background image

Kazimierz Utrata 

Przez Dom Żołnierza i Fort VII do Dachau 

W roku 1939 na krótko przed wybuchem wojny wróciłem z 

więzienia   wrocławskiego   po   odsiedzeniu   dwu   i   półrocznego 

wyroku za działalność antyfaszystowską. Nie mogłem nigdzie 
otrzymać   pracy.   Błąkałem   się   po   ulicach   Poznania,   daremnie 

szukając zatrudnienia po różnych warsztatach. W sierpniu 1939 
roku, kiedy rozpoczęła się powszechna mobilizacja do Wojska 

Polskiego, zgłosiłem się ochotniczo, chcąc wziąć udział w walce 
przeciwko   hitleryzmowi.   W   PKU   '   odpowiedziano   mi,   że 

komunistów do armii nie przyjmują... 

'  

PKU – Powiatowa Komenda Uzupełnień. 

Po wtargnięciu Niemców do Poznania zostałem zapędzony 

do   robót   wojskowych   przy   tamie   Garbarskiej.   Ponieważ   nie 

mogłem   walczyć   z   bronią   w   ręku   przeciwko   faszystom, 
postanowiłem kontynuować to w cywilu. W grudniu 1939 roku 

począłem   organizować   na   terenie   swej   pracy   komórkę 
sabotażową.   Natrafiłem   jednakże   na   nieprzezwyciężone 

trudności   ze   strony   współpracowników.   Wobec   tego 
prowadziłem sabotaż indywidualny. 

W   marcu   1940   roku   otrzymałem   od   towarzyszy 

ostrzeżenie   o   mających   nastąpić   aresztowaniach   byłych 

członków   ruchu   lewicowego.   Radzono   mi   zmianę   miejsca 
zamieszkania.   Nie   zastosowałem   się   jednakże   do   tego 

ostrzeżenia. 

Dnia 20 kwietnia 1940 roku rankiem o godzinie czwartej 

zjawili się w moim mieszkaniu gestapowcy. Oświadczyli mi, że 
mam   się   natychmiast   ubierać   i   pójść   z   nimi.   Żonie   mojej 

odpowiedzieli, że potrzebują mnie tylko na trzy dni do pracy. 
Jednakże   już   w   drodze   usłyszałem   od   eskortującego   mnie 

przodownika SS ' - Za twoje dotychczasowe wyczyny, ty świnio, 
pójdziesz pokutować do lagru. 

'  

SS – Schutzstaffeln – Sztafety Ochronne, straż ochronna 

background image

  Hitlera, która z czasem rozrosła się, tworząc specjalne 
  wyborowe oddziały policyjne i wojskowe (Waffen SS). 
  SS-mani – funkcjonariusze SS. 

Dał   mi   przy   tym   do   zrozumienia,   iż   wie,   że   wyszedłem 

niedawno z więzienia. 

Z   odbezpieczonymi   rewolwerami   odprowadzili   mnie 

esesmani do Domu Żołnierza. Tam ustawiono mnie pod ścianą, 

która   była   całkowicie   zbryzgana   krwią   moich   nieszczęśliwych 
poprzedników.   Gdym   mimo   woli   spojrzał   na   podłogę, 

zauważyłem,   że   stoję   w   krwawej   galarecie.   Kiedy   za   chwilę 
wyprowadzono   jakąś   kobietę   i   zaczęto   ją   masakrować   przy 

biurku   oficera   SS,   nie   mogąc   znieść   krzyku   mordowanej, 
odwróciłem  głowę  od   ściany,   aby  spojrzeć  na  katów.  W  tym 

momencie otrzymałem kilkanaście silnych uderzeń pięściami po 
policzkach, od czego zalałem się krwią i straciłem przytomność. 

Po odzyskaniu przytomności stwierdziłem, że wybito mi sześć 
zębów. Wyplułem je później przy transportowaniu do Fortu VII ' 

'  

Fort VII. Jeden z fortów dawnego systemu obronnego twierdzy 

   Poznań, w której tajna policja niemiecka (gestapo) 
   zorganizowała po zajęciu Poznania obóz przejściowy dla 
   aresztowanych Polaków. Obóz był zarazem miejscem kaźni w 
   którym zginęło wielu polskich patriotów. 

Pół godziny po tej „wstępnej obróbce” zaczęto nas ładować 

po   pięćdziesiąt   osób   do   jednego   samochodu   i   wywozić   do 
wspomnianego   Fortu   VII,   który   znajdował   się   na   zachód   od 

miasta.   Jeszcze   był   wczesny   ranek,   gdy   nasza   ciężarówka 
znalazła się w podziemiach Fortu. Na przywitanie nas wypadło 

z lochów około sześćdziesięciu esesmanów, każdy uzbrojony w 
pałkę i rewolwer. Większość z nich była kompletnie pijana. 

Alles   runter   '   -  zawołał   herszt   tej   bandy,   a   kiedyśmy 

wyskakiwali   z   samochodu,   przebiegając   długi   korytarz 
do celi, esesmani ustawieni w szpaler bili nas pałkami 

po   głowie   i   strzelali   z   rewolwerów   pod   nogi.   Gdy 
znaleźliśmy się w celi, było wśród nas czterech ciężko i 

kilku lżej rannych.
'  

Wszyscy na dół. 

W   owym   dniu   przywieziono   do   Fortu   VII   800   ludzi 

umieszczając ich wszystkich w celi o wymiarach 20x10 m. Do 

background image

wieczora zapanowała w tym lochu duszność nie do opisania, 
ponieważ nikogo nie wypuszczano do ustępu. Wieczorem jeden 

z   współwięźniów   zapukał   do   drzwi   meldując   otwierającemu 
esesmanowi, że jest chory i prosi o skierowanie go do lekarza. 

Esesman zabrał go natychmiast, podprowadził na ganek, który 
znajdował się z tyłu naszej celi, i zamordował kilkoma strzałami 

z rewolweru. Przyglądaliśmy się tej scenie przez wąskie otwory 
w   murze.   Gdy   następnego   dnia   wypuszczono   nas   po   raz 

pierwszy,   ujrzeliśmy   esesmana   paradującego   w   butach 
zamordowanego. 

Do   ustępu   wpuszczano   nas   pięćdziesiątkami.   Były   trzy 

siedzenia, a załatwić musieli się wszyscy w ciągu pięciu minut. 

W drodze powrotnej esesmani ustawieni szpalerem na ganku 
podstawiali przebiegającym nogi, a kto się wywrócił, kopali go 

w   okropny   sposób.   Nieszczęście   to   spotkało   i   mnie.   Kiedy 
wywróciłem się przez podstawioną przez esesmana nogę, ten z 

całym   impetem   skoczył   mi   na   brzuch,   w   rezultacie   czego 
dostałem przepukliny. 

Kiedy po trzech dniach wywożono nas do Dachau, dano 

nam na odjezdne po jednym litrze zupy na czterech. Zupę tę 

przyniesiono  w brudnych  wiadrach,  w które chorzy  załatwiali 
się   nocą.   Przy   wsiadaniu   do   samochodu   szczuto   psami   i 

okładano   kolbami   karabinów.   Wielu   wyjechało   do   Dachau   ze 
strasznymi   ranami   na   nogach   od   pogryzienia   przez   psy.   W 

drodze na dworzec napisałem krótki list pożegnalny do rodziny 
w   przekonaniu,   że   jest   to   mój   ostatni   list.   Prosiłem   w   nim 

znalazcę,   żeby   go   odniósł   pod   wskazany   adres.   List   ten 
wyrzuciłem z samochodu na ulicę, a na drugi dzień przyniosła 

go mojej żonie jakaś staruszka Polka. 

Podróż do Dachau odbywaliśmy w wagonach przy szczelnie 

zamkniętych drzwiach i okiennicach. Nikt z nas nie wiedział na 
pewno, dokąd jedziemy. Niektórzy łudzili się nawet, że wiozą 

nas   na   „wolne   roboty”   do   Niemiec.   Już   następnego   dnia 
przekonali się jednak o swej pomyłce. 25 kwietnia 1940 roku w 

południe zajechaliśmy na małą stacyjkę szesnaście kilometrów 
na   północ   od   Monachium.   Ktoś   w   naszym   wagonie   patrząc 

przez   szparkę   wagonu   zawołał   nagle:   Dachau.   W   wagonie 
zapanowała śmiertelna cisza. „Może pojedziemy dalej”, odezwał 

się   jakiś   głos,   lecz   w   tej   chwili   usłyszeliśmy   miarowe   kroki. 

background image

Zbliżał   się   oddział   złożony   z   około   400   zbirów   z   SS,   którzy 
ustawili   się   przed   wagonami   z   karabinami   wymierzonymi   w 

naszym   kierunku.   Większość   z   nas   była   przekonana,   że 
będziemy na miejscu rozstrzelani. 

Po   otworzeniu   wagonów   ustawiono   nas   piątkami   i   przy 

akompaniamencie   wyzwisk   i   strasznego   bicia   popędzono 

biegiem   do   obozu   oddalonego   o   dwa   kilometry   od   miasta. 
Ludność   cywilną   ustawioną   przy   drodze   z   dworca   do   obozu 

poinformowano,  że prowadzą  bandytów  i  złodziei  połapanych 
na tyłach frontu niemieckiego w Polsce. W odpowiedzi na to 

członkowie  Hitler-Jugend  obrzucili   nas   kamieniami   i   bili 
pięściami   po   twarzy.   Gdy   dwóch   staruszków   padło   ze 

zmęczenia   już   na   pierwszym   kilometrze,   esesmani   rozkazali 
innym więźniom chwycić ich z nogi i wlec do obozu. Jeden z 

nich  zmarł tego  samego  dnia, a drugi  dostał obłędu i  został 
spalony w krematorium. W Dachau istniało takie „prawo”, że 

wszyscy,   którzy   dostawali   pomieszania   zmysłów,   byli   bez 
żadnych ceremonii truci i paleni. 

Po   przebraniu   nas   w   pasiaki   więzienne   zarządzono 

sześciotygodniową   kwarantannę,   podczas   której   od   czwartej 

rano   do   siódmej   wieczorem   słynny   blokowy   Willi,   kat   i 
morderca   wielu   Polaków,   „uczył   nas”   zwrotów   i   stania   na 

baczność   całymi   godzinami   z   odkrytą   głową   na   słońcu.   Po 
ukończeniu   kwarantanny   porozsyłano   nas   po   różnych 

komandach ' roboczych. 

Obozy miały swoje filie i komanda (oddziały) robocze. 

Do   najstraszniejszych   komand   w   owym   czasie   należały: 

żwirownia, budowa garażu, plantacje oraz zbrojownia. Do tego 

ostatniego komanda przydzielono i mnie. Prowadzący budowę 
zbrojowni  Scharfuhrer   '  Braun   przezwany   przez   więźniów 

„panterą” wybierał codziennie 10 więźniów do taczek. Musieli 
oni  pełne  taczki żwiru pchać 100 metrów biegiem pod górę. 

Jeśli który zasłabł, natychmiast zjawiał się „pantera” i bił swoją 
ofiarę trzonkiem od łopaty tak długo, aż zobaczył krew. Kiedy 

już   nieszczęśliwiec   leżał   w   kałuży   krwi   na   ziemi,   stawał   mu 
jednym butem na piersi a drugim uderzał obcasem o czaszkę i 

tak go „wykańczał”. Nie było dnia, żeby Braun w ten sposób nie 
uśmiercił   trzech   do   czterech   więźniów.   Wracając   od   pracy 

zabieraliśmy ich do taczek i składaliśmy w krematorium. 

background image

'  Scharfuhrer – dowódca drużyny, plutonowy w SS. 

Po tygodniu pracy zakwalifikował mnie Braun do taczek na 

miejsce   zamordowanego   Czecha   Jerzego   Zebrzyka,   studenta 
medycyny   z   Pragi.   W   tym   dniu   wszedłem   w   porozumienie   z 

kapem ' naszego komanda. Kapowie mieli w Dachau straszną 
opinię. Ten jeden stanowił wyjątek. Był to niejaki Hugo Jakusz 

z Monachium, skazany w roku 1933 za działalność lewicową na 
bezterminowy pobyt w obozie koncentracyjnym. Uzgodniliśmy, 

że będziemy bronili wszelkimi środkami tych więźniów, którym 
bezpośrednio zagraża śmierć. 

'  

Kapo – z włoskiego (capo – naczelnik, szef) więzień powołany 

   przez komendę obozu na stanowisko nadzorcy nad innymi 
   więźniami. 

Niedługo,   bo   już   na   trzeci   dzień   przekonałem   się   o 

skutkach tego sojuszu na własnej skórze. Tego dnia rano, gdy 
przebiegałem obok „pantery” z taczką pełną żwiru, przyczepił 

się do mnie i zaczął mnie okładać po nagich nogach. Mało mu 
tego było, więc chwycił mnie za gardło powalając na ziemię i 

depcząc butami. Zanosiło się, że nie przeżyję tego dnia. W tym 
momencie   nadszedł   Jakusz   i   zameldował   Braunowi,   że   tam 

gdzieś przy budowie zawaliło się rusztowanie i on potrzebuje 
mnie do naprawy jako stolarza. W ten sposób uratował mnie od 

strasznych taczek i od śmierci. 

Do   ulubionych   metod   „pantery”   należało   jeszcze 

wyrzucanie narzędzi poza linię posterunków. Następnie wysyłał 
jednego z więźniów, żeby mu wyrzucone narzędzia przyniósł. 

Więzień po przekroczeniu linii został oczywiście bez ostrzeżenia 
zastrzelony. Później  nazywało się,  że został zabity  z powodu 

próby ucieczki. 

Ponieważ w tym komandzie każdego dnia i każdej godziny 

groziła śmierć, postanowiłem zmienić je na inne. Przy pomocy 
Jakusza i Fryca, również z Monachium, zostałem przydzielony 

do fabryki stolarskiej tuż przy obozie. Wyrabiano tam sprzęt 
wojenny.   Zapoznałem   się   z   towarzyszami   austriackimi, 

czeskimi i jugosłowiańskimi. Z grupy polskiej poznałem bliżej 
Władysława Zasadę z Łodzi i Andrzeja Wanata z Komorowic. W 

rezultacie   tego   zbliżenia   założyliśmy   na   początku   1941   roku 
szereg   komórek   sabotażowych   na   terenie   fabryki.   Od   tego 

background image

czasu częściej zrywały się piły taśmowe a piły tarczowe były 
przepalone i niezdatne do użytku. Często przerywał się dopływ 

prądu,   z   powodu   czego   około   300  maszyn  i  600   robotników 
stało nieraz przez cały dzień bezczynnie. Kleje i farby, których 

było   brak,   szły   całymi   wiadrami   do   pieca;   podobnie   dobre 
drewno, które otrzymywaliśmy do budowy sprzętu wojennego. 

Zastępowaliśmy   je   materiałem   lichym.   Wszelki   sprzęt 
staraliśmy się budować tak słabo, żeby przy pierwszym użyciu 

stał się nie do użytku. 

Informatorem   politycznym   na   wszystkie   komórki   był 

Austriak   Wildpaner   z   Wiednia.   Posiadał   on   zakonspirowany 
radioaparat. W roku 1942, kiedy do Dachau zaczęli napływać 

więźniowie   sowieccy,   zaistniała   potrzeba   założenia   i   na   tym 
terenie   komórek   sabotażowych.   Kierownictwa   komórki 

sowieckiej   podjął   się   Gabriel   Aleksiejewicz   Spiridonow, 
nauczyciel   z   Kazania.   Bardzo   aktywny   okazał   się   również 

komsomolec   Igor   Czerniakowski   z   Mikołajewa   i   Filip   Basow, 
drukarz   z   Moskwy   wywieziony   później   do   Gros-Rosen   i   tam 

prawdopodobnie  zamordowany.   Towarzysze   radzieccy   nie  byli 
przyzwyczajeni   do   roboty   konspiracyjnej   i   częściowo   padali 

ofiarami   szpiclów.   Kilku   z   nich   powieszono   na   bramie 
fabrycznej na oczach całej załogi. 

Poszczególne   komórki   pomagały   sobie   wzajemnie 

wszelkimi sposobami. Gdy w latach 1944-1945 ludzie masowo 

umierali z głodu komórka austriacka np. dostarczała na moje 
ręce dla Polaków 40 bochenków chleba miesięcznie. Chleb ten 

„organizowali” oni z esesowskich magazynów. 

Dla   każdego   uczestnika   obozu   Dachau   pamiętny   będzie 

rok 1942, kiedy to zbiry hitlerowskie poczęły przeprowadzać na 

wygłodniałych   więźniach   różne   doświadczenia.   Założono   w 
poszczególnych   blokach   oddziały   doświadczalne   malarii, 

gruźlicy i flegmony. Robiono sztuczne zakażenia i obserwowano 
ich wyniki. Widziałem tysiące więźniów różnych narodowości, 

nie   wyłączając   Niemców,   którzy   bladzi,   w   obłędnym   strachu 
musieli   stawać   na   owe   doświadczenia   przeprowadzane   przez 

młodych lekarzy z SS. 

Kiedy pewnego dnia dostałem przy pracy silnej gorączki i 

wieczorem zgłosiłem się na rewir po aspirynę, kapo rewirowy 

background image

Hanz,   zwany   powszechnie   „bandytą”,   zatrzymał   mnie   na 
rewirze.   Następnego   dnia,   mimo   że   miałem   jeszcze   silną 

gorączkę,  przyszedł fryzjer. Po ogoleniu  nóg i  całego tułowia 
wywieziono mnie na izbę operacyjną. Młody chirurg SS zrobił 

mi na nodze przy samym kroku okropne cięcia, nacinając żyły i 
zapuszczając   sondę   aż   do   pięty.   Odczuwałem   straszny   ból, 

gdyż operacja robiona była bez narkozy, gołymi rękoma i bez 
maski. Dostałem wkrótce silnego zakażenia, a noga spuchła mi 

do   niebywałych  rozmiarów.   Po   paru   dniach  zrobiono   mi   dwa 
dalsze cięcia. Po tej operacji przeleżałem trzy miesiące z rzędu 

w strasznych cierpieniach i schudłem do 37 kg wagi. Byłbym 
tych   zabiegów   nie   przetrzymał,   gdyby   nie   pielęgniarz   Eddi, 

adwokat z Wiednia, wywieziony przez hitlerowców do Dachau w 
czasie zajmowania Austrii. Opiekował się chorymi jak najlepszy 

ojciec. 

Leżąc   w   izbie   chorych   przypatrywałem   się   różnym 

doświadczeniom przeprowadzanym na więźniach. Kładziono np. 

zdrowych   ludzi   do   łóżka   i   przykładano   im   do   nóg   klatkę   z 
komarami. Pokąsany zapadał wkrótce na malarię i poddawany 

był   różnym   obserwacjom   oraz   próbowano   na   nim   różnych 
lekarstw.   Innego   rodzaju   były   doświadczenia   lotnicze. 

Podjeżdżał   samochód   specjalnie   przygotowany   do   celów 
doświadczalnych   i   zamykano   w   nim   więźnia.   Powietrze   w 

samochodzie   rozrzedzano   do   tego   stopnia,   jaki   jest   na 
wysokości 10 do 11 tys. metrów i obserwowano, jak więzień na 

to   reaguje.   W   wielu   wypadkach   doświadczenia   kończyły   się 
śmiercią. 

W   czasie   innych   doświadczeń   kładziono   więźnia   w 

kombinezonie   lotniczym   do   basenu   z   wodą   oraz   lodem   i 

trzymano   do   utraty   przytomności.   Wielu   po   takich 
doświadczeniach   umierało   na   zapalenie   płuc,   niektórzy 

dostawali   obłędu.   Patrząc   na   to   wszystko   dochodziło   się   do 
wniosku,   że   piekło,   o   którym   mówi   kościół,   jest   niewinną 

igraszką. 

Do   ulubionych   i   często   stosowanych   przez   esesmanów 

metod należało pędzenie więźniów nago po ukończonej kąpieli 
kilkaset metrów do bloków. Umierało z tego powodu wielu na 

zapalenie   płuc.   W   roku   1942   zachorowało   w   lagrze   2000 

background image

więźniów   na   świerzb.   Chodziły   słuchy,   że   to   esesmani 
specjalnie   zarazili   więźniów   świerzbem.   W   wyniku   leczenia, 

któremu natychmiast ich poddano, wymarli prawie wszyscy. 

Jesienią   tegoż   roku   przywieziono   do   Dachau   transport 

więźniów. Z transportu tego złożono na placu dwa nagie trupy, 
które   miały   łydki   obrane   całkowicie   z   ciała.   Objedli   je 

współtowarzysze niedoli z głodu, transportowani przez dziesięć 
dni bez jedzenia. 

Kiedy   po   różnych   doświadczeniach   i   przymusowych 

głodówkach namnożyła się większa ilość inwalidów, wysyłano 

ich w nieznane, skąd już nigdy nie wracali. Rodziny ich w kraju 
dostawały   od   komendanta   lagru   lakoniczne   zawiadomienie   o 

śmierci „z powodu choroby serca”. 

Najstraszniejszy   był   dla   nas   rok   1944,   kiedy   więźniowie 

masowo umierali z głodu. W tym krytycznym czasie począłem 
otrzymywać   od   nieznanego   nadawcy   z   Monachium   paczki   z 

chlebem.   Były   one   dla   nas   w   obozie   bezcennym   skarbem 
ratującym   nas   od   śmierci   głodowej.   Jak   się   później 

dowiedziałem, paczki te przysyłał Węcławek, który uciekając z 
Polski   przed   poszukującym   go   gestapo   zamieszkał   w 

Monachium   i   organizował   tam   pomoc   dla   więźniów   obozu   w 
Dachau. 

Pod   koniec   1944   roku   przybył   do   Dachau   transportem 

młody   towarzysz   z   Łodzi,   którego   nazwiska   niestety   nie 
pamiętam.   Przekazał   nam   pierwsze   informacje   o   sytuacji   w 

Polsce i o powstaniu Polskiej Partii Robotniczej, o jej celach i 
zadaniach. Dyskusja na ten temat była bardzo gorąca i trwała 

cały   tydzień.   Towarzysze   nasi   byli   odcięci   przez   pięć   lat   od 
świata i dlatego nie mogli zrozumieć nowej sytuacji. Dopiero po 

miesiącu,   kiedyśmy   przetrawili   przywieziony   przez   tego 
towarzysza   materiał,   przystąpiliśmy   do   utworzenia,   obok 

istniejącej już organizacji do walki z faszyzmem, Polskiej Partii 
Robotniczej   w   Dachau.   Najaktywniejszymi   członkami   tej 

podziemnej organizacji na terenie obozu byli: Andrzej Wanat, 
Władysław   Zasada,   Michał   Gogol,   Jan   Kluska,   Jan   Bogacz, 

Henryk Świercz i inni. 

Organizacja nasza pracowała w jednolitym froncie z PPS i 

innymi   grupami   demokratycznymi,   wykorzystując   wszelkie 

background image

istniejące   na   terenie   obozu   możliwości   do   uświadamiania 
politycznego więźniów i ułatwienia życia w obozie. 

W   ostatnich   miesiącach   przed   wyzwoleniem   stan 

wyżywienia   w   lagrze   przedstawiał   się   następująco:   rano 

otrzymywaliśmy   pół   litra   kawy,   na   obiad   litr   ciepłej   wody   z 
jednym plasterkiem brukwi, wieczorem 120 gram chleba. Głód 

był   straszny   i   śmiertelność   wielka.   Dziennie   umierało   około 
dwustu więźniów. 

W dniu 26 kwietnia 1945 roku po raz pierwszy w dziejach 

obozu   nie   wypuszczono   nas   do   pracy.   O   godzinie   dziewiątej 
ogłoszono   rozkaz   ewakuacji   obozu,   a   o   godzinie   jedenastej 

spędzono nas na plac obozowy. Chorych i niezdolnych do pracy 
pozostawiono w blokach. Do wymarszu w tym dniu nie doszło. 

W dniu następnym był w obozie od samego rana wielki hałas i 
zamieszanie. Po kilka razy wypędzano nas na plac apelowy i z 

powrotem   do   baraku.   Po   południu   otworzono   bramy   i 
wypuszczono   niemieckich   więźniów   na   wolność.   Wieczorem 

wyprowadzono   Rosjan   pod   silną   eskortą.   Popędzono   ich   w 
stronę Monachium. Kiedy się ściemniło, Rosjanie rozbiegli się 

wiedząc o tym, że idą na śmierć. Podczas ucieczki wielu z nich 
zastrzelono.  28 kwietnia przypędzono przed  południem część 

ewakuowanych   więźniów   z   Buchenwaldu,   co   spowodowało 
jeszcze większe zamieszanie. 

W   niedzielę   29   kwietnia   nasz   los   był   jeszcze   ciągle 

niepewny.   Sytuacja  była   bardzo   naprężona,   tym   bardziej,   że 

wielu   z   nas   znało   rozkaz   Himmlera   do   komendanta   obozu, 
który   brzmiał   następująco:  Die   Ubergabe   kommt   nicht   in 

Frage.   Das   lager   ist   sofort   zu   ewakuiren.   Kein   Haftling   darf  
lebendig in die Hande des Feindes Kommen ' . 

'  

„Przekazanie (obozu) nie wchodzi w grę. Obóz należy 

   natychmiast ewakuować. Żaden więzień nie powinien  
   dostać się żywy w ręce wrogów”. 

Na   ewakuację   było   jednakże   za   późno,   więc  komendant 

obozu zarządził ogólną zbiórkę więźniów na placu obozowym. 
Ostatni apel i wymarsz, z którego nikt już nie miał wrócić żywy. 

Obóz   wraz   z   chorymi,   którzy   zostali   w   blokach,   miał   być 
spalony.   Taki   był   rozkaz   komendanta.   Ale   już   rychło   rano 

słychać było artylerię i karabiny maszynowe, których odgłos z 

background image

każdą   godziną   potęgował   się.   O   godzinie   siedemnastej 
trzydzieści, pierwsi żołnierze amerykańscy wkraczali do obozu. 

Radość więźniów była nie do opisania. Amerykański żołnierz, z 
pochodzenia Polak, zawiesił na głównej bramie polski sztandar. 

Jeden z więźniów wyłączył elektryczność, którą naładowany był 
płot druciany okalający obóz. Wielu z nas wydostało się poza 

płot.   Pomagaliśmy   żołnierzom   amerykańskim   w   rozbrajaniu   i 
rozstrzeliwaniu strażników obozowych...