background image

JUDE DEVERAUX 

ZWIDY 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

1

 

Tyler Stevens odstawiła filiżankę po kawie na szklany  stolik  i wsparła się wygodniej 

na  ogrodowym  krzesełku  z  kutego  żelaza.  Przymknęła  oczy,  poddając  się  ciepłym 

promieniom słońca. 

- Dziś też występujesz jako dobra ciocia Tyler? - dobiegł znajomy głos. 

- Oczywiście. - Uśmiechnęła się, nie podnosząc powiek. 

-  A  nie  szkoda  ci  pogody?  Dzień  jest  wyjątkowo  piękny,  aż  się  prosi  o  spacer. 

Poszłabyś  do  Central  Parku  albo  na  Union  Square.  Mają  tam  zawsze  świeże  owoce  i 

prawdziwie domowe ciasta. 

-  Nie  -  ucięła,  spoglądając  na  Barry'ego.  Kiedy  trzy  lata  temu  decydowała  się  na  to 

mieszkanie,  zastanawiała  się,  czy  nie  robi  błędu.  Martwiło  ją,  że  jej  taras  i  sąsiedni 

praktycznie  przylegają  do  siebie,  a  przez  to  nie  będzie  mieć  spokoju.  Miała  się  już  za 

prawdziwą  mieszkankę  Nowego  Jorku,  gdzie  niczego  tak  się  nie  ceni  i  nie  chroni  jak 

własnego  domowego  zacisza.  Krótko  mówiąc,  bała  się,  że  zbyt  bliskie  sąsiedztwo  będzie 

uciążliwe. Na szczęście jej obawy  się nie sprawdziły. Pierwszego sąsiada -  mocno starszego 

pana  -  nawet  nie  poznała,  chyba  w  ogóle  nie  wychodził  z  domu.  Niestety,  po  roku 

wyprowadził się do córki w Scarsdale i obawy Tyler odżyły, bo nowym właścicielem został - 

jak  się  okazało  -  samotny  mężczyzna.  Bała  się,  żeby  „nowy”  nie  okazał  się  bogatym 

nachałem.  co  zacznie  się  jej  narzucać,  albo  komputerowym  odludkiem,  który  bez  przerwy 

będzie ją rozbierać oczami. 

Gdy  jednak  poznała  Barry'ego,  jej  obawy  prysły,  więcej  nawet  -  ucieszyła  się,  bo 

widać było, że kim jak kim. ale sąsiadką Barry na pewno nie będzie się interesować. Poza tym 

wkrótce  objawiły  się  dobre  strony  nowego  sąsiedztwa.  Barry  prowadził  elegancką  małą 

kwiaciarnię  w  pobliżu  Wall  Street  i  w  ciągu  miesiąca  przemienił  swój  taras  we  wspaniały 

wiszący ogród, pełen róż i zieleni. 

Gdy  pół  roku  później  Barry  popadł  w  kłopoty  (wytoczył  mu  sprawę  pewien  młody 

człowiek,  którego  zatrudnia]  w  swojej  kwiaciarni)  -  Tyler  właśnie  dla  zachowania 

dobrosąsiedzkich  stosunków  podjęła  się  obrony.  Wygrała  w  cuglach,  mimo  że  sprawa  nie 

należała do jej specjalności, a gdy Barry zapytał o honorarium, machnęła tylko ręką. 

- Nie ma o czym mówić - zamknęła temat. 

Zaraz  potem  wyjechała  służbowo  na  dwa  tygodnie.  Gdy  wróciła,  nie  poznała 

własnego tarasu. Wszędzie kwiaty, zieleń, a nawet prawdziwe drzewka w wielkich donicach. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Aż otworzyła usta z zachwytu. 

- Podoba się? - pytał Barry, wychodząc na swój balkon. 

I tak zaczęła się ich przyjaźń. Wcześniej, a nawet w czasie procesu, Tyler ograniczała 

kontakty  do  spraw  stricte  oficjalnych,  Barry  zresztą  też.  Nie  było  więc  mowy  o  osobistych 

tematach czy zwierzeniach. Lody zostały przełamane, gdy Barry przemienił  jej banalny taras 

w  zielone  ustronie.  Zostali  przyjaciółmi.  Kiedy  sąsiad  zauważył,  że  Tyler  nie  bardzo  daje 

sobie  radę  z  ogrodem,  wymyślił  rzecz  niezwykle  pożyteczną  i  milą,  a  mianowicie  pod-

noszona,  kładkę  czy  raczej  mostek  łączący  oba  tarasy  -  solidny,  z  poręczami.  Przechodził 

przezeń, by pielić i podlewać ogród. Rychło kładka zaczęła wisieć na stałe między balkonami, 

a  ich  stosunki  stały  się  jeszcze  bliższe.  Wyręczali  się  nawzajem  w  takich  sprawach  jak 

telefony czy listy. 

Wkrótce stali się jakby rodziną, tym bardziej że, jak większość mieszkańców Nowego 

Jorku, nie mieli w mieście bliskich, bo pochodzili z innych stron. 

Ale pół roku temu Tyler wzbogaciła się o prawdziwą rodzinę. Do  miasta zjechała jej 

kuzynka,  Kristin  Beaumont,  córka  starszego  brata  matki  -  „zbawcy”,  jak  powiadała  o  nim 

mama,  bo  to  właśnie  on  -  wuj  Thaddeus,  dla  bliskich  Thad  -  zajął  się  matką  i  sześcioletnią 

wtedy  Tyler,  gdy  ojciec  zginał  w  wypadku,  zostawiając  je  bez  grosza.  Tata  był  młody,  nie 

myślał o polisie ani w ogóle o zabezpieczeniu rodziny. Z pomocą pośpieszył wuj Thad. 

Otworzył  serce  i  konto  bankowe,  krótko  mówiąc,  wziął  je  na  utrzymanie,  dzięki 

czemu  mama  mogła  wrócić  na  studia  i  zrobić  dyplom  z  pedagogiki.  Później,  gdy  Tyler 

zapragnęła  pójść  w  ślady  wuja  Thada,  wziętego  adwokata,  też  pomógł,  finansując  najpierw 

college, a potem studia na wydziale prawa. 

Nie  mogła  więc  -  nawet  nie  przyszłoby  jej  to  do  głowy  -  -  odmówić  wujowi,  kiedy 

poprosił, aby „miała oko” na kuzynkę, gdy ta zapragnęła mieszkać w Nowym Jorku, bo jakie 

jest to miasto, wszyscy wiedzą. I tak co tydzień Tyler chadzała do Krissy na niedzielny obiad, 

co  zresztą  nie  sprawiało  jej  przykrości.  Lubiła  te  wizyty  u  młodej  osoby,  z  jednym  tylko 

zastrzeżeniem, na całym świecie nie było gorszej kucharki niż Krissy. 

- A dziś, co będzie na obiad? - pytał Barry, sięgając po konewkę z wodą. Jak zwykle 

starannie podlewał wszystkie skrzynki i doniczki. 

- Kamienie - odparła Tyler z nutą sarkazmu w głosie. - Ta dziewczyna ma wyjątkowy 

talent, wszystko potrafi popsuć. Nie ma takiej pieczeni, której nie spaliłaby na kamień. 

- A nie możesz jej poradzić, żeby zamawiała jedzenie na mieście? 

-  To  nie  wchodzi  w  rachubę.  Krissy  uważa,  że  jako  przyszła  żona  i  matka  musi 

nauczyć się gotować. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  Taka  ambitna?  I  nadał  nie  ma  nadziei...  -  Nie  dokończył.  Przeszedł  przez  kładkę  i 

zajął się doniczkami na tarasie Tyler. 

- ...żeby  jej wyperswadować tego szefa? - weszła  mu w słowo. - Zwariowała na jego 

punkcie. To autentyczna obsesja i nie ma żadnej nadziei. - Sięgnęła po filiżankę, ale widząc, 

że nie została już ani kropla kawy, odstawiła naczynie na stolik. 

Wuj Thad przez znajomości załatwił ukochanej córce eksponowaną posadę asystentki 

założyciela i właściciela firmy Magazyn Domowy - sieci sklepów z artykułami gospodarstwa 

domowego.  Niemal  natychmiast  po  podjęciu  pracy  Krissy  zakochała  się  do  szaleństwa  w 

swoim charyzmatycznym szefie. Nie peszyła jej różnica wieku - Joel Kingsley był dobrze po 

czterdziestce,  podczas gdy  ona obchodziła  ledwie  dwudzieste trzecie urodziny.  Burzy  uczuć 

nie  powstrzymywał  także  fakt,  że  -  wedle  orientacji  Tyler  -  Joel  K.  odnosił  się  do  Krissy  z 

doskonałą  obojętnością.  Owszem,  traktował  ją  miło,  ale  była  to  zwykła  uprzejmość 

pracodawcy wobec pracownicy. A Krissy szalała z miłości. 

Skutek  był  taki,  że  o  niczym  i  nikim  nie  potrafiła  rozmawiać,  tylko  o  nim.  W  ciągu 

dwudziestu  czterech  obiadów,  licząc  od  chwili,  gdy  zaczęła  się  obsesja,  Tyler  wysłuchała 

dwudziestu  czterech  długich  monologów  Krissy  na  temat  Joela  Kingsleya,  męcząc  się 

jednocześnie nad niejadalnymi wytworami kulinarnych ambicji kuzynki. 

Na  początku,  przez  trzy  chyba  niedzielne  spotkania,  Tyler  cierpliwie  słuchała 

zwierzeń kuzynki, gdy ta piała z zachwytu na temat swej pracy, a zwłaszcza szefa. I choć w 

roli  matrony  powiernicy  czuła  się  nader  staro  jak  na  swoje  trzydzieści  pięć  lat,  starała  się 

przemówić Krissy do rozsądku. 

-  Jestem  pewna  -  zauważała  delikatnie  -  że  pan  Kingsley  -  specjalnie  akcentowała 

„pan”,  aby  podkreślić  różnicę  wieku,  o  której  Krissy  nie  chciała  pamiętać  -  jest  znacznie 

bardziej  czarujący  niż  rówieśnicy,  z  którymi  miałaś  do  czynienia  przed  przyjazdem  do 

Nowego Jorku... 

- Och, Tyler, nie widziałaś go, on jest... taki... cudowny! - wykrzyknęła Krissy. - A jak 

on się porusza... po prostu unosi się nad ziemią... Naprawdę... gdybyś go tylko zobaczyła. 

Tyler  uśmiechnęła  się  do  siebie.  W  kręgach  palestry  uchodziła,  słusznie  zresztą,  za 

specjalistkę od rozwodów. U siebie w kancelarii i na sali sądowej widziała wielu takich, co to 

unosili  się  nad  ziemią...  a  później  brutalnie  i  bezwzględnie  występowali  o  rozwód,  skąpiąc, 

jak tylko się dało, na należne alimenty. 

-  A  ile razy  był  żonaty? -  spytała rzeczowo, sięgając po ząbkowany  nóż.  Zwykły  nie 

dałby rady pieczeni, którą kuzynka właśnie wniosła. 

- Och. raz - odparła Krissy śpiesznie. - To znaczy... dwa, ale tak naprawdę to raz. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- No więc raz czy dwa? - Pieczeń wytrzymała pierwsze  natarcie. Ząbkowany nóż też 

okazał się bezsilny. 

-  Oficjalnie  dwa  -  w  głosie  Krissy  zabrzmiała  nuta  skrępowania  -  ale  pierwszego 

małżeństwa nie można liczyć. 

-  Przed  sądem  liczą  się  wszystkie.  -  Tyler  mocnej  natarła  nożem  na  podeszwę  na 

talerzu. 

- Mówisz jak tata. Zawsze tylko o paragrafach. Chcesz

 

łyżkę? 

- Łyżkę? A do czego? 

- Jak to, do czego? Przecież mamy spaghetti z serem. 

Tyler wbiła wzrok w czarną bryłę widniejącą na talerzu. 

-  A  więc  to  jest?...  -  Przerwała,  nie  chcąc  robić  przykrości  gospodyni.  Odłożyła 

sztućce i spojrzała na Krissy. - Posłuchaj mnie, córeńko. Ja rozumiem, że Nowy Jork bardzo 

cię  podnieca,  a  mężczyzna  pokroju  Joela  Kingsleya  tym  bardziej.  Zaszedł  wysoko,  a  co 

ważniejsze, o własnych siłach, ale.... 

- On? Podnieca?! - wykrzyknęła Krissy. - On  świata poza praca nie widzi. Nigdy  nie 

bierze  dnia  wolnego  ani  w  ogóle.  Pracuje  od  rana  do  nocy.  Wszystkim  się  interesuje  i 

wszystkiego pilnuje. 

Co za piła, pomyślała Tyler, ale nie odezwała się słowem. W najwyższym zdumieniu 

studiowała zawartość talerza. Przypalić pieczeń albo rybę, to może się zdarzyć, ale trzeba nie 

lada zdolności, aby na kamień spalić makaron z serem. 

-  Wiesz  -  zmieniła  temat  -  mamy  w  kancelarii  kilku  młodych  ludzi,  których 

chciałabym ci przedstawić. 

Na  to  dictum  Krissy  zerwała  się  z  miejsca,  zebrała  talerze  i  wybiegła  do  kuchni, 

ogromnej  i  świetnie  wyposażonej,  tak  samo  jak  cały  apartament.  Gdy  Krissy  zapragnęła 

osiąść w Nowym  Jorku, jej tata - wuj Thad -  natychmiast sprawił  jej eleganckie mieszkanie, 

droższe  niż  apartament  Tyler  i  znacznie  wykwintniej  urządzone.  Żeby  ukochanej  córeczce 

niczego  nie  brakowało,  wuj  Thad  najął  architektów,  kupił  wytworne  meble  i  wszystko  co 

tylko  możliwe,  czemu  Tyler  przyglądała  się  z  niejaką  zazdrością.  Sama  kupowała  meble  na 

wyprzedażach i licytacjach. 

- Widzę, że zieleniejesz z zawiści, jak mawiała Scarlett O'Hara - zauważał Bary, gdy 

opowiadała  mu  o  cudach  w  apartamencie  Krissy.  -  Ale  gdybyś  nie  brała  tylu  spraw

 

bez 

honorarium, też byłoby cię stać na takie wytworności - dodawał pojednawczo. 

Zaraz  po  pierwszym  obiedzie  u  kuzynki  Tyler  wszczęła  małe  śledztwo  w  sprawie 

Joela Kingsleya.  Wynik zaskoczył  ją,  bo z tego, co udało się ustalić,  Joel Kingsley jawił się 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

całkiem przyzwoicie. Zdumienie było tym większe, że spodziewała się raczej, iż okaże się on 

zimnym draniem, który wykorzystuje własną pozycję, by bałamucić młode i naiwne panienki. 

Tymczasem  okazało  się,  że  Krissy  mówiła  prawdę  i  miała  rację,  jeśli  idzie  o  jego  pierwsze 

małżeństwo.  Joel  Kingsley  popełnił  je  jeszcze  w  czasie  studiów  i  przetrwało  wszystkiego 

dwanaście  miesięcy.  Powtórnie ożenił  się dopiero  dwa  lata po  dyplomie  i  ten  związek trwał 

dobre piętnaście lat. 

Tyler  rozpuściła  dyskretne  wici  pośród  znajomych  i  znalazła  osobę,  która  znała 

Kingsleya  nieco  bliżej,  a  przynajmniej  mogła  powiedzieć  o  nim  więcej,  niż  napisano  w 

biogramie  na  łamach  magazynu  „Forbes”. Otóż wedle  niej  druga  małżonka  Joela  Kingsleya 

po  piętnastu  latach  doszła  do  wniosku,  że  ma  dość  bycia  słomianą  wdową  -  Joel  ciągle 

siedział w biurze albo jeździł w interesach - i rzuciła, go dla trenera, u którego brała prywatne 

lekcje. Mimo to Kingsley, podkreślała informatorka, nader hojnie wyposażył eksmałżonkę na 

dalsze życie. Natomiast teraz usidliła go Celeste Delashaw. 

- A któż to taki? - zdumiała się Tyler. 

- Nie wie pani? A gdzież to pani się uchowała? W muzeum? 

- Nie bywam na snobistycznych rautach po tysiąc

 

dolarów za wejście, jeśli o to chodzi 

- odrzekła Tyler sucho, karcąc się w duchu za niepotrzebną złośliwość. 

- Nie trzeba chodzić, wystarczy czytać - zabrzmiała równie złośliwa odpowiedz. 

Tym razem Tyler zmilczała. Nie zamierzała wyjaśniać, że po prostu szkoda jej czasu 

na czytanie opowieści z życia tzw. wyższych sfer, a poza tym przez jej kancelarię przewinęło 

się niemało  kobiet,  które  wszystko  poświęcały dla  mężowskich  karier;  nie  szczędziły  wysił-

ków, żeby utrzymać dom i dzieci, gdy mąż kończył studia i wspinał się na pierwsze szczeble 

kariery,  żadnej  jednak  nie  było  dane  skorzystać  ze  wspólnej  przecież  inwestycji.  Gdy 

nadchodził  czas  odcinania  kuponów,  mąż  znikał  z  kimś  młodszym  i  atrakcyjniejszym,  a 

pięćdziesięcioparoletnia,  spracowana  małżonka  zostawała  na  lodzie.;  Wiele  takich  dam 

trafiało do Tyler, szukając sprawiedliwości. 

- Celeste Delashaw była żoną Maximiliana Aldricha, a o nim musiała pani słyszeć. 

Tyler  spojrzała  na  zegarek.  Za  piętnaście  minut  musi  być  w  sądzie.  Rozmowa  na 

szczęście odbywała się przez telefon komórkowy. 

Oczy wiście - przytaknęła pośpiesznie, aby zakończyć. - Huty Aldricha! 

- A także fabryki samochodów, stocznie i samoloty. 

- Oczywiście - powtórzyła Tyler - ale wróćmy do Joela Kingsleya, Jaki on naprawdę 

jest?  Pytam,  bo  moja  kuzynka,  która  u  niego  pracuje,  zadurzyła  się  w  nim  na  amen.  jest 

młoda, naiwna i nie wiem, czy on jej nie zbałamuci. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

W telefonie zaległa cisza. 

-  Zadurzyła?  Zbałamuci? -  rozległo się po  chwili. -  Słowo daję,  od  lat  nie  słyszałam 

takich  określeń.  Jeśli  więc  dobrze  rozumiem,  to  boi  się  pani,  że  jeśli  tylko  Kingsley 

spostrzeże, że dziewczyna wodzi za nim oczami  i jest chętna, to zerżnie ją, nie wychodząc z 

biura. 

- No cóż, jeśli chce pani to tak ująć... - odparła Tyler, zbulwersowana brakiem taktu u 

swojej rozmówczyni. 

- Nie ma obawy. Póki Celeste Delashaw ma na niego oko, nic takiego się nie stanie. 

- Dzięki Bogu, ale to nic nie mówi o nim samym. 

- Też nie ma obaw. Ja przynajmniej nigdy o czymś podobnym nie słyszałam. Żona go 

rzuciła nie dlatego, że sypiał z sekretarkami, ale dlatego, że bez przerwy pracował. Ale chłop 

to chłop. Jak ta pani kuzynka wygląda? 

Tyler nie miała ochoty odpowiadać. 

-  Bardzo  pani  dziękuję.  Zrewanżuję  się  przy  okazji.  Do  usłyszenia.  -  Zakończyła 

połączenie. 

Rozmowa  niestety  nie  rozwiała  wszystkich  obaw,  bo  cóż  z  tego,  że  Joel  Kingsley 

wyglądał  na  przyzwoitego  człowieka,  skoro  nie  usuwało  to  zagrożenia.  Był  bogaty, 

wpływowy  i  niejedna  Krissy  durzyła  się  w  nim  na  śmierć.  Niby  samotny,  a  faktycznie 

związany  z  bogatą  damą,  i  to  groźną,  bo  -  sądząc  z  opowieści  -  wielce  zazdrosną  o  swoją 

„własność”. 

- A dlaczego sama czegoś nie ugotujesz  i  nie weźmiesz ze sobą? - Barry wyrwał ją z 

zamyślenia, podpowiadając rozwiązanie jednego przynajmniej problemu. 

-  Próbowałam  i  też  na  nic.  To,  co  przyniosę,  Krissy  chowa  do  lodówki,  a  podaje 

swoje.  Barry,  poradź  mi,  co

 

robić.  Wuj Thad  liczył,  że  jej  dopilnuję,  a ona tymczasem  traci 

głowę dla faceta dwa razy starszego od siebie. Zawsze ją prowadzano za rączkę, dmuchano j 

chuchano, i dziewczyna nie zna życia. 

-  A ty  niby  znasz? -  odrzekł  Barry  zaczepnie.  -  Dla  mnie żadna z  was  nic  nie wie o 

prawdziwym  życiu,  obie  macie  spaczone  pojęcie.  Małej  wydaje  się,  że  nie  ma  złych  ludzi  i 

nikt  jej  nie  skrzywdzi,  a tobie przeciwnie.  Oglądasz  świat  przez pryzmat  swojej  kancelarii  i 

widzisz wyłącznie zło: facetów gotowych wyrządzić każde świństwo. 

-  Znów  zaczynasz?!  Zostaw  w  spokoju  moje  życie  emocjonale.  -  Wstała,  poprawiła 

szlafrok (jeszcze się nie ubrała po porannej kąpieli), wzięła filiżankę i weszła do mieszkania. 

- A zostawię, zostawię - rzucił za nią. - Nie można rozmawiać o czymś, co nie istnieje! 

Tyler zerknęła na zegar. Późno. Nie ma mowy o następnej kawie, a o przekomarzaniu 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

z Barrym - tym bardziej. Trzeba się ubrać, bo czas wychodzić. 

Trzy  kwadranse  później  pukała  już  do  Krissy.  Cisza,  żadnej  odpowiedzi.  Zapukała 

jeszcze  raz,  Znów  cisza.  Ciotczyna  wyobraźnia  zaczęła  działać,  serce  zabiło  mocnej.  Co,  u 

licha?! Sięgnęła do torebki po klucz. Miała zapasowy, na „wszelki wypadek”. 

Powitała  ją  ciemność.  Światła  wygaszone,  a  co  gorsza,  nie  czuła  woni  przypalonych 

garnków. Weszła do kuchni. Posprzątane, żadnych  śladów gotowania. Dziwne.  Krissy  nigdy 

nie zapominała, kiedy miała mieć gości. Gdy z sypialni dobiegł ją cichy jęk, jakby miauczenie 

kota,  serce  podeszło  jej  do  gardła.  Rzuciła  się  biegiem,  nie  bacząc,  że  szpilkami  kaleczy 

kosztowną intarsjowaną podłogę. 

Pchnęła drzwi  i  zaskoczona stanęła w progu.  Krissy  leżała w  łóżku.  Buzia  rozpalona 

od gorączki. Wokół cztery pojemniki z chusteczkami  higienicznymi. Cztery puste walały się 

po podłodze. Na stoliku nocnym dwie butelki wody, termometr i cztery fiolki z tabletkami. –  

- Zachorowałam - poskarżyła się dziewczyna ochrypłym głosem. 

-  Dlaczego  nie  zadzwoniłaś?!  -  zawołała  Tyler.  Ton  wyrażał  oburzenie,  ale  wzrok 

radość, że kuzynka się odnalazła. Z troską dotknęła czoła Krissy. Ciepłe, lecz nie rozpalone, a 

więc temperatura niewysoka. - Trzeba było zadzwonić, zajęłabym się tobą. 

- Nie chciałam cię kłopotać, wiem, jak bardzo jesteś zajęta. Zadzwoniłam do taty i tata 

przysłał lekarza. 

- Jak to przysłał? - zdumiała się Tyler. - Samolotem? 

-  No  nie!  Wydzwonił  lekarza  tu  na  miejscu.  Doktor  był  już  u  mnie.  Bardzo  miły. 

Powiedział, że mam grypę, że muszę leżeć, a to znaczy, że z wyjazdu nici. 

- Oczywiście, kochanie, nigdzie nie pojedziesz, poleżysz w łóżku, a ja się tobą zajmę. 

Mam  sporo  zaległego  urlopu,  więc  posiedzę  przy  tobie,  a  przy  okazji  pokażę  ci,  jak  się 

zamawia jedzenie na mieście. 

-  Wykluczone!  -  wykrzyknęła  Krissy.  Chwyciła  się za głowę  i  opadła  na poduszki.  - 

Nie możesz tu zostać. Musisz lecieć do Szkocji. Samolot jest po południu. 

Tyler  przysiadła  na  skraju  łóżka.  Bez  słowa  sięgnęła  po  fiolki  z  lekami  i  uważnie 

przeczytała  etykiety.  Chciała

 

sprawdzić,  które  to  tabletki  sprawiły,  że  kuzynka  plecie  od 

rzeczy. 

Z napisów niestety nic nie wynikało. 

-  Nie,  kochanie.  -  Uśmiechnęła  się  uspokajająco  do  Krissy.  -  Nigdzie  się  nie 

wybieram, ani do Szkocji, ani w ogóle nigdzie. Nie martw się, zajmę się tobą. 

- Wykluczone - powtórzyła Krissy z mocą, siadając na łóżku. - Nie możesz tu zostać. 

Musisz  lecieć.  Nie  ma  innego  wyjścia.  Jesteś  potrzebna  Joelowi,  to  znaczy...  ja  mu  jestem 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

potrzebna, ale ja nie mogę, więc.... 

-  Ależ,  kochanie.  Połóż  się  i  nie  denerwuj.  -  Tyler  delikatnie  ułożyła  chorą  na 

poduszkach. - Poleż sobie spokojnie, a ja zamówię coś do jedzenia. Nabierzesz sił i poczujesz 

się  lepiej.  Myślę,  że  talerz  rosołu  dobrze  ci  zrobi.  Znam  dobrą  restaurację  w  pobliżu, 

koszerną. Zaraz zadzwonię, zamówię rosół, sok ze świeżych pomarańcz i bajgle. 

-  Nie,  nie  rób  tego,  nie  ma  czasu  na  jedzenie  -  zaprotestowała  Krissy  i  w  jej  oczach 

zabłysły łzy. - Musisz zaraz jechać na lotnisko, bo nie zdążysz na samolot. 

-  O  czym  tym  mówisz,  kochanie?  Daj  mi  numer  tego  lekarza,  którego  przysłał  wuj. 

Myślę, że powinnam po niego zadzwonić. 

-  Ależ  ja  wcale  nie  zwariowałam  i  jestem  całkiem  przytomna,  jeśli  o  to  ci  chodzi  - 

szepnęła Krissy przez łzy. Sięgnęła po chusteczki i osuszyła oczy. 

Tyler  spojrzała  na  podłogę,  gdzie  spoczywał  już  cały  kłąb  wilgotnych  od  łez 

chusteczek. 

- Co to ma znaczyć? Wypłakałaś całe jezioro? Co się stało? 

Krissy  otworzyła  usta,  żeby  odpowiedzieć,  ale  łzy  znów  napłynęły  jej  do  oczu  i 

rozszlochała się na dobre. 

Różniło je zaledwie dwanaście lat, ale Tyler kochała swoją piękną kuzynkę jak córkę. 

Opiekowała się nią „od zawsze”. Zmieniała pieluchy, kołysała do snu, oszczędzała ze swego 

skromnego  kieszonkowego,  kupując  prezenty,  choć  nie  musiała,  bo  rodziców  Krissy  -  jak 

mówiła marna - stać było  naprawdę na wszystko. Ale Tyler  nic tak nie cieszyło  jak uśmiech 

na ustach Krissy  i  śmieszne dołki  na policzkach, gdy mała kuzynka z ciekawością i zapałem 

odpakowywała prezenty. 

W wieku czternastu  lat Tyler zaczęła regularne dyżury przy dwuletniej wtedy  Krissy. 

Doglądała jej, gdy rodzice wychodzili w gości, do teatru lub gdzie indziej. Spędzone wspólnie 

godziny jeszcze bardziej umocniły jej uczucia do małej. Tyler uwielbiała wieczory z kuzynką. 

Zawsze była nad wiek poważna, toteż nie przepadała za towarzystwem koleżanek ze szkoły, a 

dziewczyńskich  szeptanek  o  chłopakach  wręcz  nie  znosiła,  natomiast  bardzo  chętnie 

zaszywała się u wujostwa z dzieckiem. 

Do tego stopnia stroniła od rówieśniczek, że mama zaczęła się poważnie martwić, ale 

wuj Thad, obserwując, jak Tyler wspaniale bawi się z Krissy, uspokajał ją. 

-  Wszystko  jest  w  porządku.  Tyler  po  prostu  ma  swój  własny  rytm  i  nie  ma  co  się 

przejmować, że nie lata za chłopakami i nie marnuje czasu na plotki i stroje. 

Mama  dała  się  przekonać,  przestała  narzekać,  że  córka  nie  zachowuje  się  jak 

„normalna” dziewczynka w  jej wieku, a co więcej, korzystając z wolnych wieczorów, kiedy 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Tyler  zajmowała  się  małą,  zapisała się  na kursy  tańca  i  tam  właśnie poznała pewnego pana, 

który wkrótce został jej drugim mężem. 

Gdy  Tyler  wyjechała  na  studia,  kontakty  z  Krissy  siłą rzeczy  stały  się rzadsze.  Tyler 

martwiła się, czy  mała da sobie bez niej radę, czy nie będzie tęsknić. Ale Krissy,  inaczej  niż 

starsza  kuzynka,  nie  stroniła  od  rówieśników  i  rychło  -  o  czym  Tyler  przekonała  się,  gdy 

przyjechała na ferie do domu - znalazła sobie towarzystwo do wspólnych zabaw. 

Zaraz  po  przyjeździe  Tyler  pobiegła  przywitać  się  z  małą.  Stanęła  w  milczeniu, 

widząc, że Krissy bawi się wesoło z sześcioma koleżankami. Wuj Thad, który przyglądał się 

tej scenie, przygarnął Tyler do siebie. 

- No cóż - powiedział - twoje pisklę wyfrunęło z gniazda, ale nie powinnaś tego aż tak 

przeżywać. 

-  Wcale  nie,  cieszę  się,  że  mała  ma  towarzystwo  -  odparła  Tyler,  nie  dodając,  że 

jednak serce ją ukłuło. 

Później  pochłonęły  ją  studia  i  życie  na  uczelni.  Zaczęła  się  udzielać  towarzysko, 

spotykała się nawet z paroma młodymi ludźmi, ale po dyplomie wszystko się skończyło, gdy 

rozjechali się w różne strony. 

Po aplikacji Tyler osiadła w Nowym Jorku, poświęcając się trudnej dziedzinie prawa 

rodzinnego.  Przez  jej  życie  w  tym  czasie  przewinęło  się  paru  mężczyzn  i  były  to  już  dość 

poważne  sprawy.  Z  jednym  z  panów,  też  prawnikiem,  mieszkała  nawet  przez  dwa  lata,  ale 

rozstali  się właśnie z powodu rywalizacji zawodowej. I  nie chodziło o to, że Tyler zarabiała 

więcej  od  partnera,  ale  o  ambicje.  Odnosiła  sukcesy,  wygrywała  prowadzone  przez  siebie 

sprawy.  Wygrała również tę, w której w roli przeciwnika procesowego wystąpił  jej partner  i 

to ostatecznie przeważyło szalę. Rozstali się. 

Tyler  nie  miała  nikogo,  gdy  Krissy  zjechała  do  Nowego  Jorku.  Tym  chętniej  więc 

odpowiedziała  na  prośbę  wuja  Thada  i  z  całą  serdecznością  zajęte  się  kuzynką.  Pomimo 

fatalnej  kuchni,  zwyczajnie  lubiła  z  nią  przebywać.  „Cały  sekret  to  niewyżyte  uczucia 

macierzyńskie”,  skomentował  Barry,  gdy  opowiedziała  mu  całą  historię  opieki  nad  Krissy, 

począwszy od pieluszek. 

-  Tak  strasznie  chciałam  z  nim  pojechać  -  skarżyła  Się  mała,  pociągając  nosem.  Z 

„nim”, z Joelem Kinsleyem. 

Tyler  milczała,  nic chcąc robić chorej przykrości. Schyliła się, żeby pozbierać zużyte 

chusteczki.  Zebrało  się  ich  tak  dużo,  że  musiała  pójść  do  kuchni  po  dodatkowy  worek  na 

śmieci.  Na  stole  przy  zlewozmywaku  leżał  otwarty  notatnik.  „Wyłożyć  mu  całą  prawdę  o 

Delashaw” - widniał wpis na górze strony, a niżej dwie inne uwagi: „Zabrać czarną koszulkę i 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

czerwone szpilki”, „Udawać, że pasjonują mnie kosiarki”. 

Tyler  zmarszczyła czoło,  ale to,  co zobaczyła  po  powrocie do  sypialni, zirytowało  ją 

jeszcze  bardziej.  Z  wyrazem  najwyższej  determinacji  na  twarzy  maja  szykowała  się  do 

opuszczenia łóżka. - Co ty wyprawiasz? 

-  Beze  mnie  nie da sobie rady.  Mam zapisane wszystkie telefony  i  inne rzeczy,  beze 

mnie zginie. Muszę jechać. 

- Mowy nie ma. Natychmiast kładź się z powrotem - ucięła Tyler stanowczym głosem. 

Krissy  miała  rozpalone

 

czoło  i  oczy  jeszcze  bardziej zaczerwienione  nit  kilka  minut  temu.  - 

Nigdzie nie jedziesz. Pan Kingsley da sobie radę. Jestem pewna, że znajdzie się odpowiednie 

zastępstwo. 

- Za późno, a poza tym  nie chcę, żeby... Jedź ty.  Jeśli nie ja, to ty musisz  jechać. To 

jedyne wyjście. 

-  Nonsens -  odparła Tyler  surowo, otulając dziewczynę kołdrą.  -  Nie  mam  zielonego 

pojęcia o lodówkach; kosiarkach i tym podobnych rzeczach. - To prawda. Choć sklepy firmy 

Joela Kingsleya rozsiane były gęsto po całych Stanach, Tyler nigdy nie odwiedziła żadnego z 

nich. Nie wiedziała nawet, co się w nich sprzedaje. 

-  Tyler,  proszę  cię.  -  Krissy  ścisnęła  kuzynkę  za  ramię.  -  Proszę  cię  -  powtórzyła.  - 

Zrób  to  dla  mnie.  Jeśli  się  nie  zgodzisz,  pan  Kingsley  zadzwoni  po  Marilyn,  a  ona...  żebyś 

wiedziała,  tak  na  niego  leci,  że  aż  wstyd,  I  jest  naprawdę  ładna,  podobna  do  prawdziwej 

Marilyn; dlatego zresztą zmieniła sobie imię. 

- Żeby nazywać się jak Marilyn Monroe? - zdumiała się Tyler. 

- Właśnie, i jest strasznie napalona na pana Kingsleya. Jeśli ona z nim pojedzie, to nie 

wiem, co zrobię. 

- A kto jeszcze w biurze durzy się w tym waszym szefie? - spytała Tyler rzeczowo. 

- Jak to, kto jeszcze? Wszystkie dziewczyny - odparła Krissy, jakby chodziło o sprawę 

oczywistą z samego założenia. 

-  A  co  z  panią  Delashaw?  Żadnej  z  was  nie  przeszkadza,  że  jest  oficjalnie  z  panem 

Kingsleyem i że zamierzają się pobrać? 

- Delashaw? Ona się zupełnie nie liczy. - Krissy machnęła ręką. - Jest strasznie stara. 

Za pięć, góra sześć lat będzie miała czterdziestkę na karku. 

Tyler odwróciła się;  nie chciała pokazać, że słowa Krissy dotknęły  ją do żywego. Za 

pięć lat jej też wybije czterdziestka. 

-  A  więc  -  odezwała  się  po  chwili  -  jeśli  dobrze  rozumiem,  chcesz  mnie  wysłać  do 

Szkocji,  żeby  ten  twój  szef  nie  wpadł  w  szpony  Marilyn.  Inaczej  mówiąc,  mam  go 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

dopilnować i zadbać o twój interes. 

-  Właśnie!  -  wykrzyknęła  Krissy  uradowana,  że  Tyler  pojęła  wreszcie  istotę  sprawy. 

Na  nutę  kpiny  w  głosie  kuzynki  w  ogóle  nie  zwróciła  uwagi.  -  Chcę,  żebyś  pojechała  do 

Szkocji zamiast mnie i przypilnowała, aby Delashaw nie zrobiła czegoś... drastycznego. 

-  To  znaczy?  -  spytała  Tyler  rzeczowo.  W  jej  profesji  słowo  „drastyczny”  niosło 

zwykle  groźne  treści.  Mianem  „drastyczny”  określano  w  pozwach  sądowych  taki  choćby 

czyn, kiedy jedno z małżonków łapie za siekierę i rąbie meble tylko po to, aby przy podziale 

majątku  nie  przypadły  drugiej  stronie,  albo  gdy  rozwodzący  się  mąż  porywa  i  ukrywa 

dziecko. Słowo „drastyczny” kojarzy się wyjątkowo źle. 

-  Na przykład,  że zaciągnie go do ołtarza -  wykrztusiła  Krissy,  zdjęta  lękiem, że coś 

takiego naprawdę mogłoby się zdarzyć. 

- I co z tego? Przypuśćmy, że rzeczywiście pan Kingsley się żeni, wtedy.., . - Tyler nie 

zdążyła dokończyć myśli. 

-  To  byłby  koniec!  -  zawołała  Krissy  głosem  przepełnionym  rozpaczą.  -  Nie  byłoby 

dla mnie życia. I nie patrz tak na mnie, bo tak jest. Zrozumiałabyś, gdybyś go tylko poznała. 

Nie  jest  co  prawda  w  twoim  typie,  ale  każda  inna,  każda  prawdziwa  kobieta  skoczyłaby  za 

nim w ogień. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytała Tyler, wymownie unosząc brwi. -  A mój, 

jak powiadasz, „typ”, to niby jaki? 

Krissy znów nie dostrzegła ironii. Taka już była; nie zwracała uwagi na podteksty. 

- No wiesz - machnęła ręką - jak ci wszyscy, których czasami sprowadzałaś do domu: 

sztywni, równi, z bukietem w ręku. Nic im nie można zarzucić, tylko co to za przyjemność. Z 

żadnym nie dałoby się zaszaleć. 

- Nie rozumiem, o kim mówisz. - W głosie Tyler pobrzmiewały nuty obrazy. 

- A Chester, a Marshall, a Philip i jeszcze ten... właśnie... jak on się nazywał? 

-  Brighton  -  przypomniała  Tyler,  patrząc  badawczo  na  kuzynkę.  Taka  niby 

roztrzepana, a.... - Nie dokończyła myśli, bo rozległ się dzwonek u drzwi. - Sztywni, równi... - 

mruknęła do siebie, ruszając w stronę korytarza. Żadna przyjemność? Nonsens. To wcale nie 

jest  tak,  że  nie  miała  przyjemności  w  tyciu.  Miała,  oczywiście,  że  miała.  Może  nie  tyle  co 

Krissy, która nie przejmowała się studiami i nie przykładała się do nauki. Zresztą nie musiała. 

Wybrała łatwiutką dziedzinę: „sztukę domu”,  jak z przekąsem podkreślał wuj Thad, podczas 

gdy Tyler  ślęczała nad poważnymi tematami, ale... Nie dokończyła myśli, bo właśnie doszła 

do  drzwi  i  otworzyła  je.  W  progu  stał  wielce  przystojny  młody  człowiek,  wysoki,  o 

przepięknych  oczach.  Joel  Kingsley -  przemknęło  jej  przez  myśl -  Joel  Kingsley z wizytą u 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

chorej asystentki? Niemożliwe. Za młody, a poza tym... Dopiero w tej  chwili Tyler zwróciła 

uwagę na elegancką skórzaną walizeczkę w ręku przybysza. 

- Pan jest lekarzem? - domyśliła się. 

- Tak jest i właśnie przyszedłem... - Młody człowiek wyraźnie się zaczerwienił. 

-  ...zobaczyć,  jak  się  ma  pacjentka  -  dokończyła  Tyler  za  niego,  uśmiechając  się  i 

zapraszając  go  do  środka.  W  lot  pojęła  wszystko.  Wuj  Thad  też  się  martwił,  że  Krissy  źle 

ulokowała  uczucia,  wiedział,  że  durzy  się  w  znacznie  od  siebie  starszym  pryncypale,  i 

skorzystał z okazji, aby podsunąć jej bardziej odpowiedniego kandydata. - Miło pana widzieć, 

proszę  tędy.  -  Wskazała  gestem  drogę,  w  duchu  gratulując  wujowi  pomysłu.  Żywy  młody 

człowiek może okazać się bardziej skuteczny niż tysiące ojcowskich kazań. 

Krissy  tymczasem  wstała  z  łóżka.  Stała  przy  szafie,  ale  widać  było,  że  jest  strasznie 

osłabiona - ledwie trzymała się na nogach. 

-  Dlaczego  pani  nie  leży?  -  zagrzmiał  doktor  i  nie  czekając  na  odpowiedź,  wziął 

pacjentkę w ramiona i zaniósł do łóżka. 

Tyler ogarnęła tę scenę z najwyższym zdumieniem. Jej nigdy, nigdy w życiu, nikt nie 

chwycił tak w ramiona i nie... 

-  Nie  mogę  leżeć  -  zaprotestowała  Krissy  słabym  głosem,  wpatrując  się  pilnie  w 

brązowe  oczy  opiekuna  -  muszę  wstać,  jechać  na  lotnisko  i  lecieć  do  Szkocji,  bo  Tyler  nie 

chce mnie zastąpić. 

Młody  doktor  spojrzał  na  Tyler  oskarżycielskim  wzrokiem.  „Tylko  największa 

egoistka nie pomogłaby chorej w takim drobiazgu”, mówiły jego oczy, a Tyler w pierwszym 

odruchu  chciała  już  wygłosić  płomienną  mowę  obrończą  -  podkreślić,  że  to  naprawdę 

absurdalny  pomysł,  żeby  zastępować  kuzynkę,  w  podróży  służbowej  do  Szkocji.  Zmilczała 

jednak, pomna, że Krissy to najbardziej uparta istota na świecie. Gotowa rzeczywiście wstać i 

popędzić na lotnisko, gdy tylko Tyler znajdzie się za progiem. A gdyby miała się spóźnić na 

samolot, to też nie zrezygnuje - najwyżej poleci następnym albo z przesiadką. 

Ważąc  argumenty,  Tyler  pomyślała  także,  że  pozostawiona  pod  wyłączną  opieką 

przystojnego doktora, Krissy być może zapomni o staruszku Kingsleyu. 

- Czy ja wiem.... - zaczęła pod bacznym spojrzeniem dwóch par oczu - musiałabym się 

spakować i... bilety są na twoje nazwisko? - zamknęła tyradę rzeczowym pytaniem. 

- Taaak, to znaczy nie. Zadzwoniłam rano do taty i tata.... - Krissy wzrokiem wskazała 

na komodę, aa której leżały dwa komplety biletów, jeden na jej nazwisko i drugi wystawiony 

dla Tyler. Raz jeszcze wuj Thad wykonał rzecz niemal niemożliwą. - Wiedziałam, że paszport 

masz  zawsze  przy  sobie  i  postarałam  się...  -  Znów  nie  dokończyła.  -  Pakować  też  się  nie 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

musisz.  Weź  moją  walizkę.  Mamy  podobny  rozmiar,  więc  ubrania  będą  na  ciebie  pasować. 

Zresztą wszyscy mówią, że jesteśmy bardzo podobne, prawda, Jeff? 

Doktor obrzucił Tyler krytycznym  spojrzeniem i  widać

 

było,  że,  jego zdaniem, Tyler 

w żaden sposób nie umywa się do Krissy, a w ogóle to nadaje się najwyżej do antykwariatu. 

- Oczywiście - wycedził wreszcie - gdyby to i owo poprawić... - Umilkł, zdając sobie 

sprawę, że wkracza na niebezpieczny grunt. - Tylko nie wyobrażam sobie ciebie - zwrócił się 

do Krissy - w takim stroju jak twoja kuzynka - dodał. 

Tyler  zmarszczyła gniewnie czoło,  ale zmilczała.  W  niedzielę zawsze ubierała  się na 

sportowo: jeansy, luźna bluzka i tenisówki to typowy strój na weekend. W ciągu tygodnia, do 

pracy, ubierała się zupełnie inaczej, w eleganckie kostiumy, ale w soboty i niedziele - zawsze 

na  luzie.  Owszem,  zwracano  jej  uwagę,  że  w  ten  sposób  odstręcza  mężczyzn  i  była  w  tym 

pewnie jakaś racja, ale na tym etapie życia mężczyźni jej nie interesowali. 

Doktor  pochylił  się  czule  nad  Krissy  i  Tyler  miała  wrażenie,  że  gdyby  nie  jej 

obecność, młodzi zapewne zaczęliby się całować. 

- Widzę, że moja droga Tyler jednak się nie zdecyduje. Nie mam więc wyjścia, muszę 

wstawać - odezwała się Krissy głosem umierającego łabędzia. - Nie mogę nie jechać, muszę... 

-  Już  przestań  -  przerwała  jej  Tyler, Zastanawiając

 

się,  jak to  jest,  że w sali  sądowej 

potrafi stawić czoło

 

największym tuzom nowojorskiej palestry, a w obecności

 

młodej kuzynki 

mięknie jak wosk. - W porządku, tylko

 

muszę wpaść do domu po jakieś ubrania. 

- Na to nie ma już czasu! - wykrzyknęła Krissy pełnym głosem. - Samolot odlatuje za 

dwie godziny. Ledwie zdążysz się odprawić, to przecież rejs międzynarodowy. 

Tyler nigdy jeszcze nie wyjeżdżała za granicę, więc nie bardzo zrozumiała, co Krissy 

ma na myśli, mówiąc, że ledwie wystarczy czasu na odprawę. 

-  Ależ  ja...  -  zaczęła,  przypominając  sobie  o  pilnych  zajęciach  i  umówionych  na 

poniedziałek spotkaniach. Speszyła się, widząc wpatrzone w siebie dwie pary oczu - błagalne 

Krissy  i  pełne  przygany  oczy  doktora,  który  chyba  był  pewien,  że  Tyler  jednak  nie  da  się 

namówić. 

Na  podłodze  stała  gotowa  do  podróży  walizka,  pełna  -  jak  domyślała  się  Tyler  - 

drogich ubrań, za które, jak zawsze, zapłacił wuj Thad. Krissy nigdy niczego nie kupowała na 

wyprzedażach.  „Przecież  tam  -  argumentowała  -  nie  ma  wyboru”.  „Ale  nie  ma  też 

niebotycznych cen” - odpowiadała Tyler. 

- Przestań się wreszcie zastanawiać, bierz walizkę i jedź - ponagliła Krissy. 

-  Ależ...  -  Tyler  nadal  się  wahała,  wyliczając  w  myślach  argumenty  przeciwko 

szaleńczemu  pomysłowi  kuzynki,  sięgnęła  jednak  po  bilety  i  podeszła  o  krok  bliżej  do 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

walizki. 

Nie  brała  urlopu  od  czterech  lat,  to  znaczy  od  wspólnej  wyprawy  z  Phillipem  do 

Arizony,  bardzo  zresztą  nieudanej.  Zaraz  pierwszego  dnia  Philip  zjadł  coś,  co  mu 

zaszkodziło,  i  chorował  przez  cały  niemal  tydzień,  jakby  potwierdzając  opinię  Krissy,  że 

trudno z nim zaszaleć. 

-  Pan  Kingsley  zarezerwował  trzy  apartamenty  -  Krissy  nadal  nie  rezygnowała  -  dla 

niej,  dla siebie  i  dla  mnie.  A  wiesz  gdzie? -  wysunęła koronny  argument.  -  W  prawdziwym 

zamku! 

Z  zamkiem  łączyła  się  słynna  w  rodzinie  historia.  Otóż  dawno  temu  czteroletnia 

wówczas  Krissy  poprosiła  swego  ojca  z  całą  dziecięcą  powagą,  aby  sprawił  Tyler  zamek. 

„Tato  -  przekonywała  -  Tyler  zawsze  czyta  mi  o  różnych  zamkach,  więc  pewnie  chciałaby 

taki dostać”. Tyler tak się zawstydziła, że miała ochotę zapaść  się pod ziemię, a wydarzenie 

tymczasem  stało  się żartem  rodzinnym.  „Co  nowego  w starych  zamkach?” -  mawiały  ciotki 

na  dzień  dobry,  a  babka  nigdy  nie  omieszkała  zapytać:  „Gdzie  jest  ten  rycerz,  który  ma  cię 

zabrać do zamku?”. 

Oczywiście  zamek  z  rodzinnej  legendy  stracił  już  wiele  ze  swojego  blasku,  ale  też 

Tyler  skłamałaby  przed  samą  sobą,  gdyby  zaprzeczyła,  że  wizja  paru  dni  w  prawdziwym 

zamku  wcale  do  niej  nie  przemawia.  W  cichości  ducha  już  zaczęła  przemyśliwać,  żeby 

zadzwonić do sekretarki z poleceniem poprzekładania wszystkich zaplanowanych na przyszły 

tydzień zajęć. 

-  Prawdziwy  zamek  -  powtórzyła  Krissy  kuszącym  tonem  -  z  tysiąc  trzysta  szóstego 

roku! 

Tyler  miała  już  zamiar  wytoczyć  jakiś  sensowny  argument  przeciwko  szaleńczemu 

przecież pomysłowi, ale słowa nie chciały jej przejść przez gardło. Milcząc, chwyciła walizkę 

i nie żegnając się, wybiegła z sypialni. Już w taksówce połączyła się z komórki z sekretarką, 

oświadczając,  że  musi  niespodziewanie  wyjechać  w  pilnych  sprawach  rodzinnych.  Jakie  to 

sprawy - nie wyjaśniła. Niech sobie ludzie myślą, co chcą. 

Na lotnisku, w biegu, kupiła książkę o życiu Williama Wallace'a i  w ostatniej niemal 

chwili zameldowała się na pokładzie odrzutowca British Airways. Z zaskoczeniem i radością 

stwierdziła, że wuj Thad zarezerwował miejsce w pierwszej klasie. Z kieliszkiem szampana w 

ręku  zaczęła  kartkować  opowieść  o  legendarnym  bojowniku  z  gór,  który  w  XIII  wieku 

poderwał szkockie klany do walki przeciwko angielskim królom. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

2

 

Szkocja objawiła jej się jeszcze cudowniejsza, niż się spodziewała. Gdy tylko odebrała 

bagaż  -  walizkę  Krissy  -  i  usłyszała  pierwsze  słowa  wypowiadane  ze  szkockim  akcentem, 

niemal omdlała z wrażenia i zachwytu. 

Przy  wyjściu  czekał  kierowca.  Rozpoznała  go  po  kartce  z  napisem  „Beaumont”.  W 

głębi  duszy  obawiała  się,  że  zapyta  ją  o  nazwisko  lub  rzuci  jakąś  uwagę  w  rodzaju  - 

”sądziłem, że będzie pani młodsza”, ale nie okazał najmniejszego zdziwienia, o nic nie pytał, 

uśmiechnął się tylko na powitanie, jakby chciał skomplementować urodę gościa zza oceanu. 

Zaprowadził ją do samochodu. Nie była to co prawda limuzyna z kategorii długich na 

osiem metrów, ale całkiem eleganckie i wygodne auto. Chociaż Tyler czuła się zmęczona po 

całonocnej  podróży,  ocknęła  się,  gdy  tylko  ruszyli  z  lotniska.  Chłonęła  widoki  pięknego 

starego Edynburga, w którym każdy niemal dom i kamień świadczyły o wiekowej historii. Ze 

wzgórza pozdrawiał ją dostojny jak całe miasto zamek, w którym rozpoznała królewski pałac 

Holyrood. z XVI wieku. 

Z  miasta  wyjechali  na  autostradę,  ale  po  kilku  kilometrach  kierowca  spytał  z 

uprzejmym uśmiechem, czy chciałaby zobaczyć prawdziwą Szkocję. 

A  Tyler  porwał  śpiewny  jak  muzyka  akcent.  Nigdy  się  tak  nie  czuła  i  nigdy  też  z 

takim zapałem nie przystała na żadną propozycję. 

-  Z  największą  przyjemnością  -  odparła  tonem,  który  wprawiłby  w  osłupienie 

wszystkich znajomych w całym Nowym Jorku. 

Za  oknami  samochodu  roztaczał  się  taki  krajobraz,  jaki  zawsze  sobie  wyobrażała, 

myśląc o starej Szkocji. Wzgórza porośnięte wrzosem, rzędy kamieni znaczące miejsca, gdzie 

przed wiekami wznosiły się domostwu pasterzy z gór. Dwa razy kierowca zatrzymywał wóz, 

aby  przepuścić  kierdel  owiec,  drepczący  na  pastwiska  po  drugiej  stronie  krętej  drogi.  Za 

pierwszą  beczącą  gromadą  jechał  na  traktorze  młody  człowiek  do  złudzenia  podobny  -  tak 

przynajmniej uznała Tyler - do Seana Connery'ego u zarania kariery. 

Nie  wiadomo,  czy  kierowca  też  dostrzegł  podobieństwo,  ale  widząc  minę  Tyler  w 

lusterku, uśmiechnął się z pełną aprobatą. 

Na widok hotelu urządzonego w starym zamku, Tyler aż jęknęła z zachwytu. 

- To pani pierwszy zamek? - spytał kierowca z nutą rozbawienia w głosie. 

Tyler tylko przytaknęła. Z wrażenia straciła mowę. Wjazdu do zamku strzegły potężne 

wrota,  jak przed wiekami.  Zdawała  sobie sprawę, że kierowca w duchu podśmiewa się z  jej 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

cielęcego  zachwytu  i  pewnie  zastanawia  się,  dlaczego  wszyscy  przybysze  zza  oceanu  tracą 

głowę na widok czegoś tak zwykłego jak zamek, których przecież pełno w całej Szkocji. 

A Tyler patrzyła urzeczona i oniemiała. 

Wnętrze  okazało  się  równie  wspaniałe  jak  mury.  Grube  kotary  okalały  okna  w 

kamiennych  wykuszach.  Portier  wziął  walizkę  i  poprowadził  Tyler  szerokimi  schodami, 

wyłożonymi grubym kobiercem, na piętro. Do apartamentu wiodły wielkie, rzeźbione dębowe 

drzwi.  Pierwszą  rzeczą  zaś,  którą  Tyler  zobaczyła  w  środku,  było  ogromne  łoże  pod 

baldachimem. Z wrażenia aż się zachwiała. Dała napiwek i wreszcie została sama, napawając 

się  pięknem  komnaty.  Pod  jedną  ścianą  stała  olbrzymia  stylowa  szafa  z  litego  drewna,  pod 

drugą komoda z epoki z mnóstwem szuflad. W antykwariacie w Nowym Jorku jedno i drugie 

kosztowałoby krocie. 

Łazienka  miała  chyba  więcej  metrów  niż  salon  Tyler  w  Nowym  Jorku.  Na  ścianie  - 

dwie  marmurowe  umywalki,  w  kącie  nowoczesna  kabina  prysznicowa,  a  pod  ścianą  na 

wprost  -  rozłożysta  wanna  o  rozmiarach,  których  nie  powstydziłby  się  niejeden  basen  w 

nowojorskich  rezydencjach.  Widok  był  tak  zachęcający,  a  po  podróży  Tyler  czuła  się  tak 

nieświeżo, że natychmiast odkręciła kurki z gorącą wodą. 

Czekając, aż wanna się napełni, postanowiła zapoznać się z zawartością walizki, którą 

portier postawił na stojaku w nogach łoża. 

Uniosła wieko i aż jęknęła z wrażenia. W środku nie było rzeczy, która kosztowałaby 

mniej  niż  parę  tysięcy  dolarów  -  wszystko,  co  Nowy  Jork  ma  do  zaoferowania  klientkom, 

które  nie  Uczą  się  z  pieniędzmi  i  mają  naprawdę  wielce  śmiały  gust.  Na  samym  wierzchu 

leżała  suknia  typu  „mała  czarna”.  Mała  w  sensie  bardzo  dosłownym.  Skrojono  ją  z  tak 

skąpego  skrawka  materiału,  że  z  powodzeniem  można  by  ją  zapakować  w  pudełko  po 

papierosach.  Pod  nią  leżały  równie  skąpe  sweterki  z  kaszmiru,  minispódniczki  z  delikatnej 

wełny i tuzin cienkich jak mgła czarnych pończoch. Niżej para spodni znanej włoskiej firmy z 

kosztownej wełnianej tkaniny. Jeden rzut oka wystarczał, aby stwierdzić, że  na figurze będą 

wyglądały  wyśmienicie.  Nigdzie  ani  centymetra  luzu.  Kolekcja  obuwia  składała  się  niemal 

wyłącznie  ze  szpilek.  Niemal,  bo  była  jeszcze  para  eleganckich  botków  z  kategorii  tych,  co 

lepiej  wyglądają,  niż  się  noszą.  Na  samym  dnie,  pod  całą  resztą  garderoby,  Tyler  znalazła 

jeszcze  zwiewną  koszulkę  nocną  z  karminowego  jedwabiu  i  szlafrok,  a  ściślej  rzecz  biorąc, 

peniuar do kompletu. 

Zafrasowana,  raz  jeszcze  ogarnęła  wszystkie  sztuki  ułożone  teraz  na  łóżku.  Razem 

kosztowały  zapewne  więcej,  niż  wynosiła  jej  roczna  pensja,  choć  krawcy  zużyli  na  całość 

mniej materiału niż na jej trzy kostiumy, które nosiła do biura. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Postanowiła,  że  najpierw  się  wykąpie,  a  potem  wrzuci  na  siebie  ubranie  z  podróży, 

poszuka w okolicy jakiegoś sklepu i kupi coś sensownego, w czym będzie mogła się

 

pokazać.  

Tak  zdecydowała,  choć...  Wzięła  do  ręki  karminową

 

koszulkę  i  peniuar.  Trzeba 

przyznać,  że  Krissy  ma  jednak,  gust.  Jest to być  może  gust panienki do  towarzystwa,  ale  w 

najlepszym stylu i z najlepszego towarzystwa. 

Przeszła  do  łazienki,  zakręciła  wodę,  nalała  płynu  do  kąpieli  i  zaczęła  się  rozbierać. 

Gdy  została  w  samej  bieliźnie  (białej,  bawełnianej,  bez  żadnych  ozdób),  rozpuściła  włosy. 

Lustro zaparowało od gorącej wody, więc przetarła je ręką i przyjrzała się sobie uważnie. Nie 

należała  do  kobiet,  które  określa  się  mianem  pięknych,  ale  była  przystojna  i  miała  tego 

świadomość.  Określenie  „szykowna”  odnosiło  się  do  niej  w  całej  pełni.  Miała  znakomitą 

karnację, dbała o cerę, aplikując sobie stosowne porcje kremu nawilżającego  i na dzień,  i  na 

noc, a do tego delikatny makijaż z odrobiną mascary na rzęsach i dyskretnym podkreśleniem 

oczu.  Usta  ledwo  pociągnięte  jasną  szminką.  Wiedziała,  że  one  właśnie  stanowią  jej 

największy  atut,  i  wiedziała  tez,  że  przy  ostrzejszej  szmince  mężczyźni  zaczynają  na  nią 

spoglądać  tak,  jakby  interesowało  ich  zupełnie  co  innego  niż  sprawy  z  zakresu  jej 

specjalności zawodowej. 

Zdjęła  przepaskę,  rozpuszczając  włosy.  Sięgały  ramion.  Jeśli  cokolwiek  w  jej 

wyglądzie  kwalifikowało  się  jako  piękne,  to  właśnie  włosy.  Nieraz  słyszała  pełne  zazdrości 

westchnienia: „Chciałabym mieć takie włosy jak ty”. 

Mieniły  się  barwą  kasztanu  z  jaśniejszymi  pasmami.  Fryzjer,  u  którego  się  czesała, 

mawiał,  że  gdyby  tylko  udało  mu  się  wynaleźć  sposób  na  powielenie  tego  wyjątkowego 

koloru, byłby najbardziej wziętym mistrzem nożyczek i grzebienia w całym Nowym Jorku, co 

Tyler  kwitowała  skromnym  uśmiechem.  Włosy  były  przy  tym

 

gęste  i  mocne,  a  końcówki 

sięgające ramion w naturalny sposób układały się w pyszne loki. 

Dawno już przekonała się, że jeśli chce, aby traktowano ją poważnie, jak przystało na 

osobę  wykonującą  szacowny  zawód,  musi  ukrywać  włosy.  Sczesywała  je  więc  od  czoła  i 

starannie  chowała  pod  kapeluszami.  Wiedziała,  że  tak  trzeba,  bo  jeszcze  w  college'  u  co 

śmielsi  młodzi  ludzie  szeptali  jej  na  boku,  co  zrobiliby  z  jej  wspaniałymi  włosami,  gdyby 

tylko  otrzymali  taki  przywilej.  Wtedy  obcięła  się  na  krótko,  co  niestety  nie  rozwiązało 

problemu,  a  przeciwnie,  jeszcze  bardziej  go  pogłębiło.  Z  krótką  fryzurą  budziła  bowiem 

jeszcze więcej uwagi niż z długimi włosami - uwagi, na której jej nie zależało i której wcale 

sobie nie życzyła. Zapuściła więc włosy na nowo, a gdy odrosły, zawsze starannie je upinała. 

Rozpuszczała tylko w wyjątkowych, a więc bardzo intymnych sytuacjach, gdy była z kimś, z 

kim pozostawała w naprawdę bliskich stosunkach. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Zaskoczyło  ją pukanie do  drzwi.  Speszyła  się,  jakby przyłapano ją na czymś wysoce 

niestosownym.  Tymczasem  pukanie  rozległo  się  jeszcze  raz,  głośniej  i  niecierpliwiej. 

Ubranie, które miała na sobie w samolocie, leżało na podłodze, mokre od wody lejącej się do 

wanny.  Poszukała wzrokiem  płaszcza kąpielowego.  Bez skutku.  Niczego takiego  w łazience 

nie było. Gdy pukanie rozległo się po raz trzeci, skoczyła do sypialni, porwała z łóżka peniuar 

Krissy, ogarnęła się tyle, ile zdołała, i otworzyła drzwi. 

Mężczyzna,  który  się  dobijał,  nawet  nie  podniósł  oczu  znad  pliku  papierów,  które 

trzymał  w  ręce.  Był  bez

 

wątpienia  przystojny,  typ  światowca.  Tyler  przyszło  na  myśl 

skojarzenie z Harrisonem Fordem i zdała sobie sprawę, że sama musi wyglądać dość dziwnie, 

z  rozpuszczonymi  włosami,  w  peniuarze,  który  przylegał  do  figury  w  sposób  czyniący 

wyobraźnię absolutnie zbędną. 

Gość, kimkolwiek był, nie odrywał jednak wzroku od papierów. Wszedł do środka. 

- Czemu tak długo? - rzucił karcącym tonem. Nie liczył chyba na odpowiedź albo mu 

na niej  nie zależało;;  bo z miejsca zaczaj wydawać polecenia. - Zadzwoń do Larry'ego, żeby 

dał znać do Wallingforda, że jeśli nie dostarczą szpadli do dziesiątego, to poszukamy innego 

dostawcy.  Wyślij  fax  do  sklepu  w  Westehester,  niech  wezmą  piły  łańcuchowe  ze  sklepu  w 

Portsmouth, tak żeby były na rano.

 

Wyrzucał  z  siebie  słowa,  nie  podnosząc  oczu,  i  Tyler  zaczęła  się  zastanawiać,  jak 

zareaguje,  gdy  wreszcie  spostrzeże,  że  nie  ma  przed  sobą  Krissy.  Wolała  jednak  nie 

sprawdzać, a tym bardziej tłumaczyć się ze swojej obecności, zwłaszcza że cała historia była 

po prostu śmieszna. Ciekawa jednak była, czy zorientowawszy się, nie każe wyrzucić Krissy 

z pracy. 

-  Powiedz też Larry'emu,  że nie chcę  już więcej  akcji  firmy  jego  kuzyna.  -  Przełożył 

papiery. - Nie podoba mi się projekt witryny internetowej. Zadzwoń w tej sprawie do tej... jak 

ona się nazywa?... taka blondynka? - spytał, nie patrząc na Tyler. 

- Marilyn? - zaryzykowała. 

-  Właśnie  o  nią  mi  chodzi.  Zadzwoń  do  niej,  niech  przerobi  projekty  reklam,  bo  na 

tych, które przedstawiła, firma robi wrażenie starej, a nam zalety na przyciągnięciu damskiej 

klienteli, więc niech weźmie to pod uwagę. - Znów przełożył papiery. - Powiedz Jonathanowi, 

że  liczby  są  w  porządku,  ale  chciałbym  dostać  więcej  danych  na  temat  japońskiego  sklepu. 

Niech przyśle więcej szczegółów. Zapamiętałaś? 

Wreszcie  podniósł  wzrok  i  Tyler  zmartwiała.  Wybuchnie?  Odeśle  ją  najbliższym 

samolotem? A co pomyśli, widząc ją z rozpuszczonymi włosami i w karminowym peniuarze 

bardziej stosownym w domu schadzek niż w szacownym hotelu? 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Joel  Kingsley  -  zakładając,  że  to  był  właśnie  on  -  nawet  nie  drgnął.  Najmniejszym 

gestem nie wyraził ani zdziwienia, ani zaskoczenia, jakby wydawanie poleceń kobiecie, której 

nigdy nie widział na oczy, było czymś zupełnie normalnym. 

Powinien przynajmniej zapytać, czy nie pomylił pokoi, pomyślała Tyler. 

A on milczał; najwyraźniej oczekiwał odpowiedzi na pytanie, które postawił. 

Tyler  speszyła  się,  ale  błyskawicznie  weszła  w  rolę.  Skoro on  nie  dostrzega  niczego 

niezwykłego w zaistniałej

 

sytuacji, to świetnie, niech tak zostanie. 

- Zapamiętałam każde słowo - odpowiedziała z uśmiechem. 

-  Nie  żartuj.  -  Spojrzał  na  nią  uważnie  spod  powiek,  za  którymi  kryły  się  oczy  o 

barwie głębokiego granatu. 

Tyler  z  uśmiechem  powtórzyła  słowo  w  słowo  całą  tyradę.  Zawsze  miała  doskonałą 

pamięć. 

Wysłuchał  bez komentarza,  choć  nie  mógł  nie zwrócić

 

uwagi,  że Tyler  rzeczywiście 

powtórzyła dokładnie wszystkie polecenia. Rzucił tylko stos papierów na łóżko - wylądowały 

na czerwonym kaszmirowym sweterku - obrócił się na pięcie i ruszył do wyjścia. W drzwiach 

zatrzymał się na moment. 

- Mamy spotkanie z tym człowiekiem od kosiarek. Załatw wszystko, co powiedziałem, 

i za godzinę bądź w hallu. Nie wkładaj szpilek - dodał jeszcze na koniec i wyszedł. 

Przez chwilę Tyler stała jak zamurowana, po czym osunęła się na krzesło przy łóżku. 

Zauważył czy nie? - kołatało jej w myślach. Co to za człowiek, który słowem nie zareagował, 

widząc obcą osobę na miejscu swojej stałej asystentki? Dlaczego nie raczył zapytać o Krissy? 

Nie zainteresował się nawet, czy żyje. 

Chyba  że  Krissy  zadzwoniła  i  uprzedziła  go  o  wszystkim.  Tak,  pomyślała  Tyler, 

wstając  z  krzesła,  tak  zapewne

 

było.  Przeszła  do  łazienki.  Już  miała  wejść  do  wanny,  gdy

 

uświadomiła  sobie,  że  ma tylko  godzinę,  a trzeba załatwić

 

sprawy,  które  zostawił,  i  ogarnąć 

się przed wyjściem. 

Z westchnieniem rezygnacji wyciągnęła korek. Patrząc, jak woda wiruje, spływając z 

wanny,  myślała  o  tym,  co  usłyszała  przed  chwilą.  „Załatw  wszystko”  -  powtórzyła  głośno, 

naśladując  głos  i  ton  Joela  Kingsleya.  Jedno  tylko  jest  pewne  -  dobrze  zrobiła,  zostawiając 

Krissy  w Nowym  Jorku.  Lepiej  trzymać  ją z daleka od tego  człowieka.  Tacy  jak on  zjadają 

młode panienki żywcem na śniadanie. 

Rozgoryczona,  wróciła  do  sypialni,  usiadła  przy  telefonie,  przejrzała  papiery,  które 

zostawił, znalazła potrzebne numery i nazwiska. 

Gdy po godzinie Joel Kingsley zjawił się w hotelowym hallu, Tyler już tam czekała. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Ubrana  we  włoskie  obcisłe  spodnie  i  kaszmirowy  sweterek,  wolała  nie  siadać.  Stała 

zgarbiona,  nie  dlatego,  że  tak  się  zwykła  nosić,  lecz  dlatego,  że  przy  najmniejszym  ruchu 

sweterek podjeżdżał do góry, odsłaniając pępek, i nie było na to rady. 

- Czy jest tu gdzieś sklep z konfekcją? - spytała w recepcji. 

-  Przykro  mi,  ale  w  pobliżu  niczego  tak  modnego  pani  nie  znajdzie  -  brzmiała 

odpowiedź  poparta  wymownym  spojrzeniem  na  pas  golizny  między  dołem  swetra  a  górą 

spodni. 

-  Chciałabym  kupić  cokolwiek,  żeby  się  jakoś...  okryć  -  wyjaśniła  tonem  pełnym 

desperacji. 

- Szkoda byłoby tak pięknego widoku - odpowiedział recepcjonista, patrząc tym razem 

prosto w jej oczy. 

Chwilę trwało, nim Tyler zrozumiała, o czym mowa. 

- Bo... - zaczęła się tłumaczyć, ale speszona straciła wątek. Z kłopotu wybawił ją Joel 

Kingsley, który właśnie zszedł do hallu. Ale nie zatrzymał się przy niej, Bez słowa przeszedł 

do wyjścia. 

Nie poznał? No cóż, widział  mnie tylko przez chwilę, pomyślała Tyler, gdy dobiegło 

ją gromkie pytanie, wypowiedziane niecierpliwym tonem: 

- Idziesz wreszcie czy nie? 

Ściskając w ręce torebkę i elegancką miniaturową aktówkę od Marka Grossa, którą też 

znalazła w bagażu Krissy, Tyler podreptała śpiesznie do wyjścia. 

Przed hotelem  czekał samochód.  Kingsley zdążył  już

 

wsiąść.  Tyler  wślizgnęła się  na 

miejsce obok, a on nawet nie spojrzał. Studiował  pilnie kolejny stos papierów, które trzymał 

na kolanach. 

Tyler  nie  wiedziała,  jak  się  zachować.  Czy  lepiej  milczeć  i  nie  zwracać  na  siebie 

uwagi,  czy  coś  powiedzieć.  W  końcu  postanowiła  zaryzykować,  uznając,  że  nie  ma 

niebezpieczeństwa,  bo  Kingsley  i  tak  nie  zareaguje.  Nie  zainteresowałby  się  nawet  wtedy, 

gdyby mu raptem oznajmiła, że jest pokojówką z hotelu. 

- A więc - zaczęła - co pan kupuje? 

- Dzieła sztuki - odparł, nie podnosząc oczu znad papierów. 

- Przepraszam, co? 

- Dzieła sztuki - powtórzył głośniej, jakby uznał, że nie dosłyszała. 

- Ach, rozumiem. - Całą drogę w samolocie zastanawiała się, jak będzie wyglądało ich 

pierwsze  spotkanie.  Jaka  będzie  jego  reakcja,  gdy  zorientuje  się,  że  ma  przed  sobą  obcą 

osobę?  Czy  mistyfikacja  zezłości  go.  czy  może  rozbawi?  Rozważała  rozmaite  scenariusze. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Jednego  tylko  nie  przewidziała  -  braku  jakiejkolwiek  reakcji,  absolutnej,  perfekcyjnej 

obojętności. 

I to ją irytowało. 

- Dzieła sztuki? - powtórzyła. - A konkretnie? 

-  Piękne  przedmioty,  od  uchwytów  do  szuflad,  po  łazienkowe  wieszaki  na  papier 

toaletowy. 

- Wieszak na papier toaletowy jako dzieło sztuki? - Autentycznie się zdumiała. 

Podniósł wreszcie wzrok znad papierów i na nią spojrzał. 

-  To  chyba  oczywiste,  że  Rockefellerowie  sprawiają  sobie  inne  wieszaki  niż  zwykły 

Smith albo Johnson. 

Zrewanżowała mu się spojrzeniem. Oczy rzeczywiście miał  niezwykłe. Tak pięknych 

jeszcze nie widziała. Nic dziwnego, że dziewczyny traciły głowę na jego punkcie. Tylko że to 

bez sensu. Facet jest zimny jak góra lodowa. 

- Nie przyszło mi to do głowy. 

-  O  właśnie,  mało  kto  na  to  wpada,  a  w  świecie  bogatych  takie  właśnie  przedmioty 

mają  swoją  wartość.  Dzieła  sztuki  na  co  dzień.  Są  w  Nowym  Jorku  specjalne  sklepy. 

Słyszałaś o nich? 

- Nie. 

-  A  właśnie.  Sprzedaje  się  tam  rozmaite  drobiazgi,  uchwyty  i  tak  dalej,  z  całego 

świata. Wszystko piekielnie drogie, a wiesz dlaczego? 

- Pojęcia nie mam. 

- Bo płaci się za projekt, za kształt, za artystyczną myśl, bo są to dzieła prawdziwych 

artystów, dzieła sztuki, dla tych, oczywiście, których na to stać. I tym zajmuje się moja firma. 

Takich  przedmiotów  szukam  po  całym  świecie.  -  Kingsley  uznał  wykład  za  zakończony  i 

znów zagłębił się w papierach, jakby Tyler nie zasługiwała na dalszą jego uwagę. 

- A konkurencja? Ma pan konkurentów? 

Nie  odpowiedział  od  razu,  jakby  się  waha),  tylko  kącik  ust  uniósł  mu  się  w 

ćwierćuśmiechu. 

-  Gilmore's  Home  Supply  -  rzekł  wreszcie,  przekładając  jednocześnie  papiery.  - 

Zaczęli zabiegać o damską klientelę i rozszerzyli ofertę o artykuły gospodarstwa domowego. 

- A pan, jak rozumiem; chce odebrać im rynek za pomocą artystycznych uchwytów do 

szuflad? 

-  Jeśli  wpadniesz  na  lepszy  pomysł,  to  chętnie  wysłucham  -  brzmiała  odpowiedź 

wypowiedziana surowym tonem. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Nie omieszkam o nim panu opowiedzieć - potwierdziła równie zimno. 

 

Zamknęła  za  sobą  drzwi  i  przez  chwilę  stała  bez  ruchu  pośrodku  swojego  pokoju. 

Spędziła z Joelem Kingsleyem kilka dobrych godzin i... 

Nie  chciała  nawet  o  tym  teraz  myśleć.  Najpierw  potrzebowała  drinka,  mocnego,  a 

nawet  dwóch.  Zaraz  potem  pragnęła  zanurzyć  się  w  gorącej  kąpieli,  nadrobić  to,  czego  nie 

zdążyła przedtem, a jeszcze później... 

Ledwo przygotowała sobie szklankę, gdy zadzwonił telefon. 

Podniosła słuchawkę. 

-  Och,  Tyler,  nareszcie  jesteś  -  zaszczebiotała  Krissy.  -  Dzwoniłam  już  chyba  ze  sto 

razy. No i jak? Zezłościł się, że mnie nie ma? Zamówił to, co chciał. 

- Jeśli o mnie chodzi, to czuję się dobrze - odparła Tyler sarkastycznie. 

-  Och,  przepraszam,  chciałam  oczywiście  zapytać,  ale  przecież  ty  zawsze  dobrze  się 

czujesz. - Krissy zaśmiała się. - Umiesz dbać o siebie. 

- A on niby nie? Ten facet dałby sobie radę nawet na biegunie. Ale lepiej niech jedzie 

w tropiki. Jest tak zimny, że nie trzeba by klimatyzatora. 

W słuchawce zaległa cisza. 

-  Tyler  .  chyba  go  nie  polubiłaś?  -  odezwała  się  wreszcie  Krissy  wyraźnie 

rozczarowana. 

-  Polubić?  Jego?  Czy  nie  widzisz,  że  ten  człowiek  odpycha  każdą  kobietę,  którą 

posądza, że chciałaby się do niego zbliżyć. 

-  Oczywiście!  -  wykrzyknęła  Krissy.  -  Nie  ma  innego  wyjścia,  musi  lak  robić,  bo 

wszystkie się w nim kochają.

 

- Ale ty, Kristin Beaumont, chyba nie - wycedziła Tyler z całą powagą. - Nie wierzę, 

abyś  mogła  się  zakochać  w  tym...  tym...  -  Przerwała,  nie  znajdując  odpowiednio  mocnego 

słowa na wyrażenie tego, co myśli. 

- Opowiedz mi wszystko po kolei - zaszczebiotała Krissy, puszczając uwagę kuzynki 

mimo uszu. - Czy ta stara Delashaw też tam przyjechała? Widziałaś ją? 

- Najpierw powiedz mi, czy dzwoniłaś do niego, uprzedzając, że nie przyjedziesz i że 

będzie... zastępstwo. 

- Ależ skąd, do głowy mi nie przyszło. - Ton Krissy nie pozostawiał wątpliwości, że 

pytanie uznała za absurdalne. 

- No to już niczego nie rozumiem. Wyobraź sobie, że słowem nie odezwał się na mój 

widok, z miejsca zaczaj... 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  ...dyktować  polecenia  -  dokończyła  Krissy.  -  Ależ  oczywiście,  domyślałam  się,  że 

tak będzie. On ma tyle na głowie, że nie zwraca uwagi na drobiazgi. 

- Drobiazgi? Ludzka istota to dla niego drobiazg bez znaczenia? 

- Tylko wtedy, gdy jest kobietą, a w dodatku ładną, napytał, jak masz na imię? 

- Nie. Traktował mnie jak przedmiot. Dał mi papiery, wcisnął komórkę do ręki, kazał 

dzwonić, jakbym była robotem. Nie mógł okazać większej obojętności. 

W słuchawce znów zaległa cisza. 

-  To  znaczy,  że  mu  się  spodobałaś  -  szepnęła  Krissy  po  dobrej  chwili.  -  Uznał,  że 

jesteś ładna. A w co byłaś ubrana? W moje rzeczy? 

W  głosie  Krissy  zabrzmiały  niebezpieczne  nuty  zazdrości.  Tyler  mogła  mieć  swoje 

zdanie na temat Joela Kingsleya,  mogła uważać go za bufona, ale nie zapominała, że Krissy 

ma całkiem inną opinię. 

- A jak ty się czujesz? - zmieniła temat. - Był lekarz? 

-  Tak,  przyszedł  wieczorem,  przyniósł  mi  jedzenie,  ale...  czy  ty  przypadkiem  się  nie 

zakochałaś? - zapytała Krissy z lękiem. 

W pierwszej chwili Tyler nie zrozumiała, o kogo chodzi. 

- W Kingsleyu? - upewniła się. - Jak mogłabym się zakochać w tym... - Ugryzła się w 

język. Powstrzymała się przed użyciem  mocniejszego słowa, żeby  nie urazić uczuć kuzynki. 

Krissy  durzyła się  w  szefie,  może  nawet więcej,  niż durzyła.  -  Ja  miałabym  się  zakochać w 

Kingsleyu? To absurd. Sama przecież zauważyłaś, że nie jest w moim typie. 

Krissy  odetchnęła  z  ulgą.  Wiesz,  jesteś  bardzo  do  niego  podobna.  Równie  ostrożna. 

Oboje boicie się zakochać, bo to mogłoby zmienić całe wasze życie. 

W pierwszym odruchu Tyler chciała rzucić słuchawkę, ale się opanowała. 

- Mam  nadzieję - odezwała się, tłumiąc irytację -  że

 

nie mówisz lego serio. Ja jestem 

podobna do Kingsleya?! Ten człowiek nie ma żadnych uczuć. Trzeba go było dzisiaj widzieć. 

Byliśmy w pubie, w większym towarzystwie. Póki byli sami mężczyźni, śmiał się i bawił, ale 

gdy zjawiła się ładna dziewczyna, kelnerka, nabzdyczył się jak indor. 

- Pewnie wyczuł, że zwróciła na niego uwagę, nienawidzi umizgów, nie znosi, gdy się 

ktoś narzuca, a nawiasem mówiąc, ty powinnaś to doskonale rozumieć. Pamiętasz tego faceta, 

którego  mama  zaprosiła  na  święta  dwa  lata  temu?  Chciała,  żebyś  go  poznała,  a  ty  potrak-

towałaś go jak powietrze. 

Tyler  zaczerwieniła  się  po  uszy.  Dobrze,  że  Krissy  tego  nie  widziała.  Do  dziś  nie 

potrafiła  sobie  wytłumaczyć,  dlaczego  ów  człowiek  napawał  ją  takim  obrzydzeniem.  Był  i 

przystojny,  i  inteligentny,  i  do  wzięcia.  Miał  poczciwe  oczy.  Był  pediatrą,  dzieci  go 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

uwielbiały, musiał więc być naprawdę dobrym człowiekiem. 

A  Tyler  omijała  go,  jakby  był  zadżumiony.  Za  każdym  razem,  gdy  próbował  się 

zbliżyć, fukała tak. Że aż wszystkim robiło się przykro. 

- Już dobrze - rzuciła do słuchawki. Rozmowa zaczęła schodzić na niebezpieczne tory. 

-  Nie  mówmy  o  tym.  A  zresztą,  czas  już  kończyć.  Muszę  wziąć  kąpiel  i  chcę  się  położyć. 

Niewiele spałam ostatniej nocy. 

- Tylko nie zbliżaj się do niego - syknęła Krissy na pożegnanie. - Pamiętaj, że on jest 

mój. 

-  I  wszystkich  dziewczyn  z  biura,  bo  wszystkie  zwariowałyście  na  jego  punkcie  - 

dodała Tyler z życzliwą złośliwością. Pożegnała się i odłożyła słuchawkę. 

Ale  na  sen  nie  miała  ochoty.  Była  zbyt  podniecona  wydarzeniami  dnia,  a  poza  tym 

była przecież w romantycznej Szkocji, w prawdziwym zamku i w ogóle... Uśmiechnęła się do 

siebie,  przecież  to  wakacje.  Ze  stylowego  biurka  pod  ścianą  wzięła  kolorowy  informator 

hotelowy. Może jest coś, co warto zwiedzić albo zobaczyć. Choćby sam zamek. 

Jak  przeczytała,  hotel  urządzono  w  „nowym”  zamku  -  w  tej  części,  którą 

wybudowano,  gdy  zamczysko  przestało  pełnić  funkcje  warowni.  Ale  „stary”  zamek  też 

niedawno  odremontowano  i  w  ciągu  dnia  można  go  zwiedzać  z  przewodnikiem  czy  raczej 

przewodniczką, bo na fotografii ilustrującej tekst widniała młoda dama w stroju z epoki na tle 

tarcz i mieczy zdobiących którąś z zamkowych komnat. 

Tyler  odłożyła  broszurę,  podeszła  do  szafy.  Gdyby  przywiozła  własną  garderobę, 

włożyłaby długą wełnianą spódnicę, białą koszulową bluzkę z bawełny i żakiet, ale w bagażu 

Krissy niczego takiego nie było. 

Wróciła  w  myślach  do  incydentu  w  pubie  i  do  dziwnego  zachowania  Kingsleya. 

Demonstracyjnie odwrócił się od Ładnej kelnereczki, Tyler zaś traktował przez cały czas tak, 

jakby  była  powietrzem  albo  jeszcze  gorzej,  jakby  w  ogóle  jej  nie  było.  Jak  to  Krissy 

powiedziała? Że Kingsley zawsze tak reaguje na widok „ładnych” kobiet. 

- A, do diabła z nim - mruknęła, wyjmując z szafy czarne skórzane spodnie, a spośród 

sweterków w szufladzie wybrała moherowy różowy golf z długimi rękawami. Problem tylko 

w tym, że znów okazał  się skąpy  jak wszystko, co Krissy spakowała do walizki. Znów więc 

będzie świecić gołym pępkiem. 

Obejrzała  się  w  lustrze.  Jak  na  trzydziestopięcioletnią  staruszkę  prezentowała  się 

całkiem  nieźle.  Godziny  ćwiczeń  w  fitness  clubie  nie  poszły  na  marne.  Brzuch  plaski  jak 

należy, a tyły... też jeszcze ujdą. Najważniejsze że nie spełniło się ponure proroctwo matki, że 

po  trzydziestce  to,  co  stanowi  przedłużenie  pleców,  zaczyna  zwisać  po  kolana  jak,  nie 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

przymierzając, rzadkie ciasto. 

Włożyła  adidasy,  ale  biel  kłóciła  się  z  czernią  skórzanych  spodni,  zdecydowała  się 

więc na czółenka. Wybrała najniższy obcas,  jaki  był w kolekcji, lecz  nie miała już śmiałości 

spojrzeć  w  lustro.  Wiedziała,  że  gdyby  ujrzała  siebie  w  tak  skomponowanym  stroju,  nie 

wyszłaby z pokoju. 

W  recepcji  zapytała  o  drogę  do  starej  części  zamku  i  o  to,  czy  można  zwiedzać 

zabytkowe  komnaty  bez  przewodnika.  Dyżurny  oświadczył  najpierw,  że  już  jest  po 

godzinach, gdy jednak zobaczył minę Tyler, zmienił zdanie. 

- Może jednak coś się da zrobić - powiedział, wyjmując ze schowka klucz. - Proszę za 

mną. 

Otworzył ciężkie dębowe drzwi prowadzące do starej części zamku i wpuścił Tyler do 

środka. 

- Niech pani zwiedza i proszę się nie krępować. Może pani zapalać wszystkie światła, 

pomyślą,  że  to  sprzątaczka  i  nikt  nie  będzie  pani  przeszkadzać,  tylko  przy  wyjściu

 

proszę 

zgasić. 

Serce Tyler zabiło mocnej na myśl, że dane jej będzie samej wędrować po wiekowych 

komnatach i obcować z historią. Nawet jak czegoś dotknie, to nikt nie powie, że nie wolno. 

- Dziękuję panu, nie wiem, jak się odwdzięczę. 

-  Naprawdę?  Niech  pani  pomyśli  -  odparł  recepcjonista  tonem,  który  nie  miał  nic 

wspólnego z zawodową uprzejmością. 

Chwilę trwało, nim Tyler zrozumiała aluzję. Pomogło łakome spojrzenie, jakim młody 

człowiek ogarniał pas gołego ciała między sweterkiem a górą obcisłych spodni. W pierwszym 

odruchu  chciała  obciągnąć  kusy  moher...  ale  zrobiła  coś  zupełnie  innego.  Wyprostowała  się 

jak nigdy i kokieteryjnym uśmiechem odpowiedziała na zaczepkę: 

- Pomyślę.... 

Gdy uświadomiła sobie, jak się zachowała, zlękła się, że młody człowiek zaśmieje jej 

się w twarz. On tymczasem obrzucił ją przeciągłym spojrzeniem. 

- Będę czekał - rzekł, zamykając za nią drzwi. 

Jeśli jeszcze przed chwilą Tyler czuła do siebie obrzydzenie, to minęło bezpowrotnie, 

gdy  została sama.  Rola femme  fatale  była  jej zawsze obca,  kokieteria też, teraz jednak...  No 

cóż, pięknością może nie jest, ale brzydkim kaczątkiem też nie. 

Ścianę po lewej stronie zdobiła średniowieczna rycerska zbroja. Po przeciwnej stronie 

stała  długa  sofa  przykryta  kobiercem  z  długimi  frędzlami.  Mury  pokrywała  boazeria  z 

ciemnego dębu. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Tyler  rozpuściła  włosy.  Oto  jest  sama  w  starym  zamczysku,  nikt  jej  nie  widzi,  więc 

nie musi niczego ukrywać. 

Ale dziesięć minut później czar prysnął jak bańka

 

mydlana. Szła właśnie korytarzem, 

oglądając  obrazy

 

i  studiując  szczegóły  w  hotelowym  informatorze,  gdy

 

drzwi  naprzeciwko 

otworzyły się z chrzęstem  nieoliwionych zawiasów. W pierwszej chwili chciała ukryć się za 

kotarą - o tej porze goście hotelowi nie mają przecież tu wstępu. 

Joel Kingsley - on to bowiem stanął w otwartych drzwiach - był równie zdumiony jej 

widokiem jak ona. 

- Kogo ja widzę? A ty co tu robisz? 

Nie  speszyła  się.  Był  przecież  wieczór,  sprawy  służbowe  dawno  się  skończyły  i  nie 

musiała się tłumaczyć. 

-  Mogłabym  zapytać  o  to  samo  -  odparła  przekornie.  -  O  tej  porze  nie  wpuszcza  się 

zwiedzających. 

-  Zależy  kogo.  Dałem  właścicielowi  hotelu  trzy  traktory  ogrodowe  do  testowania, 

więc  mnie  wpuścił.  A  ty,  jak  to  sobie  załatwiłaś?  -  spytał,  wodząc  oczami  po  odsłoniętym 

fragmencie brzucha. Przeniósł wzrok niżej, patrząc na obcisłości skórzanych spodni i buty na 

obcasie. Nie musiał nic mówić, i tak było oczywiste, o czym myśli. 

-  Zwyczajnie  -  odparła  Tyler.  -  Nie  powiem,  że  przez  łóżko,  bo  z  tym  i  owym 

załatwiałam sprawę gdzie indziej. A nawiasem mówiąc, że pańskie traktory ogrodowe nie są 

najwygodniejsze. Jeszcze mam ślad po dźwigni zmiany biegów. - Przesunęła ręką po plecach, 

jakby rozmasowywała bolące miejsce. 

-  Porozmawiam  z  producentem  -  odrzekł  Kingsley,  a  Tyler  znów  się  wydało,  że  na 

jego  twarzy  zagościł  cień  uśmiechu.  -  Ale  i  tak  masz  szczęście,  że  nie  dałem  właścicielowi 

kosiarek do testowania. Mogłoby się skończyć znacznie gorzej. 

W  najśmielszych  wyobrażeniach  Tyler  nigdy  nie  przypuszczała,  że  kiedykolwiek 

pozwoli sobie na lak frywolną konwersację. 

-  Zapewne  -  odparła  tym  samym  tonem  i  chciała  coś  jeszcze  dodać,  ale  przerwała, 

słysząc jakiś ruch za kotarą. Spojrzała zaskoczona. Joel też zwrócił uwagę na dziwny dźwięk i 

nie namyślając się, odsunął zasłonę. 

Tyler aż jęknęła ze zdumienia. Podobno w zamku miało nie być żywej duszy. 

Za  kotarą,  w  wykuszu  przy  oknie,  siedział  młody  mężczyzna,  nieledwie  chłopiec. 

Sądząc  po  stroju,  w  zamku  był  u  siebie.  Ubrany  był  w  białą  lnianą  koszulę  i  szkocką, 

wyblakłą od prania spódniczkę. Na nogach miał grube, ręcznie dziergane skarpety do kolan  i 

trzewiki  jak  prawdziwy  giermek.  Tak  autentycznego  szkockiego  stroju  Tyler  nigdy  jeszcze 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

nie widziała. 

- Ian McLyon - przedstawił się młodzieniec i skłonił lekko. 

Mówił  gardłowym  akcentem  mieszkańca szkockich  gór, trudnym do  zrozumienia dla 

przybysza z innych stron. Był bez wątpienia przystojny - ciemne kręcone włosy i mieniące się 

głębokim błękitem oczy - i patrzył na Tyler tak, że bała się, iż zaraz się zarumieni. 

-  Wydawało  mi  się,  że  o  tej  porze  zamek  jest  nieczynny  -  odezwał  się  Joel  dość 

nieprzyjemnym tonem, adresując tę uwagę do młodego człowieka. 

- Sądząc po stroju, nasz nieznajomy ma chyba większe prawo przebywać tu niż pan - 

zaprotestowała Tyler. 

- Co do mnie, to umówiłem się z właścicielem - burknął Joel - i nie musiałem niczego 

„załatwiać”  jak  ty  -  dodał,  opatrując  uwagę  takim  spojrzeniem,  że  Tyler  poczuła  się  jak 

unurzana w błocie, a młody człowiek parsknął śmiechem. 

- Oto prawdziwa miłość! - zawołał rozbawiony. 

- Nie jesteśmy... - energicznie zaprzeczyła Tyler, a dalsze słowa uwięzły jej w gardle. 

Perspektywa, że mogłaby stanowić parę z Kingsleyem, napawała ją niekłamanym wstrętem. 

- Oczywiście, że nie - zawtórował Kingsley. 

-  A to  wielka  szkoda.  -  Ian  uśmiechnął  się.  -  Noc taka piękna.  Spójrzcie  na  księżyc. 

Wymarzona noc dla miłości. 

Tyler  zerknęła  przez  okno.  Księżyc  w  pełnej  krasie  unosił  się  nad  wzgórzami 

otaczającymi zamek, srebrząc je jak w bajce. Niżej i  bliżej  murów zamkowych rozciąga! się 

skomponowany  na kształt koła ogródek z grządkami ziół  i poidełkiem dla ptaków pośrodku. 

Na skraju rabat, na ławce, siedziała dziewczyna wpatrzona w zamkowe okna. 

- Twoja? - spytał Joel młodzieńca, wzrokiem wskazując na siedzącą na ławce postać. 

-  Moja  -  odszepnął  Ian  z  uśmiechem,  a  Tyler  poczuła  ukłucie  zazdrości  w  sercu. 

Wzruszyło ją uczucie  malujące  się na obliczu młodzieńca. A gdyby tak ktoś miał się mienić 

na twarzy na dźwięk jej imienia - pomyślała i... Potrząsnęła energicznie głową, jakby ten gest 

miał usunąć niechcianą myśl. Obruszyła ją wymiana słów Joela z młodzieńcem. Istota ludzka 

to  nie  rzecz,  którą  ma  się  na  własność,  a  ci  dwaj  tak  właśnie  mówią.  Tak  samo  mawiali

 

niektórzy  mężczyźni  na rozprawach rozwodowych, w których zdarzało  jej się występować,  i 

też ją to irytowało. 

Miała już wygłosić stosowną uwagę o męskim szowinizmie, ale ubiegł ją Ian. 

- Niestety, gniewa się na mnie - powiedział z rozbrajającą szczerością. 

-  Czemuż  to?  -  wyrwało  się  Tyler,  zanim  zdążyła  pomyśleć.  Kingsley  zgromił  ją 

wzrokiem.  -  To  Znaczy...  -  zaczęte  się  usprawiedliwiać,  ale  zmieniła  zamiar.  -  To  znaczy  - 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

zaczęła jeszcze raz innym tonem - trudno mi uwierzyć, że można by się na ciebie gniewać. - 

Nie spojrzała na Kingsleya, ale czuła, że pała oburzeniem i że przy najbliższej okazji zwróci 

jej uwagę za niestosowne zachowanie. Będzie oburzony, że flirtowała z nieznajomym. 

-  Dobra  z  pani  kobieta,  wie  pani,  jak  pocieszyć  strapionego  mężczyznę  -  rzekł  Ian  z 

uśmiechem i obrócił się do okna. - Ale są takie sprawy, o których tylko my wiemy. - I znów 

przeniósł  wzrok  na  Tyler.  -  A  nie  zechciałaby  pani  zanieść  jej  listu  ode  mnie?  Mam  coś 

ważnego do przekazania, ale... - Zawiesił głos i tylko bezradnie machnął ręką. 

-  Rozumiem.  -  Tyler  wyciągnęła  dłoń  w  stronę  młodzieńca.  Chciała  go  dotknąć  w 

przyjaznym geście, ale nie zdążyła. 

-  Nie  będzie  pan  miał  nic  przeciwko  temu,  że  pańska  towarzyszka  odda  przysługę 

obcemu mężczyźnie? - Zwrócił się Ian do Kingsleya. - Będę panu ogromnie wdzięczny. 

-  Nie  musisz  prosić o  przyzwolenie.  To  nie  jest  mój

 

narzeczony,  tylko pracodawcą - 

pośpieszyła Tyler z wyjaśnieniem, zanim Kingsley zdołał otworzyć usta. 

Ian spojrzał zdumiony najpierw na nią, potem na Kingsleya. 

-  Pańska  pokojówka?  -  spytał  takim  tonem,  jakby  wyznanie  kobiety  było  dlań 

szokiem. 

- Niezupełnie! - Tyler znów pośpieszyła z wyjaśnieniem. 

- Zgadłeś - rzekł Joel, wyraźnie rozbawiony. - Codziennie rano czyści mi toaletę. 

Ian  skinął  głową  z  całą  powagą,  jakby  nie  zauważył,  że  Kingsley  żartuje.  Tyler 

obrzuciła  obu  spojrzeniem  pełnym  oburzenia.  Męscy  szowiniści  -  niby  całkowicie  obcy,  a 

jakże łatwo znaleźli nić porozumienia. 

Ian, który nie opuścił swego miejsca przy oknie, podciągnął kolano pod brodę. Oczom 

Tyler  ukazała  się  męska  nogą  w  całej  okazałości.  Był  naprawdę  bardzo  przystojnym 

mężczyzną, a teraz spod skarpety wyciągnął złożony arkusz papieru. Jednocześnie spojrzał na 

Tyler  tak,  jakby  czytał  w  jej  myślach.  Zarumieniła  się  po  uszy  i  w  duchu  udzieliła  sobie 

nagany. 

Ubrała  się  jak  idiotka  i  zachowuje  się  tak  samo  jak  trzynastolatka  na  koncercie 

rockowym! 

Wzięła list z ręki Szkota. Papier był jeszcze ciepły. 

- Zaniesie pani? - upewnił się Ian. 

-  Natychmiast  -  odparła,  bezwiednie  naśladując  jego  akcent,  co  jeszcze  bardziej  ją 

speszyło.  Odchrząknęła,  aby  ukryć  zmieszanie.  Kątem  oka  dostrzegła  przyganę  na  twarzy 

Kingsleya. 

- Ucałowałbym panią z wdzięczności! - zawołał Ian. - Ale okoliczności nie pozwalają 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- dodał, patrząc z rozbawieniem to na nią. to na Kingsleya. A teraz idźcie już. lej ojciec zaraz 

po nią wyjdzie. 

Ostatnie  zdanie  wypowiedział  z  żalem,  Tyler  miała  ochotę  zapytać,  na  czym  polega 

cały  problem,  i  zaoferować  swoją  pomoc.  Na  studiach  chodziła  na  ćwiczenia,  których 

przedmiotem  było  rozwiązywanie  i  łagodzenie  sporów,  więc  może...  Ale  Joel  ujął  ją  pod 

ramię i dość stanowczo skierował do drzwi. 

-  Śpieszmy  się  -  powiedział.  -  Trzeba  dostarczyć  ten  list,  zanim  zjawi  się  ojciec  i 

zabierze  córkę  do  domu,  a  zresztą  oboje  z  łanem  powinni  już  być  w  łóżkach  -  podkreślił 

młody wiek obojga kochanków. 

-  Co  to  znaczy  „śpieszmy  się”?  -  Tyler  wyrwała  ramię  z  objęć  Kingsleya.  -  Nie 

przypominam  sobie  żadnych  wspólnych  zobowiązań  i  nie  życzę  sobie  żadnego  „my”.  - 

Poszukała  wzrokiem  Iana,  aby  mieć  świadka,  ale  chłopiec  zasunął  już  kotarę  i  zaszył  się  w 

swojej samotni przy oknie. 

Za drzwiami, w które skierował ją Joel, zaczynały się kręte jak w baszcie schody. Joel 

znalazł  kontakt,  zapalił  światło,  przepuścił  Tyler  przodem.  Zaczęli  schodzić  po  kamiennych 

stopniach wytartych przez tysiące stóp w ciągu wielu stuleci, ale jeszcze całkiem solidnych. 

Po chwili znaleźli się na zamkowym podwórcu. Noc wiała chłodem. Tyler zadygotała 

z zimna. 

-  Gdybyś  nie obnosiła się  z gołym pępkiem,  nie  czułabyś  chłodu  -  zauważył  cierpko 

Joel, ale zdjął i podał jej swoją skórzaną kurtkę. 

Tyler spojrzała na niego, zdumiona opiekuńczym  gestem, a w myślach podsumowała 

lekcję, jakiej udzielił jej właśnie los: korzysta się męskich kurtek, gdy jest się na szpilkach, w 

skąpym  sweterku  i  obcisłych  spodniach,  a  na  pewno  nie  dostępuje  się  tej  przyjemności, 

nosząc obszerne wełniane spódnice i ciepłe blezery. 

-  Dzięki.  -  Otuliła  się  szczelnie  wygrzaną  od  jego  ciała  kurtką.  Zrobiło  jej  się 

przyjemnie  i  miło,  czego  wszakże  nie  miała  zamiaru  obwieszczać  Kingsleyowi.  Gdy 

uśmiechnęła się do siebie, odwróciła się, żeby tego nie widział. 

W  milczeniu  przeszli  przez  dziedziniec  do  ogrodu.  Dochodzili  do  ławki,  gdy 

dziewczyna  nagle  zerwała  się  z  miejsca.  Wyglądało,  jakby  chciała  uciec  -  tak  przynajmniej 

pomyślała  Tyler,  ale  nieznajoma  zgięła  się  wpół  i  trzymając  się  oparcia  ławki,  zaczęte 

wymiotować. 

- A więc wiadomo już, na czym polega problem młodej pary - rzekł Joel półgłosem. 

Tyler  puściła  uwagę  mimo  uszu,  ruszyła  na pomoc,  ale dziewczyna powstrzymała  ją 

gestem.  Trwała  jeszcze  chwilę  w  półskłonie,  po czym  wyczerpana  usiadła  ciężko  na  ławce. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Zmęczenie,  drugi  nieomylny  znak  ciąży,  pomyślała  Tyler,  a  głośno  spytała,  czy  może  w 

czymś pomóc. 

Młoda  kobieta  miała  delikatne  rysy  i  coś  takiego  w  sobie,  że  Tyler  chętnie 

przygarnęłaby ją do siebie jak dziecko, utuliła, pocieszyła i zaprowadziła do domu. 

-  Nie,  dzięki  -  brzmiała odpowiedź,  wypowiedziana  szorstkim  szkockim akcentem,  a 

po chwili dziewczyna podniosła głowę, spoglądając w stronę zamku. 

Tyler  podążyła  za  jej  wzrokiem.  Kilka  rozświetlonych  okien,  ale  tam,  gdzie  siedział 

Ian,  panowała  nieprzenikniona  ciemność.  Mimo  to  Tyler  miała  ochotę  pomachać  mu  ręką. 

Wiedziała, że chłopiec wypatruje w mroku. 

Nie uczyniła jednak żadnego gestu. Zajęła się nieznajomą. 

-  Znam  się  trochę  na  takich  sprawach,  może  mogłabym  pomóc  -  zaproponowała. 

Dziewczyna jakby nie słyszała. 

- Ma pani  list? - spytała zmęczonym głosem. Tyler westchnęła z rezygnacją. Trudno, 

nie jej kraj

 

i nie jej sprawa. Oddała przesyłkę. 

Dziewczyna  otworzyła  list  drżącymi  rękami.  Niecierpliwie  zaczęła  czytać,  a  po  jej 

policzkach popłynęły łzy. Tyler zrobiło się żal nieznajomej. Taka młoda i taka nieszczęśliwa. 

Jest  jeszcze dzieckiem,  a  już  nosi  w  sobie zalążek  nowego  życia.  Dramatu  dopełnia  fakt,  że 

jej ojciec nie toleruje ojca dziecka, które niebawem przyjdzie na świat.

 

Raz  jeszcze  Tyler  zaoferowała  się  z  pomocą,  ale  dziewczyna  pokręciła  głową,  jakby 

wyłowiła w nocnej ciszy coś, czego ani Tyler, ani Joel nie słyszeli. 

- Musicie już iść - szepnęła z trwogą. - Ojciec zaraz tu będzie. 

-  A  może  powinniśmy  zostać,  porozmawiać  z  nim.  Mam  pewne  doświadczenie,  w 

takich sprawach... Ach! - Tyler zakrzyknęła z bólu, gdy Joel chwycił ją mocno za rękę. 

-  Nie  wtrącaj  się.  Widzisz  przecież,  że  panienka  wcale  sobie  tego  nie  życzy  -  rzekł 

stanowczym głosem. - Idziemy. 

- Nikt mi nie będzie rozkazywał - syknęła Tyler, próbując wyrwać się z uścisku. 

- Proszę, niech państwo już idą - ponagliła dziewczyna. - Gdy ojciec zobaczy mnie z 

wami, będzie jeszcze gorzej. 

Tej  prośby  Tyler  nie  mogła  nie  spełnić.  Udało  jej  się  wreszcie  wyrwać  łokieć  z 

uścisku  Kingsleya,  spojrzała  jeszcze  na  nieznajomą  i  bez  słowa,  ścieżką  między  grzędami 

ziół, ruszyła w stronę zamku. Nieszczęście jednak chciało, że po paru  ledwie krokach obcas 

utknął  w  szczelinie  między  ceglanymi  kostkami,  którymi  wyłożono  alejkę.  Jak  niepyszna 

stanęła w miejscu. Joel  nie odmówił sobie uwag w rodzaju „a nie mówiłem”, ale przykląkł  i 

uwolnił ją z pułapki. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Dzięki - powiedziała nieszczerze i z całą godnością, na jaką w tej krępującej sytuacji 

zdołała się zdobyć, ruszyła w dalszą drogę. 

Dochodząc  do  zamku,  obejrzała  się  za  siebie.  Dziewczyny  nie  było.  Miała  już 

otworzyć drzwi, te same, przez które wyszli na podwórzec, ale zmieniła zamiar. Za późno na 

dalsze zwiedzanie, a co ważniejsze, Joel pewnie podreptałby za nią. Jak na jeden dzień miała 

go już po dziurki w nosie. 

- Idę spać - oznajmiła wyniośle. 

- Sama? - padło natychmiast pytanie, pełne udawanego zdziwienia. 

Tyler zawahała się, jak odeprzeć atak. Wybrała ironię. 

- Ależ skąd. - Machnęła wymownie ręką. - Zamówiłam cały zespół chłopców z kuchni 

do towarzystwa i zapas śmietany, by lepiej się bawić. 

- Najlepsza jest bita. Bita śmietana i seks idą zawsze w parze. Zwykła się nie nadaje. 

Tyler zmilczała. Nagle straciła ochotę na słowny  pojedynek.  W  świetle księżyca Joel 

Kingsley  wyglądał  nader  przystojnie.  Bez  słowa  obróciła  się  na  pięcie  tak  gwałtownie,  że 

niemal  straciła  równowagę.  Ale  opanowała  się  i  w  milczeniu  udała  się  w  stronę  hotelu,  by 

wreszcie skryć się w zaciszu swego pokoju. 

- Jutro o dziewiątej! - krzyknął jeszcze Joel. - I tym razem nie zapomnij wziąć czegoś 

do pisania - dodał. 

Tyler nawet się nie obróciła. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

3

 

Kolejny  dzień  w  Szkocji  Tyler  zaczęła  od  ponownego  dokładnego  przeglądu 

garderoby  Krissy  w  płonnej  nadziei,  że  znajdzie  jednak  coś  mniej  awangardowego  i  mniej 

skąpego  niż  to,  co  miała  na  sobie  wczoraj.  Niestety,  wybór  ograniczał  się  albo  do  rzeczy, 

które niewiele osłaniały, albo takich, które nawet skrywały goliznę, ale przylegały do ciała tak 

ściśle, że i tak wszystko było widać. 

Robiąc dobrą minę do złej gry, zeszła do hallu. Kingsleya jeszcze nie było. 

- Powiedział, że się spóźni - poinformował dyżurny recepcjonista, inny niż wczoraj. 

- Spóźni? Parę minut czy parę godzin? 

- A tego nie powiedział. 

Tyler zerknęła na zegarek. Była dokładnie dziewiąta. Pomyślała, że może jest szansa, 

aby  z  kierowcą  Kingsleya  skoczyć  do  najbliższego  miasteczka  i  kupić  coś  stosownego  do 

ubrania, coś, w czym nie będzie świecić golizną. Pomysł dobry, ale.... 

-  Przepraszam  pana  -  przywołała  recepcjonistę,  który  właśnie  skończył  rozmowę 

telefoniczną i odkładał słuchawkę - o której zaczyna się zwiedzanie zamku? 

- Właśnie teraz weszła pierwsza grupa. Jeśli pani chce się przyłączyć, to proszę. Idzie 

się.... 

- Znam drogę, dziękuję - rzuciła, popychając ciężkie dębowe drzwi. 

Pierwsza  poranna  grupa  zwiedzających  nie  była  liczna,  wszystkiego  trzy  osoby,  a 

wśród nich - co Tyler wcale nie zdziwiło - Joel Kingsley. Speszył się na jej widok jak uczniak 

złapany na wagarach. 

Udała, że go nie widzi. Stanęła obok przewodnika. 

- Nie w pracy? - szepnął Kingsley, gdy z całą grupą przeszli do następnej komnaty. 

-  Szef  wybrał  się  na  wagary,  a  gdy  kota  nie  ma,  myszy  harcują  -  odparła  słodkim 

głosem, nie patrząc na niego. - A teraz sza, chcę posłuchać. 

Słuchała  przewodnika  z  rosnącym  zainteresowaniem.  Chłonęła  opowieść  o  zamku  i 

ludziach, którzy tu niegdyś mieszkali. Na Joela Kingsleya nie zwracała uwagi. 

-  A  teraz  opowiem  państwu  o  niezwykłej  miłości,  której  świadkiem  były  te  mury  - 

oznajmił przewodnik, gdy znaleźli się w niewielkiej komnacie, ongiś służącej za alkowę lub 

coś w tym rodzaju. 

Tyler  drgnęła,  czując  na  ramieniu  dotyk  Kingsleya.  Spojrzała,  a  Joel  bez  słowa 

wskazał  wzrokiem  jeden  ze  starych  portretów  na  ścianie.  Przyjrzała  się  i  ze  zdumieniem 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

odkryła, że postać na obrazie wygląda dokładnie jak wczorajszy znajomy - Ian McLyon. 

Przewodnik,  starszy  mężczyzna  w  szkockim  stroju,  który  nosił  z  nonszalancka, 

swobodą prawdziwego mieszkańca gór, zauważył zdumioną minę Tyler. 

-  A  właśnie -  uśmiechnął  się -  wszystkie kobiety się w nim kochały.  Młody  Rob  był 

naprawdę jak malowanie. 

-  Rob?  Myślałam,  że  to  Ian  -  odrzekła  Tyler,  nie  odrywając  wzroku  od  obrazu. 

Zrozumiała, że portret przedstawia któregoś z przodków wczorajszego znajomego. 

-  Widzę,  że  czytała  pani  nasz  informator  -  rzeki  przewodnik,  wyraźnie 

usatysfakcjonowany. - I ma pani dobra, pamięć... - zawiesił głos - ...do plotek - dodał żartem, 

ku rozbawieniu pozostałych słuchaczy. 

Tyler speszyła się, nie zrozumiała dowcipu. 

- ...a skoro tak - ciągnął przewodnik - to może nam pani opowie. 

Tyler  speszyła  się  jeszcze  bardziej.  Poszukała  wzrokiem  Joela,  żeby  wybawił  ją  z 

opresji, ale on tylko wzruszył ramionami. 

- Nie, dziękuję... przepraszam... - Nie udało jej się znaleźć innych słów. 

- Szkoda, chętnie bym odpoczął - odrzekł przewodnik, co znów rozbawiło słuchaczy. - 

Ale skoro pani nie chce, to sam zacznę i niech mnie pani poprawi, gdybym się pomylił. 

Tyler  skinęła  tylko  głową;  nadal  nie  rozumiała,  do  czego  stary  Szkot  zmierza. 

Skonfundowana spojrzała na

 

Joela, ale w jego oczach odczytała tylko pytanie o to, co takiego 

ona wie o Ianie, czego on nie wie. 

-  Opowieść  jest  w  istocie  prosta,  jak  wszystkie  tragedie  -  zaczął  tymczasem 

przewodnik. - Otóż młoda Caitlin ManAfree miała wyjść za Gilberta zwanego Nadobnym, bo 

tak  postanowił  jej  rodzic.  Ale,  jak  to  często  bywa,  Caitlin  zakochała  się  w  kimś  innym, 

wędrownym  trubadurze,  wielce  przystojnym  młodzieńcu  nazwiskiem  Ian  McLyon,  i  jemu 

oddała  rękę.  Ślub  odbył  się  w  największej  tajemnicy.  -  Spojrzał  na  Tyler,  jakby  pytał,  czy 

dobrze  mówi,  i  nie  doczekawszy  się  odpowiedzi,  ciągnął  dalej:  -  A  tymczasem  Nadobny 

Gilbert  nagle  znikł.  Stało  się  to  zaraz  po  sekretnym  ślubie.  Przeszukano  cały  zamek.  Na 

próżno. Gilberta nie znaleziono, ale w łożu Iana odkryto zakrwawiony hełm i dwa pierścienie, 

które  należały  do  zaginionego.  Mając  takie  dowody,  brat  Gilberta,  Robert,  oskarżył  Iana  o 

morderstwo.  -  Spojrzał  przeciągle  na  portret  wiszący  na  ścianie.  -  Biedna  Caitlin.  Jej  ojciec 

nie  był,  niestety,  zbyt  zaradny,  jeśli  idzie  o  majątek.  Zapożyczył  się  po  uszy  w  rodzinie 

przyszłego,  jak  uważał,  męża  swojej  córki.  Możecie  więc  sobie  wyobrazić  jego  gniew,  gdy 

córka  wyznała,  iż  poślubiła  grajka,  co  groszem  nie  śmierdział.  -  Potoczył  wzrokiem  po 

słuchaczach,  nabrał  wielki  haust  powietrza  i  znów  podjął  wątek.  -  Zastanawiam  się,  czy 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

ktokolwiek dał wiarę oskarżeniu Roberta. Gilbert był rycerzem, w niejednej brał udział bitwie 

i  z  niejednej  opresji  wychodził  cało,  a  biedny  Ian  był  tylko  muzykantem.  Jego  ręce  nie 

nawykły do broni, więc jakże mógłby pokonać takiego mocarza jak Gilbert. A jednak uznano 

go za winnego i nieborak zawisł na

 

stryczku... - Nie dokończył myśli, bo Tyler westchnęła tak 

głośno, że wszyscy się obrócili. 

-  Przepraszam,  ale  mówił  pan  tak  przejmująco,  że...  -  brakło  jej  słowa,  lecz 

przewodnik  uśmiechnął  się  tylko,  zadowolony  z  rzadkiego  komplementu,  i  wrócił  do  opo-

wieści. 

-  A  więc  biedny  Ian  zawisł  na  stryczku  -  powtórzył  -  a  piękną  Caitlin  wydano  za... 

brata Gilberta,  Roberta.  Siedem  miesięcy  później  przyszedł  na  świat  młody  Rob,  którego tu 

widzimy na portrecie. 

- Siedem miesięcy? - upewnił się któryś ze słuchaczy, a towarzyszący pytaniu chichot 

stanowił aż nadto dosadny komentarz. 

-  A  właśnie,  siedem  miesięcy  -  odparł  przewodnik.  -  Lecz  Gilbert  zapewniał,  że  to 

jego  potomek.  Tak  twierdził,  choć  dziecię  było  piękne  jak  słońce,  a  on  brzydki  jak  noc. 

Przysięgał  jednak,  że  gdy  w  łożnicy  dopełniał  małżeńskiego  obowiązku,  Caitlin  była 

dziewicą. Ale to nie koniec opowieści. Bo oto trzy tygodnie po zaślubinach Roberta z Caitlin 

jej ojciec zginął tragicznie. Spadł z zamkowych murów. Powiadali jednak, że ktoś mu w tym 

pomógł.  Gdy  ojca  zabrakło,  panem  zamku  i  okolic  stał  się  Robert.  Rządził  żelazną  ręką  i 

kazał wieszać każdego,  kto  wyrażał  nieostrożne zdziwienie,  skąd takie piękne dziecko  u tak 

brzydkiego ojca. A teraz przejdziemy do następnej komnaty. 

- Straszny drań z tego Roberta - szepnął Joel, gdy przepuszczając resztę zwiedzających 

przodem, znalazł się obok Tyler. 

-  Straszny  -  potwierdziła.  -  Ciekawa  jestem  -  zmieniła  temat  -  o  której  zaczyna  się 

przedstawienie. Kiedy pokaże się młody człowiek grający rolę Iana McLyona? 

-  Myślę,  że  już  zdobył  tę  dziewczynę  -  rzeki  Joel  z  cicha  i  niecierpliwie  zerknął  na 

zegarek. 

Jak  się  okazało,  komnata,  do  której  teraz  przeszli.  była  ostatnią  w  programie 

wycieczki.  Stało  w  niej  kilka  przeszklonych  gablot  z  dokumentami  historycznymi  i  ro-

dzinnymi pamiątkami po tych, co władali zamkiem od setek lat.

 

Nie bacząc, że Joel zaczął się śpieszyć, Tyler zatrzymała się przy przewodniku. 

- A więc, o której jest przedstawienie? - spytała. 

- Jakie przedstawienie? Nie rozumiem. 

-  Pytam,  kiedy  zobaczymy  młodego  człowieka,  który  gra  rolę  Iana  McLyona  - 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

wyjaśniła Tyler szeptem, żeby

 

inni nie słyszeli. Nie spostrzegła, że za jej piecami stoi Joel. 

- Proszą wybaczyć - zwrócił się do przewodnika - pani jest odrobinę... sentymentalna. 

Przyjechała z Ameryki i gdy wczoraj spotkała owego młodego aktora, zakochała się po uszy. 

- Co za bzdura - zaprotestowała Tyler, ale z dalszymi wyjaśnieniami wolała poczekać, 

aż wyjdą pozostali uczestnicy zwiedzania. 

- A o czym pani właściwie mówi, o jakie przedstawienie chodzi? - spytał przewodnik, 

gdy zostali sami. 

Nie zdążyła odpowiedzieć, ubiegł ją Joel. 

- Otóż wczoraj, gdy byliśmy tu razem... - zaczął. 

-  Nie  byliśmy  razem  -  zaprzeczyła  ostro  Tyler,  ale  zamilkła,  gdy  Joel  zgromił  ją 

wzrokiem. 

-  Otóż  wczoraj  -  podjął  myśl  -  pani  i  ja  znaleźliśmy  się  w  miejscu,  w  którym  nie 

powinniśmy  się  chyba  znaleźć,  ale  spotkaliśmy  tam  młodego  człowieka,  który  wyglądał 

dokładnie tak jak ten na portrecie, no i pani... - Zawiesił głos, patrząc pytająco na Tyler. 

-  Ten  pan  nawet  nie  zna  mojego  nazwiska  -  wyjaśniła  Tyler  przewodnikowi  z 

uśmiechem. - Być może się mylę - wróciła do frapującego ją wątku - ale wydawało mi się, że 

nie dalej  jak  wczoraj  widzieliśmy...  jak  by  to  nazwać?...  rodzaj  przedstawienia,  osnutego na 

losach Iana  i Caitlin, a  młody  człowiek, którego mieliśmy okazję podziwiać, przedstawił  się 

jako Ian McLyon. 

-  McLyon?  -  powtórzył  przewodnik,  patrząc badawczo to  na Tyler, to  na Joela.  -  To 

bardzo interesujące, proszę mi dokładniej opisać. 

-  Ależ  oczywiście.  Otóż  działo  się  to  wszystko  w  jednym  z  korytarzy,  a  młody 

człowiek siedział w wykuszu przy oknie.... 

- Wydaje  mi  się, że wiem, o którym korytarzu pani  mówi - przerwał  jej przewodnik, 

gestem dając znać, żeby poszli za nim. 

-  A  więc  jak  masz  na  imię?  -  spytał  Joel  szeptem  dołączając  do  zaimprowizowanej 

wycieczki. 

- Krissy - odparła z przekorą. 

- Uwierzyłbym, ale dwadzieścia lat temu - zaszydził Joel, ale następny dźwięk, jaki z 

siebie wydał, zaświadczył, że za złośliwość przyszło mu natychmiast boleśnie zapłacić. - Auć 

- jęknął. 

- Przykro mi - powiedziała Tyler nieszczerze. - Jego stopa dostała się pod mój obcas - 

wyjaśniła  przewodnikowi  nie  bez  satysfakcji,  gdy  ten  obejrzał  się,  zaniepokojony  pełnym 

cierpienia jękiem. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- To było tu - rzeki Joel, opanowując ból. - O tu, za tą kotarą. - Podszedł bliżej z miną 

osoby, której przyjdzie kuleć do końca życia, co Tyler potraktowała z absolutną obojętnością. 

-  A  teraz  proszę  mi  dokładnie  opowiedzieć,  co  tu  się  działo,  -  Przewodnik  odsunął 

kotarę, pokazując wykusz i siedzisko przy oknie. 

Wpadając sobie w słowo, Tyler z Joelem opowiedzieli, co ich spotkało w tym właśnie 

miejscu poprzedniego wieczoru. 

 

A więc dziewczyna się pochorowała? - spytał przewodnik, gdy skończyli opowieść. 

- Niestety. Biedactwo, stanowczo za młoda, żeby  mieć dziecko. Chciałabym jej  jakoś 

pomóc. Z tego, co się zorientowałam, boi się ojca. Wie pan, gdzie oni mieszkają? Chciałabym 

tam pójść, może mogłabym pomóc - powtórzyła Tyler. 

-  Myślę,  że  już  za  późno.  Nic  się  już  nie  da  zrobić.  -  Oczy  przewodnika  zalśniły 

tajemniczo, - Czy państwo jeszcze się nie domyślają, że to były... duchy? 

Tyler  z  Joelem  spojrzeli  najpierw  po  sobie  z  wyrazem  najwyższego  zdumienia,  po 

czym oboje wbili wzrok w przewodnika. 

-  To  niemożliwe  -  zaprzeczył  żywo  Joel.  -  To  byli  żywi  ludzie.  Zapewne  z  okolicy. 

Skoro nam udało się tu dostać, mimo że było już po godzinach, to tym bardziej

 

mogli tu wejść 

miejscowi. Waśnie, weszli tu i spłatali nam figla. 

- Tak pan uważa? Więc proszę mi powiedzieć, jaki widok roztaczał się wczoraj z tego 

okna. 

-  Jak  już  mówiłam,  widzieliśmy dziewczynę -  odparła Tyler.  -  Siedziała  na  ławce  na 

skraju  ogrodu  z  grzędami  ziół.  Teraz  ogrodu  nie  widać,  bo  stoimy  daleko,  ale  wczoraj 

podeszliśmy  do  samego  okna.  O  właśnie  tak...  -  Tyler  wsunęła  się  głębiej  w  wykusz  i...  z 

wyrazem najwyższego zdumienia cofnęła się z powrotem. 

Joel też podszedł do okna. 

Tam,  gdzie  wczoraj  rozciągał  się  ogród,  dziś  wznosił  się  parterowy  budynek 

hotelowego zaplecza, a za nim widać było wysypany żwirem parking i kilka samochodów. 

Tyler stała jak oniemiała. Nie miała nawet odwagi spojrzeć na Joela. 

- A którędy państwo zeszli do Ogrodu? - spytał przewodnik. 

- Tędy, tymi drzwiami - odpad głucho Joel. 

Przewodnik  dobył  pęk  kluczy,  wybrał  jeden,  przekręcił  zamek  i  otworzył  drzwi. 

Gestem zachęcił, żeby spojrzeli. 

Joel  podszedł  pierwszy,  spojrzał  i  zaraz  się  odwrócił,  szukając  wzrokiem  Tyler,  lecz 

ona stała  jak wmurowana.  Wziął  ją więc za

 

rękę  i podprowadził  bliżej. Tam, gdzie wczoraj 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

były zużyte, ale ciągłe jeszcze solidne kamienne schody, dziś widać było rumowisko, którym 

nie sposób byłoby zejść nawet pół piętra niżej. 

-  Wielki  Boże  -  westchnęła  Tyler.  Gdyby  nie  Joel,  który  chwycił  ją  za  ramię, 

osunęłaby  się  na  posadzkę.  Nogi  odmówiły  jej  posłuszeństwa.  Chwilę  trwało,  nim  zebrała 

siły. Z trudem stłumiła okrzyk przerażenia. 

- I co teraz? - spytała, mobilizując resztkę woli, żeby nie rzucić się do ucieczki z tego 

strasznego miejsca. - Dajemy znać do telewizji i prasy, że widzieliśmy duchy? 

- Tu, w Szkocji, nikogo to nie zainteresuje - ostudził jej zapał przewodnik. - Duchów 

mamy  na  pęczki  i  gdyby  o  każdym  miano  opowiadać  na  ekranie,  nie  starczyłoby  czasu  na 

mecze piłkarskie, a tego telewidzowie nigdy by nie wybaczyli. - Popatrzył z rozbawieniem na 

twarze swoich rozmówców. Widać było, że już układa w myślach opowieść o parze turystów 

z  Ameryki,  którym  „wyobraźcie  sobie,  przydarzyła  się  niezwykła  historia...”  I  tłumiąc 

śmiech, zaproponował obojgu, żeby zostali sami, „bo może Ian znów się objawi”. 

-  O  dziesiątej  mam  następną  grupę  i  gdyby  państwu  udało  się  ściągnąć  tutaj  Iana, 

byłaby wielka atrakcja. - Nie czekając na odpowiedź, obrócił się na pięcie i ruszył do wyjścia. 

Korciło  go,  żeby  natychmiast  opowiedzieć  swoim,  lub  komukolwiek  innemu,  o  tym,  co  się 

właśnie wydarzyło. 

-  Chwileczkę!  -  krzyknęła  za  nim  Tyler.  Przyszło  jej  na  myśl,  że  nie  zadała 

najważniejszego  pytania.  -  Ą  nie  wie  pan,  co  było  w  liście?  Tym,  który  zanieśliśmy 

dziewczynie? 

- Wiem. Ale sami  możecie zobaczyć. List jest w gablotce z rodzinnymi pamiątkami - 

rzucił przez ramię i już go nie było. 

Zrobiło się cicho jak makiem zasiał. 

- No cóż - odezwała się Tyler po dłuższej chwili. - Czas chyba wziąć się do pracy. 

Joel jakby nie słyszał. Zbladł na twarzy jak kreda. 

- Widziałem - szepnął. - Widziałem ten list. 

- W gablotce? I co w nim było napisane? 

- Umarłem. Dziś mnie powiesili! 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

4

 

Joel, kochanie - rozległo się za plecami Tyler. Obróciła się zaintrygowana i... znalazła 

się oko w oko ze swoją... rówieśniczką. Ale poza latami niczym więcej nie mogłaby się z nią 

mierzyć.  Na pewno  nie strojem.  Nieznajoma ubrana  była w  najmodniejsze  i  najbardziej  sto-

sowne - jeśli wziąć pod uwagę kraj, porę roku i dnia - tweedy. W długiej szykownej spódnicy 

z  rozcięciem  do  pół  uda  prezentowała  się  konserwatywnie,  a  zarazem  seksownie.  Tyler  nie 

miała  cienia  wątpliwości,  że  strój  powstał  na  specjalne  zamówienie  i  wyszedł  spod  ręki 

najlepszego projektanta mody. 

Fryzura  i  cera  nieznajomej  świadczyły  o  długich  godzinach  spędzanych  w  salonach 

fryzjerskich  i  kosmetycznych,  a  więc  w  tych  wielce  wytwornych  miejscach,  na  które  Tyler 

nigdy  nie  miała  czasu.  Blond  włosy  połyskiwały  pasemkami  w  kilkunastu  starannie 

dobranych  odcieniach  i  pyszną,  równie  starannie  ułożoną  kaskadą

 

spływały  aż  do  ramion 

właścicielki,  spowitych  w  jedwabną  bluzkę,  kosztująca  na  oko  tyle,  że  Tyler  musiałaby 

miesiąc  pracować,  gdyby  chciała  sprawić  sobie  coś  podobnego.  Obie  panie  wymieniły 

zdumione  i  niezbyt  chętne  spojrzenia.  Tyler  boleśnie  uświadomiła  sobie,  że  w  przykusej 

spódniczce  i  skąpym  sweterku  wygląda  co  najmniej  niestosownie,  jeśli  nie  podejrzanie. 

Wyrzucała  sobie,  że  nie  pojechała  na  zakupy  i  nie  kupiła  czegoś  odpowiedniego,  jak 

pierwotnie planowała. 

-  Joel,  kochanie  -  powtórzyła  nieznajoma.  Staranna  wymowa  świadczyła,  że  musiała 

brać  lekcje  dykcji  i  to  u  nie  lada  mistrzów.  -  Czy  to twoja asystentka? Przyznam,  że  jestem 

zaskoczona. Zwykle twoje sekretarki prezentują się... inaczej. Wydawało mi się, że będzie ci 

towarzyszyć ta... jak ona się nazywa?... Christine? 

- Kristin - skorygowała Tyler z zimnym uśmiechem. - To moja kuzynka. 

- Joel, nic mi nie mówiłeś, że będzie zastępstwo. 

- Bo nie wiedziałem - odparł Joel obojętnie, jakby dając do zrozumienia, że drobiazgi 

tyczące personelu biurowego zupełnie go nie interesują. 

Celeste  Delashaw  -  Tyler  nie  miała  wątpliwości,  że  to  właśnie  ona  -  patrzyła 

wzrokiem  pełnym  przygany  to  na  Joela,  to  na  nią,  a  Tyler  musiała  natężyć  całą  wolę,  aby 

ukryć  uczucie  wstydu  i  zażenowania.  Czuła  się  tak,  jakby  przyłapano  ją  na  czymś  wysoce 

niestosownym. 

Ale Celeste Delashaw nie dała się zmylić. 

-  Co  się  z  wami  dzieje?  -  spytała  prokuratorskim  tonem.  -  Wyglądacie,  jakbyście 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

zobaczyli ducha. 

W  tym  momencie  Tyler  popełniła  największy  błąd,  jaki  można  było  popełnić. 

Spojrzała  porozumiewawczo  na  Joela,  Joel  na  nią,  i  zaczęło  się.  Nieznaczny  zrazu  uśmiech 

pojawił się najpierw na obliczu Tyler, w chwile potem zaśmiał się Joel, a po sekundzie oboje 

śmiali się na cały głos. 

-  W  rzeczy  samej,  w  rzeczy  samej  -  wykrztusiła  Tyler,  trzymając  się  ze  śmiechu  za 

brzuch. 

- Właśnie, zgadłaś - zawtórował Joel i z rozbawienia aż przysiadł w wykuszu. Zerwał 

się natychmiast jak oparzony, spojrzał na Tyler i roześmiał się jeszcze głośniej. 

- Ducha? Widzieliśmy aż dwa duchy - dorzuciła Tyler pośród nerwowego śmiechu. 

- A jeden dał nam nawet list, żeby zanieść drugiemu. 

- Drugiej. 

- Właśnie, drugiej. 

-  Ten  list  jest  teraz  w  gablotce  z  zamkowymi  pamiątkami  -  dodała  Tyler.  Teraz  ona 

przysiadła  na  siedzisku  w  wykuszu.  Joel  poszedł  w  jej  ślady  i  znów  parsknęli 

niekontrolowanym śmiechem. 

Celeste Delashaw najpierw patrzyła w milczeniu, potem podeszła bliżej, jakby chciała 

rozdzielić rozbawioną parę, co  jednak nie było  możliwe - siedzieli  zbyt  blisko siebie i  nadal 

śmiali się jak dzieci. 

-  Może  zechce  się  pani  wreszcie  przedstawić  -  zażądała  Celeste  Delashaw  gromkim 

głosem, chcąc położyć kres irytującej ją wesołości. 

- Tyler Stevens,  jestem adwokatem. - Tyler z trudem opanowała śmiech i wyciągnęła 

rękę do Celeste. 

- Pani mecenas?! - wykrzyknął Joel z niedowierzaniem. - Miałem więc prawniczkę za 

stawkę sekretarki i nic o tym nie wiedziałem? Wytoczę sprawę o oszustwo! 

Ostatnie zdanie wprawiło Tyler w rozbawienie. Znów zaczęła się śmiać. 

-  W  sądzie  ze  mną  nie  wygrasz!  -  wykrzyknęła  wesoło.  -  Sprawę  Iana  też  bym 

wygrała, gdyby się do mnie zwrócił - zapewniła ze śmiechem, biorąc Joela pod ramię. 

- Joel, opanuj się wreszcie! - zawołała Celeste Delashaw. - I zachowuj się jak należy. 

Przecież nawet jej nie znasz. A pani - zwróciła się do Tyler - wróci natychmiast do Stanów. 

Stanowczy  ton,  wykluczający  wszelki  sprzeciw,  podziałał  na  Tyler  otrzeźwiająco. 

Przypomniała sobie, w jakiej jest sytuacji, jak się tu znalazła i dlaczego. 

-  Bo  ja...  -  Zerwała  się  miejsca,  chcąc  wyjaśnić  nieporozumienie,  ale  pod  ostrym 

spojrzeniem Celeste Delashaw zamilkła, zdając sobie sprawę, że żadne słowa nie pomogą. Bo 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

jak wytłumaczyć, że poważna kobieta przywdziewa raptem strój podlotka i paple o duchach. 

Zrobiło  jej się wstyd, spuściła wzrok, przyznając w duszy, że za takie zachowanie należy  jej 

się reprymenda. 

-  Ma  pani  rację -  powiedziała z całą powagą.  -  Nie powinnam  była...  Bardzo to  było 

niestosowne. 

- I w złym guście. - Celeste Delashaw nie odmówiła sobie przyjemności wymierzenia 

jeszcze jednego ciosu. 

- Czy Krissy straci pracę? - spytała Tyler pokornie, spoglądając na Kingsleya. 

Nie odpowiedział. Patrzył w przestrzeń bez cienia uśmiechu, opanowany i wyniosły. 

-  Nie  -  zamiast  Kingsleya  odpowiedziała  Celeste  Delashaw.  -  Z  tego,  co  widziałam, 

dziewczyna całkiem nieźle się spisuje. 

Czując się jak dziecko przyłapane na wyjadaniu cudzych cukierków, Tyler ruszyła do 

wyjścia,  nie  chcąc  przedłużać  przykrej  sceny.  Ale  wrodzone  poczucie  obowiązku  kazało  jej 

jednak zatrzymać się w progu. 

-  Przepraszam  -  zwróciła  się  do  Kingsleya,  choć  ten  nie  mógł  tego  widzieć.  Stał 

odwrócony  plecami  z  oczami  wpatrzonymi  w  przestrzeń.  -  A  co  ze  sprawami,  które  były 

zaplanowane na dziś? 

I znów Celeste Delashaw pośpieszyła z odpowiedzią. 

-  Sami  się  tym  zajmiemy.  Jestem  pewna,  że  bez  trudu  znajdziemy  kogoś  na 

zastępstwo. Prowadzenie notatek i łączenie rozmów telefonicznych to chyba żadna filozofia - 

dodała  z  przekąsem,  -  Bilet  na  samolot  odbierze  pani  w  recepcji.  -  Uznając  posłuchanie  za 

zakończone, Celeste Delashaw obróciła się na pięcie i podeszła do Joela, nadal stojącego bez 

słowa. 

Tyler kusiło, żeby coś jeszcze powiedzieć, zwrócić uwagę, że Kingsley  powinien  był 

przecież  zauważyć,  że  jest  obca  i  nie  należy  do  jego  personelu,  ale  nie  potrafiła  znaleźć 

odpowiednich słów. Uznała więc, że lepiej zasunąć zasłonę milczenia na to, co się wydarzyło, 

udać się do apartamentu, spakować walizkę i wracać do Stanów pierwszym nadarzającym się 

samolotem. To na niej spoczywa cała odpowiedzialność za wszystko, co się stało. Do Krissy 

nie  może  mieć  pretensji,  bo  to  jeszcze dziecko,  ale sama  ma przecież  swoje  lata  i  choćby  z 

tego tytułu powinna być mądrzejsza, więc tylko sobie zawdzięcza tę upokarzającą scenę. Do 

Celeste  Delashaw

 

też  nie  można  mieć  pretensji.  Miała  prawo  się  zdenerwować,  widząc 

narzeczonego bez mała w objęciach obcej kobiety. Gdyby była na jej miejscu, to... 

Nie  ma  o  czym  mówić.  Nie  jest  na  jej  miejscu,  nie  mówiąc  już  o  tym,  że  nigdy  w 

nikim nie była na tyle zakochana, aby doznać choćby cienia uczucia zazdrości. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Pakowanie było kwestią paru ledwie minut. Układanie skąpych strojów w walizce nie 

wymagało szczególnych zabiegów. Tylko przy moherowym sweterku Tyler zatrzymała się na 

sekundę,  wracając  myślą do  wczorajszego  wieczoru  i  męskiej  kurtki, którą  jej  zaoferowano. 

Westchnęła,  zamknęła  walizkę,  szykując  się  do  wyjścia.  Ogarnęła  jeszcze  wzrokiem  piękną 

komnatę  przerobioną  na  hotelowy  apartament.  Zerknęła  na  łoże  i  baldachim  rozpięty  na 

czterech kolumnach i okno w wykuszu. 

Czy  dane  jej  będzie  jeszcze  kiedyś  odwiedzić  Szkocję?  Mieszkać  w  prawdziwym 

zamku? 

Postawiła walizkę przy drzwiach. Telefon! Trzeba zadzwonić do Krissy, uprzedzić, co 

się  stało.  Wzięła  słuchawkę  i  zaczęła  wystukiwać  rząd  cyfr:  wyjście  na  miasto,  centrala 

międzynarodowa, numer kierunkowy Stanów, numer kierunkowy Nowego Jorku.... 

A  co  jej  właściwie  powie?  Że  chociaż,  w  opinii  Krissy,  daje  sobie  radę  w  każdej 

sytuacji,  poniosła  dotkliwą  porażkę  i  wszystko  popsuła?  „Bo  wiesz  -  zaczęła  sobie 

przepowiadać rozmowę - zobaczyliśmy z Joelem parę duchów i.... Słucham? Dlaczego mówię 

z Joelem, a nie z panem Kingsleyem? No bo widzisz, kiedy z kimś przeżywa się coś takiego - 

widzi  się duchy  i dziewczynę, która choruje, bo  jest w ciąży,  a jeszcze  na dodatek ojca

 

tego 

dziecka powiesili, a w ogóle to oboje z dziewczyną

 

odeszli z tego świata parę stuleci temu, to 

wtedy...  Nie,  nie,  Krissy.  To  nie  było tak,  że on  mnie zwolnił,  to ta

 

jego  narzeczona...  Ależ 

oczywiście, Krissy,  jestem dorosła

 

i daję sobie radę, ale w tym wypadku ona miała rację, bo 

śmialiśmy  się  z  Kingsleyem  jak  nie  wiadomo  co.  Mówię

 

ci,  tarzaliśmy  się  ze  śmiechu  i 

obejmowaliśmy...  Nie,  nie,  Krissy,  nie  denerwuj  się.  Nic  się  nic  stało.  Uspokój  się.  Do 

niczego między nami nie doszło. Ależ nie, kochanie, wcale ci go nie odbieram. Do głowy mi 

to  nie  przyszło.  Nie  odbieram  go  ani  tobie,  ani  tej  Delashaw,  ani  nawet

 

tej...  jak  jej  tam... 

Marilyn, ale...” 

Odłożyła słuchawkę, nie czekając na połączenie. Skoro sama sobie nie potrafi niczego 

wyjaśnić, to tym bardziej nie wytłumaczy się przed Krissy. 

A  w  pracy?  Olśniło  ją,  że  w  kancelarii  też  wszyscy  będą  się  dopytywać,  że  jak  to. 

wyjechała  nagle,  że  pilna  sprawa  rodzinna,  że  miało  jej  nie  być,  a  tu  dwa  dni  i  jest  z 

powrotem? Ma skłamać? Ale jak? Co powiedzieć? Że pilna sprawa nie była taka pilna? No to 

po co jeździła aż do Szkocji? Powiedziała przecież, że tu leci. 

No  i  jest  w  Szkocji  -  zaczęła  się  uspokajać.  I  tak  naprawdę  nie  musi  wracać. 

Uprzedziła przecież, że nie będzie jej dwa tygodnie. Może więc zostać. 

Jak to nazywają? Wakacje! 

Właśnie. Ile to już  lat nie miała wakacji? Tylko praca i praca,  na okrągło. Należy  jej 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

się  wypoczynek,  a  skoro  już  jest  w  Szkocji,  więc  czemu  nie  miałaby  zostać?  A  Kingsley? 

Nieważne. Nic ich przecież nie łączy. 

Znów  podniosła  słuchawkę.  Połączyła  się  z  recepcją.  Owszem,  powiedzieli,  może 

zostać  w  tym  samym  apartamencie,  rezerwacja  opiewała  przecież  na  jeszcze  dziesięć  dni. 

Podziękowała,  odłożyła  słuchawkę  i  uśmiechnęła  się  do  siebie.  Dziesięć  dni  i  żadnych 

obowiązków.  Dziesięć  dni  wakacji.  Może  zwiedzać,  wędrować  po  górach,  napawać  się 

wrzosowiskami, spać do woli, jeść, ile chce, a także - przyszło jej na myśl - zgłębić tę historię 

z Ianem. 

Sama się zdziwiła, że to właśnie przyszło jej teraz do głowy. Skąd?  Dlaczego? Co  ją 

właściwie obchodzi los młodego człowieka, który odszedł z tego świata kilka dobrych stuleci 

temu?  Rzecz  w  tym,  że  w  myślach  kołatało  jej  coś  innego,  a  młody  człowiek,  którego  wi-

działa, nie mógł być duchem. Duch, jeśli już, jawi się zgoła inaczej. A ten był żywy, z krwi i 

kości. I nie straszył. 

W innym już nastroju znów zabrała się za walizkę. Pamiętała, że wśród rzeczy Krissy 

jest  także  turystyczna  torebka  kangurka.  Dziesięć  minut  później,  ubrana  w  swoje  własne 

rzeczy,  z  kangurką  na  brzuchu,  wspinała  się  raźno  na  wzgórze,  na  którym  widniały  ruiny 

dawnej warowni. 

Daleko przed celem zaczęła sapać ze zmęczenia, klnąc w duchu młodego człowieka w 

recepcji. „Do warowni? Mały spacerek” - zapewniał. Mały spacerek, dobre sobie. Dwie rzeki 

po  drodze  też  podobno  były  małe,  przepastna  dolina  takoż,  nie  mówiąc  już  o  małej  ponoć 

górce,  na którą  wspina się  już  od  godziny,  a końca  nie widać,  stanęła wreszcie  na  szczycie. 

Dysząc z wysiłku, wsparła się o mur, ocierając krople potu z czoła. 

I  właśnie  wtedy  lunęło  jak  z  cebra.  Tyler  ruszyła  przed  siebie  na  ślepo,  szukając 

jakiegokolwiek schronienia. Wydawało jej się, że widzi w miarę suchy kąt po drugiej

 

stronie 

murów - pozostałość dawnego kominka. Pobiegła w tym kierunku, starając się nie przewrócić 

na rumowisku. Nim dotarła na miejsce, przemokła do nitki. 

- A w tej torbie jest pewnie wszystko, tylko nie parasol - usłyszała za sobą. 

Obróciła się zaskoczona i serce podeszło jej do gardła, gdy zobaczyła Joela Kingsleya. 

Stał po ścianą i gestem wskazywał kangurkę na brzuchu. 

- Śledziłeś mnie? - rzuciła oskarżycielskim tonem. 

- I to tak zmyślnie, że dotarłem tu pierwszy - zadrwił. 

I  bez drwiny  wiedziała,  że  wymknęła  jej się  najgłupsza

 

w świecie uwaga  i  jedyne,  o 

czym  w  tej  chwili  zamarzyła,  to  zawrócić  na  pięcie  i  odejść  jak  najdalej.  Była  jednak  zbyt 

przemoczona i wyziębiona, aby zamiar ten wprowadzić w życie, zwłaszcza że pod zasnutym 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

niebem zrobiło się tak mroczono, że zaczęła się lękać, czy odnajdzie drogę do hotelu. 

-  A  ty  skąd  się  tu  wzięłaś?  Szłaś  za  mną,  czy  sama  postanowiłaś  obejrzeć  miejsce 

kaźni Iana McLyona? 

-  Zgadłeś.  To  pierwsze,  oczywiście  -  zrewanżowała  się  drwiną.  -  Ogarnęło  mnie 

przemożne  pragnienie  ujrzenia  człowieka,  który  nawet  nie  zauważył,  że  w  miejsce  stałej 

sekretarki pojawiła się inna osoba. 

- Nie zauważył? Z takimi włosami?! - odrzekł Joel wymownym tonem. - Widziałem tu 

niedaleko  mały  pensjonat.  Może  pójdziemy  coś  zjeść,  chyba  że  -  znów  zerknął  krytycznym 

okiem na kangurkę - masz w tym parę kanapek. 

Nie  odpowiedziała.  Wciąż  kołatały  jej  w  myślach

 

słowa,  które  przed  chwilą 

wypowiedział: „Z takimi włosami?!” 

- A więc kuzynko panny Krissy, jak będzie? Tyler zdołała wreszcie ochłonąć. 

- Jak będzie? - powtórzyła pytanie. - Wyciągniesz komórkę, zadzwonisz po samochód, 

niech przyjedzie i zabierze cię ode mnie jak najdalej. Potem ja zejdę sobie do tego pensjonatu, 

zamówię obiad i posiedzę w jedynym towarzystwie, na jakim  mi naprawdę zależy: w swoim 

własnym. 

Joel  uśmiechnął  się  nieznacznie,  po czym  jak  iluzjonista na występie pokazał,  że  nie 

ukrywa nic w żadnej z kieszeni. 

- Żałuję, ale nie mam ani komórki, ani pieniędzy, Przyszedłem goły jak święty turecki. 

Jeśli  więc  mamy  pójść  coś  zjeść,  to  ty  będziesz  płacić,  a  ja  ci  później  wyrównam  w 

honorarium. 

Chciała  powiedzieć,  żeby  się  nie  trudził  i  darował  sobie  wynagradzanie  jej  za  dzień 

pracy w charakterze sekretarki, ale zmieniła zamiar. 

-  Nie  wiem,  jak  to  wytrzymasz.  Moja  stawka  to  trzysta  pięćdziesiąt  dolarów  za 

godzinę. 

Joel zmilczał, przymknął tylko oczy, jakby przeliczał coś w myślach. 

-  W  porządku  -  powiedział.  -  Spisałaś  się  znakomicie.  Szpadle  i  piły  dotarły,  gdzie 

trzeba  i  kiedy  trzeba.  Podobało  mi  się  także  to,  co  zaproponowałaś  Marilyn  w  sprawie 

witryny internetowej, choć skłamałaś, mówiąc, że przekazujesz tylko mój pomysł. Niech więc 

będzie po trzysta

 

pięćdziesiąt, ale bez nadgodzin. 

Uznał temat za wyczerpany. Przez chwilę patrzył na ulewę. 

-  Niewykluczone  -  powiedział  -  że  w  pensjonacie  dowiemy  się  czegoś  o  Ianie. 

Gotowa? - I nie czekając na odpowiedź, ruszył biegiem w dół zbocza. 

Tyler została. Powtarzała w myślach dopiero co usłyszany komplement. Zrobiło jej się 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

jej  miło  i  jakby cieplej.  Zastanawiała się, co zrobić. Rozsądek podpowiadał, żeby wracać do 

hotelu i nie oglądać się za Joelem. 

Ale  hotel  był  daleko.  Kusiło  ją także, żeby utrzeć  nosa  Celeste Delashaw.  Pilnowała 

Joela jak pies kości. Ciekawe więc, jaką będzie mieć minę, gdy zobaczy, że narzeczony wraca 

do hotelu nie sam, lecz w towarzystwie. I to czyim! 

Sama myśl o tym, jak będzie, wystarczyła, żeby Tyler uśmiechnęła się do siebie i nie 

zastanawiając się dłużej, pobiegła w ślad za Joelem Kingsleyem. 

 

Biedactwa,  aleście  przemokli  -  powitała  ich  w  progu  właścicielka  pensjonatu, 

urządzonego  w  malowniczym  dworku  u  stóp  wzgórza.  -  Do  nitki!  Wchodźcie,  wchodźcie, 

ogrzejecie się przy ogniu. 

Joel z galanterią przepuścił Tyler przodem. 

Na  widok  kuchni,  w  której  się  znaleźli  Tyler  oniemiała  z  zachwytu.  Zapominając  o 

zimnie i przemoczonym ubraniu, chłonęła wnętrze jak z obrazka. Na wielkim, otwartym piecu 

kuchennym płonął wesoły ogień. Z wiekowego kredensu połyskiwały talerze, każdy inny, tu i 

ówdzie poszczerbione od użycia. Drewniane blaty kuchennych stołów, wybielone od ciągłego 

mycia,  też

 

świadczyły,  że  dzieje  tego  dworku  mierzy  się  w  dziesiątkach  lat.  Ze  ścian 

spoglądały  na  gości  miedzianie  naczynia  wypucowane  do  połysku,  ale  znaczone  bliznami 

czasu. 

- Przyjechaliście pewnie z Ameryki - stwierdziła gospodyni z głębokim przekonaniem. 

Miała siwe włosy  i  cerę  tak bladą,  jakby  nigdy  nie oglądała  słońca.  -  Wszyscy  Amerykanie 

zachwycają  się  moją  kuchnią.  Mówią,  że  przypomina  im  przodków,  jakby  wszyscy 

wywodzili  się ze Szkocji. Może to i prawda, Nasi zawsze  lubili  jeździć po świecie.  A co do 

kuchni,  to  chętnie  sprawiłabym  sobie  nową.  Marzy  mi  się  taka  ze  stalowym 

zlewozmywakiem i mnóstwem szkła. 

-  Ależ  w  żadnym  wypadku!  -  zawołali  Tyler  z  Joelem  zgodnym  chórem,  ku 

rozbawieniu gospodyni. 

-  No  właśnie,  gadam  tu  i  gadam,  zamiast  się  wami  zająć.  Tam  jest  coś  dla  pana.  - 

Gestem  Szkotka  wskazała  ubranie  wiszące  na  kołku  przy  drzwiach.  -  Niech  pan  się 

przebierze, a małżonka pójdzie ze mną. 

Tyler  chciała  stanowczo  zaprotestować  przeciwko  nazywaniu  jej  „małżonką”,  ale 

gospodyni  nie dała  jej dość do słowa.  Mówiła  bez przerwy,  zapraszając  ją  najpierw  do  izby 

obok, a później pomagając ściągnąć przemoczone rzeczy. Odwróciła się tylko dyskretnie, gdy 

Tyler zaczęła zdejmować bieliznę i wkładać bawełnianą koszulkę i takieś majtasy, a do tego 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

gruby,  domowej  roboty  sweter  i  bawełniane  obcisłe  spodnie  -  wszystko  zaoferowane  przez 

gościnną panią domu. Z potoku słów gospodyni Tyler dowiedziała się, że jej nazwisko brzmi 

McDonald, a gdy zdołała wtrącić, patrząc na sweter, że rzadko miała okazję widzieć ręcznie 

dziergane rzeczy, pani McDonald powiedziała: „Bo wiesz, słonko, my tu mamy dużo czasu i 

niewiele do roboty”. 

Joel też zdążył się już przebrać w sztruksowe spodnie i szary gruby sweter, w czym - 

jak zauważyła Tyler - było mu bardzo do twarzy. Jeszcze wilgotna czupryna wyglądała, jakby 

właśnie wstał z fotela u fryzjera, co Tyler nieco speszyło. Nie miała okazji spojrzeć w lustro, 

ale  wyobrażała  sobie,  że  musi  wyglądać  fatalnie.  Włosy  w  nieładzie,  bo  przepaska,  którą 

włożyła,  wychodząc  na  wycieczkę,  dawno  się  zsunęła,  a  na  policzkach  -  lepiej  nie  mówić. 

Tusz z rzęs najpewniej się rozmazał, czuła się więc nieświeżo i okropnie. 

-  A  teraz  musicie  coś  przekąsić  -  oznajmiła  pani  McDonald,  mieszając  chochlą  w 

wielkim  garze  na  piecu,  wyglądającym  jak  na  sentymentalnej  fotografii  w  magazynie 

urządzania  wnętrz.  Wzięła  z  półki  dwie  miski  z  grubego  fajansu  i  do  każdej  nalała  solidną 

porcję parującej zupy. 

Tyler korciło, żeby wreszcie zapytać, czy pani McDonald wie coś o zamku po drugiej 

stronie góry. Nie zdążyła, gdyż ubiegł ją Joel. 

- Od dawna pani tu mieszka? - spytał, a Tyler już wiedziała, do czego zmierza. 

-  Bardzo  dawna  -  odparła  pani  McDonald  z  uśmiechem,  stawiając  wypełnione  po 

brzegi  miski  przed  gośćmi.  -  Od  urodzenia,  a  przedtem  mieszkali  tu  rodzice,  a  przed  nimi 

dziadkowie. Krótko mówiąc, McDonaldowie są tu od zawsze. - Z misek unosił się apetyczny 

aromat kaszy i mięsa. Gospodyni podała jeszcze wielki bochen chleba i dzieżkę masła. 

- Musi więc pani znać wszystkich i wszystko w całej okolicy - wtrąciła Tyler, patrząc 

porozumiewawczo na

 

Joela. Wolałaby bez żadnych wstępów opowiedzieć pani

 

McDonald, co 

ich wczoraj spotkało, i spytać, co ona

 

o tym myśli, ale się krępowała. 

Niepotrzebnie.  Gdy  bowiem,  dopełniwszy  obowiązków

 

gospodyni,  pani  McDonald 

usiadła do stołu, bez żadnych

 

wstępów spytała: 

- No więc, jaki to duch wam się objawił? 

Joel z Tyler spojrzeli po sobie w zdumieniu. 

-  Po  oczach  poznałam,  -  Pani  McDonald  zaśmiała  się.  -  No,  opowiadajcie.  Mnie  nic 

nie  zdziwi.  Nie  wy  pierwsi  zaglądacie  tu  do  mnie.  Iluż  to  już  miałam  gości,  co  to  widzieli 

ducha,  potem  szli  oglądać  warownię,  by  w  końcu  trafić  do  mnie.  -  Nie  przerywając  potoku 

słów, pani McDonald zakrzątnęła się znów przy kuchni i na stole zjawił się wielki półmisek 

pieczonej wołowiny. - A więc którego to widzieliście? 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Iana - odparła Tyler. 

- Ach, jego. Mogłam się domyślić. - W głosie pani McDonald zabrzmiały nowe nuty. - 

tan objawia się zakochanym - dodała rozmarzonym tonem. - I co? Dał wam list, prosił, żeby 

przekazać? 

- Nie jesteśmy... - zaprotestowała Tyler, ale Joel nie dał jej skończyć. 

- I nic nie można zrobić? Nie można mu pomóc? - spytał. - To znaczy... chodzi  mi o 

to,  że  to  straszne,  że  biedny  młodzieniec  nie  zaznaje  spokoju.  Krąży  po  zamku

 

od  stuleci  i 

cierpi. To okropne, Kara ponad wszelką miarę. 

-  Ja  tam  się  na  tym  nie  znam.  Ale  możecie  popytać

 

mojego  brata,  Fergusa.  Przez 

trzydzieści dwa lata stróżował w zamku i zna rozmaite historie. 

Tyler sięgnęła po nóż, odkroiła dwie pajdy chleba, dla siebie i dla Joela. 

- A gdzie pani brat mieszka? - spytała, smarując chleb masłem. 

-  Jak  to  gdzie?  Tutaj.  Jak  już  przyjdzie,  bo  bez  przerwy  gdzieś  łazi.  Wróci,  jak  nie 

teraz, to nad ranem. Poczekajcie, to sobie pogadacie. 

Przez chwilę jedli w milczeniu. Do wołowiny pani McDonald podała cztery jarzyny, a 

wśród nich tłuczony pasternak, który Tyler wyjątkowo zasmakował. Żałowała że w Ameryce 

w ogóle się tego nie jada. 

- Skoro w tym zamku tak często objawiają się duchy - zwróciła się do pani McDonald 

- to czemu nie reklamuje się go jako „najbardziej nawiedzony w całej Szkocji”? 

-  Och,  moja  droga,  wiele  zamków  mogłoby  kandydować  do  tego  tytułu,  a  poza  tym 

taka  reklama  mogłaby  być  niebezpieczna.  Ściągałaby  podejrzane  typy  i  w  ogóle,  rozumie 

mnie  pani?  A  teraz  zostawię  was  samych.  Umówiłam  się  na  wieczór.  Przygotuję  wam 

sypialnię, w lodówce jest pudding, czujcie się jak u siebie. 

-  Wykluczone!  -  wykrzyknęła  Tyler  odruchowo  i  speszyła  się,  gdy  pani  McDonald 

spojrzała  na  nią  zdziwiona.  -  Ja  chętnie  skorzystam  z  sypialni,  ale  sama.  Poczekam  na  pani 

brata, bo mam mnóstwo pytań. Ale powtarzam: sama. Bo widzi pani, nie jesteśmy... jak by tu 

powiedzieć... małżeństwem. - Mówiąc to, Tyler czuła, że się rumieni aż po czubek nosa. 

-  A  to  mnie  nie  obchodzi.  Tu  w  Szkocji  też  słyszeliśmy

 

o  rewolucji  seksualnej  - 

odrzekła  pani  McDonald  z  uśmiechem.  -  Ułóżcie  się,  jak  chcecie,  mnie  tam  nic  do  tego -  I 

śmiejąc się, wyszła z kuchni. 

Zaległa  cisza,  którą  przerywał  tylko  trzask  polan  na  kominku.  Tyler  czuła  na  sobie 

wzrok Joela. Spojrzała na niego. 

- No cóż, będziemy losować, kto zajmie sypialnię. 

- Taaak? A co z panią Delashaw, no wiesz, tą damą, która prowadzi u ciebie politykę 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

personalną. Co ona powie? Poszukaj lepiej telefonu, zadzwoń i błagaj o pozwolenie spędzenia 

nocy bez jej opieki. 

Joel zrobił taką minę, jakby miał kłopoty ze słuchem. 

- Czy ja dobrze słyszę? Zazdrość? 

- Chciałbyś. Niedoczekanie twoje. 

Z  dworu  dobiegł  warkot  samochodu.  Tyler  podbiegła  do  okna.  Przez  firankę 

zobaczyła  panią  McDonald  wsiadającą  do  auta.  Jeszcze  tylko  trzask  zamykanych  drzwi  i 

samochód odjechał w mrok. 

Zostali sami. 

Przez  chwilę  Tyler  stała  przy  oknie.  Nadal  lało.  Nie  miała  najmniejszej  ochoty 

wychodzić  na  deszcz  i  wracać  do  hotelu,  Niby  dlaczego  miałaby  ustępować  Kingsleyowi, 

oddawać  mu  sypialnię.  Poza  wszystkim  korciło  ją,  aby  dowiedzieć  się  więcej  o  Ianie, 

zwłaszcza zaś o tym, że - jak powiedziała pani McDonald - objawia się on tylko zakochanym. 

Bo  jakże  to  -  miałaby  wrócić  do  Nowego  Jorku  i  tłumaczyć,  że  owszem,  widziała 

ducha, ale nic ponadto, niczego się nie dowiedziała? Opowiadać, że „owszem, był taki jeden, 

co  wiedział  wszystko  i  o  tym  zamku,  i  o  duchach,  ale  nie  mogłam  z  nim  porozmawiać,  bo 

akurat szef  mojej  kuzynki  też był  w tym pensjonacie,  to  znaczy  w dworku,  i...  rozumiecie... 

nie mogłam”. 

Co za nonsens. 

Barry nigdy jej nie wybaczy, jeśli zmarnuje taką okazję i nie dowie się wszystkiego do 

końca. Czuła, że musi tu zostać. 

-  Nie  -  oświadczyła  stanowczo.  -  Ty  wracasz  do  hotelu,  a  ja  zadzwonię  po  ciebie, 

kiedy wróci Angus.... 

- Fergus. 

- Słucham? 

- Fergus. Brat pani McDonald nazywa się Fergus. 

- Niech będzie, a więc dzwonię po ciebie, kiedy wróci Fergus. 

- Nie, zrobimy odwrotnie: ty wracasz, ja zostaję i ja dzwonię po ciebie. 

- I myślisz, że pani Delashaw się zgodzi? - zaszydziła. 

- A nie mówiłem? Zazdrosna! 

Tyler  zmilczała.  W  pierwszym  odruchu  chciała  oczywiście  odrzucić  piłeczkę, 

powiedzieć coś dowcipnego i złośliwego, ale nagle zdała sobie sprawę, że nie ma ochoty  na 

słowne potyczki. Uświadomiła sobie, że oto są sami. w pięknym dworku zagubionym wśród 

gór,  daleko  od  świata.  Ale  -  i  to  sobie  też  uświadomiła  -  nie  powinna  dłużej  przebywać  w 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

towarzystwie Joela Kingsleya. 

-  Dobranoc  -  rzuciła  przez  ramię  i  nie  czekając  na  odpowiedź,  wyszła  z  kuchni  - 

Poszła  do  sypialni.  Ani  sekundy  dłużej  z  Joelem.  Nie  będzie  marnować  czasu  na  bzdurne 

przekomarzania, czy jest, czy nie jest zazdrosna o tę damulkę, Celeste Delashaw. 

Gościnna  sypialnia  jawiła  się  równie uroczo  jak  cały  dworek.  Ręcznie tkane zasłony 

na oknach i kapa na łóżku do kompletu, utrzymane w kolorze pastelowej zieleni. jak wszystko 

dookoła. 

Zamykając  za  sobą  drzwi,  zauważyła,  że  w  zamku  nie  ma  klucza.  Zirytowała  się,  a 

jeszcze bardziej, że tak właśnie zareagowała. Bo co? Sadzi, że Joel zechce się tu wedrzeć?  A 

gdyby  był  klucz,  to  wyłamałby  drzwi  jak  Rett  Butler  do  sypialni  Scarlett  O'Hary.  Bzdura. 

Czasy  Rettów  Butlerów  dawno  minęły,  a  mężczyzna  pokroju  Joela  Kingsleya  -  bogaty, 

przystojny i zdrowy - ma w bród pięknych kobiet. Bez kiwnięcia palcem. 

Zabierając  ze  sobą  gruby  frotowy  szlafrok,  który  znalazła  w  sypialni,  Tyler 

pomaszerowała  do  łazienki  na  drugim  końcu  korytarza.  Do  kuchni,  mimo  otwartych  drzwi, 

nawet  nie  spojrzała.  Ledwie  zamknęła  się  w  łazience,  gdy  znów  usłyszała  warkot  silnika 

samochodowego.  Zaintrygowana,  zerknęła  przez  firankę.  Pod  dom  podjechała  limuzyna,  a 

Joel Kingsley właśnie do niej wsiadał. 

No cóż, niewiele trzeba było, aby go zniechęcić, pomyślała, napełniając wannę. Miała 

ochotę na długą, leniwą kąpiel. 

Godzinę  później  zaczęła  jednak  żałować,  że  nie  wróciła  do  hotelu.  Bo,  owszem, 

znalazła szampon, ale w całej łazience nie było śladu odżywki, a tym bardziej pianki albo żelu 

do  układania  włosów,  a  bez  tego  nie  da  się  nawet  porządnie  rozczesać,  nie  mówiąc  już  o 

ułożeniu fryzury. Co gorsza, nie znalazła też żadnego kremu, a po wyjściu z wanny skóra na 

twarzy  ściągnęła  się  jak

 

pergamin.  Gdy  poruszyła ustami,  miała wrażenie,  że wyschnięta  na 

wiór skóra zaraz popęka. 

Zirytowana,  skończyła  ablucje.  Jutro  przyjdzie  jej  jeszcze  bardziej  żałować,  że  tu 

została. Zamiast fryzury będzie kołtun, a cera... szkoda nawet mówić. 

Przechodząc  obok  otwartych  drzwi  do  salonu,  niemal  krzyknęła  ze  zdumienia.  Przy 

kominku,  z  książką  na  kolanach,  siedział  sobie  Joel  Kingsley.  Chciała  coś  powiedzieć,  ale 

zmieniła  zamiar.  Skoro  słowem  jej  nie  uprzedził,  nie  miała  powodu,  aby  się  odzywać. 

Ruszyła do siebie, do sypialni. 

Ledwie jednak postąpiła krok, gdy usłyszała.

 

- Co to właściwie znaczy „odżywka bez płukania”? 

Zamurowało  ją.  Stanęła  jak wryta,  z jedną ręką  we włosach -  cały czas próbowała  je 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

rozczesać - drugą przytrzymując poły szlafroka. Pewnie zareagowałaby tak samo, gdyby ktoś 

zawołał „pożar!”. 

- Czy Lancôme to dobra firma? 

Obróciła  się  jak  automat  i  spojrzała  na  niego.  Siedział  jak  przedtem,  wpatrzony  w 

książkę, ale w lewej, wyciągniętej ku niej, ręce, trzymał elegancką reklamówkę Bootsa, Tyler 

co  prawda pierwszy  raz  była  na  Wyspach  Brytyjskich, ale doskonale wiedziała,  że Boots to 

najlepsza w całej  Wielkiej Brytanii, wręcz kultowa, sieć sklepów z kosmetykami. Ciągną do 

nich klientki z całego świata. 

Gdyby  Joel  Kingsley  zaoferował  jej  trzy  miliony  dolarów  w  gotówce  i  bez  podatku, 

zaśmiałaby  mu  się w  nos  i  oświadczyła wyniośle,  żeby  się zabierał  razem  z pieniędzmi,  ale 

odzywka, pianka i nawilżający krem Lancôme'a? Taka pokusa była ponad jej siły. 

Bezwiednie zaczęła dziwny pląs. Cofnęła się pół kroku, tylko po to, aby zaraz postąpić 

dwa  kroki  do  przodu,  a  Joel  Kingsley  odłożył  książkę  i  jak  św.  Mikołaj  jął  dobywać  z 

reklamówki  Bootsa  prawdziwe  skarby.  Najpierw  szczotkę  i  grzebień.  Też  najlepsze  - 

Pearsona!  Zawsze  o  takich  marzyła  i  zawsze  rezygnowała,  uznając,  że  byłby  to  przesadny 

luksus. 

A  Joel  wyciągał  kolejne skarby:  odżywkę do  włosów, trzy kremy  -  nocny, dzienny  i 

pod oczy. I nie był to jeszcze koniec, bo oto - gdy jeszcze raz zanurzył rękę w reklamówce - 

oczom Tyler ukazała się przepiękna saszetka w kolorze morskiej głębi. Z nabożeństwem, jak 

archeolog  badający  cenne  znalezisko,  Joel  rozsunął  zamek  błyskawiczny  spinający  dwie 

części saszetki i pokazał, co jest w środku: komplet do makijażu - podkłady, pudry, cienie do 

oczu,  szminki,  konturówki,  tusz,  wraz  ze  stosownymi  instrumentami.  Nie  brakowało  nawet 

przyrządu do podwijania rzęs, zwanego zalotką. 

- Więc? - Tyler odzyskała w końcu mowę. - Jaki  ma być cyrograf? Co za to chcesz? 

Moją duszę? 

Joel  podniósł  wreszcie  wzrok.  Przez  chwilę  patrzył  na  nią  bez  słowa,  wreszcie  się 

uśmiechnął. 

- Wystarczy mi kozetka w twojej sypialni. Chciałbym tu być, gdy Fergus wróci. Mam 

kilka pytań, a on może znać odpowiedzi. 

Tyler  nie  odrywała  oczu  od  skarbów,  ale  perspektywa  wspólnej  nocy,  we  wspólnym 

pomieszczeniu, sprawiła, że zaczęła się wahać. 

Zauważył? Może. W każdym razie odłożył reklamówkę i podniósł książkę. 

- Znalazłem to na półce.  Wszystko o duchach w tej części Szkocji - wyjaśniał, a gdy 

nie zareagowała, dodał jeszcze jedno zdanie: - Jest cały rozdział o Ianie. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Tyler skapitulowała. Chwyciła reklamówkę takim ruchem, jakby lękała się; że ktoś ją 

może  jeszcze  uprzedzić,  i  z  westchnieniem  rezygnacji  osunęła  się  na  krzesło  naprzeciwko 

Joela.  Salonik  był  niewielki,  więc  niemal  dotykali  się  kolanami.  Pokój  rozświetlała  tylko 

lampa  stojąca  przy  fotelu  Joela  i  płonące  żagwie  na  kominku.  Nie  mogąc  już  wytrzymać 

bolesnej suchości na twarzy, Tyler otworzyła słoiczek kremu, przymknęła oczy i z uczuciem 

bliskim rozkoszy jęła nakładać zawartość na czoło i policzki. 

Gdy  po  chwili  irytująca  suchość  ustąpiła  i  Tyler  otworzyła  oczy,  zobaczyła,  że  Joel 

patrzy  na  nią,  jakby  po  raz  pierwszy  w  życiu  widział  kobietę  z  bliska.  W  rzeczy  samej 

czynności  kosmetyczne  należą  do  sfery  działań  intymnych  i  na  ogół  dokonuje  się  ich  na 

osobności, a na pewno nie w towarzystwie mężczyzny, zwłaszcza obcego. 

- Nigdy nie widziałeś kobiety sautée? Jak to możliwe? Słyszałam, że zaliczyłeś sześć 

czy  nawet  siedem  małżeństw.  -  Tyler  uciekła  się  do  agresji  w  odruchu  obrony,  żeby  nie 

myśleć,  że  jest  z  nim  sama  w  romantycznym  dworku,  a  on  jest  przystojny,  ona  zaś  pod 

szlafrokiem ma tylko majteczki. 

-  Osiem  -  odparował  Joel.  -  I  żadnego  rozwodu.  Wszystkie  kolejne  żony  po  prostu 

mumifikuję i chowam do szafy. 

Zabrzmiało to tak komicznie, że Tyler nie wytrzymała i roześmiała się. Wmasowując 

odżywkę we włosy, pomyślała, że trudno z nim wygrać. Nie obrażał się i odparowywał każdą 

złośliwość. 

- A ty? - spytał z cicha. 

Chwilę  trwało,  nim  Tyler  zrozumiała  pytanie.  Nie  śpieszyła  się  z  odpowiedzią. 

Sięgnęła najpierw po szczotkę. 

- Nigdy nie miałam męża - odpowiedziała, wpatrzona w ogień na kominku. 

- Dlaczego? 

W  pierwszym  odruchu  żachnęła  się.  Już  miała  na  końcu  języka  coś  w  rodzaju  „nie 

twoja sprawa”, ale ku własnemu zaskoczeniu zaczęła jak najbardziej poważnie i rzeczowo: 

-  Chyba  dlatego,  że  ewentualni  kandydaci  lękali  się  o  swoją  pozycję.  Zarabiałam 

więcej od nich, byłam lepszym prawnikiem, wygrywałam w sądach. - Nie zdając sobie z tego 

sprawy, mówiła coraz głośniej i z narastającą złością. - Uważali mnie chyba za zbyt męską. 

Joel  nic nie odpowiedział,  a gdy  spojrzała na niego, zobaczyła, że chłonie oczami jej 

włosy,  zachłannie  śledzi każdy ruch  szczotki, gdy odgarniając pasmo po paśmie,  rozczesuje 

fryzurę.  Uśmiechał  się przy tym  bardzo sympatycznie.  Nie  było w tym uśmiechu ani  cienia 

żądzy. tylko ciepło i jakby... odrobina kpiny i szczerego rozbawienia. Kpiny z niefortunnych 

kandydatów do jej ręki, a rozbawienia, że ktoś mógł ją mieć za zbyt męską. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Odwróciła  się,  bo  nie  mogła  oderwać  wzroku  od  jego  oczu.  W  życiu  nie  spotkała 

mężczyzny, który zdobyłby  się na taki gest jak on - wyprawić się po... kosmetyki. Owszem, 

zdarzało się, że ten i ów biegł lub jechał po

 

butelkę lub dwie wina albo gin, gdy uważał, że tak 

będzie szybciej, ale nikt nigdy nie wpadł na pomysł, żeby w podobny sposób zadbać o rzeczy 

tak osobiste jak odżywka do włosów czy tusz do rzęs. 

- I co teraz? Przeczytasz  mi o Ianie czy  będziesz  tak siedział, gapiąc się we mnie jak 

sroka  w  kość.  -  Bezwiednie  powiedziała  to  inaczej,  niż  miała  zamiar:  ciepło,  bez  cienia 

agresji. 

Joel uśmiechnął się, otworzył książkę i zaczaj czytać. 

Do  niej  jednak  nie  dochodziły  słowa.  Chłonęła  tylko  jego  głos,  a  głos  miał  piękny. 

Musiała zmobilizować całą siłę woli, aby zacząć śledzić treść. Niewiele w tym było nowego. 

Biedny Ian zawisł na stryczku za zbrodnię, w którą nikt, nawet wtedy, nie wierzył. Ale Robert 

był  silny,  a ojciec pięknej  Caitlin  słaby, Ian, wędrowny grajek, znalazł się  między  młotem  a 

kowadłem. 

-  Myślę,  że  to,  co  powiedziałeś  o  Ianie,  było  słuszne  -  odezwała  się,  gdy  skończył 

czytać. - Ponosi zbyt srogą karę. 

- Chyba że czegoś pragnie. 

-  Współczucia?  -  Włosy  jeszcze  nie wyschły  do  końca  i  Tyler  bezwiednie zaczęła  je 

znów szczotkować. 

Joel odłożył książkę i milcząc, dał jej znak, żeby usiadła u jego stóp. 

Usłuchała, nie zastanawiając się, co robi. Ogień na kominku, deszcz za oknem, ciepłe 

światło lampy - świat za górami zdawał się nie istnieć, a tu, w tym czarownym świecie, była 

tylko  ona  i  on.  A  on  wyjął  jej  szczotkę  z  dłoni  jak  dziecku  i  jak  dziecko  zaczął  ją  czesać. 

Przymknęła  oczy,  poddając  się  pieszczocie,  której  nie

 

zaznała  od  lat.  W  dzieciństwie  tylko 

mama tak właśnie ją czesała. 

- Czego więc pragnie większość duchów? - zadał pytanie Joel. 

- Nie mam pojęcia, ale.... 

- Ale? 

- To znaczy, niewiele wiem o duchach, tyle tylko, co wyczytałam w Szóstym zmyśle. 

Być może Ian błaga o pomoc, a może chce.... 

- Czego? 

-  Nie  wiem.  Tylko  w  powieściach  można  podróżować  w  czasie.  Gdyby  to  była 

powieść, to przeszłabym przez takie specjalne wrota i znalazłabym się w czasach Iana.... 

- I nie miałabyś ani odżywki do włosów, ani kremu do twarzy. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  A  ty  nie  miałbyś  ani  komputera,  ani  komórki,  lecz  zbroję  i  miecz,  i  stawałbyś  na 

udeptanej ziemi.. 

- To już lepiej zostańmy w naszych czasach. 

-  Racja.  -  Z  uśmiechem  poddała  się  miarowym  ruchom  jego  uzbrojonej  w  szczotkę 

dłoni. 

- A jak sądzisz, co pani  McDonald  miała na myśli, mówiąc, że Ian objawia się tylko 

zakochanym? - spytał cichym głosem. 

-  Ach,  napędza  tylko  interes  -  odparła  Tyler  przekornie,  nie  chcąc  wstępować  na 

niebezpieczną ścieżkę. Gdy Joel nie zareagował na lekki ton, zmieniła temat. - A dlaczego się 

rozwodziłeś? 

Joel zawahał się. 

- Uważałem, że nie spełniam oczekiwań moich partnerek. Nie chciałem ich krzywdzić, 

skazując na siebie. 

-  „Nie  spełniam  oczekiwań”.  Nieraz  to  słyszałam.  Może  nie  wiesz,  ale  moją 

specjalnością  jest  prawo  rodzinne,  stale  występuję  w  sprawach  rozwodowych.  Doskonale 

wiem,  że  kiedy  mężczyzna  oświadcza,  że  „nie  chce  krzywdzić”,  to  kieruje  nim  poczucie 

winy.  Ale  nigdy  nie  przyzna,  że  zwyczajnie  przestał  kochać  i  chce  się  pozbyć  niechcianej 

partnerki. 

-  W  moim  przypadku  było  chyba  inaczej.  Nie  było  tak,  że  „przestawałem  kochać”, 

chyba po prostu nigdy nie kochałem, czego zresztą moje partnerki miały świadomość. 

- Więc dlaczego się żeniłeś? 

- Chcesz znać prawdę? - Zaśmiał się. 

- Tylko prawdę. 

- A więc prawda jest taka, że nie znoszę randek, umawiania się i tego wszystkiego, co 

się  z  tym  łączy.  Może  to  dziwne,  bo  prawdziwy  mężczyzna  powinien  pokazywać  się  i  tu,  i 

tam, chodzić na kolacje i premiery z uwieszoną u ramienia gwiazdką, ale ja po prostu ani tego 

lubię, ani nie pragnę. 

- A co lubisz i czego pragniesz? 

Nie odpowiedział. Z kominka posypało iskrami, więc wstał, żeby poprawić ogień. Nie 

wrócił już na swoje miejsce na fotelu, tylko przycupnął obok Tyler na podłodze. 

-  Rzadko  kto  mnie pytał,  czego naprawdę pragnę -  odezwał  się po chwili, patrząc w 

ogień. - Bo widzisz - poszukał wzrokiem jej oczu - umiem robić pieniądze, naprawdę umiem i 

większość  ludzi  interesuje  tylko  to.  Czasami  mam  wrażenie,  że  widzą  we  mnie  wyłącznie 

maszynę do robienia pieniędzy. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  Celeste  Delashaw  też?  -  odruchowo  spytała  Tyler  j  gdyby  tylko  mogła  cofnąć  to 

pytanie, chętnie odgryzłaby sobie język. 

Joel znów wbił wzrok w przestrzeń. 

- Myślę, że też - szepnął  jakby do siebie, ale gdy  po chwili spojrzał  na Tyler, w jego 

oczach  pojawił  się  błysk.  -  Chciałabyś  poznać  prawdę  o  mnie?  Prawdę  o  nieudanych 

małżeństwach, trudach i wyboistej drodze, jaką przechodzi kandydat na miliardera? 

W  Tyler  walczyły  dwie  dusze,  Rozsądek  domagał  się,  żeby  odpowiedzieć:  nie.  Ale 

rozsądek musiał skapitulować przed pokusą. 

-  Chętnie.  -  Usłyszała  słowo,  którego  nie  chciała  wypowiadać.  -  Wieczór  ledwie  się 

zaczął, mamy dużo czasu. 

Joel uśmiechnął się. 

- No cóż, od czego by tu zacząć? Czy wiesz, na przykład, że wszystkie młode damy w 

mojej  firmie  podkochują  się  we  mnie,  a  przynajmniej  głęboko  w  to  wierzą?  Nawet  twoja 

kuzynka, Krissy. Zawsze wzdycha

 

i przewraca oczami, gdy przychodzę do biura, co, szczerze 

powiem, bywa irytujące. Gdyby nie to, że jest świetną pracownicą i ma wyjątkowy talent do 

przekonywania ludzi, nie trzymałbym jej w firmie nawet pięciu minut. 

Tyler zmarszczyła czoło. Kochała Krissy i strzegła jak oka w głowie, z drugiej jednak 

strony ciekawe było posłuchać, co inni o niej sądzą. 

-  Myślę  -  ciągnął  Joel  -  że  bez  większego  trudu  skłoniła  cię,  żebyś  przyjechała  tutaj 

zamiast  niej,  bo,  jak  powiadam,  ma  wyjątkowy  talent  i  zawsze  stawia  na  swoim  -  dodał  z 

uśmiechem. 

- Niestety, masz rację. Odegrała całą etiudę, żeby mnie wyekspediować i, jak widzisz, 

skutecznie. 

W  pracy  tak  samo.  Wszystkim  wydaje  się,  że  Krissy  to  takie  słodkie,  niewinne 

stworzenie, a tymczasem wszystkich potrafi okręcić dookoła palca. Sam bywałem świadkiem, 

jak docierała do poważnych prezesów poważnych firm i w pięć minut doprowadzała do tego, 

że zapraszali ją na kawę i jeszcze byli wdzięczni, że się zgadza. 

- Cała Krissy. Nie uwierzyłbyś, co ona wyprawia z wujem Thadem, ze swoim ojcem. 

Z mamą umieramy ze śmiechu: Wujowi wydaje się, że jest głową rodziny, a tymczasem córka 

trzyma go  w garści  i  rządzi  nim  jak  chce.  Pamiętam,  że  kiedyś...  Krissy  miała  ledwie  sześć 

lat... ale co ja mówię... nie będziesz przecież słuchał głupich opowieści rodzinnych. 

-  Przeciwnie.  Opowiedz  mi,  a  ja  w  zamian  opowiem  ci  o  wyczynach  Krissy,  gdy 

trzeba było pilnie dostarczyć podkaszarki do naszego sklepu w Wichita. 

-  A  więc...  -  zaczęła  Tyler  i  przerwała.  Spuściła  wzrok  i  patrzyła  w  zamyśleniu  na 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

stopy świecące golizną spod szlafroka. 

-  A  więc?  -  powtórzył  Joel.  -  Nie chcesz  mówić? Pomyślałaś  pewnie,  że nie wypada 

odkrywać się przed obcym, a moich opowieści też nie powinnaś słuchać. 

- Właśnie. - Zaśmiała się nerwowo. 

Joel jakby czytał w jej myślach. 

-  No  cóż,  dla  mnie  to  też  nowe  doświadczenie.  -  Mrugnął  porozumiewawczo.  - 

Pierwszy  raz zdarza  mi  się  być  w towarzystwie kobiety,  której  nie  bardzo się podobam.  Na 

ogół wszystkie do mnie wzdychają. 

-  Skoro  tak  cię  to  męczy,  to  dlaczego  nie  zwolnisz  wszystkich  bab  i  nie  zatrudnisz 

samych mężczyzn? - spytała Tyler, mrużąc oczy. 

- Widzę, że z panią mecenas nikt nie wygra. - Joel zaśmiał się. 

-  Jeśli  sądzisz,  że  za  pomocą  komplementów  coś  zyskasz,  to  się  grubo  mylisz. 

Przypominam,  że  miałeś  mi  opowiedzieć  o  swoich  małżeństwach.  Ile  to  razy  byłeś  żonaty? 

Dziesięć? Dwanaście? 

- Zawodowa, ciekawość? 

- Szczerze? - Zawahała się. - Chyba nie. Zresztą wiem, że rozstawałeś się przyzwoicie, 

a eksmałżonki wyposażałeś nader hojnie. Takie gesty wiele mówią o człowieku. 

- O, pani mecenas przeprowadzała małe śledztwo. Dlaczego? - Spojrzał na Tyler. - A 

zresztą,  nie  musisz  odpowiadać,  bo  chyba  wiem.  Chodziło  o  Krissy,  prawda?  Chciałaś 

sprawdzić, co jest wart facet, w którym mała się zadurzyła. Zgadłem? 

- Powiedzmy. - Tyler odwróciła się, żeby nie zobaczył rumieńca. 

- O Krissy potrafisz zadbać, a o siebie? 

- Nie rozumiem? 

-  Gdy  mała  się  zadurzyła,  wdrożyłaś  śledztwo,  pytam  więc,  czemu  własnych 

partnerów nie dobierałaś równie ostrożnie. 

- Jakich znów partnerów? 

- No, mieszkałaś z tym i owym. 

- Przesada. Tylko raz i tylko z jednym. A w ogóle to przeszłość. Czy ja wiem? - Tyler 

patrzyła w przestrzeń zastanawiając się nad sensem tego, co mówi. - Moja mama powiedziała 

kiedyś,  że  lękam  się  miłości,  aby  nie skończyć tak jak ona.  -  Spojrzała  na Joela  i  przeniosła 

wzrok na ogień płonący na kominku. - Mój ojciec umarł, gdy miałam sześć lat. Mama długo 

nie potrafiła się pozbierać. Bardzo go kochała. 

Joel milczał. Przez chwilę zdawał się pilnie czegoś nadsłuchiwać. 

-  Chyba  przestało  padać  -  rzekł  po  chwili.  -  W  hallu  widziałem  kalosze  i  ze  dwie 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

latarki. Co myślisz o spacerze przy księżycu? Poszlibyśmy do warowni. 

I  znów  rozsądek  nakazywał,  żeby  nie  przyjmować  propozycji.  Tyler  mogłaby 

przedstawić  całą  listę  powodów,  które  nakazywały  odmówić.  A  jednak  rozsądek  znów 

skapitulował przed pokusą. 

-  Dlaczego  nie  -  odparła  z  ochotą.  -  Co  prawda  będę  się  musiała  tłumaczyć  przed 

Krissy, a ty przed Celeste, ale.... 

Joel zaśmiał się, podniósł i pomógł wstać Tyler. 

- Skąd u ciebie taka obsesja na punkcie Celeste Delashaw? Dawno się zaczęła, czy to 

tylko tak sobie, na mój użytek? 

- Jeśli myślisz, drogi Joelu, że ja też zaczęłam się w tobie durzyć, to się grubo mylisz. 

A poza tym nie jestem już panią swego serca - dodała, żartem. 

Joel spochmumiał. 

- Wydawało mi się, że jest inaczej? - powiedział ponuro. 

W  pierwszym  odruchu  Tyler  chciała wyjaśniać,  że tylko  żartowała,  że ani  do  nikogo 

nie należy, ani nikogo

 

nie ma, ale uśmiechnęła się tylko i zmieniła temat, jakby nie usłyszała 

tego, co powiedział. 

- A co chciałbyś zobaczyć w warowni? 

Joel  najpierw  popatrzył  na  nią,  jakby  czekał  jeszcze  na odpowiedź,  ale po  sekundzie 

pokręcił tylko głową i też zmienił temat. 

- Idź, ubierz się. Nie pójdziesz przecież w szlafroku. Chociaż... - Nie dokończył. Nie 

musiał. I tak było oczywiste, co miał na myśli. 

Tyler,  podniecona  jak  dziecko,  pobiegła  do  sypialni.  Przebrała  się  błyskawicznie. 

Spodnie  jeszcze  nie  wyschły,  ale  machnęła  na  to  ręką.  Do  kompletu  wzięła  sweter,  który 

pożyczyła  jej  pani  McDonald.  W  minutę  wróciła  do  kuchni,  gotowa  do  wyjścia.  Joel  już 

czekał. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

5

 

Sądzisz,  że  objawią  nam  się  jeszcze  jakieś  duchy?  -  spytała,  gdy  tytko  wyszli  z 

dworku.  Miała  na  sobie  płaszcz  przeciwdeszczowy  o  co  najmniej  trzy  numery  za  duży  i 

równie  wielkie  kalosze.  Wsunęła  je  na  tenisówki,  ale  i  tak  buciska  ledwie  trzymały  się  na 

nogach. 

- Bardziej interesuje mnie, czy to, co widzieliśmy, to rzeczywiście były zjawy. 

-  Myślisz,  że  nie?  Co  w  takim  razie  ze  schodami?  Przecież  rano  na  własne  oczy 

widzieliśmy,  że  nie  da  się  nimi  zejść. To samo z  ogródkiem.  Schody  w ruinie,  a w  miejscu 

ogrodu jest hotelowe zaplecze. 

-  Widzę,  że  trudno  będzie  cię  przekonać.  Wy,  prawnicy,  potraficie  mówić  tylko  o 

faktach. 

- A, twoim zdaniem, ten duch to... Och, przepraszam. - Joel nagle przystanął, a ona z 

rozpędu wpadła na niego. 

Dając znak, żeby była cicho, objął ją wpół i pociągnął ze sobą na ziemię. 

- Co się dzieje? - spytała szeptem. 

- Tam ktoś jest! 

-  To  pewnie  Fergus  wraca  do  domu,  chodź,  pójdziemy  z  nim  porozmawiać.  -  Tyler 

chciała się podnieść, ale Joel na to nie pozwolił. 

- Coś tu jest nie tak - szepnął. - W ruinach warowni coś się rusza. 

- Krowa albo inne zwierzę... - oceniła Tyler racjonalnie, ale wyraz twarzy Joela mówił 

co innego. - Chcesz powiedzieć, że to coś przechodzi przez ściany? - Zadrżała. 

Joel tylko kiwnął głową i jeszcze bardziej przygarnął ją do siebie. 

-  Wracajmy  -  szepnęła  Tyler.  -  Co  innego  dobry  duch  w  oknie  zamku,  a  co  innego 

zjawa  w  ruinach.  Coś,  co  krąży  w  miejscu,  gdzie  zamurowano  człowieka,  nie  może  być 

dobrym duchem. Wracajmy - powtórzyła z lękiem. 

-  Nie  wygląda  mi  to  na  ducha,  tylko  na  żywego  człowieka.  Nie  przechodzi  przez 

ściany, lecz przez okna, a to dziwne. Poczekaj tu, a ja podejdę bliżej i sprawdzę. 

Zanim  Tyler  zdążyła  zaprotestować,  Joel  poderwał  się  i  puścił  pędem  w  stronę  ruin 

warowni.  Tyler  zamarła  w  trawie.  Zaczęła  marznąć,  pomyślała  o  drwach  płonących  na 

kominku  w  dworku,  bo  o  czym  innym  myśleć  w  takich  okolicznościach?  O  biurze?  O 

Barrym? Czy pamięta o podlewaniu kwiatów na tarasie? O Krissy? Czy już wyzdrowiała? 

Podniosła głowę, szukając wzrokiem Joela. Zaczęła nasłuchiwać. Cisza. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Kingsley?! - zawołała półgłosem. 

Żadnej odpowiedzi. 

- Joel? 

Cisza. 

Wolno  i ostrożnie podniosła się z ziemi i znów zaczęta nasłuchiwać. Cisza, Joela ani 

śladu.  Odczekała  jeszcze  chwilę  i,  zdjęta  lękiem,  pobiegła  ku  warowni.  Skryła  się  za 

kamieniami przed wejściem i znów zaczęła nasłuchiwać. Nic. Cisza. 

Opuściła  więc  kryjówkę.  Bacząc  na  każdy  krok,  stanęła  w  wejściu  do  warowni  i  w 

tym samym momencie poczuła, że ktoś chwyta ją za ramię, a drugą dłonią zamyka usta. Nie 

zdążyła ani krzyknąć, ani się wyrwać, gdy znalazła się na ziemi. 

Joel - bo to był on - trzymał ją w żelaznym uścisku. 

-  Bądź  cicho  -  nakazał  szeptem  i  gdy  upewnił  się,  że  posłuchała,  uwolnił  jej  usta, 

gestem dając znak, żeby wytężyła słuch. Rzeczywiście, z lewa, od murów po drugiej stronie 

warowni, dobiegały jakieś szmery. Zabłąkana owca? Zając? Królik? 

- Och, Davey. - Wiatr przygnał słowa wypowiedziane

 

kobiecym głosem. 

Tyler  spojrzała  pytająco  na  Joela.  W  odpowiedzi  potrząsnął  tylko  głową.  Nadal 

przyciskał  ją  do  ziemi  całym  swoim  ciężarem,  nakazując  milczenie.  Bo  i  po  co  zakłócać 

spokój pary kochanków, co zaszyli się w ruinach warowni na nocną randkę. Tym bardziej, że 

sądząc z głosów, byli jeszcze bardzo młodzi. 

Cicho,  żeby  nie  czynić  żadnego  hałasu,  Joel  zsunął  się  z  Tyler,  pomógł  jej  wstać, 

wziął za rękę i pociągnął za sobą do wyjścia. Zaczęli schodzić ze wzgórza i nic by już się nie 

działo,  gdyby  nie  przypadkowy  kamień,  który  pod  nieostrożnym  stąpnięciem  potoczył  się  z 

łoskotem w dół. 

- Co to było? - dobiegł z warowni dziewczęcy głosik. 

- Nic takiego, nie zwracaj uwagi - rozległ się zdyszany z podniecenia głos chłopca. 

- Davey, ale ja coś słyszałam. Jeśli to ojciec, to nas zabije. 

-  Daj  spokój.  Ojciec  śpi  i  nie  ruszy  się  z  domu.  Równie  niechętnie  opuściłby  teraz 

łóżko, jak ja ciebie. 

Gdy  Tyler  spojrzała  na  Joela,  ten uśmiechał się  z  wyrozumieniem.  Ruszyli dalej,  ale 

znów przypadkowy kamień potoczył się zboczem. 

- Słyszysz, znowu! - zawołała dziewczyna półgłosem. 

- Ach, to tylko duchy, chodź tutaj do mnie. 

- Nie lubię duchów, nie chcę, żeby nas podglądały. 

-  Daj  spokój,  Nessa,  żartowałem.  Nie  ma  żadnych  duchów,  chyba  że  dla  turystów, 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

wiesz przecież. 

-  Nie  jestem  taka  pewna.  Moja  mama  na  własne  oczy  widziała  ducha,  co  wyszedł  z 

obrazu w zamku na piętrze. 

-  A  nie pamiętasz,  co  powiedział  stary  Fergus? Pokazał  ci  przecież,  że obraz wisi  na 

zawiasach,  a  za  nim  są  ukryte  drzwi.  Twojej  matce  tylko  się  wydawało,  że  widzi  ducha. 

Pewnie znowu piła. 

Dźwięk,  który  teraz  dobiegł  z  ruin,  nie  pozostawiał  wątpliwości  co  do  źródła  i 

charakteru.  Davey  poniósł  zasłużoną  karę  za  nieprzemyślane  zdanie  o  rodzicielce

 

swojej 

kochanki. Nessa wymierzyła mu siarczysty policzek. 

- Za co? - rozległ się bolesny jęk. 

-  Za  to,  że  nazywasz  moją  mamę  pijaczką.  -  Temu  zdaniu  towarzyszył  już  szelest 

ubrania. Dziewczyna pewnie zbierała swoje szmatki. 

-  Nic  takiego  nie  mówię.  Lubię  twoją  matkę.  Jest  najlepszą  kucharką  we  wsi.  Na 

całym świecie nikt nie gotuje lepszego krupniku. 

-  A  chcesz  znać  sekret?  -  rozległo  się  pytanie  wypowiedziane  zaczepnym  tonem.  - 

Otóż, szanowny panie Davey McAllister, sekret polega na tym, że do krupniku matka dodaje 

kwartę whisky! 

- A, to wszystko wyjaśnia! 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

- Nic takiego. Tyle tylko, że whisky zawsze dodaje smaku. A teraz chodź do mnie. Nie 

będziemy tu siedzieć do rana. 

-  To  na  pewno  -  zareplikowała  dziewczyna  podniesionym  głosem.  -  A  twoja  matka 

zachowuje  się  w  kościele  tak,  jakby  była  ważniejsza  od  proboszcza.  Oczywiście,  zaraz 

pewnie usłyszę, że moja w ogóle nie chodzi na msze, bo ciągle jest pijana. 

- Rany boskie! O co my się kłócimy? Chodź tu do mnie, pobawimy się. 

- Pobawimy? Tylko do tego jestem ci potrzebna? A co dalej? O tym nie myślisz, a ja 

wiem  swoje. Gdybym,  nie daj Bóg zaszła w ciążę, rzucisz  mnie jak nic i ożenisz się z  jakąś 

lepszą  dziewczyną.  Bo  ze  mną  na  pewno  nie.  Taki  jak  ty  nie  mógłby  poślubić  kogoś,  kogo 

matka jest pijaczką. 

Odgłos  kroków  świadczył,  że  obrażona  dziewczyna  obróciła  się  na  pięcie  i  zaczęła 

schodzić ze wzgórza. Chłopak biegł za nią, przepraszając i błagając, aby nie odchodziła. Na 

próżno. 

- Jedno  jest pewne - odezwała się Tyler, gdy kroki i głosy ucichły w oddali. - To nie 

były duchy. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Ani zjawy - zawtórował Joel. 

- A nawet gdyby tu były prawdziwe duchy - Tyler gestem wskazała warownię - to po 

takiej scenie i tak zaszyłyby się w jakiejś dziurze. 

Joel mruknął coś, co nie było ani potwierdzeniem, ani przeczeniem, i w ślad za Tyler 

ruszył w stronę dworku. 

Szli w milczeniu. Gdy doszli do ścieżki pod domem pani McDonald, Joel przystanął. 

- Jeden mały pocałunek, Nesso - rzekł półgłosem, jakby wygłaszał kwestię na scenie. 

-  Po  tym,  co  powiedziałeś  o  mojej  matce?  -  odparła  Tyler  tym  samym  tonem.  Wbij 

sobie do głowy, szanowny , panie Davey McAllister, że moja mamusia w ogóle nie pije. 

- To znaczy, że z tymi wszystkimi chłopami zadawała się na trzeźwo? No, no, no! 

-  Przynajmniej  miała  powodzenie,  czego  nie  można  powiedzieć  o  twojej.  Jest  tak 

paskudna, że nawet anioły odwracają się ze wstrętem. 

- A twoja podobno widuje anioły - zareplikował Joel. 

Tyler przystanęła na ścieżce, wzięła się pod boki i jak

 

dobra aktorka najpierw błysnęła 

oczami, a dopiero potem zaczęła wypowiadać swoją kwestię. 

- Tylko jednego i tylko w co drugą sobotę. Wyrywa mu pióra ze skrzydeł na miotełki 

od kurzu. Joel nie zdążył z repliką; zaczął się śmiać. 

-  Miotełki  od  kurzu!  Poddaję  się.  Nie  mam  już  pomysłu.  A  swoją  drogą,  do  czego 

mogą służyć miotełki z piór aniołów? 

-  Jak  to  do  czego?  -  odparła  Tyler,  udając  zdziwienie.  że  można  nie  wiedzieć  o  tak 

prostej sprawie. - Do odkurzania ołtarzy w kościele! 

Zabrzmiało to tak komicznie, że Joel zaczął się śmiać jeszcze bardziej. Tyler obróciła 

się na pięcie i ruszyła w dalszą drogę. 

- I tak zakończyła się wyprawa naukowa poświęcona Ianowi - oświadczyła, gdy  Joel 

do  niej  dołączył.  -  Ale  cieszę  się,  że  nie  objawił  nam  się  duch  tego  biedaka,  którego 

zamurowali w ścianie. 

-  Ani  dama,  co  wychodzi  z  obrazu  na  zawiasach,  zawtórował  Joel,  co  z  kolei 

wywołało paroksyzm śmiechu u Tyler. 

- Jak sądzisz, co mama Nessy robiła w zamku? Popijała whisky w ukryciu? 

-  A  gdy  obraz  się  odchylił,  przestraszyła  się  tak,  że  zarzuciła  spódnicę  na  głowę  i 

zaczęła uciekać. 

-  A  może  -  Tyler  nagle  zmieniła  ton  -  nosiła  listy  dla  duchów,  jak  my,  idąc  tymi 

samymi  zrujnowanymi  schodami.  Szkoda,  że  nie  poczekaliśmy  paru  minut.  Mogliśmy 

zobaczyć ojca Caitlin, tego, co sprzedał ją Robertowi. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Zwanemu Paskudnym. 

Doszli już prawie do dworku. Tyler szła przodem. Odwróciła się i spojrzała na Joela z 

wdzięcznym  uśmiechem.  W  życiu  nie  przyzna  się,  jak  bardzo  się  bała,  gdy  pobiegł  do 

warowni i nie dawał znaku życia. 

A on jakby znów czytał w jej myślach. 

- O czym wtedy myślałaś? - spytał. - Że co się mogło stać? 

-  Ach,  myślałam  sobie,  że wpadłeś  do jakiejś  jamy  i  nie  możesz  się wydostać,  bo  co 

podejdziesz w górę, to całe stado owiec spycha cię znowu w dół. Myślałam także, że dopadła 

cię wreszcie gromada zakochanych sekretarek. Wiesz, przyszło  mi teraz do głowy, że powi-

nieneś był pokazać się tej biednej Nessie. Rzuciłaby Daveya jak nic. 

- No, wiesz...I - zawołał, udając, że chce ją złapać. 

Tyler  zręcznie  wymknęła  się  z  pułapki  i  śmiejąc  się

 

do  rozpuku,  w  paru  susach 

pokonała resztę drogi do dworku. Zdyszana wpadła do środka, Joel tuż za nią. 

-  A,  jesteście  wreszcie  -  powitała  ich  pani  McDonald.  W  pierwszej  chwili,  oślepieni 

światłem,  nie  zauważyli  gospodyni.  -  Właśnie  się  zastanawiałam,  gdzie  się  podziewacie. 

Poszliście do warowni pościskać się przy księżycu, zgadłam? 

Joel spojrzał na Tyler, ona na niego i oboje jak na rozkaz zaczęli chichotać. 

- Z czego się tak śmiejecie? Niech się dowiem. Też się chętnie pośmieję. 

- Bo widzieliśmy - zaczął Joel, ale Tyler położyła mu rękę na ustach. 

- Niczego nie widzieliśmy - oświadczyła uroczyście. 

Pani McDonald nie dała się oszukać. 

- Oj, chyba coś ukrywacie. - Spojrzała na nich badawczo. - Widzieliście pewnie którąś 

z miejscowych dziewczyn z chłopakiem, tylko nie chcecie zdradzić nazwisk. Zobaczymy, czy 

zgadnę. Aggie i młody Colin? 

- Nie - odrzekł Joel, gdy Tyler pozwoliła mu wreszcie mówić. 

-  Jak  nie  oni  -  pani  McDonald  pomyślała  chwile  -  to  pewnie  Innes  i  Katie.  Chociaż 

nie. Innes nie jest flirciarą. Już wiem; Nessa i Tommie McAllister? 

- Ciepło, ciepło. - Joel zaśmiał się. 

- A więc Tommie i... Nie? Nessa i.. 

-  Cieplej  -  powtórzył  Joel,  odkrawając  dwie  pajdy  chleba  z  bochenka  leżącego  na 

stole. 

-  Nessa  i...  -  zgadywała  pani  McDonald.  -  Nessa...  Tylko  nie  mówcie,  że  Nessa  i 

Davey McAllister! 

- Bingo! - wykrzyknęli Joel z Tyler zgodnym chórem. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  No  cóż,  ta  mała  wysoko  mierzy.  Mam  tylko  nadzieję,  że...  że  nie  posunęła  się  za 

daleko? 

- Nie, co to to nie - pośpieszyła z zapewnieniem Tyler. 

- Pokłócili się, to znaczy, dziewczyna sprowokowała kłótnię i uciekła - wyjaśnił Joel. - 

Biedak leciał za nią i błagał, żeby została, ale nic nie wskórał. 

-  I  bardzo  dobrze.  -  Pani  McDonald  zaśmiała  się.  Wygląda  na  to,  że  Nessa  jest 

mądrzejsza,  niż  myślałam.  I  zdobędzie  go,  jeśli dalej  będzie tak postępować, a pewnie chce 

go zdobyć. 

- Jego właśnie, a nie Tommiego, o którym pani najpierw wspomniała? - spytała Tyler, 

pogryzając kromkę chleba z masłem, podsuniętą przez Joela. 

- Nessa wie, gdzie stoją konfitury.  Jest ładna, nawet

 

bardzo, i  mądra,  jak się okazuje. 

Jej  matka to  pijaczka,  ojciec  patentowany  leń, co  to do  niczego  się  nie  nadaje,  ale  mała  ma 

całkiem niegłupi plan. Zawzięła się na Daveya. Nie jest taki przystojny jak jego brat, Tommy, 

ale jest o niebo zdolniejszy. Studiuje, a jakże, tylko z dziewczynami  nie potrafi  sobie radzić. 

Właśnie przyjechał na ferie i na mojego nosa Nessa tak to urządzi, że wyjedzie razem z nim. - 

Pani  McDonald  zerknęła  ciekawie  na  swoich  gości.  -  No  i  dowiedzieliście  się  o  Szkocji 

więcej, niż mogliście marzyć. Poznaliście nasze duchy i nasze rodzinne sekrety. Teraz wasza 

kolej. Opowiadajcie o sobie, jakie macie tajemnice. 

-  Wykluczone  -  zaprotestował  Joel.  -  A  co  z  pani  bratem?  -  zmienił  temat.  -  Kiedy 

wreszcie przyjdzie? A może są tu jakieś jego książki. 

-  Książki?  Całe  mnóstwo  -  odparła  pani  McDonald,  badawczo  przyglądając  się 

obojgu. - No więc, które z was idzie do gościnnego? 

- Ja - zaczął Joel, a Tyler lekko się przy tym zarumieniła. - Umówiliśmy się, że.... 

- Nic nie chcę słyszeć. - Pani McDonald gestem podkreśliła, że prywatne sprawy gości 

jej  nie  interesują.  -  A  tymczasem,  na  co  jeszcze  macie  ochotę?  Chcecie  pograć  w  karty? 

Obejrzeć telewizję? 

-  Jeśli  można,  to  chciałbym  zerknąć  na  książki  pani  brata  -  odrzekł  Joel,  wzrokiem 

pytając Tyler, czy nie ma nic przeciwko temu. 

Tyler udała, że nie widzi. Wstała. 

-  A  ja  chyba  pójdę  do  łóżka.  Dzień  był  wyjątkowo  długi.  -  Pożegnała  się  i  niemal 

pędem  pobiegła  do  sypialni.  Sposób,  w  jaki  Joel  mówił  o  „umowie”,  sprawił,  że  serce  jej 

stopniało i musiała wyjść, żeby się nie zdradzić. 

W  sypialni  oparta  się  o  drzwi,  przymknęła  oczy,  myśląc  o  całym  dniu.  O  tym,  jak 

usiadła u jego stóp, a on rozczesywał jej włosy, o wspólnym spacerze na wzgórze i o tym, jak 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

przekomarzali się i dokazywali w drodze powrotnej. 

Takiego  dnia  dawno  nie  przeżyła,  a  takiego  mężczyzny  jak  Joel  chyba  nigdy  nie 

spotkała.  Wyzwalał  w  niej  cechy,  które  zawsze w sobie tłumiła.  Miała  ledwie sześć  lat,  gdy 

po śmierci ojca mówiono jej: „Teraz musisz być bardzo grzeczna, pomagać mamie, bo mama 

jest biedna i ty musisz się nią opiekować”. Mama rzeczywiście głęboko przeżyła śmierć ojca, 

a  Tyler  z  całą  powagą  traktowała  swoje  obowiązki.  Była  więc  grzeczna,  nie  kaprysiła,  nie 

dokazywała  jak  inne dzieci,  ..opiekowała się”  mamą aby tylko w niczym  jej  nic urazić  i  nie 

przysporzyć zmartwień. Mówiono jej przecież, że „mama bardzo cierpi i może nie wytrzymać 

nowych zmartwień”. Więc starała się jeszcze bardziej, uważając, że nie wolno jej, jak Krissy, 

śmiać się na cały głos, dokazywać, cieszyć, a już na pewno wariować i opowiadać głupstwa w 

rodzaju miotełki od kurzu z anielskich piór. 

I  tak to  już  zastało.  Zawsze  się  kontrolowała,  panowała  nad  sobą,  nawet  wtedy,  gdy 

już jako bardzo dorosła kobieta jęła prowadzić bardzo dorosłe życie. I żaden z mężczyzn, na 

których  trafiła,  nie  potrafił  tego  zmienić.  Dopiero  Joel.  Dlaczego  właśnie  on?  No  cóż, 

odpowiedź jest jedna: w poprzednich jej związkach zawsze występował element rywalizacji; 

z Joelem Kingsleyem rywalizować nie ma o co. 

Podniecona  odkryciem,  chwyciła  szlafrok  i  pobiegła  wziąć  kąpiel.  Dziesięć  minut 

później,  przystrojona  w  nocną  koszulę,  którą  pani  McDonald  wyłożyła  w  łazience, 

pomaszerowała z powrotem do sypialni, nie patrząc na otwarte drzwi do saloniku. 

I  choć  myśli  kłębiły  jej  się  w  głowie,  zasnęła  mocno,  gdy  tylko  dotknęła  głową 

poduszki. 

 

Obudził ją głośny łomot, a zaraz potem coś ciężkiego zwaliło się na łóżko. 

-  Ojej  -  rozległ  się  głośny  jęk.  „Coś”  okazało  się  „ktosiem”,  a  ów  ktoś  z  pewnością 

nabił sobie guza. 

- Nic ci się nie stało? - spytała Tyler sennie, unosząc głowę. 

W  odpowiedzi  usłyszała  tylko  jeszcze  jeden  bolesny  jęk  i  zaraz  potem  zaczęła  się 

dusić, gdy wielkie ciało Joela Kingsleya przycisnęło ją do materaca. 

- Och, przepraszam - wykrztusił, gdy zaczęła go spychać z siebie, żeby złapać trochę 

powietrza. 

Próbował  wstać,  a  przynajmniej  takie  sprawiał  wrażenie,  ale  szło  mu  to  tak 

niezgrabnie, jakby był kompletnie pijany. 

Wsparł się na ręce, ale widać był za słaby, bo nie utrzymał się długo, a uwolniona od 

ciężaru ręka znalazła się na jej piersi. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  Och,  nie  chciałem  -  zaczął  się  tłumaczyć,  ale  gdy  znów  próbował  wstać,  trafił 

kolanem między jej uda, a twarzą obok szyi. 

- Upiłeś się? - zganiła go, próbując go zepchnąć. 

-  Ależ  skąd.  Tylko  ta  baba,  nasza  gospodyni,  wlała  we  mnie  morze  herbaty  i  kazała 

grać w karty.  To  bestia,  powiadani  ci, a to łóżko też jest jakieś dziwne...  Och,  przepraszam, 

niechcący,  -  usprawiedliwił  się,  gdy  jego  ręka  znów  znalazła  się  na  jej  biuście.  Najmocniej 

przepraszam. 

Tyler pojęła wreszcie, że rzekoma niezręczność to tylko gra, że nie przypadkiem Joel 

„zwalił się” na łóżko  i też nieprzypadkowo jego dłonie błądziły po  jej ciele. Część jej duszy 

zaczęła pałać świętym oburzeniem, ale inna kazała podjąć grę. Nie miała w życiu zbyt wiele 

okazji do zabawy, więc... 

-  Przepraszam  -  wpadła  w  jego  ton,  wciskając  kolano  między  jego  uda.  -  Mam 

nadzieję, że cię nie uraziłam. 

- Ależ skąd. 

- Jesteś pewien? Chyba  lepiej  sama sprawdzę. - Poszukała dłonią tego niby bolącego 

miejsca  i  zaczęła  delikatnie  przesuwać  palcami  w  górę  i  w  dół.  -  Nie  uraziłam  cię?  Mów 

prawdę. 

-  Chyba  trochę.  Trzeba  mnie  pomasować  jeszcze  chwilę  -  zabrzmiała  zdyszana 

odpowiedź. 

- Pocałunek podziała jeszcze lepiej - szepnęła. 

- Skoro tak, to boli mnie całe ciało. 

- Ciebie też? Bo  ja jestem cała obolała po tym,  jak się na  mnie zwaliłeś,  nie mówiąc 

już o tym, co się działo na wzgórzu. Też mnie trzeba leczyć, najlepiej ustami. 

-  Natychmiast  -  odszepnął.  Wplótł  palce  w  jej  włosy  i  przyciągnął  do  siebie.  - 

Marzyłem o  tym  od  pierwszej  chwili,  gdy  zobaczyłem  cię  z rozpuszczonymi  włosami w  tej 

czerwonej szmatce. 

Tyler przylgnęła do niego chciwie, poddając twarz i ciało pieszczotom. 

- I nawet nie raczyłeś zauważyć, że nie jestem twoja sekretarką - wymruczała. 

-  Ale  zauważyłem  cudowne  poczucie  humoru  -  odparł,  zabierając  się  do  guzików 

nocnej  koszuli.  -  Pozwól,  że  zapytam  przy  okazji:  kochałaś  się  kiedyś  sześć  godzin  bez 

przerwy? 

- Poczekaj, niech pomyślę. 

- Ani mi się waż. Przez najbliższych sześć godzin nie będziesz na to miała czasu. Ani 

sekundy - przyrzekł, zamykając jej usta pocałunkiem. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

6

 

W pierwszej chwili po przebudzeniu Tyler  nie wiedziała, gdzie się znajduje. Niczego 

nie  pamiętała,  nawet  gdzie  jest.  Świadomość  wróciła,  gdy  po  chwili  poczuła,  że  nie  leży 

sama.  Wtedy  ogarnęło  ją  przemożne  pragnienie,  żeby  ukryć  się  pod  kołdrą,  niczego  nie 

widzieć, nie słyszeć i trwać w ukryciu do końca świata. 

Ale  zaraz  potem,  cicho  jak  mysz,  wysunęła  się  spod  kołdry  i  wstała.  Na  Joela  nie 

miała  odwagi  nawet  spojrzeć.  A  myśl  o  tym,  co  stało  się  w  nocy,  odsuwała  od  siebie,  jak 

tylko mogła. Chciała zapomnieć i wymazać wszystko z pamięci, także i to, że tak wspaniałej 

miłości jak tej właśnie nocy nie zaznała nigdy w życiu. 

A  było  naprawdę  cudownie  -  wzajemne  pieszczoty,  dotykanie,  namiętne  pocałunki  i 

radość - żywiołowa

 

i  nieujarzmiona. Trzy razy co najmniej błagała Joela, żeby był cicho, bo 

pani McDonald słyszy. 

- Stara sowa i tak podsłuchuje. Jak znam życie, to

 

dawno już umieściła sobie mikrofon 

pod  tym  łóżkiem  na  taki  właśnie  użytek...  i  niech  jej  będzie,  nie  będziemy  jej  żałować  - 

odpowiadał Joel, co tak ją rozbawiało, że chichotała jak dziecko. 

Ale noc dobiegła końca i teraz - jak powiadają - trzeba wrócić do rzeczywistości. To, 

co się stało, może mieć swoje reperkusje, chyba... chyba że z miejsca położy się temu kres. O 

romansie z Joelem nie ma nawet mowy, bo... no właśnie. Krissy nigdy by  jej nie wybaczyła. 

Za  Krissy  stoi  oczywiście  wuj  Thad,  który  też  by  cierpiał,  gdyby  się  dowiedział,  że  Tyler 

skrzywdziła  jego  córeczkę.  Do  tego  dopuścić  nie  wolno.  Wuj  Thad  jest  szlachetnym 

człowiekiem, pomógł jej, pomógł mamie w najcięższej chwili w ich życiu. A poza wszystkim 

wuj i mała to rodzina, a rodzina jest najważniejsza, na pewno ważniejsza od chwilowego za-

uroczenia czy nawet szaleństwa. 

Cicho, jak tylko można, zaczęła się ubierać w rzeczy, w których przyszła do Krissy w 

niedzielę. Niedzielę? Kiedyż to było? Wieki temu! 

Na  palcach  wyszła  z  sypialni.  W  kuchni  aż  podskoczyła  z  wrażenia  i  zdumienia, 

widząc za stołem mężczyznę pałaszującego z apetytem śniadanie tak obfite, że wystarczyłoby 

dla plutonu wojska. Skwierczący boczek, grzyby, pomidory, jajka, masło i grzanki roztaczały 

taki aromat, że miała ochotę usiąść i wziąć udział w uczcie. 

Ale  przecież  w  każdej  chwili  może  zjawić  się  Joel,  a  wtedy  oczywiście  zacznie  się 

rozmowa, a gdy już się zacznie, to.... 

-  Dzień  dobry  miłej  pani  -  odezwał  się  ucztujący

 

nieznajomy,  w  którym  Tyler 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

domyśliła się brata pani McDonald, Fergusa. Gestem zapraszał ją do stołu. 

Pokusa  była  silna,  a  jeszcze  bardziej  kusiło  ją,  żeby  skorzystać  z  okazji  i  zadać 

Fergusowi kilka pytań. Niestety, ani na jedno, ani na drugie nie miała czasu. 

- Dzień dobry, dzień dobry - odwzajemniła pozdrowienie. - Przykro mi, ale muszę już 

biec... - rzuciła od drzwi. 

- To pani widziała Iana, tak? 

Tyler przystanęła w progu. 

- Tak, to ja. - Nabrała wielki haust powietrza. Może jednak zdąży zadać najważniejsze 

pytanie.  -  Jak  pan  sądzi,  dlaczego  biedny  Ian  musi  tułać  się  po  świecie.  Czy  śmierć  na 

szubienicy  za  zbrodnie,  której  nie  popełnił,  nie  była  wystarczającą  karą?  -  Mówiła  to  w 

wielkim podnieceniu i ze złością. Lecz nie Ian był jej powodem, tylko ona sama. Złościła się 

na siebie za minioną noc, za to, że nie potrafiła się opanować. 

- Trudno powiedzieć - odparł Fergus. - Może tuła się, bo nie wie, że wtedy, gdy pisał 

listy do ukochanej, człowiek, którego miał rzekomo zamordować, jeszcze żył, gryzł ściany w 

warowni. Zamurowano go przecież żywcem. Dobrze byłoby, gdyby ktoś wreszcie powiedział 

Ianowi całą prawdę. Może wtedy zaznałby spokoju. 

Obraz  kreślony  słowami  Fergusa  był  tak  wyrazisty,

 

że  Tyler  poczuła  ściskanie  w 

żołądku.  Miała  jeszcze

 

tysiące  pytań,  ale zdawała sobie sprawę,  że  jeśli raz

 

otworzy usta,  to 

nie wyjdzie, a Joel lada moment mógł

 

się obudzić. 

-  Problem  tylko  w  tym  -  ciągnął  tymczasem  Fergus  -  że  ludzie,  którym  Ian  się 

objawia,  dowiadują  się  o  jego  niewinności  dopiero  po  fakcie.  Z  tego,  co  wiem,  jeszcze 

nikomu  nie  ukazał  się  powtórnie.  Nikt  więc  nie  miał  okazji  powiadomić  go,  jak  się  sprawy 

naprawdę

 

miały. 

Tyler  chciała  coś  jeszcze  dodać,  ale  z  korytarza  dobiegi  ją  szmer.  Joel  się  obudził? 

Pomachała tylko Fergusowi na pożegnanie i jak oparzona wybiegła z dworku. 

 

Spakowała  się  błyskawicznie.  Miły  człowiek  w  recepcji  załatwił  jej  rezerwację  na 

poranny samolot British Airways i zamówił taksówkę na lotnisko. W kilka minut po powrocie 

z dworku Tyler była już w hallu, gotowa do podróży. Czekała tylko na taksówkę. 

Pod  drzwiami  do  starej  części  zamku  zbierała  się  właśnie  pierwsza  poranna  grupa 

turystów.  Przewodnik,  ten  sam  co  wczoraj,  pozdrowił  ją  pytaniem:  ”Już  wyjeżdżamy?”  i 

uśmiechnął się tak jakoś, że Tyler doskonale wyczuła, że śmieje się nie do niej, lecz z niej. 

Też się uśmiechnęła. Przewodnik zabrał grupę i Tyler znów została sama w hallu. 

Myślała  o  tym,  co  powiedział  Fergus,  że  nikomu  nie  było  dane  ujrzeć  Iana  po  raz 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

wtóry  i  że  biedak  pewnie  nadal  trwa  w  niewiedzy,  nie  zdając  sobie  sprawy,  że  człowiek, 

którego miał rzekomo zamordować, żył jeszcze, gdy jego sądzono za zbrodnię. 

Recepcjonista walczył z telefonem, taksówki jeszcze nie było. Tknięta impulsem Tyler 

szarpnęła  klamkę  do  starej  części  zamku.  Dziękując  Bogu,  że  włożyła  tenisówki

 

i  nikt  nie 

usłyszy kroków, pobiegła w znane sobie miejsce,  gdzie w wykuszu przy oknie dane jej  było 

widzieć Iana. 

Kotara była odsłonięta i przez okno wlewały  się jasne promienie słońca. Nie było też 

nikogo, ani żywej, ani zmarłej duszy, za co też Tyler podziękowała w duchu

 

Bogu. 

Na  wszelki  wypadek  obejrzała  się  jeszcze,  czy  nikt  jej  nie  widzi,  zasunęła  kotarę  i 

przycupnęła na siedzisku przy oknie. 

- Ianie? Do ciebie mówię - zaczęła szeptem. - Nie wiem, czy mnie słyszysz, ale chcę ci 

powiedzieć, że człowiek, którego rzekomo miałeś zamordować, został zamurowany żywcem 

w  starej  warowni  na  wzgórzu.  Gdyby  udało  się  go  uratować  i  uwolnić,  wtedy  zostałbyś 

oczyszczony z podejrzeń. 

Gdy  przebrzmiały  słowa,  w  wykuszu  zaległa  cisza  tak  głęboka,  że  zrobiło  jej  się 

nieswojo.  Poczuła  się  głupio,  bo  jak  to?  Co  właściwie  wyprawia?  Mówi  sama  do  siebie? 

Gorzej - przemawia do duchów! 

Upewniwszy się, że nikogo w pobliżu nie ma, odsłoniła kotarę, zsunęła się z siedziska 

i ruszyła w stronę hotelu. Przeszła może dwa, może trzy kroki, kiedy usłyszała szmer. Zdjęta 

lękiem,  a  może  przeczuciem,  stanęła,  obróciła  się  i  bacznie  spojrzała  na  kotarę.  Miała 

wrażenie,  że  coś  się  za  nią  poruszyło,  a  ciężka  tkanina  zafalowała,  jakby  targnięta 

niewidzialną ręką. Złudzenie? 

Patrzyła  jeszcze  przez  dobrą  chwilę,  ale  nic  więcej  nie  zobaczyła,  a  cisza  aż 

dźwięczała w uszach. Z westchnieniem zawróciła do wyjścia. Taksówka już czekała. Portier

 

wziął walizkę i odprowadził Tyler do auta. Samochód ruszał, gdy kątem oka zobaczyła Joela. 

Dochodził właśnie do hotelu. Skuliła się na siedzeniu i schowała za przednie oparcia, żeby jej 

nie dostrzegł. Ten rozdział  jej życia został właśnie zamknięty. Romans wśród szkockich gór 

musi odejść w przeszłość, przykazała sobie w duchu. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

7

 

Sześć tygodni później

 

Brakuje  ci  małej?  -  spytał  Barry.  Krążył  po  tarasie  z  konewką  w  ręku,  i  jak  to  on, 

podlewał Tyler kwiaty. 

-  Brakuje  -  przyznała.  Nie  widziała  Krissy  od  ponad  sześciu  tygodni,  od  owej 

niedzieli, gdy ulegając małej, pojechała do Szkocji. A nim zdążyła wrócić, Krissy wyjechała. 

Joel przysłał  depeszę,  że  ma  natychmiast stawić  się w  Szkocji.  Minęły  się  na  lotnisku.  Gdy 

samolot Tyler lądował, ten, w którym siedziała Krissy, właśnie wzbijał się do lotu. 

- Nie dzwoni? Nie pisze? - Barry lubił wszystko wiedzieć. 

-  Przysłała  parę  pocztówek  -  odparła  Tyler  krótko,  ten,  w  którym  siedziała  dając  do 

zrozumienia, że wolałaby nie ciągnąć tej rozmowy. 

Ale Barry nigdy łatwo nie rezygnował. Uwielbiał plotki. 

- A  jak myślisz, dlaczego ten  jej Joel Kingsley założył sobie  biuro w Szkocji? Siedzi 

tam i siedzi. Wydawało mi się, że wybrał się tam tylko na wakacje. 

-  Może  mu  się  spodobało  i  został  -  odparła  Tyler,  sięgając  po  filiżankę  z  kawą. 

Rozmyślnie  unikała  wzroku  Barry'ego.  Dlaczego  Joel  został  w  Szkocji?  Mój  Boże,  może 

akurat się żeni z Celeste Delashaw albo z... Krissy. 

-  A,  przypomniało  mi  się -  znów odezwał  się Barry.  -  Widziałaś  już tę przesyłkę,  co 

wczoraj przynieśli z Federal Express? 

-  Pewnie  nic  ważnego.  Papiery  sądowe  -  mruknęła  Tyler  bez  większego 

zainteresowania informacją Barry'ego. 

- Chyba nie. Nadano ją w Szkocji i jest na niej pieczątka firmy Kingsleya. 

Tyler  drgnęła,  ale  wolno,  żeby  nie  zdradzić  podniecenia,  odstawiła  filiżankę  i 

spojrzała  na  przyjaciela.  Znała  go  na  wylot  i  nie  miała  najmniejszych  wątpliwości,  że  drań 

specjalnie schował wczoraj przesyłkę, aby być przy tym, gdy Tyler będzie ją rozpakowywać. 

Od  powrotu  bez  przerwy  ją  zamęczał.  Dlaczego  wyjechała  tak  nagle?  Dlaczego  zaraz 

wróciła? I dlaczego jest w takim ponurym nastroju? 

-  No  dobrze,  przynieś  -  poleciła  tonem,  który  w  sali  sądowej  przyprawiał 

przeciwników o palpitację serca. 

Barry  zmilczał.  Podniósł  tylko  ręce,  jakby  chciał  wykazać  swoją  niewinność,  i  jak 

błyskawica  znikł  w  czeluściach  apartamentu  Tyler  i  równie  błyskawicznie  zjawił  się  z 

powrotem, dzierżąc w dłoni kopertę z logo Federal Express. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Tyler aż kusiło, żeby kazać mu iść w diabły. Wolałaby otworzyć kopertę bez świadka, 

ale oznaczałoby to, że oczekuje, albo wręcz spodziewa się, jakiegoś znaku od

 

Joela, a do tego 

nie chciała się przyznać nawet sama przed sobą. Minęło już sześć tygodni, a Joel milczał jak 

grób. Nie zadzwonił, nie napisał, nawet widokówki nie przysłał. Oczywiście, ona też nie jest 

bez  winy.  Zachowała  się  jak  smarkula.  Uciekła  bez  słowa,  schowała  się  w  taksówce  i  nie 

zdobyła  się  nawet  no  to,  żeby  mu  zwyczajnie  i  po  ludzku  wyjaśnić,  dlaczego  tak  właśnie 

postąpiła.

 

Fakt.  Ale  faktem  jest  też,  że  nie  brak  w  świecie  kobiet,  które  stale  wyglądają 

wiadomości od mężczyzny, z którym zdarzyło im się spędzić jedną jedyną noc. 

Starała  się  więc  myśleć  logicznie  i  obiektywnie  oceniać  sytuacje,  a  jednak  ręce  jej 

drżały,  gdy  otwierała  kopertę.  Z  wnętrza  wychynął  egzemplarz  zagranicznego  czasopisma  i 

nic  więcej.  I  choć  potrząsnęła  kopertą  parę  razy,  nic  innego  nie  znalazła.  Żadnego  listu. 

Żadnej kartki. 

Starając się ukryć rozczarowanie, położyła czasopismo na stole i sięgnęła po filiżankę 

z kawą. 

-  „The  Royal  Historical  Society  of  Scotland”,  Szkockie  Królewskie  Towarzystwo 

Historyczne  -  odczytał  Barry  napis  na  winiecie  i  otworzył  spis  treści.  -  Joel  Kingsley, 

Rozwiązana tajemnica - przeczytał tytuł głównego artykułu. 

Filiżanka z hukiem  spadła na podłogę. Ze zdenerwowania i pośpiechu Tyler upuściła 

naczynie,  odstawiając  je  na  stolik.  Wyrwała  magazyn  z  rąk  Barry'ego  tak  energicznie,  że 

niemal oderwała okładkę i spiesznie zaczęła kartkować. 

Znalazła.  Zaraz  obok  tytułu  redakcja  zamieściła  zdjęcie  Joela.  Tyler  zachłannie 

zaczęła czytać. 

- Hej,  nie bądź taka! - zawołał Barry z pretensją w głosie, zerkając jej przez ramię. - 

Co tam jest napisane? 

- Że Joel  Kingsley wraz z armią researcherów, dokumentalistów, przez ostatnie sześć 

tygodni  penetrował  archiwa  i  ustalił,  że  Ian  McLyon  nie  zginął  na  szubienicy,  jak  się 

powszechnie uważa - zaczęła streszczać artykuł. - Na podstawie dokumentów, które udało mu 

się  odnaleźć,  Kingsley  formułuje  nową  wersję  wydarzeń  sprzed  stuleci.  Wedle  niego,  Ian 

stanął  przed  sądem  pod  zarzutem  zabójstwa,  ale  nie  zawisł,  bo  -  i  to  jest  sedno  odkrycia 

dokonanego  przez  Kingsleya  -  przypadkowy  wieśniak  miał  usłyszeć  jęki  dochodzące  z 

warowni  -  Był  co  prawda  przekonany,  że  to  duchy,  ale  zainteresowano  się  jego  zeznaniem, 

udano się do warowni i odnaleziono Nadobnego Gilberta, a ten potwierdził, że to własny brat 

kazał  go  żywcem  zamurować.  Ale  to  jeszcze  nie  wszystko.  -  Tyler  spiesznie  zerknęła  na 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

dalszą  część  artykułu.  -  Na  podstawie  ustaleń  Kingsleya  można  przyjąć,  że  szkielet 

znaleziony w murach warowni i eksponowany obecnie w zamku nie należał do Gilberta, lecz 

do Roberta, że to właśnie jego zamurowano, gdy próba okrutnej zbrodni na bracie wyszła na 

jaw...  ale  -  Tyler  zerknęła  na  zakończenie  artykułu  -  Kustosz  zbiorów  zamkowych,  autor 

trzech  książek  poświęconych  historii  miejscowych  władców,  twierdzi,  że  dokumenty 

odnalezione przez Kingsleya

 

i pomocników nie są autentyczne. „Wiem, że jeszcze w zeszłym 

tygodniu nie było ich w naszych zbiorach” - cytuje redakcja wypowiedź kustosza. 

- A ty, co o tym myślisz? Kingsley dopuścił się fałszerstwa? - zdumiał się Barry. 

- Wykluczone. Myślę, że dokumentów, na które natrafił, sześć tygodni temu w ogóle 

nie było. 

- Jak to nie było? 

- Zwyczajnie, nie było. Ale ktoś dał wreszcie znać Ianowi, a ten zadbał o ciąg dalszy. 

Postarał się, żeby ktoś usłyszał lament Gilberta i pośpieszył mu na ratunek. 

-  Nie pędź tak,  nie  rozumiem...  -  zaprotestował  Barry, ale  go nie słuchała.  Na  faksie 

miała  wiadomość.  Właśnie  teraz  zwróciła  uwagę  na  białą  kartkę  wystającą  z  drukarki.  Jak 

długo tam była? Kiedy ten faks nadszedł? 

Dopiero za trzecim czytaniem pojęła treść wiadomości od... Krissy. 

 

Jesteśmy już po słowie. Ślub i wesele zrobią, takie, że tata przez co najmniej dwa lata 

będzie  spłacał  rachunek.  Pomyśl  o  sukni,  bo  będziesz  druhną.  Bardzo  za  Tobą  tęsknią  i  nie 

mogę,  się  doczekać,  żeby  Cię  zobaczyć.  Przylatujemy  dzisiaj.  Błagam  Cię,  przyjedź  na 

lotnisko.  Weź  taksówką  w  jedną  stronę,  bo  do  miasta  wracać  będziemy  limuzyną,  którą 

właśnie zamówiłam. 

Krissy

 

 

- Nic ci nie jest? - spytał z troską Barry. - Wyglądasz, jakby ci się zrobiło słabo. 

- Która godzina? 

- Prawie piąta, a dlaczego pytasz? 

- Muszę zaraz jechać na lotnisko. 

- Na lotnisko? W Nowym Jorku nikt nikogo nie odbiera z lotniska - rzekł takim tonem, 

jakby wykładał zasady wielkomiejskiej etykiety. 

- Ja odbiorę - oświadczyła stanowczo. Wiedziała, że musi to zrobić. Musi pojechać na 

lotnisko i załatwić

 

sprawę raz na zawsze. Przez ostatnie sześć tygodni pilnie śledziła rubryki 

towarzyskie w gazetach i takież programy w telewizji, spodziewając się, a zarazem lękając, że 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

natknie  się  na  wzmiankę,  iż  pan  Joel  Kingsley  poślubił  panią  Celeste  Delashaw. 

Przekonywała  samą  siebie,  że  będzie  to  radosna  wiadomość.  Będzie  bowiem  mogła 

ostatecznie  i  nieodwołalnie  wykreślić  Joela  Kingsleya  ze  swojego  życia,  zająć  się  pracą, 

odnowić przyjaźnie, krótko mówiąc, wrócić do siebie. 

Do swojego małego świata. 

To  prawda,  że  zaraz  po  powrocie  ze  Szkocji  stawiła  się  w  kancelarii  i  podjęła 

normalne obowiązki, ale jakoś jej nie szło. Straciła serce do pracy. Nie potrafiła się otrząsnąć. 

Stale  wracała  myślą  do  Szkocji,  a  właściwie  do  Joela  Kingsleya,  zdając  sobie  jednocześnie 

sprawę, że tylko marnuje czas. Jest XXI wiek i nikt chwilowego romansu nie traktuje inaczej 

jak przygody.  A  to,  co  się  stało,  nie  było  niczym  innym  jak właśnie chwilowym  romansem, 

przygodą na jedną noc. Wciąż to sobie powtarzała. 

A więc zwykła przygoda? Zapewne. Tylko że  nigdy przedtem  i z  nikim  nie zdarzyło 

jej się przeżyć tego co z Joelem. Nigdy tak się nie śmiała jak z nim. Z nikim też nie oglądała 

duchów. 

I  jeszcze  coś.  Niby  zwyczajne,  ale  aż  nadzwyczajne.  Z  nikim  nie  czuła  się  tak 

wspaniale  jak  z  nim.  I  nikt  nie  stwarzał  tak  serdecznej,  staroświeckiej,  chciałoby  się 

powiedzieć, atmosfery.  Choćby wtedy przy kominku, gdy  czytał jej  na głos rozdział o Ianie. 

Joel nie był ani i pierwszym, ani jedynym mężczyzną w jej życiu, ale nigdy nie czuła takiego 

ciepła w sercu jak wtedy, gdy

 

rozsiedli się na podłodze. Z innymi wiązała się, gdy dokuczała 

jej samotność, ale też z ulgą wracała do swojej samotni, gdy romans dobiegał kresu. 

Ile  czasu  spędziła,  z  Kingsleyem?  Mało,  nieporównanie  mniej  niż  z  narzeczonym,  z 

którym kiedyś mieszkała, i aż dziw, że po paru ledwie wspólnych dniach można tak tęsknić - 

Bo taka była prawda. Tęskniła.  Ogromnie. Do bólu, I choć minęło  już tyle tygodni, ciągle o 

nim myślała. Patrząc na telewizję, zastanawiała się, co też on  lubi oglądać. A  może w ogóle 

nie ogląda telewizji? Dużo  przecież pracuje.  Chyba za dużo.  Tym  bardziej  trzeba pomyśleć, 

jak zorganizować mu wypoczynek. 

Tylko z jakiego tytułu? Joel ani nie należał, ani nie należy do niej. 

Należy  do  Krissy,  do  jej  ukochanej  kuzynki,  i  tak  już  będzie.  Przecież  życzy  jej 

wszystkiego  co  najlepsze.  Zachowa  się  godnie.  Żadnych  dramatów,  żadnych  scen.  Nawet 

gdyby miała paść trupem, będzie się cieszyć szczęściem Krissy. 

Chwyciła torebkę ze stolika w korytarzu i pomknęła do drzwi. 

-  Jedziesz  na  lotnisko  w  takim  stanie?  Popatrz  tylko,  jak  ty  wyglądasz?  -  zawołał 

Barry. 

- Wszystko mi jedno - rzuciła przez ramię i już jej nie było. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

Kilka  chwil  oczekiwania  w  sali  przylotów  trwało  jak  wieczność.  Nigdy  jeszcze 

sekundy  i  minuty  nie  ciągnęły  się  tak  długo.  Tyler  nie  mogła  się  doczekać,  żeby  zobaczyć

 

Joela.  Wypadła z  mieszkania  jak wariatka.  Pędziła na  lotnisko  jak szalona,  a teraz przebiera 

nogami, żeby go wreszcie ujrzeć, nieważne, że z inną kobietą u boku. 

Chyba oszalała. Dziewczyno, opanuj się wreszcie! 

Nie zdążyła jednak uporządkować myśli, bo oto Krissy nadbiegła jak huragan, rzuciła 

jej  się  w  ramiona,  zaczęła  ściskać  i  witać,  wylewając  z  siebie  potoki  słów.  Dlaczego  nie 

odbierała telefonów? Dlaczego nie oddzwoniła?  Dlaczego nawet nie zatelefonowała do taty? 

A w ogóle, jak się czuje? 

Paplała i pytała, nie dając jej dojść do głosu, co zresztą nie było takie złe, bo na żadne 

z pytań Tyler nie potrafiłaby dać sensownej odpowiedzi. 

Wreszcie, nabrawszy powietrza w płuca, Krissy oznajmiła z uroczystą miną: 

- Tyler, oto i ON! 

Spodziewając  się  ujrzeć  Joela,  Tyler  spięła  się  w  sobie,  przybrała  stosowny  wyraz 

twarzy i odważyła się wreszcie podnieść oczy. Ani śladu Joela! Za plecami Krissy stał młody 

człowiek z niepewnym uśmiechem na ustach. 

- Nie widzę.... 

- Kogo nie widzisz? Przecież to... 

Tyler  spojrzała  uważniej,  gorączkowo  uruchamiając  pamięć.  Nie  potrafiła  sobie 

przypomnieć. 

- Tyler, nie poznajesz? To doktor Shipley! - Tyler osłupiała. - Nie pamiętasz? Tata go 

wydzwonił  i  przysłał.  Opiekował  się  mną,  gdy  zachorowałam.  Poznałaś  go.  Był  u  mnie  tej 

niedzieli, kiedy poprosiłam cię, żebyś pojechała za mnie do Szkocji. 

- Tak, pamiętam, byłaś chora, ale potem, mimo wszystko, też wybrałaś się do Szkocji 

- odparła Tyler, nadal nic nie rozumiejąc. 

Krissy nie wytrzymała, parsknęła śmiechem. 

-  A  w  rodzinie  -  zwróciła  się  do  doktora  -  Tyler  uchodzi  za  najbystrzejszą  z  nas 

wszystkich.  Hej,  Tyler  -  wróciła  do  rozmowy  z  kuzynką.  -  obudź  się.  To  mój  narzeczony. 

Będziemy brali ślub. Pisałam ci w faksie Nie pamiętasz? 

Trwało jeszcze dobrą chwilę, nim Tyler zdołała zebrać myśli. 

- A więc wychodzisz za doktora - odezwała się cicho. 

-  Jasne,  że  za  niego.  Wszystko  było  w  faksie.  Musiałaś  go  czytać,  bo  inaczej  nie 

przyjechałabyś na lotnisko. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Ale nie napisałaś, za kogo wychodzisz - odparła Tyler jeszcze słabszym głosem. 

-  Naprawdę?  To  z  pośpiechu.  Ale,  kochana  kuzynko,  gdybyś  do  mnie  zadzwoniła,  a 

właściwie oddzwoniła, opowiedziałabym ci wszystko. Telefonowałam do ciebie ze sto razy i 

z dziesięć razy nagrywałam się na sekretarce. 

- Nie sto, tylko raz, i tylko raz się nagrałaś, a ja oddzwoniłam. Zostawiłam wiadomość 

w recepcji, nie przekazali ci? 

-  Ależ  przekazali,  przekazali.  -  Krissy  machnęła  ręka.  -  Powiem  prawdę.  Byłam  tak 

zajęta  Jeffem,  że  nie  miałam  na  nic  czasu.  A  teraz  przywitajcie  się,  jak  przystoi  członkom 

rodziny. 

Tyler wreszcie pojęła, że Krissy nie wychodzi za Joela Kingsleya. Zaczęło też do niej 

docierać, że  nie grozi  jej  koszmar, który od kilku tygodni przyprawiał  ją o ból głowy, że do 

końca  życia  będzie  musiała  robić  dobrą  minę  do  złej  gry,  gdy  na  rodzinnych  przyjęciach 

przyjdzie jej siedzieć naprzeciwko mężczyzny, który... 

- Odbierzmy bagaż i jedźmy wreszcie do miasta - zaproponował doktor. 

Łatwo  powiedzieć.  Na  walizki  trzeba  było  poczekać  dobre  pół  godziny.  Jeff 

dyżurował przy taśmie, a Krissy paplała bez jednej przerwy. Jak to ukochany przyleciał za nią 

do Szkocji, jak chodzili na spacery przy księżycu, co Jeff mówił, co ona i tak dalej. 

-  Ale  -  wtrąciła  w  pewnej  chwili  -  Kingsley  strasznie  nas  absorbował.  Bez  przerwy 

trzeba  było  coś  załatwiać.  Ale  Jeff  -  spojrzała  czule  na  narzeczonego,  który  nadal  stał  przy 

taśmie,  czekając,  kiedy  wreszcie  zjawią  się  walizki  -  Jeff  chce,  żebym  przestała  pracować. 

Mam się zająć domem i urodzić mu co najmniej tuzin dzieciaków. 

A  Tyler  jakby  nie  słyszała.  Czuła  pustkę  i  była  śmiertelnie  zmęczona.  Uświadomiła 

sobie, że to reakcja po napięciu i nerwach, gdy myślała, że Krissy wychodzi za Joela. 

Starała się  jednak panować  nad  sobą  i  udało  się,  przynajmniej  do  czasu,  gdy wsiedli 

do limuzyny zamówionej przez Krissy. Auto było nader eleganckie. Srebrna karoseria, szofer 

w liberii, przedział pasażerski jak salon. 

-  A więc -  Krissy  nie  potrafiła  milczeć -  było  naprawdę cudownie.  -  Zajęła z Jeffem 

miejsca na tylnym siedzeniu. Tyler usiadła z boku. - A

 

opowiadałam ci już o.... 

- Twój szef nie jest chyba zadowolony, że go opuszczasz - weszła jej w słowo Tyler i 

natychmiast zaczęła

 

żałować, że nie ugryzła się w język, alb tak bardzo chciała usłyszeć coś o 

Joelu. 

-  Zadowolony?!  -  wykrzyknęła  Krissy.  -  Ten  człowiek  nawet  nie  wie,  co  to  słowo 

znaczy. 

- To prawda - wtrącił  Jeff, gładząc czule dłoń narzeczonej. - Nie do wiary, że Krissy 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

mogła się durzyć w tak zgorzkniałym osobniku. 

- Właśnie. I chciałam cię przeprosić, Tyler, że naraziłam cię na jego towarzystwo. 

- A co się właściwie stało? - spytała Tyler. 

- Otóż... jak pani Delashaw wyjechała.... 

-  Wyjechała?!  -  wykrzyknęła  Tyler,  nie  panując  nad  sobą,  po  czym  odchrząknęła 

równie  głośno,  aby  zatrzeć  wrażenie.  Odczekała  jeszcze  sekundę  i  uśmiechnęła  się 

przepraszająco. - Wydawało mi się - dodała z udawaną obojętnością - że pani Delashaw i pan 

Kingsley  stanowią  parę.  A  może  ona  wyjechała  tylko  na  pewien  czas?  -  Kątem  oka  Tyler 

zauważyła, że Jeff zaczyna jej się bacznie przyglądać. Postanowiła na niego nie patrzeć.

 

- Ależ nie - pośpieszyła z odpowiedzią Krissy. - Cały hotel wiedział, że się pokłócili. 

Była  ponoć  straszna  awantura.  -  Pochyliła  się  konfidencjonalnie  i  dodała  nieco  cichszym 

głosem: - Poszło o jakąś kobietę, z którą Kingsley miał podobno spędzić noc. 

- A Delashaw skąd  się o tym dowiedziała? - spytała Tyler, starając się nie patrzeć na 

doktora. 

- Podobno on  jej powiedział. Przyznał się, że spędził  noc z kimś innym, a co więcej, 

zażądał, aby Delashaw się wyniosła. 

- Ze Szkocji czy od niego? 

- Tego to nie wiem, ale przypuszczam, że po prostu ją wypędził. A dlaczego pytasz? 

-  Bo...  -  zaczęła  Tyler  i  zamilkła  speszona,  szukając  gorączkowo  logicznego  i 

niezobowiązującego  wyjaśnienia.  W  głowie  czuła  pustkę,  a  Krissy  z  Jeffem  patrzyli  na  nią, 

czekając  na  odpowiedź.  -  Bo...  -  zaczęła  jeszcze  raz  i  nie  wytrzymała.  Ku  własnemu 

przerażeniu zaczęła łkać. Zasłoniła twarz dłońmi. - Bardzo was przepraszam, nie chciałam... - 

wyszeptała. 

Krissy objęła ją czule. 

- Tyler, kochanie, co się stało? Coś złego? Ktoś cię skrzywdził? 

Tyler nie była w stanie powstrzymać potoku łez. 

- Za... za... zakochałam się - wyjąkała wreszcie, nie przestając łkać. - To okropne. Nie 

chciałam. Myślałam, że wychodzisz za Joela i że.... zobaczę go na lotnisku i... 

-  Sądziłaś,  że  chcę  wyjść  za  mojego  szefa?  -  spytała  Krissy  takim  tonem,  jakby 

chodziło o najbardziej idiotyczny pomysł na świecie. 

Doktor podał Tyler paczuszkę chusteczek. Wytarła nos, osuszyła łzy. 

- Nie udawaj, że się w nim nie kochałaś. Jeszcze sześć tygodni temu szalałaś za nim. 

Sama mi mówiłaś. 

- Czy ja wiem? No, może durzyłam się w staruszku. Wiesz, jak to jest. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Tylko nie .”staruszku”! - zawołała Tyler z ogniem w oczach. - Joel jest cudowny, ma 

wspaniałe poczucie humoru i... 

-  Kingsley?  -  wtrącił  doktor,  zdumiony  w  najwyższym  stopniu.  -  Joel  Kingsley  ma 

poczucie humoru? 

-  Naturalnie.  Ma  bardzo  pogodne  usposobienie  -  oświadczyła  Tyler  tonem,  który 

wykluczał wszelkie wątpliwości. 

- No wiecie państwo! Dużo o nim słyszałem w czasie naszego pobytu w Szkocji, ale o 

pogodnym usposobieniu i poczuciu humoru nikt się nawet nie zająknął. 

-  Jeff,  przestań!  -  ostro  wkroczyła  Krissy.  -  Tyler  jest  zdenerwowana,  a  poza  tym 

pamiętaj, że zakochani widzą inaczej: same plusy, żadnych minusów. 

- Rozumiem,  że to o mnie - odezwała się Tyler. - Ale powiedz mi, czy kiedykolwiek 

przedtem mówiłam ci, że się w kimś kocham? 

- Nigdy, to fakt - potwierdziła Krissy. - Ciocia Sarah... jej matka - wyjaśniła Jeffowi - 

zawsze się dziwiła, że ma tak mało sentymentalna, córkę. 

-  Moja  mama tak powiedziała? -  Łzy  znów potoczyły  się po  policzkach Tyler.  -  I  co 

jeszcze? Jakie jeszcze mam braki? 

Jeff wzrokiem skarcił Krissy i próbował załagodzić sytuację. 

-  Myślę,  że  twoja  mama  chciała  przez  to  powiedzieć,  że  nadejdzie  dzień,  kiedy  się 

naprawdę zakochasz. 

-  I  wykrakała,  niestety  -  odrzekła Tyler  ze smutkiem.  -  Zakochałam  się  i  nienawidzę 

siebie  za  to.  Bo  to  straszne,  okropne!  Ten  człowiek  w  ogóle  się  mną  nie  interesuje.  Nie 

obchodzi  go  nawet,  czy  żyję.  Ale  co  zrobić?  Widać,  nie  zależało  mu  na  mnie.  Potraktował 

mnie  jak...  jak...  jak  jednodniowe  zastępstwo  i  tyle  -  załkała.  -  Hej,  dlaczego  się 

zatrzymujemy? 

Z piskiem  hamulców limuzyna zjechała na pobocze autostrady,  łamiąc przepis,  który 

dopuszcza zatrzymanie tylko w nagłych przypadkach. 

- Nie wiem, może złapaliśmy gumę - bąknęła Krissy. 

Samochód stanął. Drzwi kabiny pasażerskiej otworzyły

 

się z trzaskiem. 

- Wychodzić! - rozkazał szofer głosem nieznoszącym sprzeciwu. 

Tyler  zmartwiała.  Nigdy  w  życiu  nie  słyszała,  aby  szofer  w  liberii  zwracał  się  w ten 

sposób do pasażerów. 

- Wychodzić! - powtórzył kierowca. - Ty i ty. - Wskazał na Krissy i Jeffa. 

Chciała  wyjść  za  nimi,  ale  potężna  sylwetka  w  służbowym  uniformie  zablokowała 

wyjście. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Musimy porozmawiać - usłyszała... Joela. On to bowiem wiózł ich z lotniska. 

Wsiadł, zamknął drzwi i bez słowa przygarnął ją do siebie. 

Trwaliby tak długo, gdyby nie policyjny radiowóz. 

- Nic blokować ruchu, jechać! 

Miejsce za kierownicą zajął  Jeff.  Krissy  usiadła obok.  Tyler  z Joelem  zostali sami w 

kabinie pasażerskiej. 

Milczeli. Nie potrzebowali słów. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.