background image

Jennifer Taylor 

 

Cenna szkatułka 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

– Doktor Fielding powinien już być – powiedziała recepcjonistka. – Widać znowu coś go 

zatrzymało! Jak tylko przyjdzie, powiem, że pani jest.   

– Dziękuję.   
Catherine  Lewis  rozejrzała  się  dokoła.  Przychodnia  w  Brookdale  mieściła  się  w  starym 

wiktoriańskim domu otoczonym parkiem. Pokój, w którym czekała, sprawiał wrażenie bardzo 
przestronnego  dzięki  wysokiemu  sufitowi  i  doskonałym  proporcjom.  Pod  ścianami  stały 
krzesła,  a  na  środku  stół  zarzucony  kolorowymi  magazynami.  W  dużej  donicy  zieleniła  się 
okazała  paproć.  Pomieszczenie  niczym  się  nie  różniło  od  poczekalni  innych  lekarzy 
rodzinnych. Kiedy ona otworzy swój gabinet, będzie w nim na pewno przytulniej i ładniej niż 

tu.   

Podeszła  do  okna  i  wyjrzała  na  dwór,  ale  niewiele  zdołała  zobaczyć.  W  połowie 

października  o  tej  porze  było  już  ciemno.  Zerknęła  na  zegarek.  Szósta  czterdzieści  dwie. 
Umówiła się na szóstą trzydzieści i choć nie miała na ten wieczór żadnych planów, irytowało 
ją,  że  musi  czekać.  Sama  zawsze  była  punktualna.  Uważała,  że  nieliczenie  się  z  cudzym 
czasem świadczy nie tylko o złych manierach, ale również o złej organizacji. Przypominając 
sobie słowa recepcjonistki, uznała, że punktualność nie jest mocną stroną doktora Fieldinga. 
Zaczęła się zastanawiać, jak w tej sytuacji ułoży im się współpraca.   

– Ach, doktor Lewis! Proszę wybaczyć, że kazałem pani czekać.   
Odwróciła się i ujrzała wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę, który wyciągnął do 

niej rękę i uśmiechał się tak serdecznie, że od razu poczuła do niego sympatię.   

– Jestem Matthew Fielding – przedstawił się.   
Miał ciepłą i trochę szorstką dłoń. Bezwiednie pozwoliła, by przytrzymał ją nieco dłużej, 

niż wymagała tego sytuacja. Poczuła lekkie mrowienie i szybko cofnęła rękę.   

– Miło mi pana poznać, doktorze – powiedziała, przybierając stosowny wyraz twarzy. Nie 

czuła zdenerwowania, lecz było w niej trochę napięcia. W końcu ta praca ma być kolejnym 
krokiem prowadzącym do celu.   

Już dawno go sobie wytyczyła i ani razu nie zboczyła z drogi – szkoła, studia, praktyka w 

różnych przychodniach i szpitalach, wreszcie własny gabinet. Teraz jeszcze tylko popracuje 
przez rok w Brookdale, a potem będzie mogła poszukać odpowiedniego lokalu dla siebie.   

– Chętnie napiłbym się kawy, a pani? 
Drgnęła,  uświadomiwszy  sobie,  że  nie  słuchała  doktora  Fieldinga.  Zawsze  szczyciła  się 

swoją umiejętnością koncentracji, nie było w jej zwyczaju bujać w obłokach.   

– Ja... hm... owszem, chętnie się napiję – powiedziała, mając nadzieję, że jej odpowiedź 

nie rozminęła się z pytaniem.   

Znów  się  do  niej  uśmiechnął.  Ma  najcudowniejszy  uśmiech,  jaki  widziałam,  pomyślała. 

Tak  ciepły  i  przyjazny,  że  musi  dodawać  ludziom  otuchy  i  wzbudzać  zaufanie.  Odetchnęła 
głęboko,  uświadomiwszy  sobie,  że  znowu  wędruje  gdzieś  myślami.  Matthew  tymczasem 
odwrócił się i skierował do drzwi. Poszła za nim, nie odrywając wzroku od jego pleców.   

background image

Miał  dobrze  ponad  metr  osiemdziesiąt  wzrostu  i  poruszał  się  z  wdziękiem  sportowca. 

Szybko  przemierzał  korytarz,  tak  że  musiała  przyspieszyć,  by  dotrzymać  mu  kroku. 
Przesunęła  wzrok  z  jego  nóg  w  górę,  ku  talii  i  ramionom,  i  zatrzymała  go  na  głowie.  Miał 
jasne  włosy  w  piaskowym  odcieniu,  grube,  krótko  przystrzyżone.  Zapewne  kręciłyby  się, 
gdyby były dłuższe.   

Westchnęła  z  zazdrością.  To  niesprawiedliwe,  że  mężczyzna  zostaje  obdarowany  przez 

los takimi włosami. Jej były proste jak druty. Już dawno wyzbyła się nadziei, że uda jej się 
cokolwiek z nimi zrobić. Nosiła je zawsze tak jak teraz – zwinięte w ciężki węzeł na karku.   

Pewien  mężczyzna,  który  miał  nadzieję,  że  stanie  się  dla  niej  kimś  więcej  niż 

przyjacielem,  zasugerował  jej  kiedyś,  że  powinna  je  rozpuścić.  Tej  rady  jednak  nigdy  nie 
posłuchała. Wolała o wszystkim w swoim życiu decydować sama.   

– Mam nadzieję, że nie ma pani nic przeciwko temu, żebyśmy przeszli do kuchni. – W 

niebieskich oczach doktora Fieldinga pojawiły się wesołe iskierki. – Wiem, że prowadzenie 
rozmowy w sprawie pracy przy kuchennym stole odbiega nieco od przyjętych norm, ale przez 
cały  dzień  nic  nie  miałem  w  ustach.  Jestem  pewny,  Catherine,  że  nie  chciałaby  pani  być 
zmuszona do zademonstrowania swoich umiejętności, gdybym zemdlał z głodu.   

Przeszedł  ją  lekki  dreszcz,  gdy  zwrócił  się  do  niej  po  imieniu.  Odniosła  wrażenie,  że 

przekroczyli jakąś niewidoczną granicę. Wzruszyła lekko ramionami, nie chcąc, by myślał, że 
jest coś niestosownego w tej propozycji.   

–  Jak  panu  wygodnie,  panie  doktorze  –  powiedziała.  –  Mnie  jest  naprawdę  wszystko 

jedno.   

– Proszę mi mówić Matthew, a jeszcze lepiej Matt. Tak na ogół się do mnie zwracają, w 

każdym razie ci, których zaliczam do przyjaciół. – Otworzył drzwi i przepuścił ją.   

Cahterine uśmiechnęła się uprzejmie, ale nie zareagowała. Nie miała oporów, by zwracać 

się do niego po imieniu, kiedy już zaczną pracować, ale to zdrobnienie...   

Zastanawiała  się  też,  dlaczego  myśl  o  zaliczeniu  jej  do  przyjaciół  tak  bardzo  ją 

zaniepokoiła. Miała wielu  przyjaciół, wszystkich podobnych do niej. Przestrzegali pewnych 
zasad  i  akceptowali  fakt,  że  przyjaźń  ma  pewne  granice.  Nie  było  wzajemnych  zwierzeń, 

niezapowiedzianych  wizyt,  żądań  czegoś  więcej  niż  krótkich  spotkań  przy  okazji  imprez 

towarzyskich.  Nie  ulegało  wątpliwości,  że  Matthew  Fielding  rozumie  przyjaźń  zupełnie 

inaczej, choć Catherine pojęcia nie miała, skąd jej to przyszło do głowy.   

– Cukier? Mleko? – Matthew wyjął z szafki filiżanki.   
Wróciła na ziemię. Może to i osobliwe miejsce na rozmowę o pracy, ale nie musi od razu 

okazywać zdziwienia.   

– Tylko mleko, proszę – odrzekła, siadając przy dużym sosnowym stole. Rozejrzała się 

po  kuchni  i  od  razu  się  zorientowała,  że  nie  jest  to  pomieszczenie,  w  którym  personel 
przygotowuje sobie jedzenie w ciągu dnia. Była to prywatna kuchnia z dużym piekarnikiem i 
lodówką  ozdobioną  dziecięcymi  rysunkami.  Ciekawe,  jak  tu  wyglądają  gabinety  i  pokój 
socjalny.   

– Mieszkam na górze – wyjaśnił. – Na parterze jest tylko kuchnia i pokój dzienny, resztę 

zajmuje  przychodnia.  –  Wyjął  z  lodówki  butelkę  mleka,  wlał  trochę  do  kawy  i  podał  jej 

background image

filiżankę.   

–  Dziękuję.  –  Uśmiechnęła  się  uprzejmie,  ale  trudno  jej  było  ukryć  zdziwienie.  Nie 

zdawała sobie sprawy, że przychodnia znajduje się w tym samym domu co jego mieszkanie.   

– Bardzo proszę.   
Znowu  posłał  jej  czarujący  uśmiech,  po  czym  odwrócił  się  do  lodówki  i  wyjął  główkę 

sałaty i pomidory.   

– Jak powiedziałem, mieszkam tutaj, co jest bardzo wygodne, zwłaszcza rano. Nie muszę 

stać w korkach, ba, nie muszę w ogóle używać samochodu. – Roześmiał się, opłukał sałatę i 
zaczął  kroić  w  plasterki  pomidory.  –  Kiedy  Glenda  i  ja  postanowiliśmy  otworzyć 
przychodnię, uświadomiliśmy sobie, że jedno z nas będzie musiało mieszkać nad sklepem, by 
tak rzec. Było to podyktowane względami materialnymi.   

– Ach tak. A więc zdecydowaliście się urządzić dwa w jednym i ty zamieszkałeś tutaj? – 

Mimo woli przeszła na ty.   

–  Tak.  Byłem  wtedy  żonaty  i  Ruth,  to  znaczy  moja  żona,  spodziewała  się  naszego 

pierwszego dziecka. Plan był taki, że będziemy mieszkać tu, aż praktyka się rozkręci, a potem 
wyprowadzimy  się  z  centrum.  Ale  po  śmierci  Ruth  uznałem,  że  rozsądniej  będzie  się  nie 
wyprowadzać. Nie muszę tracić czasu na dojazdy i mogę być w domu z dziećmi od razu po 
pracy.   

Catherine  zaniemówiła.  Nie  miała  pojęcia,  że  jest  wdowcem,  choć  oczywiście  nie  było 

żadnych powodów, dla których miałaby o tym wiedzieć. Jego sprawy osobiste nie miały z nią 
nic wspólnego, o ile nie mieszały się z zawodowymi.   

– A Glenda – powiedziała, chcąc mieć pełną jasność sytuacji – która, jak się domyślam, 

jest twoją wspólniczką, jest zadowolona z takiego układu? 

–  Tak.  I,  oczywiście,  Glenda  jest  moją  wspólniczką.  Przepraszam,  powinienem  był  to 

powiedzieć od razu. To, że ja wiem tyle o tobie, nie znaczy jeszcze, że ty cokolwiek wiesz o 
mnie. Pytaj, o co chcesz.   

Catherine uśmiechnęła się. Nie miała pojęcia, o co w tym momencie miałaby go zapytać. 

Może dlatego, że taki niekonwencjonalny sposób prowadzenia rozmowy kwalifikacyjnej zbił 
ją nieco z pantałyku. Dotychczas przy podobnych okazjach zawsze pytano ją o kwalifikacje, 
doświadczenie zawodowe i plany na przyszłość. Matthew Fielding nie poruszył żadnej z tych 
spraw.  Poczuła  się  niepewnie.  Wolałaby,  by  rozmowa  przebiegała  według  przyjętych  reguł, 
ale odniosła wrażenie, że Matthew wcale tego nie chce.   

–  Nie  mów  mi,  że  nie  masz  odwagi  zadawać  mi  pytań,  Catherine.  –  Popatrzył  na  nią 

wyczekująco.   

Zaczerwieniła się, a on potrząsnął głową. Przez twarz przemknął mu cień smutku.   
– Ta moja niewyparzona gęba! Oczywiście, że nie masz odwagi. Poznaliśmy się zaledwie 

pięć  minut  temu  i  pewnie  nie  chcesz  się  wydać  zbyt  obcesowa.  Nie  pamiętam  już,  kiedy 
ostatni raz odbywałem taką rozmowę, a więc musisz mi wybaczyć. Zapomniałem, jak to się 
robi.   

–  Ja...  uhm...  nie  mam  nic  do  wybaczania.  Sytuacja  nagłe  stała  się  jeszcze  bardziej 

kłopotliwa i Catherine uznała, że musi koniecznie jakoś zareagować. Matt traktował ją trochę 

background image

jak dziecko, a nie jak trzydziestodwuletnią kobietę, która aż nadto dobrze radzi sobie w życiu. 
Wyprostowała się i popatrzyła na niego wyniośle.   

– Zapewniam, że nie brakuje mi odwagi – oświadczyła. – Miałeś jednak rację, mówiąc, że 

niewiele wiem o tobie i tej przychodni, z wyjątkiem tego, co mi powiedziałeś przez telefon.   

Odetchnęła  głęboko,  zadowolona,  że  wykazała  się  takim  opanowaniem.  Dodało  jej  to 

pewności  siebie,  choć  wolałaby,  by  Matthew  wreszcie  usiadł,  a  nie  zajmował  się  kolacją. 
Przybrała nieco ostrzejszy ton, patrząc, jak wbija jajka do miski.   

– A więc Glenda to doktor Williams. Jesteście tutaj we dwoje, czy tak? 
–  Tak.  –  Wziął  widelec  i  zaczął  bełtać  jajka.  –  Myśleliśmy  o  przyjęciu  trzeciego 

wspólnika, gdy praktyka zaczęła się rozrastać. Pewnie słyszałaś, że ta część Londynu stała się 

ostatnio modna.   

Powiedział  to  tak,  jakby  ten  fakt  wcale  go  nie  cieszył.  A  przecież  im  więcej 

mieszkańców,  tym  więcej  pacjentów,  a  co  za  tym  idzie  –  większy  dochód.  Mógłby  się 
ubiegać  o  dodatkowe  fundusze.  Gdyby  chciał,  mógłby  nawet  mieć  pacjentów  prywatnych, 
gdyż  zawsze  znajdą  się  ludzie  gotowi  zapłacić,  by  nie  czekać  w  kolejce  pacjentów  kasy 
chorych.   

– Ale twoje ogłoszenie nie dotyczyło trzeciego wspólnika – zauważyła.   
– Nie, na razie wstrzymaliśmy się z tym pomysłem.   
Teraz mamy o wiele pilniejszy problem. Glenda niedawno stwierdziła, że jest w ciąży – 

oznajmił.  –  Jest  w  siódmym  niebie,  bo  od  lat  stara  się  o  dziecko.  Miała  w  przeszłości 
poronienia,  a  więc  ginekolog  zalecił  jej,  żeby  natychmiast  przestała  pracować,  jeśli  chce 
donosić  dziecko.  Załatwiłem  doraźne  zastępstwo,  żeby  jakoś  przetrwać  ten  okres  –  ciągnął, 
wlewając jajka na patelnię – ale doszliśmy z Glendą do wniosku, że potrzebny nam  będzie 
ktoś na dłużej. I właśnie dlatego tu jesteś, Catherine.   

Znowu  poczuła  lekki  dreszcz,  gdy  usłyszała  swoje  imię.  Starała  się  nie  zwracać  na  to 

uwagi,  koncentrując  się  na  zawodowym  aspekcie  tej  dziwnej  rozmowy  kwalifikacyjnej,  ale 
proste to nie było. Matthew tymczasem przewrócił omlet na drugą stronę i powoli zsunął go 
na talerz.   

– Może masz ochotę? Podzielimy się – zaproponował.   
Potrząsnęła głową. Im prędzej się to skończy, tym lepiej. Wizja ich dwojga, siedzących w 

kuchni przy wspólnym posiłku, wydawała jej się zbyt rodzinna.   

– Dziękuję, ale niedawno jadłam – odparła.   
Nie  było  to  kłamstwo,  bo  rzeczywiście  przed  przyjściem  tutaj  zjadła  kanapkę  i  wypiła 

kawę.  Ale  gdy  tylko  jej  nozdrza  podrażnił  apetyczny  zapach  rozchodzący  się  po  kuchni, 
niespodziewanie  zaburczało  jej  w  brzuchu.  Matthew  roześmiał  się,  sięgnął  po  drugi  talerz  i 
przekroił omlet na pół.   

–  Daj  spokój!  Przecież  jesteś  głodna.  Proszę.  Zanim  zdążyła  zaprotestować,  postawił 

przed  nią  talerz  i  położył  sztućce.  Usiadł  i  podsunął  jej  miskę  z  sałatą.  Nie  miała  wyboru, 
musiała przyjąć poczęstunek.   

–  Dziękuję  –  rzekła  i  odkroiła  kawałek  omletu.  Był  wyborny.  O  wiele  lepszy  niż  jej 

nieudolne produkcje kulinarne.   

background image

– Nawiasem mówiąc – rzucił Matthew, nakładając sobie sałatę – zapoznałem się z twoimi 

referencjami i nie widzę żadnego problemu. Masz aż nadto kwalifikacji na to stanowisko.   

– Ale... – Wstrzymała oddech, słysząc rezerwę w jego głosie.   
– W zasadzie nie ma żadnego ale – uspokoił ją. – Tylko że wydaje mi się dziwne, że ktoś 

z twoją pozycją zawodową nie znalazł stałego zajęcia. Gdzie pracowałaś? W pięciu różnych 
miejscach od czasu studiów? 

–  Ściśle  biorąc,  w  sześciu  –  sprostowała  –  jeśli  liczyć  to,  gdzie  miałam  tylko  dyżury. 

Wiem,  że  z  twojego  punktu  widzenia  może  się  to  wydawać  dziwne,  ale  zapewniam,  że  nie 
stało  się  tak  z  powodu  braku  ofert.  Przeciwnie,  wszędzie  tam,  gdzie  pracowałam, 
proponowano mi etat.   

– Ale ty nie tego chciałaś – domyślił się. – Dlaczego? 
Popatrzył  na  nią  w  zadumie.  Catherine  uzmysłowiła  sobie  ze  zdziwieniem,  że  za 

niefrasobliwym  sposobem  bycia  kryje  się  bardzo  przenikliwy  umysł.  Matthew  Fielding  nie 
jest człowiekiem, który dałby sobie mydlić oczy.   

–  Ponieważ  nie  chcę  pracować  dla  kogoś  –  powiedziała.  –  Moim  celem  jest  założenie 

własnej  praktyki.  To  dlatego  zawsze  szukałam  pracy,  która  pozwoliłaby  mi  poszerzyć 
doświadczenie,  i  nigdy  nie  pozostawałam  w  niej  dłużej  niż  rok.  Każde  kolejne  stanowisko 
było tylko następnym krokiem do celu.   

– I takim kolejnym krokiem ma być nasza przychodnia? 
Catherine  uśmiechnęła  się,  choć  nie  podzielała  rozbawienia  Matta.  Czyżby  nie  zdawał 

sobie  sprawy,  jak  poważnie  do  tego  podchodzi  i  ile  czasu  i  wysiłku  wkłada  w  realizację 

swego planu? 

– Tak, to  prawda – przyznała. – Doświadczenie, jakie tu zdobędę, przyda mi się, kiedy 

będę otwierała swoją praktykę.   

– A jeśli po upływie kontraktu zaproponuję ci stałą pracę? Czy wtedy zmieniłabyś plany, 

na przykład gdybym ci zaproponował, żebyś została wspólniczką? 

– Nie. – Potrząsnęła głową. – Wiem, czego chcę, doktorze Fielding, i nic nie skłoni mnie 

do zejścia z obranej drogi.   

–  Niezwykła  z  ciebie  kobieta  –  stwierdził.  –  Nawet  bardziej  niezwykła,  niżby  na  to 

wskazywały twoje plany.   

Mówiąc to, uśmiechnął się tak zagadkowo, że Catherine przez moment zastanawiała się, 

co  może  się  kryć  za  tą  wypowiedzią.  Szybko  jednak  zaniechała  takich  rozważań.  Nie  była 
zainteresowana Mattem jako mężczyzną, lecz kimś, z kim ma pracować. Nie interesowały jej 
szczegóły jego życia prywatnego, tak jak jego nie powinno obchodzić jej życie.   

– Tatusiu, obiecałeś, że mi poczytasz.   
W  drzwiach  stała  mała  dziewczynka  i  nieśmiało  się  uśmiechała.  Weszła  do  pokoju  i 

stanęła obok krzesła Matta. Z kręconymi jasnymi włosami i przepastnymi niebieskimi oczami 
bardzo  przypominała  ojca.  Najwyraźniej  była  już  przygotowana,  by  pójść  spać.  Miała  na 
sobie piżamę, pod pachą trzymała sfatygowanego misia, w drugiej ręce książkę. Matt przytulił 
ją do siebie.   

– Jestem Hannah. A ty? – spytała, nie spuszczając z Catherine bacznego spojrzenia.   

background image

– Catherine Lewis – odrzekła z uśmiechem, choć czuła się trochę niepewnie. Poza pracą 

rzadko miała do czynienia z dziećmi i nie bardzo wiedziała, co jeszcze mogłaby powiedzieć. 
Hannah natomiast nie miała żadnych wątpliwości.   

–  To  moja  ulubiona  książeczka.  –  Wyciągnęła  rękę  w  jej  kierunku.  –  Tatuś  miał  mi 

poczytać, ale jak jest zajęty, to ty możesz.   

–  Och,  hm...  ja...  –  Gorączkowo  myślała,  co  by  odpowiedzieć,  ale  Matt  wybawił  ją  z 

kłopotu.   

– Ależ nie, ty mały potworze! – roześmiał się.   
–  Wiem  dobrze,  co  knujesz.  Chcesz  zwabić  biedną  Catherine,  żeby  następną  godzinę 

spędziła z tobą, czytając ci książkę. Dobrze wiesz, jaka kara czeka za takie sztuczki.   

– Nie... oj nie, tatusiu! – Dziewczynka zachichotała, gdy Matt potarł brodą jej policzek. – 

Kłujesz! 

– zapiszczała.   
– I oto dlaczego muszę się ogolić. – Wziął małą na ręce i wstał. Oplotła rączkami jego 

szyję i głośno pocałowała go w policzek.   

– Nie szkodzi, że kłujesz – zachichotała znowu.   
– I tak cię kocham.   
Powiedziała  to  z  taką  dziecięcą  spontanicznością,  że  Catherine  nagle  łzy  napłynęły  do 

oczu.  Wstała  gwałtownie,  by  ukryć  wzruszenie.  Nie  potrafiłaby  wyjaśnić,  dlaczego  tak 
rozczuliły ją słowa dziecka. Może dlatego, że nie było na świecie nikogo, kto powiedziałby to 
samo do niej.   

Ta myśl była dziwnie niepokojąca, ale w końcu cały ten wieczór był niepokojący. Nagle 

zaczęła  się  zastanawiać,  czy  praca  tutaj  będzie  dla  niej  odpowiednia.  Och,  przychodnia  ma 
świetną lokalizację i na pewno niejednego się nauczy, ale jakim kosztem? 

To  było  następne  pytanie  bez  odpowiedzi,  następna  sprawa,  która  napawała  ją 

niepewnością,  a  niepewności  nie  lubiła.  Jej  życie  było  zaplanowane,  ułożone  w 
najdrobniejszych  szczegółach,  zorganizowane.  Nie  chciała,  by  cokolwiek  się  pod  tym 
względem zmieniło. Właśnie miała powiedzieć Mattowi, że rezygnuje z pracy, gdy do pokoju 
weszła starsza kobieta.   

–  Ach,  tu  jesteś,  Hannah!  –  zawołała.  –  Wybacz,  kochany  –  uśmiechnęła  się  do  Matta 

przepraszająco.   

– Próbowałam ją zatrzymać, ale wymknęła się, kiedy pomagałam Becky przy lekcjach.   
– Nie martw się, mamo – odrzekł Matt ze śmiechem.   
–  Mnie  udało  się  przynajmniej  powstrzymać  ją  przed  zmuszeniem  Catherine,  żeby 

poczytała jej na dobranoc.   

– Miałaś szczęście, moja droga – roześmiała się starsza pani. – Siedziałabyś tu do późnej 

nocy. Hannah jest niezmordowanym słuchaczem.   

Pani Fielding wzniosła bezradnie oczy ku niebu. Była podobna do syna. Miała tak jak on 

jasne włosy i niebieskie oczy. Taki sam serdeczny, ciepły uśmiech, którego nie sposób było 
nie odwzajemnić.   

– Najwyraźniej miałam szczęście – przyznała Catherine.   

background image

– O, nie bądź tego zbyt pewna – ostrzegł ją Matt.   
–  Ta  mała  dama  ma  swoje  sposoby,  żeby  dostać  to,  czego  chce.  A  więc  uważaj, 

Catherine.  Jeśli  kiedyś  będziesz  pracować  do  późna  i  zobaczysz  tę  anielską  twarzyczkę, 
zaglądającą przez uchylone drzwi, miej się na baczności.   

Uważa  zatem,  że  ona  przyjmie  tę  pracę.  Jak  ma  mu  wytłumaczyć,  że  nie  jest  już 

zainteresowana  ofertą?  Nie  chciała  wdawać  się  w  zawiłe  wyjaśnienia,  dlaczego  i  z  jakiego 
powodu,  skoro  nie  miała  pewności,  że  jej  argumentacja  go  przekona.  Postanowiła  oznajmić 

mu po prostu, że zmieniła plany. To wszystko. W końcu nie musi mu się z niczego tłumaczyć, 

bo sama decyduje, co chce robić.   

–  Doktorze  Fielding,  ja...  –  zaczęła,  gdy  tylko  starsza  pani  wyszła  z  dziewczynką  z 

kuchni.   

–  Znowu  tak  oficjalnie?  Czyż  nie  powiedziałem,  żebyś  mówiła  do  mnie  Matt?  – 

Potrząsnął lekko głową.   

– Jak się wkrótce przekonasz, nie bawimy się tu w wersal... – Urwał na dźwięk dzwonka 

telefonu.  Catherine  zauważyła,  żejuż  jest  myślami  gdzie  indziej,  ale  nie  mogła  dłużej 
zwlekać.   

– Matt, obawiam się, że...   
– Matthew! Do ciebie, kochanie! – zawołała z głębi korytarza pani Fielding.   
Westchnął i podszedł do drzwi.   
– Taki już nasz los. Przepraszam, Catherine, zaraz wracam. – Wyszedł, zanim zdążyła się 

odezwać.   

Rozejrzała  się  niepewnie  dokoła.  Biedny  Matt,  nawet  nie  może  spokojnie  zjeść, 

pomyślała.  Szybko  się  jednak  zreflektowała.  To  nie  jej  problem,  czy  Matthew  Fielding  zje 
kolację, czy nie. Wyjrzała na korytarz.   

Słyszała  jego  głos  dobiegający  z  gabinetu  i  skierowała  się  w  tamtym  kierunku.  Łatwiej 

będzie oznajmić mu swoją decyzję tam, a nie w kuchni, gdzie ta cała pogawędka nad omletem 
i kawą przenosiła ich stosunki na bardziej prywatny grunt.   

–  Glenda?  Cześć,  to  ja.  Wybacz,  że  cię  niepokoję,  ale  właśnie  dzwoniła  do  mnie 

opiekunka Davida Marshalla. Jak on się czuł, kiedy byłaś u niego w zeszłym tygodniu? 

Catherine domyśliła się, że rozmawia o pacjencie. Czekała, aż skończy, zastanawiając się, 

co  powinna  powiedzieć.  Na  pewno  Matt  zechce  znać  powody  jej  rezygnacji,  ale  ona  nie 
zamierza niczego wyjaśniać.   

– Catherine Lewis... tak, to ta, o której ci mówiłem, z doskonałymi referencjami.   
Nie  miała  zamiaru  podsłuchiwać,  ale  nie  mogła  się  powstrzymać,  gdy  usłyszała  swoje 

nazwisko.   

– Jak mam ją scharakteryzować? Cóż, niewątpliwie pod względem zawodowym jest bez 

zarzutu i doskonale sobie poradzi. Co do niej samej... – Zawahał się. – Myślę, że określenie, 
które  się  tu  nasuwa,  to  bezbronność.  Tak,  sprawiła  na  mnie  wrażenie  osoby  dziwnie 
bezbronnej.   

Nie  słyszała  dalszych  słów.  Przestała  słuchać,  bo  w  jej  głowie  brzmiało  tylko  to  jedno 

słowo.  Bezbronna.  A  więc  tak  ją  postrzega  Matthew  Fielding?  Czy  to  prawda?  Jeszcze 

background image

godzinę  temu  roześmiałaby  się  w  nos,  słysząc  takie  określenie,  ale  teraz  nie  czułą  się 
rozbawiona.   

–  Nic  na  to  nie  poradzę,  ale  obawiam  się,  że  muszę  wyjść  –  oświadczył,  wracając  od 

telefonu. – Stan jednego z naszych przewlekle chorych nagle się pogorszył. Po godzinach na 
ogół nie jeździmy do pacjentów, ale to szczególny przypadek. Stwardnienie zanikowe boczne. 
Jedna z tych chorób, kiedy pozostaje się tylko modlić, żeby wynaleziono na nią lekarstwo. – 
Narzucił kurtkę, oczekując, że Catherine wyjdzie razem z nim.   

Odetchnęła głęboko, ale w głowie miała zamęt i trochę trzęsły jej się nogi. W tej sytuacji 

nie potrafiła zachowywać się naturalnie.   

– A zatem oczekuję cię w przychodni pierwszego listopada. – Podszedł do wysłużonego 

forda i otworzył drzwi. – Powiedziałaś, że wtedy już będziesz wolna. Przygotuję dokumenty 
do podpisu. Żałuję, że nie mogliśmy dłużej porozmawiać. Jeśli będziesz miała jakieś pytania, 
dzwoń,  najlepiej  wieczorem.  I  dziękuję,  że  przyszłaś,  Catherine.  Cieszę  się,  że  będziemy 
razem pracować.   

Wsiadł do samochodu i zapalił silnik. Catherine w milczeniu obserwowała, jak odjeżdża. 

Wiedziała, że powinna była mu powiedzieć, że nie przyjmuje tej pracy, ale nie była w stanie 
wydobyć z siebie słowa.   

Wsiadła  do  samochodu  i  przez  chwilę  siedziała  bez  ruchu.  Bezbronna.  To  niewiele 

znaczące słówko przeraziło ją. Nagle wszystko, co z taką konsekwencją zdobywała, okazało 
się bez znaczenia. Matthew Fielding nie widzi w niej energicznej, kompetentnej lekarki, jaką 
starała  się  być,  lecz  osobę  słabą  i  delikatną.  Nie  chciała  taka  być.  Nigdy  się  z  tym  nie 
pogodzi! 

Zapaliła  silnik  i  wyjechała  na  ulicę.  Udowodni  mu,  mało  tego,  udowodni  sobie,  że 

Matthew Fielding się myli.   

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Była środa, pierwszy tydzień pracy Catherine w przychodni w Brookdale. Mimo że objęła 

tę  posadę  z  powodu  komentarza  Matta  na  swój  temat,  na  razie  wszystko  układało  się 
doskonale. Podjęła nowe obowiązki bez trudu. Oczywiście była w tym też zasługa personelu, 
który  przyjął  ją  życzliwie.  Wszyscy,  poczynając  od  pielęgniarki  Ann  Talbot,  po  obie 
recepcjonistki, Margaret  Price i Sharon Goody, starali się jej pomóc w zaadaptowaniu się w 

nowym miejscu.   

Co do Matta, przez kilka pierwszych dni traktował ją wyłącznie oficjalnie. Był przyjazny, 

ale  powściągliwy,  uczynny,  ale  nie  nazbyt  bezpośredni.  Nie  proponował  już  kawy  ani 
omletów, co przyjęła z zadowoleniem. Znalazła się tutaj tylko i wyłącznie po to, by pracować.   

– A więc czy oprócz zawrotów głowy miała pani i inne objawy? – spytała zdenerwowaną 

pacjentkę.   

Lauren Hoskins była atrakcyjną, zadbaną kobietą po trzydziestce. Pracowała w reklamie. 

Adres,  jaki  widniał  w  dokumentacji,  wskazywał,  że  mieszka  w  dzielnicy,  która  w  ciągu 
ostatnich  kilku  lat  stała  się  bardzo  modna  wśród  ludzi  zamożnych.  A  jednak  mimo  jej 
wyraźnie  wysokiego  statusu  społecznego,  wydawała  się  dziwnie  krucha  i...  bezbronna.  To 
właśnie  słowo  przyszło  Catherine  do  głowy,  gdy  pacjentka  weszła  do  gabinetu.  Bardzo 
chciała dotrzeć do sedna jej problemów, ale na razie bez większego efektu.   

– Właściwie nie – odparła Lauren. – A powinnam mieć? 
–  Nie,  ale  skoro  nie  wiem,  co  pani  dolega,  nie  mogę  powiedzieć,  jak  powinna  się  pani 

czuć.   

Odwróciła  się  do  monitora  i  jeszcze  raz  przejrzała  historię  choroby.  W  ciągu  ostatnich 

trzech  miesięcy  pani  Hoskins  była  w  przychodni  co  najmniej  pięć  razy,  za  każdym  razem 
skarżąc  się  na  zawroty  głowy.  Była  pacjentką  Glendy  Williams  i  Catherine,  widząc  listę 
badań, jakie przeszła, nie mogła zarzucić koleżance po fachu braku dokładności.   

– Z pani dokumentacji wynika, że badano panią pod kątem cukrzycy i nadciśnienia. Miała 

pani  badanie  rezonansu  magnetycznego,  żeby  wykluczyć  problemy  mózgowe.  Doktor 
Williams  nie  stwierdziła  też  zapalenia  błędnika,  które  często  jest  przyczyną  zawrotów,  i 
wyeliminowała chorobę Meniere’a. Miała pani też trzy próby ciążowe, wszystkie negatywne.   

Podniosła  wzrok  i  zauważyła,  że  Lauren  unika  jej  wzroku.  Czyżby  spowodowała  to 

wzmianka o testach ciążowych? 

Wzięła długopis i udawała, że notuje, by zyskać czas na zastanowienie. Może przyczyną 

częstych wizyt Lauren w przychodni był fakt, że bezskutecznie starali się z mężem o dziecko? 
Stres  z  tego  powodu  może  wywołać  różne  objawy,  również  zawroty  głowy.  Ale  gdyby  tak 
było, to dlaczego Lauren o tym nie mówi? Catherine uznała, że lepiej będzie wysondować to 
okrężną drogą.   

–  Myślę,  że  należałoby  zrobić  dziś  jeszcze  jeden  test  ciążowy,  żeby  definitywnie 

wykluczyć możliwość ciąży – oznajmiła i podała pacjentce słoiczek.   

– Pani doktor, ja nie jestem w ciąży. – Kobieta potrząsnęła głową. – Wiem to na pewno.   

background image

–  Rozumiem.  –  Catherine  odchyliła  się  do  tyłu  i  obserwowała  pacjentkę.  –  A  czy 

przypadkiem nie staracie się państwo o dziecko? – spytała.   

– Nie! – Lauren zaśmiała się z goryczą. – Dziecko jest w tej chwili ostatnią rzeczą, jakiej 

potrzebujemy.   

–  Widać  było,  że  z  trudem  się  opanowuje.  –  Tak  czy  inaczej  to  naprawdę  nie  ma  nic 

wspólnego z  .  moją dzisiejszą wizytą. Myślałam  tylko...  to  znaczy miałam  nadzieję, że pani 

mi powie, jaka może być przyczyna tych zawrotów głowy.   

– Chciałabym, ale skoro zostały wykonane wszelkie możliwe badania, nie wykluczam, że 

pani  dolegliwość  nie  jest  natury  fizycznej.  –  Catherine  ostrożnie  dobierała  słowa.  –  Stres 
często  może  być  w  takich  sytuacjach  głównym  czynnikiem.  Czy  jest  coś,  czym  się  pani 
martwi? Ma pani jakieś problemy w pracy, kłopoty domowe? 

–  Nie,  skądże!  Wszystko  jest  w  porządku...  w  znakomitym  porządku,  i  w  pracy,  i  w 

domu! To tylko te zawroty. Nic poza tym. – Gwałtownie wstała z krzesła.   

– Wobec tego nie będę dłużej zajmować pani czasu, pani doktor. Dziękuję, do widzenia.   
Catherine odprowadziła ją do drzwi. Wyczuwała, że z kobietą dzieje się coś niedobrego. 

Obserwowała, jak idzie korytarzem, zastanawiając się, czy nie powinna jednak jej zatrzymać. 
Jej zachowanie było bardzo niepokojące.   

– Jakieś problemy? 
Z  gabinetu wyszedł  Matt  i  przystanął,  zobaczywszy Catherine na korytarzu.  Poczuła,  że 

serce zabiło jej nieco mocniej. Kiedy rano przyszła do pracy, Matt już przyjmował pacjentów, 
a  więc  dopiero  teraz  się  spotkali.  Zauważyła,  jak  znakomicie  błękit  koszuli  harmonizuje  z 
kolorem jego oczu, wydobywając całą ich głębię.   

– Sama nie wiem – odparta.   
– Nie wiesz? – Matt się roześmiał. – Coś podobnego! To chyba po raz pierwszy! 
– Co masz na myśli? 
–  Nigdy  nie  przypuszczałem,  że  usłyszę  od  ciebie  takie  stwierdzenie.  –  W  jego  oczach 

tańczyły wesołe ogniki.   

– Nie wiem, o czym mówisz. – Odwróciła się, żeby wrócić do swego gabinetu.   
– Naprawdę? – Matt poszedł za nią. – Czy fakt, że nie próbujesz pytać mnie o radę, nie 

wskazuje, że wolisz sama stawiać czoło przeciwnościom losu? 

Wiedziała,  że  trafił  w  sedno.  Rzeczywiście  było  kilka  sytuacji,  kiedy  jego  pomoc 

mogłaby  się  przydać.  Och,  nie  chodzi  o  to,  że  sama  by  sobie  nie  poradziła,  ale  w  paru 
przypadkach  przydatne  byłoby  uzupełnienie  historii  choroby  dodatkowymi  informacjami. 
Wolała jednak nie zaprzątać mu głowy.   

– Na razie wszystko było proste – odrzekła, starając się, by zabrzmiało to przekonująco.   
– Aha. A więc nie bałaś się spytać mnie o radę? 
– Bałam się? 
Serce  podskoczyło  jej  do  gardła,  bo  znowu  przypomniała  sobie  jego  uwagę  na  temat 

swojej  bezbronności.  Nie  wiedziała,  dlaczego  tak  bardzo  ją  to  nurtuje.  Może  martwiło  ją 
przeczucie, że Matt widzi więcej, niż chciałaby okazać. Zawsze starała się sprawiać wrażenie 

pewnej siebie, choć wiedziała, że taka nie jest. W środku była zupełnie inna, targały nią łęki i 

background image

rozterki, z których nigdy nikomu się nie zwierzała. Czyżby Matt się tego domyślił? 

–  Tak.  –  Westchnął.  –  Nie  znoszę  myśli,  że  mogę  się  wydawać  nieprzystępny,  a  więc 

proszę, żebyś zwracała się do mnie z każdym problemem. Nie bój się prosić mnie o radę. Jeśli 
tylko będę mógł pomóc, wystarczy jedno twoje słowo. – Roześmiał się. – Choć oczywiście 
nie  uważam  się  za  wyrocznię  ani  za  kogoś,  kto  zna  wszystkie  odpowiedzi.  W  mojej 
propozycji  tkwi  ukryty  cel.  Jeśli  ja  będę  potrzebował  pomocy,  sięgnę  do  twoich  zasobów 

wiedzy.   

Odetchnęła  z  ulgą,  uświadomiwszy  sobie,  że  zupełnie  niewłaściwie  zinterpretowała 

sytuację. Matt po prostu chciał, by ściślej współpracowali, a nie miał najmniejszego zamiaru 
odkrywać  zakamarków  jej  duszy.  Odpowiedziała  mu  uśmiechem,  czując,  jak  spływa  z  niej 
napięcie.   

– Co dwie głowy to nie jedna, prawda? – Roześmiała się. – Masz rację, a więc od razu cię 

wykorzystam. Co wiesz na temat Lauren Hoskins? Czy Glenda coś ci o niej mówiła? 

–  Owszem,  po  ostatniej  wizycie  Lauren.  Była  trochę  zbita  z  tropu.  Zrobiono  badania  i 

żadne niczego nie wykazało.   

– Zgadza się.   
Catherine  raz  jeszcze  zajrzała  do  komputera.  Gdy  Matt  pochylił  się  nad  nią,  poczuła 

delikatny zapach mydła i drugi, którego nie potrafiła zidentyfikować.   

– Zasypka dla dzieci? 
Nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  powiedziała  to  głośno,  dopóki  nie  zauważyła  pytającego 

spojrzenia Matta. Zaczerwieniła się aż po nasadę włosów.   

– Słucham? Co powiedziałaś? 
–  Ja...  nie,  nic.  –  Szybko  wróciła  do  monitora.  –  Pomiar  ciśnienia,  poziom  cukru* 

rezonans. – Głos drżał jej lekko, ale była pewna, że Matt tego nie zauważył. Stał ze wzrokiem 

utkwionym w monitor.   

– Cóż, muszę przyznać, że nic z tego nie rozumiem – stwierdził w końcu.   
Gdy  wyprostował  się,  Catherine  zadrżała,  pozbawiona  nagle  ciepła,  jakie  emanowało  z 

jego ciała.   

–  Jeśli  ci  zimno,  włącz  kominek  –  powiedział.  –  Zaczekaj,  pokażę  ci  jak.  Z  czasem 

nauczysz się posługiwać tym gratem.   

Był to staromodny kominek na gaz. Catherine znowu poczuła przyspieszone bicie serca, 

gdy  Matt  pochylił  się  nad  paleniskiem.  Miał  taką  muskularną  sylwetkę  i  silne  uda.  Nagle 
zaniepokoił ją fakt, że zauważa rzeczy, na które nigdy przedtem nie zwracała uwagi. Kiedy 
ostatni raz dostrzegła coś takiego jak silne uda? Czy muskularną sylwetkę? Może na zajęciach 
z anatomii. Ale to całkiem co innego.   

Odetchnęła głęboko. Musi się z tym uporać, zanim będzie jeszcze gorzej. Owszem, Matt 

jest  bardzo  atrakcyjny,  ale  spotykała  już  atrakcyjnych  mężczyzn  i  zapewne  spotka  jeszcze 

niejednego.   

– A więc wracając do Lauren Hoskins... – powiedziała – czy czegoś zaniedbaliśmy? Jak 

myślisz? 

– Możliwe. Przeanalizujmy wszystko po kolei. Przysiadł na brzegu jej biurka i zamyślił 

background image

się. Poczuła ulgę, gdy znów skoncentrowali się na sprawach zawodowych.   

–  Hm.  Widzę  tu,  że  zrobiono  kilka  razy  próbę  ciążową  –  zauważył  Matt.  –  Wszystkie 

były negatywne.   

– Tak, ale kiedy dzisiaj zaproponowałam jej ten test, powiedziała, że z całą pewnością nie 

jest w ciąży.   

–  I  co?  Widzę,  że  się  nad  czymś  zastanawiasz.  –  Zaśmiał  się,  gdy  spojrzała  na  niego 

zaskoczona.  –  Nie,  nie  jestem  jasnowidzem.  Tylko  że  kiedy  coś  cię  nurtuje,  masz  taki 

zafrapowany wyraz twarzy.   

Zmusiła się do uśmiechu, choć ta uwaga ją przeraziła. Nigdy nie przypuszczała, że ma tak 

mimiczną twarz. Chyba że Matt dostrzega rzeczy, których nie widzą inni.   

– Lauren zaczęła się bronić, kiedy zasugerowałam, że może być w ciąży – dodała szybko, 

odrywając się od swoich myśli. – Zastanawiałam się, czy problem nie kryje się gdzieś tu.   

–  Możliwe  –  zgodził  się  Matt.  –  Mówiąc  o  reakcji  obronnej,  co  konkretnie  miałaś  na 

myśli? 

– Och, tylko to, że zaprzeczyła, że starają się z mężem o dziecko. Dodała, że to ostatnia 

rzecz,  jakiej  teraz  potrzebują.  Sama  nie  wiem,  dlaczego  tak  mnie  to  zastanowiło.  A  co  ty  o 
tym myślisz? 

– Że trudno pomóc ludziom, którzy nie chcą powiedzieć, o co naprawdę chodzi. To jedno 

z  przekleństw  pracy  w  takiej  dzielnicy  jak  ta,  zamieszkanej  przez  wyższą  klasę  średnią. 
Ludzie tutaj nie dopuszczają do siebie myśli, że ktokolwiek mógłby odnieść wrażenie, że ich 
życie  nie  jest  pod  każdym  względem  idealne.  Uważają,  że  ich  obowiązkiem  jest 
podtrzymywanie właściwego wizerunku własnej osoby.   

Catherine zaskoczyła ta obserwacja.   
– Większość ludzi tak robi. Dba o pozory.   
–  Do  pewnego  stopnia.  Ale  w  takich  dzielnicach  jak  ta,  gdzie  wizerunek  i  status  są 

najważniejsze,  może  to  stanowić  prawdziwy  problem.  Może  Lauren  rzeczywiście  nie  może 
mieć dzieci? Może jej mąż nie chce dziecka? Kto wie. Kiedy życie ma być idealne i udane 
pod każdym względem, starasz się ukryć niemiłą prawdę, żeby zachować pozory. – Wzruszył 
ramionami. – Kłopot w tym, że ta niemiła prawda w ten czy w inny sposób się ujawni.   

–  I  zawroty  głowy  Lauren  mogą  być  właśnie  uzewnętrznieniem  tego,  co  stanowi  jej 

ukryty problem, tak? 

–  Tak.  Jeśli  nie  ma  żadnego  fizycznego  źródła  jej  choroby,  powinniśmy  sięgnąć  do 

psychiki.   

–  Myślałam  o  tym  –  przyznała.  –  Pytałam  Lauren,  czy  coś  ją  gnębi,  ale  znów  muszę 

powiedzieć,  że  przyjęła  postawę  obronną.  –  Catherine  potrząsnęła  głową.  –  Nie  mam 
pomysłu, co zrobić. A co wiesz ojej mężu? 

–  Niewiele  –  odparł.  –  Tylko  raz  go  widziałem,  kiedy  zapisywali  się  do  naszej 

przychodni.  –  Wzruszył  ramionami.  –  Wydał  mi  się  dość  sympatyczny,  choć  trochę 
zarozumiały, ale to nic dziwnego w jego fachu. Chyba kręci filmy dokumentalne dla telewizji, 
czy coś w tym rodzaju. Takie programy nie są moją mocną stroną. – Zaśmiał się. – Możesz 
mnie  pytać  o  programy  dla  dzieci,  o  najnowszych  filmach  rysunkowych  wiem  wszystko. 

background image

Mógłbym startować w teleturniejach i na pewno bym wygrał.   

–  Szkoda  by  było  zaprzepaścić  taki  talent!  Nie  każdy  w  twoim  wieku  mógłby  się 

poszczycić taką wiedzą.   

–  Wolnego!  –  Skrzywił  się.  –  Niedługo  są  moje  urodziny,  a  jestem  bardzo  czuły  na 

punkcie wieku.   

Było  oczywiste,  że  nie  ma  w  tym  ani  trochę  prawdy,  bo  i  niby  dlaczego?  –  pomyślała, 

patrząc  na  jego  sportową  sylwetkę.  Niejeden  mężczyzna  w  jego  wieku,  a  nawet  młodszy, 
mógł  mu  pozazdrościć  wyglądu.  Odwróciła  wzrok,  uświadomiwszy  sobie,  że  znowu  błądzi 
myślami w niebezpiecznych rewirach.   

–  Z  pozoru  wydawałoby  się  –  powiedziała,  wracając  do  tematu  –  że  są  udanym 

małżeństwem.   

– Z pozoru tak – przyznał. – Ale wiesz równie dobrze jak ja, że pozory mylą.   
– Matt, nie chciałabym przerywać, ale jest już kolejka. – Do pokoju weszła Margaret. – 

Przyszła pacjentka umówiona na jedenastą i druga na jedenastą piętnaście...   

– Dobrze, dobrze, już idę. – Wstał. – Nawiasem mówiąc, tym razem to wina Catherine, 

nie moja.   

– Moja? – zdumiała się Catherine.   
– Uhm. Byłem tak pochłonięty naszą rozmową, że straciłem poczucie czasu. Wniosek: to 

twoja wina! 

Uśmiechnął się i zniknął za drzwiami. Catherine zaczęła coś tłumaczyć, ale wyraz twarzy 

Margaret świadczył, że zrozumiała opacznie słowa Matta.   

–  Matt...  to  znaczy  doktor  Fielding  –  jąkała  się  Catherine  –  miał  na  myśli,  że  był 

pochłonięty przypadkiem, który omawialiśmy – tłumaczyła pospiesznie.   

– Oczywiście, pani doktor – odrzekła Margaret i wyszła z pokoju.   
Ton,  jakim  to  powiedziała,  świadczył,  że  słowa  Catherine  odniosły  skutek  odwrotny  od 

zamierzonego. Uzmysłowiła sobie,  że recepcjonistka nie wierzy w ani jedno z nich.  Czyżby 
Margaret uważała, że Matt traci czas na flirty zamiast przyjmować chorych? 

–  Poszła?  –  Matt  wrócił  i  uśmiechnął  się  porozumiewawczo.  –  Powinienem  był  cię 

ostrzec. Margaret ma bzika na punkcie porządku i punktualności. Śmiertelnie się jej narazisz, 
jeśli coś zamieszasz. A że i ja nie chcę się jej narazić, zobaczymy się po dyżurze. Około wpół 
do pierwszej w kuchni, dobrze? 

–  Czy  ja  wiem?  A  co  właściwie  mamy  jeszcze  do  omówienia?  –  spytała.  –  Niewiele 

możemy zrobić, jeśli Lauren nic nam więcej nie powie.   

– Nie o to chodzi. Nie chcę rozmawiać o Lauren. Tym razem to ja chciałbym cię spytać o 

radę, Catherine. Co dwie głowy... A więc do zobaczenia w kuchni – rzucił, otwierając drzwi 
do poczekalni.   

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

– Jesteś! To dobrze! Zaparzyłem kawę, a gdybyś była głodna, mam kanapki.   
Była dokładnie dwunasta trzydzieści dwie. Catherine tyle razy spoglądała na zegarek, że 

nie musiała sprawdzać godziny po raz kolejny. Przez całe przedpołudnie miała świadomość 
upływających  minut  i  coraz  bliższego  spotkania  z  Mattem.  Może  to  głupie,  że  tak  się  tym 
denerwowała,  ale  nic  nie  mogła  na  to  poradzić.  Widok  filiżanek  do  kawy  i  talerza  z 
kanapkami  na  stole  wcale  nie  podziałał  na  nią  uspokajająco.  Czy  to  rzeczywiście  ma  być 
spotkanie w sprawach służbowych? 

–  Usiądź.  Tu  jest  mleko.  Słodzisz?  –  Matt  postawił  na  stole  dzbanek  z  kawą.  Nagle 

zorientował się, że ona wciąż stoi w progu. – Catherine? 

– Tak... Nie. – Zobaczyła, że Matt unosi brwi i postanowiła wziąć się w garść. – Nie, nie 

słodzę.   

Nie komplikuj sytuacji, napomniała się. Przestrzegaj zasad. Zasada numer jeden: zawsze 

zachowuj  spokój.  Zasada  numer  dwa:  nigdy  nie  łącz  pracy  z  przyjemnością.  Zasada  numer 

trzy...   

Westchnęła, bo nie było sensu ciągnąć tego dalej. Zasada numer trzy, zawsze miej się na 

baczności,  była  równie  trudna  do  przestrzegania  jak  dwie  pierwsze.  Matt  zdaje  się  mieć 
wyjątkowy talent do forsowania jej linii obrony.   

Usiadła. Matt napełnił kubki i podsunął jej talerz z kanapkami.   
– Spróbuj – zachęcił. – Nie pożałujesz. Mama robi najlepsze kanapki na świecie.   
Wzięła  kanapkę  tylko  dlatego,  że  łatwiej  było  skorzystać  z  zaproszenia,  niż  odmówić. 

Ugryzła kęs i westchnęła z rozkoszą. Pieczone mięso rozpływało się w ustach.   

– A nie mówiłem? – dodał Matt, wyraźnie zadowolony z siebie.   
– Tak, miałeś rację, a więc przestań się przechwalać. Czy twoja mama przypadkiem nie 

szuka pracy? Ja nie mam pojęcia o gotowaniu.   

– Mowy nie ma! Nie oddam jej. Ewentualnie mogę się zgodzić na podzielenie się nią przy 

szczególnej okazji, ale to wszystko. – Upił łyk kawy. – A ty nie masz własnej mamy, która by 
się nad tobą zlitowała? 

– Nie. Umarła, kiedy byłam jeszcze w szkole.   
–  Och,  strasznie  mi  przykro,  wybacz.  –  Wyciągnął  rękę  i  delikatnie  ścisnął  jej  palce.  – 

Mam naprawdę niewyparzoną gębę.   

– Nie mogłeś wiedzieć.   
Wysunęła  dłoń  i  ugryzła  kawałek  kanapki,  lecz  nagle  poczuła,  że  w  jej  gardle  wyrasta 

ogromna  gula.  Dziwne,  bo  wydawało  jej  się,  że  już  dawno  minął  ból  po  śmierci  matki,  ale 
współczucie Matta wyzwoliło tłumione emocje.   

– Musiało to być dla ciebie ciężkie przeżycie. Ile miałaś lat, kiedy zmarła? 
–  Piętnaście.  Zginęła  w  wypadku,  wracając  z  pracy.  Uderzył  w  nią  autobus,  kiedy 

przechodziła przez ulicę.   

– I co było potem? Ojciec się tobą zajmował? 

background image

– Nie. Moi rodzice rozwiedli się na dwa lata przed wypadkiem. Ojciec przeniósł się do 

Kalifornii i straciłyśmy z nim wszelki kontakt – wyjaśniła.   

Upłynęły lata, zanim się pogodziła z odejściem ojca, i teraz już rozmowa na ten temat nie 

sprawiała jej takiego bólu jak kiedyś.   

– Takie rzeczy się zdarzają, Matt. – Wzruszyła ramionami, widząc, że nagle spoważniał. 

–  A  więc,  skoro  nie  było  nikogo,  kto  by  się  mną  opiekował,  umieszczono  mnie  w  domu 
dziecka i pozostałam tam do czasu studiów. Dalej to już wiadomo, co i jak było.   

–  Tak,  wiadomo,  ale  kłopot  w  tym,  że  często  przechowujemy  w  pamięci  wydarzenia 

kluczowe  dla  naszego  życia,  a  tymczasem  nieraz  to  te  błahe,  pozornie  nic  nieznaczące 
wywierają na nas największy wpływ. – Powiedział to tonem napylę obojętnym, by sprawiało 
wrażenie  uwagi  o  charakterze  ogólnym.  –  Zresztą  dajmy  już  temu  spokój  –  dodał.  – 
Wracajmy do tematu.   

– A zatem o czym chciałeś ze mną mówić? 
–  O  Davidzie  Marshallu.  To  ten  pacjent  ze  stwardnieniem,  do  którego  wezwano  mnie 

wieczorem, pamiętasz? 

– Oczywiście, że pamiętam – odparła. – Rozmawiałeś o nim przez telefon z Glendą.   
W  chwili,  gdy  to  powiedziała,  uświadomiła  sobie  swój  błąd.  Matt  nie  miał  pojęcia,  że 

słyszała jego rozmowę, ale czy pamięta, co o niej wtedy mówił? Czekała w napięciu na jego 
reakcję, ale najmniejszym gestem czy słowem nie zdradził zakłopotania.   

–  Słusznie  –  przyznał.  –  Oboje  zajmowaliśmy  się  Davidem  od  chwili,  gdy  zachorował. 

Stwierdziliśmy,  że  pomaga  mu  widok  innych  osób.  Przez  ostatnie  dwa  lata  był  praktycznie 
unieruchomiony w domu i brakowało mu kontaktu ze światem. Odwiedzaliśmy go na zmianę, 
żeby miał trochę urozmaicenia, jeśli można tak powiedzieć.   

–  Musi  mu  być  bardzo  ciężko  –  zauważyła.  –  To  okrutna  choroba,  zwłaszcza  w 

końcowych  stadiach.  Ludzie  nią  dotknięci  zachowują  pełnię  władz  umysłowych,  a  są 
uwięzieni w ciele, które nie słucha nawet najbardziej podstawowych rozkazów.   

–  Niestety,  David  już  prawie  osiągnął  to  stadium.  Teraz  porusza  się  już  na  wózku 

inwalidzkim. To dla niego tym bardziej straszne, że zawsze był bardzo aktywny. Jako młody 
człowiek grał  w reprezentacji rugby. Prowadził też własną firmę komputerową, która miała 
znaczne osiągnięcia na rynku.   

–  To  smutne  –  westchnęła  Catherine.  –  Przypuszczam,  że  ma  kogoś  do  pomocy. 

Fizjoterapeutę, pielęgniarkę, a może żonę czy rodzinę, która się nim opiekuje.   

– Załatwiliśmy mu  opiekę pielęgniarską i  fizjoterapeutę, ale obawiam  się, że to  mu  nie 

wystarcza. Miał żonę, ale rozwiedli się, gdy zachorował. Ona nie mogła znieść myśli, że mąż 
będzie kaleką. To dlatego staramy się z Glendą odwiedzać go częściej, niż to jest konieczne. 
To wszystko, co możemy zrobić, ale...   

– Ale próbujecie podtrzymywać go na duchu tymi wizytami? – dokończyła Catherine.   
–  Skąd  wiesz?  –  Uśmiechnął  się.  –  Oczywiście  masz  rację.  Problem  w  tym,  że  David 

nienawidzi  współczucia.  Byłby  zażenowany,  gdyby  się  dowiedział,  że  nie  musimy  go  tak 
często  odwiedzać.  Dlatego  jesteśmy  bardzo  ostrożni  i  wykonujemy  dla  niepoznaki  różne 
zabiegi. Wątpię, aby którykolwiek z naszych pacjentów miał tak często mierzone ciśnienie. A 

background image

wracając  do  tematu,  Cathy,  zastanawiałem  się,  czy  nie  zechciałabyś  zastąpić  Glendy  w 
okresie, kiedy będziesz u nas pracowała.   

–  Oczywiście  –  odrzekła  bez  wahania,  by  nie  rozmyślać  o  tym,  jak  się  poczuła,  kiedy 

usłyszała zdrobniałą wersję swego imienia.   

Kiedy  była  dzieckiem,  ojciec  tak  do  niej  mówił.  Wszystkich  innych  skutecznie  do  tego 

zniechęcała. Zdrobnienie wydawało jej się zawsze czymś zbyt poufałym. Dziwne, bo teraz nie 
widziała nic złego w tym, że użył go Matt.   

– Czy nie sprawi ci to kłopotu? 
– Słucham? – Drgnęła, uzmysłowiwszy sobie, że nie słyszała ani słowa z tego, co mówił.   
Miała  schrypnięty  głos,  co  nie  zdarzało  się  dotychczas.  Zauważyła  to  natychmiast,  ale  i 

Matt  to  spostrzegł.  Serce  zabiło  jej  mocniej,  gdy  nagle  wstał  od  stołu,  podszedł  do zlewu  i 
odwrócił  się  do  niej  plecami,  tak  że  nie  mogła  widzieć  wyrazu  jego  twarzy.  A  kiedy  się 
odezwał, miał głos jeszcze bardziej schrypnięty niż ona.   

– Mówiłem właśnie, że Glenda i ja zwykle odwiedzamy Davida poza godzinami pracy.   
Zakręcił kran. Zobaczyła, jak podnosi i opuszcza ramiona, oddychając głęboko.   
– Wiem, że to nie w porządku prosić cię, żebyś poszła do pacjenta po godzinach, a więc 

jeśli nie chcesz, Cath...   

– Ależ pójdę, to  nic takiego – przerwała mu, żeby tylko  nie usłyszeć po raz drugi  tego 

uwodzicielskiego zdrobnienia. Odepchnęła energicznie krzesło i wstała. – Naprawdę mogę do 
niego pójść po godzinach – zapewniła. – To żaden problem.   

–  David  będzie  czekał  na  wizytę  jak  zwykle  jutro  po  południu  –  oznajmił  Matt. 

Najwidoczniej  też  już  ochłonął.  –  Wpadamy  do  niego,  kiedy  mamy  wolne  popołudnie. 
Wieczorem wolę już być w domu z dziećmi. I tak za mało z nimi przebywam. Trudno znaleźć 
czas.   

– Na pewno – zgodziła się, jak gdyby posiadanie własnej rodziny było czymś, co znała z 

doświadczenia.   

Szczerze  mówiąc,  nie  była  w  stanie  wyobrazić  sobie,  jak  wygląda  jego  życie,  jak  łączy 

obowiązki zawodowe z opieką nad córkami, dla których musi być i ojcem, i matką. Powinna 
się czuć szczęśliwa, że troszczy się tylko o siebie, ale z jakichś powodów wcale tak nie było. 
Nie było nikogo, kto czekałby na jej powrót z pracy, nikogo, o kogo musiałaby dbać, nikogo, 
kto dbałby o nią. Nikogo, kogo by kochała i kto by ją obdarzał miłością.   

Ocknęła  się  z  zamyślenia  i  wróciła  do  rzeczywistości.  Co  jej  chodzi  po  głowie?  Lubi 

swoje życie, a posiadania rodziny nigdy nie miała w planach.   

– Nie ma problemu – powtórzyła. – Jeśli chcesz, pójdę jutro do Davida.   
–  Cudownie!  Kamień  spadł  mi  z  serca.  Obawiam  się,  że  przez  następnych  dwanaście 

miesięcy nie będę miał ani jednego wolnego popołudnia. Sam nie wiem, jak się ze wszystkim 
uporam. A co dopiero, jak mama pojedzie do Kanady! – Wzniósł oczy ku niebu. – Aż boję się 
o tym myśleć.   

– Do Kanady?! Wielkie nieba, kiedy planuje wyjazd? 
– W połowie grudnia. Moja siostra, Cheryl, oczekuje pierwszego dziecka, a więc mama 

zostanie z nią aż do Nowego Roku. Całe wieki trwało, zanim ją namówiłem na ten wyjazd, 

background image

choć wiem, że bardzo chce być z Cheryl.   

– Jak sobie bez niej poradzisz? 
– Pojęcia nie mam – przyznał. – Na szczęście Becky jest już na tyle duża, że zajmie się 

siostrą  po  powrocie  ze  szkoły,  a  ja  postaram  się  zwiększyć  wydajność  i  kończyć  pracę  w 

przewidzianym czasie.   

– Uśmiechnął się. – Mam nadzieję, że zyskam dzięki temu parę plusów u Margaret.   
– Kończyć o czasie? – powtórzyła Catherine. – Uwierzę, jak zobaczę.   
Posłała mu przekorny uśmiech, który jednak szybko zamarł, gdy zobaczyła wyraz twarzy 

Marta. Uśmiechał się, ale za tym uśmiechem kryło się coś jeszcze...   

Odwróciła wzrok. Nie ulega wątpliwości, że podoba się Mattowi. Nie patrzył na nią jak 

na  koleżankę  z  pracy,  ale  jak  na  atrakcyjną  kobietę,  którą  chciałby  bliżej  poznać.  Jedna  jej 
część ucieszyła się, druga nie chciała dopuścić tego do świadomości.   

– Lepiej już pójdę. – Skierowała się do drzwi.   
– Mam jeszcze kilka wizyt domowych, a nie chciałabym się spóźnić na wieczorny dyżur.   
– Oczywiście, ale nie pracuj za ciężko, Cathy, dobrze? 
Nie odpowiedziała. Wyszła pospiesznie z kuchni. W swoim gabinecie od razu zajęła się 

zleceniami na popołudnie, które przygotowała dla niej Margaret.   

W  głowie  wciąż  dźwięczał  jej  głos  Marta,  kiedy  wymawiał  jej  zdrobniałe  imię:  Cathy. 

Może taką formę imienia można zastosować w stosunku do niej, ale z pewnością nie oddaje 
ona  charakteru  jej  osobowości,  a  w  każdym  razie  takiej  osobowości,  jaką  stara  się 
prezentować na zewnątrz. Cathy to imię osoby, którą skrywała gdzieś głęboko.   

Ta osoba nie musiała bez przerwy kontrolować swego zachowania. Nie musiała narzucać 

sobie ograniczeń  ani  żyć według określonych zasad. Cathy nie miała ambicji  ani  celów, do 
których  dążyła.  Była  ciepłą,  kochającą,  troskliwą  kobietą,  która  chciała,  żeby  i  ją  kochano. 
Kobietą,  która  wykonywałaby  jakąś  pracę  dlatego,  że  to  praca,  którą  chce  wykonywać. 
Kobietą, która kochałaby jakiegoś mężczyznę dlatego, że chciałaby go kochać.   

Catherine  zazdrościła  tej  kobiecie,  a  także  się  jej  obawiała,  ponieważ  to  właśnie  takie 

kobiety jak Cathy znajdowały w życiu szczęście. Zawsze wiedziała jednak, że może być albo 
Cathy,  albo  Catherine,  ale  nie  może  być  obiema  równocześnie.  Już  dawno  podjęła  decyzję, 
którą  z  nich  chce  być.  I  tylko  dlatego,  że  Matt  zdołał  zasiać  niepokój  w  jej  umyśle,  nie 
zacznie się zastanawiać nad słusznością swego wyboru.   

Zebrała papiery z biurka, ułożyła je według ważności wezwań i wyszła z przychodni. Jak 

to dobrze, że może wrócić do swoich obowiązków.   

 
– Matthew, to ja, Catherine. Wybacz, że cię niepokoję, ale mam pewien problem.   
Obejrzała  się  nerwowo  za  siebie,  usłyszawszy  jakiś  hałas,  ale  była  to  tylko  zardzewiała 

puszka  gnana  wiatrem  po  chodniku.  Catherine  przywarła  do  muru  budynku,  nie  pragnąc 
niczego więcej, jak znaleźć się z powrotem w przychodni.   

Dochodziła czwarta. Myślała, że o tej porze już dawno będzie po wizytach, ale sytuacja 

nie  rozwinęła  się  zgodnie  z  planem.  Wizyty  tego  dnia  przeciągnęły  się  dłużej  niż 
przewidywała, a więc i tak była spóźniona, zanim jeszcze dotarła do bloku znajdującego się 

background image

na  obrzeżach  ich  dzielnicy.  Okolica  tutaj  była  zupełnie  inna  niż  tam,  gdzie  krążyła  tego 
popołudnia.  Wokół  walały  się  śmieci,  domy  były  zaniedbane  i  brudne.  Mimo  że  nikogo  w 
pobliżu nie dostrzegła, poczuła się nieswojo.   

– Co się stało? – spytał zaniepokojony Matt, i od razu poczuła się raźniej.   
– Uwierzyłbyś, że się zgubiłam? – powiedziała z pozorną beztroską.   
– Nie bardzo, muszę przyznać.   
Roześmiał  się  i  nagle  wyobraziła  go  sobie  siedzącego  przy  biurku  w  gabinecie.  Jego 

śmiejące  się  błękitne  oczy  i  usta  złożone  w  cudowny  uśmiech,  który  prawie  nigdy  nie 
schodził z jego ust.   

– Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żebyś bardzo często się gubiła, Cathy.   
– Bo tak nie jest. Sama nie wiem, co się stało. Zgodnie z planem miasta jest tylko jedna 

ulica o tej nazwie. Czy możliwe, żeby Margaret pomyliła adres? 

–  Cóż,  myślę,  że  to  możliwe,  choć  mało  prawdopodobne.  Margaret  jest  wyjątkowo 

skrupulatna.   

– Sprawiał wrażenie zaskoczonego. – Powiedz mi, gdzie jesteś, sprawdzę to.   
– Dzięki. – Catherine podała mu nazwisko i adres wskazany przez Margaret.   
– Zaczekaj, zaraz przejrzę zlecenia – powiedział.   
– Nazwisko pacjenta jakoś nic mi nie mówi.   
Catherine  usłyszała  odgłos  słuchawki  odkładanej  na  biurko.  Kurczowo  przyciskała  do 

ucha komórkę. Na ogół nie była lękliwa, ale było coś niesamowitego w całej tej sytuacji, gdy 
stała tak na środku wyludnionej ulicy. Odetchnęła z ulgą, usłyszawszy ponownie głos Matta.   

–  Mam  przed  sobą  zlecenia.  Adres  jest  właściwy.  Chodzi  o  panią  Grimes,  zamieszkałą 

przy ulicy Ansell Heights czterdzieści dwa.   

– A więc nie wiem, co się stało – powiedziała, mając nadzieję, że Matt nie zorientuje się, 

jak bardzo jest zdenerwowana. – Pukałam co najmniej dziesięć razy i nikt nie odpowiada.   

–  Dziwne  –  przyznał.  –  Według  naszej  dokumentacji  pani  Grimes  mieszka  tam  już  od 

dłuższego czasu. Musi być po siedemdziesiątce. Ostatni raz była u nas ponad trzy lata temu. 
Jest pacjentką Glendy, co wyjaśnia, dlaczego jej nie pamiętam.   

– Trudno, żebyś pamiętał każdego pacjenta.   
– Hm, może masz rację. – Zaśmiał się. – Skąd wiedziałaś, o czym myślę? 
– Zgadłam – skwitowała krótko. – Dzięki za informacje. Spróbuję jeszcze raz. Jeśli jej nie 

ma,  porozumiem  się  z  nią  jutro.  Może  pani  Grimes  lepiej  się  poczuła  i  wyszła, 

zapomniawszy, że prosiła o wizytę.   

– Możliwe, ale zadzwonię jednak do opieki społecznej i dowiem się, czy ostatnio się z nią 

kontaktowali.  Nie  darowałbym  sobie,  gdyby  się  okazało,  że  była  zbyt  chora,  aby  móc 
otworzyć.   

– Masz rację – przyznała Catherine. – Jeśli nadal nie będzie otwierać, dam ci znać.   
Westchnęła i schowała telefon do kieszeni. Zastanawiała się, czy nie poprosić Matta, by 

przestał zwracać się do niej Cathy. Nie chciała co prawda robić z tego wielkiej sprawy, ale 
wolała  jednoznacznie  określić  charakter  ich  znajomości.  Drugą  możliwością  było 
zignorowanie tego... Ale, ale, miała wątpliwości, czy potrafi to zignorować.   

background image

Skrzywiła  się.  Nie  lubiła  niejasnych  sytuacji,  a  tym  bardziej  takich  rozterek.  Zazwyczaj 

potrafiła  zająć  w  każdej  sytuacji  jednoznaczne  stanowisko.  Co  takiego  jest  w  Matcie,  że 
nawet najprostsza decyzja staje się trudna? 

Nie  miała  pojęcia,  jak  odpowiedzieć  na  to  pytanie,  kolejne,  jakie  zadawała  sobie  w 

ostatnim  czasie,  a  więc  przestała  o  tym  myśleć  i  poszła  ponownie  pod  wskazany  adres. 
Zapukała do drzwi po raz kolejny.   

– Kto tam? W jakiej sprawie? – Ze środka dobiegł płaczliwy głos.   
– Jestem doktor Lewis. Z przychodni.   
– Lewis? Nie znam żadnego lekarza o tym nazwisku. Niech pani sobie idzie. Proszę mnie 

zostawić w spokoju! – Pani Grimes musiała być przerażona.   

– Nie słyszała pani o mnie, bo pracuję w przychodni dopiero od poniedziałku. Zastępuję 

doktor Williams.   

Kobieta nie reagowała.   
– Nie ma się pani  czego obawiać, pani  Grimes.  Chcę tylko  sprawdzić, czy nic pani  nie 

jest. Proszę otworzyć.   

Wstrzymała  oddech,  czekając,  co  zrobi  starsza  pani.  Odetchnęła  z  ulgą,  gdy  usłyszała 

szczęk zasuwy i zobaczyła pomarszczoną twarz zerkającą przez uchylone drzwi.   

– Na pewno jest pani z przychodni? – Staruszka wyraźnie jej nie dowierzała. – Nie jest 

pani od tamtych? 

– Nie. – Catherine potrząsnęła głową, choć nie miała pojęcia, o kim pani Grimes mówi. – 

Jestem  lekarką  z  przychodni  w  Brookdale.  Oto  mój  identyfikator.  –  Wsunęła  w  drzwi 
plastikową plakietkę.   

– Proszę, niech pani wejdzie.   
– Dziękuję. – Catherine poszła za starszą panią do pokoju zarzuconego starymi gazetami i 

magazynami. W pierwszej chwili nie wiedziała, gdzie położyć neseser. Umieściła go w końcu 

na skrawku wolnego miejsca na stole.   

– Proszę niczego nie ruszać – ostrzegła ją pani Grimes. – Mój Albert bardzo dbał o to, 

żeby wszystkie jego papiery były w porządku.   

–  Niech  pani  będzie  spokojna,  będę  uważać  –  zapewniła  ją  Catherine,  uznając,  że  ów 

Albert  musiał  być  geniuszem,  skoro  rozeznawał  się  w  tym  bałaganie.  –  A  teraz  proszę  mi 
powiedzieć, co pani dolega? – zwróciła się do kobiety.   

– To. – Starsza pani uniosła spódnicę i wskazała mocno zaczerwienione miejsce na udzie.   
– Brzydko wygląda – stwierdziła Catherine. – Jak to się stało? 
– To mój Timmy. Skoczył mi na kolana, kiedy jadłam śniadanie, i wylał herbatę. Bardzo 

boli, dlatego panią wezwałam.   

– Myślę, że boli – zgodziła się Catherine, wyjmując z neseseru rękawiczki.   
Uklękła obok kobiety i  delikatnie obmacała oparzenie rozciągające się niemal od biodra 

po  kolano.  Na  skórze  były  liczne  pęcherze,  niektóre  popękały,  sączył  się  z  nich  płyn 

surowiczy.  Do  ran  przylgnęły  kawałeczki  wełny  ze  spódnicy.  Będzie  musiała  najpierw 
oczyścić oparzone miejsce, a dopiero potem je opatrzyć.   

– A kto to jest Timmy? – spytała. – Pani pies? – Chciała zająć czymś uwagę kobiety, bo 

background image

taki zabieg jest bolesny.   

– To kot, duży stary kocur, którego termin ważności dawno minął. Tak jak mój – dodała 

ze śmiechem pani Grimes.   

Catherine rozbawiło poczucie humoru starszej pani.   
– Cóż, niezły z niego łobuz, skoro tak panią urządził.   
– Może i tak, ale za żadne skarby bym go nie oddała. Teraz, kiedy mój Albert nie żyje, 

mam  tylko  jego.  Wiem,  że  dla  niektórych  to  tylko  kot,  ale  dla  mnie  jest  jak  ktoś  z  rodziny. 
Nie  mieliśmy  z  Albertem  dzieci,  nie  dostąpiliśmy  tego  błogosławieństwa,  ale  zawsze 
mieliśmy  kota,  a  Timmy  jest  najlepszy  ze  wszystkich.  Nie  ruszą  mnie  stąd,  dopóki  mi  nie 
znajdą takiego miejsca, gdzie będę mogła zabrać Timmy’ego. Powiedziałam im to! 

– Im? Ma pani na myśli wydział lokalowy? 
– Wydział  lokalowy, radę miejską, to  dla mnie  wszystko jedno. Co mnie obchodzi, jak 

siebie  nazywają.  Przychodzą  tutaj,  mówią,  co  mogę,  a  czego  nie  mogę  robić,  że  bardzo  im 
przykro,  ale  nie  mogę  zabrać  ze  sobą  kota,  ale  przynajmniej  będę  miała  ładne  nowe 

mieszkanko,  a  więc  mam  się  nie  martwić.  –  Starsza  pani  aż  zachłysnęła  się  z  oburzenia.  – 
Powiedziałam im prosto z mostu: jeśli nie mogę wziąć Timmy’ego, to nigdzie nie pójdę. Nic 
mnie nie obchodzi, czy jestem ostatnia, która została w tym budynku, bo nigdzie się bez niego 
nie ruszę! 

Catherine  westchnęła.  Wyjęła  z  neseseru  opatrunek  nasączony  antybiotykiem,  co  miało 

zminimalizować ryzyko zakażenia, i ostrożnie bandażowała nogę, myśląc przy tym, jakie to 
przykre, że ktoś tak wrażliwy jest traktowany w sposób tak bezduszny.   

–  Na  pewno  wydział  lokalowy  mógłby  znaleźć  miejsce,  gdzie  mogłaby  pani  zabrać 

Timmy’ego. Przecież na pewno jest dużo takich ludzi jak pani, którzy mają koty i psy, i nie 
chcą się z nimi rozstać.   

–  Właśnie  to  im  mówię.  –  Pani  Grimes  wzruszyła  ramionami.  –  Ale  nie  chcą  mnie 

słuchać. Myślą, że mnie zmuszą, bo jestem za stara, żeby z nimi walczyć...   

– Urwała, gdy do pokoju wszedł ogromny rudy kot.   
– Oto on. Chodź, Timmy, chodź kotku. Chodź do swojej mamusi.   
Catherine  roześmiała  się,  gdy  kot  przemaszerował  przez  pokój  i  usiadł  obok  krzesła 

swojej pani.   

– Rozumie, co pani do niego mówi? 
– Oczywiście! Rozumie każde słowo,  prawda, serdeńko? To dlatego jest  takim  dobrym 

towarzyszem.  Gdybym  nie  miała  Timmy’ego,  nie  byłoby  sensu  wstawać  rano  z  łóżka.  On 
utrzymuje mnie przy życiu.   

A tymczasem paru bezdusznych urzędasów próbuje tę biedną kobietę zmusić do pozbycia 

się ^zwierzęcia. Catherine aż się zatrzęsła z oburzenia i zaczęła gorączkowo myśleć, czy nie 
mogłaby pomóc jakoś starszej pani. Normalnie nie dawała się wciągnąć w prywatne sprawy 
pacjenta,  ale  sytuacja  pani  Grimes  poruszyła  ją  do  głębi.  Może  telefon  do  wydziału 
lokalowego coś tu pomoże.   

Nie  wspominała  jednak  pani  Grimes  o  interwencji,  jaką  chciała  podjąć,  by  nie  robić 

kobiecie niepotrzebnych nadziei. Wstała, spakowała narzędzia i zamknęła neseser.   

background image

– Myślę, że z nogą wszystko będzie dobrze, ale trzeba będzie zmienić opatrunek. Proszę 

zadzwonić do naszej pielęgniarki, Ann Talbot, i poprosić, żeby panią odwiedziła.   

– Wolałabym, żeby pani przyszła, pani doktor. Skoro znam panią, to co za sens, żebym 

się przyzwyczajała do kogoś innego. – Zerknęła na kota. – I Timmy już panią zna.   

– W takim razie – Catherine uśmiechnęła się – nie będziemy włączać w to Ann, prawda? 

Dobrze, pani Grimes, jutro po południu wpadnę zobaczyć, jak się pani czuje.   

Wyszła na ulicę. Uzmysłowiła sobie, jak bardzo jest już spóźniona na wieczorny dyżur.   
– Wszystko w porządku? 
Obejrzała się gwałtownie i serce podskoczyło jej do gardła. Oparty o samochód stał Matt.   
– Co ty tu robisz? – spytała ze zdziwieniem.   
– Jak to co? Czekam na ciebie.   
– Czekasz? Po co? 
–  Martwiłem  się  o  ciebie,  więc  postanowiłem  cię  znaleźć  –  odparł  z  uśmiechem.  –  To 

naturalne.   

Naturalne? Czy to rzeczywiście jest z góry przesądzone, że powinien się o nią martwić? 

Catherine  wiedziała,  że  na  tym  należy  poprzestać.  Fakt,  że  Matt  niepokoił  się  o  nią  tak,  że 
postanowił ją odszukać, już sam w sobie dawał do myślenia. Ile czasu upłynęło, odkąd ktoś 
się o nią martwił? 

–  Dziękuję  za  troskę  –  odrzekła  chłodno,  starając  się  ukryć  targające  nią  uczucia.  Nie 

chciała, by Matt czuł się za nią odpowiedzialny, ale skłamałaby, twierdząc, że jego troska nie 
sprawia jej przyjemności. – Nie musisz się martwić, bo wszystko jest w porządku.   

–  Cieszę  się,  ale  mimo  wszystko  się  martwiłem,  Cathy.  –  Dotknął  lekko  jej  ramienia, 

przez  kurtkę  poczuła  ciepło  jego  dłoni.  Usunęła  się.  Jego  dotyk  dawał  jej  poczucie 
bezpieczeństwa,  a  to  było  coś  tak  nieoczekiwanego,  że  ją  przerażało.  –  Po  twoim  telefonie 
przypomniałem sobie, że przecież cała ta dzielnica jest przeznaczona do wyburzenia. Balem 
się, że ktoś podał fikcyjny adres, że posługując się nazwiskiem i adresem pani Grimes, chciał 
cię tutaj zwabić. Uznałem, że nie można narażać cię na takie ryzyko i postanowiłem za tobą 
pojechać.   

–  Jak  widzisz,  nic  mi  nie  jest.  –  Uśmiechnęła  się,  nie  chcąc  okazać,  jak  bardzo  jest 

poruszona. Już dawno podjęła decyzję, że nigdy nie dopuści do tego, by znaleźć się w takiej 

sytuacji  jak  niegdyś  jej  matka.  Nigdy  nie  pozwoli,  by  ktoś  ją  zdominował,  nie  ulegnie 
żadnemu mężczyźnie.   

– Nie zdawałam sobie sprawy, że te domy są do rozbiórki – wyjaśniła. – Tym  bardziej 

ktoś  powinien  pomóc  pani  Grimes.  To  hańba,  że  kobieta  w  jej  wieku  jest  pozostawiona  w 
takim miejscu.   

– Zgadzam się. Dlaczego jej nie przesiedlili? Nic ci nie mówiła? 
– Owszem. Nie zgodziła się, ponieważ nie pozwalają jej wziąć kota.   
–  Typowa  bezduszna  biurokracja  –  parsknął  Matt.  –  Co  my  możemy  zrobić  w  tej 

sprawie? 

My?  Wydawało  się,  że  przyjął  jako  pewnik,  że  będą  razem  pracowali.  Nie  była  pewna, 

jak to traktować. Przejście od „ja” do „my” nie jest może dużą różnicą w koniugacji, ale dla 

background image

niej, Catherine, ogromną.   

– Ja chciałam się jutro skontaktować z wydziałem lokalowym – wyjaśniła, podkreślając 

zaimek „ja”.   

– Świetnie, wobec tego ja pójdę do opieki społecznej.   
Najwyraźniej postanowił już, że w tej sprawie będzie walczył ramię w ramię z nią i nic go 

przed tym nie powstrzyma.   

– Dobrze. – Odwróciła się, żeby nie zobaczył wyrazu jej twarzy. Może dlatego, że była 

przyzwyczajona  do  samodzielnego  borykania  się  z  wszelkimi  przeciwnościami,  już  sama 
myśl  o  tym,  że  Matt  chce  ją  wesprzeć,  tak  nią  wstrząsnęła.  Nagle  przestała  się  czuć 
pozostawiona  sama  sobie  i  to  było  dla  niej  coś  zupełnie  nowego,  z  czym  nie  bardzo  sobie 
umiała poradzić. Z ulgą wsiadła do samochodu i zatrzasnęła drzwi.   

–  Będę  cię  pilotował  do  przychodni!  –  zawołał  jeszcze  Matt.  –  Jest  późno,  a  ja  znam 

drogę na skróty.   

Pomachał  do niej i  ruszył  pierwszy.  Jechał  powoli,  coraz to  sprawdzając,  czy nie zgubił 

jej w plątaninie bocznych uliczek.   

Nigdy  bym  się  stąd  sama  nie  wydostała!  –  pomyślała  Catherine.  Dojechali  w  końcu  do 

głównej  ulicy.  Matt  przejechał  skrzyżowanie,  ona  musiała  się  zatrzymać.  Zobaczyła,  że  po 
drugiej stronie skrzyżowania zjechał na pobocze, by na nią zaczekać. Poczuła ogarniające ją 
ciepło. Jak to dobrze, gdy ktoś się o ciebie troszczy, pomyślała. Naprawdę dobrze.   

Nagle uświadomiła sobie, że bardzo łatwo byłoby  uzależnić się od Matta, zdać na niego 

całkowicie.  Był  typem  mężczyzny,  który  dawał  kobiecie  poczucie  bezpieczeństwa  – 
niezawodny,  godny  zaufania,  opiekuńczy.  A  poza  tym  jeszcze  przystojny  i  dowcipny, 

uprzejmy i troskliwy, co czyniło go znacznie bardziej niebezpiecznym. Tacy jak Matt nie są 

dla niej. Tacy nie uznają półśrodków ani kompromisów. Jeśli taki mężczyzna kocha kobietę, 
to kocha ją całym sercem, bez zastrzeżeń. I tego samego niewątpliwie oczekiwałby od niej, a 
ona nie zamierza dawać żadnemu mężczyźnie takiej władzy.   

Jest zadowolona, że doprowadził ją z powrotem do przychodni, ale nigdy nie pozwoli mu 

sprowadzić się z raz obranej drogi.   

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Mimo  że  jechali  skrótem,  spóźnili  się  piętnaście  minut.  Poczekalnia  była  już  pełna. 

Catherine uśmiechnęła się przepraszająco do dwóch recepcjonistek.   

– Przepraszam za spóźnienie – powiedziała. – Pacjentka mnie dłużej zatrzymała.   
–  Nie  szkodzi,  pani  doktor.  Jesteśmy  do  tego  przyzwyczajone,  prawda,  Sharon?  – 

Margaret rzuciła porozumiewawcze spojrzenie młodszej koleżance.   

–  Ale  to  naprawdę  nie  leży  w  moim  zwyczaju  –  tłumaczyła  się  Catherine.  –  Zawsze 

jestem punktualna.   

–  Jeśli  spóźnienie  raz  czy  drugi  to  twój  jedyny  grzech,  jakoś  to  przeżyjemy.  –  Matt 

uśmiechnął się do niej tak serdecznie, że od razu poczuła ulgę. – Bardzo się cieszymy, że tu z 
nami pracujesz. Panie się ze mną zgadzają, prawda? – zwrócił się do recepcjonistek.   

– Oczywiście, panie doktorze.   
Catherine zaczerwieniła się lekko, widząc spojrzenia, jakie między sobą wymieniły. Nie 

trzeba  być  geniuszem,  by  odgadnąć,  o  czym  myślą.  Oczywiste  było,  że  ani  Margaret,  ani 
Sharon nie wierzyły, że uznanie Matta odnosi się wyłącznie do jej kwalifikacji zawodowych.   

Szybko  weszła  do  gabinetu  i  nacisnęła  przycisk,  by  wezwać  pierwszego  pacjenta.  Musi 

się skoncentrować, a nie rozmyślać o tym, że Matt może być nią zainteresowany.   

Na szczęście tego wieczoru nie było ciężkich przypadków. Większość pacjentów skarżyła 

się na takie dolegliwości, jak kaszel i przeziębienie, z jakimi lekarz rodzinny ma do czynienia 
na  co  dzień.  Było  też  dwoje  chorych  na  astmę,  a  najpoważniejszym  przypadkiem  był 
trzynastoletni Benjamin King, leczony tu od kilku lat. Kiedy wszedł z matką do gabinetu, od 
razu zauważyła, że bardzo cierpi.   

– Usiądź na leżance, Benjamin – powiedziała. – A teraz spróbuj się rozluźnić. Wiem, że 

jesteś  przerażony,  bo  nie  możesz  swobodnie  oddychać,  ale  nie  ma  powodu  do  niepokoju. 
Zobaczysz, wszystko będzie w porządku.   

Uśmiechnęła się uspokajająco do chłopca i słuchała, jak oddycha. Atak astmy może być 

wywołany przez wiele czynników, od wysiłku fizycznego poczynając, a na drobinkach kurzu 
kończąc, ale efekt jest zawsze dramatyczny. Drogi oddechowe chorego tak się zwężają, że do 
płuc dochodzi niewielka ilość powietrza. Wtedy pacjent wpada w panikę, że się dusi, co tylko 
pogarsza  sytuację.  Catherine  obawiała  się,  żeby  to  właśnie  teraz  nie  nastąpiło.  Nałożyła 
Benjaminowi maskę tlenową.   

– A teraz proszę, żebyś powoli oddychał. Raz... i dwa... i trzy...   
Oddech chłopca stopniowo się wyrównywał.   
–  Doskonale!  –  rzekła  Catherine.  –  Tylko  tak  dalej,  a  wszystko  będzie  dobrze.  Czy 

Benjamin bierze leki zgodnie z zaleceniami? – spytała matkę chłopca.   

– Tak, nigdy nie zapomina wziąć leku. Jestem tego pewna. – Sandra King usiłowała się 

uśmiechnąć, ale Catherine widziała, jak bardzo jest zdenerwowana.   

– I wciąż suszę mu głowę, żeby nosił przy sobie inhalator.   
– Właśnie od tego są matki – odparła Catherine.   

background image

–  Czy  pani  przypadkiem  nie  wie,  co  mogło  wywołać  dzisiejszy  atak?  Z  dokumentacji 

Benjamina wynika, że ostatnio czuł się dobrze.   

– Tak, ale wie pani, jak to jest. Kiedy już się wydaje, że zaczyna być lepiej, coś się musi 

wydarzyć.   

–  A  co  się  dzisiaj  wydarzyło?  –  Catherine  znowu  popatrzyła  na  chłopca  i  stwierdziła  z 

zadowoleniem, że jego oddech znacznie się poprawił.   

–  Mieli  dziś  lekcję  geografii  w  terenie  –  poinformowała  Sandra.  –  Całe  popołudnie 

chodzili  z  planem  miasta  po  okolicy  i  lokalizowali  sklepy,  urzędy,  parki.  Musiał  się 
nawdychać  spalin  i  pewnie  to  mu  zaszkodziło,  bo  po  powrocie  do  domu  czuł  się  już źle,  a 
potem coraz gorzej.   

–  Myślę,  że  ma  pani  rację.  Zanieczyszczenie  powietrza  stanowi  duży  problem  w 

miastach. – Catherine zdjęła maskę tlenową z twarzy chłopca. – Lepiej się czujesz? 

– Trochę – bąknął Benjamin.   
Był  w  wieku,  kiedy  szczególnie  dotkliwie  musiał  odczuwać  wszelkie  rygory  i 

ograniczenia  spowodowane  chorobą.  Chorzy  na  astmę  muszą  unikać  czynności,  które 
mogłyby  wywołać  atak,  a  to,  co  zaakceptuje  dorosły,  dla  dziecka  może  być  trudne  do 
zniesienia.   

– Czemu mam tę wstrętną chorobę? – złościł się chłopiec. – Nikt z moich kolegów nie ma 

astmy i mogą robić . wszystko, co chcą! Dlaczego ja nie mogę? 

–  Wiem,  że  to  dla  ciebie  trudne,  Benjamin  –  zgodziła  się  Catherine  –  ale  ostatni  atak 

miałeś już dawno.   

Możliwe, że jak będziesz starszy, ataki miną. Często tak się zdarza.   
– Pan doktor Fielding mówił ci to, prawda, Benjie? 
– Sandra uśmiechnęła się do syna, chcąc mu dodać otuchy. – A kiedy tatuś zacznie nową 

pracę,  będziesz  się  na  pewno  czuł  dużo  lepiej.  Pomyśl  tylko,  jeszcze  przed  Bożym 
Narodzeniem  zamieszkamy  nad  morzem.  Tam  jest  znacznie  czyściej  niż  tutaj,  w  centrum 

miasta.   

–  Ale  tam  nie  będzie  kolegów  –  skrzywił  się  chłopiec,  najwyraźniej  niezadowolony  z 

czekającej ich przeprowadzki. – Tam będzie nudno.   

Catherine westchnęła. Na niektóre pytania nie ma łatwych odpowiedzi, a jeśli dotyczy to 

dzieci,  sprawa  komplikuje  się  jeszcze  bardziej.  Natychmiast  przypomniało  jej  się,  co  mówił 

Matt  o  swojej  matce.  Zamartwiała  się,  jak  sobie  poradzi,  gdy  ona  wyjedzie.  Skąd  to 

skojarzenie? 

 

W poczekalni było jeszcze kilkoro pacjentów, a więc dochodziła siódma, gdy skończyła 

dyżur.  Zebrała  karty,  by  je  wypełnić.  Choć  używali  systemu  komputerowego,  podobnie  jak 
wielu  lekarzy  rodzinnych  prowadzili  również  odręczną  dokumentację  pacjentów.  Stara 
metoda  podwójnego  zabezpieczenia.  Komputery,  owszem,  są  dobre,  ale  co  papier  to  papier. 
Ten nigdy nie zawiedzie ani nie spłata figla.   

Margaret  i  Sharon wyszły  wcześniej, a więc Catherine zgasiła światło i  nagle zobaczyła 

idącego korytarzem Matta. Prowadził pod rękę starszą kobietę.   

background image

–  Idę przeprowadzić przez ulicę panią Hargreaves – wyjaśnił. – Wieczorem  jest bardzo 

duży  ruch.  –  Podniósł  głos,  by  kobieta  mogła  go  słyszeć.  –  To  jest  doktor  Lewis  – 
poinformował ją. – Będzie zastępowała doktor Williams.   

– O, miło mi panią poznać. To dobra wiadomość, że doktor Williams oczekuje dziecka, 

prawda? A pani ma dzieci? – zainteresowała się pani Hargreaves.   

– Nie, nie jestem mężatką. – Catherine też starała się mówić głośno.   
– Teraz to nie ma znaczenia! – zaśmiała się starsza pani. – Wychodzi pani ;f kimś? 
– Czy wychodzę? – Catherine nie bardzo rozumiała.   
– Pani Hargreaves pyta, czy się z kimś spotykasz – wyjaśnił Matt.   
Catherine  poczuła,  że  się  czerwieni.  Nie  chciała  przy  Matcie  rozmawiać  o  swoim  życiu 

osobistym.   

– Uhm, w zasadzie nie – odparła. – Chwilowo z nikim się nie spotykam.   
–  Co  takiego?  Musisz  mówić  głośniej,  moja  droga.  Nie  dosłyszę.  –  Pani  Hargreaves 

przyłożyła dłoń do ucha.   

Catherine  zaczerwieniła  się  jeszcze  bardziej,  choć  zdawała  sobie  sprawę,  że  nie  ma 

powodów do zakłopotania. Co za znaczenie może mieć dla Matta, czy ona się z kimś spotyka, 

czy nie? 

– Nie mam sympatii, pani Hargreaves – wyjaśniła.   
–  Ach  tak.  –  Starsza  pani  uśmiechnęła  się.  –  Na  pewno  bez  trudu  znajdziesz  sobie 

jakiegoś miłego chłopca. Nie musisz daleko szukać. – Poklepała Matta po ramieniu. – Jeśli 
mogę coś doradzić, to nie wyobrażam sobie nikogo lepszego od doktora Fieldinga.   

–  Widzę,  że  bawi  się  pani  w  swatkę  –  zażartował  Matt,  wybawiając  Catherine  od 

konieczności odpowiedzi. – Nie wstyd pani? Speszyła pani biedną doktor Lewis.   

– Nie rozumiem, dlaczego doktor Lewis miałaby się speszyć, skoro powiedziałam tylko 

prawdę. Ale w takim razie nie będę już nic mówić – oznajmiła pani Hargreaves. – Chodźmy. 
Chcę  obejrzeć  telewizję,  a  na  pana  czekają  dziewczynki.  To  jeszcze  jeden  powód,  żeby 
pomyśleć o znalezieniu sobie żony. Dzieci potrzebują matki.   

–  Poddaję  się!  –  Matt  zrezygnowany  potrząsnął  głową.  –  Jest  pani  niepoprawna.  – 

Odwrócił  się  do  Catherine  z  wymowną  miną.  –  Pewno  pomyślisz  sobie,  że  jestem 
rzeczywiście beznadziejnym przypadkiem, skoro moi pacjenci próbują mnie ożenić.   

– Ale skąd! – zaprotestowała, zmuszając się do uśmiechu.   
–  Dobrze,  cieszę  się,  choć  mogłabyś  spróbować  powiedzieć  to  trochę  bardziej 

przekonująco.   

Odgadła,  że  żartuje,  lecz  uznała,  że  lepiej  będzie  zachować  milczenie.  Nie  miała 

szczególnej ochoty na roztrząsanie jego życia uczuciowego, podobnie zresztą jak własnego. 
Matt najwyraźniej się zorientował, bo zręcznie zmienił temat.   

– Mogłabyś zaczekać, aż wrócę, Catherine? – spytał. – Nie mam przy sobie kluczy, a nie 

chciałbym zostawić lecznicy otwartej. Będę za parę minut.   

– Nie ma sprawy, poczekam – odparła.   
– Dzięki.   
Patrzyła,  jak  Matt  idzie  korytarzem,  dostosowując  krok  do  tempa  starszej  pani.  Nie 

background image

dziwiło jej, że ją odprowadzał. Uprzejmość stanowiła nieodłączną część jego natury i jedną z 
cech,  które  najbardziej  w  nim  lubiła.  Dziwne,  rzadko  formułowała  opinie  o  ludziach,  z 
którymi  pracowała,  głównie  dlatego,  że  nigdy  nie  wzbudzali  jej  szczególnego 
zainteresowania. W Matcie było jednak coś, co kazało jej patrzeć na niego inaczej. Poza tym 
wyczuwała, że nie jest mu obojętna.   

Ta  myśl  dziwnie  ją  zaniepokoiła.  Dlaczego  Matt  tak  na  nią  działa?  Stała  przez  chwilę 

przed jego pokojem, po czym weszła do środka. Może tu znajdzie rozwiązanie tajemnicy? 

Rozejrzała  się  dokoła.  Był  to  typowy  gabinet  lekarski.  Mahoniowe  biurko  i  krzesła 

podobne do tych w jej gabinecie, obita zieloną skórą kozetka i monitor. Wokół ścian półki i 

szafy. Wszystko tutaj miało funkcjonalny charakter i nie wyglądało na to, by miało jej pomóc 
w rozwikłaniu zagadki.   

Już  miała  wyjść,  gdy  wzrok  jej  padł  na  stojącą  na  biurku  fotografię.  Przyglądała  się  jej 

przez chwilę z zaciekawieniem. Matta poznała od razu, choć zdjęcie pochodziło z pewnością 
sprzed  dobrych  kilku  lat,  jeśli  dzieckiem,  które  trzymał  na  rękach,  była  Hannah.  Drugim 
musiała  być  starsza  córka,  uznała,  choć  dziewczynka,  z  długimi  ciemnymi  włosami  i 
przepastnymi  piwnymi  oczami,  w  niczym  nie  przypominała  Matta.  Może  była  bardziej 

podobna do matki? 

– Przepraszam, nie wie pani, gdzie jest tata? Catherine podskoczyła jak oparzona, czując 

się winna, że przyłapano ją na węszeniu w cudzym pokoju. Od razu poznała dziewczynkę z 

fotografii, choć teraz była ona już o parę lat starsza.   

– Twój tata poszedł przeprowadzić przez jezdnię pacjentkę – odparła, szybko odstawiając 

zdjęcie. – Powinien zaraz wrócić.   

– Och. – Dziewczynka była wyraźnie zawiedziona.   
– Masz jakieś problemy? – spytała.   
–  Nie  mogę  sobie  poradzić z  francuskim  –  wyjaśniła.  –  Zwykle  babcia  mi  pomaga,  ale 

dziś poszła do kina z ciocią Bet. Ona właściwie jest moją ciocią babcią, ale nie cierpi, jak ją 
tak nazywam... No to chciałam, żeby mi tatuś pomógł. Aha, przy okazji, jestem Becky.   

– A ja Catherine Lewis, zastępuję Glendę.   
–  Domyśliłam  się.  Hannah  mi  o  tobie  mówiła.  Mówiła,  że  jesteś  bardzo  ładna  i  że 

obiecałaś  jej  poczytać...  –  Urwała  i  popatrzyła  na  nią  z  nadzieją  w  oczach.  –  Pewno  nie 
mówisz po francusku? Może mogłabyś mi pomóc, skoro nie ma taty? 

–  Twój  tata  zaraz  będzie...  –  zaczęła,  ale  nie  dokończyła  zdania,  widząc  minę 

dziewczynki. Nie była na tyle stara, by nie pamiętać, co w tym wieku znaczy nawet dziesięć 

minut czekania. – Dobrze, pomogę ci, ale nie spodziewaj się zbyt wiele. Już prawie wszystko 

z francuskiego zapomniałam.   

– Super! Na pewno pamiętasz więcej niż tatuś, bo nie jesteś nawet trochę taka stara jak 

on. Pędzę po książki! 

Catherine zachichotała. Chciałaby zobaczyć minę Matta, gdyby to usłyszał, zwłaszcza po 

tym, co powiedział wcześniej o nadchodzących urodzinach.   

Becky wróciła po trzech minutach z książkami.   
– Mam to przetłumaczyć na francuski i nie wiem, czy to dobry czasownik – wyjaśniła.   

background image

–  Myślę,  że  powinno  być  „voudrais”,  ale  na  wszelki  wypadek  sprawdźmy  –  poradziła 

Catherine.   

Tak się zagłębiły w tajniki gramatyki francuskiej, że nawet nie zauważyły, kiedy wrócił 

Matt.  Dopiero  gdy  Catherine  przypadkowo  podniosła  wzrok,  zobaczyła  go  w  drzwiach. 
Patrzył  na  nie  z  taką  zadumą  i  tęsknotą,  że  nagle  poczuła  ochotę,  by  go  objąć  i  przytulić, 
obiecać,  że  zrobi  wszystko,  co  w  jej  mocy,  by  go  uczynić  szczęśliwym.  Szybko  jednak 
przywołała się do porządku. Nie może ryzykować wplątania się w jego życie ze względu na 
skutki, jakie mogłoby to mieć dla jej planów na przyszłość.   

– Jest już tatuś, Becky – zwróciła się do dziewczynki. Starała się ukryć ból. Kilka razy 

zdarzyło  jej  się  odczuwać  chęć  zbliżenia  się  do  kogoś,  ale  zawsze  zdołała  się  przed  tym 
obronić. Wiedziała, jakie to niebezpieczne. Aż za dobrze pamiętała, jak cierpiała jej matka.   

– Wygląda na to, że ktoś jest zajęty – zauważył  Matt, wchodząc do gabinetu. – A więc 

jaki masz problem,  Becky?  –  Wskazał  wzrokiem książki  rozłożone na biurku. –  Nie umiesz 
zrobić zadania? 

– Nie, ale Catherine mi pomogła – odrzekła z uśmiechem dziewczynka, zgarniając swoje 

rzeczy.  –  Dziękuję,  Catherine.  Twój  francuski  jest  o  wiele  lepszy  niż  tatusia.  On  już  tak 
dawno chodził do szkoły, że zapomniał, czego się nauczył.   

–  Złośliwy  małpiszon!  –  Matt  lekko  pociągnął  dziewczynkę  za  ucho.  –  Poczekaj  tylko, 

młoda damo, jeszcze do mnie przyjdziesz.   

–  A  właśnie  że  nie.  Poproszę  Catherine  –  odparowała  Becky.  –  Jest  świetna  we 

francuskim! 

–  Naprawdę?  –  Matt  popatrzył  na  nią  ciepło.  –  Chyba  więc  podjąłem  słuszną  decyzję, 

proponując  jej  pracę.  Jest  nie  tylko  doskonałą  lekarką,  ale  i  świetną  korepetytorką.  Ciekaw 
jestem, jakie jeszcze talenty ukrywasz przed nami? 

Catherine  nie  miała  pojęcia,  co  powiedzieć.  Może  tylko  zadziałała  jej  wyobraźnia,  ale 

odniosła  wrażenie,  że  nagle  wyczuwa  w  powietrzu  dziwne  napięcie.  Z  ulgą  usłyszała 
dziecięcy głosik, który przerwał jej te rozmyślania.   

–  Jak  Catherine  ci  pomogła,  Becky,  to  może  mi  teraz  poczytać?  –  W  drzwiach  stała 

uśmiechnięta Hannah z książką w ręku. – Poczytasz mi? Proszę.   

Catherine spojrzała bezradnie na Matta, w nadziei, że pomoże jej wybrnąć z kłopotliwej 

sytuacji, ale on z trudem powstrzymywał śmiech.   

–  Ostrzegałem  cię  –  powiedział.  –  Mówiłem,  że  Hannah  ma  szczególny  talent  do 

zaskakiwania nieoczekiwanymi prośbami.   

Catherine  miała  ochotę  się  wykręcić,  ale  nie  mogła  się  zdobyć  na  to,  by  rozczarować 

dziewczynkę.   

– No dobrze, ale tylko jedną bajkę.   
–  Dobrze  –  zgodziła  się  ochoczo  dziewczynka  i  chwyciła  Catherine  za  rękę.  –  Chodź. 

Pokażę ci mój pokój. Wejdziemy pod koc, przytulimy się i mi poczytasz.   

Catherine  wiedziała,  że  popełnia  błąd,  ale  pozwoliła  dziewczynce  zaprowadzić  się  na 

górę.  Nie  chciała  uwikłać  się  w  niewygodną  dla  siebie  sytuację,  ale  nie  była  w  stanie 
powstrzymać rozwoju wydarzeń. Westchnęła. Praca w przychodni w Brookdale może okazać 

background image

się czymś więcej niż zwykłym wypełnianiem obowiązków lekarza.   

– I dwie żabki zostały w stawie i żyły sobie długo i szczęśliwie.   
Zamknęła  książkę,  zastanawiając  się,  czy  Hannah  już  naprawdę  usnęła.  Za  każdym 

razem, gdy chciała wyjść, dziewczynka otwierała oczy i prosiła, by przeczytała jeszcze jedną 
bajkę. W końcu zasnęła.   

Catherine zgasiła światło i wymknęła się z pokoju. Omal nie wpadła na Matta.   
– Przyszedłem zobaczyć, jak sobie radzisz – wyjaśnił. – Wiem, jaki to mały potwór, kiedy 

zdoła zmusić kogoś do poczytania. Nigdy nie zadowoli się jedną bajką. Ile przeczytałaś? 

– Sześć, ale wreszcie zasnęła, to najważniejsze.   
Uśmiechnęła się i podeszła do schodów. Sypialnie znajdowały się na piętrze, a podest był 

tu  tak  wąski,  że  przechodząc,  dotknęła  ramionami  klatki  piersiowej  Matta.  Jego  ciało  było 
muskularne i gorące.   

–  Cóż,  naprawdę  jestem  ci  bardzo  wdzięczny,  Catherine  –  powiedział.  –  Dziękuję,  że 

okazałaś  tyle  cierpliwości.  –  Przycisnął  się  do  ściany.  –  Mało  tu  miejsca  –  zauważył.  –  W 
dawnych czasach musiały tu być pomieszczenia dla służby.   

–  Tak?  Być  może.  –  Catherine  była  rozkojarzona.  Szybko  zeszła  na  dół,  nie  chcąc,  by 

zorientował się, jak podziałał na nią jego dotyk.   

–  Nie  musisz  się  spieszyć,  prawda?  Miałem  nadzieję,  że  zjemy  razem  kolację.  –  Matt 

przytrzymał  ją  za  ramię.  Czuła  dotyk  każdego  jego  palca.  Wstrzymała  oddech,  przerażona 
tym,  co  się  z  nią  dzieje.  Musi  położyć  temu  kres!  Musi  sama  o  sobie  decydować,  a  nie 
zachowywać się bezwolnie. Już otworzyła usta, by powiedzieć, że nie może zostać, ale Matt 
ją ubiegł.   

– Tylko nie mów, że masz umyć włosy.   
– Nie rozumiem.   
– Odniosłem wrażenie, że szukasz wymówki.   
– Wzruszył ramionami. – Myślę, że mycie włosów to pretekst numer jeden.   
–  Wiesz  to  z  doświadczenia?  –  Catherine  popatrzyła  na  niego  podejrzliwie  i  w  tym 

samym momencie pożałowała swego pytania.   

–  Nie,  a  zresztą  nie  mam  specjalnego  rozeznania.  Od  dawna  już  nie  prosiłem  żadnej 

kobiety,  żeby  zjadła  ze  mną  kolację,  ani  o  nic  w  tym  rodzaju.  A  ty,  Catherine?  Często 
używałaś tej wymówki, żeby nie urazić ewentualnego konkurenta? 

Ale  sprytne!  Jeśli  potwierdzi,  będzie  to  znaczyło,  że  mężczyźni  ustawiali  się  do  niej  w 

kolejce.  Jeśli  natomiast  odmówi,  wyjdzie  na  to,  że  rzadko  ktoś  ją  zapraszał.  I  tak  źle,  i  tak 

niedobrze. Zagryzła wargi, zastanawiając się nad odpowiedzią.   

–  Przepraszam!  –  roześmiał  się  Matt.  –  Nie  powinienem  był  zadawać  tego  pytania. 

Zacznijmy  od  początku  i  nie  komplikujmy  sprawy.  Jeśli  nie  masz  na  wieczór  żadnych 
planów, to może zostaniesz na kolacji? Nie będziesz musiała sama gotować.   

To dlatego ją zaprasza? Bo zrobiło się późno i ma wyrzuty sumienia, że tak długo czytała 

jego  córce?  Już  miała  odmówić,  gdy  nagłe  uświadomiła  sobie,  że  dochodzi  ósma.  W  tej 
sytuacji myśl o przygotowywaniu posiłku po powrocie do domu nie była pociągająca.   

– Dziękuję, zostanę z przyjemnością – powiedziała. – Umieram z głodu i rzeczywiście nie 

background image

mam ochoty na gotowanie. W domu pewno przegryzłabym tylko jakąś kanapkę.   

–  A  więc  tym  bardziej  musisz  zostać!  –  Poprowadził  ją  do  dużego  pokoju.  –  Wejdź  i 

rozgość się. Otworzę wino. Wypijemy po kieliszku, zanim podgrzeje się zapiekanka.   

Wyszedł do kuchni, a Catherine rozejrzała się dokoła. Po raz pierwszy była w tej części 

domu  i  nawet  nie  udawała,  że  jej  to  nie  ciekawi.  Nie  bardzo  się  orientowała,  jakie  było 
pierwotne przeznaczenie  tego pokoju,  ale sztukateria na suficie i  misternie ułożona mozaika 
na podłodze wskazywały, że mógł to być salon. Matt zmienił go w wygodny i przytulny pokój 
dzienny i musiała przyznać, że podobał jej się ten wystrój.   

Ściany  były  pokryte  różowymi  tapetami,  po  obu  stronach  kominka  stały  wyściełane 

aksamitem  sofy,  a  pod  ścianami  małe  stoliczki  z  rozmaitymi  bibelotami,  które  rodzina 
musiała  gromadzić  przez  lata.  Choć  w  pokoju  było  idealnie  czysto,  meble  były  już  lekko 
sfatygowane,  co  jednak  tylko  dodawało  im  urody.  Catherine  od  razu  poczuła  się  tu  jak  w 

domu, co było o tyle dziwne, że urządzenie jej pokoju dziennego w niczym nie przypominało 

tego.   

– No, wszystko przygotowane. – Matt wrócił do pokoju z butelką wina i kieliszkami. – 

Otworzyłem  czerwone,  mam  nadzieję,  że  będzie  ci  odpowiadało.  Niestety,  białe  już  się 
skończyło. – Ustawił kieliszki na stoliku, obok położył tackę z serami i krakersami. – To na 
początek,  żebyś  nie  umarła  z  głodu,  czekając  na  kolację  –  wyjaśnił.  –  Moja  opinia  lekarza 
zostałaby nadszarpnięta, gdyby pacjenci stwierdzili, ze wykańczam współpracowników.   

–  To  brzmi  jak  przekupstwo!  –  Roześmiała  się.  –  Karmisz  mnie  serami  i  krakersami, 

żebym nie powiedziała nikomu, jak ciężko każesz mi pracować.   

– Skąd wiesz? – Podsunął jej tacę. – Miejmy nadzieję, że to zadziała.   
– A ty tylko poczekasz, żeby się przekonać? – odpaliła, wsuwając do ust kawałek sera. – 

Podoba mi się ten pokój, Mart. Jest taki przytulny.   

–  Dziękuję,  choć  to  nie  moja  zasługa.  Kompletnie  nie  znam  się  na  takich  rzeczach.  To 

była działka Ruth, ona wszystko wybrała. – Napełnił kieliszki. – Od czasu jej śmierci niczego 
w tym pokoju nie zmieniłem – ciągnął. – Dodałem tylko parę drobiazgów, to tu, to tam.   

–  Cóż,  jest  bardzo  ładny,  niezależnie  od  tego,  kto  go  urządzał  –  zauważyła  uprzejmie, 

zdziwiona, że na wzmiankę o żonie poczuła ukłucie w sercu.   

–  Cieszę  się,  że  ci  się  podoba.  Chciałem  po  prostu,  żeby  dzieci  miały  gdzie  odrabiać 

lekcje i oglądać telewizję. Nie zależało mi, żeby wszystko było zharmonizowane.   

–  Może  dlatego  tak  dobrze  to  wygląda.  Pokój  sprawia  wrażenie,  jakby  przeszedł 

„ewolucję”.   

–  Dobrze  to  ujęłaś!  –  Zaśmiał  się.  –  Nie  zastanawiałem  się  nad  tym  specjalnie. 

Dodawaliśmy tylko po kilka drobiazgów, kiedy je znaleźliśmy z dziewczynkami.   

– Co rozumiesz przez „znaleźliśmy”? 
–  Jeśli  zdradzę  ci  sekret,  przyrzekasz,  że  nikomu  go  nie  wyjawisz?  –  spytał 

konspiracyjnym tonem.   

– Cóż, myślę, że nie. – Popatrzyła na niego zdziwiona.   
– Mamy bzika na punkcie rzeczy używanych.   
W niedzielę rano zawsze przeglądamy to, co ludzie wystawili na ulicę.   

background image

– Naprawdę? 
– Tak. – Podał jej mały srebrny talerzyk. – Znaleźliśmy go dwa tygodnie temu. Był cały 

czarny, a patrz, jak teraz błyszczy.   

– Ależ to istne cudo! – zachwyciła się.   
–  Owszem.  Myślę,  że  musiał  być  dużo  wart,  a  już  na  pewno  więcej  niż  pięćdziesiąt 

pensów,  które  Becky  za  niego  zapłaciła.  Ale  to  nie  dlatego  wybieramy  się  na  poszukiwanie 

skarbów. – Uśmiechnął się z zadumą.   

–  Po  prostu  to  dla  nas  okazja,  żeby  spędzić  razem  ranek  –  mówił  dalej.  –  Jesteśmy  na 

powietrzu,  mimo  że  zwykle  pada,  a  poza  tym  nie  masz  pojęcia,  jaka  to  frajda  znaleźć  coś 
naprawdę ładnego. Dziewczynki uczą się przy okazji, że nie trzeba od razu wydawać Bóg wie 
ile,  żeby  mieć  trochę  radości.  Jeśli  jesteś  samotnym  rodzicem,  zawsze  istnieje  ryzyko,  że 
zechcesz to jakoś dzieciom zrekompensować zakupami. A przecież pieniądze to nie wszystko, 
prawda? 

– Nie, chyba nie – przyznała Catherine z namysłem.   
Gdyby Matt zadał jej to pytanie jeszcze parę dni wcześniej, nie przyznałaby mu racji. Gdy 

dorastała, w domu zawsze brakowało pieniędzy i często była z tego niezadowolona. To była 
jedna  z  przyczyn,  że  tak  bardzo  starała  się  odnieść  w  życiu  sukces,  ale  uwaga  Matta  nagle 
kazała  jej  się  zastanowić,  czy  pieniądze  rzeczywiście  stanowią  panaceum  na  wszystkie 
problemy.  Czy  aby  nie  popełnia  błędu,  koncentrując  się  na  gromadzeniu  dóbr  materialnych, 
zamiast na szczęściu osobistym? 

Nie sposób było odpowiedzieć teraz na to pytanie, ale słowa Matta dały jej do myślenia. 

Dowodziły, jak dużo serca i wysiłku wkłada w wychowanie dzieci. Od kiedy to trwa? 

– Kiedy zmarła twoja żona, Matt? – spytała.   
– Pięć lat temu, na miesiąc przed pierwszymi urodzinami Hannah. – Westchnął. – Ruth 

odkryła,  że  ma  raka  jajnika  w  tym  samym  czasie,  kiedy  stwierdziła,  że  jest  w  ciąży. 
Odmówiła  leczenia,  ponieważ  to  oznaczałoby  konieczność  usunięcia  ciąży.  Dla  Ruth  taka 
ewentualność nie wchodziła w grę.   

–  O  Boże,  to  straszne!  –  westchnęła  Catherine.  –  Jak  ty  się  czułeś,  to  znaczy,  jak  się 

czułeś, kiedy odmówiła leczenia? – Nawet nie chciała sobie wyobrażać, jak trudno przyszło 
mu pogodzić się z decyzją żony.   

–  Prawdę  mówiąc,  myślę,  że  wyczerpałem  całą  gamę  emocji.  Chciałem,  żeby  Ruth  się 

leczyła, ale wiedziałem, że nie wolno mi jej zmuszać do czegoś, co było całkowicie sprzeczne 
z  jej  przekonaniami.  Ruth  była  osobą  głęboko  wierzącą  i  usunięcie  ciąży,  abstrahując  od 

przyczyny, nie wchodziło dla niej w grę. Myślę, że się łudziłem, że kiedy dziecko przyjdzie 
na świat, będzie jeszcze można coś dla niej zrobić. – Uśmiechnął się smutno. – Ale wtedy już 
było  za  późno.  Moja  jedyna  pociecha  to  to,  że  Ruth  była  tak  szczęśliwa,  kiedy  Hannah  się 
urodziła, zdrowa i silna.   

– Tak mi przykro – szepnęła Catherine.   
–  Bardzo  to  przeżyłem,  ale  wiem,  że  Ruth  nie  chciałaby,  żebym  spędził  życie  na 

opłakiwaniu jej. To nie byłoby w jej stylu. Poza tym muszę pamiętać o dziewczynkach. Przez 
ostatnie lata były dla mnie najważniejsze w życiu.   

background image

– Nigdy nie myślałeś o tym, żeby się powtórnie ożenić? 
– Nie. – Wzruszył ramionami, ale w jego oczach było coś, co sprawiło, że serce znowu 

mocniej jej zabiło. – Nie spotkałem dotychczas nikogo, kogo bym chciał poślubić. Ale, ale, 
zapiekanka już pewno gotowa. Zaczekaj chwilkę.   

Wstał i wyszedł z pokoju. Catherine wypiła parę łyków wina, ale nawet nie poczuła jego 

smaku.  Mogła  teraz  myśleć  tylko  o  tym,  co  powiedział  Matt.  Nie  spotkałem  dotychczas 

nikogo, kogo bym chciał poślubić. Dotychczas...   

Odstawiła kieliszek. Czyżby to była aluzja do niej? 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

– Było pyszne! – Catherine oparła się wygodnie i westchnęła z zadowoleniem. – Twoja 

mama naprawdę jest najwspanialszą kucharką pod słońcem.   

– Prawda? – Matt przełknął ostatni kęs i odłożył widelec. – Lata praktyki. Do śmierci ojca 

prowadzili  własną  firmę  cateringową.  Mama  osobiście  sprawdzała  jadłospis  i  biada  temu, 
czyje potrawy nie spełniały jej wymogów.   

– Wyobrażam sobie! – rzekła z uśmiechem Catherine.   
Starała się ze wszystkich sił nie myśleć o tym, co Matt powiedział przed kolacją, lecz nie 

było to łatwe. Fakt, że mówiąc o ewentualnym ponownym małżeństwie, mógł nawiązywać do 
jej  osoby,  wywoływał  w  niej  mieszane  uczucia.  Z  jednej  strony  wiedziała,  że  musi  mu 
wyraźnie dać do zrozumienia, że nic ich nie będzie łączyć poza pracą, z drugiej jednak nie 
mogła zaprzeczyć, że sama myśl o tym mile łechtała jej kobiecą próżność.   

–  Dlaczego  zrezygnowała  z  prowadzenia  interesu?  –  spytała,  by  oderwać  się  od 

natrętnych myśli. – Bała się, że sama sobie nie poradzi? 

– Tak twierdzi, choć nie wiem, czy powinienem jej wierzyć. Mama nigdy by się do tego 

nie przyznała, ale ja myślę, że zrezygnowała, żeby mi pomóc w opiece nad dziewczynkami. 
Bez niej chyba bym sobie nie poradził, kiedy były młodsze.   

– Nigdy nie myślałeś o wzięciu opiekunki? 
– Owszem, ale mama mi odradziła. Twierdziła, że dla Becky i Hannah lepiej będzie, jeśli 

zaopiekuje  się  nimi  ktoś,  kogo  znają,  kto  tu  zamieszka.  Uznałem,  że  ma  rację,  a  więc 
zgodziłem się, żeby przyjechała. – Jego ton wskazywał, że wciąż ma z tego powodu wyrzuty 
sumienia.   

– Może opiekując się dziewczynkami, pomaga także sobie, nie tylko tobie – zauważyła. – 

Śmierć twojego ojca musiała być dla niej szokiem – ciągnęła. – Zajmując się dziewczynkami, 
koncentrowała się na czymś innym, być może pomogło jej to przetrwać trudny okres.   

– Masz rację – zgodził się. – Powinienem był sam to sobie uświadomić. – Uśmiechnął się 

serdecznie, wyciągnął rękę i delikatnie ścisnął jej dłoń. – Dziękuję, Catherine. Ale ja zawsze 
się  martwiłem,  że  mama  zrezygnowała  z  wielu  rzeczy  z  mojego  powodu.  Teraz  widzę,  że 
mogło jej to pomóc w ciężkim okresie po śmierci ojca. Byli cudownym małżeństwem. Wiem, 
jak bardzo za nim tęskni, nawet i teraz...   

–  Jestem  pewna,  że  prędzej  czy  później  sam  byś  doszedł  do  tego  wniosku.  – 

Bezskutecznie usiłowała cofnąć dłoń.   

– Może, ale ty mi zwróciłaś na to uwagę. – Ponownie ścisnął jej palce. Nagle zapragnęła, 

by  trzymał  jej  rękę  jak  najdłużej.  Dotyk  jego  dłoni  dawał  jej  nadspodziewane  poczucie 
bezpieczeństwa,  stały  punkt  oparcia.  Byłby  doskonałą  kotwicą  w  momentach  załamania, 
pomyślała, mężczyzną, który nigdy nie pozwoliłby jej pójść na dno.   

– Chyba byłem zbyt zajęty, żeby się nad tym zastanawiać – powiedział. – Każdy dzień 

wydaje się herkulesowym wysiłkiem.   

–  Musi  ci  być  trudno  –  przyznała.  –  Połączenie  pracy  z  obowiązkami  domowymi  dla 

background image

nikogo nie jest łatwe.   

– Nie, chociaż bardzo dużo kobiet to potrafi. – Potrząsnął głową. – Mówią, że mężczyźni 

nie  umieją  tak  jak  kobiety  trzymać  kilku  srok  za  ogon,  i  ja  nie  mam  zamiaru  z  tym 
polemizować.  A  co  ty  o  tym  myślisz,  Catherine?  Będziesz  dalej  pracowała,  kiedy  założysz 
rodzinę? 

–  Jeszcze  się  nad  tym  nie  zastanawiałam  –  odparła,  niezadowolona  z  obrotu  rozmowy. 

Podświadomie wyczuwała, że Matt byłby zbulwersowany, gdyby mu wyznała, że postanowiła 
nie mieć dzieci.   

– Nie? A mnie się wydawało, że wszystko już masz zaplanowane w szczegółach. Z tego, 

co widzę, doskonale wiesz, czego w życiu chcesz.   

Miał rację, bo zawsze wiedziała, czego chce. W każdym razie jeszcze do niedawna była o 

tym przekonana.   

Wstała,  nie  chcąc  ciągnąć  tego  tematu.  Może  i  zachowywała  się  dość  dziwnie,  odkąd 

zaczęła pracować w Brookdałe, ale to nie znaczy, że jej plany na przyszłość uległy zmianie. 
Wie dokładnie, co chce robić, i nie zmieni decyzji.   

– A teraz myślę, że najwyższy czas pójść do domu. – Uśmiechnęła się do Matta. – Dzięki 

za poczęstunek. Kolacja naprawdę była wyśmienita.   

– A ja dziękuję za towarzystwo. To było najlepsze ze wszystkiego.   
Odetchnęła z ulgą. Niepotrzebnie się bała. Są w końcu kolegami z pracy, którzy spędzili 

razem  wieczór.  Nic a nic nie wskazywało,  by Matt liczył na  coś więcej.  Jeśli nawet  spotkał 
kogoś, od kogo by oczekiwał, że stanie się częścią jego życia, na pewno nie była to ona. Z 
jakichś powodów to stwierdzenie trochę ją przygnębiło. Postanowiła jednak nie myśleć o tym 
dłużej. Zeszli na dół. Matt zaczekał, aż zdjęła z wieszaka płaszcz.   

– Pozwól. – Wziął go od niej i podał jej szarmanckim gestem. Wsunęła ręce w rękawy, 

poczuła na karku muśnięcie jego palców, gdy poprawiał kołnierz płaszcza.   

– Jeszcze raz dziękuję za kolację i za wszystko – powiedziała.   
– A ja jeszcze raz dziękuję za towarzystwo i za wszystko.   
Zaczerwieniła  się,  pospiesznie  chwyciła  za  klamkę,  ale  Matt  zrobił  to  pierwszy.  Ich 

dłonie  się  zetknęły.  Podniosła  wzrok  i  zobaczyła,  że  Matt  patrzy  na  nią  z  czułością.  Potem 
musnął wargami jej policzek, podniósł kołnierz płaszcza i odstąpił krok do tyłu.   

– Do zobaczenia, Catherine – rzekł. – Jedź ostrożnie.   
Skinęła głową, ale nie odezwała się ani słowem. Chyba powinna mu była powiedzieć, że 

nie  może  jej  całować,  że  takie  zachowanie  jest  nieodpowiednie,  ale  bała  się,  że  ją  źle 
zrozumie.   

Szybko pobiegła do samochodu. Matt wciąż stał w drzwiach, machając jej na dobranoc. 

Rozpaczliwie chciała odpowiedzieć mu tym samym, ale ręce odmawiały jej posłuszeństwa. W 
końcu dojechała do domu. Tutaj wiedziała, gdzie jest i kim jest. Była bezpieczna w świecie, 
który sobie stworzyła.   

Weszła  do  dużego  pokoju  i  czekała,  aż  ogarnie  ją  znajome  uczucie  spokoju,  jakie 

towarzyszyło  jej  zawsze,  gdy  wracała  po  całym  dniu  pracy.  Tym  razem  jednak  tak  się  nie 
stało.   

background image

Przymknęła  powieki  i  nagle  oczami  wyobraźni  zobaczyła  Matta  –  jego  ciepły  uśmiech, 

wysportowane ciało, czuły dotyk warg na jej policzku. Z oczu spłynęła jej łza. To wszystko, 
na co może sobie pozwolić, jedna łza. Nie może ulec emocjom, byłoby to zbyt ryzykowne, 
zbyt niebezpieczne, a na dodatek całkowicie sprzeczne z jej zasadami. Może sobie pozwolić 
tylko na tę jedną jedyną łzę, która spłynęła po policzku, który pocałował Matt...   

 
–  Dzień  dobry,  panie  Marshall,  tu  Catherine  Lewis.  Mam  nadzieję,  że  doktor  Fielding 

zawiadomił pana, że dziś ja do pana przyjdę.   

Było  czwartkowe  popołudnie.  Miała  mieć  wolne,  ale  zgodnie  z  obietnicą  daną  Mattowi 

poszła  odwiedzić  Davida  Marshalla.  Zdumiała  się  wielkością  domu,  pod  który  podjechała. 
Matt dokładnie jej wytłumaczył, jak trafić, ale nie wspomniał, że posiadłość jest olbrzymia. 
Otoczony  murem  dom,  położony  w  rozległym  ogrodzie,  musiał  być  wart  fortunę.  Catherine 
zastanawiała się, jak zostanie przyjęta.   

–  Ależ  tak,  powiedział,  że  będę  zachwycony  i  miał  rację.  Nie  ma  to  jak  piękna  młoda 

kobieta skacząca koło ciebie dla poprawienia nastroju! 

–  Dziękuję  –  odrzekła  wesoło.  –  Też  tak  myślę.  Poszła  za  nim  do  pokoju,  uważnie  go 

obserwując.   

Wiedziała  z  dokumentacji,  że  David  ma  niewiele  ponad  pięćdziesiąt  lat,  ale  na  skutek 

wyniszczającej  choroby  wyglądał  znacznie  starzej.  Kiedyś  musiał  być  potężnie  zbudowany, 
ale  charakterystyczny  dla  jego  choroby  zanik  mięśni  sprawił,  że  teraz  był  wychudzony  i 
wymizerowany. W oczach igrały mu jednak wesołe iskierki, kiedy ustawił wózek inwalidzki 

tak, że znaleźli się na wprost siebie.   

– A więc jakie jest pani zdanie? – spytał. – Ile mi jeszcze czasu pozostało na tym padole? 

A może należy pani do tych lekarzy, którzy nie mówią pacjentom prawdy? 

– To zależy od pacjenta – roześmiała się.   
– Ach tak. A więc przyrzekam, że nie rozlecę się na kawałki, Catherine. Mam nadzieję, że 

nie ma mi pani za złe, że zwracam się do niej tak bezceremonialnie? – zapytał z uśmiechem. – 
Jednym  z  plusów  bycia  inwalidą  jest  fakt,  że  ludzie  rzadko  czują  się  urażeni,  gdy 
przekraczasz zwyczajowe granice zachowania.   

– Nie mam nic przeciwko temu, jeśli będę mogła mówić do pana David – odparowała. – I 

podziwiam pana za to, że znajduje pan pozytywne strony swojej choroby.   

– To raczej kwestia konieczności niż wyboru. Długo trwało, zanim sobie zdałem sprawę, 

że  albo  zaakceptuję  to,  co  mnie  spotkało,  albo  przeżyję  resztę  dni  w  goryczy  i  żalu.  Nie 
miałoby to żadnego sensu.   

– Zgadzam się – skinęła głową – choć mnie łatwo mówić, bo jestem zdrowa.   
– Och, jestem przekonany, że będąc na moim miejscu, mówiłaby pani to samo. – David 

obserwował ją przez dłuższą chwilę. – Widzę w pani twarzy siłę i determinację, Catherine – 
powiedział. – Nie poddaje się pani łatwo, potrafi walczyć. Wystarczy na panią spojrzeć.   

Zaśmiała się, choć ta uwaga wprawiła ją w zakłopotanie. Ludzie na ogół tak nie mówią. 

Nigdy  nie  zachowywała  się  w  sposób,  który  zachęcałby  pacjentów  do  jakichkolwiek 
osobistych komentarzy. Co się zmieniło? Czyżby od chwili poznania Matta stała się bardziej 

background image

otwarta  wobec  innych?  Jak  to  się  dzieje,  że  on  ma  taki  wpływ  na  jej  życie?  Przez  całą  noc 
analizowała  to,  co  się  wydarzyło  od  czasu  jej  przybycia  do  Brookdale,  i  nie  była  w  stanie 
zracjonalizować swoich uczuć. Matt miał w sobie coś, co nie pozwalało go zaszufladkować.   

Nagle uświadomiła sobie, że w pokoju panuje cisza i zdała sobie sprawę, że pacjent czeka 

na odpowiedź.   

– Ma pan rację, Davidzie – przyznała. – Rzeczywiście jestem osobą zdecydowaną i wiem, 

czego chcę.   

– Tak też myślałem. Od kiedy jestem przykuty do tego urządzenia, stałem się bacznym 

obserwatorem. Odkryłem w sobie talenty, o których istnieniu nie miałem pojęcia! 

Wyczuła  nutkę  żalu  w  jego  głosie.  Nie  chcąc  okazywać  współczucia,  zręcznie  zmieniła 

temat.   

– Matt mi mówił, że grał pan w drużynie rugby.   
– To prawda.   
Z przyjemnością słuchała jego opowieści o czasach, gdy był jeszcze zawodnikiem. David 

był  świetnym  gawędziarzem,  ale  mówienie  utrudniało  mu  oddychanie.  Wraz  z  postępem 
choroby degeneracji ulegały również mięśnie układu oddechowego, co na ogół prowadziło do 
śmierci. Nie dawało jej spokoju, że mężczyzna tak pełen życia i energii został dotknięty tak 
okrutną chorobą.   

– Widzę, że sprawiało to panu dużo radości – zauważyła, kiedy skończył, po czym wyjęła 

aparat do mierzenia ciśnienia.   

– O tak, to był fantastyczny okres w moim życiu – przyznał i uśmiechnął się cierpko. – 

Czy  naprawdę  musimy  grać  tę  komedię?  Wolałbym,  żebyśmy  po  prostu  posiedzieli  i 
pogadali.   

– Komedię? – powtórzyła niepewnie, ale widząc wyraz jego twarzy, zamknęła neseser. – 

Kiedy się pan domyślił? 

–  Och,  wieki  temu,  tylko  nie  chciałem  sprawiać  przykrości  Mattowi  –  dodał  z  lekką 

ironią.  –  Jest  świetnym  facetem  i  myśli,  że  mnie  nabiera,  ale  dobrze  wiem,  że  on  i  Glenda 
przychodzą tu tylko po to, żeby mnie podtrzymać na duchu. Dla mnie to najlepsze lekarstwo 
na świecie, więc na pewno nie dam im odczuć, że się połapałem.   

– Rozumiem. A dlaczego mnie się pan przyznał? 
– spytała rozbawiona.   
–  Chyba  dlatego,  że  zmęczyło  mnie  udawanie.  Skoro  zostało  mi  już  niewiele  czasu, 

szkoda by było go zmarnować. Nie chcę współczucia, ale doceniam fakt, że są ludzie na tyle 
uprzejmi, żeby tutaj przyjść i mnie zabawiać. – Spojrzał jej prosto w oczy. – A więc koniec z 
komedią,  Catherine.  W  każdym  razie,  jeśli  o  nas  chodzi.  A  co  do  Matta,  no  cóż,  nie 
chciałbym go zranić.   

– Zatem pozwoli pan na mierzenie ciśnienia i co tam jeszcze zechce? – Spojrzała na niego 

z ukosa.   

– Nie wiem, czy powinnam być wspólniczką w tym przestępstwie.   
– Nie ma w tym nic złego. A teraz proszę mi powiedzieć, co pani robiła przed pracą w 

naszej  przychodni.  Nie  ma  nic  lepszego  niż  słuchanie,  co  dzieje  się  poza  tymi  czterema 

background image

ścianami.   

Następna godzina upłynęła im nadspodziewanie szybko. David był świetnym rozmówcą, 

miał  bystry  umysł.  Catherine  opowiadała  mu  o  ciężkiej  sytuacji  pani  Grimes  i  o  swoim 
telefonie do wydziału lokalowego, gdzie jednak nic nie wskórała.   

– To mi uzmysławia, jaki ze mnie szczęściarz – stwierdził David. – Mam ogromny dom i 

ludzi,  którzy  o  mnie  dbają.  Wszystko  to  zresztą  się  zmarnuje,  bo  nie  mam  nikogo,  komu 
mógłbym to zostawić. Może byłoby sensownie urządzić tu dom dla takich osób jak ta starsza 
pani, żeby mogli spokojnie dożyć swych dni. To zwykle brak pieniędzy sprawia, że znajdują 
się w takiej sytuacji, prawda? 

– Owszem. – Catherine zerknęła na zegarek i wstała. – Muszę już iść. Miło mi było pana 

poznać, David. Naprawdę bardzo dobrze mi się rozmawiało.   

– I mnie. – David się uśmiechnął. – Mam nadzieję, że wkrótce znowu pani przyjdzie. I 

proszę nie mówić Mattowi, że przejrzałem jego podstęp.   

– Przysięgam na wszystkie świętości – obiecała, przykładając rękę do piersi.   
–  Doskonale,  a  więc  to  będzie  nasz  sekret.  –  David  odprowadził  ją  do  wyjścia.  Jego 

wózek był tak skonstruowany, że mógł się swobodnie przemieszczać.   

– A nawiasem mówiąc, jak się miewa Ann? – zapytał podejrzanie obojętnie.   
–  Ann  Talbot?  –  spytała  Catherine,  chcąc  się  upewnić,  czy  chodzi  o  pielęgniarkę  z 

zabiegowego.   

– Tak. Już jakiś czas jej nie widziałem i zastanawiam się, co się u niej dzieje.   
–  Wszystko  w  porządku  –  zapewniła  go,  zastanawiając  się,  czy  było  to  pytanie 

kurtuazyjne,  czy  może  Davida  i  Ann  łączy  coś  bardziej  osobistego  niż  zwykła  relacja 

pacjent-pielęgniarka.   

– Powiem, że pan o nią pytał – obiecała.   
– Jeśli będzie pani taka dobra – rzucił od niechcenia. Catherine westchnęła, wsiadając do 

samochodu.   

Wygląda  na  to,  że  między  tym  dwojgiem  coś  się  nie  układa.  To  tym  bardziej  ją 

utwierdziło  w  przekonaniu,  że  postępuje  roztropnie,  unikając  zaangażowania.  Gdy  w  grę 
wchodzi miłość, zdrowy rozsądek znika, jak mawiała jej matka.   

Zmartwiała, bo nagle te słowa przestały znaczyć tyle, ile znaczyły kiedyś. Dziwne...   

 
– Jak tam David? – spytał następnego dnia Matt.   
Był piątek rano, za chwilę zaczynali dyżur. Catherine przyszła do prący nieco wcześniej, 

żeby uporządkować dokumentację z całego tygodnia.   

–  Był  w  niezłej  formie  –  odrzekła.  –  Miał  pewne  kłopoty  z  oddychaniem,  ale  w  jego 

stanie to normalne.   

–  To  dobrze.  Trzymam  kciuki,  żeby  w  najbliższych  miesiącach  nie  pogorszyło  mu  się 

zbyt gwałtownie.   

– Westchnął. – Wiem, że nie sposób przewidzieć, jak szybko choroba poczyni postępy, 

ale na korzyść Davida przemawia fakt, że kiedy go zaatakowała, był w doskonałej kondycji 
fizycznej. Poza tym przestrzega zaleceń rehabilitanta, a to też pomaga.   

background image

– Wydaje mi się, że myśli pozytywnie, a przecież na pewno nie było mu łatwo pogodzić 

się z chorobą – zauważyła Catherine, zastanawiając się, dlaczego Matt tak na nią działa. Na 
pewno  nie  dlatego,  że  jest  przystojny,  choć  jego  uroda  musi  wzbudzać  zainteresowanie 

kobiet.   

– Nie, nie było – zgodził się – zwłaszcza że jego żona oświadczyła, że nie może znieść 

myśli, że będzie od niej zależny. – Po jego twarzy przebiegł cień. – Po jej odejściu David się 
załamał,  martwiłem  się  o  niego.  A  jednak  się  podźwignął,  głównie  dzięki  Ann.  Zdołała 
przemówić mu do rozsądku.   

–  Wspomniał  o  niej,  tak  jakoś  dziwnie  –  powiedziała.  –  Zastanawiałam  się,  czy  coś 

między nimi było.   

– Ja też. Ale gdy tylko o to pytałem, David zmieniał temat. – Wzruszył ramionami. – Nie 

chciałem pytać Ann, jest raczej zamknięta w sobie.   

Dziwne,  pomyślała  Catherine.  Mart  nie  miał  żadnych  oporów  przed  zadawaniem 

osobistych pytań jej. Większość ludzi, z którymi miała do czynienia, onieśmielał jej chłód i 
powściągliwość, ale jemu to nie przeszkadzało. Może zorientował się, że to tylko maska? 

– Wstąpiłem do opieki społecznej w sprawie pani Grimes – dodał – ale oni nie kwapią się 

do pomocy. Uważają, że to  nie ich problem,  lecz wydziału lokalowego.  Rada miejska  chce, 
żeby do Bożego Narodzenia wszystkie mieszkania były opróżnione, bo w styczniu mają się 
zacząć prace budowlane. Sprzedali te domy prywatnemu inwestorowi i  jeśli  nie dotrzymają 
terminu, będą musieli zapłacić kary umowne.   

– Ależ do świąt został już tylko miesiąc! – przeraziła się Catherine. – Jestem pewna, że 

pani  Grimes  pojęcia  nie  ma,  że  termin  przesiedlenia  jest  tak  bliski.  Serce  jej  pęknie,  jeśli 
będzie musiała rozstać się ze swoim kotem, szczególnie w okresie świąt. Na pewno nikt nie 
mógłby jej pomóc? 

– Może w związku emerytów coś doradzą. Zapytam.   
– Musimy coś zrobić, Matt. Ten kot to jej całe życie.   
– Jutro tam pójdę – obiecał i popatrzył na nią z tak dziwnym uśmiechem, że poczuła się 

nieswojo.   

– Czemu tak na mnie patrzysz? – spytała.   
–  Och,  nie,  nic,  tylko  ci  się  wydaje.  Wiesz,  sprawiasz  wrażenie,  jakbyś  się  w  nic  nie 

angażowała, a wcale tak nie jest. Naprawdę troszczysz się o swoich pacjentów, choć wydajesz 
się chłodna i obojętna.   

– Po prostu nie lubię, kiedy się wykorzystuje przewagę nad słabszymi. – Była zła, że ją 

przejrzał. – To nie kwestia troszczenia się czy nie, lecz poczucia sprawiedliwości.   

–  Oczywiście,  wybacz,  chyba  źle  cię  zrozumiałem  –  wycofał  się,  ale  lekko  kpiący  ton 

przeczył jego słowom.   

Catherine  zaczerwieniła  się,  uświadomiwszy  sobie,  że  Matt  nie  dał  się  zwieść.  Wzięła 

długopis i pochyliła się nad papierami. Liczyła na to, że Matt opuści pokój.   

– Lepiej wezmę się do pracy – powiedział i skierował się ku drzwiom. – Muszę dzisiaj 

punktualnie  skończyć,  bo  jest  wywiadówka.  –  Przystanął  jeszcze  na  chwilę.  –  A  skoro  o 
szkole  mowa,  to  przypomniało  mi  się,  że  w  sobotę  po  południu  jest  kiermasz 

background image

przedświąteczny.  Może  poszłabyś  z  nami?  Będzie  też  sprzedaż  garażowa.  Ą  nuż  uda  ci  się 
znaleźć jakiś skarb? 

–  To  miło  z  twojej  strony,  ale  mam  już  plany  na  sobotę.  –  Pokręciła  głową.  –  Moi 

przyjaciele wprowadzili się do nowego mieszkania i zapraszają mnie na lunch.   

– Ach tak. Myślę, że to znacznie bardziej interesujące niż grzebanie w cudzych gratach – 

rzekł  z  uśmiechem,  ale  widać  było,  że  jest  rozczarowany.  –  Nie  ma  sprawy,  może  innym 
razem – dodał.   

Gdy  wyszedł,  Catherine  zagryzła  wargi.  Miała  nieodpartą  ochotę  zawołać  go  i 

powiedzieć, że zmieniła zdanie. Ale byłby to błąd. Nie może sobie pozwolić na to, by uwikłać 
się  w  jego  życie,  choć  tak  trudno  jej  to  przychodzi.  Postanowiła  powtórzyć  sobie  swoje 
priorytety.   

Wzięła  kartkę  i  zaczęła  notować.  Po  pierwsze,  wykorzystać  pobyt  w  Brookdałe  na 

zdobycie  nowych  doświadczeń  zawodowych.  Po  drugie,  znaleźć  odpowiedni  lokal,  by 
otworzyć gabinet. Po trzecie, rozwinąć własną praktykę. Po czwarte...   

Przerwała, bo nie wiedziała, co wpisać jako czwarte. Jej plany zawsze ograniczały się do 

pracy  zawodowej,  toteż  nie  miała  pojęcia,  czego  jeszcze  chciałaby  od  życia.  Oczywiście, 
większość kobiet chce znaleźć mężczyznę, którego by pokochały, i założyć rodzinę, ale w jej 
przypadku  ta  ewentualność  nie  wchodzi  w  grę.  Miłość  i  małżeństwo  nie  idą  w  parze  z 
sukcesami w pracy, a ona nie ma ochoty na kompromisy.   

Zgniotła  kartkę  i  cisnęła  ją  do  kosza.  Nagle  poczuła  dziwne  ukłucie  w  sercu,  ale  nie 

chciała  się  zastanawiać  nad  jego  przyczyną.  Ma  swoje  cele  i  nic  ani  nikt  jej  od  nich  nie 
odwiedzie. Chce odnieść w życiu sukces. Do szczęścia nie jest jej potrzebna ani miłość, ani 

rodzina.   

Czyżby? 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

–  A  więc  powiedziałem  im,  że  nie  wziąłbym  tej  przeklętej  roboty,  nawet  gdyby  mi 

zapłacili dwa razy więcej.   

Catherine  uśmiechnęła  się  uprzejmie,  gdy  mężczyzna  siedzący  obok  niej  dobrnął  do 

końca swej długiej i nudnej opowieści. Lunch trwał w najlepsze i wszyscy z wyjątkiem niej 
świetnie  się  bawili.  Choć  starała  się  skoncentrować  na  słowach  swego  sąsiada,  myślami 
błądziła  wokół  Matta.  Odetchnęła  z  ulgą,  gdy  Patricia  oznajmiła,  że  w  salonie  zostanie 
podana kawa. Wreszcie można się urwać.   

– Było cudownie, Pat – zwróciła się do przyjaciółki – ale obawiam się, że nie zostanę już 

na kawie. Mam jeszcze coś do zrobienia.   

– Och, ci lekarze! – westchnęła Patricia. – Nigdy nie mają dla siebie czasu! 
Catherine w odpowiedzi tylko się uśmiechnęła. Znała co prawda Patricię i Maksa od kilku 

lat,  ale  nie  byli  jej  bliskimi  przyjaciółmi.  Podejrzewała,  że  zapraszali  ją,  by  mieć  komplet 
gości do pary, co mogło tłumaczyć fakt, że posadzono ją koło tego nudziarza.   

Pożegnała się i z ulgą opuściła towarzystwo. Choć wiał zimny wiatr i lada moment mogło 

się rozpadać, nie spieszyła się do domu. Nikt tam na nią nie czeka, więc nie ma powodu do 
pośpiechu. Jakoś dziwnie przygnębiło ją to stwierdzenie.   

– Catherine! Tu jesteśmy! – usłyszała nagle.   
Zatrzymała się. Z okna samochodu po drugiej stronie ulicy wychylał się Matt. Przepuściła 

przejeżdżające samochody i podeszła do auta Marta.   

– Witaj! Co tu robicie? – spytała, zaglądając do środka.   
– Jedziemy na kiermasz – oznajmiła Hannah. – Powiedz jej, tatusiu.   
Matt wysiadł z samochodu i wziął ją pod rękę.   
– Mówiłem ci o tym, pamiętasz? 
– Tak. – Skinęła głową.   
Świetnie wygląda, pomyślała, obrzucając  go wzrokiem. Sprane dżinsy ściśle przylegały 

do  nóg,  podkreślając  uda,  a  gruby,  błękitny  sweter  poszerzał  i  tak  szerokie  ramiona.  Serce 
zabiło  jej  mocniej,  gdy  sobie  uświadomiła,  jak  Matt  atrakcyjnie  wygląda.  Czy  on  to  samo 
myśli o mnie? – zaniepokoiła się, widząc jego przenikliwe spojrzenie. Czy uważa, że dobrze 
mi w śliwkowym sweterku, który włożyłam do nowych popielatych spodni? I czy podoba mu 
się moja fryzura? Włosy upięte wysoko, co podkreślało szyję? 

Tak,  tak  i  jeszcze  raz  tak,  wykrzyknął  triumfująco  głos  wewnętrzny.  Podoba  mu  się 

wszystko, co widzi! 

Stali obok siebie w milczeniu, żadne nie było w stanie wydobyć z siebie głosu. Wreszcie 

Becky wybawiła ich z kłopotliwej sytuacji.   

–  Dlaczego  nie  pojedziesz  z  nami,  Catherine?  –  spytała.  –  Tam  będzie  dużo  rzeczy  do 

kupienia. Moja klasa sprzedaje kartki świąteczne i papier do prezentów. Jeśli coś kupisz, nie 
będziesz musiała iść do sklepu.   

–  Sama  nie  wiem.  –  Zawahała  się.  Może  lepiej  nie  spędzać  tyle  czasu  w  towarzystwie 

background image

Matta? 

– Świetny pomysł! – ucieszył się Matt. – Powiedz, że pojedziesz, Cathy. Chcemy, żeby z 

nami pojechała, prawda, dziewczynki? 

Trudno  jej  było  odmówić  prośbie  dzieci.  Usiadła  obok  Matta  na  miejscu  Becky,  która 

przesiadła się do tyłu. Czy Matt celowo wykorzystał pomoc córek? 

–  Zdumiewające,  jak  trudno  odmówić  dzieciom,  prawda,  Cathy?  –  spytał,  jak  gdyby 

czytał w jej myślach.   

Mówił  ściszonym  głosem,  by dziewczynki  go nie słyszały.  Catherine spojrzała na niego 

zdziwiona i roześmiała się, widząc jego szelmowską minę.   

–  Co  za  przebiegłość,  Matt!  Wykorzystywać  dzieci  do  własnych  celów!  Wiesz,  co 

powinno się robić z takimi jak ty? 

– Och, domyślam się, ale cóż... W miłości i na wojnie wszystkie chwyty są dozwolone. – 

Uśmiechnął się zniewalająco.   

Catherine zaczerpnęła powietrza. Wolała nie domyślać się, co chciał przez to powiedzieć.   
– Naprawdę musisz mieć jeszcze jednego misia, Hannah? – spytał z rozpaczą Matt.   
Stali na środku holu szkolnego, gdzie rozstawiono stoiska. Zbliżało się Boże Narodzenie, 

więc dzieci udekorowały hol, by nadać mu odświętny wygląd. Można tu było kupić przeróżne 
rzeczy,  od  domowych  wypieków  poczynając,  a  na  używanych  zabawkach  kończąc.  Hannah 
od razu pobiegła do zabawek i zanim się obejrzeli, kupiła trzy misie.   

–  Tak!  –  wykrzyknęła  w  odpowiedzi  na  pytanie  ojca.  –  Moje  misie  potrzebują  nowych 

kolegów, żeby się miały z kim bawić. Tatusiu, mogę go kupić? Proszę! 

– Dobrze, wygrałaś. Ile on kosztuje? – Matt dał jej pięćdziesiąt pensów. – Mamy w domu 

całą szafę tych zwierzaków – oznajmił. – Hannah uważa za swoją życiową misję ratowanie 
każdego wyrzuconego misia, choćby był w nie wiadomo jak opłakanym stanie.   

– To tylko świadczy ojej dobrym sercu – zauważyła Catherine. – Czy naprawdę wolałbyś 

patrzeć, jak ten biedny stary miś ląduje w koszu na śmieci, skoro masz zapasową ciepłą szafę? 

– Wolałbym? Sam bym tam wepchnął tego obszarpańca! Ale nie przejmuj się. Lepiej mi 

powiedz, jak sobie poradzisz z poważną operacją po całym dniu pracy.   

– Z poważną operacją? Co masz na myśli? 
– Wiele z tych adoptowanych misiów wymaga pozszywania ran, i to zadanie zwykle mnie 

przypada  w  udziale.  Są  takie,  którym  trzeba  zabandażować  rękę  lub  nogę  i  są  takie,  które 
tylko  boli  głowa.  –  Przewrócił  oczami.  –  Mam  prawie  tylu  pacjentów  misiów  w  domu  co 
prawdziwych w przychodni! 

Catherine aż zakrztusiła się ze śmiechu.   
–  Przestań!  –  poprosiła.  –  Nie  wiedziałam,  że  występujesz  w  roli  doktora  pluszowych 

niedźwiadków.   

–  Nie  wiem,  czy  to  ładnie  tak  sobie  żartować,  pani  doktor.  –  Matt  zmarszczył  brwi.  – 

Zapomniałaś o przysiędze Hipokratesa? Przysięgałaś pomagać wszystkim pacjentom, a o ile 
mnie pamięć nie zawodzi, nie było  tam wzmianki  o tym, że tymi pacjentami  nie mogą być 
misie.   

–  Z  całą  pewnością  –  przyznała.  –  W  każdym  razie  nie  przypominam  sobie,  żeby 

background image

wykluczono misie.   

– A zatem racja jest po mojej stronie. Trzeba cię będzie ukarać. – Matt wziął ją pod rękę i 

poprowadził do drzwi. – No, moja pani, wychodzimy na dwór, a tam jest zimno. Najwyższy 
czas zobaczyć, co ludzie przywieźli.   

– Och, nie! Tylko nie na dwór. Chyba tego nie przeżyję – jęczała Catherine, ale pozwoliła 

się posłusznie zaprowadzić na duży parking, gdzie stały samochody wyładowane starzyzną. 
Nie posiadała się ze zdumienia, ile niepotrzebnych rzeczy ludzie starają się sprzedać. I jak się 
targują! Podzieliła się tym spostrzeżeniem z Mattem.   

–  To  jeszcze  nic,  moja  droga!  –  odparł.  –  Pochlebiam  sobie,  że  i  ja  nieźle  się  targuję. 

Chodź, zademonstruję ci mój talent i coś kupię.   

Zanim zdążyła zaprotestować, pociągnął ją do samochodów i zaczął oglądać wystawione 

starocie. Catherine szła za nim z lekkim ociąganiem. Wkrótce jednak i jej udzielił się nastrój 

poszukiwacza skarbów.   

– Co o tym myślisz? – Wskazała mu małą inkrustowaną szkatułkę wysadzaną muszlami, 

którą wyszperała gdzieś w koszu pełnym różności.   

–  Hm,  poczekaj,  niech  zerknę.  –  Matt  podniósł  wieczko.  –  Są  tu  chyba  wszystkie 

brakujące muszelki, a więc nie powinno być problemu z naprawą. Zajmę się tym.   

– Jest śliczna – powiedziała. – W każdym razie będzie śliczna, kiedy się ją oczyści. Jak 

myślisz, ile może kosztować? 

–  Zaraz  się  dowiemy.  –  Matt  skinął  na  kobietę,  która  stała  przy  samochodzie,  spytał  o 

cenę, ale potrząsnął głową, uznając ją zapewne za wygórowaną. Po chwili odliczył dokładnie 
połowę żądanej sumy, a gdy kobieta pokręciła głową, dorzucił jeszcze parę pensów. Po chwili 
szkatułka  znalazła  się  w  rękach  Catherine.  Zarówno  sprzedająca,  jak  i  Matt  wyglądali  na 
usatysfakcjonowanych.   

– Jak ty to robisz? – Catherine patrzyła na niego z ciekawością połączoną z podziwem. – 

Ja nie potrafiłabym się tak targować.   

– Trzeba mieć grubą skórę – powiedział, obejmując ją jakby od niechcenia. – A poza tym 

trzeba znać sztukę negocjacji.   

–  Ach,  oczywiście!  –  Ramię  Marta  dawało  jej  dziwne  poczucie  bezpieczeństwa. 

Prowadził ją przez tłum kupujących, a jej się wydawało, że mogliby wystąpić razem przeciw 
całemu światu. To głupie, pomyślała. Jedyną osobą, na której może polegać, jest ona sama. 
Nigdy nie dopuści do tego, by podzielić los matki.   

–  Ejże,  ty  drżysz  –  zauważył  Matt.  –  Wejdźmy  do  środka,  zanim  się  przeziębisz. 

Rzeczywiście  jest  zimno  –  dodał  już  w  holu,  rozcierając  dłonie.  –  A  może  napilibyśmy  się 
kawy? 

– Niezły pomysł – odparła, ogarnięta nagłym smutkiem.   
Może i są związki, które trwają aż do śmierci, ale ona zna statystyki i wie, ile z nich się 

rozpada.  Była  świadkiem  spustoszeń,  jakie  czyni  w  człowieku  rozpad  małżeństwa,  i 
poprzysięgła sobie, że nie pozwoli, by i jej się to przytrafiło.   

–  A  co  z  dziewczynkami?  One  nie  chciałyby  się  czegoś  napić?  –  spytała  i  nagle 

zaniepokoiła się, dostrzegając wokół tłum. – Gdzie Hannah? Nigdzie jej nie widzę.   

background image

–  Nie  martw  się,  da  sobie  radę  –  zapewnił  ją  Matt.  –  Zawsze  przed  wyjściem  z  domu 

ustalamy plan awaryjny.   

– Plan awaryjny? 
–  Tak.  Nie  chcę  się  stać  nadopiekuńczym  rodzicem.  Nie  jest  to  łatwe,  bo  kiedy  masz 

dzieci, wydaje ci się, że za każdym rogiem czyha jakieś niebezpieczeństwo.   

–  Wyobrażam  sobie,  jak  trudno  to  pogodzić:  swobodę,  którą  trzeba  dać  dzieciom,  z 

zapewnieniem im bezpieczeństwa.   

–  Właśnie.  Nie  chcę,  żeby  dziewczynki  dorastały  w  strachu  przed  światem,  w  którym 

żyją. Muszą robić to, co chcą, oczywiście w granicach rozsądku. I dlatego kiedy idziemy na 
jakąś imprezę, opracowujemy plan. Żeby wiedziały, co im wolno, a czego nie.   

– A więc jaki jest plan na dzisiaj? – zapytała.   
–  Że  żadne  z  nas  pod  żadnym  pozorem  nie  może  wyjść  poza  teren  szkoły.  Oczywiście 

Becky ma trochę więcej swobody niż Hannah, ale też musi przestrzegać ustalonych reguł. Co 
do  Hannah,  wbiłem  jej  do  głowy,  że  cały  czas  musi  być  albo  z  siostrą,  albo  ze  mną. 
Przypuszczalnie obie są przy kartkach świątecznych. Chodź, poszukamy ich.   

– Co kupiłaś? – spytała Becky, gdy do nich podeszli.   
– To. – Catherine pokazała jej szkatułkę.   
– Super! Na pewno uda się wyczyścić, prawda, tatusiu? 
– Myślę, że tak. Postaram się to załatwić. Ta szkatułka pochodzi prawdopodobnie z tego 

samego okresu co nasz dom. To typowy styl wiktoriański – wyjaśnił.   

–  Naprawdę?  –  Catherine  uważnie  przyjrzała  się  swemu  nowemu  nabytkowi.  –  Nie 

zdawałam sobie sprawy, że jest aż tak stara. Może powinieneś ją postawić w salonie? 

– Nie ma mowy! – Matt potrząsnął głową. – To twój pierwszy skarb, a więc musisz go 

zatrzymać jako talizman.   

– Talizman? 
– Żeby ci przyniósł szczęście, kiedy przyjedziemy tutaj następnym razem.   
Uważał za pewnik, że tak będzie, ale nie chciała się z nim spierać przy dzieciach. Później 

mu powie, że to było jednorazowe wyjście.   

– No dobrze, kto ma ochotę na herbatę i ciastka? 
–  Ja!  –  zawołała  Hannah  i  aż  podskoczyła  z  radości.  Chwyciła  za  rękę  Catherine  i 

pociągnęła ją do bufetu. – Chodź, znajdziemy stolik, ty, ja i misie.   

Jakaś para właśnie zwalniała miejsce.   
– Duży ruch dzisiaj, prawda? – zauważyła kobieta, zabierając torby z zakupami.   
– Owszem. Widzę, że sporo pani kupiła – powiedziała Catherine.   
–  Zawsze  tak  jest.  –  Kobieta  roześmiała  się  i  popatrzyła  na  Hannah.  Dziewczynka 

usadzała właśnie misie na jednym z krzeseł. – Widzę, że pani córeczka też miała dziś dobry 
dzień – dodała.   

–  Och,  tak,  ale  ona  nie  jest...  –  Catherine  nie  zdążyła  sprostować,  bo  kobieta  odeszła. 

Hannah zachichotała.   

– Ta pani myślała, że jesteś moją mamusią, tak? 
– Tak – uśmiechnęła się Catherine, mając nadzieję, że dziewczynce nie jest przykro.   

background image

– Chciałabym, żebyś była moją mamusią, Catherine – dodała dziewczynka. – Wszędzie 

byś z nami chodziła i czytała mi na dobranoc. – Uśmiechnęła się do niej z ufnością. – Chcesz 
być moją mamusią? Zaraz spytamy tatusia, czy się zgodzi.   

–  Ja...  hm...  –  Catherine  nie  miała  pojęcia,  co  odpowiedzieć.  Nie  miała  pojęcia,  jak 

wyjaśnić małej, że to wcale nie jest takie proste. Odetchnęła z ulgą na widok Matta i Becky. – 
O patrz, jest już Becky i tatuś. Niosą pyszne ciastka.   

Pomogła Mattowi  rozstawić talerzyki  i  filiżanki. Choć rozmawiali  na zupełnie neutralne 

tematy, nie dawała jej spokoju myśl, jak Matt zareagowałby na sugestie córki.   

Był to co prawda najbardziej szalony pomysł, jaki potrafiła sobie wyobrazić, a jednak nie 

mogła  przestać  o  tym  myśleć.  Co  gorsza,  była  niemal  pewna,  że  Matt  nie  miałby  nic 
przeciwko propozycji Hannah.   

 

Po przerwie na herbatę i ciastka zrobili zakupy. Catherine kupiła ozdobny papier i kartki 

świąteczne na stoisku Becky. Kartki namalowały dzieci z jej klasy, a potem wydrukowano je 
na szkolnym komputerze.   

– Są naprawdę śliczne – stwierdziła Catherine.   
– Dobrze rysujesz, Becky – pochwaliła dziewczynkę.   
– Becky ma uzdolnienia artystyczne – wtrącił Matt.   
– To po matce. Ruth była grafikiem, pracowała w reklamie.   
Rozmowę przerwał im nagle jakiś hałas przy drzwiach. Zobaczyli, jak ktoś osuwa się na 

ziemię.   

– Chodźmy, może trzeba pomóc – powiedział Matt.   
– Oczywiście.   
– Zostańcie tutaj – polecił dziewczynkom. – Becky, pilnuj siostry, dopóki nie wrócimy.   
Podbiegli do mężczyzny, który siedział na podłodze, opierając się o ścianę, i trzymał się 

za  klatkę  piersiową.  Najwyraźniej  miał  kłopoty  z  oddychaniem.  Cathenne  przyklękła  i 
rozpięła mu kołnierzyk koszuli.   

– Czy pan mnie słyszy? – Matt przykucnął obok.   
– Jestem lekarzem, a pan jak się nazywa? – Mężczyzna nie odpowiadał. – Zorientuj się, 

czy ktoś go zna i czy może wie, na co choruje – zwrócił się do Catherine.   

– To pan Sykes – wyjaśniła jedna z nauczycielek.   
– Nasz woźny.   
– Aha. Nie wie pani, czy ostatnio chorował albo bierze jakieś leki? – spytała Catherine.   
– Pojęcia nie mam. Pracuję tu od niedawna.   
– Proszę spróbować się dowiedzieć, jak najszybciej. I proszę wezwać karetkę – poleciła 

Catherine.   

–  Chyba  atak  serca  –  stwierdził  Matt.  –  Klasyczne  objawy:  ból  w  klatce  piersiowej, 

sinica...   

– I bardzo szybkie, słabe tętno – dodała Catherine.   
– Nie podoba mi się jego stan. Coraz ciężej mu się oddycha.   
Matt  nie  zwracał  uwagi  na  gromadzący  się  tłum,  całkowicie  skoncentrowany  na 

background image

pacjencie.  Catherine  patrzyła  na  niego  z  podziwem.  Uświadomiła  sobie  nagle,  jak  dobrze 
zrobiła, przyjmując pracę w jego przychodni.   

– Wstrzymanie akcji serca – stwierdził Matt. – Pomóż mi go położyć. – W jego głosie nie 

było cienia paniki, kontrolował sytuację.   

Ułożyli mężczyznę na podłodze i Matt, przyłożywszy palce do tętnicy szyjnej, stwierdził, 

że serce przestało bić.   

– Nic. – Pokręcił głową. – Zaczynamy reanimację. Ty zrób sztuczne oddychanie, ja będę 

uciskał klatkę.   

Catherine nie zwlekała ani  sekundy. Odchyliła do tyłu  głowę mężczyzny, otworzyła mu 

usta i cztery razy w nie dmuchnęła. Wciąż nie było śladu tętna. Matt pięć razy nacisnął klatkę 
piersiową  w  dolnej  połowie  mostka.  Kiedy  skończyli,  Catherine  jeszcze  raz  zastosowała 
metodę ustausta. Tłum w milczeniu obserwował ich wysiłki.   

Pięć minut później przekazali pacjenta sanitariuszom.   
– Czy ten pan pójdzie do nieba, tatusiu? – spytała Hannah.   
–  Myślę,  że  nie,  kochanie.  –  Matt  mocno  objął  córkę.  –  Zawiozą  go  do  szpitala,  a  tam 

zajmą się nim lekarze i pielęgniarki i wszystko będzie dobrze.   

– Moja mamusia poszła do szpitala, prawda? Ale jej nie pomogli.   
–  To  prawda,  ale  mamusia  była  bardzo,  bardzo  chora  i  lekarze  nie  mieli  takiego 

lekarstwa, które mogło jej pomóc – tłumaczył łagodnie Matt.   

Catherine  poczuła  ucisk  w  gardle.  Zdawała  sobie  sprawę,  jak  ciężko  jest  Mattowi 

odpowiadać  na  pytania  dziecka.  Na  pewno  bardzo  kochał  żonę,  pomyślała  i  zrobiło  jej  się 
przykro na myśl, że kochał inną kobietę.   

–  Dlaczego  ona  musi  być  w  niebie?  Chciałabym  mieć  mamusię.  –  Hannah  nagle  się 

odwróciła i uśmiechnęła do Catherine. – Powiedziałaś, że będziesz moją mamusią, jak tatuś 
się zgodzi. Spytamy go? 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

– Może później o tym porozmawiamy, kochanie. Robi się późno i babcia będzie się o nas 

martwić. – Matt zręcznie zmienił temat.   

Gdy wychodzili z gmachu szkoły, policzki Catherine płonęły. Nie miała pojęcia, co myśli 

Matt, lecz wiedziała, jak ona się czuje. Najwłaściwszym słowem było zażenowanie.   

Matt  usadowił  dziewczynki  w  samochodzie  i  otworzył  drzwi  od  strony  pasażera. 

Zawahała się.   

– Pójdę do domu pieszo – powiedziała. – To niedaleko. Nie musisz mnie odwozić.   
– Ależ to żaden problem.   
Zagryzła  wargi.  Nie  chciała,  by  ją  odwoził,  ale  nie  przychodziła  jej  do  głowy  żadna 

sensowna wymówka.   

– Posłuchaj, Catherine – przekonywał. – Widzę, że słowa Hannah zbiły cię trochę z tropu, 

ale naprawdę niepotrzebnie. Wiem, jaka ona jest. Jak sobie czymś nabije głowę, nie ustąpi.   

–  Ja  nie...  nie  mówiłam  nic...  co  by  mogło  wskazywać,  że...  –  jąkała  się.  W  końcu 

zamilkła w obawie, że tłumaczenie tylko pogorszy sprawę.   

– Wiem. Nawet w najbardziej szalonych snach nie śmiałbym marzyć, że zostaniesz matką 

dla Hannah i Becky. To tylko dziecięce mrzonki i niech tak zostanie.   

Serce  Catherine  waliło  jak  oszalałe.  Czy  Matt  naprawdę  marzyłby  o  tym,  czy  też  chce 

tylko załagodzić kłopotliwą sytuację? A zresztą co ją to obchodzi. Powinna raczej starać się 
dotrzymać danego sobie słowa.   

– Tak będzie najlepiej – powiedziała, nawiązując do jego ostatnich słów, ale zrobiło jej 

się  dziwnie  smutno.  Nie  bardzo  rozumiała  dlaczego,  skoro  nie  zamierzała  być  matką  dla 
Hannah  ani  dla  żadnego  innego  dziecka.  –  Tak  czy  inaczej  dziękuję,  że  namówiłeś  mnie, 
żebym  tu  z wami przyszła – dodała po chwili. – Bardzo mi się podobało, ale teraz czas na 
mnie.  –  Pochyliła  się  do  drzwi  samochodu,  by  się  pożegnać  z  dziewczynkami.  –  Do 
zobaczenia w poniedziałek, miłego weekendu – rzuciła jeszcze w stronę Matta.   

– Nawzajem. Dziękujemy za towarzystwo, Catherine.   
Nie  nalegał,  że  ją  odwiezie.  Zamknął  drzwi  od  strony  pasażera  i  usiadł  za  kierownicą. 

Pomachała  im,  gdy  odjeżdżali.  Nagle  poczuła  napływające  do  oczu  łzy  i  szybko  zamrugała 
powiekami.  Nie  ma  powodu  się  martwić,  że  nie  jedzie  z  nimi,  że  wraca  sama  do  pustego 

domu.  To  jej  własna  decyzja.  Nieodwołalna.  Miłość,  małżeństwo,  rodzina  mogą  być 

marzeniem wielu kobiet, ale nie jej.   

 

Następne  tygodnie  minęły  błyskawicznie.  Z  trudem  nadążali  z  przyjmowaniem 

pacjentów. Na dodatek wybuchła epidemia grypy i trzeba było wyjeżdżać na wizyty domowe 
znacznie częściej niż normalnie. Z pracy wychodzili zawsze po godzinach.   

W gruncie rzeczy Catherine była zadowolona z tej sytuacji, bo praca nie pozwalała jej na 

myślenie o czymkolwiek innym. Po ostatniej wspólnej wyprawie na kiermasz zdecydowała, 
że nie pozwoli, by Matt wciągał ją w swoje życie rodzinne. A jednak nieraz łapała się na tym, 

background image

że  zastanawia  się,  co  robią  dziewczynki,  albo  wyobrażała  je  sobie  w  domu  z  Mattem.  W 
pierwszym  tygodniu  grudnia  Catherine  przyszła  do  pracy  i  stwierdziła,  że  w  przychodni 
panuje  chaos.  Telefon  nieustannie  dzwonił,  ale  nikt  się  nie  kwapił,  by  podnieść  słuchawkę. 
Sharon siedziała w recepcji bliska łez.   

– Coś się stało? – przeraziła się Catherine.   
– Nie. Tak. Och, sama nie wiem! – wybuchnęła Sharon.   
– Uspokój się. – Catherine położyła dłoń na ramieniu recepcjonistki. – Powiedz mi, co się 

stało.   

– Margaret ma grypę i nie przyjdzie. A Matt musiał wyjść i nie wiem, kiedy wróci. Jakby 

tego było mało, zadzwoniła Ann, że się spóźni, a na dodatek telefon się urywa.   

– Same nieszczęścia! – Catherine lekko ścisnęła ramię Sharon. – Ale nie martw się, jakoś 

sobie  poradzimy.  Ty  zaparzysz  kawę,  a  ja  tymczasem  poodbieram  telefony.  Potem  ustalimy 

co dalej.   

Zanim  Sharon  wróciła  z  kawą,  Catherine  odebrała  kilka  telefonów.  Potem  włączyła 

automatyczną sekretarkę i ściszyła dzwonek.   

– Tak będzie lepiej – powiedziała. – Nie mogłybyśmy porozmawiać,  gdyby nam  wciąż 

przerywano.   

– Skoro Margaret nie widzi, to chyba nic się nie stanie. – Sharon popatrzyła niepewnie na 

telefon. – Musi być rzeczywiście bardzo chora, skoro nie przyszła. Matt się spóźni, bo odwozi 
matkę na lotnisko – relacjonowała. – Jego siostra jest już na porodówce, a jej mąż wyjechał, 
więc byłaby zupełnie sama. Pani Fielding zmieniła rezerwację i leci do Toronto dziś rano.   

–  Ach  tak.  –  Catherine  zmarszczyła  czoło.  –  To  Matt  ma  problem.  Jego  matka  miała 

lecieć później.   

–  Tak  –  przyznała  Sharon.  –  A  na  dodatek  Ann  wpadła  w  panikę.  Zadzwonił  do  niej 

David  Marshall,  bo  nie  przyszła  jego  opiekunka.  Pojechała  więc  do  niego,  a  to  znaczy,  że 

przyjdzie później. A pacjenci będą wściekli.   

– Cóż, nie jesteśmy cudotwórcami. Proponuję, żebyś przynajmniej spróbowała przełożyć 

wizyty  pacjentów  Matta  na  inny  termin,  a  tych,  którzy  muszą  przyjść  dzisiaj,  postaram  się 
jakoś wcisnąć między swoich.   

– Dobrze. A co z pacjentami Ann? – spytała Sharon. – Parę osób przyszło na czczo, na 

pobranie krwi.   

– Spokojnie. Trzymaj kciuki i módl się, żeby Ann wkrótce przyszła.   
Catherine ruszyła do gabinetu.  Na biurku zastała kartkę od Matta pokrótce wyjaśniającą 

jej  to,  czego  się  już  dowiedziała  od  Sharon.  Matt  nie  wspomniał  jednak  ani  słowem  o 

dziewczynkach. Co się z nimi  dzieje? Czy zdążył  załatwić im opiekę? Wiedziała,  że się nie 

uspokoi, dopóki się tego nie dowie. Wyszła z gabinetu i pobiegła do drugiego skrzydła domu. 
Becky  była  w  dużym  pokoju,  właśnie  pakowała  książki  do  szkoły.  Uśmiechnęła  się  na  jej 
widok.   

– O, Catherine! Tatuś ci mówił, że babcia jedzie do cioci Cheryl? 
– Zostawił mi wiadomość – odrzekła Catherine.   
– Przyszłam sprawdzić, czy u was wszystko w porządku.   

background image

– Tak. Jest tu ciocia Bet. – Becky ściszyła głos.   
– Jest miła, ale robi tyle zamieszania. Chciała mnie nawet odprowadzić do szkoły.   
– Cóż, skoro wszystko jest pod kontrolą... Urwała, bo do pokoju wpadła Hannah.   
–  Catherine!  Zaprowadzisz  mnie  do  szkoły?  Ciocia  Bet  się  zgodzi.  –  Odwróciła  się  do 

starszej  kobiety,  która  weszła  za  nią  do  pokoju.  –  Ciociu,  czy  Catherine  może  mnie 
odprowadzić do szkoły? 

–  Myślę,  że  tak.  Twój  tatuś  też  nie  miałby  nic  przeciwko  temu.  –  Starsza  pani 

uśmiechnęła  się  do  Catherine.  –  Byłabym  pani  wdzięczna.  Boli  mnie  kolano,  z  trudem 
chodzę.  To  zapalenie  kaletki.  –  Uniosła  lekko  spódnicę.  Lewe  kolano  było  opuchnięte  jak 
bania.   

– Rzeczywiście nie powinna pani chodzić! Trzeba tę nogę oszczędzać.   
–  Wiem  –  odrzekła  ciocia  Bet.  Wyglądała  jak  starsza  wersja  matki  Matta.  Miała 

srebrzyste włosy, ale ten sam czarujący uśmiech co jej siostra i siostrzenica.   

– Matt mówił mi, że nie powinnam chodzić, dopóki obrzęk nie zejdzie, ale nie mogłam go 

zostawić samego, kiedy Rosemary zadzwoniła z wiadomością, że musi lecieć do Kanady. – 
Starsza pani westchnęła.   

– Nie wiem tylko, czy będę w stanie mu pomóc z takim bólem.   
– Nie można pozwolić, żeby pani  stan się pogorszył. – Catherine podjęła błyskawiczną 

decyzję.  –  Za^  wiozę  Hannah  do  szkoły  i  odbiorę  ją  po  południu  –  zaproponowała.  – 
Popołudnie mam wolne, więc to żaden problem.   

–  O  tak!  –  wykrzyknęła  uszczęśliwiona  dziewczynka.  Objęła  w  pasie  Catherine  i 

przytuliła się do niej.   

– Nie martw się, ciociu Bet, tatuś nie będzie zły. On strasznie lubi Catherine, mówił mi.   
– W takim razie z przyjemnością przyjmę pani pomoc – uśmiechnęła się Bet. – Miło mi 

słyszeć, że Matt panią lubi.   

– Eee... tak. – Catherine usiłowała odpowiedzieć uśmiechem, ale nie mogła nie zauważyć 

znaczącego  spojrzenia,  jakim  obrzuciła  ją  starsza  pani.  Zaczerwieniła  się.  Jak  dobrze 
wiedzieć, że Matt „strasznie” ją lubi.   

 

To  było  bardzo  pracowite  przedpołudnie.  Na  szczęście  pacjenci  okazali  pełne 

zrozumienie,  gdy  usłyszeli,  że  Matt  ma  do  załatwienia  pilną  sprawę  rodzinną,  i  nie  skarżyli 
się na opóźnienia. Catherine starała się przyjąć jak najwięcej pacjentów, ale gdy do gabinetu 
weszła Lauren Hoskins, w poczekalni była jeszcze kolejka. Jeden rzut oka na twarz Lauren 
wystarczył, by odgadła, że tej pacjentce będzie musiała poświęcić więcej czasu niż innym.   

– Proszę siadać, pani Hoskins – powiedziała.   
– Z czym pani dzisiaj przychodzi? Znowu zawroty głowy? 
– Nie, tym razem nie. Mam bóle tutaj. – Lauren przycisnęła dłoń do klatki piersiowej.   
Catherine  ściągnęła  brwi.  Elektrokardiogram  nie  wykazywał  niczego,  ale  nie  mogła 

ryzykować.   

– Muszę panią zbadać – powiedziała. – Proszę wejść za parawan i zdjąć bluzkę.   
Gdy po chwili zajrzała za parawan, Lauren siedziała na brzegu kozetki, tonąc we łzach.   

background image

–  Dlaczego  mi  pani  nie  powie,  co  się  stało?  –  spytała  spokojnie  Catherine.  Wyjęła  z 

pudełka chusteczkę i podała ją Lauren.   

–  Nie  mam  pojęcia,  co  robić  –  łkała  kobieta.  –  Mój  mąż  stracił  pracę,  nie  jesteśmy  w 

stanie uregulować rachunków, nie możemy spłacić rat za dom, nie będziemy mieć dzieci, bo 
ja nie mogę przestać pracować. W nocy leżę i się zamartwiam, nie mogę spać.   

– Nic dziwnego, że czuje się pani chora – zauważyła Catherine. – To wszystko stres. To 

dlatego  ma  pani  zawroty  głowy  i  bóle  w  klatce  piersiowej.  Stres  jest  jedną  z  plag  naszych 
czasów.  Choć  ludzie  nie  zdają  sobie  z  tego  sprawy,  problemy,  z  jakimi  się  borykają, 
wpływają na ich zdrowie – tłumaczyła Catherine. – Jest nawet specjalna skala, według której 
klasyfikuje  się  wydarzenia  rodzące  stres.  Na  tej  liście  znajduje  się  na  przykład  zmiana 
mieszkania, rozwód, utrata pracy.   

– I to właśnie mnie się przytrafiło? Martwiłam się naszą sytuacją i to wywołało u mnie te 

objawy? – spytała Lauren.   

–  Na  dziewięćdziesiąt  dziewięć  procent  tak  –  zapewniła  ją  Catherine.  –  Ale  na  wszelki 

wypadek zbadam panią.   

Nie stwierdziła niczego, co wskazywałoby na chorobę, somatyczną.   
–  Przepiszę  pani  łagodny  lek  przeciwdepresyjny,  który  zmniejszy  niepokój.  Ale  nie 

wyleczy pani. Źródło pani problemów leży w pani sytuacji życiowej.   

Powinna się pani  zastanowić, jak znaleźć z niej wyjście.  Przede wszystkim  jednak musi 

pani porozmawiać z mężem.   

– Zrobię to. – Lauren zdobyła się na uśmiech.   
–  Peter  i  tak  lada  moment  się  zorientuje,  że  coś  jest  nie  w  porządku.  Oczywiście,  że 

udawanie, że nic się nie dzieje, jest głupotą, ale niełatwo przyznać się rodzinie i przyjaciołom 

do tego, że nagle wszystko się zawaliło. Prawda? 

–  Myślę,  że  prawdziwym  przyjaciołom  można  –  zauważyła  Catherine,  choć  nie  była  o 

tym do końca przekonana. – A teraz wypiszę pani receptę.   

–  Nie,  dziękuję  –  zaprotestowała  Lauren.  –  Przecież  lekarstwa  nie  rozwiążą  problemu, 

prawda?  Najwyższy  czas,  żebyśmy  z  Peterem  stawili  czoło  sytuacji.  Nie  można  dłużej 
chować głowy w piasek.   

–  Racja.  –  Catherine  uśmiechnęła  się.  –  W  każdym  razie,  gdyby  chciała  pani  z  kimś 

porozmawiać, jestem do dyspozycji. Proszę o tym pamiętać.   

– Trzeba mieć niezłą kondycję, żeby po takim poranku jeszcze się uśmiechać.   
Catherine podniosła wzrok. W drzwiach stał Matt.   
– Kiedy wróciłeś? – spytała.   
– Przed chwilą. Sharon powiedziała mi, że dajesz sobie radę. – Przez chwilę bacznie na 

nią  patrzył,  po  czym  potrząsnął  głową.  –  Nie  wiem,  jak  to  robisz.  Wyglądasz  tak  świeżo, 
jakbyś dopiero co wyszła spod prysznica. Jest w tym jakaś tajemnica? 

–  Och,  po  prostu  niektórzy  ludzie  potrafią  sprostać  każdej  sytuacji  –  rzuciła  od 

niechcenia.   

–  No  tak,  to  mnie  ustawia  na  właściwym  miejscu  –  skomentował  Matt.  –  Ale  żarty  na 

bok, naprawdę bardzo mi przykro, że tak się stało. Znalazłaś moją kartkę? 

background image

– Oczywiście. Twoja matka musiała się zdenerwować tym nagłym wyjazdem.   
– Jeszcze jak – przyznał. – No dobrze, biorę się do roboty, porozmawiamy później.   
Catherine  nacisnęła  guzik,  by  wezwać  następnego  pacjenta.  W  tym  momencie 

uzmysłowiła  sobie,  że  przecież  ma  odebrać  ze  szkoły  Hannah.  Nie  wspomniała  o  tym 
Mattowi. Uśmiechnęła się, przypomniawszy sobie słowa dziewczynki, że tatuś tak „strasznie” 
ją lubi. Cóż dziwnego, że po takim środku dopingującym bez trudu uporała się ze wszystkimi 
obowiązkami.   

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

– Wybacz, że przeszkadzam, Catherine, ale chciałabym zamienić z tobą parę słów. – Do 

gabinetu zajrzała Ann Talbot.   

– Wejdź, proszę, skończyłam już dyżur. Też chciałam z tobą porozmawiać. Jak się czuje 

David? 

– Obawiam się, że kiepsko – westchnęła Ann. – Właśnie w tej sprawie przyszłam. Wiem, 

że masz dzisiaj wolne popołudnie, ale Matt wciąż przyjmuje, a potem ma jeszcze parę wizyt.   

–  Nic  nie  szkodzi  –  uspokoiła  ją  Catherine.  –  Sharon  mówiła  mi,  że  musiałaś  pójść  do 

Davida, bo opiekunka nie przyszła.   

– Tak, to prawda. – Ann usiadła. Była atrakcyjną blondynką po czterdziestce, spokojną i 

zrównoważoną.  Catherine  wiedziała,  że  cieszy  się  uznaniem  i  szacunkiem  pacjentów.  – 
Zastałam Davida w strasznym stanie – ciągnęła. – Chciał pójść do łazienki i spadł z wózka. 
Uderzył głową o kant wanny.   

– Ojej! Bardzo się zranił? 
– Nie, nabił  sobie tylko  guza.  Dużo gorszy  był dla niego  fakt, że musiał  zadzwonić do 

mnie po pomoc.   

– Lubisz Davida, prawda? – Catherine uważnie się jej przyjrzała.   
– Jest tylko pacjentem – westchnęła Ann. – Cóż, lubię go –  dodała po chwili. – Nawet 

bardziej niż lubię, jeśli mam być szczera. Po odejściu żony David był bardzo przybity, więc 
zaczęłam  go  codziennie  odwiedzać.  Bałam  się,  że  może...  cóż,  że  może  sobie  zrobić  coś 
złego.   

– Rzeczywiście, to musiało być dla niego straszne – przyznała Catherine. – Nie dość, że 

tak ciężko zachorował, to jeszcze opuściła go żona.   

–  Tak,  ale  on  się  nie  poddaje,  jest  w  nim  wola  walki.  Cały  czas  do  niego  chodziłam, 

wmawiając  sobie,  że  to  dlatego,  żeby  nie  wpadł  w  depresję.  Okłamywałam  samą  siebie. 
Zakochałam się w nim, dlatego chciałam go widywać.   

– A on? – spytała Catherine.   
– Myślę, że on czuje do mnie to samo. – Ann patrzyła w sufit, ale Catherine widziała, że 

ma łzy w oczach. – Problem w tym, że nie chce w ogóle słyszeć, żeby cokolwiek mogło nas 
łączyć. Mówi, że umrze, a więc nie ma sensu myśleć o przyszłości.   

– Przecież nikt nie wie, ile mu życia zostało – zaprotestowała Catherine. – Może jeszcze 

kilka dobrych lat.   

– A może parę miesięcy. – Ann otarła łzy. – Ale dla mnie to nie ma znaczenia, bo ja chcę 

z  nim  być.  Przynajmniej  później,  jak  dojdzie  do  tego,  co  nieuniknione,  będę  miała  co 
wspominać.   

– Czy nie ma sposobu, żeby go przekonać? 
– Próbowałam, ale on jest taki uparty! – Ann uśmiechnęła się przez łzy. – Przepraszam, 

Catherine.  Nie  miałam  zamiaru  zamęczać  cię  swoimi  problemami.  Chciałam  cię  tylko 
porosić,  żebyś  zadzwoniła  do  opieki.  Skoro  jego  opiekunka  zachorowała,  powinni  byli 

background image

przystać  kogoś  innego.  Zwróć  im  na  to  uwagę.  Przecież  gdyby  David  nie  miał  przy  sobie 
komórki, mógł cały dzień przeleżeć na podłodze.   

– Zaraz to zrobię – obiecała Catherine.   
– Prawdę mówiąc, on potrzebuje opieki przez całą dobę – dodała Ann – ale nie chce, żeby 

ktoś z nim mieszkał. Mówi, że niańka mu niepotrzebna.   

–  Cóż,  to  zrozumiałe.  –  Catherine  pokiwała  głową.  –  Trudno  pogodzić  się  z  faktem 

całkowitego uzależnienia od drugiej osoby.   

– Masz rację. Ale gdyby miał choć trochę rozumu...   
– Może powinnaś go jednak przekonać, żeby cię nie odtrącał. Upoważniam cię, żebyś mu 

powiedziała w moim imieniu, że jest skończonym idiotą, jeśli nie widzi, jakie to szczęście, że 
ma kogoś takiego jak ty.   

Westchnęła, gdy Ann wyszła z gabinetu. Czyż nie byłoby cudownie, gdyby udało jej się 

przekonać Davida? W każdym razie powinna zaryzykować. A nuż się uda.   

Dziwne,  pomyślała,  kiedyś w takiej  sytuacji nikogo bym  nie namawiała do ryzyka.  Czy 

aż tak bardzo się zmieniłam w czasie tego krótkiego pobytu w Brookdale? Co spowodowało 
tę zmianę? 

Nagle oczami wyobraźni zobaczyła przed sobą twarz Matta, i westchnęła.   

Kiedy  przyszła  po  Hannah  do  szkoły,  na  dziedzińcu  byli  już  inni  rodzice.  Stanęła  przy 

głównym wyjściu, by dziewczynka ją zobaczyła. Matt wyszedł z przychodni, gdy rozmawiała 
z Ann, a więc nie zdążyła mu powiedzieć, że odbierze Hannah.   

Dziewczynka  rozjaśniła  się  na  jej  widok.  Szła  obok  niej,  podskakując,  i  opowiadała  o 

wszystkich  wydarzeniach  w  szkole.  Catherine  była  autentycznie  wzruszona  tym  dziecięcym 

szczebiotem. I wcale się nie ucieszyła, gdy zatrzymał się przy nich samochód Matta.   

–  Co  za  niespodzianka!  –  zawołał.  –  Byłem  pewien,  że  to  ciocia  Bet  wystąpi  w  roli 

eskorty, a nie ty.   

–  Wybacz,  powinnam  ci  była  powiedzieć  –  tłumaczyła  się.  –  Twoja  ciocia  nie  może 

chodzić, więc zaproponowałem, że odbiorę Hannah ze szkoły.   

–  Catherine  mnie  rano  odprowadziła,  tatusiu  –  pochwaliła  się  dziewczynka.  – 

Powiedziałam cioci Bet, że nie będziesz zły. Nie jesteś, prawda? Mówiłeś, że bardzo lubisz 
Catherine.   

– Owszem. Wsiadajcie. Odwiozę was do przychodni.   
– W takim razie nie jestem już potrzebna. Wrócę do domu – powiedziała Catherine.   
– A samochód? Nie zostawiłaś samochodu w przychodni? 
– Ach tak, na śmierć zapomniałam – przyznała.   
–  Naprawdę  bardzo  ci  jestem  wdzięczny  za  pomoc,  Catherine.  Mam  nadzieję,  że  nie 

sprawiło ci to kłopotu.   

– Skądże. Nie miałam żadnych planów na dzisiaj. Chciałam kupić parę rzeczy na święta, 

ale mogę to zrobić każdego innego dnia.   

– Nic nie mów! – jęknął Matt. – Nawet nie chcę myśleć o świętach. Pojęcia nie mam, jak 

sobie poradzę. Zwykle to mama wszystkim się zajmowała.   

– A ciocia nie może ci pomóc? – zasugerowała.   

background image

– Ciocia Bet spędza każde święta w Szkocji u syna. W przyszłym tygodniu wyjeżdża. Nie 

chciałbym, żeby czuła się w obowiązku zmienić plany ze względu na mnie.   

Dojechał do przychodni i otworzył drzwi. Hannah wyskoczyła i wbiegła do środka.   
– Będę musiał jakoś sobie poradzić – ciągnął Matt.   
–  Jedzenie  to  najmniejszy  problem,  bo  mama  wszystko  już  pozamawiała,  ale  martwią 

mnie inne rzeczy, jak choćby prezenty dla dziewczynek. Becky już nie chce zabawek, a ja nie 
mam  pojęcia,  co  jej  kupić.  Skąd  mogę  wiedzieć,  co  chciałaby  dostać  trzynastoletnia 
dziewczynka? 

– Rzeczywiście, to problem – przyznała Catherine.   
– Wyobrażam sobie, że Becky jest już za duża, żeby pisać list do Świętego Mikołaja.   
– Niestety – westchnął Matt. – Życie było o wiele prostsze, kiedy marzyła o najnowszej 

wersji Barbie.   

– Myślę, że większość rodziców ma ten problem, gdy dzieci dorastają.   
– Chyba tak. Ale, ale, nie chcę, żebyś myślała, że się skarżę czy narzekam na swój los.   
–  Nawet  mi  to  przez  myśl  nie  przeszło  –  zaprotestowała.  –  To  naturalne,  że  chcesz 

zorganizować dziewczynkom jak najpiękniejsze święta i naturalne, że się martwisz, jak sobie 
poradzisz w tej sytuacji.   

– Chyba masz rację.  Ale dość już na ten temat. Co byś powiedziała na  filiżankę kawy, 

zanim pojedziesz do siebie? 

Już miała się zgodzić, gdy uzmysłowiła sobie,  że powinna wyhamować.  I tak za bardzo 

włączyła się w życie Matta.   

– Raczej pojadę do domu, jeśli nie masz nic przeciwko temu – powiedziała.   
Nie  byłoby  nic  złego  w  tym,  gdyby  przyjęła  zaproszenie,  ale  chciała  wytrwać  w  swym 

postanowieniu.  Lubiła  pracę  w  Brookdale,  ale  było  to  zajęcie  tymczasowe.  Plany  na 
przyszłość  miała  jasno  sprecyzowane  i  nie  było  w  nich  miejsca  dla  wdowca  z  dwojgiem 
dzieci, niezależnie od tego, jak bardzo całą trójkę polubiła.   

– Na pewno? Nie dasz się skusić? – spytał.   
– Może innym razem – odparła, otwierając drzwi samochodu. – Muszę jeszcze wstąpić do 

pani Grimes, zobaczyć, co z jej nogą. Trudno się goi i wciąż ją boli.   

–  To  się  zdarza  u  starszych  osób.  Organizm  dłużej  się  regeneruje.  Cóż,  nie  będę  cię 

zatrzymywał. Jeszcze raz dzięki za wszystko, Cathy.   

Pochylił  się i  pocałował  ją w policzek.  Popatrzyła na niego zdumiona. Uśmiechnął  się i 

potarł delikatnie kciukiem miejsce, którego dotknął ustami.   

– Jedź ostrożnie – napomniał ją. – O tej porze jest duży ruch.   
– Do... dobrze – zająknęła się.   
Patrzyła, jak Matt znika w budynku przychodni. Zadrżała lekko na wspomnienie dotyku 

jego ust.   

Nagle ogarnęła ją panika. Pocałunek Matta obudził w niej uśpione uczucia. Wiedziała, że 

mu się podoba, ale wiedziała też, że nie zadowoliłby się przygodą. Chciałby czegoś więcej, 
znacznie więcej, niż mogłaby mu dać.   

Łzy  napłynęły  jej  do  oczu.  Z  tego  wszystkiego  wypływa  jeden  wniosek.  Brakuje  jej 

background image

odwagi, by się zakochać i dać mężczyźnie taką władzę nad jej życiem.   

 
–  Na  pewno  niczego  pani  nie  potrzebuje?  Catherine  starała  się  nie  okazywać 

zaniepokojenia.   

Od czasu ostatniej wizyty stan zdrowia pani Grimes wyraźnie się pogorszył.   
– Nie potrzebuję niczyjej pomocy – oznajmiła wojowniczo starsza pani. – Nikt nie musi 

tu przychodzić i mówić mi, co mogę, a czego nie mogę.   

– Nawet bym nie śmiała – zapewniła ją Catherine.   
–  Wiem,  jak  bardzo  ceni  sobie  pani  niezależność,  ale  od  czasu  do  czasu  każdy  z  nas 

potrzebuje czyjejś pomocnej dłoni.   

– Mój Albert zawsze pomagał innym, był z tego znany. – Starsza pani otarła łzę. – Miał 

bardzo dobre serce, ale nie pozwoliłby nikomu sobą rządzić. Szkoda, że go nie ma, bo nigdy 
by do tego nie dopuścił.   

–  Do  czego,  pani  Grimes?  Chodzi  pani  o  wydział  lokalowy?  Martwi  się  pani 

przeprowadzką i rozstaniem z Timmym? 

–  Nie  chodzi  o  wydział  lokalowy,  choć  to  ich  wina,  bo  powinni  mi  wcześniej  znaleźć 

jakieś  miejsce  –  wybuchła  pani  Grimes.  –  Nie,  to  ci  młodzi,  którzy  tu  przychodzą  w  nocy. 
Boję się iść spać, bo nie wiem, co im strzeli do głowy. Strasznie się boję, pani doktor, że cały 
dom stanie w płomieniach, a ja i Tommy nie zdążymy uciec.   

– Zawiadomiła pani policję? Starsza pani potrząsnęła głową.   
– Dlaczego nie? Przecież to niebezpieczne.   
– Bo jak zawiadomię policję, to mnie stąd zabiorą i odbiorą mi Timmy’ego.   
– Na pewno tego nie zrobią – odrzekła Catherine.   
– Proszę posłuchać, pozwoli mi pani zatelefonować w pani imieniu i powiedzieć, co tu się 

dzieje? Nie może tu pani zostać. To zbyt niebezpieczne.   

–  Ale  dokąd  pójdziemy?  Ten  urzędnik  z  lokalowego  mówił,  że  nie  ma  takich  miejsc, 

gdzie mogę zabrać kota. A ja nigdzie się nie ruszę bez mojego Timmy’ ego.   

Catherine poczuła się bezradna.  Pojechała z powrotem  do przychodni,  zastanawiając się 

po  drodze,  co  by  tu  zrobić.  Nie  mogła  znieść  myśli,  że  starsza  pani  zostanie  sama  w  tym 

starym domu przez kolejne noce.   

–  Zupełnie  nie  wiem,  co  się  dzieje!  Tłumy  pacjentów!  –  Matt  rzucił  karty  na  biurko.  – 

Kazałem Sharon jechać do domu, jutro uporządkuje dokumentację. Biedaczka od rana była na 
nogach,  dwanaście  godzin.  Jeśli  choroba  Margaret  się  przedłuży,  będę  musiał  poszukać 
zastępstwa.   

– A co z twoją siostrą? – spytała Catherine. – Miałeś jakieś wiadomości? 
– Uwierzyłabyś, że to był fałszywy alarm? 
– Naprawdę? 
– Tak. Cheryl mieszka za miastem, więc kiedy zaczęły się bóle, zadzwoniła do szpitala. 

Bała  się,  bo  była  sama  w  domu.  Kazali  jej  natychmiast  przyjechać,  więc  zadzwoniła  po 
mamę.   

– A więc twoja matka niepotrzebnie poleciała? 

background image

– I tak, i nie. Cheryl na pewno lepiej się czuje, wiedząc, że mama z nią zostanie. Jej mąż, 

Mikę, spędza dużo czasu w podróżach służbowych.   

– No tak, ale twoja mama chciała święta spędzić tutaj.   
– Owszem, ale prawdę mówiąc, cieszę się, że trochę pobędzie z Cheryl, zanim dziecko się 

urodzi. Rzadko się widują.   

– A tymczasem będziesz radził sobie sam.   
– Tak, mam tylko nadzieję, że wszystkiego nie popsuję.   
– Co masz na myśli? 
– Och, nic takiego. Mówię od rzeczy, bo jestem zmęczony i głodny i niczego więcej nie 

pragnę, jak paść przed telewizorem.   

– Widzę, że czeka cię równie ekscytujący wieczór jak mnie – rzuciła żartobliwie.   
– Możesz mi dotrzymać towarzystwa, będę zachwycony.   
– Och, nie śmiałabym psuć ci planów.   
– Nie zepsujesz ich, Catherine. Wręcz przeciwnie.   
– Spojrzał na nią znacząco.   
– Dzięki, ale lepiej wrócę do domu.   
– Wyjdę z tobą. Przy okazji pozamykam drzwi i włączę alarm.   
Szybko  włożyła  płaszcz,  nie  chcąc,  by  jej  w  tym  pomógł.  Aż  nadto  dobrze  pamiętała 

dotyk jego palców, gdy zrobił to ostatni raz.   

– A więc co masz w planie po powrocie do domu? 
– spytał, obserwując ją spod oka.   
– Nic specjalnego. Zrobię sobie coś do jedzenia, pooglądam chwilę telewizję i pójdę spać.   
– To dziwne, prawda? 
– Co? 
–  Że  ludziom  na  ogół  się  wydaje,  że  życie  lekarza  jest  niezwykle  fascynujące,  podczas 

gdy rzeczywistość jest o wiele bardziej prozaiczna i sprowadza się do ciężkiej pracy.   

– Zastanawiałeś się czasem, czy wybrałeś właściwy zawód? 
– Raczej nie, a ty? 
– Nie.   
– Myślisz, że jesteśmy cierpiętnikami? 
– Może – uśmiechnęła się.   
– A zatem to następna rzecz, która nas łączy – stwierdził.   
–  Nas  i  dziesięć  milionów  innych  lekarzy  –  dodała,  zaniepokojona  tym,  że  jej  serce 

znowu  zaczęło  bić  jak  oszalałe.  Nie  może  sobie  pozwolić  na  uleganie  emocjom.  Z  Mattem 
łączy  ją  tylko  praca,  praca  i  nic  więcej.  Skierowała  się  do  wyjścia,  ale  zwolniła  kroku, 
uświadomiwszy sobie, że Matt stoi przed nią i nie zamierza się cofnąć.   

– Dlaczego to robisz, Catherine? Czego się boisz? 
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz. – Postąpiła krok do przodu, ale Matt się nie usunął.   
–  To  nie  jest  świadoma  reakcja,  prawda?  Nie  podnosisz  z  premedytacją  wszystkich 

mostów zwodzonych za każdym razem, kiedy czujesz, że ktoś. podchodzi zbyt blisko? 

–  Nie  wiem,  o  czym  mówisz  Matt  –  powtórzyła.  –  Nigdy  nie  umiałam  rozwiązywać 

background image

zagadek.  –  Wyminęła  go  szybko,  niemal  się  o  niego  ocierając,  i  otworzyła  drzwi.  –  Dobrej 

nocy – rzuciła.   

– Dobranoc, Catherine.   
Nie zatrzymywał jej dłużej. Usłyszała trzask zamykanych drzwi. Otworzyła samochód, a 

odwróciwszy  się,  zobaczyła,  że  Matt  pogasił  wszystkie  światła.  Budynek  pogrążył  się  w 
ciemnościach.   

Usiadła  za  kierownicą,  starając  się  ignorować  narastający  ból,  uczucie,  że  właśnie 

zaprzepaściła  coś  bardzo  szczególnego.  Matt  ma  jej  dać  tylko  doświadczenie  w  pracy, 
powtarzała w duchu. Jest wyłącznie kolegą i nikim więcej. Wiedziała, że to prawda, a jednak 
nie zdołała siebie przekonać, że słusznie postąpiła, rozstając się z nim przed chwilą. Jakaś jej 
część wolałaby u niego zostać.   

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

–  To  powinno  załatwić  sprawę.  Proszę  tylko  podawać  Alison  antybiotyk,  tak  jak 

zaleciłam – powiedziała Catherine, wręczając pani King receptę.   

Był  piątek  rano.  Sandra  King  przywiozła  dwuletnią  córeczkę,  która  przez  całą  noc 

płakała. Okazało się, że mała ma zapalenie ucha.   

–  Dziękuję,  pani  doktor.  –  Sandra  wzięła  dziewczynkę  na  ręce  i  westchnęła.  –  Nikt  w 

domu nie zmrużył oka. W głowie mi się mąci.   

Catherine  uśmiechnęła  się  ze  zrozumieniem.  Też  miała  za  sobą  bezsenną  noc,  bo 

analizowała  w  nieskończoność  wszystko,  co  wydarzyło  się  poprzedniego  wieczoru. 
Wiedziała, że postąpiła słusznie, wracając do domu. Nie wolno jej angażować się w związek z 
Mattem. Mimo to nie była w stanie wyzbyć się uczucia, że popełniła błąd.   

– A przy okazji, jak się czuje Benjamin? – spytała. – Mam nadzieję, że chwilowo astma 

mu nie dokucza.   

– Och, czuje się dobrze, tyle że coś mu siadło na nos. W poniedziałek przenosimy się do 

Hastings  i  jest  z  tego  powodu  bardzo  niezadowolony.  Żal  mu  kolegów,  choć  mówiłam,  że 
będą  mogli  nas  odwiedzać,  kiedy  tylko  zechcą.  Ale  jestem  pewna,  że  jak  już  będziemy  na 
miejscu,  zacznie  mu  się  tam  podobać.  Poza  tym  dla  niego  będzie  lepiej,  jeśli  zamieszkamy 

nad morzem.   

– To prawda – zgodziła się Catherine.   
Gdy później wyjrzała na korytarz, okazało się, że poczekalnia jest pusta. A to znaczy, że 

choć  raz  może  wyjść  o  czasie  i  przed  wizytami  domowymi  zjeść  jeszcze  lunch.  Zresztą 
czekają ją dziś tylko dwie wizyty.   

Tego  dnia  były  badania  kontrolne  ciężarnych,  więc  Matt  będzie  zajęty  przez  całe 

popołudnie. Czy zdąży odebrać ze szkoły Hannah? Może powinna zaproponować, że go przez 
chwilę  zastąpi.  Podeszła  do  drzwi  jego  gabinetu  i  zapukała.  Chciała  mu  po  prostu  oddać 
koleżeńską przysługę. Zrobiłaby to dla każdego w analogicznej sytuacji.   

–  Przepraszam,  rozmawiałem  przez  telefon  –  powiedział  Matt,  otwierając  po  chwili 

drzwi. – Masz do mnie jakąś sprawę? 

– Ja... zastanawiałam się, kto odbierze Hannah ze szkoły. Ty masz dyżur całe popołudnie, 

więc pomyślałam...   

– Tak! Będę ci bardzo wdzięczny. Łamałem sobie głowę, jak się stąd wyrwać – rzekł z 

uśmiechem. – Jesteś cudowna, Hannah będzie zachwycona.   

–  Chętnie  po  nią  pójdę.  –  Zobaczyła  wyraz  ulgi  na  jego  twarzy.  Teraz  dopiero 

uzmysłowiła  sobie,  jak  dużo  musi  go  kosztować  godzenie  obowiązków  zawodowych  z 
potrzebami dzieci.   

To  właśnie  dlatego  postanowiła  przed  laty,  że  nie  założy  rodziny.  Nagłe  ogarnął  ją 

smutek na myśl o tym, że jeśli chce ziścić marzenia o własnej praktyce, nie może mieć dzieci. 
Dlaczego nigdy przedtem nie dręczyła jej ta myśl? 

Już  sam  fakt,  że  zaczynała  wątpić  w  słuszność  wytyczonego  celu,  był  dostatecznie 

background image

irytujący, ale dużo gorsza była świadomość, że przyczyną tego jest Matt. Miłości w ogóle nie 
brała  w  rachubę,  ale  zakochanie  się  w  mężczyźnie  obarczonym  rodziną  byłoby  wręcz 
katastrofą.  Zbyt  łatwo  mogłoby  się  to  skończyć  tak  jak  z  jej  matką...  Z  jednym  wyjątkiem: 
Matt nigdy by jej nie zostawił, tak jak to zrobił jej ojciec. Nie był tego typu mężczyzną.   

– Coś jeszcze? – Podniosła wzrok na Matta. Najwyraźniej coś go gnębiło.   
–  Właśnie  sobie  przypomniałem,  że  po  lekcjach  Becky  ma  próbę  chóru,  więc  wróci  do 

domu później. Liczyłem, że zajmie się małą, ale przecież nie będzie jej co najmniej do piątej. 
Hannah nie może być tyle czasu sama.   

– A ciotka? Nie może z nią posiedzieć? 
–  Nie.  Kiedy  przyszłaś,  właśnie  z  nią  rozmawiałem.  Myślałem,  że  jeśli  poślę  po  nią 

taksówkę, będzie mogła odebrać Hannah ze szkoły, ale nic z tego. Kolano jeszcze bardziej ją 
boli.  Kategorycznie  zabroniłem  jej  stawać  na  nogi,  dopóki  nie  zejdzie  obrzęk.  –  Potrząsnął 
głową. – Mogę jedynie powiedzieć Sharon, żeby odwołała niektóre osoby.   

Catherine  zmarszczyła  brwi.  Nie  podobał  jej  się  ten  pomysł.  Każda  ciężarna  musi 

regularnie poddawać się kontroli, by uniknąć ewentualnych powikłań.   

– To może ja zostałabym z Hannah do powrotu Becky? – zaproponowała.   
– Och nie. Nie mogę wymagać... – zaczął, ale nie pozwoliła mu skończyć. Z osobistego 

punktu  widzenia  może  i  miała  wątpliwości  co  do  swojej  propozycji,  ale  z  zawodowego  – 
żadnych. Najważniejsze jest dobro pacjentek.   

– Ależ to żaden problem, Matt – powiedziała. – Odwołanie pacjentek byłoby absolutnie 

niestosowne.   

– W takim razie przyjmuję twoją propozycję i dziękuję. – Wręczył jej pęk kluczy. – To od 

mieszkania  –  wyjaśnił.  –  Staram  się,  żeby  dziewczynki  nie  wchodziły  przez  przychodnię, 

tylko  bocznymi  drzwiami.  Hannah  zwykle  po  przyjściu  ze  szkoły  je  podwieczorek. 
Przygotuję coś.   

– Nie kłopocz się, dam sobie radę.   
Odwróciła  się.  Zabolało  ją,  że  mówił  do  niej  obojętnym  tonem.  Nie  było  w  nim  tego 

ciepła co zwykle. Łzy napłynęły jej do oczu. Jeszcze nigdy nikt nie sprawił, że czuła się tak 
szczególnie.  O  tak,  zawsze  starała  się  być  we  wszystkim  najlepsza:  najlepsza  uczennica  w 

szkole,  najlepsza  studentka,  doskonale  zapowiadająca  się  lekarka.  Ale  nigdy  jeszcze  nikt  jej 
nie dał odczuć, że jest numerem jeden tylko dlatego, że jest sobą. Matt uczynił to pierwszy. W 
jego oczach miała być tylko sobą, nikim więcej.   

– Jeszcze raz dziękuję – rzekł  z uśmiechem. – Jestem ci  naprawdę wdzięczny. W razie 

problemów zawołaj mnie.   

– Wszystko będzie dobrze, Matt – zapewniła go.   
– Nie martw się.   
– Aha, miałem ci jeszcze powiedzieć, że dzwonili z wydziału lokalowego w sprawie pani 

Grimes. Jest dla niej mieszkanie w domu opieki na przedmieściu.   

– A co z kotem? Będzie go mogła zabrać? 
– Tak. To naprawdę bardzo dobra wiadomość. Pani Grimes już oglądała mieszkanie i jest 

zadowolona.   

background image

Przy odrobinie szczęścia wprowadzi się jeszcze przed Bożym Narodzeniem.   
–  To  cudownie  –  ucieszyła  się  Catherine.  –  W  końcu  będzie  u  siebie,  spokojna  i 

bezpieczna.   

– Tak, też się cieszę. Wiem, jak się o nią martwiłaś, Catherine – dodał ciepło.   
Wyszła  z  jego  gabinetu  i  udała  się  na  lunch  do  pobliskiego  baru.  Jedzenie  było  dobre, 

atmosfera  sympatyczna,  a  jednak  samotny  posiłek  nie  sprawił  jej  przyjemności.  Próbowała 
poprawić  sobie  nastrój,  przypominając  sobie  wszystkie  dobre  rzeczy,  które  ją  spotkały. 
Odnosi sukcesy zawodowe, zamierza otworzyć własny gabinet. Ma ładne mieszkanie, dobry 
samochód  i  masę  pięknych  ciuchów.  Niejedna  kobieta  chętnie  by  się  z  nią  zamieniła.  A 
jednak kiedy tak analizowała to, za co powinna być wdzięczna losowi, nie mogła nie dostrzec 
negatywnych stron swego życia. Owszem, ma . piękne mieszkanie, ale mieszka w nim sama. 

Kiedy  prowadzi  samochód,  nikt  nie  siedzi  obok  niej.  A  co  do  ubrań,  to  kiedy  ostatni  raz 
usłyszała, że ładnie wygląda? 

Wszystko to sprowadza się do jednego: jest kobietą niezależną, zdaną tylko na siebie i z 

lękiem  myśli  o  czekających  ją  latach  samotności.  Czy  chce  skończyć  tak  jak  biedna  pani 
Grimes?  Z  kotem  jako  jedynym  towarzyszem?  Ale  jaką  ma  alternatywę?  Czy  jest  gotowa 
poświęcić wszystko, na co tak ciężko pracowała, dla miłości? 

Zapłaciła i wyszła z baru. Wróciła do przychodni po samochód, by załatwić czekające ją 

jeszcze  wizyty  domowe.  Zapaliła  silnik,  wyjechała  na  ulicę  i  zerknęła  w  lusterko  wsteczne. 
Zadrżała, ujrzawszy w oczach wyraz niepewności. Nie odpowiedziała sobie na pytanie, czy 
poświęcić  wszystko  dla  miłości,  ponieważ  nie  była  pewna,  jak  powinna  brzmieć  ta 
odpowiedź. Jeszcze parę tygodni temu w ogóle by się nad tym nie zastanawiała, ale wtedy nie 
znała jeszcze Matta.   

Teraz  nie  potrafiła  już  z  ręką  na  sercu  powiedzieć,  że  nigdy  się  nie  zakocha.  Czy  Matt 

rzeczywiście zdoła jej zrekompensować rezygnację z marzeń? 

 

Zakończyła  wizyty  wcześniej  niż  przewidywała,  tak  że  bez  trudu  zdążyła  do  szkoły. 

Hannah ucieszyła się na jej widok.   

– Pani mówiła mi, że przyjedziesz! – wołała już z daleka. – Tatuś do niej zatelefonował.   
– Naprawdę? – Catherine roześmiała się. – A ja myślałam, że sprawię ci niespodziankę.   
–  To  jest  niespodzianka  –  szczebiotała  dziewczynka.  –  Bardzo  lubię,  jak  po  mnie 

przychodzisz. Kocham babcię, ale jak ty przychodzisz, mogę udawać, że mam mamusię, tak 

jak wszystkie dzieci.   

Catherine nie bardzo wiedziała, jak zareagować. To wyznanie poruszyło ją do głębi, lecz 

nie  chciała,  by  dziewczynka  robiła  sobie  złudne  nadzieje.  Trudno  jest  dziecku  wyjaśnić 
złożoność  sytuacji,  skoro  dorośli  sami  mają  kłopoty  ze  zrozumieniem  tego,  co  się  z  nimi 
dzieje.   

Dawniej Catherine nawet by do głowy nie przyszło iść do szkoły po czyjeś dziecko. Nie 

przejmowałaby się problemami Matta. Wykonywałaby obowiązki i na tym by się kończyło. 
Musi się zastanowić, dlaczego Matt ma na nią aż taki wpływ, jak to się dzieje, że otworzył 
jakieś sekretne zakamarki jej duszy.   

background image

– Zdejmij płaszczyk i umyj ręce – powiedziała, gdy znalazły się w domu. – Zobaczymy, 

co tatuś przygotował na podwieczorek.   

Rozejrzała się po kuchni. Nie zauważyła żadnej kartki od Matta. Zajrzała do lodówki, ale 

niczego tam nie znalazła.   

– Tatuś nie miał czasu, żeby zrobić podwieczorek – powiedziała do dziewczynki. – Na co 

masz ochotę? 

–  Na  paluszki  rybne  i  frytki  –  odrzekła  Hannah.  Pobiegła  do  zamrażarki  i  wyjęła  dwie 

paczki.   

– Dobrze. Żebym tylko wiedziała, jak się z tym czymś obchodzić. – Catherine popatrzyła 

na piekarnik.   

– Tatuś wkłada frytki i paluszki do środka – wyjaśniła Hannah.   
– Cóż, to  nie powinno być trudne. – Catherine otworzyła drzwiczki. Cofnęła się, gdy z 

piekarnika buchnęło gorąco.   

– Mogę pooglądać telewizję? – spytała Hannah.   
–  Tak,  oczywiście.  –  Catherine  zastanawiała  się,  czy  piekarnik  nie  jest  za  gorący.  Nie 

dostrzegła  żadnego  pokrętła  regulacji  temperatury,  więc  położyła  paluszki  i  frytki  na  tacy  i 
wsunęła  je  do  środka.  Potem  zamknęła  drzwiczki  i  zerknęła  na  zegarek.  Podgrzewanie  ma 
trwać dwadzieścia minut, a więc też może pójść na górę.   

Hannah włączyła kanał z filmami rysunkowymi. Usiadły obie przed telewizorem. Nagle z 

dołu dobiegł piskliwy odgłos.   

– Co to znowu? – zdziwiła się Catherine. – Ojej, alarm! Chodź, Hannah, szybko! 
Pobiegły  na  dół.  Z  kuchni  wydobywały  się  kłęby  dymu.  Catherine  wypchnęła 

dziewczynkę na dwór.   

.  Przy  głównym  wyjściu  z  przychodni  zobaczyła  Matta,  Sharon  i  kilkoro  pacjentów. 

Uzmysłowiła  sobie,  że  kiedy  usłyszał  sygnał  alarmowy,  nakazał  im  niezwłocznie  opuścić 
budynek.   

– Co się stało? – spytał.   
– Nie mam pojęcia, z kuchni wydobywa się dym.   
– Zostańcie tutaj, zaraz sprawdzę – rzekł Matt i wbiegł do środka.   
Czekała w napięciu. Bała się, żeby się nie zatruł.   
–  Chyba  znalazłem  winowajcę.  –  Matt  niósł  poczerniałą  tacę.  Catherine  nie  wierzyła 

własnym oczom.   

– Chcesz powiedzieć, że cały ten dym jest z powodu kilku paluszków rybnych i frytek? 
– Tak sądzę. – Z trudem powstrzymywał się od śmiechu.   
– Przepraszam, Matt. Naprawdę nie wiem, co powiedzieć – tłumaczyła się Catherine. – 

Nigdy nie używałam takiego piekarnika. Nie miałam pojęcia, że to się tak szybko zagrzeje.   

– To nie twoja wina – uspokoił ją. – Ten piekarnik nie jest łatwy w obsłudze, zwłaszcza 

jeśli  się  go  nie  zna.  –  Dotknął  lekko  jej  ramienia  i  popatrzył  na  nią  z  czułością.  – 
Najważniejsze, że nikomu nic się nie stało. Przykro mi, że tak się przestraszyłaś, starając się 
oddać mi przysługę.   

– Ładna mi przysługa! O mało nie spaliłam ci domu.   

background image

–  Nie  przesadzaj.  Nie  było  takiego  zagrożenia.  To  moja  wina,  że  nic  wam  nie 

przygotowałem. Miałem trochę problemów z pacjentką i po prostu zapomniałem.   

– No cóż, nie możesz pamiętać o wszystkim. W końcu nie jesteś supermanem.   
– O tak, mam tego świadomość. – Zaśmiał się.   
–  Myślałem,  że  jak  dziewczynki  będą  starsze,  będzie  mi  łatwiej,  ale  nic  z  tego.  Wciąż 

niezbyt dobrze radzę sobie z pracą i z domem.   

– To normalne w twojej sytuacji. Dlatego już dawno postanowiłam, że nie założę rodziny 

– wymknęło jej się mimo woli. Zauważyła, że Mart zmarszczył brwi.   

– To bardzo drastyczna decyzja, Catherine. Jesteś pewna, że nie będziesz jej żałować? 
– Jestem. Wiem, czego chcę od życia i na mojej liście priorytetów nie ma dzieci.   
Ucięła temat, nie chcąc dyskutować o swojej decyzji, której nie była już taka pewna jak 

kiedyś. Podświadomie wyczuła, że Matt starałby się ją przekonać, by zmieniła zdanie.   

– Pójdę i zobaczę, co robi Hannah – powiedziała.   
– Czy mam znaleźć coś innego do jedzenia, czy  wolisz nie ryzykować i  nie wpuszczać 

mnie więcej do kuchni? 

–  Och,  myślę,  że  mogę  ci  zaufać.  Wątpię,  żebyś  dokonała  zbyt  wielu  spustoszeń,  w 

każdym razie w moim domu.   

Catherine  nie  bardzo  wiedziała,  jak  rozumieć  tę  uwagę,  ale  zanim  zdążyła  spytać, 

pojawiła się Sharon.   

– Pani Tatę chce wiedzieć, czy ma czekać – oznajmiła. – Za pół  godziny musi odebrać 

synka z przedszkola.   

– Powiedz jej, że już idę.   
– Becky wkrótce wróci, zajmie się Hannah – dodał jeszcze, zwracając się do Catherine.   
– Zaczekam na nią, bądź spokojny.   
Catherine  weszła  do  domu.  Dym  trochę  się  już  przerzedził  i  mogła  stwierdzić,  że  w 

kuchni  nie  było  właściwie  żadnych  szkód.  Wrzuciła  do  kubła  spaloną  tacę  i  postanowiła 
zrobić  dla  Hannah  kanapki,  zamiast  ponawiać  eksperymenty  z  piecykiem.  Gdy  wróciła 
Becky,  kanapki  były  już  gotowe.  Catherine  zostawiła  dziewczynki  same  i  wróciła  do 

przychodni, gdzie czekał jej pierwszy pacjent.   

To  było  bardzo  aktywne  popołudnie,  pomyślała.  Najpierw  wizyty  domowe,  potem 

wyjście do szkoły po Hannah, nie mówiąc już o przygodzie z piekarnikiem. Teraz już miała 
pojęcie  o  tym,  jak  wygląda  dzień  Matta.  Ciągłe  balansowanie  między  pracą  a  domem.  A 
jednak była zadowolona. Przydała się, była komuś potrzebna. Jeśli Matt poprosi ją o pomoc, 
zgodzi się z przyjemnością. Mimo że ostatnią rzeczą, jakiej by pragnęła, było związanie się z 
rodziną Matta.   

 

Tego  dnia  przyjmowała  pacjentów  do  późnego  wieczora.  Oprócz  zapisanych  przyjęła 

kilka osób nie umówionych. Dochodziło wpół do siódmej i Matt właśnie skończył dyżur.   

– Jakieś problemy? – spytał, widząc, że spod przychodni odjeżdża karetka.   
– Ciężarna, grozi jej poronienie.   
– Tak? Jak się nazywa? 

background image

– Deborah Hale.   
– Co za pech! – zawołał. – Debbie była w siódmym niebie, kiedy potwierdziłem, że jest w 

ciąży.  Ruth  też  miała  poronienie  –  dodał  po  chwili  –  i  bardzo  ją  to  załamało.  Myślę,  że 
dlatego była zdecydowana urodzić Hannah.   

Rozmowę przerwał im dzwonek telefonu, co Catherine przyjęła z ulgą. Nie wiedziała, co 

mówić.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  życie  Matta  byłoby  zupełnie  inne,  gdyby  jego  żona  nie 
zmarła.   

– Dzwoni Ann Talbot, panie doktorze. – Sharon wsunęła głowę do pokoju. – Mówi, że 

ma do pana pilną sprawę. Wydaje mi się, że jest przerażona.   

– Ciekawe, co się stało. Matt wbiegł do środka.   
– David  Marshall ma problemy z oddychaniem,  Ann uważa,  że trzeba go przewieźć do 

szpitala, ale. on nie pozwała jej wezwać karetki – relacjonował Matt, wróciwszy do Catherine. 
– Chce, żebym go przekonał, że musi jechać do szpitala. – Pospiesznie chwycił neseser.   

– Mogę ci w czymś pomóc? – zapytała.   
– Nie mogę zebrać myśli... Racja, wiem. Mogłabyś powiedzieć dziewczynkom, żeby się 

ubrały do wyjścia? 

– Oczywiście. Ale chyba nie chcesz zabrać ich ze sobą? 
–  Nie  mam  wyboru.  Nie  mogę  ich  zostawić  samych  o  tej  porze.  Zaczekają  w 

samochodzie. Nie martw się, Catherine.   

No cóż, jednak się martwiła. Dziewczynki nie powinny o tej porze wychodzić z domu, a 

Matt musi się skupić na pracy.   

– Zostanę z nimi – powiedziała. – Jeśli uda ci się namówić Davida do pójścia do szpitala, 

będziesz tam potrzebny.   

– Ależ ja naprawdę nie oczekuję tego od ciebie.   
– Wiem, ale nie proponowałabym, gdybym nie chciała tego zrobić. Wierz mi.   
– A więc bardzo ci dziękuję. Powiedz dziewczynkom, że wrócę najprędzej jak się da.   
– Dobrze, bądź spokojny. Przysięgam, że będę się trzymała z dala od kuchni, a więc tym 

też nie musisz się martwić.   

– To ostatnia rzecz, którą bym się przejmował. – Pochylił się i musnął wargami jej usta. – 

Na razie, Catherine.   

Oprowadziła  go  wzrokiem  i  zamknęła  drzwi.  Obiecała  mu,  że  zostanie  aż  do  jego 

powrotu i dotrzyma słowa. Kiedy wróci, zastanie ją tutaj, w jego domu, z jego dziećmi.   

Nie miała pojęcia, co się wydarzy, ale nie zamierzała udawać, że ten pocałunek nie będzie 

miał dalszego ciągu. Żaden mężczyzna nie pocałowałby kobiety, tak jak Matt pocałował ją, 
gdyby czegoś do niej nie czuł.   

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Było  po  dziewiątej,  gdy  wrócił.  Usłyszawszy  szczęk  zamka  w  drzwiach,  Catherine 

wyłączyła telewizor.   

– Wybacz, że to tak długo trwało – rzekł od progu.   
– Jak David? Przekonałeś go? 
–  Nie.  Kategorycznie  odmówił.  –  Matt  usiadł  na  kanapie  i  przymknął  oczy.  –  Nie 

mogliśmy  go  zmusić,  ale  byłbym  znacznie  spokojniejszy,  gdyby  leżał  teraz  w  szpitalnym 
łóżku.   

– Zrobiłeś co mogłeś. A co właściwie mu jest? 
– Zapalenie płuc. Okazało się, że nie powiedział Ann całej prawdy. Spadł z wózka zeszłej 

nocy,  kiedy  chciał  się  napić  wody.  Musiał  stracić  przytomność,  a  gdy  się  ocknął,  był  już 

ranek. Opiekunka nie przyszła, więc zadzwonił do Ann.   

–  Boże!  Nie  wiadomo,  czy  się  nie  zachłysnął,  upadając.  To  mogło  wywołać  zapalenie 

płuc.   

– Też tak myślę, choć teraz to już bez znaczenia. Koniec końców oświadczyłem mu, że 

nie zamierzam zostawić go na noc samego, więc zgodził się, żeby Ann u niego spała. Dałem 
mu antybiotyki i obiecałem Ann, że na wszelki wypadek przywiozę jeszcze tlen. Muszę tylko 
chwilę odsapnąć.   

–  Może  ja  to  zrobię?  –  zaproponowała  bez  namysłu.  –  Nie  będziesz  musiał  drugi  raz 

jechać. Dziewczynki są już w łóżkach, więc możesz spokojnie odpocząć. Zasłużyłeś na to.   

Matt rzeczywiście wyglądał na wykończonego. Żałowała, że ten wieczór już się kończy, 

ale nie mogła pozwolić, by w tym stanie jeszcze raz wychodził z domu.   

– Wezmę przenośną butlę z zabiegowego, dobrze? – spytała.   
– Dobrze. Jest jedna zapasowa w magazynie, ale nie mam siły w tej chwili po nią iść. – 

Potrząsnął głową. – Chyba się starzeję. Nigdy pod koniec dnia nie czułem się tak zmęczony.   

– Bzdura – żachnęła się. – Nie jesteś stary, tylko wyczerpany, bo robisz za dużo rzeczy 

naraz.   

– Mówisz to pewnie tylko dlatego, żeby mnie pocieszyć, ale twoja diagnoza bardziej mi 

się podoba niż moja.   

– Zawsze w razie wątpliwości warto zasięgnąć opinii drugiej osoby, doktorze Fielding. – 

Odwzajemniła jego uśmiech. – Wbijali nam to do głowy na studiach, prawda? 

– Owszem, choć ja zawsze byłem zdania, że zależy, kto wydaje te opinie. – Ujął w dłonie 

jej  twarz  i  popatrzył  w  oczy.  –  To  znaczy,  że  dużo  bardziej  liczy  się  opinia  wydana  przez 
ciebie niż przez kogoś innego.   

– Tak? Dlaczego? – szepnęła.   
– Bo to twoje zdanie, Catherine.   
Pochylił się i ich usta się spotkały. Objęła go za szyję i przyciągnęła do siebie. Całowali 

ją  różni  mężczyźni,  ale  nigdy  nie  było  tak  jak  teraz.  Usta  Matta  były  delikatne  i  namiętne 
zarazem, czułe i zachłanne. Zadrżała, gdy wreszcie się odsunął.   

background image

– Ejże! Jeśli chodzi o pocałunki, to były naprawdę fantastyczne – stwierdził.   
– Rzeczywiście, było nieźle – przyznała niepewnie.   
– Nieźle? – Odstąpił krok do tyłu i popatrzył na nią.   
– Nieźle! To było wspaniałe, fascynujące doświadczenie, a ty masz czelność mówić, że 

było nieźle.   

–  A  więc  było  bardzo  dobrze.  –  Catherine  zaśmiała  się,  widząc  jego  grymas.  – 

Zadowolony? 

– A mogę nie być? Przynajmniej nie powiedziałaś, że było miło. To słowo zabija wszelką 

namiętność.   

–  Biorąc  pod  uwagę,  że  wychodzę,  słowo  „miło”  byłoby  lepszym  określeniem  – 

stwierdziła.   

– Zawsze możesz wrócić.   
–  Słucham?  –  Spojrzała  na  niego  i  zaniemówiła.  Patrzył  na  nią  tak,  jak  może  patrzeć 

mężczyzna, który pragnie kobiety, na której mu zależy.   

–  Możesz  zawieźć  tlen  Davidowi  i  wrócić  –  powtórzył  lekko  schrypniętym  głosem.  – 

Zanim wrócisz, przygotuję coś do jedzenia. Pewno nic nie jadłaś, co? 

– Nie. – Oblizała wargi, które nagle stały się tak suche, że z trudem wypowiadała słowa.   
–  Dobrze.  Otworzę  wino,  a  po  kolacji  posiedzimy  sobie  przy  kominku,  posłuchamy 

muzyki. To mi pozwoli odreagować ten ciężki dzień.   

Catherine przymknęła oczy.   
– A kiedy skończymy wino – ciągnął Matt – pomyślimy, co robić dalej.   
– Dalej... ? 
– Hm, wiem, co mogłoby być dalej, Catherine – powiedział. – Ale nie chcę cię zmuszać 

do  czegoś,  czego  mogłabyś  żałować.  Chciałbym,  żebyś  została  u  mnie  na  noc,  ale  ty  też 
musisz tego chcieć.   

– Sama nie wiem, czego chcę, Matt. – Potrząsnęła głową. – Jedna część mnie chce zostać, 

druga się przed tym wzbrania.   

–  A  więc  tylko  ty  możesz  dokonać  wyboru,  kochanie.  To  musi  być  twoja  decyzja.  W 

żadnym wypadku nie starałbym się nakłaniać cię do czegokolwiek. Musisz być pewna, że też 
tego chcesz – powtórzył. – No a teraz chodźmy poszukać tego tlenu. Podejmiesz decyzję, jak 
zawieziesz butlę* 

– A co będzie, jeśli... jeśli postanowię nie wracać? 
– wyszeptała, nienawidząc siebie za to, że zadaje mu ból.   
– Uszanuję twoją decyzję – odrzekł z czułością. Oczy napełniły jej się łzami. Odwróciła 

się, by ukryć wzruszenie. Poszli do przychodni po tlen.   

– Jedź ostrożnie – rzucił jeszcze.   
–  Dobrze.  –  Usiadła  za  kierownicą  i  włączyła  silnik.  Opuściła  szybę,  Matt  wciąż  stał 

obok.   

Targały nią sprzeczne uczucia. Czy to miłość? 
– pomyślała nagle. To wszystko, co się z nią dzieje, te uczucia, nad którymi nie panuje? 

Nigdy  nie  pozwoliła  sobie  nawet  na  myślenie  o  miłości,  a  więc  nie  potrafiła  tego  ocenić. 

background image

Wiedziała tylko, że kiedy patrzy na Matta, czuje coś, czego nie czuła nigdy przedtem.   

– Nie nalegam, Catherine. – Matt pochylił się i pocałował ją delikatnie w usta. Przywarła 

do niego, jakby potrzebowała jego siły, która pomogłaby jej zdecydować. Byłby to poważny 
krok i bała się popełnić błąd.   

Przejechała niewielki kawałek do domu Davida jak w malignie, dziękując Bogu, że o tej 

porze  ruch  był  niewielki.  Miała  taki  zamęt  w  głowie,  że  z  trudem  koncentrowała  się  na 
prowadzeniu samochodu. Ann musiała usłyszeć jego warkot, bo kiedy zajechała pod frontowe 

drzwi, czekała już na progu.   

Wniosły pojemnik z tlenem do środka.   

Wracając, Catherine zatrzymała się przy wjeździe na główną ulicę. Jeśli skręci w prawo, 

za dziesięć minut będzie w domu. Wejdzie do środka, zamknie drzwi i zrobi dokładnie to, co 
planowała.  Jeśli  jednak  skręci  w  lewo,  wróci  do  przychodni  i  do  Matta,  do  przyszłości,  w 
której były same niewiadome.   

Co ma zrobić? Posłuchać serca czy rozumu? Matt mówił, że to jej decyzja, ale cokolwiek 

zdecyduje, będzie miało wpływ na resztę jej życia.   

Odetchnęła głęboko i włączyła kierunkowskaz.   

 
–  Byłbym  naprawdę  wdzięczny,  gdybyś  zastąpiła  mnie  dzisiaj  po  południu,  Catherine. 

Hannah będzie niepocieszona, jeśli nie przyjdę na jej występ. Nie sprawi ci to kłopotu? 

– Skąd! Z przyjemnością cię zastąpię. Zresztą to też należy do moich obowiązków.   
Był  piątek  rano,  tydzień  po  tym,  jak  Matt  poprosił,  by  u  niego  została,  a  ona  jednak 

przestraszyła  się  i  wróciła  do  siebie.  Może  i  uratowała  w  ten  sposób  swoje  plany  na 
przyszłość, ale jakim kosztem! 

– Może i tak, ale nie chcę, żebyś uważała to za swój obowiązek.   
–  Wcale  tak  nie  uważam  –  obruszyła  się.  –  Chętnie  cię  zastąpię.  Dotychczas  rzadko 

miałam okazję badać ciężarne.   

– A więc oboje skorzystamy. To dobrze. Odwrócił się i już chciał wyjść, gdy Catherine 

stwierdziła,  że  pora  przerwać  to  napięcie.  Musi  go  przekonać,  że  jej  decyzja  nie  miała  nic 

wspólnego  z  jej  stosunkiem  do  niego.  Powodował  nią  wyłącznie  lęk,  że  straci  kontrolę  nad 
swoim życiem i dlatego nie pozwoliła sobie na jakąkolwiek intymność.   

– Możemy zamienić jeszcze słowo, nim wyjdziesz? 
–  Koniecznie  teraz?  –  Spojrzał  na  zegarek.  –  Muszę  już  zacząć  wizyty  domowe,  jeśli 

mam zdążyć na występ.   

– Możemy to odłożyć na później, oczywiście.   
Wyczuła, że domyślił się, o czym chce z nim rozmawiać. Nie wiedziała, czy miał ochotę 

jej wysłuchać, czy też nie był już tym zainteresowany.   

Ta  myśl  tak  boleśnie  ją  ugodziła,  że  trudno  jej  było  skoncentrować  się  na  pracy. 

Szczęśliwie  tego  dnia  przyszło  zaledwie  kilka  pacjentek.  Catherine  zaczęła  się  jednak 
zastanawiać,  czy  by  nie  poszukać  nowej  pracy.  I  dla  Matta,  i  dla  niej  byłoby  lepiej,  gdyby 
opuściła Brookdale.   

– O czym tak myślisz? 

background image

– Słucham? – Aż podskoczyła, gdy Ann dotknęła jej ramienia.   
– Byłaś o mile stąd – roześmiała się Ann. – Mam nadzieję, że nic się nie stało? 
– Och, nie, skąd – odparła pospiesznie Catherine. – To była nasza ostatnia pacjentka? 
– Tak. Choć raz wcześnie skończyłyśmy – ucieszyła się Ann. – Zdążę jeszcze wstąpić do 

sklepu. David mówił, że miałby ochotę na rybę, może kupię mu po drodze.   

– Jak on się czuje? Tlen się przydał? 
–  O  tak,  bardzo.  David  dopiero  teraz  przyznał  się,  że  już  dzień  wcześniej,  przed 

upadkiem, miał kłopoty z oddychaniem.   

–  To  powszechny  problem  chorych  na  stwardnienie  –  zauważyła  Catherine.  –  Choroba 

upośledza mięśnie oddechowe, co daje się odczuć zwłaszcza w pozycji leżącej.   

– Nie wiesz, co mogłoby mu pomóc? – Ann spojrzała na nią zatroskana.   
– Najskuteczniejsza metoda, jaką znam, polega na nieinwazyjnym podawaniu tlenu przez 

wąsy donosowe.   

– Mogłabyś wspomnieć o tym Davidowi, jak u niego będziesz? Jest trochę wyczulony na 

tym punkcie, więc nie chcę sama niczego proponować, żeby nic nie popsuć.   

– Czy mówisz o tym, o czym ja myślę? – spytała Catherine, roześmiawszy się na widok 

rumieńca na twarzy Ann. – Cieszę się, że wreszcie dał  sobie przemówić do rozumu. Jak to 
zrobiłaś? 

–  To  nie  ja.  Myślę,  że  David  się  w  końcu  zorientował,  jak  bardzo  przejmuję  się  jego 

chorobą  i  uznał,  że  robi  błąd,  odsuwając  mnie  od  siebie.  –  Ann  wzruszyła  ramionami.  – 
Odbyliśmy długą rozmowę i powiedziałam mu to co tobie, że chcę być z nim niezależnie od 

tego, ile nam jeszcze zostało czasu.   

Po wyjściu Ann Catherine posprzątała gabinet i wybrała się po prezenty świąteczne. Dla 

Maksa  i  Patricii,  którzy  zaprosili  ją  na  wieczór  wigilijny,  kupiła  piękny  włoski  wazon,  dla 

Margaret  i  Sharon  jedwabne  apaszki.  Smutno  jej  się  zrobiło,  gdy  popatrzyła  na  swoje  małe 

paczuszki.  Wszyscy  krążyli  obładowani  pakunkami,  mieli  spędzić  święta  w  gronie 

rodzinnym.  Nigdy  przedtem  perspektywa  samotnych  świąt  tak  jej  nie  przygnębiała.  Gdy 
wróciła do przychodni, zobaczyła na podjeździe Matta. Przyspieszyła kroku, nie chcąc się z 
nim teraz spotkać.   

–  Catherine,  zaczekaj!  –  usłyszała  nagle  głos  Hannah.  Dziewczynka  biegła  do  niej 

roześmiana.   

– Jak się udał koncert? – spytała.   
– Było pięknie, prawda, tatusiu? – szczebiotała Hannah.   
– Prawda.   
Matt stanął obok niej. Wydawał się tak silny, że natychmiast zapragnęła rzucić się w jego 

ramiona.  Pożałowała,  że  tamtego  dnia  nie  została  z  nim.  Wtedy  nie  spędzałaby  świąt  w 
samotności, tylko z Mattem i dziewczynkami.   

– To dobrze – rzuciła i szybko weszła do środka.   
– Wszystko w porządku, Catherine? – zaniepokoił się Matt.   
– Jak najbardziej. Dlaczego pytasz? 
– Bo widzę, że coś jest nie tak. Nie udawaj, bo ci nie uwierzę.   

background image

– Ponosi cię wyobraźnia – żachnęła się.   
Matt  popatrzył  na  nią  sceptycznie.  Wyraźnie  jej  nie  wierzył.  Nagle  się  ocknęła.  Co  do 

licha robi? Po co kłamie, skoro chciałaby mu wyznać prawdę? Że żałuje, że nie wróciła, by 
spędzić  z  nim  noc.  I  że  gdyby  po  raz  drugi  ją  o  to  poprosił,  nie  popełniłaby  tego  samego 
błędu. Nie chce spędzać świąt samotnie. Chce je spędzić z nim, te święta Bożego Narodzenia 
i wszystkie następne.   

Czyżby  zakochała  się  w  Matcie?  To  dlatego  chce  z  nim  być?  Fakt,  że  nie  potrafi 

odpowiedzieć sobie na tak poważne pytania, napawał ją lękiem. Nagłe całe życie zaczęło jej 
się wymykać spod kontroli i nie wiedziała, co ma począć.   

– Muszę iść – bąknęła. – Pacjenci już pewnie czekają.   
Mówiła  z  trudem,  drżała  ze  zdenerwowania.  Widziała,  że  Matt  patrzy  na  nią  z 

niepokojem w oczach. Gdyby ją teraz poprosił, by się niczym nie martwiła i że on wszystkim 
się zajmie, pozwoliłaby mu na to. Zrezygnowałaby ze wszystkich swoich szczytnych ideałów, 
nie dbając o konsekwencje tego kroku.   

Kiedy  znalazła  się  w  gabinecie,  była  bliska  histerii.  Zawsze  uważała  się  za  osobę 

opanowaną, która da sobie radę w każdej krytycznej sytuacji, ale wcale tak nie było. Cały jej 
świat legnie za chwilę w gruzach, bo się zakochała.   

– Powiedz, co się stało, Catherine. – Matt niepostrzeżenie wszedł za nią do gabinetu.   
– Wyjdź stąd! – zawołała.   
–  Nigdzie  nie  wyjdę,  dopóki  się  nie  dowiem.  Zamknął  drzwi,  podszedł  do  biurka  i 

przycisnął guzik interkomu.   

–  Margaret,  jestem  w  gabinecie  doktor  Lewis,  proszę  nam  pod  żadnym  pozorem  nie 

przeszkadzać.   

– Nie możesz tego zrobić! – zawołała histerycznie.   
– Właśnie, że mogę. – Objął ją delikatnie i przytulił. Rozpłakała się. Przywarła do niego 

całym ciałem, szukając w nim oparcia i ratunku. Milczał, czekając, aż się uspokoi.   

– Już lepiej? – spytał, gdy doszła do siebie.   
– Tak, chyba tak... – Urwała, czując, że łzy znowu napływają jej do oczu. Nie pamiętała 

już, kiedy ostatni raz płakała, a tak jak teraz nie płakała nigdy. Miała wrażenie, że wylewają 
się z niej wszystkie łzy nagromadzone w ciągu lat.   

–  Lepiej,  ale  jeszcze  nie  całkiem  dobrze,  co?  –  Otarł  delikatnie  palcem  jej  policzek. 

Poczuła ukłucie w sercu. Nikt nigdy nie traktował jej z taką czułością i troską.   

– Jeszcze minuta, zaraz będzie dobrze – wykrztusiła.   
Miała  wrażenie,  że  za  chwilę  rozleci  się  na  kawałki.  Bolało  ją  podbrzusze,  ciążyły  uda, 

była napięta i rozgorączkowana. Nigdy przedtem nie doświadczyła takiego stanu. Czytała w 
książkach o fizycznych symptomach miłości, ale nigdy sama ich nie doznawała. Mało tego, 
miała wątpliwości, czy książki mówią prawdę, ale wyzbyła się ich w chwili, gdy Matt trzymał 
ją w ramionach.   

– Nie wiem, co się ze mną dzieje. Mam mętlik w głowie.   
–  Wiem.  –  Przytulił  ją  i  delikatnie  pocałował.  –  Ze  mną  dzieje  się  to  samo.  Wszystko 

mnie boli, nie bardzo wiem, co się dokoła mnie wyprawia. I to wszystko przez ciebie, moja 

background image

miłości.   

– Moja miłości... ? 
– Tak. Moja... miłości... – powtórzył, przeplatając słowa pocałunkami. Po chwili odsunął 

się i spoważniał. – Musimy coś z tym zrobić, Catherine. To nie może tak dalej trwać. Musimy 
pogodzić się z tym, co się stało, i zdecydować, co dalej.   

– Naprawdę? – Była przerażona.   
– Tak – powtórzył. – Musimy porozmawiać, ale nie tu i teraz. Zaraz zaczynamy dyżur, a 

nie  powinniśmy  żadnych  decyzji  podejmować  pochopnie.  Dlatego  chcę,  żebyś  poszła  do 
domu.   

– Do domu? Przecież pacjenci... – zaprotestowała.   
– Tak, pójdziesz do domu. Sam ich przyjmę. Poradzę sobie. Nie jesteś w stanie zajmować 

się problemami innych, prawda? 

– Masz rację – przyznała z wahaniem. – Ale czy na pewno dasz sobie radę? 
, – Na pewno – uspokoił ją. – Idź do domu, przyjdę do ciebie po pracy.   
– A co z dziewczynkami? – zaniepokoiła się.   
–  Nie  martw  się,  coś  wymyślę.  –  Pocałował  ją  w  czubek  nosa  i  otworzył  drzwi.  – 

Wszystko będzie dobrze, Catherine. Obiecuję.   

– Mam nadzieję, Matt – szepnęła. Wspięła się na palce i musnęła wargami jego usta.   
W milczeniu wyszli na korytarz. Margaret umierała z ciekawości, pragnąc się dowiedzieć, 

co się stało, ale Matt poinformował ją krótko, że Catherine idzie do domu, a on przyjmie jej 
pacjentów.   

W  samochodzie  Catherine  chwyciła  kurczowo  kierownicę.  Bała  się  czekającej  ją 

rozmowy. Bała się, że nie zdoła spełnić oczekiwań Matta. Wydawało jej się, że go kocha, ale 

czy  to  wystarczy,  by  znaleźć  drogę  do  wspólnego  szczęścia?  Nie  może  ignorować  swoich 

obaw, w końcu chodzi tu o całe życie.   

Czy  miłość  do  Matta  zrekompensuje  jej  rezygnację  z  marzeń?  Może,  o  ile  ich  uczucia 

przetrwają,  a  takiej  gwarancji  nie  ma.  Czy  mimo  to  zdecyduje  się  posłuchać  głosu  serca? 
Serce waliło jej jak oszalałe, bo nie potrafiła odpowiedzieć sobie na żadne pytanie. Pozostało 
jej tylko czekać.   

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

W drodze do domu Catherine wstąpiła do sklepu. Kupiła kurczaka z rożna, sałatkę, chleb 

czosnkowy i butelkę białego wina. Matt oczywiście nie będzie mógł pić, jeśli ma prowadzić, 
ale gdyby został na noc...   

Serce  zabito  jej  mocniej  na  samą  myśl  o  takiej  ewentualności.  Z  trudem  koncentrowała 

się  na  prowadzeniu  samochodu.  Czy  Matt  zechce  spędzić  z  nią  noc?  A  czy  ona  się  na  to 
zgodzi?  Westchnęła  ciężko.  Dlaczego  nie  jest  w  stanie  podjąć  decyzji?  Przez  całe  dorosłe 
życie nigdy nie miała trudności z dokonaniem wyboru – ani kierunku studiów, ani uczelni, ani 
miejsca  zamieszkania  –  aż  tu  nagle  staje  w  obliczu  takich  dylematów.  Dopóki  nie  spotkała 

Matta, była zadowolona z życia, a teraz kompletnie się pogubiła.   

Dzwonek rozległ się parę minut po siódmej. Była już w takim stanie, że wydawało jej się, 

że za chwilę się rozchoruje. Poprawiła włosy, odetchnęła głęboko i otworzyła drzwi.   

– Cześć! Jak się masz? – Matt uśmiechał się niepewnie.   
–  Dobrze  –  odrzekła  i  westchnęła  ciężko.  –  Jestem  kłębkiem  nerwów,  jeśli  chcesz 

wiedzieć.   

–  Ja  też.  –  Wszedł  do  środka,  wziął  ją  w  ramiona  i  przycisnął  zimny  policzek  do  jej 

twarzy. – Czuję się jak smarkacz na pierwszej randce, tyle że gorzej, jeśli wiesz, co mam na 
myśli. Jeszcze chwila, a ucieknę.   

– No, no, aż tak się nie odmładzaj – zażartowała.   
– Zresztą przygotowałam kolację, więc musisz zostać, żeby się nie zmarnowała.   
–  Ach  tak,  przez  żołądek  do  serca.  –  Podchwycił  jej  żartobliwy  ton  i  zdjął  płaszcz.  – 

Wobec  tego  jak  mogę  ci  pomóc?  Margaret  wspaniałomyślnie  zaproponowała,  że  posiedzi  z 
dziećmi, nie muszę się spieszyć.   

– W takim razie otwórz wino – odparła Catherine, prowadząc go do jadalni. Stół był już 

nakryty. Ułożyła nawet serwetki w wymyślny sposób.   

Matt zatrzymał się w progu.   
– Podoba mi się – rzekł z uznaniem. – Lubię takie sterylne, nowoczesne wnętrza.   
–  Naprawdę?  –  spytała  zaskoczona,  obrzucając  wzrokiem  jasnokremowe  ściany,  proste 

lśniące meble.   

– Jest tu całkiem inaczej niż u ciebie.   
– I dlatego tak mi się podoba. – Wziął od niej butelkę i korkociąg. – Czasami mam ochotę 

wyrzucić wszystko i całe mieszkanie urządzić od nowa. Problem w tym, że na samą myśl o 
wysiłku rezygnuję. – Wyciągnął korek. – Oferma ze mnie, co? Zachowuję się jak uczniak, a 
myśl o urządzaniu mieszkania mnie przeraża.   

– Bzdura! Nie można umieć wszystkiego. Jesteś świetnym lekarzem, wspaniałym ojcem, 

a twój dom wygląda tak, jak powinien wyglądać dom rodzinny. Jest ciepły, przytulny i daje 
poczucie bezpieczeństwa. Żadne dziecko nie mogłoby wymarzyć sobie lepszego.   

– Może i nie, ale wracajmy do ciebie. Jak ty byś się w nim czuła? – Postawił butelkę na 

stole. – Przyzwyczaiłabyś się do tych wszystkich klamotów? 

background image

Catherine zagryzła wargi, bo wiedziała, że pytanie Matta nie dotyczy tylko umeblowania. 

Pytał ją, czy potrafiłaby sobie wyobrazić, że stanowi część jego życia.   

– Zostawmy trudne pytania na później, dobrze? – zaproponował, widząc jej zakłopotanie. 

Nalał wina do kieliszków. – Nie wiem jak ty, aleja zdecydowanie lepiej funkcjonuję z pełnym 
żołądkiem.   

– A więc zaraz podam kolację. – Odetchnęła z ulgą i wyszła do kuchni.   
–  Dobre  to.  –  Matt  jadł  kurczaka  z  wyraźnym  apetytem.  –  Mam  nadzieję,  że 

przygotowanie nie sprawiło ci kłopotu.   

–  Jeśli  zatrzymanie  się  pod  delikatesami  sprawia  duży  kłopot,  to  owszem.  –  Nałożyła 

sobie sałatkę i podsunęła mu salaterkę.   

– Podoba mi się twój styl życia. Gdyby nie mama, pewno robiłbym tak samo.   
–  Z  tego,  co  widziałam,  bardzo  dobrze  sobie  radzisz  w  kuchni  –  zauważyła.  – 

Zdecydowanie lepiej znasz się na piekarniku niż ja.   

–  Och,  to  nie  takie  trudne.  Szybko  się  nauczysz.  Nie  odpowiedziała.  Matt  najwyraźniej 

uważa  za  oczywiste,  że  kiedyś  będzie  u  niego  gotowała.  Czyżby?  Czy  widzi  siebie  w  jego 
kuchni, przygotowującą dla wszystkich posiłek? 

– Nie mogę sobie jakoś wyobrazić, że mieszkam w twoim domu, Matt. Nie mogę sobie 

wyobrazić, że staję się częścią twojego życia.   

– Bo nie masz niczego, do czego mogłabyś się odwołać. Niewiele wiem na temat twojej 

przeszłości, ale mam wrażenie, że nie miałaś szczęśliwego dzieciństwa i prawdziwego domu.   

–  Nie.  Moi  rodzice  wciąż  się  kłócili,  więc  nauczyłam  się  schodzić  im  z  drogi.  Potem, 

kiedy się rozwiedli, matka była zbyt zajęta, żeby poświęcać mi czas.   

– Musiało ci być ciężko. – Popatrzył na nią ze współczuciem. – Przeżycia z dzieciństwa 

mają na nas duży wpływ.   

Usłyszała pytanie w tym stwierdzeniu i westchnęła. Matt trafił w sedno.   
–  Na  mnie  wpłynęło  to,  co  widziałam  –  przyznała.  –  Widziałam  kłótnie  rodziców, 

widziałam,  jak  matka  się  szarpała  po  rozwodzie,  słuchałam  na  okrągło,  jaki  ogromny  błąd 
popełniła, zakochując się. Wpoiła mi, że powinnam liczyć wyłącznie na siebie i nikomu nie 
ufać, żeby potem nie przeżywać upokorzeń i rozczarowań.   

– Do diabła! 
–  Wiem,  dlaczego  jestem  taka,  jaka  jestem,  Matt.  Dokonałam  wyboru  na  podstawie 

własnych doświadczeń i dlatego nie mam pewności, czy mogę kiedykolwiek być taką osobą, 
jaką byś chciał, żebym była.   

– Ależ to  szaleństwo! Nie to, że nie możesz być taką, jaką bym  cię  chciał, tylko  to, że 

wyobrażasz sobie, że chcę, żebyś była kimś innym! To ciebie kocham, Catherine. Ciebie, a 
nie jakąś kobietę, która nie miałaby twojej przeszłości, twoich poglądów. To twoja przeszłość 
uczyniła cię taką, jaką jesteś dzisiaj, i nie chcę, żebyś była inna.   

– Kochasz mnie? – powtórzyła z rozpaczą i nadzieją zarazem.   
–  Tak.  –  Wstał  i  podniósł  ją  z  krzesła.  –  Kocham  cię.  Wiem,  że  zrobiłem  falstart  tym 

wyznaniem,  ale  nie  zamierzam  ani  niczego  ukrywać,  ani  kłamać.  Nie  zamierzam  nawet 
obiecywać, że będę grał fair, bo nie będę.   

background image

Pocałował ją, zmusił, by rozchyliła wargi.   
– Mam zamiar robić wszystko, żeby cię przekonać, że możemy być szczęśliwi. Może to 

błąd z mojej strony, że mówię ci to wprost, ale jestem zbyt zdeterminowany, żeby bawić się w 
niuanse. Pragnę cię, Catherine. Potrzebuję cię, kocham.   

– Matt, ja... – Urwała i zamilkła, bo w całym języku angielskim nie było słów, którymi 

mogłaby opisać swoje uczucia w tym momencie. Lęk mieszał się z radością, przygnębienie z 
euforią.   

– Myślę, że czas wreszcie przestać się oszukiwać – powiedział.   
– Oszukiwać? – spytała zdziwiona.   
– Uhm. – Przyciągnął ją do siebie, poczuła, jak bardzo jej pożąda. Wspięła się na palcach 

i uniosła głowę. Przymknęła oczy. Poczuła na wargach jego usta i westchnęła. – Chcę się z 
tobą kochać, Catherine. Chcę trzymać cię w ramionach i patrzeć na ciebie, gdy będziemy się 
kochać, ale jeśli ty tego nie chcesz, powiedz. Szczerze.   

– Ja... też tego chcę – szepnęła.   
– Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Chciałaby mieć jego wiarę, ale teraz nie było czasu 

na  wahania,  skoro  jej  całe  ciało  go  pragnęło,  wyrywało  się  ku  niemu.  Zaprowadziła  go  do 

sypialni.   

Tym  razem  ich  pocałunki  były  tak  zaborcze,  że  zaczęła  jęczeć.  Matt,  mrucząc  coś  pod 

nosem,  szybko  ją  rozebrał.  Została  w  samym  staniku,  majteczkach  i  rajstopach.  Stanęła  w 
świetle lampy.   

– Jesteś taka piękna – powiedział. – Taka piękna, że aż się boję cię dotknąć.   
– Nie bój się. – Wzięła go za rękę i przyłożyła jego dłoń do piersi. Czuł przyspieszone 

uderzenia serca. – Chcę, żebyś mnie dotykał. Potrzebuję tego, Matt.   

Pochylił  się  i  wziął  ją  w  ramiona.  Zadrżała,  gdy  rozpalonym  ciałem  dotknęła  chłodnej 

pościeli. Matt szybko się rozebrał i ukląkł obok niej. Zaczął delikatnie wodzić dłońmi po jej 
ciele, nie spuszczając z niej wzroku.   

–  Proszę  –  szepnęła,  przymknąwszy  oczy,  gdy  poczuła  jego  palce  wsuwające  się  pod 

stanik.   

Ujęła w dłonie jego głowę i przyciągnęła go do siebie. Wiła się z rozkoszy, gdy całował 

jej piersi. Potem pomogła mu zdjąć rajstopy. Matt oparł się na łokciach i popatrzył jej w oczy.   

– Kocham cie, Catherine. Pamiętaj o tym.   
Były  to  ostatnie  słowa,  jakie  usłyszała,  zanim  ich  ciała  się  połączyły.  Napięła  się  i 

znieruchomiała  na  sekundę,  gdy  poczuła  rozdzierający  ból.  Usłyszała  stłumiony  okrzyk 

zdziwienia.  Matt  zorientował  się,  że  jeszcze  z  nikim  się  nie  kochała,  ale  za  bardzo  go 
pragnęła, by pozwolić mu przerwać.   

Chwyciła  go  mocno  za  biodra,  ponaglając  go.  I  kiedy  wreszcie  nastąpiła  eksplozja 

rozkoszy,  Catherine  wiedziała,  że  nic  lepszego  nie  może  jej  spotkać  niż  szczęście,  jakie 
znalazła tej nocy w ramionach Matta.   

Dochodziła północ, kiedy się obudziła.   
–  Nie  miałam  pojęcia,  że  już  tak  późno!  –  zawołała.  –  Dlaczego  mnie  nie  obudziłeś? 

Musisz wracać do domu.   

background image

–  Nie  martw  się  –  uspokoił  ją.  –  Zatelefonowałem  do  Margaret,  kiedy  spałaś,  i 

wyjaśniłem,  że  coś  mnie  zatrzymało.  –  Przytulił  ją  i  pocałował.  –  Powiedziała,  że  mogę 
wrócić, kiedy będę chciał. Mam wrażenie, że wszystko ułożyła sobie w całość i dobrze wie, 
gdzie jestem.   

– Ale nie będziesz miał kłopotów? 
– Z jakiej racji? Przecież jesteśmy dorośli, prawda? 
– Ale jak się dziewczynki dowiedzą...   
–  Nie  dowiedzą  się.  Chyba  że  tego  zechcemy...  Usłyszała  pytanie  w  jego  głosie  i 

westchnęła.   

– Nie wiem, co odpowiedzieć, Matt.   
– Wiem i rozumiem. To wszystko  stało  się tak szybko... – Popatrzył  na  nią pytająco. – 

Wiesz, aż trudno mi uwierzyć, że z nikim jeszcze nie spałaś, Catherine. Chyba nie z powodu 

braku propozycji.   

–  Jakoś  się  nie  złożyło  –  odparła  wymijająco.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  musiało  go  to 

zszokować.   

– Nie spotkałaś odpowiedniego mężczyzny? – pytał dalej.   
Uświadomiła sobie,  że chciałby usłyszeć odpowiedź twierdzącą,  i  nagle  ogarnęła ją  fala 

czułości.   

–  Nie,  nigdy  nie  spotkałam  nikogo,  z  kim  chciałabym  się  kochać,  aż  poznałam  ciebie. 

Wydawało mi się, że... że bezpieczniej będzie nie angażować się w żaden związek.   

–  Cieszę  się.  To  znaczy,  że  uważasz  mnie  za  kogoś  szczególnego.  –  Uśmiechnął  się.  – 

Ale nie jestem tak naiwny, aby wierzyć, że wszystko już załatwione. Potrzebujesz czasu, żeby 
oswoić się z tym, że kogoś kochasz, prawda? 

– Tak. – Bała się tego, co ją może czekać. Czy jej wątpliwości znikną, gdy przyzwyczai 

się do myśli, że stanowi część pary, więcej, część rodziny? 

–  Mogę  pójść  pod  prysznic?  –  Matt  przerwał  jej  rozmyślania.  –  Nie  chcę  nadużywać 

uprzejmości Margaret.   

– Oczywiście. W szafce są czyste ręczniki. Odczekała, aż zniknął w łazience, i  dopiero 

wtedy wstała. Włożyła frotowy szlafrok i siadła przed lustrem, by się uczesać. Matt wyszedł 
spod prysznica owinięty ręcznikiem. Na jego widok poczuła nowy przypływ pożądania.   

– Jeśli będziesz patrzeć na mnie w ten sposób, nie wrócę do domu przed Nowym Rokiem 

– zagroził jej żartobliwie.   

– Przepraszam. – Odwróciła wzrok.   
– Nie przepraszaj. Cieszę się, że tak jest, Catherine.   
Stanął  tuż  za  nią  i  pochylił  się.  Widziała  w  lustrze  odbicie  jego  twarzy.  Widziała,  że 

patrzy na nią zgłodniałym wzrokiem, jakby to, co się wydarzyło, tylko zaostrzyło jego apetyt, 
zamiast go zaspokoić.   

Przymknęła oczy, gdy wsunął dłonie pod szlafrok i dotknął jej piersi. Po chwili podniósł 

ją i odwrócił twarzą do siebie. Zaczęli się kochać, tak jak stali. Catherine oparła się o toaletkę, 
rękami uchwyciła jego ramion. Kochali się tym razem inaczej niż poprzednio, bardziej dziko, 
lecz jednocześnie z taką czułością, że gdy skończyli, miała łzy w oczach.   

background image

– Muszę iść. – Matt pocałował ją w usta i zaczął się ubierać.   
Odprowadziła go do wyjścia.   
–  To  była  najcudowniejsza  noc  mojego  życia,  ale  wiem,  że  nie  rozwiązała  twoich 

problemów, Catherine. Wciąż masz wątpliwości, prawda? 

– Tak, wybacz...   
– Nie tłumacz się, to nie twoja wina. – Musnął wargami jej czoło. – Potrzebujesz więcej 

czasu, żeby podjąć decyzję. Dlatego chcę, żebyś spędziła święta ze mną i z dziewczynkami. 
Da ci to pewne wyobrażenie, jak by to było, gdybyśmy byli razem.   

– Myślisz, że to dobry pomysł? – zaniepokoiła się.   
– Co Hannah i Becky sobie pomyślą? 
– Że wreszcie ktoś jeszcze oprócz mnie będzie z nimi grał w te koszmarne gry – zaśmiał 

się. – Pamiętasz je? 

– Raczej nie. Nie przypominam sobie, kiedy ostatni raz w coś grałam.   
– To wspaniale! – ucieszył się. – Wreszcie będę miał szansę kogoś pokonać! 
– Ach tak. W tym szaleństwie jest metoda? Chcesz, żebym spędziła z tobą święta, żebyś 

mógł triumfować? 

– Coś w tym rodzaju – przyznał ze śmiechem.   
– A więc mam rozumieć, że przyjdziesz na Wigilię? 
– Tak, ale pod jednym warunkiem.   
– Jakim? 
– Że nie będę się musiała zbliżać do tego okropnego piekarnika.   
–  Dobrze,  obiecuję  –  odparł  rozbawiony.  –  A  teraz  już  pójdę.  Zobaczymy  się  w 

poniedziałek.  Chyba  że  miałabyś  ochotę  pójść  jutro  ze  mną  na  zakupy?  Wciąż  nie  mam 
prezentów dla dziewczynek i naprawdę potrzebuję rady. No to co, pójdziesz? Proszę...   

– A więc dobrze – westchnęła. – Nie mam wyjścia, skoro prosisz... O której? 
–  Około  drugiej,  jeśli  ci  to  odpowiada.  Dziewczynki  są  zaproszone  na  urodzinowe 

przyjęcie,  podrzucę  je  i  przyjadę  po  ciebie.  A  zatem  do  jutra,  Catherine.  Miłych  snów, 
kochanie. – Pocałował ją w usta.   

Zaczekała,  aż wsiadł  do windy,  i  zamknęła drzwi.  Zgasiła światło w salonie i  poszła do 

łazienki.  Wzięła  z  grzejnika  ręcznik  pozostawiony  tam  przez  Matta  i  przycisnęła  go  do 
twarzy.  Poczuła  jego  zapach  i  wróciła  myślami  do  tej  nocy.  Wiedziała,  że  nigdy  nie  będzie 
żałowała  tego,  co  się  stało,  więc  dlaczego  drży?  Dlaczego  czuje  łęk?  Czy  dlatego,  że  Matt 
wyszedł i ze nagle poczuła się słaba i bezbronna? 

Jak to się stało, że mu uległa, że nagle pragnie szukać w nim oparcia? Ona, która zawsze 

była pewna własnej niezależności? Czy nie lepiej  by było,  gdyby nie dopuściła do tego, by 
ktoś złamał jej serce? 

Zadrżała. Nie chciała mieć tylu wątpliwości, a jednak nie mogła się ich wyzbyć. Jej lęki 

były tak głębokie, że nie była w stanie ich przezwyciężyć. Kto wie, czy kiedykolwiek będzie 
potrafiła to zrobić. Miłość do Matta może nie wystarczyć.   

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

– To naprawdę nie był najlepszy pomysł! – stwierdził samokrytycznie Matt.   
Wstąpił  po  Catherine  w  niedzielę  o  drugiej  po  południu  i  pojechali  razem  do  centrum 

handlowego pod miastem. Ruch był taki, że zajęło im to dwa razy więcej czasu, niż zakładali. 

Kiedy  wreszcie  dotarli  do  celu,  na  parkingu  nie  było  ani  jednego  wolnego  miejsca.  Tkwili 
więc w kilometrowej kolejce samochodów czekających, aż coś się zwolni.   

– Ostrzegałam cię – mruknęła.   
–  Nie  musisz  mi  tego  przypominać  –  jęknął.  –  Jak  mężczyzna  w  roli  matki  ma  się  ze 

wszystkim uporać? Wy, kobiety, jesteście chyba znacznie bardziej wytrzymałe, skoro radzicie 
sobie ze świętami.   

–  Och,  myślę,  że  już  zostało  uznane  jak  świat  długi  i  szeroki,  że  mamy  nad  wami 

przewagę – rzuciła od niechcenia. Samochód stojący przed nimi posunął się o parę metrów do 
przodu.  –  W  tym  tempie  –  zauważyła  –  zanim  dobrniemy  do  parkingu,  będziemy  musieli 
wracać do domu.   

– Wiem. Nie zdążymy zrobić zakupów. O wpół do siódmej muszę odebrać dziewczynki z 

przyjęcia.   

– Słuchaj, spróbujemy coś kupić w pobliżu domu – zaproponowała. – Jest tam przecież i 

księgarnia, i sklep z zabawkami. Znajdziesz na pewno coś dla Hannah, a dla Becky kupimy 
jakiś ciuch w sklepie dla nastolatków.   

– Masz rację, to znacznie sensowniej sze niż tkwienie w tej kolejce – zgodził się.   
Szybko  zawrócił  i  skierowali  się  w  stronę  domu,  pozostawiając  za  sobą  sznur 

samochodów.   

– No, nareszcie! – odetchnął z ulgą. – Myślałem, że już nie zdzierżę.   
–  Wy,  mężczyźni,  nie  jesteście  zaprogramowani  na  takie  sytuacje.  Brak  wam  genu 

zakupów.   

– To prawda, ale wcale tego nie żałuję! – Roześmiał się i delikatnie ścisnął jej dłoń. – Czy 

mówiłem już, jak bardzo panią kocham, pani doktor? 

–  Wspomniałeś  –  powiedziała,  zmuszając  się  do  uśmiechu.  Wiedziała,  że  może  mu 

sprawiać przykrość, ale czuła się skrępowana, gdy tak otwarcie dawał wyraz swym uczuciom.   

– Wybacz, nie powinienem był tego mówić. – Matt zorientował się w sytuacji. – Wiem, 

że nie czujesz tego co ja.   

– Nie wiem, co czuję – odrzekła cicho, nie chcąc go ranić. – To wszystko jest dla mnie 

nowe, Matt.   

– A więc nie wracajmy do tego. Cieszmy się, że jesteśmy razem i poprzestańmy na tym. 

Będziemy mieć dużo czasu po świętach na podjęcie decyzji co do przyszłości, prawda? 

Nie odpowiedziała. Chciałaby być tak pewna jak on, że po Bożym Narodzeniu wszystko 

stanie się jasne. Matt wciąż zdawał się wierzyć, że ona musi się tylko przyzwyczaić do myśli, 
że go kocha, ale ona wiedziała, że chodzi o coś więcej. Że musi zdobyć się na odwagę, by 
zmienić  kierunek,  jaki  obrała  w  życiu,  a  to  nie  będzie  łatwe.  Spędziła  całe  godziny  na 

background image

analizowaniu sytuacji i nie doszła do żadnego konstruktywnego wniosku.   

Gdy podjechali pod przychodnię, Matt zamknął samochód i podał jej rękę.   
–  A  więc  chodźmy.  Mamy  dwie  godziny,  żeby  Hannah  i  Becky  nie  poczuły  się 

rozczarowane prezentami od Świętego Mikołaja.   

– To brzmi jak wyzwanie – odrzekła Catherine. – Chyba nie uważasz, że w ciągu dwóch 

godzin wszystko załatwimy? 

– Ja nie tylko tak uważam, ja to wiem! – Odwrócił ją ku sobie i pocałował w czubek nosa. 

– Do dzieła, moja pani! 

Twarz  miał  zimną,  ale  wargi  gorące.  Wtuliła  się  w  niego  całą  sobą.  Może  to  jednak 

miłość,  pomyślała,  i  może  będzie  trwała  wiecznie.  To,  że  jej  rodzice  nie  byli  ze  sobą 
szczęśliwi,  nie  musi  jeszcze  oznaczać,  że  ona  nie  będzie  szczęśliwa  z  Mattem.  Musi 
spróbować.  Może  nie  będzie  w  stanie  dać  Mattowi  tego,  czego  od  niej  oczekuje,  ale 
przynajmniej nie będzie sobie robiła wyrzutów, że nie spróbowała przemóc swoich lęków.   

Do  piątej  obeszli  wszystkie  okoliczne  sklepy  i  wracali  obładowani  paczkami.  Catherine 

aż jęknęła, gdy na stos pudełek Matt położył jeszcze jedno.   

– Chyba już starczy? – Spojrzała na niego pytająco.   
–  Teraz  tak.  Nie  spodziewałem  się,  że  tak  nam  to  sprawnie  pójdzie.  To  twoja  zasługa. 

Gdyby  nie  ty,  nawet  by  mi  do  głowy  nie  przyszło,  żeby  kupić  Becky  tę  bluzkę  i  te  dżinsy. 
Wyglądają tak... dorośle – westchnął. – Wciąż uważam ją za dziecko. Zapominam, że rośnie i 
niebawem stanie się kobietą.   

– Mam nad tobą tę przewagę – zauważyła Catherine – że kiedyś też byłam nastolatką i 

wiem,  jakie  to  ważne,  żeby  mieć  coś  modnego.  Kiedy  byłam  w  domu  dziecka,  godzinami 
ślęczałam  nad  pismami  dla  dziewcząt,  wybierając  te  wszystkie  modne  rzeczy,  które 
chciałabym nosić, choć nie miałam na to szans.   

–  Nienawidzę  samej  myśli  o  tym,  jakie  okropne  musiałaś  mieć  dzieciństwo  –  rzekł  ze 

smutkiem.   

Stali na chodniku, czekając, aż przejadą samochody, by przejść na drugą stronę.   
– Stój! Wracaj! – krzyknął nagle.   
Catherine odwróciła się i zobaczyła dziewczynkę, która wchodziła na jezdnię prosto pod 

samochód. Matt błyskawicznie rzucił paczki i chwycił ją w ramiona. Usłyszał pisk hamulców 
i upadł, tracąc równowagę. Catherine była zbyt  zszokowana, by zebrać myśli. Matt leżał na 
jezdni  bez  ruchu.  Dopiero  gdy  kierowca  wysiadł  z  samochodu  i  zaczął  błagać  o  pomoc, 
zdołała zareagować. Rzuciła pakunki na ziemię i uklękła obok Matta.   

– Jestem lekarzem – powiedziała do przerażonego kierowcy. – Zobaczę, co się stało.   
–  Nie  mogłem  wyhamować  –  tłumaczył  się  mężczyzna.  –  Zobaczyłem,  że  wybiega  na 

jezdnię i chwyta dziecko, ale nie byłem w stanie się zatrzymać. – Mężczyzna osunął się na 
ziemię.  Nie  był  ranny,  ale  najwyraźniej  zasłabł.  Ktoś  z  przechodniów  zadzwonił  po 
pogotowie.   

Dziewczynka  głośno  płakała,  ale  nie  miała  poważniejszych  obrażeń.  Matt  osłonił  ją 

własnym ciałem.   

– Myślę, że nie jest ranna – uspokoiła matkę Catherine. – Jest  tylko  w szoku, trzeba ją 

background image

jednak dokładnie przebadać w szpitalu. Proszę tylko starać się zachować spokój.   

– Nawet  nie zauważyłam, kiedy to się stało –  mówiła kobieta przez łzy. – Ona jeszcze 

nigdy czegoś takiego nie zrobiła.   

Catherine milczała. Zbyt była zajęta Mattem, by tłumaczyć, że ten jeden jedyny raz mógł 

się skończyć tragicznie.   

– Matt, słyszysz mnie? – pytała, szukając palcami tętna na jego szyi. Rytm był miarowy, 

ale Matt nie reagował na jej głos.   

Wyczuła  guz  za  lewym  uchem.  Z  pewnością  padając,  uderzył  się  w  chodnik,  dlatego 

stracił przytomność.  Nie sposób  było określić, na ile poważne jest to obrażenie, dopóki  nie 
znajdzie  się  w  szpitalu.  Szybko  sprawdziła,  czy  nie  ma  złamań,  ale  kości  wyglądały  na 
nienaruszone. Jednak kiedy przesunęła dłonią wzdłuż jego lewego obojczyka, jęknął.   

– Matt, słyszysz mnie? – pytała. – Czy to boli? 
– Boli jak diabli – wymamrotał. Zaśmiała się, słysząc jego gburowaty ton.   
–  To  twoja  wina,  że  zachciało  ci  się  zgrywać  bohatera.  A  teraz  leż  spokojnie,  aż 

przyjedzie karetka.   

– Nie potrzebuję karetki – burknął. – Nabiłem sobie tylko małego guza.   
– Pozwól, że ja to ocenię, dobrze? 
– Czy ktoś ci już mówił, że jesteś nieznośna? 
– Cała masa ludzi, ale to bez znaczenia. A więc zamknij się i rób, co ci każę.   
Ktoś przyniósł koce. Catherine okryła Matta i poszła sprawdzić, co z dziewczynką. Mała 

przestała  płakać  i  wyglądało  na  to,  że  jest  cała  i  zdrowa.  Catherine  zdawała  sobie  sprawę, 
jakie miała szczęście. Gdyby Matt w porę jej nie chwycił, mogła już nie żyć.   

– Nic mi nie jest – powtarzał w kółko Matt. – Naprawdę! Po co to całe zamieszanie! 
– Dobrze. Miło mi to słyszeć, ale i tak nie pozwolę ci się ruszyć. O, jest karetka – dodała, 

słysząc dźwięk syreny.   

Pokrótce  zreferowała  pielęgniarzom  przebieg  wydarzeń  i  poleciła  umieścić  Matta  na 

specjalnych noszach unieruchamiających kręgosłup. Gdy wnieśli go do środka, usiadła obok. 
Kobieta z dziewczynką pojechały drugą karetką. Przez całą drogę do szpitala Matt złorzeczył, 
ale nie zwracała na to uwagi. Musi zostać zbadany, czy tego chce, czy nie.   

Pielęgniarze  zabrali  go  wprost  na  oddział  reanimacji.  Catherine  podała  wszystkie  jego 

dane  –  nazwisko,  wiek,  zawód,  adres.  Podała  również  nazwisko  matki  i  poinformowała,  że 
aktualnie  przebywa  ona  za  granicą.  Szpital  musi  mieć  wszystkie  informacje  na  wypadek, 
gdyby zaszło coś nieprzewidzianego.   

W tym momencie uświadomiła sobie, co mogłoby zajść, i nogi się pod nią ugięły. Opadła 

na krzesło. Było jej słabo, bała się, że za chwilę zemdleje. Nie była w stanie wyobrazić sobie, 
co by zrobiła, gdyby Matt nagle zginął. Cały jej świat by się zawalił. Musiała go mieć przy 
sobie, dotykać, czuć i mówić do niego, by jej życie miało sens. Do licha z karierą, którą sobie 
obmyśliła.  To  się  nie  liczy.  Liczy  się  tylko  Matt.  Tylko  on  jest  ważny.  Zdumiała  ją  ta 
konstatacja. Stało się bowiem  to,  co nie miało  się stać nigdy  – zakochała się. Pytanie tylko, 
czy zdobędzie się na odwagę, żeby mu to powiedzieć.   

Upłynęło dobre pół godziny, nim pojawił się lekarz.   

background image

– Jak on się czuje? – spytała.   
– Nie najgorzej. Ma złamany obojczyk, ale to niegroźne. Bardziej mnie niepokoi ten guz 

na głowie i fakt, że stracił przytomność, więc poleciłem zrobić tomografię. W zależności od 
tego, co wykaże, zdecydujemy, ile czasu pozostanie w szpitalu.   

– Mogę się z nim zobaczyć przed tomografią? 
– Nie widzę przeszkód – odparł lekarz. – Proszę powiedzieć pielęgniarce, że wyraziłem 

zgodę. Jest pani podobno lekarzem, a więc nie przerazi pani ta cała aparatura.   

– Nie – odrzekła drżącym głosem.   
Matt  leżał  na  łóżku  podłączony  do  rurek,  kroplówek,  aparatów.  Lewe  ramię  miał  na 

temblaku,  ale  poza  tym  nie  wyglądał  źle,  choć  najwyraźniej  był  mocno  zdegustowany 
sytuacją,  w  jakiej  się  znalazł.  Catherine  odetchnęła  z  ulgą,  choć  z  trudem  zachowywała 
obojętność.   

– Cześć! Lekarz pozwolił mi cię zobaczyć. Jak się czujesz? 
– Jakby przeszło po mnie stado słoni. – Skrzywił się. – A co z tą małą? Nie wiesz? 
–  Na  razie  nie,  ale  chyba  nic.  Jest  trochę  przestraszona  i  podrapana.  Nie  martw  się  – 

uspokoiła go.   

– To dobrze. – Oparł głowę o poduszkę i westchnął. – Mają mi robić tomografię.   
– Wiem. I zatrzymają cię na noc, na wszelki wypadek.   
– To wykluczone! Co będzie z dziewczynkami? Która godzina? – zreflektował się. – O 

wpół do siódmej miałem je odebrać z przyjęcia rodzinnego.   

– Dochodzi szósta – oznajmiła, zerkając na zegarek. – Podaj mi adres, odbiorę je.   
– Naprawdę? To by było cudownie, ale czy naprawdę możesz? 
– Oczywiście, że mogę.   
– Ale co będzie w nocy, skoro mają mnie tu zatrzymać? Nie mogą zostać w domu same. 

Są za małe.   

– Nie będą same, bo ja z nimi zostanę – odparła.   
– Naprawdę? 
–  Tak,  i  przestań  się  już  martwić!  A  teraz  muszę  iść.  Bądź  spokojny,  wszystkim  się 

zajmę.   

– Jeśli ty z nimi będziesz, nie muszę się o nic martwić. Dziękuję ci, Catherme. Jestem ci 

ogromnie wdzięczny.   

– Głupstwo, Matt. Zrobię to z przyjemnością.   
Pochyliła się i szybko pocałowała go w usta. Popatrzyła mu prosto w oczy i wiedziała już, 

że to miłość. Ten mężczyzna jest całym światem, a ona zrobi wszystko, by ich związek trwał.   

– To będzie dla mnie dobra praktyka – dodała.   
– Praktyka? Co masz na myśli? – zdziwił się.   
–  Muszę  się  przyzwyczaić  do  tego,  że  należę  do  twojej  rodziny,  skoro  mamy  spędzić 

razem dużo czasu. – Dotknęła lekko jego policzka.   

– Catherine! 
Roześmiała  się  na  widok  jego  miny.  Nie  mogła  jednak  nic  więcej  wyjaśnić,  bo 

sanitariusze  już  czekali, by  zawieźć  go  na  tomografię.  Pojechała  taksówką  po  dziewczynki. 

background image

Zdziwiły się na jej widok. Kiedy im powiedziała, co się stało, tak bardzo chciały zobaczyć 
ojca,  że  wstąpiły  jeszcze  do  szpitala.  Na  szczęście  tomografia  nie  wykazała  niczego  z 
wyjątkiem lekkiego wstrząśnienia mózgu, więc Matta przewieziono na oddział obserwacyjny, 
gdzie miał pozostać przez noc.   

Po  powrocie  do  domu  Catherine  zamówiła  pizzę.  Potem  utuliła  Hannah  do  snu  i 

pocałowała ją na dobranoc. Dziewczynka chwyciła ją za szyję.   

– Zostaniesz całą noc, Catherine? – spytała.   
– Tak. Nie martw się, jak będziesz czegoś potrzebowała, to mnie zawołasz.   
– Dobrze. – Hannah przycisnęła buzię do jej policzka. – Kocham cię, Catherine.   
– Ja też cię kocham, maleńka – szepnęła Catherine ze łzami w oczach. W jakiś dziwny 

sposób dzieci Matta znalazły miejsce w jej sercu, a jej życie stało się przez to bogatsze.   

Pocałowała też na dobranoc Becky, po czym weszła do pokoju Matta, jakby to była rzecz 

najnaturalniejsza pod słońcem, i zapaliła małą lampkę. Nie miała nocnej koszuli, ale zastąpiła 
ją  podkoszulką  Matta,  którą  znalazła  w  szafie.  Wsunęła  się  do  dużego  podwójnego  łoża  i 
wtuliła  głowę  w  poduszkę,  wdychając  jego  zapach.  Dobrze  jej  było  w  jego  łóżku,  w  jego 
domu,  z  jego  dziećmi  śpiącymi  w  pokoju  naprzeciwko.  Być  może  będzie  musiała  zmienić 

swoje plany. Nie miała już wątpliwości, że warto.   

Z  tą  myślą  usnęła.  Rano,  parę  minut  po  siódmej,  obudził  ją  pocałunek  w  policzek. 

Otworzyła  oczy,  spodziewając  się  ujrzeć  którąś  z  dziewczynek,  a  tymczasem  zobaczyła 
Matta.   

– Co ty tu robisz? Miałeś być w szpitalu! 
– Lekarz pozwolił mi wyjść – wymamrotał, przyciskając wargi do jej ramienia. – Prawdę 

mówiąc,  chyba  był  zadowolony,  że  nie  będzie  mnie  już  widział.  Wciąż  zrzędziłem.  Nie 
sprzeciwiał się za bardzo, kiedy mu oświadczyłem, że wychodzę, niezależnie od tego, czy się 
zgodzi, czy nie.   

– Naprawdę tak powiedziałeś? – Pokręciła głową.   
–  Jesteś  szalony.  Przecież  sam  wiesz  najlepiej,  jak  ważne  jest  monitorowanie  pacjenta, 

który stracił przytomność.   

– Naprawdę? – Powędrował ustami wzdłuż jej szyi.   
– Może masz rację, ale chciałem być tu z tobą.   
– Ja  też  tego  chciałam  –  wyznała.  –  Ale  to  naprawdę  głupota  wychodzić  ze  szpitala ze 

wstrząśnieniem mózgu.   

– Wiem, ale nie mogłem zmrużyć oka, wiedząc, że leżysz w moim łóżku. – Pocałował ją. 

– Jeśli chcesz, żebym przestał, powiedz.   

– No, istotnie się zagalopowałeś, doktorze Fielding.   
– Przepraszam, ale to twoja wina.   
– O, czyżby? 
– Owszem. Wyglądasz tak podniecająco w tej koszulce, że nie mogę się powstrzymać.   
– Jest na to prosty sposób. Mogę ją zdjąć. – Usiadła i ściągnęła koszulkę. – Tak lepiej? – 

spytała.   

– O tak, dużo lepiej! 

background image

Opadła  na  poduszki  i  przyciągnęła  go  do  siebie,  uważając,  by  nie  urazić  złamanego 

obojczyka.  Całowali  się  i  całowali,  a  te  pocałunki  mówiły  więcej  o  ich  uczuciach,  niż 
mogłyby powiedzieć słowa.   

– Kocham cię, Catherine – rzekł w końcu Matt.   
– Wydaje mi się, że wiem, co czujesz, ale chciałbym to usłyszeć.   
–  Ja  też  cię  kocham,  Matt  –  wyszeptała.  –  Kocham  cię!  Myślałam,  że  nigdy  żadnemu 

mężczyźnie tego nie powiem, ale teraz to mówię. Kocham cię z całego serca, całą sobą.   

– Właśnie to chciałem usłyszeć, kochanie. O reszcie porozmawiamy później.   
I  zaczęli  się  kochać  –  dziko,  namiętnie,  niepohamowanie.  Catherine  nie  miała  już 

wątpliwości, co powinna robić. Czuła się tak, jakby ktoś zdjął jej z ramion ogromny ciężar. 
Wreszcie była wolna, mogła być sobą, znaleźć szczęście u boku mężczyzny, który nigdy jej 
nie zrani, lecz będzie się nią opiekował. Poczuła się najszczęśliwszą kobietą na świecie.   

 

Wigilia 

 

– Skończone. Ostatni prezent zapakowany.   
Catherine siedziała w kucki  i  patrzyła z zadowoleniem na paczki  poukładane w salonie. 

Dochodziła północ. Pakowała prezenty od ponad trzech godzin.   

–  Nie  poradziłbym  sobie  sam.  –  Matt  usiadł  obok  niej  na  podłodze  i  przyciągnął  ją  do 

siebie.   

Zadrżała  i  przywarła  ustami  do  jego  warg.  Przeżywała  najcudowniejsze  dni  w  swoim 

życiu.  Czasami  zastanawiała  się,  czy  aby  nie  śni.  Spędzali  ze  sobą  każdą  chwilę  po  pracy. 
Nawet  nie  zdawała  sobie  sprawy,  kiedy  wpasowała  się  w  jego  życie.  Teraz  nie  potrafiłaby 
sobie wyobrazić życia w samotności.   

– Tak bardzo cię kocham – powiedział, gdy mu to wyznała. – Nie wiem, jak mogłem tyle 

lat żyć bez ciebie.   

– Ja też – uśmiechnęła się. – Czasami budzę się rano i zastanawiam, co ja robiłam, zanim 

się w tobie zakochałam. Moje życie było zupełnie puste i pozbawione sensu.   

–  Jak  to  co?  Wyrastałaś  na  piękną  kobietę,  którą  kocham.  A  teraz  chciałbym  ci  dać 

prezent. Jutro będzie tyle zamieszania, że wolę to zrobić dzisiaj.   

Wyjął z biurka bezkształtną paczuszkę.   
– Domyślam się, że sam to pakowałeś? 
–  Na  dodatek  jedną  ręką.  Spróbuj,  a  zrozumiesz,  dlaczego  nie  jest  to  najpiękniej 

opakowany prezent.   

–  Jest  śliczny,  tym  bardziej  że  zrobiłeś  to  własnoręcznie  –  zapewniła  go.  Szybko 

ściągnęła  papier  i  aż  zaniemówiła  na  widok  jego  zawartości.  –  To  ta  szkatułka,  którą 
kupiliśmy na bazarze – wykrztusiła w końcu.   

– Jaka piękna. Odnowiona. Ma już wszystkie muszle. Dziękuję, bardzo ci dziękuję.   
– Cieszę się, że ci się podoba, ale właściwy prezent jest w środku.   
– W środku? 
Otworzyła  szkatułkę  i  zobaczyła  fotografię  Matta  i  dziewczynek,  która  zawsze  stała  na 

background image

biurku w jego gabinecie. Wyjęła ją ostrożnie. Matt usiadł obok i wziął ją za rękę.   

–  To  mój  prawdziwy  prezent  dla  ciebie,  Catherine  –  oznajmił,  patrząc  jej  w  oczy.  – 

Ofiarowuję  ci  siebie  i  dziewczynki,  i  mogę  tylko  mieć  nadzieję,  że  zaakceptujesz  ten 
podarunek.   

– Siebie i dziewczynki – powtórzyła i jej oczy napełniły się łzami.   
– Chcę, żebyś za mnie wyszła, Catherine. Wiem, że wtedy twoje życie nie potoczy się, 

tak jak planowałaś, ale przysięgam, że uczynię wszystko, abyś była szczęśliwa.   

Wyczuwała  jego  napięcie  i  nagle  uzmysłowiła  sobie,  że  Matt  nie  jest  pewien  jej 

odpowiedzi.   

– Oczywiście, że za ciebie wyjdę! – powiedziała. – Jeśli jesteś pewien, że tego chcecie, ty 

i dziewczynki.   

–  O  tak,  z  całego  serca!  –  Przyciągnął  ją  do  siebie,  ale  jęknął,  gdyż  obojczyk 

zaprotestował. – Akurat teraz muszę być takim kaleką! 

– Bądź cierpliwy. Do wesela się zagoi – pocieszyła go wesoło.   
– Nie chcę być cierpliwy – irytował się. – Ale, ale, jeszcze gotowa jesteś się rozmyślić, 

jak będę tak zrzędził.   

– Nie, nie rozmyślę się. Wyjdę za ciebie, choćby się waliło i paliło.   
–  To  dobrze.  –  Odetchnął  z  ulgą.  –  Ale  wiem,  jak  bardzo  ci  zależało  na  prywatnej 

praktyce. Jeśli dalej masz zamiar ją założyć, to zrobię wszystko, żeby ci pomóc.   

–  Dziękuję,  ale  nie  jest  to  już  takie  ważne.  Kto  wie,  czy  pewien  lekarz  rodzinny  nie 

zaproponuje mi pracy po wygaśnięciu mojego obecnego kontraktu.   

– Myślisz o tym? – Twarz Matta rozjaśniła się uśmiechem. – To byłoby cudownie! 
– Ale nie wiem, czy Glenda byłaby zachwycona tym pomysłem.   
– Na pewno. Ucieszy się. Potrzebny nam trzeci lekarz i byłoby najlepiej, gdybyś ty nim 

była. Sam nie mogę w to uwierzyć. Będziemy razem i w domu, i w pracy.   

– Uważaj, bo ci się znudzę – ostrzegła go.   
– Mowy nie ma. Nigdy! Choćby i przez milion lat.   
Pocałował ją tak zachłannie, jakby tym pocałunkiem chciał przypieczętować swoje słowa. 

Odwzajemniła go. Jej serce przepełniało bezgraniczne szczęście.   

Znalazła  prawdziwą  miłość,  która  będzie  trwać  wiecznie.  Była  tego  pewna.  Stworzy  z 

Mattem cudowną rodzinę i ułoży sobie wspaniałe życie.   

Uśmiech  przemknął  jej  przez  twarz;  gdy  pomyślała,  że  następne  Boże  Narodzenie 

powitają już w większym gronie.   

– Z czego się śmiejesz? – spytał.   
– Później ci powiem...