background image

K

AROL 

M

AY

 

 
 
 

R

APIER I 

T

OMAHAWK

 

 

 

SCAN-

DAL

 

background image

C

ZARNY 

G

ERARD

 

 
O jakie  sto dwadzie cia mil angielskich od uj cia Rio Pecos do Rio Grand  del Norte, 

na meksyka skim wybrze u tej pot nej rzeki, na ostrym zakr cie niedaleko Presidio de S. 
Vicente  le y znany ju  naszym czytelnikom port Guadalupe. W roku 1848 Emma Arbellez 
wraz  z  przyjaciółk   Kari   była  tu  z  wizyt   u  krewnych.  W  drodze  powrotnej  napadli  j   i 
uprowadzili  Komanczowie.  Jak  pami tamy,  oswobodził  je  Piorunowy  Grot  i  Nied wiedzie 
Serce. 

Rodzina,  u  której  go ciły  Emma  i  Karia,  była  spokrewniona  z  Pedrem  Arbellezem. 

Jego  pi kna  siostra  wyszła  za  m   za  Pirnera,  który  przyw drował  do  Guadalupe  nie 
wiadomo sk d. Zaj ł si  niewielkim interesem, ale z biegiem czasu rozwin ł go tak,  e stał si  
najbogatszym człowiekiem w całej okolicy. 

Pr dko  owdowiał.  Został  sarn  z  jedyn   córk .  mier   ony  nie  zawa yła  na  yciu 

Pirnera.  Miał  usposobienie  wesołe,  nieskłonne  do  smutku.  ył  szcz liwie  i  beztrosko,  a 

ci le mówi c, z jedn  tylko trosk : mianowicie jego córka Rezedilla nie zamierzała wyj  za 

m . Dawniej było mu to zupełnie oboj tne. Ale teraz, gdy si  postarzał, my l o tym,  e córka 
pozostanie  sama,  nie  dawała  mu  spokoju.  Koło  licznej  blondynki  kr ciło  si   wielu 
adoratorów.  artowała i flirtowała ze wszystkimi, ale  adnego nie faworyzowała. Miała ju  
około  trzydziestki.  Była  ci gle  ładna,  cho   —  jak  wiadomo  —  Meksykanki  szybko  si  
starzej . Jej jasne włosy sugerowały inne, mo e nawet germa skie pochodzenie. 

Pirnero  był  wła cicielem  wielkiego  domu.  Oprócz  oficyny  mieszcz cej  sklep  i 

gospod ,  znajdowały  si   tam  piwnice  słu ce  za  magazyny,  na  pi trze  za   —  pokoje 
mieszkalne. Za murami fortu rozci gały si  pastwiska, na których zatrudniał vaquerów. 

Był  letni  dzie   roku 1866. Od rzeki wiał ostry wiatr, postrach ka dego my liwego i 

pasterza.  W  szynku  nie  pojawił  si   ani  jeden  go ,  wi c  seniorowi  Pirnerowi  humor  nie 
dopisywał.  Stał  przy  oknie  gospody  i  w  milczeniu  patrzył  na  okolic   zasnut   g stymi 
tumanami  kurzu.  Przy  drugim  oknie  siedziała  Rezedilla;  wyszywała  czerwon   chustk , 
podarunek  dla  jednej  ze  słu cych.  Stary  zacz ł  b bni   palcami  w  szyb ,  co  niezbicie 

wiadczyło  o  złym  humorze.  Ilekro   taki  przychodził,  Rezedilla  musiała  wysłuchiwa  

wymówek, z których sobie jednak niewiele robiła. Bawiło j  nawet,  e ojciec, posługuj c si  
byle jakim pretekstem, zawsze wraca do sprawy mał e stwa. 

— Straszny wicher — skonstatował z westchnieniem. Nie odpowiedziała. Dodał wi c 

po chwili: 

background image

— Istny huragan! 
— Milczała. Wobec tego zapytał wprost: 
— Nieprawda , Rezedillo? 
— Owszem — odparła lakonicznie. 
— Owszem? Tylko tyle? — zirytował si . 
— No tak, straszliwy huragan. 
— I pył okropny! 
Rezedilla zamilkła znowu. Odwrócił si  teraz do niej i rzekł: 
— Je eli jeste  taka milcz ca, trudno ci b dzie wytrzyma  z m em, gdy ju  w ko cu 

staniesz na  lubnym kobiercu. 

— Milcz ca  ona jest wi cej warta ni  gadatliwa — zauwa yła skwapliwie. 
Pirnero chrz kn ł kilkakrotnie. Rozmowa nie kleiła si . Nie daj c jednak za wygran , 

podj ł po chwili: 

— Okropny wicher, istny huragan! 
Nie uwa ała, aby ta w istocie błaha uwaga zasługiwała na odpowied . Pirnero kiwn ł 

głow  i znowu b bni c palcami o szyb  mrukn ł: 

— Ani jednego go cia w szynku. 
Poniewa  i na to nie było odpowiedzi, zaatakował j  wprost: 
— Czy nie mam troch  racji? To  le,  e dziewczyna rozgl da si  za m czyznami? A 

mo e… 

— Nie — pokr ciła głow . — Nie chc   adnego. 
—  adnego?  Głupstwa  opowiadasz!  M czyzna  jest  dla  dziewczyny  tym,  czym 

podeszwa dla buta. 

— Chodz c trzeba j  mocno dociska ? — zapytała ze  miechem. 
— Banialuki! Przecie  bez butów nie mo na chodzi . 
Nagle za oknem spadł drewniany rygiel, zerwany z dachu podmuchem wiatru. 
— Widziała ? — zawołał. — Widzisz, jaka dziura? A kto to zreperuje? Ja, tylko ja! 
— Kto inny miałby si  tym zaj ? Chyba nie ja? 
—  Ty?  Bzdura!  M !  Jego  obowi zkiem  jest  dba   o  porz dek.  Gdzie  nie  ma 

m czyzny, tam nie ma porz dku. Zrozumiała ? 

Poczciwy  papa  Pirnero  był  troch   sk py.  Zło ciła  go  drobna  szkoda,  jak   wiatr 

wyrz dził na dachu. Gdy si  co  podobnego zdarzało, stawał si  szczególnie gadatliwy. 

—  Ale  musi  to  by   zi   przyzwoity  —  ci gn ł  dalej.  —  Nie  taki  obdartus  w 

łachmanach jak ten, który tutaj czasami przychodzi. 

background image

Nie patrzył na córk , wi c nie zauwa ył,  e zarumieniła si . Widocznie obdartus nie 

był jej oboj tny. 

— Wiesz z pewno ci , o kim mówi , co? — zapytał. Przytakn ła. 
—  No  wi c  na  tego  si   nie  zgodz !  Jestem  ambitny,  odziedziczyłem  to  po  swoich 

przodkach. Czy wiesz, kim był mój ojciec? 

— Kominiarzem. 
— Zgadza si . Kominiarze to ludzie, którzy spogl daj  z wysoka. A mój dziadek? 
— Handlował chrzanem. 
—  Doskonale!  On  te   miał  yłk   do  handlu.  Dzi ki  niej  stałem  si   bogatym 

człowiekiem.  Trzeba  ci  od  czasu  do  czasu  przypomina   pochodzenie,  ojczyzn   i  miasto 
rodzinne. Zapomniała  mo e, z jakiego pochodzisz kraju? 

— Nie zapomniałam — ledwo powstrzymywała u miech. — Z Niemiec. 
—  Dokładnie  z  Saksonii,  znanej  z  pi knych  dziewcz t.  Nigdzie  na  wiecie  nie  ma 

pi kniejszych  panien,  ale  musz   wychodzi   za  m .  Inaczej  le  z  nimi.  Rozumiesz? 
Niedaleko  pada  jabłko  od  jabłoni.  Byłem  ładnym  chłopcem,  po  matce  i  babce.  I  ty 
odziedziczyła   urod ,  dlatego  nazwałem  ci   Rezed ,  Rezedilla.  Co  si   tyczy  miasta 
rodzinnego, znasz jego nazw , co? 

— Owszem. Pirna. 
— Tak jest, Pirna. To najpi kniejsze miasto na  wiecie. Dlatego od niego przybrałem 

nazwisko.  Byłem  interesuj cym  kawalerem  i  twoja  matka  zakochała  si   we  mnie  do 
szale stwa. Ale ty nie chcesz m a, nawet gdyby pochodził z Pirny, co? Kto mi wi c naprawi 
szkod  na dachu? 

—  Byłby  tak  gadał  do  s dnego  dnia,  gdyby  nie  rozległ  si   t tent  kopyt  ko skich. 

Zbli ał si  jaki  je dziec. Nie zatrzymał wierzchowca przed ogrodzeniem, tylko przeskoczył 
przez  nie.  Teraz  dopiero  zsiadł  z  konia  i  przeszedłszy  obok  okna,  skierował  si   ku 
wyszynkowi. 

— Otó  i jest ten wagabunda — zło cił si  gospodarz. — Wcale za nim nie t skni , 

nawet gdy nie ma w szynku  ywej duszy. Niech nie marzy o tym, by zosta  moim zi ciem! 

Rezedilla pochyliła si  nad robótk , aby ukry  rumie ce, które wyst piły jej na twarz. 

Tymczasem go  wszedł do izby. Ukłonił si  grzecznie, usiadł przy stole i poprosił o szklank  
zimnego  napoju,  zwanego  julepem  (napój  alkoholowy  z  ziołami),  bardzo  lubianego  w 
południowych stanach Ameryki. 

M czyzna był wysokiego wzrostu, mocnej budowy, twarz jego okalała ciemna broda. 

Wygl dał  bardzo  młodo,  cho   min ła  mu  ju   trzydziestka.  Ubrany  był  w  meksyka skie 

background image

spodnie i wełnian  bluz , rozpi t  z przodu i odsłaniaj c  muskularn  pier . Biodra opasywał 
w ski  pas  skórzany,  za  którym  tkwiły  dwa  rewolwery  i  nó .  Strzelba,  któr   oparł  o  stół 
wydawała  si   nic  nie  warta,  a  i  cała  odzie   wygl dała  n dznie.  Kto  jednak  przypatrzył  si  
bli ej  jego  mocnym  ramionom,  łagodnym  rysom,  wielkim  ciemnym  oczom,  nie  zwracał 
uwagi na ubiór. Gdy zdj ł kapelusz o szerokim rondzie, ukazała si  na jego czole gł boka, 
ledwie zagojona blizna. 

— Jaki j ulep mam poda ? — zapytał gospodarz ostro. — Z mi t  czy z kminkiem? 
— Z mi t . 
Pirnero  wszedł  za  lad   i  przyniósł  napój,  po  czym  usadowił  si   przy  oknie.  Go  

popijał go z wolna. Cał  uwag  zdawał si  kierowa , tak samo jak gospodarz, na okno. Bystry 
jednak obserwator dostrzegłby z pewno ci ,  e wzrok m czyzny co pewien czas ukradkiem 
spoczywał na dziewczynie, która rumieni c si , spuszczała oczy. 

Staremu  milczenie  zacz ło  ju   nazbyt  ci y .  Chrz kn wszy,  zwrócił  si   do 

przybysza: 

— Straszliwy wiatr. 
Nie zareagował. Dopiero na nast pn  uwag  odpowiedział oboj tnie: 
— Niezgorszy. 
— I pył okropny. 
— Phi. 
— Co pan przez to rozumie? Czy to nie jest pył? 
— Ale  owszem, pył. Komu on jednak przeszkadza? 
— Ubranie si  niszczy. 
— Mo na przecie  wło y  stare. Była to woda na młyn Pirnera. 
— No wła nie! Senior odział si  dzisiaj dosy  podle — powtarzał zjadliwie. — Czy 

nie ma pan lepszego ubrania? 

— Nie. 
Starego a  zatrz sło. Jak ka dy Meksykanin przywi zywał wag  do swego wygl du. 

Ubierał  si   jaskrawo,  barwnie,  ch tnie  nosił  l ni c   bro ,  stroił  konia  złotymi  i  srebrnymi 
ozdobami. A ten obdartus? Na ordynarnych butach nie miał nawet ostróg, mimo  e wszyscy 
je nosz , i to olbrzymich rozmiarów. 

— A dlaczego pan nie ma? — pytał dalej. 
— Bo za drogie dla mnie. 
— Ach, wi c senior jest biedakiem? 

background image

— Tak — odparł oboj tnie. Zauwa ywszy jednak,  e Rezedilla oblała si  rumie cem, 

posłał jej przepraszaj ce spojrzenie. 

Pirnero  nie  zwrócił  na  to  uwagi  i  z  coraz  wi ksz   natarczywo ci   kontynuował 

przesłuchanie. 

— Kim wła ciwie pan jest? 
— My liwym. 
— My liwym? I z tego senior  yje? 
— Oczywi cie. 
— W takim razie  al mi bardzo pana. Z czego teraz my liwy mo e wy y ? Dawniej 

były  inne  czasy  i  inni  my liwi  —  godni  najwy szego  szacunku.  Czy  słyszał  senior  o 
Nied wiedzim Sercu? 

— Tak, to sławny Apacz. 
— A o Bawolim Czole? 
— Nazywano go królem łowców, polował na bawoły. 
— A o Piorunowym Grocie? 
— To był Niemiec. 
— Mój ziomek — powiedział gospodarz z dum . — Pochodz  z Pirny pod Dreznem. 

Kiedy  wielkim westmanem był Władca Skał, tak e Niemiec, ale zagin ł. A i teraz jest taki 
jeden  westman,  chyba  jeszcze  wi kszy  od  tamtych.  Czy  słyszał  pan  kiedy   o  Czarnym 
Gerardzie? 

— Oczywi cie. A co si  z nim stało? 
—  Ugania  si   teraz  tutaj,  wzdłu   granicy.  Podobno  nosi  czarn   brod   i  dlatego 

nazywaj  go Czarnym Gerardem. Musi to by  chyba wcielony szatan, bo nie boi si  samego 
diabła. Strzały jego nigdy nie chybiaj , a uderzenia no a zawsze s  celne. Odk d przybył z 
północnych  gór,  drogi  zostały  prawie  całkowicie  oczyszczone  z  rozbójników.  Mam  mu 
bardzo wiele do zawdzi czenia, gdy  dawniej zbóje cz sto rabowali mi towary. Taki człowiek 
byłby  mi…  —  urwał,  nie  sko czywszy  zdania.  Co  ja  plot   —  pomy lał.  Po  chwili  mówił 
dalej:  —  Chciałbym  wiedzie ,  jakiej  narodowo ci  jest  ten  człowiek.  Mo e  urodził  si   w 
Pirnie.  Wszyscy  mieszka cy  tego  miasteczka  s   bardzo  waleczni.  A  z  jakiego  kraju  senior 
pochodzi? 

— Z Francji. 
— O rety, wi c jest pan Francuzem? 
— Oczywi cie. 
— No tak. Hm. No, to dobrze. 

background image

Pirnero  gwałtownie  przerwał  rozmow .  Po  chwili  wstał  i  wyszedł  z  izby,  dawszy 

przedtem znak córce, by poszła za nim. 

— Słyszała  — spytał, gdy znale li si  w spi arni — kim jest ten człowiek? 
— Jak miałam nie słysze ? Francuzem. 
— Musimy wi c uwa a . My l ,  e wiesz, i  Francuzi przywie li nam austriackiego 

ksi cia, który ma zosta  cesarzem Meksyku. 

— To tajemnica poliszynela. 
—  Moim  zdaniem  Austriacy  to  poczciwi  ludzie.  Nie  mam  nic  przeciwko  nim, 

zwłaszcza  e  ksi

  Maks  jest  podobno  porz dnym  człowiekiem.  Meksykanom  nie podoba 

si   jednak  to,  e  popieraj   go  Francuzi.  Powiadaj ,  e  Napoleon  III  jest  kłamc ,  e  nie 
dotrzymał  obietnic  i  e  ksi cia  Maksa  wystrychn ł  równie   na  dudka.  Nie  chc   adnego 
cesarza, chc  prezydenta, którym ma by  Juarez. 

— Ten, który przebywa teraz w Paso del Norte? 
—  Tak.  Francuzi  zamierzaj   go  schwyta   i  uwi zi .  Omal  im  si   to  nie  udało  w 

Chihuahua. Na szcz cie uciekł do Paso del Norte. Rozeszła si  jednak wie ,  e wysłali za 
nim patrole. Dlatego trzeba strzec si  tego Francuza. 

— Co ciebie to obchodzi? Co obchodzi ci  Juarez? 
—  O,  bardzo  wiele  —  odrzekł  z  powa n   min .  —  Dotychczas  nie  zdradzałem  si  

przed tob ,  e mam wyj tkowy talent do polityki. 

— Ty? — Rezedilla była szczerze zdumiona. 
—  Tak,  ja.  Wszyscy  mieszka cy  Pirny  s   dobrymi  politykami.  Mam  w  Presidio 

jeszcze  kilka  posiadło ci,  a  tym  samym  prawo  głosu.  I  nie  jest  mi oboj tne,  czy  b dziemy 
mich ksi cia Maksa czy prezydenta Juareza. Maks poczciwy, ale nie utrzyma si , zale ny jest 
bowiem  od  Francuzów.  Aby  stworzy   cesarstwo  Meksyku,  Napoleon  zaci gn ł  dwie 
po yczki.  Meksyk otrzymał marne czterdzie ci milionów, pi set zagarn ła Francja. Jest to 
jawne oszustwo. I dlatego Juarez chce przep dzi  Francuzów, a my go popieramy. Potrzeba 
mu  jednak  pieni dzy.  Wysłał  wi c  posła  do  prezydenta  Stanów  Zjednoczonych  z  pro b   o 
po yczk . Przed kilkoma dniami poseł wrócił z wiadomo ci ,  e Stany Zjednoczone nie b d  
popiera  cesarza meksyka skiego, za którym stoj  Francuzi, i  e udziel  Juarezowi po yczki 
w wysoko ci trzydziestu milionów dolarów. Cz

 tej sumy jest ju  w drodze. Przewo  j  

l dem.  Francuzi  dowiedzieli  si   o  tym  i  bardzo  prawdopodobne,  e  zechc   przechwyci  
przesyłk .  Gdyby  pieni dzy  nie  mo na  było  transportowa   dalej,  zostan   ukryte  tu,  w 
Guadalupe,  u  nas  w  domu.  Juarez  wy le  wzmocnione  stra e.  Rozumiesz  wi c,  e  w  tej 
sytuacji musimy strzec si  Francuzów. Mog  przecie  przysła  szpiegów. A mo e ju  si  to 

background image

stało?  Co   mi  mówi,  e  ten  łotr,  który  tam  siedzi,  jest  jednym  z  nich.  Milczy,  na  pytania 
odpowiada  półg bkiem,  jakby  pilnował,  co  si   dzieje  na  dworze.  Nawet  na  ciebie  nie 
spogl da. 

Rezedilla  czuła,  e  ojciec  si   myli.  A  mo e  jednak  nie?  Czy by  zawiodła  mnie 

intuicja? — pomy lała. 

— Ten człowiek nie wygl da na szpiega — odezwała si  po chwili. 
— Nie? Nie b d  taka pewna. Mimo wszystko wol , aby mnie ten Francuz wi cej nie 

ogl dał.  Gotów  jeszcze  zmiarkowa ,  jak   rol   tu  pełni .  Dlatego  b dziesz  go  sama 
obsługiwała. Ale błagam, na lito  bosk , nie wygadaj si ,  e jestem zwolennikiem Juareza. 

Rezedilla z trudem zachowuj c powag , powiedziała: 
— Nie martw si  o to, odziedziczyłam po tobie talent dyplomatyczny. 
— Jestem pewien,  e go masz, to przechodzi z ojca na córk . Wracaj wi c do gospody 

i  załatw  dobrze  spraw .  B d   nawet  dla  niego  uprzejma,  aby  nie  budzi   podejrze .  Dobry 
dyplomata musi u pi  czujno  swych wrogów. 

Rezedilla  weszła  do  izby  z  u miechem  na  twarzy.  Bez  słowa  usiadła  przy  oknie. 

Nieznajomy milczał równie . Po chwili przerwała cisz : 

— Czy jest pan naprawd  Francuzem, senior? 
— Tak. Czy wygl dam na człowieka, który by pani  okłamywał, seniorita? 
— Nie. My lałam tylko,  e pan  artuje. Francuzi nie s  w tych okolicach lubiani. 
— Ja ich równie  nie lubi . 
— Ach! — zdumiała si . — Ale przecie  jest pan Francuzem. 
— Urodziłem si  wprawdzie we Francji, ale nigdy nie wróc  do ojczyzny. 
— Czy opu cił j  pan pod przymusem? 
— Nie, dobrowolnie. W ka dym razie nic mnie z ni  nie ł czy. 
— To musi by  przykre. 
— Mniej ni  inne rzeczy, na przykład niewierno  lub zdrada. 
— Czy doznał pan tego? 
— Niestety tak. 
Na twarzy jego pojawił si  wyraz smutku. Zaciekawiona dziewczyna pytała dalej: 
— Ukochana pana zdradziła? 
— Tak. 
— Musiała to by  zła, bezduszna dziewczyna. 
— M czyła mnie bardzo i zatruwała mi  ycie. 
— Kochał j  pan? 

background image

— Tak, bardzo — odparł krótko. 
Ton ten spodobał si  Rezedilli. Ilu m czyzn w taki sposób rozmawiałoby z kobiet , i 

to obc  w dodatku? — pomy lała. — Musi si  pan stara  zapomnie  o niej, senior. 

— Nie mog . Nie kocham jej wprawdzie, ale tak mnie unieszcz liwiła,  e nie jestem 

w stanie jej zapomnie . 

— Tego nie rozumiem. Jak pan mo e by  nieszcz liwy, gdy jej pan nie kocha? 
— Poniewa  nieszcz cie moje nie jest skutkiem jej niewierno ci, lecz zdrady. 
— Ach, powiedziała o panu co  złego? Było to kłamstwo? 
— Nie, seniorita, była to niestety prawda. 
Rezedilla zmieszała si , nie spodziewaj c si  tak szczerego wyznania. 
—  artuje pan? — spytała z niedowierzaniem. 
— Dlaczego miałbym  artowa . Powiedziałem prawd . Pochyliła głow , na jej twarzy 

pojawił si  wyraz rozczarowania. 

Rzekła nieco chłodniejszym tonem: 
— Niech mi pan wybaczy,  e wypytuj . Ale senior był tu u nas zawsze taki cichy i 

smutny,  e zrobiło mi si  pana  al. I pomy lałam sobie,  e przyjazne słowo mo e byłoby dla 
pana pociech . S  ludzie, którzy ju  w pierwszej chwili poznania nie wydaj  nam si  obcy. 
Czy doznał pan tego kiedy ? 

— Tak. Tutaj, dzi ki pani. 
— Zarumieniła si . 
—  Niech  mi  pani  nie  bierze  za  złe  tego,  co  powiedziałem.  Je eli  obraziłem  pani , 

odejd  i nie wróc  ju  nigdy. 

— O, nie! Prosz  tego nie robi , senior. A teraz niech mi pan zrobi przyjemno  i si  

rozchmurzy.  A  je eli  nie  chce  senior  ju   nic  wi cej  powiedzie   o  sobie,  chciałabym 
przynajmniej usłysze , jak si  pan nazywa. 

— Mason. 
— Mason? Dobrze wymawiam? A imi ? 
— Gerard. 
— To tak jak ten Czarny Gerard, o którym wspominał mój ojciec. I pan równie  ma 

czarn  brod . Czy mo e mi senior powiedzie , co wła ciwie oznacza to imi ? 

— Gerard to siłacz i obro ca, tak mi kiedy  powiedział nauczyciel. 
— I pan wygl da na siłacza. A kto jest silny, potrafi by  równie  obro c . 
— Niestety, nie byłem nim, wprost przeciwnie. 
— Co pan chce przez to powiedzie ? Popatrzył na ni  ze smutkiem i wyja nił: 

background image

— Byłem garroteurem. 
— Garroteurem? Nie rozumiem, co to znaczy? 
— Z pewno ci  nie spotkała si  pani nigdy z tym okre leniem. Niech e si  wi c pani 

dowie,  seniorita,  e  w wielkich milionowych miastach  yj  tysi ce ludzi, którzy zasypiaj c 
wieczorem  nie  wiedz ,  czy  b d   jedli  chleb  nast pnego  dnia.  S   te   i  tacy  biedacy,  którzy 
wieczorem  powiadaj   sobie:  „Je eli  w  nocy  nie  ukradniesz  chleba,  rano  b dziesz  wił  si  z 
głodu”. To niewolnicy zbrodni, cho  nie oni ponosz  za to win . Ojciec wychowuje syna na 
zbrodniarza,  matka  córk . Nikt w  dzieciach  nie rozwija  szacunku dla  prawa. I  tak  yj   jak 
dzikie, drapie ne zwierz ta. 

— Mój Bo e, jakie to straszne! 
— Nawet nie domy la si  pani, jak bardzo. 
— Ale senior chciał przecie  mówi  o sobie? 
— I mówi . Sam byłem takim zwierz ciem. 
— Nie mo e by . 
—  A  jednak  to  prawda.  Nie  oskar am  nikogo,  wyznaj   tylko,  e  byłem  posłuszny 

ojcu.  Byli my  biedni,  lecz  gardzili my  prac .  Ojciec  mój  miał  słab   natur   i  sam  nie  lubił 
kra . Posyłał wi c na rabunek mnie, silnego chłopaka. Stałem si  garroteurem. Wał sałem 
si  po ulicach, zachodziłem od tyłu przechodniów, zarzucałem na ich szyje p tl  i zaciskałem. 
Gdy tracili przytomno , okradałem ze wszystkiego. 

— O mój Bo e, jakie to okropne! — zawołała Rezedilla. 
Była  trupio  blada.  Siedział  przed  ni   m czyzna,  którego  mogłaby  pokocha ,  i 

opowiadał,  e jest zbrodniarzem. Jaka okrutna szczero ! Dr ała jak w febrze. 

—  Tak,  to  okropne  —  ci gn ł  dalej  z  oboj tno ci   człowieka,  który  prze ył  ju  

najgorsze. — Ale to jeszcze nie wszystko. Poznałem dziewczyn , kochali my si , oddawałem 
jej wszystko, co zdobyłem rabuj c. Pó niej spotkałem łotra spod ciemnej gwiazdy. Zapłacił 
mi  złotem  i  chciał,  abym  popełnił  zbrodni .  Zgodziłem  si   pozornie,  bo  w  rezultacie 
obroniłem niedoszł  ofiar  i za kar  zabrałem pieni dze temu, który kazał mi j  zamordowa . 
Chciałem  zerwa   z  dotychczasowym  yciem,  oddałem  wszystko  Mignon.  Zdradziła  mnie 
jednak  z  pewnym  wytwornym  d entelmenem.  Gdy  zacz łem  grozi ,  o wiadczyła,  e  mnie 
zadenuncjuje. 

— Co pan wtedy zrobił? Zabił j ? 
— Nie. Odszedłem i zacz łem pracowa . Och, cierpiałem wtedy wiele i walczyłem ze 

swym najgro niejszym przeciwnikiem — z sob  samym. Zostałem uczciwym człowiekiem, 
gdy   mam  zwyczaj  osi ga   to,  co  zamierzyłem.  Przebywaj c  w ród  prawych  ludzi  coraz 

background image

bardziej u wiadamiałem sobie ohyd  popełnionych zbrodni. Ta  wiadomo  wyp dziła mnie 
z ojczyzny w dalekie kraje. Chc  za wszystko odpokutowa  i umrze . 

W oczach Rezedilli pojawiły si  łzy. Trudno okre li , czy były to łzy bólu, rezygnacji, 

czy te  płakała nad grzesznikiem gotowym do pokuty, z którego niebo bardziej si  cieszy ni  
z biblijnych dziewi dziesi ciu pi ciu sprawiedliwych. Westchn ła gło no, podniosła głow , 
popatrzyła na niego uwa nie i zapytała: 

— Senior, dlaczego opowiada mi pan to wszystko? 
—  Zaraz  pani  si   dowie.  Gdy  mnie  zdradziła  Mignon,  zaw drowałem  do  Ameryki. 

Zacz łem  przemierza   góry,  pustynie  i  sawanny  jako  my liwy.  Zyskałem  sław .  Tutaj  te  
poznałem,  co  to  samotno .  Lecz  gdy  ujrzałem  pani ,  u wiadomiłem  sobie,  czym  jest 
prawdziwa  miło .  Gdy  spostrzegłem,  e  patrzy  pani  na  mnie  ze  współczuciem, 
postanowiłem wyjawi  cał  prawd . Nie mogłem dopu ci , by pani oddała serce niegodnemu. 
I dlatego, seniorita, tylko dlatego opowiedziałem, kim byłem. A kiedy ju  mówiłem, miałem 
wra enie,  e  siedz   przed  spowiednikiem  lub  przed  samym  Bogiem.  Kto  przyznaje  si   do 
swych grzechów i  ałuje za nie, temu zostan  darowane. Prawda? Odchodz  teraz i nigdy ju  
nie  wróc .  Pani  za   uwolni  si   od  obecno ci  człowieka  przekl tego.  Prosz   jednak,  aby 
seniorita nie mówiła o mnie nikomu. Mogłaby pani w ten sposób zaszkodzi  wielu ludziom, 
którym jestem teraz potrzebny, a ja sam musiałbym opu ci  te strony. 

Wstał  i  wzi ł  strzelb .  Rezedilla  równie   podniosła  si   z  krzesła.  Zbladła  jeszcze 

bardziej. 

—  Senior  —  rzekła  — był  pan  ze  mn   bardzo  szczery, niech e  wi c  pan  mi  powie 

jeszcze jedno. Czy jest pan francuskim szpiegiem? 

— Nie, nie jestem. 
— I nie sprzyja pan Francuzom? 
—  Nie.  Nienawidz   cesarza,  który  hołduje  kłamstwu, a jego rz dy s  despotyczne i 

krwawe.  Potrafiłbym  zabi   Napoleona  za  to,  e  skazuje  na  zagład   ksi cia  Maksymiliana. 
Sercem jestem z Meksykanami, kocham Juareza. Czy to pani wystarczy, seniorita? 

— W zupełno ci. Jestem teraz spokojna. 
—  egnam wi c pani . 
— Naprawd  pan odchodzi? 
— Tak. Odchodz  od pani na zawsze. Ale w Guadalupe zjawi  si  jeszcze kiedy . 
Spojrzenia  ich  spotkały  si .  Obojgu  łzy  zakr ciły  si   w  oczach.  Gerard  miał  ochot  

obj  j , czuł,  e i ona tego pragnie. Ale opanował si , nie miał przecie  prawa ł czy  losu 
dziewczyny ze swoim. 

background image

Gdy  wyszedł  z  gospody,  Rezedilla  ukryła  twarz  w  dłoniach  i  wybuchn ła  gło nym 

płaczem. 

— Nazywa si  Gerard — łkała. — Tak, zasługuje na to imi . Jest naprawd  mocny, 

walczył ze sob  i zwyci ył. Jak e musiał cierpie ! I jak ci kie b dzie moje  ycie! Nie, tak 
by  nie mo e, nie mo e… 

Gerard  słyszał  pod  drzwiami  jej  szloch,  nie  zawrócił  jednak.  Dosiadł  konia, 

przywi zał  kapelusz  pod  brod ,  zarzucił  strzelb   na  rami   i  pogalopował.  Omijaj c bram , 
przesadził wysokie ogrodzenie i pognał ku zachodowi. Nie zwa ał na huragan, który szalał 
wokoło.  Na  prerii  zatrzymał  konia  i  rzucił  si   na  ziemi .  Uciekał  od  miło ci,  nie 
zastanowiwszy si  nawet, czy ucieczka taka jest mo liwa. 

Dawny grzesznik stał si  pokutnikiem. Nie był to jednak biczownik ubrany w worek, z 

głow   posypan   popiołem,  sp dzaj cy  dni  na  umartwianiu  si ,  lecz  człowiek,  który 
postanowił  przep dzi   bandy  zbójeckie  z  sawanny.  Uwa ał  za  konieczne  zatai   przed 
Rezedilla,  e jest tym, którego wszyscy nazywali Czarnym Gerardem. 

Długi czas le ał na ziemi. Ko  tymczasem najadł si  i te  odpoczywał. Nagle zerwał 

si   i  zacz ł r e ,  co  dla  jego  pana  było  nieomylnym  znakiem,  e  zbli a  si  kto   obcy  albo 
wrogi. Gerard podniósł si  i uwa nie rozejrzał po prerii. Zobaczył je d ca, który pogalopował 
w jego kierunku. Twarz mu si  rozpogodziła. 

— Nie bój si  — zawołał do konia — to Nied wiedzie Oko, nasz przyjaciel! Czekam 

na niego! 

Ko  widocznie zrozumiał, bo poło ył si  na trawie, nie zdradzaj c ju   adnych oznak 

niepokoju. 

Nawet z daleka wida  było,  e je dziec jest czerwonoskórym. Nie miał wprawdzie na 

sobie stroju india skiego, a na głowie ozdób z piór, był ubrany jak Meksykanin, ale sposób 
jego  jazdy,  pochylenie  si   na  szyi  konia  a   do  pozycji  niemal  le cej,  nie  pozostawiały 
w tpliwo ci,  e  to  Indianin.  Tak  je dzi   na  koniu  mo e  tylko  długoletni  mieszkaniec 
sawanny. 

Zatrzymawszy  si   przy  Gerardzie,  lekko  zeskoczył  z  konia.  Wcze niejsze 

wyznaczenie  miejsca  spotkania  na  prerii  wiadczyło,  e  obaj  orientuj   si   doskonale  w 
warunkach topograficznych. 

Nied wiedzie  Oko  był  jeszcze  młodzie cem. Kto , kto widział kiedy  Nied wiedzie 

Serce, z pewno ci  zauwa yłby du e podobie stwo mi dzy nimi. 

— Mój czerwony brat ka e długo czeka  na siebie — rzekł Francuz. 

background image

—  Czy  mój  biały  brat  przypuszcza,  e  Shosh–in–tah  nie  umie  je dzi   konno? 

Spó niłem si , poniewa  du o czasu zaj ło mi wy ledzenie… 

— Kogo? Gdzie? 
—  Byłem  u  Juareza  w  Paso  del  Norte.  Zameldowałem,  e  przyprowadz   pi ciuset 

dzielnych  wojowników  Apaczów,  aby  pomogli  mu  odebra   z  powrotem  Chihuahua. 
O wiadczyłem równie ,  e umówiłem si  tutaj na spotkanie z moim białym bratem. Juarez 
prosił, aby  odwiedził w Chihuahua seniorit  Emili . 

— Odwiedz  j  niezwłocznie, poniewa  sam uwa am to za konieczne. 
— Jak długo b dziecie w Chihuahua? 
— Nie wiem, mo e tydzie . 
— Od dzi  za tydzie , dokładnie w południe, spotkasz mnie i moich wojowników pod 

wielkim d bem na górze Tamises. 

— Dobrze, zabior  du o koni. Teraz daj  ci mojego, aby wypocz ł. 
— Niech Wielki Duch ochrania mego białego brata. Howgh! 
Rozstali si . Nied wiedzie Oko odjechał na zachód, zabrawszy konia Gerarda. Ten za  

udał si  pieszo w kierunku Guadalupe. Po drodze schwytał nie osiodłanego konia, pas cego 
si   na  pastwisku,  wskoczył  na   zwyczajem  prawdziwych  vaquerów  i  ruszył  z  pocz tku 
truchtem, potem za  pełnym galopem. 

W owym czasie zabierania koni nie uwa ano za kradzie . Biegały wolno po preriach i 

mo na je było łatwo złapa . 

Były garroteur  wietnie orientował si  w terenie. Gnał na koniu do południa, potem 

wymienił  go  na  innego,  ze  stada,  które  spotkał  po  drodze.  I  znów  p dził  galopem  a   do 
nast pnego dnia. Pó nym popołudniem zobaczył przed sob  Chihuahua. Nie mógł wjecha  do 
miasta za dnia nie zauwa ony przez posterunki. A innej drogi nie było. Musiał wi c czeka , 
a  si   ciemni. Przywi zał konia w lesie do drzewa i odpoczywał. Gdy zapadła noc, zacz ł si  
skrada  do miasta, w którym doskonale znał ka dy dom, ka d  uliczk . 

Tylko  takiemu  człowiekowi  jak  Gerard  mogło  si   uda   przej cie  przez  posterunki  i 

usypane sza ce. Wkrótce znalazł si  w ogrodach. Przesadził ostro nie jaki  płot, przykucn ł i 
trzykrotnie  zakrakał  jak  czarnogłowy  s p  w  chwili,  gdy  si   budzi  ze  snu.  Nie  było 
odpowiedzi. Gdy powtórzył sygnał, otworzyła si  furtka. Pojawiła si  kobieta i stan wszy w 
nieznacznej od niego odległo ci, zapytała: 

— Kto tu? 
— Meksyk — odparł. 
— Kto idzie? 

background image

— Juarez. 
— Niech senior zaczeka chwil . 
Wróciła po kwadransie. Podeszła teraz zupełnie blisko do Gerarda i powiedziała: 
— Droga ju  wolna. Oto szata. 
Był to habit mnicha. Kiedy go wdział, ostrzegła: 
— Dzi  musi pan by  szczególnie ostro ny. Umówiła si  z majorem. 
— To dobrze. Czy jest ju  u niej? 
— Nie. Przyjdzie dopiero za dwie godziny. 
— To moja strzelba. Pilnuj jej dobrze, prosz . 
— Kiedy pan b dzie z powrotem? 
— Tego nie wiem. Obudz  pani , gdy wróc . 
Ubrany  w  habit,  skierował  si   na  lewo,  gdzie  w  murze  widniała  furtka.  Wszedł  na 

podwórze.  W skie  schody  prowadziły  na  gór .  Wdrapał  si   po  nich  i  znalazł  przed 
uchylonymi drzwiami. Wszedł do korytarza, min ł w ciemno ciach kilka otwartych drzwi, a  
wreszcie zatrzymał si  przed zamkni tymi. Zapukał. Odpowiedziano mu gło no: „Wej !” i w 
tej samej chwili odsuni to rygiel. O lepiło go  wiatło, w jego blasku stała kobieta niezwykłej 
pi kno ci. 

— Nareszcie, mój drogi Gerardzie, nareszcie znowu jeste ! Poci gn ła go na otoman  

i usiadła obok. Siedzieli w milczeniu przez chwil , on ubrany w brudn , przepocon  bluz  — 
habit zrzucił w przedpokoju — ona w kosztownej sukni z jedwabiu. 

— Chciała pani, jak widz , wyj ? — zauwa ył. 
— Tak. Miałam zamiar pój  na tertuli  — (rodzaj herbatki) — potem spodziewam si  

majora. Ch tnie jednak zrezygnuj  z tej przyjemno ci. 

— Z której przyjemno ci chce pani zrezygnowa ? — zapytał wesoło. — Z tertulii czy 

z majora? 

— Z pierwszej, odwiedziny majora nie s   adn  przyjemno ci . 
— Wyobra am sobie. 
—  Tym  milsze  b dzie  mi  towarzystwo  pana.  Niech e  pan  opowiada!  Co  u 

prezydenta? 

— W dalszym ci gu niedobrze. Musi si  ukrywa . Nie traci jednak nadziei i czeka na 

sprzyjaj c  okazj , aby przej  do ataku. B dzie to mo liwe, gdy tylko nadejdzie przesyłka 
pieni na. 

background image

—  Ach,  gdyby  tu  ju   była!  I  ja  bardzo  potrzebuj   pieni dzy.  Prezydent  jest  mi  od 

trzech  miesi cy  winien  pensj .  Uchodz   za  bogat ,  musz   prowadzi   dom  otwarty,  abym 
mogła załatwia  wasze sprawy. Ale moja kasa opustoszała i musiałam pozaci ga  po yczki. 

—  Sytuacja  materialna  prezydenta  jest  równie   ałosna.  Je eli  przysyła  pani 

pieni dze, to dowód,  e docenia pani zasługi. 

— Przysyła pieni dze? — ucieszyła si . 
— Tak, przeze mnie. Od dwóch tygodni nosz  je przy sobie. Niech mi pani wybaczy, 

naprawd  nie mogłem przyby  tu wcze niej. 

— Nie usprawiedliwiaj si , kochany Gerardzie; znam pa sk  troskliwo  o mnie. Ile 

mi pan przywiózł? 

—  Pensj   za  pół  roku,  to  znaczy  za  trzy  miesi ce  ubiegłe  i  za  trzy  przyszłe. 

Zadowolona pani? 

— Bardzo, bardzo! Czy to banknoty? 
— Tak. Jak mógłbym nosi  przy sobie tyle monet? 
— Angielskie czy ameryka skie? 
— Angielskie. 
— To bardzo przezornie. Ameryka skie mogłyby mnie zdemaskowa . 
Gerard  wyci gn ł  z  buta  my liwskiego  spory  zwitek  i  podał  Emilii.  Przeliczyła  i 

rzekła: 

— W porz dku. A wi c jestem znowu bogata. No teraz, kochany Gerardzie, musi mi 

pan zrobi  t  grzeczno  i zje  co  ze mn . 

—  Z  najwi ksz   przyjemno ci ,  jestem  głodny  jak  wilk.  Wyszła  i  zarz dziła,  aby 

podano kolacj . Gerard jadł z apetytem. Gdy sko czył, usiadła obok niego i zacz ła mówi : 

— Wiadomo panu z pewno ci ,  e mamy nowego prezydenta. 
— Raczej kogo , kto chce zosta  prezydentem. Ale nic o tym nie słyszałem. Kto to 

taki? 

—  Niejaki  Pablo  Cortejo  ze  stolicy.  Zarz dzał  dobrami  hrabiego  Fernanda  de 

Rodriganda. 

—  Je eli  jest  w  Meksyku,  jak  si   mo e  spodziewa ,  e  zostanie  wybrany?  Stolica 

dostała si  przecie  w r ce Francuzów. 

—  Powiedziałam,  e  pochodzi  z  Meksyku,  nie  mieszka  tam  jednak.  Chwilowo 

przebywa w prowincji Chiapas. 

— Czy ma zwolenników? 

background image

— Jako jeden z pierwszych opowiedział si  przeciw Francuzom, podczas gdy Pantera 

Południa  jeszcze  si   nie  zdecydował.  Dopóki  Juarez  był  pot ny,  Cortejo  nie  miał  odwagi 
ujawni   swych  zamiarów,  teraz  jednak  je  odkrył  i  stara  si   przeci gn   na  swoj   stron  
południowe prowincje, w których Francuzi nigdy nie czuli si  pewnie. 

— Czy osi gn ł jakie  sukcesy? 
—  Nie  wydaje  mi  si ,  aby  były  zbyt  du e,  Pantera  Południa  ci gle  si   waha,  a  to 

okoliczno  niezbyt sprzyjaj ca, wiadomo bowiem,  e wielu go popiera. 

— Nie s dz , by ten Cortejo mógł nam powa nie zaszkodzi . 
— Kto to wie? A je li ma pieni dze? Te przecie  u Meksykanów odgrywaj  tak du  

rol . Ciekawe,  e zwolenników werbuje mu córka. 

— Córka? Pi kna? Młoda? 
— Dlaczego pi kna i młoda? 
—  Poniewa   s   to  dwa  przymioty,  którym  trudno  si   oprze ,  pani  na  przykład  jest 

stworzona do tego, by kaptowa  zwolenników. 

— Robi  to dla Juareza. Co si  jednak tyczy córki Corteja, to nie jest ani młoda, ani 

pi kna. Przeciwnie, seniorita Josefa wygl da po prostu jak strach na wróble. 

— Zna j  pani? 
— Nie Widziałam tylko jej fotografi . Powiadaj ,  e uwa a si  za pi kn . Musi to by  

prawda, inaczej nie kazałaby si  fotografowa  i tysi cy odbitek nie rozdawałaby na prawo i 
lewo. 

— Ma pani jej fotografi ? 
— Owszem. 
— Prosz  mi pokaza . 
Emilia wyci gn ła z szufladki fotografi  i podała Gerardowi. Roze miał si  gło no. 
— Wspaniałe studium brzydoty! Trudno wprost poj c, jak mo e zachwyca  si  swoj  

urod ! 

— No có , zostawmy to jej. Jakie ma pan jeszcze nowiny? 
—  Napoleon  zaczyna  wreszcie  paktowa   ze  Stanami  Zjednoczonymi  na  temat 

Meksyku. 

— W takim razie zbli a si  pocz tek ko ca arcyksi cia Maksymiliana. Ameryka nie 

dopu ci do utworzenia tu cesarstwa. 

—  Oczywi cie.  Wynika  to  wyra nie  z  noty  sekretarza  Stanów  Zjednoczonych, 

Sewarda, przekazanej w roku 1864 posłowi ameryka skiemu w Pary u, Daytonowi. 

— Czy zna pan jej tre ? 

background image

—  Owszem  —  wzi ł  gł bszy  oddech  i  zacz ł  recytowa :  „Przesyłam  panu  odpis 

decyzji,  która  czwartego  bie cego  miesi ca  powzi ta  została  jednogło nie:  ciała 
ustawodawcze  wypowiadaj   si   przeciwko  utworzeniu  cesarstwa  w  Meksyku.  Jak  ju  
wcze nie) panu pisałem, nie uwa am za potrzebne podkre la , powiadamiaj c o tej decyzji 
Francj , 

e  jest  ona  odzwierciedleniem  powszechnego  pogl du  społecze stwa 

ameryka skiego na sprawy Meksyku”. 

— Ale  pan ma pami ! To chyba dosłowny cytat? 
—  Kto  jest  tak  przywi zany  do  Juareza  jak  ja,  ten  nie  mo e  nie  pami ta   tak 

znacz cych tekstów. 

—  Wszelkie  wi c  nadzieje  Maksymiliana  s   jedynie  mrzonkami.  Jak  odpowiedział 

cesarz Francji? 

—  Dufny  w  sw   pot g ,  zapytał  posła  Ameryki:  „Chcecie  wojny  czy  te   pokoju?” 

Pewien był,  e Stany Zjednoczone, n kane wojnami domowymi, ugn  si  przed mo liwo ci  
wojny  z  Francj .  Ale  pomylił  si .  I  teraz,  jak  mówiłem,  rozpocz ł  z  Ameryk   pertraktacje 
pokojowe. Jest to oczywisty dowód,  e w niczym ju  arcyksi ciu nie pomo e. 

— Kochany Gerardzie, musimy niestety ko czy . Za dwie minuty zjawi si  tu major, 

jest zawsze niezwykle punktualny. 

— Prosz  o klucz i latark . 
— Otworzyła szuflad  biurka i wyj ła to, o co prosił. 
— Ubranie le y przygotowane — powiedziała. 
— Jak długo b dzie u pani major? — zapytał. 
— To zale y, ile czasu zajmie panu uporanie si  z jego papierami. 
— Tego nie mog  przewidzie . W ka dym razie prosz  o godzin . 
— Dobrze. Niech si  senior nie da schwyta  na gor cym uczynku. Gerard wyszedł z 

pokoju  bocznymi  drzwiami  i  znalazł  si   w  małej  komórce,  słu cej  do  przechowywania 
rupieci.  Nie  było  w  niej  wiatła,  zapalił  wi c  latark ,  a  zobaczywszy  na  krze le  ubranie 
lokaja, przebrał si  w nie. 

Po  chwili  do  salonu  Emilii  wszedł  major.  Gerard  nieraz  ju   podsłuchiwał  z  tej 

komórki, znał wi c dobrze jego głos. 

— O Dios, jaka pani dzi  pi kna, seniorita! — zachwycał si  major. 
— Pochlebia mi pan. Jestem zm czona i wyczerpana. 
— Dlaczego, łaskawa pani? 
— Cierpi  przez cały dzie  na silne bóle głowy. 
— Migrena? 

background image

— Tak. Nie przyj łabym pana, gdyby nie to,  e si  wcze niej umówili my. 
— Co za nieszcz cie. A wi c odsyła mnie pani? 
— No, nie zaraz. Zobacz , jak długo wytrzymani. Prosz  siada . Gerard, zadowolony 

z  tego  wst pu,  zgasił  latark   i  wło ył  do  kieszeni.  Potem  opu cił  pokoik,  wyszedł  na 
o wietlony  ganek  i  zacz ł  si   rozgl da ,  czy  kogo   nie  ma  w  pobli u.  Nie  zauwa ywszy 
nikogo,  zbiegł  po  schodkach,  wyci gn ł  klucz  —  był  to  rodzaj  wytrycha,  pasuj cego  do 
wszystkich zamków — i otworzył drzwi do apartamentu majora. Znał te pokoje, ju  nieraz 
wchodził do nich potajemnie. 

Cały dom nale ał do Emilii, major zajmował w nim jedno skrzydło. Gerard zamkn ł 

za  sob   drzwi  i  wyj ł  latark .  Przedpokój,  w  którym  si   znajdował,  prowadził  do  gabinetu 
majora. Poniewa  okiennice były zamkni te, panowały tu zupełnie ciemno ci. Nie obawiał si  
wi c,  e mo e go kto  spostrzec przez okno. 

Na trzech stołach rozło one były mapy, plany, ksi ki i rysunki. Gerard zaj ł si  nimi, 

szczegółowo  wszystko  przeszukuj c.  W  pewnym  momencie  musiał  znale   co   wa nego, 
wyci gn ł  bowiem  z  szuflady  kawałek  papieru  i  zacz ł  robi   notatki  oraz  kopiowa  
poszczególne zapiski. Spieszył si  bardzo — miał przecie  zaledwie godzin  czasu. 

Kiedy  sko czył,  uporz dkował  papiery  i  ksi ki,  a  notatki  i  odpisy  schował  do 

kieszeni.  Zgasił  latark ,  po  ciemku podszedł do drzwi prowadz cych na korytarz i cicho je 
otworzył. Przez sie  przechodził wła nie lokaj. Cofn ł si  wi c, potem wybiegł na palcach, 
zamkn ł  pospiesznie  drzwi  do  mieszkania  i  w lizgn ł  si   do  komórki.  Tu  znów  zmienił 
ubranie.  Zawsze,  ilekro   potajemnie  wchodził  do  apartamentu  majora,  przebierał  si ,  eby 
uchodzi  za słu cego na wypadek, gdyby go zauwa ono. 

Zadowolony,  e wszystko poszło gładko, zbli ył si  do drzwi pokoju Emilii i zacz ł 

nasłuchiwa . Major wła nie si   egnał. 

— Jestem niepocieszony — mówił —  e nie mog  dłu ej pozosta  z pani . 
— Ja równie  jestem nieszcz liwa — powiedziała Emilia. 
— Kiedy b d  mógł pani  znowu odwiedzi ? 
— Za cztery dni. 
— Dopiero za cztery dni? Dlaczego naznacza seniorita tak odległy termin? 
— Spodziewam si ,  e do tego czasu b d  zupełnie zdrowa. 
Migrena to dokuczliwa choroba. 
— W takim razie nie okre lajmy terminu, przyjd , jak tylko pani b dzie zdrowa. 
— Zgoda. 
— Zawiadomi mnie pani, dobrze? 

background image

— Oczywi cie. 
— Dzi kuj , a dzi   ycz  dobrej nocy. 
Major  wyszedł,  Gerard  jednak  wolał  jeszcze  odczeka   chwil ,  bo  obawiał  si ,  e 

Francuz mo e wróci  pod byle jakim pretekstem. Emilia sama otworzyła drzwi. 

— Jest pan? — zapytała. 
— Tak. Czy opowiadał co  ciekawego? 
— Nie. 
— Szkoda. 
—  Nie  mogłam  wiele  rozmawia   ze  wzgl du  na  symulowanie  migreny.  Ale  mam 

nadziej ,  e panu łowy si  udały. 

— Owszem. Znalazłem bardzo wa ne materiały. 
— Niech e pan mówi! 
—  Nie  mam  ani  chwili  do  stracenia,  gdy   to,  czego  si   dowiedziałem,  wymaga 

natychmiastowego  działania.  Mog   pani  powiedzie   tylko  tyle,  e  mam  w  kieszeni  odpis 
rozkazu  Basaine’a  nakazuj cy,  aby  w  najbli szych  dniach  odmaszerowały  trzy  kompanie  i 
zaj ły fort Guadalupe. 

— To nie wró y nic dobrego. 
— Jako  sobie z tym poradzimy. Jeszcze pani nie powiedziałem,  e za kilka dni b d  

mógł  rozporz dza   pi ciuset  Apaczami,  których  przyprowadzi mój przyjaciel Nied wiedzie 
Oko. 

— Czy to ten młody wódz Apaczów, który wsz dzie szuka  ladów zaginionego brata, 

zwanego Nied wiedzim Sercem? 

— Tak, to on. Z jego pomoc  zetr  w proch te trzy kompanie. 
— W jakim celu Francuzi chc  zaj  ten mały, nic nie znacz cy fort? Jaki mog  mie  

w tym interes? 

— Nie trzeba by  wybitnym strategiem, aby odpowiedzie  na to pytanie. Poci gni cie 

to  jest  bez  w tpienia  skierowane  przeciw  Juarezowi.  Francuzi  chc   po  zaj ciu  Guadalupe 
wyprze  prezydenta z Paso del Norte. Ale moja ju  w tym głowa, aby fortu nie zdobyli. Znam 
przecie  ich marszrut . Widziałem dokładnie mapy i plany. 

—  Francuzi  chyba  nie  zdaj   sobie  sprawy,  e  Juarez  ci gle jeszcze  jest  popularny  i 

silny. Połowa Meksyku czeka na jego wezwanie, aby powsta . 

— Stanie si  to ju  wkrótce, mo e pani by  spokojna. A teraz musz  ju  odej . 
— Do widzenia, Gerardzie! Kiedy pana znowu zobacz ? 
— Przypuszczam,  e niedługo. A wi c dobrej nocy! 

background image

Opu cił dom Emilii t  sam  drog , któr  przyszedł. Od  ony ogrodnika odebrał bro . 

Był w dobrym nastroju. Nie przeczuwał, co go czeka. Tymczasem… 

— Gdy Gerard przekradał si  do miasta w ród widet, jeden z wartowników usłyszał 

cichy szmer. Zacz ł nasłuchiwa . 

—  Wydawało  mi  si ,  e  kto   przechodził  obok  mnie  —  rzekł  do  siebie.  —  Ale  to 

pewnie jakie  zwierz . 

Bezgło nie przechadzał si  tam i z powrotem. W pewnej chwili przystan ł, by zapali  

papierosa.  Meksyk  to  kraj  nałogowych  palaczy.  Francuzi  s   równie   wielkimi  amatorami 
tytoniu.  Spogl dano  wi c  przez  palce  na  ołnierzy  pal cych  na  posterunku.  Wartownik 
wyci gn ł papierosa i zapałki. I wtedy ujrzał na ziemi gł bokie  lady ludzkich stóp. Pochylił 
si  z zapalon  zapałk  w r ku. 

— Ach, mrukn ł —  lady s  jeszcze zupełnie  wie e. Ten łotr przechodził t dy. Ale 

kto to mógł by ? 

Zapalił  po  kolei  kilka  zapałek.  Mógł  teraz  okre li   kierunek,  w  którym  poszedł 

podejrzany człowiek. 

—  Ta  szelma  przekradła  si   mi dzy  nami  do  miasta.  Widocznie  ma  jakie   wrogie 

zamiary. Musz  zło y  meldunek. 

Natychmiast  poinformował  s siedni  posterunek  o  tym,  co  zauwa ył.  Wiadomo  

dotarła  do  oficera,  a  ten  zakomunikował  j   dowódcy,  uwa aj c,  e  sprawa  jest  powa na, 
poniewa  była to najdalej wysuni ta placówka francuska. Dowódca, wzi wszy odpowiedni  
eskort , udał si  niezwłocznie na miejsce. 

— Opowiadaj! — rozkazał  ołnierzowi. 
— Usłyszałem szmer… 
— I nie zawołałe ? — przerwał dowódca. 
— My lałem,  e to mysz — usprawiedliwiał si  wartownik. 
— Dalej! 
—  Potem  przyszło  mi  do  głowy,  e  trzeba  jednak  sprawdzi ,  co  to  było.  Ziemia  tu 

mi kka, wi c człowiek musiał zostawi   lady. Zapaliłem zapałk  i znalazłem je. 

— Pocz tkow  niedbało  naprawiłe , wi c nie poniesiesz kary. Zapalcie latarnie! 
Przy ich  wietle zobaczyli  lady. 
—  Ten  łotr  jest  jeszcze  chyba w  mie cie  —  o wiadczył  dowódca.  —  Zakładam,  e 

b dzie próbował wróci  t  sam  drog . Zosta cie tu wszyscy! Gdy si  zjawi, schwytajcie go. 
Połó cie  si   na  ziemi,  Meksykanie  to  szczwane  lisy.  Dam  rozkaz,  aby  wszystkie  widety 
zachowały jak najwi ksz  ostro no . 

background image

—  Odszedł,  pozostawiaj c  pi tnastu  uzbrojonych  ołnierzy  na  czele  z  sier antem. 

Le eli na ziemi i czekali. Min ło kilka godzin. Ju  przypuszczali,  e ten, którego wypatruj , 
nie opu ci wcale miasta albo  e uciekł inn  drog , gdy raptem rozległ si  cichy szelest, jak 
gdyby kto  podeszw  buta rozdeptywał grudki ziemi. 

— Idzie! Uwaga! — szepn ł komendant. 
Po chwili zobaczyli skradaj c  si  posta . W ci gu sekundy powalono j  na ziemi ; 

trzydzie ci r k trzymało j  jak w kleszczach. 

— Do diabła! — rzekł po francusku pojmany. — Czego chcecie ode mnie? 
— Ciebie chcemy mie ! — odparł komendant. 
—  No,  no,  zobaczymy,  czy  mnie  dostaniecie!  —  nat ył  wszystkie  siły,  eby  si  

wyrwa ,  lecz  daremnie.  Nie  chciał  robi   u ytku  z  broni  w  obawie,  by  to  nie  pogorszyło 
sprawy. Dlatego zawołał: 

—  Ale   ludzie,  pu cie mnie! Nie mam wcale zamiaru ucieka . I nie mam powodu 

ukrywa  si  przed wami. 

— Oho! Zobaczymy! Zapali  latarnie — rozkazał sier ant. — Tak jak my lałem — 

powiedział po chwili. — Uzbrojony. Odbierzcie mu bro  i zwi cie go! 

Jeden  z  ołnierzy  zdj ł  Gerardowi  pas  i  zwi zał  mu  na  plecach  obie  r ce. 

Do wiadczony  my liwy  nieraz  był  w  podobnych  opałach.  Gdy  mu  kr powano  r ce,  nie 

cisn ł  ich  wi c  mocno,  przeciwnie,  trzymał  tak,  e  wi zy  nie  zacisn ły  si   szczelnie. 

ołnierze  chc c  mie   pewno ,  e  nie  ucieknie,  przepasali  je ca  sznurami  nie  tylko  przez 

piersi i ramiona, ale i pod ramionami. Zorientował si  natychmiast,  e uda mu si  oswobodzi  
z wi zów prawe rami , a wtedy oczywi cie uwolniłby i lewe. Jednak nic nie dał pozna  po 
sobie. 

— Kim jeste ? 
— Vaquero. 
— Nie wygl dasz na vaquera. Sk d pochodzisz? 
— Z Aldamy. 
Aldarna le y o kilka godzin drogi od Chihuahua. 
— Czego wi c szukałe  w mie cie? — Chciałem odwiedzi  narzeczon . 
— Dlaczego nie wybrałe  normalnej drogi? 
— Czy nie chodziłe  nigdy po kryjomu do dziewczyny? 
— Łotrze, nie mów mi „ty”, bo pocz stuj  ci  kolb . 
— Mówi  do ka dego tak, jak on do mnie. 

background image

—  Ale  ja  jestem  ołnierzem  cesarza!  Mówisz  wietnie  po  francusku,  w  dodatku 

paryskim akcentem. Gdzie si  nauczyłe ? 

— Jestem pary aninem. 
— Pary anin vaquerem w Aldamie? To podejrzane. Niech dowódca postanowi, co z 

tob  uczyni . Jazda, naprzód! 

— Dobrze, chod my do dowódcy. Przecie  ty nie potrafisz podj  decyzji! — za miał 

si  Gerard. 

—  Człowieku,  jestem  pewien,  e   ty  nie  aden  vaquero!  Zaprowadzimy  ci   na 

odwach, tam si  sprawa wyja ni. Naprzód! 

Pomaszerowali.  Było  ciemno.  Gdyby  udało  si   Gerardowi  oswobodzi   jedno  rami , 

mógłby uciec. Ale musiałby pozostawi  bro , a był do niej przywi zany. Stara dubeltówka 
towarzyszyła  mu  przez  długie  lata,  ywiła  go  i  ochraniała.  Czy  miał  j   pozostawi ?  Nie, 
człowiek prerii ceni swoj  strzelb  tak samo jak siebie. Dał si  prowadzi , nie próbuj c nawet 
ucieka . Miał nadziej ,  e znajdzie si  jakie  wyj cie. 

Doszli  do  miasta.  Kwatera  garnizonu  mie ciła  si   w  budynku,  który  w  Europie 

nazwano by ratuszem. Na pierwszym pi trze mieszkał dowódca. Okna jego mieszkania były 
rz si cie o wietlone. Odbywała si  tam jeszcze tertulia, o której wspomniała Emilia. 

Na  parterze  mie ciła  si   wartownia.  Siedziało  w niej  kilku  podoficerów  nad  flaszk  

wódki. Towarzyszyła im markietanka. 

— Z Juarezem sprawa sko czona — mówił jeden z sier antów. 
— Wypalił ostania fajk . Te czerwone łotry ju  nie ukoronuj  go na cesarza. 
— Phi, czy komu  na nim zale y? — wszedł mu w słowa drugi. — Ta cała wojna była 

dziecinn   zabawk .  To  zupełnie  jakby  kto   polował  na  muchy.  Nie  wart  te   zachodu  ten 
arcyksi

—  Arcyksi

?  Co  ty  pleciesz?  Arcyksi

  to  parawanik.  Zm czy  si   wkrótce  t  

szopk  i abdykuje z ochot , byle tylko pozwolono mu wróci  do domu. Wtedy prezydentem 
Meksyku zostanie Basaine i w jego ju  b dzie interesie stworzy  tak  sytuacj ,  eby zmusi  
Napoleona do wkroczenia i uznania Meksyku za prowincj  francusk . 

— A mocarstwa? 
— Có  one mog  poradzi ? Co one potrafi  zmieni ? Przedtem oczywi cie trzeba si  

rozprawi  z partyzantami, przede wszystkim z tym Czarnym Gerardem! 

—  To  prawda.  Nasi  ludzie  boj   si   go  bardziej  ni   dziesi ciu  innych  szpiegów. 

Chciałbym zdoby  t  nagrod , któr  Basaine przyrzekł za jego głow . 

— Jaka to suma? 

background image

— Pi  tysi cy franków. Czarny Gerard pomógł Juarezowi bardziej ni  cała armia. To 

człowiek gro niejszy od Pantery Południa. Hola, kogo nam tutaj prowadz ? 

Eskorta  popchn ła  Gerarda  do  pokoju.  Wzrok  jego  padł  na  jednego  z  podoficerów, 

potem na markietank . Poznał sw  był  kochank  Mignon. 

A  wi c  upadła  tak  nisko! Nie  tylko  go  zdradziła  i  oszukała,  nie  tylko  obrabowała z 

pieni dzy  i  odeszła  z  wielkim  panem,  ale  przywlokła  si   do  Meksyku  jako  pocieszycielka 

ołnierzy! 

— A wi c go macie — powiedział kapral, dowódca warty. — Kto to? 
— Pochodzi, jak powiada, z Aldamy i mieni si  vaquerem. Mam jednak wra enie,  e 

to zupełnie kto  inny. 

Markietanka wstała, spojrzała na je ca i zawołała: 
— Vaquero! Nie dajcie si  oszuka ! To Gerard z Pary a! 
— Gerard? Z Pary a? 
— Tak, był garrouteurem. 
—  Garrouteurem?  —  zdziwił  si   sier ant,  który  przesłuchiwał  pojmanego.  —  Do 

diabła, to ci historia!  e jest pary aninem, do tego si  przyznał. No i có , przyjacielu? Czy to 
prawda, co mówiła ta mademoiselle? 

Ostatnie pytanie było skierowane do Gerarda. 
— Czy słowa takiej dziewczyny maj  dla was znaczenie? — zapytał. 
— Jakiej dziewczyny?! — oburzyła si  markietanka. — Wydrapi  ci oczy! 
Chciała si  rzuci  na Gerarda, ale sier ant j  powstrzymał. 
—  Czekaj!  —  zawołał.  —  Kto  ciebie  obraził,  obraził  i  nas,  odpokutuje  wi c  za  to. 

Przede wszystkim jednak musz  zameldowa  dowódcy. 

Ju  miał wyj  z wartowni, gdy zjawił si  porucznik. 
— Co to za hałas? Co tu si  dzieje?  ołnierze salutowali, sier ant meldował: 
—  Przyprowadzili my  człowieka,  który  przekradł  si   do  miasta.  Zatrzymano  go  w 

drodze powrotnej. 

—  Czy  to  ten  sam,  o  którym  miałem  raport  przed  trzema  godzinami?  —  spytał 

porucznik. Gdy potwierdzono, popatrzył badawczo na je ca. — Za kogo si  podaje? 

— Za vaquera z Aldamy. Markietanka za  powiada,  e to pary anin. Zachowuje si  

bardzo arogancko. 

— Arogancko? To pogarsza jego poło enie. Jak si  nazywa? 
— Gerard. 

background image

—  Gerard?  Ludzie,  czy  wiecie,  kogo cie  schwytali?  To  zapewne  Czarny  Gerard,  z 

którym mieli my tyle kłopotu! 

— Czarny Gerard! — rozległo si  wokoło. 
Oficer kazał si  uciszy   ołnierzom i zwrócił si  do je ca: 
— Czy to prawda? Odpowiadaj! 
W  Gerardzie  odezwało  si  uczucie dumy. Czy miał skłama  i zaprzeczy ? Nie. Ale 

przyznanie  si   pogorszy  jego  poło enie.  Najlepiej  wi c  zaczeka ,  co  zrobi  dowódca. 
Wzruszaj c ramionami, odparł: 

— Przeszukajcie mnie, poruczniku! 
—  Mówi  si   „panie  poruczniku”,  zrozumiano?  —  hukn ł  oficer.  —  To  zreszt  

wszystko jedno, czy si  przyznasz czy nie. Powiadaj ,  e sławna strzelba Czarnego Gerarda 
ma złot  kolb  pokryt  ołowiem. Podobno zadaje ni   miertelne uderzenia, gdy  jest bardzo 
ci ka. Czy odebrali cie mu bro ? 

— Tak, oto ona. 
— We cie nó . Ołów jest mi kki. Zobaczcie, czy jest pod nim złoto. 
Gerard  zrozumiał,  e  jest  zdemaskowany,  albowiem  to,  co  opowiadano  o  strzelbie, 

było prawd . Kolba słu yła mu nie tylko jako bro , była czym  w rodzaju portmonetki. Gdy 
potrzebował nagle i niespodziewanie pieni dzy, wystarczyło naci  kolb . 

Sier ant wyci gn ł nó  i odkroił nieco ołowiu. Pokazało si  pod nim szczere złoto. 
— To złoto, czyste złoto! — wykrzykn ł. 
— W takim razie to on! — ucieszył si  porucznik. 
—  Pójd   sam  do  dowódcy,  aby  mu  zło y   ten  wa ny  meldunek.  Odszedł. 

Podoficerowie i  ołnierze zacz li przygl da  si  je cowi ze strachem. W wartowni panowała 
zupełna  cisza.  Nawet  markietanka  milczała.  Wiadomo ,  e  były  jej  kochanek  został 
sławnym, budz cym postrach partyzantem, odebrała jej tupet. 

Porucznik  pospieszył  do  dowódcy.  W  salonie  zebrało  si   do   liczne  towarzystwo. 

Panie  były  wył cznie  Meksykankami,  a  panowie  Meksykanami  lub  oficerami  francuskimi. 
W ród  Meksykanów  mo e  niejeden  stał  sercem  po  stronie  Juareza  i  nienawidził  obcych 
naje d ców. Musieli jednak gł boko ukrywa  swe uczucia, by nie zdradzi  si  nawet słowem. 

Wszyscy  z  ogromnym  zaciekawieniem  spojrzeli  na  porucznika,  bo  wida   było,  e 

przychodzi z wa nymi wie ciami. Dowódca zawołał: 

— Co za wiadomo  pan przynosi,  e jest a  tak podniecony, poruczniku? 
—  Mam  zaszczyt  posłusznie  zameldowa   panu  pułkownikowi,  e  schwytali my 

Czarnego Gerarda — wyrecytował stan wszy na baczno . 

background image

— Czarnego Gerarda? Nie mo e by ! 
Nie tylko porucznik był poruszony. Jego oficerowie ucieszyli si  bardzo,  e wreszcie 

udało si  pojma  niebezpiecznego wroga. To samo profrancuscy Meksykanie. Zwolenników 
Juareza  z  kolei  ogarn ł  smutek  i  przygn bienie.  Zdawali  sobie  spraw ,  e  schwytanie 
człowieka  tak  popularnego,  jak  Czarny  Gerard  przyniesie  wielkie  straty  ojczy nie  i 
prezydentowi.  I  jedni,  i  drudzy  uwa nie  słuchali  sprawozdania  porucznika.  Mieli  nadziej  
ujrze   je ca,  ale  dowódca  wydał  rozkaz,  by  przyprowadzono  go  do  jego  prywatnego 
mieszkania.  Wtedy  jedna  z  pa ,  ciesz ca  si   podobno  wzgl dami  pułkownika,  rzekła 
prosz co: 

—  Tego  nam  pan  chyba  nie  odmówi,  monsieur.  Wszyscy  umieramy  wprost  z 

ciekawo ci, aby zobaczy  tego człowieka. Czy b dzie pan tak nierycerski,  e odrzuci pro b  
zebranych tutaj pa ? 

Pułkownik rozwa ał przez chwil , czy powinien pokaza  je ca całemu towarzystwu, a 

e był pró ny, powiedział porucznikowi: 

—  Dobrze,  niech  go  pan  tutaj  przyprowadzi!  Prosz   przynie   tak e  jego  bro . 

Musimy dokładnie obejrze  t  słynn  strzelb . 

Wkrótce sławny my liwy wszedł pod eskort  uzbrojonych  ołnierzy. 
— Podejd  bli ej! — rozkazał pułkownik. Gerard nie ruszył si  z miejsca. 
—  Powiedziałem  przecie :  bli ej!  Tutaj!  —  wskazał  miejsce,  w  którym  jeniec  ma 

stan . 

Gerard i tym razem nie posłuchał. Porucznik dał mu mocnego szturcha ca w bok, a on 

odwrócił  si   błyskawicznie  i kopn ł  oficera  w brzuch  z  tak   sił ,  e  ten  upadł  na  podłog , 
wypuszczaj c bro  z r ki. 

— Ja was naucz , co znaczy potr ca  Czarnego Gerarda! Incydent ten zrobił wielkie 

wra enie.  Francuzi, w ród  nich  równie  adorator  Emilii,  byli  oburzeni  zachowaniem je ca. 
Meksykanie  za   zamarli,  przera eni,  e  sam  wydał  wyrok  na  siebie.  Panie  natomiast 
zachwyciła  miało  człowieka, który mimo wi zów odwa ył si  na tak zuchwały czyn. 

Porucznik byłby si  rzucił na Gerarda, lecz pułkownik rozkazał mu zachowa  spokój. 
—  Ten  człowiek  zostanie  wkrótce  ukarany.  Przyrzekam,  e  b dzie  wychłostany  do 

krwi — powiedział, po czym zwrócił si  do Gerarda: — Kazałem ci podej  bli ej, dlaczego 
mnie nie słuchasz? 

— Zapytany spojrzał mu prosto w oczy. Na jego twarzy nie było  ladu trwogi. 

background image

— Nie jestem waszym sług  czy najemnikiem — odezwał si  wreszcie — ale wolnym 

my liwym  i  zasługuj   na  szacunek.  Przyzwyczajony  jestem  do  tytułowania  mnie  „senior”. 
Nie powiem ani słowa, zanim obyczajom tej ziemi nie stanie si  zado . 

Komendant u miechn ł si  ironicznie. 
— Mówi  „ty” do ludzi, którzy kopi  innych. 
— To mnie nie przekonuje, monsieur. Nale y przestrzega  obyczajów ziemi, na której 

si   przebywa.  Obecni  tutaj  —  senioritas  i  seniores  —  mog   potwierdzi ,  e  naród 
meksyka ski  jest  uprzejmy  i  rycerski,  a  dobry  my liwy  inteligencj   i  do wiadczeniem  nie 
ust puje  oficerowi.  Niedawno  mi  gro ono,  teraz  uderzono.  Uwa ałem  za  swój  obowi zek 
pouczy  porucznika, by zachowywał si  stosownie w obecno ci pa  meksyka skich. 

Panie spojrzały na  miałka z podziwem. Oficerowie mruczeli gniewnie, lecz dowódca 

kazał im zamilkn  i ponownie zwrócił si  do je ca: 

— Je li tak zdecydowanie si  tego domagasz, b d  ci mówił „senior”, tym bardziej,  e 

nasze panie s  ciekawe, co powiesz. Czy jest pan Czarnym Gerardem? 

— Tak. 
— Co senior robił w mie cie? 
— Zło yłem wizyt . 
— Komu? 
— To moja tajemnica. 
— Jaki był cel tej wizyty? 
— Przep dzenie wrogów. 
— Ach, tak! Kogo uwa a pan za wrogów? 
— Francuzów. 
—  Musz   przyzna ,  e  jest  pan  zadziwiaj co  szczery,  nawet  powiedziałbym: 

bezczelny. Nazywa pan Francuzów wrogami, a przecie  sam pan jest Francuzem! 

—  Jestem  Francuzem,  lecz  nie  chc   by   narz dziem  w  r kach  cesarza.  Kocham 

Meksyk  i  jego  mieszka ców.  Nadstawiam ch tnie głow , by kraj ten uwolni  od obecnego 
bezprawnego rz du. 

Dowódca był zdumiony t  pogard  dla  mierci, rzekł wi c: 
—  Nie  przyczyni  si   pan  do  tak  zwanego  wyzwolenia,  gdy   wyznanie  seniora 

wystarczy zupełnie, abym kazał go rozstrzela . Opu ci pan t  sal  po to, by pój  pod mur. 
Przedtem  jednak  wymierz   seniorowi  chłost   za  kopni cie  oficera.  Czy  ma  senior  ostatnie 

yczenie? 

background image

—  Nie.  yczenia  swoje  sam  spełniam.  Człowiek  prerii  zachowuje  do  ko ca 

niezale no . 

— Oszalał pan chyba. Sk d senior pochodzi? 
— Z Pary a, tej siedziby wielu szale ców. 
— Prosz  nie szydzi , gdy  wyrok mo e by  jeszcze surowszy. Czy ma pan istotnie 

jakich  znajomych w tym mie cie? 

— Jeszcze ilu! Przeraziłby si  senior, gdybym zacz ł o nich mówi . 
— Powiadaj ,  e jest pan zaprzyja niony z Juarezem. Czy znane s  panu jego plany? 
— Owszem, znam je tak samo, jak wasze. 
— Prosz  nie opowiada  bajek! Co pan mo e wiedzie  o naszych planach? 
— Znam je dokładnie, ju  niebawem przekona si  pan o tym. 
— Mam dosy  tych bezczelnych bredni! Czy to pa ska bro ? 
— Tak. 
— Niech j  pan poka e, poruczniku! 
Porucznik  poło ył  na  stole  strzelb ,  rewolwer  i  nó .  Pułkownik  chwycił  strzelb   i 

zacz ł ogl da  kolb . 

— Rzeczywi cie jest ze złota. Gdzie je pan znalazł? 
— Odkryłem w górach  ył . 
— Ach, tak! Czy nie chciałby senior jej odsprzeda ? 
— Po co? Przecie  mam zosta  rozstrzelany. 
— No tak. Ale krewnym seniora przypadłoby co  nieco  w udziale. 
—  Za  adne  pieni dze  nie  zdradz ,  gdzie  ta  yła  si   znajduje.  Ka dy  prawy 

Meksykanin post piłby tak samo. 

— Czy zabił pan z tej strzelby wielu Francuzów? 
— Tylko zwierzyn  licz  na sztuki. 
— Do diabła! — mrukn ł pułkownik. — Zastanów si  senior, do kogo mówisz. 
— Do człowieka, którego si  nie boj . 
— Widz ,  e szuka pan  mierci. Doczeka si  jej senior, ale nie takiej, o jakiej my li i 

nie tak pr dko, jak powiedziałem. Przypuszczam,  e mógłbym dowiedzie  si  od pana wielu 
ciekawych  rzeczy.  Poniewa   jednak  senior  nie  chce  mówi   dobrowolnie,  poddam  pana 
torturom. 

— O co panu chodzi? 
— Przede wszystkim o to, jakich senior ma tutaj znajomych. 
— Tego si  pan nie dowie. 

background image

—  Przyszło   poka e  —  pułkownik  u miechn ł  si   ironicznie.  —  Ponadto  mo e 

senior b dzie łaskaw poinformowa  mnie o planach pa skiego przyjaciela Juareza? 

— Dowie si  pan o nich, gdy zostan  zrealizowane. 
Meksykanie z zapartym tchem przysłuchiwali si  słowom Gerarda. Francuzi zgrzytali 

z bami  z  w ciekło ci.  Wstydzili  si   za  pułkownika,  bo  uwa ali,  e  jeniec  naigrywa  si   z 
niego, a on jest potulny jak baranek. Po ostatnich słowach Gerarda dowódca wpadł w furi . 

—  Wyczerpała  si   moja  cierpliwo !  —  krzykn ł.  —  Rozmawiałem  z  panem 

grzecznie w obecno ci moich go ci, ale mam tego dosy ! Jeszcze naucz  ci  rozumu! Teraz 
otrzymasz pi dziesi t kijów, pó niej zastanowi  si , co dalej! 

W oczach Gerarda błysn ł gniew. 
— Dowiodłem przed chwil ,  e nie znios   adnego bicia, bo to obra a mój honor. 
— Co mnie obchodzi pa ski honor? Wyprowadzi  go! 
— I mnie nic nie obchodzi pana honor! — zawołał Gerard. — Poka  zaraz seniorowi, 

kto z nas oberwie wi cej i czyj honor ucierpi! 

Błyskawicznie uwolnił si  z kr puj cych go wi zów, zerwał pułkownikowi epolety i 

zdzielił  go  pi ci   z  tak   sił ,  e  tamten  run ł  jak  kłoda.  W  oka  mgnieniu  oba  rewolwery 
wsun ł do kieszeni, nó  chwycił w z by, a strzelb  w obie r ce. 

— Oto, jak smakuje moje złoto! 
Z  tymi  słowy  rzucił  si   na  ołnierzy  i  roztr cił  ich  wal c  na  odlew  kolb .  Jednym 

susem dopadł otwartego okna i znikn ł w nim, rzuciwszy szydercze po egnanie: 

— Dobrej nocy, senioritas! 

ołnierze wili si  z bólu, całe towarzystwo stało osłupiałe. Po chwili dopiero zaczai 

si  rwetes nie do opisania. 

— Naprzód! Na dół! Za nim! Pr dko! 
Oficerowie i  ołnierze rzucili si  ku drzwiom,  aden nie miał odwagi skoczy  przez 

okno. Meksykanie pozostali na sali. Kilka osób podeszło do komendanta. 

— Nie  yje — kto  powiedział. 
—  Ogłuszony  tylko  —  sprostował  inny.  —  Połó my  go  na  kanapie.  Kilka  pa  

zemdlało. Cz

 szeptała mi dzy sob , nie szcz dz c Gerardowi wyrazów podziwu, cz

 za  

pospieszyła ku oknu, by zobaczy , czy udało mu si  uciec. 

Ale nie było ju   ladu po nim. Skoczył szcz liwie, porwał pierwszego z brzegu konia, 

który stał pod domem i ruszył na nim cwałem. Zanim po cig zd ył doj  do schodów, dotarł 
do nast pnej ulicy. Teraz miał tylko jedno zadanie, ale najwa niejsze: wydosta  si  z miasta i 
uciec przed po cigiem. Ko  był dobry, wi c czuł,  e mu si  poszcz ci. 

background image

Chihuahua drzemała pogr ona w ciemno ciach, ale brak  wiatła nie był dla Gerarda 

przeszkod . P dził w zawrotnym tempie przez ulice. U wylotu miasta stał wartownik. Zanim 
otworzył  usta,  by  wypowiedzie   stereotypow  formuł ,  je dziec był  ju   przy  nim.  ołnierz 
wystrzelił na alarm. Po chwili rozległy si  dookoła gro ne wołania: 

— Sta ! Kto idzie? 
Gerard  nie  odpowiadał.  Padło  kilka  strzałów,  jeden  pocisk  zranił  konia.  Mimo  to 

p dził  dalej,  ale  potykał  si   coraz  cz ciej,  W  pewnym  momencie  Gerard  zatrzymał  go  w 
pełnym galopie, zeskoczył i biegł ile sił w nogach pod ostrzałem kul. Zmierzał prosto do lasu, 
w  którym  ukrył  swego  konia.  Oby  tylko  był  na miejscu.  Na szcz cie  zastał  go  tam,  gdzie 
zostawił. Gdy go dosiadł, poczuł si  bezpieczny. Przerzucił strzelb  przez rami , wyci gn ł 
rewolwery z kieszeni i ukrył za pasem. 

—  To  była  doskonała  zabawa!  —  zawołał  ze  miechem.  —  B d   długo  pami ta  

Czarnego Gerarda! A teraz niech mnie złapi ! 

Zawrócił  konia  na  północ  i  ruszył  z  pocz tku  kłusem,  pó niej  galopem.  Droga 

prowadziła  przez  preri ,  mi dzy  rzek   Conchos  a  wznosz cymi  si   w  pobli u  wzgórzami. 
Cał  noc nie zwalniał szybko ci. Do rana przebył wiele mil. Po południu ujrzał tabun koni. 
Odwi zał lasso, zarzucił je i po dziesi ciu minutach na r czym koniu ruszył w kierunku Paso 
del Norte. 

background image

K

OLBA

 

 
Pewnego niedzielnego popołudnia stary Pirnero siedział przy oknie i patrzył na ulic . 

Padał g sty, ulewny deszcz, a to go niedobrze usposabiało. Aby da  uj cie swoim humorom, 
posłał córk  po piwo własnego wyrobu. 

Rezedilla wróciła z piwnicy, postawiła dzban na stole i usiadła jak zwykle z robótk  w 

r ku. Stary łykn ł haust piwa i mrukn ł: 

— Wstr tny deszcz. 
Córka, jak zwykle, nie odpowiedziała. Narzekał wi c dalej: 
— Mo na si  utopi , co? 
Poniewa  i teraz nie zareagowała, odwrócił głow  i spytał gniewnie: 
— Powiedziała  co? Czy nie mam racji? 
— Ale  masz racj  — odparła lakonicznie. 
— Gdybym teraz na przykład uton ł, z pewno ci  niewiele robiłaby  sobie z tego, co? 
— Ale  ojcze! 
—  Czy  to  niemo liwe?  A  wi c  przypu my,  e  uton łem.  Co  by   zrobiła? 

Prowadziłaby  dalej gospodarstwo. Bez m czyzny? Przecie  to szale stwo! 

Rezedill  roz mieszył ten bieg my li starca. 
— Chyba nie pójdziesz si  utopi  tylko dlatego, by mi pokaza   e powinnam wyj  za 

m ? 

— Dlaczego nie? Jestem gotów tak post pi . Dobry ojciec nie mo e cofa  si  przed 

niczym, byle swemu dziecku da  nauczk . Ale któ  to jedzie? 

Rozległ si  t tent konia. Jaki  je dziec gnał w ród ulewy. Po chwili zatrzymał si  przy 

drzwiach. 

— Ach! — zawołał stary. — To ten le  zatracony, ten szpieg w łachmanach! Dzi  nie 

wyjd  z jego powodu, cho by miał si  dowiedzie ,  e jestem dyplomat . 

Przybyszem był istotnie Gerard. Zobaczywszy go, Rezedilla zaczerwieniła si . Pirnero 

ledwo  mu  kiwn ł  głow ,  za  to  dziewczyna  pozdrowiła  go  bardzo  uprzejmie.  Poprosił  o 
szklank   julepu.  Przez  dłu szy  czas  w  izbie  panowała  cisza.  Stary  b bnił  niecierpliwie  po 
szybie. Wreszcie, nie mog c ju  dłu ej wytrzyma , odezwał si : 

— Okropny deszcz! 
— Tak — przytakn ł Gerard zamy lony. 
— Mo na si  utopi ! 

background image

— No, tak  le nie jest. 
— Co nie jest tak  le? Jest pan innego zdania ni  ja? Powiedział to kłótliwym tonem, 

wida   zapomniał  o  przyj tej  roli  dyplomaty.  Ujrzawszy  za ,  jak  z  przemoczonego  ubrania 
go cia woda spływa na podłog , zacz ł zrz dzi  jeszcze bardziej: 

— Powiada senior,  e nie mo na si  utopi ? Je eli przyjdzie dwóch takich go ci jak 

pan, mamy powód  w gospodzie. 

Gerard dopiero teraz zauwa ył kału . 
— Wybaczcie, pa stwo. Nie mogłem przecie  zosta  na dworze. 
— Któ  tego  da? Ale mógł pan przyj  w suchym ubraniu. Czy nie ma senior  ony, 

która by o to dbała? 

— Nie. 
—  To  wła nie  przyczyna  zła!  Dlatego  niszczy  pan  podłog .  Człowiek  musi  y   w 

mał e stwie. Czy nie mam racji? 

— Ale  owszem. 
— Mówi pan „owszem”? W takim razie jest pan m drym człowiekiem, mimo  e nie 

takim dobrym my liwym jak Czarny Gerard. Chciałbym go kiedy  zobaczy . 

Przybysz u miechn ł si  i powiedział: 
— Szkoda,  e nie był pan przed kilkoma dniami w Chihuahua… 
— Niech pan nie gada głupstw! Przecie  miasto jest w r kach Francuzów! 
— Wła nie z tego powodu zjawił si  w mie cie. Tak mi opowiadano. 
— Co tam robił, h ? 
— Szpiegował ich. 
— Szpiegował? Nonsens! Pr dzej uwierz ,  e Francuzi b d  nas szpiegowali. 
Przy tych słowach obrzucił go cia ponurym spojrzeniem. Gerard, nie zwracaj c na to 

uwagi, mówił dalej: 

— A jednak był w mie cie, nawet wzi li go do niewoli. 
— Do licha! Naprawd ? 
— Tak — Gerard znów si  u miechn ł. 
Ucieszyło  go,  e  stary  tak  sympatyzuje  z  Czarnym  Gerardem.  Pirnero  zauwa ył 

u miech i zapytał zgry liwym tonem: 

— Cieszy si  pan z tego powodu? Zapomniałem,  e senior jest Francuzem. 
— Jestem Francuzem, ale przeciwnym temu, by cesarz posyłał wojska do Meksyku. 
—  Co?  Jak?  —  stary  zapomniał  o  ostro no ci,  zerwał  si   z  krzesła  i  zawołał:  —  I 

s dzi pan,  e w to uwierz ? Jest pan szpiegiem francuskim, który chce nas rozszyfrowa ! I 

background image

tylko pan udaje,  e si  panu cesarz nie podoba! Ale nie jestem takim głupcem! Sam si  pan 
zdradził. 

Rezedilla zbladła. Gerard za  zapytał spokojnie: 
— Czym si  zdradziłem? 
—  Dał  senior  wyraz  swej  rado ci,  e  Czarny  Gerard  został  schwytany  przez 

Francuzów. 

— Przecie  on sam si  cieszył! Uciekł z niewoli po kilku godzinach. 
— Nie do wiary! Niech pan opowie, jak to było! 
— Ch tnie, senior Pirnero. 
Gerard  wszystko  opowiedział  szczegółowo,  nie  zdradzaj c  jednak,  e  sam  jest 

bohaterem tej historii. Ze zrozumiałych wzgl dów pomin ł równie  wizyt  u Emilii. 

— Ale im dał bobu! — cieszył si  gospodarz. — Nie uda si  im schwyta  Czarnego 

Gerarda. To diabeł w ludzkim ciele! Wi c pan jest po jego stronie? 

— Oczywi cie. Pochodz  wprawdzie z Francji, ale kocham Meksyk i pozostan  tutaj 

na  zawsze.  Nienawidz   Napoleona  III,  przez  którego  cały  ten  kraj  broczy  krwi .  Zrobi  
wszystko, co w mojej mocy, aby si  przyczyni  do wyparcia Francuzów. 

—  Pan?!  Czcze  gadanie!  Przecie   nie  mo e  pan  nic  uczyni .  Gdyby  był  senior 

Czarnym  Gerardem…  Zawdzi czam  mu  wiele,  oczy cił  nasze  drogi  z  wszelkiego  rodzaju 
hołoty. Nie wie pan, czy jest  onaty? 

— O ile mi wiadomo, jest kawalerem. 
—  Hm,  to  mi si  podoba…  Ale  taki człowiek potrzebuje posa nej  ony. Zwi zek z 

pi kn   a  bogat   pann   zapewni  mu  dom,  który  b dzie  jego  ostoj .  Nie  wie  senior 
przypadkiem, w jakiej okolicy najch tniej poluje? 

— Wsz dzie, gdzie jest tylko zwierzyna. Dowiedziałem si ,  e ju  wkrótce przyb dzie 

tu, nad rzek . 

— Nad rzek ? Do diabła! W takim razie mo e nawet przyjedzie do Guadalupe? To 

mnie cieszy niesłychanie. Czy pija ch tnie julep? 

— Najwy ej szklaneczk . 
— Niewa ne ile. Kto chce si  napi  julepu w Guadalupe, ten musi zaj  do mnie, mam 

wi c nadziej ,  e go zobacz . 

— Jestem przekonany,  e tu przyjdzie. 
— Naprawd ? Słyszysz, Rezedillo? 
Nie odpowiedziała.  enowały j  te wynurzenia ojca na tematy mał e skie. 
— Nie słyszysz? — rozgniewał si  stary. 

background image

— Słysz , słysz . 
— To dobrze. Poznam go po strzelbie. Kolb  ma złot . Czarny Gerard kraje j , gdy 

ma co  do zapłacenia. To musi by  dopiero strzelba! Z pewno ci  niepodobna do tego starego 
rupiecia, który postawił pan pod  cian . Niech mi jeszcze senior powie, gdzie pan wła ciwie 
mieszka? 

— Wsz dzie i nigdzie. 
— Nie ma wi c senior stałego miejsca zamieszkania? Ale ma pan chyba jaki  dom, 

jak  chałup , cho by na zim ? — dziwił si  Pirnero. 

—  Buduj   j   tam,  gdzie  mnie  zaskoczy  nie yca.  Zim   si   poluje,  wiosn   garbuje 

skóry i niesie do miasta na sprzeda . 

— Wiem o tym dobrze, ale dzi kuj  za takie  ycie. Powinien si  pan o eni , zało y  

ognisko  domowe.  Znajdzie  pan  z  pewno ci   jak   Indiank   lub  inn   skromn ,  pracowit  
dziewczyn , która zechce wyj  za pana, skoro si  dowie,  e senior nie uznaje 

Napoleona,  mimo  e  jest  Francuzem.  O  bogatej  onie  nie  mo e  pan  marzy , 

oczywi cie, bo nie ma senior nawet porz dnej kurtki. Gdzie pan zamierza dzisiaj nocowa ? 

— Tutaj. 
Stary skrzywił si  i spojrzał na go cia podejrzliwie. 
—  U  mnie?  Hm,  hm.  A  czy  ma  pan  pieni dze?  Pije  senior  zwykle  tylko  jedn  

szklank  julepu, co nie  wiadczy o zamo no ci. 

— Ojcze! — odezwała si  błagalnym tonem Rezedilla. 
—  Czego  chcesz?  —  mkn ł stary. — Ty masz lito ciwe serce, ale ja musz  dba  o 

nasze interesy. Ten senior b dzie mógł tutaj przenocowa  tylko wtedy, gdy zapłaci z góry. 

— Ile mam zapłaci ? — zapytał Gerard rozbawiony. 
— Cuartillo. 
— Tylko tyle? 
— Przecie  b dzie senior spa  na słomie. 
— Dlaczego? Mog  zapłaci  za łó ko. 
—  Niepodobna!  Niech  pan  tylko  popatrzy  na  siebie!  Rezedilla  zaczerwieniła  si   po 

same uszy, ale nie powiedziała ani 

słowa. 
—  Dobrze  —  rzekł  Gerard.  —  Oto  cuartillo  za  nocleg  i  talco  za  julep.  Jest  pan 

zadowolony, senior Pirnero? 

— Owszem. 
— No, a teraz chciałbym si  poło y . 

background image

— W biały dzie ? Oszalał pan? 
— Jestem zm czony. Chyba senior rozumie,  e to si  mo e zdarzy  my liwemu? 
— Oczywi cie, o ile jest dobrym strzelcem! Co pan dzi  upolował? 
— Jeszcze nic. 
—  To  ci  dopiero!  Nie  chc   pana  jednak  zatrzymywa ,  pij  pan,  jak  długo  chcesz. 

Rezedillo, zaprowad  seniora do vaquerów. 

Do vaquerów! A wi c ma spa  w przybudówce? Trudno. Ale o ile lepiej byłoby po 

miesi cu  tułaczki  odpocz   w  wygodnym  łó ku.  Rezedilla  podeszła  do  drzwi  i  czekała  na 
niego. 

— Dobranoc, senior Pirnero! — powiedział Gerard, bior c do r ki strzelb . 
— Dobranoc, senior! — odpowiedział stary, po czym usiadł przy oknie, aby snu  dalej 

swoje wywody o pogodzie. 

—  Niech  pan  wybaczy  memu  ojcu.  To  w gruncie  rzeczy bardzo  dobry  człowiek  — 

rzekła Rezedilla, gdy wyszli z pokoju. 

— Nie mam mu nic do wybaczenia, seniorka. Mo e robi  ze swoimi go mi, co mu 

si   podoba.  I  na  słomie  b d   dobrze  spa ,  przebyłem  bowiem  konno  w  ci gu  trzech  dni 
trzysta leguas — (i legua = 5572 m). 

— Trzysta leguas! To niewiarygodne! 
— Potrzebowałem na to o miu koni, nie odpoczywałem ani przez chwil . 
— To cud,  e si  pan trzyma na nogach. Chod my. 
— Prosz  zosta  tutaj, seniorita. Deszcz leje, zmoknie pani. Sam znajd  vaquerów. 
—  Wi c  s dzi  pan,  e  naprawd   pozwol   seniorowi  spa   na  słomie  w  tym 

przemoczonym ubraniu? Nie, nigdy! Niech pan idzie za mn . 

Poszła  po  schodach  na  gór .  Otworzyła  drzwi  i  wprowadziła  Gerarda  do  pokoju 

urz dzonego niemal wytwornie. 

— Ale  to nie jest sypialnia dla przyjezdnych! 
—  Wła ciwie  ma  pan  racj .  Zwykle  mieszkaj   tu  krewni,  gdy  zje d aj   do  nas  w 

odwiedziny. Jak na przykład moja kuzynka Emma Arbellez z hacjendy del Erina. Nie wiem, 
co si  z ni  teraz dzieje, zagin ła bez wie ci. Niech senior tymczasem usi dzie. Zje pan co ? 

— Nie, dzi kuj , jestem ogromnie wyczerpany. 
Rezedilla wyszła na chwil . Gerard usiadł w swym zniszczonym, wilgotnym ubraniu 

na  jednym  z  foteli.  Nie  min ło  kilka  minut,  a  zm czenie  tak  go  zmogło,  e  usn ł.  Gdy 
dziewczyna wróciła, nie obudził si . Postawiła na stole  wiecznik, i ze współczuciem zacz ła 
si  przygl da  m czy nie. 

background image

— Biedak! — wyszeptała. — Jaki musiał by  zm czony, je eli zasn ł tak pr dko. Ale 

za to mam okazj , by si  przekona , czy moje przypuszczenia s  słuszne. 

Chciała  podnie   strzelb ,  lecz  zabrakło  jej  sił  —  była  niezwykle  ci ka.  Zacz ła 

dokładnie przygl da  si  kolbie. Po chwili wzrok jej padł na miejsce, które sier ant wykroił 
scyzorykiem. 

—  Złoto,  prawdziwe  złoto!  —  wyszeptała.  —  A  wi c  to  on!  Przeczucia  mnie  nie 

myliły. Jak e si  ciesz ! Poniewa  jednak nie chce o tym mówi  i ja b d  milcze , udaj c,  e 
o niczym nie wiem. 

Odstawiła strzelb , a potem lekko dotkn ła  pi cego. 
— Rezedilla… — wyszeptał przez sen. 
Oblała si  rumie cem. Po chwili dotkn ła go nieco mocniej. Obudził si  ze słowami: 
— Wybacz, seniorita,  e zasn łem. 
—  Niech  mnie  pan  nie  prosi  o  przebaczenie.  ycz   dobrej  nocy  i  wypoczynku. 

Dobranoc, senior Gerard! 

— Dobranoc, seniorita! 
Troskliwo   Rezedilli  była  dla  niego  jak  balsam.  Cho   zm czony  ogromnie,  le ał 

jeszcze przez chwil  z zamkni tymi oczami nie mog c zasn . Wreszcie usn ł. 

Dziewczyna zeszła do ojca obserwuj cego jak zwykle pogod . My lała o tym, który 

spał na górze, i o odkryciu, które przed chwil  zrobiła. Z zadumy wyrwały j  słowa ojca. 

— Przekl ta pogoda! 
Nie odpowiedziała, ci gn ł wi c dalej. 
— Słyszała , co powiedziałem? 
— Tak — odparła. 
— Czy nie mam racji? 
— Owszem, drogi ojcze. 
— No wi c! Na dworze podle i tu w pokoju nie lepiej. 
— Co chcesz przez to powiedzie ? 
— Jeszcze pytasz?  wiat si  ko czy! Co wida  przez okno, h ? A w pokoju? Ciebie i 

tylko ciebie, oczywi cie oprócz krzeseł, ławek, szklanek i flaszek. 

— A co chciałby  zobaczy ? 
Było  to  bardzo  nieopatrzne  pytanie.  Stary  czekał  tylko,  jak  by  tu  przej   do 

ulubionego tematu. R bn ł wi c prosto z mostu: 

—  Co  chciałbym  zobaczy ?  Do  stu  diabłów,  naturalnie,  e  zi cia!  Zi cia  mi  brak, 

zi cia! Nie rozumiesz tego? 

background image

— Czy naprawd  jest ci tak potrzebny? — zapytała z u miechem. 
— A tobie? 
— Mnie? — rzekła,  miej c si  gło no. — Przecie  musiałabym mie  przedtem córk . 
— Głupia jeste ? Kpisz sobie ze mnie, co? Nie doprowadzaj mnie do szewskiej pasji! 

Siedz  tu, patrz  na podł  podłog  albo na stare ławki i stoły i co mam z tego? Nic, literalnie 
nic.  Gdybym  natomiast  miał  zi cia,  mógłbym  rozmawia   z  nim,  mogliby my  opowiada  
sobie anegdotki albo te , gdybym był w złym humorze, mógłbym si  z nim kłóci . 

— O ile by si  na to zgodził! 
— Dlaczego nie? Po co si  ma zi cia, je eli nie po to, aby łatał dziury w dachu i był 

pod r k  na wypadek złego humoru? Je eli w przyszło ci nie postarasz si  sama o m a, ja si  
tym zajm . B dziesz musiała wyj  za m  i kwita! Wiesz, kto nim b dzie? No zgadnij! 

— Nie zgadn . Powiedz sam! 
— Któ  inny, je eli nie Czarny Gerard. 
— Czarny Gerard? — powtórzyła wolno, dr cym z lekka głosem. 
— Tak, on. To dzielny chłop! Takiego zi cia chciałbym mie ! 
— A je eli ci si  nie spodoba? 
— On b dzie mi si  na pewno podobał! Pomy l tylko o jego złotej strzelbie. 
— To drobiazg. Co by  powiedział, gdyby wygl dał jak, jak… 
— No, jak? 
— Jak ten my liwy, którego przed chwil  zaprowadziłam na spoczynek. 
— Dziewczyno, porzu  głupie  arty! Czarny Gerard wygl da inaczej. A o tamtym nie 

wspominaj  mi  nawet  słowem!  Czy  upolował  co   kiedykolwiek?  Czy  potrafi  wypi ?  Teraz 
le y  na  słomie  i  pi  w  biały  dzie .  O,  nie!  Czarny  Gerard  wygl da  z  pewno ci   inaczej. 
Wyobra am sobie… Ale znowu kto  jedzie. 

Przed drzwiami zatrzymał si  jaki  je dziec. Stary przyjrzał mu si , zanim ten zsiadł z 

konia. Podniósłszy brwi, rzekł do córki: 

— Czy wiesz, co to jest psychologia? 
— Tak, nauka o psychice. 
—  Doskonale!  Otó  jestem psychologiem. Popatrz na tego konia. Co o nim mo esz 

powiedzie ? 

— Niezwykle chudy. 
— A je dziec? 
— Jeszcze chudszy i bardzo niski. 
— A jego ubiór? 

background image

— Cały w łachmanach. 
— A bro ? 
— Stara i nie czyszczona. 
— To wystarczy psychologowi. Ten człowiek ma chudego konia. To dowód,  e jest 

sk py.  Postrz piony  za   ubiór  i  zły  stan  broni  wskazuj ,  e  to  nicpo .  Wypije 
prawdopodobnie jedn  szklank  julepu tak samo jak tamten  pioch. Na takich go ciach mi nie 
zale y. 

— Prowadzi konia do stajni, zapewne wi c zechce tutaj pozosta . 
—  B dzie  to  zale ało  od  tego,  czy  zapłaci.  Nie  jestem  w  ciemi   bity.  To  si   zaraz 

oka e. 

Po kilku minutach nieznajomy wszedł. Wygl dał tak niepoka nie,  e w człowieku, nie 

znaj cym  sawanny,  mógłby  wzbudzi   podejrzenia.  B kn ł  kilka  słów  powitania,  usiadł  i 
odło ywszy strzelb  i nó , zapytał: 

— To fort Guadalupe? 
— Tak — odparł gospodarz. 
— Pan jest zapewne seniorem Pirnerem? 
— Tak. 
— Czy mog  dosta  julep? 
— Owszem. 
— Wi c prosz . 
— Dobrze, ale tylko jedn  szklank . 
— Dlaczego tylko jedn ? 
— To ju  moja sprawa. 
Pirnero  spojrzał  wymownie  na  przyodziewek  go cia  i  powoli  podniósł  si ,  by 

przynie   napitek.  Nieznajomy  pochwycił  to  spojrzenie.  Tłumi c  miech,  wzruszył 
ramionami i w milczeniu wychylił szklank . 

Pirnero usiadł znowu przy oknie. Go  i Rezedilla milczeli. Stary zacz ł si  wierci  na 

krze le. Po chwili rzekł: 

— Podła pogoda! 
Poniewa  nikt nie odpowiadał, zwrócił si  wprost do go cia: 
— No? 
— Co takiego? 
— Podła pogoda! 
— Ale  przeciwnie, ładna! — zaprzeczył z u miechem. 

background image

— Jak pan to rozumie? — obruszył si  Pirnero. Co  mu  witało,  e go  kpi z niego. 
— Tak, jak powiedziałem: ładna pogoda. 
— Chce mnie pan zdenerwowa ? 
— Ani mi si   ni. 
— No to niech si  pan dowie,  e nie podoba mi si  pan. 
— A dlaczego to? 
— Z najrozmaitszych przyczyn. Przede wszystkim dosiada senior okropnej chabety. 
— I co dalej? 
— Pa ski przyodziewek jest pod psem. 
— Coraz lepiej. Dalej? 
— Pa ska bro  nie warta funta kłaków. 
— Sk d ta pewno ? 
—  Wida  od razu, nie trzeba by  psychologiem czy wybitnym dyplomat . Przybysz 

przytakn ł ze zrozumieniem i dodał: 

— Poznaj  teraz,  e jestem u seniora Pirnera. 
— Jak to? 
— No, bo prawd  opowiadano mi o panu. 
— Jak  prawd ? Do diabła, co o mnie opowiadano?! 
—  e jest pan poczciwym człowiekiem. 
— No, co to, to prawda! I co jeszcze? 
—  e ci gle siedzi pan przy oknie. 
— I to prawda. 
—  e lubi pan obserwowa  pogod . 
— Słusznie. Co jeszcze? 
—  e zaczyna pan ka d  rozmow  od pogody. 
— Naprawd ? Tego nie zauwa yłem. Dalej! 
—  e  mówi  pan ch tnie  o mał e stwie i o zi ciu. Gospodarz spojrzał badawczo na 

nieznajomego. Nie wiedział, czy ma si  gniewa  czy nie. 

— Kto to mówił? 
— Koledzy. Ale poprosz  o jeszcze jedn  szklaneczk  julepu, senior. 
Opró nił  duszkiem  szklank   i  postawił  przed  gospodarzem.  Pirnero  zlustrował  go 

wzrokiem. 

— Nie dam wi cej. Niech pan najpierw zapłaci. 

background image

— Ach, wi c uwa a mnie pan za włócz g , który nie ma czym zapłaci  — roze miał 

si  go . — Zaraz przekona si  senior,  e jest w bł dzie. 

Wyci gn ł z kieszeni skórzany woreczek i otworzył. 
— Oto zapłata! 
Wyj ł nugget wielko ci orzecha laskowego i podał gospodarzowi. Pirnero wzi ł złoto, 

nie kryj c zadowolenia, obejrzał ze wszystkich stron, odwa ył r k  i powiedział: 

— To złoto, szczere złoto! Do licha, czy ma pan tego wi cej? 
— Kilka pełnych worków. 
— Sk d? 
— Odkryłem  ył  złota. 
— Gdzie? 
— O, to ju  moja sprawa, senior Pirnero! 
—  Ten  nugget,  który  otrzymałem,  jest  wart,  mówi c  mi dzy  nami,  najwy ej 

dwadzie cia dolarów. 

— Trzydzie ci. 
— Czy mam go zwa y  i kupi  od pana? 
— Oczywi cie. 
Gospodarz  wstał  i  po  chwili  przyniósł  wag .  Po  targach  zgodzili  si   wreszcie  na 

dwadzie cia pi  dolarów. Pirnero wypłacił je natychmiast. 

— A wi c jeszcze jeden julep? — zapytał usłu nie. — Ju  nios . Nugget spowodował, 

e  Pirnero  całkowicie  zmienił  swój  stosunek  do  nieznajomego.  Obsługiwał  go  uprzejmie  i 

gorliwie.  Po  chwili  usiadł  znowu  przy  oknie.  Ubolewał  bardzo  nad  poprzednim  swoim 
zachowaniem i zacz ł głowi  si  nad tym, w jaki sposób naprawi  bł d. Nie przychodził mu 
jednak  aden pomysł. Rozpocz ł wi c stereotypowym powiedzeniem: 

— Podła pogoda! 
Go  co  mrukn ł pod nosem. Nie zra ony tym gospodarz mówił dalej: 
— Ma jednak i dobr  stron . 
— Słusznie. Zwłaszcza dla mnie, bo przybywam a  z Liano Estacado. 
Pirnero zerwał si  na równe nogi i popatrzył na małego człowieczka z podziwem. 
— Naprawd ? 
— Tak. Kiedy przychodzi całymi dniami pra y  si  w tej piekielnej spiekocie, deszcz 

przynosi prawdziwe ukojenie. 

— Tak, bez w tpienia — potwierdził skwapliwie. — Niech mi pan powie, senior, czy 

przybywa sarn? 

background image

— Sam. 
— No, to jest pan niezwykłym  miałkiem. 
— Jako  nie zabrakło mi odwagi. 
— My lałem jednak… — popatrzył badawczo na go cia. 
— O czym pan my lał, senior Pirnero? 
— Czy wie pan, co to jest polityka i dyplomacja? — spytał po dłu szym namy le. 
— Owszem. 
—  W  takim  razie  wie  pan  równie ,  e  człowiek  maj cy  zdolno ci  polityczne  i 

dyplomatyczne nie zawsze mo e wszystko powiedzie . 

— Racja! Czy by pan miał te zdolno ci? 
— Tak przypuszczam! Wie senior, sk d pochodz ? Z Pirny. 
— Z Pirny? — go  był wyra nie zaskoczony. — Z Pirny pod Dreznem? 
— Zna pan moje strony ojczyste? 
— Do stu piorunów, oczywi cie! Ja równie  pochodz  z Niemiec. 
— Z Niemiec? — zawołał Pirnero. — Z jakiej prowincji? 
— Z Bawarii. 
—  wi ty Pafnucy! Naprawd ? 
—  Ale   tak.  Pracowałem  w  Dre nie,  w  browarze.  Pó niej  wzi ł  mnie  na  słu b  

pewien Amerykanin, który chciał produkowa  w St. Louis niemieckie piwo. Interes sko czył 
si  generaln  klap . Ruszyłem wi c do Stanów Zachodnich i tu zostałem, sam nie wiem jak, 
poszukiwaczem złota i my liwym. 

—  Ho,  ho,  to  mi  si   podoba.  Prawdziwa  to  przyjemno   móc  mówi   z  rodakiem  o 

rodzinnym  mie cie.  Niech  sobie  deszcz  leje  jak  z  cebra!  Rezedilla,  przynie   wina,  dzi  
wielkie  wi to  dla  mnie!  Jest  pan  moim  go ciem.  Nie  chc   pa skich  pieni dzy.  Czy  yj  
pa scy rodzice lub jacy  krewni? Jak si  pan nazywa? 

— Andreas Straubenberger. Mam jeszcze brata. 
— Czy pa ski brat równie  przebywa w Ameryce? 
— Nie, ju  od dawna nie mam z nim kontaktu. Zapewne nie wie, gdzie jestem, nie 

zawiadomiłem go bowiem listownie, gdy  czuj  wstr t do pióra. Chciałem wzbogaci  si  jako 
poszukiwacz złota i sprawi  mu pó niej niespodziank . Mieszka niedaleko Moguncji. 

— Czy równie  pracował w browarze? 
—  Nie.  Jest  pomocnikiem  le niczego,  niejakiego  kapitana  von  Rodensteina  w 

Reinswalden. 

background image

—  Niech  tam  sobie  pomaga  le niczemu!  Przede  wszystkim  musi  mi  pan  szczerze 

odpowiedzie  na jedno pytanie. Mimo podłego przyodziewku wygl da senior do  młodo. Ile 
pan ma lat? 

— Trzydzie ci sze . 
— Hm. Czy ma pan  on ? 
— Aha! Wylazło szydło z worka! Nie. Dotychczas, chwała Bogu, nie postarałem si  o 

on . 

— Do licha! A mieszkanie pan ma? 
— Nie. 
— Zna si  pan na p dzeniu wódki i piwa? 
— Przecie  pracowałem w browarach. 
— Warzy  piwo pan umie? 
— Naturalnie. 
—  Do  stu  piorunów!  Je eli  zna  si   pan  na  tym  wszystkim,  to  po  co  biega   tak 

samotnie  po  wiecie?  Ma  senior  dosy   pieni dzy,  aby  gdzie  osi

.  Z  pewno ci  niejeden 

te  przyj łby pana z otwartymi ramionami. 

— Dzi kuj . Mam inne obowi zki. 
— Co to za obowi zki? Straubenberger u miechn ł si  i zni ył głos: 
—  Czy  wie  senior, kto  to  jest  dyplomata,  polityk?  Je li  tak, to wie pan równie ,  e 

człowiek  z  talentem  dyplomatycznym  nie  zawsze  mo e  wszystko  powiedzie .  Mog   tylko 
zdradzi  seniorowi,  e przyjechałem tutaj, by kogo  odszuka . 

— Odszuka ? Kogo? 
— Czy zna pan Czarnego Gerarda? 
— Osobi cie nie, ale słyszałem,  e wkrótce przyb dzie do Guadalupe. 
— To doskonale! Byłem pewien,  e go zastan  u seniora. 
— Zna go pan? 
— Nie 
— Powiem jeszcze panu,  e w tych dniach znowu dokazał przedniej sztuczki. Był w 

Chihuahua… 

— Ale  tam s  teraz Francuzi! 
— I wzi li go nawet do niewoli. Straubenberger zawołał z przera eniem: 
— A wi c nie spotkam go tutaj! W takim razie musz  natychmiast wraca ! 
— Dok d? 
— Na północ. Aby zameldowa ,  e Francuzi wzi li do niewoli Czarnego Gerarda. 

background image

— Komu chce pan zameldowa ? 
— To moja sprawa. 
—  Do  licha!  Jest  pan  naprawd   dobrym  dyplomat !  Ale  wraca   nie  ma  potrzeby. 

Czarny Gerard jest wolny. Uciekł Francuzom. 

— Naprawd ? — przybysz odetchn ł z ulg . — Jest pan tego pewien? 
— Powiedział mi to my liwy, który  pi teraz na słomie. 
— Co to za człowiek? 
—  Nie  wiem.  W  ka dym  razie  kto   bardzo  przeci tny.  Nie  ma  pieni dzy,  ubrany 

n dznie, a za strzelb  jego nie dałbym nawet dwudziestu pi ciu centów. 

— Taka strzelba bywa czasami lepsza od najdro szej. A co si  tyczy ubioru i wygl du 

zewn trznego,  to  mógł  si   senior  przekona ,  jak  niebezpiecznie  jest  ocenia   westmana  po 
zewn trznych  oznakach.  Sło ce  dawno  spaliło  ubranie  i  buty,  łachmany  spadaj   mi  z 
grzbietu,  ko ,  jak  to  pan  sam  powiedział,  wygl da  jak  chabeta,  a  strzelba  podobna  jest  do 
starego  obucha,  jakiego  u ywa  stró   nocny.  Pomimo  to  mam  przy  sobie  sze   worków 
nuggetów,  nie  mówi c  o  pieni dzach,  które  le   w  Nowym  Jorku.  Sprzedałem  złoto 
wydobyte  w  kopalniach.  Sum   uzyskan   za  nie  przekazałem  do  Nowego  Jorku,  gdzie  w 
ka dej  chwili  jest  do  mojej  dyspozycji.  Czy  mog   pomówi   z  my liwym,  o  którym  pan 
wspominał? 

—  pi teraz. Niech pan odło y to do rana. 
— Dobrze. Zostaj  wi c tutaj. 
— To cudownie, senior! Jest pan moim go ciem. Nie chc , powtarzam, pieni dzy od 

pana,  rozmowa  o  Saksonii  b dzie  dla  mnie  prawdziw   przyjemno ci .  A  wi c  był  pan  w 
Dre nie? 

— Tak. 
— I w Firnie? 
— Kilka razy. 
— W takim razie wie pan,  e Elba płynie od nas w kierunku Drezna, co? 
— Oczywi cie. 
— Przodkowie moi byli w Firnie znanymi lud mi. Ojciec mój był kominiarzem. 
— Aha! 
— Dziwi si  pan i słusznie. Kominiarz to symbol d enia ku wy ynom. Taki człowiek 

oczyszcza miasto z gro nych elementów i ochrania ludzi przed szkodliwym działaniem sadzy. 
A niech pan zgadnie, kim był mój dziadek? 

— Czy nie zechciałby mi pan sam tego powiedzie ? 

background image

— Z ochot . Handlował chrzanem. Zdumiewam pana znowu, co? Chrzan to symbol 

pikanterii. Dodaje si  go do kiełbasy, kotletów wieprzowych. Gdy si  go trze, łzy napływaj  
do  oczu.  Jest  w  tym  co   tragicznego,  co ,  co  przypomina  Schillera,  Goethego  i  Heinego,  i 
dlatego mój dziadek był krzewicielem zarówno pikanterii, jak i tragizmu. Mog  by  dumny z 
przodków. Starałem si  te  wszystkie zalety rodu przela  na córk . Je eli pan jest amatorem 
chrzanu, ugoszcz  pana wieczorem. 

—  wietnie. 
—  Pozna  pan  przy  tej  okazji  moj   kuchni   i  córk .  Gdybym  miał  zi cia,  byłbym  z 

jednej i drugiej bardzo zadowolony. 

Tak gaw dzili a  do kolacji. Straubenberger miał wi c dosy  czasu, aby bli ej pozna  

gospodarza.  Rezedilla  trzymała  si   na  uboczu.  My li  jej  kr yły  ci gle  wokół  pi cego 
Gerarda, który był bli szy jej sercu ani eli kominiarze i handlarze chrzanem całego  wiata. 
Poszła wi c po kolacji spa , zostawiaj c m czyzn pochłoni tych rozmow . 

Gerard  wszedł  na  drugi  dzie   do  gospody  wczesnym  rankiem.  Usłyszawszy  kroki, 

Rezedilla po pieszyła, by go powita . 

— Dobrze pan spał? 
— Lepiej ni  dobrze, seniorka — odpowiedział opieraj c strzelb  o stół. 
— Nie jadł pan nic. Czy przynie  czekolad ? — Bardzo prosz . 
Wyszła. Gerard usiadł przy stole. Po krótkiej chwili wszedł Pirnero i mrukn ł: 
— Dzie  dobry. 
— Dzie  dobry — odwzajemnił powitanie Gerard. 
— Wyspał si  pan? 
— Tak. 
—  Wyobra am  sobie.  Nigdy  w  yciu  nie  spotkałem  takiego  piocha.  Niech  mi  pan 

powie, czy w sawannie te  pan  pi tak długo? 

— Mo e… 
—  W  takim  razie  nic  dziwnego,  e  nie  towarzyszy  panu  zapach  zwierzyny.  Dobry 

dyplomata pozna na pierwszy rzut oka,  e nie bawoły pan strzela, a b ki zbija. 

Tak  jak  wielu  ludziom,  seniorowi  Pirnerowi  humor  z  rana  nie  dopisywał.  Dzi  

skrupiło  si   to  na  Gerardzie.  Ale  jemu  było  wszystko  jedno.  Gospodarz  usiadł  przy  stole  i 
zacz ł swoim zwyczajem wygl da  przez okno. Deszcz ci gle jeszcze padał, cho  ju  nie tak 
ulewny, jak w nocy. Po chwili Pirnero rzekł ponurym tonem: 

— Podła pogoda! Gerard milczał. 
— Prawie taka sama jak wczoraj. 

background image

Gdy i teraz Gerard nie odpowiedział, gospodarz odwrócił si   i zawołał: 
— No? 
— O co chodzi? 
— Okropna pogoda, prawie taka sama jak wczoraj. 
— To prawda. 
— Nie przypuszczam,  eby przybył w tak  pogod . ~ Kto? 
— Kto? Co to za pytanie! Oczywi cie Czarny Gerard. O kim innym miałbym mówi ? 
— O, ten sobie niewiele robi z pogody. Je eli b dzie miał ochot , zjawi si  na pewno. 
— Tak pan s dzi? Trzeba panu wiedzie ,  e go tutaj oczekujemy. Gdy senior wczoraj 

poszedł spa , zjawił si  jaki  my liwy, który go szuka. 

— Sk d przybył? 
—  Z  Liano  Estacado.  Jest  senior  zdziwiony,  prawda?  Tak,  nie  potrafiłby  pan 

przejecha  konno przez taki kawał  wiata, mimo  e  trzy razy silniejszy i wy szy od niego. 
Co to za człowiek! Kieszenie ma wypchane nuggetami. 

— Naprawd ? Sk d pochodzi? Czy to Jankes? 
— Nie, to Niemiec. 
— Jak si  nazywa? 
— Andreas Straubenberger. 
— Nie znam tego nazwiska. 
— Przypuszczam. Ale wła nie nadchodzi! Straubenberger wszedł. Przywitawszy si , 

spojrzał na Gerarda, usiadł przy stole obok niego i zapytał: 

—  Czy  senior  jest  tym,  który  spał  od  wczorajszego  popołudnia?  Gdy  zapytany 

potwierdził skin wszy głow , ci gn ł dalej: 

— To rozumiem, to si  nazywa sen! Był pan zapewne bardzo zm czony? 
— O, tak. 
— Czy długo ma pan tu zamiar pozosta ? 
— Mo e par  godzin. 
— A potem dok d? 
— W góry. 
— Do diabła! Niech pan uwa a, podobno pełno tam czerwonych. 
— Nie boj  si  ich. 
—  Nie  mo na  by   lekkomy lnym.  Gdy  na  pana  napadn ,  b dziesz  inaczej  piewał. 

Czy zna pan Czarnego Gerarda? 

— Mówi  o nim wiele. 

background image

— Je li go pan przypadkiem spotka, niech mu pan powie,  e jest tu kto , kto na niego 

czeka. 

— A gdy zapyta, kto? 
— Niech pan powie,  e to Mały Andre. 
— Do licha! Pan jest Małym Andre? 
— Tak. Wła ciwie nazywam si  Andreas Straubenberger. 
Francuzi zrobili z Andreasa Andre, a poniewa  nie jestem olbrzymem, nazywaj  mnie 

Małym. To mój przydomek z sawanny. 

— Słyszałem o panu. Jest pan dzielnym my liwym. Mo emy mówi  po niemiecku? 
— Pa skie nazwisko? 
— Mason. 
Gospodarz  przysłuchiwał  si   rozmowie  w  milczeniu.  Po  chwili  zwrócił  si   do 

Gerarda: 

— Jak to? Pan, Francuz, rozumie po niemiecku? 
— Tak. 
— O, zaskakuje mnie pan! 
—  Mo e  dojdzie  pan  jeszcze  do  przekonania,  e  byłby  z  niego  wietny  materiał  na 

zi cia? — powiedział Mały Andre z u miechem. 

Gospodarz si  obruszył. 
—  On,  moim  zi ciem?  Człowiek,  który  zamawia  jeden  julep,  miałby  by   m em 

mojej  córki?  Człowiek,  który  nie  ma  nawet  całej  bluzy,  miałby  wej   do  mojej  rodziny? 
Niedoczekanie! Przypatrzcie mu si , wygl d jego jest godny politowania. Szturchn , a zwali 
si  z nóg. Nie, nic z tego nie b dzie! 

Zacz ł biega  po pokoju, stan ł przed Gerardem i zapytał napastliwym tonem: 
— Senior, zerka pan na moj  córk ? 
— Ale  nie tylko zerkam, przygl dam si  jej uwa nie — odparł Gerard ze spokojem. 
—  Wi c  niech pan zabiera  swój  gruchot,  który nazywa  strzelb , i jazda st d! Je eli 

jeszcze raz poka e mi si  senior na oczy, oskalpuj  jak Indianin. Zrozumiano? 

—  Dobrze.  B d   posłuszny,  senior  Pirnero.  Ale  przecie   tak,  jak  stoj ,  nie  wyrzuci 

mnie pan chyba? — wskazał r k  na swoj  odzie . 

— Jak mam to rozumie ? 
— Mówi  o ubraniu. Przy podłej pogodzie jeszcze pół biedy. Ale gdy sło ce za wieci, 

b dzie wida , jak bardzo zniszczona jest moja bluza. Czy w sklepie nie znajdzie si  dla mnie 
jaki  strój? 

background image

Stary zmarszczył brwi i zapytał: 
— Senior chce to za darmo? Pieni dzy przecie  pan nie ma, co? 
—  Kto  to  powiedział?  Uzbierałem sobie troch  grosza, przypuszczam,  e wystarczy 

na ubranie. 

—  Mo e  wełniane  spodnie  i  wełnian   bluz ?  Mam  jednak  tylko  jedno  ubranie  na 

pa sk  miar , i to bardzo drogie. 

— Jakie? 
—  S   to  spodnie  ze  skóry  jeleniej,  biała  garbowana  koszula,  skórzana  kurtka  i 

mokasyny. Do tego kapelusz z przystrzy onego futerka bobrowego i pasek. 

— Hm, podoba mi si . 
— Co z tego, ubrania pan nie dostanie, bo nie ma czym zapłaci . 
— Hm, ale obejrze  je chyba mog ? 
— Obejrze ? No, na tyra nic nie strac . Mo e poleci je pan komu . Poka . 
— Chod my do magazynu! 
— Do magazynu? O. nie! Kto pije tylko jeden julep i smali cholewki do mojej córki, 

ten nie ma tam wst pu. Sam przynios  ubranie. Sied  pan tutaj, dopóki nie wróc ! 

Po  pewnym  czasie  przyniósł  i  rozło ył  ubranie  na  stole.  Obaj  my liwi  ogl dali  je  z 

zachwytem. 

—  Do  diabła!  —  rzekł  wreszcie  Mały.  —  Trudno  o  lepsz   robot .  Gdybym  miał 

pa ski wzrost, senior, kupiłbym to ubranie natychmiast — zwrócił si  do Gerarda. 

Pirnero zawołał: 
— On by je kupił? 
— Ale niech przynajmniej przymierzy. Chc  zobaczy , jak b dzie na nim le ało — 

poprosił Mały Andre. 

—  Nie  mam  nic  przeciwko  temu.  Sam  jestem  ciekaw,  jak  b dzie  wygl da .  Taka 

sposobno  niepr dko si  trafi. — Zwracaj c si  do Gerarda, dodał: — Przejd  tam senior, za 
szaf  i włó  ubranie, ale nie na dłu ej ni  dwie minuty. 

Gerard  u miechn ł  si .  Zmieniwszy  odzie ,  wyszedł  na  rodek  pokoju.  Pirnero  i 

Andre zdumieli si , mieli bowiem wra enie,  e stoi przed nimi zupełnie inny człowiek. 

— Do diabła! — zakl ł Mały. — Czy to jakie  czary? 
— To dopiero wida , jak ubiór zmienia człowieka! — zawołał Pirnero. — Wygl da 

teraz jak prawdziwy my liwy. Ubranie le y jak ulał. 

Zacz ł obraca  Gerardem na wszystkie strony, w ko cu powiedział: 

background image

—  No,  dosy   tego!  Przebierz  si   pan  i  jed ,  dok d  oczy  ponios .  Wiem  ju ,  jaki 

mo na zrobi  z seniora u ytek. 

— Jaki — zapytał Gerard. 
— Byłby  dobrym manekinem. 
— Dzi kuj ! Wi c uwa a senior,  e ubranie le y dobrze? 
—  wietnie. Ale to si  panu na nic nie zda! 
— Mog  si  chyba dowiedzie  o cen ? 
— Owszem. To najlepsze i najdro sze ubranie. Kosztuje osiemdziesi t dolarów. 
— Tylko tyle? 
— Czy pan zwariował? Rozbieraj si , senior! 
— Ani mi si   ni, senior Pirnero. Podoba mi si  to ubranie. Zatrzymuj  je. 
— Niech si  pan nie wygłupia! Bez pieni dzy stary Pirnero ubra  nie sprzedaje. 
— Kto powiedział,  e nie mog  zapłaci ? 
— Sk d we mie pan tyle pieni dzy? 
— Zaczekajcie chwil . Osiemdziesi t dolarów? Czy jest tu gdzie  waga? 
— Po co waga? Czy ma pan nuggety? 
— Cierpliwo ci. 
—  Dobrze,  id   po wag . Senior Andre, pan odpowiada za tego jegomo cia w razie, 

gdyby uciekł! 

—  Mo e  pan by  spokojny. Gdyby chciał wymkn  si  z pokoju, zanim pan wróci, 

wpakuj  mu kulk  w łeb. 

Stary ruszył po wag . Rezedilla, która w kuchni słyszała cał  rozmow , zjawiła si , 

aby  by   wiadkiem  zwyci stwa  Gerarda.  Jak e  inaczej  wygl da  teraz  ni   wczoraj!  — 
pomy lała. Po chwili Pirnero wrócił z wag . 

— Gdzie s  nuggety? — zapytał ostro. 
— To nie nuggety. 
— A co? 
— Zaraz pan zobaczy. 
Wyj ł nó , si gn ł po strzelb , poło ył j  na stole i kilkakrotnie naci ł kolb  no em. 

Odpadł z niej spory kawał złota. 

— Do diabła — zawołał stary. 
— Do stu tysi cy diabłów! — krzykn ł Mały. — Kim pan jest, senior? 
— Nabywc  tego ubrania — odparł ze spokojem zapytany i uderzył jeszcze kilka razy 

w kolb . 

background image

Pirnero zdr twiał. 
— No i co? — zapytał Gerard. — Czy uwa a pan jeszcze moj  strzelb  za stary, podły 

grat? 

Andre uj ł trapera za rami  i zawołał: 
—  Panie,  to   pan  jest  Czarnym  Gerardem!  Niech  mnie  diabli  porw ,  je eli  to 

nieprawda! 

— Zgadł pan. 
— Ale dlaczego ukrywał to senior przedtem? 
— Bawiła mnie ta maskarada. Pirnero chwycił si  za głow : 
— Jestem osioł, patentowany osioł! 
— Miałem wra enie,  e jest pan wielkim dyplomat  — Gerard był szczerze ubawiony. 
—  Ciołek  jestem,  nie  polityk  —  biadolił  stary.  —  Ale  naprawi   mój  bł d.  —  To 

mówi c wzi ł córk  za r k  i chciał j  przyci gn  do siebie, ale opierała si . — Oto jest, 
senior! — zawołał Pirnero. — Niech pan b dzie mym zi ciem! 

Rezedilla zaczerwieniła si , co nie uszło uwagi Gerarda. 
—  Senior  Pirnero,  nie  popełniaj  kolejnego  bł du.  Seniorita  ma  prawo  wybra   sobie 

tego, kto jej si  podoba. 

— Dlaczego nie powiedział pan od razu, kim jest? — zapytał stary zakłopotany. 
— Nie chciałem,  eby wiedziano,  e Czarny Gerard oczekuje tutaj kogo . 
— Czy ten kto , to ja? — zapytał Mały Andre. 
— Prawdopodobnie. 
— W takim razie o wiadczam,  e… 
— Ani słowa wi cej! — uci ł Gerard, wskazuj c wzrokiem Pirnera. — Pomówimy o 

tym pó niej. Czy mam si  wynosi , senior Pirnero? 

— Na miło  bosk , nie! 
—  I  b d   mógł  powróci ?  Miał  mnie  pan  przecie   oskalpowa ,  gdybym  si   na  to 

odwa ył. 

— Ach, senior, to był tylko  art. Wszyscy mieszka cy Pirny ch tnie  artuj . 
—  No  dobrze.  Odwa ,  senior,  złoto  i  daj  mi  reszt ,  bo  warte  jest  wi cej  ni  

osiemdziesi t dolarów. 

Stary  spełnił  yczenie.  Gdy  odniósł  wag ,  zacz ł  biega   po  całym  domu,  aby 

zawiadomi  słu b ,  e obcy przybysz–włócz ga jest praw  r k  prezydenta Juareza. 

Tymczasem Mały Andre zwrócił si  do Gerarda: 
— Dlaczego miałem milcze , senior? Gerard usiadł naprzeciw i powiedział: 

background image

— Przede wszystkim, oto moja r ka. Jeste my my liwymi i słyszeli my o sobie wiele. 

Nie prawmy sobie komplementów, nie tytułujmy si , mówmy po prostu per „ty”. Zgoda? 

— Zgoda! — powtórzył tamten, wyci gaj c r k . 
— Doskonale. Powiniene  pami ta  o tym,  e przy Pirnerze nie mo na wiele mówi . 

To gaduła. 

— Dobrze. Ale do rzeczy. Wiesz chyba, po co tu przybyłem? 
— Oczekuj  wiadomo ci od generała Hannerta. Czy to ty je przywiozłe ? 
— Tak. 
— Masz pieni dze dla Juareza? 
—  Kilka  milionów.  Generał  powiedział  mi,  e  ci   tutaj  spotkam.  Czekam  na  twoje 

rozkazy. 

— Ilu was jest? 
— Sze dziesi ciu. Czterdziestu Amerykanów i dwudziestu westmanów. 
— Jak przetransportowali cie pieni dze? 
— Na mułach. S  bardzo wyczerpane. 
— To niedobrze. Musimy si  postara  o wypocz te. Ile mułów potrzeba? 
— Pi dziesi t, Gerardzie. 
— Postaram si  o nie jeszcze dzisiaj. Spraw  doprowadzenia oddziału do prezydenta 

pozostaw mnie. 

— Generał uwa a,  e najlepiej b dzie przechowa  pieni dze tu, w Guadalupe. Juarez 

st d je sobie odbierze. 

—  Byłem  tego  samego  zdania.  Ale  zaszły  pewne  okoliczno ci,  które  spowodowały 

konieczno   zmodyfikowania  poprzedniego  planu.  W  najbli szych  dniach  nale y  si  
spodziewa  tutaj wizyty Francuzów. 

— Do licha! W takim razie niebezpieczne to miejsce na przechowywanie pieni dzy. 
— No, tak  le nie jest. Nie jeste my znowu tak bardzo nieprzygotowani na t  wizyt . 

Francuzi niejedn  kropl  krwi przelej . Mam do dyspozycji pi ciuset Apaczów, z ich pomoc  
spodziewam si  odeprze  Francuzów. 

— A my? Czy nie mo esz nas poprowadzi ? 
—  Niestety,  nie  powinni cie  si   zatrzymywa . Juarez  potrzebuje  pieni dzy. Zreszt , 

wmieszanie  si   obcych  wojsk  mogłoby  doprowadzi   do  kolejnego  konfliktu 
dyplomatycznego, których i tak mamy dosy . Udacie si  wprost do Juareza. Droga prowadzi 
wprawdzie  przez  teren  Komanczów,  ale  nie  ma  obawy,  b dzie  wam  bowiem  towarzyszy  
moich pi ciuset Apaczów. 

background image

— Naprawd ? To  wietnie! Ale gdzie oni przył cza si  do nas? 
— Omówi  to dzi  w południe z moim przyjacielem Nied wiedzim Okiem. Mam si  z 

nim spotka  w górach Tamises. Je eli chcesz jecha  tam ze mn , przygotuj si  do jazdy. Za 
pół godziny wyrusz . 

Wkrótce potem Gerard wyszedł z gospody. W korytarzu czekała na niego Rezedilla. 
— Senior, wi c znowu pan odje d a? Przecie  przybyłe  dopiero wczoraj! 
— Musz  — odpowiedział z u miechem. — Pani ojciec wskazał mi przecie  drzwi. 
—  Ach,  niech  pan  tego  nie  bierze  na  serio,  nie  miał  poj cia,  e  pan  jest  Czarnym 

Gerardem. Teraz w ogie  by za panem skoczył. 

— Czy gniewa si  pani,  e zataiłem swoje przezwisko? 
—  Sk d e  znowu!  Widocznie  miał  pan  po  temu  powody,  zreszt   ju   wczoraj 

wiedziałam, kim pan jest. 

Gerard spojrzał na ni  ze zdumieniem. 
— Sk d? 
— Czy nie pami ta pan,  e zasn ł w pokoju na krze le? 
— Tak, przypominam sobie. 
— Podczas pa skiego snu dokładnie obejrzałam strzelb . 
— Naprawd ? Po co? 
— Aby zobaczy , czy kolba jest złota. 
— Sapristi! — zakl ł. — Dlaczego pani to zrobiła? 
— Podejrzewałam, kim pan jest. Czy przebaczy mi senior ciekawo ? 
—  Ale   oczywi cie,  seniorita.  Z  pewnych  powodów  chciałem  zachowa   incognito. 

Ojciec pani jest wielkim gaduł , mimo  e ma umysł polityka i dyplomaty. 

—  Czy  mog   przynajmniej  wiedzie ,  dok d  si   pan  teraz  udaje?  Gerard  był 

uszcz liwiony,  e Rezedilla darzy go sympati . 

— Dlaczego pani o to pyta? 
Zarumieniła si  i zamilkła. Uj ł j  za r ce, mówi c: 
— Rezedillo, dzi kuj  pani. Widz ,  e ma pani dla mnie du o serdeczno ci. Budzi to 

we mnie nadziej ,  e przebaczy mi pani moj  przeszło . 

Obrzuciła go ciepłym spojrzeniem i odrzekła: 
—  Wyspowiadał  si   pan  przede  mn   tak  szczerze,  Gerardzie,  e  byłoby  grzechem 

gniewa  si  na pana. Widz  tylko, kim pan jest, a nie kim był. 

Ucałował jej r k . Chciał co  odpowiedzie , ale owładn ło nim wzruszenie tak silne, 

e słowa z siebie nie mógł wydoby . Wyszedł z domu. 

background image

Rezedilla długo patrzyła za nim t sknym wzrokiem. Wreszcie za zakr tem je dziec i 

ko  znikn li jej z oczu. 

background image

N

IEPEWNY TRON

 

 
Gdy  Ferdynand  Cortes  podbił  Meksyk,  król  hiszpa ski  przyrzekł  mu,  e  otrzyma 

wszystko, czego tylko za da. Przebiegły Hiszpan przypomniał sobie Dydon , która poło yła 
podwaliny pod Kartagin . Na laduj c sławn  królow , poprosił o kawał ziemi, który mo na 
by nakry  skór  wołow . Król oczywi cie obiecał,  e spełni t  nader skromn  pro b . Wtedy 
Cortes kazał pokraja  du y kawał skóry wołowej w cieniutkie pasy i oznaczył nimi obszar o 
wiele wi kszy, ni  król mógł przypuszcza . Posiadło  i zało one w niej miasto istniej  do 
dzi . Na pami tk  pomysłu nazwano j  Cuernavaca, co znaczy wołowa skóra. 

Wielki  czworobok  starego  zamku,  architektonicznie  nie  maj cy  adnej  warto ci, 

zmieniony został z biegiem czasu w koszary. Male kie miasteczko zbudowano, jak wszystkie 
osiedla meksyka skie, bardzo regularnie. Bruki były fatalne, i to tylko na niewielu ulicach. 
Mroków  nocy  nie  rozja niały  nawet  lampy  naftowe,  a  có   dopiero  mówi   o  o wietleniu 
gazowym.  Za  to  poło enie  miasteczka  było  przepi kne.  Odległe  o  jakie   trzydzie ci 
kilometrów od Meksyku, le ało w kotlinie ze wszystkich stron osłoni tej od wiatru. Cesarza 
Maksymiliana,  człowieka  o  fantazji  poety,  oczarowały  pi kno   i  bogactwo  tropikalnej 
przyrody, dlatego upatrzył sobie t  niepozorn  mie cin  na prywatn  rezydencj . Gdy tylko 
sprawy pa stwa pozwalały mu i jego mał once rozsta  si  na kilka dni ze stolic ,  pieszyli do 
Cuernavaca,  aby  znale   tam  wypoczynek  dla  ducha  i  ciała.  Czasami  Maksymilian 
przyje d ał sam, by z dala od intryg dworskich naradzi  si  z kilkoma zaufanymi. 

Trudno  wyobrazi   sobie  co   mniej  cesarskiego  od  skromnej  willi,  któr   zajmował 

cesarz. Otaczał j  jednak wspaniały ogród. Ka demu, kto na  patrzył, wydawał si  niczym z 
bajki.  Wszystko  było  w  nim  takie, jakie stworzyła  natura,  aden  ogrodnik  nie ingerował w 

ycie  kwiatów,  krzewów  i  drzew.  Poza  przepi knymi,  ró nokolorowymi  ró ami,  rosły  tu 

olbrzymie  kaktusy,  aloesy,  pot ne  palmy  najrozmaitszych  gatunków,  dzikie  drzewa 
cytrynowe i pomara czowe, majestatyczne cyprysy. Miało si  wra enie,  e królowa kwiatów 
zazdrosna  jest  o  dumne  drzewa  i  chc c  je  przy mi ,  oplotła  ich  pnie  i  gał zie  wszelkimi 
swymi  odmianami,  od  białych  poprzez  ró owe  do  purpurowych  i  ciemnoczerwonych; 
rozchodziła  si   od  nich  delikatna,  przecudowna  wo .  W ród  tej  pachn cej  głuszy  wiły  si  

cie ki. Cisz  m cił tylko  piew najrozmaitszych barwnie upierzonych ptaków. Był to raj w 

miniaturze,  prawdziwy  Eden,  którym  zachwycałby  si   sarn  Harfis,  poeta  perski,  piewca 
miło ci i ró . 

background image

Pewnego  ranka  po  tych  cie kach  spacerował  cesarz  Maksymilian  w  towarzystwie 

m czyzny ubranego w bogaty, l ni cy od złota narodowy strój meksyka ski. Człowiek ten 
—  redniego  wzrostu  brunet  —  miał  ółtaw   cer ,  bardzo  yw   mimik   twarzy  i  czarne, 
płon ce  arem oczy, tak charakterystyczne dla ludzi południa. Był to generał Mejia, Indianin, 
wierny przyjaciel cesarza; dzielił ze swym władc  wszystkie cierpienia i na koniec wraz z nim 
poniósł  mier . 

Rozmowa, któr  prowadzili, nie pasowała do rajskiego ogrodu. 
— Jest pan wielkim optymist , kochany generale — powiedział w pewnym momencie 

cesarz swym słabym, cichym głosem. Zerwał z krzewu ró  i zacz ł j  w cha . 

— Oby jego cesarska mo  miał racj ! Oby Bóg dał mi mo no  mówienia tego, co 

chc , a nie tego, co musz . 

Maksymilian zatrzymał si  i spojrzał na niego badawczo. 
— Dlaczego nie mówi pan tego, co chce? Generał milczał przez chwil , potem odparł 

wolno: 

— Nie pozwala mi na to majestat cesarza. 
— Czy majestat mój tak o lepia — zapytał Maksymilian pół  artem, pół serio. — Nie 

przypuszczałem,  e widok tronu mo e wywiera  tak przytłaczaj ce wra enie. 

— A jednak podtrzymuj  to, co powiedziałem. 
— Tutaj nie jestem przecie  cesarzem, ale zwykłym człowiekiem. 
— Te słowa podyktowane s  łaskawo ci  waszej cesarskiej mo ci. Nie upowa niaj  

mnie  jednak  do  tego,  abym  prywatnemu  człowiekowi  powiedział  co   takiego,  co  mogłoby 
zmartwi  lub obrazi  cesarza. 

Maksymilian poło ył r k  na ramieniu Indianina i poprosił: 
—  Niech e  pan  mówi,  generale,  na  miło   bosk !  Cesarz  nie  b dzie  si   na  pana 

gniewał. 

— Ale … 
— W takim razie rozkazuj  panu. 
Ton jego głosu wykluczał jakikolwiek sprzeciw. Mejia zwiesił głow . 
— Spełni  rozkaz, cho  wiem,  e nara am si  na utrat  łaski cesarskiej. 
—  Nie  utraci  jej  pan.  Niech  senior  pami ta,  e  mówi  z  przyjacielem,  który  zniesie 

równie  nieprzyjemne wiadomo ci. Do rzeczy wi c. W pana obecno ci przedstawiałem plan 
sytuacji. Nie zgadza si  senior z nim? 

—  Niestety,  nie  mog .  Wasza  cesarska  mo   nie  powinien  zapomina ,  e  jest  na 

obcym terenie. Meksykanie mówi  o waszej cesarskiej mo ci: „Emperador que quiso lo mejor 

background image

— cesarz, który ma najlepsze ch ci”. S  jednak gł boko przekonani,  e wasza cesarska mo  
nie  potrafi  zrozumie   i  ogarn   osobliwych  stosunków  meksyka skich.  Ta  ziemia  paruje 
jeszcze  krwi ,  a  lud  jest  niebywale  krewki  i  gwałtowny.  yjemy  bez  ustaw,  zaczynamy  je 
dopiero tworzy . Gdy Chrystus wszedł do Jerozolimy, cały lud wołał: „Hosanna!”, a w trzy 
dni pó niej ukrzy owano go. 

Cesarz szedł jaki  czas w milczeniu. Wreszcie zapytał: 
— Ma pan na my li zapewne hosann  mego wjazdu? 
— Tak, panie. 
— Czy w tpi senior w szczero  tego entuzjazmu? 
— W tpi . Kto pana przyjmował, najja niejszy panie? Ludno ? Nie. Francuzi oraz 

ich zwolennicy. Entuzjazm był sztuczny, dobrze wiem o tym. Je eli Francuzi przypuszczaj , 

e pozycja ich tutaj jest mocna, to si  grubo myl . 

— Mówi pan o wojsku, na którego czele stoj ? 
— Czy Napoleonowi I udało si  zdoby  Hiszpani ! Tak samo bratankowi jego nie uda 

si  utrzyma  Meksyku. Francuzi nie tylko nie maj  pewnego gruntu pod nogami, lecz stoj  na 

le spojonym pomo cie, który w ka dej chwili mo e si  załama . Meksyk to setki kraterów, 

lud  jego  to  wulkan.  Pal   si   w  nim podziemne siły, a wybuch b dzie okropny w skutkach. 
Gdyby Napoleonowi udało si  nawet wysła  milion Turków, nie ma pewno ci, czy wszystko 
nie runie. 

— Co za perspektywa! 
—  O mielam  si   przedstawi   j   waszej  cesarskiej  mo ci.  Niech  si   senior  strze e 

przed oddawaniem swego losu w r ce władcy znad Sekwany. Cesarzowi Meksyku nie wolno 
by   marionetk .  Musi  opiera   si   na  własnych  siłach.  Nie  wolno  mu  by   łatwowiernym, 
fantazjowa   i  marzy .  Powinien  wej   do  tego  kraju  nie  z  fantastycznymi  planami,  lecz  z 
broni  w r ku. Meksykanie s  wrogami porz dku. Przypominaj  półdzikie bestie, którym nie 
wolno okaza  dobroci i łagodno ci, ale nale y natychmiast chwyci  ich w ryzy. 

Generał  wypowiedziawszy  te  słowa  poczuł  wielk   ulg .  Wreszcie  mówił  prawd , 

szczer  prawd . Wreszcie nie u ywał wygładzonych sformułowa  przyj tych w rozmowach z 
koronowanymi głowami. Cesarz szedł obok niego ze skupionym wyrazem twarzy. Poczuł si  
dotkni ty, ale nie zdradził tego nawet gestem. 

Indianin ci gn ł dalej: 
— Meksykanie nienawidz  Europejczyków i nie potrafi  kocha  tego, kogo im Europa 

przeznaczyła na władc . 

— Generale! Posuwa si  pan za daleko! 

background image

— Wasza cesarska mo ! Miałem przecie  mówi  prawd ! 
— No tak! Ale czy rzeczywi cie jestem marionetk  podstawion  przez innych? 
— Przyznaj ,  e to mocno powiedziane. Ale ludzie tutejsi u ywaj  tego okre lenia. 
Cesarz zmarszczył czoło. 
— Kto mianowicie? 
— Przede wszystkim Meksykanie. 
— A oprócz nich? 
— Sami Francuzi. 
— To nieprawda! 
— Słyszałem sto razy. Zar czam słowem honoru. 
— Z ust Francuzów? 
— Tak, z ust wszystkich oficerów. 
—  Mój  Bo e!  Maksymilian  zło ył  r ce  i  spojrzał  ku  niebu.  Mejia  zacisn ł  usta, 

zmarszczył czoło. Po chwili powiedział: 

— Chciałbym by  cesarzem. 
— Dlaczego? 
— Prosiłbym wtedy generała Meji , aby mi doradził, co mam uczyni . 
— Prosz  pana o to. 
— Chwyciłbym za szabl  i wyp dził Francuzów z Meksyku. 
— Generale! Jako  ołnierz wie pan najlepiej,  e to niemo liwe. 
— Ale  przeciwnie! Nie ma nic łatwiejszego. 
— Zdumiewa mnie pan. 
— Nale y tylko odwoła  si  do Meksykanów. Stan  jak jeden m  za swym cesarzem. 

Wtedy  wasza  cesarska  mo   b dzie  przywódc   narodu,  wtedy  wasza  cesarska  mo  
dowiedzie,  e  jest  władc ,  opieraj cym  si   na  własnej  sile.  B d   waszej  cesarskiej  mo ci 
posłuszni, b d  wasz  cesarsk  mo  ubóstwia ! 

— Nie podzielam pa skiego zdania — zaprzeczył Maksymilian. — Zapomniał pan o 

Juarezie, o Panterze Południa i o innych przywódcach partyzanckich, którzy ch tnie wcielaj  
si   w  rol   cesarza.  Zapomniał  pan  o  Anglii,  o  Ameryce,  o  Hiszpanii.  A  tak e  o  moich 
zobowi zaniach wobec Francji… 

—  Ach!  —  przerwał  generał.  —  Meksykiem  mo e  rz dzi   tylko  miecz.  Kto  chce 

poł czy  partie i kierowa  nimi, musi mie  mocn , tward  r k  i wystrzega  si  wszelkiego 
sentymentu. By  mo e w przyszło ci b dzie mo na zamieni  miecz na palm . 

— Ale obecnie trzeba si  liczy  z polityk . 

background image

— Co mog  zrobi  dyplomaci w obliczu dokonanych faktów? 
— A Juarez, ten pot ny przeciwnik? A inni? 
— Z obrzydzeniem my l  o tych drobnych kreaturach, które uwa aj  si  za wodzów i 

marz  tylko, aby innych strzyc jak barany. Taki na przykład Cortejo… 

— Czy to ten, który zabiega o wzgl dy Pantery Południa? 
—  Tak,  ten  sam  Pablo  Cortejo,  którego  córka  rozsyła  sw   podobizn ,  eby  zdoby  

stronników. 

— Widział pan t  fotografi ? Bo ja, niestety, nie. 
—  Nie?  Tej  przyjemno ci  nie  powinna  sobie  wasza  cesarska  mo   odmówi .  — 

Wyci gn ł  zza  czerwonej  jedwabnej  szarfy  fotografi   i  podaj c  j   cesarzowi,  dodał:  — 
Trzeba zna  swoich przeciwników. Cesarz patrzył przez chwil  na podobizn  córki Corteja, 
po czym oddał j  generałowi i pokiwał głow  z ubolewaniem: 

— Biedna dziewczyna! 
—  Mejia  znowu  zmarszczył  czoło.  Kochał  cesarza,  ale  był  człowiekiem  czynu  i 

nienawidził wszelkiej zniewie ciało ci. 

—  Biedna?  Zupełnie  nie  ałuj   tej  panny.  O miesza  si   tylko.  W  dodatku  to 

niebezpieczna intrygantka. Za wszelk  cen  trzeba j  unieszkodliwi . 

— Wi c równie  jej ojca uwa a pan za niebezpiecznego? 
— Oczywi cie. 
— Jako pretendenta do tronu? 
—  O  nie!  —  u miechn ł  si   Mejia.  —  Niebezpieczny  jest,  moim  zdaniem,  ka dy 

człowiek, wszystko jedno, kobieta czy m czyzna, który nie idzie ze mn , a przeciw mnie i… 

Nie  doko czył  zdania,  bo  w  pobli u  rozległy  si   kroki.  Odwrócili  głowy,  ujrzeli 

cesarskiego kamerdynera Grilla, który w Cuernavaca pełnił funkcj  ochmistrza. 

— O co chodzi? — zapytał Maksymilian dobrotliwie. 
— Niech wasza cesarska mo  wybaczy. Przybył pan marszałek — zameldował Grill. 
— Basaine? 
— Tak. Pragnie mówi  z wasz  cesarsk  mo ci . 
— Ju  id . 
Maksymilian zawrócił w kierunku willi. Mejia zas pił si . Cesarz wiedział doskonale, 

e  Basaine  i  generał  s   zaciekłymi  wrogami.  Zobaczywszy  wi c  ponury  wyraz  twarzy 

Indianina, zapytał: 

— Czy mam pana po egna , generale? 

background image

— O mielam si  prosi , by mi było wolno towarzyszy  waszej cesarskiej mo ci, je eli 

nie b dzie to sprawa poufna. Nie chciałbym, aby Basaine miał wra enie,  e si  go boj . 

— Dobrze — zgodził si  cesarz. — Z pewno ci  co  wa nego sprowadza marszałka 

do Cuernavaca. Nie lubi przecie  tego miasta. A oto i on. 

— Niechaj wasza cesarska mo  wybaczy — Basaine skłonił si  ceremonialnie —  e 

o mielam si  zakłóci  błog  cisz  tego miejsca. 

—  Có   znowu!  Zawsze  jest  pan  miłym  go ciem,  kochany  marszałku  —  powiedział 

Maksymilian uprzejmie. 

— Tym bardziej ubolewam,  e przynosz  nieprzyjemne wie ci. 
—  Musz   przyzna ,  e  od  pewnego  czasu  niewiele  miłych  wiadomo ci  od  pana 

otrzymałem, tote  pa skie słowa nie s  dla mnie niespodziank . 

Wyra na w tym zdaniu zło liwo  kłóciła si  z pogodnym, a nawet wesołym tonem, 

jakim cesarz je wypowiedział. Zbiło to z tropu Francuza. 

— Czy wasza cesarska mo  ka e mi natychmiast zło y  raport? — spytał. 
— Prosz  o to. 
— Czy w obecno ci generała? 
Obrzucił  Meji   nieprzyjaznym  wzrokiem  i  zło ył  mu  gł boki  ukłon.  Pytanie  było 

nietaktem wobec cesarza i obraz  dla Meksykanina, ale obaj zlekcewa yli to. Z kolei zapytał 
Maksymilian: 

— Czy to wa na tajemnica? 
— Nie, przeciwnie, to sprawa zupełnie jawna. 
— W takim razie, monsieur, niech pan mówi. 
— Chodzi o tego Pabla Corteja, o którym ju  niejednokrotnie wspominałem. 
— Przypominam sobie. 
— Człowiek ten był dotychczas tylko  mieszny, teraz za  zaczyna by  niebezpieczny. 

Werbuje ludzi. 

— Gdzie? 
— Nawet w samej stolicy. Wczoraj aresztowano kilku jego zauszników. Zdaje si ,  e 

ma równie  agentów w kwaterze głównej. I jeszcze jedno: poł czył si  z Panter  Południa. 

— Wiem o tym. 
— Dowiedziałem si  ponadto,  e Pantera Południa otrzymał kilka tysi cy karabinów 

oraz wielk  ilo  ołowiu i prochu. Dostarczył mu to ameryka ski bryg. 

— Gdzie miał miejsce wyładunek? 
— W Guazaccalco. Okr t  cigano, ale umkn ł, 

background image

— Prezydent Stanów Zjednoczonych wkracza wi c do akcji. 
— Zawiadomi  o tym cesarza Napoleona. 
— Nie s dz , aby mógł on cokolwiek dla nas zrobi . Marszałek zignorował t  uwag  i 

ci gn ł dalej: 

— Jestem przekonany,  e ta dostawa broni to sprawka Corteja. Ale na tym nie koniec. 

W swojej bezczelno ci posun ł si  do tego,  e kazał w nocy rozlepia  ulotki na rogach ulic. 

— W jakim mie cie? 
—  W  stolicy.  Przedsi wzi łem  natychmiast  konieczne  rodki.  A  teraz  stoj   przed 

wasz   cesarsk   mo ci ,  aby  prosi   o  zatwierdzenie  tego,  co  chc   zrobi ,  aby  ostatecznie 
ukróci  działanie tego człowieka. 

— Niech pan mówi. 
— On wprawdzie przebywa na południu, ale jego córka mieszka w Meksyku. Nikt jej 

nie niepokoi, chocia  odwa yła si  jawnie wyst powa  przeciw waszej cesarskiej mo ci. 

— Nie chciałbym wojowa  z kobietami. 
—  I  ja  tak e.  Ale  mimo  to  nie  radziłbym  pu ci   jej  tego  płazem.  Czy  wolno  mi 

pokaza  ulotk  rozlepian  przez ludzi Corteja? 

— Prosz . 
Marszałek  wyci gn ł  z  kieszeni  kartk   papieru  i  wr czył  cesarzowi.  Maksymilian 

zacz ł czyta , Basaine obserwował go uwa nie. Gdy w pewnym momencie cesarz si  zas pił, 
w oczach marszałka pojawiło si  zadowolenie. Wła nie dlatego przywiózł t  ulotk  zamiast 
przysła  j  przez kogokolwiek, by zobaczy  taki wyraz twarzy cesarza. 

Maksymilian podał papier Meji. 
— Panie generale — powiedział — niech i pan przeczyta, i to gło no. 
 

DO WSZYSTKICH DZIELNYCH MEKSYKANÓW I WOLNYCH INDIAN! 

 
Nieprzyjaciel wtargn ł do kraju. Od dłu szego czasu rz dzi si  w Meksyku jak szara 

g . Niszczy nasze pola, uwodzi  ony i córki, zabija m ów, braci i synów. 

Władca Pary a, sam niegdy  zbieg pogardzany przez wszystkich, odwa ył si  przysła  

nam regenta, który zwie si  cesarzem Meksyku. Człowiek ten jest marionetk  Napoleona III. 

Meksykanie,  czy  b dziemy  znosi   to  dłu ej?  Nie!  Staniemy  rami   przy  ramieniu  i 

wyp dzimy z kraju tych przybł dów. 

Pantera  Południa  ostrzy  ju   pazury,  gotuj  e  si   do  skoku.  Chwy my  za  bro   i  my! 

Pomy leli my  o  wszystkim,  co  jest  konieczne,  aby  zwyci y   wroga.  Mamy  bro , amunicj , 

background image

ywno .  Brak  nam  tylko  ludzi,  którzy  potrafi   pokaza ,  e  s   dzielnymi  Meksykanami  i 

wolnymi Indianami. 

Dlatego  niech  si   wsz dzie  rozpocznie  werbunek.  Utworzymy  armi ,  przed  któr  

Francuzi b d  musieli ucieka . Agitatorów ju  porozsyłano. Usłyszycie ich słowa — poznacie 
ich  po  tym,  e  i  moje  imi   wymienia   b d .  Przył czajcie  si   do  nich!  Id cie  za  nimi  tam, 
gdzie was b d  prowadzi ! 

Sło ce  wolno ci  za wieci  nad  Meksykiem  dopiero  wtedy,  gdy  wyp dzimy  z  gór 

ciemi zców  naszej  ojczyzny  i  wrzucimy  ich  ciała  do  morza,  w  którym  zgin   tak,  jak  to  si  
niegdy  stało z Faraonem i jego wojskiem. 

Pablo Cortejo 

 
— No i co pan na to, generale? — zapytał cesarz. 
— To brednie! — Indianin pogardliwie wzruszył ramionami. 
— Ale jednocze nie bardzo niebezpieczne! — dodał Basain. — Przecie  to publiczne 

wezwanie do buntu! Tu nie wystarczy wzruszenie ramionami. 

Była to wyra na aluzja do reakcji generała. Aby zapobiec kłótni, cesarz rzucił szybko: 
— Jestem tego samego zdania. Ale co według pana marszałka nale y uczyni ? 
— Przede wszystkim zamkn  córk  tego człowieka. 
— A po co? 
— Dowiodła,  e jest gro na. 
— Tylko komiczna. Mówiłem ju  o tym z generałem. 
— Ponadto nale ałoby przeszuka  dom Corteja. 
— Na to si  zgadzam. 
— Trzeba skonfiskowa  jego dobra. 
— Ma jakie  posiadło ci? 
— I to znaczne. 
—  Przepraszam  —  wtr cił  Mejia.  —  O  ile  mi  wiadomo,  posiadło ci  te  nale   do 

hrabiego Rodrigandy. Cortejo był sekretarzem hrabiego. 

— A wi c Rodriganda jest współwinny, bo odpowiada za swoich ludzi! — odparował 

marszałek. 

—  Tylko  bez  gwałtów,  marszałku  —  obruszył  si   cesarz.  —  Jest  pan  wodzem 

naczelnym  i  w  sprawach  wojskowych  mo e  pan  robi   to,  co  uwa a  pan  za  stosowne.  Ta 
jednak sprawa przekracza pa skie kompetencje. Ostatnie moje słowo: zezwalam jedynie na 

background image

przeszukanie domu Corteja. Na nic wi cej. Dziewczyn  za  skazuj  na banicj . Niech opu ci 
kraj i gdzie indziej próbuje swych sztuczek. 

Basaine  usiłował  jeszcze  dyskutowa ,  cesarz  jednak  nie  ust pował.  Wreszcie 

marszałek, z trudno ci  ukrywaj c gniew, oddalił si . Wtedy cesarz rzekł do generała: 

— Czy uwa nie przeczytał pan ulotk ? 
— Tak jest. 
— Ten ust p równie ? 
— Który? 
— No ten, w którym nazywaj  mnie marionetk  Napoleona. 
— Niestety. 
—  Miał  pan  wi c  racj ,  ale  udowodni   tym  panom,  e  pod  adnym  wzgl dem  nie 

jestem i nie b d  marionetk  Napoleona. Czy obserwował pan Basaine’a, gdy czytałem ten 
tekst? 

— Nawet bardzo dokładnie. 
— Zauwa ył pan co ? 
— Wasza cesarska mo  my li o zadowoleniu, którego nie potrafił ukry ? 
— No wła nie. Widzi pan: on dlatego sam wr czył mi t  ulotk , bo cieszy go moje 

niepowodzenie.  Chod my  do  domu,  kochany  Mejia.  Jestem  troch   zdenerwowany  i 
chciałbym porozmawia  z cesarzow . Obecno  jej zawsze działa na mnie koj co. 

Josefa Cortejo musiała z biegiem czasu zrezygnowa  z planu po lubienia Alfonsa. Od 

lat  przebywał  w  Hiszpanii.  Był  wprawdzie  kawalerem,  ale  nie  pokazywał  si   w  Meksyku. 
Uczucie  Josefy  do  Alfonsa  powoli  wygasało.  Rzuciła  si   wi c  z  cał   nami tno ci   w  wir 
polityki. Marzyła o tym,  eby zosta  córk  króla lub prezydenta. 

Pewnego dnia stała po południu przed lustrem i przygl dała si  sobie. Miała za chwil  

wyj  do miasta. 

— Czy nie s dzisz, Amaiko,  e chudn ? 
— Ale  nie, seniorka. 
— Naprawd ? Popatrz na ramiona, dawniej były o wiele bardziej zaokr glone. 
— Ale  i teraz s  takie same. A l ni  jak alabaster. 
Amaika kłamała. Ko ciste ramiona Josefy okrywała ciemna skóra jak u Cyganki. 
— A wi c jestem jeszcze pi kna? 
—  Ale   oczywi cie!  Niektóre  kobiety  z  biegiem  lat  staj   si   coraz  pi kniejsze. 

Seniorka wła nie do nich nale y. 

background image

—  Ubierz  mnie  wi c,  abym  naprawd   mogła si  podoba .  Chc   pój  do fotografa. 

Zamówiłam znowu dziesi  tuzinów zdj . 

— Czy maj  to by  podarunki dla stronników pani ojca? 
—  Tak.  Czy  nie  uwa asz,  e  był  to  wspaniały  pomysł  z  tym  ofiarowywaniem 

ka demu mojej podobizny? 

— Oczywi cie. Nie tylko wspaniały, ale i wzniosły. 
Gdyby nie  to,  e  w korytarzu  rozległy si  kroki, rozmowa trwałaby dalej. Na progu 

stan ła  słu ca,  za  ni   za   ujrzała  Josefa  kilku  panów.  Był  to  alcalde,  s dzia  ledczy,  w 
otoczeniu policjantów. Weszli bez zameldowania. Josefa zapytała ostrym tonem: 

— Co to znaczy, moi panowie? Czy nie wiecie, co winni cie damie? 
—  Wiemy  doskonale  —  odparł  alcalde.  —  B dziemy  pani   tak  traktowa ,  jak 

seniorita na to zasługuje. Czy pani mnie zna? 

— Owszem — potwierdziła skwapliwie. 
— Przychodz  w imieniu cesarza. 
— Cesarza? — przeraziła si . 
— Tak jest. Gdzie znajduje si  pani ojciec? 
— Wyjechał podobno do Oaxaca, ale nie jestem pewna. 
— Kiedy ma wróci ? 
— Nie wiem. 
— Czy zna pani Panter  Południa? 
— Nie. 
— Nie był tutaj? 
— Nigdy. 
— A ojciec pani go zna? 
— Tego nie wiem. 
—  Wi c  mo e  pani  jest  naprawd   niewinna?  A  czy  nie  widziała  seniorka  ulotek 

rozlepionych po całym mie cie? 

— Nie. 
— Widniało na nich nazwisko pani ojca. 
—  Nic  mi  o  tym  nie  wiadomo,  senior.  Podczas  nieobecno ci  ojca  prowadz   tu 

samotne  ycie. Czy by autorem ulotek był rzeczywi cie mój ojciec? 

— Oczywi cie. S  przecie  podpisane jego imieniem. 
— Czy kto  inny nie mógł podpisa  za niego? Alcalde stropił si . 
— To jest mo liwe — przyznał po chwili. 

background image

— Co stanowi tre  tych ulotek? 
— Wezwanie do buntu i zdrady stanu. 
— Zatem mój ojciec nie ma z tym nic wspólnego! Nie jest zdrajc  stanu. 
— Ale sprzymierzył si  z Panter  Południa. 
— Nic mi o tym nie wiadomo. To plotka. 
— Zobaczymy. Przede wszystkim przeprowadz  u pani rewizj . 
— Matko Boska! Tu, w moim pokoju? 
— Tu i w całym domu. 
— Niech pan szuka i niech Bóg panu pomaga. Nic nie znajdziecie, jeste my niewinni! 
Urz dnik i policjanci wykonywali sw  powinno  typowo po meksyka sku, to znaczy 

ospale  i  powierzchownie.  Rewizja  trwała  kilka  godzin.  Sko czyła  si   dopiero  wieczorem. 
Alcalde znów zjawił si  u Josefy. 

— Nic nie znalazłem — powiedział szczerze. 
— Spodziewałam si  tego. 
— Przypuszczam wi c,  e jest pani niewinna. 
— A ja jestem tego pewna. 
— Mimo to musz  pani zakomunikowa  co  bardzo niemiłego. 
— Chce mnie pan przestraszy , senior? 
— Ani mi to w głowie. Spełniam tylko rozkaz cesarza. 
— O, Dios! Zaczynam si  ba  naprawd ! 
— Nie ma czego, nic si  pani nie stanie. Musi tylko seniora zmieni  miejsce pobytu. 
— Zmieni  miejsce pobytu? Jak to mam rozumie ? 
— Zostaje pani wydalona z kraju. Josefa zbladła. Tego si  nie spodziewała. 
—  Zostaj   wydalona  z  kraju?  —  powtórzyła  przeci gle.  —  Na  jakiej  podstawie, 

alcalde? 

— Za nawoływanie do buntu i zdrad  stanu. 
— Powiedział pan przecie  sam,  e jestem niewinna. 
— To prawda, ale nie odnosi si  to do pani ojca. A zreszt  rozdawała seniorita swoje 

fotografie. 

— Tylko w ród przyjaciół. 
— Wszyscy ci przyjaciele s  zdrajcami stanu. Krótko mówi c, zawiadamiam pani ,  e 

w ci gu dwudziestu czterech godzin musi pani opu ci  to miasto, w ci gu za  tygodnia kraj. 

Josefa omal nie zemdlała. 

background image

—  Ale   nie  mog   tego  uczyni   podczas  nieobecno ci  ojca!  Czy  on  równie   jest 

skazany na banicj ? 

— Nie. Gdy go schwytamy, zostanie powieszony. 
— Santa Madonna! Co za nieszcz cie! A co si  stanie z naszym maj tkiem? 
— Mo e go pani zabra  ze sob . 
— A słu b ? 
— To zale y od jej woli. Niech pani nie bierze całej sprawy zbyt tragicznie, seniorita. 

Niejeden ju  był z tego kraju wygnany i niejeden wrócił. 

Indianka była  wiadkiem całej rozmowy. Kiedy alcalde oddalił si  wraz z policjantem, 

rzekła z chytrym u mieszkiem: 

— Jaka pani m dra, seniorita! 
— Nieprawda , Amaiko? Jest przekonany o mojej niewinno ci. 
—  M czy ni  s   cz sto  niebywale  głupi.  Ale  czy  pani  naprawd   musi  opu ci   ten 

kraj? 

— Mo e tak, mo e nie. Ojciec rozstrzygnie to dzi  wieczorem. 
— Czy ten wczorajszy posłaniec był od seniora Corteja? 
—  Tak,  ojciec  dzi   wieczorem  wróci  do  domu  w  przebraniu.  Uwa aj,  aby  nam  nie 

przeszkadzano. Nie ma mnie dla nikogo. 

Otrzymany nakaz opuszczenia kraju wyprowadził jednak Josef  z równowagi. Czuła 

si   bezradna.  Potrzebowała  wsparcia  ojca.  Siedziała  w  swoim  pokoju  i  czekała  na  niego  z 
niecierpliwo ci . 

Pó nym wieczorem drzwi do pokoju otworzyły si  cicho i wszedł jaki  obcy człowiek. 

Przestraszyła si  bardzo, ale starała si  panowa  nad sob . 

— Kim pan jest? Czego pan chce? — zapytała. Nieznajomy ukłonił si  i wymamrotał: 
— Czy tu mieszka senior Cortejo? 
— Tak jest. Ma pan do niego jaki  interes? 
— Nie, chc  porozmawia  z pani . 
— Ach tak! Ale w jaki sposób pan si  tu dostał? 
— Przez mur. 
Josefa si  przestraszyła. Przez mur mógł przecie  przej  tylko złodziej lub przest pca. 
— Dlaczego senior nie wszedł po prostu przez drzwi? 
— Nie chciałem, aby mnie widziano. Teraz wiem,  e ostro no  była zbyteczna. Nie 

poznano by mnie, bo ty sama uwa asz mnie za obcego. 

Zdj ł peruk  i sztuczn  brod . 

background image

— Ojcze! — zawołała i padła mu w obj cia. 
Ucałował j , a ona jego. Taka czuło  była u nich rzadko ci . 
— Ale  si  ucharakteryzował! Rzeczywi cie nie poznałam! 
— To było konieczne. Gdyby mnie zobaczono, byłbym zgubiony. 
— Przybywasz od Pantery Południa? 
— Tak. A co u ciebie słycha ? 
— Dotychczas wszystko było w porz dku. Ale dzi  po południu zjawił si  alcalde i 

przeprowadził rewizj . 

—  Rewizj ?  Czy  uwa aj ,  e  jestem  a   tak  naiwny,  by  trzyma   w  domu 

kompromituj ce materiały? Chyba nic nie znaleziono? 

— Zupełnie nic. Wszystko zakopałam. 
— W takim razie nie musimy si  niczego obawia , moja Josefo. 
— Niezupełnie, zostałam skazana na banicj . 
— Ach tak? Zapewne na rozkaz cesarza? 
— Tak jest. 
—  To  skutek  moich  dzisiejszych  ulotek.  Komedia!  Jak  daleko  si ga  moc  Maksa? 

Wystarczy, aby  si  udała tam, gdzie nie b dzie ci  mógł dosi gn . Zreszt  opu cisz miasto 
jeszcze dzisiaj. 

— Jeszcze dzisiaj? Dlaczego? 
—  Pojedziesz  ze  mn   do  hacjendy  del  Erina  —  powiedział  oboj tnym  głosem,  ale 

potem lekko si  u miechn ł. 

Josefa zerwała si , jakby w ni  piorun strzelił. 
—  Do  hacjendy?  Do  starego  Pabla  Arbelleza?  Czego  mamy  tam  szuka ?  Przecie  

Arbellez jest naszym najbardziej zaciekłym wrogiem. 

— Wła nie dlatego ciesz  si  na te odwiedziny. 
— Nie rozumiem. 
— Wytłumacz  ci pó niej. Daj mi co  do jedzenia i picia, tylko nie zdrad  si  przed 

nikim,  e jestem w domu. 

Josefa  przyniosła  posiłek.  Cortejo  jadł  z  apetytem.  Kiedy  si   posilił,  wrócił  do 

przerwanej rozmowy. 

— Czy goniec dotarł szcz liwie? — zapytał. 
— Tak. Od niego si  dowiedziałam,  e b dziesz tu dzisiaj. 
— Posłuchaj wi c, dlaczego przybyłem do ciebie. Otrzymałem bro . Pantera Południa 

gotów uderzy , ale rezultat jest w tpliwy, Francuzi bowiem maj  wiele wojska. Trzeba ich 

background image

zaatakowa   z  dwóch  stron:  z  północy  i  z  południa.  Rozpocz łem  werbunek,  dlatego  te  
ruszam na północ, aby zebra  ludzi. 

— Ale dlaczego ja mam jecha  z tob ? 
— Jeste  mi potrzebna. Zreszt  i tak musisz opu ci  miasto. 
— Po co udajemy si  do hacjendy? 
— Z racji jej korzystnego poło enia. Czy wiesz, gdzie teraz przebywa Juarez? 
— Powiadaj ,  e w Paso del Norte. 
—  Tak  jest  w  istocie.  Musz   wkra   si   w  jego  łaski.  Dopiero  wspólnymi  siłami 

b dziemy mogli stawi  czoła Francuzom. 

—  Ale   ojcze!  Przecie   chciałe   zosta   prezydentem!  Nie  zostaniesz  nim,  je eli  si  

sprzymierzysz z Juarezem. 

— Głuptasie, wszystko si  uło y, byle bym tylko otrzymał pomoc. 
— Rozumiem, pó niej b dzie si  mo na pozby  Juareza? 
— Otó  to. Ponadto dowiedziałem si ,  e wysłannik rz du angielskiego jest w drodze 

do  Juareza.  Podobno  wiezie  dla  niego  bro ,  amunicj   i  pieni dze.  Juarez  ch tnie  mnie 
przyjmie. 

— Ale gdy si  dowie,  e masz to, co było przeznaczone dla niego, co wtedy? 
— Kto mu to powie? Ja z pewno ci  nie. A tylko ja wiem o tym. 
— Gdzie si  znajduje ten wysłannik? 
— Wsi dzie na okr t w Refugio i popłynie górnym biegiem do Rio Grand . Wtedy go 

napadn . Zgadnij, kto to jest? 

— Sam powiedz! 
— Sir Dryden. 
Josefa zerwała si  z miejsca. 
— Dryden? Ten sam, naprawd  ten sam? 
— Tak, ten sam, któremu zrabowali my miliony i który uwolnił Juareza z r k Pantery 

Południa. 

— Co za szcz liwy przypadek! A wi c mam pojecha  nad Rio Grand ? 
— Nie, Josefo, zostaniesz w hacjendzie del Erina. 
— Czy Arbellez pozwoli mi na to? 
—  B dzie  musiał.  Czy  s dzisz,  e  mu  pozostawi   hacjend ?  —  Cortejo  wybuchn ł 

pogardliwym  miechem. 

— Jest przecie  wła cicielem. 

background image

—  Chwilowo.  Zrobi   z  hacjendy  nasz  punkt  operacyjny.  Tam  zbiera   si   b d  

werbowani przez nas ludzie. Stamt d b d  uderzał. Tam… czy wiesz? Tam znajduje si  w 
pobli u pieczara z królewskim skarbem. 

— Chcesz zabra  skarb?! 
—  Tak,  ale  najpierw  musz   znale   grot .  Słyszałem  od  Alfonsa,  e  Mikstekowie 

znaj   tajemnic .  Porw   paru  z  nich.  B d   ich  tak  długo  chłostał  i  dr czył,  a   zdradz  
kryjówk . Gdy zdob d  te bogactwa, z łatwo ci  dostan  koron  Meksyku. 

— Chcesz kupi  hacjend  od Arbelleza? 
—  Ani  mi  si   ni.  Po  prostu  j   zagarn .  Przed  miastem  czeka  trzystu  silnych, 

odwa nych  m czyzn.  Zwerbowałem  ich.  Z  ich  pomoc   zajm   hacjend .  Je eli  Arbellez 
b dzie si  bronił, zabijemy go. 

—  wietnie, doskonale! A wi c z tymi lud mi mamy wyruszy  dzi  wieczorem? 
— Tak. Nie mo emy traci  ani chwili. 
— Co si  stanie z naszym domem, z meblami? 
— Pomy lałem o tym. 
— Ojcze, musz  zabra  ze sob  Amaik . 
— Przeszkadzałaby nam. 
— Potrzebna mi słu ca. 
— B dziesz si  musiała obej  bez niej. 
— Ale , ojcze, to niemo liwe! Córka przyszłego króla nie mo e si  obej  bez słu by. 
— Powiedziała  „córka przyszłego króla”… 
—  Jedzie  przecie   trzystu  m czyzn,  musz   odpowiednio  wygl da .  Koniecznie 

potrzebuj  słu cej. 

— W takim razie zostaniesz tu. W  adnym wypadku nie mog  zabra  Amaiki. Spakuj 

tymczasem rzeczy, ja za  odpoczn . Punktualnie o północy ruszamy. 

Cortejo mówił tonem tak stanowczym,  e Josefa nie protestowała dłu ej. Wypełniła 

polecenie ojca. W kilka minut po północy oddział składaj cy si  z trzystu m czyzn i jednej 
kobiety pogalopował na północ. 

background image

P

OWRÓT 

M

ATAVASE

 

 
Po ucieczce z samotnej wyspy,  na  której  przebywali  osiemna cie lat, Sternau i jego 

towarzysze wyl dowali w Guaymas. Postanowili przede wszystkim pojecha  do hacjendy del 
Erina.  Kapitanowi  Wagnerowi polecono  opłyn   na  parowcu  Cape Horn  i  zatrzyma   si  w 
Yeracruz; tam te  czeka  na dalsze dyspozycje. 

W Guaymas dowiedzieli si ,  e Meksyk jest okupowany przez Francuzów,  e szaleje 

tam wojna domowa i grasuj  bandy, które przeci gaj  przez kraj, morduj c i pal c wszystko 
wokoło. Dlatego zaopatrzyli si  w bro  i nie ruszyli na wschód przez Sierra de Alamos, lecz 
na  północny  wschód  wzdłu   rzeki  Vaqui.  Chcieli  dosta   si   do  Chihuahua,  przypuszczali 
bowiem,  e  miasto  to  —  wysuni te  daleko  na  północ  i  odległe  od  stolicy  —  nie  zostało 
jeszcze  wci gni te  w  wir  politycznych  i  wojennych  zamieszek.  Nie  wiedzieli,  e  Francuzi 
zaj li  ju   Chihuahua.  Przybywszy  do  La  Yunty,  tam  gdzie  rzeka  rozgał zia  si ,  zamierzali 
wi c ruszy  na wschód. Ale tu powiedziano im,  e w Chihuahua tocz  si  walki, a prezydent 
Juarez cofn ł si  do Paso del Norte, aby zebra  siły do nowego uderzenia. 

—  Co teraz  zrobimy?  — martwił si  don Fernando. — Przeszli my zbyt wiele, aby 

znowu si  nara a  na niebezpiecze stwo. 

— Jestem przekonany,  e ze strony Francuzów nic nam nie grozi 
—  powiedział  Sternau  —  ale  za  to  musimy  wystrzega   si   sprzyjaj cych  im 

Meksykanów, którzy na pewno b d  ci gn  za Francuzami. 

Głos zabrał Nied wiedzie Serce: 
—  Niechaj  bracia  moi  nie  jad   do  Chihuahua,  ale  na  pastwiska  Apaczów.  Stamt d 

zostan  bezpiecznie zaprowadzeni do hacjendy. 

—  Czy  pastwiska  Apaczów  le   daleko  od  Chihuahua?  —  dopytywał  si   hrabia 

Fernando. 

—  Apacz  potrzebuje  jednego  dnia,  aby  si   dosta   do  miasta.  Sternau  potwierdził 

skinieniem głowy. 

—  Znam  t   okolic .  Uwa am,  e  nale y  pój   za  rad   naszego  czerwonoskórego 

przyjaciela. 

— O, tak! Jed my do Apaczów — poparła go Emma. — W tamtej okolicy jest fort 

Guadalupe. Mam tam krewnych, którzy z rado ci  nas powitaj . Wła nie od nich wracałam, 
gdy Nied wiedzie Serce i Antonio wyratowali mnie z r k Komanczów. 

— Co to za krewni? — zapytał Sternau. 

background image

— Rodzina Pirnerów. Pirnero jest Niemcem, o enionym z siostr  mego ojca. 
— Doskonale! Znajdziemy wi c dach nad głow . 
Ruszył lewym brzegiem rzeki. Po pewnym czasie skr cili na prawo, w kierunku Sierra 

Carmen. Dotarłszy szcz liwie do wzgórz, skierowali si  ku Rio Conchos. 

Karawana  wygl dała  okazale.  Mieli  doskonałe  wierzchowce  i  silne  muły.  Zarówno 

m czy ni, jak kobiety byli uzbrojeni, nie obawiali si  wi c napadu. 

Opodal Rio Conchos trafili na trakt, prowadz cy z Chihuahua do Paso del Norte. Nie 

nale y słowa „trakt” bra  dosłownie. Była to po prostu  cie yna, ale musiał j  przeby  ka dy, 
kto chciał si  dosta  z jednego miasta do drugiego. Z pocz tku zamierzali jecha  na skróty, 
zrezygnowali  jednak  z  tego  ze  wzgl du  na  bezpiecze stwo:  wokół  drogi  rozci gały  si  
pastwiska india skie. Sternau i Nied wiedzie Serce wyprzedzili karawan , aby mie  baczenie 
na wszelkie  lady. Wła nie przeje d ali koło k py zaro li, które tylko gdzieniegdzie rosły na 
prerii, gdy omal nie zderzyli si  z jakim  je d cem, który wyłonił si  zza krzewów. I on, i oni 
gwałtownie osadzili konie. 

Był niewysoki, ubrany jak traper, bro  miał star , dubeltówk  zardzewiał . Mimo to 

robił wra enie człowieka prerii, wspaniale bowiem siedział na koniu. 

—  Do  pioruna!  Kim  jeste cie?  —  zawołał  po  angielsku,  chwytaj c  dubeltówk   i 

przygotowuj c si  do strzału. 

Wszyscy, nie wykluczaj c Nied wiedziego Serca i Bawolego Czoła, zaopatrzyli si  w 

Guaymas w meksyka skie stroje, poniewa  innych nie mo na było dosta . Nieznajomy s dził 
wiec zapewne,  e s  Meksykanami. 

—  Dzie   dobry  —  powiedział  Sternau  równie   po  angielsku.  —  Pyta  pan,  kim 

jeste my?  To  my,  poniewa   jest  nas  dwóch,  pierwsi  powinni my  zapyta ,  kim  pan  jest, 
senior. 

Mały  człowieczek  zadarł  głow ,  aby  spojrze   na  Sternaua.  W  jego  twarzy  nie  było 

odrobiny l ku. 

—  Ma  pan  racj ,  senior  —  odparł.  —  Takie  s   prawa  prerii.  I  ja  je  szanuj .  Czy 

słyszeli cie ju  kiedy  o Małym Andre? 

— Nie. 
— W takim razie nie pochodzicie z tych pi knych stron. 
— Oczywi cie,  e nie. 
—  To  wyja nia  spraw .  Mały  Andre  to  ja.  Wła ciwie  nazywam  si   Andreas 

Straubenberger. 

— Straubenberger? — powtórzył Sternau. — Przecie  to niemieckie nazwisko! 

background image

— Jestem Niemcem. 
—  Niech  wi c  pan  opu ci  strzelb   —  powiedział  po  niemiecku.  —  I  ja  jestem 

Niemcem. 

— Co za rado ! — ucieszył si  Mały Andre. — A sk d pan pochodzi? 
— Z Moguncji. 
— Z Moguncji? Niedaleko tego miasta mieszka mój brat. 
— Gdzie? 
— W małej dziurze zwanej Reinswalden. 
— Czy to przypadkiem nie Ludwik Straubenberger? Traper a  podskoczył w siodle. 
— Pan zna Ludwika? 
— Doskonale! 
— Do licha! A ja chciałem pana zabi ! 
— No, no, nie poszłoby tak łatwo — u miechn ł si  Sternau. 
—  Pan taki  wysoki  i  szeroki,  e  nie  mógłbym spudłowa , nawet gdybym si  starał! 

Ale sk d i dok d jedziecie? 

—  Przybywamy  od  morza,  chcemy  dosta   si   albo  do  Paso  del  Norte,  albo  do 

Guadalupe. 

— Czy macie znajomych w Paso del Norte? 
— Owszem. Juareza. 
— A w Guadalupe? 
— Niejakiego Pirnera. 
—  Poznałem  go  niedawno.  To  te   Niemiec,  Sakso czyk  z  Pirny.  A  Juareza  nie 

zastanie ju  pan w Paso del Norte. 

— Gdzie jest? 
— Tu. W górach. 
Sternau przenikliwie spojrzał na rozmówc . 
— Pan zna to miejsce dokładnie, tylko nie chce mi pan powiedzie . 
— Przecie  jeszcze nie wiem, kim pan jest! 
— Nazywam si  Sternau. 
—  Sternau?  —  Mały  Andre  namy lał  si   chwil .  —  Chyba  ju  kiedy  słyszałem  to 

nazwisko.  Ach  tak!  Wspominała  mi  je  seniorita  Rezedilla.  Jaki   Sternau  był  przed  laty  w 
hacjendzie del Erina, pó niej gdzie  znikn ł. 

— To ja nim jestem. 
Traper a  otworzył usta ze zdumienia. 

background image

— Pan?! To niemo liwe! 
— Dlaczego? 
— Bo tamtego my liwego wszyscy westmani i czerwonoskórzy nazywaj  Matavase, 

Władca Skał. 

— Zgadza si . 
— Ale  on… pan… — zacz ł si  pl ta  Mały Andre — zagin ł! 
— To prawda, lecz odnalazłem si . 
— Nie do wiary! A razem z kim pan zagin ł? 
— Po co to panu? 
— Niech e pan mówi! No, z kim? 
— Aha, chce pan upewni  si ,  e mówi  prawd ? 
— Nie ukrywam,  e tak. Byłby to istny cud, gdyby Władca Skał zjawił si  tutaj. 
— A wi c dobrze. Ten obok mnie to wódz Apaczów Nied wiedzie Serce. A tamci… 
—  Co  to  za  ludzie,  do  pioruna?  —  przerwał  Mały  Andre  na  widok  zbli aj cej  si  

karawany. 

— Wła nie ci, z którymi zagin łem. 
— Niech mnie licho porwie! — wykrzykn ł Mały Andre. 
— Ten, co jedzie na przedzie, to Bawole Czoło, wódz Miksteków. 
— Do kro set! 
— Z nim jad  dwaj bracia. Jeden z nich jest zi ciem wła ciciela hacjendy del Erina. 

Zapewne nieraz słyszał pan o nim. 

— Piorunowy Grot? 
— Tak. 
— A ten z kolei to Mariano… 
—  Zaczekaj  pan,  pohamuj  si ,  na  miło   bosk !  Zwariuj   chyba!  W  naj mielszych 

marzeniach nie wyobra ałbym sobie takiego spotkania! 

— Teraz ju  pan wierzy,  e jestem prawdziwym Sternauem? 
— Wierz ! Mam dla pana kilka wa nych wiadomo ci. Zeskoczyli z koni i usiedli na 

trawie. Wkrótce nadjechali towarzysze Sternaua. 

— Kim jest ten człowiek? — spytał hrabia Fernando. 
— To mój rodak. Nazywaj  go Małym Andre. Chce nam przekaza  wa ne informacje. 

Posłuchajmy go wszyscy. Czy zna pan hiszpa ski? — zwrócił si  do Małego. 

— Tak, troch . 

background image

— Prosz  wi c mówi  w tym j zyku, aby wszyscy rozumieli. A wi c co ma nam pan 

do powiedzenia? 

— Przede wszystkim to,  e Juareza nie ma ju  w Paso del Norte. Jest niedaleko st d. 

Chciałbym jednak wiedzie , czy jeste cie zwolennikami Francuzów czy Meksykanów. 

— Ani tych, ani tamtych. Ja nigdy nie stałem po niczyjej stronie. 
— Sytuacja przedstawia si  nast puj co. Francuzi zaj li Chihuahua. Stamt d wysłali 

trzy  kompanie,  aby  zdobyły  fort  Guadalupe.  Przeciwko  Francuzom ci gnie  Juarez  na  czele 
pi ciuset Apaczów. 

— Uff! — zawołał Nied wiedzie Serce. 
— Wodzem Apaczów jest Nied wiedzie Oko. 
— Kto to taki? — zapytał Indianin. 
Nie mógł wiedzie ,  e to jego brat, bo widział go po raz ostatni, gdy był on jeszcze 

małym  chłopcem  bez  imienia.  Indianin  otrzymuje  je  dopiero  wtedy,  gdy  zostaje 
wojownikiem. 

Mały Andre wyja nił: 
— Nied wiedzie Serce ma brata, który podczas jego nieobecno ci wyrósł na dzielnego 

m a.  Nazwał  si   Nied wiedzim  Okiem,  poniewa   szukał  swego  brata,  Nied wiedziego 
Serca. Do tej pory nie zaprzestał poszukiwa . 

— Uff! 
W tym okrzyku było wszystko: szcz cie, rado , duma. Nikt na  wiecie nie potrafi 

tak jak Indianin wyrazi  ogromu uczucia w jednym, jedynym d wi ku. 

Andre mówił dalej: 
— Juarez rozporz dza obecnie odpowiednimi  rodkami do prowadzenia walki. Stany 

Zjednoczone  przysłały  mu  kilka  milionów  dolarów.  Apacze  przewie li  je  przez  kraj 
Komanczów i dostarczyli prezydentowi do Paso del Norte. 

— Uff! — znów zawołał Nied wiedzie Serce. — Czy mały biały człowiek był z nimi? 
— Tak. 
— Wi c jest przyjacielem mego brata? 
— Tak. 
— Uff! W takim razie b dzie i moim! Wyci gn ł do niego r k , a ten j  u cisn ł. 
—  Kiedy  Juarez  otrzymał  pieni dze,  wyruszył  natychmiast.  B dzie  walczył  z 

Francuzami  po  drodze,  potem  pomaszeruje  na  Chihuahua.  Poniewa   Francuzi  wysłali  z 
Chihuahua trzystu ludzi, miasto b dzie musiało si  podda . 

— Dlaczego nie pozostał pan przy Juarezie? — zapytał Sternau. 

background image

— Wysłał mnie na zwiady. Wła ciwie przeznaczył do tego Czarnego Gerarda, ale ten 

uprosił  prezydenta,  by  pozwolił  mu  jecha   do  Guadalupe.  Ma  tam  kogo ,  kogo  pragnie 
ochrania . 

— Kim jest Czarny Gerard? 
— To sławny my liwy. Z pochodzenia Francuz, ale bardzo przywi zany do przybranej 

ojczyzny. 

— Powiada pan,  e ten Gerard jest teraz w Guadalupe? Jak to daleko st d? Dwa dni 

drogi? 

— Mniej wi cej. Pojutrze po południu mo ecie tam dotrze . 
— Gdzie mo na znale  Juareza? 
— Na południe od fortu, stamt d idzie na Francuzów. 
— Je eli wi c ruszymy prosto ku Guadalupe, natrafimy na jego  lad? 
— Bez w tpienia. 
— Wi c mam nadziej ,  e si  spotkamy u Juareza. 
—  B d   mu  musiał  zło y   raport.  Radz   wam  jednak  spieszy   do  fortu  i  ulokowa  

tam panie. Trudno przewidzie , jak rozwinie si  sytuacja. 

—  Zapewne  usłuchamy  pa skiej  rady.  A  teraz  niech  mi  senior  powie,  jak  si   pan 

dostał do Ameryki? Brat nigdy o panu nie mówił. 

— Jeste my skłóceni. 
— Dlaczego? 
—  Z  powodu  dziewczyny,  kochali my  j   obaj.  Brat  wst pił  do  wojska, 

korespondowali my z pocz tku ze sob , ale i to si  urwało. 

— Czy jest pan  onaty? 
—  Nie.  Porzuciła  mnie.  Niech  diabli  wezm   miło !  Ruszyłem  w  wiat.  Kiedy 

znalazłem  si   w  Ameryce,  podj łem  prac   w  browarze.  Ale  nie  szło  mi.  Zostałem  wi c 
my liwym. Oto całe moje  ycie. No, pora ju  na mnie. I tak zmitr yłem sporo czasu. 

Kiedy szykował konia do drogi, Emma zd yła go jeszcze wypyta  o swych krewnych 

w  Guadalupe.  Gdy  egnał  si   z  nimi,  mieli  wra enie,  e  rozstaj   si   ze starym  znajomym. 
Ledwo znikł za horyzontem, dosiedli koni. 

— Musimy si  spieszy  — ponaglał Sternau — je eli chcemy za dnia znale   lady 

Apaczów. Wtedy dopiero b dziemy mogli odpocz . Ruszajmy galopem! 

Nied wiedzie  Serce  jechał  na  czele,  najlepiej  bowiem  znał  okolic .  O  pierwszej 

urz dzono  krótki  popas.  Gdy  wierzchowce  troch   wypocz ły,  pop dzono  je  z  t   sam  

background image

szybko ci .  Konie  meksyka skie  s   bardzo  mocne  i  długo  wytrzymuj   nawet  pełny  galop. 
Tote  wieczorem nast pnego dnia karawana dotarła ju  do gór Tamises. 

Z daleka ujrzeli przeł cz. W pewnym momencie Nied wiedzie Serce zatrzymał konia i 

skierował wzrok ku ziemi. 

— Uff! — zawołał. 
Sternau podjechał do niego i zacz ł uwa nie przygl da  si  trawie. Była wydeptana. 
— To  cie ka Apaczów — powiedział. 
— T dy jechali konno nasi wojownicy — potwierdził Nied wiedzie Serce. 
— Co zrobi mój brat? — zapytał westman. 
—  Pójdzie  za  głosem  serca  —  odparł  wódz,  spi ł  konia  i  pomkn ł  w  kierunku 

południowym. 

— Dok d on jedzie? — zaniepokoił si  hrabia Fernando. 
—  ladem  swych  braci  Apaczów.  Do  fortu  trafimy  bez  niego.  Najpierw  jednak 

musimy znale  miejsce na nocleg. 

— A co b dzie z Nied wiedzim Sercem? 
— Niech si  senior nie boi o niego, na pewno nas odnajdzie. 
O  wicie ruszyli w dalsz  drog . Wstawał przepi kny dzie . Niebo było bez chmurki, 

a w blasku wschodz cego sło ca tysi ce kropel rosy, osiadłej na  d błach i li ciach, l niły jak 
kryształy. 

Senior  Pirnero  wstał  wcze nie.  Pi kna  pogoda  zach ciła  go  do  spaceru.  Min wszy 

krótk   uliczk ,  wyszedł  za  bram   fortu  i  przygl dał  si   falom  Rio  Grand .  Gdy  si   tak 
rozkoszował  cudnym  porankiem,  zauwa ył  nagle  na  migoc cej  wodzie  jaki   mały,  wolno 
zbli aj cy si  punkt. 

— Łód  — mrukn ł do siebie. 
Czekał, a  si  zbli y. Z ka d  chwil  zdumienie jego rosło. Nie tylko dlatego,  e łód  

płyn ła z wielk  szybko ci . 

— Takiego czółna — mruczał — u ywaj  tylko Indianie i traperzy. Kto to mo e by ? 

Przecie  kierowanie nim to nie lada sztuka! 

Człowiek w canoe podpłyn ł ju  na tyle blisko,  e ujrzał Pirnera. Skierował łód  do 

brzegu. Po chwili wyskoczył i zacumował. Ubrany był w stare, podarte spodnie i kamizelk  
bez guzików. Nie miał koszuli, pier  wi c i pot ne ramiona  wieciły nago ci . Pogrzebawszy 
w  jakim   worku,  wyci gn ł  z  niego  i  wdział  na  siebie  skórzan   kurtk   my liwsk ,  tak 
zniszczon   i  zbutwiał ,  jakby  lata  całe  le ała  w  wodzie,  a  potem  co ,  co  przypominało 
kapelusz.  Za  jego  pasem  tkwiły  dwa  rewolwery,  nó ,  tomahawk,  torebka  z  tytoniem, 

background image

ładwonice  na  kule  i  kilka  innych drobiazgów.  Wreszcie  wyj ł  z  łodzi  strzelb   i  wzi ł  j   w 
r k  z wielk  troskliwo ci . Odwrócił si . Pirnero zobaczył twarz chud , jakby wysmagan  
od wiatru, sło ca i niepogody, małe szare, bystre oczy oraz długi, olbrzymi nos, podobny do 
s piego dzioba. Twarz ta mimo wszystko budziła zaufanie. 

— Good morning! — rzekł przybysz. 
— Dzie  dobry! — odkłonił si  Pirnero. 
— Według moich kalkulacji jest to fort Guadalupe, prawda? 
— Tak. 
— Du o tu wojska? 
— Nie ma wcale. 
— Doskonale. Czy znajd  tu boarding–house? — (pensjonat). 
— Tak. Trzeci budynek za bram . — Pirnero wymienił swoj  gospod . 
— Dzi kuj , sir. 
— Przeszedł obok Pirnera i skierował si  do bramy. Szedł wolno, kroki jednak stawiał 

długie,  zwyczajem  dobrych  westmanów.  Wytrzymuj   oni  najdalsze,  najbardziej  m cz ce 
piesze w drówki. 

— Jankes — mrukn ł Pirnero. 
Nie  mylił  si .  Sposób  przywitania,  pytanie  o  boarding,  wyra enie  „według  moich 

kalkulacji”  nie  mogły  budzi   w tpliwo ci,  e  przybysz  jest  Jankesem.  Podczas  gdy 
Europejczyk powiada: „Przypuszczam, mam wra enie, zdaje mi si ”, Amerykanin ze Stanów 
Północnych mówi: „I calculate — według moich kalkulacji, według moich oblicze ”. 

Gdy  Pirnero  wrócił  do  gospody,  zastał  nieznajomego  nad  szklank   wina.  Usiadł  na 

swym zwykłym miejscu i zacz ł patrze  przez okno. W izbie panowała cisza. Przerywało j  
tylko gło ne odchrz kiwanie go cia. Jankesi nami tnie  uj  tyto , nie zwa aj c na to, czy si  
to  komu   podoba,  czy  nie.  Pirnero  bardzo  był  ciekaw,  kim  jest  przybysz.  Rozpocz ł  wi c 
rozmow  swoj  stereotypow  uwag : 

—  liczna pogoda! 
W odpowiedzi usłyszał niezrozumiałe mrukni cie. I znów zapadło milczenie. 
— Wspaniała pogoda — powtórzył po chwili. 
— Ehm, ehm — kaszln ł nieznajomy. Pirnero odwrócił si  i zapytał: 
— Co  pan mówił, senior? 
— Nie, to pan mówi. 
Odpowied   ta  zbiła  z  tropu  Pirnera.  Zacz ł  b bni   palcami  po  szybie.  Długo  tak 

jednak nie wytrzymał i odezwał si  znowu: 

background image

— Dzi  jest o wiele ładniej ni  wczoraj. 
—  Pfftf!  —  go   splun ł  gło no.  Gospodarz  spojrzał  na  niego  z  wymówk :  —  Nie 

zrozumiałem pana. 

Jankes przesun ł w ustach porcj  tytoniu z lewej strony na praw , a potem splun ł tak 

celnie,  e  ółta od tytoniu  lina strzeliła ponad stołem jak z sikawki i poleciała w kierunku 
okna. 

Pirnero przera ony odsun ł si  od niego. 
— Senior — zawołał — tam, obok szafy, stoi spluwaczka! 
— Nie potrzebuj   adnej spluwaczki! 
— Wyobra am sobie! Kto pluje przez okno, temu niepotrzebna spluwaczka. Ale u nas 

nie ma zwyczaju opluwania szyb. 

— Otwórz wi c pan okno. 
Powiedział  to  tak spokojnie,  e gospodarz a  poczerwieniał ze zło ci. Opanował si  

jednak i zapytał: 

— Przybywa pan z daleka? 
— Tak. 
— Czy jest senior wio larzem? 
— Sk d to przypuszczenie? 
— No, bo płyn ł pan przeciw pr dowi. 
— Phi! 
— Sk d pan wyruszył? 
—  Czy  wiadomo   ta  jest  panu  koniecznie  potrzebna?  Pirnero  odparł  z  pewnym 

zakłopotaniem: 

— Człowiek rad by przecie  wiedzie , z kim ma do czynienia. 
— Pffttf! 
Nieznajomy  splun ł  znowu.  I  znowu  ciemne  pasemko  liny  przeleciało  nad  głow  

Pirnera. 

— Pffttf! — rozległo si  w  lad za tym. 
— Do diabła! Uwa aj pan! — zawołał gospodarz. 
— Niech si  pan odsunie, a wszystko b dzie w porz dku. Pirnero otworzył okno na 

o cie , a swoje krzesło przysun ł do 

ciany,  na  której  wisiał  miedzioryt.  Miał  nadziej ,  e  teraz  przestanie  ju   by  

opluwany. 

background image

Min ła  minuta,  mo e  dwie.  Jankes  uł  tyto   i  popijał  wino.  Poniewa   milczał  w 

dalszym ci gu, Pirnero znów zwrócił si  do niego: 

— Czy celem pa skiej podró y jest nasz fort? 
— By  mo e. 
— Czy zostanie pan tutaj? 
— To wedle moich kalkulacji w tpliwe. 
— Pytam, czy zostanie senior przez dzie  dzisiejszy? 
— Zostan . 
— Chce pan tu kogo  odwiedzi ? 
— Hm… 
— Ma pan jaki  specjalny interes? 
— Pffttf! — zamiast odpowiedzi plun ł z tak  precyzj ,  e trafił prosto w miedzioryt 

wisz cy nad głow  Pirnera. 

Tego było ju  gospodarzowi za wiele. Zerwał si  z krzesła i zawołał w ciekły: 
— To niesłychane, senior! Niszczy mi pan mój pi kny miedzioryt! 
— Zabierz go, senior. 
— Pluj pan do kieszeni. 
— Je eli mi senior otworzy swoj , ch tnie. 
— Czy to ma by  odpowied  na moje pytania? 
— Tak jest. Pluj  zawsze na impertynentów. Niech pan to sobie zapami ta. 
— Wie pan, kto to jest grubianin? 
— Nie. 
— W takim razie poinformuj  pana. 
—  Niech  si   senior  nie  trudzi,  to  nic  nie  pomo e.  Do   mam  pa skich  w cibskich 

pyta .  Je eli  b d   chciał  dowiedzie   si   czego ,  sam  b d   pytał.  Lepiej  pan  zrobi,  je li  mi 
naleje jeszcze jedn  porcj ! 

Gospodarz usłu nie spełnił pro b . Stawiaj c szklank  na stole, zapytał: 
— Czy zostanie pan u mnie na noc? Chyba to wolno mi wiedzie ? 
— Jeszcze si  namy l . Czy b d  tu bezpieczny? 
— Przed kim? 
— Na przykład przed Indianami. 
— Najzupełniej. 
— A przed Meksykanami? 
— Równie . 

background image

— A Francuzi nie b d  mnie niepokoi ? 
— Ach, senior, czy jest pan równie  ich wrogiem? 
— Nic panu do tego! Czy nie wie senior, gdzie przebywa Juarez? 
— Mam wra enie,  e w Paso del Norte. 
— Ma pan tylko wra enie, czy jest pan pewien? 
— Pewny nie jestem. 
— Jak daleko st d do Paso del Norte? 
— Konno jedzie si  około sze dziesi ciu godzin. Chce si  senior tam uda ? 
— By  mo e. 
— Ach, senior! Jedzie wi c pan z tajn  misj  do prezydenta? 
— Pffttf! 
Znowu tu  nad głow  Pirnera przeleciała porcja ciemnej  liny. Przera ony zerwał si  z 

krzesła. 

— Do kro set! — zakl ł. — Mam ju  tego dosy ! Nie jestem do takiego traktowania 

przyzwyczajony, pochodz  ze starego, dobrego rodu. Czy wie pan, gdzie moja ojczyzna? 

— No? 
— W Niemczech. Urodziłem si  w Pirnie. 
— W Pirnie? Nie znam. To zapewne gdzie  za biegunem północnym? 
— Nie, to miasto w Saksonii. 
— Nic mnie ta Saksonia nie obchodzi. Zostaj  dzi  u pana na noc. 
— Nie zostanie senior. Nie podoba mi si  pan, i basta! 
— Za to pan mi si  podoba, a wi c jeste my skwitowani. 
— Nic mi tu po człowieku, który tylko plu  potrafi. 
— Wolałby pan kogo , kto pluje celniej? Według moich oblicze , mo na by znale  

takiego jegomo cia. 

—  Nie,  nie  chc   pana  u  siebie!  Niech  senior  idzie  tam,  gdzie  b dzie  mógł  plu   do 

woli.  Popatrz  na  okno  i  miedzioryt.  To  moja  stara  pami tka.  Jak wygl daj ?  Nie  pozwol , 
zrozumiano? 

— Nie. 
—  W  takim  razie  powiem  krótko:  je eli  w  tej  chwili  nie  wyjdzie  pan  z  gospody, 

wyrzuc  go na zbity pysk! 

Pirnero wpadł w szewsk  pasj . Stał przed nieznajomym z zaci ni tymi pi ciami, jak 

gdyby za chwil  miał si  rzuci  na niego. 

— Pfftf! Pfftt! — przybysz znowu plun ł w jego kierunku. 

background image

— Co? Jeszcze i to?! — krzykn ł Pirnero. — Wyno  si  natychmiast, inaczej nie r cz  

za siebie! 

—  Phi!  — rzekł spokojnie go . — Niech senior nie hałasuje, inaczej plun  tak,  e 

wyleci pan przez okno na ulic . To moja rzecz, nie pa ska, czy zostan  tutaj, czy nie. Cał  
noc wiosłowałem i jestem zm czony. B d  teraz spał przez godzin . 

Poło ył  obok  siebie  strzelb   i  wyci gn ł  si   na  ławie  stoj cej  pod  cian .  Pirnero 

pienił si  nadal: 

— Nie pozwalam! Niech pan  pi, u kogo chce, tylko nie u mnie. Nie dotkn  pana, ale 

zawołam ludzi. Oni ju  panu poka , kto tu jest panem. 

Jankes wyci gn ł zza pasa rewolwer. 
— Niech pan robi, co chce, ale ostrzegam: ka dego, kto si  zbli y do mnie, zastrzel  

jak psa. 

Słowa te podziałały na gospodarza. Chwil  medytował, w ko cu za  burkn ł: 
—  Hm,  niebezpieczna  z  pana  sztuka.  Dobrze,  pij  pan  godzin .  Mam  nadziej ,  e 

przez sen plu  nie b dziesz. 

— Je eli mi si  nie przy ni,  e mnie o co  wypytuj . 
Wło ył za pas rewolwer i przewrócił si  na bok. Po kilku sekundach zasn ł. Musiał 

by  rzeczywi cie bardzo zm czony. 

Pirnero  cały  był  zlany  potem.  Wzi ł  szklaneczk   julepu  i  chciał  znowu  usi

  przy 

oknie,  gdy  na  ulicy  rozległ  si   odgłos  kopyt  ko skich.  Jaki   człowiek  zeskoczył  z  konia, 
uwi zał go przy płocie i wszedł do zajazdu. 

Był to m czyzna niemłody, lecz czerstwy jeszcze, ubrany w pi kny, od wi tny strój 

vaquera.  Usiadł,  kazał  poda   sobie  szklank   whisky  i  zacz ł  badawczo  przygl da   si  
gospodarzowi.  Pirnero  nie  zauwa ył  tego,  siedział  bowiem  przy  oknie,  tyłem  do  niego. 
Zastanawiał si , czy vaquero nie jest równie  amatorem plucia. Poniewa  jednak nic si  nie 
działo, zdobył si  na gł bokie spostrze enie: 

—  liczna pogoda! 
— To prawda — przytakn ł vaquero. 
Twarz gospodarza rozja niła si , odwrócił si  i rzekł przyja nie: 
— Zwłaszcza do konnej jazdy. 
— Jechałem przez cał  noc. 
— Czy jest pan posła cem? 
— Mniej wi cej. Musz  co  tutaj załatwi . Czy pan to senior Pirnero? 
— Tak. 

background image

— A czy zastałem Rezedill ? 
— Oczywi cie. Zna j  pan? 
— Nie, ale przyjechałem wła nie do niej z hacjendy del Erina. 
— Przysyła pana Pedro Arbellez, mój szwagier? 
— Tak. Słu  u niego. Nazywam si  Anselmo. 
—  A  to  ci  niespodzianka!  Biegn   po  córk !  Zapomniawszy  zupełnie  o  niedawnym 

gniewie, po pieszył do 

kuchni. 
— Rezedillo! — zawołał. — Przyjechał vaquero twego wuja z hacjendy del Erina. Ma 

do ciebie jak  spraw . Był w drodze cał  noc. Chod my do niego! 

Dziewczyna podała Ansełmowi r k . 
—  Na  pewno  pan  zm czony  —  powiedziała.  —  Niech  pan  najpierw  co   zje  i 

odpocznie. 

—  Dzi kuj ,  seniorka.  Ale  pó niej. Przede wszystkim wyło , po co tu jestem. Pan 

mój jest ju  stary i nie ma dzieci. Seniorka Emma zagin ła przed laty. Wszystko wskazuje,  e 
nie  yje. Ta tragedia spowodowała,  e mój pan postarzał si  jeszcze bardziej. Wiecie pa stwo 
zapewne,  e hacjenda nie nale y ju  do hrabiego Rodrigandy? 

— Wiemy, hrabia podarował j  szwagrowi. 
— Pan mój mówi,  e umrze wkrótce i… 
— Mam nadziej ,  e jeszcze długo  y  b dzie — przerwał Pirnero serdecznym tonem. 
—  Ja  te   w  to  wierz ,  ale  nic  dziwnego,  e  w  takim  wieku  i  w  takich  czasach  jak 

obecnie,  senior  Arbellez  my li  o  mierci.  Własnego  dziecka  ju   nie  ma,  postanowił  wi c 
swoim dziedzicem, a raczej dziedziczk  uczyni  seniorit  Rezedill . 

Dziewczyna opu ciła głow . Kochała wuja szczerze i bardzo mu współczuła. 
— Nie tra my nadziei — rzekła po chwili —  e Emma wróci. 
—  Pan  mój  przestał  w  to  wierzy ,  dlatego  pani  przeznaczył  dziedzictwo.  I  jeszcze 

chciałby, powiedział, zobaczy  pani  przed  mierci . 

— To dlatego pan tu przyjechał? 
—  Tak.  Mam  prosi   seniorit ,  aby jak  najpr dzej  przyjechała  do  hacjendy. Ponadto 

pan kazał mi odda  ten oto list. 

Wyci gn ł z kurtki kwadratowy kawałek skóry, w który owini ty był papier. Pirnero 

chciał natychmiast czyta , ale Rezedilla poprosiła: 

—  Nie  tutaj,  ojcze.  Wyjd my,  takie  listy  czyta  si   bez  wiadków.  Gdy  po  chwili 

wrócili, dziewczyna miała oczy zaczerwienione od 

background image

łez, a i Pirnero był gł boko wzruszony. 
— Co pa stwo postanowili? — spytał Anselmo. 
— Trudno tak od razu odpowiedzie . Przecie  wokół wojna… 
— Uwa acie,  e seniorka Rezedilla naraziłaby si  na niebezpiecze stwo w drodze do 

hacjendy? Pan mój wystara si  o  elazny list, który Francuzi na pewno b d  respektowa . 

— A Indianie? 
— Senior Arbellez wy le spory oddział vaquerów, który b dzie dostateczn  ochron  

dla senority. 

— To oczywi cie zmniejsza ryzyko, ale jednak… — zastanawiał si  Pirnero. — Jak 

długo senior mo e pozosta  w Guadalupe? 

— Do jutra. 
— Rano wi c damy panu ostateczn  odpowied  i list do szwagra. Teraz niech senior 

nakarmi konia, a ja tymczasem przygotuj  panu posiłek. 

Anselmo  wyszedł.  Rezedilla  po pieszyła  do  kuchni,  Pirnero  za   usiadł  przy  oknie  i 

zacz ł rozmy la  nad tym, co przed chwil  usłyszał. 

Niedługo  to  trwało.  Po  chwili  bowiem  zjawił  si   przed  domem  nowy  je dziec, 

zeskoczył z konia i wszedł do gospody. 

Był to Czarny Gerard. 
— Ach, senior Gerard? — ucieszył si  Pirnero, wstaj c z krzesła. — Chwała Bogu! 

Rezedilla i ja l kali my si  ju  o pana. 

— Pan tak e? — u miechn ł si  Gerard. — Jak e to? Pij  tylko jedn  porcj  julepu… 
—  Wolne  arty,  senior!  Wtedy  nie  wiedziałem,  kim  pan  jest.  Teraz  witam  jak 

najserdeczniej, cho by senior nie miał zamiaru wypi  nawet jednego julepu. Zaraz zawołam 
Rezedill . 

Zanim  wyszedł  z  izby,  wbiegła  do  niej  rozpromieniona  dziewczyna.  Usłyszała  głos 

Gerarda i czym pr dzej spieszyła go przywita . 

— Och, senior! — zawołała. — Martwiłam si  i niepokoiłam o pana! Dzi ki Bogu,  e 

wraca pan zdrów i cały! 

—  Tak,  dzi ki  Bogu!  Ale  co  b dzie  jutro  i  pojutrze?  Wszystkim  nam  grozi  wielkie 

niebezpiecze stwo. 

— Niebezpiecze stwo? — powtórzył Pirnero. — Mówi pan serio, senior Gerard? 
— Niestety, tak. Francuzi s  w drodze do fortu. 
Rezedilla zbladła. Pirnero załamał r ce i wykrzykn ł przera ony. 
— Mój Bo e! Kiedy mog  tu by ? 

background image

— Nie wiem. 
—  W  ka dym  razie  trzeba  pakowa   manatki  i  ładowa   na  konie.  Uciekniemy  do 

Juareza! 

— Po co ten po piech? — próbował perswadowa  Czarny Gerard. — Jeszcze tak  le 

nie  jest.  A  gdyby  nawet  Francuzi  zdobyli  fort,  uszanuj   mieszka ców  miasta,  aby  w  tym 
wa nym  dla  nich  punkcie  strategicznym  nie  mie   przeciwko  sobie  całej  ludno ci.  Zreszt , 
odsiecz ju  w drodze. 

— Jaka odsiecz? 
— Juarez. 
— Sam prezydent? Naprawd ? 
— Towarzyszy mu pi ciuset Apaczów. 
— W takim razie jeste my uratowani. 
—  To  z  kolei  przedwczesna  rado .  Juarez  nie  wie  dokładnie,  któr dy  id   wojska 

nieprzyjaciela.  Z  pewno ci   odnajdzie  lady  Francuzów,  ale  by   mo e,  nie  uda  mu  si   ich 
wyprzedzi . W takim przypadku trzeba b dzie zatrzyma  wrogów przed fortem, dopóki nie 
nadci gnie Juarez z Apaczami. 

— Uwa a wi c pan,  e musimy broni  fortu? Ale któ , na Boga, ma to zrobi ? Nie 

mamy wojska. 

— Wszyscy jak jeden m  przyst pimy do obrony. I pan tak e, senior Pirnero. 
Twarz gospodarza si  wydłu yła. 
—  Ja  mam  strzela ,  zabija   ludzi?  O,  nie!  Do  tego  nikt  mnie  nie  zmusi,  tego  nie 

nauczyłem si  w Firnie! Kto w Saksonii zabija Francuzów, ten zostaje skazany na  mier  lub 
w  najlepszym  razie  na  do ywotnie  wi zienie.  Bywa  nawet,  e  w  wyroku  s   a   trzy  kary: 

mierci,  dziesi ciu  lat  wi zienia  i  pi ciu  utraty  praw  obywatelskich,  nie  licz c  dozoru 

policyjnego. 

—  Zdarza  si   to  nie  tylko  w  Saksonii  —  u miechn ł  si   Gerard,  chocia   tych 

surowych kar troch  za wiele jak na jednego człowieka. 

— Krótko mówi c, nie b d  strzelał. 
— W takim razie pana zastrzel . Pirnero zbladł. 
—  Przybyłem  tu  w  imieniu  Juareza.  Prezydent  rozkazuje,  aby  wszyscy  mieszka cy 

zbroili  si   i  przygotowywali  do  odparcia  wroga.  Wła nie  przekazałem  ten  rozkaz  w 
magistracie. Alcalde chodzi z nim od domu do domu. Wam za  sam przynosz  t  wiadomo . 

— Ale , senior, odk d mnie matka na  wiat wydała, nawet zaj ca nie zabiłem! 
— Tacy ludzie s  w ogóle niepotrzebni na  wiecie! — rozległ si  głos z k ta. 

background image

Gerard  odwrócił si .  Dopiero  teraz  zauwa ył  nieznajomego.  Zbudziła  go  rozmowa i 

przysłuchiwał si  jej ju  od pewnego czasu. Teraz usiadł na ławie i rozgl dał si  oboj tnym 
wzrokiem. Gerard przyjrzał mu si  dokładnie, potem podszedł i grzecznie si  ukłonił. 

— Senior, mog  zapyta , kim pan jest? 
— Tak. 
Powiedziawszy  to,  wypluł  na  stół  troch   tytoniu,  który  nawet  we  nie  trzymał  w 

ustach, wyci gn ł z kieszeni now  porcj  i zacz ł  u . 

— A wi c pa skie nazwisko? 
— Pytał pan tylko, czy mu wolno zapyta , kim jestem. Zgodziłem si  na to, lecz nie 

przyrzekłem,  e odpowiem. 

— W takim razie niech pan nie wtr ca si  do rozmowy. 
— A je eli ona mnie interesuje? 
— To wtedy mnie z kolei interesuje pa ska osoba. Nieznajomy pokiwał głow , wci  

uj c tyto . 

— Kalkuluj  sobie i mam wra enie nie bez racji,  e zanim wymieni  swoje nazwisko, 

powinienem pozna  pa skie. Powiedział pan,  e przysyła go Juarez? 

— Tak. 
— Zna go pan, był u niego, wie, gdzie go mo na znale ? 
— Wiem. 
— Jest pan jego stronnikiem? Nie stoi po stronie tych przekl tych Francuzów? 
— Zgadza si . 
— No to powiedz mi wreszcie, senior, kim jeste . 
— Dobrze. Nazywaj  mnie Czarnym Gerardem. 
— Słyszałem o panu. Witam, u ci nijmy si . Gerard zawahał si . 
—  Wydaje  mi  si ,  e  senior  jest  bardzo  gryma ny  przy  zawieraniu  znajomo ci.  Ja 

równie  nie ka demu podaj  r k . Powiedziałem panu swoje nazwisko, chc  zna  pa skie. 

—  O  mały  włos,  a  zapomniałbym  o  tym  —  nieznajomy  u miechn ł  si   po  raz 

pierwszy. — Moje nazwisko nic panu nie powie, bo, prawd  mówi c, i mnie wywietrzało z 
głowy. Czerwonoskórzy ochrzcili mnie imieniem, które zapewne obiło si  panu o uszy. Nie 
jest zbyt pi kne, ale có  robi ? Mo e pan zgadnie? Przyjrzyj mi si  dobrze, mister Gerard. 

— To chyba na nic si  nie zda. Mog  tylko stwierdzi ,  e jest pan Amerykaninem. 
—  Chciał  pan  powiedzie   Jankesem?  Tak,  to  prawda.  Ale  pan  przygl da  mi  si   od 

stóp do głów. To  le. Niech pan raczej przypatrzy si  mojej g bie. 

Gerard patrzył, patrzył i nic nie mógł zmiarkowa . 

background image

— Jeszcze pan nie zgadł? W takim razie ułatwi  to panu. Wystarczy popatrze  tylko 

na mój nos. Jak si  panu podoba? 

— No, wcale poka ny. 
— Tak pan uwa a? Do jakiego gatunku nosów zaliczy  mo na ten okaz? 
— Powiedzie  orli, to za mało — roze miał si  Gerard. — A mo e to nos s pi? Do 

diabła! Zgaduj ! 

— No… 
— Boj  si ,  e pana obra . 
— Mnie obrazi ? Głupstwo! Ci przekl ci czerwonoskórzy dali mi imi  ze wzgl du na 

nos. Zatrzymam je na wieki. No wi c, kim jestem? 

— Je eli si  nie myl , jest pan jednym 2 najbardziej znanych traperów w Ameryce. Z 

prawdziw  rado ci  u cisn  pa sk  dło , senior. 

— Niech pan zostawi seniora! Wymie  moje imi . 
— Nazywaj  pana S pim Dziobem, czy tak? 
— Nareszcie! Tak, ja jestem tym człowiekiem, który obnosi po  wiecie to przepi kne 

imi . Czy i teraz nie podasz mi łapy? 

— O, przeciwnie! Oto ona. Co pana sprowadza do fortu? 
— Pomówimy o tym pó niej. Na razie niech panu wystarczy to,  e szukam Juareza. 

Zajmijmy si  spraw  obrony frontu. Czy Francuzi istotnie nadchodz ? 

— Niestety, tak. 
— Juarez idzie w  lad za nimi? 
— Mo e za nimi, a mo e naprzeciw nich. 
— Powierzył panu obron  Guadalupe? 
— Tak. Pisemny rozkaz le y u s dziego. 
— W takim razie wszyscy musimy pana słucha . Pan te  — zwrócił si  do Pirnera. — 

Ale, jak słyszałem, nie chciał senior zabi  ani jednego Francuza? 

— Nie chc , nie potrafi  — biadał zapytany. 
—  Ale  wyrzuca   go ci  pan  umie!  No,  nie  mówmy  ju   o  tym.  Le   sobie,  senior, 

spokojnie na materacu i  uj wianki mirtowe. Ja pana wyr cz . 

Pirnero chwycił go za r k  i potrz sn ł ni  uradowany. 
— Dzi kuj , senior! Naprawd  chce pan za mnie walczy ? 
— Tak. 
— No to mo e pan sobie plu , ile mu si  podoba. 

background image

Rezedilla przera ona przysłuchiwała si  rozmowie. Bała si  bardzo Francuzów. Teraz 

podeszła  do  Gerarda.  Nie  zd yła  jednak  zamieni   z  nim  nawet  słowa,  bo  nagle  z  ulicy 
dobiegł t tent kopyt. Przed domem zatrzymało si  kilku je d ców. 

— Kto to?! — zawołał Pirnero. — Chyba nie Francuzi? Gerard podszedł do okna. 
— Nie, s dz c po ubiorach, to Meksykanie. 
—  Ilu  ich  jest?  Cała  gromadka?  Rezedillo,  b dzie  robota!  —  zatarł  r ce  z 

zadowolenia. 

Go cie weszli do gospody. Był to Sternau z przyjaciółmi. Rezedilla, Pirnero i Gerard 

patrzyli  na  nich  z  ciekawo ci .  Szczególnie  zaintrygował  ich  doktor  ze  swoj   dług   brod , 
która  urosła  mu  na  wyspie,  stary  hrabia,  a  tak e  obie  panie,  tym  bardziej,  e  nosiły  g ste 
woalki. 

Wygl dali  tak  dostojnie,  e  Pirnero  zło ył  im  gł boki  ukłon.  Gerard  i  S pi  Dziób 

usun li si  w k t izby. 

— Senior tu jest gospodarzem? — zapytał Sternau. 
— Tak, panie. 
— Czy ma senior dosy  miejsca na przyj cie nas wszystkich? 
— Ach, pokojów mam pod dostatkiem. 
— A pomieszczenie dla koni? 
— S  stajnie. Nie jestem tylko pewien, czy pa stwo u mnie pozostaniecie. Czuj  si  

bowiem w obowi zku uprzedzi  was o niebezpiecze stwie, jakie grozi miastu. Francuzi maj  
lada dzie  napa  na fort. 

— Sk d o tym wiecie? 
— Juarez wysłał do nas tego oto seniora — wskazał na Gerarda. — Ma on dowodzi  

obron  fortu, dopóki nie przyb d  Apacze. 

Sternau  spojrzał  na  Czarnego  Gerarda,  rozmawiaj cego  z  S pim  Dziobem,  i  twarz 

jego rozja niła si . 

— Jak ten pan si  nazywa? 
— Czarny Gerard. 
Doktor podszedł do obu m czyzn i kłaniaj c si  uprzejmie, powiedział przyja nie: 
— Je eli si  nie myl , widz  przed sob  ludzi, którzy nie boj  si  Francuzów i chc  

broni  fortu. 

— Z czego pan to wnosi? 
— Jestem przekonany,  e S pi Dziób nie cofnie si  przed  adnym wrogiem. 
— Pan mnie zna? — zdumiał si  Jankes. 

background image

— Z dawnych lat, z czasów pa skiej pierwszej wyprawy traperskiej. Takiej twarzy nie 

zapomina si  nigdy. Czy poczyniono ju  przygotowania do obrony fortu? 

— Prawie  adnych — odparł Gerard. 
— W takim razie trzeba si  spieszy . Nie zamierzacie chyba oczekiwa  Francuzów w 

polu? 

— Na to jeste my za słabi. 
— A wi c nale y wzmocni  sza ce? 
— Tak. 
— Kto b dzie bronił fortu? 
— Mo ecie liczy  i na nas. 
— Naprawd  chcecie walczy  razem z nami? 
— Je eli to potrzebne, tak. 
Gerard nie zd ył podzi kowa , gdy nagle rozległ si  gło ny okrzyk. 
— Bawole Czoło! 
To  vaquero  z  hacjendy  del  Erina  otworzywszy  drzwi  kuchenne,  by  zobaczy  

przybyłych, stan ł w osłupieniu, ujrzawszy wodza Miksteków. 

Na d wi k tego imienia Gerard i Jankes zerwali si  z miejsc. Wódz zacz ł badawczo 

przygl da   si   vaquerowi.  Poznał  go wreszcie,  mimo i   od  chwili, kiedy go widział po raz 
ostatni, upłyn ło wiele lat. 

— Anselmo! — zawołał. 
—  Santa  Madonna!  A  wi c  naprawd   Bawole  Czoło?  —  vaquero  podszedł  do 

Indianina z wyci gni tymi r kami. 

— Tak, to ja! — potwierdził wódz z powag . 
— Mówiono,  e zgin li cie! 
— Bawole Czoło  yje. 
— A pozostali? 
— Równie   yj . 
—  O  Bo e!  —  krzykn ła  Rezedilla.  Dotkn wszy  ramienia  wodza,  zapytała:  —  To 

pan… Bawole Czoło, wódz Miksteków? 

— Tak, to ja — powtórzył Indianin spokojnym głosem. 
— To jaki  cud! Ojcze, ten człowiek jest Bawolim Czołem! Zagin ł swego czasu wraz 

z Emm  i jeszcze kilkoma osobami. Ale czy ja dobrze zrozumiałam? Pozostali  yj  równie ? 

— Wszyscy  yj . 
— I Emma Arbellez, i Karia Indianka? 

background image

— Tak. 
— Anselmo od kilkudziesi ciu sekund przygl dał si  Sternauowi. 
— Nie do wiary! — zawołał wreszcie. — To senior Sternau! Ach, senior Sternau! — 

podbiegł do doktora i długo  ciskał jego r ce. 

— A wi c i mnie poznałe , Anselmo? 
—  Jak e  mógłbym  nie  pozna   zbawcy  i  dobroczy cy  całej  Eriny!  Rezedilla  tak e 

podeszła do Sternaua. 

— To pan jest owym legendarnym seniorem Sternauem? Skin ł głow . 
—  Do  pioruna,  Sternau,  Władca  Skał!  Dlatego  mnie  poznał!  —  S pi  Dziób  plun ł 

pot nie w kierunku ławek. 

— Matavase! — zawołał Gerard. 
—  Senior  —  Rezedilla  uj ła  dło   doktora.  —  Widz c  pana  wierz ,  e  i  inni  yj . 

Gdzie s ? Mów, na Boga! 

Zatoczył r k  koło. 
— Droga pani, oto oni. Nie brak nikogo. 
Emma podniosła welon. Utyła nieco, lecz niezbyt si  postarzała. Rezedilla poznała j  

od razu. 

— Emmo, Emmo! 
— Rezedillo! 
Z łkaniem padły sobie w obj cia. 
— Czy ojciec mój  yje? 
—  yje. 
Emma wypu ciła przyjaciółk  z obj , ukl kła i podnosz c r ce, wybuchn ła płaczem: 
— Bo e mój, dzi ki ci, dzi ki! Wszyscy obecni mieli oczy pełne łez. 
— Wła nie przed chwil  otrzymali my list od wuja — powiedziała Rezedilla z trudem 

opanowawszy wzruszenie. — Przeczytasz go pó niej, droga Emmo. 

Schyliła si  nad kuzynk  i podniosła j  z podłogi. 
— Czy nie chcesz przywita  si  z moim ojcem? 
Zacz to rozgl da  si  za Pirnerem. Chc c ukry  łzy, podszedł do ulubionego okna i 

wychylił si  przez nie cał  połow  ciała. Córka ledwo wci gn ła go do izby. Płakał jak bóbr i 
obejmuj c Emm , powtarzał w kółko: 

— Pu cie mnie, udusz  si  z rado ci! Wreszcie wybiegł z gospody. 
—  Przedstaw  mnie pozostałym panom — poprosiła Rezedilła. Emma otarła chustk  

oczy i zapytała: 

background image

— Kogo chcesz naprzód pozna ? 
— Twego narzeczonego, seniora Ungera. Emma u miechn ła si  filuternie: 
— Szukaj go! Jestem ciekawa, czy znajdziesz. 
Rezedilla  przenosiła  wzrok  z  jednego  m czyzny  na  drugiego.  Po  chwili  rzekła, 

wskazuj c na Mariana: 

— To ten. 
—  Nie  zgadła .  To  Alfonso  de  Rodri…  Chciałam  powiedzie ,  porucznik  de 

Lautreville. 

— Mariano de Lautreville? — zainteresował si  S pi Dziób. 
— Tak — odparł Mariano. — Zna mnie pan? Jankes zbli ył si  do niego. 
— Nie, ale zapami tałem pa skie imi . Wymienił je kiedy  pewien Anglik. 
— Anglik? — powtórzył z niedowierzaniem Mariano. 
— Lord Dryden. 
— Gdzie go pan widział? W Anglii? 
— Nie, w Ameryce. W Refugio. Przed kilkoma dniami. 
— Na Boga, jest tu w Meksyku? Co robi w Refugio? 
—  To  wła ciwie  tajemnica,  ale  wobec  okoliczno ci  jakie  zaszły,  wolno  mi,  a 

wła ciwie  musz   powiedzie   cał   prawd .  Lordowi  polecono  mnie  jako  przewodnika. 
Przyjechał do Meksyku z ramienia rz du angielskiego z du  dostaw  broni oraz pieni dzmi. 
Francuzi nic o tym nie wiedz . Wszystko zostanie przetransportowane przez Rio Grand  del 
Norte. 

— Dla kogo przeznaczony jest transport? — zapytał Sternau. 
— Dla Juareza. Dlatego posłano mnie, abym zawiadomił prezydenta, i  transport jest 

w drodze, i ustalił z nim miejsce odbioru. 

— Czy lord sam pilotuje ten transport? — dopytywał si  Mariano. — Kiedy i gdzie 

mo na go b dzie spotka ? 

— Nie sposób tego dokładnie okre li . Naprzód musz  si  zobaczy  z Juarezem. Lord 

wyruszy dopiero po otrzymaniu jego polece . 

— A wi c si  pomyliłam — rzekła Rezedilla do kuzynki. — Który to wła ciwie? 
Emma wskazuj c na Antoniego Ungera, powiedziała: 
— Oto on. Wzi li my w Guaymas cichy  lub. Ten za  m czyzna, który stoi obok, to 

mój szwagier, kapitan Unger. 

Rezedilla podeszła do obu i bardzo serdecznie przywitała si  z nimi. 
— A kim jest ten senior? — zapytała, patrz c na don Fernanda. 

background image

— Nie domy lasz si ? Czy wiesz o wszystkim, co si  wtedy zdarzyło w hacjendzie del 

Erina? 

— Tak 
— Słyszała  wi c zapewne,  e don Fernando de Rodriganda umarł? 
— Tak. 
— Don Fernando stoi przed tob  zdrów i cały. 
Trudno  opisa   zdumienie  Rezedilli  i  pozostałych  go ci  w  gospodzie.  Stary  hrabia 

pogłaskał pi kne, bujne włosy dziewczyny i u miechn ł si  serdecznie. 

—  Wszystko  opowiem  ci  pó niej  —  powiedziała  Emma.  —  Tu  widzisz  jeszcze 

seniora Mindrella, który dostał si  do niewoli razem z don Fernandem. 

— Droga Emmo, brakuje jeszcze jednego. Czy Nied wiedzie Serce nie  yje? 
— Owszem,  yje. Ale wczoraj rozł czył si  z nami, aby pój   ladami Apaczów, na 

których czele stoi jego brat. 

Jakby  za  czarodziejskim  zakl ciem  otworzyły  si   raptem  drzwi.  Stan ł  w  nich 

Nied wiedzie Serce. Nikt nie słyszał t tentu konia. Podszedł do Sternaua i zapytał: 

— Co brat mój uczyni? Czy we mie udział w walce tego kraju? 
— Jestem twoim przyjacielem — odparł Sternau. — Twój wróg jest moim wrogiem. 
— Niechaj wi c mój biały brat chwyta za bro , niedługo bowiem nadci gn  Francuzi. 
— Widziałe  Nied wiedzie Oko? 
—  Nie.  Nie  widziałem  adnego  syna  Apaczów.  Wczoraj  i  dzi   od  samego  witu 

szedłem ich  ladami. W pewnym miejscu  lady te zmieszały si  ze  ladami Francuzów, którzy 
ruszyli ku wschodowi. Jedne z nich powstały przed kilkoma godzinami, drugie w godzin  po 
tamtych. Synowie Apaczów nast puj  wi c Francuzom na tyły. Wrogowie nie poszli jednak 
prosto w kierunku fortu, lecz zwrócili si  ku górom nad Rio Grand . 

— Mój brat nie poszedł dalej? 
— Nie. Musiałem tutaj przyjecha , aby zameldowa ,  e si  zbli aj . 
— Czy s  to tylko je d cy? 
— Tak. 
— Czy maj  armaty? 
— Nie,  ladu wozów z amunicj  nie dostrzegłem. 
— Zastanówmy si , co robi . Kiedy mog  dotrze  do fortu? 
— Za godzin . 
Sternau zwrócił si  do Gerarda: 

background image

—  Oddałem  si   do  pa skiej  dyspozycji.  Powiem  teraz,  kto  oprócz  mnie  walczy  

b dzie z wami rami  w rami . Przede wszystkim Bawole Czoło, wódz Miksteków. Znacie go, 
prawda? 

— Tak jest. 
—  Ten  oto  Indianin  to  Nied wiedzie  Serce,  wódz  Apaczów.  Obok  stoi  Piorunowy 

Grot, o którym równie  z pewno ci  słyszeli cie. Pozostali m czy ni tak e wezm  udział w 
walce. Don Fernan—da mam zamiar uprosi , aby został tutaj i ochraniał kobiety. 

Mimo  s dziwego  wieku  hrabia  nie  chciał  si   na  to  zgodzi .  Ust pił  dopiero  pod 

wpływem usilnych pró b wszystkich obecnych. 

— Kto b dzie dowódc ? — zapytał Gerard. 
— Oczywi cie pan — odparł Sternau. — Juarez tak postanowił. 
— O, nie, senior. Kim jestem wobec Władcy Skał, Bawolego Czoła, Nied wiedziego 

Serca i Piorunowego Grota? Prosz , senior, obejmij dowództwo! 

— W takim razie musiałbym wzi  na siebie cał  odpowiedzialno . 
— Jestem przekonany,  e si  pan przed ni  nie cofnie. 
—  Dobrze.  Nie  marnujmy  czasu  na  niepotrzebne  gadanie.  Spełni   wasz   pro b , 

musz  jednak najpierw obejrze  fort. 

— Ch tnie oprowadz . 
Ruszyli, aby zorientowa  si , jak  przyj  form  obrony. Fort był mały. Wznosił si  

na w skim, stromym wzgórzu poło onym nad rzek . Prowadziła do niego niewielka dro yna. 
Jedynym  obwarowaniem  były  stosy  polan  ci gn ce  si   dokoła.  Dzi ki  samemu  poło eniu 
mo na  si   tu  było  łatwo  broni ,  o  ile  oczywi cie  nieprzyjaciel  nie  u yje  artylerii  lub  nie 
skieruje  wielkiej  liczby  wojska.  Zdolnych  do  walki  było  zaledwie  dwudziestu  uzbrojonych 
ludzi. Mała ta garstka mogła jednak cho  przez pewien czas zatrzyma  trzystu  ołnierzy. 

Gdy Sternau i Gerard wyszli, Nied wiedzie Serce równie  opu cił gospod . Wkrótce 

znalazł Pirnera. Gospodarz siedział w sklepie i w samotno ci wracał do równowagi. 

— Biały człowiek ma tu wiele rzeczy — zauwa ył Apacz. 
— O tak. 
— I wszystko mo na kupi ? 
— Oczywi cie. 
— Jakie pieni dze przyjmuje biały człowiek najch tniej? 
— Wszystkie, które s  u nas w obiegu. 
— Czy biały człowiek ma równie  farby? 
— Tak, we wszystkich gatunkach i kolorach. 

background image

— A pióra krucze i orle? 
— Owszem. 
— I ubrania dla czerwonoskórych? 
— Mam pi kne ubrania india skie, uszyte przez pracowite squaws. 
— Czy równie  płaszcze ze skór? 
— Nie, ale mam skór  szarego nied wiedzia. 
— Czy brat mój ma tak e fajerwerki? 
— Tak, najrozmaitsze  abki i armatki, mo na ich u ywa  do sztucznych ogni. 
— Niech mi wi c pozwoli senior znale  to, czego potrzebuj . Płac  natychmiast.