background image

 

 

 

POUL ANDERSON  

 

 

KRÓLOWA 

POWIETRZA I 

MROKU 

 

 

 

Przeło ył: Darosław J. Toru

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Ostatnia po wiata ostatniego zachodu sło ca utrzyma si  niemal do połowy 

zimy. Jednak dnia ju  nie b dzie i rado  ogarn ła l dy północy. Otworzyły si  

kielichy kwiatów; barwna jaskrawo  na gał ziach cierniowca płomiennego; 

bł kit stalowców, wyrosły z płaszcza broku i deszczorostów kryj cego wzgórza; w 

dolinach nie miała biel niepocałujek. Pomi dzy nimi, na mieni cych si  kolorami 

skrzydłach,  migały trzepotki; jele  królewski potrz sn ł rogami i zaryczał. 

Niebo mi dzy horyzontami pociemniało od purpury do czerni. Ksi yce stały ju  

wysoko, oba niemal w pełni, mrozem połyskuj c na li ciach i blaskiem 

rozpływaj c si  po wodach. Zrodzone dzi ki nim cienie rozmazywały si  w  wietle 

zorzy - wielkiej kurtyny jasno ci, obejmuj cej połow  niebios. 

Na Kurhanie Wolunda, tu  pod wie cz cym go dolmenem, siedzieli chłopiec i 

dziewczyna. Ich włosy, spływaj ce do połowy pleców, wyblakłe od letniego sło ca, 

ja niały uderzaj co wyra nymi plamami. Ich ubrane tylko w girlandy ciała, 

ci gle jeszcze br zowe po lecie, zlewały si  z ziemi , krzewami i skałami. On grał 

na ko cianej fujarce, ona  piewała. Niedawno zostali kochankami. Mieli po jakie  

szesna cie lat, ale o tym nie wiedzieli. Uwa ali si  za Zewn trznych, a wi c 

oboj tnych na upływ czasu. Z tego, jak  yli kiedy  w krainach ludzi, nie pami tali 

nic albo niewiele. 

Nuty z jego fujarki oplatały si  wokół jej głosu:

 

 

Uwij czar, 

Zamknij w nim 

Ros  i pył, 

Noc i siebie. 

 

Strumyk obok kurhanu, nios cy ksi ycowy blask ku ukrytej w ród wzgórz 

rzece, odpowiadał im bystrzynami. Stado nietoperzy czarnym cieniem 

przemkn ło pod zorz . 

Przez Obłoczne Błonia podskokami zbli ała si  jaka  posta . Miała dwie r ce i 

dwie nogi, jednak jej stopy były chwytne, a całe ciało, a  po koniec ogona i 

szerokich skrzydeł, pokrywały pióra. Jej twarz, na wpół ludzka, była niemal 

całkowicie wypełniona wielkimi oczyma. Gdyby Ayoch potrafił stan  prosto, 

si gałby chłopcu do ramienia. Dziewczyna wstała. 

- Niesie jaki  ci ar - powiedziała. Jej wzrok nie był przystosowany do 

ciemno ci tak dobrze, jak wzrok istot urodzonych na północy, nauczyła si  

jednak korzysta  ze wszystkich sygnałów, jakie otrzymywała od swych zmysłów. 

Pomijaj c nawet to,  e normalnie puk by frun ł, w jego spiesznych ruchach 

wida  było oci ało . 

- I idzie z południa. - Chłopca ogarn ło podniecenie, nagłe jak zielony 

płomie , który przeszedł przez gwiazdozbiór Lyrth. Pognał w dół zboczem 

kurhanu. 

- Ahoj, Ayoch! - zawołał. - Jestem tu. Pasterz Mgły! 

- I ja. Cie  Snu - dziewczyna za miała si , biegn c za nim. Puk zatrzymał si . 

Jego oddech zagłuszał szmery w zaro lach wokół niego. Z miejsca, w którym stał, 

uniósł si  zapach roztartej yerby. 

background image

 

- Szcz liwe jest spotkanie u progu zimy - za wistał. - Pomó cie mi zanie  go 

do Carheddin. 

Wyci gn ł przed siebie to, co niósł. Jego oczy przypominały dwie  ółte 

latarnie. Kształt w jego r kach poruszył si  i zakwilił. 

- O, dziecko - powiedział Pasterz Mgły. 

- Takie samo jak ty kiedy , synu, takie samo. Co to było za porwanie, ho, ho! - 

Ayoch nad ł si , dumny. - Było ich ze dwudziestu w tym obozie koło Martwego 

Lasu, wszyscy uzbrojeni, i poza maszynami wartowniczymi mieli jeszcze wielkie, 

okropne psy, biegaj ce wolno, kiedy spali. Ja jednak nadleciałem z góry - a 

szpiegowałem ich, a  do chwili kiedy si  upewniłem,  e garstka pyłu nasennego... 

- Biedne male stwo. - Cie  Snu wzi ła chłopca na r ce i przytuliła do swych 

małych piersi. - Wci  taki zaspany, prawda? - Chłopiec na  lepo poszukał jej 

sutki. U miechn ła si  poprzez welon swych włosów. - Nie, jestem jeszcze zbyt 

młoda, a ty ju  za du y. Ale poczekaj, najesz si  do syta, gdy si  obudzisz w 

Carheddin pod gór . 

- Yo-ah - powiedział Ayoch mi kko i cicho. - Ona ju  wyszła. Słyszała i 

widziała. Nadchodzi. 

Przykucn ł, skulił si  ze zło onymi skrzydłami. Po chwili ukl kł i Pasterz 

Mgły te  ukl kł, a potem Cie  Snu, nie wypuszczaj c jednak dziecka z r k. 

Wysoka sylwetka przesłoniła ksi yce. Przez chwil  Królowa przygl dała si  

kl cz cej trójce i ich łupowi. D wi ki wzgórz i pól wycofały si  z ich  wiadomo ci, 

a  zacz ło im si  wydawa ,  e mogliby usłysze , jak sycz   wiatła północy. W 

ko cu Ayoch szepn ł: 

- Czy dobrze zrobiłem. Matko Gwiazd? 

- Je eli ukradłe  dziecko z obozu pełnego maszyn - odpowiedział pi kny głos - 

to ukradłe  je ludziom z dalekiego południa, którzy mog  nie pu ci  tego płazem 

tak łatwo jak tutejsi. 

- Ale co mog  na to poradzi , Sypi ca  niegiem? - spytał puk. - Jak nas 

wy ledz ? 

Pasterz Mgły podniósł głow  i powiedział dumnie: 

- Poza tym teraz oni równie  czuj  przed nami strach. 

- To takie słodkie male stwo - powiedziała Cie  Snu. - A my potrzebujemy 

wi cej takich jak on, prawda, Gwiezdna Pani? 

- Którego  zmierzchu to musiało si  zdarzy  - zgodziła si  ta, która stała 

ponad nimi. - Zabierzcie go i otoczcie opiek . Przez ten znak - zrobiła znak - 

nale y on do Mieszka ców. 

Ich rado  została uwolniona. Ayoch wywin ł kozła i wyl dował pod 

trz soli ciem. Wspi ł si  na jego pie , potem na gał , przysiadł, na wpół ukryty 

za zasłon  bladych, niespokojnych li ci, i rado nie zapiszczał. Chłopiec i 

dziewczyna ponie li dziecko ku Carheddin, biegn c długimi, spokojnymi susami, 

które jemu pozwalały gra , a jej  piewa :

 

 

Wahali, wahaii! 

Wayala, laii! 

Skrzydło na wietrze 

background image

 

W niebiosach wysoko, 

krzycz c i piszcz c 

gnaj włócznie deszczu, 

we wrzawie si  zanurz, 

i pły  ku srebrem ksi yców posiwiałym drzewom 

i cieniom pod nimi, ci kim od snów. 

i zjednocz si , wkołysz w plusk fal na jeziorach, 

w których gwiazd  wiatło nurkuje i tonie.

 

 

Barbro Cullen weszła i mimo  alu i gniewu, które j  trawiły, zamarła z 

osłupienia. W pokoju panował bałagan. Sterty gazet, ta m, szpul, kodeksów, 

pudeł na fiszki, zabazgranych papierów pi trzyły si  na ka dym stole. Niemal 

wszystkie półki i zakamarki pokryte były kurzem. Pod jedn  ze  cian stał stół 

laboratoryjny z mikroskopem i sprz tem. Zauwa yła;  e ten sprz t był sprawny, 

cho  zaskakuj cy w biurze. Poza tym wydzielał delikatny, ale wyra nie 

wyczuwalny zapach chemikaliów. Dywan był poprzecierany, meble zniszczone. 

Taka miała by  jej ostatnia szansa? 

Potem nadszedł Eryk Sherrinford. 

- Dzie  dobry, pani Cullen - powiedział. Jego głos był suchy, u cisk dłoni 

mocny i pewny. Miał na sobie wypłowiały kombinezon, ale to jej nie 

przeszkadzało. Nie zdradzała przesadnej dbało ci nawet o swój własny wygl d, 

mo e poza jakimi  specjalnymi okazjami. (A czy kiedykolwiek b dzie jeszcze 

jak  miała, je eli nie odzyska Jimmiego?) Natomiast niczym kot przestrzegała 

czysto ci osobistej. 

Z kurzych łapek w k cikach jego oczu promieniował u miech. 

- Prosz  wybaczy  mi kawalerski styl gospodarzenia. Na Beowulfie mamy, a w 

ka dym razie mieli my, specjalne maszyny, wi c nie zdołałem nabra  

odpowiednich przyzwyczaje . A nie chc  nikogo wynajmowa ,  eby mi 

przestawiał sprz t. Wygodniej pracowa  poza domem, ni  dba  o oddzielne 

biuro. Nie usi dzie pani? 

- Nie, dzi kuj . Nie mogłabym - mrukn ła. 

- Rozumiem. Jednak je li pani pozwoli, ja najlepiej funkcjonuj  w pozycji 

sprzyjaj cej relaksowi. 

Opadł na fotel, zgi wszy si  jak scyzoryk. Jedn  z długich nóg przerzucił 

przez kolano drugiej. Wyj ł fajk  i nabił j  tytoniem z kapciucha. Barbro 

zdziwiła si ,  e Sherrinford pali tyto  w tak przestarzały sposób. Gdzie jak gdzie, 

ale na Beowulfie powinni mie  nowoczesne urz dzenia, na jakie na Rolandzie 

jeszcze nie mogli sobie pozwoli . No có , stare zwyczaje mogły oczywi cie 

przetrwa . Jak pami tała z lektury, w koloniach było to nagminne. Ludzie ruszyli 

ku gwiazdom w nadziei zachowania tak niemodnych rzeczy jak ojczysty j zyk, 

rz dy konstytucyjne czy racjonalna cywilizacja techniczna... 

Sherrinford wyrwał j  ze zm conego zm czeniem, bezładnego zamy lenia. 

background image

 

- Musi mi pani przedstawi  szczegóły swojej sprawy, pani Cullen. Powiedziała 

mi pani tylko tyle,  e pani syn został porwany, a wasza miejscowa policja nic w 

tej sprawie nie zrobiła. Poza tym znam tylko kilka najbardziej oczywistych 

faktów, takich jak to,  e jest pani wdow , a nie rozwódk ,  e jest pani córk  

pionierów z Ziemi Olgi Ivanoff, utrzymuj cych jednak  cisł  wi  

telekomunikacyjn  z Przystani  Bo ego Narodzenia,  e otrzymała pani 

wykształcenie w jednej z dyscyplin biologicznych i  e miała pani kilkuletni  

przerw  w podj tej ponownie dopiero ostatnio pracy w terenie. 

Wpatrywała si  ze zdumieniem w jego twarz, w wystaj ce ko ci policzkowe, 

orli nos, szare oczy, czarne włosy. Zapalniczka zrobiła "skrrt" i rozbłysła 

płomieniem, który zdał si  wypełnia  cały pokój. Na tej wysoko ci ponad miastem 

panowała cisza, przez okna s czył si  zimowy półmrok. 

- Sk d, na kosmos, pan to wie? - usłyszała swoje pytanie. Wzruszył 

ramionami. 

- Moja praca - powiedział, przybieraj c poz , z której był znany, poz  

wykładowcy podczas odczytu - polega na dostrzeganiu i kojarzeniu szczegółów. 

W ci gu tych stu lat ludzie na Rolandzie, przy ich tendencji do ł czenia si  w 

grupy zgodnie z pochodzeniem i nawykami kulturowymi, wykształcili regionalne 

ró nice akcentów. U pani słycha   lady olga skiej gardłowej wymowy spółgłoski 

"r", ale samogłoski wymawia pani nosowo, w sposób charakterystyczny dla 

tutejszego regionu. Mimo  e mieszka pani w Portolondonie. To sugeruje,  e w 

dzieci stwie miała pani stał  styczno  z wymow  stołeczn . Wspomniała mi 

pani,  e była członkiem ekspedycji Matsuyamy i  e zabrała pani ze sob  swego 

synka. Zwykłemu technikowi nie pozwolono by na to, a wi c pani musiała by  na 

tyle cenna,  e przymkni to oczy na dziecko. Ekspedycja prowadziła badania 

ekologiczne, st d wniosek,  e jest pani zwi zana z naukami przyrodniczymi. Z 

tego samego wnosz ,  e musiała pani mie  wcze niejsze do wiadczenie w pracy w 

terenie. Jednak pani skóra jest jasna, nie nosi  ladów ogorzało ci, której si  

nabiera podczas długotrwałego przebywania w promieniach tego sło ca. Musiała 

wi c pani do  długi okres przed wyruszeniem na t  nieszcz sn  wypraw  sp dzi  

głównie pod dachem. A co do wdowie stwa - nie wspomniała pani ani razu o 

swym m u, a przecie  miała pani m czyzn , którego do dzisiaj ceni pani na tyle, 

by nosi  zarówno obr czk , jak i pier cionek zar czynowy. 

Jej oczy zaszły mgł  i zapiekły. Ostatnie słowa znów przywołały obraz Tima - 

ogromnego, łagodnego, wiecznie u miechni tego. Musi odwróci  wzrok od tego 

człowieka, spojrze  w okno. 

- Tak, ma pan racj  - zdołała powiedzie . 

Mieszkanie znajdowało si  na szczycie wzgórza, wznosz cego si  nad 

Przystani  Bo ego Narodzenia. Poni ej opadało miasto,  cianami, dachami, 

archaicznymi kominami, ja niej cymi  wiatłem lamp ulicami, rozjarzonymi 

lepiami pojazdów, coraz ni ej, a  do portu, po łuk Zatoki  miałków i statki, 

płyn ce do i z Wysp Podsłonecznych oraz dalszych regionów błyszcz cego jak 

rt  w po wiacie znad zachodniego horyzontu Oceanu Północnego. Stoj cy w 

pełni Olivier wznosił si  szybko - c tkowana pomara czowa tarcza. Bli ej zenitu, 

którego nigdy nie osi gnie, b dzie promieniował barw  lodu. Alde, z pozoru 

dwukrotnie wi kszy ni  w rzeczywisto ci, był cienkim sierpem, wisz cym tu  przy 

background image

 

Syriuszu, który z kolei, jak pami tała, znajdował si  blisko Ziemi. Ale Ziemi nie 

mo na zobaczy  bez teleskopu... 

- Tak - powiedziała poprzez dławi cy gardło ból - mój m  nie  yje ju  od 

czterech lat. Nosiłam nasze pierwsze dziecko, gdy zabił go uciekaj cy na o lep 

monocerus. Wzi li my  lub trzy lata wcze niej. Spotkali my si , gdy oboje 

przebywali my na uniwersytecie - wie pan, transmisje z centrum szkolnego mog  

zapewni  tylko elementarne wykształcenie... Stworzyli my własny zespół, 

przeprowadzaj cy zlecone badania ekologiczne... okre lanie, czy jaki  obszar 

mo e zosta  zasiedlony przy utrzymaniu równowagi  rodowiska naturalnego, 

jakie zbo a si  tam udadz , jakie wi

 si  z tym niebezpiecze stwa... tego typu 

zagadnienia. No i tak... Potem wykonywałam prace laboratoryjne dla spółdzielni 

rybackiej w Portolondonie, Ale ta monotonia, to zamkni cie... to mnie 

wyka czało. Profesor Matsuyama zaproponował mi miejsce w zespole 

organizowanym dla zbadania Ziemi Komisarza Hauncha. My lałam, niech mi 

Bóg wybaczy, my lałam, ze Jimmy... Gdy testy wykazały, ze to b dzie chłopiec, 

Tim zdecydował,  e damy mu na imi  James, po dziadku i dlatego,  e "Timmy i 

Jimmy" to si  rymuje... no wi c my lałam,  e Jimmy b dzie bezpieczny,  e mog  

go spokojnie zabra  ze sob . Nie mogłam znie  my li,  e miałabym zostawi  go 

na kilka miesi cy, nie w jego wieku. Miałam pewno ,  e ani na chwil  nie 

wyjdzie z obozu. A co mogło mu si  sta  w obozie? Nigdy nie wierzyłam w te 

historie o Zewn trznych, którzy kradn  ludzkie dzieci. Uwa ałam,  e rodzice 

staraj  si  w ten sposób usprawiedliwi  własn  lekkomy lno , to,  e pozwolili 

dziecku zgubi  si  w lesie lub  e go nie uchronili przed atakiem sfory szatanów 

czy... no có , przekonałam si ,  e nie miałam racji, panie Sherrinford. Roboty 

wartownicze omini to, psy zostały u pione, a gdy si  zbudziłam, Jimmiego ju  nie 

było. 

Przygl dał jej si  przez obłok dymu z fajki. Barbro Engdahl Cullen miała 

około trzydziestu lat (rolandyjskich, dodał w my lach, czyli dziewi dziesi t pi  

procent analogicznej liczby lat ziemskich, nie to co lata na Beowulfie). Była du , 

postawn  kobiet , szerok  w ramionach, długonog , o pełnych piersiach. 

Poruszała si  lekkim, spr ystym krokiem. Miała szerok  twarz o prostym nosie, 

orzechowych,  miało patrz cych oczach i mo e zbyt wydatnych, ale ruchliwych i 

pełnych wyrazu ustach. Jej rudobr zowe włosy przyci te były tu  poni ej uszu. 

Miała na sobie proste, codzienne ubranie. Chc c uspokoi  nerwowe ruchy jej 

palców spytał ironicznie: 

- Ale teraz ju  pani wierzy w Zewn trznych? 

- Nie. Chocia  nie jestem tego tak pewna jak przedtem. - Odwróciła si , 

spogl daj c na niego z ukosa. - Poza tym znale li my  lady. 

- Okruchy skamielin - skin ł głow . - Kilka znalezisk typu neolitycznego. 

Jednak wszystkie bardzo stare, jakby ich twórcy zmarli wieki temu. Nawet 

dokładne poszukiwania nie zdołały dostarczy   adnego niepodwa alnego dowodu 

na to,  e przetrwali. 

- Jak dokładne mog  by  poszukiwania w tej latem sieczonej burzami, a zim  

ciemnej i ponurej dziczy wokół Bieguna Północnego? - spytała wyzywaj co. - Gdy 

jest nas - ile? - milion ludzi na całej planecie, z czego połowa stłoczona w tym 

mie cie? 

background image

 

- A reszta na jedynym zamieszkanym kontynencie - podpowiedział. 

- Arktyka zajmuje pi  milionów kilometrów - rzuciła - z czego wła ciwa 

Strefa Arktyczna a  jedn  czwart . Nie mamy dostatecznej bazy przemysłowej, 

eby umie ci  tam satelity obserwacyjne, zbudowa  samoloty, na których mo na 

by w tamtych regionach polega , przeprowadzi  przez te przekl te pustkowia 

drogi i zało y  stałe bazy.  eby je pozna  i ujarzmi . Bo e, całe pokolenia 

samotnych pionierów opowiadały historie o Szarowłosym i a  do zeszłego roku 

nie widział tego zwierz cia  aden naukowiec! 

- Mimo tego pani ci gle nie wierzy w realno  Zewn trznych? 

- A mo e to jaki  tajemny kult w ród ludzi, zrodzony z odosobnienia i 

ignorancji? Jego wyznawcy kryj  si  gdzie  w dziczy, gdzie mog  kradn c dzieci 

dla jakich ... - przełkn ła  lin . Opu ciła bezsilnie głow . - Ale to pan jest 

uwa any za eksperta. 

- Z tego, co mi pani powiedziała przez wizjofon, wynikało,  e policja 

portolondo ska kwestionuje dokładno  zło onego przez wasz  grup  raportu. 

Uwa a,  e wi kszo  z was uległa histerii,  e po prostu nie zachowali cie 

odpowiednich  rodków ostro no ci i dzieciak sobie gdzie  potuptał tak,  e nie 

mogli cie go odnale . 

Beznami tno  tych słów uwolniła j  od przera enia. 

Jak dziecko pierwszego lepszego osadnika? - powiedziała gwałtownie, nagle 

zarumieniona. - Nie. Ja nie siadłam,  eby wy  z rozpaczy.. Skomunikowałam si  z 

archiwum. Nieco za du o tego typu wydarze  jest zarejestrowanych,  eby 

nieszcz liwy wypadek był w pełni zadowalaj cym wytłumaczeniem. A czy mamy 

zupełnie ignorowa  te pełne strachu opowie ci o powrotach? Gdy jednak 

wróciłam na policj  z faktami, po prostu mnie spławili. Podejrzewam,  e zrobili 

tak nie tylko dlatego,  e maj  niedobory personelu. My l ,  e oni równie  si  

boj . Przecie  rekrutuj  si  głównie ze wsi, a Portolondon le y tu  przy skraju 

nieznanego. Uszła z niej cała energia. 

- Roland nie ma  adnych centralnych sił policyjnych - zako czyła 

bezbarwnym głosem. - Pan jest moj  ostatni  nadziej . 

M czyzna dmuchn ł dymem w ciemno  zmierzchu, potem, głosem ju  

łagodniejszym, powiedział: 

- Prosz  za bardzo nie podsyca  w sobie tej nadziei, pani Cullen. Jestem 

jedynym prywatnym detektywem na tej planecie, bez  adnego zaplecza i zasobów 

poza sob  samym i na dodatek przybyłem tu niedawno. 

- To znaczy kiedy, jak długo pan tu jest? 

- Dwana cie lat. Czas ledwo wystarczaj cy na pobie ne zapoznanie si  ze 

wzgl dnie cywilizowanym wybrze em. A interior Arktyki... Co wy - nawet wy - 

osadnicy sprzed wieku lub z jeszcze dawniejszych czasów o nim wiecie? - 

Westchn ł. - Wezm  t  spraw , licz c nie wi cej, ni  b d  musiał, głównie ze 

wzgl du na do wiadczenie, jakie mi ona przyniesie. Ale pod warunkiem,  e pani 

b dzie moim przewodnikiem i asystentem. Bez wzgl du na ból, jaki to mo e pani 

sprawi . 

- Oczywi cie! Nie znosz  bezczynnego oczekiwania. Ale dlaczego ja? 

- Wynaj cie tutaj, na dziewiczej, dopiero zasiedlanej planecie, gdzie ka da 

para r k ma tysi c pilnych zada  do wykonania, kogo  innego o równie wysokich 

background image

 

kwalifikacjach, niepomiernie podniosłoby koszty. Poza tym pani ma motywacj . 

A ja jej potrzebuj . Jako kto  urodzony w innym  wiecie, zupełnie ró nym od 

tego tutaj, z kolei zupełnie ró nego od Matki Ziemi, zbyt dobrze zdaj  sobie 

spraw , jak małe mamy szans . 

Nad Przystani  Bo ego Narodzenia g stniała noc. Powietrze ci gle było 

łagodne, jednak snuj ce si  po ulicach macki mgły, pod wietlane migotliwie, 

miały w sobie co  mro nego, a jeszcze mro niejsza była dr ca mi dzy ksi ycami 

zorza. W ciemniej cym pokoju kobieta przysun ła si  bli ej do m czyzny, z 

pewno ci  nie zdaj c sobie z tego sprawy, a  do chwili, gdy on wł czył  wiatło. 

Dzielili t  sam  wiedz  o samotno ci Rolanda. 

Dla galaktyki, dla galaktycznych przestrzeni jeden rok  wietlny to nie jest 

du o. Mo na by go przej  na piechot , w około 270 milionów lat, wyruszywszy 

wtedy, gdy dinozaury nale ały jeszcze do odległej przyszło ci, gdzie  w  rodku 

Permu, i id c a  po dzie  dzisiejszy, gdy statki kosmiczne przemierzaj  nawet 

bardziej rozległe przestrzenie. Jednak w naszym s siedztwie gwiazdy oddalone s  

od siebie  rednio o dziewi  lat  wietlnych i zaledwie jeden procent z nich, lub 

nawet mniej, ma planety, na których mógłby zamieszka  człowiek. A pr dko ci 

statków s  ograniczone, mniejsze od tych, z którymi poruszaj  si  promienie. 

Pewn , niewielk  pomoc  słu y relatywistyczne spowolnienie czasu oraz 

zawieszenie czynno ci  yciowych podczas podró y. Sprawia to,  e wydaj  si  one 

krótkie, jednak poza statkiem historia nie wstrzymuje swego biegu. 

Dlatego te  w drówki mi dzy gwiazdami zawsze b d  nale ały do rzadko ci. 

Kolonistami b d  tylko ci, którzy maj  naprawd  wa kie, ostateczne przyczyny, 

by wyjecha . B d  zabierali ze sob  plazm  zarodkow  dla egzogenicznych 

hodowli ro lin i zwierz t domowych - a tak e ludzkich dzieci - by przez szybki 

przyrost populacji unikn  wymierania kolonii wskutek zmian genetycznych. 

Przecie  nie b d  mogli liczy  na napływ nowych imigrantów. Dwa lub trzy razy 

w ci gu stulecia zjawi si  statek z jakiej  innej kolonii. (Nie z Ziemi, Ziemia ju  

dawno stała si  obcym  wiatem.) Przyleci z której  z dawniej zasiedlonych planet. 

Nowe osady nie s  w stanie budowa  i obsadza  załog  statków kosmicznych. 

Samo przetrwanie tych osad jest w tpliwe, nie tylko ich ewentualny rozwój 

techniczny. We wszech wiecie, niespecjalnie zaprojektowanym dla człowieka, 

zało yciele kolonii musz  przyjmowa  to, co jest im dane. 

Na przykład Roland. Jest to jedno z tych jak e rzadkich szcz liwych 

znalezisk - planeta, na której ludzie mog   y , oddycha , je  miejscow   ywno , 

pi  wod , chodzi  bez ubrania, je li taka ich wola, sia  swoje zbo a, wypasa  

zwierz ta, ry  kopalnie, wznosi  domy, wychowywa  dzieci i wnuki. Warto było 

przemierzy  trzy czwarte  wietlnego stulecia, by zachowa  pewne drogie sercu 

warto ci i zapu ci  nowe korzenie w gleb  Rolanda. 

Jednak Gwiazda Karola Wielkiego jest typu F9, czterdzie ci procent 

ja niejsza ni  Soi - jeszcze intensywniej promieniuje w zdradzieckim ultrafiolecie 

i smaga jeszcze dzikszymi wiatrami naładowanych cz steczek. Równie  orbita 

planety jest ekscentryczna. W  rodku krótkiego, lecz prawdziwie okrutnego 

północnego lata, podczas przej cia przez periastron, suma nasłonecznienia 

dwukrotnie przewy sza t , któr  otrzymuje Ziemia. A w gł bi długiej, północnej 

zimy jest niewiele ni sza ni  ziemska  rednia. 

background image

 

Miejscowe  ycie pleni si  wsz dzie, bardzo obficie. Jednak człowiek, nie maj c 

skomplikowanych urz dze , ekonomicznie niezdolny do ich konstrukcji na skal  

wi ksz  ni  jednostkowa, mo e wytrzyma  tylko w pasach o du ych 

szeroko ciach geograficznych. Dziesi ciostopniowe nachylenie osi wraz z 

nietypow  orbit  sprawiaj ,  e północne cz ci Arktyki przez połow  swego roku 

s  całkowicie pozbawione  wiatła słonecznego. Wokół południowego bieguna 

rozci ga si  pusty ocean. 

Na pierwszy rzut oka wa niejsze mog  si  wydawa  inne ró nice mi dzy 

Rolandem a Ziemi . Roland ma dwa ksi yce, niewielkie, ale bliskie, które 

wywołuj   cieraj ce si  ze sob  pływy. Obraca si  on wokół osi w ci gu 

trzydziestu dwóch godzin, co subtelnie, lecz bezustannie zakłóca funkcjonowanie 

organizmów wykształconych przez gigalata szybszego rytmu. Układy pogodowe 

s  całkowicie nieterra skie. Planeta ma zaledwie 9500 kilometrów  rednicy, 

grawitacja na jej powierzchni wynosi 0.42x 980 cm/s k., ci nienie na poziomie 

morza lekko przekracza jedn  atmosfer . (Ziemia jest w rzeczywisto ci 

wybrykiem natury i człowiek istnieje tylko dzi ki temu,  e kosmiczna katastrofa 

zdmuchn ła z niej wi kszo  gazu, który powinien by  zatrzymany przez ciało tej 

wielko ci - tak jak w przypadku Wenus). 

Homo mo e by  szczerze nazwany sapiens tylko wtedy, gdy praktykuje sw  

specjalno  bycia niewyspecjalizowanym. Jego ci gle ponawiane próby 

zamro enia si  we wszechobja niaj cych wzorcach, kulturach, ideologiach, czy 

jakkolwiek to nazywał, powodowały ponawiaj ce si  katastrofy. Postawiony 

przed praktycznym, konkretnym zadaniem prze ycia, zwykle radzi sobie całkiem 

nie le. Przystosowuje si , w pewnych granicach, do  zreszt  szerokich. 

Te granice s  ustalone przez takie czynniki jak potrzeba  wiatła słonecznego, 

jak to,  e człowiek jest, nieodwołalnie i ostatecznie, cz ci   ycia, które go otacza, 

i  e jest istot , która ma dusz . 

Portolondon pchał si  przystaniami, łodziami, maszyneri , składami do 

Zatoki Polaris. Z tyłu, za tym wszystkim, tłoczyły si  domy jego 5000 stałych 

mieszka ców: betonowe mury, przeciwsztormowe okiennice, spiczaste, kryte 

płytami dachy. Ich ró norakie barwy beznadziejnie gin ły w  wietle lamp - to 

miasto le ało za Kr giem Polarnym. 

Mimo tego Sherrinford powiedział: 

- Wesołe miejsce, co? Wła nie czego  takiego szukałem przyje d aj c na 

Rolanda. 

Barbro nie odpowiedziała. Te dni sp dzone w Przystani Bo ego Narodzenia, 

kiedy on prowadził swoje przygotowania, wyra nie j  wyczerpały. Gapiła si  

przez kopuł  taksówki, mkn cej z nimi ku  ródmie ciu od strony drogi wodnej, 

która ich tu przywiodła. Przypuszczała,  e Sherrinford miał na my li bujno  

lasów i ł k wzdłu  szosy, jaskrawe barwy i fosforescencj  kwiatów w ogrodach, 

trzepot skrzydeł nad głowami. W odró nieniu od ziemskiej flory ze stref zimnych 

ro linno  Arktyki sp dzała ka d  rozja nion  dniem godzin  na gwałtownym 

rozrastaniu si  i gromadzeniu energii. Zakwitnie i zaowocuje dopiero wtedy, gdy 

letnia gor czka ust pi miejsca łagodnej zimie, a przesypiaj ce lato zwierz ta 

wyjd  ze swych nor i w drowne ptaki wróc  do domu. 

background image

 

10 

Musiała przyzna ,  e widok był wspaniały: za drzewami rozległo  wznosz ca 

si  ku dalekim wzgórzom, srebrnoszara w  wietle ksi yca, i zorza - rozproszone 

wiatło sło ca, kryj cego si  tu  poni ej horyzontu. 

Wspaniałe jak poluj cy szatan - pomy lała - i równie przera aj ce. Ta dzicz 

ukradła Jimmiego. Zastanawiała si , czy b dzie jej dane odnale  przynajmniej 

ko ci, by zanie  je ojcu dziecka. 

Nagle zdała sobie spraw ,  e ona i Sherrinford dotarli do hotelu i ze on mówił 

o mie cie. Poniewa  było ono drugie pod wzgl dem wielko ci po stolicy, ju  

przedtem musiał cz sto tu bywa . Ulice były hała liwe i pełne ludzi, neony 

migotały, muzyka buchała ze sklepów, barów, restauracji, centrów sportowych, 

sal tanecznych; stłoczone samochody płyn ły wolno jak melasa; kilkupi trowe 

biurowce płon ły  wiatłami. Portolondon był ogniwem ł cz cym ogromne 

obszary w gł bi kontynentu ze  wiatem zewn trznym. Rzek  Glorii spływały 

tratwy ze z grubsza obrobionym drewnem; barki z rud  i z plonami farm, 

których wła ciciele powoli zmuszali rolandyjsk  przyrod , by im słu yła; z 

mi sem, ko mi i futrami, zebranymi przez my liwych w górach za Urwiskiem 

Trolli. Od strony morza napływały przybrze ne frachtowce, rybackie floty, 

produkty z Wysp Podsłonecznych, łupy z całych kontynentów, le cych dalej na 

południu, gdzie ró ni  miałkowie szukali przygód. Przybywaj cy z tym 

wszystkim ludzie chcieli si  wyszumie  w Portolondonie,  miali si ,, rozrabiali, 

zmawiali, rabowali, wygłaszali kazania, chlali, puszczali pieni dze, harowali, 

marzyli, po dali, budowali, niszczyli, umierali, rodzili si , byli szcz liwi, 

gniewni, smutni, zachłanni, wulgarni, kochaj cy, ambitni, ludzcy. Ani blask 

sło ca gdzie indziej, ani półroczny zmierzch tutaj - gł boka noc w  rodku zimy - 

nie były w stanie ich powstrzyma . 

Przynajmniej tak wszyscy twierdzili. 

Wszyscy z wyj tkiem tych, którzy osiedli w strefie ciemno ci. Barbro 

przyjmowała za rzecz naturaln ,  e hołduj  oni dziwnym obyczajom, tworz  

legendy i ulegaj  przes dom - umr  one, gdy bezdro a zostan  całkowicie 

skartografowane i poskromione. Ostatnio jednak zaczynała w to w tpi . By  

mo e przyczyniły si  do tego wzmianki Sherrinforda o zmianie jego własnych 

pogl dów, spowodowanej wynikami wst pnych bada . 

A mo e po prostu potrzebowała tematu do rozmy la . Innego ni  ten, jak 

Jimmy, na dzie  przed swym znikni ciem, gdy go spytała, czy woli kanapk  z 

ytniego czy z francuskiego chleba, z wielk  powag  odpowiedział: "Zjem 

kromk  tego, co my, ludzie, nazywamy F-chlebem"; ostatnio zaczynał 

interesowa  si  alfabetem. 

Prawie nie zauwa yła momentu wyj cia z taksówki, meldowania si  w hotelu i 

drogi do sk po umeblowanego pokoju. Jednak gdy si  rozpakowała, 

przypomniała sobie,  e Sherrinford zaproponował poufn  rozmow . Przeszła 

przez korytarz i zapukała do jego drzwi. Jej palce stukały ciszej ni  serce. 

Otworzył drzwi i z palcem na ustach poprowadził j  w róg pokoju. Zje yła si  

wewn trznie, lecz po chwili na ekranie wizjofonu zobaczyła twarz komisarza 

Dawsona. Sherrinford najwyra niej do niego dzwonił i miał zapewne powód, 

eby trzyma  j  poza zasi giem kamery. Znalazła sobie krzesło i przygl dała si , 

wbijaj c paznokcie w kolana. 

background image

 

11 

Długa posta  detektywa ponownie zgi ta si  w fotelu. 

- Przepraszam za t  przerw  - powiedział. - Jakich  facet pomylił numery. 

Pijany, s dz c po oznakach. Dawson zachichotał. 

- Mamy ich tu sporo. 

Barbro przypomniała sobie,  e komisarz jest zamiłowanym gaduł . Pogładził 

brod  - byt do niej tak przywi zany, jakby był pionierem, a nie mieszka cem 

miasta. 

- Zwykle s  niegro ni, po prostu naładowani po tygodniach czy miesi cach 

sp dzonych na pustkowiu, i musz  si  rozładowa . 

- Stwierdziłem,  e to otoczenie - Sherrinford ubił tyto  w fajce - ró ni ce si  

milionem mniej czy bardziej wa nych szczegółów od tego, które stworzyło ludzi - 

e to otoczenie wyczynia dziwne rzeczy z ludzk  osobowo ci . Oczywi cie wie 

pan,  e moja praca ogranicza si  do miast i regionów podmiejskich. Odizolowane, 

odległe osady rzadko potrzebuj  prywatnych detektywów. Jednak teraz ta 

sytuacja wydaje si  ulega  zmianie. Zadzwoniłem do pana, by prosi  o rad . 

- Pomog  z przyjemno ci  - powiedział Dawson. - Nie zapomniałem, co pan 

dla nas zrobił w sprawie morderstwa de Tahoe. - I ostro niej: - Jednak niech pan 

najpierw wyło y swój problem. 

Sherrinford zapalił fajk . Zapach tytoniu przebił si  przez aromaty zieleni, 

które - nawet tutaj, par  wyasfaltowanych kilometrów od najbli szego lasu - 

przepływały ponad ulicznym zgiełkiem i wdzierały si  przez przyciemnione 

zmierzchem okno. 

- To raczej misja naukowa ni  poszukiwanie ukrywaj cego si  dłu nika czy 

szpiega przemysłowego - powiedział przeci gaj c słowa. - Stoj  w obliczu dwóch 

mo liwo ci: albo od dawna działa, kradn c niemowl ta, jaka  organizacja 

kryminalna, religijna czy jakakolwiek inna lub te , to druga mo liwo . 

Zewn trzni z ludowych opowie ci to rzeczywisto . 

- Co? - Barbro zauwa yła,  e na twarzy Dawsona maluje si  w równym 

stopniu przera enie co zaskoczenie. - Chyba nie mówi pan tego powa nie? 

- Dlaczego? - Sherrinford u miechn ł si . - Nie mo na odrzuca  ot tak sobie 

doniesie  gromadzonych przez kilka pokole . Tym bardziej  e ich ilo  i 

wzajemna zgodno  wcale nie malej  z biegiem czasu, wr cz przeciwnie - rosn . 

Nie mo emy tak e ignorowa  udokumentowanych zagini  niemowl t i małych 

dzieci; liczba takich przypadków przewy sza sto, a nigdy nie odnaleziono 

najmniejszego  ladu porwanych. Nie mo emy lekcewa y  znalezisk, które 

dowodz , ze Arktyk  zamieszkiwały niegdy  inteligentne stworzenia, by  mo e 

ci gle nawiedzaj ce interior. 

Dawson wychylił si , jakby chciał wyj  z ekranu. 

- Kto pana wynaj ł? Ta kobieta, Cullen? Bardzo jej współczujemy, 

oczywi cie, ale w tym, co mówiła, nie było zbyt wiele sensu. A kiedy zacz ła nas 

jawnie obra a ... 

- Czy jej koledzy, powa ani naukowcy, nie potwierdzili jej słów? 

- Nie było co potwierdza . Prosz  pana, ich obóz był otoczony ró nymi 

detektorami i urz dzeniami alarmowymi, a poza tym trzymali dogi. To normalne 

w okolicy, w której mo e si  przypl ta  jaki  głodny sauroid czy cokolwiek. Nic 

nie mogło si  tam dosta  niepostrze enie. 

background image

 

12 

- To z ziemi. A co z zagro eniem z powietrza? 

- Człowiek z wirolotem na plecach postawiłby na nogi cały obóz. 

- Co , co ma własne skrzydła, mogło by  cichsze. 

- Lataj ce stworzenie, które potrafiłoby unie  trzyletnie dziecko? Nic takiego 

nie istnieje. 

- Ma pan na my li, komisarzu,  e nie zostało .opisane w literaturze naukowej. 

Niech pan sobie przypomni Szarowłosego. Niech pan pami ta o tym, jak mało 

wiemy o Rolandzie, o planecie, o całym tym  wiecie. Na Beowulfie takie ptaki 

istniej , i na Rustum, jak czytałem, te . Przeprowadziłem obliczenia, oparte na 

tutejszym stosunku g sto ci powietrza do grawitacji i, tak, równie  tutaj jest to w 

pewnym stopniu mo liwe. To stworzenie mogło nie  dziecko w powietrzu przez 

krótki czas, zanim mi nie skrzydeł mu si  zm czyły i musiało wyl dowa . 

Dawson prychn ł. 

- Najpierw wyl dowało i weszło do namiotu, w którym spali chłopie  i jego 

matka. Potem uniosło dziecko, a kiedy ju  nie mogło lecie , poszło na piechot  

Czy tak zachowuj  si  dzikie ptaki? A ofiara nie krzyczała, psy nie szczekały? 

- W gruncie rzeczy - powiedział Sherrinford - te nielogiczno ci s  najbardziej 

interesuj cymi i przekonywaj cymi aspektami całej tej sprawy. Ma pan racj , 

trudno sobie wyobrazi ,  eby mógł si  tam niepostrze enie dosta  kidnaper - 

człowiek, a z drugiej strony stworzenie typu orła nie działałoby w taki sposób. 

Jednak  adne z tych zastrze e  nie odnosi si  do obdarzonej skrzydłami istoty 

inteligentnej. Chłopcu mógł zosta  podany  rodek nasenny. A psy niew tpliwie 

wygl dały tak, jakby dostały co  podobnego. 

- Psy wygl dały tak, jakby zaspały. Nic im w tym nie przeszkodziło. Nie 

przeszkodziłby im wła nie wał saj cy si  chłopiec. Nie musimy tutaj snu  

adnych przypuszcze , poza tymi,  e po pierwsze chłopiec obudził si  i 

zniecierpliwił bezczynno ci , a po drugie,  e urz dzenia alarmowe zostały 

zamontowane nieco bezmy lnie i pozwoliły mu przekroczy  granic  obozu. 

wiadczy to o tym, do jakiego, stopnia nie oczekiwano niebezpiecze stwa od 

wewn trz. Wreszcie po trzecie, chocia  naprawd  przykro mi to mówi , musimy 

zało y ,  e biedny brzd c umarł z głodu lub został zabity. 

Dawson chwil  milczał, potem dodał: 

- Gdyby my mieli wi cej ludzi, mogliby my po wi ci  tej sprawie wi cej 

czasu, i oczywi cie zrobiliby my to. Dokonali my zwiadu powietrznego, ryzykuj c 

ycie naszych pilotów. U yli my przy tym instrumentów, które wykryłyby 

dzieciaka w promieniu pi dziesi ciu kilometrów. Chyba  e był martwy. Wie pan, 

jak czułe s  analizatory termiczne. Rezultaty były zerowe. A mamy wa niejsze 

zadania ni  poszukiwanie rozrzuconych szcz tków jego ciała. Je eli to pani 

Cullen pana wynaj ła - zako czył obcesowo - radz  panu znale  wymówk , by 

si  z tego wycofa . Tak b dzie lepiej równie  i dla niej. Musi zacz  liczy  si  z 

rzeczywisto ci . Barbro zdusiła okrzyk, gryz c si  w j zyk. : 

- Ale to jedynie ostatnie z całej serii znikni  - powiedział Sherrinford. Nie 

potrafiła zrozumie , jak mógł mówi  tak swobodnym tonem, podczas gdy Jimmy 

był nie wiadomo gdzie. 

- Zostało dokładniej opisane ni  wszystkie poprzednie - kontynuował - przez 

to bardziej działa na wyobra ni . Zwykle rodzina pionierów składała pełne 

background image

 

13 

rozpaczy, lecz mało dokładne doniesienie o swym zaginionym dziecku, które, jak 

utrzymywali, na pewno zostało porwane przez Dawny Lud. Czasami, w wiele lat 

pó niej, opowiadali o tym,  e je widzieli. Przysi gali,  e to było ich zaginione 

dziecko, wyro ni te, nie całkiem ju  ludzkie; przysi gali,  e widzieli, jak 

przemyka w ciemno ciach, zerka przez okno lub płata im psoty. Utrzymuje pan, 

e ani władze, ani naukowcy nie maj  dostatecznego personelu czy  rodków, z by 

przeprowadzi  odpowiednie dochodzenie. Ja jednak twierdz ,  e te sprawy s  

warte wyja nienia, i by  mo e prywatna osoba, jak ja, mo e si  do tego 

przyczyni . 

- Niech pan posłucha, wi kszo  z nas, policjantów, wychowała si  na 

bezdro ach. Je dzimy tam nie tylko na patrole i do wypadków, ale równie  na 

urlopy i  wi ta rodzinne. Je eli gdzie  w okolicy byłaby... jaka  banda porywaczy 

ludzi, wiedzieliby my o tym. 

- Zgoda. Ale wiem równie ,  e w ród ludzi, z których si  wywodzicie, 

utrzymuje si  gł boko zakorzeniona i bardzo rozpowszechniona wiara w istnienie 

pozaludzkich istot o nadnaturalnych zdolno ciach. Wielu odprawia rytualne 

modły i składa ofiary,  eby te istoty sobie zjedna . 

- Wiem, do czego pan zmierza - powiedział Dawson drwi co. - Słyszałem to 

niejednokrotnie, od stu ró nych łowców sensacji. Aborygeni to Zewn trzni. 

Miałem o panu lepsze mniemanie. Na pewno był pan w paru muzeach, na pewno 

naczytał si  pan literatury na temat  wiatów, na których istniej  tubylcy - do 

diabła ci kiego, czy nigdy nie posługiwał si  pan t  swoj  logik ?! 

Wyci gn ł oskar aj ce palec. 

- Niech pan pomy li - powiedział. - Co my my wła ciwie znale li? Kilka 

kawałków obrobionego kamienia; kilka megalitów, które ewentualnie mog  by  

sztuczne; zadrapania na skałach, które wydaj  si  przedstawia  zwierz ta i 

ro liny, cho  nie w ten sposób, w jaki przedstawiałaby je jakakolwiek istota 

ludzka;  lady ognisk i połamane ko ci; inne fragmenty kostne, które mog  by  

szcz tkami istot my l cych, by  mo e pochodz cymi z chwytnych palców lub z 

czaszek chroni cych du e mózgi. Je li nawet tak, to wła ciciele tych ko ci byli 

zupełnie niepodobni do człowieka. Lub do aniołów, je li ju  o to chodzi. Zupełnie! 

Najbardziej antropoidalna z ogl danych przeze mnie rekonstrukcji 

przedstawiała rodzaj dwuno nego krokodyla. 

Chwileczk , niech mi pan pozwoli sko czy . Kiedy byłem dzieckiem, 

wierzyłem w te historie o Zewn trznych. Słyszałem ich cał  mas . Opowie ci 

mówi ce o tym,  e istniej  inne istoty, niektóre skrzydlate, inne nie, niektóre na 

wpół ludzkie, inne wygl daj  zupełnie jak my, mo e s  tylko zbyt przystojne na 

ludzi. To wci  i od nowa to samo - kraina ba ni ze starej Ziemi. Czy  nie? 

Kiedy  si  tym zainteresowałem i pogrzebałem w mikrofilmach Biblioteki 

Dziedzictwa, i niech mnie wszyscy diabli, je eli nie znalazłem niemal 

identycznych bajdurze , powtarzanych przez chłopców całe wieki przed lotami 

kosmicznymi. 

Nic z tego nie pasuje ani do tych nielicznych reliktów, jakie mamy, je eli s  to 

relikty, ani do prawdy głosz cej,  e l d wielko ci Arktyki nie mo e wyda  na 

wiat tuzina ró nych inteligentnych gatunków, ani wreszcie... do diabła, 

background image

 

14 

człowieku, ani do zdrowego rozs dku, który podpowiada, jak powinni zachowa  

si  tubylcy, gdy nadlecieli tu ludzie! 

Sherrinford skin ł głow . 

- Tak, oczywi cie - powiedział. - Nie jestem jednak tak gł boko jak pan 

przekonany o tym,  e zdrowy rozs dek istot niehumanoidalnych jest taki sam jak 

nasz. Widziałem zbyt wiele ró nic nawet w ramach naszego gatunku. Ale, jasne, 

pa skie argumenty s  bardzo mocne. Tych niewielu znajduj cych si  na 

Rolandzie naukowców ma pilniejsze zadania ni  tropienie  ródeł czego , co 

stanowi, jak pan to uj ł, o ywienie  redniowiecznych przes dów. 

Wzi ł w obie dłonie główk  fajki i zajrzał do jej male kiego wn trza. 

- By  mo e najbardziej dla mnie interesuj ce - powiedział mi kko - jest to, 

dlaczego poprzez otchła  wieków, poprzez barier  cywilizacji technicznej z jej 

zupełnie odmiennym spojrzeniem na  wiat i całkowitym odci ciem si  od tradycji 

- dlaczego tutejsi twardogłowi, technicznie zorganizowani, do  dobrze 

wykształceni koloni ci wskrzesili z grobu wiar  w Dawny Lud? 

- S dz ,  e w ko cu - je eli uniwersytet wreszcie powoła katedr  psychologii, o 

której tyle mówi  -  e kto  w ko cu zajmie si  opracowaniem odpowiedzi na 

pa skie pytanie - powiedział Dawson nieco załamuj cym si  głosem i przełkn ł 

gło no, gdy Sherrinford odpowiedział: 

- Proponuj  zacz  od razu. Na Ziemi Komisarza Hauncha, gdy  wła nie tam 

zdarzył si  ostatni incydent. Gdzie mógłbym wynaj  jaki  pojazd? 

- Hmm, to mo e by  do  trudne... 

- Dobrze, dobrze... By  mo e jestem  ółtodziobem w tym  wiecie, jednak 

swoje wiem. W społeczno ciach niezbyt zasobnych w dobra zwykle nieliczni maj  

ci ki ekwipunek. Ale poniewa  jest on niezb dny, zawsze mo na go wynaj . 

Potrzebny mi jest wóz kempingowy z silnikiem poduszkowym, dobry na ka dy 

rodzaj terenu, i chc  równie , aby zostało w nim zamontowane przywiezione 

przeze mnie wyposa enie. Górna cz  osłony ma by  zast piona gniazdem 

działka, obsługiwanego z siedzenia kierowcy. Bro  ja dostarcz . Poza moimi 

własnymi karabinkami i pistoletami udało mi si  wypo yczy  troch  broni z 

arsenału policji w Przystani Bo ego Narodzenia. 

- Hej, widz ,  e pan naprawd  przygotowuje si  do wojny z... z mitem? 

- Powiedzmy raczej,  e w nie tak znów bardzo kosztowny sposób ubezpieczam 

si  przeciwko pewnym niezbyt prawdopodobnym przypadkom. A jeszcze, poza 

poduszkowcem, czy dałoby si  załatwi  lekki, przewo ony na dachu samolocik do 

zwiadów? 

- Nie. - Tym razem głos Dawsona brzmiał bardziej pewnie ni  dotychczas. - 

To jest szukanie guza. Mo emy, gdy prognoza pogody b dzie sprzyjaj ca, 

przewie  pana do pa skiej bazy du ym samolotem. Jednak pilot b dzie musiał 

natychmiast wraca , zanim pogoda znów si  popsuje. Meteorologia nie jest zbyt 

rozwini ta na Rolandzie. Powietrze o tej porze roku jest wyj tkowo zdradliwe, a 

my nie mamy  rodków do wyprodukowania samolotu, który wytrzymałby ka d  

niespodziank . - Odetchn ł gł boko. - Nie ma pan, widz , poj cia, jak szybko 

potrafi uderzy  wir. Albo jaki grad mo e nagle run  z czystego nieba czy te ... 

Jak pan ju  tam dotrze, lepiej niech pan trzyma si  ziemi. - Zawahał si . - To 

background image

 

15 

jedna z wa niejszych przyczyn, dla których nasze wiadomo ci o bezdro ach s  

tak sk pe, a ich mieszka cy tak izolowani. 

Sherrinford roze miał si  ponuro. 

- No có , s dz ,  e je li tam wszystko wygl da, jak przypuszczam, to i tak 

przez cał  drog  b d  musiał si  czołga . 

- Zmarnuje pan mas  czasu - powiedział Dawson. - Nie wspominaj c o 

pieni dzach klienta. Prosz  posłucha , nie mog  panu zabroni  uganiania si  za 

cieniem, ale... 

Dyskusja trwała jeszcze niemal godzin . Gdy ekran wreszcie pociemniał, 

Sherrinford podniósł si , przeci gn ł i podszedł do Barbro. Jeszcze raz zwróciła 

uwag  na jego szczególny chód. Przybył z planety, na której ci enie było o jedn  

czwart  wi ksze od ziemskiego, a tutaj nie przekraczało nawet jego połowy. 

Zadała sobie pytanie, czy Sherrinford miewa sny o lataniu. 

- Przepraszam,  e tak pani  zaniedbałem - powiedział - ale nie oczekiwałem, 

e dodzwoni  si  do niego tak szybko. Wcale nie kłamał, mówi c, jak bardzo jest 

zaj ty. A gdy ju  si  z nim poł czyłem, wolałem mu o pani nie przypomina . Z 

moim projektem mo e si  nie liczy , mo e go spokojnie odrzuca  jako czcze 

mrzonki, z których szybko zrezygnuj . Gdyby jednak, obserwuj c pani , 

przekonał si , jak bardzo jeste my zdecydowani, stałby si  zupełnie 

nieprzyst pny, a by  mo e nawet robiłby nam jakie  przeszkody. 

- A niby dlaczego miałby si  tym przejmowa ? - spytała z gorycz . 

- Strach przed konsekwencjami, tym wi kszy,  e si  do niego nie przyznaje, 

tym bardziej przejmuj cy, ze nie dadz  si  one przewidzie . - Wzrok 

Sherrinforda pow drował ku ekranowi, a stamt d przez okno ku zorzy, 

pulsuj cej wysoko w górze lodowatym bł kitem i biel . - Zauwa yła pani chyba, 

e rozmawiałem z człowiekiem przestraszonym. W gł bi duszy pod pozorami 

szyderstw i konwenansów wierzy w Zewn trznych. Tak, gł boko w nich wierzy. 

Stopy Pasterza Mgły frun ły ponad yerb , wyprzedzaj c niesione wiatrem 

chwastoloty. Obok niego pi trzył si  Nagrim nikor, czarny i niekształtny. Jego 

wywołuj ce wstrz sy ziemi cielsko zostawiało za sob  pokos zmia d onych ro lin. 

Z tyłu blask kwiatów cierniowca płomiennego przebijał przez mglist , rozmazan  

sylwetk  Morgarela upiora. 

Obłoczne Błonia wznosiły si  tutaj fal  wzgórz i zaro li. Powietrze było 

spokojne, tylko od czasu do czasu przynosiło przytłumione odległo ci  wycie 

jakiej  bestii. Było ciemniej ni  zwykle na pocz tku zimy, gdy  ksi yce stały 

nisko, a zorza ledwie połyskiwała nad górami na północnym kra cu  wiata. 

Jednak dzi ki temu gwiazdy, którymi usiane było niebo, l niły ostro i wyra nie, a 

Droga Duchów  wieciła w ród nich jak spryskane kroplami rosy listowie gł boko 

w dole. 

- Tam! - rykn ł Nagrim. Wszystkie cztery ramiona wskazywały jeden punkt. 

Grupka weszła wła nie na szczyt wzgórza. Daleko przed nimi płon ła iskierka 

wiatła. - Hoah, hoah! Fdebczemy ich w ziemi  od razu czy bofoli rozszarbiemy? 

Nic takiego nie zrobimy, zakuty łbie - przemkn ła przez ich głowy odpowied  

Morgarela. - Chyba  e nas zaatakuj . A nie zrobi  tego. je eli nie zdradzimy 

swojej obecno ci. Według jej rozkazu mamy wy ledzi  ich zamiary. 

background image

 

16 

- Gr-r-rum-m-m. Znam ich zamiary. Bo cina  drzefa, fpi  bługi w ziemi , 

zasia  sfe brzekl te ziarna. Brzeb dzimy ich do gorzkich wód, bo inaczej szybko 

stan  si  dla nas za silni. 

- Ale nie za silni dla Królowej! - z oburzeniem zaprotestował Pasterz Mgły. 

Jednak maj  nowe moce. jak si  zdaje - przypomniał mu Morgarel. - Musimy 

ich ostro nie wybada . 

- Fi c czy mo emy na nich ostro nie nadebn ? - spytał Nagrim. Pytanie 

wywołało u Pasterza Mgły szeroki u miech. Klepn ł pokryte łusk  plecy. 

- Ty lepiej nie mów - powiedział. - Bo mnie bol  uszy. Ani nie my l, bo ciebie 

boli głowa. Dalej, biegniemy! 

Troch  spokojniej - zbeształ go Morgarel. - Masz w sobie zbyt wiele  ycia, 

synu ludzi. 

Pasterz Mgły wykrzywił twarz w stron  upiora. Usłuchał jednak na tyle,  eby 

zwolni  i wybiera  drog  tak osłoni t , jak tylko było to mo liwe. 

Gnał przecie  z misj  od Najczystszej. Miał si  dowiedzie , co tu przywiodło 

t  par   miertelników. 

Czy by szukali tego chłopca, którego ukradł Ayoch? (Ci gle jeszcze płakał za 

matk , ale coraz mniej, .w miar  jak przenikały go cuda Carheddin.) By  mo e. 

Statek ptak zostawił ich wraz z pojazdem w opuszczonym teraz obozie, z którego 

wyruszyli rozszerzaj c  si  spiral . Gdy jednak w rozs dnej odległo ci nie 

znale li  adnego  ladu dziecka, nie wezwali nikogo, z by ich odwiózł do domu. I 

to nie dlatego,  e pogoda nie pozwalała przenosi  si  falom ł czno ci. Nie. 

Zamiast tego wyruszyli w stron  Gór Ksi ycowego Rogu. Kurs, jakim zd ali, 

powiedzie ich obok kilku odosobnionych gospodarstw naje d ców i dalej, wprost 

na obszary nie odwiedzane dotychczas przez ich ras . 

A wi c nie były to zwyczajne poszukiwania. A wi c co to było? 

Pasterz Mgły rozumiał teraz, dlaczego ta, która panowała, kazała swym 

adoptowanym  miertelnym dzieciom poznawa  czy te  zachowywa  j zyk swych 

przodków. Nienawidził tych  wicze , tak obcych obyczajom Mieszka ców, lecz 

oczywi cie był jej posłuszny. I z czasem zrozumiał, jak była m dra... 

Teraz pozostawił Nagrima za skał  - nikor byłby u yteczny tylko w walce - i 

poczołgał si  od krzaka do krzaka, a  znalazł si  przy ludziach, w odległo ci nie 

wi kszej ni  wzrost człowieka. Deszczorost, kład c mi kkie li cie na jego nagiej 

skórze, odział go w ciemno . Morgarel poszybował ku koronie trz soli cia, w 

którego niespokojnej ruchliwo ci lepiej mógł ukry  sw  nikł  sylwetk . On 

równie  b dzie niezbyt pomocny. I to wła nie było w tym wszystkim najbardziej 

niepokoj ce. Upiory nale  do tych, którzy potrafi  nie tylko czyta  i wysyła  

my li, ale równie  tworzy  omamy. Morgarel powiedział,  e tym razem jego moc 

zdaje si  odbija  od zimnego, niewidzialnego muru, otaczaj cego samochód. 

Kobieta i m czyzna nie ustawili  adnych innych urz dze  stra niczych i nie 

mieli psów. Najpewniej s dzili,  e nic takiego nie b dzie potrzebne, gdy  spali w 

długim poje dzie, którym podró owali. Ale takie lekcewa enie pot gi Królowej 

nie mo e by  tolerowane, nieprawda ? 

Metal połyskiwał delikatnie w  wietle ich ogniska. Usiedli po obu stronach 

ognia, owini ci w palta dla ochrony przed chłodem, który nagiemu Pasterzowi 

Mgły wydawał si  łagodny. M czyzna pił dym. Kobieta patrzyła nieruchomo w 

background image

 

17 

zmierzch, który jej o lepianym płomieniami oczom musiał si  wydawa  gł bok  

ciemno ci . Ta cz ca po wiata wyra nie wydobywała z mroku jej sylwetk . Tak, 

s dz c z opowie ci Ayocha, ona była matk  tego nowego malca. 

Ayoch równie  chciał z nimi pój , ale Cudowna zabroniła. Puki s  za mało 

wytrwałe jak na potrzeby takich misji. 

M czyzna poci gn ł fajk . Jego policzki cofn ły si  przez to w cie , podczas 

gdy na czole i nosie migotało  wiatło. Wygl dał niepokoj co podobnie do 

brzytwodzioba, który ma wła nie run  na ofiar . 

- Nie, powtarzam ci jeszcze raz, Barbro, nie mam  adnych teorii - mówił. - 

Kiedy ilo  faktów jest niewystarczaj ca, teoretyzowanie jest  mieszne w 

najlepszym przypadku, a sprowadzaj ce na manowce w najgorszym. 

- Jednak masz chyba jaki  plan, co , czym si  kierujesz - powiedziała. Było 

oczywiste,  e ju  wcze niej niejednokrotnie to roztrz sali.  aden Mieszkaniec nie 

byłby tak natarczywy jak ona ani tak cierpliwy jak on. - Te instrumenty, które 

zapakowałe , ten generator, który ci gle utrzymujesz w ruchu... 

- Mam jedn  czy dwie hipotezy robocze i one mi podpowiedziały, jakie 

wyposa enie powinienem zabra . 

- Dlaczego mi nie powiesz, co to za hipotezy? 

- Z nich samych wynika,  e obecnie to by było niewskazane. Ci gle jeszcze 

szukam po omacku drogi w labiryncie. Ale nie miałem okazji poskłada  

wszystkiego w cało . W rzeczywisto ci naprawd  zabezpieczeni jeste my tylko 

przed tak zwanym wpływem telepatycznym... 

- Co? - Niemal podskoczyła. - Chcesz powiedzie ... te legendy, ze oni potrafi  

równie  czyta  my li... - Słowa zamarły jej na ustach, wzrok przeszukał ciemno  

poza jego ramionami. 

M czyzna pochylił si  do przodu. Ton jego głosu stał si  mi kki i 

przekonuj cy. 

- Barbro, zam czasz si , rozdzierasz rany. To wcale nie pomo e Jimmiemu, 

je li  yje. Tym bardziej  e mo esz by  jeszcze bardzo potrzebna, pó niej. Mamy 

przed sob  dług  w drówk , wi c lepiej we  si  w gar . 

Skin ła szybko głow  i zagryzła na moment warg . Potem odpowiedziała: 

- Próbuj . 

U miechn ł si , nie wyjmuj c fajki z ust. 

- My l ,  e ci si  uda. Nie robisz na mnie wra enia strace ca ani j czyduszy 

czy te  kogo  napawaj cego si  swym nieszcz ciem. 

Jej dło  opadła ku kolbie pistoletu przy pasie. Głos si  zmienił, wydobywała 

go z gardła jak nó  z pochwy: 

- Kiedy ich znajdziemy, dowiedz  si , jaka jestem. Jacy s  ludzie. 

- Gniew tak e pow ci gnij - nalegał m czyzna. - Nie sta  nas na emocje. 

Przecie  Zewn trzni, je eli rzeczywi cie istniej , jak to tymczasowo zakładam, 

walcz  o swoje domy. - I po krótkiej przerwie dodał: - Chciałbym wierzy ,  e 

gdyby pierwsi zwiadowcy znale li tu inteligentnych tubylców, kolonizacja 

Rolanda nie zostałaby podj ta. Ale teraz jest ju  za pó no. Nie mo emy tego 

cofn , nawet gdyby my chcieli. To walka do ko ca, z wrogiem tak zr cznym,  e 

udało mu si  ukry  przed nami nawet fakt,  e wypowiedział nam wojn . 

- A zrobił to? Przecie  podkradanie si , przypadkowe porywanie dzieci... 

background image

 

18 

- To cz  mojej hipotezy. Podejrzewam,  e to wcale nie jest zwykłe n kanie 

nas, to cz  taktyki, stosowanej w zatrwa aj co subtelnej grze strategicznej. 

Ogie  trzaskał i sypał iskrami. M czyzna palił przez chwil  w zamy leniu, a 

potem ci gn ł dalej: 

- Wtedy w Przystani Bo ego Narodzenia, a potem w Portolondonie, gdy 

musiała  na mnie czeka , nie chciałem rozbudza  w tobie zbytnich nadziei ani te  

niepotrzebnie ci  ekscytowa . Pó niej byli my zaj ci upewnianiem si , ze Jimmy 

został uprowadzony na wi ksz  odległo  od obozu, ni  zdołałby przej  o 

własnych siłach, wi c dopiero teraz mog  ci powiedzie , jak starannie 

przestudiowałem dost pne materiały na temat... Dawnego Ludu. Robiłem to 

przede wszystkim z my l  o weryfikacji i wyeliminowaniu ka dej wyobra alnej 

mo liwo ci, bez wzgl du na jej absurdalno . Nie oczekiwałem innego ko cowego 

wyniku ni  negatywny. Przejrzałem jednak wszystko: relikty, analizy, opowie ci, 

dziennikarskie podsumowania, monografie. Rozmawiałem z b d cymi akurat w 

mie cie pionierami i z t  garstk  naukowców, która interesowała si  tym 

zagadnieniem. Ja si  szybko ucz . Pochlebiam sobie,  e stałem si  ekspertem nie 

gorszym ni  ka dy inny - chocia  Bóg jeden wie,  e nie ma tu wła ciwie od czego 

by  ekspertem. Jestem stosunkowo obcy na Rolandzie i by  mo e dzi ki temu 

spojrzałem na ten problem  wie ymi oczyma, i zauwa yłem w nim pewne 

prawidłowo ci. 

Je eli aborygeni wymarli, dlaczego tak niewiele po sobie zostawili? Arktyka 

nie jest znów taka ogromna i stanowi doskonał  kolebk  dla rolandyjskiego  ycia. 

Powinna była sta  si  podstaw  istnienia populacji, której pozostało ci 

gromadziły si  przez tysi clecia. Czytałem,  e na Ziemi znaleziono, bardziej 

przypadkowo ni  na skutek bada  archeologicznych, dosłownie dziesi tki tysi cy 

paleolitycznych toporków. 

No i wła nie - kontynuował. - Przypu my,  e relikty i skamieniało ci zostały 

wiadomie usuni te w czasie, który upłyn ł mi dzy wizyt  ostatniej grupy 

zwiadowczej a przybyciem pierwszych osadników. Pewne potwierdzenie tej 

hipotezy znalazłem w dziennikach pierwszych badaczy Rolanda. Byli zbyt zaj ci 

sprawdzaniem, czy planeta nadaje si  do zamieszkania, by sporz dza  katalogi 

pomników prymitywu. Jednak e pewne ich zapiski  wiadcz  o tym, ze widzieli 

znacznie wi cej ni  grupy, które przybyły po nich. Przypu my, ze to, co jednak 

znale li my, owi zacieracze  ladów po prostu przeoczyli b d  si  do tego nie 

dobrali.  wiadczy to o skomplikowanej umysłowo ci, o zdolno ci do my lenia w 

kategoriach długoterminowych, prawda? A to z kolei dowodzi,  e Dawny Lud to 

nie byli zwykli my liwi i neolityczni rolnicy. 

- A jednak nikt nigdy nie widział budynków czy maszyn ani w ogóle niczego 

takiego - sprzeciwiła si  Barbro. 

- Nie. Najprawdopodobniej tubylcy nie przeszli przez nasz metalurgiczno-

przemysłowy rodzaj ewolucji. Potrafi  wyobrazi  sobie inne, alternatywne drogi 

rozwoju. Ich w pełni dojrzała cywilizacja mogła wzi  pocz tek od nauk i 

technologii biologicznych - rozpocz  od nich, a nie na nich ko czy . Mogła 

rozwija  potencjał tkwi cy w systemie nerwowym, a u nich mo e by  on wi kszy 

ni  u człowieka. Wiesz chyba,  e równie  my w pewnym stopniu posiadamy te 

zdolno ci. Na przykład ró d karz rzeczywi cie wyczuwa zmiany lokalnego pola 

background image

 

19 

magnetycznego, spowodowane ciekami wodnymi. Jednak w nas te moce s  

szalenie rzadkie i niestałe. Skierowali my wi c sw  uwag  w mn  stron . Komu 

potrzebna jest, powiedzmy, telepatia, je eli ma pod r k  wizjofon? Dawny Lud 

mógł to widzie  zupełnie inaczej. Wytwory ich cywilizacji mogły i dalej mog  by  

dla nas ludzi nierozpoznawalne. 

- Jednak przecie  nie musieli si  przed nami ukrywa  - powiedziała Barbro. - 

Dlaczego si  nie ujawnili? 

- Mog  sobie wyobrazi  dowoln  ilo  powodów. Na przykład, ju  wcze niej w 

swej historii mieli złe do wiadczenia z go mi z kosmosu. Nasza rasa nie jest 

jedyn , która ma statki mi dzygwiezdne. Jednak e, jak ju  powiedziałem, nie 

mam zwyczaju teoretyzowa  bez pokrycia w faktach. Wystarczy,  e stwierdzimy, 

i  Dawny Lud, je eli istnieje, jest dla nas obcy. 

- Jak na posiadacza tak logicznego umysłu, nici wniosków, które snujesz, s  

bardzo cieniutkie. 

- Przyznałem przecie ,  e to wszystko prowizorka. - Mru c oczy popatrzył na 

ni  poprzez zasłon  dymu z ogniska. - Przyszła  do mnie, Barbro, utrzymuj c 

wbrew temu, co twierdziły czynniki oficjalne,  e twój syn został porwany. Ale ta 

twoja historia o porywaj cej dzieci sekcie jest wr cz  mieszna. Dlaczego wi c tak 

ci ko ci uzna ,  e niehumanoidy istniej ? 

- I to mimo tego,  e od ich istnienia zale y  ycie Jimmiego - westchn ła. - 

Wiem. - Wzruszyła ramionami. - By  mo e po prostu nie mam na to do  odwagi. 

- Dotychczas nie powiedziałem niczego, co nie było ju  przedmiotem 

spekulacji w ró nych publikacjach. Dyskredytuj cych spekulacji, to prawda. 

Przez sto lat nikomu nie udało si  znale  niepodwa alnego dowodu na to,  e 

Zewn trzni s  czym  wi cej ni  tylko przes dem. Mimo to kilku ludzi odwa yło 

si  stwierdzi , ze jest co najmniej prawdopodobne, i  na nie zbadanych 

dotychczas obszarach  yj  inteligentni tubylcy. 

- Wiem - powtórzyła. - Nie wiem jednak, co spowodowało, ze tak nagle 

zacz łe  bra  te argumenty powa nie. 

- No có , gdy zmusiła  mnie do my lenia nad tym, zrozumiałem,  e 

rolandyjscy pionierzy nie s  całkowicie izolowanymi  redniowiecznymi chłopami. 

Maj  ksi ki, ł czno  telekomunikacyjn , narz dzia elektryczne, pojazdy 

mechaniczne, a przede wszystkim dysponuj  nowoczesnym, opartym na 

solidnych naukowych podstawach wykształceniem. Dlaczego mieliby w takim 

razie ulega  przes dom? Musi by  jaka  tego przyczyna. - Przerwał. - Lepiej 

b dzie, je li ju  nic wi cej nie powiem. W swoich teoriach posuwam si  jeszcze 

dalej, ale je li s  one słuszne, niebezpiecznie jest gło no je wypowiada . 

Mi nie Pasterza Mgły st ały. W szablodziobej głowie czaiło si  

niebezpiecze stwo, to pewne. Nosz ca Wieniec musi zosta  ostrze ona. Przez 

chwil  zastanawiał si  nad tym, czy nie wezwa  Nagrima, z by zabił tych dwoje. 

Je eli nikor skoczyłby na nich dostatecznie szybko, ich bro  palna nie na wiele by 

si  zdała. Jednak nie. Mogli zostawi  jak  wiadomo  w domu lub... Znowu 

nastawił uszu. Rozmowa zeszła na inne tematy. Barbro mruczała: "...to dlaczego 

zostałe  na Rolandzie?" 

M czyzna u miechn ł si  w swój ponury sposób. 

background image

 

20 

- No có ,  ycie na Beowulfie nie stanowiło ju  dla mnie wyzwania. Heorot jest 

lub był - przecie  upłyn ły ju  dziesi ciolecia - g sto zaludniony, sprawnie 

zorganizowany, zuniformizowany i  miertelnie nudny. Stało si  tak cz ciowo 

dlatego,  e istniał zawór bezpiecze stwa - nizinne pogranicze, na które uciekali 

niezadowoleni. Ja jednak nie miałem dostatecznie du ej tolerancji na dwutlenek 

w gla, bym mógł tam w dole normalnie  y . Przygotowywano ekspedycj  maj c  

odwiedzi  kilka skolonizowanych  wiatów, szczególnie tych, które nie miały 

dostatecznego wyposa enia,  eby utrzymywa  wi  laserow . Przypominasz sobie 

jej oficjalny cel, zadeklarowany po przybyciu tutaj - poszukiwanie nowych idei 

dla sztuki, nauk  cisłych, socjologii, filozofii. Wszystkiego, co mo e si  przyda . 

Obawiam si ,  e na Rolandzie znale li niewiele rzeczy, które były przydatne dla 

Beowulfa. Ja jednak, który fuksem dostałem si  na ten statek, dostrzegłem w tym 

wiecie perspektywy dla siebie i postanowiłem tutaj zało y  swój dom. 

- Czy na Beowulfie te  byłe  detektywem? 

- Tak, w oficjalnej policji. To jest tradycyjne zaj cie w naszej rodzinie. 

By  mo e wzi ło si  to z krwi Czirokezów, je li ta nazwa co  ci mówi, płyn cej 

w naszych  yłach. Utrzymywali my równie ,  e jeste my potomkami jednego z 

pierwszych zarejestrowanych prywatnych detektywów, jeszcze z Ziemi, sprzed 

lotów kosmicznych. Bez wzgl du na to, ile w tym było prawdy, stwierdziłem,  e 

ten detektyw jest u ytecznym modelem. Wiesz, archetypem... - M czyzna 

zamilkł. W jego rysach odbił si  niepokój. - Lepiej chod my spa  - powiedział. - 

Rano czeka nas długa droga. 

Kobieta omiotła wzrokiem ciemno . 

- Tutaj nie ma ranków. 

Udali si  na spoczynek. Pasterz Mgły podniósł si  i ostro n  gimnastyk  

przywrócił sprawno  swym mi niom. Przed powrotem do Siostry Lyrth 

zaryzykował spojrzenie przez szyb  pojazdu. Koje były przygotowane, jedna przy 

drugiej, i ludzie w nich le eli. Jednak m czyzna nie dotykał kobiety, chocia  

miała atrakcyjne ciało, nic te  si  mi dzy nimi nie zdarzyło, co by sugerowało,  e 

ma zamiar to zrobi . 

Okropno , ludzie. Zimni, podobni trupom, i oni maj  opanowa  ten pi kny, 

dziki  wiat? Pasterz Mgły splun ł z niesmakiem. To si  nie uda. Ta, która panuje, 

obiecała. 

Ziemie Williama Ironsa były niezmiernie rozległe. Musiały by , gdy  chc c 

utrzyma  siebie, swoj  rodzin  i zwierz ta przy pomocy lokalnych zbó , których 

uprawa opanowana była jeszcze ci gle w niewielkim stopniu, potrzebował wło ci 

i cie magnackich. Latem, a tak e w cieplarni hodował równie  kilka gatunków 

ziemskich ro lin. Ale to był luksus. Prawdziwy podbój Arktyki opierał si  na 

sianie z yerby, drewnie bathyrhizy, na pericoupie i glycophyllonie. A gdy rynek 

rozrósł si  wraz ze wzrostem populacji i przemysłu, tak e na chalcanthemum dla 

miejskich kwiaciarzy i skórek bezdomników, hodowanych w klatkach, dla 

miejskich ku nierzy. 

Jednak ten podbój miał si  ostatecznie dokona  w przyszło ci, której Irons nie 

spodziewał si  do y . Sherrinford zastanawiał si , czy według Ironsa ktokolwiek 

jej do yje. 

background image

 

21 

Pokój był jasny i ciepły. Na kominku trzaskała wesoło .  wiatło fluoropaneli 

odbijało si  od powierzchni r cznie rze bionych skrzy , krzeseł i stołów, od 

kolorowych draperii i ustawionych na półkach naczy . Pionier siedział mocno w 

swym wysokim krze le, zgrzebnie ubrany, z brod  spływaj c  na piersi. Jego 

ona i córki przyniosły dla niego, dla go ci i dla jego synów kaw , której aromat 

zmieszał si  z zalegaj cymi w powietrzu zapachami pozostałymi po obfitym 

obiedzie. 

Na zewn trz hulał wicher, waliły pioruny, deszcz dudnił o dach i  ciany i 

strugami spływał w dół, by wi  si  w ród bruku podwórza. Szopy i stodoły 

przykucn ły na tle ogromu ciemniej cego za nimi. Drzewa j czały; czy by to echo 

zło liwego  miechu przebito si  przez ryk strwo onej krowy? Fala gradu uderzyła 

w dachówki jak setki pukaj cych palców. 

Teraz czujesz wyra nie, jak daleko s  twoi s siedzi - pomy lał Sherrinford. - 

A mimo tego s  to ludzie, których widujesz najcz ciej - na ekranie wizjofonu, 

przy okazji załatwiania codziennych interesów (wtedy gdy burze słoneczne nie 

zmieniaj  ich głosów w bełkot, a ich twarzy w chaos), albo  ywych, przy okazji 

przyj , plotek i intryg, na  lubach we własnym gronie, i w ko cu to b d  ludzie, 

którzy ci  pochowaj .  wiatła nadbrze nych miast le  niesko czenie dalej. 

William Irons był silnym człowiekiem. Jednak gdy teraz przemówił, w jego 

głosie pobrzmiewał strach. 

- Wy naprawd  idziecie przez Urwisko Trolli? 

- Ma pan na my li Uskok Hansteina? - powiedział Sherrinford i było to 

bardziej wyzwanie ni  pytanie. 

-  aden pionier nie nazywa tego inaczej ni  Urwisko Trolli - powiedziała 

Barbro. 

Jak mogła si  odrodzi  tego typu nazwa, lata  wietlne i stulecia od ziemskich 

Wieków Ciemnoty? 

- My liwi, traperzy, poszukiwacze kruszców - pogranicznicy, jak ich 

nazywacie - wyprawiaj  si  w te góry - stwierdził Sherrinford. 

- W pewne ich cz ci - powiedział Irons. - Wolno to robi , według umowy 

zawartej kiedy  mi dzy Królow  a człowiekiem, gdy człowiek pomógł Jasiowi-

spod-wzgórza, którego zranił szatan. Gdzie ro nie plumablanca, tam ludzie mog  

chodzi , pod warunkiem,  e zostawi  swoje rzeczy na kamieniach-ołtarzach jako 

zapłat  za to, co stamt d zabior . Gdzie indziej... - jedna z pi ci zacisn ła si  na 

oparciu fotela, potem znów rozlu niła - niem drze jest chodzi . 

- A jednak ludzie tam chodzili, prawda? 

- O, tak. I niektórzy wrócili cało, przynajmniej tak si  mówi, chocia  

słyszałem,  e potem ju  nigdy nie byli szcz liwi. A inni nie wrócili, znikn li. A 

niektórzy z tych, co wrócili, pletli o cudach i strachach i zostali półgłówkami do 

ko ca swych dni. Mało komu dane było długo popisywa  si  odwag , łama  

umow  i narusza  granice. - Irons spojrzał na Barbro niemal z gro b  w oczach. 

Jego kobieta i dzieci spojrzeli podobnie, nagle znieruchomiali. Wiatr gwizdał za 

cianami i stukał osłonami przeciwburzowymi. - Wy te  nie b d cie głupi. 

- Mam powody s dzi ,  e tam jest mój syn - odpowiedziała Barbro. 

- Tak, tak, mówiła pani. Przykro mi. Mo e co  dałoby si  zrobi . Nie wiem co, 

ale ch tnie, och, zło yłbym tej zimy podwójn  ofiar  na Kurhanie Unvara i 

background image

 

22 

modlitw , wyci t  krzemiennym no em w darni. Mo e go zwróc . - Irons 

westchn ł. - Jednak jak pami  si ga, nigdy tego nie zrobili. Ale chłopakowi mógł 

przypa  gorszy los w .udziale. Czasem ich widywałem, jak gnali w ród 

zmierzchu na złamanie karku. Wydawali si  szcz liwsi ni  my. Mo e to  adna 

przysługa zabiera  chłopca z powrotem do domu. 

- Jak w pie ni o Arvidzie - powiedziała jego  ona. Irons skin ł głow . 

- Aha. I w innych. 

- Co to za pie ? - spytał Sherrinford. 

Dotkliwiej ni  przedtem poczuł,  e jest tu obcy. Był dzieckiem miast i techniki, 

a przede wszystkim dzieckiem sceptycznego umysłu. Ta rodzina wierzyła. Z 

niepokojem dostrzegł w powolnym skinieniu głowy Barbro co  wi cej ni  tylko 

cie  ich wiary. 

- Mamy tak  sam  ballad  na Ziemi Olgi Ivanoff - powiedziała, a jej głos był 

mniej spokojny ni  słowa. - To jedna z tradycyjnych pie ni,  piewanych w czasie 

ta ca w kole na ł ce. Nikt nie wie, kto je skomponował. 

- Zauwa yłam multilir  w pani baga u, pani Cullen - powiedziała  ona 

Ironsa. Najwyra niej chciała zmieni  temat, zako czy  gro c  wybuchem 

rozmow  o wyprawie, która stanowiła wyzwanie dla Dawnego Ludu. Pie ni 

mogły w tym pomóc. - Czy zechciałaby nam pani za piewa ? 

Barbro, blada i niespokojna, potrz sn ła głow . Najstarszy z chłopców 

powiedział szybko: 

- No có , to ja mog , je li go cie zechc  posłucha . 

- Z przyjemno ci , dzi kuj . - Sherrinford oparł si  wygodnie i zacz ł nabija  

fajk . Je li nie wynikn łoby to spontanicznie, sam doprowadziłby do podobnego 

zako czenia tej rozmowy. 

W przeszło ci nie miał motywacji do studiów nad folklorem bezdro y, i odk d 

Barbro przyszła do niego ze swym kłopotem, udało mu si  przeczyta  zaledwie 

nieliczne wzmianki na ten temat. Jednak coraz bardziej nabierał przekonania,  e 

musi dokładnie zrozumie  - nie przez studia etnograficzne, ale przez zrozumienie 

instynktowne, wczucie si  - wzajemne stosunki mi dzy mieszka cami 

rolandyjskich pograniczy a istotami, które ich nawiedzały. 

Nast piła krz tanina, przestawianie-krzeseł, sadowienie si ; fili anki zostały 

znów napełnione kaw , zaproponowano brandy. 

- Ostatnia linijka jest refrenem - wyja nił chłopak. - Wszyscy si  wł czaj , 

dobrze? 

On równie  wyra nie miał nadziej  rozładowa  w ten sposób napi cie. 

Katharsis przez muzyk ? - zastanowił si  Sherrinford. - Nie, raczej egzorcyzm. 

Jedna z dziewcz t uderzyła w struny gitary. Chłopiec  piewał w takt melodii 

przebijaj cej si  przez hałas burzy.

 

 

Do domu wracał Arvid, 

W ród wzgórz szlak jego biegi, 

Przez cienie trz solisci. 

Wzdłu  brzegów rw cych rzek. 

Pod cierniowcem taniec si  wije. 

Wiatr nocy szeptał wokół, 

background image

 

23 

Zapachy kwiatów nios c. 

Ksi yce stały nad nim, 

Wzgórza błyszczały ros . 

Pod cierniowcem taniec si  wije. 

I marz c o kobiecie, 

Co w sło cu go czekała, 

Stan ł ol niony zorz  

I dusza w nim załkała. 

Pod cierniowcem taniec si  wije. 

Bo przed nim, przy kurhanie. 

Co w niebo wznosił ziemi  

Blask złoty, kryształowy - 

Zewn trznych w ta cu plemi . 

Pod cierniowcem taniec si  wije. 

'Zewn trznych ta czy plemi  

Płomieniem, wiatrem, t cz , 

Przy mro nych d wi kach harfy. 

I nigdy si  nie zm cz . 

Pod cierniowcem taniec si  wije. 

Podeszła do Arvida 

Ze  wiatłem gwiazd we wzroku. 

Ta cz cych zostawiaj c. 

Pani Powietrza i Mroku. 

Pod cierniowcem taniec si  wije. 

Z miło ci , strachem, blaskiem 

W jej nie miertelnym oku 

 

Rzekła cicho do niego... 

- Nie - Barbro zerwała si  z krzesła. Pi ci miała zaci ni te, po policzkach 

płyn ły jej łzy. - Nie mo ecie... udawa ,  e oni s  tacy... te stwory, które ukradły 

Jimmiego! 

Uciekła z pokoju na gór , do go cinnej sypialni. 

Jednak sama doko czyła t  pie . Było to niemal siedemdziesi t godzin 

pó niej, w obozie w ród urwisk, gdzie nawet pogranicznicy nie o mielali si  

zapuszcza . 

Niewiele ju  słów zamienili z rodzin  Ironsów po tym, jak oboje odrzucili 

wielokrotnie powtarzane pro by o zostawienie zakazanej krainy w spokoju. 

Milczeli te  przez pierwsze godziny swej podró y na północ. Jednak powoli udało 

mu si  j  skłoni , by opowiedziała mu o swym  yciu. Po chwili, pogr ona we 

wspomnieniach o rodzinnym domu, s siadach, niemal zapomniała o rozpaczy. 

Wreszcie spostrzegła,  e on, pod sw  profesjonaln  mask , jest smakoszem, 

wielbicielem opery i  e docenia jej kobieco . Zauwa yła,  e i ona potrafi si  

jeszcze  mia  i odnajdowa  pi kno w dzikim krajobrazie wokół nich. Niemal z 

poczuciem winy zdała sobie spraw ,  e  ycie niesie wi cej nadziei ni  tylko ta na 

odzyskanie syna, którego dał jej Tim. 

background image

 

24 

- Ostatecznie utwierdziłem si  w przekonaniu,  e on  yje - powiedział 

detektyw. Spowa niał. - Prawd  mówi c zaczynam  ałowa ,  e zabrałem ci  ze 

sob . My lałem,  e ta wyprawa b dzie zwykłym zbieraniem faktów, a chyba 

przeradza si  w co  znacznie powa niejszego. Je eli to  ywe istoty ukradły 

Jimmiego, spotkanie z nimi mo e si  okaza  naprawd  niebezpieczne. 

Powinienem chyba zawróci  ku najbli szemu gospodarstwu i wezwa  samolot, 

aby ci  st d zabrał. 

- Kaktus mi na dłoni wyro nie, jak to zrobisz - odpowiedziała. - Potrzebny ci 

jest kto , kto zna panuj ce na bezdro ach warunki. A ja jestem w tej roli lepsza 

ni  ktokolwiek inny. 

- Hmmm... Wi załoby si  to równie  ze znaczn  strat  czasu, prawda? A poza 

tym nawi zanie ł czno ci z jakimkolwiek lotniskiem mo liwe b dzie dopiero po 

uspokojeniu si  obecnego wybuchu promieniowania. 

Nast pnej "nocy" rozpakował i zamontował reszt  swego sprz tu. Niektóre 

przedmioty, jak detektor termiczny, udało jej si  rozpozna . Inne, zmontowane 

pod jego nadzorem kopie nowoczesnych urz dze  z Beowulfa, były jej zupełnie 

nieznane. Niewiele na ich temat powiedział. 

- Wyja niłem ci ju ,  e istoty, których szukamy, mog  posiada  zdolno ci 

telepatyczne - dodał tonem usprawiedliwienia. Jej oczy rozszerzyły si . 

- Chcesz powiedzie ,  e Królowa i jej poddani naprawd  mog  czyta  my li? 

- To jeden z powodów przera enia, jakie budzi legenda o nich, prawda? W 

rzeczywisto ci w tym zjawisku nie ma nic nadnaturalnego. Było ono badane i 

zupełnie nie le opisane ju  wieki temu, na Ziemi. Przypuszczam,  e te opisy 

znajduj  si  w ród naukowych mikrofilmów w Przystani Bo ego Narodzenia. 

Wy, rolandyjczycy, nie mieli cie po prostu okazji ich odszuka , podobnie jak nie 

mieli cie jeszcze okazji przestudiowa  zasad budowy przeka ników falowych czy 

statków kosmicznych. 

- No wi c jak ta telepatia działa? 

Sherrinford zauwa ył,  e pytanie zostało zadane w równym stopniu dla 

podniesienia si  na duchu, co z ciekawo ci. Odpowiedział wi c rozmy lnie sucho i 

konkretnie: 

- Organizm generuje niezmiernie długofalowe promieniowanie, które 

teoretycznie mo e by  modulowane przez system nerwowy. Niewielka moc tych 

sygnałów oraz ich niska zdolno  do przenoszenia informacji powoduj ,  e w 

praktyce s  one ulotne, trudne do wychwycenia i poddania pomiarom. Nasi 

praludzcy przodkowie oparli si  na bardziej niezawodnych zmysłach, jak słuch i 

wzrok. Ta emanacja telepatyczna, któr  w tej chwili wysyłamy, jest w najlepszym 

razie szcz tkowa. 

Ekspedycje badawcze natkn ły si  jednak na pozaziemskie gatunki, które 

lepiej przystosowały si  do swych konkretnych  rodowisk wła nie poprzez 

rozwini cie tych zdolno ci. W ród tych gatunków znajduj  si  zapewne równie  

takie, które stosunkowo rzadko poddaj  si  bezpo redniemu napromieniowaniu 

słonecznemu - w rzeczywisto ci kryj  si  przed  wiatłem dnia. Mogłyby one 

rozwin  zdolno ci telepatyczne w takim stopniu,  e byłyby w stanie 

wychwytywa  z niewielkich odległo ci nawet tak słab  emisj  jak ludzka i 

background image

 

25 

zmusza  nasz prymitywny aparat odbiorczy do reagowania, zgodnego z tym, co 

same przesyłaj . 

- To by wiele tłumaczyło, prawda? - powiedziała Barbro cicho. 

- Osłoniłem nasz samochód polem zagłuszaj cym - poinformował j  

Sherrinford - jednak si ga ono tylko kilka metrów poza karoseri . Gdyby  

znalazła si  poza osłon , a w pobli u byłby jaki  ich zwiadowca, mógłby odczyta  

twoje my li. A je liby  dokładnie wiedziała, co mam zamiar zrobi , mogliby 

zosta  w ten sposób ostrze eni. Ja mam dobrze wytrenowan  pod wiadomo , 

która czuwa, bym my lał o tym po francusku, kiedy jestem na zewn trz. 

Przesyłane my li musz  mie  okre lon  struktur , aby były zrozumiane, a 

struktura j zyka francuskiego wystarczaj co si  ró ni od struktury angielskiego. 

A poniewa  angielski jest jedynym j zykiem u ywanym tutaj przez ludzi. Dawny 

Lud na pewno nauczył si  wła nie angielskiego. 

Skin ła głow . Wyło ył jej swój ogólny plan, który był na tyle oczywisty,  e i 

tak nie mo na go było ukry . Główna trudno  polegała na nawi zaniu kontaktu 

z obcymi, oczywi cie o ile oni istnieli. Dotychczas byli widywani tylko przez 

jednego lub najwy ej kilku traperów naraz, i to do  rzadko. Niew tpliwie 

pomagała im w tym zdolno  wywoływania halucynacji. Trzymaliby si  z daleka 

od ka dej du ej, prawdopodobnie nie daj cej si  obj  kontrol  ekspedycji, jaka 

trafiłaby na ich terytorium. Jednak dwoje ludzi, którzy odwa yli si  naruszy  

wszelkie zakazy, nie powinno wyda  im si  na tyle powa nym zagro eniem,  eby 

ich mieli unika . A... to b dzie pierwsza grupa, która nie tylko działa z 

zało eniem,  e Zewn trzni istniej , ale równie  jest wyposa ona w wytwory 

nowoczesnej, innoplanetarnej techniki policyjnej. 

W tym obozowisku nic si  nie zdarzyło. Sherrinford powiedział,  e wcale nie 

oczekiwał, i  co  si  zdarzy. Tutaj, tak blisko osad ludzkich. Dawny Lud wydawał 

si  szczególnie ostro ny. W swej własnej krainie pewnie b d  odwa niejsi. 

W ci gu nast pnej "nocy" ich pojazd wjechał do  gł boko w t  krain . Na 

jakiej  ł ce Sherrinford wył czył silniki i pojazd opadł na ziemi . Cisza napłyn ła 

ku nim jak fala. 

Wyszli na zewn trz. Ona ugotowała na promienniku posiłek, podczas gdy on 

zbierał drewno na ognisko, przy którym pó niej b d  mogli si  ogrza . Od czasu 

do czasu spogl dał na przegub r ki - lecz nie na zegarek. Zamiast zegarka nosił 

na przegubie niewielki przyrz d, kontroluj cy drog  radiow  wszystko, co było 

zarejestrowane przez instrumenty w samochodzie. 

Kto mógłby tutaj potrzebowa  zegarka? 

Konstelacje powoli obracały si  poza połyskuj c  zorz . Ksi yc Alde stał 

ponad o nie onym szczytem, zalewaj c go srebrem. Reszt  gór krył tłocz cy si  

wokół las. Drzewa w nim był to głównie trz soli  i pierzastoblada plumablanca, 

jak duch bielej ca w ród cieni. Kilka cierniowców płomiennych jarzyło si  jak 

grona przy mionych latarni. Poszycie było ci kie i słodko pachniało. Poprzez 

bł kitny półmrok widziało si  zaskakuj co daleko. Gdzie  w pobli u zaszemrał 

strumyk i ptak zagwizdał głosem fletu. 

- Pi knie tutaj - powiedział Sherrinford. Wstali ju  od kolacji, lecz jeszcze nie 

zd yli rozpali  ogniska ani usi

 ponownie. 

background image

 

26 

- Ale obco - równie cicho odpowiedziała Barbro. - Zastanawiam si , czy ten 

wiat jest rzeczywi cie dla nas. Czy mo emy mie  nadziej ,  e go posi dziemy. 

Ustnikiem fajki wskazał gwiazdy. 

- Człowiek dotarł do dziwniejszych miejsc ni  to. 

- Naprawd ? Ja... och, to pewnie  lady mego dzieci stwa na bezdro ach, ale 

wiesz, kiedy widz  nad sob  gwiazdy,  wiec ce tak jasno, nie mog  o nich my le  

jak o kulach gazu, których energia została zmierzona i opisana, których planety 

deptały najzwyklejsze stopy. Nie, one s  małe i zimne, i magiczne. Nasze  ycie jest 

z nimi zwi zane. A gdy umieramy, szepcz  do nas w naszych grobach. - Barbro 

spu ciła wzrok. - Zdaj  sobie spraw ,  e to idiotyzm. 

Widziała poprzez zmierzch jego t ej c  twarz. 

- Wcale nie - powiedział. - Z punktu widzenia emocji wi kszym idiotyzmem 

mo e by  fizyka. W ko cu, jak s dz , po ilu  pokoleniach my l pod y za emocj . 

W gł bi duszy człowiek wcale nie jest racjonalist . Mo e przesta  wierzy  w 

teorie naukowe, je li przestan  mu si  one wydawa  wła ciwe. - Zamilkł na 

chwil . - Ta ballada, która nie została doko czona w domu Ironsów ... - 

powiedział nie patrz c na ni . - Dlaczego ona tak na ciebie podziałała? 

- Nie mogłam dłu ej słucha , jak si  ich gloryfikuje. Tak to w ka dym razie 

wygl dało. Przepraszam za zamieszanie. 

- Przypuszczam,  e ta pie  jest typowym przykładem pewnego rodzaju 

ballad. 

- No có , nigdy mi nie przyszło do głowy, z by je klasyfikowa . Etnografia jest 

czym , na co nie mamy na Rolandzie czasu, a wła ciwie, co jest bli sze prawdy, 

nawet nie pomy leli my, przy tym nawale innych zada , aby si  ni  zaj . Jednak 

teraz, gdy o tym wspomniałe , tak, to zaskakuj ce, jak wiele pie ni i przekazów 

zawiera motyw Arvida. 

- Czy odwa yłaby  si  wyrecytowa  t  ballad  do ko ca? Wysiłkiem woli 

zmusiła si  do  miechu. 

- Mog  zrobi  nawet wi cej, je li tego chcesz. Przynios  multilir  i za piewam. 

Opuszczała jednak hipnotyczny refren, poza ostatni  zwrotk . Sherrinford 

patrzył na ni , jak stoi na tle ksi yca i zorzy.

 

 

Rzekła cicho do niego 

Pani Powietrza i Mroku: 

"Odpocznij ju , Arvidzie, 

Przyjmie ci  nasze plemi , 

Nie musisz by  człowiekiem, 

Zbyt ci kie jest to brzemi ". 

Odwa y/ si  powiedzie : 

"Ucieka  od was musz , 

W mym domu czeka dziewka, 

Co mi odda/a dusz . 

Czekaj  te  druhowie 

I pracy moc została, 

Bo kim e byłby Arvid 

Nie trudz c swego ciała. 

background image

 

27 

Wi c u yj swojej magii. 

Niech si  kamieniem stan . 

Twój gniew mnie mo e zabi , 

Lecz wolnym pozostan ". 

Stała, spowita w pi kno 

I strach, i blask północy, 

Pani Powietrza i Mroku. 

I musiał spu ci  oczy. 

A potem si  za miała 

I wzgard  głos jej brzmiał. 

"Nie musz  rzuca  czarów, 

By  odt d zawsze łkał. 

Do domu wrócisz z niczym 

Oprócz dr cz cych wspomnie  

O wietrze i muzyce, 

O nocy, mgle i o mnie. 

Pójd  za tob  wsz dzie, 

Dzie  ka dy za mi  cieniem 

I le e  z tob  b d , 

Gdy zmorzy ci  znu enie. 

Ból nagły d gnie ci  w serce 

I płaka  b dziesz w głos, 

Gdy wspomnisz, jaki jest, 

A jaki mógł by  los. 

Sw  t p , głupi   on  

Co noc w ramiona bierz. 

Do domu wracaj, Arvid, 

Człowiekiem b d , jak chcesz!" 

 

Ze  miechem, migotaniem 

Zewn trznych taniec znikł, 

Samotny został Arvid 

I łkał po blady  wit. 

Pod cierniowcem taniec si  wije.

 

 

Odło yła lir  na bok. Li cie zaszemrały, poruszone wiatrem. Po długim 

milczeniu Sherrinford zapytał: 

- I takie opowie ci s  cz ci   ycia ka dego mieszka ca bezdro y? 

- No có , chyba tak - odpowiedziała. - Jednak nie wszystkie s  pełne istot 

nadprzyrodzonych. Niektóre opowiadaj  o bohaterstwie i miło ci. Tradycyjne 

tematy. 

- S dz ,  e wasz folklor nie narodził si  tak po prostu, sam z siebie - 

powiedział powa nym głosem. - Wiele z waszych pie ni i opowie ci, jak mi si  

zdaje, nie zostało uło onych przez istoty ludzkie. 

Zamkn ł gwałtownie usta i ju  nic wi cej na ten temat nie powiedział. 

Wcze niej poszli spa . 

background image

 

28 

Kilka godzin pó niej poderwało ich buczenie alarmu. 

D wi k nie był gło ny, jednak natychmiast ich. rozbudził. Na wszelki 

wypadek spali w ubraniach. Po wiata nieba o wietliła ich przez przezroczysty 

dach. Sherrinford zerwał si  z koi, wskoczył w buty i przypi ł do pasa kabur  z 

pistoletem. 

- Zostajesz tutaj - rozkazał. 

- Co si  dzieje? - Puls dudnił jej w skroniach. Rzucił okiem na wska niki 

przyrz dów i porównał je z kontrolk  na swym przegubie. 

- Zwierz ta, trzy sztuki - policzył. - Jednak nie dzikie, które przypadkowo 

t dy przechodz . Najwi ksze, ciepłokrwiste s dz c z podczerwieni, trzyma si  

troch  z tyłu. Nast pne... hmmm, niska temperatura, rozproszona i niestała 

emisja, jakby było raczej jakim ... jakim  rojem komórek, koordynowanych... 

zapachowe...? unosi si  w powietrzu, te  w pewnej odległo ci. Ale trzecie jest 

praktycznie tu  przy nas, przemyka si  przez krzaki, i jego charakterystyka 

wygl da na ludzk . 

Widziała, jak dr ał z niecierpliwo ci, ju  nie wygl daj c jak profesor. 

- Spróbuj  go złapa  - powiedział. - Gdy b dziemy mieli kogo wypyta ... - 

B d  gotowa szybko mnie wpu ci  z powrotem. Ale sama nie wychod , cokolwiek 

si  zdarzy, i trzymaj palec na spu cie - podał jej naładowan  wielkokalibrow  

strzelb . 

Przystan ł przy drzwiach, potem otworzył je gwałtownie. Powietrze z 

zewn trz wdarło si  do  rodka, zimne, wilgotne, pełne woni i szmerów. Oliver 

równie  ju  wzeszedł, dziel c niebo z Aldo. Blask obu był nierealnie jaskrawy, a 

zorza s czyła si  biel  i lodowatym bł kitem. 

Sherrinford znowu spojrzał na kontrolk  na przegubie. Musiała wskazywa  

kierunki, wiod ce do tych, którzy stali w ród pstrokatych li ci obserwuj c obóz. 

Nagle skoczył przed siebie. Przebiegł obok popiołów ogniska i znikn ł pod 

drzewami. R ka Barbro st ała na kolbie broni. 

Eksplozja hałasu. Dwie sylwetki, sczepione w walce, wypadły na ł k . 

Sherrinford zamkn ł w uchwycie tego drugiego, ni szego, człowieka. W 

spływaj cym z góry srebrze i w t czowych pobłyskach Barbro widziała,  e był to 

m czyzna, nagi, długowłosy, gibki i młody. Walczył z demoniczn  zaciekło ci , 

próbuj c u ywa  z bów, stóp i długich, zakrzywionych paznokci. Co chwila wył 

jak szatan. 

W nagłym błysku zrozumienia poj ła, kim on jest: odmie cem, skradzionym 

w dzieci stwie i wychowanym przez Dawny Lud. Ten stwór jest istot , w jak  

zostałby zamieniony Jimmy... 

- Ha! - Sherrinfordowi udało si  odwróci  przeciwnika i wbi  usztywnione 

palce w jego splot słoneczny. Chłopak zachłysn ł si  powietrzem i zwiotczał. 

Detektyw powlókł go w stron  samochodu. 

Spo ród drzew wynurzył si  olbrzym. Sam mógłby by  drzewem, czarnym i 

pomarszczonym, z czterema s katymi konarami. Ziemia dr ała i huczała pod 

jego nogokorzeniami, ochrypły ryk wypełnił niebiosa i czaszki. 

Barbro wrzasn ła. Sherrinford błyskawicznie si  odwrócił. Wyrwał pistolet z 

kabury, strzelił i jeszcze raz strzelił - stłumiony trzask bata w półmroku. Wolne 

rami  trzymało przeciwnika w mocnym uchwycie. Olbrzymi kształt zachwiał si  

background image

 

29 

pod ciosami kuł, odzyskał jednak równowag  i znów ruszył naprzód, wolniej, 

ostro niej, okr aj c Sherrinforda,  eby odci  mu drog  do samochodu. 

Detektyw nie mógł porusza  si  dostatecznie szybko, by tego unikn . Musiałby 

wypu ci  swego wi nia - jedynego przewodnika do Jimmiego, na jakiego mogli 

liczy ... 

Barbro wyskoczyła z samochodu. 

- Nie! - krzykn ł Sherrinford. - Na miło  bosk , nie wychod ! Potwór 

zagrzmiał i wyci gn ł łapy w jej stron . Szarpn ła spust. Odrzut wbił jej kolb  w 

rami . Kolos okr cił si  i upadł. Zdołał jednak jako  si  d wign  i ci ko ruszył 

w jej stron . Cofn ła si . Znowu strzeliła, i znowu. Zacharczał. Krew skapywała z 

jego cielska i błyszczała olei cie mi dzy kroplami rosy. Odwrócił si  i odszedł, 

łami c gał zie, w zalegaj c  poza drzewami ciemno . 

- Schowaj si ! - wrzeszczał Sherrinford. - Jeste  poza polem ochronnym! 

Nad jej głow  przepłyn ła mglisto . Niemal w tej samej chwili zobaczyła na 

skraju polany now  posta . 

- Jimmy! - wrzasn ła. 

- Mamo! - Wyci gn ł ku niej r ce.  wiatło ksi yców skrzyło si  w jego łzach. 

Odrzuciła bro  i pobiegła ku niemu. 

Sherrinford skoczył w pogo . Jimmy cofn ł si  w krzaki. Barbro wpadła tam 

za nim, mi dzy szponiaste gał zki. Chwil  potem została schwytana i uniesiona w 

ciemno . 

Stoj c nad swym wi niem Sherrinford wzmacniał nat enie fluoro- wiatła, 

a  las za oknem przestał by  widoczny. Chłopak kr cił si  niespokojnie pod t  

kaskad  bezbarwnej jasno ci. 

- B dziesz mówił - powiedział m czyzna spokojnie, mimo surowo ci 

maluj cej si  na jego twarzy. 

Chłopiec spojrzał przez zasłon  spl tanych włosów. Na jego szcz ce 

purpurowiało stłuczenie. W czasie, w którym Sherrinford gonił i utracił kobiet , 

chłopak niemal odzyskał zdolno  do ucieczki. Po powrocie detektyw z trudem go 

schwytał. Posiłki Zewn trznych mogły nadej  w ka dej chwili, nie było wi c 

czasu bawi  si  w uprzejmo ci. Sherrinford uderzył go pi ci  i zaci gn ł do 

wn trza pojazdu. Teraz chłopak siedział, przywi zany do obrotowego fotela. 

Splun ł. 

- Mówił z tob , błotniaku? - Jednak pot błyszczał mu na skórze i oczy skakały 

niespokojnie po metalu, który był jego wi zieniem. 

- Podaj jakie  imi , którym mógłbym ci  nazywa . 

-  eby  rzucił na mnie czar? 

- Moje brzmi Eryk. Je li nie .zostawisz mi wyboru, b d  musiał ci  nazywa ... 

hmmm... Wilkołak. 

- Jak? - Zwi zany, mimo  e wygl dał tak dziwnie, był podobny do ka dego 

chłopca w jego wieku. - A wi c Pasterz Mgły. -  piewny akcent w jego angielskim 

podkre lał jeszcze zły humor chłopaka. - To tylko znaczenie mego imienia, ale 

ono nie brzmi w ten sposób. W ka dym razie takie jest moje mówione imi ,  adne 

inne. 

- Aha, imi , które uwa asz za prawdziwe, trzymasz w tajemnicy? 

background image

 

30 

- Nie ja. Ona. Ja sam nie wiem, jakie ono jest. Ale Ona zna prawdziwe imiona 

wszystkich. 

Sherrinford uniósł brwi. 

- Ona? 

- Ta, która panuje. Niech mi wybaczy, ale nie mog  wykona  gestu szacunku, 

gdy mam zwi zane r ce. Niektórzy naje d cy nazywaj  j  Królow  Powietrza i 

Mroku. 

- Ach tak! - Sherrinford wydobył fajk  i tyto . Cisza wzbierała, gdy j  

zapalał. W ko cu powiedział: - Musz  przyzna ,  e Dawni Ludzie mnie 

zaskoczyli. Nie spodziewałem si ,  e w twojej grupie jest istota tak pot na. To, 

czego si  dotychczas dowiedziałem, wskazywało,  e oni oddziałuj  na moj  ras  - 

i twoj  równie , chłopcze - poprzez kradzie e, podst py i omamy. 

Pasterz Mgły skin ł zaczepnie głow . 

- Nasza Pani dopiero niedawno stworzyła pierwszych nikorów. Niech pan nie 

my li,  e ona ma w swym repertuarze tylko ogłupiaj ce sztuczki. 

- Nie my l . Jednak porz dna, obleczona w stal kulka te  nie le si  sprawia, 

prawda? 

Sherrinford mówił nadal, mi kko, głównie do siebie: 

- Ci gle jednak uwa am,  e, hmm... nikory - i w ogóle wszystkie wasze 

humanoidy - s  po to,  eby je pokazywa , a nie  eby ich u ywa . Moc tworzenia 

mira y na pewno jest w du ym stopniu ograniczona, zarówno pod wzgl dem 

zasi gu, jak i ilo ci osobników, które j  maj . W przeciwnym razie ona nie 

musiałaby działa  tak powoli i delikatnie. Nawet poza nasz  tarcz  ochronn  

Barbro, moja towarzyszka, mogła si  oprze  omamowi, mogła pozosta  

wiadoma,  e to, co zobaczyła, było nierzeczywiste... gdyby tak bardzo nie uległa 

emocjom i pragnieniu, gdyby była mniej wzburzona... 

Sherrinford otoczył sw  głow  obłokiem dymu. 

- Niewa ne, czego ja do wiadczyłem - powiedział. - Nasze odczucia nie mogły 

by  takie same. My l ,  e po prostu wydano nam rozkaz: 

"Zobaczcie, jak to, czego najbardziej pragniecie, ucieka przed wami w gł b 

lasu". Oczywi cie niedaleko zaszła, zanim nikor j  pochwycił, a ja nie mogłem 

przecie  liczy  na to,  e uda mi si  ich wy ledzi , nie jestem arktyka skim 

traperem, a poza tym łatwo by im było zastawi  na mnie pułapk . Wróciłem do 

ciebie. - I gro niej: - Jeste  nici , która mnie zaprowadzi do twej pani. 

- My lisz,  e ci  zaprowadz  do Starhaven lub Carheddin, błotniaku? Spróbuj 

mnie zmusi ! 

- Chc  ubi  z tob  interes. 

- Podejrzewam,  e chce pan czego  wi cej - w odpowiedzi Pasterza Mgły kryła 

si  zaskakuj ca przenikliwo . - Co im pan powie po powrocie do domu? 

- Taak, na tym wła nie polega cały problem, prawda? Barbro Cullen i ja nie 

jeste my zastraszonymi pionierami. Pochodzimy z miasta. Przywie li my ze sob  

sprz t nagrywaj cy. B dziemy pierwszymi lud mi, którzy zło  sprawozdanie ze 

spotkania z Dawnym Ludem i b dzie ono szczegółowe i wiarygodne. Wywoła 

wiele szumu, za którym pójd  działania. 

background image

 

31 

- Wi c sam pan widzi,  e nie boj  si   mierci - o wiadczył Pasterz Mgły, cho  

usta lekko mu dr ały. - Je eli dopuszcz  pana do mego ludu i pozwol  podda  go 

pa skim ludzkim praktykom, nie mam po co  y . 

- Nie bój si  na zapas - powiedział Sherrinford. - Ty jeste  tylko przyn t . 

Usiadł i przygl dał si  chłopcu, pozornie chłodny i spokojny. (W  rodku 

wszystko w nim wyło: Barbro! Barbro!) 

- Zastanów si . Twoja Królowa nie mo e pozwoli , bym spokojnie wrócił do 

miasta, przyprowadzaj c swego wi nia, i opowiadał o tych, których ona wi zi. 

B dzie musiała jako  temu zaradzi . Mógłbym próbowa  przedrze  si  sił  - ten 

pojazd jest lepiej uzbrojony, ni  ci si  wydaje - ale to nikogo by nie uwolniło, wi c 

zostaj  tutaj. Jej nowe oddziały dotr  tu najszybciej, jak zdołaj . Zakładam,  e 

nie rzuc  si   lepo na karabin maszynowy, działko i miotacz promieni. Najpierw 

b d  pertraktowa , bez wzgl du na to, czy maj  uczciwe zamiary czy nie. I w ten 

sposób osi gn  swój cel - uda mi si  nawi za  kontakt. 

- Co pan zamierza zrobi ? - w głosie chłopca kryła si  udr ka. 

- Najpierw to, jako rodzaj zaproszenia - Sherrinford wyci gn ł r k , by 

pstrykn  wył cznikiem. - O wła nie. Wył czyłem pole chroni ce przed 

czytaniem my li i iluzjami. Przypuszczam,  e przynajmniej przywódcy b d  w 

stanie wyczu ,  e ju  go nie ma. To powinno da  im pewno  siebie. 

- A teraz? 

- Teraz b dziemy czeka . Chciałby  co  zje  czy si  napi ? Przez nast pne 

kilka godzin Sherrinford starał si  zjedna  sobie Pasterza Mgły, dowiedzie  si  

czego  o jego  yciu. Odpowiedzi, które otrzymywał, były lakoniczne. Przygasił 

wiatła w samochodzie i usiadł przy szybie wpatruj c si  w zmrok. To były 

naprawd  bardzo długie godziny. 

Zako czyły si  okrzykiem rado ci, niemal szlochem, który wyrwał si  z piersi 

chłopca. Z lasu wyszła grupa Dawnych Ludzi. 

Niektórzy z nich byli widoczni tak wyra nie,  e mogłoby si  zdawa , i  

ksi yce i gwiazdy zwielokrotniły dla nich swój blask. Ten na czele jechał na 

białym jeleniu o rogach przybranych girlandami. Miał ludzkie kształty, był 

jednak nieziemsko pi kny; srebrnoblond włosy spływały spod rogatego hełmu, 

otaczaj cego dumn , zimn  twarz. Płaszcz poruszał si  na jego ramionach jak 

ywe skrzydła.  nie nosrebrna zbroja d wi czała, gdy si  zbli ał. 

Za nim, z jego lewej i prawej strony, jechali ci, co nie li miecze, na których 

ostrzach ta czyły i chwiały si  małe płomyki. Ponad nimi skrzydlate stada  miały 

si  i  piewnie nawoływały, wywracaj c koziołki w podmuchach wiatru. Gdzie  z 

boku unosiła si  półprze roczysta mglisto . Innym, id cym mi dzy drzewami, 

trudniej si  było przyjrze . Jednak poruszali si  ze srebrnopłynn  gracj , w rytm 

melodii granych na harfach i piszczałkach. 

- Lord Luighaid - w głosie Pasterza Mgły brzmiała nabo na cze . - Jej pan. 

Posiadaj cy Wiedz , we własnej osobie. 

Sherrinford nigdy nie był w trudniejszej sytuacji ni  teraz, kiedy siedział przy 

pulpicie kontrolnym, z palcem przy guziku uruchamiaj cym pole ochronne, 

którego nie uruchamiał. Opu cił cz  dachu, aby głosy miały dost p do wn trza. 

Podmuch wiatru uderzył go w twarz, przynosz c zapach ró  z ogrodu jego matki. 

background image

 

32 

Z tyłu, w głównej cz ci pojazdu. Pasterz Mgły napinał kr puj ce go wi zy, by 

móc widzie  nadchodz c  grup . 

- Zawołaj do nich - powiedział Sherrinford. - Spytaj, czy b d  ze mn  

rozmawia . Nieznane,  piewnosłodkie słowa przefrun ły tam i z powrotem. 

- Tak - przetłumaczył chłopiec. - On b dzie mówił. Lord Luighaid. Jednak 

chc  panu powiedzie ,  e oni nigdy st d pana nie puszcz . Niech pan z nimi nie 

walczy. Niech si  pan ukorzy. Idzie z nimi. Nie b dzie pan wiedział, co to znaczy 

y , dopóki nie zamieszka pan w Carheddin pod gór . 

Zewn trzni podeszli bardzo blisko. 

Jimmy zamigotał i znikn ł. Barbro le ała w mocnych ramionach, opieraj c 

si  o szerok  pier , i czuła ruch konia pod sob . To musiał by  ko , mimo  e 

hodowano ich ju  bardzo niewiele, do jakich  specjalnych celów lub po prostu z 

miło ci. Czuła poruszanie si  mi ni pod skór , słyszała szelest rozgarnianego 

listowia i głuche stuki, gdy kopyta uderzały o kamienie. Otaczało j  napływaj c 

przez ciemno  ciepło i zapach  ywego stworzenia. 

Ten, który j  niósł, powiedział łagodnie: 

- Nie bój si , kochana. To był tylko mira . Ale on na nas czeka i jedziemy do 

niego. 

Zdawała sobie spraw , w jaki  niewyra ny sposób,  e powinna czu  strach lub 

rozpacz... Jednak jej wspomnienia pozostały gdzie  za ni  - nie była nawet pewna, 

jak znalazła si  tutaj - po prostu j  wieziono i wypełniała j   wiadomo ,  e jest 

kochana. Spokój, spokój, odpoczywaj w cichym oczekiwaniu na rado ... 

Chwil  pó niej las si  otworzył. Przeci li ł k , usłan  kamieniami, biało-

szarymi w ksi ycowym  wietle. Ponad rosn cymi na wolnych skrawkach ziemi 

kwiatami ta czyły trzepotki, male kie komety. Przed nimi błyszczała góra ze 

szczytem w koronie z chmur. 

Oczy Barbro były skierowane w stron , w któr  jechali. Zobaczyła głow  

konia i, spokojnie zaskoczona, pomy lała: To przecie  Sambo, którego miałam, 

gdy byłam dziewczynk . - Spojrzała w gór , na m czyzn . Miał na sobie czarn  

tunik  i peleryn  z kapturem, zaciemniaj cym jego twarz. Nie mogła gło no 

krzykn , nie tutaj. 

 - Tim - wyszeptała. 

- Tak, Barbro. 

- Przecie  ci  pochowałam... 

W jego u miechu była niesko czona czuło . 

- Czy my lała ,  e jeste my tylko tym, co wraca do ziemi? Biedne, rozdarte 

male stwo. Ta, która nas wezwała, jest Wszech-uzdrowicielk . Teraz odpoczywaj 

i  nij. 

 -  ni  - powiedziała i przez moment usiłowała si  podnie . Jednak daremnie. 

Dlaczego miałaby wierzy  w te martwe opowie ci o... o atomach i energiach, z 

niczym, co by wypełniało obszary pustki... opowie ci, których nie mogła sobie 

przypomnie ... wierzy  teraz, gdy Tim i ko , którego podarował jej ojciec, nie li 

j  do Jimmiego? Czy ta inna rzeczywisto  nie była tylko złym snem, z którego 

dopiero teraz po raz pierwszy si  budzi? 

M czyzna obok niej, jakby słysz c jej my li, powiedział cicho: 

- Maj  tak  pie  w krainie Zewn trznych. Pie  Ludzi:

 

background image

 

33 

 

wiat  egluje 

Gnany niewidzialnym wiatrem. 

Wokół dziobu wiruje  wiatło. 

Przebudzenie jest noc . 

Jednak Mieszka cy nie znaj  takiego smutku.

 

 

- Nie rozumiem - powiedziała. Skin ł głow . 

- Jest wiele rzeczy, które b dziesz musiała zrozumie , kochana, i nie zobacz  

ci  znowu, a  nauczysz si  tych prawd. Jednak przez ten czas b dziesz z naszym 

synem. 

Próbowała podnie  głow  i pocałowa  go. Powstrzymał j . 

- Jeszcze nie teraz - powiedział. - Nie została  przyj ta do ludu Królowej. Nie 

powinienem był po ciebie przyje d a , ale ona była zbyt lito ciwa, by mi 

zabroni . Odpoczywaj, odpoczywaj. 

Czas przepływał obok nich. Ko  galopował wytrwale w gór , nie potykaj c 

si , nie gubi c rytmu. W pewnej chwili w oddali zauwa yła jad c  w dół grup  i 

pomy lała,  e zd aj  oni na ostatni , rozstrzygaj c  bitw  przeciwko... komu...? 

temu, który czekał, owini ty w  elazo i smutek... Nie teraz, potem zada sobie 

pytanie o imi  człowieka, który przywiózł j  do kraju Dawnych Prawd. 

W ko cu strzeliste wie e wzniosły si  mi dzy gwiazdy... gwiazdy, które s  

małe i magiczne i których szepty kołysz  nas, gdy umrzemy. Wjechali na 

podwórzec, o wietlony nieruchomymi płomieniami  wiec, wypełniony pluskiem 

wody w fontannach i  piewem ptaków. W powietrzu unosił si  zapach broku i 

pericoupu, a tak e ruty i ró , bo nie wszystko, co człowiek przyniósł, było 

okropno ci . Mieszka cy, promieniuj cy pi knem, czekali, by j  powita . Z tyłu, 

za ich wspaniało ci , harcowały puki, nurzaj c si  w zmierzchu, dzieci ganiały si  

w ród drzew, beztroska i rado  mieszały si  z bardziej ju  stateczn  muzyk . 

- Przyjechali my... - głos Tima wydał jej si  nagle, niewytłumaczalnie, 

skrzeczeniem. Barbro nie bardzo wiedziała, w jaki sposób zsiedli z konia. Stała 

przed nim i widziała, jak on chwieje si  na nogach. 

Strach  cisn ł jej gardło. 

- Dobrze si  czujesz? - chwyciła jego dłonie. 

Były zimne i szorstkie. Gdzie si  podział Sambo? Jej oczy przeszukiwały 

ciemno  pod kapturem. Chciała wykorzysta  lepsze o wietlenie,  eby wyra nie 

zobaczy  twarz m czyzny. Jednak była ona zamazana, ci gle si  zmieniała. 

- Co si  stało, och, co si  dzieje?! 

U miechn ł si . Czy to był ten u miech, który tak kochała? Nie mogła sobie 

dokładnie przypomnie . 

- Ja... musz  teraz odej  - wyj kał tak cicho,  e ledwie go słyszała. - Nasz czas 

jeszcze nie nadszedł. 

Wyrwał si  z jej u cisku i oparł o zawini t  w dług  szat  posta , która 

pojawiła si  przy jego boku. Ponad ich głowami wirowała mglisto . 

background image

 

34 

- Nie patrz, jak odchodz ... jak wracam do ziemi - w jego głosie było błaganie. 

- Dla ciebie to  mier . A  wróci nasz czas... Spójrz, nasz syn! 

Musiała odwróci  wzrok, szybko. Kl kaj c rozło yła szeroko r ce. Jimmy 

uderzył w ni  jak gor ca', masywna kula armatnia. Mierzwiła mu włosy, 

całowała wgł bienie pod brod ,  miała si  i płakała, i paplała jak idiotka; i nie był 

to duch, wspomnienie, które rozpłyn ło si , gdy przestała patrze . Jej oczy, 

skupione na szukaniu  ladów krzywd, które go mogły spotka  - głodu, choroby, 

przera enia - i  adnych nie znajduj c, od czasu do czasu chwytały obrazy tego, co 

działo si  wokół. Ogrody znikn ły. Ale to było niewa ne. 

- Tak t skniłem za tob , mamo. Zostaniesz? 

- Zabior  ci  do domu, najdro szy. 

- Zosta . Tu jest przyjemnie. Poka  ci. Ale ty zosta . Przez półmrok 

zmierzchu przebiegł poszept. Barbro wstała. Jimmy przylgn ł do jej r ki. Stali 

przed Królow . 

Bardzo była wysoka w swych szatach utkanych ze  wiateł północy i w swej 

gwiezdnej koronie, i w girlandach niepocałujek. Jej twarz przywodziła na my l 

Wenus z Milo, której zdj cie Barbro cz sto ogl dała w krainach ludzi, była 

jednak bardziej  wietlista i miała w sobie wi cej dostoje stwa. Ogrody wokół 

Królowej znów zbudziły si  do istnienia, wraz z nimi pałac Mieszka ców i 

niebosi ne wie e. 

- B d  pozdrowiona i witaj - przemówiła głosem jak pie  - ju  na zawsze. 

Przełamuj c wypełniaj cy j  l k Barbro powiedziała: 

- Matko Ksi yców, pozwól nam wróci  do domu. 

- To by  nie mo e. 

- Do naszego  wiata, małego i ukochanego - Barbro  niła,  e błaga - który 

zbudowali my dla siebie i hołubimy dla naszych dzieci. 

- Do wi ziennych dni, nocy pełnych gniewu, pracy, która kruszy si  w palcach, 

do miło ci obracaj cych si  w próchno lub kamie , lub chwastolot, do strat i 

bólu, i pewno ci jedynej tego,  e koniec b dzie tylko nico ci . Nie. Równie  ty, 

która si  staniesz W druj c , b dziesz si  radowa , gdy sztandary Poza wiata 

przyb d  z łopotem do ostatniego z miast i człowiek si  wreszcie wypełni  yciem. 

Teraz id  z tymi, którzy ci  naucz . 

Królowa Powietrza i Mroku wzniosła rami  gestem wezwania. Zawisło w 

powietrzu, jednak nikt si  nie zjawił. 

Spoza fontann i muzyki dobiegł złowrogi warkot. Buchn ły ognie, zagrzmiały 

pioruny. Tłumy Jej sług pierzchły z krzykiem przed stalow  gro b , z hukiem 

wje d aj c  na zbocze góry. Puki znikn ły w trzepocie przera onych skrzydeł. 

Nikory rzucały swe cielska przeciw pseudo ywemu naje d cy i przepadały, a  ich 

Matka krzykn ła, aby uciekały. 

Barbro przewróciła Jimmiego i zakryła go swoim ciałem. Wie e chwiały si  i 

rozpływały w dymie. Góra stała naga pod mro nymi ksi ycami, okryta tylko 

osypiskiem kamieni, masywnymi głazami i w oddali lodowcem, w którego 

gł biach pulsowało bł kitem  wiatło zorzy. W skalnej  cianie ciemniało wej cie do 

jaskini. Tam kierował si  strumie  uciekaj cych, szukaj c schronienia w 

podziemiach. Niektórzy z nich byli lud mi z urodzenia, niektórzy groteskowymi 

stworami, jak upiory, puki czy nikory, jednak wi kszo  stanowiły istoty małe i 

background image

 

35 

chude, łuskowate, długoogoniaste i długopyskie, w niczym nie przypominaj ce 

ani ludzi, ani Zewn trznych. 

Przez kilka chwil - nawet gdy Jimmy zanosił si  płaczem na jej piersi, by  

mo e w równym stopniu dlatego, ze czar prysł, jak i dlatego,  e Jimmy si  bał - 

Barbro było  al Królowej, stoj cej samotnie ze sw  nago ci . Pó niej równie  i ta 

istota uciekła i  wiat Barbro rozsypał si  na kawałki. 

Strzały umilkły, pojazd zatrzymał si  z chrz stem. Wyskoczył z niego 

chłopiec, krzycz c dziko: 

- Cieniu Snu, gdzie jeste ?' To ja. Pasterz Mgły! Chod  tutaj, chod ! - a  sobie 

przypomniał,  e j zyk, w którym zostali wychowani, nie był ludzki. Krzyczał wi c 

dalej w tej innej mowie, a  z krzaków, w których dotychczas si  chowała, 

wymkn ła si  dziewczyna. Patrzyli na siebie poprzez kurz, dym i ksi ycow  

po wiat . Pobiegła ku niemu. 

Z samochodu inny głos zawołał: 

- Barbro, szybciej! 

Przystani Bo ego Narodzenia nieobce było  wiatło dnia, krótkiego o tej porze 

roku, a jednak: promienie sło ca, bł kitne niebo, białe chmury, połyskuj ca 

woda, słona bryza na ruchliwych ulicach, i logiczny nieporz dek salonu Eryka 

Sherrinforda. 

Siedz c w fotelu krzy ował i rozstawiał swe długie nogi i pykał z fajki, jakby 

chciał stworzy  zasłon  dymn . Powiedział: 

- Jeste  pewna,  e ju  wydobrzała ? Nie wolno ci ryzykowa  nadmiernego 

wysiłku. 

- Czuj  si  znakomicie - odpowiedziała Barbro Cullen, mimo  e jej głos był 

jeszcze słaby i bezd wi czny. - Tak, jestem wci  zm czona. Bez w tpienia wida  

to po mnie. Nie mo na prze y  czego  takiego i w ci gu tygodnia by  z powrotem 

na nogach. Ale jestem czujna i gotowa. Szczerze powiedziawszy, my l ,  e zanim 

b d  mogła całkiem si  uspokoi  i odzyska  siły, musz  si  dokładnie dowiedzie , 

co tam zaszło i co si  dzieje tutaj. Nie docieraj  do mnie  adne wiadomo ci, 

znik d. 

- Rozmawiała  o tej sprawie z innymi? 

- Nie. Odwiedzaj cym mówiłam po prostu, ze jestem zbyt wyczerpana, aby 

rozmawia . To niezupełnie było kłamstwo. Zało yłam jednak,  e jest jaki  powód 

dla stosowania tej cenzury. 

Sherrinfordowi jakby ul yło. 

- Grzeczna dziewczynka. To ja domagałem si  zachowania tajemnicy. Mo esz 

sobie wyobrazi , jaka by wybuchła sensacja, gdyby to zostało podane do 

publicznej wiadomo ci. Władze zgodziły si ,  e potrzebny jest im czas,  eby 

dokładnie przyjrze  si  faktom, pomy le  i podebatowa  w spokoju. Chc  tak e 

opracowa  rozs dn  polityk ,  eby j  przedstawi  wyborcom, którzy w 

pierwszym okresie mog  by  skłonni do wpadania w histeri . - K ciki jego ust 

uniosły si  lekko ku górze. - A poza tym i ty, i Jimmy musicie przyj  do siebie, 

zanim rozp ta si  nad wami dziennikarska burza. Jak on si  czuje? 

- Całkiem nie le. Ci gle domaga si ,  ebym mu pozwoliła pój  do Pi knego 

Miejsca bawi  si  z przyjaciółmi. Jednak, w jego wieku, wyzdrowieje... zapomni. 

- B dzie mógł si  z nimi spotka  pó niej. 

background image

 

36 

- Co? Nie zrobili my... - Barbro poruszyła si  w swym krze le. - O tym te  

zapomniałam. Niewiele pami tam z tych ostatnich kilku godzin. Przywiozłe  

kogo  z porwanych ludzi? 

- Nie. Szok, którego doznali, był i tak wystarczaj co okrutny, bez rzucania ich 

prosto w... w obj cia instytucji. Pasterz Mgły, w gruncie rzeczy bardzo rozs dny 

chłopak, zapewnił mnie,  e dadz  sobie rad , przynajmniej pod wzgl dem 

podstawowych potrzeb  yciowych, do czasu a  wszystko zostanie odpowiednio 

przygotowane. - Sherrinford zawahał si . - Tylko nie bardzo wiem, co ma by  

przygotowane. Nikt tego nie wie, na obecnym etapie. Jednak niew tpliwie 

musimy zapewni  tym ludziom - lub znacznej ich cz ci, szczególnie tym, którzy 

jeszcze nie s  doro li - ponowne przył czenie do rasy ludzkiej. Mimo  e w 

cywilizowanym  wiecie mog  nigdy nie czu  si  jak w domu. By  mo e tak jest 

najlepiej, z pewnego punktu widzenia, gdy  w kontaktach z Mieszka cami 

b dziemy potrzebowali akceptowanych przez obie strony ł czników. 

Bezosobowo  tych słów działała uspokajaj co na nich oboje. 

- Czy zrobiłam z siebie straszn  idiotk ? Pami tam, tak, pami tam, jak 

wyłam i waliłam głow  w podłog . 

- Dlaczego, wcale nie. - Przygl dał si  jej przez chwil , rozwa ał jej dum , 

potem wstał, podszedł i poło ył jej dło  na ramieniu. - Została  zwabiona i 

wp dzona w pułapk  przez umiej tn  gr  na twych najgł biej zakorzenionych 

instynktach, i to w chwili, która sama w sobie była czystym koszmarem. Potem, 

gdy ten ranny potwór doniósł ci  na miejsce, najwyra niej przyszła do ciebie 

jaka  inna istota, kto , kto mógł manipulowa  tob  z pomoc  sił 

neuropsychicznych o niewielkim zasi gu. Ukoronowaniem tego wszystkiego było 

moje przybycie i nagłe, brutalne, przerwanie wszystkich halucynacji. To musiało 

by  druzgoc ce. Nic dziwnego,  e krzyczała  z bólu. Jednak przedtem wniosła  

Jimmiego i sama weszła  do samochodu, nie przeszkadzaj c mi w niczym. 

- A co ty zrobiłe ? 

- Oczywi cie odjechałem stamt d najszybciej, jak to było mo liwe. Po kilku 

godzinach warunki atmosferyczne poprawiły si  na tyle,  e mogłem poł czy  si  z 

Portolondonem i za da  natychmiastowego przysłania samolotu. Nie dlatego, 

eby to było absolutnie niezb dne. Jakie oni mieli szans  nas zatrzyma ? Nawet 

nie próbowali... Jednak szybki transport oczywi cie si  przydał. 

- Wyobra ałam sobie,  e wła nie tak to wszystko przebiegło. - Pochwyciła jego 

szybkie spojrzenie. - To znaczy, chciałam powiedzie , jak nas tam znalazłe , na 

tym pustkowiu? 

Sherrinford odsun ł si  od niej nieco. 

- Moim przewodnikiem był mój wi zie . Nie s dz , abym rzeczywi cie zabił 

kogo  z tej grupy, która przyszła rozprawi  si  ze mn . Mam nadziej ,  e nie. Po 

kilku ostrzegawczych strzałach samochód po prostu przebił si  przez nich, a 

potem zostawił ich daleko z tyłu. To była niezupełnie czysta gra - stal i paliwo 

przeciwko nagiej skórze. Jednak przy wej ciu do jaskini musiałem naprawd  

zastrzeli  kilku z tych olbrzymów. Nie jestem z tego dumny. 

Stał przez chwil  w milczeniu. Potem: 

background image

 

37 

- Była  ich wi niem - powiedział. - Nie wiedziałem, co oni z tob  zrobi , a ty 

była  dla mnie najwa niejsza. - I po kolejnej przerwie dodał. - Nie spodziewam 

si  ju  innych aktów przemocy. 

- Jak ci si  udało skłoni  tego... chłopca... do współpracy?  

Sherrinford zrobił kilka kroków, od niej ku oknu. Zatrzymał si , patrz c na 

Ocean Północy. 

- Wył czyłem pole ochronne - powiedział. - Pozwoliłem tej grupie podej  

bardzo blisko, wraz z cał  wspaniało ci  iluzji, w któr  byli przybrani. Potem 

wł czyłem pole z powrotem i obaj zobaczyli my ich tak, jak naprawd  wygl dali. 

Podczas drogi na północ wyja niłem Pasterzowi Mgły, w jaki sposób on i inni w 

jego rodzaju byli oszukani, wykorzystywani, zmuszani do  ycia w  wiecie, który 

wła ciwie nigdy nie istniał. Spytałem go, czy chciałby całe  ycie, a  do ko ca, 

sp dzi  w charakterze domowego zwierz cia. Owszem, maj c troch  wolno ci, 

tyle  eby biega  po wzgórzach, lecz zawsze na koniec trafia  z powrotem do 

pełnej snów zagrody. - Pykał w ciekle z fajki. - Niech mi ju  nigdy nie b dzie 

dane ogl da  takiej goryczy. Nauczono go wierzy  w to,  e jest wolny. 

Wróciła cisza, unosz c si  nad odgłosami gor czkowego ruchu ulicznego. 

Gwiazda Karola Wielkiego zbli yła si  do horyzontu; na wschodzie niebo ju  

pociemniało. 

W ko cu Barbro spytała: 

- Czy wiesz, dlaczego? 

- Dlaczego dzieci były wykradane i wychowywane w ten sposób? Cz ciowo 

dlatego,  e to było zgodne z modelem  ycia, jaki Mieszka cy tworzyli, ponadto 

chcieli obserwowa  przedstawicieli naszego gatunku i przeprowadza  na nich 

eksperymenty - na ich umysłach, nie ciałach. A równie  dlatego,  e ludzie s  

wyposa eni w specjalne po yteczne zdolno ci, na przykład potrafi  znosi   wiatło 

pełni dnia. 

- Ale jaki był ostateczny cel tego wszystkiego? Sherrinford przechadzał si  

tam i z powrotem. 

- No có  - powiedział - oczywi cie najwa niejsze, nadrz dne motywy 

aborygenów pozostaj  nie wyja nione. Mo emy zaledwie zgadywa , w jaki sposób 

oni rozumuj , nie wspominaj c nawet o tym, jak czuj . Jednak nasze teorie zdaj  

si  zgadza  z faktami. 

Dlaczego si  ukrywali przed człowiekiem? Podejrzewam,  e oni, a raczej ich 

przodkowie - gdy  nie s  to, jak wiesz, rozsiewaj ce blask elfy - s   miertelni i 

omylni, jak my. A wi c podejrzewam,  e z pocz tku tubylcy byli tylko ostro ni, 

ostro niejsi nawet ni  prymitywni ludzie na Ziemi, którzy równie niech tnie 

zdradzali sw  obecno  przed obcymi. Szpieguj c, podsłuchuj c my li. 

Mieszka cy Rolanda nauczyli si  naszego j zyka na tyle,  eby z grubsza poj , 

jak bardzo człowiek jest od nich ró ny i jak jest pot ny. Zrozumieli równie ,  e 

przyb dzie wi cej statków i nowi osadnicy. Nie przyszło im do głowy,  e 

mogliby my im przyzna  pełne prawo do zachowania swych ziem. By  mo e 

ci gle przywi zuj  znacznie wi ksz  wag  do podziałów terytorialnych ni  my. 

Zdecydowali si  walczy  na swój własny sposób. Przypuszczam,  e gdy wreszcie 

zaczniemy bli ej przygl da  si  ich mentalno ci, nasza psychologia przejdzie swój 

przewrót kopernika ski. Zapłon ł w nim entuzjazm. 

background image

 

38 

- I nie b dzie to jedyna rzecz, jakiej si  nauczymy - kontynuował. - Oni musz  

mie  swoj  własn  nauk , nieczłowiecz , powstał  w  wiecie, który nie jest 

Ziemi . Musz , dlatego  e przeprowadzili obserwacje naszej rasy równie 

starannie i dokładnie jak my sami. Dlatego,  e opracowali skierowany przeciw 

nam plan, którego wykonanie zaj łoby jeszcze sto albo i wi cej lat. Co jeszcze oni 

umiej ? W jaki sposób bez widocznego rolnictwa czy naziemnych budynków, bez 

kopalni lub w ogóle czegokolwiek utrzymuj  swoj  cywilizacj  przy  yciu? W 

jaki sposób powołuj  do  ycia całe nowe gatunki inteligentnych istot? Milion 

pyta , dziesi  milionów odpowiedzi! 

- Czy potrafimy si  od nich uczy ? - spytała Barbro cicho. - A mo e b dziemy 

tylko umieli ich zgnie  i zniszczy , jak si  tego boj ? 

Sherrinford zatrzymał si , oparł łokie  o gzyms nad kominkiem, nabił fajk  i 

powiedział: 

- Mam nadziej ,  e oka emy wi cej miłosierdzia, ni  zwykle okazuje si  

pokonanemu wrogowi. Oni przecie  s  pokonanym wrogiem. Próbowali nami 

zawładn  i im si  nie udało. A teraz my, w pewnym sensie, d ymy do 

zawładni cia nimi, gdy  b d  zmuszeni do zawarcia pokoju z cywilizacj  maszyn, 

zamiast, co było ich celem, przygl da  si , jak ona rdzewieje. A jednak nigdy nie 

wyrz dzili nam krzywd tak okrutnych, jakie my sami sobie wzajemnie 

wyrz dzali my w przeszło ci. Powtarzam raz jeszcze: oni mogliby nas nauczy  

wspaniałych rzeczy. My równie  mogliby my im przekaza  nasz  wiedz , gdyby 

nauczyli si  by  bardziej tolerancyjni wobec innego stylu  ycia. 

- My l ,  e mo emy wydzieli  im rezerwat - powiedziała Barbro i nie 

wiedziała, dlaczego on si  tak skrzywił i dlaczego odpowiedział tak szorstko. 

- Zostawmy im godno , na któr  sobie zasłu yli! Walczyli, aby uchroni  

wiat, który zawsze znali, od tego... - wyci gn ł r k  w stron  miasta - i 

prawdopodobnie lepiej byłoby dla nas samych, gdyby my mieli tego mniej. 

Oklapł nieco, westchn ł. 

- Przypuszczam jednak,  e gdyby ta Kraina Elfów zwyci yła, ludzie na 

Rolandzie powoli, mo e nawet szcz liwie, ale w ko cu by wymarli.  yjemy ze 

swymi archetypami, ale czy potrafiliby my  y  w nich? 

Barbro potrz sn ła głow . 

- Przepraszam, ale nie rozumiem. 

- Słucham? - spojrzał na ni  z zaskoczeniem, które usun ło w cie  

melancholi  sprzed chwili. Za miał si , a potem: - Có  za głupiec ze mnie - 

powiedział. - W ci gu ostatnich dni wyja niałem to tyle razy ró nym politykom i 

naukowcom, i członkom komisji, i Bóg wie jeszcze komu,  e zapomniałem, i  

nigdy nie wyja niałem tobie. Wtedy gdy podró owali my, to był tylko pomysł, 

do  zreszt  mglisty. Ale teraz, po spotkaniu z Zewn trznymi i zobaczeniu, jak 

oni działaj , zyskałem pewno . 

Mocniej ubił tyto  w fajce. 

- W ci gu całego zawodowego  ycia - powiedział - korzystałem w pewnym 

stopniu z pierwowzoru. Racjonalny detektyw. Nie była to  wiadomie przyj ta 

poza, zwykle był to po prostu obraz, który pasował do mojej osobowo ci i stylu 

pracy. Jednak wywoływał on i wywołuje u wi kszo ci ludzi odpowiedni rezonans, 

bez wzgl du na to, czy słyszeli o oryginale czy nie. To zjawisko nie jest 

background image

 

39 

rzadko ci . Spotykamy ludzi, którzy przywodz  na my l Chrystusa lub Budd , 

lub Matk  Ziemi , czy, ze sfer mniej wzniosłych, Hamleta lub d'Artagnana. W 

tych postaciach - historycznych, mitycznych czy fikcyjnych - krystalizuj  si  

podstawowe cechy ludzkiej psychiki i kiedy kogo  takiego spotykamy w naszym 

rzeczywistym  wiecie, nasze reakcje rodz  si  gł biej ni  tylko w  wiadomo ci. 

Człowiek tworzy równie  archetypy, które nie s  osobami, takie jak Anima 

czy Cie , a tutaj - jak si  zdaje - Poza wiat. Kraina magii i uroków - w 

pierwszym, magicznym znaczeniu tego słowa - zamieszkana przez na wpół 

ludzkie istoty, niektóre jak Ariel. inne jak Kaliban, jednak wszystkie wolne od 

przypisanych  miertelnikom słabo ci i smutków - przez co mo e troch  beztrosko 

okrutne, bardziej ni  troch  skłonne do psot. Mieszka cy zmierzchu i 

ksi ycowego  wiatła, niezupełnie bogowie, ale posłuszni rozkazom władców 

dostatecznie pot nych i enigmatycznych,  eby by  bogami... O tak, nasza 

Królowa Powietrza i Mroku dobrze wiedziała, jakie obrazy pozwoli  widzie  

samotnym ludziom, jakie od czasu do czasu wokół nich budowa  iluzje, jakie 

pie ni i legendy puszcza  mi dzy nich w obieg. Zastanawiam si , ile ona i jej 

poddani wzi li z ludzkich ba ni, ile jest ich własnym dziełem, a ile stworzyli 

tutejsi ludzie, zupełnie od nowa, zupełnie bezwolnie, gdy zamieszkała w nich 

wiadomo  tego,  e  yj  na kra cu  wiata. 

Wzdłu  pokoju kładły si  cienie. Wyra nie si  ochłodziło, przycichły nieco fale 

dobiegaj cego z ulic hałasu. Barbro spytała stłumionym głosem: 

- I do czego to mogło prowadzi ? 

- Pod wieloma wzgl dami - odpowiedział Sherrinford - tutejszy pionier 

rzeczywi cie  yje w  redniowieczu. Ma niewielu s siadów, niewiele do niego 

dociera wiadomo ci z szerokiego  wiata, mozoli si ,  eby przetrwa  na ziemiach, 

które tylko cz ciowo rozumie, ziemiach, które ka dej nocy mog  zesła  na niego 

nie daj ce si  przewidzie  katastrofy, i jest zewsz d otoczony ogromnymi 

obszarami zupełnej dziczy. Ta cywilizacja techniczna, która przyniosła tutaj jego 

przodków, dla niego samego jest co najmniej mglista i odległa. Mo e zagubi  jej 

spu cizn , tak jak  redniowiecze zagubiło spu cizn  staro ytnej Grecji i Rzymu i, 

jak si  wydaje, tak jak zgubiła j  cała Ziemia. Pozwólmy, aby archetypowy 

Poza wiat popracował nad nim, długo, intensywnie, zr cznie, a w ko cu zacznie 

w gł bi duszy wierzy ,  e magiczna moc Królowej Powietrza i Mroku jest 

pot niejsza od energii maszyn, i najpierw jego wiara, a potem równie  jego 

czyny poddadz  si  jej rozkazom. Och nie, to by nie nast piło szybko. Najlepiej, 

aby ten proces był zbyt powolny, by mógł by  zauwa ony przez zadowolonych z 

siebie ludzi z miast. A gdy w ko cu rolnicze zaplecze, ju  całkowicie opanowane 

pierwotnymi zabobonami, cofni te do  redniowiecza, odwróciłoby si  od miast, 

jak mogłyby one przetrwa ? 

Barbro odetchn ła gł boko. 

- Powiedziała mi,  e gdy ich flagi załopocz  nad ostatnim z ludzkich miast, 

wszyscy si  b dziemy radowa . 

- My l ,  e tak by rzeczywi cie było, do tego czasu - przytakn ł Sherrinford. - 

Pomimo tego wierz  w prawo do wolnego wyboru własnego losu. 

Wstrz sn ł si , jakby zrzucaj c jaki  ci ar. Wystukał z fajki resztki 

spopielałego tytoniu, potem przeci gn ł si , dokładnie, mi sie  po mi niu. 

background image

 

40 

- No, ale na szcz cie nie poznamy tej rado ci - powiedział. Spojrzała wprost 

na niego. 

- Dzi ki tobie. 

Zaczerwienił si  a  po ko ce uszu. 

- Jestem pewien,  e z czasem kto  inny by... Liczy si  tylko to, co teraz 

zrobimy, a ta decyzja jest zbyt powa na, aby mogła by  podj ta przez jednego 

człowieka czy nawet przez jedno pokolenie. 

Wstała. 

- Chyba  e jest to decyzja osobista, Eryku - podpowiedziała, czuj c, jak płon  

jej policzki. 

Ciekawie było obserwowa  jego onie mielenie. 

- Miałem nadziej ,  e mo e... spotkamy si  jeszcze. 

- Oczywi cie! 

Ayoch siedział na Kurhanie Wolunda. Zorza dr ała tak  jasno ci , tak 

wielkimi płatami  wiatła, jakby chciała ukry  bledn ce, znikaj ce ksi yce. 

Kwiaty cierniowców ju  opadły, zaledwie kilka płomieniło si  w ród korzeni, 

mi dzy wyschni tym brokiem, trzeszcz cym pod stopami i pachn cym jak dym z 

ogniska. Powietrze było ci gle ciepłe, jednak z zachodniego horyzontu znikn ła 

ju  ostatnia po wiata. 

-  egnajcie, szcz liwej w drówki! - zawołał puk. 

Pasterz Mgły i Cie  Snu nie obejrzeli si . Wydawa  by si  mogło,  e zabrakło 

im odwagi. Szli ci kim krokiem, znikaj c ju  z oczu, ku obozowi ludzi, którego 

wiatła tworzyły na południu now  jaskraw  gwiazd . 

Ayoch zwlekał. Czuł,  e powinien ofiarowa  po egnanie tej, która niedawno 

doł czyła do cieni  pi cych w tym kurhanie. Ju  pewnie nikt tu nie b dzie 

przychodził, by si  kocha  lub szepta  magiczne zakl cia. Pami  podsuwała mu 

tylko jedn  star  strof , która pasowała do chwili. Wstał i cicho za piewał: 

 

Spomi dzy jej piersi 

kwiat wzniósł si  do sło ca. 

Spaliło go lato. 

 

Pie  dobiegła ko ca. 

Potem rozpostarł skrzydła do długiego, dalekiego lotu.