w tobie eksploduję. 

Jego  cichy  głos  wywołał  w  wyobraźni  Diany  wizje, 

które wznieciły w niej pożar. Słodka, rozpalona krew krążąca 
w żyłach omywała  roztopionym  żarem  jej spragnioną kobie-
cość. 

Wciąż jednak wahała się z podjęciem decyzji, pragnie-

niem kobiecej inicjacji i strachem przed nią.  

–  Diano…  –  Szepcząc  jej  imię,  Malt  przywarł  ustami 

do  jej  warg,  kładąc  kres  jej  wahaniom  prowokacyjnym  ryt-
mem napierającego języka. 

Przywarła  doń  instynktownie  całym  ciałem.  Matt,  nie 

przerywając  pocałunku,  popchnął  ją  delikatnie  przed  sobą  w 
kierunku  obitej  skórą  kanapy  ustawionej  pod  kątem  do  ko-
minka. Diana wydała cichy jęk protestu, kiedy przestał ją ca-
łować, i wstrzymała oddech, gdy zwinne palce rozpięły haft-
kę spódnicy, która zsunęła się na podłogę i ułożyła wokół jej 
stóp w wachlarz czarnego aksamitu. 

– Boże, Diano, masz najdłuższe i najseksowniejsze no-

gi  –  wyszeptał  Matt  chrapliwie.  –  Od  prawie  roku  doprowa-
dzają mnie do szaleństwa. 

Diana  zamrugała  powiekami,  przestraszona  i  zarazem 

zaskoczona jego wyznaniem. 

– Moje nogi? – wykrztusiła, nie wierząc uszom. 

–  Twoje  nogi  –  przytaknął.  Gładził  dłonią  jej  powle-

background image

czone  czarnym  nylonem  udo.  –  Umieram  z  pragnienia,  by 
otoczyły mnie w pasie. – Palce Matta przesunęły się do punk-
tu złączenia  ud. Zaczął  gładzić ciemne  majteczki, prześwitu-
jące  przez  cieniutkie  rajstopy.  –  Spalam  się  z  pragnienia,  by 
poczuć,  jak  twoje  długie  nogi  zaciskają  się  wokół  mnie, 
wciągają coraz głębiej i głębiej w wilgotny żar twego ciała. – 
Gładzący palec sondował, badał nylonową barierę, zagradza-
jącą dostęp do bram jego pożądania. 

Ta  poufała  pieszczota  ostatecznie  zmiotła  w  Dianie 

resztki  oporów.  Opuściła  rękę  i  zamknęła  dłoń  na  wzgórku, 
rysującym się przez materiał spodni. Ciało Matta zareagowa-
ło konwulsyjnym dreszczem; wyczuła pod dłonią spazm. 

– Pozwól  mi, Diano. – Chrapliwy  głos Matta zdradzał 

miotającą  nim żądzę. – Kochaj się ze  mną. Tutaj… – Wska-
zał ruchem głowy na kanapę. – Teraz. 

– Tak – odparła bez wahania. 

Oczy  mężczyzny  rozbłysły,  zdawały  się  strzelać 

iskrami  ognia  w  samo  serce  pożądania  Diany.  Zakwiliła  w 
proteście,  kiedy  oderwał  dłoń  i  przynoszące  torturę  palce  od 
jej ciała, ale wydała zaraz westchnienie satysfakcji, kiedy po-
pchnął ją lekko na miękkie poduchy kanapy i sam opuścił się 
między jej uda. 

Pamiętając  jego  wyznanie,  Diana  oplotła  nogami  jego 

szczupłą  talię.  W  odpowiedzi  Matt  wygiął  w  łuk  ciało  i  na-
parł  na  nią  z  całych  sił,  torturując  oboje  zapowiedzią  rozko-
szy, jakie czekają ich, kiedy zerwą wreszcie z siebie i odrzucą 
bariery ubrań. 

Pojękując  cicho  pod  wpływem  płomiennych  odczuć, 

background image

jakie rozpalały w niej ruchy Matta, Diana zadośćuczyniła je-
go  fantazji,  zaciskając  mocno  nogi  i  podając  biodra  wysoko 
w górę, by zrównać z nim rytm. 

– O Boże! Diano! 

– Matthew! Jak mogłeś? 

Wstrząśnięte  glosy  jej  ojca  i  matki  Matta  przebiły  się 

przez  zmysłową  mgłę,  spowijającą  umysł  dziewczyny.  Matt 
mruknął pod  nosem wulgarne przekleństwo, poderwał  głowę 
i  spojrzał  w  jasny  prostokąt  otwartych  drzwi.  W  progu  stali 
Henry z Miriam, a za nimi, w korytarzu, tłoczyli się Bethany, 
Melissa, Terry i liczni goście, włączając w to Sondrę. 

Diana,  przerażona  śmiertelnie  upokarzającym  faktem, 

że  przyłapano  ją  w  takiej  sytuacji,  tłumiąc  szloch,  ukryła 
twarz na ramieniu Matta. Czuła, jak stygnie żar jego namięt-
ności i rośnie furia. 

– Zamknijcie te cholerne drzwi! 

background image

 
 
 
 

Rozdział trzeci 

 

– Diano, słyszysz? Prosiłem, żebyś zamknęła drzwi. 

Dźwięk głosu ojca położył tamę zalewowi wspomnień. 

Jak we śnie, Diana sięgnęła za siebie ręką i zatrzasnęła drzwi. 
W głowie rozbrzmiewał jej wciąż echem gniewny głos Matta 
sprzed dziewięciu lat. 

Zamknijcie  te  cholerne  drzwi!  Mrugając  powiekami, 

skupiła  wzrok  na  milczącym  mężczyźnie,  który  stał  w  holu 
naprzeciwko niej i bacznie się jej przyglądał. 

W szarych oczach Matta odbijały się wciąż wspomnie-

nia, ich wspomnienia. 

Ileż  czasu  patrzą  na  siebie  z  Mattem,  przeżywając  je 

wciąż  na  nowo?  Diana  oderwała  od  niego  wzrok  i  spojrzała 
na ojca, Lissę, Miriam i Beth. Cała czwórka wymieniała jesz-
cze  powitalne  uściski  i  pozdrowienia;  Lissa  była  jeszcze  w 
płaszczu, tak samo zresztą jak sama Diana. 

Dochodząc  do  wniosku,  że  chociaż  w  jej  odczuciu 

upłynęło parę godzin, w rzeczywistości było to zaledwie kil-

background image

ka sekund, Diana potrząsnęła głową, by przywrócić sobie ja-
sność myślenia, i zaczęła rozpinać długi do kostek, wełniany 
płaszcz. 

Palce  drżały  jej  tak  samo  jak  tamtego  wieczoru,  kiedy 

mozoliła się niewprawnie z guzikami koszuli Matta. Ogarnę-
ło ją znów wspomnienie tamtego wieczoru, znowu była bez-
bronna i uległa. 

Poczuła nagle czyjeś dotknięcie na ramieniu, potem na 

karku,  nad  kołnierzem  płaszcza.  Chociaż  upłynęło  już  dzie-
więć lat, Diana bezbłędnie rozpoznała ten dotyk i przeszedł ją 
dreszcz. 

–  Rany  z  tamtego  wieczoru  jeszcze  się  nie  wygoiły, 

prawda?  –  spytał  Matt  ściszonym  głosem,  przeznaczonym 
tylko dla jej uszu. 

Diana  zesztywniała.  Na  zewnątrz  była  chłodna,  ale  w 

środku tlił się zdradziecki żar. Walcząc z podstępnym poczu-
ciem  topnienia  i  przemożnym  impulsem,  który  kazał  się  jej 
odwrócić i paść Mattowi w ramiona, pokręciła szybko głową. 

– Kłamiesz – szepnął szorstko. – Widziałem, czytałem 

to z twojej twarzy jak z książki. Tak samo jak ja przeżywałaś 
na  nowo tamten wieczór. – Jego  ton stał się  jeszcze bardziej 
szorstki, gorzki. – Wciąż przeżywasz wstyd i upokorzenie na 
myśl, że zostałaś przyłapana. 

Diana  wzdrygnęła  się,  jakby  ją  uderzył.  Zacisnęła  po-

wieki, by powstrzymać napływającą do oczu falę tez, wywo-
łaną  przeszywającym  bólem,  jakim  zareagowała  stara  rana. 
Ledwie  świadoma  tego,  co  robi,  wysunęła  ręce  z  rękawów, 
zostawiając płaszcz w jego rękach. Pomimo że pozbyła się z 

background image

ramion ciężkiego okrycia, nadal coś ją przytłaczało. 

–  Trudno  ci  się  chyba  dziwić  –  mruknął  Matt,  odwra-

cając się z ciężkim westchnieniem w kierunku szafy na ubra-
nia.  Wargi  wygięły  mu  się  w  uśmiechu.  –  Nie  była  to  przy-
jemna scenka. 

To  beznamiętne  stwierdzenie  ponownie  przeniosło  ją 

w czasie... 

 

– Zamknijcie  te cholerne drzwi!  – rzucił  Matt zduszo-

nym,  wściekłym  głosem,  zgarniając  jednocześnie  ręką  jej 
spódnicę z podłogi. – Muszę wstać, Diano – szepnął, odrywa-
jąc się od niej i unosząc na łokciach. 

Dziewczyna, sparaliżowana straszną sytuacją, nie  była 

w  stanie  wykonać  najmniejszego  ruchu.  Patrzyła  tylko  na 
niego  błagalnym  wzrokiem.  Nie  zwracając  uwagi  na  gwar 
głosów, dobiegający od progu i z korytarza, Matt zsunął się z 
niej  powoli,  naciągając  przy  tym  długą,  aksamitną  spódnicę 
na  jej  obnażone  nogi.  Okrywszy  przed  niepowołanym  wzro-
kiem dolną połowę jej ciała, podniósł się z kanapy i odwrócił, 
by spojrzeć na rząd patrzących z potępieniem oczu. 

–  Matt,  jak  mogłeś?  –  powtórzyła  Miriam  bolesnym 

szeptem. – To twoja siostra! 

– Ona nie jest moją siostrą – warknął. 

– Nie, ale jest moją córką. – W głosie Henry'ego czaiła 

się tłumiona wściekłość; twarz miał czerwoną, upstrzoną cęt-
kami  furii. – Traktowałem cię jak syna,  ufałem ci, kochałem 
cię.  –  Łzy  przerwały  tamę  i  popłynęły  mu  po  zaczerwienio-

background image

nych  policzkach.  –  A  ty  w  rewanżu  zdradziłeś  mnie,  moją 
miłość, moje zaufanie, napastując moją córkę. 

– Nie! – Okrzyku zaprzeczenia Diany nikt nie usłyszał.  

Zagłuszył go chrypliwy głos Matta. 

–  Prosiłem  o  zamknięcie  drzwi.  –  Stał  wyprostowany, 

spięty w sobie, jakby szykował się do stoczenia bitwy, wojny 
na pełną skalę. – Nie życzymy sobie widowni. 

–  A  cóż  to  teraz  za  różnica?  –  odparował  Henry.  Głę-

boki ból i wstrząs zdruzgotały jego wrodzone poczucie taktu i 
dystansu.  –  Wszyscy  tutaj  byliśmy  świadkami  rozmiarów 
twojej deprawacji. – Mimo to sięgnął jednak za siebie, chwy-
cił za klamkę i zatrzasnął drzwi przed nosem Sondry. 

Satysfakcja na widok jej zbolałej miny na jedną chwilę 

złagodziła przytłaczające Dianę poczucie upokorzenia. Ale ta 
satysfakcja miała krótki żywot. 

– Henry, nie! Proszę cię, nie! 

Krzyk Miriam szarpał ranę, jaka otworzyła się w sercu 

dziewczyny w obliczu wyraźnego cierpienia ojca. 

– Nie jestem zdeprawowany – wycedził Matt przez za-

ciśnięte zęby – i nic nie zrobiłem Dianie. 

– Tylko dzięki boskiej opatrzności i naszej interwencji 

– ripostował Henry, zmieniając nagle ton. – Ciebie nie ruszy-
łoby sumienie, nie zawahałbyś się. 

Diana  nie  mogła  tego  dłużej  znieść.  Usiadła  gwałtow-

nie na kanapie, prostując plecy. 

background image

– Tato, jestem tak samo… 

–  Bądź  cicho  –  wpadł  jej  w  słowo  Matt  i  zamilkła, 

przestraszona porywczością jego tonu. – Ja to załatwię. 

–  Załatwisz?  Załatwisz?  –  krzyknął  Henry,  dygocąc  z 

wściekłości.  –  Nie,  ty  niczego  nie  będziesz  załatwiał!  Ja  tu 
jestem  od  załatwiania!  –  Jego  glos  stopniowo  przechodził  w 
ogłuszający ryk. – Wynoś się z  mojego domu, ale to już, na-
tychmiast! Nie chcę więcej widzieć cię na oczy! 

– Tato! 

– Henry! – Krzyk Miriam zagłuszył jęk protestu Diany. 

Doskoczyła  do  niego  i  wpiła  się  palcami  w  jego  napięte  ra-
mię. 

– Henry, chyba nie mówisz poważnie! 

–  Jak  najpoważniej!  –  zaryczał  ojciec.  –  Ma  się  stąd 

wynosić, i koniec! – Pełnymi łez oczami przeszywał Matta. – 
I  niech  się  cieszy,  że  na  tym  się  skończyło.  Najchętniej 
chwyciłbym  za  karabin  i  zdmuchnął  twojego  wyuzdanego 
synalka z powierzchni ziemi! 

–  O  Boże!  O  Boże,  nie!  –  Miriam  zaniosła  się  błagal-

nym szlochem, od którego krajało się serce. 

To  moja  wina.  To  wszystko  moja  wina,  krzyczała  w 

niemej  udręce  Diana,  przekonana,  że  nie  doszłoby  do  tego, 
gdyby, po pierwsze,  nie wtargnęła  nieproszona w samotność 
Matta, a po drugie, posłuchała go potem i wyszła, kiedy o to 
prosił i miał jeszcze na tyle rozsądku, by pozwolić jej odejść. 

– Nie będziesz musiał posyłać mnie do piekła – powie-

background image

dział  Matt,  wytrzymując  bez  drgnienia  powieki  spojrzenie 
Henry'ego. – Ożenię się z Dianą. 

W pokoju zaległa rozrywająca uszy cisza. 

Diana  pragnęła  umrzeć.  Tylko  w  śmierci  widziała 

ucieczkę przed rozdzierającym bólem. 

–  No  widzisz,  Henry?  –  krzyknęła  biedna  Miriam, 

chwytając się resztek nadziei. – Matt wszystko naprawi. 

Henry rozwiał brutalnie nadzieje żony. 

– Prędzej ujrzę go martwym, niż oddam mu moją cór-

kę. Zaufanie  diabli wzięli, Matthew  Turner – warknął. –  Za-
ufanie,  miłość,  wszystkie  uczucia.  Nie  ma  ich.  Dla  mnie  już 
nie żyjesz. Wynoś się. Natychmiast. 

Matt nie patrzył na Dianę. Nie drgnął nawet. Po chwili 

uśmiechnął się, ale był to ponury, cyniczny uśmiech klęski. 

– Jak sobie życzysz – powiedział, odchodząc od kana-

py  i  od  Diany.  –  Zadzwonię  do  ciebie  za  parę  dni,  mamo.  – 
Urwał,  żeby  pocałować  Miriam  w  zalany  łzami  policzek,  a 
potem zdecydowanym krokiem podszedł do drzwi i otworzył 
je na oścież. Uśmiechnął się znowu cynicznie na widok cofa-
jącej się ze zmieszaniem grupki pozostałych członków rodzi-
ny  i  gości.  –  Szczęśliwego  Nowego  Roku  –  wycedził  sardo-
nicznie, torując sobie drogę między nimi. 

– Matt! – zawołała za nim Sondra. – Zaczekaj, pójdę z 

tobą! 

– Nie sądzę, żeby podobało ci się tam, gdzie się wybie-

ram  –  rzucił  przez  ramię,  zmierzając  zdecydowanie  ku 

background image

drzwiom frontowym. 

– Ale dokąd ty idziesz? – zapytała. 

–  Prosto  do  piekła.  –  Matt  wybuchnął  urywanym, 

chrapliwym śmiechem i zamknął za sobą drzwi. 

Zrozpaczona  Diana,  zwinięta  w  kłębek  na  kanapie  w 

gabinecie  ojca,  zadrżała,  wychwytując  w  jego  śmiechu  nutę 
cierpienia. 

Wygnany.  Matt  został  wygnany  z  domu,  który  od  lat 

uważał za rodzinny. Ja jestem temu  winna, powtarzała sobie 
w  kółko,  niepomna  pocieszającego  głosu  ojca.  Powodowana 
wewnętrznymi  popędami  niczego  nie  rozumiała,  z  wyracho-
waniem  igrała  z  ogniem  pożądania.  I  płomienie  namiętności 
osmaliły jej serce i duszę. 

Intuicja mówiła jej, że blizny nosić będzie do ostatnie-

go tchnienia. 

 

– Diano, nie rób tego. 

Cichy, nakazujący głos Matta przerwał nić wspomnień, 

rozwijającą  się  w  duszy  Diany.  Rozkojarzona,  z  poczuciem, 
że obraca się bezwolnie w podmuchach rozżalenia, rozejrzała 
się  dookoła,  szukając  czegoś  materialnego,  co  pozwoliłoby 
jej zakotwiczyć siew rzeczywistości. 

Matt. 

Diana  poczuta  w  sobie  pustkę,  która  z  każdą  chwilą 

rozpościerała  się  coraz  szerzej.  Powiedział  coś  o  bliznach? 
Przełknęła  pęczniejący  w  krtani  pęcherzyk  histerycznego 

background image

śmiechu.  Emocjonalne  blizny?  Mogłaby  wysmażyć  na  po-
czekaniu godną tytułu magistra dysertację na ten temat. 

Do  diabła,  to  nie  było  fair,  żachnęła  się  w  duchu,  pa-

trząc na Malta, niepomna swego bólu. Większość czasu przez 
ostatnich  dziewięć  lat  zajęło  jej  cerowanie  tych  emocjonal-
nych blizn –a szwy nadal w wielu miejscach puszczały. 

– Nie rób tego, Diano, proszę cię. – Nakaz ulotnił się z 

głosu Matta i zastąpiło go błaganie. 

–  Czego?  –  Potrząsnęła  lekko  głową  w  nadziei,  że  w 

ten  sposób  przywróci  swym  rozproszonym  myślom  choć 
odrobinę spójności. – Czego… mam nie robić? 

– Nie patrz tak na mnie – mruknął. 

– To znaczy jak? – Oczywiście, wpatrywała się teraz w 

niego jeszcze intensywniej. 

– Tym  udręczonym wzrokiem – wyszeptał chrapliwie, 

zerkając  z  ukosa  na  resztę  domowników,  by  sprawdzić,  czy 
niczego  nie  zauważyli.  –  Tym  wzrokiem,  w  którym  odbijają 
się  wspomnienia  tamtego  wieczoru,  potępiającym,  wzburzo-
nym moją tutaj obecnością. 

–  To  nieprawda.  –  Diana  walczyła  z  ogarniającym  ją 

ponownie poczuciem nierealności. Znowu odnosiła wrażenie, 
że stoi tak w  holu  nie od  kilku  minut,  lecz od wielu  godzin, 
dni, przez całe życie. 

–  Czyżby?  –  Matt  uniósł  ciemną,  łukowatą  brew  w 

przejawie nie skrywanego niedowierzania. 

– Nie, ja… – Tyle tylko zdążyła z siebie  wykrztusić, i 

background image

całe szczęście, bo nie miała pojęcia, co ma mu odpowiedzieć. 

–  Kochani,  kolacja  już  gotowa!  –  zawołała  z  jadalni 

Janet. 

– W samą porę. – Roześmiana Lissa podbiegła do Mat-

ta. – Padam z głodu – oznajmiła. Oczy błyszczały jej przeko-
rą. Zrzuciła z siebie płaszcz i podała mu go. – Będziesz tak tu 
sterczał z tym paltem  Diany, czy  może przymierzasz się, że-
by je włożyć? 

– Widzę, że niewiele się zmieniłaś, Melisso – mruknął 

Matt,  odbierając  od  niej  płaszcz  i  odwracając  się,  żeby  od-
wiesić oba okrycia do szafy. – Nadal siedzi w tobie bezcere-
monialna, dokuczliwa trzpiotka. 

–  Staram  się,  jak  mogę  –  odparowała  Lissa,  biorąc  go 

pod rękę. – Przekomarzanie jest moim powołaniem. 

– No to odpocznij jakiś czas od tego swojego powoła-

nia. – Beth podeszła do nich z uśmiechem i wzięła Matta pod 
wolną rękę. – Dosyć naprzekomarzam się w pracy, dziękuję. 

– Chodźcie, dzieci, możecie droczyć się dalej przy sto-

le. – Miriam z uśmiechem odzwierciedlającym jej zadowole-
nie, wzięła Henry'ego za rękę i pociągnęła w stronę jadalni. – 
Czy  to  nie  cudowne?  Zupełnie  jak  za  starych,  dobrych  cza-
sów, 

– Tak, kochanie, cudowne – przyznał pobłażliwie Hen-

ry, oglądając się z satysfakcją przez ramię na swą gromadkę. 
– Jak za starych, dobrych czasów. 

Oczy  obu  mężczyzn  spotkały  się  w  niemym  pojedna-

niu.  Diana  była  tego  jedynym  świadkiem.  Pierś  wezbrała  jej 

background image

westchnieniem,  westchnieniem  ulgi.  Oto  kończył  się  blisko 
dziewięcioletni okres wzajemnej oziębłości. 

–  O,  tak  –  pisnęła  Beth.  –  Pamiętacie,  jak  to  kiedyś 

bywało… – zaczęła entuzjastycznie.                                  

Dziewczyny  uwieszone  ramion  Matta  pożeglowały  za 

ojcem  i  Miriam,  a  Diana  poczuła  się  nagle  odsunięta  poza 
nawias. Wcale nie jest tak jak za dawnych czasów, pomyślała, 
ruszając  bez  pośpiechu  za  roześmianą,  rozgadaną  gromadką. 
Bo  chociaż  cieszyło  ją  naprawienie  wyłomu  w  rodzinie,  to 
jednocześnie  obawiała  się,  że  nigdy  nie  będzie  już  tak  jak 
dawniej. 

 

Przez  cały  posiłek  jadalnia  rozbrzmiewała  wesołymi 

rozmowami  i  śmiechem.  Milcząca,  odzywająca  się  tylko  w 
przypadku,  gdy  zwracano  się  do  niej  bezpośrednio,  Diana 
obserwowała  członków  rodziny,  utwierdzając  się  coraz  bar-
dziej w przekonaniu, że jej nie wypowiedziana głośno opinia 
była słuszna. 

Pomimo  całej  serdeczności,  jaką  manifestował  Henry, 

dato  się  zauważyć  w  jego  tonie  nieznaczne,  a  jednak  nie-
omylne  oznaki  napięcia.  I  pomimo  wspaniałego  nastroju  i 
zachwytu  okazywanego  przez  Miriam,  jej  oczy  zdradzały 
tkwiący gdzieś głęboko niepokój. 

Nie, wcale nie jest tak jak dawniej, myślała Diana, ba-

wiąc  się  śladowymi  ilościami  jedzenia,  które  nałożyła  sobie 
na talerz. Lissa i Beth siliły się na naturalność i było to oczy-
wiste, przynajmniej dla Diany. A Matt, chociaż przyjacielski, 
pozornie swobodny, był w istocie czujny i spięty, jakby spo-

background image

dziewał się jakiejś pułapki. 

Dziewczyna  przesunęła  wzrokiem  po  twarzach  współ-

biesiadników. Wszyscy bardzo się starali podtrzymać wesołą 
atmosferę.  Westchnęła  bezgłośnie,  dochodząc  ostatecznie  do 
wniosku,  że  nad  stołem  unosi  się  duch  sylwestra  sprzed 
dziewięciu lat, niezauważalnie niszcząc świąteczny nastrój. 

Wybuch  śmiechu  przedarł  się  przez  chmurę  ponurych 

myśli, spowijającą  umysł Diany. W śmiechu tym  dawały się 
słyszeć  tony  nie  udawanego  rozbawienia.  Uśmiechając  się  z 
przymusem,  powiodła  jeszcze  raz  wzrokiem  po  zebranych 
przy  stole.  Wszyscy,  nie  wyłączając  Matta,  sprawiali  wraże-
nie doskonale się bawiących. 

Czyżby niesłusznie dopatrywała się u członków rodziny 

przejawów  własnych  obaw?  Może  tylko  ona  sama  doświad-
cza tego nieokreślonego niepokoju. Poruszona tym podejrze-
niem, zaczęła przyglądać się uważniej każdej twarzy z osob-
na.  Wciąż  piękną  twarz  Miriarn  okraszał  rumieniec  radości. 
Oczy  Beth  sypały  iskrami.  Lissa  przypominała  niesforną  na-
stolatkę.  Henry  wyglądał  na  całkiem  zadowolonego  z  siebie 
mieszczucha.  A  Matt…  Diana  zmartwiała.  Matt  wpatrywał 
się bez mrugnięcia w jej wystraszone oczy. Diana, czując się 
zdemaskowana, naga i bezbronna, oderwała od niego przera-
żony  wzrok.  Kącikiem  oka  dostrzegła  jednak,  że  ściągnął 
brwi. 

Co myślał? Zadała sobie to pytanie, podnosząc się au-

tomatycznie,  bo  pozostali  odsunęli  się  w  tym  momencie  z 
krzesłami od stołu i wstali. Intensywność tego spojrzenia od-
bierała jej  pewność siebie.  Kiedy przechodzili  niespiesznie z 
jadalni  do  salonu,  Diana,  pewna,  że  Matt  obwinia  ją  za 
wszystkie te lata, wszystkie święta, których nie mógł dzielić z 

background image

rodziną, starała się trzymać jak najdalej od niego. 

– Och, ta choinka jest prześliczna! – wykrzyknęła Lis-

sa, podbiegając do majestatycznego świerka.  

–  Masz  rację  –  przytaknął  Matt,  podchodząc  do  niej 

powoli – A jak pachnie. 

– Czy mogę nie czekać do Wigilii, tylko już teraz roz-

łożyć pod nią moje prezenty? – spytała Melissa, kierując pro-
szące spojrzenie na Henry'ego i Miriam. 

–  Wiesz  przecież,  Lisso,  że  nigdy  nie  pozwalano  nam 

kłaść prezentów pod drzewkiem przed Wigilią – powiedziała 
Beth tonem reprymendy. 

Siostra zrobiła rozczarowaną minę. 

–  Byliśmy  wtedy  dziećmi  –  przypomniała.  –  Teraz 

wszyscy jesteśmy już dorośli. 

– Nigdy bym nie pomyślał. – Matt uśmiechał się nieco 

złośliwie, a w jego szarych oczach igrał przewrotny ognik. 

Przywołujący  wspomnienia  i  tak  znajomy  widok  jego 

prowokacyjnego  uśmiechu  sprawił,  że  Lissa  i  Beth  również 
się  uśmiechnęły,  Miriam  zachichotała  po  dziewczęcemu,  a 
Henry  roześmiał  się  cicho.  Diana  nie  uśmiechnęła  się,  nie 
zachichotała  ani  nie  roześmiała.  Nie  mogła.  Prowokujący 
uśmiech Matta budził w  niej zbyt wiele cennych wspomnień 
ze szczęśliwszych czasów, kiedy kochała go z dziecinną nie-
winnością,  która  rozwinęła  się  potem  w  zmysłowość  i  do-
prowadziła  do  strasznej  konfrontacji.  Pomimo  faktu,  że  nie 
wszystkich łączyły te same więzy krwi, stanowili bardzo zży-
tą  rodzinę.  A  przecież,  w  ciągu  jednego  wieczoru  –  nie,  w 

background image

ciągu  niespełna  godziny  –  ona  i  Matt,  ulegając  burzy  zmy-
słów, rozpruli tę jednolitą materię. 

To  oni  ponosili  winę  za  lata  separacji  i  nieszczęścia, 

które stały się udziałem całej rodziny. Diana bez słowa sprze-
ciwu  przyjęła  brzemię  winy,  chociaż  wiedziała,  że  teraz  po-
stąpiłaby  tak  samo,  byle  tylko  przeżyć  znowu  ten  dreszczyk 
podniecenia, obejmowana przez Matta, całowana, kochana. 

Kochała  go. Kochała go od zawsze. Zawsze będzie go 

kochała. Westchnęła. Zanosiło się na to, że samo przetrwanie 
wizyty Malta będzie istnym piekłem ukrywania miłości i po-
żądania  przed  wszystkimi,  a  zwłaszcza  przed  nim  samym. 
Ale  musi  to  znieść.  Problem  w  tym,  jak  to  zrobić.  Zajmując 
czymś ręce.
 

Odpowiedź,  która  zaświtała  Dianie,  zmobilizowała  ją 

do  natychmiastowego  działania.  Odwróciła  się  od  rozbawio-
nej grupki i ruszyła w stronę drzwi. 

– Diano?  – wołanie  Henry'ego dogoniło ją w progu. – 

Dokąd idziesz? 

–  Do  samochodu  –  odparła,  wychodząc  do  holu.  –  Po 

walizkę Lissy. 

– Zaczekaj, ja ją przyniosę – zaoferował się Henry. 

– To moja walizka – wtrąciła się siostra. – Sama po nią 

pójdę. 

–  Nie,  zostaniecie  oboje  tutaj.  –  W  głosie  Matta  po-

brzmiewała rozkazująca nutka. – Ja to załatwię.  

Diana nawet się nie obejrzała, by sprawdzić, kto z nich 

background image

postawił na swoim. Przecięła hol, otworzyła drzwi i wyszła w 
śnieżny wieczór. 

Cholera!  –  zaklął  pod  nosem  Matt,  idąc  długimi  kro-

kami  Dianą.  Przyjazd  do  domu  był  błędem.  Jeśli  miał  co  do 
tego  jakieś  wątpliwości,  to  rozwiał  je  skutecznie  wyraz  jej 
oczu. 

Nie  chciała  go  tutaj,  w  domu  swojego  ojca.  Świado-

mość tego  przeszywała Matta bólem. Tak  długo czekał  na tę 
chwilę.  Celowo  zwlekał  aż  do  tej  pory  z  powrotem  i  zdanie 
Henry'ego nie miało wiele wspólnego z jego decyzją. 

Diana  była  młoda,  poniósł  ją  pierwszy  poryw  namięt-

ności.  Postanowił  dać  jej  czas  na  dorośniecie,  na  dojrzałość, 
na poznanie świata i wybuchowej natury fizycznego pociągu. 

Poczuł  ukłucie  zwyczajnej,  męskiej  zazdrości.  Diana 

miała  teraz  dwadzieścia  sześć  lat  i  meandry  zmysłowości  na 
pewno  już  od  dawna  nie  stanowią  dla  niej  tajemnicy.  Uraza 
rozpalała  mu  umysł  i  trawiła  wnętrzności,  uraza  do  mężczy-
zny,  któremu  powierzyła  zaszczytną  rolę  przewodnika  po 
królestwie erotycznych uniesień. 

On sam liczył przez ten czas dni i miesiące, egzystując 

dzięki strzępkom informacji o Dianie uzyskiwanym od matki 
i  Beth  podczas  krótkich  z  nimi  spotkań,  i  tłumił  każdy  im-
puls,  wzywający  go  do  powrotu  i  zażądania  od  dziewczyny, 
by  dostrzegła  w  nim  nie  dokuczliwego  brata,  nie  erotomana 
wyładowującego  swoje  popędy  na  nietkniętej  dziewczynie, 
ale  mężczyznę  –  mężczyznę,  który  ją  kocha,  mężczyznę  dla 
niej. 

Ale czy naprawdę był mężczyzną dla niej? Zadając so-

background image

bie  to  pytanie,  szedł  za  Dianą,  zmierzającą  do  bagażnika  sa-
mochodu.  W  jego  odczuciu  zadawanie  jakichkolwiek  pytań 
nie  miało  już  sensu.  Po  dziewięciu  latach  bezowocnej  walki 
ze sobą, tłumaczenia, że jest za młoda, że kierowała nim tyl-
ko żądza i że zepsuł wszystko,  ulegając swojemu pożądaniu, 
Matt spojrzał w końcu prawdzie w oczy. 

Był  w  Dianie  zakochany.  Skrzywił  się,  brnąc  za  nią 

przez  skrzypiący  pod  butami  śnieg.  Do  diabła,  prawda  jest 
taka, że kochał  ją od samego początku, tylko że dawniej ob-
jawiało  się  to  w  sposób  nieco  inny  niż  teraz.  Zatrzymał  się 
przy niej obok otwartego bagażnika samochodu i poczuł, jak 
ostrze  bólu  wraża  się  jeszcze  głębiej,  kiedy  wzdrygnęła  się  i 
cofnęła. 

Kochał  ją  –  a  ona  nie  może  nawet  znieść  jego  blisko-

ści.  Dała  to  wyraźnie  do  zrozumienia  już  w  chwili,  kiedy 
spostrzegła  go,  wszedłszy  za  siostrą  do  domu.  Zdradziły  ją 
oczy,  w  których  odbił  się  wstrząs  i  wspomnienie  wstydu  i 
upokorzenia, jakich doświadczyła. 

–  Powiedziałem,  że  ja  to  wniosę.  –  Głos  Matta  był 

szorstki. Nie mógł nic na to poradzić; jemu też było ciężko na 
duszy. 

Diana  nie  odpowiedziała.  Stała  tylko  i  wpatrywała  się 

w pokryty śniegiem podjazd. 

Przywołując  z  pamięci  wszystkie  znane  sobie  prze-

kleństwa,  Matt  chwycił  za  rączkę  walizy  i  wywlókł  ją  z  ba-
gażnika.  Jasna  cholera,  ale  ciężka!  Czego,  u  diabła,  Lissa 
tam napchała
, zastanawiał się, zatrzaskując z hukiem klapę. 

Diana stała nieruchomo, zapatrzona w sypiący śnieg. 

background image

–  Zamierzasz  stać  tu  tak  przez  resztę  mojej  wizyty?  – 

spytał, rzucając jej gniewne spojrzenie. 

Drgnęła i przeniosła wzrok na niego. 

–  Nie  –  powiedziała  cicho,  niemal  szeptem.  –  Ale  za-

stanawiam się poważnie nad wyjazdem do Cancun, na Hawa-
je, albo do Australii. 

–  Niezły  pomysł.  –  Dźwignął  walizę,  wziął  Dianę  za 

rękę i dosłownie ciągnąc ją za sobą, ruszył w stronę domu. – 
Ale czuję się w obowiązku zwrócić ci uwagę, że Australia to 
za blisko. 

Żachnęła  się  i  cofnęła  gwałtownie  rękę,  próbując  wy-

swobodzić ją z jego uścisku. 

Matt  zatrzymał  się  w  pół  kroku,  ścisnął  mocniej  jej 

dłoń  i  od|  wrócił  się.  Serce  mu  zamarło,  w  piersi  zabrakło 
tchu.  Nie  trzeba  było  słów  –  zdeterminowany  wyraz  twarzy 
Diany  mówił  sam  za  siebie.  Wystraszył  ją  śmiertelnie,  mó-
wiąc,  że  nie  ma  takiego  miejsca,  dokąd  mogłaby  przed  nim 
uciec.  Nie  chciała  mieć  z  nim  do  czynienia.  Matta  ogarnęła 
rozpacz.  Kochał  ją,  a  ona  go  odtrąca.  Przemknęło  mu  już 
przez myśl, że najlepiej będzie chyba wrócić do Europy, kie-
dy  nagle  ocknął  się  w  nim  duch  walki.  Odnosił  sukcesy  w 
interesach  nie tylko dlatego, że był w tym dobry, ale  i dlate-
go,  że  lubił  wyzwania.  A  największe  wyzwanie  jego  życia 
stało teraz przed nim, patrzyło nań czujnie i zastanawiało się 
prawdopodobnie, dlaczego on wpatruje się w nie milcząco, z 
takim natężeniem. 

Podejmie  wyzwanie,  którego  uosobieniem  jest  Diana. 

Jakoś, w jakiś sposób, zmusi ją, by go pokochała. 

background image

Napięcie  dziewczyny  zdawało  się  przenosić  na  niego, 

wyrywając  z  zadumy.  Odnosił  wrażenie,  że  całe  jego  ciało 
oplata sieć elektryczna. Wpatrywał się w  Dianę,  upajając się 
jej widokiem. 

W rozproszonym świetle przesączającym się przez za-

słony  w  oknach  jej  oczy  wydawały  mu  się  ogromne,  wprost 
bezdenne. Płatki śniegu osiadały jej na długich rzęsach i zle-
piały je, topniejąc. Przenikliwy wiatr wyciskał  na policzkach 
rumieniec.  Długie,  spiralne  pukle  włosów  połyskiwały  kro-
pelkami wilgoci. 

Zmokła!  Spostrzeżenie  to  przywołało  Matta  do  rze-

czywistości.  Zmierzył  ją  od  stóp  do  głów  zwężonymi  oczy-
ma. Cholera – skarcił się w duchu. Cała drży z zimna! 

– Wejdźmy lepiej do środka, zanim nabawisz się zapa-

lenia płuc. – Odwrócił się  i pociągnął ją za rękę. Ciężka wa-
lizka niemal wyrywała mu ramię ze stawu. – Czego, u diabła, 
Lissa tam napchała? – mruknął bardziej do siebie niż do Dia-
ny. 

–  Chyba  przywiozła  cały  swój  dobytek  –  stwierdziła 

kwaśno  Diana.  Zaskoczony,  że  się  odezwała,  zerknął  na  nią 
spod  oka.  Uśmiechała  się  do  niego  i  chociaż  był  to  uśmiech 
wymuszony, to sprawił jednak, że Matt zatrzymał się nagle, a 
waliza wypadła mu z ręki. 

–  Cały  dobytek?  –  powtórzył,  nie  dbając  wcale  o  od-

powiedź. Pragnął po prostu pławić się chwilę dłużej w cieple 
jej  uśmiechu.  A  kiedy  ten  uśmiech  roziskrzył  figlarnie  oczy, 
zaparło mu dech w piersiach. 

–  No,  może  nie  cały.  –  Uniosła  rękę,  by  otrzepać  mo-

background image

kre włosy. – Ale dużo ma tam tego – ciągnęła. – Włącznie z 
gwiazdkowymi prezentami. 

Gwiazdkowe  prezenty!  W  głowie  Matta  odezwały  się 

dzwoneczki,  celebrując  narodziny  pewnej  myśli.  Musi  spę-
dzić z Dianą jakiś czas sam  na sam, z dala od  innych człon-
ków  rodziny.  Dać  się  jej  poznać  jako  mężczyzna,  a  nie  brat. 
Przed  wyjazdem  do  Stanów  nie  zdążył  kupić  świątecznych 
upominków,  a  nigdy  jeszcze  nie  spotkał  kobiety,  która  nie 
uwielbiałaby  zakupów.  Uśmiech  zakiełkował  mu  w  duszy  i 
przebił się z wolna na usta. 

–  To  mi  o  czymś  przypomniało.  Czeka  mnie  jeszcze 

rajd  po  sklepach.  –  Matt  postarał  się,  by  w  jego  głosie  za-
brzmiało zakłopotanie. – I nie mam pojęcia, co komu kupić. – 
Westchnął  głęboko.  –  Mogę  cię  prosić  o  towarzystwo  i  po-
moc w wyborze? 

background image

 
 
 
 
 

Rozdział czwarty 

 

–  Chcesz,  żebym  z  tobą  poszła?  –  Diana  patrzyła  na 

Matta ze szczerym zaskoczeniem, pewna, że źle go zrozumia-
ła.  Przed  chwilą  powiedział,  że  gdziekolwiek  by  przed  nim 
uciekła,  to  z  jego  punktu  widzenia  i  tak  będzie  to  za  blisko, 
nie mogła więc uwierzyć, że teraz proponuje jej towarzystwo 
w wyprawie po zakupy. 

–  Byłbym  ci  bardzo  wdzięczny.  –  Matt  wzruszył  ra-

mionami,  co  ściągnęło  jej  wzrok  na  mokre  zacieki  na  jego 
swetrze. – Przyznaję, że zupełnie nie wiem, co kupić. 

Diana  zadrżała,  i  to  nie  tylko  z  zimna,  ale  również  z 

niepewności, czy rozsądnie byłoby godzić się na spędzenie z 
nim  tak  długiego  czasu.  Z  salonu  dobiegła  salwa  śmiechu. 
Westchnęła.  No,  ale  jak  odmówić,  żeby  nie  wyszło  to  nie-
grzecznie  albo  wręcz  dziecinnie?
  Zdradziła  swoje  wahanie, 
skubiąc drżącymi palcami rąbek swetra. 

–  Mniejsza  z  tym  –  burknął  Matt  z  szorstką  gwałtow-

background image

nością, przerywając przedłużające się milczenie, jakie między 
nimi  zaległo.  –  Widzę,  że  nie  odpowiada  ci  moje  towarzy-
stwo.  –  Jego  wzrok  spoczął  na  palcach  Diany  i  wargi  wy-
krzywił mu ironiczny uśmieszek. – Połażę sobie sam. 

–  Nie  –  wyrzuciła  z  siebie,  czując,  że  wyszło  to  i  nie-

grzecznie, i dziecinnie zarazem. – Pójdę z tobą – powiedziała 
już spokojniej, bo odgłosy ożywionej rozmowy dochodzące z 
salonu przypomniały jej, że te święta mają być czasem przy-
wracania w rodzinie pokoju, leczenia ran. – Kiedy? 

– No cóż, do Gwiazdki pozostało niewiele dni – odparł 

Matt,  a  jego  uśmieszek  przeobraził  się  niezauważalnie  w 
uśmiech  satysfakcji.  –  Ale  zdaję  sobie,  oczywiście,  sprawę, 
że pracujesz, a więc... 

– A więc? – wpadła mu w słowo Diana, zaniepokojona 

jego zadowolonym uśmiechem i pewna, że zaraz zaproponuje 
coś, co jej się nie spodoba. 

– Może jutro, po pracy? 

Zastanawiała się przez chwilę. Ile może potrwać kupo-

wanie  kilku  prezentów?  Gdyby  wyszła  z  biura  wcześniej, 
mogliby obejść miejscowe sklepy, Matt zrobiłby swoje zaku-
py  i  może zdążyliby jeszcze do domu  na kolację. Mężczyźni 
nie cierpią przecież sklepów, prawda? 

Rada z wniosku, do którego doszła, uśmiechnęła się… 

i nagle stężała na widok niepokoju, malującego się na twarzy 
Matta. 

–  Niech  będzie  jutro  –  powiedziała  i  zaintrygował  ją 

przebłysk  emocji,  który  pojawił  się  na  chwilę  w  jego  czuj-
nych oczach. 

background image

– Świetnie. – Matt skinął głową i Dianie wydało się, że 

wysiłkiem  woli  powstrzymuje  uśmiech.  –  O  której  wycho-
dzisz zwykle z biura? 

– Zazwyczaj kończymy pracę o piątej, ale często zosta-

ję  dłużej.  –  Pokrywając  wzruszeniem  ramion  zmieszanie, 
wywołane  wyrazem  jego  twarzy,  Diana  przeszła  do  przed-
stawienia  swojego  naprędce  skleconego  planu.  –  Ponieważ 
nie mam teraz żadnych zaległości, będę chyba mogła wyjść o 
czwartej.  Wcześniej  zaczniemy,  wcześniej  skończymy.  Od-
powiada ci to? 

– Idealnie. – Matt wyraźnie przegrał swoją wewnętrzną 

walkę z cisnącym się na usta uśmiechem, od którego dreszcz 
przeszedł jej po plecach, jeżąc włoski na karku. – Jeździsz do 
biura z Henrym? 

–  Nie.  –  Diana  ściągnęła  brwi,  zaskoczona  tym  pyta-

niem.  –  Mam  raczej  nienormowany  czas  pracy,  jeżdżę  więc 
sama. Czemu pytasz? 

Mężczyzna wzruszył ramionami. 

–  Pomyślałem  sobie,  że  byłoby  szybciej,  gdybyś  zo-

stawiła  mi  swój  samochód,  a  ja  podjechałbym  po  ciebie  pod 
biuro. 

Pomysł, który skracał czas, jaki będzie musiała spędzić 

w  towarzystwie  Matta,  spodobał  się  Dianie,  przystała  więc 
skwapliwie na tę propozycję. 

– Tak, masz rację. Jutro zabiorę się do biura z tatą. 

– Dobrze. – Ton Matta można było określić jako pełen 

zadowolenia pomruk. W Dianie obudziła się czujność. – Pod-

background image

jadę  po  ciebie  o  czwartej.  Pochodzimy  trochę  po  sklepach, 
potem  zrobimy  sobie  przerwę,  wpadniemy  gdzieś  na  kolację 
i, odświeżeni dokończymy zakupów. 

Uświadamiając sobie, że jej niepokój był uzasadniony, 

Diana otworzyła usta, by zaprotestować. 

– Ale… 

– Hej, co wy tam tak długo robicie? – zawołała w tym 

momencie  Lissa  z  progu  salonu.  –  Przygotowujecie  świą-
teczne niespodzianki? 

– Tak – powiedział Malt, odwracając się, by  ruszyć w 

stronę  roześmianej  siostry.  –  Zajmij  się  więc  swoimi  spra-
wami, bo możesz nie znaleźć prezentu pod choinką. 

Wpadła.  Przekonana,  że  dając  się  nierozważnie  wcią-

gnąć  w  podstępny  plan  Matta,  popełniła  wielki  błąd,  Diana, 
patrząc  jak  ten  oddala  się  z  Lissą  uwieszoną  u  ramienia, 
zwymyślała się w duchu. 

 

Matt  taszczył  za  Dianą  pękate,  wielkie  torby  i  nie 

spuszczał wzroku z jej ponętnej sylwetki. Lawirowała zręcz-
nie  w  przedświątecznym  tłumie,  zapełniającym  szczelnie 
chodniki, a on usiłował za nią nadążyć. 

Minęła  już  ponad  godzina  od  czasu,  kiedy  zatrzymał 

samochód  przed  biurem  Diany.  Już  na  niego  czekała.  Spo-
dziewał się, że pojadą do któregoś z pobliskich centrów han-
dlowych,  zaskoczyło  go  więc,  kiedy  Diana,  zamiast  wsiąść 
do  samochodu,  zaproponowała,  by  zostawił  auto  na  biuro-
wym  parkingu,  ponieważ  odrestaurowany  pasaż  handlowy 

background image

znajdował się w odległości krótkiego spaceru. 

Mokry  śnieg  pokrywał  ziemię  i  zalegał  ubitymi,  ma-

łymi pryzmami wzdłuż krawężników przed  frontonami skle-
pów, nadając aurę autentyczności tej długiej na trzy przeczni-
ce i zamkniętej dla ruchu kołowego części miasta, pamiętają-
cej przełom stuleci. 

Sceneria  wprost  z  kart  Opowieści  wigilijnej,  pomyślał 

Matt,  dostrzegając  zmiany,  jakie  tu  zaszły  podczas  jego 
dziewięcioletniej nieobecności w mieście. 

Przemknęło mu przez myśl, że gdyby nie współczesne 

ubrania  przechodniów,  wypełniająca  rześkie  powietrze  pi-
skliwa  świąteczna  muzyka,  wydobywająca  się  z  ukrytych 
głośników,  i  klaksony  samochodów,  dobiegające  sporadycz-
nie spoza strefy zamkniętej,  można by pomyśleć, że czas się 
cofnął. 

Ależ  tu  uroczo,  myślał,  wymijając  grupkę  chichoczą-

cych  nastolatek  i  wydłużając  krok,  by  dogonić  Dianę.  A  ra-
czej byłoby  uroczo, podjął  urwaną  myśl, gdyby  nie wilgotny 
chłód przenikający go do szpiku kości, poszturchiwania śpie-
szących  się  przechodniów  i  zabójcze  tempo,  jakie  narzuciła 
dziewczyna z chwilą, kiedy znaleźli się w pasażu. 

Musiał, naturalnie, przyznać, że dzięki jej determinacji 

sporo  już  załatwili.  Torba,  którą  dźwigał,  pełna  była  podar-
ków dla połowy osób z jego listy. Ale, na Boga, jakim kosz-
tem  –  nie  w  sensie  pieniędzy,  lecz  nadszarpniętych  nerwów, 
cierpliwości. 

A tam, cztery kroki przed nim, maszeruje sobie ta, któ-

ra  tak  pobudza  jego  zmysły.  Ponury  uśmiech  wypełzł  na 

background image

wargi Matta, kiedy ciągle śledził wzrokiem ponętną sylwetkę 
Diany. 

Górną połowę ciała  okrywała jej  długa do pasa kurtka 

ze sztucznego  lisa. Mężczyznę rozpraszała dolna część. Wy-
chodząc rano z domu, Diana ubrana była w strój odpowiedni 
do biura, czyli w białą jedwabną bluzkę  i  wełnianą spódnicę 
do kolan. Oprócz dyplomatki, miała ze sobą małą torbę, któ-
rej  zawartość,  czyli  obcisłe  dżinsy,  opinała  teraz  jej  biodra  i 
nogi. 

Żar wypełnił wszystkie  najczulsze punkty  ciała Malta. 

Kobieta nie powinna wyglądać tak pociągająco w spodniach
zaprotestował w duchu. To po prostu  nie  fair wobec  męskiej 
części  populacji,  zwłaszcza  jeśli  ta  kobieta  ma  zwarte,  pro-
porcjonalnie, zaokrąglone ciało i nogi do samej szyi. 

Myśli  i  zmysły  mężczyzny  wypełnił  obraz  sprzed 

dziewięciu  lat.  Obraz  tych  samych  długich  nóg  opiętych  nie 
dżinsami, lecz prowokacyjnymi, czarnymi nylonami. 

Matt stłumił jęk i wymruczał przeprosiny pod adresem 

starszego pana, którego niechcący potrącił ramieniem. Chole-
ra!
 To śmieszne, szydził z siebie i sytuacji, którą sam z takim 
trudem stworzył. Jego plan  miał  na celu  wyciągnięcie Diany 
z domu na rozmowę w cztery oczy. Jak mogło nie przyjść mu 
do  głowy,  że  ulice  i  sklepy  zatłoczone  ludźmi,  robiącymi 
przedświąteczne zakupy, nie będą odpowiednim miejscem do 
rozmowy na tematy osobiste? 

Zauważył,  że  Diana  zatrzymuje  się  przed  wspaniale 

udekorowaną witryną sklepu jubilerskiego i z piersi wyrwało 
mu  się  pełne  ulgi  westchnienie.  Ledwie  zwróciła  na  niego 
uwagę,  kiedy  przystanął  obok.  Przygryzając  wargę,  wpatry-

background image

wała  się  z  zachwytem  w  połyskującą  zawartość  okna  wysta-
wowego. 

– W brzuchu mi burczy – zaczął. – Może wpadlibyśmy 

gdzieś  coś  zjeść?  –  Pobiegł  wzrokiem  za  jej  zachwyconym 
spojrzeniem i w oczy rzuciła mu się mała, pokryta niebieskim 
atłasem  taca  z  zaręczynowymi  pierścionkami  o  diamento-
wych  oczkach.  Jeden  z  nich  od  razu  zwrócił  jego  uwagę. 
Ładny.  Bardzo  ładny.  Wyobraził  sobie,  jak  wdzięcznie  ten 
duży kamień w kształcie gruszki wyglądałby na palcu Diany. 
Więcej niż ładnie. Byłby idealny. 

– Jestem pewna, że twoja matka byłaby zachwycona tą 

broszką. 

– Co? – Matt, wyrwany nagle ze swoich myśli na temat 

pierścionka, spojrzał na Dianę trochę nieprzytomnie. Wydała 
przeciągłe, zniecierpliwione westchnienie. 

–  Powiedziałam,  że  twojej  matce  podobałaby  się  ta 

broszka. – Wskazała palcem pudełeczko po lewej stronie wy-
stawy. – Ten złoty jednorożec z perłowym rogiem i ogonem, 
z rubinowymi oczkami. 

–  Miałem  nadzieję,  że  teraz  wpadniemy  gdzieś,  żeby 

coś  przekąsić  –  mruknął  Matt,  przenosząc  posłusznie  wzrok 
na broszkę. – Jestem głodny i chce mi się pić. 

– Ależ, Matt, prawie kończymy. – Diana zaczęła wyli-

czać dotychczasowe sprawunki na palcach prawej ręki: – Ku-
piłeś kaszmirową marynarkę dla taty, skórzaną lotniczą kurt-
kę  dla  Terry’ego  i  ten  absolutnie  wspaniały,  niesamowicie 
drogi  jedwabny  komplet,  piżamę  i  kimono  dla  Beth.  Zostały 
tylko twoja matka i Lissa. 

background image

I  ty,  dodał  w  duchu  Matt,  z  powrotem  przenosząc 

wzrok na tacę z pierścionkami. 

–  Chyba  że  poza  członkami  rodziny  masz  na  liście 

jeszcze inne osoby... – ciągnęła. 

–  Nie.  –  Kręcąc  głową,  oderwał  oczy  od  wystawy  i 

spojrzał na Dianę. – Ale ja naprawdę jestem głodny. 

Dziewczyna znowu westchnęła, tym razem głośniej. 

– Przecież tu moglibyśmy skończyć zakupy – nie ustę-

powała. – Powtarzam ci, że ta broszka spodobałaby się twojej 
matce,  i jestem  też pewna, że  w sklepie z  upominkami obok 
znajdziemy  idealny  prezent  dla  Lissy.  –  Obdarzyła  go  prze-
sadnie promiennym uśmiechem. – W ten sposób załatwiliby-
śmy  wszystkich  i  zdążyli  jeszcze  do  domu  na  kolację  w  ro-
dzinnym gronie. 

Matt  zacisnął  zęby  i  poczuł,  jak  zaczyna  mu  drgać 

nerwowo  mięsień  szczęki.  Diana  dawała  uprzejmie  do  zro-
zumienia,  że  nie  chce  jeść  z  nim  kolacji  sam  na  sam.  Jego 
frustracja osiągała krytyczny poziom. Ale co miał robić? Nie 
mógł  jej  przecież  zmusić.  Dawanie  za  wygraną  nie  leżało  w 
naturze Matta, ale przynajmniej na razie, nie miał tu wiele do 
powiedzenia. 

 No dobrze – mruknął, podchodząc do drzwi sklepu. – 

Miejmy to już za sobą. 

 

 

 

background image

Było  późno.  W  domu  panowała  cisza.  I  to  taka  cisza, 

że Dianie wydawało się, że słyszy oddech Malta w gabinecie 
ojca na dole. 

Nie  mogła  zasnąć.  Właściwie  to  wcale  nie  chciało  jej 

się  spać.  Sędziując  zawodom  w  przeciąganiu  liny  między 
rozsądkiem  a  emocjami,  to  snuła  się  po  swoim  pokoju,  to 
znów przysiadała i na krawędzi łóżka. 

Pojedynek ten rozpoczął się na dobre po kolacji, kiedy 

rodzina  zebrała  się  w  salonie.  Ale  Diana  wyczuwała  oznaki 
rodzącego się w niej wewnętrznego konfliktu już od tamtego 
wieczoru, kiedy ojciec oznajmił, że wyciągnął rękę do zgody, 
zapraszając Matta na święta. 

Konflikt  ten  przybierał  na  ostrości  z  każdym  dniem. 

Rozsądek  podpowiadał  jej,  że  najwyższy  czas  puścić  w  nie-
pamięć  urazy  i  pretensje,  od  dziewięciu  lat  rozdzielające  ro-
dzinę.  Stres  związany  z  tym  stanem  rzeczy  dał  się  we  znaki 
im wszystkim, zwłaszcza Dianie, która dźwigała brzemię od-
powiedzialności za to, co się stało. A kiedy najlepiej zawierać 
pokój, jak nie w święta Bożego Narodzenia? 

I  tutaj  do  boju  wkraczały  jej  uczucia,  wywołując  ten 

wewnętrzny konflikt. Z emocjonalnego punktu widzenia czu-
ła  się  nieprzygotowana  do  spotkania  z  Mattem,  nie  mówiąc 
już o powitaniu go w domu jako brata, który powraca z wie-
loletniej tułaczki. 

Kochała  Matta  każdą  komórką,  każdą  cząstką  i  każ-

dym  oddechem  swego  ciała.  Wiedziała,  że  kocha  go  tak  od 
początku – i to nie jak brata, ale jak mężczyznę. 

Ale  swoją  cierpką  uwagą,  że  nawet  gdyby  wyjechała 

background image

do  Australii,  to  jeszcze  byłoby  za  blisko,  Matt  dał  wyraźnie 
do zrozumienia, że czuje do niej antypatię. 

A  jednak  zaraz  potem  nie  tylko  zaproponował,  jak 

gdyby  nigdy  nic,  aby  pomogła  mu  w  zakupach,  ale  jeszcze 
nalegał, żeby zjadła z nim kolację sam na sam. 

Dlaczego chciał zostać z nią sam? Diana zadawała so-

bie  to  pytanie  raz  po  raz  i  za  każdym  razem  dochodziła  do 
jedynego logicznego wniosku. 

Trzeba  zapytać  Matta.  Porozmawiać  z  nim.  W  cztery 

oczy. 

Okazja  do  porozmawiania  na  osobności  nadarzyła  się 

przed  kilkoma  godzinami,  kiedy  Matt  spytał  Henry'ego,  czy 
będzie mógł skorzystać wieczorem z jego gabinetu, i uzyskał 
pozwolenie. 

Byt  tam  teraz.  Diana  to  wiedziała,  bo  przed  dobrą  go-

dziną  zidentyfikowała  wszystkich  pozostałych  członków  ro-
dziny, kiedy mijali kolejno jej drzwi, rozchodząc się do swo-
ich sypialni. 

Siedząc teraz na brzeżku materaca, usłyszała, jak staro-

świecki zegar w  holu wybija pierwszą w  nocy. Wewnętrzny 
konflikt  szalał  z  pełną  siłą.  Rozsądek  kazał  jej  wykorzystać 
sposobność  i porozmawiać sam  na sam z Mattem, zawrzeć z 
nim pokój. Emocje ostrzegały przed narażaniem się na ewen-
tualne  odrzucenie,  na  jeszcze  większy  ból,  na  większe  cier-
pienie.  Prawdopodobnie  Matt nie posiedzi już długo  w  gabi-
necie
, przemknęło Dianie przez myśl, kiedy zegar wybił wpół 
do drugiej. Iść tam, czy nie iść, oto jest pytanie. 

Wygładzała machinalnie fałdy spódnicy, w którą prze-

background image

brała  się  do  kolacji  po  powrocie  do  domu.  Uświadomiwszy 
sobie  ten  nerwowy odruch, spojrzała  gniewnie  na swoje  nie-
sforne palce. 

A  niech  to  wszyscy  diabli!  –  zaklęła  w  duchu,  zła  na 

siebie  samą.  Jest  w  końcu  dorosła,  czy  też  drzemie  w  niej 
nadal impulsywna nastolatka, uwięziona w kobiecym ciele? 

Zmobilizowana  tą  chłoszczącą  myślą,  zerwała  się  z 

łóżka i energicznym krokiem podeszła do drzwi. Sytuacja ta, 
nie dość że wykańczała ją nerwowo, to jeszcze nabierała ko-
micznych cech. Odpędzając od siebie obawy, wyszła z poko-
ju,  przemknęła  na  palcach  korytarzem  i  zbiegła  po  schodach 
na dół. 

Drzwi gabinetu były lekko uchylone, a sączące się zza 

nich  światło  świadczyło,  że  Matt  jest  jeszcze  w  środku.  Za-
wahała się na moment, odetchnęła głęboko, po czym zapuka-
ła cicho, pchnęła drzwi i weszła do środka. 

Matt siedział za biurkiem ojca, pochylony nad plikiem 

papierów. Obok leżała otwarta dyplomatka. Na widok Diany 
zrobił zaskoczoną minę, ale kiedy postąpiwszy kilka niepew-
nych  kroków,  zatrzymała  się  pośrodku  pokoju,  szybko  się 
opanował. 

–  O,  cześć  –  powiedział  cicho,  zerkając  ukradkiem  na 

zegarek. – Czemu zawdzięczam tę nocną wizytę? 

Ciemne włosy miał rozwichrzone, chyba od machinal-

nego  przeczesywania  palcami.  Z  rozchylonego  kołnierzyka 
koszuli  wznosiła  się  muskularna  kolumna  szyi.  Wyglądał  na 
zmęczonego, a przy tym był tak przystojny, tak pociągający i 
tak strasznie męski… 

background image

–  Ja…  to  znaczy…  –  straciła  nagle  całą  odwagę,  za-

pomniała języka, ogarnęło ją skrępowanie, poczuła się o wie-
le  bardziej  dziewczynką  niż  kobietą.  Wściekła  na  siebie  sa-
mą,  odetchnęła  i  wyrzuciła  z  siebie:  –  Chciałam  z  tobą  po-
rozmawiać… o sprawach osobistych. 

– Dobrze. – Matt odsunął się z fotelem, wstał i obszedł 

biurko.  –  Usiądź  –  zachęcił  ją,  wskazując  niedbałym  gestem 
ręki długą kanapę  ustawioną pod kątem  do kominka – tę sa-
mą kanapę z tamtego okropnego wieczoru. 

Diana,  lekko  oszołomiona  ze  zdenerwowania,  ruszyła 

wolno  przez  pokój,  kierując  się  nie  do  kanapy,  symbolu  ich 
poniżenia,  lecz  do  jednego  ze  zgrupowanych  wokół  niej 
przepastnych foteli klubowych. 

– Boisz się? – zakpił cicho, zastępując jej drogę, biorąc 

za rękę i zmuszając łagodnie, by jednak zajęła miejsce na ka-
napie.  –  Daję  ci  słowo,  że  z  mojej  strony  nic  ci  nie  zagraża, 
Diano. 

Pewna, że oto Matt znowu, choć w zawoalowany spo-

sób,  daje  do  zrozumienia,  że  nie  jest  nią  zainteresowany  na 
tyle,  by  musiała  się  go  obawiać,  poczuła  w  żołądku  uczucie 
ssącej pustki. Ze wzrokiem  utkwionym w  ścianę przed sobą, 
usiadła sztywno w rogu kanapy. 

Matt  usadowił  się  obok  niej  –  blisko,  zbyt  blisko,  by 

mogła zachować spokój ducha – uważając jednak, by nie sty-
kać się z nią żadną częścią swego długiego ciała. 

– Wygodnie ci? 

Czy  wygodnie?  Diana  kiwnęła  w  odpowiedzi  głową  i 

stłumiła  rodzący  się  w  krtani  jęk  rozpaczy.  Spięta,  sztywna 

background image

postawa  maskowała  wewnętrzną  burzę  zmysłów,  judzących, 
by  go  dotknęła,  przywarła  do  niego,  błagała,  żeby  znów  jej 
zapragnął.  Kontrolując  ściśle  wyraz  twarzy,  aby,  broń  Boże, 
nie  zdradził  miotających  nią  uczuć,  odważyła  się  zerknąć  na 
Matta  kątem  oka.  Patrzył  na  nią  łagodnie,  ale  z  jakimś  natę-
żeniem.  Jego  szare  oczy  zdawały  się  płonąć  wewnętrznym 
ogniem. 

–  Powiedziałaś,  że  chcesz  ze  mną  porozmawiać  – 

przypomniał jej cichym, hipnotyzującym głosem. 

–  Tak,  bo…  –  Diana  urwała,  żeby  jeszcze  raz  prze-

łknąć ślinę i przesunąć językiem po wysuszonych ze zdener-
wowania wargach. 

– Och, Di, nie rób tego – mruknął Matt, unosząc rękę, 

by przejechać palcami po i tak już zmierzwionych włosach. – 
Nigdy nie zaczniemy tej rozmowy, jeśli nie przestaniesz. 

– Co… Czego mam nie robić? – spytała suchym, chra-

pliwym szeptem. 

–  Zwilżać  sobie  tak  warg  językiem  –  mruknął.  –  To 

działa  na  mnie  tak  samo  jak  tamtego  pamiętnego  wieczoru. 
Odnoszę  wrażenie,  że  zachęcasz  mnie  w  ten  sposób,  żebym 
cię  pocałował.  –  Westchnął  ciężko  i  uśmiechnął  się  przepra-
szająco. – A tak długo, tak bardzo długo czekam na tę zachę-
tę. 

–  Czekasz?  –  Diana  spojrzała  na  niego  otwarcie  i  wy-

raz rozpaczliwej tęsknoty ścinającej mu rysy twarzy zaparł jej 
dech  w  piersiach.  Zadrżała  i  nieświadomie  znowu  zwilżyła 
sobie wargi. – A ja myślałam… 

–  Nie  myśl,  czuj  –  mruknął,  odwracając  się  do  niej  i 

background image

przysuwając. I  naraz, wzruszywszy  ramionami, pochylił  gło-
wę i musnął wargami jej usta. 

Diana doznała rozdwojenia jaźni. Z jednej strony, zro-

dziło  siej  w  niej  podejrzenie,  że  pewnie  się  z  niej  naigrawa, 
celowo ją dręczy, bo przecież wyraźnie powiedział, że gdzie-
kolwiek  był  uciekła,  dla  niego  i  tak  byłoby  to  za  blisko.  Z 
drugiej zaś strony, instynkt wołał w  niej wielkim  głosem, by 
wykorzystała tę chwilę.  

Szalę  przeważyła  obawa,  że  taka  okazja  może  się  już 

nie  powtórzyć.  Ulegając  buntowniczym  żądaniom  rozszala-
łych zmysłów, uniosła ręce, ujęta w obie dłonie głowę Matta 
i  przyciągnęła  jego  wargi  do  swych  rozchylonych,  spragnio-
nych ust. 

Mężczyzna zmartwiał na chwilę, jakby go przestraszy-

ła – albo zaszokowała – jej  gwałtowna reakcja. Potem z do-
biegającym z głębi krtani pomrukiem wpił się w jej usta. 

Diana  odpowiedziała  żywiołowo  i  zainicjowała  zmy-

słową grę, przesuwając językiem po jego dolnej wardze, wy-
ginając  przy  tym  ciało  i  wtulając  swoje  miękkie  krągłości  w 
jego twardą kanciastość.  

Matt  bez  wahania  podjął  jej  milczące  wyzwanie.  Jego 

język  spotkał  się  z  jej  językiem,  wślizgnął  głęboko  do  ust,  a 
dłoń  odszukała  jej  pierś,  przesunęła  się  po  jej  zewnętrznej 
obłości,  a  potem  wsunęła  między  ich  ciała,  by  odszukać  na-
brzmiałą sutkę i rozbudzić ją do pulsującego podniecenia. 

–  Diano,  Diano…  –  wyszeptał,  obsypując  gradem  go-

rących, palących pocałunków policzki i wygiętą szyję. – Pra-
gnę cię, pragnę. Nie rób tego, jeżeli też mnie nie pragniesz. 

background image

– Pragnę – wyznała, całując jego jedwabiste brwi, po-

wieki, wrażliwe wgłębienia pod oczami. – Pragnę być z tobą, 
należeć do ciebie. 

– Ale nie tutaj! – Matt odsunął się od niej i rozejrzał po 

pokoju. – Nie tutaj. 

– Nie – wyszeptała. – Proszę, nie tutaj. 

Matt  był  wciąż  na  odległość  tchnienia.  Potem,  ze  sta-

nowczym skinieniem głowy wstał, wziął ją na ręce i wyszedł 
z gabinetu. 

– Dokąd…?  – Diana  urwała, kiedy wstąpił  na schody. 

Do jej pokoju? Do jego sypialni? 

Matt  doszedł  do  końca  korytarza  i  skierował  się  ku 

schodom  prowadzącym  na  drugie  piętro,  gdzie  od  dnia,  w 
którym jego matka poślubiła ojca Diany, znajdowała się jego 
sypialnia. Zamknął za sobą drzwi, doniósł  ją do łóżka  i deli-
katnie postawił na podłodze. 

Z piersią falującą z wysiłku patrzył dziewczynie prosto 

w oczy. 

– Możesz jeszcze zmienić zdanie. – Kąciki ust uniosły 

mu się w niepewnym uśmiechu. – Ale jeśli chcesz to zrobić, 
to teraz, póki ja się nie rozmyślę. 

Diana  nie czekała, aż rozsądek weźmie  górę nad emo-

cjami.  Pozwalając,  by  czyny  przemówiły  za  nią,  zrzuciła  z 
nóg  pantofelki,  położyła  się  na  łóżku  i  wyciągnęła  do  niego 
ręce. 

Matt wstrzymał oddech  i położył się obok niej  na  ma-

background image

teracu. Jak na komendę odwrócili się do siebie i objęli. Poca-
łunek był głęboki, zapierający dech w piersiach. 

– Tak długo czekałem, tak bardzo cię pragnę. – Oddy-

chając z wysiłkiem, chrapliwie, mężczyzna przeciągnął języ-
kiem  od  bijącego  szalonym  rytmem  pulsu  u  nasady  szyi  do 
wierzchołka dekoltu jej jedwabnej bluzki, gdzie otwierała się 
dolina  między  wzgórkami  piersi.  Szybko,  z  wprawą,  rozpiął 
guziki bluzki i przednią zapinkę koronkowego stanika. 

Po jego uwadze, że gdyby nawet wyjechała do Austra-

lii, to dla niego i tak byłoby za blisko, zapewnienie o wielkim 
pożądaniu wywołało jeszcze większy zamęt w głowie Diany. 

– Ja… Matt! – Jęknęła i zadrżała, czując na sutce deli-

katne  muśnięcie  jego  języka.  –  Ja  nie  rozumiem.  Jeszcze 
wczoraj wieczorem mówiłeś, że i w Australii byłabym za bli-
sko ciebie. Teraz mówisz, że mnie pragniesz. To bez sensu. – 
Z  ust  wyrwał  jej  się  cichy  okrzyk  i  na  chwilę  zabrakło  jej 
tchu, kiedy jego język dotknął mocniej jej sutki. 

– No to ci wyjaśnię. – Odrywając głowę od piersi Dia-

ny,  Matt  spojrzał  w  jej  pociemniałe  namiętnością  oczy.  – 
Chodziło  mi  o  to,  że  dogoniłbym  cię,  nawet  gdybyś  uciekła 
przede mną do Australii. Znajdę cię, gdziekolwiek się zaszy-
jesz.  –  Odetchnął  z  wysiłkiem  i  wyrzucił  z  siebie:  –  Pragnę 
cię  aż  do  bólu,  Diano.  Pragnąłem  cię,  od  kiedy  skończyłaś 
siedemnaście  lat.  I  to  pragnienie  stawało  się  ostatnio  nie  do 
zniesienia. – Ognik tlący się  głęboko w jego oczach buchnął 
nagle  płomieniem  niepohamowanego  pożądania.  –  Każda 
kobieta,  z  jaką  byłem  przez  te  ostatnie  lata,  stanowiła  tylko 
mamą  namiastkę  ciebie.  –  Opuścił  głowę,  by  zawładnąć  jej 
rozchylonymi z zaskoczenia ustami. 

background image

Pocałunek  Matta,  choć  trwał  krótko,  pozbawił  Dianę 

zmysłów i rozproszył resztki jej wątpliwości. On jej pragnął, 
potrzebował  i  nieważne, że powoduje  nim tylko  niezaspoko-
jone pożądanie. 

Żądza. Od miłości dzieliły ją całe lata świetlne, ale by-

ło to, mimo wszystko, uczucie. Uczucie, które żywił dla niej 
Matt.  Lepsze  już  to  niż  nicość,  w  jakiej  żyła  przez  ostatnie 
dziewięć  lat.  Diana  uświadamiała  sobie  jak  przez  mgłę,  że 
może potem żałować tej nocy, ale w tej chwili liczyło się tyl-
ko to, że Matt jest tutaj, w jej ramionach, pragnie jej. 

– Zostań ze  mną.  Połącz się ze  mną w  jedno, Diano – 

szeptał  błagalnie,  pieszcząc  językiem  jej  usta,  a  palcami 
pierś. 

– Tak – wyszeptała ulegle, a potem dorzuciła ponagla-

jąco – Och, tak, tak. 

Wymrukując  do  niej  szokujące,  erotyczne,  pobudzają-

ce  słowa,  które  opisywały  jego  fantazje  o  tym,  jak  dobrze 
może  im  być  ze  sobą,  Matt  delikatnie  zdjął  z  niej  ubranie. 
Potem zsunął się z materaca, stanął obok łóżka i pożerając jej 
nagość błyszczącymi oczami, dosłownie zdarł z siebie odzie-
nie, ukazując Dianie, jak bardzo jej pragnie. 

Dziewczyna dygotała, nie za strachu, lecz z niecierpli-

wości. Wiedziała, co ją czeka, ale nie przywiązywała do tego 
wagi. Podobnie jak on, długo czekała  na tę chwilę, zbyt dłu-
go,  by  odstraszała  ją  perspektywa  jednego  nieprzyjemnego 
momentu. 

– Diano – wyszeptał  głosem pełnym  namiętności. Go-

towa, rozpalona, spragniona aż do bólu, wyciągnęła do niego 

background image

ręce. 

–  Będzie  dobrze,  bardziej  niż  dobrze  –  obiecał  Matt, 

wspierając  się  na  rękach  po  obu  jej  bokach  i  układając  ciało 
w kołysce ud. – Będzie cudownie. 

Opuściwszy  głowę,  wpił  się  ustami  w  wargi  Diany  i 

wsuwając  między  nie  język,  wszedł  w  nią  jednocześnie  sil-
nym pchnięciem. 

Rozdzierający  ból  sprawił,  że  dziewczyna  nie  zdołała 

powstrzymać  stłumionego  okrzyku.  Drgnęła  konwulsyjnie  i 
zesztywniała  w  reakcji  na  ciało  mężczyzny  wypełniające  z 
taką gwałtownością jej wnętrze. 

Na  jedno  uderzenie  serca  Matt  całkowicie  znierucho-

miał.  Potem  uniósł  głowę  i  spojrzał  na  nią  z  tępym  zdumie-
niem i niedowierzaniem. 

– Diano… – Głos  miał chrapliwy, przepełniony samo-

oskarżeniem. – Zadałem ci ból…  Ale do głowy  mi  nie przy-
szło, nie śmiałem marzyć, że możesz być jeszcze… 

– To nic – przerwała  mu, przytrzymując go za poślad-

ki, kiedy drgnął, żeby się wycofać. – Nie, nie  ruszaj się.  Za-
raz przejdzie. Daj mi tylko chwilkę. 

Matt  nie  odrywał  od  niej  wzroku,  wypatrując  śladów 

cierpienia  w  oczach,  na  twarzy.  Widać  było,  że  toczy  się  w 
nim wewnętrzna walka między skrupułami wobec sprawiania 
jej dalszego bólu a szalonym pożądaniem. 

Diana  przytrzymywała  go  mocno  głęboko  w  sobie,  a 

jej  ciało  powoli  przystosowywało  się  do  niego.  Sztywność 
mięśni  ustępowała,  a  jej  miejsce  zajmowało  natychmiast  na-

background image

pięcie rosnącego podniecenia i pożądania. 

–  Teraz  –  wyszeptała,  wbijając  paznokcie  w  jego  na-

prężone  ciało  i  wyginając  się  pod  szybkim  ruchem,  którym 
zareagował. – Teraz! 

Uwolniony od troski o Dianę, Malt posłuchał skwapli-

wie  jej  rozkazu.  Posłuchał,  biorąc  ją  bez  litości  całą  potęgą 
swego  silnego  ciała.  I  upojony  jej  nieskrępowaną  reakcją  na 
każdy swój ruch, doprowadził ją i siebie, lśniących od potu w 
padającym  na  łóżko  bladym  świetle  księżyca,  na  samą  kra-
wędź, aż do ostatecznego spełnienia. 

background image

 
 
 
 
 

Rozdział piąty 

 

– Obudź się, Śpiąca Królewno. 

Diana  wynurzyła  się  z  głębokiego,  mocnego  snu,  by 

poczuć  na  ustach  pocałunek  swego  księcia  z  bajki.  Skrajnie 
wyczerpani, zasnęli złączeni i to nie po pierwszym, lecz trze-
cim zespoleniu. Ciało Matta wciąż tkwiło głęboko w niej. 

– Ummm… – mruknęła, rozprostowując zdrętwiałe rę-

ce,  którymi  otaczała  szyję  mężczyzny,  i  napinając  mięśnie 
nóg,  które  nadal  ściskały  jego  uda.  –  Jeszcze  –  poprosiła  ci-
cho,  szukając  uśmiechniętych  warg,  unoszących  się  tuż  nad 
jej ustami. 

–  Ale  tylko  raz  –  wyszeptał  Matt,  drażniąc  szybkimi 

dotknięciami języka jej ucho. 

–  Dlaczego?  –  zaprotestowała  Diana,  wydymając  z 

rozczarowaniem dolną wargę. 

–  Bo  zaraz  będzie  świtać  –  odparł,  przesuwając  języ-

background image

kiem po jej ustach. – A poza tym, jest mi zimno. 

– To się przykryj.  

Mężczyzna uśmiechnął się. 

– Nie mogę. W nocy skopaliśmy pościel na podłogę.  

Dianie, przykrytej jego ciałem, było rozkosznie ciepło i 

z każdą sekundą robiło się coraz goręcej. Poruszyła biodrami 
pod wgniatającym ją w materac ciężarem Matta i uśmiechnę-
ła się, czując w sobie drgnienie odradzającego się życia. 

Matt  westchnął  spazmatycznie  i  znieruchomiał,  tak 

jakby  rozkoszował  się  swoim  rosnącym  szybko  podniece-
niem. 

– To znaczy, zimno mi w plecy – powiedział, zaczyna-

jąc  poruszać  biodrami.  –  Przód  mam  ciepły  i  coraz  bardziej 
mi się  rozgrzewa. – Znieruchomiał  nagle  i spojrzał  na  nią.  – 
Czy to boli? 

– I tak, i nie. Ale nie przestawaj, proszę. – Westchnęła, 

kiedy  delikatnie,  z  wyczuciem  wślizgnął  się  w  nią  głębiej.  – 
Tak mi dobrze. 

Malt zerknął na zegarek na przegubie. 

– To musi być krótko, moja królewno – mruknął, przy-

śpieszająca tempo. – Bo znowu nas przyłapią, tym razem bez 
majtek. 

–  Co  mi  tam…  –  zbagatelizowała  tę  ewentualność 

Diana.  Narastające  seksualne  napięcie  nie  dopuszczało  do 
głosu  poczucia  upokorzenia  związanego  zazwyczaj  z  tym 
wspomnieniem. – Och, szybciej… szybciej! 

background image

Matt nie kazał sobie tego powtarzać. Nadał swemu cia-

łu  rytmiczne  tempo,  które  wyniosło  oboje,  zdyszanych  i  za-
traconych w niepamięci, na wyżyny kolejnego spełnienia. 

Diana,  zaspokojona,  leżała  w  ramionach  mężczyzny, 

wracając  powoli  z  królestwa  niewiarygodnej  ekstazy.  Czuła 
jego serce, bijące obok jej serca, wsłuchiwała się w jego wy-
równujący  się  i  uspokajający  oddech.  Uśmiechnęła  się  i  od-
garnęła mu spadające na czoło spocone kosmyki. 

–  Biorąc  pod  uwagę  twój  brak  doświadczenia  –  wy-

szeptał,  a  jego  pierś  wzniosła  się  w  westchnieniu  zadowole-
nia – jesteś fantastyczna. – Uniósł długi, kruczoczarny pukiel 
jej włosów i owinął go sobie wokół palca, jakby ją do siebie 
przywiązywał.  –  Jesteś  bardziej  fascynującą  kochanką,  niż 
sobie wyobrażałem.  

– Bałam się… bałam się, że się rozczarujesz… porów-

nując mnie ze swoimi innymi… – zawahała się, szukając go-
rączkowo synonimu dla słowa "kochanka" – partnerkami. 

Matt  oderwał  głowę  od  jej  piersi  i  spojrzał  na  nią 

oczyma rozjaśnionymi rozbawieniem. 

–  Nie  było  ich  wcale  tak  dużo.  Di.  –  Jego  cichy  głos 

brzmiał szczerze. – I, jak ci już powiedziałem, wszystkie one 
były  tylko  namiastką,  cieniem  tej  jedynej  kochanki,  której 
zawsze pragnąłem. 

– Mnie? 

– Ciebie. – Matt uśmiechnął się uśmiechem zadowolo-

nego z siebie zdobywcy. – I pomyśleć, że byłem pierwszy. – 
Pokręcił  głową,  jakby  nie  mógł  jeszcze  uwierzyć  w  swe 
szczęście.  –  Mogę  tylko  powiedzieć,  że  wybierając  mnie  na 

background image

swego  pierwszego,  sprawiłaś  mi  najwspanialszy  prezent 
gwiazdkowy,  jaki  mogłem  sobie  wymarzyć.  –  Westchnął  i 
wtulił znowu twarz w jej szyję. – Pewnie już piąta – mruknął 
z żalem, całując ją delikatnie. – Musimy wstawać. 

–  Wiem  –  przyznała  Diana.  –  Ale  nie  jestem  pewna, 

czy zdołam się poruszyć. Jestem taka, taka… 

–  Zaspokojona?  –  dokończył  za  nią  Matt,  unosząc  się 

na łokciach i spoglądając na jej zarumienioną twarz. 

–  Tak.  I  śpiąca.  –  Ziewnęła  i  przekręciła  głowę,  żeby 

spojrzeć  na  jego  zegarek.  –  Lepiej  pójdę  już  do  łóżka.  Do 
swojego łóżka. Zostały mi tylko dwie godziny snu. 

Matt  zsunął  się  z  niej  z  westchnieniem  i  wstał.  Kiedy 

przeciągnął  się  leniwie,  napinając  mocne  sploty  mięśni  swe-
go wysportowanego, doskonałego ciała, Dianie znowu zapar-
ło dech w piersiach. 

–  Wspaniale  się  czuję  –  oznajmił,  schylając  się,  by 

podnieść z podłogi ich ubrania. – Lepiej, niż… – Urwał, wy-
gładzając  machinalnie  bluzkę  Diany.  –  Niż  kiedykolwiek  – 
dokończył z uśmiechem, wciągając slipy. 

Pomijając  niepewność,  obolałość  i  senność,  Diana 

również czuła się dosyć dobrze. Po  utracie fizycznej  niewin-
ności  jej  widzenie  świata  stało  się  dojrzalsze.  Jeśli  nawet  w 
skrytości ducha spodziewała się usłyszeć od Matta nie tylko, 
że jej pożąda, ale i kocha, to i tak uzyskała od niego więcej, 
niż miała nadzieję. 

–  Może  weźmiesz  sobie  wolny  dzień?  –  zasugerował, 

podając jej bluzkę. – Wyśpij się. 

background image

– Nie  mogę. Dzisiaj  kończymy  pracę w południe  i za-

mykamy  biuro  na  okres  świąt.  –  Skończyła  się  ubierać, 
uśmiechnęła  do  niego  blado  i  podeszła  do  drzwi.  –  Po  za-
mknięciu zabieramy z tatą personel na lunch. Muszę tam być. 
– Zatrzymała się z ręką na klamce i obejrzała na Malta z nie 
skrywaną  tęsknotą.  –  Wrócę  do  domu  wcześniej  i  zdążę  się 
jeszcze zdrzemnąć przed wyjazdem na lotnisko po Terry'ego. 
Dobrego dnia, Matt. 

–  O,  z  pewnością  będzie  dobry.  –  Wyraz  twarzy  męż-

czyzny był dziwnie tajemniczy. – Śpij dobrze, królewno. 

 

–  Hej,  Di,  jesteś  tam?  –  krzyknęła  Lissa,  zapukawszy 

głośno do drzwi sypialni. – Tata, Matt i Terry już zeszli. 

–  Za  chwileczkę!  –  zawołała  Diana,  przeciągając  po 

raz  ostatni  szczotką  po  splątanych  podczas  snu  włosach  i 
krzywiąc  się  do  swojego  odbicia  w  lustrze.  Przewiązała  w 
talii  szlafrok  i  ruszyła  do  drzwi,  uznając,  że  jest  gotowa,  by 
stawić  czoło  tradycyjnemu  rytuałowi  świątecznego  poranka 
pielęgnowanemu  przez  Blairów  –Turnerów  z  niewielkimi 
zmianami  od  czasu,  kiedy  obie  rodziny  połączyły  się,  by 
stworzyć jedną podstawową komórkę społeczną. 

Ponieważ  czteroletnia  Diana  i  dwuletnia  Melissa  wie-

rzyły  wówczas  w  Świętego  Mikołaja  –  a  Miriam  szczerze 
wątpiła w  niewiarę deklarowaną  oficjalnie przez dziewięcio-
letnią  Bethany  – Miriam,  Henry  i Matt, wówczas nastolatek, 
kultywowali  zabawę  w  gwiazdkowe  cuda  i  niespodzianki, 
gromadząc się pierwszego dnia świąt skoro świt w salonie na 
dole  wraz  z  podnieconymi  dziewczynkami,  które  były  zbyt 
zaaferowane  i  zniecierpliwione,  by  czekać,  aż  wszyscy  się 

background image

ubiorą. 

Po  rozpakowaniu  prezentów  i  ucichnięciu  ostatnich 

okrzyków  zachwytu,  salon  wyglądał,  jakby  przeszło  przez 
niego tornado, a wtedy wszyscy przystępowali do zbierania z 
podłogi papieru z opakowań, wstążek, sznurków, karteczek z 
imionami i innego śmiecia, po czym przenosili się gromadnie 
do  jadalni  na  śniadanie.  Po  śniadaniu  wszyscy  wracali  do 
swoich pokoi, by ubrać się do kościoła. 

Zabawa  była,  oczywiście,  kontynuowana  po  przyjściu 

na  świat  Terry'ego.  Z  czasem  nawet  najmłodsi  członkowie 
połączonych rodzin przestali wierzyć w wielkiego, wesołego, 
grubego  pana w czerwonym stroju, ale  rodzinny rytuał prze-
trwał. 

Jednak  dzisiejszy  świąteczny  poranek  był  pierwszym 

od  dziewięciu  lat,  podczas  którego  udział  w  ceremonii  roz-
dawania prezentów wziąć mieli wszyscy członkowie rodziny. 

– Diana! – wrzasnęła Lissa. 

–  Tak,  tak,  już  idę.  –  Dziewczyna  sięgnęła  do  klamki, 

odetchnęła i opuściła rękę. 

Po raz pierwszy najchętniej nie wzięłaby udziału w ry-

tuale świątecznego poranka. 

Przyczyn, dla których wołałaby pozostać w swoim po-

koju, wymawiając się migreną, bólem gardła czy jakąkolwiek 
inną  przypadłością,  było  wiele  –  a  każda  z  nich  nosiła  imię 
Matt. 

Matt. Diana westchnęła i przeniosła tęskne spojrzenie z 

drzwi na swoje łóżko. Obolałość zdążyła w ciągu tych dwóch 

background image

dni  opuścić  jej  ciało.  Ale  za  to  nasiliła  się  dręcząca  ją  nie-
pewność  wywołana  zaskakującym  zachowaniem  się  Matta. 
Nie  wiedziała,  czego  się  właściwie  po  nim  spodziewała,  z 
pewnością jednak nie tych dziwnych spojrzeń i zamyślonego 
wyrazu twarzy, które zaobserwowała u niego w ciągu dwóch 
ostatnich dni. 

Co  myślał,  co  czuł?  Następnego  dnia  po  nocy  spędzo-

nej  z  Mattem,  Diana  wracała  do  domu  z  duszą  na  ramieniu. 
Przerażała ją  perspektywa pierwszego z  nim spotkania. Poza 
tym dosłownie leciała z nóg, a przyczyną była nie tylko upoj-
na  noc,  lecz  również  brak  snu,  męczący  lunch  z  personelem 
biura  oraz  bieganie  za  jedynym  upominkiem,  którego  do  tej 
pory nie kupiła – prezentem dla Matta. Niezbyt zadowolona z 
wybranego  w  końcu  podarunku,  wkroczyła  do  domu  z  po-
ważnymi obawami, jak zostanie przyjęty, nieskora do stanię-
cia oko w oko z jego adresatem. 

Mogła  sobie  zaoszczędzić  tych  godzin  niepewności. 

Matta i tak nie było w domu. Miriam  rzuciła w przelocie, że 
około jedenastej wybrał się sam po jakieś zakupy. Wdzięczna 
łaskawemu  losowi  Diana,  wymawiając  się  zmęczeniem,  pa-
dła  na  łóżko,  przespała  obiad  i  obudziła  się  dopiero  wieczo-
rem, kiedy czas już było jechać na lotnisko po Terry'ego. 

Dzień  i  wieczór  poprzedzające  święta  Bożego  Naro-

dzenia wypełnione były po brzegi ostatnimi przygotowaniami 
i  nie  pozostawiały  Dianie  i  Mattowi  chwili  na  wymianę 
choćby kilku słów na osobności. Ale dziewczyna kilkakrotnie 
przechwyciła jego dziwne, zamyślone spojrzenie. 

Kiedy  zdający  się  nie  mieć  końca  dzień  zwieńczony 

został  zniesieniem  przez  wszystkich  członków  rodziny  pre-
zentów i ułożeniem ich pod choinką w salonie, Diana zwleka-

background image

ła z dołączeniem podarku, który kupiła dla Matta, do ostatniej 
chwili, a potem wepchnęła go na sam spód stosu paczek i pa-
czuszek. 

Teraz,  o  tej  nieludzkiej  godzinie  świątecznego  poran-

ka,  stała  niezdecydowanie  przed  drzwiami  swojej  sypialni  z 
uczuciem, że oddałaby wszystko, by ten mały upominek zna-
lazł się z powrotem w szufladzie jej komódki. 

– Diano, lepiej się pośpiesz! – zawołała Beth tonem, w 

którym  kryło  się  zniecierpliwienie.  –  Lissa  grozi,  że  zejdzie 
na dół bez ciebie. 

To  nie  nowina,  pomyślała  Diana  z  uśmiechem.  W 

świąteczne  poranki  Lissa  zawsze  groziła,  że  zejdzie  na  dół 
sama.  Podtrzymując  uśmiech  siłą  woli,  Diana  otworzyła 
drzwi  i  wyszła  na  korytarz,  by  dołączyć  do  czekających  na 
nią sióstr. Całą trójką zeszły po schodach i wkroczyły do sa-
lonu. 

– No, nareszcie – westchnął z przesadną  ulgą  Terry. – 

Nic  nie  mówcie,  sam  zgadnę.  To  Diana  wstrzymywała  po-
chód, prawda?  

Jego  żartobliwa  uwaga  spotkała  się  z  potakującymi 

skinieniami kobiet, tłumionym chichotem  ojca i enigmatycz-
nym uśmieszkiem Matta. 

Diana  zignorowała  wszystkich  i  podeszła  do  fotela 

najbardziej  oddalonego  od  choinki.  Usiadła  i  składając  ręce 
na  kolanach,  patrzyła,  jak  Miriam  z  Lissa  rozdają  prezenty. 
Stos  pod  choinką  topniał  w  oczach.  Odbierała  machinalnie 
wręczane  jej  upominki,  mruczała  cicho  podziękowania,  ale 
całą  jej  uwagę  pochłaniało  śledzenie  reakcji  innych,  a 

background image

zwłaszcza Matta. 

– O, dziękuję, Matt! – huknął Terry, przymierzając bez 

zwłoki skórzaną lotniczą kurtkę. 

– Hm, seksownie pachnie – mruknął z uśmiechem Matt 

i  rzucił  Lissie  szelmowskie  spojrzenie,  wąchając  wytworną 
wodę kolońską, którą od niej dostał. – Dziękuję. 

– Matt, naprawdę niepotrzebnie się tak wykosztowałeś 

– wybąkał pod nosem ojciec, gładząc kaszmirową marynarkę. 
– Nie wiem, co powiedzieć. 

– To nic nie mów – odparł Matt, przesuwając wzrok na 

matkę. – Mam  tylko  nadzieję, że podoba  ci się tak samo jak 
mnie to – ciągnął, przykładając do ramion irlandzki sweter. 

– Kochanie, to jest absolutnie fantastyczne! – krzyknę-

ła Miriam, pokazując wszystkim broszkę. 

I tak to się ciągnęło. Beth zachwycała się jedwabną pi-

żamą, Lissa aż piszczała nad wieczorową torebką wyszywaną 
paciorkami,  a  Matt  był  wyraźnie  wzruszony  symboliką  no-
wego klucza do drzwi frontowych, który dostał od Henry'ego. 

Rozpakowawszy  upominek  od  Matta,  Diana  z  ledwo-

ścią  ukryła  rozczarowanie.  Była  to  bardzo  ładna,  ale  zwy-
czajna  apaszka.  Przypominając  sobie,  że  prezent,  który  ona 
kupiła  jemu,  chociaż  wyrażał  jej  najgłębsze  uczucia,  jest  w 
każdym  calu  tak  samo  zwyczajny,  czekała,  coraz  bardziej 
zdenerwowana,  na  moment,  kiedy  go  otrzyma.  Otworzył  go 
jako ostatni. 

Odwinął  bez  pośpiechu  papier  i  wydostał  z  niego 

książkę.  Trzymał  ją  długo  w  rękach,  patrząc  na  tytuł.  Kiedy 

background image

podniósł  wreszcie  głowę  i  spojrzał  na  Dianę,  na  jego  twarzy 
nie było już tego zagadkowego, refleksyjnego wyrazu, a oczy 
miał  rozmarzone,  płonące  jakimś  silnym,  wewnętrznym 
uczuciem. 

– Jaki tytuł, Matt? – spytała ciekawie Miriam. 

– Wracaj do domu, by kochać – odczytał cicho. 

– Och, jak  utrafiłaś z tym tytułem,  Diano! – wykrzyk-

nęła Lissa. – Idealny na tę okazję. 

–  Bardziej  idealny,  niż  się  wam  wydaje  –  powiedział 

Matt,  przesuwając  wzrokiem  po  twarzach  wszystkich  obec-
nych  i  zatrzymując  go  z  tajemniczym,  porozumiewawczym 
uśmieszkiem na Henrym. 

–  Tak,  wspaniały.  Di  –  Terry  przerwał  ciszę,  jaka  na 

chwilę  zapadła.  –  No,  co  z  tym  śniadaniem.  Jestem  głodny 
jak wilk. 

–  Chciałbym  was  prosić  o  jeszcze  kilka  minut  cierpli-

wości  –  powiedział  Matt  i  wszyscy  znieruchomieli.  –  Mam 
wam  coś  do  powiedzenia.  Omówiłem  to  już  z  Henrym  i 
otrzymałem jego zezwolenie i błogosławieństwo. 

Jego  oświadczenie  zdumiało  i  zdeprymowało  Dianę. 

Błogosławieństwo i zezwolenie ojca? Na co… 

–  Z  szacunku  dla  człowieka,  którego  pokochałem  i 

szanowałem jak własnego ojca – podjął Matt – opuściłem ten 
dom  i  dobrowolnie  wyrzekłem  się  częstych  osobistych  kon-
taktów  z  członkami  mojej  rodziny,  a  zwłaszcza  z  jedną  oso-
bą. – Jego wzrok spoczął na Dianie. – Osobą, którą kocham, 
którą zawsze kochałem. 

background image

Dziewczyna  wstrzymała  oddech.  Szeroko  rozwartymi 

oczyma błagającymi go nieświadomie, by to, co mówił, oka-
zało się prawdą, patrzyła, jak Matt podnosi się i podchodzi do 
niej. 

–  Odmawiałem  sobie  prawa  do  tej  miłości  przez  dzie-

więć  długich  lat,  spłacając  cenę  tego,  czego  dopuściłem  się 
tamtego nieszczęsnego wieczoru sylwestrowego. – Zatrzymu-
jąc się przed Dianą, wsunął rękę do kieszeni wełnianej kami-
zelki. – Ale moja miłość nie wygasła – powiedział, patrząc jej 
głęboko w oczy, tak jakby pragnął ujrzeć w nich jej duszę. – 
Kiedy  w  dniu  mego  przyjazdu  Diana  weszła  do  domu,  zro-
zumiałem  od  razu,  że  ją  kocham,  że  nadal  jestem  w  niej  za-
kochany i że zawsze będę ją kochał. 

Dianę  oczy  piekły  od  łez,  których  nie  mogła  po-

wstrzymać.  Nie  zwracała  na  to  uwagi.  Widziała  tylko  uko-
chaną twarz klękającego przed nią Matta. 

–  Ofiarowałaś  mi  najcenniejszy  dar,  jaki  mężczyzna 

może  otrzymać  od  kobiety  –  szepnął  tonem,  od  którego  ści-
skało  się  serce.  Wyciągnął  rękę  z  kieszeni  i  otworzył  dłoń. 
Leżało  na  niej  małe,  obciągnięte  czarnym  aksamitem  pude-
łeczko. – W porównaniu z darem twej niewinności, mój pre-
zent  wypada  bardzo  blado  –  powiedział  cicho,  tak  żeby  nie 
słyszeli tego inni. – Ale kocham cię i błagam z całego serca, 
byś  go  przyjęła.  –  Drżącymi  palcami  uchylił  wieczko  pude-
łeczka. 

– Och, Matt! – wykrztusiła Diana, wpatrując się z nie-

dowierzaniem i zachwytem w piękny pierścionek zaręczyno-
wy, mrugający do niej z atlasowej wyściółki pudełeczka bry-
lantowym  oczkiem  w  kształcie  gruszki.  –  Jest…  jest…  taki 
piękny. 

background image

–  Wiem.  –  Matt  uśmiechnął  się  czule.  –  Ale  czy 

przyjmiesz go… i mnie? 

– Tak – odparła ledwie dosłyszalnie, a potem wyrzuci-

ła z siebie radośnie: – Tak, tak, tak! 

Matt podniósł się i ich wargi niemal się zetknęły. Usta 

Diany zaczęty się już układać do pocałunku, kiedy naraz Matt 
zachichotał, słysząc za plecami zdezorientowany  głos swoje-
go przyrodniego brata. 

– Co on jej powiedział? – pytał Terry, podczas gdy po-

zostali członkowi rodziny wycofywali się dyskretnie w stronę 
drzwi. 

–  Mam  przez  to  rozumieć,  że  niczego  się  nie  domy-

ślasz? – parsknęła śmiechem Beth, wyślizgując się z pokoju. 

–  Ale  tęga  głowa  –  zauważyła  złośliwie  Lissa,  idąc  w 

ślady siostry. 

–  Wszystko  w  porządku,  Terry  –  powiedziała  uspoka-

jająco Miriam. – Zrozumiesz, kiedy przyjdzie twój czas. 

–  Czas  na  co?  –  nie  kojarzył  nadal  Terry.  –  Gdzie  wy 

wszyscy idziecie? 

– Twój czas na  miłość – odpowiedział mu Henry, ota-

czając syna ramieniem  i pociągając za resztą. – Udajemy się 
wszyscy na śniadanie. 

– Miłość? – powtórzył chłopak. – To Matt i Diana są w 

sobie zakochani? 

– Sądząc z tego, jak teraz na siebie patrzą – powiedział 

Henry, a jego głos dotarł z holu do dwojga zainteresowanych 

background image

– można zaryzykować takie stwierdzenie. 

–  Kochają  się?  –  mruknął  Matt.  –  Kochają  się  nawza-

jem? 

– Tak – wyszeptała Diana, pochylając się naprzód, aby 

złączyć usta z jego ustami. 

Matt  cofnął  głowę  na  tyle,  by  móc  spojrzeć  w  jej  za-

mglone, ciemne oczy. 

– A więc powiedz  to, królewno. Ja powiedziałem.  Te-

raz chcę, muszę, to usłyszeć od ciebie. 

–  Kocham  cię,  Matt.  –  Głos  dziewczyny  był  silny  i 

pewny.  –  Zawsze  cię  kochałam.  Zawszę  będę  cię  kochać.  – 
Na wargi wypłynął jej żartobliwy uśmieszek. – I nie wyobra-
żaj sobie, że zdołasz przede  mną uciec, bo na całym świecie 
nie ma takiego miejsca, w którym bym cię nie znalazła. Co ty 
na to? 

Matt  odpowiedział  jej  na  początek  milcząco,  długim, 

głębokim  pocałunkiem.  Kiedy  uniósł  głowę,  jego  szare  oczy 
płonęły i odparł z przekornym uśmiechem: 

–  Wesołych  i  szczęśliwych  Świąt  Bożego  Narodzenia, 

Diano!