background image

Philip Athans

Wrota Baldura

Tytuł oryginału: Baldur’s Gate

Przeło˙zył: Rafał Gałecki

Wydanie oryginalne: 1999

Wydanie polskie: 1999

background image

Moim dwóm córkom dedykuje

(wci ˛

a˙z jestem normalny)

background image

Podzi˛ekowania

Adela stworzyłem sam, ale ka˙zda inna posta´c w tej ksi ˛

a˙zce, czy to pojawiaj ˛

aca

si˛e na pocz ˛

atku, w ´srodku, czy na jej ko´ncu, powstała na podstawie wspaniałej

komputerowej gry Baldur’s Gate, dzieła twórców z BioWare: Jamesa Ohlena, Lu-
kasa Kristjansona, Roba Bartela, Raya Muzyki, Johna Galaghera, Scotta Creiga
i całej reszty ekipy BioWare, która opracowała gr˛e. Dzi˛eki wam, chłopaki, grało
si˛e naprawd˛e ´swietnie!

Na koniec musz˛e te˙z podzi˛ekowa´c mojemu wydawcy, Jessowi Lebowowi.

(Tak jak chciałe´s, umie´sciłem ci˛e w tej ksi ˛

a˙zce. No i gdzie jest obiecane mi pi˛e´c

dolców?)

3

background image

Rozdział pierwszy

Ostrza starły si˛e ze sob ˛

a a˙z iskry poszły. Abdel natarł z tak ˛

a sił ˛

a, ˙ze jego ra-

mi˛e wpiło si˛e w ci˛e˙zkie ostrze własnego pałasza. Zignorował ból i pchn ˛

ał jeszcze

mocniej. Był na tyle wysoki i silny, by zdecydowanie wytr ˛

aci´c swego przeciwnika

z równowagi. Wróg zatoczył si˛e dwa kroki w tył i wyrzucił lew ˛

a r˛ek˛e w bok, by

powstrzyma´c upadek. Abdel natychmiast wykorzystał przewag˛e i ci ˛

ał w odsło-

ni˛ety brzuch napastnika, rozdzieraj ˛

ac na strz˛epy jego kolczug˛e, ciało i kr˛egosłup.

Abdel rozpoznał dwóch z czterech m˛e˙zczyzn próbuj ˛

acych go zabi´c. To byli

najemnicy, twardziele tacy jak on sam. Na pewno kto´s im zapłacił, ale kto i dla-
czego — tego Abdel nie wiedział.

Min˛eło jakie´s dziesi˛e´c czy nawet dwadzie´scia sekund, zanim m˛e˙zczyzna, któ-

rego Abdel zabił, poj ˛

ał, ˙ze jest ju˙z martwy. Patrzył si˛e w dół, na gł˛ebok ˛

a ran˛e

w swoim brzuchu, przecinaj ˛

ac ˛

a go prawie na pół. Krew była wsz˛edzie, czerwie´n

mieszała si˛e z ˙zółto–szar ˛

a tkank ˛

a rozprutych wn˛etrzno´sci. Twarz umieraj ˛

acego

przybrała niemal komiczny wyraz: była biada, zaskoczona i jakby zniesmaczona.
Ten widok sprawił, ˙ze serce Abdela zabiło ˙zywiej; on sam nie wiedział, czy z po-
wodu szoku czy raczej przyjemno´sci. T˛e chwil˛e zastanowienia Abdel niemal przy-
płacił ˙zyciem, kiedy jeden z pozostałych bandytów niespodziewanie zbli˙zył si˛e,
wywijaj ˛

ac trzymanymi w obu dłoniach małymi, ostrymi toporkami.

— Kamon — zawołał go po imieniu Abdel, jednocze´snie cofaj ˛

ac si˛e pół kroku

w tył, aby uchyli´c si˛e przed drugim toporkiem. — Dawno si˛e nie widzieli´smy.

Pracował z Kamonem jaki´s rok temu, strzeg ˛

ac pewnego magazynu w Athka-

tli, gdzie jaki´s tajemniczy towar le˙zał na tyle długo, by przyci ˛

aga´c uwag˛e złodziei.

Tylko Kamon walczył dwoma bli´zniaczymi toporkami. Niski i przysadzisty, był
wojownikiem, którego wielu mniej do´swiadczonych przeciwników nie doceniało.
Ka˙zdy, kto siedział w tym fachu tak długo jak Abdel, mógł zobaczy´c w jego bł˛e-
kitnych oczach, rzucaj ˛

acych szybkie i bystre spojrzenia, jak gro´znym rywalem był

Kamon.

— Abdel — zacz ˛

ał Kamon — przykro mi z powodu twojego ojca.

To był stary trik z odwróceniem uwagi, starszy nawet ni˙z sam Gorion, który

kiedy´s wydawał si˛e Abdelowi najstarszym człowiekiem przemierzaj ˛

acym ulice

i trakty Faerunu. Abdel zerkn ˛

ał k ˛

atem oka na swego ojca. Gorion trzymał si˛e

4

background image

dzielnie, jak zwykle staraj ˛

ac si˛e tak walczy´c, by nie zabi´c bandytów, którzy oczy-

wi´scie nie byli tak łaskawi jak ów starzec. Atakował go szabl ˛

a bandzior o ciem-

nej karnacji skóry, z wyszywan ˛

a opask ˛

a na głowie. Bardzo szybko, ale i troch˛e

niezdarnie. Gorion mógł go przez jaki´s czas trzyma´c na dystans swoj ˛

a solidn ˛

a,

d˛ebow ˛

a lag ˛

a, ale jak długo?

Abdel zaczekał, a˙z Kamon wysunie w jego stron˛e prawe rami˛e i niespodzie-

wanie wyprowadził mieczem cios od dołu, podbijaj ˛

ac ostrze toporka z tak ˛

a sił ˛

a

i szybko´sci ˛

a, i˙z wytr ˛

acona bro´n zdarła styliskiem skór˛e wn˛etrza dłoni rywala. Ka-

mon zakl ˛

ał i cofn ˛

ał si˛e trzy kroki w tył. Utrata broni zaskoczyła go, nie na tyle

jednak, by si˛e nierozwa˙znie odsłonił. Był do´swiadczonym wojownikiem i zawsze
miał oczy szeroko otwarte. Jego toporek tkwił teraz zaklinowany na ostrzu miecza
Abdela.

Abdel powinien teraz jak najszybciej pozby´c si˛e nadzianego na miecz toporka,

jednak zamarł, kiedy usłyszał za sob ˛

a skrzypienie ˙zwiru. Miał nadziej˛e, ˙ze Kamon

wykorzysta sytuacj˛e i zareaguje wła´sciwie, i Kamon wy´swiadczył mu t˛e przy-
sług˛e. Bandyta rzucił si˛e na´n szybko, celuj ˛

ac drugim toporkiem w jego pier´s.

Abdel błyskawicznie podkurczył kolana, zasłaniaj ˛

ac si˛e jednocze´snie mieczem.

Jego stopy straciły oparcie i Abdel run ˛

ał na plecy w tym samym momencie, kiedy

olbrzymia halabarda zachodz ˛

acego go od tyłu przeciwnika miała go przeci ˛

a´c na

pół.

˙

Zwir zazgrzytał pod ci˛e˙zkim krokiem Eagusa, pierwszego z bandytów, któ-

rego Abdel rozpoznał, gdy spotkali si˛e na drodze. Eagus wci ˛

a˙z zło´scił si˛e z po-

wodu tej blizny, któr ˛

a miał na twarzy, od kiedy jakie´s osiem miesi˛ecy temu prze-

grał z Abdelem zakład w Julkoun. Na wspomnienie tego wydarzenia Abdel mi-
mowolnie si˛e u´smiechn ˛

ał, nie bacz ˛

ac na deszcz ciepłej krwi, która szerok ˛

a strug ˛

a

chlusn˛eła na niego z góry.

Cios Eagusa, który mierzył w Abdela, roztrzaskał czaszk˛e Kamona, od czubka

a˙z po podbródek. Abdel ˙załował tylko, ˙ze nie zd ˛

a˙zył wcze´sniej zapyta´c Kamona,

co takiego strzegli w magazynie w Athkatli.

Zwini˛ety na ziemi Abdel rozprostował nagle nogi i ci ˛

ał mieczem w tył, wci ˛

a˙z

maj ˛

ac nadziany na ostrzu toporek. Liczył, ˙ze trafi Eagusa, podczas gdy bro´n hala-

bardnika wci ˛

a˙z tkwiła w głowie jego przyjaciela. Nagle pal ˛

acy ból w boku zaparł

mu dech, a on sam instynktownie rzucił si˛e w lewo.

Pi ˛

aty bandyta, ten który dot ˛

ad trzymał si˛e z dala, strzelił z kuszy i jego bełt

utkwił w prawym boku Abdela. Abdel chwycił za drzewce i wyrwał je z rany,
rozszarpuj ˛

ac przy tym kolczug˛e i wyj ˛

ac z bólu. Na chwil˛e ich wzrok spotkał si˛e

i Abdel posłał mu tak złowrogie spojrzenie, ˙ze kusznik cofn ˛

ał si˛e w popłochu.

Miał nadziej˛e, ˙ze bandyta przeraził si˛e na tyle, by wi˛ecej ju˙z nie strzela´c. Zreszt ˛

a

Abdel miał bardziej pal ˛

acy problem.

Eagus miotał si˛e w´sciekle, usiłuj ˛

ac wyrwa´c ostrze halabardy z głowy Kamona.

Abdel był niebezpiecznie blisko, ale wykorzystał t˛e chwil˛e, by sprawdzi´c, jak

5

background image

radzi sobie ojciec. Szło mu dobrze, jego przeciwnik m˛eczył si˛e coraz bardziej,
wyprowadzaj ˛

ac coraz bardziej chaotyczne ciosy.

— Mo˙zemy si˛e tak bawi´c bez ko´nca, Calishito — rzekł Gorion, odgaduj ˛

ac

pochodzenie m˛e˙zczyzny po jego dziwacznym ubiorze i rodzaju or˛e˙za, którym si˛e
posługiwał. — Albo przynajmniej do czasu, a˙z mi powiesz, kto i dlaczego was
wynaj ˛

ał.

Abdel wreszcie uwolnił ostrze swego miecza od toporka, jednym okiem wci ˛

a˙z

obserwuj ˛

ac ojca, drugim zezuj ˛

ac na Eagusa.

Calishita´nski najemnik u´smiechn ˛

ał si˛e, odsłaniaj ˛

ac srebrny z ˛

ab, dawno ju˙z

zmatowiały.

— Zostali´smy dobrze opłaceni, sir, szkoda gada´c. Lepiej poddajcie si˛e, to

mo˙ze i nie zdechniecie — odpowiedział Gorionowi.

Nagle rozległ si˛e odgłos, jakby kto´s zrzucił olbrzymiego arbuza z wysokiej

wie˙zy — to Eagus uwolnił swoj ˛

a halabard˛e. Podniósł długie drzewce do góry

i zatoczył nim, zbryzguj ˛

ac Abdela i drog˛e wokół siebie krwi ˛

a Kamona. Abdel

rzucił toporkiem, lecz Eagus z łatwo´sci ˛

a go odbił. Rzut nie miał na celu zabi´c

Eagusa, a jedynie wytr ˛

aci´c go z równowagi. Abdel wiedział, ˙ze jest tylko jeden

sposób i jedna sekunda na to, by si˛e przekona´c, czy jego manewr poskutkował.

Zerwał si˛e i szybko skoczył, na straszne pół sekundy trac ˛

ac ziemi˛e pod no-

gami. Poleciał wprost na Eagusa i poczuł, jak ostrze jego miecza zagł˛ebia si˛e
w szczelinie przerdzewiałej zbroi bandyty, zanim jeszcze jego nogi dotkn˛eły
ziemi. Zamierzał wsta´c i wepchn ˛

a´c miecz gł˛ebiej, szatkuj ˛

ac flaki Eagusa na sa-

łatk˛e, lecz ten nie stracił równowagi a˙z tak, jak oczekiwał Abdel. Bandyta ze´sli-
zn ˛

ał si˛e z czubka jego miecza. Buchn˛eła krew, Eagus wykrzywił twarz w grymasie

bólu, lecz stał i walczył dalej.

Halabarda ´swisn˛eła i Abdel z ledwo´sci ˛

a zd ˛

a˙zył unie´s´c miecz, by zasłoni´c si˛e

przed ci˛e˙zkim ciosem. Ostrze pałasza wgryzło si˛e gł˛eboko w grube drzewce hala-
bardy i ugrz˛ezło w nim. Abdel był bezbronny. Eagus wyszczerzył ˙zółte z˛eby w bu-
rej masie paskudnej brody i zastosował d´zwigni˛e, wykorzystuj ˛

ac długie drzewce

halabardy — szarpn ˛

ał mocno w gór˛e i cho´c musiało mu to sprawi´c straszny ból,

a jego rana otworzyła si˛e szerzej, to jednak zdołał wyrwa´c ci˛e˙zki miecz z dłoni
Abdela.

Eagus zakrztusił si˛e ze ´smiechu, kiedy pałasz Abdela uderzył o ziemi˛e. Miał

teraz przewag˛e nad Abdelem i potrafił j ˛

a wykorzysta´c. Abdel słyszał z boku

d´zwi˛ek stali, co znaczyło, ˙ze jego ojciec wci ˛

a˙z zmagał si˛e z calishita´nskim szer-

mierzem. Musiał wi˛ec walczy´c z Eagusem sam, w dodatku bez broni.

Eagus wyra´znie był ju˙z zm˛eczony, mo˙ze nawet stracił zbyt wiele krwi, bo-

wiem zaatakował tak wolno i niezdarnie, ˙ze Abdel a˙z rozczarował si˛e, z jak ˛

a

łatwo´sci ˛

a udało mu si˛e odbi´c cios halabardy r˛ek ˛

a, jakkolwiek siła ciosu niemal

nie złamała mu prawego przedramienia. Zabolało, ale Abdel zignorował ból i wy-
mierzył Eagusowi solidnego kopa. Czubek ci˛e˙zkiego buta trafił bandyt˛e wprost

6

background image

w jego otwart ˛

a ran˛e.

Eagus zaskrzeczał i upadł, nogi załamały si˛e pod nim jak zapałki. Abdel wy-

ci ˛

agn ˛

ał wielki, szeroki sztylet, który dostał od Goriona jako podarunek z okazji

osi ˛

agni˛ecia dojrzało´sci. Srebrne ostrze zal´sniło. Podszedł i poder˙zn ˛

ał Eagusowi

gardło, patrz ˛

ac jak powoli gasn ˛

a mu oczy, wraz z uchodz ˛

acym ze´n ˙zyciem. Abdel

u´smiechn ˛

ał si˛e, cho´c wiedział, ˙ze Gorion tego nie lubi. I nagle zdał sobie spraw˛e,

˙ze przecie˙z Gorion wci ˛

a˙z walczy, a poza tym. . .

Był jeszcze kusznik. Stał dalej. Mru˙zył swe ciemne oczy w porannych promie-

niach sło´nca. Jego ´cwiekowana, skórzana kamizela skrzypiała przy ka˙zdym ruchu.
Długie rude włosy falowały ci˛e˙zko na wietrze. Kusznik celował w Goriona.

Z gardła Abdela wydarł si˛e pełen rozpaczy krzyk.
— Oj. . .
Spust zwolnił ci˛eciw˛e, ci˛e˙zki bełt ze ´swistem przeci ˛

ał powietrze. . .

— . . . cze. . .
. . . i utkwił prosto w oku Goriona.
— . . . eeee!!!
Abdel ju˙z wiedział, zanim jeszcze bezwładne ciało Goriona legło na ˙zwirze

drogi, ˙ze jego jedyny ojciec, którego znał, ju˙z nie ˙zyje.

W oczach mu poczerwieniało, w uszach zadzwoniło, w ustach czuł jadowity

smak miedzi — ogarn˛eła go w´sciekło´s´c. Najpierw podbiegł do calishita´nskiego
szablisty; po prostu dlatego, ˙ze był bli˙zej. Trzymał swój ci˛e˙zki, srebrny sztylet
przed sob ˛

a, wyprowadzaj ˛

ac szybkie pchni˛ecia w przód. Zm˛eczony Calishita zato-

czył si˛e w tył i uniósł szabl˛e do góry.

Metal brz˛ekn ˛

ał, a Calishita zd ˛

a˙zył wypowiedzie´c tylko pierwsz ˛

a sylab˛e imie-

nia jakiego´s dawno zapomnianego boga, kiedy ci˛e˙zkie ostrze Abdela strzaskało
kling˛e wspaniale zdobionej szabli. Dwie trzecie grawerowanego ostrza zawiro-
wało w powietrzu i poleciało gdzie´s w bok, ponad drog ˛

a, w stron˛e krzaków. Cali-

shita mógł tylko patrze´c, jak jego bro´n szybuje łukiem i cofa´c si˛e przed sztyletem
Abdela.

Stopa Calishity zapadła si˛e nagle w kolein˛e wy˙zart ˛

a w drodze przez koła wo-

zów. Stracił równowag˛e i run ˛

ał w tył, co ocaliło go przed kolejnym ciosem szty-

letu, który teraz niechybnie rozpłatałby mu szyj˛e.

Wyj ˛

ac z w´sciekło´sci, Abdel rzucił si˛e w przód i znów chlasn ˛

ał. Jego rami˛e

zadr˙zało pod nagłym oporem, na jaki natrafiło ostrze ci˛e˙zkiego sztyletu.

Calishita prawdopodobnie zd ˛

a˙zył jeszcze zobaczy´c, jak złamane ostrze jego

szabli uderza o ziemi˛e, zanim ´swiat mu zawirował, a co´s mokrego i lepkiego zbry-
zgało twarz. Jego odci˛eta głowa mogła jeszcze ˙zy´c, aby to zobaczy´c, ale on sam
był ju˙z martwy, zanim głowa i ciało dotkn˛eły ziemi.

Kusznik nie zamierzał dłu˙zej czeka´c, by kl ˛

a´c, błaga´c o lito´s´c czy struchle´c

z przera˙zenia. Mo˙ze nie był najbystrzejszym człowiekiem na Wybrze˙zu Mieczy,
ale był bystry na tyle, by w trosce o własne ˙zycie rzuci´c si˛e do ucieczki.

7

background image

Abdel, wci ˛

a˙z ogarni˛ety niepohamowan ˛

a ˙z ˛

adz ˛

a mordu, gonił go tak długo, a˙z

wreszcie dopadł i pokrajał na kup˛e brocz ˛

acego krwi ˛

a mi˛esa. W ko´ncu przybrany

syn Goriona z Candlekeep, wyczerpany do nieprzytomno´sci opadł na t˛e stert˛e
podziurawionej skóry, flaków, strzaskanej kuszy, i zapłakał.

*

*

*

Abdel od lat sprzedawał sił˛e swego ramienia i umiej˛etno´sci wzdłu˙z i wszerz

całego Wybrze˙za Mieczy. Ostatnie dziesi˛e´c dni tygodnia sp˛edził eskortuj ˛

ac kara-

wan˛e kupieck ˛

a od Wrót Baldura do biblioteki w Candlekeep. Masywny monastyr

w Candlekeep był jego domem w czasach dzieci´nstwa, a przynajmniej czym´s,
co najbardziej przypominało mu prawdziwy dom. To wła´snie tam Gorion, dobry,
cho´c przy tym do´s´c surowy mnich, obudził w nim wiar˛e w Torma, boga ´smiałków
i głupców. To tam próbował zaszczepi´c w nim miło´s´c do słowa pisanego, historii
i tradycji Faerunu.

Abdel du˙zo si˛e uczył, ale my´slami wci ˛

a˙z był gdzie indziej, a˙z w ko´ncu obaj —

syn i jego przybrany ojciec zdali sobie spraw˛e, ˙ze nie jest mu przeznaczone p˛edzi´c

˙zywot mnicha zamkni˛etego w klasztorze, skryby kopiuj ˛

acego wa˙zne dzieła, za-

chowuj ˛

acego wiedz˛e i do´swiadczenia innych. Abdel pragn ˛

ał zdoby´c własn ˛

a wie-

dz˛e i do´swiadczenia. I znalazł je poza bezpiecznymi murami Candlekeep.

Goriona przera˙zały niektóre potrzeby Abdela: jego potrzeba walki, zabijania,

ale przy tym zdawał si˛e je rozumie´c, jakby spodziewaj ˛

ac si˛e tego po swym przy-

branym synu. Jednak z drugiej strony nigdy nie mógł mu tego wybaczy´c.

Abdel wcale nie był podobny do tego mnicha. Nikogo te˙z, kto ich dobrze

znał, nie dziwiło, ˙ze ich sposób my´slenia tak˙ze si˛e ró˙zni. Gorion był sztywnym
chudzielcem, prawdziwym molem ksi ˛

a˙zkowym, Abdel natomiast był doskonale

umi˛e´sniony, miał ostre rysy i atramentowo czarne, długie włosy, które opadały
na ramiona z t ˛

a sam ˛

a gracj ˛

a, jaka kryła si˛e w zwinnych ruchach jego ciała. Był

prawie o stop˛e wy˙zszy ni˙z jego ojczym i przy blisko siedmiu stopach wzrostu
niemal trzykrotnie ci˛e˙zszy.

W ci ˛

agu ostatnich kilku lat prawie ze sob ˛

a nie rozmawiali, ale kiedy Abdelowi

nadarzyła si˛e okazja eskortowa´c karawan˛e do Candlekeep, natychmiast z niej sko-
rzystał i to nie tylko dlatego, ˙ze jego sakiewka ´swieciła ju˙z pustkami, ale ˙ze znów
chciał zobaczy´c ojca.

Ich spotkanie pełne było emocji ju˙z od chwili, kiedy Abdel przekroczył bram˛e

Candlekeep i zobaczył ojca. Gorion ucieszył si˛e na jego widok. Mo˙ze Abdel sp˛e-
dził zbyt wiele czasu w towarzystwie najemników i płatnych morderców, ale wy-
dawało mu si˛e, ˙ze Gorion przesadza z t ˛

a rado´sci ˛

a. Pierwszego wieczoru rozma-

wiali o wielu ró˙znych rzeczach. Gorion zawsze z uwag ˛

a przysłuchiwał si˛e opo-

8

background image

wie´sciom Abdela o toczonych przez niego walkach i zwyci˛estwach, o chciwych
kupcach i bandach włócz ˛

acych si˛e orków czy portowych tawernach i kumplach

po fachu. Ale tej nocy Gorion wydawał si˛e jaki´s nieobecny, zamy´slony. Młody
najemnik odniósł wra˙zenie, ˙ze ojciec pragnie mu co´s powiedzie´c.

Abdel, jak to miał w zwyczaju, po prostu zapytał ojca, co chodzi mu po głowie.

Gorion u´smiechn ˛

ał si˛e i za chwil˛e ju˙z ´smiał si˛e na dobre.

— I skrył sw ˛

a twarz za zasłon ˛

a nocy? — zapytał Gorion, parafrazuj ˛

ac pew-

nego barda, którego Abdel niezbyt sobie przypominał.

— Staey z Evereski?
— Pacys — poprawił Gorion. — Je´sli pami˛e´c mnie nie myli.
Abdel skin ˛

ał głow ˛

a, a Gorion zadał mu proste pytanie.

— Czy pójdziesz ze mn ˛

a w pewne miejsce?

Abdel westchn ˛

ał gł˛eboko.

— Dobrze wiesz, ojcze, ˙ze nie mog˛e tu zosta´c. Dosy´c mam ju˙z twoich ksi ˛

ag

i zwojów. . .

— Nie, nie — przerwał mu Gorion, u´smiechaj ˛

ac si˛e smutno. — Nic z tych

rzeczy. Miałem na my´sli miejsce poza murami Candlekeep. Miejsce zwane „Pod
pomocn ˛

a dłoni ˛

a”.

Abdel roze´smiał si˛e. Oczywi´scie, ˙ze znał to miejsce. W tej przydro˙znej go-

spodzie bywał ju˙z wielokrotnie. Czasem udawał si˛e tam specjalnie — w poszuki-
waniu roboty, wina czy kobiet i zawsze znajdował przynajmniej jedno. Ale jak ˛

a

spraw˛e mógł mie´c tam jego ojciec, tego nawet nie mógł si˛e domy´sla´c.

— S ˛

a tam dwie osoby. . . musz˛e si˛e z nimi spotka´c — rzekł Gorion. — A droga

bywa niebezpieczna.

— Czy to ma co´s wspólnego z moimi rodzicami? . . . Z moj ˛

a matk ˛

a? — pod

wpływem impulsu zapytał nagle Abdel. Nie widział dlaczego to zrobił, ale nie
zd ˛

a˙zył powstrzyma´c słów, które same cisn˛eły mu si˛e na usta.

Gorion zareagował tak samo jak zawsze, gdy Abdel pytał o swoich rodziców,

których w ogóle nie znał. Jego twarz skrzywiła si˛e w grymasie bólu.

— Nie — odparł krótko. Na dłu˙zsz ˛

a chwil˛e zapadła nieprzyjemna, nienatu-

ralna cisza. — Nie z twoj ˛

a. . . nie z twoj ˛

a matk ˛

a.

On po prostu chciał dotrze´c do „Pomocnej dłoni”, aby spotka´c si˛e z pewnymi

lud´zmi, którzy mieli dla niego jakie´s informacje. To wszystko. ˙

Zycie Goriona za-

wsze koncentrowało si˛e wokół spraw zwi ˛

azanych z pozyskiwaniem od ludzi ró˙z-

nych informacji, dlatego te˙z Abdel nie mógł dziwi´c si˛e jego pro´sbie. Oczywi´scie
zgodził si˛e towarzyszy´c ojcu, tym bardziej, ˙ze sam prawdopodobnie by si˛e tam
udał. Perspektywa wspólnej wyprawy wydała mu si˛e o wiele przyjemniejsza.

Tak wi˛ec nast˛epnego ranka po raz pierwszy razem opu´scili Candlekeep, po-

d ˛

a˙zaj ˛

ac Nabrze˙znym Traktem do gospody „Pod pomocn ˛

a dłoni ˛

a”. Podró˙z była

przyjemna, a˙z do owego feralnego trzeciego dnia marszu, kiedy to tu˙z przed po-
łudniem drog˛e zagrodzili im zabójcy.

9

background image

*

*

*

Na pierwsz ˛

a niespodziewan ˛

a oznak˛e ˙zycia Abdel rzucił si˛e w stron˛e le˙z ˛

acego

ojca.

Gorion chrapliwie wci ˛

agn ˛

ał oddech, a Abdel podpełzł do niego niczym ton ˛

acy

w kierunku pływaj ˛

acej deski. Jego ranny bok promieniował falami bólu od pasa

po szyj˛e i raz po raz eksplodował w ´srodku głowy. Abdel upadł raczej ni˙z usiadł.
Chciał powiedzie´c: „Ojcze” albo co´s innego jeszcze, ale głos ugrz ˛

azł mu w krtani,

sprawiaj ˛

ac cierpienie. Pomy´slał nawet, ˙ze samo słowo mogło go zadławi´c.

Ojciec zamrugał zdrowym okiem, ´zrenica bł ˛

adziła ´slepo po gałce, jego lewa

r˛eka zacz˛eła wolno sun ˛

a´c w kierunku kieszeni pasa. Prawa r˛eka drgała konwul-

syjnie, palce zaciskały si˛e na ˙zwirze, jakby próbuj ˛

ac zdusi´c ból.

— Mój. . . — udało si˛e wypowiedzie´c Gorionowi. Tylko to jedno, wyra´zne

słowo.

— Tak — szepn ˛

ał Abdel. Gardło znów mu si˛e zacisn˛eło, nie pozwalaj ˛

ac wydu-

si´c ani słowa wi˛ecej. W oczach znów stan˛eły mu łzy na widok brocz ˛

acego krwi ˛

a,

umieraj ˛

acego ojca.

— Powstrzymaj. . . — rzekł Gorion nadspodziewanie d´zwi˛ecznym głosem.

Powiedział co´s jeszcze, ale co? — tego Abdel ju˙z nie zrozumiał.

R˛ece mnicha wzniosły si˛e w gór˛e. Abdel zdał sobie nagle spraw˛e, ˙ze przygo-

towuje si˛e on do rzucenia czaru. Gorion dotkn ˛

ał go raptownie, r˛ece umieraj ˛

acego

raczej spadły na niego ni˙z ´swiadomie opu´sciły. Fala ciepła ogarn˛eła tułów Abdela
i nagle pal ˛

acy ból znikł jak r˛ek ˛

a odj ˛

ał. Gorion z sykiem wci ˛

agn ˛

ał długi, bole-

sny oddech. Abdel, którego rana ju˙z si˛e zasklepiła, prawie całkowicie wyleczony,
powiedział:

— A teraz twoja kolej.
Gorion nie zacz ˛

ał rzuca´c nast˛epnego lecz ˛

acego czaru.

— Ten był jedyny — wychrypiał mnich.
Abdel zapragn ˛

ał przekl ˛

a´c swego przybranego ojca za to, ˙ze zmarnował na

niego sw ˛

a jedyn ˛

a lecz ˛

ac ˛

a modlitw˛e.

— Ty umierasz. . . — tylko to był w stanie z siebie wykrztusi´c.
— Powstrzymaj wojn˛e. . . Ja ju˙z nie mog˛e. . .
Ciało Goriona zatrz˛esło si˛e od nagłego, wyczerpuj ˛

acego kaszlu i nagle

w gwałtownym spazmie wyci ˛

agn ˛

ał lew ˛

a r˛ek˛e ku Abdelowi, tak ˙ze ten a˙z si˛e wy-

straszył. Gorion ´sciskał w dłoni kawałek podartego pergaminu. Wysiłek sprawił,

˙ze opierzony bełt zadr˙zał w jego przebitym oku. Na pergamin padły krople krwi.

Abdel si˛egn ˛

ał, by chwyci´c dło´n ojca i Gorion wypu´scił pergamin.

— Zabieram ci˛e z powrotem do Candlekeep — powiedział Abdel, gło´sno roz-

garniaj ˛

ac ˙zwir, by chwyci´c ojca w ramiona.

— Nie — wycharczał mnich, powstrzymuj ˛

ac go. — Nie czas. Zostaw mnie. . .

10

background image

wró´c po mnie. . .

Ciało Goriona skurczyło si˛e w nagłym spazmie bólu, a˙z Abdel zamarł.
— Twój ojciec. . . — i znów kaszel. Łza spłyn˛eła z oka Goriona, jego jedynego

oka, które mogło jeszcze płaka´c. Znów zmusił si˛e do mówienia

— Khalid. . . Jahe. . .
I zaraz potem wydał swoje ostatnie tchnienie, a jego zdrowe oko spojrzało

w niebo.

Abdel krzyczał nad konaj ˛

acym ojcem tak długo, póki jego rami˛e nie przestało

konwulsyjnie dr˙ze´c. R˛eka najemnika mimowolnie chwyciła pergamin, jego dło´n
zacisn˛eła si˛e na nim. Długo jeszcze siedział na drodze, w towarzystwie martwych
jedynie i kracz ˛

acych wron, a˙z w ko´ncu wstał i zacz ˛

ał wygrzebywa´c ojcu grób.

11

background image

Rozdział drugi

Tamoko nie wiedziała, co takiego widzi jej kochanek w pustej ramie. Mo˙z-

liwe, ˙ze kiedy´s był w niej osadzony jaki´s obraz, a mo˙ze lustro ze srebrzonego
szkła, ale teraz została tylko pusta rama wisz ˛

aca na krótkim ła´ncuszku z br ˛

azu,

podwieszonym u sufitu w komnacie Sarevoka. Nieraz potrafił gapi´c si˛e w ni ˛

a go-

dzinami, czasem mrucz ˛

ac pod nosem przekle´nstwa, to znów u´smiechaj ˛

ac si˛e do

siebie czy te˙z przegl ˛

adaj ˛

ac gryzmoły w swym kosztownym notatniku oprawio-

nym w wysadzan ˛

a klejnotami skór˛e. Tamoko nie potrafiła czyta´c w j˛ezyku Fa-

erunu, miała trudno´sci nawet z odczytaniem liter jej rodzimego j˛ezyka Kozakury,
wi˛ec nie wiedziała, co takiego pisał w swym notatniku jej kochanek. Wiedziała
jedynie, ˙ze Sarevok widział co´s w tej ramie, nie przestawał jej ´sledzi´c, cho´c miał
wiele innych, ciekawszych przedmiotów zgromadzonych w swym pokoju.

Usiadła i podkuliła nogi na mi˛ekkim ło˙zu, za´scielanym ogromn ˛

a pierzyn ˛

a

w jedwabnej poszewce. Spróbowała medytowa´c. Co´s ukłuło j ˛

a z tyłu w szyj˛e

i rozproszyło jej uwag˛e.

Gładki jedwab czarnej pi˙zamy Tamoko ze ´swistem otarł si˛e o jedwab po´scieli,

co przyprawiło Tamoko o g˛esi ˛

a skórk˛e na jej szczupłych ramionach. Była nisk ˛

a

kobiet ˛

a, nie miała nawet pi˛eciu stóp wzrostu, za to mogła pochwali´c si˛e gładk ˛

a

skór ˛

a ksi˛e˙zniczki i sił ˛

a berserkera. ˙

Zycie pełne ´cwicze´n uczyniło z niej t ˛

a, kim

była — zabójczyni˛e, w ka˙zdym tego słowa znaczeniu.

Nie zamkn˛eła oczu, jedynie przyło˙zyła j˛ezyk do podniebienia i skoncentro-

wała si˛e na oddechu, czuj ˛

ac jak krew zaczyna ˙zywiej kr ˛

a˙zy´c w jej ciele.

W pokoju panował półmrok, powietrze stało, co zwykle pomagało jej w kon-

centracji, lecz nie dzi´s. Dzisiaj powietrze w komnacie Sarevoka, ukrytej po´sród
labiryntu innych pokoi, które tylko nieliczni mogli ogl ˛

ada´c, było ci˛e˙zkie i mar-

twe. Pomara´nczowy, łagodny płomie´n ´swiecy, z rzadka tylko skacz ˛

acy w nieru-

chomym powietrzu, sprawił, ˙ze zamrugała. Z powodu wilgoci panuj ˛

acej w pokoju

jedwabne ubranie przykleiło si˛e do ka˙zdej kr ˛

agło´sci jej ciała.

Minuty mijały, a ona ci ˛

agle usiłowała si˛e skupi´c na medytacji. Kiedy Sare-

vok zauwa˙zył, co robi i skrzywił si˛e z dezaprobat ˛

a, wiedziała ju˙z, ˙ze jak zwykle

zamierza poprosi´c j ˛

a, by kogo´s zabiła. Tym bardziej starała si˛e skoncentrowa´c.

— Mój brat — zacz ˛

ał nagle Sarevok, tak nagle, ˙ze mniej do´swiadczony za-

12

background image

bójca mógłby si˛e przestraszy´c, ale nie Tamoko — jest na tropie.

— Twój brat? — zapytała szybko. Tak szybko, ˙ze Sarevok z niepokojem si˛e

odwrócił.

— Tak, mam co najmniej jednego brata — odpowiedział Sarevok tym swoim

głosem, który ona uwa˙zała mo˙ze nie tyle za uwodzicielski, co kusz ˛

acy. . .

Zimny dreszcz przebiegł jej wzdłu˙z kr˛egosłupa, za co zezło´sciła si˛e na siebie.

Z pewno´sci ˛

a było co´s takiego w Sarevoku, co sprawiało, ˙ze w jego obecno´sci za-

wsze miała si˛e na baczno´sci. Nie był człowiekiem, nie był nawet istot ˛

a ludzk ˛

a,

to było pewne. Nawet barbarzy´ncy z Faerunu byli jej bardziej bliscy ni˙z on. Nie
wiedziała, kim jest, ale lubiła go. Otaczała go aura władzy w taki sam sposób,
jak kobiety z Faerunu otacza wo´n perfum. Mogła sobie nawet wyobrazi´c, jak si˛e
w niej pławi. Był pewny siebie i pełen determinacji, nie dbał o bo˙ze kaprysy ani
o jaki´s infantylny cel czy brz˛ek monet. Sarevok pragn ˛

ał władzy. . . władzy i cze-

go´s jeszcze. W jego obecno´sci Tamoko czuła si˛e niepewnie, ale nie mogła si˛e
powstrzyma´c, by go nie podziwia´c. Ten fakt przypominał jej, ˙ze kiedy tak sie-
dzieli razem w mroku pokoju, w którym nic pomi˛edzy nimi nie zaszło, Sarevok
powiedział jej tylko to, co chciał, ˙zeby wiedziała, a wolał, ˙zeby nie wiedziała zbyt
wiele. On zawsze potrafił si˛e kontrolowa´c.

— Jak ma umrze´c? — zapytała, wiedz ˛

ac, ˙ze jest tu po to, by dla niego zabi´c

i ˙ze nie wolno jej pyta´c dlaczego.

Sarevok wybuchn ˛

ał ´smiechem, na co Tamoko u´smiechn˛eła si˛e. Nie dlatego,

˙ze jego ´smiech był przyjemny, ale dlatego, ˙ze taki w ogóle nie był. Naprawd˛e, on

nie był zwykłym człowiekiem.

— Wi˛ec ma ˙zy´c?
Sarevok nadal u´smiechał si˛e tym swoim wilczym u´smiechem, po czym pochy-

lił si˛e i usiadł na łó˙zku, wolno przysuwaj ˛

ac si˛e. W pierwszej chwili instynktownie

zapragn˛eła si˛e cofn ˛

a´c i unikn ˛

a´c jego twardego, ˙zelaznego u´scisku, który za chwil˛e

miał nadej´s´c, ale jej ciało nawet nie drgn˛eło. Powstrzymała si˛e; potrafiła panowa´c
nad swym ciałem.

Przysun˛eli si˛e do siebie, a jego dotyk był ciepły, przyjemny i pełen gro´znego

napi˛ecia, które tak j ˛

a w nim poci ˛

agało, kazało jej zawsze do niego wraca´c i czyniło

z niej jego niewolnic˛e. Zabijała dla niego dziesi˛e´c, dwana´scie, pi˛etna´scie razy —
przestała ju˙z nawet liczy´c ile razy — i zabiłaby jeszcze kolejne sto, byleby tylko
popatrzył na ni ˛

a tak jak teraz, tak chwycił, wszedł w ni ˛

a, przeszedł przez ni ˛

a, obok

niej cho´c ten jeden raz jeszcze.

— On akurat. . . — wyszeptał jej do ucha, a jego głos wydawał si˛e cieplejszy

ni˙z jego oddech — b˛edzie ˙zył. . . Przynajmniej jaki´s czas.

Cofn ˛

ał si˛e nagle, a ona usłyszała swoje własne westchnienie. Była na tyle

opanowana, ˙zeby si˛e nie zaczerwieni´c, ale błysk w oku Sarevoka powiedział jej,

˙ze zauwa˙zył to. On zawsze wszystko widzi.

— Tych dwóch Zentharimów — zacz ˛

ał — tak˙ze po˙zyje jeszcze jaki´s czas, ale

13

background image

niedługo. Sprowadz˛e ich tu z Nashkel.

— Byli u˙zyteczni dla ciebie — powiedziała Tamoko i ´sciszaj ˛

ac głos dodała —

dlatego umr ˛

a szybko.

Sarevok znów si˛e za´smiał i Tamoko z trudem powstrzymała dr˙zenie. Tym ra-

zem z podniecenia.

— Nie s ˛

ad´zmy po pozorach, dziecinko — powiedział. — Oni mog ˛

a mnie jesz-

cze zawie´s´c, zwłaszcza ten mniejszy.

14

background image

Rozdział trzeci

Kiedy nasłały dni Awatarów, Czarny Pan spłodził ´smiertelne potomstwo.

W´sród dzieci tego miotu były zarówno dobre, jak i złe z charakteru, lecz chaos
dotkn ˛

ał je wszystkie. Kiedy b˛ekarty Mordercy dorosły, sprowadziły na Wybrze˙ze

Mieczy ´smier´c i zniszczenie. Jedno spo´sród tych dzieci musi wynie´s´c si˛e nad po-
zostałe i przej ˛

a´c dziedzictwo ojca. Spadkobierca ten zmieni histori˛e Wybrze˙za

Mieczy na całe przyszłe stulecia.

Nonsens.
Abdel nie mógł uwierzy´c w to, co przeczytał. O czym mówiła ta kartka sztyw-

nego pergaminu, znacz ˛

aca dla jego ojca tyle, ˙ze wydobył j ˛

a resztkami swych sił,

sk ˛

apał we własnej krwi? Mo˙ze chodziło o jakiego´s martwego boga, je´sli fragment

o dniach Awatarów rzeczywi´scie odnosił si˛e do Czasu Niepokoju, kiedy to w´sród
ludzi po Torilu chodzili bogowie i jak ludzie tu umierali.

Kiedy Abdel po raz pierwszy ujrzał ten tekst, jeszcze nad ciałem martwego

ojca, był pewien, ˙ze jest to informacja dla niego, jaki´s sekret, który ojciec przed
nim taił. Kiedy rozkładał pergamin i zwrócił swe załzawione jeszcze oczy ku sza-
rzej ˛

acemu niebu, był niemal pewien, ˙ze znajdzie tam co´s o swojej matce, mo˙ze

nawet wiadomo´s´c od niej, list, który napisała do swego dziecka tu˙z przed sw ˛

a

´smierci ˛

a lub zanim go oddała, gdzie´s odesłała, sprzedała, czy cokolwiek innego,

co tłumaczyłoby fakt, ˙ze nigdy jej nie poznał.

Zamiast tego na pergaminie znalazł kilka wyrwanych z kontekstu zda´n, ukła-

daj ˛

acych si˛e w co´s na kształt przepowiedni, która mo˙ze, ale wcale nie musi si˛e

sprawdzi´c, a ju˙z na pewno — Abdel był przekonany — nie miała nic wspólnego
z jego osob ˛

a.

— Cokolwiek ma by´c, to b˛edzie, staruszku — powiedział Abdel do ojca, tu˙z

przed zło˙zeniem jego ciała do grobu, który sam wykopał. — Ju˙z ci˛e tu nie b˛edzie,

˙zeby´s si˛e przekonał, czy si˛e sprawdzi. Mo˙ze mnie te˙z nie.

Chciał doda´c co´s jeszcze. Szukał w pami˛eci i w sercu jakiej´s modlitwy, jakiej´s

frazy, przypowie´sci czy wspomnienia. Próbował znale´z´c wła´sciwe słowa, którymi

˙zegna si˛e bliskich, ale nic nie przychodziło mu do głowy.

15

background image

Gdy zasypywał grób ziemi ˛

a i ˙zwirem, rozpadał si˛e deszcz. Abdel pozwolił, by

strugi wody zmyły mu z twarzy słone łzy. Sko´nczył prac˛e, stan ˛

ał wyprostowany

i wystawił twarz wprost na padaj ˛

ace, zimne krople. Przejechał dłoni ˛

a po swych

g˛estych, czarnych włosach i zamkn ˛

ał oczy, czekaj ˛

ac, a˙z deszcz spłucze z niego

brud ziemi i krew.

Ojciec wyleczył mu ran˛e w boku. Cho´c była gł˛eboka, niemal całkowicie si˛e

zagoiła. Próbował zignorowa´c uporczywy ból, ale on nie ust˛epował.

Nie mógł ˙zy´c ze zranionym sercem. Jego ojciec zgin ˛

ał z r ˛

ak najemnych zbi-

rów. Kto´s zapłacił im, ˙zeby go zabili i to pewnie sowicie. To był interes i tyle, ale

˙ze bandytom nie udało si˛e zabi´c Abdela, był to interes nie doko´nczony. Doko´n-

czy´c go musiał teraz sam Abdel.

Abdel, syn Goriona, poprawił sw ˛

a kolcz ˛

a tunik˛e, butem odgarn ˛

ał z grobu

błoto, podniósł ramiona, ˙zeby wywa˙zy´c swój wielki miecz przewieszony na ple-
cach, po czym w grobowy kopczyk wbił znaleziony na ziemi kij. Na mokrym kiju
uwi ˛

azał złoty ła´ncuch ze srebrnym symbolem malutkiej r˛ekawicy, noszony przez

ojca. Dobrze wiedział, ˙ze ju˙z niebawem jaki´s anonimowy podró˙znik znajdzie go
i ukradnie.

— Wróc˛e po ciebie — powiedział, po czym odwrócił si˛e i odszedł.

*

*

*

Trudno orzec, co wywoływało ten przera˙zaj ˛

acy d´zwi˛ek, który wyrwał Abdela

z niespokojnego snu, czy te˙z jak daleko znajdowało si˛e jego ´zródło. Młodzieniec
momentalnie zerwał si˛e na nogi.

Tego dnia pogrzebał swego przybranego ojca, w pobli˙zu miejsca, w któ-

rym Lwi Trakt biegn ˛

acy z Candlekeep przecina ucz˛eszczan ˛

a drog˛e Nabrze˙znego

Traktu. Wznosił si˛e tam kamienny słup, wykuty z solidnego bloku granitu. Gdy
Abdel mijał go wcze´sniej, jad ˛

ac do Candlekeep, witał go z przyjemno´sci ˛

a, teraz

ten znak stał si˛e dla niego symbolem tego, co utracił. Po ´smierci Goriona Abdel
nie był nawet pewien, czy mo˙ze wróci´c do Candlekeep.

Ale teraz nie było czasu na przemy´slenia. D´zwi˛ek zbli˙zał si˛e i to coraz szyb-

ciej.

Przypominało to chór w´sciekłych psów współzawodnicz ˛

acych z pianiem ty-

si ˛

aca bardów, którym obci˛eto j˛ezyki tak, ˙ze mogli jedynie wy´c, mrucze´c, chrz ˛

aka´c

i krzycze´c. Hałas przeraził Abdela, co rzadko mu si˛e zdarzało.

Musiał zaprze´c si˛e plecami o kamienny słup, ˙zeby powstrzyma´c ch˛e´c ucieczki

ze strachu w mrok nocy. Abdel był gotów do walki z tym czym´s, co wywoływało
ten piekielny harmider. Czymkolwiek zreszt ˛

a to było, brzmiało tak, jakby było

tego wiele. Musiał walczy´c nie tylko z tym czym´s, ale i ze swoim strachem.

16

background image

Kamie´n za jego plecami był szorstki i mokry, a Abdel zdał sobie nagle spraw˛e,

˙ze gdy kładł si˛e spa´c, to zdj ˛

ał kolczug˛e. Noc była ciemna, chmurna ju˙z od po-

przedniego popołudnia. Oczy przystosowały mu si˛e do ciemno´sci i Abdel spró-
bował przejrze´c mrok, by sprawdzi´c, czym spowodowany jest ten zbli˙zaj ˛

acy si˛e

odgłos, teraz ju˙z wprost niezno´sny dla jego uszu. Ta diabelska kakofonia spra-
wiała, ˙ze Abdel bliski był obł˛edu.

Zobaczył to najpierw jako wielki cie´n, który sun ˛

ał po ziemi w poprzek skrzy-

˙zowania, kieruj ˛

ac si˛e na południe. Olbrzymi cie´n napotkał na swej drodze drzewo

— mo˙ze niedu˙ze, ale na pewno spore — i pochłon ˛

ał je bez wahania. I wtedy we-

wn ˛

atrz tego cienia zacz˛eły formowa´c si˛e jakie´s kształty. Abdel zrozumiał swój

strach, gdy poj ˛

ał, ˙ze ta gło´sna masa cienia była w rzeczywisto´sci hord ˛

a wielu

małych stworze´n, setek humanoidalnych istot.

Abdel otworzył usta i wolno wci ˛

agn ˛

ał oddech, aby nie było go słycha´c. Cho-

cia˙z ksi˛e˙zyc skrywały chmury i na niebie nie było wida´c ani jednej gwiazdy,
Abdel ucieszył si˛e w duchu, ˙ze nie ma na sobie zbroi. Błysk metalu mógł ´sci ˛

a-

gn ˛

a´c uwag˛e jednego ze stworów i sprowadzi´c na niego cały ten ich rój. A nawet

on prawdopodobnie nie byłby w stanie obroni´c si˛e przed mas ˛

a tych czarnoskó-

rych ciał. Wła´snie wtedy Abdel ujrzał błysk stali w´sród cieni kryj ˛

acych hord˛e. S ˛

a

uzbrojeni — pomy´slał — maj ˛

a miecze. To przypomniało mu, ˙ze jego miecz tak˙ze

jest ze stali i czym pr˛edzej ukrył cicho pałasz za plecami.

Nawet nie drgn ˛

ał, kiedy usłyszał za sob ˛

a, po drugiej stronie słupa chrz˛est

˙zwiru. Mocniej zacisn ˛

ał dło´n na r˛ekoje´sci i spróbował przypomnie´c sobie mo-

dlitw˛e do Torma. Chrz˛est z tyłu ustał, ale Abdel nie o´smielił si˛e odwróci´c.

Skupiaj ˛

ac sw ˛

a uwag˛e na tym, co działo si˛e za nim, Abdel nie usłyszał tego,

co zbli˙zało si˛e od lewej, za to poczuł smród. Zanim zdał sobie spraw˛e z tego, co
robi, wyci ˛

agn ˛

ał miecz przed siebie, obrócił r˛ek˛e i uderzył nisko w lew ˛

a stron˛e.

Ostrze natrafiło na opór i chocia˙z Abdel nie mógł zobaczy´c swego przeciwnika
z powodu ciemno´sci, wiedział, ˙ze skoro ten nie wrzasn ˛

ał, to musiał go na miejscu

zabi´c. Chwil˛e potem usłyszał z prawej chór j˛eków i gardłowych porykiwa´n, i zdał
sobie spraw˛e, ˙ze jest ich wi˛ecej, o wiele wi˛ecej, i ˙ze go zauwa˙zyli.

Cho´c Abdel z trudem widział co´s wi˛ecej poza niewyra´znymi konturami swych

wrogów, oni nie mieli z tym kłopotu. Zardzewiałe, podziurawione i strzaskane
ostrza uderzyły naraz na Abdela, a hałas był ogłuszaj ˛

acy. Parował ataki jeden po

drugim, zabił jedn ˛

a istot˛e, potem drug ˛

a i cały czas przywierał plecami do kamien-

nego słupa. Wywijał mieczem przed sob ˛

a, tworz ˛

ac co´s w rodzaju stalowej zasłony,

ale niektóre ataki przechodziły przez ni ˛

a. Rana w boku znów odezwała si˛e bólem,

ale musiał j ˛

a zignorowa´c i walczy´c dalej. Kiedy zabił kolejn ˛

a mał ˛

a besti˛e, zaraz

nast˛epna zajmowała jej miejsce. Zrozumiał, ˙ze tej nocy przyjdzie mu zgin ˛

a´c.

W tonacji ryków hordy zaszła drobna zmiana, po kilku sekundach wrzask

zmienił si˛e zupełnie i cała horda, jak jeden m ˛

a˙z ruszyła na północ. Czyli wprost

na Abdela.

17

background image

Abdel niestrudzenie wyrzynał nacieraj ˛

acych, jednego po drugim, póki cały

nie był sk ˛

apany we krwi, tak˙ze własnej. Wydawało si˛e, ˙ze trwało to godzinami,

cał ˛

a wieczno´s´c, ale min˛eło zaledwie kilka sekund, gdy nagły błysk ´swiatła o´slepił

najemnika.

Nie było huku gromu, ale Abdel był pewien, ˙ze to piorun musiał trafi´c w czu-

bek kamiennego słupa nad jego głow ˛

a. Miał oczy szeroko otwarte, chwytaj ˛

ac

ka˙zdy promyk ´swiatła jaki mógł, kiedy znik ˛

ad eksplodował ˙zółty błysk. Zawył

z bólu i mocno zacisn ˛

ał powieki. Łzy pociekły po splamionych krwi ˛

a policzkach,

zakłócił si˛e rytm jego ciosów.

Wrzask, jaki wydała z siebie horda w odpowiedzi na ´swiatło, był ogłuszaj ˛

acy.

Tysi ˛

ac wyj ˛

acych gardeł przyprawiło Abdela o dreszcz. Brzmiało to tak, jakby cał ˛

a

wiosk˛e wyrzynano w pie´n za jednym zamachem. Stwory zaprzestały ataku i kiedy
Abdel mrugaj ˛

ac pozbył si˛e czerwonych kr˛egów spod powiek, zobaczył, ˙ze horda

si˛e wycofuje. Stwory — brzydkie, półnagie humanoidy, ubrane we w´sciekle pur-
purowe szmaty opinaj ˛

ace ich gibkie muskuły, z głowami na podobie´nstwo lwich,

o czarnych, spl ˛

atanych grzywach — uciekały przed ´swiatłem, które wci ˛

a˙z ´swie-

ciło jaskrawo ponad głow ˛

a Abdela, wcale przy tym nie parz ˛

ac.

Wyczerpany Abdel z ulg ˛

a osun ˛

ał si˛e na kolana, szorstki kamie´n za plecami

podrapał go przez cienk ˛

a koszul˛e. Gł˛eboko i łapczywie wci ˛

agał powietrze, jego

miecz zdawał si˛e wa˙zy´c tysi ˛

ac funtów.

— Styka ju˙z — odezwał si˛e szorstki, dono´sny głos. — No, zga´s to przekl˛ete

´swiatło.

Abdel chciał skoczy´c na nogi i przyj ˛

a´c obronn ˛

a postaw˛e, ale nie był w stanie

tego zrobi´c. Zdecydował si˛e poczeka´c, a˙z ten, kto wypowiedział te słowa, zbli˙zy
si˛e do´n na tyle, by mógł go zabi´c nie musz ˛

ac wstawa´c.

— Poszły ju˙z, poszły? — zapytał drugi głos. — Przyjrzyjmy si˛e naszemu

nowemu. . . naszemu nowemu przyjacielowi.

Abdel usłyszał kroki dwóch osób obchodz ˛

acych słup i spróbował wsta´c im

na spotkanie, mimo ˙ze pier´s mu ci ˛

a˙zyła. Znów mocno zamkn ˛

ał oczy, obur ˛

acz

trzymaj ˛

ac miecz przed sob ˛

a. Patrzył w dół, kiedy otworzył oczy. Gdy znikn˛eły

ostatnie czerwone kr˛egi, ujrzał par˛e nagich, szerokich stóp, poro´sni˛etych g˛estym,
kr˛econym rudym włosiem. Buty, które stan˛eły obok, były z eleganckiej, l´sni ˛

acej,

czarnej skóry.

Jeden z przybyszów chrz ˛

akn ˛

ał i zapytał:

— Jak tam? Dobrze z tob ˛

a, chłopcze?

Abdelowi zachciało si˛e ´smia´c. Wcale nie było z nim dobrze.
— To ju˙z drugi raz tego dnia — odparł, mrugaj ˛

ac załzawionymi oczami, ˙zeby

zupełnie odzyska´c wzrok — musiałem walczy´c o ˙zycie. Czy chcecie, aby to był
ten trzeci raz?

— Ha! — hukn ˛

ał ten z zaro´sni˛etymi stopami; Abdel mógł teraz rozpozna´c

w nim niziołka. — Niczego takiego nie chcemy, młodziaku.

18

background image

— W ˙zadnym razie — dopowiedział drugi, wysoki, chudy człowiek w czarnej

szacie. — Spokojnie. . . uspokój si˛e.

Abdel z uwag ˛

a przyjrzał si˛e swoim niesamowitym wybawcom. Niziołek jakby

ró˙znił si˛e od przedstawicieli swej rasy, cho´c jak i oni był niski, kr˛epy i o rumianej
karnacji. Miał w sobie co´s diabolicznego, cho´c swoj ˛

a drog ˛

a w´sród całej galerii

znanych Abdelowi najemników, twardzieli, złodziejów i łajdaków mało było ni-
ziołków. Ten nosił na sobie czerwono–br ˛

azow ˛

a skór˛e przerobion ˛

a na zbroj˛e chro-

ni ˛

ac ˛

a ˙zywotne organy, za to z obci˛etymi r˛ekawami. U jego boku w złoconej po-

chwie wisiał wspaniałej roboty długi miecz — bro´n imponuj ˛

aca jak na rozmiary

jego wła´sciciela. Niziołek pokr˛ecił swym zadartym nosem i u´smiechn ˛

ał do Ab-

dela.

— Brywieczór, młodziaku — powiedział z obcym akcentem, wła´sciwym

dla. . . Waterdeep? W ka˙zdym razie dla miasta, w którym niziołków raczej si˛e
nie spotyka. — Jam jest Montaron, a mój kompan zowie si˛e Xzar. . . On to wy-
modził to obrzydliwie jasne ´swiatło, co to przerwało ten huczny, hehe, bal, który
se tu urz ˛

adzałe´s.

Abdel skin ˛

ał niziołkowi i teraz baczniej przyjrzał si˛e człowiekowi imieniem

Xzar. Był wysoki, chudy i nerwowy. Jego twarz była w nieustannym ruchu, jakby
pod skór ˛

a l˛egły si˛e robaki, a usta bez przerwy si˛e poruszały, jakby bezgło´snie mó-

wił co´s do siebie. Co chwila szarpał głow ˛

a w bok, jakby chciał odgoni´c natr˛etn ˛

a

much˛e, której w istocie nie było.

— Gibberlingi — rzekł człowiek — w ogóle. . . — tik twarzy przerwał mu na

moment — . . . nie znosz ˛

a ´swiatła. . . w ogóle.

— Gibberlingi? — zapytał Abdel, domy´slaj ˛

ac si˛e, ˙ze chodzi o stwory z hordy.

Trafna nazwa dla ich wokalnych mo˙zliwo´sci.

— A ty´s kto? — nacisn ˛

ał niziołek.

— Abdel — odparł, przekładaj ˛

ac miecz do lewej dłoni i wyci ˛

agaj ˛

ac praw ˛

a. —

Jestem Abdel. . . syn Goriona.

Montaron chwycił r˛ek˛e Abdela i u´scisn ˛

ał mocno. Zachichotał przy tym, jakby

robił swój ulubiony dowcip. Xzar nerwowo potarł twarz, bezwiednie gładz ˛

ac linie

wyra´znego tatua˙zu, okalaj ˛

acego jego oczy niczym maska. Kiedy niziołek opu-

´scił r˛ek˛e, Abdel wyci ˛

agn ˛

ał dło´n ku człowiekowi, ale Xzar jedynie wzdrygn ˛

ał si˛e

i wykonał ´cwier´c obrotu, jakby chciał si˛e oddali´c.

— Racz wybaczy´c memu przyjacielowi. — Powiedział niziołek, kiwaj ˛

ac

głow ˛

a na Xzara. — Nie z tych on, co to kumplowa´c si˛e lubuj ˛

a, za to jego czary

daj ˛

a mu nied´zwiedzi u´scisk.

Abdel wzruszył ramionami. Xzar był dziwny, ale przecie˙z był dla niego obcy.
— Powinienem wam podzi˛ekowa´c — powiedział Abdel do niziołka.
— No, jasne ˙ze´s powinien — Montaron zakaszlał — je´sli masz dobre maniery.

Ja nie mam, wi˛ec nie spodziewam si˛e ich po innych. . . Heh, ci˛e˙zka ta droga. Mo˙ze
damy ci szans˛e na rewan˙z, co?

19

background image

— Zmierzam do gospody „Pod pomocn ˛

a dłoni ˛

a”.

Xzar chrz ˛

akn ˛

ał, ale Montaron wci ˛

a˙z si˛e u´smiechał.

— Znajdziesz wi˛ecej roboty w Nashkel — powiedział niziołek.
— W Nashkel?
— No. . . — zacz ˛

ał Montaron i urwał, kiedy nagle znów zrobiło si˛e wokół

ciemno.

Magiczne ´swiatło w ko´ncu znikn˛eło, a wraz z nim ucichły ostatnie wrzaski

oddalaj ˛

acej si˛e hordy.

— O dzi˛eki ci Panie Trzech Koron — powiedział Montaron, jego głos wy-

ra˙zał zadowolenie. — Heh, ju˙z si˛e obawiałem, ˙ze to ´swiatło nigdy nie zga´snie.
W ciemno´sci wida´c lepiej, co nie Abdel?

Młody najemnik zamrugał, obawiaj ˛

ac si˛e znów o´slepn ˛

a´c od gwałtownej

zmiany warunków ´swietlnych.

— W ka˙zdym razie — dodał Montaron — w Nashkel jest robota do odwalenia.
— Mam spraw˛e w „Pomocnej dłoni”.
— Heh, wi˛ec nie szukasz roboty?
W rzeczywisto´sci Abdel ch˛etnie naj ˛

ałby si˛e do jakiej´s roboty, ale dał obietnic˛e,

a poza tym w gospodzie mieli czeka´c na Goriona Khalid i ten drugi. Gospoda
gnomów była trzy dni drogi st ˛

ad na północ, podczas gdy do Nashkel szło by si˛e

w przeciwnym kierunku cały tydzie´n, a wi˛ec dziesi˛e´c dni.

— Co to za robota?
— Ano, robota z tych, na których dobrze si˛e znasz. Du˙zo roboty. Mówi ˛

a, ˙ze

s ˛

a jakie´s kłopoty w kopalniach.

— Najpierw musz˛e pój´s´c do „Pomocnej dłoni”. Czekaj ˛

a tam na mnie. Ale

potem b˛ed˛e potrzebował jakiego´s zaj˛ecia.

— Tak wi˛ec gospoda najpierw, tak? — stwierdził raczej ni˙z zapytał Xzar.

W ciemno´sci Abdel nie mógł zobaczy´c, czy kierował te słowa do niego, czy do
niziołka.

— No, pierw do „Pomocnej dłoni”, potem do Nashkel — Montaron rozstrzy-

gn ˛

ał jego w ˛

atpliwo´sci. — Ch˛etnym przespa´c si˛e w prawdziwym ło˙zu.

20

background image

Rozdział czwarty

Po trzech dniach wspólnej drogi Abdel musiał przyzna´c, ˙ze w jaki´s sposób

polubił prostackiego niziołka. Cho´c z drugiej strony było dla niego jasne, ˙ze jest
dziwny. Potrafił przez cały dzie´n narzeka´c, ˙ze sło´nce ´swieci zbyt jasno, mimo ˙ze
najcz˛e´sciej niebo przesłaniały deszczowe chmury i było szaro. Jego awersja do

´swiatła była czasem zabawna, niekiedy znów irytowała. Montaron wydawał si˛e

dobrze bawi´c w towarzystwie Xzara i cz˛esto dra˙znił go podczas marszu, rzucaj ˛

ac

celnie w jego głow˛e małymi kamykami i gał ˛

azkami.

Abdel był gotów zrobi´c co´s wi˛ecej ni˙z tylko dra˙zni´c Xzara. Zacz ˛

ał przemy-

´sliwa´c, jakby go tu zabi´c. Godziny mijały, niziołek robił sobie ˙zarty, mag nie wy-

zbywał si˛e swojej dumy, za´s Abdel snuł coraz bardziej wymy´slne plany zamordo-
wania Xzara, po prostu dla zabicia czasu.

Xzar miał sposób mówienia, który denerwował Abdela i zbijał go z tropu. Po-

trafił poprawia´c i powtarza´c słowa bez powodu, nie odzywał si˛e, kiedy powinien
i gadał, kiedy nie miał nic do powiedzenia. Mag nieustannie nerwowo si˛e wiercił
i jakkolwiek Abdelowi na pocz ˛

atku było go ˙zal z tego powodu, to jednak w ko´ncu

nie mógł my´sle´c o niczym innym, tylko o tym, jak bardzo chce mu przyło˙zy´c.

Pierwszego dnia marszu Abdel był skłonny ignorowa´c nerwowego maga, ale

kiedy wieczorem usiedli przy ognisku, Xzar powiedział co´s, co Abdel zawsze
chciał usłysze´c.

— Wiem — zaczaj Xzar — kim jest twój ojciec. . . twój ojciec.
Abdel wyprostował si˛e, a Montaron, który dot ˛

ad ´smiał si˛e cicho w ciemno´sci,

nagle cały zesztywniał.

— Co powiedziałe´s? — zapytał Abdel. Tylko w ten sposób mógł poprosi´c

Xzara o wyja´snienie.

— Xzar — zacz ˛

ał niziołek, a po chwili po prostu powtórzył — Xzar. . .

— Twój ojciec — rzekł mag do Abdela, ignoruj ˛

ac niziołka — twój ojciec

był. . .

— Starczy! — urwał ostro Montaron, a˙z mag przymkn ˛

ał oczy. — Nie widzisz,

˙ze chłopak mocno to prze˙zywa?

— Sk ˛

ad to wiesz — zapytał Abdel Xzara, nie zwracaj ˛

ac uwagi na niziołka.

— Nawet mnie nie znasz. Nie wiesz kim jestem, wi˛ec sk ˛

ad mógłby´s zna´c mojego

21

background image

ojca?

Montaron wyci ˛

agn ˛

ał r˛ek˛e i poło˙zył dło´n na ramieniu Xzara. Mag str ˛

acił j ˛

a

ze´zlony.

— Powinien si˛e cieszy´c — powiedział Xzar w pustk˛e. — Powinien si˛e cieszy´c,

˙ze jest synem boga. . . boga.

Abdel zakrztusił si˛e. Ten człowiek był szalony.
— Niby jestem synem boga? — zapytał Abdel, a zło´s´c sprawiła, ˙ze głos miał

twardy i spokojny.

— Oh — zacz ˛

ał mag, ton jego głosu stał si˛e protekcjonalny — oh, tak, oh, tak,

najprawdopodobniej nim jeste´s.

— Mój przyjaciel — zwrócił si˛e niziołek do Abdela — jest, rzecz jasna, sza-

lony, za to potrafi strzela´c ogniem z palców, wi˛ec si˛e go trzymam.

— Zamknij si˛e — obruszył si˛e mag. — Zamknij si˛e. . . zamknij. On jest synem

Bhaala.

Abdel westchn ˛

ał i poło˙zył si˛e, szykuj ˛

ac do spania. Xzar przez chwil˛e mruczał

co´s do siebie, jego głos ´sciszył si˛e do głosu ´swierszcza.

— Pogrzebałem mojego ojca. . . — powiedział Abdel bardziej do siebie ni˙z

do szalonego maga czy niziołka. — Jedynego ojca, którego miałem. . . W dniu,
kiedy was poznałem. On nie był bogiem ani ja nim nie jestem.

— A co, je´sli´s nim jest? — zapytał Montaron, nocny wietrzyk poniósł jego

mi˛ekki głos w mrok nocy.

Abdel spojrzał na niego i nawet w ciemno´sci mógł zauwa˙zy´c powag˛e maluj ˛

ac ˛

a

si˛e na jego twarzy. To sprawiło, ˙ze si˛e roze´smiał.

— ˙

Zycz˛e sobie tysi ˛

ac razy tysi ˛

ac sztuk złota naraz — odparł Abdel, co roz-

´smieszyło Montarona. — Zanurz˛e całe Wybrze˙ze Mieczy w morzu, aby zobaczy´c

tylko jak tonie i zamieni˛e w zombi ka˙zdego, kto kiedykolwiek powie o mnie złe
słowo.

— Zrób mnie władc ˛

a Waterdeep — za˙zartował niziołek.

— Jasne — powiedział Abdel, na´sladuj ˛

ac dziwny akcent Montarona — b˛e-

dziesz królem całego ´swiata.

Obaj wybuchn˛eli ´smiechem, lecz kiedy Montaron kładł si˛e spa´c, powiedział:
— Czasami, chłopcze, zdarzaj ˛

a si˛e cuda.

— Tak — odrzekł Abdel, ziewaj ˛

ac — czasami si˛e zdarzaj ˛

a. . .

*

*

*

W ci ˛

agu ostatnich kilku lat Abdel odwiedzał gospod˛e „Pod pomocn ˛

a dłoni ˛

a”

ponad pół tuzina razy, ale jej widok zawsze go zaskakiwał. Dawno temu była
to prawdziwa forteca, zbudowana przez wyznawców martwego ju˙z boga Bhaala.

22

background image

Podobno banda gnomów, którzy dotarli w te okolice, wdała si˛e w konflikt z wy-
znawcami Bhaala. Po latach walk i wzajemnych przepychanek gnomy w ko´ncu
ich wyp˛edziły. Historia ta wydawała si˛e Abdelowi mało prawdopodobna, jako ˙ze
spotkał ju˙z w swym ˙zyciu kilka gnomów i trudno było mu uwierzy´c, ˙ze kto´s, kto
z ledwo´sci ˛

a si˛egał mu do kolan, potrafiłby wysła´c kogo´s na tamten ´swiat.

Abdel nie wiedział nic na temat Bhaala, ale je´sli prawd ˛

a było, ˙ze jego wy-

znawcy zostali wyp˛edzeni z tak solidnej fortecy przez tych le´snych ludków, to nic
dziwnego, ˙ze ich bóg nie prze˙zył Czasu Niepokoju.

Abdel nie zapomniał szalonych majaków Xzara. Fakt, ˙ze mag skoncentro-

wał swe rojenia na temat pokrewie´nstwa Abdela z Bhaalem, musiał znaczy´c, ˙ze
i on słyszał histori˛e powstania gospody „Pod pomocn ˛

a dłoni ˛

a”. Je´sli wi˛ec byliby

w Dolinach, jego ojcem według Xzara mógłby by´c Elminster, a gdyby dotarli do
Evermeet, to mo˙ze nawet sam Corellon Larethian.

Gospoda „Pod pomocn ˛

a dłoni ˛

a” była nie tylko fortec ˛

a, ale i mał ˛

a wiosk ˛

a.

Wewn ˛

atrz wysokich murów z szarego kamienia stało wiele budynków o ró˙znym

przeznaczeniu, ale wszystkie w ten czy inny sposób słu˙zyły podró˙znym.

Abdel i jego dwóch towarzyszy podeszło do frontowej bramy, czekaj ˛

ac a˙z

nad fos ˛

a opu´sci si˛e most zwodzony. Nadeszli od południa i widzieli, ˙ze fosa nie

otacza całej twierdzy, a wokół niej kr˛ecili si˛e znudzeni kamieniarze i robotnicy.
Fosa była nowa i raczej na pokaz ni˙z dla celów obronnych. Brama gospody „Pod
pomocn ˛

a dłoni ˛

a” zawsze była otwarta, zapraszaj ˛

ac do ´srodka wszystkich podró˙z-

nych, i trudno było sobie wyobrazi´c jej obl˛e˙zenie.

Przeszli po mo´scie zwodzonym i gdy tylko min˛eli kolumnow ˛

a bram˛e, ruszyli

wprost ku najwi˛ekszemu budynkowi wewn ˛

atrz murów. Nawet je´sli Abdel nigdy

wcze´sniej by tu nie był, d´zwi˛eki wieczornej zabawy powiedziałyby mu, ˙ze jest
to budynek gospody. Gdy szli przez dziedziniec w kierunku wysokich, d˛ebowych
drzwi, min˛eli po drodze mały oddział gnomiej stra˙zy. Na widok tych małych wo-
jowników Abdel u´smiechn ˛

ał si˛e. Ka˙zdy z trzech stra˙zników mierzył nie wi˛ecej ni˙z

dwie i pół stopy wzrostu i nosił wymy´sln ˛

a cho´c funkcjonaln ˛

a kolczug˛e kółkow ˛

a.

Ich krótkie miecze były mniejsze i bez w ˛

atpienia l˙zejsze ni˙z sztylet Abdela. Jeden

trzymał włóczni˛e z chor ˛

agwi ˛

a „Pomocnej dłoni”, bardziej jako reklam˛e szyldu

ni˙z herb. Trzej ludkowie skin˛eli Abdelowi i odwzajemnili u´smiech, po czym na-
gle zwrócili swoj ˛

a uwag˛e w stron˛e gospody.

Abdel zauwa˙zył nagł ˛

a zmian˛e w d´zwi˛ekach dochodz ˛

acych z wn˛etrza gospody.

Montaron zatrzymał si˛e i delikatnie przytrzymał Xzara.

— Nie dotykaj mnie — krzykn ˛

ał mag i wzdrygn ˛

ał si˛e.

— Ciiii — ostrzegł niziołek, a stra˙znicy wolno zacz˛eli zbli˙za´c si˛e do gospody.

´Smiech i wesołe krzyki przycichły i to wła´snie zwróciło wcze´sniej uwag˛e

stra˙zników. Nagle rozległ si˛e radosny wrzask, a po nim trzask i brz˛ek tłuczonego
szkła, po czym gło´sny pomruk.

Montaron za´smiał si˛e i powiedział:

23

background image

— Brzmi swojsko. To lubi˛e!
Wszyscy trzej skierowali si˛e za stra˙znikami do drzwi. Abdel stał tu˙z za gno-

mami, kiedy jeden z nich otworzył drzwi. Hałas dobiegaj ˛

acy ze ´srodka ogłuszył

go, a chwil˛e pó´zniej trafiło go w twarz nadlatuj ˛

ace krzesło. Najemnik upadł, nie

podejrzewaj ˛

ac nawet, ˙ze gnomy zdecyduj ˛

a si˛e wkroczy´c w tłum. Tymczasem,

mimo ˙ze ich pi˛e´sci były małe, to gdy poszły w ruch na poziomie ich oczu, wysocy
dla nich ludzie zacz˛eli pada´c jak kłody.

Abdel wpadł w gniew, wstał i otarł krew z rozbitego nosa, chwycił połamane

krzesło i rozejrzał si˛e po mrocznym pomieszczeniu pełnym ludzi. Miał nadziej˛e
wypatrze´c tego, który cisn ˛

ał we´n krzesłem, ale wszyscy spogl ˛

adali na´n równie

oboj˛etnie. Wybuchł ´smiech i Abdel poczerwieniał, zanim si˛e zorientował, ˙ze lu-
dzie nie ´smiej ˛

a si˛e z niego, lecz z człowieka, którego wła´snie wynosiło trzech

gnomów. Wła´sciwie bardziej go włóczyli za nogi ni˙z nie´sli, a ów wielki, brudny
i cuchn ˛

acy obwie´s poj˛ekiwał cicho za ka˙zdym razem, kiedy jego głowa odbijała

si˛e o twarde deski podłogi.

Abdel patrzył na nieprzytomnego z nieskrywan ˛

a w´sciekło´sci ˛

a, lecz kiedy ru-

szył do przodu, Montaron chwycił za krzesło, które trzymał.

— Zostaw go — powiedział niziołek. — Wygl ˛

ada na to, ˙ze ju˙z zapłacił za

swoje.

Abdel stan ˛

ał i czekał, a˙z gniew opadnie, ale nic z tego. Ch˛etnie by kogo´s zabił.

Montaron patrzył na niego z trosk ˛

a.

— Widzisz? — wyszeptał Xzar.
Niziołek odepchn ˛

ał maga i lekko poci ˛

agn ˛

ał za krzesło. Abdel pozwolił mu je

sobie odebra´c.

— Musisz sobie chlapn ˛

a´c co nieco — powiedział, a Abdel potakn ˛

ał.

Na lad˛e baru wspi˛eła si˛e gnomka i gło´sno zawołała:
— Nast˛epny, który rzuci krzesłem, zarobi ode mnie w jaja. To jest. . . — prze-

rwała i czkn˛eła gło´sno — restauracja pierwsza klasa.

Wybuchły gromkie, radosne brawa, a ju˙z po chwili wszystko wróciło do

normy; wewn ˛

atrz „Pomocnej dłoni” zapanował gwar i chaos, jak ka˙zdej nocy.

*

*

*

Ciemne piwo było smaczne i po trzech kuflach Abdel wreszcie si˛e uspokoił.

Usiadł przy barze i opu´scił głow˛e, ignoruj ˛

ac panuj ˛

acy wokół ´scisk i harmider. Nie

odezwał si˛e od chwili, kiedy oberwał krzesłem i nawet nie otarł krwi z twarzy.
Rozejrzał si˛e. Był na tyle ordynarny i zły, ˙ze Monatron szybko go opu´scił i znikn ˛

w tłumie, co przy jego wzro´scie nie było trudne. Xzara pozbył si˛e jeszcze szybciej;
mag ukrył si˛e w ciemnej alkowie w k ˛

acie sali, gdzie usiadł i mruczał co´s do siebie.

24

background image

Abdel wiele nie my´slał, po prostu usiadł i pił. Nie był z tych, co to rozczulaj ˛

a

si˛e nad sob ˛

a, ale te˙z ostatni tydzie´n był dla´n prawdziwym piekłem. My´sl o kolej-

nym wspólnym poranku z niziołkiem i tym przekl˛etym, mamrocz ˛

acym magiem

wcale nie wydawała mu si˛e przyjemna. Jego sakiewka była niezno´snie lekka i nie
zanosiło si˛e na to, by w najbli˙zszym czasie przybrała na wadze. Ju˙z decydował si˛e
porzuci´c towarzystwo Montarona i Xzara — niech id ˛

a swoj ˛

a drog ˛

a, a on poszuka

jakiego´s zaj˛ecia tu, „Pod pomocn ˛

a dłoni ˛

a”, kiedy nagle przypomniał sobie, po co

tu przybył. Gorion ostatnim swym tchnieniem wysłał go tu, aby kogo´s odnalazł,
ale Abdel nie pami˛etał imion tych dwojga.

— Niech to Otchła´n porwie — wymruczał pod nosem. — Jakie to ma znacze-

nie?

Abdel zamówił czwarty kufel u barmanki, która była przyjemn ˛

a, nisk ˛

a

gnomk ˛

a. Za ka˙zdym razem płacił jej miedziakami, których miał ju˙z coraz mniej.

— Trzym — powiedziała gnomka, kiedy rzucił na mokr ˛

a lad˛e kolejne cztery

miedziaki. — Ten stawia firma za twój nochal.

Abdel skin ˛

ał, dzi˛ekuj ˛

ac za darmowe piwo i wzi ˛

ał od niej mokr ˛

a szmatk˛e, któr ˛

a

mu wr˛eczyła. Otarł szmatk ˛

a krew z twarzy i wybuchn ˛

ał krótkim ´smiechem, kiedy

zauwa˙zył, ˙ze barmanka dalej przed nim stoi i si˛e na niego patrzy.

— Powinni´scie umie´sci´c okno w drzwiach — powiedział — ˙zeby go´scie mo-

gli zobaczy´c, co dzieje si˛e w ´srodku, zanim je otworz ˛

a.

Gnomka roze´smiała si˛e.
— Przeka˙z˛e tw ˛

a uwag˛e wy˙zej — powiedziała.

Zaczekała, a˙z duszkiem wypił kufel do dna, po czym nalała mu pi ˛

aty. Tym

razem wzi˛eła monety z lady.

— Co za spotkanie, drogi panie — odezwał si˛e obok głos z wyra´znym am-

nia´nskim akcentem.

Abdel spojrzał w prawo i zobaczył pochylonego nad nim Amnianina, bez w ˛

at-

pienia spogl ˛

adaj ˛

acego na niego ˙zyczliwym wzrokiem. Amnianin zmieszał si˛e pod

jego spojrzeniem.

— Nazywasz si˛e Abdel — powiedział. — Abdel Adrian.
— Bogowie — zachłysn ˛

ał si˛e Abdel. Czy˙zby to był człowiek, z którym miał

si˛e spotka´c Gorion?

— Ty jeste´s. A gdzie Gorion?
— Nie ˙zyje — odparł krótko Abdel i nagle gardło zacisn˛eło mu si˛e, lecz nie

uronił ani łzy. — Kim jest ten Adrian?

— Czy˙z to nie ty nazywasz si˛e Abdel Adrian?
— Jestem Abdel, syn Goriona, ale nie mam drugiego imienia.
W odpowiedzi Amnianin jedynie spojrzał na niego zagadkowo. Z pewno´sci ˛

a

był półelfem. Jego smukła twarz i zbyt okr ˛

agłe uszy, ˙zeby nazwa´c je spiczastymi

były wystarczaj ˛

acym dowodem, ale jego jasne fioletowe oczy były pewnym zna-

kiem krwi elfów płyn ˛

acej w jego ˙zyłach. Drugim z rodziców z pewno´sci ˛

a był

25

background image

Amnianinem, czego dowodził jego wielki, długi nos i ciemno oliwkowa karnacja
skóry. Był ubrany jak do bitwy, jego powgniatana zbroja z pewno´sci ˛

a musiała go

uwiera´c i cisn ˛

a´c. Na głowie miał hełm, co — bior ˛

ac pod uwag˛e okoliczno´sci —

wydawało si˛e dobrym pomysłem. Usta wykrzywiał mu nerwowy grymas.

— W ka˙zdym razie przybyłe´s tu, ˙zeby si˛e ze mn ˛

a spotka´c — rzekł Amnianin.

— Nazywam si˛e Khalid.

Rzeczywi´scie. Khalid — tak brzmiało ostatnie słowo, które wypowiedział jego

umieraj ˛

acy ojciec. I wówczas Abdel przypomniał sobie, ˙ze było jeszcze jedno.

— Jah — powiedział. — Miałem spotka´c si˛e z Khalidem i Jahem.
— Z Jaheir ˛

a, tak — poprawił Khalid, u´smiechaj ˛

ac si˛e od ucha do ucha, ale

wci ˛

a˙z zdradzaj ˛

ac zdenerwowanie. — To moja ˙zona. Ona te˙z jest tutaj.

Amnianin mimowolnie spojrzał w kierunku stołu po drugiej stronie sali, ale

tłum zasłaniał widok.

— Chod´z — zaprosił Abdela. — Si ˛

ad´z z nami i opowiedz, co si˛e stało z twoim

ojcem. Był wielkim człowiekiem, bohaterem na swój sposób i nie mo˙ze zosta´c
zapomniany.

— Co ty o nim wiesz? — zapytał Abdel, a ˙zół´c go zalała. Jego głos pełen był

goryczy. — Kim on był dla ciebie?

— Był moim przyjacielem — odparł Khalid. — I tyle. Nie miałem na my´sli

nic złego.

Abdelowi zachciało si˛e nagle obrazi´c Amnianina, ale jako´s nie mógł. Zamiast

tego si˛egn ˛

ał do sakiewki po pieni ˛

adze na szósty kufel. Wyj ˛

ał tylko trzy miedziaki.

— Niech to Bhaal! — zakl ˛

ał gło´sno, wstał i rzucił miedziaki w tłum.

Jaki´s pijaczek oburzył si˛e, gdy dostał jedn ˛

a z mocno ci´sni˛etych monet w skro´n.

Abdel nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, za to inni go´scie wycofali si˛e po-

´spiesznie w ciemniejsze k ˛

aty. Na górnej wardze Khalida pojawiły si˛e krople potu.

— Bogowie! — powiedział Amnianin. — Co on ci powiedział?
Abdel spojrzał na niego, lecz nie odezwał si˛e.
— Miło mi b˛edzie postawi´c ci kufelek. — powiedział Khalid. — Prosz˛e,

chod´z ze mn ˛

a. Chyba nie chcemy zwraca´c niczyjej uwagi, nie?

Abdel chrz ˛

akn ˛

ał i pozwolił przeprowadzi´c si˛e przez tłum. Na chwil˛e wpadł mu

w oko Montaron. Niziołek trzymał jedwabn ˛

a sakiewk˛e. Abdel był przekonany, ˙ze

do niego mrugn ˛

ał.

Abdel wzi ˛

ał kilka gł˛ebokich oddechów, próbuj ˛

ac si˛e uspokoi´c, kiedy Khalid

powiedział: — Tu jest.

Abdel ujrzał j ˛

a i wstrzymał oddech.

Jaheira była pi˛ekna. Podobnie jak jej mał˙zonek, była półelfem, a jeden z jej ro-

dziców musiał by´c Amnianinem. To poł ˛

aczenie wypadło nieco dziwnie, ale przy-

słu˙zyło si˛e urodzie Jaheiry. Jej twarz była szeroka i ciemna, jej usta pełne, oczy
jasne i niemal tak fioletowe jak Khalida, z błyskiem wyra´znej inteligencji. Gdyby
była czystej krwi człowiekiem, jej g˛este włosy okalaj ˛

ace twarz byłyby czarne,

26

background image

lecz elfia krew sprawiła, ˙ze ich czer´n przetykały jasne, miedziane pasemka. Mimo

˙ze siedziała, Abdel mógł zauwa˙zy´c, i˙z była postawna, a nawet krzepka. Miała na

sobie kamizelk˛e ze sztywnej skóry, porysowanej jakby od uderze´n ostrzy. Kami-
zelka słu˙zyła jej za zbroj˛e.

Kiedy ich oczy spotkały si˛e, zobaczył raczej ni˙z usłyszał, jak westchn˛eła. Ab-

del opadł na krzesło, nie patrz ˛

ac nawet gdzie siada. Nie mógł oderwa´c wzroku od

jej oczu, a ona wcale si˛e przed tym nie wzbraniała. Jej pełne usta dr˙zały, podobnie
jak u jej m˛e˙za. Ona tak˙ze musiała by´c zdenerwowana i cho´c Abdel nigdy by nie
wszedł pomi˛edzy m˛e˙za i ˙zon˛e, to jednak nie mógł si˛e oprze´c wra˙zeniu, i˙z powód
jej zdenerwowania był zupełnie inny ni˙z u Khalida.

— Dlaczego zostałem tu wysłany? — zapytał Abdel ich oboje, nie przestaj ˛

ac

patrze´c na Jaheir˛e. — Mój ojciec nie zd ˛

a˙zył mi tego powiedzie´c.

— Gorion umarł? — zapytała Jaheira.
— To byli najemnicy — odpowiedział Abdel. — Tacy jak ja. Wpadli´smy w za-

sadzk˛e na Lwim Trakcie. Zabiłem ich, ale si˛e spó´zniłem.

— S ˛

a siły, które nie chciały dopu´sci´c do naszego spotkania — rzekł Khalid. —

Dlatego wła´snie. . . — Amnianin zawahał si˛e i Abdel pomy´slał, ˙ze mo˙ze kłamie.
— . . . dlatego Gorion chciał, ˙zeby´s mu towarzyszył.

— Mój ojciec był mnichem — stwierdził Abdel. — Kapłanem, człowiekiem

od ksi ˛

ag i takich tam. Co takiego zrobił, ˙ze miał owe siły przeciw sobie? O czym

wy w ogóle mówicie?

Abdela znów zacz ˛

ał ogarnia´c gniew. Nie mógł obwinia´c najemników za

´smier´c Goriona. Oni po prostu wykonywali swoj ˛

a prac˛e, któr ˛

a on sam parał si˛e

przez całe swoje dorosłe ˙zycie. Kto´s im zapłacił i to spore pieni ˛

adze, by naj ˛

a´c

pi˛eciu do´swiadczonych zabójców do zasadzki na drodze.

— S ˛

a. . . siły — zacz˛eła Jaheira, jej d´zwi˛eczny głos przebił si˛e przez harmider

tłumu — które pragn ˛

a wszcz ˛

a´c wojn˛e.

W tym momencie do stołu podeszła słu˙z ˛

aca dziewka z dwoma kuflami piwa.

Gdy Abdel wychylał kufel, znów cał ˛

a jego zawarto´s´c na jeden raz, nie odrywał

wzroku od Jaheiry.

— Jeszcze jakie´s nowiny? — zapytał sarkastycznie. — Ja ˙zyj˛e z tych czy

innych „sił” pragn ˛

acych wojny. Inni te˙z.

Jaheira wyra´znie si˛e zmieszała po jego ostatnim stwierdzeniu, ale kiedy zwró-

ciła swój pytaj ˛

acy wzrok na m˛e˙za, Abdel był pewien, ˙ze chce zapyta´c o co´s in-

nego, co´s wa˙zniejszego i bardziej j ˛

a przera˙zaj ˛

acego. Khalid skin ˛

ał jej i Jaheira

znów spojrzała na Abdela.

— To co innego — rzekła tak cicho, ˙ze Abdel musiał wyt˛e˙zy´c słuch. — To

twój bra. . .

Nagle na potylicy Abdela roztrzaskała si˛e butelka, a Jaheira uchyliła si˛e przed

odłamkami szkła. Abdel nie dbał o to, by wytrze´c z pleców rozlane wino czy
strz ˛

asn ˛

a´c z włosów szklane okruchy, tylko wstał i odwrócił si˛e, a tłum przed nim

27

background image

rozst ˛

apił si˛e. Daleko, przy drzwiach stał człowiek, którego wcze´sniej wyniosły

gnomy. Ten, który rzucił we´n krzesłem.

Wielki, cuchn ˛

acy m˛e˙zczyzna był tak pijany, ˙ze z ledwo´sci ˛

a stał na nogach. Ab-

del patrzył na niego twardym wzrokiem, a ´swiat wokół niego zdawał si˛e oddala´c
i znika´c. Usłyszał jedynie, jak pijak rzucił t˛epo: — Czego?

Sztylet najemnika ´smign ˛

ał poprzez sal˛e niczym srebrna błyskawica. Krew

uderzyła Abdelowi do głowy w momencie, kiedy jego sztylet z ci˛e˙zkim mla´sni˛e-
ciem zagł˛ebił si˛e piersi pijaka. Siła uderzenia obaliła m˛e˙zczyzn˛e i cho´c drgawki
dwukrotnie przeszły jego ciało, był martwy, zanim jego głowa uderzyła o podłog˛e.

Abdel u´smiechn ˛

ał si˛e i dopiero teraz ekstaza zabójstwa zmyła z niego gniew

i pozwoliła widzie´c normalnie. Kiedy trans min ˛

ał, znów znalazł si˛e wewn ˛

atrz

gospody, która teraz jakby przemieniła si˛e w pandemonium.

Khalid pchn ˛

ał go w plecy i powiedział co´s w stylu: — Co ty zrobiłe´s?

Klienci rozproszyli si˛e, kelnerki upu´sciły tace, rozlewaj ˛

ac piwo i wino na ucie-

kaj ˛

acych lub zamarłych w bezruchu go´sci. Co dziwne, kelnerki skierowały si˛e

w stron˛e Abdela, który nagle pomy´slał, ˙ze mo˙ze prawd ˛

a jest, jakoby słu˙z ˛

ace tu

dziewki były w rzeczywisto´sci przebranymi golemami. U´smiechn ˛

ał si˛e szeroko.

Wcale si˛e tym nie martwił.

— Stop! — usłyszał znajomy głos.
Gnomka zza baru zagwizdała przera´zliwie i kelnerki stan˛eły. Nawet Abdel

zatrzymał swoj ˛

a r˛ek˛e si˛egaj ˛

ac ˛

a po miecz na plecach. Głos nale˙zał do Montarona.

— Złodziej! — krzykn ˛

ał znowu niziołek.

Montaron kl˛eczał nad martwym ciałem pijaka, wyci ˛

agaj ˛

ac mu zza pasa sa-

kiewk˛e za sakiewk ˛

a.

— Musiał kroi´c tu wszystkich cał ˛

a no. . . ta je moja! — oznajmił gło´sno ni-

ziołek, tak ˙ze wszyscy doskonale go słyszeli.

— Masz szcz˛e´scie — wyszeptał Khalid do Abdela, który wci ˛

a˙z u´smiechał si˛e

beztrosko.— W przeciwnym razie uznano by to za morderstwo.

Ciarki przeszły po plecach Abdela na d´zwi˛ek słowa: „morderstwo”. Pochylił

głow˛e i podszedł do niziołka, tu˙z za nim szli Khalid i Jaheira.

— Lepiej chod´zmy — powiedział Montaron, kiedy Abdel zbli˙zył si˛e do´n na

tyle blisko, ˙ze tylko on mógł usłysze´c jego szept.

— Jasne — odparł Abdel. — Tylko mój sztylet. . .
Montaron u´smiechn ˛

ał si˛e słabo i wr˛eczył Abdelowi szerokie ostrze. Nie było

na nim ani kropli krwi, cho´c Abdel nie pami˛etał, by widział, jak Montaron wy-
ci ˛

aga sztylet z piersi zabitego, a tym bardziej ociera go z krwi. Abdel, mimo i˙z

był pijany, zamroczony zabójstwem, potrafił doceni´c finezj˛e Montarona.

Młody najemnik był jeszcze na tyle trze´zwy, ˙zeby u´swiadomi´c sobie, ˙ze teraz

nie znajdzie tu ˙zadnej pracy, nawet pomimo faktu, ˙ze pijak był złodziejem i ˙ze on
sam rzucił swoje trzy ostatnie miedziaki w tłum.

— Nashkel? — zapytał Abdel.

28

background image

— Tak — powiedział Khalid z niedowierzaniem — tak, Nashkel. Czy˙zby Go-

rion wiedział, ˙ze tam wła´snie zamierzamy si˛e uda´c?

Abdel odwrócił si˛e i spojrzał na Amnianina, a nast˛epnie na niziołka, który

patrzył na Khalida z kamienn ˛

a twarz ˛

a. Khalid oddał mu spojrzenie pytaj ˛

acym

wzrokiem.

Nagle pojawił si˛e sk ˛

ad´s Xzar.

— Teraz pi˛ecioro? Kim jest ta dwójka. . . ci dwoje?
Go´scie gospody powoli zacz˛eli zbli˙za´c si˛e do rozło˙zonych przy zakrwawio-

nym ciele złodzieja sakiewek, a Abdel dał si˛e wyprowadzi´c na zewn ˛

atrz. U´smie-

chał si˛e, cho´c chciało mu si˛e płaka´c. Płac ˛

ac za swój grzech pozwolił si˛e ci ˛

agn ˛

a´c

i pcha´c cał ˛

a drog˛e do Nashkel.

29

background image

Rozdział pi ˛

aty

— Nie tylko my pragniemy pomóc — powiedziała Jaheira Abdelowi, kiedy

maszerowali do Nashkel. Droga wydawała si˛e nie mie´c ko´nca.

— Powiedziałem nie — zareagował ostro Montaron.
Jaheira odwróciła si˛e do ´smiałego niziołka, wyra´znie nie pochwalaj ˛

ac ju˙z jego

wtr ˛

acania si˛e, co czyniła wzgl˛edem jego i Xzara przez ostatnie siedem i pół dnia

wspólnej podró˙zy.

Montaron jedynie u´smiechn ˛

ał si˛e do niej i powiedział:

— Ale dzi´s sło´nce daje, nie dziecinko?
Abdel starał si˛e nie zauwa˙za´c ogników w oczach niziołka. Wierzył, ˙ze Mon-

taron jest na tyle bystry, by trzyma´c swe łapy z dala od Jaheiry.

— Brak ˙zelaza — kontynuowała Jaheira, próbuj ˛

ac ignorowa´c Montarona —

mo˙ze doprowadzi´c do wojny pomi˛edzy moim ludem a twoim.

Abdel zatrzymał si˛e, pozostali zwolnili, ale tylko Jaheira stan˛eła wraz z nim.
— Mój lud? — zapytał Abdel.
Spojrzał na Jaheir˛e, prosto w oczy, po raz pierwszy odk ˛

ad opu´scili gospod˛e.

Przy tej silnej, ´slicznej kobiecie Abdel tracił cał ˛

a pewno´s´c siebie, kr˛epował si˛e

tym bardziej, ˙ze podró˙zowała wraz z m˛e˙zem.

— Amn i. . . — przerwała, zdaj ˛

ac sobie spraw˛e, ˙ze nie była pewna, sk ˛

ad on

naprawd˛e pochodzi. — Gorion był z Candlekeep. Tam wzi ˛

ał ci˛e za syna, niepraw-

da˙z?

— Tak — odpowiedział Abdel i znów poczuł si˛e zakłopotany, cho´c nie wie-

dział dlaczego.

— Wi˛ec prawdopodobnie. . . — podj˛eła znowu — wybuchnie wojna pomi˛e-

dzy Amnem i Wrotami Baldura. . . A Candlekeep znajdzie si˛e mi˛edzy młotem
a kowadłem.

— Candlekeep potrafi zatroszczy´c si˛e o siebie — stwierdził Abdel. Odwrócił

si˛e i podj ˛

ał marsz, cho´c wolno, tak by Jaheira towarzyszyła mu z boku.

Szli kilka kroków za reszt ˛

a i Abdel u´swiadomił sobie, jak ˛

a stanowili załog˛e.

Xzar co chwila machał r˛ek ˛

a, jakby odganiaj ˛

ac owady, których prawie wcale nie

było. Mruczał do siebie nieustannie, cho´c odk ˛

ad doł ˛

aczyła do nich Jaheira, Abdel

bardziej był zaj˛ety ni ˛

a, ni˙z obserwowaniem nerwowego maga. Montaron od czasu

30

background image

do czasu rzucał im do tyłu spojrzenie, czuj ˛

ac si˛e opuszczony lub — z powodów

znanych tylko jemu — przera˙zony. Khalid szedł dziarsko przed siebie, prawie si˛e
nie odzywaj ˛

ac. Kiedy mówił co´s w ci ˛

agu ostatnich dni, dotyczyło to tylko ich

„misji”, jak j ˛

a nazywał.

Abdel, Montaron i Xzar szli do Nashkel, by naj ˛

a´c si˛e do ochrony kopalni rudy

˙zelaza. Z kolei Khalid i Jaheira najwidoczniej mieli tam jaki´s bardziej szczytny

cel, a w miar˛e jak kobieta starała si˛e zwróci´c ku niemu serce Abdela, ten nie mógł
zrozumie´c dlaczego jej na tym zale˙zy.

— Ludzie walcz ˛

a — powiedział, ignoruj ˛

ac jej protest. — Amn z Wrotami

Baldura, Amn z Tethyrem, Tethyr z samym sob ˛

a. . . tak to ju˙z jest, a ja z tego ˙zyj˛e.

Jaheira westchn˛eła.
— Wcale nie musi tak by´c.
— Co nie musi by´c? — zapytał ze ´smiechem. — To, ˙ze tak jest czy, ˙ze z tego

˙zyj˛e?

Montaron za´smiał si˛e i Abdel u´swiadomił sobie, ˙ze niziołek ich słyszał.

U´smiechn ˛

ał si˛e do siebie.

— Kto´s celowo niszczy zapasy ˙zelaza w Nashkel i innych kopalniach — po-

wiedziała z naciskiem Jaheira, a co´s w tonie jej głosu jasno mówiło, ˙ze powie-
działa nieco wi˛ecej. Od Nashkel dzieliło ich jeszcze ponad pół tygodnia drogi.

Montaron zatrzymał si˛e, odwrócił do nich i u´smiechn ˛

ał.

— No i co, słodka Jaheiro? Niech se niszczy, mówi˛e, a kiedy tam dotrzem,

znajdziem drania i zgarniem za niego ´sliczn ˛

a nagrod˛e.

Jaheira bez słowa min˛eła niziołka.
— Nagrod˛e? — zapytał Abdel.
— Jasne, chłopcze — potwierdził Montaron i klepn ˛

ał najemnika po ramieniu.

— A co my´slisz, ˙ze leziem tam tyle czasu ino by sprawiedliwo´sci stało si˛e zado´s´c?

Jaheira spojrzała na niziołka i rzuciła:
— A co ty mo˙zesz wiedzie´c o sprawiedliwo´sci, złodzieju?
Na ułamek sekundy oczy Montarona stały si˛e zimne i Jaheira cofn˛eła si˛e krok

w tył. Jakby przeczuwaj ˛

ac konflikt, Khalid zatrzymał si˛e i odwrócił, jednak nie

podszedł do nich. Abdel patrzył na niziołka.

— Spoko, panienko — powiedział Montaron i chrz ˛

akn ˛

ał. — To ino interes,

nie?

— A jaki jest twój interes, Montaronie? — zapytała.
— Je´sli idzie ci o te sakiewki w „Pomocnej dłoni” — odparł jowialnie — to

mo˙ze winna´s mi podzi˛ekowa´c, ˙ze wybawiłem chłopaka z opresji.

— Wybawiłe´s chłopaka z opresji? — zapytał Khalid, jego głos był tak cichy,

˙ze gin ˛

ał na wietrze i po´sród krakania wron.

Montaron spojrzał na niego z u´smiechem.
— Jasne — rzekł. — Jak i nas wszystkich.
— ´Spij piorunie — krzykn ˛

ał nagle Xzar. — Piorunie ´spij!

31

background image

Abdel, Montaron, Jaheira i Khalid — wszyscy spojrzeli w kierunku bełko-

cz ˛

acego maga. Xzar był ju˙z jakie´s pi˛e´cdziesi ˛

at metrów od nich i z pewno´sci ˛

a nie

mógł słysze´c ich rozmowy. Abdel wybuchn ˛

ał ´smiechem, zaraz po nim Montaron,

Khalid te˙z do nich doł ˛

aczył, jedynie Jaheira w milczeniu ruszyła naprzód.

— W ka˙zdym razie dzi˛eki — powiedział Abdel do Montarona.
— Nie ma za co, dzieciaku — odparł Montaron. — Jeszcze mi si˛e odwdzi˛e-

czysz. Jestem tego pewien.

*

*

*

Odk ˛

ad wyruszyli z „Pomocnej dłoni” zatrzymali si˛e po drodze tylko w Bere-

go´scie i nawet przespali si˛e w gospodzie, za co zapłacił Montaron. Ich odpoczynek
był jednak krótki, nawet dla Abdela, który przywykł ju˙z do spania pod rozgwie˙z-
d˙zonym niebem, dlatego wszyscy odetchn˛eli z ulg ˛

a, kiedy wreszcie dotarli do

górniczego miasteczka Nashkel.

Abdel nie wiedział, czy to szcz˛e´scie czy pech, ˙ze akurat na polach przed mia-

stem odbywał si˛e jaki´s festyn. Podczas drogi słyszał od Jaheiry i Khalida, nawet
od Montarona jedynie złe wie´sci na temat Nashkel tak, ˙ze zacz ˛

ał ju˙z je sobie wy-

obra˙za´c jako jakie´s upiorne miasto. Wyobraził sobie zdesperowanych górników

˙zebraj ˛

acych na ulicach, wszystkie sklepy zamkni˛ete, rodziny pakuj ˛

ace si˛e do wo-

zów w poszukiwaniu ziele´nszych pastwisk, i ponurych pijaków, których tak wielu
widział w tawernach Wybrze˙za Mieczy.

Zamiast tego małe miasteczko t˛etniło ˙zyciem i kolorami. Wozy stały wsz˛e-

dzie, gdzie si˛e dało, a przyjezdni kupcy wystawiali swój towar na sprzeda˙z.
Trzech m˛e˙zczyzn w kolorowych strojach ˙zonglowało pochodniami. Jaki´s gnom
grał harmonijnie na czym´s, co przypominało skrzy˙zowanie dud z wozem, a ru-
miane dzieci biegały po całej okolicy, nie czuj ˛

ac zm˛eczenia. Na ulicach kr˛ecili si˛e

˙zołnierze w barwach Amnu.

Montaron tr ˛

acił łokciem Abdela, zwracaj ˛

ac jego uwag˛e na grupk˛e młodych

kobiet, które niziołek najwyra´zniej uznał za atrakcyjne.

— Chciałoby si˛e sprawdzi´c ich kopalnie, nie, dzieciaku? — za˙zartował nizio-

łek, p˛ekaj ˛

ac ze ´smiechu.

Abdel doskonale wiedział, co mały złodziej ma na my´sli, ale nic nie odpowie-

dział.

Jaheira chrz ˛

akn˛eła i powiedziała do niziołka:

— Kiedy w mie´scie jest tylu ˙zołnierzy, takie kobiety s ˛

a bardzo zaj˛ete.

— Takie kobiety — sprecyzował Montaron — s ˛

a zawsze zaj˛ete. A poza tym

w pobli˙zu nie ma zbyt wielu ˙zołnierzy.

— Wygl ˛

ada na to, jakby cieszyło ci˛e, ˙ze maszeruj ˛

a na północ, niziołku —

32

background image

odparła Jaheira. — A mo˙ze ju˙z wiesz, co złego tu si˛e dzieje?

Montaron za´smiał si˛e w sposób, jaki Abdel słyszał u niego cz˛esto w ci ˛

agu

ostatnich trzynastu dni.

— Nie wiem nic, dziecinko. Mniej nawet ni˙z ty, je´sli te gadki o wojnie s ˛

a

prawdziwe.

— Kto´s pragnie rozlewu krwi pomi˛edzy Wrotami Baldura a Amnem. To

wiem.

— A co, je´sli to Amnianin tego chce, dziecinko? — zapytał niziołek, wykrzy-

wiaj ˛

ac usta. — B˛edziesz na tyle głupia, by go powstrzyma´c?

Jaheira wci ˛

agn˛eła gł˛eboko powietrze i wła´snie zamierzała co´s odpowiedzie´c,

kiedy nagle powstrzymała si˛e i spojrzała na Abdela. Młody najemnik usiłował
powstrzyma´c si˛e od ´smiechu i to było wida´c.

— To bardzo powa˙zna sprawa — powiedziała.
Abdel u´smiechn ˛

ał si˛e i pokiwał głow ˛

a.

— Powinni´smy poszuka´c gospody — wł ˛

aczył si˛e Khalid do dyskusji, pró-

buj ˛

ac załagodzi´c sytuacj˛e. — Prze´spimy si˛e w wygodnych łó˙zkach, a rankiem

wyruszymy do kopalni.

Jaheira przyznała mu racj˛e i poszła za nim w tłum rozbawionych ludzi. Abdel

popatrzył za ni ˛

a, a Montaron na niego. Niziołek tak˙ze znikn ˛

ał w tłumie.

— Idziemy, synu Bhaala — odezwał si˛e nagle Xzar.
Młody najemnik odwrócił si˛e do maga i powiedział — Id´z za Khalidem, magu.
Xzar zawahał si˛e, a Abdel chwycił go za rami˛e.
— Dotkn ˛

ał mnie! — zaskrzeczał Xzar. — Nie dotykaj mnie!

Ze dwa tuziny osób oderwało si˛e od swoich zaj˛e´c i spojrzało na Abdela, cho´c

to Xzar był przecie˙z szalony. Abdel wci ˛

agn ˛

ał gł˛eboki oddech, opanowuj ˛

ac ˙z ˛

adz˛e

zabicia denerwuj ˛

acego maga, po czym odszedł.

*

*

*

Abdel wiedział, gdzie wszyscy poszli, ale nie skierował si˛e za nimi do go-

spody. Ju˙z wcze´sniej pracował i podró˙zował z ró˙znymi osobami; niektórych lubił,
innych nie. Podró˙zował te˙z z kobietami, ale ˙zadna z nich nie poruszyła go tak,
jak Jaheira. Spotkał z tysi ˛

ac m˛e˙zczyzn pokroju Khalida, jak sobie przypominał,

spokojnych i powa˙znie traktuj ˛

acych powierzone im zadanie. Montaron jako ni-

ziołek raczej nie liczył si˛e na Wybrze˙zu Mieczy; zr˛eczny złodziej, który wiedział,
co kryje si˛e w cudzych kieszeniach i za zamkni˛etymi drzwiami. Xzar stanowił dla
niego zagadk˛e. Spotykał ju˙z szale´nców, ale ten był zarazem szalony i inteligentny,
obł ˛

akany i zarazem zdolny na tyle, by para´c si˛e magi ˛

a.

Abdel włóczył si˛e po terenie festynu i zastanawiał si˛e, co wła´sciwie tutaj robi.

33

background image

Przył ˛

aczył si˛e do dwóch. . . nawet czterech przypadkowo spotkanych obcych osób

w misji, której celu nawet nie rozumiał i za któr ˛

a prawdopodobnie nie otrzyma za-

płaty. Szcz˛e´sliwie Montaron potrafił ukra´s´c tyle, by mogli nocowa´c w gospodach
i pi´c piwo, ale nie był to sposób na ˙zycie, który preferował Abdel. Sam potra-
fił zarobi´c na siebie i chciał, ˙zeby tak wła´snie było. Ciekawe, czy w tutejszych
kopalniach wci ˛

a˙z maj ˛

a kłopoty?

Festyn zdawał si˛e maskowa´c jakiekolwiek problemy mieszka´nców Nashkel,

co dla Abdela było oczywiste ju˙z na pierwszy rzut oka. Wsz˛edzie stały wozy
przyjezdnych kupców, a mieszczanie z uwag ˛

a przygl ˛

adali si˛e ich towarom, lecz

prawie nikt nic nie kupował. M˛e˙zczy´zni wygl ˛

adali na zdenerwowanych, a kobiety

zachowywały powag˛e.

— Piwo wietrzeje — odezwał si˛e nagle z tyłu głos Montarona. — Idziesz ze

mn ˛

a?

Abdel odwrócił si˛e zaskoczony i zarazem rozbawiony łatwo´sci ˛

a, z jak ˛

a nizio-

łek potrafił znika´c w tłumie, to znów nagle si˛e pojawia´c. Abdel nigdy nie mógł
sobie wyobrazi´c, jak to jest by´c o dwie stopy ni˙zszym ni˙z wszyscy wokół; jego
problem był zupełnie odwrotny.

— ´

Zle si˛e dzieje, nie?

— Je´sli idzie ci o kopalnie rudy — odparł Montaron — to tak.
— No to gdzie nasz pracodawca? Kto nam zapłaci za ochron˛e kopalni?
Montaron u´smiechn ˛

ał si˛e i wzruszył ramionami.

— Pójdziem tam jutro z ra´nca i si˛e dowiem. A tymczasem — zmienił temat

niziołek, wyci ˛

agaj ˛

ac zza pazuchy skórzan ˛

a sakiewk˛e — masz tu troch˛e grosza.

Jak festyn si˛e sko´nczy, id´z do gospody, to napijem si˛e piwka.

— Nie mog˛e przyj ˛

a´c tych pieni˛edzy.

— To one ci˛e ˙zywiły cał ˛

a drog˛e — przypomniał mu Montaron, nie spodzie-

waj ˛

ac si˛e po Abdelu poczucia winy. — We´z je i obacz, co se mo˙zesz kupi´c.

Montaron kiwn ˛

ał głow ˛

a w stron˛e jednego z kupieckich wozów, roze´smiał si˛e

i po raz wtóry rozpłyn ˛

ał w tłumie. Abdel przygl ˛

adał si˛e wozowi i jego wła´scicie-

lowi. M˛e˙zczyzna był ubrany jak Calishitanin, cho´c jego rysy wyra´znie wskazy-
wały na to, ˙ze pochodził z północy. Mo˙ze z Waterdeep, mo˙ze z Luskan, zgadywał
Abdel. Człowiek sprzedawał ró˙zne buteleczki, by´c mo˙ze perfumy.

Kupiec zauwa˙zył, ˙ze Abdel mu si˛e przygl ˛

ada i posłał mu szeroki, wystudio-

wany u´smiech, odsłaniaj ˛

ac szczerbate z˛eby.

— Mikstury — zawołał m˛e˙zczyzna, a jego akcent potwierdził jego północne

korzenie — eliksiry, olejki, ma´sci na wszystkie dolegliwo´sci i na ka˙zd ˛

a okazj˛e.

Abdel podszedł, ´sciskaj ˛

ac w dłoni mał ˛

a, pobrz˛ekuj ˛

ac ˛

a sakiewk˛e od Monta-

rona.

— Szanowny panie — powiedział kupiec. — Widz˛e, ˙ze jeste´s w potrzebie.
Abdel zmieszał si˛e.
— Naprawd˛e? — zapytał. — A co takiego potrzebuj˛e?

34

background image

Kupiec roze´smiał si˛e.
— Walczysz — zacz ˛

ał, oceniaj ˛

ac Abdela po wygl ˛

adzie — i walczysz do-

brze, to pewne. Potrafisz si˛e obroni´c z pewno´sci ˛

a, ale i tak jeste´s nara˙zony na

pechowy cios w plecy albo przypadkowe trafienie. Jeden łyk tego — podniósł do
góry srebrn ˛

a fiolk˛e — i nie b˛edziesz czuł ˙zadnego bólu.

— Za cztery miedziaki mam piwo, które działa tak samo.
— Och, to prawda — nie zra˙zał si˛e kupiec — ale widzisz panie, nast˛epnego

ranka wci ˛

a˙z b˛edziesz miał ran˛e, je´sli by´s j ˛

a leczył tylko piwem, a za spraw ˛

a tego

cude´nka rana zniknie raz na zawsze. Sekret sprzed wieków, ale mo˙ze by´c twój,
je´sli zapłacisz.

— Sekret czy napój?
— Och, napój oczywi´scie — powiedział kupiec i spojrzał na mał ˛

a sakiewk˛e

w dłoni Abdela. — Chyba ˙ze masz o wiele wi˛ekszy trzos gdzie´s za pasem.

Abdel wybuchn ˛

ał ´smiechem i podszedł bli˙zej. Zapytał o kilka innych butele-

czek i usłyszał historie, w które tylko szaleniec mógłby uwierzy´c. Było co´s w tym
targowaniu si˛e z u´smiechni˛etym kupcem, co uspokajało Abdela. Przez ostatnie
dziesi˛e´c i pół dnia był tak podenerwowany, jak nigdy wcze´sniej w całym swoim

˙zyciu. Nagle wszystko si˛e zmieniło, cho´c nadal wydawało si˛e biec powoli.

— Kwas? — zapytał Abdel, nie znaj ˛

ac tego słowa.

— Tak, wielki wojowniku, tak — potwierdził kupiec. To niebezpieczna mik-

stura, która pali jak płynny ogie´n. Wynalazek szalonego geniusza z Netheril, dzi-
siaj w cenie, któr ˛

a tak uczciwy człowiek jak ty, panie, uzna za nisk ˛

a.

Wła´sciwie owa cena, któr ˛

a uczciwy człowiek uznałby za nisk ˛

a, była dysku-

syjna, ale po godzinie Abdel wmieszał si˛e w tłum, ´sciskaj ˛

ac w r˛eku sakiewk˛e,

w której tym razem znajdowały si˛e mała srebrna buteleczka, nieco wi˛eksza
szklana i cztery miedziaki.

35

background image

Rozdział szósty

— Oh, prosz˛e, dziecinko — westchn ˛

ał Montaron. — Nie chc˛e ci˛e przecie tru´c,

w imi˛e Urogalan.

Jaheira jedynie chrz ˛

akn˛eła w odpowiedzi, ale Khalid si˛egn ˛

ał po bukłak, który

niziołek proponował. Uniósł bukłak tak delikatnie, jakby miał wybuchn ˛

a´c i pow ˛

a-

chał. Wzdrygn ˛

ał si˛e.

— Cuchnie jak piwo.
— Bo˙z to piwo, mój przyjacielu — potwierdził Montaron. — Golnij sobie. . .

Na szcz˛e´scie.

Khalid u´smiechn ˛

ał si˛e i obrzucił spojrzeniem Xzara i Abdela. Obaj wypili

ju˙z poka´zn ˛

a ilo´s´c specjału Montarona i jak na razie trzymali si˛e na nogach, cali

i zdrowi.

— Khalid. . . — zacz˛eła Jaheira, ale urwała widz ˛

ac, jak jej m ˛

a˙z unosi bukłak

do ust i pije. Przez chwil˛e smakował piwo w ustach, zanim je przełkn ˛

ał, przymy-

kaj ˛

ac przy tym oczy.

Kiedy je otworzył, powiedział do Jaheiry:
— Napij si˛e, daj t˛e satysfakcj˛e niziołkowi. Mo˙ze to rodzaj rytuału.
— Idziemy, gdzie tylko Oghma wie, co tam jest, dziecinko — dodał Montaron.

— Odrobina szcz˛e´scia ci nie zaszkodzi.

— Piwo szcz˛e´scia — zirytowała si˛e Jaheira, ale chwyciła bukłak i szybko

przełkn˛eła płyn, byle tylko mie´c ju˙z to za sob ˛

a.

— To co, mo˙zemy rusza´c? — zapytał Abdel, drapi ˛

ac si˛e w szyj˛e pod kolczug ˛

a.

Odk ˛

ad wyszli z Nashkel, maszerowali ju˙z cały poranek, ale wci ˛

a˙z nie dotarli

do kopalni. Montaron zatrzymał wszystkich w miejscu, w którym od głównej
dró˙zki odchodziła w ˛

aska ´scie˙zynka, i oznajmił, ˙ze to jest skrót, który zaprowa-

dzi ich do kopalni bez marnowania czasu. Wypicie „piwa szcz˛e´scia” na rozstaju
było zabawnym rytuałem, który zaproponował, by uchroni´c si˛e od niebezpiecze´n-
stwa na nowej drodze. Abdel wypił zaraz po Xzarze, bez wahania. Widział ju˙z,
jak obcy ludzie potrafi ˛

a przynosi´c szcz˛e´scie. Teraz był troch˛e dra˙zliwy z powodu

wyprawy do kopalni.

Jaheira oddała niziołkowi bukłak i cała pi ˛

atka ruszyła now ˛

a ´scie˙zk ˛

a. G˛esta

trawa okalaj ˛

aca ´scie˙zynk˛e przeszła w rozległ ˛

a ł ˛

ak˛e czarnych kwiatów. Wsz˛edzie

36

background image

było ich pełno i cho´c Abdel nigdy nie zwracał uwagi na co´s takiego jak kwiaty,
to jednak odniósł wra˙zenie, ˙ze w przypadku tych jest co´s dziwnego. Wszystkie
były takie same, rosło ich bardzo du˙zo i było w nich co´s takiego, co trudno było
okre´sli´c.

— Wszyscy za mn ˛

a, bardzo ostro˙znie — powiedział Montaron niskim i peł-

nym powagi głosem.

— Na szcz˛e´scie? — zadrwiła Jaheira. — Czy mo˙ze obawiasz si˛e zdepta´c te

pi˛ekne kwiatki?

Abdel schylił si˛e i zerwał jeden. Zamierzał wr˛eczy´c go Jaheirze, nawet wy-

obraził sobie, jak wkłada go jej za ucho, odgarniaj ˛

ac kosmyk jej czarnych włosów

i. . .

— To twój ogród — zapytał Khalid, przerywaj ˛

ac Abdelowi jego fantazje. —

Czy˙z nie, Montaronie?

Abdel zarumienił si˛e i zesztywniał zmieszany, ale nikt tego nie zauwa˙zył.
— Niebezpiecze´nstwo czai si˛e wsz˛edzie, mój amnia´nski przyjacielu — odparł

Montaron. — Nawet na tej ł ˛

ace pełnej pi˛eknych kwiatuszków, cho´c w ciemno´sci

mog ˛

a one by´c nieco mniej kusz ˛

ace.

Niziołek zamilkł na chwil˛e, id ˛

ac ostro˙znie z uszami przy ziemi i nasłuchuj ˛

ac.

Wiódł ich przez ł ˛

ak˛e zygzakiem, na pozór bez sensu. Jednolity dywan kwiatów,

ich kolor i zapach działały na wszystkich koj ˛

aco. Abdel zapomniał o swoim za-

kłopotaniu, Xzar przestał odgania´c niewidzialne owady i mrucze´c pod nosem, za´s
Khalid i Jaheira pod ˛

a˙zaj ˛

acy za Montaronem w ogóle si˛e nie odzywali.

— Przekl˛ete sło´nce — przerwał cisz˛e Montaron.
Abdel pierwszy dostrzegł stoj ˛

ac ˛

a po´srodku ł ˛

aki star ˛

a, rozwalaj ˛

ac ˛

a si˛e chałup˛e.

Był to prosty budynek z desek pokrytych złuszczon ˛

a, szar ˛

a warstw ˛

a czego´s, co

kiedy´s musiało by´c białym wapnowaniem. Dach zapadał si˛e i porastał go mech.
Okiennic nie było, mo˙ze wypadły całe lata temu, pozostawiaj ˛

ac po sobie jedynie

cienie na wapnie ´scian. Okna ziały czarn ˛

a pustk ˛

a.

Abdel westchn ˛

ał na widok domu. Dom rodzinny, pomy´slał, dom, w którym

kiedy´s mieszkała rodzina.

— Bogowie! — krzykn ˛

ał Montaron i stan ˛

ał jak wryty. Wszyscy zatrzymali

si˛e. Jaheira wpadła na plecy Abdela i młody najemnik usun ˛

ał si˛e w bok, unika-

j ˛

ac dłu˙zszego kontaktu. Kiedy odwrócił si˛e do tyłu, aby co´s jej powiedzie´c, jego

wzrok napotkał spojrzenie jej m˛e˙za. Khalid zmusił si˛e do u´smiechu i odwrócił
wzrok. Abdel znów si˛e zaczerwienił.

— Co to? — zapytał najemnik Montarona, usiłuj ˛

ac pokry´c swoje zmieszanie.

— Ciało — rzekł krótko Xzar. — Martwe ciało.
Abdel otworzył szeroko oczy ze zdumienia i post ˛

apił naprzód, depcz ˛

ac kilka

kwiatów. Montaron drgn ˛

ał, kiedy to zobaczył, a Abdel zignorował niziołka, który

gapił si˛e na niego przez nast˛epne kilka minut, jakby spodziewaj ˛

ac si˛e czego´s, co

si˛e z nim mogło sta´c. Abdel spojrzał na ciało le˙z ˛

ace u stóp Montarona. M˛e˙zczyzna

37

background image

nie ˙zył ju˙z od kilku dni, ale nie było wida´c specjalnych oznak rozkładu. Nie było
te˙z much, co Abdel uznał za najbardziej dziwne. Martwe ciało le˙z ˛

ace na powietrzu

przez kilka dni musiało zwabi´c muchy. M˛e˙zczyzna był człowiekiem, odzianym
w prost ˛

a kolczug˛e kółkow ˛

a, jak ˛

a nosz ˛

a zwykle niedo´swiadczeni najemnicy lub

szeregowi piechurzy. Jego oczy były białe, przechodz ˛

ace w odcie´n szaro–zielony.

Z ust wystawał mu czarny, spuchni˛ety j˛ezyk. Wokół nie było wida´c krwi, a ciało
nie nosiło ´sladów obra˙ze´n.

— Co go zabiło? — zapytał Abdel, nie wierz ˛

ac, ˙ze usłyszy odpowied´z.

— Trucizna, czy tak? — zaproponował Xzar, unikaj ˛

ac kontaktu wzrokowego

z Abdelem, jak zwykle zreszt ˛

a.

Abdel pokiwał głow ˛

a, uznaj ˛

ac to za sensowne. Montaron ukl˛ekn ˛

ał przy mar-

twym ciele i zacz ˛

ał przeszukiwa´c jego pas.

— Montaron! — oburzyła si˛e Jaheira. — Dlaczego nie zostawisz martwego

w spokoju?

— Ona ma racj˛e, Montaron — potwierdził Abdel. — Zostaw go.
Montaron zignorował ich i wstał dopiero wówczas, gdy co´s znalazł.
— Klucze? — zapytał Abdel, widz ˛

ac, co niziołek trzyma w dłoni. Było ich

kilka, pół tuzina wielkich kluczy z br ˛

azu na prostym, ˙zelaznym kółku.

— Je´sli dowiesz si˛e, gdzie on mieszkał — zadrwił Khalid — z pewno´sci ˛

a

b˛edziesz bogatym złodziejem.

Montaron u´smiechn ˛

ał si˛e i rzucił przez rami˛e spojrzenie na rozpadaj ˛

ac ˛

a si˛e

chałup˛e.

— Wystarczaj ˛

aco blisko? — zapytał.

Lodowaty dreszcz przebiegł Abdelowi wzdłu˙z kr˛egosłupa na my´sl o tym, jak

łapczywie złodziej grabi wspomnienia, które kryły si˛e w tym doskonałym domu,
domu, w którym on sam mógłby dorasta´c. Młody najemnik potrz ˛

asn ˛

ał głow ˛

a,

jakby staraj ˛

ac si˛e odrzuci´c te dziwne, melancholijne my´sli, które go naszły, b˛ed ˛

ace

oznak ˛

a słabo´sci. Złowił przypadkiem spojrzenie Xzara, przywracaj ˛

ac mu na usta

znajomy grymas.

Abdel wyrwał Montaronowi p˛ek kluczy i zacisn ˛

ał je w swej wielkiej, twardej

dłoni tak mocno, ˙ze prawie przebiły mu skór˛e.

— Zostaw to — powiedział Abdel — i jego te˙z. Mieli´smy i´s´c do kopalni i tam

wła´snie pójdziemy.

Abdel odwrócił si˛e i ruszył przed siebie, a Montaron pu´scił go przodem i wy-

mienił z Xzarem długie, porozumiewawcze spojrzenie. Mag kiwn ˛

ał głow ˛

a i ruszył

za Abdelem.

38

background image

*

*

*

Abdel nigdy nie był w kopalni, a ta wygl ˛

adała dokładnie tak, jak j ˛

a sobie

wyobra˙zał. Prosty tunel o kwadratowym przekroju i nisko zawieszonym stro-
pie, wspartym co jakie´s pi˛etna´scie, dwadzie´scia stóp wielkimi drewnianymi stem-
plami. ´Sciany były topornie wykute w skale, zaczynaj ˛

acej si˛e ju˙z u wej´scia w gł˛e-

bokim, górniczym szybie. Kopalnia znajdowała si˛e tylko par˛e godzin drogi od ł ˛

aki

czarnych kwiatów.

Id ˛

ac skrótem Montarona, natkn˛eli si˛e na grup˛e zm˛eczonych górników zmie-

rzaj ˛

acych z powrotem do Nashkel. Ludzie nie´sli kilofy i łopaty, ale nie ci ˛

agn˛eli

ani jednego wozu z rud ˛

a. Górnicy obrzucili ich oboj˛etnym spojrzeniem. Wyra´z-

nie wygl ˛

adali na nieszcz˛e´sliwych. Grupa amnia´nskich ˙zołnierzy kr˛eciła si˛e przy

wej´sciu do kopalni. Wielki, umorusany na czarno m˛e˙zczyzna wydawał si˛e tu rz ˛

a-

dzi´c. Z wyra´zn ˛

a irytacj ˛

a marszczył brwi na widok ˙zołnierzy, a młody amnia´nski

sier˙zant starał si˛e tego nie zauwa˙za´c.

— Stanowczo dzieje si˛e tu co´s niedobrego — powiedział pó´zniej Abdel, a jego

głos poniósł si˛e echem w gł ˛

ab tunelu.

— Jasne, dzieciaku — odpowiedział mu równie d´zwi˛eczny głos Montarona

skrytego w mroku za jego plecami. — A ten wielki, gruby Emerson zapłaci nam,

˙zeby to powstrzyma´c.

Kiedy wcze´sniej dotarli do szybu, Emerson, szef kopalni si˛egn ˛

ał r˛ek ˛

a do wa-

gonika i wyci ˛

agn ˛

ał brył˛e szaro–br ˛

azowej skały. ´Scisn ˛

ał j ˛

a w dłoni i gruda rozpadła

si˛e w pył. Szef zakl ˛

ał i cisn ˛

ał bezwarto´sciowy pył na suche podło˙ze, za´sciełane

takim samym. Odwrócił si˛e od wagonika i odszedł. Górnicy, którzy stali obok,
wcale nie wygl ˛

adali lepiej ni˙z ich zwierzchnik, a twarze ´sciskał im strach. Ten pył

niegdy´s był ich ´zródłem utrzymania. A raczej ruda ˙zelaza.

— On wcale nie musi nam zapłaci´c, Montaronie — rzekła Jaheira. — Ta ko-

palnia oznacza dla tych wszystkich ludzi ˙zycie.

— Jasne, damulko. — Montaron chrz ˛

akn ˛

ał. — Ale jest kilka rzeczy równie

drogich jak ˙zycie.

Emerson przyjrzał im si˛e uwa˙znie, oceniaj ˛

ac ich wygl ˛

ad i ubiór, zanim zdecy-

dował si˛e wpu´sci´c ich w gł ˛

ab korytarza. Górnicy zd ˛

a˙zyli ju˙z sprawdzi´c ten tunel

w ci ˛

agu ostatnich kilku godzin i Emerson raczej ju˙z nie liczył na to, ˙ze ta dziura

w ziemi, która kiedy´s utrzymywała całe Nashkel, znów b˛edzie zdatna do eksplo-
atacji.

— Jeste´s bardzo humanitarny, Montaronie — powiedział Khalid z sarkazmem.

Tylko Montaron roze´smiał si˛e na ten komentarz.

— Przecie ˙zyj ˛

a. . .

— T˛edy — odezwał si˛e Xzar, gło´sniej ni˙z kiedykolwiek. — T˛edy, tak? T˛edy.
Montaron skin ˛

ał i ruszył za Xzarem. Abdel post ˛

apił krok za nimi, ale zatrzy-

39

background image

mał go lekki dotyk Jaheiry. Abdel w sekrecie ucieszył si˛e, ˙ze go dotkn˛eła i nawet
nie drgn ˛

ał.

— Dlaczego t˛edy? — zapytała, spogl ˛

adaj ˛

ac w drugi korytarz. Stali w miejscu,

w którym tunel rozwidlał si˛e.

— A bo tak — odparł Montaron i wzruszył ramionami. — T˛edy jest równie

dobrze jak tamt˛edy.

— T˛edy — dodał Xzar. — Na pewno.
Montaron westchn ˛

ał i popatrzył na przyjaciela.

Mag szarpn ˛

ał głow ˛

a w´sciekle.

— T˛edy, Montaronie, tak?
— Równie dobrze jak t˛edy? — zapytała Jaheira z nut ˛

a sarkazmu w głosie.

— Sk ˛

ad wiecie któr˛edy i´s´c? — zapytał Khalid, gro´znie post˛epuj ˛

ac naprzód.

Abdel spojrzał na Montarona, czekaj ˛

ac na odpowied´z.

— Mój przyjaciel jest magiem — odrzekł niziołek — tak wi˛ec. . . jest wyczu-

lony na tego rodzaju rzeczy.

— Jakiego rodzaju? — zapytała Jaheira. — Truj ˛

ace ˙zelazo?

— Truj ˛

ace ˙zelazo? — zdziwił si˛e Abdel. — Co za głupota. Czy to mo˙zliwe?

— Zapytaj swego małego kumpla — zaszydził Khalid.
— Je´sli chcecie i´s´c tamt˛edy, Amnianie — odparł Montaron, z widocznym

wysiłkiem staraj ˛

ac si˛e zachowa´c uprzejmo´s´c — to pozwólcie nam i´s´c t˛edy, ale

najpierw wytłumaczcie si˛e, dlaczego chcecie i´s´c wła´snie tamt˛edy.

— Oskar˙zasz nas — stwierdziła Jaheira w´sciekle — to oskar˙z te˙z cały Amn.

Ta kopalnia zaopatruje. . . zaopatrywała w ˙zelazo tak samo Amn, jak i Wrota Bal-
dura, ale my´sl˛e, ˙ze wszyscy wiemy, kto tu kim jest, niziołku.

Montaron u´smiechn ˛

ał si˛e i pokiwał głow ˛

a.

— Acha, ju˙z kapuj˛e, malutka.
— To nie moja sprawa — odezwał si˛e Abdel — i z pewno´sci ˛

a nie ma nic

wspólnego z Gorionem, który nie był ani górnikiem, ani hutnikiem, ani kowalem.
Po co my tu w ogóle jeste´smy?

— Aby powstrzyma´c wojn˛e — odpowiedziała Jaheira, nie spuszczaj ˛

ac wzroku

z niziołka.

Montaron odwrócił si˛e i zagł˛ebił si˛e kilka kroków w mroku sztolni, tu˙z za

Xzarem.

— Udowodnij to — powiedział, a jego głos odbił si˛e gło´sno echem w roz-

widleniu korytarzy. — Dostaniesz wtedy wystarczaj ˛

ac ˛

a nagrod˛e i we Wrotach

Baldura, i w Amnie.

Xzar zamruczał co´s i nad jego głow ˛

a pojawiło si˛e małe ´zródło ˙zółtego ´swiatła,

pod ˛

a˙zaj ˛

ace wraz z nim w dół sztolni. Abdel westchn ˛

ał, patrz ˛

ac jak si˛e oddalaj ˛

a,

magiczne ´swiatło o´swietlało ich w ciemno´sci korytarza. Zaczekał, a˙z Montaron
odwrócił si˛e, by zobaczy´c, czy za nimi id ˛

a. Jaheira i Khalid nie ukrywali, ˙ze pójd ˛

a

jedynie zmuszeni sił ˛

a.

40

background image

Nie min˛eła minuta, jak Abdel ich dogonił, a wówczas Xzar nagle si˛e zatrzy-

mał. Mag pochylił si˛e, a wraz z nim obni˙zyła si˛e ´swietlista kula, zawieszona cały
czas zaledwie kilka cali nad jego głow ˛

a. Błysk odbitego ´swiatła przykuł uwag˛e

Abdela do małej srebrnej buteleczki le˙z ˛

acej na podło˙zu korytarza. Xzar chwycił

j ˛

a pomi˛edzy kciuk a palec wskazuj ˛

acy i bardzo powoli i ostro˙znie uniósł, jakby

wyci ˛

agał za ogon martw ˛

a mysz z pułapki.

— Amnia´nski wyrób — powiedział Xzar, pokazuj ˛

ac buteleczk˛e Abdelowi. —

Czy tak?

— Oto jest — zacz ˛

ał Montaron — dowód. Le˙zał na ziemi, tak ˙ze ka˙zdy głupiec

— bez obrazy, Xzar — mógł go zauwa˙zy´c. Amnia´nski wyrób, na pewno.

— Co to jest? — zapytała Jaheira szorstko.
— Amnia´nski — rzekł Xzar, wstrz ˛

asaj ˛

ac dło´nmi i podnosz ˛

ac je do góry.

— Nithrik glah — zacz ˛

ał mamrota´c mag.

Abdel chwycił dłonie maga i krzykn ˛

ał: — Nie rób tego Xzar!

Krzykn ˛

ał tak gło´sno, ˙ze Montaron i Jaheira zatkali uszy.

Mag spojrzał na Abdela z w´sciekło´sci ˛

a i zaskrzeczał: — Nie dotykaj mnie!

Montaron wyci ˛

agn ˛

ał miecz, wi˛ec Abdel pu´scił r˛ece maga i sam si˛egn ˛

ał po

swój. Zanim wydobył swe wielkie, szerokie ostrze z pochwy, zd ˛

a˙zył zauwa˙zy´c,

˙ze niziołek skierował sw ˛

a bro´n nie przeciwko niemu, lecz półelfom. Zanim Abdel

zdał sobie spraw˛e z sytuacji, cała czwórka była ju˙z uzbrojona, a Xzar wła´snie
rozpoczynał rzucanie nast˛epnego czaru.

— Amnia´nska zdrada — powiedział Montaron i splun ˛

ał. Nawet Abdel uznał,

˙ze niziołek przesadza. — Spójrz na t˛e buteleczk˛e, Abdel. Jest taka sama jak ta,

któr ˛

a kupiłe´s w Nash. . . — urwał nagle i popatrzył na Abdela.

— Jak ˛

a niby buteleczk˛e kupiłem w Nashkel? — zapytał Abdel, zaciskaj ˛

ac

palce na r˛ekoje´sci miecza.

Xzar drgn ˛

ał i podniósł r˛ece. Abdel zareagował szybko, ale mo˙ze było co´s

w tym nienaturalnym magicznym ´swietle, pochyło´sci korytarza czy martwym,
pełnym kurzu powietrzu, ˙ze okazał si˛e niewystarczaj ˛

aco szybki. Khalid zamach-

n ˛

ał si˛e mieczem i Abdel instynktownie odbił jego ostrze pałaszem i skontrował

cios. Poczuł, jak jego bro´n zatapia si˛e w piersi Amnianina i usłyszał krzyk, który
mógł nale˙ze´c równie dobrze do Khalida, jak i Jaheiry, a mo˙ze nawet obojga. Xzar
wymamrotał co´s, a Abdel usłyszał wyra´znie, jak Montaron mówi: — Nie!

Krew trysn˛eła Abdelowi na twarz i na sekund˛e przymkn ˛

ał oczy. Okazało si˛e

to dla niego szcz˛e´sliwe, bo wła´snie w tym momencie magiczne ´swiatło Xzara
rozjarzyło si˛e, a Jaheira i Montaron zakl˛eli. Abdel poczuł, ˙ze Khalid pada. Jego
pałasz wci ˛

a˙z tkwił w boku półelfa. Abdel, trzymaj ˛

ac r˛ekoje´s´c lew ˛

a r˛ek ˛

a, si˛egn ˛

praw ˛

a po sztylet, ale zanim zd ˛

a˙zył wyci ˛

agn ˛

a´c go z pochwy, co´s małego, twardego

i szybkiego podci˛eło mu nogi. Stracił na chwil˛e oddech i run ˛

ał w tył. Sztylet

wy´slizn ˛

ał mu si˛e z dłoni i usłyszał brz˛ek metalu uderzaj ˛

acego o skał˛e. Nie czekał

41

background image

a˙z umilknie echo, chwycił praw ˛

a r˛ek ˛

a za miecz i wyci ˛

agn ˛

ał go z ciała le˙z ˛

acego

Amnianina.

— Za ni ˛

a! — wrzasn ˛

ał Montaron i Abdel, mrugaj ˛

ac powiekami, by oczy´sci´c

oczy zalane krwi ˛

a, podniósł si˛e i pod ˛

a˙zył za nim.

Kiedy echo kroków niziołka i najemnika ucichło w oddali mrocznej kopalni,

Xzar schylił si˛e i podniósł ci˛e˙zki, srebrny sztylet. Przez chwil˛e podziwiał jego gra-
werowane ostrze, nie podejmuj ˛

ac po´scigu. W ko´ncu odwrócił si˛e w stron˛e wyj´scia

i schował sztylet do wielkiej skórzanej sakwy zawieszonej u pasa.

— Tak — zamruczał do siebie — tak, tak daleko, tak.

42

background image

Rozdział siódmy

´Swiatło pochodni dra˙zniło Montarona. Niziołek protestował, kiedy najemnik

zatrzymał si˛e, by j ˛

a zapali´c, ale oddalili si˛e ju˙z od mrucz ˛

acego maga na tyle, ˙ze

Abdel zaczynał traci´c widoczno´s´c w ciemno´sci.

Bior ˛

ac pod uwag˛e szybko´s´c, z jak ˛

a uciekała Jaheira, Abdel domy´slił si˛e, i˙z ma

w sobie wystarczaj ˛

aco du˙zo elfiej krwi, by móc widzie´c w ciemno´sciach. Mon-

taron nie tylko potrafił widzie´c w ciemno´sci, ale te˙z wolał j ˛

a od nawet słabego

´swiatła.

Sporo było ró˙znych sztolni odchodz ˛

acych od głównego korytarza, wi˛ecej ni˙z

ich si˛e Abdel spodziewał. Zdał sobie spraw˛e, ˙ze b˛edzie potrzebował sporo szcz˛e-

´scia, by znale´z´c wyj´scie czy Jaheir˛e. Wyprzedził Montarona i wtedy u´swiado-

mił sobie, ˙ze bez niziołka b˛edzie jeszcze gorzej. Zwolnił wi˛ec, ci˛e˙zko dysz ˛

ac

i w ko´ncu si˛e zatrzymał.

— Zapomnij. . . dzieciaku. . . — wysapał Montaron, kiedy stan ˛

ał wreszcie

przy Abdelu, opieraj ˛

ac obie dłonie o kolana. — Ona. . . uciekła.

Abdel otarł ramieniem czoło z potu i pokiwał głow ˛

a, chocia˙z nienawidził przy-

znawa´c si˛e do pora˙zki. Pochodnia rozjarzyła si˛e nagle i Abdel poczuł w powietrzu
zapach, którego wcze´sniej tu nie było. Co´s cuchn˛eło niczym mokra psia sier´s´c,
mo˙ze wilgotna skóra. . . mo˙ze pot.

— Czujesz to? — wyszeptał.
Montaron rozejrzał si˛e, potwierdził i wejrzał w mrok. Zało˙zywszy, ˙ze Abdel

ruszy za nim, niziołek zacz ˛

ał pełzn ˛

a´c w kierunku bocznej sztolni. Abdel rzeczy-

wi´scie poszedł za nim, wci ˛

a˙z trzymaj ˛

ac w prawej dłoni miecz, a w lewej pochod-

ni˛e, któr ˛

a zrobił z brudnych szmat i kawałka drewna ze stempla podpieraj ˛

acego

strop. Kiedy podeszli na skraj tunelu, Montaron wyjrzał zza rogu i natychmiast
przytrzymał Abdela, ˙zeby nie szedł dalej.

— Koboldy — wyszeptał niziołek, a od strony korytarza doleciał odgłos ka-

mienia uderzaj ˛

acego o skał˛e. Abdel uznał, ˙ze koboldy ich zauwa˙zyły, wi˛ec ruszył

naprzód.

Były tam trzy brudne, małe stworzenia. Jeden z koboldów stał na stra˙zy, ale

nie on pierwszy ujrzał Abdela wypadaj ˛

acego zza rogu. Abdela zobaczył stwór,

który stał obok wagonika z rud ˛

a. Trzeci kobold stał mu na ramionach i wlewał

43

background image

co´s do ´srodka wagonika, na skalny miał z rud ˛

a ˙zelaza. Kobold na dole zapiszczał,

niczym mały dworski piesek, a nogi mu zadr˙zały, czy to ze strachu czy z ch˛eci
ucieczki. Stra˙znik odwrócił si˛e, lecz nie w stron˛e Abdela. Ten głupiec spojrzał na
piszcz ˛

acego towarzysza, który zapiszczał jeszcze raz, gdy Abdel uci ˛

ał stra˙znikowi

głow˛e.

Kobold na spodzie nie czekał dłu˙zej i rzucił si˛e do ucieczki, a stoj ˛

acy mu na ra-

mionach wpadł głow ˛

a do wagonika. Rozległ si˛e szczekliwy jazgot i brzd˛ek tłuczo-

nej butelki, która wypadła koboldowi z r˛eki. Mały stwór, który pierwszy zauwa˙zył
Abdela, p˛edził w dół tunelu na łeb, na szyj˛e. Abdel zatrzymał si˛e tylko na chwil˛e,
by rozpłata´c gardło siedz ˛

acemu w wagoniku koboldowi ko´ncem skrwawionego

pałasza. W tym samym momencie pojawił si˛e Montaron, podnosz ˛

ac r˛ek˛e, by po-

wstrzyma´c Abdela przed po´scigiem za uciekaj ˛

acym w ciemno´s´c stworem.

— Co oni robili? — zapytał Montaron.
Abdel odpowiedział po upływie jednej czy dwóch sekund. Krew znowu ude-

rzyła mu do głowy i chciał pogna´c za uciekinierem, dorwa´c go i zabi´c.

— Nie wiem — odrzekł w ko´ncu. — Wylewali co´s na te kamienie.
Abdel machn ˛

ał r˛ek ˛

a w stron˛e wagonika i ciał dwóch martwych koboldów, ale

wci ˛

a˙z patrzył w mrok korytarza przed sob ˛

a, staraj ˛

ac si˛e usłysze´c cho´cby echo

drobnych nó˙zek.

— Paskudne bestyjki, nie, dzieciaku? — skomentował Montaron i kopn ˛

ał od-

ci˛et ˛

a głow˛e, która potoczyła si˛e po pochyło´sci sztolni w ´slad za uciekaj ˛

acym ko-

boldem. Koboldy okazały si˛e małymi, psowatymi humanoidami z wielkimi ła-
pami o długich palcach, długich, zakrzywionych, szpiczastych uszach jak u nie-
toperza i krótkich, ostrych ró˙zkach niczym u jaszczura. Ich pomarszczona skóra
wydawała si˛e w ´swietle pochodni pomara´nczowa, cho´c naprawd˛e była pewnie
br ˛

azowa. Były ubrane w brudne szmaty zakrywaj ˛

ace tors i biodra. Strasznie cuch-

n˛eły.

Montaron przysiadł obok bezgłowego ciała i koniuszkiem palca dotkn ˛

ał roz-

bitej butelki.

— Co to? — zapytał Abdel.
— Co co?
— Ta butelka — wyja´snił Abdel. — Co oni wylewali na te kamienie?
— Na rud˛e — poprawił Montaron. — To nie kamienie, ino ruda ˙zelaza. Moje

zdanie jest takie, ˙ze cokolwiek to jest, to wła´snie to daje t˛e ˙zelazn ˛

a zaraz˛e.

— Koboldy? — zapytał Abdel pełnym pow ˛

atpiewania głosem. Słyszał wiele

historii o koboldach, a nawet przypadkiem spotkał kilka z nich, kiedy zrobiły pod-
kop do piwniczki gospody „U Liama”. Ale to nie były stwory, które byłyby w sta-
nie opracowa´c jaki´s mi˛edzynarodowy spisek, zatruwaj ˛

ac rud˛e ˙zelaza i wywołuj ˛

ac

wojn˛e pomi˛edzy dwoma pot˛e˙znymi pa´nstwami na powierzchni. Koboldy, o ile
Abdel wiedział, były tchórzliwymi kanaliami ˙zyj ˛

acymi pod ziemi ˛

a, które swój

brak inteligencji nadrabiały zdecydowanym brakiem etyki.

44

background image

— Mało prawdopodobne, przyjacielu — wybuchn ˛

ał ´smiechem Montaron. —

Ale mo˙ze zostały opłacone? Opłacone przez Amnianów, ˙zeby zaszkodzi´c ludziom
z Wrót Baldura?

— Jeste´s pewien, ˙ze nie ma innego rozwi ˛

azania? — powiedział Abdel, wska-

zuj ˛

ac na gliniane skorupy po rozbitej butelce. — Buteleczka, któr ˛

a kupiłem w Na-

shkel i której nigdy ci nie pokazywałem, była srebrna i doskonałej roboty. Je´sli
wi˛ec mówisz, ˙ze jest ona wyrobem amnia´nskim, to dobrze, ale z pewno´sci ˛

a ta

tutaj nie pochodzi z tego samego miejsca.

Montaron wzruszył ramionami, ale si˛e nie odwrócił. Kiedy Abdel czekał na

odpowied´z, usłyszał w ciemno´sci korytarza szmer ˙zwiru. Dwoma wielkimi susami
skoczył w gł ˛

ab tunelu. ´Swiatło pochodni wyłowiło z mroku oczy kobolda, jego

dwie wielkie roz˙zarzone pomara´nczowo ´zrenice powi˛ekszyły si˛e z zaskoczenia
i strachu.

Rozległo si˛e krótkie szczekni˛ecie i stwór rzucił si˛e do ucieczki. Tym razem

Abdel nie wahał si˛e, tylko pomkn ˛

ał jak strzała za uciekinierem.

Biegł kieruj ˛

ac si˛e zarówno wzrokiem jak i słuchem. W miar˛e jak kobold co

chwila zmieniał kierunek, wskakuj ˛

ac do bocznych korytarzy, Abdel zaczynał czu´c

si˛e nieswojo w zdradliwym, migocz ˛

acym ´swietle pochodni. W ko´ncu udało mu si˛e

dostrzec plecy uciekaj ˛

acego stwora. Abdel zakładał, ˙ze Montaron pod ˛

a˙za za nim,

bowiem nie wyobra˙zał sobie, by mógł bez niego trafi´c z powrotem do miejsca
z wagonikiem rudy.

I nagle wokół niego zaroiło si˛e od koboldów, które wyłoniły si˛e z ciemno´sci,

wchodz ˛

ac w zasi˛eg ´swiatła pochodni ze wszystkich stron. Abdel nie był głupi,

˙zeby liczy´c, ilu wrogów ma przeciwko sobie, tylko od razu podj ˛

ał walk˛e o ˙zycie.

Praw ˛

a r˛ek ˛

a wywijał swym wielkim pałaszem, lew ˛

a z równ ˛

a skuteczno´sci ˛

a szerzył

pogrom w´sród koboldów płon ˛

ac ˛

a pochodni ˛

a. Koboldy umierały, krwawi ˛

ac lub

płon ˛

ac, co dla Abdela było bez ró˙znicy. Czasem któremu´s stworowi udało si˛e za-

drasn ˛

a´c Abdela zardzewiałym sztyletem, kamiennym toporkiem lub skradzionym

narz˛edziem górniczym czy te˙z ukłu´c prymitywn ˛

a włóczni ˛

a z ostrym kamieniem

zamiast ostrza. Abdel otrzymał mo˙ze z tuzin lekkich ran, nie zagra˙zaj ˛

acych jego

˙zyciu, i zabił tyle samo koboldów. Pozostałe przy ˙zyciu straciły cały swój rezon

i wycofały si˛e poza o´swietlony pochodni ˛

a kr ˛

ag.

Walka stanowiła jedn ˛

a wielk ˛

a kakofoni˛e pisków, szcz˛ekni˛e´c i warkni˛e´c, i cho´c

od tego hałasu dzwoniło ju˙z Abdelowi w uszach, był pewny, ˙ze głos, który przy-
niosło do niego echo z gł˛ebi korytarza, nale˙zy do Jaheiry.

Nie dosłyszał słów, lecz ton głosu był oczywisty. Jaheira wzywała pomocy.
Pochodnia ju˙z przygasała, lecz Abdel nie zwracał na to uwagi, tylko pognał

naprzód, wiedziony głosem Jaheiry, co zdawało si˛e trwa´c godzinami, a zaj˛eło zale-
dwie kilka minut. Biegn ˛

ac, słyszał czasem poruszaj ˛

ace si˛e w ciemno´sci koboldy,

wci ˛

a˙z czuł wokół smród mokrej psiej sier´sci, lecz nie zatrzymywał si˛e. Musiał

j ˛

a znale´z´c, nawet gdy u´swiadomił sobie, ˙ze mo˙ze ona wcale tego nie chciała —

45

background image

z pewno´sci ˛

a kogo´s wzywała, ale nie jego. Ka˙zda kobieta, której zabito by m˛e˙za,

czułaby tak samo. Abdel odsun ˛

ał od siebie tak˙ze t˛e my´sl, ˙ze ju˙z od dłu˙zszego

czasu nie widział Montarona.

Dotarł do sporej groty, z której promieni´scie odchodziło pi˛e´c korytarzy. Strop

wci ˛

a˙z znajdował si˛e na tyle wysoko, by mógł sta´c wyprostowany. Na ´srodku po-

mieszczenia znajdowała si˛e dziura, któr ˛

a Abdel uznał za naturalny uskok. Ziemia

nagle urywała si˛e, otwieraj ˛

ac w mroczn ˛

a czelu´s´c otworu. Abdel usłyszał teraz

wyra´znie, jak Jaheira woła: — Jest tam kto?!

Głos bez w ˛

atpienia dochodził z dziury.

Abdel skoczył do kraw˛edzi i krzykn ˛

ał: — Jaheira! — tak gło´sno, ˙ze echo

krzyku zagłuszyło tumult tuzina koboldów, które nagle rzuciły si˛e na niego z tyłu.

Stwory mierzyły jakie´s trzy stopy wzrostu, si˛egaj ˛

ac Abdelowi najwy˙zej do

pasa i z pewno´sci ˛

a były około sze´sciokrotnie od niego l˙zejsze, ale w szóstk˛e sta-

nowiły razem wystarczaj ˛

ac ˛

a sił˛e, by popchn ˛

a´c go ułamek cala w przód — akurat

tyle, by stracił równowag˛e i run ˛

ał w dół.

Spadaj ˛

ac, Abdel przeklinał sw ˛

a własn ˛

a głupot˛e. Dwa koboldy zapiszczały,

a trzeci zawył. Cała ta trójka była na tyle głupia, a mo˙ze nie na tyle szybka, by
unikn ˛

a´c wpadni˛ecia tu˙z za nim. Abdelowi w jaki´s sposób udało si˛e wyl ˛

adowa´c

na jednym z nich. Mały stwór nie był zbyt mi˛ekki i kiedy Abdel przeleciał jakie´s
siedem metrów w dół, wyra´znie poczuł sił˛e uderzenia, a tym bardziej kobold pod
nim, co potwierdził gło´sny chrz˛est p˛ekaj ˛

acych ko´sci.

Abdel nie poruszył si˛e i nie otworzył oczu. Z obu stron słyszał j˛eki umieraj ˛

a-

cych po upadku koboldów. Z góry dochodziły piski i szczekni˛ecia — prymitywny
j˛ezyk ich ˙zywych współtowarzyszy. Abdel był zły na siebie, co wcale nie poma-
gało mu odzyska´c tchu. Przez pierwsze kilka sekund od uderzenia w tward ˛

a skał˛e

podło˙za mógł jedynie wypuszcza´c powietrze z płuc. Zaczerpni˛ecie tchu wydawało
mu si˛e dawno zapomnian ˛

a sztuk ˛

a.

— Abdel!
Głos Jaheiry był teraz bli˙zej i na ten d´zwi˛ek Abdelowi udało si˛e wreszcie

wci ˛

agn ˛

a´c powietrze do płuc. Jeszcze miał kłopoty z oddychaniem, ale przynaj-

mniej czuł, ˙ze kiedy´s znów b˛edzie normalny.

W tym samym momencie uzmysłowił sobie, ˙ze w trakcie upadku zgubił po-

chodni˛e i ˙ze musiała ona ju˙z zupełnie zgasn ˛

a´c. Dysz ˛

ac ci˛e˙zko pełzał w kółko po

dnie jamy w kompletnej ciemno´sci, a˙z natrafił dłoni ˛

a na pochodni˛e. Powtórne jej

zapalenie zaj˛eło mu tyle czasu, ˙ze Jaheira przestała ju˙z go woła´c, ale on wci ˛

a˙z nie

oddychał na tyle dobrze, by móc jej odpowiedzie´c.

Kiedy pochodnia wreszcie si˛e rozpaliła, Abdel zauwa˙zył, ˙ze znajduje si˛e w po-

mieszczeniu jeszcze wi˛ekszym ni˙z to na górze, i ˙ze nie jest sam.

W tym samym momencie, w którym ujrzał m˛e˙zczyzn˛e, dotarł do niego jego

smród. Widok zatkał go na moment. M˛e˙zczyzna biegł na niego, unosz ˛

ac w górze

solidn ˛

a maczug˛e z grubego konaru drzewa. Twarz atakuj ˛

acego nie była w pełni

46

background image

ludzka, zadarte nozdrza i stercz ˛

ace kły zdradzały, ˙ze jest półorkiem.

Półork rykn ˛

ał w´sciekle i opu´scił maczug˛e. Abdel zasłonił si˛e mieczem i z ła-

two´sci ˛

a odbił uderzenie, jednocze´snie podnosz ˛

ac si˛e na nogi. Zanim półork zd ˛

a˙zył

si˛e powtórnie zamierzy´c, Abdel zd ˛

a˙zył przyj ˛

a´c obronn ˛

a postaw˛e. Uznaj ˛

ac, ˙ze pół-

ork jest zbyt wolny, by odbi´c ci˛ecie w krta´n, Abdel wzi ˛

ał du˙zy zamach i uderzył

szerokim łukiem, celuj ˛

ac w gardło. Ostrze napotkało opór. Maczuga półorka była

na tyle solidna, by wytrzyma´c uderzenie, on sam na tyle silny, by zatrzyma´c cios
i o wiele szybszy, ni˙z Abdel podejrzewał.

Abdel cofn ˛

ał si˛e ostro˙znie jeden krok w tył, a półork pi˛e´c. ´Swi´nskie oczka

półorka wyra˙zały niemy strach. Na ten widok Abdel przerwał walk˛e i zapytał:

— Kim jeste´s?
— Jestem tym, którego Tazok wysłał, by ci˛e zabił — burkn ˛

ał półork. — Spo-

tkałe´s Mulaheya.

D´zwi˛ek jego głosu sprawił, ˙ze Abdel zapragn ˛

ał go zabi´c. Był jednocze´snie

niski i ´swiergocz ˛

acy, i pełen strachu. Półork spojrzał w otwór w sklepieniu i wydał

z siebie seri˛e pisków i warkni˛e´c, brzmi ˛

acych jak szczekliwa mowa koboldów.

D´zwi˛eki te miały w sobie moc rozkazu.

Półork wydobył z siebie jeszcze jeden d´zwi˛ek, który niemal roz´smieszył Ab-

dela, lecz smród, który po chwili si˛e pojawił, wcale nie był ´smieszny.

Mulahey rozejrzał si˛e dookoła i Abdel zdał sobie spraw˛e, ˙ze półork czeka

na posiłki od koboldów. Najemnik zdecydował si˛e nie dawa´c mu szansy, cze-
kaj ˛

ac wraz z nim. Szybko i ostro rzucił si˛e na Mulaheya, który przyj ˛

ał postaw˛e

obronn ˛

a. Półork był silny, ale Abdel bystrzejszy. Przyparł go do ´sciany i brał na

zm˛eczenie. Mulahey co´s do niego mówił, ale Abdel nie słuchał. Chciał go zabi´c
i cokolwiek ten cuchn ˛

acy, gruby osiłek miał do powiedzenia, nie interesowało go.

Abdel poczuł nagle ohydny smród dochodz ˛

acy z brudnych spodni półorka. Fala

obrzydzenia dodała mu sił i chwil˛e pó´zniej Mulahey ju˙z nie ˙zył, brocz ˛

ac krwi ˛

a

z dwóch tuzinów ran.

47

background image

Rozdział ósmy

— Otwórz to! — wrzasn˛eła Jaheira. Jej głos pełen był paniki i tylu innych

konfliktowych emocji, ˙ze Abdel niemal ugi ˛

ał si˛e pod jego ci˛e˙zarem.

— Nie jestem pewien. . . — zacz ˛

ał, rozgl ˛

adaj ˛

ac si˛e za czym´s, co mogło posłu-

˙zy´c mu do otwarcia solidnych d˛ebowych drzwi. Grube drewno było obite ˙zelazem.

Przez mały, wyci˛ety w drzwiach otwór Abdel mógł zobaczy´c w ´srodku czoło Ja-
heiry. Drzwi były zamkni˛ete na ˙zelazny zamek i cho´c Abdel nie znał si˛e na tym,
to jednak ocenił na oko, ˙ze zamek jest naprawd˛e solidny. Mimo całej swej siły,
Abdel nie był stanie otworzy´c drzwi.

— Nigdy nie uda ci si˛e ich otworzy´c, sir — odezwał si˛e mi˛ekki m˛eski głos.
Abdel zatrzymał si˛e i zajrzał przez okienko w drzwiach. W celi było ciemno

i widział jedynie głow˛e Jaheiry przyci´sni˛et ˛

a do drzwi od ´srodka.

— Kto tam jeszcze jest oprócz ciebie?
— Elf — odparła, wyra´znie poirytowana jego dygresj ˛

a. — Ale nie obawiaj

si˛e, tylko otwórz te przekl˛ete drzwi!

— Mam nadziej˛e, ˙ze zostanie, by nas karmi´c i dawa´c wod˛e — rzekł sucho elf.

— Je´sli zabił naszych stra˙zników i nie uda mu si˛e otworzy´c drzwi, umrzemy tu
z pragnienia, zanim zd ˛

a˙zymy umrze´c z głodu.

— Uda mu si˛e — powiedziała Jaheira, cho´c w jej głosie zabrzmiała nutka

zw ˛

atpienia. — Abdel, znajd´z klucz. Gdzie´s musi by´c klucz do tych drzwi.

Abdel przeszukał teren, lecz znalazł jedynie kilka innych drzwi prowadz ˛

acych

do pustych cel i wielk ˛

a, drewnian ˛

a skrzyni˛e okut ˛

a ˙zelazem, zamkni˛et ˛

a na stalowy

zamek. Na podło˙zu le˙zał ostry ˙zwir, rosły małe grzyby, a gdzieniegdzie stała w ka-
łu˙zach woda.

— Nie ma klucza.
— A co z Mulaheyem? — zapytał elf.
— Z kim?
— Stra˙znikiem — wyja´sniła Jaheira. — Półork. Gdzie on jest?
— Ubiłem tego cuchn ˛

acego b˛ekarta — pochwalił si˛e Abdel. — Nie uwierzy-

liby´scie, co on zrobił, gdy. . .

— A gdzie jego ciało? — przerwała mu Jaheira. — Pewnie przy nim znaj-

dziesz klucz.

48

background image

Abdel my´slał dłu˙zsz ˛

a chwil˛e, zanim wreszcie powiedział:

— Nie jestem pewien, jak tam wróci´c. . . My´sl˛e, ˙ze go nie znajd˛e.
— Z deszczu pod rynn˛e — powiedział elf. — Oto wybawca, którego nam

sprowadziła´s, moja ty pobratymko.

— Zamknij si˛e! — krzykn˛eła Jaheira, jej głos zdradzał narastaj ˛

ac ˛

a panik˛e. —

Złodziej! Gdzie jest Montaron?

— Nie wiem — odparł Abdel, próbuj ˛

ac wyrwa´c ˙zelazne pr˛ety z okienka

w drzwiach. — Nie poszedł za mn ˛

a.

— Nie dziwne — westchn˛eła. — A czego dowiedziałe´s si˛e od Mulaheya?
— Co masz na my´sli? — zapytał, daj ˛

ac sobie spokój z wyrywaniem pr˛etów.

Zacz ˛

ał przeszukiwa´c swój ekwipunek, staraj ˛

ac si˛e znale´z´c co´s, co mogłoby mu

si˛e przyda´c do otwarcia drzwi.

— Kiedy wypytywałe´s półorka — zacz˛eła gniewnie Jaheira — to co ci powie-

dział?

— O nic nie wypytywałem tej pierdzidupy — odparł. Chciał jeszcze co´s do-

da´c, ale zamilkł na d´zwi˛ek metalu uderzaj ˛

acego o metal, dobywaj ˛

acy si˛e z kie-

szeni pasa.

— Zabiłe´s Khalida, czy˙z nie? — powiedziała zmienionym głosem, gorzkim

i ci˛e˙zkim. — Czy on nie ˙zyje?

Abdel nie miał poj˛ecia, co ma odpowiedzie´c. Starał si˛e o tym nie my´sle´c. Nie

chciał zabi´c Khalida, to był przypadek, ale wiedział, ˙ze nie ma co liczy´c na wyro-
zumiało´s´c Jaheiry. Abdel westchn ˛

ał, kiedy zdał sobie spraw˛e, ˙ze po raz pierwszy

musi rozmawia´c z ˙zon ˛

a kogo´s, kogo zabił. Wła´sciwie dopiero teraz u´swiadomił

sobie, ˙ze wszyscy jego bezimienni przeciwnicy mogli mie´c w swoim domu kogo´s,
kto. . .

— Słysz˛e, ˙ze opanowałe´s sytuacj˛e — zadrwił elf, przerywaj ˛

ac Abdelowi tok

jego my´sli.

Zignorował wi˛e´znia i wyj ˛

ał z sakiewki p˛ek kluczy, znaleziony przy ciele mar-

twego m˛e˙zczyzny na ł ˛

ace czarnych kwiatów. Nie wiedział, co kazało mu spróbo-

wa´c. I oto ´slepa desperacja spotkała ´slepe szcz˛e´scie. Trzeci klucz, który wło˙zył do
zamka, przekr˛ecił si˛e z gło´snym szcz˛ekiem i nagle drzwi uderzyły go w twarz tak
silnie, ˙ze upu´scił klucze i niemal nie stracił pochodni.

Jaheira pchn˛eła drzwi i wyskoczyła z celi na sztywnych nogach. Abdel wi-

dział, jak w ten sposób dzieci uciekały przed paj ˛

akami.

— Montaron i Xzar odeszli? — zapytała, kryj ˛

ac swój strach.

— Gdziekolwiek s ˛

a. — powiedział elf — s ˛

a roztropni. Mam na imi˛e Xan.

Elf był o jaki´s cal ni˙zszy od Jaheiry i raczej chudy. Wygl ˛

adał na wygłodzonego

i taki te˙z miał wzrok. Policzki mu si˛e zapadły, co tylko podkre´slało obco´s´c jego
wielkich, szpiczastych uszu, odstaj ˛

acych za bardzo nawet jak na pełnej krwi elfa.

Nie pachniał za ładnie, był bezbronny, brudna br ˛

azowa koszula wisiała na nim

lu´zno jak na szkielecie, podobnie bryczesy.

49

background image

Jaheira nie miała broni i te˙z wygl ˛

adała kiepsko. Na szyi i na lewym przedra-

mieniu miała si´nce, ale przynajmniej była cała i zdrowa.

— Zabierz mnie do Khalida — powiedziała, jej głos był ju˙z bardziej mi˛ekki,

mniej przera˙zony, ale jeszcze dr˙zał. — Zabierz mnie do m˛e˙za.

Abdel skin ˛

ał, chc ˛

ac co´s powiedzie´c, ale ugryzł si˛e w j˛ezyk i jedynie to pomy-

´slał. Ukl˛ekn ˛

ał przy skrzyni i wypróbował cztery klucze, zanim zamek si˛e otwo-

rzył. Jaheira rozpoznała swój ekwipunek i Abdel odst ˛

apił na bok, by mogła wzi ˛

a´c

swoje rzeczy.

— Sk ˛

ad te klucze? — zapytał Xan.

— Były przy trupie otrutego m˛e˙zczyzny, na ł ˛

ace dzikich kwiatów, obok starej

chaty — wyja´snił Abdel.

Elf sapn ˛

ał i odwrócił si˛e, a w jego spojrzeniu było co´s. . .

— Co? — zapytała Jaheira, zaci ˛

agaj ˛

ac swój pas z mieczem.

— Te klucze, które Montaron znalazł przy trupie, pasuj ˛

a do tych zamków.

— Cholera — wyszeptała. — Montaron — i gło´sniej — któr˛edy?
Abdel wskazał na chybił trafił jeden z tuneli i powiedział:
— Wydaje mi si˛e, ˙ze t˛edy.
— Gdzie padł twój towarzysz? — zapytał Xan Jaheiry.
Abdel i Jaheira starali si˛e najlepiej jak umieli opisa´c sw ˛

a drog˛e po kopalni,

a Xan słuchał i kiwał głow ˛

a, wreszcie wskazał korytarz po przeciwnej stronie

pomieszczenia ni˙z ten, który proponował Abdel.

Cho´c Jaheira była podejrzliwa, to jednak pragn˛eła wyj´s´c z kopalni i pod ˛

a˙zyła

za elfem. Abdel, zmieszany i zawstydzony, ruszył za ni ˛

a.

*

*

*

W drodze do wyj´scia nie napotkali ani jednego kobolda, cho´c czasem wyczu-

wali unosz ˛

acy si˛e w powietrzu smród mokrej psiej sier´sci. Blisko godzin˛e zaj˛eło

im dotarcie, tylko przy blasku pochodni, do miejsca, w którym le˙zał Khalid. Kiedy
Jaheira ujrzała jego ciało spoczywaj ˛

ace na zimnej skale podło˙za, wci ˛

agn˛eła gł˛e-

boko powietrze, a˙z zadzwonił jej schowany w pochwie miecz i kółka u paska.
Abdel odwrócił si˛e, Xan westchn ˛

ał i wtedy rozległ si˛e jeszcze jeden d´zwi˛ek —

spazmatyczny oddech. Abdel pocz ˛

atkowo pomy´slał, ˙ze z Jaheir ˛

a jest co´s nie tak.

— Khalid — szepn˛eła kobieta, jej głos był mieszanin ˛

a nadziei, strachu i za-

skoczenia. — Khalid?

Podbiegła do niego, upadła przy nim i Khalid si˛e poruszył. Abdelowi zaparło

dech — co rzadko zdarza si˛e takiemu jak on wojownikowi — i doł ˛

aczył do Jahe-

iry. Poczuł ukłucie rozczarowania z powodu tego, ˙ze Khalid, cho´c niewinny, ˙zyje.
Abdel nigdy nie walczył, aby rani´c, tylko zabija´c.

50

background image

Le˙z ˛

acy półelf nie mógł mówi´c, z ledwo´sci ˛

a si˛e ruszał, ale na widok Abdela

odsun ˛

ał si˛e. Najemnik odskoczył, kiedy Jaheira dotkn˛eła go w pier´s, by si˛e odsu-

n ˛

ał, i powiedziała: — Mój drogi. . .

Abdel pocz ˛

atkowo pomy´slał, ˙ze powiedziała do niego i zaczerwienił si˛e, kiedy

uzmysłowił sobie, ˙ze mówiła do Khalida.

— Musisz ˙zy´c — powiedziała. — Cokolwiek było mi˛edzy nami, chc˛e ˙zeby´s

˙zył.

— Przynajmniej. . . — spróbował odpowiedzie´c Khalid.
— On umiera — stwierdził Xan, a Abdel zapragn ˛

ał mu w tym momencie uci ˛

a´c

j˛ezyk.

— Nie — zaprzeczył najemnik. — Daj mu to — powiedział do Jaheiry, wyj-

muj ˛

ac z sakiewki srebrn ˛

a buteleczk˛e, któr ˛

a nabył u kupca w Nashkel. Kiedy jego

dło´n przypadkiem zawadziła o mniejsz ˛

a, pust ˛

a pochw˛e u pasa, zorientował si˛e, ˙ze

jego sztylet znikn ˛

ał. Serce mu załomotało, na czoło wyst ˛

apił pot.

— Trucizna? — zapytała Jaheira, ale zaraz si˛e z tego wycofała. — Przepra-

szam. Po prostu nie mo˙zesz nic poradzi´c na swoj ˛

a natur˛e.

Abdel nie wiedział, co miała na my´sli, ale wcisn ˛

ał jej w dło´n buteleczk˛e. Była

ciepła i dr˙z ˛

aca, wi˛ec mimowolnie j ˛

a pu´scił. Zacz ˛

ał rozgl ˛

ada´c si˛e po ziemi w po-

szukiwaniu sztyletu.

— Wierz˛e człowiekowi, który mi to sprzedał — powiedział jej Abdel, nie

przerywaj ˛

ac poszukiwa´n. — Zreszt ˛

a nie masz wyboru. . . Przekl˛ety Xzar.

Jaheira przytakn˛eła i spojrzała na Khalida, który stracił przytomno´s´c. Oddy-

chał, ale bardzo wolno i płytko. Palcem delikatnie otworzyła mu usta i stopniowo
wlała cał ˛

a zawarto´s´c buteleczki — g˛esty, pachn ˛

acy słodko płyn. Kilka sekund

pó´zniej oczy Amnianina otworzyły si˛e i spróbował si˛e u´smiechn ˛

a´c.

— Miód — powiedział — i kwiat drzewa pomara´nczowego.
Abdel zakl ˛

ał pod nosem, a Xan wydał gniewny pomruk. Jaheira odwróciła si˛e

i Abdel zauwa˙zył łz˛e spływaj ˛

ac ˛

a jej po policzku. Khalid zamkn ˛

ał oczy i wyszep-

tał: — Przepraszam. . . Mówiłem ci. . . — A zaraz potem zapadł w gł˛eboki sen.
Jego oddech znów był równomierny, a rana przestała krwawi´c.

— Damy rad˛e go unie´s´c? — zapytał Xan Abdela.
Najemnik wzruszył ramionami.
— My´sl˛e, ˙ze powinien teraz spa´c, ale mog˛e go ponie´s´c. Ju˙z nie krwawi.
Abdel jeszcze raz rozejrzał si˛e za swoim zagubionym sztyletem.
— Wygl ˛

ada na to, ˙ze ten szalony czarodziej ukradł mój sztylet. . . jakbym

potrzebował jeszcze jednego powodu, by go zabi´c.

— Ruszajmy — powiedziała Jaheira. — Wracajmy do Nashkel i połó˙zmy

Khalida do prawdziwego łó˙zka.

51

background image

*

*

*

— Chyba nie zamierzasz i´s´c tamt˛edy? — zapytał Xan, doskonale wiedz ˛

ac,

gdzie si˛e znajduj ˛

a.

Abdel zatrzymał si˛e, trzymaj ˛

ac Khalida przewieszonego przez rami˛e.

— Dlaczego nie?
— T˛edy wła´snie przyszli´smy — wyja´sniła Jaheira, zatrzymuj ˛

ac si˛e.

W gasn ˛

acym ´swietle wieczora skraj ł ˛

aki czarnych kwiatów wydawał si˛e jarzy´c

mi˛ekkim, szarym blaskiem. Xan wyra´znie starał si˛e trzyma´c z daleka od ł ˛

aki i ju˙z

wchodził na szersz ˛

a, cz˛e´sciej ucz˛eszczan ˛

a drog˛e do Nashkel.

— Nie wiem, jak wam to si˛e udało — rzekł Xan — ale to pewna ´smier´c

wchodzi´c na pole tych kwiatów. To kwiaty czarnego lotosu, ´smiertelnie truj ˛

ace,

zasadzone tu przez Zhentarimów.

Abdel odwrócił si˛e do elfa, po czym post ˛

apił krok naprzód. Xan otworzył

szeroko oczy i cofn ˛

ał si˛e dalej.

— Zhentarimowie? — zapytał najemnik.
— Montaron — przypomniała sobie Jaheira. — Jak mogłam by´c tak ´slepa?

Tylko Zhentarimowie mog ˛

a by´c odpowiedzialni za to ´swi´nstwo.

Abdel spojrzał na ni ˛

a zdziwiony.

— Je´sli twój zaginiony przyjaciel jest Zhentarimem — powiedział Xan — to

mo˙ze mie´c co´s na. . .

— Piwo szcz˛e´scia — dodała Jaheira.
Abdelowi zachciało si˛e splun ˛

a´c. Zapragn ˛

ał zabi´c niziołka. Zapragn ˛

ał przywa-

li´c komu´s w twarz, ale nie było nikogo do bicia.

— Nie pracuj˛e z Zhentarimami — powiedział przez zaci´sni˛ete z˛eby, u´swiada-

miaj ˛

ac sobie jednocze´snie, ˙ze przez ostatnie półtora tygodnia wła´snie to robił.

— Zasadzili te kwiaty, aby odci ˛

a´c drog˛e do kopalni — wyja´snił Xan. — Pró-

bowali pobiera´c myto od przechodz ˛

acych przez ł ˛

ak˛e, ale po niedługim czasie sze-

fowie kopalni zdecydowali si˛e wynaj ˛

a´c. . . dru˙zyn˛e poszukiwaczy przygód, jak

s ˛

adz˛e, ˙ze tak si˛e kazali nazywa´c. . . aby przegna´c Zhentarimów. Nie było ju˙z pro-

blemów z mytem, ale nikt nie potrafił pozby´c si˛e tych cholernych kwiatów.

— Montaron. . . — wyszeptała Jaheira.
— Zamierzam go zabi´c — powiedział Abdel, nie patrz ˛

ac na Jaheir˛e. — Ten

niziołek umrze i nie b˛edzie to ładny widok.

Abdel popatrzył na Jaheir˛e, kiedy usłyszał, ˙ze zacz˛eła co´s bełkota´c, jakby po-

mieszały jej si˛e sylaby w słowach. Wzniesione do góry r˛ece trzymała przed sob ˛

a

na wysoko´sci twarzy, ko´nce palców obu r ˛

ak stykały si˛e ze sob ˛

a, oczy miała przy-

mkni˛ete. Abdel pomy´slał, ˙ze rozpoznaje jedno ze słów, imi˛e, które wcze´sniej by´c
mo˙ze słyszał. Jaheira wyci ˛

agn˛eła r˛ece na boki i otworzyła oczy.

— Musimy jak najszybciej zabra´c Khalida z powrotem do Nashkel — powie-

52

background image

działa, zach˛ecaj ˛

ac Abdela i Xana, by si˛e zbli˙zyli. — Chod´zcie za mn ˛

a, lecz nie

dalej ni˙z dwa kroki ode mnie, to kwiaty wam nie zaszkodz ˛

a.

— Khalid oddycha w porz ˛

adku — powiedział Abdel. — To b˛edzie długa

droga, ale wol˛e nie´s´c go dłu˙zej ni˙z le´z´c przez truj ˛

ace. . .

— Słu˙zysz. . . ? — zapytał Xan, ignoruj ˛

ac Abdela.

— Mielikki — odpowiedziała. I to było wła´snie to imi˛e, które Abdel rozpo-

znał w jej dziwnej pie´sni. Mielikki była jak ˛

a´s bogini ˛

a natury i nie interesowała

Abdela. . . przynajmniej do teraz.

Xan pokiwał głow ˛

a i zbli˙zył si˛e do półelfki. Jaheira popatrzyła na Abdela

i przymkn˛eła oczy, jakby zamierzała mu co´s powiedzie´c. Abdel odwrócił i stan ˛

obok Xana.

— Za pół miesi ˛

aca dowiem si˛e, ˙ze jeste´s druidk ˛

a. Czy masz mi co´s jeszcze do

powiedzenia?

Nie spodziewał si˛e odpowiedzi i nie otrzymał jej przez cał ˛

a drog˛e, kiedy tak

szli przez ł ˛

ak˛e truj ˛

acych kwiatów, chronieni magi ˛

a Jaheiry.

53

background image

Rozdział dziewi ˛

aty

Montaron wzdrygn ˛

ał si˛e, kiedy na twarz spadła mu kropla krwi. Za chwil˛e

druga i trzecia, po której uzmysłowił sobie, ˙ze b˛ed ˛

a nast˛epne, wi˛ec uspokoił si˛e.

Dziewczyna była nadzwyczaj silna i chocia˙z Montaron wytrzymał jej u´scisk, to
nie był w stanie si˛e z niego wyzwoli´c.

— Xzar — zawołał niziołek, patrz ˛

ac w gór˛e z przera˙zeniem i niesmakiem.

Mag wisiał do góry nogami, zawieszony na ła´ncuchu uczepionym do wyso-

kiego sufitu, nikn ˛

acego w ciemno´sci pieczary. ´Swiatło, które dawało pół tuzina

wysokich, stoj ˛

acych na ziemi kandelabrów, było przy´cmione, migocz ˛

ace i nie-

pewne, ale Montaron mógł wyra´znie zobaczy´c wytatuowan ˛

a twarz Xzara. Martwe

oczy maga były wytrzeszczone, a z jego ust spadały krople krwi wprost na twarz
Montarona. Nie miał jednego ucha, a jego ramiona i jedna noga wisiały na innych
ła´ncuchach w odległym rogu jaskini. Na stoj ˛

acym w pobli˙zu stoliku znajdował

si˛e szklany słój, którego zawarto´s´c niemal przyprawiła Montarona o wymioty.
Z p˛epka maga wystawał du˙zy stalowy hak. Drugiej jego nogi nigdzie nie było.

— Gratulacje za dobrze wykonane zadanie, mój mały przyjacielu.
— Sarevok — powiedział Montaron głosem pełnym histerii. — Dzi˛e–dzi˛eki

ci, och, panie.

Sarevok miał na sobie czarn ˛

a, metalow ˛

a zbroj˛e zdobion ˛

a srebrem, pełn ˛

a

ostrych, niepotrzebnych, cho´c wzbudzaj ˛

acych strach kolców. M˛e˙zczyzna był nie-

przeci˛etnie wielki, a jego oczy l´sniły nienaturaln ˛

a ˙zółci ˛

a. Jego głos wywoływał

u Montarona ciarki i niziołek z ledwo´sci ˛

a powstrzymywał si˛e przed zsikaniem si˛e

w spodnie.

— To była ironia — odpowiedział Sarevok, a Tamoko kopniakiem podci˛eła

niziołkowi nogi. Rozległ si˛e gło´sny trzask i piskliwy wrzask. Montaron run ˛

ał na

ziemi˛e, u´swiadamiaj ˛

ac sobie, ˙ze to on sam wrzeszczał.

— Zrobiłem, o co´s prosił — wykrzyczał Montaron, b˛ed ˛

ac na tyle głupi, by

my´sle´c, ˙ze dzi˛eki temu zapewni sobie odrobin˛e lito´sci.

Nie usłyszał ani nie zobaczył, jak Sarevok zbli˙za si˛e do niego, po prostu nagle

wyrósł nad nim w całej swej okazało´sci. Trzymał sztylet, który Montaron roz-
poznał — szerokie, srebrne, grawerowane ostrze, którym Abdel u´smiercił pijaka
w gospodzie „Pod pomocn ˛

a dłoni ˛

a”.

54

background image

— On miał klucze — zapłakał Montaron. — On miał klucze. . . Wysłałem go

w kierunku. . . Mul–Mulaheya. On tam poszedł, pan. . .

Ko´ncówka słowa przeszła w gło´sny, ostatni charkot Montarona na tym planie

egzystencji. Sarevok przejechał mu po gardle sztyletem Abdela, a nast˛epnie wy-
ci ˛

agn ˛

ał palec, aby dla zabawy zakrzywi´c strumie´n krwi tryskaj ˛

acej z przeci˛etej

t˛etnicy.

*

*

*

— Ktokolwiek wypowie t˛e nazw˛e, ten zawsze ma odmienne zdanie na temat

tego, czego oni wła´sciwie chc ˛

a — powiedział Xan w trakcie powrotnego marszu

do Nashkel. Elf wygl ˛

adał na zm˛eczonego, nogi zaczynały mu si˛e ju˙z pl ˛

ata´c.

Abdel równie˙z ci˛e˙zko dyszał, niósł przecie˙z ´spi ˛

acego Khalida.

— Powinni´smy odpocz ˛

a´c — oznajmiła Jaheira.

Abdel i Xan nie potrzebowali dalszej zach˛ety. Najemnik oparł nieprzytom-

nego półelfa o pie´n drzewa rosn ˛

acego przy drodze i sam uwalił si˛e obok. Jak ˛

a-

kolwiek ochron ˛

a otoczyła ich Mielikki za spraw ˛

a modlitwy Jaheiry, udało im si˛e

przej´s´c przez ł ˛

ak˛e truj ˛

acych czarnych kwiatów bez szwanku. Xan usiadł ci˛e˙zko

w g˛estej, brunatnej trawie u brzegu ´scie˙zki. Jaheira ukl˛ekła przy m˛e˙zu i delikatnie
pogładziła go po twarzy. Nie wygl ˛

adała na zmartwion ˛

a, raczej jakby zawstydzon ˛

a.

Zauwa˙zyła, ˙ze Abdel jej si˛e przygl ˛

ada i zaraz zwróciła si˛e do Xana.

— ˙

Zelazny. . . ? — zapytała.

— Tron — doko´nczył elf. — ˙

Zelazny Tron.

— Wi˛ec oni s ˛

a odr˛ebn ˛

a grup ˛

a Zhentarimów — doszła do wniosku Jaheira —

próbuj ˛

ac ˛

a przej ˛

a´c kontrol˛e nad kopalniami rudy, podobnie jak wcze´sniej przez

truj ˛

ace kwiaty.

Xan wzruszył ramionami.
— Mo˙ze. Ja jednak nie kładłbym tego na karb tych b˛ekartów. Jest w tym

co´s. . . dziwnego. Przej˛ecie kontroli nad kopalniami to jedno, niszczenie ˙zelaza
tak, ˙ze kruszy si˛e, rdzewieje w przeci ˛

agu dnia, staje si˛e mi˛eksze ni˙z glina. . . No

i jest jeszcze amnia´nski problem.

— Wojna. Wojna z Wrotami Baldura.
— Co Zhentarimowie by z tego mieli? — zapytał Xan.
— Wojna przynosi wiele korzy´sci — zaoponował Abdel. — Ja na przykład

z tego ˙zyj˛e. . .

Urwał raptownie, gdy Xan drgn ˛

ał i spojrzał w lewo. Abdel był na tyle bystry,

by nie pyta´c, co si˛e dzieje, tylko wyci ˛

agn ˛

ał swój miecz i zacz ˛

ał nasłuchiwa´c. Sły-

cha´c było ´cwierkanie ptaka, bzyczenie pszczoły lub du˙zej muchy i szelest li´sci na
wietrze. Wysokie krzaki zasłaniały Abdelowi widok na południow ˛

a stron˛e dró˙zki,

55

background image

a tam wła´snie spogl ˛

adał elf.

Xan wstał powoli i wyszeptał:
— Kto´s nas ´sledzi.
Xan wskazał głow ˛

a kierunek, lecz cho´c Abdel wyt˛e˙zył słuch, nadal niczego

podejrzanego nie słyszał. Elf cicho przeszedł dwa kroki i przykl˛ekn ˛

ał obok Kha-

lida i Jaheiry. Abdel usłyszał szept i zobaczył, jak usta elfa układaj ˛

a si˛e w słowo

„miecz”, a Jaheira wr˛ecza mu bro´n m˛e˙za. Xan przeszedł ponad ciałem ´spi ˛

acego

Khalida i zacz ˛

ał wspina´c si˛e na drzewo.

Wtedy wła´snie Abdel usłyszał co´s w krzakach, cho´c równie dobrze mógłby

to by´c ptak lub jakie´s zwierz˛e. Xan dotarł do pierwszych konarów i wspinał si˛e
wy˙zej. Abdel widział, jak mi˛e´snie nóg elfa dr˙z ˛

a z wysiłku i wyczerpania. Z pew-

no´sci ˛

a przysłu˙zył mu si˛e w tym pobyt w celi Mulaheya.

Abdel zerwał si˛e na nogi i ´scisn ˛

ał obur ˛

acz r˛ekoje´s´c pałasza, gdy usłyszał sze-

lest gał˛ezi. Jaheirze zaparło dech, gdy zobaczyła, ˙ze to elf spada z drzewa.

Xan nie spadł na ziemi˛e. Jaka´s posta´c wyskoczyła z krzaków i chwyciła go jak

niemowlaka, by´c mo˙ze ratuj ˛

ac mu ˙zycie. Wybawca elfa roztaczał wokół siebie

silny smród zgnilizny. Jaheira zasłoniła usta, otwarte w panicznym zdumieniu.
Dr˙zała na całym ciele.

Abdel chrz ˛

akn ˛

ał i odwrócił si˛e. Xan powiedział co´s po elficku i zeskoczył

z ramion wybawcy na ziemi˛e. Odszedł na bok i zwymiotował.

— Dobrze — odezwał si˛e ponury, wibruj ˛

acy głos — miło mi pozna´c. . . spo-

tka´c was.

— Odejd´z ode mnie, dziwaku — ostrzegł gniewnie Xan i odskoczył w tył,

wyci ˛

agaj ˛

ac miecz Khalida.

Człowiek — je´sli w ogóle mo˙zna go było tak nazwa´c — który ocalił Xana,

był niski, kr˛epy i ubrany w szmaty. Skóra na twarzy tej istoty była popielato biała
z czarnymi plamkami. Na głowie miała tylko kłaki szarych włosów. Gł˛eboko osa-
dzone oczy ´swieciły blado˙zółtymi ´zrenicami otoczonymi siateczk ˛

a cieniutkich,

czerwonych ˙zyłek. Powieki były spuchni˛ete i s ˛

aczyła si˛e z nich czarna, ska˙zona

krew.

— Bogowie — zdumiał si˛e Abdel, zasłaniaj ˛

ac si˛e mieczem. — To gorsze ni˙z

ten półork.

— Korak — przedstawił si˛e stwór. — Jestem Korak. Wygl ˛

adam inaczej?

— Korak? — zapytał Abdel z niedowierzaniem, potrz ˛

asaj ˛

ac przecz ˛

aco głow ˛

a.

Ale znał tego. . . człowieka. — Na wszystkich bogów, byłem na twoim pogrzebie.

— Ale pó´zniej ju˙z nie — odparła kreatura, szczerz ˛

ac w u´smiechu poczerniałe

z˛eby i odsłaniaj ˛

ac przy tym dzi ˛

asła pełne pełzaj ˛

acych po nich larw.

Xan cofn ˛

ał si˛e dalej, a nogi zadr˙zały mu jeszcze bardziej.

— Zostaw nas — powiedział. — Odejd´z albo ci˛e zabijemy.
Xan spojrzał na Abdela, szukaj ˛

ac w nim poparcia, lecz zmieszany najemnik

jedynie wzruszył ramionami.

56

background image

— Przył ˛

acz˛e si˛e do was — oznajmił Korak. — Pójd˛e z wami.

— Nie. . . — zacz˛eła Jaheira, lecz znów zrobiło jej si˛e niedobrze. Wyra´znie

chciałaby si˛e cofn ˛

a´c, ale zdecydowała si˛e nie zostawia´c m˛e˙za.

— Nie s ˛

adz˛e, Korak — doko´nczył za ni ˛

a Abdel. — Nie jeste´s zbyt. . . —

urwał, nie potrafi ˛

ac znale´z´c wła´sciwego słowa, aby dyplomatycznie zako´nczy´c

rozmow˛e.

— Pomog˛e ci — naciskał Korak. Post ˛

apił krok w przód. — Jak wtedy, kiedy

byli´smy dzie´cmi.

Xan wzdrygn ˛

ał si˛e, wyprostował i wyci ˛

agn ˛

ał miecz przed siebie.

— Ani kroku bli˙zej, ghulu!
— Ghul? — zdziwił si˛e Abdel.
— Znasz to to?
— Przyja´znili´smy si˛e dawno temu — odparł Abdel — w Candlekeep, kiedy

byli´smy dzie´cmi. On umarł trzy lata temu.

— Ghule nie. . . — zacz˛eła Jaheira, ale urwała nagle na widok nieludzkiego,

długiego, w ˛

askiego, ostro zako´nczonego j˛ezyka Koraka. Istota chlasn˛eła j˛ezorem

niczym w ˛

a˙z, zlizuj ˛

ac rop˛e spod oka.

— Bogowie — wyszeptała kobieta.
Abdelowi zrobiło si˛e ˙zal Koraka, a uczucie to było silniejsze ni˙z obrzydzenie

maluj ˛

ace si˛e na twarzy Xana czy strach widoczny w oczach Jaheiry.

— Id´z ju˙z, Korak — poprosił najemnik. — Wracaj w krzaki.
— Pomog˛e ci — nalegał Korak, ale ju˙z si˛e nie zbli˙zał. — Pomog˛e ci w dro-

dze. . . niebezpiecznej drodze.

— Abdel! — zawołał Xan. — Pomó˙z mi to zabi´c!
— Nie, nie — odparł Abdel. — Korak pójdzie swoj ˛

a drog ˛

a. Czy nie tak, Ko-

rak?

— Pomog˛e. . .
Abdel nagle ruszył naprzód, a˙z ghul przewrócił si˛e na plecy, po czym wpełzł

w wysokie krzaki.

— Zosta´n tam, Korak — krzykn ˛

ał Abdel. — Nie mo˙zesz z nami i´s´c tam, dok ˛

ad

zmierzamy.

— Zabijemy ci˛e, je´sli za nami pójdziesz — dodał Xan głosem dr˙z ˛

acym ze

strachu i wyczerpania.

Ghul wycofał si˛e, ale niezbyt daleko.

57

background image

Rozdział dziesi ˛

aty

M˛e˙zczyzna był zbyt niski, by udało mu si˛e trafi´c Abdela z byka w czoło, wi˛ec

uderzył w podbródek. Miał twardy łeb i sił˛e w karku, wi˛ec cios zabolał.

Abdel zakl ˛

ał i przywalił murarzowi w szcz˛ek˛e. Rozległ si˛e trzask i m˛e˙zczyzna

run ˛

ał znokautowany na ziemi˛e. Abdel zakl ˛

ał, uchylaj ˛

ac si˛e przed ci´sni˛etym wła-

´snie przez kogo´s w jego głow˛e stołkiem. Dał krok naprzód, nadeptuj ˛

ac na brzuch

le˙z ˛

acemu murarzowi i chwycił m˛e˙zczyzn˛e, który w niego rzucił. Mały, dziecinnie

wygl ˛

adaj ˛

acy chłop my´slał, ˙ze uda mu si˛e wyrwa´c, był tego taki pewien, ˙ze na-

wet si˛e u´smiechał. Abdel przytrzymał go lew ˛

a r˛ek ˛

a za koszul˛e, a praw ˛

a uderzył

w gardło. Chłop zacharczał i zwalił si˛e na podłog˛e.

— Zła´z ze mnie! — zawył murarz. Chciał powiedzie´c co´s jeszcze, ale Abdel

kopn ˛

ał go w głow˛e i m˛e˙zczyzna zamilkł.

— Abdel! — krzykn˛eła Jaheira ostrzegawczo i najemnik uchylił si˛e przed

nast˛epnym stołkiem.

Abdel spojrzał na ni ˛

a i zobaczył, jak z całej siły uderza kolanem w krocze

jednego z osiłków. M˛e˙zczyzna zawył i osun ˛

ał si˛e skulony w dół. Na ten widok

Abdel zacz ˛

ał si˛e ´smia´c, lecz zaraz przestał, gdy kolejny stołek roztrzaskał mu si˛e

na potylicy.

— Jeszcze jedno krzesło — rykn ˛

ał Abdel, odwracaj ˛

ac si˛e do stoj ˛

acego za nim

m˛e˙zczyzny. Był to najmłodszy spo´sród bandziorów i zarazem najwy˙zszy, cho´c
i tak mniejszy od Abdela. W jego oczach nie było strachu, co tylko rozdra˙zniło
Abdela.

Chłopak spróbował go uderzy´c, lecz Abdel zd ˛

a˙zył chwyci´c jego pi˛e´s´c. Młody

blondyn zapiszczał niczym dziewica, kiedy Abdel zmia˙zd˙zył mu ko´sci dłoni.

— Jeszcze jedno krzesło mnie trafi, a potocz ˛

a si˛e uci˛ete głowy!

Ostatnie słowo wykrzyczał, a˙z zadr˙zało szkło stoj ˛

ace na półkach za barem.

Strach, którego oczekiwał Abdel, wreszcie pojawił si˛e wyra´znie w oczach mło-
dzie´nca.

— Nie zabijaj go, Abdel — krzykn˛eła Jaheira. — Nie chcemy przecie˙z, by

kto´s to wykorzystał przeciw nam.

Młodzieniec zapłakał i powiedział:
— Wynaj ˛

ał na–najemników. . . najemników dla ˙

Zelaznego Tronu.

58

background image

— Tazok? — zapytał Abdel. Wrócili do Nashkel tylko z jedn ˛

a informacj ˛

a:

imieniem. Kiedy przybyli do gospody, zaraz po poło˙zeniu do łó˙zka Khalida i wy-
czerpanego Xana, natkn˛eli si˛e na bandziorów.

— T–Tazok — załkał młodzieniec. Abdel wci ˛

a˙z trzymał w u´scisku jego dło´n

i chłopak zapiszczał, słysz ˛

ac kolejn ˛

a seri˛e chrupni˛e´c. — Wynaj ˛

ał te˙z innych —

orków i bogowie wiedz ˛

a kogo jeszcze. On nie dba o to, kto. . . kto pra–pracuje dla

niego.

— Gdzie go znajdziemy? — zapytała Jaheira, przest˛epuj ˛

ac ponad kul ˛

acym si˛e

z bólu m˛e˙zczyzn ˛

a, którego przed chwil ˛

a pozbawiła m˛esko´sci.

— Beregost — wyj˛eczał chłopak. — Tazok. . . a–a–a. . . jest ogrem. . . pracuje

w okolicach Beregostu. . .

*

*

*

— Przekl˛ete zhenta´nskie ´swinie — wymruczał Abdel. — Nienawidz˛e tych

potrójnie przekl˛etych b˛ekartów. . .

— Dlaczego to robi ˛

a? — przerwał mu Khalid.

Abdel spojrzał na niego pusto.
— ˙

Zeby manipulowa´c lud´zmi — powiedział. — Dra˙znili mnie cz˛esto, zabili

jedynego ojca, którego znałem. . .

Abdel przerwał i uderzył pi˛e´sci ˛

a w cienk ˛

a gipsow ˛

a ´scian˛e pokoju Khalida i Ja-

heiry, przebijaj ˛

ac j ˛

a na wylot. Usłyszał, jak kto´s z s ˛

asiedniego pokoju zawołał: —

hej! Nie odpowiedział, tylko wyci ˛

agn ˛

ał r˛ek˛e z dziury i popatrzył na pozostałych.

Cała trójka wygl ˛

adała tak, jakby byli gotowi pój´s´c za nim w ogie´n albo zabi´c

wszystkich, którzy stan ˛

a im na drodze. Odwrócił si˛e i usłyszał, jak Khalid prze-

łyka nerwowo ´slin˛e.

— Ten ˙

Zelazny Tron niew ˛

atpliwie jest jakim´s odłamem Zhentarimów stara-

j ˛

acym si˛e przerwa´c ˙zelazny szlak i wywoła´c wojn˛e pomi˛edzy Amnem i Wrotami

Baldura. Bardziej mnie zastanawia pytanie „dlaczego”, ni˙z znalezienie sposobu
na powstrzymanie wojny — wyja´snił nerwowo półelf.

— Dlatego wła´snie zostali´smy wysłani. . . — zacz˛eła Jaheira, lecz przerwała

pod ostrzegawczym spojrzeniem Khalida. Abdel zignorował to, lecz Xan nie po-
pu´scił.

— Wysłani gdzie? — zapytał elf. — Przez kogo?
Xan wygl ˛

adał ju˙z lepiej. Kolory wróciły mu na twarz, cho´c wci ˛

a˙z jeszcze

poruszał si˛e wolno, z trudem, a gdy chodził, czasem trzeszczały mu stawy. Spał
długo, ale wygl ˛

adało, ˙ze jeszcze potrzebuje snu. Khalid wygl ˛

adał odrobin˛e lepiej.

Magiczny napój i długi odpoczynek wyra´znie przywróciły mu siły. Abdel patrzył
na niego i starał si˛e wymy´sli´c sposób, jak go przeprosi´c za to, ˙ze nieomal go nie

59

background image

zabił.

— Mój ojciec wiedział co´s, czy˙z nie? — zapytał Abdel Jaheir˛e. — Spotykał

si˛e z wami. . .

— Tak, co´s wiedział — odpowiedziała Jaheira. — Ale my nie wiemy co. Znał

kogo´s. . . lub co´s. . . kto. . . co mogło. . . pomóc nam.

Kłamała. Abdel doskonale potrafił rozpoznawa´c kłamstwo. Tych dwoje miało

jak ˛

a´s własn ˛

a tajemnic˛e, tak jak Montaron i Xzar.

— Dla kogo pracujecie? — powtórzył pytanie Xan. Khalid i Jaheira unikali

odpowiedzi na tyle zr˛ecznie, ˙ze w ko´ncu elf dał im spokój.

— Wszyscy powinni´smy si˛e porz ˛

adnie wyspa´c tej nocy — powiedziała Jahe-

ira, wpatruj ˛

ac si˛e w Xana. — Jutro wyruszamy do Beregostu. Je´sli Tazok tam jest,

powinni´smy z nim porozmawia´c.

*

*

*

Gospoda w Nashkel była stara i zat˛echła, ale wystarczaj ˛

aco wygodna dla Ab-

dela, który spał ju˙z w gorszych warunkach. Nie mógł przypomnie´c sobie jej na-
zwy — „Krwawa Kura” albo „Krwawa Pasza”. „Krwawa co´s–tam”. W´sród wielu
wygód, których tu brakowało, były dobrze naoliwione zawiasy. To zaniedbanie
Abdel wła´snie docenił, jako ˙ze długi skrzypi ˛

acy odgłos otwieranych drzwi był na

tyle nieprzyjemny, by go obudzi´c. Kto´s wszedł noc ˛

a do jego pokoju.

Nie otworzył oczu ani si˛e nie poruszył. Nie oczekiwał ˙zadnych nocnych go´sci

i chciał, ˙zeby ten kto´s si˛e do niego zbli˙zył. Abdel nasłuchiwał. Liczył kroki i mie-
rzył dystans, jaki dzielił od niego intruza. Miał nadziej˛e, ˙ze to Montaron. Chciał,

˙zeby to ten mały Zhent przyszedł tu, aby go zabi´c czy okra´s´c. Chciał znów zoba-

czy´c tego małego b˛ekarta.

Jego pałasz był pod łó˙zkiem. Mógł po niego si˛egn ˛

a´c, ale wtedy stałoby si˛e

oczywiste, ˙ze si˛ega po bro´n, a poza tym zaj˛ełoby to troch˛e czasu. Je´sli to był
Montaron, Abdel nie w ˛

atpił, ˙ze ten cwany złodziej zd ˛

a˙zy go zasztyletowa´c, zanim

on wyci ˛

agnie miecz. Abdel spał tylko w koszuli, kolczuga le˙zała pod łó˙zkiem

obok miecza. A sztylet z łatwo´sci ˛

a przebije bawełn˛e.

Abdel nie zaciskał jeszcze pi˛e´sci, aby nie zdradzi´c si˛e przed intruzem, ˙ze ju˙z

nie ´spi. Jeszcze dwa kroki, wyliczył Abdel. Liczył je: jeden. . . dwa — i był gotów.
Błyskawicznie przekr˛ecił si˛e i zsun ˛

ał z łó˙zka na nogi, jednocze´snie wyci ˛

agn ˛

lew ˛

a r˛ek˛e, chwycił za mi˛ekki, lu´zny materiał i zamachn ˛

ał si˛e praw ˛

a. Nie uderzył

z całej siły. Starał si˛e post˛epowa´c zgodnie ze wskazówkami Jaheiry. Po tym, jak
zabił Mulaheya, nauczyła go czego´s, co nazywała „przesłuchaniem”, a co było
metod ˛

a na zadawanie pyta´n wrogom przed ich u´smierceniem.

Cios napotkał ciało, które okazało si˛e zaskakuj ˛

aco mi˛ekkie. Nie poczuł drapi ˛

a-

60

background image

cego zarostu i zdał sobie spraw˛e, ˙ze uderzył kobiet˛e. Odpr˛e˙zył si˛e nieco, kobieta
szarpn˛eła w tył, ale jej nie pu´scił. Poznał ju˙z kobiety, które mogły go zabi´c rów-
nie łatwo jak m˛e˙zczyzna. Oczy przystosowały mu si˛e do mroku i wreszcie mógł
dojrze´c w ciemno´sci zarys twarzy intruza. Jej szcz˛eka była silna, twarz szeroka,
a nos. . . To była Jaheira.

— Abdel — wyszeptała chłodno. — Pu´s´c.
— Jaheira? — upewnił si˛e, tak˙ze szeptem, cho´c zrobił to pod´swiadomie.
Pu´scił j ˛

a, a jego dłonie nagle stały si˛e wilgotne od potu. Tkanina była je-

dwabna, mi˛ekka i droga. Przeszedł pokój na dr˙z ˛

acych nogach i zapalił stoj ˛

ac ˛

a

na stoliku w rogu pokoju zardzewiał ˛

a lamp˛e, stanowi ˛

ac ˛

a jedyny element wypo-

sa˙zenia pokoju poza łó˙zkiem. Pokój zalało ˙zółte ´swiatło i teraz zobaczył Jaheir˛e
wyra´znie, jak stała przy drzwiach, odwrócona do niego plecami. Podniosła dło´n
do twarzy i powoli odwróciła si˛e, nie patrz ˛

ac mu w oczy. Abdel zauwa˙zył, ˙ze

z nosa cieknie jej krew.

— Jaheira — powiedział jeszcze raz, zaskoczony delikatnym zmieszaniem

usłyszanym we własnym głosie. Przełkn ˛

ał ´slin˛e i poczuł si˛e absurdalnie.

— W porz ˛

adku — wyszeptała. — W porz ˛

adku.

— Co tutaj robisz?
Spojrzała mu w oczy tak, jakby my´slała, ˙ze powinien zna´c odpowied´z na to

pytanie.

— Khalid i ja. . . — zacz˛eła i nagle odwróciła si˛e do drzwi. — Przepraszam.

Id´z spa´c — wymamrotała.

Obserwował, jak jej ciało porusza si˛e pod jedwabn ˛

a koszul ˛

a nocn ˛

a i ten wi-

dok sprawił, ˙ze go zatkało. Wymkn˛eła si˛e przez drzwi, a on pozwolił jej odej´s´c.
Zdmuchn ˛

ał lamp˛e i wrócił do łó˙zka, ale tej nocy ju˙z nie zasn ˛

ał.

61

background image

Rozdział jedenasty

Poranek nad umieraj ˛

acym z wolna miasteczkiem Nashkel był d˙zd˙zysty i szary.

W gospodzie panował nawet mniejszy ruch ni˙z godzin˛e po ´swicie. Go´scie pła-
cili swoje rachunki, wyprowadzali konie ze stajni i wychodzili na niepospolicie
zatłoczony Nabrze˙zny Trakt. Mila za mil ˛

a ci ˛

agn˛eły si˛e zamieszkane przez ludzi

tereny, od skalistych, nieprzyst˛epnych klifów Wybrze˙za Mieczy na wschodzie,
po Chmurne Szczyty na zachodzie. Ka˙zdy, kto nie był na tyle odporny, by pozo-
sta´c w Nashkel, miał tylko jedn ˛

a alternatyw˛e. Niektórzy kierowali si˛e do Amn,

licz ˛

ac na to, ˙ze znajd ˛

a tam co´s dla siebie, zanim wyrusz ˛

a dalej na południe do

Tethyru i Calimshanu. Inni, podobnie jak Abdel i jego towarzysze, ci ˛

agn˛eli na

północ, mijaj ˛

ac po drodze Twierdz˛e Cragmyr, do Beregostu. Abel s ˛

adził, ˙ze wi˛ek-

szo´s´c uchod´zców b˛edzie dalej kontynuowa´c podró˙z na północ, do Wrót Baldura,
a mo˙ze nawet do Waterdeep.

Abdel, zm˛eczony marszem, próbował zdoby´c konie, jeszcze zanim pozostali

si˛e obudzili, ale bez powodzenia. Owszem, były konie na sprzeda˙z, ale odk ˛

ad

rozpocz ˛

ał si˛e ten spowodowany ˙zelazn ˛

a zaraz ˛

a exodus, ceny skoczyły do góry

i za dobrego wierzchowca musiałby zapłaci´c dziesi˛e´c razy wi˛ecej ni˙z cała ich
czwórka mogła prawdopodobnie uzbiera´c. Abdel nie miał niczego na zbyciu, cho´c
zastanawiał si˛e nad sprzeda˙z ˛

a kwasu, dla którego jak dot ˛

ad nie znalazł ˙zadnego

zastosowania. Xan był bez grosza przy duszy, nie miał nawet miecza, a Abdel nie
miał poj˛ecia, jakimi funduszami dysponuj ˛

a półelfy, cho´c nie przypuszczał, ˙zeby

mieli a˙z tyle.

Wrócił do gospody piechot ˛

a, ju˙z zm˛eczony i wyczerpany przyszł ˛

a drog ˛

a, która

teraz wydawała mu si˛e bez sensu. Najpierw zobaczył Xana, który wci ˛

a˙z kulał, ale

ju˙z nadawał si˛e do marszu.

Abdel odwzajemnił ciepły u´smiech swemu nowemu przyjacielowi i zapytał:
— A pozostali?
— Tu — odezwał si˛e zza jego pleców Khalid.
Xan odchylił si˛e, by ich zobaczy´c, gdy˙z olbrzymia posta´c Abdela zasłaniała

mu widok, a jego twarz skrzywiła si˛e w wyrazie dezaprobaty. Abdel odwrócił si˛e
i ujrzał półelfy ubrane w swoje ´swietnie dopasowane zbroje. Pi˛ekn ˛

a twarz kobiety

szpecił fioletowy siniak, a jej i tak niemały nos był wyra´znie spuchni˛ety. Musiała

62

background image

obmy´c twarz, ale mimo to w jednej z dziurek nosa było wida´c zaschni˛et ˛

a krew.

Xan westchn ˛

ał i powiedział do Abdela:

— Nie b˛ed˛e podró˙zował z m˛e˙zczyzn ˛

a, który bije swoj ˛

a kobiet˛e.

Abdel zawstydził si˛e i zaczerwienił, zastanawiaj ˛

ac si˛e, sk ˛

ad Xan si˛e o tym

dowiedział.

— Xan, nie — odezwała si˛e Jaheira, a w jej głosie dało si˛e słysze´c zmieszanie,

takie samo jak to, które odczuwał Abdel. — To nie to, o czym my´slisz. . .

— To jest wła´snie to — powiedział Xan i przeniósł swe ci˛e˙zkie spojrzenie na

Khalida — o czym my´sl˛e. Czy˙z nie tak, bracie?

Abdel potrz ˛

asn ˛

ał głow ˛

a i uniósł r˛ek˛e do góry. Słyszał ju˙z, jak elfy nazywały

si˛e „bra´cmi”, po czym zawsze nast˛epowała walka. . . zawsze.

Jednak Khalid u´smiechn ˛

ał si˛e.

— Spokojnie, przyjacielu, pomyliłe´s si˛e.
Xan wypr˛e˙zył si˛e i odparł:
— Nie wyjad˛e z tym amnia´nskim pół–bratem.
— A to niby czemu w ogóle miałby´s z nami jecha´c? — odci ˛

ał mu si˛e Khalid.

— Wystarczy — rzekła Jaheira. — Xan, Khalid nie uderzył mnie. Nigdy tego

nie zrobił i nawet by si˛e nie o´smielił. . . — Oboje wymienili mi˛edzy sob ˛

a porozu-

miewawcze spojrzenia. — Mój nos, jak cała reszta mojego ciała. . . to mój własny
interes.

Xan wysłuchał jej słów i przyj ˛

ał z nich tylko tyle, ile był w stanie zrozumie´c.

— Jak chcesz — zgodził si˛e z ni ˛

a. — Powinni´smy jecha´c.

— Jak na razie — poprawił go Abdel — tylko maszerowa´c.
— Do Beregostu? — zdziwił si˛e elf. — Jeste´s szalony? To zajmie cały tydzie´n!
— Mo˙ze nie cały — powiedział Khalid. — Ale mo˙ze kupimy. . .
— Nic z tego — uci ˛

ał Abdel. — B˛edziemy i´s´c pieszo. Spojrzał na Jaheir˛e

i skin ˛

ał jej głow ˛

a, maj ˛

ac nadziej˛e przekaza´c jej tym gestem: „dzie´n dobry” oraz

„przepraszam” i jeszcze „dlaczego przyszła´s do mojego pokoju w ´srodku nocy?”
— wszystko naraz. Po spojrzeniu, które mu oddała, zorientował si˛e, ˙ze mu si˛e
udało.

— Wi˛ec wyruszamy — powiedziała i wyszli na Nabrze˙zny Trakt, kieruj ˛

ac si˛e

na północ.

— A wła´sciwie dlaczego idziesz z nami? — powtórzył pytanie Khalida Abdel,

kiedy razem z Xanem zostali kilka kroków w tyle za par ˛

a półelfów. Abdel chciał

wypełni´c czym´s nieprzyjemn ˛

a chwil˛e, podczas której Khalid i Jaheira zacz˛eli co´s

do siebie gor ˛

aco szepta´c.

— Ten Tazok — odpowiedział elf — ten ogr. . . czy kimkolwiek on jest, wi˛eził

mnie w jaskini, zamkni˛etego jak bydło rze´zne, zmuszaj ˛

ac do niewolniczej pracy

na rzecz ˙

Zelaznego Tronu. Dlaczego wi˛ec nie miałbym i´s´c z wami, by pomóc

wam go zabi´c?

— Ja nie mówiłem, ˙ze zamierzamy go zabi´c.

63

background image

Xan roze´smiał si˛e.
— Jak sobie ˙zyczysz, mój przyjacielu, ale. . .
— Nie mów mi, ˙ze dbasz! — krzykn˛eła nagle Jaheira na Khalida i pobiegła

do przodu. Khalid zatrzymał si˛e, pozwalaj ˛

ac jej oddali´c si˛e. Półelf nie odwró-

cił si˛e do nich, ale zobaczyli, ˙ze kark mu poczerwieniał. Jaheira wyprzedziła go
o kilkana´scie kroków, a on nie przyspieszył, by j ˛

a dogoni´c.

— Ech — zamruczał cicho Xan, ˙ze tylko Abdel go usłyszał. — Co´s mi si˛e

wydaje, ˙ze b˛edzie to o wiele dłu˙zsza podró˙z ni˙z my´slałem.

*

*

*

— Beregost — oznajmił Abdel dziewi˛e´c dni pó´zniej, kiedy wchodzili do za-

kurzonego, zatłoczonego miasteczka o złej reputacji. — Co za dziura.

— W rzeczy samej — przyznał mu Xan. — A dokładniej dziura, w której

mo˙zna znale´z´c ogra najmuj ˛

acego koboldy do sabotowania kopalni rudy ˙zelaza.

Abdel odwzajemnił u´smiech.
— Dwa dni, Xan, nie dłu˙zej.
— Rozumiem, Abdel — odparł Xan. — Tyle wła´snie powinno wystarczy´c mi

na zdobycie złota, za które kupi˛e dobry miecz, mo˙ze troch˛e dłu˙zej, aby znale´z´c
miecz warty tego złota. . . ludzkie miecze, s ˛

adz˛e. . .

— I tyle zajmie nam odnalezienie Tazoka — wtr ˛

aciła si˛e Jaheira. Wygl ˛

adała

na smutn ˛

a, mo˙ze nawet przera˙zon ˛

a, ˙ze Abdel zamierza ich opu´sci´c, ale nie próbo-

wała go powstrzyma´c.

— Nie zabijajcie go — powiedział do niej Abdel, po czym spojrzał na dwóch

m˛e˙zczyzn — dopóki nie wróc˛e.

*

*

*

Szerokie ostrze pałasza wysun˛eło si˛e z zawieszonej na plecach Abdela po-

chwy z metalicznym brz˛ekiem, który echo poniosło wskro´s płaskich równin na
północ od Lwiego Traktu. Przybył na grób Goriona, by w ko´ncu zabra´c jego ciało
do Candlekeep, gdzie by´c mo˙ze za łask ˛

a Oghmy jego ojciec znów zacznie od-

dycha´c lub przynajmniej znajdzie godne miejsce wiecznego spoczynku. To, co
tam zastał, przyprawiło go o mdło´sci i o gniew. Mo˙ze gniew był tu niewła´sciwym
słowem. Czuł nienawi´s´c i to nienawi´s´c z˙zeraj ˛

ac ˛

a go do cna.

Spodziewał si˛e, ˙ze nie zobaczy ju˙z ´swi˛etego symbolu Goriona — nawet prze-

klinał si˛e za własn ˛

a głupot˛e i pochopno´s´c, ˙ze go tam zostawił. Zamiast tego ujrzał

grób nie tyle sprofanowany, ile całkowicie rozgrzebany. Ciało Goriona znikn˛eło.

64

background image

Została tylko krew i strz˛epki wn˛etrzno´sci, tkanki i ´sci˛egna. . . a czy tam na dole
nie le˙zał przypadkiem kawałek stawu, tu˙z obok nogi jednego z ghuli?

Abdel całkowicie stracił panowanie nad sob ˛

a i poddał si˛e, jak zdarzało mu

si˛e to ju˙z wiele razy, w´sciekłej, morderczej furii. Ka˙zdy inny człowiek na po-
wierzchni Torilu przynajmniej by si˛e zawahał, zanim skoczyłby do jamy rozkopa-
nego grobu, w którym siedziały dwa cuchn ˛

ace zgnilizn ˛

a od rozkładu, ˙zywi ˛

ace si˛e

ludzkim mi˛esem ghule. Abdel nie tylko si˛e nie zawahał, ale skacz ˛

ac w dół jeszcze

rozw´scieczył na słab ˛

a sił˛e grawitacji, ˙ze spada tak wolno.

Jeden z ghuli wydał z siebie piskliwy wrzask na widok tego ´smiertelnie zdeter-

minowanego młodego człowieka, mierz ˛

acego blisko siedem stóp wzrostu, o na-

brzmiałych muskułach, praktycznie lec ˛

acego wprost na nich ze swym wielkim

pałaszem wiruj ˛

acym mu nad głow ˛

a w zabójczym ta´ncu.

Jeden z ghuli stracił r˛ek˛e. Koziołkuj ˛

ac poszybowała wysoko w gór˛e, a gdy

spadała, została jeszcze raz przypadkiem przeci˛eta na pół kolejnym machni˛eciem
miecza. Najemnik nieludzko zawył z w´sciekło´sci i natarł na wycofuj ˛

acego si˛e

raptownie ghula. Ostrze rozpłatało pier´s o˙zywie´nca, który zaj˛eczał i chybił swo-
imi skrwawionymi pazurami. Abdel poczuł wo´n gnij ˛

acego ciała ojca w oddechu

ghula i jego krzyk przerodził si˛e w ryk. Ghul równie˙z krzykn ˛

ał, ale b˛ed ˛

ac na

granicy przera˙zenia, nie dorównał Abdelowi. Stworowi udało si˛e w ko´ncu trafi´c
Adela w lew ˛

a r˛ek˛e, która od siły ciosu odskoczyła w bok, prawa jednak wci ˛

a˙z

trzymała miecz. Ghul chwycił Abdela za lewy nadgarstek z szybko´sci ˛

a zrodzon ˛

a

ze ´smiertelnego strachu. Nie chciał umiera´c po raz drugi.

Abdel przekr˛ecił miecz w dłoni i cofn ˛

ał r˛ek˛e w tył. Był zbyt blisko i wiedział

o tym. Ghul przyci ˛

agn ˛

ał jego lew ˛

a dło´n do ust i mocno ugryzł. Abdel poczuł

ból i chłód ugryzienia, po czym zaryczał raz jeszcze. Pchn ˛

ał mieczem mocno

i szybko na wprost, zagł˛ebiaj ˛

ac ostrze w brzuchu ghula. Z rozprutego brzucha

wypadło jedno oko Goriona, razem z mi˛esem i wn˛etrzno´sciami, i Abdel zawył
z nienawi´sci do ghuli i zarazem przera˙zenia na widok szcz ˛

atków zmarłego ojca.

Ghul upadł bez ruchu, z twarz ˛

a pogodn ˛

a i błagaj ˛

ac ˛

a o lito´s´c, której nie otrzyma,

niezale˙znie od tego, do jakiego piekła z powrotem trafi.

Mi˛e´snie Abdela zacz˛eły niespodziewanie t˛e˙ze´c i cho´c wyj´scie z grobu zaj˛eło

mu tylko kilka sekund, dla niego wydawało si˛e to trwa´c godzinami. Drugi ghul
uciekł i kiedy Abdel wyjrzał przez kraw˛ed´z grobu, zobaczył tylko jego oddalaj ˛

ace

si˛e plecy. O˙zywieniec uciekał na północ, z dala od drogi, w kierunku drzew, które
si˛egały a˙z po grób Goriona, niczym macki odległej Kniei Otulisko.

Abdel pod ˛

a˙zył za nim, ale ka˙zdy nast˛epny krok był coraz ci˛e˙zszy. Dwukrotnie

ju˙z si˛e przewrócił, ale wci ˛

a˙z parł naprzód na chwiejnych nogach, ile tylko miał

sił. Wci ˛

a˙z za´slepiała go furia, nie pozwalaj ˛

aca doj´s´c do ´swiadomo´sci informacji

o ogarniaj ˛

acym ciało parali˙zu. Szedł za uciekaj ˛

acym ghulem, a ka˙zdy krok spra-

wiał ból. Wreszcie potkn ˛

ał si˛e i upadł twarz ˛

a w g˛est ˛

a, mokr ˛

a traw˛e. W uchu sły-

szał bzyczenie muchy albo pszczoły, st˛ekn ˛

ał z wysiłku, próbuj ˛

ac wyci ˛

agn ˛

a´c spod

65

background image

siebie r˛ek˛e. Skaleczył si˛e nieznacznie o własny miecz, próbuj ˛

ac wsta´c, a ból po-

działał na niego niczym kubeł zimnej wody, budz ˛

ac w nim resztki energii. Wstał

powoli i podj ˛

ał po´scig.

Przeszedł mo˙ze ze sze´s´c kroków nim znów run ˛

ał na ziemi˛e. Tym razem musiał

si˛e zatrzyma´c i zastanowi´c. W ogóle nie mógł si˛e rusza´c.

Wydawało mu si˛e, ˙ze le˙zy tak cał ˛

a wieczno´s´c, pragn ˛

ac tylko wsta´c i ruszy´c

za tym ohydnym, cuchn ˛

acym stworem, który popełnił to nieopisane ´swi˛etokradz-

two. Ta straszliwa kreatura zjadła ciało Goriona. Gorion — człowiek, który wiódł
klasztorny ˙zywot w słu˙zbie Torma, w klasztorze Candlekeep i który przygarn ˛

osierocone dziecko tylko dlatego, i˙z uwa˙zał, ˙ze b˛edzie to dla niego dobre — stał
si˛e teraz po˙zywieniem dla bezproduktywnych padlino˙zerców, dwóch przedstawi-
cieli podłego gatunku pijawek, które powinny zosta´c spalone, zgładzone z po-
wierzchni Torilu.

Abdel był teraz sparali˙zowanym kł˛ebkiem ´swi˛etego oburzenia. Zawył tak gło-

´sno, ˙ze przestraszył ptaki w promieniu trzech mil. Dziecko w Candlekeep zacz˛eło

płaka´c, a jego rodzice nie wiedzieli dlaczego. Wieloryb przepływaj ˛

acy obok ska-

listego klifu Wybrze˙za Mieczy usłyszał krzyk i odpowiedział mu swoim, ucisza-
j ˛

ac na chwil˛e społeczno´s´c sahuaginów. Jaki´s bóg spojrzał w dół i Abdel wstał,

wskrzeszaj ˛

ac w sobie cał ˛

a sił˛e woli.

Wrzask — słabszy, ale bardziej przera´zliwy — doleciał z rosn ˛

acej kilkana´scie

metrów przed nim g˛estej k˛epy drzew, na tyle du˙zej, by nazwa´c j ˛

a laskiem. Wy-

ci ˛

agaj ˛

ac ci˛e˙zkie nogi, jakby obute w ołów, Abdel pod ˛

a˙zył za cichn ˛

acym głosem

w stron˛e drzew. W lasku było ciemno i musiał zamruga´c oczami, by przyzwyczai´c
je do mroku, ale podobnie jak nogi, reagowały wolno. Trzymał miecz mocno, ale
nie mógł si˛e odpr˛e˙zy´c. W ˛

atpił, czy b˛edzie mógł walczy´c, ale zdolny był zabi´c i to

uczucie dodawało mu siły.

Potkn ˛

ał si˛e o co´s mokrego, ci˛e˙zkiego i tak cuchn ˛

acego, ˙ze zacz ˛

ał wymiotowa´c,

zanim jeszcze upadł na ziemi˛e. Przekr˛ecił si˛e na bok, co zaj˛eło mu tyle czasu,

˙ze posiłek, który jadł tego ranka, zapaskudził mu twarz. Zakrztusił si˛e z gniewu

i obrzydzenia, ale nie na siebie. Potkn ˛

ał si˛e o ghula i doznał silnego rozczarowa-

nia. Stwór nie ˙zył.

— Mówiłem im — usłyszał nad sob ˛

a znajomy, nieludzki głos. — Mówiłem

im, ˙zeby jego nie jedli. . . nie jego.

— Korak — wykrztusił raczej Abdel ni˙z wypowiedział imi˛e ghula. Spróbował

si˛e podnie´s´c, a kiedy zacz ˛

ał ociera´c twarz z wymiocin, doszedł go smród ghula,

wi˛ec zaprzestał.

— Korak, tak, to ja — potwierdził ghul. Siedział na drzewie tu˙z ponad nim,

wi˛ec Abdel uniósł miecz, spodziewaj ˛

ac si˛e, ˙ze zaraz si˛e na niego rzuci.

— B˛ekart — wydyszał Abdel. — Ty b˛ekarcie. . .
— Nie ja — zaprzeczył ghul z oburzeniem. — To nie ja! Ja wiedziałem! Wie-

działem, ˙ze nie mo˙zna go je´s´c. Powiedziałem im, ˙zeby go nie jedli. Zabiłem jed-

66

background image

nego dla ciebie.

— Co? — wymruczał Abdel. — Kto zabił. . . ?
Przyło˙zył r˛ek˛e do czoła i zachwiał si˛e. Chciałby upa´s´c i zasn ˛

a´c — upa´s´c

i umrze´c, ale wiedział, ˙ze musi usta´c. Jak zwykle, jak ka˙zdego dnia swego ˙zycia,
musiał dokona´c zemsty. Musiał wyrówna´c rachunki. Musiał zabi´c. Był zm˛eczony.

— Zabiłem tego, który jadł mojego starego nauczyciela, twojego ojca, chocia˙z

nie pami˛etam jego imienia. . . twojego ojca.

Abdel potrz ˛

asn ˛

ał głow ˛

a i odszedł na bok.

— Zrobiłem to — powtórzył Korak.
— Wiem, wiem.
— I´s´c z tob ˛

a? — wybełkotał Korak. — Idziesz do Kniei Otulisko. Znam

Kniej˛e Otulisko.

— Wcale nie id˛e do ˙zadnej kniei.
— Znam Kniej˛e Otulisko. Zaprowadz˛e ci˛e. Pójd˛e z tob ˛

a.

— Nie — rzekł Abdel. — Nie, ghulu. Zabij˛e ci˛e, je´sli za mn ˛

a pójdziesz. Masz

szcz˛e´scie, ˙ze teraz ci˛e nie zabiłem, nawet je´sli to ty załatwiłe´s tego zgnilca. Powi-
nienem zabi´c ka˙zdego z was. Taki ju˙z jestem.

— Po prostu si˛e od˙zywiamy — spróbował wyja´sni´c Korak. — Tylko to ro-

bimy. Tak jak wy jecie krowy i ´swinie. My te˙z musimy je´s´c.

Abdelowi zachciało si˛e ´smia´c i zarazem płaka´c, ale si˛e powstrzymał.
Korak siedział jeszcze przez chwil˛e na drzewie i patrzył, jak Abdel odcho-

dzi. Wielki najemnik nie odwrócił si˛e ju˙z, wi˛ec Korak poczuł si˛e bezpiecznie,
przeszedł na drug ˛

a stron˛e drzewa i wyci ˛

agn ˛

ał schowan ˛

a tam r˛ek˛e. Wgryzł si˛e

w rozkładaj ˛

ace si˛e ciało, którego smak wywołał na jego twarzy u´smiech.

— Po prostu jemy — wymamrotał, kiedy Abdel znikn ˛

ał z pola widzenia.

U´smiech poszerzył mu si˛e z kolejnym k˛esem zepsutego mi˛esa r˛eki Goriona.

67

background image

Rozdział dwunasty

Fakt, i˙z Tazok wci ˛

a˙z si˛e trzymał, bawił Sarevoka bez ko´nca. Uwi˛eziony w skó-

rzanych pasach ogr sapał gniewnie i podskakiwał, usiłuj ˛

ac nawet uchyla´c si˛e przed

opadaj ˛

acymi na´n ostrzami. Zabijanie ogra zaj˛eło Sarevokowi dobrych kilka go-

dzin, ale za to Tazok czuł ka˙zde d´zgni˛ecie i ci˛ecie. Szcz˛ek˛e miał połaman ˛

a i roz-

wart ˛

a szeroko za pomoc ˛

a wstawionej mi˛edzy z˛eby p˛ekatej, metalowej „gruchy”,

nie pozwalaj ˛

acej mu mówi´c. Sarevok nie dbał o to, co Tazok miał do powiedzenia.

Wcale nie przesłuchiwał ogra, tylko z zimn ˛

a krwi ˛

a popełniał morderstwo, czyste

morderstwo dla chwały ojca i dla ˙

Zelaznego Tronu.

— Bardzo dobrze — powiedział Sarevok, przenosz ˛

ac wzrok z ofiary na ta-

kiego samego ogra — Tazok w ka˙zdym calu, tyle ˙ze bez krwawi ˛

acych ci˛e´c i bro-

cz ˛

acych ran, stał przy stole.

Drugi Tazok u´smiechn ˛

ał si˛e i zacz ˛

ał si˛e rozmywa´c. Sarevok nie czuł potrzeby

zamkni˛ecia oczu, jak czyniła to cz˛esto wi˛ekszo´s´c ludzi widz ˛

acych przemian˛e so-

bowtórniaka. Wrócił do pracy, czyli powolnego u´smiercania prawdziwego Ta-
zoka. Spojrzał jeszcze raz na stwora dopiero wówczas, gdy powrócił on do swej
własnej dziwacznej postaci. Sobowtórniak był szary, miał gładkie ciało i wielkie,
szerokie oczy. Sarevok nie pami˛etał jego imienia, cho´c rozpoznał go po malutkiej
bli´znie na czole, przypominaj ˛

ac sobie, ˙ze ten kiedy´s ju˙z dla niego słu˙zył. Pozo-

stałe sobowtórniaki, stoj ˛

ace dot ˛

ad w zacienionym k ˛

acie sali tortur podeszły bli˙zej

w obszar ciepłego, pomara´nczowego ´swiatła ˙zarz ˛

acych si˛e w kominku w˛egli. Sa-

revok błysn ˛

ał ˙zółci ˛

a swych oczu w zadowoleniu i u´smiechn ˛

ał si˛e do swej tajnej

armii.

— Dobrze to zrobiłe´s — powiedział syn Bhaala. — Beregost si˛e zmieni. Na

razie nie potrzebuj˛e a˙z tylu z was. Otrzymacie nowe zadania, wszyscy, nowe. . .
wszystkich zatrudni˛e, tym razem bli˙zej domu. A teraz id´zcie, zabawcie si˛e w mie-

´scie tej nocy, a potem wró´ccie rankiem po wasze. . .

Sarevok przerwał i spojrzał w dół. Tazok otworzył szeroko oczy i wydał z sie-

bie ostatnie tchnienie. Z rozwartych „gruch ˛

a” ust pociekła mu krew.

Sarevok u´smiechn ˛

ał si˛e i kontynuował dalej: — . . . rozkazy. Przy drzwiach

b˛edzie czekała wasza nagroda.

Sobowtórniaki ukłoniły si˛e uni˙zenie i wyszły. Niektóre z nich zacz˛eły si˛e

68

background image

transformowa´c ju˙z w trakcie wychodzenia. Tej nocy b˛ed ˛

a piły rami˛e w rami˛e ze

zwykłymi mieszka´ncami miasta. Ta my´sl rozbawiła Sarevoka, cho´c nie tak bar-
dzo, jak widok martwego ogra.

Sobowtórniak, który miał zaj ˛

a´c miejsce Tazoka, odwrócił si˛e, chc ˛

ac wyj´s´c za

pozostałymi, ale Sarevok zatrzymał go podnosz ˛

ac r˛ek˛e.

— Ty nie.
Sobowtórniak stan ˛

ał, ukłonił si˛e, lecz nic nie powiedział.

— Wrócisz do Beregostu w postaci, której dzi´s si˛e nauczyłe´s.
Sobowtórniak znów si˛e ukłonił, a jego skóra zacz˛eła porasta´c włosami. To nie

były prawdziwe włosy, lecz gra ´swiatła na jego magicznie zmieniaj ˛

acej si˛e for-

mie. Sarevok za´smiał si˛e krótko na ten groteskowy widok. Kiedy przemiana si˛e
dokonała, przy stole stał niski, lecz solidnie zbudowany człowiek. Był przystojny
na swój prymitywny sposób. Blizny przecinały jego twarz, miał na sobie ubiór
charakterystyczny dla najemników Wybrze˙za Mieczy — utwardzana skóra ze
stalowymi płytkami. M˛e˙zczyzna u´smiechn ˛

ał si˛e, odsłaniaj ˛

ac krzywe, ˙zółte z˛eby,

a w jego ciemnopiwnych oczach pojawił si˛e zło´sliwy błysk. Głow˛e porastała mu
ruda szczecina.

— Doskonale — westchn ˛

ał Sarevok w zachwycie. — Tamoko.

Sobowtórniak odskoczył, kiedy z cienia wyłoniła si˛e szczupła kobieta. Stała

tam cały czas, obserwuj ˛

ac plecy Sarevoka i coraz bardziej zobrzydzona widokiem

tortur, jakim poddawany był ogr. ˙

Zaden z sobowtórniaków jej nie widział. Sarevok

zauwa˙zył, ˙ze ten, który przyj ˛

ał teraz posta´c kr˛epego najemnika, zwrócił na ni ˛

a

uwag˛e.

Tamoko skłoniła si˛e nisko, nie patrz ˛

ac ani na sobowtórniaka, ani na martwego

ogra.

— Przyprowad´z Tranziga z celi — polecił jej Sarevok. — Zobaczy swojego

sobowtóra, zanim go zabij˛e.

*

*

*

— Je´sli to koniec, to koniec — odezwał si˛e Khalid — ale nie dam z siebie

robi´c rogacza, kiedy. . .

— Przesta´n, Khalid — przerwała mu Jaheira. — Nie ma nic. . . Abdel. . .
— Oszcz˛ed´z sobie trudu, Jaheira, twoje uczucia s ˛

a oczywiste dla nas wszyst-

kich.

Jaheira błysn˛eła gniewnie oczami w słabym ´swietle niemal pustej tawerny.

Byli w Berego´scie ju˙z trzy dni, nie dowiedzieli si˛e prawie niczego na temat ˙

Zela-

znego Tronu, ale oboje mieli okazj˛e na przemy´slenia.

— Ja nie. . . — zacz˛eła i nagle urwała, bo zdała sobie spraw˛e, ˙ze nie wie, jak

69

background image

zako´nczy´c to zdanie.

— Kochasz go?
— A kochałe´s Charess˛e? — zrewan˙zowała si˛e. Khalid westchn ˛

ał, przymkn ˛

oczy i potrz ˛

asn ˛

ał głow ˛

a.

— To było dawno temu.
— Khalid, to było trzy miesi ˛

ace temu — zaprzeczyła — i jeszcze wcze´sniej.

— Lubi˛e. . . — teraz Khalid nie wiedział, jak ma zako´nczy´c.
— Ona jest Harfiarzem, Khalid — powiedziała Jaheira, cho´c on z pewno´sci ˛

a

ju˙z o tym wiedział. — Nie mo˙zesz nawet przypomnie´c sobie tych twoich. . . two-
ich. . .

— Zalotów? — podpowiedział jej, u´smiechaj ˛

ac si˛e z mieszanin ˛

a humoru i po-

czucia winy.

Jaheirze wcale nie było do ´smiechu i nie zamierzała ust˛epowa´c.
— Pracowali´smy z ni ˛

a.

— Wcale si˛e z tego powodu nie szczyc˛e, moja ˙zono. . .
— Nie nazywaj mnie tak.
— Przecie˙z to prawda, czy˙z nie? Przynajmniej do teraz?
— Do teraz, mo˙ze.
Khalid spowa˙zniał, uniósł si˛e i pochylił si˛e nad stołem, by spojrze´c jej w oczy.
— Abdel jest odmie´ncem, Jaheiro — powiedział cicho. — Jest synem Pana

Mordu.

— Wiem o tym — wyszeptała, przenosz ˛

ac spojrzenie na cynowy kieliszek

z winem, stoj ˛

acy przed ni ˛

a na stole. Zapragn˛eła si˛e napi´c, ale r˛ece jej dr˙zały i nie

chciała, aby Khalid to zauwa˙zył. Jej m ˛

a˙z usiadł z powrotem, a jego spojrzenie

nieco zel˙zało.

— Czy mog˛e obwinia´c Harfiarzy?
Jaheira potrz ˛

asn˛eła głow ˛

a.

— Byli´smy szcz˛e´sliwi, zanim do nich przystali´smy.
— Byli´smy szcz˛e´sliwi, dopóki pozostawałe´s mi wierny — odrzekła Jaheira

i popatrzyła mu w oczy.

— No dobrze — powiedział Khalid tonem oznajmiaj ˛

acym koniec dyskusji.

— Mo˙ze. . . — wyszeptała Jaheira, a Khalid znowu si˛e do niej przysun ˛

ał, aby

słysze´c, co mówi. — Mo˙ze to Harfiarze. Wykorzystujemy Abdela, wiesz o tym?
Jak mog˛e nie mie´c dla niego współczucia?

— To nie współczucie ci ˛

agnie ci˛e do niego, Jaheiro — oskar˙zył j ˛

a Khalid.

— Nie, pewnie nie — zgodziła si˛e z nim — ale czy˙z jeste´smy lepsi od Zhen-

tarimów, manipuluj ˛

ac tym prostym człowiekiem w celu. . . bogowie tylko wiedz ˛

a

w jakim?

— Wszyscy mamy swoje przeznaczenie — rzekł Khalid, wzruszaj ˛

ac ramio-

nami. — Przeznaczenie Abdela jest bardziej. . . zagmatwane ni˙z wi˛ekszo´sci.

Jaheira wy´smiała go.

70

background image

— On nawet o tym nie wie.
— Czy to by mu w czym´s pomogło, gdyby wiedział?
— Ale ma do tego prawo, czy˙z nie? — zapytała, naprawd˛e chc ˛

ac pozna´c jego

odpowied´z.

— Tak — rzekł Khalid — i nie zarazem. Powtórz˛e jeszcze raz: co by mu to

dało? Czy to pomogło któremukolwiek z dzieci Bhaala? — Nic nie wiem na temat
innych, ale Abdel ma w sobie dobro. Mo˙ze za spraw ˛

a swej matki — kimkolwiek

była, a mo˙ze Goriona. . . z pewno´sci ˛

a Goriona. Jest w nim. . . konflikt. Zabija-

nie przychodzi mu z łatwo´sci ˛

a, tak. . . ten człowiek w gospodzie „Pod pomocn ˛

a

dłoni ˛

a”. . . ale te˙z jest ufny. W przeciwnym razie nie mogliby´smy nim manipulo-

wa´c. . .

Urwała, by załka´c, ale szybko wzi˛eła si˛e w gar´s´c. Poci ˛

agn˛eła nosem i spojrzała

w dal.

— Powinni´smy mie´c dzieci — powiedział Khalid. — Ty i ja. To by wiele

zmieniło. Byłaby´s dobr ˛

a matk ˛

a. Była´s dobra dla. . . Abdela.

*

*

*

Xan potarł obolałe przedrami˛e. Pozwolił pokona´c si˛e orkowi na r˛ek˛e, co było

równie bolesne, jak i owocne. Wła´snie zamierzał postawi´c mu kolejk˛e, kiedy pa-
skudny stwór, nazywaj ˛

acy siebie Forikiem, sam zacz ˛

ał mówi´c.

— Tazok to ´smie´c — wychrz ˛

akał Forik — wci ˛

a˙z wisi mi siedemna´scie mie-

dziaków.

— Naprawd˛e? — powiedział Xan — wi˛ec pomo˙zesz mi go znale´z´c?
Ork sapn ˛

ał.

— Gdybym ino wiedział, gdzie on jest, sam bym odebrał mój dług, elfie.
— On prowadzi zaci ˛

ag ludzi i humano. . . orków i innych. . . wojowników.

Musi mie´c co´s w rodzaju. . .

— Nieee, nieee — przerwał ork. — Tazoka od dawna tu nie było. Wynaj ˛

go´scia, jest w „Czerwonym Li´sciu”.

— Gospoda? — zapytał Xan.
— Co ty se my´slisz? — wychrypiał ork. Wielki humanoid obejrzał Xana od

góry do dołu. — Nienawidz˛e elfów.

Xan uniósł brwi: — Co?
— Nienawidz˛e elfów — powtórzył Forik, po czym u´smiechn ˛

ał si˛e i dodał —

ale ty jeste´s w porz ˛

asiu.

— Wi˛ec Tazok jest w „Czerwonym Li´sciu”?
— Nieee — zaprzeczył ork. — Wynaj ˛

ał go´scia w Berego´scie. . . Nazywa si˛e

Tranzing albo Tazing czy jako´s tak. Ten Tanzazing jest w „Czerwonym Li´sciu”. . .

71

background image

Pracuje dla Tazoka.

— B˛edziesz próbował odzyska´c swoje pieni ˛

adze od tego. . . Tranzinga?

Ork spojrzał gdzie´s w bok i potrz ˛

asn ˛

ał ramionami, staraj ˛

ac si˛e nie wygl ˛

ada´c

na przestraszonego.

— To nie on mi je wisi.

*

*

*

— Jak długo b˛edziemy tylko siedzie´c na tyłkach — krzykn ˛

ał pot˛e˙zny stary

górnik do z wolna gromadz ˛

acego si˛e tłumu na ´srodku rynku w Berego´scie —

i pozwala´c Amnowi robi´c z nami, co zechce? Jak długo b˛edziemy tylko patrze´c,
jak nasi bracia trac ˛

a prac˛e, nasze kopalnie s ˛

a ska˙zone, nasze domostwa zrujno-

wane? Nie jad˛e do Waterdeep! Tam nie mam czego szuka´c! Tu jest mój dom, ja
tu kopi˛e rud˛e i Amn nie odbierze tego ani mnie, ani moim synom!

Xan delikatnie dotkn ˛

ał ramienia Khalida i mał˙ze´nstwo półelfów odwróciło si˛e

do niego i przywitało.

— Co´s si˛e szykuje? — zapytał elf, wskazuj ˛

ac głow ˛

a na mówc˛e.

— Za chwil˛e zacznie nawoływa´c do wojny — zawyrokowała Jaheira, a po-

t˛e˙zny górnik spełnił jej oczekiwania.

— Je´sli b˛ed˛e musiał unie´s´c mój kilof na amnia´nsk ˛

a głow˛e, zanim zagł˛ebi˛e go

w ˙zyle rudy, to niech tak b˛edzie!

W rosn ˛

acym ci ˛

agle tłumie rozległ si˛e pomruk aprobaty i kto´s krzykn ˛

ał: —

Ruszajmy!

Człowiek ubrany na amnia´nsk ˛

a mod˛e powoli opu´scił rynek, wiedz ˛

ac, kiedy

nale˙zy si˛e wycofa´c.

— Tazok ma pomocnika — rzekł Xan. — Człowieka imieniem Tranzing czy

Tanzing, który przebywa w „Czerwonym Li´sciu”.

— To mo˙zliwe — powiedział Khalid i pokiwał głow ˛

a.

— Słyszeli´smy, ˙ze Tazok miał tam wcze´sniej swoj ˛

a siedzib˛e — dodała Jaheira.

— A obcy z południa odwiedzali t˛e gospod˛e, szukaj ˛

ac jego albo jego prawej r˛eki.

Ale nie poznali´smy jego imienia.

— Czy damy si˛e zdusi´c Amnowi? — wrzasn ˛

ał górnik, a tłum, licz ˛

acy ju˙z

dobr ˛

a setk˛e osób, odpowiedział mu gromkim pomrukiem. Ponad głowy wzniosły

si˛e zaci´sni˛ete pi˛e´sci.

— Powinni´smy st ˛

ad i´s´c — powiedział Xan, obrzucaj ˛

ac wzrokiem tłum

i swych towarzyszy o amnia´nskich rysach.

Khalid skin ˛

ał głow ˛

a, chwycił dr˙z ˛

ac ˛

a Jaheir˛e pod rami˛e i ruszył za Xanem do

gospody. Kiedy min˛eli tłumek podró˙znych szykuj ˛

acych si˛e do marszu na północ

i weszli frontowymi drzwiami, zast ˛

apił im drog˛e gospodarz.

72

background image

— Pani, panowie! — zawołał. Był t˛egim, łysym, bezz˛ebnym m˛e˙zczyzn ˛

a

o brzydkiej cerze. — Wrócił wasz wysoki przyjaciel. Poprosił mnie, abym po-
prosił was, aby´scie poprosili. . . Poprosił mnie, ˙zebym poprosił. . .

— Spokojnie — powiedział Xan, kład ˛

ac uspokajaj ˛

aco r˛ek˛e na ramieniu wzbu-

rzonego m˛e˙zczyzny.

— On czeka na was w pokoju.
Xan u´smiechn ˛

ał si˛e, a gospodarz wytłumaczył si˛e: — Ka˙zdy płaci i odje˙zd˙za!

— Obawiam si˛e, ˙ze my te˙z — odparł Xan. Gospodarz j˛ekn ˛

ał, spu´scił głow˛e

i odszedł.

*

*

*

— Wej´s´c — powiedział Abdel w odpowiedzi na pukanie do pokoju. Stare

drzwi skrzypn˛eły i uchyliły si˛e na tyle, by w´slizn˛eła si˛e przez nie Jaheira. Skin ˛

jej głow ˛

a na powitanie i znów pochylił si˛e nad misk ˛

a do mycia stoj ˛

ac ˛

a na małym

stoliku. Zd ˛

a˙zyła si˛e wcze´sniej przebra´c. Mi˛ekka zielona jedwabna bluzka i pro-

sta bawełniana spódnica sprawiały, ˙ze nie wygl ˛

adała ju˙z na wojowniczk˛e, któr ˛

a

w istocie była. Nie chciał patrze´c na Jaheir˛e jak na kobiet˛e. . . ˙zon˛e. Wolno pode-
szła do niego, cho´c niezbyt blisko.

— Mamy troch˛e. . . wiemy wi˛ecej — powiedziała cicho. — Jak si˛e czujesz?
Abdel spróbował si˛e u´smiechn ˛

a´c, ale nie mógł. Od paru godzin starał si˛e zmy´c

z siebie brud drogi i smród ghuli, raz po raz zanurzaj ˛

ac brudn ˛

a szmat˛e w misce

zimnej wody. Nie miał koszuli i czuł na sobie wzrok Jaheiry. Jej spojrzenie roz-
grzewało go.

— Tazok ma swojego człowieka w Berego´scie — powiedziała, domy´slaj ˛

ac

si˛e, ˙ze jego niech˛e´c do rozmowy bierze si˛e po odwiedzinach grobu Goriona. —
Mieszka w jednej z tutejszych gospód, ma na imi˛e Tranzig i pomaga Tazokowi re-
krutowa´c najemników i humanoidy dla ˙

Zelaznego Tronu. Xan poszedł go poszu-

ka´c, by mie´c go na oku. Khalid przyjdzie do nas, gdy Tranzig opu´sci „Czerwony
Li´s´c”.

Abdel pokiwał głow ˛

a, cho´c prawie jej nie słuchał.

— Ja. . . — zacz ˛

ał.

Podeszła bli˙zej. Wyci ˛

agn ˛

ał r˛ek˛e i dotkn ˛

ał mi˛ekkiej tkaniny spódnicy Jaheiry,

czuj ˛

ac pod spodem przyjemne ciepło jej uda. Stan˛eła przed nim, a on zupełnie

nie´swiadomie zacz ˛

ał całowa´c jej brzuch przez cienki jedwab jej bluzy. Przeszył

go dreszcz, wci ˛

agn ˛

ał gł˛eboko powietrze i usłyszał, ˙ze Jaheira zrobiła to samo.

Było co´s w ich wspólnym zbli˙zeniu, co było doskonałe. . . i zarazem doskonale
złe.

Delikatnie j ˛

a odsun ˛

ał i Jaheira westchn˛eła.

73

background image

— Khalid i ja. . . — zacz˛eła, lecz przerwała, widz ˛

ac, ˙ze kr˛eci głow ˛

a.

— Czuj˛e, ˙ze. . . — rzekł spokojnie Abdel. Przełkn ˛

ał ´slin˛e i kontynuował —

. . . s ˛

a w moich my´slach dwa głosy. Jeden z nich ka˙ze mi zabija´c, kocha zabijanie,

natomiast drugi chce. . . Nie wiem, czego chce, bo słysz˛e go bardzo rzadko. Ten
głos, który pragnie zabija´c, pragnie tak˙ze ciebie.

Łza potoczyła si˛e po opalonym policzku Jaheiry. Poło˙zyła dło´n na głowie Ab-

dela, wsun˛eła mu j ˛

a we włosy. Podniósł sw ˛

a wielk ˛

a r˛ek˛e, chwycił jej dło´n i zdj ˛

j ˛

a sobie z głowy. Kiedy odsun ˛

ał si˛e, zostawiła go samego.

74

background image

Rozdział trzynasty

— Mamy konie — powiedział Khalid. — Dzi˛eki Abdelowi.
— Siłowanie si˛e na r˛ek˛e — rzekł wielki człowiek. — Co za dziwny sport.
Khalid u´smiechn ˛

ał si˛e i popatrzył gro´znie na Jaheir˛e, która wła´snie podziwiała

pot˛e˙zne mi˛e´snie ramienia Abdela. Złowiła wzrok m˛e˙za i zaczerwieniła si˛e, posy-
łaj ˛

ac mu spojrzenie, które mówiło: zamilcz!

— Dobrze — odparł Xan. — Akurat ich potrzebujemy.
Elf wskazał na niskiego, kr˛epego wojownika, którego szczeciniaste rude włosy

l´sniły w słabym ´swietle poranka. To był Tranzig, stał na ulicy przed ci ˛

agle jeszcze

´spi ˛

ac ˛

a gospod ˛

a „Czerwony Li´s´c” i wła´snie dosiadał szybkiego z wygl ˛

adu konia.

Cała czwórka stała niby przypadkiem, zakładaj ˛

ac, ˙ze Tranzig nie wie kim s ˛

a

i ˙ze go obserwuj ˛

a. Rudzielec odjechał wolniutko zakurzon ˛

a drog ˛

a wychodz ˛

ac ˛

a

z Beregostu na północ, w kierunku Wrót Baldura.

— A wi˛ec jedziemy — rzekł Abdel i dosiadł swego nowego konia, narowi-

stego kasztanowego ogiera.

Tranzig zd ˛

a˙zył opu´sci´c Beregost przed nimi tak, ˙ze nie zobaczyli, czy poje-

chał dalej na północ i stracili go z oczu, zanim dogonili. Xan i Abdel potrafili z ła-
two´sci ˛

a czyta´c ´slady ko´nskich podków pozostawione na błotnistej drodze przez

Tranziga. Kiedy wyjechali poza miasto, Abdel poczuł si˛e szcz˛e´sliwy, ˙ze zostało
ju˙z za nimi, z wielu powodów. Patrzył na drog˛e, na konia, na drzewa tu i tam,
i na jastrz˛ebia szybuj ˛

acego po niebie — wsz˛edzie, tylko nie na Jaheir˛e. Ona tak˙ze

na niego nie patrzyła. Jechali tak w ciszy przez dobr ˛

a godzin˛e, zanim zobaczyli

kogo´s innego.

Kiedy Xan zauwa˙zył ich i pokazał innym, byli tylko punkcikami daleko przed

nimi na otwartej równinie. Sze´sciu ludzi szło wolno przez wysok ˛

a traw˛e w kie-

runku drogi.

— Spotkamy ich na drodze — odezwał si˛e Abdel, obserwuj ˛

ac obcych i maj ˛

ac

złe przeczucia w zwi ˛

azku z tym spotkaniem.

Xan wzruszył ramionami.
— Towarzysze podró˙zy.
— Mo˙ze — odparł Abdel — ale widziałem ju˙z na tej drodze rzeczy, które. . .

Tak czy inaczej powinni´smy zachowa´c czujno´s´c.

75

background image

— Powiedziałbym, ˙ze id ˛

a do tamtego budynku — zasugerował Khalid i wska-

zał na sypi ˛

ac ˛

a si˛e konstrukcj˛e w oddali. Rozpadaj ˛

acy si˛e budynek z białego kamie-

nia zaro´sni˛ety był bluszczem, chwastami i je˙zynami. W ˛

aska dró˙zka wskazywała

miejsce, gdzie kiedy´s od drogi wiodła ´scie˙zka prowadz ˛

aca wprost ku kolumnowej

konstrukcji, która niegdy´s mogła by´c ´swi ˛

atyni ˛

a.

— Je´sli mo˙zemy ich unikn ˛

a´c — powiedziała Jaheira — to powinni´smy to

zrobi´c. Nie mo˙zemy pozwoli´c, aby Tranzig zbytnio si˛e oddalił. Pami˛etajcie, ˙ze je-
ste´smy tu po to, aby odnale´z´c ˙

Zelazny Tron i przy odrobinie szcz˛e´scia Tranzig nas

do niego zaprowadzi. Je´sli kilku pielgrzymów zmierza do tej ´swi ˛

atyni na modły,

to niech id ˛

a.

Rozumowanie Jaheiry było rozs ˛

adne, ale Abdel jako´s nie bardzo w nie wie-

rzył.

*

*

*

Pierwszy dostał ko´n Abdela i z kwikiem run ˛

ał na ziemi˛e. Abdel zaskoczył

z grzbietu upadaj ˛

acego zwierz˛ecia, przeturlał po ziemi i wstał ju˙z z dobytym mie-

czem. Wierzchowiec Jaheiry stan ˛

ał d˛eba i zrzucił j ˛

a z siodła. J˛ekn˛eła uderzaj ˛

ac

o ziemi˛e i z trudem wyj˛eła miecz, jednak nic si˛e jej nie stało. Xan zsun ˛

ał si˛e

z siodła i klepn ˛

ał swego konia w zad, by odbiegł z miejsca ataku.

Abdel nie potrafił nazwa´c tych ohydnych, człekopodobnych stworów. Były

pokryte, je´sli nie zło˙zone z jakiego´s przezroczystego oliwkowozielonego, g˛estego
płynu. Niedoszłych pielgrzymów było sze´sciu. Abdel dostrzegał ich szkielety po-
przez galaretowate ciało. Nie widział ˙zadnych wn˛etrzno´sci. Wygl ˛

adało to tak,

jakby ci ludzie w jaki´s sposób rozpu´scili si˛e i trzymali si˛e prosto jedynie dzi˛eki
ocalałym szkieletom, drwi ˛

ac z praw natury.

Stwory atakowały zgran ˛

a zgraj ˛

a, niczym stado dzikich psów i Abdel obawiał

si˛e, i˙z mog ˛

a mie´c kłopoty. Xan chlasn ˛

ał jednego, posyłaj ˛

ac na drog˛e strug˛e oliw-

kowego ´sluzu. Stwór zachwiał si˛e, ale walczył dalej. Potwory rzucały si˛e na nich
z szeroko wyci ˛

agni˛etymi ramionami, jakby chciały obj ˛

a´c swoj ˛

a ofiar˛e. Abdel nie

miał poj˛ecia jaki efekt mo˙ze wywrze´c zetkni˛ecie si˛e tego ´sluzowatego, cuchn ˛

a-

cego wodorostami lepiszcza z ludzkim ciałem, ale wolał nie sprawdza´c tego na
własnej skórze. Na Abdela rzuciły si˛e a˙z trzy stwory, jakby czuj ˛

ac, ˙ze stanowi

dla nich najwi˛eksze zagro˙zenie. Najemnik bronił si˛e przed nimi z w´sciekł ˛

a pa-

sj ˛

a. Ci ˛

ał nieludzkie stwory, dbaj ˛

ac jedynie o to, by nie chlapn ˛

ał na niego ich ´sluz,

zapominaj ˛

ac o jakiejkolwiek finezji.

Jaheira nacierała na swego przeciwnika tak, i˙z ten si˛e wycofywał, podobnie

Xan, lecz jeden rzut oka na Khalida wystarczył Abdelowi, by si˛e zorientowa´c,
i˙z półelf ma kłopoty. Khalid wycofywał si˛e w stron˛e własnego, spanikowanego

76

background image

konia.

Abdel uci ˛

ał jednemu ze stworów głow˛e i ten padł. Nie run ˛

ał jak zabity czło-

wiek, lecz dosłownie rozchlapał si˛e na ziemi, jakby nagle stracił wszystkie ko-

´sci. I rzeczywi´scie, wewn ˛

atrz półprze´zroczystej galarety Abdel nie widział ju˙z

szarego zarysu szkieletu. Jednemu z dwóch pozostałych, usiłuj ˛

acych stale go do-

tkn ˛

a´c, w ko´ncu si˛e to udało i Abdel szybko odrzucił lew ˛

a r˛ek˛e w bok, gwałtownie

potrz ˛

asaj ˛

ac j ˛

a na wszystkie strony. Nieco ´sluzu padło na r˛ekaw jego kolczugi i na-

jemnik szybko cofn ˛

ał si˛e trzy du˙ze kroki wrył, próbuj ˛

ac pozby´c si˛e ´swi´nstwa z r˛e-

kawa. ´Sluz ´sciekł na ziemi˛e i zacz ˛

ał pełza´c w kierunku amorficznych stóp swego

wła´sciciela. R˛ekaw był czysty, został na nim tylko l´sni ˛

acy ´slad, a Abdel zerkał

na´n, jakby spodziewaj ˛

ac si˛e, ˙ze za chwil˛e co´s przepali mu skór˛e. Mógł patrze´c

tylko sekund˛e, ale to wystarczyło, by stwierdzi´c, ˙ze stwory nie były kwasowe.
Mimo to starały si˛e usilnie oblepi´c go swoim ´sluzem, cho´c Abdel nie mógł sobie
wyobrazi´c, co by si˛e wówczas stało i co by im to dało.

Jaheira wrzasn˛eła, bardziej z gniewu ni˙z ze strachu, lecz Abdel nie mógł na ni ˛

a

spojrze´c. Był zaj˛ety dwoma stworami, które desperacko starały si˛e go trafi´c. Ko-
lejny potwór padł i wtedy Abdel u´swiadomił sobie, ˙ze ostrze jego miecza pokryte
jest lepkim, cuchn ˛

acym ´swi´nstwem, wyra´znie obci ˛

a˙zaj ˛

acym bro´n. Abdel zmienił

chwyt na r˛ekoje´sci, uwzgl˛edniaj ˛

ac zmian˛e wagi i zaj ˛

ał si˛e swoim ostatnim prze-

ciwnikiem. Wygl ˛

adało, ˙ze ten nauczył si˛e czego´s po ´smierci swych kompanów

i starał si˛e teraz unika´c ciosów Abdela, jednocze´snie próbuj ˛

ac trafi´c go w nogi.

— Khalid! — krzykn˛eła Jaheira.
Abdel usłyszał kroki — ci˛e˙zkie, szybkie, cho´c nieregularne — w trawie po

swojej prawej stronie. Musiał pilnowa´c swego potwora, stale próbuj ˛

acego si˛e-

gn ˛

a´c jego kolan. Usłyszał ci˛e˙zkie, b ˛

ablowate chlapni˛ecie i domy´slił si˛e, ˙ze kto´s ze

współtowarzyszy powalił kolejnego ´sluzowca.

— Khalid! — krzykn ˛

ał Xan. W jego głosie zabrzmiała desperacja, czego Ab-

del tak nie lubił.

Abdel, wiedz ˛

ac, ˙ze z Khalidem jest co´s nie tak, wzi ˛

ał wi˛ec du˙zy zamach nad

głow ˛

a, chc ˛

ac wykona´c pionowe i decyduj ˛

ace ci˛ecie wprost na czoło przeciwnika.

Potwór wykorzystał chwilow ˛

a odsłon˛e, klapn ˛

ał tyłkiem na ziemi˛e i wymierzył

kopniaka w jego łydk˛e. Abdel spodziewał si˛e tego ataku i skoczył do góry ponad

´sluzowatymi nogami, obrócił si˛e w powietrzu i zwalił w tył. Zd ˛

a˙zył tylko prze-

sun ˛

a´c miecz na bok, kiedy wyl ˛

adował dokładnie obok stwora — zbyt blisko, jak

zauwa˙zył, ale zbyt pó´zno, by powstrzyma´c upadek. Miecz przeszył ciało potwora
i jego ko´sci zacz˛eły si˛e rozpływa´c. Abdel odetchn ˛

ał i odturlał si˛e szybko, pozosta-

wiaj ˛

ac swój miecz wbity w kup˛e zielonkawej galarety. Wstał i bez zastanawiania

obejrzał si˛e cały, czy nie ma na sobie ´sluzu.

— Khalid — znowu zawołała Jaheira. — Abdel. . .
Najemnik skoczył, lecz nie na głos Jaheiry. Kału˙za lepkiej galarety pełzła

w jego kierunku. Z masy wystrzeliwały raz po raz macki lepkiego syropu niczym

77

background image

j˛ezyki w˛e˙zy. Abdel cofn ˛

ał si˛e, podniósł r˛ece i zawahał si˛e. Jego miecz wci ˛

a˙z wbity

był w to pełzaj ˛

ace ´swi´nstwo i chocia˙z czułby si˛e lepiej b˛ed ˛

ac uzbrojony, nie był

pewien, czy mu to pomo˙ze. Wygl ˛

adało na to, ˙ze uderzenia mieczem jedynie nisz-

cz ˛

a humanoidaln ˛

a posta´c potworów, ale nie zabijaj ˛

a i wcale nie uniemo˙zliwiaj ˛

a

im dalszych ataków. To musiała by´c ich pierwotna, naturalna forma. Czy w ogóle
mo˙zna było to zabi´c?

Jaheira zacz˛eła swoje magiczne murmurando i Abdel, a z nim i Xan wycofali

si˛e. Kału˙za ´sluzu ci ˛

agle pełzła w jego kierunku, uformowała grub ˛

a mack˛e i zamie-

rzyła si˛e do ataku. Abdel zacisn ˛

ał pi˛e´sci, ci ˛

agle nie b˛ed ˛

ac pewny, jak ma z tym

czym´s walczy´c. Wtedy Jaheira zako´nczyła czar, a stwór zatrzymał si˛e.

— To ro´sliny — powiedziała. — Pomy´slałam tak, bo ´smierdziały jak ro´sliny.
— Co zrobiła´s? — zapytał j ˛

a Abdel.

— Dzi˛eki łasce Mielikki przez kilka minut nie b˛ed ˛

a mogły si˛e poruszy´c.

Abdel pochylił si˛e i chwycił za swój miecz. Musiał mocno szarpn ˛

a´c, by wy-

rwa´c go z lepkiej masy.

— Khalid — odezwała si˛e Jaheira. — Gdzie jest Khalid?
Abdel rozejrzał si˛e dookoła, ale zobaczył tylko wycofuj ˛

acego si˛e Xana.

— Tam! — zawołał elf.

*

*

*

— To zrobiły elfy — powiedział Xan, przygl ˛

adaj ˛

ac si˛e zatartym ˙złobieniom

w kamieniu zrujnowanej ´swi ˛

atyni. — Bardzo dawno temu.

— Khalid! — zawołała jeszcze raz Jaheira. Płakała i cho´c na pocz ˛

atku troch˛e

si˛e tego wstydziła, teraz ju˙z o to nie dbała.

Abdel usłyszał szelest li´sci po drugiej stronie zrujnowanego muru i zatrzymał

si˛e na chwil˛e, by wytrze´c ´sluz z miecza, co wystarczyło mu, by si˛e zorientowa´c,

˙ze była to tylko wiewiórka, która wspi˛eła si˛e po kolumnie i znikn˛eła w g˛estwinie

bluszczu.

— Dlaczego uciekła? — zastanawiał si˛e gło´sno Xan, nie oczekuj ˛

ac na odpo-

wied´z.

— Oblazło go — odezwała si˛e Jaheira dr˙z ˛

acym głosem. — To co´s. . . oblazło

go. Co to było? Co to były za stwory?

Abdel potrz ˛

asn ˛

ał głow ˛

a, nie bardzo wiedz ˛

ac, co ma odpowiedzie´c. Widz ˛

ac

Jaheir˛e w stanie emocjonalnej paniki poczuł, ˙ze dobrze zrobił, odsuwaj ˛

ac j ˛

a od

siebie, ale wcale mu nie ul˙zyło.

— Khalid! — zawołał Abdel, maskuj ˛

ac swe emocje dło´nmi przyło˙zonymi do

ust.

Znów usłyszeli szelest li´sci. Abdel westchn ˛

ał.

78

background image

— Przekl˛ete wiewiórki — zamruczał i post ˛

apił naprzód, na pop˛ekane ka-

mienne płyty chodnikowe. Płyta zapadła si˛e w tym samym momencie, w któ-
rym Khalid — albo raczej to, co było Khalidem — wyskoczyło spo´sród krzewów
i rzuciło si˛e na niego.

Abdel zgi ˛

ał si˛e w pół, instynktownie uchylaj ˛

ac si˛e przed atakiem podczas

upadku, i run ˛

ał w tył, w dal od Khalida, na reszt˛e pop˛ekanych kamieni. Jahe-

ira wrzasn˛eła. Był to bolesny, desperacki, przera˙zony, czysto kobiecy głos, który
sprawił, ˙ze serce Abdela niemal wyskoczyło z piersi.

Khalid zmienił si˛e. Nie było w ˛

atpliwo´sci, ˙ze przeistaczał si˛e w jednego z tych

stworów. Abdel mógł widzie´c przez to, co pozostało ze skóry półelfa. Mógł zoba-
czy´c cienie ˙zeber. Wewn˛etrzne organy kurczyły si˛e tak szybko, ˙ze było to wyra´z-
nie wida´c. Lewe oko Khalida znikn˛eło, prawe rozpuszczało si˛e szybko, rozpły-
waj ˛

ac w masie ´sluzowatej galarety, która kiedy´s była jego głow ˛

a. Nie było wida´c

mózgu i Abdel ju˙z wiedział, ˙ze jego przyjaciel jest martwy.

Xan zakl ˛

ał po elficku i zamilkł. Jaheira w kółko powtarzała szeptem: nie. . .

nie. . . nie. . .

Co´s, co było kiedy´s Khalidem, znów ruszyło na Abdela, jego rozpuszczone

stopy chlupały na nierównych kamieniach. Abdel nie my´slał, tylko od razu za-
reagował, podnosz ˛

ac swój miecz przed siebie. Ostrze z łatwo´sci ˛

a przeszło przez

rami˛e Khalida. Odci˛eta r˛eka chlapn˛eła na kamieniach obok Abdela. Najemnik
musiał odturla´c si˛e w tył i wsta´c, aby unikn ˛

a´c zetkni˛ecia z odci˛et ˛

a ko´nczyn ˛

a.

— Abdel. . . — zaszlochała Jaheira prosz ˛

acym głosem, ale Abdel nie miał

poj˛ecia, czego od niego chce. Khalid szedł na niego, a on si˛e cofał. Blokował ciosy
stwora i starał si˛e go nie zabi´c, cho´c z pewno´sci ˛

a to co´s nie stanie si˛e z powrotem

Khalidem. Zadawał stworowi małe ci˛ecia, licz ˛

ac, ˙ze spanikuje i ucieknie, ale on

zdawał si˛e nie czu´c bólu.

— Abdel, na miło´s´c wszystkich bogów. . . — odezwał si˛e Xan.
Abdel zamkn ˛

ał oczy i pchn ˛

ał mieczem, przebijaj ˛

ac ciało Khalida. Poczuł, jak

masa rozpływa si˛e i dopiero wtedy otworzył oczy.

Jaheira wydała z siebie pełen bólu okrzyk: — Nie!
Khalid rozpadł si˛e na kupk˛e rozpływaj ˛

acych si˛e ko´sci. Stawy palców jednej

dłoni poruszały si˛e w mazi, kurcz ˛

ac raz po raz, jakby próbuj ˛

ac co´s złapa´c lub

czego´s si˛e chwyci´c.

— Och, na. . . — zacz ˛

ał Xan, ale urwał, cofn ˛

ał si˛e sztywno kilka kroków w tył

i ci˛e˙zko usiadł na ziemi. Elf zamkn ˛

ał oczy, a Abdel popatrzył na Jaheir˛e. Utkwiła

wzrok w jego oczach. Jej twarz była mask ˛

a bólu. Jej ´sliczne, czyste rysy były

´sci ˛

agni˛ete i okropne. Nigdy wi˛ecej nie chciałby ogl ˛

ada´c jej w takim stanie. Spoj-

rzała z powrotem na to, co zostało z jej m˛e˙za, po czym wzniosła głow˛e ku niebu
i zawyła.

Abdel si˛egn ˛

ał do sakiewki dr˙z ˛

ac ˛

a dłoni ˛

a i wyj ˛

ał butelk˛e, któr ˛

a kupił w Nash-

kel. Odrzucony miecz, upadł z brz˛ekiem na kamienie. Zdrapał wosk i odkorkował

79

background image

butelk˛e. Wylał zawarto´s´c butelki na galaretowat ˛

a mas˛e, która nawet teraz próbo-

wała go chwyci´c. Spojrzał w bok, wstrzymuj ˛

ac oddech.

— Och — wyj˛eczała Jaheira — och nie, Khalid. . .
Rozległ si˛e syk i w gór˛e buchn ˛

ał g˛esty dym o ostrej woni. Abdel usiadł z za-

mkni˛etymi oczami, słuchaj ˛

ac płaczu Jaheiry.

— Sk ˛

ad wiedziałe´s, ˙ze to zadziała? — zapytał go Xan. — Znaczy kwas.

— Abdel wzruszył ramionami. Westchn ˛

ał gł˛eboko i nie patrz ˛

ac elfowi w oczy

odpowiedział:

— Wiem jak zabija´c. Zawsze wiedziałem jak zabija´c.

80

background image

Rozdział czternasty

Trop konia Tranziga odchodził od błotnistej drogi mniej ni˙z mil˛e na północ

od zrujnowanej ´swi ˛

atyni. Abdel szukał z uporem swojego konia, pami˛etaj ˛

ac, ˙ze

trafił go jeden ze ´sluzowatych potworów i w ko´ncu wzi ˛

ał konia Khalida. Dosiedli

wierzchowców i odjechali w ciszy. Zimny wiatr szumiał w suchej trawie. Jedyne
odgłosy ˙zycia pochodziły od ptaków, pszczół i komarów. Nawet Jaheira przestała
płaka´c. Abdel zerkał na ni ˛

a czasem, zakłopotany uczuciami, które okazywała.

Miała zaczerwienione oczy i spuchni˛et ˛

a twarz. Obawiał si˛e, ˙ze mo˙ze zaraz wy-

buchn ˛

a´c. Tak przynajmniej wygl ˛

adała.

Jechali szybko, wiedz ˛

ac, ˙ze stracili sporo cennego czasu w walce ze stworami.

Tranzig musiał wyprzedzi´c ich ju˙z o całe mile, a w dodatku zapadał zmrok. Sło´nce
chowało si˛e za czarnym pasmem odległej Kniei Otulisko.

´Slad Tranziga wiódł w´sród wzgórz w ˛ask ˛a, błotnist ˛a dró˙zk ˛a wydeptan ˛a przez

zwierz˛eta, co utrudniało Abdelowi, który jechał przodem, tropienie, a i tak widział

´slad nie dalej ni˙z na kilka metrów przed sob ˛

a. Tak czy inaczej jechał szybko.

Cała trójka chciała jak najszybciej zostawi´c za sob ˛

a koszmar popołudnia i dogoni´c

Tranziga.

Abdel miał nadziej˛e, ˙ze ju˙z wi˛ecej nie zobaczy podobnej obrzydliwej, bez-

sensownej ´smierci. Nie w taki sposób powinni umiera´c m˛e˙zczy´zni, zredukowani
do galarety, a nast˛epnie spaleni kwasem wylanym na´n przez ich ˙zony. . . kogo?
Nie kochanka, ale co´s w tym stylu. Ona co´s dla niego znaczyła. Rodzaj ł ˛

acz ˛

a-

cej ich wi˛ezi miałby swoj ˛

a nazw˛e na cywilizowanych dworach miejsc takich jak

Waterdeep, ale zgodnie z do´swiadczeniem Abdela byli oni tylko. . .

My´sli układały mu si˛e w ci ˛

ag i rozbiły, gdy szarpn ˛

ał nagle uzd ˛

a konia, zatrzy-

muj ˛

ac go w miejscu. Pozostali uczynili to samo, tylko zaabsorbowana my´slami

Jaheira min˛eła go, zanim udało jej si˛e opanowa´c konia. Jeden z koni — Abdel po-
my´slał, ˙ze to wierzchowiec Xana — chrapn ˛

ał gło´sno i Abdel go uciszył. Ze´slizn ˛

si˛e z siodła, poło˙zył palec na ustach i zacz ˛

ał wspina´c si˛e na niewysokie, łagodne

wzgórze.

Xan chyba chciał co´s powiedzie´c, ale zastosował si˛e do polecenia Abdela i sie-

dział cicho. Elf i Jaheira zsiedli z koni i ruszyli za Abdelem. Na szczycie przy-
kucn˛eli za niskim, ciernistym krzewem i Abdel wskazał na samotn ˛

a posta´c stoj ˛

ac ˛

a

81

background image

obok dobrze wypocz˛etego konia na kra´ncu szlaku. Tranzig unosił ko´nskie kopyto
i chyba usuwał co´s, co utkwiło w podkowie.

— Prawie na niego wpadli´smy — wyszeptał Xan. Abel pokiwał głow ˛

a, a Ja-

heira cicho westchn˛eła. Patrzyła na Tranziga z nienawi´sci ˛

a, niezbyt dobrze ma-

skuj ˛

ac ˛

a kryj ˛

acy si˛e pod spodem ból.

Obserwowali na Tranziga przez kilka minut, dopóki nie usłyszeli r˙zenia jed-

nego ze swoich koni w krzakach po drugiej stronie wzgórza. Tranzig spojrzał ostro
w gór˛e, a Xan zakl ˛

ał cicho po elficku.

Tranzig stał przez chwil˛e, po czym dosiadł konia i wolno ruszył. Abdel popa-

trzył w dal, chc ˛

ac wykorzysta´c fakt, ˙ze jest na wzgórzu i zorientowa´c si˛e, w któ-

rym kierunku zmierza Tranzig. Zobaczył trzy cienkie smu˙zki dymu unosz ˛

ace si˛e

w powietrzu po drugiej stronie czterech wy˙zszych wzgórz.

— Ogniska — wyszeptał.
Pod ˛

a˙zył wzrokiem za spojrzeniami przyjaciół i zobaczył gwiazd˛e, która poja-

wiła si˛e w szczelinie g˛estych chmur. Zmrok zapadał szybko, wi˛ec Abdel pomy´slał,

˙ze najlepiej b˛edzie zej´s´c na dół i rozbi´c obozowisko.

*

*

*

Jaheira dr˙zała i Abdel zapragn ˛

ał j ˛

a obj ˛

a´c. Pomy´slał, jakby to było i westchn ˛

ał,

gdy jego umysł zbł ˛

adził w kierunku, który go zakłopotał. Jaheira podkurczyła

nogi, dotkn˛eła kolanami podbródka i z zimna obj˛eła je ramionami. Tego dnia
Abdel zabił jej m˛e˙za i my´sl, ˙ze ona czy zawsze uwa˙zny, sarkastyczny Xan mo-
gliby pomy´sle´c, ˙ze próbuje si˛e do niej zbli˙zy´c, wywołała u niego mdło´sci. Noc
robiła si˛e coraz chłodniejsza wraz z ka˙zdym, coraz silniejszym podmuchem wia-
tru. Gwiazdy mrugały na niebie, przesłaniane co chwila p˛edz ˛

acymi chmurami.

Nie rozpalili ogniska, gdy˙z Xan nalegał, aby tego nie robi´c. Obawiał si˛e, ˙ze obóz

˙

Zelaznego Tronu, do którego pojechał Tranzig, mo˙ze mie´c patrole, które zainte-
resowałyby si˛e ogniskiem rozpalonym tak blisko ich tajnej kryjówki.

— Wi˛ec to s ˛

a Zhentowie — odezwał si˛e Abdel, słowa z trudno´sci ˛

a przecisn˛eły

mu si˛e przez zaci´sni˛ete z˛eby. Nie chciał rozmawia´c.

— Tak s ˛

adzimy — rzekł Xan. — Ale chciałbym to sprawdzi´c, ˙zeby si˛e upew-

ni´c.

— Chyba nie sam — powiedziała Jaheira głosem schrypni˛etym od płaczu

i jego powstrzymywania.

— Mo˙zemy pój´s´c wszyscy — zadecydował Abdel. — Cała trójka, wykorzy-

stuj ˛

ac element zaskoczenia. . .

— . . . zostanie otoczona przez setk˛e zbrojnych Zhentarimów — doko´nczył za

niego Xan. — Nie, dzi˛ekuj˛e.

82

background image

— Sk ˛

ad wiesz? — zapytał Abdel. — Mo˙ze jest tam tylko Tranzig i trzy czy

cztery cuchn ˛

ace orki. Jak wiesz, zabili´smy ju˙z wielu członków ˙

Zelaznego Tronu,

wliczaj ˛

ac w to koboldy.

— Ale tego nie wiemy — powiedziała Jaheira. — I to wła´snie miał na my´sli

Xan. Tam mog ˛

a by´c ich setki — armia bandytów zgromadzona po to, by zlikwi-

dowa´c kopalnie. . . Nie wiem.

— Próbuj ˛

a wywoła´c wojn˛e — rzekł Abdel. — Je´sli maj ˛

a armi˛e, to po co skra-

daj ˛

a si˛e i lej ˛

a jakie´s płyny na rud˛e ˙zelaza?

— Mog˛e tam pój´s´c — zaproponował Xan — w ciemno´sci, po cichu rozejrze´c

si˛e i dowiedzie´c.

— I da´c si˛e zabi´c — szepn˛eła Jaheira — albo gorzej.
— Byłem ju˙z wi˛e´zniem ˙

Zelaznego Tronu.

— I wła´snie dlatego si˛e obawiam — powiedział Abdel. — Bez obrazy, Xan,

jeste´s dobrym wojownikiem, dzielnym m˛e˙zem, ale. . .

— Ale co?
— Potrzebujemy ci˛e — odpowiedziała Jaheira za Abdela. — Teraz bardziej

ni˙z kiedykolwiek.

Xan u´smiechn ˛

ał si˛e sympatycznie i złowił zm˛eczone płaczem spojrzenie Ja-

heiry.

— Jestem elfem — odparł po prostu.
Abdel westchn ˛

ał i wzruszył ramionami:

— Chyba szale´ncem.
Jaheira podeszła do Xana wolno i z trudem, po czym zdj˛eła z lewego nad-

garstka złot ˛

a bransolet˛e i podała elfowi.

— Na szcz˛e´scie — powiedziała.
— A czy tobie przynosiła szcz˛e´scie? — zapytał elf z wymuszonym u´smie-

chem.

— Zwykle tak — odparła twardo.
Xan u´smiechn ˛

ał si˛e i przyj ˛

ał bransolet˛e. Przez chwil˛e ogl ˛

adał j ˛

a z podziwem.

Wokół bransolety wiły si˛e pn ˛

acza dzikiego wina wygrawerowane na jej wierzch-

niej stronie. Spojrzał na Abdela, po czym uniósł bransolet˛e do czoła w ge´scie sa-
lutu, wstał i znikn ˛

ał w ciemno´sci. Abdel usłyszał tylko trzy pierwsze jego kroki,

a potem nastała cisza.

— Jest dobry — powiedział Abdel — widziałem ju˙z wystarczaj ˛

aco wiele, by

to wiedzie´c. Nic mu nie b˛edzie.

Jaheira kiwn˛eła głow ˛

a, nie wierz ˛

ac mu, ale i nie wierz ˛

ac, ˙ze mieli inny wybór.

— Zimno mi — odezwała si˛e po długiej ciszy.
— Kiepsko si˛e przygotowali´smy na t˛e wypraw˛e — odpowiedział Abdel. Jego

głos zabrzmiał gło´sno i niezr˛ecznie. Przełkn ˛

ał ´slin˛e i powiedział ju˙z ciszej: —

Xan miał racj˛e, ˙zeby nie rozpala´c ogniska.

83

background image

— Obejmij mnie — poprosiła tak szybko, jakby chciała mie´c te słowa ju˙z za

sob ˛

a. — Usi ˛

ad´z obok, Abdel. Si ˛

ad´z przy mnie.

Zacz˛eła płaka´c, wi˛ec Abdel zbli˙zył si˛e. W jego wielkich ramionach wydawała

si˛e bardzo malutka.

Przestała płaka´c i Abdel, siedz ˛

ac ju˙z przy niej i obejmuj ˛

ac j ˛

a, poczuł si˛e za-

skoczony, ˙ze to uczucie jest tak znajome, jakby było dla niego całkiem naturalne
trzyma´c j ˛

a w swych obj˛eciach.

— Okłamywali´smy ci˛e — wyszeptała.
— Wiem — powiedział, cho´c wcale o tym nie my´slał.
— Wszyscy.
— Wiem — szepn ˛

ał i Jaheira zapłakała raz jeszcze.

*

*

*

Abdel otworzył oczy i ujrzał nad sob ˛

a bł˛ekit nieba, czego ju˙z od dawna nie

widział. Natychmiast poczuł ciepło ciała Jaheiry u swego boku. Głow˛e miała po-
ło˙zon ˛

a na jego prawym ramieniu i chocia˙z wcale nie była ci˛e˙zka, ciepło jej ci˛e˙zaru

sprawiło, ˙ze Abdel poczuł si˛e tak, jakby przygniatał go cały ´swiat. Jej łzy zaschły
mu na barku, a koc, którym ich przykryła na noc, zsun ˛

ał si˛e.

Lu´zna bluza, któr ˛

a nosiła pod utwardzan ˛

a skórzan ˛

a zbroj ˛

a, zsun˛eła si˛e jej z ra-

mienia, odsłaniaj ˛

ac delikatne, gładkie ciało. Miała gł˛eboki, regularny oddech. Ab-

del zamkn ˛

ał oczy i po prostu le˙zał, czuj ˛

ac dotyk jej ciała i mi˛ekki szept jej oddechu

na swym zaro´sni˛etym policzku.

Wci ˛

a˙z ´spi ˛

aca, przekr˛eciła si˛e i podkurczyła nog˛e, przesuwaj ˛

ac j ˛

a wzdłu˙z nogi

Abdela. Jego ciało zareagowało i otworzył oczy. Przełkn ˛

ał ´slin˛e i uniósł si˛e, bu-

dz ˛

ac j ˛

a. Wydawała si˛e zaskoczona ich blisko´sci ˛

a, wi˛ec delikatnie si˛e odsun ˛

ał, po-

dobnie jak i ona. Zaczerwieniła si˛e. Była pi˛ekna.

— Gdzie Xan? — zapytała. Jej głos był równie mi˛ekki jak jej skóra.
— Ja. . . — Abdel chciał powiedzie´c, ˙ze nie wie i wtedy przeszedł go dreszcz.

Cho´c poranek był chłodny, zacz ˛

ał si˛e poci´c.

— Niech mnie Torm porwie — wychrypiał. — Nie wrócił?
Jaheira, jeszcze zaspana, potrz ˛

asn˛eła głow ˛

a i powiedziała:

— My´sl˛e, ˙ze on. . . — urwała, gdy te˙z zdała sobie spraw˛e — . . . ˙ze on nigdy

nie wróci.

— Na bogów i ich krewnych — zakl ˛

ał Abdel, rozgl ˛

adaj ˛

ac si˛e za swym mie-

czem. — Zasn ˛

ałem. Nie mog˛e uwierzy´c, ˙ze zasn ˛

ałem, podczas gdy on jeszcze nie

wrócił.

— Oboje zasn˛eli´smy — powiedziała Jaheira, cho´c te˙z nie poczuła si˛e z tego

faktu zadowolona. — Powinien ju˙z wróci´c.

84

background image

Abdel odnalazł miecz i zacz ˛

ał zakłada´c kolczug˛e tak po´spiesznie, ˙ze a˙z si˛e

w ni ˛

a zapl ˛

atał.

— Cholera! — krzykn ˛

ał, zbyt gło´sno, bior ˛

ac pod uwag˛e, ˙ze znajdowali si˛e

blisko obozu ˙

Zelaznego Tronu.

— Abdel — wyszeptała uspokajaj ˛

aco Jaheira — pozwól mi pomóc.

Poło˙zyła swe dłonie na jego, chłodne i delikatne i pokierowała tak, aby kol-

czuga opadła w dół.

— Znajd˛e go — powiedział jej Abdel. — Znajd˛e go, cho´cbym miał. . .
— . . . zabi´c wszystkich na Torilu? — doko´nczył za niego Xan.
Abdel i Jaheira podskoczyli na d´zwi˛ek jego głosu. Zirytowany Abdel ode-

tchn ˛

ał mocno, co zabrzmiało jak huragan w ciszy poranka. Ptaki za´cwierkały

w odpowiedzi.

— Albo pocałowa´c Umberlee w. . .
— Xan! — przerwała mu Jaheira. — Gdzie ty byłe´s?
— Spałem spokojnie z pi˛ekn ˛

a kobiet ˛

a u boku — za˙zartował elf. — Och, nie,

to nie ja, to. . .

— Xan — wtr ˛

acił si˛e Abdel. — Czego si˛e dowiedziałe´s?

Elf roze´smiał si˛e, a Jaheira odwróciła si˛e, ˙zeby podnie´s´c sw ˛

a zbroj˛e i bro´n.

— Czego si˛e dowiedziałem, w rzeczy samej — rzekł Xan, si˛egaj ˛

ac po mały,

skórzany plecak, który Khalid kupił mu w Berego´scie. Zajrzał do ´srodka i wło˙zył
tam r˛ek˛e. — S ˛

adz˛e, ˙ze to nie s ˛

a Zhentarimowie. Wygl ˛

adaj ˛

a mi bardziej na ban-

dytów — zabijaków i osiłków — nikogo wi˛ecej, cho´c s ˛

a zorganizowani, a poza

tym jest ich tam zbyt wielu, jak na nas troje. . . Przykro mi, przyjacielu. — Xan
u´smiechn ˛

ał si˛e do Abdela i ten si˛e zaczerwienił.

— Spróbowałem dosta´c si˛e do ´srodka i troch˛e pomyszkowa´c — kontynuował

elf. — I znalazłem to — wyj ˛

ał z plecaka dwa przedmioty: starannie zło˙zon ˛

a kartk˛e

pergaminu i raczej poka´zn ˛

a ksi ˛

a˙zk˛e, która przykuła wzrok Abdela. Wyci ˛

agn ˛

w kierunku elfa sw ˛

a wielk ˛

a dło´n i Xan wr˛eczył mu ksi˛eg˛e.

Ksi ˛

a˙zka była dziwna w dotyku, oprawiona jakby w skór˛e, ale gładsz ˛

a ni˙z zwy-

kła skóra, bardziej such ˛

a. Miała niezwykły, szaro–zielony kolor i w dotyku wywo-

ływała u Abdela dziwne uczucie, jak dotyk Jaheiry. Przypomniał sobie wra˙zenie,
jakiego doznał, gdy dotkn˛eła go nog ˛

a i wzi ˛

ał gł˛eboki wdech. Na wierzchu był

symbol, który Abdel rozpoznawał, ale nie mógł go umiejscowi´c. Była to przednia
cz˛e´s´c ludzkiej czaszki, przytwierdzona na ´srodku koła, wewn ˛

atrz którego było co´s

na kształt kropli łez lub krwi, „rozpry´sni˛etych” wokół czaszki. Ksi˛eg˛e zamykały
dwie długie i nadzwyczaj delikatne stalowe klamry. Otworzył ksi˛eg˛e i zobaczył
starannie napisany, umiej˛etnie iluminowany tekst w j˛ezyku, którego nie znał. Od-
wrócił stron˛e i zobaczył rysunek przedstawiaj ˛

acy kobiet˛e przywi ˛

azan ˛

a do drew-

nianego koła i. . .

Abdel z trzaskiem zamkn ˛

ał ksi˛eg˛e i gwałtownie wyprostował rami˛e, jakby

chciał j ˛

a odrzuci´c, ale palce nie wypu´sciły jej z dłoni. Nie chciał jej si˛e pozby´c,

85

background image

ale te˙z nie chciał jej wi˛ecej ogl ˛

ada´c.

— W porz ˛

adku? — zapytała Jaheira, a kiedy nie odpowiedział — Abdel?

— W porz ˛

adku — odpowiedział. — Xan, gdzie znalazłe´s t˛e ksi ˛

a˙zk˛e?

Xan wydawał si˛e zmieszany, zaskoczony pytaniem. — Le˙zała na stojaku

w jednym z namiotów. Wygl ˛

adała na wa˙zn ˛

a, cenn ˛

a, nie wiem. W pobli˙zu nikogo

nie było, wi˛ec j ˛

a wzi ˛

ałem. Co to jest?

— Zło — odparł Abdel krótko. Jaheira i Xan wymienili zdumione spojrzenia.

— To. . . Powinna si˛e znale´z´c w bezpiecznym miejscu. Powinienem zabra´c j ˛

a do

Candlekeep.

— ´Swietnie — zgodził si˛e Xan szybko. — Jeste´s pewny, ˙ze. . .
— Tak — rzekł Abdel, chowaj ˛

ac ksi˛eg˛e do swojego plecaka.

— Dobrze — powiedział elf. — Mam te˙z zł ˛

a wiadomo´s´c. Obawiam si˛e, Jahe-

ira, ˙ze bransoleta, któr ˛

a mi dała´s, ze´slizn˛eła mi si˛e z r˛eki. Zgubiłem j ˛

a.

Xan podniósł do góry r˛ek˛e i pokazał swój cienki nadgarstek, jakby chciał po-

wiedzie´c, ˙ze nie odzyskał jeszcze swej formy.

Jaheira u´smiechn˛eła si˛e.
— Nie szkodzi, nie s ˛

adz˛e, i˙z. . .

Abdel zerwał si˛e do skoku i w tym samym momencie g˛este krzaki kilka me-

trów od ich obozowiska gwałtownie zaszele´sciły. Co´s wielkiego przeciskało si˛e
przez nie, uciekaj ˛

ac i Abdel rzucił si˛e w po´scig z mieczem w dłoni. Wpadł w cier-

niste krzewy, przebił si˛e przez nie i natychmiast znalazł ´scie˙zk˛e. Przedzierał si˛e
wielkimi susami i w przeci ˛

agu trzech uderze´n serca dogonił uciekaj ˛

acego czło-

wieka. Nie patrz ˛

ac nawet, kim on jest, pchn ˛

ał mieczem w plecy biegn ˛

acego.

Ostrze przebiło mu ciało i wyszło ustami. Uciekinier nie zd ˛

a˙zył nawet krzykn ˛

a´c.

Jego ostatnie tchnienie było bulgotem krwi. Abdel przeskoczył w p˛edzie upada-
j ˛

ace ciało i wyhamował pół kroku za głow ˛

a trupa.

Jaheira i Xan wyłonili si˛e z krzaków tu˙z obok. Na widok tej okropnej sceny

Jaheira cofn˛eła si˛e.

Abdel czekał, a˙z opanuje go to uczucie, które zawsze si˛e pojawiało, kiedy

zabijał tak szybko, bez wahania czy skrupułów. Uznawał je za nagrod˛e za ulega-
nie swemu instynktowi zabijania. To była brudna przyjemno´s´c, ale jego jedyna
przyjemno´s´c od dawien dawna. Tym razem jednak jej nie było. Podniósł wzrok
i napotkał spojrzenie Jaheiry.

— Kierował si˛e do obozu — odezwał si˛e Abdel, nie b˛ed ˛

ac pewny, dlaczego

zaczyna si˛e tłumaczy´c.

Xan przysiadł obok ciała i sapn ˛

ał, przewracaj ˛

ac je na plecy.

— To jeden z bandytów — powiedział.
— Powinni´smy i´s´c — rzuciła Jaheira. — Mo˙ze by´c ich tu wi˛ecej.
— Mapa pokazuje, gdzie powinni´smy si˛e uda´c, jak my´sl˛e — rzekł Xan.
— Mapa? — zapytał Abdel.

86

background image

— Kiedy ty czytałe´s ksi ˛

a˙zk˛e — wyja´sniła Jaheira — Xan pokazał mi map˛e,

któr ˛

a znalazł. . . Ten pergamin.

Abdel kiwn ˛

ał głow ˛

a.

— Pokazuje ona miejsce górniczego obozu — powiedział mu Xan. — Górni-

czego obozu ˙

Zelaznego Tronu, gł˛eboko w Kniei Otulisko.

— Wi˛ec oni wydobywaj ˛

a własn ˛

a rud˛e — domy´slił si˛e Abdel — ˙zeby potem

sprzedawa´c po wy˙zszej cenie, kiedy kopalnie w Nashkel stan ˛

a. Wygl ˛

ada mi to na

robot˛e Zhentarimów.

— A tutaj składuj ˛

a ˙zelazo — powiedział Xan. — Widziałem tu wozy pełne

rudy.

— A wszystko — rzekła Jaheira — dla złota.
— Ludzie robi ˛

a gorsze rzeczy — rzekł Xan — za mniej.

Abdel, znaj ˛

acy t˛e prawd˛e, pokiwał głow ˛

a.

— Nie u´smiecha mi si˛e wcale perspektywa wyprawy do Kniei Otulisko —

odezwała si˛e Jaheira. — Słyszałam o niej historie. . .

— Ja te˙z — odparł Abdel. — Ale gdyby´smy mieli przewodnika. . .
— Przewodnika? — zdumiał si˛e Xan.
— Pomó˙zcie mi podnie´s´c to ciało — powiedział Abdel. — Idzie z nami. . .

87

background image

Rozdział pi˛etnasty

— Bardzo wiele przeciwko temu przemawia — odezwała si˛e Jaheira. — Nie

mam poj˛ecia, jak zacz ˛

a´c. . .

Przerwała, gdy Abdel przyło˙zył palec do ust i przechylił głow˛e. Wiedziała,

˙ze powinni by´c cicho — w ko´ncu przecie˙z mieli si˛e kry´c. Min˛eły dwa dni od-

k ˛

ad zostawili za sob ˛

a wzgórza i obóz bandytów, i odk ˛

ad bez powodzenia starała

si˛e odwie´s´c Abdela od jego szalonego planu. Xan gło´sno wyra˙zał swoj ˛

a dezapro-

bat˛e dla tego przedsi˛ewzi˛ecia. Przeprosił i odmówił ci ˛

agni˛ecia drewnianych noszy

z ciałem martwego bandyty, które dotaszczyli a˙z tutaj, na skraj Kniei Otulisko.

Cuchn ˛

acy ju˙z trup wisiał teraz na drzewie, gdzie powiesił go Abdel, a cała

trójka obserwowała go ukryta za pniem tak˙ze gnij ˛

acego, powalonego drzewa.

— Abdel — spróbowała znowu, tym razem szeptem. — Po prostu zakopmy. . .
Urwała, widz ˛

ac, ˙ze Abdel drgn ˛

ał i spojrzał w półmrok lasu. Ona tak˙ze usły-

szała kroki, nale˙z ˛

ace do kogo´s, kto wcale nie zamierzał si˛e kry´c. Xan przygryzł

usta i kiedy napotkał wzrok Jaheiry, wolno pokiwał głow ˛

a. Przymkn˛eła oczy

i westchn˛eła.

— Och, mój, tak — powiedział Korak, wyłaniaj ˛

ac si˛e z krzaków i łapczywie

przygl ˛

adaj ˛

ac si˛e wisz ˛

acemu trupowi. — Tak, to b˛edzie dobre.

Jaheira ujrzała, jak Abdel bezgło´snie wypuszcza powietrze z płuc. Ona sama

starała si˛e nie oddycha´c przez nos. Cho´c ghul był od zawietrznej, wo´n jego gnij ˛

a-

cego ciała dochodziła a˙z tutaj. Zasłoniła usta, powstrzymuj ˛

ac odruch wymiotny.

— Jak ty tam wlazłe´s na gór˛e? — zapytał ghul milcz ˛

ace ciało.

— Ja mu pomogłem — powiedział Abdel.
Korak j˛ekn ˛

ał, odskoczył ze strachu w tył i wywrócił si˛e w kolczaste zaro´sla.

— Wyła´z, Korak. Zmieniłem zdanie.
— To ty?— zapytał ghul, wystawiaj ˛

ac z g ˛

aszczu tylko czubek swej szarej,

martwej głowy.

— Wyła´z — powtórzył Abdel i wstał z mieczem w dłoni. Xan wysapał jakie´s

elfickie przekle´nstwo, ale nie wychodził z ukrycia. Jaheira w ogóle nie miała za-
miaru wstawa´c, obawiaj ˛

ac si˛e fali ghulowego smrodu i nie maj ˛

ac ch˛eci ogl ˛

ada´c

Koraka.

— Nie zabijesz mnie? — zapytał ghul z nadziej ˛

a w głosie. — Pójd˛e z tob ˛

a?

88

background image

— Potrzebujemy przewodnika — odparł Abdel. — Potrzebujemy przewod-

nika w Kniei Otulisko.

— Wiedziałem — odpowiedział Korak. — Poprowadz˛e.

*

*

*

Paj ˛

ak był br ˛

azowy, miał czarne plamy na odwłoku i osiem opancerzonych nóg.

Był prawie tak wielki jak kciuk Jaheiry. Nie był najwi˛ekszym paj ˛

akiem w Faeru-

nie, ale dla Jaheiry wydawał si˛e ogromny. Zapiszczała przestraszona, kiedy nagle
opu´scił jej si˛e na rami˛e. Podskoczyła i to przestraszyło paj ˛

aka, który postanowił

schowa´c si˛e w najbli˙zszym ciemnym schronieniu, jakie mógł znale´z´c — wcho-
dz ˛

ac Jaheirze mi˛edzy jej kr ˛

agły biust. Jaheira zacz˛eła stuka´c w swój gorset zbroi

z utwardzanej skóry.

— Och, na chwał˛e Mielikki — zaj˛eczała dr˙z ˛

acym, przestraszonym głosem. —

Niech to szlag. . . Cholera.

Abdel odwrócił si˛e, uchylaj ˛

ac przed cienk ˛

a gał ˛

azk ˛

a, która prawie trafiła go

w oko. Zaro´sla i drzewa rosły tak g˛esto, ˙ze nie widział twarzy Jaheiry, ale widział,

˙ze macha r˛ek ˛

a. Kobieta cofn˛eła si˛e w tył i znów zapiszczała.

Abdel przedarł si˛e do niej przez g ˛

aszcz i zapytał: — Co jest?

Jaheira nie odpowiedziała mu od razu. Wła´snie zdejmowała sw ˛

a skórzan ˛

a

zbroj˛e.

— Co ty robisz? — zapytał jeszcze raz, rozbawiony.
Jaheira wydusiła z siebie: paj ˛

ak, i gdy zdj˛eła stanik, zacz˛eła podskakiwa´c

w miejscu. Bluzk˛e miała wypuszczon ˛

a lu´zno i zacz˛eła ni ˛

a potrz ˛

asa´c. Wygl ˛

adało

to jak taniec calishita´nskich dziewcz ˛

at. Abdel u´smiechn ˛

ał si˛e mimo niepokoju,

wci ˛

a˙z nie b˛ed ˛

ac pewnym, co si˛e dzieje.

— Hej, wy tam z tyłu, w porz ˛

adku? — odezwał si˛e gdzie´s z g ˛

aszczu głos

Xana.

— Wydaje mi si˛e, ˙ze Jaheira spotkała si˛e z. . . — zacz ˛

ał Abdel, ale przerwał,

gdy Jaheira gło´sno pisn˛eła z bólu.

— Bogowie — krzykn˛eła — ugryzł mnie. . . Gryzie mnie!
Z oka pociekła jej łza i Abdel przestał si˛e ´smia´c. Jaheira zacz˛eła po´spiesznie

zdejmowa´c bluzk˛e, wi˛ec pomógł jej. Tkanina rozerwała si˛e z gło´snym trzaskiem,
a Abdel wyci ˛

agn ˛

ał paj ˛

aka spomi˛edzy obna˙zonych piersi Jaheiry, zanim oboje zd ˛

a-

˙zyli si˛e zorientowa´c, co robi. Paj ˛

ak przeskoczył chy˙zo na praw ˛

a dło´n Abdela i wo-

jownik klasn ˛

ał go lew ˛

a, zamieniaj ˛

ac w br ˛

azow ˛

a plam˛e z połamanymi nogami.

— Udało si˛e. . . — zacz˛eła Jaheira. Abdel spojrzał na ni ˛

a, nag ˛

a do pasa i otwo-

rzył usta. Nigdy nie widział czego´s tak. . .

Jaheira skrzy˙zowała r˛ece na piersiach i odwróciła si˛e. Nawet przez jej długie

89

background image

do ramion włosy Abdel mógł zauwa˙zy´c, ˙ze poczerwieniała jej szyja.

— Przepraszam — powiedział.
— Nic. . .
— Co tam si˛e dzieje z tyłu? — zapytał Xan. Abdel usłyszał, jak si˛e zbli˙za.

Nawet Xan nie mógł i´s´c cicho przez t˛e g˛estwin˛e.

— Wszystko w porz ˛

adku — zawołała Jaheira i kroki zatrzymały si˛e. Abdel

zorientował si˛e, ˙ze wci ˛

a˙z trzyma rozdart ˛

a bluzk˛e Jaheiry. Podał jej nie´smiało. Za-

trzymała si˛e, zwróciła głow˛e ku niemu, ale nie widział jej oczu.

— Chod´zcie ju˙z, prosz˛e — powiedział Xan niecierpliwie.
Chocia˙z Abdel wci ˛

a˙z nie widział elfa, usłyszał, ˙ze zawrócił i zacz ˛

ał si˛e oddala´c

w kierunku, w którym prowadził ich ghul.

Jaheira zaczekała par˛e sekund, tak˙ze przysłuchuj ˛

ac si˛e oddalaj ˛

acym krokom

Xana, po czym odwróciła si˛e i si˛egn˛eła po bluzk˛e. Wyci ˛

agn˛eła r˛ece przed siebie

i ich oczy spotkały si˛e. Stali tak, zdawałoby si˛e ˙ze całe ˙zycie, ich palce splecione
razem, oddzielone tylko gładkim jedwabiem rozdartej bluzki. Jaheira pierwsza
pu´sciła jego dło´n, mimowolnie, a on, mo˙ze nawet bardziej mimowolnie, odwrócił
si˛e i ruszył naprzód, zostawiaj ˛

ac j ˛

a sam ˛

a, aby si˛e ubrała.

— Xan — zawołał. — Uwa˙zaj na paj ˛

aki.

— Tak — odezwał si˛e Korak blisko, nawet zbyt blisko. — Paj ˛

aki, pewno.

Abdel obejrzał si˛e i zobaczył ghula. Straszliwy smród nie wydawał si˛e ju˙z

taki straszliwy. Nigdy by nie przypuszczał, ˙ze mo˙ze si˛e do niego przyzwyczai´c,
ale widocznie tak si˛e stało. Ghul odwrócił si˛e w kierunku Jaheiry i polizał swym
długim j˛ezykiem ociekaj ˛

acy rop ˛

a wrzód na zapadni˛etym policzku. Abdel dał dwa

kroki naprzód i chwycił ghula za podart ˛

a koszul˛e.

— Jeste´s tutaj jako przewodnik, ghulu — powiedział Abdel głosem ci˛e˙zkim

i gro´znym — wi˛ec prowad´z nas z przodu albo paj ˛

aki b˛ed ˛

a twoim najmniejszym

problemem.

Korak chrz ˛

akn ˛

ał i ruszył przodem w g ˛

aszcz. Abdel poczuł, ˙ze co´s usiadło mu

na karku i strzepn ˛

ał jakiego´s owada. Tormie — westchn ˛

ał, spogl ˛

adaj ˛

ac w niebo,

zasłoni˛ete g˛estymi koronami drzew. Zobaczył te˙z nad sob ˛

a migotanie paj˛eczyn.

Obejrzał si˛e na Jaheir˛e, która ju˙z ruszyła za reszt ˛

a, ko´ncz ˛

ac poprawia´c gorset

zbroi. Nic nie powiedział, ale poczuł nagle wielk ˛

a ochot˛e na wydarcie z brzucha

Koraka jego martwych flaków. Ile zobaczył? Te trupie oczy nie zasłu˙zyły, by wi-
dzie´c to, co widział Abdel. Zdumiał si˛e na sw ˛

a nast˛epn ˛

a my´sl — oczy ˙zadnego

m˛e˙zczyzny na to nie zasługiwały. Zaledwie dwa dni temu zabił jej m˛e˙za, a ju˙z
czuł, ˙ze on i Jaheira. . .

Odepchn ˛

ał te nieczyste my´sli od siebie i przeniósł sw ˛

a frustracj˛e na gał˛ezie

zagradzaj ˛

ace mu drog˛e.

Szli tak przez nast˛epn ˛

a godzin˛e w tej g˛estwinie niemal nie do przej´scia, a˙z

w ko´ncu zza kurtyny krzaków wyłonił si˛e Xan i zacz ˛

ał maszerowa´c u boku Ab-

dela. Jaheira szła tylko kilka kroków za nimi. Abdel wpadł twarz ˛

a w paj˛eczyn˛e,

90

background image

która oblepiła mu nieogolon ˛

a brod˛e. Przywykł ju˙z do ˙zycia w terenie takim jak

ten nawet, ale teraz fantazjował na temat gospody, ciepłego kominka, garnca piwa
i Jaheiry. . .

— Przyznanie si˛e do tego, ˙ze plan zawiódł — odezwał si˛e Xan, przerywaj ˛

ac

Abdelowi marzenia — jest mniejszym grzechem ni˙z dalsze pod ˛

a˙zanie kursem,

który mo˙ze prowadzi´c tylko do katastrofy.

— Na Torma, Xan — odparł gniewnie Abdel. — Własnor˛ecznie zabij˛e tego

cuchn ˛

acego syna ´slimaka gołymi r˛ekami, je´sli miałoby ci to zamkn ˛

a´c usta, ale to

wcale nie pomo˙ze nam wydosta´c si˛e z tego zapomnianego przez bogów lasu ani
troch˛e szybciej.

— Ten twój Korak — zacz ˛

ał znów Xan — jest o˙zywie´ncem. Jak mo˙zesz mu

ufa´c?

— Nie ufam — odparł najemnik. — Nie ufałem mu nigdy, nawet kiedy ˙zył,

ale nie jestem pewien, czy mam inny wyb. . . Cholera!

Abdel nagle stan ˛

ał. Paj ˛

ak był wielko´sci prawie obu małych pi˛e´sci Jaheiry i sie-

dział w ´srodku starannie rozplecionej paj˛eczyny nie dalej ni˙z cal przed nosem
Abdela. Paj ˛

ak ani drgn ˛

ał, kiedy Abdel cofn ˛

ał si˛e i wyci ˛

agn ˛

ał miecz. Ostrze prze-

ci˛eło gał ˛

a´z ponad nim, Xan powiedział — Czekaj! — ale Abdel bez wahania

przeci ˛

ał paj ˛

aka na pół jednym, dobrze wymierzonym ci˛eciem. Chitynowy pance-

rzyk paj ˛

aka rozpadł si˛e i ze ´srodka wybiegły setki, mo˙ze nawet tysi ˛

ace malutkich

paj ˛

aczków, rozpraszaj ˛

ac si˛e po ´sciółce i paj˛eczynie.

— Och, na Torma. . .
Jaheira wzdrygn˛eła si˛e i powiedziała:
— Wyno´smy si˛e st ˛

ad. Lepiej wyno´smy si˛e st ˛

ad.

— Ju˙z niedługo — wymruczał Korak, wystawiaj ˛

ac głow˛e zza pnia ogrom-

nego, powalonego drzewa.

Jaheira obróciła si˛e w stron˛e ghula.
— Nie zjesz mnie, ghulu. Nie b˛edziesz ju˙z ˙zył, ˙zeby posmakowa´c. . . —

urwała, uskakuj ˛

ac przed jednym z paj ˛

aczków. Wrzasn˛eła gło´sno i przeci ˛

agle z fru-

stracji, gniewu i obrzydzenia. Wło˙zyła palce we włosy i zacz˛eła je przeczesywa´c
i potrz ˛

asa´c, a˙z jej si˛e palce zapl ˛

atały. Przynajmniej jeden paj ˛

aczek wypadł jej

z włosów. Abdel wci ˛

agn ˛

ał powietrze, kiedy Jaheira spojrzała na niego z dziko po-

targanymi włosami. Przeraził go ten widok i szybko si˛e odwrócił, kiedy zobaczył,

˙ze Jaheira to zauwa˙zyła. Paj ˛

ak wyl ˛

adował mu na policzku i Abdel trzepn ˛

ał go

silnie, rozsmarowuj ˛

ac go sobie na twarzy.

— Mielikki odwróciła si˛e od tego lasu — powiedziała Jaheira raczej do siebie

ni˙z do pozostałych.

— Paj ˛

aki to po prostu. . . paj ˛

aki — rzekł niewyra´znie Abdel.

— Tak, to prawda — odparła Jaheira — i zarazem cz˛e´s´c porz ˛

adku natury jak

wszystko inne, ale wolałabym, aby nie miały nic wspólnego. . . z moj ˛

a. . . natur ˛

a.

Abdel u´smiechn ˛

ał si˛e i Jaheira tak˙ze posłała mu słaby u´smiech.

91

background image

— Je´sli prowadzisz nas w jak ˛

a´s zasadzk˛e — powiedział Xan do Koraka, nie

zauwa˙zaj ˛

ac sceny, jaka rozegrała si˛e pomi˛edzy Abdelem i Jaheir ˛

a — umr˛e do-

piero, gdy zapewni˛e ci doznania drugiej ´smierci.

— Nieustanne straszenie mnie — odparł Korak, obrzucaj ˛

ac elfa pogardliwym

spojrzeniem swych po˙zółkłych oczu — wcale nie sprawi, ˙ze dotrzemy do tej wa-
szej kopalni szybciej.

— No wła´snie — rzekł Xan, wyci ˛

agaj ˛

ac miecz. — Miałem. . .

Abdel popchn ˛

ał mocno elfa w plecy tak, ˙ze ten prawie upadł.

— Idziemy — powiedział najemnik do Xana, po czym zwrócił si˛e do ghula.

— Zaprowad´z nas tam. Ju˙z.

Ghul kiwn ˛

ał głow ˛

a, odwrócił si˛e i podj ˛

ał marsz. Xan, oddychaj ˛

ac ci˛e˙zko, tylko

patrzył, jak Abdel i Jaheira id ˛

a za ghulem, raz po raz uchylaj ˛

ac si˛e przed paj˛eczy-

nami. Elf stał chwil˛e, str ˛

acaj ˛

ac natr˛etne paj ˛

aki, a˙z w ko´ncu ruszył za nimi.

*

*

*

— No wła´snie — odezwał si˛e Abdel szorstko — wracamy.
Korak zatrzymał si˛e i odwrócił, by spojrze´c na najemnika.
— Wracamy?
— Wła´snie — potwierdził Abdel.
— Prowadzisz nas do jakiego´s paj˛eczego. . . paj˛eczego. . . — zaci ˛

ał si˛e Xan,

szukaj ˛

ac wła´sciwego słowa — . . . paj˛eczego piekła.

— Lepiej id´zmy — powiedziała Jaheira, głosem słabym i dr˙z ˛

acym. Zacz˛eła

robi´c si˛e nerwowa i Abdel przypomniał sobie zhentarimskiego maga Xzara. Dla-
tego zapragn ˛

ał nagle wyprowadzi´c j ˛

a i cał ˛

a ich grup˛e z Kniei Otulisko. Od mo-

mentu, kiedy paj ˛

ak wlazł pod zbroj˛e Jaheiry i ugryzł j ˛

a, ich liczba nieustannie

si˛e zwi˛ekszała. Cho´c w Kniei Otulisko ju˙z było ciemno, wszyscy wiedzieli, ˙ze
niedługo zajdzie sło´nce. Cienie stawały si˛e coraz gł˛ebsze i mogły kry´c nawet wi˛e-
cej i wi˛ekszych paj ˛

aków. Jaheira podrapała si˛e w piersi przez zbroj˛e i jeszcze raz

przetrz ˛

asn˛eła włosy. Strzepn˛eła co´s z karku.

— Lepiej id´zmy — powtórzyła.
— Ju˙z niedaleko — zaprotestował ghul. — Prowadz˛e was. Prowadz˛e was.
— Ci ˛

agniesz nas przez morze paj ˛

aków — zaoponował Xan. — Dok ˛

ad nas

prowadzisz?

— Do kopalni — powiedział ghul. — Prowadz˛e was do kopalni. Za mn ˛

a. . .

Za mn ˛

a. . .

Ghul pomachał r˛ek ˛

a, aby szli za nim. Abdel miał ju˙z dosy´c i nie poruszył si˛e.

Usiadł, jak czynił to ju˙z setki razy w ci ˛

agu ostatniej godziny i otarł twarz z lepkiej

paj˛eczyny.

92

background image

— Starczy, Korak — rzekł Abdel. — Wyprowad´z nas st ˛

ad, albo zabij˛e ci˛e

i wtedy sami spróbujemy si˛e st ˛

ad wydosta´c.

— Jak sobie ˙zyczysz — odparł ghul, kłaniaj ˛

ac si˛e. — Jak sobie ˙zyczysz, dobry

panie. — Korak odwrócił si˛e i pod ˛

a˙zył w tym samym kierunku, co przedtem.

Xan westchn ˛

ał gło´sno.

— Pozwól mi. Prosz˛e, Abdel. Pozwól mi go zabi´c.
Jaheira ruszyła za ghulem.
— Lepiej id´zmy — powiedziała znowu.
Xan wci ˛

agn ˛

ał powietrze do płuc, zatrzymał si˛e i wolno je wypu´scił.

— Tam co´s jest — wyszeptał ledwie słyszalnym głosem.
Abdel ju˙z zd ˛

a˙zył ruszy´c za Jaheir ˛

a i Korakiem, którzy gło´sno przedzierali si˛e

przez opanowany przez paj ˛

aki las. Najemnik wolno si˛e odwrócił i poło˙zył praw ˛

a

dło´n na r˛ekoje´sci pałasza.

— Gdzie?
— Za nami — odparł elf — i z boku. . . z obu stron.
— Ilu?
— Wystarczaj ˛

aco — rzekł elf i szybko ruszył za Jaheir ˛

a. — Id´zmy.

Abdel zawahał si˛e, pragn ˛

ac zosta´c i walczy´c.

— Abdel — zawołał go Xan. Elf musiał czu´c, ˙ze cokolwiek za nimi idzie, wie

gdzie si˛e znajduj ˛

a.

Abdel ruszył si˛e, ale zaraz cofn ˛

ał.

— Widzisz ich? — zapytał Xan cicho.
— Co to? — zapytała Jaheira. — Czy kto´s nas. . .
— . . . tropi? — doko´nczył za ni ˛

a Xan. — Tak. Nie zatrzymujmy si˛e.

— Powinni´smy si˛e rozdzieli´c — wyszeptał Abdel do elfa. — Spróbowa´c zaj´s´c

ich po łuku od tyłu.

— ´Smierdz ˛

a — powiedział elf i Abdel zdał sobie spraw˛e, ˙ze Xan si˛e boi. —

Nie wiem, kim lub czym s ˛

a, Abdel, ale na pewno nie s ˛

a to ludzie ani elfy. Nie

chc˛e si˛e rozdziela´c.

— Zaganiaj ˛

a nas gdzie´s? — zapytała Jaheira.

— Tak — odpowiedział Xan. — Naprowadzaj ˛

a nas gdzie´s, gdzie. . . prowadzi

nas ghul.

— Mog˛e przyzna´c si˛e do pomyłki wystarczaj ˛

aco wcze´snie, Xan — powiedział

Abdel, zmuszaj ˛

ac si˛e do u´smiechu.

— To b˛edzie trudne — odparł elf — by´c w porz ˛

adku wobec. . . Tam!

Abdel zatrzymał si˛e i spojrzał, gdzie Xan pokazywał palcem. Zobaczył tylko

kawałek rdzawo–br ˛

azowego boku jakiej´s istoty. Była kosmata.

— Co´s jakby paj ˛

ak — odezwała si˛e Jaheira, ko´ncz ˛

ac my´sl Abdela.

— Paj ˛

aki umieraj ˛

a — odparł Abdel, staraj ˛

ac si˛e j ˛

a pocieszy´c. — Jak wszystko

inne.

93

background image

— Nie zatrzymujmy si˛e — rzekł Xan. Zacz ˛

ał si˛e poci´c obficie i dobył miecza.

— Musimy i´s´c stale naprzód. Je´sli stan ˛

a si˛e zbyt pewne siebie. . .

— Zbli˙z ˛

a si˛e wystarczaj ˛

aco, by. . . Tfu! — Abdel wypluł paj ˛

aka z ust i oczy´scił

twarz z paj˛eczyny.

— Idziesz prosto ku temu — powiedziała Jaheira, jakby trzeba to było Abde-

lowi mówi´c.

W zaro´slach za nimi rozległ si˛e gło´sny trzask. Jaheira chwyciła Abdela pod

rami˛e i wrzasn˛eła: — Ruszajmy!

Abdel nie zamierzał si˛e opiera´c. Strzepn ˛

ał resztki lepkiej paj˛eczyny i pobiegł

za Jaheir ˛

a, która znikn˛eła w pogoni za Xanem i Korakiem. Szelest towarzyszył im

z tyłu, lecz stwór, czymkolwiek był, nie atakował ich.

Abdel zd ˛

a˙zył oczy´sci´c sobie twarz do ko´nca, zanim ujrzał plecy uciekaj ˛

acego

Xana i nadepn ˛

ał mu na pi˛ety.

— Co si˛e dzieje? — powiedział Abdel, rozejrzał si˛e, usłyszał, ˙ze Jaheira po-

wstrzymuje si˛e od krzyku i niemal sam nie wrzasn ˛

ał.

Drzewa otwierały si˛e na polank˛e. Polank˛e pełn ˛

a paj˛eczyn wszystkich rozmia-

rów, kształtów i stopni zło˙zono´sci, od prostych nici rozpostartych pomi˛edzy gał˛e-
ziami, po niewiarygodne konstrukcje linowe, przypominaj ˛

ace Abdelowi legendy

o miastach Evermeet. W czym´s, co wygl ˛

adało na gniazda, roiło si˛e od malutkich

paj ˛

aków, a w jednej z paj˛eczyn, zbudowanej z nici grubszej ni˙z najgrubsza lina,

jak ˛

a Abdel widział, siedział paj ˛

ak wielko´sci krowy. Jego bulwowate ciało było

czarne, nakrapiane czerwieni ˛

a. Dymi ˛

acy zielony jad skapywał z jego drgaj ˛

acej

˙zuchwy.

Jaheira stała tak z otwartymi ustami i wytrzeszczała oczy. Strach obezwład-

nił j ˛

a, nie mogła ani ucieka´c, ani krzycze´c. Xan mruczał co´s po elficku, pewnie

modlitw˛e i łza pociekła mu po policzku.

Korak wiercił si˛e w miejscu, nie wiedz ˛

ac w którym kierunku ma ucieka´c i po-

wiedział jedynie: — Ops!

Na ´srodku polanki stało co´s, co Abdel mógł nazwa´c tylko budynkiem.

94

background image

Rozdział szesnasty

Olbrzymi paj ˛

ak zobaczył ich i wrzasn ˛

ał. Odpowiedział mu ´swiergocz ˛

acy, bez-

my´slny krzyk Jaheiry. Abdel niemal sam nie wrzasn ˛

ał, gdy˙z strach pełzał mu pod

skór ˛

a w dół, a˙z skurczyły mu si˛e j ˛

adra. Spojrzał na Jaheir˛e i prawie nie wrzasn ˛

po raz drugi. Kobieta traciła zmysły.

Ettercapy — poro´sni˛ete k˛epkami sier´sci humanoidy — wybrały t˛e chwil˛e na

atak, a mo˙ze wrzask olbrzymiego paj ˛

aka był dla nich rozkazem. Kiedy wypełzły

z zaro´sli, Abdel szybko wysun ˛

ał z pochwy miecz i natarł na nie z grymasem deter-

minacji, który zawsze pojawiał si˛e u niego w podobnych chwilach. To wytr ˛

aciło

ettercapy z równowagi i pierwszy, który był najbli˙zej, musiał atakowa´c sam.

Istoty były ni˙zsze od Abdela, cho´c wy˙zsze od Jaheiry i Xana. Nie poruszały

si˛e szybciej ni˙z zwykli ludzie, ale ich chude, paj ˛

akowate ko´nczyny wywijały dziko

i sprawiały, ˙ze wygl ˛

adały na szybsze. Ten, który atakował Abdela, otworzył usta

z kłami i Abdel niemal nie zakrztusił si˛e woni ˛

a jego jadu. Ci ˛

ał mieczem, lecz

odrobin˛e za wysoko i ostrze odci˛eło stworowi tylko czubek jego długiego, szpi-
czastego ucha.

Ettercap zawył, ale kontynuował atak. Abdel usłyszał, ˙ze Xan walczy z dru-

gim, który wyskoczył z zaro´sli tu˙z przed nim. Wrzecionowata r˛eka o długich, za-
ko´nczonych ostrymi pazurami palcach trafiła Abdela w lewe rami˛e, upuszczaj ˛

ac

nieco krwi i przekle´nstw z ust najemnika. I w tym momencie Abdel przestał my-

´sle´c o otaczaj ˛

acym go ´swiecie, nawet zapomniał o Jaheirze, któr ˛

a ostatnio widział

sparali˙zowan ˛

a ze strachu.

Odci ˛

ał ettercapowi r˛ek˛e i stwór z piskiem wycofał si˛e, a jego miejsce zaj˛eły

dwa inne. Abdel przebił jednemu oko, podczas gdy drugi próbował chlasn ˛

a´c go

w praw ˛

a nog˛e swymi ostrymi jak igła pazurami. Abdel chrz ˛

akn ˛

ał i kopn ˛

ał stwora

lew ˛

a nog ˛

a wprost w jego obwisł ˛

a pier´s. Od siły uderzenia zaro´sni˛eta klatka stwora

zapadła si˛e, ettercap zipn ˛

ał z płuc całym swoim smrodem i upadł na kolana. Ab-

del uniósł miecz i opu´scił na prawy bark kl˛ecz ˛

acego potwora. Ettercap nawet nie

zaj˛eczał, ale Abdel wiedział, ˙ze musiał trafi´c w t˛etnic˛e. Krew trysn˛eła fontann ˛

a,

pulsuj ˛

ac gwałtownie, a potem coraz wolniej wraz z ka˙zdym coraz słabszym ude-

rzeniem serca. Stwór przyło˙zył r˛ek˛e do rany, jego szare oczy wywróciły si˛e i run ˛

na ziemi˛e.

95

background image

Abdel poczuł ostry ból w lewym barku i odskoczył w tył — akurat w do-

brym momencie. Jedyny cały stwór drapn ˛

ał go po raz drugi, ale nie zd ˛

a˙zył go

ugry´z´c swymi jadowitymi kłami. Abdel pchn ˛

ał mocno obur ˛

acz i ostrze zagł˛ebiło

si˛e w ciele ettercapa, roztrzaskuj ˛

ac mu kr˛egosłup i z wyra´znym chlupni˛eciem wy-

szło plecami. Zanim stwór zwalił si˛e na ziemi˛e, Abdel lew ˛

a nog ˛

a zepchn ˛

ał go

z ostrza swego miecza. W tym momencie rozległ si˛e za nim krzyk i Abdel odwró-
cił si˛e.

Jaheira wołała Khalida i Abdel drgn ˛

ał zarówno na d´zwi˛ek imienia, które wo-

łała, jak i ´smiertelnie niebezpiecznej sytuacji, w której si˛e znajdowała. Rzucała
si˛e zapl ˛

atana w czym´s w rodzaju paj˛eczej sieci, zrobionej z grubych, solidnych

nici. Sie´c ci ˛

agn˛eły po ziemi dwa ettercapy, od jednego gniazda malutkich paj ˛

a-

ków przez nast˛epne. Jaheira dyszała, by złapa´c oddech i znowu krzycze´c.

Abdel post ˛

apił naprzód, ignoruj ˛

ac Xana walcz ˛

acego o ˙zycie i wpadł w pu-

łapk˛e. Kostka przylgn˛eła mu do lepkiej, grubej liny. Abdel potkn ˛

ał si˛e i wywi-

n ˛

ał fikołka, dostrzegaj ˛

ac jednocze´snie, jak po linie biegnie w jego stron˛e etter-

cap. Najemnik podj ˛

ał prób˛e przeci˛ecia liny, która przylepiła mu si˛e do kostki,

wzi ˛

ał zamach, jednak zbyt szeroki, gdy˙z bał si˛e uci ˛

a´c sobie nog˛e, i zamiast tra-

fi´c w lin˛e, trafił nadbiegaj ˛

acego ettercapa w jego p˛ekaty brzuch. Ni´c wychodziła

wła´snie z podbrzusza stwora, a kiedy z rozpłatanego brzucha trysn˛eła krew, ni´c
straciła swoje przylepne wła´sciwo´sci, a stwór z piskiem zdechł. Krew wymieszana
z lepk ˛

a substancj ˛

a paj˛eczynowat ˛

a chlusn˛eła z rany potwora na nogi Abdela i na-

jemnikowi udało si˛e niemal całkowicie uwolni´c stop˛e z nici, nim spadła na niego
z góry cała sie´c — z nici grubszych i jeszcze bardziej lepkich. Jego prawe rami˛e
przylgn˛eło przylepione do boku, wi˛ec zaryzykował przerzucenie swego miecza do
lewej dłoni. Kiedy go chwycił, przekr˛ecił si˛e na plecy i zasłonił mieczem twarz.

Olbrzymi paj ˛

ak, którego wcze´sniej zobaczyli siedz ˛

acego w ´srodku swej gigan-

tycznej paj˛eczyny, zmierzał teraz szybko po swych niciach do pobliskiego drzewa,
wprost na Abdela, z jego otwartych szcz˛ek s ˛

aczył si˛e jad.

— Tormie, chro´n mnie! — zawołał Abdel i ci ˛

ał mieczem z lewa na prawo.

Paj ˛

ak zatrzymał si˛e na chwil˛e, a Abdel przeturlał si˛e na bok, staraj ˛

ac si˛e wyrwa´c

z sieci. Poczuł bolesne szarpni˛ecie za włosy, wokół szyi owin˛eła mu si˛e lepka
ni´c sieci. Teraz był jak mucha, smakowity k ˛

asek dla o´smiono˙znego drapie˙zcy,

i jak mucha szarpał si˛e w desperackiej próbie uwolnienia, grz˛ezn ˛

ac w sieci coraz

bardziej.

— Uspokój si˛e — powiedział paj ˛

ak.

Abdel wzdrygn ˛

ał si˛e na d´zwi˛ek jego słów. Jakby kto´s przejechał szkłem po

stali. Włosy stan˛eły mu d˛eba, nie tylko z powodu zgrzytliwego d´zwi˛eku, ale i prze-
ra˙zenia, ˙ze taki stwór potrafi w ogóle mówi´c.

— Nie ruszaj si˛e, człowieku i daj, aby Kriiya mogła ci˛e wyssa´c. Kriiya osuszy

ci˛e do cna.

Abdel krzykn ˛

ał i rzucił si˛e naprzód. Wykonał fint˛e i paj ˛

ak dał si˛e nabra´c,

96

background image

uskakuj ˛

ac w bok. Abdel nakarmił potwora ostrzem swego miecza, wpychaj ˛

ac mu

ostrze prosto w rozwarty pysk. Miecz zagł˛ebił si˛e na cał ˛

a stop˛e, nim napotkał opór.

Krew i trucizna chlusn˛eły z pyska umieraj ˛

acego potwora. Jego konwulsje były tak

silne, ˙ze Abdel prawie stracił chwyt na r˛ekoje´sci pałasza. Nogi potwora ugi˛eły si˛e
pod nim z gło´snym trzaskiem, który zagłuszył krzyk Jaheiry tak, i˙z Abdel jedynie
pomy´slał, ˙ze wołała: „Tato!”, ale nie był pewny.

Potwór spadał wprost na niego, wi˛ec Abdel, zamykaj ˛

ac oczy i usta przed

´smierteln ˛

a trucizn ˛

a, szarpn ˛

ał si˛e i odturlał, a potwór — wa˙z ˛

acy lekko ton˛e —

zwalił si˛e z konaru drzewa na ziemi˛e. Jego odwłok p˛ekł, wylewaj ˛

ac fale ´sluzu,

trucizny i kwasów ˙zoł ˛

adkowych sycz ˛

acych na paj˛eczynie i ro´slinno´sci ´sciółki.

— Jaheira! — krzykn ˛

ał Abdel, ale nie otrzymał odpowiedzi. Le˙z ˛

ac na ziemi

prawie nic nie widział, spróbował wi˛ec wsta´c, ale nie udało mu si˛e. Wci ˛

a˙z był

zapl ˛

atany w lepkie, grube nici paj˛eczyny i miał ograniczon ˛

a swobod˛e ruchów.

Wci ˛

a˙z jednak trzymał w lewej dłoni ociekaj ˛

acy posok ˛

a miecz i po krótkich zma-

ganiach i kilku ci˛eciach udało mu si˛e usi ˛

a´s´c. Słyszał, ˙ze Xan walczy, oddychał

ci˛e˙zko, ale spokojnie. Kiedy Abdel w ko´ncu dojrzał Xana, natychmiast docenił
jego umiej˛etno´sci w posługiwaniu si˛e mieczem. Jakkolwiek podró˙zowali razem
ju˙z od jakiego´s czasu, Abdel nie miał zbyt wiele okazji widzie´c go w akcji. Zwy-
kle, kiedy Xan walczył, Abdel równie˙z walczył, a kiedy walczył, rzadko si˛e roz-
gl ˛

adał. Miecz elfa wirował przed nim w o´slepiaj ˛

acym ta´ncu i dla Abdela zdawał

si˛e by´c niczym jaka´s magiczna tarcza. Ale nie było w tym ˙zadnej magii, elf był
po prostu bardzo dobry.

Na ziemi u stóp elfa le˙zały ju˙z dwa martwe ettercapy, a Xan zawzi˛ecie m˛eczył

ostatniego. Stwór broczył ju˙z z tuzina ran i w jego oczach było wida´c wyra´zn ˛

a

desperacj˛e, ale nie wahanie. Walczył uparcie i Abdel, nie o´smielaj ˛

ac si˛e krzycze´c

dla zach˛ety, by nie rozprasza´c elfa, tylko patrzył z nadziej ˛

a na zwyci˛estwo Xana.

Niedługo pó´zniej Xan wykonał dwa szybkie celne ci˛ecia i stwór, zachłystuj ˛

ac si˛e

własn ˛

a krwi ˛

a, padł.

— Xan! — zawołał Abdel.
Elf spojrzał na niego szybko, nie puszczaj ˛

ac gardy. Abdel zobaczył paj ˛

aka

wielko´sci monety biegn ˛

acego po piersi elfa i sam poczuł jak jeden taki wchodzi

mu na nog˛e.

— Xan, pomó˙z mi si˛e uwolni´c! Musimy pomóc. . .
Wielki paj ˛

ak skoczył Xanowi na plecy. Wyskoczył znik ˛

ad i Abdelowi a˙z dech

zaparło z zaskoczenia, podobnie jak elfowi, którego siła pchni˛ecia powaliła na
kolana. Xan spojrzał z zakłopotaniem Abdelowi w oczy. Abdel poci ˛

agn ˛

ał sie´c

przylepion ˛

a do kostki, zdzieraj ˛

ac sobie skór˛e. Wrzasn ˛

ał z bólu, ale nie przestał

ci ˛

agn ˛

a´c, dopóki si˛e nie uwolnił, pozostawiaj ˛

ac przylepiony do nici kawałek skóry.

Paj ˛

ak siedz ˛

acy Xanowi na plecach otworzył ˙zuchw˛e tu˙z nad karkiem elfa, a Xan,

wci ˛

a˙z patrz ˛

acy na Abdela, dopiero teraz zdał sobie spraw˛e, co si˛e za chwil˛e stanie.

— Xan! — krzykn ˛

ał Abdel, ci ˛

agle wyrywaj ˛

ac si˛e z sieci. — Nie!

97

background image

˙

Zuchwa paj ˛

aka zamkn˛eła si˛e i głowa elfa z gło´snym chrz˛estem odpadła.

— Nie! — krzykn ˛

ał Abdel po raz drugi i uwolnił prawe rami˛e, ci ˛

agn ˛

ac ´slad

krwi i strz˛epki nici. Wrzasn ˛

ał i wstał.

Paj ˛

ak skoczył na niego i Abdel przeci ˛

ał go na pół jeszcze w powietrzu. Krew

paj ˛

aka była tak gor ˛

aca, ˙ze parzyła wsz˛edzie tam, gdzie oblała jego ciało. Stwór

rzucał si˛e przez chwil˛e po ´sciółce i drgał. Abdel odwrócił si˛e.

— Jaheira — powiedział — ju˙z id˛e.
— Ona jest tam — odezwał si˛e Korak.
Abdel spojrzał na ghula. Zapomniał o nim.
— One zaci ˛

agn˛eły pani ˛

a tam — Korak pokazał r˛ek ˛

a kierunek, a Abdel rzucił

si˛e na niego.

Ghul uciekł, a Abdel, dysz ˛

ac ci˛e˙zko, sk ˛

apany we krwi i jadzie, poparzony, bro-

cz ˛

acy krwi ˛

a i dr˙z ˛

acy, pozwolił mu si˛e oddali´c. Popatrzył w kierunku wskazanym

przez ghula, na ´srodek diabelskiej polanki.

Stał tam budynek.
Budynek wygl ˛

adał jak masywna chata w kształcie rotundy, tak du˙za, jak bu-

dynki na Wybrze˙zu Mieczy. Była biała z fragmentami jasno szarymi, gładka
w wielu miejscach, w innych wypukła. Została skonstruowana z paj˛eczych sieci
i jeszcze czego´s, czego Abdel nie mógł rozpozna´c, dopóki nie podszedł bli˙zej.
Były to ciała, ludzkie ciała, w wi˛ekszo´sci pozbawione krwi i wn˛etrzno´sci, osu-
szone i zawini˛ete w kokony z paj˛eczej sieci, słu˙z ˛

ace niczym wsporniki dla tej

nieludzkiej budowli.

Abdel nie miał czasu brzydzi´c si˛e tym widokiem. Jaheira była w ´srodku, Xan

nie ˙zył, a ghul uciekł. Ona potrzebowała go, a on czuł, ˙ze nie mo˙ze jej zostawi´c.
W ka˙zdych innych okoliczno´sciach Abdel mo˙ze by si˛e zatrzymał, by rozwa˙zy´c
sytuacj˛e, mo˙ze nawet opierałby si˛e swoim emocjom. Ale kochał j ˛

a. Ona tam była

i tylko sam Szalony Cyric wiedział, co jej si˛e mogło sta´c. Je´sli nie udałoby mu si˛e
jej uratowa´c, wolałby umrze´c. Nie chciał ˙zy´c bez niej.

*

*

*

Paj ˛

aki i co´s, co mogło by´c dzie´cmi ettercapów, rozproszyły si˛e, kiedy Ab-

del wtargn ˛

ał do pomieszczenia. Dwa dorosłe ettercapy, które wci ˛

agn˛eły Jaheir˛e

do domu, odwróciły si˛e i bez zastanowienia zaatakowały. Abdel rzucił si˛e na nie
niczym dziki zwierz i wybuchn ˛

ał ´smiechem, kiedy wreszcie poło˙zył trupem dru-

giego. Oba stwory le˙zały u jego stóp, wij ˛

ac si˛e w ´smiertelnych konwulsjach. Ab-

del rozejrzał si˛e.

To, co zobaczył, sprawiło, ˙ze cofn ˛

ał si˛e dwa kroki w tył. Kolana mu zadr˙zały

i poddały si˛e. Ukl˛ekn ˛

ał na nierównej podłodze tej koszmarnej komory i spróbował

98

background image

powsta´c raz, drugi, a˙z zauwa˙zył, ˙ze nawet podłoga w tym miejscu była zrobiona
z wyssanych, wysuszonych ludzkich trupów. Zwymiotował wprost w otwarte do
niemego krzyku usta zmumifikowanej kobiety, włosy stan˛eły mu d˛eba i zacz ˛

w po´spiechu si˛e wycofywa´c, powtarzaj ˛

ac pod nosem: — Tormie, Tormie, Tor-

mie. . .

Jaheira j˛ekn˛eła i Abdel wstał tak szybko, ˙ze niemal jej nie min ˛

ał. ˙

Zyła, zoba-

czył j ˛

a, zapl ˛

atan ˛

a w lepk ˛

a paj˛eczyn˛e, w której została tu zaci ˛

agni˛eta. Była odwró-

cona do niego plecami. Oddychała. Plecy jej dr˙zały.

Bezpo´srednio nad kokonem z Jaheir ˛

a było co´s, co Abdel mógł opisa´c jako

„królow ˛

a”. Sieci zwisały w lu´znych pasmach, udrapowane na ´scianach z mar-

twych ciał. Zawieszone w ´srodku rozpostartej na suficie paj˛eczyny było co´s, co
niegdy´s musiało by´c kobiet ˛

a, mo˙ze ludzk ˛

a kobiet ˛

a. Teraz była potwornie, niena-

turalnie gruba, rozd˛eta i purpurowa. Masywne ciało składało si˛e z bladych fałdów
ciała, jeden na drugim. Było zbyt ciemno, by Abdel mógł dostrzec, co porusza si˛e
po tych fałdach w gór˛e i w dół — z pewno´sci ˛

a paj ˛

aki, ale te˙z jakie´s małe, futrzane,

humanoidalne postacie. Abdel zdał sobie spraw˛e, ˙ze paj ˛

aki i ich humanoidalni ku-

zyni wykorzystuj ˛

a t˛e kobiet˛e, aby dawała im potomstwo, jak ˙złobek, inkubator. . .

Abdel zwymiotował jeszcze raz.

— Czy jestem a˙z tak obrzydliwa? — zapytała kobieta głosem, przypominaj ˛

a-

cym chrz ˛

akanie ´swini. — Tak, my´sl˛e, ˙ze musz˛e by´c taka.

Jaheira wrzasn˛eła i powiedziała: — Nie, och nie.
Tysi ˛

ace pełzaj ˛

acych po ciele królowej poczwar odrywały kawałki jej tłustego,

spuchni˛etego ciała i zjadały je. Twarz kobiety była pomarszczona, purpurowa,
sk ˛

apana jadem, drwi ˛

ac jakby z ludzkiej natury, której kiedy´s była dziełem. Płat

ciała zwin ˛

ał jej si˛e na czole, zasłaniaj ˛

ac jedno oko. Utrzymywali j ˛

a tu przy ˙zyciu,

˙zyw ˛

a, cho´c unieruchomion ˛

a, parali˙zuj ˛

ac j ˛

a mo˙ze swoimi jadami, aby wykorzy-

stywa´c jako matk˛e i ˙zywicielk˛e. Abdel nie miał ju˙z czym wymiotowa´c i niewiele
brakowało, by wypluł swoje wn˛etrzno´sci. Nie mógł sobie wyobrazi´c, aby Otchła´n
była gorsza i zastanawiał si˛e, czy przypadkiem ghul nie wyprowadził ich poza
Toril, do jakiego´s innego, koszmarnego wymiaru. Jak to nazwał Xan? Paj˛ecze
Piekło.

— Jaheira — odezwał si˛e Abdel, wyrywaj ˛

ac swój umysł z okowów strachu.

— Abdel — wydyszała — Abdel, pomó˙z mi. . .
Podszedł do niej, spogl ˛

adaj ˛

ac na rozd˛et ˛

a kobiet˛e, której jedno oko ´sledziło

jego drog˛e.

— Jestem tu — powiedział jej i te dwa słowa sprawiły, ˙ze si˛e odpr˛e˙zyła. Była

ciasno owini˛eta lepk ˛

a sieci ˛

a i Abdel nie miał pomysłu, jak j ˛

a uwolni´c.

— Ogie´n — powiedziała rozd˛eta kobieta. — Przyłó˙z ogie´n do paj˛eczyny, to

j ˛

a uwolnisz.

— Czym jeste´s? — zapytał Abdel, nie patrz ˛

ac istocie w twarz.

— Ofiar ˛

a — odpowiedziała. — Nazywam si˛e Centeol.

99

background image

— Co zrobiła´s? — zapytał jej Abdel. — Co takiego mogła´s zrobi´c, aby na to

zasłu˙zy´c?

— Zakochałam si˛e — odpowiedziała smutno — i to wystarczyło.
Abdel poczuł, ˙ze łka. Zdarzyło mu si˛e to po raz pierwszy, nigdy w ˙zyciu tego

nie robił.

— Czy musz˛e błaga´c? — zapytała Centeol.
— O co?
— Zabij mnie — poprosiła.
Abdel stał i zamrugał oczami, by spłyn˛eły łzy. Jaheira zemdlała. Jej spokojny

oddech niósł si˛e gło´snym echem po du˙zej komnacie. Abdel uniósł obur ˛

acz miecz,

si˛egn ˛

ał najwy˙zej jak mógł i przebił ciało przekl˛etej kobiety jednym, pot˛e˙znym

pchni˛eciem. Centeol zacharczała i umarła, podczas gdy jej przebity brzuch roz-
pruł si˛e szeroko. Z góry poleciały strugi krwi, jadu i paj ˛

aki tysi ˛

aca gatunków wraz

z nienarodzonymi ettercapami, zalewaj ˛

ac Abdela szerok ˛

a fal ˛

a. Było tego tyle, ˙ze

struga obaliła go na ziemi˛e. Cho´c miał oczy i usta zamkni˛ete, niektóre z paj ˛

acz-

ków powchodziły mu do nosa. Pełzaj ˛

ac przez kup˛e tłustego mi˛esa, Abdel bardziej

prze´slizn ˛

ał si˛e ni˙z doszedł do Jaheiry. Była ci˛e˙zka, bardzo ci˛e˙zka, a on był zm˛e-

czony. Jednak mimo wyczerpania spróbował j ˛

a d´zwign ˛

a´c. Sie´c kokonu przylepiła

si˛e do niego i w tym wypadku pomogła mu j ˛

a nie´s´c.

Wyszedł poza koszmarny dom i kiedy dotarł do linii drzew, zacz ˛

ał biec. Ga-

ł˛ezie i ciernie kłuły i drapały ich oboje, ale nie dbał o to. Nie zatrzymywał si˛e,
dopóki nie dobiegł do rw ˛

acego potoku. Musiało to by´c kilka mil za lasem paj ˛

a-

ków. Było ciemno i zimno.

Poło˙zył Jaheir˛e na ziemi i z bólem odkleił si˛e od paj˛eczyny. Oddarł kawałek

grubego materiału ze swoich spodni, owin ˛

ał nim koniec kija, formuj ˛

ac prymi-

tywn ˛

a pochodni˛e. Chwil˛e czasu szukał swej hubki i krzesiwka, a gdy znalazł po

omacku, w ko´ncu udało mu si˛e zapali´c pochodni˛e. Przez te wszystkie godziny,
które zaj˛eło mu ostro˙zne przypalanie paj˛eczyny tworz ˛

acej kokon wokół nieprzy-

tomnej wci ˛

a˙z Jaheiry, ani na chwil˛e nie przestawał my´sle´c. Podczas pracy ocierał

sobie z oczu krew i schn ˛

acy jad. Wstało ju˙z sło´nce, kiedy wreszcie zobaczył jej

twarz. Otworzyła oczy i spojrzała na niego, po czym zamkn˛eła je i zapłakała.
Zdj ˛

ał z niej ubranie, powoli i delikatnie, sam te˙z si˛e rozebrał, po czym zaniósł j ˛

a

do zaskakuj ˛

aco ciepłej wody strumienia. Poło˙zył si˛e obok niej, czekaj ˛

ac, a˙z woda

obmyje ich ciała. Płakała długo, wi˛ec trzymał j ˛

a w obj˛eciach i sam te˙z płakał.

Po jakim´s czasie wyszli z wody. Abdel starał si˛e nie patrze´c na ni ˛

a, kiedy prała

swoje ubranie. Odło˙zyła mokre rzeczy i stan˛eła, patrz ˛

ac na jego plecy, wiedz ˛

ac,

podobnie jak i on, ˙ze ju˙z wi˛ecej si˛e nie rozdziel ˛

a.

100

background image

Rozdział siedemnasty

— Jeden zaginiony stra˙znik nie przestraszy mnie, głupia — warkn ˛

ał Sarevok

do pustej ramy po obrazie. Przerwał, czekaj ˛

ac lub nasłuchuj ˛

ac odpowiedzi, której

Tamoko nie mogła usłysze´c.

Patrzyła si˛e na plecy kochanka i starała si˛e, bez powodzenia, skupi´c. Znów tu

była, w łó˙zku Sarevoka, obserwuj ˛

ac jak patrzy w ram˛e, a potem mówi do niej,

a potem krzyczy i grozi jej. Był zdenerwowany i Tamoko to widziała. Nie szło
mu. A Sarevok nie był typem człowieka, je´sli w ogóle był człowiekiem, który
by to tolerował. Je´sli jaka´s cz˛e´s´c jego planu zawodziła, raczej sam osobi´scie go
naprawiał, ni˙z wydawał rozkazy z daleka. Nikomu nie ufał, nawet Tamoko. Wci ˛

a˙z

o czym´s my´slał. Co´s chodziło mu po głowie, a ona nie wiedziała co, ale czuła to
przez skór˛e.

Przesun˛eła dłoni ˛

a wzdłu˙z swego gładkiego, silnego ramienia i skoncentro-

wała si˛e na uczuciu dotyku. Sarevok dotykał j ˛

a w ten sposób, ale nie ostatnio.

Cokolwiek si˛e działo, przykuło jego uwag˛e i stracił do niej całe swoje zaintere-
sowanie. Traciła go, traciła jego dotyk i z ka˙zdym dniem obawa w niej narastała.
Nie obawiała si˛e Sarevoka, chocia˙z wiedziała, ˙ze zdolny jest do wyj ˛

atkowego

okrucie´nstwa. Obawiała si˛e o niego. Widziała potencjał w tej władczej osobowo-

´sci i nie mogła oprze´c si˛e wra˙zeniu, ˙ze zaprzepaszcza ten potencjał. Ten czło-

wiek, który roztaczał wokół siebie aur˛e nadnaturalnej mocy — tak mentalnej,
jak i fizycznej — słu˙zył jakiemu´s panu, nawet kiedy planował samemu urosn ˛

a´c

w moc. Marnował wiele swoich talentów, rzucaj ˛

ac si˛e na. . . na co? Na władz˛e?

Na złoto? Mógł mie´c Tamoko, wy´cwiczon ˛

a zabójczyni˛e, która dobrowolnie nie

oddała si˛e nikomu. Rozkazywał niezwykłym stworom, cho´cby sobowtórniakom.
Ludzie dr˙zeli na d´zwi˛ek jego głosu i kulili si˛e pod ˙zarem jego wzroku. Tamoko
wiedziała, ˙ze mógłby by´c królem całego ´swiata, ale on wydawał si˛e interesowa´c
tylko kopalniami, rud ˛

a i bandytami. Zatrudniał bandytów.

Zapragn˛eła co´s powiedzie´c, przekona´c go, ˙ze mógłby wi˛ecej, ˙ze sam mógłby

by´c kim´s wi˛ecej, ale ugryzła si˛e w j˛ezyk. Obawiała si˛e nawet my´sle´c w ten sposób
w jego obecno´sci, była pewna, ˙ze wie o czym ona my´sli i jedynie czeka na okazj˛e,
aby udowodni´c jej, ˙ze i ona w ko´ncu przestanie by´c dla niego u˙zyteczna.

Wtedy mnie zabije, pomy´slała, zabije mnie powoli, jak innych. Czy naprawd˛e

101

background image

mógłby dotyka´c mnie tak, jak to robił, całowa´c mnie, tak jak to robił, a potem
zabi´c mnie, jak zdrajczyni˛e, zlekcewa˙zon ˛

a i pozbawion ˛

a honoru?

Fakt, ˙ze mógł, ˙ze wiedziała, ˙ze mógł to zrobi´c, sprawił, ˙ze zadr˙zała.
— Co masz na my´sli, mówi ˛

ac, ˙ze nie mo˙zesz znale´z´c ksi˛egi? — zapytał Sare-

vok głosem tak ci˛e˙zkim jak sam ´swiat. — On nie powinien jej widzie´c.

*

*

*

— Tam s ˛

a ludzie i elfy — powiedziała Jaheira cicho — i wielu krasnoludów.

Wszyscy s ˛

a zakuci w ła´ncuchy.

— Niewolnicy — przyznał Abdel.
Jaheira drgn˛eła, strzepn˛eła paj ˛

aka, którego nie było i zadr˙zała na chłodnym

powietrzu. Nie czuła si˛e wygodnie na drzewie. Patrzyła na nie, jakby mogło o˙zy´c
i chwyci´c j ˛

a, chwyci´c j ˛

a i zrzuci´c. Abdel obserwował j ˛

a przez półtora dnia, bardzo

dokładnie, i cho´c pocz ˛

atkowo zachowywała si˛e równie niespokojnie jak Xzar,

w ko´ncu jej tiki, paniczne strzepywanie czego´s z karku i ramion, wytrzepywanie
włosów zacz˛eły ust˛epowa´c. Abdel nie mógł jej za to wini´c. Minie wiele czasu,
zanim spojrzy na paj ˛

aka bez strachu. Jaheira uwierzyła, ˙ze malutki paj ˛

ak, który

j ˛

a ugryzł, miał w sobie jaki´s jad zmieniaj ˛

acy umysł i ona wci ˛

a˙z odczuwała tego

efekty.

— Jest ich zbyt wielu — powiedziała Jaheira, wskazuj ˛

ac na grup˛e stra˙zników.

Z pewno´sci ˛

a byli to najemnicy, ubrani w kawałki zbroi. Nie mieli ˙zadnych mun-

durów ani jakichkolwiek herbów, przynajmniej po tej stronie górniczego obozu,
widocznej dla Abdela i Jaheiry.

Obóz górniczy znale´zli wła´sciwie przez przypadek. Po ucieczce z polany paj ˛

a-

ków włóczyli si˛e po Kniei Otulisko, mniej lub bardziej ostro˙znie, próbuj ˛

ac zapo-

mnie´c o przykrym do´swiadczeniu. Najpierw usłyszeli głosy — stra˙zników i nie-
wolników, nast˛epnie ´swist batów i pobrz˛ekiwanie ła´ncuchów. Obóz znajdował si˛e
na polanie równie szerokiej jak ta, któr ˛

a zajmowały paj ˛

aki. Na ´srodku polany było

niskie wzgórze. W jednym jego zboczu jawił si˛e szeroki kwadrat wej´scia, podpar-
tego z brzegów grubymi drewnianymi stemplami. Do ´srodka prowadziły ˙zelazne
szyny, po których je´zdziły ci ˛

agni˛ete r˛ecznie wagoniki, niektóre wypełnione mato-

wymi kamieniami, które Abdel rozpoznał jako rud˛e ˙zelaza.

— Wi˛ec co robimy? — zapytał Abdel, patrz ˛

ac na grup˛e stra˙zników z ch˛eci ˛

a

mordu w oczach.

— Abdel, nie mo˙zemy po prostu tam pobiec i zaatakowa´c — odpowiedziała.

— Ci ludzie spodziewaj ˛

a si˛e, ˙ze kto´s mógłby tu trafi´c, nawet w ´srodku Kniei Otu-

lisko. Musz ˛

a mie´c jaki´s szlak prowadz ˛

acy z kopalni do obozu bandytów. Xan. . .

— urwała, wypowiadaj ˛

ac imi˛e elfa, lecz nie rozpłakała si˛e. Abdel pomy´slał, ˙ze

102

background image

mo˙ze ju˙z zabrakło jej łez. — Xan powiedział, ˙ze wła´snie tam składuj ˛

a rud˛e.

— Skoro kopalnie w Nashkel s ˛

a zamkni˛ete — powiedział Abdel — otrzymaj ˛

a

za rud˛e dobr ˛

a cen˛e we Wrotach Baldura.

— Jednak jeszcze jej nie sprzedadz ˛

a. Zaczekaj ˛

a, a˙z wybuchnie wojna, a mo˙ze

nawet a˙z si˛e zako´nczy. Abdel przyjrzał jej si˛e uwa˙znie.

— Wci ˛

a˙z jeste´s przekonana, ˙ze kto´s chce rozpocz ˛

a´c wojn˛e, ˙ze kto´s chce, aby

Amn i Wrota Baldura skoczyły sobie do gardeł?

Spojrzała na niego smutno.
— Nie mam innego pomysłu, Abdel. Naprawd˛e nie mam. Zostałam wy-

słana. . . Przybyłam tu, aby si˛e tego dowiedzie´c. . .

Oczywi´scie miała swoje tajemnice, ale Abdel nie wiedział jak jej powiedzie´c,

˙ze on o to nie dba. Czegokolwiek chciała, cokolwiek robiła — zapobiegała wojnie,

rozpoczynała j ˛

a czy strzegła interesów jakiego´s bogatego Amnianina — jego to

nie interesowało.

— Mo˙zemy tak siedzie´c na tym drzewie cał ˛

a wieczno´s´c — powiedziała, przy-

gryzaj ˛

ac doln ˛

a warg˛e.

— Hej, wy tam! — krzykn ˛

ał twardy głos. Abdel pomy´slał, ˙ze zostali zauwa-

˙zeni i na wszelki wypadek si˛egn ˛

ał po miecz. — Załadujcie rud˛e z tego wagonika

na wóz, jak tylko si˛e zatrzyma. Chc˛e, ˙zeby jeszcze w południe wyruszył do Bere-
gostu.

Rozkazuj ˛

acy był korpulentnym, lecz dobrze umi˛e´snionym m˛e˙zczyzn ˛

a o ogo-

lonej twarzy. Na pocz ˛

atku Abdel pomy´slał, ˙ze jest kolejnym półorkiem, ale po

prostu był brzydki. Nosił na sobie proste, chłopskie ubranie, ale zachowywał si˛e
i mówił, jakby tu dowodził. Stra˙znicy odwrócili si˛e, kiedy mówił, ale nie do
niego. Patrzyli na grup˛e sze´sciu krasnoludów poł ˛

aczonych ła´ncuchem. Krasno-

ludy wymieniły spojrzenie ze stra˙znikami i przydreptały niech˛etnie do grubasa.
Jeden z krasnoludów co´s powiedział, lecz Abdel był za daleko, by to usłysze´c.

Grubas odpowiedział, ale jego dono´sny głos został zagłuszony przez łoskot

nadje˙zd˙zaj ˛

acego wozu. Był to du˙zy, dobrze zbudowany pojazd ci ˛

agniony przez

dwa silne konie poci ˛

agowe i prowadzony przez niskiego człowieka w kolczudze.

Wo´znica zatrzymał wóz i szybko zeskoczył z siedzenia. Kulej ˛

ac podszedł do gru-

basa, a krasnoludy zacz˛eły wolno przenosi´c wielkie bryły rudy ze stalowego wa-
gonika na wóz. Dowódca podniósł r˛ek˛e, uciszaj ˛

ac wo´znic˛e i pokiwał na jednego

ze stra˙zników. Najemnik podszedł i zamierzył si˛e pejczem na jednego z krasno-
ludów. Jaheira odwróciła wzrok. Razy odniosły zamierzony rezultat i krasnoludy
zacz˛eły ładowa´c szybciej.

— Wygl ˛

ada na to, ˙ze stra˙znicy grupuj ˛

a si˛e po tej stronie obozu — powiedział

Abdel.

— Bo tu wiedzie jedyna droga do obozu — domy´sliła si˛e Jaheira.
— Nie spodziewaj ˛

a si˛e, ˙ze ktokolwiek zajdzie ich od strony paj ˛

aków i całej

reszty, któr ˛

a ten przekl˛ety las kryje dla przygodnych w˛edrowców.

103

background image

— Wi˛ec?
— Wi˛ec zajdziemy ich od tyłu.

*

*

*

W pierwszej chwili niewolnicy, których Abdel uwolnił, nie chcieli ucieka´c.

Patrzyli na niego podejrzliwie, nawet nie chc ˛

ac rozmawia´c.

— Uciekajcie! — wyszeptał surowo Abdel, a jego głos odbił si˛e echem w ko-

rytarzu kopalni.

Jeden człowiek, brudny, słaby, spocony i kaszl ˛

acy przy co drugim oddechu

powiedział:

— Znam. . . moje miejsce, panie. Prosz˛e. . . nie sprawdzaj mnie.
Abdel westchn ˛

ał gł˛eboko i odwrócił si˛e, przyciskaj ˛

ac plecy do szorstkiej

´sciany kopalni. Spogl ˛

adał na pi˛eciu m˛e˙zczyzn stoj ˛

acych wkupi˛e rozkutych ła´ncu-

chów. Dwóch z nich spojrzało na siebie, potem na Abdela i jeden si˛e u´smiechn ˛

ał.

Abdel kiwn ˛

ał głow ˛

a w odpowiedzi i w´slizn ˛

ał si˛e do bocznego korytarza.

— Abdel — wyszeptała Jaheira. Wykonał trzy długie, ciche susy w gł ˛

ab

mrocznego tunelu i zatrzymał si˛e tak blisko niej, ˙ze ich ramiona zetkn˛eły si˛e.
— Nie chc ˛

a ucieka´c?

— My´sl ˛

a, ˙ze jestem stra˙znikiem sprawdzaj ˛

acym ich lojalno´s´c.

— Co za pomysł. Przecie˙z ich nie wyniesiemy.
— T˛edy — powiedział Abdel i nie czekaj ˛

ac na jej zgod˛e wszedł gł˛ebiej do

tunelu.

Kopalnia była co jaki´s czas o´swietlana przez olejowe lampy, zawieszone na

hakach wbitych w kamienny strop. Niektórzy z niewolników byli elfami, wi˛ek-
szo´s´c krasnoludami, wi˛ec mogli widzie´c w ciemno´sciach. Ludzie pracowali tylko
przy ci ˛

agni˛eciu ci˛e˙zkich wagoników po szynach, wi˛ec nie potrzebowali wiele

´swiatła. Abdel miał kłopoty z orientacj ˛

a w tunelach kopalni, wi˛ec teraz zdał si˛e

na doskonały wzrok Jaheiry.

— Tutaj — wyszeptała i wskoczyła w boczny korytarz tak szybko, ˙ze niemal

nie zd ˛

a˙zył zauwa˙zy´c, gdzie si˛e schowała.

Szedł za ni ˛

a, a˙z doszedł do krótkiego przej´scia. Jaheira szeptała co´s do grupy

siedz ˛

acych na podło˙zu krasnoludów. Ich kilofy le˙zały oparte o ´scian˛e, a oni leni-

wie ˙zuli jakie´s suszone mi˛eso, jeden trzymał du˙z ˛

a manierk˛e z wod ˛

a.

— ˙

Zarty sobie robisz — odezwał si˛e jeden z krasnoludów we wspólnym j˛e-

zyku, silnie akcentuj ˛

ac.

— Przetniemy wam ła´ncuchy — powiedziała Jaheira — ale b˛edziecie musieli

zabra´c je ze sob ˛

a.

— Ilu ju˙z uwolnili´scie — zapytał krasnolud, którego poszarzała broda była

104

background image

długa nawet jak na krasnoluda.

— Prawie dwa tuziny — odparł szybko Abdel. — Wliczaj ˛

ac wasz ˛

a pi ˛

atk˛e.

— Ilu krasnoludów, chłopcze? — u´sci´slił krasnolud.
— Z wami dwunastu.
Krasnolud wyszczerzył w u´smiechu szare, ˙zółte i połamane z˛eby. Mówił po-

woli, głucho, jakby bez ˙zycia. Podrapał si˛e w ˙zelazn ˛

a okow˛e wokół lewej kostki,

przez któr ˛

a przechodził gruby ła´ncuch, ł ˛

acz ˛

ac w ten sposób cał ˛

a pi ˛

atk˛e.

— Tuzin krasnoludów, panienko — rzekł krasnolud, a pozostała czwórka

u´smiechn˛eła si˛e. — Na imi˛e mi Yeslick. Wygl ˛

ada na to, ˙ze bunt w naszych r˛e-

kach.

*

*

*

Najemnik ˙

Zelaznego Tronu umierał wrzeszcz ˛

ac i Abdel pomy´slał, ˙ze jest ˙za-

łosny. Spojrzał na Yeslicka, który wła´snie zatłukł na ´smier´c ostatniego stra˙znika
długim ła´ncuchem i powiedział:

— Wygl ˛

ada na to, mój przyjacielu, ˙ze jeste´scie wolni.

Krasnolud u´smiechn ˛

ał si˛e, lecz natychmiast przestał. Wielki purpurowo-

-czarny siniak na jego czole sprawiał mu ból przy ka˙zdym ruchu twarzy.

— Dzi˛ekujemy wam obojgu — powiedział wolno, głos mu grz ˛

azł w gardle.

Na pocz ˛

atku Abdel pomy´slał, ˙ze ów krasnolud musi by´c tak samo oci˛e˙zały

na umy´sle, jak i w mowie. Par˛e godzin pó´zniej, kiedy wszyscy stra˙znicy ˙

Zela-

znego Tronu byli ju˙z martwi albo uciekli do lasu, zdał sobie spraw˛e, ˙ze nieza-
le˙znie od tego, jaki był Yeslick, nie był głupi. Krasnolud walczył przewiduj ˛

aco

i z do´swiadczeniem, udowodnił, ˙ze jest bystrzejszy ni˙z jego przeciwnicy. Swoj ˛

a

drog ˛

a ˙

Zelazny Tron zatrudnił tu samych ˙zółtodziobów. Abdel stracił rachub˛e, ilu

niedo´swiadczonych najemników tu zabił — co najmniej o´smiu — i prawie si˛e
nie spocił, cho´c otrzymał te˙z jedno brzydkie ci˛ecie w lewe przedrami˛e, zadane
krótkim mieczem przez jakiego´s głupka, który miał szcz˛e´scie.

— Sk ˛

ad si˛e tu wzi ˛

ałe´s, Yeslick? — zapytał Abdel, maj ˛

ac nadziej˛e, ˙ze nie ob-

razi krasnoluda tym pytaniem. — Jak si˛e tym głupcom udało zaku´c takiego jak ty
krasnoluda w ła´ncuchy?

Yeslick za´smiał si˛e i usiadł ci˛e˙zko na głazie.
— Je´sli to by byli ci głupcy — powiedział i odrzucił ła´ncuch, który upadł

z brz˛ekiem, schlapuj ˛

ac krwi ˛

a stra˙zników nierówne podło˙ze — musiałbym zabi´c

si˛e z ha´nby. Zniewolił mnie sam Reiltar.

— Reiltar?
Krasnolud spojrzał na Abdela spod półprzymkni˛etych powiek.
— Chod´zmy na powierzchni˛e, chłopcze, to opowiem ci moj ˛

a histori˛e.

105

background image

*

*

*

— To nie brzmi dobrze, Yeslick — powiedział Turmod z klanu Orothiar

swoim grobowym głosem, który echo poniosło korytarzem przodka. — Słyszysz?

Turmod znowu uderzył swoim ci˛e˙zkim, ˙zelaznym kilofem w ´scian˛e i w tonie

d´zwi˛eku dała si˛e słysze´c — przynajmniej dla dwóch krasnoludów — wyra´zna
zmiana. Yeslick był sztygarem, jego grupa górników dr ˛

a˙zyła dziesi˛e´c metrów

dziennie i pragn ˛

ał utrzyma´c to tempo. Skierowali ich tu in˙zynierowie, wskazu-

j ˛

ac wła´sciwy kierunek, a potem odeszli do innej cz˛e´sci kopalni, jak tylko Yeslick

i jego pi˛e´cdziesi˛ecioosobowa załoga zacz˛eli kopa´c. Zdarzało si˛e ju˙z wcze´sniej,

˙ze krasnoludzcy in˙zynierowie mylili si˛e, ale nie in˙zynierowie z klanu Orothiar.

Kiedy oni decydowali, ˙ze tunel ma i´s´c t˛edy, zawsze prowadził do tej rudy, której
szukali. Tym razem szukali ˙zelaza. Kiedy rozległ si˛e dziwny d´zwi˛ek, Yeslick był
przekonany, ˙ze to ruda ˙zelaza i ˙ze kopali we wła´sciwym kierunku.

— Kopcie dalej — polecił Yeslick załodze.
— Słyszysz to. . . — zacz ˛

ał Turmod.

Yeslick przerwał, podnosz ˛

ac r˛ek˛e do góry.

— Przynajmniej po´slij po jednego z in˙zynierów, Yeslick — zaproponował

Turmod.

Yeslick poczuł ulg˛e. Je´sli wezwie teraz in˙zyniera, wyka˙ze si˛e jedynie ostro˙z-

no´sci ˛

a, a nie tchórzostwem. Wła´sciwie to nie chciał podejmowa´c decyzji. Yeslick

wiedział, ˙ze jest zbyt młody, by decydowa´c o czym´s takim, podobnie jak jego
górnicy, którymi dowodził. Był kowalem z profesji i do´swiadczenia, ale ka˙zdy
krasnolud w klanie Orothiar musiał odby´c swoj ˛

a praktyk˛e w kopalni i teraz była

kolej Yeslicka. Dorobił si˛e sztygarowania, gdy˙z zaimponował jednemu z panów
kopalni. Oczywi´scie zaimponował mu swoim rzemiosłem kowalskim, nie kopa-
niem, ale nie miało to ˙zadnego znaczenia dla wła´sciciela kopalni. Od momentu
kiedy in˙zynierowie wskazali im kierunek, całe zadanie Yeslicka polegało na oka-
zjonalnym przypominaniu załodze o przerwach na posiłek. Krasnoludy lubi ˛

a pra-

cowa´c, lubi ˛

a kopa´c, wi˛ec nie musiał ich zmusza´c do kopania czy błaga´c o wyko-

nanie zadania. Co jaki´s czas musiał zatrzyma´c ich, by zrobi´c pomiary i upewni´c
si˛e, czy kopi ˛

a we wła´sciwym kierunku, ale to nie było zbyt trudne.

— Jomer — zawołał Yeslick młodego krasnoluda, z którym chodził na lekcje

nauki pisania. Jomer pu´scił kilof i spojrzał na sztygara. — Pole´c po in˙zynierów.
Powinni by´c teraz ni˙zej, w trzydziestym trzecim przodku. Powiedz im, ˙ze doko-
pali´smy si˛e do czego´s. . . albo jeste´smy blisko.

Jomer skin ˛

ał i znikn ˛

ał w ciemno´sci. Yeslick spojrzał na u´smiechni˛etego Tur-

moda i powiedział:

— Dobra, nie stój tak i nie ciesz si˛e. Mo˙zemy kopa´c, zanim tu przyjd ˛

a. Co-

kolwiek jest w tej skale, jest jeszcze przed nami.

106

background image

Turmod, wyra´znie zadowolony, ˙ze przyjd ˛

a in˙zynierowie, odwrócił si˛e i zacz ˛

kruszy´c skał˛e kilofem, nie´swiadomy niebezpiecze´nstwa, które czaiło si˛e tylko
kilka stóp dalej.

W miar˛e jak lata przechodziły w dekady, Yeslick cz˛esto wracał do tej chwili.

Zawsze trudno było mu uwierzy´c, ˙ze dziwny odgłos kilofa uderzaj ˛

acego o skał˛e

był jedynym sygnałem. Nie mógł uwierzy´c, ˙ze nie było przecieku, nawet wilgot-
nych plam czy czegokolwiek innego. Skała nie była nawet wilgotna, nie wchło-
n˛eła ani odrobiny wody, kryj ˛

acej si˛e tu˙z za ni ˛

a. Był dobrym kowalem i złym gór-

nikiem, ale był krasnoludem i powinien wiedzie´c, ˙ze za ´scian ˛

a, tylko kilka cali

dalej kryje si˛e jezioro zimnej jak lód wody. Obwiniał siebie za to, co si˛e potem
stało, ale w miar˛e upływu lat zaczynał akceptowa´c prawd˛e. To przecie˙z in˙zynie-
rowie — nieomylni in˙zynierowie z klanu Orothiar — wskazali im zły kierunek.
To nie była jego wina.

Woda pojawiła si˛e nagle. Pracowali Yeslick, Turmod i inni, krusz ˛

ac skał˛e,

kiedy nagle wszyscy naraz znale´zli si˛e pod wod ˛

a. Najpierw ogłuszaj ˛

acy huk, a po-

tem dziwna cisza. Yeslick wstrzymał dech, zamkn ˛

ał oczy i modlił si˛e do Mora-

dina, miotany pr ˛

adem wodnym jak korek w niesko´nczonym morzu ogarni˛etym

huraganem. Cho´c próbował pó´zniej to powtórzy´c, lata pó´zniej, nigdy nie udało
mu si˛e przekroczy´c stu pi˛e´cdziesi˛eciu uderze´n serca, ale mógł przysi ˛

ac, ˙ze tam-

tego dnia wstrzymywał swój oddech godzinami.

Z oczami zamkni˛etymi, praw ˛

a dłoni ˛

a przyciskaj ˛

ac ˛

a nos i usta, lew ˛

a r˛ek ˛

a

osłaniaj ˛

ac ˛

a głow˛e przed zderzeniem ze skał ˛

a, kamieniami i ciałami towarzyszy,

Yeslick pod ˛

a˙zał wsteczn ˛

a fal ˛

a w gł ˛

ab korytarza i do systemu naturalnych jaski´n,

których istnienia nie podejrzewał. Kilka razy wypływał na powierzchni˛e i chwytał
powietrze, cho´c wtedy nie miał ˙zadnej ´swiadomej my´sli o własnym ˙zyciu. Wypły-
wał po powietrze mo˙ze z pół tuzina razy, zanim w ko´ncu zemdlał.

Ockn ˛

ał si˛e kaszl ˛

ac, nie potrafi ˛

ac okre´sli´c, ile czasu min˛eło — mo˙ze dni? Prze-

˙zył, razem z dwoma członkami swej załogi, wliczaj ˛

ac w to Turmoda i garstk˛e in-

nych, którzy szcz˛e´sliwie znale´zli wyj´scie na zewn ˛

atrz. Z klanu Orothiar nie ocalał

prawie nikt, a ci, co zostali, nie chcieli mie´c z nimi nic wspólnego. Dokopali si˛e
do złego miejsca, mówili starsi. Turmod si˛e zabił. To uderzenie jego kilofa wpu-

´sciło wod˛e, która zalała cał ˛

a kopalni˛e. Yeslick odszedł, po prostu wyruszył przed

siebie, a˙z doszedł do Sembii. Dostał prac˛e, któr ˛

a zawsze wykonywał dobrze. Był

dobrym kowalem i w miar˛e upływu lat, kiedy od tamtego czasu min˛eło prawie
całe stulecie, pozwolił sobie zapomnie´c.

I wtedy spotkał Reiltara.

107

background image

*

*

*

— Reiltar zainteresował si˛e moj ˛

a prac ˛

a — powiedział Yeslick Abdelowi. —

Jestem dobrym kowalem i wielu ludzi w Urmlaspyrze — wszyscy z Sembii —
słyszało moje imi˛e. Wykonałem dla niego troch˛e prac, pewien specjalny sprz˛et,
o ile pami˛etam. . . tak, przyprawił mnie o kuku na muniu, tyle mog˛e ci powiedzie´c.

Abdel pokiwał głow ˛

a, nie bardzo wiedz ˛

ac, co to jest „kuku na muniu”, ale

pewny, ˙ze jest to jaka´s rzecz krasnoludzka.

— Przeklnij mnie za to, ˙ze okazałem si˛e takim gł ˛

abem całuj ˛

acym gnomy —

kontynuował krasnolud — ale liczyłem, ˙ze ten ko´scisty, elitarny b˛ekart jest moim
przyjacielem. Ostatecznie razem z nim naj ˛

ałem si˛e do pewnej roboty — nawet

kułem or˛e˙z dla jego handlowej grupy. Nigdy nie wyja´snił mi, co to jest ˙

Zelazny

Tron, a ja nigdy nie pytałem. Szczerze mówi ˛

ac, nie obchodziło mnie to.

— Tutaj kiedy´s mieszkałem, w tych wła´snie korytarzach. . . to znaczy te s ˛

a

nowe, ale chodzi mi o te obok. Zanim przebili´smy si˛e do jeziora, inne zespoły
wydobywały ˙zelazo, całe mnóstwo rudy. Reiltar upił mnie, zagadał o starych
kopalniach, doprowadził do płaczu nad starymi czasami. I opowiedziałem mu
o wszystkim. On sprowadził mnie tu z powrotem, abym pracował dla niego. Za-
kuł mnie w ła´ncuchy z obawy, ˙ze si˛e nie zgodz˛e przez wzgl ˛

ad na siebie czy na

imi˛e klanu, który dawno temu wyemigrował do Ziem Krwawnika. Mieszkałem
w Sembii i cho´c wcale zbytnio jej nie lubiłem, jestem pewny, ˙ze nie chciałem tu
wraca´c.

— Czy ten Reiltar — zapytał na zako´nczenie Abdel — przewodzi ˙

Zelaznemu

Tronowi?

— Co tu robisz, synu, skoro tego nie wiesz?
— Czy dowodzi swym gangiem z Sembii?
Krasnolud nie odpowiedział, tylko si˛e u´smiechn ˛

ał.

— Abdel! — zawołała Jaheira.
Abdel spojrzał i zobaczył, jak biegnie w ich kierunku z kra´nca korytarza.
— Tu jeste´scie.
— Jaheira — powiedział, u´smiechaj ˛

ac si˛e, tak˙ze szcz˛e´sliwy na jej widok. Roz-

dzielili si˛e, kiedy rozgorzała walka, a on powierzył jej bezpiecze´nstwo grupie
krasnoludów, którzy zawrócili, aby lepiej si˛e o ni ˛

a zatroszczy´c ni˙z on sam przez

ostatni tydzie´n.

— Mam co´s — powiedziała. — Zobaczyłam znak na skrzyniach z zapasami

i narz˛edziami oraz na jednym z wozów. Wszystko to pochodzi z kompanii kupiec-
kiej Siedem Sło´nc, któr ˛

a ju˙z wcze´sniej podejrzewali´smy.

— My? — zapytał Yeslick.
Abdel u´smiechn ˛

ał si˛e, kiedy Jaheira poczerwieniała.

— Ta kompania jest z Wrót Baldura — dodała.

108

background image

Abdel westchn ˛

ał.

— Blisko na tyle, by rzuci´c okiem, ale nasz nowy przyjaciel Yeslick powie-

dział mi wła´snie, ˙ze powinni´smy szuka´c człowieka imieniem Reiltar, a on jest
w Sembii, nie we Wrotach Baldura.

— Och, nie — powiedział Yeslick — Reiltara rzeczywi´scie nigdy tu nie było,

ale ma człowieka — nie wiem jak si˛e nazywa — we Wrotach Baldura.

109

background image

Rozdział osiemnasty

Wrota Baldura.
Abdel i Jaheira weszli na rozklekotany prom na południowym brzegu rzeki

Chionthar. Abdel nigdy nie pomy´slał, aby zapyta´c Jaheiry, czy kiedykolwiek była
tak daleko na północy jak teraz, ale kiedy jako pierwsza ujrzała odległe miasto,
osadzone na północnym brzegu szerokiej na mil˛e rzeki, nie mogła ukry´c swo-
jego podziwu. Było co´s w twarzy tej pi˛eknej półelfki, co rozgrzało serce Abdela.
Zobaczył w niej mał ˛

a dziewczynk˛e.

Podró˙zowali ju˙z cztery i pół dnia, i przez ten czas nigdy nie byli tak blisko

siebie, jak wtedy w wodzie, kiedy przylgn˛eli do siebie, ˙zeby ogrza´c si˛e i odp˛edzi´c
szalony strach, jak i dla samego dotyku. Jaheira okazywała ˙zal po stracie m˛e˙za
i zaskakuj ˛

aco silnie tak˙ze po ´smierci Xana. Abdel nigdy nie podró˙zował z nikim

zbyt długo. Znał ju˙z Jaheir˛e dłu˙zej ni˙z innych swych towarzyszy. Walczył rami˛e
w rami˛e z lud´zmi, którzy ju˙z nie ˙zyj ˛

a — zgin˛eli tu˙z obok niego, na tyle blisko,

˙ze schlapali go własn ˛

a krwi ˛

a — ale on nigdy nie znalazł w sobie po nich ˙zalu.

Dopiero ´smier´c Goriona wszystko zmieniła. Najemnik znajdował przyjemno´s´c
w ´smierci, w zabijaniu, wi˛eksz ˛

a ni˙z w samym zwyci˛estwie czy pomy´slnym ob-

rocie koła fortuny. Teraz zobaczył w tym ból i miał nadziej˛e, ˙ze b˛edzie potrafił
równie łatwo zabija´c, kiedy b˛edzie musiał i ˙ze mo˙ze nie b˛edzie potrafił tak łatwo
zabija´c, kiedy nie b˛edzie musiał.

Kiedy Abdel zwrócił w ko´ncu uwag˛e na miasto po drugiej stronie szarej wody,

poczuł ´swie˙ze uczucie cudowno´sci. Z pewno´sci ˛

a nie było to najpi˛ekniejsze miasto

pod sło´ncem. Nigdy nie był w Waterdeep, cho´c wiedział, ˙ze nie było to Miasto Cu-
dów. To nie Myth Drannor ani Karsus, blady w porównaniu nawet do Suzail czy
Calimportu, ale po blisko dwóch miesi ˛

acach spokojnych miasteczek Wybrze˙za

Mieczy. . . Tak, Wrota Baldura nie były Waterdeep, ale z pewno´sci ˛

a bij ˛

a Nashkel.

Prom ta´nczył dziko na falach zimnej wody i Abdel chrz ˛

akn ˛

ał, czuj ˛

ac jak jego

zwykle ˙zelazny ˙zoł ˛

adek podchodzi mu do gardła. Prom skakał bardziej z powodu

niekompetencji przewo´znika ni˙z zmian wiatru.

— Przewo´zniku! — zawołał Abdel do słabego starego człowieka trzymaj ˛

a-

cego ster.

Sze´sciu młodszych m˛e˙zczyzn pracowało wiosłami i nawet nie spojrzało. Na

110

background image

pokładzie było jeszcze kilku pasa˙zerów, w tym tak˙ze cuchn ˛

acy wół. Przewo´znik

nawet si˛e nie poruszył, nie dał znaku, ˙ze usłyszał Abdela, wi˛ec najemnik podszedł
do niego, zataczaj ˛

ac si˛e na rozbujanym pokładzie.

— Przewo´zniku — powtórzył i tym razem starzec zaszczycił go zirytowanym

spojrzeniem.

— Dopłyniemy, dopłyniemy — wychrypiał. — Co ty se my´slisz, ˙ze jeste´smy

brygad ˛

a golemów?

— Pomóc ci, staruszku? — zaproponował Abdel.
— Dam se rad˛e, dzieciaku — odparł starzec. — Jestem po prostu stary i bol ˛

a

mnie kolana.

Abdel roze´smiał si˛e, staruszek patrzył na niego obra˙zony przez chwil˛e, po

czym tak˙ze si˛e za´smiał. Ko´ncz ˛

ac kaszlem pełnym flegmy, przewo´znik przesun ˛

si˛e na bok i ust ˛

apił Abdelowi miejsca u steru.

— Steruj, jak ci si˛e podoba, synu — powiedział i usiadł ci˛e˙zko na starej beczce

przybitej do pokładu. — Masz, co chciałe´s.

Abdel nigdy wcze´sniej nie sterował promem i był zaskoczony sił ˛

a, jak ˛

a musiał

wkłada´c w utrzymanie łodzi na prostym kursie. Zastanawiał si˛e, jak ów staruszek
w ogóle mo˙ze to robi´c. Jaheira stała tu˙z obok i przeczesywała palcami włosy,
pozwalaj ˛

ac im falowa´c na chłodnym wietrze.

— To niesamowite — powiedziała, a Abdel skin ˛

ał jej głow ˛

a, zanim doko´n-

czyła — ˙ze ktokolwiek mo˙ze mieszka´c w takiej dziurze.

To zaskoczyło Abdela.
— Nie oceniasz tego. . .
— Wy˙zej? — doko´nczyła. — Powiem ci, spójrz na t˛e zatok˛e. W imi˛e Umber-

lee, co oni sobie my´sl ˛

a? Jak oni w ogóle mog ˛

a obroni´c to miasto?

— Ta rzeka stanowi doskonały mur — powiedział słabo Abdel. Nigdy nie

oceniał Wrót Baldura ze strategicznego punktu widzenia.

Miasto stało w miejscu, gdzie szeroka rzeka zakr˛ecała nagle na północ, wyle-

waj ˛

ac swoje wody do Morza Mieczy. Kiedy przekroczyli ´srodek rzeki, stary prze-

wo´znik zacz ˛

ał kierowa´c r˛ek ˛

a Abdela, tak ˙ze zbli˙zył on prom blisko, cho´c nie za

blisko do brzegu rzeki, zmierzaj ˛

ac ku tłocznej zatoce. Zakole rzeki tworzyło na-

turaln ˛

a przysta´n i miasto powstało wokół niej, tworz ˛

ac kształt podkowy. Wi˛eksza

cz˛e´s´c miasta była otoczona wysokim murem, który zawsze imponował Abdelowi.
Liczba zatrudnionych przy jego budowie kamieniarzy i murarzy, ´srodki potrzebne
do jego powstania, wszystko to budziło podziw Abdela dla pot˛egi, jak ˛

a dyspono-

wali władcy miasta. Władcy, którzy — podobnie jak i on — s ˛

a najemnikami lub

przynajmniej kiedy´s nimi byli.

Wiele budynków miejskich było wy˙zszych ni˙z dwa pi˛etra, wi˛ekszo´s´c z nich

stanowiły sklepy z mieszkaniami powy˙zej. Były tam kamienice i małe, proste
domki. Powietrze ponad miastem było g˛este od dymu wypływaj ˛

acego z niezli-

czonych kominów. Przez lata dym pokrył wszystko ciemnoszar ˛

a warstw ˛

a. G˛esto

111

background image

zabudowane dzielnice małych domów, w ˛

askich i wysokich, były gdzieniegdzie

poprzetykane du˙zymi gmachami. Abdel mógł zauwa˙zy´c szczyty trzech z siedmiu
wie˙z Pałacu Ksi ˛

a˙z˛ecego, rezydencji władców miasta, mimo ˙ze znajdowały si˛e da-

leko z tyłu w północnych dzielnicach. Ostry łuk dachu ´swi ˛

atyni Gonda, zwan ˛

a

te˙z Komnat ˛

a Cudów, zasłaniał pozostałe cztery. Na zachód, na wyspie otoczo-

nej ceglanym murem i poł ˛

aczonej z miastem mocnym kamiennym mostem stała

Morska Wie˙zyca Baldurana, forteca zło˙zona z pi˛eciu wysokich okr ˛

agłych wie˙z,

poł ˛

aczonych wysokim murem z blankami. St ˛

ad wła´snie obro´ncy miasta, najem-

nicy tworz ˛

acy garnizon Płomiennej Pi˛e´sci, strzeg ˛

a bezpiecze´nstwa zatoki pełnej

statków.

Było tłoczno i gwarno. Zanim Abdel si˛e poddał, naliczył trzydzie´sci wielkich

kupieckich statków przycumowanych do nabrze˙za portu lub stoj ˛

acych na redzie.

Dwa okr˛ety wła´snie odpływały, powoli wymijaj ˛

ac mniejsze łodzie, maj ˛

ac nieroz-

wini˛ete jeszcze w pełni ˙zagle. Przynajmniej jeden wielki statek wła´snie wpływał
do portu.

Prom min ˛

ał południow ˛

a wie˙z˛e, któr ˛

a Jaheira oceniła bardzo ambiwalentnie.

Dwóch ˙zołnierzy obrzuciło ich wzrokiem, ich twarze wydawały si˛e tylko bladymi
plamkami na tle szarego nieba. Abdel wypatrzył cienkie włoski ich włóczni.

Widok pierwszych budynków wzdłu˙z nabrze˙za sprawił, ˙ze serce Abdela za-

biło ˙zywiej. Po tym, co przeszedł — po do´swiadczeniach najemnika — Abdela
ci ˛

agn˛eło do poczucia normalno´sci, jakie miasto mogło zapewni´c. Tu znajdzie k ˛

a-

piel, łó˙zko, dzban piwa, posiłek z mi˛esa i pieczonych warzyw. Na t˛e my´sl Abde-
lowi pociekła ´slinka.

— Który nale˙zy do Siedmiu Sło´nc? — zapytała Jaheira starego przewo´znika.

Abdel prawie zapomniał, po co tu przybyli.

— Siedem Sło´nc? — upewnił si˛e przewo´znik — słyszałem o tej kompanii.

Ale co ma do nich nale˙ze´c?

— Magazyn? — zapytała Jaheira. — A mo˙ze maj ˛

a nawet swoje molo?

— My´sl˛e, ˙ze maj ˛

a — odpowiedział ponuro przewo´znik. — Widzisz to pierw-

sze, du˙ze, z małymi wystaj ˛

acymi z niego?

Jaheira skin˛eła.
— No wi˛ec, to nie jest to.
Jaheira odwróciła si˛e do staruszka, a jej u´smiech wcale nie był zabawny. —

To było wystarczaj ˛

aco proste pytanie, przewo´zniku.

— Nie jestem przewodnikiem, panienko — odgryzł si˛e przewo´znik, po czym

zwrócił do Abdela i powiedział. — Kieruj nas do tego pierwszego molo, a baby
niech si˛e zajm ˛

a sob ˛

a.

Jaheira westchn˛eła i przez nast˛epne pół godziny w ciszy ogl ˛

adała miasto, pod-

czas gdy Abdel pomagał przewo´znikowi i jego załodze manewrowa´c promem
i przybi´c do molo. Na molo mo˙zna było wej´s´c po kamiennych schodkach i kiedy
Abdel ruszył na nie, przewo´znik poło˙zył mu r˛ek˛e na ramieniu i zatrzymał.

112

background image

— Nie tak pr˛edko, kole´s — rzekł. — Najpierw pójdzie ta pierdz ˛

aca krowa.

Jaheira spojrzała na starca tak, jakby zamierzała go zabi´c, jednak zaraz zaczer-

wieniła si˛e, kiedy zorientowała si˛e, ˙ze przewo´znik mówił o wole.

*

*

*

Kto´s opluł Jaheir˛e, kiedy szli zatłoczonymi ulicami z portu do tawerny „Elfia

Pie´s´n”. Winowajca okazał si˛e jednak na tyle szybki i na tyle dobrze znał ulice
miasta, ˙ze uciekł Abdelowi, zanim ten zd ˛

a˙zył go zabi´c — a zabiłby go. Jaheira

przyj˛eła to ze spokojem, co zaskoczyło i do pewnego stopnia rozczarowało Ab-
dela.

— To dlatego, ˙ze jestem Amniank ˛

a — wyja´sniła Jaheira. — ˙

Zelazny Tron

działa, nawet je´sli wolno.

Spojrzenia ludzi z tłumu mówiły jasno, ˙ze je´sli mieliby wzi ˛

a´c czyj ˛

a´s stron˛e,

opluwacz miałby za sob ˛

a wielu tutejszych zwolenników. Abdel chwycił Jaheir˛e

pod rami˛e i przyspieszył kroku. Odetchn ˛

ał z ulg ˛

a, kiedy stan˛eli pod szyldem wiel-

kiej, znamienitej tawerny, któr ˛

a Abdel wielokrotnie ju˙z odwiedzał.

„Elfia Pie´s´n” stanowiła we Wrotach Baldura swego rodzaju instytucj˛e, miej-

sce, gdzie ludzie pokroju Abdela mogli znale´z´c prac˛e i gdzie ludzie, którzy wynaj-
mowali ludzi pokroju Abdela, mogli znale´z´c ludzi pokroju Abdela. Poszukiwacze
przygód i łowcy skarbów przychodzili tu po informacje, złodzieje wypoczywali
i sprzedawali swoje łupy, wymieniano tu informacje, zawierano umowy, łamano
serca i nosy. Abdel stał w wej´sciu i wdychał tutejsz ˛

a atmosfer˛e, rozkoszuj ˛

ac si˛e

namacalnym poczuciem wspólnoty i pokrewie´nstwa, dopóki nie zauwa˙zył, ˙ze Ja-
heira dziwnie mu si˛e przygl ˛

ada.

— To dobre miejsce — wyja´snił jej. — Sama zobaczysz.
Wzruszyła ramionami, wcale nie zamierzaj ˛

ac mu uwierzy´c. Abdel dostrzegł

cienie pod jej oczami. Od dawna nie spała i cho´c zm˛eczenie prawie wcale nie
umniejszało jej urody, Abdel obawiał si˛e, ˙ze za chwil˛e mo˙ze upa´s´c.

— Musimy co´s przek ˛

asi´c — powiedział. — Po´sl˛e po mojego przyjaciela i po-

czekamy na niego przy ciepłej strawie, ´swie˙zo wypieczonym chlebie i najlepszym
piwie na całym Wybrze˙zu Mieczy. . . no, mo˙ze drugim najlepszym, nie zapomi-
naj ˛

ac o „Przyjaznej dłoni”.

Jaheira zmusiła si˛e do u´smiechu i ´scisn˛eła jego dło´n po przyjacielsku, co przy-

prawiło Abdela o szybsze bicie serca i ból zarazem. Odwzajemnił jej u´smiech
i posadził przy stole, a sam przecisn ˛

ał si˛e przez zatłoczon ˛

a, cho´c niezbyt gło´sn ˛

a

sal˛e do długiego baru. Zapłacił barmanowi sztuk˛e złota, niemal ostatni ˛

a z monet,

które zarobił siłuj ˛

ac si˛e na r˛ek˛e z górnikami i amnia´nskimi ˙zołnierzami, aby ten

przekazał wiadomo´s´c i podał posiłek, po czym wrócił do Jaheiry.

113

background image

— Czy ten twój przyjaciel — zapytała Jaheira — zna Siedem Sło´nc?
— Je´sli ta kupiecka kompania działa we Wrotach, je´sli zagl ˛

ada tu przypad-

kiem, Blizna powinien ich zna´c — zapewnił.

— Wrota?
Abdel roze´smiał si˛e i wyja´snił: — Tak miejscowi nazywaj ˛

a to miasto. Te˙z tak

powinna´s mówi´c i mo˙ze nawet przebra´c si˛e, je´sli nie chcesz znowu zosta´c opluta.

— Nie kryj˛e tego, kim jestem — odparła, staraj ˛

ac si˛e nie wygl ˛

ada´c na ura˙zon ˛

a.

Abdel wyszczerzył z˛eby w u´smiechu: — Nie?
— Abdel, ja. . . — Jaheira zaczerwieniła si˛e, a kiedy Abdel delikatnie dotkn ˛

jej policzka wierzchem dłoni, przylgn˛eła do niej i u´smiechn˛eła si˛e. — Khalid
i ja. . . byli´smy. . .

Przerwała, kiedy Abdel zasłonił jej dłoni ˛

a usta. Przerwała bardziej z zaskocze-

nia, ni˙z z innego powodu, gdy zdała sobie spraw˛e, ˙ze ogólny gwar w sali ucichł.
Zapadła niemal martwa cisza, zakłócana jedynie klekotaniem szarpanych wiatrem
okiennic i ´spiewem kobiety. Jaheira delikatnie odsun˛eła r˛ek˛e Abdela od ust i przy-
trzymała j ˛

a. Obserwowała sal˛e w poszukiwaniu ´zródła ´spiewu, ale w´sród cichych,

nagle zamy´slonych m˛e˙zczyzn nie było ˙zadnej kobiety.

— Kto. . . ? — zacz˛eła pytanie i dło´n Abdela znów zasłoniła jej usta. Tym

razem zmarszczyła brwi, ale kiedy u´smiechn ˛

ał si˛e łagodnie i zacz ˛

ał obserwowa´c

gładki, drewniany sufit, zorientowała si˛e, co si˛e dzieje.

Głos był najpi˛ekniejszym głosem, jaki Jaheira kiedykolwiek słyszała. Kobieta

´spiewała sama, bez akompaniamentu, w rytmie, który dyktuj ˛

a serce i dusza. ´Spie-

wała po elficku, ale w dialekcie, którego Jaheira nie potrafiła rozpozna´c i nawet
nie próbowała. Miało si˛e wra˙zenie, ˙ze wkładanie słów w t˛e pie´s´n byłoby zbrodni ˛

a.

Z pewno´sci ˛

a ta niewidoczna kobieta — duch, je´sli nim była — nie znała Jahe-

iry, ale jej pie´s´n miała w sobie Khalida, sposób, w jaki spojrzał na ni ˛

a kiedy si˛e po

raz pierwszy spotkali, słowa, które wypowiedział do niej podczas nocy po´slubnej
i smutne czasy tak˙ze, ich sprawy i kłamstwa, i subtelne poni˙zenia. Łza spłyn˛eła
Jaheirze po policzku, potem nast˛epna, a Abdel wycierał je delikatnie opuszkiem
swego wielkiego, twardego palca.

Pie´s´n powoli zanikła, jak i si˛e pojawiła, i Jaheira opadła na krzesło. W sali

znów podj˛eto rozmowy i znów wszystko wróciło do normy, jak zwykle, tylko
barman podszedł do ich stołu ze srebrnym kieliszkiem wina.

Postawił kieliszek przed Jaheir ˛

a, z porozumiewawczym u´smiechem patrz ˛

ac na

jej uszy, i oznajmił: — Kieliszek wybornego elfiego wina, na koszt firmy.

Abdel podzi˛ekował barmanowi, a Jaheira si˛egn˛eła po kieliszek. Patrzyła na´n,

pozwalaj ˛

ac łzom płyn ˛

a´c.

— To taka tradycja — wyja´snił Abdel — kiedy elf po raz pierwszy usłyszy

´spiew pani.

— Jestem tylko. . . — zacz˛eła i przerwała, poci ˛

agaj ˛

ac nosem.

— Niewa˙zne — odrzekł Abdel, kiedy spróbowała łyk słodkiego elfiego wina.

114

background image

*

*

*

Abdel był szczerze zdumiony, jak szybko Blizna przybył do „Elfiej Pie´sni”.

Wygl ˛

adało to tak, jakby jego przyjaciel go oczekiwał.

Dla ka˙zdego wojownika było jasne, kim jest Blizna. Wszystko w tym silnym

m˛e˙zczy´znie mówiło, ˙ze miał za sob ˛

a wiele bitew i wieloma dowodził w swej

przeszło´sci.

Razem z Abdelem wpadli sobie w ramiona. Kiedy wszedł, Jaheira pomy´slała

sobie, ˙ze jest pot˛e˙znym, imponuj ˛

acym m˛e˙zczyzn ˛

a, drugim po Abdelu, ale jedynie

człowiekiem. Blizna ucieszył si˛e na widok Abdela i wyra´znie mu ul˙zyło.

— Abdel, ty stary piracie — rzekł m˛e˙zczyzna. — Gdzie ci˛e nosiło?
U´smiech Abdela szybko znikn ˛

ał.

— Pochowałem Goriona.
Blizna przestał si˛e ´smia´c.
— Przykro mi to słysze´c, mój przyjacielu. Gorion był. . . tak. . .
Jaheira zdumiała si˛e, ˙ze u´scisk Blizny poprawił Abdelowi samopoczucie.
— Si ˛

ad´z — zaprosił go Abdel do stołu, zastawionego teraz pustymi miskami,

kubkami i dzbanami piwa.

— Du˙zo podró˙zowałe´s? — zapytał Blizna wesoło, patrz ˛

ac na bałagan na stole,

zamiast usi ˛

a´s´c.

— Całe ˙zycie — odparł Abdel. — Jaheira, to jest mój dobry przyjaciel, któ-

rego nazywaj ˛

a Blizna. Je´sli zapyta ci˛e, czy chcesz zobaczy´c, dlaczego tak si˛e na-

zywa, prosz˛e odmów mu, bo w przeciwnym razie przestanie ju˙z by´c moim przy-
jacielem. — W ten prosty sposób Abdel zakomunikował Bli´znie, ˙ze Jaheira jest
dla niego kim´s wi˛ecej ni˙z tylko towarzyszk ˛

a podró˙zy czy zaprzyja´znion ˛

a wojow-

niczk ˛

a.

— Blizna — powiedziała Jaheira. Zapragn˛eła wsta´c, wiedz ˛

ac, ˙ze byłoby to

wskazane, ale nie dała rady. Była zbyt zm˛eczona. — Prosz˛e, doł ˛

acz do nas.

— Wła´sciwie to pomy´slałem, ˙ze mogliby´smy pój´s´c na gór˛e — powiedział

Blizna do Abdela.

— ´Swieczka starczy? — zapytał Abdel, maj ˛

ac na my´sli zwyczaj panuj ˛

acy

w „Elfiej Pie´sni”, gdzie wynajmowało si˛e prywatny pokoik na górze na czas wy-
znaczany spalaj ˛

acym si˛e sto˙zkiem ´swieczki.

— Ju˙z zarezerwowałem pokój — powiedział Blizna i poprowadził ich do

ukrytych w mroku kr˛econych schodów, które Jaheira wzi˛eła wcze´sniej za ko-
lumny. Abdel podał jej r˛ek˛e i pod ˛

a˙zyli za Blizn ˛

a po skrzypi ˛

acych, zdradziec-

kich stopniach. Usiedli przy małym stoliku, otoczonym bogato wyszywan ˛

a ko-

tar ˛

a. Mała lampka oliwna stała na ´srodku stołu, rzucaj ˛

ac przy´cmione, czerwone

´swiatło, w którym Jaheira wygl ˛

adała nieco mniej blado. Kiedy usiedli, Blizna na-

gle spowa˙zniał.

115

background image

— Z wiadomo´sci, któr ˛

a od ciebie otrzymałem, wynika, ˙ze potrzebujesz infor-

macji i mojej pomocy.

Abdel, czuj ˛

ac ˙ze nadszedł czas na powa˙zn ˛

a, bezpo´sredni ˛

a rozmow˛e, odrzekł:

— Chcemy si˛e czego´s dowiedzie´c na temat kupieckiej kompanii, która mo˙ze

działa we Wrotach. Nazywa si˛e Siedem Sło´nc.

Blizna nie odzywał si˛e przez dłu˙zszy czas, tylko patrzył na Abdela. Kiedy

Abdel uniósł brew, aby go ponagli´c, Blizna westchn ˛

ał i zapytał: — Dlaczego?

— S ˛

adzimy, ˙ze maj ˛

a co´s wspólnego z pewn ˛

a grup ˛

a. . . mo˙ze z odłamem Zhen-

tarimów — wtr ˛

aciła si˛e Jaheira. — Mo˙ze z pewnymi kupcami, spiskowcami

z Sembii, nazywaj ˛

acymi siebie ˙

Zelaznym Tronem.

— Ten ˙

Zelazny Tron — podj ˛

ał Abdel — sabotuje kopalnie w Nashkel i w in-

nych miejscach, a Jaheira i Harfiarze s ˛

adz ˛

a, ˙ze w ten sposób chc ˛

a rozp˛eta´c wojn˛e.

Jaheira spojrzała na niego ostro, a on oddał jej spojrzenie z pewnym siebie

u´smiechem. Był ju˙z tu i ówdzie i dowiedział si˛e o Harfiarzach, kiedy si˛e w jednej
zakochał.

— Na Torma owłosione. . . — rzekł Blizna. Potarł twarz obiema dło´nmi, wy-

ra˙zaj ˛

ac nie mniejsze zdumienie od Jaheiry. — Siedem Sło´nc nie jest sobie jak ˛

a´s

tam kompani ˛

a, która „mo˙ze” działa´c we Wrotach. Stanowi ˛

a powa˙zn ˛

a sił˛e w tu-

tejszej strukturze. Mimo ˙ze o ˙

Zelaznym Tronie usłyszałem po raz pierwszy — od

was — to je´sli chodzi o Siedem Sło´nc, bardzo si˛e tym martwi˛e. . . bardzo. . . od
ponad tygodnia.

— Co słyszałe´s? — zapytał Abdel.
— Siedem Sło´nc jest tak ˛

a sam ˛

a kupieck ˛

a kompani ˛

a, przez jakie ka˙zdy z nas,

mój przyjacielu, był wynajmowany do ochrony ich dóbr. Siedz ˛

a w tym — cokol-

wiek to dzi´s mogłoby by´c — co przynosi złoto. To nie czyni z nich zbytnich altru-
istów, ale z pewno´sci ˛

a czyni bardziej przewiduj ˛

acymi. Przez ostatnie. . . hmmm,

nie jestem pewien jak długo. . . zaniedbywali swoje dotychczasowe ´zródła do-
chodów, które przynosiły im stałe zyski. Zapytali´smy ich, poprzez odpowiednie
kanały i bardzo bezpo´srednio, czy co´s jest nie tak. Jhasso — ten człowiek stoi za
Siedmioma Sło´ncami i jest dobrze znany miejscowym — powiedział nam, i to bez

˙zadnych niedomówie´n, aby´smy pilnowali własnego nosa.

— Ale interesy Wrót s ˛

a waszymi interesami, nie? — zapytał Abdel.

— Rzeczywi´scie — zgodził si˛e Blizna — ale spróbuj przekona´c do tego

Jhasso. Wygl ˛

ada na to, jakby ten człowiek stracił swoje umiej˛etno´sci prowadzenia

gry — wiesz, co to za gra, której tak bardzo nie lubimy?

— Polityka — odrzekł Abdel z westchnieniem.
— Tak. — Blizna kontynuował — nauczyłem si˛e, ˙ze to przera˙zaj ˛

ace słowo na

„P” ma swoje miejsce, ale w tym wypadku to nie zachodzi. Nie znajduj˛e niczego
w tym, co Jhasso robi, co otwarcie raziłoby w interesy ksi ˛

a˙z ˛

at, Płomiennej Pi˛e-

´sci czy mieszka´nców Wrót. Mam zwi ˛

azane r˛ece. Nie mog˛e wszcz ˛

a´c oficjalnego

´sledztwa. . . chyba ˙ze dostarczycie mi dowody na sabota˙z w kopalniach? Wojow-

116

background image

nik spojrzał na oboje z nadziej ˛

a i Jaheira odwróciła głow˛e. Abdel westchn ˛

ał i trza-

sn ˛

ał dłoni ˛

a w stół.

— No dobrze — rzekł Blizna, rozumiej ˛

ac odpowied´z na swoje pytanie. —

Zawsze jest inne wyj´scie.

— Po prostu powiedz mi, gdzie oni s ˛

a — odparł Abdel i na jego ustach wy-

kwitł u´smiech.

— Zaraz, zaraz — wtr ˛

aciła si˛e słabo Jaheira i podniosła r˛ek˛e. — Nie za-

mierzam sko´nczy´c tu w czyim´s lochu. Je´sli ten Jhaso ma takie powi ˛

azania, jak

mówisz, wy´slizguj ˛

ac si˛e, szukaj ˛

ac. . . czegokolwiek mo˙ze on szuka´c, to je´sli nie

mo˙zemy mu tego udowodni´c, kto mówi, ˙ze nie sko´nczymy za kratkami?

Abdel za´smiał si˛e, a Blizna wyra´znie si˛e zmieszał.
— Płomienna Pi˛e´s´c — wyja´snił Abdel Jaheirze — jest garnizonem najemni-

ków z dług ˛

a i dobr ˛

a tradycj ˛

a. To oni maj ˛

a piecz˛e nad. . . hmmm, nad wszystkim

we Wrotach: nad stra˙z ˛

a, wojskiem. . . wi˛ezieniami.

— I? — nalegała Jaheira.
— I — powiedział Abdel, wskazuj ˛

ac na Blizn˛e — poznaj ich drugiego do-

wódc˛e.

117

background image

Rozdział dziewi˛etnasty

— To jest to — odezwała si˛e Jaheira — znak, który rozpoznałam na skrzy-

niach i wozach.

Abdel skin ˛

ał głow ˛

a i uwa˙znie obejrzał olbrzymi magazyn. Blizna powiedział

im, gdzie mog ˛

a go znale´z´c i teraz czekali po drugiej stronie gwarnej ulicy, a˙z

tłum stopnieje, bowiem sło´nce szybko zachodziło i robiło si˛e coraz ciemniej. Ich
rozmowa na temat strategii działania sprowadzała si˛e głównie do tego, ˙ze Jaheira
usiłowała wybi´c Abdelowi z głowy otwarty szturm.

— Twój przyjaciel Blizna chce informacji — powiedziała. — Informacji,

które wykorzysta przeciw ˙

Zelaznemu Tronowi. Nie s ˛

adz˛e, i˙z chciałby zobaczy´c

na ulicach swojego pi˛eknego miasta stosy trupów.

Abdel chrz ˛

akn ˛

ał, chwycił j ˛

a za rami˛e i pokazał boczne wej´scie do magazynu,

widoczne z miejsca, w którym stali. Mała grupka spoconych robotników wyszła
z budynku, ´smiej ˛

ac si˛e i rozmawiaj ˛

ac. Trzymali si˛e razem i prawdopodobnie wy-

bierali si˛e do jednej z portowych tawern. W ko´ncu znikn˛eli im z oczu.

Magazyn Siedmiu Sło´nc stał na długim, szerokim, kamiennym molo i był jed-

nym z tuzina podobnych budynków, cho´c zdecydowanie od nich wi˛ekszy. Znak,
który Jaheira rozpoznała, był wymalowany na czerwono na krótszym ko´ncu pro-
stok ˛

atnej, ceglanej budowli. Znak miał osiem stóp wysoko´sci i Abdel poczuł si˛e

z lekka za˙zenowany, ˙ze musieli pyta´c Blizny, gdzie znale´z´c ów magazyn. Mo˙ze
i ˙

Zelazny Tron był jak ˛

a´s tajn ˛

a organizacj ˛

a, ale kompania Siedem Sło´nc z pewno-

´sci ˛

a nie.

W odró˙znieniu od wypaczonych, drewnianych drzwi, wielkie okna magazynu

były chronione grubymi ˙zelaznymi kratami.

— Nie b˛edzie łatwo dosta´c si˛e do ´srodka — powiedziała Jaheira.
Abdel chrz ˛

akn ˛

ał po raz drugi i pokiwał głow ˛

a. Był zbyt zły, ˙zeby zaczyna´c,

poza tym wiedział, ˙ze musi poczeka´c na zachód sło´nca.

— Nigdy tego przedtem nie robiłam — oznajmiła mu Jaheira. Spojrzał na ni ˛

a

zdziwiony, wi˛ec wyja´sniła — mam na my´sli, ˙ze nigdy wcze´sniej nie włamywałam
si˛e nigdzie. To włamanie, czy˙z nie? Jeste´smy teraz złodziejami?

Abdel u´smiechn ˛

ał si˛e i wzruszył ramionami.

— Jeste´smy szpiegami — powiedział.

118

background image

— Jak my´slisz, co tam znajdziemy?
— Wagoniki i skrzynie pełne rudy ˙zelaza — zaproponował. — A mo˙ze troch˛e

tego niszcz ˛

acego ˙zelazo płynu. . .

Jaheira pozwoliła sobie na pierwszy od wielu dni wybuch ´smiechu i powie-

działa: — Tak, butelki z wielkimi etykietkami: Niszcz ˛

acy ˙

Zelazo Płyn, wyprodu-

kowano we Wrotach Baldura, przez ˙

Zelazny Tron. . .

— . . . bez trudu zniszczy ka˙zde ˙zelazo — zako´nczył Abdel i roze´smiał si˛e

razem z ni ˛

a.

— Sk ˛

ad wiesz, ˙ze jestem Harfiarzem? — zapytała nagle, zmieniaj ˛

ac temat

i nastrój na moment, po którym Abdel znowu wybuchn ˛

ał ´smiechem.

— Nie — nalegała. — Mówi˛e powa˙znie. Mog˛e mie´c kłopoty, je´sli. . . no do-

brze, nie powiniene´s tego wiedzie´c.

— Prosz˛e, Jaheira — powiedział. — Nie jeste´s jedynym Harfiarzem, jakiego

spotkałem. Jeste´scie niemal tak tajni jak. . . ech, nie jeste´scie tak tajni jak ˙

Zelazny

Tron, ˙ze ujm˛e to tak.

Patrzyła na niego uwa˙znie, w ułamku sekundy przechodz ˛

ac z zaskoczenia

przez obra˙zenie, do przera˙zenia i z powrotem do wesoło´sci. U´smiechn˛eła si˛e.

— My´slałam, ˙ze. . . My´slałam, ˙ze dobrze si˛e kryjemy.
— Byli´scie w misji, jak powiedziała´s — wyja´snił Abdel. — Reszta z nas szu-

kała pracy.

Jaheira otworzyła usta na jego ostatnie stwierdzenie i lekko uderzyła go w ra-

mi˛e swoj ˛

a mał ˛

a pi ˛

astk ˛

a.

— Ten szalony mag i niziołek byli agentami Zhentarimów — przypomniała

mu. — Oni tak˙ze byli w misji, zapewniam ci˛e.

— Racja — zgodził si˛e i po chwili stropił. — A ten mag ci ˛

agle ma mój sztylet.

Dostałem go od Goriona. Naprawd˛e zabij˛e tych dwoje.

— Z pewno´sci ˛

a — powiedziała. — Nie b˛ed˛e próbowała ci˛e powstrzyma´c, je´sli

to masz na my´sli.

Abdel zmusił si˛e do u´smiechu. Poczuł rozczarowanie. Miał nadziej˛e, ˙ze Jahe-

ira wła´snie to b˛edzie robi´c.

*

*

*

Nad Wrotami Baldura zapadła noc. Przez zakratowane okna magazynu nie

przenikał nawet promyk ´swiatła.

— Nikogo tam nie ma — powiedział Abdel. — Wygl ˛

ada na pusty.

— Ruszajmy.
Abdel pod ˛

a˙zył za Jaheir ˛

a na drug ˛

a stron˛e ulicy. Szli wolno pod rami˛e, aby

oddali´c podejrzenia, jak dwoje młodych kochanków, którzy wyszli na wieczorny

119

background image

spacer wzdłu˙z brzegu rzeki. Gdy przechodzili obok bocznych drzwi, Jaheira spró-
bowała nacisn ˛

a´c zardzewiał ˛

a ˙zelazn ˛

a klamk˛e.

— Zamkni˛ete — wyszeptała.
Abdel lekko j ˛

a odsun ˛

ał i chwycił za klamk˛e. Nagle skoczył ostro na drzwi i te

otworzyły si˛e do ´srodka z gło´snym trzaskiem. U´smiechn ˛

ał si˛e do Jaheiry tak, ˙ze

mogła zobaczy´c w ciemno´sci jego białe z˛eby.

— Abdel Adrian, Mistrz Złodziejski — powiedziała.
Abdel prawie wybuchn ˛

ał ´smiechem, lecz zamiast tego zamarł. Ona powie-

działa to imi˛e: Abdel Adrian. Ostatni raz, kiedy je usłyszał, było to podczas pierw-
szego spotkania z Khalidem w gospodzie „Pod Pomocn ˛

a Dłoni ˛

a”, czyli dla niego

całe wieki temu. Wtedy nic sobie z tego nie robił, ale teraz, po tym wszystkim,
z jakiego´s powodu ogarn ˛

ał go bezpodstawny, niezidentyfikowany l˛ek, jakby jego

serce nagle ugrz˛ezło w błocie.

W ciemno´sci nie widział zbyt dobrze jej twarzy, gdy przyło˙zyła głow˛e do

ramienia. Wolno potrz ˛

asn ˛

ał głow ˛

a i zmusił si˛e do u´smiechu. Wła´snie otworzył

drzwi, które mogły prowadzi´c do tajnej kryjówki ˙

Zelaznego Tronu. Nie było czasu

na rozmowy. Zapami˛etał, aby zapyta´c j ˛

a przy najbli˙zszej okazji o to imi˛e, po czym

delikatnie pchn ˛

ał drzwi.

Wewn ˛

atrz panowała kompletna ciemno´s´c. Jaheira dotkn˛eła jego ramienia, jej

dotyk był ciepły i przyjazny. Pochylił si˛e, aby mogła si˛egn ˛

a´c i wyszepta´c mu

wprost do ucha: — Ja widz˛e.

Abdel pokiwał głow ˛

a. Jaheira była półelfem i odziedziczyła po swym elfim ro-

dzicu niezwykł ˛

a zdolno´s´c widzenia w ciemno´sci. To poprawiło Abdelowi nastrój

— przynajmniej jedno z nich widziało — ale wci ˛

a˙z czuł si˛e nieprzyjemnie. Mógł

si˛e potkn ˛

a´c w mroku, a nawet zrani´c czy zabi´c Jaheir˛e pchni˛eciem miecza prze-

znaczonym dla członka ˙

Zelaznego Tronu. Zamkn ˛

ał mocno oczy, potem zamrugał,

maj ˛

ac nadziej˛e, ˙ze oczy przyzwyczaj ˛

a si˛e do warunków i co´s jednak b˛edzie mógł

zobaczy´c. Troch˛e pomogło, ale wci ˛

a˙z si˛e martwił.

Jaheira przecisn˛eła si˛e obok niego i skradaj ˛

ac poszła dalej. Cały budynek sta-

nowił chyba jedno wielkie pomieszczenie. Abdel szedł blisko za ni ˛

a, a˙z w ko´ncu

podała mu dło´n. Nie za bardzo podobało mu si˛e, ˙ze s ˛

a tak blisko siebie i nie maj ˛

a

obu r ˛

ak wolnych w pogotowiu. Spróbował j ˛

a pu´sci´c, ale trzymała mocno. Odwza-

jemnił jej nerwowy u´scisk, zmuszaj ˛

ac si˛e, by jej zaufa´c.

Prowadziła go przez budynek wolno, wykonuj ˛

ac wiele ostrych skr˛etów, aby

omin ˛

a´c stosy wielkich drewnianych skrzy´n, które dla ludzkich oczu Abdela wy-

gl ˛

adały jak wielkie czarne kopce. Wyobraził sobie, ˙ze wokół czai si˛e setka m˛e˙z-

czyzn z kuszami skierowanymi w ich stron˛e, czekaj ˛

ac na okazj˛e do dobrego

strzału w głow˛e. Ten stos skrzy´n w rogu mógł by´c poluj ˛

ac ˛

a na nich mantikor ˛

a.

Abdel zapragn ˛

ał wyj ˛

a´c miecz i ju˙z zacz ˛

a´c nim wywija´c. Musiał z trudem, wy-

siłkiem woli powstrzyma´c r˛ece od chwycenia za r˛ekoje´s´c, zamiast tego u´scisn ˛

dło´n Jaheiry, a ona odwzajemniła mu u´scisk.

120

background image

Nagle zatrzymała si˛e, wydaj ˛

ac z siebie cichutkie: ciii. Abdel domy´slił si˛e, ˙ze

próbuje mu przekaza´c, aby był cicho. Skierowała jego uwag˛e na co´s. Abdel otwo-
rzył szeroko oczy, chwytaj ˛

ac ka˙zdy okruch ´swiatła, maj ˛

ac nadziej˛e w ogóle cokol-

wiek zobaczy´c. Jaheira nie ruszała si˛e, a Abdel z frustracji zamkn ˛

ał oczy. Kiedy to

zrobił, usłyszał d´zwi˛ek. Był tak słaby, ˙ze w pierwszej chwili pomy´slał, i˙z docho-
dzi z zewn ˛

atrz, z opustoszałej ulicy. To były głosy, gł˛ebokie i rezonuj ˛

ace m˛eskie

głosy, zagłuszone przez co´s, niesione echem w ciemno´sci.

Nachylił si˛e do ucha Jaheiry, a˙z dotkn ˛

ał czubkiem nosa jej włosów.

— Gdzie? — wyszeptał.
Jaheira nie odpowiedziała, za to ruszyła. Trzymaj ˛

ac wci ˛

a˙z Abdela za r˛ek˛e, po-

prowadziła go w kierunku ´sciany, któr ˛

a nawet on mógł rozpozna´c mimo mroku.

Na pocz ˛

atku Abdel pomy´slał, ˙ze to jego ociemniałe oczy płataj ˛

a mu figle, ale nie

mylił si˛e — widział słab ˛

a, pomara´nczow ˛

a, drgaj ˛

ac ˛

a po´swiat˛e. Głosy stały si˛e tu

gło´sniejsze, ale wci ˛

a˙z zbyt niewyra´zne, by zrozumie´c słowa. Rozmówcy starali

si˛e mówi´c cicho. Jaheira przesun˛eła si˛e wystarczaj ˛

aco, by zobaczył kolejne ´zró-

dło przy´cmionego ´swiatła. Po rozmiarze i wysoko´sci, na której si˛e znajdowało,
Abdel domy´slił si˛e, ˙ze jest to dziurka od klucza. Jaheira delikatnie nacisn˛eła go
i zrozumiał, ˙ze chce, aby zajrzał przez otwór. Ukl˛ekn ˛

ał i chwycił pochw˛e miecza

w r˛ek˛e, aby nie zadzwoniła o kolczug˛e lub nie stukn˛eła o podłog˛e.

Mrugn ˛

ał raz i zajrzał przez dziurk˛e od klucza. Z tej raczej ograniczonej per-

spektywy mógł zobaczy´c wi˛ekszo´s´c pokoju za drzwiami. Była tam drewniana
podłoga, jak w głównym pomieszczeniu magazynu. Kto´s poruszał si˛e i to zanie-
pokoiło go. To był m˛e˙zczyzna, mo˙ze elf. . . a przynajmniej humanoid. Widział
tylko jego sylwetk˛e. Teraz wyra´zniej słyszał dwa głosy. ´Swiatło musiało pocho-
dzi´c z pochodni lub z kominka. Abdel czuł ciepło na oku.

Dwie osoby rozmawiały jeszcze chwil˛e, ale Abdel wci ˛

a˙z nie mógł dosłysze´c,

o czym mówi ˛

a. Posta´c, któr ˛

a zobaczył, rozmyła si˛e i Abdel zamrugał. Wyt˛e˙zanie

oczu podczas podgl ˛

adania przez dziurk˛e osłabiło mu wzrok. Kiedy oderwał si˛e

od drzwi, usłyszał szuranie stóp. Jaheira poło˙zyła mu r˛ek˛e na ramieniu. Poczuł,

˙ze jest spi˛eta. Nie wstał, cho´c bardzo tego chciał, ze strachu przed narobieniem

hałasu. Kroki wycofywały si˛e i było w nich co´s, czego Abdel nie mógł okre´sli´c.

— Kroki — wyszeptała mu Jaheira do ucha. Odgłos kroków szybko ucichł.

Teraz Abdel nie widział przez dziurk˛e nic poza podłog ˛

a i pomara´nczowym ´swia-

tłem.

Wstał powoli i poło˙zył r˛ek˛e na plecach Jaheiry. Przyci ˛

agn ˛

ał j ˛

a do siebie, aby

zaszepta´c jej co´s do ucha, ale jej głowa nie odwróciła si˛e, tak jak tego oczekiwał
i zetkn˛eli si˛e nosami. Wstrzymała oddech i zamarła na chwil˛e, a on zapomniał
gdzie jest i co robi, tylko j ˛

a pocałował.

Jej usta przywitały go ciepłe i mi˛ekkie. ´Swiatła zata´nczyły Abdelowi pod

przymkni˛etymi powiekami. Poczuł, ˙ze poło˙zyła mu r˛ek˛e na piersi, wi˛ec obj ˛

ał j ˛

a

mocniej, a jej usta otworzyły si˛e nieco bardziej. . .

121

background image

. . . i jasne ´swiatło rozproszyło mrok, a szorstki głos powiedział: — ´Slicznie.
Abdel odepchn ˛

ał Jaheir˛e i wyci ˛

agn ˛

ał miecz w momencie, w którym Jaheira

zd ˛

a˙zyła tylko zamkn ˛

a´c oczy i usta. Oczy go piekły i wyobraził sobie, jak musiały

bole´c Jaheir˛e jej wyczulone oczy.

— Bra´c ich! — rozkazał głos i usłyszeli tupot szar˙zuj ˛

acych na nich ludzi.

Abdel, wci ˛

a˙z o´slepiony, zamykaj ˛

ac załzawione oczy przed ´swiatłem, po prostu

pchn ˛

ał mieczem w stron˛e ´zródła hałasu.

Jeden z ludzi zwalił si˛e na ziemi˛e z mokrym pla´sni˛eciem. Abdel spróbował

otworzy´c oczy. ´Swiatło wci ˛

a˙z było zbyt jasne, ale zobaczył przed sob ˛

a posta´c —

zbyt blisko. Abdel nie zd ˛

a˙zył wzi ˛

a´c zamachu, kiedy posta´c na niego wpadła.

— Szybko! — krzykn˛eła Jaheira i Abdel zorientował si˛e, ˙ze to ona na niego

wpadła. Cofn ˛

ał si˛e szybko trzy kroki w tył i poczuł, ˙ze słabe drewniane drzwi

ust ˛

apiły za jego plecami. Kiedy wpadli do ´srodka, oczy Abdela dostosowały si˛e

na tyle, by zobaczył przez otwór w drzwiach dwóch m˛e˙zczyzn: — portowych
robotników w podartych bluzach i chustach na głowie, z okropnymi tatua˙zami —
nacieraj ˛

acych na nich z drewnianymi pałkami. Odepchn ˛

ał Jaheir˛e na bok drzwi

i uniósł miecz, zamierzaj ˛

ac ´sci ˛

a´c obie głowy atakuj ˛

acych za jednym zamachem,

kiedy tylko przejd ˛

a przez drzwi.

Zamiast tego drzwi nagle zatrzasn˛eły si˛e, uderzaj ˛

ac go w twarz i odbijaj ˛

ac

koniec miecza w bok. Jaheira stała plecami do drzwi i zapierała si˛e nogami. Ci
dwaj na zewn ˛

atrz zacz˛eli si˛e dobija´c.

Jaheira miała zaczerwienione, łzawi ˛

ace oczy.

— Zarygluj drzwi, to zejdziemy na dół — powiedziała.
Abdel wzruszył ramionami. W małym pokoju był tylko prosty kamienny ko-

minek, w którym ogie´n ju˙z wygasał, oraz w ˛

askie drewniane schody prowadz ˛

ace

w dół, w mrok. Nie widział niczego, czym mo˙zna by zaryglowa´c drzwi.

Jaheira westchn˛eła, po czym zacz˛eła mrucze´c słowa modlitwy. Abdel patrzył

na ni ˛

a, czuj ˛

ac nacisk upływaj ˛

acych sekund, jakby były godzinami. Ludzie z ze-

wn ˛

atrz dobijali si˛e, próbowali wywa˙zy´c drzwi barkiem. Jaheira wydawała si˛e za-

niepokojona, ale kontynuowała zakl˛ecie, w ko´ncu zamkn˛eła oczy. Abdel usłyszał
trzask, z pocz ˛

atku słaby, a potem gło´sne skrzypienie wypaczaj ˛

acego si˛e drewna.

— Wypychaj ˛

a je! — ostrzegł j ˛

a Abdel. — Odsu´n si˛e!

— Zaczekaj — wyja´sniła. — To ja. . .
Dowódca portowych robotników powiedział gło´sno: — kusze! — i Jaheira

odskoczyła od drzwi wprost w ramiona Abdela. Czubki dwóch bełtów pojawiły
si˛e na ´srodku drzwi, gdzie przed chwil ˛

a była jeszcze głowa Jaheiry. Za chwil˛e

pojawił si˛e trzeci, a Jaheira ju˙z nie czekała na czwarty. Trzymaj ˛

ac Abdela za r˛ek˛e,

zacz˛eła zbiega´c po schodkach.

— Wypaczyłam drzwi tak, ˙ze si˛e zaklinowały, ale. . . — zacz˛eła Jaheira, kiedy

nagle wpadli na dziwn ˛

a, humanoidaln ˛

a istot˛e, w nienaturalny sposób pozbawion ˛

a

rysów, z gładk ˛

a, szar ˛

a skór ˛

a i wielkimi, martwymi oczami. Na jej widok kobieta

122

background image

krzykn˛eła. Stwór zasyczał i kiedy Abdel uniósł miecz w niewygodnym, ciasnym
korytarzu schodków, stwór rozmył si˛e, zamigotał i zacz ˛

ał przemienia´c. Stalowy

napier´snik pojawił si˛e z niczego, oczy zmniejszyły si˛e do ludzkich rozmiarów,
a ciemnoszara karnacja skóry rozja´sniła si˛e, a ´srodek przeszedł nagle w niebie-
skawy kolor. Miecz Abdela opadł i uderzył o napier´snik, sypi ˛

ac iskrami. Stwór

sapn ˛

ał i poleciał w tył.

Abdel znów si˛e zamierzył, a Jaheira uchyliła si˛e, staraj ˛

ac si˛e zrobi´c mu miej-

sce, którego potrzebował do walki. Nie była jednak na tyle szybka i Abdel zawa-
hał si˛e. Stwór odzyskał równowag˛e i zako´nczył przemian˛e. Był teraz człowiekiem
w zbroi płytowej z kaftanem, na którym widniał herb Płomiennej Pi˛e´sci. Istota od-
wróciła si˛e i uciekła w ciemno´s´c. Abdel dał krok za ni ˛

a, po czym zatrzymał si˛e,

kiedy usłyszał na górze trzask wylatuj ˛

acych z zawiasów drzwi. Nad nimi zadud-

niły kroki.

— Biegiem! — rzuciła Jaheira i pognała za przemienion ˛

a istot ˛

a.

Abdel znów si˛e zawahał. Portowi robotnicy schodzili po schodach, wi˛ec Ab-

del odwrócił si˛e i postawił nog˛e stopie´n ni˙zej. Napotkał wzrok pierwszego scho-
dz ˛

acego m˛e˙zczyzny. Osiłek zatrzymał si˛e jak wryty, nie spodziewaj ˛

ac si˛e ujrze´c

Abdela tak blisko, trzymaj ˛

acego przed sob ˛

a miecz w pogotowiu. Jego kumple jed-

nak nie widzieli Abdela, wi˛ec nie zatrzymali si˛e i z rozp˛edu popchn˛eli go w dół.
Robotnik zacharczał jedynie, nadziewaj ˛

ac si˛e na miecz Abdela. Ostrze przeszło

przez niego na wylot, ciało zatrzymało si˛e dopiero na jelcu. Krew zalała dłonie
Abdela, a on pchn ˛

ał do przodu, by zepchn ˛

a´c trupa z ostrza.

— Abdel! — zawołała Jaheira z dołu korytarza. — Jest ich zbyt wielu. Abdela

nie obchodziło ilu ich jest, chciał po prostu str ˛

aci´c tego jednego z ostrza swego

miecza. Próbował go odepchn ˛

a´c, ale napór jego towarzyszy z powrotem nabijał

trupa na ostrze. Poniewa˙z po bokach nie było miejsca, Abdel cofn ˛

ał si˛e. Dał tylko

półtora kroku w tył, kiedy dotkn ˛

ał plecami ´sciany.

— Abdel! — ponaglała Jaheira, ale on wci ˛

a˙z nie mógł uwolni´c swego miecza.

Jeden z robotników strzelił z kuszy, ale szcz˛e´sliwie dla Abdela nie trafił. Bełt

odbił si˛e od ´sciany tu˙z przy uchu najemnika.

— Bra´c ich, mówi˛e! — krzykn ˛

ał szorstki głos.

Abdel wci ˛

a˙z próbował uwolni´c ostrze, kiedy nagle z prawej, z ciemno´sci wy-

łonił si˛e kolejny szary stwór. Podniósł szczupł ˛

a, szar ˛

a r˛ek˛e do góry i Abdel ujrzał

błysk złota — na długim palcu stwór miał pier´scie´n. Istota dotkn˛eła zimnymi
palcami skroni Abdela. Najemnik usłyszał, jak stwór wypowiedział pojedyncze
słowo: Skwiercz.

Ból, jakiego Abdel nigdy wcze´sniej nie doznał, eksplodował mu w głowie

i skurcz poci ˛

agn ˛

ał jego łokcie w gór˛e z sił ˛

a wystarczaj ˛

ac ˛

a, by rozpru´c martwego

robotnika na pół, a potem była ju˙z tylko ciemno´s´c, szuranie stóp, echo głosów
i chwytaj ˛

ace go r˛ece.

123

background image

*

*

*

Samo otwarcie oczu wywołało tak ˛

a fal˛e bólu pod czaszk ˛

a, ˙ze Abdel szybko

poddał si˛e i znów zamkn ˛

ał powieki. Zaraz napłyn˛eła kolejna fala bólu, a pó´zniej

trzecia, kiedy usłyszał głos Jaheiry — . . . bud´z si˛e, na Mielikki, Abdel!

Spróbował jej odpowiedzie´c, ale otwarcie ust było sam ˛

a agoni ˛

a i jedynie wy-

dał z siebie j˛ek.

— Abdel — zawołała Jaheira, gdziekolwiek była. — Ty ˙zyjesz. — W jej głosie

zabrzmiała wyra´zna ulga.

— Kim jeste´scie? — odezwał si˛e głos, równie odległy jak Jaheiry.
— A kim ty jeste´s? — zapytała Jaheira.
Abdel otworzył oczy i tym razem ból był ju˙z mniej intensywny. Czuł si˛e po-

dobnie kiedy´s, gdy przesadził z alkoholem, ale to było gorsze. O wiele gorsze.
Przez małe okienko wpadało ´swiatło i Abdel mógł si˛e rozejrze´c po pomieszcze-
niu.

— Cholera — zakl ˛

ał, kiedy zorientował si˛e, ˙ze jest w celi. Był w klatce niczym

zwierz˛e.

— Zapytałem pierwszy — powtórzył obcy człowiek podejrzliwie.
Abdel nie miał poj˛ecia, jak długo le˙zał na podłodze celi. Nie miał miecza ani

kolczugi. Czuł własny pot, a gardło paliło go z pragnienia. Niedaleko stał dzban,
ale nie wiedział co w nim było. W pobli˙zu nie było wody, na ziemi le˙zało tro-
ch˛e siana, a w ´scianie widniały solidne, drewniane drzwi, wzmocnione ˙zelaznymi
sztabami. Małe okienko było zakratowane.

— Abdel — zawołała Jaheira, najwyra´zniej z innej celi — powiedz co´s.
— Pi´c mi si˛e chce — powiedział gło´sno, a obcy za´smiał si˛e.
— Mów mi jeszcze — powiedział głos — te sobowtórniaki s ˛

a n˛edznymi go-

spodarzami.

— Sobowtórniaki?— zapytała Jaheira.
Abdel słyszał o tych złych, zmieniaj ˛

acych kształty bestiach. Z tego co sły-

szał, miasto Waterdeep było przez nich rz ˛

adzone. Niektórzy byli przekonani, i˙z

niemal w ka˙zdym mie´scie i królestwie Faerunu jest przynajmniej jeden sobowtór-
niak w strukturze politycznej. Abdel zawsze wy´smiewał te historie. Wiedział, ˙ze
zwykli ludzie potrafi ˛

a by´c wystarczaj ˛

aco ´zli, by nie trzeba było pos ˛

adza´c ich o to,

˙ze zostali zast ˛

apieni przez potwory.

— Je´sli wy jeste´scie sobowtórniakami — powiedział obcy — nie powiem

wam niczego nowego. Je´sli nie jeste´scie, to mo˙ze pomo˙zecie mi si˛e st ˛

ad wydosta´c.

— Kim jeste´s? — zapytał Abdel.
— Mam na imi˛e Jhasso. Kiedy´s to ja tu rz ˛

adziłem.

124

background image

Rozdział dwudziesty

Harold Loggerson z Bowshot zaci ˛

ał si˛e w wieku dziewi˛eciu lat, kiedy bawił

si˛e najlepsz ˛

a siekier ˛

a ojca. Nie mógł usi ˛

a´s´c przez trzy tygodnie, bo tyle czasu

goiła si˛e rana, która pozostawiła dług ˛

a, poszarpan ˛

a blizn˛e. Blizn˛e, któr ˛

a niewiele

osób widziało, ale za to pozwoliła mu przybra´c imi˛e o wiele bardziej odpowiednie
dla dowódcy najemników ni˙z Harold.

Przez wiele lat od czasu zranienia — i po ostrych słowach ojca i nawet po

tym, jak matka zszyła ran˛e nici ˛

a — Blizna unikał siekier. Nie tyle si˛e ich bał, co

raczej czuł zmieszanie na ich widok. Dwa lata temu zabił zhentarimskiego ˙zołnie-
rza, chroni ˛

ac karawan˛e przewo˙z ˛

ac ˛

a transport jabłek (i złota wykopanego w W˛e˙zo-

wych Wzgórzach, ukrytego pod owocami) z Soubaru do Wrót Baldura. Zhent za-
atakował go solidnym, ci˛e˙zkim mithrilowym toporkiem zdobionym złotem, który
rzucony leciał dalej, pro´sciej i szybciej ni˙z jakakolwiek bro´n znana Bli´znie. Du˙zo
czasu zaj˛eło mu zabicie tego Zhenta, sam przy tym prawie nie zgin ˛

ał, ale w ko´ncu

zabrał zdobyczn ˛

a siekier˛e.

Pokazał j ˛

a tylko jednemu człowiekowi i nigdy nie u˙zywał jej w bitwie czy

na ulicach Wrót Baldura. Rzadko ni ˛

a ´cwiczył i tylko kiedy był sam, i jedynie

noc ˛

a. Przez reszt˛e czasu trzymał j ˛

a pod kluczem, w solidnym, ˙zelaznym kufrze

krasnoludzkiej roboty, stoj ˛

acym u niego pod łó˙zkiem.

Blizna uniósł siekier˛e i wa˙zył j ˛

a w dłoni, po czym zakr˛ecił, chwytaj ˛

ac lew ˛

a

dłoni ˛

a za koniec stalowej r˛ekoje´sci. Kiedy tak ci ˛

ał ni ˛

a powietrze, zdawała si˛e ´spie-

wa´c, a mo˙ze to powietrze j˛eczało z bólu? Blizna u´smiechn ˛

ał si˛e na ten d´zwi˛ek, ale

u´smiech zast ˛

apił zaraz smutek. Jego ojciec umarł na zawał na długo przedtem,

zanim zd ˛

a˙zył zobaczy´c t˛e wspaniał ˛

a siekier˛e w dłoni syna. Był bardziej rozczaro-

wany ni˙z zły, ˙ze jego młody Harold pragnie zosta´c ˙zołnierzem. W ci ˛

agu ostatnich

o´smiu lat jego ˙zycia rozmawiali tylko raz. Jego ojciec był dobrym, acz prostym
człowiekiem, o prostych potrzebach i pragnieniach. Do˙zył blisko pi˛e´cdziesi ˛

atki

i nigdy nie oddalił si˛e bardziej ni˙z o pół dnia drogi od swej małej wioski Bowshot.
Harold — albo Blizna, gdy˙z tych dwoje naprawd˛e było innymi lud´zmi — odwie-
dził Waterdeep, zwi ˛

azał si˛e z elfi ˛

a dziewczyn ˛

a w Wysokiej Puszczy, wspinał si˛e

po górach Gwiezdnych Szczytów, popłyn ˛

ał do Moonshaes, zdarł skóry z tuzina

wilków w Lesie Ostrych Kłów i był smagany gor ˛

acym piaskiem Anauroch.

125

background image

— Powinienem odwiedzi´c Bowshot — zamruczał do siebie, po czym zakrztu-

sił si˛e na ten nagły przypływ naiwnego sentymentalizmu. — A niech ci˛e — po-
wiedział do siekiery i poło˙zył j ˛

a ostro˙znie do kufra obitego wewn ˛

atrz aksamitem.

Nagle rozległo si˛e pukanie do drzwi, ci˛e˙zkie i nagl ˛

ace, a˙z Blizna podskoczył.

Szybko zamkn ˛

ał wieko i zatrzasn ˛

ał krasnoludzk ˛

a kłódk˛e.

— Kto tam? — zawołał srogo, cho´c nie było dla niego nowo´sci ˛

a zrywanie go

o ka˙zdej porze z powodu nagłych wie´sci i zada´n.

— Abdel — odpowiedział znajomy głos z drugiej strony drzwi. — Jest ze mn ˛

a

Jaheira. Musimy pogada´c.

— Ju˙z id˛e — powiedział Blizna, wsun ˛

ał kufer pod łó˙zko, odrzucił ci˛e˙zk ˛

a koł-

dr˛e, któr ˛

a dostał od matki wiele lat temu i wstał. Szybko przemierzył pokój i od-

sun ˛

ał stalowy rygiel. Otworzył drzwi i ujrzał Abdela, czystego i w dobrym stanie.

Twarz młodego wojownika wyra˙zała oczekiwanie i prawie zdenerwowanie.

— Wejd´z, chłopcze — powiedział Blizna. — Spodziewałem si˛e zobaczy´c ci˛e

dopiero rankiem.

Abdel skin ˛

ał i wszedł. Jaheira post ˛

apiła za nim, obrzucaj ˛

ac uwa˙znym spojrze-

niem całe pomieszczenie.

Był to prosty pokój, dla m˛e˙zczyzny o potrzebach niemal tak skromnych jak

jego ojciec. Skacz ˛

acy na kominku płomie´n dawał ciepło i o´swietlał wn˛etrze.

W pokoju stało szerokie łó˙zko, solidny stół z trzema krzesłami i miejscem na
czwarte, które stracił w grze w ko´sci. Przy kominku wisiała tarcza z herbem Pło-
miennej Pi˛e´sci. Była pognieciona i podrapana od wieloletniego u˙zywania.

Blizna poprosił, by usiedli, ale ˙zadne z nich nie ruszyło si˛e.
— Zło˙zyli´smy wizyt˛e Siedmiu Sło´ncom — powiedział Abdel.
— Tak — odparł Blizna. — I co znale´zli´scie? Widzieli´scie Jhasso?
— Tak — odpowiedziała Jaheira z tyłu. Nie zauwa˙zył, jak go obeszła. —

Widzieli´smy go.

Oczy Blizny zw˛eziły si˛e i odwrócił si˛e do Jaheiry, patrz ˛

ac jak wolno chodzi

po całym pokoju na sztywnych, spi˛etych nogach. — I?

— I nie zamierza on robi´c nic złego — powiedział Abdel z tyłu. Blizna od-

wrócił si˛e do Abdela i Jaheira znalazła si˛e na skraju pola jego widzenia. Blizna
instynktownie cofn ˛

ał si˛e.

— Co znale´zli´scie? — zapytał.
Jaheira te˙z cofn˛eła si˛e, znów wychodz ˛

ac mu z pola widzenia. Abdel u´smiech-

n ˛

ał si˛e.

— Niszcz ˛

ace ˙zelazo płyny? — za˙zartował Abdel. — To spodziewałe´s si˛e tam

znale´z´c?

Blizna znów si˛e cofn ˛

ał i dał krok w bok, a Jaheira przysun˛eła si˛e, podczas gdy

Abdel post ˛

apił wolno trzy kroki w przód, zachodz ˛

ac Blizn˛e z boku.

— Co spodziewałe´s si˛e tam znale´z´c, staruszku? — zapytała Jaheira gro´znym

głosem.

126

background image

Pot wyst ˛

apił Bli´znie na czoło. Był nieuzbrojony, ubrany tylko w wełniane

spodnie i bawełnian ˛

a bluz˛e. Czuł si˛e nagi.

— Co jest, Abdel? — zapytał i zanim wypowiedział jego imi˛e, u´swiadomił

sobie — Ty nie jeste´s Abdelem.

Najemnik zatrzymał si˛e i Blizna spojrzał si˛e na niego. Jaheira cicho przemie-

´sciła si˛e za jego plecami.

— Oczywi´scie, ˙ze jestem Abdel — odparł wielki człowiek, si˛egaj ˛

ac powoli

po pałasz wisz ˛

acy mu na plecach — przynajmniej teraz.

Rozległ si˛e zgrzyt metalu i Blizna domy´slił si˛e, ˙ze to Jaheira wyci ˛

aga swój

długi miecz.

— Niech ci˛e cholera we´zmie przez Dziewi˛e´c Piekieł i z powrotem — zakl ˛

Blizna i uskoczył w bok szybciej, ni˙z ktokolwiek mógłby przypuszcza´c, ˙ze m˛e˙z-
czyzna w jego wieku jest do tego zdolny.

Miecz Abdela spotkał si˛e z ostrzem Jaheiry w miejscu, w którym chwil˛e wcze-

´sniej była jeszcze głowa Blizny. Abdel chrz ˛

akn ˛

ał, a kobieta zakl˛eła, kiedy jej

miecz p˛ekł na dwoje. Abdel powstrzymał swój miecz, o mało jej nie zabijaj ˛

ac

i oboje ruszyli na Blizn˛e. Miecz Jaheiry był teraz nie dłu˙zszy ni˙z sztylet i t˛epy na
ko´ncu, ale ostrze i złamany koniec były wci ˛

a˙z ostre, wci ˛

a˙z zabójcze.

— Co z nimi zrobili´scie? — zapytał Blizna, cofaj ˛

ac si˛e na szeroko rozstawio-

nych nogach. — Siedzicie w ich ciałach?

— Czy siedzimy? — zapytała Jaheira z diabelskim błyskiem w oczach.
— Je´sli tak — dodał Abdel — a ty nas zabijesz, dusze twoich przyjaciół

ulec ˛

a. . .

Blizna skoczył naprzód, pomi˛edzy nich, zaskakuj ˛

ac ich tym, ale oboje szybko

si˛e otrz ˛

asn˛eli i Abdel wykonał szybkie, próbne pchni˛ecie, rozcinaj ˛

ac mu po´sladek.

Dowódca najemników kr ˛

a˙zył, zmierzaj ˛

ac w stron˛e drzwi, ale Abdel cofn ˛

ał si˛e

i zagrodził mu drog˛e, a Jaheira poszła w drugim kierunku. Blizna przylgn ˛

ał ple-

cami do ´sciany, rzucaj ˛

ac błyskawiczne, przypadkowe z pozoru spojrzenia w ró˙zne

miejsca pokoju. Obaj intruzi próbowali wy´sledzi´c, gdzie patrzy, ale szybko si˛e
poddali.

Abdel u´smiechn ˛

ał si˛e wrednie i powiedział: — Panikujesz, starcze?

Blizna gło´sno przełkn ˛

ał ´slin˛e.

— Wi˛ec mnie zabijcie, je´sli po to tu przyszli´scie.
— Och, rzeczywi´scie wła´snie po to tu przyszli´smy, głupcze — zasyczała Ja-

heira — ale najpierw chcemy ci˛e o co´s spyta´c.

— I my´slicie, ˙ze wam powiem? — zapytał Blizna niedowierzaj ˛

acym głosem,

wci ˛

a˙z strzelaj ˛

ac wzrokiem po całym pokoju, nie skupiaj ˛

ac si˛e na niczym, a tym

bardziej na ułamanym ko´ncu miecza Jaheiry.

— Mo˙zemy ci˛e zabi´c, zadaj ˛

ac tysi ˛

ac ci˛e´c, starcze — rzekł Abdel — albo tylko

jedno.

— Wi˛ec je´sli powiem wam to, co chcecie, zabijecie mnie szybko?

127

background image

— Jasne — powiedziała Jaheira, utrzymuj ˛

ac swój dystans, ale stale próbuj ˛

ac

wyj´s´c poza pole widzenia Blizny.

— Je´sli za ka˙zd ˛

a tak ˛

a propozycj˛e, zabójcy, dostawałbym sztuk˛e złota — po-

wiedział cicho Blizna — miałbym ich teraz tyle, ˙ze sta´c by mnie było na wynaj˛e-
cie Elminstera, by mnie chronił.

Ani Abdel, ani Jaheira nie dostrzegli w tym nic ´smiesznego.
— Jak chcesz — powiedział Abdel i mrugn ˛

ał do Jaheiry.

Kobieta ruszyła pierwsza i Blizna spróbował wykona´c unik w tył zapominaj ˛

ac,

˙ze ma za plecami ´scian˛e. Głowa odbiła mu si˛e od muru wpadaj ˛

ac wprost w zasi˛eg

ci˛ecia Jaheiry. Koniec złamanego ostrza rozorał mu gł˛eboko czoło ponad lewym
okiem i Blizna zasyczał z bólu. Jaheira cofn˛eła si˛e trzy kroki, strzepuj ˛

ac z ostrza

krew. Blizna przyło˙zył do rany r˛ek˛e. Krew płyn˛eła zalewaj ˛

ac mu oko, zamrugał

wi˛ec, aby je oczy´sci´c. Krew nadal ciekła.

— Suka — zawył Blizna. — Zabij˛e ci˛e za to.
Jaheira zignorowała go.
— Dlaczego wysłałe´s nas do Siedmiu Sło´nc?
— A czy zabili´scie Abdela i jego kobiet˛e? — zapytał w odpowiedzi.
Jaheira znów na niego ruszyła, bior ˛

ac wysoki zamach. Ty razem Blizna skon-

trował atak, wykorzystuj ˛

ac, ˙ze uniosła r˛ek˛e zbyt wysoko. Rzucił si˛e na ni ˛

a całym

ciałem, chwycił jej rami˛e od spodu i wykorzystuj ˛

ac jej impet przerzucił przez ra-

mi˛e tak, ˙ze uderzyła plecami o podłog˛e. Zobaczył, ˙ze Abdel szybko si˛e zbli˙za i dał
nura po ułamany kawałek ostrza, le˙z ˛

acy kilka stóp dalej.

Jaheira wydała dono´sny, nieludzki j˛ek i obróciła si˛e, by wsta´c. Abdel potkn ˛

si˛e o jej wymachuj ˛

ace nogi i padł twarz ˛

a obok Blizny. Uderzenie wybiło mu ci˛e˙zki

pałasz z dłoni i bro´n poleciała wprost do kominka. Blizna chwycił złamane ostrze,
ignoruj ˛

ac ból, jaki sprawiały ostre kraw˛edzie wpijaj ˛

ace si˛e w dło´n. Dowódca na-

jemników skoczył na czworaki i chwycił kufer pod łó˙zkiem.

Abdel wstał i wykorzystał czas, aby odzyska´c swój miecz.
— Po prostu go zabij! — krzykn˛eła Jaheira. — Do diabła z ˙

Zelaznym Tronem!

Blizna usłyszał ci˛e˙zkie kroki w momencie, w którym chwycił za drewnian ˛

a

r ˛

aczk˛e wieka kufra. Abdel nadchodził szybko i Blizna przekr˛ecił si˛e, aby unikn ˛

a´c

pierwszego pchni˛ecia. Czubek miecza zagł˛ebił si˛e mocno w deskach podłogi, ale
nie złamał. Blizna podniósł kolano do podbródka i kopn ˛

ał. Abdel zobaczył to i od-

skoczył, cho´c kopniak nie był wymierzony w niego. Naga stopa uderzyła w bok
kufra i kufer wyjechał spod łó˙zka rysuj ˛

ac podłog˛e. Blizna nie zobaczył, jak si˛e za-

trzymuje, gdy˙z obuta noga Jaheiry nadepn˛eła mu na czoło i głowa eksplodowała
mu bólem i ´swiatłem. Odgłos własnej głowy uderzaj ˛

acej o podłog˛e zadudnił mu

w czaszce i musiał zmusi´c si˛e, by nie straci´c przytomno´sci. Poczuł kolano kobiety
na swojej piersi i zasłonił twarz r˛ek ˛

a. Jaheira przejechała mu ostrzem po dłoni

i Blizna zasyczał jeszcze raz. Chlasn ˛

ał złamanym ostrzem, wbijaj ˛

ac je gł˛eboko

128

background image

w nog˛e kobiety. Teraz to Jaheira zasyczała, a Blizna wykorzystał jej chwilow ˛

a

słabo´s´c i zepchn ˛

ał j ˛

a z siebie.

— Upuszcz˛e ci cał ˛

a krew! — wrzasn˛eła, ale Blizna zignorował gro´zb˛e i prze-

turlał si˛e w przód, rzucaj ˛

ac si˛e cał ˛

a swoj ˛

a mas ˛

a i sił ˛

a. Zobaczył nog˛e Abdela,

który cofn ˛

ał si˛e, ale i tym razem nie on był jego celem. Pal ˛

acy ból w dłoni o´slepił

go niemal i jednocze´snie rozległ si˛e gło´sny zgrzyt metalu, kiedy Blizna podwa˙zył
złamanym ostrzem kłódk˛e. Zarówno ostrze, jak i zamek rozpadły si˛e.

Blizna przeturlał si˛e, wiedz ˛

ac, ˙ze był w jednym miejscu zbyt długo, a in-

stynkt go nie zawiódł. Miecz Abdela uderzył ci˛e˙zko o podłog˛e, znów tylko sypi ˛

ac

drzazgami ze zniszczonej podłogi. Blizna otworzył kufer i j˛ekn ˛

ał, kiedy odłamek

strzaskanego ostrza, który utkwił w jego brocz ˛

acej krwi ˛

a dłoni, zagł˛ebił si˛e moc-

niej.

Miecz Abdela znów opadł i tym razem przebił umi˛e´snione udo Blizny. Stary

najemnik sapn ˛

ał z bólu i zapragn ˛

ał krzycze´c, ale nie mógł. Ci˛e˙zki but Abdela

wyl ˛

adował na piersi Blizny, rzucaj ˛

ac go na podłog˛e, ale pchni˛ecie pomogło mu

wyci ˛

agn ˛

a´c ci˛e˙zki topór z kufra. Machn ˛

ał nim dziko od dołu, uderzaj ˛

ac sobowtóra

Abdela w pachwin˛e. Buchn˛eła krew i olbrzym upadł. Topór utkwił w martwym
ju˙z ciele, r˛ekoje´s´c wy´slizn˛eła si˛e Bli´znie z dłoni. Opuszczały go siły. Odetchn ˛

ci˛e˙zko, zadowolony, ˙ze przynajmniej jednego powalił.

Abdel upadł na ziemi˛e w drgawkach, a kiedy jego głowa obróciła si˛e na mar-

twej ju˙z szyi, jego twarz zacz˛eła si˛e zmienia´c. Blizna patrzył w twarz nieludzkiej
istocie. Miała szerok ˛

a, owaln ˛

a głow˛e z wielkimi oczami bez ´zrenic i gładk ˛

a skór˛e

koloru zimnego popiołu. Topór wypadł z ciała martwego stwora. Przekr˛ecił si˛e, by
usi ˛

a´s´c. Zamierzał co´s powiedzie´c — jakie´s ostatnie słowa, ale nie zd ˛

a˙zył. Powie-

trze wyleciało mu z płuc i opadł ci˛e˙zko na plecy. Sobowtór Jaheiry zanurzył topór
gł˛eboko w piersi Blizny, przygwa˙zd˙zaj ˛

ac m˛e˙zczyzn˛e do drewnianej podłogi. Po-

czuł, jak krew bulgocze mu w krtani i zobaczył demoniczny wzrok kobiety, która
przybrała ju˙z swoj ˛

a prawdziw ˛

a posta´c. A potem była ju˙z tylko ciemno´s´c i wiecz-

no´s´c.

*

*

*

Julius patrzył gdzie´s w dal i trzykrotnie układał usta do słowa „kapral”, po

czym posłał w pusty korytarz u´smiech pełen samozadowolenia.

— Przesta´ncie si˛e szczerzy´c, kapralu — zagrzmiał sier˙zant Maerik. Julius

podskoczył i zaczerwienił si˛e. Maerik stał tu˙z przed nim wspinaj ˛

ac si˛e na palce,

aby móc spojrze´c wy˙zszemu, młodszemu kapralowi prosto w oczy. Prawie doty-
kali si˛e nosami.

— Gdzie jeste´s, synu? — zapytał sier˙zant cicho.

129

background image

— Sir — zacz ˛

ał Julius, lecz przerwał, by przełkn ˛

a´c ´slin˛e i zwil˙zy´c zaschni˛ete

gardło. — Sir, w Pałacu Ksi ˛

a˙z˛ecym, sir.

— A gdzie w Pałacu Ksi ˛

a˙z˛ecym, kapralu?

— Sir, w skrzydle mieszkalnym, sir.
— Masz na my´sli miejsce, gdzie mieszkaj ˛

a wielcy ksi ˛

a˙z˛eta?

— Sir, tak, sir.
— Gdzie mieszka wielki ksi ˛

a˙z˛e Eltan?

— Sir, tak, sir.
— Wielki ksi ˛

a˙z˛e Eltan, który czeka na elekcj˛e?

— Sir, tak, sir.
— Wielki ksi ˛

a˙z˛e Eltan, który ma wi˛ecej wrogów ni˙z ktokolwiek inny we Wro-

tach?

— Sir, tak, s. . .
— Wi˛ec obud´z si˛e, idioto! — krzykn ˛

ał sier˙zant.

Julius wci ˛

agn ˛

ał brzuch, koncentruj ˛

ac si˛e na powstrzymaniu b ˛

aków.

— S–sir — wyj ˛

akał — t–tak, sir.

— Postarajcie si˛e bardziej, kapralu — fukn ˛

ał Maerik, po czym odwrócił si˛e

i ruszył korytarzem, a za chwil˛e znikn ˛

ał w bocznym przej´sciu. Na zimnej, mar-

murowej posadzce nie było słycha´c jego kroków.

Julius odetchn ˛

ał z ulg ˛

a. Został przydzielony do stra˙zy w Pałacu Ksi ˛

a˙z˛ecym

zaledwie tydzie´n temu i cho´c wcze´sniej brał udział w bitwie i nawet walczył ze
szczurołakami w najciemniejszych zaułkach portu, ta słu˙zba zdawała si˛e najci˛e˙z-
sza ze wszystkich, jakie pełnił. Nie martwił si˛e, ˙ze mo˙ze tu wej´s´c zabójca, nie a˙z
tak daleko w gł ˛

ab pałacu, ale obawiał si˛e, ˙ze to, co si˛e wydarzyło przed chwil ˛

a,

mo˙ze si˛e powtórzy´c i jeszcze raz powtórzy´c, a˙z zostanie zdegradowany do stopnia
zwykłego piechura.

Przeło˙zył halabard˛e do lewej r˛eki i otarł pot z czoła. Było ju˙z pó´zno, a mo˙ze

nawet wcze´snie i powieki mu ci ˛

a˙zyły, oczy wyschły i były zm˛eczone. Cichy

d´zwi˛ek sprawił, ˙ze podskoczył i spojrzał bystro w dal korytarza. W przy´cmio-
nym ´swietle ujrzał mysz, która zaraz znikn˛eła w ciemno´sci. Westchn ˛

ał, ale zaraz

znów podskoczył, kiedy poczuł na ramieniu ci˛e˙zar czyjej´s r˛eki.

— Głowa do góry, ˙zołnierzu.
M˛e˙zczyzna natychmiast wydał si˛e Juliusowi znajomy. To on, Blizna prowadził

atak na szczurołaki i Julius był na jego odprawie, a potem walczył u boku tego
do´swiadczonego wojownika przez kilka cennych chwil w tunelach ´sciekowych.

— K–kapitan Blizna — wyj ˛

akał Julius, prostuj ˛

ac si˛e na baczno´s´c. — Och. . .

Nie powiedziano mi. . .

Blizna skrzywił si˛e.
— A dlaczego miano by ci mówi´c?
— Ja. . . — zacz ˛

ał Julius, ale Blizna podniósł r˛ek˛e i go powstrzymał.

130

background image

— Id´z do stajni i przygotuj wierzchowca wielkiego ksi˛ecia — rozkazał mu

Blizna. — Przed ´switem zabieram go st ˛

ad.

Julius był tak zaskoczony, ˙ze tylko stał z rozdziawionymi ustami. Co´s si˛e

działo, co´s wielkiego. Nie na mojej warcie — pomy´slał Julius — dlaczego na
mojej warcie?

— Czy nie wyraziłem si˛e jasno, kapralu?
— N–nie, sir, ja tylko. . .
— Wi˛ec zabieraj dup˛e w troki i jazda! — ponaglił go Blizna, a jego surowy

wzrok był wystarczaj ˛

acym bod´zcem, który pchn ˛

ał Juliusa w gł ˛

ab korytarza tak

szybko, na ile pozwalały mu jego dr˙z ˛

ace w kolanach nogi.

Biegł przez chwil˛e, zanim u´swiadomił sobie, ˙ze w tym pałacowym labiryncie,

noc ˛

a, po prostu si˛e zgubił. Zacz ˛

ał modli´c si˛e ˙zarliwie do Tymory, która zaraz

wysłuchała jego modlitw˛e z typowym dla tej bogini szcz˛e´scia poczuciem humoru.

— Na faluj ˛

ace piersi Umberlee, chłopcze! — rykn ˛

ał sier˙zant Maerik. — Co

na imiona wszystkich bogów tutaj robisz, ty zgniły synu zawszonej. . .

— Zgubiłem si˛e — wykrztusił szybko Julius, zanim zd ˛

a˙zył si˛e zastanowi´c

i zda´c sobie spraw˛e, co za głupot˛e wła´snie paln ˛

ał.

Sier˙zant Maerik zdzielił go w twarz.
— Przepraszam — wyj˛eczał Julius, padaj ˛

ac ci˛e˙zko na tyłek. Halabarda za-

dzwoniła o posadzk˛e, krew ´sciekała mu z ci ˛

agle wibruj ˛

acego nosa.

— Wybrałe´s zły moment na opuszczenie posterunku, ty zasmarkanodupy gł ˛

a-

bie — wrzasn ˛

ał sier˙zant. — Kapitan Blizna został zamordowany i cała kompania

została postawiona na nogi.

— Ale ja go wła´snie widziałem — zaoponował Julius.
— Kogo widziałe´s, pluskwiaku?
— Blizn˛e — powtórzył Julius i wstał z trudem. — To wła´snie kapitan Blizna

kazał mi pój´s´c do stajni i wyprowadzi´c konia wielkiego ksi˛ecia Eltana. . .

— Blizna tu był? — zapytał Maerik, a jego oczy rozszerzyły si˛e. — Tej nocy?
— Sir — powiedział Julius, poprawiaj ˛

ac splamiony własn ˛

a krwi ˛

a kaftan i szu-

kaj ˛

ac halabardy — niecał ˛

a godzin˛e temu, sir. Szedł na pokoje wielkiego ksi˛ecia.

Maerik zbladł, chwycił silnie Juliusa za rami˛e i poci ˛

agn ˛

ał za sob ˛

a do biegu.

— Nie na mojej warcie! — zakl ˛

ał sier˙zant. — Dlaczego to zawsze musi by´c

na mojej warcie!

*

*

*

Julius i Maerik przystan˛eli przy szerokich dwuskrzydłowych drzwiach prowa-

dz ˛

acych na prywatne pokoje wielkiego ksi˛ecia. Julius z trudem nad ˛

a˙zał za sier-

˙zantem i kiedy wreszcie stan˛eli, ci˛e˙zko dyszał.

131

background image

Wielki ksi ˛

a˙z˛e wyłonił si˛e ze swoich komnat, trzymaj ˛

ac wielki topór, jakiego

Julius jeszcze nie widział, a nawet nie ´snił o nim. Był ubrany w dług ˛

a koszul˛e

nocn ˛

a, która ociekała krwi ˛

a. Oczy i r˛ece miał spokojne. Jego szeroka, powa˙zna

twarz tak˙ze była umazana krwi ˛

a, a z jego długich w ˛

asików sk ˛

apy wały czerwone

kropelki. Jego kryształowo bł˛ekitne oczy ´swieciły pod g˛estymi szarymi brwiami
pasuj ˛

acymi do krótkich włosów, pogniecionych od snu.

Maerik przykl˛ekn ˛

ał, podobnie Julius, niezdolny oderwa´c wzroku od złoto-

-mithrilowego topora.

— Milordzie — odezwał si˛e Maerik. — Ja. . .
— Kapitan Blizna został zamordowany — powiedział wielki ksi ˛

a˙z˛e. Maerik

wstał i Eltan otworzył wysokie drzwi. Na zasłanej drogim dywanem podłodze
le˙zało szare ciało jakiej´s nieludzkiej istoty, wci ˛

a˙z brocz ˛

ac krwi ˛

a na drogocenn ˛

a

wełn˛e.

— Tak, milordzie — odetchn ˛

ał Maerik. — Został znaleziony w swoim pokoju.

Julius zakrztusił si˛e na widok oczu martwego stwora. Silne, postarzałe rysy

Eltana były ponure.

— Zabierzcie ciało kapitana do Komnaty Cudów — powiedział niskim i peł-

nym powagi głosem. — Przebior˛e si˛e i spotkam si˛e tam z wami.

132

background image

Rozdział dwudziesty pierwszy

— Brzmi tak, jakby przyszli tu wasi przyjaciele — powiedział Jhasso, próbu-

j ˛

ac dojrze´c co´s przez malutkie okienko w celi.

— Albo twoi — zaproponowała Jaheira.
Odgłosy walki były wyra´zne, cho´c odległe i tłumione co najmniej jednym pi˛e-

trem. Abdel słyszał szcz˛ek stali, ci˛e˙zkie kroki, upadaj ˛

ace ciało, potem nast˛epne.

Napi ˛

ał mi˛e´snie i jeszcze raz spróbował wyrwa´c kraty z okna. Tym razem drgn˛eły,

ale tylko troch˛e. Czuł si˛e jak szczur w klatce i chciał si˛e st ˛

ad wydosta´c.

— Nie — odpowiedział Jhasso Jaheirze. — Ja nie mam przyjaciół.
— Nie, skoro sobowtórniak udaj ˛

acy ciebie robił sobie–tobie wrogów w całym

mie´scie od momentu, kiedy jak mówisz, tu si˛e znalazłe´s — zgodziła si˛e z nim
Jaheira.

— Niech ich szlag. My´slałem, ˙ze wszystkie s ˛

a w Waterdeep.

Wszyscy troje, zmarzni˛eci, wyczerpani i wierc ˛

acy si˛e niespokojnie na granicy

klaustrofobicznego obł˛edu, stali i nasłuchiwali odgłosów walki.

Drzwi nagle stukn˛eły, głos był blisko. Abdel wykr˛ecił głow˛e i przycisn ˛

ał po-

liczki do krat, próbuj ˛

ac cokolwiek zobaczy´c. Na ko´ncu korytarza paliło si˛e ciepłe

pomara´nczowe ´swiatło, a na ´scianie odbijały si˛e cienie, ta´ncz ˛

ace w rytm szcz˛eku

stali, kroków i desperackich ryków. Ciało upadło i kroki ruszyły w stron˛e cel.
Młody m˛e˙zczyzna ubrany w skrwawiony i przepocony kaftan z herbem Płomien-
nej Pi˛e´sci stan ˛

ał przed cel ˛

a Abdela. Krew ciekła z ostrza jego halabardy, która

była z pewno´sci ˛

a ci˛e˙zsza ni˙z ten szczupły, młody ˙zołnierz.

— Czy ty jeste´s Jha–Jhasso? — zapytał ˙zołnierz, łapi ˛

ac dech.

— On jest w celi za tob ˛

a — odpowiedział Abdel.

W tym samym momencie Jhasso krzykn ˛

ał: — Wypu´s´c mnie st ˛

ad, dzieciaku!

Młody ˙zołnierz wygl ˛

adał na zmieszanego i przera˙zonego: — Musz˛e kogo´s

zawoła´c.

— Chyba nas tu nie zostawisz? — zawołała Jaheira, a młody ˙zołnierz przest ˛

a-

pił z nogi na nog˛e, słysz ˛

ac kobiecy głos.

— Bez obawy, pani — odpowiedział jej. — Wróc˛e po was!

´Scigany przez ordynarne odzywki trzech wi˛e´zniów młody ˙zołnierz znikn ˛ał

w korytarzu. Usłyszeli głosy i wi˛ecej kroków ludzi wchodz ˛

acych po schodach

133

background image

i nikn ˛

acych w cichn ˛

acych ju˙z odgłosach walki.

— Przyjdzie po nas, prawda? — zapytał Jhasso.
— Lepiej ˙zeby cholera przyszedł — odparł Abdel. — Bo jak nie, to wyci ˛

agn˛e

r˛ece przez kraty na tyle, by go. . .

— Słuchajcie! — krzykn˛eła Jaheira i Abdel wraz z Jhasso zamilkli.
Walka ju˙z si˛e sko´nczyła. Abdel usłyszał głuche m˛eskie głosy i zbli˙zaj ˛

ace si˛e

ci˛e˙zkie kroki. Drzwi otworzyły si˛e i rozległ si˛e wyra´zny chrz˛est człowieka w ci˛e˙z-
kiej zbroi metalowej szybko schodz ˛

acego po schodach.

— Tutaj, Gondsman — powiedział spokojny, rozkazuj ˛

acy głos.

Abdel zobaczył starszego m˛e˙zczyzn˛e w l´sni ˛

acej, zbryzganej krwi ˛

a zbroi pły-

towej. Nie znał go, ale jego mundur mówił sam za siebie. To był wielki ksi ˛

a˙z˛e,

a na jego napier´sniku widniał symbol Płomiennej Pi˛e´sci. Czy˙zby to był. . .

— Wielki ksi ˛

a˙z˛e Eltanie — rozwiał w ˛

atpliwo´sci Abdela młody ˙zołnierz, który

pierwszy ich tu odwiedził — znalazłem klucz, milordzie.

— Bardzo dobrze, Julius — odrzekł Eltan. — Kiedy kapłan sko´nczy, wypu´s´c

ich.

— Wypu´s´c nas teraz, w imi˛e Gonda — zachrypiał Jhasso.
Abdel zobaczył, jak gruby m˛e˙zczyzna w szafranowych szatach zatrzymał si˛e

przed drzwiami celi Jhasso i spojrzał przez okienko. Kapłan podchodził tak do
ka˙zdej z cel. Abdel napotkał jego wzrok, kiedy wreszcie podszedł pod jego drzwi.
Nie mógł jednak spojrze´c mu w oczy, gdy˙z kapłan patrzył jakby poza niego.

— M˛e˙zczy´zni s ˛

a lud´zmi — powiedział kapłan do Eltana — a kobieta jest

półelfem.

— Wypu´scie ich — polecił Eltan i po chwili byli wolni.
Kiedy Abdel opu´scił swoj ˛

a cel˛e, Julius przełkn ˛

ał ´slin˛e i wyj ˛

akał: — Prze–

przepraszam.

— Nie ma za co, kapralu — odrzekł Abdel z u´smiechem. — S ˛

a tu sobowtór-

niaki.

— Rzeczywi´scie s ˛

a — zgodził si˛e wielki ksi ˛

a˙z˛e, ogl ˛

adaj ˛

ac podejrzliwie Ab-

dela od stóp do głów. — Dwa z nich zabiły Blizn˛e.

— Nie — zachłysn˛eła si˛e Jaheira.
— I przynajmniej jeden zaj ˛

ał moje miejsce — dodał Jhasso. — Mam nadziej˛e,

˙ze jeszcze mog˛e rozkr˛eci´c swój interes, Eltan.

Wielki ksi ˛

a˙z˛e spojrzał na Jhasso niecierpliwie.

— Odpowiadasz tylko za to, za co sam jeste´s odpowiedzialny, Jhasso. Na razie

trzymaj si˛e z dala.

Jhasso pokiwał głow ˛

a, wyra´znie zadowolony, ˙ze nie musi uczestniczy´c w ko-

lejnych wydarzeniach.

— Wasza. . . ksi ˛

a˙z˛eca mo´s´c. . . — wymamrotał Abdel; wyczerpanie i smutek

otumaniły go nieco.

134

background image

— Mam na imi˛e Eltan — przedstawił si˛e wielki ksi ˛

a˙z˛e. — A ty musisz by´c

Abdel.

— Tak — potwierdził Abdel. — Blizna był moim przyjacielem. Chciałbym

mie´c okazj˛e pom´sci´c jego ´smier´c.

— Blizna ci˛e uprzedził z jednym — odrzekł Eltan. — A ja miałem przyjem-

no´s´c rozprawi´c si˛e z drugim, ale co´s mi mówi, ˙ze jeszcze trzeba b˛edzie zabija´c,
dobry człowieku, je´sli masz na my´sli zabijanie.

Abdel skin ˛

ał głow ˛

a. Miał na my´sli zabijanie.

*

*

*

Abdel i Jaheira dostali niewiele czasu na doprowadzenie si˛e do porz ˛

adku,

a wi˛ekszo´s´c tego czasu Abdel sp˛edził jedz ˛

ac. Zwrócono mu jego pałasz i kol-

czug˛e, w dobrym stanie. Spotkali si˛e w foyer Eltana, w jego apartamentach
w Ksi ˛

a˙z˛ecym Pałacu. Abdel u´smiechn ˛

ał si˛e do Jaheiry, która ubrała si˛e w zwiewn ˛

a

czarn ˛

a sukni˛e, otrzyman ˛

a od wielkiej ksi˛e˙zny Liii Janath we własnej osobie. Ab-

del poczuł si˛e głupio, ˙ze sam nie ma w co si˛e przebra´c. Miał przynajmniej na-
dziej˛e, ˙ze nie wygl ˛

ada odra˙zaj ˛

aco ani nie ´smierdzi.

Senny lokaj pokazał im drog˛e do gabinetu wielkiego ksi˛ecia, a Abdel wiedział,

˙ze nikt nie b˛edzie tu po´swi˛ecał swego czasu na jego w ˛

achanie. Atmosfera była

pełna powagi, jak w generalskim namiocie tu˙z przed bitw ˛

a.

— Abdel, Jaheira — powiedział Eltan, zapraszaj ˛

ac ich do bogato urz ˛

adzonego

pokoju — wejd´zcie.

Eltan siedział za biurkiem, wspieraj ˛

ac ramiona na mahoniowym blacie. Chudy

m˛e˙zczyzna ze spl ˛

atanymi, szarymi włosami i dziwnymi okr ˛

agłymi szkiełkami

w drucianej oprawce na nosie nachylał si˛e nad ramieniem wielkiego ksi˛ecia,
z pewno´sci ˛

a zaszywaj ˛

ac mu ran˛e. Eltan sykn ˛

ał, kiedy lekarz zaci ˛

agn ˛

ał ni´c i odci ˛

koniec.

— Zostali´scie ranni — zacz ˛

ał Abdel niepewnie.

— Tak — odparł Eltan, u´smiechaj ˛

ac si˛e — to moja dwusetna rana odniesiona

w walce. Powinienem to uczci´c.

Abdel u´smiechn ˛

ał si˛e i przysun ˛

ał si˛e cicho do Jaheiry, podczas gdy Eltan w ci-

szy wr˛eczał medale trzem oficerom Płomiennej Pi˛e´sci, stoj ˛

acym po drugiej stronie

biurka. Gdy sko´nczył, wysłał ich do ´swi ˛

atyni Gonda, aby poprosili o pomoc ka-

płanów, którzy najwyra´zniej potrafi ˛

a rozpozna´c sobowtórniaka, kiedy go zobacz ˛

a.

Kiedy oficerowie wyszli, a lekarz pochował swoje medyczne przybory do skó-

rzanej torby, wielki ksi ˛

a˙z˛e poprosił Abdela i Jaheir˛e przed siebie.

— Rozumiem — zacz ˛

ał Eltan — ˙ze nie raz walczyłe´s u boku mojego przyja-

ciela Harolda Loggersona.

135

background image

Abdel zmieszał si˛e. — Milordzie?
— Blizny — wyja´snił Eltan. — Nie wiedziałe´s, jak si˛e naprawd˛e nazywał?
— Nie — odparł Abdel. Spojrzał na Jaheir˛e zakłopotany, cho´c nie wiedział

dlaczego. — Nie, milordzie. Mo˙ze nie byli´smy a˙z tak dobrymi. . .

Eltan powstrzymał go ruchem r˛eki.
— Nie, nie. Mo˙zna policzy´c na palcach u jednej r˛eki osoby, które znały jego

nazwisko. Usi ˛

ad´zcie, musimy porozmawia´c.

Eltan wygl ˛

adał na zm˛eczonego. Oczy miał spuchni˛ete i zaczerwienione, po-

liczki zapadni˛ete. Wci ˛

a˙z miał na sobie zbroj˛e, jakby był zbyt wyczerpany, by

j ˛

a zdj ˛

a´c albo niedługo jej potrzebował. Pierwsza usiadła Jaheira, po niej Abdel

i oboje podziwiali mi˛ekk ˛

a skór˛e wygodnych krzeseł.

— Nie zupełnie tak, jak w generalskim namiocie, co najemniku? — zauwa˙zył

Eltan, zerkaj ˛

ac te˙z na Jaheir˛e.

— Milordzie. . . — zacz ˛

ał Abdel, ale zorientował si˛e, ˙ze odpowied´z nie jest

potrzebna.

— To miasto jest po´swi˛econe przez wiele wspaniałych ´swi ˛

aty´n — rzekł Eltan

— przekl˛ete przez jeszcze wi˛ecej, jak przypuszczam. Kiedy usłyszałem o ´smierci
Blizny, kazałem zanie´s´c jego ciało do Komnaty Cudów w nadziei, ˙ze mój dobry
przyjaciel Thalamond mógłby przywróci´c dech staremu wojakowi.

Abdel słyszał, ˙ze jest to mo˙zliwe, ale to była moc, któr ˛

a wi˛ekszo´s´c kapłanów

rezerwowała na specjalne okoliczno´sci. Jaheira spojrzała na Abdela i zobaczył,

˙ze była pod wra˙zeniem przyjaciół, jakich ma Abdel, jak i sytuacji, w której si˛e

znale´zli.

— Obawiam si˛e, ˙ze nie mogli tego zrobi´c — powiedział Eltan. — Jego dusza

uciekła albo. . . cokolwiek innego. — Wielki ksi ˛

a˙z˛e przerwał na moment dobiera-

j ˛

ac wła´sciwe słowa. — Pozwolili mi tylko porozmawia´c z nim, je´sli wierzycie, ˙ze

co´s takiego jest w ogóle mo˙zliwe. Por˛eczył za was, jak tylko Blizna to potrafił. Po-
wiedział mi, ˙ze posłał was na molo Siedmiu Sło´nc, aby´scie tam troch˛e pow˛eszyli,
gdy˙z co´s wi ˛

a˙ze t˛e kompani˛e z pewn ˛

a grup ˛

a odpowiedzialn ˛

a za kłopoty w kopal-

niach rudy ˙zelaza.

— Tak, milordzie — potwierdziła Jaheira. — Zostałam wysłana przez Harfia-

rzy, aby si˛e temu przyjrze´c. — Przerwała i spojrzała na Abdela, który u´smiechn ˛

si˛e delikatnie i skin ˛

ał głow ˛

a. — ˙

Zelazny Tron chce wywoła´c wojn˛e pomi˛edzy

twoim ludem, a moim.

— Wojn˛e z Amnem? — zapytał Eltan. — A po co?
Jaheira potrz ˛

asn˛eła głow ˛

a.

— Nie wiem. Wła´snie po to Blizna wysłał nas na molo, aby´smy si˛e dowie-

dzieli.

— Po moim mie´scie włócz ˛

a si˛e sobowtórniaki — powiedział Eltan. — Kto´s

popycha nas do wojny z Amnem, kto´s sabotuje nasze zapasy i nikt nie wie dla-
czego?

136

background image

Jaheira poczerwieniała, wyczuwaj ˛

ac narastaj ˛

ac ˛

a frustracj˛e Eltana.

— Wiem, gdzie odbywaj ˛

a si˛e spotkania ˙

Zelaznego Tronu — rzekł Eltan.

Jakby w odpowiedzi na jego słowa rozległ si˛e d´zwi˛ek metalu uderzaj ˛

acego

o marmurow ˛

a posadzk˛e. Wszyscy spojrzeli w t˛e stron˛e i zobaczyli w rogu u´smie-

chaj ˛

acego si˛e przepraszaj ˛

aco lekarza.

— Mo˙zesz ju˙z i´s´c, Kendal — polecił Eltan m˛e˙zczy´znie. — Czuj˛e si˛e ju˙z do-

brze.

— B˛ed˛e musiał zmieni´c opatrunek, milordzie — odrzekł lekarz. — Jutro rano.
— Dobrze — zgodził si˛e niecierpliwie Eltan. — Do zobaczenia zatem.
Kiedy drzwi si˛e zamkn˛eły, Abdel zapytał — Gdzie jest to miejsce?
— Tutaj w mie´scie — odparł Eltan. — Mo˙zesz si˛e przyda´c, je´sli chcesz. Po-

trzebuj˛e człowieka, który mo˙ze działa´c poza murami Wrót. Skoro Blizna ci ufał,
to mi wystarczy. — Spojrzał na Jaheir˛e. — Spotkałem ju˙z wcze´sniej Harfiarzy,
panienko, ale nie wykorzystam tego przeciwko tobie.

Jaheira zaczerwieniła si˛e, po czym wstali i wyszli.

*

*

*

— „Znów b˛edziemy mnichami, przez jaki´s czas” — przeczytał Julius z no-

tatnika o pogniecionych rogach. — „Wró´c na miejsce spotkania pod kolumnami
M ˛

adrego Boga

”.

Młody kapral popatrzył na wielkiego ksi˛ecia, sier˙zanta Maerika, Abdela i Ja-

heir˛e. Julius kucał obok zwini˛etego ciała m˛e˙zczyzny ubranego w czarn ˛

a skór˛e,

którego zabił Abdel. Wygl ˛

adało na to, ˙ze w podziemnej kryjówce ˙

Zelaznego

Tronu było tylko dwóch ludzi. Eltan i jego siły wpadły na jego trop.

— Candlekeep — powiedział cicho Abdel.
— Mog ˛

a si˛e tam dosta´c? — zapytał Eltan. — Na mój rozum Candlekeep

rzadko, je´sli w ogóle, otwiera swoje bramy. Jak to mo˙zliwe, ˙ze cała szajka kon-
spiratorów spotyka si˛e w Candlekeep.

— Gorion mógł zna´c odpowied´z na to pytanie — rzekła Jaheira, patrz ˛

ac

smutno na Abdela.

Najemnik wolno skin ˛

ał głow ˛

a.

— Mój ojciec był mnichem — powiedział Eltanowi. — Wychował mnie

w murach Candlekeep i skierował na drog˛e, któr ˛

a krocz˛e ju˙z całe ˙zycie, jak mi

si˛e zdaje. Prowadził mnie do Jaheiry. — Odwrócił si˛e do półelfki. — Czy praco-
wał dla Harfiarzy?

Jaheira pokr˛eciła głow ˛

a. — Był przyjacielem.

— Pr˛edzej pójd˛e na wojn˛e z Amnem i j ˛

a wygram ni˙z b˛ed˛e szturmował bramy

Candlekeep — westchn ˛

ał Eltan. Nie czuł si˛e pokonany, my´slał.

137

background image

— Wygl ˛

ada na pomocn ˛

a wskazówk˛e — wtr ˛

acił Maerik i Eltan ostro na niego

spojrzał. Sier˙zant cofn ˛

ał si˛e pół kroku. — Prosz˛e przyj ˛

a´c moje przeprosiny, ja. . .

— Nie przepraszajcie, sier˙zancie — odrzekł Eltan. — Ten notes był raczej

zbyt wa˙zny, ˙zeby go zostawia´c.

— ˙

Zelazny Tron robił ju˙z głupsze rzeczy, milordzie — zaproponował Abdel.

— Po co chcieliby, aby´smy si˛e dowiedzieli, ˙ze udali si˛e do Candlekeep?

— Je´sli to prawda, co. . . — zacz ˛

ał Julius i przerwał pod ostrym wzrokiem

Maerika.

Eltan machn ˛

ał r˛ek ˛

a — kontynuujcie, kapralu.

Julius u´smiechn ˛

ał si˛e słabo.

— Milordzie, je´sli nie mo˙zemy dosta´c si˛e do Candlekeep, to mo˙ze oni chc ˛

a,

aby´smy. . . aby´s my´slał, ˙ze s ˛

a poza twoim zasi˛egiem.

— Dra˙zni ˛

a si˛e ze mn ˛

a? — zapytał Eltan.

Julius wzruszył ramionami — Ja tylko. . .
— To mo˙zliwe — przerwała mu Jaheira. — My, Harfiarze my´slimy, ˙ze za ca-

łym tym spiskiem stoi jedna osoba. Krasnolud, który był niewolnikiem ˙

Zelaznego

Tronu, powiedział nam jego imi˛e. Jest on bogatym kupcem z Sembii i nazywa si˛e
Reiltar. Mam powody przypuszcza´c, ˙ze ten Reiltar jest. . . synem Bhaala.

Abdel spojrzał na ni ˛

a szeroko otwartymi oczami. Znów usłyszał imi˛e tego

martwego boga mordu i pomysł, ˙ze zostawił on tu synów. Mo˙ze, pomy´slał Abdel,
powinienem przycisn ˛

a´c Jaheir˛e, aby mi powiedziała, co jeszcze wie na ten temat.

Jaheira patrzyła na Abdela z czerwon ˛

a, prawie przera˙zon ˛

a twarz ˛

a.

— Synem Bhaala? — zapytał zdziwiony Eltan. — Tego martwego boga Bha-

ala?

Jaheira potwierdziła skinieniem głowy, a Julius wstał na dr˙z ˛

acych nogach.

— To szale´nstwo — skomentował Maerik. — Milordzie, kim s ˛

a ci ludzie?

— S ˛

a jeszcze inne — podj˛eła Jaheira — dzieci Bhaala. Niektóre z nich s ˛

a pod

obserwacj ˛

a Harfiarzy, za innymi ´slad si˛e urwał. Nikt nie wie, ile ich prze˙zyło.

— I jeden z nich chce wywoła´c wojn˛e z Amnem? — zapytał Julius, zapomi-

naj ˛

ac w czyjej jest obecno´sci.

— Mord — wyja´sniła Jaheira — na wielk ˛

a skal˛e.

Abdel przełkn ˛

ał ´slin˛e, gdy˙z nagle zaschło mu w gardle. Na ramionach i piersi

wyst ˛

apiła mu g˛esia skórka i poczuł, ˙ze całe ciało przeszedł mu dreszcz. Mord —

pomy´slał Abdel z wielkim trudem powstrzymuj ˛

ac u´smiech — na wielk ˛

a skal˛e. . .

138

background image

Rozdział dwudziesty drugi

— Mord — powiedziała Tamoko — na wielk ˛

a skal˛e.

Sarevok u´smiechn ˛

ał si˛e do niej — tak jak u´smiechaj ˛

a si˛e demony — ale Ta-

moko nie cofn˛eła si˛e. Ku jej zaskoczeniu, Sarevok wydawał si˛e zadowolony.

— Mord, tak — potwierdził. Echo poniosło jego głos w podziemnej komna-

cie. Rozległ si˛e zgrzyt metalu, kiedy nie´swiadomie przeci ˛

agn ˛

ał ostrzem długiego,

w ˛

askiego sztyletu po swym napier´sniku z czarnego metalu. Poleciały iskry, ale na

zbroi nie został ˙zaden ´slad.

— To nie do. . . — urwała Tamoko i westchn˛eła z frustracji. Wcale nie chciała

przerwa´c, tylko wci ˛

a˙z miała kłopoty z wyra˙zaniem si˛e we wspólnym j˛ezyku Fa-

erunu. — To nie do. . . zaakceptowania.

˙

Zółte oczy Sarevoka błysn˛eły i odwrócił si˛e do pustej ramy, obserwuj ˛

ac j ˛

a

uwa˙znie, jakby była teraz dla niego najwa˙zniejsza.

— Tamoko, moje drogie dziecko — odezwał si˛e w ko´ncu. — Kiedy ci˛e od-

kryłem, zabijała´s co dnia, dla pieni˛edzy. Mord był twoim sposobem na ˙zycie.

Drgn˛eła na to porównanie, gniew dodał jej odwagi. — Praca w roli zabójcy

nie ha´nbi.

— Zabijała´s niewinnych ludzi — nacisn ˛

ał. — A to morderstwo.

— Niewinni ludzie nie musz ˛

a obawia´c si˛e zabójców — odparła. — Niewinni

ludzie nie zadaj ˛

a si˛e z lud´zmi zdolnymi do wynaj˛ecia zabójców. Je´sli kto´s mnie

najmuje, zawsze ma jaki´s powód, ten czy inny.

— Wi˛ec — powiedział Sarevok, odwracaj ˛

ac si˛e do niej z u´smiechem samoza-

dowolenia — zabijasz tylko skorumpowanych ludzi.

— Tak — odparła, dumnie unosz ˛

ac głow˛e i wpadaj ˛

ac w jego pułapk˛e.

— Na polecenie skorumpowanych ludzi.
Zaczerwieniła si˛e i odwróciła wzrok. Sarevok chrz ˛

akn ˛

ał i wrócił spojrzeniem

do ramy.

— Mo˙zesz wej´s´c — powiedział nagle.
Tamoko odwróciła si˛e na d´zwi˛ek otwieranych drzwi i do pokoju wszedł

wolno, niepewnie sobowtórniak. Jego wielkie oczy bez wyrazu ogl ˛

adały sparta´n-

ski wystrój pomieszczenia, a potem przeniosły si˛e na Tamoko, która stała sztywno
obok Sarevoka. Kobieta była ubrana w lu´zne spodnie i dopasowan ˛

a, czarn ˛

a tunik˛e.

139

background image

Jej w ˛

aska, zakrzywiona katana wisiała w pochwie u jej pasa. Przyj˛eła sobowtór-

niaka chłodno, gdy˙z nie pałała miło´sci ˛

a do tych stworów pozbawionych twarzy.

— Jeste´s idiot ˛

a — powiedział Sarevok do sobowtórniaka i stwór natychmiast

upadł na kolana.

— Prosz˛e, panie — zacz ˛

ał błaga´c głosem ni to m˛eskim, ni kobiecym, pozba-

wionym charakteru i wyrazu. — Oszcz˛ed´z mnie, bym ci mógł dalej słu˙zy´c. Zrobi˛e
wszystko. . . Przyjm˛e ka˙zd ˛

a posta´c, jak ˛

a Wasza Wysoko´s´c rozka˙ze.

— Ta mi˛eczakowata stara koza Eltan ma kapłanów. . . KAPŁANÓW! — wyja-

´snił Sarevok głosem niczym uderzenie gromu. Sobowtórniak wycofał si˛e na czwo-

rakach w tył, w desperackiej próbie ucieczki przed jego głosem, od którego jakby
zadr˙zał cały pokój. Tamoko podskoczyła i poczuła dr˙zenie a˙z do samego ´srodka
na moc głosu swego kochanka. Sarevok zamilkł na dłu˙zsz ˛

a chwil˛e, patrz ˛

ac jak

sobowtórniak kaja si˛e przed nim.

— Kapłani tego partackiego boga Gonda i kogo tam jeszcze włócz ˛

a si˛e po

całych Wrotach Baldura, modl ˛

ac si˛e na okr ˛

agło o to, by mogli widzie´c prawdziw ˛

a

natur˛e rzeczy. A wiesz dlaczego?

— Mo˙zemy si˛e ukry´c, panie — wymamrotał sobowtórniak. — Prosz˛e,

tylko. . .

— Wiesz dlaczego? — powtórzył pytanie Sarevok, tym razem opanowanym,

spokojnym głosem.

— Sir, prosz˛e. . .
— Je´sli b˛ed˛e musiał zada´c ci to samo pytanie po raz trzeci, sobowtórniaku,

lepiej dla ciebie b˛edzie, ˙zeby´s miał odpowied´z wyryt ˛

a wewn ˛

atrz mózgu, w prze-

ciwnym razie urw˛e ci głow˛e bez ˙zadnego powodu. . . B˛ed˛e rozczarowany.

Tamoko wyci ˛

agn˛eła powoli swój miecz, daj ˛

ac pokaz d´zwi˛eku i błysku ´swiatła

´swieczki odbijaj ˛

acego si˛e na ostrzu. Kochała Sarevoka, cał ˛

a swoj ˛

a dusz ˛

a, stracon ˛

a

pewnie, i chocia˙z ufno´s´c, jak ˛

a go darzyła i pewno´s´c, ˙ze jest wart jej adoracji były

na skraju załamania, była szcz˛e´sliwa, ˙ze mo˙ze w jego imieniu poło˙zy´c trupem
jedno z tych bezdusznych obrzydlistw.

Sobowtórniak zobaczył to, a przynajmniej wystarczaj ˛

aco wiele, wypisane

w jej oczach.

— Szukaj ˛

a nas — oznajmił stwór. — Szukaj ˛

a nas swoim prawdziwym widze-

niem. Ale oni nie b˛ed ˛

a. . .

— Ciii. . . — zasyczał Sarevok, przykładaj ˛

ac palec do ust.

U´smiechn ˛

ał si˛e niczym wilk i podszedł bli˙zej do schylonego stwora. Tamoko

zauwa˙zyła łz˛e spływaj ˛

ac ˛

a po gładkim, szarym policzku sobowtórniaka.

— Oczywi´scie, ˙ze b˛ed ˛

a, sobowtórniaku, tak jak si˛e tego wcze´sniej domy´sla-

łem. Miałem tylko nadziej˛e, ˙ze nie zaczn ˛

a tak szybko i wła´snie dlatego rozczaro-

wałe´s mnie.

— Och — załkał sobowtórniak przez dr˙z ˛

ace, cienkie jak włos usta. — Nie. . .

140

background image

Sarevok odwrócił si˛e i na moment spojrzał Tamoko w oczy, a zabójczyni sko-

czyła naprzód, wymachuj ˛

ac mieczem nad głow ˛

a.

Szła szybko i zarazem spokojnie — spokojna jak zawsze. Błyskała ostrzem

nad głow ˛

a w ´smiertelnym ta´ncu, aby rozproszy´c swoj ˛

a ofiar˛e. . . przeciwnika —

ta ró˙znica sprawiła, ˙ze Tamoko przerwała na chwil˛e tok swych my´sli, ale nie za-
trzymała si˛e. Wykonała ci˛ecie, kieruj ˛

ac si˛e czystym instynktem zrodzonym z jej

talentu i praktyki. Zadała cios bez udziału ´swiadomo´sci. Jej ostrze zadzwoniło
o metal i sypn˛eło iskrami, nagły opór wprowadził kling˛e w wibracje, które prze-
niosły si˛e przez jej rami˛e na całe ciało.

Sobowtórniak przemienił si˛e w mgnieniu oka wystarczaj ˛

acym jej do ataku.

Odskoczyła lekko i szybko w tył, wycofuj ˛

ac si˛e pod wpływem tego samego in-

stynktu, który prowadził j ˛

a do ataku. Potrzebowała chwil˛e czasu, aby oceni´c sy-

tuacj˛e. Jej ofiara rzeczywi´scie stała si˛e teraz przeciwnikiem.

Tamoko zirytowała si˛e na widok postaci, któr ˛

a przybrał sobowtórniak. To była

ona. Kiwn˛eła głow ˛

a w bok w ge´scie, który niektórzy uznaliby za salut. Tamoko

uwa˙zała to za obietnic˛e — obietnic˛e wolnej i ha´nbi ˛

acej ´smierci.

— Nadzwyczajne — powiedział Sarevok z wyra´zn ˛

a rozkosz ˛

a.

Tamoko zignorowała go i przeniosła wzrok na przeciwnika. Sobowtórniak

wstał i przyj ˛

ał szerok ˛

a postaw˛e. Spogl ˛

adał na Tamoko jej własnymi oczami

i z ka˙zdym uderzeniem serca coraz bardziej j ˛

a przypominał. Tamoko wci ˛

agn˛eła

powietrze i zaatakowała.

Krzyczała we własnym j˛ezyku nazwy ka˙zdego ataku, cho´c nie była ´swia-

doma momentu, w którym rozpocz˛eła normalny fechtunek. Jej ´swiadomy, twór-
czy umysł został zast ˛

apiony wytrenowaniem, do´swiadczeniem i kodeksem tak sta-

rym, ˙ze nawet Sarevok nie mógłby tego sobie wyobrazi´c. Jej miecz ci ˛

ał powietrze

z symfoni ˛

a ´swistów i zgrzytów, i zdawało si˛e, ˙ze ostrze ˙zyje swoim własnym ˙zy-

ciem. Sobowtórniak parował jej ataki jeden za drugim i wkrótce zacz ˛

ał ta´nczy´c

lekko na palcach w taki sam sposób, jak to czyniła Tamoko. Wci ˛

a˙z si˛e bronił,

chocia˙z Tamoko nie s ˛

adziła, ˙ze stwór zdaje sobie spraw˛e z tego, ˙ze ona wcale na-

prawd˛e nie atakowała, tylko badała przeciwnika, wyłapywała jego czułe punkty,
zbieraj ˛

ac o nim informacje, aby znale´z´c najlepszy sposób na jego zabicie.

W przeci ˛

agu mniej ni˙z minuty Tamoko zorientowała si˛e, ˙ze sobowtórniak wy-

korzystuje jej do´swiadczenie w szybko post˛epuj ˛

acej chronologicznej kolejno´sci.

Odczuła na sobie, ˙ze stwór wykonał manewr, którego ona uczyła si˛e całe lato
u senseia Toroto w ´Swi ˛

atyni Pi˛e´sci i ´Swiatła. Przypomniała sobie, ˙ze ten sobo-

wtórniak bał si˛e Sarevoka, ale tak˙ze bał si˛e ptaków, ˙zywił do nich irracjonalny
l˛ek. Tamoko u´smiechn˛eła si˛e i zagwizdała ´spiew drozda, a wówczas stwór od-
słonił si˛e i Tamoko ci˛eła go przez szyj˛e. Stwór doszedł ju˙z jednak do nast˛epnej
jesieni jej ˙zycia, kiedy to ´cwiczyła cofni˛ecia, i w ten sposób unikn ˛

ał ´smiertel-

nego niebezpiecze´nstwa, a nawet wykonał ´smiały atak, który Tamoko z ledwo´sci ˛

a

odbiła.

141

background image

Jej miecz błyskał coraz szybciej i wkrótce osi ˛

agn˛eła szczyt swych umiej˛etno-

´sci. Gałka r˛ekoje´sci miecza urwała si˛e i przeleciała przez pole energii otaczaj ˛

ace

Tamoko kokonem czystej, nieska˙zonej mocy sztuki walki. Sobowtórniak pu´scił
lew ˛

a r˛ek ˛

a miecz, ale nie był gotów, ˙zadna moc, któr ˛

a posiadał, nie mogła przygo-

towa´c go do walki na tym poziomie, który osi ˛

agn˛eła Tamoko.

Tamoko ´swisn˛eła mieczem i jednym, pojedynczym zygzakiem, zbyt szybkim

nawet dla oczu Sarevoka, odci˛eła sobowtórniakowi głow˛e. Bezgłowe ciało wiło
si˛e w konwulsjach retransformacji, ale na to Tamoko ju˙z nie patrzyła. Zamkn˛eła
oczy i zmusiła swój umysł i dusz˛e, aby powróciły do ciała, zmusiła si˛e, by powró-
ci´c na plan ˙zycia i czasu.

Odwróciła si˛e, gdy podszedł do niej Sarevok. Chwycił j ˛

a za biodra, a˙z wes-

tchn˛eła. Zdj ˛

ał ju˙z napier´snik i przycisn ˛

ał j ˛

a do siebie. Pu´sciła miecz i zanim ude-

rzył o podłog˛e, poczuła na sobie r˛ece kochanka. Obj˛eła go, ich j˛ezyki splotły si˛e,
a Tamoko oddała mu si˛e, cho´c czuła, ˙ze co´s mi˛edzy nimi sko´nczyło si˛e.

*

*

*

Abdel usłyszał, jak Jaheira pluszcze si˛e w płytkiej sadzawce obok ich obo-

zowiska. Od Candlekeep dzieliły ich jeszcze dwa dni drogi i kobieta wykorzy-
stywała ka˙zd ˛

a rzadk ˛

a okazj˛e, aby zmy´c z siebie pył drogi i pot. Sło´nce schowało

si˛e za horyzontem i chocia˙z niebo miało teraz odcie´n gł˛ebokiego fioletu, ich małe
ognisko było dla Abdela jedynym ´zródłem ´swiatła. Patrz ˛

ac w stron˛e sadzawki,

zasłoni˛etej g˛estym szpalerem drzew, Abdel otworzył plecak i si˛egn ˛

ał do ´srodka.

Nie widział Jaheiry, ale póki j ˛

a słyszał, wiedział, ˙ze jest bezpieczna. Wy-

j ˛

ał ksi˛eg˛e i westchn ˛

ał, kiedy znalazła si˛e w jego r˛ekach. Ksi˛ega była oprawiona

w ludzk ˛

a skór˛e. Abdel nie wiedział wła´sciwie, kiedy si˛e tego domy´slił, ale teraz

było to dla niego tak oczywiste, ˙ze nawet nie mógł sobie wyobrazi´c, ˙ze mogłoby
go to zaszokowa´c.

Odchylił okładk˛e i zobaczył, ˙ze pierwsza strona jest czysta. Serce zabiło mu

mocniej i znów si˛e przyjrzał. Wci ˛

a˙z był sam i tylko dzi˛eki temu pozwolił sobie

obejrze´c ksi˛eg˛e. Palce spociły mu si˛e w jakiej´s mistycznej mieszaninie strachu
i podniecenia, kiedy odwrócił pierwsz ˛

a stron˛e. Była tam wymalowana czaszka,

otoczona czym´s, co mogło by´c ognikami b ˛

ad´z kropelkami wody. Tekst był or-

namentowany i wci ˛

a˙z niezrozumiały dla Abdela, ale teraz jakby jako´s znajomy.

Pomy´slał, ˙ze podobnie musi si˛e czu´c małe, niepi´smienne dziecko, ka˙zdego dnia
maj ˛

ace do czynienia ze słowem pisanym, lecz niezdolne do jego odczytania.

Zaschło mu w ustach i odwrócił nast˛epn ˛

a stron˛e. Rysunek na tej stronie spra-

wił, ˙ze serce zabiło mu ˙zywiej i zamkn ˛

ał oczy przed tym koszmarem, a ciało

przeszył mu dreszcz irracjonalnego podniecenia, nawet jakby. . .

142

background image

— Co to? — zapytała Jaheira. Abdel podskoczył, wydaj ˛

ac z siebie mi˛ekkie

sapni˛ecie. Ksi˛ega zakołysała mu si˛e w dłoniach, ale chwycił j ˛

a i z trzaskiem za-

mkn ˛

ał okładk˛e.

— Dobrze si˛e czujesz? — zapytała go. Spojrzał do góry i zobaczył, ˙ze stoi

tu˙z obok ogniska. Była otulona starym, podró˙znym kocem Abdela, jej włosy były
mokre i skr˛econe w delikatne loki. W pomara´nczowym ´swietle ognia skóra jej
twarzy wygl ˛

adała bardzo mi˛ekko. U´smiechała si˛e do niego, cho´c jej brew była

zmarszczona.

Abdel spojrzał w dół i na upiorn ˛

a okładk˛e ksi˛egi spadła łza. Jaheira wci ˛

agn˛eła

oddech i podeszła do niego, usiadła mu na kolanach i poło˙zyła chłodn ˛

a, mi˛ekk ˛

a

dło´n na jego policzku. Odło˙zył ksi˛eg˛e na bok i obj ˛

ał j ˛

a.

— Co si˛e ze mn ˛

a dzieje? — zapytał, sam nie bardzo rozumiej ˛

ac swoje pytanie.

— Zmieniasz si˛e, Abdel — odpowiedziała tajemniczo.
Ich usta zetkn˛eły si˛e na chwil˛e, ale Abdel przerwał pocałunek. Spojrzała

w jego spokojne oczy ze zrozumieniem i z westchni˛eciem odsun˛eła si˛e. Usiadła
przed ogniskiem i wyczekuj ˛

aco przygl ˛

adała si˛e płomieniom.

— Dlaczego nazwała´s mnie Abdel Adrian? — zapytał. — Nigdy wcze´sniej

nie słyszałem tego imienia, zanim nie wypowiedział go Khalid. Czy to Gorion
powiedział wam, ˙ze tak si˛e nazywam?

— To jest twoje imi˛e. Z nim si˛e urodziłe´s.
Abdel wypu´scił długi oddech i chwycił ksi˛eg˛e. Zapragn ˛

ał rzuci´c j ˛

a w pło-

mienie, a jednocze´snie studiowa´c j ˛

a z uwag ˛

a i zatrzyma´c przy sobie na zawsze.

Skrzywił si˛e i schował j ˛

a do plecaka.

— Ju˙z czas, Jaheira, aby´s mi o wszystkim opowiedziała.
— Nie jeste´s tym, na kogo si˛e urodziłe´s, Abdel. — powiedziała smutno, ale

u´smiech, który mu zaraz posłała, pełen był nadziei. — Mo˙zesz sam sobie wybra´c
swoj ˛

a własn ˛

a drog˛e przez ˙zycie i ani twój ojciec, ani twoi bracia i siostry nie mog ˛

a

ci˛e zmusi´c, aby´s z niej zawrócił.

— Co wiesz na temat mojego ojca?
— To, co Harfiarze od zawsze wiedzieli. To, co kapłani Oghmy i paladyni

Torma zawsze wiedzieli. Kiedy powiedziałam Eltanowi, ˙ze Reiltar jest synem
Bhaala, nie byłam pewna. . . Nie byłam pewna tego, ˙ze. . . tego, ˙ze ty te˙z jeste´s
synem Bhaala.

Abdel odrzucił głow˛e, na co Jaheira zareagowała zaskoczeniem.
— Xzar te˙z mi to mówił. Wtedy mu nie wierzyłem.
— A teraz?
— Jaheiro, jestem najemnikiem, zwykłym twardzielem. Chroni˛e karawany,

magazyny i grubych kupców. Potrafi˛e dobrze walczy´c, jestem silny, wy˙zszy ni˙z
wi˛ekszo´s´c, ale nie jestem bogiem.

— Nie — przyznała. — Ale twój ojciec nim był. O twojej matce nic nie wiem,

ale twój ojciec był bogiem mordu.

143

background image

— A mój brat, a przynajmniej brat przyrodni to Reiltar, przywódca ˙

Zelaznego

Tronu?

— Mo˙zliwe. Podejrzewali´smy, ˙ze za prób ˛

a wszcz˛ecia wojny pomi˛edzy Wro-

tami Baldura a Amnem stoi jeszcze inny syn Bhaala, ale nie znali´smy jego imie-
nia. To mo˙ze by´c nawet twoja siostra. Twoja przyrodnia siostra, wiesz?

U´smiechn ˛

ał si˛e i roze´smiał, ale to była pusta ekspresja.

— I Abdel Adrian?
— To z Netherese, my´sl˛e. Abdel znaczy „syn kogo´s”, za´s Adrian — „mro-

czny”, „syn mrocznego”.

— Czy ci ˛

agle czerpiesz przyjemno´s´c z zabijania, Abdel? — zapytała dobitnie.

— Nie — odpowiedział bez namysłu, po czym przerwał.
Patrzyła na niego, ale on nie mógł na ni ˛

a spojrze´c. Twarz zaczerwieniła mu

si˛e, przesun ˛

ał si˛e na niewygodnej, zimnej ziemi.

— Kiedy´s tak — powiedział w ko´ncu. — Kiedy´s to odczuwałem, jak. . . jak

inne uczucia. Ale kiedy Gorion został zabity, kiedy spotkałem ciebie, utraciłem
to.

— Zmieniasz si˛e. Ju˙z si˛e zmieniłe´s.
— Mo˙ze. Ale nie jestem bogiem.
— Jeste´s taki pewny.
— Bawiło mnie zabijanie dla samego zabijania i byłem w tym dobry. W mojej

pracy poznałem wielu ludzi podobnych do mnie. Nawet bóg nie mógłby mie´c tyle
dzieci. Zreszt ˛

a nie mam ˙zadnych. . . boskich mocy. Czy gdyby w moich ˙zyłach

płyn˛eła boska krew, nie byłbym zdolny lata´c, sta´c si˛e niewidzialnym albo co´s
w tym stylu?

Jaheira zakasłała, ale bez ´sladu wesoło´sci.
— Mo˙ze masz jego oczy albo nos. . .
— Wyobra˙zam wi˛ec sobie, ˙ze musiał mie´c du˙zy nos — za˙zartował.
— Twoja matka była człowiekiem — powiedziała cicho, prawie szeptem.
— I musiała by´c dobr ˛

a kobiet ˛

a — zadecydował, nie opieraj ˛

ac si˛e na faktach,

których nie znał, ale na tym, w co chciał wierzy´c.

Jaheira patrzyła na niego przez dłu˙zszy czas.
— Tak, na pewno taka była.

144

background image

Rozdział dwudziesty trzeci

— Beuros, ty prze˙zuty kawałku. . . — zacz ˛

ał Abdel, ale si˛e powstrzymał,

kiedy Jaheira złapała go za rami˛e.

— Szanowny panie — powiedziała, spogl ˛

adaj ˛

ac na Abdela, który westchn ˛

obra˙zony i odwrócił si˛e od bramy. — Na pewno znasz mojego towarzysza, wiesz,

˙ze mieszkał w tym wspaniałym mie´scie i był synem jednego z was. Prosz˛e, zro-

zum, ˙ze mamy tu pilny interes i. . .

— Odejd´zcie — odezwał si˛e Beuros stra˙znik bramy, za chwil˛e dodał srogo:

— Odejd´zcie albo b˛ed˛e zmuszony do. . .

— Do czego b˛edziesz zmuszony — zaryczał Abdel — ty potrójnie prze-

kl˛ety. . .

— Odejd´zcie! — krzykn ˛

ał stra˙znik i zamkn ˛

ał małe okienko w wielkich, solid-

nych d˛ebowych wrotach.

— To absurdalne — powiedziała Jaheira w pustk˛e. — Co to za miasto?
Abdel kopn ˛

ał kamie´n na ˙zwirowej alejce ko´ncz ˛

acej si˛e wła´snie tu, przed

bram ˛

a Candlekeep, które przez wi˛eksz ˛

a cz˛e´s´c ˙zycia było jego domem. Kamie´n po-

toczył si˛e, Abdel westchn ˛

ał i spojrzał w niebo, obserwuj ˛

ac gromadz ˛

ace si˛e szybko

ciemne chmury, zwiastuj ˛

ace rychł ˛

a ulew˛e.

— Nigdy jeszcze nie odmówiono mi wej´scia do Candlekeep. Nigdy dot ˛

ad.

— Wtedy jeszcze ˙zył Gorion — powiedziała bezwiednie Jaheira. — Był tu

i pozwalał ci˛e wpuszcza´c.

Abdel spojrzał na ni ˛

a i zmusił si˛e do u´smiechu. Nie zauwa˙zyła tego, zaj˛eta

baczn ˛

a obserwacj ˛

a bramy z taktycznego punktu widzenia.

— To nie miasto — powiedział.
Spojrzała na niego, unosz ˛

ac brew.

— To nie miasto — powtórzył. — To monastyr. Klasztor. Biblioteka.
Skin˛eła głow ˛

a, po czym wzruszyła ramionami, jakby ta zasadnicza ró˙znica nie

miała dla niej ˙zadnego znaczenia.

— Tutaj zbiera si˛e ˙

Zelazny Tron, cokolwiek to jest. Musimy si˛e tam dosta´c.

— Dajcie ksi ˛

a˙zk˛e. — Głos Beurosa rozległ si˛e tak nagle, ˙ze Jaheira a˙z pod-

skoczyła. Spojrzeli w małe okienko, umieszczone w wysokich wrotach dobre trzy
metry nad ziemi ˛

a. Beuros miał pryszczat ˛

a twarz i krzywe, ˙zółte z˛eby. Abdel znał

145

background image

go przez wi˛eksz ˛

a cz˛e´s´c swego ˙zycia.

— Beuros. . . — zacz ˛

ał Abdel.

— Ach — przerwał mu Beuros — ksi ˛

a˙zk˛e, zwój, tabliczk˛e glinian ˛

a lub. . .

cokolwiek z tekstem. Dajcie mi cokolwiek u˙zytecznego dla Candlekeep, to zosta-
niecie wpuszczeni.

Abdel zmarszczył brew z zakłopotania i frustracji. Potraktował małego czło-

wieczka chłodno:

— Po co to wszystko, Beuros? Co tu si˛e dzieje?
— Interes Candlekeep — odparł wynio´sle stra˙znik. — Interes wiedzy i nauki.
Jaheira u´smiechn˛eła si˛e.
— To nawet słowem nie wyja´snia, ty mały. . .
— Ksi ˛

a˙zka! — przerwał po raz kolejny Beuros, przenosz ˛

ac gro´zny wzrok na

Jaheir˛e.

— Nie mam. . . — zacz ˛

ał Abdel, po czym przerwał, kiedy przypomniał sobie,

˙ze jednak ma ksi ˛

a˙zk˛e, ksi˛eg˛e, która przera˙zała go, ale te˙z w ˛

atpił, ˙ze mógłby si˛e

z ni ˛

a rozsta´c.
— Daj nam par˛e minut, kapitanie Uparty — powiedziała sarkastycznie Jahe-

ira, czyni ˛

ac w jego stron˛e r˛ek ˛

a gest, jakim pan odwołuje swego sług˛e. Stra˙znik

chrz ˛

akn ˛

ał i zatrzasn ˛

ał klapk˛e.

— Abdel — Jaheira podeszła do Abdela i akurat zacz˛eło lekko pada´c — chyba

wci ˛

a˙z masz t˛e ksi˛eg˛e?

Abdel spojrzał gdzie´s w bok, zamieraj ˛

ac z napi˛ecia i strachu, cho´c sam nie

wiedział dlaczego.

— Abdel, chyba jeszcze j ˛

a masz? Wiesz, t˛e ksi˛eg˛e, któr ˛

a Xan znalazł w obozie

bandytów.

Abdel pokiwał głow ˛

a, unikaj ˛

ac jej wzroku.

— Wi˛ec daj j ˛

a Panu Judaszowi i wejd´zmy do ´srodka. Jeste´smy w drodze —

i to znowu — ju˙z od tygodnia i bardzo prawdopodobne, ˙ze ci ludzie, za którymi
przeszli´smy ju˙z wszystkie Dziewi˛e´c Piekieł i wi˛ecej, aby spróbowa´c ich zatrzy-
ma´c, s ˛

a tu w ´srodku i si˛e z nas ´smiej ˛

a.

Abdel wzi ˛

ał gł˛eboki, ´swiszcz ˛

acy oddech i wreszcie spojrzał na Jaheir˛e. Nic nie

powiedział, tylko zdj ˛

ał plecak i zajrzał do ´srodka. Nawet nie spojrzał na ksi˛eg˛e,

kiedy j ˛

a wyjmował.

— Beuros! — krzykn˛eła Jaheira, spogl ˛

adaj ˛

ac na małe okienko.

Kiedy po chwili pojawił si˛e, Jaheira była zaskoczona jego ciekawo´sci ˛

a. Jaheira

uznała, i˙z zarówno ona jak i Abdel s ˛

a bardziej uparci ni˙z wi˛ekszo´s´c.

— Ksi ˛

a˙zka? — zapytał stra˙znik, po czym wyszczerzył z˛eby w szerokim

u´smiechu na widok starego tomu w r˛ekach Abdela. — Dobrze, dobrze. . .

— Wpu´s´c nas najpierw — zaproponowała Jaheira, łatwo odczytuj ˛

ac chciwo´s´c

w oczach Beurosa.

Beuros za´smiał si˛e nieprzyjemnie.

146

background image

— Nie w tym ˙zyciu, panienko. Powiedz mu, ˙zeby wsun ˛

ał ksi ˛

a˙zk˛e przez otwór.

Abdel doskonale słyszał Beurosa i Jaheira wcale nie musiała mu przekazywa´c

słów stra˙znika. Najemnik patrzył w okienko umieszczone jakie´s trzy metry nad

˙zwirem alejki.

Jaheira powiedziała: — Gdyby był tu otwór troszk˛e. . . — przerwała, gdy na-

gle tu˙z przed nimi, na wysoko´sci pasa Abdela otworzył si˛e w ˛

aski, podłu˙zny otwór,

akurat na wsuni˛ecie ksi˛egi. Abdel i Jaheira zamrugali ze zdziwienia, wyra´znie do-
piero teraz go dostrzegli.

— Wsu´n j ˛

a tam, Abdel — powiedział mi˛ekko Beuros, w ko´ncu wymawiaj ˛

ac

imi˛e Abdela.

— Wiedziałem, ˙ze mnie znasz, b˛ekarcie — zamruczał Abdel i podszedł do

szczeliny, trzymaj ˛

ac ksi˛eg˛e w wyci ˛

agni˛etych r˛ekach.

Jaheira otworzyła szeroko oczy i ju˙z chciała spyta´c Abdela, czy wszystko

z nim w porz ˛

adku, bowiem najemnik zatrzymał si˛e raptownie w chwili, gdy brzeg

ksi˛egi dotkn ˛

ał ju˙z otworu. Wyra´znie nie miał ochoty jej tam wsun ˛

a´c.

— Na miło´s´c Mielikki, przecie˙z ty nawet nie znasz j˛ezyka, w którym została

napisana — powiedziała Jaheira. — Daj mu ten ci˛e˙zki staro´c i wejd´zmy wreszcie
do ´srodka.

— No wła´snie, Abdel — poparł j ˛

a Beuros. — Posłuchaj si˛e tej młodej damy

i daj mi ksi ˛

a˙zk˛e. Potrzebuj˛e gestu dobrej woli.

Abdel nie mógł tego zrobi´c. Było tak, jakby palce zakleszczyły mu si˛e na

ksi˛edze, jakby pi˛e´sci zacisn˛eły mu si˛e na niej w ´smiertelnym skurczu, a ksi˛ega
była jego jedyn ˛

a nadziej ˛

a na ocalenie ˙zycia — a mo˙ze ostatni ˛

a nadziej ˛

a na co´s

przeciwnego?

— Abdel? — zapytała Jaheira, w jej głosie dawała si˛e wyczu´c obawa o dziwne

zachowanie Abdela.

Abdel westchn ˛

ał ci˛e˙zko jeszcze raz i pu´scił ksi˛eg˛e, patrz ˛

ac, jak wpada i znika

w gł˛ebi szczeliny. Twarz Beurosa znów znikn˛eła, lecz tym razem nie pokazywał
si˛e dłu˙zej.

*

*

*

— Beuros, ty prze˙zuty kawałku. . . — zacz ˛

ał Abdel, ale si˛e powstrzymał,

kiedy Jaheira złapała go za rami˛e.

— Szanowny panie — powiedziała, spogl ˛

adaj ˛

ac na Abdela, który westchn ˛

obra˙zony i odwrócił si˛e od bramy. — Na pewno znasz mojego towarzysza, wiesz,

˙ze mieszkał w tym wspaniałym mie´scie i był synem jednego z was. Prosz˛e, zro-

zum, ˙ze mamy tu pilny interes i. . .

— Odejd´zcie — odezwał si˛e Beuros stra˙znik bramy, za chwil˛e dodał srogo:

147

background image

— Odejd´zcie albo b˛ed˛e zmuszony do. . .

— Do czego b˛edziesz zmuszony — zaryczał Abdel — ty potrójnie prze-

kl˛ety. . .

— Odejd´zcie! — krzykn ˛

ał stra˙znik i zamkn ˛

ał małe okienko w wielkich, solid-

nych d˛ebowych wrotach.

Beuros był jednym z wielu innych wysłanych do pilnowania bramy Candle-

keep, miejsca, które było jego domem przez całe ˙zycie. Znał Abdela prawie rów-
nie długo, ale nigdy go nie lubił. Abdel był adoptowanym synem — a tak na-
prawd˛e mlecznym synem — Goriona, kapłana i scholara, jednego z ulubionych
nauczycieli Beurosa. Z powodu Abdela Beuros dla Goriona odszedł na dalszy
plan, podobnie jak wielu jego przyjaciół. Kiedy Abdel opu´scił Candlekeep, lata
temu, w poszukiwaniu własnego ˙zycia jako najemnik lub osiłek do wynaj˛ecia lub
jako ktokolwiek inny, do czego predysponował go mały rozum i siła mi˛e´sni, Beu-
ros, podobnie jak wielu innych w klasztorze, ucieszyli si˛e, ˙ze odszedł. Kilka razy
wracał, aby spotka´c si˛e z Gorionem, a raz całkiem niedawno i wtedy opu´scili mo-
nastyr razem. Od tego czasu min˛eło ju˙z chyba z tuzin tygodni, cho´c Beurosowi
wydawało si˛e całkiem niedawno. Zawsze, jak sobie przypominał, kiedykolwiek
Abdel powracał do Candlekeep, dla niego było to za wcze´snie. Teraz wrócił z ja-
k ˛

a´s kobiet ˛

a — półelfk ˛

a i na dodatek ubran ˛

a jak do walki. Beuros wierzył, ˙ze Abdel

mo˙ze by´c zdolny do wszystkiego, by´c mo˙ze nawet, co było dla niego wyj ˛

atkowo

niesmaczne, w jaki´s sposób przehandlował uczonego Goriona, człowieka wartego
najwy˙zszego szacunku i nieskazitelnego, na t˛e niemoraln ˛

a współtowarzyszk˛e.

Beuros był zgorzkniałym człowiekiem, małym na ciele i duchu, ale był za to

cz˛e´sci ˛

a Candlekeep. Tu studiował, tu czytał — i czasem nawet to rozumiał — tu

kopiował teksty dla najwi˛ekszej biblioteki na Torilu. Beuros przynale˙zał do tego
miejsca, w którym wszyscy — wł ˛

aczaj ˛

ac w to Goriona — wiedzieli, ˙ze dla Abdela

nigdy nie był to prawdziwy dom.

Teraz, musz ˛

ac zaj ˛

a´c si˛e swoj ˛

a najmniej ulubion ˛

a prac ˛

a, westchn ˛

ał i spojrzał

w niebo, zauwa˙zaj ˛

ac szarzej ˛

ace chmury, zwiastuj ˛

ace ulew˛e. Pilnowanie wrót nie-

mal zawsze sprowadzało si˛e do odsyłania podró˙znych z powrotem. Wła´sciwie
nikt nie był proszony w go´scin˛e do Candlekeep i podobnie jak wielu tutejszym
mnichom, skrybom, kapłanom i scholarom, Beurosowi to odpowiadało.

— Nigdy jeszcze nie odmówiono mi wej´scia do Candlekeep. Nigdy dot ˛

ad.

Beuros usłyszał, co mówi Abdel, dzi˛eki magicznemu urz ˛

adzeniu oddanemu

do dyspozycji stra˙znika bramy. Ta magia pomagała chroni´c Candlekeep przed
nieprzyjaznym ´swiatem zewn˛etrznym.

— Wtedy jeszcze ˙zył Gorion — powiedziała kobieta, na co serce Beurosa

skoczyło. — Był tu i pozwalał ci˛e wpuszcza´c.

Wi˛ec Gorion nie ˙zył. Beuros zapragn ˛

ał zapłaka´c nad t ˛

a wielk ˛

a strat ˛

a, ale po-

wstrzymał łzy poci ˛

agaj ˛

ac nosem i przełykaj ˛

ac ´slin˛e. Beuros zastanawiał si˛e, czy

prawd ˛

a było to, co mówiono o Abdelu, kiedy był dzieckiem — ˙ze Gorion za-

148

background image

adoptował go jako jakiego´s odmie´nca. Plotki głosiły, ˙ze Abdel jest jakim´s pło-
dem demona, cambionem lub alu–fiendem albo synem jakiego´s złego maga, mo˙ze
spadkobierc ˛

a linii skorumpowanych archimagów z Netherese. Trudno było w to

uwierzy´c Beurosowi i jego przyjaciołom, od kiedy demonologia stała si˛e cz˛e´sci ˛

a

ich studiów, a Abdel nie posiadał ˙zadnych mocy wła´sciwych piekielnym isto-
tom, ale jednak. Abdel wyrósł ponad norm˛e i okazywał zarówno sił˛e, jak i pra-
gnienie przemocy, które nie wydawały si˛e całkowicie ludzkie, przynajmniej nie
dla spokojnych mnichów Candlekeep. Przez umysł Beurosa przemkn˛eła my´sl, ˙ze
mo˙ze Abdel własnor˛ecznie zabił Goriona, co dla Beurosa było najwi˛eksz ˛

a zbrod-

ni ˛

a przeciw prawu i woli Candlekeep.

Beurosowi natychmiast przypomniał si˛e Tethtoril i natychmiast wykorzystał

jeden z pomniejszych magicznych przedmiotów, które miał tu do dyspozycji jako
stra˙znik. Wymówił imi˛e Tethtorila do złotej tr ˛

abki, wierz ˛

ac, ˙ze urz ˛

adzenie prze-

ka˙ze wiadomo´s´c starzej ˛

acemu si˛e mnichowi. Tymczasem musiał jako´s spróbowa´c

zatrzyma´c Abdela, cho´c i tak w ˛

atpił, czy pozbyłby si˛e go nawet wtedy, gdyby

próbował. Abdel i kobieta wci ˛

a˙z stali przed bram ˛

a, cicho ze sob ˛

a rozmawiaj ˛

ac.

Beuros otworzył okienko.

— Dajcie ksi ˛

a˙zk˛e — powiedział, wyra´znie zaskakuj ˛

ac kobiet˛e, która a˙z pod-

skoczyła. Oboje spojrzeli w okienko.

— Beuros. . . — zacz ˛

ał Abdel.

— Ach — przerwał mu Beuros — ksi ˛

a˙zk˛e, zwój, tabliczk˛e glinian ˛

a lub. . .

cokolwiek z tekstem. Dajcie mi cokolwiek u˙zytecznego dla Candlekeep, to zosta-
niecie wpuszczeni.

Abdel zmarszczył brew z zakłopotania i frustracji. Beuros wcale nie był za-

skoczony tym, ˙ze Abdel nie ma przy sobie ˙zadnego tekstu pisanego. Wcale nie
byłby zaskoczony, gdyby dowiedział si˛e, ˙ze Abdel zapomniał czyta´c.

— Po co to wszystko, Beuros? Co tu si˛e dzieje? — zapytał Abdel.
— Interes Candlekeep — odparł Beuros wymijaj ˛

aco. — Interes wiedzy i na-

uki.

Kobieta u´smiechn˛eła si˛e zło´sliwie.
— To nawet słowem nie wyja´snia, ty mały. . .
— Ksi ˛

a˙zka! — zdenerwował si˛e Beuros, ˙ze ta półelfia b˛ekarcica w ogóle kwe-

stionuje jego słowa.

— Nie mam. . . — zacz ˛

ał Abdel, po czym przerwał, a jego twarz zamarła

w t˛epym wyrazie zamy´slenia.

— Daj nam par˛e minut, kapitanie Uparty — powiedziała sarkastycznie ko-

bieta, czyni ˛

ac w jego stron˛e r˛ek ˛

a gest, jakim pan odwołuje swego sług˛e. Beuros

zignorował j ˛

a i zatrzasn ˛

ał klapk˛e.

Beuros otarł pot z czoła, zastanawiaj ˛

ac si˛e, co si˛e dzieje i co zatrzymało Te-

thtorila. Abdel i kobieta znów zacz˛eli mi˛edzy sob ˛

a rozmawia´c, a Beuros poczuł

przera˙zaj ˛

ace uczucie na dnie swego ˙zoł ˛

adka. Co b˛edzie, je´sli Abdel rozpozna jego

149

background image

blef? Usłyszał, jak kobieta wymawia jego imi˛e i spodziewaj ˛

ac si˛e kłopotów, otwo-

rzył klapk˛e okienka.

— Ksi ˛

a˙zka? — zapytał.

Zobaczył wówczas, co Abdel trzyma w swych wielkich, stwardniałych łap-

skach. To rzeczywi´scie była ksi ˛

a˙zka, a jej widok sprawił, ˙ze serce Beurosa zabiło

mocniej. Ksi˛ega była oprawiona, bez w ˛

atpienia, w ludzk ˛

a skór˛e, a na wierzchu

miała doczepiony symbol, którego nie widział ju˙z od dawna, symbol z ludzkiej
czaszki. Czymkolwiek była ta ksi˛ega, z pewno´sci ˛

a była rzadko´sci ˛

a. Bez w ˛

atpienia

była te˙z zła, ale z pewno´sci ˛

a warta studiów z czysto naukowego punktu widzenia.

Je´sli był to jaki´s mroczny tekst, b˛edzie lepiej dla całego Faerunu, jak znajdzie si˛e
bezpiecznie ukryta za murami Candlekeep.

— Dobrze, dobrze. . . — zacz ˛

ał Beuros.

— Najpierw wpu´s´c nas — przerwała mu kobieta. Beuros za´smiał si˛e.
— Nie w tym ˙zyciu, panienko. Powiedz mu, ˙zeby wsun ˛

ał ksi ˛

a˙zk˛e przez otwór.

Beuros poci ˛

agn ˛

ał za d´zwigienk˛e sekretnego panelu, otwieraj ˛

ac ˛

a specjalny,

bardziej dost˛epny dla go´sci otwór w bramie, podczas gdy najemnik gapił si˛e
w okienko na górze.

— Gdyby był tu otwór troszk˛e. . . — zacz˛eła kobieta i przerwała, gdy dostrze-

gła tu˙z przed sob ˛

a, na wysoko´sci pasa Abdela, szczelin˛e akurat na ksi ˛

a˙zk˛e.

— Wsu´n j ˛

a tam, Abdel — powiedział mi˛ekko Beuros, nie u´swiadamiaj ˛

ac so-

bie, ˙ze wymawia jego imi˛e po raz pierwszy od wielu lat.

— Wiedziałem, ˙ze mnie znasz, b˛ekarcie — zamruczał Abdel i podszedł do

szczeliny, trzymaj ˛

ac ksi˛eg˛e w wyci ˛

agni˛etych r˛ekach. Zatrzymał si˛e nagle, gdy

brzeg ksi ˛

a˙zki dotkn ˛

ał otworu. Wyra´znie nie miał ochoty jej tam wsun ˛

a´c.

— Na miło´s´c Mielikki, przecie˙z ty nawet nie znasz j˛ezyka, w którym została

napisana — powiedziała do Abdela kobieta, co roz´smieszyło Beurosa. — Daj mu
ten ci˛e˙zki staro´c i wejd´zmy wreszcie do ´srodka.

— No wła´snie, Abdel — poparł j ˛

a Beuros. — Posłuchaj si˛e tej młodej damy

i daj mi ksi ˛

a˙zk˛e. Potrzebuj˛e gestu dobrej woli.

Abdel nie chciał.
— Abdel? — zapytała niepewnie kobieta.
Najemnik znowu westchn ˛

ał i wsun ˛

ał ksi ˛

a˙zk˛e do szczeliny. Beuros zszedł na

dół i podniósł ksi˛eg˛e. Była ci˛e˙zka, a w dotyku raz upiorna, to znów przyjemna.

— Co tam masz, Beuros? — zapytał Tethtoril zza jego pleców tak, ˙ze stra˙znik

a˙z sapn ˛

ał przestraszony, po czym gwałtownie si˛e odwrócił.

*

*

*

Niecał ˛

a godzin˛e pó´zniej Abdel i Jaheira siedzieli w prywatnej komnacie Teth-

150

background image

torila, patrz ˛

ac, jak mnich parzy herbat˛e. Spacer wzdłu˙z idealnie wyci˛etej w l ˛

adzie

zatoki, wokół której stało Candlekeep przyniósł taki ci˛e˙zar wspomnie´n, ˙ze Abdel
nie odzywał si˛e przez dłu˙zszy czas. Reakcja Tethtorila na wie´s´c o ´smierci Goriona
sprawiła, ˙ze Abdel prze˙zył j ˛

a jeszcze raz. Jaheira, czuj ˛

ac jak ta wizyta wpływa na

Abdela, trzymała go za rami˛e. Wydawała si˛e niecierpliwa, ale Abdel nawet si˛e nie
zastanawiał dlaczego. ˙

Zelazny Tron odpłyn ˛

ał na dalszy plan.

— Abdel, nie b˛ed˛e ci˛e pytał, sk ˛

ad masz t˛e ksi˛eg˛e — powiedział Tethtoril po-

daj ˛

ac fili˙zank˛e herbaty Jaheirze — ale ciesz˛e si˛e, ˙ze j ˛

a tu przyniosłe´s. Dobrze

zrobiłe´s.

Abdel odmówił herbaty, któr ˛

a podał mu Tethtoril, wi˛ec mnich sam poci ˛

agn ˛

łyk z fili˙zanki.

— Ja nawet nie wiem, co to jest — przyznał Abdel. — Nie potrafiłem jej

przeczyta´c.

Jego wyznanie zaskoczyło Tethtorila.
— Próbowałe´s?
Abdel spojrzał na niego zagadkowo, po czym wzruszył ramionami.
— Ta twoja ksi˛ega, synu, jest jedn ˛

a z bardzo nielicznych kopii, stanowi ˛

acych

pozostało´s´c po złym kulcie Bhaala, Pana Mordu.

Abdel zaczerwienił si˛e i wykr˛ecił głow˛e. Ksi˛ega przyci ˛

agała go, pragn ˛

ał j ˛

a

wchłon ˛

a´c, zrozumie´c, ale wstydził si˛e tego uczucia i chciał zachowa´c je w tajem-

nicy przed innymi. Wci ˛

a˙z w ˛

atpił, ˙ze to potwierdza, i˙z jest synem tego martwego

boga, ale z pewno´sci ˛

a natura Bhaala musiała by´c jakim´s czynnikiem w jego ˙zyciu

— jego ˙zyciu przed Gorionem.

— Ja si˛e ciesz˛e, ˙ze si˛e tego pozbyli´smy — powiedziała Jaheira, patrz ˛

ac tylko

na Abdela. — Abdel, to, co ci mówiłam, było prawd ˛

a.

Abdel westchn ˛

ał cicho i zmusił si˛e do u´smiechu.

— Twój ojciec — odezwał si˛e szybko Tethtoril, wyra´znie nie bardzo maj ˛

ac

ochot˛e mówi´c — pozostawił co´s mojej opiece. Powiedział, ˙ze je´sli kiedykolwiek
spotkamy si˛e. . . wcze´sniej. . . je´sli umrze, zanim b˛edzie miał okazj˛e. . .

Mnich wci ˛

agn ˛

ał powietrze.

— O co chodzi, bracie? — zapytał Abdel, patrz ˛

ac na Tethtorila.

— O list — powiedział mnich, przełykaj ˛

ac ´slin˛e. — O list i kamie´n przepust-

kowy, który pozwoli ci wchodzi´c do Candlekeep.

— List? — zapytał Abdel, przypominaj ˛

ac sobie kawałek pergaminu, który

Gorion podał mu ostatni ˛

a resztk ˛

a sił. — Widziałem go — powiedział. — Gorion

dał mi go, kiedy umierał.

— Niemo˙zliwe — odparł Tethtoril. — Mam ten list przy sobie.

151

background image

Rozdział dwudziesty czwarty

Abdel czytał list gło´sno i przez cały ten czas Jaheira prawie wcale na niego

nie patrzyła.

— „Witaj Mój Synu,
Je´sli czytasz ten list, znaczy to, ˙ze ju˙z nie ˙zyj˛e. Chciałbym ci powiedzie´c, aby´s

si˛e z tego powodu nie martwił, ale czuj˛e si˛e o wiele lepiej my´sl ˛

ac, ˙ze by´s mógł. Je´sli

tak, znaczy to, ˙ze udało mi si˛e osi ˛

agn ˛

a´c to, co chciałby osi ˛

agn ˛

a´c ka˙zdy ojciec.”

Abdel przerwał. Gdyby Jaheira teraz na niego spojrzała, zobaczyłaby napi˛ete

´sci˛egna jego szyi, zaci´sni˛ete gardło. Gorion wykonał swoje zadanie i zrobił to

dobrze. Syn boga mordu nie mógł teraz wydusi´c z siebie słowa z ˙zalu.

— „Jest co´s, o czym musz˛e ci powiedzie´c w tym li´scie, co´s, o czym powinie-

nem ci powiedzie´c ju˙z wcze´sniej, ale skoro moja ´smier´c przyszła tak nagle, a ja
nie miałem okazji ci tego przekaza´c, musisz dowiedzie´c si˛e o tym teraz. Znam ci˛e
lepiej ni˙z ktokolwiek inny na całym ´swiecie. Musisz uwierzy´c w to, co tu przeczy-
tasz, wiedz ˛

ac jednocze´snie, ˙ze cho´c s ˛

a rzeczy, o których nie mówiłem ci, to jednak

nigdy ci˛e nie okłamałem — nie w tej sprawie.”

Abdel znów przerwał i popatrzył na Jaheir˛e, która nie odwróciła si˛e do niego.

— Zamierza mi powiedzie´c to, o czym ty mi powiedziała´s — wyszeptał. — Czy˙z
nie?

Jaheira skin˛eła głow ˛

a, Abdel westchn ˛

ał i zacz ˛

ał czyta´c dalej.

— „Jak wiesz od dawna, nie jestem twoim prawdziwym ojcem, a ty nawet

nie poznałe´s imienia swojego ojca. Jego imi˛e wymawiane jest tylko szeptem ze
strachu, bowiem tak wielki jest strach wobec niego, nawet mimo ˙ze jego pot˛ega
odeszła poza ´swiaty. Jeste´s synem. . . ”

Abdel znów westchn ˛

ał, a twarz mu si˛e ´sci ˛

agn˛eła, skrzywiła w jakim´s dziw-

nym skurczu u´smiechu. Pojedyncza łza spłyn˛eła mu po policzku, a Jaheira wci ˛

a˙z

patrzyła gdzie´s w bok.

— „Twoim ojcem jest istota znana jako Bhaal, Pan Mordu. Istota tak zła

i okrutna, ˙ze a˙z trudno uwierzy´c, ˙ze wszech´swiat wytrzymuje jego nienawistn ˛

a

obecno´s´c.

Nie pami˛etasz Czasu Niepokoju, kiedy bogowie chodzili po Faerunie. Jak

i inne wielkie pot˛egi, Bhaal został zmuszony przybra´c posta´c ´smierteln ˛

a. Na ile

152

background image

to mo˙zliwe, jak przeczytałem, z pomoc ˛

a istot proroczych, Bhaal w jaki´s sposób

przewidział swoj ˛

a ´smier´c, która czekała go w owym czasie. Poszukał wi˛ec kobiet,

z ka˙zdej rasy i zmusił je do uległo´sci lub uwiódł. Twoja matka była jedn ˛

a z tych

kobiet, ´smiertelniczk ˛

a. . . ”

Zapadła cisza, która zaci ˛

a˙zyła w powietrzu na długi czas, wydawałoby si˛e,

˙ze na godziny całe. Abdel spojrzał na Jaheir˛e załzawionymi oczami i zobaczył,
˙ze kryje twarz w dłoniach. Siedziała na brzegu chwiejnego, ˙zelaznego łó˙zka po-

lowego, w którym kiedy´s spał Abdel, kiedy był jeszcze dzieckiem. Zwój, który
pierwszy zapisał na pocz ˛

atku swej nauki wisiał przyczepiony do ´sciany ponad jej

głow ˛

a, niczym okrutne przypomnienie kłamstwa, którym było jego ludzkie ˙zycie.

Kontynuował czytanie, cho´c ju˙z wiedział, co znajdzie dalej, a co gorsza, wiedział,

˙ze nie b˛edzie miał poj˛ecia, co z tym zrobi´c.

— „Twoja matka była jedn ˛

a z tych kobiet. . . ´smiertelniczk ˛

a skalan ˛

a przez

wcielenie mordu.”

Przerwał teraz tylko po to, by zacisn ˛

a´c pi˛e´s´c tak mocno, ˙ze a˙z krew odpłyn˛eła

mu z palców. Czytał dalej głosem równie mocno zaci´sni˛etym, jak jego pi˛e´s´c.

— „Twoja matka umarła podczas porodu. Byłem jej przyjacielem i znałem

paladyna, który przyniósł ci˛e do mnie. Czułem si˛e zobowi ˛

azany, przynajmniej na

pocz ˛

atku, wychowa´c ci˛e jak własnego syna. W miar˛e upływu lat, jak widziałem

w tobie — ka˙zdego dnia — obietnic˛e ˙zycia wykraczaj ˛

acego poza twoje przezna-

czenie zapisane w przepowiedni, pokochałem ci˛e tak, jak tylko ojciec mo˙ze kocha´c
swego syna. Mam teraz tylko jedn ˛

a nadziej˛e, ˙ze zawsze b˛edziesz o mnie my´sle´c jak

o swoim ojcu.”

B˛ed˛e, pomy´slał Abdel, maj ˛

ac nadziej˛e, ˙ze Gorion go słyszy.

— „Boska krew płynie w twoich ˙zyłach. Je´sli skorzystasz z naszej rozległej

biblioteki, znajdziesz wiele przepowiedni zebranych przez naszego zało˙zyciela
Alaundo, dotycz ˛

acych nadej´scia dzieci Bhaala. Mo˙zliwe, ˙ze te przepowiednie po-

mog ˛

a ci obra´c twoj ˛

a ˙zyciow ˛

a drog˛e.

Wielu jest takich, którzy zapragn ˛

a ci˛e wykorzysta´c do własnych celów. Masz

wielu braci, podobnie jak wiele sióstr. Przez lata zakon paladynów Torma —
w´sród których mam kilku przyjaciół, Harfiarze i kilka prywatnych osób — sam
nawet nie wiem kto — ´sledziło twoje ˙zycie, jak równie˙z wielu pozostałych dzieci
Bhaala, na ile to było mo˙zliwe. Z niektórymi stracili´smy kontakt, o innych wiemy,

˙ze ju˙z nie ˙zyj ˛

a, a jednego nie odnale´zli´smy. Ten jeden mo˙ze by´c twoim bratem

i mo˙ze zechcesz nawet wierzy´c, ˙ze stanowi twoj ˛

a rodzin ˛

a, ˙ze mo˙ze by´c bratem dla

ciebie, ale błagam ci˛e, nie rób tego. On znaczy dla ciebie tylko zło, on nie wy-
chował si˛e w spokojnej, naukowej atmosferze Candlekeep, lecz chowany był przez
wielu bezimiennych wyznawców martwego boga, wierz ˛

acych beznadziejnie w jego

powrót.

On nazywa si˛e Sarevok.”
Jaheira zakrztusiła si˛e i Abdel na ni ˛

a spojrzał. W ko´ncu ona te˙z na niego po-

153

background image

patrzyła. Miała zaczerwienione i spłakane oczy, rozszerzone ze zmieszania i za-
skoczenia.

— Nie Reiltar? — wyszeptała słabo.
— „Sarevok” — przeczytał powtórnie Abdel i popatrzył na Jaheir˛e. — Znasz

to imi˛e?

Potrz ˛

asn˛eła głow ˛

a i spojrzała w bok, wi˛ec znów podj ˛

ał czytanie.

— „Ten jest najwi˛ekszym zagro˙zeniem. On uczył si˛e w Candlekeep i zna twoj ˛

a

histori˛e, wie kim jeste´s. Zostawiłem ci ˙zeton, który umo˙zliwia ci dost˛ep do we-
wn˛etrznych bibliotek. W jednej z czytelni na parterze znajdziesz ukryte wej´scie.
Nie mów innym mnichom o twoim kamieniu przepustkowym, gdy˙z mogliby ci go
odebra´c. Wewn˛etrzne biblioteki maj ˛

a podziemne przej´scie, które prowadzi na ze-

wn ˛

atrz Candlekeep. Skorzystaj z niego tylko w razie konieczno´sci.”

— I tu si˛e podpisał: „Twój kochaj ˛

acy ojciec, Gorion”

.

— Abdel. . . — Jaheira nie zd ˛

a˙zyła doko´nczy´c. W tym momencie drzwi wyle-

ciały z hukiem i do ´srodka wpadło kilku m˛e˙zczyzn. Abdel jak zwykle zareagował
szybko, zasłaniaj ˛

ac r˛ekami głow˛e.

Pierwszy cios był na tyle silny, ˙ze omal nie strzaskał Abdelowi lewego przed-

ramienia. Wstał i wykorzystał sił˛e mi˛e´sni nóg, aby lask˛e, któr ˛

a dostał docisn ˛

a´c do

niskiego sufitu. Laska p˛ekła na pół, wywołuj ˛

ac kolejny ból w jego przedramieniu.

Zignorował ból, chwycił upadaj ˛

acy kawałek złamanej laski i wykonał kontratak,

nawet nie patrz ˛

ac na przeciwnika. Przeczytał wła´snie list, który posłał jego ˙zycie

spiral ˛

a na sam dół ´swiadomo´sci, z bardzo mał ˛

a nadziej ˛

a na dnie, list, który sta-

wiał wi˛ecej pyta´n ni˙z ich rozwi ˛

azywał. ´Smier´c Goriona była ran ˛

a, która nagle si˛e

otworzyła, ale Abdel nie pozwolił sobie na upadek, powrót na star ˛

a drog˛e ˙zycia.

Kiedy uderzył człowieka w głow˛e złamanym kawałkiem jego laski, uderzył go
wystarczaj ˛

aco silnie, by go ogłuszy´c, ale nie zabi´c.

Jaheira skoczyła na równe nogi, ale nie miała broni. Pałasz Abdela był scho-

wany w starej drewnianej szafie, któr ˛

a dostał od Goriona na rzeczy, kiedy był

jeszcze chłopcem. Abdel zobaczył, ˙ze kto´s bierze go i mocno zacisn ˛

ał z˛eby. Ci

ludzie, mo˙ze z pół tuzina, byli ubrani w znajome mu kolczugi z kaftanami stra˙z-
ników Candlekeep.

Człowiek, którego uderzył, padł ci˛e˙zko na podłog˛e, za´s Abdel u˙zył złamanej

laski do parowania ataków dwóch nacieraj ˛

acych na niego stra˙zników uzbrojonych

w d˛ebowe pałki.

— Podda´c si˛e! — dobiegł ich rozkazuj ˛

acy głos gdzie´s spoza w ˛

askich drzwi,

przez które wlewali si˛e stra˙znicy. — Poddajcie si˛e w imi˛e sprawiedliwo´sci Can-
dlekeep, to oboje zostaniecie potraktowani. . .

Abdel zdj ˛

ał kolejnego stra˙znika, uderzaj ˛

ac go zaokr ˛

aglonym ko´ncem pałki

w skro´n.

— . . . łagodnie!
Abdel usłyszał, jak Jaheira sapn˛eła i spojrzał na ni ˛

a. Stra˙znik, który uderzył j ˛

a

154

background image

lask ˛

a w brzuch u´smiechał si˛e w sposób, jakiego Abdel nie lubił. Jaheira ustawiła

si˛e bokiem, ´scisn˛eła koniec laski dotykaj ˛

acy jej ciała i pchn˛eła j ˛

a w kierunku

stra˙znika, wbijaj ˛

ac mu jej koniec w brzuch. Stra˙znik st˛ekn ˛

ał i cofn ˛

ał si˛e. Abdel

dostał wła´snie pałk ˛

a w rami˛e i poczuł, jak całe ciało mu zadr˙zało. Uderzył pi˛e´sci ˛

a

stra˙znika, który zd ˛

a˙zył si˛e uchyli´c przed jego ciosem, ale nie zauwa˙zył drugiej

r˛eki Abdela z pałk ˛

a, która strzaskała mu kolano. Stra˙znik z j˛ekiem zwalił si˛e na

podłog˛e.

Jaheira poci ˛

agn˛eła za koniec laski i stra˙znik j ˛

a wypu´scił. Cofn˛eła si˛e pół kroku

i wtedy stra˙znik uderzył j ˛

a pi˛e´sci ˛

a w szcz˛ek˛e. Było to silne, naprawd˛e mocne

uderzenie, jakie m˛e˙zczyzna rzadko stosuje wzgl˛edem kobiety. Na ten widok krew
Abdela zawrzała, tym bardziej ˙ze Jaheira upadła ci˛e˙zko na podłog˛e, ogłuszona
i nieprzytomna.

Abdel nie namy´slaj ˛

ac si˛e, przekr˛ecił w dłoni pałk˛e tak, by mierzyła ostrym

ułamanym ko´ncem w przeciwnika i pchn ˛

ał. Stra˙znik, który uderzył Jaheir˛e, wci ˛

a˙z

si˛e u´smiechał, kiedy odwrócił si˛e do nacieraj ˛

acego Abdela. Nie miał nawet

ułamka sekundy czasu, który wystarczyłby mu na zmian˛e grymasu twarzy, kiedy
został przebity złaman ˛

a lask ˛

a. Ostry koniec strzaskanego kija przebił kolczug˛e

stra˙znika niczym bawełn˛e i z trzaskiem odłupanych drzazg zagł˛ebił si˛e w jego
wn˛etrzno´sciach. Wyszedł plecami, napinaj ˛

ac mu z tyłu kolczug˛e niczym namiot.

Jeden ze stra˙zników wrzasn ˛

ał ze strachu i szoku, a Jaheira ockn˛eła si˛e i na jej

twarzy pojawił si˛e smutek. Dwóch m˛e˙zczyzn zaskoczyło Abdela od tyłu, a do-
tyk ich zimnych kolczug wywołał u niego dreszcz. Odrzucił jednego pod ´scian˛e,
uderzaj ˛

ac łokciem i wybijaj ˛

ac mu przy tym z˛eby. Pobity stra˙znik zacz ˛

ał mrucze´c

przekle´nstwa i płaka´c. Drugi był silniejszy i Abdelowi nie udało si˛e go tak łatwo
pozby´c.

— Teraz to na pewno morderstwo — wykrzyczała stra˙zniczka Abdelowi do

ucha, jakby usprawiedliwiaj ˛

ac si˛e, ˙ze musi zabi´c człowieka, którego znała całe

˙zycie.

— Pilten! — sapn ˛

ał Abdel. — Co. . . ?

— Za´snij! — krzykn ˛

ał kto´s z korytarza i głowa Abdelowi opadła.

Chciał powiedzie´c „nie”, kiedy upadał, ale jedynie zachrypiał. Z jego krtani

wyrwało si˛e chrapanie i nawet nie poczuł, jak jego głowa uderza o podłog˛e.

*

*

*

Był nieprzytomny przez kilka minut — wystarczaj ˛

aco długo, aby zosta´c so-

lidnie zakuty ła´ncuchami w nadgarstkach i kostkach. Ockn ˛

ał si˛e, kiedy ci ˛

agn˛eli

go w dół korytarza. Stra˙znicy czerpali przyjemno´s´c od czasu do czasu uderzaj ˛

ac

go t˛epymi laskami i pałkami. Abdel zdał sobie spraw˛e, ˙ze zabił jednego stra˙znika

155

background image

i pozwolił głowie opa´s´c. Co´s w nim chciało podda´c si˛e karze, jak ˛

a wymierzali mu

stra˙znicy, ale to co´s było dla niego bardzo nowe.

*

*

*

— . . . razem ze stra˙znikiem dziewi˛eciu — usłyszeli głos Tethtorila dochodz ˛

acy

zza okutych drzwi. Znów byli uwi˛ezieni jak zwierz˛eta. Teraz jednak byli razem
— co było niezwykłe nawet dla bardziej ludzkich lochów Candlekeep — i nie za-
kuci w ła´ncuchy. Siniak na twarzy Jaheiry troch˛e przybladł. Tethtoril wezwał moc
Oghmy, aby j ˛

a wyleczy´c, kiedy byli wleczeni do lochów. Teraz była przytomna,

przera˙zona i zmieszana.

— Nie zabili´smy tych ludzi — powiedziała, jej głos zdradzał narastaj ˛

acy

gniew. — Przybyli´smy tu, aby zapobiec. . .

— Czy to twoje? — przerwał Tethtoril. Jaheira westchn˛eła z zaskoczenia, wi-

dz ˛

ac bransolet˛e, któr ˛

a trzymał. Gdyby miała czas do namysłu, mo˙ze nie powie-

działaby tego, co powiedziała.

— Tak, gdzie to znalazłe´s?
To była bransoleta, któr ˛

a Xan zgubił w obozie bandytów, w tym samym obo-

zie, z którego przyniósł przekl˛et ˛

a ksi˛eg˛e Bhaala. Wygl ˛

ad twarzy Tethtorila spra-

wił, ˙ze serce Abdelowi zamarło. Człowiek był rozczarowany. Abdel podziwiał
Tethtorila, podziwiał go całe ˙zycie i chocia˙z nie miał poj˛ecia, kim jest pozostałe
osiem osób, o których zabicie zostali oskar˙zeni, wiedział, ˙ze zabił stra˙znika, który
uderzył Jaheir˛e. Nawet Tethtoril nie mógł go przed tym ocali´c.

— Ten stra˙znik. . . — zapytał słabo Abdel, z nikł ˛

a nadziej ˛

a. — Jest jaka´s

szansa?

Tethtoril przyło˙zył r˛ek˛e do czoła, udaj ˛

ac, ˙ze my´sli nad odpowiedzi ˛

a. Nie

chciał, by stra˙znicy widzieli, ˙ze płacze. Kiedy zebrał si˛e w sobie, wyci ˛

agn ˛

ał z tej

samej skórzanej torby, z której wcze´sniej wydobył bransolet˛e Jaheiry, szeroki
srebrny sztylet. Ostrze zal´sniło w ´swietle lampy, podkre´slaj ˛

ac tylko widoczne na

nim matowe plamy zaschni˛etej krwi.

— Zanim to zobaczyłem — powiedział stary mnich, obrzucaj ˛

ac Abdela bole-

snym, pełnym dezaprobaty spojrzeniem — mogłem tak my´sle´c.

— Tethtoril — odezwał si˛e Abdel. — Chyba nie my´slisz. . .
Abdel nie doko´nczył, gdy˙z zrozumiał, i˙z Tethtoril uwa˙za go za zdolnego do za-

bicia dowolnej liczby osób. Wiedział, ˙ze Tethtoril rozpoznaje sztylet — był w po-
koju, kiedy Gorion hucznie mu go wr˛eczał. Teraz Abdel rozpoznał głos, jego głos,
który kazał mu zasn ˛

a´c. Tethtoril widział, jak potraktował stra˙znika, który uderzył

Jaheir˛e — bole´snie, ale uleczalnie. Z pewno´sci ˛

a Tethtoril uwa˙zał, ˙ze jest do tego

zdolny. Był do tego zdolny.

156

background image

— Pilten — powiedział Tethtoril i stra˙zniczka, któr ˛

a Abdel znał od dziecka,

wyst ˛

apiła naprzód. — We´z to i. . . to wszystko. . . i zabezpiecz.

Pilten kiwn˛eła głow ˛

a, posyłaj ˛

ac Abdelowi pełne rozczarowania spojrzenie, na-

st˛epnie chwyciła miecz Abdela, list od Goriona i kamie´n przepustkowy — Tethto-
ril pokazał, jak chowa kamie´n i pozostałe dowody do skórzanej torby — i odeszła.

— Id´zcie z ni ˛

a — polecił Tethtoril pozostałym. — Wszyscy.

Stra˙znicy niech˛etnie chcieli pozostawia´c starego mnicha samego.
— Poradz˛e sobie — powiedział, podnosz ˛

ac podbródek w ge´scie autorytetu.

Pozostali stra˙znicy odeszli i dał si˛e słysze´c głos zamykanych wielu par drzwi.

— Zrobi˛e, co b˛ed˛e mógł — powiedział Tethtoril do Abdela, spogl ˛

adaj ˛

ac te˙z

na Jaheir˛e — ale nie pozostawili´scie mi du˙zego wyboru.

— Mo˙zesz wysła´c wiadomo´s´c do Wrót Baldura, do Eltana? — zapytał Abdel.
Tethtoril skin ˛

ał, cho´c na jego twarzy widniała bardzo słaba nadzieja.

— Rozczarowałem ci˛e — powiedział cicho Abdel.
Tethtoril zmusił si˛e do słabego u´smiechu i pokiwał głow ˛

a.

157

background image

Rozdział dwudziesty pi ˛

aty

Abdel dotkn ˛

ał swego nosa, który, podobnie jak reszta jego ciała, zamienił si˛e

w szkło. Jego powierzchnia była gładka i zimna, a kiedy otworzył oczy, rozległ
si˛e charakterystyczny d´zwi˛ek. Odwrócił głow˛e. Nigdy jeszcze nie był tak wysoko.
Horyzont był szerszy i gł˛ebszy. Olbrzymi, ciemnozielony dywan lasu ci ˛

agn ˛

ał si˛e

przed nim milami.

W lesie roiło si˛e od ludzi ubranych w czarne szaty. Z pocz ˛

atku wydawało

si˛e, ˙ze ci ludzie co´s mrucz ˛

a, ale po chwili zdał sobie spraw˛e, ˙ze oni ´spiewaj ˛

a —

wy´spiewuj ˛

a jego imi˛e.

— Ab–del, Ab–del, Ab–del — ci ˛

agle i ci ˛

agle, równomiernie tak, ˙ze głosy

zlewały si˛e w jeden, głos znajomy dla Abdela, głos, który go przera˙zał.

Cofn ˛

ał si˛e krok w tył i zdziwił si˛e, gdy˙z wydało mu si˛e, ˙ze cała konstrukcja,

na której stoi, poruszyła si˛e wraz z nim. Spojrzał w dół i z jego szklanych ust
dobyło si˛e westchnienie. Wysun ˛

ał stop˛e przed siebie, aby złapa´c równowag˛e, lecz

nie zdołał. Wtedy wła´snie zdał sobie spraw˛e, ˙ze wcale nie stoi na wie˙zy, tylko sam
jest wie˙z ˛

a.

Padał wprzód, niezdolny do poruszenia swego wyr˙zni˛etego w szkle ciała,

które musiało wa˙zy´c tysi ˛

ace ton, ani szybko, ani z wdzi˛ekiem. Musiał by´c wy-

soki na setki stóp albo i wi˛ecej, gdy˙z upadek trwał bardzo długo. Drzewa p˛edziły
w jego stron˛e. Kiedy jego ´srodek ci˛e˙zko´sci przesun ˛

ał si˛e, zacz˛eły mu p˛eka´c go-

lenie. D´zwi˛ek był gło´sny i przykry, nawet je´sli to nie były jego nogi. Kiedy jego
twarz zmierzała ku ziemi i był coraz bli˙zej niej, zobaczył Jaheir˛e.

Patrzyła na niego oczami wybałuszonymi ze strachu. On upadał na ni ˛

a — roz-

trzaskuj ˛

acy si˛e szklany tytan, który za chwil˛e rozgniecie j ˛

a na miazg˛e. Nie mógł

powstrzyma´c upadku, a ona niezdolna była do ucieczki. Wrzeszczała jego imi˛e
głosem pełnym gniewu, frustracji i strachu. Podniosła r˛ece, a Abdel spróbował j ˛

a

zawoła´c, ale głos ugrz ˛

azł mu w szklanej krtani i roztrzaskał j ˛

a. Jego głowa opadła,

uderzaj ˛

ac Jaheir˛e na tyle mocno, by wbi´c j ˛

a w ziemi˛e, sam za´s roztrzaskał si˛e na

trylion trzeszcz ˛

acych okruchów.

158

background image

*

*

*

Abdel obudził si˛e. Jaheira trzymała go w ramionach, nachylaj ˛

ac si˛e nad nim.

Była zła i nieprzyjemnie pachniała.

Pami˛e´c wracała mu w strz˛epach, a˙z przypomniał sobie, jak u´spił go Tethto-

ril — czy na pewno Tethtoril? — i został zawleczony do lochów pod klasztorem,
i zamkni˛ety w celi razem z Jaheir ˛

a. Przypomniał sobie, ˙ze Tethtoril obiecał pomóc

i ˙ze sam poprosił Jaheir˛e o cierpliwo´s´c. Przypomniał sobie, jak kładł si˛e na zaska-
kuj ˛

aco wygodnej pryczy, patrz ˛

ac jak Jaheira robi to samo w drugim k ˛

acie celi.

Przypomniał sobie, jak stra˙znik zdmuchn ˛

ał płomie´n lampy i jak zasn ˛

ał, ´sni ˛

ac, ˙ze

jest wysokim jak wie˙za bogiem, roztrzaskuj ˛

acym si˛e nad kobiet ˛

a, któr ˛

a kochał.

— Nie pachniesz zbyt przyjemnie — powiedział, zmuszaj ˛

ac si˛e do słabego

u´smiechu.

Jaheira sapn˛eła niecierpliwie.
— To nie ja.
Odwróciła si˛e do krat i Abdel zobaczył ghula, Koraka.
— Abdel — odezwał si˛e ghul głosem ´spiewaj ˛

acych ludzi z koszmaru. — Ab-

del, pomog˛e ci.

Cuchn ˛

acy o˙zywieniec podniósł ci˛e˙zkie ˙zelazne kółko z p˛ekiem du˙zych kluczy.

W kółko wpijała si˛e odci˛eta dło´n, ju˙z poszarzała, z knykciami ci ˛

agle białymi od

u´scisku.

— Szedł za nami — powiedziała Jaheira, cofaj ˛

ac si˛e w tył tak, ˙ze Abdel mógł

wsta´c. Otrzepał si˛e z siana i przeci ˛

agn ˛

ał, słysz ˛

ac jak strzykaj ˛

a mu stawy od chłodu

nocy sp˛edzonej w podziemiach.

— Zabiłe´s stra˙znika? — zapytał Abdel ghula.
Korak u´smiechn ˛

ał si˛e i znów uniósł kółko z kluczami.

— Pomog˛e ci. Chc˛e ci pomóc.
— Odejd´z — powiedział Abdel, nie zwa˙zaj ˛

ac na to, ˙ze ghul próbuje na zamku

kraty wszystkie klucze po kolei.

— Nie jestem przekonana, czy to dobry pomysł, Abdel — rzekła Jaheira. —

Ale jestem pewna, ˙ze nie mamy wyboru. Mordercy s ˛

a tu traceni tak jak wsz˛edzie,

czy˙z nie?

Rozległ si˛e szcz˛ek w zamku i zgrzyt otwieranej kraty. Ghul wyszczerzył

w u´smiechu swe czarne z˛eby.

— Chod´zcie.
— Je´sli zbli˙zysz si˛e na krok, Korak — zagroził Abdel — zabij˛e ci˛e gołymi

r˛ekami.

— Abdel — powiedziała Jaheira ignoruj ˛

ac ghula — je´sli udało im si˛e dosta´c

Blizn˛e — z pomoc ˛

a sobowtórniaków — je´sli udało im si˛e dosta´c do Pałacu Ksi ˛

a-

˙z˛ecego we Wrotach Baldura. . . mogli wi˛ec dosta´c si˛e i tu.

159

background image

— Tethtoril pomo˙ze nam — zaprotestował Abdel. — Znam go całe ˙zycie. To

dobry człowiek i nie powiesi nas.

— Je´sli ju˙z nie jest martwy — powiedziała ponuro Jaheira.
Korak schował si˛e w gł˛ebi korytarza: — Idziecie wreszcie?
— To Tethtoril zamkn ˛

ał nas tu ostatniej nocy — zapewniał j ˛

a Abdel. — Je´sli

by był sobowtórniakiem, to dlaczego nas po prostu nie zabił?

— A czy Tethtoril by to zrobił? — zapytała Jaheira, wprawiaj ˛

ac Abdela w zdu-

mienie. — Je´sli to był sobowtórniak, musiałby zachowywa´c si˛e tak, jak zachowy-
wałby si˛e Tethtoril. Teraz mo˙ze by´c na górze i zbiera´c jeszcze wi˛ecej fałszywych
dowodów przeciwko nam — dowodów zbrodni popełnionych przez sobowtórnia-
ków udaj ˛

acych nas — dowodów, które wykorzysta do tego, by nas skaza´c i straci´c.

Dla ka˙zdego to wszystko b˛edzie wygl ˛

ada´c racjonalnie, po prostu doskonale. Ob-

wini ˛

a nas za wszystko. . . ˙

Zelazny Tron, Reiltar czy Sarevok, czy ktokolwiek inny,

kto za tym stoi, wygra.

Abdelowi trudno było w to uwierzy´c, ale przynajmniej musiał to rozwa˙zy´c.

Odwrócił si˛e i odetchn ˛

ał zbyt gł˛eboko powietrzem przesi ˛

akni˛etym smrodem gni-

j ˛

acego ghula. Zakasłał i zd ˛

a˙zył zobaczy´c, jak Korak podnosi palec w ge´scie mó-

wi ˛

acym „zaraz wracam”, a nast˛epnie odchodzi, zabieraj ˛

ac ze sob ˛

a lamp˛e olejow ˛

a.

Cela pogr ˛

a˙zyła si˛e w mroku i brak ´swiatła pomógł Abdelowi rozja´sni´c umysł.

— Wi˛ec nie mo˙zemy nikomu ufa´c — odparł po prostu.
— Niestety — odparła równie prosto. — Jednak mo˙zemy wierzy´c w słowa

Goriona zapisane w li´scie. Masz brata imieniem Sarevok, który — jak s ˛

adz˛e —

jest Reiltarem — „człowiekiem” ˙

Zelaznego Tronu we Wrotach Baldura.

´Swiatło wróciło szybko wraz z Korakiem i ghul upu´scił cenny ładunek, który

przyniósł. Rzeczy rozsypały si˛e po kamiennej posadzce. Były tam ich zbroje, pa-
łasz Abdela i kamie´n przepustkowy. Abdel ucieszył si˛e, kiedy zdał sobie spraw˛e,

˙ze Korak wykorzystał do otwarcia celi klucz, a wi˛ec nie znał mocy kamienia. To

mógłby by´c ich bilet na zewn ˛

atrz.

Ostatni przedmiot, który Abdel wyj ˛

ał ze skórzanej sakwy, był to jego sztylet

o szerokim srebrnym ostrzu, który otrzymał od Goriona tak dawno temu. Kiedy
go chwycił, poczuł przyjemno´s´c — nie dlatego, ˙ze mógł nim wypru´c komu´s flaki,
ale ˙ze dostał go od kogo´s, o kogo si˛e troszczył i kto troszczył si˛e o niego.

— Straciła´s swój miecz — powiedział do Jaheiry.
Spojrzała na niego i pokiwała. Odwrócił sztylet i podał jej r˛ekoje´sci ˛

a do

przodu.

— Dzi˛ekuj˛e — wyszeptała, przyjmuj ˛

ac bro´n. — B˛ed˛e o niego dbała.

Kiedy tak stali obok siebie, Abdel chwycił j ˛

a delikatnie za łokie´c i wyszeptał

do ucha: — Czy nie uznali´smy, ˙ze ten ghul pracuje dla ˙

Zelaznego Tronu?

Jaheira wzruszyła ramionami i równie˙z zaszeptała: — No nie wiem, w ka˙zdym

razie zawsze mo˙zemy go zabi´c pó´zniej.

Abdel u´smiechn ˛

ał si˛e smutno i skierował j ˛

a do otwartych drzwi celi.

160

background image

*

*

*

Nawet w najciekawsze letnie popołudnia w swej młodo´sci, Abdel nigdy nie

widział tej cz˛e´sci Candlekeep. Pod klasztorem, który zdawał si˛e niesko´nczon ˛

a

kondygnacj ˛

a nad niesko´nczon ˛

a kondygnacj ˛

a, był ci ˛

ag katakumb i kanałów, które

tworzyły niesko´nczony labirynt. Abdel, który nie miał zbyt dobrego poczucia kie-
runków pod ziemi ˛

a, bardzo szybko stracił orientacj˛e i oboje z Jaheir ˛

a znale´zli si˛e

w poło˙zeniu, w którym — jak sobie obiecali — nigdy ju˙z nie mieli si˛e znale´z´c.

´Slepo pod ˛a˙zali za cuchn ˛acym Korakiem.

— Ten musiał by´c kim´s wa˙znym — wyszeptała Jaheira. Jej mi˛ekki głos po-

niósł si˛e echem w ˛

askim korytarzem niczym syk w˛e˙za. Sztyletem wskazała na

nisz˛e w katakumbach, gdzie stała rze´zbiona, mahoniowa trumna. Z boku była
przybita tabliczka z br ˛

azu, lecz pokrywaj ˛

acy j ˛

a kurz i paj˛eczyny uniemo˙zliwiały

jej odczytanie. Ponad nisz ˛

a wisiała tarcza zasłoni˛eta kaftanem z herbem, którego

Abdel nie potrafił rozpozna´c.

— Ten korytarz w ko´ncu powinien wyprowadzi´c nas do morza — odezwał si˛e

Abdel, ignoruj ˛

ac jej spostrze˙zenie.

U´smiechn˛eła si˛e do niego w migocz ˛

acym ´swietle pochodni i chciała co´s po-

wiedzie´c, ale pierwszy odezwał si˛e ghul — Nie ma czasu na postój. — Korak
zrobił si˛e nerwowy. — W ogóle nie mamy czasu!

Naraz ze wszystkich stron wypadły na niego zombi.
Jaheira wci ˛

agn˛eła gwałtownie powietrze, jakby chciała krzykn ˛

a´c, a serce Ab-

dela skoczyło, gdy patrzył jak dobre pół tuzina chodz ˛

acych trupów, z których

ka˙zdy wygl ˛

adał gorzej od ghula, rozrywa Koraka na strz˛epy. Korak zawył bo-

le´snie i przeci ˛

agle, zagłuszaj ˛

ac odgłosy rozdzierania, szurania, rozchlapywania

i łamania. Zombi były tak ciche jak trupy, którymi w istocie były.

Jeden z o˙zywie´nców odwrócił si˛e powoli i spojrzał na półboga i półelfk˛e. Jego

popielata twarz nie zdradzała ´sladu ˙zycia ani emocji, ale istota wyczuła ich obec-
no´s´c i ruszyła naprzód. Kiedy szcz ˛

atki Koraka przestały drga´c, reszta dogoniła

pierwszego i jak jeden m ˛

a˙z zbli˙zały si˛e teraz do Abdela i Jaheiry.

— Musimy i´s´c — powiedziała Jaheira, ju˙z si˛e wycofuj ˛

ac.

Abdel dłu˙zej si˛e nad tym zastanawiał — dwa kroki zombi — a˙z wreszcie

powiedział: — Tak, my´sl˛e ˙ze tak.

Z bocznych przej´s´c wyszło jeszcze wi˛ecej zombi. Abdel doliczył si˛e o´smiu

i przestał dalej, odwrócił si˛e i pognał za uciekaj ˛

ac ˛

a Jaheir ˛

a. Skr˛ecili w mroczny,

wilgotny, cuchn ˛

acy ple´sni ˛

a, w ˛

aski korytarz, który po jakim´s czasie zako´nczył si˛e

zardzewiałymi drzwiami. Abdel zakl ˛

ał gło´sno, a echo momentalnie ´sci ˛

agn˛eło gło-

´sny syk zombi wyci ˛

agaj ˛

acych za nimi swe rozkładaj ˛

ace si˛e nogi.

— Rozwal je — zasugerowała słabo Jaheira.
Abdel chwycił za pr˛ety i poczuł, jak rdza osypuje si˛e z nich wielkimi pła-

161

background image

tami. Mocno poci ˛

agn ˛

ał i wrota uchyliły si˛e nieco, posyłaj ˛

ac sto ró˙znych zgrzytów

i chrz˛estów w gł ˛

ab korytarza. Pierwszy zombi wyłonił si˛e zza rogu.

— Abdel. . . — wyszeptała Jaheira przera˙zonym głosem.
Odwrócił si˛e, w tym samym czasie dobywaj ˛

ac miecza, ostro˙znie, aby nie zra-

ni´c Jaheiry. Zombi zbli˙zał si˛e wolno, pl ˛

acz ˛

ac si˛e w podartych łachmanach, które

miał na sobie. Niegdy´s, mo˙ze przed wiekami, była to kobieta, zanim nie zmieniła
si˛e w o˙zywie´nca.

Jaheira pchn˛eła potwora srebrnym sztyletem i wielki kawał ciała odpadł

z piersi o˙zywie´nca. Zombi cofn ˛

ał si˛e, nie patrz ˛

ac na swoje ˙zywe ofiary i znów za-

atakował. Wyci ˛

agn ˛

ał swe przegniłe r˛ece i niezdarnie, cho´c bardzo silnie chlasn ˛

Jaheir˛e swymi pazurami. W tym momencie Abdel z łatwo´sci ˛

a uci ˛

ał mu głow˛e, ale

Jaheira musiała uskoczy´c, aby unikn ˛

a´c uderzenia i wpadła prosto na nast˛epnego

o˙zywie´nca.

Zombi chwycił j ˛

a za przedrami˛e, jakby chciał si˛e przytrzyma´c, by nie upa´s´c,

ale nie był zdolny do tak zaawansowanego my´slenia. Zamierzał po prostuj ˛

a zra-

ni´c. Wykorzystuj ˛

ac sił˛e upadku i sił˛e swego martwego, reanimowanego ramienia,

wbił jej pazury gł˛eboko w bark. Jaheira wrzasn˛eła i z całej siły skoczyła w tył,
uderzaj ˛

ac mocno o bram˛e, za to unikaj ˛

ac nast˛epnego ataku o˙zywie´nca. Zombi

upadł, a Jaheira uderzyła o kraty z tak ˛

a sił ˛

a, ˙ze przerdzewiałe pr˛ety p˛ekły pod jej

naporem i wpadła na drug ˛

a stron˛e.

Jaheira my´slała, ˙ze zatrzyma si˛e na bramie, była wi˛ec zdziwiona, ˙ze nagłe

klapn˛eła tyłkiem na kamienn ˛

a posadzk˛e za drzwiami tak, ˙ze nie zobaczyła na-

wet, jak Abdel rozcina na pół o˙zywie´nca, który j ˛

a zranił. Abdel trzymał miecz

w prawej dłoni, a lew ˛

a szukał czego´s w kieszeni pasa. Wyci ˛

agn ˛

ał stamt ˛

ad kamie´n

przepustkowy i zawrócił, przeskakuj ˛

ac nad le˙z ˛

ac ˛

a Jaheira. Za rogiem pojawił si˛e

nast˛epny zombi. Jaheira wstała i pobiegła za Abdelem.

— Za mn ˛

a! — rzucił w tył Abdel, nawet si˛e nie ogl ˛

adaj ˛

ac. Słyszał, jak za nim

biegnie. Trzymał kamie´n w lewej r˛ece tu˙z przy ´scianie.

— Czy wiesz. . . — wysapała Jaheira — . . . dok ˛

ad. . . biegniemy?

— Nie, ale znam Candlekeep.
Wiedział, ˙ze to nie miało dla Jaheiry ˙zadnego sensu, mo˙ze dlatego nie odpo-

wiedziała.

— Pełno tu — mówił Abdel w biegu — wsz˛edzie ukrytych drzwi. Wszystko

tu praktycznie składa si˛e z sekretnych drzwi. Nigdy nie byłem tu na dole, ale nie
widz˛e powodu, dla którego nie. . .

Zatrzymał si˛e na odgłos przesuwaj ˛

acego si˛e kamienia, a˙z Jaheira wpadła mu

na plecy. Po lewej stronie cz˛e´s´c ´sciany korytarza odsun˛eła si˛e. Abdel wyjrzał, po
czym wyszedł prosto w łagodn ˛

a, wilgotn ˛

a bryz˛e, nios ˛

ac ˛

a zapach morza.

162

background image

Rozdział dwudziesty szósty

— Candlekeep zatroszczy si˛e o nich — powiedział ksi ˛

a˙z˛e Angelo, wr˛eczaj ˛

ac

p˛ekaty kieliszek Sarevokowi. — Ju˙z wi˛ecej nikt ich nie zobaczy.

Sarevok u´smiechn ˛

ał si˛e i Angelo spojrzał w bok. Jako jeden z ksi ˛

a˙z ˛

at Wrót

Baldura, do´swiadczony dowódca najemników i półelf, który ˙zył dłu˙zej ni˙z wi˛ek-
szo´s´c ludzi mogła marzy´c, Angelo spotkał ró˙znych ludzi, ale nikogo pokroju Sa-
revoka. Ten imponuj ˛

acy m˛e˙zczyzna sprawiał, ˙ze atmosfera w jego pokoju stawała

si˛e ci˛e˙zka od. . . wła´snie, od czego? Angelo nie mógł dobra´c wła´sciwego słowa:
zła wola? chciwo´s´c? przeznaczenie?

— Jak to si˛e nazywa? — zapytał Sarevok. Jego głos nawet podczas zwyczajnej

rozmowy był niski, rezonuj ˛

acy i rozkazuj ˛

acy.

— Brandy — odpowiedział Angelo. — To nowo´s´c. My´sl˛e, ˙ze j ˛

a polubisz.

Sarevok u´smiechn ˛

ał si˛e i Angelo postarał si˛e odwróci´c zwyczajnie, jakby ten

u´smiech wcale go nie przera˙zał. Przemierzył cały pokój w stron˛e kominka po ko-
biercu, który on przywiózł mu z Shou Lung za cen˛e tylu sztuk złota, ˙ze chyba
dostarczono go ze wschodu magicznym sposobem. Za dekoracje i meble tego po-
koju mo˙zna by kupi´c małe miasto. Angelo był niezmiernie dumny ze swej kolekcji
artefaktów z czterech stron Torilu. Chwycił pogrzebacz z mithrilu wydobywanego
przez krasnoludy w kopalniach Wielkiej Szczeliny i bezmy´slnie rozgarn ˛

ał ˙zarz ˛

ace

si˛e w˛egle.

— Interesuj ˛

ace — powiedział Sarevok i Angelo spojrzał na niego. Sarevok

bawił si˛e pustym kieliszkiem — z wi´sni?

— Tak my´sl˛e — odparł Angelo, po czym gwałtownie zmienił temat, jakby

zale˙zało mu na tym, by jak najszybciej pozby´c si˛e Sarevoka. — Moja władza nad
Płomienn ˛

a Pi˛e´sci ˛

a jest niepodwa˙zalna. Ten twój Abdel i jego kobieta s ˛

a ju˙z znani

i ´scigani w mie´scie. Nie s ˛

adz˛e, aby´s mi powiedział, sk ˛

ad masz t˛e informacj˛e.

— Och — za´smiał si˛e Sarevok — rzeczywi´scie nie powiem, ale zapewniam

ci˛e, ˙ze oni naprawd˛e pracuj ˛

a dla Złodziei Cienia.

— A to. . . co to jest. . . grupa spiskowa?
— Po prostu gildia.
— Ta złodziejska gildia jest z Amn — powiedział Angelo, obserwuj ˛

ac pło-

mienie. — Wi˛ec z pewno´sci ˛

a s ˛

a oni wyj˛eci spod prawa tak˙ze w Amn.

163

background image

Sarevok postawił kieliszek, a˙z zadzwonił.
— Pomy´sl o nich jak o kaprach. Kaprach na usługach Amnu.
— Tego nie mo˙zna tolerowa´c — powiedział Angelo, jakby szukaj ˛

ac poparcia

u Sarevoka.

— W rzeczy samej, nie mo˙zna.
— Wi˛ec co to oznacza? Wojn˛e z Amnem?
— Boisz si˛e wojny?
Angelo spojrzał ostro na Sarevoka i po plecach spłyn˛eła mu stru˙zka zimnego

potu. Przez chwil˛e wydawało mu si˛e, jakby oczy Sarevoka błysn˛eły nieludzk ˛

a

˙zółci ˛

a, jakby co´s w nich si˛e zapaliło, po czym go´s´c u´smiechn ˛

ał si˛e znowu.

— Boj˛e si˛e niepotrzebnej wojny — odparł Angelo.
Odwrócił si˛e i spojrzał na swój własny portret wisz ˛

acy nad kominkiem. Arty-

sta znakomicie oddał szlacheckie, poci ˛

agłe rysy Angelo. Ksi ˛

a˙z˛e uniósł brod˛e, aby

dopasowa´c si˛e do portretu, cho´c obecna moda była ju˙z inna. Obraz, w odró˙znieniu
od pierwowzoru, wci ˛

a˙z ukazywał cechy wojownika, którym kiedy´s był. Spojrzał

sam sobie w oczy i poczuł si˛e równie upokorzony, jak pod wzrokiem Sarevoka.

— Je´sli ka˙ze si˛e ludziom walczy´c bez wyra´znego powodu, nie b˛ed ˛

a walczy´c

z sercem.

— Ich serca nie interesuj ˛

a mnie, Angelo, ja potrzebuj˛e ich r ˛

ak i nóg.

Angelo dał trzy kroki i usiadł ci˛e˙zko na sofie stoj ˛

acej obok kominka. Do-

tkn ˛

ał poduszki oprawionej w ciel˛ec ˛

a skór˛e. W dotyku była mi˛ekka i gładka jak

pupa niemowlaka i kosztowała go tyle, ˙ze mógłby za to kupi´c setk˛e niemowla-
ków. Nagle przestała mu si˛e wydawa´c tak wspaniała jak wtedy, gdy kupował j ˛

a

w Waterdeep.

— Czy twoi ludzie b˛ed ˛

a walczy´c — zapytał z naciskiem Sarevok.

Angelo skin ˛

ał głow ˛

a, upewniaj ˛

ac sam siebie.

— Wi˛ec powiedz im, ˙ze to Amn pragnie wojny — powiedział Sarevok uspo-

kajaj ˛

aco. — Oni skazili nasze kopalnie, wyp˛edzaj ˛

a naszych s ˛

asiadów na południe,

chc ˛

a zagarn ˛

a´c Wrota Baldura, rzek˛e, kopalnie. . . wszystko. Czy to wystarczy?

Angelo u´smiechn ˛

ał si˛e.

— To wi˛ecej ni˙z trzeba, mój przyjacielu. Zwłaszcza je´sli doda´c tych Złodziei

Cienia, działaj ˛

acych tu na terenie Wrót. . .

— Kiedy ja zostan˛e wielkim ksi˛eciem — stwierdził Sarevok — nie b˛edzie tu

˙zadnych amnia´nskich zabijaków w naszym wielkim mie´scie. . . Nawet je´sli mie-

liby´smy zabi´c ka˙zdego m˛e˙zczyzn˛e, ka˙zd ˛

a kobiet˛e i dziecko w tym przekl˛etym

królestwie, aby si˛e upewni´c.

Angelo przełkn ˛

ał ´slin˛e, gdy˙z nagle zaschło mu w gardle.

164

background image

*

*

*

Nawet nie cały cie´n, lecz jego kraniec zwrócił uwag˛e Abdela. To ju˙z trzeci

raz co´s im mign˛eło, odk ˛

ad wrócili do Wrót Baldura, przekradaj ˛

ac si˛e noc ˛

a, nie-

pewni o swój status w tym mie´scie, jak i ka˙zdym innym na Wybrze˙zu Mieczy.
W Candlekeep zostali uznani za morderców. Teraz ich szukano.

— Jeste´s pewny? — zapytała mi˛ekko Jaheira. Zauwa˙zyła, jak spi ˛

ał si˛e na wi-

dok ruchu cienia.

Abdel skin ˛

ał.

— Nie zatrzymujmy si˛e. Musimy dotrze´c do Eltana.
— On te˙z mo˙ze nas szuka´c. Albo rozkaza´c nas szuka´c.
Abdel nie odezwał si˛e. Zastanawiał si˛e, po czym szybko podj ˛

ał decyzj˛e. Jahe-

ira zaprotestowała, kiedy wci ˛

agn ˛

ał j ˛

a nagle w w ˛

aski, ciemny zaułek.

— Skrót? — zapytała.
W odpowiedzi wyci ˛

agn ˛

ał miecz i nagle jak i on spowa˙zniała.

— Je´sli b˛ed˛e musiał zabi´c kogo´s lub co´s, co nas ´sledzi, wolałbym tego nie

robi´c na ulicy.

Ponad godzin˛e zaj˛eło im dotarcie do Ksi ˛

a˙z˛ecego Pałacu, bowiem przez cał ˛

a

drog˛e skradali si˛e ciemnymi uliczkami. Raz usłyszeli kroki, potem dostrzegli cie´n,
a potem drugi, kiedy w ko´ncu dotarli do celu. Najcz˛e´sciej to Abdel zauwa˙zał,

˙ze maj ˛

a ogon. Nie potrafił tego wytłumaczy´c, nawet sobie, ale w jaki´s sposób

j ˛

a wyczuwał. J ˛

a? Abdel otrz ˛

asn ˛

ał si˛e z my´sli, schował miecz, przycisn ˛

ał Jaheir˛e

i podszedł do bramy, której strzegły stra˙ze.

— Stój — zawołał jeden ze stra˙zników. Jego głos pełen był napi˛ecia, które

oboje wyczuwali w atmosferze całego miasta. Nad Wrotami Baldura zawisły ci˛e˙z-
kie chmury. — Kto idzie?

Abdel podniósł r˛ece do góry i wolno podszedł do bramy.
— Chc˛e mie´c audiencj˛e u wielkiego ksi˛ecia Eltana.
Stra˙znik, który post ˛

apił naprzód, był t˛egim młodym m˛e˙zczyzn ˛

a z ledwo´sci ˛

a

mieszcz ˛

acym si˛e w kolczudze. Trzymał wypolerowan ˛

a halabard˛e w taki sposób,

który mówił Abdelowi, ˙ze potrafi si˛e ni ˛

a posługiwa´c. Pochodnie roz´swietliły ob-

szar wokół bramy i Abdel zobaczył jeszcze pi˛eciu innych stra˙zników.

— A kim jeste´scie? — zapytał stra˙znik.
— Przyjaciółmi.
— Eltan. . . — wtr ˛

aciła si˛e Jaheira i zaraz poprawiła — . . . wielki ksi ˛

a˙z˛e Eltan

zna nas. Wysłał nas. . . w specjalnej misji i musimy mu zda´c raport.

— Wielki ksi ˛

a˙z˛e jest umieraj ˛

acy. Mo˙zecie zda´c raport kapitanowi stra˙zy ran-

kiem.

Jaheira spojrzała na Abdela, który zamkn ˛

ał oczy i westchn ˛

ał, mocno zaciska-

j ˛

ac pi˛e´sci. Jeden z pozostałych stra˙zników wyszedł z cienia i na d´zwi˛ek jego stóp

165

background image

na ˙zwirze, Abdel podniósł głow˛e.

— Abdel? — zapytał nadchodz ˛

acy stra˙znik. — Jaheira? To wy?

Pierwszy stra˙znik spi ˛

ał si˛e wyra´znie i przesun ˛

ał ci˛e˙zar halabardy w dłoniach.

— Julius? — zapytała Jaheira. Jej półelfie oczy widziały twarz drugiego stra˙z-

nika.

— Na Torma — zawołał pierwszy stra˙znik. — To Złodzieje Cienia!
— Nie. . . — zacz˛eła Jaheira, ale Julius ruszył na ni ˛

a z halabard ˛

a wysuni˛et ˛

a do

ataku. Teraz nawet Abdel zobaczył jego zł ˛

a, przera˙zon ˛

a twarz. Pierwszy stra˙znik

ruszył na Abdela. Najemnik ust ˛

apił szybko w bok i chwycił mocno drzewce hala-

bardy. Stra˙znik pu´scił halabard˛e i dobył miecza tak szybko, ˙ze Abdel zrozumiał,

˙ze musiał to ´cwiczy´c. Tylko jego kolczuga ocaliła go przed przebiciem.

Abdel zakr˛ecił halabard ˛

a, a jednocze´snie zdziwił si˛e my´slom, które wła´snie

przyszły mu do głowy. Ci stra˙znicy uznali ich za Złodziei Cienia — grup˛e pocho-
dz ˛

ac ˛

a z Amnu. Cokolwiek opowiedział ˙

Zelazny Tron na ich temat w Candlekeep,

wyra´znie dotarło do Wrót Baldura — i to dziwnymi drogami. W Candlekeep tylko
potwierdził to, co mówił ˙

Zelazny Tron, zabijaj ˛

ac ´swi ˛

atynnego stra˙znika. Teraz,

nawet kiedy zamierzał si˛e halabard ˛

a na stra˙znika, postanowił nie ułatwia´c sprawy

˙

Zelaznemu Tronowi.

Jaheira tak˙ze była przygotowana na niezdarn ˛

a szar˙z˛e Juliusa i uskoczyła

w bok. Uderzyła Juliusa pi˛e´sci ˛

a w nos, a jego p˛ed tylko wzmocnił sił˛e ciosu.

Rozległ si˛e chrz˛est, Jaheira poczuła na dłoni ciepło krwi i Julius padł.

Abdel odbił ci˛ecie pierwszego stra˙znika i usłyszał, jak pozostałych czterech

biegnie ku nim. W dodatku cisz˛e nocy rozdarł d´zwi˛ek rogu. Niedługo b˛ed ˛

a mieli

na głowie cały pałac. Abdel znów zakr˛ecił halabard ˛

a i udał, ˙ze chce pchn ˛

a´c stra˙z-

nika w głow˛e. Stra˙znik uchylił si˛e przed atakiem, ale jego głowa znalazła si˛e na
linii obrotu drzewca. Z gło´snym hukiem zwalił si˛e na ziemi˛e. Abdel rzucił ha-
labard˛e wprost na nadbiegaj ˛

acych stra˙zników i odwrócił si˛e akurat w por˛e, aby

zobaczy´c, jak Jaheira ucieka i znika w mroku uliczek. Ruszył za ni ˛

a. Stra˙znicy

´scigali go bez entuzjazmu i Abdel zastanawiał si˛e, czy nie chc ˛

a zostawia´c bramy

bez ochrony, czy te˙z przera˙zaj ˛

a ich mroczne ulice własnego miasta. Mo˙ze obie te

rzeczy.

*

*

*

Abdel mijał szczury, stosy ´smieci, ´spi ˛

ace domy i zamkni˛ete na noc sklepy.

Co jaki´s czas wykrzykiwał szeptem imi˛e Jaheiry. Par˛e razy wydawało mu si˛e, ˙ze
słyszy jej kroki lub widzi jej cie´n. Przeszedł uliczk ˛

a pomi˛edzy dwoma drogimi

domami. Na ziemi spał zwini˛ety ˙zebrak, wygl ˛

adaj ˛

acy jak chrapi ˛

aca kupa szmat.

Abdel wstrzymał oddech, jak nauczył si˛e robi´c mijaj ˛

ac ˙zebraków. Długo ju˙z ma-

166

background image

szerował i zaczerpn ˛

ał tchu, jak tylko min ˛

ał ˙zebraka. Jednak zapach nie był taki jak

zwykle. To nie był smród ˙zebraka i Abdel rozpoznał go. Szedł dalej, staraj ˛

ac si˛e

niczego po sobie nie okazywa´c. Kiedy doszedł do ko´nca uliczki, skr˛ecił i schował
si˛e za rogiem. Stan ˛

ał cicho i przykleił si˛e plecami do ´sciany, obserwuj ˛

ac wyj´scie

z uliczki. Obawiaj ˛

ac si˛e zdradzi´c, nie wyci ˛

agał miecza, by nie robi´c hałasu.

Zza rogu wolno wyłoniła si˛e twarz osoby, która ´sledziła ich od momentu po-

wrotu do miasta. Jej oczy były tylko w ˛

askimi szparkami w ciemno´sci. Abdel okr˛e-

cił si˛e i chwycił nieznajomego. Złapał za ubranie, gładk ˛

a, chłodn ˛

a tkanin˛e i wów-

czas jego dło´n została str ˛

acona tak szybko, ˙ze nawet nie zd ˛

a˙zył tego zauwa˙zy´c

i zarazem tak mocno, ˙ze zabolał go nadgarstek. Poczuł co´s na ramieniu i na krótki
czas zrobiło mu si˛e ciemno przed oczami. Cofn ˛

ał si˛e i obrócił, słysz ˛

ac głos nad

sob ˛

a.

— Nie jestem twoim wrogiem.
Głos był spokojny, precyzyjny i nosił nierozpoznawalny akcent.
— Abdel — wyszeptała za nim Jaheira. Najemnik odwrócił si˛e i odetchn ˛

ał,

zatrzymuj ˛

ac w połowie wyci ˛

agni˛ety miecz. Jaheira pisn˛eła zaskoczona i odsko-

czyła w tył.

— Nie rób tego! — powiedziała zbyt gło´sno i znów uskoczyła, a Abdel pod-

niósł r˛ek˛e, aby j ˛

a uciszy´c. Obrócił si˛e i spojrzał do góry, na balkon. Obcy prze-

szedł po kamiennym gzymsie i cofn ˛

ał si˛e w tył, spadaj ˛

ac z wysoko´sci pi˛etnastu

stóp i l ˛

aduj ˛

ac tak mi˛ekko, jakby skakał z krzesła. To była kobieta, niska i szczu-

pła, ubrana w obcisły czarny strój, jakiego Abdel nigdy wcze´sniej nie widział.
Twarz skrywała jej maska, odsłaniaj ˛

ac tylko oczy — oczy, które Abdel natych-

miast uznał za wschodnie — z Shou, a mo˙ze z Kozakury.

— Kto to? — zapytała Jaheira.
Nieznajoma cofn˛eła si˛e w mrok uliczki, kiwaj ˛

ac palcem na Abdela. Najemnik

przekrzywił głow˛e, ale nie poszedł za ni ˛

a.

— Nazywam si˛e Tamoko — powiedziała kobieta, kryj ˛

ac si˛e w cieniu.

— Dlaczego nas ´sledzisz? — zapytał Abdel.
Jaheira dobyła broni, ale nie poruszyła si˛e.
— Wiem, ˙ze nie jeste´scie Złodziejami Cienia — powiedziała cicho Tamoko.

— Wiem, ˙ze wcale nie próbujecie rozp˛eta´c wojny, tylko j ˛

a powstrzyma´c.

— Jak ˛

a wojn˛e? — zapytała Jaheira. — Wojn˛e z Amnem?

— Wielki ksi ˛

a˙z˛e Eltan umiera — powiedziała Tamoko, wci ˛

a˙z ignoruj ˛

ac Jahe-

ir˛e. — Jego lekarz nie jest tym, na kogo wygl ˛

ada.

Mówi ˛

ac to, Tamoko nagle znikn˛eła w cieniu. Abdel i Jaheira rzucili si˛e na-

przód i chocia˙z byli u wej´scia do uliczki w przeci ˛

agu niecałej sekundy, kobieta

w czerni znikn˛eła.

167

background image

Rozdział dwudziesty siódmy

Je´sli Abdel i Jaheira nie sp˛edziliby tyle czasu w towarzystwie cuchn ˛

acego

ghula Koraka, nie byliby w stanie wytrzyma´c w tym zaułku tak długo, a˙z stra˙znicy
sko´ncz ˛

a przeszukiwanie tego miejsca. Gulasz rybny wypełniaj ˛

acy przerdzewiałe

metalowe kosze na ´smieci, za którymi si˛e ukryli, musiał by´c ju˙z niedobry du˙zo
wcze´sniej zanim został wyrzucony. Abdel spojrzał na rozja´snion ˛

a nadchodz ˛

acym

´switem nocy twarz Jaheiry i zauwa˙zył, ˙ze powstrzymuje si˛e od wymiotów niemal

przy ka˙zdym oddechu.

— Co ich zatrzymało? — zapytała Jaheira głosem pełnym jadu i niecierpliwo-

´sci.

— To du˙zy budynek — odpowiedział Abdel. — „Spłoniona Syrena” wci ˛

aga. . .

pełno tu skrzydeł i przybudówek na przybudówkach z dobudówkami. Je´sli na-
prawd˛e my´sl ˛

a, ˙ze si˛e tu ukryli´smy, poszukiwania zajm ˛

a im wiele czasu.

Jaheira zasłoniła dłoni ˛

a usta, ale Abdel wci ˛

a˙z słyszał, co mówi.

— Dobrze, jak s ˛

adz˛e, im dłu˙zej tu s ˛

a, tym dokładniej penetruj ˛

a to miejsce

i tym mniej prawdopodobne b˛edzie im si˛e wydawa´c, ˙ze nas przeoczyli i ju˙z tu nie
wróc ˛

a. Tak czy inaczej, tylko ten smród nie pozwala mi teraz zasn ˛

a´c.

Abdel pokiwał głow ˛

a i spojrzał na niebo, które przeszło w gł˛eboki bł˛ekit,

zwiastuj ˛

ac ´swit.

Nie musieli ju˙z długo czeka´c, bo w ko´ncu stra˙znicy wyszli i trudno było tego

nie zauwa˙zy´c. Zachowywali si˛e gło´sno, bu´nczucznie, tak jakby sp˛edzili w „Spło-
nionej Syrenie” wi˛ecej czasu na piciu ni˙z poszukiwaniach. Abdel i Jaheira zacho-
wali ostro˙zno´s´c, dopóki głosy stra˙zników nie ucichły w labiryncie kr˛etych uliczek.

Tylnymi drzwiami dostali si˛e do kuchni tawerny. Min˛eli niziołka kucharza,

stoj ˛

acego na drewnianym stołku przy piecu i mieszaj ˛

acego w olbrzymim poczer-

niałym garncu ów obrzydliwy gulasz rybny. Niziołek rzucił im oboj˛etne spojrze-
nie. Przeszli przez kuchni˛e i weszli do wła´sciwej sali tawerny. Abdel ukrył si˛e za
tłust ˛

a zasłon ˛

a, pozwalaj ˛

ac Jaheirze samej sprawdzi´c ciemne pomieszczenie o ni-

skim suficie. Patrzył, jak przechodzi obok baru i rozgl ˛

ada si˛e po sali, w której było

tylko kilkunastu pij ˛

acych do rana go´sci. Niektórzy z nich zwalili si˛e ju˙z dawno

pod stoły i zasn˛eli. Przy jednym ze stołów siedziało ze dwunastu marynarzy ´spie-
waj ˛

acych szanty i klaszcz ˛

acych ta´ncz ˛

acej dla nich kobiecie, tak zm˛eczonej, jakby

168

background image

była sam ˛

a Bogini ˛

a Zm˛eczenia.

Nawet marynarze nie zauwa˙zyli jak Jaheira w´slizn˛eła si˛e do sali, wi˛ec Abdel

pod ˛

a˙zył za ni ˛

a i usiadł przy odległym od hała´sliwej grupy stoliku. Kiedy prze-

chodził obok baru, młody człowiek w lu´znej zbroi kółkowej spojrzał na niego
zamglonymi oczami.

— Julius — powiedział Abdel i zatrzymał si˛e na tyle raptownie, by przyci ˛

a-

gn ˛

a´c uwag˛e paru marynarzy. Abdel popatrzył na nich i pod jego stalowym wzro-

kiem marynarze szybko si˛e odwrócili.

— Hej — wybełkotał Julius słabo. Cuchn ˛

ał piwem i potem.

Abdel zaci ˛

agn ˛

ał Juliusa do stołu. Jaheira popatrzyła na obu ze zdziwieniem.

Julius usiadł ci˛e˙zko, a raczej został posadzony na drewnianym stołku. Głowa opa-
dła mu na piersi i podniósł j ˛

a dopiero po chwili.

— Wyko´nczcie mnie, no ju˙z. Nie? — wymruczał, patrz ˛

ac bezmy´slnie na Ja-

heir˛e. Miał spuchni˛ety i zaczerwieniony nos, a pod oczami gł˛ebokie si´nce. W obie
dziurki nosa miał wci´sni˛ete zwitki materiału przes ˛

aczonego krwi ˛

a, co nadawało

jego głosowi bardzo nosowy i wr˛ecz komiczny charakter.

— Julius — rzekł Abdel ponuro — potrzebujemy troch˛e czasu. Chyba nie

zamierzasz nas wyda´c?

Julius pokiwał si˛e przez chwil˛e, zastanawiaj ˛

ac si˛e, do którego Abdela z wi-

dzianych ma si˛e odezwa´c. Abdel obejrzał si˛e przez rami˛e, chc ˛

ac zobaczy´c to, na

co patrzy Julius.

— Do Otchłani z nimi wszystkimi, mój wielki, pot˛e˙zny przyjacielu. Zdegra-

dowali mnie, uwierzysz? Zdegradowali mnie do piechura.

— Julius — odezwała si˛e Jaheira, maj ˛

ac nadziej˛e, ˙ze pijany ˙zołnierz j ˛

a zro-

zumie. — Stra˙znicy przy pałacowej bramie powiedzieli nam, ˙ze Eltan umiera. Co
si˛e tutaj dzieje?

— Eltan Szmeltan. . . — wymruczał Julius. — Mo˙ze mnie pocałowa´c w. . .
— Julius — przerwał mu Abdel i młody gwardzista wybuchn ˛

ał ´smiechem.

Spróbował klepn ˛

a´c Abdela w rami˛e, ale bezsilnie machn ˛

ał r˛ek ˛

a w powietrzu tu˙z

obok.

— Tia. . . tia. . . Eltan — wykrztusił Julius, gdy˙z nagle dopadła go okrutna

czkawka. — On. . . za. . . za. . . zacho. . . ro. . .

— Zachorował? — podpowiedziała Jaheira.
— Tak — potwierdził Julius i poczochrał sobie włosy niczym pies. — No

wła´snie.

— Julius — powiedział Abdel, ale młody gwardzista ju˙z go nie słyszał, opu´scił

bowiem głow˛e i chrapał w najlepsze. — Julius! — krzykn ˛

ał Abdel, a˙z marynarze

spojrzeli na niego. Tancerka usiadła i westchn˛eła.

— Hej, szczury — rykn ˛

ał jeden z marynarzy. — Spokój tam.

Abdel zignorował go i potrz ˛

asn ˛

ał mocno Juliusem, a˙z si˛e obudził. Gwardzista

u´smiechn ˛

ał si˛e.

169

background image

— Zdegradowali mnie do piechura i teraz musz˛e nosi´c t˛e cholern ˛

a kolczug˛e

kółkow ˛

a. Nie cierpi˛e jej. Ona. . .

Drzwi prowadz ˛

ace na ulic˛e otworzyły si˛e i do ´srodka wtoczyła si˛e straszliwie

gruba kobieta, spocona i dysz ˛

aca.

— Łooo — zachrypiał Julius i omal nie spadł z krzesła.
Kobieta podeszła do barmana i co´s mu powiedziała. Abdel nie usłyszał

wprawdzie co, ale twarz kobiety ´swiadczyła o tym, ˙ze była to pilna i ponura wia-
domo´s´c. Nawet marynarze patrzyli na barmana z ciekawo´sci ˛

a.

— Pobudka! — krzykn ˛

ał barman, wychodz ˛

ac na ´srodek sali.

Nawet najbardziej zalani ockn˛eli si˛e i wybałuszyli swe zapite oczka na bar-

mana.

— Miasto w ˙załobie — oznajmił gło´sno barman grobowym tonem. — Wielki

ksi ˛

a˙z˛e Eltan nie ˙zyje!

Tancerka zasłoniła usta dłoni ˛

a i zacz˛eła płaka´c. Marynarze próbowali przez

par˛e sekund j ˛

a uspokoi´c, niektórzy wyra´znie oburzeni, ale w ko´ncu machn˛eli na

ni ˛

a r˛ek ˛

a i zacz˛eli obgadywa´c swojego pierwszego mata, jakim to on jest b˛ekartem.

Abdel popatrzył na Jaheir˛e. Jej twarz zmieniła si˛e w kamienn ˛

a mask˛e — tak

pozbawion ˛

a nadziei, jak nigdy wcze´sniej.

— Angelo — wybełkotał Julius. — Musz˛e słucha´c rozkazów Angelo.
— Angelo, ten półelf? — zapytał Abdel.
Julius kiwn ˛

ał głow ˛

a bezwładnie.

— Tia. B˛edzie dowodził Płomienn ˛

a Pi˛e´sci ˛

a. Teraz nikt ju˙z nie powstrzyma

ksi ˛

a˙z˛ecej elekcji i wybior ˛

a tegotentego. . .

— Kogo?
— Sarevoka. B˛edzie wielkim ksi˛eciem.

*

*

*

Abdel wahał si˛e, czy pod ˛

a˙za´c zgodnie z wybełkotanymi wskazówkami Ju-

liusa, ale nie miał wyboru. Wstawał ´swit. Abdel i Jaheira ukradli płaszcze ze sznu-
rów do suszenia i przemierzali budz ˛

ace si˛e do ˙zycia ulice Wrót Baldura z twarzami

zasłoni˛etymi kapturami. Trzymali si˛e przeciwnych stron ulicy w zasi˛egu wzroku,
zakładaj ˛

ac, ˙ze stra˙znicy b˛ed ˛

a szukali pary.

Szli zgodnie z tym, co powiedział im Julius i obeszli Pałac Ksi ˛

a˙z˛ecy od tyłu.

Zatrzymali si˛e przy tylnej bramie, ukryci w cieniu zaułka, gdy˙z wła´snie stamt ˛

ad,

według słów Juliusa, mógł wyj´s´c lekarz Eltana. Było w owym lekarzu — miał
na imi˛e Kendal — co´s takiego, co nie spodobało si˛e Abdelowi, gdy go po raz
pierwszy ujrzał. Tym bardziej teraz, kiedy nieznajoma kobieta z orientu powie-
działa im o nim, a ksi ˛

a˙z˛e zmarł b˛ed ˛

ac pod jego opiek ˛

a. Abdel miał tylko nadziej˛e,

170

background image

˙ze Julius, którego zostawili nieprzytomnego w „Spłonionej Syrenie”, nie b˛edzie

pami˛etał, co im powiedział, albo nawet tego, ˙ze ich spotkał i nie doniesie o tym
swym przeło˙zonym.

Abdel starał si˛e nie my´sle´c o tym, co jeszcze Julius miał do powiedzenia.

Je´sli to prawda, ˙ze jego brat Sarevok jest we Wrotach Baldura, jest człowiekiem
Reiltara na Wybrze˙zu Mieczy, jest odpowiedzialny za t˛e cał ˛

a krwaw ˛

a jatk˛e, to co

on ma zrobi´c? Je´sli Sarevok zostanie wielkim ksi˛eciem, a Eltan nie ˙zyje i nawet
Tethtoril jest przeciwko niemu, to co oni oboje poradz ˛

a przeciw. . .

Drzwi otworzyły si˛e i oboje ukryli si˛e gł˛ebiej w cieniu, obserwuj ˛

ac, jak Kendal

opuszcza pałac i zwyczajnie wychodzi na ulic˛e. Abdel i Jaheira wymienili si˛e
spojrzeniami i pod ˛

a˙zyli za nim. Kendal szedł uliczkami, co chwila zmieniaj ˛

ac

kierunek, jakby robił to przypadkowo. Chocia˙z nietrudno było go ´sledzi´c, musieli
coraz bardziej uwa˙za´c, aby nie zdradzi´c si˛e przed nim na otwartej przestrzeni.
Z pewn ˛

a ulg ˛

a zauwa˙zyli, ˙ze lekarz w ko´ncu skr˛ecił w mroczny, w ˛

aski zaułek.

Podeszli tam, ukryci w cieniu i zatrzymali si˛e, kiedy zobaczyli, ˙ze zaczyna si˛e
zmienia´c.

Zanim Kendal doszedł do ko´nca zaułka, przebywaj ˛

ac mniej ni˙z dwana´scie

metrów, przybrał całkowicie now ˛

a posta´c. Po drugiej stronie zaułka wyłoniła si˛e

młoda kobieta, nios ˛

aca zamiast torby z medykamentami kosz ´swie˙zo ´sci˛etych

kwiatów.

Jaheira wypu´sciła nosem powietrze, a Abdel chwycił j ˛

a delikatnie za łokie´c

i ruszyli tropem sobowtórniaka, który po drodze zatrzymywał si˛e kilka razy, by
sprzeda´c przechodniom kwiaty. W ko´ncu znikn ˛

ał w kolejnym zaułku, nawet si˛e

za siebie nie ogl ˛

adaj ˛

ac. Abdel i Jaheira szybko obeszli kamienic˛e i znale´zli si˛e po

drugiej stronie zaułka, zanim jeszcze sobowtórniak z niej si˛e wyłonił, tym razem
pod postaci ˛

a rosłego robotnika w ubłoconym kombinezonie.

Abdel i Jaheira skryli si˛e za wozem pełnym jabłek i patrzyli, jak sobowtórniak

znika po drugiej stronie ulicy. Przebiegli szybko zaułkiem wokół nast˛epnego bu-
dynku, maj ˛

ac nadziej˛e pochwyci´c sobowtórniaka, ale kiedy wyjrzeli zza rogu na

ulic˛e, któr ˛

a szedł, nie było tam robotnika. Ulica była pusta. Sło´nce wyłaniało si˛e

ju˙z ponad miejskimi murami.

— Niech ich wszystkich szlag — zakl ˛

ał Abdel.

— Nienawidz˛e tych przekl˛etych sobowtórniaków — dodała Jaheira.
— Ja te˙z — rozległ si˛e głos za nimi.
Odwrócili si˛e i ujrzeli kobiet˛e, któr ˛

a spotkali wcze´sniej w nocy. Była ubrana

w błyszcz ˛

acy, czarny jedwab, który musiał kosztowa´c fortun˛e. Była przepasana

ta´sm ˛

a, na której wisiał swobodnie u jej boku miecz — w ˛

aski i łagodnie zakrzy-

wiony. Nie miał zwykłego jelca, tylko mał ˛

a, owaln ˛

a płytk˛e, oddzielaj ˛

ac ˛

a ostrze od

haftowanej złotem r˛ekoje´sci, długiej na tyle, by móc chwyta´c j ˛

a obur ˛

acz. Abdel

nigdy nie widział takiego miecza.

— To katana — wyja´sniła Tamoko, widz ˛

ac z jakim zainteresowaniem Abdel

171

background image

przygl ˛

ada si˛e jej broni.

Abdel pokiwał głow ˛

a i powiedział:

— A ty jeste´s sobowtórniakiem.
Tamoko za´smiała si˛e smutno.
— Wiem, ˙ze to wydaje si˛e mo˙zliwe, ale ja nie jestem sobowtórniakiem.
— Wi˛ec kim jeste´s? — zapytała Jaheira, unosz ˛

ac brew.

Tamoko kiwn˛eła głow ˛

a w stron˛e zaułka i weszła do niego, tym razem nie kry-

j ˛

ac si˛e. Abdel i Jaheira niech˛etnie poszli za ni ˛

a. Jaheira wydobyła srebrny sztylet,

na widok którego Tamoko nieznacznie si˛e u´smiechn˛eła. Abdel niemal odwzajem-
nił jej u´smiech. Twarz nieznajomej była inna ni˙z Jaheiry. Jej uszy nie zdradzały
elfiej krwi, cho´c jej rysy były dziwnie sylwia´nskie.

— Zaprowadz˛e was do ˙

Zelaznego Tronu — oznajmiła Tamoko.

W odpowiedzi Jaheira za´smiała si˛e.
— Naprawd˛e? Czy b˛ed ˛

a tam czeka´c na nas, by nas zabi´c, czy mo˙ze zasadz ˛

a

si˛e na nas na ulicy?

— Nie spodziewaj ˛

a si˛e, ˙ze ktokolwiek dostanie si˛e do ´srodka przez to wej´scie.

To wy b˛edziecie mogli zabi´c ich wszystkich i. . .

— Absurdalne — przerwała Jaheira. — Abdel. . .
Abdel podniósł r˛ek˛e i Jaheira nie zauwa˙zyła, jak poczerwieniał.
— Moja przyjaciółka ma racj˛e — powiedział Abdel do Tamoko. — Nie mamy

powodu ci ufa´c. . . lub komukolwiek w tej dziurze pełnej zmiennokształtnych.

— Jestem kochank ˛

a twojego brata — wyjawiła, patrz ˛

ac mu prosto w oczy.

Abdel poczuł, ˙ze mówi prawd˛e. Mówiła tak bezpo´srednio, gładko, bez zawa-

hania. Cho´c nie miał powodu ku temu, uwierzył jej.

— Sarevoka? — zapytał Abdel. Imi˛e brata ledwie przeszło mu przez gardło.
Tamoko pokiwała głow ˛

a.

— Pomog˛e wam, ale nie wolno wam go zabi´c.
— To szale´nstwo — fukn˛eła Jaheira. — Ten twój kochanek chce rozp˛eta´c

wojn˛e. Zgin ˛

a tysi ˛

ace ludzi. On ju˙z zabił dwie spo´sród najpot˛e˙zniejszych osób

w tym mie´scie oraz innych. . . — Jaheira post ˛

apiła naprzód i lekko zgi˛eła praw ˛

a

r˛ek˛e w łokciu. Tamoko utkwiła wzrok na ko´ncu ostrza jej sztyletu. Abdel czuł, co
si˛e ´swi˛eci i wcale mu si˛e to nie podobało.

— Nikt nam nie wierzy — odezwał si˛e w ko´ncu, aby rozładowa´c napi˛ecie. —

Oskar˙zaj ˛

a nas o morderstwo, o to ˙ze jeste´smy Złodziejami Cienia, o to ˙ze jeste´smy

szpiegami Amnu i bogowie tylko wiedz ˛

a o co jeszcze. Zabili wszystkich naszych

przyjaciół, wszystkich naszych znajomych. Jeste´smy sami przeciwko temu czło-
wiekowi — mojemu bratu, je´sli rzeczywi´scie nim jest — który przed zmierzchem
b˛edzie nast˛epnym wielkim ksi˛eciem. Mo˙ze i pozostali jeszcze ludzie, którzy mog ˛

a

nam pomóc, ale oni chc ˛

a dowodów. — Abdel posłał Jaheirze wymowne spojrze-

nie i dodał — oni chc ˛

a dowodów na pi´smie.

172

background image

Jaheira popatrzyła na niego i westchn˛eła. Nie był pewny, czy gniewa si˛e na

niego za to, ˙ze targuje si˛e z nieznajom ˛

a, która mo˙ze by´c sobowtórniakiem albo

jeszcze czym´s gorszym, czy mo˙ze domy´sliła si˛e, i˙z zamierza wróci´c do Candle-
keep z dowodami, by uzyska´c przebaczenie u Tethtorila. Abdel sam czuł si˛e na-
iwny i słaby, zastanawiaj ˛

ac si˛e nad drug ˛

a ewentualno´sci ˛

a, ale był szcz˛e´sliwy, ˙ze

to czuje.

— Je´sli ˙

Zelazny Tron zostanie odkryty — powiedziała Tamoko, przenosz ˛

ac

spojrzenie ze sztyletu Jaheiry na Abdela — Sarevok b˛edzie musiał ucieka´c z mia-
sta. Ja pójd˛e razem z nim. B˛edziemy. . .

— Abdel. . . — przerwała Jaheira.
Nie mógł odczyta´c tonu jej głosu.
— Zagro˙zenie wojn ˛

a zostanie odsuni˛ete — dodała Tamoko.

— A ty zreformujesz mojego brata? Odwrócisz go od. . . od naszego ojca?
— Odwróc˛e — rzekła cicho Tamoko.
— Abdel — zaoponowała Jaheira. — On nie jest taki jak ty.
Abdel spojrzał na ni ˛

a i u´smiechn ˛

ał si˛e.

— Nie — odparł. — Sarevok nie jest taki jak ja. Ja otrzymałem szans˛e. Otrzy-

małem ciebie.

Jaheira westchn˛eła i odwróciła si˛e, niezdolna do spierania si˛e, chocia˙z wie-

działa, ˙ze popełnia bł ˛

ad na tyle powa˙zny, ˙ze mog ˛

a zgin ˛

a´c wszyscy.

— Nie zabij˛e Sarevoka — przyrzekł Abdel Tamoko.
Zabójczyni skłoniła si˛e gł˛eboko, zginaj ˛

ac si˛e w pasie niemal o dziewi˛e´cdzie-

si ˛

at stopni.

Wyprostowała si˛e i rzekła: — B˛edziesz miał swoje dowody.

173

background image

Rozdział dwudziesty ósmy

Abdel stał nad sobowtómiakiem, którego wła´snie zabił i obserwował, jak Ta-

moko walczy. Był zauroczony jej umiej˛etno´sciami, szybko´sci ˛

a, zwinno´sci ˛

a i tym

czystym, niezm ˛

aconym spokojem. Nie mógł sobie wyobrazi´c walki z t ˛

a kobiet ˛

a.

Wiedział, ˙ze jest dobry, teraz wiedział nawet to, ˙ze w jego ˙zyłach płynie boska
krew, ale przy tej kobiecie był raczkuj ˛

acym nowicjuszem.

Tamoko rozci˛eła gardło gwardzisty i z rany sikn˛eła ciemna krew. Kiedy ciało

upadło, z powrotem przemieniło si˛e w swoj ˛

a pierwotn ˛

a, szar ˛

a nieludzk ˛

a posta´c.

Jego towarzysz walczył dalej, gdy˙z wiedział, ˙ze nie ma wyboru i walczy o swoje
marne ˙zycie. Spróbował wykłu´c jej oczy, po czym zamierzył si˛e w stron˛e jej ko-
lan, walczył z desperacj ˛

a podszyt ˛

a strachem i zupełnie niehonorowo. Tamoko ze

skupieniem i niezachwianym spokojem odbijała wszystkie ataki sobowtórniaka.
W ko´ncu odbiła jego krótki miecz tak mocno, ˙ze wyleciał mu z dłoni. Ten zatrzy-
mał si˛e, przyło˙zył r˛ece do boków i rzekł głosem przybranej postaci amnia´nskiego

˙zołnierza:

— Poddaj˛e si˛e.
Tamoko odci˛eła mu głow˛e tak szybko, ˙ze sobowtórniak zd ˛

a˙zył tylko dwa razy

mrugn ˛

a´c, zanim bezgłowe ciało zwaliło si˛e na ziemi˛e.

— To wszystkie, które tu były — powiedziała, nie po´swi˛ecaj ˛

ac odmieniaj ˛

acej

si˛e istocie najmniejszej uwagi. — Reszta jest gdzie´s w mie´scie.

— Gdzie? — spytała Jaheira, wycieraj ˛

ac krew sobowtórniaka z własnego

ostrza.

— Chcieli´scie dowodu — odrzekła Tamoko.
— Nie chc˛e, aby którykolwiek z nich kr˛ecił si˛e ˙zywy we Wrotach — powie-

dział Abdel, czekaj ˛

ac a˙z Tamoko poda mu lokalizacj˛e pozostałych.

Tamoko nie poruszyła si˛e.
— W tym mie´scie zawsze b˛ed ˛

a sobowtórniaki — powiedziała, wyra´znie nie

czerpi ˛

ac z tego faktu zadowolenia. — Sobowtórniaki zawsze b˛ed ˛

a w ka˙zdym mie-

´scie. One tak ˙zyj ˛

a.

— Wspaniale — wymamrotała Jaheira. — To jest po prostu. . .
Abdel poło˙zył jej r˛ek˛e na ramieniu i Jaheira westchn˛eła.
— Ona ma racj˛e — powiedział. — Przyszli´smy tu po dowody.

174

background image

Jaheira popatrzyła na Tamoko i podniosła brwi. Zabójczyni pochyliła si˛e i co´s

pokazywała w rogu piwnicy. Ta grupa sobowtórniaków — wszyscy na usługach
Sarevoka i ˙

Zelaznego Tronu — zrobiła sobie kryjówk˛e w piwnicy opuszczonej

rezydencji na ulicy Windspell.

Piwnica była mroczna, ´smierdziało w niej i pełno było starych skrzy´n oraz sto-

sów przegniłego drewna opałowego. Pod ´scianami stało sze´s´c łó˙zek, a na ´srodku
czterech martwych sobowtórniaków. Abdel popatrzył w róg, który wskazywała
Tamoko i dostrzegł solidn ˛

a drewnian ˛

a skrzyni˛e. Jaheira bacznie obserwowała Ta-

moko, kiedy Abdel wyci ˛

agał skrzyni˛e w kr ˛

ag słabego ´swiatła rzucanego przez

oliwn ˛

a lamp˛e sobowtórniaków.

Tamoko ukl˛ekła obok jednego z trupów i, co zauwa˙zyła Jaheira, wło˙zyła mu

palec w zakrwawione usta. Najwyra´zniej nie znalazła w nich tego, czego szukała,
bowiem ukl˛ekła przy nast˛epnym trupie.

— Co robisz? — zapytała j ˛

a Jaheira.

Tamoko dłubała chwil˛e w ustach kolejnego sobowtórniaka, po czym wyj˛eła

stamt ˛

ad mokry, za´sliniony srebrny klucz. Jaheira zdumiona potrz ˛

asn˛eła głow ˛

a,

a Tamoko błysn˛eła niemal niezauwa˙zalnym u´smiechem.

Zabójczyni wr˛eczyła klucz Abdelowi, który otworzył nim skrzyni˛e.
— Co to? — zapytała Jaheira, wci ˛

a˙z nie spuszczaj ˛

ac wzroku z Tamoko. — Co

tam jest?

— Zwoje — odparł Abdel.
Jaheira spojrzała na niego. Kl˛eczał przy skrzyni, tyłem do niej.
— Zwoje?
— Dowody — odparł, odwracaj ˛

ac si˛e do niej. U´smiechn ˛

ał si˛e, ale u´smiech

szybko mu znikn ˛

ał z twarzy, kiedy popatrzył za ni ˛

a i omiótł wzrokiem całe po-

mieszczenie. Jaheira poszła za jego wzrokiem i nikogo nie zauwa˙zyła. Tamoko
nie było.

*

*

*

Skrzynia była ci˛e˙zka i Abdel si˛e zm˛eczył. Niósł j ˛

a ju˙z długo ulicami Wrót

Baldura, ale odrzucał pomoc Jaheiry. W piwnicy podj˛eli ju˙z decyzje odno´snie
swoich nast˛epnych działa´n, ale i tak wcale nie byli spokojni. Abdel poczuł, ˙ze
Jaheira chce mu co´s powiedzie´c, wi˛ec uznał, ˙ze sam powinien si˛e odezwa´c.

— Ona ma co´s w sobie, czy˙z nie? — zapytała Jaheira, obserwuj ˛

ac południowy

tłum mijany na ulicach.

— Tamoko? — zapytał Abdel niepewnie.
Jaheira pokiwała głow ˛

a.

— Nigdy wcze´sniej nie widziałam podobnego stylu walki. To było. . . pi˛ekne.

175

background image

— My´sl˛e, ˙ze jest z Kozakury.
— Jest pi˛ekna — powiedziała Jaheira nieco dr˙z ˛

acym głosem.

Abdel poczuł zapach, który kazał mu si˛e zatrzyma´c. Postawił skrzyni˛e przed

słodko pachn ˛

ac ˛

a piekarni ˛

a. Id ˛

aca obok starsza kobieta fukn˛eła, zmuszona omin ˛

a´c

skrzyni˛e.

— Mo˙ze jej si˛e uda. . . — zacz ˛

ał Abdel, ale Jaheira przechyliła głow˛e

i u´smiechn˛eła si˛e, wiedz ˛

ac, co zamierzał powiedzie´c.

— Mam tak ˛

a nadziej˛e, Abdel. Naprawd˛e mam, cho´c trudno mi w to uwierzy´c.

— Nie ma szans? — zapytał, pragn ˛

ac co´s od niej wyci ˛

agn ˛

a´c, cho´c sam nie był

pewny co.

Jaheira u´smiechn˛eła si˛e i poło˙zyła dło´n na jego piersi. Był spocony od no-

szenia skrzyni, ale nie zwa˙zała na to. — Ona potrafi go kocha´c. A je´sli tak, to
mo˙ze. . .

Przestali nagle rozmawia´c i po prostu stali tak przed sob ˛

a, patrz ˛

ac sobie

w oczy.

— Kocham ci˛e — powiedział, nie b˛ed ˛

ac pewny, dlaczego zapragn ˛

ał to powie-

dzie´c i to wła´snie teraz.

U´smiechn˛eła si˛e dziwnie smutno, cho´c w jej oczach pojawiły si˛e iskierki.
— Ja te˙z ci˛e kocham — powiedziała.
U´smiechn ˛

ał si˛e, ale nie do niej. U´smiechn ˛

ał si˛e do uczucia, które go ogarn˛eło.

Było to jak uczucie, które zwykle przychodziło przed szczególnie niebezpieczn ˛

a

walk ˛

a lub bezpo´srednio przed zabiciem. Jeszcze nie tak dawno temu, jak si˛e zda-

wało, Abdel obawiał si˛e, ˙ze uczucie, jakie ˙zywi wobec Jaheiry, pochodzi ze strony
ojca — o czym ju˙z teraz wiedział — tej jego cz˛e´sci, która była morderc ˛

a. Teraz

zdał sobie spraw˛e, ˙ze to nie to samo uczucie, ˙ze miło´s´c, któr ˛

a do niej czuje, wy-

pycha z niego Bhaala, zast˛epuj ˛

ac pragnienie zabijania pragnieniem jej.

Wyraz twarzy Jaheiry zmienił si˛e. Za´smiała si˛e lekko na widok jego zamy´sle-

nia. Cho´c nie zdawał sobie z tego sprawy, jego twarz a˙z nazbyt dobrze zdradzała
tre´s´c jego wewn˛etrznego dialogu.

— Chwytaj skrzyni˛e — powiedziała wesoło. — Mamy spotkanie.
— Tak, madam. Chod´zmy si˛e podda´c.

*

*

*

— Och nie — zakrztusił si˛e Julius. — Odczepcie si˛e ode mnie!
Młody piechur wymachiwał słabo sw ˛

a halabard ˛

a przed Abdelem i Jaheir ˛

a.

Si´nce pod jego oczami miały kolor purpury, ale przynajmniej wyj ˛

ał ju˙z tampony

z nosa. Miał mocno zaczerwienione oczy i blad ˛

a twarz. Wygl ˛

adał kiepsko, a na

dodatek był przera˙zony.

176

background image

— Dlaczego — zapytał niebios — na mojej warcie?
— Julius — rzekł Abdel, kiedy ju˙z postawił skrzyni˛e na ˙zwirowej alejce pro-

wadz ˛

acej do bramy pałacu — przyszli´smy tu odda´c si˛e w r˛ece sprawiedliwo´sci.

Jaheira wyci ˛

agn˛eła pochw˛e z mieczem z p˛etli przy pasie i zwyczajnie rzuciła

pod stopy Juliusowi. Przyci ˛

agni˛eci dziwnym zachowaniem, zacz˛eli gromadzi´c si˛e

wokół nich inni stra˙znicy.

— Tym razem to ju˙z pewnie mnie zabijesz, nie? — zapytał Julius głosem

równie powa˙znym, jak słabym.

Abdel zdj ˛

ał pałasz i rzucił przed Juliusa, obok broni Jaheiry. Młody piechur

odskoczył w tył.

Jeden z pozostałych stra˙zników zapytał: — Znasz tych ludzi?
Julius zignorował swego koleg˛e i powiedział do Jaheiry: — Równie dobrze

mogli´scie mnie zabi´c. Ale ju˙z nie mog ˛

a mnie ni˙zej zdegradowa´c. . . — przeniósł

spojrzenie na Abdela — najwy˙zej wsadzi´c do lochu.

Abdel poło˙zył obie dłonie na czubku głowy, u´smiechn ˛

ał si˛e i ukl˛ekn ˛

ał.

— Piechurze Julius — krzykn ˛

ał tak gło´sno, ˙ze musieli go słysze´c wszyscy,

nawet w najbli˙zszym skrzydle pałacu — ja, wyj˛ety spod prawa Abdel, poddaj˛e
si˛e tobie.

Jaheira post ˛

apiła podobnie.

— Ja, wyj˛eta spod prawa Jaheira, czyni˛e to samo.
— Dlaczego — zapytał Julius pozostałych stra˙zników — zawsze co´s si˛e dzieje

na mojej warcie?

*

*

*

Julius kroczył na czele oddziału pozostałych stra˙zników, prowadz ˛

ac Abdela

i Jaheir˛e szerokim, wysokim korytarzem Ksi ˛

a˙z˛ecego Pałacu. Zatrzymał si˛e przed

par ˛

a wysokich, podwójnych drzwi, po obu stronach których stali nerwowi hala-

bardnicy.

Julius skin ˛

ał im na powitanie i powiedział: — Ksi ˛

a˙z˛e Angelo oczekuje nas.

Stra˙znicy otworzyli drzwi i na widok wn˛etrza komnaty Jaheir˛e zatkało. Było

to olbrzymie pomieszczenie pełne ornamentowanych mebli i przedmiotów, które
a˙z ociekały bogactwem. Wygl ˛

adało to jak jakie´s egzotyczne muzeum. Abdel wi-

dział ju˙z przedmioty podobne do niektórych z tych tutaj w Candlekeep, ale nigdy
zgromadzone razem w jednym pokoju.

Wewn ˛

atrz było ju˙z sze´s´c osób, ale tylko jeden człowiek — a wła´sciwie półelf

— wstał, kiedy Julius wprowadził Abdela i Jaheir˛e do ´srodka. Abdel nie znał oso-
bi´scie ksi˛ecia Angelo, ale mówiło si˛e o nim, ˙ze jest dobrym człowiekiem. Mo˙ze
nie tak dobrym jak Blizna, ale je´sli nie został zast ˛

apiony przez sobowtórniaka,

177

background image

to przynajmniej był człowiekiem, który ich wysłucha. Dwóch gwardzistów wnio-
sło ci˛e˙zk ˛

a skrzyni˛e do pokoju. Abdel i Jaheira, podobnie jak pozostali stra˙znicy,

poszli za przykładem Juliusa i pokłonili si˛e ksi˛eciu.

— To s ˛

a. . . — zapowiedział Julius — . . . oni, milordzie.

Angelo u´smiechn ˛

ał si˛e do niego.

— Piechurze. . .
— Julius, milordzie.
— Julius — doko´nczył Angelo i skin ˛

ał: — Od tej chwili jeste´scie kapralem.

Juliusowi wyra´znie ul˙zyło, ale nie u´smiechn ˛

ał si˛e. — Dzie–dzi˛e–dzi˛ekuj˛e, mi-

lordzie — wymamrotał.

— Abdelu Adrianie — rzekł Angelo — wiele o tobie słyszałem.
Kiedy dwóch stra˙zników, którzy wnie´sli skrzyni˛e, otworzyło j ˛

a, Abdel bacznie

obserwował zachowanie pozostałych go´sci. Były tu dwie kobiety, obie wysokie
i o ciemnej karnacji skóry, zasłoni˛ete szatami od stóp do głów, obwieszone zło-
tem i migocz ˛

acymi klejnotami. Obie przygl ˛

adały si˛e Abdelowi, jakby był rzadkim

gatunkiem godnym gł˛ebszych studiów. Dwaj m˛e˙zczy´zni byli biurokratami lub po-
litykami w ´srednim wieku, jakich pełno w miastach takich jak Wrota Baldura. Ci
z kolei patrzyli na Abdela, jakby był zupełnie obcym gatunkiem.

Trzeci i ostatni m˛e˙zczyzna wyra´znie był jednym z najemników, którzy uczy-

nili Wrota Baldura swoim domem. Miał na sobie proste, funkcjonalne ubranie
bez bi˙zuterii. Miał powa˙zn ˛

a, wyczekuj ˛

ac ˛

a twarz i był dobrze ogolony. Chocia˙z

siedział, Abdel wiedział, ˙ze jest wysoki, niemal tak wysoki jak on sam i solidnie
umi˛e´sniony. Miał mroczne oczy, dziwnie błyszcz ˛

ace w ´swietle dnia wpadaj ˛

acym

przez okna. Ani razu nie spojrzał na nikogo, ani na nic, tylko wpatrywał si˛e w Ab-
dela.

— Powiedziano mi, ˙ze przynie´sli´scie ze sob ˛

a „powód”, dla którego si˛e odda-

li´scie w nasze r˛ece — powiedział Angelo, ton jego głosu zdradzał zaciekawienie.
— Wiem z powa˙znego ´zródła — spojrzał na wysokiego m˛e˙zczyzn˛e — ˙ze oboje
jeste´scie członkami Złodziei Cienia i szpiegami Amnu, aby rozp˛eta´c tu wojn˛e po-
przez sabota˙z i. . .

— Nie jeste´smy ani złodziejami, ani szpiegami — powiedział Abdel — a za-

warto´s´c tej skrzyni udowodni to.

Wysoki m˛e˙zczyzna wstał i powoli zbli˙zył si˛e, nie odrywaj ˛

ac oczu od Abdela.

Najemnik niemal zobaczył, jak jego oczy błysn˛eły ˙zółto, cho´c. . .

— Skrzynia pełna zwojów? — zapytał Angelo.
— Tak, milordzie — odparł Abdel.
Jaheira przełkn˛eła ´slin˛e i dodała: — Milordzie, na tych zwojach znajdziesz

plany kopal´n dobrze ci znanych, jak i nieznanych. Znajdziesz te˙z tam alchemiczn ˛

a

receptur˛e na płyn mszcz ˛

acy rud˛e ˙zelaza. Znajdziesz. . .

— Dowody spisku na skal˛e całego Faerunu — doko´nczył za ni ˛

a ksi ˛

a˙z˛e Angelo

— spisku, który tylko wasza dwójka agentów Amnu rozgryzła, czy tak? Czy mo˙ze

178

background image

si˛e myl˛e?

— Przecie˙z sami si˛e poddali´smy — powiedział Abdel, staraj ˛

ac si˛e zachowa´c

spokój i nie zdradza´c podenerwowania. — Jeste´smy na twojej łasce tak długo, ile
czasu zajmie ci przestudiowanie zawarto´sci tej skrzyni. We Wrotach Baldura jest
człowiek, który pracuje dla organizacji zwanej ˙

Zelaznym Tronem. — Abdel dał

krok naprzód i stan ˛

ał przed Jaheir ˛

a. — To ˙

Zelazny Tron jest odpowiedzialny za

kłopoty z niedoborem ˙zelaza, a nie Amn. Ci ludzie, je´sli to s ˛

a ludzie, posługuj ˛

a si˛e

sobowtórniakami, aby zabija´c najlepszych spo´sród nas, mi˛edzy innymi kapitana
Blizn˛e i wielkiego ksi˛ecia Eltana.

Angelo przygotowany był na kolejny ci˛ety komentarz, ale nie mógł oderwa´c

wzroku od oczu Abdela.

— I ten człowiek jest we Wrotach Baldura? — zapytał.
— Ten człowiek nazywa si˛e Sarevok.
W tym momencie wypadki potoczyły si˛e tak szybko, ˙ze tylko dwie osoby

w tym pokoju mogły za nimi nad ˛

a˙zy´c.

Angelo rzucił ostre spojrzenie przez rami˛e na wysokiego najemnika, którego

oczy teraz wyra´znie błysn˛eły ˙zółci ˛

a. Ksi ˛

a˙z˛e Angelo powiedział: — Sarevok? —

w tym samym momencie, kiedy najemnik wysun ˛

ał r˛ek˛e przed siebie i strzelił

ze´n w ˛

ask ˛

a, białobł˛ekitn ˛

a wi ˛

azk ˛

a energii elektrycznej. Błyskawica zatrzeszczała

w powietrzu, a Abdel uchylił si˛e szybciej, ni˙z sam by przypuszczał, ˙ze jest do tego
zdolny. Błyskawica przeszła tu˙z koło niego. Oczy orientalnych kobiet i otyłych
m˛e˙zczyzn wyszły na wierzch, a jeden z nich rozlał wino.

Za plecami Abdela rozległ si˛e wrzask i głuchy odgłos padaj ˛

acego ciała, w tej

samej chwili Angelo zawołał po raz drugi: — Sarevok?

Abdel si˛egn ˛

ał po miecz, którego oczywi´scie nie było na miejscu. Wielki m˛e˙z-

czyzna wykrzywił palce i zacz ˛

ał co´s mrucze´c, czego Abdel nie rozumiał, ale na-

tychmiast zdał sobie spraw˛e z dwóch rzeczy: ten człowiek to Sarevok i wła´snie
rzuca on czar.

Abdel skoczył do przodu, roztr ˛

acaj ˛

ac r˛ece Sarevoka i chwytaj ˛

ac go za szyj˛e.

Czar został zepsuty, a Sarevok zawył z w´sciekło´sci i złapał Abdela za nadgarstki,
usiłuj ˛

ac uwolni´c si˛e od mia˙zd˙z ˛

acego krta´n chwytu. Na to Abdel uderzył go z byka

czołem mi˛edzy oczy, a siła uderzenia odrzuciła głow˛e jego brata w tył tak, ˙ze
uderzył on potylic ˛

a w ´scian˛e. ˙

Zaden z nich nie pami˛etał, jak Sarevok run ˛

ał na

plecy, z Abdelem na sobie.

Abdel pomy´slał o Jaheirze, nast˛epnie o obietnicy danej Tamoko i rozlu´znił

chwyt na tyle akurat, by Sarevokowi udało si˛e go zepchn ˛

a´c na bok, niemal łami ˛

ac

mu przy tym kark. Kiedy Abdel znalazł si˛e na plecach, zobaczył dwóch stra˙zni-
ków, w tym Juliusa, gasz ˛

acych płomie´n na piersiach Jaheiry.

— Jaheira! — krzykn ˛

ał Abdel i przekr˛ecił si˛e, puszczaj ˛

ac Sarevoka. W tej

chwili my´slał tylko o Jaheirze, która le˙zała na dywanie i płon˛eła. Sarevok wstał
i rzucił si˛e w stron˛e wielkiego okna. Abdel nie zamierzał go goni´c.

179

background image

— Sarevok! — krzykn ˛

ał Angelo.

Abdel rzucił si˛e ´slizgiem po wypolerowanej podłodze ku Jaheirze i w tej sa-

mej chwili rozległ si˛e straszliwy brzd˛ek, kiedy Sarevok wyskoczył przez okno,
rozbijaj ˛

ac szyb˛e na tysi ˛

ac drobnych odłamków. Ksi ˛

a˙z˛e Angelo po´slizn ˛

ał si˛e na

podłodze obok Jaheiry, ale Abdel zd ˛

a˙zył go złapa´c.

— Kapłana! — zawołał Angelo, ale Abdel ju˙z go nie słyszał.
Krzyczał w martwe oczy kobiety, któr ˛

a kochał.

180

background image

Rozdział dwudziesty dziewi ˛

aty

Abdel pchn ˛

ał sobowtórniaka tak mocno, ˙ze r˛eka zagł˛ebiła mu si˛e w ranie ra-

zem z mieczem, który przeszył istot˛e na wylot. Poczuł, ˙ze stwór odmienia si˛e,
podczas gdy jego r˛eka wci ˛

a˙z siedziała mu w brzuchu, ale nawet to doznanie nie

było na tyle szokuj ˛

ace, by odwróci´c uwag˛e Abdela od celu misji. Dzi˛eki własnym,

niemal kompulsywnym zapiskom Sarevoka odnale´zli wej´scie do podziemnego la-
biryntu starych kanałów i katakumb, wykorzystywanego przez sobowtórniaki do
infiltracji niemal ka˙zdego zak ˛

atka Wrót Baldura. Wszystkie tunele prowadziły

w jednym kierunku. Kiedy Abdel uwolnił r˛ek˛e i miecz z ciała martwego sobo-
wtórniaka, rozejrzał si˛e w mroku i w jaki´s sposób poczuł, ˙ze s ˛

a ju˙z blisko, cho´c

nie wiedział blisko czego.

— T˛edy? — zapytał Angelo Abdela rzeczowym tonem. Napór ˙zołnierzy Pło-

miennej Pi˛e´sci dowodzonych przez Angelo, m˛e˙zczyzn walcz ˛

acych teraz w imi˛e

pami˛eci zmarłych Blizny i Eltana, prawie popchn ˛

ał Angelo do przodu.

— Czy t˛edy? Tak, tak my´sl˛e, ale nie jestem pewny — rzekł w ko´ncu Abdel.
— Maerik — zawołał Angelo.
Kr˛epy sier˙zant przecisn ˛

ał si˛e przez zwarty szereg swych towarzyszy i skin ˛

głow ˛

a w oczekiwaniu na polecenie.

— Zabierz ludzi swoich i Ferrana z powrotem do bocznego przej´scia. Tego po

waszej lewej.

— Tak jest, sir — odparł Maerik i ju˙z go nie było.
Ci wszyscy ludzie walczyli teraz o swoje domy.
— Temil — rzekł Angelo do niskiej, szczupłej szatynki w lu´znej, satynowej

sukni. — Ty i twoi ludzie pójdziecie w lewo i spróbujecie zatoczy´c kr ˛

ag. Ja id˛e

z Abdelem i bior˛e ze sob ˛

a ludzi Juliusa.

Temil u´smiechn˛eła si˛e i zakr˛eciła sukni ˛

a, odchodz ˛

ac. Jej ludzie pod ˛

a˙zyli za ni ˛

a

ostro˙znie, wyra´znie nie przywykli do przyjmowania rozkazów od czarodziejki, ale
znali swój obowi ˛

azek.

Abdel nie czekał na Angelo, tylko ruszył szybko przed siebie, st ˛

apaj ˛

ac jed-

nak lekko i cicho na palcach, gotów na wszystko. Angelo pod ˛

a˙zał z tyłu bardziej

ostro˙znie, poza tym spowalniali go jego ludzie. Abdel słyszał, jak ich głosy i kroki
zostaj ˛

a coraz dalej w tyle w miar˛e jak on parł do przodu, ale po prostu nie mógł

181

background image

na nich czeka´c.

Kiedy tu˙z przed nim pojawiła si˛e Tamoko, niemal si˛e nie po´slizn ˛

ał. Zatrzymał

si˛e i rozpoznał j ˛

a, zanim zd ˛

a˙zył zabi´c.

— Tamoko — powiedział — gdzie jest. . .
Wyci ˛

agn˛eła swój dziwny, zakrzywiony miecz szybciej ni˙z ktokolwiek inny

znany Abdelowi. Jej oczy błyszczały, ale Abdel nie potrafił okre´sli´c, co ona teraz
czuje. Była ranna. Jej czarne jedwabne ubranie nasi ˛

akło ciemniejszymi plamami.

Abdel wiedział, tak po zapachu jak i po innych oznakach, ˙ze krwawi i to krwawi
mocno. Stru˙zka krwi spłyn˛eła jej po policzku, wypływaj ˛

ac spod czarnego kaptura.

Oddychała ci˛e˙zko i z całej siły starała si˛e trzyma´c prosto, w miar˛e jak podchodziła
do niego, jeden pełen bólu krok za drugim.

— Tamoko. . . — powiedział, a ona potrz ˛

asn˛eła głow ˛

a.

Abdel zobaczył, ˙ze po policzku spłyn˛eła jej łza.
— Okazałam si˛e. . . orokashii — powiedziała. — Okazałam si˛e nielojalna. . .

Byłam nielojalna.

Abdel uniósł miecz, gotów do obrony, nie do zabicia.
— On zabił Jaheir˛e — powiedział jej, cho´c nie był pewien dlaczego.
— Wiem — wyszeptała Tamoko. — Oczywi´scie, ˙ze to zrobił.
— On potrzebuje ciebie — powiedział Abdel — cho´c wcale na ciebie nie

zasługuje.

— To ja na niego nie zasługuj˛e — powiedziała i zaatakowała.
Abdel zdziwił si˛e, ˙ze udało mu si˛e zablokowa´c jej zygzakowy atak. Był bardzo

szybki — dla ka˙zdego szermierza za wyj ˛

atkiem jej. Na koniec ataku potkn˛eła

si˛e, trac ˛

ac równowag˛e, co musiało jej si˛e zdarzy´c po raz pierwszy od lat, a mo˙ze

w ogóle.

— Nie chc˛e ci˛e zabi´c — powiedział jej.
— Ale ja musz˛e ci˛e zabi´c — odpowiedziała i zaatakowała znowu, tym razem

drasn ˛

awszy jego bok. Abdel zaryczał bardziej z frustracji ni˙z bólu. Odskoczyła

w tył szybko i tym razem jej kolana ugi˛eły si˛e ostatecznie. Uderzyła podbródkiem
o kamienie posadzki, a˙z zadzwoniły jej z˛eby. Wyci ˛

agn˛eła r˛ek˛e, aby powstrzyma´c

upadek, ale dobr ˛

a sekund˛e po tym, jak ju˙z le˙zała na ziemi.

— To on ci to zrobił? — zapytał j ˛

a Abdel, kiedy tak le˙zała przed nim, próbuj ˛

ac

si˛e ruszy´c, a potem próbuj ˛

ac ju˙z tylko oddycha´c. — Czy˙z nie? Za to, ˙ze nam

pomogła´s?

Za plecami Abdela pojawił si˛e wreszcie Angelo.
— Co jest. . . ? — zd ˛

a˙zył powiedzie´c, zanim Abdel powstrzymał go r˛ek ˛

a.

— Tamoko? — zapytał Abdel umieraj ˛

ac ˛

a kobiet˛e.

Z podłogi doszedł go jej szept — Zwalniam ci˛e. . . z twojej przysi˛egi. Ja nie

mog˛e. . . On musi. . . shiizumaru. . . on musi umrze´c.

— Tamoko — powiedział jeszcze raz Abdel.
Tym razem nie odpowiedziała. Umarła.

182

background image

*

*

*

Wcale nie było konieczne dla dopełnienia rytuału, aby pozostałych szesnastu

kapłanów w wewn˛etrznym sanktuarium Wielkiej Komnaty Cudów ´spiewało. Ow-
szem, pomagało to w koncentracji Najwy˙zszemu Wynalazcy Thalamondowi Al-
baierowi oraz było szans ˛

a dla młodszych kapłanów na zobaczenie najwi˛ekszego

cudu Gonda.

Fakt, i˙z w ˙zyłach wyci ˛

agni˛etej na marmurowym ołtarzu martwej kobiety pły-

nie elfia krew wcale nie pomagał, ale Najwy˙zszy Wynalazca został poproszony
o odprawienie tej ceremonii na ˙z ˛

adanie nowego dowódcy Płomiennej Pi˛e´sci, wi˛ec

czynił wszystko, co było w jego nadnaturalnej mocy, aby pokaza´c, ˙ze to zrobił.

´Swiece, które paliły si˛e w sali, były po´swi˛econe przez Gonda, powietrze wypeł-

niała wo´n kadzideł z ziół rosn ˛

acych w cieplarni samej Komnaty Cudów, a wyna-

lazcy i akolici tu zebrani ´spiewali, nie mog ˛

ac uwierzy´c, ˙ze widz ˛

a ów rytuał od-

prawiany po raz trzeci w ci ˛

agu ostatniego tygodnia. Jednak w pierwszych dwóch

wypadkach, mimo pobo˙znych ˙zycze´n Najwy˙zszego Wynalazcy i jego ´swieckich
przyjaciół, wola Gonda była inna.

Tym razem mo˙ze to wła´snie zachwianie w wierze Najwy˙zszego Wynalazcy

zrobiło ró˙znic˛e. Gond chyba uznał, ˙ze potrzebny jest pokaz mocy.

Napi˛ecie kulminacyjnego momentu przełamał ´swist wci ˛

aganego gł˛ebokiego

oddechu i zaraz po nim straszliwego j˛eku, od którego wszystkim w kaplicy włosy
stan˛eły d˛eba.

— Abdel!!! — wrzasn˛eła Jaheira, kiedy tylko po raz wtóry narodziła si˛e na

Torilu.

*

*

*

Abdel nie miał poj˛ecia, jak daleko ju˙z zaszedł pod ziemi ˛

a. Szedł dalej kory-

tarzem, pozostawiaj ˛

ac za sob ˛

a ciało Tamoko oraz Angelo i jego coraz bardziej

nerwowych ludzi z Płomiennej Pi˛e´sci. To byli dobrzy ludzie, ale sytuacja była
fatalna. Abdel mógł tylko ufa´c w zdolno´sci przywódcze Angelo. Wielu ludzi —
wszyscy balduranie b˛ed ˛

a musieli mu ufa´c.

Korytarz zako´nczył si˛e małym pomieszczeniem o niskim stropie i z jednym

wyj´sciem. Szeroki łuk otwierał si˛e na wi˛eksze pomieszczenie, roz´swietlane po-
mara´nczowym blaskiem pochodni.

Abdel wci ˛

agn ˛

ał gł˛eboki dech. Za tym łukiem, wiedział o tym, powinien spo-

tka´c brata, człowieka, którego widział wcze´sniej tylko raz i tylko przez tak krótki
czas, jaki zaj˛eło mu zabicie jego ukochanej kobiety. Abdel nie chciał wi˛ecej zabi-
jania i nawet naiwnie wierzył, ˙ze Tamoko b˛edzie zdolna przekona´c Sarevoka, ˙ze

183

background image

w jego ˙zyłach płynie tak˙ze ludzka krew, ale teraz przybył tu w jednym celu i tylko
jednym.

Przeszedł pod łukiem z mieczem w dłoni i jego ciało przeszył zimny dreszcz

na widok komnaty.

Przestrze´n była olbrzymia i cho´c Abdel nie był ani górnikiem, ani in˙zynierem,

nie mógł sobie wyobrazi´c, co podtrzymuje strop i co broni tym dwustu stopom
albo i wi˛ecej piachu, ziemi i kamieni powy˙zej zawali´c si˛e w dół. Rz˛edy kamien-
nych filarów ci ˛

agn ˛

ace si˛e wzdłu˙z obu ´scian prostok ˛

atnej sali wygl ˛

adały bardziej

na ozdobne ni˙z praktyczne. W kamieniu filarów i na ´scianach wyrze´zbione były
niewiarygodnie koszmarne sceny. Wrzeszcz ˛

ace twarze m˛e˙zczyzn, kobiet, dzieci

i bestii spogl ˛

adaj ˛

ace na Abdela, ich twarze zamro˙zone w chwili ostatecznej agonii

— w momencie traumatycznej ´smierci. Tylko artysta, który odwiedził najgł˛ebsze
Otchłanie piekła mógł wyrze´zbi´c takie twarze.

W odległym ko´ncu sali znajdowało si˛e stopniowane podwy˙zszenie, o boku

mierz ˛

acym kilka metrów, wynosz ˛

ace si˛e blisko na dwadzie´scia stóp ponad bruko-

wan ˛

a kamieniami podłog˛e. Na samej górze platformy znajdował si˛e ołtarz ofiarny,

równie˙z pokryty płaskorze´zbami przedstawiaj ˛

acymi twarze torturowanych. Cał ˛

a

sal˛e o´swietlały niespokojnym blaskiem pochodnie umocowane w uchwytach na-

´sciennych w kształcie wykutych w ˙zelazie gargulców. ´Swiece rozlewały krwawo

czerwony wosk na kamie´n platformy, osadzone w złotych kandelabrach wykutych
w postaci umieraj ˛

acych kobiet.

Sarevok czekał na niego. Stał tu˙z za potwornym ołtarzem, a za nim półkole po-

staci w czarnych szatach z wyci ˛

agni˛etymi dziwnie r˛ekami w ge´scie wskazuj ˛

acym

na jak ˛

a´s modlitw˛e.

Zbroja Sarevoka oddawała ka˙zdy niuans zła ojca. Płyty wykonane z cze-

go´s, co musiało by´c ˙zelazem — ˙zelazem czarnym jak północ — pokrywały
ka˙zdy cal ciała wielkiego m˛e˙zczyzny. Ostrza, których ostre jak brzytwa kraw˛e-
dzie błyszczały w ta´ncz ˛

acym ´swietle wyrastały z naramienników niczym minia-

turowe skrzydła, odbijaj ˛

ac si˛e na jego przedramiennikach niczym pazury jakiego´s

mechanicznego drapie˙zcy.

Na ´srodku napier´snika zbroi Sarevoka znajdował si˛e symbol, który Abdel wi-

dział ju˙z na okładce przekl˛etej ksi˛egi — czaszka otoczona pier´scieniem kropli
krwi. Sarevok wygl ˛

adał niczym jaki´s wielki, czarny, ˙zelazny ˙zuk.

Tym razem Abdel nie mógł uzna´c dziwnego błysku w oczach swego brata za

gr˛e ´swiateł. Jego oczy błyszczały ˙zółci ˛

a zza maski ostrych kłów ze stali. Rogi,

wyrwane chyba z czaszki demona, wyrastały krzywo po obu stronach solidnego
hełmu.

— Abdel Adrian — powiedział Sarevok, a jego głos niósł si˛e echem po sali.
Abdel oczekiwał, ˙ze powie co´s wi˛ecej, ale Sarevok tylko si˛e roze´smiał.

D´zwi˛ek sprawił, ˙ze zakapturzone czarne postacie zbiegły z podestu i ruszyły na

˙zołnierzy, którzy wbiegli do sali tu˙z za Abdelem.

184

background image

— Do broni! — krzykn ˛

ał Angelo i dziki, nieartykułowany okrzyk bitewny

wyrwał si˛e z piersi najemników.

Ubrani na czarno wyznawcy ´spiewali i mruczeli. Fale ciemno´sci, bł˛ekitno

l´sni ˛

ace pociski i wybuchy płomieni rozproszyły pierwszy szereg Płomiennej Pi˛e-

´sci.

Ludzie szybko si˛e przegrupowali i kilku złych kapłanów padło od zwykłej

stali. Nast˛epnie rozp˛etała si˛e prawdziwa rze´z. Abdel zadr˙zał. Pozwolił sobie prze-

˙zy´c to uczucie jeszcze tylko ten raz. Sarevok wci ˛

a˙z stał przy ołtarzu, ˙zaden kapłan

nie zbli˙zył si˛e te˙z do Abdela. Bracia spojrzeli sobie w oczy i Abdel podniósł swój
miecz w ge´scie salutu, cho´c wcale nie my´slał, ˙ze jego brat na´n zasłu˙zył. Ofiarował
ten salut pami˛eci ludzi, których znał, a których Sarevok zabił: swemu prawdzi-
wemu ojcu — Gorionowi, swej jedynej miło´sci — Jaheirze i swym przyjaciołom
— Khalidowi, Xanowi i Bli´znie.

Sarevok wyszczerzył z˛eby w u´smiechu wilka i wówczas ruszyli na siebie.
Abdel zbli˙zał si˛e szybko i w połowie drogi musiał chlasn ˛

a´c zakapturzon ˛

a po-

sta´c, która potkn˛eła si˛e przed nim. Sarevok schodził po dwa stopnie w dół podestu,
wolno podnosz ˛

ac do góry swój wielki, czarny, dwur˛eczny miecz. Abdel przesko-

czył ponad martwym mnichem, a Sarevok uniósł miecz nad głow˛e.

Szcz˛ek, jaki si˛e rozległ, kiedy ich miecze starły si˛e ze sob ˛

a sprawił, ˙ze Abde-

lowi zadzwoniło w uszach. W oczach Sarevoka pojawił si˛e przelotny błysk, który
mógł wyra˙za´c respekt wobec tego, ˙ze miecz jego brata przyj ˛

ał i wytrzymał cał ˛

a

sił˛e jego uderzenia. D´zwi˛ek uderze´n stali o stal wypełniał echem cał ˛

a sal˛e. M˛e˙z-

czy´zni wrzeszczeli, kobiety krzyczały, tuziny umierały. Rozległ si˛e głuchy łomot,
błysn˛eło czerwono–pomara´nczowe ´swiatło i przez sal˛e przeszła fala gor ˛

aca. Tu˙z

obok Abdela i Sarevoka wybuchła kula ognia. ˙

Zaden z synów Bhaala nie dał si˛e

ni ˛

a rozproszy´c.

Sarevok ci ˛

ał mocno od góry na lewo i Abdel z ledwo´sci ˛

a zd ˛

a˙zył si˛e zasłoni´c

pałaszem, w przeciwnym razie zostałby rozci˛ety na pół. Abdel odbił miecz swego
brata, nabieraj ˛

ac dziwnego przeczucia, ˙ze Sarevok wła´snie tego chciał. Jednak

zbli˙zył si˛e do brata i przykucn ˛

ał, jego zm˛eczone kolana strzykn˛eły w prote´scie.

Sarevok pu´scił jedn ˛

a r˛ek ˛

a miecz i machn ˛

ał wyposa˙zonym w ostrza przedramie-

niem w głow˛e Abdela.

Było zbyt blisko i Abdel musiał si˛e przeturla´c, aby unikn ˛

a´c ciosu. Sarevok

spróbował go nadepn ˛

a´c, kiedy ci ˛

agle le˙zał, ale Abdel uderzył w chronion ˛

a pan-

cerzem nog˛e, kiedy ta szła w dół. Jego pałasz odbił si˛e od czarnego ˙zelaza zbroi,
sypi ˛

ac deszczem iskier i wydaj ˛

ac zgrzyt, od którego ´scierpły mu dzi ˛

asła. Ude-

rzył nog˛e brata wystarczaj ˛

aco mocno, wi˛ec domy´slił si˛e, i˙z jego zbroja musi by´c

zaczarowana. Ju˙z kiedy´s takim samym atakiem odr ˛

abał nog˛e opancerzonemu wo-

jownikowi.

Abdel le˙zał na ziemi podatny na ciosy, lecz Sarevok cofn ˛

ał si˛e trzy kroki w tył

i uniósł miecz przed siebie w pozycji zasłony.

185

background image

Nie mo˙ze si˛e schyla´c — pomy´slał Abdel. Ta jego zbroja mo˙ze by´c jednak jego

słabo´sci ˛

a.

Abdel zerwał si˛e na nogi, splun ˛

ał i znów ruszył na brata. Abdel zamierzał

zaszar˙zowa´c i ´sci ˛

agn ˛

a´c zasłon˛e Sarevoka w gór˛e, nast˛epnie w´slizn ˛

a´c mu si˛e pod

nogi i zaatakowa´c od dołu, gdzie był podatny na ciosy. Ale w rumorze bitwy nie
usłyszał, jak jego brat szybko mruczy inkantacj˛e. Sarevok pu´scił nagle miecz,
który zawisł przed nim w powietrzu, jakby wisz ˛

ac na niewidzialnej linie. Jego

palce wykonywały w powietrzu skomplikowane gesty.

Abdel instynktownie rzucił si˛e na ziemi˛e i zasłonił twarz ramieniem. ´Sciskaj ˛

ac

mocno miecz przy sobie przeturlał si˛e po podłodze i skulił, kiedy przestrze´n po-
mi˛edzy nimi wybuchła jaskraw ˛

a t˛ecz ˛

a wielokolorowego ´swiatła. Magiczna ener-

gia płyn˛eła z palców Sarevoka, formuj ˛

ac si˛e przed nim w trójk ˛

atny, prawie trójwy-

miarowy wzorzec, który przeleciał tu˙z nad głow ˛

a Abdela. Rozległy si˛e wrzaski,

odgłosy skwierczenia i fala smrodu pal ˛

acego si˛e ciała, co musiało by´c rezulta-

tem czaru Sarevoka. Mnisi i Płomienne Pi˛e´sci umierały razem. Ból przeszył plecy
Abdela, nast˛epnie sparzył jego bok, ale wstał i pobiegł, bior ˛

ac szeroki zamach

na lewy bok brata. Kolczuga skwierczała, lecz Abdel wiedział, ˙ze zginie, je´sli
nie zmusi si˛e do zignorowania tego d´zwi˛eku, bólu i rany, bez wzgl˛edu na to jak
powa˙znej.

Abdel nie znał ˙zadnych czarów i nie miał ˙zadnych asów w r˛ekawie. Je´sli miał

zabi´c Sarevoka — a teraz był zmuszony to zrobi´c — musiałby go zabi´c r˛ecznie.
Kiedy powtórnie zbli˙zył si˛e do Sarevoka, odniósł wra˙zenie, ˙ze jego brat zdziwił
si˛e, i˙z prze˙zył jego pal ˛

acy czar. Abdel wykorzystał przewag˛e, jak ˛

a dawało mu

półsekundowe wahanie brata i ci ˛

ał mocno w jego szyj˛e, maj ˛

ac nadziej˛e zako´nczy´c

walk˛e szybko i definitywnie.

Dłonie Sarevoka zacisn˛eły si˛e na r˛ekoje´sci jego miecza i obrócił si˛e wprost

na atak. Abdel zachłysn ˛

ał si˛e z zaskoczenia i bólu, kiedy to ich r˛ece, a nie ostrza

spotkały si˛e w powietrzu. Siła uderzenia wbiła jeden z półcalowych kolców wy-
staj ˛

acych z r˛ekawicy Sarevoka w wierzch lewej r˛eki Abdela, rozrywaj ˛

ac skór˛e

i ko´s´c.

Oba ich miecze poszybowały w gór˛e, w g˛este od bitwy powietrze sali. Sarevok

zakl ˛

ał i cofn ˛

ał si˛e kilka kroków, rzucaj ˛

ac spojrzenie na swój opadaj ˛

acy miecz.

Wyci ˛

agn ˛

ał r˛ek˛e, aby go złapa´c. Abdel, który zamierzał zrobi´c to samo, rzucił si˛e

na brata cał ˛

a mas ˛

a swego ciała.

Usłyszał, jak od zderzenia Sarevok traci dech i obaj zwalili si˛e na podłog˛e.

Sarevok przekr˛ecił Abdela wokół siebie jednym płynnym ruchem, który wyrzucił
wielkiego najemnika w powietrze. Miecz Sarevoka uderzył o bruk posadzki kilka
kroków dalej i upadł u stóp piechura Płomiennej Pi˛e´sci, obserwuj ˛

acego walk˛e

dwóch braci z oczami rozszerzonymi ze strachu.

R˛eka Abdela znalazła r˛ekoje´s´c pałasza, kiedy usłyszał, jak brzd˛ekn ˛

ał o ka-

mienie tu˙z obok. Wyl ˛

adował na kolanach i podniósł miecz akurat na czas, by

186

background image

zablokowa´c silne uderzenie pi˛e´sci ˛

a od ci ˛

agle turlaj ˛

acego si˛e Sarevoka.

Abdel wstał dysz ˛

ac, trzymaj ˛

ac miecz przed sob ˛

a, gotów na wszystko. Odsun ˛

si˛e dwa kroki od brata, który zrobił to samo.

Sarevok spojrzał w bok i rzucił si˛e do piechura, który patrzył na szar˙z˛e ska-

mieniały z przera˙zenia. Abdel krzykn ˛

ał, aby uciekał, ale m˛e˙zczyzna nadal stał.

Sarevok zagarn ˛

ał miecz z ziemi i jednym ruchem wypruł ˙zołnierzowi flaki, po

czym ju˙z p˛edził ku Abdelowi, nim martwe ciało ˙zołnierza upadło na ziemi˛e.

Abdel rozpoznał w sposobie walki Sarevoka wiele swoich instynktów. My´sl,

˙ze obaj odziedziczyli po swym piekielnym ojcu wspólne cechy obezwładniła go

na moment i Sarevokowi udało si˛e odci ˛

a´c mu czubek prawego ucha. Ból był jak

kubeł parz ˛

acej wody wylany na twarz Abdela i równie skuteczny jak kubeł zim-

nej wody dla otrze´zwienia. Odpowiedział Sarevokowi gradem ciosów — z boku,
z tyłu, z góry, z dołu, z boku i z powrotem — a Sarevok pod ich naporem cofn ˛

si˛e krok w tył.

Wszystko dalej potoczyło si˛e tak, ˙ze Abdelowi wydawało si˛e reszt ˛

a jego ˙zy-

cia. Nie czuł zm˛eczenia, był ponad wyczerpaniem — walczył o ˙zycie i nie mógł
pozwoli´c sobie na najl˙zejsze zawahanie. Teraz było to dla niego tak obce, jak
byłaby my´sl o pozostawieniu Sarevoka przy ˙zyciu. Abdel znów natarł i Sarevok
cofał si˛e w desperacji, cho´c Abdel ani razu go nie zranił. Za to Sarevokowi udało
si˛e go trafi´c, ale tylko płytko, gdy˙z siła ciosu wytraciła si˛e na schlapanej krwi ˛

a

kolczudze.

D´zwi˛eki bitwy wokół nich zacz˛eły cichn ˛

a´c, ale ˙zaden z nich nie zwracał na

to uwagi. Nagle błysn˛eło sk ˛

ad´s bł˛ekitno–białe ´swiatło, rozległ si˛e niezno´sny huk

gromu, rozniósł si˛e smród ozonu i chór wrzasków. Abdel musiał szybko uskoczy´c,
by unikn ˛

a´c nadepni˛ecia na odci˛et ˛

a głow˛e, która potoczyła si˛e mi˛edzy nich.

— Zabij mnie! — krzykn ˛

ał Sarevok. — Zabij mnie, je´sli potrafisz, bracie!

Jeszcze jedna ´smier´c dla chwały naszego ojca, który powstanie powtórnie na krew
zamordowanych!

— Nie! — krzykn ˛

ał kto´s za plecami Abdela.

To był Angelo. Abdel zobaczył człowieka w kaftanie z herbem Płomiennej

Pi˛e´sci, który na nich ruszył, po czym zawahał si˛e, patrz ˛

ac na Angelo. Ksi ˛

a˙z˛e wie-

dział. Rozumiał, ˙ze to była sprawa mi˛edzy bra´cmi.

Abdel ju˙z wiedział, ˙ze ˙

Zelazny Tron został pokonany, wojna unikni˛eta, a bi-

twa, która nigdy nie wygl ˛

adała jak bitwa, wygrana. To dało mu sił˛e, której potrze-

bował — akurat t˛e jej odrobin˛e — i jego nast˛epny cios okazał si˛e zbyt mocny nie
tyle dla Sarevoka, co dla jego miecza.

Dwur˛eczny miecz Sarevoka rozprysn ˛

ał si˛e na odłamki błyszcz ˛

acej czarno

stali. Abdel nie tracił czasu, natychmiast podniósł wysoko nog˛e i naparł stop ˛

a na

pier´s brata, mia˙zd˙z ˛

ac go jak robaka. Sarevok grzmotn ˛

ał o podłog˛e, a jego zbroja

zachrz˛e´sciła w prote´scie. Kiedy Abdel siadł na piersi brata, obrócił miecz w dłoni
ostrzem do dołu i naparł z całej siły. Koniec ostrza przebił pancerz na piersi Sa-

187

background image

revoka. Abdel przekr˛ecił ostrze tak, by skierowało si˛e ko´ncem na szyj˛e brata i ju˙z
miał pchn ˛

a´c, kiedy nagle zawahał si˛e, spocony, zdyszany, skrwawiony. Cały gniew

i wszystkie emocje, ˙zal i w ˛

atpliwo´sci opu´sciły go.

— Mo˙zesz nie akceptowa´c daru naszego ojca, bracie, ale s ˛

a inni — tacy jak ja

— którzy b˛ed ˛

a.

— Wi˛ec ich te˙z znajd˛e, bracie — odparł Abdel, przyrzekaj ˛

ac to w imi˛e pa-

mi˛eci Jaheiry.

— I zamordujesz ich? — zapytał Sarevok. ˙

Zółty blask jego oczu przygasał,

jakby w oczekiwaniu ´smierci. — Tak jak mnie teraz? Wystarczaj ˛

aco wiele ´smierci

i Bhaal odrodzi si˛e. Mnie nie udało si˛e sprowadzi´c go moj ˛

a wojn ˛

a, ale mo˙ze tobie

si˛e uda twoj ˛

a. Krew naszego ojca naprawd˛e płynie w twoich ˙zyłach.

— Tak — powiedział mi˛ekko Abdel — Jeszcze ten jeden raz.
Naparł całym ciałem na ostrze i pchał tak długo, dopóki Sarevok nie umarł.

188


Document Outline