background image

Ruth Jean Dale

WARTO BYŁO MARZYĆ

Tytuł oryginału: Runaway Wedding
Przekład: Marek Zakrzewski

ROZDZIAŁ   PIERWSZY

Ktoś korzystał z fotela Jareda Wolfa.               
Drewniany bujany fotel, podobnie jak wszystkie inne meble w tym 
domu,   a   właściwie   leśnej   chacie,   były   ręcznie   wykonane   przez 
Wolfowych przodków i Jared znał ich każde zagięcie, wgłębienie, 
każdy   kant   i   wyżłobienie.   Wiedział   też   dokładnie,   gdzie   każdy 
przedmiot stoi. Poustawiał wszystko tak, jak było niegdyś.
Już   w   chwilę   po   zapaleniu   naftowej   lampy   dostrzegł,   że   fotel 
znajduje się bliżej okna, jakby ktoś usiadłszy, chciał przyglądać się 
zachodowi słońca dawno zagubionego za horyzontem.
Jared poczuł niepokój.
Spięty i czujny wszedł do kuchni. Rozejrzał się dokoła i po plecach 
przeszły mu ciarki.
Ktoś tu przedtem jadł! Jego produkty. Na drewnianej ladzie stała 
otwarta puszka fasoli z wieprzowiną, w blaszanym  zlewie leżały 
miska i widelec.
Bezszelestnie   wszedł   schodami   na   górę   i   zbliżył   się   do   drzwi 
sypialni. Uniósł lampę nad głowę i uchylił drzwi.
W łóżku ktoś spał.
I poznał osobę...

- Obudź się, Blondasie!
Nie słowa, ale ostry ton dotarł do świadomości dziewczyny. Lark 
Mallory   otworzyła   oczy   i   przez   długą   chwilę   nie   mogła   sobie 
uświadomić, gdzie się znajduje. Ale ten głos oznaczał grożące jej 
niebezpieczeństwo. Czyżby tak szybko odnalazł ją ojciec? Miała 
nadzieję,   że   nie.   Byłoby   to   niesprawiedliwością   losu,   gdyby   po 
wszystkich trudach dotarcia tu, tak szybko wpadła.
-     Jazda,   jazda,   oprzytomnij,   panienko!   -   Głos   wyrażał   rosnące 

background image

zniecierpliwienie.  -  Wielki  Niedźwiedź  wrócił   do  swej   jamy  i  jest 
cholernie zły, że zastał obcego na swym własnym posłaniu.
Silna dłoń chwyciła rozespaną dziewczynę za ramię, szarpnęła i 
obróciła na plecy. Lark otworzyła szeroko oczy, widząc nad sobą 
twarz   człowieka,   który   w   przeszłości   zawsze   ją   onieśmielał, 
bardziej niż ktokolwiek inny.
Słabe światło lampy naftowej pogłębiało cienie, wydobywając jego 
wydatne kości policzkowe i silnie zarysowany podbródek. Całości 
wizerunku  jego   twarzy   dopełniał   silny,  kształtny  nos  i  zmysłowe 
usta.
W   sumie   niebezpiecznie   pociągający   mężczyzna.   Ogarnął   ją 
niepokój, gdyż rozpoznała osobę i jej umiejętność kontrolowania 
każdej sytuacji.
-   Co, do diabła, robisz w moim łóżku? - zapytał, a jego brązowe 
oczy ciskały błyskawice. Ostry ton zupełnie ją zmieszał.
-  Ja? Przecież... Myślałam... to znaczy wydawało mi się...
Zaklął, co odebrało jej mowę. Ponadto zdała sobie sprawę, że leży 
odkryta i to w bardzo skąpej bieliźnie. Czym prędzej naciągnęła 
prześcieradło   pod   szyję,   bezradnie   wpatrując   się   w   twarz 
mężczyzny, którego znała jeszcze jako chłopca.
Przełknęła i powiedziała:
-  Jestem Lark Mallory. Nie poznałeś mnie?
-  Poznałem - odburknął Jared Wolf.
-   Dzięki Bogu! - Wtuliła się głębiej w materac. - Ja cię od razu 
poznałam. - Jak bym mogła cię zapomnieć, pomyśląła. - Kiedy po 
raz ostatni przyjechałam tu z rodzicami, miałam czternaście lat. A 
ty... chyba dziewiętnaście... A Risa miała mniej więcej tyle samo, 
co...
-  .. .co ty - dokończył, odstawiając lampę na nocny stolik. - A może 
była o rok młodsza. Co tu, do diabła, robisz? - Sięgnął do górnego 
guzika   roboczej   koszuli.   Lekki   uśmieszek   na   jego   twarzy   nie 
należał do miłych. Rozpiął koszulę i jej poły wyciągnął ze spodni.
-  To ja pytam, co, do diabła, ty tu robisz? - Uniosła się na łokciu, 
odpowiadając takim samym tonem.
-  Rozbieram się. Mam taki dziwny zwyczaj przed położeniem się 
do łóżka.
-  Nie możesz! - wykrzyknęła. - To znaczy, gdzie masz zamiar...? 
O Boże!
W panice rozejrzała się po izbie, jakby w poszukiwaniu drugiego 
łóżka, drzwi do drugiego pokoju bądź jeszcze jakiejś osoby.
-  Co ty wyprawiasz, Jared? Co ci przyszło do głowy?!
-  Do głowy przyszło mi to, że jestem zmęczony i chcę się położyć. 
- Rzucił koszulę na podłogę.
Wpatrywała się w niego jak sroka w gnat. Musiała przyznać, że ma 
piękny   tors.   W   ogóle   jest   bardzo   przystojny.   Budził   w   niej 
przedziwne   uczucia.   Gdy   jednak   sięgnął   do   sprzączki   paska 
spodni, krzyknęła:

background image

-   Dość tej zabawy!  To mój dom i moje łóżko. Wiem, że ojciec 
pozwalał   ci   zawsze   korzystać   z   niego   w   czasie   naszej 
nieobecności, ale teraz ja tu jestem i...
Zmieszała się, bo groźnie na nią spojrzał.
-  Wiem, wiem, pamiętam... bywaliśmy tu bardzo rzadko i mogłeś 
sądzić... A kiedy matka umarła... Ale nie o to chodzi. To jest dom 
Mallorych i jestem zmuszona poprosić cię, abyś go opuścił, gdyż 
zamierzam pozostać tu przez wiele tygodni...
Myliła się, jeśli sądziła, że to zakończy sprawę, Jared z rozmysłem 
zakołysał się na sztywnych nogach i powtórzył sarkastycznie:
-     Dom   Mallorych,   powiadasz?   Otóż   nie.   To   jest   dom   Wolfów. 
Zawsze był domem Wolfów, nawet wówczas, gdy bezcześcili go 
członkowie rodu Mallorych. Więc jeśli idzie o twoją niepożądaną 
obecność,to zapomniałaś o jednym dobrym obyczaju. O zapytaniu 
właściciela, czy możesz wejść.
-  Nie jest mi potrzebne pozwolenie ojca.
-  Nie mówiłem o Drake'u Mallorym, ale o właścicielu.
-  Ooo...! - Zdziwiona zmarszczyła brwi, ale po chwili na jej twarzy 
pojawiło się przerażenie. - Chyba nie chcesz powiedzieć, że...?
-  Chcę i mówię: od lat jestem właścicielem tego domu, a ty leżysz 
w moim łóżku, Blondasie. I jeśli nie masz zamiaru dzielić go ze 
mną zmykaj ze swoją pupą...
-  Nie nazywaj mnie blondasem! Boże drogi, ojciec nie pisnął nigdy 
ani słowa, że zamierza ten dom sprzedać. - Wstała, otulając się 
prześcieradłem.   -   Przestaliśmy   przyjeżdżać   tu   na   wakacje,   ale 
myślałam, że on sam pojawia się od czasu do czasu...
-   Od czasu do czasu pojawiał się. Sprowadzał tu nawet różne... 
gości! Ale zgłosił dom do sprzedaży mniej więcej w tym czasie, 
kiedy postanowił powtórnie zakosztować małżeńskiego życia.
Lark   wiedziała,   dlaczego   to   zrobił:   jego   nowa   oblubienica   nie 
należała   do   kobiet   gotowych   jechać   za   mężczyzną   w   głuszę. 
Zresztą małżeństwo z Marszą trwało tylko dwa lata.
-  Ale przecież... - zaczęła Lark, jakby zamierzała nadal upierać się 
przy swoich prawach. Dziecinada. Nie miała już czternastu lat, a 
Jared dziewiętnastu. Była dorosłą dwudziestosześcioletnią kobietą. 
Przełknęła gorycz i łzy. - I ty odkupiłeś chatę? - spytała.
Na twarzy Jareda pojawił się pełen satysfakcji uśmiech.
-   Moja matka popełniła wielki błąd, kiedy dała się wykiwać temu 
chytrusowi i sprzedała dom Wolfów. Teraz dom do mnie wrócił. - Z 
wyrazu jego twarzy było widać, że nigdy nikomu już go nie odda.
Lark zaczęło ogarniać poczucie beznadziejności. Co teraz zrobi? 
Dokąd   się   uda?   Gdzie   znajdzie   tak   upragnioną   samotność,   by 
uporządkować   własne   skłębione   myśli   i   podjąć   najważniejszą   z 
życiowych decyzji?
-  Więc już wiesz, że przebywasz tu bezprawnie?
-  Jeśli to, co mówisz, jest praw... - Jego spojrzenie nie pozwoliło 
jej dokończyć ostatniego słowa. - Tak, tak, wierzę ci - poprawiła się 

background image

szybko. - Tylko że... ja nie mam gdzie iść, Jared. Przyjechałam tu, 
bo...   chciałam   być   sama...   wszystko   przemyśleć.   Muszę   podjąć 
ważne decyzje...
-   Rzeczywiście trudna sytuacja. - Choć wypowiedział to zimnym 
tonem,   miała   wrażenie,   że   wyczuwa   w   jego   głosie   lekką   nutę 
współczucia, a w każdym razie jakby zrozumienie. 
Postanowiła przystąpić do negocjacji.
-  Posłuchaj. Pozwól mi tu przenocować, a jutro porozmawiamy. - 
W   ciągu   dnia   przynajmniej   nie   będę   czuła   się   jak   w   klatce   z 
rozjuszonym górskim lwem, pomyślała.
Przez chwilę zdawało się jej, że Jared odmówi, gdyż patrzył na nią 
intensywnie,   nastroszony,   ale   po   chwili   wyraz   twarzy   mu 
złagodniał. Skinął krótko głową.
-  Możesz przenocować. Jedną noc. Jednak potem powiemy sobie 
do widzenia.
Poczuła ulgę.
-  Dziękuję, dziękuję - odparła niemal wylewnie i usiadła na skraju 
łóżka. - Wiedziałam, że nie jesteś Tak złym człowiekiem, który by 
na górskim odludziu w zimną noc wyrzucił z domu kobietę.
-     Noc   wcale   nie   jest   zimna.   -   Sięgnął   do   paska   i   zaczął   go 
rozpinać.
-  Co ty robisz?
Wyciągnął pasek ze spodni i rzucił na podłogę.
-  Kładę się spać.
-  Przecież przed chwilą powiedziałeś...?
-     ...że   możesz   zostać,   co   nie   oznacza,   że   ja   sobie   pójdę. 
Osobiście   nie   mam   nic   przeciwko   dzieleniu   z   tobą   mego 
skromnego   posłania...   -   Lark   miała   wrażenie,   że   rozbiera   ją 
wzrokiem. - Skoro jednak ci to nie odpowiada, znajdź sobie jakiś 
inny kącik, bo za dwie minuty nagutki mężczyzna legnie na tym 
łóżku.
Zerwała się i postąpiła parę kroków w kierunku drzwi.
-  Ale gdzie mam iść? Nie weszłabym do tego pokoju, gdyby inne 
nie były zastawione połamanymi meblami i puszkami z farbą.
-  To już nie moja sprawa. - Zaczął rozpinać spodnie.
-  Czy mogę przynajmniej zabrać lampę, bo po ciemku nigdzie nie 
trafię? - Mimo ogarniającej ją paniki i zmieszania, zaobserwowała, 
że Jared ma piękne dłonie o długich, smukłych palcach.
-   Bierz, ale nie podpal mi domu - burknął, podając jej naftową 
lampę z czerwonym szkłem, przez które przebijał nikły płomyk.
Tak,   ma   piękne   palce.  Biorąc   lampę,  dotknęła  jednego  z  nich   i 
przeszył   ją   prąd.   O   mało   nie   upuściła   szklanego   zbiorniczka 
pełnego nafty.
-  Na pewno nie podpalę - wyjąkała i prawie wybiegła z sypialni,
-  Śpij dobrze! - pożegnały ją słowa wypowiedziane nieoczekiwanie 
miękko.
Nie   było   mowy   o   dobrym   spaniu.   W   chacie   nie   znalazła   ani 

background image

jednego mebla mogącego służyć za łóżko. Najpierw położyła się 
na minikanapce, z której niestety spadła. Spróbowała więc zasnąć 
na bujanym fotelu, który poprzednio ustawiła blisko okna, aby móc 
podziwiać przecudowny zachód słońca w Górach Skalistych. Ale 
nic z tego. Potem przez paręnaście minut usiłowała zasnąć też na 
wąskiej ławie. Zdesperowana zdecydowała się wreszcie ułożyć na 
baraniej skórze przed zimnym, dawno wygasłym kominkiem.
Głęboko westchnęła, rozmyślając o czekających ją problemach, do 
których dołączył obecnie jeszcze jeden. Miał na imię Jared.
Jared Wolf był jej pierwszą pensjonarską miłością. Pewno nawet o 
tym   nie   wiedział.   Uwielbiała   go.   W   jej   mniemaniu   nie   było 
wspanialszego   chłopca   na   świecie,   wypełniał   jej   wszystkie 
dziewczęce myśli i marzenia.
W tamtych latach marzenia, podobnie jak życie, były proste i łatwe. 
Śniła o tym, jak to Jared pojawia się w jej domu w Palm Beach i 
zabiera   ją   na   bal   maturalny,   gdzie   wszyscy   z   otwartymi   ustami 
podziwiają styl i elegancję tej wspaniale dobranej pary. Przemykały 
jej przez głowę i inne obrazy: Jared zaskakuje ją podczas kąpieli w 
gorących źródłach. Ona jest oczywiście w kostiumie kąpielowym. 
Dziewczęce  marzenia  były   bardzo  niewinne!   Jared  się  rozbiera, 
też   jest   w   kąpielówkach,   wchodzi   do   wody   i   obdarza   ją 
pocałunkiem...
Tylko w marzeniach. W rzeczywistości Jared nigdy nie zwracał na 
nią najmniejszej uwagi, chyba że wymagała tego jego praca.
Lark uśmiechnęła się na wspomnienie tamtych lat, kiedy zawsze 
uprzejmy i wesoły chłopak był doraźnie zatrudniany przez rodzinę 
Mallorych,  gdy ta zjawiała się na wakacje w Górach Skalistych, 
Jared miał właściwie, zlecone dbanie o letni dom. Jakże inny od 
tamtego   chłopca   jest   ten  zbyt  pewny   siebie   ponury  mężczyzna. 
Zatroskała się. Czyżby ciężkie życie tak zmieniało ludzi?
Myśli jej powróciły do głównego problemu. Musi mieć te kilka dni 
na przemyślenie wszystkiego. Na przeanalizowanie swoich uczuć. 
Siostra miała pewno dużo racji, mówiąc, że niepokoje Lark to po 
prostu   przedślubne   lęki   towarzyszące   wielu   kobietom.   Ale 
wszystko będzie w porządku, na wszystko znajdzie się odpowiedź, 
byle tylko przez kilka dni pozostawać zdała od ojca...
A jeśli w końcu zdecyduje, iż w żadnym wypadku nie zgodzi się na 
spędzenie życia z Wesem Sherbomem? Czy ojciec zaakceptuje i 
zrozumie podobną decyzję?
Z pewnością nie. Zacznie jej przypominać, że razem z Wesem się 
wychowywała   i   chodziła   do   szkoły,   że   obaj   ojcowie   prowadzą 
wspólny interes, że Lark i Wes mają te same poglądy, że są sobie 
przeznaczeni właściwie od kołyski. Wszystko to już słyszała tysiąc 
razy. I ojciec jeszcze doda, że Wes jest bardzo przystojny i ma 
zapewnioną   przyszłość   w   firmie.   Tak,   to   prawda,   Wes   jest 
przystojny: wysoki, szczupły, ma blond włosy, twarz inteligentną...
Ale   poza   tym   Wes   ją   śmiertelnie   nudzi.   Sam   siebie   uważa 

background image

zapewne za atrakcyjnego. Ona tego nie dostrzegała. Czuła się jak 
zwierzę   w   klatce,   gdy  myślała,   że  będzie   musiała  dzielić  z  nim 
życie.   Wes  nie   mógł  jej   dać  tego,   czego  pragnęła,   choć  trudno 
byłoby jej zdefiniować, czego naprawdę chciała. I kogo.
Nagle jej myśli skierowały się ku mężczyźnie, który spał w sypialni 
nad   nią.   Poczuła   gorący   dreszczyk   podniecenia.   Nie,   nie!   Nie 
będzie teraz snuć fantazji z Jaredem Wolfem w roli głównej. Dość 
było tego w przeszłości. Teraz jest dorosła i nie wypada jej marzyć 
niczym pensjonarce.
Obróciła   się   na   drugi   bok   i   zamknęła   oczy,   licząc   na   to,   że 
wreszcie   zaśnie.   Jednak   zamiast   snu,   pod   zamkniętymi   oczami 
przewijały się wydarzenia z ostatnich dwu dni...
Na   pokrytym   dywanem   podium   ekskluzywnego   salonu   strojów 
ślubnych przy Worth Avenue w Palm Beach w stanie Floryda stała 
szczupła kobieta w strojnej sukni ślubnej. Wolno się obracała, a 
lustrzane ściany odbijały nieskończoną liczbę pięknych oblubienic. 
Przypatrujące   się   nieco   z   boku   dwie   inne   kobiety,   krytycznie 
mrużyły oczy.
-  Obróć się w prawo, Lark - odezwała się siostra przyszłej panny 
młodej.   -   Według   mnie   tren   jeszcze   nie   układa   się   dobrze...   - 
Spojrzała na swą towarzyszkę. - Nie sądzi pani?
Wynajęta   konsultantka   i   zarazem   organizatorka   uroczystości 
ślubnych zmarszczyła brwi.
-  Chyba ma pani rację. Poza tym nasza oblubienica nadal traci na 
wadze. Jeśli nie przestanie, to nigdy nie dopasujemy dobrze sukni.
Risa Mallory Clarke spojrzała znacząco na siostrę.
-  Słyszysz, Lark? Musisz więcej jeść. Ślub trzydziestego sierpnia. 
Masz jeszcze sześć tygodni.
Obie kobiety weszły na podium. Risa poklepała zimną dłoń siostry i 
zajęła   się   omawianiem   koniecznych   poprawek.   Lark   stała   bez 
ruchu, jak woskowa figura, spoglądając w lustrzane odbicia i... w 
przyszłość.
Czyż   nie   powinna   być   szczęśliwa,   mając   zapewnioną   ową 
przyszłość   u   boku   przystojnego   mężczyzny,   którego   kariera 
wydawała się murowana? Mogła być pewna dostatniego życia, do 
jakiego   przywykła   od   dzieciństwa.   Wszystkie   przyjaciółki   jej 
zazdrościły.
-     Atłas   książęcy,   kość   słoniowa   o   zachodzie   słońca   - 
zidentyfikowała materiał sukni ślubnej Karen Dodd, konsultantka 
ślubna.
Lark poczuła nagle ciężar materii, jakby utkano ją z ołowiu. Kątem 
oka spojrzała w jedno z luster. Musiała przyznać, że suknia jest 
piękna, jak z bajki. Ale ta bajka nie odpowiadała Lark, a suknia ją 
po prostu przerażała.
Uporawszy się z trenem, Karen Dodd poszła po welon, zaś Risa 
usiłowała podnieść siostrę na duchu.
-     Będziesz   najpiękniejszą   ze   wszystkich   oblubienic,   kochanie   - 

background image

oświadczyła ze zwykłą sobie pewnością. - I nie zwracaj uwagi na 
to, co gada ta Dodd. Wiesz, co się mówi?
-  O czym?
-  O kobietach. Że nie ma kobiet zbyt szczupłych i zbyt bogatych. 
Właściwie, to ja ci zazdroszczę. Ty szczuplejesz, a ja jestem coraz 
grubsza. I nie wiem, dlaczego. Chyba pójdę do lekarza...
Lark wzruszyła ramionami, patrząc na elegancko ubraną siostrę.
-  Wcale nie.
-  Oj tak. Ale jeśli idzie o ciebie, to martwię się nie tyle twoją wagą, 
co podkrążonymi oczami. Masz po prostu sine kręgi. Czy ty dobrze 
się czujesz? Powiedz, jeśli masz coś do powiedzenia. Od twoich 
zaręczyn   na   Boże   Narodzenie   nie   miałyśmy   okazji   szczerze 
porozmawiać.
-  Nie ma o czym mówić. Nic mi nie jest - odparła szybko Lark.
-   Nie jestem taka pewna... - Risa pokręciła głową. - No bo jeśli 
nie...   -   Nie   zdążyła   dokończyć,   gdyż   wróciła   pani   Dodd   z 
koronkową   mgiełką,   którą   z   triumfem   umieściła   na   jasnozłotych 
lokach Lark.
Suknia,   blada   twarzyczka   i   ten   welon   w   białe   koronkowe   róże 
stanowiły doskonałą całość.
Pani Dodd odstąpiła parę kroków i zachwycona kiwała głową.
-  Przeurocze, cudowne! - Cmoknęła.
-   Będziesz miała wspaniały ślub, po którym czeka cię wspaniałe 
życie - dodała siostra. - Szczęściara z ciebie!
Twarz, jaką Lark widziała w lustrzanym odbiciu, jej własna twarz, 
nie wyrażała szczęścia, tylko znużenie i lęk.
Jakże   mogła   pozwolić   wpakować   się   w   podobną   kabałę! 
Sierpniowy ślub wydawał się bardzo odległym terminem, kiedy go 
ustalano   w   grudniu.   Wydawał   się   czymś   nierealnym   i   dlatego 
wtedy milczała. Wes Sherborn zadał niespodziewanie owo istotne 
pytanie   podczas   bożonarodzeniowego   obiadu,   w   którym 
uczestniczyły   obie   zaprzyjaźnione   rodziny   -   Mallorych   i 
Sherbornów. Uczynił to publicznie, przy wszystkich, i wszyscy się 
tego   spodziewali,   z   wyjątkiem   Lark.   Została   zaskoczona.   Nim 
zdołała   otworzyć   usta,   zaczęto   składać   jej   gratulacje   i 
obcałowywać.   Wspominając   teraz   ową   chwilę,   była   na   siebie 
wściekła.
I czy naprawdę powiedziała wówczas „tak"? Nie mogła sobie tego 
przypomnieć. W każdym razie nikt nie sądził, że Lark może się 
wahać. A kiedy zobaczyła rozpromienioną twarz ojca, zapomniała 
o jakichkolwiek wątpliwościach. Przez całe życie usiłowała zdobyć 
uznanie   ojca   -   właśnie   takie,   jakie   wówczas   zobaczyła   na   jego 
twarzy. I postanowiła się nim cieszyć, póki można. Myślała wtedy, 
że jeśli popełniła błąd, przyjmując oświadczyny Wesa, to ma przed 
sobą dostatecznie dużo czasu do sierpnia, by błąd naprawić.
Tak   jej   się   wtedy   zdawało,   ale   ów   czas   przeleciał,   nim   się 
spostrzegła.   Nagle   Lark   poczuła   się   jak   heroina   melodramatu: 

background image

przywiązana   przez   czarny   charakter   do   torów   kolejowych   jest 
zupełnie bezradna i czeka na cudowne wybawienie.
Rozhuśtane   myśli   przerwał   dzwonek   telefonu   na   stoliku   obok 
podium. Dzwonił ojciec.
-   Ooo,  Lark,  dobrze,  że  cię  zastałem.   - Drake Mallory  zawsze 
mówił   tonem   sugerującym,   że   telefonowanie   sprawia   mu 
przykrość. - Bądź dziś w domu o szóstej. Przyprowadź Wesa.
-  Ale mamy inne plany. Musimy...
-     To   bardzo   ważne.   Wes   już   wie.   Przyjdź   punktualnie.   Drake 
Mallory   przerwał   połączenie,   natomiast   Lark   zacisnęła   dłoń   na 
słuchawce  tak   mocno,   że  aż  zbielały  jej  palce.   Potem   wolno   ją 
odłożyła.
-     Ojciec   chce   widzieć   mnie   i   Wesa  o   szóstej   -   poinformowała 
siostrę bezbarwnym tonem. - Rozkaz dyrektora.
-   Musisz być wyrozumiała - odparła Risa. - Wiesz, że ojciec ma 
pewne problemy z bilansem...
-  Myślałam, że to już załatwione.
-  Jeszcze nie. A jeśli ojciec i pan Sherborn nie rozwikłają sprawy i 
nie ukręcą jej łba, póki nie dotrze to do wiadomości publicznej. W 
handlu   nieruchomościami   najważniejsza   jest   reputacja.   Tony 
powiedział,  że  gdyby   to  dotarło  do  prasy,   to  byłoby bardzo  źle. 
Użył   nawet   słowa:   katastrofalnie.   Musisz   więc   uzbroić   się   w 
cierpliwość i nie przeciwstawiaj się ojcu.
-     Zgoda,   ale   ty   mi   powiedz,   co   się   dzieje.   Dlaczego   ja   i   Wes 
otrzymaliśmy kategoryczne wezwanie na dzisiejszy wieczór?
-     Nie   jest   to   powód,   aby   się   martwić   na   zapas.   Jeszcze   raz 
przyjrzę się trenowi sukni...
-   Tren jest w porządku. Chcę wiedzieć, co się tutaj dzieje. Mów, 
Risa!
-  Stawiasz mnie w bardzo trudnej sytuacji... Jeśli pisnę słowo, to 
ojciec... Poczekaj parę godzin, Lark. Sama się dowiesz.
Lark nie chciała czekać paru godzin i wreszcie siostra uległa.
-  Zmuszasz mnie... - Risa westchnęła. - Otóż ojciec i ojciec Wesa 
chcą wam  dziś  wieczorem wręczyć  ślubne  prezenty.  Prezentem 
ojca   jest   klucz   do   domu.   Do   wspaniałego   domu.   Będziesz 
zachwycona.   W   pobliżu   plaży,   ogrodzony   i   tak   dalej.   A   pan 
Sherborn podaruje wam obojgu klucze do własnych samochodów 
BMW   oraz   cudowny   miesiąc   miodowy   na   prywatnym   jachcie, 
którym popływacie sobie po Morzu Jońskim i Egejskim. Czy to nie 
bajkowe?
Z każdym słowem siostry Lark czuła, że coraz ściślej oplątują ją 
łańcuchy,   z   których   już   nigdy   się   nie   wyzwoli.   Zaciskała 
zwilgotniałe   ze   strachu   dłonie,   gniotąc   bezcenną   koronkę 
jedwabnych   mankietów   ślubnej   sukni.   Wybrane   przez   pana 
Sherboma   prezenty   wydawały   się   upokarzające:   narzucony   jej 
samochód, identyczny jak męża, i miesiąc miodowy przez kogoś 
zaplanowany.   Prezent   ojca   przepełniał   czarę   goryczy:   dom,   w 

background image

którym   ma   spędzić   resztę   życia,   a   nawet   nie   dane   jej   było   go 
przedtem obejrzeć.
Nie!   Coś   się   w  niej   gotowało.   Ma   zostać   żoną   najnudniejszego 
człowieka   pod   słońcem,   którego   jej   właściwie   narzucono?   Ma 
mieszkać w domu i jeździć samochodem przez kogoś wybranym?

Lark wsiadła do swego samochodu ścigana słowami Risy:
-  Obiecaj, że będziesz tam o szóstej! Jeśli się nie pojawisz, ojciec 
mnie zabije. Przeżywasz normalny kryzys każdej panny młodej.
-  Ty go nie miałaś.
-  Ha! Któregoś dnia ci opowiem.
-   Chętnie posłucham. Pa, Risa, muszę jechać. Risa uczepiła się 
otwartych drzwiczek samochodu.
-  Nie puszczę cię, póki mi nie obiecasz, że zjawisz się w domu o 
szóstej. Pomyśl tylko...
Lark chętnie zatopiłaby się w myślach, by je jakoś uporządkować, 
ale   po   prostu   nie   mogła.   Była   u   kresu   wytrzymałości,   wszystko 
zaczęło się nagle walić, ogłuszając ją całkowicie. Wiedziała jedno: 
popełniła   błąd,   posuwając   się   zbyt   daleko   w   swym   pragnieniu 
zdobycia  uznania  ojca. Była  zbyt  uległa wobec  jego  wymagań  i 
pragnień. Teraz potrzebny jest czas i spokój, by mogła wszystko 
przemyśleć i zdecydować, po czyjej stronie leży wina, jeśli w ogóle 
można   mówić   o   winie.   Zdecydowała,   że   póki   nie   znajdzie 
wewnętrznego   spokoju,   nie   pójdzie   do   ołtarza,   przy   którym 
musiałaby związać się na całe życie z człowiekiem wybranym dla 
niej przez ojca.
Kiedy więc ruszyła spod salonu strojów ślubnych, nie skręciła do 
domu,   ale   pojechała   prosto   szerokim   bulwarem   obsadzonym 
palmami.
Wychowywała się na południu Florydy. Spędziła tu właściwie całe 
życie. Od wielu lat mieszkała w ojcowskim domu na Jupiter Island, 
z wyjątkiem krótkiego okresu, kiedy to przeniosła się z matką do 
apartamentu w Miami - a było  to zaraz po rozwodzie rodziców. 
Polubiła  florydzki  żar,  wilgotność, palmy i  złoty piasek plaż. Nie 
mogła   już   jednak   dłużej   znieść   rozsadzającego   ją   napięcia   i 
zewnętrznych   presji,   które   narastały   od   chwili   wymuszonych 
zaręczyn z Wesem. Dodała gazu. Zdawała sobie sprawę, że jedzie 
zbyt   szybko,   musiała   jednak   dokądś   uciec,   aby   w   zupełnym 
spokoju   zebrać   myśli.   Zobaczyła   zjazd   w   kierunku   lotniska.   Nie 
wiedziała, dokąd jedzie, ale wiedziała, że najszybciej dotrze tam 
samolotem.

Do   domu   zadzwoniła   już   z   lotniska   w   Dallas-Fort   Worth.   Była 
godzina   dziewiąta   piętnaście   -   upłynęło   dziesięć   godzin   od 
opuszczenia salonu strojów ślubnych w Palm Beach.
Czekając   na   podniesienie   słuchawki   z   drugiej   strony,   patrzyła 
martwo   na   przewalający   się   przez   terminal   tłum   podróżnych. 

background image

Każdy dokądś śpieszy. A dokąd śpieszy ona? Po piątym dzwonku 
telefon odebrała pokojówka.
-  Tu mówi Karen Dodd - powiedziała Lark zmienionym głosem. - 
Tak, ślubna konsultantka panny Mallory. Chciałabym porozmawiać 
z panią Clarke.
-  Proszę poczekać - odparła pokojówka.
Więc   Lark   czekała,   zastanawiając   się,   jak   wytłumaczy   swoją 
obecność w Dallas.  Sama zresztą  nie  wiedziała, co tu robi. Ot, 
podeszła do pierwszego lepszego stanowiska na lotnisku w Palm 
Beach   i   kupiła   bilet   pierwszej   klasy   na   najbliższy   samolot. 
Odlatywał właśnie do Dallas.
I   co   dalej?   W   Dallas   nie   znała   żywego   ducha,   nie   znała   także 
miasta,   była   tylko   kilkakrotnie   na   lotnisku   w   drodze   do 
wakacyjnego  domku  rodziców  w Górach  Skalistych.   Przesiadała 
się   w   Dallas   na   samolot   do   Colorado   Springs,   gdzie   ojciec 
wynajmował   furgonetkę,   którą   jechali   w   góry.   Ze   wzruszeniem 
wspominała   tamte   czasy.   Żyła   wówczas   matka,   małżeństwo 
rodziców jeszcze trwało. Lark spacerowała wśród sosen, kąpała 
się w gorących źródłach i tam właśnie zakochała się. Uśmiechnęła 
się   do   siebie.   To   był   wspaniały   chłopak!   Bardzo   płakała,   kiedy 
ojciec powiedział jej, że więcej nie będą jeździć w Góry Skaliste. 
Jeszcze długo wspominała Jareda Wolfa...
- Pani Dodd? O co chodzi? Przepraszam, ale nie mogę teraz długo 
rozmawiać... - Risa! Tu Lark. W słuchawce rozległ się jęk.
-  O Boże! Gdzie ty jesteś? Ojciec szaleje. Nie, nie mów mi, gdzie 
jesteś. Ojciec ściągnie cię przez policję, ani się obejrzysz. Powiedz 
mi jedno: jesteś cała i zdrowa?
-  Cała i zdrowa. W każdym razie na ciele. Risa, ja nie mogę...
-  Czego nie możesz?
-  Wyjść za Wesa. To nie jest mąż dla mnie...
-   To histeria. Opanuj się, Lark - odparła Risa po chwili ciszy. - 
Rozumiem twoje wątpliwości, ale...
-  To nie są wątpliwości. To prawie pewność!
-   Prawie,  prawie! Czy ty wiesz, co narobiłaś, co tu się dzieje? 
Ojciec szaleje. Pan Sherborn się wściekł i pojechał do domu. Pani 
Sherborn płakała...
-  A Wes? - spytała Lark z pewnym poczuciem winy, gdyż powinna 
była od niego zacząć.
-  Odczekał dwie godziny i poszedł grać w tenisa.
Lark   powinna   była   tego   oczekiwać.   Wes   nie   przejmował   się 
drobiazgami.
-     Przykro   mi,   że   z   mojego   powodu   wszyscy   są   tak   okropnie 
nieszczęśliwi - powiedziała z rozmyślną złośliwością.
-   Ale wpadłam po prostu w panikę. Teraz czuję się już znacznie 
lepiej, bo jestem tu, a nie tam, gdzie ty. Nadal jednak pozostaje 
podstawowy problem. I potrzebuję wiele czasu, by go rozwiązać. 
Co mi teraz radzisz zrobić?

background image

-  Wiem jedno: nie wracaj, póki ojciec nie ochłonie. Przez parę dni 
zostań   tam,   gdzie   jesteś.   Dużo   śpij,   pływaj,   odpręż   się.   Przede 
wszystkim   to   ostatnie.   Wtedy   zaczniesz   myśleć   racjonalnie   i 
rozsądnie. Powiem ojcu, że dzwoniłaś. Ale zrobię to dopiero jutro, 
kiedy w ogóle będzie zdolny słuchać.
-  No dobrze... Bardzo mi przykro, Risa...
-  Niczym się teraz nie martw. Zadzwonisz do Wesa? 
Lark   zamknęła   oczy.   Nie   miała   odwagi   i   ochoty   rozmawiać   z 
Wesem. Tylko nie z nim.
-  Zrób to za mnie, siostrzyczko. I wytłumacz mu, że musiałam na 
kilka dni uciec od tych wszystkich przedślubnych problemów. Że 
czuję się dobrze i za parę dni dam znać.
-     Dobrze,   Lark.   Nie   martw   się   niczym.   Wszyscy   bardzo   cię 
kochamy...
-   Wiem... Jest jeszcze jedna sprawa: zostawiłam samochód na 
lotniskowym   parkingu   w   Palm   Beach.   W   skrytce   jest   kwit 
parkingowy i... mój zaręczynowy pierścionek. Byłoby lepiej, gdybyś 
wóz zabrała i przechowała pierścionek...
-  Lark, Lark...!
-   Do usłyszenia, moja droga. Wkrótce dam o sobie znać. Lark 
odłożyła słuchawkę i wyszła z kabiny.

Teraz zaczął ją ogarniać sen. Wtuliła się głębiej w baranią skórę. 
Za chwilę zaśnie i zapomni o minionych dniach udręki.
Ale   powróciło   znów   na   moment   wspomnienie   całkowitego 
zagubienia po wyjściu z kabiny...
Co   zrobić,   dokąd   się   udać?   Widok   tłumu   zdążającego   we 
wszystkie strony ponownie przypomniał jej przeszłość, kiedy i ona 
szła u boku ojca i matki do samolotu... Pojedzie do letniego domku 
z   sosnowych   bali   na   górskim   zboczu...   Tam,   gdzie   niegdyś 
poznała przecudownego chłopca.
Nagle, tuż przed zapadnięciem w sen, uświadomiła sobie, że przez 
te wszystkie dziewczęce lata zadurzenie żyło, rosło w niej, a teraz 
nagle   zmieniło   się   w  głębokie   uczucie   do   mężczyzny,   który   tak 
brutalnie wypędził ją ze swego łóżka.

ROZDZIAŁ  DRUGI

Lark obudziła się przed świtem. Nim pierwsze  promienie słońca 
zajrzały   w   okno,   już   wiedziała,   co   zrobi.   W   każdym   razie   w 
najbliższym czasie. Po prostu tu pozostanie. Bo właściwie nie ma 
dokąd się udać. Musi przekonać Jareda Wolfa, by pozwolił jej na 
kilka dni pozostać w dawnym letnim domku Mallorych.
Była nawet gotowa za to zapłacić, ale Jared musi poczekać na 
pieniądze.   Zostało   jej   niewiele   gotówki   po   zapłaceniu   biletów 
lotniczych,   motelu   w   Palm   Springs,   zakupieniu   niezbędnych 

background image

przyborów   toaletowych   i   żywności,   a   następnie   wynajęciu 
samochodu, którym tu przyjechała.
Miała   przy   sobie   karty   kredytowe,   ale   wiedziała,   że   jeśli   z   nich 
skorzysta,   to   ojciec   natychmiast   ją   znajdzie.   Znała   dobrze   jego 
metody. Wykorzysta wszystkie znajomości, no a przede wszystkim 
wynajmie detektywów. Ojciec miał już z pewnością jasno wytknięty 
cel:   doprowadzić   do   domu   zbłąkaną   owieczkę   i   dopilnować,   by 
dotarła do ofiarnego ołtarza.
A najgorsze, że we  własnym  przekonaniu robił to dla jej dobra. 
Lark postanowiła, że jeśli miałaby ostatecznie wyjść za Wesa, to 
uczyni to z własnej woli, a nie z woli ojca.
Usłyszała kroki na schodach. Uniosła się na łokciu, sprawdzając 
przedtem, czy prześcieradło dobrze ją osłania, Jared zatrzymał się 
w dole schodów. Uśmiechnął się.
- Spałem jak zabity - obwieścił. - A ty?  - Krytycznym  wzrokiem 
obrzucił jej sylwetkę pod prześcieradłem.
-  Wspaniale. Nie ma to jak spać na twardej podłodze. Żałuję, że 
tak późno to odkryłam.
Po raz pierwszy od ich obecnego spotkania roześmiał się. Rysy 
mu   złagodniały   i   Lark   przez   chwilę   widziała   dawnego 
dziewiętnastolatka, tyle że jeszcze bardziej czarującego.
Zaczerwieniła   się,   uświadamiając   sobie   ostatnią   myśl   przed 
zaśnięciem.
Jego śmiech całkowicie ją rozbroił. Była gotowa zrobić dla niego 
wszystko.
-     Chcesz   coś   zjeść,   nim   się   stąd   wyniesiesz?   -   spytał   i   bez 
czekania na odpowiedź zniknął w kuchni.
Zmroził   ją,   słońce   zgasło.   Zerwała   się   z   podłogi   i   owinięta 
prześcieradłem pobiegła na piętro, gdzie szybko włożyła dżinsy i 
bawełnianą koszulę, które kupiła poprzedniego dnia w Colorado 
Springs. Po pięciu minutach dołączyła do Jareda w małej kuchni.
Siedział   przy   stole,   na   którym   stała   duża   miska,   plastykowy 
dzbanek z mlekiem i pudełko ze śniadaniowymi płatkami. Na piecu 
pyrkała   maszynka   do   robienia   kawy,   z   której   wydobywał   się 
nęcący aromat.
-  Łyżki są w górnej szufladzie kredensu, kubki na półce - wskazał 
gestem dłoni uzbrojonej w łyżkę. - Bierz, co chcesz.
Lark czuła się niepewnie pod jego bacznym spojrzeniem i omal nie 
upuściła wyjętej łyżki. Gdy wreszcie usiadła na przeciwko niego za 
stołem, spytała, nadrabiając miną:
-     Bez   intencji   krytykowania   twojego   gospodarstwa   chciałabym 
wiedzieć, czy oprócz tego... - z niesmakiem wskazała na pudełko z 
płatkami - masz coś jeszcze do jedzenia?
-     Bez   intencji   ograniczania   twego   prawa   do   wyboru   pokarmu 
informuję, że to mi wystarcza. - Zjadł ze smakiem łyżkę płatków. - 
Masz obiekcje do zbożowej mieszanki?
-   Najmniejszych. Tyle że wygląda to jak zeschłe liście i kawałki 

background image

kory.
-  Żywiłaś się kiedyś korą i suchymi liśćmi?
-   Jeszcze nie. Ale gdybym spróbowała, to smakowałyby pewno 
jak to, co masz w pudełku. A ty jadłeś?
-     Oczywiście.   Często   zjadam   na   śniadanie   korę,   liście   i   małe 
dziewczynki,   które   zadają   głupie   pytania.   -   Brązowe   oczy 
spoglądały na nią badawczo. Z nonszalancją podał jej pudełko. - 
Spróbuj. Dobre.
Nabrała dwie łyżki i zalała mlekiem,
-  Kawa już pewno gotowa - mruknął. 
Uniosła pytająco brwi.
-  Więc co?
-     Więc   może   nam   nalejesz.   Bogate   dziewczynki   też   chyba 
czasami nalewają kawę.
-   Ośmielam się zauważyć, jeśli sam tego nie dostrzegłeś, że już 
nie jestem dziewczynką.
-     Staram   się   nie   dostrzegać.   -   Spojrzenie,   jakim   ją   obrzucił, 
wywołało na jej twarzy kolejny rumieniec. Miała też wrażenie, że 
drgnęła. Z pewnością nie umknęło to uwagi Jareda. - Kubki są na 
półce. Już to mówiłem.
Lark   nalewała   kawę   drżącą   ręką.   Dlaczego   on   ją   tak   traktuje? 
Przecież nigdy w życiu nie zrobiła i nie powiedziała nic, co by go 
mogło   urazić.   A   nawet   gdyby   go   uraziła,   to   przecież   minęło 
dwanaście   lat.   Kto   przez   dwanaście   lat   może   mieć   żal   o   jakiś 
drobiazg?
Nie podziękował nawet za podany mu kubek. Podniósł go do ust i 
powoli sączył.
-   Musimy porozmawiać - zaczęła niepewnym głosem. Twarz mu 
nagle   skamieniała,   zrobiła   się   obojętna,   tak   jak   poprzedniego 
wieczoru.
Postanowiła nie owijać sprawy w bawełnę:
-  Odwołuję się do twojej wyrozumiałości, Jared. Potrzebuję Twojej 
pomocy! Musisz mi pozwolić zostać tu przez kilka dni.
-   Muszę? - Twarz  jeszcze bardziej mu stężała. Zignorowała tę 
uwagę.
-   Nie będę wchodziła ci w drogę. Obiecuję. Nie przyjechałam do 
Colorado   Springs   w   poszukiwaniu   towarzystwa.   Wprost 
przeciwnie.
-   Muszę ci pozwolić zostać? - powtórzył z tym samym wyrazem 
twarzy.
-   Może  źle się wyraziłam.  Jestem  zupełnie  zdesperowana.  Nie 
mam się gdzie udać...
-  Mam w to uwierzyć?
-  I kończą mi się pieniądze...
-     Zatrzymaj   się.   Nazywasz   się   nadal   Mallory,   tak?   Czytałem 
ostatnio   o   najnowszym   wielomilionowym   przedsięwzięciu   twego 
papy.  Wnoszę z tego, że nie brak mu pieniędzy i to grubych.  - 

background image

Zwęził oczy. - A może uciekasz przed mężusiem? Nie nosisz co 
prawda obrączki, ale w naszych czasach nic nie wiadomo...
Odczuła pewną przyjemność: Jared zauważył, że nic nie ma na 
serdecznym  palcu. A może specjalnie się przypatrywał,  czy coś 
nosi.   Jak   to   dobrze,   że   zostawiła   na   Florydzie   zaręczynowy 
pierścionek.
-     Nie   wyszłam   za   maż   -   odparła.   Nie   dodała   jednak,   że   się 
zaręczyła. To nie było teraz istotne.
-  Boże drogi, nie jesteś chyba w kolizji z prawem?
-   Nic takiego. Chodzi o... mojego ojca. Usiłuję ukryć  się przed 
ojcem. Zrobiłam coś... - Gorączkowo myślała nad tym, jak uzyskać 
sympatię   i   pomoc   Jareda,   nie   wyjawiając   mu   zbyt   wiele.   -   A 
właściwie zamierzam coś zrobić, czy raczej nie zrobić, wbrew jego 
woli.   Jared,   on   mnie   zatłucze,   jeśli   mnie   dopadnie,   on   musi 
ochłonąć, a ja muszę postanowić, co powinnam zrobić...
Zakończenie   powyższego   apelu   wypadło   bardziej   emocjonalnie, 
niż zamierzała. Zrezygnowana opuściła głowę. Jared z pewnością 
nie   pozwoli   jej   zostać.   Będzie   musiała   skorzystać   z   kart 
kredytowych,   żeby   wrócić   na   Florydę,   gdzie   ojciec   ponownie   ją 
stłamsi i zmusi do respektowania jego woli.
-  Spójrz mi w oczy, Lark Mallory!
Zdumiona ciepłym tonem zrobiła, o co prosił. Obudziła się w niej 
nutka nadziei.
-  Słucham, Jared?
-  Czy twój ojciec wie, że tu jesteś?
Przesunęła   językiem   po   wyschniętych   wargach.   Nie   zamierzała 
kłamać, Jared od razu by to wyczuł.
-  Nie, nie ma pojęcia.
-  I gdyby wiedział, zaraz by tu się zjawił?
-  Chyba tak... Na pewno tak. Ale wierz mi, że nie zniknęłam, żeby 
go   zranić.   Nic   takiego.   Chodzi   o   mnie.   Muszę...   Muszę   pomóc 
sobie. Muszę przemyśleć wiele rzeczy sama. Muszę mieć czas, 
przestrzeń,   samotność.   I   wydawało   mi   się,   że   jeśli   przyjadę 
właśnie   tu,   gdzie   niegdyś   byłam   taka   szczęśliwa...   -   Jęknęła.   - 
Jakże mam ci to wytłumaczyć?
-  Nawet nie próbuj. - Wstał. Przegrałam, pomyślała.
-   Nawet  nie próbuj mi dalej wyjaśniać, bo wszystko rozumiem. 
Góry działają przedziwnie na ludzi, choć oni nawet nie zdają sobie 
z tego sprawy. Każdy, kto znajdzie się w górach, musi się zmienić. 
A ty spędziłaś tu sporo czasu, dość, aby to pojąć. Tak, rozumiem, 
dlaczego wróciłaś... - Ruszył ku drzwiom.
-  Wiec mnie nie wyrzucisz?! - krzyknęła za odchodzącym.
-  Tego nie powiedziałem.
-  Zapłacę ci, jeśli pozwolisz mi zostać. Nie mam przy sobie wiele 
gotówki, ale obiecuję, że zapłacę.
-  Czy musisz mnie obrażać? - Pogardliwie wykrzywił usta. - Wam, 
Mallorym, wydaje się, że wszystko można kupić. - Wyszedł.

background image

Lark została sama, nie mając pojęcia, co robić dalej.
Jared   zeskoczył   z   ganku   i   skręcił   w   lewo,   w   kierunku   młodego 
osikowego lasu, którym obrastał górski stok tuż za domem. Osiki 
zadomowiły się tu po pożarze, jaki strawił gęstwinę sosen i nawet 
zagroził letniemu domowi Mallorych.
Pożar nastąpił z wyniku nieostrożności Drake'a Mallory'ego i to był 
jeden z wielu powodów niechęci Jareda do tego człowieka.

Między   osikami,   pod   ich   koronkowym   listowiem,   powstał   dziki 
ogród pełen kwitnących krzewów i słoneczników. Jared z miłością 
spoglądał   na   swoje   królestwo,   chociaż   myślami   tkwił   w   tym,   co 
przed chwilą usłyszał.
A więc mała Mallory ukrywa się przed ojcem. Jared może jej w tym 
pomóc...   jeśli   będzie   chciał.   Kusząca   perspektywa.   Nie 
interesowało go oddawanie przysług córce człowieka, którego nie 
znosił,   ale   dlaczego   nie   skorzystać   z   okazji   zrobienia   na   złość 
temu   wstrętnemu   typowi?   Jared   obszedł   dom.   Na   jego   tyłach 
zobaczył samochód Lark. Nie zauważył go, wracając wieczorem.
Jareda nie obchodziło, dlaczego Lark uciekła z domu. Z pewnością 
miała   ważny   powód.   Dziewczyna   wyglądała   na   załamaną.   Jest 
niepewna siebie i wyraźnie nieszczęśliwa. Pamiętał ją jako pełną 
energii,   zawsze   roześmianą  osóbkę,   jeszcze  dziecko.   Co   ją  tak 
zmieniło?
Ale co go to właściwie obchodzi? Jeśli pozwoli jej zostać, to dla 
zadośćuczynienia   własnej   potrzebie   dokuczenia   nielubianemu 
człowiekowi, a nie dla jej przyjemności.
Obiecał   matce,   że   nie   będzie   szukał   na   tym   człowieku   zemsty, 
której tak bardzo pragnął. Matkę bardzo kochał i ponieważ o to 
prosiła,   uległ.   Ale   nie   obiecał,   że   zapomni   o   licznych   afrontach 
wobec własnej rodziny. I nie obiecał, że przebaczy. Nawet teraz 
nie był gotów przebaczyć.
Jared Wolf czekał spokojnie na okazję i jego cierpliwość została 
nagrodzona. Jeśli zatrzyma u siebie Lark, to będzie mógł w każdej 
chwili zwabić samego Drake'a Mallory'ego. A wtedy mu powie, co 
o nim sądzi. I to będzie jego zemsta.
Jared uśmiechnął się do siebie. Ale okazja! Ileż to może wydarzyć 
się w ciągu jednego dnia. Ileż zmienić.

W drodze z Denver zatrzymał się poprzedniego dnia po południu w 
Cripple Creek u siostry.  Siostra i siostrzeniec byli  radością jego 
życia. Mały Jared niczego się nie bał i jeśli wujek Jared będzie w 
przyszłości miał coś do powiedzenia w sprawie jego wychowania, 
nic go nigdy w życiu nie zaskoczy i nie przestraszy.
-  Przestań szaleć, wujku Jaredzie - usłyszał za sobą głos siostry. - 
Na   małego   czas   spać.   Jeśli   się   za   bardzo   rozbryka,   to   mi   nie 
zaśnie.
Jared obrócił się w stronę Jenny. Za jej szeroki uśmiech odpłacił 

background image

też uśmiechem. Jenny miała dwadzieścia trzy lata. Była o osiem 
lat młodsza od brata. Ale mimo tej różnicy wieku rodzeństwo było 
bardzo zżyte. Jared kochał siostrę i nauczył się także szanować ją 
za roztropną postawę życiową. Samotnej młodej kobiecie trudno 
jest wychowywać dziecko, ale Jenny świetnie sobie z tym radziła.
Śmiejąc się, zbiegła lekkim krokiem z werandy malutkiego domku 
prosto w głęboką trawę i porwała małego Jareda z ramion brata. 
Przytuliła   główkę   dziecka   do   piersi.   Długie   czarne   włosy 
zawirowały,   kryjąc   twarz   matki   i   dziecka.   Gdy   odgarnęła   włosy, 
intensywnie   niebieskie   oczy   tryskały   radością.   Cieszyła   się   z 
powodu niespodziewanej wizyty brata.
-  Zostaniesz na kolacji? - spytała.
-   Bardzo bym chciał, ale... - Jared zawahał się, spoglądając w 
kierunku   odległych   szczytów   Sangre   de   Cristo   na   zachód   od 
Cripple   Creek.   Historyczne   miasteczko   przy   kopalniach   złota 
spoczywało w głębokiej wulkanicznej niecce Gór Skalistych, ponad 
trzy tysiące metrów nad poziomem morza. Jenny sprowadziła się 
tu   wkrótce   po   urodzeniu   małego   Jareda,   uważając,   że   jest   to 
doskonałe miejsce do wychowania dziecka.
Jared podzielał tę opinię, chociaż utrudniało mu to wizyty u siostry. 
Zbyt daleko. Teraz pochylił się nad Jenny, pocałował ją w czubek 
głowy i dokończył poprzednią myśl:
-  Bardzo bym chciał, ale nie mam już czasu.
-     Jedziesz   do   Denver?   Głową   wskazał   zachód.   -     Do   leśnej 
pustelni?
-  Aha. Mam to i owo do przemyślenia. Potrzebuję trochę spokoju.
Jenny usiadła na stopniach ganku.
-  Jeszcze nie podjąłeś decyzji? Zajął miejsce obok siostry.
-  Nie.
-  Dlaczego? To do ciebie niepodobne.
Miała rację. Rzadko się wahał przed zrobieniem ważnego kroku.
-   Tym razem krok jest bardzo poważny, Jen. Zbudowałem firmę 
od podstaw,  ale Wolf Cache Systems nie daje mi już tej samej 
frajdy co dawniej i powinienem machnąć na to ręką i pozbyć się 
ciężaru. Tylko że nie rysuje mi się nic ciekawszego.
-   Mógłbyś zająć się trochę własnym życiem, braciszku. - Jenny 
mówiła   łagodnym,   ale  przekonującym   tonem.   -  Weź  pieniądze   i 
zmykaj.   Zajmij   się   ranczerstwem,   załóż   kolejną   firmę...   - 
Pocałowała   go   w   policzek.   -   A   najlepiej   znajdź   sobie   miłą 
dziewczynę i zakochaj się. Albo daj się znaleźć...
-  Czytałaś zbyt wiele romansów, Jennifer. W życiu tak nie bywa. - 
Pociągnął małego Jareda za ucho, czym wywołał radosny śmiech 
dziecka.   -   Przed   powrotem   do   mojej   górskiej   kryjówki   muszę 
jeszcze to i owo kupić, więc ruszam, w drogę. Może ci jeszcze w 
czymś pomóc?
-   Nie, dziękuję. Wszystko, co trzeba, zrobiłeś. Jared sięgnął do 
portfela w tylnej kieszeni spodni.

background image

-  Potrzebna ci gotówka?
-  Nie, dziękuję. Wystarczy nam to, co mamy. Wahał się, trzymając 
portfel w dłoni,
-  Może jednak? Daj mi sobie pomóc.
-  Naprawdę nie potrzeba. Już mi dość pomogłeś. No, jazda, jedź 
sobie do letniego zimowiska, prześpij całe lato. Wytrzymamy bez 
ciebie. - Uśmiechnęła się przy tym czule.
Cmoknął siostrę w czoło, wsiadł do land rovera i odjechał. Był zły, 
że Jenny nie chciała wziąć pieniędzy. Kupił jej ten domek i założył 
konto.   Pieniądze   przeznaczone   były   na   wychowanie   i 
wykształcenie małego Jareda. Tyle Jenny przyjęła, ale nie chciała 
nic   więcej,   postanawiając   sobie   sama   dawać   radę.   Uparta 
dziewczyna,   dumna,   zdecydowana   iść   przez   życie   o   własnych 
siłach,
Jared był właściwie taki sam. Wszyscy Wolfowie byli tacy sami. 
Może to dziedzictwo po pradziadku Indianinie ze szczepu Ute, a 
może po irlandzkiej prababce, W każdym razie Jared i Jenny mieli 
owej dumy i samodzielności aż w nadmiarze.
Zakupy zrobił w Cripple Creek, gdyż górski sklepik był zamykany 
przed zmrokiem, a przed sobą miał jeszcze długą drogę.
Ułożywszy paczki w tyle wozu, ruszył do domu. Leśny dom Wolfów 
był i zawsze będzie dla mnie rodzinnym domem, pomyślał. Nawet 
przez te lata, kiedy do Wolfów nie należał, też nazywał go domem 
rodzinnym. Górskie uroczysko przyciągało Jareda jak magnes, a 
sam budynek wzniesiony własnymi rękami przez dziadka i przez 
niego   urządzany,   był   zawsze   dla   Jareda   miejscem   świętym, 
miejscem wytchnienia.
Póki ten drań Mallory nie położył na nim łapy.
Odzyskanie   domu   po   latach   upokorzenia   sprawiło   Jaredowi 
większą   satysfakcję   niż   wszelkie   sukcesy   w   interesach.   Z 
pewnością większą,  niż przekształcenie małej firmy składowania 
dysków komputerowych w wielomilionowy biznes. A wszystko to 
było   jego   własnym   dziełem.   Cieszył   się   z   sukcesu,   ale   nie 
traktował go jako celu samego w sobie.
Odegranie się na Mallorym sprawiłoby Jaredowi satysfakcję niemal 
równą odzyskaniu domu Wolfów. Jednakże jeszcze poprzedniego 
dnia nic nie zapowiadało, że pojawi się podobna okazja.
Zresztą poprzedniego dnia Jared nie myślał o żadnej wendecie. 
Jadąc najpierw w zapadającym mroku, a potem w ciemnościach 
górską krętą gruntową drogą, myślał o decyzji, jaką musi wreszcie 
podjąć. Ofiarowywano mu górę pieniędzy za koncern Wolf Cache 
Systems. Przyjąć czy odrzucić?
Drogę, którą jechał, znał na pamięć. Setki razy przemierzył ją w 
dzień   i   w   nocy.   Znał   każde   wybrzuszenie   i   dziurę,   każdy 
odchodzący w bok szlak i każdy górski dom. Jak zawsze serce 
zabiło mu mocniej, gdy przekraczał strumyk na skraju polany. Stąd 
już dostrzegał  sylwetkę  domu  jeszcze  ciemniejszą  niż  leśne  tło. 

background image

Podjechał,   zatrzymał   wóz,   wyłączył   silnik   i   siedział   przez   kilka 
minut   przy  opuszczonych   szybach,   wdychając   słodkie   powietrze 
domu, jego domu, i przyzwyczajając wzrok do mroku.
Poczuł jeszcze coś! Słodkiego i... kobiecego.
Czujny wyszedł powoli i bezszelestnie z wozu.
Coś   tu   było   nie   tak,   jak   powinno   być.   Sam   nie   wiedział,   co 
wzbudziło   jego   czujność,   odbierał   tylko   sygnały.   Był   tu   przed 
dwoma   dniami   z   pierwszą   partią   zapasów   na   lato.   Od   dwu   dni 
nastąpiła jakaś zmiana.
No i wkrótce dowiedział się, kto jest intruzem. A przy okazji... O 
właśnie, pojawiła się okazja. Cierpliwość się opłaciła.

Po czterdziestu pięciu minutach Jared powrócił do domu równie 
niespodziewanie,   jak   poprzednio   wyszedł,   czym   zaskoczył   Lark, 
która zamiatała podłogę.
Paroma zdecydowanymi krokami przemierzył izbę i stanął przed 
dziewczyną,   wpatrując   się   intensywnie   w   jej   oczy.   Wstrzymała 
oddech, oczekując wyroku. Była pewna odmowy. Tymczasem on 
delikatnie ujął jej podbródek i uśmiechnął się.
-   Możesz przez jakiś czas zostać, ale na pewnych warunkach - 
powiedział.
Odważnie wytrzymywała badawcze spojrzenie.
-  Na jakich?
-  Na początek odwrócimy role.
-  Odwrócimy role? - Zmarszczyła brwi. - Niezupełnie rozumiem,
-  Ja rozkazuję, a ty robisz, co ci każę.
-  Robię, co mi każesz...?
-   Zajmujesz się domem. Gotujesz i sprzątasz. I robisz wszystko 
inne, co ci każę.
-  Wszystko?! - Bardzo niebezpieczna sytuacja... Co on może mieć 
na myśli?
Znowu   się   uśmiechnął   i   Lark   natychmiast   zapomniała   o   swoich 
zastrzeżeniach do słowa „wszystko".
-   Tak, wszystko. Nie mam zamiaru robić ci krzywdy. Możesz mi 
ufać.
-  Ty chyba ze mnie żartujesz. Wszystko! A jeśli nie będzie ci się 
podobało, co i jak robię, to mnie wyrzucisz, tak?
-  O nie. Po prostu zadzwonię do tatusia.

Była to poważna groźba. A może obietnica? Jego spojrzenie paliło, 
oczy gorzały. Zdała sobie sprawę, że ma do czynienia z bardzo 
niebezpiecznym  człowiekiem. Czy to nie ryzykowne dobrowolnie 
poddać się jego woli? Ale czy istnieje jakaś alternatywa? Owszem, 
doczołgać się na Florydę, błagając o przebaczenie... Nigdy!
-     Zgadzam   się   na   to   „wszystko"   -   odparła   z   westchnieniem.   - 
Wiem, że uważasz mnie za trutnia i chcesz mnie poddać próbie 
albo upokorzyć, ale ci oświadczam, że umiem gotować, lubię to 

background image

robić, jestem porządnisia i umiem sprzątać, chociaż tego nie lubię. 
I   nie   mam   zamiaru   narzucać   się   ze   swoją   osobą,   wprost 
przeciwnie, przyjechałam wyłącznie po to, żeby być sama ze sobą. 
Akceptuję warunki. - Impulsywnie wyciągnęła rękę.
Spojrzał na nią, chwileczkę odczekał, a potem ujął w swoją dłoń.
Poczuła mrówki w całej ręce aż do ramienia, które kiedyś boleśnie 
nadwerężyła i wtedy także tysiąc szpileczek kłuło ją od czubków 
palców aż po bark.
Językiem zwilżyła suche wargi i spytała:
-  Odpowiesz mi na jedno pytanie?
-  To zależy.
Dlaczego on nie puszcza jej dłoni? Skórę ma suchą, ciepłą ale 
szorstką.   Pewno   ciężko   zarabia   na   życie...   Cała   jej   ręka   aż   po 
ramię wydawała się sparaliżowana. Ale tak jakoś miło.
-   Dlaczego tak mnie nienawidzisz? Myślałam... kiedyś... byliśmy 
przyjaciółmi. Co ja ci takiego zrobiłam?
Puścił jej dłoń, obrócił się na pięcie i wyszedł.
Stała jeszcze długo z podbródkiem opartym na drążku szczotki i 
zastanawiała się, jakąż to Jared może mieć do niej pretensję. O 
co?   W   każdym   razie   chodziło   o   coś,   co   wydarzyło   się   bardzo 
dawno temu.
Jared był wówczas cichym, ciężko pracującym chłopcem.
Robił   wszystko,   co   mu   kazano.   Robił   to   dobrze   i   bez   protestu: 
załatwiał   zakupy,   rąbał   drewno,   dokonywał   drobnych   napraw, 
wycinał   krzaki   i   małe   drzewa,   gdyż   Drake   Mallory   chciał   mieć 
wolną przestrzeń wokół domu. Zauważyła, że od tamtych czasów 
większość krzaków już odrosła.
I   chyba   ją   lubił.   Tak   w   każdym   razie   sądziła.   Przykro   byłoby 
wiedzieć, że się myliła. Zachowywał pewien dystans w stosunku 
do rodziny Mallorych, ale do niej odnosił się inaczej... jakby czule, 
a w każdym razie nieco przyjaźniej.
Wszędzie za nim chodziła, jeśli nie miał nic przeciwko temu. Risa 
flirtowała z nim na całego, matka go ignorowała, a ojciec...
No cóż, Drake Mallory traktował Jareda tak jak każdego innego 
podwładnego. To chyba naturalne. Ojciec ostrym tonem wydawał 
dyspozycje   i   nigdy   nie   zwracał   uwagi   na   to,   co   inni   mogą 
odczuwać.   W   kilku   wypadkach,   kiedy   Jared   żachnął   się   na 
otrzymane   polecenie,   ojciec   stawał   się   nieprzyjemny,   a   nawet 
bywał obraźliwy, póki chłopak nie podporządkował się jego woli. I 
zawsze go do tego zmuszał.
Ale   to  jeszcze  nie  powód   do   nienawiści.   Skąd  ten  głęboki   uraz 
Jareda?   Zadała   sobie   po   raz   pierwszy   to   pytanie.   Jako 
czternastolatka   przypuszczała,   że   Jareda   mało   obchodzi 
zachowanie ojca, bo gdyby go obchodziło, obróciłby się na pięcie i 
więcej dla Mallorych nie pracował. Obecnie takie wyjaśnienie nie 
wystarczało.
Ten nowy Jared Wolf jest dumnym mężczyzną. I z pewnością tę 

background image

dumę posiadał już jako chłopak. Nie pracował chyba dla pieniędzy, 
ponieważ   ojciec   płacił   mu   grosze.   Jared   z   pewnością   zarobiłby 
więcej i łatwiej gdzie indziej. Dlaczego więc trzymał się Mallorych i 
tego domu?
Domu! Czyż nie to właśnie jest kluczem do zagadki: umiłowanie 
tego miejsca, domu?
Jared poszedł przez las do gorących źródeł odległych o blisko trzy 
kilometry.   Usiadł   na   potężnym   głazie   i   zapatrzył   się   na   mały 
wodospad, z którego do skalnej niecki spływała parująca woda.
Usta wykrzywił mu zły uśmiech. Czas zapłaty, powtarzał sobie w 
duchu. Nadszedł czas zapłaty!
Jeśli   zemstę   można   porównać   do   tortu,   to   Lark   Mallory   była 
zdobiącym go kremem.
Jakże długo czekał na ten słodki deser. Niemalże z lubością oblizał 
wargi.

ROZDZIAŁ  TRZECI

Lark miała szczery zamiar wywiązać się z zawartej umowy.  Nie 
tracąc czasu na dalsze rozważania na temat motywów zachowania 
Jareda, zabrała się do pracy i zaczęła myć i szorować wszystko, 
co tylko wpadło jej pod rękę. Jared się myli, jeśli myśli, że ona jest 
cieplarnianym   kociakiem.   Przez   dwa   lata,   spędzone   z   matką   w 
Miami, wiele się nauczyła... Nie, nie będzie wracała teraz do tych 
wspomnień.
Nauczyła się również wiele przez kilka miesięcy samotnego życia. 
Była bardzo szczęśliwa w swoim malutkim mieszkanku, póki ojciec 
nie   dostał   ataku   serca   i   nie   musiała   czym   prędzej   wracać   do 
wielkiej rezydencji na Jupiter Island.
Myślała   sobie   wówczas,   że   skoro   tak   bardzo   zawiodła   matkę   i 
dźwiga pokaźny ciężar winy, to nie może z kolei zawieść ojca. Na 
jego władcze skinienie powróciła do rodzinnego domu.
Dość wspominania przeszłości! Skończyła sprzątanie i zabrała się 
do przyrządzania południowego posiłku. Podgrzała zupę z puszki i 
przygotowała kilka kanapek z serem. Usiadła za stołem i czekała 
na Jareda. Czekała długo. Nim się pojawił, zupa ostygła, a kanapki 
zeschły się na wiór. Jared jakby nigdy nic przemaszerował przez 
kuchnię i rzucił na patelnię srebrzystą rybę.
- Górski pstrąg - wyjaśnił. - Będzie świetna kolacja.
Lark przyszła do głowy przedziwna myśl, kiedy tak patrzyła to na 
Jareda, to na rybę: samiec polujący dla swej samicy.
-  Ryby jeszcze nigdy nie patroszyłam - przyznała cienkim głosem,
-     Nigdy   nie   jest   za   późno   -   odparł   nieco   rozbawiony   jej 
szczerością. Dotknął kubka. - Ooo, mamy dziś zupę na zimno?
-     Była   gorąca,   ale   ostygła.   Udało   mi   się   rozpalić   piec...   Jeśli 
poczekasz kilka minut... - Wzięła kubek, żeby przelać zawartość 

background image

do garnka.
Powstrzymał   ją,   chwytając   za   rękę.   Znowu   poczuła   te   mrówki, 
jakby jego dotyk elektryzował ją.
-  Nie trudź się.
-  To żaden trud.
-  Siadaj, jest dobra taka, jaka jest.
Usiadła   i   żeby   pokryć   zakłopotanie,   zaczęła   małymi   łyczkami 
popijać   zupę,   przyglądając   się   Jaredowi   spod   opuszczonych 
powiek.
Chcąc przerwać głuche milczenie, powiedziała:
-  Nastąpiło wiele zmian od czasu, kiedy byłam tu po raz ostatni.
Twarz mu pociemniała.
-  Przywróciłem wszystko do poprzedniego stanu. Tak jak zawsze 
było   i   powinno   było   pozostać.   Twój   ojciec...   Tak,   twój   ojciec 
wszystko   pozmieniał.   Wszystkie   meble   wyrzucił   do   szopy,   która 
przeciekała,   założył   elektryczność,   zainstalował   nowoczesną 
hydraulikę...
-     Bardzo   mi   przykro!   -   Lark   przeprosiła   za   ojca   dla   świętego 
spokoju,   chociaż   zupełnie   nie   rozumiała,   dlaczego   założenie 
elektryczności i doprowadzenie wody miałoby być przestępstwem i 
budzić w Jaredzie wrogie uczucia.
-     Ty   nadal   nie   rozumiesz,   dlaczego   jestem   wściekły   na   twego 
ojca? - spytał Jared, jakby czytał w jej myślach.
-  Nie - przyznała. - Większość ludzi nazwałaby to, co zrobił ojciec, 
wartościową modernizacją.
-   Może to zrozumiesz, a może nie. Być  może obracamy się w 
światach   odmiennych   wartości...   -   Milczał   przez   dłuższą   chwilę, 
przyglądając się z dezaprobatą nieco zdumionej Lark. - Leśny dom 
Wolfów... jest moim gniazdem rodzinnym. Wyrwanie tego domu z 
łap   tego...   Drake'a   Mallory'ego,   sprawiło   mi   więcej   frajdy   niż 
cokolwiek innego w całym moim dotychczasowym życiu.
-     Ja   nic   nie   wiedziałam...   Wiec   ten   dom   był   dawniej   w   twojej 
rodzinie?
-     Zbudował   go   mój   pradziadek   w   roku   tysiąc   dziewięćsetnym. 
Mogę  się  mylić   o  rok.  Własnymi   rękami.   Zbudował   go  dla   swej 
żony, a mojej prababki. Mieszkali tu do końca życia. Jego dziełem 
są również te meble, które twój ojciec wyrzucił na śmietnik.
-  Do szopy - poprawiła Lark. - Ale przed blisko stuleciem musiała 
tu być prawie puszcza. Absolutne pustkowie!
-  Oczywiście. I dlatego pradziadek wybrał to miejsce. Nazywa się 
Wilcza   Przełęcz.   Teraz,   kiedy   mówię,   że   nazywam   się   Wolf, 
niektórzy   sądzą,   że   jestem   potomkiem   niemieckich   imigrantów. 
Nikomu   nie   przychodzi   do   głowy,   że   chodzi   o   wilka.   Mój 
pradziadek   był   Indianinem   ze   szczepu   Ute.   Nazywał   się   Wilcza 
Głowa. Moja babka była Irlandką. Chcieli żyć tu sami. Bo ani ona 
wśród Indian, ani on wśród białych żyć nie mogli.
-  Czy nie chcieli? 

background image

Roześmiał się szyderczo.
-  Czy ty wiesz, dziewczyno, co to były za czasy? Życie Indianina u 
boku białej kobiety i białej kobiety u boku Indianina byłoby piekłem 
zarówno w środowisku białych, jak i Indian. 
-  I co było potem? 
Wzruszył ramionami.
-     Ich   dzieci   i   dzieci   ich   dzieci   żyli   sobie   długo   i   szczęśliwie. 
Pochodzę   ze   szczęśliwej   rodziny,   w   której   żyłach   płynie   krew 
indiańska,   irlandzka,   meksykańska,   niemiecka   i   angielska.   Być 
może jeszcze o którejś nie wiem. I jestem bardzo dumny ze swego 
pochodzenia.
Lark przyglądała mu się z nie ukrywanym zachwytem i podziwem. 
Dopiero teraz w jego rysach odkrywała cechy, które odziedziczył 
po   swych   przodkach.   I   od   każdego   z   nich   Jared   otrzymał   co 
najlepsze. Czyż to nie jest oczywiste? Że też tego nie spostrzegła 
wcześniej.
-  Opowiedz mi więcej o swojej rodzinie! Bardzo cię proszę.
-     I   tak   za   wiele   mówiłem.   Skończmy   z   głupstwami   i 
porozmawiajmy o poważniejszych sprawach.
-  O poważniejszych sprawach? Jakich?- spytała z lękiem w głosie.
-  Ukrywasz się przed ojcem. Czy dobrze zrozumiałem? 
Skinęła głową.
-  Więc jeśli nie chcesz, żeby cię znalazł, to trzeba szybko oddać 
wypożyczony samochód do firmy...
-  Dlaczego? Przecież zapłaciłam gotówką.
-  Ale spisali dane z prawa jazdy i karty kredytowej jako gwarancji?
-  No tak, ale przecież...
-  Żadne przecież. Jeśli twój ojciec cię szuka, to lada chwila może 
trafić na ślad przez firmy wynajmu samochodów. Kiedy się dowie, 
że dotarłaś do Colorado Springs, natychmiast skojarzy to z tym 
domem.
-  O Boże, nie pomyślałam o tym. Ale jeśli pojadę zwrócić wóz, to 
jak wrócę?
-  Pojedziesz jutro. Kiedy będziesz zwracała samochód, wypsnie ci 
się   „przypadkowo"   informacja,   która   skieruje   twojego   ojca   na 
fałszywy   ślad.   Pojadę   za   tobą   land   roverem   i   przywiozę   z 
powrotem.
-   Co  oznacza, że ja...  -  Nie dokończyła   myśli,  że  od tej  chwili 
będzie   całkowicie   zależna   od   Jareda,   nie   mogąc   się   nigdzie 
ruszyć, gdyby zaszła potrzeba.
-  Co oznacza, że pozostaniesz w mojej mocy, na mojej łasce. Czy 
to cię bardzo przeraża, Lark Mallory?
On ma nieprawdopodobną umiejętność odgadywania moich myśli. 
Ale ja się nie dam.
-   Wcale mnie nie przeraża - odparła, patrząc mu prosto w oczy. 
Była to nawet podniecająca perspektywa. I to ją dopiero przeraziło,

background image

Jej pierwszy wyczyn kulinarny - smażony pstrąg - Jared obwieścił 
jako   prawdziwy   sukces.   Inna   rzecz,   że   sam   się   do   niego 
przyczynił, patrosząc pstrąga, czego sama nigdy by nie dokonała.
Po kolacji Jared zniknął, a Lark sprzątnęła ze stołu i zabrała się do 
zmywania.   Coraz   lepiej   się   orientowała,   gdzie   co   się   znajduje. 
Chociaż Jared przywrócił dawne dość prymitywne  umeblowanie, 
miał na tyle rozsądku, by nie rezygnować z zainstalowanego przez 
ojca wodociągu i generatora potrzebnego do dość staroświeckiej, 
ale spełniającej swe podstawowe funkcje lodówki. Elektryczności 
jednak nie było, tylko naftowe lampy, i gotować trzeba było na dwu 
fajerkach   pieca   na   drewno.   Lark   uważała   to   za   bardzo 
romantyczne.   Zresztą   ten   budynek   z   bali,   postawiony   na 
ukwieconej   polanie,   prawie   na   szczycie   zalesionej   góry,   z 
szemrzącym   strumykiem   w   pobliżu,   był   zawsze   dla   niej   niemal 
czarodziejskim miejscem. Odwiesiła ścierkę i wyszła na drewnianą 
platformę   na   zewnątrz,   aby   podziwiać   krajobraz.   Tę   platformę 
kazał wybudować ojciec i Jared jej nie rozebrał, gdyż i on doceniał 
widok, jaki się stąd roztaczał.
Wstrzymała oddech, patrząc na te cudowne góry już ciemniejące 
przed nocą. Wsparła się o drewnianą balustradę i chłonęła nastrój 
pełnego spokoju.
Dobrze, że tu przyjechała.
-  Indianie nazywali je Błyszczącymi Górami. 
Drgnęła, Jared całkowicie ją zaskoczył. Nie słyszała jego kroków.
-  Są przepiękne. Wszystko tu jest piękne... - powiedziała cicho.
-   Nie przeszkadza ci ta wysokość? Jesteśmy ponad trzy tysiące 
metrów   nad   poziomem   morza.   Niektórzy   źle   się   czują   na   tej 
wysokości.
-     Przecież   bywałam   tu.   Nic   się   nie   zmieniło.   W   ogóle   nie 
odczuwam wysokości. Czasami tylko, po większym wysiłku, mam 
krótki oddech... Dawniej też.
-     Dużo   pij   i   przez   następne   kilka   dni   oszczędzaj   siły.   Nie 
odczuwasz bólu głowy?
-  Nie.
-  Zuch dziewczynka. Nie posądzałem cię o to.
Cóż miała odpowiedzieć na ten wątpliwej wartości komplement i 
dość uwłaczające określenie „dziewczynka"?
Zanim   zdążyła   wymyślić   coś   uszczypliwego,   stanął   koło   niej, 
wspierając dłonie o balustradę.
-   Przecudowny widok nawet w nocy - powiedział głosem pełnym 
niekłamanego rozmarzenia.
Spojrzała na niego z ukosa, nieco zdziwiona tym romantycznym 
wynurzeniem.
-  Tak, w pełni się z tobą zgadzam. Te góry robią na mnie większe 
wrażenie teraz niż niegdyś. Wówczas po prostu były, widziałam je i 
traktowałam   jak   coś,   co   po   prostu   istnieje...   Mało   pamiętam   z 
tamtych czasów, bo nie starałam się poznać nazw roślin, krzewów 

background image

czy   drzew.   Nie   wiem,   jak   się   nazywają   tutejsze   zwierzęta,   nie 
znam   nazw   poszczególnych   szczytów.   Wiem   tylko,   że   jest   tu 
szczyt Pikes. Ale to wie każdy, bo jest najwyższy.
-   Otóż  „każdy"   wie  źle.  Pikes jest  potężnym   szczytem,  ale nie 
najwyższym.
-  Co ty mówisz!
-     W   Kolorado   jest   trzydzieści   wyższych   szczytów.   Pikes   jest 
najpotężniejszym w pierwszym łańcuchu. Pierwszy, jaki dostrzegali 
zdążający   na   Zachód   osadnicy-pionierzy,   kiedy   zbliżali   się   od 
Wschodu.
Przez minutę milczeli, wpatrując się w panoramę gór. Potem Jared 
wskazał   na   odległy   zarys   poszarpanej   grani   na   tle   nieco 
jaśniejszego nieba:
-  To jest łańcuch Sangre de Cristo. Legenda mówi, że hiszpański 
duchowny ujrzał o zachodzie słońca zalane ostatnimi promieniami 
turnie   i   wykrzyknął:   „Krew   chrystusowa".   I   ta   nazwa   przylgnęła. 
Przedziwne bywają źródła nazw gór i górskich szczytów...
Podczas   ich   rozmowy   zapadł   całkowity   zmrok.   Szmer   ostrzegł 
Lark,   że   Jared   postąpił   o   krok.   Czyżby...?   Czego   oczekiwała? 
Obróciła  w  jego  kierunku  głowę   i  stwierdziła,   że  kieruje  kroki  w 
stronę domu. Lekcja geografii skończona... Szkoda.
-   No cóż, musimy uprzątnąć jakieś pomieszczenie, żebyś miała 
gdzie spać - rzucił za siebie. - Chyba że wolisz dalej spać na tej 
baraniej skórze albo... dołączyć do mnie. - Zatrzymał się i obrócił 
ku niej.
Na szczęście ciemności skryły jej spurpurowiałe policzki.
-  Nie, dziękuję, wybieram którąś z sypialni.

Następnego dnia rano, zaraz po śniadaniu, wyruszyli do Colorado 
Springs.   Jared   jechał   pierwszy   land   roverem.   Lark   miała   duże 
trudności, by dotrzymać mu tempa i koncentrując całą uwagę na 
prowadzeniu,   traciła   przecudowne   widoki.   Pocieszała   się,   że   w 
powrotnej drodze będzie tylko pasażerem,
Jared zatrzymał się na parkingu malutkiego terminalu lotniczego w 
Colorado   Springs,   podczas   gdy   Lark   zwracała   wóz   w   agencji 
wynajmu. Uprzejma urzędniczka spytała ją, jak udała się górska 
wycieczka.   Lark   odparła,   że   świetnie   i   że   zamierza   z   kolei 
odwiedzić   Albuquerque.   Na   oczach   urzędniczki   przeszła   ze 
specjalnie   zabraną   podróżną   torbą   do   głównego   holu   lotniska, 
minęła   wszystkie   stanowiska,   a   następnie   wyszła   odległymi 
drzwiami, za którymi czekał już na nią Jared. Wsiadła szybko do 
wozu i skuliła się na siedzeniu, by nikt jej nie zauważył podczas 
wyjazdu z lotniska.
-  Udało się! - wykrzyknęła radośnie. - Zmykajmy szybko stąd. Nie 
podniosę   głowy,   póki   nie   wyjedziemy   na   pustkowie.   -   Miała 
głęboką   nadzieję,  że  ewentualni   detektywi,  wynajęci   przez  ojca, 
dadzą się zmylić i pognają do Albuquerque.

background image

Kiedy wyjechali na wąską stromą drogę wiodącą w góry, Lark się 
wyprostowała i wzdychając, obejrzała za siebie.
-  Żałuję, że nie mogliśmy się zatrzymać w mieście. Wiem, że jest 
tam   tyle   ciekawych   rzeczy,   których   nigdy   nie   widziałam.   Ilekroć 
przejeżdżaliśmy   z   ojcem   przez   wiktoriańskie   Old   Colorado   City 
albo koło muzeum figur woskowych Dzikiego Zachodu, prosiłam, 
żeby się zatrzymał, bo chcę to obejrzeć. Risa też bardzo chciała. 
Nigdy nam nie pozwolił.
-     Chcesz   mi   powiedzieć,   że   przez   te   wszystkie   lata,   kiedy   z 
rodziną przyjeżdżaliście tu na wakacje, ani razu nie zatrzymaliście 
się w mieście, ani nigdzie po drodze?
-  Ani razu. Z lotniska prosto do domu w górach. Z gór prosto na 
lotnisko. Nie żartowałam, kiedy ci wczoraj powiedziałam, że o tych 
górach prawie nic nie wiem.
-  Turyści!   -  W  jego   ustach   słowo  to  zabrzmiało obraźliwie. - 
No cóż, nauczysz się paru rzeczy teraz. Wjeżdżamy na Przełęcz 
Ute. Nie daj Boże trafić tu na burzę śnieżną i dmiący wiatr. Łatwo 
było zrozumieć, dlaczego droga stawała się w zimie nieprzejezdna. 
Wąskie   pasemko   wykute   w   czerwonej   skale,   po   obu   stronach 
potężne kamienne ściany. Teraz napotykali licznych rowerzystów 
korzystających z dobrodziejstwa dwudziestu czterech biegów. Lark 
czytała gdzieś, że Kolorado stało się nowym rajem dla pragnących 
wielkiej przygody rowerzystów.
Wkrótce   dotarli   do   miasteczka   Woodland   Park.   Tablica   przy 
głównej   ulicy   obwieszczała   wzniesienie   dwa   tysiące   pięćset 
metrów ponad poziomem morza.
-     Dlaczego   w   miastach   Kolorado   na   tablicach   przy   wjeździe 
podawana   jest   wysokość,   a   nie   liczba   ludności,   jak   w   innych 
stanach? - zastanawiała się głośno.
Jared wzruszył ramionami.
-  Bo ja wiem. Może dlatego, że większość mieszkańców Kolorado 
myśli tak jak ja: duża liczba mieszkańców to żadne dobrodziejstwo. 
Wolimy   pustą   przestrzeń.   Natomiast   wzniesieniem   nad   poziom 
morza można się pochwalić.
Gdy   opuszczali   miasto,   Lark   zauważyła   tablicę,   która   wywołała 
uśmiech na jej twarzy: TAM DALEJ JEST JUŻ TYLKO CRIPPLE 
CREEK.
-   Tam właśnie się udajemy - wyjaśnił Jared. - Mam to i owo do 
kupienia.   No   bo   skoro   jest   jeszcze   jedna   gęba   do   żywienia...   - 
Obrzucił ją krótkim krytycznym  spojrzeniem. - Chociaż wiele nie 
potrzeba. Chudziutka jesteś, z pewnością mało jesz...
Lark   przypomniała   sobie   uwagę   konsultantki   ślubnej   i   obronny 
argument Risy. Powtórzyła go teraz:
-  Nie ma kobiet zbyt bogatych i zbyt chudych.
-  Ja tam wolę kobietki z odrobiną mięsa przy kości. - Prowokująco 
spojrzał na Lark.
Niech sobie takiej poszuka, pomyślała, nie dając się wciągnąć w 

background image

dysputę. Właściwie nie umiała się kłócić ani walczyć o swoją rację, 
a kiedy teraz  spróbowała,   doszła  do  wniosku,   że konsekwencje 
mogą się okazać bardzo niemiłe.
-  Niech każdy ma to, co chce - odparła lekko, chociaż wcale nie 
było   jej   lekko   na   duszy.   Pewno   Jared   uważa   ją   za   kobietę 
bezwolną. I cóż dziwnego. Życie z ojcem potrafiło zniechęcić ją do 
stawiania oporu wszelkim argumentom.
Po   paru   minutach   napawania   się   widokiem   mijanych   cudów 
przyrody przerwała milczenie:
-  Ja też potrzebowałabym to i owo kupić. Wyjechałam z Florydy w 
tym,   co   miałam   na   sobie.   W   Colorado   Springs   kupiłam   dwie 
bawełniane koszulki i sportowe buty. To prawie wszystko, co mam. 
Potrzebowałabym kostiumu kąpielowego...
-  Po co ci? Mną się nie krępuj. Nie zaznał rozkoszy życia ten, kto 
nagutki nie kąpał się w gorących źródłach.
Wyobraziła   sobie   wspaniałą   scenę...   Zamyka   oczy,   aby 
rozkoszować się jedwabistym ciepłem górskiego źródła, wynurza 
się, nie mając nic na sobie, nagutka, otwiera oczy i oto stoi przed 
nią  na  brzegu  Jared  Wolf i  czeka...   tak   jak  w  jej   dziewczęcych 
marzeniach.
-  Ach, jak bym chciała! - Westchnęła głośno.
Minęli   dużą   tablicę,   która   obwieszczała:   JEDZIESZ   BOSKIM 
SZLAKIEM, WIĘC NIE PĘDŹ, JAKBY CIĘ DIABLI GONILI.
Roześmiała się. Śmiech był jej bardzo potrzebny. Tylko on mógł ją 
uratować.
Kolorado to przedziwna i cudowna kraina, pomyślała zadumana, 
zerkając na charakterystyczny profil swego kierowcy. Przedziwna 
kraina cudów natury i wspaniałych mężczyzn... Jared jest jednym z 
nich...

Kiedyś,   przed   wielu   laty,   Lark   odwiedziła   Cripple   Creek,   senną 
mieścinkę   o  burzliwej,   niesławnej   przeszłości  i  reputacji  miejsca 
rozpusty. Ot, zagubione w górach ludzkie osiedle bez przyszłości. 
Kiedy land rover wjechał na główną ulicę tego „Największego na 
świecie obozowiska poszukiwaczy złota", wykrzyknęła zdumiona:
-  Co tu się dzieje?
-  Niektórzy nazywają to postępem. - Powiedział to tonem wyraźnie 
wskazującym,   że  on sam  do nich nie należy.  -  Przed  paru  laty 
władze   stanowe   wydały   zezwolenie   na   hazard   i   miasteczko 
przeżywa drugą młodość.
Po obu stronach dawnej Bennett Avenue odnowiono zabytkowe 
domy i wzniesiono nowe, a eleganckie sklepy i lokale rozrywkowe 
wabiły potencjalnych klientów krzykliwymi reklamami. Jared skręcił 
w   boczną   uliczkę,   jeszcze   bez   twardej   nawierzchni,   pnącą   się 
stromo   w   górę.   Lark   była   nieco   zdziwiona,   że   przyjeżdża   po 
zakupy i mija bez zatrzymania handlowe centrum. Przy tej bocznej 
drodze   stały   domy   z   sosnowych   bali   lub   ustawione   na   stałych 

background image

fundamentach   mieszkalne   samochodowe   przyczepy.   Tuż   za 
szkołą Jared skręcił na podjazd przed domem obitym drewnianymi 
deskami, zatrzymał wóz i zgasił silnik.
-     Mieszka   tu   ktoś   z   twoich   znajomych?   -   spytała,   nie   mogąc 
opanować ciekawości.
-   Ktoś bardzo znajomy. Moja siostra i siostrzeniec. Nim zdążyli 
wyjść   z   samochodu,   na   ganku   pojawił   mały   bobas   i   zaczął 
radośnie wołać: ,Jurd, Jurd!"

Jenny i Lark siedziały na ganku w bujanych fotelach, na stoliku 
między   nimi   stały   szklanki   z   lemoniadą.   Jared   bawił   się   w   tym 
czasie z małym Jaredem.
-  Co za niespodzianka, co za niespodzianka! - powtórzyła Jenny 
parokrotnie. - Nie spodziewałam się wizyty Jareda, był tu przecież 
zaledwie przed dwoma dniami. Nie spodziewałam się ciebie...
Lark wpatrywała się w Jareda baraszkującego z dzieckiem. Jaki on 
jest  czuły,   jaki  wyrozumiały  dla  małego,  jaki  cierpliwy.   Ciekawe, 
jaki byłby wobec kobiety? Czy taki sam?
Od tych właśnie myśli oderwał ją radosny głos Jenny.
-  Pytałaś o coś?
-  Mówiłam, że jestem zaskoczona...
-   Ja też jestem zaskoczona tym, że Jared mnie tu przywiózł i w 
ogóle...  Przyjechałam,  nie  mając  pojęcia, że ojciec  sprzedał ten 
letniskowy dom w górach. Gdybym wiedziała, nie zjawiłabym się 
przecież.
-  A co cię skłoniło do przyjazdu? Tęsknota za górami?
-  Nie, potrzeba kilku spokojnych dni, żeby przemyśleć parę spraw 
i znaleźć rozwiązanie... Wybrałam to miejsce, bo nie zapomniałam, 
jaka tu zawsze byłam szczęśliwa...
-  Rozumiem. Zaskoczyło cię, kiedy spotkałaś w domu Jareda?
-   Jeszcze jak! Ale łaskawie pozwolił mi na kilka dni zostać i... - 
Zagryzła wargi. - Ojciec nie wie, że tu jestem. To właśnie on jest 
jednym z moich problemów. Całe szczęście, że Jared pozwolił mi 
zostać. Nie wiedziałabym, co ze sobą zrobić,
-     Jared   miałby   nie   pozwolić?   Chyba   żartujesz.   Czyżbyś 
zapomniała, jaki jest Jared...
Po chwili milczenia Lark poprosiła:
-  Chciałabym zatelefonować...
-  Ależ proszę bardzo.
-     Zadzwonię   na   moją   kartę   kredytową,   bo   to   rozmowa 
międzystanowa. Chciałabym zawiadomić siostrę, że wszystko ze 
mną w porządku i tak dalej.
-  Świetnie rozumiem. Telefon jest tuż za drzwiami. - Jenny wstała. 
- Ja w tym czasie dołączę do Jareda. Nie musisz się śpieszyć...
Lark rzuciła jeszcze okiem na Jareda i małego, a potem weszła do 
domu.

background image

-  Risa, Risa... Nie wymawiaj mego imienia!
-  Lark? Dzięki Bogu. Nie obawiaj się, jestem sama.
-  Doskonale. Więc jak tam sytuacja?
-     Ojciec   się   po   prostu   pieni,   chociaż   wszystkim   dokoła 
rozpowiada,   że   wyjechałaś   do   kalifornijskiego   uzdrowiska   na 
przedślubny   odpoczynek.   A   propos   przedślubny...   Odbędzie   się 
ten ślub czy nie?
-  Jeszcze nie wiem. Nie miałam czasu się zastanowić. Jeszcze w 
ogóle nie miałam czasu o czymkolwiek myśleć...
-   A czymże jesteś taka zajęta, że nie masz czasu na myślenie? 
Ileż to już dni upłynęło! Mówże, czym jesteś taka zajęta!
-     No   więc   tak.   Spotkałam   tajemniczego,   czarującego   i 
przystojnego   mężczyznę.   Sprzątam   mu   dom,   gotuję   posiłki, 
plotkuję   z   jego   siostrą,   podziwiam   jego   siostrzeńca...   Nie   mam 
czasu   na   dalsze   szczegóły.   Chciałam   ci   tylko   powiedzieć,   że 
jestem cała i zdrowa.
-  Dość już tej błazenady, Lark. Powiedz, gdzie jesteś?
-  Sza, Risa, uzgodniłyśmy, że dla twojego dobra...
-  Ale to było przedtem, nim zdałam sobie sprawę, że nie wrócisz 
po dwu dniach. Teraz chcę wiedzieć, gdzie jesteś. Mów!
-  Przykro mi, ale muszę ci odmówić. Ojciec zaraz by wszystko z 
ciebie wyciągnął.
-   A   gdyby  coś  ci  się  przydarzyło?   Jakiś   wypadek   albo  gdybyś 
zachorowała, jak mielibyśmy cię znaleźć?
-   Nic mi się nie przydarzy, nie zachoruję... - Już miała na końcu 
języka zapewnienie, że ludzie, z którymi przebywa, zajęliby się nią, 
ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie: - Mam przecież przy sobie 
imienne karty kredytowe.
-  To przecież okropne. Tak nie można. Ślub już za kilka tygodni!
-  Kilka tygodni to masa czasu. Już dłużej nie mogę mówić, Risa. 
Jeszcze zadzwonię.
Odłożyła   słuchawkę   i  przez   kilkanaście  sekund  stała  dygocąc  z 
wrażenia.   Rozmowa   ją   wyczerpała.   Dopiero   kiedy   wróciła   na 
ganek,   zdała   sobie   sprawę,   że   nawet   nie   spytała   o   Wesa,   o 
samochód, o losy zaręczynowego pierścionka.

Do domu Wolfów wrócili późnym popołudniem. Jared zaparkował z 
tyłu   budynku   i   zaczął   rozładowywać   rzeczy   kupione   w   Cripple 
Creek.
Lark   mu   oczywiście   pomagała,   uważając   to   za   jeden   z 
obowiązków,   jakie   na   siebie   wzięła.   Jednakże   szło   jej   niezbyt 
dobrze,   gdyż   czuła   się   dziwnie   ociężała   i   senna   po   pokaźnym 
lunchu, jaki zjedli w przydrożnym barze.
W pewnej chwili Jared powiedział:
-  Zostaw to. Zresztą dam już sobie radę.
-  Nie wyrywaj mi pudła z rąk. To moja robota...!
-   Jak mówię zostaw, to zostaw! - burknął ostro. Rozwścieczona, 

background image

zaczęła się wyrywać i uciekać z paroma paczkami, nie trafiła na 
stopień i byłaby upadła, gdyby nie pochwyciły jej silne ramiona, 
obróciły...  i Lark ze zdumieniem stwierdziła, że wreszcie po tylu 
latach spełniły się jej dziewczęce marzenia i oto... znajduje się w 
ramionach   Jareda,   a   jego   twarz   dzieli   od   jej   twarzy   szerokość 
dłoni.
-  Proszę, proszę, proszę! - powiedział z pomrukiem zadowolonego 
kocura i pocałował ją.
Spodziewała   się   -   a   raczej   miała   nadzieję   -   że   wcześniej   czy 
później to nastąpi, natomiast nie przypuszczała w najśmielszych 
przewidywaniach,   że   pocałunek   ten   będzie   miał   taki   ładunek 
emocjonalny.   Zawierając   z   nią   kontrakt   na   pozostanie   w   jego 
domu. Jared zastrzegł, że Lark ma być posłuszna wszystkim jego 
poleceniom. Wszystkim! Chyba jednak nie zażąda zbyt wiele. Nie 
zażąda wszystkiego! Oczywiście, że wie...  Jeśli nawet  odda mu 
pocałunek, jeśli obejmie go za szyj?
Obróciła głowę na bok, aby przerwać ten trwający już wiele sekund 
pocałunek i żeby zaczerpnąć powietrza. Serce waliło jej tak, jakby 
chciało się wyrwać z klatki piersiowej. I bolało, dosłownie bolało! 
Wargi  paliły  ją,   dygotała.   Bała   się,   że   jeśli  Jared  postawi   ją  na 
ziemi, to ugną się pod nią nogi. Na wszelki wypadek obejmowała 
go mocno za szyję i tuliła się do jego piersi.
Po chwili jako tako oprzytomniała i chciała się wyrwać, ale Jared 
nie puszczał, pokrywając jej policzki drobnymi pocałunkami. Było 
to nawet przyjemne, choć czuła się jak schwytany ptak, trzymany 
w zaciśniętej dłoni.
Kiedy   ponownie   chciał   ją   pocałować,   zdobyła   się   na   protest, 
którego zabrakło poprzednio:
-  Przestań! Zostaw mnie, przestań!
-     Możesz   wymienić   choć   jeden   argument,   dlaczego   mam 
przestać? - spytał.
-  Chcesz argumentu? Proszę bardzo: jestem zaręczona. 
Przygotowana na najgorsze, nie spodziewała się jednak aż takiej 
reakcji.

ROZDZIAŁ   CZWARTY

-  Zaręczona?! - Jared tak gwałtownie postawił ją na ziemi, że aż 
zatoczyła się.
W ostatniej chwili chwyciła się balustrady, by nie upaść. Jeszcze 
nigdy nic podobnego jej się nie zdarzyło: mężczyzna całował ją tak 
długo, że chwiały się pod nią nogi.
I dlaczego on tak na nią patrzy? Szumiało jej w głowie.
-  Powtórz to raz jeszcze! Że jesteś zaręczona...!
-  No, niby tak, ale...
-  Dlaczego mi od razu nie powiedziałaś?

background image

-   Bo  to nie było  ważne...  To  znaczy,   że było  dla mnie bardzo 
ważne,   ale   nie   miało   nic   wspólnego   z   naszymi...   z   naszym 
wzajemnym stosunkiem. - Zagryzła dolną wargę. - Skąd mogłam 
się spodziewać, że... - I skąd mogła wiedzieć, że jego pocałunek 
przewróci jej świat do góry nogami?
-   No tak, skąd mogłaś przypuszczać, że los zaprowadzi cię do 
człowieka, który nadal wierzy, że małżeństwo to rzecz święta. I że 
świętą   rzeczą   jest   słowo   mężczyzny,   jeśli   jest   prawdziwym 
mężczyzną! A co warte jest słowo kobiety, panno Lark Mallory?
-  Ty nic nie rozumiesz. Przyjechałam tu, żeby...
-  Za późno na usprawiedliwienie. Zaręczona kobieta nie robi tego, 
co ty przed chwilą robiłaś. Nie robi, jeśli szanuje własne słowo... 
Jestem wdzięczny za jedno... To mi bardzo ułatwia zrobienie tego, 
co powinienem już dawno zrobić.
Odrętwiała   patrzyła,   jak   Jared   susami   pędzi   w   stronę   lasu. 
Zaczynała   rozumieć   tego   człowieka:   kiedy   jest   podniecony   i 
zdenerwowany, znika w górach i po kilku godzinach pojawia się 
uspokojony, z gotowym rozwiązaniem problemu.
W pewnym   sensie zazdrościła  mu tej  umiejętności  wylądowania 
się.   Z   ciężkim   sercem   zebrała   z   ziemi   rozrzucone   pakunki   i 
zaniosła   je   do   kuchni.   Co   on   miał   na   myśli,   mówiąc,   że   coś 
powinien zrobić? Co? Pewno zdystansować się od niej.
Czy należało powiedzieć mu wcześniej o zaręczynach?
Niby z jakiej racji? Co go to mogło obchodzić do chwili... kiedy ją 
pocałował. To byl właściwy moment na wyjaśnienie sytuacji... Inna 
sprawa,  że zaręczona kobieta nie powinna  obcałowywać  innych 
mężczyzn.   Ale   to   Jared   był   inicjatorem   pocałunku...   Niemniej 
sprawa była skomplikowana.
Palcami  przesunęła  po  wargach.   Niemal  czuła  jeszcze  żar   jego 
ust.   W   skrytości   ducha   przyznawała,   że   bardzo   chciała 
zasmakować tego pocałunku. I znaleźć się choć raz w ramionach 
mężczyzny z dziewczęcych marzeń. Może jednak Jared miał rację, 
oskarżając ją o niedotrzymanie danego Wesowi słowa? Może miał 
podstawy, by nią pogardzać... ?

Jared powrócił dopiero po zmroku. Lark owinięta pledem siedziała 
na platformie, wpatrzona w góry. Wstała, gdy się zbliżył.
-  Zostawiłam ci kolację. Zaraz podgrzeję...
-  Nie potrzeba, już jadłem... - warknął, przemykając koło niej.
Ciekawe, gdzie mógł jeść? W lesie? - pomyślała.
-   Chciałam cię też przeprosić... za to wcześniejsze - wydusiła z 
siebie.
Stanął i spojrzał na nią badawczo.
-     Przepraszasz   za   pocałunek   czy   może   za   narzeczeńską 
niewierność?
-   Nigdy nikomu nie byłam niewierna! - wykrzyknęła oburzona. - 
Wprost przeciwnie, dochowałam wierności jedynej mojej miłości... - 

background image

Ugryzła się w język. Może powiedziała zbyt wiele.
-  A więc pan narzeczony wie, że tu jesteś i aprobuje to?
-     No,   niezupełnie...   -   Poczuła   chłód   lipcowej   nocy   w   górach   i 
owinęła się szczelnie pledem.
-  Chcesz powiedzieć, że twój narzeczony nie aprobowałby układu, 
jaki tu powstał?
-  Czego?
-  Przecież mieszkasz z innym mężczyzną, w głuszy...
-  Jest mieszkanie z kimś i mieszkanie u kogoś. Dwie różne rzeczy. 
Pomiędzy nami nic nie zaistniało...
-  Nie? Chyba się mylisz. Użyłaś czasu przeszłego, ale teraz mamy 
teraźniejszy. Zaistniało coś, faktów nie zmienisz.
-   Teraz, skoro się już wszystkiego  dowiedziałeś... z pewnością 
będziesz...
-   A czy ja się rzeczywiście  wszystkiego dowiedziałem? Bardzo 
wątpię. - Postąpił krok ku niej i ujął kosmyk  jej blond włosów. - 
Bardzo wątpię. Podejrzewam, że mamy sytuację, w której nie ma 
nic pewnego.
-  Co masz na myśli? - Ledwo mogła mówić, niezdolna też była się 
poruszać sparaliżowana pieszczotą jego palców na karku.
-  Póki zaręczyny nie są zerwane, jesteś bezpieczna, jeśli chodzi o 
mnie.   Nie   podkradam   kobiet   innym   mężczyznom.   Ale   jeśli 
narzeczona umknęła, nie mając zamiaru honorować poprzedniego 
zobowiązania,   to   sytuacja   staje   się   inna.   Mogę   uczestniczyć   w 
wyścigu do...
Chętnie by zapytała, do czego, ale się po prostu bała. Poza tym 
przyjechała   tutaj   w   celu   rozwiązania   problemu   dotyczącego 
przyszłości, a miast tego wpakowała się w nową, jeszcze gorszą 
aferę. Była teraz dalsza od podjęcia sensownej decyzji niż w chwili 
przyjazdu.
I nie może mu powiedzieć, że tamte zaręczyny są zerwane, że 
właściwie została do nich zmuszona. Nie może tego wyznać, gdyż 
Jared może porwać ją z miejsca do swego łóżka. A wtedy jego 
namiętność spali ją. Czy to byłoby takie złe? Owszem, mogłoby 
okazać się okropne... gdyby ją potem zostawił... bo nie potrafiłaby 
być   odpowiednią   dla   niego   partnerką.   Jared   Wolf   potrzebuje 
kobiety  ognistej,  pewnej   siebie,   a  nie  tchórzliwej  panienki,   która 
przede wszystkim jest córeczką papy i właściwie nigdy nie dojrzała 
na tyle, by być kobietą samodzielną.
Jared pochylił się nad nią. Czuła na twarzy jego gorący oddech. 
Zapytał kuszącym tonem:
-  Więc jak to w końcu jest? Nadal jesteś zaręczona? Oficjalnie i... 
w sercu?
-  Taak... - wydała z siebie jęk. Po co to powiedziała? Zabrał dłoń z 
jej karku.
-  Masz mi powiedzieć, jeśli sytuacja się zmieni... Zostawił ją samą 
w kuchni, wspartą o stół.

background image

Czas   upływał   wolno.   Chociaż   Jared   traktował   ją   z   chłodną 
uprzejmością,   Lark   zdawała   sobie   sprawę,   że   ich   wzajemny 
stosunek   uległ   radykalnej   zmianie.   Pod   pozornie   niefrasobliwą 
powłoką   krył   się   drapieżnik,   którego   nazwisko   nosił.   Jeśli   zaś 
chodzi o nią samą, to była bardziej bezbronna - jeśliby przystąpił 
do natarcia - niż skowronek, którego ostatnio widziała za oknem.
To wszystko nie prowadziło do niczego. Oparła czoło o chłodną 
szybę   i   usiłowała   myśleć.   Czy   powinna   zdecydować   się   na 
zaaranżowany   przez   ojca   ślub?   Przez   wszystkie   minione   dni 
zamiast rozważać ten temat, jej myśli błądziły wokół mężczyzny, 
który przed dwunastoma laty był przedmiotem jej marzeń.
Jednocześnie zdawała sobie sprawę, że nie może wiecznie tu się 
kryć.   Wcześniej   czy   później   ojciec   ją   odszuka   lub   Jared   Wolf 
będzie   miał   już   dość   tej   zabawy   w   kotka   i   myszkę   i   po   prostu 
wyrzuci ją z domu.
Tak czy inaczej Lark musi podjąć decyzję przed terminem ślubu. 
Należy ślub odwołać lub nań przystać.
Dziś postanowię,  podjęła heroiczną decyzję.   Jared  gdzieś sobie 
poszedł   w   góry.   Nie   było   więc   najmniejszego   powodu,   by   nie 
mogła zrobić tego samego. Postanowiła odszukać gorące źródła, 
gdzie baraszkowały z Risą. Przypomniała sobie, że prowadziła tam 
wąska   ścieżyna.   Trzeba   tylko   na   nią   trafić.   Nie   ma   co   prawda 
kostiumu, ale czy to ważne, skoro będzie sama?
Zadyszała się zanim jeszcze doszła do skraju gęsto porośniętej 
krzewami   polany.   Chociaż   nigdy   nie   cierpiała   na   chorobę 
wysokościową   było   jej   teraz   znacznie   ciężej   oddychać   niż   za 
młodu.   Wówczas   w   ogóle   nie   odczuwała   tych   trzech   tysięcy 
metrów,   teraz   zaczęły   dawać   się   jej   we   znaki.   Starzejesz   się, 
dziewczyno, pomyślała. Podejmuj szybko ważne życiowe decyzje, 
nim   będzie   za   późno.   Rozbawiła   ją   ta   myśl   o   starzeniu   się. 
Przecież właściwie jeszcze nie dojrzała jako kobieta.
Wspinając się pod górę, weszła do zagajnika osik. Oddech miała 
urywany, ale to była mała cena za możliwość wdychania czystego, 
słodkiego powietrza gór. Jestem na szczycie świata, jestem wolna! 
Tak krzyczało jej serce. Po raz pierwszy od przyjazdu poczuła się 
wspaniale i beztrosko.
Za osikowym  zagajnikiem zaczęła szukać ścieżyny prowadzącej 
do źródeł. Wszystko się jednak zmieniło, zarosło, wyrosło. Nawet 
orlików było więcej i miały piękniejsze kwiaty. Śliczne. Uklękła, aby 
je   pogłaskać.   Dawniej   zbierała   polne   kwiaty   dla   matki,   pragnąc 
wywołać   uśmiech   na   jej   ustach,   gdyż   przeważnie   chodziła 
poważna i smutna. Teraz nie ośmieliła się zerwać ani jednego. Też 
mają   prawo   do   życia.   Poszła   dalej   w   szumie   wiatru   między 
gałęziami   drzew   i   wśród   odgłosów   leśnego   ptactwa.   Niemalże 
spod jej stóp wyrwał się królik i pomknął w gąszcz. Unosząc głowę, 
zobaczyła jastrzębia krążącego majestatycznie na tle niebieskiego 

background image

nieba.
Wdychała   głęboko   czyste   powietrze,   poiła   wzrok   widokami, 
wchłaniała   dźwięki   przyrody.   Nie   zakłócała   tego   żadna   niemiła 
myśl,  żadne wyrzuty sumienia, żadne niepokoje. Była  po prostu 
absolutnie, bezgranicznie szczęśliwa.
Wreszcie   chyba   jednak   trafiła   na   słaby   ślad   dawnej   ścieżyny, 
wiodącej przez las iglasty. Przedzierając się przez jedlinę, doszła 
do   ostrego   zakrętu.   Była   pewna,   że   źródełka   są   już   blisko. 
Przyśpieszyła kroku i tuż za zakrętem... wpadła na Jareda Wolfa. 
W pierwszej chwili go nie poznała i krzyknęła ze strachu.
-  Przeraziłeś mnie - powiedziała z pretensją w głosie.
-     Bardzo   się   cieszę.   Może   wyjdzie   z   tego   coś   dobrego. 
Oprzytomniejesz. - Stał w poprzek ścieżki z rękami skrzyżowanymi 
na piersiach. Miał cierpki i jednocześnie wojowniczy wyraz twarzy. 
- Dokąd to panna zdąża? - spytał niezbyt grzecznie,
-   Do gorących źródeł. Ale, co to cię obchodzi? - Dlaczego on ją 
traktuje jak opóźnione w rozwoju dziecko, pomyślała ze złością.
-  Nie idziesz do źródeł - odparł,
-   Idę i nie powstrzymasz mnie. - Obeszła go, chcąc iść dalej. - 
Widzisz? Idę sobie.
-  Może i idziesz, ale nie do źródeł.
-     Idę,   Jared...!   -   zaoponowała   niemal   płaczliwym,   proszącym 
tonem.
-   Tą ścieżką dojdziesz do Widokowej Skały, jeśli po drodze nie 
spadniesz   w   przepaść   lub   nie   zabłądzisz   w   bardzo   gęstym   i 
ciemnym   lesie.  Gorące   źródła   są  tam!  -  wskazał   jej   kierunek.   - 
Jesteś na złym szlaku, Blondasie.
-  Przestań mnie nazywać blondasem, nienawidzę tego!
-  Bardzo ci się podobało, kiedy dawniej cię tak nazywałem.
-  Dawniej to nie teraz.
-   Wracając do poprzedniego tematu. Nie wiesz o tym, co grozi 
ceprom, kiedy się wałęsają samotnie po tych górach?
-     Chwycił   ją   za   ramię   i   dosłownie   przeciągnął   na   poprzednie 
miejsce przed sobą. - Są tu także dzikie zwierzęta. Niedźwiedzie i 
rysie. - Lekko pchnął ją w kierunku, z którego przyszła.
Gdy   wyszli   z   iglastego   poszycia,   wskazał   na   ślady   tuż   przy 
ścieżynie.
-  Widzisz? - Ukląkł, pociągając ją za sobą. Palcem wskazał obrys 
śladów. - Drapieżnik.
-  Drapieżnik? Tutaj? Może to duży kot?
-  Owszem, nawet bardzo duży. Żbik, ryś lub kuguar.
-   Boże drogi! - Skoczyła na równe nogi, serce zaczęło jej walić. 
Rozejrzała się po polanie. - Gdzie on jest?
-     Mam   nadzieję,   że   już   gdzieś   daleko.   Czy   teraz   rozumiesz, 
dlaczego   nie   mogę   ci   pozwolić   samej   daleko   chodzić?   Diabli 
wiedzą, na co możesz trafić, albo co trafi na ciebie. I jak to potem 
wytłumaczysz panu Wybrańcowi.

background image

-  Nie nazywaj go tak. On ma imię i nazwisko.
-     Co   ty   mówisz?   Jeszcze   mi   go   nie   zaprezentowałaś   w   całej 
okazałości.
-  Ma na imię Wes. Wesley Sherborn,
-   Wesley, powiadasz. No tak, nawet wyglądasz na osobę, która 
może mieć coś wspólnego z Wesleyem.
Wiedziała, że to jest obraźliwe, ale nie była pewna, na czym ta 
obraza miała polegać.
-     Zupełnie   nie   rozumiem,   dlaczego   teraz   ma   tu   być   tak 
niebezpiecznie,   skoro   kiedyś   biegałyśmy   wszędzie   z   Risą...   - 
mruknęła,   nie   chcąc   dopuścić   do   dalszej   rozmowy   na   temat 
Wesleya.
-  Po prostu byłaś wtedy mądrzejsza i nie byłaś sama.
-  Owszem, byłyśmy same z Risą.
-  Nie. Za wami zawsze wszędzie szedłem ja.
-  Ty? Ale przecież...
-  Wolałem mieć na was oko. Porzućmy ten temat, dobrze? Wyszli 
na skalny zrąb tuż nad domem. Idąc za spojrzeniem Jareda, Lark 
zobaczyła   stojącą   na   podjeździe   furgonetkę   i   wydała   okrzyk 
przerażenia. Odnalazł ją tu ojciec! Instynktownie chwyciła Jareda 
za ramię, ale zobaczyła na jego twarzy uśmiech.
-   Przyjechała Jenny - poinformował ją. Skonfundowana, dumnie 
sama poszła stokiem w kierunku domu.
Zmiana  w zachowaniu  Jareda  była   oszałamiająca.   Przed  chwilą 
wściekły ciągnął Lark przez las, a teraz gaworzył z małym Jaredem 
i robił do niego zabawne miny.
Trudno jest rozgryźć tego człowieka, pomyślała.
Jenny   mieszała   łyżeczką   kostki   lodu   w   szklance   z   herbatą, 
rzucając z ukosa krótkie spojrzenia na Lark.
-     Jak   wam   dwojgu   tu   się   wiedzie?   -   spytała   nienaturalnie 
obojętnym głosem.
Lark zaśmiała się z goryczą.
-   Jak ma się wieść, kiedy... Powiedz mi, Jenny, dlaczego Jared 
tak mnie nie lubi?
-  Nie lubi? - Jenny uniosła wysoko brwi. Była szczerze zdumiona. 
- Jeśli tak jest rzeczywiście, to zupełnie nie rozumiem. Natomiast 
twojego ojca... to już inna sprawa. - Pokiwała smutno głową.
-  Wiele o tym nie powiedział, ale jego pretensje do ojca wydają mi 
się   trochę   wydumane.   To   prawda,   że   ojciec   nie   należy   do 
najmilszych ludzi na świecie...
Jenny prychnęła.
Lark roześmiała się.
-  Już dobrze, przyznaję. Jest arogancki, narzuca wszystkim swoją 
wolę. Spędziłam całe życie, starając się robić to, czego żądał, i 
prawie   nigdy  go   nie   zadowoliłam.   Ale   cóż  on   takiego   zrobił,   że 
Jared aż tak go nienawidzi?
-   Skrzywdził nie tylko Jareda, ale całą naszą rodzinę. Może nie 

background image

powinnam   o   tym   mówić...   -   Jenny   zerknęła   w   stronę   brata 
pogrążonego z małym Jaredem w studiowaniu wielkiej szyszki.    
-  No to mi nie mów. Nie zamierzam nalegać...
-     Nie   powinnam,   ale   ci   powiem   -   przerwała   jej   Jenny   z 
uśmiechem. - Gniew Jareda nie jest mi straszny. Mój wspaniały 
braciszek onieśmiela wszystkich dokoła, ale nie mnie.
-  Mnie onieśmiela bardzo - przyznała Lark. - Po prostu boję się go.
-   Hej, hej! Zacznij się odgryzać. W mojej rodzinie często panuje 
nastrój wojowniczy i jeśli nie oddasz ciosu, to cię stratują. A poza 
tym   warczenie   Jareda   jest   groźniejsze   niż   samo   ugryzienie.   - 
Widząc wyraz twarzy Lark, dodała: - Wiem, że niezbyt mi wierzysz, 
ale któregoś dnia sama się przekonasz. No więc sprawa stosunku 
naszej rodziny do Drake'a Mallory'ego... - Upiła trochę mrożonej 
herbaty. - Mówiąc w skrócie: twój papa ukradł ten dom.
-   Ooo, widzę, że nie przebierasz w słowach. - Lark zaśmiała się 
sztucznie.
-  Nigdy, kiedy nie muszę. Nie zadałabyś mi tego pytania, gdybyś 
nie chciała znać prawdy. To było tak: w rok po śmierci naszego 
ojca twój ojciec zwrócił się do naszej matki z propozycją kupna 
tego domu na cele wakacyjne. Jared miał wtedy około trzynastu 
lat, a ja cztery lub pięć.
-  Chyba się mylisz. - Lark zmarszczyła brwi. - Ile masz teraz lat, 
Jenny?
-  Dwadzieścia trzy, a Jared trzydzieści jeden. Dlaczego pytasz?
-  No bo ja mam dwadzieścia sześć. Jestem o trzy lata starsza od 
ciebie. I dokładnie sobie przypominam, że miałam jedenaście lat, 
kiedy ojciec kupił ten dom.
-  Przypominasz sobie, kiedy go kupił, czy kiedy tu po raz pierwszy 
przyjechałaś?
-  Chcesz powiedzieć, że...?
-   Tak.   Chcę  powiedzieć,   że  Drake  Mallory  był   właścicielem  tej 
posiadłości na wiele lat przed sprowadzeniem tu po raz pierwszy 
swej   rodziny.   Używał   domu   jako...   -   rzuciła   kolejne   ukradkowe 
spojrzenie   w   kierunku   brata.   -   ...do   interesów.   Załatwiał   tu 
prywatne sprawy... Wracając jednak do sedna sprawy, to wiedz, że 
od wielu lat nikt z naszej rodziny w tym domu nie mieszkał. Był 
zbyt mały. Ale ojciec i potem Jared konserwowali go. Mieszkaliśmy 
w większym domu. Na drodze stąd do Cripple Creek. Ojciec był 
ranczerem.   Po   jego   śmierci   matka   znalazła   się   w   kłopotach 
finansowych. Poza tym była załamana i chora. Pojawił się wtedy 
Drake Mallory, wymachując plikiem banknotów i oświadczając, że 
oferuje jej znacznie więcej niż dom i teren są warte, i obiecując, że 
będzie   dbał   o   wszystko.   Zagwarantował   jej   także   prawo 
pierwokupu, gdyby dom mu się znudził i chciał go sprzedać.
-   Dotychczas   nie  widzę w  tym  niczego złego. Postawił  sprawę 
uczciwie - odezwała się Lark, uważając za swój obowiązek choćby 
formalnie wystąpić w obronie ojca.

background image

-     Tak   wygląda,   prawda?   Na   nieszczęście   matka   nie   otrzymała 
żadnej   z   tych   obietnic   na   piśmie.   Rzekomo   wspaniała   cena, 
powyżej   rynkowej,   okazała   się   nędznymi   groszami,   bo   była 
wielokrotnie niższa od rzeczywistej ceny tej nieruchomości. Okradł 
niedoświadczoną załamaną po śmierci męża kobietę. I kiedy dom 
kupił, wcale się o niego nie troszczył, jak to obiecał. Gdyby Jared 
nie spędzał całego wolnego czasu na reperacjach i konserwacji, 
ten   dom   wyglądałby   dziś   jak   rozpadające   się   baraki   po 
kopalnianych osadach. Jest ich pełno w górach.
-  Ale przecież płacił Jaredowi za jego pracę?
-  Płacił Jaredowi raczej za milczenie niż za pracę. Jared robił to, 
co robił, raczej z miłości do rodzinnego domu. A gdyby policzyć 
jego czas, wypadłoby, że twój ojciec płacił mu po pięć centów za 
godzinę. Ale godził się na to, bo mógł się stale kręcić koło domu. 
Dzięki temu zdołał ocalić meble, które twój ojciec wyrzucał. Meble 
własnoręcznie zrobione i wyrzeźbione przez naszego pradziadka. 
Twój   ojciec   wszystko   chciał   z   tego   domu   usunąć,   wszelkie 
pamiątki, zamazać ślady pobytu poprzednich mieszkańców. Mogę 
z czystym sumieniem powiedzieć, że Drake Mallory chciał, by ten 
dom zamienił się w ruinę. Gdyby Jared nie zacisnął zębów i nie 
zajął się konserwacją, to dom byłby teraz w ruinie.
-  Co to znaczy, że ojciec płacił Jaredowi za milczenie?
-  Tego ci niestety nie mogę powiedzieć. Byłoby to z mojej strony 
nietaktem. Nie mam prawa ci o tym mówić. Najgorsze jest jednak 
to,   że   kiedy   twój   ojciec   postanowił   sprzedać   dom,   nawet   nie 
wspomniał nam o tym, mimo danej obietnicy. To była zemsta za 
dumne zachowanie Jareda. A przecież dał słowo! Podobno, kiedy 
się dowiedział, że Jared jednak kupił ten dom przez podstawioną 
osobę, dostał szału. Nie mógł już nic zrobić. A tłumaczył się, że 
umowa pierwokupu dotyczyła tylko matki i że jej śmierć zwolniła go 
ze wszelkich zobowiązań.
Przez kilka minut obie kobiety siedziały w milczeniu. Pogrążona we 
własnych myślach Lark odezwała się pierwsza:
-  Jest mi niezmiernie przykro, przepraszam.
-  Nie musisz przepraszać za ojca - powiedziała sucho Jenny. - Nie 
jesteś niczemu winna. Zresztą to nie koniec historii, jest więcej do 
opowiedzenia.   Dużo   więcej...   Matka   przed   śmiercią   ubłagała 
Jareda, aby jej przysiągł, że nie będzie się mścił na twoim ojcu. 
Gdyby   jej   tego   nie   obiecał,   to   chyba   po   jej   śmierci   poleciałby 
pierwszym samolotem na Florydę. Dla Jareda słowo jest słowem. 
Od   tamtego   czasu   Drake   Mallory   nie   postawił   nogi   w   stanie 
Kolorado.   Chyba   że   skrycie,   bo   inaczej   Jared   by   wiedział.   I 
wówczas...   Jeśli   dziś   pojawiłby   się   tu   Drake   Mallory...   - 
Wzdrygnęła   się.   -   Ale   przestańmy   mówić   o   tym,   co   by   było, 
gdyby... - Przerwała i powiedziała ze sztuczną wesołością: - Może 
pójdziemy zobaczyć, co robią nasi panowie...?
Lark   wolałaby   zostać   i   zadawać   Jenny   dalsze   pytania,   które 

background image

zaprzątały   jej   głowę,   a   dotyczyły   Jareda...   Jednakże   wstała   z 
uprzejmym uśmiechem i poszła za Jenny na polankę.
-  Mleko, mleko! - powtarzał mały Jared.
-  Pozwolicie, że zabiorę małego dżentelmena i dam mu mleczka. - 
Lark   wzięła   dziecko   za   rączkę   i   poprowadziła   do   kuchni, 
zostawiając   brata   z   siostrą   na   polance.   -   Zaraz   wrócimy!   - 
krzyknęła z ganku.
Dziecko machało rączką do matki, Jenny odpowiedziała synkowi 
tym samym.
-  Polubiłam ją - powiedziała do Jareda. - Nie zrób Lark krzywdy. 
Bardzo ją polubiłam.
-  No i dobrze. Co z tego?
Usiadł na trawie i objął rękami podciągnięte kolana. Jenny usiadła 
obok.
-  Traktuj ją dobrze. Ona nie może odpowiadać za winy ojca.
-  Nie wtykaj nosa w sprawy, których nie rozumiesz, Jen! - odparł z 
twarzą bez wyrazu.
Nie stropiło to Jenny.
-   Rozumiem więcej, niż ci się zdaje. Lark jest dobrą kobietą. I 
zupełnie bezbronną. Nie ma tak potrzebnego w życiu pancerza. 
Raz jeszcze powtarzam, że nie chcę, byś jej wyrządził jakakolwiek 
krzywdę.
-  Co przez to rozumiesz? Jaką mógłbym jej wyrządzić krzywdę?
-     Wielką.   Sam   to   wiesz.   Ona   jest   naiwnym   Czerwonym 
Kapturkiem w lesie pełnym złych wilków, takich jak ty. - Zaskoczyły 
ją jej własne słowa i wybuchnęła śmiechem. - Tak, w tym lesie ty 
jesteś najgroźniejszym wilczurem. Każdy to wie. Tym razem masz 
okazać serce. Nalegam na to, a nawet żądam tego!
-  To jest to, co w tobie lubię, siostrzyczko. Zawsze doprowadzasz 
mnie do śmiechu.
Jenny i tym razem nie dała się zbić z tropu. - Mówię poważnie: 
Lark jest miłą, interesującą kobietą. 
- Głupia gęś. Przed paroma godzinami zgubiła się w lesie. Gdybym 
za nią nie szedł, to nie wiadomo, jak by to się skończyło.
-  No więc się zgubiła. I co z tego? Normalna rzecz dla cepra.
-  Pokazałem jej ślad w błocie i powiedziałem, że przechodził tędy 
kuguar... - Jared uśmiechnął się pod nosem.
-  Kuguar! - Jenny aż podskoczyła.
-  Nie podniecaj się. To nie był kuguar, ale borsuk.
-  Ale przecież ślad borsuka jest malutki...
-  Ano właśnie. Chodzi o to, że ona tu nie pasuje, podobnie jak ty, 
droga siostrzyczko, nie pasowałabyś do salonu gier hazardowych. 
Albo do balu u królowej.
Jenny zerwała się, oczy jej ciskały błyskawice.
-     A   właśnie,   że   mogę   się   dopasować,   jeśli   będę   miała   na   to 
ochotę,   do   stołu   ruletkowego   czy   nawet   królewskiego   balu.   Nie 
twoja rzecz decydować, kto do czego pasuje. I masz kobiecie dać 

background image

szansę! Ostrzegam cię, zostaw Lark w spokoju!
Było to wypowiedziane w formie bezapelacyjnego rozkazu. Jenny 
obróciła   się   plecami   do   Jareda,   który   tylko   patrzył   szeroko 
otwartymi oczami, i pomaszerowała na ganek.
Jared zadumał się. Jenny powiedziała ciekawą rzecz: że Lark jest 
interesującą   kobietą.   No   bo   i   jest.   Podpowiedział   mu   to   jednak 
raczej instynkt niż dotychczasowe obserwacje.
Przed laty uważał ją za jedyną dobrą w klanie Mallorych. Stary był 
skończonym draniem, jego żona smutną alkoholiczką, zaś Risa...? 
Tę   wspominał   tylko   jako   flirciarę.   Natomiast   Lark   była   zupełnie 
miłym   dziewczątkiem.   Co   się   z   nią   zrobiło   przez   te   lata?   Z 
tryskającej żywotnością panny wyciekła gdzieś wola życia i cała 
energia. No cóż, każdy ma swoje problemy.
Warto by może poznać owe problemy... no i wady.

ROZDZIAŁ  PIĄTY

-   Może jeszcze jedną kawę? - spytała Lark, mając nadzieję, że 
tym   zatrzyma   Jareda   dłużej   na   śniadaniu.   Po   odjeździe   Jenny, 
przez   minione   trzy   dni,   Jared   połykał   śniadanie   i   znikał   aż   do 
zmroku.   Do   wcześniejszego   powrotu   nie   skłoniła   go   nawet 
popołudniowa burza poprzedniego dnia.
Był też zdecydowanie chłodny, nieprzystępny, prawie obraźliwy w 
swojej   obojętności.   Lark   zachodziła   w   głowę,   co   się   stało. 
Zastanawiała się, jak mogłaby przełamać impas w ich wzajemnych 
stosunkach. Ciągle myślała o Jaredzie i brakowało jej czasu, by 
zastanowić się poważnie nad własnym ślubem, Wesem i ojcem.
Jared   chwilę   się   wahał   i   już   była   pewna,   że   odmówi,   kiedy 
westchnął i powiedział:
-  Dlaczego nie. Nalewaj!
Czym prędzej to zrobiła, sobie również dolała i usiadła zadowolona 
z tego drobnego sukcesu. Zdobyła się na odwagę i spytała:
-  Może mi wreszcie powiesz, co ty tam robisz codziennie w lesie i 
to przez cały dzień? Nie wracasz nawet na popołudniowy posiłek.
-     Robię   to,   co   zamierzałem   robić,   kiedy   postanowiłem   tu 
przyjechać.
-  Czyli co?
-  Prymitywizuję się.
-  Co takiego?
-     Powracam   do   natury,   jeśli   takie   określenie   bardziej   ci 
odpowiada.
-   Ooo! - Poczuła się nieco urażona, że Jared przedkłada naturę 
nad jej towarzystwo. Chociaż daleka była od zamartwiania się swą 
samotnością, chętnie by pobyła  w ciągu dnia z Jaredem. Niech 
sobie nawet milczy, byle tu był.
-  Nie głoduję w lesie, jeśli cię to interesuje, bo chyba nie martwi. - 

background image

Drobnymi łyczkami popijał kawę. - Gdybym musiał, wyżywiłbym się 
w lesie. Na szczęście nigdy nie musiałem. Kiedy przyjeżdżam do 
tego   domu,   zawsze   spędzam   wiele   czasu   samotnie   w   górach. 
Mam tu różne skrytki leśne z zapasami i śpiworami. Teraz wracam 
na noce tylko dlatego, żebyś się nie bała. Tak, wracam dla twojej 
przyjemności.
-  Ładna mi przyjemność! - wyrwało się Lark.
-  Wolałabyś zostawać w nocy sama? Nie bałabyś się? Gdyby od 
pierwszej   nocy   była   sama,   wcale   nie   bałaby   się,   ale   teraz, 
przyzwyczajona   do   jego   obecności,   miałaby   chyba   lekkiego 
stracha. Przyznała się do tego na głos:
-  Może i bym się bała. Wiesz co? Tak mi przyszło teraz do głowy, 
że te wakacje, które tu spędzałam z moją rodziną, równie dobrze 
mogłyby być spędzone gdziekolwiek. Las i góry były obserwowane 
tylko z tej platformy.  Równie dobrze można to było zobaczyć w 
kinie. Strasznie mało zobaczyłam i poznałam.
-  Nie twoja wina. Rodzice trzymali cię krótko, a gdybyś się gdzieś 
dalej wyrwała, mogłabyś wpaść w duże tarapaty. - Rozparł się na 
krześle, zakładając ręce za głowę.  - Mam taką swoją teorię, że 
człowieka naprawdę poznaje się po jego zachowaniu w lesie i w 
górach.   Na   łonie   nieskażonej   natury.   Jedni   czują   się   tu   jak   w 
domu,   inni   załamują,   jeszcze   inni,   jak   na   przykład   twój   ojciec, 
uważają, że mogą łamać i zmieniać wszystko, nawet prawa natury. 
Do jakiej kategorii należysz, Lark?
Milczała chwilę.
-     Nie   wiem   -   powiedziała   wreszcie.   -   Nigdy   nie   miałam   okazji 
sprawdzić. Ale nie sądzę, abym nadawała się na góralkę...
Ponownie zapadło między nimi milczenie. Tym razem przerwał je 
Jared:
-  Jest jeszcze jeden powód...
-   Powód   czego?  -  Nie  odchodź jeszcze,  porozmawiaj  ze  mną, 
prosiła w duchu.
-  Że nie wracam w ciągu dnia.
-  Jaki mianowicie?
-     Powiedziałaś,   że   masz   wiele   do   przemyślenia.   Nie   chcę   ci 
przeszkadzać.   I   dlatego   od   razu   po   śniadaniu   wychodzę.   - 
Uśmiechnął   się   i   wyszedł   lekkim   krokiem,   pozostawiając   ją   z 
ciężkim sercem.
Rzeczywiście.   Miała   wieie   rzeczy   do   przemyślenia.   A   przede 
wszystkim   musi   rozwiązać   zagadkę:   dlaczego   ma   teraz 
nieustannie przed oczami obraz Jareda i ciągle o nim myśli?

Cztery dni później, kiedy skończyli kolację, na którą upiekła kurę i 
przyrządziła   kartoflaną   sałatkę,   Jared   wystąpił   z   nieoczekiwaną 
propozycją:
-  Zrobimy sobie dziś gwiaździsty wieczór, chcesz? 
Zamyślona Lark podniosła głowę.

background image

-  Gwiaździsty wieczór? - spytała zdumiona.
-  Tak. Popatrzymy sobie w niebo, w gwiazdy, w kosmos. 
Roześmiała się.
-     Ostami   raz   gapiłam   się   w   gwiazdy,   kiedy   byłam   małą 
dziewczynką.   Gdzie   miałby   się   odbyć   ten   twój   gwiaździsty 
wieczór? Przed domem?
-  Nie. Mam sklecony przez siebie teleskop na Widokowym Zrębie. 
Mieszkając w górach, zakochałem się w gwiazdozbiorach. Na tej 
wysokości   lepiej   je   widać.   Prawdziwy   cud   wszechświata.   Jeśli 
jednak   nie   masz   ochoty   wałęsać   się   w   nocy   po   lesie   w 
towarzystwie właściwie obcej ci osoby...
-   Pójdę z wielką przyjemnością. Byłam tylko zdziwiona, że mi to 
zaproponowałeś. Poza tym... nie jesteś obcy. Właściwie znam cię 
od dziecka. Myślałam nawet, że się zaprzyjaźniliśmy...
A jednak mało go znam, pomyślała. Pojęcia nie miałam, że mogą 
go interesować gwiazdy czy kosmos. Nie mam też pojęcia, jakie 
otrzymał   wykształcenie   i   w   jaki   sposób   zarabia   na   życie. 
Prawdopodobnie   poszedł   w   ślady   ojca   i   jest   jakimś   drobnym 
ranczerem.
-   Gdzie mieszkasz, kiedy nie jesteś tu? - spytała.  - Chyba nie 
zostajesz w górach na zimę?
-   Zaprosiłem  cię  na  oglądanie  gwiazd,   a  nie  na  zadawanie  mi 
pytań   dotyczących   mego   prywatnego   życia   -   odparł   spokojnie, 
odsunął talerz i wstał. Twarz miał nieprzeniknioną. - Wychodzę za 
pół godziny. Jeśli zamierzasz iść ze mną, włóż długie buty i weź 
kurtkę.

Lark   była   podniecona   tą   nocną   wyprawą,   Jared   małą   latarką 
oświetlał   ścieżynę   pnącą   się   w   górę   przez   las.   Szła   za   nim. 
Początkowo dokoła panowała cisza. Im głębiej jednak wstępowali 
w las, tym wyraźniej docierały do Lark odgłosy nocnego życia gór.
Raz potknęła się i omal nie upadła, ale Jared zdążył się obrócić i 
podeprzeć ją.
-  Trzymaj się mojego pasa - poradził. - Czeka nas trudny odcinek 
drogi.
Posłuchała i starała się zachować ten sam co on rytm i tempo, by 
nie miał powodu do wyrzekań.
Wyszli   na   otwartą   przestrzeń   porośniętą   trawą   i   drobnymi 
krzewami.   Jared   niespodziewanie   zgasił   latarkę.   Lark   przestała 
cokolwiek   widzieć.   Wydawało   się   jej,   że   jest   w   absolutnych 
ciemnościach.   Wpadła   z   impetem   na   Jareda   i   by   utrzymać 
równowagę, objęła go obiema rękami. Tkwiła tak przytulona, a on 
zamarł w bezruchu. Po długiej chwili wyswobodził się i odstąpił na 
krok.
-     Zgasiłem   latarkę,   abyśmy   mogli   przyzwyczaić   wzrok   do 
ciemności.   Na   odzyskanie   maksymalnej   wizji   potrzeba   aż 
dziesięciu minut. Ale już wcześniej zobaczysz coś cudownego.

background image

Trudno jej było  w to uwierzyć.  Wydawało się, że dookoła i nad 
głową   ma   tylko   głęboką   czerń.   Odetchnęła   głęboko   i   zamknęła 
oczy. Gdy po kilku sekundach je otwarła, oniemiała.
-  0 Boże, jakie to wspaniałe! - wykrzyknęła.
Wokół  i   pod   stopami   nadal   panowała   czerń,   ale   tuż   nad   głową 
niebo jakby nagle otuliło ziemię. Błyszczały na nim miliony gwiazd. 
Wydawały   się   być   tak   blisko,   że   kusiło,   by   wyciągnąć   ręce   i 
zagarniać je garściami.
-  Jared, drogi Jared, dziękuję ci, że mnie tu przyprowadziłeś! 
Jared  zaśmiał  się  przedziwnie  świeżym,   nie  znanym   jej  jeszcze 
śmiechem.
-   A więc czujesz piękno natury!  Poczekaj, to jeszcze nic. Weź 
mnie za rękę, poprowadzę cię do Widokowej Skały...
Dostrzegła wyciągniętą ku niej dłoń. Bez wahania wsunęła w nią 
swoją. Spletli palce.
Wiem, co robię, pomyślała. Często popełniam błędy, ale nie tym 
razem,
I   poszła   za   nim   przez   rozświetloną   nagle   polanę,   skąpaną   w 
blasku   księżyca,   pod   aksamitnym   baldachimem   wyszywanym 
brylantami gwiazd. Zdawała sobie sprawę, że każdy krok zbliża ją 
ku tajemniczej i nieznanej przyszłości.
-  Teraz nieco w prawo. Ursa Major. Widzisz?
Lark wpatrywała się w niebo, przez domowej roboty teleskop
-   Nie. Widzę tylko Wielką Niedźwiedzicę - powiedziała bardzo z 
siebie niezadowolona. Jared musiał być rozczarowany jej tępotą.
Z rozedrgania jego dłoni wspartych na jej ramionach domyśliła się, 
że Jared hamuje śmiech. To ją jeszcze bardziej zdeprymowało.
-   Kochanie moje, Wielka Niedźwiedzica to właśnie Ursa Major. 
Brawo!
Powiedział   „kochanie   moje".   Poczuła   przyśpieszone   bicie   serca. 
Zalała ją fala gorąca. To niebo, to słowo i dotyk jego dłoni! Co za 
wspaniała   noc.   Poczuła   zawrót   głowy,   jakby   była   pijana.   Pijana 
szczęściem.
Straciła miarę czasu. Nie wiedziała, czy jest tu od kilku minut, od 
godziny, czy od paru godzin.
Jared, dumny jak paw, długo opisywał optykę dziesięciocalowego 
teleskopu   i   wyjaśniał,   dlaczego   dzięki   takiemu   przyrządowi 
otrzymuje   się   wierne   w   układzie   przestrzennym   zbliżenie 
badanego odcinka nieba.
Prawdę   powiedziawszy,   Lark   mało   z   tego   rozumiała,   ale     i 
wysłuchała wszystkiego w skupieniu, potakując głową, zapatrzona 
w   mężczyznę   i   zafascynowana   jego   wprost   młodzieńczym 
entuzjazmem.   Pochylił   się   nad   nią,   niemal   dotykając   pleców 
piersią.
-  Weź kapinkę w lewo, a zobaczysz...
-     Wiem,   wiem.   Małą   Niedźwiedzicę.   Ty   ją   nazywasz   pewnie 
Ursa... Minor?

background image

Długo jeszcze wyszukiwali gwiazdozbiory i gwiazdy, których nazwy 
Lark pamiętała ze szkolnych czasów.
W   pewnej   chwili   jej   pole   widzenia   przecięła   jaskrawa   srebrna 
smuga.
-  Patrz! - wykrzyknęła. - Spadająca gwiazda!
-  Nie gwiazda, to był meteor - poprawił. - Czy to zresztą ważne? 
Wspaniałe   zjawisko.   Dobrze   wypatrując,   zobaczysz   ze   dwa   na 
godzinę. Każdej nocy... - Popatrzył na nią i zapytał żartobliwie: - A 
pomyślałaś życzenie?
-   Nie zdążyłam, ale zaraz coś przygotuję na zapas, żeby mieć 
gotowe na następną spadającą gwiazdę czy tam meteor.
Na szczęście Jared nie zapytał, jakie to będzie życzenie. Była mu 
za to wdzięczna. Zresztą sama jeszcze nie wiedziała, czy życzenie 
miałoby  dotyczyć   rozwiązania problemu  ślubu,  czy  też  zawierać 
marzenie, by na zawsze  pozostać w Kolorado? Na zawsze  być 
poza zasięgiem wpływów ojca?
A może należy mieć jeszcze inne życzenie: zagubić się na zawsze 
w ramionach niejakiego Jareda Wolfa?
Przez długi czas milczeli. Jared tkwił przy teleskopie, a Lark tak 
była zapatrzona w ugwieżdżone niebo, że zaczęło jej się wydawać, 
iż płynie między gwiazdami.
Przerwała milczenie pytaniem:
-  Od dawna interesuje cię astronomia?
-  Od dziecięcych lat.
-  Wtedy, kiedy jeszcze przyjeżdżałam na wakacje?
-  Oczywiście.
-  Nie wiedziałam o tym.
-   A skąd niby miałaś wiedzieć? Ty żyłaś w swoim świecie, ja w 
swoim.
-  Może teraz jesteś zawodowym astronomem?
-  Ależ nie - roześmiał się. - Wtedy nie przychodziłbym tu patrzeć 
na gwiazdy. Miałbym dość mego obserwatorium. Nie, to tylko mój 
uboczny, skrzętnie ukrywany konik. Patrzenie w gwiazdy pomaga 
mi myśleć i rozwiązywać różne sprawy. Zorganizowałem dzisiejszy 
wieczór z nadzieją, że i tobie to pomoże jasno myśleć.
Mimo   mroku   i   dzielącej   ich   odległości   widziała   jego   spojrzenie. 
Intensywne, przenikliwe i badawcze.
Z niepokojem zabiło jej serce. Czyżby zbliżała się chwila, na którą 
w   skrytości   czekała   od   ich   ostatniego,   a   zarazem   pierwszego 
pocałunku? Zniknęło rozmarzenie  niebem,  pojawiła  się czujność 
kobiety spodziewającej się... Sama nie wiedziała czego.
Odszedł od teleskopu i przysiadł koło niej na wielkim głazie. Nie 
spuszczał z niej wzroku. Pochylił się ku jej twarzy i zamarł, jakby w 
oczekiwaniu reakcji.
Siedziała bez ruchu. Też na niego patrzyła. Ujął jej kark między 
palce, pieścił włosy. Zbliżył głowę.
Podniosła usta do pocałunku.

background image

Wziął ją w ramiona, przytulił, wpił się wargami w jej usta, całując z 
pasją, która ją oszołomiła. Przylgnęła do niego, wtopiła się w jego 
ramiona,   wszystkimi   zmysłami   wchłaniając   jego   bliskość.   Czuła 
pulsowanie krwi w żyłach. Gdy po całej wieczności uniósł głowę, 
usłyszała jego chrapliwy oddech. Uchyliła powieki, ale ujrzała tylko 
ciemną sylwetkę na tle roziskrzonego nieba, jak z bajki.
-  Proszę... - zaczęła, ale umilkła, gdyż nie miała pojęcia, co chce 
powiedzieć. Żeby przestał? Z pewnością nie! Żeby całował dalej? 
Czyjej wolno o to prosić? A Floryda?
-  Odpowiedz mi na jedno pytanie - odezwał się, a w nocnej ciszy 
jego głos dotarł z przeraźliwą wyrazistością. - Chcę wiedzieć, czy 
nadal jesteś zaręczona?
Serce   przestało   jej   bić.   Zmartwiała.   Nadeszła   chwila   już   nie 
decyzji,  gdyż  decyzję w duchu dawno podjęła, ale przyzwoitego 
załatwienia sprawy. Musi jak najszybciej zawiadomić Wesa i ojca...
Nie miała żadnych wątpliwości. Wiedziała, że czując to, co czuje 
do Jareda, nie mogłaby wyjść za nikogo innego. Ale, co ma teraz 
odpowiedzieć Jaredowi?
-  Ja... - zawahała się.
-     I   nie   karm   mnie   żadnymi   kłamstwami   -   przerwał.   -   Już   ci 
powiedziałem, że nie romansuję z zaręczonymi kobietami, choćby 
one leciały na mnie.
-  Ja miałabym lecieć na ciebie! - oburzyła się. - Ja nigdy...
-  Może mi powiesz, że nie chciałaś tego pocałunku przed chwilą?
Zeskoczyła z głazu, pociągając za sobą śpiwór. Noc, do tej chwili 
taka cudowna, zrobiła się nagle chłodna i obca.
-  Ja nigdy nie myślałam...
-  Akurat! - Chwycił ją w pasie i przyciągnął do siebie. - Kłamiesz - 
powiedział z pogardą w głosie.
Poczuła to jak smagnięcie biczem. Pocałował ją. Tym razem był to 
pocałunek brutalny i krótki. Jednakże żar jego warg stłumił w niej 
chęć   do   jakichkolwiek   protestów,   ale   i   pozbawił   zdolności 
pozytywnego zareagowania.
Puścił ją.
-   Rezygnuję z dalszych prób przebicia pancerza - powiedział z 
goryczą   w   głosie.   -   Widzę,   że   jesteś   nieodrodną   córą   rodu 
Mallorych.
W   powrotnej   drodze   w   ciemnościach   ledwo   za   nim   nadążała. 
Psychicznie zmaltretowana, niezdolna do skoncentrowania myśli, 
szła   ze   spuszczoną   głową   i   raz   po   raz   potykała   się.   Jared 
bezlitośnie parł przed siebie i zatrzymywał się, gdy istniała obawa, 
że   Lark   zabłądzi.   Ale   nawet   w   takich   momentach   wyraźnie 
okazywał zniecierpliwienie.
Dotarła do domu całkowicie wyczerpana, z podrapanymi rękami i 
poobijanymi nogami. Jared nawet na nie nie spojrzał. Nie zapalił 
też lampy, tylko od razu poszedł po ciemku na górę do sypialni.
Chyba po raz pierwszy w życiu Lark płakała zasypiając. Nie czuła 

background image

się   tak   załamana   nawet   po   rozwodzie   rodziców   czy   po   śmierci 
matki.
Leżąc   w   ciemnościach,   z   szeroko   otwartymi   oczami,   wyrzucała 
sobie   głupotę.   Dlaczego   nie   potrafi   spojrzeć   prawdzie   w   oczy? 
Przecież   jeszcze   przed   wyjazdem   z   Florydy   wiedziała   bardzo 
dobrze,   że   właściwie   nie   kocha   Wesa.   A   teraz,   po   spotkaniu 
Jareda  Wolfa,   była   w  pełni  świadoma,   że  nie   mogłaby  poślubić 
innego mężczyzny. Ani dla sprawienia przyjemności ojcu, ani dla 
zabezpieczenia   sobie   wygodnego   życia.   Za   całe   złoto   skarbca 
federalnego w Fort Knox nigdy by nie wyszła za Wesa Sherboma!
Dlaczego nie powie tego Jaredowi? Serce zabiło jej żywiej, gdy po 
raz pierwszy uświadomiła sobie, że go kocha. Przedtem myślała 
jeszcze o swoim uczuciu w kategoriach dziewczęcego zadurzenia, 
które nagle odżyło z powodu niespodziewanego spotkania w tym 
właśnie miejscu. Teraz już wiedziała, że to jest prawdziwa, dojrzała 
miłość.
Wykręciła się od odpowiedzi tam, na Widokowej Skale. Dlaczego 
już wtedy nie uświadomiła sobie pełni tego uczucia? Czy będzie 
miała okazję naprawienia błędu?
Powie mu jutro, że zrywa  zaręczyny,  a jeśli nie zmieni to opinii 
Jareda o niej, to trudno. I tak nie wyjdzie za Wesa.
Mogłaby wyjść tylko za Jareda. Jeśli on jej tego nie zaproponuje, 
to   zostanie   starą   panną...   Jared   najprawdopodobniej   nie 
zaproponuje.   Mężczyzna,   który   się   szczyci   szczęśliwym 
małżeństem swoich rodziców, a także dziadków i pradziadków, nie 
będzie chciał mieć nic wspólnego z kobietą, która się zaręcza, a 
potem długo waha, by wreszcie zerwać zaręczyny.
Gdy   się   obudziła   następnego   poranka,   Jareda   już   nie   było. 
Ogarnęła ją panika. Kto ją teraz odwiezie do Cripple Creek, żeby 
mogła zadzwonić na Florydę i obwieścić podjętą w nocy decyzję? 
Może Jared w ogóle wyjechał, pozostawiając ją własnemu losowi.
Jednakże   w   saloniku   znalazła   kluczyki   do   samochodu,   jakby 
specjalnie   położone   na   dębowym   stoliku.   Przez   chwilę 
zastanawiała się, czy rzeczywiście Jared o niej myślał, kładąc je tu 
i czy wolno jej bez wyraźnego zezwolenia zabrać land rovera.
Doszła do wniosku, że nie zwlekając musi zadzwonić. Jeśli nawet 
Jared   się   wścieknie,   to   trudno.   W   każdym   razie   będzie   miała 
czyste sumienie w stosunku do Wesa i ojca.

Prowadziła nerwowo, przejęta czekającą ją przykrą rozmową. Gdy 
wreszcie   zatrzymała   wóz   przed   wiejskim   sklepem   w   budynku   z 
sosnowych   bali,  siedziała   jeszcze  z  minutę  za  kierownicą,   żeby 
poskładać myśli.
Staroświecka budka telefoniczna znajdowała się w sklepie, a nie 
przed   nim,   prawdopodobnie   ze   względu   na   miejscowe   warunki 
atmosferyczne.   Wyjęła   z   torebki   kredytową   kartę   telefoniczną, 
wsunęła w szczelinę i wystukała jedenaście cyfr - florydzki kod i 

background image

właściwy numer.
Po trzech dzwonkach usłyszała rześki, choć trochę szorstki głos 
telefonistki:
-  Korporacja Mallory i Sherbom, czym mogę służyć?
-   Chciałabym... - zakrztusiła się. - Chcę mówić z panem Wesem 
Sherbornem.
Dlaczego telefonistka waha się z odpowiedzią, zastanawiała się i 
w tym samym momencie usłyszała:
-  Łączę, proszę czekać.
A więc chyba wszystko w porządku? Za chwilę zgłosi się Wes i na 
pewno zrozumie, kiedy usłyszy... Inna będzie sprawa z ojcem, on 
nigdy nie zrozumie.
-     Lark,   gdzie   do   diabła   jesteś?   Zamartwiam   się   na   śmierć!   - 
zagrzmiał dobrze jej znany głos.
O Boże, to ojciec! Telefonistka domyśliła się, kto mówi, i zamiast z 
Wesem, połączyła z gabinetem ojca. Lark poczuła, że uginają się 
pod nią nogi. Oparła się o półkę w kabinie.
-  Prosiłam o połączenie z Wesem, a nie z tobą, papo - wydusiła z 
siebie głosem, który zabrzmiał jak skrzeczenie.
-     Powtórzę   Wesowi   wszystko,   co   powinien   wiedzieć.   Kiedy 
wracasz do domu? Czy ty wiesz, ile mnie kosztowało utrzymanie 
całej sprawy w tajemnicy? Żeby nie rozniosło się po ludziach! Nie 
wiem, jak ci się uda przeprosić nas wszystkich. 
Lark   zamknęła   oczy.   Boże,   zawsze   pragnęła   w   swoich 
poczynaniach aprobaty ojca. Nigdy jej nie zaznała i nigdy już nie 
zazna. Nie miała jednak zamiaru cofnąć się z obranej drogi.
-   Nie wracam do domu - powiedziała bohatersko opanowanym 
głosem. - Po to zadzwoniłam do Wesa, żeby mu powiedzieć, że 
ślubu nie będzie.
-  Nie gadaj bzdur! Gdzie jesteś? Nadal w Albuquerque? Podnieś 
pupę   i   galopem   wracaj.   Nie   mam   zamiaru   przyglądać   się 
bezczynnie, jak marnujesz swoją przyszłość! Wszystko omówimy. 
Wracaj natychmiast, to rozkaz...!
Lark zdobyła się na heroiczny wysiłek odwieszenia słuchawki. To 
chyba jeden z największych wyczynów w jej życiu. Była z niego 
bardzo dumna, niemniej nogi trzęsły się pod nią nadal.

Jared nie wracał. A tak wieie miała mu do powiedzenia.
Chodziła po domu zdenerwowana, szukając do roboty czegoś, co 
by ją zajęło i pozwoliło nie myśleć o kolejnym kłopocie. Na próżno - 
wszystko   było   na   swoim   miejscu,   wypucowane.   Wyszła   na 
platformę   obserwacyjną.   Wpatrzyła   się   w  las   i   wiodące   z   niego 
ścieżki. Dokąd też ten Jared poszedł? I po co?
Po paru godzinach czekania pomyślała, że oszaleje, jeśli czymś 
się natychmiast nie zajmie. A może pomogłaby gorąca kąpiel czy 
masaż wodny?
Oczywiście! Gorące źródła! Przecież teraz chyba znajdzie drogę? 

background image

Jared jej wyjaśnił, jaki popełniła błąd. Zresztą będzie szła uważnie, 
bacznie   obserwując   wszystkie   charakterystyczne   miejsca.   Jest 
dopiero druga po południu, jeszcze daleko do zmroku. Wygrzeje 
się i odpręży w ciepłej, źródlanej wodzie i zdąży wrócić do domu 
jeszcze przed Jaredem...
Jeśli Jared w ogóle zamierza wrócić! Może z litości zostawił  jej 
samochód...?   Wróci,   wróci!   Czy   zostawiłby   samochód,   który 
pewnie jest całym jego majątkiem?
Wybiegła na polankę, kierując się ku linii drzew. Nie wróciła nawet 
po zapomniany ręcznik.
Jakże mogła pierwszym  razem zabłądzić? Droga do źródeł była 
przecież   taka   łatwa!   Tym   razem   od   razu   trafiła   na   właściwą 
ścieżkę.
Gorące   źródła   wyglądały   tak   jak   niegdyś.   Nic   się   nie   zmieniło. 
Zupełnie, jakby tu była wczoraj...
Wszystko z siebie zrzuciła i nagutka usiadła na głazie, z którego 
sięgała stopą do pieniącej się, ciemnoniebieskiej gorącej wody, ale 
na szczęście nie zanadto gorącej.
Spływał na nią spokój. Z wielkim westchnieniem ulgi wślizgnęła się 
do wody po szyję, zanurzyła się w miłe ciepło i zamknęła oczy.
Za chwiię woda zmyje wszystkie moje troski, pomyślała, a potem 
na brzeg wyjdzie inna Lark, pełna nowych pomysłów i nowych sił.
Na skale nad źródełkami, ukryty częściowo za skalnym zrębem, 
Jared   Wolf   obserwował   Lark   Mailory.   Potem   zaczął   powoli 
schodzić do kąpieliska.

ROZDZIAŁ  SZÓSTY

Lark obróciła się przestraszona odgłosem sypiących się kamyków. 
Nad głową, na tle rozjarzonego słońcem nieba, zobaczyła jakąś 
groźną   sylwetkę.   Serce   skoczyło   jej   do   gardła,   instynktownie 
zasłoniła   dłońmi   piersi,   patrząc   jak   urzeczona   na   zbliżającą   się 
zjawę.
-   Co tu, u diabła, robisz? - usłyszała warknięcie. Odetchnęła z 
ulgą. Na szczęście był to Jared, a nie jakiś górski włóczęga. Nawet 
nie zwróciła uwagi na niemiłą formę pytania, tylko zagłębiła się w 
wodę, aż po samą szyję.
-  Przecież widzisz, co robię - odparła uspokojona,
-  Wygląda mi to na zaproszenie do zabawy. Bardzo kuszące.
-   Kto wie... może to jest zaproszenie - wyszeptała, nim zdążyła 
zdać sobie sprawę, co mówi. Oczy jej przyzwyczaiły się nieco do 
jaskrawego tła. Zobaczyła, że po jej słowach bezzwłocznie sięgnął 
do   guzików  kraciastej   koszuli.   Wstrzymała   oddech,  przyglądając 
się, jak zrzuca ubranie.
Czy właśnie na to czekała w dziewczęcych marzeniach? I teraz 
stało się. Przyszedł Jared i zastał ją w kąpieli...

background image

Serce waliło jej jak młotem. Nawet pod wodą trzymała dłonie na 
piersiach.
Siła   i   trwałość   jej   uczucia   dla   Jareda   przerażała,   a   zarazem 
podniecała.
Nadszedł  moment,   kiedy  rzeczy  trzeba  nazywać  po  imieniu.  To 
jest właśnie miłość. Kochała Jareda. Wiedziała to już od kilku dni. 
Czy on kiedykolwiek odwzajemni to uczucie?
Może   tak,   może   nie.   Mimo   to,   już   w   tej   chwili   gotowa   była 
zaryzykować wszystko, by do niego należeć. Choćby przez krótki 
czas...
Wstydliwie obróciła się do Jareda tyłem. Po chwili wyczuła jego 
obecność w wodzie - drobniutkie fale muskały jej kark, a zaraz 
potem męskie dłonie dotknęły ramion.
Dłonie nie pozostały w bezruchu. Jared przyciągnął ją do swojej 
piersi. Oparła się o nie, wydając stłumiony jęk, i odchyliła głowę. 
Jego nogi splotły się z jej nogami.
Przybliżył usta do jej ucha i wyszeptał:
-   Myślałem, że jestem dość silny, by się oprzeć pokusie. Ale się 
myliłem.   Nic   mnie   nie   powstrzyma   od   kochania   się   z   tobą, 
połączenia   tu   i   teraz.   Nie   powstrzyma   mnie   duma   ani   zasady. 
Przyznanie się przed samym sobą do grzechu pożądania ciebie 
unicestwiło wszelkie skrupuły. Ale jedno twoje słowo może mnie 
powstrzymać.   Wypowiedz   je,   Lark   Mallory,   albo   bądź   gotowa 
ponieść wszelkie konsekwencje.
Przez chwilę jeszcze dygotała przytulona do mężczyzny, a potem 
westchnęła   głęboko,   uwolniła   się   z   uścisku   i   obróciła   stając 
naprzeciwko. Dzielił ich twarze przejrzysty welon unoszącej się ze 
źródełka pary.
Nie mogła się oprzeć, by dłońmi nie objąć jego twarzy.
-  Nie powstrzymam cię żadnym słowem, Jared, ponieważ to musi 
się   stać.   Tak   było   mi   pisane.   Przed   laty   byłeś   moją   pierwszą 
miłością.   -   Wpatrywała   się   intensywnie   w   jego   brązowe,   czujne 
oczy, mając nadzieję, że to, co on widzi w jej oczach przekona go 
o szczerości jej słów i uczuć. - Należałam do ciebie od dawna, 
przez całe moje młodzieńcze i dorosłe życie. W każdym razie w 
sercu. Teraz chcę należeć do ciebie ciałem.
Ruch wody pchnął ją lekko w kierunku Jareda. Dotknęli się lekko 
udami.
-  Przez te lata brakowało mi ciebie... Tyle bym jeszcze chciała ci 
powiedzieć, tyle ci muszę powiedzieć... Boże! Że cię ko...
-  Chwilowo nie mów nic - przerwał. - Czyny przemówią silniej niż 
słowa.
I tak też się stało.

Lark   szczęśliwa,   zadowolona   z   siebie   i   ze   świata,   siedziała   na 
wielkim głazie, pod którym bulgotała gorąca źródlana woda. Usta 
jej   okalał   tajemniczy   uśmieszek.   Przyglądała   się   stojącemu   nie 

background image

opodal Jaredowi, już w dżinsach, choć bez koszuli.
Jakże on jest wspaniałe zbudowany, pomyślała. I wbrew temu, co 
mówią   o   muskularnych   mężczyznach,   jest   mądry   i   bardzo 
inteligentny.
W   miarę   coraz   lepszego   poznawania   Jareda,   coraz   bardziej   go 
kochała. Bez względu na to, co kryje przyszłość, nigdy nie będzie 
żałowała przeżytych z nim chwil.
Podszedł, ujął jej podbródek i pocałował w usta.
-  Wszystko w porządku? Żadnych żalów?
-  Ani troszkę - odparła. - Przerwałeś mi przedtem, kiedy chciałam 
ci powiedzieć coś bardzo ważnego. Chcę ci to teraz powiedzieć...
-  Nie chcę tego słyszeć, Lark! Spojrzała zdumiona.
-  Ale dlaczego?
-  Bo wiem, co zamierzasz powiedzieć. - Patrzył niemal obojętnie w 
las. - Chcesz to, co zaszło między nami, potwierdzić słowami. Że 
mnie   kochasz,   że   twoje   zaręczyny   były   błędem,   że   fakt,   iż 
zbuntowałaś się przeciwko ojcu, nie ma z nami nic wspólnego, i 
tak dalej. Masa zbędnych słów, które nie zmienią sytuacji...
-  Jakiej znowu sytuacji?! - wykrzyknęła przerażona.
-   Niepotrzebne mi są twoje kłamstewka. To, co się między nami 
wydarzyło,   było   zaspokojeniem   fizycznych   potrzeb   dwojga 
dorosłych ludzi. I niczym więcej. Wspaniały seks bez zobowiązań. 
Więc   jeśli   zamierzasz   to   lukrować   i   usprawiedliwiać   się,   to   ja... 
odchodzę.
Czuła się jakby ogłuszona obuchem. Zdawała sobie sprawę, że w 
tym stanie jego umysłu żadne słowa do niego nie dotrą. Zrobi to, 
co zapowiedział. Odejdzie. Zniknie w lesie. Jeśliby nawet zdążyła 
wyrzucić z siebie potok słów, zanim on to uczyni, to i lak jej nie 
uwierzy.   -   Wygrałeś   -   powiedziała   zrozpaczona,   ukradkiem 
ocierając   łzy.   Jakże   on   może   oskarżać   ją   o   podobne   rzeczy   w 
chwili, gdy przekonana, że ma wreszcie bliską sobie istotę, chciała 
zwierzyć się z najbardziej ukrytych myśli.
-     Nie   spodziewałem   się   niczego   innego   -   odparł   łagodnie.   -   I 
pozbądź się tej tragicznej miny, kochanie. Oboje dobrze wiemy, o 
co   nam   chodziło.   Dlaczego   kobiety   chcą   wszystko   obwiązywać 
różowymi wstążeczkami?
-  Może z tego samego powodu, z jakiego mężczyźni boją się jak 
ognia głębszego uczucia - mruknęła.
Otoczył ją ramieniem.
-   Nie jest tak źle. Moje uczucie do ciebie jest głębokie i zawsze 
takie pozostanie, a tu, przy źródłach, zawsze będę o tobie myślał.
-  Czy ty tu... pierwszy raz...? - wyjąkała.
-   Ja tu pierwszy raz. - Roześmiał się. - Chociaż nie sądzę, bym 
wynalazł tę metodę... Domyślam się, że inne pary też uprawiały 
miłość w gorącym źródełku.
-  Kto na przykład?
-  Boże drogi, ale ty masz pytania! Pewno moi rodzice, dziadkowie, 

background image

pradziadkowie,   cały   ród   Wolfów.   Ale,   co   ciebie   obchodzą 
Wolfowie...!
-   Bardzo mnie obchodzą. Cała wasza rodzina jest fascynująca... 
Opowiedz mi o niej coś więcej.
-     Kiedy   indziej,   teraz   jest   zbyt   późno,   niedługo   się   ściemni.   - 
Zeskoczył z głazu i pomógł jej zejść. - Byliśmy tu dłużej, niż każde 
z nas zamierzało. - Na jego twarzy pojawił się urwisowski uśmiech.
-  Co zamierzałeś początkowo, kiedy mnie podszedłeś?
-  Miałem zamiar dać ci klapsa i we łzach odesłać do domu, żebyś 
miała nauczkę, iż samej nie wolno ci się nigdzie zapuszczać.
-   No i przytrafiła ci się przygoda. - Objęła go w pasie. Była  w 
znacznie lepszym humorze. Postanowiła zastosować wobec niego 
zupełnie   inną   metodę.   Skoro   nie   chce   jej   wysłuchać.   ..   Nie 
rozpoznawała   samej   siebie   w   kobiecie,   która   bezwstydnie 
obcałowywała teraz jego podbródek.
Skutek   był   znacznie   lepszy,   niż   opowiadanie   o   sile   własnych 
uczuć.
-  Wiesz co? - powiedział zduszonym głosem. - Chyba jeszcze nie 
jest na tyle późno, abyśmy musieli już w tej chwili wracać... - Wziął 
ją   w   ramiona   i   zaniósł   na   aksamitny   skrawek   trawy,   gdzie 
otrzymała kolejną lekcję miłości.

Trzymając się za ręce, wracali z powrotem. Zapadał różowy mrok. 
Milczeli. Chwilowo wszystko zostało już powiedziane.
Chwilowo!   Lark   miała   bowiem   w   zapasie   te   wszystkie   słowa, 
których   Jared   nie   chciał   wysłuchać,   podejrzewając   ją   o 
nieszczerość.   No   cóż,   trzeba   kontynuować   nową   metodę. 
Nadejdzie wreszcie taki moment, że będzie mu mogła wszystko 
wyjaśnić,   a   przede   wszystkim   przekonać,   że   naprawdę   nie 
należała   do   innego   mężczyzny,   kiedy   oddawała   pierwszy 
pocałunek Jareda.
Kto wie, czy nie zdoła wykrzesać z niego iskierki miłości oprócz 
zwykłego   pożądania.   Lepiej   jednak   na   to   nie   liczyć,   aby   gdy 
wszystko   się   skończy,   nie   odjechać   ze   złamanym   sercem. 
Zadygotała na myśl o prawdopodobieństwie takiej możliwości.
-  Zimno ci? - spytał troskliwie i objąwszy ramieniem, doprowadził 
aż do progu domu.
Tej nocy przeniosła się do sypialni Jareda.
Było jej bardzo dobrze. Robiło się jej smutno jedynie wtedy gdy na 
ustach miała już słowa „kocham cię" i w ostatniej chwili musiała je 
w sobie zdusić, nie chcąc ryzykować obrazowych komentarzy.

Po śniadaniu trzeciego dnia po tym, jak zostali kochankami, Jared 
wyraził chęć udania się do Cripple Creek.
-     Potrzeba   nam   wielu   rzeczy,   których   nie   dostanę   w   tym 
przydrożnym sklepiku wiejskim. Muszę też załatwić kilka telefonów 
nie cierpiących zwłoki. Może i ty masz jakieś sprawy?

background image

-  Ooo! - Przypomniała sobie Florydę, o której istnieniu w ogóle nie 
myślała   przez   minione   trzy   dni.   -   Właściwie   to   powinnam 
zadzwonić do domu...
-     Czy   oni   już   wiedzą,   gdzie   jesteś?   -   zapytał   z   pozorną 
obojętnością.
-     Wydaje   im   się,   że   wiedzą.   Ojciec   połknął   haczyk.   Myśli,   że 
jestem w Albuquerque. Bardzo mi to odpowiada.
Jared przyglądał się jej w zadumanym milczeniu.
-  Wcześniej czy później powinni poznać prawdę. Nic się nie zyska, 
odkładając przykrą rozmowę na potem - mruknął wreszcie.
Nic na to nie odpowiedziała, bo miał przecież rację.

Wyjechali   po   dziesiątej.   Był   prześliczny   sierpniowy   dzień.   W 
Cripple   Creek   Jared   pojechał   prosto   do   miejscowego   hotelu, 
zamiast skręcić pod górę do domu Jenny.
-   Jenny dziś pracuje - wyjaśnił zdziwionej Lark. - Spytamy,  czy 
mogłaby zjeść z nami lunch.
Hotel   Górnika   mieścił   się   w   przepięknie   odrestaurowanym 
wiktoriańskim   budynku.   W   stylowo   wytapetowanym   holu, 
kuszącym  puszystym  niebieskim dywanem, za bogato rzeźbioną 
recepcyjną ladą rezydowała Jenny. Ale jaka Jenny!
Wyglądała ślicznie z upiętymi wysoko czarnymi włosami, w białej 
ozdobnej  bluzce  i  czarnej  spódnicy  do  ziemi.  Można  by  ją  było 
wziąć   za   dziewiętnastowieczną   modelkę  prezentującą  ówczesne 
kreacje.
Wybiegła zza lady, by powitać Jareda i Lark.
-  Jakaż miła niespodzianka! - wykrzyknęła.
-     Jenny,   wprost   zabrakło   mi   słów.   Wyglądasz   cudownie.   Na 
pewno urodziłaś się w niewłaściwym stuleciu.
-     Masz   rację,   zbyt   późno.   Mówiono   mi,   że   do   złudzenia 
przypominam   babkę   Molly.   I   wiesz,   w   tym   stroju   czuję   się 
naprawdę lepiej niż w dżinsach. Jedyna przeszkoda to obuwie. Nie 
mogę tu nosić kowbojskich butów. - Skwitowała żart śmiechem.
-  Zjesz z nami lunch? - spytał Jared.
Jenny zdawała się nie słyszeć pytania, przenosząc ciekawie wzrok 
z  twarzy Jareda na Lark  i z powrotem.  Jared musiał powtórzyć 
pytanie nieco zniecierpliwiony tą lustracją.
-  Tak, oczywiście. Będę mogła się urwać za godzinę lub dwie. A 
wy...? - Zmarszczyła brwi. - Widzę coś nowego... Coś się zmieniło.
Jak Jenny mogła odgadnąć, pomyślała Lark. Przecież nie trzymają 
się z Jardem za ręce, nie uśmiechają głupawo... Jenny szeroko 
otworzyła oczy.
-  Już wiem, już wiem! Jesteście... razem! To powoduje tę różnicę.
-     Nie   bądź   głupia!   -   obruszył   się   Jared.   -   Jesteśmy   razem   od 
tygodni, od kiedy Lark przyjechała...
-  O nie, drogi braciszku! Dopiero teraz naprawdę jesteście razem. 
- Uściskała Lark, która lekko zarumieniła się. - Wspaniale!

background image

-  Przestań robić z nas widowisko, Jen! - syknął Jared. - Wszyscy 
się gapią.
-    Nie  opowiadaj  bzdur,   mądralo!   -  Tym   niemniej  rozejrzała   się 
dokoła. - Słuchajcie, muszę uciekać, bo pan Grover dostanie białej 
gorączki. Przyjdźcie tu po mnie o pierwszej.
-     Doskonale.   Mogę   zabrać   na   spacer   małego   Jareda?   Jest   u 
panny Willie?
-  Ależ oczywiście. Mały będzie uszczęśliwiony.

Jadąc   z   Jaredem   po   chłopca,   Lark   zachodziła   w   głowę,   w   jaki 
sposób   Jenny   tak   łatwo   odgadła,   co   ją   teraz   łączy   z   Jaredem. 
Pewno sądzi, że wszystko ich teraz łączy i że się wkrótce pobiorą. 
Nie wie, że chodzi tylko o łóżko, pomyślała z goryczą.
Małego   Jareda   zastali   przy   południowym   posiłku,   złożonym   z 
bułeczki z masłem i szklanki mleka.
Zawodowa opiekunka, starsza już pani, Wilhelmina Porter, znana 
wszystkim jako „panna Willie", powitała gości informacją, że mały 
Jared był grzeczny, wobec czego zasługuje na spacer z wujkiem.
Ku zdziwieniu Lark, Jared miał w land roverze specjalne krzesełko 
dla dziecka, które sprawnie przymocował do tylnego siedzenia.
W drodze powrotnej do miasteczka Lark spytała cicho, aby mały 
nie słyszał:
-  Kto jest ojcem dziecka?
-  I ja chciałbym to wiedzieć.
-  Ooo?
-     Jenny   nigdy   tego   nie   zdradziła.   Boi   się,   że   mógłbym   się   na 
facecie zemścić. Przyszła do mnie przed trzema laty, powiedziała, 
że jest w ciąży i chce urodzić dziecko. Co miałem robić...?
-  Odważna dziewczyna.
-  Co tam odważna. Uparta jak muł. Jak wszystkie kobiety z rodu 
Wolfów.
-  Dlaczego tak mówisz? Jenny jest naprawdę dzielna. 
Wjechali   do   miasta.   Jared   właśnie   zwalniał,   aby   stanąć   przy 
chodniku, kiedy wyprzedziła ich kareta zaprzężona w dwa siwki. 
Młody   woźnica   zawadiacko   podjechał   pod   kasyno.   Z   karety 
wysiadła czwórka turystów zachwycona przejażdżką.
-  Ko-ni-ki, ko-ni-ki - pisnął radośnie mały Jared. - Ja kce ko-ni-ki!
-   Tak, ja i mały Jared chcemy przejechać się karetą! - poprosiła 
Lark.
Jared spojrzał zaskoczony.
-   Ty i on! No cóż... Co poradzę przeciwko dwojgu? Podszedł do 
woźnicy, który uśmiechnął się szeroko spod płowej brody.
-  Cześć, Slim, jak leci? - spytał.
-  Nieźle, a tobie?
-  Też nieźle. Zaprzęg do wynajęcia?
-  Jak dla kogo. Dla ciebie tak.
-   Mój siostrzeniec i moja... przyjaciółka chcą odbyć długi, piękny 

background image

spacer twoim powozem. Trudno, pocierpię i ja.
Wsiedli,   powóz   ruszył.   Mały   Jared   był   tak   podniecony,   że   bez 
ustanku podskakiwał na kolanach Lark.
-     Wiesz,   jeszcze   nigdy   w   życiu   nie   jechałam   pojazdem 
zaprzężonym w konie - wyznała Lark. - To bardzo przyjemne.
Jared spojrzał na nią z ukosa.
-     Nie   przestajesz   mnie   zdumiewać   -   mruknął   pod   nosem.   - 
Wszystkim, co robisz i co mówisz.
Nic nie odpowiedziała.
Powóz   wolno   toczył   się   Bennett   Avenue,   na   której   panował 
olbrzymi ruch. Mijali jaskrawo oświetlone setkami lampek kasyna, 
pseudoantykwariaty   i   sklepy   z   pamiątkami.   Bardzo   wielu 
przechodniów   miało   na   sobie   kostiumy   z   minionej   epoki.   Jared 
wytłumaczył, że są to pracownicy lokali rozrywkowych, specjalnie 
przebrani, aby w ten sposób zwabiać turystów, którzy lubują się w 
oglądaniu   przeszłości,   chociaż   sami   wolą   żyć   jak   tylko   można 
nąjnowocześniej.
-  Cripple Creek*... co za dziwna nazwa tego miasteczka - dziwiła 
się Lark.
______________________________
* Cripple Creek - Kulawa Rzeczka

-  Podobno kiedyś, nim jeszcze odkryto tu złoto i z dnia na dzień 
powstało miasto, jakaś krowa z pobliskiego rancza złamała nogę, 
przeskakując   rzeczkę   płynącą   nie   opodal.   Kiedy   odkryto   złoto, 
powstało towarzystwo zajmujące się jego eksploatacją. Nazywało 
się   Kompanią   Kulawej   Rzeczki.   Ale   miasteczko   nosiło   jeszcze 
przez   pewien   czas   nazwę   Hayden   Placer.   Dopiero   potem 
mieszkańcy doszli do wniosku, że zrobią lepszy interes na kulawej 
krowie.
-  Skąd ty to wszystko wiesz, Jared?! - wykrzyknęła.
-  Nie ma takiego drugiego - odezwał się milczący dotąd woźnica. - 
On   wszystko   wie   o   wszystkich.   Powiedz   pani   o   Pearl   Devere, 
Jared. Kobitki lubią wiedzieć o innych kobitkach.
Jared zmarszczył brwi i spojrzał znacząco na malca siedzącego na 
kolanach Lark.
-  Pearl Devere to była taka... wysportowana dama, która w okresie 
gorączki złota po 1880 roku otworzyła  w Cripple Creek... salon. 
Swoje przedsiębiorstwo nazwała „Rodzinnym ranczem". Była jego 
szefową...
-     Salon?   Jaki   salon?   -   dopytywała   się   Lark.   Slim   zachichotał, 
Jared pominął pytanie.
-   „Rodzinne ranczo" było jednym z najlepszych lokali. Wysokiej 
klasy. Najpopularniejszy... przybytek w mieście.
-  To musiała być pistoletowa babka - wtrącił woźnica.
-     I   z   pewnością   bardzo   zaangażowana...   społecznie.   Kiedy 
umarła,   miasto   wyprawiło   jej   pogrzeb,   że...   ho,   ho!   Trumnie 

background image

towarzyszyła   honorowa   eskorta   policyjna   i   dwudziestoosobowa 
orkiestra miejscowej loży masońskiej. Zlecieli się chyba wszyscy 
górnicy ze wszystkich kopalń. Mówią, że jej dziewczęta, to znaczy 
pracowniczki, zalewały się podczas pogrzebu łzami.
-     Przyjemnie   słuchać,   że   jakiejś   kobiecie   powiodło   się   w 
interesach - powiedziała niewinnie Lark, tuląc małego Jareda,
Aprobata, jaką ujrzała w oczach dużego Jareda, wywołała na jej 
twarzy rumieniec zadowolenia.
-  Aż trudno uwierzyć, że udało ci się skłonić Jareda do podobnej 
przejażdżki   pojazdem   dla   turystów   -   zauważyła   Jenny   z 
uśmieszkiem.
-  To mały Jared miał taki pomysł - burknął.
-   Mały Jared ma taki pomysł, ilekroć widzi konia. Ale ty jeszcze 
nigdy   nie   zgodziłeś   się.   Dziś   po   raz   pierwszy...   Ale   jeśli   masz 
zamiar zaprzeczać czemuś, co jest tak widoczne jak nos na twojej 
twarzy...
-     Dasz   mi   spokój?   -   warknął,   wiodąc   wzrokiem   za   Lark,   która 
ruszyła przez hol w stronę telefonów.
Jenny poklepała brata po dłoni.
-     Nie   mam   zamiaru   droczyć   się   z   tobą.   Jestem   bardzo 
zadowolona.   Nawet   szczęśliwa,   że   masz   wreszcie   kogoś 
specjalnego... własnego w życiu.
-  Nie wyciągaj pochopnych wniosków,
-     Nigdy   tego   nie   robię.   Mówię,   kiedy   jestem   czegoś   pewna.   I 
zazdroszczę ci, braciszku.
-  Czego?
-  Kiedy widzę, jak ona na ciebie patrzy, to aż mrówki przebiegają 
mi po całym ciele. Ta biedna istota bierze cię za samego Pana 
Boga. A w każdym razie za kogoś, kto potrafi chodzić po wodzie, 
jeśli ma na to ochotę. Oczywiście tylko dlatego, że cię nie zna tak 
dobrze, jak ja...
-  Ty w ogóle nie masz pojęcia, co jest grane, malutka siostruniu. I 
dam ci jedną dobrą radę: nie przywiązuj się do niej zanadto, bo 
ona jest z rodziny Mallorych i długo tu już nie pobędzie.
-   A niby dlaczego? - Jenny otworzyła szeroko oczy, jakby nagle 
coś   sobie   uświadomiła.   -   Tylko   mi   nie   mów,   że   zamierzasz   ją 
wykorzystać, żeby się zemścić na jej ojcu, bo jeśli tak, to ja...
Nim zdołała dokończyć, na progu pojawiła się Lark. Była blada jak 
chusta.

Rozmowa z Risą sprawiła Lark zawód.
Risa jak zwykle zaczęła od pytania „gdzie ty jesteś", a zakończyła 
uwagą, że Lark nie może chować się bez końca.
W trakcie rozmowy Lark dowiedziała się, że ojciec nadal szaleje, 
że nie odwołał ślubu i nawet nic nie powiedział Risie i Wesowi o 
telefonie Lark.
-   O Boże, więc Wes jeszcze nic nie wie?! - wykrzyknęła Lark. - 

background image

Muszę natychmiast do niego zadzwonić.
-  Nie trudź się. On właśnie odwiedza przyjaciół w Key West. Nie 
ma mowy, żebyś go dziś dopadła. Nawet nie wiem, kiedy wraca. 
Spróbuj za kilka dni.
-  Za dwa dni nie będę mogła.
-  Niby dlaczego? - Bo w domu nie ma...
Tuż obok przechodziła grupa hałasujących głośno turystów. Lark 
przesłoniła dłonią mikrofon słuchawki.
-   Gdzie ty właściwie jesteś? - dopytywała się Risa. - Co to za 
krzyki?
-     To   nieważne.   Chcę   ci   tylko   powiedzieć,   że   na   Florydę   nie 
wracam. Nigdy.
Risa wydała okrzyk zdumienia.
-  A Wes jest nadal pewien, że ślub odbędzie się trzydziestego! Co 
ty wyrabiasz, Lark!
-     Jest   mi   niezmiernie   przykro.   Ale   za   Wesa   wyjść   nie   mogę. 
Zwłaszcza w powstałej sytuacji...
Usłyszała w słuchawce głośne zachłyśnięcie.
Może   by   i   mogła   wyjść   za   Wesa,   nim   poznała,   czym   jest 
prawdziwa   miłość,   czym   jest   przebywanie   w   ramionach   Jareda 
Wolfa...
Nagle zdała sobie sprawę, że pozwoliła Jaredowi zbliżyć  się do 
siebie   w   co   najmniej   dwuznacznej   sytuacji:   była   pewna,   że 
zaręczyny są zerwane, że ojciec obwieścił to Wesowi. Tymczasem 
ani Wes, ani zainteresowany tym florydzki światek nic nie wiedzieli 
i nadal szykowano się do ślubu... Co by powiedział Jared, gdyby 
się dowiedział? Okropne!
-  Risa, musisz coś dla mnie zrobić! - wykrzyknęła do słuchawki. - I 
to natychmiast, teraz, od razu!
-  O Boże, cóż znowu?
-     Musisz   Wesa   i   wszystkich   innych   zawiadomić,   że   ślubu   nie 
będzie, że zrywam zaręczyny. Musisz odwołać ślub w kościele, no 
i oczywiście przyjęcie. Wszyscy muszą o tym wiedzieć. Powiedz 
Wesowi,   że   zadzwonię   do   niego,   kiedy   będę   mogła.   Powiedz 
ojcu...
-   Lark, ja tego nie mogę zrobić. Musisz sama... Nie mam prawa 
tego zrobić.
-   To ja nie mogę. Fizycznie nie mogę. Przez najbliższe dni nie 
będę   miała   dostępu   do   telefonu.   Proszę   cię,   Riso!   Zostałaś   mi 
tylko ty, nie mam nikogo innego, do kogo mogłabym się zwrócić. 
Błagam cię... musisz to dla mnie zrobić...
Lark usłyszała westchnienie z drugiej strony i słowa Risy:
-  No cóż, spróbuję...
-  Natychmiast. Nie wyobrażasz sobie, jakie to dla mnie ważne.
-   A ty nie wyobrażasz sobie, co się dzieje w domu, co wyrabia 
ojciec...
-  Okropnie mi przykro, że masz przeze mnie kłopoty... Ale to, o co 

background image

cię proszę, jest dla mnie sprawą... życia i śmierci. Obiecujesz, że 
zawiadomisz wszystkich o mojej decyzji?
-     Powiedziałam,   że   się   postaram...   Pamiętaj,   że   nie   będziesz 
mogła ukrywać się bez końca...

Lark zdawała sobie z tego sprawę, ale wiedziała też, że z każdą 
godziną   staje   się   silniejsza   i   bardziej   przekonana,   że   postępuje 
słusznie. Podziękowała siostrze i odłożywszy słuchawkę, wróciła 
do   restauracji.   Jedno   spojrzenie   na   twarze   Jareda   i   Jenny 
powiedziało jej, że się o coś sprzeczali. W milczeniu zajęła swoje 
miejsce.
-  Na Florydzie wszystko w porządku? - spytała niewinnie Jenny.
-   Daj spokój, smarkata! - burknął Jared i zwrócił się do Lark: - 
Jesteś gotowa do drogi?
-   Nie jest gotowa! - wybuchnęła Jenny. - Obiecałam jej pokazać 
hotel.
-  Nie mamy na to czasu! - Jared ze złością patrzył na siostrę.
-  Ale miałeś czas na włóczenie się po mieście w starej karecie - 
odcięła   się.   -   I   przestań   być   taki   srogi.   Myślisz,   że   cię   nie 
przejrzałam? Znam cię jak stary kapeć, drogi braciszku. Wiem, że 
nie masz nic pilnego do załatwienia. Czasami śmiać mi się chce, 
kiedy jesteś taki...
-  Dajcie spokój, moi kochani... - mitygowała ich Lark. 
Jared uciszył ją jednym spojrzeniem.
-   A ty,   Jenny,  masz  czasami  niedobry zwyczaj  otwierania buzi 
przed zaangażowaniem w proces myślowy paru szarych komórek. 
Skoro żądasz ode mnie, abym nie wtrącał się do twojego życia, ty 
nie wtrącaj się do mojego. Jeśli będę potrzebował zasięgnąć twojej 
opinii, smarkata, to się o to zwrócę...
-  Ach ty zarozumiały, świętoszkowaty, absolutnie nieczuły...!
Lark   zerknęła   na   małego   Jareda.   Czy   chłopca   nie   przeraziły 
podniesione głosy? Ale maluch spokojnie uderzał swoją łyżką w 
tacę, rozpryskując na wszystkie strony okruchy krakersów.
Jared zerwał się. Twarz miał kamienną.
-  Mam tego dość! Idziemy! - Przez długą chwilę wpatrywał się w 
siostrę złym wzrokiem. Potem przeniósł go na Lark.
-  Idziesz, czy zostajesz? - Zadał pytanie tonem, który sugerował, 
że go nie obchodzi jej decyzja.
Jenny   wydawała   się   zdeterminowana.   Żadne   z   rodzeństwa   nie 
zamierzało ustąpić.
Co   ja   w   tym   towarzystwie   robię,   zadała   sobie   pytanie   Lark. 
Okazuje się, że prawie nie znam Jareda. Jednakże cząstkę, którą 
znała,   uwielbiała,   a   resztę   pragnęła   jak   najprędzej   dokładnie 
poznać, więc wstała.
-     Przykro   mi,   Jenny,   ale   hotel   obejrzę   chyba   innym   razem   - 
powiedziała.

background image

ROZDZIAŁ  SIÓDMY

Tej   nocy   Lark   spała   sama   w   łóżku   Jareda.   Jego   właściciel   po 
kolacji zniknął w mroku. Długo nie mogła zasnąć, zastanawiając 
się   nad   nowymi   komplikacjami   i   bardzo   przykrą   sytuacją.   Nad 
sytuacją zakochanej kobiety, której kochany mężczyzna nie ufał. I 
właściwie   trudno   było   mieć   o   to   do   niego   pretensję.   Gdyby 
wyjechała   z   Florydy,   zrywając   uprzednio   zaręczyny,   wszystko 
wyglądałoby inaczej. Mogła i powinna była to zrobić.
Jeszcze długo męczyły ją mniej lub bardziej nieprzyjemne myśli. 
Zasnęła chyba dopiero po północy. Sen miała jednak spokojny i 
rano obudziła się zupełnie rześka, a jej pierwszą myślą było, że 
lepiej   jest   kochać   i   przegrać,   niż   nie   zaznać   miłości.   Była 
zadowolona   ze   swojego   wyboru.   Do   kuchni   zeszła   w   znacznie 
lepszym humorze, niż szła spać.
Przy   kuchennym   stole   siedział   Jared   i   spokojnie   zajadał   swoje 
płatki.   Kiedy   wrócił   i   skąd,   nie   miała   pojęcia,   ale   najwidoczniej 
nocna  wyprawa  dobrze mu zrobiła, gdyż   spojrzał na nią niemal 
przyjaznym wzrokiem.
-  No więc dobrze - powiedział. - Mów!
-  Co mam mówić?
-   To, co tak bardzo chciałaś mi zakomunikować, a czego ja nie 
chciałem słuchać. Mów, zamieniam się w słuch. - Coś rozbłysło w 
jego oczach.
Nagle wyschło jej w ustach. Usiadła, odchrząknęła, przełknęła. ..
-  A więc tam, w gorących źródłach...
-  Owego znamiennego dnia? - przerwał jej pytaniem,
-     Tak.   Chciałam   ci   wtedy   powiedzieć,   że   wszystko   jest   w 
porządku, bo zerwałam zaręczyny...
-  Czyżby? - Zmrużył oczy.
-     Bo   to,   co   wtedy   powiedziałeś   o   kobietach   należących   do 
innych... Chciałam ci powiedzieć, że już nie ma innego mężczyzny. 
- Zaczęła się plątać i gubić. Czy odważy się wyjawić mu głębię 
swego uczucia? Czy powinna to zrobić?
-  Kiedy zerwałaś zaręczyny?
Było jasne, że on nadal nie jest pewny, czy powinien jej wierzyć i 
ufać.
-  Tego samego dnia, zanim poszłam do gorących źródeł, wzięłam 
twojego land rovera i pojechałam do wiejskiego sklepu na drodze 
do Cripple Creek... Zadzwoniłam do... - Przecież rozmowę przejął 
ojciec... i nie przekazał Wesowi. Ale to przecież nie jej wina...
-  Rozmawiałaś z tym, jak mu tam na imię...?
-  Na imię mu Wes. - Odważyć się skłamać, czy też zdobyć się na 
odwagę i powiedzieć prawdę?
-  O właśnie, Wes. Rozmawiałaś z nim?
No,   właściwie   nie   rozmawiała,   ale   nie   dlatego,   że   nie   chciała. 

background image

Chciała   bardzo.   To   wina   ojca.   Wczoraj   Risa   obiecała,   że   się 
postara. Czy skorzystanie z dwu pośredników jest równoznaczne z 
osobistym zawiadomieniem?
-   Czekam na odpowiedź - cierpliwie odezwał się Jared. Siedział 
nadal z kamienną twarzą, ręce miał założone na piersiach.
-  Wes wie, że z nim zrywam! - wyrzuciła z siebie. - Czy dasz mi 
wreszcie   spokój?   Przestań   zadręczać   mnie   tymi   drobiazgowymi 
pytaniami.
-     Chcę   wiedzieć,   czy   oświadczyłaś   mu   wyraźnie,   bez 
niedomówień,   że   za   niego   nie   wyjdziesz?   Możesz   mi   to 
powiedzieć?   Bo   jeśli   mu   nie   powiedziałaś   i   chcesz   wrócić,   jak 
gdyby   nigdy  nic,  to  zachowam   pełną  dyskrecję.   Możesz  się  nie 
bać. Przeżyliśmy wspaniałe chwile, ale bez żadnych zobowiązań, 
pa, cześć...!
Miała   ochotę   trzepnąć   go   w   twarz   za   to,   co   teraz   powiedział. 
Trwało długo, nim się opanowała.
-  Nie chcę wracać.
-  Czy zamierzałaś jeszcze coś powiedzieć? - Wstał.
-     Czy   to   nie   wystarczy?   -   Nie   była   to   odpowiednia   chwila   na 
mówienie o miłości
Wcale nie była pewna, czy jej uwierzył.
To, co mu powiedziała, choć mijało się trochę z prawdą, wyrażało 
jej uczciwe intencje.
Zresztą   Wes   chyba   już   wie.   Co   za   różnica,   czy   o   zerwaniu 
zaręczyn powie mu ona sama, czy członek rodziny? Byle otrzymał 
wiadomość, że weselnych dzwonów nie będzie, że zaręczyny są 
definitywnie   zerwane.   Jeśli   tak   się   stało,   to   Lark   powiedziała 
Jaredowi prawdę.

W dwa dni po rozmowie z Lark na temat zerwania zaręczyn, Jared 
stał   zadumany   na   wzniesieniu   powyżej   domu   Wolfów  i  usiłował 
rozgryźć   zagadkę   panny   Lark   Mallory.   Nie   było   żadnych 
wzajemnych zobowiązań, żadnych zobowiązań, powtarzał sobie.
Przez   minione   dwie   noce   spał   w   lesie,   usiłując   podjąć   jakąś 
decyzję.
Czy jej wierzy? Nie wiedział.
Wobec tego inne pytanie: czy chciałby móc jej wierzyć?
Otrząsnął   się   i   poszedł   w   kierunku   osikowego   zagajnika.   Rano 
padało,   liście   drzew   jeszcze   nie   obeschły,   Jared   był   wkrótce 
przemoczony, co go jednak nie zniechęciło do dalszego spaceru.
Musi   poznać   prawdę,   nim   sytuacja   jeszcze   bardziej   się 
skomplikuje. Był na to tylko jeden sposób.
Po   dobrych   dwudziestu   minutach   marszu   dotarł   do   wiejskiego 
sklepiku   przy   drodze.   Zamknął   się   w   kabinie   telefonicznej   i 
wystukał   numer   informacji   w  Palm   Beach,   a   następnie   siedzibę 
Korporacji   Mallory-Sherborn.   Poprosił   o   połączenie   z   Wesem 
Sherbornem   i   po   kilku   sekundach   usłyszał   w   słuchawce   męski 

background image

głos:
-  Mówi Wes Sherborn. Czym mogę panu służyć?
-  Poszukuję panny Lark Mallory. Powiedziano mi, że pan się z nią 
przyjaźni.
-  Owszem. Ale kto mówi?
Jared się zawahał. Szybko jednak podjął decyzję, nie było sensu 
ukrywać tożsamości. Nie znał Wesa Sherborna, a Wes Sherborn 
nie słyszał nigdy o Jaredzie Wolfie. Lark z pewnością miała wielu 
przyjaciół i prawdopodobieństwo, że Wes wspomni o tym telefonie 
Drake'owi Mallory'emu było znikome. A jeśli nawet...
-     Nazywam   się   Jared   Wolf.   Można   powiedzieć,   że   od   bardzo 
dawna jestem przyjacielem obu sióstr...
- Rozumiem. Więc czym mogę panu służyć?
-  Słyszałem, że za dwa tygodnie panna Lark wychodzi za mąż.
-  Tak, to prawda. Wychodzi za mnie. Trzydziestego sierpnia. 
Jaredowi wydawało się, że Wes niemal zachichotał.
-  Moje gratulacje.
-  Dziękuję. Więc o co...?
-  Chciałbym wysłać jej prezent ślubny... W imię dawnych czasów, 
kiedy byliśmy dziećmi...
-  Jestem pewien, że sprawi jej to wielką przyjemność. Niech pan 
to wyśle pod adresem naszego nowego domu. Jest to prezent dla 
nas od jej ojca. Już panu podaję...
Jared stał jak skamieniały. Chciał znać prawdę i poznał.
Kiedy Jared nie wrócił - tak jak się Lark spodziewała - wpadła w 
panikę. Nie bacząc na nic, zabrała ze stołu klucze do land rovera i 
pojechała do Cripple Creek.
Chyba   zgłupiałam,   mówiła   sobie   podczas   drogi.   Przecież   nie 
zastanę   Jenny   w   domu.   Z   pewnością   jest   w   pracy   albo   na 
spacerze z małym Jaredem, lub załatwia sprawunki. Tymczasem 
Jared wróci i będzie wściekły, że zabrałam samochód. A wyprawa 
do miasteczka i tak na nic się nie przyda.
Nie,   nie,   nie!   Musi   odszukać   Jenny!   Musi   z   nią   porozmawiać, 
zwierzyć   się,   może   wspólnie   znajdą   jakieś   rozwiązanie   tej 
skomplikowanej   sytuacji.   Może   jednak   będzie   miała   szczęście   i 
zastanie Jenny?

Miała   to   szczęście.   Jenny   już   z   daleka   zobaczyła   samochód 
Jareda, wyszła na ganek i zaczęła wesoło wymachiwać.
Lark odczuła wielką ulgę.
Mały Jared spał, więc obie kobiety usiadły na werandzie i mogły 
spokojnie porozmawiać, pijąc jak zwykle lemoniadę.
-  Wyglądasz nietęgo, Lark. Masz podkrążone i zapuchnięte oczy, 
jakby  od  płaczu.   Czym   tak  się  zamartwiasz?   -  zagaiła  Jenny.   - 
Jared?
-  Jared.
-  Zakochałaś się w nim. - Było to stwierdzenie, nie pytanie. - Już 

background image

poprzednio dostrzegłam symptomy.
-   Szkoda, że nie dostrzega ich Jared. Czasami sobie myślę... - 
Zamilkła.
-   Mów! Nic mu nie powtórzę. Ani nikomu innemu. Nie wiem, czy 
będę ci mogła pomóc, ale spróbuję.
-  Nic tu nie poradzisz, Jared mi po prostu nie ufa. Nie wiem, czy to 
chodzi   o   mnie,   czy   o   jego   nienawiść   do   mojego   ojca,   ale   na 
każdym kroku coś między nami się pojawia, jakaś bariera... Jared 
stale   tylko   powtarza,   że   żadne   z   nas   niczego   nie   obiecywało   i 
niczego   nie   może   się   spodziewać.   A   ja   chciałabym   się 
spodziewać... przyszłości... z nim. Nie chcę być traktowana jak... 
wakacyjna   przygoda.   Będę   musiała   to   akceptować...jeśli   to   jest 
wszystko,   co   mogę   uzyskać,   ale   bardzo   mi   to   nie   odpowiada. 
Jestem po prostu zrozpaczona...
-     Chyba   przesadzasz.   On   z   pewnością   nie   traktuje   cię   jak 
poderwanej na jeden wieczór panienki...
-   Właśnie tak mnie traktuje. Nie szanuje mnie, ponieważ jestem 
zaręczona. To znaczy byłam, kiedy tu się zjawiłam.
-  Byłaś, czy jesteś?
-  Drogi Boże, w tej chwili to już sama nie wiem. Chciałam zerwać 
zaręczyny i zadzwoniłam do Wesa... to mój narzeczony, żeby mu 
to   powiedzieć,   ale   odebrał   ojciec.   Prosiłam   go   więc,   żeby 
zawiadomił Wesa. Nie zawiadomił. Rozmawiałam potem z siostrą, 
Risą, i ją prosiłam, żeby koniecznie odwołała ślub i powiedziała 
Wesowi, że za niego nie wyjdę. Mogę mieć tylko nadzieję, że Risa 
to   zrobiła...   Boże,   ja   nigdy   nie   powinnam   była   zaręczać   się   z 
Wesem. Tak jakoś wyszło, znaliśmy się od dziecka, ojciec parł do 
tego małżeństwa, bo to syn jego wspólnika. No i Wes publicznie mi 
się oświadczył w obecności obu naszych rodzin... Głupio mi było 
powiedzieć „nie", nie dano mi czasu na zastanowienie się. - Po 
policzkach Lark spłynęło parę łez. - Zawsze tak bardzo chciałam 
aprobaty   ojca.   Nie   chcę   jednak   płacić   za   nią   małżeństwem   z 
mężczyzną, którego nie kocham. Kocham Jareda, ale on we mnie 
nie widzi przyszłej żony...
-  Byłaś zawsze blisko z ojcem? - spytała Jenny.
-  Blisko? Nigdy. Dlatego chciałam być. Moi rodzice rozwiedli się, 
kiedy   miałam   czternaście   lat.   Zaraz   po   powrocie   z   ostatnich 
wakacji, tu w górach. Ojciec chciał, żebyśmy z Risą zostały z nim, 
ja bardzo tego chciałam. Matka... matka za dużo piła i to mnie do 
niej zniechęcało.
-  Ale jednak z nią zamieszkałaś.
-     Matka   mnie   potrzebowała.   Ojciec   nie.   Została   z   nim   Risa. 
Zawsze wolał ją ode mnie. Wyjechałam do Miami z matką. Ojciec 
był   z   tego   powodu   bardzo   niezadowolony.   Po   prostu   wściekły. 
Okropne rzeczy o niej mówił, żeby mnie skłonić do pozostania. Ale 
ja   zamieszkałam   z   nią   chyba   z   dobrego   serca.   Jakiś   odruch 
miłosierdzia... A jak zamieszkałam z matką, to chciał, żebym mu 

background image

donosiła,   co   matka   robi.   Wywierał   na   mnie   różnorakie   naciski. 
Udało mi się jednak im oprzeć...
Lark  opuściła  głowę   i  zasłoniła  twarz   dłońmi.  Po  dłuższej chwili 
wyprostowała się i ciągnęła dalej:
-  W dwa lata po rozwodzie matka po pijanemu rozbiła samochód 
na drzewie. Zabrano ją do szpitala w ciężkim stanie. Siedziałam w 
holu, czekając na to, żeby mi ktoś powiedział, co z nią jest, kiedy 
przyszedł ojciec i z miejsca zaczął mnie oskarżać, że to moja wina, 
bo gdybym go informowała, że matka ciągle pije, to można by było 
oddać  ją  do   zakładu.   Że  powinnam   była  z   nim  zamieszkać.   Że 
właściwie ledwie uszłam z życiem, bo przecież mogłam być w tym 
samochodzie. Że nigdy w życiu nie podjęłam żadnej dobrej decyzji. 
Ani razu nie zapytał o matkę. Miałam już tego wszystkiego dosyć i 
zaczęłam   okropnie   krzyczeć,   a   nawet   rzuciłam   się   na   niego. 
Miałam ochotę wydrapać mu oczy. Krzyczałam, że matka nigdy nie 
powiedziała ani jednego złego słowa na ojca, i że to jego okrutne 
zachowanie wpędziło ją w nałóg. To on uczynił jej życie piekłem. I 
na   koniec   powiedziałam   mu,   chcąc   się   zemścić,   że   owszem, 
odwiedzali ją mężczyźni, już od dawna, jeszcze przed rozwodem... 
I wtedy zjawił się doktor i powiedział, że matka nie żyje...
-  Byłaś wówczas jeszcze dzieckiem, Lark, nie możesz winić siebie 
za nic. A ja w twojej opowieści i w tych twierdzeniach, że ciągle 
szukasz aprobaty ojca, dostrzegam jakiś ciężar winy i  próbę jej 
odkupienia - powiedziała Jenny.
-     Taaak   -   potwierdziła   Lark.   Z   emocji   aż   ochrypła   -   dlatego 
chciałam   ojcu   sprawić   przyjemność   i   wyjść   za   Wesa.   Marzył   o 
tym.... Napomykał o tym od pierwszej chwili, kiedy po pogrzebie 
matki   wróciłam   do   jego   domu.   Zamieszkałam   z   ojcem   i   Risą. 
Pierwszego dnia ojciec wezwał mnie i wygłosił uroczysty wykład. 
Wyjaśnił   mi,   dlaczego   nigdy   w   przyszłości   nie   powinnam 
samodzielnie podejmować życiowych decyzji. Bo jestem słaba, jak 
matka, która zakochiwała się w każdym przystojnym mężczyźnie, 
jaki się pojawił na horyzoncie. I że na szczęście mam ojca, który 
będzie   za   mnie   dokonywał   wyborów.   Napomknął,   że   mało   jest 
ojców,   którzy   z   powrotem   przyjęliby   pod   swoje   skrzydła   tak 
niewdzięczne   dziecko.   Miałam   szesnaście   lat,   okropnie   się 
wstydziłam tego, co zrobiłam. No i postanowiłam zasłużyć na tę 
aprobatę, o której już mówiłam...
-  Musiało ci być bardzo ciężko - skomentowała Jenny. - Niewesołą 
miałaś młodość...
-   Jedna Risa mnie rozumiała. Wiedziała, jak okropnie wszystko 
przeżywam.   Poradziła   mi,   żebym   udawała,   że   wierzę   w   to 
wszystko,   co   ojciec   mówi,   a   robiła   swoje.   I   żebym   nie   stawiała 
otwartego oporu. Wtedy ta rada wydawała mi się dobra. Jeszcze 
do niedawna tak sądziłam i zgodnie z nią postępowałam. Teraz 
żałuję... Chociaż z drugiej strony było mi łatwiej żyć, unikając starć. 
Kiedy kłóciłaś się przy mnie z Jaredem, byłam zupełnie przerażona 

background image

i   pomyślałam   sobie...   Nawet   ci   nie   powiem,   co   pomyślałam,   to 
takie straszne...
-   W naszej rodzinie wszyscy zawsze mówili sobie, co mają na 
wątrobie.   Ostro   i   bez   ogródek.   Każdy   powiedział   swoje   i   szedł 
swoją drogą, ale co mu zapadło w głowę, to zapadło. I wyciągał 
wnioski.   Wszyscy   się   kochamy   i   nikt   do   nikogo   nie   ma   długo 
pretensji. A każdemu lżej, że się wygadał.
-  To jest dla mnie nie do pojęcia.
-     No   i   stąd   twoje   trudności   w   porozumieniu   z   Jaredem   i 
zrozumieniu jego samego - podsumowała Jenny.
-  Kiedy tu nie chodzi o to. Chodzi tylko o mnie. Jared wydaje się 
wiedzieć dokładnie, czego chce i dokąd zdąża. To ja nie wiem. On 
ustala reguły, a ja według nich postępuję. Z wyjątkiem...
-  Jakim?
-   Chyba wiesz, że ja i Jared... jesteśmy kochankami. To znaczy 
byliśmy... - W spojrzeniu Lark kryło się jakby wyzwanie.
-  Nie musisz tak na mnie patrzeć, jakbyś się spodziewała, że cię 
potępię. Nie mam zamiaru osądzać ciebie ani mojego brata. Ja też 
byłam kiedyś  zakochana, a moje wybory nie zawsze  były takie, 
jakie   podobałyby   się   mojej   rodzinie.   Ale   nikt   się   do   mnie   nie 
odwrócił   plecami.   I   nie   żałuję   tego,   co   zrobiłam.   Mam   synka, 
którego kocham nad życie... Niczego nie żałuję.
-  Ja żałuję wielu rzeczy, ale nie dlatego, że kocham Jareda. Kiedy 
tu   się   zjawiłam,   nie   było   najmniejszego   powodu,   bym   mu   się 
zwierzała   z   moich   osobistych   spraw.   Między   nami   absolutnie 
niczego nie było. Nic się nawet nie kroiło. I nagle stało się i było już 
za   późno.   Jeszcze   nie   spotkałam   człowieka,   który   miałby   taki 
szacunek   do   instytucji   małżeństwa.   Wprost   niewiarygodne   w 
naszych   czasach.   I   rozciąga   ten   szacunek   nawet   na   stan 
narzeczeństwa.
-  A ponieważ jest takim unikatem, nadal tkwi w stanie kawalerskim 
- odparła Jenny. - Powiedział mi kiedyś, że jego małżeństwo musi 
być podobne do małżeństwa rodziców, dziadków i pradziadków co 
do   trwałości   i   wzajemnej   miłości.   Powiedziałam   mu   wtedy,   że 
perfekcji  żądać  może   tylko   ktoś  doskonały,   a  on   wcale   nie  jest 
doskonały. Ma wiele wad. Dobry chłop, ale nie anioł.
-  O tak, aniołem to on nie jest. - Lark po raz pierwszy roześmiała 
się.
-     I   okropnie   wyrzekał   na   kobiety,   że   stało   się   z   nimi   coś 
niedobrego,   że   mężczyzna   ma   trudności,   żeby   z   którąkolwiek 
związać   się   na   całe   życie...   Może   wreszcie   znajdzie...   Jared   to 
człowiek   wprost   stworzony   do   rodzinnego   życia.   Tylko   że 
poprzeczkę ustawił zbyt wysoko. Nikt jej nie może przeskoczyć...
Przez kilka minut obie kobiety siedziały w milczeniu, zadumane.
Wreszcie Lark powiedziała:
-     Dziękuję   ci,   Jenny,   że   mnie   wysłuchałaś   i   z   miejsca   nie 
potępiłaś...

background image

-   Za co to miałabym cię potępiać? A jeśli idzie o ocenę twojego 
postępowania   w   przeszłości   i   w   przyszłości,   to   jedynym   sędzią 
możesz być ty sama. I ty musisz dokonywać wyborów i dróg jakimi 
zdążasz.   
-  Mam wrażenie, że jedną z przyczyn, dla których Jared mnie nie 
szanuje,   jest  moja  uległość wobec   woli   ojca.  Jared  nigdy  przed 
nikim i niczym  nie ucieka. Stawia zawsze  czoło trudnościom, to 
widać. Ja jestem inna. Kiedy zdobyłam się wreszcie na umknięcie 
ojcu   z   Florydy,   to   właśnie   w   celu   przemyślenia   wszystkiego   w 
spokoju.
-  I przemyślałaś?
-   O tak! Poznanie Jareda i zakochanie się w nim dało mi siłę, 
której   potrzebowałam,   żeby   przeciwstawić   się   ojcu.   W   każdym 
razie   przez   telefon,   na   odległość.   -   Roześmiała   się   żałośnie.   - 
Spaliłam za sobą mosty. Teraz nie mogę wrócić, choćbym chciała. 
Na szczęście nie chcę.
Jednakże już w chwili wypowiadania tych ostatnich słów ogarnęły 
ją   wątpliwości.   Póki  Jared  stał   przy  niej,   była   zdolna   walczyć   z 
całym światem. Ale Jared może od niej odejść, a nawet obrócić się 
przeciw niej.
Co wtedy?

Jared nie wrócił przez dwa następne, okropne dni. Lark cierpiała, 
czekała, wypatrywała go. Kiedy wreszcie trzeciego dnia stanął w 
drzwiach, nie czekała, aż objawi swój zły czy dobry humor, czy też 
odezwie   się   słowem,   lecz   rzuciła   mu   się   na   szyję   i   mocno 
przytuliła.
-  Tak się martwiłam! - wykrzyknęła. - Dzięki Bogu, że jesteś.
-  Czy coś się stało?
Z   policzkiem   pod   brodą   Jareda   nie   widziała   jego   twarzy,   lecz 
wyczuła w głosie niepokój. To dobry znak!
-  Właściwie nie - przyznała. - Tylko było mi ciebie brak.
Jeszcze   przez   chwilę   czuła   jego   ramiona   obejmujące   ją   niby 
żelazna obręcz.
-  Ciekawy wybrałaś scenariusz - powiedział. 
Odchyliła nagle głowę.
-  Co ty powiedziałeś?
-   Możesz  się  nie  martwić.   Wróciłem  przecież.   - Miał kamienny 
wyraz twarzy, oczy wpatrzone w przestrzeń.
-  Nie wydajesz się uradowany, że mnie widzisz...
-  A dlaczego miałbym być uradowany? - spytał zimno. 
Jared zdecydowanie się zmienił. Lark nie potrafiłaby powiedzieć, 
na czym ta zmiana polegała. Poza tym zachowywał się chłodno i z 
rezerwą. Wydawało się jej, że w paru spojrzeniach, jakie na nią 
rzucił, tkwiło palące pytanie, ale go nie zadawał.

Następnego dnia, przygotowując na lunch kanapki z tuńczykiem, 

background image

zastanawiała się nad tym. O co mu właściwie chodzi? Zupełnie, 
jakby   podjął   decyzję   akceptowania   istniejącego   stanu   rzeczy, 
niewybiegania z planami na przyszłość, wyczekiwania na rozwój 
wypadków. Przyglądał się jej uważnie, ostrożnie, a od powitalnego 
uścisku poprzedniego dnia nie dotknął jej ani razu.
Nie tego oczekiwała, ale trudno. Poczeka i ona.
Nie usłyszała jego kroków, gdy wchodził przez drzwi prowadzące z 
platformy   obserwacyjnej.   Zerknęła   w   jego   kierunku   i   zamarła, 
ujrzawszy twarz skrzywioną dziwnym grymasem.
-   Co byś zrobiła, gdyby zastał cię tu ojciec? - zapytał prosto z 
mostu.
Ponieważ milczała, powtórzył:
-  No, co byś zrobiła?
Drżały jej ręce, więc odłożyła nóż, którym krajała chleb.
-   Zapadłabym się pod ziemię. Nie jestem gotowa do rozmowy z 
nim.
-  Czy nie dramatyzujesz?
-  Sama nie wiem. Ty nie masz pojęcia, jaki on jest wyniosły i jak 
upokarza rozmówcę. Zagadałby mnie, a raczej zakrzyczał, a pode 
mną zatrzęsłyby się nogi. Owszem, mogłabym z nim rozmawiać, 
gdybyś zechciał mi pomóc, Jared. Ty sobie z każdym poradzisz.
-   Dlaczego  miałbym   występować   w  twoim   imieniu? Nie  ma  po 
temu powodu.
-  Chyba masz rację, nie ma powodu... - Opuściła głowę.
-  Wracamy więc do punktu wyjścia. Jeśliby pojawił się ojciec, toby 
ci zdrowo nagadał, a ty posłusznie wróciłabyś na Florydę. - Jared 
mówił cynicznie i prawie obojętnie.
-  A cóż miałabym zrobić? Boże, ty naprawdę sądzisz, że on może 
mnie   tu   znaleźć?   Sądziłam,   że   gdzie   jak   gdzie,   ale   tu   jestem 
bezpieczna.
-  Istnieje wiele sposobów na odszukanie cię. To sprawa czasu, a 
ty tylko na krótko odsuwasz nieuchronny finał. Chowasz głowę w 
piasek. A to nigdy nie jest dobrą metodą.
-  Więc, co mam począć? Tobie jest łatwo mówić... Zawsze jesteś 
pewny tego, co zamierzasz zrobić, i robisz to. Nie wnikasz w to, co 
ja czuję...
-  Dlaczego nie powiesz sobie raz na zawsze: dość. Tupnij nogą i 
powiedz mu, co sądzisz o nim i jego metodach. Postaw mu się. 
Zachowaj się raz wreszcie jak dorosła osoba i powiedz mu, żeby 
wyniósł się z twojego życia. Że to jest twoje i tylko i  twoje życie...
-  Mówisz tak, bo jesteś w innej sytuacji. Masz gdzie mieszkać i z 
czego żyć. Możesz tu przetrwać...
-  Jedyna różnica między mną a tobą polega na tym, że ja przed 
nikim się nie chowam.
-   I to jest twój dom, a nie mój... - dodała. - Ja będę go musiała 
opuścić.
-   Dość  tej  rozmowy.   Ojciec  prawdopodobnie   tu  się  nie  pojawi. 

background image

Zapomnij, że poruszyłem ten temat. Ale pamiętaj, że któregoś z 
najbliższych dni będziesz musiała coś zdecydować.
Wyróżnił słowo „najbliższych". Dlaczego?
-  Kiedy wszystko ułoży mi się w głowie, na pewno coś zrobię.
A kiedy mnie się ułoży wszystko w głowie, też coś zrobię, pomyślał 
Jared. Byle nie było za późno. Wyszedł na platformę obserwacyjną 
i przez kilka minut patrzył na drogę wiodącą do domu Wolfów.
Teraz był już całkowicie pewien, że popełnił błąd telefonując na 
Florydę.   Miał   przedziwne   wrażenie,   że   wróg   jest   już   blisko. 
Chociaż nie osłabła w nim chęć zemsty na Mallorym, nie wiedział 
dobrze,   jaką   formę   ta   zemsta   powinna   przyjąć.   Na   ile 
podświadomie chciał zranić Lark, i w jaki sposób powinien jej ojca 
rzucić na kolana.
Czując się przede wszystkim opuszczona, samotna, zataczając się 
ze zmęczenia po paru bezsennych nocach, Lark szła ciężko do 
sypialni na pięterku. Rzuciła się na łóżko i zapadła w głęboki sen.
Obudziły ją gniewne głosy.

ROZDZIAŁ   ÓSMY

Jared   Wolf   stał   na   progu   domu   i   z   góry   patrzył   spod 
przymrużonych   powiek   na   swego   arcywroga.   Drake   Mallory   był 
mężczyzną   potężnej   budowy   o   czerstwej   cerze.   Wydawał   się 
starszy, tęższy, ale poza tym był taki sam jak niegdyś - arogancki i 
odnoszący się do słabszych z pogardą.
-  Patrzcie państwo! - powiedział. - Mój chłopak na posyłki. Gdzie 
ona jest, Wolf?
Jared z trudem się hamował.
-  O kim mówisz, Mallory? Czyżbyś miał tu umówione spotkanie z 
którąś   ze   swoich   dziwek?   -   Dłonią   pocierał   o   kieszeń   dżinsów, 
wzrok wtopił w twarz przeciwnika. - Czyżbyś jej nie zawiadomił, że 
dom   już   nie   należy   do   ciebie?   Zapomniałeś?   Obie   twoje   żony 
odkryły tajemnicę twojego gniazdka i dlatego cię rzuciły...
-  Won od mojej rodziny! - wrzasnął Mallory.
-  Z rozkoszą, jeśli tylko opuścisz moją posiadłość. Obaj mężczyźni 
wzajemnie sztyletowali się spojrzeniami.
Mallory nie wstąpił na schodki ganku, Jared z nich nie zszedł. Obaj 
z nadludzkim wysiłkiem trzymali nerwy na wodzy, aby wzajemna 
niechęć nie przerwała tamy.
Wskazując palcem dom, Mallory powiedział:
-     Wiem,   że   moja   córka   tu   jest   i   nie   odejdę,   póki   z   nią   nie 
porozmawiam. Ty nie masz prawa...
-   Mam  wszystkie  prawa   - przerwał  Jared.  - Łącznie z prawem 
obrony siłą ziemi, która do mnie należy. Lark powiedziała mi, że 
nie chce rozmawiać z ojcem.
-  Kłamiesz. Zawsze kłamałeś...

background image

-  Niech pan uważa. Nie jestem już chłopczykiem do popędzania. I 
nie życzę  sobie spoufalania. Specjalnie użyłem  formy „ty",  żeby 
pan   posmakował   jej   w   specyficznym   kontekście.   Może   już 
wystarczy?   Chcę,   żeby   pan   wiedział,   że   jest   pan   najbardziej 
aroganckim, odpychającym typem. Aby z nią rozmawiać, musiałby 
pan wejść siłą, a pan jest silny tylko w słowach. Na mnie słowa nie 
robią wielkiego wrażenia. - Na ustach pojawił mu się lekki uśmiech. 
- Ale nie radzę próbować siły.
-     Dugan!   -   warknął   Mallory   przez   ramię.   -   Chodź   tu   szybko, 
człowieku.
Jared był tak zapatrzony w swego wroga, że nawet nie zauważył 
drugiego mężczyzny siedzącego w samochodzie. Był to spotkany 
niedawno   w   Cripple   Creek   miły   woźnica,   jeden   z   najbardziej 
znanych   rozrabiaków   w   tych   stronach.   Jeden   z 
najprzebieglejszych.
Slim Dugan wygrzebał się z dżipa i oparł o błotnik.
-   Wolę sobie postać tutaj, panie Mallory - powiedział. - Cześć, 
Jared. Wyglądasz wcale znośnie... - Wyszczerzył zęby w szerokim 
uśmiechu.
Mallory  jeszcze  bardziej  poczerwieniał.   Rzadko  zdarzało  się,  że 
jego   rozkazy   nie   zostawały   spełnione.   Nadął   się   i   oświadczył 
Jaredowi:
-  Jeśli zrobiłeś jej krzywdę, draniu, to cię zabiję...!
-   Nie tak się mówi do człowieka, z którym chce się ubić interes, 
panie Mallory. - Jared czuł, że traci panowanie. Jeszcze chwila, a 
rzuci   się   Mallory'emu   do   gardła.   -   Dlaczego   miałbym   krzywdzić 
milionerską   córunię?   Jaki   byłby   w   tym   mój   interes?   Miałbym   ją 
krzywdzić tylko dlatego, że jej tatuś okłamał i oszukał moją matkę, 
wpędzając   ją   do   grobu?   A   może   dlatego,   że   jej   szanowna 
mamusia  obciążała mnie winą   za  puste  butelki  po  whisky?   Lub 
dlatego, że druga pańska córeczka zwaliła na mnie winę... Eee, 
szkoda   słów.   -   Machnął   ręką.   Wskazując   palcem   drogę, 
wykrzyknął: - Wynoś się stąd panie Mallory! No już, jazda z mojej 
ziemi!
Mallory   był   absolutnie   zaskoczony   siłą   emanującej   z   Jareda 
nienawiści.   I   po   raz   pierwszy   poważnie   zaniepokojony.   Trwał 
jednak przy swoim:
-     Nie   ruszę   się   stąd,   póki   nie   dowiem   się,   nie   zobaczę,   że 
wszystko   jest   w   porządku.   A   może   ona   jest   przetrzymywana 
wbrew swej woli? Wszystkiego można się po panu spodziewać.
-  O tak, po mieszańcu można spodziewać się najgorszych rzeczy 
-   powiedział   z   goryczą   Jared.   -   Dla   pana   byłem   i   jestem 
mieszańcem.
-  Ja chcę się widzieć z moją córką, psiakrew! Z jej własnych ust 
chcę usłyszeć, że ona nie chce rozmawiać ze starym ojcem. Wiem 
dobrze,   że   kiedy   mnie   zobaczy,   wróci   jej   rozum.   -   Mallory 
odzyskiwał pewność siebie. Założył ręce na piersiach i rozstawił 

background image

nogi, aby dać do zrozumienia, że się nie ruszy, póki jego życzenie 
nie zostanie spełnione.
-  A ja mówię nie! - odparł krótko Jared. 
Mallory jakby się skurczył.
-   Niech pan ją przynajmniej zapyta. Jeśli ona powie, że nie... - 
Mallory   wyraźnie   szukał   kompromisu.   -   Dobrze,   niech   chociaż 
podejdzie   do   okna   i   rzuci   we   mnie   kamieniem.   Wtedy   będę 
wiedział... Ale póki jej nie zobaczę, nie odejdę. A jeśli nie uzyskam 
tego, co chcę, to wrócę tu z szeryfem...
Jared   zawahał   się.   Nie   miałby   nic   przeciwko   spełnienia   przez 
Mallory'ego groźby sprowadzenia przedstawiciela prawa, ale Lark 
mogłaby być z tego niezadowolona. Lark już się chyba obudziła i 
pewno stoi na pięterku tuż za oknem.
Psiakrew,   co   za   przedziwna   dziewczyna.   Boi   się   ojca,   który 
przecież nic jej nie może zrobić. I w zasadzie ma prawo wiedzieć, 
czy   córce   nie   stało   się   nic   złego,   skoro   tak   niespodziewanie 
zniknęła. Lark powinna z nim porozmawiać. Gdyby od czasu do 
czasu ktoś z nim porozmawiał, nie padając przed nim plackiem, to 
może   byłby   teraz   inny.   Nie   mówiąc   już   o   tym,   że   pozostali 
członkowie rodziny, przez lata tłamszeni, też byliby inni.
-   Zgoda!   -   postanowił   nagle   Jared.   -   Niech   Lark   też   ma 
przyjemność powiedzieć ojcu, co o nim sądzi. Jeśli zechce. Proszę 
tu czekać.
I zniknął w głębi domu.
Lark   nie   było!   Przepadła.   Nie   wiedział,   jak   i   kiedy,   nie   wiedział 
dokąd poszła, ale zniknęła. Nie było jej nigdzie. Stał przez chwilę 
przy oknie wychodzącym  na tyły domu. Tędy wyszła,  prosto na 
platformę obserwacyjną i diabli tylko wiedzą, dokąd poszła.
Jared podjął błyskawiczną decyzję.

Zapakowała   się   szybko   -   zapasowe   skarpetki,   bawełniana 
koszulka, trochę bielizny, druga para dżinsów i kurtka. Wszystko 
upchała w plecaku, który znalazła w komórce. Dorzuciła jeszcze 
przybory   toaletowe   i   prawo   jazdy,   i   dopiero   wtedy   podeszła   do 
uchylonego frontowego okna. Usłyszała słowa Jareda: „Nie tak się 
mówi do człowieka, z którym chce się ubić interes".
Serce skoczyło jej do gardła. Jared ją zdradził, zamierza wydać 
ojcu! Nie ma czasu na zastanawianie się. Trzeba szybko uciekać. 
Pozostało   okno   na   tyłach   domu.   Pójdzie   do   wiejącego   sklepiku 
przy   drodze.   Na   pewno   trafi.   Stamtąd   zatelefonuje...   Do   kogo? 
Teraz nieważne. Zastanowi się, kiedy dotrze do sklepiku.
Jeszcze   nigdy   nie   była   w   takiej   panice.   Owszem,   odczuwała 
podobny   do   obecnej   paniki   stan,   kiedy   opuściła   salon   strojów 
ślubnych w Palm Beach i potem stała w kolejce po bilet lotniczy. 
Wówczas też nie wiedziała, dokąd ucieka, i co robi, kiedy już tam 
dotrze.
Teraz znów musi uciekać. Tchórzostwo z premedytacją, pomyślała 

background image

gorzko. Taka już jestem. A przecież wcześniej czy później będę 
musiała stawić czoło sytuacji i ojcu. Jared to przepowiedział.
Wcześniej czy później. Wybrała: później.

Wkrótce   się   zdyszała,   ale   biegła   dalej.   Plecak   podskakiwał   na 
plecach i zaczepiał o gałęzie. Wreszcie stanęła i oparła się o wielki 
głaz,   usiłując   chwycić   oddech.   Usłyszała   nagle   czyjeś   szybkie 
kroki. W panice rzuciła się między drzewa.
Jared ją dopadł, nim zrobiła dziesięć kroków, chwycił za plecak i 
szarpnął. Usiłowała wyswobodzić się z pasów plecaka, ale złapał 
ją za rękę. Walczyła dalej i kopała.
-     Dość   tego,   Lark,   czyś   ty   oszalała?   -   Objął   ją   i   mocno 
przytrzymał.   Zrezygnowana   poddała   się.   W   oczach   miała   łzy 
niemocy i rozpaczy.
-  Co ci obiecał ojciec za to, że mu mnie oddasz? - Powróciła chęć 
walki. Próbowała raz jeszcze się wyrwać.
-   Co ty znowu bredzisz? - Trzymał ją mocno. - Nie było o tym 
mowy!
-  Słyszałam na własne uszy. Mówiłeś z ojcem o ubijania interesu...
-  Jesteś niemądra. Twój ojciec powiedział, że jeśli nie pozwolę mu 
cię   zobaczyć,   to   wróci   z   szeryfem.   Pomyślałem   sobie,   że 
wolałabyś tego uniknąć. I doszedłem do wniosku, że w powstałej 
sytuacji ma prawo upewnić się, czy nic złego ci się nie stało. On 
powiedział, że godzi się nawet na to, byś rzuciła w niego z okna 
kamieniem, byle mógł cię zobaczyć. Jemu jednak na tobie zależy...
-  A ja myślałam...
-  Jeśli w przyszłości zastosujesz metodę zadania komuś lub sobie 
kilku   pytań,   nim   zaczniesz   głupio   działać,   to   lepiej   na   tym 
wyjdziesz.   Gdybyś   to   robiła   w   przeszłości,   uniknęłabyś   wielu 
kłopotów.
-  Więc ty naprawdę nie miałeś zamiaru ściągnięcia mnie z sypialni 
i wpakowania do jego samochodu?
-  Chyba żartujesz! Gotowa do powrotu?
-  Nie. Nie chcę go widzieć, Jared!
-  I co dalej?
-  Zostańmy tu.
-  Tu? Czyli gdzie?
-     W   lesie.   Sam   powiedziałeś,   że   to   jest   najlepsze   miejsce   do 
myślenia.
Puścił ją i usiadł na pniu zwalonego drzewa.
-     Posłuchaj,   mała.   Jest   jeszcze   jedna   opcja.   Odstawię   cię   do 
cywilizowanego   świata,   zawiozę   na   lotnisko,   gdzie   chcesz. 
Znajdziesz   sobie   jakąś   inną   kryjówkę   i   zaczniesz   od   początku 
prowadzić swoje gierki.
Ma   wracać   do   cywilizowanego   świata?   A   cóż   ją   ten   świat 
obchodzi?  Nie  miała ani dokąd jechać, ani do  kogo. Gdyby  nie 
spotkała   Jareda,   to   być   może   nauczyłaby   się   żyć   sama.   Może 

background image

nawet   byłaby   już   gotowa   do   powrotu   na   Florydę   i   do   dawnego 
życia. Chociaż chyba nie. Teraz najważniejszy był dla niej Jared. 
Na dobre i na złe.
-   Ja chcę zostać z tobą, proszę... Zrobię wszystko, co chcesz, 
byleś mi uwierzył. Wszystko zrobię! Powiedz tylko co.
-     Na   początek   możesz   mnie   pocałować   -   odparł,   otwierając 
szeroko ramiona. - Całuj mnie tak, jakbyś  naprawdę...  Widzę w 
tym  jedyny sposób, abym  się upewnił, że nie straciłem rozumu, 
chroniąc cię przed tym  nieprawdopodobnie aroganckim typkiem, 
którego nazywasz ojcem.
I   nagle   wszystko   przestało   być   dla   niej   nieustanną   ucieczką,   a 
stało się wielką przygodą - przecudowną przygodą, którą przeżywa 
się tylko raz w życiu.
Odzyskała   humor.   To   już   nareszcie   nie   jest   uciekanie,   ale 
pędzenie ku czemuś wspaniałemu, niezapomnianemu.
Ojciec   w   pewnym   sensie   oddał   jej   przysługę,   zmuszając   do 
opuszczenia domu Jareda. Zaczynało tam być za wygodnie. .. W 
porównaniu z domem na Florydzie ten tutaj był nędzną budą, ale 
ta   buda   w   zestawieniu   z   otaczającą   ją   pierwotną   naturą 
symbolizowała jednak cywilizację.
Szli prawie niewidoczną ścieżyną, Jared stanął i polecił Lark iść 
dalej,   do   skraju   drzew,   i   tam   się   zatrzymać.   Obiecał   wkrótce 
wrócić.
-  Ale dokąd idziesz? - spytała zaniepokojona.
-     Wracam   do   domu   zabrać   parę   niezbędnych   rzeczy.   Jak   się 
domyślasz, opuściłem go raczej pośpiesznie.
-  A jeśli ojciec pójdzie za tobą?
-   Życzę mu tego. - Uśmiechnął się na myśl, co w tych górach 
może przydarzyć się ceprowi. - Szkoda tylko, że wplątany jest w to 
Slim Dugan. On stanowi istotny problem.
-     Slim   Dugan   to   ten   woźnica,   którego   spotkaliśmy   w   Cripple 
Creek?
Poklepał ją w pośladek.
-  Tak. Jazda, dziewczyno. Nie mogę zrobić tego, co chcę, póki nie 
zapuszkuję cię w bezpiecznym miejscu.
Niezbyt podobała jej się ta perspektywa „zapuszkowania", ale co 
miała   robić.   Jared   był   panem   i   władcą.   I   to   w   znacznie 
istotniejszym stopniu niż poprzednio. Poprzednio wymusił na niej 
obietnicę   posłuszeństwa.   Teraz   była   gotowa   ofiarować   mu   to   z 
własnej woli...
Jared   wychylił   się   z   osikowego   zagajnika   i   przebiegł   otwartą 
przestrzeń od wschodniej ściany domu. Zapadał zmrok. Jared był 
więc tylko jednym cieniem więcej wśród wielu. Oparł się o belki i 
nasłuchiwał.   Cisza.   Nikt   go   nie   dostrzegł.   Bezszelestnie   okrążył 
dom i zbliżył się do kuchennego okna, było otwarte. Dobiegł go 
szmer rozmowy. Podszedł jeszcze dwa kroki, stanął bez ruchu i 
słuchał.

background image

-     ...   powinienem   był   zabić   sukinsyna,   kiedy   miałem   okazję... 
Żałuję, że tego nie zrobiłem...
To był głos tego bydlaka, Mallory'ego.
-   Przesadza pan, panie Mallory. Jedno panu powiem: jeśli Jared 
miał więcej niż dziesięć lat, kiedy się pan z nim starł, to niech pan 
Bogu samemu dziękuje, że nie wypsnęło się panu słówko za dużo. 
Już wtedy miazgę by z pana zrobił...
Dugan! Mallory wynajął jedynego człowieka w tych górach, który 
potrafiłby   stawić   czoło   Jaredowi.   A   teraz   może   nawet   by   go 
pokonał,   bo   miał   nad   Jaredem   przewagę   -   nie   był   związany 
uczuciowo   z   kobietą,   co   mężczyznę   zawsze   w   pewien   sposób 
osłabia. O tak, Jared musiałby sięgnąć po czarodziejskie sztuczki, 
żeby Slimowi dać radę.
Co Slim i Mallory zamierzają robić w jego domu? Zamieszkać tu? 
Znudziło się Mallory'emu Palm Beach? A może sobie myślą, że 
dziewczyna zmęczy się tutejszymi niedogodnościami i przybiegnie 
do tatusia z płaczem, prosząc, by ją stąd zabrał?
-  I nawet mi żadnego listu, żadnej kartki nie zostawiła! - użalał się 
Mallory,
Ten   bydlak   dalej   tkwi   w   przekonaniu,   że   świat   kręci   się   wokół 
niego, pomyślał Jared.
-     Ale   kobitka   przesłała   wiadomość,   no   nie,   panie   Mallory?   Że 
tatusia nie chce widzieć. To dla mnie jasne jak słońce –odezwał 
się Slim.
-   Może dla ciebie. A skąd ja mam wiedzieć, czy ten kundel nie 
wywlókł   jej   siłą?   Na   pewno   jej   tu   w   ogóle   nie   było,   kiedy 
przyjechałem. Ona  może nawet  nie wie,  że jestem w  Kolorado. 
Moja córka jest delikatną, słabą dziewczyną. Nie zdecydowałaby 
się żyć w takich lasach jak tu.
-   A Jared Wolf nie należy do ludzi, którzy siłą zmuszają kobiety, 
żeby  robiły  to,   co   oni  chcą,  żeby  robiły.   -  Slim   wypowiedział   to 
pewnym siebie i pełnym uznania głosem. - Słuchaj no pan, panie 
Mallory. Ja tam nie mam nic do Jareda Wolfa, ale coś mi mówi, że 
pan to ma go na zębie i chętnie by ugryzł.
-  Nie płacę wam za to, co wam coś mówi, Dugan, ale za rezultat. 
Chcę, żebyście jutro przyprowadzili mi córkę.
-  A jeśli ona nie będzie chciała?
-  Będzie chciała. Nie ma obawy. Dam wam do niej kartkę. Macie 
tylko dopilnować, żeby przeczytała.
-  Zajmie mi kawałek czasu dopaść Wolfa...
-  No to zajmie. Za to płacę. Ona wróci. To dla jej własnego dobra. 
Czeka na nią wspaniały chłopak.
Jared   usłyszał   skrzypienie   krzesła,   potem   kroki   po   drewnianej 
podłodze. Odsunął się nieco od okna. Było już prawie ciemno, ale 
nie ryzykuje się, mając do czynienia ze Slimem Duganem.
-  Wyjdę trochę i porozglądam się... - usłyszał jeszcze, ale dalej już 
nie słuchał i pobiegł w kierunku lasku.

background image

Wejście Dugana do gry spowodowało, że Jared poczuł przypływ 
adrenaliny.

-  Ja już jestem zmęczona. Nie chcę zmieniać obozowiska - broniła 
się Lark.
-     Może   wolisz   spędzić   noc   w   domu,   usiłując   wytłumaczyć 
tatusiowi, co robisz po nocy w lesie z mężczyzną, który nie jest 
twoim narzeczonym.
-  Masz rację. Nie mam teraz żadnego narzeczonego.
-  Skoro tak powiadasz. Zignorowała jego niedowierzający ton.
-     Co   on   robi   w   domu?   Dlaczego   sobie   nie   pojedzie?   -spytała 
płaczliwie.
-  Nie on, a oni. Nie zapominaj o Slimie Duganie.
-  A co on może zrobić?
-  Slim to najlepszy tropiciel, jakiego znam.
Okutana śpiworem już na wpół spała, ale ostatnie słowa Jareda ją 
rozbudziły.
-   Tropiciel? Chcesz powiedzieć, że ojciec sprowadził tropiciela, 
żeby szedł za mną jak za zwierzyną? - Była oburzona.
-  On myśli, że cię porwałem. Uważa mnie za kidnapera.
-  Chyba żartujesz?
-  Czy wyglądam na żartownisia?
Mimo woli przyjrzała mu się przy świetle księżyca.
-  Nie. Wyglądasz raczej na człowieka, który świetnie się bawi.
Cisza, a potem chrząknięcie,
-  Kto wie, kto wie. Może i masz rację.
-  Dlaczego to cię bawi? Dla mnie...
-    Bawi   mnie  nowa   sytuacja.   Slim  jest   naprawdę   doskonały.   W 
normalnych   warunkach   chętnie   bym   się   z   nim   zabawił   w 
chowanego.
-     Aż   trudno   mi   w   to   uwierzyć   -   odezwała   się   półżartem.   - 
Rozstrzygają się moje losy, chodzi praktycznie o moje życie, a ty 
chciałbyś sprawdzać, który z was jest lepszy.
-     Przecież   powiedziałem,   że   zrobiłbym   to   w   normalnych 
warunkach. A my jesteśmy w nienormalnych.   Natomiast  chętnie 
nauczę  twojego  papę,  że  nie  może  mieć wszystkiego,   co  chce, 
jeśli  akurat   chce   tego   samego,  co  ja.  A   teraz  zabieraj   pupę  ze 
śpiwora i umykaj stąd, póki czas. Będziemy mieli okazję dalej się 
kłócić, kiedy dotrzemy tam, gdzie mamy dotrzeć.

Okazało się jednak, że gdy po drugiej wędrówce przez las mogli 
wreszcie wślizgnąć się do śpiworów, żadne z nich nie miało już 
ochoty na dalszy fechtunek słowny. Niemal natychmiast zasnęli, by 
o brzasku wstać i iść dalej.
Lark   pojękiwała.   Plecak   wydawał   się   ważyć   tonę,   w   brzuchu 
burczało z głodu, mnożyły się pęcherze na stopach.
-  Slim jest na naszym tropie. Ale jeśli masz już dość, to powiedz. 

background image

Powiedz słowo, kiedy tylko będziesz miała ochotę poczołgać się 
do tatusia, a wrócimy.
Lark, oburzona, wzruszyła tylko ramionami i szła dalej.
Przestali wreszcie uciekać, gdy dotarli do miejsca, które wydało się 
Lark   iście   rajskim   ogrodem.   Stojąc   w  bujnej   trawie,   jak   dziecko 
klaskała z radości w dłonie na widok zapierającego dech piękna. 
Na tle iglastego lasu pasły się łanie wśród purpurowego kwiecia, a 
nad tą pocztówkową niemal scenerią wznosiły się majestatycznie 
turnie. Jared ukląkł na skraju wartko płynącego potoku i pił wodę 
nabraną w złożone dłonie.   
-  Jesteś zuch - powiedział, nie odwracając głowy.
-   Naprawdę tak uważasz? - Ten prosty komplement sprawił jej 
wielką satysfakcję. Komplementy ze strony Jareda były na wagę 
złota.
-  Nie mówiłbym, gdyby to nie była prawda.
Wstał   i   wskazując   na   pień   leżący   w   poprzek   potoku,   kazał   jej 
usiąść.
-  Muszę obejrzeć twoje stopy.
-  Stopy? Po co?
-  Kulejesz już od dłuższego czasu. Musisz mieć pęcherze.
-  Nic mi nie jest. - Nie usiadła.
-     Nie   nudź!   Siadaj!   Muszę   sprawdzić.   Może   trzeba   opatrzyć. 
Czeka nas jeszcze długa droga. Nie można ryzykować zakażenia. 
- Wziął ją za rękę, poprowadził do pniaka i posadził. - Trzeba cię 
prowadzić jak dzieciaka. - Ale powiedział to ciepłym tonem. - Kiedy 
opatrzę ci stopy, rozbijemy obozowisko. Chwilowo nikt nas tu nie 
znajdzie... psiakrew, to twoje skarpetki! Powinienem był sprawdzić, 
co wkładasz na nogi, dziewczyno!
-     A   co   takiego?   Po   prostu   skarpetki.   Ściągnął   je   z   jej   stóp   i 
schował do kieszeni.
-   Pajęczyna. W tym nie wolno chodzić po górach. Potrzebne są 
grube wełniane skarpetki. Na szczęście mam ze sobą zapasową 
parę.   Nic   dziwnego,   że   masz   tyle   pęcherzy.   Moje   skarpetki   są 
trochę za duże, ale to lepsze niż nic...
-   Obie   jej   stopy   obmył   w  lodowatej   wodzie   potoku.   Wstrzymała 
oddech nie z powodu zimna, lecz intymnego charakteru tego, co 
robił. Jeszcze nikt nigdy nie oddawał jej podobnych usług. Poczuła 
niepokojące ciepło, które od stóp rozchodziło się po całym ciele. 
Ciepło i iskierki...
Kiedy skończył, wyprostował się, przeciągnął i obwieścił, że czas 
najwyższy rozbijać obozowisko.
Jak on niewiarygodnie szybko wszystko zorganizował, podziwiała. 
Siedząc   na   skrzyżowanych   nogach   przy   rozpalonym   ognisku, 
patrzyła ciekawie, jak Jared przywiązuje haczyk na końcu linki.
Podniósł głowę i napotykając jej wzrok, powiedział:
-   Korzystnie jest wieść prymitywne życie choćby po to, aby się 
nauczyć, co w życiu jest niezbędne.

background image

Rzuciła   w  jego  kierunku  podejrzliwe   spojrzenie.  -   To  niby  twoja 
sentencja? 
- Ale mnie przyłapałaś! Nie moja. Thoreau. 
Powiedział jeszcze, że wiele tak zwanych luksusów, którymi  się 
otaczamy, nie tylko nic nie pomaga, ale przeszkadza.
-  Nie posunęłabym się tak daleko w tym stwierdzeniu - mruknęła 
Lark. - To i owo jest człowiekowi potrzebne.
-  Jeden lubi to, drugi owo. - Odłożył linkę z haczykiem.
-  Czy naprawdę jesteśmy tu bezpieczni? - spytała.
-     Słowo   „bezpieczni"   nie   pasuje   do   sytuacji.   Twój   ojciec   nie 
zamierza   cię   skrzywdzić,   a   mnie   nie   potrafi.   To   nie   jest   gra   o 
śmierć lub życie.
-   Dla ciebie może nie... Czy ten człowiek, którego wynajął to... 
Jeśli to twój przyjaciel, to dlaczego na nas poluje?
-     Nigdy   nie   mówiłem,   że   to   mój   przyjaciel.   Slim   i   ja 
uczestniczyliśmy w przeszłości w górskich misjach ratowniczych. 
Przed   paroma   laty   wyruszyliśmy   na   poszukiwanie   dwojga 
zaginionych turystów, wtedy nasze współzawodnictwo... wymknęło 
się spod kontroli, jeśli tak wolno rzec.
-  Kto pierwszy dotarł do tych dwojga? 
Wybuchnął śmiechem.
-  Ktoś trzeci. Podczas gdy my człapaliśmy, chcąc, by któryś z nas 
zgubił szlak, ktoś inny do nich dotarł. Ale dla zaginionych sytuacja 
nie była groźna. Nigdy nie znajdowali się w niebezpieczeństwie. 
-  Ojciec oczywiście płaci Slimowi? 
Jared skinął głową.
-  Gdyby Slim żył przed stu pięćdziesięciu laty, byłby prawdziwym 
bezinteresownym   góralem.   Przed   stu   laty   byłby   tylko 
rewolwerowcem. Teraz wynajmuje się do różnych zadań. I nigdy 
nie angażuje się emocjonalnie. Wykonuje, co trzeba i wraca  do 
siebie.
-  Ma rodzinę?
-  Ja o żadnej nie wiem. Mieszka daleko w górach. Czasami przez 
kilka   miesięcy   nie   pojawia   się   w   miasteczku.   Nie   ma   lepszego 
trapera, myśliwego i tropiciela. Wszyscy dokoła i wiedzą o tym. Z 
jednej strony to bardzo źle, że twój ojciec go sprowadził. Slima 
trudno wykołować. Z drugiej jednak... - Wzruszył ramionami.
-  Z drugiej strony jesteś zadowolony, mogąc zmierzyć z nim siły...
-  Owszem. 
Westchnęła.
-  Wyrzucam sobie, że przez własną głupotę wpadłam w tarapaty, 
ale jeśli jest ktoś, kto może mnie z nich wyciągnąć, to tylko ty.
Przez   chwilę   miała   wrażenie,   że   jej   słowa   sprawiły   mu 
przyjemność, ale odpowiedział:
-  Co ty tam o mnie wiesz.
-  Coraz więcej.
-  Eee! - Patykiem zaczął poprawiać ogień. - Pewno się martwisz, 

background image

że Slim cię znajdzie i zawlecze do ojca?
-  Trochę się martwię.
-     No   to   przestań!   To   się   nie   zdarzy.   Wrócisz,   jeśli   będziesz 
chciała, ale nie z przymusu.
-  Obiecujesz? 
Skinął głową.
To jej wystarczyło. Wiedziała już, że Jared Wolf nie rzuca obietnic 
na wiatr. Poczuła się zupełnie bezpieczna. I wtedy Jared dodał do 
niemej obietnicy jedno słowo:
-  Ale... 
Zadygotała.
-  ...wcześniej czy później będziesz musiała stawić czoło sytuacji. 
Będziesz   musiała   odważnie   powiedzieć   ojcu,   jak   stoją   sprawy, 
czego  chcesz,   a  czego  nie   chcesz.   Jeśli  będziesz  chciała  mieć 
własne   życie,   to   musisz   je   wywalczyć,   odebrać   ojcu   prawo   do 
rozporządzania   nim.   Im   dłużej   będziesz   sprawę   odkładać,   tym 
trudniejsze będzie to dla ciebie.
-  Masz rację - przyznała. - Ja to wszystko wiem. Z braku odwagi 
odkładam to od lat. Wydaje mi się to takie trudne...
-  Wiem, że to jest trudne, ale musisz to zrobić. Spójrz ojcu prosto 
w   oczy   i   powiedz:   „Chodzi,   psiakrew,   o   moje   życie.   Wara   od 
niego!".
Zaśmiała się nerwowo.
-  Tobie łatwo mówić. Wiesz, kim jesteś i gdzie jest twoje miejsce. 
Żyjesz  sobie w górach i prowadzisz proste życie.  Odpowiada ci 
ono. Pasujesz do niego. Odwróciłeś się plecami od świata biznesu, 
władzy,   prestiżu.   Odwróciłeś   się   od   tego   wszystkiego,   za   czym 
ludzie gonią.
-     Może   ja   nie   jestem   takim   prostym   góralem,   za   jakiego   mnie 
bierzesz...
-     Ja   nie   powiedziałam,   że   jesteś   prostym   człowiekiem,   ale   że 
prowadzisz   nieskomplikowane,   proste   życie.   Wcale   nie 
sugerowałam,   że  jesteś  prostakiem.   Dla  mnie   jesteś   najbardziej 
skomplikowanym   człowiekiem   ze   wszystkich,   jakich   znam.   I 
najcudowniejszym.
Ponieważ nic nie powiedział, mówiła dalej:
-     Zawsze   jesteś   pewny   siebie.   A   ja...   nigdy   niczego.   Gdybym 
mogła jeszcze raz rozpocząć życie, to robiłabym wszystko inaczej. 
To   znaczy   postępowałabym   inaczej.   Wcale   mnie   nie   dziwi,   że 
ojciec jest mną rozczarowany. Sama jestem sobą rozczarowana... 
-   W   momencie   gdy   po   jej   policzku   potoczyła   się   łza,   poczuła 
obejmujące ją ramię.
-  Zapomnij o wszystkim - szepnął. - O ojcu, o Slimie Duganie i o 
reszcie cywilizowanego świata. Pozostańmy przez te kilka dni tylko 
my   dwoje...   -   Ujął   jej   podbródek   i   złożył   gorący   pocałunek   na 
ustach.
I wziął ją w ramiona.

background image

Jest mi bardzo dobrze, pomyślała. I tak już powinno pozostać.

ROZDZIAŁ  DZIEWIĄTY

Leżała w ramionach Jareda na materacu z sosnowych gałęzi pod 
rozgwieżdżonym   niebem.   Najlżejszy   ruch   wyzwalał   żywiczne 
aromaty.
Potem   otulił   ją   śpiworem   i   ucałował   na   dobranoc.   Westchnęła 
szczęśliwa - rano czekało ją przebudzenie w jego ramionach...
Przez   następne   cztery   dni   wędrowali   leśnym   pustkowiem,   co 
wieczór   rozkładając   obozowisko   w   innym   miejscu.   Nie   śpieszyli 
się. Jared wybierał drogę po długim namyśle i szedł ostrożnie. Miał 
wreszcie czas, by odpowiadać na setki cisnących się jej na usta 
pytań   o   tej   przecudownej   krainie,   o   której   tyle   wiedział,   a   ona 
prawie nic.
Uczył   ją  orientować  się  według  słońca  i  księżyca,  odczytywania 
śladów   pozostawionych   przez   zwierzęta,   przygotowywania 
papierowych knotów, by łatwiej rozpalić ognisko. Wszystko to było 
dla niej olśniewającym objawieniem. W życiu nie spędziła przecież 
ani jednego dnia na młodzieżowym obozie wędrownym.
Wkrótce   potrafiła   już   przygotować   posiłek   z   suszonych   jarzyn   i 
dopiero   co   złowionego   pstrąga.   Umiała   też   jeść   tak,   aby   nie 
zakrztusić się jakimś korzonkiem czy leśnym owocem, jakich masę 
zbierał   w   czasie   wędrówki.   Nie   sprawiało   już   jej   trudności 
zaparzanie kawy w osmalonym garnku przystawionym  do skraju 
ognia i ustawianie pułapek z gałęzi na drobną zwierzynę, chociaż z 
oddechem ulgi witała puste sidła.
Pojęła   też   sztukę   bezszelestnego   przemieszczania   się   w   lesie, 
sztukę   słuchania   leśnych   odgłosów   i   dostrzegania 
najdrobniejszych szczegółów. Wszystko to było tak wspaniałe i tak 
podniecające,   że   w   miarę   upływu   czasu   Lark   nabierała   coraz 
większej pewności siebie, I miała coraz większy podziw i szacunek 
dla przewodnika po tym wspaniałym świecie.
Była już na tyle oswojona z górami i lasem, że kiedy piątego dnia 
zostawił ją samą w którejś z kryjówek, nie miała żadnych obaw, i 
pomachała mu wesoło na pożegnanie, pewna, że przecież wróci.
-  On nie wyjedzie, póki z nią nie pogada - powiedział Slim Dugan. 
Siedział po jednej stronie małego ogniska, Jared po drugiej. Każdy 
z  mężczyzn   trzymał   w  dłoni  kubek   kawy   zaparzonej   w  czajniku 
wiszącym blisko ognia na rozszczepionej gałęzi.
-     Ona   wyszła   z   domu   z   własnej   woli,   ze   strachu   przed   nim   - 
mruknął Jared.
-   Może i tak było. Ale facet woli myśleć, że zabrałeś ją siłą i na 
dodatek   wyprałeś   jej   mózg.   -   W   oczach   Slima   pojawił   się 
sarkastyczny ognik. - Dobrze się bawisz? - Głową wskazał góry.
-  Nie narzekam - odparł Jared. - Jak długo Mallory ma zamiar tu 

background image

sterczeć? -
-  Nawet i rok, jeśli będzie musiał. - Slim odstawił kubek.
-  Niewygodne mu to, bo ma inne problemy.
-  Ooo? - zdziwił się Jared. - Skąd to wiesz? Jakie?
-  Gadał, ale co ja tam rozumiem. Jakieś tam pomieszanie kapitału 
czy   coś   takiego.   Wierci   się   i   kręci,   do   wiejskiego   sklepiku   do 
telefonu lata, coś tam opowiada i krzyczy. Ale ruszyć się stąd nie 
chce, póki z córką nie pogada.
Długie milczenie, jakie po tym wyjaśnieniu zapadło, przerwał Slim:
-  Przyjemniaczek z niego,.. brr, ale dla tej córuni to mięknie. A jeśli 
o   mnie   chodzi,   to   mam   już   dość   łażenia   za   wami   po   górach. 
Gdybym mógł, tobym zabrał moje pieniądze i dał nura do siebie.
-  Doskonale cię rozumiem. Stary ma rzeczywiście kłopoty. - Jared 
wiedział   już   przedtem   o   trudnościach   z   realizacją 
wielomilionowego   kompleksu   biurowego.   Wszystko   jest   teraz 
jasne...!
-   Ja ci taką propozycję dam, Jared: pozwól mi tylko przekazać 
dziewczynie to, co napisał do niej ojciec, a jak ona już dostanie tę 
kartkę,  to  jeśli   o   mnie   chodzi...   możecie  sobie   oboje  skoczyć   z 
Widokowej Skały w dolinę.
Jared się zastanowił. Dopuszczenie Slima do Lark nie wchodziło w 
rachubę.   Tylko   by   się   wystraszyła,   słysząc,   że   ojciec   zamierza 
siedzieć w Kolorado nawet do zimy, a może i dłużej.
Chyba już najwyższy czas wyjść z impasu, póki jest w lepszej od 
Slima   sytuacji.   Bo   Jared   zakładał,   że   jest   w   lepszej   sytuacji. 
Powiedział więc:
-  Mam taki jeden pomysł... Może ci się spodoba...
-  Miałem nadzieję, że coś wymyślisz. Wal!

Lark ze sprawnością prawdziwego człowieka gór zarzuciła na barki 
plecak.
-  No, to w jakim kierunku dziś idziemy?
-  Na zachód,
-  Ale to przecież...?
-   Tak, zmierzamy ku cywilizowanemu światu. Potrzebujemy paru 
rzeczy i najlepszym miejscem wydaje mi się wiejski sklepik przy 
drodze.
Przez kilka sekund stała bez ruchu.
-  To znaczy, że ojciec nadal na mnie czeka? Gdyby już pojechał, 
wrócilibyśmy do siebie.
Nic nie odpowiedział, przypatrując się jej tylko uważnie.
-     Skąd   wiesz,   że   ojciec   jeszcze   jest?   -   spytała   podniesionym 
głosem.   -   Byłeś   tam?   Chyba   nie,   zbyt   szybko   wróciłeś,   nie 
zdążyłbyś tam i z powrotem...
-  Zgódźmy się, że wiem.
-  Nie rób tego, Jared!
-  Mianowicie czego?

background image

-  Nie okłamuj mnie. Nie miej tajemnic przede mną. Nie zniosłabym 
tego. Tak się zbliżyliśmy przez ostatnie dni... - Głośno westchnęła. 
- Czy o to chodzi? Może zanadto się zbliżyliśmy jak na twój gust? 
O, Jared...!
Zrzuciła plecak na ziemię i twarz zakryła dłońmi. Może nadszedł 
czas powiedzenia tego, co chciała powiedzieć już dawno, a czego 
on nie chciał wysłuchać do końca. Nie wiedziała, skąd wie, ale była 
przekonana, iż nadeszła krytyczna chwila. Nie czekając więc na 
nic, wyrzuciła z siebie:
-     Kocham   cię,   Jared!   Kochałam   cię   przed   ucieczką   z   twojego 
domu,   a   teraz   kocham   jeszcze   bardziej.   I   zawsze   będę   cię 
kochała, bez względu na to, co się stanie.
Coś rozbłysło na dnie jego ciemnych oczu.
-  Ale czy mi ufasz? - zapytał.
-   Jestem gotowa zawierzyć ci moje życie - odparła bez sekundy 
wahania.
-   Wobec tego musisz mi uwierzyć, że robię to, co jest dla nas 
obojga najlepsze. - Podniósł z ziemi jej plecak i podał.
Uwierzyła. Była teraz pewna, że Jared nigdy jej nie zdradzi i nie 
zawiedzie.
Tak sobie wmawiała, ale czy tak jest naprawdę?
Lark i Jared szli tego poranka szybciej niż zwykle. Żadne z nich nie 
miało ochoty na rozmowę. Może uważali, że chwilowo wszystko 
zostało powiedziane i wyjaśnione.
Powietrze było rześkie i czyste. W południe zaskoczyła ich burza, 
którą przeczekali w napotkanej pieczarze. Lark chciwie wchłaniała 
widoki,   jakby   po   raz   ostatni   miała   je   oglądać,   jakby   chciała 
wtłoczyć je w pamięć wraz ze wszystkimi innymi wspomnieniami 
przeżytych tu chwil.
Po   co   to   właściwie   robi,   dlaczego   patrzy   na   otaczający   ją 
wspaniały   świat,   jakby   miała   go   pożegnać?   Przecież   będzie   tu 
jutro i pojutrze, a może zostanie na zawsze?
Najpiękniejsze   były   jednak   i   chyba   pozostaną   na   zawsze 
wspomnienia   ostatnich   dni.   Ile   ich   upłynęło?   Straciła   zupełnie 
rachubę   czasu,   przebywając   w   nierealnym   świecie,   który   sami 
stworzyli   dla   siebie.   Jedli,   kiedy   byli   głodni,   spali,   kiedy   byli 
zmęczeni, szli, kiedy mieli na to ochotę.
Jared   zatrzymał   się   i   wskazał   palcem   krętą   drogę,   a   przy   niej 
domek.
-     Tam!   Nasz   wiejski   sklepik.   Droga,   która   wije   się   pod   górę, 
prowadzi prosto do domu Wolfów.
Przez chwilę  spoglądali na siebie  niemo, jakby usiłowali zgłębić 
nawzajem   swoje   myśli.   Wreszcie   Jared   ujął   Lark   pod   ramię   i 
poprowadził w dół stromego zbocza. Z każdym krokiem wzrastało 
w niej napięcie. Czego się bała?
Gdy   była   już   niedaleko   sklepu,   zobaczyła   stojący   przed   nim 
samochód. Minęli go i weszli przez ganek do środka.

background image

Lark tak się ociągała, że musiał zmierzyć ją ostrym spojrzeniem. 
Potem dopiero zwrócił się do uśmiechniętej kobiety za ladą.
-  Dzień dobry.
-  Ooo, witam, Jared. Czego ci dziś potrzeba?
-  Zapałki i puszkę... - Ruszył za kobietą na zaplecze. Lark chciała 
też za nim iść, ale nagłe powstrzymała ją czyjaś dłoń, chwytając za 
łokieć.
-  Dzień dobry, Lark!
Ojciec!   Głos   drżał   mu   lekko,   ale   trudno   jej   było   dociec,   czy   to 
spowodowało   uczucie   niepokoju,   złości,   czy   też   rozczarowanie 
córką. Lark spojrzała rozpaczliwie w kierunku Jareda, ale on stał w 
głębi,   odwrócony   do   niej   plecami.   Nic   nie   słyszał?   Nic   nie 
zauważył? Czy może świadomie pozostawił ją samą?
Obróciła się wolno i odpowiedziała:
-  Dzień dobry, tato.
Drake   Mallory   chwycił   ją   w   ramiona   tak   mocno,   że   na   chwilę 
straciła oddech. Nie odwzajemniła uścisku, ale on jej nie puszczał.
-  Lark, o Lark, jakże się o ciebie martwiłem!
-  Powiedziałam ci przez telefon, że niepotrzebnie.
-  A ja się martwiłem i nadal martwię. Wes i Risa całują ciebie.
-  Czy Wes wybaczył mi zerwanie zaręczyn?
-  Wes wybacza ci tę ucieczkę. A jeśli idzie o zaręczyny... - Drake 
Mallory rozejrzał się na bok - ...nie są zerwane.
Lark   poczuła,   że   krew   odpływa   jej   z   twarzy.   Poczuła   lodowate 
zimno i słabość.
-  Ja i Risa wiedzieliśmy, że jak wyrzucisz z siebie wszystkie żale i 
dobrze   wszystko   przemyślisz,   to   oprzytomniejesz   i   wrócisz. 
Chciałem uniknąć skandalu...
-  Mój Boże, mój Boże! Czy ty nic nie rozumiesz? - Patrzyła na ojca 
półprzytomnym wzrokiem, a na jej twarzy pojawiły się rumieńce. - 
Czy ty nie słuchasz, co się do ciebie mówi? Moje życie całkowicie 
się zmieniło. Jestem teraz z Jaredem Wolfem. I pozostanę z nim 
tak długo, jak będzie chciał. Może na całe życie.
Drake Mallory pogardliwie prychnął.
-  Psiakrew, Lark, czy ty się nigdy nie nauczysz oceniać ludzi? Nie 
znam   osoby   bardziej   tępej   niż   ty...   Jared   Wolf!   -   W   swojej 
nienawiści niemalże wypluł to nazwisko. - Jeśli tylko on stoi między 
tobą a twoim narzeczonym, dobrym chłopcem, który kocha cię od 
lat, to nie mamy czym się martwić. Nie ma problemu!
-  Proszę, tato, nie zaczynaj! Kocham Jareda i nie pozwolę ci...
-   Ty mnie masz na coś nie pozwalać? Niedoczekanie! - Mallory 
przeciągnął palcami przez szpakowate włosy, jego twarz przybrała 
chytry wyraz. - Wiesz przecież, że ten Wolf wziął cię na wabia... 
zastawił pułapkę...
-  Co ty opowiadasz?
-  Tak, podszedł cię i teraz przehandlował. Zrobił z ciebie idiotkę. 
To   nasze   spotkanie   zostało   zaaranżowane   przez   Jareda   Wolfe. 

background image

Opowiedz   jej,   Dugan!   Do   tej   chwili   Lark   nie   zauważyła   nawet 
Dugana, który kręcił się po sklepie. Powinna było go rozpoznać. - 
Prawdę mówi pan Mallory - odezwał się Dugan - Ja to chciałem 
tylko  kartkę  od ojca panience wręczyć,   ale  Jared  zaproponował 
spotkanie. Albo to spotkanie, albo nic.
-  Ten chłopak zawziął się na mnie już dawno temu. A on wie, że ja 
zrobię wszystko dla moich córeczek. Po jego telefonie do Wesa... - 
ciągnął Mallory.
-     Jared   zadzwonił   do   Wesa?   Rozmawiał   z   Wesem?!   -   Miała 
wrażenie, że pod jej stopami otworzyła się otchłań.
-  A zadzwonił. Jego zemsta nie byłaby pełna, gdyby nie spryskał 
nas wszystkich swoim jadem. To zły człowiek. Zawsze był taki. Z 
Risą mu się nie udało, ale ty nie jesteś taka czujna i ostrożna jak 
ona. Risa nie jest naiwna tak jak ty... 
- Zaraz, zaraz! - Lark podniosła obie ręce do góry. - O czym ty 
mówisz? Jared i Risa? Owszem, znali się też przed dwunastu laty, 
kilka razy ze sobą rozmawiali, ale...? 
Drake   Mallory   poklepał   córkę   po   ramieniu,   a   jednocześnie 
przesunął się o krok, by przesłonić sobą widok Jareda stojącego 
przy półkach w głębi.
-   Kochanie moje, jesteś już drugą osobą z rodu Mallorych, którą 
ten   bydlak   chciał...   skorumpować.   Risa   go   przejrzała   i   kazała 
zmykać,   ale   ty   dałaś   się   omamić.   Droga   córeczko,   jesteś   zbyt 
naiwna, zbyt dobra, aby potrafić dostrzec zło w innych...
Lark zrobiło się zimno na widok nienawistnego spojrzenia, jakie jej 
ojciec posłał w głąb sklepiku. Zdawała sobie sprawę, że nienawiść 
Jareda do ojca była równie wielka. Nie ma chyba słodszej zemsty, 
niż zwabienie do łóżka córki wroga? A potem chwalenie się tym 
wrogowi. Niemniej trudno jej było w to uwierzyć. Łączyło ją teraz z 
Jaredem tak wiele...
-     Mylisz   się!   To   wszystko   nieprawda.   I   nie   chcę   dłużej   tego 
wysłuchiwać. - W bliskim histerii odruchu, zatkała dłońmi uszy. - 
Jared   jest   dobry,   jest   uczciwy.   Byłam   z   nim   szczęśliwsza,   niż 
mogłabym to sobie wymarzyć. Prowadzi proste życie...
-  Jakie znowu proste życie? - Drake Mallory odsłonił zęby w złym 
grymasie. - Człowiek posiadający taką fortunę i tyle obowiązków 
nie może prowadzić prostego życia. Coś ci się pomieszało.
-     O   jakiej   znowu   fortunie   mówisz?   Jared   nie   ma   żadnych 
pieniędzy - Lark spojrzała na Dugana, jakby u niego poszukiwała 
wsparcia.
Nie otrzymała go, Drake Mallory był pewien, że wreszcie udało mu 
się złamać córkę.
-   To ty nic nie wiesz, kochanie? On ma przedsiębiorstwo warte 
grube miliony dolarów. Wolf Cache Systems. Komputery...
-     Niemożliwe!   -   Ponowne   spojrzenie   na   Dugana   kazało   jej 
uwierzyć, że w tym wypadku ojciec powiedział prawdę. Jared Wolf 
nie   był   na   co   dzień   człowiekiem   gór   i   tylko   gór,   lecz   bogatym 

background image

przedsiębiorcą. Ale jeszcze nie wygasła w niej cała nadzieja...
Ojciec ujął ją za łokieć,
-  Pozwól, że zabiorę cię do domu, córeczko, i zajmę się tobą, jak 
zawsze się zajmowałem. Ja wiem, co dla ciebie najlepsze...
Poczuła   ciarki   na   plecach.   Zajmował   się   nią,   o   tak!   Do   tego 
stopnia,   że   utraciła   własną   tożsamość,   pozostając   wyłącznie 
córeczką tatusia.
Wyrwała się j cofnęła o krok, poszukując wzrokiem Jareda.
-  Gdzie jest Jared? Muszę porozmawiać z Jaredem.
-  Jestem tu, Lark.
Dźwięk   głosu   ukochanego   niemalże   ją   załamał.   Z   wielkim 
wysiłkiem woli powstrzymała się, by nie paść mu w ramiona i nie 
zacząć błagać, by ją stąd zabrał z powrotem w góry. Jednakże tym 
razem sytuacja wymagała opanowania i siły charakteru. Musi go 
okazać. Przecież to właśnie Jared jej to zawsze mówił.
-  Jesteś bogaty? - Było to zarówno twierdzenie, jak i pytanie.
-  Bogactwo to względne pojęcie.
-  Ale jesteś właścicielem firmy?
-  Jestem.
-  Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?
-  Bo nie chciałaś tego wiedzieć. Nie interesowało cię to.
-  Ja nie chciałam? - Zmarszczyła brwi,
-   Nie chciałaś nic słyszeć o cywilizacji. Przyjechałaś w góry dla 
gór. Zapewniłem ci to przeżycie.
Jakież to jeszcze inne przeżycia zapewnił jej, tylko dlatego, że ona 
tego chciała?
-  I dzwoniłeś do Wesa?
-  Tak.
-     Jared!   -   wykrzyknęła   poruszona.   -   Dlaczego   mi   o   tym   nie 
powiedziałeś? - Przygnębiło ją, że i w tym wypadku ojciec jej nie 
okłamał. Jego informacja okazała się prawdziwa.
-     Ponieważ...   -   Jared   skierował   ponure   spojrzenie   na   Drake'a 
Mallory'ego   -   ...zaistniał   pewien   problem...   odkryłem   twoje 
kłamstwo.
-  Moje kłamstwo?
-     Przysięgałaś,   że   zerwałaś   zaręczyny.   Chciałem   ci   wierzyć. 
Jednakże okazało się, że ten zaręczony z tobą biedaczyna wcale o 
tym nie wiedział.
-  Mogę ci to łatwo wyjaśnić. Natomiast nie wiem, czy ty potrafisz 
wyjaśnić,   dlaczego   za   moimi   plecami   dzwonisz   na   Florydę, 
informując   przez   to   cały   świat,   gdzie   jestem?   Zemsta   na   moim 
ojcu...? -   Urwała, nie chciała publicznie oskarżać go o to, że w 
celu zemsty zrobił z córki wroga swoją kochankę.
Przez chwilę Jared wpatrywał się w Lark, jakby ją widział po raz 
pierwszy w życiu. Potem wzruszył ramionami.
-   Zaufanie, moja droga, to dwukierunkowa ulica. Nie zamierzam 
niczego   tłumaczyć,   niczemu   zaprzeczać.   Albo   z   przekonaniem 

background image

mówiłaś mi o swoich uczuciach, albo rzucałaś słowa na wiatr. Albo 
mi   ufasz,   albo   nie.   -   Powiedziawszy   to,   obrócił   się   na   pięcie   i 
wyszedł.

Teraz już rozumiała, dlaczego Jared nie powiedział nigdy,  że ją 
kocha. Nie powiedział tego nawet potem, kiedy ona mu wyznała 
swoją miłość.
Nie powiedział, ponieważ jej nie kocha.
Wykorzystał   ją   tylko,   bo  mu  się   napatoczyła.   Wykorzystał,   żeby 
zemścić się na ojcu, a może i na Risie. Teraz z nią skończył, nie 
jest mu już potrzebna. Jakie szczęście, że nie pisnęła ani słowa o 
kłopotach finansowych ojca, dostarczyłaby mu tylko dodatkowych 
informacji o wrogu...
Opuściła głowę, patrząc na pokiereszowane czubki swych górskich 
butów i na błyszczące noski półbutów ojca, potem podniosła wzrok 
na twarz Drake'a Mallory'ego. Gdyby na niej zauważyła uśmieszek 
zadowolenia z odniesionego sukcesu, mogłaby jeszcze zdobyć się 
na to samo, co przed chwilą wobec niej zrobił Jared. Odwróciłaby 
się i wyszła. Jednakże ojciec był blady, jakby śmiertelnie znużony i 
smutny. Po raz pierwszy uświadomiła sobie, że i on cierpi.
-  Bunty źle ci wychodzą, córeczko. Wracamy do domu. Czy miała 
jakiś wybór? Zerknęła na otwarte drzwi sklepu.
Jareda nigdzie nie było.

Lark szybko stwierdziła, że jej nieobecność nie zahamowała tempa 
przygotowań do ślubu. A myślała, że poważnie przyjęto jej decyzję 
zerwania   zaręczyn.   Nie,   po   prostu   ją   lekceważono.   Zawsze 
lekceważono jej słabe odruchy buntu, wiedząc dobrze, że zawsze 
zrobi to, czego chce ojciec.
Piątego dnia po powrocie na Florydę, do pokoju Lark wpadła jak 
burza Risa. Rzuciła na łóżko jakieś papiery i próbki materiałów, po 
czym   sama   rzuciła   się   na   szyję   marnotrawnej   siostrze,   która 
powróciła na rodzinne łono.
-   Tak się o ciebie martwiłam! - wykrzyknęła i odsuwając Lark na 
odległość ramion, powiedziała: - Aż trudno uwierzyć,  że po tym 
wszystkim   co   przeszłaś,   wyglądasz   tak   świetnie.   Przytyłaś   parę 
kilo, zniknęły ciemne kręgi pod oczami...
Lark   wzruszyła   ramionami.   Nie   obchodziło   ją,   jak   wygląda.   W 
ogóle   nic   ją   nie   obchodziło.   Poruszała   się   jak   automat   i   miała 
nieodpartą ochotę wybuchnąć płaczem.
-   I powiadasz, że przez cały czas byłaś w Kolorado? - spytała 
Risa.
-  Nie miałam pojęcia, że ojciec sprzedał ten dom letniskowy.
-   Co ty mówisz? Ja też nie wiedziałam. Myślałam, że po prostu 
przestaliśmy   tam   jeździć.   -   Risa   odchrząknęła.   -   I   byłaś   z... 
Jaredem Wolfem?
-  Nie chcę o nim mówić!

background image

-     Wcale   ci   się   nie   dziwię.   -   Risa   obrzuciła   siostrę   szybkim 
spojrzeniem.   -   Niby   po   co   o   nim   mówić,   skoro   przeminęło. 
Natomiast musimy pomówić o Wesie.
-   Jest przecież chyba jasne, że po tym wszystkim nie mogę za 
niego wyjść. Nie po... - Tak, nie po romansie z Jaredem.
Bardzo go kochała, ale straciła. Jaka była głupia, myśląc, że lepiej 
jest   kochać   i   utracić   miłość,   niż   nigdy   nie   kochać.   Ale   zaznała 
miłości   i   teraz   Wes   pozostawał   tylko...   niewyraźnym   cieniem. 
Owszem, lubiła go, szanowała za pracowitość, nie mogła jednak 
pokochać tak, jak teraz wiedziała, że jest zdolna kochać.
Risa objęła rozdygotaną siostrę.
-     Ojciec   wyczyniał   cuda,   żeby   wszystko   wyciszyć.   I   cały  świat 
nadal   spodziewa   się,   że   za   niespełna   tydzień   zostaniesz   panią 
Sherborn.  I   nie  podejmuj   żadnych   pochopnych   decyzji,   póki   nie 
porozmawiasz z Wesem,
Lark zamknęła oczy.  Robiło się jej niedobrze na myśl, że przed 
Wesem miałaby obnażać swoje uczucia do innego mężczyzny.
-  Masz rację - zgodziła się z siostrą.
-  Więc nadarza się okazja, bo oto Wes...
W   progu   otwartych   szeroko   drzwi   rzeczywiście   stał   Wes   z 
bukietem czerwonych róż w ręku i z dość niewyraźną miną.
Risa, spełniwszy swoją rolę pośredniczki ojca i Wesa, dyskretnie 
się ulotniła, zamykając za sobą drzwi. Lark została sam na sam z 
Wesem.   Blondyn,   wypielęgnowany,   elegancko   ubrany,   bardzo 
„cywilizowany",   w   pastelowej   koszuli   i   szarych   spodniach,   był 
przeciwieństwem tamtego...
-  Dla ciebie - powiedział i sztywno wyciągnął rękę z bukietem.
Przyjęła ofiarowywane róże i tak mocno zacisnęła je w dłoni, że 
wbiła sobie głęboko kolec. Skrzywiła się z bólu.
-  Cieszę się, że wróciłaś - powiedział.
-  Dlaczego? - spytała obcesowo.
-   No, bo... - Zmarszczył czoło, będąc autentycznie zaskoczony 
pytaniem. - Za sześć dni mamy się pobrać...
-  Ty chyba nie zamierzasz się ze mną ożenić, po tym jak...
-  Zamierzam. I bardzo tego pragnę. Kocham cię, Lark.
Ach,   gdyby   tylko   powiedział,   że   jej   nienawidzi...   ulżyłoby   to   jej 
sumieniu. Słowo „kocham" zwaliło na nią jeszcze większy ciężar 
winy.
-   Ja też cię bardzo kocham, Wes, ale do małżeństwa potrzebny 
jest inny rodzaj miłości - odpowiedziała, sama nie wiedząc, skąd 
nagle przyszło jej to do głowy. - My się kochamy wzajemnie, bo 
znamy   się   już   całą   wieczność   -   ciągnęła   zachęcona   własną 
odwagą. - I mam wrażenie, że chcemy uczynić to jedynie dlatego, 
że obie nasze rodziny popychają nas w tym kierunku. Ale może się 
okazać, że nasze małżeństwo nie jest w naszym interesie...
Nie   spodziewała   się,   że   Wes   zrozumie   to,   co   ona   chce   mu 
powiedzieć. Nigdy nie należał do najbłyskotliwszych. Tym razem ją 

background image

zadziwił, gdyż z miejsca zadał pytanie:
-  Poznałaś kogoś w Kolorado, w kim się po uszy zakochałaś?
-  Tak - odparła szczerze.
-  Wyjdziesz za niego? 
-  Nie. - Nie miała przecież najmniejszej szansy,
-  Jesteś pewna?
-  Jestem pewna.
-  Masz zamiar spędzić resztę życia w samotności?
-     Ja...?   Nie   wiem,   mam   nadzieję,   że   nie.   Ale   myślenie   o 
przyszłości jest dla mnie w tej chwili zbyt bolesne.
-   Oprzytomnij,   Lark!   -   wykrzyknął   z   siłą,   jakiej   się   po   nim   nie 
spodziewała.
Spojrzała nieco zaskoczona. Nigdy nie podnosił głosu, nigdy nie 
tracił panowania nad sobą. A teraz jest wyraźnie zdenerwowany, 
jakby wytrącony z równowagi.
Wes podszedł do okna i stojąc tyłem, powiedział półgłosem:
-  Czy tobie się zdaje, że jesteś jedyną osobą cierpiącą z powodu 
nie spełnionej miłości?
-  Ty...? Chcesz powiedzieć, że...?
-  Chcę to powiedzieć! Tak, ja. Ale było, skończyło się i nie ma o 
czym mówić. Z kolei ciebie spotkał podobny los... Cóż więc mamy 
do   stracenia?   -  Podszedł,  chwycił  Lark  za  ręce.   -  Moja  rodzina 
chce naszego małżeństwa, pragnie też tego twój ojciec. Wiem, że 
nigdy nie będę kochał żadnej kobiety, tak jak tamtą kocham, jak 
kochać potrafię. Co ty na to...?
Nie umknęło uwagi Lark, że użył czasu teraźniejszego „kocham". 
Przez moment zastanawiała się, kim też ona może być.  To nie 
miało jednak znaczenia.
-   Ja nie mam zamiaru spędzać samotnie reszty mojego życia - 
ciągnął przygnębionym głosem. - Zwariowałbym. I tobie to grozi, 
jeśli nie opuścisz na dobre tego domu...
-  Więc ty naprawdę chcesz się ze mną mimo wszystko ożenić? - 
Jak on może coś podobnego proponować, pomyślała zgorszona.
-     Oczywiście.   Ileż   małżeństw   przetrwało   wszystkie   burze, 
ponieważ ich związek opierał się na wzajemnym szacunku. A ten 
do siebie mamy. Tak więc tym razem bez świadków proszę cię raz 
jeszcze: wyjdź za mnie! I teraz, skoro nie ma świadków, możesz 
odmówić, jeśli zechcesz.
A  więc   to tak!  Poprzednio  wszystko   było   zaaranżowane,   by  nie 
mogła   odmówić.   Musiała   także   przyznać,   że   Wes   nie   jest   taki 
płytki, jak sądziła. Czy to jednak usprawiedliwiało przyjęcie obecnej 
oferty? Musiała jeszcze jedno wyjaśnić.
-     Jared   do   ciebie   zadzwonił   i   w   ten   sposób   wszyscy   się 
dowiedzieli, gdzie jestem? - spytała.
Wahał się długo, nim odpowiedział.
-  Tak.
Zniknęła   ostatnia   nadzieja,   potwierdziły  się   informacje   o   udziale 

background image

Jareda   w   jej   wykryciu.   Teraz   przyszła   kolej   na   jej   zemstę   na 
Jaredzie.
Spojrzała   w   niebieskie   oczy   Wesa   i   zdecydowanym   tonem 
oświadczyła:
-  Dobrze, Wes. Wyjdę za ciebie.
Wes z powrotem wsunął na jej palec zaręczynowy pierścionek.
Po paru minutach Wes wyszedł. Lark została pośrodku sypialni, 
patrząc jak zafascynowana   na rozmazaną na  palcu  kroplę krwi. 
Otarła   ją,   westchnęła   i   ruszyła   za   narzeczonym.   Ze   szczytu 
schodów  zobaczyła,   że   Wes  już   zszedł   i  właśnie   podchodzi   do 
spacerujących tam i z powrotem po holu ojca i Risy.
Lark schodziła powoli jak automat. Słyszała nerwowe pytanie ojca:
-  No i co, no i co? Jest ten ślub, czy nie ma?
-  Jest - odparł Wes i ujął dłoń Lark, która podeszła ze spuszczoną 
głową.
-   Dzięki   Bogu!  -   Drake  Mallory zaczął  potrząsać   ręką  Wesa.  - 
Podjęliście   dobrą   decyzję,   dzieciaki!   W   pierwszą   rocznicę   ślubu 
nawet nie będziecie pamiętali tego wszystkiego...
-   Odetchnęłam - szeptała Risa siostrze. - Właściwa decyzja. Na 
pewno będziecie szczęśliwi.
Lark czuła szum w głowie.
Dla Lark dni mijały jak we mgle. Nadszedł dzień dwudziesty ósmy 
sierpnia.   Ślub   już   za   dwa   dni!   W   pewnym   sensie   uległa 
entuzjazmowi rodziny i też zaczęła odczuwać podniecenie.
Wszyscy byli przekonani, że przygodę w Kolorado, jak to nazywali, 
Lark   potrafiła   umieścić   wśród   wspomnień,   do   których   nie   warto 
wracać. Przecież znów się uśmiechała i nawet okazywała chwilami 
pełną radości życia wesołość.
Nikt nie przypuszczał, że kładąc się spać, zdzierała maskę i pod 
zamkniętymi   powiekami   oglądała,   scenę   po   scenie,   wydarzenia 
tamtych dni. I w każdej ze scen Jared grał główną rolę. Ale Jared 
jej nie kochał. Jeśli nawet ją teraz wspomina, to chyba tylko po to, 
by się śmiać z jej łatwowierności.

Jenny z hałasem postawiła przed Jaredem szklankę z lemoniadą.
-   Jesteś uparty  jak  stary  głupi osioł  -  powiedziała  dobitnie, nie 
kryjąc wściekłości.
Mały Jared przerwał jedzenie i ze zdziwieniem spojrzał na matkę,
-  Pilnuj swego nosa, Jen - burknął Jared.
-   Ale ona za dwa dni wychodzi za mąż! Za dwa dni! Musisz ją 
przed tym powstrzymać.
-  Nie moja sprawa, I nie twoja... Spójrz no tylko, mały Jared rośnie 
jak na drożdżach.
-   Nie zmieniaj tematu. Powiedz mi dokładnie, co wydarzyło  się 
ostatniego dnia? Nie mogę uwierzyć, że ona jak baranek poszła za 
ojcem po tym, co...
-  Co to znaczy? Po jakim co?

background image

-  Po tym, co mi o nim opowiedziała. Jak ją zawsze do wszystkiego 
zmuszał. Ucieczka z Florydy wymagała od niej nie lada odwagi. I 
wróciła potem posłusznie, ponieważ kiwnął palcem...? Niemożliwe! 
To jest nielogiczne, chyba że ty ją w jakiś sposób zawiodłeś. Coś 
zrobiłeś albo czegoś poniechałeś.
-     Daj   już   spokój.   Muszę   jechać   do   Denver.   Postanowiłem 
sprzedać firmę. I mam jeszcze pewną sprawę. - Wstał, szykując 
się do wyjścia.
Jenny zerwała się i zastąpiła mu drogę.
-   Musisz mnie wysłuchać. - Chwyciła go za rękaw koszuli - Ta 
dziewczyna naprawdę cię kocha. Nie poszłaby za ojcem, gdybyś 
podniósł jeden palec, by ją zatrzymać. Dlaczego tego nie zrobiłeś?
-   Nie tak było, moja droga. Stary Mallory przekonał Lark, że ją 
tylko wykorzystałem, by się na nim zemścić, i porzuciłem, kiedy się 
zemściłem.
-     I   ona   mu   tak   po   prostu   bez   dowodów   uwierzyła?   Bez 
wysłuchania twoich racji?
-   Czy ty myślisz, że ja w tym uczestniczyłem? Że stanąłem do 
konkursu ze starym łobuzem. Miałem walczyć z nim jak na ringu o 
nagrodę?   Gdyby   jej   na   mnie   zależało,   gdyby   mi   ufała,   to   nie 
uwierzyłaby   jego   słowom   bez   względu   na   to,   jak   były 
przekonujące. Powinna była okazać mi odrobinę zaufania...
Jeszcze   nigdy   nie   widział   u   siostry   podobnego   wyrazu   twarzy. 
Przypominał litość.
-     Ona   cię   kocha   -   powtórzyła   Jenny.   -   Powiedziała   mi   to   i   z 
pewnością powiedziała tobie.
-  Powiedziała. I co z tego?
-  A ty? Czy jej to kiedyś powiedziałeś?
-     Daj   spokój,   Jen.   Wypowiedzieliśmy   do   siebie   wiele   słów,   a 
niektóre mogły nawet zawierać prawdę...
-     Nie   wymykaj   się   z   odpowiedzią,   Jaredzie   Wolfie!   Czy   jej 
kiedykolwiek powiedziałeś, że ją kochasz?
Odpowiedzią było milczenie,
-  I ty mi teraz będziesz opowiadał o zaufaniu - zadrwiła Jenny. - 
Żądasz od ludzi bardzo wiele, ale w zamian dajesz bardzo mało.
Kiedy wychodził, zawołała za nim:
-  Zastanów się nad tym, Jaredzie. Dobrze zastanów...

ROZDZIAŁ   DZIESIĄTY

Nadszedł   dzień   trzydziesty   sierpnia.   Słoneczny   i   gorący.   Stojąc 
przed otwartym oknem i wciągając słone powietrze znad Atlantyku, 
Lark   powtarzała   sobie,   że   musi   zachować   spokój,   przede 
wszystkim spokój.
Ubiegłej nocy znowu myślami wędrowała po górach Kolorado i nie 
była sama. Przestań, przestań, przekonywała sama siebie. Jered 

background image

cię   nie   kocha   i   nigdy   nie   kochał.   Nic   go   nie   obchodzisz.   Nie 
pozwól,   aby   zepsuł   ci   dzień,   który   ma   być   pierwszym   dniem 
nowego życia.
Gdy nieco później wychodziła spod prysznica, wpadła Risa. Jedno 
na   nią   spojrzenie   powiedziało   Lark,   że   coś   się   wydarzyło. 
Jednakże zapytana Risa zaprzeczyła:
-   Jestem tylko... - zaczęła i zasłaniając usta dłonią pobiegła do 
łazienki. Lark chciała za nią biec, ale zastała drzwi zamknięte na 
klucz. Usłyszała natomiast niemiły odgłos wymiotowania.
Risa wróciwszy wreszcie z łazienki, miała twarz bladą jak kreda. 
Stanęła przed Lark z nisko opuszczoną głową.
-   Nic się nie przejmuj, Lark. Nic mi nie jest. Wiesz, to są takie 
poranne objawy... Jestem w ciąży...
-   Ach, Risa, to wspaniale! - Lark chciała rzucić się siostrze na 
szyję,   ale   ta   ją   powstrzymała,   wyciągając   przed   siebie   rękę. 
Patrzyła   tępo   na   Lark,   jakby   chciała   coś   powiedzieć,   ale   nie 
wiedziała jak.
-     Boże,   Boże,   co   ja   teraz   zrobię   -   jęknęła.   Wydawała   się 
całkowicie otępiała.
Lark usadowiła ją w fotelu i zadzwoniła po kawę i drożdżówki. Nim 
je   przyniesiono,   Risa   nieco   odzyskała   panowanie   nad   sobą. 
Spoglądała na siostrę o wiele przytomniej.
-     Powiedz   mi,   o  co   chodzi?   -   dopytywała   się   Lark.   -   Przecież 
zawsze chciałaś mieć dzieci?
Risa pociągnęła nosem.
-  Chciałam, ale nie z Tonym... Nie powinnam ci tego mówić w dniu 
twojego ślubu... - Bez szminki i ze łzami w oczach wyglądała jak 
zaszczuta panienka.
-  Przecież ty i Tony uchodzicie za dobre małżeństwo... - Lark była 
zaszokowana tym wyznaniem.
-    A   co   mamy  robić?   Musimy  udawać.   Pamiętasz,   jak   ci  przed 
twoją ucieczką do Kolorado obiecałam, że któregoś dnia opowiem 
ci o dniu mojego ślubu.
-  Pamiętam. Chciałaś mnie pocieszyć.
-     Chciałam,   więc   tylko   ot   tak   powiedziałam,   ale   nie   miałam 
zamiaru nigdy wyjawić prawdy. Teraz muszę się komuś zwierzyć.
Lark zrobiło się przykro, że pochłonięta własnymi problemami nie 
pomyślała, że i inni je mają. I to w jej najbliższej rodzinie. Ujęła 
dłoń siostry.
-     Mów,   słucham.   Nie   wiem,   czy   potrafię   ci   coś   poradzić,   ale 
postaram   się...   -   Przypomniała   sobie   prawie   identyczne   słowa 
Jenny...
-  Wiesz chyba, że Tony jest mężem w stu procentach zaleconym 
mi przez dobrego tatusia.
-  Wiem, że tata zawsze go lubił...
-     Lubił!   Tata   go   dla   mnie   wynalazł.   Początkowo   mi   to   nie 
przeszkadzało:   ambitny,   przystojny,   z   perspektywami   na 

background image

przyszłość.   Ale   poza   tym   władczy,   nie   znoszący   sprzeciwu. 
Pojąwszy mnie za żonę, uważa, że ma mnie na własność, tak jak 
ma się samochód. I dlatego zdecydowaliśmy się na separację.
-   To dla mnie nowość. Nic nie wiedziałam. Myślałam, że wasze 
małżeństwo jest naprawdę doskonałe...
-     Było   doskonałą   pomyłką.   Poza   tym   wchodzi   tu   w   grę   ktoś 
trzeci...
-  Kogo ojciec nie aprobuje?
-  Ojciec nawet nie domyśla się, kto to taki. Gdyby się domyślił. .. O 
Boże!   Świat   zawaliłby   mi   się   na   głowę.   Ojciec   wiedział,   że   się 
opieram i  im bardziej się  opierałam, tym  nachalniej narzucał mi 
Tony'ego.   Myślałam,   że   potrafię   się   przeciwstawić,   ale   uległam. 
Boże, jaką tragiczną popełniłam omyłkę, wychodząc za Tony'ego! - 
Zasłoniła   twarz   dłońmi.   Gdy   się   uspokoiła   i   podniosła   głowę, 
policzki miała mokre od łez.
-     Jakże   ci   współczuję,   Riso!   Powiedz,   w   jaki   sposób   mogę   ci 
pomóc?
-     Teraz   już   nikt   mi   nie   może   pomóc.   Zaszłam   w   ciążę...   Ja 
naprawdę chcę mieć dzieci. I wiem, że będę to dziecko kochała. 
Ale   teraz   już  na  zawsze   jestem   związana  z   Tonym...   Przedtem 
miałam nadzieję, że któregoś dnia zdobędę się na odwagę...
-  Żeby porzucić Tony'ego?
-  Żeby porzucić ojca.
-  Czy nadal widujesz tego, którego kochasz...?
-  Tak. - Był to ledwo słyszalny szept. - I on nadal mnie kocha, co 
jeszcze   bardziej   czyni   sytuację   okropną...   Gdybym   tylko   miała 
wówczas odwagę zrobić to, co uważałam za słuszne. Ale każde z 
nas miało  zobowiązania...  wobec  rodzin.  Myśleliśmy,   że nam  to 
przejdzie... że uczucie się wypali...
Jestem w lepszej sytuacji, pomyślała Lark. Przynajmniej wiem, że 
Jared   mnie   nie   kocha.   Więc   nie   ma   po   co   zdobywać   się   na 
odwagę.
Co by jej przyniosła odwaga? Życie jeszcze bardziej samotne niż 
to,   które   miała   w   perspektywie.   I   oznaczałoby   to   zerwanie   z 
rodziną.
-   Czy chcesz, żebym coś dla ciebie zrobiła? - spytała siostrę. - 
Może jednak... ?
Łzy spłynęły po policzkach Risy.
-     Nic.   Przynajmniej   ty   bądź   szczęśliwa.   I   uczyń   Wesa 
szczęśliwym... Zasługujecie na to.
Lark już sama nie wiedziała, na co zasługuje.
Karen Dodd, zupełnie już zmaltretowana doradczyni uroczystości 
ślubnych, wygładziła plisy na ślubnej sukni Lark.
-     Pasuje   jak   ulał.   Wprost   niewiarygodne!   Jak   to   pani   zrobiła? 
Wróciła pani z tych wakacji z dodatkowymi pięcioma kilogramami. 
Przedtem   suknię   zwężaliśmy   ze   trzy   razy,   a   teraz   trzeba   było 
poszerzać. Ja nie krytykuję, tylko stwierdzam fakt. Rzeczywiście 

background image

była pani już stanowczo za szczupła. Aż chorobliwie. - Karen Dodd 
rzuciła   niespokojne   spojrzenie   na   Rise,   w   obawie,   że   palnęła 
głupstwo.
Risa blado się uśmiechnęła. Siedziała na łóżku Lark już ubrana w 
sukienkę   druhny.   Miała   podkrążone   oczy,   ale   wydawała   się 
opanowana.
Lark nie wierzyła własnym oczom, widząc się w lustrze znów w 
ślubnej sukni. Jak to się stało? Przez te kilka tygodni w Kolorado 
obraz ślubnej sukni całkowicie się zatarł, tak jak i wszystko, co było 
z nią związane. Teraz to już nie jest przymiarka. Teraz stoi ubrana 
do własnego ślubu. Zdejmie suknię już jako mężatka.
Zdrętwiała,   gdy   w   pełni   dotarło   do   niej   znaczenie   tego   faktu. 
Wówczas już klamka zapadnie.
Z szoku wyrwało ją pukanie do drzwi.
-  Przyszła fryzjerka i kosmetyczka - odezwał się czyjś głos. - Czy 
mogą wejść?
-  Niech wejdą - odpowiedziała Karen Dodd.
Gdy obie kobiety weszły, Karen Dodd rozporządziła:
-  Niech jedna z pań zajmie się uczesaniem panny młodej, a druga 
makijażem   pierwszej   druhny.   I   pospieszcie  się,   nie   mamy  wiele 
czasu...
Tak, nie mam już wiele czasu, myślała gorączkowo Lark. Prawie 
wcale go nie mam. Niedługo zapadnie klamka...
Lark siedziała przed lustrem, podczas gdy kosmetyczka kończyła 
makijaż. Prawdziwa artystka, pomyślała Lark. Nie wyglądam na tę 
samą kobietę, która wróciła tu przed paru dniami,..
Za plecami Lark stała Risa. I jej twarz uległa przemianie. Zniknęły 
ślady łez i sińce pod oczami. Wydawała się piękna i szczęśliwa... 
Makijaż potrafi przesłonić wszystko, nawet ból serca...
-   Muszę jeszcze załatwić parę drobiazgów - oświadczyła Risa i 
wyszła,   ale   po   paru   minutach   wróciła,   w   chwili   gdy   wychodziła 
kosmetyczka. Była bardzo zaaferowana.
-  Co się znowu stało? - spytała Lark.
Risa głęboko westchnęła, a chcąc zyskać na czasie, wygładziła nie 
istniejącą zmarszczkę na swej sukni.
-     Boże,   nie   karz   mnie   za   to,   co   teraz   robię,   ale   uważam,   że 
powinnam. - Wzniosła oczy ku niebu.
Lark cierpliwie czekała, chociaż prawdę powiedziawszy miała już 
dość emocji jak na jeden dzień.
-  Jeszcze jeden prezent ślubny - zaczęła Risa...
-     Złóż   go   w   solarium   ze   wszystkimi   innymi   -   odparła   Lark   i 
pomyślała,   że   Risa   chyba   zupełnie   straciła   głowę,   skoro 
przychodzi z podobnymi głupstwami.
-  Nie powinnam tego robić. I to właśnie ze względu na adnotację. - 
Zza pleców wyjęła kopertę i podała Lark.
Na   kopercie   było   napisane   czerwonymi   literami:   Dostarczyć 
natychmiast. Sprawa niezmiernej wagi.

background image

Lark   na   chwilę   przestało   bić   serce.   Chociaż   koperta   nie   miała 
adresu   zwrotnego,   nie   było   najmniejszej   wątpliwości,   od   kogo 
pochodzi przesyłka.
-  Co się stało? - spytała po długiej chwili.
-  Właściwie można powiedzieć, że na chwilę zemdlałaś. Napij się 
wody,   Lark.   Ojej,   powinnam   ci   zwilżyć   twarz,   ale   jesteś   już 
umalowana...
Lark   wyprostowała   się   na   krześle,   do   którego   Risa   ją   jakoś 
przydźwigała. Trzęsącymi się palcami rozerwała zmiętą w pięści 
kopertę.   Wyjęła   z   niej   arkusz   papieru   przypominający   prawny 
dokument i przypiętą do niego kartkę.

Jestem ci winien co najmniej to i o wiele więcej. Byłem wobec  
ciebie zbyt surowy. Zasługujesz na szczęście w życiu. Mam  
nadzieją, że je znajdziesz.

Dokument   natomiast   stwierdzał,   że   Jared   Wolf   ofiarowuje   jej   w 
prezencie ślubnym dom Wolfów.
Ale to przecież niemożliwe! Ten dom znaczył dla niego więcej niż 
wszystkie urazy, jakie mógł nosić w sercu, i wszystkie zemsty! To, 
że   go   ofiarowuje   córce   swego   największego   wroga,   mogło 
oznaczać tylko jedno...
On   mnie   kocha!   On   mnie   kocha!   -   powtarzała   w   myślach   jak 
szalona. Teraz nie może temu zaprzeczyć. Bez względu na to, co 
się   stało,   bez   względu   na   to,   jaką   krzywdę   mógł   mi   wyrządzić, 
świadomie lub nieświadomie, pozostaje niezaprzeczalnym faktem, 
że on mnie kocha i to jest jego sposób poinformowania mnie o 
tym!
Gdzieś zniknął letarg, w którym tkwiła od kilku dni. Chwyciła Risę 
za ręce.
-     Powiedz   mi   teraz   prawdę!   Powiedz,   co   było   między   tobą   a 
Jaredem? Co się wydarzyło między wami przed laty?
Risa była najpierw zdziwiona, a potem jakby zawstydzona,
-    Po   co  ci   mam  to  opowiadać.   Nie  pokazałam  się   wówczas   z 
najlepszej strony.
-     Proszę   cię!   To   jest   dla   mnie   bardzo   ważne.   Risa   głęboko 
westchnęła.
-   Niewiele  się  wydarzyło.   Po prostu  uganiałam  się  za nim,  jak 
jakaś   nawiedzona,   pewno   to   sobie   przypominasz.   Zawsze   mi 
imponowali   tacy  trudni   do  zdobycia  chłopcy.   A  on  był   cholernie 
trudny. Nic nie zdziałałam. W każdym razie przez pierwsze dwa 
lata.   Potem   tak   go   zmęczyłam,   że   parę   razy   gdzieś   ze   mną 
poszedł. Musiałam się wymykać,  żeby ojciec się nie dowiedział. 
Ale okazało się, że zupełnie do siebie nie pasujemy.  Po prostu 
nudziliśmy się. Ojciec mnie przyłapał, kiedy wracałam z ostatniego 
spotkania z Jaredem. Ależ mi zrobił awanturę! I oczywiście uznał, 
że   to   wszystko   wina   Jareda,   że   Jared   chciał   mnie   uwieść. 

background image

Krzyczał,   że   nigdy   żaden   kundel   nie   dotknie   jego   córki.   Tak, 
nawymyślał Jaredowi. I zagroził mu, że go zabije.
-  Ojciec mi powiedział, że to Jared chciał cię uwieść. 
Risa gorzko się roześmiała.
-   Ze smutkiem wyznaję, że nie. Bardzo tego wtedy żałowałam. 
Jared zachowywał się zawsze jak dżentelmen z romansu. Ale ja 
nie byłam wielką damą z tegoż romansu. I nawet nie stanęłam w 
jego obronie, kiedy ojciec te straszne rzeczy do niego wykrzykiwał. 
Jared chronił mnie. W milczeniu przyjął winę na siebie. Chociaż nie 
wiem, jaka to mogła być wina. Wyszedł po prostu ze mną parę 
razy... Nic się nie wydarzyło...
Risa zaczęła nerwowo spacerować po dywanie, tam i z powrotem, 
tam i z powrotem, i tak w kółko.
-     Boże,   ileż   ja   głupstw   narobiłam   w   życiu.   To   z   Jaredem,   to 
jeszcze nie największe. Wyszłam za Tony'ego... Teraz dziecko... A 
wszystko, żeby sprawić przyjemność ojcu,
-  Mam do ciebie jeszcze jedno pytanie - odezwała się Lark. - Czy 
to prawda, że Jared zadzwonił do Wesa i powiedział mu, gdzie 
jestem? Tak twierdzi ojciec.
-  Przykro mi to potwierdzić, ale to fakt, że Jared dzwonił do Wesa. 
Nie wiem jednak, o czym rozmawiali. I wiem, że tego samego dnia 
ojciec wyjechał po ciebie do Kolorado.
Lark ciężko westchnęła.
-   Dziękuję ci za szczerość, Risa. A teraz chciałabym kilka minut 
zostać sama...
Risa przez chwilę się wahała, ale potem ruszyła w stronę drzwi. 
Otwierając je, powiedziała:
-  Pójdę sprawdzić, czy samochody już podjechały. Za pięć minut 
powinniśmy wyjechać do kościoła. Jeślibyś mnie potrzebowała. ..
Lark odprawiła ją gestem dłoni.

Po wyjściu siostry podeszła do okna i wyjrzała na ogród, w którym 
paru   ogrodników   doprowadzało   trawniki   i   klomby   do   perfekcji. 
Jakże   inna   jest   ta   zieleń   od   tej   w   Kolorado.   Tak   samo   jak 
mężczyzna, którego miała dziś poślubić, był inny od tego, którego 
kochała...
I kocha, kocha, nadał kocha! Nie może temu zaprzeczyć. Kocha 
bez względu na wszystko. A on kocha ją. Ale ten jego telefon? 
Rozmowa z Wesem... Czy można ją usprawiedliwić? A może on jej 
nie   kocha.   Może   ofiarował   jej   dom,   żeby   wymazać   z   własnej 
pamięci wszystko, co miało z nią związek? Bzdura! Boże, skąd to 
można wiedzieć...!
Powodowana impulsem podbiegła do telefonu. W ciągu paru minut 
uzyskała   z   biura   informacji   numer   telefonu   Jenny   w   Kolorado. 
Wykręciła   go.   Po   niezliczonej   ilości   dzwonków   usłyszała   jej 
zdyszany głos.
-  Dzięki Bogu, że cię zastałam! - wykrzyknęła do słuchawki Lark.

background image

-  Lark? Co się stało? Dziś jest dzień twojego ślubu?
-   Tak, Jenny, ale, gdzie jest Jared? Muszę, absolutnie muszę z 
nim mówić.
-  Nie wiem. Pojęcia nie mam. Był tu przed kilkoma dniami, sporo 
mu wtedy nagadałam i od tego czasu go nie widziałam.
-  Nagadałaś mu? Dlaczego?
Lark usłyszała w słuchawce prychnięcie.
-     Bo   jest   głupi.   Nie   powinien   był   pozwolić   ci   odejść.   I   to   mu 
powiedziałam.
-   Gdybym  wtedy wiedziała, że on mnie chociaż lubi... że mam 
jakaś szansę.
-  On cię kocha - z wielką pewnością siebie odparła Jenny. - Tylko, 
czy potrafi połknąć tę dumę, która go zaślepia? Tego nie wiem. To 
mój brat i bardzo go kocham, ale wiem, że ma straszne wady. A 
największą jest to, że nie umie wybaczać. Przykro mi, Lark, że nic 
ci   więcej   nie   mogę   powiedzieć.   I   nie   będę   też   cię   namawiała, 
żebyś rzuciła wszystko i przyjeżdżała tylko dlatego, że ja wiem, że 
on cię kocha, i powiedziałam ci to.
-  Dziękuję ci za wszystko, Jenny. Do widzenia!
-  Do widzenia, Lark. Wiele szczęścia...!
O tak, jest jej potrzebne! 
Odwiesiwszy słuchawkę, Lark spojrzała w lustro. I nagle uderzyło 
ją, że obraz ten już widziała. Obraz zatrwożonej kobiety stojącej na 
podium w salonie strojów ślubnych w Palm Beach.
Obraz bardzo podobny, choć twarz kobiety inna. A może również 
inna jest kobieta w tej samej sukni? Tamta miała zapadłe policzki i 
podkrążone oczy. Ta tryska zdrowiem i energią.
Nowa   Lark   Mallory   nie   będzie   niczyją   ofiarą.   Ma   siłę   i   wolę 
sięgnięcia po to, czego pragnie, bez względu na trudności, jakie 
może napotkać. A nowa Lark Mallory pragnie Jareda Wolfa i nie 
chce żadnego innego mężczyzny. Dla niego jest gotowa...
Na   cały   głos   się   roześmiała.   Wejdzie   na   najwyższy   szczyt   jeśli 
zajdzie taka potrzeba. Jared Wolf nigdzie się przed nią nie schroni, 
nie umknie jej...
Unosząc ciężką spódnicę sukni, podbiegła lekkim krokiem do drzwi 
i   z   hałasem   je   otworzyła.   W   holu   stała   Karen   Dodd   i   coś 
zapisywała w notatniku.
-   Ach, panno Mallory! Jak pani cudnie wygląda. Proszę chwilkę 
zaczekać, zobaczę, czy wszyscy już są gotowi na pani zejście.
-  Nie potrzeba - zbyła ją Lark i ruszyła do schodów.
-     Niech   pani   nie   schodzi,   niech   pani   nie   schodzi!   Pan   młody 
rozmawia   tam   jeszcze   z   pani   ojcem.   Wie   pani   przecież,   że   to 
przynosi pecha, jeśli przed ślubem spotyka się pana młodego...
Lark nie słuchała ostrzeżeń Karen Dodd i jak burza zbiegła na dół.
Zdążyła   jeszcze   zobaczyć   plecy   swego   narzeczonego,   który 
pięknie wystrojony, w tużurku, właśnie wychodził przed dom.
Pobiegła za nim.

background image

-  Wes, poczekaj!
Obrócił się zdziwiony. Uniósł wysoko brwi.
-  Nie powinienem cię widzieć przed ślubem, moja droga - odezwał 
się dość sztywno.
-   Muszę z tobą porozmawiać, teraz! To bardzo ważne. Wróć na 
chwilę.
-  Jeśli sobie tego życzysz... - Podszedł i stanął jak wryty.
- Jak ty cudownie wyglądasz, twoje oczy błyszczą jak diamenty... 
cała   promieniejesz.   -   Jego   surowy   wyraz   twarzy   ustąpił 
uśmiechowi. - Lark...
Była zakłopotana jego komplementami w chwili, w której miała mu 
zakomunikować   ostateczną   decyzję.   Pierścionek   ześlizgnął   się 
łatwo   z   palca,   jakby   tylko   na   to   czekał.   Podała   go   bez   słowa 
Wesowi.
Początkowo nie pojął, co to jest.
-  Co mi podajesz?
-  Zwracam ci pierścionek. Nie mogę za ciebie wyjść. Niezmiernie 
mi przykro. Wszystko to, co mi przedtem mówiłeś, ma sens, ale 
tylko   do   pewnego   momentu.   Małżeństwo   oparte   na   szacunku   i 
przyjaźni może wystarczyć wówczas, gdy nie istnieje osoba, którą 
się kocha. Natomiast kiedy ta osoba żyje i mieszka w Kolorado...
-  Mówisz o tym Wolfie...? Ty go kochasz?
-  Duszą i ciałem.
-     Przed   dwoma   dniami   nie   sądziłaś,   byś   miała   jakąkolwiek 
szansę...
-  Muszę zaryzykować, chociażby szansa miała być minimalna.
Patrzył na nią jakby nie wierzył własnym uszom.
-  Twój ojciec zapewniał mnie, że to jest chwilowe zadurzenie i że z 
tego wyjdziesz. I że nic nie obchodzisz tego faceta. Że on cię tylko 
wykorzystał jako narzędzie zemsty.
-  To jest kłamstwo! 
Wes pokiwał głową.
-  Kto wie, czy nie masz racji... - Długą chwilę się wahał, a potem 
powiedział: - Słuchaj, to ja ci już to powiem... Twój ojciec ostrzegał 
mnie, nalegał, prosił, żebym ci nie mówił, ale powiem. Jared Wolf 
nie   zadzwonił   do   mnie   po   to,   żeby   powiedzieć,   gdzie   jesteś. 
Szybko doszedłem do wniosku, że zadzwonił, by sprawdzić, czy 
ślub jest odwołany, czy nie. Dopiero kiedy mu powiedziałem, że 
nie jest odwołany, poprosił o adres, pod który może wysłać prezent 
ślubny.   A   w   ogóle   nie   miałem   pojęcia,   kto   do   mnie   dzwoni. 
Powiedział, że dawny znajomy. Dopiero kiedy wspomniałem jego 
nazwisko   twojemu   ojcu,   skoczył   pod   sam   sufit.   Tak   wygląda 
prawda, Lark.
Lark w tym momencie wręcz pokochała Wesa Sherborna. Stanęła 
na palcach i złożyła lekki pocałunek na jego policzku.
-  Dziękuję ci, bardzo dziękuję. I tak byłam zdecydowana, ale to, co 
mi powiedziałeś, tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że postępuję 

background image

słusznie. Teraz mi pozostaje tylko go odnaleźć.
-  Powodzenia! - krzyknął za nią, gdy wybiegła z domu. Dostrzegł 
coś przez oszklone drzwi i dodał pod nosem: - Już chyba znalazła.

Po schodach wchodził szczupły wysoki mężczyzna. Widząc Lark, 
chwycił   ją   w   ramiona   i   przytulił   do   piersi.   Lark   cicho   łkała   ze 
szczęścia.
-  Jared... O, Jared, ja właśnie...
-   Bądź  cicho,   nic  nie  mów.  Przyjechałem   po  ciebie.  Już  nigdy 
nigdzie nie będziesz musiała uciekać. A facet, dla którego włożyłaś 
dziś tę suknię, powinien mi być dozgonnie wdzięczny...
-   W pewnym sensie już jestem wdzięczny - odezwał się głos z 
boku.   Do   Lark   i  Jareda   podszedł   Wes.   -   Moje   gratulacje,   Lark. 
Jakoś przeżyję zaskoczenie gości zebranych w kościele, natomiast 
mogłoby być gorzej z przeżyciem małżeństwa skazanego z góry 
na niepowodzenie. Miałaś rację, Lark, że zrobiłaś to, co dyktuje ci 
serce.
Jared skinął lekko głową.
-  Trwało to długo, Sherbom, ale wreszcie poszedłeś po rozum do 
głowy. Lark, idziemy...!
-     Jeszcze   nie.   -   Oparła   się   jego   władczemu   gestowi.   - 
Zapomniałeś o czymś... - uśmiechnęła się prowokująco.
Zdziwiony patrzył na Lark, nie wiedząc, o co chodzi. Tylko Wes 
cicho, się zaśmiał,
-     I   kto   tu   wygłasza   sentencje   o   pójściu   po   rozum   do   głowy   - 
mruknął,   schował   ręce   do   kieszeni   i   odszedł,   łobuzersko 
pogwizdując.
Jared wreszcie zrozumiał.
-  Kocham cię! Czy na te słowa czekałaś? - spytał.
-  Tylko na te. - Zawisła mu u szyi, obcałowując całą jego twarz.
Jared wziął ją na ręce i zaniósł do wynajętego samochodu, który 
zatarasował   podjazd   wypełniony   limuzynami   zamówionymi   na 
ślub. Za Lark niby mgiełka wędrował przejrzysty welon. Kierowcy 
limuzyn, obserwujący widowisko, zaczęli głośno klaskać.
W   tej   samej   chwili   w   drzwiach   rezydencji   stanął   Drak   Mallory   i 
rozległ się przeraźliwy ryk:
-  Niech cię piekło pochłonie, mieszańcu! Oddaj mi moja córkę albo 
oskarżę cię o kidnaperstwo! Przysięgam, że to zrobię! Nie masz 
prawa zjawiać się tutaj i...
Lark,   nadal   w   ramionach   Jareda,   silnym   jak   nigdy   głosem 
odkrzyknęła:
-     To   moje   życie,   psiakrew,   i   chcę   je   przeżyć   tak   jak   chcę   z 
mężczyzną, którego kocham!
Jared   wybuchnął   głośnym   śmiechem.   Usadowił   Lark   na   tylnym 
siedzeniu   samochodu,   a   ona   szybko   opuściła   tylną   szybę   i 
wykrzyknęła do ojca:
-     Kocham   cię,   tato,   ale   już   nie   jestem   małą   dziewczynką.   Do 

background image

widzenia!
Tak, nie była już małą dziewczynką, była kobietą Jareda.
-  Możemy jechać? Gotowa? - spytał Jared.
-  Na wszystko - odparła.
Lark po raz ostatni spojrzała na ojca, który stał na schodach jakby 
skamieniały.

EPILOG

Dokładnie w dwa lata po drugiej ucieczce z domu, Lark Mallory 
Wolf przyjmowała odwiedzających ją w szpitalu w Denver gości. 
Była to doniosła chwila, bo oto Lark urodziła właśnie chłopca wagi 
prawie czterech kilogramów. Przy łóżku siedział jej ukochany mąż, 
który  dawno   już  sprzedał  swą   firmę   komputerową   i  powrócił   do 
rodzinnego zawodu - ranczerstwa.
Najmilszym   gościem   młodej   matki   była   jej   szwagierka,   Jenny. 
Przyniosła   prezenty   i   pozdrowienia   od   małego   Jareda,   który 
wyrażał radość, że wkrótce będzie miał kuzyna, z którym będzie 
się mógł bawić.
Trzymając w swej dłoni dłoń męża, Lark była przekonana, że nie 
ma chyba szczęśliwszej kobiety od niej.
Do drzwi pokoju ktoś zapukał i po chwili ukazała się w nich głowa 
Risy.
- Macie czas i miejsce dla bardzo dumnej cioci? - spytała.
Lark pisnęła z radości. Nie spodziewała się wizyty siostry, która 
niestety   nie   donosiła   spodziewanego   potomka   i   potem 
przechodziła   ciężki   okres   hałaśliwego   i   przykrego   rozwodu. 
Najwidoczniej była teraz już w lepszej formie, skoro zdecydowała 
się na podróż do Kolorado.
Siostry   padły   sobie   w   ramiona   i   w   pierwszej   chwili   Lark   nie 
zauważyła, że za Risą wślizgnął się do pokoju mężczyzna. Gdy go 
wreszcie zobaczyła, otworzyła ze zdumienia oczy: Wes Sherbom, 
ostatni   człowiek   na   świecie,   którego   mogła   się   tu   spodziewać. 
Jared także wydawał się zdziwiony, ale powitał gościa serdecznie, 
chociaż   widział   go   tylko   raz   w   życiu   na   schodach   rezydencji 
Mallorych   w   dniu   niedoszłego   ślubu.   Oczy   Risy   promieniały 
szczęściem.
-  Mam nadzieję, że nie macie mi za złe, iż przyleciałam z Wesem.
-  Ależ nie, skądże... - odparła Lark, chociaż nadal nie pojmowała, 
co Wes tu robi. Spytała go: - Przyjechałeś w jakimś specjalnym 
celu? Masz coś do załatwienia w Denver?
-  Przyjechałem w specjalnym celu. Towarzyszę Risie...
I w końcu Lark zrozumiała: to Risa była miłością Wesa, a Wes jej!
-  Teraz rozumiem wasze problemy - powiedziała Lark. - Rodziny 
Mallorych i Sherbomów uzurpowały sobie, niestety, boskie prawo 
zaręczania swoich dzieci jeszcze w kołyskach...

background image

-     No   i   ojciec   zapewne   był   przekonany,   że   to   właśnie   niebiosa 
podpowiedziały mu twój związek z Wesem - dokończyła Risa. - 
Kiedy wyszłaś za Jareda, myślałam, że ojciec trochę zmądrzeje. 
Ale nic z tego. Mój rozwód z Tonym jeszcze bardziej go rozsierdził. 
Tylko   małżeństwo   z   Wesem   nieco   go   uspokoiło.   Ma   wreszcie 
Sherborna w rodzinie. I to tego samego, którego chciał...
Przez  minione  dwa   lata   Lark   miała   do   siebie  żal,   że  zerwała   z 
ojcem. Ale teraz wyszła na jaw tajemnica Risy. Czy ojca już nic nie 
nauczy?  Nic nie zmieni? Marzyła o pojednaniu Jareda z ojcem, 
lecz to było nierealne. Jared to zbyt dumny człowiek, aby prosił 
Mallory'ego o wybaczenie, choćby nawet tylko wydumanych win. A 
ojciec...
Już po ślubie Lark dowiedziała się też do czego służył jej ojcu dom 
Wolfa, kiedy jeszcze był jego właścicielem. Nie miał to być wcale 
dom wakacyjny dla rodziny, lecz gniazdko dla eskapad miłosnych. 
Dopiero   kiedy   matka   zaczęła   coś   podejrzewać,   ojciec   głośno 
obwieścił, że właśnie kupił letniskową chatę w górach.
Lark   zdała   też   sobie   sprawę,   że   małżeństwo   matki   i   ojca   było 
prawie   od   samego   początku   nieudane.   Prawdopodobnie   także 
zaaranżowane przez zainteresowane tym związkiem rodziny.
Tak,   pomyślała   ze   smutkiem.   Nie   ma   nadziei,   by   dzisiejszą 
radosną chwilę mogła podzielić nie tylko z Jaredem, nie tylko z 
siostrą i szwagierką, ale także z własnym ojcem. Gdzie jest Jared? 
Lark,   pochłonięta   rozmową   z   gośćmi,   nawet   nie   zauważyła,   że 
wyszedł.
I w tym właśnie momencie, zupełnie jakby to był dzień spełnionych 
marzeń, otwarły się drzwi i ukazał się w nich Jared w towarzystwie 
Drake'a Mallory'ego.
Lark i Risa oniemiały. Drake Mallory był obładowany prezentami. 
Przyniósł   wielkiego   misia,   kije   baseballowe,   piłki   do   siatkówki   i 
wiele innych zabawek, do których kiedyś z pewnością śmiać się 
będą oczy chłopca.
A w oczach ojca Lark zobaczyła nagle wzbierające łzy.
W   panującej   w   pokoju   głębokiej   ciszy,   jakby   zwielokrotniło   się 
pogłosem jedno jego słowo:
-  Przepraszam.
Lark pytającym wzrokiem patrzyła na Jareda.
-     Sprawa   prosta   -   odparł   Jared.   -   Przecież   ja   cię   kocham. 
Cierpiałaś z powodu zerwania z ojcem, więc ci go sprowadziłem. 
Pojechałem   po   niego   i   przywiozłem,   żebyś   była   szczęśliwa.   To 
bardzo proste...
I od tej chwili, dzięki bardzo wyjątkowemu mężczyźnie, jakim był 
Jared   Wolf,   życie   Lark   Mallory   Wolf   było   nie   kończącym   się 
pasmem szczęścia.