background image

J.D. ROBB 

DOTYK ŚMIERCI

Grać każąc z woli przeznaczenia sztukę,

Do której przeszłość była li prologiem.

William Shakespeare

przeł. Władysław Tarnawski

Przemoc jest amerykańska jak placek 

z wiśniami.

Rap (Hubrtr Gerold) Brown

background image

1

O

budziła się w ciemności. Przez szpary w okiennych żaluzjach sączył się szary świt, rzucając ukośne 

cienie na łóżko. Miała wrażenie, że znajduje się w więziennej celi.
Przez chwilę po prostu leżała, drżąca, uwięziona, próbując otrząsnąć się ze snu. Po dziesięciu latach 
służby wciąż miewała koszmarne sny.
Sześć godzin wcześniej zabiła człowieka, patrzyła, jak śmierć przesłania mu oczy mgłą. Nie po raz 
pierwszy użyła  broni i nie po raz pierwszy majaczyły jej się koszmary.  Nauczyła  się akceptować 
swoje czyny i ich konsekwencje.
Prześladował ją obraz dziecka. Dziecka, którego nie zdążyła uratować. Dziecka, którego rozpaczliwe 
wołanie powracało w snach echem jej własnego krzyku.
I ta krew, pomyślała, ocierając pot z czoła. Taka mała dziewczynka, a miała w sobie tak dużo krwi. 
Jednak wiedziała, że koniecznie musi odpędzić od siebie to wspomnienie.
Zgodnie   z   obowiązującą   w  wydziale   procedurą   Ewa   przez   cały  ranek  będzie   poddawana   testom. 
Wymagano, by każdy policjant, który zabił człowieka, przeszedł badania psychiatryczne i psycho-
techniczne, zanim podejmie na nowo swe obowiązki. Ewę trochę irytowały te testy.
Wyjdzie zwycięsko z tej próby, tak samo jak z poprzednich.
Kiedy wstała, refleksy światła przesunęły się automatycznie w dół, oświetlając jej drogę do łazienki. 
Skrzywiła się, widząc swe odbicie w lustrze. Oczy miała zapuchnięte z braku snu, a twarz prawie tak 
samo bladą jak ciała, które przekazała lekarzowi sądowemu.
Nie zastanawiając się nad tym dłużej, weszła pod prysznic, ziewając.
-  Odkręć na full - powiedziała i przesunęła się tak, by strumień wody padał prosto na jej twarz.
Pozwoliła, by łazienka wypełniła się parą, po czym namydliła ciało, przebiegając myślą wydarzenia 
ostatniej nocy. Testy miały się rozpocząć dopiero o dziewiątej, więc następne trzy godziny wykorzysta 
na uspokojenie nerwów i całkowite uwolnienie się od koszmarnego snu.
Wątpliwości i wyrzuty sumienia były często wykrywane, a to mogło oznaczać powtórną i bardziej 
intensywną sesję z maszynami i obsługującymi je technikami o sowich oczach.
Nie miała zamiaru być poza wydziałem dłużej niż dwadzieścia cztery godziny.
Założywszy   szlafrok,   poszła   do  kuchni   i   zaprogramowała   swego  automatycznego   kuchmistrza   na 
czarną kawę i lekko opieczoną grzankę. Zza okna dochodził głośny warkot samolotów wiozących 
pierwszych   pracowników   do   biur,   ostatnich   do   domów.   Wiele   lat   temu   wybrała   to   mieszkanie, 
ponieważ wiodła nad nim trasa powietrzna, a ona lubiła hałas i widok zapchanego samolotami nieba. 
Ziewnąwszy ponownie, wyjrzała przez okno i powiodła wzrokiem za starym latającym autobusem, z 
grzechotem przewożącym robotników, którzy nie mieli tyle szczęścia, by pracować w mieście czy też 
korzystać z połączeń miejscowych.
Wywołała   na   monitorze   “New   York   Timesa"   i   przebiegła   wzrokiem   nagłówki,   czekając,   aż 
podrabiana kofeina pobudzi jej system nerwowy. Automatyczny kuchmistrz znowu przypalił tosta, ale 
i tak go zjadła, myśląc bez przekonania, że powinna wymienić zepsutą część.
Marszczyła czoło czytając artykuł o pladze droidalnych cocker spanieli, kiedy zamigotało telełącze. 
Ewa przełączyła się na odbiór i zobaczyła na ekranie twarz swego dowódcy.
-  Panie komendancie.
-  Poruczniku. - Kiwnął jej dziarsko głową zauważając, że wciąż ma mokre włosy i zaspane oczy. - 
Wypadek przy Dwudziestej Siódmej West Broadway, osiemnaste piętro. Obejmujesz sprawę. Ewa 
zdziwiła się.
-  Jeszcze nie przeszłam testów. Denat zginaj o dwudziestej drugiej trzydzieści pięć.
-  Ta sprawa ma pierwszeństwo — powiedział stanowczo. - Jadąc na miejsce wypadku, proszę wziąć 
swoją odznakę oraz broń. Kod Piąty, poruczniku.
-  Tak jest. - Gdy jego twarz zniknęła z ekranu, Ewa odsunęła się od komputera. Kod Piąty oznaczał, 
że ma meldować się bezpośrednio u swego przełożonego, że nie będzie jawnych raportów między-
wydziałowych ani współpracy z prasą.
Co w istocie znaczyło, że dano jej wolną rękę.

N

a Broadwayu  panował tłok i zgiełk, niczym  na przyjęciu, którego nigdy nie opuszają hałaśliwi 

goście.   Ulice   i  chodniki  były  zapchane   ludźmi  i  pojazdami.  Pamiętała   z  dawnych   czasów,  kiedy 

background image

pełniła jeszcze służbę patrolową, że w tej okolicy często dochodziło do wypadków samochodowych 
oraz potrąceń turystów, którzy byli zbyt zaabsorbowani gapieniem się na to uliczne widowisko, by w 
porę zejść z jezdni.
Nawet o tak wczesnej godzinie unosiła się para z zainstalowanych  na stałe budek i przenośnych 
straganów z jedzeniem, które przewalającym się tłumom oferowały wszystko od makaronu ryżowego 
po hot dogi z soi. Musiała skręcić w bok, by ominąć namolnego sprzedawcę smażonych kiełbasek, a 
gdy mężczyzna pokazał jej środkowy palec zgięty w wulgarnym geście, uznała to za rzecz zupełnie 
naturalną.
Ewa   zaparkowała   na   ulicy,   obok   innych   stojących   równolegle   do   krawężnika   samochodów,   i 
minąwszy   mężczyznę,   który   śmierdział   gorzej   od   swojej   butelki   z   piwem,   weszła   na   chodnik. 
Najpierw obejrzała dokładnie budynek, pięćdziesiąt pięter błyszczącego metalu, który wbijał się w 
niebo ze swej betonowej podstawy. Zanim dotarła do wejścia, zaczepiono ją dwa razy.
Nie była tym zaskoczona, ponieważ tę składającą się z pięciu przecznic część Broadwayu nazywano 
pieszczotliwie Pasażem Prostytutek. Błysnęła swoją odznaką umundurowanemu policjantowi, który 
pilnował wejścia.
-  Porucznik Dallas.
-     Tak   jest.   -   Uruchomił   komputerową   blokadę   drzwi,   by   odstraszyć   ciekawskich,   po   czym 
zaprowadził ją do wind. - Osiemnaste piętro - powiedział, gdy drzwi kabiny zamknęły się za nimi.
-  Proszę wprowadzić mnie w sprawę. - Ewa włączyła magnetofon i czekała.
-    Nie   byłem   pierwszy  na   miejscu   zbrodni,   pani   porucznik.   To,   co  wydarzyło   się   na   górze,   jest 
trzymane w tajemnicy. Obowiązuje Kod Piąty. W mieszkaniu numer osiemnaście zero trzy czeka na 
panią oficer.       
-  Kto zawiadomił nas o zabójstwie?
-  Nie dysponuję taką informacją.
Pozostał na swoim miejscu, gdy drzwi windy otworzyły się. Ewa wyszła z kabiny i znalazła się sama 
w wąskim korytarzu. Zainstalowane ze względów bezpieczeństwa kamery były skierowane prosto na 
nią;   niemal   bezszelestnie   przeszła   po   wytartym   puchowym   dywanie   do   aprtamentu   1803.   Nie 
zawracając sobie głowy pukaniem, oznajmiła głośno swoje przybycie, po czym podsunęła odznakę 
pod oko kamery i poczekała, aż drzwi się otworzą.
-  Dallas.
-   Feeney. - Uśmiechnęła się zadowolona z widoku znajomej twarzy. Ryan Feeney był jej starym 
przyjacielem   i   eks-partnerem,   który   zamienił   ulicę   na   biurko   i   wysoką   pozycję   w   Wydziale 
Rozpoznania Elektronicznego. - Więc teraz przysyłają speców od komputerów.
-  Chcieli starszego oficera, i to najlepszego. - Uśmiech wykrzywił jego szeroką, pomarszczoną twarz, 
ale oczy pozostały poważne. Był małym grubym mężczyzną z małymi grubymi rękami i rudawymi 
włosami. - Wyglądasz na wykończoną.
-  Miałam ciężką noc.
- Słyszałem. - Z torby, którą zawsze nosił ze sobą, wyjął paczkę ocukrzonych orzechów i poczęstował 
nimi Ewę. Przyglądał się jej, próbując ocenić, czy jest przygotowana na to, co zobaczy w sypialni.
Była młodą jak na swoją rangę, zaledwie trzydziestoletnią kobietą o dużych brązowych oczach, które 
nigdy nie miały okazji patrzeć na Świat z młodzieńczą naiwnością. Jej jasnobrązowe włosy były 
krótko przycięte,  raczej dla wygody niż chęci hołdowania modzie, ale pasowały do jej trójkątnej 
twarzy o ostro zarysowanych kościach policzkowych i małym dołeczku w policzku.
Była  wysoka,  długonoga,  i choć  sprawiała  wrażenie szczupłej,  Feeney wiedział,  że  pod skórzaną 
kurtką kryje się muskularne ciało. Co więcej, Ewa miała nie tylko muskuły, ale też serce i rozum.
-  Czeka cię przykry widok, Dallas.
-  Wiem. Kim jest ofiara?
-  Sharon DeBlass, wnuczka senatora DeBlassa. Nic jej to nie mówiło.
-  Feeney, polityka nie jest moją mocną stroną.
To dżentelmen z Wirginii, skrajny prawicowiec, wywodzący się ze starego bogatego rodu. Kilka lat 
temu   jego   wnuczka   opuściła   niespodziewanie   dom,   przeniosła   się   do   Nowego   Jorku   i   została 
'licencjonowaną damą do towarzystwa.
-     Była   prostytutką.   -   Dallas   rozejrzała   się   po   apartamencie.   Został   urządzony   w   natrętnie 
nowoczesnym   stylu   -   szkło   i   chrom,   sygnowane   hologramy   na   ścianach,   barek   w   kolorze   ostrej 

background image

czerwieni. Za barkiem wisiała ogromna zasłona wymalowana w zlewające się ze sobą różnorodne 
kształty w zimnych pastelowych kolorach.
Schludna jak dziewica, zadumała się Ewa, i zimna jak dziwka, . - Nic dziwnego, biorąc pod uwagę 
miejsce, w jakim zdecydowała Się zamieszkać.
-   To delikatna sprawa ze względów politycznych. Ofiarą jest dwudziestoczteroletnia biała kobieta. 
Umarła w łóżku.
 Ewa tylko uniosła brew.
-

Wydaje się to dość poetyczne, skoro była kupowana w łóżku. Jak zmarła?

-  To kolejny problem. Chcę, żebyś sama zobaczyła.
Gdy przeszli przez pokój, każde z nich wyjęło mały pojemniczek; spryskali sobie dokładnie ręce, by je 
natłuścić i nie zostawiać odcisków palców. Na progu sypialni Ewa spryskała też podeszwy butów, nie 
chcąc, by przyczepiały się do nich włókna, zabłąkane włosy czy fragmenty naskórka.
Ewa była ostrożna. W normalnych okolicznościach na miejscu zabójstwa byłoby już dwóch innych 
oficerów śledczych, rejestrujących dźwięk i robiących zdjęcia. Medycy sądowi czekaliby, jak zwykle 
niecierpliwie, żeby zabrać się do roboty. Fakt, że tylko ona i Feeney zostali przydzieleni do tej sprawy, 
oznaczał, że musi uważać na każdy swój krok.
-  Kamery w hallu, windzie i na korytarzach - zauważyła Ewa.
-  Już oznaczyłem dyskietki. - Feeney otworzył drzwi i przepuścił ją przodem.
Nie wyglądało to ładnie. Zdaniem Ewy śmierć rzadko była spokojnym religijnym doznaniem. Na ogół 
oznaczała brutalny koniec, który nie miał nic wspólnego ze świętym i grzesznikiem. Ale to, co tutaj 
zobaczyła, było szokujące jak teatralna dekoracja, którą zbudowano specjalnie po to, by wywołać 
zgorszenie.
Łóżko było ogromne, nakryte gładkimi atłasowymi prześcieradłami w kolorze dojrzałej brzoskwini. 
Małe reflektorki rzucały miękkie światło na środek łoża, gdzie w łagodnym zagłębieniu ruchomego 
materaca leżała naga kobieta.
Materac   falował   z   nieprzyzwoitym   wdziękiem   w   takt   muzyki,   która   przepływała   cicho   przez 
wezgłowie łóżka.
Kobieta wciąż była  piękna; miała  profil jak z kamei, kaskadę zmierzwionych,  płomiennie rudych 
włosów, szmaragdowe oczy, patrzące szklanym wzrokiem na wyłożony lustrami sufit, białe jak mleko 
członki, które przypominały obrazy  z Jeziora Łabędziego,  gdy poruszające się łóżko kołysało nimi 
delikatnie.
Teraz nie były ułożone artystycznie, ale rozrzucone zmysłowo, tak że ciało martwej kobiety tworzyło 
literę X pośrodku łóżka.
Dziewczyna miała dziurę w czole i w piersi, a jeszcze jeden
makabryczny otwór widniał między jej rozłożonymi udami. Krew obryzgała błyszczące prześcieradła, 
wyciekła na łóżko, utworzyła kałużę i zakrzepła.
Poplamiła także polakierowane ściany, które przypominały śmiertelne obrazy nabazgrane przez jakieś 
złe dziecko.
Tak ogromna ilość krwi była rzadką rzeczą, a poprzedniej nocy Ewa widziała jej o wiele za dużo, by 
patrzeć na to miejsce zbrodni ze spokojem, jakiego by sobie życzyła.
Musiała przełknąć ślinę i zmusić się do wyrzucenia z pamięci obrazu dziecka.
-  Masz tę sypialnię na taśmie? -Tak.
-     Więc   wyłącz   to   cholerstwo.   -   Odetchnęła   z   ulgą,   gdy   Feeney   odnalazł   urządzenie   sterujące 
głośnością i przyciszył muzykę. Łóżko zatrzymało się. - Dziwne rany - mruknęła Ewa, podchodząc 
bliżej, by je obejrzeć. - Zbyt kształtne jak na nóż. Zbyt krwawe jak na laser.
-   Nagle  doznała olśnienia  - przypomniała  sobie dawne  filmy 'szkoleniowe,  dawne  kasety video, 
dawne zbrodnie.
-  Rany boskie, Feeney, wyglądają jak rany postrzałowe. Sięgnął do kieszeni i wyjął opieczętowaną 
torebkę.
-   Ten, kto to zrobił, zostawił nam upominek. - Podał Ewie torebkę. - Taki antyk musi oficjalnie 
kosztować osiem, dziesięć tysięcy, a na czarnym rynku dwa razy tyle.
Ewa z zaciekawieniem obróciła rewolwer w ręku.
-  Jest ciężki - powiedziała na wpół do siebie. -1 duży.
-   Kaliber trzydzieści osiem - odparł. - Pierwszy,  jaki widzę poza muzeum. To Smith & Wesson, 
model dziesiątka, niebieskoszary.

background image

-   Popatrzył nań z pewną czułością. - Prawdziwa klasyczna broń, używana przez policję aż do lat 
dwudziestych.   Przestali   ją   produkować   w   dwudziestym   drugim   czy   dwudziestym   trzecim,   kiedy 
wydano zakaz posługiwania się bronią.
-  Masz bzika na punkcie historii. - Co tłumaczyło, dlaczego jest teraz z nią. - Wygląda na nowy. - 
Powąchała go przez torebkę; poczuła zapach oliwy i spalenizny. - Ktoś bardzo dbał o niego.
Wystrzelił od razu - powiedziała z zadumą, oddając torebkę Feeneyowi. - Brzydka śmierć; w ciągu 
mojej dziesięcioletniej służby w wydziale po raz pierwszy spotykam się z tego typu zabójstwem.
-  Ja po raz drugi. Jakieś piętnaście lat temu, w Lower East Side, przyjęcie wymknęło się spod kontroli 
Facet zabił pięć osób dwudziestką dwójką, zanim zrozumiał, że to nie zabawka. Urządził niezłą jatkę.
-  Dowcipniś - mruknęła Ewa. - Sprawdzimy kolekcjonerów broni, zorientujemy się, ilu z nich może 
posiadać coś takiego. Któryś z nich mógł zgłosić kradzież.
-  Mógł.
-  Bardziej prawdopodobne, że został kupiony na czarnym rynku.
-  Ewa spojrzała przez ramię na zwłoki. - Jeśli trudniła się tym fachem przez kilka lat, to musi mieć 
dyskietki, rejestr swoich klientów, notesy, w których zapisywała daty i miejsca spotkań.
-  Zmarszczyła brwi. - Przy Kodzie Piątym będę musiała sama sprawdzić wszystkie adresy. To nie jest 
zwykły mord na tle seksualnym - powiedziała z westchnieniem. - Ten, kto to zrobił, dopracował każdy 
szczegół. Archaiczna broń, rany zadane tak, jakby przyłożono do ciała linijkę, światła, ułożenie ciała. 
Feeney, kto wezwał policję?
-Zabójca. - Poczekał, aż Ewa na niego popatrzy. - Stąd. Zadzwonił na posterunek. Widzisz, że to 
urządzenie   przy   łóżku   jest   skierowane   na   jej   twarz?   Tak   to   załatwił.   Przez   video,   sam   nic   nie 
powiedział.
-  Lubi makabryczne widowiska. - Ewa wypuściła powietrze.
-   Inteligentny, arogancki, pewny siebie skurwysyn. Najpierw się z nią kochał. Mogę się założyć o 
swoją odznakę. Potem wstał i zrobił to. - Podniosła rękę, wycelowała i obniżając ją, liczyła:  - Raz, 
dwa, trzy.
-  To zimne wyrachowanie - mruknął Feeney.
-  Bo on jest wyrachowany. Po zabójstwie wygładza prześcieradła. Widzisz, że nie ma na nich żadnej 
zmarszczki? Układa jej ciało, rozchyla nogi, tak by nikt nie miał wątpliwości, jak zarabiała na życie. 
Robi to starannie, niemal z linijką w ręku, więc jest idealnie
ułożona.   W   środku   łóżka,   ręce   i   nogi   rozłożone   pod   tym   samym   kątem.   Nie   zatrzymuje   łóżka, 
ponieważ   jego   falowanie   jest   częścią   widowiska.   Zostawia   rewolwer,   gdyż   chce,   byśmy   od  razu 
wiedzieli, że nie jest przeciętnym człowiekiem. Ma silnie rozwinięte ego. Nie chce tracić czasu na 
czekanie, aż ktoś znajdzie ciało. Pragnie natychmiastowej nagrody.
-   Proponowała swoje usługi zarówno mężczyznom,  jak i kobietom - zauważył  Feeney,  ale Ewa 
potrząsnęła głową.
-   To nie kobieta. Kobieta nie zostawiłaby jej w pozie, w której wygląda zarówno pięknie, jak i 
nieprzyzwoicie. Nie, nie sądzę, żeby to zrobiła kobieta. Zobaczmy, co uda nam się tu znaleźć. Czy 
wszedłeś już do jej komputera?
-  Nie. To twoja sprawa, Dallas. Ja jestem upoważniony tylko do tego, żeby ci asystować.
-  Sprawdź, czy możesz się dostać do pliku z nazwiskami jej klientów. - Ewa podeszła do komody i 
zaczęła przeglądać uważnie szuflady.
Kosztowny gust, pomyślała. Znalazła parę rzeczy z czystego jedwabiu tak wysokiej klasy, że żadne 
podrabiane tkaniny nie mogłyby mu dorównać. Stojące na komódce perfumy były ekskluzywne  i 
pachniały jak kosztowny seks.
W  szufladach panował  wzorowy porządek,  bielizna  była  starannie  złożona,  swetry poukładane  w 
zależności od koloru i grubości. Szafa wyglądała podobnie.
Nie ulegało wątpliwości, że ofiara kochała stroje, miała pociąg do tego, co najlepsze, i że bardzo dbała 
o swoją garderobę.
A umarła nago.
-  Prowadziła dokładne zapiski! - krzyknął Feeney. - Wszystko tu jest. Lista jej klientów, spotkań - 
włącznie z wymaganymi comiesięcznymi badaniami lekarskimi i cotygodniowymi wizytami w salonie 
piękności. Pierwsze załatwiała w Trident Glinie, drugie w Paradise.
-   Obie są na topie. Mam koleżankę, która od roku oszczędza, żeby móc  spędzić jeden dzień w 
Paradise. Niech zakosztuje tam wszystkich przyjemności.

background image

-   Siostra mojej żony udała się tam z okazji swoich dwudziestych piątych urodzin. Kosztowało to 
więcej niż ślub mojego dzieciaka. Coś podobnego, mamy jej prywatny notes z adresami.
-  Świetnie. Skopiuj to wszystko, dobrze, Feeney? - Słysząc jego cichy gwizd, zerknęła przez ramię i 
ujrzała miniaturowy komputer o pozłacanych brzegach. - Co?
-  Mamy tu nazwiska wielu wpływowych ludzi. Polityka, rozrywka, pieniądze, pieniądze, pieniądze. 
Ciekawe, nasza dziewczyna ma prywatny numer Roarke'a.
-  Jakiego Roarke'a?
-  Po prostu Roarke'a, z tego, co wiem. Niesamowicie nadziany facet. To jeden z tych, którzy potrafią 
zamienić gówno w sztabki złota. Dallas, powinnaś czytać nie tylko rubrykę sportową.
-  No wiesz, czytam nagłówki. Słyszałeś o tej historii z cocker spanielami?
-  Roarke ciągle jest na pierwszych stronach gazet - wyjaśnił cierpliwie Feeney. - Jest właścicielem 
jednej z największych na świecie kolekcji sztuki. Zbiera dzieła sztuki i antyki - kontynuował, widząc, 
że Ewa przysłuchuje mu się z zainteresowaniem. - Ma pozwolenie na kolekcjonowanie broni. Krążą 
plotki, że potrafi się nią posługiwać.
-  Złożę mu wizytę.
-  Będziesz miała szczęście, jeśli zbliżysz się do niego na milę.
-  Czuję, że będę je miała. - Ewa podeszła do łóżka i wsunęła ręce pod materac.
-   Ten  człowiek  ma  wpływowych   przyjaciół,   Dallas.   Nie   możesz  sobie  pozwolić   na  najmniejszą 
wzmiankę o jego związku z tą sprawą, dopóki nie będziesz miała jakichś konkretnych dowodów.
-  Feeney, wiesz, że niepotrzebnie mi o tym mówisz. - W chwili gdy zaczęła się uśmiechać, jej palce 
dotknęły czegoś, co leżało między zimnym ciałem a zakrwawionymi prześcieradłami. - Coś jest pod 
nią. - Ewa uniosła ostrożnie ramię martwej kobiety i wsunęła głębiej rękę.
-  Papier - mruknęła. - Wodoszczelny.
Natłuszczonym kciukiem starła z kartki plamę krwi i przeczytała: 

PIERWSZA Z SZEŚCIU

-   Wygląda na pismo ręczne - powiedziała podając list Feeneyowi. - Nasz chłoptaś jest wyjątkowo 
inteligentny i niezwykle pewny siebie. I to jeszcze nie koniec.

P

rzez   resztę   dnia   Ewa   robiła   to,   co   w   normalnych   okolicznościach   zostałoby   zlecone   innym 

funkcjonariuszom. Przesłuchała osobiście sąsiadów ofiary, spisując zeznania, wrażenia.
Udało jej się kupić w przelocie kanapkę od tego samego ulicznego sprzedawcy, którego o mały włos 
nie rozjechała, kiedy parę godzin wcześniej mknęła przez miasto. Po nocy i poranku, jakie miała za 
sobą, nie dziwiła się, że recepcjonistka z Paradise patrzyła na nią tak, jakby Ewa przed chwilą wstała z 
trumny.
Wodospady szumiały harmonijnie wśród wspaniałej roślinności zdobiącej salę recepcyjną najbardziej 
eksluzywnego salonu piękności w mieście. Klientom siedzącym w niedbałych pozach na wygodnych 
kanapach   i   fotelach   podawano   czarną   kawę   w   malutkich   filiżankach   oraz   gazowaną   wodę   albo 
szampana w wąskich szklaneczkach. Słuchawki na uszach i dyski z magazynami mody dopełniały 
przyjemności.   Recepcjonistka   miała   wspaniały   biust,   który   był   najlepszą   reklamą   umiejętności 
chirurgów plastycznych pracujących w salonie. Dziewczyna ubrana była w krótki wygodny strój w 
kolorze służbowej czerwieni i miała niesamowitą fryzurę - jej czarne jak heban włosy były poskręcane 
niczym węże.
Ewa była zachwycona.
-     Przykro   mi   -   powiedziała   kobieta   starannie   modulowanym,   pozbawionym   wyrazu   głosem, 
przypominającym głos. komputera. Przyjmujemy tylko na zapisy.
-   W   porządku.   –   Uśmiechnęła   się   i   niemal   z   żalem   zmusiła   recepcjonistkę   do   porzucenia   tego 
lekceważącego tonu. Niemal. – To powinno wystarczyć. - Pokazała swoją odznakę. - Kto zajmuje się 
Sharon DeBlass? Recepcjonistka rozejrzała się po sali z przerażeniem.
-  Potrzeby naszych klientów otoczone są ścisłą tajemnicą.
-   Z pewnością. - Nieźle się bawiąc całą tą sytuacją, Ewa oparła się po przyjacielsku o wycięty w 
kształcie  litery  U blat.  -  Mogę  rozmawiać   miło   i cicho,  tak jak  teraz,  rozumiemy  się,  Denise?  - 
Błyskawicznie opuściła wzrok na identyfikator przypięty dyskretnie na piersi dziewczyny.  - Albo 
mogę mówić głośno, żeby wszyscy mnie słyszeli. Jeśli ta pierwsza propozycja bardziej ci się podoba, 

background image

to zaprowadź mnie do miłego cichego pokoju, w którym nie będziemy przeszkadzały żadnej z twoich 
klientek, i przyślij mi operatora Sharon DeBlass. Czy jak go tam nazywacie.
-  Konsultanta - słabym głosem rzekła Denise. - Proszę pójść za mną.
-  Z przyjemnością.
I rzeczywiście była to przyjemność.
Tylko   w   kinie   i   na   kasetach   video   Ewa   widziała   taki   przepych.   Dywan   przypominał   czerwoną 
poduszkę, W której z błogością zanurzało się stopy. Z sufitu zwisały kryształowe krople, które rzucały 
wirujące krążki światła. Powietrze pachniało świeżością i zadbanymi ciałami.
Nie   mogła   sobie   wyobrazić,   że   spędza   tu   cały   dzień,   pozwalając,   by   ją   smarowano   kremami, 
natłuszczano   oliwkami,   masowano   i   poprawiano   mankamenty   figury,   ale   gdyby   z   próżności 
zdecydowała   się   to  zrobić,   to  tracenie   czasu   w   tak   luksusowych   warunkach   byłoby   z   pewnością 
ciekawym doświadczeniem.
Recepcjonistka wprowadziła ją do małego pokoju, w którym na jednej ze ścian widniał hologram 
przedstawiający zieloną łąkę. Cichy śpiew ptaków i szum wiatru rozbrzmiewał słodko w powietrzu.
-  Zechce pani tu poczekać.
-  Nie ma problemu. - Ewa zaczekała, aż drzwi się zamkną, po czym opadła na niesłychanie wygodny 
fotel. Gdy tylko usiadła, stojący z boku monitor włączył się i pojawiła się na nim uśmiechnięta twarz 
droida.
-   Dzień dobry. Witamy w Paradise. Pani uroda i dobre samopoczucie są naszą jedyną troską. Czy 
czekając na swego konsultanta miałaby pani ochotę czegoś się napić?
-  Jasne. Kawy, czarnej kawy.
-  Oczywiście. Jaką pani preferuje? Proszę wcisnąć przycisk C na pani klawiaturze, to zapozna się pani 
z wszystkimi propozycjami.
Tłumiąc   chichot,   Ewa   wypełniła   polecenie.   Przez   następne   dwie   minuty   analizowała   wszystkie 
możliwości, po czym zawęziła wybór do Riwiery Francuskiej i Kremu Karaibskiego,
Drzwi otworzyły się, zanim zdążyła podjąć decyzję. Wstała zrezygnowana i stanęła twarzą w twarz z 
wyszukanie ubranym Straszydłem.
Na niebieskofioletową koszulę i śliwkowe spodnie nałożył długi rozpięty kitel w obowiązującym w 
Paradise czerwonym kolorze. Jego włosy, zaczesane do tyłu i odsłaniające nieprzyjemnie szczupłą 
twarz, przypominały odcieniem spodnie,  które nosił. Uścisnął  lekko rękę Ewy i popatrzył  na  nią 
łagodnym wzrokiem. . - Bardzo mi przykro, pani oficer. Czuję się zakłopotany.
-  Potrzebuję informacji o Sharon DeBlass, - Po raz drugi Ewa , wyjęła odznakę i pokazała ją swojemu 
rozmówcy.
- Aha, porucznik Dallas. Proszę mnie zrozumieć. Zapewne pani wie, że karty naszych klientów są 
ściśle tajne. Paradise znane jest zarówno ze swojej doskonałości, jak i dyskrecji. 

H

, - A pan zapewne 

wie,   że   mogę   dostać   nakaz   rewizji,   panie...?     -   Och,   Sebastian.   Po   prostu   Sebastian.   -   Machnął 
szczupłą,  błyszczącą  od pierścieni  ręką.  -  Nie  kwestionuję  pani  władzy,   pani  porucznik.  Ale  czy 
mogłaby mi pani podać powód tego śledztwa?
-  Prowadzę śledztwo w sprawie morderstwa DeBlass. - Przerwała aa chwilę, widząc po jego oczach i 
pobladłej twarzy, że ta wiadomość Wywołała u niego szok. - Nic więcej nie mogę panu powiedzieć.
- Morderstwo. Boże drogi, moja śliczna Sharon nie żyje? To musi być jakieś nieporozumienie. - Opadł 
na fotel, odchylił do tyłu głowę i zamknął oczy. Kiedy monitor zaproponował mu coś do wypicia, 
ponownie machnął ręką. Światło odbiło się od jego ozdobionych klejnotami palców. - Tak, na Boga. 
Potrzebuję brandy, kochanie. Kieliszeczek Trevalli. Ewa usiadła obok niego, wyjęła magnetofon.
-  Niech pan mi opowie o Sharon.
-  Cudowna istota. O oszałamiającej urodzie, oczywiście, ale chodziło nie tylko o jej wygląd. - Brandy 
wjechało bezszelestnie do pokoju na automatycznym wózku. Sebastian wziął kieliszek i pociągnął 
duży łyk alkoholu. - Miała nieskazitelnie dobry gust, wspaniałomyślne serce, cięty dowcip.
Znowu popatrzył na Ewę swymi łagodnymi oczami.
-  Widziałem ją zaledwie dwa dni temu.
-  Tutaj?
-  Miała stały terminarz wizyt. W jednym tygodniu sadzała tu pół dnia, w następnym - cały. - Szybkim 
ruchem wyjął kremowożółty szalik i przyłożył go do oczu. - Sharon bardzo o siebie dbała, wierzyła 
głęboko w skuteczność prezentowania własnego ja.
-  To pomagało jej w pracy.

background image

-   Naturalnie. Pracowała wyłącznie dla zabawy. Mając tak bogatą rodzinę nie musiała zarabiać na 
życie. Lubiła seks.
-  Z panem?
Jego artystyczna twarz zmarszczyła się, różowe usta ściągnęły z gniewu albo bólu.
-   Byłem  jej konsultantem,  powiernikiem i przyjacielem - oziębłym  tonem oświadczył  Sebastian, 
niedbałym  gestem przerzucając szal przez lewe ramię. - Byłoby nierozważne i sprzeczne z etyką 
zawodową, gdybyśmy zostali partnerami seksualnymi.
-  Więc nie pociągała pana seksualnie?
-   Żaden mężczyzna nie mógł pozostać obojętny na jej wdzięki. Ona... - Rozłożył szeroko ręce. - 
Pachniała seksem, tak jak inne kobiety pachną drogimi perfumami. Mój Boże. - Pociągnął kolejny łyk 
brandy. - Teraz to już wszystko przeszłość. Nie mogę w to uwierzyć. Nie żyje. Została zamordowana. 
- Jego wzrok znowu spoczął na Ewie. - Powiedziała pani, że to było morderstwo.
-  Zgadza się.
 - Miała okropne sąsiedztwo - powiedział ponuro. - Nikt nie mógł jej namówić, by przeniosła się do 
lepszej dzielnicy. Podobało się jej takie życie i to pod nosem swej arystokratycznej rodziny.
-  Nie zgadzała się ze swymi bliskimi?
- Zdecydowanie nie. Uwielbiała ich szokować. Czuła się wolna jak ptak, a oni byli tacy... przeciętni. - 
Powiedział to takim tonem, jakby przeciętność była większym grzechem niż morderstwo. - Jej dziadek 
bezustannie przedkładał parlamentowi projekty ustaw, które miały doprowadzić do uznania prostytucji 
za nielegalną. Tak jakby minione stulecie nie udowodniło, że takie sprawy powinny być uregulowane, 
by   wyeliminować   niebezpieczeństwo   zarażenia   się   chorobą   i   zmniejszyć   ilość   przestępstw 
popełnianych na tle seksualnym. Występował także przeciwko regulacji urodzin, doborowi płciowemu 
oraz zakazowi używania broni. : Ewa nadstawiła uszu.
-  Senator przeciwstawiał się zakazowi używania broni?
-  To jego konik. Sharon mówiła mi, że jej dziadek ma sporo tych niebezpiecznych staroci i regularnie 
wygłasza   bezmyślne   i   nieodpowiedzialne   mowy,   w   których   domaga   się   przywrócenia   prawa   do 
handlowania bronią. Gdyby dopiął swego, bylibyśmy z powrotem w dwudziestym wieku, mordując 
się nawzajem na prawo i lewo.
-   Morderstwa wciąż się zdarzają - mruknęła Ewa. - Czy kiedykolwiek wspominała o przyjaciołach 
albo klientach, którzy byli z niej niezadowoleni czy też zachowywali się agresywnie?
-   Sharon   miała   dziesiątki   przyjaciół.   Przyciągała   do   siebie   ludzi,   jak...   -   Szukając   w   myśli 
odpowiedniej metafory, znowu przyłożył rąbek szalika do oczu. - Jak egzotyczny i wonny kwiat. Z 
tego, co wiem, wszyscy jej klienci byli nią zachwyceni. Dobierała ich sobie bardzo uważnie. Wszyscy 
partnerzy seksualni Sharon musieli sprostać pewnym wymaganiom. Brała pod uwagę wygląd, intelekt, 
maniery i biegłość w sztuce kochania. Jak powiedziałem, lubiła seks, we Wszystkich formach. Była... 
ryzykantką.
To by się zgadzało z zabawkami, które Ewa znalazła w jej :aniu. Aksamitne kajdanki i bicze, wonne 
olejki i środki halucynogenne. To, co Ewa usłyszała w dwóch hełmach do odbioru' rzeczywistości 
wirtualnej, zaszokowało ją, chociaż była dosyć zblazowana.
-  Czy spotykała się z kimś na gruncie osobistym?
-  Od czasu do czasu, ale mężczyźni szybko ją nudzili. Ostatnio opowiadała o Roarke'u. Poznała go na 
przyjęciu i przypadł jej do gustu. Była  z nim umówiona tego samego dnia, kiedy przyszła  tu na 
konsultację. Prosiła o coś egzotycznego, bo mieli zjeść kolację w Meksyku.
-  W Meksyku. To było przedwczoraj wieczorem.
-  Tak. Nie mogła przestać o nim mówić. Uczesaliśmy ją na Cygankę, nadaliśmy całemu ciału bardziej 
złocisty odcień. Położyliśmy Rascal Red na paznokcie i narysowaliśmy na lewym pośladku małego 
uroczego motyla  o czerwonych skrzydłach.  By rysunek nie starł się zbyt  szybko,  zastosowaliśmy 
specjalne kosmetyki, które zachowują trwałość przez dwadzieścia cztery godziny. Sharon wyglądała 
niezwykle efektownie - powiedział zrywając się z miejsca. - Pocałowała mnie mówiąc, że może tym 
razem się zakochała. “Życz mi szczęścia, Sebastianie". Tak powiedziała przed wyjściem. I to były 
ostatnie słowa, jakie od niej usłyszałem.

background image

2

N

ie było spermy. Ewa zaklęła czytając raport z sekcji zwłok. Jeśli ofiara kochała się z zabójcą, to 

stosowane przez nią środki antykoncepcyjne  zabiły malutkich żołnierzyków,  gdy tylko się z nimi 
zetknęły, niszcząc wszelki ślad po nich w ciągu trzydziestu minut od chwili wytrysku.
Testy   sprawdzające   aktywność   seksualną   niczego   nie   wykazały,   gdyż   ciało   Sharon   zostało   zbyt 
poważnie uszkodzone. Morderca przestrzelił jej kobiecość albo ze względów symbolicznych, albo dla
własnego bezpieczeństwa.
Nie ma spermy, nie ma krwi, z wyjątkiem krwi ofiary. Nie można ustalić DNA.
Po dokładnym zbadaniu miejsca zbrodni nie znaleziono odcisków palców - żadnych: ani ofiary, ani 
sprzątaczki, która przychodziła co tydzień, ani mordercy, oczywiście.
Wszystko zostało dokładnie wytarte, włącznie z bronią mordercy.
Zdaniem Ewy, najbardziej znaczący był obraz zarejestrowany przez ochronę budynku.
Jeszcze raz puściła na swoim biurkowym monitorze dyskietki z podglądem windy.
Dyskietki były oznakowane.
Zespół Gorham. Winda A. 2-12-2058. 06:00.
Ewa przyspieszyła obraz, patrząc na mijające godziny. Drzwi windy po raz pierwszy otworzyły się w 
południe.   Zwolniła   prędkość,   uderzając   w   monitor   krawędzią   dłoni,   po   czym   przyjrzała   się 
niespokojnemu niskiemu mężczyźnie, który wszedł i poprosił o piąte piętro.
Nerwowy klient, pomyślała z rozbawieniem, kiedy mężczyzna szarpnął za kołnierzyk i wsunął do ust 
pastylkę odświeżającą oddech. Pewnie ma żonę, dwoje dzieci i stałą posadę w jakimś biurze, dzięki 
której raz w tygodniu może wymykać się na małe bara-bara w południe.
Wysiadł na piątym piętrze.
Przez   parę   następnych   godzin   niewiele   się   wydarzyło,   jakaś   prostytutka   zjechała   do   hallu,   kilka 
wróciło z zakupami i znudzonymi minami. Paru klientów przyszło i wyszło. Ruch ożywił się koło 
ósmej. Niektórzy mieszkańcy wychodzili w szykownych strojach na kolację, inni wracali do domów, 
by zdążyć na umówione spotkania.
O dziesiątej do windy wsiadła elegancka para. Kobieta pozwoliła mężczyźnie rozchylić poły futra, 
pod którym nie miała nic oprócz szpilek na wysokim obcasie i wytatuowanego kwiatu róży z łodyżką 
zaczynającą się w kroczu i pączkiem artystycznie drażniącym jej lewą pierś. Mężczyzna zaczął ją 
pieścić, choć prawo zabraniało robienia tego na terenie strzeżonym.  Gdy winda zatrzymała się na 
osiemnastym piętrze, kobieta owinęła się futrem i oboje wyszli, rozmawiając o sztuce, którą właśnie 
obejrzeli.
Ewa zapisała sobie, żeby następnego dnia przesłuchać tego mężczyznę. Był sąsiadem i znajomym 
ofiary.
Przerwa w odbiorze nastąpiła dokładnie o 12:05. Obraz zanikł niemal całkowicie, na ekranie pozostał 
tylko niewielki punkcik. Ponowna inwigilacja windy rozpoczęła się o 02:46.
Dwie godziny i czterdzieści jeden minut straty.
To samo stało się z zapisem obrazu zarejestrowanego w korytarzu na osiemnastym piętrze. Wymazano 
prawie trzy godziny. Ewa zastanawiała się nad tym, popijając wystygłą kawę. Mężczyzna orientował 
się w systemie zabezpieczeń, pomyślała, i wystarczająco dobrze znał budynek, by wiedzieć, gdzie i 
jak spreparować dyski. I nie śpieszył  się. Sekcja zwłok wykazała, że zgon nastąpił o drugiej nad 
ranem.
Spędził z nią prawie dwie godziny, zanim ją zabił, i prawie dwie godziny po jej śmierci. A mimo to 
nie zostawił żadnego śladu.
Mądry chłopak.
Jeśli   Sharon   DeBlass   zanotowała,   że   ma   się   z   kimś   spotkać   ha   gruncie   prywatnym   czy   też 
zawodowym, to ta wzmianka również została wymazana.
Więc był z nią na tyle blisko, by wiedzieć, gdzie trzyma swoje pliki i jak się do nich dostać.
Nabrawszy pewnych podejrzeń, znowu pochyliła się do przodu.
 - Komplex Gorhama, Broadway, New Jork. Właściciel.   Jej oczy zwęziły się, gdy dane wyświetliły 
się na ekranie. 
  Gorham Complex, własność Roarke Industries, siedziba zarządu 500 Fifth Avenue. Roarke, prezes i 
dyrektor generalny. Miejsce zamieszkania: Nowy Jork, 222 Central Park West. - 
Roarke - mruknęła 

background image

Ewa. - Ciągle się pojawiasz, prawda? Roarke - powtórzyła. - Wszystkie dane, projekcja i wydruk, i 
Nie zważając na wezwanie na sąsiednim łączu, czytała dalej, popijając kawę.                             
Roarke - imię chrzestne nieznane - urodzony 10-06-2023, Dublin, Irlandia. Numer identyfikacyjny 
33492-ABR-50.   Rodzice   nie   znani.   ,  
Steń  cywilny   -   kawaler.   Prezes   i   dyrektor   generalny  
przedsiębiorstwa
. Roarke Industries, założonego w 2042. Główne oddziały Nowy Jork, :€łucago, New Los Angeles, 
Dublin,  Londyn,  Bonn,  Paryż,  Frankfurt,  fókio,  Mediolan,  Sydnay.  Filie  pozaziemskie,  Stacja 45,  
Bridgestone
Colony, Yegas II, Free-Star Jeden. Sfery zainteresowań: nieruchomości, import-eksport,  
flota morska, rozrywka, produkcja przemysłowa, farmaceutyki, transport. Szacunkowa wartość całego 
przedsiębiorstwa trzy biliony osiemset milionów .
Zajęty facet, pomyślała, unosząc brew, gdy lista jego filii wyświetliła się na ekranie.
-  Wykształcenie? - spytała.
-  Nie znane.
-  
Notowany?
-  Brak danych.
-  
Wywołaj Roarke, Dublin.
-  Brak dodatkowych danych
Cholera. Pan Tajemniczy. Opis i zdjęcie.
Roarke. Czarne włosy, niebieskie oczy, sześć stóp, dwa cale, 173 funty.
Ewa chrząknęła, gdy komputer podał jego opis. Musiała przyznać, że w przypadku Roarke'a, zdjęcie 
było warte kilkuset słów komentarza. Jego podobizna patrzyła na nią z ekranu. Był niemal absurdalnie 
przystojny; wąska, ascetyczna twarz; ostro zarysowane kości policzkowe i usta tak kształtne, jakby 
zostały wyrzeźbione.  Tak,  miał  czarne  włosy,  ale  komputer  nie  powiedział,  że  są  grube,  gęste,  i 
zaczesane do tyłu, dzięki czemu odsłaniają wysokie czoło i spływają prawie do samych ramion. Jego 
oczy  były   niebieskie,   ale   to  jedno  słowo   nie   mogło   oddać   intensywności   ich  koloru  ani   siły  ich 
spojrzenia.
Nawet z tego zdjęcia widać było, że jest to człowiek, który po trupach dąży do celu.
Tak, pomyślała, ten człowiek może zabić, jeśli - i kiedy - ma na to ochotę. Zrobiłby to obojętnie, 
metodycznie i ani jedna kropla potu nie wystąpiłaby mu na czole.
Zgarniając wydruki z danymi, postanowiła, że porozmawia z Roarke'em. I to wkrótce.

G

dy  Ewa   opuściła   posterunek,   z   ciemnego   nieba   padał   już   drobny,   ostry  śnieg.   Pogrzebała   bez 

większej nadziei w kieszeniach i przekonała się, że rękawiczki rzeczywiście zostawiła w domu. Bez 
czapki, bez rękawiczek, w skórzanej kurtce, będącej jej jedyną  ochroną przed mroźnym  wiatrem, 
jechała przez całe miasto do domu.
Naprawdę zamierzała oddać auto do naprawy, tylko nie miała czasu. Ale gdy teraz stała w korku i 
drżała z zimna z powodu popsutego ogrzewania, miała mnóstwo czasu, by tego żałować.
Przysięgła sobie, że jeśli dojedzie do domu, nie zamieniwszy się przedtem w bryłę lodu, umówi się z 
mechanikiem.
Ale gdy dotarła na miejsce, myślała już tylko o jedzeniu. Otwierając drzwi, marzyła o talerzu gorącej 
zupy, furze frytek, jeśli jeszcze jakieś jej zostały, i kawie, która nie smakowałaby tak, jakby ktoś 
spuścił ścieki do wodociągów.
Od razu zauważyła  paczkę,  małe  kwadratowe  pudełko leżące tuż za drzwiami.  Broń natychmiast 
znalazła   się   w   jej   ręce.   Przeczesując   mieszkanie   wzrokiem   i   wymachując   bronią,   zatrzasnęła 
kopnięciem drzwi. Pozostawiła paczkę na miejscu i sprawdziła pokój po pokoju, dopóki nie upewniła 
się, że jest sama.
Schowawszy broń do futerału, ściągnęła kurtkę i odrzuciła ją na bok. Schyliła się i podniosła ostrożnie 
owiniętą folią dyskietkę. Nie było na niej żadnej nalepki, żadnej wiadomości.
Ewa zaniosła ją do kuchni, wyjmując delikatnie z opakowania, i włożyła do swego komputera.
Kompletnie zapomniała o jedzeniu.
Obraz był najwyższej jakości, podobnie jak i dźwięk. Usiadła wolno, wpatrując się w monitor.
Naga   Sharon   DeBlass   leżała   w   noszalanckiej   pozie   na   ogromnym   falującym   łożu,   szeleszcząc 
atłasowymi  prześcieradłami. Uniosła rękę i wsunęła ją we wspaniałą, zmierzwioną grzywę  rudych 
włosów.

background image

- Kochanie, chcesz, żebym zrobiła coś specjalnego? - Zachichotała; podniosła się na kolana, ujmując 
piersi w dłonie. - Dlaczego tu nie przyjdziesz... - Zwilżyła językiem usta. - Zrobimy to wszystko 
jeszcze raz. - Popatrzyła w dół i oblizała się jak kotka. - Wygląda na to, że jest całkowicie gotowy. - 
Znowu się zaśmiała i odrzuciła do tyłu włosy. - Och, chcemy się zabawić. - Wciąż się uśmiechając, 
Sharon podniosła ręce. - Nie skrzywdź mnie - poprosiła płaczliwym głosem, drżąc na całym ciele, 
mimo że jej oczy błyszczały z podniecenia. - Zrobię wszystko, co chcesz. Wszystko. Chodź tu i zmuś 
mnie. Chcę cię. - Opuściła ręce i powoli wyciągnęła się na łóżku. - Celuj do mnie z tego dużego 
ciężkiego rewolweru i gwałć mnie. Chcę, żebyś to zrobił. Chcę, żebyś...
Wybuch wstrząsnął Ewą. Żołądek podszedł jej do gardła, -gdy zobaczyła, że kobieta opadła do tyłu 
niczym popsuta lalka, krew trysnęła z jej czoła. Drugi strzał nie był już takim szokiem, lecz Ewa 
musiała   się   przezwyciężyć,   by  nadal   patrzeć   na   ekran.   Po  ostatnim  wystrzale   ciszę   mąciła   tylko 
przyciszona muzyka i urywany oddech. Oddech zabójcy.
Kamera zbliżyła  się do ciała, pokazując je ze wszystkimi  makabrycznymi  szczegółami. Wtem, za 
sprawą filmowego tricku, DeBlass leżała znowu w tej samej pozycji, w której Ewa zobaczyła ją po raz 
pierwszy - rozpostarte na krwawych prześcieradłach ciało tworzyło idealną literę X. Scena kończyła 
się napisem:

                  PIERWSZA Z SZEŚCIU

Po raz drugi łatwiej było na to patrzeć. Albo Ewa wmówiła to sobie. Tym razem zauważyła lekkie 
zachwianie kamery po pierwszym wystrzale, usłyszała szybkie ciche sapnięcie. Puściła to jeszcze raz, 
wsłuchując   się   w   każde   słowo,   przyglądając   się   uważnie   każdemu   ruchowi,   mając   nadzieję,   że 
wpadnie na jakiś ślad. Ale on był na to za sprytny. I oboje o tym wiedzieli.
Oiciał, żeby zobaczyła, jaki jest dobry. Jaki zimny.
I chciał jej powiedzieć, że wie, gdzie ją znaleźć, gdyby tylko zechciał.
Wściekła, że nie może opanować drżenia rąk, podniosła się z miejsca. Zamiast napić się kawy, tak jak 
zamierzała, wyjęła z małej zimnej komórki butelkę wina i nalała sobie pól kieliszka.
Opróżniła go jednym haustem, obiecując sobie dolewkę, po czym włożyła do komputera perforowaną 
kartę z kodem swego dowódcy.
Odpowiedziała żona szefa; widząc, że ma  w uszach błyszczące  kolczyki,  a także świeżo ułożone 
włosy, Ewa doszła do wniosku, że przerwała jedno z jej słynnych przyjęć.
-  Porucznik Dallas, pani Whitney. Przepraszam, że przeszkadzam w kolacji, ale muszę porozmawiać 
z dowódcą.
-  Mamy gości, poruczniku.
-     Tak,  madame.  Proszę   mi   wybaczyć.   -   Pieprzona   polityka,   pomyślała   Ewa,   zmuszając   się   do 
uśmiechu. - To pilne.
-  Jak zawsze.
Zatrzymana maszyna szumiała jednostajnie - szczęściem koszmarna muzyka ani rozmowy o ostatnich 
wydarzeniach nie dochodziły z głębi domu - przez całe trzy minuty, zanim dowódca pokazał się na 
ekranie.
-  Dallas.
-  Panie dowódco, muszę panu coś przesłać zakodowaną Unią.
-  Mam nadzieję, że to pilne, Dallas. Moja żona każe mi za to drogo zapłacić.
-  Tak jest, sir. - Gliny, pomyślała przygotowując przesłanie informacji wizyjnej do jego komputera, 
powinny prowadzić samotne życie.
Splotła nerwowo ręce i położywszy je na stole, czekała. Gdy obrazy zaczęły przesuwać się po ekranie, 
obejrzała   je   ponownie,   nie   zwracając   uwagi   na   ściskanie   w   dołku.   Po   skończeniu   nagrania,   na 
monitorze znowu pojawiła się twarz Whitneya.
-  Skąd to masz?
-  Sam mi przesłał. Dyskietka była w moim mieszkaniu, kiedy wróciłam z pracy. - Mówiła spokojnym 
bezbarwnym głosem. - Wie, kim jestem, gdzie jestem i co robię.
Whitney milczał przez chwilę.
-  Numer mojego biura zero siedemset. Jutro rano proszę przynieść dyskietkę, poruczniku.
-  Tak jest, sir.

background image

Kiedy transmisja została zakończona, Ewa zrobiła dwie rzeczy. Skopiowała dyskietkę i nalała sobie 
kieliszek wina.

O

budziła się  o trzeciej  nad ranem,  drżąca,  spocona, próbująca  złapać oddech,  by móc  krzyczeć. 

Skowyt wydarł się z jej gardła, gdy chrypiącym głosem rozkazała, by zapalono światła. Sny zawsze 
wydawały się bardziej przerażające w ciemnościach.
Dygocząc zwinęła się na łóżku. Ten sen był gorszy, o wiele gorszy od wszystkich koszmarów, które 
do tej pory majaczyły jej po nocach.
Zabiła człowieka. Jaki miała wybór? Był za bardzo nafaszerowany prochami, żeby mogła przemówić 
mu do rozsądku. Chryste, próbowała, ale on tylko szedł, i szedł, i szedł z dzikim spojrzeniem w 
oczach i zakrwawionym nożem w ręce.
Mała dziewczynka już nie żyła. Ewa nie mogła nic zrobić, by temu zapobiec. Proszę cię, Boże, nie 
pozwól, by się okazało, że można było coś zrobić.
Małe ciałko pocięte na kawałki, szaleniec z nożem ociekającym krwią. Potem spojrzenie jego oczu, 
kiedy wystrzeliła prosto w niego, i malująca się w nich śmierć.
Ale to nie było wszystko. Nie tym razem. Tym razem mężczyzna szedł dalej. A ona, kompletnie naga, 
klęczała na atłasowych prześcieradłach. Nóż zamienił się w rewolwer trzymany przez mężczyznę, 
którego twarzy przyglądała się parę godzin wcześniej. Mężczyzna nazywał się Roarke.
Uśmiechnął się, a ona zapragnęła go. Jej ciało drżało z przerażenia i pożądania, nawet kiedy do niej 
strzelił. W głowę, serce i między uda.
I gdzieś w tle mała biedna dziewczynka krzyczała o pomoc.
Zbyt zmęczona, by walczyć z tym koszmarem, Ewa przekręciła się po prostu na brzuch, wtuliła twarz 
w poduszkę i załkała.

P

oruczniku. - Punktualnie o siódmej rano komendant Whitney wskazał Ewie krzesło w swoim biurze. 

Mimo tego, a może dzięki temu, że siedział za biurkiem od dwunastu lat, miał przenikliwe spojrzenie.
Zauważył, że źle spała i starała się ukryć pod makijażem ślady ciężkiej nocy. Bez słowa wyciągnął 
rękę.
Włożyła   dyskietkę   i   opakowanie   do   torby  z   dowodami.   Whitney  zerknął   na   dyskietkę,   po  czym 
położył ją na środku biurka.
-   Zgodnie z przepisami muszę zapytać, czy chcesz, abym cię zwolnił z prowadzenia tej sprawy. - 
Odczekał chwilę. - A więc będziemy udawali, że dopełniłem regulaminu.
-  Tak jest, sir.
-  Czy twoje mieszkanie jest bezpieczne?
-   Tak mi się wydawało. - Wyjęła z teczki wydruk. - Po skontaktowaniu się z panem jeszcze raz 
przejrzałam dyski ochrony. Jest w nich dziesięciominutowy poślizg. Jak pan się przekona z mojego 
raportu, ten człowiek jest w stanie przechytrzyć  ochronę, zna się na kasetach video, redagowaniu 
tekstów i na starej broni, oczywiście.
Whitney wziął jej raport i odłożył na bok.
-  To nie bardzo zawęża pole działania.
-     Nie,   sir.   Mam   jeszcze   kilka   osób,   które   muszę   przesłuchać.   W   przypadku   tego   przestępcy, 
elektroniczne metody śledcze nie są najważniejsze, chociaż pomoc kapitana Feeneya jest nieoceniona. 
Ten facet zaciera za sobą ślady.  Nie mamy  żadnego punktu zaczepienia poza rewolwerem,  który 
postanowił   zostawić   na   miejscu   zbrodni.   Feeney   niczego   się   o   nim   nie   dowiedział   normalnymi 
kanałami.  Musimy założyć,  że został kupiony na czarnym  rynku.  Zaczęłam przeglądać notesy,  w 
których   zaznaczała   spotkania   z   klientami   oraz   z   osobami   prywatnymi.   Lubiła   się   umawiać,   więc 
zajmie mi to trochę czasu.
-  Czas nie jest tu bez znaczenia. Pierwsza z sześciu, poruczniku. Co to oznacza?
-  Że zamierza zamordować jeszcze pięć i chce, byśmy o tym wiedzieli. Lubi to robić i pragnie być w 
centrum naszej uwagi. - Zaczerpnęła ostrożnie oddechu. - To za mało, by określić jego psychikę. Nie 
potrafimy stwierdzić, jak długo będzie rozkoszował się tym morderstwem, kiedy poczuje potrzebę 
popełnienia następnej zbrodni. To może nastąpić dzisiaj. To może nastąpić za rok. Nie możemy liczyć 
na to, że będzie nieostrożny.
Whitney kiwnął tylko głową.

background image

-  Gryzie cię poczucie winy?
Nóż zalany krwią. Małe okaleczone ciałko u jej stóp.
-  Poradzę sobie.
-  Na pewno, Dallas? Przy tak delikatnej sprawie niepotrzebny mi oficer, który będzie się martwił czy 
miał prawo użyć broni.
-  Z pewnością.
Była jego najlepszym pracownikiem i nie mógł sobie pozwolić na to, żeby jej nie dowierzać.
-   Jesteś gotowa pobawić się trochę w politykę? - Lekki uśmiech wykrzywił mu wargi. - Senator 
DeBlass już tu jedzie. Przyleciał do Nowego Jorku wczoraj w nocy.
-  Dyplomacja nie jest moją mocną stroną.
-     Zdaję   sobie   z   tego   sprawę.   Ale   będziesz   musiała   stanąć   na   wysokości   zadania.   Senator   chce 
rozmawiać z oficerem śledczym i zwrócił się z tą sprawą do mojego szefa. Rozkazy przyszły z góry. 
Masz okazać senatorowi jak najdalej idącą pomoc.
-  To śledztwo objęte jest Kodem Piątym - stanowczym tonem stwierdziła Ewa. - Nie obchodzi mnie, 
czy  rozkazy  przyszły  od samego   Pana  Boga,  nie  zamierzam  przekazywać  tajnych  danych   osobie 
cywilnej.
Whitney uśmiechnął się szerzej. Miał dobroduszną pospolitą twarz, pewnie już z taką się urodził. Ale 
kiedy się uśmiechał i naprawdę było mu wesoło na duszy, błysk białych zębów na tle śniadej skóry 
zmieniał jego pospolite rysy w zupełnie wyjątkowe.
-   Nie  słyszałem  tego.  A  ty nie  słyszałaś,  jak  ci  powiedziałem,   żebyś  zapoznała  go  wyłącznie   z 
oczywistymi  faktami.   Słyszysz   natomiast   to,  poruczniku  Dallas,  że  ten gentleman  z  Wirginii  jest 
nadętym aroganckim dupkiem. Na nieszczęście ten dupek ma władzę. Więc uważaj.
-  Tak jest, sir.
Zerknął na zegarek, po czym wsunął raport i dyskietkę do szuflady, którą zamknął na klucz.
-  Jeszcze zdążysz wypić kawę... i, poruczniku - dodał wstając. - Jeśli nie możesz spać, niech lekarz 
przepisze ci środki uspokajające. Chcę, żeby moi oficerowie zachowywali bystrość umysłu.
-  Proszę się nie obawiać.

S

enator Gerald DeBlass był niewątpliwie nadęty. Był bezsprzecznie arogancki. I po spędzeniu minuty 

w jego towarzystwie Ewa musiała przyznać, iż jest dupkiem.
Senator był zwalistym mężczyzną, mającym z sześć stóp wzrostu i ważącym około dwustu dwudziestu 
funtów. Jego jasna czupryna była przystrzyżona na jeża, przez co głowa wydawała się duża i okrągła. 
Miał ciemne oczy, które były niemal tak czarne jak krzaczaste brwi, duży nos i grube usta.
Miał ogromne dłonie i kiedy podał Ewie rękę na powitanie, zauważyła, że jest gładka i miękka jak u 
dziecka.
Przyprowadził   ze   sobą   swego   asystenta.   Derrick   Rockman   był   energicznym   mężczyzną   po 
czterdziestce. Choć miał prawie sześć stóp pięć cali wzrostu, Ewa uważała, że jest szczuplejszy od 
DeBlassa   o   jakieś   dwadzieścia   funtów.   Schludny,   zadbany;   na   jego   prążkowanym   garniturze   i 
szaroniebieskim   krawacie   nie   było   ani   jednej   zmarszczki.   Miał   poważną   twarz   o   atrakcyjnych 
harmonijnych rysach, a gdy pomagał swemu napuszonemu senatorowi zdjąć kaszmirowy płaszcz, jego 
ruchy były powściągliwe i opanowane.
-  Co, do diabła, zrobiliście, żeby znaleźć tego potwora, który zabił moją wnuczkę? - zapytał DeBlass.
-  Wszystko, co w naszej mocy, senatorze - Komendant Whitney wciąż stał. Choć poprosił DeBlassa o 
zajęcie miejsca, mężczyzna przechadzał się po pokoju, tak jakby przechadzał się po swojej ulubionej 
Senackiej Galerii w East Washington.
-  Mieliście na to dwadzieścia cztery godziny, a nawet więcej - tubalnym głosem odparł DeBlass. - 
Dowiedziałem się, że wyznaczył pan tylko dwóch oficerów do prowadzenia śledztwa.
-   Owszem, ze względów bezpieczeństwa. Dwóch moich najlepszych oficerów - dodał dowódca. - 
Porucznik Dallas nadzoruje dochodzenie i składa meldunki jedynie mnie.
DeBlass skierował swe czarne surowe oczy na Ewę.
-  Jakie postępy pani poczyniła?
-     Zidentyfikowaliśmy   broń,   ustaliliśmy   godzinę   śmierci.   Zbieramy   dowody   i   przesłuchujemy 
lokatorów domu, w którym mieszkała panna DeBlass, a także sprawdzamy nazwiska znalezione w jej 
notesach. Poza tym, pracuję nad zrekonstruowaniem ostatnich dwudziestu czterech godzin jej życia.

background image

-   To powinno być  oczywiste, nawet dla najbardziej powolnego umysłu,  że została zamordowana 
przez jednego ze swoich klientów- zasyczał.
-   W jej terminarzu nie ma wzmianki o żadnym spotkaniu. Z ostatnim klientem, który udowodnił 
swoje alibi, spotkała się parę godzin przed śmiercią.
-  Proszę przestać! - zażądał DeBlass. - Mężczyzna, który płaci za usługi seksualne, nie będzie miał 
wyrzutów sumienia z powodu popełnienia morderstwa.
Choć Ewa nie mogła dostrzec współzależności między tymi dwoma faktami, przypomniała sobie, na 
czym polega jej zadanie i kiwnęła głową.
-  Pracuję nad tym, senatorze.
-  Chcę dostać kopie jej terminarzy spotkań.
-  To niemożliwe, senatorze - łagodnym tonem rzekł Whitney.
-   W   sprawie   o  zabójstwo   wszystkie   dowody  są   tajne.   DeBlass   tylko   prychnął   i   pokazał   ręką   na 
Rockmana.
-   Panie dowódco. - Rockman sięgnął do lewej kieszeni i wyjął złożoną kartkę papieru, opatrzoną 
holograficzną pieczęcią. - Ten dokument wystawiony przez szefa policji umożliwia panu senatorowi 
dostęp do wszystkich dowodów i informacji, jakie zgromadzono w śledztwie.
Whitney zerknął na oficjalne pismo, zanim odłożył je na bok. Zawsze uważał politykę za grę tchórzy i 
był zły, że musi brać w niej udział.
-  Osobiście porozmawiam z szefem. Jeśli podtrzyma swoje stanowisko, kopie będą gotowe jeszcze 
dziś po południu. - Zbywszy Rockmana, powrócił wzrokiem do DeBlassa. - Utrzymanie poufnego 
charakteru dowodów ma  pierwszorzędne  znaczenie  w procesie  śledczym.  Jeśli pan nalega na  ich 
odtajnienie, ryzykuje pan dobro sprawy.
-  Ta sprawa, jak pan to ujął, to krew z mojej krwi i kość z mojej kości.
-  I dlatego mam nadzieję, że przede wszystkim będzie pan chciał nam pomóc w ujęciu mordercy.
-. Służę sprawiedliwości od ponad pięćdziesięciu lat. Chcę dostać te informacje do południa. - Wziął 
płaszcz i przerzucił go przez swe muskularne ramię. - Jeśli dojdę do wniosku, że nie robicie wszyst-
kiego, co w waszej mocy, by złapać tego szaleńca, dopilnuję, żeby usunięto pana z tego gabinetu. - 
Odwrócił się w stronę Ewy.  - I żeby pani, poruczniku, następnym  razem prowadziła śledztwo w 
sprawie małolatów, którzy kradną w supermarketach.
Gdy przestał wrzeszczeć, Rockman popatrzył na nich przepraszająco swoim spokojnym, poważnym 
wzrokiem.
-     Proszę   wybaczyć   senatorowi.   Jest   podenerwowany.   Choć   był   w   nie   najlepszych   stosunkach   z 
wnuczką, to należała przecież do rodziny. A senator przedkłada rodzinę ponad wszystko na świecie. 
Jej śmierć, taka gwałtowna i bezsensowna, doprowadza go do szaleństwa.
-   To widać - mruknęła Ewa. - Złość się w nim gotuje. Rockman uśmiechnął się; potrafił sprawiać 
wrażenie jednocześnie rozbawionego i zasmuconego.
-   Dumni mężczyźni często ukrywają swój ból pod maską agresywności. Mamy pełne zaufanie do 
państwa umiejętności i wytrwałości w dążeniu do celu. Pani porucznik, panie komendancie - skinął 
głową. - Oczekujemy wszystkich danych dziś po południu. Dziękuję, że poświęcili nam państwo tyle 
czasu.
-  Jaki uprzejmy - mruknęła Ewa, gdy Rockman zamknął za nimi cicho drzwi. - Chyba nie ulegnie pan 
naciskowi, panie komendancie.
-  Zrobię, co będę musiał. - W jego głosie kryła się tłumiona furia. - A teraz bierz się do roboty.

P

raca   w   policji   zbyt   często   bywa   nużąca.   Po   pięciu   godzinach   wpatrywania   się   w   monitor   i 

sprawdzania nazwisk umieszczonych  w notesach zamordowanej, Ewa była  bardziej zmęczona niż 
gdyby wzięła udział w biegu maratońskim.
Nawet z fachową pomocą Feeneya, który dysponując lepszym sprzętem wziął na siebie część nazwisk, 
wciąż było ich zbyt wiele jak na jednego oficera śledczego.                                       :
Sharon była bardzo popularna.
Czując, że jeśli zagwarantuje swoim rozmówcom dyskrecję, zyska więcej niż gdyby ich straszyła, 
Ewa kontaktowała się za pomocą łącza z poszczególnymi klientami i przedstawiała im sprawę. Tych, 
którzy nie chcieli się zgodzić na rozmowę,  zapraszała wesoło do odwiedzenia głównego gmachu 
policji, uprzedzając, że zostaną oskarżeni o utrudnianie śledztwa.

background image

Do popołudnia udało się jej porozmawiać z pierwszą dwunastką klientów i postanowiła pojechać do 
Gorham. v Sąsiad DeBlass, elegancki mężczyzna z windy, nazywał się Charles Monroe. Ewa zastała 
go z klientką.
Pociągająco   przystojny,   w   czarnym   jedwabnym   szlafroku   i   pachnący   ponętnie   seksem,   Charles 
uśmiechnął się ujmująco.
-   Okropnie mi przykro, pani porucznik. Byłem umówiony o trzeciej i do końca spotkania brakuje 
jeszcze piętnastu minut.
-  Poczekam. - Ewa bez zaproszenia weszła do środka. W przeciwieństwie do mieszkania DeBlass, w 
tym apartamencie nie brakowało wygodnych skórzanych foteli i grubych dywanów.
-   Ach... - Najwyraźniej rozbawiony Charles zerknął przez ramię na dyskretnie zamknięte drzwi do 
sypialni. - Pani rozumie, intymność i dyskrecja odgrywają zasadniczą rolę w moim zawodzie. Moja 
klientka może się zdenerwować, jeśli zobaczy policjantkę na progu mieszkania.
-  Nie ma sprawy. Jest tu kuchnia?
Z jego piersi wyrwało się ciężkie westchnienie.
-  Jasne. Za tamtymi drzwiami. Proszę się rozgościć. Niedługo przyjdę.
-  Niech pan się nie śpieszy. - Ewa przeszła do kuchni. W przeciwieństwie do eleganckiego salonu, 
urządzona była po spartańsku. Charles chyba rzadko jadał w domu. Mimo to stała tu duża lodówka, w 
której znalazła taki rarytas jak schłodzona pepsi. Zadowolona usiadła, by ją wypić i poczekać, aż 
Charles zakończy swoje spotkanie.
Wkrótce usłyszała szmer głosów mężczyzny i kobiety, a potem cichy chichot. Chwilę później Charles 
wszedł do środka z tym samym beztroskim uśmiechem na twarzy.
-  Przykro mi, że musiała pani czekać.
-  Nie ma sprawy. Czy spodziewa się pan jeszcze kogoś?
-     Dopiero   późnym   wieczorem.   -   Wyjął   dla   siebie   pepsi,   zerwał   pieczęć   gwarantującą   świeżość 
produktu i przelał napój do wysokiej szklanki. Zwinął tubę w kulkę i wrzucił do utylizatora. - Kolacja, 
opera i romantyczne rendez-vous.
-  
Lubi pan takie rzeczy? Operę? - spytała, gdy błysnął zębami w szerokim uśmiechu.
-     Nienawidzę.   Może   pani   sobie   wyobrazić   coś   nudniejszego   od   baby  z   wielkim   biustem,   która 
wrzeszczy po niemiecku przez pół nocy?
Ewa zastanowiła się.
-  Nie.
-  Ale co robić. Ludzie mają różne gusta. - Jego uśmiech przygasł, gdy usiadł obok niej w kąciku pod 
oknem. - Słyszałem o Sharon w porannych wiadomościach. Spodziewałem się, że ktoś przyjdzie. To 
straszne. Nie mogę uwierzyć, że ona nie żyje.
-  Dobrze ją pan znał?
-  Byliśmy sąsiadami przez ponad trzy lata... i od czasu do czasu pracowaliśmy razem. Zdarzało się, że 
któryś z naszch klientów miał ochotę na trio, więc wspólnie uczestniczyliśmy w zabawie.
-  A kiedy nie chodziło o interesy, też się razem zabawialiście?
-   Była piękną kobietą i uważała, że jestem przystojny. - Poruszył okrytymi jedwabiem ramionami, 
wędrując   wzrokiem   do   okna   z   przyciemnionymi   szybami,   za   którymi   przeleciał   tramwaj   pełen 
turystów.
- Jeśli jedno z nas miało ochotę na krótki przerywnik w pracy, drugie .zazwyczaj sprawiało mu tę 
przyjemność. - Znowu się uśmiechnął.
-  Rzadko się to zdarzało. Wie pani, jeśli się pracuje w sklepie ze słodyczami, szybko traci się ochotę 
na czekoladę. Była moją przyjaciółką, pani porucznik. I bardzo ją lubiłem.
-  Chciałabym wiedzieć, co pan robił między dwunastą a trzecią nad ranem tej nocy, kiedy zginęła?
Uniósł   brwi   ze   zdziwienia.   Jeśli   wcześniej   przyszło   mu   do   głowy,   że   może   być   uważany   za 
podejrzanego, to był doskonałym aktorem. Nic dziwnego, pomyślała Ewa, ludzie pracujący w takim 
fachu muszą mieć talent aktorski.
-  Byłem z klientką. Została u mnie na noc.
-  Czy to normalna praktyka?
-   Klientki   wolą   taki  układ.   Pani   porucznik,   podam  pani   jej  nazwisko,   jeśli   będzie  to absolutnie 
konieczne, ale wolałbym tego nie robić. Przynajmniej dopóki nie wyjaśnię jej okoliczności.
-   Chodzi o morderstwo, panie Monroe, więc to konieczne. O której przyprowadził pan tu swoją 
klientkę?

background image

-  Około dziesiątej. Zjedliśmy kolację U Mirandy w podniebnej restauracji nad Szóstą ulicą.
-  O dziesiątej. - Ewa kiwnęła głową, przypomniawszy sobie odpowiedni fragment nagrania.
-     Kamera   inwigilująca   wnętrze   windy.   -   Znowu   uśmiechnął   się   czarująco.   -   To   staroświeckie 
przepisy. Wiem, że mogłaby pani mnie załatwić, ale chyba szkoda na to czasu.
-  Każdy akt seksualny popełniany na terenie strzeżonym jest wykroczeniem, panie Monroe.
-  Charles, proszę.
-   Możesz narzekać, Charles, ale mają prawo zawiesić ci licencję na sześć miesięcy. Podaj mi jej 
nazwisko, a zapomnimy o całej sprawie.
-   Chcesz mi odebrać jedną z moich najlepszych klientek - mruknął. - Darleen Howe. Podam ci jej 
adres. - Wstał, by wziąć swój elektroniczny notes, po czym odczytał jej stosowne dane.
-  Dzięki. Czy Sharon rozmawiała z tobą o swoich klientach?
-   Byliśmy przyjaciółmi - powiedział ostrożnie. - Tak, rozmawialiśmy o pracy, chociaż nie było to 
całkiem   etyczne,   Opowiadała   mi   zabawne   historie.   Ja   mam   bardziej   konwencjonalny   styl   pracy. 
Sharon była... otwarta na nietypowe propozycje. Czasami wychodziliśmy na drinka i wtedy sporo 
opowiadała. Bez podawania nazwisk. Miała własne określenia na swoich klientów. Imperator, łasica, 
dojarka, coś w tym stylu.
-  Czy kiedykolwiek wspominała o kimś, kto jej się narzucał, kto wzbudzał jej niepokój? O kimś, kto 
używał przemocy?
-   Nie miała nic przeciwko przemocy i nie, nikogo się nie bała. Jedno trzeba wiedzieć o Sharon - 
zawsze miała nad wszystkim kontrolę. Chciała tego, ponieważ przez większość życia, jak mówiła, 
była pod kontrolą innych. Miała ogromnie dużo żalu do swojej rodziny. Kiedyś mi powiedziała, że 
nigdy   nie   zamierzała   zostać   prostytutką.   Zdecydowała   się   na   ten   krok   tylko   dlatego,   że   chciała 
rozwścieczyć swoją rodzinę. Ale później spodobało jej się to, co robiła.
-   Znowu wzruszył ramionami, wypił łyk pepsi. - Więc pozostała w tym zawodzie i upiekła dwie 
pieczenie przy jednym ogniu. To jej własne słowa. - Podniósł oczy. - Wygląda na to, że zabił ją jeden 
z tych skurwysynów.
-     Taak.   -   Ewa   wstała,   chowając   magnetofon.   -   Nie   wyjeżdżaj   z   miasta,   Charles.   Będziemy   w 
kontakcie.
-  To wszystko?
-  Na razie.
Wstał, znowu się uśmiechając.
-  Miła jesteś jak na glinę... Ewo. - Przesunął na próbę opuszkiem palca po jej ramieniu. Kiedy uniosła 
brew, musnął palcem jej policzek. - Spieszysz się?
-  Dlaczego pytasz?
-   Cóż, mam parę godzin wolnych, a ty jesteś bardzo pociągająca. Duże złociste oczy - mruknął. - 
Mały dołeczek w bródce. - Może zostaniesz trochę dłużej?
Poczekała, aż opuścił głowę i jego usta zawisły nad jej ustami.
-  Czy chcesz mnie przekupić, Charles? Bo jeśli tak, a jesteś w połowie tak dobry jak myślę...
-  Lepszy. - Ugryzł ją delikatnie w dolną wargę, jego ręka ześlizgnęła się na dół, by pieścić jej pierś. - 
O wiele lepszy.
-  W .takim razie... musiałabym oskarżyć cię o przestępstwo.
-   Uśmiechnęła   się,   kiedy  odskoczył   jak   oparzony.   -   A   to   zasmuciłoby   nas   oboje.   -   Rozbawiona 
pogłaskała go po twarzy. - Ale dzięki za propozycję.
Drapiąc się po policzku, odprowadził ją do drzwi.
-  Ewo?
Zatrzymała się z ręką na gałce i zerknęła na niego przez ramię.
-  Tak?
-  Abstrahując od łapówki, gdybyś zmieniła zdanie, chętnie się z tobą spotkam.
-   Dam ci znać. - Zamknęła drzwi i ruszyła  w stronę windy.  Charlesowi Monroe, pomyślała, nie 
byłoby trudno wymknąć się ze swojego mieszkania, pozostawiając w nim śpiącą klientkę i złożyć 
wizytę Sharon. Szybki seks, szybkie morderstwo...
Zadumana wsiadła do windy.
Jako mieszkaniec tego budynku nie miałby trudności z dostaniem się do systemów zabezpieczających. 
Mógłby spreparować dyskietki, a potem wrócić do łóżka, w którym spała jego klientka.

background image

Szkoda, że ten scenariusz jest możliwy do przyjęcia, pomyślała wychodząc do hallu. Polubiła Charlesa 
Monroe,   ale   dopóki   nie   sprawdzi   dokładnie   jego   alibi,   będzie   pierwszy   na   jej   krótkiej   liście 
podejrzanych.

3

Ewa nienawidziła pogrzebów. Czuła wstręt do sposobu w jaki ludzie celebrowali śmierć. Kwiaty, 
muzyka, nie kończące się mowy i płacze.
Może Bóg istnieje. Nie wykluczała takiej ewentualności. A jeśli istnieje, pomyślała, to musi się śmiać 
ze stworzonych przez siebie bezsensownych rytuałów.
Mimo to pojechała do Wirginii, aby wziąć udział w pogrzebie Sharon DeBlass. Chciała zobaczyć 
zgromadzonych   w   jednym   miejscu   członków   rodziny   i   przyjaciół   zmarłej,   by   dokładnie   im   się 
przyjrzeć i wyrobić sobie zdanie na ich temat.                         
Senator stał z ponurą twarzą i suchymi oczami, a jego cień - Rockman - w ławce za nim. Miejsca z 
lewej strony DeBlassa zajmowali jego syn i synowa.
Rodzice Sharon byli młodymi, atrakcyjnymi ludźmi, wziętymi adwokatami, którzy prowadzili własną 
firmę prawniczą.
Richard DeBlass stał z pochyloną głową, opuszczonymi oczami, niczym bardziej wymuskana i jakby 
mniej   dynamiczna   wersja   swego   ojca.   Czy   to   przypadek,   zastanowiła   się   Ewa,   czy   też   zostało 
ustalone, że Richard będzie stał w równej odległości między ojcem a żoną?
Elizabeth Barrister wyglądała skromnie i elegancko w ciemnym kostiumie; jej falujące mahoniowe 
włosy  lśniły,   sylwetka   była   wyprostowana.   Ewa   zauważyła,   że   do   zaczerwienionych   oczu   wciąż 
napływały łzy.
Co czuje matka, przez całe życie zastanawiała się Ewa, kiedy straci dziecko?
Senator DeBlass miał także córkę, i to ona właśnie zajmowała miejsce po jego prawej stronie. Senator 
Catherine   DeBlass   poszła   w   ślady   ojca   i   poświęciła   się   polityce.   Przerażająco   chuda,   stała 
wyprostowana po wojskowemu, a jej osłonięte czarną sukienką ramiona wyglądały jak małe kruche 
gałązki. Stojący obok niej mąż, Justin Summit, wpatrywał się w okrytą różami błyszczącą trumnę, 
którą umieszczono na przedzie kościoła. U jego boku ich syn Franklin, który wciąż był w tym okresie 
dorastania, kiedy młodzieniec włóczy się z całą bandą, wiercił się niespokojnie.
Przy końcu ławki, jakby z dala od reszty rodziny, stała żona DeBlassa, Anna.
Nie wierciła się ani nie płakała. Ewa nie zauważyła, żeby choć raz zerknęła na obsypaną kwiatami 
skrzynię, która kryła zwłoki jej jedynej wnuczki.
Oczywiście, byli też inni żałobnicy.  Rodzice Elizabeth stali razem, trzymając się za ręce i głośno 
płacząc. Krewni, znajomi i przyjaciele przykładali chusteczki do oczu albo po prostu rozglądali się 
dokoła z zaciekawieniem lub przerażeniem. Prezydent przysłał swego przedstawiciela, a kościół był 
bardziej nabity politykami niż senacka restauracja.
Chociaż było tam ponad dwieście twarzy, Ewa bez trudu dostrzegła w tłumie Roarke'a. Stał w ławce 
razem z innymi, ale łatwo zorientowała się, że jest typem samotnika. Mogłoby być dziesięć tysięcy 
ludzi w budynku, a on i tak trzymałby się od nich z dala.
Jego interesująca twarz nie wyrażała żadnych uczuć: ani poczucia winy, ani żalu, ani zainteresowania 
tym, co się dzieje. Równie dobrze mógłby oglądać jakąś kiepską sztukę. Ewa pomyślała, że to chyba 
najlepsze określenie pogrzebu.
Ludzie odwracali głowy w jego stronę, by rzucić mu  szybkie spojrzenie, albo - jak w przypadku 
zgrabnej brunetki - jawnie go kokietować. Roarke lekceważył jednych i drugich.
Na pierwszy rzut oka wydał się jej zimnym, niedostępnym niczym twierdza człowiekiem, który ma się 
na baczności przed wszystkim i wszystkimi. Ale musiał mieć jakąś pasję. Do zbicia takiej fortuny w 
tak młodym wieku trzeba czegoś więcej niż dyscypliny wewnętrznej i inteligencji. Trzeba ambicji, a 
zdaniem Ewy, ambicja łatwo roznieca płomień w sercu.
Patrzył przed siebie, gdy zaintonowano pieśń pogrzebową, po czym bez ostrzeżenia odwrócił głowę i 
spojrzał przez nawę do tyłu, prosto w oczy Ewy, która siedziała pięć ławek za nim.
Zadziwiające, że musiała bardzo nad sobą panować, by wytrzymać  jego niespodziewane i władcze 
spojrzenie. Siłą woli powstrzymała się przed mrugnięciem czy odwróceniem wzroku. Przez chwilę 
patrzyli na siebie. Potem zostali zasłonięci przez żałobników, którzy zaczęli opuszczać kościół.
Kiedy Ewa weszła do nawy, by go poszukać, nie było już po nim śladu.

background image

Włączyła się w sznur samochodów i limuzyn jadących na cmentarz. Karawan i pojazdy z rodziną 
leciały uroczyście nad nimi.  Tylko wyjątkowi  bogacze mogli sobie pozwolić na pogrzeb. Jedynie 
obsesyjni tradycjonaliści nadal składali w grobie zwłoki bliskich im osób.
Pukając palcami w kierownicę zaczęła nagrywać swoje spostrzeżenia na magnetofon. Kiedy doszła do 
Roarke'a, zawahała się i jeszcze mocniej ściągnęła brwi.
- Dlaczego zadał sobie tyle trudu, by przyjechać na pogrzeb przypadkowej znajomej? -Mruknęła do 
magnetofonu, który miała w kieszeni. - Zgodnie z danymi, poznali się dopiero niedawno i byli tylko 
na jednej randce. Jego postępowanie wydaje się niekonsekwentne i niejasne.
Przeszedł ją dreszcz i przejeżdżając przez łukowatą bramę cmentarza ucieszyła się, że jest sama w 
samochodzie. Uważała, że prawo powinno zabraniać wkładania kogokolwiek do dziury w ziemi.
Dużo słów i płaczu, mnóstwo kwiatów. Słońce lśniło jak miecz, ale w powietrzu czuło się przejmujący 
chłód. Kiedy podeszła do grobu, wsunęła ręce do kieszeni. Znowu zapomniała rękawiczek. Długi 
ciemny płaszcz, w którym przyjechała, był pożyczony. Pod spodem miała swój jedyny szary kostium 
z wiszącym na jednej nitce guzikiem, który zdawał się błagać, by go wreszcie przyszyła. Kozaczki 
były wykonane z bardzo cienkiej skórki i stopy Ewy powoli zamieniały się w dwie bryłki lodu.
Była tak zziębnięta, że nie myślała o nieszczęściu, z jakim kojarzył się widok nagrobka, nie czuła 
zapachu świeżo wykopanej ziemi. Uzbroiwszy się w cierpliwość, poczekała, dopóki nie przebrzmiało 
ostatnie żałobne słowo o nieśmiertelności duszy, po czym podeszła do senatora.
-     Wyrazy   współczucia   dla   pana   i   całej   rodziny,   senatorze   DeBlass.   Rzucił   jej   twarde   i   ostre 
spojrzenie.
-  Niech pani sobie oszczędzi współczucia, pani porucznik. Chcę sprawiedliwości.
-  Ja też. Pani DeBlass... - Ewa podała rękę żonie senatora i wydało się jej, że jej palce ściskają wiązkę 
kruchych gałązek.
-  Dziękuję, że pani przyszła.
Ewa skinęła głową. Wystarczyło jej jedno spojrzenie, by się zorientować, że Anna DeBlass panuje nad 
sobą dzięki dużej dawce środków uspokajających. Przesunęła wzrokiem po twarzy Ewy i popatrzyła 
ponad jej ramieniem.
-   Dziękuję, że pani przyszła - powiedziała dokładnie tym samym bezbarwnym tonem do następnej 
osoby, która złożyła jej kondolencje.
Zanim   Ewa   zdążyła   znowu   się   odezwać,   ktoś   ścisnął   ją   za   rękę.   Zobaczyła   Rockmana,   który 
uśmiechnął się do niej z powagą.
-     Poruczniku  Dallas,   senator   i   jego  rodzina   doceniają   współczucie   i   zainteresowanie,   jakie   pani 
okazała, przybywając na tę smutną uroczystość. - Ze zwykłym sobie spokojem zaczaj wyprowadzać ją 
z cmentarza, - Na pewno pani zrozumie, że rodzicom Sharon trudno byłoby rozmawiać nad grobem 
córki z oficerem prowadzącym śledztwo w sprawie jej śmierci.
Ewa pozwoliła mu się prowadzić przez jakieś pięć stóp, zanim wyrwała rękę.
-   Zna się pan na swojej robocie, Rockman.  Rozumiem,  że to delikatny i dyplomatyczny sposób 
powiedzenia mi, żebym zabrała dupę w troki.
-  Wcale nie. - Nadal uśmiechał się uprzejmie. - Chodzi po prostu o czas i miejsce. Może pani liczyć 
na   naszą   pełną   współpracę,   pani   porucznik.   Jeśli   życzy   sobie   pani   przesłuchać   rodzinę   senatora, 
chętnie to zorganizuję.
-  Sama zorganizuję swoje przesłuchania, sama wyznaczę ich czas i  miejsce. - Jego spokojny uśmiech 
wyprowadzał ją z równowagi, więc postanowiła sprawdzić, czy potrafi go zgasić. - A co z panem, 
Rockman? Ma pan alibi na noc morderstwa?
Uśmiech   zniknął   z   jego   twarzy,   co   sprawiło   jej   pewną   satysfakcję.   Jednak   Rockman   szybko   się 
pozbierał.
-  Nie podoba mi się słowo alibi.
-   Mnie także - odparła i również się uśmiechnęła. - Dlatego tak bardzo pragnę rozwiać wszelkie 
wątpliwości. Nie odpowiedział pan na moje pytanie.
-  Tej nocy, kiedy Sharon została zamordowana, byłem w East Washington. Pracowałem z senatorem 
nad przygotowaniem projektu ustawy, którą zamierza przedstawić w przyszłym miesiącu.
-  Podróż stamtąd do Nowego Jorku nie trwa długo - zauważyła.
-   To prawda. Jednak nie odbyłem jej tamtej  nocy.  Pracowaliśmy niemal  do dwunastej, a potem 
położyłem się spać w pokoju gościnnym. O siódmej rano następnego dnia zjedliśmy razem śniadanie. 
Skoro Sharon, zgodnie z pani raportem, została zabita o drugiej, to miałem nikłe szansę, by to zrobić.

background image

-   Ale je pan miał. - Powiedziała to tylko po to, by go zdenerwować. Przekazując DeBlassowi akta 
sprawy, zataiła informację o sfałszowanych dyskietkach. Morderca był w Gorham już przed pomocą. 
Rockman nie powiedziałby, że przebywał z dziadkiem ofiary, gdyby to nie było prawda. Fakt, że 
Rockman pracował o północy w East Washington, wykluczał go całkowicie z grona podejrzanych.
Znowu dostrzegła Roarke'a i patrzyła z zainteresowaniem, jak Elizabeth Barrister przywarła do niego, 
jak   pochylił   głowę   i   coś   do   niej   szeptał.   Niezwykły   jak   na   nieznajomych   sposób  przekazywania 
wyrazów współczucia, pomyślała.
Jej brew uniosła się ze zdziwienia, kiedy Roarke położył rękę na policzku Elizabeth, pocałował ją w 
drugi policzek, po czym odszedł i rozmawiał po cichu z Richardem DeBlass.
Podszedł   do   senatora,   ale   rozmowa   między   nimi   trwała   krótko.   Potem   samotnie,   tak   jak   Ewa 
przewidziała,   Roarke   ruszył   przez   zmarznięty   trawnik   między   zimnymi   pomnikami,   które   żywi 
wznieśli umarłym.
-  Roarke!
Zatrzymał   się   i   tak   jak   podczas   nabożeństwa,   odwrócił   głowę   i   poszukał   wzrokiem   jej   oczu. 
Wydawało się jej, że dostrzegła coś w jego spojrzeniu: gniew, smutek, zniecierpliwienie. Po chwili to 
wrażenie minęło i jego oczy stały się po prostu zimne, niebieskie i niezgłębione.
Nie śpieszyła się idąc w jego stronę. Coś jej mówiło, że ten mężczyzna jest za bardzo przyzwyczajony 
do ludzi - z pewnością do kobiet - rzucających się na niego. Więc szła wolno a przy każdym kroku 
brzegi pożyczonego płaszcza ocierały się o jej zziębnięte nogi.
-     Chciałabym   z   panem   porozmawiać   -   rzekła   stając   z   nim   twarzą   w   twarz.   Wyjęła   odznakę, 
zobaczyła, że zerknął na nią, zanim znowu popatrzył jej w oczy. - Prowadzę śledztwo w sprawie 
morderstwa Sharon DeBlass.
-  Ma pani zwyczaj przychodzić na pogrzeby swoich ofiar, poruczniku Dallas?
Mówił jedwabistym głosem, z uroczym irlandzkim zaśpiewem, przypominającym bitą śmietanę na 
podgrzanej whiskey.
-  A pan, Roarke, ma zwyczaj przychodzić na pogrzeby kobiet, które ledwo pan zna?
-  Jestem przyjacielem rodziny - odparł po prostu. - Skostniała pani z zimna, poruczniku.
Wcisnęła zziębnięte ręce do kieszeni płaszcza.
-  Jak dobrze zna pan rodzinę ofiary?
-     Wystarczająco   dobrze.   -   Pochylił   głowę.   Za   chwilę,   pomyślał,   ona   będzie   szczękać   zębami. 
Napastliwy wiatr rozwiewał jej źle podcięte włosy wokół bardzo interesującej twarzy. Inteligentna, 
uparta, seksowna. Trzy dobre powody, by dokładniej przyjrzeć się kobiecie. - Czy nie wolałaby pani 
porozmawiać w jakimś cieplejszym miejscu?
-  Nie mogłam pana złapać - zaczęła.
-  Podróżowałem. Teraz mnie pani złapała. Rozumiem, że wraca pani do Nowego Jorku. Czy dzisiaj?
-  Tak. Za parę minut muszę wyjechać, by zdążyć na rejs wahadłowy. Więc...
-  Więc wrócimy razem. Będzie pani miała wystarczająco dużo czasu, by mnie przemaglować.
-  Przesłuchać - powiedziała przez zęby, zirytowana, że Roarke odwrócił się i odszedł. Musiała nieźle 
wyciągać nogi, by go dogonić.
- Zadam panu teraz kilka prostych pytań, Roarke, i możemy umówić się na oficjalne przesłuchanie w 
Nowym Jorku.
-   Nie lubię tracić czasu - rzekł lekko. - Mam wrażenie, że pod tym względem jest pani do mnie 
podobna. Wynajęła pani samochód?
-Tak.
-  Załatwię, żeby go zwrócono. - Wyciągnął rękę, czekając na kartę uruchamiającą silnik.
-  To nie jest konieczne.
-  Ale tak będzie prościej. Cenię sobie komplikacje, poruczniku, ale cenię też ułatwienia. Jedziemy w 
to samo miejsce dokładnie w tym samym czasie. Chce pani ze mną porozmawiać i chętnie to pani 
umożliwię. - Zatrzymał się przy czarnej limuzynie, gdzie kierowca w służbowym stroju czekał, by 
otworzyć tylne drzwi.
-     Wszystko   gotowe   do   drogi.   Oczywiście,   może   pani   pojechać   za   mną   na   lotnisko,   wsiąść   do 
rejsowego samolotu, po czym zadzwonić do mojego biura, by umówić się na spotkanie. Albo może 
pani pojechać ze mną, skorzystać z mego prywatnego odrzutowca i rozmawiać ze mną przez całą 
drogę.

background image

Wahała się tylko przez chwilę, po czym wyjęła z kieszeni kartę uruchamiającą silnik wypożyczonego 
samochodu i włożyła mu ją do ręki. Uśmiechając się, zaprosił ją gestem do zajęcia miejsca w limu-
zynie, a gdy wsiadała, poinstruował kierowcę, co ma zrobić z wynajętym wozem.
-  No, to w drogę. - Roarke usiadł obok niej i sięgnął po karafkę.
-  Napije się pani brandy na rozgrzewkę?
-   Nie. - W samochodzie było włączone ogrzewanie; zaczęła odczuwać miłe ciepło i bała się, że w 
konsekwencji dostanie dreszczy.
-  No tak. Jest pani na służbie. Może kawy?
-  Z przyjemnością.
Złoty zegarek błysnął na jego nadgarstku, gdy zamawiając dwie kawy wcisnął odpowiedni przycisk na 
automatycznym kuchmistrzu wbudowanym w boczną ścianę. - Ze śmietanką?
-  Czarną.
-   Mamy identyczne gusta. - Chwilę później otworzył specjalne drzwiczki i podał jej porcelanową 
filiżankę z kruchym spodeczkiem. - Na pokładzie samolotu będziemy mieli większy wybór - rzekł 
sadowiąc się wygodnie z filiżanką kawy w ręku.
-  Nie wątpię. - Para unosząca się z czarki pachniała niebiańsko. Ewa spróbowała napoju - i niemal 
jęknęła.
Prawdziwa   kawa.   Nie   jej   namiastka   z   koncentratu   roślinnego,   którą   zwykle   pijano,   dopóki   silne 
deszcze, jakie nawiedziły lasy pod koniec lat dwudziestych, nie zniszczyły zapasów surowca. Ta była 
prawdziwa, wyprodukowana z najlepszych kolumbijskich ziaren, nasycona kofeiną.
Wypiła jeszcze jeden łyk i miała ochotę rozpłakać się ze szczęścia.
-     Jakieś   problemy?   -   Bardzo   mu   się   podobała   jej   reakcja:   trzepotanie   rzęs,   lekki   rumieniec, 
pociemniałe oczy; kobieta zachowuje się podobnie pod dotykiem męskich rąk.
-  Wie pan, jak dawno nie piłam prawdziwej kawy? Uśmiechnął się.
-  Nie.
-   Ja też nie. - Bez zażenowania zamknęła oczy i kolejny raz zbliżyła filiżankę do ust. - Proszę mi 
wybaczyć tę chwilę słabości. Porozmawiamy w samolocie.
-  Jak pani sobie życzy.
Patrzył na nią z prawdziwą przyjemnością, gdy samochód mknął autostradą.
Dziwne, pomyślał, nie zorientował się, że jest gliną. Zwykle instynkt go nie mylił w takich sprawach. 
Podczas pogrzebu myślał tylko o tym, jaką ogromną stratą dla takiej młodej, szalonej i pełnej życia 
dziewczyny jak Sharon była śmierć.
Potem wyczuł coś, co wprawiło go w stan wewnętrznego napięcia. Poczuł na sobie jej wzrok, tak 
wyraźnie, jakby został uderzony. Kiedy się odwrócił, kiedy ją zobaczył, nastąpiło kolejne uderzenie. 
Wolno zadany cios, od którego nie był w stanie się uchylić.
To było fascynujące.
Ale światełko ostrzegawcze nie zapaliło się w jego głowie. Światełko, które powinno go zaalarmować, 
że to glina. On widział tylko wysoką, smukłą kobietę z krótkimi zmierzwionymi włosami, o oczach 
koloru miodu i ustach stworzonych do całowania.
Gdyby go nie odszukała, on by ją odnalazł.
Fatalnie, że jest gliną.
Nie odezwała się ani słowem, dopóki nie weszła do kabiny jego odrzutowca Star 6000.
Nie chciała znowu dać się zaskoczyć. Raz mogła sobie pozwolić na chwilę słabości, ale zupełnie nie 
zależało jej na tym, żeby oczy wyszły jej z orbit na widok luksusowej kabiny z miękkimi fotelami, 
kanapami i kryształowymi wazonami pełnymi kwiatów.
We wnęce na przedniej ścianie wisiał ekran. W kabinie czekał na nich umundurowany steward, który 
nie okazał zdziwienia na widok nieznajomej towarzyszącej Roarke'owi.
-  Brandy, sir?
-   Moja towarzyszka  woli kawę, czarną Dianę. - Uniósł pytająco brew, czekając, aż Ewa kiwnie 
głową. - Ja napiję się brandy.
-  Słyszałam o tym odrzutowcu. - Ewa zrzuciła z ramion płaszcz, który steward błyskawicznie zabrał 
razem z płaszczem Roarke'a. - Przyjemny sposób podróżowania.
-  Dziękuję. Projektowaliśmy go przez dwa lata.
-  W Roarke Industries? - spytała siadając w fotelu.

background image

-  Zgadza się. Wolę korzystać z własnego środka transportu, kiedy to tylko możliwe. Musi pani zapiąć 
pasy na czas startu - powiedział, po czym pochylił się do przodu, by włączyć interkom. - Jesteśmy 
gotowi.
-  Mamy pozwolenie - odpowiedziano. - Startujemy za trzydzieści sekund.
Zanim Ewa zdążyła mrugnąć, znaleźli się w powietrzu, a start przebiegł tak gładko, że ledwo poczuła 
przyspieszenie. To o niebo lepsze, pomyślała, od lotów pasażerskich, podczas których człowiek jest 
wciśnięty w siedzenie przez pierwsze pięć minut podróży.
Podano im drinki oraz paterę z owocami i serami, na widok których Ewie ślinka pociekła do ust. Pora 
wziąć się do roboty, pomyślała.
-  Kiedy pan poznał Sharon DeBlass?
-  Niedawno, spotkaliśmy się w domu naszych wspólnych znajomych.
-  Powiedział pan, że jest przyjacielem rodziny.
-  Raczej jej rodziców - lekkim tonem odrzekł Roarke. - Znam Beth i Richarda od kilku lat. Najpierw 
spotykaliśmy się na gruncie zawodowym, potem prywatnym. Sharon była wtedy w szkole w Europie i 
nasze drogi nigdy się nie zeszły. Po raz pierwszy umówiłem się z nią na kolację parę dni temu. Potem 
została zabita.
Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął płaskie pozłacane pudełko. Oczy Ewy zwęziły się z gniewu, 
kiedy zobaczyła, że mężczyzna zapala papierosa.
-  Posiadanie tytoniu jest nielegalne - powiedziała.
-   Nie w wolnej przestrzeni powietrznej, na wodach międzynarodowych albo na terenie prywatnej 
posiadłości.   -   Uśmiechnął   się   przez   mgiełkę   dymu.   -   Nie   sądzi   pani,   poruczniku,   że   policja   ma 
wystarczająco dużo do roboty bez czuwania nad naszą moralnością i stylem życia?
Nie chciała się przyznać nawet przed sobą, że nikotyna pachniała kusząco.
-  Czy dlatego kolekcjonuje pan rewolwery? Czy jest to częścią pańskiego stylu życia?
-     Uważam,   że   są   fascynujące.   Nasi   dziadkowie   mieli   konstytucyjnie   zagwarantowane   prawo   do 
posiadania   broni.   Kiedy   wprowadzaliśmy   naszą   cywilizację,   manipulowaliśmy   prawami 
konstytucyjnymi.
-  Ale dzisiaj zabicie albo zranienie kogoś tego rodzaju bronią jest raczej zboczeniem niż normą.
-  Lubi pani przepisy, poruczniku?
Pytanie było zadane łagodnym tonem, ale kryła się w nim zniewaga. Wyprostowała się gwałtownie.
-  Brak przepisów grozi chaosem.
-  Z chaosu rodzi się życie. Bezsensowna filozofia, pomyślała z irytacją.
-   Czy posiada pan Smitha & Wessona, kaliber trzydzieści osiem, model dziesiątka, z roku mniej 
więcej tysiąc dziewięćset dziesiątego?
Zaciągnął się wolno dymem z papierosa, którego trzymał w długich, wypielęgnowanych palcach.
-  Chyba mam ten model. Czy z takiego rewolweru ją zabito?
-  Czy zechciałby pan mi go pokazać?
-  Oczywiście, kiedy tylko, pani zechce.
Za łatwo poszło, pomyślała. Wszystko, co przychodziło z łatwością, budziło jej podejrzenia.
-  Jadł pan kolację z denatką na dzień przed jej śmiercią. W Meksyku.
-  Zgadza się. - Roarke zgasił papierosa i usadowił się wygodnie z kieliszkiem brandy w ręku. - Mam 
małą willę na zachodnim wybrzeżu. Pomyślałem, że jej się tam spodoba. I miałem rację.
-  Czy utrzymywał pan kontakty fizyczne z Sharon DeBlass? Jego oczy rozbłysły na chwilę, ale nie 
była pewna czy z gniewu, czy z rozbawienia.
-  Rozumiem, że pani pyta, czy kochałem się z nią. Nie, pani porucznik, choć nie sądzę, żeby miało to 
jakieś znaczenie. Zjedliśmy tylko kolację.
-  Zabrał pan piękną kobietę, zawodową prostytutkę, do swojej willi w Meksyku i ograniczył się pan 
do zjedzenia z nią kolacji?
Nie spieszył się z odpowiedzią, długo wybierając zielone dojrzałe winogrona.
-  Cenię sobie piękne kobiety i lubię spędzać z nimi czas. Nie zatrudniam zawodowych prostytutek z 
dwóch względów. Po pierwsze, nie uważam, że za seks trzeba płacić. - Popijał brandy, przyglądając 
się Ewie znad kieliszka. - Po drugie, postanowiłem oddzielić pracę od przyjemności. - Zamilkł, ale 
tylko na chwilę. -A pani? Żołądek podszedł jej do gardła, lecz zignorowała to.
-  Nie rozmawiamy o mnie.

background image

-   Ja rozmawiam. Jest pani piękną kobietą i będziemy tu sami jeszcze przez co najmniej piętnaście 
minut.   A  mimo   to  wypiliśmy   tylko   razem  kawę   i   brandy.   -   Uśmiechnął   się   widząc,   że   jej   oczy 
rozbłysły gniewem. - Bohaterski wyczyn, prawda? Ciekawe, co mnie powstrzymuje.
-  Powiedziałabym, że pana związek z Sharon DeBlass miał zupełnie inny posmak.
-  Och, całkowicie się z panią zgadzam. - Wybrał jeszcze jedną kiść winogron i poczęstował ją nimi.
Objadanie się jest przejawem słabości, przypomniała sobie Ewa, biorąc winogrono i przegryzając 
cienką cierpką skórkę.
-  Widział się pan z nią po kolacji w Meksyku?
-  Nie, odwiozłem ją do domu około trzeciej nad ranem, po czym wróciłem do siebie. Sam.
-  Może mi pan powiedzieć, gdzie pan był przez następne czterdzieści osiem godzin?
-  Przez pierwszych pięć byłem w łóżku. Przy śniadaniu odbyłem konferencję telefoniczną. Zacząłem 
dzwonić około ósmej piętnaście. Może pani sprawdzić nagrania.
-  Sprawdzę.
Tym razem uśmiechnął się szeroko, z prawdziwie męskim wdziękiem, sprawiając, że serce mocniej w 
niej zabiło.
-  Nie wątpię. Fascynuje mnie pani, pani porucznik.
-  A po konferencji telefonicznej?
-   Skończyła się około dziewiątej. Pracowałem do dziesiątej, parę następnych godzin spędziłem w 
moim biurze, które znajduje się w centrum miasta, spotykając się z różnymi ludźmi. - Wyjął małą, 
cienką kartę, w której rozpoznała terminarz. - Mam ich wyliczyć?
-  Wolałabym, żeby pan kazał zrobić wydruk i dostarczyć go do mojego biura.
-  Zajmę się tym. Wróciłem do domu o siódmej. Zjadłem kolację z kilkoma przedstawicielami mojej 
japońskiej firmy produkcyjnej o ósmej, u mnie w domu. Czy mam pani przesłać menu?
-  Niech pan nie będzie złośliwy, Roarke.
-   Jestem tylko dokładny.  Kolacja wcześnie się skończyła. Od jedenastej byłem sam,  z książką i 
brandy,   do   mniej   więcej   siódmej   rano,   kiedy  wypiłem   pierwszą   filiżankę   kawy.   Ma   pani   ochotę 
jeszcze się napić?
Życie by oddała za jeszcze jedną filiżankę kawy, ale potrząsnęła przecząco głową.
-  Aha, był pan sam przez osiem godzin, Czy rozmawiał pan z kimś, widział się z kimś w tym czasie?
-   Nie. Z nikim. Następnego dnia miałem być w Paryżu, więc chciałem spędzić spokojny wieczór. 
Kiepsko wyszło. Ale z drugiej strony, gdybym zamierzał kogoś zamordować, to zapewniłbym sobie 
alibi; jego brak świadczyłby o mojej głupocie.
-  Albo o arogancji - odparła. - Pan tylko zbiera starą broń, Roarke, czy również z niej korzysta?
-  Jestem doskonałym strzelcem. - Odstawił pustą karafkę na bok. Chętnie pani zademonstruję swoje 
umiejętności, kiedy przyjdzie pani obejrzeć moją kolekcję. Czy jutrzejszy dzień pani odpowiada?
-  Całkowicie.
-  O siódmej? Przypuszczam, że zna pani adres. - Kiedy się pochylił, zesztywniała i prawie syknęła, 
gdy musnął dłonią jej ramię. Uśmiechnął się tylko, zbliżając twarz i patrząc jej prosto w oczy.
- Trzeba zapiąć pasy - powiedział cicho. - Zaraz lądujemy.
Sam zapiał jej pasy, zastanawiając się, czy zdenerwował ją jako mężczyzna, czy jako podejrzany o 
morderstwo, czy jako jeden i drugi. W tym momencie każdy wybór miał swoje zalety.
-  Ewa - mruknął. - Takie proste kobiece imię. Ciekaw jestem, czy pasuje do pani.
Nie odezwała się, dopóki steward, który wszedł do kabiny, nie zabrał naczyń.
-  Był pan kiedyś w mieszkaniu Sharon DeBlass? - zapytała. Twarda sztuka, pomyślał, ale był pewien, 
że pod tą skorupą niewrażliwości kryje się łagodna, namiętna kobieta. Był ciekaw, kiedy będzie miał 
okazję przekonać się o tym.
-  Nie wtedy, kiedy tam mieszkała - odparł Roarke, siadając prosto. - W ogóle sobie nie przypominam, 
żebym tam był, choć istnieje duże prawdopodobieństwo, że tak było. - Znowu się uśmiechnął i zapiął 
pasy. - Jestem właścicielem Gorham Complex, o czym pani już na pewno wie.
Popatrzył leniwie przez okno, obserwując, jak ziemia mknie w ich kierunku.
-  Zostawiła pani samochód na lotnisku, czy podrzucić panią do domu?

background image

4

K

iedy Ewa skończyła raport dla Whitneya i wróciła do domu, była zupełnie wykończona. I wściekła. 

Chciała   zaatakować   Roarke'a,   wykorzystując   zdobytą   wcześniej   informację   o   tym,   że   jest   on 
właścicielem   kompleksu   Gorham.   To,   że   sam   jej   o   tym   powiedział,   i   to   równie   obojętnym   i 
uprzejmym   tonem,   z   jakim   proponował   jej   kawę,   zakończyło   ich   pierwszą   rozmowę   jego 
jednopunktową przewagą.
Nie podobał jej się ten wynik.
Pora   go   wyrównać.   Była   sama   w   salonie   i   nie   miała   pojęcia,   która   jest   godzina;   zasiadła   przed 
komputerem.
-  Włącza się Dallas, Kod Piąty. NI 53478Q. Proszę otworzyć plik DeBlass.
Głos i NI rozpoznane, Dallas. Dalsze dyspozycje.
-    
Proszę   otworzyć   podplik   Roarke.   Podejrzany   Roarke   -   znajomy   ofiary.   Według   Źródła   C, 
Sebastiana, ofiara pożądała podejrzanego. Podejrzany odpowiadał wymaganiom, jakie stawiała swoim 
partnerom   seksualnym.   Duże   prawdopodobieństwo   zaangażowania   emocjonalnego.   Okazja   do 
popełnienia morderstwa. Podejrzany jest właścicielem budynku, w którym mieszkała ofiara; łatwy 
dostęp i prawdopodobnie dobra znajomość systemu zabezpieczającego. Podejrzany nie ma alibi na 
noc   morderstwa,   włącznie   z   trzema   godzinami,   które   zostały   wymazane   z   dyskietek   ochrony. 
Podejrzany posiada dużą kolekcję starej broni, w tym model, z którego zastrzelono ofiarę. Podejrzany 
przyznaje, że jest świetnym strzelcem. Cechy osobowości podejrzanego. Powściągliwy, pewny siebie, 
chętnie   folgujący   swym   zachciankom,   wyjątkowo   inteligentny.   Ciekawa   równowaga   między 
agresywnością a urokiem osobistym. Motyw...
Z tym  miała  kłopot. Myśląc  intensywnie,  wstała z krzesła i przeszła się po pokoju, podczas gdy 
komputer   czekał   na   dalsze   informacje.   Dlaczego   człowiek   taki   jak   Roarke   miałby   zabić?   Dla 
pieniędzy,   w pasji?  Nie  wierzyła   w to.  Majątek  i status  społeczny  może  zdobyć   w inny  sposób. 
Kobiety - kochanki i nie tylko - na pewno może mieć bez żadnego wysiłku. Podejrzewała, że jest 
zdolny posunąć się do przemocy, i że użyłby jej z zimną krwią.
Uznano,   że   Sharon   DeBlass   została   zamordowana   na   tle   seksualnym.   Zabójstwo   popełniono   z 
wyjątkową bezwzględnością. Ewa nie mogła pogodzić się z myślą, że piła kawę w towarzystwie tego 
eleganckiego mężczyzny.
Może właśnie o to chodziło.
-   Podejrzany  uważa   moralność   za   sprawę   osobistą,   która   nie   powinna   być   regulowana   normami 
prawnymi   -   kontynuowała,   wciąż   chodząc   po   pokoju.   -   Seks,   ograniczenie   posiadania   broni, 
narkotyków,  papierosów, alkoholu oraz morderstwa wiążą się z tymi  obszarami  moralności, które 
zostały   wyjęte   spod   prawa   albo   uregulowane   przez   prawo.   Zabójstwo   z   nielegalnej   broni 
licencjonowanej   prostytutki,   jedynej   córki   przyjaciół   podejrzanego,   jedynej   wnuczki   jednego   z 
najbardziej wygadanych i konserwatywnych prawodawców w kraju... Czy była to ilustracja wad, które 
według   podejrzanego   tkwią   w   systemie   prawnym?   Motyw   -   podsumowała   siadając   znowu.   - 
Pobłażanie sobie. - Odetchnęła z zadowoleniem. - Oblicz prawdopodobieństwo.
Komputer zajęczał, przypominając jej, że jeszcze jedną część maszyny trzeba wymienić, po czym 
zaczął cicho szumieć.
Prawdopodobieństwo   Roarke   sprawcą   morderstwa,   biorąc   pod   uwagę   aktualne   dane   i 
przypuszczenia, osiemdziesiąt dwa przecinek sześć procenta.
Och, to możliwe, pomyślała Ewa, odchylając głowę do tyłu. Był czas w przeszłości, i to wcale nie 
takiej dalekiej, kiedy dziecko potrafiło zastrzelić kolegę, by zabrać mu buty.
Co to było, jeśli nie ohydne pobłażanie sobie?
Miał okazję. Miał możliwości. I gdyby uwzględnić jego pewność siebie, miał motyw.
Więc dlaczego, pomyślała Ewa, patrząc na swoje własne słowa migoczące na ekranie, zastanawiając 
się   nad   bezosobową   analizą   dokonaną   przez   komputer,   dlaczego   nie   mogła   ułożyć   sobie   tego 
wszystkiego w głowie?
Po prostu tego nie widziała. Po prostu nie mogła sobie wyobrazić, że Roarke stoi za kamerą, celuje z 
rewolweru   do   bezbronnej,   nagiej,   uśmiechniętej   kobiety   i   faszeruje   ją   ołowiem   prawdopodobnie 
chwilę potem, jak nafaszerował ją własnym nasieniem.

background image

Mimo   to   nie   można   pomijać   faktów.   Gdyby   zebrała   ich   dostatecznie   dużo,   mogłaby   nakazać 
przeprowadzenie badania psychiatrycznego.
Czyż to nie byłoby interesujące? - pomyślała z półuśmiechem. Podróż do umysłu Roarke'a byłaby 
fascynująca.
Następny krok zrobi jutro o siódmej wieczorem.
Gdy zabrzęczał dzwonek u drzwi, z irytacją zmarszczyła czoło.
-  Zachowaj i zabezpiecz, Dallas. Kod Piąty. Połączenie zakończone.
Monitor wyłączył  się, gdy wstała, by zobaczyć, kto zakłóca jej spokój. Spojrzawszy na videofon, 
rozchmurzyła się.
-  Cześć, Mavis.
-   Zapomniałaś, prawda? - Mavis Freestone weszła szybko do środka, pobrzękując bransoletkami, 
roztaczając wokół siebie zapach perfum. Dzisiejszego wieczoru jej włosy miały siwy odcień, który 
zmieni się wraz z następną zmianą nastroju Mavis. Odrzuciła je do tyłu, gdzie srebrzyły się niczym 
gwiazdy, okrywając jej plecy i sięgając do nieprawdopodobnie wąskiej talii.
-  Nie, nie zapomniałam. - Ewa zamknęła drzwi na klucz. - A o czym?
-  O kolacji, tańcach, hulance. - Z ciężkim westchnieniem Mavis rzuciła swe dyskretnie przystrojone 
dziewięćdziesiąt osiem funtów na sofę i popatrzyła z pogardą na prosty szary kostium Ewy. - W tym 
nie możesz wyjść.
Czując, że wygląda nijako, jak to często o sobie myślała, kiedy znalazła się w odległości dwudziestu 
stóp od bezwstydnie kolorowej Mavis, Ewa spojrzała na swój kostium.
-  Chyba nie.
-  Więc... - Mavis pokiwała palcem, na którego czubku znajdował się szmaragd. - Zapomniałaś.
To prawda, ale już sobie przypomniała. Zamierzały sprawdzić nowy klub, który Mavis odkryła w 
kosmicznych   dokach   w   Jersey.   Według   Mavis   kosmiczni   dżokeje   są   zawsze   jurni.   To   ma   coś 
wspólnego ze zwiększoną grawitacją.
-  Przepraszam. Wyglądasz wspaniale.
Jak   zawsze.   Nawet   kiedy   osiem   lat   temu   Ewa   aresztowała   ją   za   drobną   kradzież,   dziewczyna 
wyglądała wspaniale. Czarny łobuziak o zręcznych palcach i zniewalającym uśmiechu, kręcący się po 
ulicach.
Później jakoś tak się stało, że zaprzyjaźniły się ze sobą. Dla Ewy, która na palcach jednej ręki mogła 
policzyć swoich przyjaciół nie-policjantów, ten związek był bardzo cenny.
-  Wyglądasz na zmęczoną - powiedziała Mavis, raczej z wyrzutem niż ze współczuciem. - I odpadł ci 
guzik.
Palce Ewy automatycznie powędrowały do żakietu i wyczuły zwisające nitki. - Cholera. Wiedziałam. - 
Ze wstrętem zrzuciła żakiet z ramion i cisnęła go na fotel. - Słuchaj, przepraszam.  Rzeczywiście 
zapomniałam. Miałam dzisiaj mnóstwo spraw na głowie.
-  Do załatwienia jednej z nich potrzebowałaś mojego czarnego płaszcza?
-  Tak, dzięki. Bardzo mi się przydał.
Przez chwilę Mavis siedziała w milczeniu, stukając ozdobionymi szmaragdami paznokciami w oparcie 
fotela. - Sprawy służbowe. A ja miałam nadzieję, że umówiłaś się na randkę. Naprawdę powinnaś 
zacząć spotykać się z facetami, którzy nie są kryminalistami.
-  Spotkałam się z tym wizażystą, którego mi naraiłaś. Nie był kryminalistą. Był po prostu idiotą.
-  Jesteś zbyt wybredna; poza tym to było sześć miesięcy temu.
Skoro  usiłował  zaciągnąć  ją do łóżka,  proponując,  że  zrobi  jej  za  darmo  tatuaż  na  wardze,  Ewa 
pomyślała, że jeszcze nie jest gotowa na następne spotkanie, ale zachowała tę opinię dla siebie.
-  Pójdę się przebrać.
-   Wcale nie chcesz wyjść z domu, żeby się zabawić. - Mavis zerwała się z miejsca, pobłyskując 
zwisającymi do ramion kryształowymi kolczykami. - Ale idź i zdejmij tę okropną spódnicę. Zamówię 
chińszczyznę.
Ewa odetchnęła z ulgą. Dla Mavis zniosłaby wieczór w głośnym,  zatłoczonym,  wstrętnym klubie, 
oganiając się od krzykliwych pilotów i spragnionych seksu techników, którzy pracują w podniebnych 
stacjach.   Perspektywa   zjedzenia   chińskiej   potrawy   w   ciszy   i   spokoju   wydała   jej   się   niezwykle 
kusząca.
-  Nie masz nic przeciwko temu?
Mavis machnęła tylko ręką, łącząc się przez komputer z restauracją.

background image

-  Każdą noc spędzam w klubie.
-  Taka praca - krzyknęła Ewa, wchodząc do sypialni.
-  Mnie to mówisz. - Przygryzając język, Mavis studiowała menu wyświetlone na ekranie. - Jeszcze 
parę lat temu powiedziałabym, że zarabianie na życie jest kretynizmem i stratą czasu. Lepiej wyłudzać 
pieniądze. Okazało się, że teraz pracuję ciężej niż wtedy, gdy oszukiwałam turystów. Chcesz rolki z 
jajek?
-  Jasne. Chyba nie zamierzasz rzucić pracy?
Mavis milczała przez chwilę, wybierając dla siebie potrawę.
-  Nie. Potrzebne mi uznanie. - Chcąc być wspaniałomyślna, obciążyła kosztami kolacji swoją World 
Card. - A ponieważ renegocjowaliśmy mój kontrakt, więc dostanę dziesięć procent od dochodu z 
biletów wstępu; jestem typową kobietą interesu.
-   Nie ma w tobie nic typowego - zaprzeczyła Ewa. Wróciła do salonu w wygodnych  dżinsach i 
podkoszulku.
-  To prawda. Zostało jeszcze trochę tego wina, które przyniosłam ostatnim razem?
-  Prawie cała druga butelka. - Pomyślała, że to najlepsza propozycja, jaką usłyszała w ciągu całego 
dnia, wiec skręciła do kuchni, by napełnić kieliszki.
-  Nadal spotykasz się z tym dentystą?
-  Nie. - Mavis otworzyła plik rozrywki i zaprogramowała muzykę.
- To stawało się zbyt intensywne. Nie miałam nic przeciwko temu, że zakochał się w moich zębach, 
ale on postanowił dostać wszystko. Chciał się ze mną ożenić.
-  Skurwiel.
-  Nikomu nie można ufać - zgodziła się Mavis. - Jak twoja praca?
-   Teraz mam prawdziwe urwanie głowy. - Podniosła wzrok znad butelki, z której nalewała wino, 
kiedy zabrzęczał dzwonek u drzwi.
-  Niemożliwe, żeby już przywieźli kolację. - W chwili, gdy to powiedziała, usłyszała, jak Mavis stuka 
wesoło pięciocalowymi obcasami, idąc w stronę drzwi. - Sprawdź na videofonie, kto to jest
-  powiedziała szybko i była już w połowie drogi do drzwi, kiedy Mavis je otworzyła.
W pierwszej chwili zaklęła, w następnej chwyciła za broń, którą nosiła przy sobie. Dopiero zalotny 
śmiech Mavis uspokoił jej nerwy.
Ewa   rozpoznała   uniform   spółki   zajmującej   się   dostarczaniem   przesyłek,   zobaczyła   przyjemnie 
zakłopotaną twarz niedoświadczonego chłopca, który wręczył Mavis paczkę.
-  Po prostu uwielbiam prezenty - powiedziała Mavis, trzepocząc srebrzystymi rzęsami, gdy chłopiec 
cofnął się i spiekł raka. - Nie wejdziesz?
-  Zostaw dzieciaka w spokoju. - Ewa wzięła paczkę od Mavis i zamknęła drzwi.
-  Są tacy słodcy w tym wieku. - Posłała pocałunek w stronę kamery, zanim odwróciła się do Ewy. - 
Czym się tak denerwujesz, Dallas?
-   Chyba sprawa, nad którą pracuję, wyprowadza mnie z równowagi. - Popatrzyła na złotą folię i 
wymyślnie zawiązaną kokardę na przesyłce, która budziła raczej jej nieufność niż radość. - Nie wiem, 
kto mógłby mi cokolwiek przysłać.
-  Jest wizytówka - oschłym tonem zauważyła Mavis. - Spróbuj ją przeczytać. Może naprowadzi cię na 
jakiś ślad.
-  Teraz patrz, kto jest słodki. - Ewa wyciągnęła kartę wizytową ze złotej koperty.

Roarke

Mavis przeczytała nazwisko zaglądając Ewie przez ramię i gwizdnęła cicho.
-  Chyba nie ten Roarke?! Niesamowicie bogaty, bajecznie przystojny, seksownie tajemniczy Roarke, 
który posiada dokładnie dwadzieścia osiem procent ziemi i jej satelitów?
Ewa odczuwała wyłącznie irytację.
-  Tylko tego znam.
-  Znasz go! - Mavis przewróciła swymi zielonymi zamglonymi oczami. - To niewybaczalne, że tak 
cię nie doceniałam, Dallas. Opowiedz mi wszystko. Jak, kiedy, dlaczego? Spałaś z nim? Przyznaj się, 
że z nim spałaś, a potem wtajemnicz mnie w najdrobniejsze szczegóły.
-   Przez ostatnie trzy lata łączyła nas namiętna miłość, z którą kryliśmy się przed światem; w tym 
czasie urodziłam mu syna, którego wychowują mnisi buddyjscy na krańcu księżyca. - Marszcząc brwi, 

background image

potrząsnęła pudełkiem. - Opanuj się, Mavis, to musi mieć jakiś związek ze sprawą i - dodała, zanim 
Mavis zdążyła otworzyć usta -jest ściśle tajne.
Mavis nie zawracała już sobie głowy przewracaniem oczami. Kiedy Ewa powiedziała “ściśle tajne", 
żadne pochlebstwa, błagania ani płacze nie zmusiłyby jej do zmiany zdania.
-  Okay, ale powiedz mi, czy w rzeczywistości wygląda tak dobrze jak na zdjęciach?
-  Lepiej - mruknęła Ewa.
-  Chryste, naprawdę? - jęknęła Mavis i opadła na sofę. - Chyba właśnie miałam orgazm.
-   Powinnaś to wiedzieć. - Ewa położyła  paczkę i popatrzyła  na nią groźnym  wzrokiem.  - Skąd 
wiedział,   gdzie   mieszkam?   Nie   można   wyciągnąć   z   katalogu  adresu   gliny.   Skąd   wiedział?   -   po-
wtórzyła szybko. -I o co mu chodzi?
-  Na miłość boską, Dallas, otwórz to. Pewnie zakochał się w tobie. Niektórym facetom podobają się 
oziębłe, bezinteresowne i skromne kobiety. Uważają je za tajemnicze. Założę się, że to diamenty - 
rzekła Mavis, rzucając się na paczkę, gdy jej cierpliwość się wyczerpała. - Naszyjnik. Diamentowy 
naszyjnik. Może rubinowy. Wyglądałabyś oszałamiająco w rubinach.
Rozerwała   gwałtownie   kosztowny  papier,   odrzuciła   na   bok   pokrywkę   pudełka   i   wsunęła   rękę   w 
miękką bibułkę o pozłacanych brzegach. - Cóż to jest, u diabła?
Ale Ewa już poczuła, już - wbrew sobie - zaczęła się uśmiechać.
-  Kawa - mruknęła, nie zdając sobie sprawy, że jej głos złagodniał, gdy sięgnęła po zwykłą brązową 
paczkę, którą trzymała Mavis.
-   Kawa. - Złudzenia prysły.  Mavis patrzyła na nią szeroko otwartymi  oczami. - Facet ma więcej 
pieniędzy niż sam Pan Bóg i przysyła ci paczkę kawy?
-  Prawdziwej kawy.
-  Dobra, dobra. - Mavis machnęła z pogardą ręką. - Nie obchodzi mnie, ile kosztuje ta cholerna kawa. 
Kobieta chce błyszczeć.
Ewa zbliżyła paczkę do twarzy i wciągnęła w płuca jej zapach.
-  Nie ja. Ten skurwiel po prostu znalazł na mnie sposób. - Westchnęła. - I to nie jeden.

N

astępnego ranka Ewa uraczyła się filiżanką drogocennego płynu. Nawet jej kapryśny automatyczny 

kuchmistrz nie był w stanie zepsuć wyśmienitego smaku czarnej kawy. Choć na dworze panował ziąb
- temperatura spadła poniżej pięciu stopni i padał deszcz ze śniegiem
-  a w samochodzie nadal nie działało ogrzewanie, przyjechała do pracy z uśmiechem na ustach.
Wciąż się uśmiechając, weszła do swojego biura, gdzie zastała czekającego na nią Feeneya.
-  No, no. - Przyjrzał się jej uważnie. - Co było na śniadanie? Marihuana?
-  Tylko kawa. Po prostu kawa. Masz coś do mnie?
-  Zebrałem informacje o Richardzie DeBlass, Elizabeth Barrister i reszcie klanu. - Podał jej dyskietkę, 
opatrzoną jaskrawoczerwonym napisem: “Kod Piąty".  - Żadnych szczególnych niespodzianek. Nie 
znalazłem   też   nic   ciekawego   na   temat   Rockmana.   Jako   dwudziestolatek   należał   do   grupy 
paramilitarnej znanej pod nazwą Sieć Bezpieczeństwa.
-  Sieć Bezpieczeństwa - powtórzyła Ewa, marszcząc brwi.
-     Dzieciaku,   miałaś   jakieś   dziesięć   lat,   kiedy   ją   rozwiązano   -   powiedział   Feeney   z   drwącym 
uśmieszkiem. - Pewnie o niej słyszałaś na lekcjach historii.
-  Coś mi się kojarzy. Czy to była jedna z tych grup, które stoczyły potyczkę z Chinami?
-     Tak,   i   gdyby   przeprowadzili   swój   plan,   doszłoby   nie   tylko   do   utarczki.   Spór   o   przestrzeń 
międzynarodową  mógłby źle się zakończyć.  Na szczęście dyplomaci  zdołali zapobiec wybuchowi 
wojny.   Parę   lat   później   oddział   rozwiązano,   choć   co  jakiś   czas   dochodzą   do  nas   plotki,   że   Sieć 
Bezpieczeństwa nadal działa w konspiracji.
-     Słyszałam   o  nich.   Wciąż   się   o  nich   słyszy.   Myślisz,   że   Rockman   związał   się   z   grupą   takich 
fanatyków?
Feeney bez wahania potrząsnął przecząco głową.
-  Sądzę, że jest bardzo ostrożny. Władza zobowiązuje, a DeBlass ma jej mnóstwo. Jeśli dostanie się 
do Białego Domu, Rockman stanie u jego boku.
-  Proszę cię. - Ewa przycisnęła rękę do brzucha. - Będą mi się śniły koszmary.
-  Czeka go jeszcze długa droga, ale może liczyć na pewne poparcie w następnych wyborach. - Feeney 
wzruszył ramionami.

background image

-  Rockman i tak ma alibi. Dzięki DeBlassowi. Byli we wschodnim Waszyngtonie. - Usiadła. - Coś 
jeszcze?
-  Charles Monroe. Ma ciekawe życie, ale nie robi nic podejrzanego. Badam dzienniki ofiary. Wiesz, 
czasami, jeśli człowiek nieostrożnie zmienia pliki, zostawia ruchome cienie. Wydaje mi się, że ktoś, 
kto dopiero co zabił kobietę, mógł popełnić nieostrożność.
-  Znajdź cień, Feeney, usuń szarość, to kupię ci skrzynkę tej ohydnej whiskey, którą lubisz.
-   Umowa stoi. Wciąż pracuję nad Roarke'em - dodał. - Ten facet jest bardzo ostrożny. Za każdym 
razem, kiedy wydaje mi się, że przeszedłem przez dobrze strzeżony mur, trafiam na następny. Bez 
względu na to, o jakie dane chodzi, są dobrze zabezpieczone.
-  Wdzieraj się dalej na te mury. Ja spróbuję przekopać się pod nimi.
Kiedy Feeney wyszedł, Ewa podłączyła  się do swojego terminalu. Nie chciała tego sprawdzać w 
obecności Mavis; w ogóle w tym przypadku wolała skorzystać z biurowego urządzenia. Pytanie było 
proste.
Wprowadziła nazwę i adres budynku, w którym mieszkała. Spytała: Właściciel?
I odpowiedź też była prosta: Roarke.

L

ola Starr otrzymała zezwolenie na uprawianie seksu zaledwie trzy miesiące temu. Postarała się o 

licencję najwcześniej jak mogła, w dniu swoich osiemnastych urodzin. Lubiła mówić swoim przyja-
ciołom, że do tego czasu była amatorką.
W tym dniu opuściła dom rodzinny w Toledo, w tym samym dniu zmieniła personalia i przestała się 
nazywać Alice Williams. Zarówno dom, jak i nazwisko były o wiele za nudne dla Loli.
Miała śliczną twarz małej figlarki. Jęczała, błagała i płakała, dopóki rodzice nie zgodzili się kupić jej 
na szesnaste urodziny bardziej wyrazistego podbródka i zadartego noska.
Lola chciała wyglądać jak seksowna psotnica i uznała, że jej się to udało. Jej czarne jak węgiel włosy 
były krótko obcięte i ułożone w artystyczne szpice. Jej skóra była biała jak mleko i jędrna. Zarabiała 
wystarczająco dużo, by zmienić kolor swoich oczu z brązowego na szmaragdowozielony, bo sądziła, 
że lepiej pasuje do jej  wizerunku. Na szczęście miała kształtne ciało, które nie wymagało niczego 
więcej poza troskliwą pielęgnacją.
Przez   całe   życie   pragnęła   zostać   licencjonowaną   damą   do   towarzystwa.   Może   inne   dziewczyny 
marzyły o karierze prawniczej albo finansowej, przygotowywały się do pracy w przemyśle czy też 
służbie zdrowia. Lecz Lola zawsze wiedziała, że jest stworzona do seksu.
A dlaczego nie miała zarabiać na życie robiąc to, co jej najlepiej wychodziło?
Pragnęła   być   bogata,   pożądana   i   rozpieszczana.   Sen   o   pożądaniu   łatwo   się   spełnił.   Mężczyźni, 
szczególnie  starsi,  chętnie  płacili  duże  pieniądze  za  kogoś,  kto miał   takie  atrybuty jak  Lola.  Ale 
wydatki związane z jej zawodem były większe niż przewidywała, kiedy oddawała się marzeniom w 
swoim ślicznym pokoju w Toledo.
Opłaty   za   licencję,   obowiązkowe   badania   lekarskie,   czynsz,   podatek   od   uprawiania   grzesznej 
działalności zżerały wszystkie jej dochody. Gdy przestała w końcu płacić za szkolenie, miała już tak 
mało pieniędzy, że mogła sobie pozwolić tylko na małe jednopokojowe mieszkanie na obskurnym 
krańcu Alei Prostytutek.
Jednak było to o wiele lepsze od pracy na ulicy, do jakiej wiele dziewcząt było nadal zmuszonych. A 
Lola miała wielkie plany.
Pewnego dnia zamieszka w apartamencie i będzie przyjmowała tylko najlepszych klientów. Będzie 
jadała   w  najlepszych   restauracjach,   które  zostały  urządzone  w  egzotycznych  miejscach  po to,   by 
podejmować bogatych i wysoko urodzonych.
Była wystarczająco dobra i nie zamierzała tkwić długo na najniższych szczeblach drabiny społecznej.
Napiwki   pomagały.   Zawodowa   prostytutka   nie   powinna   przyjmować   gotówki   ani   prezentów. 
Teoretycznie   nie.  Ale  wszystkie   przyjmowały.   Wciąż  wolała  dostawać  te  śliczne  drobiazgi,  które 
proponowali jej niektórzy klienci. Ale z nabożeństwem odkładała pieniądze do banku i marzyła  o 
własnym apartamencie.
Dzisiaj miała przyjąć nowego klienta, który prosił, by nazywać go Tatusiem. Zgodziła się i dopiero, 
gdy wszystko zostało uzgodnione, pozwoliła sobie na drwiący uśmiech. Ten facet pewnie myślał, że 
jest pierwszym, który chce, by została jego małą dziewczynką. W rzeczywistości, po zaledwie paru 
miesiącach pracy, pedofilia szybko stawała się jej specjalnością.

background image

Więc usiądzie mu na kolanach, pozwoli, by dał jej klapsa, i cały czas będzie mu mówiła poważnym 
tonem, że nie musi jej karać. Naprawdę, to przypominało zabawę w jakąś grę i mężczyźni byli na ogół 
bardzo mili.
Mając to na uwadze, wybrała kokieteryjną sukienkę z plisowaną spódniczką i białym kołnierzykiem w 
ząbki.   Pod   spodem   miała   tylko   białe   pończochy.   Usunęła   włosy   łonowe   i   była   tak   gładka   jak 
dziesięcioletnia dziewczynka.
Przyjrzawszy się w lustrze swemu odbiciu, położyła trochę więcej różu na policzkach i nadała połysk 
swym odętym wargom.
Słysząc   pukanie   do   drzwi,   wyszczerzyła   zęby   w   uśmiechu,   a   jej   młoda   i   wciąż   szczera   twarz 
odpowiedziała w lustrze takim samym uśmiechem.
Nie mogła sobie jeszcze pozwolić na videofon, więc spojrzała przez wizjer na swego gościa.
Był przystojny, co ją ucieszyło. I, jak oceniła, wystarczająco stary, by mógł być jej ojcem, co ucieszy 
jego.
Otworzyła drzwi, przywołując na usta skromny, nieśmiały uśmiech.
-  Cześć, tatusiu.
Nie chciał tracić czasu. Tego jednego miał mało. Uśmiechnął się do niej. Jak na dziwkę była pięknym 
stworzeniem. Kiedy drzwi zamknęły się za jego plecami, wsunął jej rękę pod sukienkę i z zado-
woleniem stwierdził, że jest naga. Sprawy potoczyłyby się dużo szybciej, gdyby mógł od razu się 
podniecić.
-  Tatusiu! - Odgrywając swoją rolę, Lola zachichotała wrzaskliwie. - Nieładnie tak robić.
-     Słyszałem,   że   jesteś   niegrzeczna.   -   Zdjął   płaszcz   i   odłożył   go   starannie   na   bok,   podczas   gdy 
dziewczyna dąsała się na niego. Chociaż zabezpieczył ręce specjalnym uszczelniaczem, starał się nie 
dotykać niczego oprócz jej ciała.
-  Byłam grzeczna, tatusiu. Bardzo grzeczna.
-  Jesteś nieznośną małą dziewczynką. - Wyciągnął z kieszeni małą kamerę video i ustawił ją tak, by 
jej oko było skierowane na wąskie łóżko, na którym ułożyła poduszki i wypchane zwierzęta.
-  Masz zamiar to filmować?
-  Zgadza się.
Musi   mu   powiedzieć,   że   będzie   go   to   kosztowało   dodatkowe   pieniądze,   ale   postanowiła   z   tym 
poczekać   do   końca   spotkania.   Klienci   nie   lubią,   by   rzeczywistość   wdzierała   się   w   ich   fantazje 
erotyczne. Dowiedziała się tego na kursie.
-  Połóż się na łóżku.
-  Tak, tatusiu. - Położyła się wśród poduszek i szczerzących zęby zwierząt.
-  Słyszałem, że lubisz się dotykać.
-  Nie, tatusiu.
-  Nieładnie jest kłamać tatusiowi. Muszę cię ukarać, ale potem cię pocałuję i nic nie będzie bolało. - 
Kiedy się uśmiechnęła, podszedł do łóżka. - Podciągnij spódniczkę, dziecino, i pokaż mi, jak się 
dotykasz.
Lola nie lubiła tej części swojej roli. Uwielbiała, jak ją pieszczono, ale dotyk własnych rąk nie bardzo 
ją podniecał. Mimo to podciągnęła spódniczkę i zaczęła się głaskać, nieśmiało i z wahaniem, jak tego 
chciał, jej zdaniem.
Posuwiste ruchy jej małych palców podnieciły go. W końcu kobieta do tego została stworzona, żeby 
wykorzystywać siebie, wykorzystywać mężczyzn, którzy ją chcą.
-  I jak tam jest?
-  Miękko - mruknęła. - Sam dotknij, tatusiu. Zobacz, jakie to miękkie.
Położył rękę na jej dłoniach i gdy wsunął palec w jej delikatne ciało, poczuł z zadowoleniem, że sam 
twardnieje. To będzie szybkie, dla obojga z nich.
-  Rozepnij kieckę - rozkazał. Gdy odpięła wszystkie guziki i rozchyliła poły swej skromnej sukienki, 
wydał następne polecenie. -Odwróć się.
Kiedy przewróciła się na brzuch, dał jej w sterczące zuchwale pośladki parę mocnych klapsów, od 
których poczerwieniała mleczna skóra; zgodnie z regułami gry Lola prosiła go płaczliwie, by przestał.
Nieważne, czy ją to bolało, czy nie. Sprzedała mu się.
-   Dobra  dziewczynka.  - Teraz miał  już pełną  erekcję, zaczynał  pulsować. Mimo  to rozebrał  się 
ostrożnie i dokładnie. Nagi usiadł na niej okrakiem, wsunął pod nią ręce, by mógł ściskać jej piersi. 

background image

Taka młoda, pomyślał, i zadrżał z rozkoszy, jaką sprawiał mu dotyk ciała, któremu brakowało jeszcze 
wyrafinowania.
-  Teraz tatuś pokaże, jak nagradza grzeczne dziewczynki. Chciał, by go wzięła do ust, ale nie mógł 
ryzykować. Używane
przez nią środki antykoncepcyjne, jakie były wpisane w jej karcie, zlikwidują całkowicie jego spermę 
w pochwie, ale nie w ustach.
Więc zeskoczył z niej i uniósł jej biodra, głaszcząc wolno to jędrne młode ciało, gdy się w nie wbijał.
Był   brutalniejszy   niż   którekolwiek   z   nich   oczekiwało.   Po   pierwszym   gwałtownym   pchnięciu 
zatrzymał się. Nie chciał jej sprawić aż takiego bólu, by zaczęła krzyczeć. Chociaż wątpił, żeby w 
takim miejscu ktoś zwrócił na to uwagę albo się tym przejął.
Mimo   profesji,   jaką   uprawiała,   była   raczej   niedoświadczona   i   naiwna.   Zaczął   się   poruszać   w 
powolniejszym rytmie, co, jak zauważył, dostarczało mu jeszcze większej rozkoszy.
Dostroiła się do jego ruchów, zharmonizowała się z nim, wychodziła mu  naprzeciw. Jeśli się nie 
mylił, nie wszystkie jej krzyki i jęki były udawane. Poczuł jej drżące, naprężone ciało i uśmiechnął 
się, zadowolony, że udało mu się doprowadzić dziwkę do prawdziwego orgazmu.
Zamknął oczy i sam doszedł.
Westchnęła i wtuliła się w poduszkę. To było dobre, o wiele, wiele lepsze, niż oczekiwała. I miała 
nadzieję, że znalazła kolejnego stałego klienta.
-  Byłam grzeczną dziewczynką, tatusiu?
-  Bardzo, bardzo grzeczną dziewczynką. Ale jeszcze nie skończyliśmy. Przekręć się na plecy.
Gdy się odwróciła, wstał i wyszedł poza pole widzenia kamery.
-  Będziemy oglądali video, tatusiu? Potrząsnął tylko głową. Pamiętając o swojej roli, nadąsała się.
-     Lubię   video.   Możemy   obejrzeć,   a   potem   znowu   mi   pokażesz,   jak   się   zachowuje   grzeczna 
dziewczynka. - Uśmiechnęła się do niego, licząc na nagrodę. - Tym razem mogłabym cię dotykać. 
Chciałabym cię dotykać.
Uśmiechnął się i wyjął z kieszeni płaszcza rewolwer SIG 210 z tłumikiem. Kiedy wymierzył do niej, 
zmrużyła oczy, przyglądając mu się z zaciekawieniem.
-  Co to? Zabawka? Mam się tym pobawić?
Najpierw   strzelił   jej   w   głowę;   rozległ   się   tyko   stłumiony   trzask   i   dziewczynę   odrzuciło  do   tyłu. 
Spokojnie strzelił drugi raz, między te młode jędrne piersi, i ostatni - w jej wygolone nagie łono.
Wyłączywszy   kamerę,   ułożył   starannie   jej   ciało   wśród   przesiąkniętych   krwią   prześcieradeł   i 
uśmiechniętych   zwierzaków,   podczas   gdy   ona   patrzyła   na   niego   martwymi,   rozszerzonymi   ze 
zdziwienia oczami.
-  To nie było życie dla młodej dziewczyny - powiedział cicho, po czym wrócił do kamery, by nagrać 
ostatnią scenę.

5

J

edynym marzeniem Ewy był słodki baton. Prawie przez cały dzień zeznawała w sądzie, a przerwę na 

lunch straciła na spotkanie ze swoim informatorem. Rozmowa kosztowała ją pięćdziesiąt dolarów i 
dostarczyła niejasnej wskazówki w sprawie o przemyt, która zakończyła się dwoma zabójstwami i nad 
którą łamała sobie głowę już od dwóch miesięcy.
Chciała tylko szybko kupić namiastkę cukierka, zanim pojedzie do domu,  by przygotować  się na 
spotkanie z Roarke'em.
Mogła wstąpić do jednego z wielu supermarketów sieci Insta, ale wolała mały sklepik ze słodyczami 
na rogu Siedemdziesiątej Ósmej Zachodniej - pomimo tego, a może właśnie dlatego, że prowadził go 
Fransois, nieuprzejmy uchodźca o jadowitym spojrzeniu, który uciekł do Ameryki jakieś czterdzieści 
lat   temu,   kiedy   to   Armia   Reform   Społecznych   obaliła   francuski   rząd.   Nienawidził   Ameryki   i 
Amerykanów, lecz choć w sześć miesięcy od zamachu stanu ARF została rozbita, Fransois pozostał w 
Stanach,   klnąc,   narzekając,   miotając   obelgi   i   plotąc   polityczne   bzdury  za   ladą   małego   sklepu   ze 
słodyczami przy Siedemdziesiątej Ósmej ulicy.
Ewa mówiła na niego Frank, by go rozzłościć, i wpadała do sklepu przynajmniej raz w tygodniu, by 
zobaczyć, na jaki pomysł wpadł, aby ograniczyć jej kredyt.
Pochłonięta myślą o słodkim batonie, przeszła przez otwierane automatycznie drzwi. Dopiero kiedy 
zaczęły się cicho za nią zamykać, instynkt ostrzegł ją, że coś jest nie w porządku.

background image

Mężczyzna  stojący przy kontuarze był  odwrócony do niej plecami, jego gruba kurtka z kapturem 
maskowała wszystko z wyjątkiem wzrostu, a ten był imponujący.
Sześć stóp pięć cali wzrostu, oceniła, co najmniej dwieście pięćdziesiąt funtów wagi. Nie musiała 
patrzeć   na   szczupłą,   przerażoną   twarz   Fransois,   by  wiedzieć,   że   ma   kłopoty.   Czuła   to   tak   samo 
wyraźnie jak ostry i cierpki zapach gulaszu warzywnego, sprzedawanego dzisiaj w ofercie specjalnej.
W ciągu paru sekund, jakie potrzebne były na zamknięcie się drzwi, rozważyła i odrzuciła możliwość 
wyciągnięcia broni.
-  Chodź tu, dziwko. Szybko.
Mężczyzna   odwrócił   się.   Ewa   zobaczyła,   że   ma   jasnozłotą   karnację   potomka   wielu   ras   i   oczy 
straszliwego desperata. W momencie, gdy zakończyła w myśli jego opis, spojrzała na mały okrągły 
przedmiot, który trzymał w ręce.
Bomba domowej roboty była wystarczającym powodem do niepokoju. Fakt, że trzęsła się w drżącej ze 
zdenerwowania ręce, potęgował ten niepokój.
Nigdy nie wiadomo, kiedy takie skonstruowane w domu urządzenie wybuchnie. Ten idiota może zabić 
ich wszystkich, jeśli się nie uspokoi.
Rzuciła   sprzedawcy   szybkie   ostrzegawcze   spojrzenie.   Jeśli   nazwie   ją   porucznikiem,   to   szybko 
zostanie z nich krwawa masa.
-   Nie chcę żadnych kłopotów - powiedziała, starając się, by jej głos drżał tak nerwowo jak ręka 
złodzieja. - Proszę, mam małe dzieci w domu.
-  Zamknij się. Po prostu się zamknij. Na podłogę. Kładź się na tę pieprzoną podłogę.
Ewa uklękła, wsuwając rękę pod kurtkę, gdzie czekała broń.
-  Wszystko - rozkazał mężczyzna, machając śmiertelnie niebezpieczną małą kulą. - Dawaj wszystko. 
Gotówkę, żetony. I to migiem.
-  To był kiepski dzień - jęknął Francois. - Musisz zrozumieć, że interesy nie idą tak dobrze jak kiedyś. 
Wy Amerykanie...
-  Chcesz, żebym cię tym poczęstował? - spytał mężczyzna, przysuwając bombę do twarzy Francois.
-    Nie,   nie.   -   Przerażony   Francois   wbił   drżącymi   palcami   kod   zabezpieczający.   Gdy   kasa   się 
otworzyła, Ewa zobaczyła, że złodziej zerknął na schowane w niej pieniądze, a potem na kamerę, 
która pracowicie rejestrowała całe zajście.
Zobaczyła to w jego twarzy. Wiedział, że wizerunek jego postaci został zamknięty w środku i że nie 
wymaże  go za żadne pieniądze. Ale bomba  może to zniszczyć; wystarczy,  że rzuci ją za siebie i 
wybiegnie na ulicę, by wmieszać się w tłum.
Wstrzymała oddech, niczym nurek, który wchodzi pod wodę. Podniosła się gwałtownie, podbijając 
mu   rękę.   Silne   uderzenie   sprawiło,   że   bomba   poszybowała   w   powietrze.   Krzyki,   przekleństwa, 
modlitwy. Złapała ją koniuszkami palców, ubiegając obu mężczyzn. Gdy zacisnęła już na niej rękę, 
złodziej skoczył w przód.
Rąbnął   ją   grzbietem   ręki,   a   nie   pięścią,   i   Ewa   uznała,   że   miała   szczęście.   Zobaczyła   wszystkie 
gwiazdy, gdy uderzyła w stojak z chipsami sojowymi, lecz nie puściła bomby.
Nie   ta   ręka,   cholera,   nie   ta   ręka,   zdążyła   pomyśleć,   gdy   stojak   przewalił   się   pod   jej   ciężarem. 
Spróbowała wyciągnąć broń lewą dłonią, ale runęło na nią dwieście pięćdziesiąt funtów gniewu i 
desperacji.
-  Włącz alarm, ty palancie - krzyknęła do Fran9ois, który stał jak skamieniały, otwierając i zamykając 
usta. - Włącz ten pieprzony alarm!  -  Po czym chrząknęła, gdy cios w żebra zatamował jej oddech. 
Tym razem użył pięści.
Teraz płakał, drapał, wczepiał się paznokciami w jej rękę, próbując dosięgnąć bomby.
-  Potrzebne mi pieniądze. Muszę je mieć. Zabiję cię. Zabiję was wszystkich.
Udało jej się zdzielić go kolanem. Ten stary jak świat sposób obrony uwolnił ją od napastnika na parę 
sekund, ale nie zapewnił jej przewagi.
Znowu   zobaczyła   wszystkie   gwiazdy,   gdy   jej   głowa   uderzyła   o   kant   lady.   Posypały   się   na   nią 
dziesiątki batonów, o których tak marzyła.
-   Ty skurwysynu! Ty skurwysynu! - Usłyszała, jak powtarza  to w kółko, zadając mu trzy szybkie 
ciosy w twarz. Krew trysnęła mu z nosa; rozwścieczony złapał ją za nadgarstek.
Wiedziała, że złamie jej rękę. Wiedziała, że poczuje ten ostry ból, usłyszy cichy trzask, gdy kość 
pęknie.

background image

Ale w chwili, gdy zaczerpnęła oddechu, by wrzasnąć, gdy jej oczy zaszły mgłą z wysiłku, została 
uwolniona od jego ciężaru.
Wciąż   ściskając   kulę   w   dłoni,   przewróciła   się   na   brzuch,   usiłując   złapać   oddech   i   powstrzymać 
wymioty. Leżąc w tej pozycji, zobaczyła czarne błyszczące buty, które zawsze oznaczały przybycie 
glin.
-   Aresztujcie go. - Kaszlnęła krzywiąc  się z bólu. - Próba kradzieży,  posiadanie broni, noszenie 
materiałów wybuchowych, napad. - Chciałaby dodać napad na oficera i stawianie oporu policji, ale 
byłoby to naruszeniem przepisów, ponieważ nie podała swego stopnia po wejściu do sklepu.
-   Wszystko w porządku, proszę pani? Wezwać pogotowie? Nie chciała pogotowia. Chciała swój 
cholerny baton.
-  Poruczniku - poprawiła go i dźwignąwszy się do góry, sięgnęła po swoją odznakę. Zauważyła, że 
złodziej jest skrępowany i że jeden z policjantów był na tyle mądry, by go ogłuszyć i przerwać walkę.
-     Potrzebna   nam   czarna   skrzynka,   i   to   szybko.   -   Zobaczyła,   że   obaj   gliniarze   pobledli,   gdy 
zorientowali   się,   co   trzyma   w   dłoni.   -   Ta   mała   bombka   była   na   niezłej   przejażdżce.   Trzeba   ją 
zdetonować.
-  Pani porucznik. - Pierwszy glina wypadł błyskawicznie ze sklepu. Po dziewięćdziesięciu sekundach 
wrócił   z   ciemnym   pojemnikiem,   którego   używano   do   transportu   i   detonowania   ładunków 
wybuchowych. Nikt się nie odezwał.
Bali się nawet oddychać.
-  Aresztujcie go - powtórzyła Ewa. - W chwili gdy bomba została włożona do skrzynki, Ewie zaczęły 
drżeć mięśnie brzucha.
- Prześlę swój raport. Wy, chłopcy, jesteście ze sto dwudziestego trzeciego?
-  Zgadza się, pani porucznik.
-  Dobra robota. - Wyciągnęła zdrową rękę i wybrała baton Galaxy, który nie został zmiażdżony przez 
walczącą parę. - Idę do domu.
-  Nie zapłaciłaś! - krzyknął za nią Fran9ois.
-  Odpieprz się, Frank! - wrzasnęła nie zatrzymując się.

P

rzez ten incydent spóźniła się na spotkanie. Gdy przybyła do domu Roarke'a, była 7:10. Nałykała się 

proszków, by uśmierzyć ból w ręce i w ramieniu. Wiedziała, że jeśli w ciągu paru najbliższych dni nie 
nastąpi poprawa, będzie musiała się przebadać. Nienawidziła lekarzy.
Zaparkowała   samochód   i   przez   chwilę   przyglądała   się   domowi   Roarke'a.   Przypomina   twierdzę, 
pomyślała. Jego cztery piętra górowały nad oszronionymi drzewami, które rosły w Central Parku. To 
był jeden ze starych, liczących blisko dwieście lat budynków, i został wzniesiony z kamienia, o ile 
wzrok ją nie mylił.
Dom był przeszklony, z okien biły złociste światła. Na teren posiadłości wjeżdżało się przez dobrze 
strzeżoną bramę, za którą rosły wiecznie zielone krzewy i szlachetne drzewa.
Jeszcze większe wrażenie niż wspaniała architektura i artystycznie zakomponowany ogród zrobiła na 
Ewie niczym nie zmącona cisza. Nie dochodziły tu żadne odgłosy miasta. Nie słychać było warkotu 
samochodów ani hałaśliwego tłumu pieszych. Nawet niebo nad jej głową trochę się różniło od tego, 
jakie zwykle oglądała w centrum. Tutaj widać było gwiazdy, a nie migotanie i błyski powietrznych 
środków transportu.
Przyjemne życie, jeśli można sobie na nie pozwolić, pomyślała zapuszczając silnik. Podjechała do 
bramy, przygotowana na to, że będzie musiała pokazać odznakę. Zobaczyła, że małe czerwone oko 
fotokomórki mignęło, po czym znieruchomiało. Brama otworzyła się bezszelestnie.
Więc przepustka dla niej została wcześniej wprowadzona do pamięci komputera, pomyślała. Sama nie 
wiedziała,   czy   powinno   ją   to   rozbawić,   czy   zaniepokoić.   Minęła   bramę,   wjechała   na   podjazd   i 
zostawiła samochód u podnóża granitowych schodów.
Lokaj otworzył jej drzwi. Nigdy dotąd nie widziała lokaja poza starymi kasetami video, ale ten jej nie 
rozczarował.   Miał   siwe   włosy,   nieodgadnione   spojrzenie,   ciemny   garnitur   i   starannie   zawiązany 
staromodny krawat.
-  Porucznik Dallas.
Mówił z lekkim angielskim, a zarazem słowiańskim akcentem.
-  Jestem umówiona z Roarke'em.

background image

-   Oczekuje pani. - Wprowadził ją do przestronnego, wysokiego hallu, który wyglądał raczej jak 
wejście do muzeum niż do domu.
Wiszący u sufitu żyrandol w kształcie gwiazdy rzucał światło na lśniącą drewnianą podłogę, którą 
zdobił dywan o wyraźnym czerwono-zielono-niebieskim wzorze. Środkowy filar skręcających w lewo 
schodów zastępowała rzeźba gryfa.
Na ścianach wisiały obrazy - w rodzaju tych, które oglądała na wystawie francuskich impresjonistów 
podczas   wycieczki   szkolnej.   W   okresie   Fascynacji   Przeszłością,   jaki   nastąpił   na   początku   dwu-
dziestego pierwszego wieku, pochwalono to malarstwo za sielankowe sceny i cudownie przytłumione 
barwy.
Nie było tu żadnych hologramów ani żywych rzeźb. Tylko płótna i farba.
-  Pozwoli pani, że wezmę jej okrycie? Przypomniała sobie, że nie jest tu sama i gdy się odwróciła,
wydało się jej, że widzi w jego tajemniczych oczach złośliwy protekcjonalizm. Zrzuciła z ramion 
kurtkę i zauważyła, że lokaj dziwnie ostrożnie wziął skórę między swe wypielęgnowane palce. Do 
diabła, przecież w miarę dokładnie oczyściła ją z krwi.
-  Tędy proszę, pani porucznik Dallas. Zechce pani chwilę poczekać, Roarke'a zatrzymał telefon zza 
Pacyfiku.
-  Nie ma sprawy.
Salon   też   przypominał   muzeum.   Na   ozdobionym   lazurytem   i   malachitem   kominku   płonęły 
autentyczne polana. Dwie lampy świeciły niczym kolorowe klejnoty. Podwójne sofy o zakrzywionych 
oparciach   i  wykwintnych   obiciach   harmonizowały   z   szafirowym   kolorem   ścian.   Meble   były 
drewniane, wypolerowane do niemal przykrego dla oka połysku. Tu i ówdzie ustawiono przedmioty 
sztuki. Rzeźby, misy, kryształy.
Obcasy jej kozaków zastukały o podłogę, po czym odgłos kroków został stłumiony przez dywan.
-  Napije się pani czegoś, pani porucznik?
Zerknęła do tyłu i z rozbawieniem zobaczyła, że lokaj w dalszym ciągu trzyma  jej kurtkę między 
palcami, niczym brudną szmatę.
-  Jasne. Co pan ma, panie...?
-  Summerset, pani porucznik. Po prostu Summerset. Jestem pewien, że możemy zaspokoić każde pani 
życzenie.
-   Ona lubi kawę - rzekł Roarke od progu - ale sądzę, że chciałaby spróbować Montcarta rocznik 
czterdziesty dziewiąty.
Ewie wydawało się, że dostrzegła w oczach Summerseta błysk przerażenia.
-  Czterdziesty dziewiąty, sir?
-  Zgadza się. Dziękuję, Summerset.
-  Tak, sir. - Dyndając kurtką, wyszedł wyprostowany.
-  Przepraszam, że kazałem pani czekać - zaczaj Roarke, po czym jego oczy zwęziły się, pociemniały.
-  Nie ma sprawy - rzekła Ewa, gdy do niej podszedł. - Oglądałam właśnie... Hej...
Szarpnęła   podbródkiem,   gdy   ujął   go   w   dłoń,   ale   nie   rozluźnił   palców,   odwracając   ją   lewym 
policzkiem do światła.
-     Ma   pani   siniaki   na   twarzy  -   stwierdził   obojętnym   tonem.   Także   jego  oczy,   wpatrujące   się   w 
skaleczenia, nie zdradzały żadnych uczuć.
Ale jego palce były ciepłe, naprężone i przyprawiły ją o wewnętrzne drżenie.
-  Bójka o baton - powiedziała wzruszając ramionami. Poszukał wzrokiem jej oczu i popatrzył w nie 
chwilę dłużej niż to było konieczne.
-  Kto wygrał?
-  Ja. Nie lubię, jak ktoś przeszkadza mi w jedzeniu.
-   Zapamiętam to sobie. - Puścił ją, a rękę wsunął do kieszeni. Ponieważ znowu chciał jej dotknąć. 
Martwiło go to, że chciał, i to bardzo, głaskać ją, dopóki nie zniknie siniec, który szpecił jej policzek. - 
Mam nadzieję, że kolacja będzie pani smakowała.
-  Kolacja? Nie przyszłam tu po to, żeby jeść, Roarke. Przyszłam, by obejrzeć pana kolekcję.
-  Zrobi pani jedno i drugie. - Odwrócił się, kiedy Summerset wniósł tacę, na której stała odkorkowana 
butelka wina koloni dojrzałej pszenicy i dwa kryształowe kieliszki.
-  Rocznik czterdziesty dziewiąty, sir.
-  Dziękuję. Resztą sam się zajmę. - Napełniając kieliszki, zwrócił się do Ewy. - Pomyślałem, że ten 
rocznik będzie pani odpowiadał. Może ma mało subtelny smak... - Odwrócił się, podając jej wino.

background image

- Ale za to działa na zmysły. - Stuknął się z nią kieliszkiem, aż kryształ zadźwięczał, potem patrzył, 
jak próbuje wykwintny trunek.
Boże, co za twarz, pomyślał. Ile w niej ekpresji, uczuć i umiejętności panowania nad sobą. Właśnie 
teraz, gdy poczuła na języku smak wina, starała się nie okazać swego zdziwienia i zadowolenia. Nie 
mógł doczekać się chwili, kiedy sam poczuje jej smak.
-  Odpowiada pani? - spytał.
-  Jest dobre. - Miała wrażenie, że pije coś tak cennego jak złoto.
-  Cieszę się. Rozpocząłem produkcję win właśnie od Montcarta. Może usiądziemy przy kominku?
Propozycja była kusząca. Niemal widziała, jak siedzi z nogami wyciągniętymi w stronę miłego ciepła, 
popijając wino, a lampy rzucają kolorowe niczym klejnoty refleksy światła.
-  To nie jest wizyta towarzyska, Roarke. To śledztwo w sprawie morderstwa.
-  Więc może pani mnie przesłuchać podczas kolacji. - Wziął ją za rękę, unosząc brew ze zdziwienia, 
gdy chciała stawić mu opór.
- Myślałem, że kobieta, która bije się o baton, doceni dwucalową polędwicę, średnio dopieczoną.
-  Stek? - Z trudem walczyła ze ślinką cieknącą jej do ust.
- Prawdziwy stek z krowy?
Uśmiech wykrzywił mu usta.
-  Właśnie przyleciała z Montany. Polędwica, nie krowa. - Widząc, że nadal się waha, pochylił głowę. 
- Niech pani posłucha, pani porucznik. Nie sądzę, żeby kawałek krwistego mięsa przeszkodził pani w 
prowadzeniu śledztwa.
-   Niedawno ktoś próbował mnie przekupić - mruknęła myśląc o Charlesie Monroe i jego czarnym 
jedwabnym szlafroku.
-  Czym?
-  Niczym tak interesującym jak stek. - Obrzuciła go długim spokojnym spojrzeniem. - Jeśli dowody 
będą wskazywały na pana, Roarke, to pana zniszczę.
-  Niczego innego nie oczekuję. Chodźmy na kolację. Wprowadził ją do jadalni. Więcej kryształów, 
więcej błyszczącego drewna, jeszcze jeden kominek - tym razem obłożony różowym marmurem - na 
którym   migotał   ogień.  Kobieta  w czarnym  kostiumie  podała  krewetki  w  sosie  śmietankowym  na 
zakąskę. Przyniesiono wino i napełniono kieliszki.
Ewa, która rzadko zastanawiała się nad tym, jak wygląda, żałowała, że nie włożyła na tę okazję czegoś 
bardziej odpowiedniego niż dżinsy i sweter.
-  Więc dlaczego jest pan taki bogaty?
-   Z różnych względów. - Odkrył, że patrzenie, jak Ewa je, sprawia mu przyjemność. Prawdziwą 
przyjemność.
-  Niech pan poda choć jeden.
-  Pożądanie - rzekł milknąc na chwilę, by to słowo wypełniło cały pokój.
-  To nie jest wystarczająco dobry powód. - Znowu podniosła do ust kieliszek i ich oczy spotkały się. - 
Większość ludzi chce być bogata.
-  Nie pragną tego wystarczająco mocno. Nie chcą o to walczyć. Ponosić dla tego ryzyka.
-  Ale pan chciał.
-  Owszem. Bieda oznacza... niewygody. A ja jestem człowiekiem wygodnym. - Podsunął jej bułkę na 
srebrnej miseczce, gdy podano sałatki - chrupiącą zieleninę przyprawioną delikatnymi ziołami.
- Nie różnimy się wiele od siebie, Ewo.
-  To prawda.
-  Chciałaś być gliną i walczyłaś o to. Ryzykowałaś w imię tego. Uważałaś, że nie wolno łamać prawa. 
Ja dbam o pieniądze, ty o prawo. Ani jedno, ani drugie nie jest proste. - Odczekał chwilę.
- Wiesz, czego chciała Sharon DeBlass?
Jej widelec znieruchomiał, po czym wbił się delikatnie w cykorię zerwaną zaledwie pół godziny temu.
-  Jak myślisz, czego?
-  Władzy. Często można ją zdobyć przez seks. Sharon miała wystarczająco duże pieniędzy, by wieść 
wygodne życie, ale chciała czegoś więcej.. Chciała mieć władzę nad swoimi klientami, nad sobą, a 
nade wszystko nad swoją rodziną.
Ewa odłożyła widelec. W świetle ognia, w tańczącym blasku świecy i kryształu Roarke wyglądał 
groźnie. Nie dlatego, że budził w kobiecie strach, ale dlatego, że budził w niej pożądanie. Cienie 
przysłaniające jego oczy nie pozwalały nic z nich wyczytać.

background image

-  To ciekawa ocena kobiety, której jak twierdzisz, prawie nie znałeś.
-  Nie trzeba dużo czasu, by wyrobić sobie o kimś zdanie, szczególnie jeśli tę osobę można przejrzeć 
na wylot. Ona nie posiadała twojej głębi, Ewo, twojej umiejętności panowania nad sobą, czy też 
twojej, godnej pozazdroszczenia, ostrości widzenia.
-   Nie rozmawiamy o mnie. - Nie, nie chciała, by mówił o niej, ani patrzył na nią w taki sposób. - 
Twoim zdaniem pragnęła władzy. Tak bardzo jej pragnęła, że została zabita, zanim zdążyła się nią 
nacieszyć? - Ciekawa teoria. Pozostaje pytanie, władzy nad czym? Albo nad kim?
Ta sama  milcząca  służąca zabrała sałatki i przyniosła porcelanowe półmiski pełne skwierczącego 
mięsa i złocistych frytek. Ewa poczekała, aż zostaną sami, po czym odkroiła kawałek steku.
-  Kiedy człowiek zdobędzie duży majątek i wysoką pozycję społeczną, to ma wiele do stracenia.
-  Teraz mówimy o mnie - jeszcze jedna ciekawa teoria. - Przyglądał się jej z zainteresowaniem, ale w 
jego oczach wciąż malowało się rozbawienie. - Postraszyła mnie szantażem, a ja zamiast jej zapłacić 
albo wyśmiać jej propozycję, zabiłem ją. Czy przedtem poszedłem z nią do łóżka?
-  Ty mi to powiedz - spokojnym tonem odparła Ewa.
-  To byłby dobry pomysł na scenariusz, biorąc pod uwagę zawód, jaki wybrała. Artykuły na temat tej 
sprawy  mogłyby   być   cenzurowane,  ale  nie  trzeba  mieć   szczególnego daru  dedukcji,  by  dojść  do 
wniosku, że chodziło o seks. Wykorzystałem ją, potem zastrzeliłem... zgodnie z tą teorią. - Wziął do 
ust kawałek steku, pogryzł go i przełknął.
- Jednak jest pewien problem.
-  Jaki?
-   Mam, jak może zauważyłaś, staromodne kaprysy. Nie lubię stosować przemocy wobec kobiet, w 
żadnej formie.
-  Nie brzmiałoby to staromodnie, gdybyś powiedział, że nie lubisz stosować przemocy wobec ludzi, 
w żadnej formie.
Wzruszył ramionami.
-   Jak powiedziałem, to kaprys. Jest mi równie nieprzyjemnie, kiedy patrzę na ciebie i widzę, jak 
światło świecy przesuwa się po siniaku na twoim policzku.
Zaskoczył ją, kiedy wyciągnął rękę i przesunął delikatnie palcem po ciemnosinej plamie.
-   Przypuszczam, że zabicie Sharon DeBlass uznałbym za jeszcze bardziej nieprzyjemne. - Opuścił 
rękę i znowu zajął się jedzeniem.
- Choć od czasu do czasu robię rzeczy, które są dla mnie nieprzyjemne. Kiedy jest to konieczne. Jak ci 
smakuje kolacja?
-  Jest świetna. - Pokój, światło, jedzenie były nie tylko świetne. Miała wrażenie, że znajduje się w 
innym świecie, w innym czasie.
- Kim ty, do diabła, jesteś, Roarke? Uśmiechnął się i napełnił kieliszki.
-  Jesteś gliną. Domyśl się.
Domyśli się, obiecała sobie w duchu. Zrobi to, na Boga, zanim będzie za późno.
-  Masz jeszcze jakieś teorie na temat Sharon DeBlass?
-  Żadne, o których warto by mówić. Lubiła podniecenie, ryzyko i nie bała się sprawiać kłopotów tym, 
którzy ją kochali. Mimo to była...
Zaintrygowana Ewa pochyliła się do przodu.
-  Jaka? Mów dalej, dokończ.
-  Godna litości - powiedział, a z tonu jego głosu Ewa wywnioskowała, że dokładnie to miał na myśli. 
- Choć z pozoru promieniała szczęściem, miała w sobie jakiś smutek. Jedyną rzeczą, jaką w sobie 
szanowała, było ciało. Więc wykorzystywała je, by sprawiać przyjemność i zadawać ból.
-  I zaproponowała je tobie?
-  Naturalnie, i założyła, że przyjmę jej propozycję.
-  Dlaczego tego nie zrobiłeś?
-  Już ci wyjaśniłem. Mogę wniknąć w szczegóły i dodać, że wolę inny typ kochanki, i że nie lubię być 
do niczego zmuszany.
Było jeszcze coś, ale postanowił zachować to dla siebie.
-  Zjesz jeszcze trochę steku?
Zerknęła na talerz i zobaczyła, że jest pusty.
-  Nie, dziękuję.
-  Deser?

background image

Nie chciała z niego rezygnować, lecz już wystarczająco sobie pofolgowała.
-  Nie. Chcę obejrzeć twoją kolekcje.
-  Więc zostawimy kawę i deser na później. - Podniósł się i podał jej rękę.
Zmarszczyła   tylko   brwi   i   odsunąwszy  krzesło,   wstała   od   stołu.   Rozbawiony  Roarke   wskazał   jej 
gestem drzwi i poprowadził ją z powrotem do hallu, a potem w górę krętymi schodami.
-  To wielki dom jak dla jednego faceta.
-  Tak myślisz? Ja raczej uważam, że twoje mieszkanie jest za małe jak dla jednej kobiety. - Kiedy 
zmęczona stanęła na szczycie schodów, uśmiechnął się szeroko. - Ewo, wiesz, że jestem właścicielem 
tego budynku? Sprawdziłaś to wtedy, kiedy przysłałem ci ten drobny prezent.
-   Powinieneś się postarać o jakiegoś hydraulika. Gorącej wody w prysznicu nie wystarcza na dłużej 
niż na dziesięć minut.
-  Zanotuję to sobie. Jeszcze jedno piętro.
-  Dziwię się, że nie ma tu wind - mruknęła, gdy znowu zaczęli wspinać się po schodach.
-  Są. To, że ja wolę wchodzić po schodach, nie oznacza, że służba też musi to robić.
-  Jaka służba? - ciągnęła. - Nie widziałam tu żadnych służących.
-   Mam kilku. Na  ogół wolę ludzi od maszyn.  To tutaj. Posługując się skanerem,  w którym  był 
zakodowany obraz  jego  dłoni,  otworzył   podwójne  rzeźbione  drzwi.   Czujnik włączył  światła,   gdy 
przeszli przez próg. Choć różnych rzeczy się spodziewała, ten widok całkowicie ją zaskoczył.
To było muzeum broni: rewolwery, noże, miecze, kusze. Zgromadzono tu rozmaite okrycia ochronne, 
począwszy od średniowiecznej zbroi po nieprzepuszczalne cienkie kamizelki, używane teraz przez 
wojsko. Chromowane, żelazne i inkrustowane rękojeści błyszczały zza szyby, migotały na ścianach.
Jeśli reszta domu wydawała się jej innym światem, chyba bardziej cywilizowanym od tego, który 
znała, to te eksponaty nadawały mu całkowicie odmienny charakter. Sławiły przemoc.
-  Dlaczego? - tylko tyle zdołała powiedzieć.
-  Interesuje mnie, czym ludzie zabijali innych ludzi na przestrzeni wieków. - Przeszedł przez pokój i 
dotknął kolczastej kuli, która zwisała z łańcucha. - Rycerze używali ich do walki w turniejach i na 
polu bitwy jeszcze przed królem Arturem. Tysiąc lat temu... - Nacisnął szereg guzików na gablocie 
wystawowej i wyjął lśniącą broń wielkości dłoni, ulubione narzędzie walki gangów ulicznych podczas 
Rewolty Miejskiej, do jakiej doszło w dwudziestym pierwszym wieku, - A tu mamy coś bardziej 
poręcznego a równie śmiercionośnego. Postęp bez postępu.
Odłożył broń na miejsce, zamknął i zabezpieczył gablotę.
-  Ale ciebie interesuje coś nowszego od pierwszego eksponatu i starszego od drugiego. Powiedziałaś: 
kaliber trzydzieści osiem, Smith & Wesson, model dziesiątka.
To   straszny   pokój,   pomyślała.   Straszny   i   fascynujący.   Popatrzyła   przez   salę   na   gospodarza, 
uświadamiając sobie, że te narzędzia przemocy doskonale do niego pasują.
-  Zebranie tego wszystko musiało zająć ci wiele lat.
-  Piętnaście - powiedział przechodząc po nie pokrytej dywanem podłodze do innego działu. - Teraz 
już prawie szesnaście. Zdobyłem swój pierwszy pistolet, kiedy miałem dziewięć lat - od mężczyzny, 
który celował z niego w moją głowę.
Zmarszczył brwi. Nie zamierzał jej o tym mówić.
-  Domyślam się, że spudłował - skomentowała Ewa, podchodząc do niego.
-     Na   szczęście   był   trochę   oszołomiony,   bo   kopnąłem   go   w   krocze.   To   była   półautomatyczna 
dziewięciomilimetrowa Beretta, którą przeszmuglował z Niemiec. Chciał się nią posłużyć, by zabrać 
mi towar, który mu dostarczyłem, i oszczędzić na opłacie za transport. W efekcie miałem należną mi 
sumę   pieniędzy,   towar   i   Berettę.   I   tak,   z   jego   błędnej   oceny  mojej   osoby,   narodziło   się   Roarke 
Industries.  To ten,  który cię interesuje  - dodał  wskazując nań palcem,  gdy otworzyła  się kolejna 
gablota w ścianie. - Domyślam się, że będziesz chciała go zabrać, by zobaczyć, czy ostatnio z niego 
strzelano, sprawdzić odciski palców i tak dalej.
Kiwnęła wolno głową, podczas gdy jej umysł pracował szybko. Tylko cztery osoby wiedziały, że broń 
pozostawiono na miejscu zbrodni. Ona, Feeney, jej dowódca i morderca. Roarke jest albo niewinny, 
albo bardzo, bardzo mądry.
Ciekawa była, czy może być i niewinny, i mądry.
-     Doceniam   twoją   chęć   do   współpracy.   -   Wyjęła   ze   swej   konduktorki   plastykową   torebkę   do 
przechowywania   dowodów   rzeczowych   i   sięgnęła   po   broń,   podobną   do   tej,   która   była   już   w 

background image

posiadaniu policji. Wystarczyła sekunda, by uświadomiła sobie, że nie jest to ten sam egzemplarz, 
który Roarke jej wskazał.
Poszukała oczami jego oczu i wpatrywała się w nie przez chwilę. Och, przyjrzał się jej uważnie. 
Mimo, że jej ręka zawisła niezdecydowanie w powietrzu, pomyślała, że dobrze się zrozumieli.
-Który?
-  Ten. - Popukał w szybę tuż pod trzydziestką ósemką. Gdy zabezpieczyła rewolwer i wsunęła go do 
torby, Roarke zamknął gablotę. - Nie jest naładowany, oczywiście, ale mam amunicję, jeśli chcesz 
wziąć próbkę.
-  Dziękuję. Odnotuję w raporcie, że chętnie ze mną współpracowałeś.
-   Naprawdę? - Uśmiechnął się, wyjął z szuflady pudełko i podał je Ewie.  Co jeszcze odnotujesz, 
poruczniku?
-  Wszystko, co ma związek ze sprawą. - Wrzuciła pudełko z amunicją do torby, wyjęła z niej notes, 
po   czym   wbiła   swój   numer   identyfikacyjny,   datę   i   opis   wszystkiego,   co   wzięła.   -   Twoje   po-
kwitowanie. - Podała mu pasek papieru, kiedy notes go wypluł. - Te rzeczy zostaną ci zwrócone tak 
szybko, jak to będzie możliwe, o ile nie zostaną zatrzymane w charakterze dowodu. Tak czy inaczej, 
zostaniesz o tym powiadomiony.
Wcisnął papier do kieszeni, dotykając pakami czegoś, co wcześniej do niej schował.
-  W sąsiednim skrzydle jest pokój-muzyczny. Możemy wypić tam kawę i brandy.
-  Wątpię, byśmy mieli wspólne zainteresowania muzyczne, Roarke.
-  Możesz się zdziwić - mruknął - ile mamy ze sobą wspólnego. - Znowu dotknął jej policzka, tym 
razem przesuwając rękę, dopóki nie znalazła się na jej karku. -I ile będzie nas jeszcze łączyło.
Zesztywniała i podniosła rękę, by zepchnąć jego dłoń. Ale on tylko zacisnął palce na jej nadgarstku. 
Pomyślała, że w ciągu sekundy może powalić go na łopatki. Mimo to stała bez ruchu, oddychając 
ciężko, czując, jak mocno krew pulsuje jej w żyłach.
Teraz się uśmiechał.
-  Nie jesteś tchórzem, Ewo. - Powiedział to cicho, zbliżając usta

 

do jej ust. Nie pocałował jej jednak; 

trwali w bezruchu, dopóki ręka, która miała go odtrącić, nie zacisnęła się na jego dłoni. Dopiero, 
wtedy przywarła do niego.
Nie zastanawiała się nad tym, co robi. Gdyby pomyślała choćby przez chwilę, wiedziałaby, że łamie 
wszystkie przepisy. Ale chciała zobaczyć, chciała wiedzieć. Chciała czuć.
Jego wargi były miękkie, raczej uległe niż władcze. Ugryzł ją delikatnie w usta, zmuszając, by je 
rozchyliła i pozwoliła jego językowi wsunąć się w nie i zaćmić jej umysł smakiem pocałunku.
Namiętność   rozpaliła   się   w   niej   niczym   kula   ognia,   zanim   jeszcze   jej   dotknął,   zanim   jego   ręce 
prześlizgnęły się po obciągniętych dżinsami biodrach i wsunęły uwodzicielsko pod sweter.
Z nerwową rozkoszą poczuła, że robi się wilgotna.
Myślał, że pragnie jej ust, tych pełnych ponętnych ust. Ale gdy ich posmakował, zapragnął jej całej.
Była przyciśnięta do niego; to silne, szczupłe ciało zaczęło drżeć. Jej mała jędrna pierś spoczywała w 
jego dłoni. Słyszał namiętne gardłowe pomruki, prawie czuł smak pożądania Ewy, gdy całowała go 
żarliwie.                                               
Chciał  zapomnieć  o cierpliwości  i  opanowaniu,  które  narzucał  sobie  przez  całe  życie,   i popełnić 
szaleństwo.
Tutaj. Ta myśl całkowicie nim owładnęła. Musiał to zrobić. Tutaj i teraz.
Pociągnąłby ją na podłogę, gdyby go nie powstrzymała, blada i bez tchu.
-  To nie może się stać.
-  Nic się nie dzieje, do diabła - odparł.
Osaczyły   go   niebezpieczne   myśli.   Widziała   to   tak   wyraźnie,   jak   widziała   narzędzia   przemocy   i 
zbrodni, które ich otaczały.
Są mężczyźni, którzy prowadzą negocjacje, kiedy czegoś chcą. Są też tacy, którzy po prostu biorą.
-  Niektórym z nas nie wolno sobie folgować.
-  Pieprz zasady, Ewo.
Zrobił krok w jej stronę. Gdyby się cofnęła, poszedłby za nią, jak każdy myśliwy za swoją ofiarą. Ale 
stanęła wpatrzona w niego i potrząsnęła głową.
-  Nie mogę spaprać sprawy o morderstwo, bo podejrzany mnie pociąga.
-  Cholera jasna, nie zabiłem jej.

background image

Przeżyła szok, widząc, że traci panowanie nad sobą, słysząc wściekłość i smutek w jego głosie. I z 
przerażeniem uświadomiła   sobie,  że  mu   wierzy,  a  nie  miała  pewności,  żadnej  pewności,  czy  nie 
uwierzyła mu tylko dlatego, że było jej to potrzebne.
-  Nie wystarczy, że dasz mi na to słowo. Mam pracę do wykonania, obowiązki wobec ofiary, wobec 
systemu. Muszę być obiektywna, a ja...
Nie mogę być, uświadomiła sobie. Nie mogę.
Patrzyli na siebie, gdy komunikator, który miała w torebce, zaczaj wysyłać wysokie krótkie sygnały.
Jej   ręce   trochę   drżały,   kiedy   odwróciła   się   i   wyjęła   niewielkie   urządzenie.   Rozpoznała   na 
wyświetlaczu kod siedziby policji i zgłosiła swój NI. Zaczerpnąwszy tchu, odpowiedziała na sygnał 
czujnika rozpoznającego głos.
-   Dallas, porucznik Ewa. Bez dźwięku, proszę, sam wyświetlacz. Roarke widział jej profil, gdy 
czytała przekazywany tekst. To wystarczyło, by zauważył, że jej oczy zmieniły się, pociemniały, po 
czym stały się zimne i obojętne.
Odłożyła komunikator i gdy zwróciła się ku niemu, zobaczył, że niewiele w niej pozostało z kobiety, 
która jeszcze przed chwilą drżała w jego ramionach.
-  Muszę iść. Skontaktuję się z tobą w sprawie twoich rzeczy.
-  Świetnie to robisz - mruknął Roarke. - Z miejsca wskakujesz w skórę gliny. A ona idealnie do ciebie 
pasuje.
-  Cieszę się. Nie kłopocz się odprowadzaniem mnie do drzwi. Znajdę drogę.
-  Ewo!
Zatrzymała się w progu i odwróciła głowę. Oto i on, postać w czerni otoczona wiekami przemocy. 
Serce jej mocno zabiło.
-  Zobaczymy się jeszcze? Skinęła głową.
Możesz na to liczyć.
Pozwolił jej odejść, wiedząc, że Summerset wynurzy się z mroku, by podać jej kurtkę i życzyć dobrej 
nocy.
Gdy Roarke został sam, wyjął z kieszeni szary guzik, który znalazł na podłodze swojej limuzyny. Ten 
sam, który odpadł od żakietu szarego kostiumu, jaki miała na sobie podczas ich pierwszego spotkania.
Przyglądał mu się, wiedząc, że nie zamierza go jej oddać, i czuł się jak idiota.

6

S

traż przy drzwiach do  mieszkania Loli  Starr pełnił rekrut. Ewa wzięła  go  za takiego, ponieważ 

sprawiał wrażenie młokosa, któremu nie sprzedano by nawet piwa, a jego mundur wyglądał tak, jakby 
został wyciągnięty ze starych wojskowych zapasów i świetnie pasował do bladozielonego odcienia 
jego skóry.
Po paru miesiącach pracy w tej okolicy przestała wymiotować na widok trupa. Te odrażające ulice 
pełne były ćpunów, prostytutek i zwykłych drani, napadających na siebie tyleż dla zabawy, co dla 
zysku. Z zapachu, jaki ją powitał, wywnioskowała, że ktoś niedawno tu umarł albo wozy utylizacyjne 
omijały to miejsce przez cały ostatni tydzień.
-   Szeregowy.  - Zatrzymała się błyskając odznaką. Stanął na baczność, gdy wyszła z tej żałosnej 
namiastki windy. Instynkt słusznie ją ostrzegł, że jeśli szybko się nie przedstawi, zostanie ogłuszona 
bronią, którą młody mężczyzna trzyma w trzęsącej się ręce.
-  Sir. - Jego oczy były przerażone i rozbiegane.
-  Proszę zdać sprawę ze stanu rzeczy.
-   Sir - powtórzył i odetchnął głęboko dla uspokojenia nerwów. - Właściciel domu zatrzymał nasz 
patrol i powiedział, że w jednym z mieszkań znajduje się martwa kobieta.
-   Czy to... - Jej wzrok powędrował szybko do plakietki z nazwiskiem,  którą miał przypiętą nad 
kieszonką na piersi. - Szeregowy Prosky?
-  Tak jest, sir, ona... - Przełknął z trudem ślinę i Ewa dostrzegła, że wyraz przerażenia znowu pojawił 
się na jego twarzy.
-  W jaki sposób ustaliliście, że ta osoba nie żyje, Prosky? Zbadaliście jej puls?
Niezdrowy rumieniec zabarwił jego policzki.
-  Nie, sir. Trzymałem się obowiązującej procedury: zabezpieczyłem miejsce zbrodni, powiadomiłem 
dowództwo. Stwierdziłem naocznie, że ofiara nie żyje, a mieszkanie nie zostało zdemolowane.

background image

-  Czy właściciel domu wchodził do środka? - Tego wszystkiego mogła dowiedzieć się później, ale 
widziała, że chłopak stopniowo się uspokajał, kiedy zmuszała go do mówienia.
-  Nie, sir, mówi, że nie. Po złożeniu skargi przez jednego z klientów ofiary, który był z nią umówiony 
na dziewiątą wieczorem, właściciel sprawdził mieszkanie. Otworzył drzwi i zobaczył  ją. Tam jest 
tylko jeden pokój, pani porucznik, a ona - widać ją, gdy tylko otworzy się drzwi. Po zrobieniu tego 
odkrycia przerażony właściciel domu wybiegł na ulicę i zatrzymał nasz patrol. Natychmiast wróciłem 
z nim na miejsce zbrodni, stwierdziłem naocznie, że ofiara nie żyje, i złożyłem meldunek.
-  Opuszczaliście swój posterunek? Choćby na krótko? Wreszcie się uspokoił i udało mu się skupić na 
niej wzrok.
-   Nie, pani porucznik. Myślałem, że będę musiał, na chwilę. Pierwszy raz znalazłem się w takiej 
sytuacji i trudno mi było się powstrzymać.
-  Moim zdaniem świetnie sobie poradziliście, Prosky. - Z policyjnej torby, którą ze sobą przyniosła, 
wyjęła spray zabezpieczający i użyła go. - Wezwijcie lekarza sądowego i ekipę śledczą. Pokój trzeba 
dokładnie przeszukać, a ciało przewieźć do kostnicy.
-  Tak jest, sir. Czy mam pozostać na posterunku?
-   Do przybycia  pierwszego zespołu. Potem możecie się odmeldować. - Skończywszy spryskiwać 
kozaki, popatrzyła na niego. - Jesteście żonaci, Prosky? - spytała wsuwając magnetofon do kieszeni 
koszuli.
-  Nie, sir. Tak jakby zaręczony.
-  Gdy złożycie już raport, poszukajcie swojej narzeczonej. Ci, którzy chodzą na kielicha, nie żyją tak 
długo jak ci, którzy szukają pocieszenia w miłości z jakąś miłą dziewczyną. Gdzie mogę znaleźć 
właściciela domu? - spytała przekręcając gałkę u drzwi.
-  Jest na dole, w A jeden.
-  Więc powiedzcie mu, żeby nie ruszał się stamtąd. Spiszę jego zeznania, kiedy tu skończę.
Weszła do środka, zamknęła drzwi. Ewa, która nie była już rekrutem, nie odczuła mdłości na widok 
podziurawionego ciała i obryzganych krwią zabawek.
Ale poczuła ból w sercu.
Potem ogarnął ją gniew, głuchy, gwałtowny gniew, gdy jej wzrok padł na staroświecką broń wciśniętą 
w ramiona misia.

T

o było jeszcze dziecko.

Była siódma wieczorem. Ewa wciąż przebywała poza domem. Przespała się z godzinę przy biurku, 
gdy komputer szukał informacji. Skoro sprawa Loli Starr nie była opatrzona Kodem Piątym,  Ewa 
mogła   swobodnie   korzystać   z   banku   danych   Międzynarodowego   Centrum   Informacji   o 
Przestępstwach Kryminalnych. Na razie MCIPK nie znalazło nic, co pasowałoby do tej sprawy.
Teraz Ewa, blada ze zmęczenia, sztucznie pobudzona sztuczną kofeiną, patrzyła na Feeneya.
-  Dallas, ona była prostytutką.
-  Tę pieprzoną licencję dostała zaledwie trzy miesiące temu. Na jej łóżku leżały lalki.
Nie mogła spokojnie o tym myśleć - o tych wszystkich głupich dziewczęcych rzeczach, w których 
musiała grzebać, kiedy żałosne ciało ofiary leżało na tanich, przeładowanych ozdobami poduszkach i 
lalkach. Rozwścieczona Ewa rzuciła na biurko jedno ze zdjęć zrobionych przez fotografa policyjnego.
-   Z taką buzią powinna być maskotką szkolnej drużyny sportowej. A ona przyjmowała klientów i 
zbierała fotografie modnych apartamentów i jeszcze modniejszych strojów. Myślisz, że wiedziała, w 
co się pakuje?
-   Nie sądzę, żeby przypuszczała, iż zostanie zabita - spokojnym głosem odparł Feeney. - Chcesz 
analizować psychikę prostytutek?
-  Nie. - Jeszcze raz popatrzyła zmęczonym okiem na wydruk.
- Ale nie mogę się z tym pogodzić, Feeney. Taki dzieciak.
-  Wiesz, jak to jest, Dallas.
-     Niestety.   -   Zmusiła   się,   by   odpowiedzieć   ostrym   tonem.   -   Sekcja   zwłok   powinna   zostać 
przeprowadzona z samego rana, ale z moich oględzin wynika, że gdy ją znaleziono, nie żyła już od co 
najmniej dwudziestu czterech godzin. Zidentyfikowałeś broń?
-     SIG   dwa-dziesięć   -   prawdziwy   rewolwerowy   Rolls-Royce,   z   mniej   więcej   tysiąc   dziewięćset 
osiemdziesiątego, sprowadzony ze Szwecji. Z tłumikiem. Te stare tłumiki wystarczały tylko na dwa, 

background image

trzy   strzały.   Potrzebował   go,   ponieważ   mieszkanie   ofiary   nie   było   dźwiękoszczelne,   tak   jak 
apartament DeBlass.
-  I nie dzwonił z niego, co oznacza, że nie chciał, by szybko ją znaleziono. Musiał jakoś się stamtąd 
wydostać   -  zadumała   się.  Pogrążona  w  myślach  podniosła  zabezpieczoną  przez   policję   niewielką 
kartkę papieru.

DRUGA Z SZEŚCIU

-  Co tydzień jedna - powiedziała cicho. - Jezus Maria, Feeney, nie daje nam dużo czasu.
-  Przeglądam jej terminarze spotkań. O ósmej wieczorem poprzedniej nocy była umówiona z nowym 
klientem. Jeśli sekcja potwierdzi podaną przez ciebie godzinę zgonu, to mamy faceta.
- Feeney uśmiechnął słabo. - Nazywa się John Smith.
- Będziemy z nim mieli jeszcze większe kłopoty niż z bronią mordercy. - Przez chwilę masowała 
palcami czoło. - MCIPK odmówi szukania faceta, jeśli podamy takie nazwisko.
-  Ciągle przeszukują dane - mruknął Feeney. Bronił MCIPK, do którego miał pewien sentyment.
-  Niczego nie znajdą. Mamy podróżnika w czasie, Feeney. Parsknął.
-  Historia jak z Mesa Verne'a.
-  Zbrodnie zostały popełnione w dwudziestym pierwszym wieku
-     powiedziała.   - Rewolwery,   wyjątkowa brutalność,   ręcznie napisane, pozostawiane na miejscu 
zbrodni wiadomości. Więc może nasz zabójca jest jakimś historykiem albo przynajmniej interesuje się 
przeszłością. Kimś, kto chce, żeby teraz było tak jak dawniej.
-  Mnóstwo ludzi uważa, że wszystko powinno być inaczej. Dlatego świat pełen jest buntowników.
Opuściła w zamyśleniu ręce.
-  MCIPK nie pomoże nam dotrzeć do umysłu tego faceta. Czy to jeszcze ludzki umysł wymyśla takie 
zabawy? Co on robi, Feeney? Dlaczego on to robi?
-  Zabija prostytutki.
-  Dziwki zawsze były łatwym celem, począwszy od Kuby Rozpruwacza, prawda? To taka ryzykowna 
praca.   Nawet   teraz,   gdy   wszędzie   zainstalowane   są   kamery,   nadal   zdarzają   się   klienci,   którzy 
maltretują prostytutki, zabijają je.
-  To należy do rzadkości - z zadumą w głosie rzekł Feeney.
-   Czasami przy tych sadomasochistycznych praktykach kogoś za bardzo poniesie. Ale dziwki są w 
większości bezpieczniejsze od nauczycielek.
-     Wciąż   ponoszą   pewne   ryzyko,   pracując   w   najstarszym   zawodzie   świata,   bo   z   nim   wiążą   się 
najstarsze na świecie zbrodnie. Ale trochę się zmieniło. Ludzie z zasady nie zabijają już z broni palnej. 
Jest zbyt droga, zbyt trudno ją kupić. Seks nie dostarcza już tak silnych podniet jak kiedyś, jest zbyt 
tani, zbyt łatwo można go kupić. Mamy inne metody śledztwa i mnóstwo nowych motywów zbrodni. 
Jeśli jednak pominie się to wszystko, pozostaje jeden fakt - ludzie nadal zabijają ludzi. Szukaj dalej, 
Feeney. Muszę pogadać z paroma osobami.
-  Powinnaś się przespać, dziecino.
-  Niech on śpi - mruknęła Ewa. - Niech ten skurwiel śpi. Zebrawszy siły, zwróciła się ku swemu 
telełączu. Nadeszła pora, by skontaktować się z rodzicami ofiary.

G

dy Ewa weszła do okazale urządzonego foyer w biurze Roarke'a, które mieściło się w centrum 

miasta, była już ponad trzydzieści dwie godziny na nogach. Wycierpiała katusze, mówiąc dwojgu 
przerażonym,   szlochającym   rodzicom,   że   ich   jedyna   córka   nie   żyje.   Wpatrywała   się   w   monitor, 
dopóki dane nie rozpłynęły się przed jej oczami.
Rozmowa   z   właścicielem   domu,   którą   przeprowadziła   w   następnej   kolejności,   dostarczyła   jej 
swoistych wrażeń. Mężczyzna najwidoczniej zdążył już dojść do siebie, bo przez trzydzieści minut 
jęczał, że ta sprawa zrobiła mu złą reklamę i może nawet będzie musiał obniżyć czynsze.
To tyle, pomyślała Ewa, jeśli chodzi o ludzkie współczucie.
Siedziba Roarke Industries w Nowym Jorku wyglądała w dużej mierze tak, jak Ewa sobie wyobrażała. 
Zgrabny,   błyszczący,   gładki   budynek   wzbijał   się   swymi   stu   pięćdziesięcioma   piętrami   w   niebo 
Manhattanu.   Przypominał   czarną   lancę,   skrzącą   się   niczym   mokry   kamień,   otoczoną   tunelami 
transportowymi oraz jasnymi jak diamenty drogami powietrznymi.

background image

Tutaj  na   rogu  nie   stali   namolni   sprzedawcy  smażonych  kiełbasek,   pomyślała.   Żadnych  ulicznych 
handlarzy   z   najnowszymi   komputerami,   uciekających   ochronie   na   pokłady   swych   kolorowych 
samolotów. Na rym odcinku Piątej sprzedaż była dozwolona wyłącznie w sklepach. Dzięki temu ta 
strefa była mniej hałaśliwa i trochę mniej niebezpieczna.
Główny   hali   budynku,   zajmujący   powierzchnię   bloku   mieszkalnego,   mógł   się   poszczycić   trzema 
wytwornymi  restauracjami,  ekskluzywnym  butikiem,  kilkoma  sklepami  z wyrobami  specjalnymi  i 
małą salą kinową, w której wyświetlano filmy artystyczne.
Podłoga wyłożona była białymi płytami o powierzchni jednego jarda, które błyszczały jak księżyc. 
Szklane przezroczyste windy mknęły pracowicie w górę i w dół, ludzie posuwali się zygzakami w 
prawo i w lewo, podczas gdy bezosobowe głosy kierowały gości do różnych ciekawych miejsc, a jeśli 
przyszli tu w interesach, do właściwego biura.
Dla tych, którzy chcieli sami wędrować po tym wieżowcu, przygotowano kilkanaście ruchowych map. 
Ewa podeszła do monitora, który uprzejmie zaproponował jej pomoc.
-  Roarke - powiedziała zirytowana, że jego nazwisko nie zostało umieszczone w głównym katalogu.
-    Przykro   mi.   -  Komputer   mówił   niesłychanie   łagodnym   głosem,   który   zamiast   uspokoić   Ewę, 
rozstroił jej już i tak napięte nerwy.
Nie wolno mi udostępnić tej informacji.
-   
Roarke - powtórzyła, przytrzymując w górze odznakę, by komputer mógł ją sprawdzić. Czekała 
niecierpliwie,   gdy   maszyna   szumiała,   niewątpliwie   sprawdzając   i   weryfikując   jej   numer   iden-
tyfikacyjny, powiadamiając osobę, z którą chciała się zobaczyć.
-Proszę przejść do wschodniego skrzydła, poruczniku Dallas. Ktoś będzie na panią czekał.
-  
Dobrze.
Skręciła   na   końcu   korytarza,   minęła   marmurowe   ogrodzenie,   za   którym   rósł   las   śnieżnobiałych 
niecierpek.
-  Pani porucznik. - Kobieta w zabójczo czerwonym kostiumie, o włosach tak białych jak niecierpki, 
uśmiechnęła się, chłodno.
- Proszę pójść ze mną.
Wsunęła  do  otworu cienką  kartę  identyfikacyjną,  położyła  dłoń  na  czarnej  szybce,   sprawdzającej 
odciski palców. Ściana przesunęła się, odsłaniając prywatną windę.
Ewa weszła do środka i nie zdziwiła się, kiedy jej przewodniczka poprosiła o najwyższe piętro. 
Ewa była pewna, że Roarke może być usatysfakcjonowany tylko tym, co jest na samym szczycie.
Podczas jazdy jej towarzyszka milczała, rozsiewając wokół siebie dyskretną woń zmysłowych perfum, 
które   pasowały  do   jej   butów   i   starannie   uczesanych   gładkich  włosów.   Ewa   podziwiała   w   duchu 
kobiety, które zawsze wyglądały jak spod igły, a nie wkładały w to żadnego wysiłku.
W   obliczu   tego   niczym   niezmąconego   przepychu   obciągnęła   z   zażenowaniem   swoją   znoszoną 
skórzaną   kurtkę,   zastanawiając   się,   czy   kiedykolwiek   wydała   pieniądze   na   fryzjera,   zamiast 
własnoręcznie przycinać włosy.
Zanim zdążyła sobie odpowiedzieć na to doniosłe pytanie, drzwi otworzyły się z szumem - zobaczyła 
wyłożone  białym  dywanem foyer  wielkości małego domu.  Było  tam pełno roślin, żywych  roślin: 
fikusów, palm i krzewów, które wyglądały jak kwitnące poza sezonem derenie. W powietrzu unosił 
się   ostry   aromatyczny   zapach   kwiatów   rozkwitających   w   jaskrawym   fiolecie   i   najróżniejszych 
odcieniach czerwiem.
Ogród   otaczał   wytworną   poczekalnię,   w   której   stały   wygodne   fiołkoworóżowe   sofy,   błyszczące 
drewniane stoliki i mosiężne lampy rzucające kolorowe refleksy.
W   samym   środku   poczekalni   znajdował   się   okrągły   blat,   wyposażony   niczym   kabina   pilota   w 
monitory   i   pulpity  sterujące,   przyrządy   pomiarowe   i   telełącza.   Dwie   kobiety  i   dwóch   mężczyzn 
obsługiwało urządzenia pewnie i z widoczną znajomością rzeczy, tworząc zgrany zespól.
Minęły ich i weszły w przeszklony korytarz. Wystarczyło zerknąć w dół, by zobaczyć Manhattan. Z 
głośników sączyła się cicha muzyka, w której Ewa rozpoznała symfonię Mozarta. Interesowała się 
muzyką od dziesiątego roku życia.
Kobieta   w   zabójczym   kostiumie   znowu   się   zatrzymała,   błysnęła   swym   perfekcyjnie   obojętnym 
uśmiechem, po czym powiedziała do ukrytego głośnika:
-  Porucznik Dallas, sir.
-  Caro, wpuść ją do mojego gabinetu. Dziękuję.
Caro ponownie przycisnęła dłoń do czarnej gładkiej szybki.

background image

-  Proszę wejść - zaprosiła ją, gdy szklane drzwi się rozsunęły.
-   Dziękuję. - Ewa patrzyła z ciekawością na oddalającą się kobietę, zastanawiając się, jak można 
kroczyć z takim wdziękiem na trzycalowych obcasach. Weszła do gabinetu Roarke'a.
Zgodnie z jej przewidywaniami, był tak samo imponujący jak reszta nowojorskiej siedziby. Mimo 
malowniczej panoramy Nowego Jorku, którą można było oglądać z trzech stron, mimo wysokiego 
sufitu   z   morzem   świetlnych   punkcików   oraz   wyściełanych   mebli   wibrujących   najrozmaitszymi 
odcieniami topazów i szmaragdów, siedzący za mahoniowym biurkiem mężczyzna przyciągał uwagę.
Co   on   w   sobie   ma,   u   diabła,   po   raz   kolejny   pomyślała   Ewa,   gdy   Roarke   wstał,   obdarzając   ją 
czarującym uśmiechem.
-  Porucznik Dallas - powiedział z tą swoją fascynującą irlandzką śpiewnością - miło mi, że cię widzę, 
jak zawsze.
-  Może zmienisz zdanie, kiedy poznasz cel mojej wizyty. Uniósł brew.
-  Więc wejdź i powiedz, o co chodzi. Potem zobaczymy. Napijesz się kawy?
-  Nie próbuj odwracać mojej uwagi. - Podeszła bliżej. Potem, by zaspokoić ciekawość, przeszła się po 
pokoju.   Był   tak   duży   jak   helikopter   i   miał   wszelkie   udogodnienia   pięciogwiazdkowego   hotelu: 
zautomatyzowany   barek,   ekran   na   całą   ścianę,   wygodny   wyściełany   fotel   z   video   i   nastrojową 
muzyką.  Z lewej strony umieszczona  była  ogromna  wanna  z biczem wodnym  oraz  elektroniczna 
suszarka. Wszystkie standardowe, lecz najnowocześniejsze urządzenia biurowe, były wbudowane w 
ścianę.
Roarke obserwował Ewę z dobrotliwym wyrazem twarzy. Podziwiał sposób, w jaki się poruszała, w 
jaki jej obojętne oczy ślizgały się po pokoju.
-  Chcesz się przejść, Ewo?
-  Nie. Jak możesz pracować w takich warunkach? - Rozłożyła ręce, wskazując przeszklone ściany. - 
Zupełnie jakbyś był na dworze.
-  Nie lubię przebywać w zamknięciu. Masz zamiar usiąść czy kręcić się po pokoju?
-  Mam zamiar stać. Muszę ci zadać parę pytań, Roarke. Twój adwokat może być przy tym obecny.
-  Chcesz mnie aresztować?
-  Na razie nie.
-  Więc dopóki tego nie zrobisz, dajmy sobie spokój z prawnikami. Pytaj.
Choć wbiła wzrok w jego oczy,  wiedziała, że wepchnął ręce do kieszeni spodni. Ręce zdradzały 
emocje.
-   Przedwczoraj w nocy - rzekła - między ósmą a dziesiątą wieczorem. Możesz powiedzieć, gdzie 
byłeś?
-  Wydaje mi się, że wyszedłem stąd parę minut po ósmej. - Pewną ręką dotknął swego biurkowego 
terminarza. - Wyłączyłem monitor o 8:17, wyszedłem z budynku i pojechałem do domu.
-  Pojechałeś - przerwała mu - czy zostałeś odwieziony?
-   Pojechałem. Nie lubię trzymać pracowników w pogotowiu przez wiele godzin po to, by spełniali 
moje zachcianki.
-   Masz cholernie demokratyczne zasady. - I cholernie nieprzydatne, pomyślała. Bardzo chciała, by 
miał alibi. - A potem?
-  Nalałem sobie brandy, wziąłem prysznic, przebrałem się. Zjadłem późną kolację z przyjaciółką.
-  Jak późną i z jaką przyjaciółką?
-     Wydaje   mi   się,   że   przyjechałem   około   dziesiątej.   Lubię   być   punktualny.   Do   domu   Madeline 
Montmart.
Ewa natychmiast przypomniała sobie zgrabną blondynkę o zmysłowych ustach i migdałowych oczach.
-  Madeline Montmart, tej aktorki?
-  Tak. Chyba jedliśmy pieczone przepiórki, jeśli to ci w czymś pomoże.
Zignorowała jego pełną sarkazmu uwagę.
-  Nikt cię nie widział między ósmą siedemnaście a dziesiątą wieczorem?
-  Może ktoś z personelu, ale w końcu dobrze im płacę, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że 
powiedzą   to,   o   co   ich   poproszę.  -  W   jego   głosie   zabrzmiała   nuta   zdenerwowania.   -   Popełniono 
następne morderstwo, prawda?
-   Lola Starr, licencjonowana prostytutka. Niektóre szczegóły zostaną przekazane mediom w ciągu 
godziny.
-  A niektóre nie.

background image

-  Czy masz tłumik, Roarke? Wyraz jego twarzy nie zmienił się.
-  Nawet kilka. Wyglądasz na wykończoną, Ewo. Całą noc byłaś na nogach?
-   Miałam robotę. Masz szwedzki rewolwer SIG dwa-dziesięć, z mniej  więcej tysiąc  dziewięćset 
osiemdziesiątego?
-  Nabyłem taki jakieś sześć tygodni temu. Usiądź.
-     Znałeś   Lolę   Starr?   -   Wyjęła   z   teczki   fotografię,   którą   znalazła   w   mieszkaniu   Loli.   Piękna 
dziewczyna o twarzy elfa promieniała zuchwałą radością.
Roarke spojrzał na zdjęcie, gdy wylądowało na biurku. Jego oczy błysnęły gniewnie. Tym razem jego 
głos był przepełniony czymś, co Ewa uznała za litość.
-  Jest za młoda, by dostać licencję.
-  Skończyła osiemnaście lat cztery miesiące temu. Podanie złożyła w dniu swoich urodzin.
-  Nie miała czasu, by zmienić zdanie, prawda? - Podniósł na Ewę oczy. Tak, była w nich litość. - Nie 
znałem jej. Nie korzystam z usług prostytutek. Ani dzieci. - Wziął do ręki zdjęcie i przez biurko podał 
je Ewie. - Usiądź.
-  Czy kiedykolwiek...
-  Siadaj, do cholery. - W nagłym przypływie złości chwycił ją za ramiona i popchnął na krzesło. Jej 
teczka przewróciła się i wypadły z niej zdjęcia Loli, która niczym nie przypominała tamtej zuchwałej, 
rozradowanej dziewczyny.
Mogła pierwsza je zgarnąć - miała tak samo dobry refleks jak on. Jednak pewnie chciała, żeby je 
zobaczył. Widać potrzebowała tego.
Przykucnąwszy, Roarke podniósł jedno ze zdjęć zrobionych na miejscu zbrodni. Popatrzył na nie.
-  Jezus Maria - rzekł cicho. - Uważasz, że jestem zdolny do czegoś takiego?
-  Nieważne, co myślę. Prowadzenie śledztwa... - Przerwała, czując na sobie jego gniewny wzrok.
-  Uważasz, że jestem zdolny do czegoś takiego? — powtórzył ostrym jak brzytwa głosem.
-  Nie, ale muszę wykonać swoją robotę.
-  Masz obrzydliwą robotę. Pozbierała zdjęcia i schowała je do teczki.
-  Czasami.
-  Jak możesz spokojnie spać po zobaczeniu czegoś takiego? Wzdrygnęła się nerwowo. Zauważył to, 
mimo że błyskawicznie zapanowała nad sobą. Intrygowały go jej reakcje, ale zmartwił się, że sprawił 
jej przykrość.
-   Mogę, bo wiem, że dorwę faceta, który to zrobił. Zejdź mi z drogi. Nie ruszając się z miejsca, 
położył rękę na jej zesztywniałej dłoni.
-  Człowiek na moim stanowisku musi szybko i dokładnie oceniać ludzi. Patrząc na ciebie, widzę, że 
jesteś na granicy wytrzymałości nerwowej.
-  Powiedziałam, zejdź mi z drogi.
Podniósł się i ścisnąwszy Ewę za rękę, podciągnął ją za sobą. Wciąż zagradzał jej przejście.
-  On znowu to zrobi - powiedział cicho. - A ty zadręczasz się pytaniem, kiedy i gdzie.
-  Przestań analizować moje uczucia. Mamy cały wydział psychiatrów, którzy biorą za to pieniądze.
-  Dlaczego nie poszłaś do któregoś z nich? Chwytasz się każdego wykrętu, by uniknąć testów.
Jej oczy zwęziły się.
Uśmiechnął się, ale nie był to radosny uśmiech.
-   Mam swoje dojścia, pani porucznik. Kilka dni temu miałaś przejść testy,  standardowe badania 
obowiązujące w twoim wydziale każdego, kto zabił człowieka. Ty to zrobiłaś tej samej nocy, której 
zginęła Sharon.
-  Nie wściubiaj nosa w moje sprawy - powiedziała rozwścieczona. - I niech szlag trafi twoje dojścia.
-  Czego się boisz? Boisz się tego, co znajdą, kiedy zajrzą do twojego umysłu? Do twojej duszy?
-  Niczego się nie boję. - Wyszarpnęła rękę. W odpowiedzi Roarke położył jej dłoń na policzku tak 
zaskakująco łagodnym gestem, że zadrżała na całym ciele.
-  Pozwól mi sobie pomóc.
-   Ja... - Słowa niemal wyleciały z jej ust, jak fotografie z teczki. Jednak tym razem wykazała się 
refleksem i zamilkła. - Dam sobie radę. - Odwróciła się. - Możesz odebrać swoje rzeczy jutro, po 
dziewiątej rano. Przyjdź, kiedy będziesz mógł.
-  Ewo?
Cały czas miała wzrok utkwiony w drzwiach, cały czas szła przed siebie.
-  Słucham?

background image

-  Chcę się z tobą spotkać dziś wieczorem.
-  Nie.
Kusiło go - ogromnie go kusiło - by ją dogonić. Pozostał jednak na miejscu.
-  Mogę ci pomóc przy tej sprawie.
Na wszelki wypadek zatrzymała się i odwróciła. Gdyby nie to, że wszystko się w nim skręcało z 
niezaspokojenia, wybuchnąłby głośnym śmiechem na widok drwiącej podejrzliwości malującej się w 
jej oczach.
-  W jaki sposób?
-   Znam ludzi, których znała Sharon. - Zobaczył, że drwina ustępuje miejsca zainteresowaniu. Ale 
wyraz podejrzliwości pozostał. - Nie trzeba dużej wyobraźni, by się domyślić, że będziesz szukała 
związku między Sharon a dziewczyną, której fotografie nosisz ze sobą. Zobaczę, czy uda mi się coś 
znaleźć.
-  Informacje uzyskane od podejrzanego nie mają dużego znaczenia w śledztwie. Ale - dodała, zanim 
zdążył się odezwać - możesz dać mi znać, jeśli na coś trafisz.
W końcu się uśmiechnął.
- Czy to nie dziwne, że chciałbym cię widzieć nagą i to w łóżku? Dam ci znać, pani porucznik. - I 
wrócił za biurko. - Tymczasem prześpij się trochę.
Kiedy drzwi zamknęły się za nią, uśmiech zniknął z jego oczu. Długo siedział w ciszy. Obracając w 
palcach guzik, który nosił w kieszeni, uruchomił swoją prywatną linię.
Nie chciał, żeby ta rozmowa została zarejestrowana.

7

P

odeszła do kamery zainstalowanej przy wejściu do mieszkania Charlesa Monroe i zaczęła oznajmiać 

swe przybycie, kiedy drzwi otworzyły się. Monroe miał na sobie czarny krawat, kaszmirową pelerynę 
narzuconą niedbale na ramiona oraz kremowy kaszmirowy szalik. Jego uśmiech prezentował się tak 
samo ładnie jak strój.
-  Porucznik Dallas. Miło panią znowu widzieć. - Jego oczy z zachwytem przesunęły się po niej. - Tak 
mi przykro, że muszę wyjść.
-  Nie zajmę panu dużo czasu. - Zrobiła krok do przodu, on - krok do tyłu. - Parę pytań, panie Monroe, 
tutaj, nieformalnie, albo na policji z pańskim przedstawicielem lub adwokatem.
Jego starannie wymodelowane brwi uniosły się.
-   Rozumiem. Sądziłem, że mamy to już za sobą. Proszę pytać, pani porucznik. Zatrzasnął drzwi. - 
Obejdzie się bez formalności.
-  Gdzie pan był przedwczoraj między ósmą a jedenastą w nocy?
-  Przedwczoraj w nocy? - Wyciągnął z kieszeni kalendarz i zajrzał do niego. - Ach, tak. O siódmej 
trzydzieści   podjechałem   po   klientkę   i   zabrałem   ją   do   Teatru   Wielkiego   na   przedstawienie,   które 
zaczynało   się   o   ósmej.   Grali   Ibsena   -   przygnębiająca   sztuka.   Siedzieliśmy   w   trzecim   rzędzie, 
pośrodku. Spektakl skończył się parę minut przed jedenastą, potem zjedliśmy późną kolację, którą 
przywieziono nam do domu. Byłem zajęty z klientką do trzeciej nad ranem.
Schował kalendarz i uśmiechnął się szeroko.
-  Czy to oczyszcza mnie z podejrzeń?
-  Jeśli ta klientka potwierdzi pana zeznania. Uśmiech przeszedł w wyraz bolesnego rozczarowania.
-  Pani porucznik, zabija mnie pani.
-   Ktoś zabija ludzi z pana branży - warknęła w odpowiedzi. - Nazwisko i numer telefonu, panie 
Monroe. - Poczekała, dopóki nie podał jej danych ponurym głosem. - Zna pan Lolę Starr?
-  Lola, Lola Starr... chyba o niej nie słyszałem. - Znowu wyjął kalendarz i przejrzał notes z adresami. 
- Na pewno nie. Dlaczego pani pyta?
-   Usłyszy pan o tym w porannych wiadomościach. - To było wszystko, co Ewa mu powiedziała, 
otwierając drzwi. - Na razie giną tylko kobiety, ale na pana miejscu byłabym bardzo ostrożna w uma-
wianiu się z nowymi klientami.
Głowa pękała jej z bólu, gdy szła w kierunku windy. Nie mogła się powstrzymać, by nie spojrzeć na 
drzwi mieszkania Sharon DeBlass, nad którymi migotało czerwone policyjne światełko.

background image

Powinnam   się   przespać,   pomyślała.   Powinnam   pojechać   do   domu   i   nie   myśleć   o   niczym   przez 
godzinę. Ale zamiast tego przesunęła swój identyfikator przez czytnik, by zwolnić blokadę, i weszła 
do mieszkania zamordowanej kobiety.
Było ciche. I puste. Niczego innego się nie spodziewała. Miała nadzieję, że wyczuje coś intuicyjnie, 
ale czuła tylko tępe walenie w skroniach. Nie zwracając na nie uwagi, weszła do sypialni.
Szyby także zostały opryskane kryjącym  sprayem,  by dziennikarze czy też chorobliwie ciekawscy 
ludzie nie latali obok okien mieszkania Sharon i nie oglądali miejsca zbrodni. Poleciła, by zapalono 
lampy; światło rozproszyło mrok, oświetlając łóżko.
Prześcieradła zdjęto i zabrano do laboratorium medycyny sądowej. Płyny ustrojowe, próbki włosów i 
skóry zostały już dokładnie przebadane, a wyniki analiz włączono do akt sprawy. Ewa zauważyła 
plamę na materacu, tam gdzie krew przeciekła przez atłasowe prześcieradła.
Wezgłowie łóżka też było nią zaplamione. Zastanawiała się, czy ktoś już próbował je wyczyścić.
Zerknęła w stronę stołu. Feeney zabrał mały stołowy komputer osobisty, by przejrzeć twardy dysk i 
dyskietki. Pokój został przeszukany i opróżniony. Nie było tu już nic do roboty.
Mimo   to   Ewa   podeszła   do   komódki   i   jeszcze   raz   przetrząsnęła   szuflady.   Kto   zechce   wziąć   te 
wszystkie ubrania, zastanowiła się. Jedwabie i koronki, kaszmiry i atłasy należące do kobiety, która 
lubiła czuć, jak ciała bogaczy ocierają się o jej skórę.
Może zabierze je matka Sharon. Dlaczego pani DeBlass nie poprosiła o oddanie rzeczy jej córki?
Trzeba to przemyśleć.
Przeszukała komódkę, jeszcze raz oglądając spódnice, sukienki, spodnie, modne  czapki i kaftany, 
swetry i bluzki, sprawdzając kieszenie i bieliznę. Potem zajęła się butami starannie poukładanymi w 
pudełkach ze sztucznego tworzywa.
Kobieta ma tylko jedną parę nóg, pomyślała z rozdrażnieniem. Żadna nie potrzebuje sześćdziesięciu 
par   butów.   Parskając   lekko,   wsunęła   ręką   w   rząd   szpilek,   głęboki   tunel   utworzony   z   kozaków, 
przesunęła palcami po sprężyście miękkich koturnach.
Lola nie miała ich tak dużo, przypomniała sobie. Dwie pary pantofli na śmiesznie wysokich obcasach, 
parę dziewczęcych sandałów wiązanych na rzemyki i parę tenisówek - wszystkie wepchnięte do jej 
wąskiej szafki.
Ale Sharon była tak dobrze zorganizowana, jak próżna. Jej buty były starannie poukładane w rzędach 
po...
Błąd. Czując, że ciarki chodzą jej po skórze, Ewa cofnęła się. Coś tu nie grało. Szafa była tak samo 
duża jak pokój i wykorzystana w każdym calu. Teraz zobaczyła, że na półkach jest przerwa długości 
jednej stopy. Stało się tak, ponieważ buty były poukładane w sterty po sześć pudełek, a takich stert 
było w rzędzie osiem.
Nie leżały tak, kiedy Ewa weszła tu po raz pierwszy, ani kiedy stąd wychodziła. Były ułożone w 
zależności od koloru i charakteru.
Po cztery pudełka w stercie, pamiętała doskonale, po dwanaście stert w rzędzie.
Taki drobny błąd, pomyślała z uśmiechem. Lecz człowiek, który popełni jeden błąd, może zrobić i 
drugi.

M

oże pani powtórzyć, poruczniku?

-  Poprzestawiał pudełka z butami, panie komendancie. - Przebijając się przez korki uliczne, drżąc z 
zimna,   gdyż   grzejnik   w   samochodzie   dmuchał   ciepławym   powietrzem   tylko   na   jej   stopy,   Ewa 
nawiązała łączność ze swoim szefem. Sterowiec z turystami trzymał się tuż nad ziemią, donośny głos 
przewodnika   radził,   jak   robić   zakupy   w   podniebnych   sklepach.   Jakaś   kretyńska   ekipa   drogowa, 
posiadająca zezwolenie na używanie w ciągu dnia maszyn o dużej mocy, wierciła dojazd do tunelu na 
rogu Szóstej i Siedemdziesiątej Ósmej. Ewa spróbowała przekrzyczeć hałas.
-   Może pan obejrzeć dyskietki z jej mieszkania. Pamiętam, jaki był układ szafy. Zrobiła na mnie 
wrażenie, bo nie sądziłam, że jedna osoba może mieć tyle rzeczy i trzymać je w takim porządku. 
Wrócił.
-  Wrócił na miejsce zbrodni? - spytał Whitney oschłym tonem.
-  Komunały biorą się z faktów. - Mając nadzieję, że sąsiednia ulica będzie choć trochę spokojniejsza, 
skręciła w przecznicę i wylądowała za rozklekotanym mikrobusem. Czy żaden mieszkaniec Nowego 
Jorku nie pozostał w domu? - W przeciwnym razie nie byłyby komunałami - zakończyła i włączyła 

background image

automatycznego kierowcę, by wsadzić ręce w kieszenie i w ten sposób je ogrzać. -Zauważyłam też 
inne   rzeczy.   Trzymała   biżuterię   w   podzielonej   na   przegródki   szufladzie.   Pierścionki   w   jednej 
przegródce, bransoletki w drugiej, i tak dalej. Kilka łańcuchów było splątanych, kiedy zajrzałam tam 
ponownie.
-  Ekipa techniczna...
-  Sir, obejrzałam dokładnie mieszkanie po jej wyjściu. Wiem, że tam był. - Ewa czuła się zawiedziona 
reakcją Whitneya, ale wiedziała, że wynika ona z ostrożności. Dowódcy muszą być rozważni. - Pora-
dził sobie z zabezpieczeniami i wszedł do środka. Szukał czegoś - czegoś, o czym zapomniał. Czegoś, 
co ona miała. Czegoś, co przeoczyliśmy.
-  Chcesz, żeby jeszcze raz przeszukano mieszkanie?
-  Tak. I chcę, żeby Feenley powtórnie przejrzał pliki Sharon. Gdzieś tam musi coś być. I to go martwi 
do tego stopnia, że postanowił wrócić, nie bacząc na ryzyko.
-   Dam ci  pisemne  upoważnienie.  Szef  nie  będzie z  tego zadowolony.  - Dowódca  milczał przez 
chwilę. Potem, jakby właśnie sobie przypomniał, że jest to całkowicie bezpieczna linia, parsknął. - Do 
diabła z szefem. Powodzenia, Dallas.
-  Dziękuję... - zaczęła, ale wyłączył się, zanim zdążyła dokończyć zdanie.
Druga z sześciu, pomyślała w zaciszu swego samochodu i wzdrygnęła się nie tylko z zimna. Było 
jeszcze czworo ludzi, których życie miała w swoich rękach.
Po wjechaniu do garażu zaklęła głośno, wściekła, że umówiła się z tym cholernym mechanikiem na 
następny dzień. Jeśli grzejnik rzeczywiście jest uszkodzony, to facet zabierze jej samochód i będzie się 
grzebał   z   jakąś   kretyńską   usterką   przez   tydzień.   Myśl   o   robocie   papierkowej,   którą   musiałaby 
wykonać,   by  otrzymać   pojazd   służbowy,   wydała   jej   się   zbyt   straszna,   by  miała   ochotę   w   ogóle 
rozważać ten pomysł.
Poza   tym   była   przyzwyczajona   do   swego   samochodu,   ze   wszystkimi   jego   kaprysami.   Wszyscy 
wiedzą,   że   umundurowani   policjanci   dostają   najlepsze   pojazdy   ziemia-powietrze.   Detektywom 
musiały wystarczać stare gruchoty.
Będzie musiała zdać się na transport publiczny albo zwędzić samochód z garażu policyjnego i później 
ponieść konsekwencje swego czynu.
Zmarszczyła  brwi  na   myśl  o  czekających   ją   nieprzyjemnościach.  Pomyślała,   że  musi   spotkać  się 
osobiście z Feeneyem i powiedzieć  mu, by przejrzał dyskietki nagrane w ciągu ostatniego tygodnia 
przez ochronę kompleksu  Gorham.  Wjechała  windą na  swoje  piętro. Gdy tylko  otworzyła  drzwi, 
automatycznie sięgnęła po broń.
Było coś niepokojącego w ciszy, jaka panowała w mieszkaniu. Natychmiast się zorientowała, że nie 
jest w nim sama. Choć czuła, że ciarki chodzą jej po skórze, wyciągnęła ręce, w których trzymała 
broń, i szybko przesunęła wzrokiem po wnętrzu, przeskakując zgrabnie w lewo i w prawo.
W słabo oświetlonym, pełnym cieni pokoju panowała absolutna cisza. Nagle zauważyła jakiś ruch, jej 
napięte mięśnie zafalowały, a palec zawisł na spuście.
-  Doskonały refleks, pani porucznik. - Roarke wstał z fotela, w którym na wpół leżał i z którego ją 
obserwował.   -   Tak   doskonały   -   kontynuował   tym   samym   łagodnym   tonem,   gdy   zapalił   lampę 
dotykiem dłoni - że mam nadzieję, iż nie wykorzystasz go przeciwko mnie.
Może to zrobi. Mogła go zabić. Jeden strzał i błogi uśmiech zniknąłby z jego twarzy. Ale każde użycie 
broni oznaczało robotę papierkową, której nie miała ochoty wykonywać tylko po to, żeby się zemścić.
-  Co ty tu robisz, do cholery?
-  Czekam na ciebie. - Nie spuszczając wzroku z jej oczu, podniósł ręce. - Jestem nieuzbrojony. Sama 
sprawdź, jeśli mi nie wierzysz.
Bardzo wolno, z pewnym ociąganiem, schowała broń do kabury.
-  Domyślam się, że masz całą armię bardzo drogich i bardzo mądrych adwokatów, którzy oczyszczą 
cię z zarzutów, zanim skończę pisać na ciebie raport. Ale może mi wytłumaczysz, dlaczego mam 
narażać siebie na kłopoty, a miasto na wydatki, wsadzając cię do aresztu na parę godzin?
Stwierdził ze zdziwieniem, że rozbawił go sposób, w jaki na niego napadła.
-  Nic by to nie dało. A ty jesteś zmęczona, Ewo. Dlaczego nie usiądziesz?    .
-  Nie będę zawracała sobie głowy pytaniem cię, jak tu wszedłeś.
-     Trzęsąc   się   ze   złości,   zastanawiała   się,   jak   dużą   satysfakcję   sprawiłoby   jej   zakucie   jego 
wypieszczonych nadgarstków w kajdanki. - Jesteś właścicielem tego budynku, więc odpowiedź sama 
się nasuwa.

background image

-  Jedną z rzeczy, którą w tobie podziwiam jest to, że nie tracisz czasu na sprawy oczywiste.
-  Moje pytanie brzmi: dlaczego.
-   Kiedy wyszłaś z mojego biura, złapałem się na tym, że myślę o tobie, i w sensie zawodowym i 
osobistym. - Uśmiechnął się, szybko i czarująco. - Jadłaś kolację?
-  Dlaczego? - powtórzyła.
Zrobił krok w jej stronę i padający z boku strumień światła zadrgał lekko.
-     Ze   względów   zawodowych,   bo  odbyłem   parę   rozmów,   które   mogą   wydać   ci   się   interesujące. 
Osobistych... - Zbliżył rękę do jej twarzy, muskając palcami policzek, dotykając kciukiem niewiel-
kiego dołeczka w podbródku. - Zmartwił mnie wyraz zmęczenia w twoich oczach. Z jakiegoś powodu 
czuję, że powinienem cię nakarmić.
Chodź wiedziała, że zachowuje się jak rozkapryszone dziecko, odsunęła się gwałtownie.
-  Jakich rozmów?
Uśmiechnął się tylko i podszedł do jej telełącza.
-   Mogę? - spytał wystukując jednocześnie numer. - Tu Roarke. Już możecie przysłać jedzenie na 
górę. - Rozłączył  się i znowu uśmiechnął do Ewy.  - Nie masz  nic przeciwko temu,  żeby to był 
makaron?
-  Z zasady nie. Ale sprzeciwiam się temu, w jaki sposób mnie traktujesz.
-   To jeszcze jedna rzecz, która mi  się w tobie podoba. - Skoro ona nie chciała, on usiadł i nie 
zwracając uwagi na jej gniewnie zmarszczone brwi, wyjął papierośnicę. - Uznałem, że łatwiej się 
odprężyć przy gorącym posiłku. Za rzadko się odprężasz, Ewo.
-  Nie znasz mnie wystarczająco dobrze, by wiedzieć co robię, a czego nie robię. I nie powiedziałam, 
że możesz tu palić.
Zapalił papierosa, przyglądając się jej przez lekką, wonną mgiełkę.
-   Nie zaaresztowałaś mnie  za włamanie  się do twojego mieszkania, więc nie zaaresztujesz mnie 
również za palenie. Przyniosłem butelkę wina. Zostawiłem ją w kuchni. Masz ochotę się napić?
-   To, na co mam ochotę... - Nagle doznała olśnienia i ogarnęła ją taka wściekłość, że miała mgłę 
przed oczami. Jednym skokiem znalazła się przy komputerze, żądając sprawdzenia kodu wejściowego.
To go zirytowało - wystarczająco mocno, by w jego głosie zabrzmiało napięcie.
-  Gdybym przyszedł po to, żeby grzebać w twoich plikach, to raczej nie czekałbym na ciebie.
-  Diabli cię wiedzą. Taka arogancja jest w twoim stylu. - Ale jej zabezpieczenie było nienaruszone. 
Nie była pewna, czy odczuła ulgę, czy doznała rozczarowania, dopóki nie zobaczyła małej paczuszki 
obok monitora. - Co to?
-     Nie   mam   pojęcia.   -   Wydmuchał   kolejny   obłok   dymu.   -   Leżała   na   podłodze   w   przedpokoju. 
Podniosłem ją.
Ewa wiedziała, co to było - po wielkości, kształcie, ciężarze. I wiedziała, że kiedy odczyta zapis na 
dyskietce, zobaczy scenę morderstwa Loli Starr.
Coś,   co   zobaczył   w   jej   oczach,   które   gwałtownie   się   zmieniły,   spowodowało,   że   wstał   i   spytał 
łagodnym tonem:
-  Co to jest, Ewo?
-  Sprawa służbowa. Wybacz mi.
Poszła prosto do sypialni, zamknęła i zablokowała drzwi.
Teraz z kolei Roarke zmarszczył gniewnie brwi. Wszedł do kuchni, znalazł kieliszki i nalał do nich 
burgunda. Skromnie mieszka, pomyślał. Niewielki bałagan, niewiele rzeczy,  które mówiłyby o jej 
przeszłości,   o   jej   rodzinie.   Żadnych   pamiątek.   Kusiło   go,   by   wejść   do   jej   sypialni,   skoro   mógł 
swobodnie poruszać się po mieszkaniu, i zobaczyć,  czego tam mógłby się o niej dowiedzieć, ale 
powstrzymał się.
I to w dużej mierze nie z szacunku dla jej prywatności, ale z chęci sprostania wyzwaniu, jakie mu 
rzuciła, prowokując go, by wyrobił sobie o niej zdanie na podstawie obserwacji jej osoby, a nie jej 
otoczenia.
Mimo   monotonnej   kolorystyki   wnętrza   i   braku   rozgardiaszu,   uznał   je   za   bardzo   wymowne.   Nie 
mieszkała tu, o ile mógł się zorientować, tylko tu przebywała. Mieszkała zapewne w swoim biurze.
Wypił łyk wina, uznał je za dobre. Zgasiwszy papierosa, zaniósł oba kieliszki do salonu. Rozwiązanie 
zagadki, którą była Ewa Dallas, zapowiadało się bardziej niż interesująco.

background image

Kiedy prawie dwadzieścia minut później weszła do pokoju, kelner w białej marynarce kończył właśnie 
nakrywać mały stolik pod oknem. Ale nawet smakowite zapachy nie zdołały pobudzić jej apetytu. 
Głowa znowu pękała jej z bólu, a zapomniała wziąć lekarstwo.
Roarke odprawił cicho kelnera. Nie odezwał się do czasu, aż drzwi zamknęły się i zostali sami.
-  Przykro mi.
-  Z powodu?
-  Że się martwisz. - Z wyjątkiem rumieńca, jaki przemknął jej po twarzy w przystępie złości, przez 
cały  czas,   od  chwili   gdy  weszła   do  mieszkania,   była   blada.   Ale   teraz   cała   krew  odpłynęła   jej   z 
policzków, a oczy zupełnie pociemniały. Kiedy ruszył w jej stronę, potrząsnęła gwałtownie głową.
-  Idź sobie, Roarke.
-  To byłoby proste. Zbyt proste. - Bardzo powoli objął ją ramieniem i poczuł, jak cała sztywnieje. - 
Odpręż się przez chwilę - przekonywał ją łagodnym tonem. - Czy to ma znaczenie, czy to naprawdę 
ma jakieś znaczenie dla kogokolwiek poza tobą, że zrobisz sobie krótką przerwę?
Znowu potrząsnęła głową, ale tym razem w tym geście kryło się zmęczenie. Usłyszał, że z jej piersi 
wyrwało się ciche westchnienie, więc wykorzystując jej słabość, przytulił ją mocniej do siebie. - Nie 
możesz mi powiedzieć?
-Nie.
Kiwnął głową, ale w jego oczach pojawił się wyraz zniecierpliwienia. Wiedział lepiej; to nie powinno 
mieć dla niego znaczenia. Ona nie powinna mieć dla niego znaczenia. Ale zbyt wiele rzeczy z nią 
związanych miało znaczenie.
-  A zatem, jest ktoś inny - mruknął.
-  Nie ma nikogo innego. - Uświadomiwszy sobie, jak to może zostać zinterpretowane, odsunęła się. - 
Nie chciałam powiedzieć...
-  Wiem, że nie chciałaś. - Jego uśmiech był kwaśny i niezbyt wesoły. - Ale żadne z nas nie będzie 
miało nikogo innego, przynajmniej przez jakiś czas.
Odsunęła się od niego nie z chęci ucieczki, tylko z chęci zachowania dystansu..
-  Jesteś zanadto pewny siebie, Roarke.
-  Skądże znowu. Niczego nie przyjmuję za pewnik. Masz mózg jak komputer, pani porucznik. Bardzo 
skomplikowany komputer. Kolacja ci stygnie.
Była zbyt zmęczona, by stać, zbyt zmęczona, żeby się kłócić. Usiadła i wzięła do ręki widelec.
-  Byłeś w mieszkaniu Sharon DeBlass w ciągu ostatniego tygodnia?
-  Nie, po co miałbym tam chodzić? Przyjrzała mu się uważnie.
-  Właśnie. Po co ktokolwiek miałby tam chodzić?
Milczał przez chwilę, potem uświadomił sobie, że pytanie nie było retoryczne.
-   By uspokoić swoje obawy - zasugerował. - By się upewnić, że na miejscu zbrodni nie pozostał 
żaden obciążający go dowód.
-  A jako właściciel budynku mogłeś tam wejść tak samo łatwo jak tutaj.
Jego usta zacisnęły się na chwilę. Z irytacji, uznała, irytacji człowieka, który jest zmęczony ciągłym 
odpowiadaniem na te same pytania. To był drobiazg, ale świadczył o jego niewinności.
-  Tak, myślę, że nie miałbym z tym problemów. Mam główny klucz elektroniczny, więc bez trudu 
dostałbym się do środka.
Nie, pomyślała, jego klucz elektroniczny nie złamałby kodu ochrony policyjnej. To by wymagało 
wyższego poziomu dostępu albo fachowca od systemów zabezpieczeń.
-   Zakładam,  że ktoś spoza waszego wydziału odwiedził to mieszkanie już po dokonaniu w nim 
zabójstwa.
-  Możesz przyjąć takie założenie - zgodziła się. - Kto zajmuje się twoją ochroną?
-  Korzystam z usług Lorimara, zarówno służbowo, jak i prywatnie. - Podniósł kieliszek. - Tak jest 
prościej, ponieważ ta spółka należy do mnie.
-  Oczywiście, że należy. Przypuszczam, że sporo wiesz na temat ochrony.
-   Można powiedzieć, że od dawna interesuję się sprawami ochrony. Dlatego kupiłem tę spółkę. - 
Nabrał przyprawiony ziołami makaron na widelec, podsunął go jej do ust i ucieszył się, gdy wszystko 
zjadła. - Ewo, wyznałbym wszystko, żebyś tylko przestała się smucić i zaczęła jeść z takim samym 
apetytem,  jak ostatnim razem.  Ale choć popełniłem niejedno przewinienie, nie mam  na sumieniu 
morderstwa.
Spojrzała na talerz i zaczęła jeść.

background image

-  Co miałeś na myśli mówiąc, że mam mózg jak komputer?
-   Bardzo dokładnie zastanawiasz się nad wszystkim, ważysz argumenty za i przeciw, rozpatrujesz 
różne możliwości. Nie jesteś osobą impulsywną, i choć uważam, że w sprzyjających okolicznościach 
można cię uwieść, to takie zdarzenie byłoby raczej ewenementem w twoim życiu.
Znowu podniosła na niego oczy.
-  To chcesz zrobić, Roarke? Uwieść mnie?
-  Uwiodę cię - odparł. - Niestety, nie dzisiejszej nocy. Ponadto, chcę się dowiedzieć, co sprawia, że 
jesteś taka, jaka jesteś. I chcę ci pomóc dostać to, czego potrzebujesz. W tej chwili najważniejszą dla 
ciebie sprawą jest złapanie mordercy. Masz poczucie winy - dodał. - To głupie i przykre.
-  Nie mam żadnego poczucia winy.
-  Spójrz do lustra - powiedział cicho Roarke.
-  Nie mogłam nic zrobić - wybuchnęła Ewa. - Nie mogłam nic zrobić, aby zapobiec tym zbrodniom. 
Żadnej z nich.
-  Czy uważasz, że byłaś w stanie im zapobiec?
-  Właśnie to powinnam była zrobić. Przechylił głowę.
-  W jaki sposób? Odsunęła się od stołu.
-  Wykazując się sprytem. Przybywając na czas. Wykonując swoją pracę.
Chodzi o coś więcej, zadumał się. O coś poważniejszego. Splótł ręce i położył je na stole.
-  Czyż teraz tego nie robisz?
Znowu stanęły jej przed oczami tamte koszmarne sceny. Trupy. Krew. Spustoszenie.
-  Teraz one nie żyją. - Na myśl o tym jej serce zalała gorycz.
- Na pewno mogłam coś zrobić, żeby temu zapobiec.
-  Żeby zapobiec morderstwu, trzeba by siedzieć w głowie zabójcy - powiedział cicho. - Kto mógłby 
to znieść?
-  Ja bym mogła - odparła ostrym tonem. I była to święta prawda. Mogła znieść wszystko z wyjątkiem 
przegranej. - Służ i chroń - to nie jest tylko pusty frazes, to obietnica. Jeśli nie mogę dotrzymać słowa, 
jestem nikim. Mogę im służyć tylko wtedy, kiedy nie żyją. Do diabła, ona była jeszcze dzieckiem. 
Jeszcze dzieckiem, a on pociął ją na kawałki. Nie przyszłam na czas. Nie przyszłam na czas, choć 
powinnam była.
Jej urywany oddech przeszedł w szloch, co ją zaskoczyło. Przyciskając rękę do ust, opadła na sofę.
-  Boże! - Tylko tyle zdołała powiedzieć. - O Boże! Boże!
Podszedł do niej. Wiedziony instynktem ścisnął mocno jej ramiona, zamiast ją objąć.
-  Jeśli nie możesz albo nie chcesz rozmawiać ze mną, musisz porozmawiać z kimś innym. Wiesz o 
tym.
-  Dam sobie radę. Ja... - Ale reszta słów utknęła jej w gardle, gdy nią potrząsnął.
-  Ile cię to kosztuje? - spytał. - I czy komukolwiek sprawi to różnicę, jeśli przestaniesz o tym myśleć? 
Po prostu nie myśl o tym przez chwilę.
-  Nie wiem. - To może być strach, uświadomiła sobie. Nie była pewna, czy potrafi zrobić użytek ze 
swojej odznaki, broni czy swego życia, jeśli będzie zbyt wiele rozmyślała, zbyt wiele czuła. - Widzę ją 
-   powiedziała   Ewa,   oddychając   głęboko.   -   Widzę   ją,   gdy   tylko   zamknę   oczy  albo   przestanę   się 
koncentrować na tym, co muszę zrobić.
-  Opowiedz mi.
Wstała, wzięła ze stołu oba kieliszki, po czym wróciła na sofę. Duży łyk wina zwilżył jej wyschnięte 
gardło i pozwolił opanować nerwy. To zmęczenie, pomyślała, tak ją osłabiło, że nie mogła nad sobą 
zapanować.
-     Wezwanie   przyszło,   kiedy   byłam   pół   przecznicy   dalej.   Właśnie   zamknęłam   inną   sprawę, 
skończyłam wprowadzać dane. Dyspozytor wezwał najbliższą jednostkę. Awantura w rodzinie - to 
zawsze jest nieprzyjemne, ale byłam tuż za progiem. Więc je przyjęłam.  Kilka  sąsiadek  stało przed 
domem,  wszystkie mówiły jednocześnie.
Ta scena znowu stanęła jej przed oczami, bardzo wyraźnie, niczym dokładnie zaprogramowane video.
-     Kobieta   była   w   szlafroku,   strasznie   płakała.   Miała   posiniaczoną   twarz,,   a   jedna   z   sąsiadek 
próbowała zabandażować jej rozciętą rękę. Okropnie krwawiła, więc powiedziałam im, żeby wezwały 
pogotowie. Cały czas powtarzała: On ją ma. Ma moje dziecko.
Ewa wypiła jeszcze jeden łyk wina.

background image

-   Rzuciła się na mnie, brocząc krwią, wrzeszcząc, płacząc i mówiąc, że muszę go powstrzymać, że 
muszę  uratować  jej  dziecko.  Powinnam była  wezwać posiłki,  ale  wydawało mi  się, że nie mogę 
czekać. Wbiegłam po schodach; usłyszałam go, zanim dotarłam do trzeciego piętra, gdzie zamknął się 
w jednym z mieszkań. Szalał z wściekłości. Wydaje mi się, że słyszałam krzyki dziewczynki, ale nie 
jestem pewna.
Zamknęła oczy, modląc się, by nie miała racji. Chciała wierzyć, że dziecko już nie żyło, już nie czuło 
bólu. Była tak blisko, zaledwie parę kroków od niego... Nie, nie mogła z tym żyć.
-  Kiedy znalazłam się przy drzwiach, zrobiłam to, co zwykle robi się w takich przypadkach. Jedna z 
sąsiadek powiedziała mi, jak ten facet się nazywa. Zawołałam go po nazwisku, a dziecko po imieniu. 
Panuje przekonanie, że policjant nawiązuje bardziej osobisty kontakt z przestępcą, gdy zwraca się do 
niego po nazwisku. Podałam swój stopień i powiedziałam, że wchodzę. Ale on dalej zachowywał się 
jak furiat. Słyszałam, że rozbija różne przedmioty. I nie słyszałam już dziecka. Chyba wiedziałam. 
Zanim wyważyłam drzwi, wiedziałam. Pociął ją na kawałki nożem kuchennym.
Trzęsącą się ręką podniosła kieliszek do ust.
-  Tam było tak dużo krwi. Ona była taka mała, a krwi było tak dużo. Na podłodze, na ścianie, na nim. 
Widziałam, jak ścieka z noża. Twarz dziewczynki była zwrócona w moją stronę. Jej mała twarzyczka 
z dużymi niebieskimi oczami. Jak buzia lalki.
Przez chwilę milczała, po czym odstawiła kieliszek.
-     Był   za   bardzo   zdenerwowany,   żeby   można   było   go   ogłuszyć.   Nie   przestawał   iść.   Był   cały 
obryzgany krwią, czerwone krople skapywały z jego noża, a on nie przestawał iść. Więc spojrzałam 
mu w oczy, prosto w oczy. I zabiłam go.
-  A następnego dnia - powiedział cicho Roarke - rozpoczęłaś śledztwo w sprawie morderstwa.
-  Testy przełożono. Poddam się im za dzień lub dwa. – Wzruszyła ramionami. - Psychiatrzy pomyślą, 
że chodzi o to, iż zabiłam. Mogę sprawić, żeby tak myśleli, jeśli będę musiała. Ale to nieprawda. 
Musiałam go zabić. Mogę się z tym pogodzić. - Popatrzyła Roarke'owi w oczy i zrozumiała, że może 
mu powiedzieć to, do czego sama przed sobą nie była w stanie się przyznać. - Chciałam go zabić. 
Może nawet odczuwałam potrzebę zrobienia tego. Kiedy patrzyłam, jak umiera, pomyślałam: “Nigdy 
nie zrobi tego innemu dziecku". I cieszyłam się, że to ja go powstrzymałam.
-  Myślisz, że to nie w porządku?
-  Wiem, że to nie w porządku. Wiem, że gdy zabijanie sprawia glinie przyjemność, to wkracza on na 
niebezpieczny teren.
Pochylił się do przodu, zbliżając do niej twarz.
-  Jak ta mała miała na imię?
-  Mandy. - Oddech znowu zamarł jej w krtani. Dopiero po chwili doszła do siebie. - Miała trzy latka.
-  Czy tak samo byś się zadręczała, gdybyś go zabiła, zanim skrzywdził dziecko?
Otworzyła usta, po czym znowu je zamknęła.
-  Chyba nigdy nie będę tego wiedziała, a ty wiesz?
-  Owszem. - Położył rękę na dłoni Ewy i nie cofnął jej, nawet gdy zobaczył, że zmarszczyła brwi. - 
Wiesz, że przez większość życia nie lubiłem policji - z tego czy innego względu. Wydaje mi się to 
bardzo dziwne, że w tak niezwykłych okolicznościach poznałem policjantkę, którą szanuję i która 
jednocześnie mnie pociąga.
Znowu podniosła wzrok i choć nadal miała zmarszczone brwi, nie wyszarpnęła ręki.
-  To dziwny komplement.
-   Najwidoczniej łączą nas dziwne stosunki. - Wstał, podciągając ją na nogi. - Teraz musisz  się 
przespać. - Zerknął na kolację, którą ledwo tknęła. - Możesz to podgrzać, kiedy apetyt ci wróci.
-  Dziękuję. Następnym razem docenię to, że na mnie czekasz.
-  Co za postęp - mruknął, gdy doszli do drzwi. - Zgadzasz się na następny raz. - Z lekkim uśmiechem 
podniósł do ust jej dłoń.
Zobaczył zmieszanie, skrępowanie i, jak mu się wydawało, zakłopotanie w jej oczach, kiedy musnął 
ustami jej knykcie. - Do następnego razu - powiedział i wyszedł.
Ewa potarła kostkami palców o dżinsy i poszła w stronę sypialni. Rozebrała się, rzucając ubranie, 
gdzie popadło. Wskoczyła do łóżka, zamknęła oczy i zapragnęła pogrążyć się we śnie.
Właśnie zasypiała, kiedy przypomniała sobie, że Roarke nie powiedział jej, do kogo dzwonił i czego 
się dowiedział.

background image

8

E

wa zamknęła na klucz drzwi do swojego biura i przejrzała z Feeneyem dyskietkę z morderstwa Loli 

Starr. Nie wzdrygnęła się, słysząc cichy wystrzał z rewolweru, na który założony był tłumik. Nie 
doznawała już wstrząsu na widok ciała uszkodzonego przez kulę.
Na   ekranie   pojawił   się   napis:  Druga   z   sześciu.  Potem   nagranie   się   skończyło.   Ewa   bez   słowa 
uruchomiła   dyskietkę   z   przebiegiem   pierwszego   morderstwa   i   jeszcze   raz   zobaczyli,   jak   umarła 
Sharon DeBlass.
-  Co możesz mi powiedzieć? - spytała Ewa po obejrzeniu ostatniej sekwencji.
-  Dyskietki zostały nagrane na mikrokamerze Trident, model pięć tysięcy. Była dostępna w sklepach 
tylko   przez   jakieś   sześć   miesięcy.   Choć   bardzo   droga,   cieszyła   się   ogromnym   powodzeniem   w 
grudniu zeszłego roku. Podczas tradycyjnych zakupów świątecznych tylko na Manhattanie kupiono 
ponad dziesięć tysięcy takich kamer, nie mówiąc już o tych, które nabyto na czarnym rynku. Nie 
sprzedano  ich tyle,   co  mniej  kosztownych   modeli,  ale  wciąż  za  dużo,  by można   było  pójść  tym 
tropem.
Popatrzył na Ewę swymi sennymi jasnobrązowymi oczami.
-  Zgadniesz, kto jest właścicielem firmy Trident?
-  Roarke Industries.
-  Brawo. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że jego szef jest posiadaczem takiej kamery.
-  Na pewno ma do nich dostęp. - Zanotowała to sobie, starając się odpędzić wspomnienie Roarke'a 
muskającego ustami kostki jej palców. - Zabójca używa ekskluzywnego sprzętu, który sam produkuje. 
Arogancja czy głupota?
-  Ten facet nie jest głupi.
-  Nie jest. Co z bronią?
-  Kilka tysięcy sztuk takich rewolwerów posiadają prywatni kolekcjonerzy - zaczął Feeney, gryząc 
owoc nanercza. - Trzy - muzea miejskie. - To egzemplarze, które są zarejestrowane - dodał z lekkim 
uśmiechem. - Tłumików nie trzeba rejestrować, gdyż nie są uważane za broń. Nie ma szansy, by je 
wytropić.   -   Odchylił   się   do   tyłu,   stukając   w   monitor.   -   Jeśli   chodzi   o   pierwszą   dyskietkę,   to 
przejrzałem   ją   bardzo   dokładnie.   Znalazłem   kilka   cieni.   To   utwierdziło   mnie   w   przekonaniu,   że 
zabójca nagrał nie tylko morderstwo. Lecz nie udało mi się zwiększyć ostrości. Ten, kto przygotował 
tę dyskietkę, znał wszystkie sztuczki albo miał dostęp do sprzętu, który wykonał je za niego.
-  A co z ponownym przeszukaniem mieszkania?
-   Na twoją prośbę komendant  polecił to zrobić dziś rano. - Feeney zerknął na zegarek. - Ekipa 
powinna już tam być.  Jadąc do biura, zabrałem dyskietki  ochrony;  zdążyłem je przejrzeć. Mamy 
dwadzieścia minut przerwy, począwszy od trzeciej dziesięć w nocy dwa dni temu.
-   Właśnie wtedy ten skurwiel wszedł sobie wesoło do środka - mruknęła. - To zasrana okolica, 
Feeney, lecz w tym domu mieszka kupa ludzi. A faceta nikt nie zauważył ani za pierwszym, ani za 
drugim razem, co oznacza, że umiejętnie wmieszał się w dum.
-  Albo są przyzwyczajeni do jego widoku.
-  Ponieważ był jednym ze stałych klientów Sharon. Powiedz mi, dlaczego ktoś, kto był regularnym 
klientem drogiej,  doświadczonej,  wziętej  prostytutki  wybiera  zupełnie zieloną,  wulgarną  i naiwną 
dziewczynę, taką jak Lola Starr, na swoją drugą ofiarę?
Feeney ściągnął usta.
-  Lubi różnorodność? Ewa potrząsnęła głową.
-  Może za pierwszym razem tak bardzo mu się to spodobało, że teraz nie zamierza grymasić. Jeszcze 
cztery mają zginąć, Feeney. Od razu nas powiadomił, że mamy do czynienia z seryjnym mordercą. 
Napisał to, byśmy wiedzieli, że Sharon nie była szczególnie ważna. Była po prostu jedną z sześciu. - 
Niezadowolona odetchnęła głęboko. - Więc, dlaczego wrócił? - zastanawiała się na głos.
- Czego szukał?
-  Może ekipa śledcza nam to powie.
-  Może. - Podniosła z biurka kartkę ze spisem nazwisk. - Jeszcze raz sprawdzę klientów Sharon, a 
potem zabiorę się za gości Loli.
Feeney odchrząknął, po czym wyjął z torby następny owoc nanercza.
-  Żałuję, że ja muszę ci to powiedzieć, Dallas. Senator DeBlass domaga się najświeższych informacji.

background image

-  Nie mam mu nic do powiedzenia.
-  Będziesz musiała sama mu to przekazać dziś po południu. We Wschodnim Waszyngtonie.
Zatrzymała się krok od drzwi.
-  Szlag by to trafił!
-   Polecenie dowódcy. Lecimy o drugiej. - Feeney pomyślał z rezygnacją, że jego żołądek fatalnie 
reaguje na podróże samolotem.
- Nienawidzę polityki.

W

ciąż zgrzytając zębami na wspomnienie odprawy u Whitneya, Ewa weszła szybkim krokiem do 

biura ochrony DeBlassa w nowym budynku biur senackich we Wschodnim Waszyngtonie.
Ich identyfikatory odłożono na bok, oboje z Feeneyem zostali przeszukani i, zgodnie z poprawką do 
Ustawy Federalnej z 2022 roku, musieli oddać broń.
-   Zupełnie jakbyśmy zamierzali zabić tego faceta, kiedy siedzi za biurkiem - mruknął Feeney, gdy 
prowadzono ich po czerwono--biało-niebieskim dywanie.
-     Chętnie   narobiłabym   tym   facetom   trochę   kłopotu.   -   Otoczona   z   obu   stron   przez   garnitury   i 
wypucowane buty, Ewa stanęła  w niedbałej pozie przed błyszczącymi drzwiami gabinetu senatora, 
czekając, aż wewnętrzna kamera ustali ich tożsamość.
-   Jeśli   chcesz  wiedzieć,  taka   psychoza   panuje   we  Wschodnim Waszyngtonie  od  czasu  zamachu 
terrorystycznego. -Feeney uśmiechnął się szyderczo do kamery. - Kilkudziesięciu parlamentarzystów 
zostało zabitych i nigdy o tym nie zapomniano.
Drzwi otworzyły się i Rockman, ubrany w elegancki garnitur w cieniutkie paseczki, kiwnął głową.
-     Dobra   pamięć   przynosi   korzyści   w   polityce,   kapitanie   Feeney.   Pani   porucznik  Dallas   -   dodał 
kiwając ponownie głową. - Dziękuję, że tak szybko państwo przyjechali.
-  Nie miałam pojęcia, że senator i mój szef są ze sobą tak blisko - powiedziała Ewa, wchodząc do 
środka. - Ani że obaj będą tak chętnie tracili pieniądze podatników.
-   Pewnie obaj uważają, że sprawiedliwość jest bezcenna. - Rockman poprowadził ich do biurka z 
drzewa czereśniowego, z pewnością bezcennego, przy którym siedział DeBlass.
Senator, o ile Ewa mogła się zorientować, skorzystał na zmianie klimatu politycznego kraju, który jej 
zdaniem   stał   się   zbyt   umiarkowany,   oraz   na   odwołaniu   Projektu   Ustawy   o   Dwóch   Kadencjach. 
Obowiązujące prawo pozwalało politykowi sprawować dożywotnio swój urząd. Jedyne,  co musiał 
robić, to zmuszać swoich wyborców, by na niego głosowali.
DeBlass z pewnością czuł się tu jak u siebie w domu. Jego wyłożony boazerią gabinet był tak cichy 
jak katedra, i tak samo dostojny,  z biurkiem przywodzącym  na myśl  ołtarz i krzesłami  dla gości 
przypominającymi ławki w kościele.
-   Proszę siadać - warknął i położył  na biurku splecione ręce o dużych knykciach. - Z ostatnich 
informacji,  jakie  otrzymałem,   wynika,   że   tak  samo   wam  daleko  do złapania  tego potwora,   który 
zamordowł moją wnuczkę, jak tydzień temu. - Nastroszył groźnie swe ciemne brwi. - Trudno mi to 
zrozumieć, biorąc pod uwagę środki, jakimi dysponuje nowojorska policja.
-  Senatorze. - Ewa przypomniała sobie zwięzłą instrukcję, jaką otrzymała od swego dowódcy: bądź 
taktowna, pełna szacunku i nie mów mu niczego, czego sam nie wie. - Wykorzystujemy te środki do 
prowadzenia śledztwa i zbierania dowodów. Chociaż nasz wydział nie jest jeszcze gotów do wydania 
nakazu aresztowania, robimy, co w naszej mocy, by zabójca pańskiej wnuczki stanął przed sądem. 
Daję tej sprawie absolutny priorytet i ma pan moje słowo, że będzie dla mnie najważniejsza, dopóki 
nie znajdę winnego.
Senator wysłuchał z najwyższym  zainteresowaniem tej krótkiej przemowy.  Potem pochylił się do 
przodu.
-   Żyję  na tym  świecie dwa razy dłużej od pani i dobrze znam te pieprzone gadki-szmatki, pani 
porucznik. Więc niech mi pani nie mydli oczu. Nic pani nie ma.
Do diabła z taktem, postanowiła natychmiast Ewa.
-   To, co mamy,  senatorze DeBlass, to skomplikowane i delikatne śledztwo. Skomplikowane, jeśli 
weźmie się pod uwagę naturę zbrodni; delikatne, ze względu na drzewo genealogiczne ofiary. To mój 
dowódca doszedł do wniosku, że ja najlepiej nadaję się do prowadzenia tej sprawy. Ma pan prawo się 
z nim nie zgadzać. Ale odciąganie mnie od pracy po to, bym przyjeżdżała tutaj i tłumaczyła się z tego, 
co robię, jest stratą czasu. Mojego czasu. - Wstała. - Nie mam panu nic nowego do powiedzenia.

background image

Widząc już oczami wyobraźni, jak oboje zostają wylani z pracy, Feeney także wstał, kłaniając się z 
szacunkiem.
-  Na pewno pan zrozumie, senatorze, że prowadzenie śledztwa tak delikatnej natury często oznacza 
powolny   postęp.   Trudno   pana   prosić   o   obiektywizm,   kiedy   rozmawiamy   o   pana   wnuczce,   ale 
porucznik Dallas i ja nie mamy wyjścia, musimy być obiektywni.
Niecierpliwym machnięciem ręki DeBlass kazał im usiąść.
-  Oczywiście, moje uczucia nie są tu bez znaczenia. Sharon odgrywała ważną rolę w moim życiu. Bez 
względu na to, kim się stała i jak bardzo byłem rozczarowany dokonanym przez nią wyborem drogi 
życiowej, w jej żyłach płynęła krew DeBlassów. - Zaczerpnął oddechu. - Nie mogę być i nie będę 
usatysfakcjonowany strzępami informacji, jakie do mnie docierają.
-  Nic więcej nie mogę panu powiedzieć - powtórzyła Ewa.
-   Może  mi  pani  opowiedzieć  o prostytutce,  która  została  zamordowana  dwa  dni  temu.  -  Rzucił 
wzrokiem na Rockmana.
-  O Loli Starr - uzupełnił Rockman.
-  Domyślam się, że pańskie źródła informacji o Loli Starr są tak samo wyczerpujące jak nasze. - Ewa 
postanowiła   zwracać   się   bezpośrednio   do   Rockmana.   -   Owszem,   uważamy,   że   istnieje   związek 
między tymi dwoma morderstwami.
-  Moja wnuczka mogła zejść na złą drogę - wtrącił się DeBlass - ale nie przestawała z takimi ludźmi 
jak Lola Starr.
Więc   prostytutki   mają   własny   system   klasowy,   pomyślała   ze   znużeniem   Ewa.   Co   jeszcze   było 
nowego?
-  Nie ustaliliśmy czy się znały. Ale właściwie nie ma wątpliwości, że znały tego samego mężczyznę. I 
że ten mężczyzna je zabił. W obu przypadkach postępował według tego samego schematu. To nam 
pomoże go odnaleźć. Zanim, mam nadzieję, znowu zabije.
-  Pani uważa, że to zrobi? - wtrącił Rockman.
-  Jestem tego pewna.
-  A broń mordercy - spytał DeBlass. - Była tego samego typu?
-     To   część   schematu   -   powiedziała   Ewa.   Nic   więcej   mu   nie   zdradzi.   -   Istnieją   niezaprzeczalne 
podobieństwa między tymi dwoma zabójstwami. Nie ma wątpliwości, że popełnił je ten sam człowiek.
Uspokoiwszy się trochę, Ewa znowu wstała.
-     Senatorze,   nie   znałam   pańskiej   wnuczki   i   nie   łączyły   mnie   z   nią   żadne   więzy,   ale   żywię   do 
mordercy osobistą urazę. Ścigam go. To wszystko, co mogę panu powiedzieć.
Przyglądał się jej przez chwilę. Zobaczył więcej niż spodziewał się zobaczyć.
-  Świetnie, poruczniku. Dziękuję, że pani przyjechała.
Ewa uznała to za pożegnanie i razem z Feeneyem podeszła do drzwi. W lustrze zobaczyła, że DeBlass 
dał znak Rockmanowi, który odpowiedział lekkim skinieniem głową. Poczekała, dopóki nie wyszli z 
gabinetu, zanim się odezwała.
-  Ten skurwiel zamierza nas śledzić.
Hę?
-  Goryl DeBlassa. Zamierza chodzić za nami jak cień.
-  Po co, do diabła?
-   Żeby zobaczyć, co zrobimy,  dokąd pójdziemy.  Po co śledzi się ludzi? Zgubimy go w centrum 
przewozowym - powiedziała Fee-neyowi, zatrzymując taksówkę. - Miej oczy otwarte i zobacz, czy 
poleci za tobą do Nowego Jorku.
-  Za mną? A ty dokąd się wybierasz?
-  Zdaję się na swój nos.

T

o   nie   był   trudny   manewr.   Zachodnie   skrzydło   Portu   Lotniczego,   gdzie   odbywała   się   odprawa 

pasażerów,   zawsze   przypominało   dom   wariatów.   Ale   największe   zamieszanie   panowało   tam   w 
godzinach szczytu, kiedy wszyscy pasażerowie, którzy lecieli na północ, tłoczyli się w kolejce do 
kontroli osobistej, poganiani przez skomputeryzowane głosy.
Ewa po prostu zgubiła się w tym tłoku i wciśnięta w tłum ludzi dotarła do południowego skrzydła, 
gdzie złapała metro do Virginii.
Gdy usadowiła się w przedziale kolejki podziemnej, wyjęła kieszonkowy informator. Zapytała o adres 
Elizabeth Barrister, po czym poprosiła o instrukcje.

background image

Jak dotąd miała dobrego nosa. Wsiadła do właściwego pociągu i czekała ją tylko jedna przesiadka w 
Richmond. Jeśli szczęście będzie jej nadal dopisywało, to zdąży do domu na kolację.
Podparłszy pięścią podbródek, bawiła się regulowaniem swego video. Ominęłaby wiadomości - jak to 
miała   zwyczaj   robić   -   ale   kiedy   aż   za   dobrze   znajoma   twarz   pojawiła   się   na   ekranie,   przestała 
zmieniać kanały.
Roarke, pomyślała, mrużąc oczy.  Ten facet pojawia się zupełnie niespodziewanie. Ściągnęła usta, 
włączyła dźwięk i włożyła słuchawkę do ucha.
- ... w tym międzynarodowym projekcie, w który zostały zaangażowane multibiliony dolarów, Roarke 
Industries, Tokayamo i Europa zjednoczą się dla wspólnego celu - oświadczył mówca. - Trwało to 
trzy lata, ale wszystko wskazuje na to, że wreszcie rozpocznie się budowa tak bardzo oczekiwanego, 
tak bardzo kontrowersyjnego Kurortu Olimp.
Kurort Olimp, zamyśliła się Ewa, przebiegając myślą fakty. Raj dla bogatych i wysoko urodzonych, 
przypomniała sobie. Planowana stacja kosmiczna ma być zbudowana po to, by dostarczać przyjemno-
ści i rozrywek.
Żachnęła się. Czyż to nie jest w jego stylu, żeby marnować czas i pieniądze na tani blichtr?
Pomyślała,   że   jeśli   nie   straci   swej   szytej   na   miarę,   jedwabnej   koszuli,   to   zbije   jeszcze   większy 
majątek.
-  Roarke - jedno pytanie, sir.
Patrzyła, jak Roarke, który schodził z wysokich marmurowych schodów, zatrzymał się i uniósł brew - 
dokładnie tak, jak zapamiętała.
-   Mógłby mi pan powiedzieć, dlaczego poświęcił pan tyle czasu i wysiłku, a także znaczącą część 
swego majątku, na ten projekt - na stację, która, jak twierdzą fachowcy, nigdy nie będzie latać?
-  Właśnie to będzie robić - odparł Roarke. - Latać, że tak się wyrażę. A jeśli pyta pan, dlaczego, to na 
Olimpie będzie można wypocząć jak w raju. Nie mogę sobie wyobrazić nic innego, czemu warto by 
było poświęcić tyle czasu, wysiłku i pieniędzy.
Nie możesz, zgodziła się Ewa i podniosła wzrok w samą porę, by się zorientować, że mało brakowało, 
a   przejechałaby   swoją   stację.   Pobiegła   do   drzwi   przedziału,   przeklinając   głos   komputera,   który 
skrzyczał ją za ten bieg, po czym przesiadła się do pociągu jadącego do Fort Royal.
Kiedy znowu znalazła się na dworze, padał śnieg. Miękkie płatki unosiły się leniwie wokół jej głowy i 
ramion. Przechodnie rozdeptywali je na chodnikach, lecz kiedy wsiadła do taksówki i podała adres, 
białe wirujące gwiazdki wydały jej się bardziej malownicze.
Wciąż można było cieszyć  się pięknem przyrody,  jeśli się miało pieniądze albo prestiż. Elizabeth 
Barrister i Richard DeBlass mieli jedno i drugie, a ich dom był imponującą dwupiętrową budowlą z 
różowej cegły ustytuowaną na stoku wzgórza i otoczoną drzewami.
Biały śnieg pokrył rozległy trawnik, przysypał ogołocone z liści gałęzie drzew, które zdaniem Ewy 
mogły być drzewami czereśni. Brama wjazdowa stanowiła symfonię pomysłowo skręconych metalo-
wych prętów. Choć wyglądała bardzo dekoracyjnie, Ewa miała pewność, że była mocna jak twierdza.
Wysunęła się z okna taksówki i błysnęła swoją odznaką przed skanerem.
-  Porucznik Dallas, z Wydziału Policji w Nowym Jorku.
-  Nie jest pani wymieniona w skorowidzu spotkań, pani porucznik.
-   Prowadzę śledztwo w sprawie panny DeBlass. Mam parę pytań do pani Barrister albo Richarda 
DeBlass.
Zapadła cisza; Ewa zaczynała już drżeć z zimna.
-  Proszę wysiąść z taksówki, poruczniku Dallas, i zbliżyć się do skanera celem dalszej identyfikacji.
-   Nieźle strzeżona chałupa - mruknął taksówkarz, lecz Ewa wzruszyła tylko ramionami i spełniła 
polecenie.
-  Identyfikacja przeprowadzona. Proszę zwolnić samochód, poruczniku Dallas. Zajmiemy się panią.
-  Doszły mnie słuchy, że ich córka została zabita w Nowym Jorku - powiedział taksówkarz, gdy Ewa 
płaciła rachunek. - Pewnie wolą nie ryzykować. Chce pani, żebym tu na nią poczekał?
-  Nie, dzięki. Ale zgłoszę pana numer, kiedy będę chciała wracać.
Pozdrowiwszy ją niedbałym gestem, taksówkarz zawrócił i odjechał. Ewa poczuła drętwienie w nosie, 
kiedy ujrzała mały elektryczny pojazd dojeżdżający do bramy. Żelazne wrota otworzyły się.
-  Proszę wejść i wsiąść do wozu - powitał ją komputer. - Zostanie pani odwieziona do domu. Pani 
Barrister spotka się z panią.

background image

-  Wspaniale. - Wsiadła do pojazdu, który podjechał bezszelestnie pod frontowe schody prowadzące 
do murowanego domu.
Gdy zaczęła  po nich wchodzić,  drzwi  otworzyły się.  Albo służący mieli  obowiązek nosić  czarne 
ubrania,   albo   dom  nadal   był   pogrążony   w.   żałobie.   Ewa   została   przeprowadzona   przez   hali   i 
poproszona uprzejmie o wejście do pokoju.
Choć dom Roarke'a urządzony był z przepychem, tu czuło się wielowiekową fortunę. Dywany były 
grube,   ściany   obite   jedwabiem.   Z   dużych   okien   rozciągał   się   oszałamiający   widok   na   obsypane 
śniegiem wzgórza. Prawdziwe pustkowie, pomyślała Ewa. Architekt musiał wiedzieć, że ci, którzy tu 
zamieszkają, będą sobie cenili samotność.
-   Pani  porucznik  Dallas.  - Elizabeth  wstała.  W  jej  rozważnych  ruchach,  pełnej  napięcia  pozie  i 
zamglonych oczach, które wciąż przepełnione były bólem, kryła się nerwowość.
-  Dziękuję, że zechciała pani mnie przyjąć, pani Barrister.
-  Mój mąż ma spotkanie. Mogę mu je przerwać, jeśli będzie trzeba.
-  Nie sądzę, żeby zaszła taka konieczność.
-  Przyjechała pani w sprawie Sharon.
-  Tak.
-  Proszę usiąść. - Elizabeth wskazała jej fotel obity tkaniną w kolorze kości słoniowej. - Napije się 
pani czegoś?
-  Nie, dziękuję. Postaram się nie zająć pani dużo czasu. Nie wiem, na ile dobrze zna pani mój raport...
-   Znam go w całości - przerwała jej Elizabeth. - Tak sądzę. Wydaje mi się dość sumienny. Jako 
adwokat wierzę, że kiedy znajdzie pani człowieka, który zabił moją córkę, akt oskarżenia nie będzie 
miał słabych punktów.
-   Do tego zmierzam. - Denerwuje się, pomyślała Ewa, widząc, jak długie, zgrabne palce Elizabeth 
zaciskają się i rozwierają. - To musi być dla pani trudny okres.
-   Była  moim  jedynym  dzieckiem - powiedziała po prostu Eliza-beth. -  Mój mąż  i ja byliśmy  - 
jesteśmy - zwolennikami idei ograniczonego przyrostu ludności. Dwoje rodziców -. powiedziała z 
bladym uśmiechem. - Jeden potomek. Ma pani dla mnie jakieś nowe informacje?
-  Na razie nie. Zawód pani córki, pani Barrister. Czy jej decyzja wywołała sprzeczki w rodzinie?
Jednym ze swych powolnych, rozważnych gestów Elizabeth wygładziła sięgającą do kostek spódnicę 
od kostiumu.
-  Nie był to zawód, o jakim marzyłam dla swej córki. Oczywiście sama dokonała tego wyboru.
-  Pani teść był temu przeciwny. Na pewno z powodów politycznych.
-     Poglądy  senatora   na   temat   ustaw   dotyczących   życia   seksualnego   są   powszechnie   znane.   Jako 
przywódca Partii Konserwatywnej walczy, oczywiście, o zmianę wielu obowiązujących obecnie prze-
pisów, które dotyczą kwestii moralności, jak to się potocznie nazywa.
-  Podziela pani jego poglądy?
-  Nie, nie wiem jednak, jaki to ma związek ze sprawą.
Ewa przechyliła głowę. Och, tak, były sprzeczki na ten temat. Ewa zastanowiła się, czy wyznająca 
nowoczesne poglądy pani adwokat zgadzała się w czymkolwiek ze swoim teściem.
-   Pani córka została zabita - może przez klienta, może przez przyjaciela. Jeśli miała pani do córki 
pretensje o jej styl życia, to nie sądzę, żeby opowiadała pani o swoich znajomych.
-   Rozumiem.  - Elizabeth splotła ręce i spróbowała narzucić sobie prawniczy sposób myślenia. - 
Zakłada   pani,   że  jeśli  byłam   jej  matką,   kobietą,   która  podzielała   niektóre   jej  poglądy,   to  Sharon 
rozmawiała ze mną, może nawet zwierzała mi się z pewnych, bardziej intymnych szczegółów swego 
życia. - Mimo starań, oczy Elizabeth zaszły mgłą. -Przykro mi, pani porucznik, nic takiego nie miało 
miejsca. Sharon rzadko mówiła o sobie. A już nigdy o swojej pracy. Ona... trzymała się z dala od 
swego ojca i ode mnie. W gruncie rzeczy, od całej rodziny.
-  Nie wiedziałaby pani, gdyby miała prawdziwego kochanka
- kogoś, z kim łączyłyby ją bardziej osobiste stosunki? Kogoś, kto mógłby być zazdrosny?
-   Nie. Mogę pani powiedzieć, że nie wierzę, aby kogoś miała. Sharon... - Elizabeth zaczerpnęła 
oddechu dla uspokojenia nerwów.
- Gardziła mężczyznami. Pociągali ją, to prawda, ale w duchu nimi gardziła. Wiedziała, że wydaje się 
im atrakcyjna. Wiedziała to od wczesnej młodości. I uważała, że są głupi.
-  Zawodowe prostytutki są bardzo dokładnie sprawdzane. Niechęć czy pogarda dla mężczyzn, jak to 
pani ujęła jest zazwyczaj wystarczającym powodem odrzucenia prośby o przyznanie licencji.

background image

-  Ale Sharon była mądra. Gdy czegoś chciała w życiu, zawsze znajdowała sposób, by to dostać. Z 
wyjątkiem szczęścia. Nie była szczęśliwą kobietą. - Elizabeth mówiła dalej, pokonując wzruszenie, 
które cały czas ściskało ją za gardło. - Zepsułam ją, to prawda. Nikogo nie mogę o to winić, tylko 
siebie. Pragnęłam mieć więcej dzieci. - Przycisnęła rękę do ust i nie odjęła jej, dopóki wargi nie 
przestały drżeć. - Z naukowego punktu widzenia byłam temu przeciwna, tym bardziej że mój mąż 
zajął jednoznaczne stanowisko w tej sprawie. Ale to nie zabiło moich uczuć macierzyńskich, chciałam 
mieć dzieci, by je kochać. Za bardzo kochałam Sharon. Senator powie pani, że ją rozpuszczałam, 
rozpieszczałam, pobłażałam jej. I będzie miał rację.
-  W końcu to pani przypadł zaszczyt opiekowania się dzieckiem, nie jemu.
W oczach Elizabeth pojawił się cień rozbawienia.
-  Takie były błędy, i to ja je popełniłam. Richard też nie jest bez winy, choć kochał ją nie mniej ode 
mnie. Kiedy Sharon przeniosła się do Nowego Jorku, robiliśmy wszystko, by wróciła. Richard ją 
błagał. Ja straszyłam. I odepchnęłam ją od siebie, pani porucznik. Powiedziała mi, że jej nie rozumiem 
- nigdy nie rozumiałam, nigdy nie zrozumiem - i że widziałam tylko to, co chciałam widzieć, chyba że 
chodziło o sprawy zawodowe; ale byłam ślepa na to, co działo się w moim własnym domu.
-  Co chciała przez to powiedzieć?
-   Chyba  to, że byłam lepszym  prawnikiem niż matką.  Gdy odeszła, poczułam się zraniona, zła. 
Odsunęłam się od niej, pewna, że do mnie przyjdzie. Nie przyszła, oczywiście.
Przerwała na chwilę; żal wezbrał w jej sercu.
-   Richard pojechał ją odwiedzić raz czy dwa, ale to nic nie dało,  tylko się zdenerwował. Daliśmy 
sobie z tym spokój, daliśmy jej spokój. Aż do niedawna, kiedy poczułam, że powinniśmy podjąć 
jeszcze jedną próbę.
-  Dlaczego?
-   Minęło parę lat - mruknęła Elizabeth. - Miałam nadzieję, że zmęczył ją taki styl życia, że może 
zaczęła   żałować   swej   decyzji.   Mniej   więcej   rok   temu   pojechałam   się   z   nią   spotkać.   Ale   gdy 
próbowałam ją przekonać, by wróciła do domu, ona tylko się złościła, broniła, a potem zaczęła mnie 
obrażać. Richard, choć stracił już nadzieję, zaproponował, że pojedzie i porozmawia z nią. Lecz nie 
chciała się z nim zobaczyć. Nawet Catherine próbowała - mruknęła i z roztargnieniem potarła bolące 
miejsce między oczami. - Widziała się z Sharon zaledwie parę tygodni temu.
-  Członkini Kongresu Stanów Zjednoczonych pojechała do Nowego Jorku, by spotkać się z Sharon?
-  Niezupełnie. Catherine zbierała tam pieniądze i zaproponowała, że zobaczy się z Sharon i spróbuje z 
nią   porozmawiać.   -   Elizabeth   zacisnęła   usta.   -   Prosiłam   ją   o   to.   Widzi   pani,   kiedy   starałam   się 
naprawić   stosunki   z   Sharon,   nie   wykazała   tym   najmniejszego   zainteresowania.   Straciłam   ją   - 
powiedziała cicho Elizabeth - i zbyt późno wyciągnęłam rękę do zgody. Nie wiedziałam co robić, by 
ją odzyskać. Miałam nadzieję, że Catherine mi pomoże, bo należała do rodziny, a nie była matką 
Sharon. - Znowu popatrzyła na Ewę. - Zapewne pani uważa, że powinnam była jeszcze raz do niej 
pojechać. To był mój obowiązek.
-  Pani Barrister...
Lecz Elizabeth potrząsnęła głową.
-  Ma pani rację, oczywiście. Ale ona nie chciała mi zaufać. Uważałam, że powinnam szanować jej 
prywatność, tak jak zawsze do tej pory. Nie byłam jedną z tych matek, które czytają po kryjomu 
pamiętnik córki.
-  Pamiętnik? - Ewa nastawiła uszu. - Prowadziła pamiętnik?
-  Nawet kiedy była dzieckiem. Regularnie zmieniała w nim hasło.
-  I jako osoba dorosła?
-   Tak. Ciągle do niego nawiązywała. Żartowała, że powierza mu najskrytsze tajemnice i że ludzie 
przeraziliby się, gdyby wiedzieli, co o nich napisała.
W spisie jej rzeczy nie było żadnego pamiętnika, przypomniała sobie Ewa. Tego typu rzeczy mogą 
być tak małe jak kobiecy kciuk. Jeśli funkcjonariusze przeszukujący mieszkanie nie zauważyli go za 
pierwszym razem...
-  Ma pani któryś z nich?
-  Nie. - Elizabeth spojrzała z uwagą na Ewę. - Chyba oddała je do depozytu. Wszystkie.
-  Czy skorzystała z usług miejscowego banku w Virginii?
-  Nic o tym nie wiem. Zobaczę, czego uda mi się dowiedzieć w tej sprawie. Mogę przejrzeć rzeczy, 
które tu zostawiła.

background image

-  Będę zobowiązana. Jeśli coś sobie pani przypomni - obojętnie co - nazwisko, luźno rzuconą uwagę, 
proszę skontaktować się ze mną.
-  Oczywiście. Nigdy nie mówiła o swoich przyjaciołach, pani porucznik. Martwiłam się tym, mając 
jednocześnie nadzieję, że skoro ich nie ma, to może chętniej wróci do domu. Porzuci życie, które 
sobie wybrała. Wykorzystałam nawet jednego z moich przyjaciół, myśląc, że może on ją przekona 
szybciej niż ja.
-  Kto to był?
-  Roarke. - Elizabeth znowu stłumiła łzy, które napłynęły jej do oczu. - Na parę dni przed jej śmiercią 
zadzwoniłam do niego. Znamy się od lat. Zapytałam, czy może postarać się dla niej o zaproszenie na 
pewne  przyjęcie,   na  które,  jak wiedziałam,   sam się  wybierał.  Opierał  się.  Roarke  nie  jest  typem 
człowieka,  który chciałby się wtrącać  w sprawy rodzinne.  Ale powołałam się na  naszą  przyjaźń. 
Gdyby tylko znalazł sposób, żeby się z nią zaprzyjaźnić, pokazać jej, że atrakcyjna kobieta nie musi 
wykorzystywać   swego  ciała,   by  wzbudzić   zainteresowanie   mężczyzny...   Zrobił   to   dla   mnie   i   dla 
mojego męża.
-  Prosiła go pani, by rozwinął tę znajomość? - spytała ostrożnie Ewa.
-  Prosiłam go, by został jej przyjacielem - poprawiła ją Elizabeth.
By był przy niej. Prosiłam go o to, bo do nikogo nie mam takiego zaufania jak do niego. Odcięła się 
od nas wszystkich, a ja potrzebowałam kogoś, komu mogłabym zaufać. Wie pani, on nigdy by jej nie 
skrzywdził. Nigdy nie skrzywdziłby nikogo, kogo kocham.
-  Ponieważ panią kocha?
-  Ponieważ dba o nią. - Richard DeBlass odezwał się z progu.
- Roarke bardzo dba o Beth i o mnie. Ale kocha? Nie jestem pewien, czy chciałby się narażać na tak 
niepewne uczucie.
-  Richardzie. - Elizabeth wstała, z trudem panując nad sobą.
- Nie spodziewałam się ciebie tak wcześnie.
-  Już prawie skończyliśmy. - Podszedł do niej i zamknął jej ręce w swoich dłoniach. - Powinnaś była 
mnie zawołać, Beth.
-  Nie zrobiłam tego, bo... - Przerwała patrząc na niego bezradnie.
- Miałam badzieję, że sama dam sobie radę.
-  Nie musisz z niczym dawać sobie rady sama. - Nie puszczając rąk żony, zwrócił się do Ewy. - Pani 
porucznik Dallas?
-  Tak, panie DeBlass. Miałam parę pytań i pomyślałam, że łatwiej będzie zadać je osobiście.
-  Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by pani pomóc. - Pozostał w pozycji stojącej, co Ewa oceniła 
jako chęć okazania siły i zachowania dystansu.
W mężczyźnie, który stał obok Elizabeth, nie było nic z jej nerwowości czy wrażliwości. Czuł się 
odpowiedzialny za żonę, doszła do wniosku Ewa, chronił ją i panował nad swoimi emocjami.
-  Pytała pani o Roarke'a - kontynuował. - Mogę wiedzieć dlaczego?
-  Powiedziałam pani porucznik, że poprosiłam go, by spotkał się z Sharon. By spróbował...
-   Och, Beth. - Potrząsnął głową wolnym  ruchem,  w którym  kryło się zarówno zmęczenie, jak i 
rezygnacja. - Co mógł zrobić? Po co go w to wplątałaś?
Odsunęła się od niego, a na jej twarzy odmalowała się taka rozpacz, że Ewie serce ścisnęło się z bólu.
-  Powiedziałeś mi, żebym dała sobie spokój, że musimy pozwolić jej odejść. Ale musiałam podjąć 
jeszcze jedną próbę. Może związałaby się z nim, Richardzie. On był moją nadzieją. - Zaczęła mówić 
szybko, słowa wylatywały jej z ust, mieszały się ze sobą. - Może by jej pomógł, gdybym wcześniej go 
o to poprosiła. Dysponując odpowiednią ilością czasu prawie wszystko potrafi załatwić. Ale miał za 
mało czasu. Tak samo jak moje dziecko.
-  Już dobrze - mruknął Richard, kładąc jej rękę na ramieniu. - Już dobrze.
Znowu zapanowała nad sobą, cofnęła się, skurczyła ramiona.
-  Teraz mogę się już tylko modlić o sprawiedliwość, pani porucznik.
-   Dopilnuję, żeby sprawiedliwości stało się zadość, pani Barrister. Zamknęła oczy,  trzymając się 
kurczowo tej myśli.
-  Sądzę, że tak. Nie byłam tego pewna nawet wtedy, gdy Roarke opowiedział mi przez telefon o pani.
-  Zadzwonił, żeby porozmawiać o sprawie?
-  Zadzwonił, żeby się dowiedzieć, jak się miewamy, i powiedzieć mi, że jego zdaniem wkrótce pani 
przyjedzie,   żeby   osobiście   ze   mną   porozmawiać.   -   Niemal   się   uśmiechnęła.   -   Rzadko   się   myli. 

background image

Powiedział, że uznam panią za osobę kompetentną, dobrze zorganizowaną i zaangażowaną w sprawę. 
I miał rację. Cieszę się, że miałam okazję osobiście się o tym przekonać i dowiedzieć się, że to pani 
kieruje śledztwiem w sprawie morderstwa mojej córki.
-  Pani Barrister. - Ewa wahała się tylko przez chwilę, zanim postanowiła zaryzykować. - A gdybym 
pani powiedziała, że Roarke jest jednym z podejrzanych?
Oczy Elizabeth rozszerzyły się ze zdumienia, po czym niemal natychmiast uspokoiły się.
-  Doszłabym do wniosku, że pani rozumowanie idzie w wyjątkowo złym kierunku.
-  Ponieważ Roarke nie byłby w stanie popełnić morderstwa?
-  Tego bym nie powiedziała. - Odczuła ulgę, że choć przez chwilę może rozważać to obiektywnie. - 
Ale nie byłby w stanie popełnić tak bezsensownego czynu. Mógłby zabić z zimną krwią, lecz nigdy 
nie podniósłby ręki na osobę bezbronną. Mógłby zabić, nie zdziwiłabym się, gdyby zabił. Lecz czy 
komukolwiek zrobiłby to, co zrobiono Sharon - przed, podczas, po? Nie, nie Roarke.
- Nie - powtórzył jak echo Richard, znowu szukając dłonią ręki żony. - Nie Roarke.

N

ie Roarke, pomyślała Ewa, jadąc taksówką w kierunku stacji metra. Dlaczego nie powiedział jej, że 

umówił się z Sharon na prośbę jej matki? Czego jeszcze jej nie powiedział?
Szantaż. Jakoś nie widziała go jako ofiary szantażu. Nie dba o to, co o nim mówią albo piszą. Ale 
pamiętnik wszystko zmieniał i czynił z szantażu nowy intrygujący motyw.
Tylko co Sharon tam napisała i gdzie są te przeklęte pamiętniki?

9

Bez trudu wykołowałem tego faceta, który mnie śledził - powiedział Feeney, pakując sobie do ust to, 
co w stołówce policyjnej uznawano za śniadanie. - Widzę, że mnie namierzył. Rozgląda się dokoła, 
szukając wzrokiem ciebie, ale jest straszny ścisk. Więc wsiadam do tego pieprzonego samolotu. - 
Feeney bez skrzywienia popił napromienione jajka kawą zbożową. - On także wsiada, ale zajmuje 
miejsce w pierwszej klasie. Kiedy wysiadamy, czeka i dopiero wtedy się domyśla, że ciebie tam nie 
ma. - Dźgnął Ewę widelcem. - Wścieka się, natychmiast do kogoś dzwoni. Więc postanawiam go 
śledzić i jadę za nim do hotelu Regent. Tam nie chcą puścić pary z gęby. Wystarczy błysnąć odznaką, 
a wszyscy się obrażają.
-  Ale ty wyjaśniłeś im uprzejmie, że powinni spełnić swój obywatelski obowiązek.
-  Zgadza się. - Feeney wepchnął pusty talerz do utylizatora, zgniótł pusty kubek w ręce i też wrzucił 
go do otworu. - Wykonał parę telefonów - jeden do Wschodniego Waszyngtonu, drugi do Yirginii. 
Potem odbył rozmowę miejscową - z szefem policji.
-  Cholera jasna.
-  Taak. Nie ulega wątpliwości, że Simpson przyciska guziki dla DeBlassa. Ciekawe, które.
Zanim Ewa zdążyła to skomentować, zabrzęczał jej komunikator. Wyciągnęła go i odpowiedziała na 
wezwanie od swojego dowódcy.
-  Dallas, masz być na badaniach. Za dwadzieścia minut.
-  Sir, o dziewiątej jestem umówiona ze swoim kapusiem od sprawy Colby'ego.
-  Przełóż to. - Odparł stanowczym tonem. - Za dwadzieścia minut. Ewa odłożyła wolno komunikator.
-  Chyba znamy już jeden z guzików.
-  Wygląda na to, że DeBlass osobiście się tobą interesuje. - Feeney przyjrzał się jej twarzy. - Nie było 
takiego gliny w policji, który nie gardziłby testami. - Wytrzymasz to?
-  Jasne. Będę tu uwiązana przez większość dnia. Feeney, wyświadcz mi przysługę. Przejedź się po 
bankach na Manhattanie. Muszę wiedzieć, czy Sharon DeBlass miała gdzieś skrytkę depozytową. Jeśli 
nic nie znajdziesz, szukaj w innych dzielnicach.
-  Masz to załatwione.

S

ekcja, w której przeprowadzano testy, była oddzielona długimi korytarzami; niektóre z nich były 

przeszklone, inne miały ściany pomalowane na jasnozielony kolor, który ponoć działa uspokajająco. 
Lekarze i technicy byli ubrani na biało. Kolor symbolizujący niewinność i, oczywiście, władzę. Kiedy 
przeszła przez kilkoro drzwi ze szkła zbrojonego, komputer rozkazał jej uprzejmie, żeby oddała broń. 
Ewa wyjęła ją z pochwy, położyła na tacy i zobaczyła, jak wysuwa się z pokoju.

background image

Bez broni poczuła się naga, jeszcze zanim skierowano ją do Pokoju Badań l-C i powiedziano, żeby się 
rozebrała.
Położyła   ubranie   na   przeznaczonej   do   tego   ławce   i   spróbowała   nie   myśleć   o   technikach,   którzy 
obserwują   ją   na   swoich   monitorach,   ani   o   nieprzyjemnie   cichych   maszynach   z   błyskającymi 
bezosobowo światłami.
Badanie lekarskie było proste. Musiała tylko stać na środku pokoju w kształcie tuby i patrzeć, jak 
błyskają światła, podczas gdy sprawdzano, czy jej wewnętrzne organy i kości nie uległy jakiemuś 
uszkodzeniu.
Potem pozwolono jej włożyć niebieski kombinezon i usiąść; tymczasem maszyna przechyliła się, by 
sprawdzić jej oczy i uszy. Inne urządzenie, które wysunęło się ze ściany, przeprowadziło standardowy 
test na refleks. Jedynym człowiekiem, z jakim miała kontakt, był technik, który wszedł, by pobrać 
krew.
Proszę otworzyć drzwi z napisem Badanie 2-C. Faza pierwsza jest zakończona, Dallas, porucznik, 
Ewa.
W przyległym  pokoju poinstruowano ją, że ma  położyć  się na wyściełanym  stole, gdzie zostanie 
przeprowadzone   badanie   mózgu.   Nie   chcą,   żeby   jakiś   glina   z   guzem   mózgu   rozwalał   cywilów, 
pomyślała ze znużeniem.
Obserwowała techników przez szklaną szybę, podczas gdy hełm wsuwał się jej na głowę.
Potem rozpoczęły się gry.
Ławka została ustawiona w pozycji siedzącej i Ewę poddano testowi w rzeczywistości wirtualnej. 
Siedziała   w  jakimś   pojeździe   podczas   szaleńczego  pościgu.   Dźwięki   eksplodowały  jej   w   uszach: 
wycie syren, wydawane podniesionym głosem sprzeczne rozkazy płynęły z komunikatora na tablicy 
rozdzielczej. Widziała, że jest to typowa policyjna jednostka, w pełnym składzie. Jej zadaniem było 
prowadzenie   pojazdu,   więc   musiała   zbaczać   z   trasy   i   umiejętnie   manewrować,   by   nie   rozjechać 
przechodniów, których co chwila stawiano jej na drodze.
Jedną częścią mózgu zdawała sobie sprawę, że reakcje jej organizmu są kontrolowane: ciśnienie krwi, 
puls, nawet ilość potu lejącego się po skórze oraz śliny napływającej do ust. Było gorąco, nieznośnie 
gorąco. Ledwo uniknęła zderzenia z ciężarówką przewożącą żywność, która wjechała z turkotem na 
jej pas.
Zorientowała się, gdzie jest. Obok starych portów po wschodniej stronie. Czuła je: wodę, zepsute ryby 
i wielodniowy pot. Przyjezdni noszący swe niebieskie kombinezony robocze szukali jałmużny albo 
pracy na jeden dzień. Przemknęła obok nich, usiłując zająć jak najdogodniejszą pozycję na ekranie.
Osobnik uzbrojony. Miotacz płomieni, granat ręczny. Poszukiwany za kradzież i zabójstwo.
Świetnie, pomyślała Ewa, przechylając się za nim. Świetnie, jak cholera. Przycisnęła gaz, skręciła z 
całej   siły   kierownicę   i   otarła   się  o   zderzak   ściganego   pojazdu,   tak   że   aż   poszły   iskry.   Płomień 
przeleciał z szumem koło jej ucha, gdy mężczyzna do niej strzelił. Właściciel portowej restauracyjki 
skulił się ze strachu i natychmiast kilku klientów poszło w jego ślady. Makaron ryżowy poleciał w 
powietrze, a wraz z nim stek przekleństw.
Znowu uderzyła w cel.
Tym razem ścigany pojazd zatrząsł się i przechylił. Gdy mężczyzna starał się odzyskać panowanie nad 
kierownicą, Ewa zajechała mu drogę. Wyskakując z wozu, podała głośno swoje nazwisko, stopień 
oraz   ostrzegła   bandytę   przed   grożącymi   mu   konsekwencjami.   Mężczyzna   wysiadł,   miotając 
przekleństwa. I wtedy go ogłuszyła.
Uderzenie poraziło jego system nerwowy. Patrzyła, jak podskakuje, oblewa się potem i upada.
Ledwo zdążyła zaczerpnąć oddechu, by przygotować się do zmiany sceny, a ci pieprzeni technicy już 
ją wsadzili w zupełnie nową sytuację. Krzyki, krzyki małej dziewczynki; wściekły ryk mężczyzny, 
który jest jej ojcem.
Zrekonstruowali   to   niemal   perfekcyjnie,   opierając   się   na   jej   raporcie   oraz   zdjęciach   z   miejsca 
zdarzenia, i teraz widziała na ekranie odzwierciedlenie swych wspomnień.
Ewa nawet nie próbowała obrzucić ich przekleństwami; stłumiła w sobie nienawiść, smutek i puściła 
się biegiem na górę, w sam środek koszmaru.
Nie  słyszała   już  krzyków  małej   dziewczynki.  Walnęła  w drzwi,  wykrzyknęła  swe  nazwisko  oraz 
stopień.   Ostrzegła   mężczyznę   stojącego   po   drugiej   stronie   drzwi   przed   grożącymi   mu 
konsekwencjami, próbowała go uspokoić.
-  Pizdy. Wszystkie jesteście pizdami. Wejdź ty jebana dziwko! Zabiję cię!

background image

Pod naporem jej ramienia drzwi wygięły się, jakby były z tektury. Weszła do środka, trzymając przed 
sobą broń.
-   Była taka sama jak jej matka - taka sama jak jej pieprzona matka. Myślały, że odejdą ode mnie. 
Myślały, że mogą. Załatwiłem ją. Załatwiłem je. Ciebie też załatwię, ty jebana glino.
Mała dziewczynka patrzyła na nią dużymi martwymi  oczami. Oczami lalki. Jej maleńkie bezradne 
ciałko okaleczone, krew rozlewająca się w kałużę. I ściekająca z noża.
Powiedziała, by go przestraszyć: - “Ty skurwielu, rzuć broń! Rzuć ten pieprzony nóż!" Ale on szedł 
dalej. Ogłuszyła go. Ale on szedł dalej.
W pokoju śmierdziało krwią, uryną i przypalonym jedzeniem. Niczym nie osłonięte żarówki dawały 
jaskrawe, rażące światło, w którym wszystko, wszystko widziała ze wstrząsającą ostrością. Lalka z 
oderwaną ręką leżąca na podartej kanapie, wygięta osłona okna, przez którą wpadało silne czerwone 
światło   neonu   jarzącego   się   po   drugiej   stronie   ulicy,   przewrócony   stolik   z   taniego   tworzywa, 
uszkodzony ekran rozbitego telełącza.
Mała dziewczynka o martwych oczach. Rozszerzająca się kałuża krwi. I błysk lepkiego ostrza noża.
- Zaraz wepchnę ci go w pizdę. Tak jak jej to zrobiłem.
Znowu   go   ogłuszyła.   Jego   oczy  były   dzikie,   pijane   od   domowej   roboty  Zeusa,   tego   cudownego 
narkotyku,   który   czynił   z   mężczyzn   bogów,   z   całą   siłą   i   szaleństwem,   jakie   stwarza   iluzja 
nieśmiertelności.
Nóż z purpurowym ostrzem przeciął ze świstem powietrze.
I zabiła go.
Szarpnięcie sparaliżowało jego układ nerwowy. Najpierw umarł jego mózg, więc jeszcze przez chwilę 
ciało drgało konwulsyjnie, zanim oczy stały się całkiem szklane. Z trudem powstrzymała się, aby nie 
krzyknąć, i usunąwszy kopnięciem nóż z jego wciąż zaciśniętej dłoni, popatrzyła na dziecko.
Oczy dużej lalki patrzyły na nią, mówiąc jej - raz jeszcze - że się spóźniła.
Zmuszając swe ciało do relaksu, nie dopuszczała do swego umysłu nic poza raportem.
Pierwsza   część   testu   została   zakończona.   Ponownie   skontrolowano   reakcje   jej   organizmu,   zanim 
została zabrana na końcową część badań. Rozmowę w cztery oczy z psychiatrą.
Ewa   nie   miała   nic   przeciwko   doktor   Mirze.   Ta   kobieta   była  oddana   swojej   pracy.   Gdyby   miała 
prywatną praktykę, mogłaby zarobić trzy razy tyle, co w policji i Wydziale Bezpieczeństwa.
Miała cichy głos z lekkim akcentem klas wyższych z Nowej Anglii. Jej jasnoniebieskie oczy były miłe 
i przenikliwe. Była zadowoloną z życia sześćdziesięcioletnią kobietą, która nie miała w sobie nic z 
matrony.
Jej złocistobrązowe włosy były starannie zebrane na karku w skomplikowany węzeł. Miała na sobie 
schludny kostium w różowym odcieniu, z delikatnym złotym kółkiem w klapie.
Nie, osobiście Ewa nic przeciwko niej nie miała. Po prostu nienawidziła psychiatrów.
-  Porucznik Dallas. - Mira wstała z miękkiego niebieskiego fotela. W zasięgu wzroku nie było biurka 
ani komputera. Ewa wiedziała,
że  to jedna  ze  sztuczek wymyślona  po to, by badani odprężyli  się i zapomnieli,  że są pod stałą 
obserwacją.
-  Pani doktor. - Ewa usiadła w fotelu, który wskazała jej Mira.
-  Waśnie miałam napić się herbaty. Przyłączy się pani do mnie?
-  Jasne.
Mira podeszła z wdziękiem do obsługiwacza, zamówiła dwie herbaty, po czym przyniosła filiżanki do 
części wypoczynkowej.
-   Złe się stało, że testy zostały przełożone, pani porucznik. - Usiadła z uśmiechem i wypiła łyk 
herbaty. - Badania są bardziej wiarygodne i z pewnością przynoszą o wiele większą korzyść, kiedy są 
przeprowadzane w ciągu dwudziestu czterech godzin od wypadku.
-  Nic się na to nie poradzi.
-  Tak, wiem. Wstępne wyniki badań są zadowalające.
-  Świetnie.
-  Nadal nie chce pani poddać się autohipnozie?
-  To nie jest obowiązkowe.
-  Nie. - Mira założyła nogę na nogę. - Ma pani za sobą ciężkie przeżycie, pani porucznik. Są oznaki 
fizycznego i psychicznego wyczerpania.
-  Pracuję nad inną, bardzo trudną sprawą. Zabiera mi mnóstwo czasu.

background image

-  Tak, poinformowano mnie o tym. Czy bierze pani zalecane przez nas środki nasenne?
Ewa spróbowała herbaty. Była kwiatowa, sądząc po smaku i zapachu.
-     Nie.   Omówiłyśmy   to   już   poprzednio.   Mam   prawo   decydować   czy   je   przyjmować,   czy   nie. 
Postanowiłam ich nie brać.
-  Ponieważ ograniczają możliwość kontroli nad sobą. Ewa popatrzyła jej w oczy.
-  Zgadza się. Nie lubię być usypiana i nie lubię być tutaj. Nie lubię prania mózgu.
-  Uważa pani te badania za pranie mózgu? Każdy rozgarnięty glina tak uważał.
-  Nie są dobrowolne, prawda? Mira stłumiła westchnienie.
-  Zabicie człowieka, bez względu na okoliczności, pozostawia uraz w pamięci każdego oficera policji. 
Gdy ten uraz wpływa  na uczucia, reakcje i postawę funkcjonariusza, to jego praca może  na tym 
ucierpieć. Jeśli powodem użycia broni był jakiś defekt fizyczny, to trzeba go znaleźć i usunąć.
-  Znam wytyczne dowództwa, pani doktor. Jestem gotowa do ścisłej współpracy. Ale nie muszę tego 
lubić.
-  Nie, nie musi pani. - Mira trzymała z wdziękiem filiżankę na kolanie. - Pani porucznik, już po raz 
drugi zabiła pani człowieka. Choć nie jest to nic niezwykłego, jak na oficera z pani stażem, jednak 
wielu funkcjonariuszy nigdy nie musiało podjąć takiej decyzji. Chciałabym wiedzieć, jak pani ocenia 
swój wybór i jakie są jego skutki.
Wolałabym   być   szybsza,   pomyślała   Ewa.   Wolałabym,   żeby   ta   mała   bawiła   się   teraz   swoimi 
zabawkami, a nie została poddana kremacji.
-  Ponieważ miałam do wyboru albo dać się pociachać na kawałki, albo go powstrzymać, to uważam, 
że podjęłam słuszną decyzję. Uprzedziłam go o grożącym mu niebezpieczeństwie, lecz zignorował 
moje ostrzeżenie. Próbowałam go ogłuszyć, ale nic to nie dało.
Dowód tego, że zabójca nie żartuje, leżał między nami na podłodze w kałuży krwi.
-  Była pani wstrząśnięta śmiercią dziecka?
-  Myślę, że każdy byłby wstrząśnięty śmiercią dziecka. Takim brutalnym morderstwem bezbronnej 
osoby.
-  I dostrzega pani podobieństwa między tą dziewczynką a sobą? - spytała cicho Mira. Zauważyła, że 
Ewa spochmurniała i zamknęła się w sobie. - Pani porucznik, przecież obie dobrze wiemy, co panią 
spotkało w przeszłości. Była pani wykorzystywana fizycznie, seksualnie i emocjonalnie. Została pani 
porzucona, gdy miała osiem lat.
-  To nie ma nic do...
-  Myślę, że to miało wiele wspólnego ze stanem pani umysłu i uczuć - przerwała jej Mira. - Przez dwa 
lata,   między   ósmym   a   dziesiątym   rokiem   życia,   mieszkała   pani   w   domu   dziecka,   kiedy   trwały 
poszukiwania pani rodziców. Nic pani nie pamięta z pierwszych ośmiu lat swego życia - ani imienia, 
ani miejsca urodzenia, ani jakichkolwiek szczegółów.
Choć oczy Miry wydawały się łagodne, były przenikliwe i świdrujące.
-  Nazwano panią Ewą Dallas i ostatecznie umieszczono w rodzinie zastępczej. Nie miała pani na to 
wszystko żadnego wpływu. Była pani maltretowanym dzieckiem, zależnym od systemu, na którym 
niejednokrotnie się pani zawiodła.
Tylko przemożną siłą woli Ewa zapanowała nad łzami i drżeniem głosu. 
-     A   teraz   ja,   część   systemu,   zawiodłam,   gdyż   nie   zdążyłam   ochronić   tego   dziecka.   Chce   pani 
wiedzieć, jak się teraz czuję, doktor Miro?
Jestem nieszczęśliwa. Chora. Zmartwiona.
-  Czuję, że zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy. Przeszłam przez przygotowany przez panią 
test w rzeczywistości wirtualnej i zrobiłam to jeszcze raz. Bo nie można było tego zmienić. Gdybym 
mogła ocalić dziecko, ocaliłabym je. Gdybym mogła zaaresztować przestępcę, zaaresztowałabym go.
-  Ale nie miała pani wyboru. Wredna dziwka.
-   Miałam wybór  - użyć  broni czy nie. Po rozpatrzeniu wszystkich możliwości, wykonałam swój 
obowiązek. Przeglądała pani mój raport. Zabicie człowieka było w pełni uzasadnione.
Mira milczała przez chwilę. Wiedziała, że jej umiejętności nie wystarczą, by przebić się przez mur 
obrony Ewy.
-  Świetnie, pani porucznik. Jest pani całkowicie przekonana, że może wykonywać swe obowiązki bez 
żadnych ograniczeń. - Mira podniosła rękę, zanim Ewa zdążyła wstać. - Poza protokółem.
-  Coś jest nie tak?

background image

Mira uśmiechnęła się tylko.
-   To prawda, że bardzo często umysł sam się broni. Nie chce pani pamiętać o pierwszych ośmiu 
latach swego życia. Ale te lata są częścią pani. Mogę je pani przypomnieć, kiedy będzie pani na to 
gotowa. A także - dodała cicho - pomóc się z nimi uporać.
-   Sama siebie stworzyłam i mogę z tym żyć. Może nie chcę narażać się na ryzyko życia z takim 
balastem? - Wstała i podeszła do drzwi. Kiedy się odwróciła, Mira siedziała dokładnie tak samo jak 
przed chwilą, ze skrzyżowanymi nogami, ze śliczną filiżaneczką w ręce. Zapach kwiatowej herbaty 
unosił się w powietrzu.
-  Sprawa oparta na hipotezie - zaczęła Ewa i poczekała, aż Mira kiwnie głową. - Kobieta należąca do 
elity towarzyskiej i mająca także zaplecze finansowe postanawia zostać kurwą. - Gdy Mira uniosła 
brew, Ewa zaklęła zirytowana. - Nie musimy tu upiększać terminologii, pani doktor. Ta dziewczyna 
postanowiła zarabiać na życie własnym ciałem. Obnosiła się z tym ostentacyjnie przed całą rodziną, 
włącznie ze swym arcykonserwatywnym dziadkiem. Dlaczego?
-   Trudno podać  jeden konkretny motyw   na  podstawie  tak ogólnej  i  powierzchownej  informacji. 
Najbardziej   oczywiste   wydaje   się   to,   że   ofiara   uważała,   iż   jej   jedynym   atutem   jest   sprawność 
seksualna. Albo lubiła, albo nienawidziła się kochać.
Zaintrygowana Ewa odsunęła się od drzwi. - Jeśli tego nienawidziła, to dlaczego została prostytutką?
-  Żeby wymierzyć karę.
-  Sobie?
-  Z pewnością, i swoim najbliższym.
Żeby wymierzyć karę, zadumała się Ewa. Pamiętnik. Szantaż.
-  Mężczyzna morduje - kontynuowała. - Ze złością, brutalnie. Zabójstwo ma związek z seksem i jest 
popełnione w nietypowy i charakterystyczny sposób. Jego przebieg nagrywa na dyskietce, obchodzi 
wymyślny   system   zabezpieczeń.   Dyskietkę   z   nagraną   sceną   morderstwa   dostarcza   oficerowi 
prowadzącemu śledztwo. Na miejscu zbrodni zostawia wiadomość, wiadomość, z której przebija buta. 
Jaki on jest?
-  Dysponuję tak małą ilością informacji - poskarżyła się Mira, lecz Ewa zauważyła, że udało jej się 
wzbudzić zainteresowanie lekarki. - Pomysłowy - zaczęła. - Podróżnik, który wszystko dokładnie 
planuje.   Zarozumiały,   prawdopodobnie   zadowolony   z   siebie.   Powiedziałaś,   że   morduje   w 
charakterystyczny sposób, więc pragnie zostawić po sobie ślad, chce pokazać, jaki jest sprawny i 
inteligentny. Czy na podstawie własnych obserwacji i dedukcji sądzi pani, poruczniku, że znajduje on 
przyjemność w mordowaniu?
-  Tak. Sądzę, że rozkoszuje się tym. Mira kiwnęła głową.
-  Więc z pewnością znowu zabije.
-   Już to zrobił. Dwa morderstwa w przeciągu niecałego tygodnia. Nie będzie długo czekał, zanim 
znowu zabije, prawda?
-  To wcale nie jest takie pewne. - Mira wypiła łyk herbaty, tak jakby rozmawiały o najnowszej letniej 
kolekcji. - Czy te dwa morderstwa coś ze sobą łączy poza sprawcą i metodą zabójstwa?
-  Seks - odparła krótko Ewa.
-  Aha. - Mira przechyliła głowę. - Mimo całej naszej technologii, mimo zadziwiającego postępu, jaki 
dokonał   się   w   genetyce,   wciąż   nie   jesteśmy   w   stanie   kontrolować   ludzkich   wad   i   zalet.   Pewnie 
jesteśmy zbyt humanitarni, by pozwolić na manipulowanie nimi. Namiętności są motorem działania 
człowieka. Przekonaliśmy się o tym na początku tego stulecia, kiedy to inżynieria genetyczna niemal 
wymknęła się nam spod kontroli. Źle się dzieje, że niektóre namiętności splatają się ze sobą. Seks i 
przemoc. Dla niektórych to wciąż jest naturalne połączenie. - W tym momencie wstała, by odnieść 
filiżanki i postawić je obok automatycznego obsługiwacza. - Chętnie bym  się dowiedziała czegoś 
więcej o tym mężczyźnie, pani porucznik. Jeśli kiedyś dojdzie pani do wniosku, że chce mieć jego 
portret psychologiczny, mam nadzieję, że przyjdzie pani z tym do mnie.
-  Obowiązuje mnie Kod Piąty. Mira obejrzała się za siebie.
-  Rozumiem.
-   Jeśli nie powstrzymamy  go przed popełnieniem kolejnego morderstwa, może  jakoś mi  się uda 
obejść przepisy.
-  Będę do pani dyspozycji.
-  Dzięki.

background image

-  Ewo, nawet silne kobiety, które same doszły do wszystkiego w życiu, mają swoje słabości. Nie bój 
się ich.
Ewa wytrzymała wzrok Miry.
-  Mam mnóstwo pracy.

B

adania wyprowadziły Ewę z równowagi. Wyładowała złość na swoim informatorze, zachowując się 

wobec niego grubiańsko, przez co zraziła go do siebie i niemal straciła ślad w sprawie o przemyt 
narkotyków. Jej nastrój daleki był od wesołości, kiedy wróciła do Centrali. Nie było wiadomości od 
Feeneya.
Inni w jej wydziale wiedzieli, gdzie spędziła dzień, i robili co mogli, by trzymać się od niej z daleka. 
W rezultacie rozdrażniona pracowała samotnie przez godzinę.
Ostatnim wysiłkiem poprosiła o połączenie z Roarke'em.  Nie była  ani zdziwiona, ani szczególnie 
rozczarowana, kiedy okazało się, że jest niedostępny. Przesłała mu wiadomość w internacie, prosząc o 
spotkanie, po czym zapisała w dzienniku, że skończyła pracę.
Zamierzała utopić swoje smutki w tanim alkoholu i miernej muzyce, przysłuchując się występowi 
Mavis w Blue Sąuirrel.
Trzeba   było   sporo   dobrej   woli,   by   nie   uznać   tej   knajpy   za   spelunkę.   Światło   było   przyćmione, 
klientela nerwowa, a obsługa żałosna. To było dokładnie to, czego Ewa szukała.
Fala nie zharmonizowanych ze sobą dźwięków muzycznych uderzyła w nią, gdy tylko weszła. Mavis 
próbowała przebić się swoim namiętnym skrzeczącym głosem przez zespół składający się z wyta-
tuowanego we wszystkich barwach tęczy szczeniaka, który grał na syntezatorze.
Ewa odrzuciła opryskliwym  tonem propozycję faceta w skórzanej kurtce z kapturem, który chciał 
postawić jej drinka w jednej z prywatnych kabinek dla palących. Przecisnęła się do stolika, zamówiła 
u zaganianej kelnerki screamera i rozsiadła się, by obejrzeć występ Mavis.
Nie jest zła, doszła do wniosku Ewa. Nie jest też dobra, ale klienci nie grymasili. Tego wieczoru 
Mavis   była   pomalowana,   jej   drobna   postać   z   obfitym   biustem   przypominała   płótno   w 
pomarańczowo--fioletowe paski, na które gdzieniegdzie rzucono szmaragdowe plamy. Bransoletki i 
łańcuchy pobrzękiwały, gdy krążyła w tańcu po małej, podwyższonej scenie. Stopień niżej tłum ludzi 
wirował z takim samym entuzjazmem.
Ewa zauważyła małą, zapakowaną w folię paczuszkę, którą podawano sobie z rąk do rąk na skraju 
parkietu. Narkotyki, oczywiście. Próbowali z nimi walczyć, zalegalizować je, zlekceważyć i ustalić 
zasady ich posiadania. Nic nie zdało egzaminu.
Nie zainteresowało jej to na tyle, żeby dokonać aresztowań, więc podniosła rękę i pomachała do 
Mavis.
Wokalna   część   utworu   skończyła   się   -   piosenka   słaba,   bo   słaba,   ale   została   wykonana.   Mavis 
zeskoczyła ze sceny, przecisnęła się przez tłum i oparła pomalowanym biodrem o krawędź stolika 
Ewy.
-  Hej, nieznajoma.
-  Świetnie wyglądasz, Mavis. Co to za artysta?
-   Och, taki znajomy. - Przesunęła się, popukała calowym paznokciem w lewy pośladek. - Caruso. 
Widzisz, podpisał się na mnie. Zrobił mi to bezpłatnie w zamian za rozreklamowanie jego nazwiska.
-  Oczy wyszły jej z orbit, kiedy kelnerka postawiła przed Ewą wysoki smukły kieliszek z pienistym 
niebieskim płynem. - Screamer? Nie wolałabyś, żebym znalazła młotek i po prostu walnęła cię nim w 
głowę?
-  To był zasrany dzień - mruknęła Ewa i wypiła pierwszy porażający łyk trunku. - Chryste. Zawsze 
tak się po nich czuję.
Zmartwiona Mavis pochyliła się nad nią.
-  Mogę sobie zrobić małą przerwę.
-  Nie, wszystko w porządku. - Ewa, ryzykując życie, wypiła jeszcze jeden łyk. - Po prostu chciałam 
sprawdzić twoją nową knajpę i trochę się rozluźnić. Mavis, ty nie bierzesz, prawda?
-   Hej, daj spokój. - Bardziej zmartwiona niż obrażona Mavis potrząsnęła Ewę za ramię. - Jestem 
czysta,  wiesz o tym.  Puszczają po sali trochę narkotyków,  ale lekkich. Trochę pigułek szczęścia, 
trochę środków uspokajających, bardzo niewiele łataczy nastroju.
-   Odsunęła   od   niej   swą   pokerową   twarz.   -   Jeśli   przymierzasz   się   do   nalotu   na   tę   knajpę,   to 
przynajmniej zrób to wtedy, kiedy mam wolne.

background image

-  Przepraszam. - Ewa zła na samą siebie potarła twarz rękami.
- Chwilowo nie nadaję się do kontaktów z ludźmi. Wracaj na scenę i śpiewaj. Lubię cię słuchać.
-  Jasne. Ale gdybyś chciała mieć towarzystwo, kiedy będziesz wychodziła, daj mi znak. Załatwię to.
-   Dzięki. - Ewa usiadła wygodnie, zamknęła oczy. Zdziwiła się, gdy muzyka stała się wolniejsza, 
nawet bardziej łagodna. Jeśli nie rozglądała się po sali, nie było tak źle.
Za   dwadzieścia   kawałków   mogłaby   dostać   okulary   wywołujące   dobry   nastrój,   rozkoszować   się 
światłami i kształtami, które zlewały się z muzyką. Wolała jednak zamknąć oczy.
-  Trudno uwierzyć, że w takich spelunkach szuka pani zapomnienia, pani porucznik.
Otworzyła oczy i spojrzała na Roarke'a.
-  Za każdym razem, gdy muszę dojść do siebie.
Usiadł naprzeciw niej. Stolik był na tyle mały, że zderzyli się kolanami. Poprawił się, przesuwając uda 
wzdłuż jej ud.
-  Dzwoniłaś do mnie, pamiętasz? I podałaś mi ten adres.
-  Chciałam umówić się na spotkanie, ale nie szukałam kompana do picia.
Zerknął na stojący na stole kieliszek i pochylił się, by powąchać trunek.
-  Nikogo nie namówisz na tę truciznę.
-  W tej knajpie nie podaje się szlachetnego wina ani starej whiskey. Położył rękę na jej dłoniach tylko 
po to, by zobaczyć, jak się nachmurzyła i wyszarpnęła.
-  Może pójdziemy gdzieś, gdzie to robią?
-  Jestem w fatalnym nastroju. Wyznacz spotkanie w dogodnym dla siebie terminie, a potem spadaj.
-  W jakim celu mamy się spotkać? - Piosenkarka przyciągnęła jego uwagę. Uniósł brew, patrząc, jak 
przewraca oczami i robi dziwne ruchy ręką. - Jeśli wokalistka nie dostała jakiegoś ataku, to wydaje mi 
się, że daje ci znaki.
Ewa zerknęła na nią z rezygnacją i potrząsnęła głową.
-  To moja przyjaciółka. - Potrząsnęła głową bardziej zdecydowanie, gdy Mavis wyszczerzyła zęby w 
uśmiechu i podniosła oba kciuki. - Myśli, że szczęście mi dopisało.
-     Bo   dopisało.   -   Roarke   podniósł   kieliszek   i   postawił   go   na   sąsiednim   stoliku,   gdzie   chciwie 
wyrywano go sobie z rąk do rąk.
- Właśnie ocaliłem ci życie.
-  Szlag by to...
-  Ewo, jeśli chcesz się upić, zrób to przynajmniej czymś, co nie zrujnuje ci żołądka. - Przejrzał kartę, 
skrzywił się. - A tego nie da się tutaj kupić. - Wziął ją za rękę i wstał. - Chodź.
-  Dobrze mi tutaj.
Pochylił się cierpliwie, zbliżając twarz do jej twarzy.
-  Mam nadzieję, że będziesz wystarczająco pijana, by zadać komuś parę ciosów pięścią, nie martwiąc 
się o konsekwencje. Przy mnie nie musisz się upijać, nie musisz się martwić. Możesz mnie okładać 
pięściami, ile dusza zapragnie.
-  Dlaczego?
-  Bo masz jakiś smutek w oczach. I to mnie trapi. - Kiedy zastanawiała się nad tym zadziwiającym 
stwierdzeniem, podniósł ją z krzesła i poprowadził w stronę drzwi.
-  Idę do domu - postanowiła.
-  Nie, nie idziesz.
-  Słuchaj, kompanie...
Tyle   zdążyła   powiedzieć,   zanim   przycisnął   ją   do   ściany   i   zmiażdżył   jej   usta   pocałunkiem.   Nie 
walczyła z nim. Dech jej zaparło; jego gwałtowność wywołała w niej wściekłość i pożądanie, które 
odczuła tak silnie jak uderzenie pięścią.
Minęło zaledwie parę sekund, zanim uwolnił jej usta.
-  Przestań - zażądała nienawidząc się za to, że jej głos jest tylko drżącym szeptem.
-   Bez względu na to, co myślisz - powiedział starając się zapanować nad sobą - zdarzają się takie 
chwile, gdy potrzebujesz drugiego człowieka. W tym momencie mnie. - Wypchną] ją na dwór. - Gdzie 
jest twój samochód?
Wskazała go ręką i pozwoliła poprowadzić się po chodniku.
-  Nie wiem, jaki masz problem.
-   Chyba ty nim jesteś. Wiesz, jak wyglądałaś? - spytał próbując otworzyć drzwi. - Siedząc w tej 
spelunie z zamkniętymi, podsinionymi oczami?

background image

Ten opis tylko rozpalił jej gniew. Roarke posadził ją na miejscu dla pasażerów i obszedł samochód, by 
usiąść za kierownicą.
-  Jaki jest twój pieprzony kod?
Zafascynowana jego gwałtownym temperamentem, przesunęła się i sama otworzyła zamek. Roarke 
nacisnął starter i samochód oderwał się od krawężnika.
-  Próbowałam się odprężyć - powiedziała ostrożnie Ewa.
-  Nie wiesz, jak to robić - odparł. - Wpakowałaś się tam, ale nie pozbyłaś się kłopotu. - Chodzisz po 
linie, Ewo, lecz to jest cholernie cienka lina.
-  Właśnie do tego jestem przygotowana.
-  Tym razem nie wiesz, z czym masz kłopot. Jej palce zacisnęły się w pięść.
-  A ty wiesz?
Milczał przez chwilę, tłumiąc własne uczucia.
-  Później o tym porozmawiamy.
-  Wolałabym teraz. Wczoraj pojechałam zobaczyć się z Elizabeth Banister.
-  Wiem. - Odzyskawszy spokój, przystosował się do nierównego rytmu jej samochodu. - Zmarzłaś. 
Włącz ogrzewanie.
-  Nie działa. Dlaczego mi nie powiedziałeś, że Elizabeth Banister prosiła cię, byś spotkał się z Sharon 
i z nią porozmawiał?
-  Ponieważ Beth prosiła mnie o to w zaufaniu.
-  Co cię z nią łączy?
-  Jesteśmy przyjaciółmi. - Roarke obrzucił ją uważnym spojrzeniem. - Mam ich kilku. Ona i Richard 
zaliczają się do nich.
-  A senator?
-  Nienawidzę tego pieprzonego, napuszonego, obłudnego tłuściocha - powiedział cicho Roarke. - Jeśli 
z ramienia swojej partii będzie kandydował na prezydenta, to włożę cały swój majątek w kampanię 
jego przeciwnika. Nawet gdyby był nim sam diabeł.
-  Powinieneś uważać na to, co mówisz - rzekła i uśmiechnęła się. - Wiedziałeś, że Sharon prowadziła 
pamiętnik?
-  To naturalne. Była kobietą interesu.
-   Nie  mówię   o  dzienniku,  w którym  zapisywała  spotkania  z  klientami.  Chodzi  mi  o pamiętnik, 
osobisty pamiętnik. Sekrety, Roarke. Szantaż.
W milczeniu rozważał jej słowa.
-  No, no. Znalazłaś swój motyw.
-  Zobaczymy. Masz mnóstwo sekretów, Roarke.
Zaśmiał się cicho, zatrzymując samochód przed bramą swojej posiadłości.
-  Naprawdę myślisz, że jestem ofiarą szantażu? Że jakaś zagubiona, żałosna kobieta, taka jak Sharon, 
wygrzebała informację, której ty nie możesz znaleźć, i wykorzystała ją przeciwko mnie?
-  Nie. - To byłoby łatwe. Położyła mu rękę na ramieniu. - Nie wjadę z tobą do środka. - To już nie 
byłoby łatwe.
-   Gdybym przywiózł cię tu dla seksu, uprawialibyśmy seks. Oboje to wiemy. Chciałaś się ze mną 
zobaczyć. Chciałaś postrzelać z takiej broni, z jakiej zabito Sharon i tę drugą dziewczynę, prawda?
Wypuściła powietrze. -Tak.
-  Teraz masz okazję.
Brama otworzyła się. Samochód wjechał do środka.

10

Ten sam  lokaj   z  kamienną  twarzą   stał  przy drzwiach.  Wziął  płaszcz   od Ewy z   taką  samą   lekką 
niechęcią.
- Każ przynieść kawę do sali strzelniczej - polecił Roarke, wprowadzając Ewę po schodach.
Znowu trzymał ją za rękę, lecz Ewa miała wrażenie, że robi to mniej przez sentyment, a bardziej z 
chęci upewnienia się, iż mu nie ucieknie. Mogłaby mu powiedzieć, że za bardzo ją zaintrygował, by 
gdziekolwiek poszła, lecz podobało jej się to gniewne rozdrażnienie kryjące  się za jego pozornie 
spokojnym sposobem bycia.

background image

Kiedy weszli na trzecie piętro, przejrzał szybko swoje zbiory, wybierając bez zdenerwowania czy 
wahania odpowiednie egzemplarze broni. Posługiwał się starymi rewolwerami ze znajomością rzeczy 
i z doświadczeniem stałego użytkownika. Nie kolekcjonera, który kupił je tylko po to, by cieszyć się z 
ich posiadania, ale człowieka robiącego użytek ze swoich zbiorów. Zastanawiała się, czy Roarke wie, 
że to przemawia na jego niekorzyść. Albo czy go to obchodzi.
Gdy wybrana przez niego broń leżała bezpiecznie w skórzanej kaburze, podszedł do ściany.
Zarówno   tabliczka   sterująca   drzwiami,   jak   i   one   same,   były   tak   sprytnie   ukryte   w   obrazie 
przedstawiającym las, że nigdy by ich nie znalazła. Drzwi rozsunęły się, odsłaniając wejście do windy.
-  Ta kabina zatrzymuje się tylko przy wybranych pokojach - wyjaśnił, gdy Ewa wsiadła wraz z nim 
do windy. - Rzadko zabierani gości do salonu strzelniczego.
-  Dlaczego?
-  Możliwość oglądania i korzystania z mojej kolekcji mają tylko ci, którzy potrafią ją docenić.
-  Jak dużo egzemplarzy kupujesz na czarnym rynku?
-   Glina w każdym calu. - Błysnął szerokim uśmiechem. - Kupuję wyłącznie z legalnych źródeł. - 
Zerknął na jej konduktorkę. - Przynajmniej wtedy, gdy masz włączony magnetofon.
Nie mogła stłumić uśmiechu. Oczywiście, że miała włączony magnetofon. I oczywiście wiedział o 
tym. Tak bardzo była ciekawa, że otworzyła torbę, wyjęła rejestrator dźwięku i wyłączyła go.
-  A urządzenie zapasowe? - spytał natychmiast.
-   Jesteś za sprytny, źle na tym wyjdziesz. - Wsunęła rękę do kieszeni. Urządzenie zapasowe było 
niemal tak cienkie jak kartka papieru. Unieruchomiła je kciukiem. - A co z twoim systemem ochrony? 
- Rozejrzała się po windzie, gdy drzwi się otworzyły. - Urządzenia inwigilujące są zainstalowane w 
każdym kącie.
-  Jasne. - Znowu wziął ją za rękę i wyciągnął z windy.
Pokój miał wysoki sufit i był  zadziwiająco skromny,  biorąc pod uwagę zamiłowanie Roarke'a do 
komfortu.   Gdy  tylko   weszli   do   środka,   zapaliły  się   światła,   oświetlając   gładkie,   pomalowane   na 
piaskowy kolor ściany, rząd prostych krzeseł z wysokimi oparciami i stoliki, gdzie postawiono już 
tacę ze srebrnym dzbankiem do kawy i porcelanowymi filiżankami.
Nie   zwracając   na   nie   uwagi,   Ewa   podeszła   do   długiego,   błyszczącego,   czarnego   pulpitu 
sterowniczego.
-  Do czego to służy?
-     Do   różnych   rzeczy.   -   Roarke   odłożył   przyniesioną   z   góry  kaburę.   Przycisnął   dłoń   do   ekranu 
identyfikacyjnego, który rozjaśnił się łagodnym zielonym blaskiem, gdy rysunek dłoni Roarke'a został 
odczytany i zaakceptowany, po czym zapaliły się światełka i tarcze.
-  Trzymam tu zapas amunicji. - Wcisnął szereg guzików. Otworzyła się gablotka ukryta w podstawie 
konsoli. - To ci się przyda. - Z drugiej gablotki wyjął woskowe kulki do zatykania uszu oraz okulary 
ochronne.
-  To jak hobby? - spytała Ewa, zakładając okulary. Małe przezroczyste soczewki dokładnie osłaniały 
jej oczy, woskowe kulki idealnie pasowały do uszu.
-  Tak. Jak hobby.
Jego głos  przebił  się  słabym  echem przez jej  ochraniacze,  odgradzające  ją od wszystkich innych 
dźwięków. Wybrał trzydziestkę ósemkę, załadował.
-  W połowie dwudziestego wieku to była standardowa broń policyjna. Pod koniec drugiego milenium 
preferowano kaliber dziewięć milimetrów.
-   RS-pięćdziesiąt były uważane za oficjalną broń podczas Rewolty Miejskiej i przetrwały aż do 
trzeciej dekady dwudziestego pierwszego wieku.
Zadowolony uniósł brew.
-  Odrabiasz pracę domową.
-  Cholernie dokładnie. - Spojrzała na broń, którą trzymała w ręce.
- Żeby zrozumieć sposób myślenia zabójcy.
-  Zatem zdajesz sobie sprawę, że ręczny laser, który masz przymocowany z boku, zyskał powszechne 
uznanie dopiero jakieś dwadzieścia pięć lat temu.
Marszcząc lekko brwi, patrzyła, jak załadował bębenek.
-     Laser   nowej   generacji   wchodzi   w   skład   standardowego   wyposażenia   policji   od   dwa   tysiące 
dwudziestego trzeciego. Nie zauważyłam żadnego lasera w twoich zbiorach.
Popatrzył na nią, w jego oczach malowało się rozbawienie.

background image

-  To zabawki tylko dla glin. Posiadanie ich jest nielegalne, pani porucznik, nawet dla kolekcjonerów. 
-   Wcisnął   przycisk.   Na   przeciwległej   ścianie   wyświetlono   z   hologramu   obraz.   Widoczna   na   nim 
postać tak łudząco przypominała żywego człowieka, że Ewa zamrugała oczami i wytężyła  wzrok, 
zanim zorientowała się, o co chodzi.
-  Świetny obraz - mruknęła, przyglądając się potężnemu, muskularnemu mężczyźnie trzymającemu 
broń, której nie potrafiła zidentyfikować.
-   Ten człowiek jest kopią typowego dwudziestowiecznego bandyty. Trzyma w ręce AK-czterdzieści 
siedem.
-  Racja. - Przyjrzała mu się mrużąc oczy. Wyglądał bardziej przerażająco niż na zdjęciach i kasetach 
video, które widziała.
-  Bardzo popularny wśród miejskich gangów i handlarzy narkotyków.
-  Chętnie wykorzystywany podczas napadów - mruknął Roarke.
- Wygodny w użyciu. Gdy uruchomię hologram i on trafi do celu, poczujesz lekkie szarpnięcie. Raczej 
jakby cię poraził prąd o niewielkim napięciu niż jakbyś została postrzelona. - Chcesz spróbować?
-  Ty pierwszy.
-   Świetnie. - Roarke uruchomił obraz. Bandyta na hologramie rzucił się do przodu, unosząc broń. 
Natychmiast włączyły się efekty dźwiękowe.
Przerażona piekielnym hałasem Ewa zrobiła gwałtowny krok do tym. Opryskliwe, sprośne wyrazy, 
łoskot uliczny, przerażająco szybki wystrzał z broni.
Przyglądała się z rozdziawionymi  ustami, jak obraz bluznął czymś, co aż za bardzo przypominało 
krew. Wydawało się, że buchnie ona także z szerokiej piersi, gdy mężczyzna poleciał do tyłu. Broń 
wypadła mu z ręki. Potem wszystko zniknęło.
-  Chryste!
Trochę zdziwiony, że się przed nią popisywał niczym dzieciak w salonie gier, Roarke opuścił broń.
-  Trudno sobie wyobrazić, jaką krzywdę może wyrządzić taka broń, jeśli obraz nie jest wystarczająco 
realistyczny.
-  Chyba tak. - Musiała przełknąć ślinę. - Czy trafił w ciebie?
-  Tym razem nie. Oczywiście, gdy jest jeden na jednego, a ty możesz przewidzieć każdy ruch swego 
przeciwnika, nietrudno jest wygrać swoją kolejkę.
Roarke nacisnął jeszcze parę guzików i zabity bandyta znowu się pojawił, cały, gotowy dalej walczyć. 
Roarke automatycznie złożył się do strzału. Niczym stary glina, pomyślała Ewa. Albo, posługując się 
jego słowami, doświadczony bandyta.
Nagle mężczyzna rzucił się do przodu i gdy Roarke strzelił, w krótkich odstępach czasu pojawiły się 
inne postaci. Mężczyzna z jakąś ohydną krótką bronią, burkliwa kobieta celująca ze strzelby z długą 
lufą - Magnum kaliber 44, doszła do wniosku Ewa - małe przerażone dziecko, które niosło piłkę.
Błyskali, strzelali, przeklinali, wrzeszczeli, krwawili. Kiedy wszystko się skończyło, dziecko siedziało 
samotnie na ziemi, zalewając się łzami.
-  Strzelając na chybił trafił, tak jak teraz, jest o wiele trudniej trafić - powiedział Roarke. - Dostałem 
w ramię.
-  Co? - Ewa zamrugała oczami, znowu skupiając na nim wzrok. - Twoje ramię...
Uśmiechnął się do niej szeroko.
-  Nie martw się, kochanie. To tylko powierzchowna rana. Serce waliło jej jak dzwon, choć próbowała 
sobie tłumaczyć, że to absurdalna reakcja.
-  Piekielna zabawka, Roarke. Czas na prawdziwą grę i zabawę. Często grasz?
-  Od czasu do czasu. Jesteś gotowa, żeby spróbować?
Ewa doszła do wniosku, że jeśli uporała się z rzeczywistością wirtualną, upora się i z tym.
-  Tak, włącz coś na chybił trafił.
-  To w tobie podziwiam, pani porucznik. - Roarke wybrał amunicję, załadował broń. - Tę bezustanną 
chęć działania. Ale najpierw zrobimy suchą zaprawę.
Wysunął zwykłą tarczę - koła i oczy byka. Stanął za Ewą, włożył jej trzydziestkę ósemkę w dłonie i 
trzymał je dalej. Przycisnął policzek do jej policzka.
-  Musisz wycelować, gdyż ten pistolet nie wyczuwa ciepła i ruchu, tak jak twoja broń. - Ustawiał jej 
ręce, dopóki nie znalazł właściwej pozycji. - Kiedy będziesz gotowa do strzału, naciśnij spust, nie 
pompuj go. Poczujesz lekkie szarpnięcie. On nie jest taki łagodny i cichy jak twój laser.

background image

-  Rozumiem - mruknęła. - Głupotą było reagowanie na dotyk jego rąk, jego ciała, przyciskającego się 
do jej pleców, na jego zapach. - Dusisz mnie.
Przekręcił   głowę   wystarczająco   mocno,   by   musnąć   wargami   płatek   jej   ucha.   To   było   niewinne 
dotknięcie, miłe jak pieszczota dziecka.
-  Wiem. Musisz być przygotowana na to, że sprawi ci to większą trudność niż zwykle. Twoją reakcją 
może być wahanie. Nie dopuść do tego.
-  Nie waham się. - Na dowód czego nacisnęła spust. Ręce jej drgnęły, co ją zirytowało. Strzeliła drugi 
raz,   i   trzeci;   trafiła   zaledwie   o     cal   od   środka   tarczy.   -   Jezu,   czujesz   to,   prawda?   -   Poruszyła 
ramionami, zafascynowana sposobem, w jaki się ułożyły, dopasowując się do broni w jej rękach.
-   Masz dobre oko. - Był pod wrażeniem, ale mówił łagodnym głosem. - Oczywiście, strzelanie do 
tarczy to zupełnie co innego niż strzelanie do człowieka. Nawet jego surogatu.
Wyzwanie? - zastanowiła się. Cóż, była gotowa je przyjąć.
-  Ile strzałów mi pozostało?
-     Załadujemy   cały   magazynek.   -   Zaprogramował   nową   serię.   Powodowany   ciekawością   wybrał 
trudniejszą wersję. - Gotowa?
Obrzuciła go szybkim spojrzeniem i złożyła się do strzału.
-  Taak.
Pierwszą postacią była  starsza kobieta ściskająca w obu rękach torbę z zakupami.  Ewa omal  nie 
strąciła głowy przygodnego widza, zanim jej palec znieruchomiał. Mechanizm drgnął w lewo i za-
strzeliła rabusia, zanim zdążył walnąć łomem starą kobietę. Lekkie ukłucie w lewe biodro zmusiło ją 
do   ponownego   przesunięcia   się   i   zabicia   łysego   mężczyzny,   który  trzymał   broń   podobną   do   jej 
własnej.
Potem szybko pojawili się następni.
Roarke patrzył na nią jak zahipnotyzowany.  Nie, ani razu nie drgnęła, pomyślał. Cały czas miała 
obojętne   szklane   oczy.   Oczy   gliny.   Wiedział,   że   ma   przyśpieszony   puls,   a   poziom   adrenaliny 
gwałtownie się zwiększył.  Jej ruchy były szybkie,  ale tak zręczne i wprawne jak ruchy tancerki. 
Szczęki miała zaciśnięte, ręce pewnie trzymały broń.
I pożądał jej, uświadomił sobie, rozpaczliwie jej pożądał.
- Dwa razy mnie trafili - powiedziała niemal do siebie. Sama otworzyła komorę i załadowała broń, 
przypominając sobie, jak Roarke to robił. - Raz w biodro, raz w brzuch. To znaczy, że nie żyję, albo 
jestem ciężko ranna. Włącz jeszcze jedną serię.
Spełnił jej prośbę, po czym wcisnął ręce do kieszeni i patrzył, jak strzela.
Kiedy skończyła, powiedziała, że chciałaby wypróbować szwajcarski model. Uznała, że bardziej jej 
odpowiada   pod   względem   ciężaru   i   skuteczności.   Z   pewnością   ma   przewagę   nad   rewolwerem, 
pomyślała. Jest szybszy, skuteczniejszy, ma większą siłę rażenia, a załadowanie go trwa zaledwie parę 
sekund.
Ani   jeden,   ani   drugi   nie   leżał   tak   wygodnie   w   dłoni   jak   laser,   ale   oba   egzemplarze   uznała   za 
prymitywne i przerażająco skuteczne.
Po   ich   użyciu   pozostawały  podziurawione   ciała   i   lejąca   się   strumieniami   krew,   przez   co   śmierć 
zamieniała się w prawdziwą makabrę.
-  Trafili cię? - spytał Roarke.
Mimo że obrazy zniknęły, wciąż wpatrywała się w ścianę, gdyż postacie nadal przesuwały się w jej 
umyśle.
-  Nie. Nic mi się nie stało. Co one robią z ciałem? - spytała cicho, odkładając broń. - Jak można było 
ich używać, być zmuszonym do używania ich dzień po dniu, wiedząc, że mogą być użyte przeciwko 
tobie? Kto mógłby stawić temu czoło - zastanowiła się i pozostać przy zdrowych zmysłach?
-  Ty byś mogła. - Zdjął okulary i wyjął kulki z uszu. - Wrażliwe sumienie i poświęcenie się pracy nie 
są równoznaczne z jakimś rodzajem słabości. Przeszłaś przez testy. Drogo cię to kosztowało, ale przez 
nie przeszłaś.
Ostrożnie odłożyła swoje ochraniacze.
-  Skąd wiesz?
-  Skąd wiem, że miałaś dzisiaj badania? Mam znajomości. Skąd wiem, ile cię to kosztowało? - Uniósł 
jej podbródek. - Bo widzę - rzekł cicho. - Twoje serce walczy z twoją głową. Chyba nie zdajesz sobie 
sprawy, że właśnie dlatego jesteś taka dobra w swojej pracy. Ani że dlatego tak mnie fascynujesz.

background image

-  Nie próbuję cię fascynować. Staram się znaleźć człowieka, który strzelał z broni, jakiej przed chwilą 
użyłam; nie dla obrony, ale dla przyjemności. - Spojrzała mu prosto w oczy. - Ty nim nie jesteś.
-  Nie, nie jestem.
-  Ale coś wiesz.
Zanim opuścił rękę, opuszkiem kciuka musnął dołek w jej policzku.
-   Może. - Podszedł do stołu, nalał kawę. - Dwudziestowieczna broń, dwudziestowieczne zbrodnie, 
dwudziestowieczne motywy.
- Zerknął na nią. - Mógłbym ci pomóc je znaleźć.
-  Do tego wystarczy prosta dedukcja.
-  Ale powiedz mi, pani porucznik, czy potrafisz bawić się w gry dedukcyjne dotyczące historii, czy 
jesteś zbyt mocno związana ze współczesnością?
Sama się nad tym zastanawiała.
-  Jestem elastyczna.
-  Nie, ale jesteś bystra. Ten, kto zabił Sharon, zna i darzy sentymentem przeszłość, a może nawet ma 
obsesję na jej punkcie.
- Jego brew uniosła się drwiąco. - Ja dobrze znam pewne fragmenty przeszłości i niewątpliwie darzę je 
sentymentem. Czy to obsesja?
- Wzruszył niedbale ramieniem. - Sama będziesz musiała ocenić.
-  Pracuję nad tym.
-     Jestem   tego   pewien.   Przeprowadźmy   wywód   logiczny   w   starym   stylu,   żadnych   komputerów, 
żadnych   analiz   technicznych.   Najpierw   przyjrzyjmy   się   ofierze.   Uważasz,   że   Sharon   była 
szantażystką. I to pasuje. Była rozzłoszczoną, zbuntowaną kobietą, która pragnie władzy. I chce być 
kochana.
-  Wywnioskowałeś to wszystko z przebiegu waszych dwóch spotkań?
Owszem. - Podał jej kawę. - I z rozmów z ludźmi, którzy ją znali. Przyjaciele i znajomi uważali ją za 
fantastyczną, energiczną kobietę, ale skrytą. Kobietę, która opuściła rodzinę, a mimo to często o niej 
myślała. Dziewczynę, która lubiła szaleć, a jednak często pogrążała się w zadumie. Wydaje mi się, że 
wnioski z twojego i mojego dochodzenia są w dużej mierze zbieżne.
Zatrzęsła się ze złości.
-  Nie wiedziałam, że bierzesz udział w śledztwie, Roarke.
-  Beth i Richard są moimi przyjaciółmi. Traktuję poważnie swoje przyjaźnie. Oni się martwią, Ewo. 
Nie chcę, aby Beth wciąż się obwiniała.
Przypomniała sobie jej niespokojne oczy i nerwowe ruchy. Westchnęła.
-  W porządku, mogę się na to zgodzić. Z kim rozmawiałeś?
-  Z przyjaciółmi, jak powiedziałem, ze znajomymi, z ludźmi związanymi z nią zawodowo. - Odstawił 
filiżankę, gdy Ewa wypiła swoją kawę i zaczęła chodzić po pokoju. - To dziwne, że na temat jednej 
kobiety   krąży   tak   wiele   różnych   opinii   i   spostrzeżeń.   Jeden   ci   powie,   że   Sharon   była   lojalna   i 
wspaniałomyślna. Inny, że była mściwa i wyrachowana. Jeszcze inny uważa ją za nałogową bywal-
czynię przyjęć, która ciągle szukała nowych wrażeń, a od następnego usłyszysz, że wieczory lubiła 
spędzać samotnie w domu. Niezła aktorka z tej naszej Sharon.
-  Przybierała różne twarze dla różnych ludzi. To dość częsty przypadek.
-  Którą twarz, czy też którą rolę, zabił? - Roarke wyjął papierosa, zapalił go. - Szantaż. - W zadumie 
wydmuchał aromatyczny kłąb dymu. - Mogła być w tym dobra. Lubiła wyciągać ludzi na zwierzenia i 
zapewne robiła to z dużym wdziękiem.
-  Ciebie też nim wabiła.
-   Dość uporczywie. - Znowu uśmiechnął się niedbale. - Nie byłem przygotowany do zdradzania 
informacji   w   zamian   za   seks.   Nawet   gdyby   nie   była   córką   mojej   przyjaciółki   i   prostytutką,   nie 
przemówiłaby do moich uczuć. Wolę inny typ kobiet. - Jego wzrok znowu spoczął w zamyśleniu na 
Ewie. - Albo tak mi  się wydawało. Nadal nie rozumiem, dlaczego uczuciowa, zaganiana, wybuchowa 
kobieta tak niespodziewanie przemówiła do mojego serca. Wypiła jeszcze łyk kawy i popatrzyła na 
niego znad filiżanki.
-  To nie jest pochlebne.
-  Bo nie miało być. Chociaż jak na kogoś, kto ma ślepawego fryzjera i kto nie zwraca uwagi na modę, 
wyglądasz zadziwiająco ładnie.

background image

- Nie mam fryzjera ani czasu, żeby latać po sklepach. - Ani ochoty, pomyślała, żeby o tym rozmawiać. 
- Wracając do sprawy.  Jeśli Sharon DeBlass została zamordowana  przez jedną z szantażowanych 
przez siebie osób, to gdzie tu miejsce dla Loli Stan?
-  Problem, prawda? - Roarke w zamyśleniu zaciągnął się dymem.
- Wydaje się, że nie miały ze sobą nic wspólnego, poza wybranym przez siebie zawodem. Wątpliwe, 
żeby się znały albo miały tych samych  klientów. Jednak był  ktoś, kto znał je obie, przynajmniej 
przelotnie.
-  Ktoś, kto wybrał je obie. Roarke uniósł brew, kiwnął głową.
-  Lepiej to ujęłaś.
-   Co miałeś na myśli, mówiąc, że nie wiem, w co się ładuję? Jego wahanie było tak krótkie, tak 
dobrze ukryte, że trudno było je zauważyć.
-  Nie jestem pewien, czy rozumiesz, jaką DeBlass ma władzę. Skandal wywołany morderstwem jego 
wnuczki  może   jeszcze  ją  zwiększyć.  Chce  zostać  prezydentem  i  narzucić  naszemu   - i  nie  tylko- 
społeczeństwu normy moralne.
-  Uważasz, że mógłby wykorzystać śmierć Sharon dla celów politycznych? W jaki sposób?
Roarke zgasił papierosa.
-   Mógłby przedstawić swoją wnuczkę jako ofiarę społeczeństwa, a uprawiany dla zysku seks jako 
narzędzie   zbrodni.   Ptzecież   świat,   który   pozwala   na   legalizację   prostytucji,   używanie   środków 
antykoncepcyjnych, swobodny dobór partnerów seksualnych, itd., itp., ponosi za to odpowiedzialność.
Ewa mogłaby wyrazić uznanie dla jego argumentacji, ale potrząsnęła głową.
-  DeBlass chce także doprowadzić do zniesienia zakazu posiadania broni. Sharon została zastrzelona 
z pistoletu, którego nie można oficjalnie kupić.
-   Co znaczy, że jest jeszcze bardziej podstępny. Czy byłaby w stanie się obronić, gdyby posiadała 
broń? - Potrząsnął głową. - Nieważne, jaka jest odpowiedź, liczy się pytanie. Czy zapomnieliśmy o 
naszych przodkach i ich zasadach? O prawie do noszenia broni. Kobiecie zamordowanej we własnym 
domu,  we  własnym  łóżku, ofierze wolności seksualnej i bezbronności. O większym,  tak, o wiele 
większym upadku moralnym.
Podszedł i wyłączył pulpit sterowniczy.
-   Och, podniosą się głosy, że morderstwa popełniane przez bandytów były regułą, nie wyjątkiem, 
kiedy każdy, kto chciał i miał pieniądze, mógł kupić broń. Ale on je uciszy. Partia Konserwatywna 
staje się coraz silniejsza, a on jest jednym z jej przywódców.
Widział, że zastanawia się nad jego słowami, popijając kawę.
-  Przyszło ci do głowy, że może on wcale nie chce, by złapano mordercę?
Popatrzyła na niego z zainteresowaniem.
-  Dlaczego miałby nie chcieć? Pomijając względy osobiste, czy to nie mógłby być kolejny argument 
przemawiający za jego tezą? Oto marna kreatura, wyrzutek społeczeństwa, który zamordował moją 
biedną, wykolejoną wnuczkę.
-     To   ryzykowne,   prawda?   Może   morderca   był   filarem   swego   środowiska   i   również   zszedł   na 
manowce. Lecz kozioł ofiarny z pewnością jest potrzebny.
Czekał przez chwilę, widząc, że zastanawia się nad tym.
-  Jak myślisz, kto postarał się o to, żebyś przeszła testy w środku śledztwa? Kto obserwuje każdy twój 
krok, kontrolując każdy etap twojego dochodzenia? Kto grzebie w twojej przeszłości, w twoim życiu 
osobistym i zawodowym? Wstrząśnięta odstawiła filiżankę.
-   Podejrzewam,  że to DeBlass naciskał, abym  przeszła badania. Nie wierzy mi  albo doszedł do 
wniosku, że nie jestem wystarczająco kompetentna, by prowadzić śledztwo. Poza tym kazał śledzić 
Feneeya i mnie od Wschodniego Waszyngtonu. - Odetchnęła głęboko. - Skąd wiesz, że grzebie w 
moim życiu? Ponieważ ty to robisz?
Nie   przejął   się   ani   gniewnym   wyrazem   jej   oczu,   ani   zarzutem,   jaki   mu   postawiła.   Wolał   to   od 
niepokoju, jaki ktoś inny mógłby okazać.
-   Nie, ponieważ go obserwuję, podczas gdy on obserwuje ciebie. Doszedłem do wniosku, że będę 
miał większą satysfakcję, jeśli sam cię poznam, zamiast czytać raporty na twój temat.
Podszedł bliżej i przesunął palcami po jej wzburzonych włosach.
-  Szanuję prywatność ludzi, na których mi zależy. A na tobie mi zależy, Ewo. Nie wiem dokładnie, 
dlaczego, ale ciągnie mnie do ciebie.
Kiedy zaczęła się cofać, zacisnął palce.

background image

-  Mam dosyć tego, że za każdym razem, gdy jestem z tobą, wyciągasz sprawę morderstwa.
-  Bo to morderstwo nas dzieli.
-  Nie. Jeśli sprawia ci to jakąś różnicę, to właśnie dlatego znaleźliśmy się tutaj. Czy to stanowi jakiś 
problem? Czy nie możesz pozbyć się porucznik Dallas i poddać się uczuciu?
-  Nią właśnie jestem.
-  Więc jej właśnie pragnę. - Jego oczy pociemniały z nagłego pożądania, - Bał się, że będąc w stanie 
takiego podniecenia, lada chwila zacznie ją błagać. - Porucznik Dallas nie bałaby się mnie, nawet 
gdyby Ewa się bała.
Kawa podziałała na nią jak środek pobudzający. Dlatego była taka zdenerwowana.
-  Nie boję się ciebie, Roarke.
-  Naprawdę? - Przysunął się bliżej i położył dłonie na klapach jej bluzki. - Jak myślisz, co się stanie, 
jeśli przekroczysz pewną granicę?
-  Zbyt wiele - mruknęła. - Za mało. Seks nie jest dla mnie najważniejszą sprawą w życiu. Rozprasza 
moją uwagę.
Złość malująca się w jego oczach przeszła w rozbawienie.
-  Masz rację, u diabła. Kiedy jest dobry. Czy nie nadeszła pora, żebym ci pokazał, na czym to polega?
Ścisnęła go za ręce, niepewna, czy chce się przysunąć, czy odsunąć.
-  To byłby błąd.
-  Więc będziemy musieli go popełnić - mruknął, zanim przycisnął usta do jej ust.
Przysunęła się.
Objęła go, zanurzając palce w jego włosach. Jej ciało przycisnęło się do niego, drżąc, gdy pocałunek 
stał się gwałtowniejszy, potem nawet brutalny. Jego usta były zmysłowe, niemal rozpustne. Zszoko-
wana poczuła, że ogarnia ją płomień namiętności.
Jego   szybkie   niecierpliwe   ręce   wyciągnęły   już   jej   bluzkę   z   dżinsów,   odnajdując   nagie   ciało.   W 
odpowiedzi szarpnęła za jedwabną koszulę, pragnąc dotknąć jego skóry.
Oczami wyobraźni zobaczył, jak rzuca ją na podłogę, wbija się w nią, dopóki jej krzyki nie powtarzają 
się echem jak strzały z pistoletu, a jego orgazm nie wybucha niczym krew. To byłoby szybkie i ostre. I 
zaraz by się skończyło.
Oddychając  chrapliwie, szarpnął się do tyłu. Jej twarz pokrywał  rumieniec, usta były nabrzmiałe. 
Rozerwał jej bluzkę na ramieniu.
Atmosfera przemocy wypełniała pokój, zapach prochu wciąż unosił się w powietrzu, broń wciąż była 
w zasięgu ręki.
-  Nie tutaj. - Na wpół ją zaniósł, na wpół zaciągnął do windy. Zanim drzwi się otworzyły, oderwał 
rozerwany rękaw. Przycisnął ją do ściany, gdy drzwi kabiny zamknęły się, i zaczął niezdarnie odpinać 
jej kaburę. - Zdejmij to cholerstwo. Zdejmij to.
Gwałtownym ruchem jedną ręką odpięła kaburę, a drugą próbowała rozpiąć mu guziki.
-  Dlaczego masz na sobie tyle rzeczy?
-  Następnym razem będzie ich mniej. - Rozsunął poły postrzępionej bluzki. Pod spodem miała tylko 
cienką,   niemal   przezroczystą  koszulę,   odsłaniającą   małe,   jędrne   piersi   i   nabrzmiałe   brodawki. 
Zamknął je w dłoniach i zobaczył, że popatrzyła na niego szklistym wzrokiem. - Gdzie lubisz, żeby 
cię dotykać?
-  Dobrze ci idzie. - Musiała przytrzymać się ściany, by nie stracić równowagi.
Kiedy drzwi znowu się otworzyły, byli spleceni w uścisku. Nie przestając się obejmować, wyszli z 
windy;  Roarke drażnił zębami  i drapał zmysłowo jej szyję. Upuściła na podłogę torbę i kaburę z 
bronią.
Rzuciła okiem na pokój: duże okna, lustra, przytłumione kolory. Pod nogami czuła puszysty dywan, a 
w powietrzu unosił się zapach kwiatów. Gdy zdejmowała pospiesznie spodnie, jej wzrok padł na 
łóżko

;

-  Święty Boże.
Było   ogromne   -   jezioro   granatu   ujęte   między   wysokie   rzeźbione   poręcze   z   drewna.   Stało   na 
podwyższeniu pod kopulastym świetlikiem. Naprzeciw łóżka znajdował się kominek z jasnozielonego 
kamienia, na którym wonne drewno paliło się z trzaskiem.
-  Śpisz tutaj?
-  Dzisiaj nie zamierzam spać.
Wciągnął ją po dwóch schodkach na podwyższenie i rzucił na łóżko.

background image

-  Muszę się zameldować o siódmej zero zero.
-  Zamknij się, pani porucznik.
-  W porządku.
Z tłumionym  śmiechem wturlała się na niego i przycisnęła usta do jego ust. Rozpierała ją dzika, 
szaleńcza energia. Nie poruszała się wystarczająco prędko, ręce nie były wystarczająco szybkie, by 
zaspokoić jej żądze.
Zrzuciła kozaki, pozwalając, by Roarke ściągnął jej dżinsy z bioder. Zalała ją fala rozkoszy, kiedy 
usłyszała, że jęknął. Upłynęło wiele czasu od dnia, gdy czuła napięte, podniecone, męskie ciało, a 
jeszcze więcej od chwili, gdy pragnęła je czuć.
Potrzeba spełnienia była silna i paląca. Pomyślała, że gdy będą już nadzy, usiądzie na nim okrakiem i 
zaspokoi   ją.   Ale   on   odwrócił   tę   pozycję,   tłumiąc   jej   nerwowe   protesty   długim   gwałtownym 
pocałunkiem.
-  Czemu się tak spieszysz? - wymamrotał, przykrywając dłonią jej pierś i obserwując wyraz twarzy 
Ewy, podczas gdy jego kciuk zadawał katusze jej sutce. - Nawet ci się nie przyjrzałem.
-  Pragnę cię.
-  Wiem. - Dźwignął się i przesunął dłoń z jej ramienia na udo, podążając wzrokiem za swoją ręką. 
Krew waliła mu w lędźwiach. Ścisnął lekko jej pierś. - Mała. Bardzo delikatna. Kto by się spodziewał.
-  Chcę cię mieć w środku.
-  Chcesz mieć w środku tylko niewielką cząstkę mnie - mruknął.
-  Do diabła! - Jęknęła, gdy pochylił głowę i wziął jej pierś w usta. Wiła się spazmatycznie, gdy ssał 
jej sutkę, najpierw tak delikatnie, że przeżywała  prawdziwe męki, potem mocniej, szybciej, aż w 
końcu   musiała   zagryźć   usta,   by   nie   krzyczeć.   Jego   ręce   nie   przestawały   jej   pieścić,   rozniecając 
egzotyczne ognie żądzy.
Nie była  do tego przyzwyczajona.  Seks, kiedy już się na niego decydowała,  był  szybki,  prosty i 
zaspokajał podstawowe potrzeby. Dzisiejszy akt ogarniał ją całą, angażował uczucia, bombardował 
zmysły.                                                                 
Próbowała wsunąć między nich rękę, dotknąć go tam, gdzie twardy i ciężki przyciskał się do niej. 
Ogarnęła ją panika, kiedy złapał ją za nadgarstki i podniósł jej ręce nad głowę.
-  Nie rób tego.                                                               
W pierwszym odruchu byłby ją puścił, gdyby nie spojrzał jej w oczy. Malowała się w nich panika, 
nawet strach, ale także i pożądanie.
-     Ewo,   nie   możesz   ciągle   nad   sobą   panować.   -   Pogłaskał   ją   po   udzie.   Zadrżała,   obrzuciła   go 
nerwowym spojrzeniem, kiedy musnął palcami wewnętrzną stronę jej kolana.
-  Nie rób tego - powtórzyła łapiąc z trudem powietrze.
-  Czego nie robić? Nie szukać słabego punktu, by go wykorzystać?
-  Na próbę zaczaj pieścić wrażliwą skórę, wodząc palcami w górę, w kierunku jej rozpłomienionej 
kobiecości i z powrotem. Dyszała ciężko, próbując odsunąć się od niego.
-     Chyba   za   późno   -   wymamrotał.   -   Chcesz   zaspokojenia   bez   żadnych   pieszczot?   -   Dotknął 
rozchylonymi wargami jej szyi i przesuwał je coraz niżej i niżej, czując, że jej ciało drży pod nim 
niczym  drut  elektryczny.  - Do tego nie  potrzebujesz partnera.  A dzisiejszej  nocy go masz.  Mam 
zamiar dostarczyć ci tyle przyjemności, ile zdołam.
-   Nie mogę. - Naprężyła się, usiłując zrzucić go z siebie, ale każdy gwałtowny ruch dostarczał jej 
tylko nowych zabójczych doznań.
-  Daj się ponieść miłości. - Szalał z pożądania. Jej opór rozwścieczał go i jednocześnie prowokował.
-  Nie mogę.
-   Sprawię, że dasz się ponieść miłości, a ja będę się temu przyglądał. - Znowu zaczaj się na nią 
wsuwać, czując każde drgnięcie jej ciała, dopóki jego twarz nie znalazła się na wysokości jej twarzy. 
Przycisnął mocno dłoń do wzgórka między jej udami.
-  Ty draniu. Nie mogę - syknęła przez zęby.
-   Kłamczucha - rzekł cicho, po czym wsunął w nią palec. Jego jęk zmieszał się z jej jękami, gdy 
dotknął jej zaciśniętej, rozpalonej, wilgotnej kobiecości. Starając się za wszelką cenę zapanować nad 
sobą,   skupił   wzrok   na   jej   twarzy,   która   przybrała   wyraz   przerażenia,   potem   bezgranicznego 
zdziwienia, a w końcu bezradności.

background image

Chciała mu się wyślizgnąć, uwolnić się od niego, ale nie dała rady. Ktoś krzyknął, gdy zapadła się w 
otchłań, a jej ciało eksplodowało. Przez sekundę cała napięła się niebezpiecznie, po czym przeszył ją 
dreszcz ostrej zmysłowej rozkoszy. Osłabła oszołomiona, zdezorientowana.
Oszalał z pożądania.
Podciągnął ją do góry, tak że uklękła, opierając mu ciężko głowę na ramieniu.
-  Jeszcze raz - zażądał, odciągając za włosy jej głowę do tyłu i szukając łapczywie jej ust. - Jeszcze 
raz, do cholery.
-  Tak. - To narastało tak szybko. Czuła gwałtowną potrzebę zaspokojenia. Pieszcząc go namiętnie, 
wygięła się w łuk, by jego usta mogły jej dotykać gdzie i jak chciały.
Jej następny orgazm szarpnął nim niczym ostry pazur. Z dziwnym warknięciem pchnął ją na plecy, 
uniósł wysoko jej biodra i wszedł w nią. Objęła go mocno, niczym gorąca, chciwa miłości pięść.
Jej paznokcie drapały go po plecach. Jej biodra poruszały się rytmicznie, gdy zagłębiał się w niej. 
Kiedy jej ręce zsunęły się bez siły z jego ramion, wytrysnął w nią.

11

D

ługo  się   nie   odzywała.  W  gruncie   rzeczy nie  było  nic  do  powiedzenia.   Z pełną  świadomością 

zdecydowała się na nierozważny krok. Jeśli pociągnie on za sobą przykre konsekwencje, poniesie je.
Teraz musi zachować resztki godności i wyjść stąd.
-  Muszę iść. - Odwróciwszy głowę, usiadła, zastanawiając się, jak znajdzie swoje ubranie.
-  Nie sądzę - powiedział Roarke leniwym, pewnym siebie, rozwścieczonym głosem. W chwili, gdy 
zaczęła wstawać, chwycił ją za ramię i ponownie przewrócił na plecy.
-  Słuchaj, zabawa to zabawa.
-   Z pewnością. Nie wiem, czy to, co się przed chwilą wydarzyło, można uznać za zabawę. Moim 
zdaniem   było   to  zbyt   gwałtownie   jak   na   zwykłą   rozrywkę.   Jeszcze   z   tobą   nie   skończyłem,   pani 
porucznik. - Kiedy jej oczy zwęziły się, wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Dobrze, właśnie chciałem... 
Dech mu zaparło, a słowa zamarły, gdy walnęła go łokciem w żołądek. W mgnieniu oka odwróciła ich 
pozycje. Dobrze wycelowany łokieć wciskał się niebezpiecznie w jego tchawicę.
-  Słuchaj, stary, przychodzę i wychodzę, kiedy chcę, więc hamuj swoje ego.
Podniósł dłonie, niczym białą flagę, na znak pokoju. Jej łokieć uniósł się o pół cala, zanim Roarke 
przesunął się i podniósł gwałtownie.
Była uparta, silna i inteligentna. I dlatego wpadła w jeszcze większą wściekłość, gdy po zaciętej walce 
znowu znalazła się podium.
-  Napad na oficera będzie cię kosztował od roku do pięciu lat, Roarke. W więzieniu, nie w wygodnym 
areszcie domowym.
-   Nie masz na sobie odznaki. W ogóle nic na sobie nie masz. - Uszczypnął ją po przyjacielsku w 
policzek. - Nie zapomnij zaznaczyć tego w swoim raporcie.
Tyle jeśli chodzi o zachowanie godności, pomyślała.
-  Nie chcę z tobą walczyć. - Ucieszyła się, że jej głos brzmi spokojnie i rozważnie. - Po prostu muszę 
iść.
Przesunął się, zobaczył, że jej oczy rozszerzają się ze zdziwienia, po czym przymykają, kiedy znowu 
wsunął się w nią.
-  Nie zamykaj oczu - wyszeptał chrapliwie.
Więc   obserwowała   go,   niezdolna   oprzeć   się   przenikającej   ją   rozkoszy.   Teraz   poruszał   się   w 
powolnym rytmie, długimi, mocnymi suwami, które podniecały jej zmysły.
Jej oddech stał się płytki, przyśpieszony. Widziała tylko jego twarz, czuła tylko zmysłowe, płynne 
ruchy jego ciała w sobie, niestrudzone tarcie, które doprowadziło ją do spazmu rozkoszy.
Jego palce splotły się z jej palcami, a jego usta przycisnęły do jej warg. Poczuła, że jego ciało napięło 
się gwałtownie, zanim schował twarz w jej włosach. Leżeli cicho, złączeni w uścisku, zastygli w 
bezruchu. Odwrócił głowę i wycisnął pocałunek na jej czole.
-  Zostań - wymamrotał. - Proszę.
-  Dobrze. - Teraz zamknęła oczy. -Dobrze, zostanę.

N

ie spali. Jednak kiedy wczesnym rankiem Ewa weszła pod prysznic w domu Roarke'a, dręczyło ją 

nie uczucie zmęczenia, ale zakłopotania.

background image

Nie   spędzała   nocy   z   mężczyznami.   Zawsze   przestrzegała   tego,   żeby   seks   był   szybki,   prosty   i... 
bezosobowy. A jednak nazajutrz o poranku stała w jego łazience pod strumieniem gorącej wody. W 
nocy przez wiele godzin poddawała się jego zuchwałym pieszczotom. Zaatakował, a potem posiadł te 
części jej ciała, które uważała za nie do zdobycia.
Próbowała żałować tego, co się stało. Wydawało się to ważne, że uświadomiła sobie i zrozumiała swój 
błąd. Ale trudno jej było żałować czegoś, co sprawiło taką rozkosz jej ciału i zapobiegło złym snom.
-  Dobrze wyglądasz, pani porucznik.
Ewa odwróciła głowę, gdy Roarke przeszedł przez krzyżujące się strumyczki wody.             '
-  Chyba będziesz musiał pożyczyć mi koszulę.
-   Coś dla ciebie znajdziemy. - Wcisnął guzik w wyłożonej kafelkami ścianie, podstawił dłoń pod 
Zbiorniczek i nabrał trochę klarownego śmietankowego płynu.
-  Co robisz?
-   Myję ci głowę - mruknął wcierając szampon w jej krótkie, mokre włosy. - Cieszę się, że twoje 
włosy  będą   pachniały  moim   mydłem.   -   Wykrzywił   usta.   -   Jesteś   fascynującą   kobietą,   Ewo.   Oto 
jesteśmy mokrzy, nadzy, oboje na wpół żywi po niezapomnianej nocy, a ty wciąż mi się przyglądasz 
wzrokiem obojętnym i bardzo podejrzliwym.
-  Bo jesteś podejrzanym osobnikiem, Roarke.
-  Uważam to za komplement. - Pochylił głowę, by ugryźć ją w wargę, gdy łazienka nasyciła się parą, 
a strumień wody zaczaj pulsować niczym  serce. - Powiedz mi, co miałaś na myśli,  mówiąc  "nie 
mogę", gdy pierwszy raz kochałem się z tobą?
Odchylił jej głowę do tyłu; Ewa zamknęła oczy, gdy woda spłukiwała jej szampon z włosów.
-  Nie pamiętam wszystkiego, co powiedziałam.
-  Pamiętasz. - Z innego pojemniczka wyciągnął jasnozielone mydło o leśnym zapachu. Namydlił jej 
ramiona, plecy, piersi. - Przedtem nie miałaś orgazmu?
-   Oczywiście, że miałam. - Prawdę mówiąc, zawsze przyrównywała go do delikatnego wystrzału 
korka   z   butelki,   a   nie   do   gwałtownego   wybuchu,   który   zniweczył   jej   wieloletnie   osiągnięcia   w 
kontrolowaniu swoich emocji. - Pochlebiasz sobie, Roarke.
-  Naprawdę? - Czyż nie wiedziała, że te obojętne oczy, ten mur oporu, który chciała za wszelką cenę 
odbudować, był wyzwaniem, któremu nie mógł się oprzeć? Najwidoczniej nie wiedziała, zadumał się. 
Pociągnął lekko za jej namydlone sutki, uśmiechając się, gdy wciągnęła powietrze. - Zaraz będę sobie 
jeszcze bardziej pochlebiał.
-  Nie mam na to czasu - powiedziała szybko i poczuła, że jej plecy zostają przyciśnięte do kafelków, -
Wczoraj popełniliśmy błąd. Muszę iść.
-  To nie potrwa długo. - Poczuł gwałtowny przypływ pożądania, gdy chwycił ją za biodra i podniósł.  
Oddychał coraz szybciej. Był oszołomiony swą nienasycona żądzą, zakłopotany bezsilnością wobec 
swoich uczuć, doprowadzało go to do furii, że mogłaby stać się jego słabością przez sam fakt swego 
istnienia.
-  Trzymaj mnie mocno - zażądał chrapliwym, podenerwowanym głosem. - Trzymaj mnie, do cholery.
Już to zrobiła. Przyszpilił ją do ściany i wbił się w nią nabrzmiałym członkiem, który tak dokładnie ją 
wypełnił, że bała się, iż ją rozerwie. Jej szaleńcze bezradne miauczenie odbijało się echem od ścian. 
Chciała go znienawidzić za to, i za to, że przez niego stała się ofiarą swej własnej nieokiełznanej 
namiętności. Ale trzymała go mocno, zapamiętując się w miłości, pozwalając, by wszystko wirowało 
jej przed oczami.
Doszedł gwałtownie, oparł się ręką o ścianę, by utrzymać równowagę, gdy jej nogi zsunęły się powoli 
z jego bioder. Nagle się rozgniewał, zezłościł, że przez nią zatracił całą swą delikatność i już niczym 
się nie różnił od kopulującego zwierzęcia.
- Przyniosę ci koszulę - powiedział szybko, po czym wyszedł, ściągając ręcznik z półki i zostawiając 
ją samą w kłębach pary.

G

dy już się ubrała, czując z niezadowoleniem, jak surowy jedwab ociera się o jej skórę, w części 

jadalnej sypialni czekała taca z kawą.
Wiadomości   poranne   płynęły   cicho  z   ekranu   komputera,   na   podglądaczu   w   lewym   dolnym   rogu 
przesuwały się kolumny cyfr. Giełda. Na monitorze widniała rozłożona gazeta. Nie “Times" i nie 
żaden nowojorski dziennik, zauważyła Ewa. Wyglądał na japoński.

background image

-     Masz   czas   na   śniadanie?   -   Roarke   usiadł   popijając   kawę.   Nie   był   w   stanie   skupić   uwagi   na 
porannych doniesieniach. Z przyjemnością patrzył, jak jej ręce się zawahały, zanim wciągnęły jego 
koszulę, jak jej palce szybko przebiegły po guzikach, jak kręciła biodrami, wciągając na siebie dżinsy.
-  Nie, dzięki. - Nie bardzo wiedziała, jak ma się zachować. Przeleciał ją jak szaleniec pod prysznicem, 
a teraz odgrywa rolę dobrze ułożonego pana domu. Przypięła kaburę z bronią, zanim przeszła przez 
pokój, by wypić kawę, którą już jej nalał.
-  Wiesz, poruczniku, nosisz broń w taki sposób, w jaki inne kobiety noszą perły.
-  To nie jest dodatek do stroju.
-     Nie   zrozumiałaś   mnie.   Dla   niektórych   biżuteria   jest   częścią   ich   samych.   -   Przechylił   głowę, 
przyglądając się jej. - Ta koszula jest trochę za duża, ale dobrze ci w niej.
Ewa pomyślała, że w niczym, co kosztuje prawie tyle, ile ona zarabia przez tydzień, nie może być jej 
dobrze.
-  Oddam ci ją.
-  Mam kilka innych. - Wstał i przesunął opuszkiem palca po jej brodzie, przez co znowu poczuła się 
onieśmielona. - Byłem brutalny. Przepraszam.
Te ciche i niespodziewane przeprosiny wprawiły ją w zakłopotanie.
-  Zapomnij o tym. - Odsunęła się, dokończyła kawę i odstawiła filiżankę.
-   Nie zapomnę, ty też nie. - Uniósł jej rękę do ust. Nic nie mogło ucieszyć go bardziej niż wyraz 
podejrzliwości, który błysnął jej w oczach. - Nie zapomnisz mnie, Ewo. Będziesz o mnie myślała, 
pewnie bez czułości, ale będziesz o mnie myślała.
-  Prowadzę śledztwo w sprawie morderstwa. Jesteś jego częścią. Na pewno będę o tobie myślała.
-  Kochanie - zaczął i zobaczył z rozbawieniem, że na dźwięk tego czułego słowa zmarszczyła brwi. - 
Będziesz myślała o tym, co mogę ci zrobić. Niestety, przez kilka następnych dni ja też będę mógł 
tylko o tym myśleć.
Wyswobodziła rękę i sięgnęła po torebkę.
-  Wyjeżdżasz gdzieś? - zapytała starając się, żeby zabrzmiało to obojętnie.
-  Wstępne prace nad kurortem wymagają mojej obecności na kilku spotkaniach z kierownictwem na 
FreeStar One. Przez dzień lub dwa będę oddalony od ciebie o kilkaset tysięcy mil.
Nie chciała przyznać, że poczuła się rozczarowana.
-     Tak,   słyszałam,   że   zawarłeś   w   końcu   umowę,   dzięki   której   dogodzisz   kaprysom   znudzonych 
bogaczy.
Uśmiechnął się tylko.
-  Kiedy kurort zostanie zbudowany, zabiorę cię do niego. Może wtedy zmienisz zdanie. Tymczasem 
proszę cię o dyskrecję. Te spotkania są ściśle tajne. Jeszcze nie wszystko zostało uzgodnione, a źle by 
się   stało,   gdyby   moi   konkurenci   dowiedzieli   się,   że   tak   szybko   startujemy.   Tylko   parę   ważnych 
osobistości wie, że nie będzie mnie w Nowym Jorku.
Przeczesała palcami włosy.
-  Dlaczego mi o tym powiedziałeś?
-   Najwidoczniej uznałem, że jesteś ważna - powiedział i odprowadził ją do drzwi. - Jeśli będziesz 
chciała skontaktować się ze mną, powiedz o tym Summersetowi. Połączy cię.
-  Lokaj?
Roarke uśmiechnął się, schodząc po schodach.
-  Zajmie się tym. Wyjeżdżam na jakieś pięć dni, najdłużej na tydzień. Po powrocie chcę znowu się z 
tobą zobaczyć. - Przystanął i ujął jej twarz w dłonie.
Serce mocniej jej zabiło.
-  Roarke, co się dzieje?
-  Pani porucznik. - Pochylił się, dotknął ustami jej ust. - Wszystko wskazuje na to, że mamy ze sobą 
romans. - Po czym zaśmiał się znowu ją pocałował, mocno i szybko. - Przypuszczam, że gdybym 
przystawił   ci   pistolet   do   głowy,   nie   miałabyś   takiej   przerażonej   miny.   Cóż,   masz   kilka   dni   na 
przemyślenie tego.
Sądziła, że i kilka lat by na to nie wystarczyło.
U podnóża schodów stał Summerset, nieugięty, z kamienną twarzą; przez rękę miał przewieszoną jej 
kurtkę. Zakładając ją zerknęła na Roarke'a.
-  Udanej podróży.

background image

-   Dzięki. - Zanim wyszła, położył jej rękę na ramieniu. - Ewo, uważaj na siebie. Będę z tobą w 
kontakcie.
-   Jasne. - Opuściła pospiesznie dom, a gdy zerknęła za siebie, zobaczyła, że drzwi są zamknięte. 
Kiedy otworzyła drzwiczki do samochodu, zauważyła elektroniczny dyktafon na siedzeniu kierowcy. 
Zgarnąwszy go, usiadła za kierownicą. Jadąc w kierunku bramy, włączyła urządzenie. Usłyszała, jak 
Roarke mówi, cedząc słowa:
-  Nie chcę, byś drżała, chyba że to ja doprowadzam cię do takiego stanu. Trzymaj się ciepło.
Wrzuciła   urządzenie   do   kieszeni,   po   czym   włączyła   na   próbę   ogrzewanie.   Strumień   gorącego 
powietrza kompletnie ją zaskoczył. Uśmiechała się szeroko przez całą drogę do siedziby Centrali.

E

wa zamknęła się w swoim biurze. Miała dwie godziny do oficjalnego rozpoczęcia służby i chciała 

wykorzystać je co do minuty, analizując morderstwa DeBlass-Starr. Kiedy rozpocznie służbę, będzie 
musiała zająć się różnymi  sprawami, objętymi mniej lub bardziej zaawansowanym postępowaniem 
śledczym. Teraz miała czas wyłącznie dla siebie.
Rutynowo poprosiła MCIPK o przekazanie wszystkich aktualnych  danych  oraz o ich wydruk,  by 
później mogła jeszcze raz je przejrzeć. Przekaz był przygnębiająco krótki i nie wnosił nic nowego do 
sprawy.
Trzeba znowu posłużyć się dedukcją, pomyślała. Na biurku rozłożyła zdjęcia obu ofiar. Teraz znała 
dokładnie obie te kobiety.
Może po nocy spędzonej z Roarke'em lepiej zrozumie motywy ich postępowania.
Seks   jest   potężnym   narzędziem,   które   można   samemu   wykorzystać   albo   które   może   zostać 
wykorzystane   przeciwko   tobie.   Obie   te   kobiety   chciały   nim   władać,   mieć   nad   nim   kontrolę.   W 
rezultacie seks je zabił.
Oficjalną przyczyną śmierci była kula w mózgu, lecz Ewa uważała, że pociągnięto za spust z powodu 
seksu.
To był jedyny związek między ofiarami i jedyne ogniwo łączące je z mordercą.
W   zamyśleniu   podniosła   trzydziestkę   ósemkę.   Teraz   wyglądała   swojsko   w   jej   ręce.   Wiedziała 
dokładnie, co się czuje, gdy się z niej strzela, jaki jest jej odrzut. Jaki dźwięk wydaje przy strzale.
Nie wypuszczając broni z ręki, uruchomiła dyskietkę i jeszcze raz obejrzała scenę śmierci Sharon 
DeBlass.
Co czułeś, ty skurwielu? - zastanowiła się. Co czułeś, kiedy nacisnąłeś spust i władowałeś w nią 
ołowiane kulę, kiedy trysnęła krew, kiedy wybałuszyła martwe oczy?
Co czułeś?
Zmrużyła oczy i jeszcze raz obejrzała dyskietkę. Teraz już była prawie całkowicie uodporniona na 
obmierzłość   tej   sceny.   W   pewnym   miejscu   zauważyła   lekkie   zachwianie   obrazu,   jakby   potrącił 
kamerę.
Czy twoja ręka drgnęła? - zastanowiła się. Czy byłeś zszokowany tym, że jej ciało zostało odrzucone 
do tyłu, że krew bryznęła tak daleko?
Czy dlatego usłyszała cichy, gwałtowny wdech, a po nim powolny wydech, zanim obraz się zmienił?
Co czułeś? - spytała znowu. Odrazę, radość, czy miałeś po prostu zimną satysfakcję?
Przybliżyła wzrok do monitora. Sharon była teraz starannie ułożona, kamera filmowała ją obiektywnie 
i tak, pomyślała Ewa, zimno.
Zatem skąd to drgnięcie? Skąd ten gwałtowny oddech?
I wiadomość. Podniosła zabezpieczoną przez policję kartkę i jeszcze raz ją przeczytała. Skąd wiesz, że 
zadowoli cię zabicie sześciu? Już je sobie upatrzyłeś? Wybrałeś?
Niezadowolona wymieniła  dyskietkę i odłożyła  trzydziestkę  ósemkę. Wprowadziwszy dyskietkę  z 
Lola Starr, wzięła do ręki drugą broń i powtórzyła całą operację.
Tym   razem   nie   zauważyła   żadnego   drgnięcia.   Żadnego   gwałtownego   oddechu.   Wszystko   było 
wygładzone,   dokładne,   precyzyjne.   Tym   razem   wiedziałeś,   jak   będziesz   się   czuł,   jak  ona   będzie 
wyglądała i jak będzie pachniała krew.
Lecz jej nie znałeś. Albo ona nie znała ciebie. Byłeś po prostu Johnem Smithem, który figurował w jej 
terminarzu jako nowy klient.
Dlaczego twój wybór padł właśnie na nią? I w jaki sposób wybierzesz następną ofiarę?
Tuż przed dziewiątą, kiedy Feeney zapukał do drzwi, studiowała plan Manhattanu. Stanął za nią, 
pochylił się nad jej ramieniem i chuchnął pastylkami miętowymi.

background image

-  Zastanawiasz się nad miejscem kolejnego zabójstwa?
-  Badam teren. Rozszerz obraz o pięć procent - nakazała komputerowi, który natychmiast spełnił jej 
polecenie.   -   Pierwsze   morderstwo,   drugie   morderstwo   -   rzekła   wskazując   maleńkie   czerwone 
światełka pulsujące na Broadwayu i w West Yillage. - Mój dom. - Zielone światełko pulsowało tuż 
obok Ninth Avenue.
-  Twój dom?
-  Wie, gdzie mieszkam. Był tam dwa razy. To są trzy miejsca, które odwiedził. Miałam nadzieję, że 
będę   w   stanie   ograniczyć   obszar   jego   działania,   ale   to   niemożliwe.   Na   dodatek   te   systemy 
bezpieczeństwa. - Pozwoliła sobie na ciche westchnienie, siadając wygodnie na krześle. - Trzy różne 
systemy.  W domu Stan właściwie nie było żadnego. Elektroniczny portier nie funkcjonował, i to, 
według   zeznań   mieszkańców,   od   paru   tygodni.   DeBlass   miała   najlepszy   z   możliwych   -   klucz 
elektroniczny;  płytka  odczytująca Unie papilarne dłoni, zabezpieczenie całego budynku w audio i 
video. Musiał zostać częściowo unieruchomiony. Przerwa w inwigilacji budynku dotyczy tylko jednej 
windy   i   korytarza,   w   którym   znajdowało   się   mieszkanie   ofiary.   Mój   nie   jest   taki   wymyślny. 
Mogłabym włamać się do środka, każdy przyzwoity fachowiec mógłby to zrobić. Ale w drzwiach do 
mieszkania mam zainstalowany zamek policyjny - System Pięć Tysięcy.  Trzeba być  prawdziwym 
fachowcem, żeby go otworzyć, nie znając kodu głównego.
Bębniąc palcami o blat biurka, popatrzyła groźnie na plan miasta.
-  Jest ekspertem od systemów zabezpieczających, zna się na broni - starej broni, Feeney. Orientuje się 
w sprawach wydziału na tyle dobrze, by po upływie paru godzin od pierwszego morderstwa wiedzieć, 
że   przydzielono   mi   prowadzenie   śledztwa.   Nie   zostawia   odcisków   palców   ani   nasienia.   Nawet 
cholernego włoska łonowego. Jak sądzisz, kto to może być?
Feeney wciągnął powietrze przez zęby, przechylił się do tyłu na obcasach.
-     Glina.   Wojskowy.   Może   członek   organizacji   paramilitarnej   albo   pracownik   rządowej   służby 
bezpieczeństwa.   Może   hobbista   rozpracowujący   dla   przyjemności   systemy   bezpieczeństwa;   jest 
mnóstwo takich ludzi. Ewentualnie zawodowy kryminalista, ale to mało prawdopodobne.
-  Dlaczego?
-  Jeśli facet żyje z przestępstw, to po co miałby mordować? Żadne z tych zabójstw nie przyniosło mu 
korzyści materialnych.
-  Więc robi sobie wakacje - powiedziała Ewa, ale wcale nie była o tym przekonana.
-   Możliwe. Poprosiłem MCIPK o dane dotyczące notorycznych przestępców seksualnych. Sposób 
działania   żadnego   z   nich   nie   pasuje   do   naszego   mordercy.   Przejrzałaś   już   ten   raport?   -   spytał 
wskazując na informację przesłaną przez MCIPK.
-  Nie. Dlaczego?
-  Ja rzuciłem nań okiem dziś rano. Może cię to zdziwi, ale w zeszłym roku było około stu napadów z 
bronią w ręku na terenie całego kraju. I mniej więcej tyle samo incydentów przypadkowego  użycia 
broni. - Szarpnął ramieniem. - Nielegalny przemyt, własna produkcja, czarny rynek, kolekcjonerzy.
-  Ale nikt nie pasuje do naszego zabójcy.
-   Nie. - Żuł w zamyśleniu gumę. - Musimy także wykluczyć znanych policji zboczeńców, chociaż 
przejrzenie danych jest naprawdę pouczające. Mam swojego faworyta. Faceta z Detroit, który zabił 
cztery razy, zanim go złapali. Podrywał dziewczynę i szedł z nią do jej mieszkania. Usypiał ją, potem 
rozbierał i spryskiwał od stóp do głów fosforyzującą czerwoną farbą.
-  Dziwne.
-  Zabójcze. Skóra nie mogła oddychać, więc dziewczyna się dusiła, a kiedy umierała, zabawiał się z 
nią.   Nie   przelatywał   jej,   nie   było   śladów   spermy   ani   próby  gwałtu.   Po   prostu   przebiegał   swymi 
małymi rozgorączkowanymi rękami po jej ciele.
-  Chryste, to wariat.
-  Zgadza się. Ale wiesz, przy jednej trochę za bardzo się napalił, trochę za bardzo się niecierpliwił i 
zaczął ją pieścić, zanim farba wyschła. Starł z niej część farby i niedoszła ofiara zaczęła odzyskiwać 
przytomność. Facet przeraził się i uciekł. Ale nasza dziewczyna, choć była naga, pokryta farbą i ledwo 
trzymała się na nogach, wpadła we wściekłość, wydostała się na ulicę i zaczęła wrzeszczeć. Przyjechał 
patrol, szybko połapał się w sytuacji, bo dziewczyna świeciła niczym laser, i rozpoczął standardowe 
poszukiwania. Nasz chłoptaś był zaledwie parę domów dalej. Więc go złapali...
- Przestań.

background image

-  Z czerwonymi od farby łapami - powiedział Feeney ze złośliwym uśmiechem. - Niezłe, co? Złapali 
go z czerwonymi  łapami. - Gdy Dallas tylko przewróciła oczami, Feeney doszedł do wniosku, że 
chłopaki z jego wydziału bardziej docenią tę opowieść.
-  Tak czy inaczej, możemy mieć do czynienia ze zboczeńcem. Sprawdzę wszystkich zboczeńców i 
prostytutki. Może szczęście nam dopisze. Bardziej odpowiada mi pomysł, że zrobił to ktoś z nich, niż 
że tak bawi się glina.
-  Mnie też. - Zacisnąwszy usta, obróciła się i spojrzała na niego. - Feeney, masz małą kolekcję starej 
broni palnej, znasz się na niej.
Wyciągnął ręce, przyciskając do siebie nadgarstki.
-  Przyznaję się. Możesz mnie aresztować. Omal się nie uśmiechnęła.
-  Znasz jeszcze jakiegoś gliniarza, który kolekcjonuje broń?
-   Jasne, nawet kilku. To kosztowne hobby, więc ci, których znam, zbierają w większości kopie. A 
skoro mowa o kosztownych upodobaniach - dodał wskazując na jej rękaw. - Ładna koszula. Dostałaś 
podwyżkę?
-  Jest pożyczona - mruknęła próbując zapanować nad sobą, by nie spłonąć rumieńcem. - Spisz mi ich 
nazwiska, Feeney. Tych, którzy mają autentyczną starą broń.
-  Och, Dallas. - Uśmiech zniknął z jego twarzy, gdy pomyślał, że będzie musiał donosić na swoich 
ludzi. - Nienawidzę tego gówna.
-  Ja też. Spisz ich. Na razie ogranicz się do gliniarzy z miasta.
-  Dobra. - Odetchnął głęboko, zastanawiając się, czy Ewa zdaje sobie sprawę z tego, że jego nazwisko 
też znajdzie się na liście. - Paskudny sposób na rozpoczęcie dnia. A teraz mam dla ciebie prezent, 
dziecinko. Po przyjściu do pracy znalazłem na swoim biurku wiadomość. Szef policji jedzie do biura 
naszego komendanta. Mamy się tam zgłosić.
-  Szlag by to trafił!
Feeney tylko spojrzał na zegarek.
-   Daję ci pięć minut. Może chcesz nałożyć sweter albo coś innego, żeby Simpson nie zobaczył tej 
koszuli i nie doszedł do wniosku, że za dużo zarabiamy.
-  To też by szlag trafił.

D

owódca Edward Simpson wyglądał imponująco. Miał ponad sześć stóp wzrostu, bojowy nastrój, 

ciemny garnitur i kolorowy krawat. Jego falujące brązowe włosy były przyprószone siwizną.
Cały wydział dobrze wiedział, że o te imponujące szczegóły zatroszczył się jego wizażysta. Oczy 
Simpsona   były   stalowoniebieskie   -   kolor   budzący  zaufanie   wyborców,   jak  wykazały   sondaże   -   i 
rzadko malowała się w nich wesołość, jego wąskie usta układały się do wydawania rozkazów. Patrząc 
na niego, widziało się władzę i autorytet.
Jednak wystarczyło wiedzieć, jak nierozważnie wykorzystuje jedno i drugie do zdobywania coraz to 
wyższej pozycji w brudnym świecie polityki, by stracić co do niego złudzenia.
Usiadł składając jak do modlitwy długie białe ręce, na których pobłyskiwały trzy złote pierścienie. 
Kiedy przemówił, jego głos wydał się głęboki i dźwięczny, niczym głos aktora.
-  Panie komendancie, panie kapitanie, pani porucznik, mamy delikatną sytuację.
Dramatycznie zawiesił głos. Milczał przez chwilę; jego przenikliwe niebieskie oczy prześlizgnęły się 
po twarzach obecnych W pokoju osób.
-  Wszyscy wiecie, jak media lubią sensacje - kontynuował. -Podczas pięciu łat sprawowania przeze 
mnie funkcji szefa policji przestępczość w naszym mieście spadła o pięć procent. O cały jeden procent 
w ciągu roku. Jednak w związku z ostatnimi wydarzeniami ten postęp może zostać nie zauważony 
przez prasę. Już teraz wiele miejsca poświęca się tym dwóm zabójstwom. Ukazują się artykuły, w 
których kwestionuje się sposób prowadzenia śledztwa i żąda odpowiedzi na wiele pytań.
Whitney, nienawidzący Simpsona każdą cząstką swego ciała, odpowiedział łagodnie.            
-  W tych artykułach brak szczegółów. Kod Piąty, jaki obowiązuje w sprawie DeBlass, uniemożliwia 
współpracę z prasą, a także przekazywanie jej jakichkolwiek materiałów.
-     Nie   przekazując   dziennikarzom   żadnych   informacji   -   warknął   Simpson   -   pozwalamy   im   na 
spekulacje. Dziś po południu wydam oświadczenie. - Podniósł rękę, gdy Whitney zaczaj protestować. 
-   Koniecznie   musimy   przedstawić   opinii   publicznej   jakąś   ocenę   sytuacji,   bo   tylko   w   ten   sposób 

background image

zdołamy  ją  przekonać,  że  policja  ma  wszystko   pod  kontrolą.  Nawet  jeśli  tak  nie  jest.  Jego oczy 
spoczęły na Ewie.
-     Pani   porucznik,   jako   prowadząca   śledztwo,   także   przyjdzie   na   konferencję.   Moje   biuro 
przygotowuje oświadczenie, które pani złoży.
-     Z   całym   szacunkiem,   panie   dowódco   Simpson,   nie   mogę   ujawnić   opinii   publicznej   żadnego 
szczegółu sprawy, bo mogłoby to zaszkodzić śledztwu.
Simpson strzepnął pyłek z rękawa.
-  Pani porucznik, mam trzydziestoletnie doświadczenie. Wydaje mi się, że wiem, jak postępować z 
mediami. Po drugie - kontynuował zapominając o niej i zwracając się znowu do Whitneya - musimy 
kategorycznie zaprzeczyć temu, co wypisuje prasa o istnieniu związku między zabójstwem DeBlass i 
Starr. Departament nie może dopuścić do tego, żeby senator DeBlass znalazł się w kłopotliwej sytuacji 
osobistej, albo żeby zniszczono jego pozycję przez łączenie obu tych spraw.
-  Morderca zrobił to za nas - wycedziła Ewa przez zęby. Simpson nawet na nią nie spojrzał.
-  Oficjalnie nie ma między nimi związku. Kiedy będą pytali, trzeba zaprzeczać.
-  Kiedy będą pytali - poprawiła go Ewa - trzeba kłaniać.
-  Zasady etyczne niech pani zachowa dla siebie. Taka jest rzeczywistość. Skandal, który tu zostanie 
wywołany, dotrze do Wschodniego Waszyngtonu i powróci do nas niczym monsun. Sharon DeBlass 
zginęła ponad tydzień temu, a wy nadal nic nie macie.
-     Mamy   broń   -   zaprzeczyła.   -   Mamy   przypuszczalny   motyw   morderstwa   -   szantaż   -   oraz   listę 
podejrzanych.
Czerwieniąc się z gniewu, wstał z krzesła.
-  Jestem szefem tego wydziału i muszę naprawić to, co pani spaskudziła. Pora, żeby przestała pani 
grzebać się w tych brudach i zamknęła sprawę.
-  Sir. - Feeney zrobił krok do przodu. - Porucznik Dallas i ja...
-  Oboje możecie zostać odkomenderowani do drogówki w ciągu jednej pieprzonej chwili - dokończył 
Simpson.
Zaciskając pięści, Whitney zerwał się na równe nogi.
-  Niech pan nie straszy moich oficerów, Simpson. Pan prowadzi swoją grę, uśmiecha się do kamer i 
podlizuje tym ze Wschodniego Waszyngtonu, ale niech pan nie wkracza na mój teren i nie straszy mi 
ludzi. Pracują tutaj i zostaną tutaj. Jeśli chce pan to zmienić, niech pan mnie poprosi o zgodę.
Simpson jeszcze bardziej poczerwieniał. Ewa patrzyła z zafascynowaniem, jak pulsuje żyła na jego 
skroni.
-  Jeśli pańscy ludzie nacisną złe guziki, to zapłaci pan za to własnym tyłkiem. Na razie postaram się 
uspokoić senatora DeBlass, ale nie jest on zadowolony, że prowadząca śledztwo jedzie ukradkiem do 
jego pogrążonej w bólu synowej, przyciska ją do muru, zakłóca jej spokój i zadaje kłopotliwe, nie 
związane ze sprawą pytania. Senator DeBlass i jego rodzina są ofiarami, nie podejrzanymi, i trzeba im 
okazać należny szacunek podczas prowadzenia tego dochodzenia.
-  Okazałam szacunek Elizabeth Barrister i Richardowi DeBlass.
-  Ewa z wyrachowaniem powściągnęła gniew. - Przesłuchanie zostało przeprowadzone za ich zgodą i 
przy ich współpracy. Nie byłam świadoma tego, że powinnam otrzymać pozwolenie od pana albo od 
senatora na przeprowadzenie koniecznej dla śledztwa rozmowy.
-  A ja nie chcę, by prasa zastanawiała się, dlaczego ten wydział nęka pogrążonych w bólu rodziców, 
albo czemu oficer prowadzący dochodzenie nie zgodził się na przejście testów po zabiciu człowieka.
-  Badania porucznik Dallas zostały przełożone na mój rozkaz
- stwierdził Whitney pieniąc się z wścieldości. - I za moją aprobatą.
-   Jestem tego świadom. - Simpson przechylił głowę. - Mówię o spekulacjach prasowych. Wszyscy 
będziemy pod lupą, dopóki ten człowiek nie zostanie złapany. Przeszłość i postępowanie porucznik 
Dallas będą przedmiotem publicznej wiwisekcji.
-  Moja przeszłość to wytrzyma.
-     A   pani   postępowanie?   -   rzekł   Simpson   i   uśmiechnął   się.   –   Jak   odpowie   pani   na   zarzut,   że 
wykorzystuje pani dochodzenie i swoją pozycję, by nawiązać osobisty kontakt z podejrzanym? A jak 
pani myśli, jaka będzie moja pozycja, jeśli wyjdzie na jaw, że spędziła pani noc z podejrzanym?
Dzięki swemu opanowaniu nawet nie drgnęła, zachowała obojętne spojrzenie i spokojny głos.
-  Jestem pewna, że powiesiłby mnie pan, by ratować siebie, dowódco Simpson.
-  Bez wahania - zgodził się. - Proszę być w Ratuszu punktualnie o dwunastej.

background image

Gdy drzwi zatrzasnęły się za nim, komendant Whitney znowu usiadł.
-     Pieprzony  skurwiel!   -   Po   czym   jego   wzrok,   wciąż   ostry  jak   brzytwa,   przeszył   Ewę.   -   Co   ty 
wyprawiasz, do cholery?
Ewa pogodziła się z myślą - musiała się z nią pogodzić - że jej życie prywatne nie jest już ważne.
-  Spędziłam noc z Roarke'em. To była moja osobista decyzja. Zrobiłam to w czasie wolnym od pracy. 
Według   mojej   opinii,   oficera   prowadzącego   śledztwo,   został   on   wyeliminowany   z   grona   podej-
rzanych. Jednak nie przeczę, że postąpiłam nierozsądnie.
-   Nierozsądnie! - wybuchnął Whitney. - Lepiej powiedz: kretyńsko! Lepiej powiedz, że popełniasz 
zawodowe samobójstwo. Cholera jasna, Dallas, nie możesz trzymać  na wodzy swoich chuci? Nie 
spodziewałem się tego po tobie.
Ona też nie spodziewała się tego po sobie.
-  To nie wpłynie na przebieg śledztwa ani na sposób jego prowadzenia. Jeśli sądzi pan inaczej, jest 
pan w błędzie. Jeśli pan mi zabierze tę sprawę, może pan również zabrać moją odznakę.
Whitney przypatrywał się jej przez chwilę, po czym znowu zaklął.
-   Dallas, upewnij się, do cholery, że Roarke'a można skreślić z twojej krótkiej listy podejrzanych. 
Upewnij się, do cholery, albo zaaresztuj go w ciągu trzydziestu sześciu godzin. I zadaj sobie pytanie.
-  Już je sobie zadałam - przerwała mu, odczuwając ulgę, że nie poprosił jej o odznakę - na razie. - 
Skąd Simpson wie,  gdzie spędziłam noc? Jestem obserwowana. Następne pytanie brzmi: dlaczego. 
Czy to Simpson wydał takie polecenie, czy DeBlass? A może ktoś poinformował o tym Simpsona, by 
podważyć moją wiarygodność, a przez to wiarygodność śledztwa?
-  Oczekuję, że to wyjaśnisz. - Machnął kciukiem w stronę drzwi. -1 pilnuj się podczas konferencji.
Przeszli korytarzem nie więcej niż trzy kroki, kiedy Feeney wybuchnął.
-  O czym ty, do diabła, myślisz? Jezus Maria, Dallas.
-  Nie planowałam tego, w porządku? - Nacisnęła z wściekłością przycisk windy, wepchnęła ręce do 
kieszeni. - Daj mi spokój.
-  On jest na tej liście. Jako ostatni widział Sharon DeBlass żywą. Ma więcej pieniędzy niż sam Pan 
Bóg i może kupić wszystko, włącznie z wolnością.
-  To do niego nie pasuje. - Wpadła jak burza do windy i podała burkliwie numer piętra. - Wiem, co 
robię.
-   Nie wiesz, do diabła. Znam cię od lat, a jeszcze nie widziałem, żebyś straciła głowę dla faceta. 
Właśnie teraz musiałaś się zakochać.
-  To był tylko seks. Nie wszyscy z nas prowadzą miłe, wolne od trosk życie u boku miłej beztroskiej 
żony. Chciałam mieć kogoś, kto by mnie pieścił, a on chciał być tym kimś. To nie twój cholerny 
interes, z kim idę do łóżka.
Złapał ją za ramię, zanim wypadła jak burza z windy.
-  Do diabła z tym! Troszczę się o ciebie!
Pohamowała wściekłość na to, że jest wypytywana, sprawdzana, że jej najbardziej intymne przeżycia 
stały się obiektem dyskusji. Odwróciła się, zniżając głos, tak by ci, którzy przechodzili korytarzem, 
nie mogli jej usłyszeć.                                                               
-  Czy jestem dobrym gliną, Feeney?
-  Najlepszym, z jakim kiedykolwiek pracowałem. Dlatego... Podniosła rękę.
-  Jakie cechy decydują o tym, że człowiek jest dobrym gliniarzem? Westchnął.
-  Inteligencja, odwaga, cierpliwość, mocne nerwy, instynkt.
-   Moja inteligencja i mój  instynkt  mówią  mi, że to nie Roarke. Za każdym  razem,  gdy próbuję 
zmienić   zdanie   i   go   oskarżyć,   walę   głową   w   mur.   To   nie   on.   Feeney,   nie   brakuje   mi   odwagi, 
cierpliwości ani mocnych nerwów, by prowadzić to śledztwo dopóty, dopóki nie dowiemy się, kim 
jest morderca.
Wpił się w nią wzrokiem.
-  A jeśli tym razem się mylisz, Dallas?
-   Jeśli się mylę, to nie będą musieli mnie prosić o oddanie odznaki. - Musiała zaczerpnąć tchu dla 
uspokojenia nerwów. - Feeney, jeśli mylę się co do tej sprawy, co do niego, to jestem skończona. Pod 
każdym względem. Bo jeśli nie jestem dobrym gliną, jestem nikim.
-  Chryste, Dallas, nie... Potrząsnęła głową.
-  Przygotuj tę listę gliniarzy, dobrze? Mam parę telefonów do załatwienia.

background image

12

K

onferencja prasowa zostawiła w niej niesmak. Stała na schodach do Ratusza, obok Simpsona, który 

miał ten swój patriotyczny krawat i wpięty w klapę złoty znaczek z napisem  Kocham Nowy Jork. 
Przybierając   pozę   surowego   ojca   miasta   odczytał   swoje   oświadczenie   głosem,   który   bezustannie 
wznosił się i opadał.
Oświadczenie,   pomyślała   z   odrazą,   w   którym   roiło   się   od   kłamstw,   półprawd   i   przesadnych 
stwierdzeń. Z tego, co mówił Simpson, wynikało, że nie zazna spokoju, dopóki morderca młodziutkiej 
Loli Starr nie stanie przed sądem.
Zapytany o to, czy istnieje jakiś związek między zabójstwem Starr i tajemniczą śmiercią wnuczki 
senatora DeBlass, stanowczo zaprzeczył.
To nie był jego pierwszy błąd i, pomyślała posępnie Ewa, chyba nie ostatni.
Ledwo skończył mówić, został zaatakowany przez najlepszą dziennikarkę z Kanału 75, Nadine Furst.
-  Panie dowódco, posiadam informację, która wskazuje na to, że zabójstwo Starr wiąże się ze sprawą 
DeBlass, i to nie tylko dlatego, że obie kobiety uprawiały ten sam zawód.
-   Posłuchaj, Nadine. - Simpson błysnął swym cierpliwym wujasz-kowatym uśmiechem. - Wszyscy 
wiemy, że ty i twoi koledzy otrzymujecie informacje, które często są niedokładne. Dlatego powołałem 
Centrum Weryfikacji Danych, gdy tylko zostałem szefem policji. Wystarczy sprawdzić w CWD, czy 
wasze informacje są prawdziwe.
Ewa zdołała pohamować gniewne parsknięcie, ale Nadine, ze swymi przenikliwymi oczami kotki i 
błyskotliwym umysłem, nie dała się zbić z tropu.
-  Moje źródło podaje, że Sharon DeBlass nie zginęła wskutek nieszczęśliwego wypadku - jak twierdzi 
CWD - tylko została zamordowana. Że obie, DeBlass i Starr, zostały zabite w ten sam sposób i przez 
tego samego człowieka.
To wywołało wrzawę wśród zgromadzonych przed Ratuszem ekip filmowych, posypał się grad pytań i 
pretensji pod adresem Simpsona, który pocił się obficie w swojej koszuli z monogramem.
-   Policja stoi na stanowisku, że nie ma  żadnego związku między tymi  przykrymi  zdarzeniami! - 
krzyknął   Simpson,   lecz   Ewa   zauważyła   błysk   paniki   w   jego   oczach.   -   A   moje   biuro   popiera 
stanowisko oficerów prowadzących śledztwo.
Gdy te niespokojne oczy skierowały się na Ewę, w jednej chwili zrozumiała, że zostanie rzucona 
wilkom na pożarcie.
-     Porucznik  Dallas,   doświadczony  oficer   z   ponad   dziesięcioletnim  stażem  prowadzi   śledztwo   w 
sprawie zabójstwa Starr. Chętnie odpowie na państwa pytania.
Złapana   w pułapkę  Ewa  zrobiła  krok do  przodu,  a   tymczasem  Simpson   pochylił   głowę,   by jego 
pomocnik o szczurzej twarzy mógł pośpiesznie wyszeptać mu do ucha parę rad.
Zarzucono ją pytaniami, ale milczała, dopóki nie padło takie, na które mogła odpowiedzieć.
-  W jaki sposób Lola Starr została zamordowana?
-     Ze   względu  na   dobro   śledztwa   nie   wolno  mi   tego  wyjawić.   -   Poczekała,   aż   umilkną   okrzyki 
niezadowolenia, przeklinając w duchu Simpsona. - Mogę tylko stwierdzić, że Lola Starr, osiemnasto-
letnia,   licencjonowana   prostytutka,   została   zamordowana   brutalnie   i   z   premedytacją.   Dowody 
wskazują na to, że została zamordowana przez swojego klienta.
To zadowoliło ich na chwilę. Ewa zauważyła, że kilku reporterów sprawdziło łącza z macierzystymi 
redakcjami.
-  Czy to była zbrodnia na tle seksualnym? - krzyknął ktoś, na co Ewa uniosła brew.
-  Właśnie oświadczyłam, że ofiara była prostytutką, i że została zabita przez klienta. Proszę zestawić 
te dwa fakty.
-  Czy Sharon DeBlass także została zabita przez klienta? - spytała Nadine.
Ewa wytrzymała spojrzenie tych przebiegłych kocich oczu.
-  Departament policji nie wydał oficjalnego oświadczenia, w którym stwierdzałby, że Sharon DeBlass 
została zamordowana.
-  Moje źródła podają, że pani prowadzi oba postępowania. Czy pani to potwierdza?
Grząski teren. Jednak nie mogła się cofnąć.
-  Tak, prowadzę kilka z toczących się postępowań.

background image

-  Dlaczego oficer z dziesięcioletnim stażem został wyznaczony do zajęcia się sprawą nieszczęśliwego 
wypadku?
Ewa uśmiechnęła się.
-  Chce pani, żebym opisała całą tę biurokratyczną machinę? Parę osób zachichotało, ale Nadine nie 
dała się wywieść w pole.
-  Czy nadal toczy się śledztwo w sprawie DeBlass?
Bez względu na to, co odpowie, wsadzi kij w mrowisko. Ewa wybrała prawdę.
-   Tak, i będzie się toczyło, dopóki nie będę zadowolona z jego wyniku. Jednak - kontynuowała 
przekrzykując wrzaski - śmierci Sharon DeBlass nie będzie się poświęcało więcej uwagi niż innym 
przypadkom.   Włącznie   z   Lola   Starr.   Każda   sprawa,   która   trafia   na   moje   biurko,   jest   tak   samo 
traktowana, bez względu na pochodzenie  i  status społeczny ofiary. Lola Starr była młodą kobietą, 
wywodzącą się z prostej rodziny.  Nie zajmowała wysokiej pozycji społecznej, nie miała ważnych 
przyjaciół.   Teraz,   po   paru   krótkich   miesiącach   spędzonych   w   Nowym   Jorku,   nie   żyje.   Została 
zamordowana. Zasługuje na jak najrzetelniejsze śledztwo, które mam zamiar przeprowadzić.
Ewa przebiegła wzrokiem tłum i utkwiła oczy w Nadine.
-     Pani   chce   mieć   artykuł,   pani   Furst.   Ja   chcę   mieć   mordercę.   Sądzę,   że   moje   pragnienie   jest 
ważniejsze niż pani, więc to wszystko, co mam do powiedzenia.
Odwróciła   się   na   pięcie,   rzuciła   Simpsonowi   piorunujące   spojrzenie,   po   czym   odeszła.   Idąc   do 
samochodu, słyszała, jak Simpson opędza się od dziennikarzy, którzy wciąż nękali go pytaniami.
-  Dallas! - Podbiegła do niej Nadine w wygodnych stylowych pantoflach na niskim obcasie.
-  Powiedziałam, że skończyłam. Pogadaj z Simpsonem.
-    Hej,   jeśli   będę   chciała   usłyszeć   jakieś   bzdury,   to  zwrócę   się   do  CWD.   To  było   dość   żarliwe 
oświadczenie. Nie brzmiało tak, jakby wyszło spod pióra człowieka, który pisze przemówienia dla 
Simpsona.
-   Wolę mówić  własnymi  słowami. - Ewa podeszła do samochodu i zaczęła otwierać drzwi, gdy 
Nadine dotknęła jej ramienia.
-   Lubisz uczciwą grę. Ja też. Posłuchaj, Dallas, mamy różne metody działania, ale podobne cele. - 
Zadowolona,   że   przykuła   uwagę   Ewy,   uśmiechnęła   się.   Kiedy   wykrzywiła   usta,   jej   twarz 
przypominała trójkąt, w którym dominowały te kocie zielone oczy. - Nie muszę ci chyba przypominać 
prawa opinii publicznej do informacji.
-  Tracisz czas.
-  Chcę tylko powiedzieć, że w ciągu tygodnia zginęły dwie kobiety. Intuicja podpowiada mi, że obie 
zostały zamordowane. Nie sądzę, żebyś zechciała to potwierdzić.
-  I słusznie.
-   Chcę zawrzeć z tobą umowę. Powiesz mi, czy jestem na właściwym tropie, a ja nie będę robiła 
niczego,   co   mogłoby   zaszkodzić   śledztwu.   Kiedy   znajdziesz   coś   pewnego   i   zdecydujesz   się   to 
wyciągnąć, zadzwoń do mnie. Ja pierwsza chcę zdać relację z tego aresztowania - na żywo.
Dallas, niemalże rozbawiona tą propozycją, oparła się o samochód.
-  Co zamierzasz mi dać w zamian za to, Nadine? Uścisk dłoni i uśmiech?
-  W zamian za to przekażę ci wszystko, co otrzymałam od mojego informatora.
To wzbudziło zainteresowanie Ewy.
-  Włącznie z jego nazwiskiem?
-  Tego nie mogłabym zrobić, nawet gdybym musiała. Rzecz w tym, że go nie znam. Wszystko, co 
mam, Dallas, to dyskietka, którą dostarczono mi do studia. Na dyskietce znajdują się kopie raportów 
policyjnych, włącznie z opisem sekcji zwłok obu ofiar oraz kilka makabrycznych ujęć zwłok jednej i 
drugiej kobiety. 
-  Chrzanisz. Gdybyś miała połowę tego, co mówisz, to natychmiast wystąpiłabyś przed kamerami.
-   Myślałam ó tym  - przyznała  Nadine. - Ale szkoda marnować  taki materiał na zwykłą  relację. 
Cholernie szkoda. Chcę zrobić z tego całą opowieść, Dallas, wstrząsającą opowieść, dzięki której 
dostanę Pulitzera, Międzynarodową Nagrodę za Wiadomość Roku i parę innych ważnych nagród.
Jej oczy zmieniły się, pociemniały. Już się nie uśmiechała.
-  Widziałam, co ktoś zrobił tym kobietom. Może sfilmowanie tej historii jest dla mnie najważniejsze, 
lecz nie tylko to się liczy. Przycisnęłam dzisiaj Simpsona do muru, przycisnęłam i ciebie. Podobał mi 
się sposób, w jaki odpowiadałaś. Możesz przyjąć moją propozycję albo będę działała na własną rękę. 
Wybieraj.

background image

Ewa zastanawiała się. Minął ich sznur taksówek oraz maxibus z warczącym elektrycznym silnikiem.
-  Zgadzam się. - Zanim oczy Furst zdążyły rozbłysnąć triumfem, Ewa ostrzegła ją. - Jeśli popełnisz 
oszustwo, najmniejsze oszustwo, jesteś skończona.
-  W porządku.
-  Spotkamy się w Blue Sąuirrel za dwadzieścia minut.

G

oście, którzy tego popołudnia zebrali się w klubie, byli  zbyt  znudzeni, żeby zdobyć  się na coś 

więcej   niż   na   rozmowę   przy  drinku.   Ewa   znalazła   stolik  w  kącie   sali,   zamówiła   Pepsi   Classic   i 
spaghetti z warzywami. Po chwili Nadine zajęła miejsce naprzeciw niej. Zdecydowała się na kurczaka 
z frytkami smażonymi bez tłuszczu. Oto dowód, pomyślała posępnie Ewa, ogromnej różnicy między 
zarobkami gliny i reporterki.
- Co masz? - spytała Ewa.
-  Film wart kilkaset tysięcy słów. - Nadine wyjęła notebook z torebki - czerwonej skórzanej torebki, 
zauważyła z zazdrością Ewa. Miała słabość do skóry i jaskrawych kolorów, a rzadko mogła sobie 
pozwolić na jedno i drugie.
Nadine włożyła dyskietkę i podała Ewie notebook. Szkoda nerwów, doszła do wniosku Ewa, gdy na 
ekranie pojawił się jej własny raport. W zamyśleniu patrzyła jak na monitorze przesuwają się dane 
dotyczące   Kodu   Piątego,   oficjalne   raporty   medyczne,   orzeczenia   lekarza   sądowego.   Wyłączyła 
komputer, gdy pokazała się scena zabójstwa. Nie było potrzeby oglądania zwłok przy jedzeniu.
-  Czy wszystko się zgadza? - Nadine spytała Ewę, gdy ta oddała jej notebook.
-  Zgadza się.
-     Więc   ten   facet   jest   jakimś   zwariowanym   miłośnikiem   broni,   ekspertem   od   systemów 
zabezpieczających, a poza tym stale odwiedza swoich kolegów.
-  Dowody na to wskazują.
-  Czy udało ci się nakreślić jego sylwetkę?
-  Jak widać nie do końca.
Nadine poczekała, aż jedzenie zostanie podane.
-  Na pewno wywierany jest na ciebie nacisk polityczny - zginęła sławna DeBlass.
-  Nie bawię się w politykę.
-   Twój szef się bawi. - Nadine odgryzła  kawałek kurczaka. Ewa uśmiechnęła się złośliwie, gdy 
grymas niezadowolenia pojawił się na twarzy dziennikarki. - Jezu, co za paskudztwo. - Ze spokojem 
zajęła się jedzeniem frytek. - Nie jest tajemnicą, że tego lata DeBlass będzie się ubiegał o nominację 
na kandydata na prezydenta z ramienia Partii Konserwatywnej. Ani to, że ten dupek Simpson stara się 
o fotel gubernatora. Biorąc pod uwagę przedstawienie, jakie dzisiaj urządził, wygląda na to, że chce 
wszystko ukryć.
-   Oficjalnie nie ma związku między tymi dwiema sprawami. Ale to, co powiedziałam o równości, 
było szczere. Nadine, nie obchodzi mnie, kim jest dziadek Sharon DeBlass. Zamierzam znaleźć faceta, 
który ją zabił.
-  A kiedy go znajdziesz, to czy będzie sądzony za oba zabójstwa, czy tylko Loli Starr?
-  To będzie zależało od prokuratora. Osobiście gówno mnie to obchodzi, o ile zawiśnie na szubienicy.
-   Na tym polega różnica między nami, Dallas. - Nadine machnęła frytką, po czym ją ugryzła. - Ja 
chcę, żeby prawda wyszła na jaw. Kiedy go złapiesz, a ja opiszę całą historię, prokurator nie będzie 
miał wyboru. W rezultacie DeBlass będzie bardzo zajęty przez parę miesięcy.
-  No i kto tu bawi się w politykę? Nadine uniosła ramię.
-  Hej, ja tylko opisuję tę historię, ja jej nie tworzę. A jest w niej wszystko. Seks, przemoc, pieniądze. 
Fakt, że wmieszane jest w nią takie nazwisko jak Roarke, tylko zwiększy zainteresowanie czytel-
ników.
Ewa bardzo wolno przełknęła makaron.
-  Nie ma dowodu na to, że Roarke ma związek z tymi zbrodniami.
-   Znał DeBlass, jest przyjacielem rodziny. Chryste, jest właścicielem budynku, w którym Sharon 
została   zabita.   Ma   jedną   z   najwspanialszych   na   świecie   kolekcji   broni   i   krążą   plotki,   że   jest 
zawołanym strzelcem.
Ewa podniosła do ust szklankę z Pepsi.
-   Nie stwierdzono, że broń użyta przez mordercę była jego własnością. Poza tym, nie utrzymywał 
kontaktów z Lola Starr.

background image

-  Może i nie. Ale powszechnie wiadomo, że w przeszłości poważnie się poróżnił z senatorem. Ten 
człowiek   ma   lód   zamiast   serca   -   dodała   wzruszając   ramionami.   -   Myślę,   że   byłby   w   stanie 
zamordować z zimną krwią parę osób. Ale... - Przerwała, by się napić. - Ma także fioła na pukcie 
prywatności.   Trudno   sobie   wyobrazić,   żeby   przechwalał   się   swymi   morderstwami,   wysyłając 
dyskietki do dziennikarzy. Ten, kto to robi, pragnie rozgłosu tak samo mocno, jak pragnie uciec przed 
sprawiedliwością.
-   Ciekawa teoria. - Ewa miała dość. Męczył ją narastający ból głowy i czuła, że makaron jej nie 
posłużył.  Wstała, pochyliła  się nad stolikiem,  przybliżając twarz do twarzy Nadine. - Podsunę ci 
jeszcze jedną, wysnutą przez glinę. Chcesz wiedzieć, kto jest twoim informatorem, Nadine?
Jej oczy rozbłysły z ciekawości.
-  Chcę, do jasnej cholery.
-   Twoim informatorem jest zabójca. - Ewa zamilkła, widząc, jak oczy Nadine pochmurnieją. - Na 
twoim miejscu uważałabym na siebie, przyjaciółko.
Ewa odeszła od stolika i skierowała się za kulisy. Miała nadzieję, że Mavis będzie w wąskim pokoiku, 
który służył jej za garderobę. Czuła potrzebę pogadania z kimś bliskim.
Ewa zastała ją leżącą pod kocem i wycierającą nos w postrzępioną chusteczkę higieniczną.
-   Cholernie   się   przeziębiłam.   -  Mavis  spojrzała  na  nią  wściekle   swymi   zapuchniętymi   oczami  i 
dmuchnęła w chusteczkę niczym w róg. - Musiałam zwariować, żeby w tym pieprzonym obrzydliwym 
lutym  chodzić przez dwanaście godzin zupełnie nago, jeśli nie brać pod uwagę tego pieprzonego 
malunku.
Ewa na wszelki wypadek trzymała się od niej z daleka.
-  Bierzesz coś?
-  Biorę wszystko. - Wskazała ręką blat stołu, na którym walały się sprzedawane bez recepty lekarstwa 
oraz   próbki   kosmetyków.   -   To   jakiś   pieprzony   farmaceutyczny   spisek,   Dallas.   Zlikwidowaliśmy 
niemal wszystkie znane zarazy, choroby i infekcje. Och, co jakiś czas nadziewamy się na coś nowego, 
żeby dać naukowcom jakąś robotę. Ale żaden z tych bystrookich lekarzy, żaden z tych medycznych 
komputerów nie może znaleźć leku na zwykły pieprzony katar. Wiesz dlaczego?
Ewa nie mogła stłumić uśmiechu. Poczekała cierpliwie, aż Mavis przestanie wycierać nos.
-  Dlaczego?
-  Ponieważ towarzystwa farmaceutyczne muszą zarabiać. Wiesz, ile kosztują te cholerne tabletki na 
katar? Taniej byś zapłaciła za zastrzyk przeciwnowotworowy. Przysięgam.
-  Możesz iść do lekarza, dostać jakiś lek na receptę, który złagodzi objawy.
-  Już go dostałam. To cholerstwo działa tylko przez osiem godzin, a ja mam występ dziś wieczorem. 
Muszę czekać do siódmej, żeby to przyjąć.
-  Powinnaś być w domu i leżeć w łóżku.
-   Przeprowadzają dezynsekcję budynku. Jakiś mądrala powiedział, że widział karalucha. - Znowu 
wytarła nos, po czym popatrzyła podejrzliwie na Ewę spod nie umalowanych rzęs. - Co tu robisz?
-  Załatwiam sprawy zawodowe. Słuchaj, odpocznij trochę. Później się zobaczymy.
-    Nie,   zostań.   Umieram   z   nudów.   -  Sięgnęła   po  butelkę   z   obrzydliwie   wyglądającym   różowym 
płynem, który wlała sobie do gardła. - Hej, ładna koszula. Dostałaś nagrodę czy coś w tym stylu?
-  Coś w tym stylu.
-   Siadaj. Miałam do ciebie zadzwonić, lecz byłam zbyt  zajęta zrywaniem sobie płuc. To Roarke 
przyszedł do naszego fantastycznego klubu wczoraj wieczorem, prawda?
-  Tak, Roarke.
-     Mało   nie   zemdlałam,   kiedy   podszedł   do   twojego   stolika.   Co   to   za   historia?   Pomagasz   mu 
zorganizować ochronę czy co?
-  Spałam z nim - wygadała się Ewa, na co Mavis odpowiedziała atakiem gwałtownego kaszlu.
-  Ty i Roarke. - Z załzawionymi oczami sięgnęła po kolejną chusteczkę; - Jezu, Ewo, ty nigdy z nikim 
nie śpisz. Chcesz mi powiedzieć, że spałaś z Roarke'em?
-  Niezupełnie. Nie spaliśmy. Mavis jęknęła.
-  Nie spałaś. Jak długo? Ewa wzruszyła ramieniem.
-  Nie wiem. Spędziłam u niego noc. Jakieś osiem, dziewięć godzin.
-  Godzin. - Mavis wzdrygnęła się lekko. - I po prostu się kochaliście?
-  Głównie.

background image

-   Jest dobry? Głupie pytanie - powiedziała szybko. - Inaczej byś nie została. Och, Ewo, co cię tak 
wzięło, poza jego niewiarygodnie energicznym kutasem?
-    Nie   wiem.   To  było   głupie.   -   Przeczesała   palcami   włosy.   -  Nigdy  przedtem  tak  nie   było.   Nie 
sądziłam, że tak może być - że ja mogę tyle czuć. Po prostu to nigdy nie było dla mnie ważne, i nagle - 
trach.
-  Cudownie. - Mavis wysunęła rękę spod koca i ścisnęła wyprostowane palce Ewy. - Przez całe życie 
blokowałaś   normalne   ludzkie   potrzeby  z   powodu   przejść,   które   ledwo   pamiętasz.   Po  prostu  ktoś 
pomógł ci z tym skończyć. Powinnaś być szczęśliwa.
-  To mu daje nade mną przewagę, prawda?
-  Och, to bzdury. - Mavis przerwała przyjaciółce. - Seks nie musi być manifestacją siły. I nie musi 
być karą, do cholery. Powinien być zabawą. A czasami, gdy się ma szczęście, seks dostarcza zupełnie 
wyjątkowych wrażeń.
-  Możliwe. - Zamknęła oczy. - Och, Mavis, moja kariera wisi na włosku.
-  O czym ty gadasz?
-  Roarke jest zamieszany w sprawę, nad którą pracuję.
-  Cholera! - Musiała zrobić przerwę na wytarcie nosa. - Chyba nie musisz go aresztować?
-  Nie. - Po czym dodała z większą emfazą. - Nie, ale jeśli nie znajdę szybko winnego, wyrzucą mnie. 
Będę skończona. Ktoś mnie wykorzystuje, Mavis. - Jej oczy znowu nabrały ostrego wyrazu. - Chcą, 
by moje działania szły w określonym kierunku. Nie wiem dlaczego. Jeśli się tego nie dowiem, będzie 
mnie to kosztowało utratę wszystkiego, co mam.
-  Zatem będziesz musiała się dowiedzieć, prawda? - Mavis ścisnęła palce Ewy.

D

owie się, Ewa obiecała sobie w duchu. Było już po dziesiątej wieczór, kiedy weszła do hallu swego 

budynku. Jeśli w tym momencie nie chciało jej się myśleć, to nie było to zbrodnią. Musiała przełknąć 
reprymendę,   jaką   dostała   od   szefa   policji   za   to,   że   zmieniła   oficjalne   oświadczenie   podczas 
konferencji prasowej.
Nieoficjalne poparcie komendanta nie zmniejszyło jej niepokoju.
Kiedy   weszła   do   mieszkania,   sprawdziła   wiadomości   przesłane   jej   przez   Internet.   Wiedziała,   że 
łudzenie się nadzieją, iż znajdzie wiadomość od Roarke'a, była głupotą.
Nic od niego nie było. Ale to, co znalazła, przejęło ją grozą.
Materiał filmowy był przesłany przez anonimowego nadawcę z jakiegoś miejsca publicznego. Mała 
dziewczynka. Jej ojciec. Krew.
Po sposobie filmowania Ewa poznała, że jest to zapis policyjny dokonany po to, by utrwalić miejsce 
zbrodni i usprawiedliwić konieczność użycia broni.
Włączył   się   dźwięk.   Odtworzone   zostały   nagrane   przez   nią   krzyki   dziecka.   Walenie   do   drzwi. 
Ostrzeżenie, po którym nastąpił cały ten horror.
-   Ty skurwielu - szepnęła. - Nie złamiesz mnie w ten sposób. Nie złamiesz mnie, wykorzystując 
tragedię dziecka.
Ale jej palce drżały, gdy wyjmowała dyskietkę. I trzęsła się, kiedy rozległ się dzwonek interkomu.
-  Kto tam?
-    Hennessy  z   mieszkania   dwa-D.   -   Blada   poważna   twarz   sąsiada   z   dołu   mignęła   na   ekranie.   - 
Przepraszam, pani porucznik Dallas. Nie bardzo wiedziałem, co robić. Właśnie byliśmy w mieszkaniu 
Finesteina. Mamy problem.
Ewa westchnęła i przywołała na pamięć obraz starszego małżeństwa. Spokojni, życzliwi, namiętnie 
oglądający telewizję.
-  Jakiś problem?
-   Pan Finestein nie żyje, pani porucznik. Zemdlał w kuchni, gdy jego żona grała w mah-jongg z 
przyjaciółmi. Pomyślałem, że może zeszłaby pani na dół.
-  Jasne. - Znowu westchnęła. - Zaraz tam będę. Proszę niczego nie ruszać, panie Hennessy, i w miarę 
możliwości nikogo tam nie wpuszczać. - Z przyzwyczajenia przesłała meldunek; zgłosiła, że zdarzył 
się wypadek i że udaje się na miejsce tragedii.
W mieszkaniu zastała panią Finestein, która siedziała na sofie w salonie, ze splecionymi na podołku 
drobnymi białymi dłońmi. Jej włosy także były białe, okalały niczym śnieg twarz, która zaczynała się 
marszczyć   mimo   stosowania   kremów   opóźniających   starzenie   i   przeprowadzania   kuracji 
odmładzających.

background image

Starsza pani uśmiechnęła się łagodnie do Ewy.
-  Przepraszam, że cię niepokoję, moja droga.
-  Wszystko w porządku. Dobrze się pani czuje?
-   Tak, dobrze. - Jej łagodne niebieskie oczy spoczęły na Ewie. - Co tydzień gram z dziewczętami. 
Kiedy wróciłam do domu, znalazłam go w kuchni. Stracił przytomność podczas jedzenia ciasta z 
kremem.   John   bardzo   lubił   słodycze.   -   Popatrzyła   na   pana   Hennessy,   który   stał   przestępując 
niespokojnie z nogi na nogę. - Nie bardzo wiedziałam, co robić, więc zapukałam do pana Hennessy.
-  W porządku. Proszę z nią zostać przez chwilę - zwróciła się do mężczyzny.
Mieszkanie było podobne do jej apartamentu. Gdyby nie nadmiar świecidełek i pamiątek, panowałby 
w nim wzorowy porządek.
Przy kuchennym stole, po środku którego stał porcelanowy wazon z kwiatami, John Finestein stracił 
życie i niemało ze swej godności.
Siedział z twarzą wbitą w puszystą kremową masę. Ewa wzięła go za rękę, lecz nie wyczuła tętna. 
Jego   ciało   było   znacznie   oziębione.   Na   oko   ustaliła,   że   śmierć   nastąpiła   o   pierwszej   piętnaście; 
oczywiście mogła się pomylić o kilkanaście minut.
-  Joseph Finestein - wyrecytowała sumiennie. - Mężczyzna, dokładny wiek sto piętnaście lat. Nie ma 
śladów włamania, nie ma śladów użycia siły. Nie ma żadnych śladów na ciele.
Pochyliła się nad zwłokami, popatrzyła w wybałuszone ze zdziwienia oczy,  powąchała ciasto. Po 
zrobieniu wstępnych notatek, wróciła - ku radości Hennessy'ego - do salonu i przesłuchała wdowę po 
nieboszczyku.
Była   już   północ,   kiedy   wczołgała   się   do   łóżka.   Wyczerpanie   dawało   się   jej   we   znaki   niczym 
dokuczliwe dziecko. Pragnęła zapomnieć o wszystkim, tylko o to się modliła.
Żadnych snów, nakazała swojej podświadomości. Nie może się poddać grozy nocy.
W chwili, gdy zamykała oczy, odezwało się umieszczone przy łóżku telełącze.
-   Niech  cię  piekło  pochłonie,   kimkolwiek   jesteś   -  mruknęła,  po  czym   posłusznie   owinęła  nagie 
ramiona prześcieradłem i włączyła łącze.
-  Pani porucznik. - Roarke uśmiechnął się do niej z ekranu.  - Obudziłem cię?
-   Jeszcze parę minut, a byś  to zrobił. - Przesunęła się, gdyż  dźwięk był  nieczysty w związku z 
zakłóceniami międzyplanetarnymi.
- Przypuszczam, że bez przeszkód dotarłeś na miejsce.
-  Owszem. Było tylko małe opóźnienie w transporcie. Miałem nadzieję, że cię złapię, zanim pójdziesz 
spać.
-  Z jakiegoś szczególnego powodu?
-  Ponieważ lubię na ciebie patrzeć. - Jego uśmiech zgasł, gdy na nią spojrzał. - Co się stało, Ewo?
Od czego byś chciał, żebym zaczęła? - pomyślała, lecz wzruszyła ramionami.
-  Długi dzień, zakończony śmiercią jednego z twoich lokatorów przy wieczornej przekąsce. Skończył 
z twarzą w ciastku z kremem.
-  To chyba nie najgorsza śmierć. - Odwrócił głowę i mruknął coś do osoby, która znajdowała się w 
pobliżu. Ewa zobaczyła kobietę, która szybko przeszła za Roarke'em, po czym zniknęła jej z oczu.
-  Właśnie zwolniłem moją asystentkę - wyjaśnił. - Chciałem być sam, kiedy będę cię pytał, czy masz 
na sobie coś pod tym prześcieradłem.
Zerknęła w dół, uniosła brew.
-  A sprawiam takie wrażenie?
-  Dlaczego go z siebie nie zrzucisz?
-     Ani   myślę   zaspokajać   twoich   lubieżnych   chuci   podczas   połączenia   międzyplanetarnego.   Puść 
wodze swej wyobraźni.
-  Właśnie puszczam. Wyobrażam sobie, co z tobą zrobię, kiedy znowu będę mógł cię dotknąć. Radzę 
ci dobrze wypocząć, pani porucznik.
Chciała się uśmiechnąć, lecz nie mogła.
-  Roarke, musimy porozmawiać, kiedy wrócisz.
-   To także możemy zrobić. Rozmowy z tobą zawsze uważałem za podniecające, Ewo. Prześpij się 
trochę.
-  Dobrze. Do zobaczenia, Roarke.
-  Myśl o mnie, Ewo.

background image

Gdy zakończył nadawanie, długo siedział samotnie, wpatrując się w zamyśleniu w zgaszony monitor. 
Coś było w jej oczach, pomyślał. Teraz je znał, potrafił dostrzec uczucia, jakie skrywały.
Coś ją martwiło.
Przekręciwszy krzesło, popatrzył na gwiazdy wypełniające przestrzeń międzyplanetarną. Przebywała 
tak daleko od niego, że mógł o niej tylko myśleć.
I jeszcze raz zadać sobie pytanie, dlaczego tak bardzo mu na niej zależy.

13

E

wa była zawiedziona po przejrzeniu raportu z poszukiwań bankowej skrytki Sharon DeBlass. Nie 

figuruje w rejestrze, nie figuruje w rejestrze, nie figuruje w rejestrze.
Niczego   nie   znaleziono   w   Nowym   Jorku,   New   Jersey,   Connecticut.   Ani   we   Wschodnim 
Waszyngtonie czy Wirginii.
Gdzieś musiała ją wynająć, pomyślała Ewa. Miała pamiętniki i trzymała je schowane w miejscu, do 
którego miała szybki i bezpieczny dostęp.
Ewa była przekonana, że w tych pamiętnikach kryje się motyw morderstwa.
Nie chcąc wciągać Feeneya w kolejne, zakrojone na dużą skalę poszukiwania, sama się nimi zajęła, 
zaczynając od Pensylwanii, przesuwując się coraz bardziej na północny zachód w kierunku granicy 
kanadyjskiej. Zajęło jej to co prawda dwa razy mniej czasu niż Feeneyowi, ale niczego nie znalazła.
Zmieniła więc kierunek na południowy, doszła do Maryland i Florydy. Maszyna zaczęła głośno sapać 
z przepracowania. Ewa rzuciła jej burkliwe ostrzeżenie i walnęła w pulpit. Przysięgła, że zaryzykuje 
złożenie zamówienia na nowe urządzenie, jeśli to wytrzyma do końca poszukiwań.
Powodowana raczej uporem niż nadzieją, przejrzała banki na Środkowym Zachodzie, kierując się w 
stronę Gór Skalistych.
Byłaś za sprytna, pomyślała Ewa, gdy błysnęły negatywne rezultaty. Za sprytna dla własnego dobra. 
Nie   wyjechałabyś   z   kraju   ani   nie   przeniosłabyś   się   na   inną   planetę,   gdyż   przy   każdej   podróży 
musiałabyś się poddać kontroli celnej. Po co jeździć daleko, narażać się na konieczność korzystania ze 
środków transportu i dworców? Pewnie chciałaś mieć nieograniczony dostęp do swoich skarbów.
Jeśli twoja matka wiedziała, że przechowujesz pamiętniki, inni też mogli to wiedzieć. Ciągle się nimi 
przechwalałaś, bo lubiłaś denerwować ludzi. I wiedziałaś, że są dobrze ukryte.
Ale blisko, cholera, pomyślała Ewa, zamykając oczy, by całkowicie się skoncentrować na kobiecie, 
którą już tak dobrze znała. Wystarczająco blisko, byś czuła się silna, wykorzystywała swoją władzę, 
bawiła się ludźmi.
Nie było to na tyle proste, by ktoś je wykrył, zyskał do nich dostęp, zepsuł ci zabawę. Wynajęłaś 
skrytkę pod fałszywym nazwiskiem - tak na wszelki wypadek. A jeśli byłaś wystarczająco mądra, by 
występować pod przybranym nazwiskiem, to na pewno pod takim, które było ci znajome. Które by ci 
się nie myliło.
To  takie  proste,  pomyślała  Ewa,  wystukując  nazwisko  Sharon  Banister.  Takie  proste,  że  oboje  z 
Feneeyem to przeoczyli.
Strzałem w dziesiątkę okazał się Brinkstone International Bank i Finance w Newark w stanie New 
Jersey.
Sharon Banister miała tam nie tylko skrytkę depozytową, ale także rachunek w biurze maklerskim 
opiewający na sumę 326,000.85 dolarów.
Spoglądając z szerokim uśmiechem na ekran, połączyła się z biurem pełnomocnika.
-  Potrzebne mi upoważnienie - oświadczyła.

T

rzy godziny później wróciła do biura komendanta Whitneya, starając się nie zgrzytać zębami.

-  Ma gdzieś jeszcze jedną skrytkę - upierała się Ewa. -I w niej są pamiętniki.
-  Nikt ci nie zabrania jej szukać, Dallas.
-   Dobrze, bardzo dobrze. - Kręciła się jak fryga po pokoju. Rozpierała ją energia, czuła potrzebę 
działania. - Co z tym zrobimy?
-Machnęła ręką w kierunku pliku papierów, który leżał na jego biurku. - Ma pan dyskietkę, którą 
zabrałam ze skrytki depozytowej, oraz zrobiony przeze mnie wydruk. Wszystko tu jest, panie komen-
dancie. Lista szantażowanych osób: nazwiska oraz wpłacane przez nich sumy. Nazwisko Simpsona - 
zapisane starannie w kolejności alfabetycznej - też na niej figuruje.

background image

-  Umiem czytać, Dallas. - Stłumił chęć rozmasowania zesztywniałego karku. - Szef nie jest jedynym 
człowiekiem w mieście, a tym bardziej w kraju, noszącym nazwisko Simpson.
-  To on. - Pieniła się z wściekłości, a nie miała się gdzie wyładować. - Oboje o tym wiemy. Na tej 
liście   jest   też   parę   innych   ciekawych   nazwisk.   Senator,   biskup   katolicki,   szanowany   przywódca 
Organizacji Kobiet, dwóch wysoko postawionych gliniarzy i były wiceprezes...
-  Widzę, co to za nazwiska - przerwał jej Whitney. - Zdajesz sobie sprawę ze swej sytuacji, Dallas, i z 
ewentualnych konsekwencji?
- Podniósł rękę, by ją uciszyć.  - Kilka kolumn nazwisk i cyfr nic nie znaczy.  Jeśli te informacje 
wydostaną się z tego biura, to będziesz skończona. Śledztwo także zostanie zamknięte. Tego chcesz?
-  Nie, sir.
-  Zdobądź pamiętniki, znajdź związek między Sharon DeBlass i Lola Starr, a wtedy zobaczymy, co z 
tym wszystkim zrobić.
-  Simpson jest nieuczciwy. - Pochyliła się nad biurkiem. - Znał Sharon DeBlass; był szantażowany. I 
staje na głowie, by zakwestionować wiarygodność śledztwa.
-  Zatem będziemy musieli bliżej mu się przyjrzeć, nieprawdaż?
-  Whitney włożył dyskietkę i wydruk do zamykanej na klucz skrzynki. - Nikt nie wie, co tu mamy, 
Dallas. Nawet Feeney. Czy to jasne?
-   Tak, sir. - Wiedząc, że to musi  jej wystarczyć,  ruszyła  w stronę drzwi. - Panie komendancie, 
chciałam zauważyć, że na tej liście brakuje wielu nazwisk. Nie ma na niej Roarke'a.
Whitney poszukał wzrokiem jej oczu i kiwnął głową.
-  Jak powiedziałem, Dallas, umiem czytać.

K

iedy   wróciła   do   swego   biura,   lampka   sygnalizująca   nowe   wiadomości   świeciła   przerywanym 

światłem. Gdy sprawdziła swoją pocztę internetową, okazało się, że były do niej dwa telefony od 
lekarza sądowego. Nie zwlekając oddzwoniła do niego.
-  Zrobiłem już wszystkie badania zwłok twojego sąsiada, Dallas. Trafiłaś w dziesiątkę.
-  Do diabła! - Przebiegła palcami po twarzy. - Prześlij mi wyniki.

G

dy Hetta Finestein otworzyła drzwi, rozszedł się zapach saszetki z lawendą oraz pieczonego chleba.

-  Porucznik Dallas.
Uśmiechnęła się swoim cichym uśmiechem i cofnęła się zapraszając Ewę do środka. W mieszkaniu 
telewizor był  nastawiony na swobodny talk-show, podczas którego osoby oglądające go w domu 
mogły   się   włączyć   i   przekazać   do   studia   obrazy   holograficzne   swoich   postaci,   by   wzajemne 
oddziaływanie   było   pełniejsze.   Tematem   dyskusji   była   chyba   podwyżka   pensji   dla   zawodowych 
matek.  Właśnie w tym  momencie  na ekranie widać było tłumy dzieci i kobiet w różnym  wieku, 
wyrażających różne opinie.
-     Jak   to  miło,   że   pani   mnie   odwiedziła.   Mam   dzisiaj   tak   wielu  gości.   To   dla   mnie   prawdziwa 
pociecha. Poczęstuje się pani ciasteczkiem?
-  Chętnie - odrzekła Ewa i poczuła się jak ostatnia świnia. - Prowadziła pani z mężem cukiernię?
-   Och, tak. - Jej głos dobiegł z kuchni wraz z odgłosami  krzątaniny.  - Zrezygnowaliśmy z tego 
zaledwie parę lat temu. Dobrze nam szło. Wie pani, ludzie lubią prawdziwe domowe wypieki. A 
umiem piec dobre placki i ciastka, jeśli mogę tak o sobie powiedzieć.
-  Dużo pani piecze w domu?
Hetta weszła z tacą złocistych ciasteczek.
-     To   jedno   z   moich   ulubionych   zajęć.   Zbyt   wiele   osób   nigdy   nie   rozkoszowało   się   smakiem 
upieczonego   w   domu   ciasta.   Tyle   dzieci  nigdy   nie   spróbowało   prawdziwego   cukru.   Domowe 
wypieki .są potwornie kosztowne, ale warte tych pieniędzy. Ewa skosztowała ciasteczko i musiała 
przyznać gospodyni rację.
-  Domyślam się, że to pani upiekła ciastko, przy jedzeniu którego mąż zmarł.
-  W moim domu nie znajdzie pani kawałka kupnego czy zrobionego z torebki ciasta - odparła z dumą 
Hetta.   -   To   prawda,   że   John   pożerał   wszystko,   gdy   tylko   wyjęłam   blaszkę   z   piecyka.   Żaden 
automatyczny kuchmistrz nie zastąpi talentu i pomysłowości dobrego piekarza.
-  Zatem upiekła pani to ciastko, pani Finestein. Kobieta zamrugała oczami, spuściła rzęsy.
-  Owszem.

background image

-  Pani Finestein, czy pani wie, co zabiło pani męża?
-     Owszem.   -   Uśmiechnęła   się   łagodnie.   -   Obżarstwo.   Powiedziałam   mu,   żeby   tego   nie   jadł. 
Uprzedzałam go, żeby tego nie jadł. Powiedziałam, że to jest dla pani Hennessy, która mieszka po 
drugiej strome korytarza.
-  Pani Hennessy. - Ta wiadomość wstrząsnęła nią. - Pani..
-  Oczywiście, i tak wiedziałam, że je zje. Pod tym względem był okropnie samolubny.
Ewa odchrząknęła.
-  Czy mogłybyśmy wyłączyć ten program?
-   Hmm? Och, przepraszam. - Gospodyni poklepała się z zakłopotaniem po policzkach. - To takie 
niegrzeczne z mojej strony. Jestem tak przyzwyczajona, że telewizor gra przez cały dzień, iż nawet 
tego nie zauważam. Już wyłączam obraz.
-  I głośność - powiedziała cierpliwie Ewa.
-   Oczywiście. - Hetta potrząsnęła potulnie głową, gdy jej się to nie udało. - Ciągle sprawia mi to 
kłopoty,   odkąd   przełączyliśmy   się   z   pilota   na   głos.   Dźwięk   wyłączony,   proszę.   Tak,   tak   lepiej, 
prawda?
Ta kobieta umiała upiec trujące ciastko, a nie może sobie poradzić z własnym telewizorem, pomyślała 
Ewa. Tak bywa.
-  Pani Finestein, nie chcę, żeby pani więcej mówiła, dopóki nie odczytam pani przysługujących jej 
praw. Dopóki nie upewni się pani, że je rozumie. Nie musi pani składać żadnych oświadczeń - zaczęła 
Ewa, podczas gdy Hetta nadal uśmiechała się łagodnie. Hetta poczekała, aż cała formułka zostanie jej 
odczytana.
-  Nie oczekiwałam, że mi się to upiecze. Naprawdę.
-  Że co się pani upiecze, pani Finestein?
-  Otrucie męża. Chociaż... - Zacisnęła usta jak dziecko. - Mój wnuk jest prawnikiem - bardzo mądry 
chłopak. Chyba mi powiedział, że skoro zabroniłam Joemu, bardzo wyraźnie mu zabroniłam, zjedze-
nia tego ciastka, to już jest bardziej jego wina niż moja.
-  Pani Finestein, chce mi pani powiedzieć, że dodała pani do ciasta cyjanek z zamiarem zabicia swego 
męża?
-     Nie,   moja   droga.   Powiadam,   że   dodałam   cyjanek   oraz   dodatkową   ilość   cukru   do   ciastka   i 
powiedziałam mojemu mężowi, żeby go nie ruszał. Joe - rzekłam. - Możesz co najwyżej je powąchać. 
Jest zupełnie wyjątkowe i upiekłam je nie dla ciebie. Słyszysz mnie, Joe?
Hetta znowu się uśmiechnęła.
-   Powiedział, że dobrze mnie słyszy,  a potem, tuż przed wyjściem na spotkanie z dziewczętami, 
jeszcze   raz   mu   to   powtórzyłam,   dla   pewności.   “Mówię   poważnie,   Joe.   Nie   ruszaj   tego   ciasta." 
Spodziewałam się, że je zje, ale to już był jego wybór, prawda? Pozwól, że opowiem ci o Joem - 
kontynuowała ochoczo, podsuwając Ewie tacę z ciasteczkami. Kiedy Ewa się zawahała, wybuchła 
wesołym śmiechem. - Och, moja droga, te możesz bezpiecznie jeść. Właśnie dałam ich całą garść 
temu miłemu chłopcu z góry.
By udowodnić, że mówi prawdę, sama wzięła ciasteczko i ugryzła kawałek.
-     O   czym   to   mówiłam?   Ach,   tak,   o   Joem.   Wiesz,   był   moim   drugim   mężem.   W   kwietniu 
obchodzilibyśmy   złote   gody.   Był   niezłym   partnerem   i   całkiem   dobrym   piekarzem.   Niektórzy 
mężczyźni nigdy nie powinni przechodzić na emeryturę. Przez parę ostatnich lat był bardzo trudny we 
współżyciu. Cały czas się złościł i narzekał, ciągle mnie krytykował. I nigdy nic nie upiekł. Co nie 
znaczy, że mógł przejść obok placka z migdałami, nie zżerając go do ostatniego okruszka.
Ponieważ wydawało się to całkiem sensowne, Ewa odczekała chwilę.
-  Pani Feinstein, czy otruła go pani dlatego, że jadł za dużo? Hetta wydęła policzki.
-   Tak to wygląda. Lecz przyczyny są o wiele głębsze. Jesteś taka młoda, moja droga, i nie masz 
rodziny, prawda?
-  Nie.
-  Rodzina jest źródłem radości i źródłem zdenerwowania. Żaden człowiek z zewnątrz nie zrozumie, 
co dzieje się w zaciszu czyjegoś domu. Joe nie był człowiekiem łatwym we współżyciu i obawiam się, 
choć   przykro   mi   mówić   źle   o   zmarłym,   że   nabrał   brzydkich   nawyków.   Znajdował   prawdziwą 
przyjemność w denerwowaniu mnie, w psuciu mi moich małych przyjemności. Nie szukając daleko, w 
zeszłym   miesiącu   specjalnie   zjadł   połowę   Słodkiej   Wieży   Przyjemności,   którą   upiekłam   na 

background image

Międzynarodowy   Konkurs   Betty   Crocker.   Potem   mi   powiedział,   że   ciasto   było   zbyt   suche.   - 
Obruszyła się na wspomnienie tej zniewagi. - Możesz to sobie wyobrazić?
-  Nie - powiedziała Ewa słabo. - Nie mogę.
-   Cóż, zrobił to tylko po to, żeby doprowadzić mnie do szału. W ten sposób okazywał swoją siłę. 
Więc upiekłam ciasto, powiedziałam mu, żeby go nie ruszał, i poszłam zagrać w mah-jongg z dziew-
czętami. Wcale się nie zdziwiłam, że mnie nie posłuchał. Wiesz, był obżartuchem. - Machnęła ręką, w 
której   trzymała   cisteczko,   zanim   dokończyła   je   jeść.   -   Obżarstwo   to   jeden   z   siedmiu   grzechów 
głównych. To wydaje się sprawiedliwe, że umarł bo popełnił grzech. Na pewno nie masz ochoty na 
jeszcze jedno ciasteczko?

Ś

wiat musiał oszaleć, doszła do wniosku Ewa, skoro stare kobiety dokładają trucizny do ciastek z 

kremem. A Hetta, ze swoim spokojnym, staroświeckim sposobem bycia dobrodusznej babuni, pewnie 
uniknie kary.
Jeśli   ją   skażą,   dostanie   pracę   w   kuchni   i   będzie   z   radością   piekła   ciasta   dla   swoich   nowych 
przyjaciółek.
Ewa złożyła meldunek, zjadła w pośpiechu obiad w stołówce, po czym wróciła do pracy nad poszlaką, 
która wciąż budziła w niej gniewne uczucia.
Sprawdziła zaledwie połowę nowojorskich banków, kiedy uruchomiło się telełącze.
- Słucham, Dallas.
W odpowiedzi na jej ekranie pojawił się obraz. Ciało martwej kobiety, ułożone w znajomy sposób na 
przesiąkniętym krwią prześcieradle.

TRZECIA Z SZEŚCIU

Popatrzyła na wiadomość umieszczoną na ciele i rzuciła gniewnie komputerowi:
-  Odszukaj adres. Natychmiast, do jasnej cholery. Gdy komputer spełnił jej polecenie, wydała rozkaz.
-  Dallas, porucznik, Ewa, NI 5347BQ. Priorytet A. Jakiekolwiek dostępne jednostki mają się udać na 
Osiemdziesiątą Dziewiątą Zachodnią numer sto pięćdziesiąt sześć. Czekać na zewnątrz. Powtarzam, 
czekać   na   zewnątrz.   Zatrzymać   każdego   wychodzącego   z   budynku.   Nikt   nie   może   wejść   do 
mieszkania, ani cywil, ani mundurowy. Przewidywany czas mojego przybycia dziesięć minut.
-  Powtarzam, Dallas, porucznik, Ewa. - Pełniący służbę droid mówił powolnym obojętnym głosem. - 
Jednostki pięć-zero i trzy-sześć zgłaszają się na wezwanie. Będą czekały na wasze przybycie. Priorytet 
A. Rozkaz wykonany.
Chwyciła torebkę, teczkę i wyszła.

E

wa  weszła do mieszkania  sama,  trzymając  w ręku gotową do strzału broń. Salon był  starannie 

utrzymany,   a   dzięki   wygodnej,   wyłożonej   grubymi   poduchami   kanapie   i   ozdobnym   dywanikom 
wydawał   się  nawet  przytulny.   Na  sofie  leżała  książka,  na  jednej  z  poduch widoczne  było  lekkie 
wgniecenie, świadczące o tym, że ktoś leżał tu zwinięty w kłębek i czytał. Ewa patrzyła na to przez 
chwilę, po czym przesunęła się do następnych drzwi.
Mały pokoik urządzony był jak biuro; stolik do pracy utrzymany był we wzorowym porządku, stało na 
nim   tylko   kilka   osobistych   drobiazgów   -   koszyczek   z   perfumowanymi   jedwabnymi   kwiatkami, 
miseczka z kolorowymi galaretkami, błyszczący biały kubek ozdobiony czerwonym sercem.
Biurko   stało   naprzeciw   okna   wychodzącego   na   boczną   ścianę   sąsiedniego   budynku,   ale   nikt   nie 
zawracał sobie głowy zakładaniem specjalnych osłon. Jedną ze ścian zdobiła jasna półka, na której 
stało kilka książek, duże pudełko na dyskietki, drugie na wiadomości przekazywane przez internet, a 
także mały zbiór kosztownych grafitowych ołówków i wyprodukowanych z makulatury bloczków do 
pisania,   które   można   było   legalnie   posiadać.   Między   nimi   schowana   była   niekształtna   gliniana 
kuleczka, która zapewne miała być koniem, z pewnością zrobiona przez dziecko.
Ewa wyszła z pokoju i otworzyła przeciwległe drzwi.
Wiedziała czego się spodziewać. Jej organizm tym razem nie zbuntował się. Westchnęła tylko cicho i 
schowała broń do kabury, wiedząc, że jest sam na sam ze zmarłą. Krew wciąż była świeża.
Przez cienką warstwę ochronną, jaką były pokryte jej ręce, Ewa czuła ciepłe jeszcze ciało. Nie zdążyło 
ostygnąć.

background image

Została ułożona na łóżku, a broń umieszczono starannie między jej udami.
Zdaniem Ewy był to Ruger P dziewięćdziesiąt, lśniąca bojowa broń, powszechnie używana do obrony 
podczas Rewolucji Miejskiej. Lekka, zajmująca mało miejsca i całkowicie zautomatyzowana.
Tym  razem nie użyto tłumika. Ewa mogłaby się założyć,  że sypialnia była  dźwiękoszczelna, i że 
zabójca wiedział o tym.
Podeszła do typowo kobiecej okrągłej komódki, otworzyła małą, uszytą z surowego płótna torebkę - 
ostatni krzyk mody. W środku znalazła licencję denatki. 
Piękna  kobieta,  pomyślała.  Miły uśmiech,  otwarte spojrzenie,  oszałamiająca  cera, przypominająca 
kawę ze śmietanką.
-   Georgie Castle - wyrecytowała Ewa, rejestrując dźwięk. - Kobieta. Wiek pięćdziesiąt trzy lata. 
Licencjonowana prostytutka. Śmierć prawdopodobnie nastąpiła między siódmą a siódmą czterdzieści 
pięć   wieczorem,   przyczyna   śmierci:   rany  postrzałowe.   Lekarz   sądowy  musi   to   potwierdzić.   Trzy 
widoczne   ślady   po   kulach:   czoło,   śródpiersie,   narządy   rodne.   Najprawdopodniej   zabita   starym 
stylowym   rewolwerem   pozostawionym   na   miejscu   zbrodni.   Nie   ma   śladów   walki,   włamania   czy 
grabieży.
Usłyszawszy szmer  za plecami,  Ewa  wyciągnęła  broń. Przykucnęła  i zimnymi,  surowymi  oczami 
wypatrzyła tłustego szarego kota, który wślizgnął się do pokoju.
-  Jezu, skąd się tu wziąłeś? - Odetchnęła z ulgą, chowając broń. - Jest tu kot - dodała głośno, a kiedy 
do niej mrugnął, błyskając jednym złocistym, a drugim zielonym okiem, pochyliła się, by wziąć go na 
ręce.
Mruczał   niczym   mały   dobrze   naoliwiony   silniczek.   Wyjęła   swój   komunikator   i   wezwała   ekipę 
techniczną.

G

dy   niedługo   potem   Ewa   stała   w   kuchni,   patrząc,   jak   kot   wącha   z   pewnym   lekceważeniem 

znalezioną przez nią miskę z jedzeniem, usłyszała za drzwiami podniesione głosy.
Kiedy podeszła sprawdzić, co się dzieje, zobaczyła, że umundurowany policjant, którego postawiła na 
warcie, próbuje zatrzymać rozwścieczoną i zdeterminowaną kobietę.
-  O co chodzi?
-  Pani porucznik. - Funkcjonariusz z widoczną ulgą zwrócił się do przełożonej. - Ta obywatelka żąda, 
żeby ją wpuścić.
-  Oczywiście, że tego żądam. - Jej doskonale podcięte ciemnorude włosy falowały i opadały na twarz 
przy każdym gwałtownym ruchu. – To mieszkanie mojej matki. Chcę wiedzieć, co tu robicie.
-  A pani matką jest...? - podpowiedziała Ewa.
-   Pani  Castle.  Pani  Georgie  Castle.  Czy było  tu włamanie?  - Gniew przeszedł w niepokój, gdy 
spróbowała zajrzeć do mieszkania. - Czy z nią wszystko w porządku? Z mamą?
-  Proszę ze mną. - Ewa chwyciła ją mocno za ramię i wprowadziła do kuchni. - Pani nazwisko?
-  Samantha Bennett.
Kot odszedł od miski i otarł się o nogi Samanthy.  Kobieta pochyliła się i podrapała kota między 
uszami, co Ewa uznała za mimowolny i instynktowny odruch.
-  Gdzie jest moja matka? - Niepokój Samanthy przeszedł w strach i jej głos się zmienił.
Żaden z policyjnych obowiązków Ewy nie napawał jej takim przerażeniem, jak ten, który musiała 
teraz wypełnić, żaden aspekt jej pracy nie przeszywał jej serca takim bólem, jaki teraz odczuwała.
-  Przykro mi, pani Bennett. Bardzo mi przykro. Pani matka nie żyje.
Samantha nic nie powiedziała. Jej oczy, mające ten sam złotawy kolor co oczy jej matki, błądziły 
nerwowo po pokoju. Zanim zdążyła osunąć się na podłogę, Ewa posadziła ją na krześle.
-  To pomyłka - wydusiła. - To musi być jakaś pomyłka. Wybieramy się do kina. Na szóstą. W każdy 
wtorek chodzimy do kina. - Popatrzyła na Ewę z rozpaczliwą nadzieją w oczach. - Nie mogła umrzeć. 
Ma dopiero pięćdziesiąt parę lat. Jest zdrowa i silna.
To nie pomyłka. Przykro mi.
-  Czy to był wypadek? - Łzy popłynęły jej z oczu. - Miała wypadek?
-     To   nie   był   wypadek.   -   Nie   miała   wyjścia,   musiała   powiedzieć   prawdę.   -   Pani   matka   została 
zamordowana.
-   Nie, to niemożliwe. - Łzy wciąż zalewały jej twarz. Spróbowała je powstrzymać,  jednocześnie 
kiwając przecząco głową. - Wszyscy ją lubili. Wszyscy. Nikt by jej nie skrzywdził. Chcę ją zobaczyć. 
Chcę ją natychmiast zobaczyć.

background image

-  Nie mogę pani na to pozwolić.
-  To moja matka. - Łzy kapały jej na kolana, nawet gdy podniosła głos. - Mam do tego prawo. Chcę 
zobaczyć moją matkę.
Ewa położyła ręce na ramionach Samanthy, sadzając ją z powrotem na krześle, z którego się zerwała.
-  Nie zobaczy jej pani. To jej nie pomoże. Pani to też nie pomoże. Natomiast odpowie pani na moje 
pytania, bo to pomoże mi odnaleźć człowieka, który jej to zrobił. No dobrze, czy mogę coś dla pani 
zrobić? Zadzwonić do kogoś?
-   Nie, nie. - Samantha pogrzebała w torebce w poszukiwaniu chusteczki. - Mój mąż, moje dzieci. 
Muszę im powiedzieć. Mój ojciec. Jak ja im to powiem?
-  Gdzie jest pański ojciec, Samantho?
-  Mieszka... mieszka w Westchester. Rozwiedli się jakieś dwa lata temu. Zatrzymał dom, ponieważ 
ona chciała przenieść się do miasta. Chciała pisać książki. Chciała zostać pisarką.
Ewa obróciła się twarzą do urządzenia filtrującego wodę, nalała pełną szklankę i wcisnęła ją Samancie 
w rękę.
-  Wie pani, jak pańska matka zarabiała na życie?
-  Tak. - Samantha zacisnęła usta, zgniotła wilgotną chusteczkę w lodowatych palcach. - Nikt nie mógł 
jej  tego wyperswadować.   Za  każdym  razem  uśmiechała   się  i  mówiła,  że  już  najwyższy czas,  by 
zrobiła   coś   szokującego,   i   że   to   dostarczy   jej   wspaniałego   materiału   do   książek.   Moja   matka   - 
Samantha przerwała, by wypić łyk wody - bardzo młodo wyszła za mąż. Parę lat temu powiedziała, że 
musi   się   przeprowadzić,   poznać   inne   życie.   "Tego   też   nie   mogliśmy   jej   wyperswadować.   Nigdy 
niczego nie można jej było wyperswadować.
Znowu zaczęła płakać; ukryła twarz w dłoniach, łkając cicho. Ewa wzięła od niej szklankę, z której 
prawie nic nie wypiła, i poczekała, aż minie pierwszy ból i szok.
-  Czy to był trudny rozwód? Czy pani ojciec był rozgniewany?
-  Raczej zdumiony. Zakłopotany. Smutny. Chciał, żeby wróciła i zawsze powtarzał, że jest to tylko 
etap przejściowy w jej życiu. On... - Nagle pojęła cel tego pytania. Opuściła ręce. - Nigdy by jej nie 
skrzywdził. Nigdy, nigdy, nigdy. Kochał ją. Każdy ją kochał. Nic nie można było na to poradzić.
-  W porządku. - Tą sprawą Ewa zajmie się. później. - Byłyście zżyte z matką?
Tak, bardzo zżyte.
-  Czy rozmawiała z panią o swoich klientach?
-     Czasami.   Czułam   się   wtedy   zakłopotana,   ale   znalazła   sposób,   by   przedstawiać   to   wszystko 
niesłychanie zabawnie. Nazywała siebie Seksowną Babunią i rozśmieszała mnie.
-  Czy kiedykolwiek wspominała, że ktoś budzi jej niepokój?
-  Nie. Umiała obchodzić się z ludźmi. Między innymi na tym polegał jej urok. Zamierzała to robić 
tylko do chwili opublikowania swej pierwszej książki.
-  Wymieniła kiedyś nazwisko Sharon DeBlass albo Loli Starr?
-  Nie. - Samantha zaczęła odgarniać włosy z czoła, gdy nagle jej ręką zawisła w powietrzu. - Starr, 
Lola Starr. Słyszałam w wiadomościach. Słyszałam o niej. Została zamordowana. O Boże! O Boże! - 
Opuściła rękę i włosy znowu opadły jej na twarz.
-  Poproszę funkcjonariusza, żeby odwiózł panią do domu, Samantho.
-  Nie mogę wyjść. Nie mogę jej zostawić.
-  Owszem, może pani. Zajmę się nią. - Ewa położyła ręce na ^dłoniach Samanthy. - Obiecuję, że się 
nią zajmę w pani imieniu.
Proszę już iść. - Pomogła Samancie wstać. Objęła w talii zrozpaczoną kobietę i zaprowadziła ją do 
drzwi. Chciała, żeby wyszła, zanim ekipa techniczna skończy pracę w sypialni. - Czy pani mąż jest w 
domu?
-  Tak, z dziećmi. Mamy dwoje dzieci. Dwuletnie i półroczne. Tony jest w domu z dziećmi.
-  Dobrze. Jaki jest pani adres?
Kobieta wciąż była w szoku. Ewa miała nadzieję, że apatia, jaką dostrzegła w twarzy Samanthy, gdy 
podawała adres w Westchester, pomoże jej przetrwać najtrudniejsze chwile.
-  Banks!
-  Tak jest, pani porucznik.
-     Zawieźcie   panią   Bennett   do   domu.   Wezwę   innego   funkcjonariusza   do   pełnienia   służby   przy 
drzwiach. Zostańcie z rodziną tak długo, jak długo będziecie potrzebni.

background image

-  Tak jest, pani porucznik. - Banks ze współczuciem poprowadził Samanthę w stronę wind. - Tędy, 
pani Bennett - mruknął.
Samantha oparła się całym ciałem o Banksa, jakby była pijana.
-  Zajmie się nią pani?
Ewa popatrzyła w przerażone oczy Samanthy.
-  Obiecuję.

G

odzinę później Ewa weszła do budynku policji z kotem pod pachą.

-  Proszę, proszę, pani porucznik złapała kota włamywacza. - Siedzący za biurkiem sierżant zaśmiał 
się z własnego dowcipu.
-  Żartowniś z ciebie, Riley. Komendant jest jeszcze u siebie?
-  Czeka na panią. Ma pani iść na górę, gdy tylko się pani pokaże.
- Pochylił się i podrapał mruczącego kota. - Następne zabójstwo? -Tak.
Usłyszawszy głośne cmoknięcie, podniosła oczy i zobaczyła, że jakiś przystojniaczek w kombinezonie 
ze sztucznego materiału patrzy na nią pożądliwym wzrokiem. Kombinezon i krew kapiąca z kącika 
jego ust były dokładnie w tym samym kolorze. Za jedną rękę przykuty był do ławki. Drugą potarł 
krocze i mrugnął do niej.
-  Hej, dziecinko. Mam tu coś dla ciebie.
-     Powiadom   komendanta   Whitneya,   że   już   do   niego   idę   -   powiedziała   Rileyowi,   gdy   sierżant 
przewrócił oczami.
Nie mogąc się oprzeć, podeszła do ławki i pochyliła się na tyle nisko, że poczuła kwaśny smród 
wymiotów.
-   To było urocze powitanie - mruknęła, po czym uniosła brew, gdy mężczyzna odsunął kawałek 
materiału i poruszył swą męskością.
-  Spójrz, kotku, jaki malutki, malusieńki penis - powiedział.
- Uśmiechnęła się i pochyliła jeszcze trochę niżej.
-  Lepiej na niego uważaj, ty skurwielu, bo mój kotek może go pomylić z malutką, malusieńką myszką 
i go odgryźć.
Poczuła się lepiej, widząc, jak obiekt jego dumy i radości skurczył się, zanim zdążył go zakryć. W 
dobrym humorze wsiadła do windy i poprosiła o piętro dowódcy Whitneya.
Czekał na nią z Feeneyem i raportem, który przesłała bezpośrednio z miejsca zbrodni. Zgodnie z 
obowiązującą procedurą złożyła jeszcze ustne sprawozdanie z przebiegu zdarzeń.
-  Więc to jest ten kot - rzekł Feeney.
-     Córka   denatki   była   w   takim   stanie,   że   nie   miałam   sumienia   obarczać   jej   opieką   nad   tym 
zwierzakiem. - Ewa wzruszyła ramionami. - A nie mogłam go tak po prostu zostawić. - Wolną ręką 
sięgnęła   do   torebki.   -   Jej   dyskietki.   Wszystkie   są   oznaczone.   Przejrzałam   jej   terminarz   spotkań. 
Ostatnie tego dnia miała o szóstej trzydzieści. Z Johnem Smithem. To broń. - Położyła schowaną do 
plastykowej torebki broń na biurku komendanta. - Przypomina Rugera P-dziewięćdziesiąt.
Feeney zerknął na rewolwer i kiwnął głową.
-  Szybko się uczysz, dziecinko.
-  Kułam po nocach.
-   Początek dwudziestego pierwszego wieku, prawdopodobnie dwutysięczny ósmy albo dziewiąty. - 
Oświadczył Feneey, obróciwszy w dłoniach torebkę z bronią. - Jest w świetnym stanie. Numer seryjny 
nietknięty. Sprawdzenie go nie zajmie dużo czasu - dodał i wzruszył ramionami. - Ale jest za sprytny, 
by posługiwać się zarejestrowaną bronią.
- Sprawdź ją - rozkazał Whitney i wskazał przez pokój na jednostkę pomocniczą. - Dallas, kazałem 
obserwować twój budynek, leśli będzie próbował podrzucić ci kolejną dyskietkę, namierzymy go.
-  Jeśli będzie się trzymał przyjętych przez siebie reguł gry, to pojawi się w ciągu dwudziestu czterech 
godzin. Na razie powiela ten sam wzorzec, mimo że każda z jego ofiar reprezentuje zupełnie inny typ 
kobiety: DeBlass była fascynująca i wyrafinowana; Starr młodziutka i dziecinna; a ta odgrywała rolę 
pocieszycielki, wciąż młodej, choć dojrzałej.
-   Wciąż przesłuchujemy sąsiadów,  zamierzam  też odwiedzić jej  rodzinę  oraz  zajrzeć  do sprawy 
rozwodowej. Mam wrażenie, że przyjęła tego faceta pod wpływem chwilowego impulsu. We wtorki 
zawsze spotykała się z córką. Chciałabym, żeby Feeney sprawdził jej rozmowy, zobaczył, czy zabójca 

background image

sam   do   niej   zadzwonił.   Nie   uda   nam   się   ukryć   tego   przed   mediami,   panie   komendancie.   A 
dziennikarze ostro nas zaatakują.
-  Już się zająłem uciszeniem mediów.
-  Może być bardziej gorąco, niż się nam wydaje. - Feeney podniósł oczy znad terminalu. Popatrzył na 
Ewę takim wzrokiem, że krew zastygła jej w żyłach.
-     Narzędzie   zbrodni   jest   zarejestrowane.   Zostało   kupione   jesienią   podczas   cichej   aukcji   u 
Sotheby'ego. Na nazwisko Roarke.
Ewa milczała przez chwilę. Nie przejęła się informacją Feeneya.
-   To niezgodne ze sposobem działania zabójcy - zdołała powiedzieć. -I głupie. A Roarke nie jest 
głupi.
-  Pani porucznik...
-   To pułapka, panie komendancie. Oczywiste oszustwo. Cicha aukcja. Nawet kiepski programista 
może posłużyć się czyimś NI ł podbić cenę. Jak za to zapłacono? - zapytała Feneeya.
-  Będę musiał zajrzeć do rejestru Sotheby'ego, gdy otworzą biuro jutro rano.
-  Założę się, że zapłacono gotówką, przelewem elektronicznym. Dom aukcyjny dostał pieniądze, więc 
dlaczego miałby kwestionować całą transakcję? - Może jej głos brzmiał spokojnie, ale umysł pracował 
jak szalony. - I dostawa. Wszystko przemawia za elektroniczną stacją przesyłkową. Korzystając z jej 
usług nie trzeba podawać swojego NI; wystarczy wprowadzić kod przekazu.
-  Dallas. - Whitney mówił opanowanym głosem. - Przywieź go na przesłuchanie.
-  Nie mogę.
Jego oczy pozostały spokojne, obojętne.
-  To rozkaz. Jeśli masz problemy osobiste, załatw je w domu.
-  Nie mogę go przywieźć - powtórzyła. - Przebywa na stacji międzyplanetarnej FreeStar, kawał drogi 
od miejsca zabójstwa.
-  Jeśli podał do publicznej wiadomości, że będzie na FreeStar...
-  Nie podał - przerwała mu. - I tu właśnie morderca popełnił błąd. Podróż Roarke'a jest tajna, tylko 
kilka osobistości zostało o niej powiadomionych. Panuje powszechne przekonanie, że Roarke jest w 
Nowym Jorku.
Whitney pochylił głowę.
-     Zatem   sprawdźmy   miejsce   jego   pobytu.   Natychmiast.   Żołądek   podszedł   jej   do   gardła,   gdy 
uruchomiła łącze Whitneya.
Po paru sekundach usłyszała afektowany głos Summerseta.
-  Summerset, tu porucznik Dallas. Muszę się skontaktować z Roarke'em.
-  Bierze udział w spotkaniu. Nie wolno mu przeszkadzać.
-  Powiedział ci, żebyś mnie z nim łączył, do jasnej cholery. To sprawa urzędowa. Daj mi jego numer, 
albo przyjadę i skopię ci ten chudy tyłek za utrudnianie śledztwa.
Summerset skrzywił się.
-  Nie wolno mi przekazywać takich informacji. Ale mogę panią przełączyć. Proszę zaczekać.
Dłonie Ewy zaczęły się pocić, gdy ekran zaczaj stawać się niebieski. Ciekawa była, kto wpadł na 
pomysł, by puścić taką sentymentalną muzykę. Na pewno nie Roarke. Ma na to zbyt dużą klasę.
O Boże, co ona zrobi, jeśli go tam nie będzie?
Niebieski ekran zwęził się do maleńkiego punkciku, po czym pokazał się obraz. Roarke patrzył na nią 
z wyrazem zniecierpliwienia w oczach i półuśmiechem na ustach.
-   Pani porucznik. To nieodpowiedni moment  do rozmowy.  Mogę skontaktować się z tobą nieco 
później?
-   Nie. - Kątem oka zauważyła,  że Feeney rejestruje to połączenie. - Muszę potwierdzić miejsce 
twojego pobytu.
-  Miejsce mojego pobytu? - Uniósł brew. Musiał coś wyczytać z jej twarzy, choć Ewa była gotowa 
przysiąc, iż zachowała kamienny spokój. - Coś nie tak, Ewo? Co się stało?
-  Miejsce twojego pobytu, Roarke. Potwierdź je, proszę.
Przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu. Ewa słyszała, że ktoś odezwał się do niego. Odprawił 
natręta machnięciem ręki.
-     Uczestniczę   w   spotkaniu,   które   odbywa   się   w   komnacie   prezydenckiej   na   stacji   FreeStar, 
znajdującej się na Alfie, w Kwadrancie Szóstym. Proszę to pokazać - rozkazał.

background image

Intergalaktyczne łącze okrążyło pokój. Kilkunastoosobowa grupa mężczyzn i kobiet siedziała przy 
okrągłym stole.
Długie kabłąkowate ramię kamery pokazało morze gwiazd oraz niebieskozieloną kulę ziemską.
-  Miejsce pobytu potwierdzone - półgłosem rzekł Feeney. - Jest tam, gdzie mówi.
-  Roarke, przełącz się, proszę, na łącze prywatne.
Nawet nie mrugnąwszy okiem, Roarke założył na głowę słuchawkę.
-  Tak, pani porucznik?
-  Broń zarejestrowana na twoje nazwisko została znaleziona na miejscu zbrodni. Muszę cię prosić, 
byś   się   zgłosił   na   przesłuchanie   przy   pierwszej   możliwej   okazji.   Możesz   przyjść   ze   swoim 
adwokatem.  Radzę  ci,  abyś   przyprowadził  go ze  sobą  - dodała  mając  nadzieję,  że  zrozumiał,  co 
chciała przez to powiedzieć. - Jeśli nie zrobisz tego w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, oddział straży, 
który pełni służbę na stacji, odtransportuje cię na Ziemię. Rozumiesz, jakie masz prawa i obowiązki?
-  Oczywiście. Poczynię odpowiednie przygotowania. Do widzenia, pani porucznik.
Obraz zniknął.

14

O

gromnie zdenerwowana weszła do gabinetu doktor Miry. Na zaproszenie lekarki usiadła i splotła 

ręce, by zapobiec jakimkolwiek niespokojnym gestom, które zdradzałyby stan jej ducha.
-  Zdążyła pani przygotować jego portret psychologiczny?
-  Prosiłaś o traktowanie tej sprawy jako pilnej. - Rzeczywiście, Mira przez większą część nocy była 
na nogach, czytała raporty i szkicowała sylwetkę przestępcy kierując się swoim doświadczeniem oraz 
diagnozą psychologiczną. - Chciałabym mieć na to więcej czasu, ale mogę ci go opisać w ogólnym 
zarysie.
-  W porządku. - Ewa pochyliła się do przodu.
-   Niemal na pewno zachowuje się poprawnie. Zazwyczaj zbrodni tego rodzaju nie popełnia się w 
obrębie tej samej płci. Jest mężczyzną, o ponadprzeciętnej inteligencji, który przejawia skłonności 
psychopatyczne i doznaje zaspokojenia płciowego poprzez oglądanie scen erotycznych. Odznacza się 
odwagą, ale nie jest ryzykantem, choć pewnie za takiego się uważa. - Z wrodzonym sobie wdziękiem 
splotła palce i skrzyżowała nogi. - Jego zbrodnie są dokładnie przemyślane. To, że uprawia seks ze 
swoimi ofiarami, ma dla niego drugorzędne znaczenie. Przyjemność i satysfakcję czerpie z dokony-
wania wyboru ofiary, z przygotowania i popełnienia zabójstwa.
-  Dlaczego morduje prostytutki?
-  Chce mieć władzę. Seks daje władzę. Śmierć daje władzę. A on musi kontrolować ludzi, sytuacje. 
Pierwsze morderstwo pewnie popełnił pod wpływem impulsu.
-  Dlaczego?
-  W chwili słabości ze zdziwieniem stwierdził, że zachowuje się gwałtownie, że potrafi zachowywać 
się   gwałtownie.   Nastąpiła   reakcja   organizmu,   gwałtowny   ruch,   głęboki   wdech,   drżący   wydech. 
Ochłonął, zatarł ślady. Nie chce, aby go złapano, lecz chce - potrzebuje, by go podziwiano, bano się 
go. Dlatego wszystko nagrywa.
-   Używa starej broni - kontynuowała tym samym spokojnym głosem - na kolekcjonowanie której 
mogą sobie pozwolić tylko ludzie bogaci. Znowu władza i siła. Zostawia broń na miejscu zbrodni, by 
pokazać, że jest jedyny w swoim rodzaju. Docenia siłę pistoletu i jego bezosobowość. To, że może 
zabijać z dogodnej odległości, nie brudząc sobie przy tym  rąk. Zapowiedział, ile osób zabije, by 
pokazać, że jest dobrze zorganizowany, dokładny. Ambitny.
-  Czy od początku miał na myśli sześć kobiet? Sześć celów?
-     Jedynym   stwierdzonym   związkiem   miedzy   trzema   ofiarami   był   ich   zawód   -   zaczęła   Mira, 
zauważając,  że  Ewa  doszła do tego samego  wniosku, lecz  chce  go potwierdzić.  - Miał na myśli 
konkretny   zawód.   W   moim   przekonaniu   kobiety   zostały   wybrane   w   sposób   przypadkowy. 
Prawdopodobnie zajmuje wysokie stanowisko, z pewnością jest to odpowiedzialna funkcja. Jeśli ma 
żonę lub partnerkę seksualną, to jest mu ona całkowicie podporządkowana. Ma złe zdanie o kobietach. 
Poniża i upokarza je po śmierci, by pokazać swoją wyższość oraz wyrazić wstręt, jaki do nich czuje. 
Tego,   co   robi,   nie   uważa   za   zbrodnię,   ale   za   chwilowy   przejaw   swej   władzy,   za   sposób 
wypowiedzenia swych myśli.

background image

-  Prostytucja, męska czy kobieca, w umysłach wielu ludzi pozostaje zawodem, który nie cieszy się 
szacunkiem. Kobiety nie mogą się z nim równać; dla niego prostytutka jest niewarta splunięcia, nawet 
jeśli sam korzysta z jej usług, by zaspokoić swoje potrzeby seksualne. On lubi swoją pracę, pani 
porucznik. Bardzo ją lubi.
-  Czy to praca, pani doktor, czy misja?                              
-   On nie ma żadnej misji. Tylko ambicje. Tu nie chodzi o żadne względy religijne, moralne czy 
społeczne.
-  Nie, chodzi o względy osobiste, o pokazanie swojej siły.
-  Zgadzam się - powiedziała Mira, zadowolona, że umysł Ewy tak dobrze pracuje. - Dla niego jest to 
interesujące doświadczenie, nowa i na swój sposób fascynująca praca, w wykonywaniu której jest 
bardzo sprawny. Jest niebezpieczny, pani porucznik, nie dlatego, że nie ma sumienia, ale dlatego, że 
jest dobry w tym, co robi. A sukces go uskrzydla.
-  Skończy na sześciu morderstwach - mruknęła Ewa. - Tą metodą. Ale znajdzie inny twórczy sposób 
zabijania.  Jest zbyt  próżny,  by nie dotrzymać  słowa danego władzom,  lecz za bardzo lubi  swoje 
hobby, żeby z niego zrezygnować.
Mira przechyliła głowę.
-     Można   by  pomyśleć,   że   czytałaś   mój   raport,   pani   porucznik.   Uważam,   że   zaczynasz   świetnie 
rozumieć mordercę.
Ewa skinęła głową.
-   Tak, idzie mi coraz lepiej. - Musiała jeszcze zadać pewne pytanie, które męczyło ją przez całą 
bezsenną noc. - By siebie chronić, by utrudnić grę, mógłby wynająć kogoś, zapłacić komuś, aby zabił 
wybraną przez niego osobę, a on tymczasem miałby niezbite alibi?   
-  Nie. - Spojrzenie Miry stało się łagodniejsze i pełne współczucia, gdy zobaczyła, że Ewa zamknęła z 
ulgą oczy. - W moim przekonaniu on musi być na miejscu zbrodni. By wszystko zobaczyć, nagrać, a 
przede wszystkim przeżyć. Morderstwo dokonane przez kogoś innego nie sprawi mu satysfakcji. Poza 
tym, on nie wierzy, że go przechytrzysz. Lubi patrzeć, jak się pocisz nad tą sprawą, pani porucznik. 
Chętnie obserwuje ludzi i wydaje mi  się, że skupił na tobie całą uwagę, kiedy dowiedział się, że 
prowadzisz śledztwo. Pilnie ci się przypatruje i wie, że obchodzi cię ta sprawa. Uważa to za słabość, 
którą można  wykorzystać,  i robi to, przesyłając ci zapisy morderstw - nie do miejsca, w którym 
pracujesz, lecz tam, gdzie mieszkasz.
-  Dostałam kolejną dyskietkę. Przez otwór na listy razem z moją poranną pocztą; została wrzucona do 
skrzynki   w   centrum   miasta   w   jakąś   godzinę   po   popełnieniu   morderstwa.   Mój   budynek   jest   pod 
obserwacją. Zorientował się i znalazł sposób, by wykiwać policję.
-    Zawsze   wie,   który   guzik   przycisnąć.   -   Mira   podała   Ewie   dyskietkę   oraz   wydruk   portretu 
psychologicznego zabójcy. - Jest inteligentnym i dojrzałym mężczyzną, dostatecznie dojrzałym, by nie 
ulegać impulsom. Nie brakuje mu pieniędzy ani wyobraźni. Rzadko okazuje emocje, rzadko też ich 
doznaje. Jest inteligentny i - jak powiedziałaś - próżny.
-  Dziękuję, że tak szybko pani to dla mnie przygotowała.
-  Ewo - powiedziała Mira, zanim Ewa zdążyła wstać. Jeszcze drobne uzupełnienie. Chodzi o broń, 
którą   pozostawiono  na   miejscu   ostatniego   morderstwa.   Człowiek,   który  popełnił   te   zbrodnie,   nie 
zrobiłby   tak   głupiego   błędu.   Nie   zostawiłby   broni,   wiedząc,   że   bez   trudu   będzie   można   ustalić 
tożsamość   jej   właściciela.   Diagnoza   psychologiczna   odrzuciła   to   z   prawdopodobieństwem 
dziewięćdziesiąt trzy przecinek cztery procent.
-  Była tam - matowym głosem odparła Ewa. - Sama włożyłam ją do torebki.
-  Jestem pewna, że chciał, abyś to zrobiła. Możliwe, iż znajduje przyjemność we wciąganiu jeszcze 
kogoś   w   to   bagno,   w   utrudnianiu   śledztwa.   I   możliwe,   że   wybrał   właśnie   tę   osobę,   by   cię 
zdenerwować, rozproszyć twoją uwagę, a nawet cię zranić. Zawarłam te uwagi w opisie jego sylwetki. 
Ze swej strony chciałabym ci powiedzieć, że martwię się tym, iż tak bardzo się tobą interesuje.
-  Wkrótce on będzie się piekielnie martwił tym, że ja się nim interesuję. Dziękuję, pani doktor.

E

wa poszła prosto do gabinetu Whitneya, by dostarczyć mu portret psychologiczny zabójcy. Jeśli 

będzie miała szczęście, Feeney potwierdzi jej podejrzenia co do sposobu kupna i dostarczenia broni.
Jeśli miała rację, a musiała wierzyć, że ją ma, to siła argumentów Miry oczyści Roarke'a z zarzutów.
Ze sposobu, w jaki Roarke patrzył na nią - przez nią - podczas ich ostatniego połączenia, wiedziała, że 
jej sprawy służbowe zniszczyły więź, jaka zaczynała się między nimi tworzyć.

background image

Nabrała co do tego jeszcze większej pewności, gdy w gabinecie szefa zastała Roarke'a.
Musiał skorzystać z prywatnego środka transportu. W przeciwnym razie nie wróciłby tak szybko. 
Skinął jej tylko głową i nie odezwał się ani słowem, gdy przeszła przez pokój, by oddać Whitneyowi 
dyskietkę oraz raport.
-  Portret psychologiczny zabójcy opracowany przez doktor Mirę.
-   Dziękuję, pani porucznik. - Podniósł oczy na Roarke'a. - Porucznik Dallas zaprowadzi pana do 
pokoju przesłuchań. Doceniamy pańską współpracę.
Nadal się nie odzywając, wstał i poczekał, aż Ewa podejdzie do drzwi.
-  Twój adwokat może być przy tym obecny - zaczęła, gdy wezwał windę.
-  Zdaję sobie z tego sprawę. Czy jestem oskarżony o popełnienie jakiejś zbrodni, pani porucznik?
-     Nie.   -   Przeklinając   go   w   duchu,   weszła   do   kabiny  i   poprosiła   o   Strefę   B.   -   To   standardowa 
procedura. - Jego milczenie trwało tak długo, że miała ochotę krzyczeć. - Cholera jasna, nie mam 
wyboru.
-  Naprawdę? - mruknął i wyszedł pierwszy z windy, gdy drzwi się otworzyły.
-   Taką mam pracę. - Drzwi do pokoju przesłuchań otwarły się ze świstem, po czym zamknęły z 
trzaskiem.   Ukryte   we   wszystkich   ścianach   kamery   inwigilujące,   które   znał   każdy   drobny 
złodziejaszek, uruchomiły się automatycznie. Ewa zajęła miejsce przy małym stoliku i poczekała, aż 
Roarke usiądzie naprzeciw niej.
-  To przesłuchanie jest nagrywane. Rozumiesz? -Tak.
-     Porucznik   Dallas,   NI   5347BQ,   prowadząca   przesłuchanie.   Osoba   przesłuchiwana:   Roarke. 
Zaznaczyć inicjałami datę i czas. Przesłuchiwany zrezygnował z obecności adwokata. Zgadza się?
-  Tak, przesłuchiwany zrezygnował z obecności adwokata.
-  Znasz licencjonowaną prostytutkę Georgie Castle?
-  Nie.
-  Byłeś na Zachodniej Osiemdziesiątej Dziewiątej pod numerem sto pięćdziesiątym szóstym?
-  Wydaje mi się, że nie.
-     Czy  posiadasz   Rugera   P-dziewięćdziesiąt,   automatyczną   bojową   broń  z   około   dwutysięcznego 
piątego roku?
-  Możliwe, że mam broń tego typu. Musiałbym sprawdzić dla pewności. Ale załóżmy, że jestem w jej 
posiadaniu.
-  Kiedy kupiłeś wyżej wymienioną broń?
-   To także musiałbym sprawdzić. - Ani razu nie zamrugał oczami, ani na chwilę nie spuścił z niej 
wzroku. - Mam dużą kolekcję i nie przechowuję wszystkich informacji na jej temat w głowie czy też 
kieszonkowym dzienniku.
-  Czy kupiłeś wyżej wymienioną broń u Sotheby'ego?
-  Możliwe. Często wzbogacam moją kolekcję poprzez aukcje.
-  Ciche aukcje.
-  Zdarza się.
Żołądek, który i tak był już ściśnięty, zaczaj podchodzić jej do gardła.
-  Czy wzbogaciłeś swoją kolekcję o wspomnianą już broń podczas cichej aukcji u Sotheby'ego, która 
odbyła się drugiego października ubiegłego roku?
Roarke wyciągnął z kieszeni swój dziennik i przebiegł wzrokiem informacje zapisane pod tą datą.
-     Nie,   nie   mam   żadnej   notatki   na   ten   temat.   Chyba   w   tym   dniu   przebywałem   w   Tokio   i 
uczestniczyłem w licznych spotkaniach. Można to z łatwością sprawdzić.
Niech cię diabli wezmą, niech cię diabli wezmą, pomyślała. Wiesz, że to żadna odpowiedź.
-  Podczas aukcji często korzysta się z usług swoich przedstawicieli.
-  Owszem. - Patrząc na nią beznamiętnym wzrokiem, wsunął notes do kieszeni. - Można sprawdzić u 
Sotheby'ego, że nigdy nie kupuję przez pośredników. Kiedy postanawiam coś kupić, to dlatego, że to 
widziałem na własne oczy. Oceniłem wartość przedmiotu. Gdy decyduję się na wzięcie udziału w 
licytacji, robię to osobiście.
W przypadku cichej aukcji albo bym na nią przybył, albo uczestniczył w niej przez telełącze.
-     Czy   do   tradycji   nie   należy   posługiwanie   się   tajnym   elektronicznym   licytatorem   albo   osobą 
podstawioną, która ma prawo podbijać cenę do określonego pułapu?
-  Tradycje niewiele mnie obchodzą. Chodzi o to, że mogę zmienić zdanie i już czegoś nie chcieć. Z 
tego czy innego powodu może to dla mnie stracić na atrakcyjności.

background image

Zrozumiała podtekst jego wypowiedzi i próbowała pogodzić się z faktem, że z nią skończył.
-   Ze   wspomnianej  broni,  zarejestrowanej  na   twoje  nazwisko i   kupionej  podczas   cichej  aukcji  u 
Sotheby'ego w październiku ubiegłego roku, została zamordowana Georgie Castle wczoraj o siódmej 
trzydzieści wieczorem.
-   Oboje wiemy,  że wczoraj wieczorem o siódmej  trzydzieści  nie było  mnie  w Nowym  Jorku. - 
Przesunął wzrokiem po jej twarzy. - Śledziłaś przebieg połączenia, prawda?
Nie odpowiedziała. Nie mogła.
-  Twoja broń została znaleziona na miejscu zbrodni.
-  Czy na pewno należy do mnie?
-  Kto ma dostęp do twojej kolekcji?
-  Ja. Tylko ja.
-  A służba?
-  Nie. O ile sobie przypominasz, pani porucznik, moje gabloty są pozamykane. Tylko ja znam kod 
umożliwiający ich otwarcie.
-  Kod można złamać.
-  Nieprawdopodobne, ale możliwe - zgodził się. - Tylko że kluczem, który je otwiera, jest rysunek 
mojej dłoni i otwarcie gabloty w jakikolwiek inny sposób uruchamia alarm.
Cholera jasna, daj mi szansę. Czy on nie widzi, że go bronię, że próbuję go uratować?
-  System zabezpieczeń można ominąć.
-   To prawda. Kiedy jakakolwiek gablota zostanie otwarta bez mojego upoważnienia, wejście do 
pokoju automatycznie się zamyka.
Nie   można   się   stamtąd   wydostać,   a   jednocześnie   strażnicy  są   o   tym   powiadamiani.   Mogę   panią 
zapewnić, pani porucznik, że to niezawodny system. Uważani, że muszę chronić swoją własność.
Podniosła wzrok, gdy Feeney wszedł do pokoju. Dał jej znak głową; wstała.
-  Przepraszam.
Gdy drzwi zamknęły się za nimi, wcisnął ręce do kieszeni.
-     Strzał   w   dziesiątkę,   Dallas.   Elektroniczny   licytator,   pieniądze   przekazane   gotówką,   przesyłka 
dostarczona pocztą elektroniczną. Główny specjalista od Sotheby'ego twierdzi, że ta sprawa została 
załatwiona w nietypowy dla Roarke'a sposób. On zawsze uczestniczy w aukcji albo osobiście, albo 
przez bezpośrednie telełącze. Nigdy przedtem nie dokonywał transakcji w ten sposób, a korzysta z ich 
usług od mniej więcej piętnastu lat.
Odetchnęła z zadowoleniem.
-  To potwierdza zeznania Roarke'a. Coś jeszcze?
-    Przejrzałem  rejestr   broni.   Ruger   został   wpisany  na   nazwisko  Roarke'a   zaledwie   tydzień   temu. 
Piekielnie trudno byłoby postawić go w stan oskarżenia. Szef mówi, żeby go zwolnić.
Nie mogła sobie pozwolić na odprężenie się, jeszcze nie mogła, więc tylko kiwnęła głową.
-  Dzięki, Feeney. Wróciła do pokoju.
-  Jesteś wolny. - Wycofała się przez otwarte drzwi na korytarz. -Wstał.
-  Tak po prostu?
-  Chwilowo nie mamy powodu, by cię zatrzymywać czy też narażać na dalsze niedogodności.
-  Niedogodności? - Szedł w jej kierunku, dopóki drzwi nie zatrzasnęły się za jego plecami. - Tak to 
nazywasz? Niedogodności?
Pomyślała, że ma prawo do gniewu i rozgoryczenia. Ale ona musiała zrobić to, co do niej należało.
-  Trzy kobiety nie żyją. Trzeba sprawdzić każdą możliwość.
-   A ja jestem tylko jedną z twoich możliwości? - Wyciągnął gwałtownie ręce i ku jej zaskoczeniu 
otoczył ją ramionami. - To wszystko, co nas łączy?
-  Jestem gliną. Nie mogę sobie pozwolić na przeoczenie czegokolwiek, na udawanie czegokolwiek.
-  Na okazanie zaufania - przerwał jej. - Komukolwiek. Gdyby sprawa przybrała trochę inny obrót, to 
zamknęłabyś mnie? Wsadziłabyś mnie do więzienia?
-  Proszę się cofnąć! - Feeney podszedł do nich. Jego wzrok miotał błyskawice. -Proszę się cofnąć, do 
cholery!
-  Zostaw nas samych, Feeney.
-     Zaraz   to   zrobię,   do   diabła.   -   Nie   zwracając   uwagi   na   Ewę,   popchnął   Roarke'a.   -   Przestań   ją 
atakować, ty ważniaku. Cały czas walczy o ciebie. A sprawy tak stoją, że mogła przez to stracić pracę. 

background image

Simpson już się szykuje, żeby z niej zrobić kozła ofiarnego, bo była taka głupia, że przespała się z 
tobą.
-  Zamknij się, Feeney.
-  Do cholery, Dallas.
-     Powiedziałam,   żebyś   się   zamknął.   -   Odzyskała   spokój   i   popatrzyła   na   Roarke'a   obojętnym 
wzrokiem. - Nasz wydział docenia twoją chęć do współpracy - powiedziała zdjąwszy jego rękę ze 
swego ramienia. Odwróciła się i odeszła szybkim krokiem.
-  Co pan, u diabła, chciał przez to powiedzieć? - spytał Roarke. Feeney tylko prychnął.
-  Mam lepsze rzeczy do roboty niż tracenie czasu na rozmowy z tobą.
Roarke przycisnął go do ściany.
-  Za chwilę będziesz mógł mnie oskarżyć o obrazę oficera, Feeney. Ale teraz gadaj, co miała znaczyć 
ta wzmianka o Simpsonie.
-     Chcesz   wiedzieć,   ważniaku?   -   Feeney   rozejrzał   się   po   korytarzu   w   poszukiwaniu   względnie 
ustronnego miejsca i ruchem głowy wskazał męską toaletę. - Chodź do mojego biura, to ci powiem.

M

iała   kota   za   towarzystwo.   Już   zaczynała   żałować,   że   będzie   musiała   oddać   tego   nikomu 

niepotrzebnego,   tłustego   kocura   rodzinie   Georgie.   Już   dawno   powinna   była   to   zrobić,   ale   nawet 
obecność tego biednego zwierzaka przynosiła jej pociechę.
Brzęczenie interkomu tylko ją zdenerwowało. Nie miała ochoty na niczyje towarzystwo. Szczególnie 
Roarke'a, którego zobaczyła przez wideofon.
Była   wystarczająco   nieokrzesana,   by   zachować   się   jak   tchórz.   Pozostawiwszy   brzęczyk   bez 
odpowiedzi, wróciła na kanapę i zwinęła się w kłębek razem z kotem. Gdyby miała pod ręką koc, 
naciągnęłaby go sobie na głowę.
Parę sekund później poderwał ją na nogi dźwięk otwieranych zamków w drzwiach.
-  Ty skurwysynu - powiedziała, kiedy Roarke wszedł do pokoju. - Przekroczyłeś wszelkie granice.
Wsunął klucz elektroniczny z powrotem do kieszeni.
-  Dlaczego mi nie powiedziałaś?
-  Nie chcę cię widzieć. - Z przykrością stwierdziła, że w jej głosie słychać raczej rozpacz niż gniew. - 
Mam nadzieję, że to zrozumiesz i wyniesiesz się.
-  Nie chcę, żeby ktoś mnie wykorzystywał po to, by cię zranić.
-  Sam nieźle to robisz.
-     Sądziłaś,   że   nie   zareaguję,   kiedy   oskarżyłaś   mnie   o   popełnienie   morderstwa?   Kiedy   w   to 
uwierzyłaś?
-     Nigdy  w   to   nie   uwierzyłam.   -   Zabrzmiało   to   jak   syk,   jak   namiętny   szept.   -   Nigdy  w   to   nie 
uwierzyłam - powtórzyła. - Ale odłożyłam moje osobiste odczucia na bok i wykonałam swoją robotę. 
A teraz się wynoś.
Ruszyła   w   stronę   drzwi.   Kiedy   ją   złapał,   uderzyła   go   mocno   i   szybko.   Nawet   nie   próbował 
zablokować   ciosu.   Bez   słowa   starł   wierzchem   dłoni   krew   z   wargi,   podczas   gdy   Ewa   stała 
wyprostowana, oddychając szybko i głośno.
-   No dalej - zachęcił ją. - Uderz jeszcze raz. Nie musisz się obawiać. Nie biję kobiet... ani ich nie 
morduję.
-   Po prostu zostaw mnie w spokoju. - Odwróciła się i chwyciła oparcia sofy,  gdzie siedział kot, 
przyglądając się jej obojętnym wzrokiem. Doznawała gwałtownych emocji, bała się, że za chwilę 
rozsadzą jej piersi. - Nie wzbudzisz we mnie poczucia winy za to, że robię to, co muszę robić.
-   Wbiłaś mi nóż w serce, Ewo. - Przyznanie się do tego, świadomość, że mogłaby go z łatwością 
zniszczyć, na nowo wprawiło go w złość. - Nie mogłaś mi powiedzieć, że we mnie wierzysz?
-  Nie. - Zacisnęła powieki. - Na Boga, nie rozumiesz, że gdybym to zrobiła, byłoby jeszcze gorzej? 
Gdyby  Whitney nie  uwierzył,   że  będę  obiektywna,   gdyby  Simpsonowi  choćby  przemknęło  przez 
myśl, że będę cię łagodniej traktowała, byłoby o wiele gorzej. Tak szybko nie mogłam dostać portretu 
psychologicznego mordercy. Nie mogłam prosić Feeneya o natychmiastowe sprawdzenie broni, by 
oczyścić cię z podejrzeń.
-  Nie pomyślałem o tym - powiedział cicho. - Nie pomyślałem. - Kiedy położył jej dłoń na ramieniu, 
strąciła ją i popatrzyła na niego rozwścieczona.

background image

-  Cholera jasna, mówiłam ci, żebyś przyszedł ze swoim adwokatem. Mówiłam ci. Gdyby Feeneyowi 
nie udało się rozwiać wątpliwości co do broni, mogliby cię zatrzymać. Jesteś tutaj tylko dlatego, że 
mu się to udało, a portret psychologiczny zabójcy nie pasował do ciebie.
Znowu jej dotknął; znowu mu się wyszarpnęła.
-  Wygląda na to, że nie potrzebowałem adwokata. Potrzebowałem wyłącznie ciebie.
-  To bez znaczenia. - Odzyskała panowanie nad sobą. - Ważne, że sprawa została załatwiona. To, że 
masz niepodważalne alibi na czas morderstwa oraz fakt, że pistolet był oczywistą pułapką, odwraca 
uwagę policji od twojej osoby. - Czuła się chora i nieznośnie zmęczona. - Może nie eliminuje cię to 
całkowicie   z   grona   podejrzanych,   ale   charakterystyki   doktor   Miry  są   tu  na   wagę   złota.   Nikt   nie 
kwestionuje jej opinii. A ona twierdzi, że nie możesz być mordercą, co ma ogromne znaczenie dla 
policji i prokuratora.
-  Nie martwiłem się policją i prokuratorem.
-  A powinieneś był.
-  Wygląda na to, że martwiłaś się za mnie. Bardzo mi przykro.
-  Nie ma o czym mówić.
-  Wiesz, zbyt często widzę sińce pod twymi oczami. - Przeciągnął po nich kciukiem. - Nie chcę być 
odpowiedzialny za te, które teraz widzę.
-  Sama jestem za nie odpowiedzialna.
-     I   nie   mam   nic   wspólnego   z   tym,   że   grozi   ci   utrata   pracy?   Przeklęty   Feeney,   pomyślała   z 
wściekłością.
-  Sama podejmuję decyzje. Sama ponoszę konsekwencje. Nie tym razem, pomyślał.
-  Następnego dnia po naszym spotkaniu zadzwoniłem do ciebie wieczorem. Widziałem, że się czymś 
martwisz,   ale   nie   chciałaś   o   tym   rozmawiać.   Feeney   dokładnie   mi   wyjaśnił,   dlaczego   byłaś 
zdenerwowana   tamtej   nocy.   Twój   rozwścieczony   przyjaciel   chciał   mi   odpłacić   za   to,   że   cię 
unieszczęśliwiłem. I zrobił to.
-  Feeney nie miał prawa...
-  Pewnie nie. Nie musiałby tego robić, gdybyś mi zaufała. - Ujął ją za obie ręce, gdy poruszyła się 
gwałtownie. - Nie odwracaj się ode mnie - ostrzegł ją cicho. - Jesteś dobra w odgradzaniu się od ludzi, 
Ewo. Ale ze mną ci to nie wyjdzie.
-   A czego się spodziewałeś? Że przyjdę do ciebie, płacząc: "Roarke, uwiodłeś mnie, a teraz mam 
kłopoty. Pomóż mi." Do diabła z tym! Nie uwiodłeś mnie. Poszłam z tobą do łóżka, ponieważ tego 
chciałam. Chciałam tego na tyle mocno, by nie myśleć o etyce zawodowej. Dostałam za to po głowie, 
ale jakoś sobie radzę. Nie potrzebuję pomocy.
-  Z pewnością jej nie chcesz.
-  Nie potrzebuję. - Nie chciała szarpać się z nim, więc stała nieruchomo. - Komendant ucieszył się, że 
nie jesteś zamieszany w te morderstwa. Jesteś czysty, więc wydziałowi nie pozostaje nic innego, jak 
tylko uznać to oficjalnie za błąd w ocenie, a zatem ja też jestem czysta. Gdybym się pomyliła co do 
ciebie, inaczej by to wyglądało.
-  Gdybyś się pomyliła, kosztowałoby cię to odznakę.
-  Tak. Straciłabym odznakę. Zasłużyłabym na to. Ale tak się nie stało, więc sprawa skończona. Idź 
sobie.
-  Naprawdę myślisz, że odejdę?
Słysząc cichą, łagodną nutę w jego głosie, poczuła, że jej wola słabnie.
-     Nie   mogę   sobie   na   ciebie   pozwolić,   Roarke.   Nie   mogę   sobie   pozwolić   na   zaangażowanie 
uczuciowe.
Zrobił krok do przodu, położył ręce na oparciu kanapy, pozbawiając Ewę możliwości ruchu.
-  Ja też nie mogę sobie na ciebie pozwolić. To chyba nie ma znaczenia.
-  Słuchaj...
-  Przykro mi, że cię zraniłem - powiedział cicho. - Bardzo mi przykro, że ci nie ufałem i oskarżyłem 
cię o to, że mi nie ufasz.
-  Nie oczekiwałam, że będziesz myślał inaczej. Że będziesz zachowywał się inaczej.
To zabolało go bardziej niż policzek.
-  Nie. Za to też cię przepraszam. Wiele dla mnie ryzykowałaś. Dlaczego?
Nie było łatwych odpowiedzi.
-  Wierzyłam ci. Przycisnął usta do jej czoła.

background image

-  Dziękuję.
-  Rozsądek tak nakazywał - zaczęła, oddychając z drżeniem, gdy dotknął ustami jej policzka.
-  Zostanę z tobą na noc. Chcę zobaczyć, że śpisz.
-  Seks jako środek uspokajający?
Zmarszczył brwi, lecz przesunął delikatnie wargami po jej ustach.
-  Jeśli chcesz. - Podniósł ją i obrócił w koło. - Zobaczmy, czy uda nam się znaleźć właściwą dawkę.

P

óźniej przyglądał się jej w przyciemnionym świetle. Spała na brzuchu, rozciągnięta bezładnie ze 

zmęczenia.   Z   przyjemnością   przesunął   ręką   po  jej   plecach  -   gładkiej   skórze,   drobnych   kościach, 
mocnych mięśniach. Nie poruszyła się.
Z ciekawością przeczesał palcami jej włosy. Grube niczym futro norek, o odcieniu wystałej brandy i 
starego złota, źle podcięte. Uśmiechnął się, gdy przesunął palcami po jej ustach. Pełnych, twardych, 
żarliwych.
Choć   dziwił   się,   że   zdołał   jej   dostarczyć   jeszcze   większych   doznań   niż   poprzednim   razem, 
świadomość, że i on bezwiednie zapamiętał się w miłości, przygniatała go.
Ciekaw był, jak daleko jeszcze się posuną.
Wiedział, że przeżył wewnętrzne rozdarcie, kiedy uwierzył, iż uznała go za winnego. Poczucie zdrady 
i rozczarowania było ogromne, osłabiające, było czymś, czego nie odczuwał już od wielu lat.
Przypomniała mu o jego słabości, którą, jak sądził, już dawno zwalczył. Mogła go zranić. Mogli się 
nawzajem zranić. Będzie musiał gruntownie to rozważyć.
Lecz w tej chwili najbardziej palącą kwestią było znalezienie odpowiedzi na pytanie, kto chciał zranić 
ich oboje. I dlaczego.
Wciąż rozmyślając nad tą sprawą, wziął ją za rękę, splótł pałce  z jej palcami i zasnął razem z nią.

15

O

dszedł, kiedy się obudziła. Tak było lepiej. Poranki pociągające za sobą konieczność okazywania 

niedbałej zażyłości wprawiały ją w zdenerwowanie. Już i tak była  bardziej związana z nim niż z 
jakimkolwiek innym mężczyzną. Łącząca ich więź była tak silna, że mogła przetrwać przez resztę 
życia.
Wzięła szybki prysznic, owinęła się ręcznikiem, po czym weszła do kuchni. Zastała tam Roarke'a, 
który w spodniach i rozpiętej koszuli przeglądał poranną gazetę na monitorze.
-  Co robisz?
-    Hę?   -  Podniósł   wzrok,   wyciągnął   za   siebie   rękę,   by  otworzyć   automatycznego   kuchmistrza.   - 
Przygotowuję ci kawę.
-  Przygotowujesz mi kawę?
-   Usłyszałem, że kręcisz się po mieszkaniu. - Wyjął filiżanki i trzymając je w rękach, podszedł do 
Ewy, która wciąż stała w drzwiach. - Za rzadko to robisz.
-  Za rzadko kręcę się po domu?
-  Nie. - Zachichotał i dotknął ustami jej ust. - Uśmiechasz się do mnie. Po prostu uśmiechasz się do 
mnie.
Uśmiechała się? Nie zdawała sobie z tego sprawy.
-   Myślałam, że wyszedłeś. - Okrążyła mały stolik i zerknęła na monitor. - Wiadomości z giełdy. 
Naturalnie. Musiałeś wcześnie wstać.
-   Miałem parę telefonów do załatwienia. - Z przyjemnością obserwował, jak przeczesuje palcami 
mokre włosy. Nerwowy, na pewno mimowolny odruch. Podniósł przenośne łącze, które zostawił na 
stole, i wsunął je z powrotem do kieszeni. - Zaplanowano konferencję telefoniczną ze stacją na piątą 
rano naszego czasu.
-  Och! - Wypiła łyk kawy, zastanawiając się, jak do tej pory żyła bez pobudzania się z rana kofeiną. - 
Wiem, jak ważne są te spotkania. Przykro mi.
-  Udało się nam uzgodnić większość szczegółów. Resztą mogę zająć się stąd.
-  Nie wracasz tam?
-  Nie.
Odwróciła się do automatycznego kuchmistrza, próbując coś wybrać ze swego raczej ograniczonego 
menu.

background image

-  Prawie wszystko się skończyło. Chcesz bajgla czy coś innego?
-  Ewo. - Roarke odstawił swoją filiżankę i położył jej ręce na ramionach. - Dlaczego nie chcesz mi 
powiedzieć, że cieszysz się, iż zostaję?
-   Masz dobre alibi. To nie moja sprawa, czy... - Przerwała, kiedy odwrócił ją do siebie. Był zły. 
Widziała to w jego oczach i była przygotowana na kłótnię. Nie była przygotowana na pocałunek, na 
to, że jego usta obejmą mocno jej wargi, że serce podskoczy jej w piersiach.
Więc pozwoliła, by ją objął, by jej głowa wtuliła się we wgłębienie w jego ramieniu.
-   Nie wiem, jak się z tym uporać - mruknęła. - To sytuacja nie mająca precedensu. Potrzebne mi 
reguły, Roarke. Ścisłe reguły.
-  Nie jestem sprawą, którą musisz rozwiązać.
-  Nie wiem, kim jesteś. Lecz wiem, że to dzieje się zbyt szybko. To nawet nie powinno się rozpocząć. 
Nie powinnam była zaczynać z tobą.
Odsunął ją od siebie, by przyjrzeć się jej twarzy.
-  Dlaczego?
-  To skomplikowane. Muszę się ubrać. Muszę iść do pracy.
-  Daj mi coś. - Jego palce zacisnęły się na jej ramionach. - Ja też nie wiem, kim jesteś.
-  Jestem gliną - przyznała się. - I nikim więcej. Mam trzydzieści lat i przez całe życie byłam blisko 
tylko z dwojgiem ludzi. I nawet przy nich łatwo jest mi się powstrzymać.                                 
-  Powstrzymać przed czym?
-   Przed przywiązywaniem do tych znajomości zbyt dużego znaczenia. Jeśli przywiązujesz do tego 
zbyt duże znaczenie, może cię to zniszczyć i staniesz się nikim. Byłam nikim. Nigdy więcej nie mogę 
być nikim.
-  Kto cię skrzywdził?
-  Nie wiem. - Ale wiedziała. - Nie pamiętam i nie chcę pamiętać. Stałam się czyjąś ofiarą, a gdy raz 
się nią było, trzeba robić wszystko, by to się nie powtórzyło. Oto kim byłam, zanim wstąpiłam do 
akademii: ofiarą. Inni ludzie przyciskali guziki, podejmowali decyzje, pchali mnie w jedną stronę, 
ciągnęli w drugą.
-  I myślisz, że ja to robię?
Były pytania, które musiał zadać, bo sądząc po wyrazie jej twarzy, nie mogły czekać. Może nadszedł 
czas, by podjąć ryzyko. Wsunął rękę do kieszeni i wyjął to, co tam nosił.
Ewa popatrzyła ze zdumieniem na zwykły szary guzik, który trzymał w dłoni.
-  To od mojego kostiumu.
-   Tak. Nie jest szczególnie twarzowy;  lepiej ci w ostrzejszych  kolorach. Znalazłem go w mojej 
limuzynie. Chciałem ci go oddać.
-  Och. - Lecz kiedy wyciągnęła rękę, zamknął guzik w dłoni.
-  Gładkie kłamstwo. - Rozbawiony zaśmiał się do siebie. - Nie miałem zamiaru ci go zwracać.
-  Nosisz guzik jako fetysz, Roarke?
-   Noszę go tak jak uczniak nosi pukiel włosów swojej ukochanej. Znowu popatrzyła mu w oczy i 
przejęła   ją   dziwna   słodycz.   Zrobiło   jej   się   jeszcze   słodziej   na   duszy,   kiedy   zauważyła,   że   jest 
zakłopotany.
-  To dziwne.
-  Ja też tak myślę. - Ale wsunął guzik z powrotem do kieszeni. - Wiesz, co jeszcze myślę, Ewo?
-  Nie mam pojęcia.
-  Myślę, że się w tobie zakochałem:
Poczuła, że krew odpłynęła jej z twarzy, mięśnie zwiotczały, a serce niczym pocisk podskoczyło do 
gardła.
-  To...
-   Tak, trudno znaleźć odpowiednie słowo, prawda? - Pogłaskał ją po plecach, ale nie przyciągnął 
bliżej do siebie. - Dużo o tym myślałem i nie udało mi się go znaleźć. Ale powinienem ci przedstawić 
swój punkt widzenia.
Zwilżyła językiem wargi.
-  Masz jakiś punkt widzenia?
-  Bardzo ciekawy i bardzo ważny. Jestem tak samo w twoich rękach, jak ty jesteś w moich. Jestem tak 
samo zaniepokojony, choć pewnie nie tak odporny jak ty, i nie potrafię się odnaleźć w tej sytuacji. Nie 
pozwolę ci stąd wyjść, dopóki nie ustalimy, co robić.

background image

-  Och, to wszystko komplikuje.
-  Niebywale - zgodził się.
-  Roarke, my się nawet nie znamy. Poza sypialnią.
-  Owszem, znamy się. Jesteśmy dwiema zagubionymi duszami. Oboje odwróciliśmy się od czegoś i 
staliśmy się zupełnie innymi ludźmi. To prawie cud, że los postanowił stworzyć zakręt na naszych 
prostych ścieżkach. Musimy zdecydować, jak daleko chcemy wejść w ten zakręt.
-  Muszę skoncentrować się na śledztwie. To musi być dla mnie sprawa pierwszoplanowa.
-  Rozumiem. Ale masz prawo do życia osobistego.
-   Moje życie  osobiste - ta jego część - jest wynikiem śledztwa. A zabójca nadaje temu jeszcze 
bardziej osobisty charakter. Podłożenie tego pistoletu w taki sposób, by skierować podejrzenia na 
ciebie, jest bezpośrednią reakcją na mój związek z tobą. Jestem w centrum jego uwagi.
Ręka Roarke'a powędrowała w górę i szarpnęła za klapy jej szlafroka.
-  Co chcesz przez to powiedzieć?
Zasady, przypomniała sobie. Powinna stosować się do zasad. A o mały włos ich nie złamała.
-  Powiem ci tyle, ile będę mogła, ale najpierw się ubiorę. Poszła do sypialni razem z kotem, który 
klucząc biegł przed nią.
-  Pamiętasz tę noc, kiedy cię tu zastałam po powrocie do domu? Paczkę, którą znalazłeś na podłodze?
-  Tak, zdenerwowałaś się na jej widok. Stłumiła śmiech; zrzuciła szlafrok.
-  Wszyscy uważają, że mam najbardziej pokerową twarz z całego wydziału.
-  Swój pierwszy milion zarobiłem na hazardzie.
-     Naprawdę?   -   Wciągnęła   sweter   przez   głowę,   powtarzając   sobie   w   duchu,   że   nie   powinna   się 
rozpraszać. - To była dyskietka z zapisem morderstwa Loli Starr. Wcześniej przesłał mi taką samą z 
przebiegiem zabójstwa Sharon DeBlass.
Przeniknął go zimny strach.
-  Był w twoim mieszkaniu?!
Była tak zaabsorbowana odkryciem, że nie ma czystej bielizny, że nie zauważyła nuty zdenerwowania 
w jego głosie.
-  Może tak, może nie. Sądzę, że nie. Nie ma śladów włamania. Mógł wsunąć przesyłkę pod drzwiami. 
Tak właśnie zrobił za pierwszym razem. Natomiast dyskietkę z morderstwem Georgie przesłał pocztą. 
Budynek był pod obserwacją.
Zrezygnowana wciągnęła spodnie na gołe ciało.
-   Albo się o tym jakoś dowiedział, albo sam się zorientował. Tak czy inaczej, dopilnował, abym 
dostała wszystkie trzy dyskietki. Wiedział, że jestem tu najważniejsza, niemal zanim ja się o tym 
dowiedziałam.
Przy szukaniu skarpetek szczęście jej dopisało - znalazła dwie, które do siebie pasowały.
-  Zadzwonił do mnie. Przesłał mi video ze sceną morderstwa Georgie Castle w parę minut po tym, jak 
ją zabił. - Usiadła na brzegu łóżka, wciągnęła skarpetki. - Zostawił broń, mając pewność, że bez trudu 
trafimy na ślad jej właściciela. Na twój ślad. Nie wyobrażasz sobie, jak oskarżenie o morderstwo 
zmieniłoby twoje życie, Roarke; gdyby mój szef nie stanął za mną murem, w okamgnieniu odebrano 
by mi tę sprawę i wyrzucono by mnie z wydziału. On wie, co się dzieje w Centrali. On wie, co się 
dzieje w moim życiu.
-  Na szczęście nie wiedział, że nie było mnie na tej planecie.
-  To był moment zwrotny dla obojga z nas. - Znalazła botki, wciągnęła je na nogi. - Lecz to go nie 
powstrzyma. - Wstała, wzięła do ręki kaburę z bronią. - Nadal będzie próbował mnie dopaść, a wydaje 
mu się, że najlepiej to zrobi atakując ciebie.
Roarke zobaczył, że odruchowo sprawdziła swój laser, zanim przypięła kaburę.
-  Dlaczego ciebie?
-  Nie ma wysokiego mniemania o kobietach. Szlag go trafia, że kobieta prowadzi śledztwo. To obniża 
jego pozycję. - Wzruszyła ramionami, przeczesała palcami włosy, próbując je ułożyć. - Przynajmniej 
taka jest opinia psychiatry.
Z zadumą wzięła do ręki kota, który zaczaj wspinać się po jej nodze, i rzuciła go delikatnie na łóżko, 
gdzie odwrócił się do niej ogonem i przystąpił do mycia.
-  A czy według opinii psychiatry może spróbować wyeliminować cię w bardziej bezpośredni sposób?
-  Nie pasuję do jego schematu.
Czując, że znowu ogarnia go strach, Roarke wcisnął ręce do kieszeni.

background image

-  A jeśli zmieni schemat?
-  Poradzę sobie.
-  Warto ryzykować życie dla trzech kobiet, które już nie żyją?
-  Owszem. - Usłyszała wściekłość pulsującą w jego głosie, ale nie wycofała się. - Warto ryzykować 
życie, by znaleźć sprawiedliwość dla trzech kobiet, które już nie żyją, i spróbować uchronić trzy inne 
przed   śmiercią.   Zostawił   wiadomość   pod   każdym   z   ciał.   Od   samego   początku   chciał,   abyśmy 
wiedzieli, że ma plan. I wyzwał nas, abyśmy go powstrzymali. Pierwsza z sześciu, druga z sześciu, 
trzecia z sześciu. Zrobię, co w mojej mocy, by nie było czwartej.
-  Jesteś niesłychanie odważna. Z początku właśnie to w tobie podziwiałem. Teraz mnie to przeraża.
Po raz pierwszy przysunęła się do niego, położyła mu rękę na policzku. Niemal w tej samej chwili 
opuściła dłoń i odsunęła się zażenowana.
-  Roarke, jestem gliną od dziesięciu lat i nigdy nie spotkało mnie nic gorszego od guzów i siniaków. 
Nie martw się o mnie.
-  Chyba musisz przyzwyczaić się do tego, że masz kogoś, kto martwi się o ciebie, Ewo.
Nie taki miała plan. Wyszła z sypialni, by wziąć kurtkę i torbę.
-  Mówię ci to wszystko, żebyś zrozumiał, na czym polegają moje kłopoty. Dlaczego nie mogę tracić 
energii na analizowanie tego, co jest między nami.
-  Zawsze będą jakieś sprawy.
-  W Bogu nadzieja, że nie zawsze będą podobne do tej. Te morderstwa nie są popełniane z pasji czy z 
chęci zysku. Z rozpaczy czy w ataku szału. Są wynikiem zimnej kalkulacji. Wyrazem...
-  Zła?
-  Tak. - Odczuła ulgę, że powiedział to pierwszy. Nie zabrzmiało to tak głupio. - Choć odnieśliśmy 
ogromne sukcesy w inżynierii genetycznej, badaniach in vitro, programach społecznych, wciąż nie 
potrafimy kontrolować podstawowych ludzkich słabości: porywczości, żądzy, zazdrości.
-  Siedem grzechów głównych. Pomyślała o staruszce i jej zatrutym ciastku.
-  Tak. Muszę iść.
-  Przyjdziesz do mnie po pracy?
-  Nie wiem, kiedy skończę. To może być...
-  Przyjdziesz? -Tak.
Wtedy się uśmiechnął. Zorientowała się, że czeka na jej ruch. Była pewna, że wiedział, jak trudno jej 
było podejść do niego, przycisnąć - nawet niedbale - usta do jego ust.
-  Do zobaczenia.
-  Ewo. Powinnaś nosić rękawiczki.
Wprowadziwszy szyfr otwierający drzwi, uśmiechnęła się do niego przez ramię.
-  Wiem, ale ciągle je gubię.

J

ej  dobry nastrój trwał, dopóki nie weszła do biura i nie zobaczyła, że DeBlass i jego pomocnik 

czekają na nią. DeBlass popatrzył znacząco na zegarek.
-  To raczej godziny pracy bankowca niż policjanta, pani porucznik Dallas.
Cholernie dobrze wiedziała, że jest dopiero dziesięć po ósmej, lecz zrzuciła z ramion kurtkę.
-  Tak. Mamy tu kupę roboty. Czy mogę coś dla pana zrobić, senatorze?
-     Wiem,   że   popełniono   kolejne   morderstwo.   Jestem   wyraźnie   niezadowolony   z   postępów   w 
prowadzonym  przez panią śledztwie. Jednak przyszedłem tu po to, by chronić dobre imię  naszej 
rodziny. Nie chcę, żeby nazwisko mojej wnuczki łączono z nazwiskami dwóch pozostałych ofiar.
-  Powinien pan porozmawiać z Simpsonem albo jego sekretarzem prasowym.
-  Niech pani się głupio nie uśmiecha, młoda damo. - DeBlass pochylił się do przodu. - Moja wnuczka 
nie żyje. Nic nie może tego zmienić. Ale nie pozwolę, by nazwisko DeBlass zostało zbezczeszczone, 
zszargane przez śmierć dwóch pospolitych prostytutek.
-   Chyba ma pan niezbyt pochlebne zdanie o kobietach, senatorze. - Tym razem uważała, żeby nie 
uśmiechać się złośliwie, więc tylko przyglądała mu się uważnie.
-     Wręcz   przeciwnie;   darzę   je   wielkim   szacunkiem.   I   dlatego   te,   które   się   sprzedają,   te,   które 
lekceważą normy moralne i nakazy przyzwoitości, budzą moją odrazę.
-  Także pańska wnuczka?
Odchylił się na krześle, twarz mu poczerwieniała, oczy wyszły z orbit. Ewa była  przekonana, że 
uderzyłby ją, gdyby Rockman nie stanął między nimi.

background image

-  Senatorze, pani porucznik tylko chwyta pana za słowa. Proszę nie sprawiać jej satysfakcji.
-     Nie   będzie   pani   oczerniała   mojej   rodziny!   -   DeBlass   oddychał   szybko   i   Ewa   przez   chwilę 
zastanawiała się, czy ma jakieś kłopoty z sercem. - Moja wnuczka drogo zapłaciła za swoje grzechy i 
nie pozwolę, by reszta moich bliskich została wystawiona na pośmiewisko. I nie będę tolerował pani 
złośliwych insynuacji.
-  Ja tylko próbuję ustalić fakty. - Z zafascynowniem patrzyła, jak stara się nad sobą zapanować. To 
był dla niego trudny moment - ręce mu się trzęsły, pierś falowała. - Próbuję znaleźć człowieka, który 
zabił pana wnuczkę, senatorze. Zakładam, że panu też na tym zależy.
-   Znalezienie go nie zwróci nam Sharon. - Znowu usiadł, wyraźnie zmęczony wybuchem. - Teraz 
ważne   jest   to,   by  chronić   tych,   którzy  pozostali.   Aby   tego   dokonać,   trzeba   oddzielić   Sharon   od 
pozostałych kobiet
Ewie nie podobała się jego opinia, ale nie przejęła się też jego rumieńcami. Choć były niepokojąco 
mocne.
-  Może napije się pan wody, senatorze DeBlass?
Kiwnął głową, machając do niej ręką. Ewa wyszła  na korytarz po filiżankę przegotowanej wody. 
Kiedy wróciła, senator oddychał regularniej, ręce trochę mniej mu się trzęsły.
-   Senator jest przemęczony - wyjaśnił Rockman. - Projekt jego Ustawy o Moralności będzie jutro 
przedstawiony w Parlamencie. Presja moralna związana z tą rodzinną tragedią jest dla niego wielkim 
ciężarem.
-   Doceniam to. Robię wszystko, co w mojej mocy, by zamknąć sprawę. - Przechyliła głowę. - A 
presja polityczna jest wielkim ciężarem dla śledztwa. Nic mnie to nie obchodzi, że jestem obser-
wowana w czasie wolnym od pracy.
Rockman obdarzył ją łagodnym uśmiechem.
-  Przykro mi. Mogłaby pani podać bliższe szczegóły?
-  Byłam obserwowana, a szef policji Simpson został powiadomiony o moich prywatnych kontaktach 
z osobą cywilną. To nie tajemnica, że Simpson i senator ściśle ze sobą współpracują.
-  Są wobec siebie lojalni zarówno w życiu prywatnym, jak i politycznym - zgodził się Rockman. - 
Jednak obserwowanie funkcjonariusza policji nie byłoby etyczne i nie leżałoby w interesie senatora. 
Zapewniam panią, pani porucznik, że senator jest zbyt pochłonięty własnymi troskami i obowiązkami 
wobec ojczyzny,  by zawracać sobie głowę... pani prywatnymi  sprawami. Jednak Simpson zwrócił 
naszą uwagę na fakt, że spotkała się pani kilka razy z Roarke'em.
-  Amoralny oportunista. - Senator z trzaskiem odstawił filiżankę. - Człowiek, który dla powiększenia 
swojej władzy nie cofnie się przed niczym.
-  Człowiek - dodała Ewa - który został oczyszczony ze wszystkich zarzutów.
-  Wolność można kupić za pieniądze - rzekł z odrazą DeBlass.
-   Nie w tym  biurze. Jestem pewna, że poprosi pan mojego dowódcę o raport. Tymczasem,  bez 
względu  na   to,   czy  to  ukoi   pana   ból,   czy  nie,   zamierzam   znaleźć   człowieka,   który  zabił   pańską 
wnuczkę.
-   Chyba powinienem pochwalić pani poświęcenie. - DeBlass wstał. - Widzę, że nie narazi pani na 
szwank dobrego imienia mojej rodziny.
-   Dlaczego zmienił pan zdanie, senatorze? - zainteresowała się Ewa. - Podczas naszej pierwszej 
rozmowy straszył mnie pan, że stracę pracę, jeśli nie doprowadzę mordercy Sharon przed oblicze 
sprawiedliwości, i to szybko.
-  Ona leży w grobie - powiedział tylko i wyszedł.
-  Pani porucznik. - Rockman mówił cichym głosem. - Powtarzam, że presja na senatora DeBlass jest 
ogromna, wystarczająco duża, by zmiażdżyć kogoś słabszego. - Odetchnął wolno. - Szczerze mówiąc, 
zniszczyła już jego żonę. Załamała się psychicznie.
-  Przykro mi.
-  Lekarze nie wiedzą, czy wróci do zdrowia. Ta dodatkowa tragedia sprawiła, że jego syn oszalał z 
bólu; jego córka odgrodziła się od rodziny i oddała praktykom religijnym. Jedyną nadzieją senatora na 
odbudowanie życia rodzinnego jest zapomnienie o tragicznej śmierci Sharon.
-  Zatem może senator mądrze by zrobił, gdyby zostawił prowadzenie śledztwa naszemu wydziałowi.
-  Pani porucznik, Ewo - powiedział z rzadkim u niego wdziękiem. - Chciałbym go o tym przekonać. 
Ale wiem, że moje starania byłyby tak samo beznadziejne, jak przekonywanie pani, by pozwoliła 
Sharon odpoczywać w spokoju.

background image

-  Ma pan rację.
-  A zatem... - Na chwilę położył dłoń na jej ramieniu. - Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, 
by sprawy się ułożyły. Miło było znowu panią zobaczyć.
Ewa   zamknęła   za   nim   drzwi   i   oddała   się   rozmyślaniom.   DeBlass   z   pewnością   jest   człowiekiem 
gwałtownym, który mógłby dopuścić się przemocy. Niemal z przykrością pomyślała, że brakuje mu 
opanowania i zdolności chłodnej kalkulacji, by zaplanować szczegółowo trzy morderstwa.
Tak czy inaczej, czekają ją ciężkie chwile, jeśli połączy nazwisko wściekle prawicowego senatora z 
nazwiskami dwóch nowojorskich prostytutek.
Może   chroni   swoją   rodzinę,   zadumała   się,   a   może   osłania   Simpsona,   swego   politycznego 
sprzymierzeńca.
Bzdury. Mógłby kryć Simpsona, gdyby szef policji był zamieszany w zabójstwa Stan* i Castle, ale 
żaden człowiek nie chroni zabójcy swej wnuczki.
Fatalnie, że nie szuka dwóch mężczyzn, pomyślała, lecz bez względu na konsekwencje rozpracuje 
Simpsona.
Musi być obiektywna, upomniała się w duchu. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że DeBlass nie 
wiedział, iż jeden z jego najlepszych politycznych przyjaciół był  szantażowany przez jego jedyną 
wnuczkę,
Musi się tego dowiedzieć.
Ale na razie musiała sprawdzić inny trop. Odszukała numer Charlesa Monroe'a i połączyła się z nim. 
Miał głos zachrypły od snu, powieki mu ciążyły.
-  Każdą chwilę spędzasz w łóżku, Charles?
-   Gdy tylko mogę, słodka pani porucznik. - Potarł twarz i uśmiechnął się do niej szeroko. - Tak 
właśnie o tobie myślę.
-  Więc nie myśl. Parę pytań.
-  Och, nie możesz przyjechać i zadać mi ich osobiście? Jestem cieplutki, nagi i zupełnie sam.
-  Stary, nie wiesz, że namawianie oficera policji do czynu lubieżnego jest wykroczeniem?
-  Powiedziałem ci - utrzymalibyśmy to na płaszczyźnie czysto prywatnej.
-  Utrzymujemy to na płaszczyźnie czysto zawodowej. Miałeś koleżankę, Georgie Castle. Znałeś ją?
Uwodzicielski uśmiech zniknął z jego twarzy.
-  Właściwie to tak. Niezbyt dobrze, ale poznałem ją na przyjęciu jakiś rok temu. Była nowa w tym 
biznesie. Zabawna, atrakcyjna. Byliśmy ze sobą w dobrych stosunkach.
-  To znaczy?
-   Przyjacielskich. Od czasu do czasu umawialiśmy się na drinka. Kiedyś, kiedy Sharon miała zbyt 
wielu chętnych, namówiłem ją, by podesłała Georgie paru swoich klientów.
-  Znały się? - Ewa skwapliwie podchwyciła temat. - Sharon i Georgie?
-  Nie sądzę. O ile pamiętam, Sharon skontaktowała się z Georgie, spytała ją, czy jest zainteresowana 
paroma  nowymi  facetami.  Georgie   wyraziła  zgodę  i  na   tym  się  skończyło.  -  Namyślał   się  przez 
chwilę. - Och, tak, Sharon coś wspominała, że Georgie przysłała jej tuzin róż. Prawdziwych, jakby w 
podziękowaniu. Sharon miała bzika na punkcie staroświeckiej etykiety.
-  Sama była staroświecka - powiedziała pod nosem Ewa.
-   Kiedy usłyszałem, że Georgie nie żyje, doznałem szoku. Powinienem był ci o tym powiedzieć. 
Śmierć  Sharon była   dla  mnie  wstrząsem,  ale  nie  zaskoczeniem.  Żyła   na  krawędzi.  Lecz  Georgie 
potrafiła zachować umiar, wiesz?
-  Może będę musiała zadać ci jeszcze parę pytań w tej sprawie, Charles. Bądź do mojej dyspozycji.
-  Dla ciebie...
-  Przestań - rozkazała, zanim zaczął się wdzięczyć. - Co wiesz o pamiętnikach Sharon?
-  Nigdy nie pozwoliła mi żadnego przeczytać - odparł swobodnie. - Często droczyłem się z nią o to. 
Mam wrażenie, że je prowadziła, od czasu gdy była dzieckiem. Masz któryś? Hej, jest w nim coś o 
mnie?
- Gdzie je trzymała?
-  Chyba w swoim mieszkaniu. Gdzieżby indziej? Oto jest pytanie, pomyślała.
-  Gdyby wpadło ci coś do głowy na temat Georgie albo pamiętników, skontaktuj się ze mną.
-  We dnie czy w nocy, słodka pani porucznik. Możesz na mnie liczyć.
-  Dobrze. - Przerwała połączenie i roześmiała się.

background image

S

łońce właśnie zachodziło, kiedy przybyła do domu Roarke'a. Nie sądziła, że skończyła już pracę. 

Cały  dzień   biła   się   z   myślami,   czy   prosić   go   o   pewną   przysługę.   Postanowiła   to   zrobić,   potem 
odrzuciła ten pomysł, i tak się wahała, dopóki nie poczuła do siebie obrzydzenia.
W końcu, po raz pierwszy od kilku miesięcy, opuściła siedzibę policji punktualnie z zakończeniem 
swej zmiany. Przy tak niewielkich postępach w śledztwie chyba w ogóle nie musiała tam bywać.
Przy szukaniu drugiej skrytki depozytowej Feeney zabrnął w ślepą uliczkę. Z widoczną niechęcią 
przekazał jej listę gliniarzy, o którą prosiła. Ewa zamierzała przyjrzeć się każdemu z nich - w swoim 
czasie i na swój sposób.
Z pewnym żalem uświadomiła sobie, że chce wykorzystać Roarke'a.
Summerset otworzył drzwi; miał swoją zwykłą minę wyrażającą lekką pogardę.
-  Przybyła pani przed czasem, pani porucznik.
-  Jeśli go nie ma, mogę zaczekać.
-  Jest w bibliotece.
-  To znaczy dokładnie gdzie?
Summerset pozwolił sobie na lekkie fuknięcie. Gdyby Roarke nie polecił mu, by przyprowadził do 
niego tę kobietę natychmiast po jej przyjściu, wprowadziłby ją do jakiegoś małego, źle oświetlonego 
pokoju. - Tędy proszę.
-  Summerset, co cię właściwie tak we mnie drażni?
Sztywny, jakby kij połknął, poprowadził ją po schodach na górę, a potem szerokim korytarzem.
-  Nie mam pojęcia, o co pani chodzi, pani porucznik. Biblioteka - oznajmił z szacunkiem i otworzył 
przed nią drzwi.
Nigdy w życiu nie widziała takiej ilości książek. Nigdy nie uwierzyłaby, że poza muzeum istnieją tak 
ogromne księgozbiory. Ściany były zawieszone półkami, więc w dwupoziomowym pokoju unosił się 
zapach książek.
Na niższym poziomie stała skórzana kanapa, a na niej, z książką w ręku i kotem na kolanach, na wpół 
leżał Roarke.
-  Ewo, wcześnie przyszłaś. - Odłożył książkę i wstał podnosząc kota.
-  Jezus Maria, Roarke, skąd to wszystko wziąłeś?
-   Książki. - Obiegł wzrokiem pokój. Ogień na kominku tańczył zakreślając kolorowe kręgi. - To 
kolejne z moich zainteresowań. Nie lubisz czytać?
-  Jasne, od czasu do czasu. Lecz dyskietki są o wiele wygodniejsze.
-  I dostarczają o wiele mniej estetycznych doznań. - Podrapał kota po szyi, wywołując jego zachwyt. - 
Chętnie ci pożyczę jakąś książkę.
-  Raczej nie skorzystam.
-  A co powiesz na drinka?
-  Mogę się czegoś napić.
Jego łącze zabrzęczało.
-   To telefon, na który czekałem. Może przyniesiesz nam po kieliszku wina, które stoi otwarte na 
stole?
-  Jasne. - Wzięła od niego kota i poszła wywiązać się z obietnicy. Korciło ją, by podsłuchać rozmowę, 
ale zmusiła się do pozostania w drugim końcu pokoju.
Dzięki temu miała okazję przyjrzeć się książkom, łamiąc sobie głowę nad tytułami. O niektórych 
słyszała. Nawet ucząc się w szkole państwowej musiała przeczytać Steinbecka i Chaucera, Szekspira i 
Dickensa. Program obejmował także twórczość Kinga i Grishama, Morrison i Grafton.
Lecz   były   tam   dziesiątki,   może   setki   nazwisk,   o   których   nigdy   nie   słyszała.   Była   ciekawa   czy 
ktokolwiek jest w stanie ogarnąć tak wielką liczbę książek, a tym bardziej je przeczytać.
-  Przepraszam - powiedział, kiedy zakończył rozmowę. - To nie mogło czekać.
-  Nic nie szkodzi.
Wziął kieliszek wina, który mu nalała.
-  Ten kot zaczyna przywiązywać się do ciebie - powiedział.
-  Nie sądzę, żeby był komuś szczególnie wiemy - odparła, lecz musiała przyznać, że lubiła sposób, w 
jaki zwijał się w kłębek, gdy go głaskała. - Nie wiem, co mam z nim zrobić. Dzwoniłam do córki 
Georgie,   ale   powiedziała   mi,   że   po   prostu   nie   jest   w   stanie   go   zabrać.   Moje   namowy   tylko 
doprowadziły ją do płaczu.
-  Możesz go zatrzymać.

background image

-  Nie wiem. Zwierzętami domowymi trzeba się zajmować.
-   Koty są samowystarczalne. - Usiadł na sofie i poczekał, aż przyłączy się do niego. - Chcesz mi 
opowiedzieć o swoim dniu?
-  Nie był bardzo udany. A twój?
-  Bardzo udany.
-  Mnóstwo książek - powiedziała wiedząc, że mówi to tylko po to, by zyskać na czasie.
-   Mam do nich sentyment. Ledwo umiałem przeczytać swoje imię, kiedy miałem sześć lat. Potem 
wpadł mi w ręce zniszczony egzemplarz dzieł Yeatsa. Dość znanego irlandzkiego dramaturga i poety - 
wyjaśnił   widząc   bezradne   spojrzenie   Ewy.   -   Strasznie   chciałem   poznać   jego   dzieła,   więc   sam 
nauczyłem się czytać.
-  Nie chodziłeś do szkoły?
-  Nie z mojej winy. Widzę po oczach, że coś cię gnębi, Ewo -zauważył.
Wypuściła powietrze. Po co silić się na szukanie tematów zastępczych, skoro Roarke i tak potrafi 
przejrzeć ją na wylot.
-  Mam problem. Chcę sprawdzić Simpsona. Oczywiście nie mogę tego zrobić oficjalnymi kanałymi 
ani skorzystać  ze swego domowego czy biurowego komputera. Gdy tylko spróbuję dostać się do 
danych szefa policji, zostanę nakryta.
-  I jesteś ciekawa, czy mam pewny, nie zarejestrowany system. Oczywiście, że mam.
-     Oczywiście   -   mruknęła.   -   Posiadanie   nie   zarejstrowanego   systemu   jest   naruszeniem   kodeksu 
czterysta pięćdziesiąt trzy B, paragraf trzydziesty piąty.
-  Nie potrafię ci powiedzieć, jak mnie to podnieca, gdy cytujesz kodeksy.
-   To nie jest zabawne. A to, o co zamierzam cię prosić, jest nielegalne. Elektroniczne naruszenie 
prywatności urzędnika państwowego jest poważnym wykroczeniem.
-  Gdy skończymy, możesz aresztować nas oboje.
-  To poważna sprawa, Roarke. Zawsze postępowałam zgodnie z przepisami, a teraz cię proszę, żebyś 
złamał prawo.
Wstał, pociągając ją za sobą.
-  Najdroższa Ewo, nie masz pojęcia, ile razy już je złamałem.
- Chwycił butelkę z winem, która kołysała mu się między dwoma palcami, kiedy objął Ewę w talii. - 
Grałem wbrew prawu w kości, kiedy miałem dziesięć lat - zaczął wyprowadzając ją z pokoju.
- Spuścizna po moim drogim starym ojcu, któremu podcięto gardło w dublińskim zaułku.
-  Przykro mi.
-  Nie byliśmy ze sobą zżyci. Był skurwysynem,i nikt go nie kochał, a ja najmniej. Summerset, zjemy 
kolację o siódmej trzydzieści - dodał Roarke zwracając się w stronę schodów. - Ale nauczył mnie
-  przystawiając mi pięść do nosa - grać w kości, w karty, robić zakłady. Był złodziejem, kiepskim, 
sądząc po tym, jak skończył. Ja byłem lepszy. Kradłem, oszukiwałem, przez jakiś czas uczyłem się 
sztuki przemytu. Więc widzisz, że nie zepsujesz mnie swoją skromną prośbą.
Nie patrzyła na niego, gdy za pomocą dekodera otworzył drzwi na drugim piętrze.
-  Czy ty...
-  Czy teraz kradnę, oszukuję, szmugluję? - Odwrócił się i dotknął ręką jej twarzy. - Och, to by ci się 
nie podobało, prawda? Niemal chciałbym powiedzieć “tak", a potem rzucić to wszystko dla ciebie. 
Dawno temu nauczyłem się, że ryzykowanie w granicach prawa jest o wiele bardziej ekscytujące. I 
zwycięstwo przynosi o wiele większą satysfakcję, gdy się działa na samej górze.
Wycisnął pocałunek na jej czole, po czym wszedł do pokoju.
-  Ale trzeba praktykować, żeby nie wyjść z wprawy.

16

W

 porównaniu z resztą domu ten pokój urządzony był po spartańsku i przeznaczony wyłącznie do 

pracy. Nie było tu wyszukanych posągów ani kapiących od ozdób kandelabrów. Szeroka konsola w 
kształcie litery U, na której znajdowały się urządzenia do komunikowania się, wyszukiwania danych i 
przekazywania   informacji,   była   zupełnie   czarna,   usiana   przyrządami   sterującymi,   poprzecinana 
szczelinami i ekranami.
Ewa   słyszała,   że   MCBPK   ma   najnowocześniejszy   system   w   kraju.   Podejrzewała,   że   urządzenia 
Roarke'a   w   pełni   mu   dorównują.   Nie   była   specjalistką   od   komputerów,   ale   wystarczyło   jedno 

background image

spojrzenie, by wiedziała, że zgromadzony tu sprzęt jest o wiele lepszy od tego, jakiego nowojorska 
policja i Wydział Bezpieczeństwa używa - czy też, na jaki może sobie pozwolić - nawet w Sekcji 
Rozpoznania Elektronicznego.
Długą ścianę naprzeciw konsoli zajmowało sześć dużych ekranów. Drugie pomocnicze stanowisko 
zawierało małe lśniące telełącze, drugi fax laserowy, urządzenie odtwarzające obraz z hologramu i 
kilka innych elementów komputerowych, których nie rozpoznała.
Trzy komputerowe stanowiska mogły się poszczycić osobistymi monitorami z przyłączonymi do nich 
telełączami.
Podłoga   była   wyłożona   ceramicznymi,   rombowymi   płytkami'   w   przytłumionych   kolorach,   które 
zlewały   się   ze   sobą   niczym   ciecz.   Jedyne   okno,   jakie   znajdowało   się   w   tym   pomieszczeniu, 
wychodziło na miasto i pulsowało ostatnimi światłami zachodzącego słońca.
Nawet tutaj było widać, że Roarke chce otaczać się tym, co najlepsze.
-  Nieźle zorganizowane - zauważyła Ewa.
-  Nie jest tu tak wygodnie jak w moim biurze, ale mamy wszystko, czego nam trzeba. - Przesunął się 
za główną konsolę i położył dłoń na ekranie potwierdzającym tożsamość. - Roarke. Włącz się.
Po chwili dyskretnego szumu na konsoli zabłysły światła.
-  Wprowadzenie do pamięci nowego rysunku dłoni i głosu
- kontynuował dając Ewie znak ręką. - Do pozycji żółtej.
Gdy skinął głową, Ewa przycisnęła dłoń do ekranu i poczuła lekkie ciepło odczytu.
-  Dallas.
-   Proszę bardzo. - Roarke usiadł. - Komputer będzie spełniał twoje rozkazy wydawane głosem i 
dłonią.
-  Co to jest pozycja żółta? Uśmiechnął się.
-  Wystarczająca, byś dostała wszystkie potrzebne ci informacje
- nie całkiem wystarczająca, byś łamała moje rozkazy.
-   Hmmm. - Przebiegła wzrokiem urządzenia sterujące, mrugające cierpliwie światełka, niezliczone 
ekrany   i   przyrządy   pomiarowe.   Żałowała,   że   nie   ma   przy   niej   Feeneya   z   jego   komputerowym 
umysłem. - Edward T. Sipmson, szef policji i bezpieczeństwa w Nowym Jorku. Wyszukać wszystkie 
dane o jego finansach.
-  Zmierzasz prosto do celu - mruknął Roarke.
-  Nie mam czasu do stracenia. Czy mogą mnie wyśledzić?
-  Nie tylko nie mogą cię wyśledzić, ale nawet odnotować twoich poszukiwań.
-  Simpson, Edward T. - oświadczył komputer miłym kobiecym głosem. - Stan majątkowy. Szukam.
Widząc, jak Ewa unosi brew, Roarke wyszczerzył zęby w uśmiechu.
-  Wolę pracować z melodyjnymi głosami.
-  Miałam zamiar cię zapytać - odparła - jak ci się udaje zdobywać dane bez uruchamiania Ochrony 
Komputerowej.
-     Żaden   system   nie   jest   niezawodny   ani   idealnie   zabezpieczony,  nawet   ten   strzeżony   przez 
wszechpotężną Ochronę Komputerową. Taki system skutecznie odstrasza przeciętnego programistę 
czy elektronicznego złodzieja, ale można go obejść, dysponując właściwym sprzętem. A ja mam taki 
sprzęt. No i mamy dane. Ekran pierwszy - polecił.
Ewa podniosła wzrok i zobaczyła, że na dużym monitorze rozbłysnął rejestr operacji finansowych 
Simpsona. Nic nadzwyczajnego: pożyczki na samochód, hipoteki, salda karty kredytowej. Wszystkie 
transakcje zostały przeprowadzone automatycznie przez Internet.
-  Pokaźna suma na rachunku American Express - zadumała się. - I chyba niewiele osób wie, że on 
posiada plac na Long Island.
-  Trudno to uznać za motyw morderstwa. Otrzymuje wysokie kredyty, co oznacza, że płaci wszystkie 
należności. O, mamy wyciąg z konta bankowego.
Ewa z niezadowoleniem przyjrzała się liczbom.
-     Nic   szczególnego,   zupełnie   przeciętne   wpłaty   i   wypłaty   -   rachunki   w   większości   opłacane 
automatycznie przelewem z konta, co zgadzałoby się z wyciągiem z banku. Kto to jest Jeremy?
-  Kupiec handlujący męskimi ubraniami - odparł Roarke z lekko pogardliwym uśmiechem. - Drugiej 
kategorii.
Zmarszczyła nos.
-  Cholernie dużo wydaje na ubrania.

background image

-  Kochanie, będę musiał cię zepsuć. To jest za dużo tylko wtedy, gdy ubrania są w złym gatunku.
Prychnęła pogardliwie wpychając kciuki do kieszeni swoich workowatych brązowych spodni,
-     A   oto   jego   rachunek   w   biurze   maklerskim.   Ekran   trzeci.   Pełna   asekuracja   -   dodał   Roarke, 
przebiegnąwszy go wzrokiem.
-  Co masz na myśli?
-     Jego   inwestycje.   Wszystkie   pozbawione   najmniejszego   ryzyka.   Pakiet   państwowych   papierów 
wartościowych,   kilka   udziałów   w   spółkach   inwestycyjnych,   trochę   wartościowych   akcji 
renomowanych firm.
-  Co w tym złego?
-  Nic, jeśli chcesz, by twoje pieniądze traciły na wartości.
- Popatrzył na nią z ukosa; - Inwestujesz, pani porucznik?
-  Tak, jasne. - Wciąż próbowała zrozumieć skróty i punkty procentowe. - Dwa razy dziennie oglądam 
wyniki sesji giełdowych.
-  Nietypowe konto kredytowe. - Niemal się wzdrygnął.
-  Co z tego?
-  Daj mi to, co masz, a podwoję twój kapitał w ciągu sześciu miesięcy.
Tylko zmarszczyła brwi, walcząc z zawiłościami raportu biura maklerskiego.
-  Nie przyszłam tu po to, żeby się wzbogacić.
-  Kochanie - poprawił ją z tym swoim irlandzkim zaśpiewem. - Wszyscy chcą się wzbogacić.
-  A co z datkami na cele polityczne, charytatywne i tego typu rzeczami?
-  Wywołaj wydatki objęte ulgą podatkową - zażądał Roarke.
- Na ekranie drugim.
Czekała uderzając niecierpliwie ręką o udo. Pokazały się dane.
-  Przeznacza pieniądze na to, co jest bliskie jego sercu - mruknęła przebiegając wzrokiem wpłaty na 
konto Partii Konserwatywnej, na fundusz kampanii DeBlassa.
-   Poza tym nie jest szczególnie hojny. Hmm. - Roarke uniósł brew. -  Ciekawe, bardzo kosztowny 
podarunek dla Wartości Moralnych.
-  To ta ekstremistyczna grupa, prawda?
-  Ja bym ją tak nazwał, ale jej wyznawcy wolą o niej myśleć jako o organizacji powołanej po to, by 
ocalić nas, grzeszników, przed nami samymi. DeBlass jest jej rzecznikiem.
Lecz ona przeglądała w myśli własne pliki.
-   Są podejrzani o sabotowanie głównych banków danych w kilku dużych klinikach nadzorujących 
antykoncepcję.
Roarke mlasnął językiem. 
-  Wszystkie te kobiety, które same decydują, czy i kiedy chcą zajść w ciążę, ile dzieci będą miały. Do 
czego ten świat zmierza? Z pewnością ktoś musi sprawić, by się opamiętały.
-  Słusznie. - Ewa zrobiła minę wyrażającą niezadowolenie. - To niebezpieczne połączenie dla kogoś 
takiego jak Simpson. Lubi odgrywać centrowca. Został wysunięty przez partię środka.
-  Od kilku lat ukrywa swoje konserwatywne powiązania i sympatie. Woli nie ryzykować. Chce zostać 
gubernatorem i pewnie wierzy, że DeBlass mu to ułatwi. Polityka jest grą polegającą na wzajemnej 
wymianie usług.
-     Polityka.   Wśród   osób   szantażowanych   przez   Sharon   DeBlass   pełno   było   polityków.   Seks, 
morderstwo, polityka - mruknęła Ewa. - Im bardziej świat się zmienia...
-  Tak, tym bardziej pozostaje taki sam. Kobiety nadal zalecają się do mężczyzn, ludzie nadal zabijają 
ludzi, a politycy całują dzieci i kłamią.
Coś   się   nie   zgadzało   i   Ewa   po   raz   drugi   pożałowała,   że   nie   ma   przy   niej   Feeneya. 
Dwudziestopierwszowieczne morderstwa, pomyślała, dwudziestopierwszowieczne motywy.  Jeszcze 
jedno nie zmieniło się podczas ostatniego stulecia. Podatki.
-  Czy możemy sprawdzić jego dochody? Z ostatnich trzech lat?
-  Trzeba będzie się posunąć do drobnego podstępu. - Roarke uśmiechnął się cynicznie.
-  To będzie także przestępstwo federalne. Słuchaj, Roarke...
-   Po prostu poczekaj chwilę. - Nacisnął przycisk i z konsoli wysunęła się ręczna klawiatura. Ewa 
obserwowała z pewnym zdziwieniem, jak jego palce śmigają nad klawiszami.
-  Gdzie się tego nauczyłeś? - Nawet po przejściu w wydziale obowiązkowego szkolenia słabo sobie 
radziła z niezmechanizowanym sprzętem.

background image

-   Tu i tam - powiedział z roztargnieniem - w grzesznych latach młodości. Muszę obejść system 
zabezpieczeń. To zajmie mi trochę czasu. Może nalejesz nam jeszcze wina?
-  Roarke, nie powinnam była cię o to prosić. - Dręczona wyrzutami sumienia podeszła do niego. - Nie 
mogę pozwolić, byś stał się taki jak kiedyś.
-  Szsz... - Ściągnął brwi, koncentrując uwagę na przedarciu się przez labirynt ochrony.
-  Ale...
Pokręcił raptownie głową; w jego oczach odmalowało się zniecierpliwienie.
-  Już otworzyliśmy drzwi, Ewo. Albo przez nie przejdziemy, albo się wycofamy.
Ewa pomyślała o trzech kobietach, które nie żyły, ponieważ nie była w stanie powstrzymać mordercy. 
Za mało wiedziała, by go złapać. Skinąwszy głową, odeszła. Znowu rozległ się stuk klawiszy.
Nalała   wino,   po   czym   stanęła   przed   ekranami.   Przyglądała   się   im   z   zadumą.   Najwyższa   ocena 
zdolności kredytowej, terminowa spłata należności, ostrożne i stosunkowo niewielkie inwestycje. Na 
pewno wydatki na ubrania, wino i biżuterię były wyższe od przeciętnych, lecz kosztowne gusta nie są 
zbrodnią. Nie wtedy, kiedy się za nie płaci. Nawet posiadanie drugiego domu nie było przestępstwem.
Niektóre darowizny były ryzykowne jak na przedstawiciela partii środka, ale trudno było je uznać za 
wykroczenie.
Usłyszawszy,  że Roarke zaklął cicho, spojrzała za siebie. Zobaczyła, że wciąż był  pochylony nad 
klawiaturą. Mogłoby jej tu w ogóle nie być. Dziwne, nie przyszłoby jej do głowy, że Roarke potrafi 
ręcznie   obsługiwać   komputer.   Według  Feeneya   była   to   już   zapomniana   sztuka,   którą   znali   tylko 
urzędnicy techniczni oraz programiści.
A mimo to Roarke - taki bogaty, uprzywilejowany, elegancki - stukał teraz w klawisze, zajęty sprawą, 
którą zazwyczaj przekazywano nisko opłacanemu, przepracowanemu urzędnikowi.
Na chwilę zapomniała o śledztwie i uśmiechnęła się do Roarke'a.
-  Wiesz, jesteś całkiem niezły.
Uświadomiła sobie, że po raz pierwszy naprawdę go zaskoczyła.
Podniósł głowę i w jego oczach odmalowało się zdziwienie - na jakieś dwie sekundy. Potem pojawił 
się w nich ten szelmowski uśmiech. Uśmiech, który przyprawiał ją o bicie serca.
-   Za chwilę będziesz miała o mnie jeszcze lepsze zdanie, pani porucznik. Dostałem się do tych 
danych.
-  O cholera! - Ogarnięta szalonym podnieceniem skierowała wzrok z powrotem na ekran. - Pokaż.
-  Ekran czwarty, piąty, szósty.
-  To jego końcowe rozliczenie. - Zmarszczyła brwi na widok dochodu brutto. - Powiedziałabym, że 
ma dobre wynagrodzenie, mieszczące się w granicach rozsądku.
-  Niewielkie odsetki i dywidendy. - Roarke przesunął strony.
-   Honoraria za udział w spotkaniach i za przemówienia. Żyje na wysokiej stopie, ale w granicach 
swoich możliwości, zgodnie z tym, co tu widać.
-  Do diabła. - Odstawiła ze złością kieliszek. - Jakie tam są jeszcze dane?
-     Jak   na   inteligentną   kobietę   to  niewiarygodnie   naiwne   pytanie.   Tajne   konta   -   wyjaśnił.   -   Dwa 
zestawy ksiąg są wypróbowaną, dokładną i tradycyjną metodą ukrywania nielegalnych dochodów.
-  Gdybyś miał nielegalne dochody, byłbyś na tyle głupi, by je dokumentować?
-  Odwieczne pytanie. Ale ludzie to robią. Och, tak, robią to. Tak
-  powiedział odpowiadając na jej milczące pytanie co do jego sposobu prowadzenia księgowości. - 
Oczywiście, że to robię.
Spiorunowała go wzrokiem.
-  Nie chcę nic o tym wiedzieć. Tylko wzruszył ramionami.
-  Ale ponieważ to robię, wiem, jak to wygląda. Powiedziałabyś, że wszystko, co tu mamy, jest legalne 
i jawne? - Po wydaniu paru komend raporty dotyczące dochodów zostały przeniesione na jeden ekran. 
- Dobrze, zobaczmy, co uda nam się znaleźć. Komputer, Simpson, Edward T., konta zagraniczne.
-  Brak danych.
-  Zawsze są jakieś dane - mruknął nie zrażony niepowodzeniem. Powrócił do pracy przy klawiaturze i 
po chwili coś zaczęło szumieć.
-  Co to za hałas?
-  Forsuję mur. - Niczym robotnik rozpiął guziki przy mankietach koszuli i podwinął rękawy. Ten gest 
wywołał uśmiech Ewy. - A jeśli jest mur, to coś jest za nim.

background image

Pracował dalej jedną ręką, popijając jednocześnie wino. W końcu powtórzył polecenie i ukazała się 
odpowiedź.
-  Dane zastrzeżone.
-  No, nareszcie mamy.
-  Jak mogłeś...
-  Ciii - nakazał znowu i Ewa zastygła w niecierpliwym milczeniu.
-  Komputer, proszę przebiec cyfrowe i alfabetyczne kombinacje w poszukiwaniu klucza dostępu.
Zadowolony ze swoich osiągnięć, odsunął się do tyłu.
-  To chwilę potrwa. Może tu przyjdziesz?
-  Możesz mi pokazać, jak... - Przerwała zaskoczona, kiedy Roarke posadził ją sobie na kolanach. - 
Hej, to ważne.
-   To też. - Pocałował ją w usta, przesuwając dłoń znad bioder pod jej krągłą pierś. - Znalezienie 
klucza potrwa godzinę, może dłużej.
- Te szybkie zręczne ręce już poruszały się pod jej swetrem. - Nie lubisz tracić czasu, o ile dobrze 
sobie przypominam.
-  Nie, nie lubię. - Po raz pierwszy w życiu siedziała komuś na kolanach i wcale nie sprawiało jej to 
przykrości. Rozluźniła się, lecz usłyszawszy kolejne mechaniczne buczenie, odwróciła gwałtownie 
głowę. Patrzyła w milczeniu, jak łóżko wysuwa się z bocznej ściany.
- Mężczyzna, który ma wszystko - powiedziała.
-  Będę miał. - Wziął ją na ręce i podniósł. - W bardzo krótkim czasie.
-  Roarke. - Było jej miło, że ją niesie.
-  Tak.
-  Zawsze myślałam, że zbyt duży nacisk w społeczeństwie, ogłoszeniach, zabawie kładzie się na seks.
-  Naprawdę?
-   Naprawdę. - Szczerząc zęby w uśmiechu, zmieniła szybko i zwinnie położenie ciała, przez co 
Roarke stracił równowagę.
- Zmieniłam zdanie - powiedziała, gdy przewrócili się na łóżko. Już wiedziała, że miłość fizyczna 
może być intensywna, oszałamiająca, nawet niebezpiecznie podniecająca. Nie wiedziała, że może być 
zabawna. To było dla niej jak objawienie, gdy zorientowała się, że w łóżku ma ochotę śmiać się i 
mocować niczym dziecko.
Szybkie, delikatne ugryzienia, pieszczotliwe łaskotki, śmiechy do utraty tchu.
Nigdy w życiu tak się nie śmiała, pomyślała, przyszpilając Roarke'a do materaca.
-  Mam cię.
-  To prawda. - Zachwycony Ewą, pozwolił, by przygniotła go ciałem i obsypała pocałunkami jego 
twarz. - Skoro mnie masz, to co zamierzasz ze mną zrobić?
-  Wykorzystać cię, oczywiście. - Ugryzła go delikatnie w dolną wargę. - Cieszyć się tobą. - Rozpięła i 
rozchyliła jego koszulę.
-   Naprawdę   masz   fantastyczne   ciało.   -   Z   przyjemnością   przeciągnęła   dłońmi   po   jego   piersi.   - 
Myślałam, że tego typu rzeczy też się przecenia. W końcu każdy, kto posiada wystarczająco dużo 
pieniędzy, może takie mieć.
-  Ja swojego nie kupowałem - odparł.
-  Nie, masz tu salę gimnastyczną, prawda? - Pochyliwszy się, przesunęła ustami po jego ramieniu. - 
Będziesz musiał mi ją kiedyś pokazać. Chętnie popatrzę, jak się pocisz.
Przetoczył   się   na   nią,   odwracając   ich   pozycje.   Poczuł,   że   Ewa   sztywnieje,   po  czym   odpręża   się 
zamknięta w jego ramionach. Postęp, pomyślał. Nabiera zaufania.
-   Jestem gotów pracować z tobą, pani porucznik, kiedy tylko będziesz miała ochotę. - Ściągnął jej 
sweter przez głowę. - W każdej chwili.
Uwolnił jej ręce. Czekał, by przyciągnęła go do siebie, objęła ramionami. Jak mocno, pomyślał, gdy 
ich miłosne zmagania stały się mniej żartobliwe. Jak czule. Jak niepokojąco. Wziął ją powoli i bardzo 
delikatnie, obserwował jej narastające podniecenie, słuchał cichych, chrapliwych jęków, gdy jej ciało 
wchłaniało każdy łagodny wstrząs.
Potrzebował jej. Wciąż drżał na myśl, że tak bardzo jej potrzebuje. Ukląkł podnosząc ją. Oplotła go 
swymi   gładkimi   jak   aksamit   nogami,   jej   ciało   wygięło   się   płynnie   do   tyłu.   Mógł   ją   całować, 
smakować jej rozpłomienione ciało, poruszając się w niej wolno, głęboko, rytmicznie.

background image

Za każdym razem, gdy wstrząsał nią dreszcz, zalewała go fala niewysłowionej rozkoszy. Z zachwytem 
patrzył na jej białą szyję. Całował ją, drażnił zębami, wtulał w nią twarz, wyczuwając pod delikatną 
skórą przyspieszony puls.
W końcu wymówiła chrapliwie jego imię, ujmując w dłonie jego głowę, przyciskając go do siebie, 
podczas gdy jej ciało drżało, drżało, drżało.

O

dkryła, że seks podziałał na nią uspokajająco i odświeżająco. Narastające powoli podniecenie, długi 

powolny finisz dodał jej energii. Nie czuła zakłopotania, gdy przesycona zapachem Roarke'a wkładała 
z powrotem ubranie. Była zadowolona z siebie.
-  Dobrze mi z tobą. - Zdziwiła się, że powiedziała to głośno, że pozwoliła, by uzyskał nad nią władzę.
Zrozumiał, że w ustach Ewy przyznanie się do tego było równoznaczne z głośnymi zapewnieniami 
innych kobiet o miłości.
-     Cieszę   się.   -   Przeciągnął   opuszkiem   palca   po   jej   policzku   i   wsunął   go   w   niewielki   dołek   w 
podbródku. - Podoba mi się pomysł bycia z tobą.
Odwróciła   się   i   przeszła   przez   pokój,   by   popatrzeć   na   kombinacje   cyfr   przesuwających   się   na 
umieszczonym na konsoli ekranie.
-  Dlaczego opowiedziałeś mi o swoim dzieciństwie w Dublinie, o swoim ojcu, o tym, co robiłeś?
-  Nie zostałabyś z kimś, kogo nie znasz. - Obserwował jej plecy, gdy wpychała koszulę do spodni. - 
Ty powiedziałaś mi trochę, więc i ja powiedziałem ci trochę. I myślę, że w końcu mi powiesz, kto cię 
skrzywdził, gdy byłaś dzieckiem.
-  Mówiłam ci, że nie pamiętam. - Z przerażeniem zauważyła cień paniki w swoim głosie. - Nie muszę 
pamiętać.
-  Nie denerwuj się. - Podszedł, by rozmasować jej ramiona. - Nie będę przyciskał cię do muru. Ewo, 
dobrze wiem, co to znaczy stworzyć się na nowo. Odgrodzić od tego, co było.
Co by to dało, gdyby jej powiedział, że bez względu na to, jak daleko się ucieknie, przeszłość zawsze 
zostaje dwa kroki za nami?
Zamiast tego objął ją w talii i ucieszył się, kiedy położyła dłonie na jego rękach. Wiedział, że patrzy 
na ekrany, które znajdowały się na przeciwległej ścianie. Nagle powiedziała:
-   Skurwiel, patrz na liczby: dochody, wydatki. Są cholernie do siebie zbliżone. Praktycznie takie 
same.
-  Są dokładnie takie same. - Poprawił ją Roarke i wypuścił z objęć, wiedząc, że będzie chciała stać z 
dala od niego. - Co do grosza.
-   Ale to niemożliwe. - Z wysiłkiem przypomniała sobie matematykę. - Nikt nie wydaje dokładnie 
tyle, ile zarabia. Każdy nosi przy sobie przynajmniej trochę gotówki, żeby coś kupić od ulicznego 
sprzedawcy, mieć na pepsi z automatu, dla dzieciaka, który przyniósł pizzę. Jasne, że to w większości 
sztuczne tworzywo albo wytwory elektroniki, ale trzeba mieć trochę forsy.
Zamilkła, odwróciła się.
- Już to widziałeś. Dlaczego, u diabła, nic nie powiedziałeś?      
-  Pomyślałem, że lepiej z tym poczekać do chwili znalezienia ukrytej przez niego gotówki. - Zerknął 
na ekran, na którym migające żółte światełko, oznaczające szukanie danych, rozbłysło na zielono. - 
No i chyba znaleźliśmy. Och, co za tradycjonalista z tego naszego Simpsona. Tak jak podejrzewałem, 
zaufał szanowanym i dyskretnym bankom szwajcarskim. Dane graficzne na ekranie piątym.
-  Jasna cholera. - Ewa z otwartymi ustami przyglądała się wykazowi bankowemu.
-  To we frankach szwajcarskich - wyjaśnił Roarke. - Przelicz na dolary amerykańskie, ekran szósty. 
Mniej więcej trzykrotnie większa suma. No i co ty na to, pani porucznik?
Krew się w niej zagotowała.
-   Wiedziałam,  że oszukuje. Psiakrew, wiedziałam.  I spójrz na wypłaty w ciągu ostatniego roku. 
Dwadzieścia   pięć   tysięcy   co   kwartał.   Sto   tysięcy   rocznie.   -   Z   lekkim   uśmiechem   popatrzyła   na 
Roarke'a. - To się zgadza z liczbami na liście Sharon. “Simpson - sto kaw." Ciągnęła z niego forsę.
-  Może ci się uda to udowodnić.
-  Udowodnię to, do cholery. - Zaczęła chodzić po pokoju. - Miała coś na niego. Może to był seks, 
może łapówki. Pewnie mieszanka mnóstwa małych brzydkich grzeszków. Więc jej płacił, by trzymała 
buzię na kłódkę.
Ewa wepchnęła ręce do kieszeni, po czym znowu je wyjęła.

background image

- Może podwyższyła stawkę. Może miał dość wyrzucania stu tysięcy dolców w błoto. Więc ją zabił. 
Ktoś   cały   czas   próbuje   utrudniać   śledztwo.   Ktoś,   kto   ma   władzę   i   dostęp   do   informacji.   To 
wskazywałoby na niego.
-  Co z dwiema pozostałymi ofiarami?
Pracowała nad tym. Pracowała nad tym, do jasnej cholery.
-   Wykorzystał jedną prostytutkę. Mógł wykorzystać i inne. Sharon i ta trzecia ofiara się znały, a 
przynajmniej   wiedziały   o   sobie.   Któraś   z   nich   mogła   znać   Lolę,   wspomnieć   o   niej,   nawet   ją 
zaproponować   dla   odmiany.   Do   diabła,   mógł   ją   wybrać   przez   przypadek.   Przy   pierwszym 
morderstwie poczuł dreszczyk podniecenia. Zabijanie go przerażało, ale jednocześnie pociągało.
Na chwilę przestała kręcić się po pokoju i rzuciła wzrokiem na Roarke'a. Wyjął papierosa, zapalił go, 
cały czas ją obserwując.
-  DeBlass jest jednym z jego popleczników - kontynuowała.
-     A   Simpson   gorąco   popiera   opracowaną   przez   DeBlassa   Ustawę   o   Moralności.   To   były   tylko 
prostytutki,   pomyślał.   Zwykłe   kurwy,   a   jedna   z   nich   w   dodatku   go   straszyła.   O   ile   bardziej 
niebezpieczna byłaby dla niego, gdyby zdobył fotel senatora?
Znowu się zatrzymała i zawróciła.
-  To wszystko bzdury.
-  Wydawało mi się, że brzmią całkiem sensownie.
-  Nie wtedy, kiedy przyjrzysz się temu człowiekowi. - Potarła palcami czoło. - Jest na to za głupi. 
Tak, uważam, że mógłby zabić, Bóg wie, że jest do tego zdolny, ale żeby mu tak gładko poszło z serią 
morderstw?  Jest  urzędnikiem -  administratorem,   rzecznikiem prasowym,   ale  nie  gliną.  Nawet  nie 
pamięta kodeksu karnego, jeśli asystent mu nie podpowie. Dawanie i przyjmowanie łapówek to nic 
trudnego, to po prostu biznes. Morderstwo popełnione ze strachu, z wściekłości, namiętności, tak. Ale 
żeby je zaplanować, wykonać plan krok po kroku? Nie. On nawet nie jest na tyle inteligentny, by 
manipulować prasą.
-  Więc ktoś mu pomógł.
-  Możliwe. Dowiem się, jeśli zdołam przycisnąć go do muru.
-  Mogę ci w tym pomóc. - Roarke zaciągnął się głęboko papierosem, zanim zgniótł niedopałek. - Jak 
myślisz, co zrobią media, jeśli otrzymają anonimowy wyciąg z tajnych kont Simpsona?
-  Nie zostawią na nim suchej nitki. Może wtedy udałoby nam się wydobyć od niego jakieś zeznanie, 
nawet gdyby go otaczała chmara adwokatów.
-   No właśnie. Decyzja należy do ciebie, pani porucznik. Pomyślała o przepisach, o obowiązującej 
procedurze, o systemie, którego była integralną częścią. I pomyślała o trzech zmarłych kobietach - i o 
trzech innych, którym może uratować życie.
-  Jest pewna reporterka. Nadine Furst. Daj jej to.

N

ie chciała z nim zostać. Wiedziała, że dostanie wezwanie i że powinna być wtedy 'w domu, i to 

sama. Sądziła, że nie uśnie, lecz zamknęła oczy i po chwili zaczęły zwidywać się jej koszmary.
Najpierw miała sen o morderstwie. Sharon, Lola, Georgie, każda z nich uśmiechała się do kamery. W 
chwili wystrzału strach błyskał w ich oczach, po czym opadały na ciepłe od seksu prześcieradła.
Tatuś. Lola nazywała  go tatusiem.  I Ewa pogrążyła  się z rozpaczą w dobrze jej znanym,  jeszcze 
bardziej przerażającym śnie.
Była   dobrą   dziewczynką.   Starała   się   być   dobra,   nie   sprawiać   kłopotów.   Jeśli   będziesz   sprawiała 
kłopoty, przyjdą gliny, zabiorą cię i wsadzą do głębokiej ciemnej dziury, gdzie jest pełno robaków, 
gdzie pająki będą podkradały się do ciebie na swych cienkich nóżkach.
Nie miała przyjaciółek. Jeśli ma się przyjaciółki, trzeba wymyślać historyjki o tym, skąd wzięły się 
siniaki na ciele. Opowiadać, że jest się niezdarą, nawet jeśli wcale się nią nie było. O tym, że się 
upadło, choć wcale się nie upadło. Poza tym nigdy nie mieszkali długo w jednym miejscu. Jeśli byli 
gdzieś dłużej, ci cholerni pracownicy socjalni zaraz zaczynali węszyć, zadawać pytania. To ci cholerni 
pracownicy socjalni mają zwyczaj wzywać gliniarzy, którzy mogą ją wsadzić do tej ciemnej dziury 
rojącej się od robaków.
Tatuś ją przecież ostrzegał.
Więc była dobrą dziewczynką, która nie miała żadnych przyjaciółek i przenosiła się z miejsca na 
miejsce, gdy tylko ktoś zwrócił na nią uwagę.
Ale to i tak nie miało żadnego znaczenia.

background image

Słyszała, gdy przychodził. Zawsze go słyszała. Nawet gdy była pogrążona w głębokim śnie, szuranie 
jego nagich stóp po podłodze budziło ją tak szybko, jak uderzenie pioruna.
Och, proszę, och, proszę, och, proszę... Modliła się, ale nie płakała. Jeśli płakała, była bita, a on i tak 
robił te tajemnicze rzeczy. Bolesne i tajemnicze rzeczy, o których wiedziała, nawet gdy miała pięć lat, 
że są złe.
Powiedział jej, że jest dobra. Cały czas, gdy jej to robił, mówił, że jest dobra. Ale wiedziała, że jest zła 
i że zostanie ukarana.
Czasami ją związywał. Kiedy słyszała, że drzwi jej pokoju otwierają się, skamlała cicho, modląc się, 
żeby tym razem jej nie związał. Nie będzie z nim walczyła, nie będzie, jeśli tylko jej nie zwiąże. Jeśli 
tylko nie zasłoni jej ręką ust, nie będzie krzyczała ani wzywała pomocy.
-  Gdzie jest moja mała dziewczynka? Gdzie jest moja dobra mała dziewczynka?
Łzy zbierały się w kącikach jej oczu, gdy wsuwał ręce pod prześcieradła, szturchając ją, badając, 
szczypiąc. Czuła jego oddech na swojej twarzy, słodki niczym cukierek.
Wbijał w nią palce, drugą ręką kneblując jej usta, gdy nabrała oddechu, by wrzasnąć. Nic nie mogła na 
to poradzić.
-     Bądź   cicho.   -   Jego   oddech   stawał   się   urywany,   obrzydliwie   podniecony,   lecz   nie   rozumiała 
dlaczego. Wbijał się palcami w jej policzki, a ona wiedziała, ze rano pojawią się tam siniaki. - Bądź 
dobrą dziewczynką. Jaka dobra dziewczynka.
Nie słyszała jego chrząkania, zagłuszonego przez jej nieme wrzaski. Krzyczała w duchu, krzyczała, 
krzyczała... Nie, tatusiu! Nie, tatusiu!
-   Nie! - Krzyk wydarł się jej z piersi, gdy usiadła gwałtownie na łóżku. Wilgotne i lepkie od potu 
ciało pokryło się gęsią skórką; drżąc ze strachu, naciągnęła koce pod samą brodę.
Nie pamiętała.  Nie będzie  pamiętała, pocieszała się  i podciągnąwszy kolana,  przycisnęła  do nich 
czoło. To tylko sen, już znikał. Potrafi wymazać go z pamięci -już to przedtem robiła - aż w końcu 
pozostanie po nim tylko lekkie uczucie mdłości.
Wciąż drżąc wstała, owinęła się szlafrokiem, by przezwyciężyć uczucie chłodu. W łazience puściła 
sobie na twarz strumień wody i stała pod nim, dopóki znowu nie zaczęła regularnie oddychać. Nieco 
uspokojona   wzięła   puszkę   z   pepsi,   weszła   z   powrotem   do   łóżka   i   włączyła   jedną   z   nowych 
całodobowych stacji.
Usadowiła się wygodnie; czekała.
To była główna wiadomość w dzienniku o szóstej rano, przeczytana przez Nadine o kocich oczach. 
Ewa była już ubrana, gdy przyszło wezwanie do Komendy Głównej.

17

J

eśli  miała  osobistą  satysfakcję   z  tego,  że  znalazła  się  w  zespole  przesłuchującym  Simpsona,  to 

dobrze to ukrywała. Z uwagi na jego pozycję skorzystali z biura Służb Bezpieczeństwa zamiast z 
pokoju przesłuchań.
Brak krat w oknach i błyszczący stolik z tworzywa sztucznego nie zmieniały faktu, że Simpson był w 
poważnych tarapatach. Kropelki potu nad górną wargą wskazywały, że wiedział, w jak poważnych.
-  Media próbują działać na szkodę wydziału - zaczaj Simpson, cytując oświadczenie przygotowane 
przez jego starszego doradcę. - Widząc, że śledztwo w sprawie brutalnego morderstwa trzech kobiet 
utknęło w martwym punkcie, media próbują zachęcić do polowania na czarownice. Jako szef policji 
jestem oczywistym celem.
-     Panie   dowódco   Simpson.   -   Nawet   mrugnięciem   powieki   komendant   Whitney  nie   okazał   swej 
wewnętrznej radości. Jego głos był poważny, wzrok posępny. W sercu świętował zwycięstwo. - Bez 
względu na powód wydrukowania tych danych będzie pan musiał wyjaśnić sprzeczność w swoich 
księgach podatkowych.
Simpson siedział sztywno, podczas gdy jeden z jego adwokatów pochylił się i szeptał mu coś do ucha.
-  Nie potwierdzam żadnej sprzeczności. Jeśli taka istnieje, nic o niej nie wiem.
-  Nie wie pan o ponad dwóch milionach dolarów?
-  Już skontaktowałem się z firmą, która prowadzi moje księgi rachunkowe. Nie ulega wątpliwości, że 
jeśli wkradł się do nich jakiś błąd, to z winy księgowych.
-  Czy pan potwierdza czy zaprzecza, że rachunek numer cztery siedemdziesiąt osiem dziewięć jeden 
jeden dwa siedem, cztery dziewięćdziesiąt dziewięć należy do pana?

background image

Po krótkiej konsultacji Simpson kiwnął głową.
-  Potwierdzam to. - Gdyby skłamał, pętla tylko by się zacisnęła. Whitney zerknął na Ewę. Wcześniej 
zgodzili się, że   nielegalne
konto jest sprawą policji skarbowej. Zależało im wyłącznie na tym, żeby Simpson potwierdził jego 
istnienie.
-     Czy   mógłby   pan   wytłumaczyć   wypłatę   stu   tysięcy   dolarów   w   czterech   równych 
dwudziestopięciotysięcznych ratach w zeszłym roku?
Simpson rozluźnił krawat.
-  Nie widzę powodu, dla którego miałbym wyjaśniać, na co wydaję swoje pieniądze, pani porucznik 
Dallas.
-  Więc może zechce pan wyjaśnić, jak to się stało, że na liście Sharon DeBlass znalazły się takie same 
sumy, z adnotacją, iż pochodzą od pana.
-  Nie wiem, o czym pani mówi.
-   Mamy dowód, że w przeciągu roku zapłacił pan Sharon DeBlass sto tysięcy dolarów w czterech 
dwudziestopięciotysięcznych ratach. - Ewa odczekała chwilę. - To całkiem duża suma jak na przypad-
kowych znajomych.
-  Nie mam nic do powiedzenia w tej sprawie.
-  Czy pana szantażowała?
-  Nie mam nic do powiedzenia.
-  Dowody mówią za pana - oświadczyła Ewa. - Szantażowała pana; płacił jej pan za milczenie. Na 
pewno zdaje pan sobie sprawę, że są tylko dwa sposoby, by przerwać tego typu proceder, dowódco 
Simpson. Pierwszy, przestaje pan płacić; drugi... eliminuje pan szantażystkę.
-  To absurd. Nie zabiłem Sharon. Płaciłem jej regularnie jak w zegarku. Ja...
-  Dowódco Simpson. - Starszy z zespołu prawników ścisnął Simpsona za ramię. Popatrzył łagodnym 
wzrokiem na Ewę. – Mój klient nie złoży żadnego oświadczenia na temat swojej znajomości z Sharon 
DeBlass. Oczywiście będziemy współpracowali z policją skarbową, jeśli będzie prowadziła śledztwo 
w sprawie mojego klienta. Jednak na razie nie postawiono mu żadnego konkretnego zarzutu. Jesteśmy 
tu tylko z uprzejmości i po to, by pokazać naszą dobrą wolę.
-  Zetknął się pan z kobietą znaną jako Lola Starr? – zapytała niespodziewanie Ewa.
-  Mój klient nie ma nic do powiedzenia.
-  Znał pan licencjonowaną prostytutkę Georgie Castle?
-  Ta sama odpowiedź - cierpliwie rzekł adwokat.
-  Od samego początku robił pan wszystko, by zamknąć śledztwo. - Dlaczego?
-  Czy to stwierdzenie faktu, pani porucznik Dallas? – spytał adwokat. - Czy pani opinia?
-   Podam fakty.  Znał pan Sharon DeBlass, łączyły was intymne  stosunki. Wyciągnęła z pana sto 
kawałków w ciągu roku. Ona nie żyje, a ktoś przekazuje poufne informacje na temat śledztwa. Jeszcze 
dwie inne kobiety zginęły. Wszystkie ofiary zarabiały na życie uprawiając legalnie prostytucję - coś, 
czemu pan się przeciwstawia.
-     Sprzeciw   wobec   prostytucji   jest   wyrazem   mojej   politycznej,   moralnej   i   osobistej   postawy  -   z 
napięciem w głosie rzekł Simpson.
- Całym sercem poprę każdą ustawę, która tego zakaże. Ale chyba nie zlikwidowałbym problemu, 
strzelając do prostytutek od czasu do czasu.
-  Posiada pan kolekcję starej broni. - Ewa nie dawała za wygraną.
-  Owszem — zgodził się Simpson, nie zwracając uwagi na swego adwokata. - Niewielką, ograniczoną 
kolekcję. Wszystkie  egzemplarze są zarejestrowane, zabezpieczone i spisane. Byłbym  niezmiernie 
szczęśliwy, gdybym mógł je przekazać komendantowi Whitneyowi do sprawdzenia.
-  Doceniam to - odparł Whitney, szokując Simpsona swoją zgodą.
- Dziękuję panu za współpracę.
Simpson wstał; widać było, że targają nim gwałtowne uczucia.
-  Kiedy ta sprawa się wyjaśni, będę pamiętał o tym spotkaniu. - Jego oczy spoczywały przez chwilę 
na Ewie. - Będę pamiętał, kto zaatakował urząd szefa policji i bezpieczeństwa.
Komendant Whitney poczekał, aż Simpson wyjdzie wraz grupą swoich prawników.
-  Kiedy to się stanie, nawet nie będzie mógł się zbliżyć do gabinetu szefa policji i bezpieczeństwa.
-  Potrzeba mi było więcej czasu, żeby go rozpracować. Dlaczego pozwolił mu pan odejść?

background image

-   Jego nazwisko nie było jedyne na liście DeBlass - przypomniał jej Whitney. - I jak na razie nie 
znaleźliśmy powiązań między nim a dwiema pozostałymi ofiarami. Wyeliminuj wszystkich innych z 
tej listy, znajdź powiązania, a dam ci tyle czasu, ile będziesz potrzebowała. - Przerwał grzebiąc w 
wydrukach   dokumentów,   które   zostały   przesłane   do   jego   biura.   -   Dallas,   wydawałaś   się   dobrze 
przygotowana   do   tego   przesłuchania.   Niemal   tak,   jakbyś   go   oczekiwała.   Chyba   nie   muszę   ci 
przypominać, że manipulowanie prywatnymi dokumentami jest niezgodne z prawem.
-  Nie, sir.
-  Tak myślałem. Jesteś wolna.
Gdy szła w stronę drzwi, wydawało się jej, że usłyszała, jak mruknął “Dobra robota", ale mogła się 
mylić. Jechała windą do swego wydziału, kiedy zamigał jej komunikator.
-  Dallas.
-  Telefon do ciebie. Charles Monroe.
-  Oddzwonię do niego.
W drodze do archiwum zamówiła filiżankę szlamowatej namiastki kawy i coś, co mogło uchodzić za 
pączka. Otrzymanie kopii dyskietek z trzema morderstwami zajęło jej prawie dwadzieścia minut.
Zamknąwszy się w swoim biurze, obejrzała je ponownie. Przestudiowała swoje notatki, zrobiła nowe.
Za każdym razem ofiara znajdowała się na łóżku. Za każdym razem prześcieradła były zmiętoszone. 
Za każdym razem kobiety były nagie. Miały rozczochrane włosy..
Mrużąc oczy, rozkazała zatrzymać obraz, na którym była Lola Starr, i zrobić zbliżenie.
-  Skóra zaczerwieniona na lewym pośladku - mruknęła. - Nie zauważyłam tego wcześniej. Dostała 
lanie? Podniecało go okazywanie swojej przewagi? Chyba nie wystąpiły siniaki ani pręgi. Każ Fe-
eneyowi zrobić powiększenie i dokładnie to ustalić. Przełącz na taśmę z DeBlass.
Ewa jeszcze raz ją obejrzała. Sharon śmiała się do kamery, wymyślała jej, dotykała się, balansowała 
ciałem.
-   Zatrzymaj  obraz. Kwadrant - cholera - spróbuj szesnasty,  trzeba powiększyć.  Nie ma  żadnych 
znaków - powiedziała. - Jedź dalej. No, Sharon, pokaż mi prawą stroną, tak na wszelki wypadek. 
Jeszcze trochę. Zatrzymaj. Kwadrant dwunasty, zrób powiększenie. Nie masz żadnych śladów. Może 
ty sprawiłaś mu lanie, hę? Puść dyskietkę z Castle. Chodź, Georgie, zobaczymy.
Patrzyła, jak kobieta się uśmiecha, flirtuje, podnosi rękę, by przygładzić potargane włosy. Ewa znała 
już na pamięć ten dialog: “Było cudownie. Jesteś fantastyczny".
Klęczała z odchylonymi do tyłu biodrami, w jej oczach malowała się wesołość, chęć do zabawy. Ewa 
poganiała ją w duchu, by się poruszyła, przesunęła, przynajmniej trochę. Wreszcie Georgie ziewnęła 
delikatnie i odwróciła się, by poprawić poduszki.
-  Zatrzymaj. Och, tak, dał ci parę klapsów, prawda? Niektórzy faceci lubią się bawić w tatusia i złą 
dziewczynkę.
Nagły błysk rozjaśnił jej umysł. Opadły ją wspomnienia, mocne, piekące uderzenie w pośladek, ciężki 
oddech.   “Musisz   zostać   ukarana,   mało   dziewczynko.   Potem   tatuś   pocałuje   i   nie   będzie   bolało. 
Pocałuje i nie będzie bolało".
-  Chryste! - Drżącymi rękami potarła twarz. - Zatrzymaj. Zostaw to. Zostaw.
Sięgnęła po zimną kawę, lecz w filiżance znalazła same fusy. Przeszłość jest przeszłością, upomniała 
się w duchu, i nie ma z nią nic wspólnego. I ze sprawą, którą się teraz zajmuje.
-  Ofiara druga i trzecia mają ślady bicia na pośladkach. Żadnych śladów na ciele pierwszej ofiary. - 
Zrobiła głęboki wdech i wydech. Trochę się uspokoiła. - Różnice w metodzie działania. Wyraźna 
reakcja emocjonalna podczas pierwszego morderstwa, podczas dwóch następnych - nie występuje.
Jej telełącze zahuczało, ale je zignorowała.
-   Przypuszczenie: Przestępca nabrał pewności siebie, rozkoszował się następnymi  morderstwami. 
Uwaga: dom i mieszkanie ofiary drugiej nie były objęte systemem zabezpieczeń. Zgodnie z zapisem 
kamer inwigilujących, morderca przebywał u ofiary trzeciej trzydzieści trzy minuty krócej niż u ofiary 
pierwszej. Przypuszczenie: Bardziej sprawny, bardziej pewny siebie, mniej chętny do zabawy z ofiarą. 
Chce szybciej zabić.
Przypuszczenie, przypuszczenie, pomyślała, a jej komputer po denerwującym charczeniu potwierdził, 
że współczynnik prawdopodobieństwa wynosi dziewięćdziesiąt sześć przecinek trzy. Lecz coś jeszcze 
zgadzało się ze sobą, gdy przejrzała dokładnie trzy dyskietki, porównując ich fragmenty.

background image

-  Podziel ekran - rozkazała. - Ofiara pierwsza i druga od początku. Kot Sharon uśmiechał się, Loli - 
dąsał. Obie kobiety patrzyły w kierunku kamery, w kierunku mężczyzny, który stał za nią. Mówiły do 
niego.
-   Zatrzymaj  obrazy - powiedziała Ewa tak cicho, że tylko wyczulone ucho komputera mogło ją 
usłyszeć. - O Boże, co my tu mamy?
To była mała rzecz, drobna rzecz, którą łatwo można było przeoczyć, gdy skupiało się uwagę na 
brutalności morderstw. Lecz teraz to zobaczyła, oczami Sharon. Oczami Loli.
Wzrok Loli był zwrócony wyżej.
Można to przypisać różnej wysokości łóżek, pomyślała Ewa, wyświetlając na monitorze trzeci obraz, 
który przedstawiał Georgie. Wszystkie kobiety miały przechylone głowy. W końcu siedziały, a on 
najprawdopodobniej  stał. Ale  kąt  patrzenia,  punkt, w który się  wpatrywały...  Tylko  w przypadku 
Sharon był inny.
Nie odrywając wzroku od ekranu, Ewa zadzwoniła do doktor Miry.
-  Nie obchodzi mnie, co robi - warknęła do mówiącej dudniącym głosem recepcjonistki. - To pilne.
Zaklęła, gdy kazano jej czekać i słuchać straszliwej cukierkowej muzyki, od której puchły jej uszy.
-  Jedno pytanie - powiedziała, gdy tylko połączono ją z Mirą.
-  Słucham, pani porucznik.
-  Czy możliwe, byśmy mieli dwóch morderców?
-   Jakiegoś naśladowcę? Mało prawdopodobne, jeśli weźmie  się pod uwagę, że metody działania 
mordercy były trzymane w ścisłej tajemnicy.
-     Cholerne   przecieki.   Znalazłam   różnice   w   postępowaniu   zabójcy.   Niewielkie,   ale   wyraźne.   - 
Zniecierpliwiona opisała je w skrócie. - Przyjmijmy pewną teorię, pani doktor. Pierwsze morderstwo 
zostało popełnione przez kogoś, kto dobrze znał Sharon, kto zabił w afekcie, po czym zdołał się na 
tyle opanować, by zatrzeć za sobą wszelkie ślady. Dwa następne są odbiciem pierwszej zbrodni - 
wyrafinowe, szczegółowo przemyślane, popełnione przez kogoś bezwzględnego, wyrafinowanego, nie 
związanego ze swymi ofiarami. I wyższego, do cholery.
-  To tylko teoria, pani porucznik. Przykro mi, ale bardziej prawdopodobne jest to, że wszystkie trzy 
morderstwa zostały popełnione przez tego samego człowieka, który z każdym sukcesem staje się coraz 
bardziej   wyrachowany.   Moim   zdaniem   nikt,   kto   nie   był   wtajemniczony   w   szczegóły   pierwszej 
zbrodni, nie mógłby tak doskonale ich powielić w dwóch następnych.
Jej komputer także ocenił prawdopodobieństwo tej teorii na czterdzieści osiem przecinek pięć procent.
-    Okay,  dziękuję.   -   Ewa,   ostudzona   w   swoim   zapale,   rozłączyła   się.   To   głupie,   że   czuje   się 
rozczarowana. O ileż byłoby gorzej, gdyby musiała szukać dwóch mężczyzn zamiast jednego?
Jej łącze znowu zabrzęczało. Zaciskając zęby ze złości, włączyła przycisk.
-  Dallas, o co chodzi?
-  Hej, słodka pani porucznik, facet może pomyśleć, że nic cię nie obchodzi.
-  Nie mam czasu na zabawy, Charles.
-  Hej, nie rozłączaj się. Mam coś dla ciebie.
-  Jeśli to jakiś głupi dowcip...
-   Nie, naprawdę. O rany, wystarczy poflirtować z kobietą raz czy dwa, a przestaje traktować cię 
poważnie. - Na jego idealnie obojętnej twarzy pojawił się wyraz cierpienia. - Prosiłaś mnie, żebym za-
dzwonił, gdybym sobie coś przypomniał, prawda?
-  Prawda. - Trochę cierpliwości, nakazała sobie w duchu. - Więc, przypomniałeś sobie?
-  Te pamiętniki nie dawały mi spokoju. Pamiętasz, powiedziałem, że zawsze wszystko zapisywała. 
Ponieważ ich szukasz, domyśliłem się, że nie było ich w mieszkaniu Sharon.
-  Powinieneś zostać detektywem.
-   Lubię swoją pracę. W każdym razie zaczajeni się zastanawiać, gdzie mogła je przechowywać. I 
przypomniałem sobie o skrytce depozytowej.
-  Już to sprawdziliśmy. Dzięki, w każdym razie.
-     Och!   No,   ale   jak   się   do  niej   dostaniesz   beze   mnie?   Sharon  nie   żyje.   Ewa   w   ostatniej   chwili 
powstrzymała się przed przerwaniem
połączenia.
-  Bez ciebie?
-     No.   Trzy   lata   temu   poprosiła   mnie,   żebym   podpisał   się   za   nią   przy   otrzymywaniu   skrytki. 
Powiedziała, że nie chce, by jej nazwisko znalazło się w spisie klientów.

background image

Serce Ewy zaczęło walić młotem.
-  Ale co jej to dało?
Charles uśmiechnął się nieśmiało i czarująco.
-   Cóż, podałem ją za swoją siostrę. Mam jedną w Kansas City.  Więc wpisaliśmy ją jako Annie 
Monroe. Wnosiła wszystkie opłaty za wynajmowanie skrytki, więc kompletnie o tym zapomniałem. 
Nie mam nawet pewności, czy ją zachowała, lecz pomyślałem, że może chciałabyś o tym wiedzieć.
-  Gdzie jest ten bank?
-  Na Manhattanie, przy Madison.
-  Posłuchaj mnie, Charles. Jesteś w domu, prawda?
-  Zgadza się.
-  Zostań tam. Nigdzie się nie ruszaj. Będę u ciebie za piętnaście minut. Pojedziemy do banku, ty i ja.
-  Jeśli tylko tyle mogę dla ciebie zrobić... Hej, dałem ci dobrą wskazówkę, słodka pani porucznik?
-  Po prostu siedź w domu.
Wkładała już kurtkę, kiedy jej telełącze znowu zahuczało.
-  Dallas.
-  Tu oficer dyżurny. Dallas, ktoś chce z tobą rozmawiać. Obraz wyłączony. Ta osoba nie chce zostać 
zidentyfikowana.
-  Ustaliliście, skąd dzwoni?
-  Ustalamy.
-  Zatem przełączcie. - Podniosła swoją torbę, gdy włączył się dźwięk. - Tu Dallas.
-  Jest pani sama? - Rozległ się kobiecy, drżący głos.
-  Tak. Chce pani, żebym jej pomogła?
-  To nie była moja wina. Musi pani wiedzieć, że to nie była moja wina.
-  Nikt pani nie wini. - Wyćwiczone ucho Ewy wychwyciło w głosie nieznajomej zarówno strach, jak i 
ból. - Po prostu proszę mi powiedzieć, co się stało.
-   Zgwałcił mnie. Nie mogłam go powstrzymać. Ją także zgwałcił. Potem ją zabił. Mnie też mógł 
zabić.
-  Proszę mi powiedzieć, gdzie pani jest? - Wpatrywała się w ekran, czekając na jakieś dane.
Urywany oddech, pojękiwanie.
-  Powiedział, że to ma być tajemnica. Nie mogłam powiedzieć. Zabił ją, więc nie mogła powiedzieć. 
Teraz ja zostałam. Nikt mi nie uwierzy.
-  Ja pani wierzę. Pomogę pani. Proszę mi powiedzieć... - Zaklęła, gdy połączenie zostało przerwane. - 
Skąd? - spytała przełączywszy się na oficera dyżurnego.
-   Front Royal, Yirginia. Numer siedem zero trzy, pięć pięć pięć, trzydzieści dziewięć zero osiem. 
Adres...
-     Nie   potrzebuję   go.   Połączcie   mnie   z   kapitanem   Ryanem   Feeneyem   z   Wydziału   Rozpoznania 
Elektronicznego. Szybko.
Dwie minuty to nie było wystarczająco szybko. Czekając Ewa omal nie wywierciła sobie dziury w 
skroni.
-  Feeney, mam coś, i to naprawdę ważnego. -Co?
-  Na razie nie mogę ci powiedzieć, ale jesteś mi potrzebny. Musisz pojechać po Charlesa Monroe.
-  Chryste, Ewo, mamy go?
-  Jeszcze nie. Monroe zaprowadzi cię do skrytki depozytowej Sharon. Dobrze się nim zajmij, Feeney. 
Jeszcze będzie nam potrzebny. I cholernie dobrze zajmij się tym, co znajdziesz w skrytce.
-  Co zamierzasz zrobić?
-  Muszę złapać samolot. - Przerwała połączenie, po czym zadzwoniła do Roarke'a. Straciła kolejne 
trzy cenne minuty, zanim pokazał się na monitorze.
-    Miałem  do  ciebie   dzwonić,   Ewo.   Wygląda   na   to,   że   będę   musiał   polecieć   do  Dublina.   Może 
chciałabyś mi towarzyszyć?
-  Roarke, potrzebny mi twój samolot. Natychmiast. Muszę jak najszybciej dostać się do Yirginii. Jeśli 
będę korzystać z policyjnych albo publicznych środków transportu...
-  Samolot będzie czekał na ciebie. Terminal C, wejście 22. Zamknęła oczy.
-  Dzięki. Jestem twoją dłużniczką.

J

ej wdzięczność trwała, dopóki nie przybyła na miejsce i nie ujrzała czekającego na nią Roarke'a.

background image

-   Nie  mam  czasu  na  rozmowę   - powiedziała  oschle.  Jej  długie  nogi  błyskawicznie  pokonywały 
odległość między wejściem a windą.
-  Pogadamy podczas lotu.
-  Nie lecisz ze mną. To oficjalne...
-  To jest mój samolot, pani porucznik - przerwał jej łagodnie, gdy drzwi kabiny zamknęły się i winda 
zaczęła cicho sunąć w górę.
-  Czy zawsze musisz stawiać warunki?
- Tak. Ale tym razem jest inaczej, niż myślisz. Właz otworzył się. Steward już na nich czekał.
-  Witamy na pokładzie, sir, pani porucznik. Czy podać państwu coś do picia?
-   Nie, dziękuję. Powiedz pilotowi, żeby startował, gdy tylko dostanie pozwolenie. - Roarke zajął 
swoje   miejsce;   Ewa   stała   pieniąc   się   ze   złości.   -   Nie   wystartujemy,   dopóki   nie   usiądziesz   i   nie 
zapniesz pasów.
-  Myślałam, że wybierasz się do Irlandii. - Mogła próbować się z nim kłócić albo po prostu usiąść.
-  Tamta podróż może poczekać. Ta nie. Ewo, zanim przedstawisz mi swoje stanowisko, pozwól, że 
wyjaśnię ci moje. Jedziesz do Virginii w dużym pośpiechu. To sugeruje, że masz nowe informacje w 
sprawie DeBlass. Beth i Richard są moimi  przyjaciółmi,  oddanymi  przyjaciółmi.  Nie mam  wielu 
oddanych przyjaciół, ty też nie. Postaw się w mojej sytuacji. Co byś zrobiła?
Zabębniła palcami o oparcie fotela, gdy samolot zaczął kołować.
-  To nie jest sprawa osobista.
-  Dla ciebie nie. Dla mnie szalenie osobista. Beth skontaktowała się ze mną, jeszcze zanim kazałem 
przygotować samolot. Poprosiła, żebym przyjechał.
-  Dlaczego?
-  Nie chciała powiedzieć. Nie musiała - wystarczyło, że poprosiła. Ewie trudno było czynić mu zarzut 
z tego, że jest lojalny.
-  Nie mogę cię zatrzymać, ale ostrzegam, to sprawa wydziału.
-  A w wydziale wrze od samego rana - rzekł spokojnym głosem - z powodu pewnej informacji, która 
przedostała się do prasy z niewiadomego źródła.
Wypuściła z sykiem powietrze. Nie da się zapędzić w kozi róg.
-  Jestem ci wdzięczna za pomoc.
-  Wystarczająco mocno, by mi powiedzieć, jaki będzie tego wynik?
-     Wydaje   mi   się,   że   facet   wyleci   z   pracy  jeszcze   dzisiaj.   -   Niespokojnie   poruszyła   ramionami, 
wyglądając przez okno; chciała jak najszybciej dolecieć na miejsce. - Simpson będzie próbował zwalić 
całą winą na firmę, która prowadziła jego księgi rachunkowe. Nie sądzę, żeby mu się to udało. Policja 
skarbowa oskarży go o przestępstwo podatkowe. Sądzę, że wewnętrzne śledztwo ujawni, skąd brał 
pieniądze. Biorąc pod uwagę wyobraźnię Simpsona, obstawiam łapówki.
-  I szantaż?
-  Och, to on jej płacił. Zdążył to potwierdzić, zanim jego adwokat poradził mu milczenie. I będzie się 
tego trzymał, gdy tylko uświadomi sobie, że przyznanie się do opłacania szantażystki jest o wiele 
mniej ryzykowne od przyznania się do udziału w morderstwie.
Wyjęła swój komunikator i poprosiła o połączenie z Feeneyem.
-  Cześć, Dallas.
-  Masz je?
Feeney podniósł niewielkie pudełko, tak by mogła je zobaczyć na malutkim ekranie.
-  Wszystkie opisane i opatrzone datami. Wspomnienia z jakichś dwudziestu lat.
-  Jedź od końca, zacznij od ostatniego wpisu. Powinnam dotrzeć do celu za jakieś dwadzieścia minut. 
Skontaktuję się z tobą, gdy tylko zbadam, jak wygląda sytuacja.
-  Cześć, słodka pani porucznik. - Charles wsunął głowę w ekran i uśmiechnął się do niej promiennie. 
- Jak się spisałem?
-  Świetnie. Dzięki. Ale na razie zapomnij o skrytce depozytowej, pamiętnikach, wszystkim.
-     Jakich   pamiętnikach?   -   powiedział   mrugając   do   niej.   Przesłał   jej   pocałunek,   zanim   Feeney 
odepchnął go łokciem.
-  Wracam do Centrali. Będziemy w kontakcie.
-  Rozmowa skończona. - Ewa wyłączyła się i wsunęła komunikator z powrotem do kieszeni.
Roarke odczekał chwilę.
-  Słodka pani porucznik?

background image

-  Zamknij się, Roarke. - Przymknęła oczy, by okazać mu lekceważenie, lecz nie była w stanie stłumić 
triumfalnego uśmiechu.

K

iedy wylądowali, musiała przyznać, że nazwisko Roarke'a działa szybciej niż odznaka. W ciągu 

paru   minut   byli   we   wspaniałym   wynajętym   samochodzie   i   mknęli   do   Front   Royal.   Roarke   sam 
prowadził i robił to doskonale.
-  Brałeś udział w rajdzie Safari?
-  Nie. - Zerknął na nią, gdy jechali pod górę drogą 95 z prędkością prawie stu mil na godzinę. - Ale 
uczestniczyłem w kilku innych, liczących się na świecie.
-  Wyobrażam sobie. - Zabębniła palcami w chropowaty drążek, gdy wystrzelił samochodem pionowo 
w górę, przelatując śmiało
-  i wbrew przepisom - nad blokującymi przejazd samochodami.
- Powiedziałeś, że Richard jest twoim dobrym przyjacielem. Jak byś go opisał?
-  Inteligentny, skory do poświęceń, spokojny. Rzadko się odzywa, jeśli nie ma nic konkretnego do 
powiedzenia. Żyje w cieniu swego ojca, z którym często się nie zgadza.
-  Jak byś opisał jego stosunki z ojcem?
Samochód opadł z powrotem na ziemię, ledwo ślizgając się oponami po powierzchni jezdni.
-  Z jego nielicznych wypowiedzi i z tego, co wypsnęło się Beth, wnioskuję, że cechowała je wrogość 
i poczucie zawodu.
-  A jego stosunki z córką?
-   Wybór, jakiego dokonała, pozostawał w sprzeczności z jego stylem życia, z jego, cóż, zasadami, 
jeśli wolisz. Zawsze uważał, że człowiek powinien mieć wolność wyboru własnej drogi życiowej. 
Jednak nie mogę sobie wyobrazić ojca, który chciałby, żeby jego córka zarabiała na życie sprzedając 
własne ciało.
-  Czy czuwał nad bezpieczeństwem ojca podczas ostatniej kampanii wyborczej do senatu?
Znowu wzniósł pojazd w powietrze, skierował go poza drogę, mrucząc coś o skrócie. W milczeniu 
przeleciał nad polanką, kilkoma domami mieszkalnymi i opadł na cichą podmiejską ulicę.
Przestała liczyć wykroczenia drogowe.
-     Lojalność   rodzinna   jest   ważniejsza   od   polityki.   Człowiek   o   poglądach   DeBlassa   jest   albo 
bezgranicznie kochany, albo bezgranicznie nienawidzony. Richard może nie zgadzać się z ojcem, lecz 
na pewno nie pragnie, by został skrytobójczo zamordowany. A ponieważ specjalizuje się w przepisach 
dotyczących ochrony, to naturalną koleją rzeczy pomaga ojcu.
Syn chroni ojca, pomyślała Ewa.
-  A jak daleko DeBlass mógłby się posunąć, by chronić swego syna?
-  Przed czym? Richard jest bardzo powściągliwy. Najchętniej trzyma się na uboczu, niewiele mówi o 
prowadzonych przez siebie sprawach. On... - Dopiero teraz zrozumiał wagę pytania. - Znajdź sobie 
inny cel - wycedził przez zęby. - To zły cel.
-  Zobaczymy.

D

om   na   wzgórzu   tchnął   spokojem.   Przycupnięty   pod   niebieskim   zimnym   niebem,   wyglądał 

przytulnie z kilkoma odważnymi krokusami, które zaczynały wyglądać spod zmarzniętej trawy.
Pozory   często   mylą,   pomyślała   Ewa.   Wiedziała,   że   to   nie   jest   dom   łatwego   bogactwa,   cichego 
szczęścia i spokojnego życia. Teraz, kiedy wiedziała, co się wydarzyło za tymi różowymi murami i 
błyszczącymi szybami, była tego pewna.
Elizabeth sama otworzyła im drzwi. Była bledsza i chudsza niż wtedy, gdy Ewa widziała ją po raz 
ostatni. Miała zapuchnięte od płaczu oczy,  a szyte  na miarę spodnie zwisały luźno na biodrach - 
skutek niedawnego spadku wagi.
-  Och, Roarke. - Gdy Elizabeth znalazła się w jego ramionach, Ewa usłyszała, jak chrzęszczą kruche 
kości. - Przepraszam, że cię tutaj ściągnęłam. Nie powinnam była zawracać ci głowy.
-  Nie bądź głupia. - Odchylił jej głowę do tyłu z taką delikatnością, że Ewa poczuła dziwne ukłucie w 
sercu i musiała bardzo się starać, by zachować rezerwę. - Beth, nie dbasz o siebie.
-   Nie mogę normalnie funkcjonować, nie mogę myśleć ani nic robić. Ziemia chwieje mi się pod 
stopami i... - Przerwała, przypomniawszy sobie, że nie są sami. - Pani porucznik Dallas.
Elizabeth popatrzyła na Roarke'a z wyrazem oskarżenia w oczach, co nie uszło uwagi Ewy.

background image

-  On mnie tu nie przywiózł, pani Barrister. To ja go przywiozłam. Dziś rano otrzymałam telefon z 
tego miejsca. Czy to pani dzwoniła?
-  Nie. - Elizabeth cofnęła się. Splotła ręce i zaczęła wykręcać palce. - Nie, nie dzwoniłam. To musiała 
być   Catherine.   Przyjechała   tu   wczoraj   w   nocy,   zupełnie   niespodziewanie.   Rozhisteryzowana, 
podenerwowana.  Jej  matka  została  zabrana  do  szpitala,  a  rokowania  są  złe.  Myślę,  że  stres,  jaki 
przeżyła  w ciągu ostatnich paru tygodni, po prostu był  dla niej za duży.  Dlatego cię wezwałam, 
Roarke. Richardowi już brakuje pomysłu. Ja niewiele mogę mu pomóc. Potrzebowaliśmy kogoś...
-  Może wejdziemy i usiądziemy?
-  Są w saloniku. - Elizabeth odwróciła się gwałtownie, by rzucić okiem na hali. - Ona nie chce przyjąć 
żadnych  środków uspokajających,  nie chce niczego wyjaśnić. Pozwoliła nam tylko zadzwonić do 
swego męża i  syna, powiedzieć im, że jest tutaj i żeby nie przyjeżdżali. Opętała ją myśl, że grozi im 
jakieś niebezpieczeństwo. Przypuszczam, że pod wpływem tego, co przydarzyło się Sharon, zaczęła 
bardziej martwić się o swoje dziecko. Ogarnęła ją obsesja uchronienia go przed Bóg wie czym.
-  Jeśli do mnie dzwoniła - wtrąciła Ewa - to może ze mną porozmawia.
-  tak. Tak, dobrze.
Poprowadziła ich przez hali do schludnego, zalanego słońcem saloniku. Catherine DeBlass siedziała 
na sofie, wtulona w ramiona brata. Ewa nie była pewna, czy ją pocieszał, czy strofował. Richard 
podniósł niespokojne oczy na Roarke'a.
-   Dobrze, że przyjechałeś. Mamy kłopot, Roarke. - Jego głos zadrżał, niemal się załamał. - Mamy 
kłopot.
Roarke przykucnął przed Catherine.
-  Elizabeth, dlaczego nie każesz podać kawy? - zapytał.
-  Och, oczywiście. Przepraszani.
-   Catherine. - Jego głos był łagodny, podobnie jak dotyk ręki, którą położył jej na ramieniu. Ale 
Catherine wzdrygnęła się i popatrzyła na niego oszalałym wzrokiem.
-  Nie dotykaj mnie. Co... co ty tu robisz?
-  Przyjechałem zobaczyć się z Beth i Richardem. Przykro mi, że czujesz się niezbyt dobrze.
-  Dobrze? - Wydała jakiś dźwięk, który mógł być stłumionym śmiechem. - Nikt z nas już nigdy nie 
będzie czuł się dobrze. Jak byśmy mogli? Wszyscy jesteśmy skażeni. Wszyscy ponosimy winę.
-  Za co?
Potrząsnęła głową, wciskając się w róg kanapy.
-  Nie mogę z tobą rozmawiać.
-  Pani senator DeBlass. Jestem porucznik Dallas. Dzwoniła pani do mnie nie tak dawno temu.
-  Nie, nie, nie dzwoniłam. - Przerażona Catherine objęła się mocno ramionami. - Nie dzwoniłam. Nic 
nie powiedziałam.
Ody Richard pochylił się, by jej dotknąć, Ewa posłała mu ostrzegawcze spojrzenie. Celowo usiadła 
między nimi i wzięła zimną rękę Catherine.
-  Chciała pani, żebym jej pomogła. I pomogę pani.
-  Nie może pani. Nikt nie może. Popełniłam błąd, dzwoniąc. Musimy zachować to w rodzinie. Mam 
męża. Mam synka. - Łzy zaczęły płynąć z jej oczu. - Muszę ich chronić. Muszę wyjechać, daleko 
wyjechać, bym mogła ich chronić.
-   My ich ochronimy - powiedziała cicho Ewa. - Ochronimy panią. Było za późno, żeby ochronić 
Sharon. Nie może pani winić się za to.
-  Nie próbowałam tego powstrzymać - wyszeptała Catherine.
-  Może nawet się ucieszyłam, ponieważ to nie byłam ja. To nie byłam ja.
-  Pani DeBlass, mogę pani pomóc. Mogę ochronić panią i pani rodzinę. Proszę mi powiedzieć, kto 
panią zgwałcił?
Richard syknął zszokowany.
-  Mój Boże, co pani mówi? Co... Ewa spiorunowała go wzrokiem.
-  Proszę być cicho. Tu już nie ma tajemnic.
-  Tajemnice - szepnęła Catherine drżącymi wargami. - Muszę to utrzymać w tajemnicy.
-   Nie, nie musi pani. Takie tajemnice bolą. Wżerają się w człowieka. Wywołują strach i poczucie 
winy.    Ci, którzy chcą, aby dochować takiego sekretu, właśnie to wykorzystują  - poczucie winy, 
strach, wstyd. Jedynym sposobem przezwyciężenia tego jest wyznanie prawdy. Proszę mi powiedzieć, 
kto panią zgwałcił.

background image

Catherine odetchnęła gwałtownie. Popatrzyła przerażonym wzrokiem na brata. Ewa zwróciła ku sobie 
i przytrzymała jej twarz.
-  Niech pani na mnie spojrzy. Tylko na mnie. I powie mi, kto panią zgwałcił. Kto zgwałcił Sharon?
-  Mój ojciec. - Jęk rozpaczy wyrwał się jej z piersi. - Mój ojciec. Mój ojciec. Mój ojciec. - Schowała 
twarz w dłoniach i zatkała.
-  O Boże! - Stojąca w drugim końcu pokoju Elizabeth cofnęła się gwałtownie, wpadając na służącą z 
tacą. Porcelanowa zastawa roztrzaskała się o podłogę. Kawa wyciekła ciemną strużką na przepiękny 
dywan. - O mój Boże! Moje dziecko!
Richard zerwał się z kanapy i podtrzymał żonę, gdy się zachwiała.
-  Zabiję go za to! Zabiję go! - krzyknął i wtulił twarz w jej włosy.
- Beth! Och, Beth!
-   Zrób dla nich wszystko,  co w twojej mocy - szepnęła Ewa  do Roarke'a i przytuliła do siebie 
Catherine.
-  Myślałaś, że to Richard - rzekł półgłosem Roarke.
-   Tak. - Podniosła na niego oczy, przygasłe i ponure. - Myślałam, że to ojciec Sharon. Pewnie nie 
chciałam uwierzyć, że tak ohydny proceder można uprawiać przez tyle lat. Roarke pochylił się do 
przodu. Miał kamienną twarz.
-  Tak czy inaczej, DeBlass już jest martwy.
-  Pomóż swoim przyjaciołom - spokojnie powiedziała Ewa.

18

P

ozwoliła   Catherine   się   wypłakać,   choć   dobrze   wiedziała,   że   łzy   nie   zmyją   rany   z   jej   duszy. 

Wiedziała także, że sama nie byłaby w stanie zapanować nad sytuacją. To Roarke polecił służbie 
uprzątnąć skorupy rozbitego serwisu, uspokajał przyjaciół, trzymał  ich za ręce, a kiedy uznał, że 
nadszedł właściwy moment, łagodnie zaproponował Elizabeth, by napiła się herbaty.
Elizabeth sama ją przyniosła i dokładnie zamknęła drzwi do salonu, zanim podała szwagierce filiżankę 
herbaty.
-  Proszę, kochanie, napij się trochę.
-  Przykro mi. - Catherine objęła filiżankę dłońmi, by je rozgrzać. - Przykro mi. Myślałam, że to się 
skończyło. Musiałam tak myśleć. Inaczej nie mogłabym żyć.
-  Wszystko w porządku. - Elizabeth, blada jak ściana, podeszła do męża.
-  Pani DeBlass, musi mi pani o wszystkim opowiedzieć. Pani senator DeBlass? - Ewa poczekała, aż 
Catherine   ponownie   skupi   na   niej   uwagę.   -   Czy   rozumie   pani,   że   przebieg   tej   rozmowy   jest 
rejestrowany?
-  On powstrzyma panią.
-  Nie, nie powstrzyma. Zadzwoniła pani do mnie, ponieważ wiedziała pani, że to ja go powstrzymam.
-   On boi się pani - szepnęła Catherine. - Boi się pani. Wiem o tym.  Boi się kobiet. Dlatego je 
krzywdzi. Chyba musiał coś zrobić mojej matce. Zniszczył jej psychikę. Ona wiedziała.
-  Pani matka wiedziała, że ojciec wykorzystuje panią seksualnie?
-  Wiedziała. Udawała, że nie, ale widziałam to w jej oczach. Nie chciała wiedzieć - po prostu chciała, 
żebyśmy nadal uchodzili za spokojną, idealną rodzinę, żeby mogła wydawać swoje przyjęcia i być 
żoną senatora. - Zasłoniła ręką oczy. - Kiedy w nocy przychodził do mojego pokoju, następnego ranka 
widziałam to w jej twarzy. Lecz kiedy próbowałam z nią rozmawiać, nakłonić, by kazała mu z tym 
skończyć, udawała, że nie wie, o co mi chodzi. Powiedziała mi, żebym przestała fantazjować. Żebym 
była dobra i szanowała rodzinę.
Znowu opuściła rękę, wzięła filiżankę w obie dłonie, lecz nie wypiła nawet łyka herbaty.
-   Kiedy byłam mała, miałam siedem czy osiem lat, przychodził do mnie w nocy i dotykał mnie. 
Powiedział, że wszystko jest w porządku, bo on jest tatusiem, a ja będę udawała mamusię. Powiedział, 
że to zabawa, sekretna zabawa. Powiedział, że muszę robić pewne rzeczy - dotykać go...
-   Już dobrze. - Ewa uspokoiła Catherine, która zaczęła gwałtownie drżeć. - Nie musi pani mówić. 
Proszę powiedzieć to, co pani może.
-  Musiałaś go słuchać. Musiałaś. On miał władzę w naszym domu. Richardzie?
-  Tak. - Richard chwycił żonę za rękę i mocno ścisnął. - Wiem.

background image

-  Nie mogłam wam powiedzieć, ponieważ się wstydziłam i bałam, a mama po prostu odwracała oczy, 
więc myślałam, że muszę to robić. - Z trudem przełknęła ślinę. - Z okazji moich dwunastych urodzin 
urządzono przyjęcie. Mnóstwo przyjaciół, wielki tort i kucyki. Pamiętasz kucyki, Richardzie?
-  Pamiętam. - Łzy spływały mu po policzkach. - Pamiętam.
-   I  tej  nocy,  nocy moich  urodzin,  przyszedł.   Powiedział,  że  teraz  jestem  wystarczająco dorosła. 
Powiedział, że ma dla mnie prezent, specjalny prezent, ponieważ się rozwijam. I zgwałcił mnie. - 
Ukryła twarz w dłoniach i zadrżała. - Powiedział, że to prezent. O Boże! Błagałam go, by przestał, bo 
sprawiał mi ból. Byłam już wystarczająco duża, by wiedzieć, że to jest niewłaściwe, złe. Ja byłam zła. 
Ale nie przestał. Potem ciągle przychodził. Przez te wszystkie lata, dopóki nie wyniosłam się z domu. 
Pojechałam do college'u, wystarczająco daleko, by nie mógł mnie dotknąć. I wmówiłam sobie, że to 
nigdy się nie zdarzyło. Nigdy,  nigdy się nie zdarzyło. Próbowałam być  silna, ułożyć  sobie życie. 
Wyszłam za mąż, bo myślałam, że będę bezpieczna. Justin był taki miły, taki delikatny. Nigdy mnie 
nie skrzywdził. A ja nigdy mu nie powiedziałam. Pomyślałam, że jeśli się dowie, będzie mną gardził. 
Więc wmawiałam sobie, że to się nigdy nie zdarzyło. Opuściła ręce i spojrzała na Ewę.
-   Wierzyłam w to czasami. Najczęściej. Potrafiłam zapamiętać się w pracy, w życiu rodzinnym. A 
potem zorientowałam się, że robi to samo z Sharon. Chciałam jej pomóc, ale nie wiedziałam jak. Więc 
udawałam, że wszystko jest w porządku, tak jak moja matka. Zabił ją. Teraz mnie zabije.
-  Dlaczego pani sądzi, że zabił Sharon?
-  Ona nie była taka słaba jak ja. Zaatakowała go, wykorzystała to przeciwko niemu. Słyszałam, jak się 
kłócili. W Boże Narodzenie. Kiedy wszyscy przyjechaliśmy do jego domu, by udawać kochającą się 
rodzinę. Zobaczyłam, że idą do jego gabinetu i poszłam za nimi. Uchyliłam drzwi, podglądałam ich i 
podsłuchiwałam.   Był   na   nią   okropnie   wściekły,   ponieważ   publicznie   kpiła   ze   wszystkiego,   co 
popierał.   I powiedziała: “To ty zrobiłeś ze mnie dziwkę, ty skurwielu". Ucieszyłam się, kiedy to 
usłyszałam. Chciałam wznieść okrzyk na jej cześć. Przeciwstawiła się. Straszyła, że go zdemaskuje, 
jeżeli jej nie zapłaci. Powiedziała, że wszystko opisała, każdy brudny szczegół. Więc będzie musiał 
przyjąć jej  regały  gry.  Kłócili  się,  obrzucali  przezwiskami. I wtedy...
Catherine zerknęła na Elizabeth, na swego brata, po czym odwróciła wzrok.
-  Zdjęła bluzkę. - Elizabeth jęknęła i Catherine znowu zadrżała. - Powiedziała, że może ją mieć, jak 
każdy inny klient. Ale zapłaci więcej. O wiele więcej. Patrzył na nią. Znałam to spojrzenie, te szkliste 
oczy, te rozchylone usta. Złapał ją za piersi. Spojrzała na mnie. Prosto na mnie. Wiedziała, że tam 
jestem, i popatrzyła na mnie  z  odrazą. Może nawet z nienawiścią, bo wiedziała, że nic nie zrobię. 
Zamknęłam drzwi. Zamknęłam je i uciekłam. Było mi niedobrze. Och, Elizabeth.
-  To nie twoja wina. Na pewno próbowała mi powiedzieć. Nigdy nic nie wiedziałam, nigdy nic nie 
słyszałam. Nigdy nie przyszło mi to do głowy. Byłam jej matką i nie ochroniłam jej.
-   Próbowałam z nią rozmawiać. - Catherine mocno splotła dłonie. - Kiedy pojechałam do Nowego 
Jorku, żeby zebrać fundusze na kampanię. Powiedziała, że ja wybrałam swoją drogę, ona wybrała 
swoją. I jej jest lepsza. Ja bawię się w politykę, chowani głowę w piasek, a ona bawi się władzą i ma 
oczy szeroko otwarte.
-   Kiedy usłyszałam, że nie żyje, wiedziałam. Na pogrzebie obserwowałam go, a on widział, że go 
obserwuję. Podszedł do mnie, otoczył ramionami, przycisnął do siebie, jakby w geście pocieszenia. A 
do   ucha   szepnął   mi,   żebym   uważała.   Żebym   zobaczyła   i   zapamiętała,   co   się   dzieje,   gdy   nie 
dotrzymuje się sekretów rodzinnych. I powiedział, że Franklin to świetny chłopak. Że ma wobec niego 
szerokie plany. Powiedział, że muszę być bardzo dumna. I bardzo ostrożna. - Zamknęła oczy. - Co 
mogłam zrobić? Jest moim dzieckiem.
-  Nikt nie skrzywdzi pani syna. - Ewa przykryła dłonią zaciśnięte ręce Catherine. - Obiecuję pani. 
-  Nigdy nie będę wiedziała, czy mogłam ją ocalić. Twoje dziecko,. Richardzie.
-  Teraz pani wie, że robi wszystko, co możliwe. - Ewa bezwiednie wzięła Catherine za rękę i ścisnęła 
ją uspokajająco. - Pani DeBlass, nie będzie pani łatwo przejść przez to wszystko jeszcze raz, ale musi 
pani to zrobić. Stawić czoło opinii publicznej. Złożyć zeznania, by można było wytoczyć mu proces.
-  Nie dopuści do procesu - zmęczonym głosem odparła Catherine.
-  Nie pozostawię mu wyboru. - Może jeszcze nie w sprawie morderstwa, pomyślała. Ale oskarży go o 
seksualne wykorzystywanie nieletnich. - Pani Barrister, wydaje mi się, że pani szwagierka powinna 
teraz odpocząć. Może zaprowadzi ją pani na górę?
-   Tak, oczywiście. - Elizabeth wstała, podeszła do Catherine i pomogła jej podnieść się z kanapy. - 
Chodź, kochanie, położysz się na chwilę.

background image

-   Przykro mi. - Catherine oparła się ciężko o Elizabeth, która wyprowadziła ją z pokoju. - Tak mi 
przykro. Niech mi Bóg wybaczy.
-   Panie DeBlass, mamy w wydziale niezłą lekarkę, psychiatrę. Wydaje mi  się, że pańska siostra 
powinna się z nią zobaczyć.
-  Tak. - Powiedział z roztargnieniem, wpatrując się w zamknięte drzwi. - Będzie potrzebowała kogoś. 
Czegoś.
Wszyscy będziecie potrzebowali, pomyślała Ewa.
-  Czy jest pan w stanie odpowiedzieć na parę pytań?
-  Nie wiem. On jest tyranem, ma trudny charakter. Ale to czyni z niego potwora. Jak mogę pogodzić 
się z faktem, że mój ojciec jest potworem?
-  Ma alibi na tę noc, kiedy zabito pańską córkę - zauważyła Ewa. - Na razie nie mogę oskarżyć go o 
morderstwo.
-  Alibi?
-   Z zeznań Rockmana wynika, że tej nocy pracował z pana ojcem w jego biurze we Wschodnim 
Waszyngtonie prawie do drugiej nad ranem.
-  Rockman powie wszystko, co ojciec mu każe.
-  Włącznie z kryciem morderstwa?
-   Takie rozwiązanie było najprostsze. Dlaczego ktoś miałby sądzić, że mój ojciec maczał w tym 
palce? - Zadrżał, jakby nagle  przeszedł  go chłód.  - Zeznanie  Rockmana  jedynie  pozostawia jego 
pracodawcę poza wszelkimi podejrzeniami.
-  W jaki sposób pana ojciec pojechał do Nowego Jorku i wrócił do Wschodniego Waszyngtonu, jeśli 
nie chciał, by jego podróż została odnotowana?
-  Nie wiem. Jeśli poleciał swoim samolotem, to powinien być wpis w dzienniku pokładowym.
-  Wpisy można zmieniać - rzekł Roarke.
-   Tak. - Richard podniósł oczy, jakby nagle sobie przypomniał, że jego przyjaciel jest w pokoju. - 
Wiesz o tym lepiej ode mnie.
-  Aluzja do dawnych czasów, kiedy zajmowałem się przemytem - wyjaśnił Roarke Ewie. - Można to 
zrobić, ale trzeba przekupić parę osób. Pilota, pewnie mechanika  i z całą pewnością naziemnego 
pracownika lotniska.
-  Więc wiem, kogo mam przycisnąć do muru. - Gdyby udało się jej udowodnić, że jego samolot odbył 
taką podróż tamtej nocy, miałaby punkt zaczepienia. Wystarczający, żeby złamać DeBlassa.
- Dużo pan wie o kolekcji broni swego ojca?
-  Więcej niż bym chciał. - Richard stanął na drżących nogach. Podszedł do barku, wlał alkohol do 
szklaneczki. Wypił go szybko, niczym lekarstwo. - Lubi swoje rewolwery, często się nimi popisuje. 
Kiedy byłem młodszy, próbował mnie nimi zainteresować. Roarke może potwierdzić, że mu się to nie 
udało.
-  Richard uważa, że broń jest niebezpiecznym symbolem nadużywania władzy. I mogę ci powiedzieć, 
że DeBlass czasami dokonywał zakupów na czarnym rynku.
-  Dlaczego wcześniej o tym nie wspomniałeś?
-  Nie pytałaś.
Na razie zostawiła ten temat w spokoju.
-  Czy pana ojciec zna się na systemach bezpieczeństwa, na ich technicznych aspektach?
-   Oczywiście. Jest dumny z tego, że wie, jak się chronić. To jeden z nielicznych tematów, który 
możemy omawiać bez kłótni.
-  Czy uznałby go pan za eksperta?
-  Nie - odpowiedział wolno Richard. - Za utalentowanego amatora.
-  Jego stosunki z szefem policji Simpsonem. Jakby je pan opisał?
-  Samoobsługa. Uważa Simpsona za głupca. Mój ojciec lubi wykorzystywać głupców. - Nagle opadł 
na fotel. - Przykro mi. Nie mogę tego robić. Potrzebuję trochę czasu. Chcę być z żoną.
-  W pOĘządku. Panie DeBlass, każę śledzić pana ojca. Każda próba zbliżenia się do niego zostanie 
zarejestrowana. Proszę tego nie robić.
-   Sądzi pani, że będę próbował go zabić? - Richard zaśmiał się smutno i spojrzał na swoje dłonie. - 
Chciałbym. Za to, co zrobił z moją córką, z moją siostrą, z moim życiem. Ale brakuje mi odwagi.
Kiedy znowu znaleźli się na dworze, Ewa poszła prosto do samochodu, nie patrząc na Roarke'a.
-  Podejrzewałeś to? - spytała.

background image

-  Że DeBlass jest w to zamieszany? Owszem.
-  Ale mi nie powiedziałeś.
-  Nie. - Roarke zatrzymał ją, zanim otworzyła szarpnięciem drzwi. - To było przeczucie, Ewo. Nie 
miałem pojęcia, co przeżyła Catherine. Najmniejszego pojęcia. Podejrzewałem, że Sharon i DeBlass 
mieli ze sobą romans.
-  To zbyt eleganckie określenie ich związku.
-     Podejrzewałem  to   -   kontynuował   -   ze   sposobu,   w   jaki   o   nim   mówiła   podczas   naszej   jedynej 
wspólnej kolacji. Ale to znowu było przeczucie, nie pewnik. Przeczucia nie pomogłyby ci rozwikłać 
tej sprawy.. poza tym - dodał obracając ją w swoją stronę - gdy cię poznałem, zachowałem swoje 
przeczucia dla siebie, ponieważ nie chciałem cię zranić. - Odwróciła gwałtownie głowę. Cierpliwie 
ujął jej twarz w dłonie i zwrócił ku sobie. - Nie masz nikogo, kto mógłby ci pomóc?
-  Nie chodzi o mnie. - Głos jej zadrżał. - Nie mogę o tym myśleć, Roarke. Nie mogę. Położę sprawę, 
jeśli   zacznę   się   nad   tym   zastanawiać.   A   jeśli   ją   położę,   to   on   nie   zostanie   ukarany.   Za   gwałt, 
morderstwo, seksualne wykorzystywanie dzieci, które powinien był chronić. Nie dopuszczę do tego.
-     Czyż   nie   powiedziałaś   Catherine,   że   jedynym   sposobem   uwolnienia   się   od   przeszłości   jest 
opowiedzenie o niej?
-  Robota na mnie czeka.
Stłumił uczucie rozczarowania.                             
-     Domyślam   się,   że   chcesz   pojechać   na   lotnisko   w   Waszyngtonie,   gdzie   DeBlass   trzyma   swój 
samolot.
-  Tak. - Wsiadła do samochodu, a Roarke obszedł go, by zająć miejsce za kierownicą. - Możesz mnie 
wysadzić przy najbliższym przystanku.
-  Jadę z tobą, Ewo.
-  Doskonale. Muszę się zameldować.
Gdy zjeżdżał krętą uliczką, połączyła się z Feeneyem.
-     Mam   tu   coś   niesamowitego   -   powiedziała,   zanim   zdążył   się   odezwać.   -   Jestem   w   drodze   do 
Wschodniego Waszyngtonu.
-   Ty masz  coś  niesamowitego?  - Feeney niemal  śpiewał.  - Nie musiałem długo szukać,  Dallas. 
Wystarczyło przeczytać ostatnią stroniczkę, którą zapisała rankiem w dniu morderstwa. Bóg jeden 
wie, dlaczego odniosła pamiętnik do banku. Ślepy traf. Miała randkę o północy. Nigdy nie zgadniesz z 
kim.
-  Ze swoim dziadkiem.
Feeney wytrzeszczył oczy, prychnął.
-  Cholera jasna, Dallas, skąd o tym wiesz?
Ewa zamknęła na chwilę oczy.                                 
-  Powiedz mi, że masz to czarno na białym. Powiedz mi, że wymienia go z nazwiska. 
-  Nazywa go senatorem. Nazywa go swoim starym podłym dziadziusiem. I wesoło pisze, że liczy mu 
pięć tysięcy dolarów za każde rżnięcie. Cytuję: Niemal warto było pozwolić mu ślinić się nade mną -  
drogi stary dziadek ma w sobie jeszcze mnóstwo energii. Skurwiel. Pięć tysięcy doków co parę tygodni  
to nie jest taki zły układ. Do cholery, na pewno mu pokażę, że jestem warta tych pieniędzy. Nie tak jak  
wtedy, kiedy byłam mała i mnie wykorzystywał. Role się odwróciły. Ja nie stanę się taką wysuszoną 
śliwką jak biedna ciotka Catherine. Ja zrobiłam z tego kwitnący interes. A pewnego dnia, gdy mnie to 
znudzi, prześlę swoje pamiętniki mediom. W wielu kopiach. Ten skurwysyn oszaleje, kiedy mu powiem,  
co zamierzam zrobić. Może dziś wieczorem trochę go postraszę. O Boże, to cudownie mieć nad nim 
taką władzę, żeby móc go dręczyć po tym wszystkim, co mi zrobił.
Feeney potrząsnął głową.
-  To był układ długoterminowy, Dallas. Przejrzałem kilka wpisów. Czerpała niezłe zyski z szantażu, 
nazwiska,   nazwiska   i   czyny.   Z   tego,   co   pisze,   wynika,   że   senator   był   w   jej   mieszkaniu   w   noc 
morderstwa. A to z kolei oznacza, że jego zeznania są gówno warte.
-  Możesz się postarać o nakaz aresztowania?
-  Komendant kazał to załatwić, gdy tylko zadzwoniłaś. Powiedział, żeby go zgarnąć. Pod zarzutem 
trzykrotnego morderstwa.
Wolno wypuściła powietrze.
-  Gdzie go znajdę?
-  Jest w siedzibie Senatu, zachwala swoją Ustawę o Moralności.

background image

-  O kurde, to świetnie. Już tam jadę. - Wyłączyła się, popatrzyła na Roarke'a. - O ile szybciej to coś 
może jechać?
-  Zobaczymy.

G

dyby   wraz   z   nakazem   aresztowania   nie   dostała   rozkazu   Whitneya,   by   postępować   dyskretnie, 

wkroczyłaby do gmachu Senatu i zakuła DeBlassa w kajdanki na oczach jego kolegów. Mimo że nie 
mogła tego zrobić, i tak odczuwała ogromną satysfakcję.
Poczekała,   dopóki   nie   skończył   swego   płomiennego   przemówienia   o   upadku   moralnym   kraju,   o 
postępującym   rozkładzie,   będącym   skutkiem   swobody   seksualnej,   kontroli   urodzin   i   inżynierii 
genetycznej.  Potępił  brak moralności   wśród młodzieży,   odejście   od nauczania  religii   w  domu,  w 
szkole, w miejscu pracy. Nasz naród pod okiem Boga stał się bezbożny. Nasze konstytucyjne prawo 
do posiadania broni zostało zniesione przez liberalną lewicę. Zarzucił słuchaczy liczbami mówiącymi 
o liczbie brutalnych zbrodni, o upadku miast, o nielegalnych narkotykach, wszystko to w wyniku, jak 
stwierdził   senator,   naszej   postępującej   zgnilizny   moralnej,   łagodnego   traktowania   przestępców   i 
pobłażania wolności seksualnej.
Ewa słuchała tego z obrzydzeniem.
-   W   roku   dwa   tysiące   szesnastym   -   powiedziała   cicho   -   pod   koniec   Rewolty   Miejskiej,   przed 
wprowadzeniem zakazu posiadania broni, tylko na Manhattanie dziesięć tysięcy osób zostało rannych 
lub zginęło w wyniku postrzelenia.
Gdy zamilkła słuchając jadowitego przemówienia DeBlassa, Roarke położył jej rękę na karku.
-     Zanim  zalegalizowaliśmy   prostytucję,   gwałt   lub  próba   gwałtu  zdarzały  się   przeciętnie   co  trzy 
sekundy.   Oczywiście,   gwałty   nadal   się   zdarzają,   gdyż   wynikają   raczej   z   agresji   niż   z   potrzeby 
seksualnej, lecz statystyki spadają. Licencjonowane prostytutki nie potrzebują alfonsów, więc nie są 
przez   nich   bite,   maltretowane,   mordowane.   I   nie   mogą   używać   narkotyków.   Kiedyś   kobiety   z 
niechcianą ciążą szukały pomocy u rzeźników. Miały do wyboru ryzykować życie lub je zmarnować. 
Zanim inżynieria genetyczna  umożliwiła operacje w łonie matki, dzieci rodziły się ślepe, głuche, 
kalekie. Ten świat nie jest idealny, ale słuchając DeBlassa człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę, że 
mogłoby być dużo gorzej. - Wiesz, co zrobią z nim media, kiedy to wyjdzie na jaw?
-  Ukrzyżują go - mruknęła Ewa. - W Bogu nadzieja, że nie uznają go za męczennika.
-   Autorytet moralny podejrzany o kazirodztwo, kontakty z prostytutkami, popełnienie morderstwa. 
Nie sądzę. Jest skończony. - Roarke skinął głową. - Pod każdym względem.
Dobiegł ich gromki aplauz z galerii. Sądząc po żarliwości oklasków, ekipa DeBlassa postarała się o 
zorganizowanie mu klaki.
Do diabła z dyskrecją, pomyślała, kiedy uderzeniem młotka przewodniczący zamknął posiedzenie i 
ogłosił godzinną przerwę.
Musiała przecisnąć się przez tłum pomocników, asystentów i gońców, zanim dotarła do DeBlassa. 
Jego zwolennicy poklepywali go po plecach; gratulując mu elokwencji.
Poczekała, dopóki jej nie dostrzegł, dopóki nie omiótł wzrokiem jej, potem Roarke'a, dopóki jego usta 
nie zacisnęły się.
-  Pani porucznik, jeśli chce pani ze mną porozmawiać, proszę przejść do mojego biura. Sama. Mogę 
pani poświęcić dziesięć minut.
-  Jeszcze będzie pan miał mnóstwo czasu, senatorze. Senatorze DeBlass, aresztuję pana pod zarzutem 
morderstwa Sharon DeBlass, Loli Starr i Georgie Castle.
Kiedy głośno zaprotestował i pomruk poszedł po sali, podniosła głos.
-  Ponadto jest pan oskarżony o kadzirodcze gwałty na Catherine DeBlass, pańskiej córce, i Sharon 
DeBlass,   pańskiej   wnuczce.   -   Zanim   zdążył   otrząsnąć   się   z   szoku,   wykręciła   mu   ręce   do   tyłu, 
zatrzaskując kajdanki na nadgarstkach. - Nie musi pan nic mówić.
-  To oburzające! - wybuchnął, gdy recytowała mu przepisową formułkę. - Jestem senatorem Stanów 
Zjednoczonych. To jest siedziba władz federalnych.
-  I tych dwóch agentów federalnych będzie pana eskortować - dodała. - Ma pan prawo do adwokata. - 
Kiedy wymieniała mu jego prawa, deputowani i obserwatorzy, widząc wyraz jej twarzy, cofnęli się. - 
Czy rozumie pan swoje prawa?
-  Dostanę twoją odznakę, ty dziwko. - Zaczaął sapać, kiedy przepychali się przez tłum.
-  Potraktuję to jako odpowiedź twierdzącą. Proszę głęboko oddychać, senatorze. - Nie chcemy, żeby 
dostał pan zawału serca.

background image

-  Nachyliła się do jego ucha. - Nie dostaniesz mojej odznaki, ty skurwysynu. Za to ja dobiorę ci się do 
tyłka. - Przekazała go agentom federalnym. - Czekają na niego w Nowym Jorku - rzuciła krótko.
Jej   słów   prawie   nie   było   słychać.   DeBlass   wrzeszczał   żądając   natychmiastowego   zwolnienia.   W 
siedzibie   senatu   zakodowało   się.   W   tłumie   dostrzegła.   Rockmana.   Podszedł   do   niej;   miał   twarz 
wykrzywioną wściekłością.
-  Popełnia pani błąd, pani porucznik.
-   Nie,  nie  sądzę.  Ale  pan  go  popełnił  w  swoim zeznaniu.  Moim  zdaniem pociągnie  to za  sobą 
oskarżenie o współudział. Zajmę się tym, jak tylko wrócę do Nowego Jorku.
-   Senator DeBlass to wielki człowiek. Jest pani tylko pionkiem w grze liberałów, którzy chcą go 
zniszczyć.
- Senator DeBlass jest pedofilem i kazirodcą. Gwałcicielem i mordercą. A ja, przyjacielu, jestem gliną, 
która go zgarnęła. Jeśli nie chcesz pójść na dno razem z nim, skontaktuj się z adwokatem.
Roarke musiał  zapanować nad chęcią porwania jej w ramiona,  kiedy szła przez rozbrzmiewające 
okrzykami  korytarze  siedziby Senatu. Przedstawiciele mediów  próbowali się do niej dopchać, ale 
przeszła obok, jakby ich w ogóle nie dostrzegła.
-  Podoba mi się twój sposób bycia, pani porucznik Dallas - powiedział, kiedy dotarli do samochodu. - 
Bardzo mi się podoba. I przy okazji, już nie myślę, że jestem w tobie zakochany. Wiem, że jestem.
Spróbowała powstrzymać mdłości podchodzące jej do gardła.
-  Wynośmy się stąd, do diabła.
Tylko siłą woli udało się jej zachować spokój do czasu, kiedy znalazła się w samolocie. Dzięki temu 
jej  głos  był   bezbarwny i  pozbawiony  emocji,  kiedy  składała  raport  swemu   przełożonemu.   Potem 
zachwiała się i odtrąciwszy Roarke'a, pobiegła do toalety, gdzie gwałtownie wymiotowała.
Roarke czekał bezradnie po drugiej stronie drzwi. Znał ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że 
współczucie tylko pogorszy sprawę. Wydał polecenia stewardowi i zajął swoje miejsce. Czekając, aż 
wróci,  przyglądał  się  pasowi  startowemu.   Uniósł  głowę,  kiedy drzwi  się  otwarły.  Była  blada  jak 
płótno, miała ciemne, rozszerzone źrenice, jej zwykle zwinne ruchy były teraz chwiejne i niezdarne.
-  Przykro mi, chyba mnie to dopadło. Kiedy usiadła, podał jej kubek.
-  Wypij, to ci pomoże.
-  Co to?
-  Herbata z odrobiną whiskey.
-  Jestem na służbie - zaczęła, ale przerwał jej gwałtownie.
-  Wypij albo wleję ci to do gardła. - Przycisnął guzik i rozkazał pilotowi startować.
Tłumacząc sobie, że to przyjemniejsze niż kłótnia, podniosła kubek do ust, ale nie mogła opanować 
drżenia rąk. Szczękając zębami z trudem upiła łyk, zanim odstawiła kubek. Wstrząsały nią dreszcze. 
Kiedy Roarke chciał się do niej zbliżyć, odchyliła się do tyłu. Wciąż źle się czuła, skręcały ją mdłości, 
głowa ciążyła jej jak ołów.
-  Mój ojciec mnie zgwałcił - powiedziała ku swemu zaskoczeniu. W jej oczach odbił się szok, jakiego 
doznała słysząc swe własne słowa. - Wielokrotnie. I bił mnie, wielokrotnie. To, czy się broniłam, czy 
nie, nie miało znaczenia. I tak mnie gwałcił. I tak mnie bił. I nic nie mogłam zrobić. Nie można nic 
zrobić, kiedy ludzie, którzy powinni się tobą opiekować, wykorzystują cię w ten sposób. Krzywdzą 
cię. Ranią.
-  Ewo - wziął ją za rękę, przytrzymując jej dłoń, kiedy próbowała się wyrwać. - Tak mi przykro. Tak 
strasznie przykro.
-  Powiedzieli mi, że miałam osiem lat, kiedy mnie znaleźli na jakiejś uliczce w Dallas. Krwawiłam, 
miałam złamaną rękę. Musiał mnie tam porzucić. Nie wiem. Może sama uciekłam. Nie pamiętam. Ale 
nigdy po mnie nie przyszedł. Nikt nigdy po mnie nie przyszedł.
-  A twoja matka?
-  Nie wiem. Nie pamiętam jej. Może już nie żyła. Może była taka jak matka Catherine i udawała, że o 
niczym  nie wie. Zostały mi  tylko urywki wspomnień i koszmary,  w których powracają najgorsze 
chwile. Nawet nie znam swego imienia. Nie byli w stanie ustalić mojej tożsamości.
-  Ale potem byłaś bezpieczna?
-     Nigdy   nie   byłeś   w   środku   tego   systemu.   Tam   nie   ma   miejsca   na   bezpieczeństwo.   Jest   tylko 
bezsilność. Pozbawiają cię wszystkiego, twierdząc, że to dla twojego dobra. - Westchnęła, oparła 
głowę na podgłówku i zamknęła oczy. - Roarke, ja nie chciałam zaaresztować DeBlassa. Ja chciałam 

background image

go zabić. Chciałam go zabić własnymi  rękoma, za to, co stało się ze mną. Odbierałam to bardzo 
osobiście.
-  Zrobiłaś to, co do ciebie należało.
-  Tak, zrobiłam to, co do mnie należało. I będę to robić nadal. - Ale nie myślała teraz o pracy. To było 
życie. Jej i jego. - Roarke, teraz już wiesz, że siedzi we mnie coś niedobrego. To jest jak wirus, który 
czai   się   w   człowieku   i   atakuje,   kiedy  system   odpornościowy   jest   osłabiony.   Nie   warto   na   mnie 
stawiać.
-  Lubię długie dyskusje. - Uniósł jej dłoń do ust i pocałował. - Może się nad tym zastanowimy. Może 
oboje na tym zyskamy.
-  Nigdy przedtem nikomu o tym nie mówiłam.
-  Teraz ci lepiej?
-  Nie wiem. Może. Jezu, jaka jestem zmęczona.
-  Możesz się o mnie oprzeć. - Otoczył ją ramieniem i pozwolił, by położyła mu głowę na piersi.
-  Na razie - mruknęła. Do zobaczenia w Nowym Jorku.
-  No to do zobaczenia. - Przycisnął usta do jej włosów, mając nadzieję, że uśnie.

19

D

eBlass nie chciał mówić. Jego adwokaci nałożyli mu kaganiec, i to ciasny. Proces przesłuchań był 

powolny i nudny. Czasami Ewie wydawało się, że senator wybuchnie; krew nabiegała mu do twarzy, 
gdy udało jej się go sprowokować.
Przestała zaprzeczać, że ma  osobisty stosunek do tej sprawy.  Nie chciała zawiłego procesu, który 
toczyłby się wśród ostrych ataków prasy. Chciała przyznania się do winy.
-  Wplątał się pan w kazirodczy romans ze swoją wnuczką Sharon DeBlass.
-  Mój klient nie potwierdza tego zarzutu.
Nie zwracając uwagi na adwokata, Ewa obserwowała twarz DeBlassa.
-  Mam odpis fragmentu pamiętnika Sharon DeBlass, dotyczący nocy, której została zamordowana.
Podała   dokument   przez   stół.   Prawnik   DeBlassa,   zadbany   schludny   człowieczek,   ze   starannie 
przystrzyżoną   rudawą   bródką   i   wodnistymi   niebieskimi   oczami,   wziął   go   do   ręki   i   dokładnie 
przestudiował. Jeżeli zrobiło to na nim jakieś wrażenie, starannie ukrył  swoje uczucia pod maską 
obojętności.
-  Jak sama pani wie, pani porucznik, to jeszcze niczego nie dowodzi. Mamy tu jedynie chore fantazje 
nieżyjącej   kobiety   o   wątpliwej   reputacji.   Kobiety,   która   od   dłuższego   czasu   nie   utrzymywała 
kontaktów z rodziną.
-     Tu   jest   pewien   interesujący   fragment,   senatorze   DeBlass.   -   Ewa   uparcie   zwracała   się   do 
oskarżonego, ignorując jego prawnika. - Wykorzystywał pan seksualnie swoją córkę, Catherine.
-  Bzdura! - wybuchnął DeBlass, zanim jego adwokat nakazał mu ręką milczenie.
-  Mam oświadczenie podpisane i potwierdzone w obecności świadków przez panią senator Catherine 
DeBlass.   -   Ewa   podała   papier   adwokatowi,   który  wyrwał   go  jej   z  rąk,   zanim  senator   zdążył   się 
poruszyć.
Prawnik przebiegł dokument wzrokiem, po czym złożył go dokładnie wypielęgnowanymi dłońmi.
-     Może   nie   zdaje   pani   sobie   sprawy,   pani   porucznik,   z   faktu,   że   mamy   tu   do   czynienia   z 
nieszczęśliwym przypadkiem choroby psychicznej. Żona pana senatora DeBlassa nawet teraz znajduje 
się pod obserwacją z powodu depresji.
-  Zdaję sobie z tego sprawę. - Rzuciła prawnikowi twarde spojrzenie. -1 dokładnie zbadamy jej stan 
oraz powód choroby.
-   Pani senator DeBlass była poddana leczeniu ze względu na objawy depresji, paranoi i nerwicy - 
ciągnął prawnik tym samym bezbarwnym głosem.
-  Jeśli to prawda, senatorze DeBlass, dowiemy się, czy przyczyn tego nie należy szukać w ciągłym i 
systematycznym wykorzystywaniu jej w dzieciństwie. Był pan w Nowym Jorku w noc morderstwa 
Sharon DeBlass - niepostrzeżenie skierowała rozmowę na właściwe tory. - A nie, jak pan poprzednio 
twierdził, we Wschodnim Waszyngtonie.
Zanim adwokat zdążył ją powstrzymać, pochyliła się do przodu, świdrując wzrokiem DeBlassa.
-  Opowiem panu, jak pan to zrobił. Wziął pan swój prywatny samolot, płacąc pilotowi i naziemnemu 
pracownikowi lotniska. Poszedł pan do mieszkania Sharon, kochał się z nią i nagrał to dla własnych 

background image

celów. Zabrał pan ze sobą broń, Smith & Wesson, kaliber 38. Ponieważ wymyślała panu, ponieważ 
groziła,   ponieważ   nie   mógł   pan   dłużej   pozwalać   sobie   na   ryzyko   ewentualnego   zdemaskowania, 
strzelił pan do niej, strzelił pan trzy razy, w głowę, w serce, w łono.
Mówiła szybko, z twarzą przy jego twarzy. Z przyjemnością patrzyła, jak poci się ze strachu.
-   Ostatni strzał był sprytnym posunięciem. Uniemożliwił nam stwierdzenie aktywności seksualnej. 
Rozerwał jej pan krocze. Może to było symboliczne, może próbował się pan w ten sposób chronić. 
Dlaczego  zabrał   pan ze  sobą   broń?   Zaplanował  pan  to  wcześniej?   Czy w  ten sposób chciał   pan 
skończyć to raz na zawsze?
DeBlass miał rozbiegany wzrok. Jego oddech stał się ciężki i szybki.
-  Mój klient nie przyznaje się do posiadania wspomnianej broni.
-  Pański klient to łajdak. Adwokat prychnął z oburzeniem.
-  Pani porucznik Dallas, mówi pani o senatorze Stanów Zjednoczonych.
-  W takim razie jest utytułowanym łajdakiem. To pana zaskoczyło, prawda, senatorze? Cała ta krew, 
ten hałas, sposób, w jaki broń odskoczyła w ręce. Może nawet sam pan nie wierzył, że jest do tego 
zdolny. Nie wtedy, kiedy poczuł pan wewnętrzną potrzebę pociągnięcia za spust. Ale skoro to już się 
stało, nie było odwrotu. Musiał pan to zatuszować. Ona by pana zrujnowała, nigdy nie dałaby panu 
spokoju. Nie była taka jak Catherine. Nie usunęłaby się w cień, żeby cierpieć, żeby przeżywać swoją 
hańbę i strach w milczeniu. Wykorzystała to przeciwko panu, więc musiał ją pan zabić. Potem trzeba 
było zatrzeć ślady.
-  Pani porucznik Dallas...
Nie spuszczała oczu z DeBlassa i nie przestawała go atakować, ignorując ostrzeżenia prawnika.
-     To   było   podniecające,   prawda?   Mogło   to   ujść   panu   na   sucho.   Jest   pan   senatorem   Stanów 
Zjednoczonych,   dziadkiem   ofiary.   Kto   mogły   pana   podejrzewać?   Więc   ułożył   ją   pan   na   łóżku, 
zaspokajając własne żądze, własne ego. Mógł pan zrobić to jeszcze raz, więc dlaczego nie? Zabijanie 
poruszyło coś w panu. Czy istnieje lepszy sposób zatarcia śladów niż stworzyć wrażenie, że dokonał 
tego prawdziwy psychopata?
Zaczekała, aż DeBlass wypił łapczywie łyk wody ze szklanki.
-  I to był prawdziwy psychopata. Napisał pan kartkę i wsunął ją pod ciało ofiary. Był pan już ubrany, 
spokojniejszy,  choć ciągle podekscytowany.  Zaprogramował pan łącze, aby poinformować gliny o 
drugiej pięćdziesiąt pięć. Potrzebował pan trochę czasu, aby zejść na dół i spreparować dyskietki 
ochrony.   Potem   wrócił   pan   do   swojego   wahadłowca,   poleciał   z   powrotem   do   Wschodniego 
Waszyngtonu, aby odegrać tam rolę rozwścieczonego dziadka.
Przez cały ten czas DeBlass nie odezwał się ani słowem, ale drgał mu mięsień w policzku, a wzrok nie 
mógł znaleźć punktu zaczepienia.
-   To fascynująca historyjka,   pani   porucznik - powiedział prawnik. - ,Ale ciągle tylko historyjka. 
Przypuszczenie. Desperacka próba departamentu policji uspokojenia mediów i mieszkańców Nowego 
Jorku. To zupełnie oczywiste, dlaczego ten śmieszny i potworny zarzut stawia się senatorowi właśnie 
w chwili, gdy jego projekt Ustawy o Moralności ma zostać poddany debacie.
-   Jak pan wybrał pozostałe dwie? W jaki sposób wytypował pan Lolę Starr i Georgie Castle? Czy 
wybrał pan już czwartą, piątą, szóstą? Czy poprzestałby pan na tym? Czy zrezygnowałby pan z tego, 
skoro dzięku temu czuł się pan tak potężny, tak niepokonany, tak prawy?
Twarz DeBlassa nie była już czerwona, była szara, a jego oddech stał się chrapliwy i urywany. Kiedy 
ponownie sięgnął po wodę, ręka mu zadrżała i szklanka potoczyła się po podłodze.
-   To przesłuchanie jest skończone. - Adwokat wstał i pomógł DeBlassowi się podnieść. - Zdrowie 
mojego klienta jest cenne. Pan senator wymaga natychmiastowej pomocy medycznej.
-  Pański klient jest mordercą. Będzie miał ciągłą opiekę medyczną w więzieniu i to do końca swoich 
dni. - Przycisnęła guzik. Kiedy otworzyły się drzwi pokoju przesłuchań, wkroczył umundurowany 
funkcjonariusz.
Proszę wezwać lekarza - rozkazała. - Senator trochę się denerwuje. Będzie jeszcze gorzej - ostrzegła 
zwracając się do DeBlassa. - Nawet jeszcze nie zaczęłam.
Dwie godziny później, po złożeniu raportu i spotkaniu z prokuratorem, Ewie udało się przedostać 
przez korek uliczny. Miała już za sobą lekturę większej części pamiętników Sharon DeBlass. Teraz 
musiała odsunąć od siebie obraz skrzywionego psychicznie mężczyzny i dziewczynki, z której uczynił 
kobietę tak samo niezrównoważoną, jak on sam.

background image

Wiedziała, że to mogła być równie dobrze opowieść o niej. Trzeba było dokonać wyboru, pomyślała. 
Wybór Sharon kosztował ją życie.
Chciała się trochę rozładować, porozmawiać z kimś, kto by jej wysłuchał, docenił ją, w kim mogłaby 
znaleźć oparcie. Z kimś, kto przez krótką chwilę pozwoliłby jej nie myśleć o tym, co zdarzyło się jej 
w przeszłości. I o tym, co mogło się zdarzyć.
Jechała   do   Roarke'a.   Kiedy  uruchomiło   się   łącze   w   jej   samochodzie,   marzyła,   żeby  nie   było   to 
wezwanie do pracy.
-  Dallas.
-  Cześć, dziecinko. - Na ekranie zobaczyła zmęczoną twarz Feeneya. - Właśnie przejrzałem dyskietkę 
z przesłuchania. Dobra robota.
-  Przez tego cholernego adwokata nie wszystko udało mi się z niego wyciągnąć. Ale dobiorę się do 
niego, Feeney. Przysięgam.
-  Tak, stawiam na ciebie. Wiesz, właśnie muszę ci powiedzieć coś, co ci się nie spodoba. DeBlass 
miał lekki atak serca.
-  O Jezu! Chyba nam nie wykituje?
-  Nie. Lekarz się nim zajął. Mówią, że wróci do formy w ciągu tygodnia.
-  To dobrze. - Wypuściła wolno powietrze.
-  Chcę, żeby żył długo za kratkami. Są na to duże szansę. Prokurator jest gotów uznać cię za świętą, 
ale na razie jest zdezorientowany.
Wcisnęła mocno hamulec. Popychana potokiem gwałtownych odgłosów wjechała w Dziesiątą ulicę i 
stanęła blokując zakręt.
-  Co to do cholery znaczy, że jest zdezorientowany? Feeney skrzywił się, rozumiejąc jej złość.
-  DeBlassa zwolniono za kaucją. Senator USA, przez całe życie oddany ojczyźnie, sól ziemi, chory na 
serce - i ma sędziego w kieszeni.
-   Pieprzyć to. - Szarpnęła pasmo włosów, aż ból kazał jej zapomnieć o złości. - Jest oskarżony o 
morderstwo z trzech paragrafów. - Prokurator mówił, że nie zgodzi się na kaucję.
-  Dał się nabrać. Adwokat DeBlassa wygłosił przemówienie, które wycisnęłoby łzy nawet z kamienia 
i wyciągnęłoby z grobu umarłego. DeBlass jest znowu we Wschodnim Waszyngtonie i odpoczywa 
zgodnie z zaleceniami lekarza. Zarządzono trzydziestosześciogodzinną przerwę w przesłuchaniach.
-  Cholera. - Uderzyła kantem dłoni w kierownicę. - To dla nas bez różnicy - powiedziała ponuro. - 
Może udawać starego schorowanego męża stanu albo stepować na pieprzonym Lincoln Memoriał, i 
tak go dostanę.
-  Komendant martwi się, że ta przerwa pozwoli DeBlassowi zebrać posiłki. Chce, żebyś jutro o ósmej 
rano zaczęła pracę z prokuratorem i przejrzała wszystko, co mamy.
-  Będę tam. Feeney, on się z tego nie wymiga.
-  Upewnij się, że stryczek jest gotowy, dziecinko. Do zobaczenia o ósmej.
-   Tak. - Zdenerwowana włączyła się znowu w sznur samochodów. Zastanawiała się, czy nie lepiej 
wrócić do domu i zająć się zestawieniem dowodów. Ale miała pięć minut do domu Roarke'a. Mogła z 
nim przećwiczyć czekające ją przesłuchanie.
Wiedziała, że doskonale odegrałby rolę adwokata diabła, gdyby chciała odkryć swoje słabe punkty, a 
poza tym  musiała przyznać, że umiał ją uspokoić, co pozwalało jej myśleć chłodno, nie ulegając 
chwilowym emocjom. Nie mogła pozwolić, by zawładnęły nią uczucia, nie mogła pozwolić, aby obraz 
Catherine przesłaniał jej myśli, jak to ciągle się zdarzało. Wstyd i strach, i wina. Tak strasznie trudno 
było to oddzielić. Wiedziała, że chce, aby DeBlass zapłacił za to, co zrobił Catherine, i za śmierć 
trzech kobiet.
Została wpuszczona przez bramę domu Roarke'a. Szybko wjechała na podjazd. Krew pulsowała jej w 
żyłach, gdy wbiegała po schodach. Idiotka, pomyślała. Jak nastolatka opętana przez hormony.  Ale 
uśmiechała się, kiedy Summerset otworzył drzwi.
-  Muszę zobaczyć się z Roarke'em - powiedziała mijając go.
-  Przykro mi, pani porucznik. - Nie ma go w domu.
-  Och! - Rozczarowanie, jakiego doznała, sprawiło, że poczuła się idiotycznie. - Gdzie on jest?
Twarz Summerseta była nieprzenikniona.
-  Sądzę, że jest na jakimś zebraniu. Był zmuszony odwołać ważną podróż do Europy i dlatego będzie 
pracował do późna.

background image

-  W porządku. - Kot dumnie zszedł ze schodów i natychmiast zaczaj się ocierać o nogi Ewy. Wzięła 
go na ręce i podrapała po brzuszku. - Kiedy można się go spodziewać?
-  Roarke sam rozporządza swoim czasem, pani porucznik. Nie wiem, kiedy można się go spodziewać.
-     Posłuchaj,   przyjacielu,   nie   zmuszałam   Roarke'a,   żeby  spędzał   ze   mną   swój   cenny  czas.   Więc 
dlaczego nie wyrzucisz z siebie tego wreszcie i nie powiesz mi, czemu zachowujesz się, jakbym była 
jakimś niewygodnym intruzem za każdym razem, kiedy tu przychodzę.
Zaszokowany Summerst pobladł gwałtownie.
-  Jestem przyzwyczajony do dobrych manier, pani porucznik Dallas. Pani najwyraźniej nie.
-  Pasują do mnie jak pięść do nosa.
-  W istocie. - Summerset wyprostował się dumnie. - Roarke to wpływowy człowiek. Ma styl i klasę. 
Liczą się z nim prezydenci i królowie. Dotrzymywał towarzystwa kobietom wysoko urodzonym i o 
świetnym drzewie genealogicznym.
-  A ja jestem nisko urodzona i nie mam żadnego drzewa genealogicznego. - Roześmiałaby się, gdyby 
jego słowa nie były tak bliskie prawdy. - Nawet takiemu człowiekowi jak Roarke może spodobać się 
zwykły kundel. Powiedz mu, że zabrałam kota - rzuciła na odchodnym.

P

oczuła się lepiej, kiedy wytłumaczyła sobie, że Summerset jest nieznośnym snobem. W drodze do 

domu,   wciąż   jeszcze   zdenerwowana,   uznała   ciche   towarzystwo   kota   za   nadspodziewanie   uspoka-
jające. Nie potrzebowała aprobaty jakiegoś lokaja i to na dodatek dupka. Jakby na potwierdzenie tych 
słów kot wlazł jej na kolana i zaczął się o nią ocierać.
Skrzywiła się lekko, kiedy wbił pazury w jej spodnie, ale nie odsunęła go od siebie.
-  Musimy dać ci jakieś imię. Nigdy przedtem nie miałam kota - mruknęła. - Nie mam pojęcia, jak 
nazywała  cię  Georgie,  ale  wymyślimy  coś  nowego.  Nie  martw  się,  wymyślimy   coś  lepszego niż 
Mruczek.
Wjechała do garażu, zaparkowała i zobaczyła żółte światełko migające na ścianie przy jej miejscu 
postojowym. Ostrzeżenie, że nie zapłaciła za parking. Jeśli zmieni się na czerwone, wjazd zostanie 
zablokowany i nie będzie mogła wyjechać. Zaklęła pod nosem, bardziej z przyzwyczajenia niż ze 
złości. Nie miała czasu płacić rachunków, cholera jasna, i teraz zdała sobie sprawę, że będzie musiała 
poświęcić wieczór na uregulowanie wszystkich należności. Z kotem pod pachą poszła w kierunku 
windy. Może Fred? Pochyliła głowę, wpatrując się w jego nieprzeniknione dwu-kolorowe oczy.
-   Nie, nie wyglądasz mi na Freda. Jezu, musisz ważyć ze dwadzieścia funtów. - Podnosząc torbę, 
weszła do windy. - Jeszcze pomyślimy nad imieniem dla ciebie. Tubbo.
Kiedy tylko postawiła go na podłodze w mieszkaniu, popędził do kuchni. Poważnie podchodząc do 
swych obowiązków właścicielki kota i chcąc uniknąć szkód, poszła za nim i wystawiła mu spodek 
mleka oraz niezbyt świeże resztki chińszczyzny.
Kot najwidoczniej nie był wybredny i zabrał się do jedzenia z apetytem.
Obserwowała go przez chwilę, myśląc o czym innym. Pragnęła Roarke'a. Potrzebowała go. Jeszcze 
jedna sprawa wymagała przemyślenia.
Nie wiedziała, jak traktować jego zapewnienie o miłości. Miłość oznacza różne rzeczy dla różnych 
ludzi. Do tej pory nie było jej w życiu Ewy.
Nalała sobie pół kieliszka wina, ale ledwo na nie spojrzała. Na pewno czuła coś do Roarke'a. To 
uczucie   było   nowe   i   niebezpiecznie   silne.   Najlepiej   zostawić   sprawy   ich   własnemu   biegowi. 
Podejmowanych szybko decyzji najczęściej się żałuje.
Dlaczego, do diabła, nie było go w domu?
Odstawiła nie tknięte wino na bok, przeciągnęła ręką po włosach. To jest najgorsze, kiedy zaczynasz 
się do kogoś przyzwyczajać, pomyślała. Czujesz się samotna, gdy nie ma go przy tobie.
Przypomniała sobie, że czeka na nią praca. Sprawa, którą musiała zamknąć, i mała rosyjska ruletka z 
jej kartami kredytowymi. Może weźmie długą gorącą kąpiel i pozwoli sobie na moment odprężenia 
przed porannym spotkaniem z prokuratorem. Zostawiła kota nad miską z mięsem i poszła do łazienki. 
Instynkt przytępiony po długim dniu pracy i osobistych rozterek ostrzegł ją o sekundę za późno.
Mechanicznie sięgnęła po broń, zanim jeszcze dostrzegła jakiś ruch, ale opuściła ją, kiedy zobaczyła 
długą lufę rewolweru.
Colt, pomyślała, czterdziestka piątka. Broń, którą zdobywano Dziki Zachód, sześciostrzałowa.
-  To nie pomoże twojemu szefowi, Rockman.

background image

-  Nie masz racji. - Wyszedł zza drzwi, trzymając rewolwer wycelowany w jej serce. - Wyjmij powoli 
broń, pani porucznik, i rzuć ją.
Patrzyła mu w oczy. Laser był szybki, ale nie szybszy od odbezpieczonej czterdziestki piątki. Gdyby 
do niej strzelił z tej odległości, rana byłaby paskudna. Rzuciła broń.
-  Kopnij to do mnie. A! - uśmiechnął się z zadowoleniem, kiedy zobaczył, jak sięga ręką do kieszeni. 
- I komunikator. Wolę, żeby to zostało między nami. Dobrze - powiedział, kiedy rzuciła urządzenie na 
podłogę.
-  Niektórzy mogą uważać, że twoja lojalność w stosunku do senatora jest godna podziwu, Rockman. 
Ja   uważam,   że   to   głupota.   Kłamać,   aby   zapewnić   mu   alibi,   to   jedno,   ale   terroryzowanie   funk-
cjonariusza policji to już zupełnie co innego.
-  Jesteś wyjątkowo inteligentną kobietą, pani porucznik. Mimo to popełniasz wyjątkowo głupie błędy. 
Lojalność nie ma tu nić do rzeczy. Wolałbym, żebyś zdjęła kurtkę.
Poruszała   się   wolno,   nie   spuszczając   go   z   oczu.   Zsunęła   kurtkę   z   jednego   ramienia   i   włączyła 
magnetofon w jednej z kieszeni.
-  Rockman, jeżeli trzymanie mnie na muszce nie jest wynikiem lojalności wobec senatora DeBlassa, 
to dlaczego to robisz?
-   Dla własnego bezpieczeństwa i czystej przyjemności. Czekałem na możliwość zabicia cię, pani 
porucznik, ale nie do końca wiedziałem, jak to zrobić.
-  I jak zamierzasz to zrobić?
-  A może byś usiadła? Na brzegu łóżka. Zdejmij buty i pogadamy sobie.
-  Mam zdjąć buty?
-   Gdybyś  mogła. To daje mi pierwszą i, jak sądzę, ostatnią szansę przedyskutowania z tobą tego, 
czego udało mi się dokonać. Co z tymi butami?
Usiadła tak, by być jak najbliżej łącza.
-  Współpracowałeś z DeBlassem cały czas, prawda?
-   Chcesz go zrujnować. Mógł zostać prezydentem, a nawet przewodniczącym Światowej Federacji 
Narodów. Był na fali i mógł zasiąść nawet w Gabinecie Owalnym.
-  Z tobą u boku.
-     Oczywiście.   I   razem   poprowadzilibyśmy   kraj,   a   potem   cały   świat   w   nowym   kierunku.   We 
właściwym kierunku. Ku silnym zasadom moralnym i bezpieczeństwu.
Nie spieszyła się; zaczekała, aż but spadnie na podłogę, nim rozsznurowała drugi.
-  Bezpieczeństwo... i pomogliby je zapewnić twoi starzy kumple z Siatki Bezpieczeństwa?
Uśmiechnął się surowo; oczy mu błyszczały.
-   Tym  krajem już za długo rządzili dyplomaci.  Nasi generałowie dyskutują i negocjują, zamiast 
rozkazywać. Z moją pomocą DeBlass by to zmienił, ale ty uparłaś się, żeby go zniszczyć, a mnie 
razem z nim. Teraz nie mamy szans na prezydenturę.
-  Jest mordercą, pedofilem...
-  Mężem stanu - przerwał jej Rockman. - Nigdy nie wytoczysz mu procesu.
.   - Będzie miał proces i zostanie skazany. Zabicie mnie nie zmieni tego.
-  Nie, ale sprawa przeciwko niemu upadnie. Razem ze śmiercią obu stron. Widzisz, kiedy opuściłem 
go nie dalej niż dwie godziny temu, senator DeBlass był w swoim biurze we Wschodnim Waszyng-
tonie. Stałem przy nim, kiedy wybierał czterolufowe Magnum, kaliber pięćdziesiąt siedem, bardzo 
skuteczną broń. I widziałem, jak wkładał lufę do ust i umierał jak patriota.
-  Jezu Chryste! - Ten obraz nią wstrząsnął. - Samobójstwo!
-     Wojownik   przebijający   się   własnym   mieczem.   -   W   głosie   Rockmana   zabrzmiał   podziw.   - 
Powiedziałem mu, że to jedyne rozwiązanie, i przyznał mi rację. Nigdy nie zniósłby upokorzenia. 
Kiedy  znajdą   jego   ciało,   a   potem  twoje,   jego   reputacja   jeszcze   raz   zostanie   uratowana.   Zostanie 
dowiedzione, że umarł na wiele godzin przed tobą. Nie mógł cię zabić, a ponieważ sposób morderstwa 
będzie dokładnie taki sam, jak w innych przypadkach, i będą dwie następne ofiary, jak zapowiedziano, 
dowody przeciwko senatorowi nie będą miały żadnej wartości. Będę zrozpaczony. Będę grzmiał i 
potępiał - i zajmę jego miejsce.
-  Tu nie chodzi o politykę! Niech cię szlag trafi! - Wstała z zaciśniętymi pięściami, by zadać mu cios. 
Całe szczęście, że nie użył broni, tylko powstrzymał  Ewę ręką. Uderzona przekręciła się i upadła 
ciężko na nocny stolik. Stojąca na nim szklanka spadła i roztrzaskała się o podłogę.
-  Wstawaj!

background image

Jęknęła cicho. Czuła piekący ból w policzku, widziała jak przez mgłę. Dźwignęła się i odwróciła, 
uważając, by stać przodem do łącza, które uruchomiła ręcznie.
-  Co ci to da, że mnie zabijesz, Rockman?
-     Bardzo   dużo.   To   ty   prowadziłaś   śledztwo.   To   ty   spałaś   z   mężczyzną,   który   był   pierwszym 
podejrzanym. Twoja reputacja i twoje motywy zostaną dokładnie zbadane po twojej śmierci. Dawanie 
kobiecie władzy jest zawsze błędem.
Otarła krew ż wargi.
-  Nie lubisz kobiet, Rockman?
-   Czasami  się przydają,  ale właściwie wszystkie  są dziwkami.  Może nie sprzedałaś swego ciała 
Roarke'owi, ale on cię kupił. Zamordowanie ciebie w gruncie rzeczy nie złamie wzorca, jaki ustaliłem.
-  Ty ustaliłeś?
-   Naprawdę myślałaś, że DeBlass potrafi tak dokładnie zaplanować i wykonać serię morderstw? - 
Poczekał, dopóki nie zobaczył, że zrozumiała. - Tak, zabił Sharon. W afekcie. Nawet nie zdawałem 
sobie sprawy z tego, że rozważa taki pomysł. Potem wpadł w panikę.
-  Byłeś tam. Byłeś z nim tej nocy, kiedy zabił Sharon.
-     Czekałem   na   niego   w   samochodzie.   Zawsze   mu   towarzyszyłem   podczas   jego   schadzek   z   tą 
dziewczyną. Woziłem go, żebym tylko ja, człowiek, któremu ufał, był w to wciągnięty.
-   Jego własna  wnuczka.  - Ewa  nie  śmiała  się odwrócić, by nie  zakłócić  nagrania.  - Czy to nie 
napawało cię wstrętem?
-  Ona napawała mnie wstrętem, pani porucznik. Wykorzystywała jego słabość. Każdy człowiek może 
mieć jakąś słabostkę, ale ona wykorzystała ją, wyzyskała, potem zaczęła go straszyć. Kiedy zginęła, 
zrozumiałem,   że   stało   się   najlepiej,   jak   mogło.   Poczekałaby,   aż   zostanie   prezydentem,   a   potem 
wbiłaby mu nóż w plecy.
-  Więc pomogłeś mu zatrzeć ślady.
-  Oczywiście. - Rockman uniósł ramiona. - Cieszę się, że nadarzyła się nam okazja do rozmowy.  To 
było dla mnie bardzo przykre,  że  nie  mogłem  się  tym pochwalić.  Jestem zachwycony, że mogę ci 
o tym opowiedzieć.
Ego, przypomniała sobie. Nie tylko inteligencja, lecz ego i próżność.
-  Musiałeś szybko myśleć - zauważyła. - I myślałeś. Szybko i bezbłędnie.
-  Tak. - Uśmiechnął się szeroko. - Zadzwonił przez samochodowe łącze i powiedział, żebym szybko 
przyszedł   na   górę.   Był   oszalały  ze   strachu.   Gdybym   go  nie   uspokoił,   może   by  jej   się   udało   go 
zniszczyć.
-  Jeszcze ją obwiniasz?
-  Była dziwką. Martwą dziwką. - Wzruszył ramionami, ale rewolwer ani drgnął w jego dłoniach. - 
Dałem   senatorowi   środek   uspokajający   i   posprzątałem   bałagan.   Wytłumaczyłem   mu,   że   trzeba 
uczynić   z   Sharon   tylko   część   całości.   Wykorzystać   jej   słabostki,   jej   patetyczny   wybór   zawodu. 
Spreparowanie   dyskietek   ochrony   było   niezwykle   proste.   Skłonności   senatora   do   nagrywania 
własnych wyczynów seksualnych poddały mi pomysł wykorzystania tego jako części wzorca.
-  Tak - powiedziała przez zdrętwiałe wargi. - To było mądre.
-   Posprzątałem mieszkanie, wytarłem dokładnie broń. Ponieważ był na tyle rozsądny, by wziąć tę, 
która nie była zarejestrowana, pozostawiłem ją na miejscu zbrodni. Znowu ustalając wzorzec.
-  Więc wykorzystałeś to - powiedziała cicho Ewa. - Wykorzystałeś jego, wykorzystałeś Sharon.
-  Tylko głupcy marnują okazje. Był bardziej sobą, gdy to w końcu zostało załatwione - zadumał się 
Rockman. - Byłem w stanie wykonać resztę swego planu wykorzystując Simpsona do wywierania 
nacisku, przekazywania tajnych informacji. Źle się stało, że senator zapomniał o pamiętnikach Sharon 
i dopiero później   mi o nich powiedział.   Musiałem ryzykować powrót  do jej mieszkania. Ale, jak 
oboje już wiemy, była wystarczająco mądra, by dobrze je ukryć.
-  Zabiłeś Lolę Starr i Georgie Castle. Zabiłeś je, by zakamuflować pierwsze morderstwo.
-  Tak. Lecz w przeciwieństwie do senatora, dobrze się bawiłem. Od początku do końca. Nie miałem 
trudności z wyborem ofiar, ustaleniem ich nazwisk, miejsca zamieszkania.
W tej chwili trochę trudno jej było cieszyć się z faktu, że ona miała rację, a komputer się mylił. W 
końcu było dwóch morderców.
-  Nie znałeś ich? Nawet ich nie znałeś?

background image

-  Myślałaś, że powinienem je znać? - Zaśmiał się z tego. - Ich nazwiska nie miały znaczenia. Liczył 
się   tylko   ich   zawód.   Kurwy   obrażają   mnie.   Kobiety,   które   rozkładają   nogi   po   to,   by   osłabić 
mężczyznę, obrażają mnie. Pani mnie obraża, pani porucznik.
-  Po co te dyskietki? - Gdzie, do diabła, jest Feeney? Dlaczego oddział specjalny nie wyłamał jeszcze 
drzwi? - Po co przysyłałeś mi dyskietki?
-  Lubiłem patrzeć, jak się rzucasz, niczym mysz szukająca sera
-  kobieta, która wierzyła, że potrafi myśleć jak mężczyzna. Podsunąłem ci Roarke'a, ale pozwoliłaś, 
by wszedł ci na głowę. To takie typowe. Rozczarowałaś mnie, Kierowałaś się emocjami, pani porucz-
nik: i w przypadku zabójstw, i w przypadku tej małej dziewczynki, której nie zdołałaś uratować. Lecz 
miałaś szczęście, które wkrótce przestanie ci dopisywać.
Przesunął się w bok, obok komody, gdzie czekała kamera. Włączył ją.
-  Rozbierz się.
-   Możesz mnie  zabić - powiedziała czując, że żołądek podchodzi jej do gardła. - Ale mnie  nie 
zgwałcisz.
-  Zrobisz dokładnie to, co chcę, żebyś zrobiła. One zawsze to robią. - Opuścił rewolwer i wycelował 
go w środek jej ciała.
-  Tamtym najpierw strzelałem w głowę. Natychmiastowa śmierć, prawdopodobnie bezbolesna. Masz 
pojęcie, jakie katusze byś cierpiała z ołowianą kulą w brzuchu? Błagałabyś mnie, żebym cię zabił.
Oczy mu rozbłysły.
-  Rozbieraj się.
Ewa opuściła ręce. Mogła znieść ból, ale nie mogła dopuścić, by spełnił się jej koszmarny sen. Żadne 
z nich nie zauważyło kota, który wszedł do pokoju.
-  Twój wybór, pani porucznik - rzekł Rockman.
Nagle drgnął, gdy kot prześlizgnął się między jego nogami. Ewa skoczyła do przodu i całym ciałem 
popchnęła go na ścianę.

20

F

eeney zatrzymał się w drodze ze stołówki, trzymając w ręce na wpół zjedzonego hamburgera z soi. 

Pomarudził   chwilę   przy   automacie   z   kawą,   plotkując   z   dwoma   innymi   glinami   o   szczegółach 
niedawnej  kradzieży.   Opowiadali  sobie  różne  historyjki   i Feeney  postanowił  wypić   jeszcze  jeden 
kubek kawy, zanim przerwie te pogaduszki.
Mało brakowało, a minąłby własne biuro pogrążony w marzeniach o wieczorze przed telewizorem i 
dobrym zimnym piwie szumiącym w głowie. Jeżeli będzie miał trochę szczęścia, jego żona może do 
tego czasu nie zaśnie i da się namówić na pieszczoty.
Ale   przyzwyczajenie   wzięło   górę.   Wszedł   do   środka,   aby   upewnić   się,   że   jego   komputer   jest 
zabezpieczony na noc. I usłyszał głos Ewy.
-  Hej, Dallas, ty ciągle... - Przerwał widząc pusty gabinet.
-  Za dużo pracujesz - mruknął. I wtedy usłyszał jej głos po raz drugi.
-  Byłeś z nim. Byłeś z nim tej nocy, kiedy zabił Sharon. O mój Boże! - przeraził się.
Niewiele widział na ekranie: plecy Ewy, bok łóżka. Rockman był niewidoczny, ale jego głos brzmiał 
wyraźnie. Feeney modlił się, gdy dzwonił do oficera dyżurnego.

E

wa usłyszała zaniepokojony pisk kota, kiedy nadepnęła mu na ogon, usłyszała także stuknięcie, gdy 

broń uderzyła o podłogę. Rockman górował nad nią wzrostem i wagą. I zbyt szybko doszedł do siebie 
po jej uderzeniu. Udowodnił, że przeszedł szkolenie wojskowe.
Walczyła wściekle, nie będąc w stanie ograniczyć się do precyzyjnego, obojętnego zadawania ciosów. 
Gryzła i drapała.
Gdy z całej siły uderzył ją w żebra, zabrakło jej tchu. Wiedziała, że upada, i zrobiła wszystko, żeby 
pociągnąć go za sobą. Uderzyli mocno w podłogę i mimo że błyskawicznie się przetoczyła, znalazł się 
na niej.
Zobaczyła gwiazdy, kiedy wyrżnęła głową w podłogę.
Dusił ją. Sięgnęła mu do oczu, chybiła, rozorała mu policzki, tak że zawył z bólu. Gdyby drugą ręką 
uderzył ją w twarz, mogłaby stracić przytomność, ale on skupił uwagę na chwyceniu broni. Podbiła 

background image

mu łokieć, zmuszając go do puszczenia jej gardła, do rozluźnienia uścisku. Ciężko łapiąc powietrze, 
rzuciła się w kierunku rewolweru.
On dopadł go pierwszy.

R

oarke z paczką pod pachą wszedł do hallu budynku, w którym mieszkała Ewa. Myśl, że przyjechała 

do niego, sprawiła mu przyjemność. Chciał, żeby nadal to robiła. Pomyślał teraz, że kiedy sprawa 
będzie zamknięta, może uda mu się namówić ją na kilka dni przerwy w pracy. We wschodnich Indiach 
miał wyspę, która na pewno by się jej spodobała.
Przycisnął   guzik   intercomu   i   uśmiechnął   się,   wyobrażając   sobie,   jak   pływają   nadzy   w   czystej 
niebieskiej wodzie i kochają się w gorących promieniach słońca, zostawiając całe to piekło za sobą.
-     Zabieraj   się   stąd,   do   cholery.   -   Feeney   wparował   do   środka,   prowadząc   za   sobą   dwunastu 
mundurowych. - To sprawa policji.
-   Ewa! - Roarke z pobladłą twarzą wepchnął się do windy.  Feeney zignorował go i warknął do 
komunikatora.
-  Zabezpieczyć wszystkie wyjścia. Niech ci pieprzeni snajperzy będą w pogotowiu.
Roarke bezradnie opuścił ręce.
-  DeBlass?
-  Rockman - poprawił go Feeney. - On ją ma. Trzymaj się od tego z daleka, Roarke, dobra?
-  Gówno, nie dobra.
Feeney zmierzył go wzrokiem. W żadnym wypadku nie poświęci swoich ludzi do pilnowania tego 
cywila. A miał przeczucie, że ten facet, podobnie jak on, dla Ewy jest gotów na wszystko.
-  Więc rób, co ci mówię.
Kiedy drzwi windy otworzyły się, usłyszeli wystrzał. Roarke wyprzedzał Feeneya o dwa kroki, kiedy 
dopadł do drzwi mieszkania Ewy. Zaklął i cofnął się. Uderzyli w nie jednocześnie.

S

paraliżował ją ból. Potem zapomniała o nim, ogarnięta wściekłością. Zacisnęła palce na nadgarstku 

ręki, w której trzymał broń, i wbiła mu paznokcie w ciało. Twarz Rockmana była blisko jej twarzy, 
swym ciałem przyszpilił ją do podłogi w obscenicznej parodii sceny miłosnej. Jego nadgarstek był 
śliski od krwi w miejscu, gdzie rozorały go jej paznokcie. Zaklęła, kiedy oswobodził rękę i uśmiechnął 
się.
-  Walczysz jak kobieta. - Odrzucił włosy z czoła i krew z zadrapanego policzka spływała czerwoną 
smugą. - Zgwałcę cię. Zanim cię zabiję, zrozumiesz, że nie jesteś lepsza od zwykłej dziwki.
Podniecony zwycięstwem, zerwał z niej bluzkę.
Uśmiech zniknął mu z twarzy, kiedy władowała mu pięść do ust. Krew spryskała ją niczym ciepły 
deszcz. Uderzyła go jeszcze raz, usłyszała chrzęst, gdy złamała mu nos, z którego trysnęła fontanna 
krwi. Przesunęła się szybko jak wąż.
I znowu wymierzyła mu cios łokciem w szczękę, knykciami przejechała mu po twarzy, wrzeszcząc i 
przeklinając, jakby jej słowa miały dosięgnąć go tak samo jak pięści.
Nie słyszała walenia w drzwi ani hałasu, jaki zrobiły wypadając z framugi. Ogarnięta wściekłością 
przewróciła Rockmana na plecy, usiadła na nim okrakiem i zaciekle biła go pięściami po twarzy.
-  Ewo! Dobry Boże!
Dopiero   Roarke   i   Feeney   wspólnymi   siłami   zdołali   ją   odciągnąć.   Walczyła   wydając   chrapliwe 
odgłosy, dopóki Roarke nie przycisnął jej głowy do swej piersi.
-  Przestań. To już koniec. Już po wszystkim.
-  Chciał mnie zabić. Zabił Lolę i Georgie. Chciał mnie zabić, ale najpierw zgwałcić. - Odsunęła się, 
otarła krew i pot z twarzy. - Tu właśnie popełnił błąd.
-  Usiądź. - Jego ręce drżały i były śliskie od krwi, kiedy posadził ją na łóżku. - Musi cię boleć.
-  Jeszcze nie boli. Zacznie za chwilę. - Odetchnęła głęboko. Jest gliną, cholera jasna, przypomniała 
sobie. Jest gliną i będzie zachowywała  się jak glina. - Widziałeś, co się dzieje - powiedziała do 
Feeneya.
-  Tak. - Wyjął chusteczkę, żeby zetrzeć pot z twarzy.
-  Więc dlaczego to tak długo trwało? - Udało się jej uśmiechnąć, co prawda dość ponuro. - Wyglądasz 
na trochę zmartwionego, Feeney.

background image

-  Psiakrew. Wszystko w ciągu jednego dnia. - Uruchomił swój komunikator. - Sytuacja opanowana. 
Potrzebny ambulans.
-  Nie jadę do żadnego szpitala.
-  Nie dla ciebie, ty bohaterko. Dla niego. - Popatrzył na Rockmana, który cicho jęknął.
-  Jak już doprowadzicie go do porządku, zaaresztujcie go za morderstwo Loli Starr i Georgie Casfle.
-  Masz co do tego pewność?
Chwiejąc się na nogach, wstała i sięgnęła pod kurtkę.
-   Mam tu wszystko - odparła. Wyjęła magnetofon. - DeBlass załatwił Sharon, ale nasz kochaś też 
miał w tym swój udział. I macie go oskarżyć o próbę gwałtu i morderstwa na funkcjonariuszu policji.
-    Masz   to  jak  w  banku.   -  Feeney  wepchnął   magnetofon   do  kieszeni.   -   Jezu,   Dallas,   wyglądasz 
okropnie.
-  Obawiam się, że masz rację. Wyprowadź go stąd, dobrze, Feeney?
-  Pewnie.
-  Pomogę ci. - Roarke schylił się, podnosząc Rockmana za klapy, potrząsnął nim i postawił pionowo. 
- Spójrz na mnie, Rockman. Dobrze mnie widzisz?
Rockman zamrugał zalanymi krwią oczami.
-  Widzę.
-   To dobrze. - Roarke wyrzucił ramię do góry, szybko jak pocisk, i jego pięść zatrzymała się na 
zmasakrowanej twarzy Rockmana.
-  Kurde - powiedział cicho Feeney, kiedy Rockman upadł na podłogę. - Chyba nie trzyma się zbyt 
pewnie na nogach. - Pochylił się nad nim i założył mu kajdanki. - Może ze dwóch z was, chłopcy, 
zabrałoby go stąd. Poczekajcie na mnie z karetką. Pojadę z nim.
Wyjął plastykową torebkę i włożył do niej broń.
-  Niezła zabawka. Rękojeść z kości słoniowej. Założę się, że nieźle ładuje.
-  Wiem coś o tym. - Machinalnie położyła rękę na ramieniu. Feeney przestał podziwiać broń.
-  Cholera, Dallas, postrzelił cię?
-   Nie wiem - powiedziała sennie zaskoczona, kiedy Roarke oddarł rękaw jej poszarpanej bluzki. - 
Hej.
-  To tylko draśnięcie - rzucił głuchym głosem. - Przedarł rękaw, robiąc z niego opaskę uciskową. - 
Trzeba się nią zaopiekować.
-  Myślę, że mogę zostawić to tobie - zauważył Feeney. - Dallas, może będziesz chciała nocować dziś 
gdzie indziej. Przyślę tu ludzi do sprzątania.
-  Tak. - Uśmiechnęła się, kiedy kot wskoczył na łóżko. - Może. Feeney zagwizdał przez zęby.
-  Ciężki dzień.
-  Takie życie - mruknęła głaszcząc kota. Galahad, pomyślała, jej biały rycerz.
-  Do zobaczenia, dzieciaku.
-  Tak. Dzięki, Feeney.
Zdecydowany doprowadzić tę sprawę do końca, uklęknął przed nią. Poczekał, aż umilkło gwizdanie 
Feeneya.
-  Ewo, jesteś w szoku.
-  Tak jakby. Zaczyna mnie boleć.
-  Potrzebujesz lekarza. Wzruszyła ramionami.
-  Mogę wziąć proszek przeciwbólowy i muszę doprowadzić się do porządku.
Przyjrzała   się  sobie,  chłodno oceniając  swój  stan.  Bluzka  była  podarta  i  pochlapana  krwią.  Ręce 
wyglądały okropnie, kłykcie były zdarte i spuchnięte - z trudem mogła zacisnąć w pięści. Pojawiło się 
mnóstwo siniaków, a rana na jej ramieniu, gdzie kula drasnęła skórę, straszliwie piekła. 
-   Myślę,  że nie jest tak źle, jak wygląda  - uznała - ale lepiej sprawdzę. - Kiedy próbowała się 
podnieść, wziął ją na ręce. - Nawet lubię, kiedy mnie nosisz. Wtedy wszystko we mnie wiruje. Tylko 
potem mi głupio. Lekarstwa są w łazience.
Chciał sam obejrzeć obrażenia, więc wniósł ją do środka i posadził na toalecie. Znalazł silny środek 
przeciwbólowy dla policjantów w prawie pustej apteczce. Podał jej tabletkę i wodę, zanim zwilżył 
gazę.
Klepnęła się w czoło zdrową ręką.
-     Zapomniałam   powiedzieć   Feeneyowi.   DeBlass   nie   żyje.   Samobójstwo.   To,   co   oni   nazywają 
połykaniem lufy. Cholerne określenie.

background image

-  Nie martw się tym teraz. - Roarke zajął się najpierw raną postrzałową. To było brzydkie skaleczenie, 
ale krwawienie już ustało. Każdy lekarz poradziłby sobie z tym w kilka minut, ale jemu ręce się 
trzęsły.
-   Było  dwóch morderców.  - Marszcząc brwi, patrzyła  na przeciwległą ścianę. - Na tym  polegał 
problem.   Wpadłam   na   to,   ale   potem   dałam   sobie   spokój.   Dane   wskazywały   na   mały   stopień 
prawdopodobieństwa. Głupia.
Roarke przyjrzał się jej uważnie. Znacznie mu ulżyło, kiedy się zorientował, że większość krwi nie 
była jej. Wargę miała przeciętą, lewe oko już zaczynało puchnąć. Nie najlepiej też wyglądała jej kość 
policzkowa.
Odetchnął głęboko, by się uspokoić.
-  Będziesz miała mnóstwo siniaków.
-   Zdarzało mi się to już wcześniej. - Lekarstwo zaczynało działać, zmieniając ból w odrętwienie. 
Tylko się uśmiechnęła, kiedy rozebrał ją do pasa, szukając dalszych obrażeń. - Masz fantastyczne 
dłonie. Uwielbiam, kiedy mnie dotykasz. Nikt nigdy nie dotykał mnie w ten sposób, mówiłam ci to 
już?
-  Nie. - I wątpił, żeby później pamiętała, iż to powiedziała. Ale nie omieszka jej o tym przypomnieć.
-  Jesteś tato piękny. Taki piękny - powtórzyła przybliżając krwawiącą dłoń do jego twarzy. - Ciągle 
się zastanawiam, co ty tu robisz.
Wziął jej rękę i delikatnie owinął gazą.
-  Zadaję sobie to samo pytanie.
Uśmiechnęła się niemądrze, pozwalając sobie na chwilę odprężenia. Muszę złożyć raport, pomyślała 
ze zmęczeniem. Później.
-  Naprawdę myślisz, że coś z tego wyjdzie? Roarke i glina?
-   Myślę, że musimy sami się przekonać. - Miała mnóstwo siniaków, ale najbardziej martwiły go 
granatowe ślady na jej żebrach.
-  Dobrze. Może teraz bym się położyła. Możemy pojechać do ciebie, bo Feeney będzie musiał wysłać 
ludzi, żeby zbadali miejsce przestępstwa i tak dalej. Chciałabym się chociaż przez chwilę zdrzemnąć, 
zanim złożę raport.
-  Pojedziesz do najbliższego szpitala.
-  Co to, to nie. Nie znoszę tego. Szpitale, centra medyczne, lekarze. - Popatrzyła na niego szklanym 
wzrokiem i uśmiechnęła się. - Pozwól mi spać w swoim łóżku, Roarke, zgoda? W tym wspaniałym 
wielkim łóżku, na podwyższeniu pod niebem.
Z braku czegoś lepszego otulił ją swoją marynarką. Kiedy wziął Ewę na ręce, położyła mu głowę na 
ramieniu.
-  Nie zapomnij o Galahadzie. Ten kot uratował mi życie. Kto by pomyślał?
-   Więc będzie dostawał kawior do końca swoich dziewięciu żywotów. - Pstryknął palcami i kot z 
radością pobiegł za nim.
-  Drzwi są rozwalone. - Ewa zachichotała, gdy Roarke wyszedł 

przez próg na korytarz. - 

Właściciel 

będzie wkurzony, ale wiem, jak go podejść. - Wycisnęła pocałunek na szyi Roarke'a. - Cieszę się, że 
już po wszystkim - westchnęła. -1 cieszę się, że tu jesteś. Bądź miły, jeśli zdecydujesz się przy mnie 
zostać.
-  Możesz na to liczyć. - Trzymając ją na rękach, schylił się po paczkę, którą upuścił biegnąc Ewie na 
pomoc.   Był   w   niej   funt   prawdziwej   kawy.   Pomyślał,   że   przekupi   tym   Ewę,   kiedy  obudzi   się   w 
szpitalnym łóżku.
-  Żadnych snów tej nocy - wymamrotała zasypiając.
Wniósł ją do windy i poczekał, aż kot znajdzie się przy jego nodze.
-  Nie. - Przesunął ustami po włosach Ewy. - Żadnych snów.


Document Outline