background image

Margaret Weis, Tracy Hickman 
"Raistlin i rycerz z Solamni" 
 

Noc, jak na wiosnę, była bardzo zimna i niewątpliwie dlatego właśnie karczma była pełna ludzi. 

W  karczmie  tej  rzadko  bywały  takie  tłumy.  Prawdę  mówiąc,  nigdy  jeszcze  nie  było  w  niej 

tłumów,  była  to  bowiem  nowa  karczma.  Tak  nowa,  że  ciągle  pachniała  świeżo  ociosanym 

drewnem  i  farbą,  a  nie  starym  piwem  i  wczorajszym  gulaszem.  Nazywała  się  "Trzy 

Prześcieradła",  tak  jak  popularna  piosenka  biesiadna,  a  znajdowała  się  w...  Ale  miejsce,  w 

którym się znajdowała, nie ma żadnego znaczenia. Pięć lat później, podczas Smoczych Wojen, 

karczma została zniszczona i już nigdy jej nie odbudowano. I nic dziwnego, stała bowiem przy 

rzadko uczęszczanej drodze, której później, gdy smoki zrównały miasto z ziemią, nie używał już 

prawie nikt.  

Wydarzyło  się  to,  jeszcze  zanim  Królowa  Ciemności  pogrążyła  świat  w  odwiecznej  (taką 

przynajmniej  miała  nadzieję)  nocy.  Już  wtedy  jednak,  w  przedwojennych  latach,  jej  zły  cień 

zataczał coraz szersze kręgi. Od lat w okolicy grasowały gobliny. Do tej pory były to tylko małe 

bandy,  które  napadały  pojedyncze  farmy.  Teraz  nagle  rozrosły  się  w  całe  armie  i  atakowały 

wioski.  

- A co oferuje jego lordowska mość? - zapytał owinięty w czerwoną suknię mag, który z jednym 

tylko towarzyszem zajmował najbliższą ognia i najwygodniejszą niszę.  

Nikt  nie  myślał  nawet,  żeby  się  do  nich  przyłączyć.  Chociaż  czarnoksiężnik  był  z  wyglądu 

chorowity,  a  suchy  kaszel  niemal  zginał  go  wpół,  ci,  którzy  mu  niegdyś  służyli,  twierdzili,  że 

szybko wpadał w gniew, a jeszcze szybciej rzucał uroki.  

- Zwykłą stawkę - tygodniowo dwa kawałki stali i dodatek za uszy goblina. Zaciągnąłem nas.  - 

Mężczyzna, który siedział naprzeciwko maga, był dobrze zbudowanym, krzepkim wojownikiem. 

W pokoju było gorąco, zsunął więc z ramion swój płaszcz, ukazując umięśnione ramiona, grube 

na trzy pnie, i wielką jak u byka pierś. Zdjął również pas, do którego przytroczony był miecz. 

Miecz  leżał  teraz  na  stole  tuż  przy  jego  dłoni.  Widać  po  nim  było,  że  jest  często  i  umiejętnie 

używany.  

- Kiedy dostaniemy zapłatę?  

- Jak wypędzimy gobliny. Już on się postara, żebyśmy na nią zarobili.  

-  Oczywiście  -  powiedział  czarodziej  -  i  nie  straci  ani  grosza,  jeśli  któryś  z  nas  zginie.  Co  ci 

zajęło tyle czasu?  

-  Miasto  jest  pełne  ludzi!  Przyjechali  tu  wszyscy  najemnicy  z  tej  strony  Ansalonu,  że  nie 

wspomnę  handlarzy  końmi,  kurtyzan,  płatnerzy  i  wszystkich  kenderów,  którzy  nie  siedzą 

właśnie za kratkami. Będziemy mieli prawdziwe szczęście, jeśli uda nam się znaleźć dziś nocleg.  

background image

-  Witaj,  Caramonie!  -  ubrany  w  skórę  i  obwieszony  bronią  człowiek  zbliżył  się  do  stołu  i 

poklepał  wojownika w plecy.  - Czy mogę do  was dołączyć?  - zapytał i  usiadł nie czekając na 

odpowiedź. - Zupełnie nie ma tu gdzie usiąść. Czy to jest ten twój brat-bliźniak, o którym tyle 

słyszałem? Może byś nas przedstawił.  

Czarnoksiężnik podniósł głowę i spojrzał na nieznajomego. Złote oczy o źrenicach w kształcie 

klepsydry błyszczały w cieniu czerwonego kaptura. Światło ogniska odbijało się na złotej skórze. 

W  pobliżu  stała  drewniana  laska,  zakończona  kryształowym  wielościanem,  osadzonym  w 

smoczych  pazurach.  Wyglądała  złowieszczo  i  bardzo  magicznie.  Nieznajomy  podniósł  się 

pośpiesznie  i  oddalił  wraz  ze  swym  kuflem  do  najdalszego  kąta  sali,  mrucząc  do  Caramona 

jakieś pożegnanie.  

-  Spojrzał  na  mnie  tak,  jakbym  leżał  już  na  łożu  śmierci!  -  powiedział  do  stojącego  obok 

mężczyzny.  

- To będzie zimna noc, Raist - cicho powiedział wojownik do brata, kiedy zostali znowu sami. - 

W powietrzu czuć śnieg. Nie powinieneś spać na zewnątrz.  

-  A  gdzie  mam  według  ciebie  spać,  Caramonie?  -  zapytał  czarnoksiężnik  miękkim,  drwiącym 

głosem. - W norze, jak  królik? Na nic więcej  nas przecież nie st...  - Przerwał  mu  atak kaszlu, 

który pozbawił go oddechu.  

Caramon  spojrzał  na brata z zaciekawieniem. Ze zniszczonej  kiesy u pasa wyciągnął  monetę i 

podniósł ją do góry. - Mamy jeszcze to, Raist. Dziś w nocy i jutro możesz spać tutaj.  

-  Czym  wobec  tego  będziemy  się  żywić,  mój  bracie.  Przecież  jeszcze  przez  co  najmniej  dwa 

tygodnie nie dostaniemy zapłaty.  

Caramon zniżył głos, pochylił się nad stołem i przyciągnął brata za ramię.  

- Jak będzie trzeba, mogę coś upolować.  

- Co najwyżej to ciebie upolują, głupcze - mag uwolnił ramię z uścisku brata. - Lordowscy ludzie 

są  wszędzie,  w  całym  lesie.  Polują  na  kłusowników  z  takim  samym  niemal  zapałem,  z  jakim 

polują na gobliny. Nie, wrócimy dziś do obozu. Nie troszcz się tak o mnie. Wiesz, że tego nie 

lubię. Nic mi nie będzie. Spałem już w gorszych miejscach.  

Raistlin znowu zaczął kaszleć, a spazmy, które wstrząsały jego ciałem, zdawały się łamać je na 

pół. Wyciągnął kawałek materii i zasłonił nią usta. Kiedy odjął ją od twarzy, była pokryta krwią, 

ale to widzieli tylko ci nieliczni, którzy przyglądali mu się ze zmartwieniem.  

- Przyrządź mi napój! - prośba była skierowana do Caramona. Mógł on jedynie wyczytać ją z ust 

maga, gdyż ten stracił na chwilę głos. Siedział teraz w kącie z zamkniętymi oczami i usiłował 

złapać oddech. Siedzący w pobliżu słyszeli, jak powietrze gwizdało mu w płucach.  

background image

Caramon rozejrzał się po tłumie, szukając barmanki, i krzykiem poprosił o gorącą wodę. Raistlin 

położył na stole przed bratem woreczek. Caramon podniósł go i ostrożnie odmierzył do kubka 

część  zawartości.  Sam  karczmarz,  zaaferowany,  przyniósł  do  stołu  dzbanek  z  gorącą  wodą. 

Właśnie miał ją wlać do kubka, kiedy tuż przy drzwiach odezwał się krzyk.  

-Kender! - karczmarz, z czajnikiem w dłoni, uciekł w panice.  

-Hej! - zakrzyknął za nim Caramon, wyraźnie rozdrażniony - Zapomniałeś o naszej wodzie!.  

-  Mówię  wam,  że  są  tu  moi  przyjaciele!  -  odezwał  się  od  drzwi  przeraźliwie  piskliwy  głos.  - 

Gdzie? Ale dlaczego... - przerwał na chwilę -... o tam! Witaj Caramonie. Pamiętasz mnie?  

- Na Wielką Otchłań! - mruknął Caramon, garbiąc się nieco i chowając głowę w swych wielkich 

ramionach.  

Niewielka  postać,  wzrostu  dwunastoletniego  dziecka,  z  twarzą  dwudziestolatka  i  wyrazem 

dziecięcej niewinności w szeroko otwartych oczach, pokazywała palcem niszę, w której siedział 

wojownik  wraz  z  bratem.  Postać  ubrana  była  w  jaskrawozieloną  tunikę  i  pończochy  w 

pomarańczowe paski. Długi kucyk, częściowo owinięty wokół głowy, zwisał mu na plecach. Z 

jego  paska  zwisały  zaś  liczne  woreczki,  których  zawartość  była  niewątpliwie  własnością 

wszystkich nieszczęśników, z którymi kiedykolwiek zetknął go los.  

-  W  takim  razie  ty  za  niego  odpowiadasz  -  powiedział  groźnie  karczmarz  i  trzymając  kendera 

mocno za ramię, przeprowadził go w poprzek sali. W całym pomieszczeniu słychać było hałas i 

szelesty. To goście chowali swe sakiewki za koszule, do kieszeni lub gdziekolwiek tam, gdzie 

wydawały się one bezpieczne przed zgrabnymi, lepkimi palcami kendera.  

- Hej, nasza woda - Caramon wyciągnął rękę, żeby zatrzymać karczmarza. Zamiast karczmarza 

schwycił jednak kendera.  

-  Earwig  Lockpicker  -  kender  wyciągnął  uprzejmie  dłoń.  -  Jestem  przyjacielem  Tasselhofa 

Burrfoota. Spotkaliśmy się w karczmie "Pod Mogiłą". Nie mogłem tam długo zostać z powodu 

tego nieporozumienia z koniem. Mówiłem im, że go nie ukradłem. Nie mam pojęcia, dlaczego za 

mną szedł.  

- Może dlatego, że trzymałeś go za uzdę? - podsunął Caramon.  

- Tak myślisz? Bo ja... Ojej!  

- Puść to! - dłoń Raistlina zacisnęła się wokół nadgarstka kendera.  

- Oj! - Earwig jęknął cichutko i potulnie oddał sakiewkę, którą drapnął ze stołu i właśnie wkładał 

do swej kieszeni. - To twoje?  

Mag rzucił przenikliwe, wściekłe spojrzenie w kierunku brata, który zaczerwienił się i wzruszył 

ramionami.  

- Zaraz przyniosę wodę, Raist - powiedział. - W tej chwili. Karczmarz!  

background image

-  Hej,  popatrzcie  tylko!  -  powiedział  kender  i  odwrócił  się  w  kierunku  drzwi,  które  właśnie 

zamykały  się  za  grupką  wędrowców.  -  Szedłem  za  nimi  do  samego  miasta.  Nawet  sobie  nie 

wyobrażacie  -  mówił  szeptem,  niosącym  się  po  całej  sali  -  jaki  to  nieuprzejmy  człowiek. 

Powinien mi podziękować za to, że znalazłem jego nóż, a nie...  

- Witaj, panie. Witaj, o pani - karczmarz dygał i kłaniał się gorliwie. Na pierwszy rzut oka, szaty 

szczelnie opatulonych przybyszów wydawały się strojne i bogate. - Z pewnością życzycie sobie 

pokój, a potem obiad. W stajni jest siano dla waszych koni.  

-  Niczego  nie  potrzebujemy  -  powiedział  mężczyzna  szorstkim  głosem  i  postawił  na  ziemi 

dziecko, które niósł na rękach. - Chcemy tylko usiąść przy ogniu. Nie weszli byśmy tutaj, gdyby 

nie to, że moja żona źle się czuje.  

- Źle się czuje? - karczmarz cofnął się nieco, trzymając przed sobą, jak tarczę, ścierkę do naczyń. 

Spojrzał pytająco na mężczyznę. - Ale to nie zaraza?  

- Och, nie! - powiedziała kobieta cichym, kulturalnym głosem. - Nie jestem chora. Jestem tylko 

zmęczona  i  przemarznięta  do  szpiku  kości,  to  wszystko.  -  Przyciągnęła  do  siebie  syna.  - 

Przeszliśmy szmat drogi.  

- Przeszliśmy? - karczmarzowi wyraźnie nie podobało się to słowo. Przyjrzał się bliżej ubraniom 

swoich gości.  

Kilku  mężczyzn  przy  ogniu  przesunęło  się.  Inni  przysunęli  ławkę.  Zabiegana  barmanka, 

kompletnie  ignorując  innych  gości,  otoczyła  ramieniem  kobietę  i  pomogła  jej  usiąść.  Kobieta 

opadła bez sił na ławkę.  

-  Jest  pani  biała  jak  duch,  milady  -  powiedziała  barmanka.  -  Przyniosę  pani  grzane  mleko  z 

korzeniami i miodem i trochę wina.  

- Nie - mężczyzna stanął obok swojej żony, tuż przy nim stanął ich syn. - Nie mamy pieniędzy i 

nie możemy zapłacić.  

-  Ciii!  Później  porozmawiamy  o  pieniądzach  -  powiedziała  wesoło  barmanka.  -  To  na  mój 

rachunek.  

- Nie przyjmujemy jałmużny! - głos mężczyzny przeszedł w gniewny krzyk.  

Chłopiec skulił się obok matki, która spojrzała na męża, a potem spuściła wzrok.  

- Dziękuję za troskę - powiedziała do barmanki - ale nic mi nie potrzeba. Już czuję się znacznie 

lepiej.  

Karczmarz podszedł bliżej do gości i zauważył w świetle ogniska, że ich ubrania nie są wcale tak 

wspaniałe,  jak  się  na  pierwszy  rzut  oka  wydawało.  Płaszcz  mężczyzny  był  postrzępiony, 

zniszczony  w  podróży  i  zachlapany  błotem.  Suknia  kobiety,  choć  czysta  i  gustowna,  była 

wielokrotnie łatana. Chłopczyk, pięcio- lub sześcioletni, ubrany był w koszulę i spodnie, które 

background image

należały  chyba  kiedyś  do  ojca,  a  teraz  zostały  obcięte  i  dopasowane  do  małego,  szczupłego, 

chłopięcego ciała. Karczmarz miał właśnie oświadczyć, że miejsce przy ogniu należy się tylko 

tym, którzy zostawiają tu pieniądze, przeszkodził mu jednak krzyk z kuchni.  

- Gdzie jest ten kender! - zakrzyknął karczmarz.  

- Tutaj! - odkrzyknął Earwig, ochoczo machając podniesioną ręką. - Potrzebujesz mnie?  

Karczmarz spojrzał na niego z zakłopotaniem i uciekł.  

-  Hm  -  mruknął  Caramon,  patrząc  na  kobietę.  Przed  chwilą  zdjęła  z  głowy  kaptur  i  odsłoniła 

bladą, szczupłą twarz, na której malowały się teraz niepokój i zmęczenie. Otoczyła ramionami 

syna, przyglądającego się jej z niepokojem, i przytuliła go mocno do siebie.  

- Zastanawiam się, kiedy ci dwoje ostatnio jedli - mruknął Caramon.  

-  Mogę  ich  zapytać  -  zaofiarował  się  Earwig.  -  Hej,  proszę  pani,  kiedy...  Umgh  -  Caramon 

położył swą ciężką dłoń na ustach kendera.  

-  To  nie  jest  twój  problem,  bracie  -  warknął  z  irytacją  Raistlin  -  Zawołaj  tu  tego  idiotę 

karczmarza. Niech przyniesie wodę! - znowu zaniósł się kaszlem.  

Caramon wypuścił wiercącego się kendera (który przez co najmniej trzy minuty siedział cicho, 

nie  mogąc  złapać  oddechu),  podniósł  swe  ogromne  ciało  i  rozejrzał  się  nad  głowami  gości  za 

karczmarzem. Spod drzwi kuchennych unosił się dym.  

- Chyba mu to chwilę zajmie, Raist - powiedział poważnie - zawołam barmankę.  

Spróbował zwrócić na siebie uwagę barmanki, ale ta kręciła się koło kobiety.  

-  Przyniosę  pani  filiżankę  herbaty  z  tarbinu,  milady.  Nie,  nie,  proszę  się  nie  martwić.  W  tej 

karczmie nie płaci się za herbatę z tarbinu, prawda? - barmanka spojrzała groźnie na pozostałych 

gości.  

- Prawda, prawda. Nie płaci się. Nic się nie płaci! - odpowiedział jej chór mężczyzn.  

Odziany w płaszcz mężczyzna zmarszczył czoło, przełknął jednak cisnące mu się na usta słowa.  

-  Hej,  tutaj!  -  zakrzyknął  Caramon,  ale  barmanka  nadal  stała  naprzeciwko  kobiety,  mnąc  w 

palcach swój fartuch.  

-  Milady  -  zaczęła  cicho  i  z  wahaniem  -  rozmawiałam  z  kucharzem.  Mamy  dziś  dużo  gości,  a 

brakuje  nam  rąk  do  pracy.  Gdyby  mogła  nam  pani  pomóc,  milady,  byłby  to  naprawdę  dobry 

uczynek. A za pracę dalibyśmy nocleg i strawę.  

Kobieta rzuciła mężowi szybkie, proszące spojrzenie. Mężczyzna posiniał z wściekłości.  

-  Żona  rycerza  solamnijskiego  nie  będzie  pracować  w  karczmie!  Prędzej  wszyscy  zginiemy  z 

głodu!  

- O, o  - mruknął  Caramon i  usiadł z powrotem na ławce. Rozmowy, żarty i  śmiechy cichły,  w 

miarę jak po sali rozchodziła się nowina. Wszystkie oczy zwróciły się w stronę mężczyzny. Jego 

background image

policzki nabrzmiały krwią. Najwidoczniej wcale nie miał zamiaru ujawniać, kim jest. Jego ręka 

powędrowała w stronę gładko wygolonej twarzy i w tym momencie wszyscy zobaczyli miejsce 

po  długich,  falujących  wąsach,  odwiecznego  symbolu  rycerza  Solamni.  Nic  dziwnego,  że  je 

zgolił. Przez całe wieki Zakon stawał w obronie prawa i sprawiedliwości Krynnu. W obecnych 

czasach wszyscy rycerze byli znienawidzeni i potępiani, a wszyscy oskarżali ich o sprowadzenie 

na kraj gniewu bogów. Jakaż to klęska sprawiła, że rycerz musiał opuścić wraz z rodziną swoją 

ojczyznę, i to bez pieniędzy i przyzwoitego okrycia? Nikt nie wiedział i nikogo to tak na prawdę 

nie obchodziło. Teraz karczmarz nie był już odosobniony w swoim pragnieniu jak najszybszego 

pozbycia się niewygodnych gości.  

- Chodź, Aileen - glos rycerza był schrypnięty. Położył dłoń na ramieniu żony. - Nie zostaniemy 

tu.  Nie  zostaniemy  w  miejscu,  które  udziela  schronienia  komuś  takiemu!  -  Spojrzał  spod 

zwężonych powiek na Raistlina, na jego czerwony strój, który zdradzał przynależność do rodu 

czarnoksiężników, i na stojącą obok magiczną laskę. Odwrócił się sztywno w stronę barmanki. - 

Słyszałem, że jego lordowska mość poszukuje mężczyzn do walki z goblinami. Czy możesz mi 

powiedzieć, gdzie go znaleźć...  

-  On szuka wojowników  - zakrzyknął  śpiewnie jakiś  mężczyzna, stojący  w dalekim  rogu sali  - 

wojowników, a nie pięknisiów ubranych w świecące zbroje.  

- Mylisz się, Nathanie - zakrzyknął drugi - słyszałem, że jego lordowska mość szuka kogoś, kto 

by dowodził regimentem.... regimentem głupich karłów.  

Rycerz  zdławił  wściekłość,  a  jego  ręka  powędrowała  do  rękojeści  miecza.  Żona  położyła 

delikatnie dłoń na jego ramieniu.  

- Nie, Gawain - powiedziała cicho, podnosząc się - pójdziemy już. Chodź.  

-  Proszę  zostać,  milady.  A  wy...  -  barmanka  spojrzała  na  hałaśliwy  tłum  -  zamknijcie  się  albo 

będzie to ostatnie piwo, jakie pijecie dziś w tej karczmie.  

Przerażeni tą okropną groźbą, mężczyźni ucichli. Barmanka położyła rękę na ramieniu kobiety i 

spojrzała na rycerza.  

- Znajdziesz, panie, jego lordowską mość w domu burmistrza, około mili stąd. Idź i załatw swoje 

sprawy, a twej żonie i synowi pozwól odpocząć. Tam, dokąd idziesz, będzie wielu mężczyzn  - 

dodała, widząc, że rycerz zamierza odmówić. - To nie jest dobre miejsce dla twego dziecka.  

Karczmarz  nadszedł  pośpiesznie.  Byłby  najbardziej  zadowolony,  gdyby  poszli  sobie  wszyscy 

troje, ale zauważył, że tłum stanął już, wraz z barmanką, po stronie kobiety. Właśnie ugasił w 

kuchni niewielki pożar i ostatnią rzeczą, jakiej by sobie teraz życzył, była kłótnia.  

-  Idź,  rycerzu,  bardzo  proszę  -  powiedział  cicho  karczmarz  -  zaopiekujemy  się  dobrze  twoją 

żoną.  

background image

Rycerz najwyraźniej nie miał wyboru. Zagryzł wargi i, niechętnie, wyraził zgodę.  

-  Opiekuj  się  swoją  matką,  Galeth.  I  z  nikim  nie  rozmawiaj  -  powiedział,  patrząc  znacząco  na 

maga. Po czym owinął ramiona płaszczem, zasłonił twarz kapturem i dumnym krokiem ruszył w 

kierunku drzwi.  

-Jego  lordowską  mość  nie  będzie  chciał  mieć  nic  do  czynienia  z  solamnijskim  rycerzem  - 

stwierdził  Caramon.  -  Połowa  armii  zdezerteruje,  jeśli  go  zatrudni.  Dlaczego  on  tak  na  ciebie 

patrzył, Raist? Nic przecież nie powiedziałeś.  

-  Rycerze  nie  przepadają  za  magią.  Jest  to  coś,  czego  nie  mogą  kontrolować  ani  zrozumieć.  A 

teraz mój bracie, gorąca woda! A może chcesz widzieć, jak umieram w tej przeklętej karczmie?  

- Już się robi, Raist - Caramon wstał i zaczął szukać w tłumie barmanki.  

- Ja pójdę! - Earwig zerwał się i szybko zniknął wśród gości.  

W karczmie znowu słychać było rozmowy i śmiech. Karczmarz spierał się z kimś nad beczką. 

Barmanka  zniknęła  w  kuchni.  Żona  rycerza,  zmęczona,  położyła  się  na  ławce.  Chłopiec  stał 

obok  niej,  trzymając  rękę  na  jej  ramieniu.  Jego  wzrok  co  chwilę  zmierzał  jednak  w  kierunku 

odzianego na czerwono mistrza magii.  

Raistlin  spojrzał  szybko  na  brata,  a  widząc,  że  ten  nadal  jest  zajęty  poszukiwaniem  barmanki, 

skinął  nieznacznie  ręką  na  chłopca.  Nie  ma  nic  słodszego  niż  zakazany  owoc.  Oczy  chłopca 

rozszerzyły  się.  Rozejrzał  się  wokół,  upewnił,  że  chodziło  o  niego,  i  ponownie  spojrzał  na 

Raistlina. Mag skinął powtórnie. Chłopiec delikatnie pociągnął matkę za rękaw.  

- Pozwól mamie spać - zbeształa go barmanka, która przechodziła właśnie obok z tacą w ręku. - 

Bądź grzeczny, a przyniosę ci coś dobrego - powiedziała i zniknęła w tłumie.  

- Hej, barmanko - Caramon machał rękami, rycząc jak wół.  

Raistlin  spojrzał  na  niego  z  irytacją  i  znów  odwrócił  się  do  chłopca.  Chłopiec,  kuszony 

ciekawością i ogromnie zafascynowany, porzucił miejsce przy matce i podszedł do maga.  

- Naprawdę umiesz czarować? - zapytał, a oczy zaokrągliły mu się ze zdziwienia.  

- Idź lepiej do mamy - Caramon usiłował odpędzić chłopca, widząc, że przeszkadza jego bratu.  

-  Zamilknij,  Caramonie  -  powiedział  miękko  Raistlin  i  spojrzał  na  chłopca  swymi  złotymi 

oczami. - Czy nazywasz się Galeth? - zapytał.  

- Tak, panie - odpowiedział chłopiec. - Tak nazywał się mój dziadek. Był rycerzem. Ja też będę 

rycerzem.  

Caramon uśmiechnął się do brata.  

- Przypomina ci Sturma, prawda?  - powiedział. - Ech, ci rycerze, wszyscy są trochę stuknięci  - 

dodał,  popełniając  błąd  wszystkich  dorosłych,  którzy  myślą,  że  dzieci  są  zbyt  małe  i  nie  mają 

uczuć.  

background image

Chłopiec zapłonął jak pochodnia.  

-  Mój ojciec nie jest  głupi. To wielki człowiek  - zaczerwienił  się, zdając sobie sprawę, że jego 

ojciec  wcale  nie  wyglądał  zbyt  dostojnie.  -  On  się  tylko  martwi  o  mamę.  My  możemy 

wytrzymać  bez  jedzenia,  bo  jesteśmy  mężczyznami,  ale  moja  matka...  -  jego  górna  warga 

zatrzęsła się, a w oczach pojawiły się łzy.  

-  Galeth  -  powiedział  Raistlin  i  spojrzał  na  swego  brata  tak,  że  ten  czym  prędzej  zajął  się 

szukaniem barmanki - czy chciałbyś zobaczyć trochę magii?  

Chłopiec skinął głową, nie mogąc wydobyć głosu.  

- To przynieś mi sakiewkę twojej mamy.  

- Jej sakiewka jest pusta, panie - powiedział chłopiec.  

Nawet w tak młodym wieku wiedział już, że brak pieniędzy jest rzeczą wstydliwą, i znowu się 

zaczerwienił.  

- Przynieś mi ją - powiedział Raistlin szeptem.  

Galeth stał przez chwilę, nie mogąc się zdecydować, czy ma zrobić to, co powinien, czy to, na co 

tak bardzo miał ochotę. Pokusa okazała się jednak zbyt silna. Odwrócił się, podbiegł do matki i 

delikatnie,  nie  budząc  jej  ze  snu,  wyjął  sakiewkę  z  kieszeni  sukni. Podał  ją  Raistlinowi,  który 

zaczął  ją  badać  swymi  długimi,  delikatnymi  palcami.  Była  to  mała,  skórzana  sakiewka, 

haftowana  złotą  nitką,  taka,  w  jakiej  damy  noszą  klejnoty.  Klejnoty,  jeśli  znajdowały  się 

kiedykolwiek  w  tej  sakiewce,  zostały  już  dawno  sprzedane  albo  zamienione  na  żywność  i 

ubranie.  

Mag wywrócił sakiewkę do góry nogami i potrząsnął nią. Sakiewka była wyłożona jedwabiem i, 

tak jak powiedział chłopiec, przeraźliwie pusta. Raistlin wzruszył ramionami i oddał ją chłopcu. 

Galeth wziął ją z powrotem, patrząc niepewnie. A gdzie ta magia? Poczuł się rozczarowany.  

- A więc będziesz rycerzem jak twój ojciec - powiedział Raistlin.  

- Tak - chłopiec z trudem powstrzymywał łzy.  

- A od kiedy to przyszły rycerz kłamie?  

- Nie kłamałem - Galeth zaczerwienił się. - To nikczemne tak mówić.  

- Powiedziałeś przecież, że sakiewka jest pusta, a spójrz do środka.  

Chłopiec otworzył  skórzaną torebkę i  gwizdnął  ze zdumienia. Wyciągnął monetę i spojrzał  na 

Raistlina z zachwytem.  

- Idź i połóż sakiewkę z powrotem. Tylko delikatnie - powiedział mag. - I nie mów nikomu, skąd 

wzięła się ta moneta, inaczej zniszczysz czary!  

-  Tak,  panie  -  powiedział  poważnie  Galeth.  Popędził  i  włożył  sakiewkę  z  powrotem  do 

matczynej  kieszeni,  a  zrobił  to  ze  zręcznością  godną  kendera.  Przykucnął  obok  na  podłodze  i 

background image

zaczął  żuć  kawałek  imbiru,  który  dostał  od  barmanki.  Co  chwilę  jednak  uśmiechał  się 

porozumiewawczo w stronę maga.  

-  Świetnie  -  chrząknął  Caramon,  opierając  łokcie  o  stół  -  ciekawe,  za  co  kupimy  żywność  w 

przyszłym tygodniu?  

- Coś wymyślimy - powiedział spokojnie Raistlin, po czym podniósł swą słabą rękę i przywołał 

gestem barmankę, która nadbiegła pośpiesznie do ich stołu.  

* * * * *  

Miękka  poświata  zmierzchu  przeszła  w  całkowitą  ciemność.  W  karczmie  zrobiło  się  jeszcze 

bardziej  tłoczno,  gwarno  i  duszno.  Żona  rycerza  spała,  nie  zważając  na  hałas.  Była  tak 

wyczerpana, że wiele osób patrzyło na nią ze współczuciem, myśląc, że na pewno nie zasłużyła 

sobie na taki los. Chłopiec też zasnął, skulony na podłodze u stóp matki. Nawet się nie poruszył, 

kiedy  Caramon  podniósł  go  i  położył  na  ławce  obok  matki.  Wrócił  Earwig  i  usiadł  obok 

Caramona.  Zaczerwieniony  i  szczęśliwy,  opróżnił  na  stół  swe  sakiewki  i  zaczął  sortować  ich 

zawartość, mrucząc coś cały czas pod nosem.  

Po  dwóch  godzinach  powrócił  Gawain.  W  miarę  jak  wchodził  w  głąb  sali,  goście  trącali  się 

łokciami  i  uciszali  nawzajem.  Po  chwili  było  już  zupełnie  cicho.  Mężczyźni  przyglądali  się 

rycerzowi z uwagą.  

- Gdzie jest mój syn? - zapytał rycerz, rozglądając się ponuro po sali.  

- Tutaj. Spokojny i bezpieczny. Śpi - odpowiedziała barmanka, wskazując palcem na drzemiące 

dziecko. - Nie porwaliśmy go, jeśli o to panu chodzi.  

Rycerz zawstydził się.  

- Przepraszam - burknął. - dziękuję za uprzejmość.  

-  Rycerz  czy  barmanka,  śmierć  i  tak  wszystkich  zabiera  tak  samo.  Możemy  sobie  pomagać 

chociaż w doczesnym życiu. Obudzę żonę.  

- Nie - Gawain wyciągnął rękę, jakby chciał ją powstrzymać.  - Niech śpi. Chciałbym zapytać  - 

odwrócił  się  do  karczmarza  -  czy  moja  żona  i  syn  mogą  zostać  tu  na  noc.  Rano  będę  miał 

pieniądze na zapłatę - dodał sztywno.  

- Naprawdę? - karczmarz przyglądał mu się podejrzliwie. - Czy jego lordowska mość przyjął cię 

do swego wojska, panie?  

- Nie - odpowiedział rycerz. - Wygląda na to, że nie potrzebuje już więcej wojowników do walki 

z goblinami. Po sali przeszedł głośny szept.  

- Mówiłem ci - powiedział Caramon do brata.  

- Zamilcz, głupcze! - odpowiedział Raistlin. - Ciekaw jestem, gdzie on zamierza znaleźć tej nocy 

pieniądze.  

background image

- Jego lordowska mość powiedział mi, że tu w pobliskich lasach jest forteca. Nikt jednak nie ma 

z niej pożytku, bowiem ciąży na niej klątwa. Tylko...  

- Nawiedzona forteca? Gdzie? Co to za klątwa? - Earwig był tak podekscytowany, że wskoczył 

na stół, aby mieć lepszy widok.  

-  Dziewczęca  Klątwa  -  odpowiedziało  mu  kilka  głosów.  -  Forteca  nazywa  się  Wieża  Śmierci. 

Dotychczas jeszcze nikt stamtąd nie powrócił.  

- Wieża Śmierci! - westchnął kender, a oczy zaszły mu mgłą zachwytu. - To brzmi cudownie!  

-  Prawdziwy  solamnijski  rycerz  może  stamtąd  powrócić.  Jego  lordowska  mość  mówi,  że  tylko 

prawdziwy rycerz może zdjąć klątwę. Mam zamiar tam iść i z pomocą Paladyna dokonać tego.  

- Pójdę z to... - zaczął kender wspaniałomyślnie, lecz Caramon podciął mu nogi. Zielona postać 

rozciągnęła się jak długa na podłodze.  

- Jego lordowska mość obiecał dobrze mnie wynagrodzić - zakończył swoją wypowiedź Gawain, 

całkowicie ignorując zarówno propozycję kendera, jak i jego nieszczęśliwy wypadek.  

-  Aha  -  zadrwił  karczmarz  -  a  kto  zapłaci  za  twoją  rodzinę,  jak  nie  wrócisz,  panie  Prawdziwy 

Rycerzu?  Nie  ty  pierwszy  wybierasz  się  w  tamte  strony,  a  jeszcze  nigdy  nie  widziałem,  żeby 

ktoś stamtąd powrócił!  

Przytaknął mu chór głosów.  

-  Jego  lordowska  mość  obiecał  dobrze  ich  wyposażyć,  jeśli  mi  się  nie  uda  -  odpowiedział 

Gawain spokojnym głosem.  

-  Jego  lordowska  mość?  No  to  co  innego  -  karczmarz  był  znowu  zadowolony.  -  Życzę 

wszystkiego najlepszego, panie rycerzu. Sam osobiście zaprowadzę twoją żonę i syna  - bardzo 

miłego zresztą chłopca - do ich pokoju.  

- Poczekaj chwilę - barmanka prześliznęła się pod ramieniem karczmarza i wyszła do przodu.  - 

A gdzie jest mag, który pójdzie z tobą do Wieży Śmierci?  

-  Żaden mag nie będzie mi towarzyszył  -  Gawain zmarszczył brwi.  - A teraz, jeżeli nie ma już 

żadnych pytań, muszę iść.  

Spojrzał  na  swą  śpiącą  żonę.  Wyciągnął  rękę,  jakby  chciał  pogłaskać  ją  po  głowie,  ale 

przestraszył się, że żona może się obudzić, cofnął więc dłoń.  

-  Do widzenia, Aileen.  Mam nadzieję, że zrozumiesz. Odwrócił się i  skierował  do wyjścia,  ale 

karczmarz chwycił go za łokieć.  

-  Idziesz  bez  maga?  Czy  jego  Lordowska  mość  nie  powiedział  ci,  że  do  zdjęcia  Dziewczęcej 

Klątwy  potrzebny  jest  rycerz  i  mag?  Bo  właśnie  z  powodu  rycerza  i  maga  klątwa  została 

rzucona.  

background image

- I kendera! - krzyknął Earwig i skoczył na równe nogi. - Jestem pewien, słyszałem, że musi być 

rycerz, mag i kender!  

-  Jego  lordowska  mość  wspominał  jakąś  legendę  o  rycerzu  i  magu  -  powiedział  pogardliwie 

Gawain - ale prawdziwy rycerz, wierzący w swego boga, nie potrzebuje pomocy żadnego innego 

mieszkańca Krynnu.  

Rycerz uwolnił łokieć z uścisku karczmarza i zaczął wychodzić.  

-  Naprawdę  tak  ci  zależy  na  rozstaniu  się  z  życiem,  rycerzu?  -  świszczący  szept  wdarł  się  w 

zgiełk panujący na sali. - Czy naprawdę wierzysz, że twej rodzinie będzie się powodziło lepiej 

po twojej śmierci?  

Rycerz zatrzymał się. Jego ramiona zesztywniały, a całe ciało zaczęto dygotać. Nie odwrócił się, 

tylko spojrzał przez ramię na maga. - Jego lordowska mość obiecał. Będą mieli co jeść idach nad 

głową. Przynajmniej to mogę im kupić.  

-  I  dlatego  z  okrzykiem  "Mój  honor  to  moje  życie"  skazujesz  się  na  pewną  porażkę.  A 

wystarczyłoby  ugiąć  trochę  kark  i  pozwolić,  żebym  poszedł  z  tobą.  Miałbyś  wtedy  szansę  na 

zwycięstwo.  Jakież  to  typowe  dla  rycerzy  -  Raistlin  uśmiechnął  się  nieprzyjemnie.  -  Nic 

dziwnego, że twój Zakon popadł w ruinę.  

Słysząc  tak  obraźliwe  słowa,  Gawain  poczerwieniał  ze  złości.  Jego  ręka  powędrowała  do 

miecza. Caramon mruknął coś i też sięgnął po miecz.  

-  Odłóżcie  broń  -  zażądał  Raistlin.  -  Jesteś  młodym  człowiekiem,  rycerzu.  Los  ci  nie  sprzyjał. 

Oczywiście, cenisz swoje życie, ale jesteś zdesperowany, a nie znasz innego sposobu, aby wyjść 

z honorem z nieszczęścia - przy słowie "honor" Raistlin skrzywił usta. - Ofiarowałem ci swoją 

pomoc. Czy mnie za to zabijesz?  

Dłoń Gawaina zacisnęła się na rękojeści.  

- Czy to prawda, że do zdjęcia klątwy potrzeba rycerza i maga? - zapytał obecnych na sali.  

- I kendera! - z kąta dał się słyszeć oburzony pisk.  

- Tak, to prawda - zaręczył tłum.  

-  Czy  już  ktoś  próbował  to  zrobić?  Goście  spojrzeli  po  sobie,  potem  na  sufit,  na  ściany  i  do 

swoich kubków.  

- Kilku - odpowiedzial jakiś głos.  

- Ilu? - zapytał Caramon, widząc że jego brat naprawdę chce towarzyszyć rycerzowi.  

- Dwudziestu, może trzydziestu.  

-  Dwudziestu  albo  trzydziestu!  I  żaden  nie  wrócił?  Słyszałeś,  Raist?  Dwudziestu  albo  i 

trzydziestu i żaden nie wrócił! - Caramon był wzburzony.  

- Słyszałem - podpierając się laską, Raistlin wstał ze swej ławki.  

background image

- I ja też! - powiedział Earwig, tańcząc z podniecenia.  

-  Mimo  to  idziemy, nieprawda?  -  stwierdził ponuro Caramon,  przypinając miecz do pasa.  -  To 

znaczy tylko niektórzy z nas. Ty nie, Nosepicker.  

-  Nosepicker!  -  słysząc  jak  Caramon  przekręcił  jego  szacowne  nazwisko,  Earwig  skamieniał  i, 

niestety, nie zdążył uskoczyć przed jego ciężką ręką. Ogromny wojownik schwycił kendera za 

długi warkocz i przywiązał go za włosy do słupa podtrzymującego sufit.  

- Ale ja się nazywam Lockpicker - wrzasnął dumnie Earwig.  

- Dlaczego chcesz to zrobić, magu - zapytał podejrzliwie Gawain kroczącego wolno Raistlina.  

- No właśnie, Raist, dlaczego właściwie chcemy to zrobić? - rzucił Caramon półgębkiem.  

- Dla pieniędzy, oczywiście - powiedział chłodno Raistlin. -Jakiż inny mógłbym mieć powód?  

Tłum  w  karczmie  zafalował,  podekscytowane  głosy  wykrzykiwały  porady,  podpowiadały 

kierunek. Niektórzy nawet stawiali zakłady, czy wyprawa się powiedzie czy nie. Earwig, mocno 

przywiązany  do  słupa,  krzyczał,  prosił,  błagał  i  omal  nie  wyrwał  sobie  włosów  z  korzeniami, 

próbując się uwolnić.  

Tylko barmanka zauważyła, jak przechodząc obok, mag pogłaskał po głowie chłopca swą wątłą 

dłonią.  

* * * * *  

Co najmniej potowa gości towarzyszyła im w drodze do ciemnego, gęstego lasu. Dopiero tu, pod 

starymi  drzewami,  którym  najwyraźniej  nie  podobało  się  to,  że  ktoś  zakłócił  ich  spokój,  tłum 

zaczął żegnać wędrowców i życzyć im szczęścia.  

- Potrzebujecie pochodni? - zapytał jeden z mężczyzn.  

- Nie - odpowiedział Raistlin. - Shirak - powiedział miękko, a kryształowa kula na czubku laski 

zapłonęła jasnym, promiennym światłem.  

Tum jęknął ze zgrozą. Rycerz spojrzał spod oka na błyszczącą laskę.  

- Ja wezmę pochodnię. Nie chcę podążać przy świetle, którego źródłem jest ciemność.  

Tłum pożegnał się z nimi i zawrócił  w stronę karczmy, aby tam czekać na rozwój wypadków. 

Niektórzy stawiali wysokie zakłady o to, że forteca nie zmieni jednak swojej nazwy. Wydawało 

się  to  zresztą  tak  pewne,  że  Raistlin  z  trudem  powstrzymał  Caramona  przed  postawieniem  na 

własną przegraną.  

Trzymając w dłoni pochodnię, rycerz ruszył  ścieżką przed siebie. Raistlin i  jego brat  szli kilka 

kroków za nim, gdyż młody rycerz szedł tak szybko, że słabowity mag nie mógł dotrzymać mu 

kroku.  

- Tacy to uprzejmi ci rycerze - powiedział Raistlin, podpierając się laską.  

Gawain zatrzymał się gwałtownie i z kamienną twarzą poczekał, aż bracia dołączą do niego.  

background image

- Tu chodzi nie tylko o uprzejmość, ale o zdrowy rozsądek, który każe trzymać się razem w tak 

ciemnym i ponurym lesie - powiedział Caramon. - Słyszałeś?  

Cała  trójka  nastawiła  uszu,  wstrzymując  oddech.  Gdzieś  w  lesie  zaszeleściły  liście  i  trzasnęła 

gałąź. Rycerz i wojownik chwycili za broń. Raistlin sięgnął ręką do woreczka i wydobył garść 

piasku, przywołując w pamięci słowa sennego zaklęcia.  

-  To  ja!  -  usłyszeli  radosny,  piskliwy  głos.  W  kręgu  światła  pojawiła  się  mała,  zielono-

pomarańczowa  postać.  -  Przepraszam  za  spóźnienie  -  rzekł  Earwig.  -  Włosy  uwięzły  mi  w 

drzwiach  -  pokazał  coś,  co  kiedyś  było  długim  warkoczem.  -  Teraz  została  z  niego  zaledwie 

połowa. Musiałem je obciąć, żeby się uwolnić.  

- I to moim nożem - krzyknął Caramon, zabierając nóż z rąk kendera  

-  To  twój  nóż?  Och,  czyż  to  nie  dziwne?  Przysiągłbym,  że  miałem  dokładnie  taki  sam.  Sir 

Gawain zatrzymał się.  

-Nie dość, że muszę podróżować w towarzystwie jakiegoś czarownika...  

-  Rozumiem  cię  -  rzekł  Earwig,  kiwając  ze  współczuciem  głową.  -  Musimy  to  przynajmniej 

dobrze wykorzystać, prawda?  

-  Pozwólmy  mu  iść  z  nami  -  Caramon  poczuł  wyrzuty  sumienia  na  widok  obciętego  warkocza 

kendera. - Może nam się przydać, jak nas ktoś zaatakuje.  

Gawain zawahał się. Widać było, że jedynym sposobem na pozbycie się kendera było pokrojenie 

go na kawałki. I chociaż Przysięga i Miara nie zabraniały rycerzom mordować kenderów, jednak 

również nie zachęcały do tego.  

-  Zaatakuje  -  parsknął  i  ruszył  do  przodu.  Earwig  podskakiwał  obok  niego.  -  Dopóki  nie 

dojdziemy do Wieży, nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo. Przynajmniej tak powiedział jego 

lordowska mość.  

- I co jeszcze ci powiedział - zapytał Raistlin, kaszląc.  

Gawain  spojrzał  na  niego  surowym  wzrokiem,  zastanawiając  się  zapewne,  jaki  będzie  miał 

pożytek z tego chorowitego maga.  

-  Opowiedział  mi  historię  Dziewczęcej  Klątwy.  Dawno  temu,  jeszcze  przed  Kataklizmem, 

czerwony  mag  -  taki  jak  ty  -  ukradł  młoda  kobietę  z  ojcowskiego  zamku  i  przywiózł  ją  do  tej 

fortecy. Rycerz, narzeczony młodej panny, odkrył spisek i wyruszył na jej ratunek. Spotkał się z 

magiem  i  jego  ofiarą  tu,  w  tej  fortecy  w  lesie.  Czarnoksiężnik,  wściekły,  że  zniszczono  jego 

plany, wezwał Królową Ciemności, aby pomogła mu zniszczyć rycerza. Rycerz z kolei wezwał 

na  pomoc  Paladyna.  Obie  walczące  siły  były  tak  potężne,  że  zniszczyły  nie  tylko 

czarnoksiężnika i rycerza, ale nawet po śmierci nadal wciągały nowe osoby w swój konflikt.  

- Widzisz, a ty nie pozwoliłeś mi się założyć - rzekł Caramon do brata z pretensją w głosie.  

background image

Raistlin, zagubiony w swoich myślach, nie usłyszał tego zdania.  

- No i - zapytał nagle Gawain - co myślicie o tej historii?  

- Myślę, że tak jak wiele legend, tak i ta przerosła rzeczywistość - odpowiedział Raistlin. - Jest w 

niej wiele niedokładności. Na przykład, czerwony czarnoksiężnik nigdy nie wezwałby na pomoc 

Królowej Ciemności. To robią tylko czarni czarnoksiężnicy.  

-  Myślę  -  powiedział  Gawain  zawzięcie  -  że  czarnoksiężnicy  błądzą  w  ciemności  obojętnie 

jakiego są koloru. Jak mówi przysłowie, to tak jakby lis przebrał się za owcę.  

-  Aha  -  Caramon  był  wyraźnie  zły  -  a  ja  słyszałem  kilka  przysłów  o  twoim  rodzie,  panie 

mądraliński. Na przykład jedno mówi...  

-  Wystarczy,  mój  bracie  -  upomniał  go  Raistlin,  a  jego  chude  palce  zacisnęły  się  na  ramieniu 

Caramona. - Zachowaj swoje siły na przyszłość.  

Grupka podążyła dalej, pogrążona w ciszy.  

- A co się stało z dziewczyną? - zapytał nagle Earwig. Trzej wędrowcy, zajęci swymi kłopotami, 

zdążyli już zapomnieć o obecności kendera.  

- Co? - mruknął Gawain  

- Dziewczyna. Co się z nią stało? W końcu to jest Dziewczęca Klątwa.  

- A tak, rzeczywiście - powiedział Raistlin - to ciekawe.  

- Naprawdę? - Earwig podskakiwał radośnie, rozrzucając po ścieżce zawartość swoich sakiewek. 

Omal się nie potknął o Caramona. - Udało mi się wymyślić coś ciekawego!  

-  Nie  rozumiem,  dlaczego  to  jest  Dziewczęca  Klątwa.  Może  dlatego,  że  dziewczyna  była 

niewinną ofiarą - odpowiedział rycerz po namyśle.  

-  Aha  -  rzekł  Earwig,  wzdychając  gwałtownie  -  niewinna  ofiara.  Jak  ja  dobrze  wiem,  co  to 

znaczy!  

* * * * *  

Trójka  wędrowców  szła  dalej.  Szło  im  się  łatwo,  gdyż  ścieżka  była  gładka  i  prosta.  Jak  dla 

Caramona,  zbyt  gładka  i  zbyt  prosta,  jak  gdyby  miała  jak  najszybciej  doprowadzić  ich  na 

spotkanie przeznaczenia. Kilka godzin po północy dotarli do fortecy, zwanej Wieżą Śmierci.  

Forteca była ciemna i pusta, a jej kamienna fasada mieniła się szaro i biało w łagodnym świetle 

gwiazd i bladego, cienkiego, srebrnego księżyca. Masywna, ciężka forteca zaprojektowana była 

tak, aby służyła swym celom, bez specjalnego nacisku na piękno. Była to kwadratowa budowla, 

a w każdym jej rogu znajdowała się wieża strażnicza. Za murem łączącym wieże znajdowała się 

budowla,  w  której  prawdopodobnie  miało  stacjonować  wojsko.  Ogromne,  drewniane  odrzwia, 

obite stalą, zapraszały do wejścia.  

background image

Jednak od bardzo dawna już żaden żołnierz nie wszedł przez te drzwi. Blanki kruszyły się, a w 

niektórych  miejscach  rozsypały  się  kompletnie.  Na  murach  widać  było  długie  pęknięcia, 

spowodowane kataklizmem lub magiczną, stoczoną tu bitwą. Jedna wieża zawaliła się, zawalił 

się też dach centralnego budynku i na tle rozgwieżdżonego nieba widać było zarys połamanych 

belek.  

-  Wieża  jest  opuszczona  -  stwierdził  Caramon,  patrząc  na  budowlę  z  wyraźnym  niesmakiem.  - 

Nikogo  tu  nie  ma,  ani  czarnoksiężnika,  ani  w  ogóle  nikogo.  Ci  żartownisie  w  karczmie  mogli 

sobie  darować.  Szkoda,  że  nie  kazali  nam  tu  przyjść,  stanąć  na  środku  drogi  i  krzyczeć:  "hej, 

strzelajcie"!  

-  Jak chcesz, to możesz tak zrobić  - Raistlin zaczął  kaszleć, ale stłumił głos  rękawem,  -  Wieża 

Śmierci nie jest opuszczona! Słyszę dokładnie jakieś głosy. To znaczy słyszałbym je dokładnie, 

gdybyś ty przestał się wymądrzać!  

-  Ja  też  coś  słyszę  -  rzekł  Gawain  ze  zdumieniem.  -  Tu  jest  uwięziony  rycerz  mojego  zakonu, 

woła o pomoc! - Gawain chwycił w dłonie miecz i pomknął przed siebie. - Już idę! - zakrzyknął.  

- Ja też! - wrzasnął Earwig, podskakując w kółko wokół Raistlina. - Ja też słyszę głosy! Jestem 

pewien,  że  słyszę  jakieś  głosy!  Co  mówią  do  ciebie?  Chcesz  wiedzieć,  co  mówią  do  mnie? 

Mówią: "jeszcze jedno piwo". Tak, tak, to właśnie słyszę.  

-  Poczekaj!  -  Raistlin  chciał  zatrzymać  Gawaina,  ale  ten  już  popędził  w  stronę  podwójnych 

drewnianych drzwi. Kiedyś brama była zapewne zamknięta i zaryglowana, aby nie przedostał się 

przez nią żaden wróg. Teraz stała złowieszczo otworem.  - To głupiec! Idź za nim, Caramonie. 

Nie pozwól mu nic zrobić, zanim tam nie dotrę!  

- Jeszcze jedno piwo? - Caramon patrzył bezmyślnie na brata.  

- Ty skończony bałwanie - wysyczał Raistlin przez zaciśnięte zęby. Drżącym palcem wskazał na 

fortecę. - Słyszę tam głosy wołające mnie i rozpoznaję, że to ktoś z mojego rodu. To głos maga! 

Chyba zaczynam rozumieć, co się tutaj stało. Idź za nim, Caramonie! Pobij go, usiądź na nim, 

jeśli będziesz musiał, ale nie dopuść do tego, aby Gawain ofiarował swój miecz rycerzowi!  

-  Rycerzowi?  Jakiemu  rycerzowi?  Acha,  rozumiem.  Już  idę  Raist.  Nie  musisz  tak  na  mnie 

patrzeć. Chodź, Nosepicker.  

Kok na głowie Earwiga zafalował z oburzenia.  

- Nazywam się Lockpicker, Lock.... Och, nieważne! Hej, poczekaj!  

Caramon, w towarzystwie rozradowanego kendera, podążył za rycerzem. Niestety, wystartował 

trochę za późno i Gawain już znikał w drzwiach fortecy. Caramon dotarł do bramy, zawahał się, 

odwrócił i spojrzał niepewnie na brata.  

background image

Podpierając  się  laską,  Raistlin  szedł  tak  szybko,  jak  tylko  mógł.  Przy  każdym  kroku  kaszlał  i 

wydawało  się, że zaraz się przewróci.  Ale nie zatrzymywał  się.  Zdołał  nawet  podnieść laskę  i 

pogrozić nią bratu, nakazując gestem, żeby natychmiast wszedł do środka.  

Earwig wszedł pierwszy. Zorientował się, że jest sam, i natychmiast się odwrócił.  

-  Idziesz  czy  nie?  Tu  jest  cudownie,  tak  ciemno  i  strasznie.  I  wiesz  co?  -  kender  westchnął  7. 

zachwytu  -  naprawdę  słyszę  głosy.  Wzywają  mnie  do  pomocy  w  jakiejś  walce.  Pomyśl  tylko. 

Mogę pożyczyć twój nóż?  

- Nie - warknął Caramon. Teraz już i on słyszał glosy. Niesamowite głosy, głosy duchów.  

-  Moja  sprawa  jest  słuszna!  Wszyscy  wiedzą,  że  czarnoksiężnicy  to  obrzydliwe  kreatury, 

zrodzone z ciemności. Na dumę i honor naszego Zakonu Miecza, dołącz do mnie!  

- Moja sprawa jest słuszna! Wszyscy wiedzą, że rycerze skrywają się za swą zbroją, a swej siły 

używają, aby straszyć i znęcać się nad słabszymi. Na dumę i honor naszego Zakonu Czerwonych 

Szat, dołącz do mnie!  

Caramona  ogarnęło  nieprzyjemne  uczucie,  że  forteca  nie  jest  wcale  tak  pusta,  jak  mu  się  na 

początku zdawało. Niechętnie, oglądając się za bratem, wszedł do środka. Wielki wojownik nie 

bał  się  na  tym  świecie  żadnego  stworzenia  z  krwi  i  kości.  Te  niesamowite  głosy  były  jednak 

zimne i puste i to zbijało go z tropu. Wydawało mu się, że dobywają się z grobu.  

Caramon  i  kender  stali  w  długim  korytarzu,  prowadzącym  z  dziedzińca  do  głównego  holu. 

Korytarz  zaopatrzony  był  w  liczne  mechanizmy,  służące  do  obrony  przez  najeźdźcą.  Przez 

szczeliny w kamiennych murach widać było gwiazdy. Pozbawiony świetlistej laski swego brata i 

rycerzowej pochodni, Caramon musiał iść po omacku w kompletnej ciemności, kierując się tylko 

migocącym gdzieś w oddali światłem płomienia. Omal nie rozbił sobie głowy o żelazne kraty, 

które wystawały częściowo z sufitu.  

-  Po  której  chcesz  być  stronie?  -  zapytał  ochoczo  Earwig,  ciągnąc  Caramona  za  rękę.  -  Ja 

chciałbym  być  rycerzem,  ale  z  drugiej  strony,  chciałbym  też  być  magiem.  Chociaż  nie  sądzę, 

żeby twój brat pożyczył mi swoją laskę...  

-  Ciiii!  -  odezwał  się  Caramon  schrypniętym  głosem,  wydobywającym  się  z  kompletnie 

wyschniętego gardła.  

Korytarz skończył się i przeszedł w duży, szeroki hol. Na środku stał Sir Gawain z pochodnią w 

ręku  i  wykrzykiwał  jakieś  słowa  w  języku,  którego  wojownik  nie  rozumiał.  Był  to  zapewne 

język Solamni.  

Zgiełk  pomieszanych  głosów  był  tu  bardziej  wyraźny.  Caramon  czuł,  jak  szarpią  go  one  w 

różnych kierunkach. Ale wewnątrz siebie czuł inny głos, i ten był najsilniejszy. Był to głos jego 

brata, głos, który kochał i któremu ufał, i Caramon dobrze pamiętał, co powiedział mu ten głos.  

background image

"Nie możesz dopuścić, aby Gawain ofiarował rycerzowi swój miecz!"  

- Zostań tu - zwrócił się do Earwiga, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Obiecujesz?  

- Obiecuję - powiedział Earwig, zaskoczony bladą i poważną twarzą Caramona.  

- Dobrze - Caramon odwrócił się i poszedł w głąb korytarza, dołączając do rycerza.  

- Co się dzieje? - Earwig nie mógł ustać spokojnie. - Nic stąd nie widzę. Ale obiecałem przecież. 

Już  wiem!  Nie  chodziło  mu  o  to,  żebym  został  tu,  w  tym  dokładnie  miejscu,  tylko  tu,  w  tej 

fortecy! - uszczęśliwiony własnym tłumaczeniem, Earwig pobiegł naprzód. W ręce trzymał nóż 

Caramona, który zdążył sobie w międzyczasie przywłaszczyć.  

- O rany! - szepnął - Caramonie, czy widzisz to samo co ja?  

Caramon  widział  dokładnie  to  samo.  Po  jednej  stronie  holu  stała  armia  rycerzy  odzianych  w 

błyszczące  zbroje  i  trzymających  w  dłoniach  miecze.  Po  drugiej  stronie  stal  zastęp 

czarnoksiężników,  ich  szaty  powiewały  wokół  nich,  jakby  poruszane  gorącym  powietrzem. 

Rycerze  i  czarnoksiężnicy  odwrócili  się  w  stronę  nowo  przybyłych  i  Caramon  zobaczył  z 

przerażeniem, że były to gnijące ciała.  

Przed  uzbrojoną  armią  pojawił  się  nagle  rycerz.  On  też  był  nieżywy.  Na  ciele  widać  było 

wyraźnie ślady licznych ran. Caramona ogarnął strach. Oparł się o ścianę. Ale rycerz nie zwracał 

uwagi  ani  na  niego,  ani  na  stojącego  obok,  osłupiałego  kendera.  Jego  wzrok  skupiony  był  na 

Gawainie.  

- Rycerzu, wzywam cię, na Przysięgę i Miarę, przyjdź i pomóż mi walczyć z wrogiem.  

Zmarły rycerz uczynił gest i wtedy, w pewnej odległości od niego, pojawił się czarnoksiężnik w 

czerwonych,  podartych  i  poplamionych  krwią  szatach.  Czarnoksiężnik  też  nie  żył,  a  sądząc  z 

jego ran, śmierć miał straszną.  

Earwig wysunął się do przodu.  

- Będę walczył po twojej stronie, jeśli nauczysz mnie rzucać uroki! - zakrzyknął  

Caramon schwycił kendera za kark, podniósł do góry i rzucił z całej siły do tyłu. Kender osunął 

się po ścianie na podłogę, gdzie spędził kilka radosnych chwil, próbując złapać oddech. Caramon 

wyciągnął drżącą rękę.  

- Gawainie, wyjdźmy stąd...  

Gawain odepchnął dłoń Caramona i przyklęknąwszy na jedno kolano, wyciągnął swój miecz, by 

położyć go u stóp rycerza.  

- Idę na twe wezwanie, o panie!  

-  Zatrzymaj  go,  Caramonie!  -  spomiędzy  kamiennych  ścian  dobył  się  świszczący  szept.  - 

Zatrzymaj go albo i my zginiemy.  

background image

-  Nie!  -  zmarły  rycerz spojrzał  na Caramona, jakby  właśnie  go zobaczył.  -  Dołącz do mnie! A 

może jesteś tchórzem?  

- Tchórzem! - Caramon spojrzał groźnie. - Żaden człowiek nie ośmielił się...  

-  Posłuchaj  mnie,  mój  bracie  -  rozkazał  Raistlin.  -  Zrób  to  chociaż  dla  mnie,  ja  też  będę 

zgubiony!  

Caramon spojrzał ze strachem na zmarłego czarnoksiężnika i ujrzał jego puste oczy wpatrzone w 

Raistlina.  Zmarły  rycerz  właśnie  pochylał  się,  aby  podnieść  miecz  Gawaina.  Na  sztywnych 

nogach, Caramon podbiegł i kopnął miecz, który potoczył się po kamiennej posadzce.  

Zmarły rycerz zawył z gniewu. Gawain podskoczył i rzucił się po swoją broń. Caramon zdołał 

się  jednak  wychylić  i  schwycił  go  za  ramię.  Gawain  wykręcił  się  i  odepchnął  Caramona  ręką. 

Legion rycerzy uderzył mieczami w tarcze, a czarownicy zaczęli znowu mamrotać swe zaklęcia. 

Ich puste glosy podniosły się, kiedy do sali wszedł Raistlin.  

- Cóż za ciekawe doświadczenie - stwierdził Earwig, sprawdzając, czy wszystkie żebra ma całe. 

Kiedy przekonał się, że nic mu się nie stało, podniósł się i rozejrzał dookoła. - Ojej! Ktoś zgubił 

miecz. Podniosę go.  

- Czarnoksiężniku Czerwonych Szat! - krzyczał zastęp zmarłych - dołącz do nas!  

Kątem oka Caramon ujrzał twarz swego brata. Raistlin przyglądał się czarownikom świetlistym, 

zawziętym wzrokiem. Na jego twarzy malowało się napięcie i podniecenie.  

-  Nie,  Raist!  -  Caramon  wypuścił  Gawaina  z  rąk.  Rycerz  uderzył  go  w  szczękę  i  ogromny 

wojownik  zwalił  się  na  podłogę.  Gawain  rzucił  się  po  swój  miecz,  który  Earwig  trzymał  w 

zaciśniętej  broni.  W  miarę  jak  rycerz  się  zbliżał,  szeroki  uśmiech  na  twarzy  kendera  powoli 

znikał.  

-  O,  nie!  -  kender  przycisnął  miecz  do  piersi  -  znalazłem  go  i  jest  mój.  Przecież  już  nie  był  ci 

chyba potrzebny.  

-  Nie  słuchaj  ich,  Raist!  -  Caramon  podniósł  się  z  podłogi.  "Za  późno",  pomyślał,  gdyż  mag 

zbliżał się już do zmarłego czarnoksiężnika, który wyciągał dłoń po błyszczącą laskę.  

Zimne palce już jej niemal dotykały, kiedy Raistlin obrócił nagle laskę i wyciągnął ją poziomo 

przed  siebie.  Kryształowe  światło  zamigotało.  Zmarły  czarnoksiężnik  odskoczył  do  tyłu,  jak 

gdyby ta krucha przeszkoda oparzyła go.  

-  Nie  dołączę  do  ciebie,  bowiem  twa  walka  jest  wieczną  walką!  -  głos  Raistlina  podniósł  się 

ponad panujący na sali gwar. - To walka, której nikt nigdy nie wygra.  

W  tej  chwili  głosy  zmarłych  ucichły.  W  sali  zapanowała  cisza.  Gawain  przestał  grozić 

kenderowi i odwrócił się. Earwig stracił nagle zainteresowanie mieczem i puścił go na podłogę, a 

background image

sam podskoczył do przodu, żeby zobaczyć, co się dzieje. Caramon, gładząc swą obolałą szczękę, 

rozglądał się ostrożnie, gotowy w każdej chwili przyjść na pomoc bratu.  

Opierając się na lasce, której światło wydawało się teraz jeszcze jaśniejsze, Raistlin podszedł na 

środek  sali.  Najpierw  spojrzał  na  rycerza,  na  jego  gnijącą  twarz  pod  poobijanym  hełmem,  na 

kościstą  dłoń,  trzymającą  miecz.  Następnie  młody  mag  odwrócił  swój  zloty  wzrok  na 

czarnoksiężnika, na jego podarte i pocięte mieczem czerwone szaty, okrywające ciało, któremu 

nie dane było zaznać wiecznego spokoju.  

Potem Raistlin spojrzał w samą ciemność.  

-  Będę  rozmawiał  z  dziewczyną  -  zawołał.  Z  ciemności  wyłoniła  się  postać  młodej  kobiety  i 

stanęła naprzeciwko maga. Była to piękna blondynka, o owalnej twarzy i niebieskich, jasnych, 

wyrazistych  oczach.  Była  tak  piękna  i  wydawała  się  tak  ciepła  i  pełna  życia,  że  minęło  kilka 

chwil, nim Caramon zorientował się, że ona też od dawna już nie żyje.  

- To ty rzuciłaś klątwę, czyż nie? - zapytał Raistlin.  

- Tak  - odrzekła dziewczyna, głosem tak zimnym jak śmierć.  - Po której stronie chcesz stanąć, 

magu?  Oto  tutaj  stoi  duma...  -  pokazała  dłonią  rycerza  -...  i  tutaj  stoi  duma...  -  wskazała  w 

kierunku maga - którą stronę wybierasz? Choć naprawdę nie ma to znaczenia.  

-  Nie  będę  walczył  po  żadnej  stronie  -  powiedział  Raistlin  -  Nie  wybiorę  dumy.  Wybiorę...  - 

zawiesił na chwilę glos i do- kończył cicho - wybiorę miłość.  

Ciemność zwaliła się na nich z siłą lawiny. Na chwilę zgasło nawet światło magicznej laski.  

-  O,  rany!  -  szepnął  ze  zgrozą  w  głosie  kender.  Caramon  mrugał  oczami,  próbując  przebić 

wzrokiem gęstą, nieprzebytą czarność. Armie duchów zniknęły.  

- Raistlin! - zakrzyknął Caramon panicznie.  

-  Tu  jestem,  mój  bracie.  Cicho,  bądź  cicho.  Caramon  poczuł,  jak  ktoś  chwyta  go  za  bark. 

Wyciągnął rękę i dotknął ciepłego, ludzkiego ramienia.  

- Gawain? - zapytał szeptem.  

- Tak - odparł rycerz, napiętym głosem. - Co się dzieje? Nie ufam temu magowi. On nas zabije.  

-  Jak  na  razie  wygląda  na  to,  że  nieźle  sobie  radzi  utrzymując  nas  przy  życiu  -  rzekł  srogo 

Caramon. - Patrz!  

Shirak - powiedział Raistlin i kryształowe światło ponownie zabłysło jasno. Naprzeciwko maga, 

w świetle laski, stała młoda kobieta.  

-  Złamałeś  klątwę,  młody  magu  -  rzekł  duch.  -  Czy,  zanim  odejdę  na  zasłużony,  wieczny 

odpoczynek, chciałbyś mnie o coś prosić?  

- Opowiedz nam swą historię - poprosił Raistlin. - Legenda mówi, że mag przywiódł cię tu siłą.  

background image

- Oczywiście, tak mówią ci, którzy nigdy nie chcieli znać prawdy! - rzekł pogardliwie duch. - A 

ich słowa były oliwą, dolewaną do ognia mej klątwy. Tak naprawdę, mag i ja kochaliśmy się. 

Mój  ojciec,  rycerz  solamni,  zabronił  mi  wyjść  za  mąż  za  czarnoksiężnika.  Zaręczył  mnie  z 

innym rycerzem, którego ja nie kochałam. Uciekłam razem z magiem. Uciekłam z własnej woli, 

chciałam bowiem być z człowiekiem, którego kocham. Rycerz podążył za nami. Przybyliśmy tu, 

gdyż  wiedzieliśmy,  że  to  miejsce  dawno  już  było  nie  zamieszkane.  Mogliśmy  uciec,  ale  mag 

oświadczył, że musi walczyć, aby zachować swój honor. Swój honor! - powtórzyła gorzko. Jej 

niebieskie oczy wpatrywały się w ciemność tak intensywnie, jakby wciąż widziały to wszystko, 

co wydarzyło się tu przed laty. - Tu, w tych murach, wezwał rycerza do walki. I walczyli - jeden 

swym  mieczem,  drugi  swą  magią.  Walczyli  o  swój  honor!  I  wtedy  właśnie,  kiedy  patrzyłam 

bezsilnie,  jak  walczą,  zdałam  sobie  sprawę,  że  żaden  7.  nich  nie  kochał  mnie  nigdy  nawet  w 

połowie  tak  bardzo,  jak  obaj  kochali  swoją  wstrętną  dumę.  Kiedy  zginęli,  stanęłam  nad  ich 

ciałami i modliłam się do bogów, aby ściągnęli tu wszystkich tych, którzy zakochani są w swej 

dumie.  A  potem  opuściłam  to  miejsce  i  poszłam  w  świat.  Znalazłam  człowieka,  który  kochał 

mnie  na  tyle,  aby  dla  mnie  żyć,  a  nie  umierać.  Bogowie  dali  mi  bogate,  szczęśliwe  życie, 

wypełnione miłością. Po mojej śmierci, mój duch wrócił tutaj i od tamtej pory czekam na kogoś, 

kto kochałby na tyle, by zignorować te wszystkie głosy - spojrzała na Caramona - i był na tyle 

mądry, by złamać przekleństwo. Ty, młody magu, uwolniłeś ich i mnie. Pójdę spocząć przy boku 

mego męża, który czekał na mnie cierpliwie przez wszystkie te lata. Ale najpierw chciałabym cię 

o coś zapytać. Jak to się stało, że zobaczyłeś i zrozumiałeś prawdę?  

-  Gdyż  przed  moimi  oczami  miałem  cały  czas  żywy  przykład  fałszywej  dumy  -  rzekł  Raistlin 

patrząc przeciągle na Gawaina. Rycerz zaczerwienił się i schylił głowę. Mag, uśmiechając się, 

dodał - Ale tak naprawdę, stało się to dzięki ciekawość kendera.  

- Dzięki mnie! - Earwig zachłysnął się taką rewelacją. - To o mnie mówi! To dzięki mnie! To ja 

zdjąłem klątwę! A mówiłem wam, że musi być mag, rycerz i kender!  

Postać młodej kobiety zaczęła znikać.  

- Żegnaj - rzekł Raistlin - i odpoczywaj w pokoju.  

-  Żegnaj,  młody  magu.  Ostrzegam  cię  jednak.  Dziś  oparłeś  się  pokusie.  Uratował  cię  rozum  i 

silna  wola.  Ale  jeśli  się  nie  zmienisz,  nadejdzie  taki  czas,  kiedy  los,  którego  dziś  uniknąłeś, 

dopadnie cię.  

Niebieskie oczy zamknęły się i zniknęły.  

- Nie odchodź! -  zapłakał  Earwig, który biegał  dookoła i  chwytał rękami  powietrze.  - Mam do 

ciebie tyle pytań! Czy byłaś w Otchłani? Jak to jest, jak się nie żyje? Och, proszę...  

background image

Caramon podszedł ostrożnie do przodu. Jego wzrok cały czas spoczywał na miejscu, w którym 

zniknął  duch,  jak  gdyby  obawiał  się,  że  dziewczyna  może  w  każdej  chwili  powrócić.  Położył 

swe wielkie dłonie na ramionach brata.  

- Raist - powiedział zmartwiony - co ona miała na myśli?  

- Skąd mam wiedzieć? - Raistlin wyzwolił się z uścisku brata. Nagle zaczął gwałtownie kaszleć. 

- Idź po drzewo na ognisko! Nie widzisz, że zamarzam na śmierć?  

- Już idę, Raist - powiedział delikatnie Caramon - Chodź, Earmite.  

- Earwig - poprawił automatycznie kender, mozolnie podążając za wojownikiem. - Poczekaj, aż 

usłyszy  o  tym  Kuzyn  Tas!  Nawet  Wuj  Traspringer  -  najsłynniejszy  kender  wszechczasów  - 

nigdy jeszcze nie złamał klątwy!  

Gawain  stał  w  miejscu  czekając,  aż  Caramon  i  kender  opuścili  fortecę.  Wtedy,  powoli,  z 

mieczem w dłoni, podszedł do maga.  

-  Zawdzięczam  ci  życie  -  powiedział  niezdarnie  i  z  niechęcią.  -  Zgodnie  z  Przysięgą  i  Miarą 

jestem  twoim  poddanym  -  wyciągnął  w  kierunku  maga  swój  miecz,  rękojeścią  do  przodu.  - 

Czego żądasz ode mnie? Raistlin wciągnął powietrze. Spojrzał na miecz i zadrżały mu usta.  

- Czego żądam? Złam swoją Przysięgę! Spal swoją Miarę! Jak powiedziała dziewczyna, żyj dla 

tych, których kochasz.  Nadciąga czas ciemności,  mój rycerzu, i  być może tylko  miłość będzie 

mogła nas ocalić. Rycerz ściągnął usta, twarz mu poczerwieniała. Raistlin przyglądał mu się bez 

ruchu, patrząc z twarzy Gawaina znika złość i pojawia się na niej głęboki namysł. Nagle rycerz 

gwałtownie schował swój miecz do pochwy.  

- Ach, i rycerzu - powiedział zimno Raistlin - nie zapomnij podzielić się z nami swoją nagrodą. 

Gawain odpiął pas wraz z mieczem.  

-  Weź  wszystko  -  rzekł  i  rzucił  miecz  i  pas  do  nóg  maga.  -  Znalazłem  coś,  co  ma  znacznie 

większą wartość. - Ukłonił się sztywno i wyszedł z fortecy.  

Na niebie pojawił się czerwony księżyc. Jego niesamowity blask przeświecał przez rozpadające 

się  ściany  starej  fortecy  i  oświetlał  drogę.  Mag  nadal  stał  na  środku  sali,  a  na  palcach  czuł 

jeszcze miękki jak jedwab dotyk włosów dziecka.  

-  Rzeczywiście,  rycerzu,  znalazłeś  -  powiedział.  Postał  jeszcze  przez  chwilę,  zastanawiając  się 

nad  słowami  ducha.  Po  czym  otrząsnął  się  i  mocniej  chwycił  magiczną  laskę.  -  Dulak  - 

powiedział  i  światło  zgasło.  Mag  pozostał  w  ciemności,  oświetlonej  tylko  promieniami 

czerwonego księżyca.  

* * * * *  
źródło: "Złoty Smok" Nr 1(3) Styczeń 1995 
przełożyła: Violetta Jaworska