background image
background image

Cruz Melissa de la     
 
Klika z San Francisco 02 
 
Jesteś zazdrosna? 

 
 
 

Pieni

ą

dze, uroda, a przede wszystkim popularno

ść

 

 za to mog

ł

aby zabi

ć

 ka

ż

da dziewczyna w szkole. Od 

lat na topie s

ą

 niezmiennie panny Ashley, teraz w towarzystwie przebojowej Lauren, kt

ó

ra ma zamiar na 

sta

ł

e wej

ść

 do 

ś

cis

ł

ej elity. Czy supermodne ksi

ęż

niczki opr

ą

 si

ę

 pokusie wyst

ą

pienia w nowym reality 

show? Za nic! Co zrobi

ą

, by utrzyma

ć

 si

ę

 na szczycie? Wszystko! Nawet najbardziej paskudne rzeczy...   

 
Gdy w sieci rusza nowa strona z rankingiem popularno

ś

ci dziewczyn, okazuje si

ę

ż

e w walce o s

ł

aw

ę

 nie 

ma miejsca na sentymenty. Kto stoi za powstaniem nowego portalu? I jak daleko posunie si

ę

 Ashley 

Spencer by udowodni

ć

ż

e tylko ona zas

ł

uguje na miano numeru 1?

 

 

background image


MODELOWY POWRÓT DO DOMU 
Skarbie, tak bardzo się za tobą stęskniłam!   
  
- Ja za tobą też, mamo - uśmiechnęła się Ashley Alioto - znana także jako A. A., jedna z 
członkiń Kliki, stanowiącej popularną i powszechnie lubianą elitę społeczności szkoły 
panny Gamble. 
Jeanine Alioto wyglądała równie szałowo jak zawsze. Wysoka i smukła, o długich, 
idealnie przystrzyżonych i wymodelowanych włosach, z nieskazitelnie wyrównanymi 
brwiami i z ustami, w które wstrzyknięto dokładnie tyle wyciągu z wenezuelskiego 
miodu, by nabrały uwodzicielskiej jędr- 

background image

ności i nie wydawały się przy tym zbyt grube. Panny z klasy - rzecz jasna te spoza Kliki - 
pytały czasem A. A., czy bycie córką byłej supermodelki nie jest przypadkiem dołujące, 
zupełnie jakby posiadanie wspaniałego zestawu genów (oraz dostępu do nieskończonej 
ilości dżinsów) mogło się komukolwiek sprzykrzyć. 
W zasadzie za jedyną wadę tego stanu rzeczy mogła uznać okresy, gdy matka znikała na 
całe tygodnie, ponieważ jakiś bogaty facet zażyczył sobie akurat, by towarzyszyła mu na 
jachcie podczas rejsu po Karaibach, lub pokazała się z nim na festiwalu filmowym w 
Cannes. Wówczas A. A. zostawała w luksusowym apartamencie hotelu Fairmont sama, 
za towarzystwo mając jedynie przyrodniego brata - Neda. Oboje dawali sobie świetnie 
radę - no co? w końcu w hotelach mają obsługę! - ale zawsze lepiej było, kiedy mama 
wracała do domu. Między innymi dlatego, że z każdej wyprawy przywoziła całe tony 
prezentów. 
- A to dla ciebie, Lili - powiedziała matka i wyciągnęła z jednej ze swoich 
wypakowanych po brzegi walizek od Goyarda parę szałowych, czarnych butów. 
Wcisnęła je w niecierpliwe dłonie Ashley Li. 
Podarowane buciki miały siedmiocentymetrowe, łukowato wygięte obcasy i paski 
zawiązywane wokół kostki wąziutką wstążeczką. Otrzymywanie dizajnerskich ciuchów i 
akcesoriów stanowiło oczywiście jeden z licznych przy- 
 
 

background image

wilejów wiążących się z przynależnością do Kliki, lecz Lili, przycupnięta na skraju 
kremowego szezlonga, przyjrzała się szpilkom z dziwnie niepewnym, zaskoczonym 
uśmiechem. 
- Dziękuję bardzo, Jeanine - odpowiedziała swym najbardziej rozradowanym tonem, ale 
A. A. dobrze wiedziała, co naprawdę myśli przyjaciółka. Lili miała totalnego świra na 
punkcie marek i skoro teraz na pierwszy rzut oka nie rozpoznała wytłoczonej na 
wykonanych z cielęcej skórki podeszwach nazwy, automatycznie uznała podarek za rów-
nie atrakcyjny jak znoszone trampki. - Czy to może jakaś argentyńska... hmm... 
specjalność? 
- Kochanie, to są buty do tanga! - Jeanine zerwała się na równe nogi. W swoich 
sięgających łydek botkach z kolekcji Fiorentini & Baker, w których znikały obcisłe 
dżinsy Ksubi, mierzyła ponad sto osiemdziesiąt centymetrów i górowała nie tylko nad 
drobniutką Lili, ale także nad A. A., która co prawda odziedziczyła po matce wzrost i 
figurę, lecz w tej chwili leżała wyciągnięta na białym dywaniku z owczego runa. - 
Kupiłam je dla A. A., ale potem przypomniałam sobie, że ona woli ganiać za piłką po 
boisku, niż założyć cokolwiek kobiecego, a wiem, że nosicie ten sam rozmiar. W Buenos 
Aires spędziłam kilka dni na festiwalu tanga i kupiłam je w najważniejszym z 
tamtejszych sklepów branżowych. Ręczna robota, a na dodatek przeraźliwie drogie. 

background image

- Tak bardzo bym chciała nauczyć się tańczyć tango -westchnęła rozmarzona Lili i 
zarzuciła swymi lśniącymi, kruczoczarnymi włosami. Musnęłyjej ładną, owalną buzię. A. 
A. parsknęła krótkim śmiechem. Tak jakby Liii potrzebowała jeszcze dodatkowych zajęć 
pozalekcyjnych! Jeśli nie brała akurat lekcji skrzypiec czy tenisa, szlifowała francuski 
bądź chiński, uczęszczała na kurs fotografii albo asystowała jednemu z profesorów z 
Uniwersytetu Stanforda w badaniach nad genami. Gdyby A. A. miała tak napięty rozkład, 
na pewno by oszalała. 
- Wydawało mi się, że miałaś jechać do Brazylii - A. A. dotknęła tkanego błękitnego 
hamaka, który matka wydobyła z walizki numer jeden jakieś dwadzieścia minut temu. 
Ich apartament miał przestronny taras, na którym można go było rozwiesić. Będzie 
idealnie pasować. 
- Nie lubię Rio poza sezonem - westchnęła Jeanine, gładząc swe pyszne, ciemne loki. - 
Copacabana w deszczu wcale nie jest zabawna i miałam już dość oglądania tych 
niedokarmionych dziewczyn z Ipanemy kręcących się dokoła w nadziei, że odkryje je 
łowca talentów z Victoria's Secret. 
A. A. przekręciła się na brzuch i oparła brodę na dłoniach. Uwielbiała, gdy mama 
zaczynała nadawać na świat modelingu. Jeanine często nazywała się Ostatnią Prawdziwą 
Supermodelką i wspominała stare, dobre czasy, gdy to- 
 
 
 

background image

powe modelki znane były wyłącznie pod swymi imionami, wszystkie miały charakter i 
piersi, a romanse z najważniejszymi celebrytami stanowiły towarzyski obowiązek - jej 
pierwszy mąż, ojciec Neda, był angielską gwiazdą rocka. Wtedy, powiadała, dziewczyny 
z branży miały ledwie tyle lat, by móc legalnie chodzić na randki, a okładki czasopism 
okupowały wyłącznie rozwiązłe, hollywoodzkie aktoreczki. 
- Poza tym - ciągnęła Jeanine, znów na kolanach przetrząsając walizkę - Gil zastanawia 
się nad kupnem jakiegoś rancza w Argentynie, więc właśnie dlatego tam polecieliśmy. 
Gil to Richard Gilbert, informatyczny magnat, z którym Jeanine spotykała się - dość 
nieregularnie - przez ostatnie pół roku. A. A. i Ned już dawno zdecydowali, że nie chcą 
go za ojczyma, ale nie mieli jeszcze powodu do większego niepokoju - związki Jeanine z 
reguły ulegały samozniszczeniu zanim pojawiały się w nich zbyt poważne zobowiązania. 
- Nauczyliście się z panem Gilbertem tańczyć tango? - Lili zdążyła już ściągnąć swoje 
balerinki od Tory Burch i ostrożnie wiązała na swych szczupłych kostkach delikatne 
wstążki nowych butów. 
- Nie mam pojęcia, czego się uczył pan Gilbert - odparła Jeanine ociekającym ironią 
tonem. - Po trzech dniach galopowania w błocie w starym ponczo miałam serdecznie 

background image

dosyć. Poza tym, powiedzmy, że on w Argentynie nie interesował się wyłącznie końmi. 
Wyciągnęła z walizki jedwabny szal w fioletowe wzory i zarzuciła go na ramiona A. A., 
po czym wyjęła kolejny, tym razem z mieniącymi się jak w kalejdoskopie zielonymi i 
różowymi paskami. 
- Też dla ciebie - stwierdziła, machając szalem w kierunku Lili. - To niestety tylko Pucci. 
Oba kupiłam już na lotnisku. Miałam chwilę, bo opóźnił się mój lot. Wzięłam też 
niebieski dla Ashley. Wiem, jak bardzo lubicie nosić takie same ciuchy. 
- Czyli zerwałaś z Gilem? - A. A. starała się ukryć zadowolenie. Usiadła, poprawiła 
swoje legendarne kucyki i otuliła się szalem. 
- Umówmy się, że potrzebuję kogoś na tyle męskiego, by tańczył tango ze mną i tylko ze 
mną - odpowiedziała Jeanine, balansując na piętach. Rzuciła dziewczynom swój firmowy 
uśmiech rodem z okładki „Cosmo". - Zresztą na pewno pamiętacie, co wam zawsze 
powtarzam - dodała. 
- Zostaw faceta, póki jeszcze dobrze wyglądasz! - wyrecytowały wesołym chórem A. A. i 
Lili. Po raz milionowy w swym dwunastoletnim życiu A. A. poczuła się szczęśiwa, że jej 
matka jest taka fajna, że jest bardziej przyjaciółką niz rodzicem. Tak łatwo się z nią 
rozmawiało. Kiedy Jeanine była w domu, wszystko szło lepiej - nawet mimo tego, że 
 
 
 
 

background image

nieco zbyt często nalegała na zmianę wystroju ich luksusowego apartamentu. Póki jednak 
nie pozwalała swemu przemądrzałemu dekoratorowi pozbyć się pokaźnej kolekcji gier 
wideo ani zmienić wiszącej w gigantycznym salonie plazmy na mniejszą, póty ani Ned, 
ani ona nie narzekali. 
- No dobra, mówcie, co tam słychać w Hogwarcie? -spytała matka, po czym zabrała 
szalik A. A. i kilkoma ruchami zawiązała go sobie na głowie, zupełnie bez wysiłku, 
tworząc supermodną opaskę. 
- Klub Towarzyski zarządził pierwszą imprezę z chłopakami z Gregory Hall - 
odpowiedziała Lili. - Prawie wszystko zorganizowałam sama... 
- I prawie udało ci się przy tym zabić Ashley - wtrąciła A. A., po czym na wyścigi 
zaczęły opowiadać Jeanine szalone wydarzenia ubiegłego tygodnia. Waniliowe babeczki, 
które zamówiła Lili, spowodowały poważny atak alergii u Ashley Spencer, która wieczór 
zakończyła padając nieprzytomna na parkiet. 
Poza A. A. nikt nie miał pojęcia ojej chorobie, a i A. A. przypomniała sobie tajemnicę 
przyjaciółki, dopiero gdy próbująca wkupić się w łaski Kliki kujonica Lauren Page 
spytała, czy Ashley nie jest przypadkiem na coś uczulona. Gdyby Lauren tak szybko nie 
ogarnęła sytuacji, Lili większą część swego przyszłego życia zamiast w elitarnym liceum 
w Groton spędziłaby w poprawczaku. 

background image

-Wygląda na to, że macie wobec tej Lauren dług - stwierdziła Jeanine. 
Na zewnątrz deszcz zaczął bębnić o terakotę tarasu i matka sięgnęła po pilota, którym 
wyczarowała ogień w granitowym kominku. 
A. A. i Lili wymieniły się spojrzeniami: Ta cała nuworyszka Lauren wciąż przebywała na 
zesłaniu na towarzyskiej Syberii - oczywiście jej ewentualne ułaskawienie zależało 
wyłącznie od decyzji Kliki. Lili i A. A. były w tej kwestii neutralne, a Ashley od czasu 
imprezy miała zupełnie inne rzeczy na głowie. 
Ściślej mówiąc, jedną rzecz: Tri Fitzpatricka. Chłopaka, którego A. A. znała od zawsze 
jako kolegę od gier wideo. Tri był najładniejszym (i zarazem najniższym) 
siódmokla-sistą w Gregory Hall. Chłopcem, który powinien się bujać w niej, a nie w 
Ashley. Oczywiście sama nie była nim zainteresowana, nie rozumiała tylko, dlaczego tak 
niefajnie się czuje od chwili, gdy znalazł sobie laskę odwzajemniającą jego uczucia. 
- W sumie nieważne. Sprawa Lauren i tak już dawno przebrzmiała. Teraz wszyscy 
mówią o czym innym - zapewniła mamę A. A. - Na początku tygodnia stało się coś 
dziwnego. 
- Pojawił się taki nowy blog... - podjęła dźwięcznie Lili, tonem wyrażającym podobnie 
wysoki poziom ekscyta- 
 
 
 
 
 

background image

cji, jaka malowała się na jej twarzy. - I nikt nie ma pojęcia, kto go pisze! 
- Ale to musi być ktoś z naszej szkoły. Bez dwóch zdań -A. A. zdjęła swoje kaszmirowe 
skarpetki i zamachała palcami u nóg. 
- Ta stronka jest trochę podobna do Facebooka - ciągnęła Lili, niemal tracąc dech. - 
Trzeba ją sprawdzać codziennie albo co godzinę, a najlepiej co pięć minut! 
-Wszyscy uważają, że to nasza sprawka, ale to nieprawda - dodała A. A. i spojrzała na 
Lili, która zawzięcie pokręciła głową. 
- Zaraz, o czym wy mówicie? - spytała Jeanine, wysypując na lśniący parkiet zawartość 
swej gigantycznej kosmetyczki. Uciekającą buteleczkę lakieru Chanel chwyciła w 
ostatniej chwili. 
- Blog nazywa się „Okiem Kliki" - wyjaśniła A. A. -Dlatego panny myślą, że jest nasz. 
- Wszystkie siódmoklasistki są tam umieszczone w rankingu, według wyglądu i 
popularności. Wciąga jak nie wiem co... No wiadomo... - uśmiechnęła się Lili. - To jak 
oglądanie jakiegoś reality show, w którym okazuje się, kto rządzi siódmą klasą - sięgnęła 
do swojej beżowej torebki Fendi Spy i wyjęła z niej smartfona. Zmrużyła oczy i 
wystukała coś na małym ekraniku. - O, proszę. „Okiem Kliki". Ranking od pozycji 
pierwszej do trzydziestej szóstej. 

background image

- Ostatnia jest Cass Franklin - powiedziała ze współczuciem i pewną dozą wyższości. Nie 
musiała nawet odświeżać strony błoga, ponieważ znała jego zawartość na pamięć. 
- To ta dziewczyna, o której ci opowiadałam - zwróciła się do mamy A. A. - To ta, co 
powinna mieszkać w plastikowym kokonie jak Michael Jackson. Musi bez przerwy nosić 
w torebce buteleczkę z tlenem, na wszelki wypadek. 
- To okropne! - zmartwiła się Jeanine. 
- Tak, towarzyski zgon - pokiwała głową Lili. 
A. A. wybuchnęła śmiechem i zaraz zrobiło się jej trochę głupio. 
- Ale co ważniejsze - podjęła nieco zniecierpliwiona Lili - trzy pierwsze miejsca 
przypadły Klice. Stąd ten pomysł, że same to piszemy. 
- A jesteście pewne, że to nie wy? - Jeanine wyglądała na szczerze ubawioną. 
- Na pewno nie ja! - rzuciła A. A. 
- Ani ja! - Lili była oburzona, i A. A. wiedziała dlaczego. Lili zajmowała ledwie trzecią 
lokatę, za A. A. i numerem jeden, powszechnie czczoną Królową Matką szkoły panny 
Gamble, Ashley Spencer. 
Zadzwonił interkom i recepcjonista zaanonsował kolejnego gościa. A. A. poprosiła go na 
górę. Ashley przybyła po swoją część południowoamerykańskiego ciuchowego łupu. Na 
powrót mamy A. A. zareagowała tak szybko, jakby 
 
 
 

background image

miała wbudowany modowy system namierzający. Jeanine otworzyła właśnie kolejną 
walizkę i wyjęła resztę wspaniałych fatałaszków dla córki. Wszystko, czego nie chciała 
A. A., mogły wziąć Lili i Ashley, a ich walki o te resztki z pańskiego stołu zawsze 
sprawiały A. A. wiele radości. 
Prywatna, wjeżdżająca prosto do ich apartamentu winda, zadzwoniła i otworzyła się 
automatycznie. 
- Hej, Ash, jak zwykle rychło w czas - zawołała A. A., podnosząc wzrok z uśmiechem, 
który zaraz zniknął z jej ślicznej twarzy. 
A to dlatego, że kiedy Ashley wkroczyła do salonu -szałowa, jak zwykle stylowo ubrana 
blondynka - okazało się, iż nie jest sama. Jej dłoń ściskał - w najbardziej żałosny i głupi 
sposób, wpatrzony w dziewczynę cielęcymi oczyma - Tri Fitzpatrick. 

background image


W MODZIE I MIŁOŚCI WSZYSTKIE   
CHWYTY DOZWOLONE 
To dla niej takie typowe, że się spóźniła - pomyślała Lili, gdy mama A. A. wyciągnęła z 
bagażu splecione z muszelek bikini i podała je córce. 
Po chwili roześmiała się, widząc, jak przyjaciółka czerwieni się, przykładając do swoich 
rosnących piersi maleńkie trójkąciki. Wciąż jednak myślała o blogowym rankingu. 
W ogóle jej się to nie podobało. Nic, a nic. Bardzo nie lubiła czuć się gorsza od innych. 
Ciężko pracowała, by mieć same piątki i należeć do tylu zaawansowanych grup, jak to 
tylko możliwe. Poza tym, była przewodniczącą szkolnego 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Komitetu Honorowego. Okej, jasne, może w małym bajorku życia towarzyskiego 
siódmoklasistek musiała uznać wyższość Ashley Spencer. Ale od dnia, w którym pojawił 
się - zupełnie zresztą znikąd - ten tajemniczy blog, została nieoczekiwanie zepchnięta na 
trzecią pozycję. Brązowy medal. A Lili zawsze dotąd uważała, że jest o wiele fajniejsza 
od A. A. Przynajmniej od niej. 
Nie liczyło się to, że poniżej jej nazwiska widniały jeszcze trzydzieści trzy inne, ani to, że 
cała szkoła nie mówiła o niczym innym, jako tym, że to Klika opanowała czołowe miej-
sca toplisty. Lili wiedziała, że nie zazna pełni szczęścia póki nie znajdzie się na 
samiuśkim czubku klasowej piramidy. 
Zresztą, dlaczego to Ashley musiała być non stop na szczycie rankingu? Gdyby 
którakolwiek inna dziewczyna zakochała się na potańcówce z chłopakami, zostałaby 
przez resztę totalnie upokorzona. Na domiar złego, Lauren „Nie mam przyjaciół" Page 
zachowała się jak jakaś dr Grey. Dźgnęła Ashley tą dziwną strzykawką i przywróciła ją z 
powrotem do świata żywych. (Oczywiście fakt, że koleżanka przeżyła, wcale Lili nie 
smucił - w każdym razie nie bardzo.) Ashley jednak zdołała całą sytuację przekuć w 
towarzyski triumf, dzięki czemu wyrwała największe ciacho spośród siódmoklasistów z 
Gregory Hall. Dlaczego to ona musiała być pierwszą z Kliki, która zdobyła prawdziwego 
chłopaka? To po prostu nieuczciwe! 

background image

Lili westchnęła. Spojrzała na drugą stronę salonu ku siedzącym na długiej sofie, 
wtulonym w siebie, Ashley i Tri. Wyglądali razem rzeczywiście ślicznie, musiała to 
przyznać. Dotąd zawsze się jej wydawało, że Tri leci na A. A. - oboje spotykali się dość 
często - ale, jak widać, grubo się myliła. Zresztą chłopak i tak bardziej pasował do 
Ashley. Z jakiegoś tajemniczego powodu przy niej wcale nie wydawał się tak niski. Tri 
miał ciemne włosy, ona była złocistą blondynką i para prezentowała się znakomicie. 
Tri wciąż miał na sobie szkolny mundurek — białą koszulę, spodnie z szarej flaneli i 
luźno zawiązany, granatowo--złoty krawat. Ashley z kolei - co dość oczywiste - wpadła 
po lekcjach do domu i przebrała się. Założyła swoje nowe dżinsy ze Stitch, wykończony 
koronką top i kraciastą bluzkę z głębokim dekoltem z Limited Too. Dziś w szkole Lili 
oświadczyła, że chłopcom nie podobają się laski, które bez przerwy chodzą odstawione 
jak na wybiegu. Kiedy, na litość boską, stała się w tych sprawach ekspertką? 
- Tri, strasznie się z nami wynudzisz - ostrzegła chłopca Jeanine. - Mamy do 
przymierzenia całe naręcza ciuchów! 
-Jemu to nie przeszkadza - oświadczyła Ashley władczym tonem. Lili spojrzała 
ukradkiem na Tri ciekawa, w jaki sposób zareaguje na to, że Ashley - o, przepraszam, 
Jego dziewczyna" - wypowiada się za niego. Jemu jednak najwyraźniej naprawdę to nie 
przeszkadzało. 
 
 
 

background image

- Pocierpię sobie w milczeniu, pani A. - odparł, nie odrywając wzroku od Ashley. A. A. 
mierzyła go wrogim spojrzeniem zza sporego stolika do kawy. Lili już jakiś czas temu 
zauważyła, że ilekroć Ashley i Tri pojawiali się razem, A. A. znajdowała jakąś wymówkę 
i uciekała. Tym razem nie miała jednak dokąd. 
Lili też wolałaby, żeby Ashley go tu nie sprowadzała. Nie chciała przymierzać nowych 
strojów przy chłopaku. Jak właściwie miała się w takich warunkach przebierać? 
- Wiem, co zrobimy - powiedziała mama A. A., jakby czytając w myślach Lili. - A. A. 
przynieś proszę ten japoński parawan. Będziecie mogły się za nim chować, żeby Tri nie 
musiał przez cały czas zamykać oczu. 
- Świetny pomysł - poparła Lili, która dobrze wiedziała, że nie będzie w stanie rozebrać 
się w obecności chłopca. Nie miała nawet braci - była średnim dzieckiem w rodzinie z 
pięcioma siostrami i ojcem, który większość czasu spędzał w swym wielkim, pełnym 
książek gabinecie. O ile oczywiście nie przesiadywał w pracy. 
- Pomogę ci - zaproponował Tri, ale A. A. wzruszyła tylko ramionami i prychnęła. 
- Dzięki - prawie warknęła. - Poradzę sobie bez ciebie. 
Lili zauważyła, że policzki A. A. zalewają się krwistoczerwonym rumieńcem, choć 
przecież nie siedziała w pobliżu kominka. 

background image

A. A. przeszła przez pokój do stojącego pod ścianą parawanu. Wykonany był ze 
złocistego jedwabiu, na którym wyszyto trzy eleganckie żurawie w locie. Trzy lata temu 
Jeanine kręciła w Kraju Kwitnącej Wiśni reklamę nowego telefonu komórkowego i 
parawan przywiozła ze sobą w charakterze zdobyczy wojennej. Twierdziła, że jest 
zabytkowy i pochodzi z prawdziwego domu gejsz w Kio to. 
Parawan był wyższy od A. A., więc dziewczyna miała spory kłopot z jego złożeniem i 
uniesieniem. W każdym jej ruchu widać było jednak straszliwą determinację, by obyć się 
bez pomocy Tri. 
- No przestań, daj mi to - chłopak wstał z sofy, podszedł i chwycił drugi koniec. 
- Och, skoro nalegasz - wydyszała wyczerpana A. A. 
- O co ci chodzi? - spytał Tri nieco zdenerwowanym tonem. 
-O nic! — syknęła A. A. i nadęła policzki. Wciąż zawzięcie szarpała się z parawanem. 
- Na pewno? - nie rezygnował. Patrzył prosto na nią, zupełnie jakby tego wieczora ujrzał 
ją po raz pierwszy w życiu. Rozmarzone, senne spojrzenie - to, które biło z jego oczu od 
pamiętnej imprezy, kiedy najwyraźniej zahipnotyzowała go Ashley - zniknęło bez śladu. 
- Na bardzo pewno. Po prostu... wolałabym, żebyś nie... -zaczęła A. A. 
 
 
 
 
 
 

background image

- Żebym nie co? -Nic! 
Tri dzielnie trzymał swój kraniec jedwabnego parawanu. Wyglądał na poirytowanego. 
Lili pomyślała, że być może koleżanka zmieniła co do niego zdanie. A. A. od wieków 
utrzymywała, że się w nim nie kocha, lecz teraz zapewne ujrzała go w nowym świetle. 
Czy to możliwe, by była zazdrosna o Ashley? Przecież przez cały dzień, do momentu, 
kiedy otworzyły się drzwi windy i wyszła z niej Ashley, taszcząc uwieszonego na sobie 
Tri, A. A. zachowywała się normalnie. 
- Tu będzie dobrze? - spytał chłopak, gdy przeciągnęli już parawan po dywanie i ustawili 
przy szklanych drzwiach na taras. Na czole Tri lśniła cienka warstewka potu, jako że to 
on nadźwigał się najbardziej. 
A. A. burknęła coś niewyraźnie, jakby wcale jej to nie interesowało, po czym nie starając 
się nawet ukryć złości, opadła na niski puf obok Lili. Na sofę nawet nie spojrzała. 
- Mi osobiście rozbieranie się zupełnie nie przeszkadza - oświadczyła Jeanine, 
przyglądając się trzymanej w dłoniach jedwabnej bluzeczce. - W trakcie pokazu, na 
backstage'u, biega się nago przez osiemdziesiąt procent czasu. Nie można nawet założyć 
majteczek, bo mogą się odciskać na sukience. 
- Mamo! - zawołała A. A. i spojrzała znacząco na Tri. 

background image

-Aż tak dokładnych informacji nie potrzebuję - zażartował chłopak i lekko ścisnął ramię 
Ashley. 
- Może Tri powinien jednak iść. To w końcu babskie spotkanie - wymamrotała A. A., ale 
usłyszała ją tylko Lili - Ashley z piskiem próbowała uwolnić się od chłopaka, a Jeanine 
śmiała się, ponieważ udało się jej go zawstydzić. 
Nadeszła pora przymierzania. A. A. ruszyła za parawan, a mama zaczęła przerzucać jej 
ciuch za ciuchem. Wszystko, co nie spodobało się dziewczynie, wracało malowniczym 
łukiem na środek salonu. 
Ashley szybko zapomniała o tuleniu się do Tri. Porzuciła go na pastwę losu i stanęła przy 
parawanie, wyraźnie próbując zablokować dostęp Lili do lecących ubrań. Gdy obie 
zebrały już po kilka strojów, weszły za parawan i zaczęły mierzyć topy i spódnice, 
wciskać się w doskonałe, krótkie sukienki, zderzając się przy tym bez przerwy łokciami i 
biodrami. 
- Może to ja powinienem się schować? - zawołał Tri. Nie otrzymał jednak odpowiedzi. 
To nie była najlepsza pora na żarty. 
Za każdym razem, gdy Ashley zakładała coś nowego, stawała przed chłopakiem w 
kusicielskiej pozie. 
- I co myślisz? - spytała, wychodząc w czerwonej sukience do flamenco. 
- Świetnie wyglądasz - odpowiedział. Mówił to za każdym razem, kiedy mu się 
pokazywała, niemal automatycznie. 
 
 

background image

Ukryta za parawanem A. A. wsunęła dwa palce do ust i udała, że wymiotuje. 
Lili zachichotała, lecz A. A. wcale nie było do śmiechu. Naprawdę się wściekła i prawie 
nie zwracała uwagi na nowe fatałaszki. Lili miała skrytą nadzieję, że przyjaciółka lada 
chwila wybuchnie. W końcu tutaj przyszła, żeby się rozerwać. 
-Jestem zmęczona - ogłosiła A. A., zdjęła jedwabną halkę i cisnęła ją na ziemię. Założyła 
swój rozciągnięty T-shirt i wyszła zza parawanu. - Skończyłam, mamo. Jeśli przywiozłaś 
coś jeszcze, możesz to dać Ashley lub Lili. 
Lili ruszyła za nią, zatrzymując się tylko na moment, by zgarnąć ładny top. Usiadła na 
skraju kanapy i postanowiła raz jeszcze założyć swoje buty do tanga, żeby sprawdzić, jak 
wyglądają z małą czarną od Philipa Lima, którą minutę temu wyrwała z chciwych rąk 
Ashley. Ashley tymczasem wirowała przy sofie, prezentując zalety spódniczki od 
Temperley - A. A. zdyskwalifikowała ją jako zbyt dziecinną. 
- No dobra, ostatnie łupy popołudnia - powiedziała Jeanine, kołysząc się na piętach. - To 
jest od Chloe, ale chyba nie muszę wam tego tłumaczyć. 
Lili zamarła z palcami na wstążeczkach szpilek. Mama A. A. trzymała najdoskonalszą na 
świecie, fabrycznie postarzaną, krótką skórzaną kurtkę. Karmelową o śmietan-

background image

kowym odcieniu. Rękawy trzy czwarte, oldskulowy wełniany kołnierz, masa suwaków i 
przylegająca talia. Spod niej wyzierała pufiasta sukienka bombka. Przepiękne. Lili po 
prostu musiała je dostać. 
- Przymie... - zaczęła, zrywając się na równe nogi, ale Ashley niczym akrobatka 
wyskoczyła w powietrze, sięgając po kurtkę. Lili chwyciła lewą połę, Ashley objęła w 
posiadanie prawy rękaw. 
- Może obie przymierzycie? - zaproponowała Jeanine i ku zaskoczeniu Lili Ashley się 
wycofała. 
- Ty pierwsza, Lili - powiedziała z krokodylim uśmiechem. 
Lili wśliznęła się za azjatycki parawan, gdzie zdjęła bluzeczkę od Luelli i krótkie 
spodenki Da Nang. Wbiła się w sukienkę, która oplotła jej ciało i zapięła kurtkę. Paso-
wało świetnie, choć może rękawy były nieco za długie -w końcu Jeanine kupowała to z 
myślą o smukłej i wysokiej A. A. Sukienka kończyła się dokładnie w kolanach. Tkanina 
delikatnie muskała nogi. Dziewczyna wyszła do salonu i z wolna zakręciła się przed 
widzami. 
- Czy zbliżamy się już może do końca? -jęknął Tri i natychmiast skulił się na siedzeniu. 
- Nikt cię tu nie trzyma! - syknęła A. A. 
Nadal promieniejąca Ashley podeszła i pogładziła miękki rękaw kurtki. 
 
 
 
 

background image

- Mniamuśna! - zachwyciła się i pstryknęła palcami. -Moja kolej. 
Pięć minut potem wyszła z prowizorycznej przebieralni ze zwycięsko gorejącymi 
oczyma. 
- Nie czuję się świetnie, mówiąc to - zaczęła, zarzucając długimi, jasnymi włosami - bo 
wiem, jak to brzmi. Ale, Lili, musisz przyznać, że na mnie leży o wiele lepiej. 
Lili otworzyła usta, by zaprotestować, ale nie wydała z siebie ani słowa. Ashley miała 
rację. Strój faktycznie prezentował się na niej o wiele lepiej. Proporcje kurtki były dla 
niej wręcz wymarzone, a sukienka sięgała o trzy centymetry wyżej. Perfekcyjnie. 
- To będzie świetny zestaw z moimi nowymi botkami z krokodylowej skóry - zwróciła 
się do Jeanine. - Nie myśli pani, że leży na mnie jak ulał? 
Mama A. A. pokręciła głową i roześmiała się. 
- Same musicie to rozstrzygnąć, dziewczyny - odparła. - To o wiele bardziej męczące od 
dwunastogodzinnego lotu. A. A., skarbie, zamówisz mi ziołową herbatę? 
- No, Lili, jak myślisz? - spytała Ashley. 
- Chyba masz rację - odpowiedziała Lili niepewnie i opadła pokonana na szezlong. 
Właśnie tak się działo za każdym razem. Ashley zawsze dostawała to, czego chciała. 
Ciuchy, torebki, biżuterię, chłopaków. Lili nie miała pojęcia, jak długo to jeszcze 
wytrzyma. 

background image


UŚCISKI TO STANOWCZO ZA MAŁO 
Ashley Spencer zaczęła z uśmiechem zbierać swoje lupyJej życie było najlepszym z 
możliwych. 
Miała rodziców, którzy totalnie szaleli na jej punkcie; piękny, pełen obrazów dom z 
widokiem na zatokę San Francisco, służbę, która znała ją od małego i zrobiłaby dla niej 
wszystko. Dostawała każdy ciuch i gadżet, o jakim zamarzyła - nawet jeśli marzyła o nim 
przez marne pięć minut. A poza tym, była Ashley Spencer - najważniejszą dziewczyną z 
najpopularniejszej Kliki w najbardziej ekskluzywnej szkole w mieście. A teraz 
dodatkowo została pierwszą z Kliki, 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

która wyrwała prawdziwego chłopaka i to niewiarygodnie ślicznego. I bezgranicznie ją 
uwielbiającego. 
Cóż, dlaczego miałby jej nie wielbić? Nic dziwnego, że to ona została królową błoga 
„Okiem Kliki". Czyż życie może być piękniejsze? 
Okej - w sumie kilka spraw mogłoby się jeszcze polepszyć. Mogła zostać odlotową 
modelką, jak matka A. A., która większość czasu spędzała, latając do najmodniejszych 
miast i wracała do domu tylko po to, by opróżnić walizki z Najbardziej Wyczesanych 
Ciuchów Świata. Dziś zresztą udało się jej dostać totalnie najlepsze sztuki. Od początku 
wiedziała, że Lili jej ustąpi. Ona zawsze ustępowała. Wszystko było dokładnie tak, jak 
być powinno. Mogła się cieszyć towarzystwem swoich kumpelek i co więcej, spędzać 
czas z własnym chłopakiem. 
Jej chłopak! Kto by przypuszczał, że Tri może być taki zabawny. Popatrzyła na niego 
czule, głaszcząc jednocześnie szczególnie szałowy sweterek z Pringle, który dostała, 
ponieważ A. A. wyglądała w nim nieco tłustawe 
Tri przez całe popołudnie wygłaszał prześmieszne komentarze na temat przymierzanych 
przez nią ciuchów. Gdy pokazała mu się w leginsach i kloszowej sukience, spytał, czy 
zamierza udawać abażur. Nie miał pojęcia, do czego służą plisowane, ciepłe opaski na 
przeguby. 
- Mnie tam nadgarstki nigdy nie marzną - powiedział, 

background image

kręcąc swym uroczym nosem - a odczepiany kołnierz ze swetra Burberry zdumiał go 
wręcz niepomiernie. Biedny chłopiec. 
- To ma być golf czy koszula? - spytał rozbawiony. -Skąd wy wiecie, co się z tym 
wszystkim robi? 
- Czyż nie jest wspaniały? - Ashley spytała A. A., tarmosząc włosy chłopaka. Owszem, 
był nieco niski, ale z niskimi siódmoklasistami sprawa miała się identycznie jak z małymi 
biustami ich rówieśniczek - w swoim czasie urosną. Tata powiedział jej kiedyś, że w 
szkole aż do dziewiątej klasy był najmniejszym chłopakiem, a teraz mierzył prawie dwa 
metry. Ashley miała nadzieję, że Tri nie zostanie miniaturką ciacha zbyt długo, ale z 
drugiej strony mógł sobie jeszcze przez jakiś czas pozostać na poziomie Elijaha Wooda. 
A. A. tylko prychnęła w odpowiedzi. Co z nią? Dzisiaj nawet niespecjalnie fascynowała 
się strojami; nie śmiała się też z walczących o ciuchy Ashley i Lili. 
Postanowiła zignorować to oburzające ponuractwo. Nie chciała, by cokolwiek popsuło jej 
dobry nastrój. Odkąd powstał ten tajemniczy blog, ten, o którym wszyscy mówili, czuła 
się taka szczęśliwa i wspaniałomyślna. 
Zdawała sobie sprawę, iż krążą plotki, że za nową stroną stoi Klika. Phi! Przecież one nie 
potrzebowały, by jakiś anonimowy, pryszczaty komputerowiec tłumaczył im to, co i tak 
już wiedziały - że są miłościwie panującą rodziną królewską 
 
 
 

background image

siódmej klasy. „Okiem Kliki" prowadziła na pewno jedna z ich fanek - albo ktoś, kto 
rozpaczliwie chciał wkupić się w ich łaski. 
Ktoś w rodzaju Lauren Page. Ta dziewczyna ostatnie tygodnie spędziła na podlizywaniu 
się Klice przy każdej możliwej okazji i to na pewno był kolejny z jej sposobów na 
wejście do grupy. To musiała być jej robota. Po pierwsze, ojciec Lauren dorobił się 
niedawno fortuny, kiedy jego serwis internetowy z filmami - YourTV - wszedł latem na 
giełdę. Wychodzi więc na to, że Page'owie mają internet we krwi. Po drugie, Dex Bond - 
ten, w którym przez jakąś minutę kochała się A. A. - uroczy, siedemnastoletni geniusz 
informatyczny i stażysta ojca zarazem, miał wiele czasu pomiędzy wożeniem Lauren do 
szkoły a chronieniem jej przed wyimaginowanymi porywaczami. (Ciekawe zresztą, kto 
chciałby porywać tak nudną laskę?) To zapewne on uruchomił błoga i pracował nad nim 
w wolnym czasie, w ramach przysługi dla ciapowatej córki szefa. 
Tak czy inaczej, „Okiem Kliki" to genialna strona! Ashley uwielbiała wszystkie rankingi, 
w których zajmowała pierwsze miejsce. A szczególnie takie, o których plotkowała cała 
szkoła panny Gamble. O blogu słyszeli nawet w Gregory Hall, a ponoć i w reszcie 
prywatnych szkół w mieście. Tak! Dziś korytarze panny Gamble, jutro szósta strona 
„New 

background image

York Post". Inne panny planowały dalszą edukację, Ashley planowała zaś towarzyskie 
sukcesy. 
Ostrożnie włożyła swoje nowe ubrania do jednej z tych wielkich siatek od Chanel, które 
matka A. A. przechowywała w szafie wnękowej w korytarzu. Tri zaoferował, że od-
prowadzi ją do domu, więc pomachała reszcie na pożegnanie i wymaszerowała z 
Fairmont w towarzystwie chłopaka po dżentelmeńsku niosącego jej torbę. Nie mieli 
daleko, więc szła najwolniej, jak to możliwe, mimo iż znowu się rozpadało. Chciała 
dobrze zapamiętać wszystkie szczegóły tego popołudnia. To była jej wielka chwila. 
I odpowiedni moment na ich pierwszy pocałunek. 
Tri chodził z nią już od tygodnia, jeśli policzyć prawie śmiertelną potańcówkę jako dzień 
pierwszy, aczkolwiek przez większość czasu była wówczas nieprzytomna. Po imprezie 
spotkali się jeszcze dwa razy i wysłali sobie około dwustu wiadomości komunikatorem. 
Był idealny. Był słodki, uprzejmy i zabawny. Kiedy spoglądał jej w oczy, czuła się taka 
krucha i rozkołatana w środku. Trudno, już na zawsze zostanie ostatnią z Kliki, która 
zaczęła miesiączkować, ale będzie za to pierwszą z prawdziwym związkiem na koncie. 
Związkiem z chłopakiem z krwi i kości, a nie jakimiś literkami na czacie, z czego nigdy 
nic nie wychodziło - patrz tak zwany romans A. A. z anonimowym „laxjockiem". 
 
 
 
 
 

background image

Niepokoiło ją tylko jedno. 
Tri ani razu nie spróbował jej pocałować. Okej, może to dlatego, że widywali się dopiero 
od tygodnia. Może był po prostu nieśmiały. Może to wszystko wina tej jego 
dżentelmenerii - może w Gregory Hall uczą przede wszystkim dobrych manier? 
Niemniej klasyczne wychowanie i etykieta były dobre, ale wiecie, dla staruchów, a teraz 
chciała, żeby zabrał się do rzeczy i ją pocałował. Jeśli tego nie zrobi, a pozostałe 
dziewczyny z Kliki zaczną zadawać podchwytliwe pytania, będzie musiała kłamać - a 
kłamstw nie znosiła. Zresztą kłamanie na temat pocałunków to po prostu żal. Czułaby się, 
jakby tylko udawała, że ma chłopaka, jak Lauren Page, która pojawiła się na potańcówce 
z Billym Reddym. Udawane związki są fajne, ale chyba tylko dla szóstoklasistów! 
Ashley ukradkiem, kątem oka spojrzała na chłopca. Skoro jest zbyt nieśmiały, to 
inicjatywę musi przejąć ona - w końcu należy się upewnić, że wszystko działa jak należy. 
Słyszała już, że niekiedy to laska powinna wykonać pierwszy krok. Faceci bywają takimi 
ciemniakami. Deszcz zelżał do leciutkiej mżawki, ulica była zamglona i romantyczna, 
zupełnie jak na filmach. Nie mogłaby sobie wymarzyć lepszej pogody. 
Gdy stanęli przed wysoką, ozdobną bramą jej domu, wybrała na małej klawiaturze kod 
bezpieczeństwa i czekała, aż żelazne skrzydła staną otworem. 

background image

-Ja się już chyba pożegnam - oznajmił Tri, wręczając jej siatkę Chanel. 
- Może wejdziesz - odparła, starając się brzmieć uwodzicielsko i nastrojowo. - 
Odprowadź mnie chociaż do drzwi. 
Nie istniała możliwość, by dała się mu całować na ulicy -przy tych wszystkich 
taksówkach, ciężarówkach i na oczach cudzych ogrodników. Nie, nie. Chociaż czekała 
na to już od tygodnia. 
Już raz myślała, że ją pocałuje, wtedy gdy przytulił się do niej w kinie, ale okazało się, że 
jest bardziej zainteresowany ich wspólnym popcornem. Na następną randkę wybrali się 
po szkole do Starbucksa, ale zatłoczona kawiarnia też nie sprzyjała czułym 
namiętnościom. To był pierwszy raz, gdy odprowadzał ją do domu i Ashley wszystko do-
kładnie zaplanowała. 
- No chodź - rzuciła. 
Tri zawahał się i wbił wzrok w czubki butów. 
- Okej - powiedział po chwili i ruszył za nią po szerokiej, brukowanej alejce, 
prowadzącej do podwójnych, rzeźbionych drzwi wejściowych w hiszpańskim stylu. 
Ashley szła przodem, po to by chłopak mógł podziwiać, jak ślicznie wygląda w swoich 
dżinsach i bluzie, tak nonszalancko wymachując siatką od Chanel. Odstawiła ją na wyło-
żonych terakotą stopniach i zwróciła się ku niemu, pamięta- 
 
 
 

background image

jąc, by zostać na dróżce. Nie było sensu wchodzić na schodki, gdyż wtedy dzieląca ich 
różnica byłaby jeszcze większa. 
- Na pewno nie chcesz zajrzeć? - miała ochotę pokazać mu wspaniały, marmurowy hol i 
chciała, żeby dowiedział się, iż jej rodzina jest tak samo fantastyczna jak jego. A pewnie 
nawet bardziej, ponieważ oboje jej rodzice byli dziedzicami pokaźnych funduszy 
powierniczych, więc nikt z rodu Spencerów nawet nie pamiętał, jak to jest pracować. 
- Nie mogę. Muszę wracać do domu. Zobaczymy się niedługo. Może jakiś brunch jutro? 
- Pewnie, ale zostań jeszcze - szepnęła, nie ruszając przy tym nawet jednym mięśniem. 
Zatrzepotała rzęsami. Albo ją pocałuje, albo zostawi tutaj przed drzwiami. Sama na pew-
no się nie odwróci. 
-Podejdź bliżej. 
- Po co? - w ciemnych oczach Tri pojawił się niepokój. 
- Po to - wydyszała Ashley, pochyliła się ku niemu i zamknęła ospale oczy. Wiedziała, 
jak świetnie w tej chwili wygląda - zdawała sobie sprawę, że deszcz sprawił, iż jej cera 
zaróżowiła się jakby od rumieńca, że jej nieznacznie rozchylone wargi są niebywale 
apetyczne. (Ćwiczyła tę pozę przed lustrem około tysiąca razy.) Tri nie ma prawa się 
oprzeć. 
To ta chwila! 

background image

Nachylił się ku niej i myśli Ashley zwycięsko zawirowały. Tak! To się stanie właśnie 
teraz! Już nie mogła się doczekać, jak opowie Klice, w jaki sposób się to odby. 
Coo? 
Tri jej nie całował. Przytulił ją. Na dodatek tak po przyjacielsku, ściskając za ramiona. 
Przez nędzne pięć sekund. Tak to się ludzie żegnają z niewidzianymi od wieków ku-
zynami. Gdzie ta namiętność? 
- Na razie! - zawołał i pospieszył z powrotem ku bramie. Ashley wiodła za nim 
spojrzeniem, walcząc z ochotą, by tupnąć z wściekłości. Co to za chłopak, co nawet nie 
całuje? 
Westchnęła i wspięła się na schodki. W głowie Tri działo się coś dziwnego i rozumiała 
już, że będzie musiała to rozgryźć sama. Z pannami z Kliki na pewno nie będzie o tym 
rozmawiać. Za wszelką cenę musiała zachować swoją reputację - reputację dziewczyny 
numero uno w rankingu „Okiem Kliki". Może nie miała najlepszego faceta pod słońcem, 
ale przynajmniej miała najwięcej punktów. 

background image


JAK CUKRZYĆ SNOBOM 
Lauren Page zaczerpnęła głęboko powietrza i podeszła do stolika Kliki. W myśl reguł 
szkoły, mógł tam usiąść każdy. Stoliki w sali jadalnej (nazwa „stołówka" zanadto koja-
rzyłaby się ze szkołą publiczną) u panny Gamble były długie, drewniane i mogły 
pomieścić co najmniej piętnaście osób. Gdy tylko jednak laski z Kliki usadowiły się w 
najlepszym miejscu przy oknie, żadna z dziewczyn nie śmiała się do nich zbliżyć i nikt 
nie siadał nawet u drugiego końca. Nikt nie miał ochoty paść ofiarą ich bezlitosnych 
analiz modowych ani ryzykować rozdrażnienia którejkolwiek z klasowych gwiazd. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Lauren sama była bliska popełnienia towarzyskiego samobójstwa na tydzień przed 
potańcówką. Wygarnęła wtedy Klice dokładnie to, co o niej myślała. A nie było to nic 
przyjemnego. Prawda jest zwykle bolesna i szczerze mówiąc, to posunięcie okazało się 
poważnym błędem. 
Dawno, dawno temu (czyli w zeszłym roku) Lauren była zupełnie nieznającym się na 
ciuchach brzydkim kaczątkiem, a na dodatek przywarła do niej łatka kujonicy. W tym 
semestrze jednak, odkąd jej ojciec dorobił się niewiarygodnych pieniędzy, przeobraziła 
się w smukłego, świetnie ubranego łabędzia z prywatnej szkoły. I to łabędzia z sekretnym 
planem. Planem zniszczenia Kliki. 
Chciała położyć kres jej rządom terroru i poprawić życie wszystkich uczennic siódmej 
klasy. A dopiąć tego celu mogła jedynie, działając od wewnątrz. Musiała stać się częścią 
grupy i dopiero potem zmienić reguły gry. A zasada numer jeden brzmiała: grać na jej 
próżności. 
Podeszła więc do stolika, niosąc tacę z jogurtem i kromką chleba orkiszowego - 
codziennym lunchem Kliki, który stał się z tego powodu najpopularniejszym posiłkiem w 
sali jadalnej. 
Kilku rodziców zgłaszało swoje wątpliwości z powodu niskiej zawartości tłuszczu w tym 
nowym przysmaku (nikt nie był pewien, czy taki posiłek ma jakiekolwiek wartości 
odżywcze), ale Lauren podsłuchała Ashley, która mówiła Lili, 

background image

że jej zdaniem, ta spartańska dieta stanie się błogosławieństwem dla całej klasy. Dzięki 
niej wszystkie stracą po kilka kilogramów, przy absolutnie zerowym wysiłku! 
Gdy stanęła przy blacie, poczuła, jak jej uszy oblewa gorący rumieniec. Nie musiała się 
nawet odwracać, by wiedzieć, że patrzy na nią w tej chwili cała siódma klasa. Nikt i 
nigdy nie podchodził tak bezpośrednio do stolika Kliki. A już na pewno nie w trakcie 
lunchu. 
Kilka tygodni temu Ashley sama zaprosiła Lauren. To był dzień wielkiego triumfu, cud, 
jakiego nie dokonała dotąd żadna z dziewczyn ze szkoły panny Gamble. Sheridan Riley, 
szeroko znana ze swego uwielbienia dla Kliki, uzyskała kiedyś co prawda pozwolenie na 
oparcie się o ścianę w pobliżu stolika, ale nikt nie zaszedł wyżej. 
Jeśli Lauren miała mieć nadzieję na powrót do głównego stolika, musiała teraz dowieść 
swej wartości. Gdyby zdecydowała się wycofać, mogła być pewna, że przez cały rok 
będzie w porze obiadu siedzieć jak trusia w bibliotece. I nie zmieni się nic. 
Spojrzała na grupkę wyrzutków społecznych, tłoczącą się za stolikami przy drzwiach. 
Czy Ashley naprawdę by ucierpiała, gdyby przestała udawać Dartha Vadera za każdym 
razem, gdy w pobliżu pojawiała się Cass Franklin? Albo czy Liii spadłaby korona z 
głowy, gdyby informowała Darię Hart o spotkaniach Komitetu Honorowego, które- 
 
 
 
 

background image

go Daria była przecież członkiem? A czy A. A. nagle by zbrzydła, gdyby pozwoliła 
Candace Yen zagrać w którymś z meczów piłki nożnej, i nie kazała jej wiecznie grzać ła-
wy? Lauren dobrze wiedziała, jak to jest być niewidzialną i nikomu takiego losu nie 
życzyła. 
Na szczęście, miała asa w rękawie. Niezawodny plan, dzięki któremu odzyska przyjaźń 
Kliki. Wiadomość, którą zamierzała dziewczynom przekazać, musiała zapewnić jej stałe 
miejsce przy ich stoliku, i to już od dzisiaj. A kiedy już zdobędzie swoje miejsce, może 
zyska też wpływ na ogólny stan rzeczy w siódmej klasie. 
Odchrząknęła. 
Ashley Spencer uniosła brew, obdarzyła Lauren przelotnym spojrzeniem i zwróciła się na 
powrót do Lili, zupełnie jakby nikogo nie zauważyła. Lauren zebrała całą swoją odwagę, 
mimo iż pozostałe dwie dziewczyny też nie miały zbyt przyjaznych min. 
- Ja... Muszę z wami o czymś porozmawiać - zaczęła. Poczuła, jak jej ściskające tacę 
dłonie się pocą. Popatrzyła na A. A., licząc na niezbyt wrogi uśmiech. W powszechnej 
opinii A. A. była najmilszą laską z Kliki, ale dziś wydawała się szczególnie nadęta - 
gapiła się przed siebie, jakby bardzo chciała znaleźć się gdzie indziej. 
Na czole Lauren pojawiły się kropelki potu. Ucieszyła się, że do zwykłego mundurka 
szkolnego dodała kusy, 

background image

aksamitny blezerek, czarne rajstopy i trzewiki na obcasie. Wciąż była co prawda poza 
Kliką, ale z zewnątrz wyglądała jak jedna z jej członkiń. Zauważyła, że wszystkie trzy 
dziewczyny mają na szyjach szaliki Emilio Pucci. 
- Ty chcesz z nami o czymś rozmawiać? - spytała Ashley, marszcząc z niesmakiem swój 
zadarty, wolny od piegów nos. - Może o zebraniu rady jakiegoś nudnego klubu, do 
którego nigdy nie wstąpimy? 
Lili spojrzała na nią ze złośliwym uśmieszkiem. 
- Chodzi o program telewizyjny - spiesznie wyjaśniła Lauren. - Program, w którym 
możemy wszystkie wziąć udział. 
- My? - spytała Lili podejrzliwie, lecz z wyraźnym zainteresowaniem. 
Lauren przytaknęła skinieniem. Haczyk został połknięty... 
A. A. wciąż jednak patrzyła przed siebie, bezmyślnie bawiąc się kucykiem. Niechęć z 
twarzy Ashley nie zniknęła, jakby nie była w stanie uwierzyć, że ten nieoczekiwany in-
truz może zaproponować jakikolwiek ciekawy temat. 
- Słyszałyście na pewno plotkę, że mam zostać gwiazdą reality show? Cóż, to prawda. 
Mniej więcej. Mój ojciec poznał takich kolesi, którzy są producentami w Sugar -nowym 
kanale telewizyjnym dla nastolatków. Może obiło się wam o uszy? - Lauren starała się 
mówić jak najszyb- 
 
 
 

background image

ciej. Stanie zaczynało ją męczyć, a półlitrowa butelka z wodą ciążyła na tacy coraz 
bardziej. 
- A tak - wtrąciła Lili, podnosząc nieco wzrok. - To u nich lecą „Sekrety szkół z 
internatem", prawda? Moja siostra marzy, by odwiedzili jej akademię. 
- No więc, rozmawiali ze mną na temat takiego programu - podjęła Lauren. Teraz 
musiała wyjątkowo ostrożnie pociągnąć za wędkę... 
- Z tobą? - spytała zdenerwowana Ashley. Lauren spróbowała nie pokazać po sobie 
urazy. 
- Tak, ale chodzi o to, że nie chcą tylko mnie. 
- Mów dalej - wycedziła przez zęby Ashley, wpatrując się niebieskimi oczyma w Lauren. 
Lili kiwnęła głową. Teraz słuchała już nawet A. A. - Więc, to ma być reality show? 
Laurem przytaknęła. 
- Właśnie. Wiecie, taki z ustalonym scenariuszem. Jak „Wzgórza Hollywood" czy 
„Laguna Beach MTV". 
- Uwielbiam takie programy - jęknęła Lili. - Zwłaszcza ten o modelkach w Miami. 
- Albo ten o obozie piłkarskim, z którego wszystkich porywają - dodała A. A., odsuwając 
od siebie tacę z niedojedzonym lunchem. - Znalezienie ich zajęło aż trzy miesiące. 
- No więc...? - nacisnęła Ashley. 
Lauren zarzuciła włosami i zanim odpowiedziała, napiła się wody z butelki. 

background image

- Producentom potrzebna jest grupka dziewczyn. Właśnie o tym chciałam z wami 
porozmawiać. Chciałybyście może zagrać moje przyjaciółki? - To był czas na wyłowie-
nie zdobyczy z wody. Wstrzymała oddech. Czy Klika zerwie się z haczyka? 
Przez dłuższą chwilę wydawało się, że Lauren zagrała złą kartą, ale wtedy odezwała się 
Ashley. 
- W telewizji? 
- My? - dodała Lili. 
- Co znaczy „zagrać"? - chciała wiedzieć A. A. Dziewczyny z Kliki wymieniły się 
spojrzeniami. Lauren wypuściła powietrze i przestąpiła z nogi na nogę. 
-Jeśli nie chcecie, poproszę Melody i OHvię. A może Sheridan i jej paczkę... 
-Ani mi się waż - powiedziała Lili. Wszystkie spojrzały na Ashley, która wpatrywała się 
w Lauren, jakby rozważając za i przeciw. 
- Siadaj - rozkazała. 
A. A. odsunęła się, robiąc miejsce dla Lauren. 
Lauren klapnęła przy oknie. Sukces! Punkt pierwszy planu został zrealizowany 
pomyślnie. Złowiła je. Chwyciły przynętę i teraz musiała już tylko trzymać je na wędce, 
póki nie stanie się jedną z nich. 
- Opowiedz więcej - zażądała Ashley. Jej widelec zawisł w powietrzu. - Chcemy znać 
wszystkie szczegóły. 
 
 

background image

Lauren z radością powiedziała tyle, ile mogła. Program nosił tytuł „Królowa nastolatek" i 
miał zostać wyemitowany w drugim półroczu, w miejscu nieudanego show z karaoke. 
Zdjęcia planowano rozpocząć już w przyszłym tygodniu, o ile uda się znaleźć 
odpowiednie dziewczęta. Te, które wytypowano początkowo, zostały zwolnione, gdy 
producenci dowiedzieli się, że dwie z nich przyłapano w wakacje na sklepowej 
kradzieży. 
- Dobrze im tak! - zaśmiała się Lauren, wzięła do ust kęs sałatki i skrzywiła się z 
obrzydzenia. Postanowiła, że zamiast jeść te stołówkowe śmieci, jutro przyniesie ze sobą 
kanapkę. - Tak czy inaczej, rozpaczliwie poszukują odpowiednich kandydatek i tata 
zgłosił mnie. Ale tam ma występować cała grupa, więc potrzebuję towarzystwa. 
- I już znalazłaś - skinęła głową Ashley, rozpromieniona jak kot z Cheshire. - „Królowa 
nastolatek". Wypisz wymaluj Klika, prawda? 
- Gdzie musimy podpisać? - zażartowała A. A., bębniąc o podłogę obcasami od 
Louboutina. 
Lili trzymała już w dłoni swój Blackberry. 
- Lo? Kiedy możemy umówić się na spotkanie z tymi facetami? - spytała. 
Wtedy Lauren zrozumiała, że udało się jej wsunąć stopę w zamykające się drzwi. Miała 
nadzieję, że nie potknie się zaraz po wejściu. 

background image


JAK JEST „CIACHO" PO FRANCUSKU? 
Wnastępnym tygodniu w poniedziałek po szkole kierowca czekał na Lili w należącym do 
jej matki czarnym, hybrydowym SUV-ie. Lili nie lubiła poniedziałkowych popołudni, 
ponieważ zaraz po lekcjach musiała jechać do Alliance Franęaise na spotkanie z 
prywatną nauczycielką. Raz w tygodniu „rozkoszowała się" konwersacjami po francusku, 
na poziomie zaawansowanym. A francuskiego nie cierpiała od zawsze. Próbowała 
przemówić mamie do rozsądku, twierdząc, że o wiele bardziej przydałby się jej 
hiszpański. W końcu tym właśnie językiem posługiwali 

background image

się ich ogrodnik, pokojówka i obie opiekunki jej młodszej siostry. 
Jak można się było spodziewać, że Lili - gdy już dorośnie - będzie umiała zarządzać 
domowym personelem bez znajomości ich języka? Francuski to język starożytności. Nie 
zamierzała zapowiadać zawodów podczas olimpiady ani udawać Mulan w paryskim 
Disneylandzie i zupełnie nie rozumiała, dlaczego musi co tydzień tak bardzo cierpieć. 
Nie pomagało jej też, że jedynym uczniem poza nią był jakiś surfer o szklanym 
spojrzeniu, który zapisał się tylko po to, by podłapać kilka zdań przed wakacjami na Ta-
hiti, dokąd mieli go zabrać rodzice. Prawie wcale się nie odzywał, a jeśli już, to pytał, jak 
po francusku jest „wielki kahuna" lub „rafa koralowa". 
Gdy Lili próbowała negocjować, matka przypominała jej, że musi się skupić na tym, by 
pewnego dnia podjąć pracę w ONZ albo w departamencie stanu. Oczywiście dziewczyna 
nie przyznała się nigdy, iż jej prawdziwym marzeniem jest prowadzić nocny klub w 
Nowym Jorku. Cóż, może wtedy francuski rzeczywiście na coś się przyda. Mogłaby 
nazwać swój lokal „Moulin Rouge". 
Wyjrzała przez przyciemnianą szybę samochodu, który mijał szereg wdzięcznych 
rezydencji w wiktoriańskim stylu. 
Rodzice Lili wbili sobie do głowy, że ich córka będzie pierwszą amerykanką 
azjatyckiego pochodzenia, która osią- 
 
 
 

background image

gnie wysoką pozycję w sądzie najwyższym, zostanie sekretarzem stanu albo 
gubernatorką Kalifornii. Oczekiwali również, iż pójdzie w ich ślady i skończy Harvard. I 
to w sumie dwa razy, bo magistrami są wszyscy i zadowolić ich mógł dopiero stopień 
doktora. 
Może na Harvardzie trzeba pisać egzamin wstępny z francuskiego? - pomyślała ponuro, 
gdy ujrzała śmietankowy budynek Alliance Franęaise, z błękitnymi okiennicami i nieska-
zitelnie czystymi oknami. Zawieszona nad wejściem flaga Francji powiewała na słabym 
wietrze. 
Dziś jednak nie mogła się smucić zbyt długo, a to z powodu rozmowy z Lauren Page. Ich 
własny reality show! Takie zajęcia pozalekcyjne bardzo Lili odpowiadały. Znalazła już 
kilka wolnych terminów w swoim napiętym rozkładzie tygodnia, a Lauren miała 
zadzwonić do producentów programu i umówić pierwsze spotkanie. Podobno chcieli jak 
najszybciej rozpocząć zdjęcia - pilotażowe odcinki miały zostać wyemitowane jeszcze 
przed nakręceniem całości. 
Martwiła ją jedynie Ashley, która mogła próbować skupić całą uwagę widzów na sobie. 
To byłoby totalnie w jej stylu. Nie zadowalało jej nic, ani pierwsza pozycja w blogowym 
rankingu, ani wyrwanie chłopaka, ani sprzątnięcie sprzed nosa Lili najlepszych ciuchów 
od mamy A. A., ani żaden inny z jej - bądźmy szczerzy, nie do końca zasłużonych - 
zaszczytów i sukcesów. 

background image

Lili ani przez chwilę nie wątpiła, że Ashley już teraz przed lustrem wciska na swoją 
blond główkę koronę Królowej nastolatek. Dlatego musiała temu zapobiec i swój plan 
miała zamiar zacząć od Lauren. Im bardziej się do niej zbliży, tym więcej czasu spędzi 
przed kamerą. Postanowiła zająć się tą sprawą natychmiast, gdy tylko dotrze do domu, 
wykorzystując swoje wolne pół godziny. 
Trzasnęła ciężkimi drzwiczkami SUV-a i wspięła się na schody Alliance Franęaise. 
Przedstawiła się po francusku ładnej, siedzącej za kontuarem recepcjonistce i ruszyła wi-
jącymi się schodami do prywatnej biblioteki na pierwszym piętrze. Nauczycielka, 
madame LeBrun, czekała na nią w eleganckiej, wyłożonej boazerią salce, siedząc w 
głębokim fotelu. Wyglądała na jeszcze chudszą i bardziej bladą niż w zeszłym tygodniu. 
-Bonjour, madame - przywitała się Lili, skromnie usiadła na krześle i ustawiła sobie w 
nogach swoją torebkę Fendi Spy. 
Francuzka uniosła cieniutką chusteczkę do spiczastego nosa i dmuchnęła. Najwyraźniej 
alergia męczyła ją przez okrągły rok. Miała na sobie szarobury pulower i dżersejo-wą 
spódnicę tego samego koloru. Kołnierzyk bluzki wystawał krzywo spod swetra. 
Lili zadrżała. Co z tą słynną francuską klasą? Dlaczego madame LeBrun nie nosi 
szaliczków od Hermesa ani 
 
 
 
 

background image

kostiumów od Chanel? Mogłaby przynajmniej zaopatrzyć się w szykowną torebkę - ale 
nie, madame zawsze nosiła ze sobą płócienną torbę, z której wysypywały się sterty 
książek i papierów. I to nie była nawet taka śliczna płócienna torba z haftowanymi 
inicjałami, w rodzaju tej od L. L. Bean, którą ojciec Lili często zabierał na jacht. Dziew-
czyna była pewna, że gdyby jej matka kiedykolwiek zobaczyła nauczycielkę na własne 
oczy, natychmiast zażądałaby zwrotu pieniędzy. 
Lili rozejrzała się w poszukiwaniu drugiego z uczniów kursu. 
- Dziś jesteśmy same? 
- Enfranęais, s'il vous plait - napomniała madame LeBrun. 
Lili powtórzyła pytanie w języku żabojadów. 
- Greg est alle a Tahiti - zaczęła madame, ale nim zdążyła dokończyć, potężne kichnięcie 
wstrząsnęło jej kościstymi członkami. Wykrzywiła twarz, wymierzyła swoją białą 
chusteczką w uczennicę, po czym wybiegła z sali, szarpana falą minikichnięć. 
Lili westchnęła. Skoro Greg surfował już do utraty tchu, nie zapowiadało się, iż 
kiedykolwiek wróci na zajęcia. No chyba że jego rodzice zaplanują świąteczny wypad na 
narty do Val dlsére. Jeśli jednak nie, jego dni francuskich konwersacji dobiegły końca. 

background image

Drzwi stanęły otworem i Lili po raz kolejny przeciągle westchnęła. Miała nadzieję, że 
czyszczenie nosa, osuszenie oczu i odzyskanie właściwego, galijskiego opanowania 
zajmie madame nieco więcej czasu. Szybko jednak okazało się, iż to wcale nie 
nauczycielka. Przybysz był chłopakiem. Szczupłym chłopakiem w wypłowiałych 
sztruksach i znoszonej flanelowej koszuli, z niedbale zarzuconym na ramię plecakiem i 
porysowaną deskorolką w ręku. Chłopakiem 
o jasnych włosach, ciemnych oczach i kusząco sennym uśmiechu. Serce Lili zaczęło 
podskakiwać w miejscu. 
- Hej - przywitał się, opadając na krzesło obok niej. -Tutaj są te konwersacje? - miał 
niski, lekko zachrypnięty głos, jakby dopiero co się obudził. 
Przytaknęła skinieniem - coś znienacka odebrało jej mowę. Obrzuciła go nieśmiałym 
spojrzeniem znad swojego zeszytu. 
- Max Costa - przedstawił się zwięźle i wyciągnął rękę. 
- Ashley Li - pisnęła Lili, rozpaczliwie próbując zachować spokój. Odchrząknęła, 
przywitała się z nim uściskiem 
i natychmiast poczuła, jak w miejscu dotyku jej skórę przebiega dziwne mrowienie. - 
Wszyscy nazywają mnie Lili. 
- Spoko. 
Uśmiechnęła się do niego promiennie. Max bez dwóch zdań należał do typu niechlujnych 
przystojniaków i wyglądał na niegrzecznego, wyluzowanego chłopca. Właśnie 
 

background image

przed takimi od zawsze przestrzegała ją mama, co tym bardziej zwiększyło 
zainteresowanie dziewczyny. Była już znużona tym ciągłym posłuszeństwem. 
- Masz francuski w szkole? - spytała. 
- Oui, niestety - odparł. - Kiepsko mi poszedł w zeszłym semestrze, więc moi rodzice 
wychodzą z siebie, żebym tylko poprawił średnią. Zacząłbym tu przychodzić już 
wcześniej, ale musiałem się wykręcić z piłki nożnej - westchnął. -Ale nie jest źle. Nadal 
gram w lacrosse. 
Lili dowiedziała się, że Max chodził do siódmej klasy w Reed Prep, koedukacyjnej 
prywatnej szkole na drugim końcu miasta, znanej z „alternatywnego" podejścia do 
edukacji - uczniowie nie byli tam dzieleni na klasy, tylko na „grupy postępów", do 
nauczycieli mówiło się po imieniu i każdy mógł nosić takie ubrania, na jakie miał ochotę. 
Co prawda dziewczęta od panny Gamble nie powinny się umawiać z chłopakami z Reed 
Prep - lojalność wobec siostrzanej szkoły Gregory Hall zobowiązywała - ale Lili uznała, 
że dla Maksa może uczynić wyjątek. Był ciachem przez duże C. 
- Chodzisz do panny Gamble? - zapytał, przyglądając się jej mundurkowi. 
-Aha. 
- Ktoś u was umarł na imprezie w zeszłym tygodniu, dobrze słyszałem? 

background image

Hmm. To takie denerwujące, że niedoszły zgon Ashley nabrał takiego rozgłosu, że 
słyszały o nim nawet dzieciaki z innych szkół. 
- No prawie umarł, ale już czuje się lepiej - Lili chciała zmienić temat rozmowy z Ashley 
na siebie. Przyjaciółki padną z wrażenia, kiedy się dowiedzą, że co poniedziałek chodzi 
na korepetycje z totalnie apetycznym chłopcem. Poza tym, od zawsze „żetemowała" 
francuski! Jak mogła kiedykolwiek pomyśleć inaczej? 
- To dobrze - Max pokiwał głową. Uśmiechnął się do niej i spojrzał tak, jakby chciał 
powiedzieć coś jeszcze, ale umilkł. Milczenie sprawiło, że Lili poczuła się nieco nie-
zręcznie. Oparła brodę na dłoni i dla uspokojenia nerwów zaczęła bawić się piórem. 
Nagle rozdzwoniła się jej komórka. Dziewczyna drgnęła i niezdarnie poruszyła piórem, 
rozmazując atrament na policzku. 
- Ups! - zalała się rumieńcem i zaczęła ścierać plamę dłonią, jednocześnie próbując 
odebrać. Max pomyśli, że jest skończoną fajtłapą! A tak chciała wydać się fajna. 
- Co jest? - rzuciła do telefonu. Dzwoniła Lauren. -Zwolnij trochę. Za szybko mówisz. O, 
tak teraz lepiej. Wpadłaś właśnie na Billy'ego Reddy'ego? Okej i co? 
Billy Reddy był boskim drugoklasistą z liceum, gwiazdą lacrosse'owej drużyny Gregory 
Hall i należał do najbogat- 
 
 
 
 

background image

szej i najpopularniejszej rodziny w San Francisco. W Billym kochała się połowa 
dziewczyn ze szkoły panny Gamble, a Klika swego czasu nękała chłopaka, 
odprowadzając go codziennie do domu. Mimo iż Lauren przyprowadziła go na imprezę, 
było oczywiste, że nie jest jego dziewczyną. Lili także była wierną fanką Billy'ego, 
aczkolwiek gdy rzuciła jeszcze jedno ukradkowe spojrzenie na Maksa, próbując 
jednocześnie zasłonić plamę na twarzy, pomyślała, że to zadurzenie może nie przetrwać. 
Poza tym, Billy chodził do liceum, czyli był zdecydowanie za stary. 
Okazało się, iż Lauren obiecała wcześniej Billy'emu, że przyprowadzi na ostatni półfinał 
tłum dziewczyn od panny Gamble, co w jakiś sposób przerodziło się w obietnicę 
załatwienia na mecz występu cheerleaderek - do Gregory Hall uczęszczali przecież tylko 
chłopcy. 
- Pomocy! -jęknęła Lauren. - Wydaje mi się, że jemu się wydaje, że zorganizuję jakiś 
pokaz na przerwę czy coś... 
- Występ na meczu lacrosse? - spytała Lili z nadzieją, że nie ma pod nosem 
atramentowych wąsików a la Hitler. 
- Mówicie o półfinale w przyszły weekend? - spytał Max. - Przepraszam, przypadkiem 
podsłuchałem. Moja drużyna będzie grać przeciwko Gregory Hall. Wybierasz się? - 
uśmiechnął się do niej najbardziej czarownym z uśmiechów. 
Lili zaczęła szybko myśleć. 

background image

- Nic się nie martw - pocieszyła Lauren. - Zrobimy coś specjalnego. Klika dotarła rok 
temu do krajowego finału w tańcach. - Zanim Lauren zdążyła odpowiedzieć, Lili się 
rozłączyła. 
Spojrzała na Maksa. 
- Nie śmiałabym tego przeoczyć. 
- Świetnie! - ucieszył się chłopak i wyraźnie rozpromienił. 
Co z tego, że nie miała ani jednej wolnej chwili, by przećwiczyć układ? Znajdzie czas. 
Zwłaszcza że oznacza to, iż będzie mógł zobaczyć ją w ślicznym, skąpym stroju i 
przekona się, jaka potrafi być zręczna. 
Zanim madame wróciła do sali, pomysł zdążył się już uformować. Musiała tylko spotkać 
się z producentami i sprawdzić, czy to kupią. Była jednak pewna, że uda się jej ich 
przekonać. Uśmiechnęła się. Jeśli plan wypali, Ashley raz na zawsze spadnie z 
piedestału. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image


CZTERY PRZYJACIÓŁKI CZY GNIAZDO ŻMIJ? 
  TAK WYGLĄDA (WIELKI) ŚWIAT 
Lobby hotelu Clift w centrum San Francisco było oszałamiającym pomieszczeniem, o 
wysokim suficie, dekoracyjnych lustrach weneckich, falujących zasłonach z białego 
aksamitu i pełnym zuchwałych interpretacji klasycznych mebli - wokół stały plastikowe 
wersje krzeseł Louisa Quinzego, a światło dawał kandelabr z gałązek zamiast kryształu. 
Ashley była tu już wiele razy przedtem, zazwyczaj po to, by zjeść obiad z rodzicami czy 
dziadkami w klubowym, eleganckim wnętrzu Sali Sekwojowej. Pewnego razu, gdy 

background image

remontowano front ich domu i rodzice postanowili uciec od chaosu i hałasów, spędzili tu 
całą rodziną trzy noce. Normalnie zabraliby Ashley ze szkoły i zawieźli na wybrzeże, 
gdzieś w okolice Big Sur, do któregoś z modnych pensjonatów, a może nawet do 
„Auberge du Soleil" w Napa Valley, ale akurat w tamtym tygodniu miała egzaminy i nie 
mogła się oddalać od szkoły. Zycie w hotelu jej nie przeszkadzało -A. A. je nawet lubiła, 
choć trzeba pamiętać, że nie zaznała dotąd żadnego innego. Ashley jednak cieszyła się, 
wróciwszy do przestronnej rezydencji z widokiem na most Golden Gate. Hotele 
wydawały się jej takie... publiczne. Każdy mógł wejść i wyjść, albo po prostu zasiąść w 
lobby w białych skarpetach i czytać „USA Today" i nikt nie mógł nic na to poradzić. 
Nawet obsługa w Clifcie. 
Producenci „Królowej nastolatek" już na nie czekali i Ashley dopilnowała, by trzymać 
się blisko Trudy Page - matki Lauren. Chciała, żeby to ją przedstawiono jako pierwszą. 
Cóż, drugą po Lauren, ale to uczciwe rozwiązanie. W końcu to był program Lauren. 
Ashley miała zamiar upewnić się, by kamery kierowały się w jej stronę tak często, jak to 
tylko możliwe. 
  Ku zaskoczeniu dziewczyny producenci nie okazali się starymi nudziarzami. Prawdę 
powiedziawszy, strojem przypominali raczej studentów, a nie ważne szychy z telewizji, 
  Byli też młodsi od jej rodziców. Przynajmniej na oko. Ko- 
 
 
 

background image

bieta miała na imię Tiffany i była sympatyczną Azjatką w dopasowanych czarnych 
spodniach i obcisłej bluzce. W dłoni trzymała wielki, luksusowy organizer marki Filofax. 
Jej dwaj koledzy nazywali się Matt i Jasper. Obaj w T-shirtach i dżinsach. Byli bardzo 
podobni do siebie - włosy w nieładzie i cień zarostu na twarzach. Matt odłożył swojego 
laptopa na marmurowy blat stolika i wstał z miejsca, by się przywitać. Jasper mówił z 
przecudnym, brytyjskim akcentem, co dodawało spotkaniu dodatkowego smaku. Pani 
Page zachowywała się wobec niego, jakby był Orlando Bloomem, rozpływała się nad 
nim niczym zadurzona fanka. 
Rodzice Ashley potrafili czasem przynieść masę wstydu. Na przykład całując się 
publicznie albo wtedy, gdy ojciec włączał swoje płyty, kiedy akurat odwiedzały ją 
przyjaciółki. To wszystko jednak nic w porównaniu z matką Lauren, ich samozwańczym 
szoferem i przyzwoitką w jednym. Ubrała się jak statystka z „Piratów z Karaibów". 
Włosy przewiązała krzykliwą bandaną, wbiła się w zbyt ciasne białe spodnie, a złote 
sandałki wyraźnie uciskały pulchne kostki. 
Rodzina Page'ów dorobiła się pieniędzy dopiero niemal pięć minut temu i pani Page nie 
nauczyła się jeszcze, iż nie należy kupować wszystkiego, co zobaczy się w „Vo-gue'u" i 
wkładać tego naraz. 

background image

- Zamówić herbatę? - Trudy spytała Jaspera, naśladując przy tym angielski sposób 
wymowy. Ashley uniosła brwi i spojrzała na A. A. siedzącą po drugiej stronie stolika, 
obok Tiffany. Lauren musiała to zauważyć: zalała się różowym rumieńcem. Ashley 
mogłaby poczuć do niej cień współczucia, ale po co się kłopotać? Lauren powinna się 
cieszyć, że Klika w ogóle tu przyszła, że zechciały udawać jej przyjaciółki. Bez nich 
program skończyłby się na pierwszym odcinku. 
- Poprosiłam już o mrożoną herbatę dla wszystkich, może być? - uśmiechnęła się Tiffany, 
otwierając swój gigantyczny organizer. - Wiem, że wszyscy żyjemy w pośpiechu, więc 
powinniśmy od razu przejść do rzeczy. 
- Oczywiście - odezwała się Ashley i rozpromieniona popatrzyła na Tiffany. 
Kobieta przedstawiła im koncepcję programu: planowano udział pięciu grup przyjaciółek 
z pięciu dużych miast. Dziewczyny miały ze sobą rywalizować o tytuł „Królowej 
nastolatek" rodzinnej metropolii. 
-Jak to, rywalizować? - spytała Lauren. - Tata nic nie wspominał, że w tym show ma być 
konkurencja. 
-Właśnie. Czy to będzie jak w „Mam talent"? - wtrąciła A. A., której taka perspektywa 
też się zbytnio nie uśmiechała. - Wydawało mi się, że planujecie raczej coś w rodzaju 
„Wzgórz Hollywood". 
 
 

background image

- I tak właśnie jest - uspokoił je Jasper. - Dlatego potrzebujemy paczki przyjaciółek. 
Zamierzamy pokazać prawdziwe życie nastolatek. Wszystkie wzloty i upadki, śmiech i 
płacz. 
- Znaczy zależy wam na babskich kłótniach - rzuciła mądrze Lili. 
- Lubimy to nazywać „wytwarzaniem napięcia" - dodał Matt i wyszczerzył się w 
uśmiechu. 
-A kto wybierze zwyciężczynię? - zaciekawiła się Ashley, usilnie już zastanawiająca się, 
jak pokonać rywalki... to znaczy, przyjaciółki. 
- Oczywiście widzowie - odpowiedziała Tiffany. - Pięć pierwszych odcinków przedstawi 
pięć grup dziewcząt z różnych miast. Po każdym odbędzie się głosowanie. Do następnej 
rundy przejdzie tylko jedna dziewczyna z każdej paczki. 
- Pięć wytypowanych zamieszka w Nowym Jorku, w superekskluzywnym apartamencie i 
przez dwa tygodnie będzie konkurować o ogólnokrajowy tytuł. Zwyciężczyni dostanie 
kontrakt z agencją młodych talentów, osobistego specjalistę od wizerunku, szansę na 
jedyne w swoim rodzaju zakupowe szaleństwo i zdjęcie na okładce edycji „Vogu-e'a" dla 
nastolatek. 
Nowy Jork! Ashley marzyła o zamieszkaniu w tym mieście, zwłaszcza wśród ludzi, 
którzy mogli zabrać ją na niebotyczne szczyty towarzyskiej i gwiazdorskiej stratosfery. 

background image

- Czyli przejść może tylko jedna z nas? - myśli Ashley pędziły jedna za drugą. 
- Niestety - roześmiał się Jasper. - Mam nadzieję, że nie zaszkodzi to waszej znajomości. 
W końcu to tylko zabawa. 
- Prawda - wymamrotała A. A., podczas gdy Lili przybrała najpoważniejszą w swym 
życiu minę, a Lauren zaczęła nawet obgryzać paznokcie. 
Lauren nie przesadzała. Producenci chcieli zacząć zdjęcia jak najszybciej i poprosili 
nawet pannę Gamble o pozwolenie na sfilmowanie przyszłotygodniowego zebrania 
Komitetu Honorowego. 
- Ale jedyną z nas, która zasiada w komitecie, jest Lili - zauważyła Ashley, a Lili 
uśmiechnęła się do niej jak kocica, która właśnie dostała spodek słodkiej śmietanki. Na-
gle spojrzała pewniej i Ashley zdała sobie sprawę, że Lili prawdopodobnie zdołała ją 
uprzedzić i dotarła do producentów jeszcze przed spotkaniem. Ashley nie mogła tego 
odpuścić. Musiała mieć pewność, że Lili nie zostanie sfilmowana na własnym terenie. No 
bo niby czemu? 
- Mam lepszy pomysł - powiedziała, wbijając w Jaspera spojrzenie swych wielkich oczu, 
takie samo, jakim obdarzała ojca, kiedy chciała, by kupił jej coś super drogiego lub nie 
do końca przyzwoitego. - Planuję dla całej klasy coś specjalnego i wszystkie cztery 
spotykamy się, by to omówić już w czwartek. Moglibyście to nakręcić. 
 
 
 
 

background image

-Wszystkie cztery? - zainteresował się Matt. - To świetnie. A o co dokładnie chodzi? 
Ashley zignorowała zdumione spojrzenia A. A. i Lili. 
- Chodzi o... hmm... Ceremonię Przyjaźni - zawahała się. Szybko, Ashley - myśl! - 
Rozmawiałam już o tym z panną Charm, której pomysł bardzo przypadł do gustu - 
skłamała. 
- To nasza nauczycielka etyki i dobrych manier - wyjaśniła Lili i widząc zagubione 
spojrzenia producentów, podjęła. - Uczy nas etykiety. To nasze pierwsze lekcje w ponie-
działki i czwartki. 
- Przepraszam za niemądre pytanie, ale na czym w zasadzie polega Ceremonia Przyjaźni? 
- spytał Jasper. 
- To po prostu celebracja przyjaźni - Ashley zatrzepotała w jego kierunku swymi długimi 
rzęsami. Miała ochotę poklepać się po ramieniu. Chcieli przecież dramatycznych 
wydarzeń z życia przyjaciółek, prawda? Cóż, ona im je dostarczy. Wiadrami. 
- Panna Charm prosiła, byśmy wymyśliły jakieś nowe szkolne tradycje i to właśnie mój 
pomysł - zaczęła nakreślać szczegóły. 
- Nie przypominam sobie... - odezwała się Lauren i nagle zrezygnowała. Ashley 
uśmiechnęła się z zadowoleniem: Lauren szybko się uczy. Nigdy nie wolno przyznawać 
się do niewiedzy, ponieważ mówi to wszystkim, że jest się nie 

background image

wtajemniczonym outsiderem. A. A. i Lili też nic o tym nie wiedziały - głównie z tego 
powodu, że Ashley improwizowała - ale przynajmniej nie dawały tego po sobie poznać. 
Dobrze już rozumiały, że trzeba tańczyć tak, jak zagra im przyjaciółka. 
- Ale czy regulamin panny Gamble nie zabrania tworzenia nieformalnych towarzystw? - 
rzuciła nieco zbyt ostro Lauren, kiedy Ashley skończyła opisywać swój fantastyczny 
pomysł. Ashley natychmiast się zjeżyła. Ta panna najwyraźniej zapomina, że grają do 
jednej bramki. Może jednak wcale nie uczy się tak szybko. 
- Tak - przyznała Lili i na jej ładnej buzi pojawiło się zmartwienie. Odstawiła ostrożnie 
szklankę na podstawkę z papieru w kolorze kości słoniowej. - Nie jestem pewna, czy to 
się spodoba pannie Charm. 
Lili potrafiła niekiedy zamieniać się w taką nudną świętoszkę. 
- Na pewno się jej spodoba. Lubi wszystkie moje pomysły - rzuciła Ashley. - Mogłabym 
w sekundę obrócić przeciwko niej całą klasę. 
- Szkoda, że nie filmujemy już w tej chwili. Od razu widać, że jesteście czołowymi 
postaciami w szkole - zauważył z chytrym uśmieszkiem Jasper. 
- Dokładnie - Ashley strąciła z policzka kosmyk jasnych włosów. - Od czasu do czasu 
miewamy przez to lekkie 
 
 
 
 

background image

kłopoty. Przede wszystkim dlatego, że inne dziewczyny są o nas zazdrosne. Niestety, 
takie rzeczy to cena sławy. 
- Cóż, dziewczyny - Jasper pokręcił głową i rzucił Lauren szeroki uśmiech - już wiem, 
dlaczego jesteście wymarzonymi kandydatkami do tego programu. 
Lauren milczała i zawstydzona odpowiedziała lekkim uśmieszkiem. Nie podobało się jej, 
że to Klika zaczyna rządzić jej show. Trudno, będzie musiała się z tym po prostu 
pogodzić. W zeszłym semestrze jedyna osoba, z jaką się zadawała, zamiast torebki Fendi 
nosiła zbiornik z tlenem. 
- Dlatego właśnie Ceremonia Przyjaźni to genialny pomysł. Uzmysłowimy klasie, jak 
ważna jest jedność - podjęła Ashley, nie spoglądając nawet na Liii. Co z nią? Przecież 
Ashley tak sprytnie opanowała sytuację, a Lili wyraźnie próbowała ten pomysł 
sabotować! 
- Brzmi nieźle - potaknęła Tiffany. - Jesteście wszystkie przyjaciółkami, prawda? 
Ashley pokiwała głową. Po chwili, jedna po drugiej, zrobiła to samo. Także Lauren. 
Ashley stwierdziła, że na razie można tak to nazywać. W końcu zgodziły się odgrywać 
najlepsze przyjaciółki na potrzeby telewizji. 
-Więc musimy jeszcze tylko otrzymać zgodę szkoły na filmowanie - przypomniał Jasper. 
- Och, o to nie musicie się martwić - zapewniła go Ashley. 

background image

Już ona tego dopilnuje. Nawet jeśli jej ojciec miałby w zamian opłacić budowę nowego 
skrzydła szkolnej biblioteki. W czwartek w klasie pojawią się kamery. Według Ashley, 
„Królowa nastolatek" mogła już zmieniać nazwę na „Ashley show". 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image


PIĘKNE DAMY TAŃCZĄ SAME 
AA. dotarła na próbę grupy tanecznej o czasie o czwartej w środę, tak jak prosiła Lili, 
choć poinformowała o tym w ostatniej chwili. To było zupełnie zresztą do niej 
niepodobne. Obie, Ashley i Lili, doprowadzały ją do szału swoimi tajnymi planami. 
Najpierw Ashley wypaliła ze swoją „ceremonią przyjaźni", a teraz na dokładkę Lili ubz-
durała sobie, że musi opracować specjalny układ na te super ważne półfinały ligi 
lacrosse. 
A. A. nie miała pojęcia, dlaczego ten sport stał się nagle tak ważny. Szczerze mówiąc, 
była już trochę znudzona 

background image

chłopakami i miała ich serdecznie dosyć. Pomiędzy rozpływającą się nad Tri Ashley a 
Lili wzdychającą do jakiegoś ogiera z Reed Prep, którego poznała na francuskim, trzecia 
przyjaciółka czuła się totalnie jak stara panna. 
Wjej życiu nie zanosiło się na żadne romantyczne podboje, zupełnie żadne. Zanim 
zdążyła się domyślić, że jej potajemny, internetowy wielbiciel - laxjock - to prawdo-
podobnie Tri, chłopak zadurzył się już po uszy w Ashley. Najpierw poprosił ją do tańca, 
potem nakarmił (okej, niechcący) śmiercionośnymi ciastkami z orzechami, aż w końcu 
trzymając się za ręce, odeszli prosto w słońce. 
Oczywiście wcale jej to nie przeszkadzało. W końcu to tylko Tri. Zawsze byli jedynie 
kumplami i nigdy nie myślała o nim w inny sposób. Po prostu nie mogła uwierzyć, że 
Ashley naprawdę mu się podoba. Jasne, A. A. też lubiła Ashley - dziewczyna była 
zabawna i pod grubą warstwą snobizmu zaskakująco słodka - ale za nic nie mieściło się 
jej w głowie, by Tri zakochał się w kimś tak... płytkim. 
Dzisiejsza próba miała się odbyć w Małym Audytorium - wielofunkcyjnej przestrzeni, 
czasem służącej jako widownia, czasem jako sala gimnastyczna. A. A. zajęła się 
rozciągającymi ćwiczeniami jogi. Gdy zawodziło wszystko inne, ruch za każdym razem 
pozwalał jej oczyścić głowę. 
Kilka minut później do sali wparowała Lili z całą swoją świtą - Tiffany, poznaną wczoraj 
producentką, kilkoma 
 
 

background image

kamerzystami, technikiem, dźwiękowcem, dwoma uzbrojonymi w notesy asystentami i 
kimś jeszcze, kto najwyraźniej zajmował się głównie trzymaniem kabli. Lili była cała w 
skowronkach. Za nią, tak samo rzutkim krokiem, wmaszerowała Lauren. 
Obie pozbyły się już swoich szkolnych mundurków. Lili ubrała się od stóp do głów w 
ciuchy Adidasa z serii Y3, a Lauren miała na sobie rozpiętą, welurową bluzę z Juicy, 
odsłaniającą lycrowy, obcisły top i niebieskie spodnie do pilatesu z Title Nine. 
- Co się dzieje? - spytała A. A. 
- Filmują nas! - odparła Lili. 
- Tak, widzę. Ale dlaczego? 
- Powiedziałam im, że zajęcia pozalekcyjne to normalna część życia każdej nastolatki i 
chcieli mieć to na taśmie - wyjaśniła Lili, jakby tłumaczyła coś zupełnie oczywistego. 
- Ale mieli zacząć kręcić dopiero podczas spotkania w sprawie Ceremonii Przyjaźni - 
przypomniała A. A. nadal zmieszana. - A gdzie Ashley? 
Lili beztrosko zignorowała pytania A. A. i zaczęła rozciągać stawy kolanowe. A. A. 
wolałaby otrzymać nieco więcej wyjaśnień, ale dźwiękowiec już czekał, by przypiąć jej 
mikrofon i nie chciała wyjść na oporną i zdezorientowaną. 

background image

- Trener właśnie parkuje - zawołała Lili i wrzuciła komórkę do torebki. - Tiffany, 
zobaczysz, jak ci się spodoba. Z nim to dopiero będzie się działo! 
A. A. przytaknęła skinieniem, mocując jednocześnie mikrofon na swoim treningowym 
staniku. 
- Trent jest zupełnie jak Carson. - wyglądało na to, że Lili chce poprowadzić show i A. A. 
nie zamierzała wchodzić jej w paradę. 
Zaskrzypiały ciężkie drzwi i A. A. podniosła wzrok, spodziewając się zobaczyć Ashley w 
jej zwykłych ciuchach do ćwiczeń - bladoniebieskim kombinezonie z kaszmirowymi 
wstawkami na ramionach. Zamiast tego do sali wkroczył bardzo wysoki i bardzo 
zniewieściały mężczyzna około trzydziestki, z ogoloną głową, w szarych spodniach od 
dresu i białej koszulce. 
-Witam drogie panie i miłe panienki! - zawołał, klaszcząc w dłonie. - Panno Lili, gdzie 
muzyka na moje wejście! Proszę mi tu zapodać jakąś nutę! 
-Już szykuję! - Lili pochyliła się nad odtwarzaczem CD, nastawiając dyskotekowy remiks 
„I'm coming out" Diany Ross. 
- Tiffany, Lauren, wszyscy, poznajcie się. To jest Trent, nasz trener. Pracuje w Crunch i 
tańczył kiedyś z Paulą Abdul. Jest też pięciokrotnym mistrzem kraju w układach 
tanecznych... 
 
 

background image

- ... i byłą królową konkursów piękności, ale póki co pomińmy szczegóły - dodał Trent, z 
radością przejmując mikrofon, który natychmiast przystawił sobie do krocza. -1 jak 
wyglądam? - zamruczał i posłał kamerze buziaka. 
Po chwili przestał się wygłupiać na dość długo, by zauważyć Lauren. -A ty kim jesteś? 
- Nowa członkini naszej grupy - wyjaśniła pospiesznie Lili. 
- Mam na imię Lauren. Bardzo mi się podobało to, co pan zrobił w „Cold Hearted" - 
dziewczyna z uśmiechem podała mu rękę. - Paula przy panu to taneczna miernota. 
Oczarowany Trent spojrzał na nią z zachwytem. 
- Och, mów mi tak dalej - zalał się rumieńcem, po czym wydął usta. - Ale, ale, gdzież jest 
panna Ashley? 
Tego nie wiedział nikt. 
- Powinnyśmy może wysłać jej wiadomość? - spytała Lauren, lecz Lili uciszyła ją, bo 
Trent przywoływał je już do porządku, klaszcząc głośno w dłonie. 
- No dobrze, panienki! Stajemy w linii, tout de suite. Zobaczymy, jak się ruszacie. 
- Nie czekamy na Ashley? - A. A. zwróciła się do Lili. Z jednej strony nie cierpiała 
wiecznych spóźnień przyjaciółki, ale dziwnie też było zaczynać próbę bez niej. I jak 
miały wpasować Lauren w nowy układ? 

background image

- Nie ma chyba większego sensu - rzuciła Lili pogodnie. -Jest zajęta przygotowaniem 
prezentacji na jutro. Nie wiadomo, czy się w ogóle pokaże. Naprawdę nie wiem. 
Lili kłamała. A. A. widziała to wyraźnie. Może nawet nie poinformowała Ashley o tej 
próbie: A. A. wcale by się tym nie zdziwiła. Od wczorajszego spotkania z producentami 
pomiędzy Lili i Ashley zapanowało dziwne napięcie. Wyglądało na to, że wizja udziału 
w reality show wzmogła temperaturę zwykłej rywalizacji obu dziewczyn co najmniej 
dziesięciokrotnie. A. A. nie miała pojęcia, w jaki sposób Liii zamierza utrzymać trening 
w tajemnicy przed koleżanką. Przecież wszystko pokażą w telewizji. Oczywiście, to nie 
był jej problem. Kiedy Ashley dowie się, że ćwiczyły za jej plecami, jej złość i tak skupi 
się na Lili. A. A. chciała tylko tańczyć. 
Spojrzała na długie okna Małego Audytorium. Wydało się jej, że dostrzega przy zasłonie 
czyjąś sylwetkę. Ashley? Ale skoro tak, to czemu nie dołączyła? 
- Dość już tych pogaduśzek, panno Thang! - Trent odwrócił się do nich plecami i 
pstryknął palcami. - Pokażę wam kolejne kroki, a potem spróbujemy z muzyką. 
Zanim Trent uznał - zajęło to kilka minut - że są gotowe, by zatańczyć przy muzyce (była 
to fajna, oldskulowa piosenka techno, wybrana specjalnie przez instruktora, by 
„pobudzić" graczy) - wydarzyły się dwie rzeczy. 
 
 
 
 

background image

Po pierwsze, A. A. zupełnie zapomniała o wstydzie przed kamerami. Tak bardzo cieszyła 
się, poznając nowy układ i podśpiewując słowa piosenki „Tańczy ze mną, tańczy całą 
noc... ". Z jakiegoś powodu w jej myślach pojawił się Tri. Rozpaczliwie spróbowała 
skupić się na czymś innym. 
Po drugie, Lili oświadczyła swoim jedwabistym i pewnym siebie głosem, że z Lauren 
wychodzi brak doświadczenia i lepiej będzie, jeśli to ona sama zatańczy pośrodku. 
Innymi słowy, Lili zajęła tradycyjną pozycję Ashley. 
Zapowiada się ciekawie - pomyślała A. A. 

background image


LAUREN ODKRYWA, ŻE KAMERA DODAJE 
  KILKA KILOGRAMÓW... DRAMATU 
Następnego ranka, kiedy Dex przywiózł Lauren do szkoły srebrnym bentleyem jej ojca, 
na od-chodne poczęstował ją przestrogą. 
- Tylko spokojnie - wskazał na zaparkowany przed budynkiem wóz satelitarny z logo 
sieci Sugar. - Nie pozwól, żeby ci te bzdury uderzyły do głowy. Pamiętaj, opinie innych 
nie są aż tak ważne. Jesteś wspaniała taka, jaka jesteś. 
- Dex, do kogo ta mowa? - zażartowała Lauren z szerokim uśmiechem. - Wiesz przecież, 
że uważam te wszystkie reality show za totalny badziew. Nie martw się. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

To już nie była ta sama Lauren, co miesiąc temu. Nie ta, która tak bardzo denerwowała 
się powrotem do szkoły, że prawie zwymiotowała w samochodzie. O nie, nowa Lauren 
była gotowa do walki. 
Owszem, rano poświęciła swojemu wyglądowi więcej uwagi niż zwykle. Starannie 
wyprostowała długie do ramion, kasztanowe włosy, nałożyła na usta warstwę ciem-
niejszego niż zazwyczaj błyszczyku (czytała, że makijaż do telewizji powinien być nieco 
ostrzejszy) i zamiast standardowej marynarki założyła do spódnicy mundurka wspaniałą, 
marszczoną jedwabną bluzeczkę. Zrobiła to wszystko jednak wyłącznie dlatego, że 
wczoraj po południu, kiedy Lili napuściła na nie kamery, nie miała czasu się odstawić, 
więc dziś chciała wyglądać ekstra-dobrze. 
I po raz pierwszy w tym semestrze nie wbiła się w swoje czarno-białe trzewiki na 
obcasie. Wieczorem zadzwoniła do Ashley i poinformowała ją, że na czas kręcenia 
„Królowej nastolatek" uznała, iż powinna nosić szpilki od Louboutina z czerwonymi 
podeszwami, jak wszystkie laski z Kliki. Kupiła sobie nawet szalik od Pucciego, by tym 
bardziej pasować do reszty. Oczywiście tylko na dni zdjęciowe. Ashley zgodziła się, że 
to świetny pomysł. 
Dziewczyna czuła się usatysfakcjonowana. Może, jeśli się bardzo postara, dziewczyny 
zapomną, że tylko grają jej przyjaciółki. 

background image

Zamiast udać się prosto do klasy, Lauren skręciła ku ławce przy placu zabaw, na której 
codziennie przed lekcjami debatowała Klika. Na miejscu, jak zwykle, byłyjuż wszystkie: 
w środku Ashley, A. A. po jej prawicy, Lili z lewej. Tradycyjnie omawiały stroje i 
fryzury - swoje i całej klasy. 
Jeśli nawet Lauren martwiła się, co Lili i A. A. powiedzą na temat kopiowania ich 
pomysłu na buty i szalik, to zupełnie niepotrzebnie. Nie podniosły nawet brwi. 
- O mój Boże - odezwała się Ashley - widziałyście dziś Guinevere Parker? W tych 
nausznikach wydaje się jeszcze większa. Do zimy jeszcze daleko, a ona już wygląda jak 
yeti! 
- Wiesz, jest jednak trochę chłodnawo - wtrąciła cicho Lauren. 
-E tam. Jest piętnaście stopni. Przecież w San Francisco zawsze jest piętnaście stopni - 
burknęła Ashley. Upiła niewielki łyk swojego chai latte i trąciła Lili łokciem. - Patrz! 
Cass Franklin znowu odstawia Michaela Jacksona! 
Miała rację, biedna dziewczyna po raz kolejny miała twarz przesłoniętą białą szpitalną 
maską. Cała Klika buchnęła histerycznym rechotem. Lauren spróbowała pójść w ich 
ślady, ale zupełnie nie było jej do śmiechu. 
- Na przerwie będą nas tu filmować - przypomniała, zmieniając temat. 
- Hej, Lauren, dostałaś wczoraj materiały? - pochyliła się ku niej A. A. Wszystkie 
dziewczęta otrzymały „kwestie dialo- 
 
 

background image

gowe , by rozmowa przebiegała gładko. Producenci chcieli, żeby przedyskutowały 
planowaną Ceremonię Przyjaźni. 
- Tak, to łatwizna. Chyba wszystko zapamiętałam - Lauren skinęła głową. Prawdę 
mówiąc, nie otrzymała zbyt wiele do powiedzenia. Dobrze już rozumiała, w jakim 
kierunku zmierza show, i że decydenci zaszufladkowali jąjako tę „nudną, ale 
sympatyczną". W sumie za bardzo jej to nie przeszkadzało - ten cały program był jej 
potrzebny tylko po to, by wkraść się w łaski Kliki i pewnego dnia rozbić ją od środka. 
- Pamiętajcie - Ashley uśmiechnęła się niczym rekin ostrzący sobie zęby na złotą rybkę. - 
To ja przedstawię klasie zasady. W końcu sama wymyśliłam tę ceremonię. 
Lili spokojnie pokiwała głową. Lauren domyśliła się, że Ashley wciąż nie ma pojęcia o 
potajemnym treningu, który został sfilmowany bez jej udziału. Koleżankę czekała nie-
mała niespodzianka. Lauren wiele by dała, żeby zobaczyć jej minę, kiedy się dowie. 
Cały ten pomysł układu tanecznego na mecz lacrosse był jakiś pokręcony. Billy Reddy 
wspomniał Deksowi, że Lauren obiecała mu kiedyś przyprowadzić na półfinał kilka 
dziewczyn, które dopingowałyby, wołając z trybun, a tymczasem rzecz rozrosła się do 
specjalnego występu cheerleaderek. Lauren strasznie bawiło, że Lili tak bardzo wzięła to 
sobie do serca, choć w głębi ducha też czuła ekscytację na myśl o tańczeniu na oczach 
tylu chłopaków naraz. 

background image

Ashley właśnie roznosiła na strzępy nowe futro Ołivii DeBartolo, gdy dzwonek 
zadzwonił po raz drugi i trzeba było pędzić schodami na górę i zająć miejsca przed lekcją 
etykiety. Gdy weszły do znajdującej się nieopodal wejścia do budynku klasy, Lauren 
zauważyła, że ekipa, która filmowała je na treningu, przygotowała się już do pracy w 
nowym miejscu. Tym razem pojawiło się nawet więcej osób z telewizji - Jasper i Matt 
kręcili się dokoła, wydając polecenia przez krótkofalówki, a Tiffany rozmawiała z 
jednym z oświetleniowców na temat tego, jak wpadające przez witraże światło wpłynie 
na ostateczny efekt. 
Panna Charm wyglądała na zupełnie wytrąconą z równowagi. Ponadto była też 
nadmiernie wystrojona - miała na sobie brzoskwiniowy kostium, podróbkę Chanel, do 
którego przypięła kryształową broszkę rozmiarów sporego jabłka. Na twarz nałożyła o 
wiele grubszą niż zazwyczaj warstwę makijażu. Lauren uśmiechnęła się, widząc, że za 
każdym razem, gdy nauczycielka porusza głową, z jej policzków sypią się lawiny pudru. 
Ashley wpadła w panikę podczas mocowania mikrofonu i Lauren musiała zdusić w sobie 
kolejny uśmieszek, ponieważ ona i reszta Kliki miały to już opanowane. Samo fil-
mowanie przebiegło w o wiele nudniejszy i mniej płynny sposób niż wczoraj. Matt i 
Jasper okazali się bardziej upierdliwi od Tiffany. Matt trzykrotnie poprosił pannę Charm 
 
 
 
 

background image

o powtórzenie wstępnej kwestii, zanim był zadowolony ze światła i dźwięku. Gdy Ashley 
wstała w końcu z miejsca i zapowiedziała Ceremonię Przyjaźni, upłynęło już pół lekcji. 
Dziewczyna wyłuszczała szczegóły takim tonem, jakby prowadziła co najmniej 
konferencję prasową Białego Domu. 
-Wszystkie podzielimy się na grupy i każda z nich przygotuje krótką prezentację. Każdy 
zespół przygotuje swój transparent z symbolami swych członków, po czym będziemy 
wstawać i opowiadać, dlaczego lubimy nasze koleżanki. 
- Dodatkowo - wtrąciła siedząca w pierwszym rzędzie Lili - każda grupa zaśpiewa 
piosenkę, swój hymn. 
Filmowy uśmiech Ashley na moment przygasł i po jej twarzy przemknął nieznaczny 
wyraz irytacji. 
-Właśnie do tego zmierzałam - rzuciła lodowatym głosem. - Musimy wybrać piosenki o 
przyjaźni i zaśpiewać je przed całą klasą. 
- Czy możemy śpiewać z muzyką? - spytała Sheridan Riley. 
- Nie - odparła zdecydowanie Ashley. Lauren wiedziała dlaczego: Ashley miała mocny i 
czysty głos i bez problemu śpiewała a cappella, zupełnie przy tym nie fałszując. 
Większość innych dziewczyn bez podkładu musiała wypaść gorzej. 

background image

Niemniej pomysł ceremonii przyjęto całkiem dobrze. Niektóre laski narzekały, że na 
stworzenie prezentacji dostały tylko tydzień, inne - te mniej popularne - rozpaczliwie 
rozglądały się po sali, zastanawiając się, do której grupy będą mogły dołączyć. Nikt 
jednak nie wystąpił otwarcie przeciwko planowi Kliki. Poza tym, kto chciałby wyjść na 
samotną, pozbawioną przyjaciółek płaksę, zwłaszcza że każde słowo rejestrowały 
kamery? 
Na przerwie, po fizyce dla grupy zaawansowanych, Lauren wróciła na ławkę, gdzie 
zastała już Matta i jego kamery, oraz całą Klikę. Dziewczyny szczotkowały włosy i 
nakładały na usta błyszczyki. Nawet A. A. sprawdziła swoje kucyki i makijaż, 
przeglądając się w iPhonie. 
Matt polecił, by zaczęły rozmawiać o swoim transparencie, po czym Ashley - oczywiście 
że Ashley - odezwała się jako pierwsza. 
- Naturalnie zamiast papieru powinnyśmy posłużyć się płótnem - stwierdziła. - Dzięki 
temu będziemy mogły przyczepić do niego nićmi czy zszywaczem różne rzeczy i 
sprawić, że będzie trójwymia... 
-Już o tym pomyślałam - przerwała jej Lili i wyciągnęła spod ławki teczkę. - Tu mam 
kilka projektów. 
- Genialnie, Lili - pochwaliła Lauren, mimo iż nie była to jej kolej. Wiedziała, że 
komplementując Lili, rozzłości Ashley. 
 

background image

- Tak - przyznała oschle Ashley, po zdawkowym przejrzeniu zawartości teczki. - Myślę 
jednak, że powinniśmy pójść w innym kierunku. Według mnie należy poradzić się 
profesjonalisty. 
- Co masz na myśli? - spytała z urażoną miną Lili. 
- Przecież nie strzyżesz się sama, prawda? - zauważyła Ashley. - Zostawiasz to 
Fredericowi Fekkai. Z tego samego powodu nie powinnyśmy same brać się za 
projektowanie transparentu. 
Lili wyglądała, jakby właśnie usłyszała najbardziej okropną rzecz w życiu. Lauren 
musiała się z nią zgodzić. Poza tym, to nie było chyba uczciwe wobec innych grup? Choć 
może i było... W końcu sam projekt nie miał być oceniany. 
- A jaki przedmiot chciałabyś, żeby reprezentował na transparencie ciebie? - zapytała A. 
A., która ściśle trzymała się otrzymanych od producentów wytycznych. 
Nie było jasne, do kogo się zwróciła, więc Lili i Ashley zaczęły odpowiadać 
jednocześnie. Wygrała Ashley, gdyż miała mocniejszy głos. 
- Dla Lili wymyśliłam skrzypce. Mogłyby być takie miniaturowe, wyrzeźbione z 
palisandru. Mnie symbolizowałaby kryształowa tiara. Wiecie dlaczego - uśmiechnęła się 
prosto do kamery. 
- Nie, nie wiemy - Lauren udała naiwną. - Dlaczego akurat tiara? 

background image

Zamierzała pokazać widzom, jak próżna i nadęta potrafi być Ashley. 
Ale ona tylko się uśmiechnęła. 
- Ej! Nie chcę skrzypiec - zaprotestowała Liii, zmagając się ze swoją teczką. - To głupie! 
- zmarszczyła brwi. - Planowałam dla siebie Blackberry. Mogłabym załatwić skórzaną 
podróbkę. Fajnie by wyglądało. A może na przykład coś w rodzaju... wagi z 
odważnikami, co symbolizowałoby że jestem członkinią Komitetu Honorowego. 
Ashley spojrzała na nią z kpiącym uśmieszkiem. 
- Dlaczego zawsze nabijasz się z mojego komitetu? -spytała Lili niewiarygodnie 
płaczliwym tonem. 
- Nie nabijam się - odparła Ashley i nieoczekiwanie przytuliła koleżankę. - Tak się tylko 
droczę, geniuszu. 
-A ty, A. A.? - zaciekawiła się Lauren, nieco rozczarowana tym, że Ashley uniknęła jej 
„zasadzki na primadonnę". 
- Nie wiem - mruknęła A. A., wiercąc butem w trawie. Ashley zmarszczyła nos. 
- A może na przykład dwie długie nogi? To twój największy atut - podsunęła Lili. 
- Albo dwie rozchylone, różowe wargi - zaproponowała Ashley. 
- Dlaczego? - speszyła się A. A. 
- No wiesz, bo całowałaś się z tymi wszystkimi chłopakami. .. - rzuciła Ashley z chytrym 
uśmieszkiem. 
 
 
 

background image

Oho! - pomyślała Lauren. 
- Nie! Wcale się nie całowałam! - zaprotestowała A. A. 
- A tak serio, z iloma się całowałaś? - spytała Lili. Brzmiało to niewinnie, ale dziewczyna 
w oczywisty sposób dostrzegła okazję, by dopiec również A. A. Tu chodziło o głosy 
widzów, choć Lauren nie była pewna, czy właśnie ta metoda ich zdobywania jest 
rzeczywiście najlepsza. 
- Nie wiem... - odparła A. A. z nieszczęśliwą miną, próbując uniknąć oka kamery. - 
Wcale nie było ich tak wielu... 
- Sprawdzimy, dobrze? - Ashley uniosła rękę i zaczęła odliczać na palcach. - Na tej 
licealnej imprezie, na którą kiedyś poszłaś, miziałaś się z tym kolesiem z Saint Aloysius, 
prawda? W zasadzie było ich tam dwóch, racja? Świrowałaś z oboma, a jeden potem cię 
nawet nachodził, pamiętasz? 
- Totalnie to pamiętamy! - rzuciła Lili i trąciła Lauren łokciem. A. A. zalała się 
niesamowicie intensywnym rumieńcem. Lauren zrobiło się jej żal. Ashely dogryzała jej 
wyłącznie na potrzeby programu. 
- Nie zapominaj też o tym swoim internetowym Romeo - laxjocku. I co? Okazał się 
pryszczatym informatykiem, czy może z nim też się całowałaś? - spytała Lili. 
- Przecież wiecie, dziewczyny, że z nikim się nie spotkałam. Kiedy zemdlałaś, byłam na 
tej szkolnej potańcówce - szepnęła A. A. 

background image

- Ach, prawda - westchnęła Ashley. - Kiedy zemdlałam i niemal umarłam, ponieważ Lili 
obiecała, że przyniesie babeczki bez orzechów, ale potem zmieniła zdanie. 
- Nie zrobiłam tego celowo! - oburzyła się Lili. - Nie miałam nawet pojęcia, że jesteś 
uczulona na orzechy. Dlaczego ciągle do tego wracasz? 
- Nie wiem. Może dlatego, że prawie wyzionęłam ducha? 
Zadzwonił dzwonek wzywający na trzecią lekcję i Matt klasnął w dłonie. 
- Świetnie poszło, dziewczyny - pochwalił. Lauren nie mogła się z nim nie zgodzić. - 
Wszystkie macie naturalny talent. Chcemy, żebyście w przyszłym tygodniu, podczas 
Ceremonii Przyjaźni, wystąpiły na samym końcu. 
Lauren dotarła na zajęcia, czując rosnącą ekscytację. Wyglądało na to, że nie musiała się 
wcale wysilać, by ośmieszyć Klikę. Wystarczyło, że usiądzie sobie wygodnie i tylko 
popatrzy na rozwój sytuacji. 

background image


LILI DOSTAJE DRUGĄ SZANSĘ   
NA ZROBIENIE PIERWSZEGO WRAŻENIA 
Powiedz proszę, jak się teraz czujesz? - stażysta z ekipy filmowej trzymał mikrofon tuż 
za kadrem i Lili starała się mówić powoli, by wszyscy ją zrozumieli. Trwała właśnie 
przerwa w meczu lacrosse pomiędzy szkolnymi drużynami Gregory Hall i Saint 
Aloysius. Dziewczyna za kilka minut miała zatańczyć na oczach całej widowni. W tej 
chwili nagrywali „scenę osobistych wyznań" na potrzeby reality show. Jasper wyjaśnił, 
że skoro nie będą mogli rozmawiać z nimi w trakcie występu, a tylko nakręcą całość z 
oddali, powinna podzielić się z widzami swoimi emocjami właśnie teraz. 

background image

-Jestem strasznie nabuzowana. Lubię, kiedy ciężka praca przynosi efekty - odparła. 
Dzień był deszczowy i szary. Po pierwszej połowie był remis cztery cztery. Drużyna z 
Saint Aloysius sprowadziła dziesiątki głośno dopingujących kibiców obu płci, natomiast 
ze szkoły panny Gamble przybyła zaledwie połowa dziewczyn. 
Oglądanie boiska nikomu nie wydawało się szczególnie atrakcyjnym sposobem na 
spędzenie sobotniego popołudnia, nawet jeśli mieli się tam pojawić chłopcy. By wzmóc 
zainteresowanie koleżanek, Lili rozpuściła plotkę, że osoba stojąca za blogiem „Okiem 
Kliki" wyjawi podczas meczu swą tożsamość. Jednak nawet to specjalnie nie pomogło. 
Pojawiła się paczka młodszych dziewczynek, które wyglądały na szóstoklasistki i 
zapewne oklaskiwały wyczyny starszego brata jednej z nich. No cóż. I tak nic nie mogło 
popsuć chwili triumfu Lili. Trener opracował genialny układ -jak zwykle - i cheerleaderki 
zamierzały oczarować nim wszystkich obecnych. 
Lili spojrzała w kamerę z nadzieją, że pokazuje swój lepszy półprofil. 
- Szczerze mówiąc, jestem też trochę zdenerwowana. -Jak to? Nie jesteś przyzwyczajona 
do publicznych występów? - spytał stażysta. 
-Jestem, ale dziś to zupełnie co innego. 
 
 
 
 
 

background image

Tak naprawdę, Lili chciała oczarować w szczególności jednego z zawodników. Mecz 
drużyn młodzików dobiegł już końca, ale gracze wciąż kręcili się w pobliżu, a większość 
zasiadła wzdłuż boiska ze zdjętymi hełmami. Odpoczywali i jedli pomarańcze. Maksa 
wypatrzyła już chwilę temu. Siedział po drugiej stronie, nieco z prawej, w swym 
czerwono-czarnym stroju z Reed Prep. Jeśli chodzi o Lili, cały układ mógłby nosić tytuł 
,Wszystko dla Maksa". Nigdy jeszcze nie durzyła się tak w żadnym chłopcu, no chyba że 
w Zacu Efronie. Ale wtedy chodziła do piątej klasy. 
Zaczęła się zastanawiać, czy powinna wyjawić tajemnicę swego uczucia w 
ogólnokrajowej telewizji. Dlaczego nie? To mogło zpewnić jej więcej głosów. Przecież 
zakochana dziewczyna to zawsze miła i sympatyczna postać. 
- Denerwuję się, ponieważ jest tu chłopak, który mi się podoba - dodała po chwili. 
Obejrzała się przez ramię. 
Max w swym sportowym stroju wyglądał dziś niewiarygodnie słodko. Miał wielkie 
rękawice i szkarłatny kask. Podobał się jej zwłaszcza wtedy, gdy jak błyskawica prze-
biegał naraz całą długość boiska. Udało mu się zdobyć dwa gole i zaliczył cztery asysty. 
„Lwy Reed Prep" dosłownie zmiażdżyły drużynę „Rosomaków z Gregory Hall". Na 
dodatek on zna francuski! (No, może jeszcze nie superpłynnie, ale zawsze). Ogólnie jest 
powalający. Ucieszyła się, widząc, że został na drugą część imprezy. 

background image

Lili załatwiła dla swojego zespołu tanecznego specjalne stroje, w barwach szkoły 
Gregory Hall - granacie i złocie - zaprojektowane przez jej kuzynkę, która pracowała 
dawniej dla Isaaca Mizrahiego. Najfajniejsza w tym wszystkim była jednak łatwość, z 
jaką udało się utrzymać całość w tajemnicy przed Ashley. Ashley była bez reszty 
pochłonięta kwestiami transparentu, piosenki i prezentacji, które szykowała na 
Ceremonię Przyjaźni. A kiedy nie doglądała osobiście tych spraw, prowadzała się ze 
swoim chłopakiem Tri. Sekret był więc łatwy do zachowania - najtrudniej było Lili 
wykroić czas na treningi we własnym, napiętym po brzegi terminarzu. 
- Zaczynajmy! - podekscytowana A. A. skakała w miejscu, choć może tylko dlatego, że 
chciała się rozgrzać. Ich stroje były zdecydowanie skąpe. Lauren wydawała się zdjęta 
tremą, zwłaszcza od chwili, gdy zobaczyła, jak wielu jest widzów. Lili zdawała sobie 
sprawę, że trzeba podjąć radykalne działania. Zdenerwowana Lauren mogła pomylić 
kroki, a Lili za nic nie mogła dopuścić, by z jej zespołu ktokolwiek się dziś naśmiewał. 
W końcu stanowiły Klikę, nawet jeśli jednej z dziewczyn brakowało. 
- Lauren, fantastycznie dziś wyglądasz. Prawda, A. A.? -Jasne - A. A. wykonała skłon i 
dotknęła palców u nóg. 
- Sliczniusio. 
- Wow! - zachłysnęła się Lauren. - Przyszło tylu ludzi. 
 
 
 
 

background image

Nie sądziłam, że pojawi się ktokolwiek. Mam nadzieję, że się nie wygłupię. 
- Nie wygłupisz. Spokojnie - zapewniła ją Lili. - A nawet jeśli któraś z nas popełni jakiś 
mały błąd, kto to zauważy? Uśmiechaj się i wszystko będzie dobrze. Koniec końców, to 
ma być zabawa! 
A. A. popatrzyła na Lili z miną wyraźnie sugerującą, iż powątpiewa w zdrowe zmysły 
przyjaciółki. Lili wiedziała, co chodzi jej po głowie - zeszłej nocy sama bez końca 
opowiadała A. A. o tym, że bardzo się martwi, żeby któraś z nich nie zawaliła. Lili 
wzruszyła ramionami. Kłamstwa są konieczne, jeśli chce się wycisnąć z kogoś sto 
procent zaangażowania. Nauczyła się tego w ciągu siedmiu lat występów na recitalach 
skrzypcowych. 
- Dobra - rzuciła Lauren, wyskoczyła w powietrze i wdzięcznie wylądowała. - Okej, 
pokażmy, na co nas stać! 
- Tak, wychodzimy - dodała pospiesznie A. A. - Trener już kiwa na nas ręką. Widocznie 
muzyka jest już gotowa. 
Obie członkinie Kliki i Lauren wyszły powoli na środek boiska. Z zawieszonych wysoko 
głośników popłynął dudniący bas z piosenki Missy Eliott „Lose Control". 
- I razem, krok! - zawołała Liii i dziewczyny skoczyły w lewo, w doskonale zgranym 
rytmie. Wszystko szło zgodnie z planem. A. A. wymachiwała nogami wysoko, jak 
zawodowa akrobatka. Także tańcząca z jej lewej strony 

background image

Lauren nie miała najmniejszych problemów z układem. Wydawało się nawet, że świetnie 
się bawi. Lili nie skłamała do końca - Lauren naprawdę wyglądała fantastycznie, 
niebiesko-złota minispódniczka leżała na niej świetnie. Z pewnością była jedyną 
uczennicą szkoły panny Gamble, która mogła klasą i stylem dorównać Klice. Lili naj-
bardziej podobało się poczucie, iż przykuły uwagę całej widowni. Minęło ledwie pół 
minuty występu, a chłopcy z trybun podnieśli się z miejsc i zaczęli klaskać, wtórując 
sobie okrzykami. Stojący na dole przy linii bocznej Trent promieniał niczym dumny 
ojciec. 
Jeszcze tylko jeden wyskok z wymachem i występ dobiegł końca. 
Lili uśmiechnęła się do wiwatującego tłumu i do kamer, po czym ukradkiem rzuciła 
spojrzenie na stronę... Gdzie są zawodnicy z Reed Prep? A ściślej, gdzie jest Max? Kilku 
z nich stało wokół trenera i byli pogrążeni w rozmowie. Jeśli Max nie oglądał 
cheerleaderek, cała ciężka praca nad układem poszła na marne. 
- Brawo Klika! - wołały niektóre szóstoklasistki. - Świetna robota, Lauren! 
Lauren pomachała im ręką. Zachowywała się, jakby od lat była przyzwyczajona do 
odbierania wyrazów uwielbienia. Lili dobrze rozumiała, dlaczego akurat ją wymieniły z 
imienia - w końcu od bardzo dawna nikt nie został 
 
 
 

background image

dopuszczony do wewnętrznego kręgu Kliki, a Lauren dowiodła, że przy pewnej dozie 
szczęścia może tego dokonać każda. Oczywiście te młode laski nie zdawały sobie spra-
wy, że trzy przyjaciółki wykorzystują Lauren jedynie po to, by dostać się przed kamery. 
- Chodźcie - ponagliła je A. A., chwyciła Liii za rękę i pokazała na wyjście do szatni. - 
Zaraz druga połowa. 
Miała rację: zawodnicy już się szykowali, kaski powędrowały na głowy, większość 
graczy wojowniczo wymachiwała kijami do lacrosse. Gdy dziewczyny potruchtały po 
swoje rzeczy, jeden z chłopców z drużyny Gregory Hall pomachał im wielką rękawicą. 
- Hej, Lauren! - zawołał zza kratki ochronnej hełmu Billy Reddy. Wyglądał jak 
rozjuszony, niebiesko-złoty tygrys. - Dziękuję! 
Stojąca nieopodal Liii zauważyła, iż Lauren zalała się 
ślicznym rumieńcem. 
Ale gdzie jest jej chłopak? Czyżby Max poszedł już 
do domu? 
- Hej, patrz, ktoś chce zwrócić na siebie twoją uwagę -A. A. szepnęła Lili do ucha. 
Dziewczyna obejrzała się we wskazanym kierunku. Większość zawodników z Reed Prep 
stała razem z boku, ale Maxa nadal ani widu, ani słychu... choć, momencik. A. A. miała 
rację. Jest! Stoi z uniesionym do góry kciukiem. 

background image

- Świetny występ! - zawołał. 
- Świetny mecz, Max! - odpowiedziała, odwzajemniając uśmiech. Upewniła się, czy 
kamera uchwyciła ich rozmowę i gest chłopaka. Tak! Rozpromieniła się jeszcze bardziej. 
Udało się. Zrealizowała swój plan. Już teraz nie mogła się doczekać poniedziałkowej 
lekcji francuskiego. 
- Oho! - Lauren zamarła z torebką w dłoni. Wpatrywała się w trybuny. 
- Co? - Lili spojrzała tam, gdzie koleżanka. Może jednak nie wszystko przebiegło tak 
doskonale? Z tyłu widowni, uwieszona na ramieniu Tri, stała Ashley. Stała i wyglądała 
na porządnie wku-rzo-ną! 
- Mam nadzieję, że nie jest na mnie zła za to, że zajęłam jej miejsce - szepnęła Lauren z 
niepokojem, choć Liii usłyszała w jej głosie fałszywą nutę. Bez wątpienia wciąż pławiła 
się w aurze sukcesu po występie. 
- Nie przejmuj się - Lili ścisnęła ramię koleżanki. - Nie obrazi się na ciebie. 
- Może wejdziecie na górę i się przywitacie? - zasugerował Jasper. 
Lili skinęła głową. Wiedziała, że tego nie da się uniknąć. 
Przyrzekła sobie, że jakkolwiek Ashley będzie się ciskać, ona absolutnie nie weźmie tego 
sobie do serca. Ashley żyła w przekonaniu, że tytuł Królowej Nastolatek ma już za- 
 
 
 
 
 

background image

klepany, ale dziś pozwoliła się przechytrzyć i nie mogła już nic na to poradzić. 
Wchodząc jednak po schodach na trybuny, Lili poczuła, że cała ta jej odwaga nagle 
gdzieś ulatuje. 

background image

10 
ASHLEY ROBI DOBRĄ MINĘ... 
Ashley opadła na siedzenie i spróbowała się skupić na meczu. A przynajmniej sprawnie 
udawać zainteresowanie. Była bardzo zadowolona, że Tri nie widział rozwścieczonego 
rumieńca, który wystąpił jej na policzki, gdy oglądała ten bezwstydny występ. Akurat 
wtedy poszedł kupić dla nich napoje i popcorn, a kiedy wrócił z prowiantem, jej tak 
zwane przyjaciółki zdążyły już zejść z boiska. 
Tri grał w poprzednim meczu i Ashley krzyczała niemal do utraty tchu. Niezbyt to jednak 
pomogło, ponieważ jego 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

drużyna i tak haniebnie przegrała. Podobnie jak reszta młodszych graczy wciąż był w 
swoim stroju i został, by obejrzeć rozgrywki licealistów. Nie przejął się zanadto porażką, 
twierdził, że to wina lepszej obrony drużyny Reed Prep. 
Ashley nie sądziła, by kiedykolwiek mogła do własnej porażki podejść w równie 
honorowy sposób. Zwłaszcza że jej grupa cheerleaderek została praktycznie przejęta 
przez wroga! Co to za zespół, który występuje bez kapitana? Dosłownie gotowała się w 
środku. 
Dzięki Bogu, że miała chociaż chłopaka. Sama nie byłaby w stanie przeżyć tak 
koszmarnego upokorzenia. Namiętnie ścisnęła ramię Tri, który w roztargnieniu poklepał 
ją po kolanie. Znajdował się w innym świecie, siedział na skraju fotelika, dopingując 
drużynę Gregory Hall, szalejąc za każdym razem, gdy zawodnicy w niebiesko-zło-tych 
barwach przedostawali się w pobliże bramki przeciwnika. Na szczęście tym razem jego 
szkoła prowadziła pięć do czterech. Chyba. Ashley za nic nie mogła skoncentrować się 
na meczu. 
Na zewnątrz się uśmiechała, ale to, co działo się w jej duszy, to już zupełnie inna historia. 
Jej najlepsze przyjaciółki zaplanowały i wykonały układ taneczny. Przed kamerami i za 
jej plecami. Bez niej. Za. Jej. Plecami. Miała ochotę krzyczeć albo mocno w coś kopnąć. 
Niestety, obserwowała ją telewizja. 

background image

Nie była pewna, jak powinna teraz postąpić. I to nie było do niej podobne. Zwykle 
odpowiedni plan działania przychodził do niej natychmiast. W końcu - heloł! - była w 
tym najlepsza. 
Najlepsze w Klice było, iż stanowiły ją we trzy. Kiedy A. A. nie kręciła się w pobliżu, 
mogła ją obgadywać z Lili. Gdy znikała Lili, Ashley mogła skumać się z A. A. i to z nią 
tworzyć prawdziwą elitę. Jak to się mówi, trzy osoby to już tłum, ale Ashley uwielbiała 
tłumy takich rozmiarów. Dzięki temu miała nad wszystkim kontrolę. 
Teraz jednak, kiedy na scenę wkroczyła Lauren, cała subtelna równowaga nieco się 
zachwiała. Lili znalazła w niej sprzymierzeńca. I dziś Lauren zatańczyła na pozycji zare-
zerwowanej zawsze dla Lili. A sama Lili? Kwitła w centrum, w miejscu zaklepanym od 
dawna przez Ashley. To niefajne. Bardzo niefajne. Jeśli Lili chciała w ten sposób dać jej 
coś do zrozumienia - przekazać, że jest zbędna i że ktoś może zająć jej pozycję - to 
doskonale się jej to udało. Wiadomość odebrana. Jasno i wyraźnie. 
Taka sytuacja była Ashley zupełnie nie na rękę. I tak miała w tej chwili wiele na głowie. 
Na przykład problem Tri, który nadal jej nie pocałował. Nawet nie spróbował. Po jej 
chłodnej reakcji na ten niechlubny uścisk przy drzwiach, zaczął się żegnać uściskiem 
dłoni. Co to za facet, który na pożegnanie podaje rękę? Może onieśmiela go jej uroda? 
 
 
 
 

background image

Tak zapewne powiedziałaby jej mama. Gdyby mama tylko wiedziała. Ale Ashley nie 
zamierzała dzielić się akurat tą informacją. Z nikim. 
W odróżnieniu od A. A. Ashley nie chciała mieć w chłopaku przyjaciela. Potrzebowała 
mężczyzny - takiego, który ją ubóstwia, obsypuje kwiatami, trzymają za rękę i całuje. Tri 
był kochany, przystojny i słodki, ale bez pocałunków nijak nie pasował do roli 
prawdziwego faceta. Co z nim nie tak? Bo przecież problem nie może tkwić w niej? 
- Ashley! - doleciał ją głos A. A. i niemal zapadła się pod ziemię, widząc zmierzające ku 
niej po schodach A. A., Lili i Lauren. Za nimi wspinał się ten kretyn Jasper i jeden z 
kamerzystów. 
Zdawała sobie sprawę, że przyjaciółki zapewne czują się winne i zechcą załagodzić 
sytuację. Musiała szybko wszystko przeanalizować. Jak się zachować? Być gniewną i 
oziębłą? Smutną i porzuconą? Tak zakochaną w Tri, że nie zauważyła nawet ich 
nędznego występu? 
Rzuciła spojrzenie na kamerę i zrozumiała, jak powinna postąpić. 
- Hej ślicznotki! - zawołała wesoło. - Świetnie wam poszło! 
- Nie jesteś zła? - spytała Liii, wciskając się na miejsce obok i muskając jej policzek w 
udawanym pocałunku. Lauren przysiadła obok Lili, a A. A. schowała się tuż za nią, uni- 

background image

kając wzroku Ashley. Przynajmniej ona jedna miała dość przyzwoitości, by się wstydzić! 
- Co? O czym ty mówisz? Jestem z was dumna! - zachwyciła się Ashley. 
Lili nie próbowała nawet ukryć swego zmieszania. To było przyjemne. 
- Hej, A. A. - Tri pochylił się do powitania. - Kiepsko nam dziś poszło, co? 
- Mieliście po prostu pecha.-AA wzruszyła ramionami. 
- Tak, cóż, nasz pierwszy bramkarz skręcił nogę. Hunter Mason. Poprzednio występował 
w Bellingham i jest naprawdę świetny. Gdyby dziś mógł zagrać, zwycięstwo byłoby 
nasze - uśmiechnął się chłopak. 
- Na pewno - przytaknęła nieco zbyt zdawkowo A. A. Ashley obrzuciła przyjaciółkę 
wymownym spojrzeniem. Przecież A. A. nie mogła być nadal zła za to, że Tri wybrał 
ją...? Co za nędza! A. A. miała wcześniej milion szans, żeby go wyrwać - w końcu przez 
jakiś czas byli irytująco nierozłączni. I to nie wina Ashley, że chłopak w efekcie 
zainteresował się bardziej wyrafinowaną dziewczyną. 
- Na pewno nie jesteś zła? - spytała Lili chyba po raz setny. Czyżby chciała się pokłócić 
przed kamerami? Ashley nie miała jednak zamiaru jej na to pozwolić. 
- Dlaczego miałabym się złościć? - odpowiedziała tak, jakby był to największy absurd 
świata. 
 
 
 
 

background image

- No wiesz - ciągnęła Lili, wygładzając niebiesko-złotą spódniczkę. Tylko ona nie 
przebrała się po występie. - Gdybyśmy wiedziały, że się tu dziś pojawisz, oczywiście 
wzięłybyśmy cię ze sobą. Ale tak ciężko cię ostatnio złapać. To pewnie wina Tri. 
Zajmuje ci cały wolny czas. 
A więc w ten sposób chciały to rozegrać. Ashley zaczerpnęła głęboko powietrza i przez 
jedną szaloną chwilę zaczęła się zastanawiać, czy nie pozwolić Lili na doprowadzenie do 
scysji. Tyle mogła w tej chwili powiedzieć. O przyjaźni, zdradzie, kłamstwach i ciosach 
w plecy... ale nie. Kamery. Głosy widzów. Na jęczącą pannę nikt przecież nie zagłosuje. 
Musiała zachować spokój. Nie mogła spoliczkować tych trzech zdrajczyń, które 
zapomniały, że Klika bez Ashley jest jak hotdog bez parówki. 
- Mam po prostu sporo na głowie - powiedziała, westchnęła i wzięła Tri za rękę. Chłopak 
nieco się spłoszył, ale przynajmniej uśmiechnął się do niej, zanim z powrotem skupił się 
na meczu. - Bardzo dużo czasu spędzamy razem. 
Podniosła wzrok na Lili i uśmiechnęła się znacząco. 
- Chyba - dodała - muszę od ciebie pożyczyć błyszczyk. Poprzedni się trochę... starł - 
puściła oko do kamery. 
No co? Całowanie się z własnym chłopakiem to nic złego! 
- Niegrzeczna dziewczynka - zachichotała Lili. 

background image

A. A. poruszyła się niespokojnie na siedzeniu. 
- Nie rozumiem, dlaczego usiedliście tak daleko - jęknęła. - Nic stąd nie widać. 
- Chcesz się przesiąść? - spytał Tri, patrząc na koleżankę, ale Ashley mocno ścisnęła jego 
dłoń. Nigdzie nie pójdą, a już na pewno nie z powodu A. A. Poza tym, nie spodobało się 
jej to, że wtrącił się do rozmowy dopiero, kiedy odezwała się koleżanka. 
- Teraz już nie ma sensu - rzuciła ostro A. A., po czym zwróciła się do Lauren i pokazała 
jej coś w zachowaniu bramkarza przeciwnej drużyny. 
- Czyli w ogóle nie jesteś na nas zła? - nacisnęła Lili, nieco nerwowym tonem. To właśnie 
cała Lili. Nie miała tego tupetu co Ashley. Jeśli chciała zachowywać się jakby nigdy nic, 
powinna być konsekwentna. Powinna była się wcześniej tego nauczyć. Od lepszych. 
- Lili, uspokoisz się wreszcie? - Ashley roześmiała się srebrzyście. - Sama powiedziałaś, 
że byłam w tym tygodniu bardzo zajęta. A uczyć się nowego układu tylko po to, żeby 
potańczyć w przerwie... cóż, to trochę kiepskie, nie? 
- No raczej - Lili sprawiała wrażenie zdruzgotanej. Świetnie! - Choć jeśli dziś wygrają, 
dostaną się do finału. 
- To fajnie - Ashley postanowiła, iż nie pozbawi Lili złudzenia, że taniec w trakcie 
przerwy ma jakikolwiek wpływ na wynik meczu. - Naprawdę świetnie wypadłyście. 
 
 
 
 
 

background image

- Słyszałaś, jak nas oklaskiwali? - wtrąciła Lauren z uśmiechem. Paskuda. 
- Najwyraźniej wszyscy dobrze się bawili. Zresztą ja też. Hej, co dobre dla Kliki, to 
dobre i dla mnie - Ashley rzuciła okiem na swoje paznokcie - dziś rano, kiedy madame 
Kim ze swoją ekipą odwiedziła jej dom, kazała je sobie pomalować niebieskim i złotym 
lakierem. Jej mama urządzała wieczorem przyjęcie dobroczynne w de Young i Ashley 
przekonała ją, że przed tak ważnym wydarzeniem należy zrobić sobie porządny pedicure 
i manicure. Oczywiście, sama też na tym skorzystała. 
- Cóż, mamy chyba wszystko, co trzeba - odezwał się stojący na boku Jasper. Na jego 
twarzy malował się wyraz małego rozczarowania. Kamerzyści wyłączyli sprzęt i zeszli 
po schodach. Ashley przyjęła to z radością. 
- Masz cudne pazurki - pochwaliła Lili. A więc znów się przymila? Cóż, tak powinno 
być. 
- Chciałam, żeby dziś wyglądały szczególnie dobrze -przyznała Ashley. - Dzięki temu 
jestem przygotowana na tę gorącą pomeczową imprezę koedukacyjną. To pierwsza w tym 
roku. Idziecie? - W jej głowie zaczęła kiełkować pewna myśl. Skoro Lili była zdolna do 
zorganizowania tego występu bez niej, mogła, mała kłamczucha, wymyślić coś jeszcze. 
Jeśli więc Ashley chciała zdobyć tytuł Królowej nastolatek, musiała być gotowa na 
wszystko. 

background image

- Naprawdę? - A. A. zainteresowała się na tyle, iż wreszcie oderwała oczy od boiska. 
- Impreza? - spytała Lauren, która zapewne nigdy w życiu nie została na żadną 
zaproszona, nie mówiąc już o takiej, na której pojawiali się chłopcy. 
- Tak. Miała uświetnić zwycięstwo drużyny z Gregory Hall, choć teraz zapewne będzie 
to raczej stypa. W końcu przegrali. 
Wszystkie dziewczyny wydawały się ucieszone tym zaproszeniem, nawet markotna A. 
A. Ashley poczuła przypływ zadowolenia. Rezygnacja z okazywania złości okazała się 
słuszną decyzją. Uwaga, uwaga, przerywamy wiadomości: Ashley znów wyszła ze 
wszystkiego obronną ręką! 
Wyjęła z kieszeni komórkę i po kryjomu wysłała Jasperowi SMS-a. Skoro ci z telewizji 
chcą konfliktów, dramatów i napięcia, zamierzała im ich dostarczyć. 

background image

11 
KŁAMSTWA, KONTAKTY I STARA SZAFA 
AA. bywała już na koedukacyjnych imprezach. Ashley nie przesadziła jednak, nazywając 
tę dzisiejszą „gorącą". Po pierwsze, samo miejsce było oszałamiające. O wiele bardziej 
wyczesane niż zwykły dom. Bawili się w trójpoziomowym lofcie w modnej okolicy w 
centrum. Dawniej budynek ten służył jako magazyn, więc piętra były wysokie, ściany 
miał z nieotynkowanej cegły, a wszystkie piętra połączone były krętymi, żelaznymi 
schodami. Mieszkanie należało do jednego z chłopaków z drużyny Gregory Hall, którego 
rodzice wybyli na sześciotygodniowy rejs 

background image

po Morzu Egejskim, zostawiając lokal pod opieką syna i ich praktycznie głuchego, 
oldskulowego kamerdynera, który ukrył się w zaciszu swego pokoju i oglądał BBC 
America. 
Szalenie spodobała się jej także urządzona w stylu industrialnym kuchnia, z której 
schodziło się do położonego niżej olbrzymiego salonu. Blat kuchenny zastawiony był 
dziesiątkami pustych lub napoczętych puszek po napojach (w tym energetycznych) i 
otwartymi paczkami czipsów i herbatników. Jedynym meblem w całym salonie był 
ogromny, niski narożnik, którego jeden bok miał rozmiary normalnego, podwójnego 
łóżka. Jedną ze ścian wypełniały półki z książkami. A. A. zrozumiała, że jeśli 
kiedykolwiek zamieszka w mieście, jej mieszkanie musi wyglądać właśnie takjak to. 
Oczywiście miała nadzieję, że zamieszka w domu nad oceanem w Malibu, ale taki loft 
byłby doskonałą miejscówką, gdzie mogłaby się przespać, gdyby wpadła do miasta 
odwiedzić rodziców czy zrobić zakupy. Z salonu można było wyjść na wielopoziomowy 
taras, skąd roztaczał się widok na panoramę całego miasta - między innymi na wznoszący 
się niczym jasno oświetlona piramida budynek Transamerica. A. A. przechadzała się 
dokoła i napawała atmosferą tego niezwykłego miejsca. Na imprezę przybyła cała masa 
gości, lecz większość chłopców została na niższych piętrach, gdzie grupkami zabawiali 
się, grając 
 
 
 

background image

w pokera, rzutki i ping-ponga. Dziewczyny z kolei stały w okolicach schodów i 
plotkowały o facetach. 
Pomachała do jednej z uczennic szkoły panny Gamble, zaskoczona, że tak wiele z nich 
otrzymało zaproszenia. Zwykle na tego rodzaju imprezach pojawiały się wyłącznie laski 
z Kliki i osoby darzone przez nie sympatią. Tym razem jednak wyglądało na to, że o 
wydarzeniu dowiedzieli się wszyscy. Czy ta panna przy wieży stereo to naprawdę 
Guinevere ,Wielka Głowa" Parker? A. A. z zaskoczeniem zauważyła również, że do 
środka udało się też dostać kilkorgu szóstoklasistów. 
W innym pokoju grano w Prawdę czy Wyzwanie i A. A. czym prędzej się stamtąd 
oddaliła. W zasadzie lubiła się całować z chłopcami. O ile, rzecz jasna, dany chłopak się 
jej podobał i jeśli miało to jakiś sens. Przypomniała sobie też, że przez jeden wspaniały 
miesiąc tego lata w napięciu wyczekiwała na spotkanie (i pocałunki) laxjocka, jej inter-
netowego adoratora. 
On jednak okazał się tylko złudzeniem. Albo - prawdopodobnie - był to Tri. Gdyby tylko 
mogła z nim o tym porozmawiać... Niestety nie nadarzyła się ku temu okazja. Od dnia 
potańcówki Tri uczepił się Ashley jak rzep psiego ogona. Jednak prawdziwym powodem, 
dla którego A. A. bez przerwy chodziła z miejsca na miejsce, przeskakiwała nad 
siedzącymi na podłodze ludźmi, wchodziła po scho- 

background image

dach, snuła się po tarasie i zaglądała do pokojów, w których nie znała nikogo, był ten: 
bardzo chciała uniknąć spotkania z Ashley i Tri. 
Na sam widok tych dwóch gołąbeczków ściskało ją w żołądku. A.A. wychyliła się nad 
barierką tarasu na trzecim piętrze i popatrzyła na światła miasta. Mimo histerycznych 
ataków złości Ashley była w porządku, a ponadto zaliczała się przecież do najlepszych 
przyjaciółek A. A. Tri też był jej dobrym kumplem. Powinna więc się cieszyć, że oboje 
przypadli sobie do gustu i chcą razem spędzać czas, prawda? Nieprawda. 
Czasami żałowała wręcz, że się w ogóle poznali. Co się z nią działo? Jasne, brakowało jej 
Tri - dawniej spędzali ze sobą długie godziny, grali w gry wideo, albo po prostu... nie 
robili nic. I o to chodzi, tak? Była po prostu zazdrosna o jego brak czasu. Dlaczego więc 
tak oburzył ją tekst Ashley o startym błyszczyku? Jedno wiedziała na pewno - nie miała 
zamiaru przyglądać się przez całą noc, jak zakochani badają sobie migdałki. 
- Ty jesteś pewnie A. A.? - podkuśtykał do niej wysoki chłopak z nogą w gipsie. Oparł się 
plecami o stalową poręcz i pociągnął łyk z plastikowego kubka. - Tri wszystko mi o tobie 
opowiedział. Jestem Hunter Mason. 
- Hej - Ashley zdobyła się na uśmiech. A więc to jest ten fenomenalny bramkarz, o 
którym wspominał przyja- 
 
 
 
 

background image

ciel? Ale co znaczy, że Tri wszystko mu o niej opowiedział? Co tu było do opowiadania? 
Pewnie te durne historie o całowaniu się z chłopakami z Saint Aloysius. A może o tym, 
że udawał laxjocka i zwodził ją przez cały miesiąc? Zapewne nabijała się z niej cała 
męska populacja Gregory Hall. 
- A co takiego ci opowiedział? Ze przegrywał ze mną we wszystkich grach? 
- O tym też. No i jeszcze, że jesteś bardzo fajna -uśmiechnął się Hunter. 
A. A. nieco się uspokoiła. Okej, więc może Tri jej jednak nie obgadywał. I może Hunter 
nie był podłym typem, szykującym się do ataku na łatwą zdobycz. Jak na swój wiek, 
chłopak był wysoki - w odróżnieniu od Tri - i gdyby nie miał włosów w odcieniu jasnej 
marchewki, byłby nawet całkiem przystojny. Porozmawiali przez chwilę i A. A. 
dowiedziała się, że Hunter jest jedynakiem i podobnie jak ona mieszkał z rozwiedzioną 
matką. 
Gdy wzmógł się wiatr i wrócili z tarasu do środka, weszli do supernowocześnie 
urządzonego gabinetu. A. A. wskoczyła na metalicznie szary fotel, a Hunter przysiadł na 
skraju biurka. Gdy tylko jednak zaczęła się odprężać, kątem oka zobaczyła w korytarzu 
Ashley. Szła za rękę z Tri, zupełnie jakby nawet na sekundę nie mogła się z nim 
rozłączyć. Miała na sobie nawet bluzę z wyhaftowanym napisem „Ashley i Tri". Kicha. 

background image

A. A. usłyszała, jak Ashley tłumaczy komuś, że chcą oboje obejrzeć stojący w gabinecie 
teleskop. Zamarła. Zapewne wejdą tu, zobaczą A. A. i Huntera i odtąd będą się musieli 
trzymać razem, niczym na jakiejś improwizowanej, podwójnej randce. A. A. poczuła, że 
coś ściska jej serce. Musiała brać nogi za pas. Tylko dokąd? 
Deszcz rozpadał się na dobre, a taras nie był zadaszony. Tam nie mogła szukać ratunku. 
Z drugiej strony, jeśli wyjdzie na korytarz, wpadnie prosto na parę zakochanych. Nie 
widziała wokół żadnej kryjówki, poza szafą wnękową w kącie pomieszczenia. Na jej 
zafascynowanych oczach drzwi szafy stanęły znienacka otworem i wyszli z niej roz-
chichotani dziewczyna i chłopak. Słyszała już wcześniej, że niektórzy grają w grę zwaną 
„Siedem minut w niebie", która polegała właśnie na spędzeniu siedmiu minut w szafie z 
jakimś kolesiem. Chodziło - oczywiście - o całowanie. A najważniejsze było to, że po 
owych siedmiu minutach kończyła się też znajomość. 
Sprzed gabinetu doleciał ją odgłos kroków. Tri i Ashley, dwójka jej tak zwanych 
najlepszych przyjaciół. Za kilka sekund znajdą się w środku. Musiała się schować. 
Hunter zapewne zauważył jej zrozpaczone, paniczne spojrzenie, z jakim wpatrywała się 
w szafę. 
- Hej, chcesz zagrać? - spytał, muskając jej rękaw. -W siedem minut? - dodał zalotnie. 
 
 
 
 

background image

- Hmm... - A. A. umilkła. Chłopak wydawał się w porządku, ale coś takiego było po 
prostu niemożliwe. Nie będzie się z nim obściskiwać po kątach. W końcu poznali się 
ledwie dziesięć minut temu. Zanim jednak zdążyła powiedzieć cokolwiek, Hunter stał już 
przy szafie. Otworzył drzwi, wszedł do środka, popatrzył na nią i znacząco uniósł brew. 
A. A. odetchnęła głęboko i poszła za nim. Głos Ashley rozlegał się coraz bliżej i głośniej. 
Tri trzymał się tuż za nią. Nie miała już ani chwili do stracenia. Musiała uciec jak naj-
dalej od nich. Ale jeśli Hunter spodziewał się, że będą się całować, to czeka go głębokie 
rozczarowanie. 
Trzema susami przemierzyła gabinet. Weszła do środka, potykając się przy tym o 
pudełko z papierem do drukarki, po czym rąbnęła głową o wieszak. Hunter zaczął 
zamykać drzwi, lecz nim zdążył je zatrzasnąć, A. A. położyła mu dłoń na ramieniu. 
- Słuchaj, to długa historia, ale muszę się po prostu gdzieś na kilka minut przechować. 
Jest tu ktoś, kogo niezbyt chcę teraz oglądać. Ale nie chcę grać w żadną grę, zgoda? 
Ku jej zaskoczeniu mina Huntera wyrażała przede wszystkim ulgę. 
-Jasne - pokiwał głową. 
Poczuła się tak wdzięczna, że aż go przytuliła i wyciągnęła rękę w tył, by chwycić 
klamkę. Jeśli jednak spodzie-

background image

wała się, że szczęśliwie uniknęła niezręcznej sytuacji, była w grubym błędzie. 
Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyła, zanim drzwi zamknęły się do końca, okazała się twarz 
Tri. Zaskoczonego, rozczarowanego, patrzącego prosto na nią Tri. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

12 
LAUREN RATUJE ŚWIAT (A PRZYNAJMNIEJ JEGO MĘSKĄ CZĘŚĆ) 
Lauren wspinała się po schodach na drugie piętro loftu. Przeskakiwała nad 
rozplotkowanymi dziewczynami, próbując nie stracić z oczu Lili. Lauren była do loftów 
przyzwyczajona - jej własny pokój w nowej, przestronnej rezydencji, którą rodzice kupili 
w Marinie, miał podobny, przeznaczony do snu i zabaw, drugi poziom, zajęty w całości 
przez łóżko. Zdecydowanie jednak nie była przyzwyczajona do imprez w 
męsko-damskim towarzystwie. 
Dex nieco przesadził, przygotowując ją do tego wieczora. Kazał jej pić tylko to, co naleje 
sobie sama, najlepiej 

background image

z zamkniętej dotąd butelki lub puszki, dzięki czemu nikt nie mógłby do jej napoju dodać 
niczego paskudnego. Ona sama nie sądziła, by którykolwiek z chłopców był zdolny do 
jakiegoś świństwa, zwłaszcza że większość z nich nawet nie rozmawiała z 
dziewczynami. Co tu więc mówić o wykorzystywaniu sytuacji? Ale Dex to Dex. Jak 
zwykle nado-piekuńczy. Choć może miał nieco racji. Lauren otworzyła świeżą butelkę 
Sprite'a i nalała sobie do czystego kubeczka. Jak dotąd nieźle. 
- Cokolwiek by się tam działo - mówił Dex - nie rób niczego przez siedem minut w 
szafie. Z nikim. Jeśli naprawdę spodobasz się jakiemuś koledze, zaprosi cię na randkę. 
Jesteś bardzo ładna, Lauren. Nie musisz zdobywać chłopaków, obłapiając się z nimi po 
szafach. 
Nigdy wcześnie nie powiedział niczego, co wywołałoby na policzkach Lauren tak 
jaskrawe rumieńce. Zazwyczaj po prostu się ze sobą droczyli, nazywając się brzydalami. 
Zauważyła, że Liii szybko przeciska się przez tłum i rusza po schodach na ostatnie, 
trzecie piętro. Zanim Lauren zdołała wyminąć grubawego chłopaka próbującego ustawić 
sobie na głowie abażur, „przyjaciółka" zniknęła. Wszędzie dokoła dudniła muzyka, w 
każdym pokoju pełno było dobrze wyglądających chłopaków i dziewczyn. Chwyciła 
mocniej swój plastikowy kubek Sprite'a i, uważając, by nie 
 
 
 
 

background image

rozlać, rozpoczęła niepewną wspinaczkę. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebowała, było 
zwrócenie na siebie uwagi. 
W głębi ducha miała ochotę usiąść gdzieś z boku, sączyć napój i przyglądać się 
rozbawionym dzieciakom. Skarciła się jednak za to. Znów odzywała się w niej stara 
Lauren, ta z kiepską fryzurą, jeszcze gorszymi ciuchami i wałeczkami tłuszczu na 
brzuchu. Nowa Lauren była gwiazdą reality show, czesała się dwa razy w miesiącu u 
Christophe'a w Beverly Hills i nosiła ubrania, w których kupowaniu pomagali jej osobiści 
styliści. 
Więc na tym polegało życie dziewczyny z Kliki - taniec, mecze lacrosse i szaleństwa na 
imprezach z chłopakami. W zeszłym roku piątkowe wieczory spędzała, oglądając po-
wtórki „Herosów", wzdychając do tego przystojniaka, który przejmował moce innych. 
Gdyby potrafiła przejąć przebojowość lasek z Kliki i sama stała się popularna, może coś 
by się wreszcie zmieniło. Jak dotąd tamte pozwalały jej należeć do grupy, lecz tylko z 
powodu obecności kamer. Co jednak będzie, kiedy program dobiegnie końca? 
Rozejrzała się. Ucieszyła się na widok kilku dziewczyn z klasy, które wyglądały na 
zachwycone imprezą. Przedtem niezobowiązująco wspomniała o niej w e-mailu do 
Guinevere Parker, sugerując, że mogłaby tu zdobyć dobry materiał do artykułu w dziale 
wydarzeń towarzyskich w szkolnej 

background image

gazetce. Dodała też, że zaproszeni są wszyscy siódmoklasiści. 
Lauren postanowiła wejść na samą górę i poszukać Lili i reszty Kliki. No proszę! Drzwi 
do łazienki nie były zamknięte i zobaczyła za nimi Lili, siedzącą na marmurowym blacie, 
wymachującą nogami i rozprawiającą o kosmetykach z trzema innymi pannami. 
Lauren zamachała i Lili porozumiewawczo zatrzepotała rzęsami. Lauren się zawahała. 
Nie była pewna, czy nie powinna do nich dołączyć, ale na blacie nie było już miejsca. 
Poszła więc dalej. 
Dotarła do gigantycznego gabinetu, wyposażonego w nowoczesne, szare meble, 
trzydziestocalową plazmę, komputer i teleskop wielkości dinozaura. Zastała tam Ashley i 
Tri, rozmawiających z jakimiś znajomymi. A. A. zawsze się nabijała z małego wzrostu 
Tri, ale to nie zmieniało faktu, że chłopak był najprzystojniejszy ze wszystkich 
siódmoklasistów z Gregory Hall. W zasadzie był tak ładny, że spokojnie mógłby zostać 
aktorem - w końcu oni wszyscy są niscy. 
Lauren podeszła dokładnie w chwili, gdy Ashley wstała z kanapy i pociągnęła za sobą 
Tri. 
- Idziecie? - spytała Lauren. 
- Odetchnąć świeżym powietrzem - odpowiedziała Ashley. -Wreszcie przestało padać. 
 
 
 
 

background image

- Widziałaś może A. A.? - Lauren straciła koleżankę z oczu zaraz po przyjeździe na 
imprezę. 
- Nie - pokręciła głową Ashley. 
Lauren była zbyt nieśmiała, by dołączyć do zakochanych i przeszła do innego pokoju. 
Spojrzała do swego pustego już kubka. Jej brawura nieco osłabła. Znalazła się co prawda 
na imprezie, ale Klika znów ją porzuciła. Może mogłaby zabić trochę czasu, schodząc do 
kuchni po drugą porcję napoju. Niedługo miał przyjechać po nią Dex. Zauważyła 
chłopaka z nadwagą, który wyglądał raczej na studenta niż licealistę. Stał sam w rogu, ale 
wydał się jej dziwny i niezbyt sympatyczny. Pustym wzrokiem wpatrywał się w 
przestrzeń. Z ramienia zwisał mu wymięty plecak. 
- Kurde - jakiś koleś stanął tuż obok niej. Cały zarumieniony. Na głowie burzyły mu się 
jasne włosy. Miał skrzące się zielone oczy i wielką ciemną plamę na samym środku 
bluzy do rugby. 
- Nieźle, nie? - rzucił, zawzięcie trąc materiał. - Nawet jak nie gram, potrafię się upaprać. 
Chyba pasuje do tej - wskazał na starszą, czerwoną plamę po keczupie. 
Lauren uśmiechnęła się i podała mu kilka chusteczek. W nieznajomym poznała jednego z 
kumpli Tri Fitzpatricka. Spodobało się jej, że przejął się losem ubrania. Większość 
chłopaków świetnie się czuje, paradując w brudnych szmatach. 

background image

- I co? Strasznie to wygląda, prawda? - spytał. Wzruszyła ramionami. 
- Oj tam. Ledwie co widać. 
- To dobrze - westchnął dramatycznie. - Niektóre dziewczyny ze szkoły panny Gamble 
kazałyby mi natychmiast iść do domu i się przebrać. 
Lauren nie oparła się spojrzeniu na Ashley, stojącą na tarasie i rozmawiającą z Tri. 
Nawet jeden jej włosek nie był potargany. Ona zapewne uznałaby, że plama keczupu na 
stroju rozmówcy stanowi dla niej osobistą zniewagę. 
- Mam tylko nadzieję, że to nie krew - przestrzegła. 
- Przysięgam, że nie. Chyba że któryś z obrońców z Reed Prep dźgnął mnie nożem na 
schodach. Co oni tu w ogóle robią? - odparł z uśmiechem, wskazując na hałaśliwą grupę 
chłopaków, którzy dopiero co weszli. 
Lauren popatrzyła tam, gdzie nieznajomy. Rzeczywiście w lofcie pojawili się zawodnicy 
drużyny Reed Prep. Jednak gracze z Gregory Hall nie wyglądali na zmartwionych ich 
towarzystwem. Większość z nich świetnie się znała, często jeszcze z przedszkola. 
- Skoro tak, to chyba przeżyjesz - zaśmiała się. 
- Raczej tak - znów westchnął. - Skoro ty tak mówisz. 
Czy to możliwe? Czy Lauren Page naprawdę flirtowała z jakimś kolesiem? I czy on 
naprawdę reagował na jej teksty? 
 
 
 

background image

Zanim porwali go znajomi - wybierali się na inną imprezkę w St. Francis Wood - 
Christian wziął od niej numer telefonu. 
Gdy tylko wyszedł, Lauren wdała się w rozmowę z innym chłopakiem, który poszukiwał 
czegoś, czym mógłby wytrzeć rozlany na stoliku napój. Z radością i jemu podarowała 
kilka chusteczek. Tak samo jak Christian on także grał w rugby, tyle że chodził do 
siódmej klasy w Saint Aloysius. Wyszło na to, że dzisiejszego wieczora jej obowiązkiem 
było ratowanie chłopców przed plamami. 
Ten także wyglądał nieźle, ale był zupełnie niepodobny do Christiana. Alex był 
brunetem, miał oliwkową skórę i niemal czarne oczy. Pomogła mu posprzątać, a potem 
długo rozmawiali. O wszystkim - od granej na imprezie muzyki po paskudną pogodę, 
jaka zapanowała w San Francisco. 
Opowiedziała mu o swoich rodzicach. On podzielił się historią swojej rodziny. Jego 
babka - mówił - pochodziła z Katalonii i kiedy był mały, śpiewała mu hiszpańskie koły-
sanki. Zaraz potem spojrzał na nią ze wstydem, przeprosił i przyznał, że niezbyt często 
rozmawia o sprawach osobistych. Serce Lauren zmiękło niczym lody w upalny dzień. 
Coś w ciemnych, sennych oczach Aleksa i sposobie, w jaki włosy opadały mu na twarz, 
sprawiło, że czuła się głupiut- 

background image

ka i wzruszona. Kiedy i on poprosił ją o numer, nie wahała się ani przez chwilę. 
Rozejrzała się po pokoju. Klika wciąż pozostawała w ukryciu, ale już jej to nie 
przeszkadzało. Dwóch chłopaków wzięło jej numer i żaden nawet nie próbował 
zaciągnąć jej do szafy. 
Podobała się! Jakie to dziwne. Nigdy nie przeżyła niczego podobnego. Cóż, ale 
poprzednie życie było ŻPK. Życiem Przed Kliką. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

13 
POCAŁUNEK MOŻE SIĘ STAĆ PRZECINKIEM, ZNAKIEM ZAPYTANIA ALBO 
WYKRZYKNIKIEM. DLA LILI JEST WSZYSTKIM NARAZ 
Liii zauważyła Maksa zaraz po przybyciu na imprezę. Była pewna, że on też ją widział. 
Ich spojrzenia spotkały się na moment, choć ona stała na górze, a on na parterze. 
Obdarzył ją nieśmiałym uśmiechem i poczuła gwałtowny przypływ uniesienia, ale 
oczywiście nie dała tego po sobie poznać i czym prędzej skupiła się na dotyczących 
makijażu poradach, którymi częstowała ją jedna z ósmoklasistek. 
Musiała zachować spokój, ajuż na pewno nie wolno było jej zachowywać się jak jakaś 
zrozpaczona fanka, za wszelką cenę próbująca wyrwać gwiazdę szkolnej drużyny. 

background image

Nawet jeśli tak właśnie wyglądała prawda. 
Lili dała sobie godzinę na krążenie po imprezie, obejrzenie całego loftu, posyłanie 
buziaków znajomym i flirtowanie z jak największą ilością chłopaków. To była godzina, 
podczas której Max mógł obserwować ją wchodzącą i schodzącą po krętych schodach w 
ślicznej, superkrótkiej sukience i nowych butach do tanga, na siedmiocentymetrowych 
obcasach. Godzina, by zauważył lśnienie jej włosów i uśmiech różowych ust. Po upływie 
tego czasu zamierzała do niego podejść i nie dać mu już nigdzie odejść. 
I jak wszystkie plany Lili, także i ten wypalił w stu procentach. 
Gdy przemaszerowała już przez całe mieszkanie w tę i z powrotem jakieś sto razy, trafiła 
w końcu do zatłoczonego korytarza. Wszyscy czekali, by dostać się na taras, z którego 
ktoś miał za chwilę odpalić sztuczne ognie. Przepychała się, by podejść blisko, lecz nie 
za blisko Maksa, w nadziei, że spotkanie z chłopakiem wypadnie naturalnie. 
Obrócił się i na jego twarzy pojawił się wyraz przyjemnego zaskoczenia. 
-Hej! 
- Hej - odpowiedziała swobodnie, jakby dopiero teraz go zauważyła. - Co ty tu robisz? 
Przecież jesteście jakby... no... z wrogiego zespołu? 
- Zostaliśmy zaproszeni! - zaprotestował Max. - Jak 
 
 
 
 

background image

sobie wyobrażasz imprezę uświetniającą zwycięstwo bez udziału zwycięzców? - 
zażartował. 
Liii się uśmiechnęła. Ludzie z tyłu zaczęli napierać i musiała się przysunąć bliżej 
chłopaka. 
- Ups, przepraszam. 
Max obrzucił ją uważnym spojrzeniem i odpowiedział uśmiechem. Lili przemknęło przez 
myśl, że wyglądają w tej chwili dość zabawnie - tak po prostu stojąc i promieniejąc, ale 
czuła się naprawdę szczęśliwa. Była pewna, że wyczuwa płynące od niego pozytywne 
wibracje. Podobała się mu. 
- Madame LeBrun jest strasznie komiczna, prawda? -spytała. 
- Ostatnim razem kichnęła jakieś pięćdziesiąt razy. Liczyłem - zaśmiał się Max. - Jest na 
coś uczulona? 
Dziewczyna pokiwała zawzięcie głową. 
- To i tak jeszcze nic. W zeszłym roku zemdlała na lekcji. 
- Serio? 
- Szkoda, że tego nie widziałeś. Długo kichała, a potem zachwiała się, potknęła o dywan i 
walnęła głową o podłogę. Krwawiła tak bardzo, że razem z Gregiem - to taki koleś, który 
się ze mną uczył - musieliśmy zadzwonić po pogotowie. 
- Żartujesz? 
- Tak, żartuję. Właśnie to wymyśliłam - puściła mu oczko. Co we mnie wstąpiło? - 
pomyślała. 

background image

Max przez moment wydawał się zmieszany, lecz zaraz potem wybuchnął śmiechem. 
Rozluźnił ramiona i wyszczerzył zęby. 
- Ty też jesteś strasznie zabawna - przysunął się do niej, by przepuścić wychodzącą 
właśnie na taras parkę. Z zewnątrz dobiegły ich pierwsze wystrzały fajerwerków. W ko-
rytarzu zaroiło się od osób próbujących wrócić do środka, a kolejne wybuchy były tak 
głośne, że Lili zasłoniła aż uszy. 
- Może się tu schowamy? - zapytał Max i otworzył drzwi prowadzące do pomieszczenia, 
które wyglądało na niewielką spiżarnię. - Zaczekamy, aż się uspokoi. 
Lili kiwnęła głową zadowolona, że wyrwała się z hałaśliwego tłoku. W pokoiku było 
ciemno i ciasno. Stanęli tak blisko siebie, że chłopak niemal dotykał nogą jej odsłonię-
tego kolana. 
- Skoro nabrałaś mnie na to, jak będę mógł ci teraz zaufać w innych sprawach? - zagaił 
Max i uniósł brew. 
- Maxwellu Costa, czyżbyś nazwał mnie właśnie kłam-czuchą? - odparła, udając 
oburzenie. 
- Ashley Li, ty to powiedziałaś. 
Po raz pierwszy wymienił jej imię. W dodatku nazwał ją Ashley, czego nikt nie robił od 
dawien dawna, przez co wydarzenie to nabrało szczególnego wymiaru. Znalazła się 
prawie w jego ramionach, pochylona głowa chłopaka zawisła bardzo blisko nad nią. 
Czyjś łokieć - może jej? al- 
 

background image

bo jego? - nacisnął na wyłącznik światła i zrobiło się tak ciemno, że ledwie go widziała. 
Nie odzywali się słowem. Lili wiedziała, co się za moment stanie. Max ją zaraz pocałuje. 
Zamknęła oczy i w mroku spotkały się ich usta. 
Bez względu na gadaninę innych dziewczyn z Kliki Lili już się kiedyś całowała. Ale 
tamto wydarzenie w niczym nie przypominało pocałunku z Maksem. Jak zawsze opo-
wiadała przyjaciółkom, po raz pierwszy całowała się z chłopakiem w zeszłe wakacje na 
Tajwanie. Jej ówczesny adorator był kumplem kuzyna, trzynastolatkiem - nieśmiałym, 
ładnym i stremowanym. W tym tkwił problem. Był tak nerwowy i wycofany, że kiedy 
próbował ją pocałować, nie trafił w wargi, tylko w brodę! Dosyć obleśnie. Niedoszła 
pieszczota okazała się więc mokra, zimna, nieoczekiwana i bardzo rozczarowująca. 
Chłopiec tak bardzo się tym zawstydził, że już nigdy nawet się do niej nie zbliżył. 
Oczywiście koleżanki nie musiały znać tych krwawych szczegółów i na szczęście nie 
istniała możliwość, by zweryfikowały prawdę. Chyba że Ashley wyśle na Tajwan swoich 
szpiegów. A tego Lili nie mogła wykluczyć. W końcu Ashley to Ashley. 
Dzisiejszy pocałunek był jednak na szczęście zupełnie inny. Miękki i jednocześnie 
zdecydowany, intensywny i męski. Doskonały. Poczuła suchość w ustach i zaparło jej 
dech 

background image

w piersiach. Nie była w stanie odezwać się słowem. Ani po angielsku, ani po francusku. 
Zatraciła się w uczuciach i wszystkie stresy jej życia -konkurencja z Ashley o tytuł 
Królowej nastolatek, naciski rodziców na oceny, bezustanna obserwacja i ocenianie przez 
tajemniczego autora „Okiem Kliki" - odeszły w niebyt. Miała wrażenie, że wzbija się pod 
niebo. 
Gdy wreszcie się od siebie oderwali, Max zabębnił palcami o ścianę i odwrócił wzrok. 
Kiedy znów na nią spojrzał, w głowie Liii rozległ się dźwięk alarmu. Coś było 
zdecydowanie nie w porządku. Na jego przystojnej twarzy malowało się zmartwienie, 
zupełnie jakby właśnie przypomniał sobie o czymś bardzo nieprzyjemnym. 
- Wszystko okej? - wydukała, wciąż dochodząc do siebie po pocałunku. 
- Tak, tak... - nie patrzył jej nawet w oczy. - Tylko to takie... dziwne. 
- Co jest dziwne? - teraz zdenerwowała się już nie na żarty. Prawdę powiedziawszy, była 
przerażona. 
- No bo... Wiesz co, na razie. „Na razie"??? 
Oho! To się Liii nie spodobało. 
- Słuchaj, zadzwonię do ciebie... - Max puścił jej dłoń i otworzył drzwi. 
- Dokąd idziesz? - spytała. - Możemy o tym porozma- 
 
 
 
 

background image

wiać? - Co się stało? - zastanawiała się w panice. - Dlaczego tak nagle spanikował? W 
końcu to tylko pocałunek. Miała opryszczkę czy co? Czemu zachowuje się tak, jakby 
bardzo mu zależało na tym, by znaleźć się jak najdalej od niej? Czy tak właśnie kończą 
się pocałunki z niegrzecznymi chłopcami? Czyżby jej mama miała jednak rację? 
- Cześć - rzucił Max i odszedł tak szybko, że potrącił i prawie przewrócił jakiegoś kolesia 
z plecakiem. 
Odszedł, tak zupełnie, po prostu. Lili została sama i idąc pustym już korytarzem, zalała 
się łzami. 

background image

14 
CEREMONIA PRZYJAŹNI = CELEBRACJA ASHLEY 
Ceremonia przyjaźni była genialnym pomysłem - nawet jeśli Ashley musiała to sobie 
powtarzać sama. Wymyśliła ją od ręki na spotkaniu z producentami, a teraz, ledwie 
tydzień później, zrodzony naprędce pomysł przekształcił się w rzeczywistość. I nie jakąś 
tam zwykłą rzeczywistość, tylko w najprawdziwszą reality TV Co może być fajniejsze? 
Pod okiem kamer na lekcji panny Charm grupki zdenerwowanych dziewczyn 
przedstawiały kolejno swoje prezentacje. Ashley nie dziwiła się ich tremie. Gdyby Klika 
miała tak żałosne transparenty, sama też by trzęsła portkami. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Zgodnie z jej przewidywaniami, wszystkie projekty były boleśnie standardowe. Sheridan 
Riley do transparentu swojej grupy przymocowała rządek sztucznych rzęs, co miało 
symbolizować jej (zbyt krótką) grzywkę. Melody Myers i Olivia De Bartolo przypięły do 
swojego papierowe laleczki bliźniaczek Olsen, co miało sugerować, że są do siebie 
bardzo podobne i nierozłączne. Kicha. Część uczennic wykonała swoje transparenty 
zwykłymi kolorowymi kredkami. Heloł? Co one, nie mają hajsu, czy co? A może są po 
prostu leniwe? Ashley nie mogła się nadziwić tak karygodnemu brakowi inicjatywy. 
Przewidywalne okazały się nawet wybrane przez klasę hymny przyjaźni. Pierwsza grupa 
zaśpiewała „You've got a friend" - nudny hipisowski przebój. Ojciec Ashley grywał go 
niekiedy (niestety) na gitarze. Głupawa pioseneczka, której nie pomogło też to, że dwie z 
czwórki wykonawczyń przez cały występ płakały. Druga grupa okazała się jeszcze 
gorsza. Odśpiewała starą piosenkę Beatlesów „With a little help from my friends". Daria 
Hart zresztą naprawdę przypominała z twarzy Ringo Starra. Ashley musiała się 
uszczypnąć, by nie wybuchnąć histerycznym śmiechem. 
Nie mogła jednak odmówić pomysłowości grupie Darii - trzem najbardziej szarym 
myszom z klasy. Te całkiem sprytnie poradziły sobie ze swoim transparentem. 
Wykorzystały okładkę płyty Beatlesów „Sgt. Pepper's lo- 

background image

nely hearts club band" - z którego zaczerpnęły też hymn - i wmontowały w nią 
Photoshopem swoje własne twarze. Przynajmniej się nieco wysiliły. Panna Charm 
rozpływała się nad nimi w ochach i achach. Super, tyle że jeszcze nie widziała projektu 
Kliki. 
Grupa Melody i OHvii próbowała wyśpiewać temat przewodni z „Seksu w wielkim 
mieście", ale z braku słów pogubiły się w okolicach fragmentu brzmiącego mniej więcej 
„bum, ba bum". W swej prezentacji wcieliły się w postaci ze wspomnianego serialu. 
- Wyglądasz zupełnie jak Carrie - powiedziała Melody, patrząc na Doro Hansen. - 
Łuszcząca się skóra, nieco głupkowata, ale za to ze świetnymi włosami. 
Problem polegał na tym, że mimo iż były cztery, żadna nie chciała zostać puszczalską 
Samanthą. Zamiast niej pojawiły się więc dwie Charlotte. 
Klika - i Lauren - występowały jako ostatnie, zgodnie z życzeniem producentów. Ich 
trójwymiarowy transparent wyglądał wprost niesamowicie. Nawet Lili, która od 
pierwszego dnia zdjęć do programu, usilnie (i płaczliwie) zabiegała o uwagę, pozwoliła 
Ashley użyć jej (lepszych) projektów. Zapewne zrozumiała, że w takich sytuacjach liczy 
się jakość. 
Zresztą dzisiaj Lili zachowywała się dziwacznie od samego rana. Z sobotniej imprezy 
uciekła z czerwonymi 
 
 
 

background image

od płaczu oczami i nikomu nie chciała powiedzieć, co się stało. Ashley słyszała, że 
sprawa miała co nieco wspólnego z tym żabojadem z Reed Prep (żabojad, bo uczy się 
francuskiego, czaicie nie?) i przysięgła sobie, że za wszelką cenę pozna wszystkie 
szczegóły. Jednocześnie modliła się, by owo tajemnicze wydarzenie nie wpłynęło na 
udział Lili w programie. 
Wszyscy obecni aż się zachłysnęli, kiedy dziewczyny rozwinęły ciężki płócienny 
transparent. Lauren trzymała go z jednej strony, A. A. z drugiej. Ashley, zgodnie z 
planem, symbolizowana była przyszytą do tła wielką diamentową tiarą. By zamknąć usta 
marudzącej Lili, przedstawiono ją jako powiększony model telefonu Blackberry, ręcznie 
wykonany z prawdziwej skóry. Dla A. A. przygotowano piłkę przeciętą na pół i 
przyklejoną do tła. Tekst o całowaniu Ashley rzuciła tylko na potrzeby kamer. 
Kłopot z A. A.: była wspaniała. Ze swymi wydatnymi kośćmi policzkowymi i długimi 
nogami wyglądała jak modelka. Poza tym, posiadała naturalną, słodką osobowość i 
Ashley nie mogła pozwolić, by to A. A. pojawiła się na ekranach w charakterze 
pięknego, niewinnego aniołka. Widzowie mieli prawo wiedzieć, że ta dziewczyna bywa 
też czasem nieco jędzowata. 
A. A. szybko przebaczyła Ashley jej drwiny, co zresztą Ashley z góry przewidziała. 
Ściślej rzecz ujmując, pozwo-

background image

liła sprawie po prostu naturalnie wygasnąć, ale w zasadzie wychodziło na jedno. Skoro 
Lili stała się ostatnio nadąsana i trudna w obyciu, a Tri wciąż zachowywał się jak udawa-
ny chłopak, i nie miał nawet dość odwagi, by ją pocałować, Ashley nie chciała 
sprowadzać sobie na głowę dodatkowych stresów. 
Z oczywistych powodów najtrudniej było odzwierciedlić na transparencie Lauren. Prawie 
jej nie znały i nie miały pojęcia, jaka jest dokładnie jej osobowość. Dobrze się uczyła i 
miała szaleńczo bogatych rodziców. Tylko co z tego? Do szkoły panny Gamble nie 
chodziła biedota. Koniec końców postanowiły, że symbolem Lauren będzie menu z Ivy - 
restauracji, w której jadły kiedyś razem w LA, co miało oznaczać, że Lauren zna wiele 
świetnych lokali. Ashley poprosiła kaligrafa, który wypisywał formalne zaproszenia na 
bankiety jej matki, by skopiował dokładnie cały jadłospis. 
Na samym środku transparentu widniał napis KLIKA wyhaftowany przez jedną z jej 
pokojówek, pochodzącą zresztą z Gwatemali. Każda z nich przygotowała też oddzielną 
przemowę (wszystkie oczywiście nauczyły się swoich tekstów na pamięć i po wielokroć 
ćwiczyły je przed lustrem) dotyczącą innej dziewczyny z grupy. Liii omawiała Lauren, 
jako że tylko ona chciała to zrobić. Lauren opowiadała o Ashley i miała na jej temat 
wiele miłych 
 
 
 
 

background image

rzeczy do powiedzenia. Teraz stało się zupełnie oczywiste, że to Lauren stoi za blogiem. 
Wyglądało na to, że jest bez reszty zafascynowana postacią Ashley Choć z drugiej strony 
- przemknęło Ashley przez myśl - kto nie jest? A. A. zajęła się Lili, wznosząc peany na 
cześć jej lojalności, a całość zakończyła Ashley, wzruszającym tekstem opiewającym A. 
A. W końcu to miała być ceremonia przyjaźni. Przyglądając się przyjaciółkom z grupy, 
Ashley poczuła do nich przypływ szczerej sympatii. Na tle tych lasek wyglądała przecież 
tak świetnie. 
Ich hymn był z kolei - jak to nazywała Lili -piece de resistance. Zdecydowały się na 
zupełnie inne podejście niż pozostałe grupy i nie wybrały utworu z przyjaźnią w tytule. 
Po dłuższym zastanowieniu stanęło na „Beautiful" Christiny Aguilery. Wers „Jesteśmy 
piękne pod każdym względem" wydawał im się idealnym opisem tego, co wobec siebie 
czują. Poza tym, ta piosenka perfekcyjne podkreślała słodkie brzmienie głosu Ashley. 
Tak bardzo się cieszyła, że postawiła na swoim i śpiewały a cappella. Gdyby można się 
było posługiwać jakimkolwiek podkładem muzycznym, Lili przyniosłaby swoje skrzypce 
i odebrała należnąjej uwagę widzów. 
Po skończonej lekcji, kiedy kamerzyści pakowali sprzęt, a wszyscy zachwycali się 
transparentami i prezentacjami koleżanek, Jasper - ten Anglik, który był według Ashley o 
wiele 

background image

ładniej szy od Matta, głównie za sprawą akcentu - uśmiechnął się do niej serdecznie. 
- To mógł być dla ciebie bardzo ważny dzień - powiedział, klepiąc ją po ramieniu. - Jeśli 
tak dalej pójdzie, zdobędziesz najwięcej głosów. A tak przy okazji, dzięki za wskazówkę 
co do imprezy. 
- Cała przyjemność po mojej stronie - uśmiechnęła się Ashley. 
- O  czym rozmawiałaś z Jasperem? - spytała Liii z naciskiem. 
- O niczym takim - Ashley wzruszyła ramionami. Nie chciała dawać Lili powodu do 
zorganizowania kolejnej ściśle tajnej akcji. 
Wygrać można było tylko podstępem. Uczciwość w tej grze nie popłaca. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

15 
LAUREN MÓWI: JAK SIĘ NIE MA, CO SIĘ LUBI, TO SIĘ LUBI, CO SIĘ MA 
Lauren umówiła się na randkę! Swoją pierwszą randkę w życiu. A właściwie na dwie 
pierwsze randki. Tego samego dnia i w zasadzie w tym samym miejscu. Jak do tego 
doszło? 
Po pierwsze, zadzwonił do niej Christian i zapytał, czy nie wybrałaby się z nim któregoś 
dnia po szkole do Golden Gate Park. Był lekko zdenerwowany i niemal zawstydzony. 
Pracował właśnie nad projektem z planowania przestrzennego na geografię i chciał 
obejrzeć Japoński Ogród Herbaciany. Lauren już na imprezie powiedziała mu, że ten 

background image

park jest jednym z jej ulubionych miejsc w mieście, więc mogłaby się z nim tam przejść? 
Lauren bywała w Golden Gate Park bardzo często, zwłaszcza gdy była jeszcze mała, a to 
dlatego, że jej rodzice nie mieli wtedy zbyt wiele pieniędzy, a do parku wchodziło się za 
darmo. Jej ojciec przez większość jej życia pracował jako asystent na uczelni, zajmował 
się pisaniem doktoratu i żył z uniwersyteckiego stypendium, podczas gdy mama 
pracowała dorywczo w organizacji charytatywnej, która za odbieranie telefonów i pisanie 
listów płaciła bardzo skromnie. Ich ulubionym miejscem na spędzanie niedzielnych 
popołudni był właśnie Japoński Ogród Herbaciany. Oczywiście o tym wszystkim nie 
wspomniała Christianowi ani słowem. Chłopak chodził do Gregory Hall i nie musiał 
korzystać z państwowego stypendium. Nie chciała, by się dowiedział, że wcześniej 
mieszkała w taniej dzielnicy. 
Potem, w trakcie weekendu, zadzwonił do niej Alex. Jego matka urządzała jakiś wielki i 
nudny bankiet - „tradycyjne przyjęcie dla towarzystwa, z kanapkami i koktajlami, jak to 
nazwał w rozmowie, które miało się odbyć w muzeum de Young, dokładnie w tym 
samym parku. Muzeum zamykano o piątej, ale bankiet miał się rozpocząć dopiero o 
szóstej. Zapytał więc, czy Lauren nie spędziłaby z nim tej jednej godziny? 
Bez konieczności przeciskania się w tłumie zwiedzających mogli mieć wszystkie 
ekspozycje wyłącznie dla siebie. 
 
 

background image

Chłopak zapamiętał, że na imprezie powiedziała, że lubi muzeum i park. Mój Boże - 
pomyślała Lauren. - Chyba mówiłam to samo każdemu, z kim rozmawiałam. Stanowczo 
muszę poprawić swoje zdolności konwersacji. 
Przyjęcie w muzeum zostało zaplanowane na środę, czyli dokładnie w ten sam dzień, 
kiedy Christian postanowił zabrać ją do Japońskiego Ogrodu Herbacianego. Lauren 
zebrała się na odwagę i umówiła się z dwoma kandydatami. O rany! Czyżby zadawała się 
z pannami z Kliki już tak długo, że zaczęła się zachowywać jak one? 
Bo randkowanie z dwoma chłopcami tego samego dnia zdecydowanie pasowało do 
dwulicowego, egoistycznego charakteru dziewczyn z Kliki. Ale Lauren nie mogła nic na 
to poradzić. Polubiła obu i chyba nie ma w tym nic złego? Przecież żadnemu jeszcze 
niczego nie obiecała. Chciała się po prostu dobrze bawić. 
Poza tym, żadna z koleżanek z Kliki, za nic nie wybrałaby się na zwykły spacer do parku. 
Pewnego dnia, przy obiedzie, Liii wyśmiała ciasteczka z wróżbami rozdawane w 
Ogrodzie Herbacianym z okazji któregoś z orientalnych świąt, twierdząc, że to czysto 
amerykański wynalazek. Podobnie jak wieprzowina słodko-kwaśna i kurczak a la generał 
Tso. To rozdrażniło Lauren i opowiedziała im o tym, że ciasteczka wymyślił jak 
najbardziej japoński ogrodnik, pracujący w tym właśnie parku, i to już sto lat temu. 

background image

Wydawało się jej, że słuchają z zainteresowaniem, więc mówiła dalej - o tym, że ktoś z 
Los Angeles próbował podszyć się pod wynalazcę owych ciastek i dopiero specjalny 
urząd historyczny ustalił wreszcie, iż narodziły się w San Francisco - w końcu Ashley 
uciszyła ją, unosząc dłoń i skwitowała, że nigdy jeszcze nie słyszała tak nudnej historii. 
Na szczęście Christiana to chyba nie nudziło. Opowiedziała mu dzieje ciasteczek, gdy 
szli po uroczej, kamienistej ścieżce biegnącej dokoła pięknego, tchnącego spokojem 
stawu z liliami wodnymi. Chłopak nie przebrał się ze swojego szkolnego mundurka. 
Wypuścił tylko koszulę ze spodni, a jego ciemne blond włosy były tak zmierzwione, 
jakby przyszedł na spotkanie, skacząc na głowie. 
Lauren zaraz po lekcjach popędziła do domu, żeby zmienić ubranie. Kazała Deksowi 
jechać, jak tylko mógł najszybciej. Oczywiście zupełnie tę prośbę zignorował i prowadził 
jak zwykle, śmiejąc się z niej i jej przeładowanego terminarza randkowego. Wybrała 
dżinsy i T-shirt z zabawnym nadrukiem „Proszę nie marnuj mi czasu". Miała nadzieję, że 
Christian zrozumie i doceni ten żart. 
Z jakiegoś powodu spotkanie z nim nie było tak stresujące jak przebywanie w 
towarzystwie Kliki. A w zasadzie w towarzystwie wszystkich innych uczennic szkoły 
panny Gamble. Christian nie przejmował się zupełnie jej strojem - chociaż zaśmiał się, 
widząc napis na jej koszulce. Uśmie- 
 
 
 
 

background image

chał się często i wygłupiał, na przykład udając, że wpada do stawu. 
Lauren szczególnie podobał się stromy, łukowato wygięty mostek, bardziej 
przypominający drabinę niż porządną kładkę. Za młodu uwielbiała się na niego wspinać, 
pomagając sobie rękami. 
- Zbudowano go na wzór starożytnych, chińskich przepraw nad kanałami - wyjaśniła 
Christianowi, który z całą powagą zapisał tę informację w swoim zeszycie. Przez chwilę 
bała się, że uznają za nudziarę i kujonicę, ale jemu to najwyraźniej zupełnie nie 
przeszkadzało. 
- Wyścigi na szczyt? - zaproponował, wskazując brodą mostek i Lauren pobiegła 
natychmiast - wiedziała, że jeśli chłopak nie nagnie zasad choć trochę, w życiu go nie po-
kona. 
Czuli się razem tak dobrze, że gdy Lauren wyciągnęła komórkę, by sprawdzić, która jest 
godzina, ogarnęło ją przerażenie. Dochodziła już niemal piąta - godzina spotkania z 
Aleksem. Bardzo nie chciała zostawiać Christiana. 
- Muszę iść. Umówiłam się z mamą - powiedziała. Wcale nie podobało się jej, iż musi 
skłamać, ale nie chciała zachować się nieuprzejmie, przyznając, że ma randkę z innym. - 
Mówiłam ci, chodzi o ten bankiet w muzeum. Naprawdę serdecznie cię przepraszam, ale 
powinnam już lecieć. 

background image

I rzeczywiście było jej przykro. Świetnie się z Christianem bawiła. Bardzo jej się 
spodobał. 
- W porządku - odpowiedział. - Hej, a może chciałabyś w przyszłym tygodniu pójść na 
ten nowy film katastroficzny? Wiesz, ten, w którym roboty przejmują władzę nad 
światem... A może to nie roboty, hmm...? 
- Na pewno roboty. W końcu one od zawsze planują podbój Ziemi. 
- Właśnie! Ja z lękiem patrzę nawet na swojego iPoda, a ty? - zaśmiał się Christian. 
- Dokładnie! Moja komórka też się jakoś dziwnie na mnie gapi - uśmiechnęła się od ucha 
do ucha. - Albo dostanę od niej raka, albo przeprogramuje mi mózg. 
- Wyślę ci SMS-a - obiecał. 
Umówiła się na kolejną randkę z Christianem. Jej! Najpierw jednak czekało ją jeszcze 
dzisiejsze spotkanie numer dwa. 
Christian pożegnał się z nią krótkim uściskiem, a gdy tylko zniknął, Lauren popędziła 
przed siebie i przebiegła całą drogę do muzeum de Young. Minęła elegancki ogród rzeźb 
i niemal bez tchu stanęła przed głównym wejściem do charakterystycznego, pokrytego 
miedzianą blachą budynku. Miała tylko nadzieję, że Alex nie zauważy jej zmęczenia. 
W pierwszej napotkanej toalecie przebrała się w zestaw randkowy numer dwa: krótką 
satynową sukienkę bez ra- 
 
 
 
 

background image

miączek od Rhys Dwfen i niebotyczne sandałki bez pięty od Alexandry Neel. 
Chłopak czekał już na zewnątrz. Ciemnowłosy, ognisty. Na jej widok uśmiechnął się. W 
okolicach jej brzucha ponownie zatańczyły motylki. 
- Przepraszam za spóźnienie - wydyszała, rozpaczliwie próbując wygładzić sukienkę i 
doprowadzić do ładu nieposłuszne włosy. Przeszli przez dziedziniec. 
W przytłaczającej centralnej sali muzeum, z jej wysokim sufitem, jasną kamienną 
posadzką i olbrzymim czarno-białym, fotograficznym muralem, kelnerzy w smokingach 
zastawiali jedzeniem wózki i bary. Wysoka, ciemnowłosa kobieta z szykownym kokiem, 
w jedwabnej sukni od La-nvina, rozmawiała właśnie z jednym z nich. 
- To moja matka - szepnął Alex i chwycił Lauren za ramię. -Jeśli nie chcesz, żeby 
zaprzęgła cię do napełniania kubełków lodem, powinniśmy się zmywać. 
Ukryli się w pierwszej z sąsiadujących z salą galerii, gdzie poza nimi nie było nikogo. 
Lauren z ulgą stwierdziła, iż z Alexem rozmawia się równie swobodnie, jak z Christia-
nem. Większość czasu spędzili w dziale sztuki obu Ameryk i okazało się, że chłopak - 
podobnie jak ona - lubi tę ekspozycję najbardziej. 
- Niespecjalnie przepadam za obrazami - przyznał, gdy okrążali wysoki na dziesięć stóp 
indiański totem z Alaski. 

background image

- Ale bardzo lubię te wszystkie maski, broń i inne zabytki Inków i Azteków. 
- Sztuka prekolumbijska - podrzuciła Lauren, prowadząc towarzysza do swoich dwóch 
ulubionych eksponatów w muzeum: bogato rzeźbionej, kolorowej figurki peruwiańskiego 
wojownika gotującego się do ataku i fragmentu kamiennej płaskorzeźby, na której 
widniała głowa jakiegoś starożytnego bóstwa, przypominającego żądnego zemsty elfa. 
- Tu jest napisane, że bożek pochodzi z Gwatemali, z piątego wieku! Nie do wiary, że ma 
tyle lat - zachwyciła się Lauren. 
- Dziwaczne jakieś - pokiwał głową Alex, zaglądając do szklanej gabloty. Lauren poczuła 
ukłucie wstydu. Może nie powinna była aż tak bardzo się entuzjazmować. W końcu to 
tylko kawał znalezionego w dżungli kamienia. Niemal usłyszała ziewnięcie Ashley. Ale 
co z tego? Dziewczyny takie jak Ashley są po prostu głupie. Poza tym, gdyby Alex 
interesował się kimś pokroju Ashley, umówiłby się z którąś z Kliki. A tego przecież nie 
zrobił. To ją zaprosił. 
Chociaż... Mógł uznać, że ona też należy do Kliki. W końcu tak ostatnio wyglądała. 
Dawna Lauren z pewnością nie przyciągnęłaby do siebie aż dwóch zawodników drużyny 
lacrosse. A może? Może chodziło tylko o pewność siebie. 
-Jeśli chcesz, możemy obejrzeć coś innego - rzuciła, odchodząc od płaskorzeźby. 
 
 
 
 

background image

Alex obrócił się ku niej i spojrzał swymi poważnymi, ciemnymi, przeszywającymi 
oczyma. 
- Podoba mi się, że znasz się... no wiesz... na różnych rzeczach - powiedział. - Większość 
dziewczyn jest taka... No nie wiem. Są inne niż ty. Zwykle tylko chichoczą i chcą trzymać 
się za ręce. 
Lauren odpowiedziała mu uśmiechem. Nie pomyliła się. On interesował się nią - jej 
wnętrzem - nie modną powłoką Kliki. A na myśl o trzymaniu dłoni Aleksa zmiękły jej 
kolana. Dosłownie. Bała się, że lada chwila runie na ziemię jak długa. Całkowicie 
zapomniała o Christianie. W tej chwili liczył się tylko Alex. 
- Fajnie jest dużo wiedzieć - ciągnął. 
- Wiesz, ja wcale aż tak wiele nie wiem - głos zaczął ją zawodzić. Poszli do następnej 
sali, ale nie była w stanie na niczym się skupić. - I też lubię różne głupoty. 
- Serio? - spytał żartobliwym tonem chłopak. 
- Pewnie, na przykład film o robotach-mordercach. Buzia chłopca rozświetliła się w 
jednej chwili. 
- To będzie wyczesany film. Chciałabyś go może zobaczyć w przyszłym tygodniu? 
-Jasne! - pokiwała głową Lauren, zupełnie nie pamiętając, że na ten sam film umówiła się 
ledwie kilka chwil temu z Christianem. Po chwili pomyślała jednak, że jakoś przeżyje 
dwa seanse. 

background image

Miała ochotę skakać pod chmury. Christian i Alex są tacy fajni! I obaj chcieli się z nią 
jeszcze zobaczyć... 
Pewnego dnia będzie musiała między nimi wybrać. Ale jeszcze nie dziś. I na pewno nie 
w najbliższym czasie. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

16 
ŚWIATŁA, KAMERA, KLIKA! 
Szybko! Jesteś ostatnia! - Ashley wciągnęła A. A. na zatłoczoną kanapę, na której 
siedziały już Lauren i Lili. Wszystkie dziewczyny trzymały na kolanach talerzyki z 
łakociami. 
Brokatowe zasłony w salonie Spencerów były zaciągnięte, a na wyłożonym skórą stoliku 
pyszniły się chińskie pierożki, mini burrito i krokieciki z mięsem, wszystkie przy-
gotowane przez domowego kucharza. Ashley gwałtownie sięgnęła po pilota, uderzając 
przy tym z brzękiem o karafkę pełną świeżo wyciśniętej lemoniady. 

background image

- Zaraz się zacznie. 
Telewizor - wielka, zawieszona nad kominkiem plazma - został nastawiony na kanał 
Sugar. Za chwilę miał się rozpocząć pierwszy odcinek „Królowej nastolatek" i Ashley 
nie mogła się już doczekać. Kazała wydrukować i rozesłać odpowiednie ulotki 
wszystkim uczennicom szkoły panny Gamble. Nie chciała, by którakolwiek przegapiła 
program. Producenci postanowili, że jako pierwszą pokażą właśnie grupę dziewcząt z 
San Francisco. Kolejne zdjęcia miały mieć miejsce dopiero, gdy zwyciężczynie 
regionalnych wydań zamieszkają razem w Nowym Jorku. Ich życie w charakterze 
bohaterek reality show dobiegło końca, ale prawdziwa sława dopiero majaczyła za 
rogiem. 
Ale nie tylko Ashley była podekscytowana. Gdy tylko rozległa się przewodnia piosenka 
programu - „Just a girl" zespołu „No doubt" - wszystkie zaczęły piszczeć zgodnym 
chórem. 
Ojezuojezu! Wpatrzyły się w ekran: Siedziały na ławce przed szkołą. Wszystkie 
prezentowały się superślicznie w swoich szkolnych mundurkach i obcasach od 
Louboutina. Klika w ogólnokrajowej telewizji! Uśmiech Ashley zbladł nieco, gdy 
pokazano próbę grupy cheerleaderek, ale natychmiast wrócił, kiedy pokazano, jak na 
lekcji wyjaśniały zasady ceremonii przyjaźni całej reszcie tych fajtłap z klasy! 
 
 
 

background image

W przeciągu pięciu sekund ekscytacja przerodziła się w radość, a potem w... cóż, 
rozczarowanie. Czy naprawdę tak wyglądały? Ashley zmarszczyła nos. Uznała, że w 
telewizji prezentuje się zupełnie bezpłciowo. Była zbyt blada, niemal chorobliwie biała. 
Następnym razem będzie chyba musiała spędzić kilka godzin na solarium. 
Na szczęście jednak nie wyszła na zdradziecką małpę jak Lili, która wyraźnie skrzywiła 
się, gdy producenci zapytali ją, dlaczego utrzymała sprawę występu w tajemnicy przed 
przyjaciółką. 
- To nie tak! - jęknęła Lili, oskarżycielsko mierząc palcem w ekran. - Przecież byłaś 
zajęta! 
Ashley nie zareagowała, mimo że w duchu zwycięsko się uśmiechnęła. Rozegrała całą 
sytuację jak prawdziwa ekspertka i wyszła z niej nieskalana niczym róża - zwłaszcza gdy 
na ekranie ściskała radośnie dwulicowe przyjaciółki-tancerki. 
I na szczęście, w odróżnieniu od Lauren, pokazywano ją bardzo często. Przez połowę 
rozmowy na ławce Lauren pozostawała poza kadrem. Widać było zbliżenie na A. A. 
broniącą się przed oskarżeniami o całowanie się z wieloma chłopcami. Potem pokazano 
już samą ceremonię przyjaźni. 
-Jak ja fałszuję! - zachichotała Lauren. - Mam głos dobry, ale do baletu. 

background image

Ashley nie rozumiała, co w tym zabawnego. Lauren zachowywała się dziwnie, jakby 
wcale nie dbała o to, jak wypadnie w programie. 
- Ciągle robią te zbliżenia na siniak na mojej szyi -mruknęła Lili. - To nie jest malinka! 
To odcisk od skrzypiec! 
- Przynajmniej nie wyglądasz jak słodka idiotka -jęknęła A. A. Miała rację. Na 
zmontowanym materiale A. A. bez przerwy wpatrywała się w przestrzeń, stukała piórem 
o ławkę lub przyglądała się paznokciom. I za każdym razem, gdy pokazywano, jak 
smaruje wargi błyszczykiem, zza ekranu rozlegał się odgłos pocałunków, co 
przypominało widzom, że to właśnie ona najbardziej lubi płeć przeciwną. 
Ashley była wniebowzięta. Nie mogła się już doczekać finałowych dziesięciu minut. 
Tylko ona z obecnych wiedziała, co się wtedy wydarzy. 
Sceneria w programie uległa zmianie, a Lili aż się zachłysnęła. 
- Czy to jest... pomeczowa impreza? - spytała niepewnie. - Poznaję te schody! Ale skąd 
oni... 
Na dole ekranu pojawił się napis ZDJĘCIA Z UKRYTEJ KAMERY. Zamazany obraz 
mocno skakał. Widać było, że podpis nie kłamał. Zapewne kręcili z plecaka. 
- O Boże! - Lauren roześmiała się tak gwałtownie, że niemal upuściła talerzyk. - Tam w 
kącie, to przecież ja! 
 
 
 

background image

Lauren stała zupełnie sama, sączyła napój i smutno rozglądała się dokoła. W ścieżce 
dźwiękowej zabrzmiały smutno zawodzące skrzypce. 
- Ciekawe, gdzie były kamery, kiedy flirtowałam z dwoma chłopakami? - dodała. 
Ashley wydęła wargę. Lauren opowiedziała im już wcześniej, że poznała niejednego, a 
dwóch zawodników lacrosse i że w zeszłym tygodniu z oboma się spotkała. Oczywiście 
nikt jej w to nie wierzył, choć „Okiem Kliki" poświęcił temu wydarzeniu sporo miejsca. 
No proszę was, Lauren Page pożeraczką serc? Niemożliwe. Na pewno to ona pisała tego 
błoga. Poza tym, kamery nie kłamią. W tym kącie wygląda jak zwykle. Czyli jak sierota. 
- Cóż - podjęła Lauren. - Dzięki temu przynajmniej nikt się nie dowie, że chodzę na 
randki z dwoma naraz. 
Ona ma naprawdę zbyt rozbuchaną wyobraźnię - pomyślała Ashley. 
- O! To ja i Tri! - rzuciła triumfalnie. Uśmiechali się do siebie i cieszyli, a na jednym 
ujęciu widać było nawet, jak Tri sięga po jej dłoń. To wielkie szczęście, że tylko ona była 
na imprezie z chłopakiem! 
Na ekranie otworzyły się drzwi do szafy, zza których wychynęli A. A. i jakiś rudowłosy 
chłopak z głupkowatą miną. 
- Kto to? - wrzasnęła Ashley. - A. A., ty latawico! 

background image

- To nikt taki! - zaprotestowała blednąca A. A. - Mówiłam ci, że poznałam tam takiego 
kolesia. To kumpel Tri. Siedzieliśmy w tej szafie, ale do niczego między nami nie doszło. 
Nie wierzę, że to pokazali. Spędziliśmy tam tylko parę minut i normalnie 
rozmawialiśmy! Jezu, co sobie wszyscy teraz o mnie pomyślą? 
Lauren i Lili zaczęły pocieszać koleżankę, a Ashley wydała z siebie kilka 
współczujących odgłosów i wcisnęła się głębiej w poduchę. A. A. to kolejna panna 
żyjąca w krainie marzeń. Czy jakakolwiek dziewczyna idzie do szafy z chłopakiem, żeby 
„tylko porozmawiać"? Dorośnijmy! Nie bawiła się tak dobrze od dnia, kiedy w „Życiu na 
fali" zabili postać Mischy Barton. 
- Boże! - teraz wściekała się Lili. - Co oni zrobili? Ziarnisty obraz pokazał Maxa 
odrywającego się w spi- 
zarence od Liii. Dźwięk był niewyraźny, więc producenci umieścili napisy dialogowe na 
dole ekranu. „- Tylko to takie... dziwne. 
- Co jest dziwne? 
- No bo... Wiesz co, na razie". 
I Max wyszedł z pomieszczenia tak prędko, jakby go ktoś gonił. Kamera wykonała 
zbliżenie na wstrząśniętą Lili i jej pobłyskujące od łez oczy. 
- Boszz, Lili - pisnęła Ashley. - Nie mówiłaś, że się popłakałaś... 
 
 
 
 

background image

- Zamknij się! - krzyknęła Lili. Jej policzki stanęły w ogniu. Rzuciła w Ashley poduszką. 
Kilka dni wcześniej Lili opowiedziała wreszcie koleżankom, co zaszło na imprezie i 
Klika odbyła długą rozmowę konferencyjną przez telefon, wysłuchując wyznań o ta-
jemniczym zachowaniu Maxa. Ashley szczerze jej współczuła, lecz tym bardziej cieszyła 
się, że ma Tri, który za nic w świecie nie pocałowałby jej i nie rzucił w przeciągu jednej 
sekundy. Oczywiście nie chciała pamiętać o tym, iż Tri w ogóle się jeszcze do całowania 
nie zabrał. 
W ocenie Ashley sześćdziesięciominutowy program skończył się aż nazbyt szybko, choć 
zrozpaczona A. A. stwierdziła, że doświadczyła właśnie najgorszej godziny swego życia. 
Ashley miała ochotę na więcej. Gdzie jest Tri? To nie do wiary, że przegapił moment jej 
triumfu! Przyrzekał, że postara się zdążyć, a nie było go, mimo że miał do załatwienia 
jakąś nudną sprawę. Chyba pracę domową czy coś. 
- Okej, gotowe do głosowania? - spytała Ashley, biorąc do ręki komórkę. - Do następnej 
rundy przejdzie tylko jedna z nas. 
Dziewczyny złapały za telefony i zaczęły wściekle naciskać klawisze. Ashley była 
zadowolona, że kazała służbie oglądać program na telewizorze w kuchni. Wiele razy 
obiecywała, że na nią zagłosuje. Oczywiście reszta dziewczyn zapewne wykonała ten 
sam ruch, ale Ashley liczyła 

background image

na to, że to właśnie jej służący okażą się najbardziej lojalni. W związku z tym nie była 
specjalnie zaniepokojona. W końcu to właśnie ona wypadła w programie najbardziej 
sympatycznie. 
- Hej, przepraszam za spóźnienie - skrzypnęły drzwi i pojawiła się w nich głowa Tri. 
W samą porę! 
- Wyciągaj telefon! - rozkazała Ashley i prychnęła. Ale nie, rozzłości się na niego innym 
razem. Teraz potrzebowała jego głosu. Albo i stu. - Musisz dzwonić pod ten numer. Tyle 
razy, ile ci się uda. 
- A na co głosuję? - chłopak usiadł na skraju sofy i podrapał się w głowę. 
- Nie na co - poprawiła go Lili - tylko na kogo. 
- Na mnie głosujesz - poinformowała go Ashley podniesionym głosem, gdy Lili zaczęła 
piskliwie protestować. - Jeśli chcecie, to poproście swoich chłopaków - dodała wesoło. 
- A który z tych numerów... - zaczął Tri, wpatrując się w migocące na ekranie cyfry. 
-A. A. jest na samej górze - odpowiedziała Lauren. Ashley przewróciła oczyma. Ta mała 
pomagalska tylko namiesza mu w głowie. Rany, kiedy chodzi o rzeczy, które naprawdę 
się w życiu liczą, faceci bywają tacy powolni. - Potem Ashley, a niżej... 
 
 
 
 

background image

- Spójrz, to jest ten numer - Ashley podeszła i wcisnęła mu telefon przed oczy. - A. A. 
może poprosić o głosy tego kolesia, z którym śliniła się w szafie. Nie musisz jej 
pomagać. 
-Już ci powiedziałam, że niczego z nikim nie robiłam - A. A. spuściła wzrok, unikając 
spojrzenia chłopaka. Wlepiła spojrzenie w swoją komórkę i zaczęła jeszcze mocniej 
naciskać klawisze. 
- Naprawdę? Czyżby to był jakiś wyjątek? - odparła niewinnym głosikiem Ashley, z 
powrotem moszcząc się na swoim siedzeniu. Zmusiła A. A. do odwrotu! Mogła sobie 
protestować do woli, ale Ashley znała prawdę. A. A. zapewne wydawało się, że wszyscy 
inni urodzili się wczoraj. 
Materiał z ukrytej kamery był naprawdę przebojowy. Bez wątpienia przypieczętuje jej 
zwycięstwo. Ashley szalenie się cieszyła, że ostatkiem sił wpadła na to, by wysłać 
Jasperowi ten pomeczowy SMS, i że udało mu się znaleźć stażystę, który w tak krótkim 
czasie przyjechał na miejsce. Z pewnością wszyscy widzowie głosowali w tej chwili wła-
śnie na Ashley. Kto chciałby głosować na pannę podpierającą ściany? Albo na 
puszczalską? Albo na zdrajczynię? 
- Szybciej dzwoń - ponagliła Tri. Zauważyła, że chłopak gapi się uważnie na ekran, na 
którym przesuwały się zbliżenia wszystkich uczestniczek programu. Jego spojrzenie 
nieco zbyt długo zatrzymało się na A. A. ubranej w skąpy strój cheerleaderki. 

background image

17 
TRI JEST KIEPSKIM PSYCHOLOGIEM 
AA. zagłosowała tak wiele razy, że aż zdrętwiały jej palce. To jednak nie miało 
znaczenia. Wiedziała o tym. Nikt inny nie odda na nią głosu, ponieważ w programie 
pokazano ją w obrzydliwym świetle. W odróżnieniu od Lili i Ashley ona nie pokładała 
zbyt wielkiej nadziei na znalezienie się w następnej rundzie, ale bardzo się jej nie 
podobało, że wyszła w telewizji na oszalałą na punkcie chłopaków idiotkę. Kiepsko 
wypadło wszystko, co nagrano w szkole, ale zdjęcia z ukrytej kamery były naprawdę do-
bijające. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Dlaczego nie filmowali wnętrza szafy, a nakręcili wszystko, co działo się w spiżarni? 
Gdyby tak się stało, wszyscy dowiedzieliby się, że mówiła prawdę. Ech, nawet gdyby 
kamerę ukryto i tam, producenci zapewne tych zdjęć by nie wykorzystali. Im chodziło o 
skandal i pieprzne momenty, a nie o zwykłe rozmowy i przyjacielskie uściski. Z 
Hunterem rozmawiała głównie o sporcie. Musiała jednak przyznać, że był bardzo ładny i 
że kiedy wychodząc, poprosił ją o numer telefonu, podała mu go bez najmniejszych 
oporów. 
Ale do niczego więcej naprawdę nie doszło. 
Tyle że nikt jej w to nie wierzył. 
Wszyscy mieszkańcy Ziemi byli święcie przekonani, że się obściskiwała. 
Oblała się szkarłatnym rumieńcem. Unikanie Tri i Ashley i tak nie miało sensu - nie, jeśli 
chciała się z nimi nadal przyjaźnić. W końcu siedziała teraz w salonie Ashley, ledwie o 
dwa metry od niej. Chłopak przycupnął jeszcze bliżej. I - o ile nie miała zwidów - 
pochylał się właśnie nieznacznie w jej stronę. 
- Dlaczego się już nie widujemy? - zapytał szeptem, nie odrywając spojrzenia od 
komórki. Gdyby tylko przestał stukać w klawiaturę, Ashley natychmiast weszłaby mu na 
głowę. 
- Nie wiem - wzruszyła ramionami nieco zaskoczona, że w ogóle to zauważył. - Jesteśmy 
chyba oboje zajęci. 

background image

- Może byś jutro wpadła? Dostałem nową grę na Wii, „Metroid Prime" - spojrzał jej z 
nadzieją w oczy. 
A. A. pokręciła głową. 
- Nie mogę. Mam trening. - odparła, choć było to kłamstwo. Co prawda chciała się z nim 
nadal spotykać i brakowało jej tego, chciała się z nim przyjaźnić, lecz nie mogła się 
zgodzić na to spotkanie. Wszystko się przecież zmieniło. Tri był teraz z Ashley. Na samą 
myśl o tym znów zrobiło się jej niedobrze. Rzuciła chłopakowi krótkie spojrzenie. 
Zacisnął usta. 
- Wiesz, powinnaś uważać na tego kolesia z imprezy -powiedział cicho. 
- Którego? - bardzo nie spodobał się jej ten ton. 
- Na Huntera. Tego z szafy. Chyba że nie spytałaś go nawet o imię? - Tri oblał się 
rumieńcem, a A. A. poczuła wielką ochotę, by go grzmotnąć. Od kiedy zrobił się taki 
ironiczny? 
- Uważaj na słowa - syknęła. 
- Słuchaj, ja cię tylko ostrzegam. On ledwie co przeniósł się do naszej szkoły, ale 
wszyscy mówią, że to prawdziwy pies na laski. 
- Dzięki za przestrogę, ale chyba nie chcę przejmować się zdaniem faceta, który pozwala 
sobą rządzić własnej dziewczynie - rzuciła A. A., coraz intensywniej naciskając przyciski 
w telefonie. - Poza tym, sama potrafię o siebie zadbać. 
 
 

background image

- O czym rozmawiacie? - zawołała Ashley tym swoim paskudnym tonem w stylu „to jest 
mój dom i chcę wiedzieć". - Tri, kochanie, głosujesz na mnie? 
- Tak, tak, oczywiście głosuje na ciebie - odpowiedziała jej A. A. i przygryzła wargę tak 
mocno, że prawie popłynęła krew. 
Zauważyła, że Tri odsuwając się od niej ku Ashley, rzucił jej bardzo zniesmaczone 
spojrzenie. 
A kogo to obchodzi? Niech sobie nawet traktuje ją z góry. Hunter przez cały tydzień do 
niej wydzwaniał i zasypywał ją SMS-ami. Oczywiście nie odpowiadała. Ale teraz, 
właśnie przez to, że Tri wściubiał nos w nie swoje sprawy, A. A. stała się pewna jednego. 
Gdy tylko uda się jej opuścić dom Ashley, zaraz do niego oddzwoni. 

background image

18 
CAŁA WŁADZA W RĘCE LUDU? 
Lili miała już tego wszystkiego dość. Miała dość lekcji francuskiego, miała dość ubranej 
w tweedową spódnicę i ugrzecznione buty madame LeBrun, miała dość co 
poniedziałkowych wypraw do Alliance Franęaise - mimo że zawożono ją tam SUV-em 
matki - i miała dość tego, że Maxją ignorował. 
Od chwili uściskowego/zerwaniowego momentu na imprezie, po raz pierwszy próbowali 
prowadzić konwersację po francusku. W następny po imprezie poniedziałek madame 
LeBrun odwołała zajęcia. Padła ofiarą poważnej in- 

background image

fekcji, która miała trwać przez cały miesiąc. Ulga. Totalna ulga! 
Teraz jednak wróciła już, i to zdrowa jak ryba. Co gorsza, zadzwoniła do mamy Lili i 
powiedziała, że spodziewa się ujrzeć oboje uczniów. Liii spróbowała się wymigać, ale 
Nancy Khan ucięła temat niemal natychmiast. Nikomu z rodziny nie było wolno spóźniać 
się na spotkania, czy unikać obowiązków. Jedyną wymówką mogła być poważna 
choroba, a tego Lili nigdy nie umiała udawać. Matka zawsze wyczuwała oszustwo. Poza 
tym, nie mogła przecież dostawać wysokiej gorączki regularnie w poniedziałkowe 
popołudnia. To by nie przeszło. 
Lili przez cały dzień drżała na myśl o francuskim. Co powie Max? Czy było mu choć 
trochę przykro? Czy w ogóle jeszcze o niej pamiętał? W końcu minęło tyle czasu. Czy 
jak wszystkie uczennice szkoły panny Gamble widział upokarzającą scenę w „Królowej 
nastolatek"? Lili wariowała już od zastanawiania się nad tym wszystkim. Zabrała nawet 
ze sobą pudełko chusteczek, żeby ani na chwilę nie wypuścić madame LeBrun z sali. 
Choćby kichała jak najęta. 
Na miejscu stawiła się jak zwykle, punktualnie. Max wtoczył się kilka minut potem. 
Nawet na nią nie spojrzał. Usiadł po prostu, przysunął sobie krzesło bliżej nauczycielki i 
spojrzał od razu prosto na madame. Ani cześć, ani skinienia, nie uniósł nawet brwi. A 
więc tak zamierzał to 
 
 
 

background image

rozegrać - jak przeciętny koleś. Postanowił sprawę zignorować, w nadziei, iż problem 
zniknie sam. Jakie to upokarzające. Szczególnie że chodziło właśnie o nią. 
Ze wszystkich przewidywanych reakcji Maksa tę uznawała dotąd za najmniej możliwą. 
Poczuła się okropnie. Miała taką nadzieję, że chłopak żałuje swej pochopnej decyzji o 
ucieczce z imprezy. A teraz? Najwyraźniej postanowił odciąć się od niej totalnie. Mimo 
wszelkich wysiłków madame LeBrun, która chciała, by jej uczniowie wdali się w 
konwersację, Max kierował wszystkie pytania i odpowiedzi właśnie do lektorki. A kiedy 
zwróciła mu uwagę, że powinien współpracować z koleżanką, udał głupiego. Gdyby 
oglądał to ktoś z zewnątrz, od razu by się domyślił, że chłopakjej nienawidzi. 
Na szczęście, nikt tego chyba nie widział. Choć Lili nie miała pewności, zwłaszcza że 
niedawno tak boleśnie przekonała się o istnieniu ukrytych kamer. Może madame LeBrun 
również uczestniczyła w spisku mającym na celu jej ostateczne pogrążenie? W końcu 
dlaczego nie? 
To była najdłuższa godzina całego jej młodego życia. Gdy tylko nauczycielka ich 
zwolniła, Max chwycił swą torbę i deskę i zbiegł po schodach. Bardzo dojrzale. Skoro 
nie potrafił się zachować jak cywilizowany człowiek, nie mógł być też chłopakiem Lili. 
Wiedziała już, że nigdy więcej nie pojawi się na żadnym meczu lacrosse. 

background image

Gdy wyszła z budynku - specjalnie wolno, by zły książę nie uznał, że za nim biegnie - i 
dotarła do samochodu, zniknął już bez śladu. Dobra. Świetnie. 
Lili uniosła brodę i wdrapała się na luksusowe obicie siedzenia SUV-a. Jeśli on potrafił 
zachować się w ten sposób, ona też się tego nauczy. Na pewno. 
Nic się jej nie układało. Od dnia emisji „Królowej nastolatek" wszystkie dziewczyny z 
Kliki wydawały się oklapnięte i zmęczone. Zupełnie jakby ktoś przekłuł balon. Tylko 
Lauren była dość wesoła. Ciekawe dlaczego? Może była tak przyzwyczajona do tego, że 
inni się z niej nabijają, że program nie zrobił na niej większego wrażenia. 
Jednak dla A. A. i Lili cała ta historia była prawdziwą, towarzyską katastrofą. Nawet 
Ashley, zamiast się cieszyć, że wypadła najlepiej ze wszystkich, chodziła zdenerwowana 
jak diabli i zamartwiała się wynikami głosowania. Miały je poznać dopiero w przyszłym 
tygodniu, na specjalnej imprezie. 
SUV zatrzymał się na światłach. Zadzwonił jej Blackberry. Odebrała, widząc, że to 
Ashley. Może wreszcie się czegoś dowiedziała. 
- ZŁE WIADOMOŚCI! - koleżanka wrzasnęła jej prosto do ucha. 
- Co? Nie wygrałaś? Lauren wygrała? - spytała Lili. Nie miała pojęcia, skąd Ashley 
mogła znać rezultaty, ale nie moż- 
 
 
 
 

background image

na było tego wykluczyć. Od chwili, gdy „załatwiła" ukrytą kamerę, wydawała się bardzo 
zżyta z producentami. Mogli jej co nieco podszepnąć. 
- Zapomnij o programie! - darła się Ashley. - Mam na myśli ten durny blog. To nie do 
wiary. Teraz każdy może obniżyć nam średnią. 
Lili zmarszczyła czoło. „Okiem Kliki" stał się od niedawna interaktywny i teraz już nie 
tylko jego tajemniczy autor decydował o przyznawanych punktach. Wszyscy mogli się 
zalogować i ocenić innych, dzięki nowemu gadżetowi na stronie. Teraz więc, nawet 
najbardziej beznadziejna, zgorzkniała i nietowarzyska panna mogła oceniać Klikę i 
wpłynąć na ostateczny rezultat. Nic dziwnego, że Ashley wariowała. 
- Chcesz powiedzieć, że spadłam w rankingu? - zapytała, wcale nie chcąc poznać 
nieprzyjemnej prawdy. Tydzień temu skakała pod niebo z radości, widząc, iż zrównała 
się z A. A., a potem przygnębił ją ponowny spadek na trzecie miejsce. 
- Lili, musisz wreszcie zrozumieć, że świat nie kręci się wyłącznie wokół ciebie - syknęła 
Ashley. - Ktoś był na tyle bezczelny, że przyznał mi dwa punkty za uśmiech - czujesz? 
Moja pierwsza pozycja jest teraz zagrożona! Kiedy się dowiem, kto to zrobił, dopilnuję, 
by już nigdy nie jadł, nie pił ani nie spał w granicach tego miasta! 

background image

Lili stłumiła wybuch śmiechu. Czyli czołowe miejsce Ashley przestało być pewne? Może 
ten dzień nie jest jednak taki zły. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

19 
NIGDY NIE MÓW NIGDY 
Ashley czuła się pożądnie zmęczona całą tą gadaniną o „Okiem Kliki". Teraz, gdy jej 
numero uno był zagrożony, musiała zacząć tę modę wyciszać. Dzięki temu, gdyby jednak 
wydarzyło się niewyobrażalne i spadłaby o jedno miejsce niżej, nie musiałaby się tym tak 
bardzo przejmować. 
Niestety w porze lunchu, w sali jadalnej, Lili wciąż mówiła tylko o tym. 
- Czy to nie miłe, że aż siedem osób przyznało mi po dziesięć punktów w każdej 
kategorii? - piszczała. 

background image

Ashley zmarszczyła brwi. Jeśli tak dalej pójdzie, Lili wyprzedzi A. A. i znajdzie się 
niebezpiecznie blisko niej. Musiała zmienić temat. I to natychmiast! 
- No dobrze, dziewczyny - rzuciła. - Chcecie zagrać w nową grę? 
- Co? W jaką? - A. A. podniosła zaciekawione spojrzenie. Nawet Lili ucichła. Lauren 
przestała oblizywać łyżeczkę z jogurtu i też na nią popatrzyła. 
Po raz pierwszy dotarło do Ashley, że Lauren wciąż się koło nich kręci, mimo że 
program dawno już się skończył. Nie była pewna, co o tym sądzić, ale uznała że nie za-
szkodzi dalej odgrywać tę komedię, przynajmniej do dnia ogłoszenia wyników. 
Ashley sięgnęła po puszkę Red Bulla. 
- Gra nazywa się Nigdy - podjęła. - Każda osoba kolejno musi powiedzieć coś w stylu 
„Nigdy nie wyciskam pryszczy" albo „Nigdy nie obgryzam skórek". Jeśli jednak któraś z 
nas jest winna danej zbrodni, na przykład jeśli się jednak obgryza te skórki, trzeba wziąć 
łyk napoju. I trzeba być totalnie uczciwym. Okej? 
- Czyli gdybym miała powiedzieć „Nigdy nie wyciskam pryszczy..." - Lauren wyglądała 
na zmieszaną. 
-Wtedy musiałabym się napić - Ashley pociągnęła spory łyk z puszki. 
- I ja też! - wtrąciła A. A., sięgając po swój napój. 
 
 
 
 

background image

- No i ja - westchnęła Lili. Także się napiła, a po niej, z nieśmiałym uśmiechem łyknęła 
sobie Lauren. 
- Twoja kolej, Lili - przypomniała Ashley. Misja zakończona powodzeniem: nikt już nie 
pamiętał o blogu. 
- Nigdy nie wydałam na buty więcej niż trzysta dolarów - Lili uśmiechnęła się znacząco. 
- Teraz to wszystkie się napijemy - przepowiedziała A. A. i oczywiście każda z 
dziewczyn przełykała po chwili kolejną porcję Red Bulla. 
-A może... Nigdy nie zwymiotowałam po obiedzie, żeby schudnąć? - zaproponowała 
Ashley. Na moment zapadła cisza, w której sięgnęła po puszkę. - No wiem, obrzydliwe, 
co? Nie warto się w ten sposób odchudzać. 
Rozejrzała się dokoła i z zadowoleniem stwierdziła, że Liii też sięga po napój. 
- Było ohydnie - przyznała Lili. - Już nigdy tego nie zrobię. 
A. A. skrzywiła się, ale nie wypiła. Oczywiście, że nigdy nie zwróciła obiadu - pomyślała 
poirytowana Ashley. - Ma metabolizm chłopaka! 
Lauren zawahała się, ale w,końcu wzięła puszkę do ręki. Proszę, proszę. Mała Lauren nie 
jest jednak taką świętoszką. 
- Zrobiłam to tylko, żeby sprawdzić, czy potrafię - powiedziała Lauren. - I macie rację. 
Paskudna sprawa. 

background image

- To żałosne - oświadczyła Ashley. - Lauren, twoja kolej. 
- Hmm... Nigdy nie oglądałam na MTV „Total request live"? - powiedziała Lauren. 
Czy naprawdę nie mogła wymyślić niczego lepszego? Żadna z koleżanek nawet nie 
spojrzała na puszkę. 
- Nigdy nie całowałam się z dwoma chłopakami tej samej nocy - podjęła Ashley, w 
nadziei, że Lauren zrozumie, na czym polega ta gra. Tu chodziło o wstydliwe sekrety. 
Inne pytania nie miały sensu. 
A. A. wzniosła oczy ku niebu i znów napiła się Red Bulla. Była jedyną winną tej 
konkretnej zbrodni, choć wydawało się przez moment, że i Lauren złapie za puszkę. 
Jednak nic z tego. Cóż, A. A. może się wkurzać, ile chce - przemknęło Ashley przez 
myśl. - Nikt jej do tego nie zmuszał. 
- Kolej A. A. - powiedziała Lili. Boże, jakaż ona skrupulatna! Jeszcze gotowa rozpisać 
tabelkę na resztę gry. Na szczęście została jeszcze tylko minuta przerwy. 
- Niech pomyślę - zaczęła A. A., stukając wygładzonymi paznokciami w wieko swojej 
puszki. 
- Może by tak, „Nigdy nie narobiłam sobie wstydu w ogólnokrajowej telewizji?" -jęknęła 
Lili, po czym spojrzała na zegarek i złapała plecak. Nie cierpiała się spóźniać na lekcje. 
Ashley z kolei to nie przeszkadzało - w jej opinii zajęcia zaczynały się wtedy, kiedy ona 
się na nich pojawiała. 
 
 

background image

- Mam! - odezwała się A. A. z dziwnym wyrazem twarzy. - Nigdy nie całowałam się z 
chłopcem. 
Na oczach Ashley A. A. sięgnęła po puszkę i wypiła przeciągły łyk. Lauren zalała się 
różowym rumieńcem i też dopiła swój napój. Co??? A kiedy ona zdążyła się z kimś 
całować? Lili także głośno połykała Red Bulla. Cóż, przynajmniej wiadomo, że nie 
kłamie. W odróżnieniu od tej zmyślonej historyjki z Tajwanu Max istniał w rzeczywi-
stości. Wszyscy widzieli to w telewizji. 
Dłoń Ashley zacisnęła się na puszce. Ostatnią rzeczą, jakiej chciała, było przyznanie się 
do swego pocałunkowego dziewictwa. Ale to była gra i znała jej zasady. Należało być 
uczciwym. Może mogła po prostu unieść napój do ust, ale nie upić ani kropli... może to 
byłoby fair? 
W tej chwili rozdzwonił się dzwonek. Wreszcie! Ratunek! 
Lili stała już na równych nogach, z plecakiem w ręku, a Lauren mamrotała coś o nudnej 
prezentacji, którą musiała przygotować. Chyba żadna nie zauważyła, że Ashley nie napiła 
się Red Bulla. 
Poza A. A., która bez słowa spoglądała prosto w jej oczy. 

background image

20 
SERCE TO ZWODNICZY SŁUGA 
Gdy A. A. wróciła tego dnia ze szkoły do domu, udała się prosto do swojego pokoju i 
zamknęła drzwi. Matka gdzieś wyszła - zapewne na swoją islandzką terapię laserową 
albo po maseczkę z wodorostów z Madagaskaru, za którą gotowa była oddać życie. 
Jeanine uwielbiała kuracje i produkty kosmetyczne pochodzące z zagranicy, najlepiej 
związane z nowoczesną technologią, tropikami lub po prostu dziwaczne. 
Od dawna próbowała zaciągnąć córkę do jakiegoś cejlońskiego spa w Russian Hill, gdzie 
prowadzący go wyznawcy 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ruchu New Age malowali kobietom czakry na ciałach albo łaskotali aurę czy robili coś 
równie niedorzecznego. A. A. ceniła sobie pedicure i masaże, ale jej idea relaksu nie po-
legała na pozwalaniu, by obcy ludzie okładali ją gorącymi kamieniami, ani na 
wysłuchiwaniu dziwacznych śpiewów. Stresu pozbywała się za pomocą konsoli, 
rozwalając głowy kolejnym wirtualnym zombie. 
Zrzuciła obcasy i zwinnie jak małpka wspięła się po drabince na górny poziom swojego 
loftu, niemal w całości zajęty przez wielkie łóżko. Rzuciła się na miękki materac. Rozległ 
się dźwięk przychodzącego SMS-a, lecz nie zwróciła na to uwagi. Miała na głowie inne 
sprawy. 
Od dnia, w którym całą Kliką obejrzały u Ashley pierwszy odcinek „Królowej 
nastolatek", a ona niemal urwała głowę Tri, chłopak ani razu jej nie odwiedził. Nie było 
sensu wyciągać informacji z Neda. Była ze swoim przyrodnim bratem blisko, ale faceci 
nigdy nie nadawali się do rozmów o uczuciach i związkach. Poza tym Ned był teraz 
zajęty nauką i trenowaniem do wiosennych zawodów. 
Zresztą, jak A. A. mogła mu wyjaśnić, że ponieważ Tri chodzi z jej najlepszą 
przyjaciółką, sama nie ma ochoty się już z nim widywać? To przecież nie ma sensu. Ned 
pokręciłby głową i uznał to za jeden z typowych dla nastolatek, wyolbrzymionych 
dramatów. Jakby sam nie miał kilkunastu lat. 

background image

Niewygodnie się jej leżało w szkolnym mundurku, a zwłaszcza w czarnych rajstopach, 
które Klika upodobała sobie na ten semestr. A. A. zeszła na dół i zdjęła strój. Zostawiła 
go na podłodze, z której miała go zabrać pokojówka przychodząca, by zająć się praniem i 
prasowaniem. Założyła swoje ulubione spodnie do jogi i miękki, kaszmirowy sweter. 
Wróciła myślami do gry, w którą grały na przerwie. 
Lili i Lauren mogły nie zwrócić na to uwagi, ale A. A. zauważyła to doskonale. Ashley 
podniosła puszkę, lecz 
- i to było ważne - nie wypiła ani kropli. To mogło oznaczać tylko jedno. Ashley i Tri 
nawet się nie całowali! 
Chodzili ze sobąjuż od wielu tygodni i wyglądali na zakochanych po uszy (co zresztą 
przyprawiało A. A. o mdłości). Ale to się działo na pokaz. Tymczasem, najwyraźniej nie 
było między nimi aż takiej chemii. Ha! A. A. nie miała pojęcia, dlaczego czuje z tego 
powodu taki przypływ satysfakcji, lecz tak właśnie było. 
A jednak... jakie to ma w ogóle znaczenie, czy Ashley i Tri się całują, czy nie? Świetnie 
było mieć wreszcie na Ashley jakiegoś haka, ale takie zwycięstwo wydawało się dość 
jałowe. Nawet gdyby Ashley i Tri codziennie po szkole godzinami się obściskiwali, 
zupełnie byjej to nie ruszyło. To ich związek i ich sprawa. W końcu chciała, by Ashley 
była szczęśliwa, prawda? I wcale - Bóg świadkiem 
- nie miała ochoty całować się z Tri... A... a może? 
 
 

background image

A. A. zerwała skórkę z kciuka. Choć raz musiała być szczera i przyznać, co ją przez ten 
cały czas nurtowało. Już zbyt długo się okłamywała. Nieprzyjemna prawda wyglądała 
tak, że Tri bardzo się jej podobał. Przynajmniej od chwili kiedy podszywał się pod 
laxjocka, ale teraz - gdy się nad tym zastanowiła - interesowała się nim jeszcze przedtem. 
Był słodki i ciapowaty, a przy tym najsympatyczniejszym chłopakiem, jakiego w życiu 
spotkała. Gdy patrzył na nią tymi swoimi przenikliwymi, błękitnymi oczyma, nawet 
kiedy po prostu odgrzewali pizzę w mikrofalówce, dostawała gęsiej skórki. Była w nim 
zakochana od tak dawna, że nawet nie zdawała sobie z tego sprawy, dopóki nie zaczął 
chodzić z kimś innym, a teraz dręczyła ją tak dojmująca zazdrość, iż ledwie była w stanie 
normalnie funkcjonować. Gdy widziała ich razem, czuła się jak na torturach. 
Nie miała siły rozważać, co właściwie oznacza fakt, że się jeszcze nawet nie całowali. 
Nie chciała, by bolało ją bardziej niż do tej pory. Nawet jeśli Tri faktycznie nie całował 
się z Ashley, to w praktyce wciąż pozostawał jej chłopakiem i ani słowem nie sugerował 
nawet, iż chciałby się w jakikolwiek sposób zbliżyć do A. A. Poza tą bezczelną poradą w 
sprawie randek. Albo była w nim po uszy zakochana, albo serdecznie go nienawidziła, 
albo też czuła oba te uczucia naraz. 

background image

Znów zabrzęczał jej telefon. Westchnęła. To pewnie znowu Hunter. Od pierwszego 
spotkania na imprezie wydzwaniał do niej prawie codziennie. Po emisji „Królowej nasto-
latek" wysłał jej nawet SMS: NIE MARTW SIĘ - TEN PROGRAM TO KICHA. 
WIESZ, ŻE ZNAM PRAWDĘ. WYBIERZEMY SIĘ GDZIEŚ JUTRO? 
Jutro przyszło i odeszło, ale A. A. się z nim nie spotkała. Potem, gdy zadzwonił po raz 
kolejny, spróbowała dać mu jasno do zrozumienia, że nie jest nim zainteresowana. Praw-
dę mówiąc, totalnie go olewała i nie odpowiadała na wiadomości ani nie oddzwaniała. 
Nie było to wobec Huntera w porządku. Nie zrobił przecież nic złego. Był sympatycz-
nym kolesiem. I dobrym towarzyszem w szafie. 
Co z nią jest nie tak? Dlaczego nadal myśli o nieosiągalnym Tri? Przecież Hunter był nie 
tylko dostępny, ale i chętny do spędzania z nią czasu. 
Sprawdziła dwie nowe wiadomości. Nie pomyliła się. Obie napisał Hunter. Pierwsza 
brzmiała: ŻYJESZ? ODEZWIJ SIĘ! Druga okazała się bardziej rzeczowa: JUTRO JEST 
IMPREZA SZAFOWA. PRZYJDŹ. WEŹ PRZYJACIÓŁKI. 
A to ciekawe. Może już czas, żeby cała Klika posmakowała zakazanych przyjemności 
imprezy z „Siedmioma minutami w niebie" i żeby wszystkie przekonały się, jak ta 
zabawa naprawdę wygląda. 
 
 
 
 

background image

A. A. była przekonana, że żadna z dziewczyn nie oprze się takiej pokusie. Lili 
potrzebowała pocieszenia po upokorzeniu związanym z Maksem. Lauren ni stąd, ni 
zowąd okazała się imprezowiczką, nierozmawiającą o niczym poza randkami i 
chłopakami, a Ashley... cóż. Ashley nie przeżyłaby, gdyby cokolwiek wydarzyło się bez 
jej udziału. Zwłaszcza jeśli była to impreza, na którą zapraszał je przystojny koleś. 
Poza tym, może jedynym skutecznym sposobem na zapomnienie o kimś jest całowanie 
kogoś innego. A. A. sięgnęła po telefon i odpowiedziała na SMS-a Huntera. 
PEWNIE! WEZMĘ TRZY INNE. GDZIE I KIEDY? 

background image

21 
RAZ NA WOZIE, RAZ POD WOZEM 
Drzwi do prywatnej windy, prowdzacej do penthouse'u A. A. stanęły otworem i wyszła 
zza nich Lili. Do szafowej imprezy zostało zaledwie sześć godzin, a ona zupełnie nie 
miała co na siebie włożyć. 
Wyprawa na zakupy w sobotni poranek była wykluczona - zaraz po śniadaniu miała 
lekcję tenisa, a potem zajęcia z plastyki. Na szczęście A. A. zapewniła ją na korcie, że nie 
będzie musiała się włóczyć po południu po sklepach. Zresztą i tak padał ulewny deszcz. 
A. A. miała szafę pełną ciuchów, których nie zamierzała nigdy nosić. Lili mogła 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

więc spędzić dwie godziny w ciepłym mieszkaniu, popijając świeżo wyciśnięty sok z 
melona i jedząc cokolwiek zapragnie z menu hotelowej restauracji, przymierzając przy 
tym kolejne stroje. 
Dla Lili szykowny wygląd dziś wieczorem był bardzo ważny. Miało to być jej pierwsze 
poważne wyjście od pomeczowej imprezy i wiedziała, że wszyscy będą się jej bacznie 
przyglądać. Przecież znajomi widzieli w telewizji, jak całuje się z Maksem, który ją po 
kilku chwilach porzucił. 
Melody Myers przyniosła do szkoły nagranie całego incydentu na DVD i - co sama 
przyznała - odtwarzała go z koleżankami dziesiątki razy, by usłyszeć dokładnie każde 
słowo, jakie chłopak powiedział przed haniebną ucieczką z pokoju. Wielkie dzięki, 
Melody! Lili była wściekła. Żałowała teraz, że w ubiegłym semestrze była wobec niej 
uprzejma. Strata czasu i energii. 
Dziewczyna nie była pewna, czy dziś wieczorem pojawi się Max. Miała nadzieję, że nie. 
Ale A. A. przekonała ją, iż najlepszym sposobem na wyrzucenie go z głowy jest zabawa. 
Innymi słowy, doktor A. A. zaleciła jej „Siedem minut w niebie" z jakimś przygodnym 
chłopcem - może nawet ładniejszym od Maksa. 
Dzięki temu pocałunek z Maksem przestałby być najdłuższym i najlepszym pocałunkiem 
w jej życiu. Zacząłby przypominać doświadczenie z chłopcem na Tajwanie - nic 

background image

nieznaczące, niewpływające na resztę jej życia. To się Lili nawet podobało. Im szybciej 
będzie w stanie spojrzeć Maksowi w oczy - i znosić jego milczącą obojętność na lekcjach 
francuskiego - nie czując przy tym przygnębienia i poniżenia, tym lepiej. 
Lili znalazła w szafie A. A. coś, co bardzo się jej spodobało. Króciutką spódniczkę w 
kratę z Alice + Olivia i jedwabną bluzeczkę z marszczonym kołnierzem od Geren Ford. 
Przymierzyła i przejrzała się w lustrze. 
- Mogę to pożyczyć? 
-Jasne - zawołała A. A. - Wchodziłaś dziś na „Okiem Kliki"? - ostatnio w internecie nie 
było ciekawszego miejsca. Blog tajemniczego autora był nawet bardziej zajmujący niż 
MySpace czy strona Paris Hilton. 
- Nie miałam czasu - odparła Lili, podziwiając sposób, w jaki spódniczka podkreśla jej 
figurę. - Świetnie uzupełni moje nowe zamszowe buciki. 
- Uwaga, uwaga, znów jakiś anonim kiepsko ocenił Ashley-A. A. przetoczyła się na skraj 
swojego łóżka na górnym poziomie i popatrzyła na Liii z szerokim uśmiechem. 
- Nie?! 
- Tak! Ktoś dał jej trzy punkty za inteligencję - zachichotała A. A. 
-Ach - Lili poczuła się nieco rozczarowana. Silniejszym ciosem byłaby tróją ze stylu lub 
nawet prezencji towarzy- 
 
 

background image

skiej. Ashley nie przejmowała się zbytnio ocenami z inteligencji, przynajmniej nie wtedy, 
gdy wszyscy uważali ją za piękną i lubianą. - Jak myślisz, kto prowadzi tego błoga? Czy 
to naprawdę może być Lauren? 
- Tak twierdzi Ashley. Mówi, że ma dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewności. 
- No może - westchnęła Lili i obróciła się przed lustrem. 
-Ale czujesz, co to oznacza? - podjęła A. A., zwieszając z materaca swe długie, smukłe 
ramiona. 
Lili zauważyła, że jej koleżanka ma świeżo zrobiony manicure - może więc jednak 
spodobał się jej ten cały Hunter? Przedtem A. A. nie przejmowała się zbytnio takimi 
szczegółami jak paznokcie. - Mam na myśli tę trójkę z inteligencji? 
- Że ktoś myśli, iż Ashley czyta sprawnie jak drugoklasistka? I co z tego? 
- Zastanów się. Ashley już wkrótce straci pierwsze miejsce. Nie trzeba być genialnym 
matematykiem, żeby to sobie podliczyć. Jeszcze jedna marna ocena i jej średnia spadnie 
na łeb, na szyję. I rozumiesz, co z tego wynika? 
Lili aż się zachłysnęła. 
A. A. zatrzepotała rzęsami. 
- Spadnie jej z głowy korona - podsumowała A. A., wypowiadając na głos myśli Lili. - A 
wtedy... 

background image

- Na pierwsze miejsce wskoczy ktoś inny! - Lili obróciła się na pięcie, tupnęła nogą i 
chwyciła rąbek spódnicy gestem tancerki flamenco. - Już nie mogę się doczekać! 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

22 
UPRZEJMOŚĆ I OKRUCIEŃSTWO 
Lauren bardzo się denerwowała. Przemykając w strugach deszczu, od jednego do 
drugiego butiku na Maiden Lane, czuła jak jej żołądek zaciska się w ciasny węzełek. A. 
A. zaprosiła ją na dzisiejszą imprezę, na jej drugą prawdziwą imprezę w życiu. I to nie 
jakąś tam zwykłą posiadówkę - to miała być impreza szafowa. Taka, na której gra się w 
„Siedem minut w niebie". Oczywiście sama grać nie musiała. A. A. zapewniła ją, iż 
udział w zabawie jest zupełnie dobrowolny. 
Ale to nie z tego powodu się denerwowała. 

background image

Tego ranka dostała dwa SMS-y. Od Christiana i od Aleksa. Christian poza filmem o 
robotach wspomniał o jakiejś bibce. I to była ta impreza, na której miała się pojawić z ca-
łą Kliką. A o czym napomknął Alex jeszcze na ich randce? No właśnie... o tym samym. 
Miała dwóch ewentualnych chłopaków i obaj uważali dzisiejszy wieczór za coś w 
rodzaju trzeciej randki. Co powinna zrobić? Nie chciała zaszywać się w bezpiecznym 
domu. Tak postąpiłaby stara Lauren. Jej poprzednia wersja nie zainteresowałaby sobą 
nawet jednego chłopca, nie mówiąc o dwóch zawodnikach szkolnej drużyny naraz. 
Chciała się pojawić na tej imprezie i chciała się ponownie zobaczyć z Christianem i 
Aleksem. Nie uśmiechało się jej jednak, by którykolwiek z nich odkrył, że umawia się 
równolegle z konkurentem. Mogliby uznać, że się nimi bawi. I naprawdę nie chciała, by 
się pogniewali za kłamstwo - może nie najgorsze na świecie, ale jednak - i by przestali 
się z nią widywać. Tak dobrze czuła się w ich towarzystwie. 
Miała mętlik w głowie. Czy lubi bardziej Christiana, czy Aleksa? Christian był taki ładny 
i zabawny i świetnie się z nim rozmawiało. Lauren miała wrażenie, że nie musi przy nim 
niczego udawać. Alex z kolei był bardziej poważny, choć równie przystojny. Bardzo się 
jej podobało wspólne zwiedzanie muzeum. Może dzisiejszy wieczór ułatwi jej podję- 
 
 
 
 
 

background image

cie decyzji. Znalezienie się o krok od posiadania prawdziwego chłopaka było 
jednocześnie przerażające i ekscytujące. Dlatego właśnie wybrała się na zakupy, mimo 
koszmarnej ulewy i porywistego wiatru. Musiała kupić coś, czemu nikt nie będzie się w 
stanie oprzeć. 
W sklepie Ted Baker przejrzała w dziesięć minut całą jesienną kolekcję i uznała, że 
żaden z tych ciuchów nie nadaje się na imprezę. Postanowiła, że gdy deszcz przestanie 
padać, pójdzie do innego butiku. A może lepiej będzie, jeśli po prostu zadzwoni po 
Deksa, który mógłby ją zgarnąć. Czasami zakupy wcale nie były przyjemne, nawet jeśli 
miało się masę pieniędzy do wydania. Tyczyło się to zwłaszcza samotnych zakupów. 
Już miała zrezygnować, gdy odsunęła się ciężka zasłona w wejściu do jednej z 
przestronnych przebieralni i wyszła z niej Ashley, ubrana w prosty sweterek i obcisłe 
dżinsy. Wnętrze za nią wyglądało, jakby wybuchła w nim bomba - ciuchy leżały na 
fotelu i podłodze, tam gdzie porzuciła je dziewczyna. Kiedy zauważyła stojącą przy 
wieszaku z czarnymi spodniami Lauren, jej ładna, blada buzia rozciągnęła się w 
uśmiechu. 
- Boże! Co to w ogóle za miejsce? - jęknęła z niesmakiem i po przyjacielsku chwyciła 
Lauren za łokieć. Zawsze, gdy w pobliżu nie było A. A. czy Lili, wydawała się milsza. - 
Te wszystkie szmaty są dla bab w średnim wieku. 

background image

Dawniej mieli fajne rzeczy, ale teraz gdybym cokolwiek tu kupiła, wyglądałabym jak 
Hillary Clinton. 
-Ja też niczego nie znalazłam - przyznała Lauren. 
- A szukasz czegoś na dzisiejszą imprezę? - Ashley popatrzyła na nią ze zrozumieniem. - 
W jakim stylu chcesz się pokazać? 
- Nie wiem. Nie chciałabym się stroić, ale nie chcę też niczego codziennego. Może 
powinnam pójść do Neimana i porozmawiać ze swoim osobistym stylistą. 
Lauren nie czuła się jeszcze zbyt pewnie, dobierając poszczególne elementy stroju. W 
odróżnieniu od reszty Kliki nie przywykła do nowego stylu życia. 
- Ze mną przy boku żaden stylista nie jest ci potrzebny - zapewniła Ashley, odgarniając 
włosy. - Odwiedźmy jakiś inny sklep. Pomogę ci wybrać coś boskiego. 
Lauren zgodziła się natychmiast. To był nieoczekiwany bonus: zakupy sam na sam z 
Ashley. Ashley, która wydawała się mniej afektowana niż w szkole i zachowywała się 
prawie jak człowiek. Kierowca Ashley czekał na zewnątrz w beżowym land roverze jej 
ojca. Pojechały na Union Square. Tam, u Saksa, w niecałą godzinę, Ashley znalazła dla 
Lauren ponad dziesięć ciuchów. 
W dziale obuwniczym Ashley stwierdziła, że Lauren powinna poszukać skórzanych 
sandałków na obcasie - takich, jakie obecnie noszą wszystkie gwiazdy. 
 
 
 

background image

- Nie chcę zbyt wysokich - uprzedziła Laurem, wbijając się w parę butów od 
Jean-Michela Cazabatsa i myśląc jednocześnie o Aleksie. Był od niej co prawda wyższy, 
ale niewiele - nie miała zamiaru go przerosnąć. Ashley wyraźnie nie przeszkadzało, że 
tak bardzo góruje nad Tri. Lauren bardzo zazdrościła jej takiej pewności siebie. 
- No nie, przecież twoje szkolne buty są od nich wyższe - mruknęła lekceważąco Ashley i 
machnęła ręką. Spojrzała przenikliwie na Lauren i jej usta wygięły się w uśmieszek. - 
Ach, już łapię. Nie chcesz być wyższa od jakiegoś kolesia. 
- Nie! To znaczy... No może - Lauren opadła na krzesło w nadziei, że Ashley nie będzie 
się z niej śmiać. - Wiesz, jest taki jeden. Podoba mi się i jest szansa, że się na tej imprezie 
pojawi... - zdawała sobie sprawę, że Ashley w życiu nie uwierzy w randkowanie z 
dwoma chłopakami naraz, więc ten szczegół postanowiła przemilczeć. 
-Jest taki niski jak Tri? - Ashley popatrzyła na nią ze zrozumieniem. 
- Nie, nie jest... - Lauren już chciała dodać „aż taki niski", ale w samą porę ugryzła się w 
język. - Po prostu nie jest zbyt wysoki. 
- Hmm - Ashley rozważyła problem. Lauren nie była w stanie uwierzyć, że nie zaczęła 
się z niej nabijać, kpić ani naśmiewać. Wydawało się, że naprawdę zrozumiała dy-

background image

lemat przyjaciółki. - Próbuję wymyślić najbardziej... no wiesz, najbardziej inteligentne 
rozwiązanie. 
Akurat to słowo zabrzmiało w jej ustach dość dziwnie, lecz Lauren siedziała w 
milczeniu, czekając na werdykt Ashley. 
- Wiem! - pstryknęła na palcach Ashley. - Kup te sandałki od Michaela Korsa. Mają 
tylko czterocentymetrowy obcas. A potem - i to jest właśnie w całym planie najgenial-
niejsze - dorzuć do nich tę spódniczkę od Stelli McCartney i kimonko od Rachel Pally. 
Dzięki spódnicy twoje nogi będą się wydawać superdługie, nawet w takich butach. 
Będziesz najładniejszą panną na całej imprezce! 
- Rzeczywiście świetny pomysł - Lauren uśmiechnęła się do Ashley. A więc to z tego 
powodu Klika trzymała się razem - mimo wszystkich niecnych machinacji i niegodnych 
podstępów samej Ashley. Z jednej strony wydawała się Cruellą DeMon, z drugiej jednak 
czasem była naprawdę miłą osobą. 
- Wiesz, większość dziewczyn, które się tam pojawią, będzie brzydka i kiepsko ubrana - 
ciągnęła Ashley, podając pudełko z zaakceptowanymi butami sprzedawcy. - Jedyną 
konkurencją dla ciebie będzie Klika, ale z tej strony nie masz się czego obawiać. Lili jest 
tak drobna, że wygląda na karlicę, a A. A. jest z kolei jakimś wieżowcem. Pewnie 
obściskiwałaby się z odkurzaczem, gdyby tylko znalazła model wyższy od siebie. 
 
 
 

background image

Okej - zatem Ashley nie była aż tak miła, Ale póki co wobec Lauren zachowywała się 
przyjaźnie i to jej wystarczało. Lauren poczuła lekkie ukłucie wyrzutów sumienia. W 
końcu chciała się z nią zaprzyjaźnić tylko po to, żeby tym skuteczniej ją pokonać. 
Strasznie to pogmatwane. Czy Ashley jest zła czy dobra? Czy Lauren lubiła Ashley, czy 
bardziej nią gardziła? Nagle cała sytuacja okazała się potwornie skomplikowana. 
-A ty? - spytała Lauren, chcąc oderwać myśli od sprzecznych uczuć wobec swojej nowej 
stylistki. - Na pewno jak zwykle założysz coś cudownego. 
- Mhm - przytaknęła Ashley. Westchnęła i pociągnęła za luźną nitkę wystającą z obicia 
krzesła. - Tyle że mnie na tej imprezie nie będzie. 
-Nie? 
- Tri nie może, więc po co mam tam iść? Zresztą i tak chciałam zostać w domu i zająć się 
włosami. Poza tym, chciałabym, żeby mój pierwszy pocałunek był naprawdę wyjątkowy. 
Nie chciałabym, żeby doszło do niego tylko dlatego, że ktoś zaciągnie mnie do szafy. 
-Jak to, twój pierwszy pocałunek? - Lauren nie dowierzała własnym uszom. - Chcesz mi 
powiedzieć, że ty i Tri jeszcze się nie...? 
- Nie. Jestem PD. Pocałunkową Dziewicą. Ale to nic -Ashley wzruszyła ramionami. 

background image

- Serio? 
- Oczywiście. Dlatego każę Tri czekać. Chcę wybrać odpowiedni moment. Rodzice 
zawsze mi mówili, że jestem jak cenny klejnot i nie ma sensu... Jak to się mówi? Nie ma 
sensu rzucać pereł przed świnie? 
- Fajnie - przyznała Lauren, która sama poczuła się niemal źle, ponieważ chciała się 
całować i z Christianem i z Aleksem. Po wyznaniu Ashley miała ochotę powiedzieć jej 
coś w zamian. W końcu to wspólne popołudnie upływało w naprawdę przyjacielskiej 
atmosferze. - Wiesz, ja też jestem PD. 
- Serio? Ale kiedy grałyśmy w „nigdy" i A. A. o to spytała, napiłaś się! 
- Po prostu podniosłam puszkę do ust - szepnęła Lauren. - Nie chciałam wyjść na 
zacofaną. 
- Nie powinnaś była kłamać - rzuciła Ashley i spojrzała surowo na koleżankę. Po chwili 
jednak znów się rozpromieniła. - Ale tam, nic się nie stało. To przecież tylko zabawa. Nie 
musisz się bać o swój sekret. Jestem najbardziej dyskretną osobą z Kliki, jeśli jeszcze 
tego nie zauważyłaś. 
Lauren rzeczywiście nie zauważyła. Niemniej skinęła głową i uśmiechnęła się do swej 
nowej najlepszej przyjaciółki. Razem podeszły do kasy, gdzie zapłaciły za buty. 
 
 
 
 
 

background image

23 
HUNTER PLANUJE PODRYW 
AA. rozejrzała się dokoła i stwierdziła, że miejsce, w którym miała się odbyć szafowa 
impreza, nie jest tak fajne, jak trójpiętrowy loft, gdzie bawili się po meczu lacrosse. Tym 
razem zebrali się w piwnicy jakiegoś kolesia w Noe Valley. Oczywiście w tej okolicy 
nawet piwnice wyglądały świetnie, co nikogo nie dziwiło. Domy były tu ogromne, 
podobnie jak pieniądze wydawane przez ich mieszkańców na urządzenie. 
Ta piwnica była szczególnie wymuskana - wyposażono ją w sofę, miękkie i wielkie worki 
do siedzenia, zawieszony 

background image

pod sufitem hamak, olbrzymi plazmowy telewizor, wieżę stereo i pokryty fioletowym 
płótnem stół do bilarda. Całość składała się z dwóch łazienek, dwóch pokoi i nawet 
niewielkiej kuchni z mikrofalą i lodówką, wypełnioną po brzegi przekąskami, łakociami i 
płatkami śniadaniowymi. 
Wokół pokerowego stolika zasiedli już chłopcy, którzy okupowali dwa automaty do gry i 
stół do powietrznego hokeja. W ścianach otwierało się kilka wnękowych szaf z po-
dwójnymi drzwiami. Ich gospodarz - kolo z Gregory Hall, imieniem Denver, Portland lub 
jakoś podobnie - zadał sobie trud, by rozwiesić na nich plakietki z napisami ZAJĘTE lub 
WOLNE, na wypadek gdyby ktoś zapomniał, po co się tu wszyscy zgromadzili. 
A. A. przyjechała razem z Liii, która aktualnie przeglądała się we wszystkich lśniących 
meblach, by sprawdzić, czy wygląda odpowiednio zabójczo w pożyczonych ciuchach. 
Poczęstowały się colą i rozmawiałyjuż z kilkorgiem znajomych. Ashley się jeszcze nie 
pojawiła, po Lauren także nie było póki co śladu. Liii - to było jasne od samego początku 
- rozglądała się za Maksem. Przyznała się przed A. A., że jednocześnie chce i nie chce, 
by przyszedł na tę imprezę. 
Było jej żal biednej koleżanki, tym bardziej że część dziewczyn przy wtórze szeptanych 
chichotów wciąż plotkowała na temat nagrań z ukrytej kamery, które pokaza- 
 
 
 
 

background image

no w „Królowej nastolatek". Zazdrosne żmije! Zemdlałyby wszystkie, gdyby ktoś taki 
jak Max choć rzucił na nie okiem, ale to przecież całkowicie nierealne. 
W pewnej chwili A. A. zauważyła grającego w bilard Tri. Jego obecność była nieco 
zaskakująca. Przedtem zajrzał do jej penthouse'u z Nedem i kilkoma kumplami. 
Wspomniała przelotnie, iż wybiera się na imprezę, a chłopak zapewnił, że się tam nie 
pojawi. 
Co więc tu robi? Niedobrze. Gdy tylko wpadnie Ashley, oboje jak zwykle rzucą się na 
siebie i nie odkleją aż do końca zabawy. Tym razem A. A. nie miała zamiaru uciekać, ale 
nie chciała być też biernym świadkiem ich wybryków. Owszem, możliwe, że jeszcze się 
nie całowali, ale z drugiej strony, nie byli też w stanie się od siebie oderwać. 
- A więc jesteś - Hunter podszedł do niej w kuchni i oparł się swobodnie o blat. A. A. 
uśmiechnęła się do chłopaka. Przyjemnie się na niego patrzyło. Rude włosy, zielone oczy 
i ten powalający dołeczek w brodzie. Poza tym, był od niej wyższy. Całkiem niezły. Czy 
chciała spędzić z nim siedem minut na pieszczotach w szafie? Może. A może i nie. 
- Znacie się już z Lili? - przedstawiła A. A., ignorując przy tym laski spoza Kliki 
wpatrujące się w Huntera szeroko otwartymi oczami. Chłopak ujął ją za łokieć i odpro-
wadził na bok, po czym pochylił się jej do ucha. 

background image

- Wyjmij komórkę - szepnął. 
- Po co? Wysłałeś mi SMS? 
- Nie, chcę ją obejrzeć. 
- To zwykły iPhone. 
Hunter westchnął i pokręcił głową. 
- Dlaczego zawsze musisz wszystko komplikować? -spytał, z trudem powstrzymując 
śmiech. A. A. nie miała pojęcia, o co mu chodzi. 
- Proszę, skoro to takie ważne - wyjęła telefon ze swojej torebki z Mulberry i pokazała 
Hunterowi. 
- Fajny - zapatrzył się. 
Mama A. A. kazała komórkę córki ozdobić kryształami Svarovskiego, co podpatrzyła u 
jakiejś gwiazdy. Sama dziewczyna uważała, żę głupio jest płacić masę pieniędzy za nisz-
czenie iPhone'a, alejeanine i tak postawiła na swoim. 
- Co? Pierwszy raz widzisz ten model? - zapytała z niedowierzaniem. 
- Nie widziałem twojego - odpowiedział szeptem. - Nie miałem go też w ręku. Znasz 
zasady gry w „Siedem minut w niebie"? 
A. A. pokręciła głową. 
- Dziewczyny wrzucają swoje komórki do dużej miski. Do tej - pokazał ruchem ramienia 
- tam na stoliku. Kiedy któryś z chłopaków chce zagrać, szuka Władcy Miski. Widzisz 
tego kolesia w podkoszulce? 
 

background image

A. A. spojrzała tam, gdzie on. Chłopak z głową ogoloną niemal na łyso, ubrany w T-shirt 
z nadrukiem akwarium ze złotą rybką, stał nieopodal hamaka. 
- Wtedy on zawiązuje oczy kandydatowi, który losuje telefon z miski. Potem zdejmują 
opaskę i delikwent musi znaleźć właścicielkę komórki. Trochę jak z tym bucikiem 
Kopciuszka. Znasz tę bajkę, prawda? 
- Ha, ha! Bardzo śmieszne - A. A. wzniosła oczy do nieba. Zasady wydały się jej 
ekscytujące. Ale co jeśli chłopiec, który wylosuje telefon, okaże się pasztetem? 
Rozejrzała się dokoła, oceniając obecnych. Nikt nie wyglądał aż tak fatalnie. Zresztą w 
szafie i tak będzie ciemno. 
- Kiedy cię znajdzie, musisz iść z nim do szafy na siedem minut. I to nie po to, by się tam 
przed kimś schować - Hunter znacząco trącił ją ramieniem. 
- Aha - A. A. uśmiechnęła się szelmowsko. Hunter okazał się flirciarzem. 
-Jeśli wrzucisz komórkę do miski, to znaczy, że chcesz się bawić. Lepiej się więc 
zastanów, żebyś nie musiała uciekać z płaczem jak małe dziecko - ciągnął. 
- A ty niby jesteś taki dojrzały? - A. A. też go szturchnęła, nawet jeszcze mocniej. - 
Przecież nawet nie widziałeś iPhone'a. 
- Ty mnie wcale nie słuchasz, prawda? - udał zrozpaczonego. - Chciałem dotknąć twojego 
telefonu, bo wie-

background image

działem, że jest jakoś specjalnie, po babsku, wykończony. Masz na nim te diamenciki, 
nie? Więc kiedy zawiążą mi oczy i włożę dłoń do miski, będę wiedział, czego szukać. 
Łapiesz? 
- Ach - wreszcie dotarło do niej, o czym chłopak mówi i zalała się rumieńcem. Hunter 
chciał się z nią całować. W szafie. Przez całe siedem minut. W zasadzie jego deter-
minacja, by poznać jej telefon, była pięknym komplementem. 
- Wiesz, robię to wyłącznie dla twojego dobra - uśmiechnął się ironicznie, a oczy mu 
zabłysły. - Nie chcę, żebyś skończyła z jakimś pryszczatym typem. Gotów jestem na 
najgorsze. Jakoś z tobą te siedem minut przecierpię, a ty dzięki temu unikniesz urazu do 
końca życia. Powinnaś mi dziękować. 
- Może zaczekajmy z ocenami, aż minie te siedem minut, okej? - odpowiedziała mu z 
przenikliwym spojrzeniem. 
- Miska stoi tam - odpowiedział energicznie i odszedł. A. A. przeciągnęła palcami po 
komórce. Zastanawiała 
się, co począć. 
Może. Może nie. Może... dlaczego nie? 
Zauważyła jakieś zamieszanie przy stole do bilarda. Tri właśnie wtrącił do otworu 
ostatnią bilę i reszta chłopaków z jego drużyny klepała go po plecach. Wydawał się 
bardzo 
 
 

background image

szczęśliwy, może dlatego, że wreszcie okazał się w czymś dobry. Nagle powróciła cała 
jej złość na tego chłopaka. Zebrała się na odwagę i drżąc z dziwnej ekscytacji, podeszła 
do szklanej, zapełnionej już w połowie, miski i włożyła do niej swojego iPhone'a. 
Chciała zagrać. 

background image

2 4  
LAUREN MIESZA CORAZ BARDZIEJ 
Zupełnie jak w mojej ulubionej, detektywistycznej grze planszowej - pomyślała Lauren. 
W salonie jest Christian z kijem do bilarda. A Alexjest w sypialni, przy stole do 
powietrznego hokeja. I jest też panna Page, przechodząca z pokoju do pokoju w nadziei, 
że jej bezustanne wędrówki nie zwrócą niczyjej uwagi. Lauren wiedziała, że ktoś w koń-
cu wykryje jej niegodziwe postępowanie, ale zanim to nastąpi, chciała się porządnie 
zabawić. Nigdy nie spodziewała się, że stanie przed takimi dylematami. Jak ukryć fakt, 
że spotyka się z dwoma chłopakami naraz? Istne szaleństwo. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

W sypialni, podczas przerwy w skomplikowanym turnieju bilardowym, jaki 
zorganizowali naprędce chłopcy, stanęła w rogu z Aleksem. To znaczy bardzo, ale to 
bardzo blisko Aleksa. Pokój roił się od graczy i kibiców oraz od par wchodzących i 
wychodzących z szafy, więc znalezienie się w takiej odległości od chłopaka było wręcz 
nieuniknione. A przy tym ekscytujące. Żadne inne słowo nie mogło oddać tej emocji. A 
kiedy, w połowie zdania, próbując przekrzyczeć szum rozmów i muzyki, pochylił głowę 
tak, że zetknęły się ich czoła, Lauren niemal krzyknęła z napięcia. 
Ale nie miała czasu na to ani na nic innego, gdyż Alex właśnie ją pocałował. 
Lauren Page całowała się z ładnym chłopcem. I nie dlatego, że wrzuciła swoją komórkę 
do jakiejś głupiej miski, tylko dlatego, że mu się podobała i chciał ją pocałować. 
Bała się, że lada chwila roztopi się jak sopel i zmieni w parującą kałużę na podłodze. 
- Przepraszam - szepnął niewyraźnie chłopak, cofnął się o krok i nieśmiało uśmiechnął. 
- Nie przepraszaj - powiedziała pospiesznie. - To było 
miłe. 
Co za idiotyzm? „Miłe"? Czy naprawdę nie było jej stać 
na nic więcej? 
- Mi też się w sumie podobało - przyznał, świdrując ją oczyma. Lauren miała ochotę 
wrzeszczeć ze szczęścia. 

background image

- Alex, twoja kolej - jakiś chłopak pojawił się przy nich i klepnął jej towarzysza w ramię. 
- Ćwierćfinały, brachu. 
- Przepraszam - Alex zwrócił się do Lauren - Jeśli chcesz, mogę odpaść z tego durnego 
turnieju. 
- Nie, nie - pokręciła głową - Idź grać. Ja i tak muszę znaleźć koleżankę... Lili. Chciała 
mi opowiedzieć jakąś niesamowitą historię. Potem cię tu poszukam, okej? 
- Tylko mi nie ucieknij - lekko uścisnął jej dłoń. O Boże! Właśnie całowała się z 
Aleksem i zaraz potem go okłamała. Zachowywała się jak prawdziwa Mata Hari szkoły 
panny Gamble. Zupełnie możliwe, że kiedy wszystkie jej przekręty wyjdą na jaw, 
zostanie postawiona przed plutonem egzekucyjnym, tak jak w tym starym, czarno-białym 
filmie, który oglądała kiedyś z mamą. 
W salonie zastała Christiana. Stał oparty o kij bilardowy. Na jej widok zamyślona twarz 
chłopca rozciągnęła się w wielkim, szczenięco radosnym uśmiechu. 
- Właśnie się zastanawiałem, gdzie się schowałaś - powiedział i potarmosił jej włosy, 
przez co zburzyły się niemal tak bardzo jak jego. - Ale chyba nie poszłaś z nikim do 
szafy, co? 
- O nie - zaprzeczyła Lauren i szeroko otworzyła oczy. Tym razem nie skłamała. Szafa 
nie byłajej potrzebna. Z Aleksem całowała się zupełnie publicznie. Aczkolwiek Christian 
nie musiał znać aż tylu pikantnych szczegółów. 
 
 

background image

- No dobra... - spojrzał na czubki swych butów, po czym znów na dziewczynę. - To może 
spróbujemy zagrać razem? Zobaczymy, czy to tak fajne, jak mówią. 
- To znaczy, że...? - Lauren nie była pewna, czy się nie przesłyszała. W pokoju panował 
niezwykły harmider. Christian skinął lewym ramieniem na szafę. Tabliczka głosiła 
WOLNE. 
- Chcesz? Bo jeśli nie, to w porzo, tak tylko pytam... 
-Jasne - odpowiedziała, niewiele myśląc. Christian wyglądał tak ślicznie, patrzył z taką 
nadzieją. Jak mogła się mu oprzeć? W końcu to tylko siedem minut. - Ja też jestem 
ciekawa. 
Panna Page w szafie, z Adoratorem Numer Dwa. Dzięki Bogu, że na tej imprezie nie 
było żadnych ukrytych kamer. 

background image

25 
SIEDEM MINUT W... WŁAŚNIE, GDZIE? 
I                Lili nie miała ochoty na zabawę w „Siedem minut w niebie". Jedynym, czego 
pragnęła dzisiejszego wieczora, było uniknięcie trzech godzin w piekle. A piekłem dla 
niej było przebywanie na imprezie, na której pojawił się też Max. 
Siedziała tak elegancko, jak tylko mogła na jednym z miękkich, fioletowych worków 
rozłożonych w największym pokoju piwnicy. Jednym uchem słuchała rozłożonej obok na 
podobnym worku dziewczyny, z zacięciem opowiadającej o ostatniej szafowej imprezie, 
na której się bawiła. Co jakieś 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

dziesięć minut Władca Miski prowadził chłopaka z zawiązanymi oczyma do pękatego, 
szklanego naczynia na stoliku i przyglądał się procedurze wyławiania komórki. Lili 
zadrżała. To wcale nie było zabawne. 
Nie miała takiego tupetu jak A. A. Sądząc po ilości tłoczących się w misce telefonów, 
Lili nie była nawet tak odważna jak co najmniej połowa zebranych tu dziś dziewczyn. Od 
chwili pocałunku z Maksem na ostatniej imprezie, Liii nie miała zamiaru całować się już 
z nikim i to przez długi czas. Może nawet nigdy więcej. Pocałunek z Maksem bardzo się 
jej podobał i odniosła wrażenie, że i chłopak był zadowolony. Przynajmniej do momentu, 
w którym wstąpił w niego jakiś diabeł i wziął nogi za pas. Lili nie chciała podejmować 
takiego ryzyka po raz kolejny i dlatego jej komórka spoczywała bezpiecznie w głębi 
torebki. 
Od chwili kiedy A. A. wrzuciła telefon do miski, musiało upłynąć już jakieś pół godziny, 
ale nikt jej jeszcze nie wylosował. Lili widziała koleżankę - siedziała w kuchni na blacie, 
pogrążona w rozmowie z dwiema innymi dziewczynami ze szkoły panny Gamble. 
Wyglądało na to, że choć one są w większości chętne, to chłopcy niespecjalnie palili się 
do gry w „Siedem minut". Typowe! Ashley miała rację: Faceci rozwijają się stanowczo 
zbyt wolno. 
Sama Ashley z kolei zdezerterowała. Liii wysłała jej parę SMS-ów, na co otrzymała 
odpowiedź, że przyjaciółka jest 

background image

zajęta, „gdyż myje włosy". Tak, jasne. Zapewne chciała jak zwykle zrobić wielkie halo 
ze swojego wejścia na imprezę. Tri już tu był i grał w bilard. Nawet całkiem ładnie 
wyglądał. Ashley powinna się pospieszyć, bo inaczej jedna z tych rozochoconych zabawą 
w szafie lasek gotowa sprzątnąć go jej sprzed nosa. 
Na imprezę przyszła też Lauren. W nowej spódniczce i sandałkach wyglądała 
oszałamiająco. Kurczę, naprawdę świetnie! Odkąd zaczęła kumplować się z 
dziewczynami z Kliki, piękniała w oczach i nabierała wyrazistego stylu. 
Zauważyli to na pewno też autorzy „Okiem Kliki". Myśl o blogu sprawiła, iż Lili usiadła 
nieco bardziej prosto, mocniej ścisnęła kolana i uśmiechnęła się szerzej do wciąż ga-
dającej sąsiadki. Teraz, kiedy głosować mogli wszyscy, cały świat musiał na własne oczy 
zobaczyć, że to Lili jest najfajniejszą laską z Kliki. Przecież totalnie zasługiwała na 
pierwsze miejsce w rankingu. 
Z Lauren działy się dziś dziwne rzeczy. Po pierwsze, Lili zauważyła, że koleżanka 
rozmawia z jednym z chłopaków z drużyny - tym z czupryną w nieładzie i dołeczkiem w 
brodzie. Zdaje się, miał na imię Christian. Stali przez jakiś czas w kącie i wydawało się, 
że chłopiec łapczywie chwyta każde jej słowo. Potem jednak Lauren zajęła się zupełnie 
inną pogawędką - tym razem z Przystojnym Brunetem przy stole bilardowym. Czyli 
naprawdę nie kłama- 
 
 
 

background image

ła! Ani trochę! Lauren stała się nagle Miss Popularności! Cóż, póki nie zbliżała się do 
pewnego zawodnika z Reed Prep, Lili to nie przeszkadzało. 
Max Costa. Max Costa. Za wszelką cenę musiała pozbyć się tej obsesji na jego punkcie. 
To takie głupie. Już prawie zupełnie o nim zapomniała. Naprawdę. Wcale o nim nie 
myślała. Totalnie i absolutnie nie. Na lekcjach francuskiego była wobec Maksa równie 
obojętna, co wobec tego wał-konia Grega. Max okazał się po prostu zwykłym palantem z 
rozbuchanym ego. Gdyby sam nie zakończył ich rodzącego się związku, na pewno 
zrobiłaby to ona, prawdopodobnie nawet dziś wieczorem. W końcu, jak powiadał jej tata, 
tego kwiatu jest pół światu. Wystarczy zerwać kolejny. 
Lili rozejrzała się bacznie po piwnicy, wypatrując co lepszych kąsków. Może jednak 
powinna wrzucić komórkę do miski. A może powinna pójść za przykładem Lauren i 
rozpocząć działania zaczepne już tutaj. Skoro Lauren podobała się dwóm chłopakom, to 
nią wszyscy powinni być zachwyceni. Wciąż przecież była od niej wyżej w rankingu. 
Nie zmarnuje ani sekundy więcej na jałowe rozpamiętywanie sprawy Maksa. I wtedy go 
zobaczyła. 
Schodził właśnie po schodach do piwnicy. Jasne włosy zaczesał gładko do tyłu i miał na 
sobie ciemnobrązową koszulę - w odcieniu kakao, pasującym do barwy oczu - 

background image

oraz parę spranych dżinsów. Toczył dokoła niespokojnym wzrokiem, wydawało się, że 
myśli o czymś innym i wcale nie jest zadowolony z pobytu na imprezie. 
Oczywiście Lili wcale się na niego nie gapiła, wcale. Skuliła się na swoim worku w 
nadziei, że zapadnie się pod ziemię. Max zszedł na sam dół i obrócił się, czekając aż 
dołączy do niego ktoś inny z góry. Tym kimś okazała się wysoka dziewczyna, szatynka o 
kręconych włosach, uśmiechająca się jakjakaś głupia Miss Przedmieścia. Lili spotkała ją 
już na poprzedniej imprezie: panna chodziła do szkoły Maksa, do siódmej klasy. Na imię 
miała Dolly, Polly, Holly, czy jakoś tak. 
Dolly, Polly, Holly powiedziała jej wtedy, że cieszy się, iż uczęszcza do Reed Prep, 
ponieważ nie musi tak wariować na punkcie facetów jak dziewczyny z żeńskich szkół. 
Ona sama - ta cała Dolly - zupełnie ponoć nie rozumiała, o co tyle hałasu. 
Teraz jednak na oczach rozgoryczonej Lili Holly, Polly czy Dolly wyciągnęła smukłą 
dłoń i ujęła Maksa za ramię, zupełnie jak drapieżny ptak, chwytający szponami bezbron-
ną ofiarę. Uśmiechnęła się triumfalnie. Tak, jasne, nie wie o co tyle hałasu. 
Lili miała wrażenie, że jej żołądek zamienił się właśnie w betoniarkę pełną cementu. 
Oczy zapiekły ją od łez. Widok Maksa z inną okazał się zbyt trudny do zniesienia. Jej 
wieczór dobiegł niniejszym końca. Musiała stąd natychmiast wyjść. 
 
 
 
 
 

background image

26 
ZASADY SĄ PO TO, BY ICH PRZESTRZEGAĆ 
AA. straciła Huntera z oczu: chłopak grał w pokera w innym pokoju i wyglądało na to, że 
zabawa w „Siedem minut w niebie" na dobre wyleciała mu z głowy. Lili poszła już do 
domu. Wystarczyło jej jedno spojrzenie na Maksa i jego szczerzącą się w uśmiechach to-
warzyszkę. Lili zadzwoniła po swojego kierowcę i poprosiła, by natychmiast po nią 
przyjechał. A. A. postanowiła zostać jeszcze jakiś czas. 
Kiedy zniknęła i Lauren, A. A. została jedyną panną z Kliki w pomieszczeniu. Tym się 
jednak nie przejęła. Dwukrot-

background image

nie zagrała w bilard z kumplami Neda, starannie przy tym unikając rozmowy z Tri. Było 
to dość żenujące, ponieważ grała kiepsko, a on bez przerwy się na nią gapił, jakby roz-
paczliwie czekał na choć jedno miłe słowo. Może chciał jej coś podpowiedzieć. A może 
tylko dlatego, że nie miał ze sobą Ashley. Trudno - przecież A. A. nie mogła być 
towarem zastępczym. 
Gdy jednak przeszła do niewielkiej kuchni po napój, Tri ruszył za nią, z wyraźnym 
postanowieniem zwrócenia na siebie uwagi. 
- Chcesz się czegoś napić? - spytała, wymachując mu przed oczyma butelką Pepsi Light. 
- A może chodzisz za mną, żeby sprawdzić, czy nie świruję z jakimiś nieodpowiednimi 
chłopakami? W końcu znasz się na charakterach o wiele lepiej ode mnie. 
Tri spuścił wzrok, nie potrafił ukryć swego zawstydzonego uśmiechu. 
- Nadal się złościsz o to, co powiedziałem u Ashley? — podniósł na nią swoje błękitne 
spojrzenie. 
A. A. wzruszyła ramionami. Trudno było się na niego zbyt długo gniewać, zwłaszcza że 
wyglądał dziś tak ładnie. Poza tym, w głębi duszy wiedziała, z jakiego powodu się 
wkurza. Tego jednak za nic nie mogła mu powiedzieć. 
- To dobrze - odprężył się. - Wtedy byłoby jeszcze bardziej niezręcznie. 
 
 
 
 
 

background image

- Co? - A. A. wrzuciła butelkę z powrotem do lodówki i spojrzała na Tri. 
- No, bo widzisz... 
- No co? - naciska. O co mu chodzi? Odkąd wpadł w łapy Ashley nie potrafił nawet 
sklecić jednego porządnego zdania. 
Tri nie powiedział ani słowa. Po prostu podniósł trzymaną w ręku komórkę. Jej komórkę. 
- Wyłowiłem ją z miski - powiedział. - Wiedziałem, że jest twoja, jeszcze zanim zdjęli mi 
opaskę. 
- Kryształki... - szepnęła i poczuła, jak jej serce zaczyna bić jak oszalałe. 
- Tak, więc wiesz. Musimy pójść do szafy. Władca Miski na nas patrzy. 
Oboje obejrzeli się na siedzącego na hamaku chłopaka. Pozdrowił ich gestem i wskazał 
palcem najbliższą szafę. Tabliczka głosiła WOLNE. 
-Jest dość rygorystycznym strażnikiem tradycji - wyjaśnił Tri przepraszającym tonem. 
- No dobrze - A. A. kiwnęła głową. W piersi jej łomotało. Usta wyschły jak pustynia. 
„Ale co z Ashley?" - zawirowało jej w myślach. - „Z twoją dziewczyną? Moją najlepszą 
przyjaciółką?". Może jednak nie miało to aż tak wielkiego znaczenia. W końcu to tylko 
jakaś głupia gra. Po co się za-

background image

stanawiać. Wystarczy, że przesiedzą w tej szafie krótkie siedem minut. To była przecież 
w stanie zrobić. - W takim razie chyba nie mamy wyjścia. 
- Nie mamy - przytaknął Tri, unikając jej wzroku. -Rzeczywiście nie. 
Zaprowadził ją do dużej szafy i zanim zamknął drzwi, obrócił tabliczkę napisem 
ZAJĘTE do przodu. W środku było tak ciemno, że dziewczyna potknęła się o coś i 
niemal przewróciła. Na szczęście Tri podtrzymał ją za łokieć. 
W odróżnieniu od poprzedniej szafy, do której trafiła A. A., ta była prawie całkiem pusta 
- wewnątrz znajdowały się tylko dwie leżące na podłodze poduszki. 
- Widzę, że pomyśleli o wszystkim - zauważyła, siadając na jednej z nich. Cofnęła się 
nieco, robiąc miejsce chłopakowi. Nerwy kazały jej mówić bez przerwy. - Chyba że do 
tego właśnie służą im te szafy. Do przechowywania poduszek. 
Tri zachichotał. Imprezowy szum dolatywał tu ledwo co, A. A. była pewna, że 
najgłośniejsze w tej chwili jest bicie jej serca. Zostali sami w ciemności. Oczywiście 
oboje przebywali już sam na sam niezliczoną ilość razy - na przykład wjej pokoju - ale 
nigdy jeszcze nie znaleźli się w takiej sytuacji. Podciągnęła kolana do brody. Podobało 
się jej tutaj, tak blisko Tri. Naraz zrobiło się bardzo przytulnie. I bezpiecznie. Naprawdę 
bardzo go jej brakowało. 
 
 
 
 

background image

- Co myślisz o nowej wersji „Metroid Prime"? - spytała. - Udało im się poprawić wady 
poprzedniej? 
- Tak, fajna gra. Mój brat załatwił nam konto do gry w sieci na serwerach Wii. 
Wyczesana zabawa. Fajnie by było, gdybyś i ty sobie kupiła. Moglibyśmy stworzyć 
drużynę. 
-Jasne, czemu nie? - jeszcze przez chwilę rozmawiali o grach, potem o najnowszym 
odcinku „Cheaters", którego zabraniali im oglądać rodzice. W końcu A. A. odprężyła się 
i zaczęła cieszyć towarzystwem przyjaciela. Niemal na śmierć zapomniała, w jaki sposób 
się tu znaleźli. Wtedy jednak Tri wyciągnął dłoń i położył ją na jej ręku. 
- A. A. - odezwał się cicho. -Tak? 
- Chyba nie powinniśmy całych siedmiu minut przegadać... 
- Och... - dziewczyna próbowała nie pokazać po sobie rosnącej paniki. Znała tego 
chłopaka od zawsze. - Chciałbyś, żebyśmy po prostu milczeli? - Bo chyba nie myślał o 
tym samym, co ona. A może? Jak to? Przecież ma dziewczynę! Ashley. Jak to się stało, 
że trafiła tu z cudzym chłopakiem? A. A. w jednej chwili czuła ekscytację, niepewność i 
poczucie winy. 
- Cóż, teoretycznie powinniśmy się pocałować - podjął Tri. Teraz i w jego głosie dało się 
słyszeć zdenerwowanie. - Takie są zasady. 

background image

-Wiem - odparła A. A. Chciała grać. Poza tym, ta zabawa miała trwać tylko siedem 
minut. Podczas których powinna się całować. Z Tri. O Boże! Czy on naprawdę tego 
właśnie chce? Owszem, wylosował jej komórkę, ale co z Ashley...? Gdy jednak 
popatrzyła mu w oczy, wszystkie myśli o przyjaciółce i wyrzuty sumienia zniknęły. 
Przyzwyczaiła się już do półmroku szafy i widziała w jego twarzy dokładne 
odzwierciedlenie tego, co sama czuła. Nerwowość, nieśmiałość... i wielką ochotę. 
Chłopakowi też na tym zależało. Wyraźnie. Może znaczyło to nawet, że żywi do niej te 
same uczucia, co ona do niego? Ogarnęło ją dzikie, niepohamowane szczęście. 
- No wiesz, jeśli tak bardzo nie chcesz... - powiedział. 
- Nie - rzuciła pospiesznie, ściskając jego dłoń. - To znaczy chcę. Znaczy, przecież 
powinniśmy. Wiesz, zasady i w ogóle - dodała, jakby mówiła o najbardziej rozsądnej rze-
czy na świecie. Nie mogli zawieść Władcy Miski, prawda? 
- Tak, chodzi o zasady - zgodził się i nawet mimo ciemności zobaczyła, jak się ku niej 
nachyla. Zamknęła oczy. Przyciągnął ją bliżej, tak blisko, że poczuła jego galopujące 
serce. Łomotało jeszcze głośniej niż to ukryte w jej piersi. 
Nagle poczuła jego miękkie wargi. Ashley będzie musiała zrozumieć, w końcu 
postępowali zgodnie z regułami gry... to nic nie znaczy. A były to najsłodsze minuty jej 
życia. 

background image

27 
MĘŻCZYŹNI WOLĄ BRUNETKI 
Zazwyczaj Ashley spędzała niedzielne poranki w łóżku, skubiąc śniadanie podane na 
zasłanym białym obrusem stoliku - smażone białka jajek z owocami i kawę z mlekiem 
sojowym - przygotowane przez ich prywatnego kucharza, oglądając na wiszącej nad 
zabytkową komódką plazmie kolejny odcinek „Top model" albo program „Misja: moda". 
Czasami do pokoju zaglądało któreś z rodziców, by ucałować jej włosy albo podzielić się 
jakąś nudną, wyczytaną w gazecie historią, lub po to, by zabrać jej dział mody z no- 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

wego wydania dziennika. Zwykle leżała w swojej piżamce z Limited Too i puchatych 
kapicach, bawiąc się z Princess, swoją ukochaną suczką - krzyżówką labradora i pudla. 
Normalnie wysyłała SMS-y do dziewczyn z Kliki i snuła dalekosiężne plany. Na 
przykład: „W następnym semestrze wszystkie powinny kupić sobie nowe torebki". Albo: 
„Czarne rajstopy wychodzą z mody. Czy powinnyśmy postawić na podkolanówki w 
romby? Najlepiej od Prądy?". 
Dziś jednak wszystko wyglądało inaczej. Wielka impreza, na której zaprezentowane 
zostaną wyniki głosowania na Królową nastolatek z San Francisco - a jej własna reakcja 
skrupulatnie sfilmowana - miała się odbyć już w środę. W całym kraju takich imprez 
będzie pięć, by wszystkie zwyciężczynie dowiedziały się o swoim sukcesie w tej samej 
chwili. To znaczyło jedno: Ashley musiała wyjątkowo starannie zadbać o urodę. 
Większą część poranka spędziła, ćwicząc mowę, którą zamierzała wygłosić zaraz po 
ogłoszeniu jej zwycięstwa. Nie chciała po prostu głupio się rozpłakać jak jakaś banalna 
uczestniczka konkursu Miss Ameryki. Musiała wypracować odpowiednie proporcje 
między radością, histerią, fałszywą skromnością i udawanym zaskoczeniem, nie za-
pominając przy tym, by przez cały czas świetnie wyglądać. Oczywiście całość powinna 
wydawać się spontaniczna i ten właśnie element okazał się najtrudniejszy. 

background image

Nie zapominajmy, że w tym dniu musiała mieć szałową kreację. Najlepszy będzie jakiś 
zestaw pasujący do jej nowych, niebieskich i cętkowanych szpilek od Louboutina, takich 
samych, jakie widziała u Heidi Klum. Dzisiejszy dzień postanowiła spędzić na 
wędrówkach pomiędzy szafą a wyposażonym w liczne lustra salonem, przymierzając 
wszystkie dostępne stroje i zastanawiając się, czy nie trzeba czasem kupić czegoś 
całkiem nowego. 
W chwili, w której zostanie ogłoszona zwyciężczynią regionalnej edycji „Królowej 
nastolatek" musiała wyglądać idealnie. Doba niestety trwała jedynie dwadzieścia cztery 
godziny, z których nudne, szkolne sprawy pochłaniały zazwyczaj aż połowę. Zaczęła się 
zastanawiać, czy nie przekonać mamy, by pozwoliła jej olać we wtorek pannę Gamble i 
całą jej instytucję. W końcu czekały ją wizyty u fryzjera, kosmetyczki, masażystki... 
Manicure, pedicure, regulacja brwi... 
Impreza miała się rozpocząć już o piątej, podobnie jak ta w Los Angeles, wszystko przez 
tę bezsensowną różnicę czasu. W Nowym Jorku i Miami zaczną o ósmej, a w Dallas o 
siódmej. Producenci bardzo nalegali na równoczesny początek. Po szkole nie będzie mieć 
prawie wcale czasu na zrobienie profesjonalnego makijażu i fryzury. Cóż - pomyślała 
Ashley - aktorki muszą przez to przechodzić każdego roku przed galą rozdania Oskarów. 
Tracą całe po- 
 
 
 

background image

południe z powodu wieczornej gali. Różnica polegała jedynie na tym, że one nie 
marnowały dnia w szkole panny Gamble. 
Drugą komplikacją w rozkładzie dnia okazał się Tri. Przysłał jej SMS-a, w którym pytał, 
czy może przyjść i porozmawiać. Zgodziła się natychmiast. Musieli przegadać tak wiele 
spraw. W końcu był jej chłopakiem i musieli wyglądać harmonijnie. Nie może się 
przecież pojawić na imprezie w szkolnym mundurku, lub - co gorsza - w dżinsach i 
bawełnianej koszulce. 
Ich stroje musiały się wzajemnie uzupełniać, i jednocześnie nie wyglądać identycznie jak 
ubrania emerytowanych turystów, których tak wielu kręci się po mieście. Może uda się 
jej namówić go na wizytę u fryzjera? Wiedziała, że jeśli tylko zechce, potrafi być 
przekonująca. I umiała mówić innym, co powinni robić. 
Niedługo po tym, jak wysłała SMS-a, kamerdyner wprowadził Tri do jej pokoju. Jak 
zwykle wyglądał na wytę-sknionego jej towarzystwa. Był taki wymięty i wspaniały, choć 
miał na sobie dokładnie takie ciuchy, jakich Ashley nie chciała za żadne skarby ujrzeć w 
środę wieczorem - wystrzępioną koszulkę z logo zespołu Death Cab for Cutie i dżinsy z 
naderwaną kieszenią. Nie uśmiechało się jej, by cały świat uznał, że prowadza się z 
jakimś zaflukanym emo. No, heloł! 

background image

- Hej, Ashley - przywitał się i rozejrzał po pokoju, szukając siedzenia. Na wszystkich 
możliwych płaskich powierzchniach zalegały porzucone stroje i dodatki. Dziewczyna 
zdjęła z fotelika stos bluzek z H&M i chłopak miał wreszcie na czym usiąść. Miał jakąś 
dziwną, nieporadną minę. 
Hmm. W końcu żył z całym stadkiem sióstr i powinien był się już przyzwyczaić do 
kobiecego podejścia do świata. Poza tym, spędził masę czasu w towarzystwie A. A., choć 
ta zachowywała się raczej jak koleś - grała na konsoli i bez przerwy rozmawiała o 
sporcie. Ashley była zdecydowanie bardziej dziewczęca, bardziej kobieca. I właśnie ta 
cecha pozwoli jej zdobyć tytuł Królowej nastolatek. 
- Bardzo się cieszę, że wpadłeś - zaczęła, zatrzaskując szufladę komody. - Przed środą 
czeka nas tyle obowiązków i... 
- Muszę ci coś powiedzieć - przerwał. Patrzył gdzieś ponad nią. - Chodzi o... o coś, co się 
stało wczoraj. 
-Wczoraj? 
- Tak, na imprezce - dodał po chwili, wciąż unikając jej boskiego spojrzenia. 
- Na jakiej imprezce? 
- Na tej szafowej. 
- Poszedłeś tam? - rzuciła oskarżycielsko. Poczuła się zdradzona. Przecież ustalili, że nie 
ma sensu iść na tak ża- 
 
 

background image

łosną domówkę. Ale może nic się nie stało. Nie było jej tam, więc nie mogło się 
wydarzyć nic, co miałoby związek z nią. Ajeśli nie miało z nią związku, to nie mogło być 
nawet ciekawe. Zepchnęła z parapetu stertę ciuchów i usiadła. Przymierzanie potrafi 
porządnie zmęczyć. 
- Tak, byłem tam... No i... - Tri przygryzł wargę. -Całowałem się z kimś. Dlatego tu 
przyszedłem. Chciałem ci o tym powiedzieć. Całowałem się z inną dziewczyną i chyba 
powinniśmy zerwać. 
Co??? Tri się z kimś całował? Nie z Ashley? Nie ze swoją słynną - dzięki telewizji - na 
cały świat dziewczyną? On? Ten, który nigdy nie zrobił tego z nią? I na dodatek chciał 
zerwać? Na trzy dni przed imprezą z okazji ogłoszenia wyników głosowania pierwszej 
rundy „Królowej nastolatek"? 
Nie dowierzała własnym uszom. To o wiele poważniejsza katastrofa niż zatonięcie 
Titanica, na pokładzie którego zginął Leonardo DiCaprio. Swoją drogą szkoda, takie cia-
cho zamarzło na śmierć! 
- Bardzo mi przykro - ciągnął chłopak. - Ale nie byłoby uczciwie chodzić z tobą, skoro 
podoba mi się ktoś inny. 
Podoba mu się jakaś inna? Coo??? 
Z każdym jego słowem, sprawa przybierała gorszy obrót. W pierwszej chwili Ashley 
pomyślała, że przelizał się 

background image

z jakąś przypadkową laską i ma wyrzuty sumienia. Teraz wychodziło na to, że zrobił to 
celowo... dlatego, że TAMTA mu się podobała. 
- Co to za jedna? - zapytała ostro i roztrąciła kopniakiem najbliższy stos ubrań. - Nie 
wierzę, że spróbowała odbić mi chłopaka! 
- To nie tak - Tri zerwał się na równe nogi i podszedł do niej - zatrzymując się tuż poza 
zasięgiem jej nóg, co oczywiście zauważyła. - Ona nawet nie chciała ze mną grać, ale 
powiedziałem jej, że nie mamy wyjścia! Miałem jej telefon i przypomniałem jej, jakie są 
zasady. To ja ją nakłoniłem do tego pocałunku, rozumiesz? Dlatego, że chciałem... 
Dlatego, że ją... lubię. Zawsze ją lubiłem. 
Ashley miała wrażenie, że zaraz eksploduje. 
- Zawsze ją lubiłeś? - powtórzyła. Poczuła w sercu zimne ukłucie. Spełniał się jej 
najgorszy koszmar. Zrozumiała, jeszcze zanim chłopak potwierdził. 
- To A. A. - powiedział. - Tylko nie bądź na nią zła, dobrze? Jak już mówiłem, to 
wszystko wydarzyło się przeze mnie. Ona nigdy o mnie w ten sposób nie myślała i nadal 
nie myśli. Nie ma pojęcia, że tu dziś przyszedłem i że z tobą zrywam. 
-Więc dlaczego to robisz? - spytała Ashley dziecinnym głosikiem, łzy spłynęły jej po 
policzkach. A. A. podobała się Tri. Wolał ją od niej. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? 
 
 
 
 

background image

- Czy ty mnie kiedykolwiek lubiłeś? - jęknęła. - Choć troszeczkę? Przecież świetnie się 
razem bawiliśmy, prawda? 
- Lubiłem cię - chłopak zalał się rumieńcem. - Na początku. Ale teraz myślę, że po prostu 
miałem wyrzuty sumienia przez to, że prawie cię zabiłem. To ja przyniosłem ci to 
ciastko. I wyglądałaś tak delikatnie i bezradnie, że... Sam nie wiem. Nasze chodzenie 
było pomyłką. Byłem zły na A. A. za to, że pomyślała, iż to inny koleś używał nicka 
laxjock. Chciałem, żeby była zazdrosna. Ale nie chciałem też... Nie chciałem cię 
skrzywdzić. 
Ashley pociągnęła nosem, rozpaczliwie starając się ponownie wyglądać na delikatną i 
bezradną. Uniosła ku niemu spojrzenie wielkich oczu w nadziei, że jeszcze zmieni jego 
decyzję. 
- Ale to nie było nam pisane - dodał z naciskiem Tri. - Nie mogę z tobą chodzić, skoro 
podoba mi się inna. To nie byłoby w porządku. Nie chcę kłamać. 
- To przecież tylko takie malutkie kłamstewko - mruknęła Ashley, lecz chłopiec pokręcił 
głową. 
-Jeśli chcę mieć jakieś szanse u A. A., muszę od ciebie odejść. Wiedząc, że jestem 
chłopakiem jej najlepszej przyjaciółki, nawet na mnie nie spojrzy. Dobrze o tym wiesz. 
Ashley przetarła wilgotne oczy grzbietem dłoni. Potrzebowała jakiegoś planu. I to 
szybko. W przeciwnym wypadku, cały tydzień skończy się kosmiczną katastrofą. 

background image

- Więc ona nie wie, że ze mną zrywasz - odezwała się żałośnie. 
- Nie, już ci to mówiłem. 
-1 nikomu w ogóle nie powiedziałeś? 
- Nikomu. Szczerze. 
- Cóż - westchnęła i wypuściła puchatą poduszkę, którą dławiła w uścisku przez ostatnie 
pięć minut. - Może mógłbyś z tym zaczekać jeszcze kilka dni. Zrób to dla mnie. 
Tri spojrzał niepewnie. -Jak to, zaczekać? 
- Chciałabym, żebyś się wstrzymał do środowej imprezy. To byłaby nasza ostatnia 
randka, a potem się rozstaniemy. Żadnych łez, żadnych wyrzutów. Będziesz mógł 
umawiać się z A. A., a ja nawet nie spróbuję cię powstrzymać. 
- No, nie wiem - zawahał się i wcisnął dłonie do kieszeni. - Ale po co miałbym czekać? 
- Dlatego, że to najważniejsza rzecz w moim życiu, okej? 
- Ashley znów się rozpłakała na myśl o upokorzeniu, jakie przeżyje, pojawiając się na 
ogłoszeniu wyników samotnie, bez swojego podobno zakochanego w niej po uszy faceta. 
- I nie chcę, żeby mi zadawali kłopotliwe pytania. Chyba możesz to dla mnie zrobić, 
choćby w zamian za to, co zrobiłeś wczoraj. 
Tri spuścił głowę. Westchnął przeciągle. 
 
 
 
 
 

background image

- No dobrze - zgodził się. - Zabiorę cię na tę imprezę, a potem kończymy ze sobą. 
- I nie powiesz o niczym A. A.? -Nie. 
- I nikomu innemu? -Nie. 
- Obiecujesz? 
- Obiecuję - powiedział z markotną miną chłopak. Ashley była pewna, że dotrzyma 
słowa. 

background image

28 
NIEROZWAŻNA I ROMANTYCZNA KONTRA ASHLEY SPENCER 
Impreza z okazji ogłoszenia wyników głosowania w pierwszej rundzie „Królowej 
nastolatek" została zorganizowana w centrum, w nowym i modnym klubie. A. A. snuła 
się leniwie po sali. Nie podobało się jej, że światła kamer są tak jasne: miała wrażenie, że 
makijaż zaraz spłynie jej z twarzy. Na jednej ze ścian wisiał gigantyczny ekran, a w 
każdym zakątku pomieszczenia i ponad stolikami z poczęstunkiem zamontowano 
telewizory. Na każdym ogromnym ekranie widać było relacje z równoległych imprez w 
innych miastach. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Dzisiejszy odcinek - nadawany z Los Angeles - planowano pokazać na największym 
wyświetlaczu, gospodynią programu miała być Vanessa Minillo. Jasper, angielski pro-
ducent, zawołał A. A. do siebie, gdy tylko weszła do środka i oznajmił jej, że rezultaty 
głosowania z obszaru San Francisco zostaną podane na samym końcu. 
- Niestety mamy drobne problemy techniczne - powiedział, wpatrując się w trzymany w 
ręce smartfon Blackberry. - Ale nie masz się czym przejmować. Kiedy będziemy gotowi, 
Tiffany da ci sygnał. Wtedy powinnaś stanąć na zaznaczonym miejscu na środku sali. 
A. A. skinęła głową, choć słuchała go tylko jednym uchem. Martwiła się w tej chwili 
zbyt wieloma sprawami, by kłopotać się jeszcze jakimś durnym głosowaniem. Im 
szybciej skończy się ten cały program, i im prędzej wróci do normalnego/nienormalnego 
życia, tym szybciej odzyska kontrolę nad własną głową. Teraz wszystko było takie 
zagmatwane. A przez „teraz" A. A. rozumiała OSN - Od Sobotniej Nocy. Dlaczego Tri 
wyciągnął z miski akurat jej komórkę? Dlaczego tak nalegał na pocałunek? I dlaczego 
tak bardzo się jej to spodobało? 
W sali tłoczyły się już liczne uczennice szkoły panny Gamble - przybyły niemal 
wszystkie starsze roczniki, a także garstka młodszych dziewczyn. Każda oczywiście wy-
strojona po zęby. Zauważyła też chłopców z Gregory Hall 

background image

i Saint Aloysius. Pojawił się również fotograf ze szkolnej gazetki, pstrykający zdjęcia do 
rubryki towarzyskiej, słynnej „Siódmej strony". Lauren przyjechała w towarzystwie 
przystojnego chłopaka. A. A. wiedziała to od początku -koleżanka nie kłamała. Teraz 
zastanawiała się tylko, gdzie podział się drugi z jej adoratorów. A Lili wmaszerowała, 
roztaczając wokół siebie superszykowną aurę. Włosy splotła w doskonale ułożony kok, 
założyła uroczą granatową sukienkę. Wyglądało na to, że granat to nowa czerń. 
A. A. odniosła niejasne wrażenie, iż powinna zadać sobie nieco więcej trudu, 
kompletując dzisiejszy strój. Jej matka załatwiła wizytę profesjonalnej makijażystki, 
która pojawiła się w ich apartamencie zaraz po szkole. Potem Jeanine zażądała, by córka 
założyła koronkową, szyfonową sukienkę z Argentyny. A. A. wykonała polecenie szybko 
- i nie przykładając do tego zbytniej uwagi. Co z tego, że zapomniała założyć kolczyki? 
Co z tego, że jej torebka z gadziej skóry niespecjalnie pasowała do srebrnych bucików od 
Jimmy'e-go Choo? Czy to w ogóle ma jakieś znaczenie? 
Liczyło się tylko to, że Tri do niej nie zadzwonił. Po pocałunku w szafie była przekonana, 
iż teraz wszystko się zmieni. Tamtej nocy, gdy musieli wreszcie przerwać pieszczoty, 
gdyż kolejna para niecierpliwie pukała już do drzwi, nie. czuli nawet wstydu. Tri 
wydawał się naprawdę szczęśliwy. Nie przestawał się uśmiechać. Tak samo zresztą jak A. 
A. 
 
 
 

background image

- Zadzwonię - obiecał, na co ona - wciąż bujając w obłokach, po zakazanym pocałunku - 
zareagowała, kiwając energicznie głową. 
Ale nie zadzwonił. Nie odezwał się słowem. Nie przysłał e-maila. Ani SMS-a. 
A. A. wychodziła z siebie, zwłaszcza w poniedziałek w szkole, gdy Ashley wspomniała, 
że Tri zeszłej nocy zachował się wybitnie słodko, pomagając jej dobrać strój na imprezę. 
A. A. nie miała jednak szansy, by zadać jakiekolwiek pytania kontrolne. Ashley 
„przeziębiła się" i we wtorek i środę nie przyszła na zajęcia. A. A. podejrzewała, że był to 
po prostu wybieg, dzięki któremu koleżanka zyskała czas na dziesiątki zabiegów 
kosmetycznych przed ogłoszeniem rezultatów głosowania. 
A może się myliła? A. A. była przekonana, że Tri cieszył się z ich pocałunku tak samo 
jak ona. Wydawało się jej, że podoba się chłopcu co najmniej takjak on jej. 
Tyle że się nie odezwał. Dlaczego? Czy nie powinien przynajmniej rozważyć rozstania z 
Ashley? Tymczasem wizytowanie jej i udzielanie modowych porad nie wydawało się 
zachowaniem człowieka, który chce kogoś rzucić. A. A. przestała rozumieć cokolwiek. 
Tymczasem Hunter zadurzył się w niej po same uszy, zapewne dlatego, że nie miał 
pojęcia, że miziała się z innym kolesiem w cudzej szafie. Znalazł ją jeszcze na im-

background image

prezie, zaraz po swojej partii pokera. Głupek wyjął z miski niewłaściwy telefon - 
wysadzany rubinami. Oba były w dotyku identyczne - tłumaczył i przysięgał, że nie cało-
wał się z Panną Rubinką. Komórka A. A. spoczywała już wtedy bezpiecznie wjej torebce 
i natychmiast powiedziała chłopakowi, że idzie do domu. 
We wtorkowe popołudnie, gdy Tri nadal się nie odzywał, a Hunter wysłał jej setnego 
SMS-a, wreszcie uległa i pozwoliła Hunterowi przyjść na imprezę „Królowej nastolatek". 
Cała historia z Tri coraz bardziej wyglądała na jednopo-całunkową przygodę. 
Dziewczyna czuła się totalnie oszukana. Straciła nadzieję na pomyślny rozwój sytuacji. 
Choć prawdę powiedziawszy, kiedy wchodziła na imprezę, widziała jeszcze jeden 
promyczek tej utraconej nadziei. Ten zgasł jednak zaraz po tym, jak ujrzała Tri i Ashley 
razem, trzymających się za ręce, jakby byli co najmniej Bradem i Angeliną. Nie mogła 
jednak nic zrobić. Nic poza próbowaniem sushi i mrożonej herbaty z granatami, poza 
podziwianiem ustawionego na stole w centrum sali tortu w kształcie tiary, i poza 
oczekiwaniem na Huntera. 
Ashley dopadła ją przy bufecie i skinieniem przywołała do okna. Na wielkim ekranie 
wyświetlano właśnie wyniki głosowania z Miami. Panujący na tamtejszym przyjęciu 
wrzask zagłuszał niemal wszystko. 
 
 
 
 

background image

- Co myślisz o mojej sukience? - mruknęła, obracając się z wolna, by pokazać A. A. tył. - 
To Zac Posen. 
- Fantastyczna - rzuciła A. A. beznamiętnie, czując, że lepiej by było, gdyby ta impreza 
dobiegła już końca. Ashley chwyciła ją za ramię i przyciągnęła do siebie. 
- Nie mów nikomu - zaczęła - nawet Lili i Lauren, ale... 
- Ale co? 
- Postanowiłam zerwać z Tri. 
- Serio? - A. A. była zupełnie zaskoczona i - musiała to przyznać - nie poczuła smutku. 
Od pocałunku targał nią prawdziwy huragan uczuć. Nie była w stanie przestać o nim 
myśleć. W jednej chwili ogarniała ją ekstaza, lecz zaraz w następnej popadała w depresję, 
ponieważ Tri nadal nie dzwonił. 
Kolejnym elementem układanki był fakt, iż czuła wyrzuty sumienia z powodu całowania 
cudzego chłopaka, ale prawie zupełnie nie przeszkadzało jej, że całowała się z kimś, kto 
nie ma na imię Hunter. Rozpaczliwie pragnęła, by Tri się do niej odezwał, lecz równie 
mocno nie chciała go nagabywać. A teraz Ashley ogłosiła, że właśnie z nim kończy. 
- Od dawna chciałam to zrobić - ciągnęła Ashley. - Dlatego nie było mnie na tej imprezce 
w sobotę. Powiedziałam mu, że chyba powinniśmy zrobić sobie przerwę i zacząć 

background image

spotykać się z innymi. W sumie nie na poważnie. Ale potem, wpadł do mnie w niedzielę 
i prawie płakał. Taka kicha. .. 
-Jak to? Naprawdę płakał? - fuknęła A. A. Nie była w stanie wyobrazić sobie, by Tri 
mógł zrobić coś tak głupiego. 
- No prawie - Ashley sięgnęła po napój A. A. i pociągnęła długi łyk. - Powiedział, że nie 
jest w stanie tego znieść. Dodał, że zrozumiał w sobotę, iż żadna panna mi nie dorówna i 
tak dalej, i dalej. Bez przerwy gadał o tym, jaka jestem piękna. Nawet nie wiesz, jak było 
mi go żal. Podejrzewam, że mógł się zabujać. Czujesz? 
A. A. wzruszyła ramionami. 
- Chciał się też całować, więc się zgodziłam - podjęła Ashley. - Wiem, wiem. Powinnam 
była odmówić. Ale on tak świetnie całuje i nie potrafiłam się powstrzymać. Oj, 
przepraszam, może mówię za wiele? 
-E tam - A. A. zrobiło się niedobrze. Gdy Ashley zwróciła jej herbatę, odstawiła kubek 
na parapet. 
- Po wszystkim wyznał, że to był najlepszy pocałunek w jego życiu - wyszeptała 
teatralnie Ashley. - No i co miałam począć? Nie mogłam przecież z nim zerwać. Uzna-
łam, że poczekam do tej imprezy. 
- I słusznie - powiedziała A. A., kiedy uświadomiła sobie, że koleżanka czeka na reakcję. 
Nagle poczuła, że jej 
 
 

background image

ubranie staje się ciężkie, zupełnie jakby miała na sobie nie szyfonową sukienkę, a 
średniowieczną zbroję. 
- Normalnie wariował na myśl o tym, że mogę się tu bez niego pokazać - dodała Ashley. 
- Nie chciałam być aż tak okrutna. Poza tym, bardzo go lubię. Naprawdę. Tyle że nie w 
ten sposób. To taki przytulny misio. Rozumiesz mnie, nie? 
- Totalnie. 
- Nie chcę łamać mu serca. W końcu powiedział przecież, że jestem najpiękniejszą i 
najbardziej interesującą panną, jaką spotkał w życiu. W sumie trochę to straszne. Dziś po 
imprezie zakończę tę historię raz na zawsze. Nie chcę, żeby jego obsesja rozwinęła się w 
coś poważniejszego. 
A. A. nie była w stanie wydobyć z siebie ani słowa. Co za bydlę z tego Tri! Najpierw 
całował ją, udając zaangażowanie, a potem popędził do Ashley i opowiadał o wiecznej 
miłości. Ashley na pewno nie kłamała. To wszystko dobrze pasowało do jego zachowania 
po sobotniej nocy. Nawet nie próbował zerwać ze swoją dziewczyną. A teraz przyszedł 
na imprezę, trzymał ją za rękę i wyglądał, jak gdyby nigdy nic. Miała ochotę zdzielić go 
w twarz. A Tri nawet nie patrzył w jej stronę. 
-Jakiś koleś na ciebie macha - zauważyła Ashley, wskazując kogoś ponad ramieniem A. 
A. - To Hunter? Niezły. 
A. A. odwróciła się na pięcie i zobaczyła podchodzącego Huntera. W swojej koszulce 
polo od Lacoste i wypraso- 

background image

wanych bojówkach prezentował się świetnie. Rude włosy zaczesał do tyłu. Z jego oczu 
sypały się iskry. Prosto na nią. Oto chłopak, któremu naprawdę się podoba. Chłopak, 
który dawał z siebie wszystko, byle tylko zwrócić na siebie jej uwagę. Wysyłał SMS-y i 
chciał umawiać się na randki. W programie trwała właśnie przerwa na reklamy, więc z 
głośników leciała głośna muzyka. DJ zapraszał gości do tańca. 
- Zatańczymy? Moja królowo nastolatek? - przekrzyczał piosenkę Hunter i A. A. 
uśmiechnęła się. Ujęła jego wyciągniętą dłoń. Zapomnieć o Tri i tym głupim pocałunku. 
Może nawet, na zakończenie wieczoru, pocałuje się z Hunterem - i to nie w żadnej szafie. 
W końcu nie tylko Ashley może mieć faceta. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

29 
KONIEC EPOKI? CZY TYLKO KONIEC KLIKI? 
Od potańcówki w męskim towarzystwie, gdy Lauren była jeszcze tylko towarzyskim 
outsiderem i kiedy wybroniła się jedynie dzięki - dosłownie! - ocaleniu życia Ashley, 
minęło już bardzo dużo czasu. Teraz, przypominając sobie własne przerażenie i zabiegi, 
dzięki którym zaciągnęła tam Billy'ego Reddy'ego, co miało choć trochę podbić jej 
notowania, Lauren nie była pewna - śmiać się czy płakać. Tak wiele się zmieniło! 
Teraz, na imprezie z okazji ogłoszenia wyników głosowania na Królową nastolatek, była 
jedną z głównych 

background image

atrakcji wieczoru. Fotograf z „Hazardzisty", szkolnej gazetki, namówił ją na wspólne 
zdjęcie z Kliką. Przybrały pozy jak z plakatu „StripHall Queens" - ulubionego zespołu 
wszystkich koleżanek. Ashley wmontowała się w środek kadru, oczywiście prawie 
wyrzucając poza niego Lili. 
Guinevere Parker, której udało się zostać reporterką kolumny towarzyskiej, nagabnęła 
Lauren i zasypała pytaniami o to, kto projektował ciuchy, które ma na sobie. W artykule 
nie mogło zabraknąć ani jednego modowego detalu. 
- Czy to prawda, że to tobą na samym początku zainteresowali się producenci? - spytała 
Guinevere, stukając pospiesznie w klawiaturę netbooka. Dziewczyny z Kliki miały rację: 
jej głowa naprawdę była wielka. - Czy bez ciebie do niczego by nie doszło? 
- Cóż, tego nie mogę powiedzieć - Lauren wzruszyła ramionami. Poczuła ochotę, by 
powiedzieć Guinevere, że rację miał jej przyjaciel, Dex. Nie należy przejmować się tym, 
co myślą inni, choć o wiele łatwiej jest się tym nie przejmować, kiedy wszyscy cię lubią. 
Albo się ciebie boją. Albo chcą być tobą. Dlatego właśnie Ashley uchodziły na sucho 
wszelkie okrucieństwa. Nikt nie ważył się jej odtrącić. 
- To prawda, że telewizja odezwała się najpierw właśnie do mnie, ale w programie 
wszystkie miałyśmy te same prawa. I to naprawdę nic takiego. Serio. 
 
 
 
 

background image

Oczywiście dla Ashley udział w reality show był „czymś takim". Lauren zauważyła to 
już jakiś czas temu. Ashley co chwila rzucała okiem na wielki ekran, uważnie obser-
wowała odczytującą wyniki z innych miast Vanessę, podczas gdy inni zajmowali się 
głównie jedzeniem, tańcem i dobrą zabawą. 
Nieco wcześniej Lauren postanowiła, że o wiele lepiej zniesie ten wieczór, jeśli w klubie 
pojawi się tylko jeden z jej adoratorów. Po starannym rozważeniu sprawy - czyli po 
godzinnej konferencji telefonicznej z Lili - zdecydowała się zaprosić Christiana. 
Alex tymczasem miał do niej wpaść później, na kolację i oglądanie nagrania programu. 
Jej mama była bardzo podekscytowana perspektywą podjęcia w domu Prawdziwego 
Chłopaka. Chciała wszystko zorganizować jak najlepiej. Zamówiła ludzi z „In-N-Out 
Burger", którzy rozstawili grilla w ogrodzie, kupiła nową maszynę do prażenia popcornu 
i zainstalowała nowy telewizor w ich i tak już wypasionym pokoju telewizyjnym. Przez 
cały tydzień nie dawała spokojnie spać dekoratorom i innym fachowcom. Co chwila 
wpadała na jakiś nowy pomysł. 
Całe szczęście, że Lauren udało się wybić jej z głowy remont mieszkania. W końcu mieli 
tylko obejrzeć DVD z nagranym programem, a nie nową edycję specjalną „Gwiezdnych 
wojen". Trudy, oczywiście, chciała jak najlepiej i Lauren 

background image

to rozumiała. Mniej więcej. Tak długo nie mieli nic. Teraz mieli wszystko i mama chciała 
po prostu nadrobić stracony czas. Chciała zapewnić córce idealne życie. 
- Lauren! - podszedł do niej Christian. Jego koszula jak zwykle kusząco falowała nad 
spodniami. Zauważyła, że chłopiec ściska coś w dłoni. Pudełeczko od Tiffany'ego! - 
Planowałem dać ci bukiecik do sukienki, ale mama uparła się, że bardziej spodoba ci się 
coś w tym stylu. 
Wręczył jej prezent. Lauren uśmiechnęła się, ostrożnie odwiązując białą wstążeczkę. 
Guinevere wyjrzała ponad ramieniem chłopaka, uważnie wszystko obserwując. Lauren 
otworzyła prezent i wyjęła z opakowania platynowy wisiorek w kształcie korony. 
Błyskotka była piękna i elegancka. Jej pierwszy w życiu prezent od chłopaka! 
- To się przyczepia do komórki - wyjaśnił, przestępując niepewnie z nogi na nogę. Był 
taki słodki i wystraszony. Lauren zaczęła nagle żałować, że to nie z nim umówiła się na 
wizytę w domu. Zycie w zawieszeniu pomiędzy dwoma mężczyznami wcale nie było 
takie fantastyczne, jak to sobie wyobrażała. Raczej szalenie skomplikowane i wywo-
łujące nieustanne wyrzuty sumienia. 
- Śliczny jest - powiedziała. - Strasznie mi się podoba. Ale wiesz chyba, że ja dziś nie 
wygram? 
- To nie ma znaczenia - odparł, wyraźnie ucieszony, że podarek się spodobał. - I tak 
jesteś... no wiesz. 
 
 

background image

Oboje się zarumienili. Guinevere pochyliła się jeszcze bliżej. Pospiesznie szkicowała 
wisiorek w swoim notesie. 
- Powiesz, proszę, jaką to ma średnicę? - spytała speszonego Christiana, lecz zanim 
zdążył odpowiedzieć, przecisnęła się do nich Ashley. 
- Co to? Och, wisiorek! Fajny! - wpatrzona w prezent Lauren zatrzepotała rzęsami, jakby 
oglądała małego pieska. - Lauren, muszę z tobą porozmawiać. Ktoś mi właśnie 
powiedział, że w rankingu „Okiem Kliki" zaszły poważne zmiany. 
- Nie wchodziłam tam dzisiaj - mruknęła Lauren, której nie podobało się, że koleżanka 
chce o tym rozmawiać akurat w tej chwili. Czy nie widziała, że właśnie rozmawia z 
chłopakiem? Jakie ten głupi blog ma teraz znaczenie? 
- Tak, ja też słyszałam o wstrząsających przetasowaniach - wtrąciła się Guinevere, 
odsuwając łokciem Christiana, by stanąć bliżej Ashley. Biedny chłopak! Lauren rzuciła 
mu spojrzenie mówiące „przepraszam, pogadamy później" i zwróciła się ku Ashley 
miotającej z oczu pioruny na Guinevere. Lauren nie widziała jej w takich nerwach od 
dnia, kiedy ktoś w sali jadalnej wypluł przypadkiem kęs chleba na jej but od Louboutina. 
- Mów dokładnie, wszystko co wiesz! - zażądała Ashley. 
- Cóż - zaczęła Guinevere drżącym głosem. Nie była przyzwyczajona do bezpośrednich 
rozmów z Ashley Spen-

background image

cer. Tego rodzaju zaszczyt wyraźnie jej ciążył. - Lauren wskoczyła z miejsca dziesiątego 
na trzecie. To jej najwyższa lokata w historii. 
- Serio? - Lauren nie wierzyła własnym uszom. To musiała być sprawka Christiana i 
Aleksa - obaj na sobotniej imprezie przyznali, że zaglądają czasem na „Okiem Kliki". 
Jeśli ocenili ją na dziewięć czy dziesięć punktów w każdej z kategorii, coś podobnego 
rzeczywiście mogło się wydarzyć. 
- Co?! - wrzasnęła Ashley. 
Lauren zrozumiała, dlaczego koleżanka szaleje. Skoro ona wskoczyła na trzecie miejsce, 
to jedna z dziewczyn z Kliki musiała spaść z podium. Szkoła nie należała już do nich! 
Lauren przeniknęła do zamkniętego kręgu i strąciła kogoś z piedestału. Mogła teraz 
zapomnieć o „Królowej nastolatek" - prawdziwą miarą popularności był „Okiem Kliki". 
A najważniejszy wniosek płynął z tego taki, że plan Lauren zadziałał! Została jedną z 
nich. Tylko, czy wciąż chciała je niszczyć? Tego nie była już taka pewna. 
- Chcesz mi powiedzieć, że Lili jest czwarta? - syknęła Ashley. 
- Och, nie - Guinevere pokręciła głową. - Skok Lauren to nie jedyna zmiana. Lili też 
umocniła swoją pozycję. Teraz jest pierwsza. 
Cera Ashley zazwyczaj była blada jak kość słoniowa, teraz jednak zrobiła się biała jak 
śnieg. Zachwiała się lekko, 
 
 

background image

jakby ugięły się pod nią nogi. Wydawało się, że lada chwila zemdleje i to nie z winy 
orzechów. Lauren przytrzymała koleżankę za ramię. Za moment zostaną podane wyniki 
głosowania na Królową nastolatek - Ashley nie mogła stracić przytomności! 
- Więc co tak naprawdę chcesz mi powiedzieć? - Ashley wbiła mordercze spojrzenie w 
Guinevere. - Ze jestem druga w rankingu? 
- Hmm... nie do końca - dziewczyna cofnęła się o krok i rzuciła okiem na wyjście, jakby 
planowała spieszną ucieczkę. - Druga jest A. A. Ty spadłaś na miejsce czwarte. 
I po raz pierwszy w dziejach ludzkości - a przynajmniej w historii życia Lauren - Ashley 
Spencer nie wiedziała, co powiedzieć. 

background image

30 
WIDOK ZE SZCZYTU 
Lili była w ekstazie! Wszyscy na imprezie rozmawiali tylko o tym, że wybiła się na 
prowadzenie w blogowym rankingu. Biedna Lauren starała się przekonać Ashley, że nie 
ma z tym nic wspólnego, a przynajmniej, że to nie ona jest autorką „Okiem Kliki" i że 
jest równie jak wszyscy zaskoczona dzisiejszym przetasowaniem. 
- Dasz wiarę? - A. A. spytała Lili, gdy podchodziły do wyznaczonych miejsc na środku 
sali. Za moment spodziewano się ogłoszenia wyników z San Francisco i załatany asystent 
produkcji w słuchawkach i ze stertą kartek w dłoni 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

starał się zebrać Klikę. Ashley ukryła się w łazience, gdzie wachlowała się kartkami z 
notatnika Guinevere i wydzierała się na Lauren. 
- Nie wiem - odparła Lili, wskakując na wyznaczoną pozycję. Chciała przez to 
powiedzieć, że nie jest to dla niej takie ważne. A jednak! Wreszcie objęła prowadzenie! 
Okoliczności, w jakich do tego doszło, były dość niejasne. W końcu od dnia emisji ich 
odcinka „Królowej nastolatek" miała wrażenie, że dokoła niej wszystko się sypie. 
Max ją najpierw odtrącił, a potem, na francuskim, nie zwracał na nią najmniejszej uwagi. 
W tym tygodniu nawet się tam nie pokazał, zapewne dlatego, iż jego nowa dziewczyna 
wymagała wiele czasu. W szkole wszyscy wciąż podśmiewali się z jej zdjęć z ukrytej 
kamery. A na sobotniej imprezie czuła się jak dziecko, któremu kazano siedzieć za karę 
w kącie. Co prawda była bardzo zadowolona ze swojej pożyczonej od A. A. sukienki, 
lecz gdy tylko pojawił się Max, całe jej pozytywne nastawienie rozpłynęło się w smutku i 
wstydzie. Wcześnie wróciła do domu, niemal pogodzona z życiem niepopularnej, 
wzgardzonej przez towarzystwo singielki. 
Teraz wreszcie coś zmieniło się na lepsze! 
- Potrzebujemy pozostałej dwójki! - Matt syknął na asystenta. - Dość mam już na dziś 
kłopotów. 
- Chyba nie jest w najlepszym humorze - A. A. rzuciła asystentowi, który tylko wzruszył 
ramionami. 

background image

-Ja i tak wcale nie wiem, czy cokolwiek z tego wyjdzie - mruknął chłopak i odszedł w 
poszukiwaniu Lauren i Ashley. 
- Słyszałaś? - A. A. spojrzała na Lili. - Co on mógł mieć na myśli? 
- Nie mam pojęcia - odparła Lili. Wciąż czuła zawroty głowy. Znalazła się na pierwszym 
miejscu! Czy to na pewno prawda? Jak to w ogóle możliwe? Odkąd usłyszała o „Okiem 
Kliki", nie marzyła o niczym innym. 
- Okej, i nie ruszajcie się stąd! - inna dziewczyna z telewizji przyciągnęła ku nim Ashley 
i Lauren. 
Ashley, mrugając usilnie napuchniętymi powiekami, wciąż napastowała Lauren. 
-Wiedziałam, że to ty! Przyznaj się, to ty piszesz „Okiem Kliki". W końcu postawiłaś na 
swoim! 
- Musisz mi uwierzyć. Nie miałam z tym absolutnie nic wspólnego - protestowała 
dziewczyna. 
- Twój ojciec pracuje w firmie internetowej! 
- Ale to jest serwis z plikami wideo. Gdzie tu związek? W San Francisco takich firm jest 
cała masa. Nie mamy żadnych powiązań z jakimiś tam blogami. 
Ashley na moment zatkało. 
- Ten twój kierowca, Dex, to przecież jakiś geniusz informatyczny. .. 
Lauren uniosła oczy do nieba. 
 
 

background image

- Zapewniam cię, że Dex ma lepsze zajęcia niż włóczenie się za nami po całym mieście. 
Spoważniej, Ashley. 
- Ash, weź się w garść - zachęciła koleżankę Lili, uśmiechając się najmilej, jak potrafiła. 
To nie była dobra pora na świętowanie swego triumfu. Wiedziała, że powinna zaczekać 
jeszcze. .. hmm... jakieś pięć minut? 
Lauren przeczesała włosy, wciąż wyglądała na oszołomioną gwałtownym atakiem 
Ashley. Jeśli to naprawdę ona stała za blogiem, to wykazała się sporą odwagą - i/lub głu-
potą - wykopując Ashley poza pierwszą trójkę. Ale jeśli to nie ona, to wybuch Ashley był 
bardzo niesprawiedliwy. Na kimś jednak wściekłość Ashley musiała się przecież skupić i 
Lili była bardzo zadowolona, że nie padło na nią. 
Kamera skierowała swoje oko prosto na nie, zapaliło się na niej czerwone światełko. Lili 
nie odrywała spojrzenia od obiektywu. Ashley, która wreszcie zdecydowała się porzucić 
temat błoga, wcisnęła się jak zwykle w sam środek z najbardziej fałszywym uśmiechem 
w dziejach. Lili nie mogła jej w tej chwili nie podziwiać. Nawet w tak tragicznej chwili 
Ashley potrafiła zignorować stres i wyglądać równie doskonale, co zwykle. 
- Proszę wszystkich o ciszę! - zawołał ktoś - chyba Matt - i w klubie zrobiło się cicho. - 
Wchodzimy za dziesięć sekund. 

background image

Lili pozwoliła sobie na kilka sekund spojrzeń na wielki ekran, by zorientować się w 
sytuacji. Vanessa dostała do ręki kartkę i wpatrywała się w nią, nie odzywając słowem. 
A. A. ujęła dłoń Lili i uścisnęła ją. - Czuję się jak kretynka - szepnęła. 
- Zamknij się i uśmiechaj - szepnęła Lili. 
- Może ty się wreszcie uciszysz? - syknęła Ashley, która zapewne pomyślała, że Lili 
odezwała się do niej. 
- Nie zapominajcie, że jesteśmy na wizji - wycedziła kącikiem ust Lauren. 
- Przykro mi - odezwała się Vanessa Minillo. Jej głos poniósł się po całej sali. - Właśnie 
mnie poinformowano, że nie będziemy dziś mogli ogłosić wyników głosowania z San 
Francisco. Serwery wciąż nie działają. Bardzo was wszystkich przepraszam! Wracamy 
do imprezy z Dallas, gdzie podobno między uczestniczkami wybuchła prawdziwa bitwa 
na torty. Oddaję głos do Dallas! 
Hałas w klubie wzbił się na jeszcze wyższy poziom niż dotąd. Klika wymieniła się 
otumanionymi spojrzeniami. Lili nie była w stanie w to uwierzyć. Podobnie zresztą jak 
pozostałe dziewczyny. 
- Czyli to koniec? - spytała A. A. - Możemy iść do domu? 
- Chyba tak - Lauren niepewnie kiwnęła głową. - Też nie wiem, czy musimy tu jeszcze 
sterczeć? 
 
 
 

background image

- To jakaś totalna kicha - wściekła się Ashley i wzięła ręce pod boki. Z jej oczu buchnął 
żywy ogień. - Jeszcze popamiętają! Będą mieli do czynienia z prawnikiem mojego ojca! 
- Może podpowiedz mu, żeby za jednym zamachem pozwał „Okiem Kliki" - Lili nie 
potrafiła powstrzymać się od złośliwego komentarza. 
- A to co miało znaczyć? - syknęła Ashley. 
- No wiesz, za zbrodnie przeciwko Ashley? 
- O Jezu - jęknęła A. A. - Idę coś zjeść. Hunter czeka na mnie z talerzem krewetek w 
tempurze, które zresztą pewnie już wystygły. 
- A ja poszukam Christiana - podjęła pospiesznie Lauren, rozglądając się dokoła. - I 
Guinevere wciąż nie zwróciła mi wisiorka. 
- Drogie panie, nie martwcie się - przecisnęła się do nich Tiffany, trzecia producentka. - 
To jakaś katastrofa. W naszej stacji wysiadło zasilanie, a zapasowy generator nie chciał 
ruszyć. 
-Wszystko mi jedno! - rzuciła Ashley i machnęła ręką. Głośno pociągnęła nosem. - 
Muszę znaleźć swojego chłopaka. Gdzie on się podziewa? 
Boże, Ashley jest taka zazdrosna - pomyślała Lili. Nie była w stanie znieść tego, że inne 
dziewczyny prowadzają się ze swoimi chłopcami, ani tego, że Lili wtargnęła na pierw-

background image

sze miejsce rankingu. Na oczach Lili Ashley udając zapłakaną, podeszła do Tri, ale on 
odepchnął ją z rozgniewaną miną. Wpatrywał się tępo w Huntera i A. A., którzy właśnie 
tańczyli do jakiejś wolnej piosenki. 
I wtedy Lili zauważyła coś jeszcze. 
Ktoś patrzył prosto na nią. Ktoś o jasnych włosach i ciemnych oczach. Ktoś niemożliwie 
przystojny. 
Max. 
Wszystkie jej postanowienia, by nigdy już na niego nie patrzeć, by nigdy się do niego 
nawet nie odezwać, uleciały w jednej chwili. Gdy pochwycił jej wzrok, nie odwrócił się. 
Rozpromienił się, a ona odpowiedziała mu tym samym i z wolna ruszyła wjego stronę. 
Co on tu robi? Czego chce? 
- Lili - przywitał się podbiegając do niej w połowie drogi. - Przepraszam, że nachodzę cię 
w takiej chwili, ale muszę z tobą porozmawiać. 
Lili nie ufała własnemu głosowi i nie odpowiedziała. Spojrzała wjego ładną twarz, na 
jego zmarszczone niepokojem czoło i poczuła, że jej serce wykonuje właśnie potrójne 
salto. 
- Chcę cię przeprosić - podjął. - Wiesz za co. Za to, że uciekłem z tamtej imprezy. Za to, 
że nie dzwoniłem. Ze ignorowałem cię na francuskim. Zachowywałem się jak skończony 
idiota. A potem zobaczyłem cię w zeszły weekend na imprezie, ale zniknęłaś, zanim 
miałem szansę zagadać. 
 
 

background image

-Wiesz, byłeś z inną - przypomniała mu Lili. 
- To tylko przyjaciółka. 
- Czyżby? 
- Serio - zapewnił Max. - Tak czy inaczej... przepraszam cię. Myślałem... Nie wiem... Że 
to się rozwija zbyt szybko, to znaczy... lubię cię i... Chcę chyba powiedzieć... Ja jeszcze 
nie miałem prawdziwej dziewczyny i... 
Lili żałowała, że tej sceny nie filmują kamery i że nie będzie mogła jej przeżywać raz po 
raz aż do końca świata. Max powiedział, że ją lubi! I użył najsłodszego słowa, jakie 
każda laska może usłyszeć. „Dziewczyna". Czy to znaczyło, że... 
- Hmm, może chcesz coś zjeść? Albo wyjść stąd? Te rozwrzeszczane panienki strasznie 
mnie drażnią - powiedział, spoglądając nad jej ramieniem na grupę chichoczących 
szóstoklasistek podsłuchujących ich rozmowę. 
Wyglądał na tak zawstydzonego, zdenerwowanego i tak ładnie, że Lili nie miała 
wątpliwości, że ma w swych rękach jego los. Mogła wybierać - być z Maksem lub nie. 
Decyzja należała wyłącznie do niej. 
- Pewnie - zgodziła się i wzięła go za rękę. Pomieszczenie było klimatyzowane i miał 
zimne dłonie. Lili poczuła, jak bardzo jest w tej chwili bezbronny. Nie był jakimś nie-
czułym kretynem. Był po prostu... człowiekiem. Chciał ją zabrać na kolację, a potem... 
może się jeszcze raz pocałują. 

background image

Lili miała nadzieję, że w przyszłości czeka ją wiele pocałunków. 
Max uśmiechnął się nieśmiało i w tej chwili Lili przestała czuć zazdrość wobec 
kogokolwiek. Cieszyła się po prostu, będąc sobą. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

EPILOG 
 
Drogi dzienniczku, 
Przepraszam, ze ostatnio nie pisalam zbyt czest. Moje zycie zwariowalow chwili, gdy 
poznalam nawet nie jednego, ale dwoch chlopcow. Jak do tego doszlo? 
 
Wciaz nie potrafie sie zdecydowac, ktory z nich podoba mi sie bardziej. Postanowilam 
wiec, ze poki co, bede unikac jakichkolwiek sytuacji, w ktorych mogliby na siebie wpasc. 
Za bardzo cenie sobie chwile sam na sam. Przynajmniej na razie. Jesli tylko moja mama 
przestanie wreszcie mylic ich imiona, wszystko powinno byc w porzadku. 
 
Co do wynikow glosowania, tydzien po nieudanej imprezie zadzwonili do nas producenci 
Krolowej nastolatek. Udalo sie wreszcie uruchomic serwe i maszyna wskazala 
zwyciezczynie. 
 
Oczywiscie okazala sie nia Ashley Spencer. 
 
Tylko, ze jej triumf trwal bardzo krotko, co odnotowuje z zadowoleniem. Telewizja 
uznala, ze nie bedzie kontynuowac programu i druga runda w Nowym Jorku po prostu sie 
nie odbedzie. Nie bedzie penthouse’u ani

background image

niczego. Krolowa nastolatek umarla smiercia naturalna. Niech zyje nowa wladczyni, ktora wskaze 
Klika. 
Ashley udaje, ze nic a nic jej to nie obeszlo. Widze jednak, ze jest wsciekla jak osa. Coz, przynajmniej 
ma inny niz Okiem Kliki powod do zlosci. Musze tez wyznac, ze nie mam nic wspolnego z tym blogiem. 
Do jego autorstwa przyznala sie w koncu grupka szostoklasistek, obsesyjnie zakochanych w 
dziewczetach z Kliki juz od czasow przedszkola. Tak, czy inaczej, znudzily sie pisaniem o nas i zalozyly 
nowa stronke: Klika Madisonek. Widac, ze na swiecie nic sie nigdy nie zmienia. I fajnie! 
Do nastepnego razu 
 
Lauren Page. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

NOTATKA: DZIENNIK: ALIOTO ASHLEY 
TO JUŻ OFICJALNA WIADOMOŚĆ.   
MAM CHŁOPAKA. HUNTER JEST FAJNY I MOGĘ MU ZAUFAĆ, 
  CZEGO NIE MOGŁAM POWIEDZIEĆ O TRI, 
  SWOIM BYŁYM ADORATORZE.   
CO PRAWDA ASHLEY GO RZUCIŁA,   
ALE MOJE ŻYCIE POTOCZYŁO SIĘ DALEJ. 
TYLKO DLACZEGO NADAL NIE JESTEM 
SZCZĘŚLIWA? 
A. A.:( 

background image

Halo? Gotowi? Ostatnim razem, kiedy nagrywałam, pojawiły się jakieś zakłócenia. Mój 
głos brzmiał, jakbym miała paskudną chrypę. Głupi mikrofon. Maria? Mam nadzieję, że 
teraz słyszysz mnie wyraźnie? Będę mówiła naprawdę p-o-w-o-l-i. 
Tak czy inaczej, to ja wygrałam „Królową nastolatek". No bo heloł? Kto miał wygrać? Ta 
frajerka Lauren? A może Liii, którą koleś rzucił na oczach całego świata? No proszę was. 
Spodziewałam się zwycięstwa w cuglach, a zamiast tego, wygrałam tylko... och, kogo to 
obchodzi. I tak przestałam zwracać na to uwagę, gdy usłyszałam swoje nazwisko. Nie 
pamiętam nawet, która z lasek dochrapała się drugiego miejsca. 
Program co prawda zdjęto z anteny, ale co tam! I tak jadę do Nowego Jorku i tym się 
teraz zajmuję. Od chwili, w której dowiedziałam się, że „Okiem Kliki" pisała 
hordajakichś szósto-klasistek, które miały fioła na naszym punkcie, nękałam prawnika 
mojego ojca, by nakazał zamknięcie błoga. Mają szczęście, że nie zdecydowałam się 
oskarżyć ich o zniesławienie. No bo sami pomyślcie - dwa punkty za taki uśmiech jak 
mój? Heloł? 
Rozstaliśmy się z Tri. I fajnie, tak myślę. I tak był zbyt niski i niedojrzały. Od tej pory 
będę się interesować jedynie wysokimi chłopakami. Teraz każda ma faceta, więc 
znalezienie świeżego mięska nie powinno być trudne. 
Może nawet odbiję kogoś koleżankom... 
Następny odcinek już niedługo! 
 
 
 

background image

W tygodniu niespecjalnie przejmowałam się tym pamiętnikiem. 
Życie z chłopakiem potrafi być takie zajmujące! 
Na spotkania z Maksem nie mam prawie czasu i mogę mieć 
tylko nadzieję, że te małpy z Reed Prep nie wyrwą mi go swoimi 
szponami. 
Najważniejsze jednak jest to, że odkąd wskoczyłam na pierwsze miejsce rankingu, 
zmieniło się wszystko. A jeszcze dziwniejsze jest, że Lauren wydaje się ostatnio lepiej 
pasować do Kliki niż Ashley. Ma az dwóch adoratorów. Ja mam chłopaka. A. A. też ma 
faceta. Tylko Ashley jest sama! Twierdzi, że zerwała z Tri, ale tak między nami, nie 
wydaje mi się, by on rozdzierał z tego powodu T-shirty. Poprosiłam Guinevere Parker o 
przeprowadzenie w tej sprawie drobnego dochodzenia. (A skoro o tym mowa - nie sądzę, 
żeby to szóstoklasistki stały za „Okiem Kliki" - gdybym się miała zakładać, 
postawiłabym na nasze własne hieny dziennikarskie z gazetki szkolnej panny Gamble.) 
Ashley doprowadziła co prawda do likwidacji błoga, ale i tak żadna z nas nie zapomni, że 
za uśmiech dostała marne dwa punkty. Tak bardzo zawiodła całą Klikę. A zawsze 
dbałyśmy o reputację! 
Może czas, żebyśmy odbyły poważną naradę. Czy nie należy przypadkiem wyrzucić 
Ashley z Kliki? 
Zawsze wasza 
Lili.