background image

Zdążyć przed Panem Bogiem – streszczenie - str 1

Zdążyć przed Panem Bogiem – streszczenie

Tego dnia Marek miał na sobie czerwony sweter z angory, „po bardzo bogatym Żydzie”. Na skrzyżowanych 
na piersi pasach wisiały dwa rewolwery. Był chłodny dzień, 19 kwietnia. Obudzony strzałami, dobiegającymi 
z daleka, ubrał się dopiero o dwunastej. Był z nimi chłopak, Zygmunt, który przyniósł broń i poprosił go, aby 
zaopiekował się po wojnie jego córką, która ukrywała się w klasztorze w Zamościu. Wyszli, aby rozejrzeć się 
po okolicy i na podwórku dostrzegli kilku Niemców. Wtedy jeszcze nie mieli wprawy w zabijaniu, więc ruszyli 
dalej.   Po   trzech   godzinach   strzały   umilkły.   Ich   terenem   było   tak   zwane   getto   fabryki   szczotek   – 
Franciszkańska, Świętojańska i Bonifraterska.

Następnego dnia wysadzono bramę i wybuch zabił kilkudziesięciu Niemców. Po wybuchu Niemcy zaczęli 
szturmować   getto,   którego   broniło   czterdzieści   osób.   Wieczorem   trzech   Niemców   z   białą   flagą   zaczęło 
przekonywać ich do podania się, obiecując, że zostaną wysłani do specjalnego obozu. Broniący zaczęli 
strzelać, co później zanotowano w raportach Stroopa. Nikogo nie zabili, ale w tamtej chwili nie było to ważne 
– najważniejszą kwestią było samo strzelanie, uważane za bohaterstwo.  Dziewiętnastego kwietnia  miała 
odbyć się likwidacja getta. Informacja o tym dotarła do nich dzień wcześniej. Osiemnastego kwietnia sztab, 
złożony z pięciu osób, zebrał się u Anielewicza.

Przydzielili zadania – Anielewicz miał zająć się gettem centralnym, Geller i Edelman – szopami Toebbensa i 
fabryką szczotek. Anielewicz był ich komendantem. Nigdy nie widział, jak ładuje się ludzi na Umschlagplatzu 
do wagonów. W dniu akcji nie spotkali się. Nazajutrz Marek zobaczył Anielewicza, który był już zupełnie 
innym człowiekiem – siedział i powtarzał,  że wszyscy zginą. Zawsze twierdził, że idą na śmierć w imię 
honoru i historii. Miał dziewczynę, Mirę, z którą zjawił się 7 maja na Franciszkańskiej. Ciągle miał nadzieję, 
że zwyciężą, że nadejdą jakieś posiłki. Następnego dnia, na Miłej, zastrzelił najpierw ukochaną, a później 
popełnił samobójstwo. Tego dnia 80 osób popełniło samobójstwo. 

Marek  dowodził czterdziestoma żołnierzami, lecz żaden z nich nie pomyślał, by popełnić samobójstwo. 
Przez dwadzieścia dni wydawał rozkazy i nauczył się wielu rzeczy. Potrafił uderzyć w twarz, kiedy ktoś 
zaczynał histeryzować. Potrafił spać, gdy Niemcy wiercili w murach dziury, by wysadzić getto. Stracił pięciu 
ludzi w walce i nie czuł wyrzutów sumienia. Przedzierali się w południe, kiedy Niemcy szli na obiad. Wtedy 
nie  denerwował się,  ponieważ  nic  większego   niż  śmierć  nie  mogło  ich  spotkać.   Za   murem,  sięgającym 
pierwszego piętra, widzieli stronę aryjską. Widzieli ludzi, kręcącą się karuzelę. Słyszeli też muzykę, bojąc się, 
że zagłuszy ona ich krzyki i odgłosy walki, a wówczas nikt niczego nie zauważy.

W tamtych czasach Marek był  gońcem w szpitalu. Stawał przy bramie, prowadzącej na Umschlagplatz i 
wyprowadzał  chorych. Zawsze  stał  z tej samej strony,  bojąc się,  że  zostanie  zabrany  razem z tłumem. 
Wybierano   tych,   których   należało   ratować,   a   on   wyprowadzał   ich   jako   chorych.   Potrafił   być   wtedy 
bezwzględny. Jedna kobieta błagała go, by wyprowadził jej czternastoletnią córkę, a on mógł wziąć tylko 
jedną   osobę.   Wybrał   Zosię,   która   była   najlepszą   łączniczką.   Pewnego   dnia   mijali   go   ludzie,   którzy   nie 
posiadali numerków życia. Niemcy obiecywali, że każdy, komu dadzą taki numerek, przetrwa. Mieszkańcy 
getta   mieli   wówczas   jeden   cel   –   zdobycie   numerka.   Potem   ogłoszono,   że   prawo   do   życia   mieli   mieć 
pracownicy fabryk, w których były potrzebne maszyny do szycia. Ludzie kupowali więc maszyny, sądząc, że 
to ich ocali, lecz zabierano również i ich.

Wreszcie Niemcy ogłosili, że każdy, kto zgłosi się do  pracy, otrzyma trzy kilogramy chleba i marmoladę. 
Rozdawali rumiane bochenki, a ludzie odbierali chleb i posłusznie wchodzili do wagonów. Zgłosiło się tyle 
osób, że każdego dnia odjeżdżały dwa transporty do Treblinki. Powstańcy wiedzieli o tym, co się działo. W 
1942 roku posłali Zygmunta, by zorientował się, co działo się z transportami. W Sokołowie dowiedział się, że 
codziennie bocznicą do obozu jedzie pociąg towarowy z ludźmi i wraca pusty. Po jego powrocie do getta 
opisali wszystko w gazetce, lecz nikt nie uwierzył. Nie wierzono, że Niemcy mogliby posyłać ludzi na śmierć i 
marnować tyle chleba.

Akcja wywożenia ludzi trwała przez sześć tygodni – od 22 lipca do 8 września 1942 roku. Przez ten czas 
Marek stał w bramie. Odprowadził na plac czterysta tysięcy ludzi. Ósmego września Niemcy zlikwidowali 
szpital, mieszczący się w budynku szkoły zawodowej. Zanim weszli na górne piętro, gdzie leżały dzieci, 
lekarka zdążyła podać małym pacjentom truciznę. Uratowała je przed komorą gazową i ludzie uważali ją za 
bohaterkę. Wtedy należało umierać publicznie, na oczach świata. Różne mieli pomysły na śmierć. Dawid 
radził, aby wszyscy rzucili się na mury, przedostali się na stronę aryjską, usiedli na wałach Cytadeli i tam 
czekali, aż zostaną rozstrzelani. Estera chciała, by podpalili getto, żeby wszyscy w nim spłonęli. Większość 
jednak   chciała   powstania,   ponieważ   umieranie   z   bronią   jest   piękniejsze   niż   śmierć   bez   broni.
W   ŻOB-ie   zostało   tylko   220   osób   i   wszyscy   zgodnie   stwierdzili,   że   należy   wszcząć   powstanie.   Mieli 
świadomość, że nie wygrają, lecz nie chcieli biernie czekać na moment, kiedy Niemcy po nich przyjdą. 
Chodziło głównie o wybór sposobu umierania.

background image

Zdążyć przed Panem Bogiem – streszczenie - str 2

Wywiad, w którym Marek opowiadał o wydarzeniach z powstania w getcie, został przetłumaczony na języki 
obce i wywołał oburzenie. Pan S., literat ze Stanów Zjednoczonych, napisał trzy artykuły, broniące wyznania 
„ostatniego dowódcy getta warszawskiego”. Ludzie pisali do gazet, a największy protest wywołała opowieść 
o rybach, których skrzela malował na czerwono Anielewicz. Pewien Niemiec napisał do Marka list, w którym 
wyznał, że w czasie wojny przebywał w warszawskim getcie jako żołnierz Wehrmachtu i widział na ulicach 
ciała ludzi, okryte papierami. Uważał siebie za ofiarę wojny i prosił o kilka słów w odpowiedzi.

Marek odpisał,  że   rozumie  uczucia  młodego  niemieckiego  żołnierza,  który  po  raz pierwszy widział  ciała 
przykryte  papierem.  Historia  z  literatem  S.  przypomniała  mu  podróż  do  USA,  którą   odbył  w  1963  roku. 
Spotkał się tam z przywódcami związków zawodowych, które podczas wojny dawały pieniądze dla getta. 
Rozpoczęła się dyskusja o ludzkiej pamięci, o tym, w jaki sposób uczcić pamięć tych, którzy zginęli w czasie 
wojny.   Widział   łzy   w   oczach   ludzi,   pamiętał,   że   dawali   pieniądze   na   broń   i   chodzili   do   Roosevelta,   by 
dowiedzieć się prawdy o tym, co działo się w getcie. Marek przypuszczał, że działo się to po jednym z 
pierwszych   raportów   „Wacława”,   którego   Tosia   Goliborska   wykupiła   z   gestapo   za   dywan   perski. 
Zmikrofilmowany raport został przewieziony do Londynu pod plombą w zębie kuriera, a następnie trafił do 
USA. Nikt nie mógł uwierzyć, że tysiące ludzi przerabiano na mydło i wywożono do obozów.

Przekłady na obce języki sprawiały, że opowieści o powstaniu w getcie nie można było traktować poważnie. 
Słowa w obcych językach, łagodziły całą historię. Ludzie nie rozumieli, że tłumaczenia odbierały powagę 
wypowiadanym słowom i nie chcieli, aby takie rzeczy mówiono o Anielewiczu. Dlatego należało staranniej 
dobierać słowa, by nie zranić ludzi. Pewnego dnia zadzwonił pan S. z wiadomością, że jest w Warszawie i 
widział się z Antkiem i Celiną. Chciał również spotkać się z Markiem. Marek uznał, że to poważna sprawa, 
ponieważ   nie   mógł   lekceważyć   opinii  Antka,   zastępcy  Anielewicza   i   przedstawiciela   ŻOB-u   po   stronie 
aryjskiej.

Edelman denerwował się przed spotkaniem, lecz okazało się, że niepotrzebnie. Antek, który do tej pory 
milczał,   zapewnił  pana  S.  o   przyjaźni,   łączącej  go   z  Markiem   i  aprobacie   wywiadu.  Miał  jednak  pewne 
zastrzeżenia – mówił, że w powstaniu walczyło znacznie więcej ludzi, pięciuset bądź sześciuset. Marek 
zaprzeczył, wyjaśniając, że było ich dwustu dwudziestu. Wtedy pan S. odparł, że Antkowi bardzo zależy na 
tym, by powstańców było więcej i zapytał, czy można to zmienić w wywiadzie. Była jeszcze sprawa ryb, 
należało sprostować, że to nie Antek, a jego matka malowała skrzela na czerwono. Marek odpowiedział, że 
teraz przecież nie ma to już znaczenia. Dla pana S. było to jednak ważne.

W trzy dni po opuszczeniu getta, Celemeński zaprowadził Marka do przedstawicieli partii politycznych, którzy 
wysłuchali sprawozdania z powstania. Edelman był jedynym żyjącym członkiem sztabu powstańczego i 
zastępcą Komendanta
. W raporcie wyraził przekonanie, że przez 20 dni walki mogli zabić więcej Niemców i 
ocalić   więcej  Żydów,   lecz  nie   byli   odpowiednio   wyszkoleni.   Przedstawiciele   partii   popatrzyli   na   niego   w 
milczeniu,   jeden   z   nich   stwierdził,   że   należy   okazać   wyrozumiałość,   ponieważ   Marek   jest   strzępem 
człowieka.   Okazało   się,   że   nie   mówił   o   powstaniu   tak,   jak  tego   oczekiwano   –   z  nienawiścią,   patosem, 
krzycząc.

Jako jedyny, który przeżył, nie nadawał się na bohatera, ponieważ nie krzyczał. Po tej rozmowie zamilkł na 
trzydzieści   lat,   a   kiedy   wreszcie   przemówił,   zrozumiał,   że   lepiej   byłoby,   gdyby   nie   przerywał   swojego 
milczenia na temat powstania w getcie. Na spotkanie z przedstawicielami partii jechał tramwajem. Nagle 
pomyślał,   że   nie   chciałby  mieć  twarzy,   ponieważ  przypominała   ona   twarz  z  plakatu   „ŻYDZI   –   WSZY  – 
TYFUS PLAMISTY”
, czarną i odrażającą. Wszyscy wokół mieli jasne twarze, byli ładni i spokojni. Wysiadł 
na Żoliborzu, starał się tak iść, by być jak najmniej widocznym. Brzydcy i czarni żyli i umierali w strachu. 
Wszystko, co ich otaczało, było szare. Ich dzieci wyrywały na ulicy przechodniom paczki z rąk w nadziei, że 
znajdą coś do jedzenia.

Rywka Urman, trzydziestoletnia kobieta, odgryzła kawałek swego zmarłego z głodu dziecka, Berka. Ludzie 
patrzyli na nią w milczeniu, kiedy policja spisywała protokół. Inna matka, Chudesa Borensztajn, porzuciła 
na ulicy swoje zmarłe dziecko, ponieważ gmina nie chciała chować ludzi bez pieniędzy. Lekarze w getcie 
prowadzili badania nad mechanizmem śmierci głodowej. Dysponowali obfitym materiałem badawczym. W 
pracach naukowych nie napisano jednak, co powodowało powstawanie obrzęków w chorobie głodowej. Nie 
mogli dokończyć badań, ponieważ „uległ zniszczeniu surowiec naukowy – materiał ludzki”. Wyniki badań 
zostały   opublikowane   w   pracy:   „Choroba   głodowa.   Badania   kliniczne   nad   głodem   wykonane   w   getcie 
warszawskim w 1942 roku”.

W tym czasie chirurgiem w radomskim szpitalu św.  Kazimierza był  Profesor. Do szpitala każdego dnia 
przywożono   rannych   powstańców.   Latem   1944   roku   zaczęto   przywozić   rannych   w   klatkę   piersiową,   a 
podczas   ofensywy   styczniowej   –   rannych   w   głowę.   Wojna   okazała   się   doskonałą   szkołą   dla   młodego 
chirurga. Najważniejsza dla Profesora była jednak Warka, kiedy to podczas wareckiego przyczółka po raz 

background image

Zdążyć przed Panem Bogiem – streszczenie - str 3

pierwszy ujrzał otwarte, bijące serce. Tego dnia tylko Profesor wiedział, jak wygląda bijące serce, a pięć lat 
później – 20 czerwca 1952 roku – zoperował serce Genowefy Kwapisz.

Umiejętność   operowania   na   otwartym   sercu   zyskał   dzięki   doświadczeniu,   jakich   nabył   podczas   wojny. 
Pomimo tego bał się każdej operacji i miał nadzieję, że w ostatniej chwili wydarzy się coś, co przeszkodzi w 
wykonaniu zabiegu. Bał się nie Pana Boga czy też śmierci pacjenta, lecz tego, że koledzy powiedzą, iż 
eksperymentuje   na   człowieku.   Było   to   najgorsze   oskarżenie,   jakie   mogło   paść.   Etyka   lekarska 
komplikowała życie kardiochirurga.

Pewnego dnia operował prezesa Rzewuskiego po zawale, jaki przeszedł. Gdyby pacjent zmarł po operacji, 
ktoś mógłby uznać, że Profesor podjął zbyt lekkomyślną decyzję. Przed operacją Rzewuskiego odczuwał 
największy lęk. Siedział w swoim gabinecie, rozmyślając nad tym, że nie lubi operować serc inteligenckich. 
Operacji podjął się przede wszystkim dlatego, że doktor Edelman, siedzący w tamtej chwili przy drzwiach 
gabinetu,   powiedział,   że   można   operować   Rzewuskiego,   choć   wszystkie   podręczniki   kardiochirurgii 
stwierdzały, że nie należy tego robić. Gdyby nie słowa Marka nie doszłoby również do operacji Rudnego i 
pani Bubnerowej, której odwrócono krwiobieg.

Po jednej z operacji Edelman wrócił do domu i zaczął zastanawiać się, co stałoby się, gdyby Profesor w 
czasie zabiegu pomylił żyłę z tętnicą. Naszkicował na papierze  rysunek, który następnego dnia pokazał 
Profesorowi. Po rozmowie Marek wrócił do swego szpitala, a Profesor wieczorem, w domu, zaczął studiować 
jego szkic. Potem narysował własny rysunek i kilka dni później zapytał, co będzie ze zużytą krwią jeśli żyła 
przejmie funkcję tętnicy. Próbują przekonać Profesora, robiąc próbę na sercach trupów. To też nie stanowi 
dla   niego   dowodu   na   twierdzenie   o   odwróceniu   krwiobiegu,   ponieważ   tak   naprawdę   nie   wiadomo,   jak 
zachowa się serce żywego człowieka.

W chwilach wątpliwości niezwykle pomocna okazuje się  Aga Żuchowska, która udaje się do biblioteki i 
wyszukuje odpowiedni artykuł. Tym razem również przynosi informację o amerykańskim lekarzu, który przed 
trzydziestoma   laty   przeprowadzał   podobne   zabiegi,   lecz   zrezygnował   z   nich   ze   względu   na   dużą 
śmiertelność pacjentów. Do tej pory nie udało się uratować żadnej osoby, która przeszła zawał przedniej 
ściany   serca.   Któregoś   dnia   do   szpitala   przywieźli   kobietę   z   takim   zawałem.   Edelman   zadzwonił   do 
Profesora, mówiąc, że w tym przypadku konieczna jest operacja odwrócenia krwiobiegu, ponieważ kobieta 
może umrzeć. Pacjentka umarła po kilku dniach.

W   jakiś   czas   później   przywieźli   mężczyznę   z   zawałem.   Ponownie   Marek   zadzwonił   do   Profesora, 
wspominając o operacji. Sytuacja powtarzała się kilkanaście razy. Za każdym razem Profesor przychodził do 
pacjentów i pytał Edelmana, czego od niego wymaga. Marek odpowiadał, że są w stanie uratować kolejnego 
człowieka   i   tylko   Profesor   może   podjąć   się   takiej   operacji.   W   ciągu   roku   zmarło   trzynaście   osób.   Za 
czternastym razem Profesor zgadza się przeprowadzić operację. Pacjentką jest starsza kobieta, Bubnerowa. 
W dniu operacji Rzewuskiego Profesor siedział w swoim gabinecie. Miał świadomość, że nie może opuścić 
pomieszczenia, ponieważ doktor Edelman zajął miejsce tuż przy drzwiach. Profesor wyszedł z gabinetu tuż 
przed operacją Rudnego. Gdy wrócił wieczorem, pacjent nadal czekał na zabieg w bloku operacyjnym, a 
Edelman, Chętkowska i Żuchowska czekali na niego w poczekalni.

Przeprowadził   operację   i   ocalił   życie   mężczyzny.   Także   Bubnerowa   przeżyła.   Teraz,   przez   zabiegiem 
Rzewuskiego, Profesor przypomina sobie operację kobiety i to dodaje mu otuchy. Przeprowadzał zabieg w 
zupełnej ciszy, zmieniając metodę Clauda Becka. Serce w końcu drgnęło i zaczęło bić. Wcześniej nikt nie 
podejmował się operacji na sercu w stanie zawału, ale jeśli medycyna ma się rozwijać, to należy podjąć takie 
ryzyko. Profesor przemyślał zabieg w najdrobniejszych szczegółach i ma pewność, że operacja powiedzie 
się. Woła internistów i pyta ponownie, czy Rzewuski umrze, jeśli nie zostanie zoperowany. Odpowiadają, że 
to już drugi zawał, a Edelman dodaje, że pacjent został przewieziony z Warszawy, żeby go uratowali.

Profesor pyta go, dlaczego był przekonany, że należy przeprowadzać poprzednie operacje. Marek wyjaśnia, 
iż wiedział, że mają sens i muszą się udać. Według niego każdy, kto jest oswojony ze śmiercią tak jak on, 
ma większą odpowiedzialność za życie. Profesor wzywa docent Wróblównę, kardiolog z jego kliniki. Ma 
nadzieję,   że   kobieta   doradzi,   aby   jeszcze   poczekali,   lecz   ona   odpowiada,   że   należy   operować. 
Zrezygnowany, idzie do bloku operacyjnego, na którym leży uśpiony Rzewuski.

Wszystko to, co tej pory napisała narratorka, nie podoba się ludziom. Nie wiedzą, w jaki sposób Edelman 
uratował się, a nagle znajduje się w gabinecie Profesora, bez odpowiedzi na to pytanie. Gdyby jednak Marek 
nie siedział w poczekalni w towarzystwie Agi i Elżbiety Chętkowskiej, to Profesor byłby już dawno w domu, 
oglądając dziennik w telewizji. W chwili, kiedy narratorka opisuje to czekanie, Elżbieta nie żyje. Pozostała 
nagroda jej imienia, przyznawana za wybitne osiągnięcia z zakresu kardiologii i ufundowana z honorariów za 
pracę „Zawał serca”.

background image

Zdążyć przed Panem Bogiem – streszczenie - str 4

Edelman opisał w niej wszystko, czego dowiedział się o ludziach chorych na serce. W pracy o chorobie 
głodowej nie mógł nic napisać, ponieważ pracował jako goniec. W szpitalu nie wymagano od niego wiele, 
zdając   sobie   sprawę   z  tego,   że   miał   jeszcze   inne,   ważniejsze,   zajęcia.   Każdego   dnia   odnosił   do   stacji 
sanitarno-epidemiologicznej krew chorych na tyfus, a następnie stawał przy wejściu na Umschlagplatz. 

W filmie „Requiem dla 500000”  widać, jak ludzie idą do wagonów, trzymając w rękach bochenki chleba. 
Niemiecki operator  fotografował tłum, biegnący w stronę dziennikarzy szwedzkich, którzy przyjechali,  by 
zebrać materiały o getcie. Nagle rozlegają się strzały i spiker informuje o wybuchu powstania. Narratorka 
mówi, że pomysł ze strzałami był dobry, ponieważ wybuchy przysłoniły tłum ludzi. W odpowiedzi Marek 
zaczyna krzyczeć. Zarzuca kobiecie, że uważa biegnących do wagonów za gorszych od tych, którzy do nich 
strzelali. Tak przecież uważają wszyscy, a pewien amerykański profesor stwierdził, że „szli jak barany na 
śmierć”.   Edelman   próbuje   wyjaśnić,   że  śmierć   w   komorze   gazowej   nie   jest   gorsza   od   śmierci, 
poniesionej w walce
. Niegodnym jest przeżycie cudzym kosztem. Tłumaczy, że ci ludzie szli spokojnie i 
godnie na śmierć. O wiele łatwiej było umierać tym, którzy walczyli w powstaniu niż tym, którzy odjechali 
wagonami i musieli wykopać sobie dół.

Pewnego dnia Marek widział na ulicy Żelaznej zbiegowisko ludzi, którzy zebrali się wokół beczki. W beczce 
stał   stary   Żyd.   Tuż   obok   stali   dwaj   niemiecki   oficerowie,   którzy,   śmiejąc   się   głośno,   wielkimi   nożycami 
krawieckimi   obcinali   mężczyźnie   brodę.   Zebrani   wokół   ludzie   również   śmiali   się.   Edelman   pomyślał 
wówczas, że  najważniejszą rzeczą było nie dać się wepchnąć w beczkę. W tamtych dniach getto nie 
istniało jeszcze, więc nikt nie czuł grozy tego wydarzenia. Był początek wojny, a jego koledzy uciekli za 
zieloną granicę.

Marek   nie   należał  jednak   do   tego   towarzystwa.   Uczył   się   gorzej,   nie   miał   domu,   ponieważ  jego   matka 
zmarła, kiedy miał czternaście lat. Przed wojną przekonywał Żydów, aby zostali w Polsce, gdyż wkrótce 
będzie tu socjalizm. Dlatego też nie mógł uciec z kraju, kiedy zaczęła się wojna i zaczęły się ciężkie dni dla 
Żydów.   Po  wojnie  dowiedział się,  że  jego  koledzy,  którzy uciekli za  granicę,  sprawowali  ważne  funkcje. 
Zapraszali   go   do   siebie,   lecz   nie   mógł   ich   odwiedzić,   ponieważ   to   on   odprowadził   na   Umschlagplatz 
czterysta tysięcy osób. Każdego roku, w rocznicę powstania dostawał bukiet kwiatów, nie wiadomo od kogo. 
Do tej pory zebrał trzydzieści jeden wiązanek. Tylko jeden raz, w roku 1968, nie dostał kwiatów i wtedy było 
mu przykro. 

Na stronę aryjską Edelman chodził legalnie codziennie. Jako goniec ze szpitala przenosił krew na ulicę 
Nowogrodzką. Miał jedną z nielicznych  przepustek i kiedy wychodził  na ulicę,  ludzie spoglądali  na jego 
przepaskę z ciekawością. Przez parę lat wychodził tak na ulicę i nic mu się nie stało. Przed wojną był nikim, 
a w trzy lata później był członkiem komendy ŻOB-u, jednym z pięciu ludzi wybranych z trzystu tysięcy. Miał 
świadomość,  że   na  jego  miejscu  powinien  znaleźć  się  „Adam”,  mężczyzna,  który skończył  przed  wojną 
podchorążówkę i brał udział w kampanii wrześniowej.

Przez wiele lat podziwiał go za odwagę. Z dnia na dzień stał się jednak innym człowiekiem i przestał działać. 
Na pierwszym posiedzeniu Komendy nie nadawał się do tego, by wziąć udział i dlatego Marek poszedł. 
„Adam”   miał   dziewczynę   –  Anię,   która   została   zabrana   na   Pawiak.   Kiedy  została   aresztowana,   „Adam” 
załamał   się   ostatecznie.   Należało   działać,   bo   to   było   jedyną   szansą   przetrwania.   Marek   zajął   się 
wyprowadzaniem z Umschlagplatzu tych, którzy byli najbardziej potrzebni. Ludzie czekali na załadowanie do 
wagonów w budynku szkoły. Wyciągano ich tam kolejno piętrami, więc ci, którzy byli na parterze uciekali 
wyżej. Na trzecim, ostatnim piętrze, kończyła się ich aktywność i leżeli na podłodze sali gimnastycznej.

Numerki na życie – białe kartki z pieczątką – Niemcy dali w Gminie i kazali rozdzielić między mieszkańcami 
getta.   Każdy,   kto   miał   taki   numerek,   zostawał   w   getcie,   a   pozostali   szli   na   Umschlagplatz.   Było   to   we 
wrześniu,   na   dwa   dni   przed   końcem   akcji   likwidacyjnej.   Hercelowa,   lekarz   naczelny   szpitala,   otrzymała 
kilkanaście numerków, lecz nie chciała ich rozdawać. Wszyscy jednak uważali, że kobieta da je tym osobom, 
którym   się   należały.   Dopiero   pod   wpływem   próśb   delegacji   zaczęła   rozdawać   kartki.
Numerek dostała również  Frania, która miała jeszcze siostrę i matkę. Matka nie chciała od niej odejść i 
dziewczyna   odsunęła   ją   ręką.   Frania   przeżyła.   Później   uratowała   kilkanaście   osób,   jednego   chłopaka 
wyniosła z powstania warszawskiego. Numerek dostała również przełożona pielęgniarek, Tenenbaumowa
Oddała  go  córce,  a  sama  poszła   na  górę  i  połknęła   fiolkę  luminalu.  Dziewczyna  zginęła  kilka   miesięcy 
później,   lecz   przed   śmiercią   przeżyła   szczęśliwe   dni.   Zakochała   się   w   pewnym   chłopcu   i   chodziła 
uśmiechnięta.   W   chwili   rozpoczęcia   akcji   likwidacyjnej   Niemcy  zaczęli   wypędzać  ludzi   z  piętra   szpitala. 
Jedna   z   kobiet   urodziła   dziecko.   Lekarz   podał   je   pielęgniarce,   która   udusiła   je   poduszką.   Pielęgniarka 
przeżyła wojnę i jest wybitnym pediatrą. Marek również otrzymał numerek życia. Stał w kolumnie z Franią i 
córką Tenenbaumowej,  kiedy  dostrzegł  swoją   przyjaciółkę  i  jej  brata.  Przyciągnął  ich  do siebie,   ale  inni 
również to robili i wkrótce w kolumnie stało czterdzieści cztery tysiące osób. Niemcy policzyli ludzi i odesłali 
cztery tysiące na Umschlagplatz. 

background image

Zdążyć przed Panem Bogiem – streszczenie - str 5

W getcie jednym ze sposobów na przeżycie była miłość. Związek z drugą osobą dawał poczucie znikomej 
normalności   życia   i   świadomość,   że   nie   jest   się   samotnym.   Ludzie   szukali   w   tamtych   dniach   bliskości 
drugiego człowieka, a podczas ostatniej akcji likwidacyjnej pobierali się i szli na Umschlagplatz już jako 
małżeństwo. Siostrzenica Tosi poszła do rabina ze  swoim chłopakiem, a po  ślubie zgarnęli ją  Ukraińcy. 
Jeden przystawił lufę pistoletu do brzucha dziewczyny. Wtedy jej mąż zasłonił dziewczynę własną ręką. Ona 
została wysłana do transportu, a on – z urwaną dłonią – uciekł na stronę aryjską  i zginął w powstaniu 
warszawskim. 

Ludzie z ŻOB-u wiedzieli, co oznaczała likwidacja getta. W nocy, 22 lipca 1942 roku, po tym, jak Niemcy 
ogłosili   rozporządzenie   o   „przesiedleniu   ludności   na   wschód”,   naklejali   na   plakaty   kartki   z   napisem: 
„Przesiedlenie to śmierć”. Następnego dnia zaczęto wywozić starców i więźniów z aresztu – łącznie sześć 
tysięcy osób. Ludzie stali na chodnikach i obserwowali wszystko w milczeniu. Każdego dnia, do godziny 
czwartej po południu, na Umschlagplatz trzeba było dostarczyć dziesięć tysięcy ludzi. Zajmowała się tym 
żydowska   policja   pod   nadzorem   Niemców.   Na   niektórych   policjantów   potem   wydano   wyroki.
Drugiego dnia akcji, 23 lipca, odbyło się zebranie przedstawicieli wszystkich stronnictw politycznych. Po raz 
pierwszy   mówiono   o   walce   zbrojnej.   Po   paru   godzinach   usłyszeli,   że   akcja   wysiedlania   getta   została 
przerwana   i   dlatego   nie   podjęto   ostatecznych   decyzji.   Większość   nie   mogła   jeszcze   uwierzyć   w   to,   że 
Niemcy chcą wymordować cały naród. Pierwszego dnia akcji samobójstwo popełnił prezes Gminy, Adam 
Czerniaków.

Wilczkowski  zastanawiał   się   nad   swoimi   szansami.   Do   tej   pory   nie   miał   żadnego   wypadku,   ale   ta 
świadomość   go   nie   uspokajała.   Rudny   myślał   o   działce,   którą   należało   skopać   i   o   letnim   domku,   na 
postawienie którego namawiała go żona. Pani Bubnerowa rozmyślała o długopisach, które musiała skręcić i 
dostarczyć do „Domu Książki”. Zawału dostała po powrocie z rozprawy sądowej, na której skazano ją na rok 
z zawieszeniem na trzy lata. Doktor Edelman podszedł do niej, mówiąc, że musi poddać się operacji.

Kiedy   pan   Rudny   wrócił   do   pracy   po   operacji,   przeniesiono   go   na   inne   stanowisko   ze   względów 
zdrowotnych.   Pani   Bubnerowa   po   powrocie   do   domu   zlikwidowała   warsztat,   zachowując   po   jednym 
długopisie z każdego wzoru. Pan Rudny cieszy się życiem i nie martwi się już maszynami. Do szpitala 
przychodzi prywatnie, 5 czerwca w rocznicę swojej operacji i przynosi dwa bukiety kwiatów: dla Profesora i 
doktora Edelmana. Trzeci natomiast kładzie na grobie doktor Elżbiety Chętkowskiej na Radogoszczu.

Jakiś czas temu Edelmanowi złożyła wizytę córka zastępcy komendanta Umschlagplatzu, na którego został 
wyznaczony wyrok. Chciała dowiedzieć się, dlaczego go zastrzelili. Marek odparł, że mężczyzna nie chciał 
im dać pieniędzy na broń. Kobieta wyjaśniła, że jej ojciec nie mógł tego zrobić, ponieważ płacił ludziom, 
którzy   ukrywali   ją   po   stronie   aryjskiej.   Rozgoryczona   stwierdziła,   że   ludziom   z   ŻOB-u   chodziło   o   dwa 
pistolety albo o cztery miesiące jej życia. Spytała, czy znał jej ojca. Odpowiedział, że widywał go każdego 
dnia na Umschlagplatzu, jak stał i liczył ludzi.

Po odliczeniu dziesięciu tysięcy osób wracał do domu. Jego praca nie miała znaczenia dla powstańców – 
wyrok wydali dlatego, że nie chciał dać im pieniędzy na broń. Po wyznaczonym terminie zapukali do drzwi 
jego mieszkania dwaj chłopcy i zastrzelili go. Dla niego śmierć zastępcy komendanta miała sens – po tym już 
nikt nie odmówił dawania pieniędzy na broń.

Skończyła się akcja wywożenia ludzi do obozów. W getcie zostało sześćdziesiąt tysięcy Żydów. Ci, którzy 
ocaleli z „wysiedlania” rozumieli, że nie wolno im czekać. Stworzono jedną organizację wojskową dla całego 
getta –  Żydowską Organizację Bojową  – ŻOB. Liczyła ona pięćset osób. W styczniu, po kolejnej akcji, 
zostało osiemdziesięciu. W styczniowej akcji ludzie już nie szli dobrowolnie na śmierć. Grupa Anielewicza, 
prowadzona na Umschlagplatz, zaczęła bić Niemców rękoma.

Grupa Pelca, odmówiła wejścia do wagonów i komendant Treblinki rozstrzelał ich na miejscu. Radiostacja 
Kościuszki nadawała w tych dniach apele wzywające do walki. Wtedy już mieli 60 pistoletów od AK i PPR. 
Pewnego   dnia  Anielewicz   postanowił   zdobyć   broń   i   na   Miłej   zabił   werkszuca.   Ludzie   z   ŻOB-u   zaczęli 
gromadzić broń. Przenosili ją ze strony aryjskiej, siłą zabierając pieniądze od różnych instytucji i osób 
prywatnych. Jeden pistolet kosztował od trzech do piętnastu tysięcy. Za takie pieniądze można było opłacić 
cztery tygodnie ukrywania Żyda po stronie aryjskiej.

Antek jako pierwszy na spotkaniu Komendy stwierdził, że Niemcy podpalą getto. Wszyscy uznali, że plecie 
głupstwa, lecz drugiego dnia powstania Niemcy rzeczywiście podłożyli ogień. Siedzieli wtedy w schronie i 
ktoś wbiegł, krzycząc, że getto płonie. Wybuchła panika i Marek uderzył jakiegoś chłopca, by się uspokoił. 
Wyszli na podwórko i stwierdzili, że getto centralne jeszcze się nie paliło. Pozostali rzucili się do ucieczki i 
dotarli do muru na Franciszkańskiej. W murze była wyrwa, oświetlona reflektorem. Część ludzi została, bojąc 
się, że Niemcy powystrzelają wszystkich. Zygmunt strzelił w reflektor, dzięki czemu zdołali przedrzeć się 

background image

Zdążyć przed Panem Bogiem – streszczenie - str 6

dalej. Po wojnie Edelman odnalazł córkę Zygmunta, Elżunię. Wyjechała do Ameryki, gdzie zaadoptowali ją 
jacyś bogaci ludzie. Potem popełniła samobójstwo. Kiedy pojechał do USA, odwiedził jej rodziców. Pokazali 
jej pokój, w którym nie zmienili niczego od śmierci dziewczyny.

Przeskoczyli przez mur i dotarli do getta centralnego na Franciszkańską. Tam spotkali Bluma i Gepnera. 
Gepner   miał   możliwość   ukrywania   się   po   stronie   aryjskiej,   lecz   do   końca   pozostał   w   getcie.   Blum 
poinformował ich, że AK próbowała zniszczyć mur przy ulicy Bonifraterskiej, lecz akcja nie powiodła się. 
Anielewicz był załamany, nie było już broni i na nic nie mogli liczyć. Edelman uznał, że powinni jednak gdzieś 
iść,   lecz   nie   miał   pojęcia,   gdzie.   Razem   z   nim   na   podwórku   stało   około   czterdziestu   ludzi.
Zeszli do piwnic. Wieczorem Adam postanowił wrócić po Anię. Okazało się, że schron, w którym ukryła się 
Ania i jej matka, został zasypany. Następnego dnia ruszyli do schronu, w którym ukrywali się Anielewicz, 
Celina i Jurek Wilner. Wszystko działo się szybko. Gdzieś biegli, ktoś ginął, potem znów biegli. Marek zdołał 
uciec na dach i przeskoczył na dach drugiego budynku. Na piątym piętrze spotkał chłopaka, który leżał na 
worku z sucharami. Chłopak dał mu dwa suchary. O szóstej zmarł i Edelman zabrał worek ze sobą. Na 
podwórku zauważył ciała pięciu zabitych chłopaków. Wykopali grób na Franciszkańskiej 30 i pochowali tych 
chłopców.

Był   pierwszy   maja,   odśpiewali   więc   cicho   nad   grobem   „Międzynarodówkę”.   Potem   zdobyli   cukier   i   pili 
osłodzoną   wodę.   W   oddziale   Marka   kilka   osób   zbuntowało   się   i   urządziło   strajk   głodowy.   Edelman 
uświadomił sobie, że coraz więcej ludzi pyta się go, co mają dalej robić. Nie potrafił odpowiedzieć na ich 
pytania i czuł się samotny. Szóstego maja przyszedł Anielewicz z Mirą. Następnego dnia Marek poprosił, aby 
zostali z nimi, ale Anielewicz chciał wrócić do swojego bunkra.

Ósmego   maja  poszli   do   ich   schronu   na   Miłą   18   i   dowiedzieli   się,   że   grupa   Anielewicza   popełniła 
samobójstwo. Zabrali ze sobą tych, którzy pozostali przy życiu. Po powrocie do schronu czekał na nich Kazik 
z kanalarzami z aryjskiej strony. Przewodnicy podprowadzili ich do wylotu przy ulicy Prostej i 9 maja, o 
godzinie dziesiątej, wyszli na ulicę – brudni, z bronią. Obserwujący to ludzie stali w milczeniu, przerażeni. Z 
kanałów wyszli na Prostej. Brakowało ośmiu ludzi, którym Edelman kazał przejść do szerszego kanału, żeby 
nie udusili się od metanu. Kiedy klapa otworzyła się, nikt nie chciał ich zawołać. Marek rozkazał Szlamkowi 
pobiec po tamtych.

Andrzej Wajda  planuje nagrać film o getcie. Chciałby, aby Edelman opowiedział o wszystkim do kamery. 
Mówiłby o miejscach, w których to się działo. Bramy, prowadzącej na Umschlagplatz już nie ma – została 
zburzona przy budowaniu osiedla „Inflancka”. Wzdłuż rampy kolejowej stoją szare bloki. W jednym z nich 
mieszka koleżanka narratorki, Anna Strońska. Kiedy dowiaduje się, że pod jej oknami stały ostatnie wagonu 
pociągów, do których wsadzano Żydów, blednie i pyta, czy Żydzi nie zrobią jej krzywdy, ponieważ zawsze 
była dla nich dobra.

Narratorka uspokaja ją, dodając, że będą nad nią czuwali. W miejscu starego muru postawiono kawałek 
nowego, z białej cegły. Umieszczono na nim tablice pamiątkowe i na Zaduszki oraz Jom Kipur zapalane są 
świece   w   świecznikach.   Marek   mógłby   opowiadać   przy   pomniku.   W   rocznicę   wybuchu   powstania,   19 
kwietnia, przyjechałyby autokary „Orbisu” z zagranicznymi gośćmi. Przy skwerku siedziałyby stare kobiety z 
wózkami, wspominając o życiu w getcie. Potem delegacje złożyłyby wieńce przy dźwiękach werbli, a po nich 
do   pomnika   podchodziliby   prywatni   ludzie   z   małymi   bukiecikami.   Na   koniec   z   tłumu   wyszedłby   stary 
mężczyzna z długą brodą i zacząłby mówić Kadysz, modlitwę – lament za zmarłych. Następne sceny filmu 
rozgrywałyby się na cmentarzu. Przy końcu alei nie ma już tablic pamiątkowych i zaczyna się coś w rodzaju 
pola, ciągnącego się w kierunku Powązek.

Tu pochowano wszystkich, którzy zmarli przed likwidacją getta – z głodu, na tyfus, z wycieńczenia. Każdego 
ranka   pracownicy Towarzystwa  „Wieczność”  zbierali  ciała   i  układali stosem  na  ręcznych   wózkach,   które 
później ciągnęli na koniec alei. W głębi cmentarza można odnaleźć stare groby żydowskie, które są śladami 
świata,   który   kiedyś   istniał   naprawdę.   W   bocznej   alejce   jest   grób  Adama   Czerniakowa,   Prezesa   Getta 
Warszawskiego.   Uporządkowaną,   uczęszczaną   aleją   idzie   kondukt   pogrzebowy.   Jakiś   starszy   pan   pyta 
każdego z obecnych, czy jest Żydem. Musi mieć dziesięciu Żydów, żeby zmówić nad trumną Kadysz. Na 
całym   cmentarzu   znajduje   tylko   siedmiu   Żydów.   Edelman   nie   zgodził   się   wystąpić   w   filmie   Wajdy. 
Oświadczył, że nie będzie mówił niczego przed kamerami, ponieważ opowieść o wydarzeniach z tamtych 
dni mógł opowiadać jeden raz
. I już opowiedział.

Marek Edelman został lekarzem, ponieważ musiał robić nadal to, co robił w getcie. W kwietniu 1943 roku w 
getcie było czterdzieści tysięcy ludzi i za tylu ŻOB podjął decyzję, że nie pójdą na dobrowolną śmierć. Po 
skończonej wojnie, Marek miał wrażenie, że dla niego ta wojna była przegrana. Wciąż zdawało mu się, że 
coś musi zrobić, że ktoś na niego czeka i trzeba go ratować.

background image

Zdążyć przed Panem Bogiem – streszczenie - str 7

Wreszcie Ala, jego żona, zapisała go na medycynę. Poznał ją, gdy przyszła z patrolem, żeby wyprowadzić 
ich z bunkra na Żoliborzu. Medycyna początkowo nie interesowała Edelmana. Po powrocie do domu kładł 
się do łóżka, więc jego znajomi zaczęli rysować na ścianie nad łóżkiem różne rzeczy, żeby choć w taki 
sposób coś zapamiętał. Pewnego dnia zjawił się na jakimś wykładzie i usłyszał, że profesor mówi: „Kiedy 
lekarz wie, jak wygląda oko chorego, jak wygląda skóra, jak język, to powinien wiedzieć, co temu choremu 
jest”.   Słowa   te   wywarły   na   nim   ogromne   wrażenie   i   pomyślał,   że  choroba   człowieka   jest   rozsypaną 
łamigłówką
, którą należy odpowiednio złożyć, by wiedzieć, co jest w człowieku.

Od tej pory zajął się medycyną, uświadamiając sobie, że jako lekarz może nadal odpowiadać za ludzkie 
życie.   Jego   zadaniem   było   ocalenie   jak   najwięcej   osób.   Podobnie   jak   w   czasie,   kiedy   stał   w   bramie 
Umschlagplatzu. Kiedy nie było żadnej szansy na wyleczenie, pragnął zapewnić ludziom komfortową śmierć 
– by nie bali się, nie cierpieli i nie poniżali się. O Edelmanie mawiano, że ożywia się dopiero wtedy, gdy 
zaczyna się wyścig ze śmiercią. W takich sytuacjach odpowiadał, że kiedy Pan Bóg chce zgasić świeczkę, to 
on musi szybko osłonić płomień, wykorzystując chwilową nieuwagę Stwórcy. Jeśli coś takiego mu się udaje, 
ma   wrażenie,   że   wywiódł   Boga   w   pole.   Marek   mówi,   że   każdy   człowiek,   za   którego   czuje   się 
odpowiedzialny, staje się mu bliski i wie o nim wszystko. Kiedy jednak pacjenci opuszczają szpital i wracają 
do zdrowia, zapomina ich twarze, ponieważ pojawia się nowy chory i on staje się w tej chwili najważniejszy.

Powstańców było 220, a Niemców – 2090. Niemcy mieli lotnictwo, artylerię, pojazdy pancerne, miotacze min, 
82 karabiny maszynowe, 135 pistoletów maszynowych i 1358 karabinów. Na jednego powstańca w getcie 
przypadał   1   rewolwer,   5   granatów   i   5   butelek   zapalających.   W   całym   getcie   były   dwie   miny   i   jeden 
automatyczny pistolet. Do getta Niemcy wkroczyli 19 kwietnia o czwartej. Walka rozpoczęła się na placu 
Muranowskiego, Zamenhofa i ulicy Gęsiej. O czternastej Niemcy wycofali się, a powstańcy cieszyli się, że 
tego   dnia   na   Umschlagplatz   nie   wyprowadzono   żadnego   człowieka.   Następnego   dnia   wrócili   o   drugiej, 
próbują sforsować bramę fabryki szczotek, lecz wybucha mina.

Niemcy podchodzą z opuszczoną bronią, proponując zawieszenie broni i wycofanie rannych, powstańcy 
strzelają do nich, lecz nie trafiają żadnego. Scena ta opisana została w książce Johna Herseya: „The Wall”. 
Do esesmanów, na rozkaz Edelmana, strzelał Zygmunt. Marek jest jedynym żywym człowiekiem spośród 
powstańców, który uczestniczył w tej scenie. Po latach nie odczuwa zakłopotania na myśl, że  naruszyli 
wówczas zasady zachodnioeuropejskiej tradycji reguły wojennej fair play.

Ci   trzej   Niemcy   byli   dokładnie   ci   sami,   którzy   wywieźli   do   Treblinki   czterysta   tysięcy   ludzi.   Wieczorem 
wszyscy zeszli do piwnic. W nocy przybiegł chłopiec, krzycząc, że Niemcy podpalili getto. Wybuchła panika. 
Rejon fabryki szczotek stanął w ogniu, zaczęli więc przedzierać się przez płomienie do getta centralnego. 
Ludzie   biegli   między   spadającymi   belkami.   Nagle   ujrzeli   dziurę   w   murze   i   reflektor,   oświetlający   getto. 
Strzelili, pobiegli dalej. Niemcy otworzyli ogień, zginęło sześciu chłopców. Tego samego dnia przedostali się 
piwnicami   do   drugiego   domu.   Płonęło   całe   getto,   więc   wszyscy   przenieśli   się   do   piwnic.   Jakaś   kobieta 
wypuściła na podwórko dziecko. Niemcy dali malcowi cukierka, żeby wskazał, gdzie jest jego mamusia. 
Potem wysadzili schron, zabijając kilkaset osób. Chronologiczny zapis wydarzeń – historia – powstawała po 
drugiej stronie murów, podczas spisywania raportów i wysyłania w świat meldunków radiowych.

Meldunki po stronie aryjskiej spisywał „Wacław”. To właśnie dzięki niemu świat dowiedział się o istnieniu 
Umschlagplatzu,   transportach,   komorach   gazowych   i   Treblince.   Imię   i   nazwisko   „Wacława”,  Henryka 
Wolińskiego
, pojawiało się w każdej książce i w każdym opracowaniu naukowym na temat getta. Kierował 
referatem żydowskim w Głównej Komendzie AK, pośredniczył między ŻOB-em a Komendą. „Wacław” razem 
ze Stanisławem Herbstem opisał przebieg pierwszej akcji likwidacyjnej w getcie. Raport został przewieziony 
do Londynu.

Jurek Wilner, przedstawiciel ŻOB-u po stronie aryjskiej, każdego dnia przynosił aktualne wiadomości z getta, 
które później nadawane były do Londynu na bieżąco. Jurek nie przeżył – to on wydał sygnał do samobójstwa 
w bunkrze na Miłej 18. W schronie zginęła większość członków Organizacji Bojowej i komendant Mordechaj 
Anielewicz.   Mecenas   Woliński   „Wacław”   ubolewał   nad   śmiercią   każdego   z   ludzi   z   getta:   szanowanych, 
bohaterskich  i  takich  polskich.   Po  Jurku  wysłannikiem   ŻOB-u  po  stronie  aryjskiej  został Antek –  Icchak 
Cukierman. Pierwsza depesza, jaką „Wacław” wysłał do Londynu, dotyczyła pieniędzy, potrzebnych na broń. 
Otrzymali   pięć   tysięcy   dolarów   ze   zrzutów.   Otrzymał   je   najpierw   Mikołaj   z   „Bundu”,   który   przekazał   je 
następnie   Edelmanowi,   a   on   Tosi.   Kupowali   za   nie   broń   po   stronie   aryjskiej.   Później   Tosia   wykupiła 
„Wacława” z rąk gestapo za dywan perski.

Tosia   –   doktor  Teodozja   Goliborska,   ostatnia   z   lekarzy   prowadzących   w   getcie   badania   nad   głodem, 
przyjechała   na   kilka   dni   z   Australii.   Wszyscy   spotkali   się   u   mecenasa   Wolińskiego.   Rozmawiają   o 
wydarzeniach   z   czasów   wojny,   opowiadają   różne   zabawne   historie.   „Wacław”   wspomina   o   kłopotach   z 
ludźmi z ŻOB-u, którzy likwidowali agentów nie czekając na wydanie wyroków. W dużym zrzucie przyszło sto 

background image

Zdążyć przed Panem Bogiem – streszczenie - str 8

dwadzieścia tysięcy dolarów. Edelman mówi, że otrzymali tylko połowę. „Wacław” wyjaśnia, że dostali całą 
gotówkę, za którą kupili broń. Tosia wspomina czerwony sweter, w którym Marek chodził po dachach.

W   drodze   powrotnej   do   domu   Edelman   nie   ukrywa   poirytowania.   Wyjaśnia,   że   Jurek   wytrzymał   tortury 
gestapo przez tydzień, a nie przez miesiąc. Wszystkim jednak zależy, żeby to był miesiąc. Antek mówi, że 
powstańców było pięciuset, a literat S. pragnie, aby skrzela ryb malowała matka Anielewicza. Zgadza się na 
to, uznając, że przecież w tej chwili nie ma to znaczenia. Podobnie jak ze sztandarami, które wisiały nad 
gettem od pierwszych dni powstania: biało-czerwony i niebiesko-biały. Edelman był przekonany, że jego 
ludzie nie wywiesili żadnych flag, on też ich nie widział, a po wojnie ludzie twierdzili, że wisiały. Teraz nie 
miało   to   znaczenia,   ważnym   było   to,   że   ludzie   widzieli   te   rzekome   sztandary.
Edelman postanawia wyjaśnić jeszcze jedną kwestię – dlaczego żyje. Mógłby opowiedzieć o dniu, kiedy 
szedł   do   lokalu   na   Nowolipkach,   by   kogoś   zawiadomić,   że   lekarka   szpitala   na   Lesznie,   Inka,   leży 
nieprzytomna w pustym mieszkaniu. Znalazł ją i przeniósł do opustoszałego domu. W poprzek jezdni na 
Nowolipkach ciągnął się mur, oddzielający stronę aryjską od getta.

Nagle pojawił się esesman i zaczął strzelać, za każdym razem trafiając o jakieś pół metra od Marka. Mógłby 
również opowiedzieć o dniu, w którym  został zgarnięty z ulicy  na platformę, którą przewożono  ludzi  na 
Stawki. Na Nowolipkach dostrzegł Mietka Dęba, członka PPS, który został skierowany do służby w policji. 
Edelman krzyknął do niego, Mietek wyjaśnił Niemcom, że Marek jest jego bratem i pozwolili mu odejść. Za 
każdym razem życie Edelmana ocalił przypadek.

Marek opowiada o swoich pacjentach, dziewczynkach przywożonych do szpitala z różową pianą na ustach, 
które miały zwężone zastawki. Serce w pewnym stopniu regeneruje się, a gdy to nie następuje – zaczyna 
chorować. Inżynier Sejdak skonstruował dla Profesora  sztuczne serce, zastępujące pracę prawdziwego 
organu podczas zabiegu. Obecnie inżynier pracuje nad nową maszyną, która pozwoli przetrwać chorym 
czas  między  zawałem  i operacją.  Edelman  jest   przekonany,  że   urządzenie  ocali  życie  wielu  ludziom.  Z 
nadzieją nie przesada, wierząc, że Bóg obserwuje bacznie poczynania Profesora i Sejdaka i w każdej chwili 
może zadać niespodziewany cios. Tak jak wtedy, kiedy wszyscy myśleli, że są już bezpieczni.

Czasami Stwórca utrudnia wyścig o życie małymi złośliwościami. Gdy Rudny czekał na operację nie było 
lekarza od koronarografii, zamknięto blok operacyjny, nie było sióstr instrumentariuszek. Zdążyli jednak na 
czas, myśląc, że i tym razem im się udało. Przed zabiegiem Rudnego Edelman nie był pewien, czy należy 
przeprowadzać operację w tak ostrym stanie. Wyszedł ze szpitala, by przemyśleć wszystko jeszcze raz. 
Spotkał doktor Zadrożną, która stwierdziła, że w sytuacji, kiedy otrzymał wymówienie z pracy, to ogromne 
ryzyko. Jednak te słowa utwierdziły go w przekonaniu, że pacjenta trzeba operować.
 
Dla Edelmana najważniejsze było, aby osłonić płomień ludzkiego życia. Bóg jednak obserwował wszystko i 
potrafił tak przebiegle ugodzić, że na wszystko było za późno. Doktor Chętkowska połknęła glimit i nie mogli 
już jej  ocalić. Miała  krwiak w tylnej jamie czaszkowej,  myliła  słowa, wielu rzeczy nie pamiętała. Elżunia 
popełniła  samobójstwo, choć miała dosłownie wszystko – bogatych rodziców adopcyjnych, przystojnego 
narzeczonego, dyplom ukończenia szkoły. Tak naprawdę nigdy nie wiadomo, kiedy nadchodzi kres życia 
drugiego człowieka. Czasami ma się wrażenie, że udało się i nic już nie powinno zaskoczyć, a jednak coś się 
dzieje.

Na pogrzebie Celiny – Cywii Lubetkin, Marek spotkał Maszę i Pninę., z którymi opuszczał kanały. Masza 
szepnęła do niego, że znów słyszała krzyki tego chłopca, który spłonął żywcem na Miłej, parę metrów od 
bunkra, w którym była ukryta. Kobieta codziennie słyszała ten krzyk, choć mieszkała w mieście o trzy tysiące 
kilometrów oddalonym od miejsca jego śmierci.

Czasami pacjent umiera na stole, ponieważ był to zawał okrężny, który nie został wykryty w EKG ani w 
koronarografii. Dlatego też, pamiętając o wybiegach Boga, po zakończonej operacji należy czekać przez 
długie dni, w ciągu których okaże się, czy serce przystosowało się do nowych tętnic i lekarstw. A kiedy opada 
napięcie, uświadamia sobie, że proporcja wynosi jeden do czterystu tysięcy. Każde życie stanowi dla niego 
sto procent, więc ta walka może ma jakiś sens.