background image

Baronowa Orczy

HRABINA de LANOY

Rozdział pierwszy

Zegar stacyjny wybijał jedenastą, gdy Gérard de Lanoy zajechał pod 

background image

eskortą   na   dworzec   północny.   O   tak   późnej   godzinie   stacja   już   była 
pogrążona   w   ciemnościach   i   zupełnie   opustoszała.   Nie   było   jeszcze 
wówczas   nocnych   pociągów,   wozów   pullmanowskich   i   komfortowych 
salonek, a ostatnie pociągi do Calais, Belfortu i przystani Havre już dawno 
ruszyły   ku   miejscom   przeznaczenia.   Obaj   mężczyźni,   towarzyszący 
Gerardowi, udali się z nim zaraz w kierunku poczekalni, ale zastali ją 
zamkniętą, a korytarz opodal ciemny i pusty. Jeden z nich zatem skierował 
się do urzędnika stacji, ten zaś kazał bezzwłocznie otworzyć poczekalnię i 
zapalić w niej światło.

Poczekalnia,   tak   jak   wszystkie,   była   pełna   wyziewów   i   zaduchu; 

pachniało lakierem, skórą, farbą, gazem i dymem węglowym. Wszystko w 
niej było odświeżone lub nowe, a jednak już brudne i pokryte kurzem. 
Ławki i krzesła, ustawione wzdłuż ścian, raziły po prostu swym stanem 
zaniedbania. Czy można było myśleć, aby usadowić się na nich lub ułożyć 
do snu? Ale Gerard, na szczęście, był zupełnie niewrażliwy na te braki i 
niewygody; był na pół przytomny i tak samo nieświadomy swego ciała i 
duszy,   jak   w   trakcie   ceremonii,   odbytej   tak   niedawno   w   więziennej 
kaplicy. Tylko zgoła podświadomie zdawał sobie sprawę, że przebywa pod 
strażą; przysłuchiwał się rozmowie towarzyszących mu mężczyzn, słyszał 
ich   szepty,   słyszał   jak   kpili   z   „drewnianego   posłania"   i   życzyli   sobie 
wzajem  „rozkosznych   snów",   w   końcu   zaś   dostrzegł,   jak   jeden   z   nich 
powstał, zamierzając się oddalić i jak drugi go odprowadził — oczywiście 
do drzwi — i tam go pożegnał. Ten drugi po chwili pojawił się znowu.

Mruknął  coś  pod   nosem,   że   można   i  bez   wygód   zasnąć   po   trudach, 

zgasił potem światło, powiedział „dobranoc", wreszcie wyciągnął się na 
jednej z ław, zarzucił płaszcz i ułożył się do snu.

Gérard w tej chwili zaniechał przechadzki tam i z powrotem; przestał też 

myśleć o zasypiającym już pewnie towarzyszu niedoli i usiadł na krześle. 
Był   bardzo   znużony,   wyczerpany   do   ostatka.   W   głowie   i   oczach   czuł 
straszny   ból.   Wyciągnął   nogi,   ręce   włożył   do   obu   kieszeni,   głowę 
przerzucił na twarde oparcie chwiejnego krzesła. Zamknął oczy. Chwilowa 
zaduma sprawiła mu ulgę. Zatopił się w myślach, marząc o wszystkim co 
było i minęło, co jest obecnie i co będzie w przyszłości.

Nie miał na razie bagażu i kufrów, nie miał nawet ubrań — prócz tego, 

w którym przyszedł — ale miał pieniądze schowane w kieszeni, swoje 
własne pieniądze, darowane mu łaskawie przez tych, co je skradli, jego zaś 
samego   unicestwili   na   zawsze,   uśmiercając   go   formalnie   haniebnym 
wyrokiem. W nowym ubraniu, które kupi może jutro, rozpocznie się od 
razu nowe jego życie. Jutro o świcie — za parę tylko godzin od chwili 

background image

obecnej — odwróci się od kraju, w którym urodził się, wychował i wyrósł 
na mężczyznę i nigdy już więcej nie postawi w nim nogi. W chwili, gdy 
przekroczy granicę tego kraju, cały niemal świat otworzy się przed nim, 
nikt go nie zatrzyma, nikt go nie cofnie, ale rodzinny jego kąt, kolebka 
jego snów i marzeń o życiu, bez łaski i pardonu odgrodzi się od niego. Nie 
może o tym marzyć, aby kiedykolwiek w przyszłości zobaczył go znowu.

Cały niemal świat! Ale z góry już przeczuwał, że nie znajdzie w nim 

przyjaciół,   ani   bliskich   mu   ludzi.   Nikt   go   nie   przygarnie,   nikt   nie 
zrozumie, nikt mu nie okaże współczucia i miłości, a po latach mitręgi i 
bezkresnej wędrówki będzie się w nim czuł tak samo samotny i tak samo 
opuszczony, jak czuje się nim teraz w tej wstrętnej i cuchnącej poczekalni 
stacyjnej.

Samotny, opuszczony! Zupełnie zapomniany w otaczającym go świecie! 

On, de Lanoy, najbardziej towarzyski spośród znanych mu ludzi, garnący 
się   do   życia   i   do   serc   swych   przyjaciół,   radujący   się   wszystkim,   co 
skłaniało ich ku niemu. Nie znajdzie już nikogo, z kim śmiało i poufnie 
mógłby mówić o przyszłości, zamieniać z nim wspomnienia, zawierzać 
mu swe myśli. Pytanie „Czy pamiętasz?" na zawsze się wykreśli z zasobu 
jego słów, wszystko, co minęło, nie znajdzie już w rozmowach prawdziwie 
życzliwego, przychylnego odbiorcy.

Samotny, opuszczony! Zapomniany wśród obcych!
Pomyślał o Fanny, najdroższej przyjaciółce; o małej Cecylii, z którą tyle 

go łączyło wśród wspomnień przeszłości; o wszystkich innych, którzy za 
kilka już dni przestaną dlań istnieć i dla których jego pamięć tak samo już 
wkrótce bez śladu wygaśnie.

„Gerard   de   Lanoy?...  Ach   tak,   pamiętam...   Biedny   młodzieniec!..  Aż 

strach   pomyśleć...   Oskarżono   go   o   zdradę   i   rozstrzelano   następnie   na 
więziennym   podwórzu...  Ale   czy   to   wszystko   jest   możliwe?...   Czy   on 
naprawdę mógł popełnić taką zbrodnię?...

Już   wkrótce   i   ta   garstka   przyjaciół   wykreśli   go   z   pamięci.   Fanny   i 

Cecylia najdłużej go zachowają w obrębie swych wspomnień; ale i one z 
czasem zdołają zapomnieć. Czas, jak wiadomo, jest świetnym lekarzem, a 
bieg ma rączy; zadziwia po prostu zawrotną szybkością.

Był zupełnie tego pewny, że i on po czasie zapomni o wszystkim. W 

każdym razie pamięć mu się przyćmi, zamroczy się... Paryż, przyjęcia, 
wyścigi, opera, wszystkie te okazje, w których Gérard de Lanoy był tak 
mile widzianą, nieodzowną figurą — wszystko to wkrótce jak zamglone 
wspomnienie będzie zjawiać się w snach. Gérard de Lanoy w istocie już 
nie żył. A Paweł Gérard, człowiek nieznany, zaczynał własne życie, by 

background image

tamtego zastąpić.

Dobrze — pomyślał, przetrawiając to wszystko. Ten Paweł Gérard mógł 

wiele   jednak   zdziałać,   przystępując   do   życia.  To   życie   było   nowe,   nie 
zepsute wpływami. Mógł zostać filantropem, mógł zająć się nauką, mógł 
oddać   się   sztuce   lub   poświęcić   literaturze.   Gérard   Paul   wicehrabia   de 
Lanoy   był   zawsze   niestety   rodzajem   nicponia;   nie   zostawił   po   sobie 
pamięci   w   historii   i   nie   zapisał   się   niczym   choćby   w   prywatnych 
archiwach   rodziny   Lanoyów.   Ale   Paul   Gérard,   człowiek   odrodzony, 
przystępujący   do   życia   niemal  w  wieku   dojrzałym  —  ten   Paul  Gérard 
otwiera dopiero księgę żywota i już na pierwszej jej karcie może śmiało i 
dumnie zacząć cpś pisać. Tematu nie zabraknie. Dzieje odrodzenia i to 
wszystko,   co   zacznie   od   nowa   z   darowanym   mu   życiem   —   to   temat 
nęcący, a w bogactwie swej treści przedziwnie niezgłębiony. Tak, to jest 
prawda.   Człowiek   jeszcze   młody,   cieszący   się   zdrowiem   i   wielkim 
zapałem do czynu i życia, mógł wiele jeszcze zdziałać, by zaznaczyć swe 
istnienie.

Gdyby nie ta strasznie odczuwana, rozpaczliwa samotność...

*    *    *

Podniósł po chwili znużone powieki. Zapach stechlizny, brudu i lakieru 

pozbawił go nadziei zaśnięcia na krześle. Żałował obecnie, że nie pożyczył 
lub nie kupił jakichś gazet lub książek. Byłby zapalił teraz światło i na 
czytaniu   przetrawił   czas   do   rana.   W   rogu   poczekalni   ćmiło   światełko. 
Rozejrzał się dokoła. Towarzyszący mu mężczyzna leżał na ławie; musiał 
już zasnąć, gdyż oddech miał ciężki i głośno sapał. Na stoliku pod ścianą 
dostrzegł z oddali stos papierów; wyglądały na druki lub stare czasopisma. 
Był   strasznie   zmęczony,   zesztywniał   cały,   ale   dźwignął   się   z   krzesła 
ostatnim wysiłkiem i podszedł do stołu, myśląc, że wśród druków znajdzie 
i dla siebie coś godnego czytania. Ale druki składały się niemal z samych 
ogłoszeń.   Niektóre   były   białe,   inne   kolorowe.   Plany   kolejowe,   firmy 
przedsiębiorstw, lokale rozrywkowe, reklamy i taryfy zajazdów i hoteli. 
Przede   wszystkim   hoteli.   Nawet   Lyonu   i   Bordeaux.   Paryskich   było 
najwięcej.   Spojrzał   machinalnie   na   firmy   tych   przedsiębiorstw. 
„Continental",   „Pyramides",   „Crillon",   „Meurice";   na   jednym   z   tych 
ogłoszeń rzucił mu się w oczy hotel „Egipt".

Hotel „Egipt"! Podjął kartę i wlepił w nią wzrok. Usiłował ją odczytać, 

ale zmąciło mu się w oczach i nie widział niczego prócz hotel „Egipt". 
Nazwa hotelu obudziła w nim nagle jakby ślad pamięci; ukrył się, widać, 
w jakimś schowku świadomości. Ten ślad w nim zabrzmiał; zabrzmiał jak 
dzwon, wstrząśnięty dotknięciem. Przetarł sobie czoło, usiłując pochwycić 

background image

ów zew pamięci. Męczył się chwilę, ale nagle odczuł, że jest już na tropie. 
Przez   proste   skojarzenie.   Kaplica   Sainte-Chapelle,   ciemności,   ołtarz, 
modlący się kapłan, poręcz obok stopni. Potem słowa Prévosta, gdy się 
zaczął niecierpliwić: hotel „Egipt". Plac St. Roch... odległość niedaleka...

Hotel „Egipt"! Może głupio i dziwacznie wysnuwał te wnioski. Ale czy 

nie było to logiczne, czy przesłanki tego wniosku nie wiązały się z sobą? 
Oczekiwano panny młodej — panna młoda była w domu — hotel był 
blisko. Czy nie było to logiczne? A nastręczająca się okazja? Czy nie była 
tego   warta,   by   zapomnieć   o   ryzyku?   Życie,   głowa?   Diabła   tam  życie! 
Diabła tam życie, jeśli istotnie dla kogoś tak mało jest warte...

Człowiek na ławie chrapał przez sen. Gérard założył kapelusz na głowę i 

cicho, na palcach podszedł ku drzwiom. Nie były zamknięte. Prześlizgnął 
się szybko i znalazł się znowu w olbrzymim hallu. Hall był pusty. Dwa 
migotliwe   gazowe   świeczniki   rzucały   przed   siebie   przyćmione   światło, 
reszta   przestrzeni   ginęła   w   półmroku.   Jakiś   człowiek   w   bluzie   i   w 
spiczastej czapce usiadł na drezynie i żuł posiłek, przyniesiony w papierze. 
Za   okienkiem   z   napisem   „Informacje"   siedział   przy   stoliku   młody 
urzędnik; coś właśnie pisał. Człowiek na drezynie spojrzał przed siebie, 
gdy Gérard przechodził. Gérard uprzejmie zawołał „Dobranoc"!, skierował 
się ku bramie i nie zatrzymany przez nikogo, wyszedł na ulicę.

Na placu przed dworcem było gwarno i ruchliwie. W oknach kawiarń 

paliły się światła, pod markizami przy stolikach zabawiano się rozmową, 
ludzie przechadzali się tam i z powrotem. Ale na nieszczęście Gerarda, nie 
było   dorożek.   Nie   namyślając   się   wiele,   puścił   się   pieszo   w   kierunku 
miasta.   Przekroczył  plac,   przeszedł   swobodnie   wzdłuż   okien   kawiarń   i 
zmieszał się z tłumem, jakby żadna myśl nie budziła w nim troski. Ubranie 
miał   ciemne,   podniszczone   już   nieco   przez   pobyt   w   więzieniu, 
pozbawione wykwintu i cech elegancji, nie zwracał więc na siebie niczyjej 
uwagi i zupełnie niespostrzeżenie przechodził przez ciżbę.

Skierował   się   teraz   na   Rue   Lafayette.   Wysilał   się   nadludzko,   by 

poskromić  niecierpliwość i utrzymać  na wodzy  tempo  kroków.  Zdawał 
sobie sprawę, że idąc ulicami, idzie z życiem, złożonym w swym ręku. 
Nikt nie mógł wiedzieć, czy szpiedzy Toulona i teraz, o tej porze, nie byli 
przy   pracy.   Każdej   niemal   chwili   mógł   zostać   poznany,   a   wtedy, 
oczywiście, byłby koniec wszystkiego. Nie byłoby już mowy o wyroku 
formalnym; przychwycony na fakcie, że przebywa w Paryżu, już zaraz 
nazajutrz zapłaciłby szyją. Przemknęło mu przez głowę, że jego życie w 
tej chwili i tak nie jest warte marnego grosza i że Toulon i jego ludzie 
wierzyli   w   to   pewnie,   że   go   wkrótce   złapią.   Obecnie,   gdy   przyjął 

background image

postawiony mu warunek, woleliby zapewne, by nie uwijał się żywy pośród 
świata   i   ludzi.  Ale   nie   chciał   o   tym   myśleć.   Przynajmniej   nie   teraz; 
przynajmniej nie w tej chwili, gdy skierował kroki ku hotelowi „Egipt". 
Na razie jest dobrze, że nikt go nie widzi.

Dostrzegł   wolno   jadącą   dorożkę;   w   świetle   latarni   zamigotał   mu   w 

oczach   czarny   cylinder   drzemiącego   woźnicy.   Zawołał   na   niego.   Ten 
jednak,   drzemiąc   nie   posłyszał   wezwania.   Wracał   do   domu   i   nie 
spodziewał się już pewnie kursu po drodze. Ale droga dorożką potrwa 
chyba krócej — pomyślał Gérard. Dwa razy krócej, niż droga piechotą. 
Podbiegł więc naprzód i chwyciwszy uzdę, zatrzymał gwałtownie mizerną 
szkapę. Wóz przystanął, zaś woźnica się ocknął.

— Hotel „Egipt", plac St. Roch! — zawołał do niego.
I zanim jeszcze tamten miał czas zaprotestować, dorzucił bezpośrednio, 

usiłując go przejednać:

— Dwadzieścia franków tytułem napiwku!
Interes   był   ubity.   Gérard   cofnął   się   i   wsiadł   do   dorożki,   woźnica   z 

rozmachem podniósł bat, a mizerna szkapa, zawrócona z drogi, poczłapała 
po chwili w kierunku bulwarów.

Rozdział drugi

Na   bulwarach   wrzało,   jakby   w   samo   południe.   Przedstawienia   w 

teatrach   skończyły   się   właśnie,   a   gęsty   tłum,   zalegający   bulwary, 
rozsypywał   się   stopniowo,   skierowując   się   na   place   i   przyległe   ulice. 
Wieczór był piękny, ciepły i łagodny, każdy więc myślał, by choćby marny 
jeszcze   kwadrans   spędzić   na   rozrywce.   Gérard,   spoglądając   zza   szyby 
dorożki, zazdrościł po cichu tej swobody tłumowi. Zatęskniło mu się nagle 
za beztroską wałęsania — Francuz to określa słóweczkiem: flâner — za 
radością   bulwarów,   twarzami   przyjaciół,   dyskretnymi   uśmiechami 
znajomości „z widzenia". Ściskano sobie dłonie, zamieniano spojrzenia, 
roztrząsano wypadki i ostatnie ploteczki, a jedwabne spódnice szeleściły, 
szumiały, midinetki wyzywająco „robiły oczko", czasem coś szepnęły, lub 
cicho i znacząco zaśmiały się w twarz. Zapragnął w tej chwili znaleźć się 
w   kawiarni,   zasiąść   przy   stoliku   pod   białą   markizą,   zamówić   koniak 
(najlepszy   był   Fine)   i   rozmawiać   z   de   Neuvicem   lub   Franciszkiem 
Méricourt. Chciał, jednym słowem, być cząstką tego tłumu, który zalegał 
Paryż i który w żadnym innym mieście nie ma równego. Oto są właśnie ci 
jedyni na świecie, niezrównani „f 1 a n e u r s". Tylko Paryż ich posiada, 
tylko w jednym Paryżu można — „f la ner". W stolicach zagranicznych 

background image

każdy   ma   interes,   każdy   się   śpieszy,   każdy   chce   być   pierwszy,   a   gdy 
znajdziesz się w tłumie — ta rzecz, jak wiadomo, jest zgoła nieunikniona 
— padasz ofiarą i nie obejdziesz się pewnie bez potrąceń i szturchnięć; w 
Paryżu jest inaczej^na kilometr drogi możesz zużyć w tym mieście nawet 
całą   godzinę   i   nie   ryzykujesz   niebezpieczeństwa,   że   ktoś   drugi, 
pośpieszniejszy, potrąci cię w drodze lub przewróci na jezdnię. Paryż pod 
tym względem jest jedynym miastem na całym kontynencie.

Gdy   Gérard   spojrzał   na   te   grupy   flaneurów   miał   wielką   ochotę 

wyskoczyć   z   dorożki   i,   nie   zważając   na   następstwa,   jednym   susem 
przyłączyć   się   do   nich.   Zauważył   wśród   tłumu   i   twarze   znajome.   Oto 
przeszedł przed chwilą generał Millecamp, który co poniedziałek czernił 
sobie wąsy, a już w piątek lub sobotę miał je zielone. Zwiędłe jego usta 
uśmiechały się zawsze na widok midinetek, na oko przeważnie nasadzał 
monokl, cylinder z fantazją zakładał na bakier. Dostrzegł też Emmę — la 
belle Emma. Na wysokiej jej fryzurze widział stroik w stylu Fanchon; 
biały   i   czerwony   kolor   jej   sukni   lansował   ostatnią   modę   w   doborze 
kolorów; Armand de Pratisse, zakochany w niej po uszy i stale jej wierny, 
roztrwonił   majątek,   by   sprostać   jej   kaprysom.   Teraz   znów   przeszedł 
Octave Feuillet. Znany powieściopisarz i „modny" obecnie. Gdy zjawił się 
w kawiarni, rozkładał przed sobą stos manuskryptów i czyniąc w nich 
poprawki, wciągał przez słomkę „rozkoszny mazagran". Parę kroków za 
nim szedł malarz Bonard. Towarzyszyła mu, jak zawsze, jego ulubiona 
modelka z wlokącym się za nią, rozłożystym trenem.

Dorożka, przejeżdżając przez tłum przechodniów, zwolniła wśród tego 

tempo   jazdy.   Do   uszu   Gerarda   dolatywały   urywki   prowadzonych 
rozmówek:

— Oburzające, doprawdy!...
— Czy widziałeś ją może w operetce „Sinobrody"?...
— Tak, to jest prawda!...On milion zapłacił za kolię jej pereł...
— Śliczny żabocik...Cały wykonany z brukselskiej koronki... Uśmiechy, 

powitania, nowości, ploteczki; głosy podniesione, lub

zaledwie półszepty; teatr, sztuka, literatura, moda; najnowsze gwiazdy, 

poznane w operze. Trudno mu było w tej chwili zrozumieć, że już nigdy 
nie będzie uczestniczyć w tym życiu; że nie będzie się śmiał i radował jak 
tamci;   że   nie   będzie   o   tym   myślał,   czy   panie   jeszcze   ciągle   noszą 
krynoliny, czy też z wolna i nieśmiało zaczynają je zarzucać; czy bujne ich 
fryzury   są   sztuczne,   czy   naturalne   i   czy   Cora   Pearl   tak   jak   dawniej 
marnotrawi   miliony   na   zbytki.   Nie   zdążył,   na   szczęście,   wyskoczyć   z 
dorożki. W chwili, gdy pokusa już była zbyt wielka, dorożka skręciła w 

background image

boczną ulicę i obraz bulwarów znikł mu sprzed oczu. Spojrzał na zegarek. 
Była   akuratnie   północ.   Kilka   minut   później   wysiadł   z   dorożki   przed 
hotelem „Egipt".

*        *
Hotel   „Egipt"   należał   od   lat   do   tych   cichych,   skromnych,   ukrytych 

zajazdów, których przygodnym klientom zależało przede wszystkim na nie 
zwracaniu na siebie uwagi znajomych. Nawet plac, na którym stał, był 
dyskretniejszy   niż   inne,   gdyż   leżał   na   uboczu.   Obcy   potentaci,   którzy 
gościli w nim często w roku Wystawy, używali go zazwyczaj jako pied-à-
terre*.  Wygląd   zewnętrzny   miał   również   dyskretny.   Oświetlony   był 
świecami w różowych abażurach — nie uznawano tam gazu i zdobyczy 
nowoczesnych — portierzy i służba trzymali się w ukryciu, kufry i bagaże 
troskliwie usuwano sprzed spojrzeń wchodzących. Hall był urządzony w 
wytwornym stylu Ludwika XV., meble miał obite grubym brokatem, na 
podłodze rozścielono wspaniały dywan typu Aubusson. Człowiek, który 
wybiegł   na   spotkanie   Gerarda,   był   wzorem   elegancji   w   manierach   i 
wejrzeniu. Ubrany był we frak, znakomicie skrojony, fason kamizelki nie 
sprzeciwiał się pojęciom umiaru i smaku. Wytworne lakiery, które nosił na 
nogach, lekko podczesane, pielęgnowane wąsy i bujna czupryna, wijąca 
się w lokach — wszystko to z osobna było ściśle dostosowane do nakazów 
mody.

— Czym mogę służyć? — zapytał Gerarda.
— Chciałbym mieć pokój i przenocować tu dzisiaj. Mężczyzna w tej 

chwili uniósł brwi, jakby chciał tym wyrazić, że

trudno mu o pokój dla tak dziwnie spóźnionego, nieznanego mu gościa. 

Ale Gérard znał Paryż lepiej, niż inni. Zanim jeszcze brwi zdążyły się 
opuścić, wtrącił bezpośrednio, nie czekając odpowiedzi:

—   Przybywam   z   Bordeaux.   Bagaż   zostawiłem   w   przechowalni   na 

dworcu, a za pokój, oczywiście, zapłacę z góry.

Słówko „oczywiście" poprawiło od razu nastrój nieufności.Elegan-cki 

mężczyzna   podszedł   bez   słowa   do   stołu   w   loży   i   sięgnął   po   grubą, 
zniszczoną   księgę.   Gérard   w   tej   chwili   położył   na   stole   stufrankowy 
banknot, zaś elegancki mężczyzna przywołał dyskretnie nocnego portiera.

* Mieszkanie z krórego korzysta się dorywczo.
— Odprowadzić tego pana pod numer 20.
Podjął   jednocześnie   stufrankowy   banknot   i   zapytał   uprzejmie,   czy 

„Monsieur chce natychmiast odebrać resztę."

—   Pokój   kosztuje   pięćdziesiąt   franków   —   dodał   półgłosem.   Gérard 

odrzekł, że należąca mu się reszta nie musi być zaraz na

background image

miejscu wydana, zaś elegancki mężczyzna sięgnął po formularz, położył 

go przed nim i podał mu od razu pióro do ręki. Przedłożony mu formularz 
był   zwyczajną   hotelową   kartą   meldunkową.   Gérard   zgłosił   się   pod 
zmienionym   nazwiskiem;   nawet   charakter   pisma   postarał   się   zmienić. 
„Amede Huron, przemysłowiec z Bordeaux" — napisał w formularzu. Co 
to mogło szkodzić? Jeśli szczęście mu posprzyja, to i tak przed ranem 
wybierze   się   z   powrotem;   gdyby   stało   się   inaczej   i   policja   Toulona 
wytropiła jego ślad, to już wkrótce się stanie kres wszystkiemu. Więc cóż 
to   mogło   szkodzić?   —   pomyślał   ponownie.   Ten   elegant   hotelowy   nie 
zmartwi się pewnie, gdy zamiast pięćdziesięciu zostanie mu w kieszeni 
drugie   tyle   franków.   Gerard,   zwracając   mu   formularz   i   pióro,   rzekł   z 
nonszalancją:

— Ten hotel poleciła mi jedna z kuzynek. O ile mi wiadomo, przebywa 

tu obecnie. Jest to młoda jeszcze lady, hrabina de Lanoy.

— Ach, tak — rzekł elegant, spoglądając mu w twarz. — Przyjechała po 

południu, bezpośrednio z Lyonu. Oświadczyła mi przedtem, że przez dzień 
albo dwa zatrzyma się w Paryżu.

—   Pan   wybrał   jej   zapewne   odpowiednio   urządzone   i   wygodne 

apartamenta?

— Oczywiście, Monsieur — uśmiechnął się tamten. — Nasz numer 14 

na   pierwszym  piętrze   nie   ma   sobie   równego   w   całym  hotelu.  W  roku 
Wystawy zajmował go naprzód król Wirtembergii, niedługo zaś po nim 
księżna Luxembourg.

— Bardzo mnie to cieszy — ozwał się Gerard. Kiwnął głową, jakby 

wyrażając uznanie kierownikowi hotelu. — Odwiedzę ją jeszcze, zanim 
opuszczę ten hotel jutro nad ranem.

Rzekłszy te słowa, poszedł za portierem i znalazł się wkrótce na drugim 

piętrze. Wszedł do pokoju, który wskazał mu portier, usiadł na krześle, 
oparł się rękoma na obu kolanach, ukrył głowę i rozkoszował się myślą, że 
przebywa w tej chwili pod jednym dachem z najukochańszą kobietą.

* *
Siedział tak chwilę — nie zdawał sobie sprawy, jak długo to trwało
— aż głosy i szmery w hotelu przycichły. Potem powstał znienacka, 

podszedł ostrożnie ku drzwiom pokoju i uchyliwszy je lekko, wyjrzał na 
korytarz.   Nie   dostrzegł   nikogo.   Światła   świec   pogaszono   już   również. 
Tylko u końca korytarza, tuż obok schodów, migotała na wietrze woskowa 
świeca. Oświecała swym światłem szklany obraz, zawieszony na ścianie: 
główki cherubinów, patrzące zza obłoków. Wszędzie było cicho, nic się 
nie   ruszało.   Na   lewo   i   prawo,   wzdłuż   korytarza,   drzwi   numerów   były 

background image

wszystkie zamknięte. Przed niektórymi widniały pary bucików, zostawione 
przez   gości.   Gérard   spokojnie   ruszył   przed   siebie.   Przeszedł   przez 
korytarz, wyścielony chodnikiem, i skierował się na schody, wiodące ku 
dołowi.   Były   tak   samo   pokryte   chodnikiem   i   dobrze   tłumiły   odgłos 
kroków.   Na   korytarzu   poniżej   —   na   pierwszym   piętrze   —   paliła   się 
podobnie świeca u schodów; reszta świec już była zgaszona. Dostrzegł w 
oddali numer 14.

Podszedł do drzwi i spróbował je otworzyć. Były zamknięte. Zapukał 

więc do nich, naprzód lekko, po chwili mocniej. — Kto tam? — zapytał 
dyskretnie głos kobiecy.

Drzwi niebawem uchyliły się lekko i postać dziewczyny wyjrzała zza 

progu. Rozwichrzone jej włosy świadczyły o tym, że zerwała się z łóżka.

— Czego pan pragnie? — spytała półgłosem. I zaraz dodała:
— Nie powinien pan robić takiego hałasu. Pani już śpi i gotowa się 

zbudzić.

Gérard tak samo ozwał się szeptem:
— Proszę bezzwłocznie zbudzić panią. Mam ważną wiadomość, którą 

muszę jej podać.

— Od kogo? — spytała.
—   Od   Lucjana   Toulona,   pierwszego   komisarza   policji   cesarskiej. 

Sprawa jest pilna.

—   Zaczekaj   pan   chwilę   —   rzekła   dziewczyna.   —   Pójdę   do   pani   i 

zawiadomię ją o tym.

— Proszę jej powiedzieć, — ozwał się Gérard — że tylko osobiście 

mogę   oddać   wiadomość.   Nie   wolno   mi   jej   podać   za   cudzym   pośred-
nictwem.

Dziewczyna odeszła i zamknęła ponownie drzwi za sobą. Gérard się 

pochylił i przytknął ucho do dziurki od kulcza, ale nie mógł usłyszeć, co 
się działo w środku. Mijały minuty nerwowego napięcia. Po długiej chwili 
doleciał go wreszcie odgłos kroków, śpieszących ku drzwiom, po czym 
zgrzytnął klucz, przekręcony w zamku i dziewczyna znowu ukazała się w 
progu.

— Może pan wejść — poprosiła go bliżej. — Pani będzie za chwilę w 

pokoju

Gérard   ruszył   i   znalazł   się   obecnie   w   dużym,   przestronnym,   lecz 

hotelowym stylem urządzonym salonie. Pośrodku na stole paliła się lampa, 
na małej konsoli z marmurowym blatem — tuż obok okna — stał wielki 
flakon z bukietem lilii.

Dziewczyna zamknęła drzwi za Gerardem, po czym weszła natychmiast 

background image

do   drugiego   pokoju,   przypuszczalnie   sypialni   —   Gérard   zaś   czekał   z 
oczyma utkwionymi w przeciwległe drzwi, przez które za chwilę miała 
wejść Lorendana. Nie zdawał sobie sprawy, jak długo tak czekał. Tak jak 
każde   oczekiwanie,   pełne   wzruszeń   i   radości,   zatarło   w   nim   całkiem 
pojęcie czasu; mogło trwać minutę lub całą wieczność.

Drzwi pokoju otwarły się wreszcie i Lorendana istotnie zjawiła się na 

progu.   Ubrana   była   teraz   w   białą,   powłóczystą   suknię   z   muślinu,   zaś 
Gérard oniemiał, ujrzawszy ją przed sobą. Wiedział doskonale, że to ona, 
Lorendana, a jednak miał wrażenie, że to inna zgoła, nieznana mu kobieta 
wychyliła   się   zza   drzwi;   jeszcze   bardziej   czarująca,   jeszcze   bardziej 
wytworna i godna podziwu. Uderzyło go przede wszystkim, że nie miała 
w   tej   chwili   czarnych   włosów,   które   dziwnie   nie   harmonizowały   z 
białością   jej   twarzy.   Czarne   jej   włosy   okazały   się   peruką.   Jej   własne 
natomiast, które po raz pierwszy do tej pory mógł ujrzeć w tej chwili, 
miały cudny kolor ciemnych kasztanów. Zerwawszy się z łóżka, zwinęła je 
w splot, upięty nad głową, który widniał teraz jak lśniąca korona.

Pięknych   jej   ust   nie   pokrywała,   jak   dawniej,   szkarłatna   szminka. 

Pozbawione   jej   powłoki,   wyglądały   w   tej   chwili   jak   soczyste   wiśnie. 
Pozostał tylko pieprzyk na jej lewym policzku — ów dziwnie ponętny, 
czarujący pieprzyk. Oczy jej patrzyły prosto, niezachwianie, bez drgnienia 
powiek, bez żadnego choćby śladu złości lub zdumienia. Jakby była tego 
pewna, że on przyjdzie tu do niej — jakby z głębi przekonania oczekiwała 
go nawet. Zanim jeszcze zdążył poruszyć się z miejsca, zeszła ze stopnia, 
zamknąwszy uprzednio za sobą drzwi. Byli teraz sami wśród ścian pokoju.

Podbiegł do niej żywo i padłszy do jej stóp, objął ramionami jej smukłe 

kolana.

—   Moja   żono!   —   wybuchnął,   ukrywając   w   nich   głowę.   —   Jedyna 

kobieto, którą kocham na świecie!...

Rozdział trzeci

Pociąg pośpieszny do Feignies i Brukseli (7.40) miał ruszyć z toru za 

kilka minut. W jakimś kącie na stacji odezwał się dzwon. Głowy i ramiona 
wysuwały   się   z   okien   wagonów,   by   rzucić   pożegnanie   przyjaciołom   i 
krewnym.   Na   peronie   wrzał   ruch.   Pasażerowie   śpieszyli   z   poczekalń   i 
bufetów, biegnąc, potrącając, nie licząc się z grzecznością, byle dotrzeć do 
przedziałów. Portierzy i tragarze z łoskotem zatrzaskiwali bramy i drzwi, 
wynosząc na wózkach trzeszczące pod ciężarem bagaże i kufry. Kobiety, 
krzykliwe   jak   kury   na   podwórku,   rzucały   dyspozycje,   dotyczące   ich 

background image

pakunków, zrzędziły i wyrzekały na kiepskie miejsca, pociągały za sobą 
gromadki dzieci i co chwila wzywały  konduktorów. Hałas i zgiełk był 
wprost ogłuszający.

Przed   oknami   wagonów   roiło   się   od   szalów,   welonów   i   barwnych 

kapeluszy.   Nie   brakło   wśród   tego   i   gromad   mężczyzn;   mężczyzn 
eleganckich,   w  letnich   narzutkach   i  jedwabnych   cylindrach,   mężczyzn-
robotników   w   niebieskich   bluzach,   żołnierzy,   oficerów,   strażaków 
ogniowych   w   czerwonych   uniformach   i   grup   kolejarzy,   ubranych   na 
zielono. Kobiety powiewały jedwabnymi chusteczkami, towarzyszący im 
mężczyźni kartkami gazet. Wąsaci eleganci, noszący monokle, potrącali 
łokciami   brodatych   wieśniaków;   zapach   salonów   łączył   się   dziwnie   z 
zapachem nawozu.

Popychano   się,   odsuwano   i   potrącano   wzajemnie.   Gwar   tych   ludzi, 

niedobranych do siebie, pomieszanych ze sobą bez względu na zawód, 
uderzał o uszy nawet kilku nieszczęśliwców, których nie obchodziło to 
zresztą, że pociąg do Brukseli za chwilę miał odejść. Stali tu przypadkiem, 
ale   sami   nie   odjeżdżając,  ani  nie   żegnając   na  peronie   nikogo   z   swych 
bliskich.

— Do Brukseli, konduktorze?
— Tak, proszę pana.
— Do Tournai, konduktorze?
— Tak jest, proszę pani.
— Do Kolonii, konduktorze?
— Oczywiście, panie.
—   Kupiłam   jednak   bilet   prosto   do   Kolonii.   Mówiąca   to   dama 

zaczerwieniła się nagle.

—   Pani   przesiądzie   się   w   Brukseli,   tłumaczy   konduktor.   Dama   się 

oburza.

— Ja nie mam zamiaru przesiadać się w Brukseli. Kupiłam przecież 

bilet prosto do Kolonii.

Konduktor   się   uśmiecha,   nie   wie,   co   odrzec.   Przykłada   w  tej   chwili 

trąbkę   do   ust.   Trąbka   rozbrzmiewa,   tłum   czekających   podbiega   do 
wagonów.

— Uwaga! — w tej chwili woła konduktor. Uważajcie, moi państwo! 

Wsiadać, kto jedzie! W tej chwili rozlega się głos z peronu:

— Do widzenia, mamo!
— Do widzenia, kochanie — odzywa się matka. Przechyla się nisko z 

okna wagonu i rzuca na koniec:

— A nie zapomnij napisać!

background image

— Oczywiście, Heleno...
— Ach, tak — nie wiedziałam...
— Wsiadajże, Piotruś, rusz się, gapo. Pociąg za chwilę ci czmychnie 

sprzed nosa.

— Uwaga, moi państwo!
— Cóż to, u licha? Zgubiłem bilet.
— Gdzie zostawiłeś pudło na kapelusz?
— Nie płacz, moja mała. Wkrótce się spotkamy.
— Kłaniaj się pięknie Janowi i Amelii.
—   Nie   zapomniałeś   czekolady?   Popatrz   się   dobrze,   czy   masz   ją   w 

kieszeni.

Gérard de Lanoy i eskortujący go mężczyzna znaleźli się tymczasem w 

przedziale rezerwowym. Mężczyzna rozmawiał z Gerardem

Prévostem,   który   stał   na   peronie   i   wydawał   mu   teraz   ostateczne 

instrukcje.

— Tylko do Feignies — informował go dokładnie gorliwy komisarz.
—   Przejeżdżamy   oczywiście   przez   celną   granicę?   Czy   nie   tak, 

komisarzu?

—   No   tak,   oczywiście.   Ale   natychmiast   po   przybyciu   do   stacji 

granicznej...

— Mam go zostawić — wtrącił tamten.
— Zostawi go pan w chwili, gdy  obaj się znajdziecie na terytorium 

belgijskim.

— To oczywiste — oświadczył tamten i spojrzał mu w twarz. Trąbka 

konduktora   zabrzmiała   ponownie,   z   kotła   maszyny   rozległ   się   gwizd   i 
pociąg z turkotem ruszył ze stacji.

Gerard   usiadł   po   przeciwnej   stronie   osobnego   przedziału.   Jego 

towarzysz podróży zapalił cygaro, czekał jeszcze chwilę, aż pociąg zniknie 
z obrębu stacji, a wreszcie się ozwał:

— Napędził mi pan stracha, kochany panie hrabio. Myślałem już o tym, 

że pan zemknął cichaczem.

Gérard machinalnie potrząsnął ramieniem.
— Nie mogłem usiedzieć w tej zatęchłej poczekalni. Musiałem trochę 

wyjść, by zaczerpnąć powietrza.

—   Miał   pan   szczęście   —   odrzekł   konwojent.   —   Zamierzałem   już 

właśnie zawiadomić o sprawie najbliższy komisariat; a wtedy, przyjacielu, 
na pewno by pan musiał pożegnać się z życiem.

Nie ulegało wątpliwości, że obawa o więźnia popsuła mu humor. Nie 

powinien   był   się   kłaść,   gdy   powierzono   mu   eskortę   nad   niepewnym 

background image

człowiekiem.   Na   szczęście,   kiepski   jego   humor   przybrał   teraz   formę 
milczącej apatii. Otworzył gazetę i począł w niej studiować wiadomości ze 
świata, zaś Gérard tymczasem zagłębił się w myślach.

*    *    *
Przetrawiał jeszcze raz, co przeżył tej nocy. Jak naraziwszy swe życie, 

by   zobaczyć  Lorendanę,   padł  do  jej   kolan,  gdy   ujrzał  ją  wreszcie,   jak 
przywarł do nich głową i całując nieprzytomnie rąbek jej sukni, szeptał 
jakieś słowa, pałające miłością. Jeszcze teraz w pociągu, gdy już siedział 
samotny — och, jak samotny! — i spoglądał tępo na migające polany w 
Chantilly i Auteuil, oczy jego ciągle napełniały się łzami; nie opanował 
jeszcze w sobie przeżytego wrażenia. Odczuwał pewną radość na myśl o 
tej chwili, ale radość wzruszającą, tak dziwnie nieodłączną od trawiącej go 
tęsknoty, że przygnębiła go raczej, niż podniosła na duchu. Nie doznawał 
jeszcze w życiu tak sprzecznych z pozoru, wstrząsających emocji.

Ale   Lorendana   go   zawiodła;   posłyszał   w   pewnej   chwili,   jak   ostro   i 

stanowczo wyrzuciła go precz. Wyrwała mu się z ramion i cofnąwszy się 
przed nim, podbiegła z powrotem ku stopniom przed drzwiami. Gérard 
jeszcze   ciągle   klęczał   i   wzdychał;   wyjąkiwał   bezładnie   jakieś   słowa 
miłości; zaś ona niewzruszenie trwała przy swoim. — „Odejdź pan stąd 
zaraz — pan musi stąd odejść — zaraz — natychmiast! —" Pragnął się 
odezwać,   przemówić   coś   do   niej;   usiłował   ją   przekonać,   jak   mało   go 
obchodzą Toulon i policja i że przyszłe jego życie, pełne wspomnień i 
katuszy, będzie stokroć jeszcze gorsze, niż myśl o śmierci. Wytrącony z 
równowagi, bredził po prostu, mówił bez związku; ale ona była głucha — 
nie chciała go słuchać. Rzuciła się ku drzwiom wejściowymi, sięgnęła za 
klamkę; otworzyła je nagle. Kiedy Gérard, mimo wszystko, nie ruszył się z 
miejsca, zamknęła je z powrotem i podbiegła ku oknu. Odsunęła roletę i 
wyjrzała na ulicę. „Na dole jest pusto, ani duszy nie widać. Idź pan już — 
rzekła — pan musi stąd odejść!" Przysłoniła sobie uszy, nie chciała go 
słuchać. „Idź pan! — powtarzała — pan nie może tu zostać."

Gérard, jak szalony, pochwycił ją w ramiona. Nie mógł się już oprzeć 

pokusie jej czaru. Przygarnął ją do piersi — tak blisko do piersi, że nie 
mogła się ruszyć — i całą niemal duszę wkładał w swe słowa: „Kocham 
cię — wołał — ubóstwiam cię żono!..." Spojrzała mu w twarz i rzuciła 
ozięble: „A ja pana nie kocham. Odejdź pan stąd zaraz!"

Odczuł to jak uraz, wymierzony mu w serce; jakby wetknęła w nie nóż 

po samą rękojeść. Jego ból był tak straszny, że odczuł go w tej chwili 
nieomal fizycznie. Pogłębiała go świadomość, że oczy Lorendany, jakby w 
jaskrawym kontraście do szorstkości jej słów, przybrały teraz wyraz jakby 

background image

jawnej sympatii. Odróżnił ten błysk, który  zalśnił w jej źrenicach i po 
chwili gdzieś przepadł, gdy spuściła powieki. „Kłamiesz!" — wyrzęził, nie 
mogąc opanować obłędu swych myśli. Kobieta, pomyślał, nie powie, że 
nie   kocha,   jeśli  kocha  prawdziwie.   Nie  odrzekła   ani  słowa  na   rzuconą 
obelgę. Odczuł w tej chwili, że jego krew zmroziła się nagle. Zwolnił 
uścisk, a giętkie jej ciało wymknęło mu się żywo z otaczających je ramion. 
Podeszła   do   konsoli,   na   której   stał   flakon   i   przystanąwszy   przed   nim, 
obrócona teraz tyłem do twarzy Gerarda, poczęła machinalnie przebierać 
wśród lilii. Białe jej ręce nie różniły się od płatków kwiatów.

Gérard, zachwycony wdziękiem jej ruchów, zasklepił się na chwilę w 

jeszcze większym niż dotychczas podziwie dla jej rąk. Zaległo milczenie. 
Wydało mu się teraz, że Lorendana na to czeka, by odezwał się pierwszy. 
Otrząsnął się z wrażenia i po chwili przemówił;

—   Dlaczego   tak   skłamałaś?   —   zapytał   półszeptem.   Potrząsnęła 

ramieniem — ramieniem, wykutym jakby dłonią artysty

— i rzekła ozięble:
—   Nie   —   nie   skłamałam.   Nie   kocham   pana   wcale   i   —   oto   jest 

wszystko.

— Ale jesteś moją żoną — odezwał się Gérard.
— Czy zdajesz sobie sprawę, że jesteś nią istotnie wobec Boga i ludzi? 

Lorendana ponownie potrząsnęła ramieniem.

— Żoną z konieczności — zaśmiała się dziwnie.
— Wiem o tym — odrzekł. — Lecz z jakiego powodu?
— Bo było to potrzebne. Pan powinien się domyślić, z jakiego powodu.
Ręce jej nadal krążyły pośród kwiatów, poprawiając je i układając, a 

ruchy jej głowy, przechylające się co chwila, raz w lewo, raz w prawo, 
wystrzegały się pozycji, skierowanej w jego twarz. Gérard zamilkł, ale 
zazdrość   i   wściekłość,   uczucia   w   tych   warunkach   zupełnie   naturalne, 
rozogniły w nim ponownie zmrożoną krew. Podbiegł po chwili i chwyci-
wszy ją za ramię, zmusił ją gwałtem, by obróciła się ku niemu.

— Domyślam się — odrzekł, spoglądając jej w oczy. — Ale żądam, 

mimo wszystko, byś wyjawiła mi powód.

Trzymał ją tak silnie, że uścisk jego ręki musiał sprawiać jej ból. Nie 

drgnęła jednak nawet, nie zmrużyła oka. Odrzuciła głowę i spojrzawszy 
mu również śmiało w oczy, rzekła z przekąsem:

— Jeśli domyśla się pan tego, to po cóż mam powtarzać?
— Chcę to usłyszeć z twych własnych ust.
— Co pan chce usłyszeć?
— Że tylko po to się starałaś uzyskać me nazwisko, aby tym łatwiej i 

background image

bezwstydniej uprawiać swe rzemiosło.

— Nie pragnęłam tego wcale — rzuciła urażona. — Zniewolono mnie 

do tego, wymuszono to na mnie.

— Kto był tego sprawcą? Ten łotr, ten łajdak?
— Możliwe, że i on, jeśli chce pan w to wierzyć.
— Więc przyznajesz się do tego? — zapytał ją ostro. Uścisnął ją tak 

mocno, że z ust jej mimo woli dobył się okrzyk.

— Przyznajesz się do tego? — zapytał po raz drugi.
— Do czego? — spytała.
— Że jesteś jego szpiegiem; nędznym szpiegiem na żołdzie Toulona.
Ból  jej  ramienia   wzmógł  się   tak   znacznie,   że   znienacka   pobladła   na 

ustach i policzkach.

— Przyznaj się do tego! — nalegał gwałtownie.
Wyglądał   w   tej   chwili,   jak   ranny   człowiek,   który   ze   wstrętem   i 

obrzydzeniem ogląda swe rany.

— Służę mej ojczyźnie, jak mogę i potrafię — żachnęła się ostro.
—   Za   cuchnące   pieniądze   —   nie   pozwolił   jej   skończyć.   —   Przez 

oddawanie się robocie, która błotem i hańbą pokrywa twą godność.

Uniósł   się   tak   strasznie,   że   nie   mógł   już   okiełznać   wzburzenia   i 

wściekłości. Jedna jeszcze chwila, a byłby ją uderzył. Podniósł nawet rękę, 
by zamierzyć się na nią, ale nagle się cofnął, usłyszawszy jej głos:

— Przecież wiedział pan o wszystkim, jeszcze zanim pan tu przyszedł.
Miała   rację.   Uznał   mimowiednie,   że   powiedziała   mu   prawdę.   Od 

pamiętnej owej chwili, kiedy spotkał ją stojącą obok Fosse de la Part-Dieu 
i   rzucającą   rozmaryn   na   ciało   Piotra   —   od   pamiętnej   chwili,   wiedział 
doskonale, kim była Lorendana. Wiedział o tym również, gdy dał się jej 
pociągnąć   na   Rue   de   Grenelle;   i   gdy   w   końcu   sam   wpadł   w   sidła 
zauszników Toulona. Wiedział o tym wreszcie, gdy włożył przed ołtarzem 
obrączkę na jej palec i gdy w kilka godzin później, trawiony tęsknotą, 
wykradł się cichaczem z poczekalni na dworcu. Nie mógł tego znieść, by 
nie ujrzeć jej jeszcze, zanim on, jako Lanoy, zakończy ostatecznie swe 
ziemskie istnienie, rozpocznie zaś żywot, w którym ona, Lorendana, pod 
żadnym już pozorem nie weźmie udziału.

Tak, pomyślał — powiedziała mu prawdę. Wiedział o tym wszystkim a 

jednak wbrew woli, nie panując nad sobą, powrócił teraz do niej, by przez 
jedną choćby chwilę móc popatrzeć w jej oczy.

Przyszedł tu do niej, gdyż nieodparta jakaś siła, nieposkromiona jego 

żądza,   kazała   mu   jej   szukać.   Uznał   w   tej   chwili,   że   duszą   i   sercem 
pokochał   tę   kobietę.   Ramię   mu   opadło,   głowę   odruchowo   ukrył   w 

background image

dłoniach,   wreszcie   zaś   zawołał,   pokonany   rozpaczą:   „O   Boże,   Boże! 
Czemuś tak nie sprawił, abym zabił ją swą ręką i unicestwił na zawsze?"

Posłyszał wśród tego szmer jej sukni. Oddaliła się od niego, on zaś w tej 

chwili   opuścił   ręce.   Jak   strwożone   zwierzę   powiódł   za   nią   wzrokiem. 
Podeszła   ponownie   ku   drzwiom   wejściowym,   jej   ręka   —   przecudnie 
rzeźbiona, drobna jej ręka — sięgnęła za klamkę. Spojrzał na jej twarz. 
Nie   różniła   się   prawie   od   koloru   jej   sukni.   Rozchylone   usta   i   nisko 
opuszczone,   śnieżnobiałe   powieki,   nadały   jej   od   nowa   ów   dziwnie 
nieodgadniony, mistyczny wyraz.

Drzwi się otwarły, zaś Gérard bez protestu wyszedł z pokoju. Gdy był 

już w sieni, klucz w zatrzasku obrócił się ze zgrzytem. „Nie kocham pana, 
idź   pan   czym  prędzej"   —   dzwoniło   mu   w   uszach.   Kazała   mu   odejść, 
odpędziła   go   od   siebie;   teraz   miał   dowód,   że   istotnie   w   jej   sercu   nie 
obudził miłości. Był jednak tchórzem; za wielkim tchórzem, by pochwycić 
ją za gardło i stłumić w niej życie. Dobrze — pomyślał. Te kroki, które 
stawiał, prowadziły już obecnie ku zupełnie nowemu etapowi jego życia. 
Kilka minut bólu, a obraz Lorendany, kobiety — szpiega, niszczycielki 
jego życia, zabójczyni Piotra, najlepszego z przyjaciół — jak marny cień 
mu uleci z pamięci. Pocieszał się myślą, że wyobrażał sobie tylko, iż ją 
kochał prawdziwie.

Pobiegł na górę, by zabrać kapelusz i znowu po chwili znalazł się w 

hallu.   Nie   zastał   już   obecnie   wąsatego   eleganta.   Tylko   nocny   portier 
drzemał na krześle. Poklepał go po plecach, dał mu napiwek i kazał się 
wypuścić.   Człowiek   ów   widział,   że   zostawił   uprzednio   stufrankowy 
banknot; nie robił więc trudności, by wydać mu resztę.

Plac   St.   Roch   pogrążony   był   w   ciemnościach;   ani   żywej   duszy   nie 

dostrzegało się w pobliżu. Gérard bez namysłu pośpieszył ku stacji.

Złapał po drodze jednokonną dorożkę. Gdy zajechał przed dworzec, na
wschodnim niebie zaczynało już świtać.
*  *  *
W   tej   samej   niemal   chwili,   gdy   Gérard   opuszczał   hotel   „Egipt", 

Lorendana, zemdlona, upadła na ziemię.

Rozdział czwarty

Bezpośrednio przed odjazdem pociągu ze stacji, wpadli do przedziału, 

background image

zajętego   przez   Gerarda   i   eskortującego   go   mężczyznę,   dwaj   hałaśliwi, 
podejrzani osobnicy. Zaledwie usiedli, podkreślili zaraz fakt, że obaj w 
interesach wyjeżdżają do Belgii. Głośna ich rozmowa toczyła się zrazu 
około  chustek,  rękawiczek  i innych  towarów z  zakresu  galanterii,  przy 
czym padały też uwagi o stworzyć się mających składnicach tej branży w 
Gand i Louvain. Gerard nie słuchał banalnych ich słów, które nudziły go 
okropnie i działały mu na nerwy, ale urywki tych rozmów, nawet wbrew 
jego woli, docierały mu do uszu i wdrażały się w pamięć. Po dalszych 
jeszcze uwagach, ściśle kupieckich — o cenach koronek i nowej taryfie na 
celnej   granicy   francusko-belgijskiej   —   przyszła   wreszcie   kolej   na 
enuncjacje i wynurzenia z zakresu patriotyzmu. Ich zapał i entuzjazm rósł 
z   każdą   chwilą,   co   moment   padało   słówko:   „ojczyzna",   co   moment 
zapewnienie, że chwała, dobrobyt i potęga Francji, to jedynie ich marzenie 
i jedyny niemal cel ich życia. O niczym się nie słyszało, jak o wielkiej, 
jedynej, „ukochanej Francji".

Na pół ubawiony, na pół podrażniony, Gerard, począł śledzić oblicza 

„patriotów". Już po powierzchownym ich zbadaniu, doszedł do wniosku, 
że „ukochana Francja" nie była zapewne kolebką ich dzieciństwa. Jeden z 
obydwu był tak ciemnoskóry, że nawet żaden Prowansalczyk lub rodowity 
Baskijczyk na pewno by mu nie mógł w tym względzie dorównać. Oczy 
miał   duże,   niesamowicie   wyłupiaste,   czarne,   połyskliwe,   z   żółtawym 
brzeżkiem,   otaczającym   źrenice;   od-stawały   od   twarzy,   jak   kamienne 
gałki, na lewo i na prawo od silnie zagiętego, mięsistego nosa. Grube jego 
wargi ocieniał u góry  mocny, połyskujący, czarny wąs, na głowie miał 
perukę z długich, czarnych, wijących się włosów. Pokrywał nią zapewne 
olbrzymią łysinę. Żyd lub Słowian, pomyślał Gérard, ale na pewno nie 
człowiek   urodzony   we   Francji.   Rozpływał   się   w   pochwałach   dla 
sprawności   i   zręczności   policji   cesarskiej   i   dla   ostrych   jej   metod   w 
stosunku do zdrajców.

—   Kochany   nasz   kraj   —   ozwał   się   teraz   do   towarzyszącego   mu 

człowieka — jest zalany po prostu tą straszną zarazą. Czy przypomina pan 
sobie skrytobójcę du Pont-Croix i wspólnika tego draba — zapomniałem 
w tej chwili, jakie nosił nazwisko...? Otóż widzi pan, mój drogi — mam 
pewien   dowód,   absolutny   nawet   dowód,   że   we   Francji   aż   się   roi   od 
podobnych   wywrotowców;   ci   teoretyczni   mordercy,   gotowi   nawet 
sprzedać   cesarza   i   ojczyznę,   zaliczają   się   do   najlepszych   sfer   rodowej 
arystokracji.

Podniósł   rękę,   jakby   wezwać   chciał   niebo   na   świadka   grozy,   której 

dowód miał w ręku. Rękę miał grubą, o palcach krótkich, podobnych do 

background image

szpatułek;   na   niektórych   z   tych   palców   widniały   pierścienie   z   dużymi 
brylantami.

Gérard nań spojrzał z wyrazem pogardy.
—   Ma   pan   zatem   dowód?   —   ozwał   się   drugi,   przerażony   tym 

widocznie, co usłyszał przed chwilą.

Był to człowiek niepokaźny, chudszy od tamtego, włosy miał rzadkie, 

koloru   mysiego,   usta   cienkie,   uderzająco   blade,   oczy   małe   i   dziwnie 
wodniste.  Na ogolonej jego twarzy  uderzał przede wszystkim sumiasty 
wąs.   Dopełniały   całości   długie,   odstające,   nieforemne   uszy   i   dwa 
sterczące, pożółkłe zęby. Wyglądał z tym wszystkim, jak stary królik rasy 
Angora;   zwłaszcza,   gdy   ssał.   Ssał   zaś   ciągle   gałkę   swej   laski,   którą 
trzymał zawzięcie w uścisku kolan.

— Absolutny dowód? — powtórzył po chwili, spoglądając na tamtego z 

wodnistymi oczyma.

Gérard odczuł odrazę do obu. Odwrócił głowę i wyjrzał ponownie z 

okna   wagonu.   Obaj   mężczyźni   wsparli   się   o   siebie,   dotykając   się 
wzajemnie ramionami i głowami i rozpoczęli obecnie nieco cichszą, niż 
uprzednio,   szeptaną   rozmowę.   Przerywał   ją   niekiedy   jakiś   okrzyk 
zapewnienia, lub zdumione zapytanie, jakby pełne niewiary. Mieli przy 
sobie niezliczoną ilość dokumentów i papierów, które wyciągali kolejno ze 
schowków i kieszeni, obrzucali je spojrzeniem i znowu po chwili chowali 
z powrotem. Ilekroć grubszy wyciągał taki papier, podnosił głos i wtrącał 
uwagi   o   swych   planach   i   pomysłach;   wymyślił   ostatnio   pewien   mały 
przyrząd,   który   w   dziedzinie   chustek,   przewiązywanych   przez   szyję, 
dokona   przewrotu   w   sposobie   ich   noszenia.   Umyślnie   w   tym   celu 
wyjeżdża do Brukseli, aby model wynalazku przedstawić, gdzie należy, i 
poddać go ocenie, a już wkrótce niezawodnie, gdy uzyska patent, mały 
jego przyrząd w setkach tysięcy rozejdzie się po świecie. Wyraził nadzieję, 
że zarobi miliony, gdy interes się uda.

— Gdyby ten przeklęty pociąg nie hałasował tak strasznie — rzekł w 

pewnej chwili do chudego towarzysza — opisałbym panu z największą 
dokładnością,   na   czym   polega   konstrukcja   przyrządu.   Jest   niezwykle 
pomysłowa.   Mam   tu   nawet   opis   i   kilka   rysunków,   potrzebnych   dla 
wytwórcy.

Wyjął jakiś papier spośród stosu podobnych, szeleszcząc nim głośno i 

przygłuszając jego szmerem dalsze uwagi.

— Pokaż pan te szkice — ozwał się człowiek z twarzą królika. — Mogę 

panu pomóc w uzyskaniu zamówień, gdy będę w Szwajcarii. W przyszłym 
miesiącu wyjeżdżam do Genewy.

background image

Tłuścioch coś odbąknął, jakby nie chciał o tym słyszeć, ale uczynił to 

widocznie jedynie z pozoru.

— Obejrzenie rysunków nie przyda się na wiele — rzucił po chwili z 

wyrazem przekonania. Zaraz jednak dodał:

— Ale zresztą, gdy pan chce — gdy zależy panu na tym... I mówiąc te 

słowa, wręczył tamtemu plik papierów.

— Otóż widzi pan tutaj...
Wsparli   się   na   sobie,   dotykając   się   głowami,   i   przez   kilka   chwil 

rozmawiali półgłosem; człowiek chudy zagłębił się w opisie wynalazku 
przyjaciela, a wynalazca tymczasem zapalił cygaro i tępym spojrzeniem 
wyglądał   przez   okno.   Badanie   opisu   nie   trwało   długo;   zaledwie   się 
skończyło,   podjęto   ponownie   temat   o   ojczyźnie   zagrożonej   niebez-
pieczeństwem. Z tą samą emfazą.

— Powinien pan natychmiast zawiadomić policję — ozwał się człowiek 

z króliczą facjatą.

— Zrobiłem to już przecież — zapewnił go tamten.
— Mówił pan z Toulonem?
— Nie, nie mówiłem. Dostęp do niego jest strasznie utrudniony. On i ten 

drugi, Prévost się nazywa, otaczają się gromadą pochlebców, jak gdyby 
każdy   z   nich   z   osobna   był   udzielnym   cesarzem;   a   cesarza   tymczasem 
niech   Bóg   ma   w   opiece.   Rozmawiałem   zaledwie   z   jakimś   niższym 
urzędnikiem; ten zaprotokołował wszystko, co przed nim zeznałem, a w 
końcu   mi   oświadczył,   że   zajmie   się   sprawą   i   skieruje   ją   tam,   gdzie 
właściwie należy.

Potraktował ją lekko.
— I wymienił pan nazwisko? — zainteresował się tamten. — Wszystko 

pan powiedział, wszystko, co pan wie?

— Wszystko, co wiem.
—   I   nic   panu   więcej   urzędnik   nie   powiedział?   Przecież   musiał   coś 

dodać, zauważyć coś — przy tym...

— Nic, ani słowa.
— To skandal oczywiście — wybuchnął chudeusz.
— Ja również tak myślę — przytaknął tamten.
Rozmowa o „ojczyźnie" toczyła się dalej, gorliwie, uparcie, namiętnie, 

jak   przedtem,   zaś   zniecierpliwiony   Gérard   zatkał   sobie   uszy,   by   nie 
słuchać   jej   treści.   W   pewnym   momencie,   gdy   wywody   mężczyzn   już 
doszły do szczytu swej czczej natarczywości, towarzyszący mu konwojent 
spojrzał mu w oczy; wstrząsnął ramieniem i zaśmiał się drwiąco. Sprawiał 
wrażenie, że już nieraz w swym życiu słuchał takich bredni, lecz że nie 

background image

uznał ich za godne, by poświęcić im uwagę.

*  *  *
Pociąg, zdążający ku granicy belgijskiej, poruszał się z szybkością, która 

kilka   lat   temu   wydałaby   się   pewnie   czymś   wprost   niewiarygodnym: 
dwadzieścia kilometrów w przeciągu godziny. Wśród drogi przystawał na 
stacjach   i   stacyjkach,   ale   każdy   z   tych   przystanków   był   dziwnie 
nieokreślony pod względem trwania. Gérard, który stale spoglądał przez 
okno, zauważył, że na każdej z tych stacji kierownik pociągu wdawał się 
w rozmowę z urzędnikiem stacyjnym. Rozmowy były żywe i nie chciały 
się   kończyć.   Raz   się   zdarzyło,   że   urzędnik   ruchu   chciał   sprzedać   psa 
kierownikowi   pociągu,   a   wynikłe   stąd   targi   dłużyły   się   tak   bardzo,   że 
pochłonęły aż kwadrans. Pasażerowie tymczasem musieli czekać, a wielu 
spośród nich łamało sobie głowę, czy pies istotnie zostanie sprzedany, a 
skoro się tak stanie, to czy uwolni ich to od udręki czekania.

Minęło już południe, gdy pociąg dotarł do stacji Feignies. Zatrzymał się, 

jak zawsze, na torze bocznym, po francuskiej stronie granicy państwowej. 
Pasażerom   polecono   wysiąść   z   wagonów   i   załatwić   w   urzędzie 
formalności paszportowe. Obaj patrioci, wywijając paszportami, wybiegli 
pierwsi   z   przedziału   wagonu.   Gérard,   na   znak   eskortującego   go 
mężczyzny, pozostał na miejscu. Po chwili zjawił się francuski urzędnik, 
otworzył raptownie drzwi przedziału, spojrzał na Gerarda i towarzyszą-
cego   mu   człowieka,   skinął  głową   i   zaraz   się   oddalił.   Inni  pasażerowie 
tłoczyli   się   tymczasem   na   placu   przed   stacją,   ustawiając   się   rzędem   i 
czekając cierpliwie, aż przyjdzie ich kolej. Gérard, spoglądając na tłum 
przez   okno,   obserwował   tymczasem   towarzyszy   podróży.   Tłuścioch, 
spoglądający   wyłupiastymi   oczyma,   był   w   świetnym   humorze   i   nie 
denerwował się tym wcale, że tłum go popychał i potrącał nieuprzejmie. 
Spostrzegał znajomych wśród mnóstwa pasażerów, uśmiechał się do nich i 
witając ich ręką, wywijał jeszcze ciągle rozłożonym paszportem. Czynił to 
bez przerwy, nieomal ostentacyjnie.

Formalności   urzędowe   dłużyły   się   bez   końca.   Każdy   paszport   był 

dokładnie badany, a nieszczęśliwy jego posiadacz zasypywany po prostu 
mnóstwem pytań. Gdy przyszła wreszcie kolej na krzykliwego tłuściocha, 
Gérard mógł usłyszeć, jak chrapliwym swym basem rzucał odpowiedzi na 
zadawane mu pytania. Odpowiadał wyraźnie, z natrętną usłużnością.

Gérard, dusząc się w ciasnym przedziale, spoglądał na niego z jeszcze 

większym, niż uprzednio, wyrazem pogardy. Nie znał go bliżej, ale odczuł 
doń nienawiść. Opuścił w końcu zasłonę na oknie, nie mogąc w tej chwili 
patrzeć nań dłużej. Ale zaledwie to zrobił, obaj z powrotem wkroczyli do 

background image

przedziału. Tłuścioch sapał i ocierał bez przerwy spocone czoło, chudeusz 
bezzwłocznie   opadł na  siedzenie,  jakby   zupełnie  wyczerpany  z  gorąca. 
Wąska   jego   twarz   była   cała   pomarszczona,   nos   i   usta   poruszały   się 
nerwowo,   lub   drgały   konwulsyjnie.   Gérard   nie   rozumiał,   dlaczego   ten 
człowiek tak wyczerpał się z sił.

*  *  *
Po długim postoju, pociąg ostatecznie ruszył ze stacji. Pięć kilometrów, 

które   oddzielały   go   jeszcze   od   stacji   granicznej,   przepełzł   po   prostu 
żółwim krokiem i zwolnił jeszcze biegu, gdy w oddali ukazał się dworzec 
Feignies. Drobna ta stacyjka, leżąca na uboczu, znajdowała się po stronie, 
po   której   w   przedziale   usadowił   się   Gérard.   Podniósł   raptownie 
opuszczoną roletę i wyjrzał przez okno. Pociąg się zatrzymał na samym 
prawie środku głównego toru; wychodziły stąd odnogi i linie uboczne, a 
liczne  skrzyżowania   i tory   dodatkowe  zdawały   się  dowodzić,  że  stacja 
Feignies była stacją węzłową. Na peronie dworcowym był ożywiony ruch. 
Ludzie   przystanęli   rzędami   wzdłuż   szyn,   śledząc   nerwowo   twarze 
przybyłych, lub torując sobie drogę, by się dostać do wagonów. Na peronie 
i w hallu uwijali się tragarze z kuframi i walizami. Belgijscy kolejarze i 
urzędnicy   celni   siedzieli   na   ławkach,   nie   zajmując   się   niczym; 
przypatrywali się tłumom, paląc papierosy i nie śpiesząc się wcale, by się 
zgłosić   do   zajęć.   Nim   pociąg   przystanął   na   stacji,   uwagę   Gerarda 
skierowała pewna młoda kobieta, stojąca samotnie obok toru głównego. 
Uderzała   go   po   prostu   zewnętrznym   wyglądem.   Ale   bynajmniej   nie 
dlatego, że odznaczała się pięknością, lub wytwornym ubraniem; zgoła 
przeciwnie. Ubrana była licho. Miała starą, zniszczoną spódnicę i wytartą 
pelerynę, sięgającą do bioder. Na głowie jej spoczywał czarny, spłowiały, 
słomkowy kapelusik z lichą koronką, przyczepioną do przodu. Jej twarz 
była blada, koścista, koniec jej nosa wyraźnie czerwony. Rękawiczek nie 
nosiła. Gołe jej ręce zaciskały kurczowo ucho słomianego koszyczka na 
zakupy. Na nosie jej spoczywały zwyczajne okulary w niklowej oprawie.

Gerarda uderzył zrozpaczony jej wzrok i niezwykły niepokój, objawiony 

w   ruchach.   Stała   przez   chwilę,   zaglądając   do   okien   wjeżdżających 
wagonów, potem rzuciła się naprzód, biegnąc bez tchu u boku pociągu i od 
czasu do czasu spoglądała na przedział, w którym znajdował się Gérard; 
ilekroć   popatrzył   na   podniesioną   jej   twarz,   zawsze   dostrzegał   w   niej 
zrozpaczony  wyraz i obłędny  niepokój. Pociąg po chwili zatrzymał się 
wreszcie.   Gérard   powstał,   sposobiąc   się   do   wyjścia,   gdyż   w   myśl 
instrukcji,   których   udzielił   mu   Toulon,   miał   wysiąść   w   tym   miejscu   i 
zgłosić   się   niezwłocznie   we   francuskim   granicznym   posterunku 

background image

policyjnym. Ale i inni pasażerowie musieli tu wysiąść; jedni, by się zgłosić 
w urzędzie celnym, inni, by załatwić formalności paszportowe. W chwili, 
gdy   się   ruszył   na   znak   konwojenta,   krzykliwi   patrioci   wyprzedzili   go 
rychło. Ściągnęli swe walizy i bagaże z siatek i posunęli je na razie ku 
drzwiom wagonu. Gérard był zmuszony usiąść ponownie; zatarasowano 
mu   drogę,   więc   nie   mógł   się   chwilowo   wydostać   z   przedziału. 
Przypatrywał  się   tymczasem,   jak   obaj   patrioci  złazili  ze  stopni.   Chudy 
mężczyzna był pierwszy na dole; drugi tymczasem podawał mu bagaże i 
swym tłustym cielskiem potrącił kilkakrotnie kolana Gerarda. W chwili, 
gdy manewrował pakietami i kuframi, wypełniał swą postacią niemal całe 
przejście, wiodące ku drzwiom. W końcu obydwaj znaleźli się na dole. 
Tłuścioch  ponownie  ocierał sobie   czoło,  a  chudy  jego  kompan  układał 
bagaże, odebrane przed chwilą.

Nagle,   wśród   tego,   padł   okrzyk:   „Hugo!".   Gérard   się   przechylił   i 

dostrzegł   jeszcze   raz   ową   nędzną   kobietę;  przeciskała   się   przez   tłum  i 
przez   stosy   kufrów,   złożonych   na   ziemi.   Zrozumiał   po   chwili,   że 
nieszczęsne stworzenie usiłuje się przedostać do obu patriotów. Wyglądała 
w tym biegu jak stara kura, pędzona przez trawnik; bonecik jej opadał, 
dyszała i sapała, biegnąc przed siebie. Ale obaj mężczyźni, choć słyszeli ją 
zapewne,   nie   zwrócili   na   biegnącą   najmniejszej   uwagi.   Wołała   zatem 
dalej:   „Hugo!   Hugo!",   coraz   bardziej   chrypliwym   i   drżącym   głosem. 
Dotarła na koniec do miejsca, gdzie stał Gérard, ten spojrzał na bladą jej 
twarz. Była piękna nieomal, opromieniona znienacka uczuciem radości. 
Nie mogła prawie mówić z wielkiego wzruszenia; szczęki jej dygotały, 
jakby bliska była płaczu, czerwony jej nos świecił z oddali, jak morska 
latarnia. Ale była szczęśliwa, taka strasznie szczęśliwa, że bez potrzeby się 
lękała, a na bladej jej twarzy tyle było serca i tkliwego oddania, że istotnie 
w tej chwili wyglądała na piękną. Trzymając jeszcze słomiany koszyczek, 
drugim ramieniem objęła tłuściocha — tak daleko, jak mogła — i dysząc 
głośno, padła mu z płaczem na wydętą pierś.

Tłuścioch na nią spojrzał, traktując ją jakby była tylko cieniem; ocierał 

sobie dalej czoło i kark i rzekł coś do tamtego, który jeszcze był zajęty 
składaniem bagażu. Wreszcie się otrząsnął i ozwał się szorstko:

— Nie wariuj, Anno!
Odtrącił ją od siebie tak nagle i raptownie, że kobieta się zachwiała i 

straciwszy   równowagę,   padła   plecami   na   stos   tobołów,   złożony   przez 
chudego. Bonecik w tej chwili zsunął jej się z głowy, nogi w pantofelkach 
i białych pończochach zawisły w powietrzu, a koszyczek się otworzył i 
cała jego zawartość — przeważnie papiery i drobne pakieciki — rozsypała 

background image

się na ziemię.

— Wariatka wstrętna! — wybuchnął tłuścioch — klnąc pod nosem i 

warcząc   ze   złości;   ale   żaden   z   obu   nie   pośpieszył   jej   z   pomocą   i   nie 
zapytał   jej   nawet,   czy   odniosła   obrażenia;   nie   ruszyli   się   również,   by 
zebrać   jej   rzeczy,   walające   się   na   ziemi.   Wzruszało   to   dziwnie,   gdy 
patrzyło   się   na   nią,   tak   strasznie   poniżoną,   a   jednak   ofiarną   i   pełną 
życzliwości. Podniosła się szybko i zebrała po chwili rozsypane rzeczy. 
Gérard posłyszał, jak Hugo jednocześnie zapytał ją ostro: „Nie zgubiłaś tu 
czegoś,   ty   wstrętna   maszkaro?"   Odrzekła   łagodnie:   „Nie   mój   kochany. 
Wszystko, co przyniosłam, mam znowu w porządku".

Przystanęła   obok   tamtych,   ściskając   ponownie   ucha   koszyczka   i 

promieniejąc   z   uciechy,   nie   posiadając   się   z   radości,   ilekroć   tłuścioch 
przypadkiem na nią spojrzał. Gérard go nie znosił. Nie przypominał sobie 
teraz,   czy   kogokolwiek   w   swym   życiu   znienawidził   tak   szczerze,   nie 
wyłączając wśród tego nawet — „papy Toulona". Gdy brutal w pewnej 
chwili obrócił się do niej i ozwał się szorstko: „Popraw sobie wiecheć, 
który   sterczy   ci   na   głowie   i   stul   teraz   pysk!"   —   Gérard   miał   ochotę 
wyskoczyć z wagonu i własną ręką powalić potwora. Ale zdawał sobie 
sprawę,   że   nie   zażywa   jeszcze   w   pełni   osobistej   wolności.   Trójka 
niebawem   znikła   mu   z   oczu;   podążała   w   kierunku   urzędu   celnego. 
Zauważył na koniec, że kobieta szła w tyle za obu zbirami i że dźwigała w 
rękach ich najcięższe walizy.

Rozdział piąty

Wszystkie zobowiązania, nałożone na Gerarda, skończyły się wreszcie 

w tym granicznym mieście. Odprowadzony przez konwojenta do jedynej 
w tym miejscu francuskiej ekspozytury policji cesarskiej, zameldował tam 
pobyt, odpowiednio do wskazówek, udzielonych przez Toulona. Wydano 
mu bez trudu paszport francuski. Dokument opiewał na imię i nazwisko 
Pawła   Gérard,   słuchacza   praw,   urodzonego   w   Paryżu,   syna  Antoniego 
Amadeusza Gerarda, z zawodu architekta, również z Paryża. W poprzek 
paszportu wypisano wyraźnie, dużymi literami:

„Ten dowód tożsamości traci swą ważność w obrębie Francji, zależnych 

od niej krajów i we wszystkich jej podległych koloniach zamorskich."

Gerard bez słowa odebrał paszport. Był teraz wolny, mógł swobodnie się 

poruszać, mógł pójść, dokąd chciał, tylko Francja na zawsze dlań była 
zamknięta. Uwaga, umieszczona w poprzek paszportu, wzbudziła w nim 
uczucie nieznośnej nostalgii; zabolało go serce, ale jakoś dziwnie inaczej, 
niż to zdarzało się dotąd. Trzeba urodzić się Francuzem, aby zrozumieć 

background image

dostatecznie określenie: la patrie, które dla francuza jest tym, czym dla 
Anglika: home. Ale Anglik dotarł do najdalszych zakątków kontynentu i 
świata i wszędzie sobie stworzył to potrzebne mu home. Z Francuzem jest 
inaczej. Gdy wyjedzie za granicę, to choćby miał podziw dla jej piękna i 
wysokiej kultury, choćby uznał jej wyższość i względną supremację, nie 
czuje się w niej dobrze i traci do niej pociąg; wydaje mu się wówczas, że 
przebywa na wygnaniu. To samo odczuł i Gérard de Lanoy, gdy wydano 
mu paszport. Nieszczęsne słowa: „traci swą ważność w obrębie Francji" 
jak ostrzem sztyletu przekłuły mu serce. Najdroższa patrie, — kolebka 
dzieciństwa, kraj, w którym urósł — na zawsze zamknęła swe wrota przed 
nim. Nie zobaczy już Francji. Ani żyznej ziemi Prowansji i Normandii, ani 
cudnych   wybrzeży   nad   Morzem   Śródziemnym,   ani   uśmiechniętych   i 
beztroskich bulwarów w Paryżu. W tej chwili już stał na ziemi belgijskiej. 
Ale czymże była Belgia w stosunku do Francji? Zupełnie niczym. Nawet 
nie żyła z nią w przyjaźni, od czasu gdy Bonaparte chciał zrównać ją z 
ziemią.   Język   był   ten   sam,   ale   owo   szorstkie   „r",   wymawiane   przez 
Belgów, okropnie drażniło ucho Gerarda.

Westchnął   głęboko,   daremnie   się   starając   przytłumić   westchnienie,   i 

pożegnał   urzędnika,   który   wręczył   mu   paszport.   Eskortujący   go 
mężczyzna spełnił w tej chwili powierzoną mu misję. Wyciągnął doń rękę, 
zaś Gérard ją pochwycił, z tą samą jednak myślą, z jaką tamten mu ją 
podał.

— Pan cieszy się zapewne, że pozbywa się mnie wreszcie — zaśmiał się 

konwojent.

Został jeszcze w biurze i wdał się w rozmowę z urzędnikiem policji, zaś 

Gérard tymczasem wyszedł na ulicę. Na zegarze na stacji wybiła druga. 
Na dworze był upał, od torów dolatywał zapach dymu i palonej siarki. 
Gérard   zapytał   przechodzącego   tragarza,   o   której   pociąg   odjeżdża   do 
Brukseli, a gdy dowiedział się od niego, że za pół godziny, skierował się 
do miasta, aby zakupić artykuły pierwszej potrzeby, gdyż znajdował się 
obecnie   bez   żadnego   bagażu.   Nabył   na   razie   małą   walizkę   i   kilka 
drobnostek z zakresu galanterii, po czym skierował się rychło z powrotem 
na dworzec.

Cieszył się poczuciem, że jest wolny.
*  *  *
Gérard bez trudu odnalazł swój przedział, gdyż drzwi wagonu jeszcze 

ciągle,   jak   uprzednio,   stały   otwarte.   Stojąc   w   tej   chwili   obok   toru 
głównego,   zapalił   papierosa,   walizkę   położył   na   jednej   z   ławek   i   za-
stanawiał   się   nad   tym,   czy   wytrwa   w   towarzystwie   tych   wstrętnie 

background image

krzykliwych, obłudnych „patriotów". Pomyślał nawet o tym, aby przenieść 
się obecnie do innego przedziału, obawiał się jednak, aby — jak powiada 
przysłowie   —   nie   dostał   się   przypadkiem   z   deszczu   pod   rynnę. 
Ostatecznie   postanowił   zaryzykować   zmianę.   Nie   wyobrażał   sobie 
towarzystwa, wstrętniejszego niż poprzednie. Odrzucił papierosa i właśnie 
zamierzał   sięgnąć   po   walizkę,   gdy   spostrzegł   na   torze   jakiś   świstek 
papieru, leżący pod wagonem. Papier z formatu tak bardzo był podobny do 
dużych   foliałów,   które   „patrioci"   uprzednio   studiowali   w   wagonie,   że 
zdjęła   go   chętka,   z   niewyjaśnionych   dlań   powodów,   by   go   podjąć   i 
obejrzeć.   Miał   pewną   trudność   w   wydobyciu   go   z   miejsca,   chodziło 
bowiem o to, by nie powalać ubrania. Jakiś usłużny tragarz, przechodzący 
obok, widząc, co zamierza tak elegancki dżentelmen, pochylił się szybko, 
wlazł pod wagon i podjąwszy papier, wręczył go Gerardowi z kordialnie 
uprzejmym: — Proszę, panie.

Gérard   rzucił   mu   niklową   monetę,   tragarz   się   skłonił,   powiedział 

„merci" i ruszył po chwili w dalszą drogę. Gérard pozostał z kartką w ręce.

Naglony ciekawością, otworzył szybko podany mu papier; ciekaw był 

zobaczyć, jakim to wynalazkiem tak przesadnie wśród drogi chełpił się 
grubas. Nie przykładał jednak wagi do wartości „wynalazku". Chustka, 
którą owijał kołnierz i szyję, była zawsze w porządku i nie domagała się 
zmiany   w  sposobie  noszenia.  Uderzyło go  również,  dlaczego  szkic  tak 
drobnego   wynalazku   przedstawiony   był   graficznie   na   papierze 
kartonowym i w tak dużym formacie, a opis i objaśnienia tak samo zajęły 
cały prawie arkusz. Gdy rzucił okiem na szkic i jego opis, przekonał się 
zaraz, że istotnie przeczucie nie wprawiło go w błąd. Szkic był pisany 
terminologią techniczną — co drugi niemal wyraz był wyrazem fachowym 
— szkice były duże, wykonane pomiarowo i nie wykazywały bynajmniej, 
że przedstawiają wynalazek z dziedziny — galanterii. Gérard zdziwił się. 
Głęboka bruzda przecięła mu czoło. Nie był technikiem i nie miał pojęcia, 
co   rzecz   przedstawia.   Oderwał   wreszcie   wzrok   od   rysunku   i   spojrzał 
dokoła; zagadka rysunku jakąś uporczywą myślą wypełniła mu umysł.

Właśnie w tej chwili grupa pasażerów, wracających z wizami i kwitami 

celnymi, jak gęsta chmura wtłoczyła się na peron; wszyscy od razu runęli 
na   tor,   pociągając   toboły   i   szukając   swych   miejsc.   Gérard   znalazł   się 
pośrodku   tej   czerni.   Chwycił   za   walizkę,   zamierzając   tak   jak   tamci 
odszukać swój przedział, gdy nagle poprzez tłum doleciał go okrzyk:

— Panie, panie!
Spojrzał   za   siebie,   by   zrozumieć,   o   co   chodzi,   ale   głos   od   nowa 

rozpoczął piskliwie:

background image

— To jest moje, monsieur — to moje, monsieur... Proszę mi to oddać, 

pan nie może tego zabrać... To jest moje, monsieur, to moje, monsieur —

Pochwycono   go   za   rękę   i   ustawiono   jakiś   bagaż   tuż   u   jego   nóg. 

Wszystko to się stało tak nagle i gwałtownie, że nie zdążył nawet spojrzeć 
i zrozumieć, o co chodzi. Dopiero w kilka chwil później, rozpoznał w 
atakującej ową nędznie ubraną, poniżoną kobietę, która przed godziną, czy 
dwiema obudziła w jego sercu tak gorące współczucie.

Była   w   tej   chwili   jeszcze   bardziej   podobna   do   spłoszonej   kwoki. 

Podbiegła   do   niego   wraz   z   ciężką   walizą   i   słomianym   koszyczkiem   i 
złożyła   je   na   ziemi,   by   zwolnić   swe   ręce.   Wysilała   się   panicznie,   by 
odzyskać papier, który Gérard miał w ręce. Jej bonet ponownie osunął się 
z jej głowy; kiwał się w powietrzu, uderzając o jej ramię i zwisając na 
wstążce, uczepionej do włosów. Jej nos był czerwony, jej cienkie włosy, 
mysiego   koloru,   rzędami   kosmyków   przysłoniły   jej   czoło.   Wyraz   jej 
twarzy, pełen grozy i przerażenia, i jej dzikie spojrzenia, rzucane obłędnie 
— wszystko to z tak dziwną siłą podziałało na Gerarda, że instynktownie 
się   cofnął   przed   atakującą   go   kobietą.  Ale   ona,   widząc   to,   ponownie 
zawołała piskliwym głosem:

— Oddaj pan ten papier!... To jest moje, monsieur, to moje monsieur... 

Pan nie ma przecież prawa... Oddaj pan ten papier!

Chwyciła go w tej chwili kurczowo za rękaw.
Gérard ostatecznie zrozumiał jej rozpacz. Współczuł jej w duchu. Ozwał 

się   uprzejmie:   „Voila,   madame"   i   zwrócił   nieszczęsnej   żądany   papier. 
Porwała   go   łapczywie  i  pochwyciwszy   po  chwili  walizkę   i  koszyczek, 
pobiegła ku wagonom. Tu runęła na jednym ze stopni; twarz zagrzebała w 
kościstych   dłoniach   i   gwałtowny   szloch   wstrząsnął   jej   piersią.   Gérard 
chciał właśnie pośpieszyć w jej kierunku i udzielić jej pomocy, gdy nagle 
zacharczał głos tłuściocha;

— Nie wariuj, ty głupia! — ryknął do kobiety.
Ten okrzyk podziałał jak magiczne słowo na rozpacz nieszczęsnej. Nie 

ulegało   wątpliwości,   że   cierpiała   na   histerię.   Zerwała   się   szybko, 
przesunęła dłonią po mokrej twarzy, palce jej spoczęły na czubku nosa. 
Gérard,   który   stale   spoglądał   na   jej   twarz,   gdyż   nie   mógł   po   prostu 
oderwać się od niej, dostrzegł w tej chwili, że twarz ta uległa jakby nagłej 
przemianie. Jakby dotknięcie czarodzieja wywarło na nią wpływ. Kobieta 
spojrzała na lżącego ją brutala, a zachwycone jej oczy zalśniły w tej chwili 
tak tkliwą miłością, że twarz jej ponownie mogła zdawać się piękną. W 
kącikach  jej  ust  zabłąkał się  uśmiech,  oczy  promieniały   od szczęścia  i 
pogody.

background image

Podała z uśmiechem papier brutalowi. Wyrwał go z jej rąk, nieoględnie i 

szorstko, wtłoczył go bezzwłocznie do jednej z kieszeni.

— Nic tak ważnego — zachichotał pod nosem. — Ty zawsze robisz 

rwetes o byle jakie głupstwo.

Obrócił się teraz i spojrzał na Gerarda, który podjął walizkę. Podniósł 

rękę i wymownym gestem opukał sobie czoło. Potem wskazał kobietę i 
dodał bezpośrednio:

— Nie ma tu w porządku — zaśmiał się dziko. Pan rozumie, co myślę.
Gérard nie zamyślał wdać się w rozmowę. Zdławił swój wstręt, obrócił 

się rychło i wskoczył na stopień, by znaleźć jakieś miejsce. Nie zniósłby 
podróży w otoczeniu tych zbirów i przeklinał chwilę, w której podjął ów 
papier. Na szczęście nie zwrócono nań zbytniej uwagi. Pasażerowie, zajęci 
rozmieszczaniem bagażów i szukaniem swoich miejsc, nie mieli wprost 
czasu zainteresować się tą sceną, która, z nieznanych mu powodów, jakoś 
dziwnie zaciążyła na jego umyśle. Znalazł wreszcie miejsce w nie zajętym 
jeszcze   całkiem  przedziale.   Złożył  swą   walizę   i   oparłszy   się   na   oknie, 
wyjrzał na peron. Pragnął podświadomie mieć zupełną pewność, co się 
stało z kobietą. Przed oczyma migał mu jej czerwony nos i przerażony 
wyraz obłędnych oczu.

Ostatnie, co dostrzegł, to była jej chuda noga, wyłaniająca się nieśmiało 

spod  zniszczonej  spódnicy. Było to  w chwili,  gdy   wstąpiła  na  stopień. 
Ujrzał pantofelki i jej białą pończochę, sporządzoną z bawełny. Nikt jej nie 
pomógł,   gdy   wtłaczała   się   na   górę.   W   ręce   jeszcze   ciągle   trzymała 
koszyczek.

Scena, którą przeżył i w której, wbrew woli, odegrał pewną role, nie 

odchodziła mu z pamięci podczas podróży do Brukseli. Twarz tej kobiety, 
pełna grozy, przerażenia i bezgranicznego oddania dla gnębiącego ją łotra, 
ścigała   go   po   prostu   przez   całą   drogę.   Młody   jej   wiek   nie   pozwalał 
przypuszczać, że była jego matką. Ale ten wyraz miłości, który rozjaśniał 
jej twarz i wydobywał z niej zawsze tak nadziemskie piękno — ten wyraz, 
tak   przypuszczał,   miał   wszystkie   cechy   macierzyńskiej   ofiarności; 
właściwy   jest   kobietom   czystym,   doskonałym,   owym   cichym 
cierpiętnicom,   którym   przedmiot   uwielbienia,   bez   względu   na   jego 
wartość,   będzie   zawsze   przyświecał   jak   nienaganny   ideał.   Ten   nędzny 
brutal, który tak zgoła bezgranicznie doświadczył jej sympatii i dowodów 
przywiązania, ani odrobiną życzliwości nie odpłacał się za nie; a ona go 
czciła i z psim uwielbieniem spoglądała mu w oczy. Cały jej niepokój 
poświęcony był jemu; ogarniał ją strach, gdyż musiała przeczuwać, że mu 
grozi   coś   złego;   że   znajdował   się   chwilowo   w   jakimś   wielkim 

background image

niebezpieczeństwie.

Ale w jakim niebezpieczeństwie?
Myśli Gerarda odbiegły na razie od tematów mu bliższych. Tajemnica 

tej kobiety, tak dziwnie mu sympatycznej, skojarzyła mu się w mózgu z 
szeptanymi   rozmowami   związanych   z   nią   mężczyzn;  z   ich   podejrzanie 
natrętnymi  wybuchami   patriotyzmu,   z   ich   skłonnością   do   łgania,   z   ich 
planami,   rysunkami   i   towarzyszącą   tym   rysunkom   terminologią 
techniczną. Gérard, nie ocknięty jeszcze z własnych doświadczeń, pełen 
jeszcze   wrażeń   po   przebytych   perypetiach,   łamał   sobie   głowę,   co   ich 
mogło łączyć i jaki mieli cel, by utrzymywać z sobą kontakt.

Jeszcze długo od chwili, gdy zagadka ostatecznie została rozwiązana, w 

pamięci Gerarda, nieustannie wracającej do pierwszego dnia pobytu poza 
Francją,   tkwił   jeden   obraz:   ubogo   ubranej,   wynędzniałej   kobiety, 
wspinającej  się  na  stopnie  kolejowego wagonu, w którym  siedzieli już 
wygodnie dwaj krzykliwi, podejrzani hultaje. Widział jej pończochy — jej 
białe   pończochy,   wyzierające   wstydliwie   spod   zniszczonej   spódnicy, 
.chudą jej rękę, ściskającą koszyczek i niesforny bonecik, spadający jej z 
głowy.

Rozdział szósty

Sędziwa   księżna   opowiadała   mi   często   o   pierwszym   występie 

wicehrabiny   de   Lanoy   na   dworze   cesarskim.   Z   chęcią   słuchałam   jej 
ciekawych opowiadań. Wzbudzały we mnie zawsze niezwykłe zaintere-
sowanie.

—   Zdawałam   sobie   sprawę   —   zwierzała   się   przede   mną   —   że   nie 

uniknę ostatecznie zetknięcia się z hrabiną. Ale przez wzgląd na męża, 
odroczono tę sposobność aż do szóstego miesiąca żałoby po Gerardzie.

Byłam całkiem złamana i unikałam długo zjawiania się w towarzystwie.
Mój mąż wziął urlop i kilka miesięcy spędziliśmy w ciszy, w posiadłości 

Rambouillet. Żal za Gerardem był ogólny i szczery. Wszędzie go lubiano, 
wszędzie go darzono nadzwyczajną sympatią. Nikt nie chciał wierzyć, że 
dopuścił się istotnie zarzuconej mu zbrodni i że przyznał się do niej, jak 
ogłosił to Toulon. Gérard de Lanoy jako zdrajca i wywrotowiec? Gérard de 
Lanoy? Nie, to niemożliwe — protestowano ogólnie. Cały niemal Paryż 
jednego był zdania.

Staruszka westchnęła. Na twarzy jej wystąpił wyraz smutku, jak zawsze, 

gdy   w   rozmowach   wspominała   o   Gerardzie.   Ten   smutek   określił 
uduchowioną   jej   twarz;   wydała   mi   się   wówczas   jeszcze   stokroć 

background image

piękniejsza.

— Nigdy nie było i nie będzie w przyszłości tak godnego człowieka — 

rzekła półgłosem. — Nie istniał taki drugi, jakim był mój ulubieniec.

Skierowałam   rozmowę   z   powrotem   na   temat   hrabiny   de   Lanoy. 

Staruszka ją podjęła. Po chwili ciągnęła:

— Nie zapomnę tej chwili, gdy po raz pierwszy ją ujrzałam i została mi 

przedstawiona.   Było   to   w   sześć   miesięcy   po   przysłanej   nam   wieści   o 
śmierci   Gerarda   i   o   małżeństwie,   które   zawarł   bezpośrednio   przed 
śmiercią. Zrozumie pani łatwo, że moje uczucia do hrabiny nie były zbyt 
tkliwe.   Nie   wspomniałam  o   niej   nigdy,   nawet  wymienienie   jej   imienia 
sprawiało mi trudność, gdyż przyznaję się szczerze, że z głębi przekonania 
nienawidziłam  ją  zawsze.   Nawet  mój   mąż,   który   znany   był  z  tego,   że 
zawsze   objawiał   ogładę   w   obejściu,   nie   zważając   na   fakt,   że   cesarz   i 
cesarzowa darzyli ją sympatią, unikał jak mógł zetknięcia się z hrabiną. 
Nasz przyjaciel, Marquis de Ravenne, napomknął mu raz o niej w trakcie 
rozmowy. Markiz, który należał do bliskich cesarzowi kół arystokracji, był 
obecny   na   przyjęciu,   kiedy   cesarz   i   cesarzowa   podejmowali   hrabinę. 
Okazali jej, podobno, niezwykłą życzliwość, zaś cesarzowa oświadczyła, 
— tak twierdzi Ravenne — że dołoży starań, aby książę de Lanoy mógł 
wkrótce się spotkać z owdowiałą szwagierką.

Cesarzowa nie wspomniała mi o ówczesnej rozmowie — ciągnęła lady z 

widoczną   goryczą   —   ale   w   gruncie   rzeczy,   zaprosiła   nas   potem   na 
spotkanie   z   hrabiną.   Mieliśmy   się   zejść   na   dworskim   przyjęciu.   Za-
proszenie do nas przyszło niemal zaraz po powrocie z Rambouillet do 
Paryża — na drugi już dzień — akuratnie w pół roku po śmierci Gerarda. 
Znaczyło dla nas tyle, co wydany nam rozkaz. Nie ulegało wątpliwości, że 
odmowa z naszej strony naraziłaby nas zaraz na niechybną niełaskę obojga 
cesarstwa.   Zaproszono   nas,   pamiętam,   na   czwartą   po   południu.   Byłam 
jeszcze wówczas w głębokiej żałobie i nie opiszę pani tego, jak tłukło mi 
się   serce,   gdy   otworzono   przed   nami   drzwi   salonu   i   gdy   weszłam   do 
środka. Cesarz i cesarzowa już byli w salonie. Jeszcze teraz ich widzę. 
Wystarcza zupełnie, gdy zamknę oczy, a zaraz mi się zdaje, że stoją przede 
mną. Cesarz był w ciasno zapiętym, długim surducie, w jego czarnym 
krawacie lśniła szpilka; wypomadowane jego wąsy sterczały jak sznurki. 
Cesarzowa spojrzała jakby lekkim zezem, który, zdaniem jej przyjaciół, 
dodawał jej powabu. Jasne włosy opadały jej w lokach na czoło i ramiona. 
Do gorsu przypięła bukiecik konwalii. Policzki przeciągnęła różem, rzęsy i 
brwi uczerniła ołówkiem. Nie miała tego dnia na sobie krynoliny. Po raz 
pierwszy, zapewne. Wyznam pani teraz, że ona zawsze w ten sposób, bez 

background image

żadnej   zapowiedzi,   wprowadzała   modę.   Czyniła   to   dlatego,   aby   inne 
panie, nie wiedząc jeszcze o tym, przedstawiały się skromniej i cośkolwiek 
niemodnie.   Wprawdzie   nosiłam   jeszcze   wówczas   suknie   żałobne,   ale 
dotknęło mnie niemile, że akuratnie przed tygodniem zamówiłam inne do 
półżałoby; nie wiedziałam jeszcze wówczas, że cesarzowa zarzuca obręcze 
krynolin i że wprowadza kupry, wypełnione włosiem; noszono je w tyle, 
tuż   pod   pasem.   Jedwabna   jej   suknia   miała   kolor   popielaty.   Jej   upięcia 
zdobiły   niebieskoszare   szarfy,   wstążki   i   olbrzymie   kokardy,   fason 
rękawów   był   wybitnie   bufiasty.   Cesarzowa   wyglądała   urodziwie,   jak 
zawsze, ale zestarzała się nieco od czasu, gdy ostatnio widziałam ją w 
Bordeaux. Nie zdziwiło mnie to wcale z uwagi na fakt, że cesarstwo już 
stracili swą dawną popularność i że horyzont polityczny coraz gęściej i 
wyraźniej   przysłaniał   się   chmurami.   Wszystko   wskazywało   na   bliską 
burzę.

Cesarz podbiegł do nas, powitał nas uprzejmie i pocałował mnie w rękę. 

W chwili, gdy z mężem zabawiał się rozmową, podeszłam do cesarzowej i 
złożyłam  jej ukłon,   jak  wymagał  ceremoniał.  Po  krótkiej  rozmowie,  w 
którą wdała się ze mną, wskazała na damę, stojącą pod oknem. Była to ona 
—   hrabina   de   Lanoy.   Wzrost   miała   słuszny,   wygląd   wytworny,   strój, 
oczywiście,   pokryty   krepą.   Podeszła   do   nas   z   wdziękiem   i   gracją. 
Cesarzowa rzekła: Przedstawiam pani, księżno, hrabinę de Lanoy.

Czy   przedstawia   sobie   pani   —   ciągnęła   staruszka   —   te   dwie, 

młodociane, przystojne kobiety, pochylające się przed sobą w dworskim 
ukłonie i wystające torsami z otaczających je dokoła balonów krynolin? 
Patrzyłam na mój nos, gdy pochylałam się przed nią i tylko błyskawicz-
nym   spojrzeniem   zerknęłam   ku   górze.   Muszę   jednak   przyznać,   że 
piękność tej kobiety po prostu mnie olśniła. Nie widziałam jeszcze w życiu 
tak bogatej urody. Jej cera była blada, jak kość słoniowa, kolor jej włosów 
połyskiwał jak miedź. Na głowie jej spoczywał czarny  bonecik, upięty 
bogato koronkami, a u samego jego przodu wyzierała spośród wstążek 
olbrzymia   kamelia.   Czarny   kolor   jeszcze   silniej   uwydatniał   barwę   jej 
włosów.   Uderzyło   mnie   od   razu,   że   żałobna   jej   krepa   nie   miała   tak 
wielkich   i   szerokich   rozmiarów,   w   jakich   lubowały   się   powszechnie, 
owdowiałe mężatki. Nie uważałam za stosowne zganić jej za to. Uważam 
bowiem zawsze, że żałoba i ból nie mogą być mierzone metrami krep. 
Miała   krepę   tiulową,   krótką,   delikatną,   nie   dosięgającą   swą   długością 
nawet końca jej nosa. Wyglądała w niej pięknie i niezwykle elegancko.

Pamiętam doskonale, że przez kilka minut byłam dziwnie zakłopotana. 

Nie wiedziałam, co począć. Ale szczęśliwy przypadek wybawił mnie z 

background image

kłopotu. Nadbiegł w tej chwili synek cesarzowej, następca tronu, który 
uprzednio, gdy przybyłam, zabawiał się z hrabiną we wnęce okna. Lubił ją 
zapewne, gdyż do niej właśnie przybiegł i ujął ją za rękę, odpowiadając z 
uśmiechem na mój ceremonialny ukłon. Jednocześnie i mój mąż zbliżył 
się   do   nas.   Cesarzowa   natychmiast   przedstawiła   go   hrabinie,   on   zaś 
pochylił się i ucałował jej rękę. Jeszcze dziś doskonale pamiętam tę scenę. 
Olbrzymi salon, pośrodku cesarz i cesarzowa Eugenia, opodal mój mąż, 
pochylony nad ręką hrabiny  de Lanoy — zauważam nawiasem, że nie 
widziałam w życiu tak cudnej ręki — i małe książątko, ukryte do połowy 
za fałdami jej sukni, jakiś tragiczny wyraz wyzierał mu z oczu. Spoglądał 
raz na mnie, to znowu na nią, jakby domyślał się tego, że jakaś niezwykła 
rzecz rozgrywa się przed nim — jedna z tych rzeczy, których i dawniej, 
być może, niejednokrotnie był świadkiem.

Cesarzowa skinęła i wszyscy usiedli. Ona i cesarz wdali się zaraz w 

rozmowę   z   księciem,   ja   zaś   usiadłam   obok   pięknej   kobiety,   którą 
nieodżałowany   Gérard   tak   bardzo   musiał   kochać,   że   nawet   w   obliczu 
śmierci zaofiarował jej nazwisko. Przyznaję się otwarcie, że nienawidzi-
łam jej wtedy. Uznałam jej piękność, jej wdzięk, jej smak, jej wytworność, 
ogładę — wszystko w niej uznałam — ale nie mogłam jej darować, że to 
ona była tą, na którą oczy Gerarda po raz ostatni w życiu zwróciły się z 
miłością — że widziała ich uśmiech, ostatni ich uśmiech, ostatni wyraz 
jego szczęścia i upojenia wśród ziemskiej wędrówki. Nienawidziłam jej 
wtedy, och jak nienawidziłam!...Bóg tylko wie, co działo się we mnie...

Na ustach staruszki zabłąkał się uśmiech. Zaśmiała się dziwnie, lecz 

odczuwałam wyraźnie, że rada by zapłakać. Nadrabiała wprawdzie miną, 
jakby usiłując mnie przekonać, że szaleństwa miłości już dawno minęły i 
uległy zapomnieniu, wiedziałam jednak lepiej, co się działo w jej sercu. 
Uśmiechnęła się do mnie, ale odczuwałam ból, który krajał jej serce; ból 
zabliźniony, już zatarty, co prawda, ale ciągle jeszcze żywy, gdy musnęło 
go wspomnienie.

— Chłopczyk uczepił się ręki hrabiny — ciągnęła po chwili — oparł się 

na niej i spojrzał mi w oczy dziwnie dużymi, pytającymi oczyma. Nie 
uwierzy pani może, ale tknęło mnie coś wtedy, że nad losem tego dziecka 
zawisła   tragedia.   Wzdrygnęłam   się   nagle,   usiłując   się   otrząsnąć   z   tej 
strasznej myśli, jak przeczucie, utkwiła w mym mózgu; nie mogłam się jej 
pozbyć.

Zapytałam hrabiny, czy lubi dzieci. — Namiętnie — odrzekła, patrząc 

mi w oczy. Rozmowa ponownie utknęła kłopotliwie. Zupełnie zrozumiałe. 
Patrzyłyśmy na siebie, dwie, jeszcze młode, bezdzietne kobiety — ona już 

background image

wdowa, nie zdążywszy nawet w pełni zostać żoną swego męża. Czyż więc 
rozmowa o dzieciach mogła toczyć się gładko, naturalnie, jak u innych? 
Oczywiście, że nie. Brakło nam doświadczeń, by móc ją prowadzić.

Przeszłyśmy po chwili na bliższe nam tematy. Od dziecka mnie uczono, 

abym   nie   siedziała,   jak   mumia,   gdy   się   znajdę   w   towarzystwie.   „Nie 
zapominaj   języka"   —   powtarzano   mi   zawsze.   Gdy   byłam   jeszcze 
dzieckiem,   sędziwa   moja   babka,   markiza   de   Mortemart,   zażyła   przyja-
ciółka   Marii  Antoniny,   najbardziej   podziwiana   spośród   dam  jej   dworu, 
przysposabiała   mnie   do   tego,   nie   zważając   na   to,   że   jeszcze   nie   dość 
podrosłam.   „Fanny   —   zwykła   mawiać   —   ćwicz   się   w   konwersacji." 
Rozpoczynałam więc ją zawsze, lub mieszałam się do niej, gdziekolwiek 
się trafiło, gdziekolwiek było można. Z mądrymi, dowcipnymi, z głupimi, 
bezdusznymi, — gdziekolwiek się zdarzało — byle paplać, a nie milczeć. 
Początkowo te występy kończyły się fiaskiem; wypędzano mnie z pokoju, 
łając jeszcze przy tym i nazywając mnie gęsią. Nieraz w owych dniach aż 
paliłam się ze wstydu, gdy spotkała mnie kara. Z biegiem jednak czasu 
nabierałam  rutyny   i   coraz   zgrabniej   i  swobodniej   obracałam  się   wśród 
ludzi. I dziękowałam za to Bogu, że babka już od dziecka nakazywała mi 
„rozmawiać". W późniejszych bowiem latach nigdy w towarzystwie nie 
zabrakło mi tematu.

Zabawiając się z hrabiną, spoglądałam jej często w oczy, może częściej i 

natrętniej, niż pozwalały na ten wybryk dobre maniery. Ale czyniłam to 
dlatego, że ścigała mnie myśl, iż widziałam już gdzieś jej piękną twarz. 
Nie pamiętam jednak, gdzie. Widziało się ich tyle w roku Wystawy, że 
niemożliwą było rzeczą zapamiętać sobie wszystkie, byłam jednak pewna, 
że nową mą szwagierkę widziałam może wówczas wśród falangi obcych, 
którzy stale zjeżdżali, by odwiedzić wystawę. Próbowałam ją wybadać, ale 
milczała   zawzięcie,   ilekroć   w   rozmowie   wspomniałam   coś   o   niej.   W 
rezultacie nie zdołałam nic z niej wydobyć. Absolutnie nic.Po kwadransie 
rozmowy nie wiedziałam o niej więcej, niż wiedziałam poprzednio; z tą 
jedną   różnicą,   że   poznałam   w   niej   kobietę   dorodną,   sympatyczną, 
doskonale ubraną i o wytwornych manierach.

Ani   ona,   ani   ja,   nawet   słowem   nie   wspomniałyśmy   w   rozmowie   o 

Gerardzie.   Gdy   ja   i   mój   mąż   odchodziliśmy   wreszcie,   cesarzowa 
przyjaźnie ujęła mą dłoń i rzekła znacząco:

—   Spodziewam   się,   że   pani,   księżno,   i   nasza   droga   hrabina,   będą 

wkrótce serdecznymi, życzliwymi przyjaciółkami.

„Nasza droga hrabina!".
Wściekłam się wówczas; nie opiszę pani tego, jaka ogarnęła mnie złość. 

background image

Irytowało   mnie   również,   że   mąż   mój,   ujęty   wdziękami   szwagierki, 
uśmiechał się do niej i dziwnie życzliwie patrzył jej w oczy. Zrozumie pani 
łatwo, że jeszcze bardziej, niż przedtem, znienawidziłam ją za to.

Rozdział siódmy

— Księżniczka Matylda wydała wspaniałe przyjęcie ku czci hrabiny — 

opowiadała mi księżna przy innej okazji. — Było to akuratnie w rok po 
śmierci biednego Gerarda, a owdowiała jego żona, złożyła, oczywiście, 
tego dnia żałobę. Ja jeszcze ciągle chodziłam w krepie. Pamięć Gerarda 
tak mi była bliska, jakbym wczoraj dopiero pożegnała go w Lyonie. Gdy 
zobaczyłam   Juanitę   w   jasnym,   kolorowym   stroju   balowym,   doznałam 
mimowolnie dziwnego wstrząsu. Dowiedziałam się wtedy, że na imię ma 
Juanita;   nie   przypadło   mi   do   smaku   to   egzotyczne   imię.   Dlaczego   nie 
Joanna, lub jakieś inne imię spośród imion chrześcijańskich? Skończyło 
się na tym, że ja od tej pory nazywałam ją Juanitą, a ona w rozmowie 
mówiła mi Fanny.

Nie   spotykałyśmy   się   często.   Nie   dlatego,   że   celowo   i   świadomie 

unikałam jej towarzystwa, ale po prostu z tej przyczyny, że za mało nas 
łączyło duchowej wspólnoty. Jedyny temat, który nas mógł interesować, 
był   stale   i   starannie   unikany   w   rozmowie.   Przyznaję   się   szczerze,   że 
niełatwą   było   rzeczą   tak   trwać   w   postanowieniu;   to   sprawiało   nawet 
trudność;   ale   w   gruncie   rzeczy   od   sześciu   miesięcy,   które   trwała   już 
znajomość, ani razu nie wspomniałyśmy imienia Gerarda. Muszę jednak 
przyznać, że nie brakło jej tematów, gdy się wiodło z nią rozmowę; swadę 
miała   wielką,   a   nie   mniejszą   inteligencję.   Znała   się   na   wszystkim;   na 
książkach,   teatrze,   sztuce,   muzyce.   Jak   na   dwadzieścia   kilka   lat,   które 
liczyć mogła wówczas, była bardzo oczytana i już wiele widziała — znała 
też   świetnie,   co   dziwiło   mnie   nawet,   mnóstwo   szczegółów   z   życia 
artystów. Stykała się niejednokrotnie z obu Dumasami, ojcem i synem, i 
doskonale oceniała charakter ich twórczości. Pożyczyła mi w tych czasach 
„Teresę   Raquin",   najnowszą   powieść   Emila   Zoli;   rzecz   nieco   śmiałą, 
potraktowaną realistycznie, znaną jednak z tego, że rozpętała burzę wśród 
mas zacofańców. Opowiadała mi też wiele o niemieckim kompozytorze, 
Ryszardzie Wagnerze, który właśnie w tym okresie kończył swą wielką, 
niezrównaną tetralogię. Jej temat, jak mówiła, zaczerpnięty był z legendy 
o   pierścieniu   Nibelungów   i   niezwykle   wstrząsająco   przedstawiał   jego 
dzieje.   Złoto   Renu,   troskliwie   .strzeżone   przez   nadobne   jego   córy,   a 
wydarte im w walce przez młodego Zygfryda, bohatera tetralogii, staje się 

background image

w końcu powodem jego śmierci; naraził się bogom, gdyż zakochał się w 
siostrze, przepięknej Siegelindzie. Jazdę Walkirii, amazonek germańskich, 
przedstawioną przez Wagnera w toku tego dzieła, jako porywający swą 
ekspresją   poemat   symfoniczny,   nazwała   Juanita   najcudowniejszym 
utworem, jaki kiedykolwiek napisano.

Akuratnie w tym okresie i słynny Degas, malarz realizmu, wystąpił na 

widownię.   Przyznaję   się   otwarcie,   że   zawsze   mnie   raziły   jego   dziwnie 
brzydkie „baleriny". Ale gdy odwiedziłam z Juanitą pracownię artysty i 
przyjrzałam się bliżej jego studiom i szkicom, uznałam po raz pierwszy 
ogromny jego talent. Opowiedziała mi również, że była już w Anglii i że 
widziała królową angielską, kobietę niepokaźną, ale czczoną jak bóstwo 
przez uwielbiający ją naród. I księżniczkę Walii, która uchodziła w owych 
czasach za najpiękniejszą kobietę na całym kontynencie.

  *    *   *
—  Ale   zaczęłam   przecież   mówić   o   wielkim   przyjęciu   u   księżniczki 

Matyldy   —   ciągnęła   staruszka.   —   Otóż   po   raz   pierwszy   tego   dnia 
widziałam Juanitę w stroju wieczorowym. Przyznaję się szczerze, że tak 
ona,   jak   jej   strój   —   wywołały   mój   podziw;   wyglądała   czarująco. 
Księżniczka przyjęła ją nader gościnnie, a zebrani u niej goście byli pełni 
entuzjazmu   dla   urody   Juanity.   Mężczyźni   niedwuznacznie   wyrażali   jej 
hołd, kobiety bezstronnie przyznawały im rację; spuszczały jednak nosy, 
gdy cesarz i cesarzowa zaszczycali ją rozmową. Opowiadano półszeptem, 
że   Juanita   była   córką   Napoleona   III,   a   jej   romantyczne   małżeństwo   z 
Gerardem de Lanoy dodawało jeszcze blasku tajemnicy. Na przyjęciu u 
księżniczki otoczył ją od razu rój wielbicieli. Byłam sama tego świadkiem, 
jak rozmawiał z nią Thiers, pożerając ją oczyma, generał Mac Mahoń, 
ostrzący  sobie język, gdy  się wdał z nią w dysputę, Prosper Merimee, 
artysta i poeta, niełatwo chylący czoło przed kobietą i Charles Gounod, 
który, zachwycony jej urodą, przyrzekł jej poświęcić swą następną operę.

Gdy zjawili się cesarstwo, bal otworzono uroczystym kadrylem. Brałam 

w nim udział, tańcząc z cesarzem: partnerem cesarzowej był hrabia Nigra. 
Clou   wieczoru   była   cygańska   orkiestra,   sprowadzona   z   Budapesztu. 
Księżniczka Matylda stanęła do kadryla z księciem Walii, po przeciwnej 
stronie tańczyła Juanita z Leopoldem von Hohenzollern.

Nikt tam nie myślał o możliwości wojny, nie roztrząsano też zupełnie 

takich kwestii, jak polityka. Ale nikt też nie podlegał wizjom proroczym. 
Rozmawiano   i   flirtowano   z   Feliksem   Faure   i   Kazimierzem   Perier,   nie 
domyślając   się   wcale,   że   i   jeden   i   drugi   będą   kiedyś,   w   przyszłości, 
prezydentami Francji. Przy kolacji siedzieliśmy z generałem Bazaine, nie 

background image

przeczuwając zgoła, że ten człowiek niedługo okaże się zdrajcą. Monsieur 
de   Lesseps   opowiadał   mi   w   rozmowie   o   kunsztownym   kanale,   który 
przekopał   przez  Afrykę   w   pobliżu   Suezu   i   który   jak   mi   mówił,   już   z 
końcem listopada miał zostać otwarty. Cesarzowa przyrzekła, że osobiście 
weźmie udział w otwarciu kanału, a Monsieur de Lesseps, który był jej 
kuzynem, cały swój sukces zawdzięczał jej staraniom. Świat go uważał za 
pustego marzyciela, uczeni zaś twierdzili, że cały jego plan już z góry był 
zdany   na   niechybną   zagładę.  Ale   cesarzowa,   mimo   wszystko,   wierzyła 
weń   święcie;   przez   całe   dziesięć   lat   udzielała   mu   pomocy   i   dodawała 
otuchy;   dzięki   jej   zabiegom   rząd   francuski   stał   się   poważnym 
akcjonariuszem istniejącej już spółki, a kiedy Kedyw ją zaprosił, by na 
ceremonię  inauguracyjną  przyjechała   do  Kairu,   cesarzowa  bez  wahania 
przyjęła zaproszenie. Kedyw, odwdzięczając się i pełen entuzjazmu dla 
uprzejmości   cesarzowej,   wybudował   nad   Nilem   wspaniały   pałac,   aby 
godnie   ją   przyjąć.   Monsieur   de   Lesseps   opowiedział   mi   o   wszystkim 
szeroko   i   dokładnie,   ale   gdy   skierował   rozmowę   na   temat   kanału, 
obciążając ją na domiar terminologią techniczną, której nie rozumiałam, 
straciłam cierpliwość i poczęłam się nudzić. Wolałam słuchać anegdotek 
de Blowitza, który ze swadą i humorem opowiadał obecnym o paryskich 
skandalikach,   lub   skierować   uwagę   na   Franciszka   Blanca,   opisującego 
zajmująco   kasyno   gry,   które   olbrzymim   sumptem   zbudował   w   Monte 
Carlo. Kasyno to istniało od sześciu już lat, a elita towarzyska Wiednia i 
Petersburga   coraz   gęściej   i   jawniej   podążała   w   jego   progi.   Blanc   był 
pewny, że Paryż już wkrótce pójdzie za tamtymi.

*  *  *
— Nie tańczyłam wiele na przyjęciu u księżniczki, gdyż nie czułam się 

na   siłach,   by   wirować   wśród   radości,   ale   piękna   Juanita   jakoś   szybko 
zapomniała o minionej żałobie. Widziałam mimo woli jak jasna jej suknia 
bez przerwy powiewała wśród tańców na sali. Ale cóż w tym dziwnego? 
Była piękna, młoda, więc oblegano ją po prostu, byle móc z nią zatańczyć. 
Kotyliona tańczyła z Leopoldem Belgijskim. Nadawali się do siebie, gdyż 
i   on   był   młody   i   niezwykle   urodziwy,   ale   dodam   nawiasem,   że   nie 
gustowałam w mężczyznach, którzy w tak młodym wieku nosili już brody.

Najwięcej tańczyła z pewnym młodym rotmistrzem artylerii polowej, 

niejakim Durobert. Pochodził on z jednej z najlepszych rodzin, a dzięki 
swym warunkom i wytwornym manierom, był mile widziany wśród sfer 
towarzyskich.   Był   świetnym   tancerzem,   niezrównanym   jeźdźcem   i 
jakkolwiek nie zaliczał się do ludzi zasobnych — rodziców miał biednych 
i żyjących skromnie w swej wiejskiej posiadłości — zawsze brał udział w 

background image

wystawnych   zabawach,   nie   licząc   się   z   kosztami   i   nie   szczędząc 
wydatków, by zaimponować rozmachem.

Zachowanie   się   obojga   od   razu   wśród   obcych   wywołało   zdumienie. 

Rzucało się w oczy. Bezpośrednio po lansjerze tańczyła z nim kadryla, a 
następnie kilka walców; nie świadczyło to dobrze o takcie kobiety, która 
tak niedawno dopiero złożyła żałobę po śmierci męża. Ktoś z obcych — 
nie pamiętam już, kto — opowiadał mi następnie, że widziano go po balu, 
jadącego z nią razem w jej własnym powozie. Gdyby zapytano ją o to, 
odpowiedziałaby zapewne, że odprowadzał ją do domu; byli jednak tacy, 
którzy twierdzili stanowczo, że powóz jej skręcił w kierunku dzielnicy, w 
której   mieszkał   Durobert.   Nie   uwierzyłam,   oczywiście,   tym 
skandalicznym   plotkom.  Ale   nie   mniej   się   zdumiałam,   gdy   usłyszałam 
nazajutrz   o   strasznej   tragedii,   która   zdarzyła   się   nad   ranem.   Młody 
Durobert   zastrzelił   się   w   mieszkaniu.   Nikt   w   kamienicy   nie   słyszał 
wystrzału, a gdy służący nad ranem przyniósł mu śniadanie, zastał go w 
sypialni, leżącego na podłodze, wśród kałuży krwi. Łóżko miał zasłane, 
nie leżał w nim nawet, lekarz jednak stwierdził, że śmierć nastąpiła przed 
kilku godzinami. Posłano po policję, ale sprawy ostatecznie nie zdołano 
wyjaśnić; zatuszowano ją raczej. Opowiadano sobie jednak, że Durobert 
był   na   żołdzie   rządu   niemieckiego   i   że   wykradł   pewną   ilość   ważnych 
dokumentów,   szczególnie   zaś   szkic   nowego   typu   dział,   który   ceniono 
sobie   bardzo   w   ministerstwie   wojny   i   trzymano   przed   obcymi   w 
najściślejszej tajemnicy.

Policja,   jak   powiadam,   zrobiła,   co   mogła,   by   rzecz   zatuszować,   ale 

służba Duroberta nie trzymała języka i przez nią to właśnie rozniosła się 
wieść, że w biurku rotmistrza znaleziono pewną ilość kompromitujących 
dokumentów. Przypuszczam, oczywiście, że asumpt do tego dały uwagi 
policji,   poczynione   wśród   rewizji,   a   podchwycone   niedyskretnie   przez 
któregoś z domowników. Wypytano ich dokładnie, co do szczegółów nocy, 
która   poprzedziła   wypadek,   ale   nie   uzyskano   w   tym   kierunku   prawie 
żadnych wyjaśnień. Pan — twierdziła służba — wybrał się wieczór na 
wielką zabawę, a odchodząc, zauważył, by nie czekano na niego, gdyż nie 
może   przewidzieć,   kiedy   powróci.   Nikt   ze   służby   nie   wiedział,   kiedy 
wrócił i nikt też nie słyszał wystrzału pistoletu.

W kołach towarzyskich wieść o tragedii przyjęto początkowo z wielkim 

przygnębieniem. Ale wkrótce i o niej zapomniano zupełnie.

Rozdział ósmy

background image

Wypadki, jak ostatni, coraz częściej i dobitniej niepokoiły opinię. Coraz 

częściej   przychwytywano   szpiegów   i   zdrajców,   coraz   bardziej   urastała 
kronika aresztowań i sensacyjnych samobójstw. Przykładów było wiele, a 
nazwiska takich ludzi, jak: Tournevoy, dAlambert, Neutachel i innych — 
całymi   tuzinami   liczono   podówczas   —   świadczyły   wymownie,   że 
organizm   Francji   nie   podoła   zbyt   długo   tej   toczącej   go   zewsząd, 
niebezpiecznej gangrenie.

Niepopularność cesarza i brak gotówki — nie wspominam, oczywiście, 

o   majątkach   spekulantów   —   odczuwany   przede   wszystkim  przez   ludzi 
młodych,   garnących   się   do   życia   —   dwa   te   zjawiska   były   głównymi 
przyczynami   szerzącej   się   zarazy.   Toteż   i   sprawa   Duroberta   znalazła 
ostatecznie zupełne wyjaśnienie. Stwierdzono urzędowo, że za plany dział, 
dostarczone   Niemcom,   otrzymał   gotówką   sto   tysięcy   franków, 
wypłaconych mu w złocie. W łączności z tym wszystkim, wspominano i o 
innych,   podobnych   wydarzeniach.   „Nie   oszczędzano   i   Gerarda"   —   ze 
łzami w oczach żaliła się księżna.

— Ale dlaczego tak tajemnie załatwiono z nim sprawę? — podsłuchała 

raz staruszka tajemną rozmowę. — Uwięziono go naprzód i po krótkim 
śledztwie   natychmiast   rozstrzelano,   jak   mówią   ogólnie.   Pozwolono   mu 
tylko bezpośrednio przed śmiercią poślubić pewną damę, pozwolono zaś 
dlatego,   że   tajemnicza   ta   pani   cieszyła   się   protekcją   Napoleona   III.  A 
przypomina pan sobie Piotra du Pont-Croix? święcie w to wierzę, że cała 
ta klika dorobiła się fortun na sprzedaży tajemnic pruskiemu wywiadowi.

— Nasza tajna policja — ubolewał ktoś w klubie — nie rozporządza 

niestety   nowoczesnym   systemem.   Gabinet   Wywiadu   upada   niemal   w 
oczach, a Lucien Toulon jest stanowczo za stary, by podołać zadaniu. Jego 
metody są marne, trącą już myszką. Dowiedziałem się niedawno, że w 
Austrii   i   w   Prusach   używa   się   kobiet   do   celów   wywiadu;   młodych, 
przystojnych, fascynujących dam, które nawiązują znajomości z oficerami 
i   arystokracją.   Taka   jedna   kobieta   może   więcej   wyśledzić,   niż   stu 
komisarzy. Ale Toulon jest za stary — zanadto zacofany, by iść w tym 
względzie   za   pruskim   przykładem.   Brakuje   mu   energii   i   brakuje   też, 
przypuszczam, odpowiedniej orientacji.

Podobne rozmowy jawnie i otwarcie toczyły się w klubach; prowadzono 

je   w   kawiarniach,   w   pierwszorzędnych   restauracjach,   w   pociągach,   na 
wyścigach,   na   przyjęciach,   obiadach.   Temat   ich   nęcił;   był   jedynym 
tematem,   który   przez   tygodnie   i   miesiące   zachowywał   aktualność.   W 
powietrzu   wisiało   widmo   wojny,   a   instynkt   samozachowawczy   coraz 
jawniej i wyraźniej domagał się ochrony przed szpiegami i zdradą. Tylko 

background image

mało   było   takich,   którzy   w   pamiętnym   owym   roku   —   1864   —   nie 
dostrzegali chmur, gromadzących się nad Renem i nie trapili się myślą, co 
przynieść   może   przyszłość.   Garstka   tych   ludzi,   żyjących   beztrosko, 
zatykała sobie uszy na wołania i przestrogi.

Warunki istotnie sprzyjały spekulantom: pogoda była piękna, zabawy 

odchodziły z królewską rozrzutnością, więc po cóż się smucić i zatruwać 
sobie   duszę?   Nie   pomoże   to   sprawie,   gdy   duch   się   zasklepi   i   obarczy 
troską.

A pochlebcy, optymiści i usłużni dworacy z otoczenia cesarzowej wołali 

otwarcie, z coraz większym zapałem:

— Dlaczego nie dać szkoły tym pruskim rozbójnikom? Czy boimy się 

ich może — czy nie stać nas na to?

Mówili   to   głośno,   tak   często   i   przekonywająco,   że   sami   ostatecznie 

uwierzyli swym słowom. Dlaczegożby i nie? Nawet pychę i butę można 
sztucznie wykrzesać i hodować je w sobie.

Uczeni   i   profesorowie   gromadzili   tymczasem   niemieckie   słowniki   i 

podręczniki — na użytek żołnierzy, gdy podejdą pod Berlin. Rozentuz-
jazmowana   młodzież   głosiła   z   zapałem,   że   armia   francuska   jest   siłą 
niezwalczoną.   Przypominała   pesymistom  Austerlitz   i   Jenę,   Solferino   i 
Jaffę — ale jakoś nie wpadało jej na myśl, by wspomnieć im również o 
bitwie pod Waterloo.

*   *   *
Echa tych wieści docierały  wśród tego i do uszu Gerarda. Zaniechał 

zamiaru osiedlenia się w Brukseli i zamieszkał na razie w szwajcarskiej 
Genewie. Wybrał ją dlatego, ponieważ w dnie słoneczne, gdy sprzyjała 
pogoda, mógł z okien swego domu oglądać z oddali góry Francji, a gdy 
sprzyjał znów wiatr i od szczytów Jury dął tak pomyślnie, że docierał i do 
niego — mógł oddawać się złudzeniu, że i powietrze, które wchłania, jest 
powietrzem   Francji.   Całymi   niemal   dniami   siedział   wtedy   w   oknie   i, 
zapatrzony   w  dal,  wyobrażał sobie   w duchu,  że  i  Juanita   w  tej  chwili 
oddycha tym powietrzem.

Juanita Lorendana — boska Lorendana — Juanita, jego żona! Nie mógł 

jej zapomnieć. Obraz jej ścigał go, nie dawał mu spokoju. Aby zatrzeć go 
w   pamięci,   odbywał   konsultacje   ze   słynnymi   lekarzami.   Poznał   w 
Szwajcarii kilku profesorów i szukając ich pomocy, naradzał się z nimi, 
czy   by   nie   poświęcić   się   obecnie   jakiejś   wiedzy   ścisłej   lub   karierze 
artystycznej. Był młody, zapalony — miał wielką chęć zasklepienia się w 
nauce. Myślał jakiś czas o zawodzie lekarza. Wyobrażał sobie zawsze, że 
oddawszy się w ten sposób na usługi ludzkości, potrafi w sobie stłumić ów 

background image

zew tęsknoty, wyzwolić się duchowo, a w końcu, po latach zwolnić się 
wreszcie od ściskających pęt.

Pragnął   się   poświęcić,   zaprzeć   się   w   sobie;   marzył   o   szpitalach,   o 

koloniach   trędowatych,   o   misjach   sanitarnych   w   centralnej   Afryce. 
Profesorowie   szwajcarscy   zainteresowali   się   żywo   młodym  Francuzem, 
którego   smutna   twarz   i   zgnębiony   wygląd   obudziły   w   nich   wkrótce 
szczerą   sympatię;   udzielali   mu   porad,   ofiarowali   pomoc   i   wszystko 
wskazywało, że Gérard się dźwignie i odrodzi niebawem przez naukę i 
skupienie. Ale nie nadszedł jeszcze czas, który sprzyjał tym warunkom; 
zabrakło mu pokoju, zabrakło równowagi. Gdy spojrzał czasem z okna, 
daleko   za   jezioro,   dosięgała   go   z   oddali   biel   zaśnieżonych   szczytów 
jurajskich; innym znów razem gdy wiatr był pomyślny i przywiewał jakby 
z   Francji,   przynosił   mu   swym   tchem,   swym   dziwnie   lodowatym, 
kryształowym powiewem — wizję Lorendany w jej stroju nocnym; stała w 
drzwiach,   tak   samo   jak   wówczas,   w   pokoju   hotelowym,   a   oczy   jej 
patrzyły, jakby wyraz oczekiwania wyzierał z ich źrenic. Gérard w takich 
chwilach opuszczał znienacka foliały i książki; przechylał się przez okno i 
wdychał jeszcze głębiej powietrze Francji; to samo powietrze, którym jego 
Lorendana oddychała jednocześnie; zdawało mu się nawet, że powietrze to 
pachnie   zapachem   jej   włosów   i   że   szemrząc   w   powiewie,   szeleści   tak 
samo, jak szeleściły jej suknie.

Spodziewał się w duchu, że wyzwoli się kiedyś z tych dręczących go 

wizji: ale na razie jeszcze nie mógł; odczuwał wyraźnie, że daremnie by 
się kusił. Myśl o Lorendanie i myśl o Francji z opętańczą siłą wraziły mu 
się w mózg. Przeczuwał intuicją, że te myśli nierychło zdołają się zatrzeć, 
ale   przewidywał   jednocześnie,   że   nigdy   nie   wygasną   i   nie   pójdą   w 
zapomnienie. Tego był pewny.

Zdarzały się dnie, w których zamierzał skończyć z tą straszną udręką. 

Chciał dotrzeć do granicy, przekroczyć ją chyłkiem i dostawszy się do 
Francji, zdać się na los, który zgotuje mu Toulon. Każe go zastrzelić, tak 
jak strzela się zdrajców: kulami w plecy — tak jak żąda tego kodeks — 
dlaczego nie? Dla swych celów i zamiarów, dla przyjaciół i znajomych już 
uległ formalnie żądaniu prawa. Był zupełnie tego pewien, iż ogłoszono to 
publicznie,   że   przyznał   się   do   zbrodni.   Jego   brat,   Fanny,   Cecylia,   de 
Neuvic — wszyscy byli pewni, że zginął jak zdrajca; że wypalono doń w 
plecy i że martwe jego ciało rzucono do rowu. Więc dlaczego by nie? 
Myślał wprawdzie o tym, ale myśli nie wykonał. Zamienienie jej w czyn 
— rozważał po kryjomu — i poddanie się tej bandzie — to wszystko 
trąciłoby niegodnym tchórzostwem. Bezpośrednio po wyroku, pod wraże-

background image

niem ultimatum, które postawił mu Toulon, zdecydował się na walkę i 
postanowił ją podjąć; chciał wywalczyć sobie życie, nowe życie wśród 
nowego   otoczenia;   tak   jak   uczynili   to   inni,   których   spotkał   taki   los. 
Zrezygnować   teraz   z   walki,   po   kilku   miesiącach   spędzonych   wśród 
nostalgii, znaczyłoby tyle, co okazać się słabym; co przyznać się nieomal 
do własnego tchórzostwa. A Gérard tego nie chciał; za wiele miał ambicji 
— za wiele godności.

Wyobrażam sobie jednak, że nawet więcej by zaryzykował, gdyby nie 

słowa Lorendany, które jeszcze silniej zatrzasnęły wrota jego życia, niż 
najsroższy dekret, wydany przez Toulona:

„Nie kocham pana wcale. Odejdź pan natychmiast!"

Rozdział dziewiąty

Gérard   zamieszkał   w  prywatnym  domu,   graniczącym  bezpośrednio   z 

hotelem Belle-Vue, widok z jego okien wychodził na jezioro. Codziennie 
wieczór,   o   wpół   do   siódmej,   zbiegał   na   ulicę   do   pobliskiego   kiosku   i 
kupował   gazety,   nadeszłe   z   Paryża.   Właśnie   o   tej   porze   nadchodziły 
pociągiem.

Paryskie gazety! Figaro, na przykład. Gérard znał właściciela Figara. 

Nazywał   się   Blowitz   i   często   się   zdarzało,   że   jadał   z   nim   obiady. 
Roztrząsali   podówczas   socjalne   kwestie,   gdyż   problem   socjalny   był 
charakterystycznym rysem oblicza dziennika. La Patrie, Le Journal, La 
Presse. Rozkoszował się po prostu widokiem tych gazet. Wydobyte spod 
prasy i wysłane na kolej, pachniały jeszcze często farbą drukarską. Były 
jeszcze mokre. Ale Gérard je kochał, gdyż przynosiły mu zawsze ostatnie 
wiadomości.   Wiadomości   z   Paryża.   O   bulwarach,   teatrach,   rautach, 
wyścigach.   O   nowej   operze   Karola   Gounoda,   o   nowej   rewii   w   teatrze 
Châtelet, o ostatniej sztuce Emila Augiera, o wystawie Degasa w pałacu 
luksemburskim.  A  wreszcie   o   modzie.   Dowiedział   się,   na   przykład,   że 
zarzucono   już   modę   noszenia   krynolin   i   że   zastąpiono   je   obecnie 
olbrzymimi   kuprami,   które   wypełniało   się   włosiem.   Że   kolor   zielony, 
śmiało   wprowadzony   przez   księżnę   Metternich,   zdobył   sobie   prawo 
przodowania   wśród   innych   i   że   należy   w   tej   chwili   do   kolorów 
wytwornych.   Że   przybranie   sukien   na   barkach   i   ramionach   wznosi   się 
teraz   śmiało   ku   górze,   a   nie   opada,   jak   dawniej,   wprost   na   ramiona. 
Fryzury   podniesiono,   stały   się   pełniejsze.   Suknie   ozdabiano   barwnymi 
wstążkami, opadającymi luźno, podobnie jak cugle. Gérard uśmiechał się, 
czytając   o   kokardach,   przyczepianych   do   staników,   kokardach 

background image

jedwabnych,   bujnych,   kępkowatych,   wąskich   i   szerokich,   które   damy 
traktowały śmiertelnie poważnie.

Czytając   o   tym   wszystkim,   nie   wyobrażał   sobie   Lorendany   w   tych 

modnych   fatałaszkach.   Groteskowy   kuper,   wypychający   komicznie   jej 
kształty   u   pasa,   na   pewno   nie   dodawał   uroku   jej   postaci,   a   wybujała 
fryzura, stercząca na głowie, nie zgadzała się zapewne z formą jej twarzy. 
Jej piękne włosy, takie miękkie, jedwabiste, nie nadawały się, rozważał, do 
tak dziwnych wybryków. Ale kolor zielony, takie zielone koronki dokoła 
jej   ramion   —   ach,   jak   ubóstwiał   linię   jej   ramion   —   kolor   zielony   z 
pewnością   odpowiadał   odcieniowi   jej   cery.   Uśmiechnął   się   dziwnie, 
czytając gdzie indziej, że Ojciec Feliks, uwielbiany kaznodzieja kościoła 
Notre   Dame,   skrytykował   z   ambony   owe   kupry   i   tiurniury   nazwał   je 
wybrykiem, czymś zgoła bezsensownym i odradzał kobietom hołdowanie 
ich modzie.

Jakiś   anonimowy   autor   —   opowiadano   półgębkiem,   że   znany 

arystokrata   —   ogłosił   nawet   książkę,   poruszającą   ten   temat.   Gérard 
sprowadził ją przez jedną z księgarń i ubawił się szczerze złośliwą treścią. 
Jej   ton   był   szyderczy,   zakrawał   na   satyrę.   Autor   niezawodnie   był 
człowiekiem żonatym, a ekstrawagancja jego żony  w niemałym widać, 
stopniu   dała   mu   się   we   znaki   miał   jednak   dowcip,   poczucie   humoru. 
Barwnie   przedstawił   nowy   zwyczaj,   który   zapanował   wśród   kobiet. 
„Wyciągają   lusterka   —   opisuje   w   pewnym  miejscu   —   lusterka   drogo-
cenne, oprawione diamentami i nie krępując się niczym, nie zważając na 
obecnych, czernią sobie brwi i ocieniają powieki. Nie zrobią ani kroku bez 
pudru i różu. Zawsze też mają ołówek pod ręką. Nawet rzęsy nim czernią, 
czy trzeba, czy nie trzeba." Gérard się uśmiechnął i pomyślał mimo woli, 
że twarz Lorendany nie potrzebowała w istocie tych sztucznych okraszeń, 
była   tak   piękna,   że   już   sama   w   sobie   przedstawiała   wyraz   skończonej 
doskonałości.

Czytywał dzienniki od początku do końca, nie opuszczał ani wiersza, a 

czynił   to   dlatego,   że   zawsze   się   spodziewał,   iż   natknie   się   kiedyś   na 
nazwisko   żony.   Przez   długi   jednak   czas   ani   wzmianki   nie   znalazł   o 
hrabinie de Lanoy. Dopiero później ją odszukał, raz, czy też dwa: gdy 
zaproszono   ją   na   lunch   do   pałacu   cesarskiego   i   gdy,   towarzysząc 
cesarzowej,   odwiedziła   jakąś   galerię   obrazów.   „Była   jeszcze   ciągle   w 
głębokiej żałobie" — zauważył dziennik z taktowną dyskrecją. Ale gdy 
towarzyszyła cesarzowej przy otwarciu Salonu, strój jej, mimo wszystko, 
był   dokładnie   opisany   na   łamach   Figara.   Miała   długą,   czarną,   taftową 
suknię, przybraną upięciami z crêpe anglais i czarny szalik z brukselskich 

background image

koronek. Rękawy jej sukni miały grubą lamę, również wykonaną z crêpe 
anglais, rękawiczki miała czarne, skórkowe, buciki wysokie, zapinane na 
guziki.   Gérard,   przeczytawszy   to,   zamknął   oczy   i   wywołał   w   nich 
sztucznie   wizję   Lorendany.   Lorendany,   ubranej   w   żałobną   suknię,   i 
ukrywającej ręce — te jedyne spośród pięknych, nieporównane ręce — w 
czarnych, skórkowych, żałobnych rękawiczkach.

Upłynął   niemal   rok,   gdy   spotkał   się   w   dziennikach   ponownie   z   jej 

nazwiskiem. Zdarzyło to się wówczas, gdy hrabina de Lanoy zjawiła się 
na balu, urządzonym z taką pompą przez księżniczkę Matyldę. Cała elita 
zebrała się tam wtedy, Gérard zaś czytał o nadzwyczajnym wrażeniu, które 
wywarła hrabina na wszystkich obecnych. Przeczytał też dokładnie opis jej 
sukni.   Wykonano   ją   w   całości   z   szarego   tarlatanu,   stanik   był   upięty 
jedwabnymi   różami.  W  artystyczną   jej   fryzurę   były   również   wetknięte 
różowe róże, włosy w zwojach spadały na ramiona.

Wzdrygnął się nagle, czytając o tym wszystkim. Jak by to przyjęła ta 

wielbiąca ją tłuszcza, — pomyślał odruchowo — co by na to rzekła, jak by 
postąpiła, gdyby wiedziała o niej wszystko, co on, jej mąż, tak wiedział 
dokładnie? Że była tylko szpiegiem — szpiegiem na żołdzie tego łotra 
Toulona. Z jakimż wstrętem i pogardą odwrócono by się od niej — z jakąż 
pasją i wściekłością wskazano by jej drzwi!... Ta myśl jak sztylet wraziła 
mu się w serce, odczuwał ją fizycznie, sprawiła mu ból.

Fanny de Lanoy, najwybredniejsza spośród dam, jego brat, przyjaciele, 

de Neuvic, MéricourtL. Gdyby wiedzieli o tym wszystkim, że Piotr du 
Pont-Croix   tylko   jej   to   zawdzięczał,   że   postradał   życie!...   O,   nieba,   o, 
nieba!... Gdyby choć jedno z nich wszystkich wiedziało coś o tym!...

Ale nikt nie wiedział i nikt się nie domyślał. Zaś on, Gérard, jedyny 

spośród wszystkich, tylko dlatego o tym wiedział i dlatego się domyślał, 
że odsłoniła przed nim duszę, że zdradziła się sama: że rzuciła rozmaryn 
na   ciało   du   Pont-Croix.  Tamci   nie   wiedzieli.   Odczuwali   tylko   tyle,   że 
pokonała ich bezwzględnie swą urodą i wdziękiem, że rzuciła na nich czar, 
że   urzekła   ich   po   prostu   tajemnicą   swej   istoty.   Westchnął   głęboko   i 
pomodlił się w duchu, aby nikt z nich wszystkich nie domyślił się nigdy 
prawdy.   Zamknął   oczy   i   znowu   wyczarował   jej   postać   przed   sobą. 
Wyobrażał sobie teraz, jak wstępowała na stopnie pałacu księżniczki jak 
setki oczu odprowadzało ją z podziwem.

Cesarz i cesarzowa byli również obecni na balu u Matyldy. I droga, 

niezapomniana, życzliwa Fanny. Potem Thiers, Lesseps i wszystkie niemal 
gwiazdy   paryskiej   cyganerii.   Księżniczka   lubiła   ich,   tych   artystów   z 
Montmartre. Paryż się bawił. Nie zważał na chmury, gromadzące się nad 

background image

Renem.   Cesarz   chorował,   a   cesarzowa   się   martwiła,   że   z   wolna   i 
stopniowo podkopywano jej wpływ i wielkie znaczenie. Ale ukrywała to w 
sobie, umiała się poskramiać. Śmiała się, tańczyła, uprawiała nawet flirt z 
potężnym Metternichem. Przymilała się carowi i z radością przyjmowała 
uprzejmości kedywa.

Paryż szalał, śmiał się i tańczył, a po drugiej stronie Renu Bismarck 

uzbrajał potężną armię.

Rozdział dziesiąty

Nadszedł   tymczasem   r.   1870;   zbliżała   się   wiosna.   Miesiąc   marzec. 

Zimne wichury  i zadymki śnieżne zmieniały  się na przemian z dniami 
pogodnymi, pełnymi słońca i wiosennych podmuchów.

Gérard jeszcze ciągle kupował gazety, a kupował je stale w tym samym 

kiosku,   —   na   rogu   skweru   i   Jardin   Anglais   —   którego   właściciel, 
komicznie wyglądający, groteskowy staruszek, miał minę uczonego, lub 
słynnego   profesora.   Widocznie   był   Francuzem   —   może   z   Francji 
południowej   —   a   wszystko   wskazywało,   że   posiadał   erudycję.   Gérard 
nieraz myślał, studiując jego twarz, co go, skłoniło, aby w obcym mieście 
sprzedawać gazety. Zapewne jakiś cios, tragedia losu, gdyż tu i ówdzie, 
zwłaszcza   gdy   ktoś   przyszedł   i   zażądał   wyraźnie   gazet   francuskich   — 
pochylał głowę, przebierał pod ladą, aż znalazł po chwili żądaną gazetę, 
potem   zgarniał   pieniądz,   wydawał   z   niego   resztę,   ale   unikał   przy   tym 
wszystkim patrzenia na klienta. Miał pięknie sklepione, wysokie czoło, a 
olbrzymi kapelusz, który pokrywał mu głowę, czarny, zniszczony, filcowy 
kapelusz — uderzał przede wszystkiem szerokimi skrzydłami i spiczasto 
zakończonym, wysokim denkiem. Nosił go zwyczajnie na tyle głowy, a 
spod wytartych jego skrzydeł opadały strączkami szpakowate włosy, które, 
bujając kapryśnie, gdy poruszał nimi wiatr, trzepotały mu nad czołem, lub 
przysłaniały oczy. Nosił poza tym duże, szerokie, rogowe okulary, przez 
które   jego  oczy,  wyblakłe   już  nieco,   wodnistoniebieskie,   wydawały   się 
nienaturalnie   powiększone.   Nos   miał   wąski,   typowo   romański,   zawsze 
czerwony, tuż pod jego czubkiem zwisała nieprzerwanie kropla wilgoci. 
Szpakowate włosy okalały mu również zapadłe policzki. Wyglądał z tym 
wszystkim jak karykatura profesora z „Vie Parisienne." Zniszczony jego 
płaszcz, podobnie jak kapelusz, zzieleniał ze starości, buty przy obcasach 
miał   stanowczo   za   szerokie,   jak   na   wymiar   swych   nóg,   rękawiczki 
skórkowe, wytarte z noszenia, z wielkimi dziurami u końców palców.

Gérard polubił dziwacznego staruszka. Uważał go w duchu jakby  za 

background image

zesłanego   mu   z   niebios   towarzysza   niedoli.   Przyjaźń   się   zaczęła   od 
krótkich   rozmówek,   o   uwagach   o   pogodzie,   o   wypadkach   dnia,   aż 
wreszcie   wśród   zimy,   w   pewny   mroźny   poranek,   Grard   przyniósł   mu 
ciepły płaszcz i parę bucików, które zakupił dla niego, i oświadczył mu po 
prostu, że je składa w darze. Starzec się zdumiał, a wyraz wdzięczności, 
który zalśnił mu w oczach, tak bardzo przekonał i wzruszył Gerarda, że 
pożegnał go czym prędzej i, nie czekając odpowiedzi, oddalił się z kiosku.

Po osobliwym tym zdarzeniu sprzedawca gazet nabrał ufności, stał się 

od razu nieporównanie rozmowniejszy. Zaczął odsłaniać swą duszę przed 
Gerardem. Nie wymienił mu nazwiska — Gérard do końca nie dowiedział 
się   o   nim   —   ale   stopniowo   i   w   urywkach   przedstawił   mu   całokształt 
swego  poprzedniego  życia.  Ożenił  się  młodo,  zakochawszy  się  w  swej 
żonie, ale żona niestety nie okazała mu serca. Wyszła zań dlatego — była 
córką kupca w miasteczku Grenoble — gdyż ujęła ją myśl, że zostanie 
kiedyś   żoną   profesora   uniwersytetu   że   będzie   bywać   na   przyjęciach   u 
burmistrza w ratuszu, prowadzić dom, bawić się, próżnować — że stanie 
się   po   prostu   wybitną   osobistością   w   swym   rodzinnym   mieście.   Była 
młoda, piękna, miała dobre maniery i zdobyła sobie wkrótce niezwykłą 
popularność.   Gdziekolwiek   się   zjawiła,   budziła   furorę,   a   kronika 
towarzyska   miejscowej   prasy   przy   każdej   sposobności   wymieniała   jej 
nazwisko.   Nawet   sam   prokurator   oświadczył   raz   o   niej,   że   jest 
najpiękniejszą kobietą w całym departamencie.

—   Była   młoda,   jak   pan   widzi   —   opowiadał   kioskarz,   patrząc   na 

Gerarda, jakby prosił go o względy dla nieżyjącej już żony — a pochwały 
i pochlebstwa przewróciły  jej w głowie. Nie zdawała sobie sprawy, że 
pensja profesora nie była tak wielka, aby podołać jej zachciankom. Lubiła 
się stroić, przybierać klejnotami, tak samo przynajmniej jak niektóre z jej 
przyjaciółek,   ja   zaś   folgowałem,   robiłem   co   mogłem,   byle   sprawić   jej 
przyjemność. Sam zawiniłem — ciągnął nieszczęśliwiec, ocierając ręką 
kroplę z pod nosa. — Należało być otwartym, należało jej wyniszczyć, że 
nie jestem tak bogaty, aby sprostać jej kaprysom. Była bardzo inteligentna. 
Nie ulega wątpliwości, że byłaby mnie zrozumiała. Ale, drogi mój Boże — 
co tu o tym gadać? Cieszyłem się jak dziecko, gdy wkładała nową suknię, 
albo   gdy   przynosiłem   jej   klejnoty,   o   których   marzyła.   Całowała   mnie 
wtedy, a ja za te pocałunki byłbym duszę nawet oddał... Pan zrozumie 
mnie może...

Gérard zrozumiał — domyślił się reszty. Stara historia, stara jak świat. 

Ekscentryczna   żona.   Ogłupiały   mąż,   zakochany   w   niej   po   uszy.   Brak 
gotówki.   Nadarzająca   się   w   tej   chwili,   kusząca   sposobność.   Moment 

background image

słabości,   obłędnej   nierozwagi   i   zwyczajny   jej   epilog:   nieunikniona 
katastrofa.

— Miałem bogatego wuja — opowiadał starzec przy innej sposobności.
— Zamierzał mi zostawić wszystko, co posiadał. Poszedłem więc do 

niego,   gdy   zabrakło   mi   pieniędzy.   Krawczynie,   modniarki,   klejnoty, 
przyjęcia   —   to   wszystko   kosztowało,   pochłaniało   tysiące.   Mieszkanie 
miałem   również   ponad   stan   kosztowne.   Poprosiłem   o   pożyczkę,   nie 
chciałem zapomogi ale plotki o mej żonie i do niego już dotarły. Dał mi 
reprymendę, oburzył się na mnie, że toleruję jej wybryki, zapłacił wreszcie 
długi, ale poprzysiągł jednocześnie, że nigdy w przyszłości nie zrobi już 
tego. Ponieważ żony mej nie lubił i strasznie o niej mówił, więc gdy w rok 
czy dwa ponownie się znalazłem w podobnych tarapatach, nie chciałem po 
raz drugi się zwrócić do niego i wtedy akuratnie, wtedy, proszę pana...

—   Co   było   wtedy?   —   Pożałował   go   Gérard.   —   Małe   oszustwo? 

Fałszywy wekselek?

Starzec przytaknął.
—   Mój   wuj   w   tym   czasie   zachorował   niebezpiecznie.   Lekarze 

twierdzili, że nie przetrwa choroby że za kilka dni umrze. Byłem jedynym 
spadkobiercą jego wielkiej fortuny, miałem żywe przekonanie że o całej tej 
sprawie nie dowie się nikt — i tak — I tak...

Stara   historia   —   stara,   jak   świat.   Fałszywy   podpis   na   blankiecie 

wekslowym, odkrycie fałszerstwa, pościg sądowy, proces, wyrok, kara — 
ruina.

— I pański wuj wyzdrowiał? — domyślił się Gérard.
— Nawet długo jeszcze żył — przytaknął starzec. — Wydziedziczył 

mnie   z   majątku   i   cieszył  się   zapewne,   gdy   skazano   mnie   w   końcu   na 
czternaście lat ciężkiego więzienia.

Blade jego usta drgnęły kurczowo, jakby bliski był płaczu, ale ani jedna 

łza nie spłynęła mu z oczu. Może tak wiele już płakał, że wyczerpał ich 
zapas.

Trzy lata spędził w katuszach, siedząc w więzieniu, ale jego żona wśród 

tego nie myślała nawet o tym, by nawiązać z nim kontakt. Pewnego jednak 
dnia  doszła  go  wiadomość,  że  jest chora  na gruźlicę  i  że przebywa  w 
szpitalu. Jak to się stało, że poprzez mury więzienia dowiedział się o tym, 
z   tego   trudno   dokładnie   zdać   sobie   sprawę.  Takie   rzeczy   się   zdarzają. 
Zdarza   się   również,   że   zdecydowany   więzień,   traktowany   oględniej   za 
dobre   zachowanie,   wyzyskuje   ten   przywilej   i   w   odpowiedniej   chwili 
ucieka   z   więzienia.   Przyjaciel   Gerarda   był   silnie   zdecydowany   i   miał 
przywileje. Zaledwie się dowiedział o chorobie żony, powziął natychmiast 

background image

plan ucieczki; nie oglądając się na nic, postanowił bez wahania zbiec do 
Francji, by choć raz jeszcze ujrzeć ubóstwianą kobietę.

— Miałem dziwne wrażenie — tłumaczył Gerardowi — że gdy wezmę 

ją w ramiona, to śmierć się nie ośmieli zajrzeć jej w oczy.

Uciekł   z   więzienia   i  dostawszy   się   zrazu   do   sąsiadującej   z   wysepką 

kolonii brytyjskiej, skierował się stamtąd wprost do Francji i, nie poznany 
przez   nikogo,   po   ciężkich   tarapatach   przybył   do   Grenoble.   Tu   się 
dowiedział, że żona tymczasem umarła w szpitalu i że bogaty jego wuj z 
żalu,   czy   też   wstydu   —   chodziło   mu   zapewne   o   honor   nazwiska   — 
urządził jej pogrzeb i postawił nawet kamień na miejscu jej spoczynku.

Na   cmentarzu   św.  Anny,   u   grobu   jego   żony,   biedny   nieszczęśliwiec 

dostał się ponownie w ręce policji. Odwieziono go natychmiast do Nowej 
Kaledonii, gdzie za ucieczkę z więzienia poddano go obecnie surowszej 
niż   uprzednio   dyscyplinie   więziennej.   Przeszedł   tam   piekło,   jak   sam 
opowiadał. Po pewnym jednak czasie ponownie zbiegł, nie mogąc w nim 
wytrzymać. Tym razem na zawsze. O przygodach tej ucieczki mógłbym 
tomy  napisać — zapewnił Gerarda. Udało mu się w końcu dotrzeć do 
Szwajcarii i od tej pory przebywa tam stale.

Miał czterdzieści lat,  gdy  przybył do Genewy. Było to prawie przed 

dwudziestu laty, w czasie kiedy Francja przeżywała okropności trzeciej 
rewolucji,   a   jej   czujna   policja   miała   ważniejsze   sprawy,   niż   sprawę 
więźnia, który zbiegł z Kaledonii...

Rozdział jedenasty

Smutna ta historia tylko z wolna i stopniowo urastała w swej treści; 

Gérard ją odbierał w dawkach i fragmentach, tak jak odbiera się powieść z 
gazetowych odcinków i upłynęły miesiące, zanim stworzył z nich całość. 
Polubił przyjaznego mu starca; ze współczucia dla niego, którym darzył go 
zrazu, ze szczerego politowania, jakie okazywał mu po cichu, wyłoniło się 
z czasem coś bardziej żywotnego, coś bliskiego przyjaźni. Byli też istotnie 
towarzyszami niedoli; i jeden i drugi był wygnańcem na obczyźnie. Ale 
Gérard na razie nie wspominał mu o sobie; odczuwał spokój, gdy tylko 
jego mógł skłonić do poufnych wynurzeń.

— Czy odczuwa pan nostalgię? — zapytał go raz, gdy mówili o kraju. 

— To musi być okropne, gdy się tęskni za ojczyzną.

Starzec dziwacznie potrząsnął głową.
— Z początku tęskniłem — ozwał się żywo. — Ale teraz już nie tęsknię. 

Gdy człowiek się starzeje, to i uczucia ze starości butwieją mu w sercu. 

background image

Ale czasem, monsieur — czasem, wyjątkowo...

— A więc jednak: czasem? — przerwał mu Gérard.
Zadał to pytanie, ponieważ w oczach sprzedawcy zjawił się w tej chwili 

dziwnie zagadkowy, osobliwy wyraz.

— Czytuję gazety — ozwał się stary, potrząsając ramieniem. — My 

wszyscy je czytamy, wszyscy, co? Wszyscy Francuzi czytują gazety. I co 
pan o tym powie? Co pan o tym myśli, co się dzieje tam u nich?

Mówiąc to wskazał znacząco na jurajskie szczyty, bielące w słońcu.
— Pan myśli o polityce? — zapytał go Gérard.
— Tak, o polityce.
— Cesarzowa pragnie wojny — rzekł Gérard z westchnieniem.
— Chce zabezpieczyć się jakoś, aby i syn jej w przyszłości mógł zostać 

cesarzem   i   oczekuje   zwycięstwa   —   wspaniałych   sukcesów   armii 
francuskiej.

— Ona wie, o co chodzi — ozwał się stary. — A cesarz jest przebiegły; 

chytry to człowiek, ten Napoleon III. Stokroć chytrzejszy, niż sądzą o nim 
pewnie wrogowie Francji. Choruje podobno. Ta choroba, przypuszczam, 
pozbawiła go do reszty honoru i ambicji.

— Ja również tak myślę.
— On ma za wielki spryt, by nie spostrzegł wad swojego syna — rzekł 

stary gorączkowo. — Ale obłąkany to jest władca, który nie ocenia, jak 
należy, słabości narodu.

Gérard się stropił.
— A armia? — zapytał. Od dziecięcych niemal lat miał zakorzenioną 

cześć dla jej chwały i tradycji.

— O to właśnie chodzi — rzekł stary z przekąsem. — Mądry bowiem 

władca orientuje się zawczasu, gdy armię ma słabą.

— Dlaczego pan tak twierdzi? — oburzył się Gérard. Słowa sprzedawcy 

zabrzmiały w jego uszach, jakby wyrzekł je człowiek, który zdradza swój 
kraj.

Zanim sprzedawca miał czas odpowiedzieć na pytanie, zjawiło się przed 

kioskiem kilku klientów. Wyjawili swe żądania, zaś stary usłużnie począł 
się krzątać. Gérard porwał zakupione gazety, złożył je pod pachą i odszedł 
czym prędzej.

*  *  *
Powrócił do domu po rozmowie z kioskarzem i już nie miał ochoty 

wychodzić tego dnia. Był to koniec marca r. 1870 i jakkolwiek poranki 
były ciepłe i słoneczne, pod wieczór przeważnie występował przymrozek. 
W domu, na szczęście, miał kilka książek, gazety, które przyniósł, a po za 

background image

tym chciał wykończyć naukową dysertację,, którą jeden z profesorów — 
profesor Landy z uniwersytetu zurychskiego

— miał przejrzeć po oddaniu i wydać o niej sąd. Ale zaledwie powrócił i 

usiadł przy kominku, jego myśli od nowa zajęły się kioskarzem. Po raz 
pierwszy   się   zdarzyło,   że   zetknął   się   z   Francuzem,   który   zohydził   i 
skrytykował   armię   francuską   i   dręczyła   go   myśl,   że   klienci   kioskarza 
przeszkodzili mu w zamiarze udzielenia nagany zuchwałemu sprzedawcy. 
Postanowił to   uczynić  przy  pierwszej  następnej,  możliwej  sposobności. 
Nazajutrz jednakże i przez kilka dni następnych nie nadarzyła się ku temu 
odpowiednia okazja. Kiosk w tych dniach był stale oblegany, gdy Gérard 
się   pojawiał,   by   zakupić   gazety,   zaś   dojmujący   chłód,   który   panował 
wieczorami, nie pozwalał mu czekać, aż klienci się rozejdą.

Ale w tydzień później spotkało go szczęście. Klientów tego dnia nie 

było   przed   kioskiem,   stary   zaś   siedział,   czytając   w   kiosku   Le;   Petit 
Journal.   Wzburzenie   Gerarda   już   ochłodło   oczywiście   w   przeciągu 
tygodnia, ale mimo wszystkiego postanowił jeszcze raz się rozmówić z 
gderliwym rozbitkiem; zaczepić o cośkolwiek, by stary mógł dać wyraz 
swej opinii o sytuacji.

Poruszył więc kwestie zupełnie obojętne, mówił o pogodzie, o tym i 

owym, w końcu zaś sięgnął po numer Le Gaulois, spojrzał na kronikę i 
wskazał   na   artykuł   o   wspaniałej   rewii   wojskowej,   która   odbyła   się   w 
Paryżu   na   błoniach   Longchamps;   rewię   odbierali   cesarz   i   cesarzowa, 
młodociany ich synek i chińscy mandaryni, którzy zjechali do Francji w 
pewnej misji politycznej.

—  To   wszystko   nie   'wskazuje   na   słabość   naszej   armii   —   ozwał   się 

Gérard, uśmiechając się z lekka.

Stary   spode   łba   spojrzał   na   artykuł;   wzruszył   ramieniem   i   rzekł 

opryskliwie:

— Pozory, panie — puste pozory. Któż by im tam wierzył, tym marnym 

pokazom? Czy nie słyszał pan o tym, że pozory zawodzą?

Gérard się uśmiechnął z cierpką ironią.
— Myśli pan? — zapytał.
—   Nie   myślę,   panie   —   obruszył   się   kioskarz.   —   Jestem   szczerze 

przekonany, że mój węch nie myli.

— Skąd pan może wiedzieć, na miłość boską? Skąd, pytam pana? Siedzi 

pan   w   Genewie,   daleko   od   Francji,   nie   styka   się   z   nikim   więc   jakim 
cudem?

Starzec   tym  razem  wytrwał   w  uporze.   Począł  bez   namysłu   sortować 

gazety. — Gérard się domyślił, że był to tylko pretekst — i milczał jak 

background image

kamień. Klienci tymczasem przychodzili i odchodzili, zaś Gérard wśród 
tego   na   darmo   usiłował   wydobyć   choć   słówko.   Kioskarz   na   pytania 
wzruszał ramieniem i uporczywie odpowiadał ciągle to samo:

— Mój węch mnie nie myli... Mój węch mnie nie myli...
Gérard odszedł, jeszcze bardziej podniecony i wzburzony na umyśle. 

Dziwił się w duchu, że tak serio traktował sądy kioskarza. Czy opłacało się 
—   rozważał   —   przykładać   do   nich   wagę?   Kimże   wreszcie   był   ten 
niepokojący go teoretyk? Ten dziwak, wykolejeniec, rozbitek życiowy, ten 
zamknięty hipokryta, który o więzienia się ocierał i cudem tylko uszedł 
ścigającej   go   sprawiedliwości.  Ale   miał   coś   w   sobie   —   coś   dziwnie 
niezwykłego,   nie   dającego   się   określić   —   co   niesłychanie   podnieciło 
ciekawość Gerarda. O czym on mógł wiedzieć i czego był tak pewny? I 
czy wiedział coś w istocie? Możliwe. Stykał się codziennie z ogromną 
ilością   cudzoziemców   i   klientów;   przysłuchiwał   się   ich   słowom,   gdyż 
żaden z tych ludzi nie krępował języka, widząc przed sobą tak pokraczną 
figurę;   pochłaniał   w   nadmiarze   dzienniki   i   czasopisma,   krajowe, 
zagraniczne i w różnych językach. Gérard zauważył, że często się zagłębia 
w gazetach niemieckich; słyszał czasem również, jak rozmawiał po włosku 
z wieśniakami z Ticino. Bardzo możliwe, że coś wiedział ostatecznie. Ale 
o czym mógł wiedzieć? Jaką to rzecz ukrywał tak starannie?

*  *  *
Gdy   w   pewien   czas   później   —   miało   się   już   wówczas   ku   końcowi 

kwietnia — Gérard pod wieczór zjawił się ponownie przed kioskiem z 
gazetami,   stary   akuratnie   wydawał   resztę   jednemu   z   klientów;   klient 
zakupił poważniejszą ilość dzienników niemieckich, wśród tego i Neue 
Freie   Presse,   pochodzącą   z   Wiednia.   Jego   szerokie   bary   i   świetnie 
skrojone, wykwintne odzienie pochłonęły na chwilę uwagę Gerarda; ale 
gdy obrócił się potem i spojrzał na kioskarza, ujrzał ze zdumieniem, że 
wyraz jego twarzy zmienił się dziwnie. Bezkrwiste jego wargi wykrzywiły 
się boleśnie, oczy za okularami zaiskrzyły się dziko. Wyglądał w tej chwili 
jak drapieżny kot, czający się do skoku.

Na widok Gerarda zmieszał się nagłe; ale oczy jeszcze ciągle płonęły 

mu   wściekłością.   Skierował   je   na   chwilę   za   szybko   odchodzącym, 
eleganckim klientem, a potem znienacka wycedził przez zęby:

— Gdybym był przynajmniej o dwadzieścia lat młodszy!
— Co by wówczas było? — zapytał go Gérard, nadając swym słowom 

wyraz obojętności. Zdawał sobie sprawę, że stary  nie tak łatwo da się 
zaprząc   do   rozmowy,   zwłaszcza   kiedy   wie,   że   komuś   na   tym   zależy. 
Gerarda zaintrygowała osoba obcego, ale nie chciał o nią pytać, wiedząc, 

background image

że tą drogą nie uzyska zbyt wiele. Przybrał więc minę pozornie obojętną, 
przerzucił kilka gazet, wypowiedział parę uwag, w końcu zaś rzucił:

— To nie nowość, mój panie. Każdy z żyjących życzy sobie czasem być 

kilka lat młodszy.

—  Ale  nie   pan   —  rzekł  stary,   tłumiąc   westchnienie.   —   Pan  jeszcze 

młody. Ale ja, proszę pana — ja...

Urwał nagle, a po chwili powtórzył:
— Gdybym był przynajmniej o dwadzieścia lat młodszy!
— No i co? — rzekł Gérard, uśmiechając się z lekka. — Co by pan 

począł, gdyby tak było w istocie?

Na twarzy starego jeszcze raz się pojawił wyraz wściekłości.
— Co bym wtedy począł? — powtórzył mechanicznie. — Dałbym sobie 

radę z tym nędznym zdrajcą. Tak długo bym go śledził, aż w końcu kat by 
się musiał nim zająć.

Gérard się zdumiał.
— Ze zdrajcą? — zapytał. — Dlaczego ze „zdrajcą"?
— Zdrajca to za mało — żachnął się stary. Blade jego oczy zaiskrzyły 

się nagle, jakby chciał kogoś zabić. Po chwili dorzucił:

— Powinienem powiedzieć: podlec, łotr, wyrzutek społeczeństwa.
— Ale dlaczego to wszystko? — nalegał nań Gérard. Stary  drżał ze 

wzruszenia i złości.

— To Francuz — wykrztusił — obywatel francuski. A wie pan, co on 

robi? Sprzedaje swój kraj, gdy mu dobrze zapłacą.

Nigdy do tej pory nie mówił tak stanowczo. Widoczną było rzeczą, że 

się   nie   mógł   powstrzymać.   Widok   mężczyzny   w   eleganckim   ubraniu 
wytrącił go z umiaru i zwyczajnej równowagi; zanadto go oburzył, aby 
wytrwał   w   milczeniu.   Ciekawość   Gerarda   jeszcze   bardziej   urosła.   Był 
teraz  pewny, że stary  się  wygada, gdy  zaczął już mówić.  Nie zadawał 
jednak pytań, wiedząc o tym dobrze, że zbytnie naleganie popsułoby mu 
szyki. Kioskarz by się stropił i zasklepił od nowa na całe tygodnie.

—  To   za   ciężkie   oskarżenie,   by   podnieść   je   tak   lekko   —   rzucił   po 

chwili, spoglądając mu w twarz.

— Nie poruszałbym tej sprawy, gdybym nie był jej pewny — ozwał się 

kioskarz.

— Wierzę panu — przyznał mu Gérard. Oświadczył to dlatego, gdyż 

usta   starego   nagle   się   zacięły.   Pochwycił   jakiś   dziennik,   rozłożył   go 
szeroko i udawał, że czyta. Gérard się głowił, jak by go od nowa pobudzić 
do   mówienia.   Milczał   przez   chwilę,   a   w   końcu   jeszcze   raz   powtórzył 
zapytanie:

background image

— I co by pan począł, gdyby o dwadzieścia lat był młodszy? Stary nań 

spojrzał znad brzegów okularów. Porwał gazetę, zgniótł ją w pięści i cisnął 
na ziemię. Potem podniósł rękę, przesunął nią kapelusz jeszcze głębiej ku 
tyłowi i odparł z umiarem:

— Tak jest, powiedziałem. Powiedziałem przed chwilą, że gdybym był 

młodszy o dwadzieścia lat, śledziłbym łotra tak długo i zawzięcie, aż w 
końcu by zawisnął na haku szubienicy. Ale widzi pan — dodał, wzruszając 
ramieniem — mam lat siedemdziesiąt i nie miałbym ochoty, by ponownie 
mnie ubrano w strój galernika...

— Pan myśli o policji? — zagadnął go Gérard. — Gdyby siłą faktu pan 

się musiał z nią zetknąć?

— Przychwyciliby mnie zaraz — wzdrygnął się kioskarz. — A jestem 

już za stary, nie przetrwałbym tego. Zabrakło mi odwagi zabrakło mi sił, 
by borykać się z tym wszystkim.

— A jeśli ten człowiek w istocie jest zdrajcą? Jeśli frymarczy ojczyzną, 

a pan o tym wie?

— To i cóż? — rzekł stary.
— To ma pan obowiązek wydać go władzom. Stary zamilkł, lecz Gérard 

po chwili podjął rozmowę.

— A cóż on popełnił? — zapytał stanowczo.
W   tej   chwili   nadeszło   kilku   klientów.   Kupowali   gazety,   wymieniali 

pieniądze, zadawali pytania, a niecierpliwość Gerarda urosła w dwójnasób. 
Gdy   wreszcie   odeszli   i   kiosk   ponownie   opustoszał   zupełnie,   kioskarz 
wsparł się na brzegu lady, zaplótł ręce i rzekł półgłosem:

— Pan jest jeszcze młody pan mógłby to zrobić. Gérard nań spojrzał.
— Co mógłbym zrobić? — zapytał zdumiony.
—   Przychwycić   tego   draba.   Pan   nie   obawiałby   się   przecież,   gdyby 

musiał w tej sprawie powrócić do Francji.

Gérard   się   stropił,   nie   wiedział,   co   odrzec.   Stary   to   dostrzegł   i 

wzruszywszy ramieniem, po chwili ciągnął:

— Domyślam się, panie — wiem to od dawna. Nie jestem taki głupi, jak 

się panu wydaje. Nie pytałem pana o nic, nie narzucałem się nigdy, ale 
uważam to za pewne, że człowiek pańskiej sfery i tak wielkiej edukacji nie 
przybrał dobrowolnie nazwiska Gérard i nie zamieszkał w Genewie dla 
prostej zachcianki. Gdy oświadczyłem panu przedtem, że pan nie lękałby 
się pewnie powrotu do Francji, to wyraziłem tylko przez to zwyczajne 
przypuszczenie.

— Pan nie omyliłby się pewnie — ozwał się Gérard — gdyby...
— Gdyby obowiązek lub patriotyzm pana zmuszał do tego — przerwał 

background image

mu kioskarz. Uśmiechnął się szyderczo, po chwili zaś dodał:

— Czy pan to chciał powiedzieć, namyślając się, co odrzec?
— Nie, proszę pana — o czym innym myślałem. „Gdyby zmuszała mnie 

konieczność" — zamierzałem powiedzieć.

—   Konieczność?   —   powtórzył.   —   A   czy   nie   widzi   pan   tego,   że 

konieczność już jest? Jeśli przeciągnie się sprawę, to nie można przecież 
wiedzieć, czy już nie będzie za późno.

— Za późno na co? — ozwał się Gérard.
— By powstrzymać tego draba w jego kreciej robocie. Gerarda w tej 

chwili opuściła cierpliwość.

— Na miłość boską! — wykrzyknął gorączkowo. — Opowiedz mi pan 

wreszcie, co ten człowiek popełnił.

Stary westchnął i ściągnął brwi. Potem sięgnął po kapelusz, rzucił go na 

ladę, przejechał kilkakrotnie ręką po głowie i w końcu się ozwał:

—   Nie   tak   łatwa   to   rzecz,   jak   się   panu   wydaje:   ale   spróbuję   mimo 

wszystko. Otóż przede wszystkim panu powiem, że ten sobowtór Judasza 
jest   francuskim   obywatelem,   ale   nie   urodził   się   we   Francji   i   nie   jest 
wskutek tego Francuzem z pochodzenia. Wywodzi się on z rasy, dla której 
pieniądz  i  złoto  są   jedynym niemal  celem  istnienia  na  świecie.  Po  raz 
pierwszy ujrzałem go dziesięć lat temu. Był wtedy młody i bardzo biedny. 
Utrzymywał się z lekcji — udzielał przeważnie niemieckiego i włoskiego 
— za godzinę brał franka, a za parę centimów, gdyby trafiła się okazja, 
byłby i na koniec miasta bez wahania poleciał. Dziś jest bogaczem, ma 
więcej dziennie, niż wtedy miał przez rok. Pamiętam doskonale, jak po raz 
pierwszy w kieszeni brzęknęły mu pieniądze. Nie będzie temu więcej, niż 
kilka tygodni. Zdziwiłem się wówczas, jak on tak nagle mógł dojść do 
tego. Ale nie wdawał się w rozmowy i nawet wtedy, gdy był biedny, nie 
zwierzał się przede mną. Kupował tylko dziennik, gdy go stać było na to, i 
nie wyrzekł nigdy więcej, niż „dzień dobry", czy „dobranoc".

Stary   zamilkł,   otarł  sobie   nos  skórzaną   rękawiczką   i  oparłszy   się   na 

ladzie, objął rękoma obydwa ramiona. Spojrzał po chwili spoza brzegów 
okularów, odchrząknął donośnie i podjął od nowa:

— Miałem tu klienta, — rozpoczął po namyśle — który nie zjawiał się 

jednak codziennie, jak inni, lecz raz albo dwa w tygodniu lub miesiącu. 
Był wysoki, elegancki, postawę miał wojskową, a akcentował z niemiecka, 
gdy mówił po francusku. Nie przebywał widocznie stale w Genewie — 
wnioskowałem   logicznie   —   gdyż   widziałem   go   zazwyczaj   jedynie 
sporadycznie. Ale wtedy, gdy przyjeżdżał, odwiedzał mnie zawsze. Mimo 
sztywnych manier i opryskliwej natury, był zawsze dla mnie grzeczny i 

background image

hojny w płaceniu. Przynosił mi czasem zużyte ubranie, a buciki, które 
noszę,   mam   również   od   niego.   Zapytał   mnie   raz,   czy   chciałbym   coś 
zarobić — zupełnie uczciwie, podkreślił wyraźnie. Odparłem oczywiście, 
że   istotnie   bym   chciał,   o   ile   tylko   sprostam   powierzonej   mi   pracy. 
Zapewnił mnie, że ani jedno ani drugie nie utrudni mi zadania. Chodziło 
bowiem o to, aby zająć się czasowo napływającą korespondencją: odbierać 
listy, które nadejdą dla niego i dostawiać je zaraz do pobliskiej Lozanny, 
adres mi podał. Oprócz tego miałem na miejscu zbierać jeszcze inne listy, 
pochodzące od niego, i nadawać je natychmiast na poczcie genewskiej. Za 
każdym  razem,   gdy   się   zjawię   w   Lozannie,   przyrzekł  mi   wypłacać   po 
dziesięć franków i zwrot pieniędzy, wyłożonych na podróż. Zapytał mnie 
w końcu, czy to wszystko mi odpowiada, a ja ochotnie odpowiedziałem, że 
tak.

Stary   ponownie   urwał   na   chwilę.   Gérard,   podniecony   intrygą 

opowiadania, obrócił się lekko i spojrzał przed siebie. Zapadał już wieczór. 
Na ulicach i placach zapalały się lampy, spoza mgieł połyskiwały światła 
mostów. Dostrzegł w oddali kontury parowca, który stał w przystani i za 
godzinę czy dwie miał wyruszyć do Lozanny. Na dworze siąpił kłujący 
deszczyk. Gerard odwrócił się i znowu spojrzał ku budzie starego. Ręce 
zapuścił głęboko do kieszeni i pochylił się nieco nad okienkiem kiosku. 
Nie chciał, aby stary mówił zbyt głośno, gdyż mówienie go męczyło i 
zapierało   mu   oddech.   Kioskarz   odchrząknął   i   ciągnął   dalej   po   chwili 
milczenia:

—   Klient  się   przedstawił  jako   pułkownik   Marwitz,   a   listy   dla   niego 

nadchodziły teraz zawsze pod umówionym adresem:  Kiosque du Jardin 
Anglais à Genève. Przychodziły nieomal z całego świata. Z Francji, Italii, 
Niemiec, Austrii, nawet z drugiej półkuli: z Argentyny i Meksyku. Listy, 
które za niego nadawałem na poczcie, również pochodziły z całego świata. 
Byłbym  skończonym  kretynem,   gdybym nie  domyślił się  od  razu,  jaki 
miała cel ta cała korespondencja. Pułkownik Marvitz należał widocznie do 
tajnej   agentury   niemieckiego   wywiadu,   a   neutralna   Szwajcaria   jest   od 
dawna   gruntem   sprzyjającym   wybornie   podobnym   machinacjom.   Nie 
domyślał   się   zapewne,   że   wiem   o   co   chodzi;   nie   podejrzewał   mnie 
zupełnie; nie przychodziło mu na myśl, że mógłbym go zdradzić i nie 
mylił się wcale, gdy istotnie nie miałem podobnego zamiaru. Wiedziałem 
doskonale,  że  z pochodzenia  był Niemcem,  że pozostawał zapewne na 
żołdzie   swego   kraju,   więc   nie   obchodziły   mnie   wcale   jego   sprawy   i 
interesy.

Cała ta rzecz przez sześć miesięcy toczyła się podobnie. Raz w tygodniu 

background image

wyjeżdżałem do Lozanny i zawsze byłem rad z uzyskiwanych tak łatwo, a 
potrzebnych mi pieniędzy. Aż zdarzyło się raz, że wychodząc z mieszkania 
pułkownika   Marvitza   —   wręczyłem   mu   właśnie   tygodniową 
korespondencję   —   zetknąłem   się   na   schodach   z   tym   rzekomym 
Francuzem,   którego   pan   tu   widział.   Szedł   na   górę.   Przewinął   się   koło 
mnie, nie zauważając mnie nawet, i po chwili zadzwonił do mieszkania 
pułkownika.   Przystanąłem   na   schodach   i   widziałem   wyraźnie,   jak 
natychmiast   go   wpuszczono.   Dlaczego   to   zrobiłem,   nie   zdaję   sobie 
sprawy. Ale sprawa od razu wydała mi się podejrzana. Podejrzenie moje 
wzrosło,   gdy   w   miesiąc   później   ujrzałem   tego   draba,   zupełnie 
zmienionego. Ubrany był jak hrabia i przechadzał się swobodnie przez 
Quai des Anglais. Gdy zatrzymał się przed kioskiem, aby kupić gazety — 
same   paryskie,   które   właśnie   nadeszły   —   wydobył   z   kieszeni   garść 
pieniędzy, aby wyszukać wśród tego pięćdziesiąt centimów, które miał mi 
zapłacić. Widziałem go odtąd niemal codziennie, nie przypominał już teraz 
obdartego  włóczęgi, który  wstępował czasem do mnie  przed dziesięciu 
laty. Był teraz panem — bogatym panem. Miał nowy kapelusz i świetnie 
skrojone, eleganckie ubranie. Kręcił się ciągle przed hotelem de Russie, a 
więc mieszkał zapewne w tym kosztownym hotelu, ja zaś dziwiłem się i 
nie   mogłem   zrozumieć,   na   czym   i   kiedy   tak   szybko   się   wzbogacił. 
Dziwiłem się dopóty, aż w miesiąc może później spotkałem go znowu 
przed drzwiami Marvitza; tym razem wychodził. Pułkownik odprowadził 
go do samych schodów i słyszałem wyraźnie, jak żegnając go, powiedział: 
„Oczekuję więc raportu najpóźniej do wtorku —". Teraz już wiedziałem, 
jak rzecz się przedstawia.

Gdy stary to mówił, podeszła do kiosku grupa turystów. Sami Anglicy. 

Kupili   Timesa   i   zażądali   widokówek   z   katedrą   i   ratuszem.   Wybierali 
długo, zaś Gérard tymczasem jął się przechadzać. Zrobiło się zimno, więc 
pragnął się zagrzać. Deszcz, który przedtem mżył i siąpił, padał obecnie 
pełnymi strugami. Było mglisto i wietrzno, ale Gérard był cierpliwy i nie 
chciał teraz odejść, nie posłyszawszy wszystkiego.

Gdy turyści odeszli, powrócił natychmiast do miejsca przed okienkiem. 

Kioskarz w tej chwili porządkował gazety, a Gérard tymczasem zagłębił 
się w myślach. Zastanawiał się nad tym, czy cała ta rzecz mogła istotnie 
tak wyglądać, jak wyobrażał sobie stary. Przecież chodziło tylko o to, że 
dawniejszy nędzarz stał się od razu człowiekiem bogatym. Czy zmusza to 
zaraz do rzucania nań obelg i psucia mu opinii? Mógł odziedziczyć jakiś 
spadek, mógł wygrać los. Gdzież był tu dowód, że tajemniczy ów osobnik 
tylko na tym się wzbogacił, że sprzedawał informacje obcemu mocarstwu? 

background image

W całej tej sprawie tylko słowa pułkownika mogły budzić podejrzenia. 
„Oczekuję więc raportu najdalej do wtorku", miał powiedzieć tamtemu. To 
było dziwne, dawało do myślenia. Ale nie dowodziło jeszcze winy, nie 
świadczyło przeciw niemu. Toteż Gérard po chwili mruknął pod nosem:

— Puste domysły. Pan nie ma dowodu.
Kioskarz tym razem posłyszał jego słowa. Przerzucił gazety pod ladę i 

odparł sucho:

— Ale mógłbym to zrobić, gdybym nie był taki stary.
— Jak by pan to zrobił? — zdumiał się Gérard.
— Przybliż się pan trochę; zaraz panu powiem.
Gérard się pochylił, tak że całą niemal głowę podsunął pod okienko. 

Jego ucho w tej chwili zdało się dotykać ust kioskarza.

— Ten szatan wcielony — rozpoczął kioskarz, ściszając głos nieomal do 

szeptu   —   wyjeżdża   do   Lozanny   dwukrotnie   w   miesiącu.   Nie   wybiera 
jednak   drogi   koleją   lub   parowcem   —   droga   parowcem   jest   krótsza   i 
łatwiejsza — lecz wyjeżdżając do Lozanny, wsiada zazwyczaj do łodzi 
wycieczkowej,   która   wyjeżdża   z   Genewy   kwadrans   na   dziesiątą   i 
zatrzymuje   się   po   drodze   niemal   w   każdym   miasteczku,   godnym 
zwiedzenia. Do Lozanny przybywa późnym popołudniem i powraca do 
Genewy o ósmej wieczorem. Z podróży tą łodzią korzystają przy pogodzie 
przeważnie turyści, gdyż droga do Lozanny, przebyta w ten sposób, jest 
znacznie dłuższa i zamiast godziny, trwa cały prawie dzień. Ten drab ją 
obiera bez względu na pogodę. Nawet w deszcz i w zimnie wybiera się 
łodzią.

— To niczego nie dowodzi — przerwał mu Gérard. — Może gustuje 

akuratnie w dłuższych podróżach i dlatego obiera drogę okrężną.

— Może! — rzekł stary i zaśmiał się cierpko.
— Skąd pan zresztą wie, że on wysiada w Lozannie?
— Bo nigdy tą łodzią nie powraca do Genewy. Przyjeżdża nieodmiennie 

łodzią późniejszą. Widziałem go raz, jak o dwunastej w nocy wylądował w 
Genewie.   Obserwowałem   go   bowiem.   Zdarzyło   się   czasem,   że 
wyjeżdżając do Lozanny, z rozmysłu obierałem drogę okrężną. Wtedy go 
tropiłem.

Gérard się zdumiał.
— O? — wykrzyknął.
— Kilkakrotnie tak było — z dumą i emfazą zapewnił go kioskarz. — 

Pamiętam doskonale, jak przed kilku tygodniami po raz pierwszy wpadłem 
na   trop   jego   krętactw.   Odwiozłem   akuratnie   pocztę   Marvitzowi   i 
załatwiwszy tę sprawę udałem się na molo, gdyż łódź wycieczkowa miała 

background image

przybyć niedługo po wycieczce na jeziorze. Gdy w kilka minut później 
przybiła do brzegu, ujrzałem ze zdumieniem, że wśród garstki pasażerów, 
która   wysiadała   w   Lozannie,   znajdował   się   i   on.   Powiadam:   ze 
zdumieniem, gdyż tego dnia rano widziałem go w Genewie, jak wsiadał do 
tej łodzi kwadrans na dziesiątą. Pogoda tego dnia nie nadawała się chyba 
do wycieczek po jeziorze. Od samego niemal rana lało jak z cebra i tylko 
głupiec lub szaleniec mógł wybrać taką drogę, by się dostać do Lozanny. 
Domyśliłem   się   od   razu,   że   łotr   nie   wybrał   jej   bez   ważnego   powodu. 
Postanowiłem zatem w duchu za wszelką cenę wybadać ten powód. Byłem 
strasznie ciekawy. Czy pan w tych warunkach nie okazałby również takiej 
samej ciekawości?

Gérard   mu   to   przyznał,   zaś   kioskarz   po   chwili   ciągnął   dalej   z   tym 

samym ożywieniem:

—   Poznałem   człowieka,   biedniejszego   ode   mnie,   który   za   małym 

wynagrodzeniem   zastępował   mnie   w   kiosku,   gdy   wyjeżdżałem   do 
Lozanny. Więc gdy zdarzyło się raz — może w tydzień później — że drab 
ów   ponownie   wybierał   się   w   podróż   —   widziałem   go   wówczas,   jak 
wybiegłszy z hotelu, pośpieszył do przystani — poprosiłem znajomego, by 
uważał   na   mój   kiosk   i   popędziłem   natychmiast   w   ślad   za   ptaszkiem. 
Pogoda tego dnia była piękna i słoneczna i mnóstwo ludzi wsiadło do 
łodzi. Wmieszałem się  w tłum i nie spuszczałem oka z tego łotra nad 
łotrami. Nie dostrzegł mnie w tłumie; nie wyobrażam sobie zresztą, czy by 
bardzo się tym przejął, gdyby był mnie zobaczył. Uderzyło mnie jednakże 
— i to zaraz na początku — że podróż tę odbywał drugą klasą.

— Mnóstwo ludzi podróżuje tą klasą — ozwał się Gérard. — Ja również 

dawniej   czyniłem   to   chętnie.   Lubiłem   nawet   czasem   taki   kontakt   z 
pospólstwem.

— Pan go mógł lubić — przyznał mu kioskarz. — Ale nie taki hultaj — 

taki   wstrętny   wisielec   spod   ciemnej   gwiazdy.  Wystarczy   nań   spojrzeć. 
Należy   do   tych   łotrów,   którzy   dorobiwszy   się   pieniędzy,   wybierają   w 
hotelach książęce apartamenta, a gdy udają się w podróż, to nie jeżdżą 
inaczej,   jak   w   wagonach   luksusowych.   Śledziłem   go   więc   ciągle,   nie 
spuszczając   z   niego   oka,   gdyż   paliła   mnie   ciekawość,   jaki   mógł   mieć 
powód, że odbywał tę podróż w tak skromnych warunkach.

— Jakiż więc miał powód? — zniecierpliwił się Gérard.
— Zaraz panu powiem — zmitygował go kioskarz. — Aż do przybycia 

do Thonon nie zauważyłem wśród drogi nic szczególnego. A śledziłem go 
bez   przerwy,   od   początku   podróży   zwracałem   nań   uwagę.   Siedział   na 
pokładzie, na jednej z ławek, i palił cygaro, do nikogo nie mówił, nikt go 

background image

nie obchodził. Pasażerowie na przystankach wysiadali i wsiadali, obraz na 
pokładzie co chwila się zmieniał, on jednak siedział tępy  i milczący, i 
nikogo nie obdarzył nawet marnym spojrzeniem. Ale wreszcie w Thonon 
— łódź tam zawinęła na krótko przed południem —jakaś nędzna kobieta 
przedostała się na pokład. Przechadzała się zrazu tam i z powrotem, potem 
podeszła nieco dalej i usiadła na ławce, tuż obok niego. Powtarzam jeszcze 
raz, że przez cały ten czas śledziłem go z uwagą; zauważyłem wśród tego, 
że gdy kobieta usiadła, przesunął się nieco i zrobił jej miejsce. Uderzyło 
mnie od razu, że człowiek tego typu nie okazałby kurtuazji wobec kobiety 
tak   nędznej   i   licho   ubranej.  Ten   wzgląd   jeszcze   bardziej   podniecił   mą 
ciekawość. Ale oboje ci ludzie nie zwracali początkowo na siebie uwagi. 
Siedzieli obok siebie, z pozoru obojętnie. On jeszcze ciągle palił cygaro, 
ona   zaś,   siedząc,   zaciskała   kurczowo   ucha   koszyka,   który   złożyła   na 
kolanach.

Po   kilku   minutach   zaczęła   coś   mówić.   Wtedy   on,   udając   dumnego, 

odwrócił głowę i zmierzył ją ostro, jakby uważał to za despekt, że zwróciła 
się   do   niego.   Ubawiłem   się   tą   sceną,   śledziłem   jednak   dalej,   gdyż 
ciekawość jeszcze bardziej poczęła mnie palić. Byłem strasznie ciekaw, co 
nastąpi   za   chwilę.   Ale   kobiety   nie   speszyła   wyniosła   jego   mina. 
Powiedziała   coś   znowu   i   zanurzyła   rękę   w   słomianym   koszyczku. 
Wydobyła   jakiś   zwitek   —   widocznie   z   prowiantami   —   otworzyła   go 
rychło   i   zaczęła   jeść.   Nie   trudno   się   domyślić,   co   się   stało   po   chwili. 
Zaoferowała i jemu bułeczkę z szynką, zaś on nie odmówił, zabrał ją od 
niej, a jednocześnie z bułką jakiś złożony papier, który znajdował się pod 
nią. Spożył bułeczkę, potem rzucił spojrzenie na pomięty papier, bawił się 
nim chwilę, przewracał go w palcach, w końcu zaś wetknął do jednej z 
kieszeni.

— Jest pan tego pewny? — ozwał się Gérard, gdyż stary obecnie urwał 

znienacka i spozierał przez szkła, jakby ciekaw był efektu, który sprawiły 
jego słowa.

— Najzupełniej — odrzekł, nie spuszczając zeń oka. — Ale czekaj pan 

chwileczkę, pozwól mi pan skończyć. Kobieta wysiadła na stacyjce Evian, 
on zaś pojechał aż do samej Lozanny. Gdy wysiadł tam wreszcie, udał się 
od razu do mieszkania Marvitza.

— Poszedł pan za nim?
— Oczywiście, że poszedłem. Przecież musiałem mieć pewność.
— I sądzi pan teraz...
— Nie sądzę — ze złością wybuchnął kioskarz. — Teraz już wiem, mam 

pełne dowody.

background image

— Ale nic pan nie zrobił — zarzucił mu Gérard. Stary się żachnął.
— Cóż mogłem zrobić? — zapytał go ostro.
— Pójść na policję; powiedzieć tam o wszystkim, co pan widział na 

łodzi.

— A po co, u pioruna? Cóż to może obchodzić policję szwajcarską? Co 

ją   to   obchodzi,   że   intryganci   niemieccy   prowadzą   jakieś   targi   z 
francuskimi zdrajcami? Powiedziano by mi pewnie, abym się wyniósł do 
diabła i nie wtrącał się do spraw, które do mnie nie należą.

— Więc nikomu, oprócz mnie, nie powiedział pan o tym?
— Zgoła nikomu.
— Mimo, że pan taki pewny?
— Czy wątpi pan jeszcze? — obruszył się stary. — Czy to niejasne, jak 

słońce? Kobieta przynosi gotowe informacje — licho ją tam wie, skąd 
dostały się do niej — oddaje je dyskretnie jednemu ze wspólników, ten zaś 
je odbiera i pędzi z tym od razu do centrali naszych wrogów. Jeśli proceder 
taki   trwa   od   lat,   czy   miesięcy,   to   licho   może   wiedzieć,   ile   złego   już 
zrobiono.   Ile   planów   już   sprzedano   —   planów   naszej   broni,   twierdz, 
fortyfikacji   —   ile   innych   dokumentów,   dotyczących   naszej   armii   i 
obronnych placówek, istniejących na granicy. Niemcy przecież płacą, mają 
czym płacić, a ich system szpiegowski góruje na razie nad wszystkimi 
innymi.

Gerard zamyślił się, nie mówiąc ani słowa, zaś kioskarz po chwili podjął 

na nowo z tą samą gwałtownością:

— I cóż pan teraz pocznie? — zapytał go ostro. Pan jest jeszcze młody i 

jest pan Francuzem. Czy pozwoli pan na to, aby taka szajka obwiesiów 
uprawiała   swe   nędzne   rzemiosło,   aby   frymarczyła   naszym   krajem   i 
zniesławiała jego godność, aby rozszarpywała go za życia i wiodła jeszcze 
dalej ku niechybnej zagładzie? Pozwoli pan im na to? I nawet palca pan 
nie podniesie, by zdławić ich, zgnębić, powstrzymać ich wreszcie w tej 
furii niszczenia?

Głos jego rósł i rozległ się w końcu jak ochrypły wrzask wśród ciszy 

wieczoru. Gérard przechylił się i chwycił go za ramię. Kioskarz pobladł.

Drżał   na   ciele,   trząsł   się   jak   liść,   miotany   przez   wicher,   był   bliski 

omdlenia. Dwaj żandarmi przeszli opodal i spojrzeli do wnętrza kiosku. 
Znali   od   lat   ekscentrycznego   kioskarza;   cała   Genewa   go   znała   z   jego 
dziwactw.   Uśmiechnęli   się   zatem,   wzruszyli   ramionami   i   zniknęli   po 
chwili w ciemnościach wieczoru.

Rozdział dwunasty

background image

„Pan   jest   jeszcze   młody   i   jest   pan   Francuzem."  Te   słowa   kioskarza, 

brzmiące   jak   wymówka,   jak   surowe   upomnienie,   by   nie   siedział 
bezczynnie, przez całą prawie noc dręczyły Gerarda. Nie spał tej nocy. 
Błądził po ulicach, po parkach i bulwarach, a gdy wreszcie nad ranem 
powrócił do mieszkania, położył się do łóżka. Ze snu, w który zapadł, 
zmęczony   wrażeniami,   obudził   się   w   chwili,   gdy   noc   już   ponownie 
zapadła   nad   Genewą.   Zerwał   się   raptownie,   czym   prędzej   się   ubrał   i 
podbiegł   ku   oknu.   Przypadek   tak   zrządził,   że   akuratnie   w   tej   chwili 
przybiła do przystani ostatnia łódź, wracająca z Lozanny. Przystań leżała 
tuż   przed   oknami   mieszkania   Gerarda,   więc   wsparł   się   o   parapet   i 
spoglądał przez   chwilę  na  ruch  obok  molo.  Była  w  tej  chwili  godzina 
jedenasta. Pogoda niespodziewanie zmieniła się na piękną — wieczór był 
ciepły i bardzo łagodny. Ile Rousseau, leżąca w pobliżu, tonęła całkowicie 
w świetle księżyca. Na Quai des Anglais sine jego światło mieszało się 
subtelnie z blaskami latarń. Tłum pasażerów, który jak zbita masa czernił 
się przed chwilą, rozpraszał się z wolna i począł się rozchodzić. Niektórzy 
z tych ludzi przystawali wśród drogi, podchodzili do kiosku i kupowali 
gazety.   Wśród   grupy   tych   ostatnich   rozpoznał   Gérard   i   tajemniczego 
eleganta, który wrył mu się w pamięć: bohatera historii, która jak żadna 
inna, wstrząsnęła umysłem wzburzonego kioskarza.

Gérard   w   tym   momencie   wybiegł   na   balkon.   Chciał   lepiej   się 

przypatrzyć  postaci obcego  i  wyśledzić  kierunek,  w  którym  pójdzie   za 
chwilę. Zauważył też niebawem, że ów człowiek skierował się na Quai des 
Anglais, że przekroczył potem jezdnię, podbiegł na chodnik i udał się od 
razu do hotelu de Russie. Zniknął po chwili w szerokiej bramie.

W dziesięć minut później Gérard był również w hallu hotelu. Zamówił 

sobie chłodzik i usiadł wygodnie na jednym z foteli. Ów człowiek już tam 
był; zrzucił z siebie płaszcz i siedział na fotelu, tuż obok niego; na stoliku 
przed nim stał również chłodzik. Mężczyzna po chwili zapalił cygaro i 
zagłębił się w czytaniu „Le Petit Journal". Gérard miał także gazetę przy 
sobie.   Gdy   kelner   niebawem   przyniósł   mu   chłodzik,   rozłożył  gazetę   i, 
pochyliwszy się nad nią, zdawał się tak samo pochłaniać jej treść.

Bez   przerwy,   wśród   tego,   śledził   obcego.   Obserwował   go   z   ukosa   i 

każdy   niemal   szczegół   wrażał   sobie   w   pamięć.   Zauważył   przede 
wszystkim, że ów człowiek był krępy, a twarz miał ciemną. Kolor jego 
skóry   mało   co   się   różnił   od   koloru   Murzyna,   nos  miał   szeroki,   białka 
połyskujące,  nabiegłe  krwią.  Z  mięsistych  warg  zwisały   mu  krzaczasto 
czarne,   ciężkie,   olbrzymie   wąsiska,   oba   policzki   ocieniały   mu   baczki, 

background image

brodę   miał   spiczastą,   gładko   wygoloną.   Szczyt   jego   głowy   był   łysy   i 
lśniący, ale z obu jej stron spadały mu na kołnierz grube, czarne, wijące się 
włosy.   Głos   miał   gruby,   dziwnie   gardliwy,   a   francuski   jego   język   — 
przemawiał   tym   językiem   do   obsługującego   go   kelnera   —   wykazywał 
wyraźnie   akcent   cudzoziemski.   Gérard   miał   wrażenie,   że   osobliwy   ów 
człowiek był żydem lewantyńskim. Wydało mu się nagle, że już widział 
gdzieś przedtem tę ciemną twarz i te wypukłe oczy, wystrzelające z orbit 
jak czarne gałki.

Nagle,   wśród   rozmowy   —   mężczyzna   w   tej   chwili   rozmawiał   z 

kelnerem — padły jakieś słowa o „la France" i „la patrie". Gérard nie 
pochwycił ich treści i związku, nie siedział tak blisko, by zrozumieć każde 
słowo, ale odczuł teraz z ulgą, że zupełnie wyraźnie przypomniał go sobie. 
Przypomniał sobie podróż, ową straszną podróż, którą dwa lata temu odbył 
z   Paryża   do   granicy   belgijskiej   i   towarzyszących   mu   wówczas, 
hałaśliwych   mężczyzn:   jednego   grubego,   drugiego   chudego,   który   z 
wyglądu   twarzy   przypominał   królika,   krzykliwe   ich   rozmowy,   owiane 
patriotyzmem,   kupieckie   dysertacje   i   dyskusje   na   temat   wynalazku   dla 
chustek,   którego   plany   i   rysunki   okazały   się   w   końcu   planami 
technicznymi,   o   niedostępnym   dla   laika   charakterze   i   zakresie. 
Przypomniał sobie Annę, ową nędzną kobietę w zniszczonym boneciku, 
dobrotliwe jej oczy i jej straszne przerażenie, gdy wydzierała mu z rąk ów 
tajemniczy dokument. Ten człowiek był wówczas gładko ogolony nosił 
tylko   wąsy.   Jego   łysą   głowę   pokrywała   peruka   o   czarnych,   miękkich, 
wijących   się   włosach,   ale   twarz   miał   tę   samą,   twarz   i   jej   wyraz   miał 
zupełnie te same. Nie potrafił chyba zmienić wyglądu swoich oczu, tym 
mniej zaś przeinaczyć brzmienia głosu. Obie te cechy za silnie się wraziły 
w pamięć Gerarda.

Człowiek   ów   powstał,   wypiwszy   chłodzik,   przeszedł   przez   hall   i 

podążył   od   razu   ku   klatce   schodowej.   Zniknął   niebawem   na   zakręcie 
schodów. Gérard teraz wstał, zapłacił rachunek, zawadził od niechcenia o 
lożę portiera i wdał się w rozmowę z urzędującym człowiekiem. Poruszył 
z nim kilka obojętnych kwestii, zapytał o klientów i stosunki w hotelu, w 
końcu zaś zręcznie wydobył informację, że ów gruby dżentelmen, który 
odszedł przed chwilą, nazywa się Biot, jest przemysłowcem francuskim, 
pochodzącym z Nancy, obecnie nieczynnym, gdyż zebrał fortunę ze swych 
wielkich interesów i żyje z niej jak król. Zajmuje w hotelu najdroższe 
apartamenty,   gdyż   wszystkie   są   urządzone   w   stylu   angielskim.   Każde 
niemal   danie   popija   szampanem,   a   napiwki   rozdaje   z   książęcą 
rozrzutnością.

background image

Gérard podziękował uprzejmemu portierowi, pożegnał go grzecznie i 

szybkim   krokiem   skierował   się   do   domu.   Chciał   w   spokoju   i   ciszy 
przetrawić to wszystko.

Rozdział trzynasty

W  parę   dni   potem,   gdy   Gérard   przechodził   przez   Quai   des  Anglais, 

kioskarz się przechylił i przywołał go do siebie. „Wyjeżdżam do Lozanny" 
— oświadczył mu żywo. Zamknął kiosk, zaś Gérard postanowił wyruszyć 
z   nim   razem.   Pojechali   koleją.   Podróż   trwała   trzy   godziny.   Marvitz 
mieszkał w dzielnicy Ouchy, w nowo zbudowanym luksusowym hotelu, 
który stał na ulicy, ciągnącej się pośród drzew, i znajdował się w pobliżu 
miejscowej przystani. Gérard chciał wiedzieć nie tylko gdzie on mieszkał, 
ale i jak wyglądał. Szczęście mu sprzyjało. Gdy kioskarz zadzwonił i lokaj 
po chwili otworzył mu drzwi, pułkownik akuratnie znajdował się w hallu. 
Gérard stał w sieni i ogarnął na chwilę jego smukłą, sprężystą, wojskową 
postawę. Było łatwo po nim poznać, że spełniał funkcje w szpiegowskim 
wywiadzie, wyglądał na takiego, to czytało mu się z twarzy. Rysy miał 
zatarte,   dziwnie   niewyraźne,   oczy   przenikliwe,   cokolwiek   przyćmione. 
Typ człowieka, który świadom był tego, że zawodowa jego czynność nie 
przynosi mu zaszczytu.

Codziennie   od   tej   pory,   o   wpół   do   dziewiątej,   Gérard   wychodził   na 

balkon mieszkania. Ubierał się rozmyślnie w zniszczone ubranie, które 
zakupił w tym celu w jakimś kramie na przedmieściu, surdut miał dziury 
na   obu   łokciach,   spodnie   u   brzegów   strzępiły   się   i   darły;   głowę   mu 
okrywał  pomięty   kapelusz,  podeszwy  u  bucików  nie   kleiły   się   jakoś z 
wytartymi   wierzchami.   Twarz   i   policzki   wysmarowywał   węglem,   aby 
nadać sobie wygląd człowieka nie golonego, na czoło przerzucał pasmo 
włosów, odgarniętych ku dołowi prosto z ciemienia.

Obserwował w ten sposób rój pasażerów, wsiadających codziennie do 

łodzi spacerowej i, uzbrojony w cierpliwość, czekał tak długo, aż łódź 
ostatecznie odbijała od brzegów. Czynił to wszystko, jakby pod dziwnie 
niewytłumaczonym, nieodpartym przymusem.

Pewnego   wreszcie   rana   —   może   w   dwa   tygodnie   później   —   ujrzał 

wśród tłumu, garnącego się do łodzi, rzekomego „Biota." Akuratnie przed 
chwilą   wybiła   dziewiąta   i   łódź   za   kwadrans   miała   już   odbić.   Gérard 
nacisnął kapelusz na oczy i wybiegł czym prędzej na Quai des Anglais. 
Gdy przebiegł obok kiosku, kioskarz, wsparty łokciami o ladę, przechylił 
się nieco przez otwarte okienko. Spojrzał na niego i szybko się obrócił, ale 

background image

Gérard   był   pewny,   iż   musiał   go   poznać.   Zauważył   go   zapewne   już 
przedtem, na balkonie, w tym samym ubraniu i domyślał się, widać, jaki 
miał zamiar; Gerardowi się zdawało, że dostrzegł w jego oczach błysk 
zadowolenia i że posłyszał nawet chichot, gdy przebiegł obok kiosku.

*  *  *
Zdarzenia wśród podróży ani o włos się nie różniły od dokładnego ich 

opisu, podanego przez kioskarza. Rzekomy pan „Biot", wytwornie ubrany 
i palący bez przerwy najprzedniejsze cygara, zakupiwszy bilet, udał się od 
razu na pokład drugiej klasy i usiadł na ławce. Po chwili wydobył jakąś 
dużą   gazetę   i   zagłębił   się   w   czytaniu.   Na   stacjach   i   przystankach   nie 
zwracał uwagi na wsiadających pasażerów; czytał zawzięcie i ani oka nie 
odrywał od szpalt gazety. Wreszcie łódź zatrzymała się w Thonon. Gérard 
się   skupił   i   wytężył   uwagę,   by   nikogo   nie   uronić   z   wsiadających 
pasażerów. Nagle, po chwili, zobaczył i ją. Ową nędzną kobietę, o której 
wspomniał mu kioskarz. Teraz już był pewny, że nie uległ złudzeniu. Ta 
sama   spódnica,   wytarta   i   zniszczona,   ta   sama   peleryna,   zzieleniała   z 
noszenia,   ten   sam   bonecik,   z   nie   pranymi   od   laty,   koronkowymi 
wstążkami, upiętymi niedbale agrafą na piersi. Nie ulegało wątpliwości, że 
była to Anna. Owa szczupła, mizerna, niepokojem trawiona, poświęcająca 
się kobieta, ów stwór przedziwny, o oczach pełnych smutku, przerażonym 
wyrazie i wiecznie niesfornym, zaczerwienionym nosku. Gérard przemocą 
trzymał się na wodzy, by nie podbiec do nieszczęsnej i nie powitać jej 
życzliwie,   tak   jak   wita   się   przyjaciół.   Wychudłe   jej   ręce,   pozbawione 
rękawiczek, były dziwnie zmarszczone od wiatru i zimna; trzymała w nich 
kurczowo   ten   sam   zniszczony,   słomiany   koszyczek;   spod   uchylonego 
wieczka   wyłaniały   się   brzegi   w   papier   owiniętych,   niezgrabnych 
pakiecików.

Ta sama Anna! Ta sama kobieta, która towarzyszyła mu wówczas, gdy 

jechał pod eskortą z Paryża do Feignies!

Na   widok   jej   twarzy   odżyła   w   nim   pamięć   nieszczęsnego   dnia. 

Przypomniał sobie teraz każdy jego szczegół. Ale nie zastanawiał się nad 
nimi,   odrzucał   je   czym   prędzej.   Wsłuchał   się   raczej   w   bulgot   wody, 
uderzanej miarowo potężnymi wiosłami. Monotonia jego rytmów, twarda, 
zimna, beznadziejnie obojętna, przywiodła mu na pamięć słowa Juanity, 
gdy się zmagał z nią w hotelu: „Nie kocham pana wcale — odejdź pan 
czym prędzej"...

Anna   kilkakrotnie   przeszła   przez   pokład,   a   wreszcie   przystanęła, 

szukając miejsca. W chwilę potem podeszła do kąta, w którym siedział 
„Biot"; usiadła na ławce. Na bladej jej twarzy, pojawił się wyraz owej psiej 

background image

uległości,   który,   tak   samo   jak   wówczas,   przysporzył   jej   uroku.   Drab 
początkowo   udawał,   że   nie   widzi,   iż   usiadła   opodal;   palił   cygaro   i 
studiował gazetę. Ale twarz kobiety promieniała od szczęścia; próbowała 
kilkakrotnie pochwycić go za rękaw, ale przystawała wśród tego, jakby 
zabrakło jej odwagi, by przysunąć się bliżej. Gérard miał ochotę — tak jak 
wówczas w Feignies — rzucić się na niego i powalić go na ziemię.

Wszystko, co nastąpiło później, nie różniło się od sceny, którą opisał mu 

kioskarz.  Anna   wydobyła   pakiecik   z   koszyka,   wyjęła   z   niego   bułkę   i 
poczęła zajadać. „Biot" w tej chwili złożył gazetę i odrzucił czym prędzej 
niedopałek cygara. Przemówiła coś do niego, naprzód wstrzemięźliwie, 
potem   coraz   to   śmielej,   proponując   mu   w   końcu,   by   nie   wzgardził 
poczęstunkiem. „Biot" nie wzgardził; wziął jedną bułkę, po chwili drugą. 
Niewątpliwą było rzeczą, że z jedną z tych bułek przedostał się do niego 
potrzebny mu dokument.

Na stacyjce Evjan rychło wysiadła. Gérard miał chętkę wysiąść z nią 

również,   ale   nie   pozwolił   mu   na   to   brak   dokumentów.   Odczuwał 
podświadomie, że chciałby z nią pomówić, zobaczyć ją jeszcze, wyrazić 
jej   sympatię,   jakieś   słówko   zrozumienia.   Zdawał   sobie   sprawę,   że   ta 
biedna kobieta bezwzględnie potrzebuje ciepła i pociechy. Przeczuwał w 
duchu, że marne jej szczęście już wisi na włosku; że każda niemal chwila 
może zniweczyć jej to wszystko, co tak bardzo ukochała.

*   *   *
Gdy łódź przybiła do przystani w Lozannie, była już siódma. Zapadał 

wieczór,   a   przez   gęstą   mgłę   przedzierały   się   od   miasta   światła   latarń. 
Gérard był rad, że się znalazł wśród cieni.

Nie   namyślając   się   wiele,   poszedł   od   razu   w   ślad   za   „Biotem".   Nie 

zdawał   sobie   sprawy,   czy   czynił   to   obecnie   z   już   z   góry   określonym, 
gotowym zamiarem. Od czasu, gdy rzucono mu śmiało wyzwanie: „Pan 
jest jeszcze młody i jest pan Francuzem", odczuwał pewien impuls, jakieś 
dziwne   nieoczekiwane   przebudzenie   się   woli.   Poczucie   to   sprawiło,   że 
wybiegł dziś z domu, ujrzawszy „Biota", że ubrał się w łachman, kupiony 
na   przedmieściu,   i   usmarował   sobie   twarz.  Ale   nie   miał   w   tej   chwili 
stanowczych postanowień. Zjawienie się Anny i wspomnienia, wywołane 
jej   widokiem,   rozstrzeliły   jego   myśli   w   najróżniejszych   kierunkach. 
Zdawał sobie sprawę, że należało czym prędzej przerwać kontakt między 
rzekomym „Biotem" a agentem niemieckiego wywiadu wojskowego, ale 
nie uświadamiał sobie jeszcze, jakim sposobem miał wykonać swój plan. 
Musiał przede wszystkim mieć dowód w ręku — udowodnić „Biotowi", że 
jest zdrajcą i szpiegiem — obecnie jednakże, gdy szedł jego śladem, nie 

background image

wiedząc właściwie, dlaczego to robi — obecnie zrozumiał, że zadanie jest 
ciężkie   i   że   wymagać   będzie   trudu.   Nie   miał   pojęcia,   jak   uzyskać   ten 
dowód.

„Biot"   szedł   naprzód   —   przekroczył   w   ten   sposób   może   dwieście 

kroków — potem nagle skręcił i skierował się na lewo. Znalazł się obecnie 
na   szerokiej   ulicy,   ozdobionej   obustronnie   plantacjami   trawników   i 
młodymi drzewkami. Gérard momentalnie rozpoznał ulicę; przypomniał 
sobie   żywo,   że   przechodził   nią   z   kioskarzem,   gdy   szli   do   Marvitza. 
Dostrzegł w oddali budynek hotelu. W kilku jego oknach paliły się światła. 
Poza tym panowały głębokie ciemności; ulica była pusta i źle oświetlona. 
Z oddali, od Avenue d'Ouchy, dochodził stłumiony gwar ulicy: odgłosy 
przechodniów, tętent kopyt, turkot pojazdów. Ale tu, w tym miejscu, było 
cicho   i   spokojnie.   Nic   dziwnego.   Zakątek   ten   leżał   w   dzielnicy 
wielkopańskiej.

„Biot" idąc, opuścił głowę. Ręce zagrzebał w kieszeniach płaszcza, laskę 

oparł na jednym z ramion. Szedł spokojnie, krokiem miarowym. Pośrodku 
ulicy   zatrzymał   się   raptem.   Od   domu,   w   którym   mieszkał   pułkownik 
Marvitz, dzieliło go obecnie kilkadziesiąt kroków. Przystanął pod jedną z 
latarń.   Gérard   momentalnie   ukrył   się   w   cieniu.   Ukryty   za   węgłem 
najbliższej kamienicy, wychylił tylko twarz i śledził go dalej. Widział w tej 
chwili, jak „Biot" wyciągnął jakiś papier z kieszeni, rozłożył go szybko i 
zatopił w nim wzrok.

Myśli   Gerarda   przybrały   równocześnie   zdecydowany   kierunek. 

Rozejrzał się dokoła, spoglądając ostrożnie wprzód i za siebie, a upew-
niwszy się w końcu , że nic mu nie grozi, wypadł z kryjówki, jednym 
susem   był   już   na   przodzie,   w   następnej   zaś   chwili   stalowe   jego   palce 
zacisnęły   się   kurczowo   na   grubym   karku   rzekomego   „Biota".   Drab, 
zaskoczony, stracił równowagę i upadł na ziemię. Gérard błyskawicznie 
pochylił się nad nim. Aby stłumić jego krzyk, jedną ręką zakneblował mu 
usta,   drugą   zaś   szybko   wydarł   mu   dokument.  W  następnej   już   chwili, 
zanim łotr mógł się dźwignąć i zawezwać pomocy, odskoczył bez namysłu 
i począł uciekać,

Biegł wyprostowany, z ramionami przywartymi, spokojny już o papier, 

który   ukrył   w   kieszeni.   Za   czasów   studenckich,   gdy   uprawiał   jeszcze 
sport,   zwyciężał   kilkakrotnie   na   zawodach   biegaczy   i   pobijał   rekordy. 
Kiedy   dotarł   po   chwili   do   Avenue   d'Ouchy,   zaniechał   biegu,   by   nie 
zwracać na siebie uwagi przechodniów, ale zaledwie ją minął, podjął go na 
nowo, uciekając przez pagórek. Dotarł w ten sposób aż do dworca kolei.

Nie obawiał się już teraz możliwości pościgu. Zanim „Biot" się ocknął, 

background image

wezwał pomocy i opowiedział, co zaszło, za wiele niewątpliwie upłynęło 
czasu;   drab   poza   tym  nie   mógł   wiedzieć,   kto   go   powalił;   nie   umiałby 
opisać   wyglądu   napastnika.   Gérard,   zziajany,   podbiegł   naprzód   i 
pośpieszył   do   kasy.   Zakupił   bilet,   wyszedł   na   peron   i   zniknął 
niespostrzeżenie wśród tłumu czekających.

*  *  *
Dopiero w chwili bezpiecznej, gdy znalazł się z powrotem wśród ścian 

swego pokoju, odważył się otworzyć i obejrzeć dokument. Jak wszystko 
inne, co wykazywało analogię z wypadkami tego dnia, tak i leżący przed 
nim   papier   obudził   w   nim   wspomnienia.   Przypomniał   mu   Feignies, 
przypomniał mu Annę z jej wiecznie niesfornym, spadającym bonecikiem, 
przypomniał   mu   wreszcie   scenę   na   dworcu;   kiedy  Anna   go   dopadła   i 
wydzierała mu z rąk ów szkic, który znalazł. „To jest moje — wołała — to 
jest moje, monsieur...".

Różnica   była   w   tym,   że   obecnie   dokładniej   przestudiował   rysunek. 

Wprawdzie i teraz był fachowy, i teraz był pełen terminów technicznych, 
ale   Gerardowi   się   zdawało,   że   zrozumiał   jego   treść.   Przedstawiał 
niewątpliwie   model   ostatniej,   szybkostrzelnej   armaty,   model   francuski, 
udoskonalony   niedawno   przez   jednego   z   kapitanów   i   wypróbowany 
kilkakrotnie na polach w Meudon. Szkic zawierał dokładne objaśnienia, a 
„Biot"   go   miał   wręczyć   pułkownikowi   Marvitzowi,   agentowi   niemiec-
kiego wywiadu wojskowego.

Gérard włożył go do szerokiej koperty i wsunął pod poduszkę, gdy kładł 

się do łóżka.

Rozdział czternasty

Hrabina de Lanoy — Juanita Lorendana — kończyła akuratnie poranną 

toaletę,   gdy   Lucien   Toulon,   dyrektor   i   kierownik   Gabinetu   Wywiadu, 
przysłał   jej   kartę.   Po   chwili   wyszła   i   przyjęła   go,   jak   zwykle,   w 
prywatnym   buduarze.   Zajmowała   obecnie   wspaniałe   apartamenta, 
urządzone luksusowo, z książęcym przepychem, a sąsiadujące z miesz-
kaniem margrabiego de Valmore. Toulon się skłonił, usiadł wygodnie na 
wskazanym mu fotelu i zaplótł ręce na tłustym brzuchu. Spojrzał na jej 
twarz   z   widocznym   zadowoleniem.   Juanita   Lorendana,   do   niedawna 
tancerka i artystka kabaretów, wyglądała obecnie jak rodzona księżniczka.

—   I   cóż   pana   sprowadza   tak   wczesną   porą?   —   spytała   wyniośle, 

siadając opodal.

— Interes — odparł, spoglądając jej w oczy.

background image

— Domyślam się — rzekła. — Ale jaki interes — rzuciła niecierpliwie.
Toulon opuścił monokl z oka, sięgnął do kieszeni i wyjął jakiś papier. 

List zagraniczny, jak świadczył stempel. Wydobył go z koperty i podał 
Juanicie.

Przemknęła   po   nim   okiem,   naprzód   raz,   potem   drugi,   a   twarz   jej 

przybrała wyraz skupienia. Na białym jej czole pojawiła się zmarszczka. 
Gdy po raz drugi przeczytała do końca, spojrzała na Toulona, zwróciła mu 
list, a w końcu spytała:

—   Czy   ma   pan   i   ów   szkic,   o   którym   mowa   jest   w   liście?   Toulon 

ponownie przeszukał kieszeń i wyjął z niej teraz jeszcze większy papier.

— Chce go pani widzieć? — ozwał się żywo.
—   Nie   —   odrzekła.   —   Nie   zrozumiałabym   go   zresztą.   Czy   to   jest 

wszystko, co odnosi się do listu?

Toulon przytaknął.
— Wszystko — odparł.
— Cóż więc pan zamierza? — spytała Lorendana.
— Wybadać przede wszystkim, od kogo ów Biot mógł otrzymać ten 

papier. Wszystko, co dotyczyło tajemnicy modelu, tak dobrze ukrywano 
przed okiem niepowołanych, że tylko wysoki oficer mógł dostarczyć tych 
szkiców.

— Czy podejrzewa pan kogoś?
—   Niekoniecznie   —   odparł.   —   Trudno   zresztą   sądzić,   nie   mając 

dowodów.

— A ten — no, jakże się nazywa? — ten Biot? — spytała. — Czy ma 

pan choć pojęcie, co to za jeden?

— Mam pewne podejrzenia. Pamięta pani pewnie, że gdy przed dwoma 

laty pułkownik de Verchere zademonstrował po raz pierwszy poprawiony 
przez siebie model karabinu, doszła nas wiadomość, że w miesiąc później 
szkic   modelu   dostał   się   w   ręce   agentów   Bismarcka.   Podejrzewaliśmy 
wówczas,   że   zdrajca   operował   na   terenie   Belgii,   niedługo   zaś   potem 
wpadliśmy   na   ślad   świetnie   podrobionego   zagranicznego   paszportu, 
wystawionego   na   nazwisko   Hectora   Folay,   oficera   51.   pułku   piechoty, 
urodzonego w Nancy, w owym jednak czasie przeniesionego już od roku 
w stan spoczynku. Pamięta to pani?

— Przypuszczam, że tak.
— Powinna pani — rzekł sucho Toulon. — Rzecz się zdarzyła akuratnie 

w czasie, gdy zawarła pani ślub z wicehrabią de Lanoy.

— Tak — odrzekła, nie podnosząc nań oczu. Toulon się uśmiechnął i 

ciągnął dalej:

background image

—   Wspólnikami   tej   afery   było   troje   osób:   jedna   kobieta   i   dwaj 

mężczyźni. Często wyjeżdżali na teren Belgii, niedługo zaś później zja-
wiali się z powrotem. Nie udało nam się wpaść na trop kobiety. Ale jeden z 
mężczyzn — mizerny, niepokaźny, z typową twarzą dzikiego królika — 
został   schwytany   i   zasądzony   na   śmierć.   Zdaje   się   jednakże,   że 
zastrzeliliśmy wówczas niewłaściwego człowieka — dodał z uśmiechem. 
Samozwańczy oficer rozpoczął bowiem wkrótce ponownie działalność.

— Ten sam, pan sądzi?
—   Oczywiście,   madame.   Po   unieszkodliwieniu   wspólnika,   przestał 

znienacka powracać do Francji. Akuratnie w tym czasie agent Bismarcka, 
zamieszkały   w   Brukseli,   niejaki   Marvitz,   został   przeniesiony   na   teren 
Szwajcarii;   przypuszczam   więc   zatem,   że   ów   rzekomy   Biot   nieczynny 
obecnie   „przemysłowiec"   z   Nancy,   nie   jest   kim   innym,   jak   właśnie 
Folayem.

— Czy on osiadł w Szwajcarii?
—   W   Genewie,   przypuszczalnie.   Każde   niemal   państwo   ma   tam 

szpiegów i agentów. My również tam mamy stałego agenta.

Juanita w tej chwili wskazała na list.
— Czy to pisał pański agent?
—   Nie   —   rzekł   Toulon.   —   I   to   mnie   właśnie   peszy.   Doniesienie 

nadeszło bez żadnego podpisu. Nie mam pojęcia, kto je mógł wysłać.

— W każdym razie jest niezwykle jasne.
—   I   ogromnie   szczegółowe.   Wskazuje   na   Biota,   podaje   jego   imię, 

opisuje dokładnie metodę jego działań.

— Niezupełnie — odrzekła, prostując się w fotelu.
Toulon w tej chwili pochwycił monokl i osadził go na oku. Wskazał na 

list.

— Przecież wyraźnie o tym pisze — rzekł niecierpliwie i jął odczytywać 

odnośny urywek:

„Piszący   te   słowa,   przekonał   się   naocznie,   że   ów   rzekomy   Biot 

wyjeżdża do Lozanny przeciętnie dwukrotnie w okresie miesiąca. Zamiast 
obrać jednak drogę krótszą i dogodniejszą — pociągiem lub statkiem — 
wsiada   regularnie   do   łodzi   wycieczkowej,   która   opuszcza   Genewę 
wczesnym   ranem   i   przez   cały   niemal   dzień   wałęsa   się   na   wodzie.   W 
Thonon spotyka się z zaufaną osobą, która właśnie na tej stacji wsiada do 
łodzi,   rozpoczyna   z   nim   po   chwili   poufną   rozmowę   i   na   stacji   Evian 
opuszcza   pokład.   Biot   potem   jedzie   sam   do   Lozanny   i   przybywa   na 
miejsce o siódmej wieczorem...".

— I tak dalej — zakonkludował Toulon i wetknął list z powrotem do 

background image

kieszeni.   —  Anonimowy   nasz   przyjaciel   obserwował   go   zatem   aż   do 
przybycia do Lozanny; potem dopadł go gdzieś w mieście, korzystając z 
ciemności, i wydarł mu ów papier, podany mu w drodze. To jest jasne, 
proszę pani - - nie rozumie pani tego?

Juanita przytaknęła.
— Czemu? — zapytał, nie kryjąc podniecenia.
— Tak — odrzekła. — Dziwię się jednakże ...
— Że autor listu nic nam nie mówi o tej „zaufanej osobie ". Nie wiemy 

nawet dobrze, czy to mężczyzna, czy kobieta.

Toulon obojętnie wzruszył ramieniem.
— Ten szczegół nie jest istotny — odrzekł prostodusznie. — Przecież 

autor   listu   jest   zaledwie   amatorem   w   zawodzie   śledzenia.   Przypuszcza 
zapewne, że już wiem, lub domyślam się.

— Czego? — spytała.
— Że „zaufana osoba" jest właśnie mężczyzną. Podkreśliłby to pewnie, 

gdyby była kobietą.

— Sądzi pan? — rzekła. A pani nie przypuszcza?
— Nie! — odparła. — Przypuszczam natomiast, że autor listu, będąc 

amatorem, jak słusznie pan sądzi, wzdrygnął się przed myślą, aby wydać 
kobietę.

Toulon ponownie opuścił monokl; jego krągła  twarz zapromieniała  z 

zachwytu, gdy spojrzał na Lorendanę. Jego oczy jaśniały.

— Czy ona nie jest czarująca? — mruknął pod nosem, jakby wyzywając 

tym pytaniem niewidzialne audytorium.

—  Czy  zdziwiłoby   to  panią   —  rzucił  po  chwili  —  gdybym wyraził 

przypuszczenie, że anonimowy ten list napisała kobieta?

— Zdziwiłoby mnie — rzekła — i to w wielkim stopniu.
— Dlaczego? — zapytał.
— Bo podobne przypuszczenie dowiodłoby niezbicie, że pański spryt i 

intuicja   zaczynają   się   osłabiać.   Nie   chcę   nawet   myśleć   o   tak   strasznej 
ewentualności.

— Pani żartuje — rzekł Toulon, widocznie podrażniony.
— Nigdy w życiu nie mówiłam poważniej.
—   Przyzna   pani   jednak,   że   kobiety   są   skłonniejsze   do   pisania 

anonimów.

— Tak — odrzekła. — Przyznaję to panu.
— A zatem? — zapytał.
— Ale styl tego listu, dobór wyrazów — to wszystko nie wskazuje, że 

pisała go kobieta.

background image

Zamilkła, a po chwili dodała:
— Takie mam wrażenie; nie wykluczam jednak tego, że przypuszczenia 

mnie mylą. Któż by zresztą śmiał sugerować coś panu? Pan ma za ostry 
węch i za duże doświadczenie.

Komisarz   zamilkł,   a   wyraz   jego   twarzy   był   dziwnie   kłopotliwy. 

Przyznawał sobie w duchu, że nie orientował się w sprawie i że cała ta 
afera zaczynała go męczyć. Obawiał się poza tym, by spryt Lorendany nie 
ubiegł go przedwcześnie w rozwiązaniu zagadki. Przemknęło mu przez 
głowę, że piękna ta kobieta już teraz usiłuje okazać mu wyższość. Nie 
wyklucza możliwości, że zbrzydł jej już zawód tropienia i śledzenia i że 
jakiś   możny   wielbiciel,   ujęty   jej   wdziękami,   zaofiarował   jej   serce   i 
wyperswadował   jej   z   głowy   pozostawanie   we   wdowieństwie.  Ale   on, 
Toulon,   nie   ścierpiałby   tego;   nie   pozwoliłby   jej   na   to,   by   złamała 
dyscyplinę i już teraz myślał, co by mógł przedsięwziąć, gdyby stawiła mu 
opór.   Użyłby   represji,   by   ją   zmusić   do   posłuchu;   nie   przebierałby   w 
środkach,   choćby   najbardziej   gwałtownych,   by   ratować   swój   prestiż,   a 
gdyby się zawiódł, gdyby Lorendana i nadal okazała się krnąbrną, to miał 
zauszników,   oddanych   sobie   ludzi,   którzy   przy   pierwszej   sposobności 
poczęstowaliby ją kulką. Był panem w swym zakresie, doskonale opłacał 
pracujących z nim agentów, ale żądał też w zamian ślepego posłuszeństwa 
i bezwzględnej uległości.

Nachmurzył się groźnie, oczy mu zalśniły, ale zaraz się poskromił, jakby 

nie   chcąc   jej   okazać   wzburzenia   umysłu;   ozwał   się   wreszcie   głosem 
łagodnym, pozbawionym szorstkości urzędowej powagi:

— Kwestia płci autora anonimu nie wydaje mi się teraz tak ważną i 

decydującą. Wkrótce, przypuszczam, upewnimy się o tym. Chodzi teraz o 
to, aby załatwić się czym prędzej z rzekomym Biotem. Ponieważ żyje w 
Szwajcarii, należałoby pomyśleć, aby wydostać go stamtąd i przywabić w 
jakkiś sposób na granicę francuską.

Lorendana milczała. Toulon na nią spojrzał, odchrząknął lekko i ciągnął 

po chwili tym samym tonem:

— Do wykonania tego planu wybrałem oczywiście, jak zwykle, panią. 

Pani wyjedzie do Genewy...

Urwał w tym miejscu, a wreszcie zakończył:
— A co do reszty tej sprawy, zdaję się na panią.
Wśród   ścian   buduaru   zaległo   w   tej   chwili   grobowe   milczenie. 

Lorendana spoglądała na ogień w kominku, Lucien Toulon spoglądał na 
nią. Śledził w tej chwili wyraz jej twarzy, jakby pragnął wybadać, jakie 
wrażenie wywarły jego słowa. Ale cisza trwała; Lorendana nadal siedziała 

background image

milcząca. W końcu zapytał: I cóż pani na to?

Wzruszyła ramieniem i rzekła ozięble:
— Nic, zupełnie. Otrzymałam rozkaz i to mi wystarcza. Kiedy mam 

wyruszyć?

Toulona zdumiała ta niezwykła gotowość. Nie okazał jednak tego, że ją 

przyjął z radością.

— Kiedy pani zechce — odrzekł przymilnie. — Pani sama wybierze 

odpowiednią porę.

—   W   czwartek   mam   raut   w   salonach   cesarzowej.   Sprawiłabym   jej 

przykrość, wyjeżdżając przed rautem.

— Oczywiście — przyznał. — Powiedzmy więc, w sobotę. Od dziś za 

tydzień.

— Czy nie będzie za późno?
— Nie obawiam się o to, aby ten łotr Biot mógł przeskrobać teraz coś. 

Leży pewnie w łóżku; nie wstanie tak rychło.

— Ja również tak sądzę.
—  Wybierzmy   więc   sobotę.   Pokojowa,   oczywiście,   wyjedzie   wraz   z 

panią. Mogę jej zaufać, ale i pani, przypuszczam, polubiła ją wreszcie. 
Nieprawda, madame?

— To nie wchodzi w rachubę, czy ją lubię, czy nie. Wiem tylko, że pan 

narzucił mi ją gwałtem, aby mogła mnie śledzić.

Papę Toulona zmartwiła ta uwaga. Usiłował w tej chwili złagodzić głos i 

nadać mu brzmienie cośkolwiek życzliwsze.

— Ale, ale! — zawołał, podnosząc rękę i zaprzeczając nią żywo. — 

Pani   nigdy   nie   rozumie   mych   szczerych   intencji.   „Aby   mogła   mnie 
śledzić!" — powtórzył urażony. — Nie o to tu chodzi. Taka dama, jak 
pani, nie obeszłaby się przecież bez wiernej służącej. Ryzykować jednak 
trudno.   Zachodzi   obawa,   że   zwykłą   służącą,   niepewną   dostatecznie, 
mógłby   łatwo   przekupić   byle   agent   przeciwnego   nam  mocarstwa,   albo 
ktoś inny w tym rodzaju, a wtedy, madame... pani rozumie.

— Nie mów pan już o tym — wpadła  mu  w słowo. Wyrzekła to z 

goryczą,   z   widocznym   podnieceniem.   Mogło   się   wydawać,   że   chmura 
niezgody zawisła nad pokojem. Ale papa Toulon prześcignął się po prostu 
w objawianiu życzliwości. Przemawiał jak lekarz do chorego dziecięcia. 
Poprawił monokl i promieniał z radości, patrząc na jej twarz.

— A wyjedzie pani chętnie? — zapytał po chwili, przymilając się ciągle. 

— Bo byłoby mi przykro, gdybym przypuszczał choć na chwilę...

—   Proszę   się   nie   lękać   —   wtrąciła   bezpośrednio.   —   Wyjeżdżam   z 

przyjemnością i zrobię, co mogę, by wywiązać się z zadania. Czy to jest 

background image

jednak wszystko? Czy nie ma pan więcej nic do powiedzenia?

Wykonała   pewien   ruch,   jakby   chciała   się   podnieść.   Lucien   Toulon, 

kierownik i dyrektor Gabinetu Wywiadu, czuł w tej chwili, że powinien ją 
pożegnać. Zwalczył jednak w sobie to uparte poczucie; nie troszczył się o 
nie. Siedział jeszcze chwilę i obserwował jej twarz. Radował się w duchu, 
że   przyjęła   propozycję,   nie   robiąc   mu   trudności,   przypuszczał   bowiem 
zrazu,   że   się   natknie   na   opór.   Co   by   teraz   począł,   gdyby   jawnie,   bez 
ogródek,   odmówiła   mu   posłuchu?   Zdawał   sobie   sprawę,   że   tylko 
fascynująca jej osoba mogła usidlić Biota i przyczynić się w ten sposób do 
nowego   tryumfu   Gabinetu   Wywiadu.   Pocił   się,   siedząc,   ale   uśmiech 
jeszcze ciągle fałdował mu twarz. Gdy powstał wreszcie, ujął jej rękę i 
ucałował ją z gracją.

— Czy nie brak pani czego do tej trudnej podróży? — zapytał po chwili, 

prostując się równo. Zatrzymał jej dłoń i poklepywał ją lekko. Lorendana 
nieznacznie odciągnęła rękę.

— Niczego — odrzekła. — Mam wszystko, czego trzeba.
— Przyślę dziś wieczór Prevosta do pani. Przyniesie, co ważniejsze; 

pieniądze i paszport. Paszport wystawimy na nazwisko, przypuśćmy, — 
madame d'Orville. Zgadza się pani?

— Jak pan sobie życzy.
— Wyślę też ludzi do miejscowości Evian. Zostaną na razie w naszym 

miejscowym biurze, czekając tak długo, aż pani i Biot wylądują w tym 
miejscu. Po przybyciu do Genewy będą czuwać bez przerwy obok każdej 
łodzi, która zawinie do przystani. To zarządzenie, przypuszczam, może 
przydać się pani.

— Możliwe — odrzekła przedziwnie obojętnie.
—   Jeśli   wśród   tego   pani   wpadnie   i   na   trop   tej   „osoby",   o   której 

wzmianka jest w liście, to proszę bezzwłocznie zawiadomić mnie o tym.

— Oczywiście — rzuciła.
— A teraz, madame — zakończył ostatecznie z tą samą uprzejmością — 

życzę pani szczęścia i miłej podróży.

—   Dziękuję   —   odrzekła   oschle   i   ozięble.   Chwyciła   za   dzwonek   i 

potrząsnęła   nim   lekko.   —   Dwaj   eleganccy,   wygalowani   lokaje 
wyprowadzili po chwili Toulona z mieszkania.

*  *  *
Lorendana została sama w pokoju. Usiadła przy kominku i wpatrzyła się 

żywo   w   grę   płomieni.   Ogarnęło   ją   znużenie;   jakaś   dziwna   niechęć   do 
świata   i   ludzi.   Zbrzydło   jej   życie   w   służbie   Toulona.   Zdawała   sobie 
sprawę,   że   kobiecie   jeszcze   młodej,   obdarzonej   poza   tym   urodą   i 

background image

rozumem, należało się coś więcej, by radować się z życia. Raz w swym 
życiu   —   nie   tak   bardzo   temu   dawno   —   spotkała   człowieka,   który   od 
pierwszego wejrzenia obudził w niej miłość. Gérard de Lanoy, który jeden 
wśród  tłumu,  zebranego w „Solferino"  — na  pamiętnym  wieczorze  ku 
uczczeniu cesarza — okazał jej obojętność — ten Gérard de Lanoy już 
tego   dnia   zawładnął   jej   duszą.   Nie   wiedziała,   dlaczego.   Uczucie   to 
wzrosło,   kiedy   w   trzy   dni   później   przystanęła   obok   niego   nad   ciałem 
Piotra w Fosse de la Part Dieu. Nie przyłożyła ręki do śmierci du Pont-
Croix, Gérard jednak sądził, że była jej winna i w twardych słowach dał 
upust podejrzeniu. Nie obraziła się na niego, gdyż już wtedy wiedziała, że 
kocha go szczerze. Nie wiedziała tylko tego, jak to się stało. I dlaczego się 
tak zdarza, że w kobiecie nieświadomie budzi się miłość.

Wpatrzyła się w ogień i doznała wrażenia, że odczytuje w nim teraz 

rozwiązanie   zagadki.   Buchające   płomienie   zdawały   się   jej   mówić,   że 
Gérard de Lanoy dlatego tak od razu zawładnął jej sercem, że dlatego się 
tak   wraził   w   jej   pamięć   i   serce,   iż   był   jednym   z   nielicznych,   którzy 
przejrzeli i posiedli misterium kochania. Jednym z nielicznych! Żaden z 
wielbiących i kochających ją mężczyzn — a miała ich tak wielu, och, jak 
wielu! — nie okazał takiej pełni uczucia i porywu. Czy pochwycił ją za 
przegub i zadręczał pytaniami — był zawsze tego pewny, że wydała du 
Pont-Croix — czy też padał na kolana, obejmując jej nogi, zawsze był 
tym,   który   budził   w   niej   podziw   i   docierał   do   jej   serca:   doskonałym 
kochankiem. Ale lęk o jego życie, gdy się znalazł w niebezpieczeństwie — 
paniczny lęk, który jeszcze teraz odczuwała, myśląc o Gerardzie — stłumił 
w niej wówczas gotowość do wyznań. Skłonił ją do tego, że pamiętnej 
owej   nocy   dopuściła   się   bluźnierstwa;   powiedziała   mu   hardo:   „Nie 
kocham pana wcale, odejdź pan czym prędzej!...". Wyrzucała go za drzwi, 
chcąc ratować jego życie, w głębi jednak duszy drżała na myśl, że za 
chwilę ją opuści. Nikt o tym nie wie, jak szczerze tego chciała, aby mógł z 
nią pozostać.

Nieubłagane   fatum   wydarło   go   z   jej   rąk;   wydarło   jej   kochanka,   — 

doskonałego   kochanka   —   który   upiększyłby   jej   życie   i   uczynił   je 
godniejszym. Toulon ją zapewnił, że zostanie rozstrzelany. Ale Toulon był 
łgarzem   i   nie   wierzyła   mu   jakoś,   że   Gerarda   zgładzono.   Zdarzało   się 
czasem, że pragnęła o nim mówić z Fanny de Lanoy; ale wspomnienie o 
Gerardzie   zamierało   jej   na   ustach.   Wiedziała   doskonale,   że   i   ona   go 
darzyła   gorącą   miłością,   jej   zaś,   Juanity,   kochanej   przez   Gerarda, 
nienawidziła zapewne, powodując się zazdrością.

Chciała o nim mówić i z Lucjanem Toulonem. Ufając swej bystrości i 

background image

wrodzonej intuicji, wyobrażała sobie zawsze, iż odczytałaby coś niecoś w 
przebiegłych   jego   oczach.   Uznała   jednak   w   końcu,   że   imię   Gerarda, 
uświęcone jej bólem, było za wielkie i dostojne, by wymieniać je przed 
wrogiem. Nie mogła się przemóc, by popełnić to bluźnierstwo.

Rozdział piętnasty

Gérard   de   Lanoy,   wysławszy   dokument   pod   adresem  Toulona,   przez 

kilka dni był dziwnie rozstrojony. Ale bynajmniej nie dlatego, iż żałował 
postępku. Przebywając w Szwajcarii, już za wiele słyszał, co mówiono o 
Francji. 

Lekceważono ją otwarcie, naśmiewano się z jej armii, podnoszono jej 

słabość, przewidywano jej upadek. Prusy tymczasem, zorganizowawszy w 
Szwajcarii doskonale funkcjonującą sieć szpiegowską, z butą i pewnością 
gotowały się do wojny. 

Wśród   takich   warunków   tępienie   niebezpieczeństwa,   grożącego 

ojczyźnie, Gérard uważał za sprawę honoru. Jeśli trapił się czymkolwiek, 
to   myślą   o   biednej,   mizernej,   wynędzniałej  Annie.   Obraz   tej   kobiety 
prześladował go stale. Jakoś nie mógł się z tym pogodzić, iż los tej kobiety 
i tak żałosny, i godny politowania, już wkrótce dzięki niemu miał zostać 
złamany.   Myśląc   o   tym  wszystkim,   zarzucał   sobie   stale,   iż   skrzywdził 
Lorendanę, skoro czynił jej wymówki. Czy teraz, w tej chwili, różnił się 
od niej? Kwestia pieniędzy nie wchodziła w rachubę. Uświadomił sobie 
żywo,   że   gdyby   znowu   gdziekolwiek   przychwycić   mógł   zdrajcę,   po-
stąpiłby tak samo, jak w wypadku Biota. Uważał to obecnie za kwestię 
sumienia. Ale sprawa Anny, tej biednej, nieszczęsnej istoty... Myśl o tym 
spędzała mu sen z powiek.

Kioskarz   w   tych   dniach   był   dziwnie   wstrzemięźliwy,   Biot   na   razie 

zniknął z widowni. Gérard pamiętał, iż list do Toulona wysłał w czwartek. 
W piątek i sobotę był dwukrotnie w hallu Hotelu de Russie, ale Biota nie 
zastał. Dowiedział się dyskretnie, że „pan Biot jest chory". Ale w niedzielę 
go zobaczył. Spacerował spokojnie na Ile Rousseau.

Zmizerniał nieco i pobladł na twarzy. Gerard pomyślał, że zemdlałby 

pewnie,   gdyby   dowiedział   się   o   fakcie,   że   wydarty   mu   dokument 
spoczywa już w ręku policji francuskiej. Wprawdzie policja zagraniczna 
nie mogła go przytrzymać na terenie Szwajcarii, ale Gabinet Wywiadu 
miał szpiegów wszędzie i nie należało do rzadkości, iż i na obcym terenie 
likwidowano podejrzanych.

Wszystko   to   sprawiło,   iż   Gérard   obrzydził   sobie   pobyt   w   Genewie. 

background image

Zapragnął się czymś zająć, zatrudnić umysł. Odczuł ponownie tęsknotę za 
Francją zdawał sobie sprawę, że wpada w melancholię.

Aby wybrnąć z tego stanu, postanowił wyjechać. Za cel podróży obrał 

sobie   Londyn.   Gotując   się   już   do   niej,   wychodził   nadal   codziennie   na 
balkon. Dręczyła go ciekawość, czy „Biot" jeszcze ciągle uprawia swój 
proceder i jak zachowa przy spotkaniu się z Anną. Zobaczył go wreszcie 
po kilkudniowym czekaniu, cisnął się w tłumie i podążał ku przystani. 
Gérard, ujrzawszy go, chwycił za kapelusz i wybiegł na ulicę. Nie myślał, 
oczywiście, o żadnym przebraniu. Zauważył przy kasie, że Biot miał bilet 
pierwszej klasy. Gérard tak samo zakupił taki bilet.

W Thonon, jak zwykle, wsiadła Anna. Była smutna, zgnębiona i bardzo 

blada. Kilkakrotnie ręką uderzała o pierś. Gdy wysiadła z łodzi na stacyjce 
Evian, obróciła się żywo i spojrzała na Biota. Drab się nie obejrzał. Zapalił 
cygaro i usiadł na ławce. Pojechał dalej w kierunku Lozanny. Ale Gérard 
tym razem nie zamierzał go śledzić. Zaczekał w przystani i tą samą łodzią 
powrócił do Genewy.

*  *  *
W kilka dni potem wyruszył do Londynu. Pewien chirurg genewski — 

słynny profesor — dał mu polecające listy do londyńskich osobistości, a 
Gérard, korzystając z nich, znalazł się niebawem w odpowiadającej mu 
sferze.   Jako   „Paul   Gérard",   człowiek   jeszcze   młody,   garnący   się   do 
wiedzy,   wkrótce   pozyskał   życzliwych   przyjaciół   i   wszędzie,   gdzie   się 
zjawił,   był   mile   widziany.  Ale   nostalgia,   mimo   wszystko,   trawiła   mu 
duszę. Nic w tym dziwnego. Rodzina de Lanoyów od czasów średnio-
wiecza przebywała w Prowansji o słynnym ich nazwisku niejednokrotnie 
wspominają kroniki Froissarta, a jeden z ich przodków, książę de

Lanoy, już wtedy był znany jako wędrowny trubadur. Gérard odczuwał, 

że i na nim się sprawdza przypowieść jego kraju: „Nieszczęście twojej 
ojczyzny jest twoim nieszczęściem".

Do najmilszych znajomości, zawartych w tym czasie, zaliczał przede 

wszystkim   hrabiego   d'Ahrenberga.   Był   to   pierwszy   sekretarz   księcia 
Metternicha, słynnego polityka i ambasadora Austrii na terenie francus-
kim.   Starszy   od   Gerarda,   dzielił   z   nim   jednakże   te   same   upodobania, 
interesował   się   nauką,   był   wielkim   znawcą   sztuki   i   teatru,   chętnie   się 
obracał w kołach artystycznych — jednym więc słowem — znajomość, 
którą   zawarł   z   Pawłem   Gerardem,   szybko   przybrała   charakter   przyja-
cielski. Gérard był rad, że w okresie dawniejszym, gdy bywał częstym 
gościem  w  ambasadzie  austriackiej, d'Ahrenberg  nie  pełnił tam  jeszcze 
przydzielonych mu funkcji, osobliwa jednak rzecz, że w chwili, gdy go 

background image

poznał, miał dziwne wrażenie, że hrabia się zmieszał i spojrzał mu w twarz 
tak bystro i przenikliwie, iż trudno było dociec, czy nie ukrywał w tym 
spojrzeniu pewnych ubocznych myśli.

Obaj mężczyźni spotykali się w klubie, kilka zaś dni w zaciszu i spokoju 

spędzili za miastem. Zostali istotnie serdecznymi przyjaciółmi. Gdy po 
upływie tygodnia d'Ahrenberg musiał wracać do zajęć w Paryżu, nalegał 
na Gerarda, aby nie zapomniał go odwiedzić, gdy się znajdzie we Francji.

— Zamieszkuję stale w hotelu „Egipt" — rzucił, odjeżdżając. — Na 

placu St. Roch. Niechże pan pamięta! Proszę mi to przyrzec.

Gérard   złożył  żądaną   obietnicę,   ale   dodał  jednocześnie,   że  jest  mało 

prawdopodobne, aby w niedługim czasie mógł się zjawić w Paryżu. Hrabia 
bez uwag przepuścił te słowa, na koniec zaś rzucił:

— A gdybym kiedykolwiek mógł przysłużyć się panu...
Po chwili odjechał, zaś Gérard rozmyślał, czy d'Ahrenberg w przyjacielu 

nie rozpoznał w jakiś sposób wicehrabiego de Lanoya i czy nie domyślił 
się czego z tragedii jego przeżyć.

*  *  *
Gérard   i   w   Londynie   nie   znalazł   spokoju.  W  kilka   dni   potem   jakaś 

nieodparta siła poczęła go z powrotem ciągnąć do Genewy. Nie mógł jej 
się oprzeć. Nie była to nostalgia, gdyż nie Francja go wołała, lecz właśnie

Genewa,   a   przedziwne   to   uczucie,   zagadkowe   dla   niego,   dniami   i 

nocami trzymało go w napięciu. Gérard walczył z nim przez dwa tygodnie. 
Czy   mogła   nim   kierować   jakaś   podświadomie   działająca,   psychiczna 
potencja?   Jakieś  tajone   przeczucie,   kryjące   się   w   mrokach?   Co   go   tak 
ciągnęło z powrotem do Genewy? I co w nim sprawiło, że począł wreszcie 
wierzyć,   iż   się   podda   tej   mocy?   Ścigały   go   wizje,   niesamowite   jakieś 
twarze — był zupełnie tego pewny, że ulegał halucynacjom. Począł się 
obawiać, że wpadnie w obłęd.

Uznając, że nie sprosta dłużej walce z niewiadomym, spakował rzeczy, 

pożegnał przyjaciół i nie wytrwawszy miesiąca, wybrał się z powrotem w 
podróż do Genewy.

*  *  *
Znalazłszy   się   w   Genewie,   odczuł   z   ulgą,   że   w   niczym   nie   uchybił 

poczuciu powinności. Zdawało mu się teraz, że straszny ciężar spadł mu z 
serca. Świadomość, że bez trudu usłuchał głosu, który od kilku tygodni 
wołał   w   jego   wnętrzu,   ucieszyła   go   dziwnie   i   wyrwała   z   chaosu 
gnębiących   go   myśli.  Ale   zrozumiał,   mimo   wszystko,   iż   znalazł   się   w 
orbicie jakiejś dziwnie tajemniczej, niezrozumiałej siły. Jego powrót do 
Genewy był wynikiem jej działań.

background image

W   parę   godzin   później   przypadek   rozwiązał   gnębiącą   go   zagadkę. 

Gérard   się   zdumiał,   dlaczego   jeszcze   dawniej   nie   wpadł   na   jej   trop, 
dlaczego pośród cieni i fantastycznych widziadeł, które dniami i nocami 
ożywiały   mu   fantazję,   nie   dostrzegł   pewnej   twarzy,   której   jedno 
spojrzenie, jeden dobrotliwy, życzliwy uśmiech — wystarczyłby zapewne, 
by i z głębi grobu postawić go na nogi. Nie mógł tego pojąć, że o tym 
zapomniał.

Gdy wyszedł na balkon, by spojrzeć na tłum, wijący się po skwerze, 

ujrzał pośród niego — postać Lorendany.

Rozdział szesnasty

Wyszła z bramy Hotelu de Russie i podążyła po chwili na Quia des 

Anglais.   Ubrana   była   w   suknię   z   niebieskiego   kaszmiru,   z   jedwabną 
szarfą, upiętą u boku. Spod kunsztownych jej falban wyzierały kusząco 
dwie   malutkie,   ruchliwe   nóżki;   połyskiwały   z   oddali   żywo   lśniącymi, 
modnymi lakierkami.

Maj się już kończył, powietrze wionęło zapachem lata. Ponieważ słońce 

dopiekało,   Juanita   rozpięła   malutką   parasolkę,   przystanęła   na   chwilę   i 
zwróciła się zaraz na Pont des Bergues. Niebawem znikła.

Gerard znieruchomiał pod wpływem wrażenia. Stał jeszcze chwilę, nie 

wiedząc, co począć, krew mu młotami uderzała o skronie. Ale wreszcie się 
ocknął. Chwycił za kapelusz i jednym susem wybiegł na schody. Wkrótce 
ją   dopędził.   Znaleźli   się   oboje   obok   Ile   Rousseau,   ona   szła   naprzód. 
Zwolnił   teraz   kroku   i   szedł   jak   nieprzytomny.   W   głowie   miał   zamęt, 
myślał   tylko   o   niej.   Niczego   tak   nie   pragnął,   jak   zbliżyć   się   do   niej, 
popatrzeć jej w oczy, powiedzieć, że żyje. I że kocha ją jeszcze; że tak 
samo ją ubóstwia, jak ubóstwiał ją dawniej.

Ale nagle się zatrzymał, przebiegło go mrowie. Od strony przeciwnej 

zbliżał się „Biot". Uśmiechał się radośnie, nalana jego twarz promieniała 
od szczęścia. Ubrany był wytwornie, ale wyglądał, mimo wszystko, jak 
typ wołobójcy, który dorobił się majątku. Nie on to jednak sprawił, że 
Gerard   przystanął.   Spowodował   to   fakt,   że   i   Juanita   w   tej   chwili 
zatrzymała się nagle, jakby zupełnie tego pewna, że drab podejdzie i że 
złoży jej ukłon. Uczynił to istotnie. Podała mu rękę, zaś on pochylił się i 
uśmiechając się obleśnie, ucałował jej dłoń.

Gérard tylko z trudem opanował wzburzenie. Byłby rzucił się naprzód, 

powalił łotra i ciosami obcasów rozdeptał mu twarz. Zacisnął pięści, jakby 
gotów   był   go   zabić.   Poczerwieniało   mu   w   oczach;   nie   zdawał   sobie 

background image

sprawy z ewentualnych następstw pofolgowania swej pasji. W tej samej 
jednak   chwili   dobył   się   z   tłumu   przeraźliwy   okrzyk;   okrzyk   kobiety. 
Uczynił się zgiełk. Mężczyźni nawoływali, kobiety wrzeszczały. Okazało 
się po chwili, że jakiś przejeżdżający  powóz potrącił dziecko. Dziecko 
upadło i tylko cudowi zawdzięczało, że zdołało ocaleć. Okrzyk pochodził 
od matki dziecka. Nadbiegli żandarmi, węzeł ludzi zbił się i zacieśniał i 
odgrodził  Gerarda   od   postaci  człowieka,  który   w  tej  chwili  być  może, 
byłby już nie żył.

Gérard   rozpaczliwie   torował   sobie   wyjście,   ale   tłum   go   potrącał   i 

zamknął mu drogę. Nie zdołał się wydobyć. Ujrzał przez tłum, że „Biot" i 
Lorendana znaleźli się obecnie na Quai des Bergues i że wsiedli w tym 
miejscu do otwartej karety. Gdy kareta ruszyła, zalśniła z oddali różowa 
parasolka Juanity Lorendany.

Przez   następną   dobę   Gérard   ani   razu   nie   dostrzegł   Juanity.   „Biota" 

jednak spotkał dwukrotnie. Wyraz jego twarzy był i nadal radosny. Nie 
ulegało wątpliwości — tak sądził Gérard — że Juanita podstępnie zdołała 
go   ucieszyć.   Nienawidził   go   teraz   jeszcze   bardziej   niż   przedtem. 
Zastanawiał   się   nad   myślą,   czy   uśmiercając   tego   łotra,   nie   oddałby 
jednocześnie i zagrożonej Francji wielkiej przysługi.

Gdy   przystanął   po   południu   przed   budką   kioskarza,   aby   kupić   „Le 

Gaulois", ujrzał ponownie „Biota" na skwerze. Twarz miał uśmiechniętą, 
w grubych palczyskach zaciskał cygaro. Spojrzał w kierunku Hotelu de 
Russie. Gérard odruchowo spojrzał za nim i ujrzał Juanitę na balkonie 
hotelu. Była w jasnej sukni; na jej pięknej twarzy pojawił się uśmiech. 
„Biot" się pochylił i ściągnął kapelusz.

— Daj im pan pokój; zostaw ich pan teraz własnemu losowi.
Gérard   pomyślał,   że   kioskarz   bez   powodu   nie   wyrzekł   tych   słów. 

Spojrzał   mu   w   oczy.   Zdziwiło   go   trochę,   że   stary   tego   dnia   był 
skłonniejszy   do   uwag.   Nie   zasklepiał   się   w   sobie,   jak   to   działo   się 
dotychczas.

— Kobieta, jak lalka — zachichotał sprzedawca. — Jestem całkiem tego 

pewny, że potrafi go usidlić.

Wzruszył ramionami i znowu zachichotał. Po chwili dorzucił:
— On nie wie nawet pewnie, że się znalazł w pułapce. Tak, jak biedna 

mysz, gdy poczuje słoninkę. Ale zostaw pan jej czas. Słowo panu daję, że 
będzie go miała!

Co za straszne słowa! Duma Gerarda wzdrygnęła się dziwnie, gdy pojął 

ich   sens.   I   pomyśleć   na   domiar,   że   sam   brał   udział   w   pogoni   za   tym 
szczurem.   Uczuł   się   dotknięty   chichotem   kioskarza.   Nie   mógł   nawet 

background image

znieść wyrazu satysfakcji, który błysnął mu w oczach. Wcisnął ze złością 
gazetę do kieszeni i oddalił się szybko, nie zdając sobie sprawy, dokąd się 
zwraca. Znalazł się po chwili na Pont du Mont Blanc, akuratnie w miejscu, 
gdzie   sprzedawano   bilety   do   podróży   łodziami.   Pasażerowie   przed 
okienkiem czekali kolejki. Łódź wycieczkowa już stała w przystani. Plakat 
na   słupie,   wzniesionym  na   pokładzie,   obwieszczał  podróżnym,   że   łódź 
tego dnia nie zajeżdża dalej, niż do stacji Evian.

Gérard się obrócił i ujrzał niespodziewanie Juanitę na skwerze. Podążała 

ku   molo,   zabawiając   się   żywo   z   towarzyszącym   jej   „Biotem".   Gdy 
podeszli   do   kasy,   zakupili   bilety   i   udali   się   zaraz   na   pokład   parowca. 
Gérard bezwiednie uczynił to samo. Gdy podążył na pokład, zastał już 
tamtych,   siedzących   na   krzesłach.   Parasolka   Juanity   przysłaniała   w   tej 
chwili widok jej twarzy. Tylko piękna jej ręka widniała w oddali.

Gérard się poskromił, by nie rzucić się na draba i nie ścisnąć mu gardła. 

Pomyślał o Toulonie i o strasznych skutkach, które poniosłaby Lorendana, 
gdyby   wróciła   do   Paryża,   nie   spełniwszy   poprzednio   poruczonego   jej 
zadania.

*  *  *
Gdy   dojechali   do   Thonon,   spojrzał   instynktownie   na   pomost   dla 

podróżnych. Wśród garnących się tłumów dostrzegł po chwili i śpieszącą 
Annę.

Był zupełnie tego pewny, że zobaczy ją tutaj. Pomyślał mimo woli, że 

Anna zapewne od całych tygodni czekała sposobności, by ujrzeć

„Biota". Jej twarz promieniała, gdy dostrzegła go wreszcie. Ale wyraz 

jej radości szybko się przytępił, gdy ujrzała Juanitę. Powlókł się wyraźnie 
cieniem niepokoju. Weszła bezradnie na górny pokład, zaś Gérard nadal 
pochłaniał   ją   oczyma.   Obudziła   w   nim   litość,   jeszcze   głębszą,   niż 
zazwyczaj. Juanita zapewne nie zdołała jej dostrzec, gdyż w chwili, gdy 
Anna udawała się na pokład, „Biot" powstał i podążył z towarzyszką ku 
jednej z kabin.

Anna bezmyślnie usiadła na ławce. Ręce jej, jak zawsze, ściskały ucha 

słomianego koszyczka, oczy bezwiednie zatrzymały się w miejscu, gdzie 
„Biot" i Juanita zniknęli jej z oczu. Nie ruszyła się nawet. Wyglądała w tej 
chwili, jak posąg rozpaczy, wykuty w granicie.

Kiedy łódź zajechała do stacji Evian i ozwał się głos: „Evian — les — 

Bains! Panowie, panie, wysiadać!", Juanita i „Biot" ruszyli czym prędzej z 
ukrycia   w   kabinie.  Anna   na   ich   widok   zerwała   się   szybko.   Ściskając 
kurczowo ucha koszyczka, wykonała pewien ruch, jakby zamierzała bez 
namysłu   podbiec   do   „Biota".   Gérard   odruchowo   pochwycił   jej   ramię. 

background image

Wyrwała   mu   się   jednak,   zaś   „Biot",   który   jednocześnie   minął   ich   w 
drodze,   spojrzał   jej   w   twarz   tak   ostro   i   wymownie,   że   biedna   kobieta 
znieruchomiała ze strachu. Wyszczerzy! do niej zęby i warknął jak pies. 
Anna bez słowa ustąpiła z widów Przystanęła bez ruchu, przypominając 
swą pozą jeszcze żywiej nieme posągu rozpaczy.

Tylko oczy jej żyły. Wyrażał się w nich teraz cały ogrom cierpienia jej 

duszy. Tylko ona i Gérard pozostali na pokładzie. Ale łódź za chwilę miała 
wracać do Genewy. Jakiś człowiek w uniformie polecił im bezzwłocznie 
opuścić pokład. Anna jak automat podeszła naprzód. Wpatrzona w Biota, 
ani jednego z jego ruchów nie zdołała uronić. Widziała w tej chwili, jak 
dopędził Juanitę. Gdy znaleźli się u wyjścia, dwaj urzędnicy — Francuzi 
oczywiście — oglądający paszporty, na widok Juanity i towarzyszącego jej 
mężczyzny,   ustąpili   usłużnie,   nie   zatrzymując   ich   wcale,   by   załatwić 
formalności.

Anna   ponownie   przystanęła   na   molo.   Wyciągnęła   tylko   szyję,   by 

dokładniej obserwować kroki „Biota". Szedł z Juanita i ruszali obecnie w 
kierunku   hotelu.   Na   bocznym   skwerze,   może   sześćdziesiąt   kroków   od 
pomostu lądowego, wznosił się budynek, biały, niepokaźny, z francuską 
flagą,   umieszczoną   na   dachu.   Do   bramy   budynku,   otwartej   obecnie, 
wiodło od ulicy kilka stopni. U podnóża tych stopni stali nieruchomo dwaj 
mężczyźni w uniformach policji. Akuratnie w chwili, gdy „Biot" i Juanita 
znaleźli się z nimi na równej płaszczyźnie, obaj podbiegli i złożyli ręce na 
barkach   „Biota".   „Biot"   ryknął,   począł   się   szamotać,   ale   obaj 
funkcjonariusze pociągnęli go za sobą i przemocą popchnęli ku drzwiom 
komisariatu.   Plac   przed   budynkiem   zapełnił   się   wkrótce   tłumem 
ciekawych.

Gérard zauważył, że Juanita w tej chwili ruszyła naprzód. Przecisnęła 

się przez tłum i nie troszcząc się o resztę, skierowała swe kroki w kierunku 
hotelu. Zaledwie to dostrzegł, z piersi Anny, stojącej opodal, dobył się 
znienacka   nieludzki   okrzyk.   Jakby   skowyt   rozpaczy   w   przedśmiertnej 
walce. Cofnęła się nagle, rzucając się z powrotem w kierunku pomostu, 
tym jednak razem Gérard już zdołał przytrzymać ją w drodze. Poczęła się 
szamotać,   potknęła   się   nagle   i   koszyk   wśród   tego   wypadł   jej   z   rąk. 
Zdawało się teraz, że opętał ją szał. Zacisnęła pięści, uderzając nimi dziko 
o twarz Gerarda, w pewnej zaś chwili pochyliła się nagle i ugryzła go w 
rękę. Ale Gérard jej nie puścił. Robił, co mógł, by poskromić nieszczęsną, 
która na widok papierów, rozsypujących się z kosza, wpadła w jeszcze 
większą i zrozumialszą pasję. Walcząc rozpaczliwie, znaleźli się niebawem 
z powrotem na pokładzie. Widok mężczyzny, szamotającego się z kobietą, 

background image

zwrócił po chwili uwagę majtków. Nie namyślając się wiele, rzucili się ku 
nim,   ale   tupot   ich   nóg,   dochodzący   od   burty,   zelektryzował   po   prostu 
oszalałą  Annę.   Z   nadludzkim   wysiłkiem   wyrwała   się   wreszcie   z   objęć 
Gerarda i zanim miał możność pochwycić ją znowu — przebiegła przez 
pokład, i dotarłszy do poręczy, przechyliła się żywo i runęła do wody.

Gérard   bez   namysłu   rzucił   się   za   nią.   Wiódł   go   w   tej   chwili   ślepy 

instynkt. Nie zdawał sobie sprawy, że śmierć tej kobiety, złamanej losem, 
była w warunkach, jak obecnie, jedynym rozwiązaniem kwestii jej życia. 
Wśród  wód  topieli walka  po  chwili  zawrzała  od  nowa.  Rozpacz  Anny 
zdwoiła  obecnie zasób jej sił. Dwukrotnie  zdążyła objąć oburącz  szyję 
Gerarda i pociągnąć go w głąb. Ale Gérard miał przewagę. Był świetnym 
pływakiem i bez większych wysiłków po chwili ponownie wypływał na 
powierzchnię.   Pewne   jest   jednak,   że   i   on   zbyt   długo   nie   potrafiłby 
wytrwać.   Zginąłby   zapewne,   wyczerpany   tą   walką   i   niezdolny   się 
dźwignąć, gdyby Anna wśród tego nie straciła przytomności.

Serce jej zamilkło, duch jej uleciał. Stało to się w chwili, gdy ludzie na 

wybrzeżu, ujrzawszy, co się dzieje, odwiązali jakąś łódź i podpłynęli na 
ratunek. Gérard, nie puszczając nieżywej już kobiety, podpłynął bez tchu 
ku brzegowi łodzi, zaś kilka par rąk, wyprężonych ku niemu, wydobyło go 
po chwili z odmętów wody.

Tłum, zgromadzony na wybrzeżu i skwerze, dopiero teraz zrozumiał, że 

to,   co   tu   zaszło,   było   bardziej   emocjonujące,   niż   scena   przed 
komisariatem.   Z   eleganckim   grubasem,   przytrzymanym   przez   policję, 
szybko i bez trudu dano sobie radę. Zawleczono go do środka i nic już 
właściwie   nie   było   do   oglądania.   Chyba   tyle,   najwyżej,   że   bramę   do 
komisariatu   zostawiono   otwartą   i   że   dwaj   żandarmi   przystanęli   na   jej 
progu.

Ale tu, na wybrzeżu, widowisko jeszcze trwało. Pewien młody człowiek 

rzucił się do wody, aby uratować kobietę, która chciała się utopić. Kobieta 
utonęła,   a   gdyby   nie   łódź,   która   pośpieszyła   z   pomocą,   mężczyzna 
niezawodnie utonąłby również. Nikt w istocie nie widział, co zaszło, ale 
gdy Gerarda przed chwilą wprowadzono na ląd, tłum na wybrzeżu urządził 
mu   owację.   Gérard   jeszcze   trzymał   nieszczęsną   topielicę.   Ludzie   doń 
podbiegli, wyciągając ramiona i pragnąc go podeprzeć. Dwaj policjanci, 
przyśpieszywszy od skweru, usiłowali mu odebrać ciało nieżyjącej. Ale 
Gérard w tej chwili przywarł do niej, jakby wzdrygnął się przed myślą, że 
musi ją oddać. Wiedział instynktownie, że Anna nie żyje, jeszcze zanim 
jakiś obcy mu to szepnął do ucha. Ważyła jeszcze mniej, niż małe dziecko. 
Gérard jeszcze raz przygarnął ją do piersi; gdyby był teraz sam, pochyliłby 

background image

się   nad   nią   i   ucałowałby   ją   w   czoło.   Miała   oczy   zamknięte,   usta 
rozchylone. Twarz jej obecnie zdawała się piękniejsza. Ogarnął ją pokój. 
Biedna Anna! Biedne, nieszczęsne, niezrozumiane stworzenie! Teraz już 
spocznie. Duch jej na zawsze uleciał w zaświaty.

Człowiek w uniformie odebrał w tej chwili biedne jej ciało.
— Co to za jedna? — zapytał Gerarda, patrząc mu w oczy.
— Nie mam pojęcia — ozwał się Gérard. — Nie znam jej nawet. — Po 

chwili dodał:

— Widziałem ją przedtem, gdy stała na pokładzie. Nagle podbiegła i 

rzuciła się do wody. Ja bezpośrednio wskoczyłem za nią.

— To bohaterstwo, monsieur! — zawołał jakiś człowiek.
Tłum ponownie urządził mu owację.
— Klątwa losu — westchnął ktoś drugi.
—   A   woda   taka   zimna!   —   wtrąciła   współczująco   kobiecinka   z 

przedmieścia.   —   Była   pesymistką,   —   Żeby   —   Boże   uchowaj!   — 
monsieur nam nie umarł po tej zimnej kąpieli!

Tak — to prawda. Woda była zimna. Gérard o tym zimnie nie myślał 

uprzednio. Nie odczuwał go nawet. Ale teraz, gdy kobieta wspomniała mu 
o nim, spostrzegł nagle, że się trzęsie z zimna. Było jeszcze ciepło, słońce 
przygrzewało,   on   jednak   stał   i   szczękał   zębami.   Ktoś   w   tej   chwili 
pochwycił go za ramię i pociągnął za sobą.

—   Dobrze   pan   robi,   panie   Lenoir!   —   zawołał   jakiś   głos,   wyrażając 

uznanie.

— Poprowadzę go do siebie i niech się żona nim zajmie — rzekł pan 

Lenoir.

— Czarna kawa! — zaproponował ktoś drugi. — Pomoże mu zaraz, gdy 

wypije filiżankę.

Gerardowi   się   zdawało,   że   to   wszystko,   co   słyszał,   było   sennym 

półmrokiem.

Jakiś człowiek podbiegł i podał mu kapelusz.
—   Pański   kapelusz,   monsieur.   Znaleziono   go   właśnie   na   pokładzie 

parowca.

Gérard mechanicznie włożył kapelusz. Pozwolił bez oporu odprowadzić 

się z miejsca. Trząsł się coraz bardziej i nie mógł się przemóc, by nie 
szczękać zębami. Słyszał wyraźnie, jak parowiec w tej chwili odbijał od 
brzegu.

*  *  *
M.   Lenoir   był   miejscowym   aptekarzem.   Prześcigał   się   po   prostu   w 

objawach   uprzejmości,   idąc   w   tym   względzie   w   zawody   z   małżonką. 

background image

Odprowadził Gerarda do tylnego pomieszczenia skromnej apteki i pomógł 
mu ściągnąć przemoczone ubranie. Pokój był ciepły i bardzo słoneczny. 
Pachniało w nim miętą, lawendą i gorzkimi migdałami. M. Lenoir owinął 
Gerarda czymś miękkim i suchym i usadowił go ostrożnie w wygodnym 
fotelu. W parę minut później wbiegła jego żona z dymiącą kawą. Była 
tęga,   uśmiechnięta   i   bardzo   gadatliwa.   Włożywszy   filiżankę   do   rąk 
Gerarda, podsunęła mu troskliwie poduszkę pod głowę.

— Wypij pan to zaraz — rzekła do niego — a my tymczasem osuszymy 

ubranie.   I   spróbuj   pan   zasnąć   zaraz   po   wypiciu.   Lenoir   panu   nalał 
pewnych   kropli   do   kawy,   co   powinno   niewątpliwie   uspokoić   pańskie 
nerwy. Nie trap się pan wcale, gdy kawa się rozleje. To nerwowe, proszę 
pana, że pańskie ręce się trzęsą. A więc wypij pan to zaraz. Nic to nie 
szkodzi, gdy pan sparzy sobie język.

Gérard   usłuchał   wezwania   kobiety.   Niedługo   potem   ogarnęła   go 

senność.   Jakoś   dziwnie   się   radował   uczuciem   ciepła.   Madame   Lenoir 
trajkotała bez końca. W pewnej wreszcie chwili zabrała filiżankę i krokiem 
kaczki wybiegła z pokoju.

Gérard   jeszcze   słyszał,   jak   zegar   z   kukułką   wybił   czwartą.   Było   to 

ostatnie wrażenie, które odebrał przed zaśnięciem.

Rozdział siedemnasty

Gdy pod wieczór się przebudził, na zegarze z kukułką wybijała siódma. 

W pokoju było ciemno, gdyż story opuszczono, ale ślady słońca, które 
poczynało już zachodzić, przedzierały się przez rysy i szpary w żaluzjach. 
Gérard się zerwał, podniósł je żywo i przystanąwszy w oknie, wdychał z 
rozkoszą   aromaty   sosen   i   dzikiego   tymianu.   Nie   mógł   się   nasycić 
nieskazitelnym zapachem górskiego powietrza.

Francja,   Francja!   Znajdował   się   we   Francji!   Nie   pomyślał   o   tym 

przedtem,   gdy   z   trupem  Niemki,   niesionym  na   ramionach,   przekroczył 
granicę   i   znalazł   się   ponownie   na   ziemi   francuskiej.  Ale   teraz   o   tym 
wiedział.   Zapach   ziemi   mówił   mu   o   tym,   ćwierkanie   drozdów,   które 
fruwały  w powietrzu. Znajdował się we Francji. Nikt go nie zapytał o 
paszport i dokumenty, nikt go nie dręczył, by załatwić formalności. Gdy 
wylądował na mało i oddał topielicę do rąk policjantów, zapomniano po 
prostu wylegitymować go przy tym; umysł urzędników był zajęty czymś 
ważniejszym; przed chwilą przytrzymano zdrajcę i szpiega, a zaledwie to 
się stało, nieznana kobieta popełniła samobójstwo. Nikt się nie troszczył o 
osobę   Gerarda.   Temu   to   zawdzięczał,   że   życzeniu   jego   serca   zgoła 

background image

niespodzianie stało się zadość: od całych dwu lat marzył tylko o tym, by 
stanąć z powrotem na ziemi francuskiej.

Ubranie jego schło, rozłożone starannie na stosie płótna, wzniesionym 

na krześle. Kapelusz i portfel spoczywały opodal. Zajrzał do portfela i 
przekonał się po chwili, że pieniędzy ma dosyć. Niewysłowiona radość 
napełniła mu serce. Ubrał się szybko i wybiegł z pokoju, by odszukać 
gospodarzy. Znalazł ich na froncie. Przed ladą trajkotało kilka plotkarek. 
Posłyszał z oddali kilkakrotnie powtórzone:

„Co się dzieje na tym świecie, co się dzieje". Przystanął przed drzwiami 

i   począł   nasłuchiwać.   Tak!   Policja   niewątpliwie   zdołała   już   ustalić 
tożsamość   Anny.   Znaleziono   na   pokładzie   jej   słomiany   koszyk   i 
kompromitujące papiery, rozsypane opodal.

— To skandal! — zawołał z oburzeniem czcigodny obywatel miasteczka 

Evian.   —  Aż   nie   chce   się   wierzyć,   żeby   kobieta   była   zdolna   czymś 
podobnym się zajmować. Przeklęci Niemcy! Zalewają po prostu nasz kraj 
szpiegami. Ale i naszych jest sporo, którzy zdradzają ojczyznę. Właśnie 
przytrzymano   jednego   z   tych   łotrów.   Francję   za   pieniądze   sprzedawał 
Prusakom,   a   ta   kobieta,   jak   się   zdaje,   pomagała   mu.   Dobrze   zrobiła, 
odbierając   sobie   życie.   Straszne,   okropne,   niesłychane,   doprawdy!   I 
pomyśleć, proszę państwa, że na świecie coraz więcej tej nędzy i podłości!

Grzmiał   jeszcze   dalej,   zaś   Gérard   nasłuchiwał   i   pomyślał   o  Annie. 

Gdyby ludzie wiedzieli, jak mało podłości się mieściło w jej duszy! Całe 
jej życie było jednym poświęceniem. Był rad w tej chwili, że pasmo jej 
cierpień dobiegło kresu. Plotkarki tymczasem poczęły się rozchodzić, — 
każda z pigułkami lub słoiczkiem maści — zaś sympatyczny  aptekarz, 
dostrzegłszy Gerarda, wybiegł spoza lady i powitał go żywo, z właściwą 
jego typowi, przesadną uprzejmością. On i jego żona zasypali go po prostu 
mnóstwem pytań. Czy dobrze mu się spało i jak się teraz czuje po drzemce 
na fotelu? Czy jest mu już cieplej? Czy kaszlał wśród snu? Czy miał może 
dreszcze? Czy pocił się, chrząkał, chrapał, kichał? Gérard ich zapewnił, że 
nie pocił się, nie chrząkał, nie chrapał i nie kichał, że czuje się już dobrze i 
że   ogromnie   jest   wdzięczny   gościnnym   gospodarzom.   Pragnął 
niecierpliwie   opuścić   ich   teraz.   Myślał   tylko   o   tym,   by   się   znaleźć   w 
samotności i przetrawić to wszystko, co przeżył ostatnio. Ale monsieur i 
madame nie chcieli o tym słyszeć, by go puścić tak prędko. Przekonywali 
go, jak mogli, że jeszcze nic nie powiedzieli, a mnóstwo rzeczy mu mają 
do   przekazania.   Czyż   nie   był   bohaterem   tej   osobliwej   niewątpliwie   i 
niezwykłej przygody? Taka rzecz, jak dzisiejsza nie zdarza się codziennie; 
aż prosi się o to, by mówić o niej; mówić, mówić i jeszcze raz mówić.

background image

M. Lenoir przemocą po prostu zatrzymał Gerarda.
— Czy słyszał pan o tym — zapytał po chwili — że ta nędzna kobieta, 

którą  wydobył pan z wody, była niebezpiecznym szpiegiem na żołdzie 
niemieckim?

—   Tak   —   rzekł   Gérard.   —   Usłyszałem   przed   chwilą,   co   państwo 

mówili.

Madame Lenoir westchnęła głęboko i złożyła ręce na bujnym biuście.
—   Pomyślałby   pan,   monsieur!   —   krzyknęła   przerażona.   —   Nie-

bezpiecznym szpiegiem!

— Dobrze się stało, że skończyła ze swym życiem — rzucił pan Lenoir.
Kobieta jeszcze raz westchnęła donośnie. Przeżegnała się ukradkiem, 

odwracając się od nich. Po chwili dodała:

—   Co   ją   jednak   czeka,   kiedy   stanie   przed   Bogiem   z   tak   strasznym 

grzechem? Nie miała nawet czasu skruszyć się przed Nim.

Gérard te słowa przepuścił bez uwagi. Był z góry przekonany, że i tak 

nikogo nie zdołałby przekonać. Po cichu jednak wierzył, że pokorna dusza 
nieszczęsnej   Anny   nie   spotka   się   zapewne   z   surowym   potępieniem. 
Pragnął teraz szczerze zarzucie czym prędzej ten ciężki dlań temat; ale nie 
szło to tak łatwo z tymi wielce czcigodnymi, lecz gadatliwymi ludźmi. M. 
Lenoir uczepił się guzika marynarki Gerarda, zaś ilekroć jego żona utknęła 
na   chwilę   —   nie   zdarzało   to   się   często   —   wtedy   on   bezpośrednio 
rozpoczynał   od   nowa.   Opowiadali   mu   o   wszystkim   z   precyzyjną 
dokładnością; ani jednego szczegółu nie pominęli w relacjach. Gdy zwłoki 
topielicy   dostawiono   na   komisariat,   przytrzymany   tam   człowiek 
zaprzeczył początkowo, że zna tę kobietę. Ale policja z Evian okazała się 
sprytniejsza. Łotr, postawiony przed oblicze komisarza i wzięty w ogień 
krzyżowych pytań, zmuszony był w końcu powiedzieć prawdę; przyznał 
się teraz, że utopiona kobieta była jego żoną i wierną wspólniczką jego 
brudnych interesów.

—  Odwieziono  go  zaraz  do stacji Thonon —  zakończył  pan Lenoir, 

wydzierając   nieomal   nieszczęsny   guzik   marynarki   Gerarda.   —   Jutro   o 
świcie zostanie rozstrzelany.

Zażywna jego jejmość westchnęła głośno i rzekła z satysfakcją:
— Miałabym ochotę wyjechać do Thonon i osobiście na to patrzeć, jak 

skierują   nań   lufy.   Pomyśl   pan,   monsieur.   Ten   łotr   miał   czelność 
sprzedawać nas Prusakom. Niegodna jego żona dostarczała mu papierów, a 
on je zabierał i oddawał Bismarckowi.

Bóg raczy wiedzieć, jak długo Gérard byłby musiał tego słuchać, gdyby 

nagle się nie rozległ gwizd parowca i nie przeciął niespodzianie watka 

background image

dyskusji. Skierował ich myśli w kierunku odmiennym. Czy monsieur chce 
już   teraz   powrócić   do   Genewy?   Jest   inna   jeszcze   łódź,   która   później 
odjeżdża.   Gdyby   monsieur   był   tak   grzeczny   i   raczył   ich   zaszczycić 
obecnością przy kolacji, to moc jeszcze czasu do łodzi następnej. Ale czy 
nie   lepiej   by   było,   gdyby   monsieur   przenocował   pod   pokornym   ich 
dachem?   Czcigodny   aptekarz   pochwycił   tym   razem   klapę   marynarki 
biednego Gerarda i począł mu tłumaczyć, jak świetnie się sypia w łóżku 
zaścielonym przez skrzętne ręce madame de Lenoir.

—   Taki   nocny   odpoczynek,   to   najlepszy   z   najlepszych   środków   na 

nerwy — perswadował mu żywo. — A jeśli chodzi o pierzynę!

Pan Lenoir ustalił, że brak mu na to słów, by opisać jej wartość; że to 

można tylko odczuć, nigdy zaś powiedzieć; że na całym kontynencie nie 
znajdzie takiej drugiej.

Zniecierpliwiony   Gérard,   zaaferowany   na   dobitkę   tym   nadmiarem 

uprzejmości, nie wiedział, co odrzec: uznał ostatecznie, że odmawiając 
wszystkiego, okazałby  niewdzięczność wobec serca gospodarzy. Zdecy-
dował   się   w   końcu   zostać   na   kolacji,   tłumacząc   jednocześnie,   że 
przyjechał   do   Evian,   aby   spotkać   przyjaciela,   który   zapewne   już 
przyjechał,   i   że   musi   wobec   tego   przenocować   w   hotelu.   Madame   de 
Lenoir pośpieszyła po tych słowach szybko do kuchni, zaś czcigodny jej 
małżonek wybiegł na ulicę i podniósł żaluzje.

*  *  *
Gérard wprawdzie tęsknił za chwilą samotności, z rozlicznych jednak 

względów nie zamierzał wyjść wcześniej, nim ulice i szosy pogrążą się w 
mroku.   Opanowywał   się,   jak   mógł,   by   poskromić   niecierpliwość,   a   że 
odczuwał   również   głód,   przeto   kolacja   u   Lenoirów,   wyśmienicie 
przyrządzona   przez   panią   domu,   nie   omieszkała   w   pewnym   stopniu 
wywołać w nim uczucia miłego zadowolenia.

O   wpół   do   dziesiątej   pożegnał   się   wreszcie,   obiecując   solennie,   że 

wkrótce   ponownie   przyjedzie   do   Evian   i   że   nie   zapomni,   oczywiście, 
złożyć wizyty tak miłym przyjaciołom. Tylko z trudem wyperswadował 
sympatycznemu aptekarzowi, by zaniechał zamiaru odprowadzenia go do 
miasta. Drogę zna świetnie, oświadczył mu żywo, a przyjaciela, być może, 
spotka   już   w   parku.   Ostatecznie,   tak   jak   pragnął,   znalazł   się   sam   na 
bezludnej ulicy. Był wprawdzie mrok, lecz noc jeszcze ciągle nie zapadła 
nad miastem. Nad olbrzymim jeziorem polśniewały łagodnie purpurowe 
półcienie.   Na   turkusowym   niebie   zapłonęły   blado   nieliczne   gwiazdy. 
Gérard skierował się w stronę wybrzeża. Stąpał śmiało. Odczul z radością, 
że jakoś lżej mu się szło na gruncie francuskim.

background image

Do hotelu nie poszedł. Zwalczył skutecznie gnębiącą go ciekawość, czy 

Juanita istotnie wynajęła tam pokój. Musiała tam być. Gdy przytrzymano 
„Biota", zauważył wyraźnie, że natychmiast po zajściu podążyła do hotelu. 
W głowie mu szumiało od myśli i projektów, ale zdawał sobie sprawę, że 
najważniejszą   dla   niego   była   kwestia   bezpieczeństwa.  Teraz   miał  czas. 
Mógł pozwolić sobie na to, by czekać cierpliwie.

Noc tę spędził w jakiejś obskurnej gospodzie na krańcach miasteczka.
Następnego   rana   wynajął   pojazd   i   kazał   się   odwieźć   do   stacji 

Armenasse. Stacja ta leżała na linii kolejowej między Thonon a Paryżem.

Rozdział osiemnasty

Upłynęło   więcej   niż   miesiąc   od   czasu,   gdy   Lucien  Toulon,   naczelny 

dyrektor Gabinetu Wywiadu, złożył ostatnią wizytę u hrabiny de Lanoy. 
Bezpośrednio po powrocie z Genewy przysłała mu list, prosząc usilnie, by 
ją zechciał odwiedzić w jej mieszkaniu w Paryżu.

Punktualnie o jedenastej zjawił się u niej. Czekając jej nadejścia, oglądał 

z   zadowoleniem   urządzenie   salonu.   Aubussońskie   dywany,   złocone 
konsole, statuetki z Tanagry. drogocenne obrazy. Był dumny  z sukcesu 
Juanity Lorendany. „Biot", czyli „Folay", czyli, Bóg raczy wiedzieć, jak 
właściwie się nazywał, został schwytany i w dwanaście godzin później 
rozstrzelany   w   Thonon,   wspólniczka   jego   sprawy   —   nie   przypuszczał 
nawet   tego,   że   to   była   kobieta   —   rzuciła   się   do   wody,   popełniając 
samobójstwo.

Gdy   Juanita   weszła,   zmiarkował   od   razu,   że   niezwykłe   podniecenie 

opanowało   jej   nerwy.   Była   chłodna,   obojętna,   wyraźnie   zbuntowana. 
Kiedy powinszował jej sukcesu, rzekła niecierpliwie: „Mówmy o czym 
innym".

— Zrobiłam, co musiałam — dodała po chwili. — Ten człowiek był 

zdrajcą,   więc   obowiązek   nakazywał,   by   go   oddać   sprawiedliwości. 
Kobiety nie widziałam. Ale nie zdziwiło mnie to wcale, gdy dowiedziałam 
się potem, że popełniła samobójstwo. Zmieńmy zatem temat i mówmy o 
czym innym.

Toulona speszyły te dziwne słowa. Opuścił monokl, nasadził go znowu i 

daremnie usiłował jedną ze swych nóg przerzucić na drugą. Były za grube. 
W końcu się ozwał:

— A więc dobrze, madame. Mówmy o czym innym. Wybierając się do 

pani, przypomniałem sobie właśnie, że pozostała jeszcze rzecz, którą i tak 
czym prędzej należałoby omówić. Pomówmy więc o niej.

background image

Juanita Lorendana udała zdziwienie.
— O? — zawołała. — Jakaż to rzecz?
— Praca dla pani.
— Znowu? — rzuciła.
—   Nie   inaczej,   madame.   Dzięki   zręczności   pani   unieszkodliwiliśmy 

wprawdzie   rzekomego   Biota,   ale   nie   znamy   jeszcze   zdrajcy,   który 
dostarczył tej kobiecie planów i opisów naszych dział szybkostrzelnych. 
Musimy go wytropić. Nie będzie to trudne. Dziecinna zabawa dla osoby, 
jak pani. Ale musimy się spieszyć. Tydzień albo dwa powinny wystarczyć.

Juanita   zamilkła.   Podeszła   do   okna   i   wyjrzała   na   ulicę.   Czuła   się 

zmęczona,   zbrzydło  jej  to   wszystko.  Chciała   być  wolna,   niezależna   od 
drugich. Rzucić to życie, pełne intryg i brudów, a żyć tylko sobą, żyć tak 
jak inni. Toulon niezawodnie zapragnie się zemścić. Liczyła się z faktem, 
że wytoczy przeciw niej niemal cały arsenał terroru i grozy, że zagrozi jej 
śmiercią. Nie lękała się jednak. Po powrocie z Genewy — po ostatnim 
spełnieniu poruczonego jej zadania — za wszelką cenę postanowiła z nim 
zerwać.   Stojąc   przy   oknie,   skupiła   się   teraz,   ostatnim   wysiłkiem 
koncentrowała   wolę.   Zdawała   sobie   sprawę,   że   za   chwilę   lub   dwie 
wybuchnie zatarg między nią a Toulonem. Ale nie okaże się słabą, nie 
przelęknie się gróźb. Westchnęła głęboko i łzy rozżalenia błysnęły jej w 
oczach.

Toulon   ich   nie   widział.   Domyślił   się   ich   tylko   po   jej   ciężkim   wes-

tchnieniu, lecz celowo i świadomie ukrywał to przed nią. Zmrużył powieki 
i czesał palcami swoją brodę. Wreszcie, po chwili, podjął od nowa:

—   Poza   tym,   moja   droga,   jeszcze   inną   rzecz   pani   muszę   poruczyć. 

Dodaję od razu, że daleko donioślejszą, niż tropienie szpiegów i dostar-
czanie ich sądom.

Juanita pobladła, gotując się do walki. Nigdy do tej pory nie czuła się 

tak silna i mężnie zdecydowana. Nie wiedząc jeszcze o tym, co Toulon jej 
przedstawi,  postanowiła  bez  namysłu  wszystkiego  odmówić.  Odwróciła 
się od okna, ukrywając jednak twarz, by nie domyślił się tego, że przed 
chwilą płakała.

Toulon odchrząknął i ciągnął dalej po chwili milczenia:
—  Stoimy, jak wiadomo,  w obliczu  wojny. Wprawdzie  Leopold  von 

Hohenzollern, książę niemiecki, wycofał kandydaturę do tronu Hiszpanii, 
ale nie uspokoił tym jeszcze zamysłów cesarzowej. Cesarzowa chce wojny 
i szuka pretekstu. Nie ulega wątpliwości, że wkrótce go znajdzie. A cesarz 
jest chory — poważnie chory. Nie zdobędzie się na to, by stawić jej opór. 
Jeśli doda się do tego, że nasza armia jest słaba i źle zorganizowana, że ma 

background image

kiepskich oficerów i zdrajców w ich gronie, to niewątpliwą jest rzeczą, że 
wybuch wojny naraziłby Francję na wstyd i poniżenie. Wszyscy o tym 
wiemy   i   lękamy   się   wojny.  Ale   cesarzowa   jest   uparta   i   nie   dostrzega 
niestety grożącej nam klęski. Pragnie się utrzymać, a tron francuski — nie 
zważając na ofiary — za wszelką cenę zabezpieczyć dla syna. Zabiega o 
przyjaźń Austrii i Włoch, o ewentualną ich pomoc w wojnie z Prusakami, 
ale Metternich jest skryty, a Nigra, jak zawsze, chwiejny i obłudny. Nie 
mogąc im zaufać, nie powinniśmy dłużej trwać w niepewności. Musimy 
się dowiedzieć, co Austria i Włochy zamierzają uczynić i czy dostarczą 
nam   pomocy   w   zatargu   z   Bismarckiem.   Zapewniwszy   sobie   Austrię, 
pozyskalibyśmy wkrótce i całą Bawarię. Ale tak samo chcemy wiedzieć, 
co   Wiktor   Emanuel   zamierza   przedsięwziąć.   Wiemy   tylko   tyle,   że 
Watykan   i   kler   są   mocno   wmieszane   w   politykę   Włoch.   Włosi 
niewątpliwie przedłożą warunki. Zażądają, być może, by Francja wycofała 
swe   wojska   z   Rzymu.  Ale   trudno   o   tym   mówić,   nie   mając   pewności. 
Jeszcze raz podkreślam, że nic nam nie wiadomo o polityce tych państw.

Urwał   w   tym   miejscu.   Uderzył   pięścią   o   poręcz   fotela   i   spojrzał 

jednocześnie na twarz Lorendany. Po chwili ciągnął:

— Musimy o tym wiedzieć — za wszelką cenę musimy to posiąść. Od 

szeregu tygodni trwa żywa korespondencja między Rzymem a Wiedniem. 
Dyplomatyczny charakter zapewnia jej na razie bezwzględną nietykalność. 
Wyznam pani nawet, że i próby przekupienia odnośnych kurierów spaliły 
na panewce. Wobec tego stanu rzeczy, nie wypada nic innego, jak pani 
powierzyć tę trudną misję.

Przechylił się naprzód i wyglądał w tej chwili jak drapieżny  zwierz, 

sposobiący się do skoku. Zaciśnięte jego pięści zdawały się grozić, że z 
każdą przeszkodą zdołają się uporać. Lorendana pobladła, zmrużyła oczy. 
Opuściła ją nagle pierwotna pewność.

— Mnie? — wyjąkała dziwnie bezbarwnie.
—  A  komuż   by   innemu?   —   żachnął   się  Toulon.   —   Jak   pani  myśli, 

dlaczego tu przyszedłem? I jaki mógł być powód, że zwierzyłem się przed 
panią? Teraz pani z kolei coś zrobi dla Francji. Jeśli uda się to pani, to 
wszystko, co dotychczas udało się jej zrobić, będzie dziecinną zabawką w 
porównaniu z ostatnim.

— Czuję się zmęczona — odrzekła Juanita. Jeszcze ciągle nie śmiała 

popatrzeć mu w oczy.— Więc po cóż mam się łudzić? Wiem doskonale, że 
nie sprostam zadaniu.

— Zmęczona? — ze złością odwarknął Toulon. — Nie pora teraz na to, 

aby ględzić o zmęczeniu. W obliczu takich rzeczy nie wolno się poddawać 

background image

i ulegać kaprysom. Pani słyszy, co mówię? Nie wolno, nie wolno!

— Ja muszę odpocząć — powtórzyła Juanita. Jej głos był suchy, lecz 

dźwięczał stanowczo. — Wyjadę na wieś. Może ochłonę tam trochę po 
ostatnich przeżyciach. Mam dość dyplomacji i wszystkich jej intryg. Od 
trzech prawie lat stale i bez przerwy pracuję dla pana. To wszystko mnie 
zmęczyło. Jeszcze raz powtarzam, że nie czuję się na siłach, aby sprostać 
zadaniu.   Z   samego   przemęczenia   mogę   łatwo   zbłądzić   i   zrobić   panu 
zawód.

— Co? Zawód? — wyrzęził Toulon. Opanowała go furia, był wściekły, 

jak   bestia.   —   Pani   nie   czuje   się   na   siłach,   by   przejąć   korespondencję 
między Metternichem a Nigrą? Myśli pani zbłądzić? Pani, pani?...

Udobruchał się trochę i ciągnął po chwili już znacznie spokojniej:
— Korespondencja z Austrią przechodzi przez ręce nowego człowieka, 

przysłanego   do   Paryża.   Jest   nim   hrabia   d'Ahrenberg,   mężczyzna   już 
niemłody, lecz niezwykle czarujący. Nie ma prawie dnia, by z instrukcjami 
i raportami nie wyjeżdżał do Wiednia, lub nie wracał do Paryża. Nasz 
urząd telegraficzny i dla nich pracuje niezwykle wydatnie. Ale każdy ich 
telegram posługuje się szyframi. Musimy  w jakiś sposób wydostać ich 
klucz,   jeśli   chcemy   się   dowiedzieć,   jakie   ma   intencje   cesarz  Austrii, 
Franciszek   Józef.   Dla   pani   to   wszystko   jest   dziecinną   igraszką.   Więc 
czemóż pani mówi, że nie czuje się na siłach? Nie, to są żarty. Pani sama 
nie wierzy, że powiedziała to serio.

— Jeszcze nigdy w życiu nie mówiłam tak serio. 
Wyrzekłszy te słowa, spojrzała mu w oczy. Toulon znieruchomiał, nie 

wiedział,   co   odrzec.   Przetarł   sobie   ręce,   odchrząknął   kilkakrotnie, 
poprawił monokl. Zdawał sobie sprawę, że w słowach Juanity i jej całym 
zachowaniu ukrywała się wyraźnie tajona groźba. „Nie czuję się na siłach" 
— „mogłabym zbłądzić"... Co to mogło znaczyć? Do czego to zmierzało? 
Przemknęło   mu   przez   głowę,   że   kobiety   są   zdradliwe   i   że   Lorendana 
niezawodnie   pójdzie   ich   śladem.   Skupił   się   teraz   i   zbierając   myśli, 
przypomniał sobie nagle, że ma pewną broń, którą mógłby zastosować. 
Przed oczyma wyobraźni zamajaczyła mu jej twarz, skrzywiona wśród łez, 
wyraz jej przestrachu, gdy padnie jego słowo i jak stary Satyr, wietrzący za 
złem, rozkoszował się już teraz przed smakiem uciechy, jaką sprawi mu jej 
widok, gdy ogarnie ją rozpacz. Rozmyślał jeszcze chwilę, a wreszcie się 
ozwał:

— Oświadczyła pani wprawdzie, że nie czuje się na siłach, by wykonać 

me   zlecenie,   oświadczyła   pani   nawet,   że   „jeszcze   nigdy   w   życiu   nie 
mówiła   tak   serio",   ja   zaś   odpowiadam,   że   również   jeszcze   nigdy   nie 

background image

mówiłem tak serio. Rozkazuję pani zatem — rozkazuję, powtarzam — aby 
przez   sześć   miesięcy   zaopatrywała   mnie   w   kopie   wspomnianych 
komunikatów   —   d'Ahrenberga   do  Wiednia   i   Nigry   do   Rzymu   —   aby 
dostarczyła mi klucza do odszyfrowania ich depesz i aby wyśledziła czym 
prędzej, kto jest tym łotrem, który Biota zaopatrzył w plany naszych dział. 
Zrozumiała mnie pani?

Spojrzał   jej   w   twarz   spoza   grubych   powiek,   lecz   Lorendana   jeszcze 

ciągle trwała w bezruchu.

— W przeciwnym bowiem razie — rzuciła po chwili — najmie pan 

draba, aby przy pierwszej sposobności poczęstował mnie kulką. Czy pan 
to chciał powiedzieć?

Po chwili dodała:
— Pocieszę pana jednak. Pan nie wie nawet o tym, jak diablo mało mi 

zależy   na   życiu.   Wzgardziłam   życiem.   Nie   przedstawia   już   dla   mnie 
prawie żadnej ponęty.

Toulon się uśmiechnął.
Napawał się myślą, że broń ostateczną jeszcze trzyma w zanadrzu.
Juanita powstała i podeszła ku drzwiom. Czuła się zgnębiona, palił ją 

wstyd.   Myślała   tylko   o   tym,   by   czym   prędzej   zniknąć   sprzed   oblicza 
Toulona.   Nie   mogła   tego   znieść,   że   tak   długo   bez   oporu   ulegała   jego 
władzy,   że   pracowała   dla   niego,   odbierała   rozkazy   i   przyjmowała 
pieniądze za wykonanie jego zleceń. Cokolwiek ją spotka — rozważała po 
cichu — choćby najsroższa zniewaga, lub śmierć zdradziecka, zadana z 
ukrycia — wszystko będzie lepsze i godniejsze jej czci, niż służenie za 
narzędzie w ręku tego łotra. Zatrzymał ją nagle, gdy sięgnęła za klamkę.

— A proszę nie zapomnieć, — przemówił niespodzianie — że Gérard de 

Lanoy nie zasilił jeszcze grona faktycznych nieboszczyków. Na razie żyje.

Lorendana w tej chwili przystanęła znienacka. Obróciła się ku niemu i 

blednąc   na   twarzy,   spojrzała   mu   w   oczy.   Z   gardła   Toulona   dobył   się 
chichot.

—   Za   długo   może   żyje   —   dorzucił   szyderczo.   —  Ale   i   jemu,   gdy 

zechcemy,  sprawi  się  koniec.   Sensacja  będzie  wielka.  Już   teraz  niemal 
widzę nagłówki dzienników: „Wicehrabia de Lanoy, od dawna uważany za 
człowieka   zmarłego,   powróciwszy   z   wygnania   i   dowiedziawszy   się   o 
fakcie,   że   jego   żona   była   szpiegiem   na   żołdzie   pruskim,   popełnił 
samobójstwo".   Czy   to   nie   będzie   urocze?   Jak   pani   sądzi,   moja   piękna 
przyjaciółko?

Lorendana struchlała. Odczuła ze zgrozą, że jej walka o wolność już w 

samym  zarodku   poniosła   porażkę.  Toulon   miał  ją   w  ręku.   Jego   bronią 

background image

przeciw   niej   —   bronią   niezawodną,   nie   dającą   się   wydrzeć   —   była 
straszliwa pogróżka, którą skierował przed chwilą pod adresem Gerarda. 
Rygor tej pogróżki uczynił ją od nowa narzędziem jego woli.

— Przecież zapewnił mnie pan raz — wykrztusiła po chwili, siląc się na 

spokój — że Gerarda de Lanoy natychmiast po wyroku rozstrzelano w 
więzieniu.

Toulon zachichotał.
— A czy wierzyła mi pani?
— Oczywiście, że wierzyłam.
— Nawet pamiętnej owej nocy — w hotelu „Egipt"?... Nawet wtedy, 

co?

— Wierzyłam tylko temu, co powiedział pan potem.
— Że został rozstrzelany nazajutrz nad ranem?
— Że został rozstrzelany.
— A teraz, przed miesiącem?... Jak to tam było za pobytu w Genewie?
— Nie rozumiem, doprawdy, o czym pan myśli.
— Pozwoli pani zatem, że wyjaśnię to pani. Gérard de Lanoy jest zdrów 

i żyje. Pani wie o tym zresztą, gdyż kilkakrotnie go widziała, przebywając 
w Genewie. Pani kocha go nawet, czemu — mówiąc między  nami — 
niesłychanie   się   dziwię.   Przestrzegam   panią   jednak,   że   wybraniec   pani 
serca przypłaci to głową, jeśli uzna pani za stosowne wyprowadzić mnie w 
pole. Mogłem już dawno zrobić z nim koniec. Ale nie jestem głupi. Jakoś 
dziwnie   to   przeczuwałem,   że   ten   człowiek   może   kiedyś   okazać   się 
potrzebny.

Lorendana odczuła, że przegrała sromotnie.
— Czy nie byłby pan łaskaw opuścić mnie teraz? — zapytała po chwili. 

Usiłowała się uśmiechnąć. — Jest pora śniadania, a akuratnie o pierwszej 
mam pilną wizytę u madame de Valabrégue.

Toulon podskoczył i skłoniwszy się nisko, ucałował jej rękę.
— Kiedyż więc zobaczymy się znowu?
— Zawiadomię pana o tym. W każdym razie najdalej za tydzień. Toulon 

podążył za lokajem ku drzwiom.

Gdy drzwi się zamknęły, Juanita beznadziejnie upadła na kolana. Ręce 

jej opadły na poręcz fotela, głowę skłoniła nisko ku dłoniom.

— Ratuj go, Boże! — wykrzyknęła z rozpaczą. — Ratuj go, ratuj! — 

powtórzyła, szlochając.

Rozdział dziewiętnasty

background image

Niedługo potem — zawdzięczam te informacje księżnie de Lanoy
— obiegła Paryż sensacyjna wiadomość, że pułkownik gwardii, hrabia 

Moirans   de   Sauveterre,   odebrał   sobie   życie   wystrzałem   z   rewolweru. 
Podawano sobie plotki, którym nikt urzędowo nie starał się zaprzeczyć, że 
z biura Ministerstwa, w którym zajęty był pułkownik, zniknęły tajemniczo 
plany dział, używanych we Francji i że większość tych planów dostała się 
następnie   do   rąk   pruskiego   wywiadu   wojskowego.   Nazwisko   Toulona 
znowu   z   honorem   wypłynęło   na   powierzchnię.   Ogólnie   przyznano,   że 
wytropienie tych konszachtów, zagrażających ojczyźnie, było dziełem jego 
starań i niezwykłej gorliwości i że L. Toulon faktycznie się przysłużył 
cesarzowi i ojczyźnie. Gabinet Wywiadu święcił tryumfy.

Nazwisko pułkownika — zapewniła mnie księżna — było ogólnie znane 

i   cenione   we   Francji.   Hrabia   de   Moirans,   pochodzący   z   Bretanii,   był 
członkiem   arystokracji   i   obracał   się   stale   w   kołach   elity   towarzyskiej. 
Toteż wieść o jego śmierci — śmierci przez samobójstwo — jak piorun 
uderzyła w miasto. Śmiało można  rzec, że wywołała  w Paryżu ogólne 
przygnębienie.   Księżna   niedwuznacznie   podkreśliła   fakt,   że   i   Juanita 
Lorendana wpadła w depresję. Powiedziała mi, dlaczego. Otóż znaną było 
rzeczą,   że   ona   i   Moirans   utrzymywali   od   tygodni   ściślejszą   przyjaźń. 
Przebąkiwano nawet o tym, że mają się pobrać. Jak to się stało, nikt nie 
wiedział. W każdym razie wiele z tej sprawy — tak twierdzono ogólnie — 
pozostało na zawsze niezgłębioną tajemnicą.

Niedługo po wypadku cesarz i cesarzowa wyjechali do St. Cloud, zaś 

księżna i książę na południe do Grignan. Juanita Lorendana pozostała w 
Paryżu.

*  *  *
Tym się więc tłumaczy, że gdy Gérard w czerwcu przybył do Paryża, nie 

zastał tam niestety Fanny de Lanoy. Drogę do Paryża odbył stopniowo i w 
warunkach najgorszych. Nocami wędrował, za dnia ukrywał się w lasach 
lub   chatach.  Aby   nie   dać   się   poznać,   zapuścił   brodę,   włosy   głęboko 
zaczesał   na   czoło.   Wyglądał   w   tych   dniach   jak   wiejski   włóczęga. 
Wędrówka z Armanesse pochłonęła mu w całości cztery tygodnie.

Planów   nie   miał   żadnych.   Nie   zdawał   sobie   sprawy,   co   pocznie   w 

Paryżu. Szedł za instynktem i myślał tylko o tym, by ujrzeć Lorendanę. 
Ale i myśl o Fanny nawiedzała go często. Ostrzeżenie Toulona, jak groźne 
memento huczało mu w uszach.

Dnie   przeważnie   spędzał   w   gospodach.   W   obskurnych   zajazdach   w 

dzielnicy   Montparnasse.   Czasami   wychodził.   Gdy   raz   wędrował   przez 
Faubourg   St.   Germain,   zauważył   z   przykrością,   że   w   mieszkaniu   de 

background image

Lanoyów   opuszczono   żaluzje;   widocznie   wyjechali.   Dowiedział   się 
ostrożnie, gdzie mieszka Lorendana, gnany tęsknotą, odbywał pielgrzymki 
pod okna jej domu. Raz ją zobaczył w Bois de Boulogne. Jechała konno i 
kilku   młodzieńców   towarzyszyło   jej   wówczas.   Nie   odczul   zazdrości. 
Radość,   że   ją   ujrzał,   pochłonęła   w   nim   dziwnie   uczucia   drugorzędne. 
Usiłował w siebie wmówić, że Juanita go kocha, że odczuwa nawet brak 
jego   silnej   opieki,   i   żyjąc   tą   myślą,   pielęgnując   ją   w   sobie,   czuł   się 
szczęśliwy i pełen wiary w zwycięstwo przyszłości.

*  *  *
Wędrując   po   dzielnicach,   których   nigdy   nawet   nie   znał   za   czasów 

szczęśliwszych,   przesiadując   w   spelunkach   i   tanich   jadłodajniach, 
przysłuchiwał się często płomiennym dyskusjom obecnych tam mężczyzn. 
Żałował wtedy zawsze, że nie czuje się swobodny i że nie wolno mu się 
mieszać do toczących się rozmów. Wierzył w swój talent i dar wymowy i 
zawsze   był   pewny,   że   w   warunkach   odmiennych,   gdyby   cieszył   się 
wolnością,   o   niejednym   niebezpieczeństwie   ostrzegłby   słabszych. 
Przysłuchując się mowom Rocheforta i Gambetty, ich gromom, miotanym 
na   kraj,   na   rząd,   cesarza   i   ministrów   —   dochodził   do   wniosku,   że 
rewolucja   i   anarchia,   wiszące   w   powietrzu,   wywrotowa   tendencja, 
objawiana przez tłum — że wszystko to razem bezsprzecznie prowadzi do 
ciężkich kataklizmów. Przewidywał z przerażeniem, że Francja się stacza 
ku otwartej przepaści.

Zdarzyło się raz, że był świadkiem dyskusji o aferze Moirans'a. Było to 

w   kawiarni,   uczęszczanej   przez   obcych   —   Austriaków,   Włochów, 
Anglików i innych — ale odwiedzanej też stale przez kelnerów, służących, 
robotników i dziennikarzy. Roztrząśnięto aferę szczegółowo i dokładnie i 
wyrażono   opinię,   że   służba   wywiadu,   kierowana   przez   Toulona,   coraz 
częściej i jawniej posługuje się członkami miejscowej arystokracji.

Gdy   Gérard   tego   dnia   powrócił   do   domu,   nie   zmrużył   nawet   oka   z 

nadmiaru podniecenia. Wiedział najlepiej, kogo zaprzęgnięto do służby u 
Toulona i kto mógł wyjawić tajemnicę Moirans'a.

*  *  *
Austriacy,   uczęszczający   do   wspomnianej   kawiarni,   podawali   się 

przeważnie   za   wiedeńskich   dziennikarzy,   ale   Gérard   miał   wrażenie,   że 
większa ich część pracowała w wywiadzie. Rozmawiali dyskretnie, całe 
ich obejście było pełne ostrożności. Zdarzyło się raz, że Gérard wśród 
rozmowy przysiadł się do nich. Byli tam poza tym Anglicy, Włosi i kilku 
Lewantynów; Gérard tego dnia był jedynym Francuzem. Poruszono aferę, 
która   zdarzyła   się   niedawno   w   rosyjskim   poselstwie,   urzędującym   w 

background image

Wiedniu. W apartamentach posła przychwycono damę — damę podobno 
wysokiego urodzenia — która wykradała papiery z szuflady biurka.

—   Nie  pamiętam  jej   nazwiska   —  ozwał  się   któryś  —   ale   mówiono 

ogólnie,   że   jest   dalszą   krewniaczką   Franciszka   Józefa.   Panowie   będą 
wiedzieć, kto to był taki — ciągnął mężczyzna, zwracając się wyraźnie w 
stronę Austriaków.

Austriacy zapewnili, że wiedzą tylko tyle, co podano w gazetach.
—   Wysłałem   raport   do   mojej   redakcji   —   ozwał   się   jeden.   —  Ale 

nazwisko damy uległo cenzurze.

— Skandal! — zawołał któryś z Anglików.
— Dama po tym wszystkim popełniła samobójstwo — zauważył drugi. 

Słyszałem o tej sprawie z ust...

W tej chwili upadła szklanka z absyntem. Szkło zadźwięczało i rozbiło 

się w kawałki.

— Pan skaleczył sobie rękę — rzekł jeden z Anglików, zwrócony do 

Gerarda. Z ręki Gerarda istotnie kroplami sączyła się krew.

Gérard się zaśmiał.
— Głupstwo — zawołał — nic poważnego. Nie wiedziałem nawet o 

tym, że poruszam się jak niedźwiedź.

Wyciągną chusteczkę i owinął nią rękę.
— Kelner! — zawołał. — Proszę o absynt.
Incydent przeminął, ale rozmówcy zmienili temat pogadanki.
*  *  *
W dwa dni później, kiedy Gérard o północy zasiadł ponownie do stołu 

Austriaków,   wszedł   niespodzianie   do   kawiarni   d'Ahrenberg.   Poznał 
Gerarda. Podszedł do Austriaków i rozmawiał z nimi chwilę, jakby dając 
im instrukcje w jakiejś pilnej sprawie, odebrał papiery, które jeden z nich 
mu wręczył, wreszcie ich pożegnał i wrócił do Gerarda. Zamówił kawę i 
ozwał się żywo:

— Czemu mi pan nie doniósł, że przebywa w Paryżu? Gérard się stropił, 

nie wiedział, co odrzec.

— Nie ufa mi pan może? — nalegał d'Ahrenberg.
— Ależ drogi przyjacielu — wyjąkał Gérard.
— Nie ganię, pana za to — odrzekł d'Ahrenberg. — Gdybym był w 

pańskiej skórze, tak samo nie każdemu śmiałbym zaufać. Ale wie pan, co? 
Udzielę   panu   miejsca   w   apartamentach   ambasady.   Będzie   tam 
bezpieczniej, niż w tych norach i spelunkach.

—   W   apartamentach   ambasady?   —   zdumiał   się   Gérard.   —   Nie 

przypuszcza pan chyba...

background image

—   Że   co?   —   z   uśmiechem   zapytał   d'Ahrenberg.   —   Że   zechce   pan 

skorzystać z mej skromnej propozycji? Pan nie mówi tego serio. Przyjaciel 
przyjacielowi nie powinien odmawiać tak drobnej przysługi.

— Pan nazywa ją drobną? — zaśmiał się Gérard.
— Oczywiście, że drobną — przytaknął d'Ahrenberg. — Nudzę się w 

Paryżu   i   czuję   się   samotny.   Bardzo   pana   proszę,   by   dotrzymał   mi 
towarzystwa. Koniecznie mi potrzebą — kogoś bardzo zaufanego.

— Ale cóż, na Boga! — bronił się Gérard. — Trudno o tym mówić, 

skoro nie wie pan przecież...

— Wprawdzie nie wiem dokładnie — przyznał się d'Ahrenberg — ale 

zapewniam pana szczerze, że po trosze się domyślam.

— Pan domyśla się zatem?
— Tak, proszę pana. I to wcale wydatnie.
— Że jestem może zbiegiem, który ukrywa się przed sądem?
—   Nie,   proszę   pana   —   nie   o   tym   myślałem...  Ale   —   no,   jakże   to 

powiedzieć?... Że ma pan jakiś konflikt z miejscową policją.

— Daję panu słowo — zapalił się Gérard.
— Nie dawaj go pan lepiej — zaśmiał się d'Ahrenberg. — Pomówimy 

jeszcze   o   tym,   gdy   nadarzy   się   sposobność.   Na   razie   pana   proszę,   by 
zechciał skorzystać z mej drobnej przysługi. Niech ją pan uważa za dowód 
życzliwości i szczerej przyjaźni, którą żywię dla pana. Czy pan naprawdę 
w to wierzy, że w tej wstrętnej norze jest milej i bezpieczniej, niż w hotelu 
„Egipt"? Nie zapominaj pan o tym, że na terenie ambasady i na pana się 
przeniesie dyplomatyczna nietykalność. Obejmie pan posadę prywatnego 
sekretarza   i   stanie   się   tym   samym   członkiem   korpusu   austriackiej 
ambasady.

— Nie chodzi mi o bezpieczeństwo — ozwał się Gérard.
— Tylko o co? — niecierpliwie nalegał d'Ahrenberg.
— Że mam pewien powód, by nie skorzystać pierwej z przedstawionej 

mi oferty, zanim...

— Zanim co? — niecierpliwie wtrącił d'Ahrenberg.
— Zanim nie przedstawię, na czym się opiera mój stosunek do policji.
— Słucham pana zatem, jeśli nalega pan na to.
Gérard szczegółowo udzielił mu wyjaśnień, a gdy skończył ostatecznie 

swój wywód, d'Ahrenberg z prostotą spojrzał mu w oczy.

— Niech się pan nie dziwi — oświadczył po chwili — ale słyszałem już 

skądinąd o pańskiej historii. O wszystkim, co pan mówił, wiedziałem już 
uprzednio od pańskich znajomych.

— Jak to możliwe? — zdumiał się Gérard. — Zawsze w to wierzyłem, 

background image

że ludzie już od dawna wymazali mnie z pamięci.

— Po części ma pan rację. Ale mój stosunek do władz jest tego rodzaju, 

że niejednokrotnie się zetknąłem z księciem de Lanoy — pańskim bratem, 
jak słyszałem — z Lucjanem Toulonem, Gabrielem Prévostem i tak dalej... 
Poznałem ponadto pańską miłą szwagierkę i znaną tu ogólnie wicehrabinę 
de Lanoy. To więcej, niż potrzeba, aby móc posłyszeć.

— Zamykamy lokal, panowie — ozwał się kelner.
Była już pierwsza. Obaj wyrównali przedstawiony rachunek, siedzieli 

jednak dalej, gdyż kelner pośpieszył, aby przynieść resztę z zapłaconej 
kwoty. D'Ahrenberg wśród tego począł się zwierzać.

— Mam moc przykrości — wyznał. — Pan wie zresztą o tym, w jakich 

żyjemy czasach. Polityk i dyplomata odczuwa to tym bardziej. Trudno mu 
oddychać w tej dusznej atmosferze. Z jednej strony Bismarck, z drugiej 
cesarzowa — każde chce wojny, szuka jej pretekstu, ale każde też chce 
wiedzieć, co myślą inni. Węszą rozpaczliwie, by zdobyć czyjąś pomoc, a 
jeśli już nie pomoc, to przynajmniej neutralność. Wyobraź pan sobie, że 
pośrodku wszystkiego zaczynają mi ginąć dokumenty i papiery. Niektóre 
spośród   nich   pierwszorzędnej   wartości.   Zginął   mi   w   ten   sposób   szkic 
traktatu   między  Austrią   i  Rosją,  w  parę   dni  później  klucz   do   szyfrów, 
używanych w depeszach. Pan nie ma pojęcia, jak to wszystko mnie gnębi. 
Mettemich starzeje się, wszystko zwala na mnie, ja jednak czuję, że nie 
podołam dłużej tym ciężkim zadaniom. Ten okradający mnie szpieg nie 
daje mi spokoju. Nie wiem, kto to jest i z czyich działa zleceń, ale wyznam 
panu szczerze, że zadziwia mnie po prostu fenomenalną zręcznością. Żyję 
ustawicznie jak pośrodku wulkanu. Doszło już do tego, że obawiam się 
wyjść, aby nie ułatwić mu zadania. Nie wiem, komu ufać, ale nie wiem też 
zgoła, kogo mam posądzać.

— Zamykamy, panowie — powtórzył kelner.
Powstali z miejsc i sięgnęli po kapelusze. Gdy znaleźli się na dworze, 

ustalili między sobą, że Gérard nazajutrz ma się zgłosić do hotelu pod 
przybranym   nazwiskiem  André   Miroix.   Porę   wyznaczono   na   dziesiątą 
rano.   Rozmawiali   jeszcze   chwilę,   podchodząc   do   bulwaru,   po   czym 
d'Ahrenberg   przywołał   przejeżdżającą   dorożkę   i   pożegnawszy   Gerarda, 
ruszył z powrotem w kierunku ambasady.

*   *   *
Wróciwszy   do   domu,   Gérard   z   ciekawości   przystanął   przed   lustrem. 

Przypatrując   się   sobie,   odniósł   wrażenie,   że   trudno   w   nim   rozpoznać 
dawnego Gerarda. Ale d'Ahrenberg go poznał. Bez żadnego wahania, od 
pierwszego spojrzenia. Gérard pomyślał, że oczy przyjaciół są bystrzejsze, 

background image

niż inne. Co jednak będzie, gdy spotka go kiedyś którykolwiek z członków 
bandy Toulona? Odpędził te myśli i zdał się na los. Tęsknota za Juanitą 
jeszcze ciągle napełniała mu serce i duszę. Czy nie dla niej tu wrócił? Czy 
nie   po   to   tylko   właśnie,   by   choć   z   ukrycia   i   oddali   ujrzeć   jej   ślad? 
Opowiadanie   d'Ahrenberga   o   tajemniczym   szpiegu,   który   wykradł   mu 
papiery, ścigało go wizjami przez noc i dzień.

Zaledwie   zaświtało,   wyruszył   z   domu   i   udał   się   natychmiast   do 

pobliskiego fryzjera. Kazał się ogolić i ostrzyc sobie włosy. Odczuł po tym 
wszystkim fizyczną ulgę. Punktualnie o dziesiątej skierował się od razu do 
hotelu „Egipt".

Ileż to wspomnień budził w nim ten hotel!
Nic sic nie zmieniło. Wybiegł mu naprzeciw ten sam usłużny, siwiejący 

portier i odebrał mu walizę, gdy wysiadał z dorożki. W przestronnym hallu 
powitały go te same wytworne, stylowe meble. Gdy przeszedł na korytarz, 
ten sam kierownik pochylił się przed nim.

— Czego pan sobie życzy?
— Ja do księcia d'Ahrenberga.
— Kogo mam zaszczyt zameldować księciu?
— Monsieur André Miroix. Ekscelencja na mnie czeka.
—   Książę   przed   chwilą   poinformował   nas   o   tym.   Kierownik 

bezzwłocznie przywołał chłopca hotelowego.

— Odprowadź tego pana.
I Gerard podążył za chłopcem na dobrze mu znaną klatkę schodową.

Rozdział dwudziesty

15 lipca ogłoszono we Francji wojnę z Prusakami, a 28 tegoż miesiąca 

cesarz i jego syn udali się na front. Cesarzowa wezwała Toulona do St. 
Cloud.  Zagroziła  mu  dymisją, jeśli Gabinet Wywiadu nie  dostarczy  jej 
kopii listu Franciszka Józefa, który  specjalny  kurier miał przywieźć do 
Metternicha.  Tej   samej   nocy   urządzono   bal   w   ambasadzie   austriackiej. 
Cesarzowa,   oczywiście,   odwiedziła   go   również.   Uwierzyła   Lebeufowi, 
ministrowi wojny, który  kilkakrotnie ją zapewnił, że armia francuska z 
triumfem   wkroczy   do   bram   Berlina   i   że   nie   da   się   pokonać   intrygom 
pruskim. „My jesteśmy silni i zdecydowani" — oświadczył z zapałem. Na 
ulicach Paryża panował entuzjazm. Miasto i ratusz rzęsiście oświetlono, 
tłumy,   przeciągające   placami   i   bulwarami,   wołały   z   fanatyzmem:   „Na 
Berlin!"   —   „na   Berlin!"   Jakiś   przekupień   uliczny   wywiesił   napis   na 
daszku   swej   budy:   „Nowy   słownik   francusko-niemiecki,   dla   użytku 

background image

naszych wojsk, które wkroczą do Berlina".

Nie było człowieka, który nie wierzył w zwycięstwo. Nawet Rochefort i 

Gambetta zaniechali demagogii i woleli na razie zachować milczenie. Gdy 
cesarzowa   nad   ranem   wyszła   na   taras   zamku   w   St.   Cloud,   a   oczy   jej 
spoczęły   na   mglistych   zarysach   Łuku   Tryumfu,   poddała   się   wizji 
powracających z pola, zwycięskich oddziałów wojsk francuskich. Tłum 
ich   witał   gromkimi   okrzykami   i   wskazując   na   jej   syna,   wołał   z 
entuzjazmem:   „Niech   żyje   Napoleon   IV,   największy   z   potomków 
Napoleona I.!"

*  *  *
Powód   do   wojny   był   dziwnie   naciągnięty.   Cesarzowa   Eugenia,   nie 

zasięgając   opinii   księcia   de   Gramony,   ówczesnego   ministra   spraw 
zagranicznych, wymogła na chorym, niedołężnym mężu, aby wysłał do 
Berlina  hrabiego  Benedetti'ego  z  żądaniem  gwarancji,  podpisanej  przez 
króla, że nie pozwoli synowi, aby podjął starania o koronę hiszpańską i że 
kompetencje w tej sprawie, wychodzące od Prus, raz na zawsze zostaną 
zniesione.

Benedetti zuchwale postawił żądanie. Skutek był ten, że władca Prus, 

odmówił   stanowczo   złożenia   gwarancji.   Bismarck,   triumfując,   nie 
omieszkał   zawiadomić   wszystkich   państw,   że   ambasador   francuski   — 
właśnie   Benedetti   —   został   po   prostu   wyrzucony   przez   króla   i   że   on, 
Bismarck, uważa ten fakt za moralny policzek, wymierzony Francuzom. 
To wystarczyło. Francja nie mogła darować zniewagi.

List od cesarza Franciszka Józefa (wraz z tajnym traktatem absolutnej 

neutralności między Austrią a Włochami) nadszedł z Wiednia akuratnie w 
dniu, w którym miał odbyć się bal w ambasadzie austriackiej. Przywiózł 
go kurier. Metternich list i traktat wręczył d ' Ahren bergowi.

— W ambasadzie aż się roi od szpiegów i szumowin — zauważył z 

przekąsem. — U pana ten dokument będzie bezpieczny.

D'Ahrenberg odebrał dokument i list i zamknął je w biurku. Polegał na 

Gerardzie, który zamieszkał u niego, i pełnił formalnie funkcję sekretarza. 
Gdy   punktualnie   o   dziewiątej   wybierał   się   na   bal,   ogarnął   go   nagle 
nieokreślony niepokój.

— Pozostawiam w tym biurku ważny dokument pod pańską opieką — 

rzekł   do   Gerarda.   —   Pan   nie   ma   pojęcia,   z   jak   wielkim   niepokojem 
opuszczam dziś dom.

— Proszę się nie trapić — ozwał się Gerard. — Nic się nie przydarzy, 

gdy ja tu przebywam.

— Wierzę panu szczerze — odrzekł d'Ahrenberg. — Ale gdy pomyślę o 

background image

fakcie, że kilka rządów ofiarowałoby miliony za wydobycie tego listu i że 
sieć szpiegowska już ustaliła niewątpliwie, że dziś po południu przywiózł 
go kurier — to zrozumie pan chyba, że mój niepokój jest słuszny. Aby 
zabezpieczyć panu życie — bo i o to się obawiam — zostawiłem ludzi 
naszego   wywiadu,   którzy   pełnią   straż   na   końcu   korytarza.   Gdyby 
zauważyli   obcego,   mają   go   przepuścić   i   nie   ruszyć   się   z   miejsca,   aż 
znajdzie się w środku. Szpieg niewątpliwie ma własny klucz, chodzi zaś o 
to, by przychwycić go w chwili, gdy znalazłszy  się w pokoju, zacznie 
buszować wśród moich papierów. Gdyby okazało się przypadkiem, że ów 
szpieg   jest   jednym   z   szajki   Toulona,   opłacanym   przez   rząd,   a   może 
cesarzową, nie omieszkam oczywiście wywołać skandalu. Przyrzeknij mi 
pan zatem, że nie opuści pan pokoju ani na małą chwilę, chyba, że ci 
ludzie będą stać obok drzwi.

— Przyrzekam — rzekł Gérard i uśmiechnął się lekko. — Jestem tu na 

straży i nie opuszczę, pókim żyw, tak ważnego posterunku.

— Słowo honoru?
— Słowo honoru.
D'Ahrenberg żywo uścisnął mu dłoń i wybiegł z pokoju.
— Nie będę tam długo. Wkrótce powrócę — rzekł na odchodnym.
*   *   *
Lucien Toulon tymczasem nie próżnował. Zameldował się w mieszkaniu 

Juanity Lorendany.

Juanita, która akuratnie kończyła toaletę — wybierała się również na bal 

w ambasadzie — zarzuciła płaszcz i wbiegła do salonu.

Toulon był widocznie żywo podniecony.
— Przychodzę pani donieść — wymamrotał bezładnie — że postarałem 

się o straż, by czuwała nad panią. Ja również bez przerwy będę w pobliżu.

— Nie potrzeba mi straży — wtrąciła Lorendana. — Czuję się na siłach, 

by bez żadnej pomocy przeprowadzić zadanie. Wolałabym również, aby i 
pana tam nigdzie nie było w pobliżu.

—   Muszę   jednak   być   —   zaprotestował   komisarz.   —   Mam   dziwne 

wrażenie, że d'Ahrenberg niezawodnie przeczuwa zasadzkę. Nie wątpię 
jednak o tym, że nie przepuści okazji, by się zjawić na balu, a personel 
hotelowy mam po swojej stronie. Nie wydaje mi się zatem, że ryzyko 
będzie   wielkie.   Licho   zresztą   wie.   W   tak   ważnej   chwili   wolę   być   w 
pobliżu, gdy okaże się potrzeba. Gdyby zagroziło co pani — a będę o tym 
wiedział — pośpieszę natychmiast z odpowiednią pomocą.

Juanita nie słuchała tej całej oracji. Stojąc przed lustrem, poprawiała 

garderobę,   a   gdy   skończyła   ją   wreszcie,   spojrzała   mu   w   oczy,   podjęła 

background image

płaszcz i poprosiła go wreszcie, by jej pomógł go włożyć.

Komisarz ochoczo usłuchał wezwania.
Jeśli przeprowadzi to pani — oświadczył — to przyrzekam solennie, że 

już nigdy w przyszłości nie zażądam jej ofiar.

— Czy pan mówi to serio? — spytała ozięble.
— Daję na to słowo — odrzekł Toulon.
*  *  *
W apartamentach d'Ahrenberga panował spokój. Akuratnie przed chwilą 

wybiła dziesiąta. Gérard czuwał. Rozmyślając o wszystkim, przypomniał 
sobie nagle ową wielką damę, którą, jak słyszał niedawno, przychwycono 
w   Wiedniu   na   kradzieży   dokumentów   w   rosyjskiej   ambasadzie. 
Nieszczęsna   po  skandalu  popełniła   samobójstwo.  Wprawdzie  bronił się 
przed myślą, że Juanita, jego żona, odwiedzała już ten pokój, posługując 
się   przy   tym   dorobionym   kluczem   —   d'Ahrenberg   twierdził,   że 
kilkakrotnie wykradano mu ważne papiery — ale teraz, wbrew woli, nie 
zdając sobie sprawy z jakiego powodu, coraz jawniej i wyraźniej począł jej 
ulegać.   A   jeśli   to   ona?   Jeśli   istotnie   Toulon   ją   zniewolił   do   tego? 
Przemknęło mu przez głowę, aby pobiec do niej zaraz i w porę ją ostrzec. 
Ale jak? Jak? Jak, na Boga, skoro przed chwilą dał słowo, że ani na marną 
chwilę   nie   opuści   posterunku?   Uświadomił   sobie   teraz,   że   jest   zgoła 
bezradny. Opadł na fotel i zagłębił się w myślach.

Pół do jedenastej. Jedenasta. Pół do dwunastej.
D'Ahrenberg zapewne za godzinę powróci. Ale jak jeszcze przetrwać 

taką całą godzinę? Wziął jakąś książkę i odrzucił ją zaraz. Nie mógł się 
skupić, niczego nie rozumiał. Mógł tylko słuchać. Słuchać. Słuchać.

Nagle   usłyszał   delikatne   skrobanie.   Przekręcono   klucz   w   otworze 

zatrzasku.   Zerwał   się   raptownie   i   podbiegając   ku   drzwiom,   przerzucił 
kotarę i skrył się w jej fałdach. Przed drzwiami dostrzegł postać kobiety. 
Ubrana była w płaszcz i szeroki kaptur, nasunięty na twarz. Pochyliła się 
nieco i ostrożnie, na palcach posunęła się naprzód. Kaptur w tej chwili 
opadł jej w tył. Poznał ją teraz. Tak, to — ona. Ona. Juanita.

Wypadł z za kotary i nie namyślając się wiele, zagrodził jej drogę. Czy 

był   jeszcze   czas,   by   ostrzec   ją   szybko   i   kazać   jej   odejść?   Lorendana 
stłumiła okrzyk przerażenia. Zerknęła nań szybko, domyślając się teraz 
grozy położenia. Przystanęła bezradnie, jak schwytane zwierzę, usiłując 
się wymknąć. Gérard na palcach podszedł ku drzwiom. Czy był jeszcze 
czas? Otworzył drzwi i wyjrzał na korytarz. W korytarzu był mrok. Tylko 
kilka świec migotało w lichtarzach.

Na końcu sieni był pokój dla straży, zostawionej przez poselstwo. Drzwi 

background image

pokoju były zamknięte. Gérard się obrócił i przytknąwszy żywo palec do 
ust, dał znak Lorendanie. Podeszła naprzód. Ale teraz znienacka potrząsnął 
ręką. Jakby chciał ją zatrzymać. Wyjrzał ponownie ostrożnie na korytarz. 
Drzwi pokoju już były otwarte. Austriacy czuwali. Sześciu ludzi podeszło 
do sieni.

Gérard bez namysłu zamknął drzwi i wrócił do żony. Nie postąpiła ani 

kroku od chwili, gdy dał znak, że droga do ucieczki jest teraz zamknięta. 
Pochwycił machinalnie obie jej ręce. Płaszcz w tej chwili osunął się jej z 
ramion   i   upadł   na   ziemię.   Podeszli   oboje   ku   wnęce   pod   oknem.   Nie 
wyrzekli ani słowa.

Na korytarzu, za drzwiami ozwał się tupot męskich kroków. Stłumiony, 

co prawda, lecz całkiem wyraźny. W oczach Juanity przejawiła się groza. 
Spojrzała na Gerarda, jakby błagając o pomoc. „Chodź!" — rzekł krótko i 
pociągnął ją dalej w kierunku okna.

Kroki tymczasem przystanęły u drzwi i klucz jeszcze raz zazgrzytał w 

zatrzasku. Gérard w tej chwili zasunął kotarę i pchnął Juanitę głębiej ku 
wnęce. Zasłonił ją sobą, zaś sam przystanął twarzą ku drzwiom.

Drzwi po chwili otwarły się żywo. Odsłoniły widok na postać Gerarda, 

który stał przed kotarą, i na rąbek sukni, wyzierający od wnęki. Na środku 
pokoju leżał na ziemi damski płaszcz, wykonany z jedwabiu.

Grupa   ludzi   przystanęła   na   progu.   Gérard   odchrząknął   i   opanowując 

podniecenie, zapytał spokojnie:

—   Co   jest   takiego?   Czego   tu   chcecie?   Przodownik   grupy   postąpił 

naprzód.

— Jesteśmy tu z rozkazu Jego Ekscelencji.
—  Dlaczegóż  w  takim razie   opuszczacie  posterunek?  Mężczyzna  się 

stropił.

— Pan wybaczy, monsieur, ale czy jest pan sekretarzem Jego
Ekscelencji?
— Oczywiście, że nim jestem.
— Otóż wie pan zapewne, że kazano nam tu wejść, gdyby ktoś obcy się 

zakradł do pokoju Ekscelencji.

— Wiem o tym wszystkim. Ale cóż stąd wynika?
— Powiedziano mi właśnie, że elegancka dama tu weszła przed chwilą. 

Ponieważ nikt do tej pory nie wyszedł z pokoju, więc...

Pochylił się teraz i podniósł z podłogi płaszcz Juanity.
— Oczywiście, że tu jest — rzekł Gerard z uśmiechem — a to jest jej 

płaszcz.   Pani   hrabina   de   Lanoy   nie   mogła   się   przecież   rozpłynąć   w 
powietrzu, a pańskie wnioski o tym wszystkim są dziwnie nielogiczne. 

background image

Cóż pan powie teraz, kochany przyjacielu?

Mężczyzna ponownie dziwnie się stropił.
— Monsieur — wymamrotał —ja... to jest my... my nic nie wiemy o 

całej tej sprawie.

—   Ale   teraz   już   wiecie   —   oburzył   się   Gerard.   —   Jeszcze   raz 

powtarzam, że ta niepokojąca was dama jest hrabiną de Lanoy.

Mężczyzna jednak stał, nie zamierzał ustąpić.
—   Panie   sekretarzu,   —   ozwał   się   w   końcu   —   otrzymałem   rozkaz, 

więc...

—   Otrzymał   pan   rozkaz,   aby   czuwać   nad   szpiegami   —   żachnął   się 

Gerard. — A nie przypuszcza pan chyba, że hrabina de Lanoy...

Urwał znienacka, gdyż w sieni za drzwiami ukazał się Toulon. Przyszedł 

ze swymi ludźmi i starał się przecisnąć przez straż d'Ahrenberga. Gerard 
pobladł, ale szybko się ocknął i zwrócił się znowu do przywódcy straży.

— Dlaczego, u pioruna — zawołał donośnie — hrabina de Lanoy nie 

miałaby tu wejść, skoro jestem jej mężem?

Nie dokończył jeszcze zdania, gdy od wnęki pod oknem dobył się głos:
— Nie! To nieprawda!
Juanita w tej chwili wyskoczyła z ukrycia za pluszową kotarą. Spojrzała 

na   Toulona,   ten   zaś   podszedł   i   wkroczył   ze   swymi   ludźmi   na   środek 
pokoju.

— Co jest nieprawdą? — zawołał pojednawczo. — Ze ten elegancki 

dżentelmen jest mężem tej pani? Otóż stwierdzam urzędowo — skierował 
się do straży — że hrabina de Lanoy jest żoną tego pana. Pan wicehrabia 
de Lanoy jest osobiście mi znany i mogę to powtórzyć, co przed chwilą 
powiedział: Dlaczego u pioruna, hrabina de Lanoy nie miałaby tu wejść, 
skoro ten pan jest jej mężem?

Austriacy,   stropieni,   poczęli   się   naradzać,   Toulon   zaś   podszedł   i, 

zwrócony do Juanity, zawołał obleśnie:

—   Nie   potrafię   wyrazić,   jak   bardzo   się   cieszę,   że   akuratnie   tu 

przyszedłem, by przynieść pani pomoc w jej trudnej sytuacji. Mój powóz 
czeka. Czy pozwoli pani teraz, bym ją odwiózł do domu? Do widzenia, 
panie hrabio! — rzekł do Gerarda. — Do rychłego widzenia! Aż do chwili 
spotkania zostawiam tu ludzi do pańskiej dyspozycji.

Austriacy   ustąpili,   by   zrobić   jej   przejście.   Ludzie  Toulona   czekali  w 

korytarzu. Akuratnie w tej chwili zjawił się d'Ahrenberg. Wiedział już o 
wszystkim, gdyż jeden z jego ludzi powiadomił go o zajściu u wejścia do 
hotelu. Podszedł do hrabiny i ucałował ją w rękę.

—   I   cóż,   hrabino?   —   zawołał   przyjaźnie.   —   Jakże   się   bawiło   z 

background image

przezacnym   małżonkiem?   Czy   zamierza   pani   wrócić   do   gmachu 
ambasady? — Nie rzucił nawet okiem na postać Toulona. — Zabawa tym 
razem nie święciła triumfów. Cesarzowa już odeszła. Ani jedna osoba nie 
czuła się dobrze. Gérard miał rację, że wolał pozostać. Odwdzięczę mu się 
za to i jeszcze tydzień albo dwa zatrzymam go u siebie.

Juanita z wdzięcznością uścisnęła mu rękę. Po chwili wyszła a Toulon i 

jego ludzie wykradli się za nią. Austriacy się skłonili i również opuścili 
pokój d'Ahrenberga.

Rozdział dwudziesty pierwszy

28 lipca cesarz Napoleon i młodociany jego syn opuścili Saint Cloud i 

wyjechali do Metzu. Cesarzowa osobiście odwiozła ich na dworzec.

Na tydzień przedtem hrabina de Lanoy została przez cesarza przyjęta na 

audiencji. Wynikiem tej rozmowy był znamienny fakt, że cesarz ułaskawił 
Gerarda de Lanoy'a, pod warunkiem jednakże, że ten natychmiast wyruszy 
na   front.   Gérard   z   radością   przyjął   wezwanie.   Walczył   dzielnie   pod 
Sarrebriick i Wissembourg i został raniony w bitwie pod Forbach. Księżna 
de   Lanoy   ze   łzami   wzruszenia   mówiła   mi   o   tym.   Rozpływała   się   w 
opisach   ofiarności   Lorendany,   gdy   Gérard   po   powrocie   z   bitwy   pod 
Forbach przez długie miesiące przebywał w szpitalu, zdany przeważnie na 
opiekę   księżny   i   kochającej   go   żony.   „Dopiero   wtedy   zrozumiałam   — 
mówiła   wśród   łez   —   dlaczego   tak   gorąco   poświęcił   jej   serce.   Każdy 
mężczyzna   hołduje   poligamii.   A   w   Juanicie   Lorendanie   mieściło   się 
istotnie jakby kilka kobiecości. Poślubiając ją jedną, poślubił faktycznie — 
cały harem".

*   *   *
W roku 1872 — Lucien Toulon zginął, rozszarpany przez tłum wśród 

oblężenia   Paryża.   —   Gérard   i   Lorendana   zatrzymali   się   w   Genewie, 
podróżując po Szwajcarii. Gérard przede wszystkim pomyślał o kioskarzu. 
Zdawał sobie sprawę, że ten niepokaźny człowiek nie tylko go podtrzymał 
w pierwszym okresie jego cierpień na obczyźnie, lecz, że otwarłszy mu 
oczy i dodając mu otuchy, odegrał rolę — i to wcale znamienną — w 
rozwikłaniu dramatu, w który uwikłał go los.

Ale w kiosku obok skweru już siedział ktoś inny. Gérard dowiedział się, 

że stary kioskarz umarł przed rokiem. Z sumki, znalezionej w mieszkaniu 
kioskarza,   znajomi   i   przyjaciele,   postawili   kamień   na   grobie 
nieszczęśliwca. Gérard i Lorendana odwiedzili jego grób. Złożyli na nim 
kwiaty i gałązkę rozmarynu.

background image

— KONIEC —