background image

Robert Hansen

Takich dwóch jak ich trzech...

Taunton 2017

background image

Robert Hansen – Takich dwóch jak ich trzech...

Wydanie w wersji 1.0
Taunton Super Duper Press
Londyn – Bridgwater – Taunton 2017
nr 09/2015
Pierwsza publikacja – fora.gayland.pl jako Homowy seksualista

Copyleft
Cc–by–sa–4.0
Niniejszą powieść udostępnia się na wolnej licencji Cc–by–sa–4.0
Oznacza   to,   że   powieść   można   przetrzymywać   na   nośnikach   elektronicznych   a   także   publikować   w   wersji
elektronicznej i drukowanej tak w części jak i w całości na takich samych zasadach i z podaniem źródła. 

Wszelkie  czynności  związane z powieścią wykonano  na komputerze z  użyciem  systemu operacyjnego  GNU
Linux i przy użyciu oprogramowania na wolnych licencjach. 

Niniejszy utwór  jest dziełem wyobraźni autora. Postaci w powieści są fikcyjne a wszelkie podobieństwo do
rzeczywistych   jest   przypadkowe   i   niezamierzone.   Osoby   pełniące   funkcje   publiczne   (politycy,   sportowcy,
dyrektorzy firm itp.) występują pod własnymi nazwiskami i są jedynie postaciami epizodycznymi. Większość
opisanych miejsc i miejscowości jest autentyczna. 

Z uwagi na treści erotyczne utwór jest niewskazany dla odbiorców poniżej piętnastego roku życia w Polsce i
osiemnastego roku życia w Wielkiej Brytanii. Jednocześnie autor podkreśla, iż jakiekolwiek zachowania
natury seksualnej opisane w utworze dotyczą wyłącznie osób powyżej szesnastego roku życia. 

background image

1.

Wprowadzenie   się   Dominika   do   małego   mieszkania   na   wrocławskim   Kozanowie   nastąpiło   po
dwutygodniowym pobycie chłopca w szpitalu i odbyło się w zasadzie bez większych problemów.
Przynajmniej   na   początku.   Mieszkanie   znajdowało   się   na   dziesiątym   piętrze   wieżowca   i   dla
Dominika, wychowanego całe życie w jednorodzinnym domku, był to spory szok. 
- Tobie się w głowie nie kręci, jak stoisz przy oknie? - zapytał Kamila. 
- A co ma mi się kręcić... Przyzwyczaisz się. 
Na razie jednak Dominik wybrał łóżko w głębi pokoju a do okna podchodził tylko w naprawdę
koniecznych wypadkach, przyrzekając sobie, że o ile popatrzy jeszcze sobie przez okno, to nikt ni
zmusi   go   do   wyjścia   na   balkon.   Jednak   przeszkoda   numer   dwa,   która   objawiła   się   późnym
popołudniem, przebiła lęk wysokości, a nawet wszystkie inne lęki i obawy, jaki zrodziły się w nim
podczas ich przygód na Leśnicy. Mniej więcej o trzeciej po południu, kiedy obaj byli zajęci w
najlepsze urządzaniem kącika Dominika w pokoju, drzwi otworzyły się nagle i w na progu stanęły
dwie postaci w wieku około ośmiu lat, bliżej niezidentyfikowanej płci,   Oboje byli jednakowego
wzrostu, z jasnymi, krótko ostrzyżonymi włosami. 
- Kto to jest? - zapytał ten po lewej stronie stanowczym głosem. 
- To jest Dominik - odpowiedział poirytowany Kamil. - I jak jeszcze raz wejdziecie bez pukania do
pokoju,   to   wam   nogi   z   dupy   powyrywam.  A  teraz   wyjazd   stąd,   pókim   dobry   -   dodał   równie
podniesionym głosem i ruszył w stronę drzwi. - Poczekaj aż mama wróci z zakupów - powiedział
ten drugi. - Powiemy jak się wyrażasz i że nas straszysz. 
- Jeśli ten wyraz jest bardzo brzydki, to naprawdę dziwię się, skąd go znacie i kto go was nauczył -
Kamil chwycił oba dzieciaki i stanowczym ruchem wygarnął za drzwi, które pieczołowici zamknął.
- Kto to był? - zapytał Dominik, który do tej pory siedział cicho, zajęty dobieraniem skarpetek do
pary. 
- Moje rodzeństwo - odpowiedział bez entuzjazmu Kamil. - Wacek i Donatka. 
-Rany, co za imiona - wyrwało się Dominikowi. W zasadzie w gościach nie powinno się niczego
krytykować, ale... 
-  To   moja   mamusia   -   odpowiedział   Kamil   z   cieniem   złośliwości   w  głosie.   -  Tylko   ona   może
uszczęśliwić kogoś imieniem, które w cywilizowanych językach oznacza rumianek. 
- To znaczy twoje? - nie rozumiał Dominik. Coś takiego jak dociekanie znaczenia słów nigdy nie
należało do jego repertuaru. Podobnie zresztą jak wykonywanie innej masy umysłowej roboty. Jak
się przekonywał coraz bardziej, była to domena Kamila. Zagadnięty na jakikolwiek temat, zawsze
miał coś do powiedzenia, interesował się prawie wszystkim i najwyraźniej sprawiało mu to dużą
frajdę, sądząc choćby po zawartości pokoju. Dwa regały pełne książek, ściany obwieszone mapami,
wieża stereo i pokaźny zbiór płyt, również winylowych. Jego własny pokój, nawet z mini siłownią
w kącie, nawet nie umywał się do jaskini Kamila.
- Tak, niestety. Ale już się przyzwyczaiłem. 
- Kamil!!! - z głębi mieszkania rozległo się głośne wołanie. Chłopiec przerwał zmianę pościeli,
rzucił kołdrę na środek pokoju i wyraźnie rozzłoszczony ruszył w stron drzwi. Dominik zastanawiał
się, czy ten domowy rozgardiasz będzie trwał wiecznie, czy też to jednorazowy wybryk bliźniaków.
Chłopiec i dziewczynka, kto by pomyślał,l przecież wyglądają niemal identycznie. O ich istnieniu
wiedział od zaledwie pięciu minut, a już mu się nie podobali. 
- Donata darła się, że Wacek wiesza gołą babę na ścianie. Na szczęście było to tylko zdjęcie posągu
Wenus z Milo, nic groźnego. 
Dominik nie miał bladego pojęcia, kto to jest Wenus z Milo, ale wolał to zachować dla siebie? A
nuż ktoś taki,kogo wypada znać? O bogini Wenus słyszał ale nie pamiętał w jakich okolicznościach,
pewnie   w   szkole.  W  ogóle   przy   Kamilu   czuł   się   mniej   komfortowo,   niż   z   początku   sobie   to
wyobrażał, co jednak w najmniejszy sposób nie wpłynęło na jego ogólny stosunek do przyjaciela. 

- Oni cały czas tak szaleją? - zapytał Dominik, kiedy po kolacji udali się do pokoju. Co prawda

background image

rozpoczynał się ostatni tydzień szkoły, ale oceny były już wystawione a nauką nikt się specjalnie
nie przejmował. 
- Dziś i tak było spokojnie - odpowiedział Kamil. - Z reguły wojują o wszystko, o co się da, a każde
chce być lepsze. I obydwoje donoszą i kablują w każdej sytuacji. Jeśli na siebie to pół biedy, ale
najczęściej również na mnie. A najgorsze jest to, że matka zawsze bierze ich stronę, obojętne, co
zrobią. "Jesteś starszy i mądrzejszy, to musisz im ustępować" - zawsze powtarza. A ja już mam tego
wszystkiego   serdecznie   dość   -   zakończył   takim   tonem,   że   Dominikowi   zrobiło   mu   się   go
najzwyczajniej żal. - Miałem sobie od nich odpocząć na wakacjach, ale...
Wakacje. Temat, którego do tej pory nikt nie poruszał. Dominik z oczywistych względów musiał
zrezygnować z wyjazdu do Egiptu, nic jednak nie wiedział o planach Kamila. Skoro przyjęli go do
domu, to znaczy, że wakacje najpewniej spędzą we Wrocławiu. Dominik dopiero w tej chwili
zorientował   się,   czym   to   grozi.   Basen   na   Morskim   Oku,   spacery   po   parkach   i,   co   najgorsze,
nieustanne wysłuchiwanie jazgotu bliźniaków, których miał szczerze dość już po kilku godzinach.
Tymczasem sąd nałożył na matkę sankcję dziewięćdziesięciu dni aresztu i było oczywiste, że będzie
siedział na Kozanowie aż do początku następnego roku szkolnego. 
- Nigdzie nie wyjeżdżasz? - zapytał o chwili milczenia Dominik. 
- Miałem jechać do Anglii do kuzyna, ale w tej sytuacji nie da rady... Zresztą nie żałuję, jakoś
przebiedujemy   to   lato   we  Wrocku   -   odpowiedział   Kamil,   choć   Dominik   mógł   się   założyć,   że
przemawia przez niego żal. Czuł, że on sam w jakiś sposób się do tego przyczynił. Nawet nie
wiedział,   co   ma   odpowiedzieć;   chyba   już   trzeci   raz   w   ciągu   całego   dnia   poczuł   się   mało
komfortowo. 
- Coś się wymyśli - powiedział Kamil na pocieszenie. Było to, jak zdążył się zorientować, ulubione
powiedzonko Kamila, ale za każdym razem po tych magicznych słowach następowały konkretne
czyny. Czyżby Kamil znów miał jakiś ciekawy plan? Możliwe, tymczasem podszedł do szafy i po
chwili gmerania rzucił na wersalkę spodnie od dresu i podkoszulek.
- Pójdziemy sobie pobiegać  -powiedział i ściągnął bluzę. W tym momencie u progu pokoju stanął
ojciec. Niezrażony Kamil rozbierał się dalej. 
- Tylko nie wygłupiaj się tak przy matce, wiesz, że ona tego nie lubi - powiedział. - Tu macie
kieszonkowe na ten tydzień i, ostrzegam, więcej nie będzie - powiedział to z lekkim uśmiechem,
który oznaczał, że jeśli będą potrzebowali więcej, mają się nie krępować i walić do niego jak w
dym.

- A ty już masz jakąś dziewczynę? - zapytała matka Kamila przy kolacji. 
- A co go tak o dziewczyny podpytujesz? - zgasił ją Roman. - To jego sprawa. 
- Oj Romku, Romku, sam wiesz, jacy są dziś ludzie i jak bardzo trzeba uważać - odparła pani
Nawrotowa. - Nie chciałabym, by Kamil skończył z bachorem na ręku w wieku osiemnastu lat. Sam
wiesz, jak im się pali do tych spraw. Ja ci mówię, to wszystko przez tę telewizję. Co włączysz, to
jakaś golizna, całowanie się albo nawet jeszcze gorzej... Tylko w telewizji Trwam tego nie ma...
- Jest natomiast oszust, złodziej i wyłudzacz pieniędzy - przerwał Roman. - To ja z dwojga złego
wolę niewinną młodą panienkę, nawet jeśli się całuje. 
- Taki stary a jeszcze świństwa mu w głowie - westchnęła zrezygnowana Barbara i zajęła się
zbieraniem brudnych rzeczy ze stołu. Jak zauważył Dominik, był to zawsze moment, kiedy posiłek
uznawano za zakończony. 
Po   kolacji   i   dwóch   wojnach   młodszego   rodzeństwa,   w   tym   jednej   zakończonej   krwawo,   bo
rozciętym łukiem brwiowym u Wacka, w domu nastąpił wreszcie spokój. Bliźniaki poszły spać,
państwo Nawrotowie oglądali film w telewizji, a chłopcy grali na komputerze. Dominik nagle
poczuł   się   śpiący,   przez   jeden   dzień   dostał   bardziej   do  wiwatu,   niż   przez   tydzień   u   siebie   na
Krzykach. Tak naprawdę to czul się nieco rozczarowany i czuł potrzeb odstresowania się. Położył
rękę na gołym udzie Kamila. Ten wzdrygnął się. 
- Nie teraz, jeszcze rodzice nie śpią. Tak długo jak są na nogach, to nie znasz dnia ani godziny. A o
zamek   w   pokoju   nie   mogę   się   doprosić,   zresztą   matka   nigdy   na   to   się   nie   zgodzi.   Poza   tym
pamiętaj, że to mieszkanie jest wybitnie akustyczne, a starych mamy zaraz za ścianą. Kiedyś nawet

background image

słyszałem   odgłosy   tego,   co   wyprawiali   w   nocy   ale   ostatnio   się   uspokoili.   Będziemy   musieli
uważać...
Zawieszony na wysokości dziewiątego piętra w mieszkaniu, w którym każdy krok słyszą dziesiątki
uszu, Dominik zaczynał powoli mieć wszystkiego dość. Nie tak sobie to wyobrażał, zupełnie nie
tak to miało wyglądać. Nadto pani Barbara podchodziła do niego z dużą rezerwą, graniczącą z
niechęcią. Czul się, jakby był tu z laski i wyraźni dawano mu to do zrozumienia, przynajmniej on to
tak odbierał. Przez moment zatęsknił nawet za ich celą na Leśnicy, gdzie, paradoksalnie, mieli o
wiele więcej wolności. A tu? Członek prawie rozrywał mu spodnie, a on nic z tym nie mógł zrobić.
Również jego przyjaciel czul się niezbyt komfortowo w tej sytuacji, nie powiedział co prawda tego
głośno, ale, jak to się mówi, nadawali na jednej fali i Dominik to wyczuwał. 

- Wiesz co? - powiedział Kamil, kiedy już grubo po północy i szybkiej masturbacji z duszą na
ramieniu byli już w łóżkach, każdy we własnym - mam pewien pomysł. Trudny do wykonania ale
wcale nie taki niemożliwy...

background image

2.

Z pamiętnika Wojtka T. 
Tyle się ostatnio dzieje, że postanowiłem pisać pamiętnik. Ale nie blog, bo mój pamiętnik będzie
tylko i wyłącznie dla mnie. Jak ktoś go znajdzie i przeczyta, to będzie kaplica. A z tym internetem
różnie bywa. Słyszałem w tevałenie, że teraz Ziobro i policjanci będą mogli zaglądać, gdzie tylko
zechcą. Pamiętnik mogą dopaść rodzice, ale raczej się na to nie zanosi. Raczej unikają grzebania w
moich   rzeczach,   a   już   na   pewno   nie   zaglądają   do   moich   zeszytów   szkolnych.   Dla   niepoznaki
obłożyłem zeszyt tak jak inne i podpisałem "Wypracowania z polskiego". Od kiedy nauczycielka
odkryła,   że   uczniowie   ściągają   wypracowania   z   internetu   albo   płacą   specjalnym   serwisom
piszącym   prace   na   zamówienie,   wszystkie   wypracowania   musimy   pisać   ręcznie,   w   specjalnym
zeszycie. Nie sądzę, żeby to wiele pomogło, pół klasy dalej będzie kupowało wypracowania na
necie, ale to już nie moja sprawa. Ja lubię pisać i wolę wypracowania od zadań z biologii czy
nawet matematyki. Poza tym zaraz są wakacje i nie będę pisał żadnych wypracowań. 
Dobra, to było tytułem wstępu. Zawsze najgorszą częścią każdego wypracowania jest wstęp, a i ten
mi nie za dobrze wyszedł. Trudno, innego nie będzie. Teraz trzeba nadgonić to, co było, aby przejść
do współczesności, a jest tego sporo. Zacznijmy od rodziców. To nie są moi biologiczni rodzice a
adopcyjni. Nikt nie robi z tego tajemnicy, do czwartego roku życia byłem w domu dziecka i jeszcze
co nieco pamiętam, zwłaszcza te złe rzeczy. Zawsze byłem dużym i silnym dzieckiem, toteż nikt mi
nie podskoczył, bo od razu dostał w ucho. Gorzej było z kadrą, najczęściej to ja obrywałem za
innych. Klęczałem w kącie z rękami podniesionymi do góry, spałem w izolatce, dostawałem przez
łeb albo w ucho. Były też i gorsze rzeczy. Jedna z opiekunek, niejaka pani Zosia, gdy chciała kogoś
ukarać, zdejmowała mu majtki przy wszystkich. Było to szczególnie poniżające i przytrafiło mi się
to tylko raz. Później uważałem, a jak pani Zosia miała dyżur, to po prostu schodziłem jej z oczu. 
Kiedyś pani dyrektorka zabrała mnie do gabinetu i przedstawiła państwu w średnim wieku. Już
wiele nie pamiętam z tego spotkania, w każdym razie na następne zabrali mnie na spacer do parku.
Fajnie było, bo ten pan kupił mi lody i w ogóle był bardzo dumny, że prowadzi mnie za rękę przez
miasto. Mnie też to się podobało, w końcu raz nie musiałem zazdrościć innym dzieciakom, że mają
prawdziwych rodziców. Jeszcze teraz pamiętam, jak bardzo pragnąłem, by ten dzień nigdy się nie
kończył. Takich wyjść było coraz więcej i na każdym dostawałem coś dobrego, a to obiad, o jakim w
domu dziecka nie  mogłem marzyć, a to  ciepłą  kurtkę czy  jeszcze  co innego.  "Jedz, bo musisz
wyrosnąć na prawdziwego mężczyznę" - mówił ten pan i był bardzo zadowolony, kiedy znikał cały
talerz. 
Pewnego   razu   (tak,   wiem,   że   tak   pisze   się   tylko   w   bajkach,   ale   nic   bardziej   sensownego   nie
przychodzi mi do głowy) spotkanie z tymi ludźmi miało zupełnie inny charakter. Ten pan oświadczył
mi, że zabierają mnie do siebie. Jak sobie tak teraz myślę, to nikt nie pytał się mnie o zdanie, po
prostu oświadczyli mi to, a ja byłem bardzo szczęśliwy. Szczerze mówiąc, w domu dziecka mało kto
mnie lubił, głównie dlatego, że byłem gruby, tacy nigdy i nigdzie nie są lubiani. Jednak moim
przyszłym  rodzicom  to  nie   przeszkadzało,  wręcz  przeciwnie.   Zwłaszcza  przyszły   tata  mówił,   że
nareszcie będzie porządny chłop w domu. I on i ona byli średniego wzrostu, nieszczególni, za to
bardzo bogaci. Tak mi się przynajmniej wydawało, przy tym, co widziałem w domu dziecka to
mieszkanie państwa Terleckich, jednorodzinna willa na Osobowicach, to był po prostu kosmos.
Dostałem własny pokój, własne zabawki, w ogóle poprawiło mi się bardzo. No i nowi rodzice
okazali  się   naprawdę   fajni.   Ojciec   jest  wykładowcą  na  Politechnice   Wrocławskiej,   mama  uczy
biologii w szkole średniej. 
Oczywiście wszelkie początki są ciężkie, ze mną nie było inaczej. Na początku moczyłem się w łóżku
i kiedyś było mi tak wstyd, że uciekłem z domu. Miałem wtedy pięć, może sześć lat. Poszedłem na
przystanek, wsiadłem w czternastkę i jeździłem nią tak długo, aż jakaś pani zainteresowała się mną
i przez telefon komórkowy zawiadomiła policję. Gdybym taki numer wywinął w domu dziecka,
pewnie miałbym granatową dupę od lania, które bym dostał. Natomiast tu nic takiego się nie
zdarzyło.   Wręcz   przeciwnie.   Rodzice   mnie   wyściskali   tak,   jakby   nie   widzieli   mnie   co   najmniej
miesiąc, a później tato zabrał mnie na tak zwaną męską rozmowę, pierwszą w moim życiu. Na

background image

początku było mi tak wstyd, że przez dobrych kilka minut nie mogłem z siebie wydobyć żadnego
głosu, ale on spokojnie czekał. Kiedy już wszystko mu powiedziałem, zapytał tylko "Tylko tyle?"
Milcząc,   skinąłem   głową.   Wtedy   ojciec,   dalej   ze   stoickim   spokojem   (ładnie   to   zabrzmiało)
wytłumaczył mi, dlaczego tak się dzieje i jak się załatwia takie sprawy. Chyba po raz pierwszy w
życiu odczułem coś takiego jak autorytet. Ojciec stał się dla mnie kimś i to takim pisanym wielką
literą. 
Podobnie   było   w   pierwszej   klasie,   kiedy   ukradłem   koledze   samochód   na   resorach,   jak   to   się
mówiło, resoraka. Bardzo mi się podobał i chciałem go mieć jak najszybciej. Oczywiście mógłbym
poprosić rodziców, ale po co? Poza tym kradnąc coś, człowiek czuje się dziwnie, jest przy tym masa
emocji. Złapią czy nie złapią? Niestety złapali. Chłopiec zgłosił kradzież wychowawczyni, a ta
zarządziła   rewizję,   i   tak   wpadłem.   Oczywiście   najbardziej   bałem   się,   co   powie   ojciec,   bo
wychowawczyni jeszcze tego samego dnia wezwała rodziców. I, podobnie jak wtedy, ojciec nie bił,
nie krzyczał, tylko wziął mnie do gabinetu i kazał wszystko opowiedzieć. Po kolei. Już mniej bałem
się tych rozmów, więc tym razem wstyd zdecydowanie przeważał nad strachem. A ojciec znowu
mnie zaskoczył. "Jak byś ukarał swoje dziecko, gdybyś złapał je na kradzieży?" Odpowiedziałem, że
dostałby dziesięć klapsów w tyłek. Na co ojciec: "Tylko głupi ludzie się biją. Zastanów się, jak byś
to zrobił w mądry sposób". Na cop ja odpowiedziałem, że wywiózłbym do lasu i zostawił. Nie wiem,
dlaczego mi to przyszło do głowy, ale wydało mi się to bardzo okrutne. A ojciec wprowadził mnie w
śmiertelne zdumienie, mówiąc "No jest to jakaś kara. Jeśli uważasz, że zasłużyłeś, to tak zostaniesz
ukarany". Była wiosna i rzeczywiście następnej niedzieli ojciec wsadził mnie w samochód. "Wiesz,
co teraz będzie, prawda?" - powiedział. Jak ja się bałem... Kiedy na horyzoncie zobaczyłem las,
prawie zacząłem się dusić z nerwów. A jednocześnie coś mi się w tym podobało, na pewno emocje
były większe niż przy podprowadzeniu koledze samochodziku. Ojciec zatrzymał auto przed wejściem
do lasu. "Wysiadamy" - rzucił. Że też nie zemdlałem przy tym, to był cud. Szliśmy długo, może pół
godziny. "No to jesteśmy w środku lasu, tak jak chciałeś. Teraz ja zniknę, a ty będziesz odbywał swą
karę. Jakby ci się znudziło, ale nie wcześniej niż po godzinie, możesz zacząć mnie szukać. Będę ci
zostawiał po drodze różne znaki, a ty będziesz musiał je odczytać. Jeśli zabłądzisz, musisz wrócić
do ostatniego znaku". A więc tak to sobie wykombinował (tak, wiem, nie zaczyna się zdania od "a
więc" ale przecież tego nie będzie nikt sprawdzał, poza tym nie mam pomysłu na nic mądrzejszego).
Po godzinie siedzenia na pieńku miałem dość, czas wlókł się w nieskończoność, a poza tym cale nie
było cicho i spokojnie. Gdy na polanie, jakieś dwa metry ode mnie, stanęła sarna, nawet nie miałem
siły uciekać ze strachu. Toteż punktualnie o pierwszej ruszyłem w poszukiwaniu ojca. Pierwszy znak
znalazłem już po stu metrach, była to czerwona reklamówka zawieszona na gałęzi. Przysiągłbym, że
wcześniej jej tam nie było. W środku znajdowały się owinięte w papier śniadaniowy dwie bułki z
kiełbasą, karton soczku Orange, kompas i kartka: "Po zjedzeniu posiłku sto metrów drogą na
południe i dalej na zachód". O kompasie jeszcze nie uczyli mnie w szkole, ale już znałem mniej
więcej   jego   działanie.   Zabawa   zaczynała   mnie   wciągać   coraz   bardziej...   Ojciec   oczywiście
przeczołgał mnie ostro przez las a znalazłem go tam, gdzie mogłem się go spodziewać, czyli w
samochodzie, czytającego jakąś fachową książkę. "No i co, ciekawsze niż podiwanienie koledze
resoraka?" - zapytał. Pewnie, że ciekawsze, ale co się najadłem strachu to moje. 
Prawdziwą klasę mojego ojca, i pewną jego wielką tajemnicę, poznałem kilka lat później. Napiszę o
tym   następnym   razem,   boi   to   ważne,   ale   dziś   już   jestem   zmęczony.   Zwłaszcza   po   rozmowie   z
Kamilem. O tym też napiszę, bo stało się coś dziwnego. 

background image

Z pamiętnika Wojtka Terleckiego - c.d.

Ta przygoda nauczyła mnie wielu rzeczy, z których nie od początku zdawałem sobie sprawę. Przede
wszystkim, nabrałem bezgranicznego zaufania do ojca. O ile do tej pory miałem jakieś wątpliwości,
pozbyłem się ich na zawsze. Nauczyłem się, że strach można pokonać. No i od tamtej chwili niczego
nikomu nie ukradłem. Nawet nie dlatego, że bałem się kary. Po prostu nie chciałem zawieść ojca.
Poza tym kradzież mnie w ogóle nie bawi, a już na pewno nie konsekwencje. Tak zupełnie przy
okazji tamtej sprawy, nie będę w moim pamiętniku opisywał przyrody. Las to las, jest zielony, to
wszyscy wiedzą. Jak spotkam las niebieski czy różowy, na pewno to opiszę. Kiedyś licealiści mnie
straszyli, że jest taka lektura, która składa się prawie wyłącznie z opisów przyrody i nazywa się Nad
Niemnem. Zapamiętałem tytuł, żeby wiedzieć, kiedy zachorować. Co oczywiście nie znaczy, że nie
lubię czytać. Czytam masę, tyle że nie takie bzdury.
Później przez jakieś trzy lata nic się nie działo. To znaczy coś tam się odbywało i tak dalej. Nic
takiego,   o   czym   warto   by   napisać.   No   może   poza   jedną   rzeczą.   Miałem   operację   wyrostka
robaczkowego. Już w szkole zaczęło mnie boleć, w domu nawet nie raczyłem zjeść obiadu, tylko od
razu położyłem się do łóżka. Gdy mama wróciła z pracy, poprosiłem ją o tabletkę przeciwbólową.
Mama łyka tego całkiem sporo i myślałem, że poda proszek i będzie tak jak dawniej. Nie tym razem.
Zaczęła wypytywać, a potem powiedziała: "Wstań i podnieś nogę". Jeśli dotąd mnie bolało, to przy
podnoszeniu nogi mało nie zemdlałem. "To mi wygląda na zapalenie wyrostka" - powiedziała. I się
zaczęło... Przyjechało pogotowie i jeszcze tego samego dnia wylądowałem na sali operacyjnej. Co
było dalej, oczywiście nie pamiętam. Po dwóch dniach przyszedł na kontrolę ten lekarz, który mnie
operował. Obejrzał ranę operacyjną i powiedział" "Chłopie, ty będziesz prawdziwym skarbem dla
kobiet".   Tylko   tyle,   nic   więcej.   Zupełnie   nie   wiedziałem,   o   co   im   chodzi,   jeszcze   nie   byłem
wtajemniczony w dorosłe tematy. Na razie sądziłem, że z powodu mojej tuszy raczej zostanę starym
kawalerem, bo która będzie chciała takiego grubasa? Nawet nie zdążyłem zapytać, a doktora już
nie   było.   Następnego   dnia   przyszła   lekarka,   korciło   mnie,   by   może   ją   zapytać,   ale   intuicyjnie
czułem, że nie wypada. Jeszcze tego samego dnia przyjechała mama i wypisała mnie ze szpitala.
Podobno goiło się na mnie jak na psie, tak powiedziała pielęgniarka. A i apetyt zaczął mi znów
dopisywać, a jakie jest szpitalne żarcie, to chyba wszyscy wiedzą. 
Miałem   wtedy   jedenaście   lat,   to   zaczęło   się   późną   jesienią,   koniec   listopada,   może   początek
grudnia. Był wieczór. Mama poprawiała klasówki u siebie w pokoju, ojciec oglądał telewizję, jakiś
program dokumentalny o żołnierzach w Iraku. On głównie takie rzeczy ogląda, jak jest dobry
kryminał, to przełącza na TVN24, chyba że go bardzo poproszę. Telewizora w pokoju nie mam,
tylko komputer, na którym mogę korzystać z internetu do dwóch godzin dziennie, pod warunkiem, że
mam odrobione lekcje. Tamtego wieczora chciałem ubłagać ojca o W11, program, którego on nie
cierpiał, ale czasem się zgadzał, byle bym nie traktował tego za poważnie. Usiadłem koło niego i
przytuliłem się. Rzadko to robiłem, nie jestem wymoczkiem, ale i ja lubię być przy kimś. Oczywiście
na głos nigdy się do tego nie przyznam, bo nie jestem babą. No więc przytuliłem się i coś się we
mnie stało. Tors taty był ciepły, pachniał przyjemnie dobrym dezodorantem. "Coś czuję, że masz do
mnie jakiś interes" - powiedział ze śmiechem tata. "Pewnie chodzi o jakiś kretyński program z
policjantami i złodziejami". No więc w tej chwili zupełnie przestało chodzić o ten program. Było mi
dobrze, jak jeszcze nigdy w życiu. Chwilowo nie wiedziałem dlaczego. W naszej rodzinie kontakty
czysto cielesne nie były czymś częstym. Mama przestała mnie całować w policzek przy wyjściu do
szkoły w trzeciej klasie, mówiąc, że jestem stary koń. Ojciec jak ojciec, najczęściej klepał mnie po
ramieniu. Kiedyś nawet tulił mnie do siebie, ale jeszcze wtedy nie podobało mi się to. Kiedyś jakimś
gestem dałem mu to do zrozumienia i przestał. Wiedząc, że lubi tuliłem się, gdy miałem do niego
jakiś interes, film do obejrzenia, zadanie z matematyki albo potrzebowałem dziesięciu złotych. Tyle
że tym razem o nic takiego mi nie chodziło. Pościskałem go dobre kilka minut, kiedy zapytał:
"Wojtek, czy ty nie za stary jesteś na to?" Uśmiechał się przy tym, znaczy jednak podobało mu się. 
Zmieniałem się. Już nie wchodziłem do domu z pytaniem "Co jest dziś do zjedzenia?" a "Tata jest?"

background image

Przebywanie z nim zaczęło mi   sprawiać dziką przyjemność. Do tego stopnia, że zacząłem być
zazdrosny o matkę. Dlaczego ona może z nim spać a ja nie? Jakoś właśnie wtedy zacząłem marzyć,
aby ojciec zobaczył mnie nago. Ba, ale jak to zrobić? Przecież nie wybiegnę goły z pokoju, bo to
będzie zwyczajnie durne, a idiotą nie jestem. Nieraz słyszałem, jak rodzice rozmawiali o mnie,
myśląc, że nie słyszę "Ten Wojtek to bystrzak jest" i podobnie. Zatem (takie ładne słówko, aby
zastąpić zaczynanie zdania od "więc") trzeba było coś wykombinować. Na egzekucję wybrałem
sobie piątkowy wieczór, kiedy mama pojechała do babci. Tak nawiasem, nie lubię tej babci, bo
zawsze mówiła, że ci z domów dziecka to diabelskie nasienie i nic dobrego z nich nie wyrośnie.
Jeszcze nie zdarzyło się, abym od niej dostał paczkę cukierków czy dziesięć złotych, co dla odmiany
było normalne w przypadku dziadków od strony ojca, którzy mnie rozpieszczali jeszcze bardziej (i
dalej   to   robią).   No   ale   do   rzeczy.   Mama   wyjechała   na   dwa   dni   do   Strzelina,   ojciec   oglądał
telewizję, a ja poszedłem się kąpać. W kontrolowany sposób stanąłem na taborecie koło wysoko
zawieszonej szafki na kosmetyki, proszki i takie różne, oczywiście mokry i goły, i z tego taboretu z
hukiem upadłem na posadzkę, celowo robiąc jak najwięcej łomotu. Oczywiście potłukłem się, ale to
było wkalkulowane w ryzyko. Ojciec przybiegł, popatrzyć  na mnie i widziałem, jak poczucie wstydu
walczy z ciekawością, by mnie sobie pooglądać, bo przecież raczej nie ma okazji, ostatni raz kąpał
mnie, gdy miałem sześć lat. Widziałem, że patrzył na to co chciałem i było mi przyjemnie, a wacuś
zaczął dawać mi dziwne sygnały. Właśnie, jeśli chodzi o nazewnictwo tej części ciała, jeszcze w
domu dziecka mówiło się o wacku i tak już u mnie zostało. "Ty już niezły ogier jesteś" - powiedział,
kiedy w końcu udało mu się mnie podnieść i pomóc nałożyć coś na tyłek. Coś czułem, że miało to
związek z tym tajemniczym "darem dla kobiet", o którym mówił tamten lekarz. I wtedy stała się
dziwna rzecz. Ojciec zmierzył mnie wzrokiem, od góry do dołu i powiedział: "To widzę, że będziemy
musieli porozmawiać sobie na nasze męskie tematy". Z tonu jego głosu wywnioskowałem, że ta
rozmowa nie będzie dla niego przyjemna. Co nie znaczy, że się nie odbyła. Owszem, odbyła się,
była   dla   mnie   bardzo   przyjemna   i   strasznie   podniecająca.   Dotąd   nigdy   nie   myślałem   o   tych
rzeczach, coś tam słyszałem od kolegów, nawet usiłowałem oglądać jakieś pornosy na internecie,
ale szybko mnie to zniesmaczyło. Gorzej, myślałem, że się porzygam. Tak, mówi się "zwymiotuję"
ale mnie nie chciało się wymiotować a rzygać. Moje prawo. Już wieczorem, kiedy leżałem w łóżku,
ściskałem wacusia i myślałem o tym, o czym mówił ojciec. Głupio mi było, bo chciałem, żeby
jeszcze raz przyszedł i mi wszystko powtórzył. 
No i oczywiście zacząłem myśleć o gołych chłopach. Jak upolować gołego ojca? To właśnie jego
chciałem zobaczyć, jak to się ładnie mówi, w stroju Adama. O właśnie, czy kobieta też może być w
stroju Adama? Bo nigdy nie słyszałem o stroju Ewy. Będę musiał zapytać o to naszą polonistkę. No
ale do rzeczy. Ojciec utrzymuje kontakty z naukowcami prawie z całej Europy. Zaraz po świętach
Bożego Narodzenia rodzice wezwali mnie do siebie i zapytali, czy chciałbym wyjechać na ferie. No
pewnie, żebym chciał, głupie pytanie. "Bo tatuś wyjeżdża na tydzień do Finlandii i z chęcią by cię
wziął" - powiedziała matka. Mnie aż zamurowało. Do Finlandii? Pewnie, i to najlepiej w tej chwili.
Niestety, trzeba było czekać prawie dwa miesiące. Wycieczka była boska, nie mieszkaliśmy w hotelu
a u znajomych ojca, Virtanenów. Virtanenowie mają syna w moim wieku i starszą córkę. Kiedyś po
południu papa Virtanen zaproponował saunę. Nigdy nie byłem w saunie, słyszałem tylko, że w
środku jest temperatura stu stopni i jakoś  niespecjalnie  mi się tam paliło.  No ale (tak,  wiem,
brzydko) Finowi sauny ponoć się nie odmawia. Pojechaliśmy do domku nad jezioro. Jakie było
moje zdziwienie, kiedy wszyscy zaczęli się rozbierać do naga, w tym mój własny ojciec! Miałem
widok, jakiego pragnąłem od kilku dobrych tygodni. Niejako przy okazji zrozumiałem, co miał na
myśli ten doktor. I pan Virtanen i mój ojciec mieli swe wacki i całą resztę podobnej wielkości do
mojego. O synu, Kalle, ni ma co mówić, bo naprawdę nie było na co patrzeć. Tyle że dodawał mi
otuchy swym luzactwem i dobrym humorem. Mój wacuś zaczął już trochę brykać, ale w saunie
szybko się poddał, nie takich bohaterów załatwiały upały. Ale co się napatrzyłem to moje. Już
poznawałem  pierwsze   uroki   masturbacji   i  jakiś  tydzień   wcześniej   zacząłem  kończyć   na  mokro.
Spałem w tym samym pokoju co Kalle i musiałem czekać, aż on zaśnie, żeby móc nabawić się do
woli. Ciekawe, co pomyślała pni Virtanen, kiedy zmieniała pościel... Chyba jednak nic złego, bo w
tę zimę mamy jechać tam znowu. 

background image

Dobra, tyle na dziś. Jeszcze muszę opisać całą historię z Kamilem i... JEDZIEMY!!!

background image

4.

Z pamiętnik Wojtka Terleckiego - c.d.

Jakoś po powrocie z Finlandii zaczął się okres wielkiego walenia, jeśli można tak powiedzieć.
Rano, wieczorem, obojętnie kiedy, byle kilka razy na dzień. Nawet w szkole potrafiłem zamknąć się
w toalecie na kilka minut. Więcej nie było mi trzeba, na początku wystarczyły dwie, może trzy
minuty, bym skończył. Jedyne, czego się bałem, to tego, by mnie nikt na tym nie przyłapał. A kilka
razy było blisko, jednak jakoś zawsze udało mi się zatuszować sprawę. Gorzej było w domu, bo
przecież, mimo że nasze mieszkanie jest bardzo duże, liczba miejsc jest jednak ograniczona.  I, co
ciekawsze, od pewnego czasu i mama i tata przed wejściem do mojego pokoju zaczęli pukać. Z
początku mnie to trochę śmieszyło, później przyzwyczaiłem i zacząłem traktować to jako naturalną
rzecz. 
Jeszcze w szóstej klasie, przed pójściem do gimnazjum, coś się zdarzyło. W mojej klasie był taki
chłopak, Mireczek. Głupie to było strasznie, ale za to złośliwe i pyskate. Kiedyś podczas przerwy
zgadało się o rodzicach. Zwykłe obgadywanie starych, jakiego pełno codziennie w każdej szkole.
Kiedy   powiedziałem   z   jakiegoś   tam   powodu,   że   moi   rodzice   nie   grzebią   w   moich   prywatnych
rzeczach, Mireczek wypalił: "Pewnie, kto by grzebał w rzeczach jakiegoś znajdy z domu dziecka,
przygarniętego tylko przez litość". Najpierw mnie zatkało, a później chciałem mu przywalić w ryj.
Już wstałem z ławki, na której siedzieliśmy, ale przypomniałem sobie słowa ojca, że tylko głupi
ludzie się biją. "Czekaj, ty" - pomyślałem - "ja cię jeszcze dopadnę". Do końca tamtej rozmowy nie
odezwałem się ani słowem, a do Mireczka przestałem się w ogóle odzywać. Jakoś pod koniec
tamtego roku szkolnego Mireczek się zakochał. Wybrał sobie dziewczynę z naszej klasy, Andżelikę,
ładną,   wysoką,   której   już   się   wiązały   cycki.   Mireczek   tokował   tak,   że   widziała   to   cała   klasa,
tymczasem po Andżelice spływało to, jak woda po kaczce. Łaskawie pozwalała Mireczkowi sobie
towarzyszyć, ale na tym się kończyło. Na zakończenie szóstej klasy wyjechaliśmy na wycieczkę
pożegnalną w Góry Stołowe. Wiadomo, jak jest na takiej wycieczce, wspólne pokoje, jedna łazienka
na piętro. Widziało się to i owo, zwłaszcza wieczorem, kiedy każdy chciał zdążyć przed ciszą nocną.
Kierownik   ośrodka   był   straszną   piłą   i   korzystanie   z   łazienki   i   późne   łażenie   po   ośrodku   było
niemożliwe. Mnie oczywiście łazienka bardzo interesowała, bo nawet przez przypadek można było
coś ciekawego zobaczyć. No i tak widziałem Mireczka, jak wychodził spod prysznica. Następnego
wieczora była dyskoteka. Byliśmy już w tym wieku, że niektórzy chłopcy zaczynali interesować się
dziewczynami a temat seksu powoli zaczął pojawiać się w naszych rozmowach. No i doszło do
rozmowy na temat kto kogo wyhaczy na dyskotece. Mireczek oczywiście nawijał o Andżelice, jak to
będzie ją łapał za cycki i tak dalej. W pewnym momencie, korzystając z chwilowej ciszy, wypaliłem:
"Nie rozumiem, jak dziewczyna może się zainteresować chłopakiem,l który ma wacka o długości
całych czterech centymetrów". Komentarz wywołał powszechny rechot, a Mireczek zaczerwienił się
i już nic nie powiedział. Zdaje się, że zepsułem mu dyskotekę, bo częściej widziałem go pod ścianą i
przed ośrodkiem niż na parkiecie. No i już drugiego dnia zobaczyłem, że popularność Mireczka
jakby zmalała. Nie powiem, dało mi to dużą satysfakcję, jednak rana po tamtym ciosie goiła się
dalej. Tak, wiem, że to bardzo patetyczne określenie, ale polonistka uważa, że od czasu do czasu
warto coś takiego napisać, choćby po to, żeby poczuć piękno języka. Na razie żadnego piękna w
tym nie widzę, ale może pewnego dnia zobaczę?  

Tak skończyła się podstawówka i poszedłem do gimnazjum. Po cichu liczyłem na coś więcej, choć
wiedziałem,   że   się   nie   doczekam.   Dalej   tuliłem   się   do   ojca,   któremu   chyba   sprawiało   to
przyjemność, bo zawsze w takich sytuacjach mierzwił mnie po głowie. On traktował mnie po prostu
jak   syna   i   nawet,   jeśli   odczuwał   co   innego,   nigdy   nie   dał   mi   tego   odczuć.   Ja   tymczasem
zrozumiałem,   że   muszę   sobie   kogoś   poszukać.   Ba,   tylko   jak?   Wiedziałem,   że   stoję   na   z   góry
straconej   pozycji,   a   wszelkie   statystyki   są   przeciwko   mnie.   Kiedyś   słyszałem,   że   osób
homoseksualnych jest około pięć procent, a osób z tendencjami homoseksualnymi (dokładnie nie
wiem, jaka to różnica, ale na intuicję chyba rozumiem) waha się między dwunastoma a piętnastoma

background image

procentami populacji. Znaczy to, że, zakładając, że każdy homek chciałby się ze mną przespać,
mam dziewięciokrotnie mniejsze szanse niż ci chłopacy, którzy wolą dziewczyny. I to w najlepszym
przypadku. Dodatkowo, biorąc pod uwagę, że ludzie tacy jak ja ujawniają się niechętnie... Czarno
to widziałem. Tu trzeba by było jak ten rybak: zarzucić wędkę, a może się coś złapie. Biorąc pod
uwagę zanieczyszczenie środowiska, szanse były podobne. 
Nowa klasa w gimnazjum podobała mi się średnio. Moi rodzice posłali mnie do prywatnej szkoły,
podobno   o   bardzo   wysokim   poziomie.   W   efekcie   do   szkoły   chodziły   głównie   dzieci   bogaczy,
właścicieli sklepów, sieci busów, lekarzy, znanych dziennikarzy i całej wrocławskiej śmietanki. Jeśli
do tej pory myślałem, że moi rodzice są bardzo bogaci, teraz przyszło mi zmienić zdanie. Moje
ubrania były co najwyżej przeciętne, nie miałem własnego kierowcy, który by mnie przywoził do
szkoły, iphone'a piątki, hoverboarda czy innych elitarnych zabawek. Rzecz jasna nie mogłem winić
za to rodziców ani zacząć wymagać, że skoro posłali mnie do takiej szkoły, niech sprawią, żebym
czuł się w niej tak jak inni. I tak uważam, że zrobili dla mnie wystarczająco dużo. Gdzie mi tam do
Reronia, Cibickiego czy Szmidta. 
Z seksem już nie szalałem tak jak dawniej, dwa razy na dzień mi wystarczało. Równolegle jednak
zacząłem chcieć robić to z kimś. Tak zaczęło się wchodzenie na popularny czat gejowski. Tak, wiem,
że jestem za młody, żeby bywać w takich miejscach. Tylko co miałem zrobić? Wymyśliłem sobie
nicka grubcio15, żeby nikt się nie przyczepił, że jestem za młody. Pierwszy odezwał się jakiś starszy
facet z Katowic i pytał, czy mam kamerkę. Oczywiście miałem, mam laptopa z wbudowaną kamerą,
ale cały czas bałem się, że w końcu ktoś wyczai, że jestem za młody. Tyle się ostatnio słyszy o
patrolach policji w sieci, że wolałem uważać. Starszy facet jako taki mi nie przeszkadzał, lubię
popatrzeć na takich seksownych dziadków, ale dalej bałem się policji. Pójdę na spotkanie, a taki
mnie od razu zwinie do radiowozu. Nie, dziękuję. Później przewinęła się masa pedofilów i ludzi,
którzy oferowali mi całkiem spore pieniądze, bym się dla nich rozebrał. Zaczęło mi się po prostu
robić niedobrze i zwinąłem interes. 
Za jakiś czas, kiedy już pierwsze wzburzenie mi minęło, wszedłem znów, tym razem z nickiem
mlody_gruby_wr. Zainteresowanie było o wiele mniejsze, ale i rozmowy o wiele ciekawsze. Pod
koniec zastukał do mnie ktoś o nicku torwan. Przedstawił się jako czternastolatek. Odpisałem mu,
że też mam czternaście lat, a nawet mniej. Na co on też, że ma mniej. Szczerość za szczerość.
Zapytałem go, czy mu nie przeszkadza to, że jestem gruby, na co on napisał coś takiego: "wręcz
przeciwnie, lubię takich chłopaków. U mnie w klasie jest jeden taki, tylko chyba nie jest gejem. A
nawet jeśli jest, to nie wiem jak do niego zagadać". Z torwanem rozmawiało mi się naprawdę fajnie
i już wiedziałem, że jeśli byśmy się spotkali sam na sam, na pewno bym go polubił. Zacząłem
powoli przebąkiwać o spotkaniu. Początkowo on był niechętny, ale im częściej rozmawialiśmy, już
nie na czacie a na komunikatorze na komórce, tym bardziej i w nim dojrzewała ta decyzja. W końcu
stanęło, że spotkamy się w sobotę po południu przed pręgierzem na wrocławskim rynku. Dzień
przed spotkaniem zacząłem się bać. A jeśli to policja? Albo, co gorsza, jakiś pedofil? Pedofil to
jeszcze pół biedy, ale jeśli morderca? Moja pogoń za emocjami pchnęła mnie ostatnio w stronę
skandynawskich powieści kryminalnych: Jo Nesbo, Anne Holt, Kurt Mankell, Stieg Larsson. Tam
takich sytuacji była cała masa. Już nawet miałem zapytać ojca, czy pozwoliłby mi na spotkanie się z
osobą poznaną przez internet, ale przytomnie zrezygnowałem, będąc prawie pewnym odpowiedzi.
W tę sobotę od rana nic mi nie wychodziło, nawet śniadania nie zjadłem. "Może jesteś chory?" -
zapytała mama. Może i byłem, na pewno z nerwów. Tramwaj do miasta jechał zdecydowanie za
szybko jak na moje potrzeby. Zastanawiałem się, co ja tak naprawdę wiem o chłopaku, którego chcę
spotkać.   I   wyszło   mi,   że   obaj   rozmawialiśmy   tak,   aby   powiedzieć   o   sobie   jak   najmniej.   Nie
wiedziałem,  gdzie  mieszka,  do  jakiej  szkoły  chodzi,  prawie  nic.  Pamiętałem  głównie  opis  jego
wacka i ogólny klimat tamtych rozmów. 
Wrocławski rynek, za pięć trzecia. Mimo deszczowej pogody sporo osób. Obserwowałem głównie
mężczyzn i chłopców, absolutnie nie wiedząc, czego się spodziewać. Oczywiście nie ustawiłem się
pod pręgierzem a bliżej wylotu Świdnickiej. Minęło jakieś dziesięć minut, nic się nie zdarzyło, nikt
nie przyszedł, zupełnie nic, dupa zimna. Było kilku przystojniaków, nie powiem, ale żaden nawet za
mną się nie obejrzał. Cóż, będzie trzeba zwijać żagle - stwierdziłem, przybity. Widać ten ktoś sobie

background image

mnie pooglądał z ukrycia i po prostu zrezygnował. Byłem już na Świdnickiej, kiedy natknąłem się na
kumpla z klasy, Kamila Nawrota. Zawsze sądziłem, że to bardzo sympatyczna bestia, ale zupełnie
nie moja liga. Nawet za sto lat nie miałbym szans. "Co tu robisz?" - zapytał. Odpowiedziałem
zgodnie z prawdą, że przyszedłem się z kimś spotkać, ale widać ten ktoś się rozmyślił i niniejszym
zwijam się do domu. Na co Kamil: "Przeczytaj moje nazwisko od tyłu". Nogi się pode mną ugięły... 

background image

5.

Z pamiętnika Wojtka Terleckiego c.d.

Po tym spotkaniu poszliśmy do knajpki, ale rozmowa się nie kleiła. Nie wiem, dlaczego, może szok
był zbyt duży, zwłaszcza u mnie.  Kamil coś podejrzewał i później się do tego przyznał. Na razie
piliśmy sok z wyciśniętych pomarańczy, unikając patrzenia temu drugiemu w oczy i rozmawialiśmy
o zadaniach z matematyki na poniedziałek. Jak na randkę to dość niecodzienny temat. Nawet nie
zbliżyliśmy się do atmosfery naszych rozmów online. Gorzej, zacząłem się nawet zastanawiać, co z
tym zrobić. Przede mną jeszcze dwa lata nauki w gimnazjum i sytuacja, w której ktoś wie, kim
naprawdę   jestem,   jest   naprawdę   niezręczna.   Nie   znałem   zbyt   dobrze   tego   chłopaka,   owszem,
rozmawiałem z nim nieraz, ale nigdy nie były to tak zwane "poważne rozmowy", ani takie, podczas
których można się lepiej poznać. Wyszliśmy i każdy poszedł w swoją stronę po krótkim "cześć". 
Tak się napalałem, a miałem zniszczony cały weekend. Ojciec podpytywał się, co się ze mną dzieje,
ale tego nie powiedziałbym nawet jemu. Przy kolacji w niedzielę zapytałem nieśmiało, czy mógłbym
zmienić szkołę. Matka zdziwiła się. "Wiesz, szkołę możesz zmienić zawsze, tylko musi być ku temu
jakiś sensowny powód. Narozrabiałeś coś?" - zapytała. Trochę mi zajęło wytłumaczenie, że nic z
tych rzeczy, zdaje się, że nie do końca uwierzyła, bo w poniedziałek kontrolnie zadzwoniła do
wychowawczyni. Co innego ojciec. Nie odzywał się, zachowywał się, jak gdyby nic się nie stało.
Dopiero po kolacji, kiedy zostaliśmy sam na sam, zapytał się, o co chodzi. Pytał o narkotyki, długi,
pożyczanie pieniędzy, a ja tylko kręciłem głową. Oczywiście pytał też o sprawy damsko-męskie, ale
tamtego wieczora nic by ze mnie nie wycisnął. Szkoda, że nasza rozmowa zakończyła się smutno, bo
ojciec zarzucił mi brak zaufania. Tak się zastanawiałem, czy chodzi tu o zaufanie. Bo przecież w
tym przypadku nie chodziło o sytuację z Kamilem a o sam fakt szukania sobie chłopaka. Gdyby
Kamil był dziewczyną, powiedziałbym od razu, chyba nawet mamie. To znaczy, że mam do nich
zaufanie, prawda? Jednak doszedłem do tego, że każde zaufanie ma jakieś granice. Bo jaką mam
gwarancję, że, gdy już się o wszystkim dowiedzą, nie odeślą mnie z powrotem do domu dziecka? W
końcu wzięli dzieciaka z felerem, prawda? 
W poniedziałek ani ja, ani Kamil nie odzywaliśmy się do siebie i w ogóle unikaliśmy się tak, na ile
to było możliwe. W sumie szkoda, bo zacząłem mu się przypatrywać i sądzę, że dobrze by mi było z
nim w sytuacji intymnej, tak się chyba to pisze. Owszem, są w klasie chłopcy, którzy podobają mi
się bardziej, ale Kamil nie jest taki zły, podoba mi się nawet to, że jest niskiego wzrostu i ma jeszcze
dziecięcą twarz. Tyle że na razie mogłem go sobie wybić z głowy. 
Z pomocą przyszedł przypadek. Zachorowałem na anginę, chyba jeszcze tego samego tygodnia.
Paskudną, ropną, gardło bolało mnie tak, że przez pierwsze dwa dni nie mogłem nic jeść, moje
jedyne pożywienie stanowiły jogurty i soki owocowe. Byłem tak obolały, że nie wstawałem z łóżka,
nie podchodziłem do komputera, leżałem i tępo wpatrywałem się w sufit. Na dodatek mój organizm
odrzucił pierwszy antybiotyk, rodzice szaleli a tata nawet wziął,kilka dni urlopu. W sumie czasem
przyjemnie być takim centrum zainteresowania. Czwartego dnia matka powiedziała, że zadzwoniła
do nauczycielki i gospodarz klasy wyznaczy kogoś, kto przyniesie mi zeszyty i poinformuje, co
działo się na lekcjach. Struchlałem, bo w naszej klasie sołtysem jest Kamil. Przyjdzie sam czy kogoś
wyznaczy? Wyczekiwanie było dla mnie koszmarem. Nie czułem się już najgorzej, choć daleko mi
było do normalności. Następnego dnia po południu doczekałem się wizyty. Faktycznie, to był Kamil.
Przywitał się jak gdyby nigdy nic, uśmiechnięty, wyluzowany. Zaczęliśmy rozmawiać o szkole, jakoś
przeszły mi nerwy i zrobiło się nawet sympatycznie. Już sądziłem, że nie poruszy tego tematu, ale w
pewnym momencie zapytał, co zrobimy z tamtą sobotą. Przyjemny nastrój szlag trafił... Na co ja go
zapytałem, dlaczego porusza ten temat, przecież dla mnie jest oczywiste, że sprawa nie wypaliła i
powinniśmy dać sobie spokój. Na co on: "Tak ci się nie podobam?" I co miałem odpowiedzieć?
Odpowiedziałem, że uważam, że jest zupełnie na odwrót, to on ze mnie zrezygnował. Zapadło
ciężkie milczenie, nikt się nie odezwał przez długie minuty.  W tej właśnie chwili do pokoju zajrzeli
rodzice, oznajmiając, że wychodzą i żebym nie odprowadzał Kamila do drzwi, bo po raz kolejny się
doprawię. No i taka sytuacja: wolna chata, chłopak, który ci się podoba i kompletny paraliż. Gdy

background image

już rodzice wyszli, Kamil zrobił coś, co mnie zatkało. "posuń się" - powiedział i usiadł na łóżku na
wysokości mojego brzucha. Po chwili jego ręka wsunęła się w moją bluzę od piżamy. Pierwsze, co
poczułem, to strach. Nawet nie wiem, czego się bałem, rodzice wybyli na kilka dobrych godzin, bo
pojechali do filharmonii, a to trochę trwa. Kamila? Chyba też nie. Nagle, właśnie w tym momencie,
zacząłem się zastanawiać, czy ja tego chcę. Tymczasem Kamil poczynał sobie coraz śmielej. "A
niech tam" - pomyślałem. Już było wszystko przesądzone a strach ustąpił podnieceniu. Kamil już
bawił się moim wackiem, a ja przełamałem ostatecznie opory i rozpiąłem mu rozporek. Podobał mi
się w ten specyficzny, seksualny sposób. Kształtne, okrągłe pośladki, a nie taka rozklapciała dupa,
jak   moja,   zgrabny,   choć   wcale   nie   taki   duży   członek,   jeszcze   bardziej   chłopięcy   niż   męski,   z
zabawnie zadartą główką, kuliste, wyraźne jądra. Kamil spytał, czy chciałbym mu possać, ale nie
mogłem się przełamać. Pierwszą reakcją na tę propozycję był odruch wymiotny. Jak można brać do
buzi to, czym się sika? Tak, na pornosach nie takie rzeczy robią, ale filmy pornograficzne to w
ogóle inny świat. Na jakimś filmie babka bzykała się z koniem, wątpię, czy w normalnym życiu coś
takiego byłoby możliwe. Kamil obrócił się w stronę mojego krocza i po chwili mój wacek odnotował
coś, czego jeszcze nie znałem. Gdy zorientowałem się, że wepchnął go sobie do ust, pierwszą
reakcją było uczucie mdłości. Chciałem rzucić ten cały seks w cholerę, pobiec do kibla i porządnie
się porzygać. Zanim się jednak zdecydowałem, było już za późno. Ta zabawa zaczęła mi się coraz
bardziej podobać. Kamil to w oczywisty sposób umiał robić. A skoro umiał, to znaczy, że gdzieś się
tego musiał nauczyć. Logiczne więc, że nie byłem jego pierwszym chłopakiem. Trochę mi to zepsuło
mój pierwszy raz. Później, już po wytrysku, Kamil jeszcze raz poprosił, bym go possał, a ja znów
odmówiłem. Rozstaliśmy się w trochę kwaśnych humorach. 
Następnego dnia Kamil przyszedł po zeszyty, które w międzyczasie musiałem przepisać. Nie wiem,
czy jest jakakolwiek robota gorsza od przepisywania. Już nie pamiętam, ile mi to zajęło, ale kilka
dobrych godzin, podczas których myślałem głównie o Kamilu i o tym, co się stało między nami. Nie
dało rady, kilka razy musiałem sobie zwalić. Gdy przyszedł Kamil, byłem już wypompowany i
markotny.   Kamil   robił   podjazdy,   ale   niczego   nie   wydębił.   Po   raz   kolejny   rozstaliśmy   się   w
atmosferze kwasów i niedomówień. Byłem już prawie pewny, że wszystko skończy się na jednym
razie. Choroba minęła, wróciłem do szkoły i znów zaczęło się wielkie wzajemne unikanie i to chyba
na jeszcze większą skalę niż dotychczas. Było nawet gorzej, zaczęliśmy sobie przycinać, rzucać
głupie uwagi. Ponieważ Kamil był bardziej wprowadzony w moje sprawy, niż ja w jego, łatwiej było
mu mnie zranić. Jakieś ukryte aluzje do domu dziecka, o wiele bardziej inteligentne, niż te, które
kiedyś robił Mireczek. To wszystko odbiło się na moim samopoczuciu, nawet rodzice to zauważyli.
Kiedyś Kamil zdrowo przegiął, cytując niby przypadkiem jakieś statystyki o dzieciach z domów
dziecka i rodzin zastępczych, które rzadziej robią kariery, kończą studia i są szczęśliwi w życiu. Dla
mnie to był punkt zwrotny, postanowiłem, że przestanę chodzić do tej szkoły.
Tak, jak zdecydowałem, tak i zrobiłem. Pewnego pięknego dnia, jak to się mówi, zamiast do szkoły
poszedłem na miasto. Nieprzypadkowo piszę o pięknym dniu, bo pogoda była przeurocza, słonko
świeciło i można było dzień przesiedzieć na tych nowych bulwarach nad Odrą. I nie wiadomo, co
by z tego wynikło, gdybym na tym bulwarze nie spotkał ojca i to o takiej porze, gdzie jakiekolwiek
kłamstwa są z góry skazane na niepowodzenie, bo o jedenastej do południa. 

background image

6.

Z pamiętnika Wojtka Terleckiego - cd. 

Założę się, że każdy rodzic świata, spotkawszy swoje dziecko na wagarach, przerazi się i będzie
dociekał, co się stało. Nie inaczej mój ojciec. Wziął mnie pod rękę i poszliśmy najbliżej Odry, jak
tylko się dało. Trasa była zdecydowanie za krótka, jak na moje potrzeby; gdy usiedliśmy, napięcie
jeszcze   mnie   nie   zeszło.   Ojciec   milczał.   Kiedy   już   doszedłem   do   siebie,   powiedziałem,   że   nie
zrobiłem   nic   złego,   żeby   sobie   nie   myślał,   że   uciekłem   z   powodu   jakiejś   klasówki   lub   coś
przeskrobałem. Na co on odpowiedział, że to wie już od dawna i zawsze uważał, że jestem dobrym
dzieckiem. Szczerze, taką deklarację słyszałem od niego pierwszy raz w życiu. U nas w domu nie
mówiło się o takich rzeczach, logiczne było, że skoro rodzice mnie trzymają, to znaczy, że nie jest
źle. Zapytałem więc z pewnym ociąganiem, czy, skoro wszystko jest dobrze, to nie może mi po
prostu dać spokoju. Odpowiedział, że przy takim postępowaniu kłopoty są jedynie kwestią czasu.
Zdobył punkt, miał świętą rację i ja o tym doskonale wiedziałem, nie muszę robić całej listy od
tyłów w szkole aż po narkotyki. Coś we mnie pękło, bo powiedziałem, że obawiam się o mój dalszy
los w tej rodzinie. Tak po prostu, dość już miałem dość pozorów, półsłówek, klamkowania się i
ściemniania. Trzeba było widzieć minę mojego starego... Tak zdziwionego jeszcze go nie widziałem.
Zapytał, skąd te przypuszczenia. Było mi ciężko powiedzieć cokolwiek, za dużo emocji, nerwów.
Zapytałem, czy jak wrócę do szkoły, to da mi kilka dni na przegryzienie tego i na pewno się dowie.
Ma moje słowo. Po lekkim wahaniu zgodził się. 
Wróciłem do szkoły, w której dalej prowadziłem cichą wojnę z Kamilem. To znaczy wstrzymywałem
się, by mu czegoś ostrego nie powiedzieć. W piątek po południu, gdy wróciłem ze szkoły, ojciec był
już w domu. "Pakuj się, wyjedziemy na weekend" - powiedział. A więc (tak, wiem, wiem), tak sobie
to zaplanował. Zapakowałem plecak, tata dorzucił kilka rzeczy. Co ciekawe, mama nie powiedziała
ani słowa, tylko pożegnała się ze mną serdecznie. Widać była odpowiednio przygotowana - kolejny
plus dla ojca. Jakie było moje zdziwienie, kiedy poszliśmy na dworzec kolejowy. Kto dziś jeździ
koleją? Okazuje się, że cała masa osób, bo pociąg był nabity aż do Jeleniej Góry. Później drugi
pociąg, do Szklarskiej Poręby i wieczorne wspinanie się do schroniska. Nie rozmawialiśmy wiele,
głównie   na   neutralne   tematy.   Ponieważ   z   moją   tuszą   wspina   się   jednak   dość   ciężko,   na   Hali
Szrenickiej byłem już mocno wypompowany i żadnej rozmowy nie było. Następnego dnia szliśmy
zielonym szlakiem do Strzechy Akademickiej. Zatrzymaliśmy się w prześlicznym miejscu, gdzie jest
piękny widok na góry, szeleści strumyk i w ogóle chce się żyć. Właśnie to miejsce ojciec wybrał na
egzekucję. Zacinając się, plącząc w zeznaniach, opowiedziałem mu prawie wszystko, pominąłem
tylko trochę szczegółów natury łóżkowej. Kiedy skończyłem, ojciec z początku nic nie powiedział,
siedział, bawił się jakąś gałązką (rzucił palenie i nie wie, co zrobić z rękami), a ja umierałem ze
strachu. Może nie o końca, bo z drugiej strony czułem się wyzwolony z największego ciężaru, jaki
mnie gniótł. W końcu powiedział: "Jak już tak musi być, to niech będzie, przecież nic na to nie
poradzimy".   Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Minęło jeszcze kilkadziesiąt sekund i dodał: "A
myślałem, że Kamil to taki miły chłopiec". Po czym podszedł do mnie i przytulił mnie mocno. Tak,
wiem, że już jestem stary koń, ale się popłakałem. "Tylko sza, ani słowa mamie" - wyszeptał mi do
ucha, jakby bał się, że na tym pustkowiu ktoś go usłyszy. Jeszcze trochę milczenia i zaczął mówić.
Że ma wielu kolegów, którzy są tacy jak ja i są porządnymi ludźmi. Że to nie homoseksualizm jest
zły, natomiast złe może być to, co ja z nim zrobię. Że rozważał i tę możliwość, kiedy zastanawiał się,
co się ze mną dzieje, nie przypuszczał tylko, że będę się bał, że z tego powodu wyrzucą mnie z
domu. Kiedy ja powiedziałem o felernym towarze, on roześmiał się i powiedział: "Jest jeszcze inna
zasada. Po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się". Oczywiście nie byłby ojcem, gdyby nie
dodał, że, homo czy hetero, to nie jest dobry okres na rozpoczynanie życia płciowego. Między
innymi dlatego, że mogą się zdarzyć takie sytuacje jak ta. O dziwo, kiedy dopytał mnie o moje
sposoby poszukiwania na sieci, pochwalił mnie za przezorność i ostrożność. No, nie wiem... A co do
Kamila, powiedział, żebym zaprosił go jeszcze. Że nie wszystko jest jeszcze stracone, jeśli faktycznie

background image

uważam, że to dobry kandydat na mojego przyjaciela. Nie powiedział "chłopaka", pewnie nawet nie
przeszłoby mu to przez gardło, ale właśnie przyjaciela. "Ale że ty z tego powodu uciekałeś ze
szkoły?   Co   ci   szkoda   zrobiła?"   Odpowiedziałem,   że   chodziło   mi   o   atmosferę.   I   wtedy   ojciec
opowiedział mi o sekretarce z jego dziekanatu. Że kiedyś się w nim zakochała, a on miał rodzinę,
dziecko   (tak,   mnie)   i   że   mimo   że   to   była   fantastyczna   babka,   musiał   jej   odmówić.   I   w   takiej
atmosferze musiał pracować kilka kat. A politechnika to nie sklep, drugiej takiej pracy nie znajdzie.
Słuchałem go w sporym szoku. Nie dlatego, że romansował z inną kobietą, przecież wypadki chodzą
po ludziach. Głównie dlatego, że zdecydował mi się o tym powiedzieć. Tamta rozmowa w Śnieżnych
Kotłach tylko scementowała moje związki z ojcem. Doszedłem do wniosku, że jeśli kiedykolwiek
miałem prawdziwego przyjaciela, to jest nim właśnie mój tata. Kto tak może powiedzieć o swoim? 
Jakieś dwa tygodnie później było zebranie rodziców. U nas w szkole wywiadówki są trochę inne,
uczniowie przychodzą na nie z rodzicami. Najczęściej idzie mama, jednak tamtego dnia była zajęta i
poszedłem   z   ojcem,   z   politechniki   ma   najwyżej   dziesięć   minut   spacerkiem.   I   właśnie   po   tej
wywiadówce  ojciec  poprosił  mnie,  abym poczekał  na niego  pod  szkołą.  Myślałem, że  chce  na
osobności pogadać z wychowawczynią, tym bardziej się zdziwiłem, kiedy okazało się, że rozmawiał
z ojcem Kamila. Kiedy zacząłem się dopytywać, w jakiej sprawie, uśmiechnął się. Następnego dnia
w szkole Kamil podszedł do mnie, sam, z własnej, nieprzymuszonej woli i poprosił, bym się na niego
nie gniewał, że to, co wygadywał było bezdennie głupie (tak właśnie powiedział, ciekawe, jakie
czyta książki,skoro używa takich sformułowań) i że dalej mnie lubi. W sobotę rodzice wyjechali na
dwa   dni   do   Strzelina,   ja   zostałem   we   Wrocławiu,   bo   zapowiedzieli   dwie   ciężkie   klasówki.   Od
pewnego   czasu   rodzice   bez   obaw   zostawiają   mnie   w   domu,   mama   przygotowuje   mi   obiad   do
odgrzania a na kolację mogę sobie zamówić pizzę na telefon. Mam tylko zakaz jedzenia chipsów, bo
mama   mówi,   że   nic   dobrego   z   tego   nie   wyniknie.   No   więc   wyjechali,   a   po   południu   zupełnie
niespodziewanie zjawił się Kamil. No i oczywiście wylądowaliśmy w łóżku. Trochę mi się go żal
zrobiło i spróbowałem zrobić to, o co prosił. Schwyciłem jego wacka ustami, ale tak w środku, by
zostawić na zewnątrz to, do czego się nie mogłem jeszcze przekonać. Kiedy odkryłem, że to nie ma
smaku, a tylko bardzo przyjemny zapach, przełamałem się i nadziałem się na niego ustami. Kamil
zawył z rozkoszy, poprawił nasze ułożenie i zaczęło naprawdę być mi fajnie. "I co, źle było?" -
zapytał, kiedy już byliśmy po wszystkim. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie. Nie podobało
mi się tylko to, że połknął moje mleczko. Nigdy bym się na coś takiego nie odważył. Jeśli był to
moment dyskomfortu (ładne słowo, słyszałem je wczoraj w telewizji), to nie dałem tego po sobie
poznać. 
Rozpoczął się okres wielkiej przyjaźni między nami, a z mojej strony nawet czegoś więcej. Tak,
byłem zakochany po uszy. Ojciec pewnie to wiedział, bo wiele razy uśmiechał się znacząco, kiedy w
moich relacjach ze szkoły przy kolacji zaczęło nagle być za dużo Kamila. Kamil to, Kamil tamto...
Gdybym wiedział, co on tak naprawdę robi... Nasza sielanka trwała do marca. Wtedy właśnie
Kamil wygadał się, że ma kolegę, z którym robi te rzeczy. I to jeszcze cynicznie opowiedział mi kilka
szczegółów. Jeśli się nie załamałem, to tylko dzięki tacie, wiedziałem po prostu że Kamil Kamilem,
a kochany ojczulek nie opuści mnie nigdy. Zawsze miałem do kogo przyjść. Natomiast z Kamilem
zerwałem raptownie i na zawsze. Owszem, rozmawialiśmy ze sobą w szkole, już nie odstawialiśmy
takich szopek, jak kiedyś, ale nasze wspólne popołudnia w łóżku i nie tylko zakończyły się. Owszem,
mógł do mnie przychodzić, ale siedzieliśmy przy biurku lub na fotelach, z rączkami na wierzchu. Co
wcale   nie  znaczy,  że  nie   paliła   mnie  chęć   zemsty.  Owszem,  paliła   i  przyszedł   taki   czas,  że  to
wykorzystałem. Mimo, że nie przestałem go kochać, takie rzeczy nie przemijają szybko. Ale o tym
dokończę jutro, muszę zacząć się pakować na ten wyjazd. 

background image

Jest to rodzaj sagi gejowskiej, która będzie się ciągnąć przez co najmniej dwa 
pokolenia. Powieść opisuje kilku homoseksualnych bohaterów zmagających 
się ze swą orientacją w trudnych latach dziewięćdziesiątych i na przełomie 
wieków, kiedy tematyka homoseksualna nie była już taka zakazana. Niemniej
jednak pewne problemy są ponadczasowe, takie jak na przykład ciekawskie 
rodzeństwo, pojawiająca się między dwoma przyjaciółmi kobieta i tajemnicze
zniknięcie pewnej mętnej postaci. Akcja toczy się w dużej mierze w 
Poznaniu, choć są również epizody w Łodzi i w Sudetach.

Tomek złapał Sebastiana mocno za rękę i pociągnął w kierunku drzwi do pokoju.
Weszli niespostrzeżenie i Tomek nawet nie oglądał się za siebie tylko od razu 
uwolnił ze zbyt obszernych spodni dresowych, pod którymi jego członek już 
dochodził do swoich maksymalnych rozmiarów. Jeszcze chwila a miękko 
wyląduje na twarzy Sebastiana, który, nasyciwszy się jego charakterystycznym 
mocnym zapachem zacznie go oswajać, swoim zwyczajem od jąder w górę. 

Gdzieś tam zza drzwi słychać było tupot nóg, śmiechy, przekomarzanie się, ale do Sebastiana to nie docierało. 
Bardziej wsłuchiwał się w głęboki, nieco świszczący oddech Tomka, który przezywał każde pociągnięcie 
językiem, każdy skurcz idący z jego wyjątkowo tego dnia sztywnego organu do wszystkich komórek ciała, tak 
jakby chciał je poinformować, ze mają przygotowywać się na ten piękny moment. Uporawszy się z jądrami i 
nasadą, język Sebastiana opuścił mocno już zwilżone kępki ciemnych włosów, przekornie podrażnił nosem żołądź
i wrócił do środkowych rejonów imponującej maczugi. Ta zaczynała powoli lepkością reagować na ten 
zmasowany atak, aż prosić się, by i nią się zająć. Toteż Sebastian natarł na nią przez moment zamkniętym okiem, 
odczekał spazm Tomka i wrócił do podboju. Sebastian uważał środkowe rejony członka za wyjątkowo nudne i 
nawet przeszkadzające w seksie, ale z tym jest jak z alpinistyką – aby stanąć na szczycie, trzeba przejść swoje. 
Można co prawda to jakoś pominąć, ale to już nie to samo. Zwłaszcza, że jego oczom ukazał się już wyjątkowo 
napięty, turkusowo–siny kołnierzyk. Tomek zaczął powoli wchodzić w drgawki, początkowo delikatne, później 
wibrowanie się nasiliło. 

Gdy język Sebastiana zdobywał już nasadę członka a Tomek walczył z ostatnimi spazmami przed decydującą falą,
drzwi pokoju otworzyły się nagle. Wszystko w oczach Sebastiana stało się naraz: powódź kleistej cieczy, jego 
przestrach, osłupienie w oczach Mietka, który stał sparaliżowany tym widokiem. Sebastian nawet nie miał siły się
odezwać, nasienie zalewało mu oczy, orgazm Tomka obezwładnił go całkowicie. Wszystko to trwało nie więcej 
jak trzy sekundy. 

***

Szczegóły dopracowane do perfekcji! (pisarek666)

***

Realizm, narracja i dialogi na wysokim poziomie. (Bimax45)

***

W ciągu 2 dni przeczytałem wszystkie (ok 100) dostępne rozdziały a później, zdany na Pańską łaskę pochłaniałem
każdy nowy rozdział. Zawsze czułem niedosyt i smutek czemu te rozdziały są tak krótkie i jest ich tak mało. 
(dareck)

***

Przez przypadek znalazłem tą książkę, gdzieś na innym chomiku. Pomyślałem, ze przeczytam kilka stron, bo nie 
oczekiwałem niczego specjalnego. Zacząłem czytać wczoraj wieczorem, a skończyłem już dzisiaj w okolicach 
czwartej nad ranem z powodu syndromu "jeszcze tylko jeden rozdział i kończę na dzisiaj". Jest to naprawdę 
swietnie napisana powieść, jest Pan jednym z nielicznych autorów którym udaje się pisać w taki sposób, że  
(eldrasil)

background image

Nowe odcinki zawsze do pobrania z:

http://chomikuj.pl//trujnik/mafioso

Tam również

wszystkie odcinki powieści Zabójczy trójkąt

powieść Inni, tacy sami – pierwszy tom

powieść Hej gamle man!

powieść Witamina M

powieść Gra szwajcarska

wybór opowiadań

Kontakt z autorem:
Komentowanie nowych odcinków

http://www.gayland.fora.pl/nowosci,60/

Można zostawić wiadomość na chomiku
e–mail: 

piwaczek@o2.pl