background image

MAREK NOWAKOWSKI 

LEPSZY 

MARYNARSKA BALLADA

 

 
 
Dzielił nas płot. Do pewnego czasu tylko płot. I Rodzice kłaniali się sobie nawzajem I rankami I wychodząc na 
schodki wymieniali poglądy o po- I godzie 1 innych, codziennych sprawach. Ponadto I w sklepie Masllcha moja 
matka miała pierw- I szeństwo w zakupach. Gruba Masllchowa zaw- I sze ją wypatrzyła wśród ludzi cisnących 
się przy kontuarze I zapytywała z wyraźnym szacunkiem: 

—  Co dla pani kierowniczki? 
Mój ojciec był kierownikiem szkoły I starszy syn pana Masllcha, Eugeniusz, uczył się właśnie u niego. Miał 

ich dwóch. Młodszy, Olgierd, był moim rówieśnikiem I w 39 roku mieliśmy po sześć lat. Często przez płot 
przerzucaliśmy sobie piłkę. Jeżeli dotknęła ziemi, wtedy liczył się punkt dla przeciwnika. Na przemian 
wygrywałem ja lub Olgierd, mniej więcej równe posiadaliśmy szanse w tych pojedynkach. Tak było do wojny. 
Później wszystko się poplątało. Mas- lichowie zostali Niemcami. Sklep też zmienił wygląd . Pojawiła się nad 
ladą wielka, czerwona płachta ze swastyką pośrodku i portretem Hitlera. A kiedy moja matka wybrała się tam po 
zakupy i uchyliła' drzwi, to zatrzymało ją I zimne, obce spojrzenie grubej Maslichowej, która powitała ją 
niezrozumiałą mową. 

—  Nur fllr Deutsche! — opowiadała wzburzona matka. — Kto by to pomyślał? Ja do niej mówię, a ona 

ramionami wzrusza, niby po polsku nie rozumie. — Ojciec tylko apatycznie kiwał głową. W tym czasie już 
szkolny budynek został zajęty przez niemieckie wojsko i ojciec całymi aniami kręcił się bezczynnie po 
mieszkaniu. 

Synowie pana Masllcha zmienili imiona. Stawałem przy płocie I przysłuchiwałem się, jak gruba 

Masllchowa woła na obiad: 

—  Gerdil Eugenl Komm hlerl 
Nawet podobała ml się ta zmiana imion. Brzmiało to ładnie I dźwięcznie. Ubrani tei byli inaczej. Nosili 

brązowe koszule I welwe- towe, czarne spodenki. Nigdy dotąd nie widziałem ich w takim stroju. 

Opowiedziałem o tym rodzicom. 
—  Hitler-Jugend — wyjaśnił ojciec — związek młodzieży — skrzywił się dziwnie Jakoś. 
Wkrótce zauważyłem, że obaj Masllchowle noszą u pasa noże w czarnych pochewkach. Zafascynował mnie 

ten widok. Sam miałem tylko góralską ciupagę. Myśl o nożu w czarnej pochwie u szerokiego pasa welwetowych 
spodni Olgierda nie opuszczała mnie ani na chwilę. Wpadłem na pewien pomysł. Stanąłem przy 
T

background image

 
płocie 1 wyczekiwałem na swego rówieśnika Olgierda. Wynurzył się z gęstwiny bzów. Zobaczył mnie od razu, 
ale nawet nie pozdrowił ręką. 
—  Olgierd! — zawołałem. 
Odwrócił się. Podchodził do płotu. Zatrzymał się jednak w połowie drogi. Nie patrzył na mnie, tylko gdzieś w 
bok. Ale nie odchodził. 
—  Olgierd! — powtórzyłem niecierpliwie. 
- Nie wygłupiaj się! 
Wtedy spojrzał na mnie z ukosa. 
— 

Po pierwsze — powoli, lodowato cedził słowa — mam na imię Gerdi. Po drugie: czy umiesz rozmawiać 

po niemiecku? 
Nie zwróciłem na to, co mówi, żadnej uwagi. Zaproponowałem mu wymianę góralskiej siekierki na nóż, 
kołyszący się przy jego pasie. Wyciągnąłem zza pleców ciupagę. Była naprawdę ładna. Stalowy toporek na 
dębowym trzonku, obitym blachami z wizerunkami tatrzańskich szczytów. 
Olgierd ożywił się wyraźnie. Podszedł bliżej. Wsunął dłoń między sztachety płotu. 
—  Pokaż — powiedział. 
Uśmiechnąłem się chytrze. 
—  Ale i ty musisz pokazać swój nóż. 
Zawahał się. Wysunął z pochwy sztylet. Obaj 
równocześnie wyciągnęliśmy ręce i dokonaliśmy wymiany. Sztylet był długi, posiadał rowek na wąskiej, 
błyszczącej sinawo klindze i czarną rękojeść, ozdobioną literami H.J. 
—  No więc jak? — zapytałem. 
Wtedy zza bzów wyskoczył niespodziewa 
 
nie jego starszy brat Eugeniusz. Twarz krzywiła mu się złością. Coś mówił wzburzanym głosem po niemiecku. 
Olgierd poczerwieniał. Opuścił głowę. 

—  Oddaj — wymamrotał. 
Podał mi między sztachetami płotu ciupagę. Równocześnie oddałem mu nóż. 
—  Wegl — krzyknął do mnie Eugeniusz. 
Pokazałem mu język. Tupnął nogą. Olgierd 

odwrócił się od płotu, unikając mojego spojrzenia. 

W taki oto sposób wymiana nie doszła do skutku. 
Na dodatek gruba Maslichowa przyszła do moich rodziców z pretensją, że zachowuję się niegrzecznie i 

obrażam jej starszego syna. 

—  Huncwot, ja, ja — mówiła. — Az Eugenem nie ma żartów... Eugen — dodała z dumą — idzie do 

wojska. Będzie lotnikiem. 

Gadała i gadała, tym razem po polsku, żądając, żeby ukarano mnie surowo. 
Minął długi czas i nie widywałem w ogóle Olgierda. Właściwie widziałem go raz z daleka w gromadzie tak 

samo jak on ubranych chłopców, którzy maszerowali Kościelną ulicą i wrzeszczeli chórem jakąś piosenkę. 
Spotkaliśmy się w pewną niedzielę o zmroku. Z tamtej strony posłyszałem gwizd i kiedy doszedłem do płotu, 
Olgierd zaproponował mi wymianę ciupagi na pudło ołowianych żołnierzyków. Zbadałem dokładnie zawartość 
pudła. Artyleria, konnica, czołgi i piechota. Wszystkie rodzaje broni ozdobione chorągiewkami z czarną

background image

 
^^^swastyką. Olgierd zachowywał się niespokojnie l — szybciej, szybciej! — powtarzał. 

Pokręciłem przecząco głową. 
— 

To... — splunąłem — za taką ciupagę?! 

Olgierd butem żłobił ziemię. 
— 

Noża nie mogę — odezwał się wreszcie. — Eugen ml zabronił. 

Rozumiałem Olgierda doskonale. Rzeczywiście z tym Eugeniuszem wytrzymać coraz trudnie). Na przykład 

od pewnego czasu kazał ml się kłaniać. Zatrzymywał na ulicy I żądał ukłonu. Miał być niski, głęboki i pełen 
szacunku. Kłaniałem się byle jak, a on kręcił przecząco głową. — Nein. Jeszcze raz! — W ten sposób tresował 
wszystkich mniejszych chłopców. Nawet bił. Więc uciekaliśmy na jego widok jak od pożaru. 

Gruba Masllchowa uważała oczywiście, że racja jest po stronie Eugeniusza. 
— 

Starszy — mówiła moim rodzicom. — A ponadto Niemiec. — I patrzyła świdrująco, uważnie. 

— 

Mąż — dodawała od pewnego czasu — niedługo zostanie Biirgerme/ster... yerstehen Sie? 

Ojciec chrząkał zakłopotany. Matka spoglądała raptem na zegarek. 
— 

Boże! — mówiła z udanym przestrachem — pewnie mleko wykipiało. Bardzo panią przepraszam! 

Wtedy wieczorem przy płocie przypomniałem sobie to wszystko. Życzyłem Eugeniuszowi najgorszego i do 

wymiany nie doszło. Wróciłem do domu, ale cały czas przed zaśnięciem 
WĄ 
I rozmyślałem o tym ołowianym wojsku. Konie I takie zgrabne... Chyba ze czterdziestu plechu- I rów z 
nasadzonymi na karabiny bagnetami. I Czołgi mają ruchome lufy dział... 

Następnego dnia wymieniłem ciupagę na I pudło. Odtąd długie godziny bawiłem się oło- I wlanym 

wojskiem. Wyskrobałem czarne swas- I tyki z chorągwi i do zabawy zapraszałem nawet I chłopców z naszej 
ulicy. 

Przeszukiwałem też szuflady biurka w ga- I blnecie ojca. Wynalazłem huculskie pudełko I nabijane 

paciorkami, fajkę z metalową przy-

background image

 
krywką na cybuchy I mosiężny przycisk w kształcie kolumny króla Zygmunta. Ale te przedmioty nie 
Interesowały Olgierda. 

Zdarzyło się to w ciepłe, |esienne południe. Wracałem właśnie z lekcji, które odbywały się w domu 

mydlarza Kruka. Postanowiłem skrócić drogę i poszedłem ścieżką za ewangelickim kościołem. 

—  Halt! — usłyszałem ostry głos za sobą. Zza kasztanów, rosnących tutaj rzędem, wysunęli się chłopcy z 

Hitler-jugend. Otaczali mnie kołem. Wśród nich zobaczyłem Olgierda. 

—  Klęknij! — posłyszałem ten sam ostry głos. To mówił wysoki, rosły chłopak o wodnistych oczach, Ich 

przywódca. 

—  Klęknij... — powtórzył. — I mów tak: jestem polnisches Schweln! 
Ci z Hitler-jugend otaczali mnie coraz ciaśniej. Rzuciłem się na oślep przed siebie. Poczułem dotkliwe 

uderzenia spadające na plecy, ramiona, głowę. Zatrzymałem się zupełnie bezradny. Przestali bić! I znów głos Ich 
przywódcy: — Klęknij i mów tak... — Cofnąłem się o krok. Był to odruch tylko. Szans ucieczki nie miałem 
żadnych. Ci z tyłu zaczęli mnie kopać. Rozpłakałem się. Równocześnie nie chciałem klęknąć. 
— Zaraz klęknie — powiedział przywódca. — Musi, — Uniósł do góry gumową pytę. Przy- ultłem się 
strachllwle. Ratunek przyszedł zza węgła ewangelickiego

background image

 
kościoła. Wyszedł stamtąd mężczyzna w niebieskim kombinezonie. Był krępy, zgarbiony. Szedł bardzo powoli. 
Spojrzał w tę stronę I zatrzymał się osłaniając przed słońcem oczy. Kilkoma skokami znalazł się przy 
kasztanach. Temu o wodnistych oczach wyszarpnął z dłoni gumę I miarowo zaczął siec nią po gołych nogach 
moich prześladowców. Podskakiwali jak cyrkowi akrobacl. Dopadł również Olgierda I przytrzymując go za 
kołnierz, wymierzył kilka razów gumą. Olgierd wierzgał I skowy- czał przenikliwie. Po chwili pod kasztanami 
nie było już nikogo. Tylko ja I ten krępy mężczyzna w niebieskim kombinezonie. Zapalił papierosa. Rozejrzał 
się. 

—  No to I na nas już czas — uśmiechnął się. — Pryskamy, chłopcze! 
Pożegnał mnie mocnym uściskiem dłoni. Jego kombinezon poznaczony był tłustymi plamami. Zapewne był 

to robotnik z pobliskiej fabryki świec Polo. 

Nazajutrz oczekiwałem na wizytę grubej Masllchowe] u moich rodziców. Olgierd poskarżył się I zaraz 

rozlegnie się natarczywe pukanie do drzwi. Wyobrażałem sobie również jeszcze straszniejsze wydarzenia. 
Ostatnio w naszym miasteczku mówiono o Jakiejś rodzinie, którą odkryli Niemcy w stare] cegielni. 

—  Strzelali do nich jak do kuropatwów — opowiadał dozorca — taką zrobili sobie zabawę... Żydzi — 

wyjaśniał — ukrywali się tamuj. 

W wyobraźni widziałem tych ludzi rozble- gających się po polach wokół cegielni I tych. 


co do nich strzelali. Jednak gruba Masllchowa nie przyszła do nas w ciągu całego tygodnia pełnego 
niespokojnego wyczekiwania. Toteż kiedy zobaczyłem przez plot Olgierda, zaśmiałem się na jego widok 
pogardliwie. Miał Jeszcze pożółkły ślad po uderzeniu na policzku. 

—  Tylu na Jednego! — powiedziałem. 
Olgierd początkowo chciał odejść w milczeniu. Postąpił tylko krok I zatrzymał się. 
—  To oni tak chcieli! —wyszeptał. —Ja nie! Naprawdę!... Ten Hans, nasz drużynowy... I nikomu nie 

powiedziałem ani słowa... 

Z jego domu rozległ się gardłowy, niezrozumiały okrzyk. Pobiegł tam zaraz. 
Długo jeszcze stałem przy płocie i nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć.

background image

 

Oni już mieli za sobą te wyprawy na Wolę, gdzie wśród ognia, strzałów I wrzasku pijanych własowców 

buszowali po opuszczonych mieszkaniach, widzieli trupy kobiet, mężczyzn i nieraz przynosili stamtąd różne 
przedmioty takie, jak masz/na do pisania, dynamo, latarka- -paluch czy bagnet. 

Cygan wrócił stamtąd z przedziurawioną czapką. Pokazywał tę czapkę z dumą. 
— Tylko fiut!! — mówił —gwlznęło, patrzę, kula przebiła czapkę... 
Wymierzył palcem odległość od głowy. Brakowało trzech centymetrów. A brat Cygana Kraczoch robił 

„kitę" na kaliskim torze. Wywala! węgiel z wagonów, czynił to z brawurą, nawet Jeżeli zobaczył go banszuc 
przyczajony w brankarcfe I strzelać zaczął, to brat Cygana wcale zrzucać węgla nie przestawał. Potem kiedy ten 
towarowy skład nabierał szybkości, kładł się na stopniu i zsuwał do rowu przy nasypie kolejowym. Toczył się 
szybko, bardzo szybko, i tylko głowę osłaniał rękoma. Następnie przychodziły jego s/ostry / zbierały do wózków 
rozrzucony wzdłuż toru węgiel. krat Cygana też pił bimber z w/asowcaml w par- Bu. Poczęstowali go I on jak 
chłop wychylił duszkiem całą szklanicę. Własowcy poklepywali go po plecach i coś gadali po swojemu. 
Tak samo ci z paki Piegowatego z Bud mieli Już za sobą przeróżne przygody. Chodzili kołysząc się po 
cwaniacku i palili zdobyczne pa plerosy Juno. Ja nic miałem nic. Czasem pró

background image

 
bowałem iść za nimi, ale zaraz zatrzymywał mnie surowy głos matki. Wahałem się chwilę, ale Jednak wracałem. 
Oni, cl z Bud, patrzyli na mnie z wyższością. Wracałem do domu i ciągle myślałem, żeby wyróżnić się jakoś i 
zwrócić na siebie Ich uwagę. 

Posłyszałem rozmowę o Kaziku Błasiaku, synu rymarza znad stawu. Słyszałem, jak mówili rodzice do 

siebie, że Kazik wcale nie jest synem rymarza. Mówili, że Błasiak wziął go od swoich znajomych z 
warszawskiego getta. 

Getto widziałem kilka razy, otoczone wysokim murem I z otworów w tym murze wynurzali się bardzo 

wychudzeni chłopcy, którzy prosili o chleb. 

Wkrótce po tej rozmowie rodziców, zacząłem mówić chłopakom z Bud, że jestem Cyganem. Rodzice wzięli 

mnie z taboru 1 dlatego tutaj się znalazłem, a mol rodzice wcale nie są moimi rodzicami I raz w miesiącu, nocą, 
odwiedza nasz dom stary, wąsaty Cygan z biczem, mój prawdziwy ojciec. 
—  Znaczy jesteś Cyganiak... — zastanowił się Kapucha. Popatrzył na mnie uważnie. 
Byłem śniady I włosy miałem ciemne. 
Jednak Piegowaty z Bud wyśmiał mnie od razu. 
— Jaki tam Cygan iak! 
Batalion czarnych opuścił szkołę rankiem. W tej szkole ze spadzistym, czerwonym dachem, gdzie pracował mój 
ojciec, od drugiego już roku wojny kwaterowały niemieckie wojska. Przed czarnymi byli tam cl z trupimi głów 
kami srebrnego koloru na czapkach I wyłogach kołnierzy I różne okropności opowiadano o nich w miasteczku. 
Cl czarni, dlatego tak ich nazywaliśmy, bo mundury mieli czarne, lubili nas, chłopców, I zawsze częstowali 
smaczną, gęstą zupą z kuchni polowej. 

Opuścili oni szkołę rankiem I Piegowaty z Bud zebrał swoich chłopaków w krzakach przy ewangelickim 

kościele. Postanowił dostać się do opuszczonej szkoły. Budynek pilnowany był przez trzech wartowników. 
Dwóch stało przy głównym wejściu, a trzeci spacerowa miarowym krokiem od strony glinianki. 

— Nie wszystko zabrali I dlatego pilnują — powiedział Piegowaty z Bud. 
Postanowili zakraść się tam o zmierzchu. Tym razem poszedłem z nimi. Wymknąłem się z domu I 

pobiegłem na umówione miejsce nad glinianką. Wszyscy chłopcy byli z workami, ja też miałem ze sobą torbę, 
której moja matka używała do zakupów na targu. Dostęp do szkoły okazał się niezwykle łatwy. Zaszliśmy od 
boiska, żaden z wartowników nie pokazywał się tutaj I Piegowaty z Dud wypatrzył piwniczne okienko z 
wyłamaną kratą. A drogę z piwnicy na górę znaliśmy doskonale. Nieraz widziałem na własne oczy, Jak tutaj 
właśnie ukrywali się chłopcy przed nauczycielami i nawet woźny zwany Dziadźką nie mógł nikogo znaleźć. 

Dostaliśmy się na parter. Tak samo jak dawniej śmierdziało tutaj pyłochłonem, którym wysmarowana była 

podłoga. Tylko brakowało popiersia Marszałka Piłsudskiego. Szkoła od

background image

 
początku swego Istnienia nazwana została jego imieniem i to popiersie na marmurowym postumencie stało 
zawsze u końca korytarza. Teraz na ścianie wisiał portret Hitlera. Piegowaty Z Bud strzyknął śliną w sam wąsik 
Hitlera 1 pobiegł na górę. Za nim inni chłopcy. Ja zostałem na parterze. Wszedłem do klasy, która była niegdyś 
llb. Zachodziłem tam nieraz po lekcjach, jeszcze Jako sześciolatek. Zamieniona została na sypialnię dla 
żołnierzy. Rzędami stały żelazne łóżka, przy nich szafki, a tam gdzie dawniej znajdowała się tablica, 
umieszczono drewniany stojak na broń. Pachniało mocno cygarowym dymem I skórą. Kolejno otwierałem 

szafki przy łóżkach. W Jedne| znalazłem puszkę z kilkoma twardymi Jak kość sucharami. W Innej nie dojedzoną 
marmoladę I wielki bochen czarnego chleba. Wrzuciłem zdobycz do swojej torby. Tak w kucki posuwałem się 
od szafki do szafki, penetrując dokładnie ich zawartość. Znalazłem Jeszcze pudło ze szklanym) bombkami na 
choinkę w różnych kolorach, pół torebki cukru, kostkę margaryny, skórzany pas I podartą mapę polową. 
Powiodłem spojrzeniem po klasie 1 moją uwagę zwrócił błyszczący przedmiot, który leżał na podłodze. Był to 
zamek karabinowy. Niedawno naoliwiony, błyszczał sinawo. Pociągnąłem za cyngiel. Przesuwał się miękko. 
Tak samo bezpiecznik. Tę zdobycz uznałem za najcenniejszą. Starannie owinąłem w furażerkę I umieściłem na 
dnie swojej torby. Ostatni raz rozejrzałem się po klasie. Zobaczyłem na najbliższym łóżku książkę w twardej 
oprawie. Tytuł wytłoczony złoconymi literami. Przeczytałem: „Meln Weg nach Scape Flow". Zacząłem 
przerzucać kartki. Dużo fotografii. Była to historia łodzi podwodnej. Hitler dekoruje dowódcę łodzi podwodnej. 
Wtedy rozległ się strzał. Poderwałem się z łóżka. Podbiegłem do okna. Okno wychodziło na boisko. Zobaczyłem 
wartownika, który wybiegł zza węgła budynku i znów składał się do strzału. I zobaczyłem Piegowatego. Akurat 
przeciskał się przez dziurę w ogrodzeniu. Zniknął w zaroślach z tamtej strony. Wartownik opuścił karabin. Na 
boisku leżał porzucony przez Piegowatego worek z łupem. Wartow-

background image

 
nlk zwrócił spojrzenie w stronę szkoły. Po* chyliłem głowę. Kucnąłem pod parapetem. Po długiej chwili 
podniosłem głowę. Wartownik stał przy dziurze w siatce ogrodzenia. Karabin przewiesił Już przez ramię. 

Ogarnął mnie strach. 
Jak opuścić szkołę? Strach spotęgował się jeszcze, kiedy pomyślałem, że wartownik może odkryć to 

piwniczne okienko bez kraty, którym dostaliśmy się do wnętrza. 

Powoli szedł wzdłuż ogrodzenia. Tym razem nie patrzył w okna szkoły. Miał hełm zsunięty nieco na czoło I 

luźne buty z cholewami. Zniknął za węgłem budynku. Porwałem z podłogi swoją torbę, wrzuciłem tam Jeszcze 
książkę o łodzi podwodnej I wybiegłem z klasy. Dotarłem do piwnicy I ostrożnie wychyliłem głowę z okienka. 
Może przyczaił się za murem I czeka? Wydostałem się na zewnątrz. Ciągnąc za sobą torbę, poczołgałem się 
wzdłuż muru do tego miejsca, gdzie najbliżej było dziury w siatce. Przestrzeń boiska pokonałem biegiem, t 
znalazłem się w zaroślach za ogrodzeniem. Byłem bezpieczny. 

Bez przeszkód dotarłem w umówione miejsce nad glinianką. Znajdowali się tam Już wszyscy chłopcy z paki 

Piegowatego z Bud. Jednak tylko Ja wróciłem z torbą pełną łupów. Inni porzucili swoje worki w czasie ucieczki. 

Ale l tak Piegowaty z Bud był lepszy. Jego to bowiem Niemiec postrzelił w łydkę. Poka- iał krwawiące 

obficie miejsce I Imlał się w do-

background image

 
datku, nie dając po sobie poznać żadnego bólu. Później śmiali się Jeszcze chłopcy z jego paki, kiedy chcąc im 
pokazać swoją zdobycz, odkryłem torbę, a tam wszystkie bombki były potłuczone i wymazane marmoladą. 
Książka o łodzi podwodnej też ubrudzona wstrętnie. Tylko karabinowy zamek zainteresował wszystkich I 
przestali się śmiać.

background image

 
 
Filip tał chciał mleć psa. Wielu Jego kolegów Jut od furtki witał/ radosne poszczekiwania czworonożnych 
przyjaciół. A Syfon, chłopak z tej samej ulicy, nie rozstawał się ze swoim Plkuslem. Tak śmiesznie szli obok 
siebie. PI- kuś co chwila unosił kudłaty pyszczek I pilnie patrzył w oczy swego pana, pomachlwał przy tym 
ogonem. 
Co prawda miał Już Filip kota Ali Babę. Ale był to niezależny Indywidualista; pojawiał się tylko, żeby 
wychłeptać mleko, pomruczał chwilę lub otarł się o nogi I znikał. 
Aż trafiła się okazja. 
—  Te, laluśl — pewnego ranka zawołał go Cygan. 

Stał w bramie drewnianego domu zwanego Pekinem. Był ze swoim starszym bratem, który znany był w 

miasteczku Jako Jeden z tych, co obrabiali kolejowe transporty na kaliskim torze. Brat Cygana trzymał na 
sznurku pięknego szczeniaka o Jedwabistej, rudej sierści, długich frędzlastych uszach I wąskim pysku z czar-
nym, wilgotnym nosem. Szczeniak popiskiwał, a brat Cygana trącał go butem. 

—  Do hycla go l tyle! — powtarzał z uporem. Zataczał się I cuchnęło od niego wódką. 
—  On — Cygan wskazał na Filipa — może wziąć tego psa. 
Filip skwapliwie pokiwał głową. 
—  Tylko to będzie kosztować — dodał Cygan. 
Filip nie miał pieniędzy. Wygrzebał z kieszeni 

edynle kilka drobnych monet. Brat Cygana parsknął śmiechem. Filip poczerwieniał ze wstydu. 
— 

Ale możesz przecież coS znaleźć w domu — odezwał się pospiesznie Cygan. — Jtkl fant, znaczy. 

Filip już nie odrywał wzroku od psa, Popiskujący, rudy kłębek z opadającymi na smutne oczy uszami. KUlIł się 
I dygotał. 
— 

Ja go potrzymam — Cygan wyciągnął rękę po sznurek. 

Ale jego brat tak na niego popatrzył, że Cygan cofnął się na wszelki wypadek. 
— 

Sam wiesz... — szepnął do Filipa — ... co hycel robi z psów. Mydło! 

Filip przygryzł dolną wargę. Wiedział, co hycel robi z psami. 
— 

A mój brat — dodał Cygan — potrzebuje forsy. 

Szczeniak podniósł trójkątny, wąski pysk I popatrzył na Filipa. Poruszył lekko ogonem. Jego ruda, aksamitna 
sierść błyszczała w słońcu, 
—  Do hycla go! — chrypnął brat Cygana. 
— 

On ma różne fajne rzeczy w domu — powiedział Cygan. 

—  Jakie? — zapytał Jego brat. 
— 

Aparat fotograficzny — odparł bez namysłu Filip. 

Aparat schowany był w walizce pod kanapą. Ojciec robił z niego zdjęcia na wakacjach. 
— 

Mało! — skrzywił się brat Cygana. — Za takiego rasowca! 

—  Oficerki — dorzucił Filip. 
Te buty z lśniącymi cholewami stały zawsze w przedpokoju pod wieszakiem. Kawaleryj-

background image

 

[sWe buty wujka Janka, który w wojnę był wofla- 
a

U

 I nie wrócił jeszcze do kraju. 

_ Z ostrogami - dodał Cygan, choć sam przecież nigdy nie widział tych butów. 
Jego brat przesunął zgasły niedopałek papierosa z jednego kącika ust * drugi. 
— Może być — wypluł niedopałek I wdeptał go obcasem w ziemię. 
Ale kiedy Filip wyciągnął rękę po sznurek, na którym był uwiązany pies, odepchnął go gniewnie. 
— Towar za towar — warknął. 
— Zaraz wracam — rzekł Filip I pobiegł do domu. 
Sprzyjało mu szczęście. Ojciec jeszcze nie przyszedł ze szkoły, a mama była zajęta przygotowaniem obiadu. 

Toteż uwinął się w kilka minut. Aparat schował za pazuchę koszuli, oficerki owinął w bluzę i trzymając je za 
plecami przekradł się na palcach przez kuchnię. Mama stała akurat przy zlewie, puszczając z kranu strumień 
wody do miski z ziemniakami. 
Oni czekali w bramie Pekinu. Brat Cygana dokładnie zbadał aparat fotograficzny. Nastawił obiektyw. Pstryknął. 
—  Działa — uznał. 
Buty z cholewami spodobały mu się najbardziej. Od razu przymierzył. Jego twarz pojaśniała zadowoleniem. 
Przemaszerował wojskowym, sprężystym krokiem I nie zatoczył się nawet. Skrzypiało I czarne cholewy 
błyszczały w słońcu. 
—  Pasują — cmoknął.

background image

 

Nogą w oficerskim bucie trącił rudego szczeniaka. Przesunął go w stronę Filipa. Rzucił też sznurek. Poszedł 

sóble. 

—  Udało się — ucieszył się Cygan — a już chciał Iść do hycla, ledwie go przytrzymałem. 
Filip okręcił na dłoni sznurek I cmoknął na psa. Rudy szczeniak ruszył żwawo, pomachując ogonem. 
Miał teraz Filip do pokonania szereg trudności. Na początku musiał tak wprowadzić psa do ogrodu, żeby 

pan Sikora, który zajęty był wytyczaniem warzywnych zagonów, nie zauważył nic. Uchylił furtkę I trzymając 
szczeniaka na rękach wsunął się do ogrodu, potem czym prędzej ukrył się w chaszczach za trzepakiem. Stąd 
mógł obserwować pana Sikorę I drzwi domu. Szczeniak polizał Filipa ciepłym jęzorem po policzku. Popiskiwał 
leciutko. Pewnie był głodny. Należało go nakarmić. 

Filip uwiązał psa do trzepaka I poszedł do domu. Obiad Już był gotowy. Wrócił też ojciec. Zasiedli do stołu. 

Filip jadł bardzo szybko i odpowiadał monosylabami na pytania rodziców. 

—  Źle się czujesz? — zaniepokoiła się mama. 
Pokręcił przecząco głową. Odstawił talerz 

z nie dojedzonym drugim daniem. Skwapliwie wyraził chęć uprzątnięcia ze stołu. Ze stosem talerzy udał się do 
kuchni. Tam zgarnął resztki kartofli i mięsa do emaliowanej miski Ali Baby. Miskę wyniósł na schodki przed 
dom. Wrócił do stołowego pokoju. 

—  Pójdę się przejść — oświadczył rodzicom. 

so 

Ojciec popatrzył na niego uważnie. Filip zmieszał się pod tym przenikliwym spojrzeniem. 
— Jakaś tajemnica? — zapytał ojciec. 
—  Głowa mnie boli — wymamrotał pośpiesznie. Gorąco oblało mu policzki. Czuł, źe się czerwieni. Ta 

przeklęta skłonność zdradzała go we wszystkim. 

—  Pójdę się przejść — powtórzył I takim wolnym a napiętym krokiem, czując na plecach spojrzenie 

rodziców, wyszedł z domu, 

Chwycił miskę, pochylił się nisko I przebiegł wśród krzaków porzeczek i agrestu w chaszcze zarastające kąt 

ogrodu. Rudy szczeniak powitał go niezwykle szybkimi obrotami ogona. Do miski rzucił się łapczywie. Zjadł 
wszystko I jeszcze starannie wylizał dno. Brzuch spęczniał mu Jak balon. Zwinął się w kłębek obok Filipa i 
zaraz usnął. Filip zastanawiał się, jakie dać mu Imię. Przypomniał sobie wiele psich imion, ale żadne mu nie 
odpowiadało. Pan Sikora odpoczywał wsparty na łopacie. Rzucał grudy na wróble, które obsiadły zagony. 

—  Sio! — pokrzykiwał Jak do kur. 

Psiak zbudził się. Postawił uszy i nadsłuchiwał. Zawarczał. Chciał biec do pana Sikory. 

—  Nie wolno — szepnął Filip. Szczeniak popatrzył na niego uważnie. Uspokoił się. Krążyły nad nim 

muchy. Od czasu do czasu kłapał zębami, próbując schwytać brzęczącego natręta. Śmiesznie to wyglądało. Psie, 
zawiedzione oko i nieosiągalna mucha. W łopianach coś zaszeleściło. Psiak czujnie zastrzygł uszami. Szelest 
powtórzył się. Z zarośli wy

background image

 
 
 
Irinw 
sunął się bury kot Ali Baba. Był to władca okolicznych ogrodów, postrach innych kotów; uszy miał poszarpane i 
bielmo na jednym oku. Przeciągnął się I obojętnie popatrzył na psa. Psiak zaskomlał przyjaźnie. Machać zaczął 
puszystym, rudym ogonem. Kocur znieruchomiał. Psiak, przebierając łapkami I przekrzywiając łebek, zbliżać 
się zaczął do niego. Może pierwszy raz zobaczył takie stworzenie? Ali Baba zjeżył się i ogon pogrubiał mu 
niezmiernie. Czekał bez życzliwości. Zasyczał, pokazując małe, ostre zęby. Psiak stropił się nieco takim 
powitaniem. Ale nie zrezygnował. Podbiegł bliżej. Wtedy Ali Baba wymierzył mu dwa niezwykle szybkie 
uderzenia kolczastą łapą. Ciosy były bolesne. Pies, podwinąwszy pod siebie ogon, schronił się za Filipem. Za-
piszczał. Ali Baba równie leniwie, jak przyszedł, zniknął w łopianach. 

Dwa razy z domu rozległo się wołanie mamy: — Filip, Filip!! 
Filip nie odpowiadał. 
Pan Sikora skończył wytyczanie grządek. Siedział na pniu, pykając fajeczkę. Rozglądał się wokoło. 

Zapewne obmyślał zajęcia na jutro. Wkrótce opuścił ogród. Psiak znowu zasnął. Filip pogładził go po 
połyskliwym, aksamitnym w dotyku grzbiecie. 

A kiedy słońce schowało się za kamienicę po drugiej stroni* ulicy, wziął psiaka na ręce i skierował się do 

domu. Ostrożnie otworzył drzwi werandy. Bezszelestnie, Indiańskim sposobem wśliznął się do mieszkania. 
Rodzice sie 
dzieli w stołowym pokoju. Pies zwinnie zsunął się z jego rąk na podłogę. Biegał obwąchując krzesła, stół, szafę 
z książkami, pianino. Filip rozważał, co robić dalej. Postanowił położyć się do łóżka. Był to jedyny sposób na 
przechowanie psa przez noc. Przygotował posłanie. Ze stołowego rozległ się skrzyp otwieranych drzwi. Kroki. 
Filip wepchnął psiaka pod pianino i zastawił fotelem. Kroki skierowały się do łazienki. Filip rozebrał się szybko 
I położył

background image

 
do łóżka. Psa wziął ze sobą. Ukrył go pod kołdrą. Na nocnym stoliku rozłożył książkę do zadań arytmetycznych. 
Najsłabszy był z arytmetyki J rodzice, Jeżeli wejdą tutaj, przede wszystkim pochwalą go za pilność. Może to 
więc odwrócić Ich uwagę od czegoś Innego. Pies sapał i pomrukiwał pod kołdrą. Zabawne były te dźwięki. Od 
cieniutkich pisków do głębokich, basowych pomruków. Rozśmieszały Filipa. 

—  Śpioch Jesteś — mówił pod kołdrą. — Powiedz, Jakie dać cl Imię... 
Do pokoju weszła siostra. Tak samo Jak Filip dostała się do mieszkania przez werandę. 
—  Tak wcześnie w łóżku — zdziwiła się. — Nabrolłeś coś? 
—  Jestem zmęczony — odparł Filip. 
W tym momencie pies zachrapał Jak człowiek. Siostra, pochylona nad stołem, odwróciła gwałtownie głowę. 
—  Co to? 
—  Pewnie słychać, Jak pan Sikora chrapie — rzekł nienaturalnie głośno Filip. — On to potrafi chrapać. — 

Okręcił się szczelnie kołdrą. 

Siostra nadsłuchiwała czujnie. I tak się zaczęło. Pies chrapał, a Filip pogwizdywał, zagłuszając w ten sposób 

odgłosy spod kołdry. 

Siostra Już nie spuszczała wzroku z Filipa. Patrzyła na niego bardzo dziwnie. Wybiegła z pokoju. Wróciła z 

mamą. Pies chrapał nadal. Bulgotliwle. To znów ochryple. Filip gwizdał. Naciągał kołdrę pod samą brodę. 
Matka stanęła nad łóżkiem. Położyła dłoń na Jego czole. 

—  Rozpalony — zaniepokoiła się wyraźnie. 
Filip leżał naprężony sztywno I znieruchomiały. Jedną ręką obejmował psa, drugą zaciskał na kołdrze. 

Naraz pies poruszył się 1 Jego rudy, puszysty ogon wysunął się spod kołdry. Siostra cofnęła się. Mama 
natomiast pochyliła się nad łóżkiem I szybkim ruchem ręki zerwała kołdrę. Ten rudy kudłaty psiak leżał na 
grzbiecie z rozchylonymi łapami. Siostra parsknęła śmiechem. 

—  No tak — powiedziała przeciągle mama. 
Pies obudził się i zamerdał ogonem. 
—  Przecież wiesz doskonale, że nie mamy warunków, żeby go trzymać — surowo I nieubłaganie 

zabrzmiał głos mamy. 

Filip milczał. Tylko machinalnie gładził psiaka po różowobiałym spęcznlałym brzuchu. 
Wkrótce w pokoju pojawił się ojciec. 
—  Popatrz! — mama oskarżyclelsko wyciągnęła rękę I wskazała na łóżko. 
Ojciec zaraz odwrócił się I wyciągnął z kieszeni chusteczkę. Rozkaszlał się hałaśliwie, osłaniając twarz 

chusteczką. Tym sposobem skrywał uśmiech. Tego Filip był pewien. 

—  On Jest mój — powtarzał Filip żarliwie — ón Jest mój! — I coraz mocniej obejmował rudego, 

kudłatego psiaka. 

Ojciec milczał. Było to milczenie pełne napięcia. Cisza I tylko słychać leciutki chichot siostry I 

posapywanie psa. 

—  Niech zostanie — zdecydował ojciec, ciągle osłaniając chusteczką twarz. 
—  A pan Sikora? — zapytała matka. — Przecież nie znosi psów!

background image

 
—  Przekonamy go jakoś. 
Ojciec twarz już miał poważną, bez śladu uśmiechu nawet. Radość Filipa nie miała granic. Od razu złożył sobie 
solenne przyrzeczenie, że musi podciągnąć się z arytmetyki, co najmniej na czwórkę. Będzie to prezent dla ojca. 
I dopiero znacznie później wyszło na jaw zaginięcie aparatu fotograficznego 1 butów z cholewami. Pies 
nazwany został Rudzikiem I nawet pan Sikora zaczął darzyć go pewną sympatią. Pozwalał mu hasać po 
ogrodzie. 
Czasem do płotu podchodził Cygan I spoglądał na psa. Pies nie zwracał na niego uwagi. A raz zawarczał 
groźnie. 

— 

Nie poznaje — mruknął Cygan i odszedł powoli. 

\

background image

 

Wóz zaprzężony w dwa rosłe, kare konie toczył się z łoskotem I zgrzytem po kocich łbach głównej ulicy 

miasteczka. Powoził mały człowieczek w czapeczce z pomponem, o pomarszczonej Jak pieczone Jabłko twarzy, 
który pokrzykiwał niezwykle grubym głosem: — Wio! Wio, Belzebuby!!... 

Obok niego na koźle wyłożonym wzorzystą kapą z frędzlami siedziała smutna, wyliniała małpka w srebrnej 

obroży na szyi. Kiedy wóz zachybotał na wybojach, małpka strachllwym, prawie dziecięcym sposobem 
przytuliła się do małego człowieczka. Spod plandeki, tworzącej dach nad wozem, dochodziły przytłumione 
głosy, chrapliwy śmiech, pisk. Z tyłu przywiązany do osi łączącej tylne koła biegł kosmaty, rudy pies, 
przypominający nieco lisa. To był tajemniczy wóz I jego pojawienie się o zmierzchu na głównej ulicy 
miasteczka wywołało znaczne ożywienie. W oknach I bramach pokazali się ludzie. Mały woźnica o basowym 
głosie Intrygował najbardziej. Jego towarzyszka na koźle również. Oto małpka chwyta bat 1 strzela nim 
fantazyjnie w powietrzu. Czyni to umiejętnie Jak człowiek. 

Ludzie wychodzą z bram 1 patrzą ze zdumieniem. Kare konie ruszyły truchtem, a spod plandeki zabrzmiały 

skoczne dźwięki melodii, wygrywanej na piszczałce. Małpka poczęła pląsać tanecznie na koźle. Wreszcie 
znieruchomiała, przytulona miłośnie do malutkiego woźnicy. 

Chłopcy z Bud pobiegli za wozem. Piegowaty nawet próbował wskoczyć na wystający 

drąg opatrzony latarnią z migotliwym światełkiem, ale rudy pies podobny do lisa odpędził go złowrogim 
charkotem. 

Filip też chciał pobiec z chłopcami. Jednak matka przytrzymała go za rękę. 
— Marsz do domu! — powiedziała surowo, choć sama spoglądała za wozem z jakimś tęsknym, 

zastanawiającym uśmiechem. 

Turkot oddalił się, wygasł zupełnie I znowu wróciła przedwieczorna cisza. 
Filip dawno Już odrobił lekcje, zjadł kolację I leżąc w łóżku, rozmyślał o tym wozie zaprzężonym w dwa 

ciężkie, kare konie, co tak niespodziewanie pojawił się w miasteczku. 

Oni mieli swój biwak na placyku przed remizą strażacką. Płonęło ognisko. Nad nim kołysał się zawieszony 

na trójnogu kociołek. Mały człowieczek przegarnlał w nim warząchwlą. Tym razem był bez czapeczki z 
pomponem I jego łysa czaszka w odblasku płomienia błyszczała Jak wypolerowana. 

Domem akrobatów był wóz z brezentowym dachem i stamtąd migotało światełko lampy oraz 

rozbrzmiewały smętne dźwięki melodii wygrywanej na piszczałce. 
Chłopcy stali za parkanem I patrzyli w zachłannym napięciu na wszystko. Filip też był z nimi I też odczuwał 
trudne do określenia podniecenie. Starcza i dziecinna zarazem twarz małego człowieka mieniła się na przemian 
grozą I dobroduszną wesołością.

background image

 

—  Liliput — szepnął Piegowaty. 
—  Co? — nie zrozumiał Filip. 
—  Taki mały 1 stary nazywa się liliput — wyjaśnił Piegowaty. 
—  Liliput — powtórzył Filip. 
Wóz z brezentowym dachem zakołysał się i ugiął na jedną stronę, przeważony Jakimś nie byle jakim 

ciężarem. 

Z jego wnętrza wynurzył się olbrzymi mężczyzna, obnażony do pasa. Za nim wyskoczyła kobieta w 

pasiastym trykocie z piszczałką w dłoni. 

Zbliżyli się do ogniska. Olbrzym wyglądał przerażająco. Przy każdym jego ruchu grały mięśnie na szerokim 

karku, plecach i wypukłej jak tarcza klatce piersiowej, pokrytej pokręconymi kudłami. Głowę miał niepropor-
cjonalnie małą, okrągłą, porośniętą krótkim, gęstym włosem, a usta zasłaniały mu długie, obwisłe wąsy. Był to 
siłacz. Dostrzegł od razu chłopców wpatrujących się w niego z podziwem. Parsknął dzikim śmiechem i nagle 
chwycił swoją ogromną niczym konar dębu ręką Liliputa. Objął go w pasie, podniósł w górę jak zabawkę i 
wykonał gest, Jakby chciał rzucić nim w chłopców. Oni odruchowo przykucnęli za parkanem. Liliput zawył 
rozdzierająco. Z wozu wyskoczyła małpka, która z niezwykłą zręcznością wdrapała się na plecy siłacza i 
piszcząc targała go za obwisłe wąsy. 

Siłacz zaniósł się gromkim śmiechem. Postawił ostrożnie Liliputa przy ognisku. Skinął na kobietę w 

pasiastym trykocie. Ona zagrała

background image

 
mmmmm 
 
na piszczałce. Małpka niczym baletnlca ruszyła w pląs wokół ogniska. Za nią, przytupując, puścił się Liliput, 
który wymachiwał warząchwlą. Pies wynurzył się spod wozu I zaszczekał kilka razy. Clenie tańczących 
poruszały się wyogrom- nlone na brezentowym dachu wozu. Chybotliwy płomień ogniska pokazywał w 
groźnym zniekształceniu twarz Siłacza I jego błyszczący tors. Długie włosy kobiety opadały złocistym 
strumieniem na plecy. 
Chłopcy stali jak zaklęci I patrzyli. Ich serca biły niespokojnie, a dłonie zaciskały się na sztachetach parkanu. 
— To jest życie — pierwszy odezwał się ochryple Piegowaty. 
Zza kościelnej wieży wynurzył się blady, okrągły księżyc I w jego blasku wszystko było jeszcze bardziej 
tajemnicze I pociągające. 

Kobieta w pasiastym trykocie siedziała na wysokich, tęczowych poduszkach, skrzyżowawszy nogi po 

turecku. Pałeczkami uderzała rytmicznie w bęben. Na głowie miała czarny, lśniący cylinder. 

Remiza była zatłoczona .po brzegi. Liliput stał przy wejściu 1 sprzedawał bilety. Towarzyszyła mu małpka 

ubrana w kwiecistą sukienkę. Witała wchodzących dygiem jak grzeczna dziewczynka. Niektórzy próbowali po-
gładzić ją po śmiesznym, obdarzonym ludzkim wyrazem pyszczku. Ale za każdym razem odskakiwała zwinnie. 
Filip przyszedł tutaj z oj 
cem. Liliput wręczył Im bilety i wskazał miejsce na ławach przed samym podium, gdzie miał odbyć się występ. 
Jeszcze raz kobieta w pasiastym trykocie wybiła krótki, denerwujący rytm na bębnie. Wtedy na podium 
wskoczył Liliput I kłaniając się nisko, zahuczał swoim basemi 

— Proszę szanownej publiczności! Ladles and gentlemen! Za chwilę nastąpi pokaz siły światowej sławy 

championa!! Roland Furloso Marlnelll! 

Zagasły światła pod sufitem. Tylko estradę oświetlał czerwony reflektor. Nastała cisza. W ciemnościach 

zatłoczonej, dusznej remizy rozpoczynało się niezwykłe widowisko. Bohaterem wieczoru był Siłacz. A siłę miał 
nieludzką. 

Podnosił ogromne sztangi, zapraszając niedowiarków z widowni do wypróbowania Ich ciężaru. Nawet 

dwóch miejscowych osiłków nie dało rady tym sztangom. Natomiast Siłacz, napinając swoje kłębiące się pod 
skórą mięśnie, podniósł metalowy drąg, obciążony na końcach wielkimi kręgami, wysoko ponad głowę I przez 
chwilę stał zastygły niczym Atlas. Pochylił się, sztangi opadły z łoskotem na podium. Po tym wyczynie nie 
odpoczywał długo. Ciasno obwiązał pierś łańcuchem I nabrawszy powietrza do płuc, rozerwał ten łańcuch bez 
szczególnego wysiłku. Łamał również podkowy I wyginał w wymyślne esy-floresy metalowe pręty, które 
sprawdzali uprzednio ludzie z widowni. W przerwach między jego popisami Liliput

background image

 
bawił publiczność żonglersklmi sztukami i wesołymi dykteryjkami. Towarzyszyła mu małpka, która 
wykonywała zabawne gesty, rozśmieszając zebranych do łez. 

Ostatnim wyczynem Siłacza miał być numer z koniem. Tak zapowiedział Liliput, pełen skupienia I 

uroczystej powagi. Rozległy się dziwne, egzotyczne dźwięki piszczałki. Siłacz położył się na podium. Liliput 
umieścił na Jego piersi dwie deski I wielki kary koń powoli zaczął wstępować swymi przednimi nogami na pierś 
Siłacza. Teraz odezwał się bęben cichym, pełnym napięcia rytmem. Twarz Siłacza nabrzmiała purpurą I 
pokazały się wężlaste żyły na szyi. Deski trzeszczały pod ciężarem konia. Wszyscy wstrzymali oddech. Filip 
zacisnął dłoń na ramieniu ojca. Wyobraził sobie, że za chwilę mocarne kopyta karego konia zmiażdżą pierś 
Siłacza. Nic podobnego nie stało się Jednak. Pałeczki załomotały w bęben akordem zwycięstw a. Olbrzymi kary 
koń stał całym ciężarem swych przednich nóg na piersi człowieka. W czerwonym świetle reflektora wyglądał 
Jak smok. A po chwili, prowadzony za uzdę przez Liliputa, zstępować zaczął z desek leżących na piersi Siłacza. 
Filip z ulgą puścił ramię ojca. Rozległy się długie, gorące oklaski. 
Stall przy parkanie I patrzyli na Liliputa, krzątającego się wokół ogniska. 
Piegowaty, który był z nich najśmielszy, wyciągnął paczkę papierosów drogiego gatunku I wręczył małemu 
człowieczkowi. Liliput skwapliwie przyjął podarunek I fiknąwszy koziołka, przedefilował kilkanaście metrów 
na rękach. Małpka spała w koszyku przy ognisku, zwinięta w kłębek Jak dziecko. Uniosła głowę I ziewnęła. 

—  Bejbyl — powiedział pieszczotliwie Liliput i przesłał jej dłonią całusa. Odpowiedziała takim samym 

gestem. 
Chłopcy wybuchnęll śmiechem. 

—  Pstt! — Liliput przytknął palec do ust I spojrzał na wóz z brezentowym dachem.

background image

 
Marlnelll — powiedział szeptem peł ku — odpoczywa przed występem 

—  Fajne to wasze życie — odezwał się Piegowaty. 
—  A coś myślał! — rzekł Liliput. — Życie artystów. Sztuka jest koroną wszystkiego. Ciągle w drodze, 

świat jak kalejdoskop. Strzelasz sobie z bata, pędzą kare rumaki. Gościńcem z miasteczka do miasteczka. Nudy 
nigdy nie zaznasz. Cały świat przed wędrownym wozem stoi otworem. Wolne my bractwo I przygód mamy bez 
liku. A strachu przed nieznanym nie ma w nas żadnego... 

Liliput był dzisiaj w dobrym humorze. Powodem tego stała się manierka, z której pociągał co jakiś czas po 

łyku. Po każdym kolejnym łyku jego ożywienie wzrastało. Zaczął pokazywać chłopcom fascynujące sztuczki, 
wyciągając z Ich kieszeni kolorowe chusty, białe piłeczki, pawie pióra, talie kart, monety i pierścionki. 
Wyczarował też spod czapki gołębie I połykał ognie z płonących szczap. 

—  Gdybym chciał... — rzekł przeciągając słowa — niejednego z was mógłbym nauczyć magicznego 

kunsztu. Ja... — wypiął się dumnie — żongler I iluzjonista, uczeń Ramy, wielkiego maga z Indii. Tylko do tego 
trzeba mieć dar, czyli talent od Boga dany... 

Wbił palące oczy w chłopców. Wskazującym palcem trącił Filipa, który stał najbliżej. 
—  Ty ml wyglądasz na utalentowanego. Piegowaty I Inni popatrzyli na Filipa z zawiścią. 
Czekał na dalsze słowa Liliputa. Już widział się w roli czarodzieja. Już patrzą na jego magiczne sztuczki. 

Zachwyt w Ich oczach. Ale Liliput nic więcej nie powiedział. 

Z głębi wędrownego wozu rozległo się potężne Jak ryk leśnego zwierza ziewanie. 
—  Obudził się! — szepnął Liliput I gorliwie zaczął przegarnlać warząchwią bulgoczącą w kociołku zupę. 
Brezent okrywający wóz rozsunął się I wynurzył się stamtąd Siłacz, a za nim kobieta w pasiastym trykocie. 
Chłopcy cofnęli się w ciemność za parkan. Stamtąd obserwowali Siłacza. 
Czochrał się po piersiach obrośniętych skręconymi kudłami. Przeciągnął się I zagrały mu mocarne bicepsy 

na ramionach. Jeszcze raz ziewnął. Ziewanie jak grzmot. Uszczypnął kobietę w pośladek. Zachichotała. 

—  Gotowe? — zapytał Siłacz. 
Liliput podsunął mu miskę z zupą. Siłacz jadł żarłocznie, slorbiąc I mlaskając. Zapijał z manierki, którą 

również podsunął mu Liliput. Filip przymknął oczy. 

Wędrowny wóz jedzie gościńcem. Liliput strzela z bata. Małpka piszczy radośnie. Wyruszają w nieznane. 
Świat był wrogi i odpychający. Ci z paki Piegowatego uważali Filip* za przybłędę. Nie przepędzali go, choć 

ciągle czuł ich pełne pogardliwej wyższości spojrzenia. Rodzice za-

background image

 
branlali mu chodzJć do Pekinu I stawiali Jako wzór Jureczka z czerwone) kamienicy, największego w IV b 
kujona I lizusa. 

—  Taki dobrze ułożony chłopiec — mówiła mama. 
—  Wyrosną z niego ludzie — dodawał ojciec. 
Tak mówiąc patrzył na niego z naganą. Filip obwarował się szczelnie w swoim świecie wyobraźni I 

miejscem, gdzie najchętniej przebywał, stała się opuszczona altana. Tam, bezpieczny I swobodny, przechadzał 
się wolnym krokiem władcy I widział, Jak wodzą za nim oczyma wyprostowani służbiścle 1 oczekujący na Jego 
rozkaz generałowie. 

Najlepiej czuł się w tej altanie, ukrytej w kącie zdziczałego ogrodu, pośród chaszczy, I tu odbył niejedną 

dramatyczną przygodę, będąc wspaniałym marszałkiem zwycięskiej armii lub śmiałym odkrywcą nie zbadanych 
dotąd dżungli I pustyń. 

Jednak, kiedy opuszczał altanę, świat znowu powracał do swych Zwykłych, uciążliwych wymiarów I 

zarówno cl z paki Piegowatego, jak banda Cygana nazywali go laluslem, niedorajdą, maminsynkiem I jeszcze 
gorszymi przezwiskami. Toteż w tych wczesnych, rannych godzinach, przewracając się z boku na bok w łóżku, 
podjął wreszcie męską, nieodwołalną decyzję. Pojedzie wędrownym wozem. Zostanie magikiem. Liliput nauczy 
go cudownych sztuczek. I pewnego razu znów pojawi się w miasteczku, aby dać pokaz swego kunsztu. Staje na 
podium w remizie. Pałeczki wybijają tajemniczy, egzo- 
tyczny rytm na bębnie. Za chwilę rozpocznie swoje występy. 
Wyobraził sobie chłopców, wpatrzonych w niego z zazdrosnym podziwem. 
Zerwał się z łóżka. Był Już bez wątpliwości. Chlebak miał przygotowany zawczasu. Przewiesił przez ramię. 
Dopiero świtało. Przez uchylone drzwi słychać równe oddechy rodziców. Oknem wymknął się ze swego pokoju. 
Biegł pustymi uliczkami miasteczka, które jeszcze spało. Na miejsce dotarł w samą porę. Wóz akrobatów 
wyjeżdżał już z placyku przed remizą strażacką. Na koźle siedział Liliput i pokrzykiwał basem na kare konie. Do 
jego boku tuliła się małpka, oplatając mu szyję kosmatymi łapkami. Wóz zaturkotał po kocich łbach głównej 
ulicy miasteczka. 
Filip dopadł kozła I wyciągnął ręce, próbując dostać się na górę. 
Liliput zwrócił do niego starczą, pomarszczoną twarz. 
—  A ty gdzie t — zawołał. 
— 

Ja... — dyszał Filip biegnąc przy wozie — Ja chcę z wamii 

Patrzył błagalnie w starą twarz małego człowieczka. 
—  Z wami... — powtórzył. — W świat! 
Liliput wybuchnął śmiechem. 
—  A co ty byś robił? — zapytał. 
— 

Wszystko! — odparł Filip. — Przecież mam dar! 

Liliput strzelił z bata. 
—• Z nami w świat! —- powtórzył krztusząc

background image

 
się śmiechem. Jego maleńkie ciało dygotało I trzęsło się tym śmiechem nie do opanowania. 

Małpka wykrzywiła się szkaradnie do Filipa i pokazała mu język. 
Spod brezentowego dachu wychyliła się wąsata twarz Siłacza. Za nim kobieta w pasiastym trykocie i 

cylindrze na rozpuszczonych, złocistych włosach. Wszyscy troje patrzyli na Filipa. Zanosili się kpiącym, 
ohydnym śmiechem. Rudy pies rozszczekał się zajadle. Liliput zaciął biczyskiem konie po opasłych bokach. 
Ruszyły ciężkim, niezgrabnym cwałem. 

Filip pozostał z chlebakiem opadającym mu z ramienia na pustej ulicy miasteczka. Patrzył za oddalającym 

się wozem. Broda drżała mu żałośnie i z trudem powstrzymywał płacz.

background image

 

W tamtych odległych już czasach, wiosną, cztery orzechy przed Pekinem zieleniły się bujnym listowiem. 

Chłopcy z tej ulicy obserwowali pilnie dojrzewanie orzechów. Mijały miesiące. Przychodził wreszcie taki dzień, 
kiedy trzeba było uzbroić się w kije z zakrzywionymi drutami I wyruszyć na orzechy. Chłopcy wyczekiwali na 
zmrok. Pan Buła, ponury właściciel placu przed Pekinem, pilnował orzechowych drzew codziennie. Niekiedy też 
ciemną nocą przychodził z psem I czatował na chłopców. Wielki, kosmaty wilczur powarkiwał z cicha. Chłopcy 
przyczajeni za sodowiarnią spoglądali na gigantyczną w ciemności sylwetkę pana Buły. Buła, kiedy złapał 
któregoś z nich, bił szerokim, żołnierskim pasem do krwi I zamykał w piwnicy. Rankiem zawiadamiał rodziców. 

Filip stał na najbardziej wysuniętym posterunku przy płocie. Widział błyszczące ślepia wilczura. Słyszał 

ciężkie kroki pana Buły. Wiatr straszył w koronach drzew. Filip najbardziej obawiał się obejrzeć za siebie. Na 
plecach czuł oddech Nieznanego, nawet przymknąwszy oczy widział rękę potężną, zwisającą nad głową. Przez 
chwilę zapragnął znaleźć się w domu. Przytulnie. Bezpiecznie. Otrząsnął się z tej słabości. Przywarł do sztachet 
parkanu. Słyszał powolne, ciężkie kroki pana Buły. Cygan i Jego paka czatowali z przeciwnej strony. Kiedy pan 
Buła oddali się, Filip gwizdnie trzy razy. Wtedy chłopcy wdrapią się na orzechowe drzewa. Tak zostało 
umówione. 

Filip posłyszał od strony glinianki Jakiś szmer,

background image

 
 
 
rosnący, podejrzany. Spojrzał. Nikogo nie widać. Wkrótce szmer ustał. Ale z Innej strony znów... To pełne 
napięcia wyczekiwanie przerwał daleki głos matki: — Filip! Filip! 

Wpatrzył się w zarysy Pekinu, oświetlone skąpo naroiną latarnią. Stamtąd wołanie. Powtórzyło się. jeszcze 

bardziej donośnie. Bardziej surowo. 

Filip opuścił posterunek I pobiegł do domu. Już w łóżku pomyślał z rozpaczą: „Co będzie Jutro?" 
— Jutro — powtarzał szeptem. 
Widział pełną pogardy twarz Cygana. 
„Gnojek — powie o nim Cygan — po prostu gnojek." Chłopcy przytakną I parskną pogardliwym śmiechem. 

Filip nie mógł zasnąć. Podszedł do okna. Pusta ulica. Haniebna ucieczka. Zwykłe tchórzostwo. Opuścił 
posterunek. Jutro w komórce tylko o tym będą mówić. 

Ta Ich komórka znajdowała się za Pekinem, wlepiona w rząd pokrzywionych I zagadkowych Innych 

komórek. Przejścia między nimi były ciasne I Idąc tam oglądało się przeróżne dziwy. W pierwszej od podwórza 
Wosik trzymał chudego konia, który łeb wyciągał I rżał na widok chłopców. Częstowali go cukrem. Szkapa po-
kazywała, Jak w uśmiechu, rzadkie, ociekające zieloną śliną zęby. 

W Innych komórkach przeróżne graty. Łóżka, nogi od krzeseł, blachy, skrzynie. Dwie były niedostępne, 

zamknięte na wielkie kłódki I na pewno znajdowały się tam dziwne, tajemnicze rzeczy. 
— Sama Kanada — powiadał o tych zamkniętych komórkach Cygan — cholerna Kanada. 
Filip zbudził się bardzo wcześnie. Wyjrzał przez okno. Dzień szary, bezsłoneczny. Kamienica naprzeciw jeszcze 
spała. Mleczarz ustawiał na schodach bańki. Ale Cygan na pewno Już wstał I pobiegł do komórki. Biegnie I na-
wołuje chłopaków. Za chwilę zasiądą na cegłach. Cygan zapali papierosa I strzyknie śliną przez zęby. Wyjdzie 
Jeszcze przed komórkę I rozejrzy się bacznie. Jego ojciec, wiecznie pijany 
w

background image

 
łcrawiec^Tpada często do komórki, podbiega do Cygana I mówi ze złym uśmiechem: — Kurzyłeś, znowu 

kurzyłeś? — Bije Cygana pięścią, gdzie popadnie. Cygan z twarzą mokrą od łez wraca do chłopców 1 
oznajmia krótko: — Zlał mnie stary. Ale —■ dodaje — nawet nie pisnąłem. Tylko przygryzłem wargi. — 
Broda drży mu żałośnie. 
Może I dziś, zanim zaczęli rozmowę o Filipie, wpadł pijany krawiec. Cygan wytarł łzy i zaczął z pogardą: 

„Ten gnojek zdradził nas. To gnojek." 

O nim, o Filipie, tak będą mówić. Filip czerwienieje, odstawia ze wstrętem śniadanie. Wygląda przez okno. 

Już zbudziła się kamienica. Słychać śpiew pani Julii. Babka Arkadiusza drepcze do sklepiku. Wosik wy-
prowadza chudą szkapę. Zaprzęga do platformy. — Wio, Baśka! — woła. W komórce zebrała się już cała paka. 
Cygan siedzi pośrodku. Haniebna ucieczka Filipa to długa sprawa. Omawiają szczegółowo. 

„Laluś" — powie Benek, syn furmana Wosika. 

„I takiego przyjęliśmy do ferajny" — ktoś doda. 

Filip musi Iść do komórki. Koniecznie. Wytłumaczyć wszystko. Ta czarna noc. Coś szeleści podejrzanie od 

strony glinianek. Taka zła cisza. Naraz szmery. Warczy pies. Kroki pana Buły. Nikogo nie widać. A te szmery 
tak blisko. I wołanie matki. Ostre, niecierpliwe. Wszystko było wtedy przeciw niemu.

background image

 
J Musi Iść do komórki. Podszedł do drzwi. 
— Ani się waż! — powiedziała matka. 
Za nocną wyprawę postanowiono nie wypuszczać go dziś w ogóle z domu. 
—  Lanie, i to porządne — dodał ojciec ■— jeżeli wyjdziesz choćby na krok. 
Siostra śmiała się złośliwie. Jeszcze dotąd nie mogła zapomnieć o stracie swej piłki, którą Filip podarował 
chłopakom z ulicy. 
Zatrzasnęły się drzwi. Ojciec poszedł do pracy. Matka wróciła do kuchni. Filip został sam w pokoju. Rozgląda 
się: nudny, wstrętny pokój. Podłoga błyszczy po froterce. Zegar cyka monotonnie. Filip kucnął na podłodze. 
Klepki układają się w morskie, zębate fale. Morze z klepek coraz bardziej wzburzone. Popielniczka to wątła 
łupina, szalupa wśród błyszczących żółto fal. W tej popielniczce, góral sklm pantofelku, Filip śmiały żeglarz Jak 
Slndbad Niebo czernieje. Niskie, grube chmury. Za pada noc jak wczoraj podczas wyprawy na orze chy. Filip 
pewną ręką prowadzi łódź. Stop Rafa. Łódź otarła się ze zgrzytem o nogę stołu Żeglarz jest odważny 1 
opanowany. Ląd znacz] się nikłą linią w oddali. Jednak nieosiągalny Stromy, skalisty brzeg. Łódź — góralski 
pan tofelek płynie wzdłuż ściany stołowego pokoju, 

Filip nie jest tchórzem. Musi udowodnić to chłopakom. Cyganowi najbardziej. Z niechęcią odsunął łódź, już 

teraz zwykłą popielniczkę. Podłoga odpycha wspomnieniem nużących froterek. 

Filip przylepia twarz do okna I patrzy na 

widoczny zza płotu rząd komórek przy Pekinie. Długi czas Cygan nie przyjmował go do swojej paki. Mógł tylko 
z zazdrością wystawać przed komórką. Dopiero kiedy wyniósł z domu aparat fotograficzny dla jego brata, 
zmieniło się wszystko. Siedział z nimi i rozmawiali przyjaźnie. Wkrótce pozycję swoją umocnił jeszcze bardziej. 
Wybrali się wtedy na orzechy. Złapał go pan Buła, bił szerokim pasem I pytał: 
—  Kto był z tobą? 
Filip milczał Jak zaklęty. Nie wydał nikogo. 
— 

Jal Tylko ja sam — odpowiadał, połykając łzy. 

Pochwalił go Cygan. Poklepał po plecach i rzekł: 
—  Jeszcze będą z deble ludzie. 
A teraz? Tak się zachował! Był na czatach i jak tchórz opuścił posterunek. 
—  Filipie! — rozległ się głos matki. Drgnął i uniósł głowę. Matka stała w drzwiach 
I uśmiechała się do niego. Opuścił zaraz głowę. Matka nic nie rozumie. I teraz znów zaczęła mówić o 
łobuziakach, z którymi nie powinien się bawić. 
— 

Nie można — mówiła łagodnie — to są źle wychowani chłopcy. 

Filipowi zakręciły się łzy w oczach. Odwraca się tyłem do matki. 
— 

Lalusiem nie będę — powiedział stanowczo. 

Kiedy tylko matka zamknęła drzwi za sobą, Filip podjął decyzję. Wyjdzie z domu. W komórce nie będzie już 
ukrywać się w kącie. Sta

background image

 
 
 
nie pośrodku f powie chłopakom o swoich cholernych kłopotach. Tak. Cholernych. To najlepsze słowo. 

Spojrzał na huculski kilim wiszący nad kozetką. Na kilimie szabla ułańska. Rodzinna pamiątka. Jeszcze po 

dziadku. Stara, prawdziwa szabla o błyszczącym, poszczerbionym ostrzu. Uśmiechnął się radośnie. Zdjął szablę. 
Była ciężka. Z trudem wywinął nią kilka razy, przeszywając sztychem niewidzialnego przeciwnika. Wejdzie do 
komórki, rzuci na podłogę szablę 1 powie niedbale; „Bierzcie 1 Oto łupi" 

— Bierzcie — powtórzył dwa razy. 
Zaraz jednak pokręcił przecząco głową. To może być przyjęte Jako tchórzliwe wkupywanie się w łaski 

Cygana I jego paki. A więc schowa szablę za plecy i kiedy opowie swoją sprawę, położy szablę przed zamilkłą z 
podziwu gromadą. 

Zdecydowanym ruchem otworzył okno. Wyskoczył. Był wolny. Pochyliwszy się nisko, pobiegł wśród 

zarośli. Przecisnął się przez dziurę w płocie. 

Na ulicy minął tego grubasa Jerzyka. To z nim, matka radzi, powinien bawić się Filip. Grzeczny. Dobry 

uczeń. Jerzyk szedł zamyślony, z książką pod pachą. Filip szczypnął go z tyłu w szyję. Tłuścioch Jęknął I 
obejrzał się strachliwie... Filip pokazał mu Język. Wszedł między zmurszałe, zapadnięte w ziemię komórki. 
Znajome zapachy. Śmierdzi śmietnikiem, smołą, zalatuje też stajnią. Zwolnił kroku. Wsłuchał się w głosy 
dochodzące z Ich komórki. Przez szpa 
ry w ścianie sączyły się strużki dymu. Pewnie odbywa się narada. Filip chowa szablę za plecy. Opiera się o 
ścianę. Jednak ludzie odważni wahają się tylko przez chwilę. Hałaśliwie otwiera drzwi I wchodzi do wnętrza. Są 
wszyscy. Cała ferajna. Cygan siedzi w kucki 1 reperuje procę. Panicz Seweryn ostrzy nóż o kamień. Benek 
gwizdnął przeciągle. Panicz Seweryn odłożył i)óż. Smuga jasności wpadła z podwórza. W tej smudze stanął 
Filip. 
— 

Przyszedłeś, lalusiu — wycedził Benek. Szturchnął go boleśnie. Filip odtrącił go ramieniem. Popatrzył 

wojowniczo. 
—  Jaki to kozak! — zaśmiał się Staslek Mlgda. Cygan wstał. 
— 

Gnojku — zamruczał, mierząc Filipa pogardliwym spojrzeniem. 

— 

W ogóle... — doszedł do Filipa głos z kąta — po co on tu przyszedł? Podtykają mu wszystko. Zabawek 

ma całą skrzynię... 

To mówił Arek Mucha. 
—  I jakie zabawki! Takie Indiany maleńkie. Z ołowiu. I jeszcze traperzy, kowboje... Tyle tego... 
Chłopcy wpatrywali się nleprzyjaźnle w Filipa. 
—  A wczoraj uciekł z posterunku —oświadczył Cygan. 
Filip odetchnął głęboko I zaczął mówić. Zrazu jąkał się trochę z emocji. Mówił długo, jak nigdy dotąd w tej 

komórce. Wyliczał po kolei największe swoje kłopoty. Przede wszystkim sznur od żelazka. Trzy razy dostał 
lanie od ma

background image

 
 
■ l 
my sznurem bd żelazka. Za te nocne wyprawy na orzechy właśnie. Następnie zamykanie drzwi na klucz. Często 
tak siedzi cały dzień, uwięziony w domu po prostu. A siostra!! Szpieguje go zawzięcie i donosi matce o jego 
odwiedzinach w komórce. 
Wszedł między krąg siedzących w kucki chłopaków i wyciągnął zza pleców szablę ułańską. Zabłysła srebrnym 
blaskiem. Rzucił niedbale na ziemię. 
—  Przyda się nam — oświadczył. 
Benek podniósł szybko szablę I obmacał. Cmoknął. Przesunął palcem po ostrzu. Gwizdnął z uznaniem. 
—  Prawdziwa... — szepnął. 
Inni chłopcy też pochylili się. Od szabli szedł ciągle srebrny, piękny blask. 
Cygan wytrącił Benkowi szablę. Upadła na ziemię. Trącił ją butem. Nie patrzył na nią wcale. 
—  Jego kłopoty — powiedział szyderczo. 
Twarz wykrzywił w kpiącym grymasie. Chłopcy z jego paki roześmieli się. Nikt już nie patrzył na szablę. 
— 

I ty chcesz z nami — szydził Cygan — w naszej ferajnie? Mnie — wypiął się dumnie — 

—  to stary wiąże i tłucze. Do krwi! — dodał. 
—  A ja nawet nie pisnę... 
Nieznacznie, spod przymrużonych powiek zerknął na szablę ułańską. Poruszył się niespokojnie i odwrócił 
głowę. 
— 

A uciekłeś ty kiedyś z domu? — zwrócił się do Filipa. 

Pokręcił przecząco głową. 

Cygan powiedział, jak to spał na strychu w Pekinie. Ciemno na tym strychu, coś szeleści, popiskuje, jęczy. 

Początkowo myślał, że to duchy. Ale żadne tam duchy. Myszy i łasice. A żywił się byle czym. Chodził na 
badylarskie pola. Zrywał pomidory, cebulę, kalarepę. 

— I żyłem... Tydzień tak żyłem... 
Wysunął nogę i trącił szablę. Zaraz jednak cofnął nogę. 

„Wyrzucą — pomyślał Filip. — Za chwilę wyrzucą z komórki".

background image

 

Przymknął oczy I czekał. Ktoś walnął go w plecy. Przykullł się. Mocniej zacisnął powieki. 
— Nie stercz Jak palant — posłyszał głos Cygana. — Siadaj I weź się do roboty! Trzeba wystrugać widełki 

do proc. 

Otworzył oczy. Cygan sięgnął po szablę. Pogładził. Chwycił oburącz, podniósł ponad głową I z rozmachem 

przeciął nią powietrze. Chłopcy chciwie wpatrywali, się w szablę. Podeszli bliżej. Przepychając się, gładzili 
błyszczącą srebrnym blaskiem klingę. Wtedy Filipa ogarnęło nagłe zniechęcenie. Przekupił Ich po prostu. Tą 
szablą ułańską. Przekupił I nic więcej. Odwrócił się, pchnął drzwi 1 zaczął odchodzić powoli. Miał jeszcze nikłą 
nadzieję, że zawołają go z powrotem. Ale oni zajęci oglądaniem szabli nie zwrócili na jego odejście najmniejszej 
uwagi. Zwolnił kroku. Może zawołają go Jednak? 

background image

 

Ze świstem jak bicz przecinał powietrze. Długi 1 sprężysty, blaty w czarne łaty, z wiechą Jak pędzel na 

końcu, pokryty zaskorupiałym łajnem. 

Piegowaty, co mieszkał na Budach i miał gołębnik, nawet strzelał z niego umiejętnie. 
—  Wio, wio, maluśkie! — pokrzykiwał Jak furman na swoje chabety. 
Chłopcy odskakiwali zręcznie. Piegowaty zaciął Filipa pod kolana. Ale Filip przygryzł wargi i nie drgnął. Z 

udaną obojętnością popatrzył na czerwoną pręgę występującą na łydce. Piegowaty zachichotał. 

—  Boisz się... — wycedził przez zęby. 
Jego zgraja, wszyscy ci drugoroczni chłopcy, 

popatrzyli na Filipa w czujnym skupieniu. Otoczyli go kręgiem i oczy ich kłuły go jak kolce. 

—  Boisz się... — powtórzył Piegowaty. 
Filip bardzo się bał. Ten nauczyciel był przecież postrachem wszystkich klas. Nawet ci, co kończyli 

powszechniaka w tym roku, woleli ustępować mu z drogi. Czasem zdobywali się tylko na to, żeby krzyknąć zza 
węgła, rzucić kamieniem, wypisać kredą przezwisko na płocie... Ale nigdy wprost. 

Nauczyciel był łysy, barczysty Jak tragarz, na pałąkowatych nogach. I ta jego teczka tajemnicza, z którą nie 

rozstawał się nigdy. W tej teczce nosił podobno swój wynalazek. Maszynę czy aparat. A strzegł Jej jak 
największego skarbu. 

Więc choć Filip bał się tak bardzo, to jednak zaprzeczył gwałtownym ruchem głowy. I tylko cały czas 

spoglądał na ohydny, krowi ogon. Piegowaty wywijał tym ogonem Jak biczem. 

—  Gdybym mógł — powiedział Piegowaty — to sam bym przecież... Albo Styja, czy Kapucha, każdy z 

nas. 

Jego kompani przytakiwali skwapliwie. Piegowaty wytrząsnął z kieszeni bluzy garstkę tytoniu, skręcił w 

gazetę, zwilżył wargami I zapalił. Sztachnął się parę razy. Wręczył skrętka Filipowi. 
— 

Szarpnij się... — zaproponował łaskawie. Filip wciągnął dym w płuca i zakrztuslł się. 

Łzy stanęły mu w oczach. Ci z paki Piegowatego uśmiechali się złośliwie. Filip zaciągnął się drugi raz. Poszło 
już lepiej. 

— Ale — odezwał się Piegowaty, przywódca paki drugoroćznych — każdy z nas ma już krechę i mogą za 

byle co wywalić... A siedzieć trzeci rok w Jednej klasie... — machnął krowim ogonem — to już lepiej kraść. 
Tylko ty jesteś czysty jak łza. 

—  Jasne — przytaknął Kapucha — on może zaryzykować. 

— 

Zbiera same piątki — wtrącił Mucha — taki laluś. 

Filip poczerwieniał I opuścił głowę. 
— 

I siedzi w pierwszej ławce — odezwał się Styja — najbliżej... 

—  A zresztą jak chcesz być z nami... — Piegowaty zawiesił zagadkowo głos. 
Filip zrozumiał go doskonale. Jeśli chce być z nimi, musi przecież czymś się wykazać. Czymś na ich miarę. 

Ważył w dłoniach worek z kapciami. Czuł Ich spojrzenia wlepione w siebie. Czekają. To była ciężka chwila.

background image

 

D/m t/toniowy pomagał teraz naprawdę. Mocny, duszący. Zaciągał się chciwie. Przedłużał moment decyzji. 
Bo Filip, przezywany przez tych z paczki Piegowatego laluslem, naprawdę chciał być z nimi. A oni zawsze 

go odtrącali. Kiedy zmawiali się na wagary, żeby buszować po starych, carskich fortach, odpędzali go brutalnie. 

Albo pełne napięcia wyprawy na pola okolicznych ogrodników po pomidory i kalarepę. Umówiony sygnał o 

zmroku. Zbiegają się nad glinianką. 

Tam też iść Filipowi ze sobą nie pozwolili. 
—  Spływaj... — mówili — nie nadajesz się do tego gipsu... 
Pozostawał, upokorzony. 
Teraz miał jedyną szansę. Znowu spojrzał na ten ohydny, krowi ogon wprawiony w wężowy ruch ręką 

Piegowatego. 

Nie miał powodu przypuszczać, że oni się boją I jego wybrali jako ofiarę. Piegowaty i cała ta paka 

drugorocznych to byli chłopcy odważni i zdecydowani na wszystko. Choćby to wydarzenie z pociskiem w 
tamtym roku. Odkryli niewypał zaryty głęboko w piachu. 

—  Rozbieramy to żelastwo — zaproponował niedbale Piegowaty. 
Nikt się nie ruszył. Wtedy Piegowaty strzyknął śliną przez szparę w zębach I pierwszy podszedł. Za nim 

dopiero z pewnym ociąganiem Styja 1 Kapucha. Wygrzebali niewypał z piachu. Kapucha spocił się. Piegowaty 
nie przestawał pogwizdywać. Taki on był. I rozebrali... 
• • | 
Też z Globusem — bo tak nazywali nauczyciela — nieraz robił przeróżne hece. Na przykład wołał przeraźliwie 
w środku Jego wykładu: — Kukuryku!) 
—  Kto to? — P/tał Globus I zaciskał pięści. 
—  Ja — wstawał Piegowaty. 
—  Daj łapę! — wrzeszczał Globus. 
Walił go piórnikiem w dłoń. Dłoń puchła I czerwieniała jak befsztyk. Ale Piegowaty nie przestawał się 
uśmiechać. Uśmiech miał olśniewający, zwycięski. Łzy kręciły mu się w oczach. Przyjmował następne razy...

background image

 
Pewnym ]eslennym wieczorem — pozwolili wtedy Filipowi Iść razem ze sobą — zakradli się pod mieszkanie 
Globusa i kolczastym drutem okręcili klamkę jego drzwi. Wyobrażali sobie potem powrót Globusa. 
... Filip zdecydował się naraz. Wyciągnął rękę. 
—  Daj — powiedział. 
Zacisnął w dłoni ogon. 
— 

Krowi czy byczy? — zainteresował się Styja. 

— 

Krowi — odparł Kapucha, który zdobył ten ogon w rzeźni pana Rappa. 

Poruszyli się niespokojnie. Woźny Walczak zbliżał się powoli do chłopców. Patrzył podejrzliwie. 
—  Schowaj — szepnął Piegowaty. 
Filip ukrył krowi ogon w worku z kapciami. 
Woźny Walczak, zwany Dziadźką, stanął przed nimi i wsparł się na miotle. 
— 

Znowu coś komblnujeta — powiedział starczym, rozwlekłym głosem. 

— 

Skąd! — odparł Piegowaty i ukłonił się grzecznie. 

Woźny Walczak zamamrotał coś niezrozumiale, ziewnął. Akurat na niebie pokazały się gołębie. Zataczały koła 
w regularnym ordynku jak eskadra myśliwców. Wzbijały się coraz wyżej. 
Piegowaty zadarł głowę i patrzył. On bardzo lubił gołębie. 
—  Wlnerki piekarza... — rozpoznał po chwili — nleklepskie sztuki... 
TO 

Tak patrzył, Jakby zazdrościł Im tego wysokiego lotu. Jego chuda, lisia twarz złagodniała nieco, rozchylił 

usta. 

Woźny Walczak też wpatrzył się w to śnieżne stado na tle błękitnego nieba. A po chwili ocknął się, 

potrząsnął energicznie dłonią, w której trzymał mosiężny dzwonek. Popędzili gromadą do szkolnego budynku o 
spadzistym dachu, pokrytym czerwoną dachówką. 

— Pamiętaj! — Piegowaty trącił Filipa w ramię. 
Nauczyciel, przezywany Globusem, sprawdzał listę obecności. Barczysty i muskularny. Jeszcze bardziej 

olbrzymiał Filipowi w oczach. Jego łysa czaszka błyszczała jak wypolerowana. I ta teczka pękata, tajemnicza 
obok na stole, wspierał się o nią łokciem. Dłonie miał szerokie i owłosione, palce czerwone i krótkie. Bali się 
Globusa również rodzice. Ojciec Kapuchy przyszedł pod szkołę z dwoma mężczyznami. Czekali na Globusa w 
wąskiej, cienistej uliczce. Globus wynurzył się z bramy tym swoim kacz- kowatym, niezgrabnym krokiem, pod 
pachą dźwigał teczkę. Oni, ci trzej mężczyźni, zastąpili mu drogę. 

Chłopcy ukryci w krzakach wstrzymali oddech. 
Kapucha powtarzał z niezachwianą pewnością: —Już mój stary pokaże mu... 
Miał być to rewanż za lanie, które dostał od Globusa. A to, co potem nastąpiło, było tak szybkie I 

nieoczekiwane. Ci trzej napastnicy

background image

 

zawirowali jak kukły. Jeden odrzucony na płot, drugi leży już, a trzeci ucieka, kulejąc i Jęcząc... 

i tej teczki swojej wypchanej strzegł Globus jak oka w głowie. Nikomu dotknąć nie pozwolił. Rzadko się 

śmiał, prawie nigdy nie chwalił I patrzył na nich, uczniów, zimno 1 obojętnie jak na owady czy robaki jakieś. 

Raz tylko zmienił się na twarzy, kiedy wchodząc do klasy zobaczył na tablicy wielki napis kredą: Globus, 

co z twoim wynalazkiem, Jui ci przecież teczka pęka? 

Patrzył chwilę na napis, potem na klasę. Ale nic nie powiedział. Tylko kazał dyżurnemu wytrzeć tablicę I 

postawił mu dwóję ze sprawowania w dzienniku. 

— Chyba że powiesz, kto to zrobił? — dodał. 
Dyżurny nic nie powiedział, a szyderczy napis był dziełem Piegowatego... 
Dla uspokojenia wpatrzył się Filip w okno. Widział pobliską gliniankę, rosochatą wierzbę na zboczu, ktoś 

skacze z wierzby do wody, dalej okopcony komin cegielni. 

...Globus wymienił jego nazwisko. Wstał jak automat I powiedział ochrypłym z rosnącego strachu głosem: 

— Obecny! 

I te oczy Globusa zza okularów, pobłysku- jące bazyliszkowato. Jak oczy ryby jakiejś głębi- ] nowej. Filip 

rozejrzał się ukradkiem. Wiele Innych par oczu wlepionych w niego. Styjl- Kapuchy. Małego Cesia. Boksera. I 
Piegowa 
tego. Najgorsze Piegowatego. Jakby szydercze. Wszyscy czekają. Już niedługo Globus skończy sprawdzanie 
obecności. 

Pod pulpitem namacał Filip krowi ogon, szorstki 1 twardy. Mocno zacisnął na nim dłoń. Przygryzł 

spieczone wargi, Już nie rozglądał się, cały skoncentrowany w nieuchronnej kulminacji. Nisko pochylona głowa 
Globusa. Błyszcząca łysina z niebieskimi żyłkami. Nad nią krąży mucha. Szelest kartek dziennika. Już ostatnie 
litery alfabetu. Ostatnie sekundy... Ogarnęła go desperacka energia. Pokaże Iml już nigdy nie nazwą go 
lalusiem... 

Wstał szybko i zamachnął się. Krowi ogon smagnął łysinę Globusa. Rozległo się suche klaśnfęcle. 

Klaśnlęcle w tej ciszy napiętej — Jak huk. Więc krowi ogon, smagnąwszy łysinę Globusa, okręcił mu się Jak 
pętla na szyi, a jego koniec, ten pędzel pozleplany, zwisał na piersi. 
Globus zerwał się. Wzrok miał błędny i straszny, a ręce wyciągnął przed siebie. Chwilę łapał powietrze Jak ryba. 
Zacisnął pięści. Dwa młoty Jego pięści. 
— Kto? — wychrypiał wreszcie. — Kto to zrobił? 
Cisza panowała w klasie. Filip wcisnął się w ławkę i ręce ukrył pod pulpitem. Globus wodził spojrzeniem. Naraz 
ten jego wzrok — straszny, sinawo połyskujący przez okulary — zatrzymał się na Filipie. Już go nie opuszczał. 
Globus postąpił krok. Krowi ogon zaciskał w dłoni Jak bicz. Wtedy Filip nie wytrzymał. Zerwał się I rzucił do 
ucieczki. 
U

background image

 
- Więc to ty!... — posłyszał chrapliwy ryk nauczyciela. 
Globus popatrzył za nim. Krowim ogonem ubracał jak biczem. Siedzący w pobliżu przejida ukryli twarze w 
dłoniach. Nauczyciel dyszał ciężko. Zabiegł Filipowi drogę do drzwi. Nie ma wyjścia. Filip rzucił się do okna. 
Spojrzał w dół. Drugie piętro. Zawrócił. Czuł już dyszący oddech nauczyciela na plecach. Nie ma ratunku... 
Wtedy to rozległ się grzechot i brzęk. A zaraz głos Piegowatego: 
—  Panie psorze, teczka spadła. 
Pełen obłudnego szacunku ten głos. 
Globus zatrzymał się raptownie. 
jego pękata teczka, zrzucona przez Piegowatego, leżała na podłodze. 
—  Coś Jakby potłukło się... — Piegowaty pochylał się nad nią z troską. 
Globus zawrócił. Groźnym ruchem ręki przepędził Piegowatego. I biegnąc do stołu potknął się o ławkę, 
zatrzepotał rękoma, w tym trzepocie strącił sobie okulary. 
A bez okularów stał się od razu bezbronny I niemrawy. Już nie ten Globus co przed chwilą. Pochylił się 
niezgrabnie, stracił równowagę, podparł się ręką I po omacku przesuwać począł rękoma po podłodze, szukając 
okularów. W lot tę słabość nauczyciela wykorzystał Piegus i Jego paczka. Chłopcy cl jak koty zerwali się z 
ławek i, czając się wokół Globusa, zręcznymi rucham! nóg odsuwali okulary. 
już, już nauczyciel wyciąga rękę, palcami 
sięga okularów. Czyjaś noga zręcznie odsuwa. Palce Globusa zaciskają się na niczym. 
Więc tak bezradnie na klęczkach, pochylony nad podłogą, od nowa zaczynał poszukiwanie. Wzrok miał bardzo 
słaby I twarzą prawie do-

background image

 
tykał podłogi... Wreszcie udało mu się namacać okulary, mocno zacisnął na nich palce. 

Chłopcy rozpierzchli się I wrócili na swoje miejsca w ławkach. 
Globus, Już w okularach, podbiegł do teczki. Rzucił się na nią całym ciałem. Trzymając Ją oburącz, 

dźwignął się I ciężko wsparł o stół, pot zalewał mu twarz, oddychał nierówno. Wyglądał żałośnie I niemrawo. A 
śmiech huczał wokół niepowstrzymany. Niektórzy chłopcy dla uczynienia większego hałasu zwijali zeszyty w 
trąbki I pobekiwali przeciągle. 

Krowi ogon leżał porzucony w przejściu między ławkami. Poskręcany, biały w czarne łaty, odrażający. 
Globus schylił nisko głowę 1 nie przestając ściskać oburącz teczki niezgrabnym truchtem rzucił się do 

drzwi. Opuścił klasę. Zaraz też śmiech wzbił się o parę tonów wyżej. Zwycięski śmiech V b. 

Filip poczuł czyjąś dłoń dotykającą Jego ramienia. Odwrócił się. To Piegowaty. 
—  Kozak Jesteś — powiedział — wykoło- wałeś Globusa! Filip strącił Jego rękę z ramienia. 
—  Odejdź!! — zdołał tylko wykrztusić.— Odejdź!!

background image

 

Przeciskali się przez dziurę w siatce ogrodzenia I indiańskim sposobem pełzali wysoką trawą na miejsce 

zbiórki szczepu. Była to zaciszna kryjówka w krzakach bzu, których górne gałęzie splatały się ze sobą, tworząc 
swoisty dach. Tutaj teł znajdowała się piwniczka na owoce, w której trzymali swoją broń, pióropusze i farby 
potrzebne do wymalowania twarzy przed wstąpieniem na wojenną ścieżkę. 

Piegowaty przeliczył zebranych wojowników. Dwunastu. Zebrali się już wszyscy. 
—  Dziś odbędą się ćwiczenia sprawności — oznajmił — strzelanie z łuku. 
Chłopcy byli zadowoleni. Ćwiczenie sprawności to ważny moment przed zmierzeniem się z przeciwnikiem. 

Dotąd w strzelaniu do celu byli lepsi ci od Cygana. 

—  Wiecie, jak się nazywamy? — zapytał jeszcze Piegowaty. 
—  Irokezi — odpowiedzieli chórem chłopcy. 
Ten bohaterski szczep najbardziej im się 

spodobał. Filip tak ciekawie opowiadał o słynnym wodzu Pontiaku. 

—  Irokezy... — drwił zawsze Cygan. — Irokezy, hi, hi... My tam po prostu Jesteśmy jedna paka! 
Tym bardziej muszą wykazać swoją prze wagę. Tak uważali wszyscy. Tylko Filip był nie swój. Kiepsko mu 

strzelanie z łuku wychodziło Wyśmiewali się chłopcy. Ciągle wstyd. Piego waty podniósł rękę do góry. 
Zapanowała cisza 

—  Dziś... — rzekł wódz — jeżeli Filip wykaże się należytą sprawnością w posługiwaniu 

-się łukiem, otrzyma Indiańskie szczepowe Imię, powiedziałem — zakończył. 

Filip poczerwieniał. Osaczyły go drwiące spojrzenia chłopców. Nie wierzą w jego łucznicze umiejętności. 

„Trzeba spokojnie — pomyślał — bardzo spokojnie naciągnąć cięciwę ze strzałą, wycelować..." 

Tak powtarzał wiele razy. I na nic. Dotąd jeszcze nie ma Filip żadnej pozycji w szczepie. Taki na doczepkę. 

Wszyscy mają swoje indiańskie imiona. Szary Niedźwiedź, Wściekły Bizon, Rączy Jeleń, Czarny Wilk, Wąż 
Prerii... A on nie ma! I jeżeli odbywają się walki z bladymi twarzami Cygana na fortach, to Filip ciągle 
występuje Jako jeniecindiański albozdradziecki Metys. Wiecznie w niewoli, przywiązany do pala męczarni, 
narażony na przeróżne udręki i kpiny. 
i „Żeby mieć trzy trafienia... — marzył — \ ...trzy razy pod rząd w najmniejsze kółko". 1 Trafi trzy razy I powie 
Irokezom: „No, kto l jest najlepszym łucznikiem?" I Więc dziś, Jeżeli trafi... 

Piegowaty, czyli Orzeł Sierry, wyciągnął I z piwniczki ten piękny, bambusowy łuk, który I kupili za forsę ze 

zbierania butelek i żelaznego I złomu. Długo zbierali pieniądze na ten łuk. I Czarny Wilk przymocował do pasa 
kołczan ze I strzałami. Strzały miały czerwone groty. ■ Piegowaty przesunął surowym wzrokiem po V twarzach 
wojowników. 

— Ćwiczenia odbędą się na terenie nleprzy- I jadelsklm — oznajmił — u Krzywookiego.

background image

 
Wśród chłopców zapanowało poruszenie. 
Krzywookl, nieduży, o masywnej budowie mężczyzna, wiecznie podpity, był wielkim wrogiem Irokezów. Tych 
od Cygana też ganiał I prześladował. 
—  Nie można gdzie Indziej ? — zaproponował nieśmiało Wściekły Bizon. 
—  Pewnie — poparł go Rączy Jeleń. 
Piegowaty, czyli Orzeł Sierry, poprawił na 
głowie swój wodzowskl pióropusz z kogucich piór I popatrzył na nich wzgardliwie. 
—  Jego wigwam najbardziej pasuje — powiedział — miękkie drzewo, strzały będą wchodzić Jak w masło... A 
w ogóle to należy oswajać się z niebezpieczeństwem, mol bracia. 
Twarz miał nieruchomą, obojętną, Jak na prawdziwego wodza przystało. 
Ruszył pierwszy. Za nim pozostali wojownicy. Posuwali się ścieżynką wśród gęstych chwastów tego 
opuszczonego sadu, w stronę zamaskowanej dziury w ogrodzeniu. 
—  Piegowaty...—zaczął Wąż Prerii. Miał widać jakieś wątpliwości. 
—  Po pierwsze...—wycedził Piegowaty — jestem Orzeł Sierry. Nie wiesz o tym? 
Zmieszał się Wąż Prerii I nic już więcej nie powiedział. Krzywookl mieszkał w starym, wpadniętym w ziemię 
drewniaku nad największą glinianką, zwaną Oceanem. Filip szedł ostatni. Był pełen niepokoju. 
„Prawdziwy indiański wojownik — myślał — mierzy powoli, spokojnie I pewnie. Naprężona

background image

 
Jak struna cięciwa, iwlst I — strzała trafia nie- omylnie w cel". 
Zaszli od ogródka. Z tej strony domek nie miał okien. Znajdował się tu ganek ze spadzistym daszkiem. Drzwi 
ganku uchylone. Górna Ich część sporządzona była z kolorowych szybek. 
Piegowaty poczołgał się między warzywnymi zagonami. Chłopcy patrzyli z niepokojem w uchylone drzwi. 
Piegowaty dotarł do ganku, uniósł się nieco i zajrzał do wnętrza. Po chwili, już nie kryjąc się wcale, wrócił do 
swoich wystraszonych wojowników. 
— Krzywookl śpi — powiedział. — Widziałem. Siedzi na krześle I śpi. jego stara gotuje i obiad. 

Chłopcy odetchnęli. Czarny Wilk narysował węglem na bocznej ścianie domu wielkie koło, I w środku 

mniejsze, jeszcze mniejsze I najmniej- I sze, czyli czwarty, najtrudniejszy cel. 

Chłopcy ustawili się o dwadzieścia kroków I od ściany. Ciągle jednak z obawą patrzyli w uchy- I lone drzwi 

ganku. Niebezpieczny teren. Wig- j wam wroga. 

Krzywooki prześladował ich zawzięcie i kie- I dy tylko schwytał któregoś, bił po karku I pod- I kręcał 

włosy na skroniach. A jego matka, bez- I zębna starucha, podobna do wiedźmy, tylko | śmiała się piskliwie. Raz 
nawet Krzywooki wpadł I do sadu I rozwalił ich wigwam, który zbudowali I na wzór prawdziwego, 
przedstawionego na I rycinie w książce „Ostatni Mohikanin". Jego ] nienawiść do nich zaczęła się od zbierania 
zło- J mu I butelek. Chłopcy wypatrywał! miejsca 

najbardziej obfitujące w tę zdobycz, wyprzedzając zawsze Krzywooklego, który również był zbieraczem. Toteż 
kiedy pojawiał się przy jakimś śmietniku, ciągnąc za sobą wózek na dwóch kołach, już nie znajdował tam 
niczego. Klął wtedy ohydnie i te Jego rozchybotane oczy strasznie wyglądały. 
—  W razie czego — szepnął Czarny Wilk — trzeba dyla dawać. 
—  No! — przytaknął Rączy Jeleń i poweselał. Był najlepszy w biegach. 
Pierwszy strzelał z łuku Czarny Wilk. Filip obserwował jego ruchy z uwagą. Czarny Wilk to przecież wytrawny 
łucznik. 
Zmrużył oczy, chwilę tak stał z opuszczonym łukiem, następnie otworzył jedno oko, wysunął

background image

 
nogę I zaczął powoli napinać cięciwę. Wypuścił strzałę. Chłopcy podbiegli do Ściany. 

—  Trafne — obwieścił Rączy Jeleń — w trzecim kole. 
Czarny Wilk wyraźnie niezadowolony. On miał największe wymagania. Strzelał jeszcze trzy razy. Ostatnim 

razem trafił w sam środek. W najmniejsze kółko. 

„Żeby mnie tak wyszło" — zapragnął Filip. 
Rozstawił palce lewej dłoni I zauważył, że dygoczą nieustannie. Zacisnął dłoń. Wyprostował. Przecież takie 

drżenie palców uniemożliwia celność w strzelaniu. Piegowaty, czyli Orzeł Sierry,, odebrał łuk Czarnemu 
Wilkowi. 

—  Teraz... — zaczął wolno — Filip. 
Rozległ się śmiech. Filip poczerwieniał. Wojownik bez Indiańskiego imienia. 
Stanął z łukiem w oznaczonym miejscu. Umieścił strzałę. Naciągnął cięciwę. Przymknął oczy. 
„Muszę chwilę odpocząć" — postanowił. 
Otworzył lewe oko. Lewym okiem z natężeniem popatrzył w cel. Oko załzawiło się, a koła poczęły 

wirować. Znów zacisnął powieki. Znów uchwycił cel lewym okiem. Najmniejsze koło widoczne wyraźnie. Ale 
tylko przez chwilę. Zamąciło się. Wypuścił strzałę. Pochylił głowę. Odetchnął ciężko. Czekał na szyderczy 
śmiech wojowników. Cisza. Zamiast śmiechu posłyszał za sobą ciężki tupot kroków. Ostrzegawczy gwizd 
Piegowatego. Obejrzał się. Zza węgła domu wynurzył się Krzywooki. Pewnie wyskoczył oknem. Biegł krzycząc 
ochryple. Chłopcy uciekali w trzciny nad glinianką. Filip 
ruszył pędem za nimi. Potknął się I runął na ziemię. 
Poczuł bolesne uderzenie w kark. Jedno, drugie. Krzywooki chwycił go za kołnierz I z wielką siłą poderwał do 
góry. 
— 

Mam cię, drańskle nasienie! — wrzasnął. Zaleciało od niego kwaśnym zapachem wódki. Pociągnął Filipa 

za sobą do baraku. Kiedy przechodzili obok ściany, gdzie widniały cztery wyrysowane węglem koła, Filip 
zauważył, że jego strzała tkwi w trzecim polu. Jego strzała. 
„Jednak trafiłem" — pomyślał I uśmiechnął się radośnie. 
Krzywooki ścisnął go za ucho. Radość Filipa była tak wielka, że prawie nie poczuł bólu. „Trafiłem" — 
powtarzał sobie. 
— 

Dostaniesz nauczkę — westchnął Krzywooki i wyrwał mu z dłoni łuk. 

Wepchnął go kopniakiem do wnętrza budy. Było tu mroczno i brudno. Przy maleńkim okienku z wybitą szybą 
siedziała rozczochrana, siwa kobieta. Na stole stała butelka po wódce i talia zatłuszczonych, wymiętych kart. 
— 

Złapałem drania — powiedział Krzywooki — ze ściany sobie strzelnicę zrobili. 

Rzucił na podłogę bambusowy łuk. Stara kobieta postukiwała palcem w stół. 

—  Dużo przegrałeś — powiedziała po chwili. 

— 

Nie szło ml zupełnie — rzekł Krzywooki I strzyknął przez zęby śliną. 

—  Oni oszukiwali — powiedziała kobieta — to były znaczone karty. 
Krzywooki zaklął. 

M

background image

 
Tym swoim złym, świdrującym spojrzeniem popatrzył na Filipa. Pochylił się I podniósł z podłogi łuk. Obejrzał 
uważnie. 
— Bambusowy — mruknął. 
Oparł cięciwę o kolano. Naciągnął. Bambus zatrzeszczał. 

HHHHHHHHi 

■■■■■■■■■ 

—  Będzie na podpałkę... 

— 

Niech pan uważa.' — zawołał błagalnie Filip. 

Krzywooki szturchnął go łokciem w brzuch. 
—  A ciebie... — powiedział — czekają baty. 

— 

Ja zapłacę — wołał Filip. — Za wszystko zapłacę. 

Wyciągnął z kieszeni garść drobnlaków. Zsy- pał monety na wyciągniętą chciwie dłoń Krzy- wooklego. 
Krzywooki przeliczył starannie, skrzywił się i schował bilon do kieszeni. 
— 

To są pieniądze? — powiedział szyderczo. — Starczy na pestki! 

Mocniej przycisnął bambus na kolanie. 

— 

Był łuk — zaśmiał się — nie będzie łuku. Filip rzucił się na niego i wyszarpnął mu łuk 

z dłoni. Zdumiał się Jego gwałtownym atakiem Krzywooki. Przez chwilę , mrugał powiekami. Naraz Jego oczy 
zajarzyły się złowrogo. 
— Ja ciebie... szczeniaku!... — rozstawił szeroko ręce i tak powoli zbliżał się do Filipa. 
Chłopiec cofał się tyłem. Wcisnął się w kąt między szafę 1 stół. Dalej już nie miał gdzie uciekać. Siwa kobieta 
zwróciła w Jego stronę swoją twarz wróżki. Przyjrzała mu się uważnie. 
Filip przygryzał nerwowo wargi, a łuk trzy- mał w kurczowo zaciśniętych dłoniach. 

„Nie oddam — powtarzał sobie Jak modli' twę. — Nie mogę oddać". 
— Umie się postawić, szczeniak — powiedziała siwa kobieta I z obrzydzeniem zsunęła ze stołu 

zatłuszczone karty. 
ar 

background image

 
 

 
Krz/wookl wysunął dłoń. Jego czarne, grube palce chwyciły Filipa za włosy. Powoli przyginał mu głowę. 
—  Zostaw go — powiedziała siwa kobieta. 
Krzywookl popatrzył na nią zdziwiony. 
— 

Taki szczeniak... — mówiła Jakby do siebie. — A jak to walczy o swoje. 

— 

Nie moje! — wykrztusił Filip głosem załamującym się z bólu i strachu. — Łuk jest własnoScią całego 

szczepu. 
—  Zostaw go — powtórzyła kobieta. 
Krzywookl puścił czuprynę Filipa. 
—  Niech sobie Idzie — powiedziała stara — 

 
razem z tym łukiem. — Już przestała Interesować się Filipem. Obojętnie wlepiła wzrok w ścianę. 

— Zwiewaj! —• wrzasnął Krzywookl I zamachnął się pięścią. — Ale szybko! 
Filip przycisnął do piersi łuk I wyskoczył na ganek. Puścił się biegiem nad największą gliniankę, zwaną 

Oceanem. 

„Wyratowałem łuk — myślał biegnąc — trafiłem w trzecie kółko". 
Wydał zwycięski okrzyk Irokezów 1 zsunął się po gliniastym zboczu. Był pewien, że otrzyma wreszcie 

upragnione Indiańskie Imię. Ale jakie? Zastanawiał się. A właściwie to najbardziej był dumny z uznania tej 
siwej, podobnej do wiedźmy kobiety. Już był na miejscu. Z trzcin wynurzali się wojownicy. Z niedowierzaniem 
patrzyli na Filipa. Uśmiechnięty. Z łukiem.

background image

 

Hycel gębę też miał jak hycel. Trójkątną, zarośniętą, o chytrych, głęboko schowanych oczach. Przychodził 

wieczorami do knajpy Dziadka i z kieszeni wyciągał pomięte zwitki banknotów. 

—  Psi utarg — dogadywano po kątach. 
Tamtejsi bywalcy pili z nim niechętnie. Więc 

upijał się samotnie, a śmiech jego brzmiał jak zgrzyt piasku w zębach. 

Jeździł wozem z brezentowym daszkiem, zaprzężonym w chudego konika. Z wozu buchał psi jazgot. Wóz 

turkotał po brukowanej kocimi łbami ulicy i pan Cupryniak, zegarmistrz, wychylał się ze swego warsztatu. Nie 
lubił hycla i chłopców z tej ulicy straszył ponurą wizją okrucieństw dokonywanych na psach. Filip miewał 
potem złe sny. Dopadał go hycel z szatańsko wykrzywioną twarzą I — Jak to we śnie — ucieczka była 
niemożliwa. 

—  Hycel albo rakarz — powtarzał Filip. 
O drugiej nazwie fachu dowiedział się od ojca. Złe słowa — jak zaklęcia. 
Hycel mieszkał przy opuszczonej cegielni na Karolinie. Było to ponure miejsce. Usypiska starych, 

skruszałych cegieł. Ponad nimi sterczał komin obrośnięty czarną sadzą. A dalej błotniste glinianki, pełne śmiecia 
I rozmaitego paskudztwa. Psy trzymał w szopie, gdzie rzędami stały drewniane klatki. 

Chłopcy zakradli się w pobliże szopy, drzwi były akurat rozchylone szeroko, widzieli w tych klatkach 

kłębiący się psi tłum. Psy szczekały

background image

 
rozpaczliwie, skakały z kąta w kąt I gryzły pręty klatek. 

—  Co on z nimi robi? — szepnął Filip, 
—  Nie wiesz? — zaśmiał się Piegowaty. — Wiadomo, smalec wytapia, a skórki sprzedaje, 
—  Psi smalec — powiedział Benek, syn furmana Wosika. Benek przeszedł do Piegowatego z bandy 

Cygana I wiedział wszystko. — Suchotnicy to piją — dodał. 

Z szopy wynurzył się hycel w długich, marszczonych butach, pod pachą trzymał bicz o wielu powrozach, 

zakończonych ołowianymi gałkami. 

Filip zadygotał. 
—  Boisz się! — wyszczerzył zęby Piegowaty. 
Ale Jego śmiech też był niepewny. 
Hycel psy łapał długim kijem zakończonym drucianą obręczą. Zręcznie manewrował kijem, obręcz opadała 

na psi łeb I wtedy zaczynał ciągnąć powoli, nieubłaganie. Pies miotał się, sko- wyczał, ale Już Jego szyję gniotła 
druciana obręcz. Często hycel polował ze swoim pomocnikiem, niemową. Niemowa pod biegał do schwytanego 
zwierzęcia I ciągnął Je do wozu. Odwią- zywał klapę w brezentowym daszku I wrzucał zdobycz do wnętrza. 
Obaj z hyclem śmiali się dziko. Ten śmiech brzmiał Jak zgrzyt plasku w zębach. 

Chłopcy z tej ulicy bali się hycla. On wiedział o tym. Często Jadąc swoją furką, gwizdał naraz przeraźliwie i 

strzelał z bicza, Chłopcy pierzchali na wszystkie strony. A małemu Syfonowi zginął ulubiony psiak, Pikuś. Był 
to pu- 
chaty kundel o urodzie szpica. Rodzice Syfom wybrali się do hycla, żeby wykupić psa. 

—  Za późno — ton zły człowiek rozłożył ręce. — Nie ma go Już. 
— Co z nim zrobił? — zawołał Filip. 
Pan Cupryniak, zegarmistrz, tylko pokiwał głową I popatrzył wymownie na chłopców. 
Mały Syfon płakał po stracie Plkusla. Piegowaty złościł się na niego za ten babski, bezradny płacz. 
—  Damy mu Jeszcze czadu I — pocieszał małego Syfona. — Zobaczysz! 

Pewnego razu zobaczyli, Jak hycel osaczył psa na boisku miejscowego klubu „Przyszłość". Zapędził go do 
bramki. Ten pies, chudy, wy- 11nlały kundel, rozpłaszczył się na ziemi i szczekał cienko. Hycel zbliżał się do 
niego, wysuwając drapieżnie dłonie w długich po łokcie rękawicach. Piegowaty zagwizdał po gołęblarsku na 
palcach I na ten sygnał gliniaste grudy posypały się na bramkę. Hycel przykullł się 1 rękoma osłonił głowę. Pies 
prześliznął się między Jego nogami. Wielkim susem rzucił się do ucieczki. Hycel, klnąc ohydnie, machnął 
biczyskiem. Ale Już nie doslęgnął psa. Lonek Sypuła, bramkarz „Przyszłości", przyszedł wtedy z pomocą 
chłopcom. Przepędził z boiska hycla. 
— Tutaj wstęp wzbroniony — napierał na niego groźnie. 

Odjechał hycel Jak niepyszny swoją furką z brezentowym daszkiem. Złość wyładował na chudym koniku. 

Okładał go biczem po kościstych bokach. 
M

background image

 
| ■ 

—  Kat — powiedział Filip. Piegowaty przytaknął skwapliwie. Również podwórkowe psy stawały się nie-

spokojne, kiedy zbliżał się ich prześladowca. Sierść jeżyła się Im na karkach, powarklwały bulgotliwie. A były 
przecież bezpieczne. Poznawały go z daleka po zapachu. Tak twierdził pan Cupryniak, przyjaciel chłopców z tej 
ulicy. 

Filipowi po tym zdarzeniu na boisku znów śnił się hycel. Obudził się spocony. Z ulgą rozglądał się po 

jasnym, pogodnym wnętrzu swego pokoju. 

Pomysł w tej sprawie z hyclem zrodził się w jego głowie tego ranka właśnie. 
Zaczął jąkając się nieśmiało, potem mówił coraz pewniej, sugestywnie i gorąco. Chłopcy słuchali go z 

rosnącym napięciem. 

Skończył i zapatrzył się w Piegowatego. Piegowaty twarz miał nieprzeniknioną. Zelży? Wyśmieje? — 

zaniepokoił się Filip. 

—  Podoba ml się ten numer — głos Piegowatego przeciął pełne wyczekiwania milczenie. 
Wypad miał się rozpocząć wieczorem... Filip spoglądał na ścienny zegar. Matka znów zerknęła na niego. 

Pochylił się nad stołem. Odrabiał lekcje. Ale patrzył tylko w podręcznik matematyki i przypomniała mu się 
książka, przeczytana niedawno. Tytułu nie pamiętał. Opis śmierci Harolda Slnozębego. Płonął stos, ogień już 
ogarniał ciało tego krwiożerczego wodza wikingów, a starzec siwowłosy mówił głuchym głosem: 

—  I dobro zawsze nad złem górą będzie... 
Były to dziwne słowa, niepokojące, wymagały starannego rozważenia treści, którą wyrażały. Kwadrans 

przed dziewiątą Filip udał się do swego pokoju. Matka odprowadziła go zdziwionym spojrzeniem. Poruszał 
wargami po-

background image

 
wtarzając słowa siwowłosego starca. Zamknął za sobą drzwi. Pościelił łóżko. Pod kołdrą ułożył dwie poduszki, 
w ten sposób pozorując kształt śpiącego człowieka. Ostrożnie uchylił okno. Wspiął się na parapet I zeskoczył do 
ogrodu. Popędził co sił w nogach na umówione miejsce. Przy opuszczonej cegielni zebrali się już chłopcy. Ich 
kształty niewyraźnie majaczyły w ciemności. Ponure to było miejsce. Cisza — I tylko z błotnistych bajorek 
dochodziło kumkanie żab. 
Benek, syn furmana Wosika, przyniósł ważne wiadomości. Hycel siedział dziś od południa w knajpie u Dziadka 
I o zmroku rozkolebanym krokiem wrócił do domu. Natomiast Niemowy nie widziano już od dwóch dni. Jeżeli 
jednak Niemowa śpi w psiej szopie? Tam sypiał przeważnie. 
—  A zły pies? — odezwał się Arek Mucha. Obejścia hycla pilnował zły pies, spuszczany 
nocą z łańcucha. Mógł tam być. A równie dobrze mógł zostać sprzedany. Hycel coraz innego psa przysposabiał 
do roli nocnego stróża. 
— 

Musimy sprawdzić I tyle — przerwał wątpliwości Piegowaty. 

Niechętnie spojrzał na małego Syfona. Syht\ koniecznie chciał iść z nimi. Wpatrzył się w Piegowatego błagalnie. 
— 

Z tobą tylko kłopot — mruknął Piegowaty. Zgodził się jednak. 

Ruszyli gliniastym, rozmiękłym po całodzien- | nym deszczu polem w stronę zagrody hycla. Noc : sprzyjała Im 
dzisiaj. Niebo nisko nawisłe, czarne I 
I bez gwiazd. Stanęli przy płocie. Wpatrywali się w okna domku hycla. Ani śladu światełka. Piegowaty rzucił 
pod psią budę kamień. Ale z budy nie wyskoczył zły pies. 

Przez dziurę w płocie przecisnęli się na podwórze. Podeszli pod szopę, w której hycel więził psy. 
— Ten Niemowa... — szczęknął zębami Filip. 
Ogarnął go strach. Niemowa był wiernym sługusem hycla. Przywarli do Ulany szopy. Dochodziły stamtąd 

odgłosy psiego tycia. Powar- kiwanle, piski I pomruk/. Czy można wśród tych dźwięków odróżnić chrapanie 
Niemowy? Filip dusił w sobie narastający strach. Mały Syfon szeptem odmawiał modlitwę. 

Piegowaty zdecydowanym ruchem odciągnął rygiel. Przeraźliwie zgrzytnęło żelazo. Wstrzymali oddech 1 

spojrzeli za siebie w okna domku hycla. Tam spokój Jednak. Piegowaty pchnął. drzwi. Ogarnął Ich zaduch 
psiego więzienia. Wsunęli się do wnętrza. Nad drzwiami wisiała karbldówka, która rzucała skąpe światło wokół. 
Wyrko Niemowy było puste I przykryte baranim kożuchem. Szopę wypełniały klatki I ze wszystkich stron 
gorzały psie ślepia. 

Podbiegli do klatek, odciągając haczyki 1 otwierając Je szeroko. —- Szybciej! —• ponaglał Piegowaty. Psy 

rozszczekały się, nieufne wobec Ich zamiarów. Ociągając się wyskakiwały z klatek. Pędzili Je do drzwi. Jeden z 
nich, wielki kudłacz, błysnął złowrogo zęblskami I ugryzł Filipa w rę-

background image

 
kę. Filip skrzywił się tylko. Ale nie Jęknął. Nie miał żalu do psa. Pies nie ufał przecież nikomu. Kudłacz pognał 
do wyjścia. Za nim Inne psy, szczekając cienko I grubo. Radośnie. 

W domku hycla zapaliło się światło. Psy skłębioną watahą skierowały się do szeroko otwartej zawczasu 

bramy. Chłopcy też rzucili się do ucieczki. Pędzili przez gliniaste, namlękłe od deszczu pole. Goniły ich 
przekleństwa hycla.

background image

 

Obszary nieprzyjacielskie zaczynały się od ewangelickiego kościoła. Tu rządził okrutny I przebiegły Cygan. 

Paka pod Jego wodzą hasała po krzakach 1 łąkach rozpościerających się z drugiej strony największej glinianki 
zwanej Oceanem, a w opuszczonej cegielni mieli swoją siedzibę. Tam gromadzili łupy z wypraw wojennych, 
zbierali się na narady i odbywali ćwiczenia w strzelaniu z łuku i procy czy rzuty oszczepem. Ich siedziby 
pilnował zły pies Rex, którego wykradli z zagrody hycla. Próby nawiązania porozumienia z nimi zawsze spalały 
na panewce. Przecież kilka już razy Piegowaty, czyli Orzeł Sierry, I najwalecznlejsl wojownicy Irokezów 
odbywali z Cyganem narady. Jednak każda próba pogodzenia się bywała zrywana przez Cygana, który śmiał się 
hałaśliwie i wyszydzał dobrą wolę Irokezów. 

—  Orzeł Sierry... — powiadał na dodatek. — Orzeł!I Po prostu Piegus z Budl Piegus, czyli kropkowany, 

no nie? 

Piegowaty czerwieniał wtedy, zaciskał pięści, ale milczał jak zaklęty, nie dając się ponieść złości. W żaden 

sposób nie można było dojść z Cyganem do porozumienia. 

—  Kto lepszy, ten wygrywa — powtarzał z uporem. — Sposobem I — lubił też mówić — Uczy się każdy 

sposób. — W dążeniu do wygranej nie przebierał w środkach. 

Przecież to on zakradł się do zdziczałego sadu, gdzie znajdowała się kryjówka Irokezów, I próbował zabrać 

bambusowy łuk. Obezwładnił 1 skrępował powrozem Czarnego Węża, 
im

background image

 
który był wtedy na straży. Odchodził )uż z łukiem, ale na szczęście zatrzymał go stary śmie- darz Pioter, 
odbywający akurat poobiednią drzemkę w krzakach. Smleclarz Pioter żył w przyjaźni z Irokezaml. Chłopcy 
nieraz pomagali mu ciągnąć wyładowany złomem wózek 1 płukali razem z nim butelki przed sprzedażą w 
skupie. Smleclarz Ploter chwycił za kołnierz Cygana i odebrał mu bambusowy łuk. Cygan uciekł, obiecując 
śmleciarzowi zemstę. 

— Dam cl, dzladu, czadu! — pokrzykiwał z bezpiecznej odległości. Później widziano go pogrążonego w 

rozmowie z innym śmietnikowym zbieraczem, Krzywookim, który żył w niezgodzie ze starym Piotrem. Cygan 
częstował go nawet wiśniową nalewką wyniesioną po kryjomu z mieszkania rodziców. 

Ostatnio rywalizacja między dwoma grupami chłopców dotyczyła zbierania makulatury, złomu i butelek. 

Cygan i jego zgraja nie przestrzegali wcale umowy dotyczącej podziału terenów łowieckich I zapuszczali się na 
obszar Irokezów, buszując po śmietnikach I zabierając, co się dało. 

Cygan dopuszczał się nawet tego, że odbierał poszczególnym wojownikom worki z łupem. Bił Ich 1 

powtarzał swoje ulubione: — Lepszy jestem, hl, hi! — A silny był przy tym, że mało kto mógł mu sprostać. Siłę 
łączył z przebiegłością. Dzięki temu miał swoje osiągnięcia. 
Tej nocy, kiedy Niemcy opuszczali miasteczko, dostał się do Ich magazynu na fortach I wy 
niósł stamtąd skrzynkę koniaku. Dorośli z Pekinu, którym sprzedawał potem koniak, powiadali: — Co to z 
takiego wyrośnie? 

Doskonale też zapamiętał Piegowaty, czyli I Orzeł Sierry, pojedynek na zmagi z Cyganem. W tej próbie sił 

on był górą I powalił przeciwnika na ziemię, chcąc przygwoździć go na obie łopatki. Naraz poczuł piekący ból 
w oczach. Zacisnął powieki i mimo woli rozluźnił ucisk ramion obejmujących Cygana. Wtedy Cygan wywinął 
się niczym węgorz spod niego | poderwał na nogi. Następnie kopnął go I przewrócił, wykręcając boleśnie ręce. 

— Lepszy jestem! — wrzasnął. 
Wszystko wzięło początek od tego piekącego bólu w oczach. Cygan po prostu sypnął mu w oczy piachem. 

Taki był to przeciwnik. Miał swoje sposoby i żadnych reguł nie szanował. 

Siedzieli Irokezi kręglem przed swoim wigwamem. Pora była południowa. Gałęzie bzu dawały przyjemny 

cień. Z ciekawością słuchali przygód Skórzanej Pończochy z książki, którą im czytał Filip, po Syfonie 
najmłodszy z nich, od niedawna dopiero pełnoprawny wojownik imieniem Szary Wilk. To Indiańskie Imię 
otrzymał w ów pamiętny dzień, kiedy wyratował bambusowy łuk z rąk Krzywooklego. Tym wyczynem zdobył 
sobie zasłużone uznanie w szczepie. Taki drobny I nieśmiały, a rzucił się niczym drapieżny wilk na 
Krzywooklego! Skończył Filip rozdział opisujący niebezpieczną wyprawę 
los

background image

 
tropiciela śladów do fortu angielskiego nad jeziorem Huron. Zapadła cisza. Wszyscy przeżywali jeszcze 
burzliwe przygodySkórzaneJ Pończochy. 
— Tak by do Puszczy Białowieskiej... — marzył głośno Piegowaty. 

Irokezl przytaknęli zgodnie. Od dawna Już planowali wypad do Białowieży. Nasłuchali się od starszych 

chłopców o dzikich uroczyskach w starej puszczy, watahach wilków zimą podchodzących pod zagrody, rysiach I 
żbikach wymykających się myśliwskim nagonkom. W tym celu właśnie zbierali makulaturę, złom i butelki. 
Odkładali pieniądze na wakacyjny wyjazd do Białowieży. Ich kasę trzymał w glinianej skarbonce w kształcie 
świnki ojciec Rączego Jelenia, który był kasjerem na poczcie. Pojadą tam, zbudują szałas I żyć będą Jak praw-
dziwi leśni ludzie. Piegowaty, czyli Orzeł Sierry, niedługo dał się ponosić marzeniom. Wstał I uczynił znak 
tomahawkiem. Chłopcy przewiesili przez ramiona worki I ruszyli za nim. Czekał Ich Jeszcze codzienny obchód 
śmietników i różnych miejsc, gdzie znaleźć można stare żelastwo, papiery, butelki. 
— 

Ciekawe, co kombinuje Cygan — powiedział Filip. — Na co on zbiera forsę? 

— 

Słyszałem... — rzekł Piegowaty, czyli Orzeł Sierry — że onl-kupują czekoladę, wino, papierosy. 

Tak mówiła jego matka, która widywała często Cygana w sodowiarni pana Fronczaka. Wcale nie ukrywał 

się z paleniem. Paradował z papierosem przylepionym do wargi. 

Wyszli na groblę między stawami, Oceanem 1 tym mniejszym przy szkole. Grunt tu był grząski, bagienny. 

Chtupotała woda, w której roiło się od kijanek. Po lewej stronie grobli zauważyli rozmiękłe zwłoki kota. Z dala 
wl-

background image

 
dać było wieżę ewangelickiego kościoła. Słońce oświetlało czerwony dach i białe mury. Nad kościołem 
kotłowały^się wrzaskliwą chmarą wrony. 

Rączy Jeleń już wkładał dwa palce do ust, żeby zagwizdać przeraźliwie, po gołębiarsku, i spłoszyć czarne 

ptaszyska. 

Piegowaty, który szedł pierwszy, przykullł się I znieruchomiał. Za jego przykładem uczynili to inni chłopcy. 

Przesłonięci trzcinami, ostrożnie wyjrzeli na ścieżkę biegnącą groblą. Stał tam wyładowany butelkami wózek 
śmie- ciarski starego Piotra. Obok w trawie spał jego właściciel. Ułożył się tyłem I słychać było chrapanie. Do 
wózka czołgał się Cygan. W pobliżu przykucnęli chłopcy z jego paki. Cygan ostrożnie wyjmował butelki z 
wózka. Czynił to bar 
 
dzo sprawnie i bez najmniejszego hałasu. Jego twarz wykrzywił złośliwy uśmiech. Nachylił się nad śpiącym i 
trawą połaskotał go w wielki siny nos. Śmieclarz Pioter parsknął i zatrzepotał rękoma. 

—  Kradnie Piotrowi butelki — szepnął Rączy Jeleń. 
Piegowaty poderwał się gwałtownie. Za- chrzęściły trzciny. Cygan odskoczył od wózka. Wystraszył się. 

Piegowaty ruszył do przodu. Twarz miał napiętą i oczy wąsko zmrużone. 

—  A, to ty! — szepnął Cygan I opuścił go strach. Znów zbliżył się do wózka i próbował wyciągnąć z 

niego kolejną butelkę. 

—  Zostaw — powiedział Piegowaty. Cygan popatrzył na niego ze zdziwieniem. 
—  Kradniesz — rzekł wódz Irokezów i wzrok miał pełen pogardy. 
Tak stał tuż przed nim I ręce trzymał skrzyżowane na piersiach. Z trzcin wysunęli się pozostali irokezi. 

—  A teraz... — wycedził dziwnie powoli Piegowaty — poukładaj z powrotem te butelki.

background image

 
Irokezi patrzyli na swego wodza z podziwem. Cygan wytrzeszczył głupawo oczy. 
— 

Do wózka — wyjaśnił Piegowaty 1 mierzył go nieustępliwym, zimnym spojrzeniem. 

— 

Te, irokez — zaczął po swojemu Cygan. Postąpił krok i zacisnął pięści. 

Piegowaty nie drgnął nawet. 
—  Złodziej — powiedział spokojnie. Powiódł spojrzeniem po chłopakach z paki 
Cygana. 
—  Takiego macie wodza. 
Chłopcy od Cygana poruszyli się niepewnie, 
— 

Takiego macie wodza — powtórzył Piegowaty. — Takie ma sposoby. Staremu Piotrowi kradnie butelki. 

Bo my... — uśmiechnął się wyniośle — jeszcze mu dokładamy. 
I tak stał nieruchomo. Prawdziwy wódz Indian. Cygan nie wytrzymał jego spojrzenia. Chłopcy z jego paki 
zawstydzili się wyraźnie. Jeden po drugim odchodzili na groblę. Cygan nerwowo wichrzył włosy. A po chwili w 
milczeniu zaczął wstawiać zabrane butelki do śmledarskiego wózka. Skończył. Wyprostował się. 
Pod szyderczym śmiechem Irokezów ciężko zwiesił głowę. 
Dopiero wtedy śmleciarz Ploter obudził się i popatrzył, nic nie rozumiejąc, na chłopców.

background image

 
ip 
Już w drzwiach się uśmiechał. Twarz wielka, na policzkach i nosie sinawa, marszczyła się dobrodusznie. 
Spoglądaliśmy czujnie. Odsunął krzesło i usadowił się wygodnie, zaplatając na brzuchu dłonie. 
—  Każdego nowego belfra taką ciszą witacie? Wspaniała cisza — pokiwał głową. 
Śmiał się długo i bardzo głośno. Poruszyliśmy się niepewnie. Sposób z ciszą był wypróbowany i nie zawodził 
nigdy. Uzasadnienie ciszy bardzo proste. Nie wiemy kto, jakie ma zwyczaje. Po prostu wyczekujemy. Nowy po-
lonista otarł twarz kraciastą chusteczką. 
Zaczęliśmy gadać I chichotać. Przecież zdemaskował grę. Waldek zaczerpnął powietrza I syknął przeraźliwie. 
—  Bęcwale! — profesor wstał gwałtownie. —- Gdybyś widział syczącą kobrę! 
Powiódł po nas niby surowym, bardzo śmiesznym spojrzeniem. 
—  Nie można wywoływać wilka z lasu — powiedział. 
Okazało się, że był w Brazylii. 
W Paranie, parę wiorst, tak mówił, za osadą Verosita, natknął się na groźnego gada, wygrzewającego się w 
słońcu. 
—  Zapomniałem o nogach — zakończył. 
A nogi miał długie, cienkie, w kraciastych 
skarpetach i bufiastych pumpach za kolana. Rozśmieszył nas porządnie. 
Stasiu Okęcki, Ramolem zwany, wpatrzył się nabożnie w polonistę, wymamrotał łacińską nazwę kobry, zaczął 
opisywać Jej wygląd. 
 

—  Co mnie obchodzi — przerwał mu nowy — to przecież domena biologa. I nie patrz na mnie jak na 
księdza! — huknął. 
—  Nie lubi kujonów — szepnął Kapucha. 
Potem Milimetr zapytał o twórczość Ossen- 
dowsklego. Nowy zaciekawił nas jego życiorysem. 
Rozległ się dzwonek. Profesor zajrzał do dziennika. 
—  W planie było o Prusie — zmartwił się — przegadaliśmy lekcję. Ale nie myślcie, że po- deszliśde mnie. Ja 
sam — przymrużył jedno oko — tak sobie czasem pogawędzić lubię. 
Na pauzie Kapucha splunął, roztarł butem ślinę I rzekł: 
—  Ujdzie. 
Zgodziliśmy się bez zastrzeżeń. Po pedantycznym Ostrożelsklm, który nieustannie dyktował ) wymagał 
wykuwania na pamięć, dziś lekcja polskiego była bardzo przyjemna. 
Po naradzie nowego polonistę nazwaliśmy Albinem. 
Nie byle Jaki nos, łysa głowa, czerwone wszystko I ten jego tubalny głos. Więc został Albinem. Następna lekcja 
po kobrze była o Prusle

f

 

Polonista nie był nudziarzem I słuchaliśmy go z zainteresowaniem. Najtrudniejsze u Os- trożelsklego, analiza 
utworu literackiego, z nowym poszło gładko. 
— 

Zrobimy turniej — powiedział — kto najmądrzej czyta! A więc w szranki! 

Z kwiecistą chustą w ręku zadawał pytania I mrużył chytrze oczy. 
lll

background image

 
Na pierwszy ogień poszedł Włodzio. Albin wyprowadzał go ze słodką miną na manowce, żeby za chwilę 
zakrzyknąć: 
—  Mam cię, bratku! 
Ale Włodzio nie dawał się. 
— 

Kalosz jest swego rodzaju symbolem — mówił z powagą — albo kamizelka... 

—  Fajny turniej—uznaliśmy, podnieceni walką. 
Profesor odkrył wkrótce, że nazywamy go 
Albinem. Zastanawiał się I zaczął wywodzić, na czym polega trafność przezwiska, 
— 

Na przykład Albin, Jeżeli chodzi o pana profesora — zauważył niewinnie Piegowaty. 

Gruchnął śmiech. 
Albin wskazał na drzwi i szepnął: 
—  Ciszej, ktoś na korytarzu! 
— 

Równy chłop — ocena Antczaka odpowiadała wszystkim. Polubiliśmy Albina. Kiedyś, zimą chyba, Tolek 

opowiadał na polskim jakiś kawał Włodzlowl. Głośno. Rycząc ze śmiechu. Przeszkadzali Albinowi. 
— 

Jeżeli dobry dowcip — prosił polonista — to mówcie sobie, tylko ciszej. 

Ale Tolek dalej darł gębę. Albin Już kilka razy wycierał czoło kraciastą chusteczką. Wreszcie skierował się do 
drzwi. 
—  Gadajcie — bąknął. — Do widzenia. 
Zatrzymaliśmy go. A Piegowaty nachylił się 
nad Tolklem i powiedział śpiewnie: 
■— Wysuwaj, szybko! 
Piegowaty nie patyczkował się. Ponadto Już od roku trenował boks w „Przyszłości". Tolek wyszedł z klasy. 
Lubiliśmy Albina. 

—  Stary — mówił Kapucha — a zna się na naszych sprawach. 
Miał rację. Albin znał się na haszych sprawach. Najlepszym tego dowodem może być sprawa Piegowatego. 

Piegowaty od wielu miesięcy kochał się skrycie w Zosi, często przyglądał się jej z zachwytem I wzdychał. 
Podśmiewaliśmy się z niego. 

Albin podszedł do Piegowatego na dużej pauzie. 
—  Romantyku — zaczął — samym wzdychaniem nic nie wskórasz. 
Piegowaty chciał umknąć, lecz Albin przytrzymał go za rękaw. 
—  Najlepiej umów się z nią na randkę — poradził. 
Piegowaty przez tydzień chodził uroczysty, skupiony, spodnie wyprasowane I włosy błyszczały brylantyną. 

W niedzielę wybrał się z Zosią do kina. Następnego dnia rankiem w klasie zawrzało. Piegowaty zdradził nasze 
uroczysko przy Chacie Rybaka. Widziano go tam wieczorem z dziewczyną. 

Nasze uroczysko to były ruiny Chaty Rybaka na wysuniętym w staw cyplu, mieliśmy tam szałas ukryty w 

trzcinach, chodziliśmy na wagary 1 paliliśmy fajki. Klub Dwunastu zaprzysiągł nie zdradzić ustronia nikomu. 
Nawet Jureczek, przewodniczący samorządu, kiedy omawiano na lekcji wychowawczej podejrzane nieobecności 
w VI b, mówił coś zawile 1 czerwienił się, ale tajemnicy dochował.

background image

 
 

H*jj 
 
 
Zdradził nas Piegowaty, który wydawał się najpewniejszy. Patrzyliśmy na niego z pogardą. Ale on miał 
zadowoloną minę. 
Do klasy wszedł polonista. Powstaliśmy sprężyście. Albin był wyraźnie zdziwiony. Zawsze przecież 
wstawaliśmy niedbale, do połowy schyleni nad ławkami. Mirkiewicz zaczął czytać wypracowanie. Dyskusja szła 
niemrawo. Oczy mieliśmy nieobecne J nasze odpowiedzi swoją niedorzecznością wyprowadziły z równowagi 
nauczyciela. Wreszcie dzwonek. Otoczyliśmy Albina. Sprawę referował Jureczek. Ostrożnie wyjaśnił, że mamy 
„takie swoje miejsce", które w haniebny sposób odkrył niepowołanej osobie Waldek, czyli Piegowaty. 

—  Dlaczego to zrobił? — zastanowił się Albin, marszcząc czoło. Naraz uśmiechnął się szelmowsko, ale 

nic nam nie powiedział. 

Zwołaliśmy zebranie Klubu Dwunastu z Albinem jako obserwatorem. Pracownia fizyczna była wolna i tam 

się zebraliśmy. 

Piegowaty zadziwił wszystkich złą wolą. Nic nie miał na swoją obronę. 
—  A w ogóle co takiego się stało — powiedział cynicznie. — Nie rozumiem? 
Zaciskaliśmy pięści. Panowała napięta atmosfera. Sytuację rozładował Albin. 
—  Zosia — powtórzył kilkakrotnie, kiwając głową. 
Piegowaty poruszył się niespokojnie i poczerwieniał. 
—  Pod płaczącą wierzbą miłość wyznawał — zachichotał Kapucha. — Chciał zaimponować! 
—  Babski lizus! — wykrzykiwaliśmy z oburzeniem. 
Albin zapalił papierosa. Kraciastą chustką wytarł czoło. 
—  Romantyczna afera — mruknął. — W tym Jest okoliczność łagodząca... — Spojrzał surowo na 

Piegowatego. — Ale nie dochowałeś tajemnicy I to jest twoja wina. 

Przytaknęliśmy gorliwie. Piegowaty, coraz bardziej zmieszany, unikał naszych szyderczych spojrzeń. 
—  Jednak przestępca wyraźnie wykazuje skruchę — odezwał się znów Albin. — Wzdychał do dziewczyny 

tyle czasu I wreszcie ta pierwsza randka... Może zazdrościcie? 

Pytanie było niepokojące. Ta Zosia bardzo ładna. Wesoła. Fajna. 
—  Rzęsy jak muślin — cieszył się z dobrego porównania klasowy poeta Jacek. 
—  Kobity, kobity — westchnął Kapucha. 
Na koniec Piegowaty wyraził pełną skruchę 

wobec Klubu Dwunastu. Zrozumiał swoją winę. Wybaczyliśmy mu i właściwie złość już nam odeszła. Ta jego 
słabość do Zosi przecież... 

W kilka dni po zdradzie Piegowatego nastąpiła afera z matematykiem. Powodem była nuda przepełniająca 

po brzegi lekcje starego Pitagorasa. Od dzwonka w klasie zaczęły szybować papierowe gołębie. Kpiły one w 
sposób wyzywający z zajmujących już prawie całą tablicę wyliczeń. Pitagoras zebrał ze stołu swoje papiery I 
wyszedł. Podobno do pauzy przesiedział w szatni. Tak twierdził woźny, pan Walczak. 
MMS

background image

 

Albin nazwał nas nicponiami. Zezłościł się porządnie. Walił pięścią w stół. Szybkim krokiem przemierzał 

klasę. Zaczął mówić o uświadomione] konieczności — było nią to twierdzenie z geometrii; o rozgoryczonym, 
smutnym człowieku — był nim Pitagoras. 

—  Z koniecznością zalewa — uznał Kapucha. — Ale matematyka żal. 
Wyprowadzać twierdzenie nauczyliśmy się wszyscy 1 Pitagoras rozpogodził się. 
Wiosna zaczęła się na dobre. Topole na boisku wystroiły się w liściaste fryzury, | słortce jasnymi smugami 

rozweselało ściany naszej klasy. W klasie ciężko było wytrzymać i na pauzach zbieraliśmy się pod topolami. 
Albin też przychodził tam i wszyscy narzekaliśmy na szkolną nudę. 

—  Ba! — powiadał Albin. — Zawsze z czegoś trzeba zrezygnować. Oto prawo wyboru, mol drodzy. 

Rezygnujecie ze szkoły, wyrastacie na matołów. Taka to kombinacja — wzdychał 1 dodawał jeszcze, że 
człowiek ciągle musi walczyć ze sobą. 

Pan Walczak wychodził na boisko i machał mosiężnym dzwonkiem, wzywając nas do powrotu na lekcje. 

Szliśmy ociężale. 

Ta najważniejsza sprawa zaczęła się od tego, że Albin zjawił się w szkole w zwyczajnych, długich 

spodniach. Zwykle chodził w pumpach. Dlatego tci w tych niecodziennych spodniach stracił coś z prawdziwego 
Albina. 
nr

background image

 

Poprzedniego dnia graliśmy mecz w piłkę nożną z VI a. Antagonizm z VI a był zadawniony. Przedtem 

wygrywali z nami, bo mieli w swoim składzie braci Wiącków, niezastąpionych w obronie. Od nowego roku 
Wlącki przenieśli się do inne] szkoły, 'powstała więc możliwość rewanżu. Na boisko poszliśmy całą klasą. 

— Co będzie z Konopnicką? — zauważył po drodze prymus, Ramolem zwany. 
Na jutro zadana była analiza „Naszej szkapy'• 
— A tam, z Konopnicką! — splunął Kapucha. VI a mecz przegrała. Zaraz na początku doskonały strzał. 

Bramkarz rzucił się akurat w przeciwną stronę. Strzelił Piegowaty. Zmieniliśmy o nim zdanie. Grał doskonale. 
Drużyna przeciwników z opuszczonymi głowami schodziła z boiska. Dziewczęta oklaskiwały zwycięzców. 
Zosia podeszła do Piegowatego. Uśmiechaliśmy się do nich życzliwie. 

—  Z Albinem załatwi się jakoś — doszedł do wniosku Jureczek, przewodniczący klasowego samorządu. 
Dziś polski po dużej pauzie. Ze zdziwieniem spoglądaliśmy na długie spodnie Albina. W imieniu 

wszystkich przemówi Jureczek. 

—  Trzy do dwóch dla nas, panie profesorze, i dlatego... — Rozłożył ręce. Miało to znaczyć, że z 

Konopnicką kiepsko. 
Ledwo to powiedział, drzwi otworzyły się szeroko. Wizytator. 
Położył na stole wypchaną teczkę. Albin wyciągnął chusteczkę, długo wycierał czoło. 

Wizytator był mały, chudziutki. Oglądał ścienną gazetkę. Odwrócił się i grubym głosem powiedział: 

—  Proszę, proszę, kolego, prowadźcie lekcję. Piegowaty zwarł pięści. Gdzieś skrzypnęła 
podłoga. Nie patrzyliśmy na Albina. Siedział wyprężony i przerzucał kartki dziennika. Wizytator chrząknął z 
niecierpliwością. 

—  Może pomóc? — zapytał uprzejmie. — Konopnicka, tak?

background image

 
Zaczął zadawać pytania. Precyzyjnie rozwijał metodyczny plan lekcji. Cisza. Wywoływał z listy. Mirkiewicz, 
Kapucha, Kopycińskl. Nic. Kompletnie nic nie wiedzieli. Żeby chociaż zapytał Ramola czy Włodzia. Wizytator 
twarz miał nieprzeniknioną, głos równy, monotonny. Równocześnie z dzwonkiem zapiął teczkę. 
— 

No tak... — powiedział przeciągając słowa. 

Wyszedł wraz z Albinem. 
Siedzieliśmy w milczeniu. Z hallu dochodził śpiew, wrzaski. Pan Walczak otworzył drzwi i powiódł po nas 
zdumionym spojrzeniem. Drzwi zamknął z niezwykłą ostrożnością. 
Następna lekcja polskiego wypadła w piątek, irenka podlała asparagusy. Dyżurny wytarł tablicę. 
Albin wszedł szybko i od razu usiadł za stołem. W ręku trzymał brulion. Był znów w pumpach. Nałożył okulary 
i zaczął dyktować. 
—  Notujcie — mruknął. 
Ze środkowego rzędu wstała Zosia. Zaraz za nią Jureczek. 
— 

Panie profesorze... — zaczęła Zosia. — Przez ten głupi mecz... 

— 

Nasza wina — dodał Jureczek. Zaczerpnął powietrze i chciał mówić dalej. 

Albin poruszył ciężko ręką. 
—  Siadać — rzekł tubalnie. — W porządku. 
Zdjął okulary. Już wykładał bez pomocy notatek. Zapisywaliśmy gorliwie. _ 
— 

Nie udało się — stwierdził po lekcji Kapucha — wyłączył Jureczka. 

Ukryci za topolami, paliliśmy papierosa. Przechodził z ręki do ręki, krztusiliśmy się dymem. 
Piegowatemu pozostał parzący palce niedopałek. Wdeptał go w ziemię. 
— 

Już wiem! — powiedział. — Weźmiemy Albina do Chaty Rybaka. 

— 

Tam się lepiej gada — dodał i spojrzał na nas niepewnie. 

—  Racja — przerwał ciszę Kapucha. 
Przymrużył chytrze oko i trzepnął Piegowatego w plecy. 
Czekaliśmy na Albina po lekcjach. Przy bramie zastąpiliśmy mu drogę. Popatrzył na nas obojętnie. 
— 

Tylko na chwileczkę — wybąkał Włodzio. — Ale nie tutaj. 

—  Prowadźcie — zgodził się Albin. 
Poszliśmy wąską ścieżynką wzdłuż największej

background image

 
glinianki, zwane] Oceanem. Prowadził Piegowaty. 
—  Uwaga, błoto! — ostrzegał gorliwie. 
—  Trudna droga — zauważył Albin. 
Wreszcie znaleźliśmy się w naszym miejscu. 
Na cegłach rozłożyliśmy gazetę. Albin usiadł. 
— 

Wygnieciona trawa — mruknął — często tu bywacie? 

Siedzieliśmy w kotlince wśród trzcin. Gruz/ Chaty Rybaka osłaniały to miejsce. 
— 

Zaczynaj — szepnął Kapucha I szturchnął Jureczka. 

Albin obrzucił nas nieco kpiącym spojrzeniem. Zmieszaliśmy się. Albin spojrzał na groblę. Stamtąd chłopcy 
rzucali „kaczki". 
—  Fajnie rzucają — stwierdził Albin. 
Wszyscy patrzyliśmy na miękko sunące po wodzie kamienie. Jureczek wyciągnął papieros/ specjalnie 
przygotowane na tę rozmowę. 
—  Amerykany — cmoknął Albin. 
Zmrużył wesoło oczy. Głęboko zaciągnął się 
wonnym dymem. 
— 

Ten Waldek, czyli Piegowaty — powiedział tubalnie — miał rację... W takim miejscu... 

Uśmiechnął się po swojemu Jak na tej pierwszej lekcji o kobrze. 
Odetchnęliśmy z ulgą.

background image

 
Było upalne, letnie południe. Piegowaty, co mieszkał na Budach, Filip i ten trzeci, przezywany Syfonem, 
siedzieli pod akacją. Leniwie spoglądali na największą tutaj gliniankę, Ocean. Na wodzie przy grobli coś 
plusnęło I zaraz pokazały się kręgi, małe, coraz większe. 
—  Pewnie jakaś ryba — mruknął Piegowaty. 
— 

Mój stary mówi, że tu buszuje taki karp cwaniak — powiedział Syfon. — I nikt nie może go złapać. 

— 

Podobno wielki jak cielak — dodał Piegowaty. 

Pomyśleli o tym karpiu. Widzieli go nawet oczyma wyobraźni. Sunie wolno w zielonej toni, zanurza się w szlam 
na dnie i tak tkwi tam — ogromny, nieruchomy. 
— 

Karp mędrzec — odezwał się Filip — zna doskonale rybaków I Ich sposoby. Może nawet bawi się z nimi 

w ciuciubabkę. 
— 

No — przytaknął Piegowaty — żyje sobie w tym stawie z siedemdziesiąt lat... 

Przed nimi na grobli dzielącej staw na dwie części sylwetka mężczyzny. Zarzuca wędkę. 
—  Chyba mój stary — rzekł Syfon. 
Patrzyli tam, a cień akacji był tak skąpy, że 
I tutaj prażyć zaczęło słońce. 
— 

Warto by pójść do Dzladźkl — odezwał się znów Piegowaty. 

Ożywili się. Woźny Walczak z ich szkoły, zwany Dziadźką, kościsty starzec z białymi, obwisłymi wąsami, 
opowiadał czasem przedziwne i tajemnicze historie. 
—  Idziemy — uznali zgodnie. 

Kupili więc po drodze paczkę mocnych, bo Dziadźka tylko takie palił, i poszli do szkoły. 
Woźny siedział na schodkach, drobił chleb i rzucał gołębiom, które zachłannym stadem zebrały się wokół 

niego. 

—  Co, za szkołą tęsknicie? — przywitał ich przyjaźnie. — Przydługie wakacje? 
Usiedli obok niego. Dziadźka miał wyblakły tatuaż na dłoni, przedstawiający węża owiniętego wokół 

sztyletu. Wpatrywali się z upodobaniem w ten tatuaż. Wiedzieli, że jest to pamiątka starego z czasów jego 
służby w marynarce wojennej. Syfon nawet chciał wykłuć sobie podobny, ale Piegowaty odradził mu stanowczo. 

—  Takie rzeczy .— powiedział wtedy — robi się tylko w wojsku albo w więzieniu. Inaczej nie wypada. — 

I teraz Syfon zachłannie wpatrywał się w wyschniętą dłoń starego. 

—  Szybę wybili — zagderał Dziadźka. Wskazał okno pierwszego piętra. Obłudnie zatroskali się. Pogroził 

im koślawym palcem. 

—  A może to wy, ancymonkl? 
Piegowaty wręczył mu mocne. W oczach 

starego błysnęła chciwość palacza. Od razu zapalił; głęboko zaciągał się dymem i kaszlał. 

—  Upał cholerny — powiedział podstępnie Syfon. — Ruszać się nie chce i tylko pogadać można, 

posłuchać czegoś fajnego. 

Dziadźka rozsiadł się wygodniej. Rzucił ostatek chleba gołębiom. Czekali niecferpliwie. Niemało ten 

Dziadźka przecież w życiu słyszał i widział.

background image

 

—  A o tych fortach znacit? — zapytał wreszcie stary. 
Nie znali. 
—  Co ja tam będę gadał — zaczął Dziadźka. — Poniektórzy śmieją się z tego, a ja wiem swoje... Byłem 

tam, szukałem. Tylko Licho przepędziło I uciekłem. To Licho nie popuści, takie zawzięte, psiamać! To są ruskie 
forty, znaczy się za cara jeszcze pobudowali. Tam w pierwszą wojnę rabusie groźni swoją kryjówkę mieli, 
bardzo groźni, z giwerów strzelali, domy palili I wszelki dobytek ludziom zabierali... Jak to temu młynarzowi 
Krąpielowi tyle pieniędzy zabrali 1 jeszcze: dawaj wsio! — mówią. Młynarz zaklina się, klęka. Oni ściany 
opukują, wybijają cegłę w jednym miejscu, a tam cała skrzynka złotych rubli, pierścieni, sygnetów. Narabo- wali 
się oni jak mało kto. A Ich herszt, Słodyczko się nazywał, okrutny był i przebiegły. Pamiętam zbója doskonale: 
zwalisty, z czerwoną brodą i oczy takie miał — straszne. Znakiem tego na fortach w lochu kryjówkę swoją mieli 
I zrabowane bogactwo gromadzili. Ale jak to zwykle między ludźmi się dzieje, każdy chciał sam wszystko 
zagarnąć, a najbardziej ten Ich herszt Słodyczko. I razu pewnego przeniósł to złoto do innego schowka. W nocy 
wrócili do lochu z rozboju, siedzą, wino piją, aż spraw* dzić chcieli, ile wszystkiego mają, zaglądają, a tam nic, 
pucha! A Słodyczko za nóż chwyta. Bandziory do niego. Dawaj! — krzyczą — do wspólnego podziału to 
przeznaczone! Śmieje się herszt złowrogo i głową kręci. Oczy takie 
IM 
miał podobno, samymi oczami potrafił zniewalać. Ale tym razem mu się nie udało, oni, cl jego wspólnicy, też 
takie Jak on charaktery zatwardziałe mieli. I też chwycili za noże. Walka krwawa tam w lochach nastąpiła. Nie 
dawał

background image

 
 
tlę Słodyczko, dwóch zaszlachtował na śmierć, ale siła Ich na niego była przeważająca. I od razu mu oczy 
chustką zawiązali, żeby Ich tymi swo» Iml ślepiami nie porażał. A Jak Już tych ślepiów nie widzieli, to od razu 
stall się pewniejsi. Taką moc miał w tych ślepiach. Związali go, męczyli okrutnie, ogniem przypiekali. Ale pary 
z ust Jednak Słodyczko nie puścił. I zabili go rabusie. Potem policja bandę wyłapała. Ale nikt tego złota nie 
znalazł. Wielu szukało. Bo straszy tam w lochach Licho I śmiałków przepędza. Mówią, źe sam Słodyczko się 
pokazuje, znacz/ tego bogactwa ogromnego pilnuje. Też tam poszedłem, ale nie dałem rady. Przepędził mnie I 
głos taki okropny ma, że mało serce ml nie pękło,., — Dziadźka zapalił następnego mocnego. Z lubością 
zaciągał się gryzącym, smrodliwym dymem. 

—  Prawda to? — zapytał nieufnie Syfon, 
—  A co ma nie byćl — obruszył się Dziadźka. — Niby z palca wyssałem? 
Chłopcy popatrzyli na deble z napięciem. 
—  Ten Słodyczko — zamyślił się Plogowa- ty — musiał tam cchować tego złota! 
—  Bogactwo tam na całą Polskę — przytaknął Dziadźka. —» Niemcy szukali, różni szukali,,. A nie dali 

rady znaleźć. 

Filip przymknął oczy. Zobaczył te stare, carskie forty. Wielkie usypisko porośnięte trawą. Czarnymi 

otworami znaczą się na zielonym tle wejścia do lochów. 

—  I nawet,,, — tajemniczy szept Dzladźkl — to miejsce sobie przypominam. Tym wejściem 


ostatnim przy fosie trzeba... potem lochem do końca, dalej pieczara I korytarzyk wąziutki.,. I tam skarb... 
Skrzynie żelazne, garnce pękate... 
Piegowaty zmarszczył czoło. Podejmował decyzję, 
Obejrzał się za siebie, tam gdzie wiła się wąska ścieżynka wśród zarośli. Carskie forty tak blisko stąd. Nie 
będzie więcej jak kilometr drogi. 
—  Trzeba będzie się tym zająć — powiedział. 
Syfon I Filip pokiwali zgodnie głowami. 
—  I Zosia z nami pójdzie — rzekł Piegowaty, 
— 

Dziewczyna — skrzywił się Syfon. — A po co ona nam potrzebna? 

—  Niech się popatrzy — odparł Piegowaty i uśmiechnął się chełpliwie. 
Filip poczerwieniał. Zosia podobała mu się najbardziej ze wszystkich znajomych dziewczyn, 
Blask księżyca wpadł do pokoju i Filip ciągle jeszcze nie mógł zasnąć. Noc była niespokojna. Gałęzie drzew 
ocierały się o ścianę domu, wydając tajemniczy, lekki chrobot. Filip uporczywie wracał do tamtych, odległych 
czasów, kiedy to po okolicy hasał Słodyczko ze swoimi zbirami. Mogła być noc taka jak dzisiaj. Mieszała mu się 
teraźniejszość z przeszłotclą. Otaczają willę doktora w parku. W tej willi mieszka Zosia, najładniejsza 
dziewczyna w miasteczku. Z Jej powodu stoczył Piegowaty długi, zażarty pojedynek z Cyganem. Piegowaty 
pokonał Cygana. 
— Lopszy jesteś — powiedział Cygan. 
il

background image

 
 

Podniósł się z ziemi, otarł krwawiący nos 1 unikając spojrzeń chłopców, odszedł utykając w trzciny 

zarastające brzeg glinianki. 

Piegowaty od niedawna spotykał się z Zośką Mieli umówiony sygnał. Piegowaty podchodził o zmroku pod 

willę doktora I gwizdał trzy razy po gołęblarsku na palcach. W oknie ukazywała się głowa Zosi. Po chwili 
skrzyp otwieranych 
drzwi. Szli razem parkową alejką. Widział Ich Filip, Jak całowali się przy tym ogromnym, 
0  spękanej korze tulipanowcu. 
I znów wyobraźnia przywoływała Słodyczkę 
1  Jego kompanów. 
Otaczają willę doktora. Zgrzyt wyłamywanych drzwi I z dzikim wrzaskiem wdzierają się do wnętrza. Przerażone 
twarze rodziców Zosi. Słodyczko przystawia rewolwer do piersi ojca Zosi. 
—  Pieniądze) — ryczy. 
Jego spojrzenie pada na Zosię. Krzywi twarz. Wstrętny, łakomy uśmiech. I ciągle trzymając pistolet wymierzony 
w pierś jej ojca, chwyta dziewczynę za włosy. 
— 

Też Ją zabiorę I — śmieje się wstrętnie. Dalej wyobraźnia wprowadzała w tę księżycową, letnią noc 

właśnie Filipa Jako bohatera. Samotny, nieustraszony, pokonuje w zapierającym dech pojedynku na noże 
Słodyczkę. Jego kompani pierzchają strachllwle. Filip pozostaje Jako zwycięzca I widzi utkwione w siebie, 
pełne zachwytu spojrzenie Zosi. 
Poruszył się gwałtownie na łóżku. 
—  Bzdury — powiedział gniewnie. Zapalił lampkę, która to godzina? Był zły 
na siebie za tę baśniową grę wyobraźni. Zosia przecież woli Piegowatego. Piegowaty przewodzi wszystkim 
chłopcom z tej strony torów I nikt nie dorówna mu w odwadze. Na niego tylko patrzy Zosia. Filip nie liczy się 
dla niej wcale. 
Więc Już tylko rozmyślał o tajemniczych ka- 
lti

background image

 
Izamatach starego fortu I po raz któryś przyrzekał sobie, że niczego się nie przestraszy. 

Piegowaty ostrożnie przemykał się wśród gratów zawalających szopę, w której jego ojciec miał warsztat 

stolarski. Na stole z narzędziami znalazł odpowiedni przedmiot. Był to młotek z długim trzonkiem. Zamachnął 
się parę razy na próbę. Gężki i dobrze siedział w dłoni. 

''-'/szedł na podwórze. Trochę speszyło go podejrzliwe spojrzenie babki. Rozwieszała na płocie wypraną 

bieliznę. Popatrzyła na niego i coś zamamrotała. Młotek schował za pazuchę. Skierował się na śmietnisko przy 
opuszczonej cegłefni. Tam mieli wyznaczone spotkanie. Po drodze mijając toczący się ciężko beczkowóz 
krzyknął według zwyczaju: — Złoto! Złoto! — Złodarz zanurzył kubełek na tyce w chla- począcej świństwem 
beczce i zawołał: — Chodź, to dę trochę pomaluję! — Krzywonogi i zarośnięty wyglądał jak małpa. 

Ich stałe miejsce to była niewielka kotlinka wśród hałd żużlu i rozmaitego śmiecia. Zbudowali tam szałas z 

dykty i papy. Wkrótce przybył Syfon z Filipem. Też był! uzbrojeni. Filip z góralską dupagą nabijaną blaszkami. 
A Syfon pomachiwał starym parasolem, odartym z materiału. Na koniec przybiegła Zosta. Była zadyszana. 

— Dlaczego się spóźniłaś? — Piegowaty spojrzał na nią surowo. 
—  Mama kazała mi ćwiczyć na pianinie — odparła Zosia — ...Dopiero kiedy wyszła. Rozumiesz?... 
Piegowaty kiwnął głową. Zosia patrzyła na niego z pełnym oddania uśmiechem. Bardzo ładnie wyglądała w 

niebieskiej sukience ozdobionej bursztynowym naszyjnikiem. 

— 

Wystroiła się — mruknął zjadliwie Syfon. 

Uśmiech Zosi podziałał na Piegowatego. Też 

się do niej uśmiechnął. Zaraz jednak uśmiech znikł bez śladu. Znowu twarz miał skupioną i popatrzył twardo na 
chłopców. 

— 

Idziemy. 

Filip poruszył się niespokojnie. 
— 

Wczoraj rozmawiałem z jednym od Cygana — ściszył głos. — Im też Dziadźka opowiadał i poszli 

tam... Ale w podziemiach coś ich przegnało. Sam Cygan trząsł się jak galareta... — coś jeszcze chciał mówić. 
Ale Piegowaty przerwał mu niecierpliwie: 

— 

Może pękasz? — splunął. — Może obleciał dę strach? 

Zosia aż pisnęła z emocji. 
filip zaprzeczył gwałtownie. 

— 

Nie dla nas te strachy — rzekł Syfon. 

I poszli. Przemykali się zaułkami. Przy drewnianym domu zwanym Pekinem zobaczyli milicjanta. Czego tam 
szukał? W Pekinie mieszkał Cygan, który wraz z ojcem zajmował się kradzieżą węgla z pociągów. Ale nie czas 
był na zastanawianie się nad tym. Zaraz za Pekinem rozpościerały się pola tutejszych ogrodników. Filip 
przypomniał sobie, jak kiedyś

background image

 
Inocą zakradli się do inspektów na pomidory. |Bał się wtedy okropnie. A Piegowaty tylko się śmiał. Dziś nie 
może okazać strachu. W żaden sposób. Szli ścieżką między zagonami cebuli. Żwirową drogą jechał wóz hycla. 
Psi jazgot niósł się z tego wozu. 

—  Podobno smalec z psów wytapia — ode- zwał się Syfon. 
Patrzył za oddalającym się wozem. Myślał 

0  swoim ulubieńcu, kundlu Pikusiu, którego stracił niedawno. Dwa razy wykupywał go od hycla. 

Przed nimi wynurzyły się stare, carskie forty. Zielony masyw z resztkami czerwonych murów. Otwory 

strzelnic. 

Przyśpieszyli kroku. Twarze mieli skupione i zacięte. Pierwsza przeszkoda to fosa z wodą. Syfon zbadał 

parasolem głębokość. 
— 

Można — uznał. Zosia stanęła jak wryta. 

— 

A co ze mną? — zapytała. Piegowaty w milczeniu chwycił ją na ręce 

1  pierwszy wszedł w ciepłą, błotnistą wodę. Zosia obejmowała go za szyję. Filip starał się nie patrzeć na nią. 
Obaj z Syfonem ruszyli za Piegowatym. Czuli się trochę niepewnie, ponieważ w tej fosie znajdowały się raki. 
Jak złapie szczypcami... 

Wspinali się na zbocze. Po drugiej stronie prostokątnego dziedzińca, otoczonego poszczerbionym ceglastym 

murem, trzy czarne otwory. Wejścia do lochów właśnie. Ostatni otwór przy fosie to dla nich początek 
podziemnej 
IM 
drogi. Piegowaty rozejrzał się dookoła. Pusto tutaj, cicho I dziwnie. Tylko na przeciwległym zboczu pasła się 
samotna koza. 
Zbiegli na dół. I już to wejście. Niewielkie, zarośnięte trawą i łopianami. 
—  Tędy — odezwał się Piegowaty. 
— 

Tędy — powtórzył i umilkł jakby czymś zakłopotany. Z otworu ziało martwą, posępną ciemnością. 

—  Boję się — szepnęła Zosia. 
Zajrzała tam niepewnie i zaraz cofnęła głowę.

background image

 
| — Takie podziemia mogą ciągnąć się kilometrami... jak labirynt... — głos miała skupiony I nie było już 
wesołych iskierek w jej oczach. Filip pogrążył się w wyraziście przypomnianej z „Faraona" podziemnej 
wędrówce egipskiego kapłana. Syfon zamachnął się parasolem I ściął wybujałą pokrzywę. Dodawał sobie 
animuszu. Ale w otwór starał się nie patrzeć. Piegowaty przygotował latarkę. 
— Strachy — odezwał się naraz gniewnie. — Bajka dla naiwniaków i tyle! — Uśmiechnął się dziarsko do Zosi. 
Potem odwrócił się do nich tyłem i przeżegnał ukradkiem. 
Jak na przywódcę przystało, pierwszy wsunął się do otworu. Zosia pomachała mu ręką. Za Piegowatym ruszył 
Syfon. Ostatni był Filip. I ostatni obraz, z którym wszedł w ciemność — to była Zosia. Patrzyła na nich 
wielkimi, błyszczącymi oczyma. Usiadła na trawie i jej jasne ' włosy rozsypały się na ramionach. 

Już w ciemności Filip przeżegnał się. Ogarnął ich zapach zgnilizny. Wilgotny chłód przenikał za ubranie. 

Grunt był śliski, gliniasty. Piegowaty zapalił latarkę. Światło pokazało drogę. Cegły, kałuże, zbutwiałe deski. 
Ostrożnie posuwali się naprzód. Loch zwęził się znacznie i obniżył. Pochylili głowy. Z góry kapała woda. 
Spadała za kołnierze. Dygotali z zimna. Plusk spadających kropel brzmiał jak huk w ponure) ciszy i ciemności. 
Półkolisty zakręt. Głęboka wnęka w ścianie. Piegowaty wsunął tam rękę. Zaraz cofnął ją z obrzydzeniem. Dłoń 
umazana w cuchnącej mazi. Najgorsza była ta grobowa 
cisza, która panowała tutaj. Zielone forty, pogodny ranek... Tak nieprawdziwe teraz I dalekie. Nic, tylko czarny 
loch. 

—  Piegus... — wyszeptał Syfon. 
—  Co? 
—  Cholernie tutaj... 
Piegowaty nic nie odpowiedział. Zaraz rozległ się trzask jakiś, grzechotanie. Zatrzymali się jak wryci. Filip 

już spodziewał się najgorszego. Po chwili Piegowaty puścił snop światła przed siebie. Stos desek zagradzał 
przejście. Stare i zgniłe, rozstępowały się pod stopami Jak glina. Inne, mniej strawione czasem, trzeszczały 
sucho. Pokonali tę przeszkodę. Ale za nią następna. Błotniste bajoro. Piegowaty zapadł się po kolana. Wydał 
okrzyk przestrachu. Syfon z Filipem chwycili go za ręce l wydostał się z błota. 

—  Jak na razie nie jest tak źle — Piegowaty spróbował uśmiechnąć się, ale uśmiech był nikły, a głos nie 

taki znów dziarski. 

Filip zapragnął, żeby ten loch skończył się wreszcie. Jeszcze tylko pieczara, potem wąski korytarz l koniec. 

Tak się pocieszał. 

I ruszyli znowu. Syfon ociągał się wyraźnie. Kulał, pozostał w tyle. A z tyłu jego mamrotanie: 
—  Jak taki Cygan nawet zwiał... 

— 

Zamknij dziób! — syknął Piegowaty. Korytarz rozszerzył się teraz. 

— 

Dochodzimy do pieczary — ucieszył się Filip. Urwał naraz I ścisnął Piegowatego za ramię.

background image

 

Z głębi lochu dobiegł jakiś dźwięk, ostry, przenikliwy. Dźwięk powtórzył się. 
—  Co to! — wykrztusił Syfon. 
Filip ciągle ściskał Piegowatego za ramię. Czuł, jak drży ciało tamtego. Coraz mocniej. Dygot jak rytm. Ta 

drżączka udzieliła się również jemu. I znów zabrzmiał ten głos z głębi lochu. Straszny tym razem. Wycie, 
charkot... Brzmiało to jak ostrzeżenie, nakaz odwrotu. 

—  Słodyczko! — jęknął Syfon. 
I nie wytrzymał już dłużej. Uciekł. Piegowaty też cofnął się. Filip puścił jego ramię. Wyrwał latarkę z ręki 

Piegowatego. Patrzył z napięciem w ciemność. Tam w głębi dostrzegł punkciki zielone i gorejące. 
— 

Oczy Słodyczki — posłyszał z tyłu. Zdławiony szept Piegowatego. 

Pot wystąpił mu na czoło. 
—  Muszę, muszę... — powtarzał. Widział już tego herszta Słodyczkę, jak krzywiąc okrutnie gębę zbliża 

się do niego, a ręce ma unurzane we krwi. 
jak lunatyk postąpił krok do przodu. Jeszcze krok. To uparte — muszę — na przekór przerażeniu powodowało 
jego krokami. I zapalił latarkę. Światło odsłoniło przestrzeń przed | nim. Tam, w kącie!! Tam, w kącie... Tam! 
Filip wybuchnął śmiechem. Śmiech był to niepohamowany i grzmotem wypełnił podziemia. Tam w kącie — 
kot. Zwyczajny, skulony ze strachu kot. 
—  Kot! — zawołał Filip. 
Piegowaty, który przez ten czas cofnął ||

background image

 
o kilka kroków, przybiegł do niego. Patrzyli tam, w kąt. Kot wlepił w nich swoje fosforyzujące ślepia. 
Piegowaty odetchnął głęboko. A dalej już nie było żadnej drogi. Podziemny korytarz kończył się ślepą ścianą, 
Obejrzeli tę ścianę dokładnie. Ociekające wodą kamienne płyty. Żadnej szczeliny, śladu przejścia czy schowka, 
nic. 
—  Oszukał nas Dziadźka — powiedział Filip. 
Zawrócili do wyjścia. Szli już pewnie, bez 
śladu niepokoju czy napięcia. Coś jeszcze zaszeleściło. To uciekał kot. 
A Piegowaty pochrząkiwał dziwnie jakoś. Domyślał się Filip przyczyny tego chrząknięcia. Uśmiechnął się 
nawet. Na pewno Piegowaty myślał o tych kilku krokach, które zrobił do tyłu. Tymczasem on, Filip... Znowu 
uśmiechnął się radośnie. Mógł sobie na to pozwolić. Ciemność ukrywała te uśmiechy. Więc wracali milcząc. 
Oślepiło ich słoneczne światło. Piękny, letni dzień. 
Zosia podbiegła do nich. Syfon trzymał się nieco w tyle i był bardzo zmieszany. 
—  Co tam było?! —zawołała Zosia. 
Patrzyła z zachwytem na Piegowatego. Filipa 
ominęła obojętnym spojrzeniem. Tym razem nie poczuł zazdrości. Czuł się lekko i swobodnie. 
—  Co tam było? — powtórzyła Zosia. 
—  Lepszy kozak... — zaczął ponuro Piegowaty, wskazując na Filipa. 
—  Razem doszliśmy do końca — przerwał mu szybko Filip. 
Piegowaty wytrzeszczył głupawo oczy. 
— 

... do samego końca — ciągnął Filip. — I nic tam nie było. Tylko kot! 

—  Kot — powtórzył Syfon. 
Zosia wybuchnęła wesołym śmiechem. A Piegowaty opuścił głowę. I tak już pozostał z nisko pochyloną głową. 
Jeszcze tego samego dnia pod wieczór wybrali się we trójkę do szkolnego woźnego, Dzladźki. Stary siedział jak 
zwykle na schodkach I karmił gołębie. Opowiedzieli wszystko. Nie zdziwił się zupełnie. Ale milczał. 
Dopiero kiedy poczęstowali go papierosem, to powiedział tak: 
— Kot, a może nie kot. Kto to wie? — I zmrużył chytrze oczy. — Zresztą cudze to było i z krzywdy ludzkiej 
bogactwo. Takie nie tuczy. 
I roześmiał się wesoło. Oni też się roześmieli.

background image

 

Obaj trzymali zwinięte w rulon*cenzury I obaj uderzali się nimi po udach. Mieszkali po drugiej stronie 

stawów, więc razem podążali groblą dzielącą gliniankę, zwaną Pokusą, od tej drugiej, która była Oceanem. Na 
brzegach panowała cisza. Tylko Jeden rybak siedział w kotlince I nęcił chlebem ryby w swoim oczku. Byli Już 
po drugiej stronie stawów. Piegowaty zwolnił kroku. Patrzył w stronę cypelka. Filip też tam spoglądał. 

— Można by na chwilę... — zaczął niepewnie Piegowaty. 
Filip przytaknął skwapliwie. 
Na cypelku znajdowały się ruiny Chaty Rybaka. Było to Ich stałe miejsce. Często zbierali się tam całą paką, 

kiedyś nawet, Jesienią, zaprosili swego polonistę Albina, który pochwalił uroki tego ustronia. 

Obaj ochoczo pobiegli pochyłą skarpą w stro- nę kępy drzew, gdzie widniały czerwone, rozpadające się 

mury dawnego domostwa rybaków. Rozsunęli żywopłot I znaleźli się w swoim miejscu. Widok z wzniesienia 
mieli na dwa stawy rozdzielone groblą. Usiedli na cegłach porośniętych trawą. Przed nimi na tamtym brzegu 
czerniał masyw Ich szkoły. Dwupiętrowy budynek ze spadzistym dachem. Nawet wydawało im się przez chwilę, 
że słyszą dźwięk dzwonka. Ale to nie był dzwonek. Zresztą dzwonek Już nie był ważny. Dziś bowiem nie było 
to tylko kolejne przejście do następnej klasy. W tym roku skończyli powszechnlaka. — Stara buda — 
powiedział Filip.

background image

 
Zza szkoły sterczał okopcony komin cegielni. ; __ Hycel — roześmiał się Piegowaty. — Pamiętasz? 
Obaj popatrzyli w tamtą stronę I przypomnieli sobie nocną wyprawę do zagrody hycla. . 
Pod nimi w dole, kilka metrów niżej, szumiały trzciny w zatoczce zwanej Zatoką Starego Suma, gdyż tutaj 
właśnie kilka lat temu rybacy wyciągnęli wielką rybę, budząc sensację w miasteczku. Dał się słyszeć plusk. 
Rzuciła się jakaś ryba. Rozeszły się kręgi. Piegowaty pochylił głowę i wpatrzył się w wodę. 
—  Pewnie karp — powiedział. 
Był dziwnie skupiony i poważny. Filip czuł się też inaczej niż zwykle. Ciągle coś mu się przypominało i nie 
wiedział, dlaczego nachodzą go takie uporczywe fale minionego. Drgająca lekko I błyszcząca światłem tafia 
stawu , wskrzeszała dawne, odległe już sprawy. Bo choćby przed chwilą znów powrócił do pełnej tajemniczego 
uroku wyprawy w lochy starego fortu. 

—  Co robisz z wakacjami? — odezwał się, I żeby przerwać milczenie. 
—  Bo Ja wiem — odparł Piegowaty — jesz- I cze nie myślałem. A ty? 
—  Jadę na obóz harcerski — powiedział I Filip. 
Znowu zamilkli na długo. Wiatr stał się nieco I silniejszy I trzciny szeleściły coraz głośniej. Su- I chy, 

sztywny szelest. 

—  Niezłe miejsce — bąknął Piegowaty, któ- I ry brodę trzymał podpartą oburącz I mrużył I 

oczy przed słonecznym blaskiem odbijającym się od powierzchni wody. 
— Po wakacjach mówił jakby do siebie — pójdę do zawodówki przy fabryce pras.

background image

 

Spojrzał w oczy Filipowi. Długo, uważnie. Filip spokojnie wytrzymał Jego spojrzenie. 
— Rozmaicie bywało — pierwszy opuścił głowę Piegowaty — ale przecież trzymaliśmy sztamę. 
Umilkł. Wpatrzył się w wodę. Przypomniał sobie, Jak prześladował Filipa. Najbardziej dokuczało to 

niezwykle wyraziste przypomnienie, kiedy przyjmował Filipa do szczepu Irokezów i sprawdzając Jego 
wytrzymałość Jako wojownika walił go krowim ogonem po gołych łydkach. Zobaczył czerwone pręgi na Jego 
nogach I wykrzywioną bólem twarz. 
— 

Czasami — wymamrotał —trochę cl dokuczałem. 

Poczuł, Jak twarz oblewa mu gorąca łuna wstydu. 
— 

E tam — wzruszył ramionami Fjllp — zapomniałem. 

W tej samej chwili przypomniał sobie, Jak uratował bambusowy łuk z rąk Krzywooklego. Otrzymał wtedy tak 
bardzo upragnione Indiańskie Imię. Nazwano go Szarym Wilkiem. Uśmiechnął się. 

—  Naprawdę? — zapytał Piegowaty. 

—  Naprawdę — powiedział Filip. Piegowaty odetchnął z ulgą. 
— 

Znaczy — wszystko w porządku? ■— zapytał. 

—  Pewnie — rzekł Filip. 
Piegowaty powoli wyciągnął rękę. Nie patrząc na siebie uścisnęli sobie dłonie. Piegowaty I ciągle 

wpatrywał się w wodę. Zdawało się, że 
czeka na coś, co powinno pojawić się na pomarszczonej lekko powierzchni stawu. 
— Skończyła się buda — zawiesił głos I machnął ciężko dłonią. 
Wyglądał Jak dorosły mężczyzna. Filip też poczuł trudną do wyrażenia powagę tej chwili. Trzciny zaszeleściły 
sucho. Rozległ się plusk. 
Znowu rzuciła się ryba. Rozeszły się kręgi. Małe, coraz większe. 
Powierzchnia stawu wygładziła się 1 znieruchomiała.

background image

 

Z powszechnlaka pojechaliśmy na wycieczkę do Bochni. Fotografował pan Guz, gimnastyka I roboty 

ręczne, zapalony fotoamator. 

Pośrodku Albin, nasz polonista: kraciaste pumpy, buty ze sztylpaml I taka śmieszna czapka, cyklistówka. 

Opowiadał nam wtedy o swoich przedwojennych, pieszych wędrówkach po Borach Tucholskich, Czarnohorze i 
Polesiu. 

I my. Jest nas trzydziestu. Rozpoznaję chłopaków z Bud. Piegowatego, Kapuchę, Filipa. Wśród nich Ja. 
Z Bochni pojechaliśmy do Wiśnicza. Tam stare zamczysko. Kapucha wołał głucho, a echo zwielokrotniało 

jego głos w podziemiach. 

— O, szczur!! — krzyknął Piegowaty. 
Dziewczyny piszczały. 
Była to wycieczka w czerwcu 1947 r. po ostatnie] klasie szkoły powszechne]. 
Odtąd Już nasze losy potoczyły się różnymi drogami. Nie wiem, co z Piegowatym teraz! A co z Kapuchą? 

Nie widziałem Ich od tamtych czasów.

background image

 
ggggl 
 
MAREK NOWAKOWSKI 
MARYNARSKA BALLADA

background image

 

budził go zimny strumień ogarniający ciało, przez chwilę, jeszcze we śnie, próbował uwolnić się od tego 

zimna wdzierającego się pod ubranie, bezradnie zamachał rękami Jeszcze nie otwierał oczu... Popili wczoraj 
tęgo na wiadomość o kapitulacji Niemiec. Bronek taczał się po pokładzie i rozlewał gin z butelki jak święconą 
wodę. Jego też oblał. Cuchnęło wszędzie jałowcem. I z tym Nordem śmieszna draka. Spasiony jak wieprz 
wilczur, ulubieniec kapitana „Jeanette". Bronek z błazeńska, cyrkową miną popluł w patyk i wołając: — Nord, 
na, na! — rzucił ten patyk za burtę. Nord skoczył do morza. Kapitan zmartwiał na mostku. Zadzwonił na dół, 
targając włosy: — Maszyny stop! Człowiek za burtą! — Tak. Tyle było dzwonków jak na alarm — człowiek za 
burtą. I wyciągnięto tego głupiego Norda. 

Bronek znów z tą miną zgrywną klepie Norda, biedny piesek, biedny — podsuwa mu pod nos gin z butelką. 

Pies kicha uciesznie... A potem popłoch. Pokazały się peryskopy U-Bootów. Drapieżne stadko, które nie 
zaprzestało wojny. Torpedują. Statek przed nimi zakwitł ogniem i tak szybko, prawie niezauważalnie skrył się

background image

 
spalenizny. — Zawsze po wódzie — mruczy — wici Id apetyt u mnie. Wóda służy — śmieje się niefrasobliwie. 

Jan Kula patrzy nn niego z podziwem. Ten Bronek nie traci nigdy głowy, nie przejmuje się. Teraz usiadł, 

nogi podwinął, zajada z apetytem, pomlaskujo. Nieduży, szeroki w plecach, i te starannie ułożone blond fale nad 
czołem. Jan Kula też zabrał się do jedzenia. 

Potem ruszyli na obchód pokładu. Iść ciężko. Pokład jak pochylnia. Duży przechył. Trzymają się burty. 

Zaglądają przez reling. Dziura w burcie. Na samej rufie. Więc i torpedą dostali od U-Boota. Płaszcz 
przewieszony przez linę. Gumowy but, Zachrzęściło szkło. Stłuczone okulary. 

—  Kto miał okulary... — zastanawia się Bronek. — Kucharz, ten soliter Andrć... 
—  Nie — mówi Jan Kula — to starego Bre- tończyka. — On nosił druciane. 
Czapka kapitańska ze złotymi galonami. Stanęli nad tą czapką. Od świątecznego munduru. Uciekali w 

pośpiechu. Pędzili na górę do szalupy... 

—  I Norda też nie ma — mówi z goryczą Jan Kula. —- Nikogo nie ma. Nawet o psie pamiqtał... — 

Ogarnia go złość. 

—  To drań — jego chuda, z mocnymi szczękami twarz czerwienieje mocno, pociera strzępiastą bliznę na 

nosie. 

-— Może przez złość zu Norda nas zostawił -— roześmiał się Bronek. 
Jan Kula przygniótł ciężkim buciorem białą czapkę kupitańską ze złotymi galonami. Przesunął buciorem. 
Bronek zaśmiewa się z tego symbolicznego 

odwetu. Czapka teraz podarta, połamany duszek, brudne ślady po obcasie. 

Znów kołysze. Mocniej. Robi się fala. Przy- trzymują się masztu, patrzą na skały wynurzające się spod 

wody. Nad masztem kołują ciężkie, szare mewy o tępych dziobach. 

Siedzieli na górnym pokładzie za kominem, między nimi butelka „łyskacza". Popijali dużymi łykami. Już 

nie czuł Jan Kula na sobie zimnego, namiękłego ubrania. Dobre ciepło w środku. Bronek przytrzymuje butelkę. 
Zsuwają się po przechylonym pokładzie. 

—  Nigdy nie miałem przekonania do Kata- nów — pokrzykuje gniewnie Jan Kula. — No i fakt. Statek 

zostawili, nas zostawili. 

Bronek potakuje. Uśmiecha się beztrosko. 
—  Kantyna pełna —- mówi leniwie. — Półeczki zawalone. Gin, whisky, koniak, papierosy. Fuli 

wszystkiego — powtarza z upodobaniem. — Fuli... 

Z wysoka rozległ się nikły dźwięk, przypominający brzęczenie pszczoły. Zadarli głowy, wpatrując się w 

puste niebo. Twarze skupione i czujne nagle. To zostało im z czasów, gdy pływali w północnych konwojach. 
Każdy taki dźwięk przejmował grozą. Hitlerowskie myśliwce, bombowce? Wypatrzyli konwój. Za chwilę z 
góry... 

Bronek wskazał palcem maleńki punkcik na niebie. 
—  Pewnie jakiś pasażer — powiedział — przecież już po wojnie. 
—- Fakt — przyznał Jan Kula.

background image

 
■ Uspokoili się. Przy drugiej butelce Bronek wyciąga z kieszeni na piersi pogiętą fotografię. Na tej fotografii 
wpadnięta w ziemię chałupa ze słomianą strzechą, na tle chałupy, studni i wozu drabiniastego kobieta w 
pasiastej kraj- ce, wąsaty chłop, a między nimi malutki Bronek... 

—  Wieś Blizna, powiat Iłża — podśmiewa się dobrodusznie Jan Kula — ...z żurawia ciągnie się wodę, a 

wieczorem przy naftowej lampie... 

—  Żebyś wiedział — Bronek wzdycha i wygładza fotografię. 
Jan Kula też zerka na fotografię. Z zazdrością zerka. 
—  Zawsze to baza — mówi jakby do siebie. — Wiadomo, gdzie wrócić. 
—  Tam u moich jak w rodzinie byś się poczuł — pociesza go Bronek. — Wracamy z rejsu... Idzie się od 

stacji trzy kilometry. Ale dobra droga, przez las... Kapliczka, brzezina, potem łąki... I już... — Bronek wodzi 
palcem w powietrzu, wytyczając drogę do rodzinnej chałupy... — Kowalscy. Kuźnia. Matusiak... Starzy się 
ucieszą. 

Jan Kula potakuje. Przymyka oczy. Wyobraża sobie tę wieś. 
I wtedy posłyszeli z dolnego pokładu nawoływania, śmiech. 
—  Wrócili? — zdumiony szept Jana Kuli. — Gryzło ich sumienie... 
Bronek nasłuchuje. Tak. Wyraźne głosy. Wyjrzeli zza komina. 
Przy „Jeanette" stała motorówka. Na pokład po sznurowej drabince wchodzili ludzie w brezentowych 

kurtkach. Pięciu facetów na pokła 
dzie. Przewodzi brodaty z fajką. Pogania. Komenderuje. Dwóch wbiega do nadbudówki. Brodaty ssie fajkę. 
Radosny okrzyk z nadbudówki. Ci dwaj taszczą z kantyny skrzynką z ginem. Jacy zadowoleni. Wskazują za 
siebie. Mówią, że w kantynie pełno wszystkiego. Brodaty promienieje. 

Wtedy Bronek z Janem Kulą wyszli zza komina. 
—  Stop, boys! — krzyczy Jan Kula. 
Ci na dole osłupieli. Brodaty wypuścił fajkę. A oni powoli, statecznie schodzą na dół. Bronek trąca Jana 

Kulę. Znacząco wsuwa dłoń w lewą kieszeń. Zrozumieli się i już obaj trzymając dłonie w kieszeniach zatrzymali 
się przed brodatym. Ci dwaj upuścili skrzynkę z ginem. 

—  Ostrożnie — łagodnie karci Bronek — szkło i wódka, delikatna rzecz... 

Brodaty cofa się o krok, niepewne, mrugające oczy. Bronek siada na skrzynce z ginem, cały czas dłoń w lewej 
kieszeni. Tak wypycha kieszeń, że niby spluwa groźna. 
Brodaty kłania mu się uniżenie. Obłudnie. Radosny uśmiech. 

—  Kamarades — zaczyna — Hitler kaputt!! — Klaszcze w dłonie. — Koniec... I wasz statek 

storpedowany przez tych zbójów. 
— 

U-Booty — dodają chórem jego ludzie. 

—  Więc my na ratunek — unosi się radosną emfazą brodaty cwaniak. Ale Bronek przerywa mu 

gwałtownym ruchem dłoni. 

—  Taki bajer to nie dla nas — mówi gniewnie Jan Kula. — Zobaczyli pusty statek, chcieli się obłowić. 

Wiadomo. 

Znów strachliwa niepewność na twarzy brodatego.

background image

 
Nagle twarz Bronka jaśnieje w uśmiechu. Mruga do Jana Kuli. Skinieniem przywołuje do siebie brodatego. 
Brodaty przysuwa się bardzo niepewnie. Jego ludzie stoją przy drabince sznurowej. Z niepokojem obserwują 
morze. 
—  Niedługo przypływ — mówi jeden z nich strachliwie. 
Bronek wskazuje brodatemu miejsce obok siebie na skrzynce. I zaczyna mówić łagodnie, uprzejmie. On nieźle 
gada po francusku. Brodaty potakuje. Teraz rozkłada patetycznie ręce — Mon Dieu — powtarza. Gładzi Bronka 
po ramieniu. O coś go prosi. Głos Bronka twardnieje. Nieustępliwe tony w tym głosie. Brodaty ściska go za 
rękę. Zagląda przymilnie w oczy. Bronek kręci przecząco głową. Brodaty niby z rozpaczą wichrzy brodę, 
pojękuje. 

„Co za cyrk" — myśli ze zdziwieniem Jan Kula. Wsłuchuje się w rozmowę, ale nic nie może zrozumieć. 

Patrzy na Bronka z niepokojem. „Co ten Bronek wyprawia". 

A Bronek wykrzywia do niego błazeńsko twarz. 
—  Nie bój się — mówi — za bezcen tego nie opchnę. 
Jan Kula zrozumiał. Bronek sprzedaje kantynę. 
—  Umie targować —- mruczy z uznaniem — ho, ho. 
Dobili targu. Teraz brodaty wyciąga wypchany portfel. Bronek coś oblicza na karteczce, kreśli, dodaje. 
—  To ci dopiero handlarz — zaśmiewa się Jan Kula. Jest w dobrym humorze, podchodzi do tych z 

motorówki, częstuje ich ameryka 
 
nami. Oni pokazują na morze. Mówią, że przypływowa fala niedługo. Są wystraszeni, Jan Kula uspokaja ich. 

—  Całą wojnę — mówi sentencjonalnie — przeżyłem... to i teraz... 
Brodaty odlicza zielone papierki. Jego ludzie biegną do kantyny. Znoszą skrzynki na kuter. Bronek ślini 

palec, oblicza zielone papierki. Spory plik w dłoni Bronka. Teraz częstuje brodatego „łyskaczem". Brodaty 
ledwie maleńki łyczek pociągnął, biegnie do kantyny. Bliski przypływ tak pogania tych z motorówki 

Więc Bronek sączy sam, podaje butelkę Janowi Kuli. 
Nagle twarz mu poważnieje, marszczy czoło. Wstaje, patrzy na rufę i wali się z rozmachem w czoło. 

Biegnie na rufę, pochyla się nad ładownią. Tnie nożem brezent okrywający luk. Jan Kula oszołomiony, nie wie, 
o co chodzi. A Bronek odrzucił brezent. Wyprostował się, wziął się pod boki i zanosi się gromkim śmiechem. 
Brodaty podbiega do luku, jego ludzie też. Wpatrzeni w luk. Wielka chciwość na ich twarzach. 

Brodaty i Bronek patrzą teraz na siebie. Długo, przenikliwie. Pokiwali głowami Jan Kula podbiega do 

ładowni 

—  Kapujesz — mówi mu suchym z przejęcia głosem Bronek — jesteśmy bogaci: w ładowni skrzynie z 

kawą, herbatą, konserwami, czekoladą. — No tak. Przecież „Jeanette" wiozła ładunek z dostawami dla 
wojskowych obozów we Francji. 

Bronek porusza wargami, jakby liczył. Brodaty z napięciem śledzi jego wolno poruszające się wargi. Nawet 

o przypływie zapomniał. Nie

background image

 

Motorówka już załadowana skrzyniairii. Przechył na statku coraz większy. Morze wzburzone. Jan'Kula i 

Bronek, Obaj mają na ramieniu przewieszone sanitarne torby-apteczki ze znakiem Czerwonego Krzyża, schodzą 
po drabince na motorówkę. Brodaty pomaga im usłużnie. 

—  I im się trafiło, i nam •— powiada -Bronek — taki byznes. 
—  Byznes byznesem — przerywa mu gniewnie Jan Kula — ale tak nie robi kapitan. Dwóch ludzi 

zostawić! 

—  Człowieku — Bronek poklepuje czule wypchaną torbę — to jest bogactwo. Z tym...— jego oczy 

powleka mgiełka rozmarzenia — można się i urządzić. Słyszysz, jak szeleszczą — zasłuchany obmacuje torbę. 

Warkot motoru. Łódź oddala się od burty. 

patrzy w ogóle na morze. Jan Kula uśmiecha się lekko. 

Brodaty podsuwa Bronkowi notes. Bronek wypisuje kilka liczb. Brodaty wodzi wzrokiem za ołówkiem 

wolno posuwającym się po papierze. Bronek oddaje notes brodatemu. Tamten wypisuje też kilka liczb. Poprawia 
liczby Bronka. Tak targują się w milczeniu. Tylko piszą. Ludzie brodatego nad lukiem jak na nabożeństwie. Też 
zapomnieli o przypływie. Powolny ruch ręki brodatego. Portfel. I wyciągnięta ręka Bronka. Twarz ściąga mu 
napięcie. 

— Jak na jarmarku! — Jan Kula kręci głową i gwiżdże leciutko. 
Ale Bronek nic nie słyszy. Więc Jan Kula śmieje się do rozpuku. 

I teraz spiętrzona fala wali w „Jeanette". Statkiem zatrzęsło, zakotłowała się woda. Oddalają się. Jan Kula patrzy 
na „Jeanette". 

—  Pudło bo pudło —- powiada uroczyście — ale ja zawsze przyzwyczajam się do okrętu. 
Fale biją wściekle w statek. „Jeanette" stęknęła jak człowiek, jedna fala, druga, trzecia i przewróciła się 

stępką do góry. 

Jan Kula zdejmuje beret. Bronek też. W ogóle Bronek tak zmienił się jakoś na twarzy. Popatrzył na Jana 

Kulę. Wzdrygnął się. 

—  Gdybyś tak o mnie zapomniał — szepnął — to teraz jak w trumience. 
Już ani śladu „Jeanette". Przetaczają się bure fale. 
—  Więc teraz jeden do dwóch — burknął Jan Kula. 
Wtedy, ten pierwszy raz, zdarzył się na początku wojny. Cofali się do portu. Czekały na nich angielskie 

statki. 

Bronek dostrzegł szkopa ukrytego w kabinie dźwigu. Już mierzył do Jana Kuli, który poderwał się do biegu. 

I Bronek takim błyskawicznym ruchem chwycił Jana Kulę za nogi. On wyłożył się jak długi. W tym momencie 
zajazgotała seria z automatu. 

—  Masz lepsze oczy ode mnie — Jan Kula ścisnął mocno dłoń Bronka. Otarł pot z twarzy. 
Teraz tak krótko popatrzyli na siebie, w oczach przypomnienie tamtej historii. Bronek mrugnął 

porozumiewawczo. 

„Jeden do dwóch..." — myśli Jan Kula. — Dwa razy Bronek wyciągnął mnie z kabały. Bo drugi raz to było 

wtedy, gdy płynęli w konwoju. Ich statek „Lord Essex" storpedowany... Opuszczają statek. Jan Kula ranny leży 
na

background image

 
 
1 l 
rufie. I Bronek nie zapomniał o nim. Znalazł go. Zaciągnął do szalupy... 

Brodaty zaprasza do kubryka. W kubryku zastawiony stół. Butelki, żarcie. Usadzono ich na czołowym 

miejscu. Bronek ociężały, pewny siebie w każdym ruchu, bogaty człowiek, na kolanach trzyma tę brezentową 
torbę ze znakiem Czerwonego Krzyża. Jan Kula śmieje się dobrodusznie, siada obok niego. 
Z okna tego małego bistro widok na wypalone domy, kikuty ścian, pogięte sztaby, resztki schodów... Smutna, 
powojenna pustynia. 
—  Zniszczyli szkopy miasto — mówi półgłosem, jakby do siebie Jan Kula. — Au nas w kraju podobno 
jeszcze gorzej... 
„Woda — myśli smętnie — ma to do siebie, że wszystko w niej ginie, a tu na lądzie..." 
Ulicą idzie stara kobieta z koszykiem, człapie starczym truchtem. Z rumowisk unoszą się w górę strużki dymu. 
Barman z wąsikiem też zapatrzył się w okno. 

—  Dunkierka — wzdycha — to było piękne miasto. 
Gestykuluje, opowiada o dawnej świetności Dunkierki. 
Bronek jest podpity, takim nowobogackim sposobem wyciąga z kieszeni plik dolarów. Ślini palce, liczy 

ostentacyjnie. Barman z wąsikiem zerka na zielone papierki. Gruby plik tych papierków. Oczy barmana 
wpatrzone chciwie. 

—  Whisky — zamawia Bronek — dwie whisky. — Po namyśle dodaje: — I dla ciebie trzecia. 

 

Barman biegnie po butelkę. Zawodowy, słodki uśmiech na jego twarzy. 
Pod ścianą dwóch mężczyzn pochylonych nad stolikiem. Sączą wino, milczą. 
Bronek wypija łapczywie whisky. Jan Kula odsuwa swoją szklaneczkę. 
Bronek patrzy na niego ze zdziwieniem. 
—  Coś ty taki — uderza go z rozmachem w plecy. — No i co, źle wymyśliłem? — Wykrzywia 

szelmowsko twarz. — Kupimy ten sklepik, rozkręci się interes. I forsa będzie płynęła jak woda... 

—  Jak woda — powtarza bezwiednie Jan Kula. 
Warkot motorów. Spojrzeli w okno. Przejeżdżają dżipy pełne amerykańskich żołnierzy. Wzbija się kurz. 

Żołnierze krzyczą coś, machają rękami. Dziewczyna, która stoi w bramie, uśmiecha się wstydliwie. Bronek 
zanosi się hucznym, zdobywczym śmiechem. Barman z wąsikiem wpatrzony w niego usłużnie. 

Bronek został jeszcze w sklepie. Przelicza utarg. Więc Jan Kula wyszedł z Solange. 
Idą w milczeniu. Niekiedy dziewczyna podnosi na niego wielkie, smutne oczy. Patrzy uważnie. Jan Kula 

zmieszany tym spojrzeniem. 

— Kiepsko gadam po francusku — mruczy — bardzo kiepsko. — Solange uśmiecha się lekko, prawie 

niezauważalnie. 

„Fajna — myśli Jan Kula. — Ale trzeba się odzwyczaić. Przecież nie będę siedział tu wiecznie." 
Przy tej głównej ulicy już nie ma gruzów.

background image

 
 
 
Rząd kolorowych bloków, obrośnięte rusztowaniami budowy. Żegna się z Solange pod jej domem. Solange, 
jakby zawiedziona, patrzy i patrzy. Jan Kula szuka papierosów w kieszeniach. Stara kamienica z pochyłym, 
czerwonym dachem. Solange odchodzi. Jan Kula spogląda za nią. Bardzo fajna. Ale co z tego. Z okienka obok 
bramy wychyla się ciekawa stróżka. Tak zawsze czatuje, gdy żegna się z Solange. Niby przypadkiem wychodzi 
na ulicę. Niby przypadkiem o coś pyta Solange. Wścibska baba o chytrych, kłujących oczach. Wszyscy tutaj 
ciekawi są, co z tego ich chodzenia wyniknie. Cudzoziemiec. Ona stąd... 
Solange tak mu mówiła ostatnio: — Jean, Jean... Zamieszkamy w małym domku za miastem, ogródek. Będziesz 
chodził do sklepu. Ja będę na ciebie czekała. A może później sami jakiś sklep, bistro będziemy mieć... — tak 
mówiła Solange, marzenie tej przyszłości powlekało jej oczy. .Przytuliła się do niego. Aż wzdrygnął się teraz. 
Sklep, domek... Nie! 

Kamienne, śliskie schody hoteliku. Od początku tu zamieszkali z Bronkiem. Najpierw na krótko, potem 

jakoś przestali mówić o przeprowadzce. I już tutaj zostali. Dziwi się temu Solange. Mały hotelik przy rybackim 
porcie, ciemny pokój. Zapalił lampę. Zacieki na suficie układają się w przeróżne wzory. Czasem, jak patrzy, są 
to pola, czasem domki, raz, gdy był pijany, nazwał to wioską rodzinną Bronka, tak mówił wskazując palcem na 
zacieki: chałupy, kuźnia, kapliczka, brzezina, o tam, twój dom rodzinny. I ten obraz na ścianie — jaskrawo 
zielony las, lazur nieba, brązowy koń i seledynowa amazonka z pejczem... Do znudzenia znajome, zimne, 
odpychające wnętrze. Podszedł do okna. Maszty rybackich kutrów. Pięć kutrów stoi przy pomoście. Wyciągnięte 
sieci. Podjeżdża samochód- -chłodnia. 

Ciężko, jak bardzo zmęczony człowiek — rzucił się na łóżko. W ubraniu, nawet butów nie chciało mu się 

zdejmować. Z dołu dobiega przytłumiona muzyka. Z hotelowej kafejki muzyka. 

Bronek przelicza utarg. Zostaje w sklepie do wieczora. Spotyka się z dostawcami. Kłóci się, targuje. Teraz 

na pewno podlicza długą kolumienkę cyfr. Zadowolony z utargu albo nie... 

— Utarg — powtarza półgłosem Jan Kula. Krzywi twarz. Tak snuł kiedyś Bronek wizję cudownego życia, 

tak gładził torbę-skarb. Urządzimy się, wykrzykiwał, jak lordowie. Lordowie! Sklepikarze! 

Z portu rybackiego słychać warkot silnika. Kuter przybija do przystani. Albo wypływa w morze na połów. I 

tak przez pierwszy rok to sklepowe życie było nawet do zniesienia. Jak długi lądowy urlop. Po rejsie. Przed 
rejsem. A potem coraz gorzej. Jak obręcz to wszystko. Coraz ciaśniejsza. I to gadanie Bronka, ta wytarta, 
bezsensowna płyta Bronka: — Trochę jeszcze porobimy w tym handelku, a potem, ho, ho... Zobaczysz... 

Kroki na schodach. Może wraca Bronek. Nie. Kroki oddalają się w prawą stronę korytarza. 
I już nawet na port patrzeć nie może, jak ognia portu unika. Za dużo się przypomina, za< bardzo to jątrzy. 
Bronek też kiepski; jeszcze udaje, jeszcze nadrabia miną. Ale czasem tak zamyśli się, nie słyszy nic, nie 

widzi nic... On patrzy wtedy na Bronka ze zrozumieniem. To samo przecież gry-

background image

 
zie ich. A Bronek ocknie się, i minę błazeńską, pewną znów ma. 
Tak leży Jan Kula, nigdzie iść mu się nie chce, rozebrać też się nie chce i usnąć nie można. Skołowana głowa, 
tyle myśli się kolebie. 
Znów kroki na schodach. Lewe skrzydło korytarza. 
Może wraca Bronek. 
Barman z wąsikiem trąca się z nimi szklaneczkami. 
—  Za pomyślność — mówi Bronek. Jan Kula odstawia szklaneczkę. 
—  Za jaką pomyślność? — zaczyna cicho. Barman szczerzy w uśmiechu żółte zęby, nic 
nie rozumie. 
—  Jak to? — dziwi się Bronek. — Za nasząl 
— 

Ja ciebie nie rozumiem — Jan Kula przygląda mu się z wyraźną pogardą — przecież masz w kraju 

rodzinę, wszystko. Znaczy, masz do kogo wracać. I na co czekasz... Ty, baranieli — wyrzuca z pasją. 
Bronek odsuwa się od szynkwasu. Twarz mu czerwienieje, na skroniach pulsują żyłki. 
Tak pochylił nisko głowę, jak po uderzeniu. Cofa się. Zaciska rękę na szklaneczce. Mocno zaciska, coraz 
mocniej. Chrzęst szkła, pękła szklaneczka. Leje się wino. Bronek skaleczył sobie dłoń. Cieknie krew z winem. 
Barman, wystraszony, rozchylił głupawo usta. Chwyta dłoń Bronka, wyciąga chusteczkę. 
Bronek obojętnieje nagle, znużony, apatyczny. Barman troskliwie owija mu dłoń chusteczką. 
«wXSHi 

— Ja matros — mówi Jan Kula — ty matros. I do czego doszliśmy. 
Bronek przymyka oczy, znów jak po uderzeniu nisko opuszcza głowę. 
Za ich plecami wybuchła nagle muzyka. 
Drgnęli, odwrócili się równocześnie. To staruszka w czarnym kapeluszu wrzuciła pieniążek do szafy 

grającej. 

Brzęczy dzwonek nad drzwiami. Wchodzą ma- lajscy marynarze. Oglądają zegarki w szklanej gablotce. 
Bronek, wytworny, w czarnym garniturze, unosi głowę, te same dwie fale nad czołem, przerzedzone już 

tylko znacznie, przestaje wystukiwać na elektrycznej maszynce do liczenia. 

—  Matrosy z Holandii — zastanawia się, poprawiając pieczołowicie fale nad czołem. — Jadą na Afrykę. 

Te zegareczki pozłacane akurat. Tam idą jak woda — twarz rozjaśnia mu zawodowy, kupiecki uśmiech. 

—  Obsłuż panów — zwraca się do Jana Kuli. 
Jan Kula, też w garniturze, taki sztywny, niezgrabny, wskazuje marynarzom automatycznym ruchem 

zegarki pod szkłem. Marynarze pochylają się nad ladą. Solange wyjmuje zegarki. Oglądają. 

Znów dzwonek. Znów szeroki, zapraszający uśmiech Bronka. Nowy klient. Jasny, wysoki chłopak w 

wełnianej mycce, chyba Skandynaw. Chce połyskliwy płaszcz. Rząd tych płaszczy wisi pod sufitem. 

Jan Kula przystawia drabinkę. Ściąga zielony płaszcz. Też kurczy twarz w uśmiechu. Przymie-

background image

 
rza ten płaszcz Skandynawowi. Bronek cmoka zachęcająco. 

—  Akurat — powtarza — akurat, Pasuje Jak ulał — Jan Kula obciąga płaszcz, wyklepuje załamania. 

Wskazuje na lustro. 

Ale młodemu w mycce kolor się nie podoba. Chce brązowy. Jan Kula powoli, ciężko i niezgrabnie wchodzi 

na drabinkę. Sięga po brązowy płaszcz. Z ręką na płaszczu znieruchomiał nagle. Przymknięte oczy. Wczoraj 
przyszedł jakiś matros angielski. Kupował kurtkę, spodnie. Jan Kula klęczał przy nim. Brał miarę na spodnie. 
Tak na klęczkach obchodził marynarza, mierzył długość, szerokość w pasie... Widzi teraz siebie z miarą, na 
klęczkach przy tym niedbale i niecierpliwie stojącym marynarzu angielskim... 

Ciska brązowy płaszcz na głowę Skandynawowi. Chłopak śmiesznie zatrzepotał rękoma. Jak ptak pod tym 

płaszczem. Jan Kula zeskakuje zręcznie z drabinki, odchodzi wielkimi krokami w głąb sklepu. Podniesiony głos 
Skan- dynawa. Miękki, pełen uniżonej perswazji głos Bronka. Chichoczą malajscy marynarze. Jan Kula zapala 
papierosa. Słyszy głos Solange: 

—  Jean, Jean... 
Nie odwraca się. 
Dzwonek. Wyszedł ten Skandynaw. Bronek podchodzi do niego. 

Co ci? 

Jan Kula pali chciwie. 
—  Pewnie przemęczyłeś się — mówi Bronek łagodnie jak do dziecka. — Skoczyłbyś na południe, Riviera, 

ciepłe morze, zabawisz się, no, w ogóle oddech jakiś. Solange bardzo chce jechać z tobą — kuszący głos 
Bronka. Uśmie 
cha się przy tym znacząco, pokazuje na tę ładną, smukłą Solange. Ona machinalnie poprawia włosy. Patrzy na 
Jana Kulę wyczekująco. 

Jan Kula odwraca się gwałtownie. Twarz ma stanowczą, twardą. 
—  Tak jest, panie szefie — śmieje się krzywo. — Oddechu mi trzeba. Wyjeżdżam. Ale na stałe. 
—  Jak to? — Bronek patrzy na niego oszołomiony. — Jasiu, jak to? 
—  Byle dalej od tego handlu — mówi zawzięcie Jan Kula. — Do Bretanii się przenoszę. Pod Saint Malo... 

Tam jakąś łajbę rybacką... Forsy chyba starczy... I popływam. Popływam — powtarza przeciągle. Tęskny, 
głodny tego pływania uśmiech. 

—  Jasiu — Bronek chwyta go za rękę. — No Jasiu. Jeszcze rok, dwa, a potem już można razem, kapujesz. 
Solange z napięciem spogląda w ich stronę. 
—  Jean — mówi cicho. 
Ale Jan Kula nie patrzy na nią. I tylko powoli, przecząco porusza głową. 
Bronek opanował się już, tłamsi w ustach przekleństwo; podchodzi do malajskich marynarzy przy 

kontuarze. 

Twarz przyobleka mu kupiecki uśmiech. Zachwala zegarki, gestykuluje ze swadą. Jan Kula patrzy na niego, 

pluje ze wzgardą na podłogę raz, drugi, rozciera butem ślinę. 

I kiedy wyjechał Jan Kula, to czasem pisali do siebie listy. Jan Kula o połowach, gatun-

background image

 
kach ryb, kutrze, porwanych sieciach, wzburzonym morzu... Bronek znów o sklepie, że coraz lepiej idzie, 
kłamał, ale tak przecież musiał pisać. Też czasem informował o Solange, jaka akuratna z niej dziewucha, jakie 
ma powodzenie, z chytrym rozmysłem o Solange tak pisał... Przyszedł dziś później do sklepu. Solange podbiega 
do niego. Rozumieją się. 
—  Nie dostałem listu — wzrusza ramionami Bronek. Solange bardzo smutna. Bronek też zły. Już od kilku dni 
powinna być jakaś wiadomość od Jana Kuli. Przecież umówili się, że razem na urlop wyjadą. I miał napisać. 
—  Szybko zapomina ten twój Jean — mówi z goryczą Bronek. — Pływa sobie, to i zapomniał. 
W sklepie nie ma ruchu. Bronek wygląda przez okno. Ta konkurencyjna firma naprzeciw zabiera mu klientów. 
Taniej. W ogóle tamci umieją handlować. Jak był Jan Kula, lepiej szło. Tam naprzeciw coraz brzęk dzwonka nad 
drzwiami. Wchodzą klienci. Teraz cała gromada pcha się do drzwi. 

—  Kiepsko — mówi smętnie Bronek. 
Solange potakuje skwapliwie. 
„...Albo matros, albo handlarz — przypomniał sobie Bronek słowa Jana Kuli — inaczej nie może być..." 

Tak zawsze powiadał Jan Kula. 

—  Mądrala — mruczy ze złością Bronek. 
Siada przy elektrycznej maszynce do liczenia. Uderza w klawisze. Maszynka stukocze miarowo. Dochody z 

ostatniego miesiąca. Kiepskie dochody. Kupił zły towar. Na pasku papieru kolumienka cyfr. Dlaczego nie ma 
żadnej wiadomości. Ostatnio miesiąc temu przyszedł 
od niego list. Przeszukał kieszenie. Znalazł ten list. Czyta uważnie. 

„...Jako tako mi leci. Na śledziu trochę zarobiłem. Na życie starcza. Ale marnie w ogóle..." 
—  Ale marnie w ogóle — zastanawia się głośno. — Coś mu nie pasuje. Co mu może nie pasować? 
Solange spogląda na ten list. 

. — Ten twój Jean — mówi Bronek. — Ciągle mu coś nie pasuje. 

Solange uśmiecha się łagodnie, miękko. Wlazł jej w głowę Jan Kula. Mówiła, że wszystko już skończone, 

ale ciągle jeszcze myśli o nim. 

Bronek westchnął. Pochylił się nisko. 
Brzęk dzwonka. 
—  Monsieur — mówi Solange — monsieur. 
Przyszedł jakiś marynarz ze zniszczoną, jaskrawo umalowaną kobietą. Marynarz podpity, szerokim gestem 

wskazuje na fatałaszki damskie na półce. Chce ubrać tę portową kobietę. Ona wdzięczy się do niego. Jest stara, 
brzydka, w tym wdzięczeniu twarz pokrywa się plątaniną zmarszczek. Ale marynarz zadowolony. Długo na 
morzu, a później każda kobieta, wszystko jedno... 

—  Taki sam jak Jean — mówi gwałtownie Bronek. — Morze... później kobieta. Taka kolejność. Nie 

zawracaj sobie nim głowy. 

Solange udaje, że nie słyszy. Zajęła się tą parą. Kobieta przymierza pstrokaty materiał. Teraz kapelusz. 

Marynarz żuje gumę. Kapelusz podoba mu się. Kobieta w tym kapeluszu jak zjawa. 

...Tam jest nieduża przystań, tak mówił Jan Kula, pomost, magazyny, wędzarnia, wąskoto

background image

 
rowa kolejka, czerwone domki, skalisty brzeg, wrzosowiska, wiatr wyje, słona woda wali w gębę. Może teraz 
odbija od przystani ten kuter. Zapuścili motor, mówił, że dobry, szwedzki silnik. Jan Kula przy sterze. Z dwoma 
rybakami jeździ do spółki. Stary Pfeyec, ten stary lubi Polaków, z Polakami w Afryce pod Tobrukiem, i syn tego 
starego, i teraz sobie płyną, sieci przygotowane, zapach ryb... I ten jego przyjazd, bo tak nagle któregoś dnia 
przyjechał Jan Kula, brezentowa kurtka, gruby sweter, jakby prosto z kutra. Wszedł, z rozmachem zamknął 
drzwi. Silny, roześmiany, wyraźnie czuło się zapach ryb. Tak sztywno, oficjalnie przywitał się z Solange. 
Bronek od razu zamknął sklep. Poszli we trójkę. I barman z wąsikiem w maleńkim bistro przy rue David 
d'Angers też się ucieszył, jak zobaczył ich razem. I pili sobie, śpiewali, barman z nimi. Potem Jan Kula mówi do 
Solange: — Na ciebie, mała, czas. Idź spać. No, w ogóle... Co ci będę głowę zawracał. 

Śmieszny ten Jan Kula. Ona leci na niego, a on tak tłumaczył: — Nie będę dziewczyny wykorzystywał. Ona 

lądowa, ja matros. W ogóle — przeciął stanowczo Jan Kula — to porządna dziewucha, a nie żaden tam portowy 
wycieruch. 

Potem noc, są we dwóch, podejrzana spelunka, jakieś dziewczyny, ktoś Bronkowi podstawił nogę, a Jan 

Kula tak niedbale wysunął ramię, tylko szybki ruch pięści, tamten już się wyłożył. Ma parę w łapie Jan Kula. I 
na ulicy nagle Jan Kula wyrywa się, chce biec za facetem w kapitańskiej czapce. 

— Nie lubię kapitanów — krzyczy — wszyscy oni.. — 
—  Tamten z „Jeanette" całkiem niezły — próbuje żartować Bronek. 
—  Niezły! — oburza się Jan Kula. — Ty tylko na forsę lecisz! 
Taki już jest Jan Kula. 
A potem, następnego dnia, bardzo śpieszył się, ani godziny nie chciał zostać. Do morza się śpieszył, do 

kutra, do połowów. 

Cholerna zazdrość chwyta Bronka. Tak się śpieszył wtedy. I cholerna chęć go złapała. Też morza mu się 

chce, skrzypienia lin na maszcie, fal, warkotu motoru, słonej wody, oddalającego się lądu, wszystkiego... 

Uniósł gwałtownie głowę. Wstał zza kasy. Naciska beret na głowę. Nie może wysiedzieć w tym sklepie. 

Wychodzi. Wolnym krokiem skierował się w tę wąską uliczkę starych kamienic o spadzistych dachach. Rue 
David d'An- gers. 

Maleńkie bistro z reklamą Cinzano na szybie. W środku nad barem obraz Matki Boskiej w aureoli 

sztucznych kwiatów. Nic się tutaj nie zmieniło. Z bocznych drzwi prowadzących do mieszkania wbiega barman 
z wąsikiem. Pozdrawia Bronka wylewnie. Z potoku jego szybkich słów wynika, że dopytuje się o jego 
przyjaciela. Jean, powtarza, Jean... Jak mu tam na morzu. Morze, dodaje, groźny żywioł. Robi śmieszną minę, 
wzdryga się. On sam bardzo boi się morza... 
—  Whisky — przerywa mu szorstko Bronek 
— 

Marynarska? — dopytuje się ze śmiechem barman. Tak go nauczył Jan Kula. Marynarska to znaczy 

potrójna i bez wody. 
Bronek kiwa głową. 
Siada w kącie. I to bistro też wspomnie- nie-zmora. Brązowe boazerie, szafa grająca,

background image

 
I ślubna fotografia małżonków-wlaścicieli,ten sam barman z wąsikiem, to chyba kochanek szefowej, ona 
wdowa, barman krzyczy na nią, ona jak trusia, gładzi go czasem po głowie, on strąca jej rękę, rozpanoszył się 
ten barman. Wyjrzała teraz z mieszkania ta szefowa. Też niezmienna, gruba, ufarbowana na kruczo, obwieszona 
biżuterią, z obandażowaną nogą. To bistro najbliżej portu. Wystarczy spojrzeć w okno, podnieść się nieco. 
Maszty, dźwigi, kominy. Pełno tego. Ryk syren też słychać. 

Tu pierwszy raz siedzieli z Janem Kulą, na kolanach torby-apteczki z dolarami, przemoczeni, zziębnięci. 

On, Bronek, cieszył się jak dzieciak, czule poklepywał torbę-skarb, zacznie się raj, mówię ci, Jasiu, powtarzał... 
Bronek wstaje, spogląda w okno. Portowe baseny. Śruba miele wodę. W basen wjeżdża tankowiec, kolos, pro-
wadzący go holownik jak mały, gruby piesek przy nim. 

—  Tankier — mówi po polsku Bronek. — Ciężka służba na tankierach. Długie rejsy, krótkie postoje w 

portach, bo szybko bunkrują, smród ropy na całym statku, od tego łeb boli i palić można tylko w specjalnej 
palarni, a jak to wszystko wybuchnie... — szeroko wyrzuca ręce. 

Barman z wąsikiem przytakuje. 
—  Oui, oui — powtarza, jakby rozumiał, a przecież nic nie rozumie. 
Zawstydził się Bronek swojej gadaniny. Wypija jeszcze jednego drinka. Rozgląda się po wnętrzu. Szefowa 

z obandażowaną nogą rozmawia z właścicielką trafiki naprzeciw. Właścicielka trafiki sączy zielony aperitif. 
Przy stoliku koło drzwi siedzą robotnicy portowi w skórza 
nych bluzach. Między nimi ten eks-marynarz Gaston. Gaston zwiedził kawał świata. Na trampach pływał. 
Gaston podnosi butelkę, zaprasza Bronka. Bronek nie odpowiada na to zaproszenie śadnym gestem. Tak patrzy 
obojętnie, pusto. Gaston urażony. Właścicielka trafiki ma drobno v ufryzowane w kiełbaski włosy. Ktoś wrzuca 
pieniążek do szafy grającej. Szafa połknęła pieniążek i nie ma muzyki. Facet wali w szafę, ale ona nife zwraca 
pieniążka. Facet wściekły. 

Barman z wąsikiem stawia mu na zgodę calvados. Trącają się kieliszkami. Bronek kiepsko dziś czuje się w 

tym bistro... 

Nieźle wymyślił Bronek z tą Casablancą. Chodzili po zaułkach arabskiej mediny, pili herbatę z miętą w 

małych kawiarenkach, szli nad ocean na plażę. Ciepła woda, gorący piach. Jeździli też na wycieczki do Fezu i 
Marakeszu, egzotyczny bazar, zaklinacze wężów, czarownicy i berberyjscy tancerze. Ale najchętniej włóczyli 
się po portowych spelunkach, gdzie palą haszysz i kobiety są bez zasłon na twarzy. W tych spelunkach 
marynarze z całego świata, śniadzi, biali, żółci, czekoladowi, bawią się hucznie, zdobywczo. A oni zerkali na 
nich z zazdrością, tak chciwie chłonęli tę brudną, mętną atmosferę portowego życia. 
Dziś Bronek postanowił, że wybiorą się do wykwintnej restauracji Sylmassa w dzielnicy will i pałacyków nad 
oceanem. 

...Zielone lampki, wiszące jak winogrona na filarach, rzucają tajemnicze, migotliwe światło na salę. Sufit 

pokryty zmiennymi cieniami, któ

background image

 
re odsłaniają koronkowe rzeźbienia w kamieniu. [Usadowili się tuż przy patio, skąd dobiega lekki szum 
fontanny. Rozparli się na miękkich, skórzanych pufach. Kelner w turbanie podchodzi ■tacą, stawia wino, 
kieliszki. 
— 

Prawdziwy urlop — śmieje się Jan Kula. — Dobrze wykombinowałeś z tą Casablancą. 

— 

Jak żyć to żyć — mówi Bronek. —- A tu podobno dziewczynki trafiają się lepsze niż gdzie indziej. 

W głębi sali na podwyższeniu ktoś niewidoczny gra smętną, tajemniczą melodię na gitarze. Z ciemności 
wynurza się obnażona kobieta w kwefie na twarzy. Coś jak taniec brzucha, bo cała nieruchoma, jedynie 
rytmicznie porusza biodrami. Światło koncentruje się na niej. Brzuch faluje i pręży się. Kobieta zsuwa kwef. 
Wielkie oczy. Szeroka, zmysłowa twarz. 

Grupa ryżawych, dużych mężczyzn klaszcze w dłonie. Słychać twardą, niemiecką mowę. Któryś z 

mężczyzn wyciąga kamerę, błysk flesza —- fotografuje tancerkę, ngllf Z nich teraz turyści —: mówi Bronek. — 
Podróżują. Zwiedzają. 

I my też — mówi ni to żartem, ni to smętnie Jan Kula — takie czasy. 
—  Za pomyślność twoich rybackich połowów -r-. Bronek podnosi kieliszek. — No, panie szyper... A jak ci 

właściwie leci na tej łajbie? 

—  Nieźle — odpowiada Jan Kula. 
—  Na długo wyskakujesz w morze — 
—  Dzień, dwa. Raczej przy brzegu się obijam. 
—  A gdzie najczęściej 
—  Różnie. Zależy od ryby — 
—  Na takiej łajbie nieźle musi kołysać. Na 

Kanale wredna fala... Na Północnym też... Pamiętasz, jak konwojem płynęliśmy na Archan- gielsk. Na 
Archangielsk? Zaraz, zaraz. Tak w marcu 43-go. Wtedy był sztorm, co? I jeszcze to bombardowanie. Nieźle 
obsypali nas żelastwem, co? 

Jan Kula ostrożnie, dwoma palcami obmacuje nos. Właśnie wtedy odłamek poharatał mu nos. Bronek 

patrzy na niego zazdrośnie. 

—  Musi nieźle kołysać — powtarza. — Niby przy brzegu, ale zawsze morze. 
|— Właściwie żadne to pływanie — mówi gwałtownie Jan Kula. — Brzeg widać, i w ogóle tak jakoś — 
—  Niby racja — przyznaje Bronek — jak brzeg widać — 
Patrzą na siebie ze zrozumieniem. 
Jan Kula znów pociera nos ze strzępiastą blizną. 

-— List z domu dostałem — ocknął się Bronek. lii Starzy dziękują za pomoc. Budują się. Nowy, murowany dom 
stawiają. Młodszy brat Heniek już się ożenił, dzieciaki ma... — mówi wodząc nieobecnym spojrzeniem po sali. 

Wrzaskliwe głosy przy wejściu. Gruby Arab — w turbanie pędzi tam w lansadach. Rozbawione 

towarzystwo. Kobiety w wieczorowych sukniach, facet w smokingu i oficer francuskiej marynarki w galowym 
mundurze ze złotymi epoletami. Gruby Arab zastyga w niziutkim ukłonie, wskazuje wolny stolik. 

—■ Co zobaczę kapitana, to krew mnie zalewa IH mówi zawzięcie Jan Kula. — Ważniaki nadęte, a okrętu 

poprowadzić nie umieją. 

— Patrz! —

T

 Bronek chwyta go za ramię. — Patrz!

background image

 
Wpatrują się w oficera w galowym mundurze. Oficer władczym gestem ujmuje swoją partnerkę pod ramię, coś 
jej szepce, ona wpatrzona w niego omdlewająco. 
— 

Nasz — wykrztusił Jan Kula. — Rany boskie, nasz!! 

Tamci usiedli w pobliżu podwyższenia dla orkiestry. Śmigają pikolacy w czerwonych fezach. Strzela szampan. 
Kapitan, ich kapitan wznosi toast. 
Jan Kula i Bronek wstają jak na komendę. Wolnym krokiem podchodzą tam. Od tyłu do kapitana. 
— 

Keptejn — mówi przenikliwym głosem Jan Kula, skupiony, napięty. 

—  Keptejn — powtarza. 
Kapitan odwraca głowę, zdziwiony, długie zdziwienie. Tak patrzy na kamienną, zastygłą w pogardzie twarz Jana 
Kuli, przenosi spojrzenie na pełną wesołej drwiny twarz Bronka. I coś jak zrozumienie przebiega przez jego 
twarz. Wytrzeszczone oczy nieruchomieją. 
Jan Kula szuka czegoś gorączkowo w kieszeniach. Wyciąga wycinek z gazety. Rozkłada. Podsuwa kapitanowi. 
Kapitan kuli się teraz i cofa gwałtownie. 
—  Czytaj — mówi Jan Kula. 
Bronek przygryza wargi, żeby nie parsknąć śmiechem. Towarzystwo kapitana wodzi ogłupiałymi spojrzeniami. 
Jan Kula podsuwa wycinek przed twarz kapitana, druga ręka zaciśnięta w pięść. 
Kapitan zaczyna coś mamrotać. 
—  Głośniej — przykazuje Bronek. 
Więc kapitan czyta głośniej. 
„...U brzegów Normandii storpedowana przez 
hitlerowskie U-Booty roztrzaskała się na skałach »Jeanette«, 650 ton, drobnicowiec. Dzięki energicznej akcji 
kierowanej przez kapitana Dibur- gue załodze udało się opuścić statek. Jedynie dwaj marynarze utonęli, byli to 
Polacy." 
— 

To właśnie my — Bronek kłania się szarmancko w stronę kobiet. 

Kapitan osłania twarz ręką jak przed uderzeniem. Bronek bierze się pod boki, chichocze. Jan Kula poważny, 
przejęty. 
— 

A przecież i statek — mówi — można było uratować, i ludzi. Łachudro — pluje kapitanowi pod nogi. 

Kobiety bardzo przestraszone, Bronek odsuwa go. 
— 

Cudem zmartwychwstaliśmy — śmieje się. — Z dna morza. Neptun był z nami. 

Kapitan wyciąga portfel, ręce mu się trzęsą. Wyciąga pieniądze z portfela. Drugą ręką sięga po wycinek. Bronek 
bije go po ręku jak ucznia- ka. Kapitan kuli się. 
— 

Forsą nam nie zaimponujesz — mówi z pogardą Jan Kula. 

A Bronek też wyciąga portfel i pokazuje, źe grubo w nim pieniędzy. 
Odchodzą, zostawiając skurczonego ze strachu, bez śladu niedawnej werwy kapitana. 
—  Ciekawe, co stało się z Nordem? — zastanawia się Jan Kula. 
—  Teraz to byłby już bardzo stary pies — odpowiada Bronek. 

Kapitan wypada teraz śmiesznym, przykulo- nym susem z sali. Za nim odchodzi jego towarzystwo, z wielkim 
strachem popatrując na Bronka i Jana Kulę. Bronek zaśmiewa się. Jan Kula też się rozpo

background image

 
godził. Gruby Arab w turbanie, mali pikolacy w fezach patrzą na nich z nabożnym szacunkiem. 

—  Taki wieczór — mówi wesoło Bronek — trzeba dobrze zakończyć. 
Wskazuje pod filar. Siedzą tam dwie obciśle, drażniąco ubrane dziewczyny. 
—  Można — godzi się Jan Kula. 
Dziewczyny poprawiają się zalotnie. A Bronek władczym, niedbałym gestem przywołuje je do siebie. 
Bronek częściej teraz przesiadywał w małym bistro przy rue David d'Angers niż w sklepie. 
Pił dużo, najchętniej whisky, czasem też calvados, przysiadał się do tego eks-marynarza Ga- stona i słuchał 

z napięciem jego barwnych, soczystych opowieści z mórz całego świata, tak do późnej nocy siedział w tym 
małym bistro przy rue David d'Angers, wiele wypitych kolejek, opowieści Gastona z tylu mórz w głowie... 

Włóczył się też po portowych nabrzeżach. Wpatrywał się w ciemną wodę z tęczowymi kołami olejów i 

smarów. Wsłuchiwał się w warkot agregatorów i silników. Ten hałas jak muzyka dla niego. Łapy dźwigów 
przesuwają się nieustannie. Przyczepy wyładowane skrzyniami, ciągniki z rozsuwanymi uchwytami wybierają 
skrzynie z przyczep. Z dźwigowej kabiny krzyk. Ci z dołu odskakują na boki. Stos skrzyń wsuwa się do wagonu. 
Jedna skrzynka pękła, rozsypały się pomarańcze. 

— Pewnie z Maroka — mówi półgłosem Bronek. Statek na redzie, bucha czarny dym z ko 

mina. Motorówka pilota. Idą japońscy marynarze. Mali, sprężyści, o nieprzeniknionych twarzach. Z daleka ich 
głowy ze sterczącymi włosami jak główki kukiełek. Zeszli na ląd. Zatrzymują taksówki. Będą bawić się, rzucać 
forsę, stawiać portowym dziewczynom. Bronek ogląda się zazdrośnie za nimi. 

Kiedyś na kominie jednego ze statków dostrzegł biało-czerwony znak. „Nasz" — pomyślał. Ta myśl jak 

ukłucie. 

Na pokładzie krzątają się matrosy. Klinują luki. Słychać rozmowę. Rzadko słyszy tutaj Bronek ten język. 

Przystanął, a potem ukradkiem, szerokim półkolem ominął to miejsce, gdzie stał polski statek. 

Już poszarzało. Zabłysły żółte, portowe światła. Obszarpaniec podchodzi do Bronka, zastępuje mu drogę. 

Nie ogolona twarz, cuchnie alkoholem. Ciągnie pod latarnię. Wyciąga święte obrazki, wtyka Bronkowi Bronek 
odsuwa się od niego. Wtedy obszarpaniec wysuwa zza pazuchy i jak talię kart rozkłada bukiet zdjęć por-
nograficznych, mlaska lubieżnie i zachęcająco. 

—  Odczep się, łachudro! — odpycha go rozeźlony Bronek. 
Jakie jest jego zdumienie, kiedy obszarpaniec wybucha w odpowiedzi stekiem wymyślnych przekleństw po 

polsku. Bronek głupawo zdziwiony, twarz rozjaśnia mu czuły uśmiech, przytrzymuje obszarpańca, wtyka mu 
banknot w kieszeń, serdecznie ściska jego dłoń. Teraz obszarpaniec bardzo zdziwiony. Patrzy za odchodzącym 
Bronkiem. Dalekie światełka na morzu. Syrena. 

—  Prom z Dover — powiada Bronek machinalnie.

background image

 
Patrzy na rosnące światła i dziwacznie, miarowo ltiwa głową. 

Kłęby wody z pienistymi bryzgami przetaczają się przez pokład. Kuter kolebie się i podskakuje. Z jaką 

rozkoszą stoi Bronek na pokładzie. Trzyma się masztu. Wiatr z wodą wali w niego, pokład ucieka mu spod nóg, 
a on otwiera usta jak ryba, szeroko, chciwie wciąga powietrze, wystawia się cały na smaganie mokre-> go, 
słonego wiatru. 

—  Szkwał — prycha. — Niezły szkwał. 
Brzeg zatarty, kępy drzew, skały, domy — 

prześwitują przez mgłę. 

—  Niby blisko — powiada Bronek — a jednak. 
Coś jeszcze mamrocze, uśmiecha się, jakby 

dialog jakiś ze sobą prowadził. Wiatr rozrywa mu płaszcz, pcył płaszczem sklepowy, czarny garnitur. 

Gwałtowny przechył. Bronek zakręcił się jak fryga wokół masztu. Spłynęła po nim wodna lawina. 
—  Bronekl — głos z nadbudówki — bo cię zmyje! 
Bronek, obłapując się relingu, wtacza się do nadbudówki. Otrząsa wodę. Włosy opadają na czoło. I śmieje 

się głośno, hucznie. 

—  Chyba z sześć stopni — mówi z zadowoleniem. — Niezgorzej. 
Jan Kula stoi przy kole sterowym, zerka na Bronka i uśmiecha się lekko, nieznacznie. Bronek wodzi palcem 

po mapie zawieszonej na ścianie. Kontury brzegów Bretanii, dalej Normandia. Wyżej angielski brzeg. Palec 
Bronka 
sunie na północ. Jest już w pobliżu Skandynawii, wyżej dociera do Murmańska. 
—  Daleko wypływasz? — pyta Bronek. 
— 

Gdzie tam — odpowiada Jan Kula — taką łajbą daleko nie da rady. 

—  Łajba bo łajba, ale można popływać. 
— 

Tramwaj — mruczy niechętnie Jan Kula. — Spotykasz po drodze duże okręty. Płyną gdzieś. A ja 

właściwie jak na sznurku. 
Bronek z palcem na Morzu Północnym, gdzieś w rejonie fiordów Norwegii. Tak jakby znalazł to, czego szukał. 
Jan Kula obserwuje go z zastanowieniem. 
— 

Tam na Murmańsk to było gorąco — przeciągły głos Bronka. — Koło tego fiordu załadowali nam 

torpedę. Trzeba było się przesiadać. Krawczyk poszedł wtedy do Neptuna. 
— 

Janek Krawczyk — przytakuje Jan Kula — wesoły chłopaczek. Kobity za nim, ho, ho... 

— 

Pechowy wtedy rejs. Z całego konwoju tylko trzy statki zostały. 

—  Mieliśmy szczęście — wtrąca Jan Kula. 
— 

Zaraz, jak to mówił stary Bretończyk z „Jeanette". Aha, każdy ma swoje przeznaczenie. Rzygało ogniem 

bez przerwy. Chyba z piętnaście junkersów. I myśliwce kosiły tuż nad statkiem. Ale czułem: przeżyjemy. I 
nawet widzę: pruje torpeda. Myślę: nie dla nas jeszcze. 
— 

Przeznaczenie —- powtarza Jan Kula. — Może i racja. 

— 

I ten ranek potem, pamiętasz? Słońce, patrzysz, a tam na fiordach ludzie się opalają. 

— 

Jedna kobita całkiem naga na skale — śmieje się Jan Kula. — One tam lubią na nagusa się opalać. Ale 

chłopaki do lunety się garnęli.

background image

 

Szum wiatru z zewnątrz. Przez ten szum przebija gwizd syreny. 
Bronek zasłuchany w ten przeszywający wiatr głos syreny. 
—  Ciągnie do morza, co? — Jan Kula patrzy na Bronka. 
Bronek odchodzi od ściany z mapą, przeciera oczy. 
—  Sól — powiada — szczypie. 
Kobiety w chustkach nasuniętych na czoła, czyszczą z muszelek i wodorostów sieci. Chłopiec o kpiarskich 

oczach rzuca w dziewczynę wzdętą rybę. Ona uskakuje piszcząc strachliwie. Podjeżdża ciężarówka. Mężczyzna 
w czarnym kapeluszu wyrzuca skrzynki na ryby. 

Przy pomoście kuter. Jan Kula siedzi na betonowym słupku. Bronek spogląda na kuter. Na dziobie 

czerwono wymalowany napis — „Bronek". 

—  Bronek — mówi wstydliwie — też nazwałeś. 
Jan Kula śmieje się. Stary Pfeyec, w połatanej kurtce, wskazuje fajeczką napis. Jego syn też tam patrzy. 

Kiwają życzliwie głowami. 

—  Nikt tu nie może wymówić — odzywa się Jan Kula — za słaby język do tego mają. Brro- neck, mówią 

— naśladuje ich wymowę. 

Bretończyk Pfeyec wskazuje na Bronka, potem na kuter. 
—  Brrooneeck — wymawia z trudem, r brzmi twardo, gardłowo, jakby krakała wrona. 
—  Nie dla nich takie słowo — godzi się Bronek. 
Zatoczka, w której mieści się przystań, schowana wśród szarych, szczerbatych skał. Daleko, na wysuniętym 

cyplu widać latarnię w Saint Malo. 

Fala uderza z ciężkim łopotem w pomost. Bronek zapatrzony w morze. 
—  Nawet możliwe chłopaki. Dobre rybole — mówi Jan Kula. ■— Ale co tam. Iść na wino, nażłopać się 

calvadosu, pogadać o pogodzie, będzie fala, nie będzie fali... Potem oni do domu. A ja — urywa gwałtownie. 
Wyciąga z kieszeni butelkę. Pije, krzywi się ocierając usta. 

—  Ale właściwie jesteś zadowolony — Bronek patrzy badawczo na Jana Kulę. 
—  Z czego? 
Bronek szerokim gestem obejmuje przystań, kuter, morze. 

* — To nie jest pływanie — Jan Kula wzrusza ramionami. 

—  Ja też — zaczyna Bronek opuszczając głowę. — W sklepie do handlu głowy nie miałem. Właściwie z 

tym sklepem źle szło — pluje obficie. — I nie ma już sklepu. Sprzedałem. 

—  Najwyższy czas — rozpromienił się Jan Kula. — Lekko przyszło, lekko poszło. 
—  I tak sobie — ciągnie Bronek — do portu chodziłem. Duży ruch w tej Dunkierce. I nasze statki też -

zachodzą. To jest życie. 

—  Pewnie — przytakuje z ożywieniem Jan Kula. 
—  Niedawno ładny statek wodowali w Szczecinie, sześciotysięcznik, 16 węzłów, bardzo zgrabna sztuka, 

widziałem na zdjęciu. 

—  Też mi czasem wpadnie gazeta z kraju — Jan Kula pociąga obficie z butelki. — Mają okręty całkiem 

możliwe i rejsy ładne robią —

background image

 
jeszcze jeden duży łyk. Butelka już pusta. Odrzuca ją za siebie. Butelka rozbija się o pomost. Rybacy, ojciec i 
syn patrzą na nich ze zdziwieniem. 
—  W ogóle nie przyzwyczaiłem się —:mówi Jan Kula. — Nie. 
Kuter kołysze się lekko przy pomoście. Skrzypią liny. Na palikach siedzą mewy. Rząd nieruchomych, szarych 
ptaszydeł. 
—  Ja właściwie też nie — odzywa się Bronek. 
—  No, to na co czekać — wybucha porywczo Jan Kula. — Trzeba wracać i tyle. 
•- Ff! Dlaczego nie — przyznaje skwapliwie Bronek. 
. * 

Wrócili do kraju. To było tak, jakby po raz pierwszy od długiego czasu ożywiający oddech. Albo jak ryba z 

piachu znów wrzucona do wody. Bronek pojechał w swoje rodzinne strony, zaprosił też tam Jana Kulę, i żenić 
nawet już się chciał, ale Jan Kula śpieszył się do pływania, zdążysz, mówił, z kobietą zawsze zdążysz, a teraz 
trzeba w rejs. Więc Bronek odłożył wesele... 

Już wczesnym rankiem byli w porcie. W budce strażniczej pokazali swoje książeczki żeglarskie. Pierwszy 

raz w tym porcie. Rozglądają się ciekawie. Rozległy port ten Szczecin. Magazyny, baseny, dźwigi, plątanina 
torów i dróg — jak trafić? 
®|j Gdzie keja „Ewa"? — pyta Bronek celnika w zielonym mundurze. 

—  Miniecie warsztaty, potem wzdłuż kanału. 
Z tyłu trąbi ciężarówka. Idą środkiem drogi- 

Szofer wychyla się z okienka, palcem dotyka czoła. 
--Tu nie wiocha — przekrzykuje warkot silnika. — A samochód nie krowa. 
Śmieją się, machają życzliwie rękoma. Zdziwiony szofer cofa się do szoferki. 
— 

Rozpoznał cię — powiada Jan Kula. 

— 

Że niby co? — nie rozumie Bronek. 

— 

Że z wioski jesteś — kpinkuje dobrodusznie Jan Kula. 

Przenikliwy ryk syreny okrętowej. Zatrzymują się, słuchają z uznaniem dla siły tego głosu. 
— 

No i co? — pyta nagle Jan Kula. 

—  Możliwie — odpowiada Bronek. 
Stara się zachować obojętną minę, przerzuca marynarski worek z ramienia na ramię. 
— 

Tylko z tymi dolarami paskudnie nas przerobili. Po 24 złote, co to za przeliczenie. 

Jan Kula uśmiecha się pobłażliwie. 
— 

Dolary szczęścia nie dały. - Filozof — mruczy Bronek. 

Mijają stary, odrapany statek. Z wojennej serii „Liberty". 
— 

Takimi szło się na Murmańsk — mówi Bronek — wysłużone pudła. 

I już ich statek. Biały, o ładnej sylwetce motorowiec. 
Jan Kula zadziera głowę. Patrzy i patrzy. 
—  „Piast" —odczytuje z dziobu Bronek. 
— 

Ładnie nazwali — uznaje Jan Kula. 

— 

Do Ghany lecimy. Niezły kawałek drogi — Bronek gospodarskim ruchem zaciera dłonie. 

Podchodzą do trapu. 
— 

Panowie, za wcześnie — śmieje się wachtowy, młody chłopaczek o pucołowatej twarzy. — Tablica 

dopiero na jutro, na dziesiątą.

background image

 

Bronek patrzy na niego z naganą. 
—  Synku — bardzo wolno cedzi słowa — dla nas wcale nie za wcześnie. Za cieślę tu zamu- strowałem — 

przedstawia się. 

—  A ja za bosmana — mówi Jan Kula. 
Wachtowy pomaga im wnieść worki na pokład. Wchodzą do dolnego korytarza. Jan Kula przesuwa rękę po 

szocie. Jak coś żywego gładzi szot. 

-— Pięknie mu powiedziałeś. Dla nas nie za wcześnie. 
—  No, jasne — cieszy się Bronek — po prostu ląd nam mniej pasuje. — Mruga szelmowsko do Jana Kuli. 
To był dobry czas. Długie rejsy. Pierwszy do Afryki. Drugi do Chin. Wielka przestrzeń wodna. Dni, 

tygodnie, statek na oceanie, dzwonki, wachty. Gorące noce, pogwarki na rufie, światełka mijanych statków, 
postoje na redzie, obce porty... 

—  To jest życie — powiadał niekiedy z dziecinną radością Jan Kula — ho, ho — nie znajdował słów na 

dalsze określenie tego wszystkiego. Bronek kpinkował z jego entuzjazmu, ale przecież uważał tak samo. 

Wracali do Szczecina i właściwie po paru dniach znów tęsknili za wodą, za statkiem. Przychodzili do portu, 

stawali na nabrzeżu „Ewa". 

—  Po takiej długiej przerwie — śmiał się Bronek — bez wody i okrętu człowiek jak bez powietrza. 
Potem Jan Kula został na „Piaście", a Bronka przemustrowali na krótkie europejskie linie. 
Co zrobić, pocieszali się, jeden rejs, dwa rejsy i znów razem... 
Lodowaty wiatr. Paskudna, sztormowa pogoda. „Piast" wysuwa się dziobem wysoko, to znów zapada w 

wodne rozpadliny. 

Chłopaki z wachty zaciągają brezentem ładownie. Jan Kula sprawdza stalowe liny, obwiązujące traktory na 

pokładzie. — Wytrzymają — mruczy. Podnosi kołnierz kurty. Patrzy na ołowiane, poprzetykane białą grzywą 
morze. Daleko widać mały stateczek, kolebiący się wśród fal. Jan Kula przytrzymując się relingu, obserwuje tę 
tańczącą łupinkę. 
a Nieźle ich kołysze — zagaduje cieśla, niski facet o posiekanej twarzy. 

Jan Kula kiwa w milczeniu głową. Gdzieś na takim właśnie statku Bronek... 
Chowają się do korytarza. Rozcierają zgrabiałe dłonie. Cieśla uchyla drzwi jednej z kajut. Młody as 

pokładowy siedzi na koi. Przytrzymuje się kurczowo krawędzi. W bulaju wahadłowy ruch — morze -— niebo 
— morze — niebo. Blada, udręczona twarz asa. 
—  No, jak tam, panie as? — pyta cieśla kpiąco. As patrzy na niego ze wstydem i złością. 
— 

Na noc zapowiadają jeszcze większy — dodaje cieśla zamykając drzwi. 

— 

Straszysz młodziaka — śmieje się Jan Kula. 

—  On na fale cholernie wrażliwy — mówi cieśla. — Jak szedł na wachtę do sterówki, to bryzgało z niego 

jak z fontanny. 

Rozlega się przeraźliwe uderzenie blachy o blachę. Raz, drugi, trzeci. Zaczyna się film. Wchodzą do messy 

załogowej. Ciemno. Warkot

background image

 

Antwerpia powitała „Piasta" posępną, deszczową aurą. Zasnute w gęstej mgle zabudowania portowe. 

Maszty statków wyrastają z mgły, jakby z nikąd. Chłopcy gromadą schodzą na ląd. Cieśla ma ze sobą wielką 
torbę. 

— Do Van Hulle'a zajrzę — mówi — trzeba coś kupić. 
Motorzysta Włodek zamyślił się tęsknie. Wzdycha raz po raz. Jan Kula z trudem ukrywa śmiech. W 

poprzednim rejsie ten grubas Włodek zalecał się do najmłodszej córki Van Hul- le'a. Z wzajemnością, jak 
powiedział. Stali wtedy tydzień tutaj. Więc do kina dziewczynę zaprosił, do lokalu z kabaretem. Wykosztował 
się. A taki przecież na dewizy łasy. Przed tą najważniejszą randką zwierzył się chłopakom. Wy- 
projektora. Sygnał kroniki. Na prześcieradle- -ekranie rewolta armii w Argentynie. Czołgi na ulicach miasta, 
barykady. 
—  Buenos — ktoś rozpoznaje. 
Faceci w wielkich kapeluszach. 
—  Stara kronika — ktoś narzeka — dwa razy widziałem w tamtym rejsie. 
I film. Piękna kobieta z papierosem w długiej lufce. To kobieta szpieg. Obnaża się. Chce wydobyć ważne 
informacje od roztapiającego się w pożądaniu dostojnika. 
—  Możliwa — ktoś woła. — Ciekawe, co myśli o tym cieśla. 
Cieśla mamrocze przekleństwa. 
—  Zazdroszczą ci kobity — uspokaja go Jan Kula. Bo i rzeczywiście fakt. Cieśla pokazywał mu kiedyś 
fotografię żony. Bardzo ładna. 
elegantowany, czarny garnitur, perłowy krawat. 

Ona bardzo na mnie leci, powiedział, więc dziś sfinalizuję sprawę, a jutro do jej starego, tatusiu, i tak dalej, 

znaczy się, za żonę chcę córeczkę. Cmoknął. Nadziany forsą shipchandler, a on, Włodek, jego zięć. Słuchano 
jego planów z przejęciem. Tylko Jan Kula powiedział wtedy: — Nie daj, Boże, takie szczęście, ze sklepikarzami 
się związać. 

Ale i tak Włodkowi nic nie wyszło. Na tę ważną, najważniejszą randkę córka Van Hulle'a przyjechała z 

rudobrodym chłopakiem, swoim narzeczonym. Włodek wrócił chyłkiem na statek i upił się w kajucie. 

—  No i co — pyta teraz cieśla — pojedziesz ze mną do Van Hulle'a? 
Włodek za Boga nie pojedzie. 
Jan Kula zabrał ze sobą do miasta młodego asa pokładowego. Ulice mrugają jaskrawymi reklamami. Zaułki 

i kafejki. Za szybami skąpo ubrane kobiety o zniszczonych, zmęczonych twarzach. Usadowione kokieteryjnie. 
W knajpie udekorowanej jak kajuta pirackiego brygu, międzynarodówka marynarzy. 

—  Ale tu jest, ale tu jest — powtarza po rumie as. 
Gruba kobieta przysuwa się do niego. 

—  Money? — pyta — short times? As zawstydzony, przejęty. 

Szkoda dewiz — radzi mu Jan Kula. — Jeszcze zdążysz. 

Jan Kula rozmawia z angielskimi marynarzami. Stawiają sobie piwo. Jeden z tych marynarzy, taki o miedzianej 
twarzy, też pływał w konwojach. Klepią się i obejmują. As patrzy i patrzy. I słucha Jana Kuli, jak

background image

 
uczeń mistrza. Pełen szacunku dla jego obieźy- świaekiego, marynarskiego doświadczenia. Dopytuje o dalekie 
morza, porty... 

Udręka choroby morskiej wydaje mu się dziecinną igraszką, a ich statek romantycznym żaglowcem. 
Tak włóczyli się po portowej dzielnicy. Wrócili późną nocą. A o świcie dalej w drogę. Liny cumownicze 

napięte, łańcuch z kotwicą podjeżdża ze szczękiem do kluzy. Do „Piasta" podpływa holownik. Manewrowanie. 
Muzyka telegrafu maszynowego. Liny naprężają się i skrzypią. Woda przy śrubie zaczyna kłębić się i pienić. 
Cumy odrzucone. „Piast" powoli odpływa od nabrzeża. 

Światła miasta oddalają się. As przy relingu. Patrzy. Jan Kula spogląda na niego. Uśmiecha się lekko. 

„Wciąga go morze — myśli — to i dobrze". * 

Monotonne, uporczywe pi-pi-pi. Radio zapisuje tekst komunikatu. 
Nadaje w eter sygnały. 
—  Halo, radio Szczecin, tu „Piast", słyszycie, przechodzę na odbiór — nakłada słuchawki 
Jan Kula lubi przyglądać się tej magicznej pracy radiotelegrafisty. 
—  Mój najlepszy praktykant — śmieje się Radio. 
Cały świat w tej małej kabinie. Z Bronkiem niedawno rozmawiał przez telefon. Bronek na morzu i on na 

morzu. I tak sobie gadali. 

—  Ciężki dzień — Radio odkłada słuchawki. — Ciągle coś ode mnie chcieli. I dziwią się 

potem — wesoły błysk w jego oczach — że radzikom najczęściej szajba odbija. Nawet jak śpię, to pi-pi-pi 
słyszę. Zrywam się, chcę łapać za słuchawki. Na lądzie też. Moja żona wystraszona. A ja z łóżka i jak lunatyk: 
Tu „Piast", tu „Piast", słyszycie! — Radio wstaje i odtwarza te nocne swoje wizje... Zaspaną twarz, ruchy po 
omacku. Przerażona twarz żony... 

— Należy ci się piwo — zaśmiewa się Jan Kula — za taki teatr nawet dwa piwa. 
— A dziś w nocy — przypomina Tadziu Radio — jeden Radio z Niemca ze mną się połączył. Alojz mu na 

imię. Po polsku nieźle gada. Z fosfatami płyną do Szczecina. W 48 roku wyjechał z Gdańska. Pytał, ile czasu 
mogą w Szczecinie wyładowywać pięć tysięcy ton. Chciałby do Gdańska skoczyć i zobaczyć, jak tam wygląda. 
Nie wiesz, bosman, ile czasu? 

Jan Kula zastanawia się. 
Już dawno poszli wszyscy do miasta. Jan Kula też właściwie mógłby pójść. Dopiero za trzy godziny zacznie 

się robota w ładowniach. Ale nie pójdzie. Nie lubi Dunkierki. Za dużo wspomnień tutaj. Maleńkie bistro przy 
rue David d'Angers. Ich sklep. Co z tym sklepem teraz? Stara kamienica z czerwonym dachem. Tam Solange. 
Co z Solange teraz? 
Chodzi po pustych korytarzach. Z kabiny Trzeciego słychać muzykę z adapteru. 

„W sadzie piękne są kwiateczki...". Trzeci nieustannie tę płytę nastawia. W messie steward wyciera talerze. 

Dopytuje Jana Kulę o francuskie perfumy. Żona chciała koniecznie.

background image

 
Gwiaździsta noc z ciepłym powiewem. — Wpłynęliśmy w wiosnę — mówi cieśla. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-iirfoffiflaBjftyifiSf-' 
raas diMLrM 

tu. • '«••'«. ^ 

' ~ * Mwiiif W a 

t

 

Jan Kula wpisuje mu 
Lepsze i niedrogie, nazwę na bibułce. 

Zszedł na nabrzeże. Usiadł na słupku cumowniczym. Podchodzi do niego obdarty,- portowy tramp. 

Wyciąga zza pazuchy plik zdjąć pornograficznych. Rozkłada jak talię kart. Zachęca. Jan Kula odmawia 
stanowczo. Więc tramp zaczyna rozmowę z wachtowym. Pokazuje mu zdjęcia. 

Przejeżdża czerwony kabriolet. Chłopiec w skórzanej kurtce, obok niego dziewczyna. 
Jadą powoli, oglądają statki. Zatrzymują się przed Grekiem. Nowoczesny turbinowiec. Aga- memnon. 

Chłopiec coś tłumaczy dziewczynie,, ona opiera mu głowę na ramieniu. 

Wspomnienie Solange kłuje trochę. 
A gdy płynęli przez kanał La Manche, to nie mógł powstrzymać się,, żeby nie zajrzeć do sterówki. Ciemno, 

tylko pobłyskują światełka przyrządów. Przy kole sterowym nieruchomy jak posąg marynarz. Czif pochylony 
nad mapą, podaje kurs w stopniach. Marynarz powtarza kurs. 

— Mgła jak mleko — narzeka czif. 
Wpatruje się w ekran radaru. Jan Kula podchodzi do stołu z mapami. Akurat brzegi Normandii. Czerwona 

linia oznaczająca ich drogę. I tam niżej miejsce, gdzie „ Jeanette" przed laty... 

Siedzą przy magazynku bosmańskim. Palą papierosy. Jeden łyk ginu, drugi. Krąży butelka. 
—  Nie lubię jałowca — otrząsa się Jan Kula — ale niech tam. — Ciągnie obficie. 
Opowiada o swoich wojennych przygodach na morzu. Północne konwoje. Flegmatyczny spokój Bronka. 

Bombowce. Myśliwce koszą po pokładzie... Bronek nie przestaj© pogwizdywać... 

Oczy asa pełne podziwu. As słyszy szum wody za burtą. Torpeda wąską bruzdą... 
I A potem — kończy Jan Kula — coś nam się we łbach pokręciło i za długo lądu się trzymaliśmy. Nic 

dobrego z tego nie wyszło. 

— Ja też — potakuje cieśla — jak za długo na lądzie, to coraz słabiej się czuję. 

Na górnym pokładzie pokazał się Tadziu Radio. 
— 

Panowie, komunikat z kraju! — krzyczy. — Dowaliła mocna zima, minus dwadzieścia! 

—  A my lecimy w lato — śmieje się Jan Kula. 
Już trzeci dzień na redzie. Żar i monotonne wyczekiwanie. Obserwują wypływające z portu motorówki. 
Zakładają się. Pilot, czy nie pilot. Po nas, czy nie po nas. Pokład jak patelnia. Marynarze w slipach. Dwóch 
zmywa szlauchami górny pokład. Inni wbiegają w strumień wody, stękając z rozkoszy. 
Cieśla szczeka cienko. Tak skrycie, z głębi brzucha te szczeknięcia. 
— Gdzie Hektorek? — rozgląda się. 
As też rozgląda się niepewnie. Już od Casablanki cieśla udaje, że kupił psa od Araba. Dla asa to wymyślił. As 
uwierzył w tego psa. 
1 49 %

background image

 

—  O, tu — woła Jan Kula. — Na, na... 
As patrzy z natężeniem, osłania przed słóńcem oczy. Ledwie powstrzymują śmiech. 
Na rufie Włodek złowił na żyłkę z mięsem dużą rybę o kolczastym grzbiecie. Oglądają z zainteresowaniem 

tę. rybę. Sinozielona, o białym jak śnieg brzuchu. Steward przyciska ją butem. Brzuch ugina się jak balon. 

—  Chyba niejadalna — mówi Jan Kula. 
Ryba miotnęła się gwałtownie. Czif podskoczył śmiesznie. 
—  Paskudztwo — krzywi się ze wstrętem. — Nie ma to jak nasze szczupaki, leszcze, sandacze. — Jest 

tylko w kąpielówkach, spiekł się na raka. 

„Piast" kołysze się na spokojnej, atlantyckiej fali. W pobliżu radziecki trawler rybacki. Cieśla, patrzy na ten 

statek. Wpatruje się w bulaje. 

Gorzej niż u nas — mówi -— bez klimatyzacji. 
—  Warto by mecz z Ruskimi — zastanawia się Kazio, czif maszyny. 
Włodek popiera gorąco tę propozycję. On jest" w drużynie „Piasta" najlepszym obrońcą. Widać port w 

Abidżanie. Zbiorniki naftowe. Zza palm wyrasta biały wieżowiec. Przepływają łodzie rybackie z połatanymi 
żaglami. Murzyn macha wiosłem. 

—  Tu są najładniejsze Murzynki — odzywa się gruby Włodek — smukłe, świecące jak posążki. 
—  Tylko ryzykowne — krzywi się Jan Kula. — Można coś złapać. 
—  W tym sporcie nic nie ma bez ryzyka j— steward spogląda na cieślę, który zarzuca żyłkę 

z haczykiem. — Trzeba będzie cieślę namówić. To mu dobrze zrobi. 
Cieśla nie odzywa się, tylko mięśnie na opalonych, mokrych plecach lekko zwierają się. 
— 

Bosman — zagaduje czif z pokładu — może wieczorkiem przytniemy w pokierka? 

—  Można — godzi się Jan Kula. 

Włodek wzdycha ciężko, zapatrzony w Abi- dżen. Z kuchni dobiega gorącą falą woń zupy. Zastanawiają się, co 
dziś na obiad. 
Na górny pokład wchodzi Tadziu Radio, potrząsa papierem. 
— 

Depesza dla bosmana — mówi przeciągle. Jan Kula biegnie na górny pokład. Wpada 

prosto w strumień wody buchającej ze szlaucha. Ciśnienie wody zarzuca nim do tyłu. Tak brnie pracowicie, 
zataczając się w tym strumieniu. Wybucha śmiech. Wszyscy pokładają się ze śmiechu. A on zmoczony, 
parskając, jest już przy radiooficerze. Bierze papier. Spogląda. Szeroki uśmiech na jego twarzy. Zaraz jednak 
obojętnieje. Pogwizduje. Wsuwa depeszę do kieszeni. Tak udaje, że niewiele zależy mu na tym. 
— 

Gorączka — zagaduje do Radiego. Powoli idzie pod brezentowy daszek. Dopiero 

tam za kominem czyta depeszę. 
„Pływam na Szwecję «Hańczą». Mała krypa. Ale kombinuję, żeby nas razem zamustrowali. Trzymaj się. 

Bronek." 

—  Wykombinuje — mówi półgłosem Jan Kula. — Na pewno. 
Gorący, przesycony wilgocią zmierzch. Kończą wyładunek w pierwszej ładowni. Kłęby

background image

 

kurzu prześwietlone światłem lamp zawieszonych po bokach luku. Czarni robotnicy pną się po drabinkach. Ich 
ciała błyszczą ślisko, i Gardłowe głosy, pobłyskują zęby. 
Jan Kula sprawdza ustawienie pozostałych skrzyń. 
— 

Tu trzeba wyrównać, bo źle zaształowa- ne — mówi do marynarza pokładowej wachty. 

Jest zakurzony, mokry. Oddycha głęboko. Ale powietrze tutaj nie daje żadnej ulgi. Cieśla siedzi na trapie, pali 
papierosa. Neon na najwyższym wieżowcu mieni się kolorami. Widać autostradę z ruchliwymi reflektorami 
samochodów. 
Murzyn w białych szortach, te szorty — śnieżnobiała plama w ciemności, podchodzi na brzeg kei, coś mówi, 
wyciąga ręce. 
— 

O co mu chodzi? — zastanawia się Jan Kula. 

Gestykulacje Murzyna coraz gwałtowniejsze. Pomachuje jakimś zawiniątkiem. Cieśla klnie gniewnie. 
Nabrzeżem idą japońscy marynarze. Murzyn podbiega do nich. 
— 

Do miasta nie idziesz? — pyta Jan Kula. 

Cieśla kręci przecząco głową. 
•— A może masz chęć na kielicha? — tak po przyjacielsku zagaduje Jan Kula. Cieśla nawet wódki nie chce. 
Pluje za burtę. Uporczywie, jakby w coś celował. 
— 

Ty, bosman, długo jesteś kawalerem — odzywa się nagle. 

— 

Nie było okazji p| odpowiada Jan Kula — zagranica, pływanie, to, owo. 

— 

Dłużej niż ja utrzymałeś się — mówi cieśla. — Niby dobra rzecz kobita. Wracasz z rejsu, 

ciepło w koi... Ale na wodzie różne głupstwa do głowy przychodzą. 
— 

Nie było okazji — powtarza Jan Kula. — Ale najwyższy czas żebym i ja — 

Gorący wiatr przynosi zapach ziarna kakaowego. Duszno. Mdlący ten zapach. 
— 

Smród — mówi ponuro cieśla — aż we łbie kręci. 

Na pokład wyszedł motorzysta Włodek. Ocieka potem, w wyszmelcowanym ubraniu. Mają jakiś trudny remont 
w maszynie. 
— 

Cały dzień w tych zęzach — narzeka Włodek. 

Neon na górującym ponad miastem wieżowcu mieni się kolorami. 
Stali oparci o burtę. Patrzyli w pusty po horyzont ocean. Ocean jak gładka, połyskliwa skóra. Pokazały się 
sterczące nad wodą płetwy rekinów. Prują szybko powierzchnię oceanu. Czarne. Większe. Mniejsze. Liczą 
płetwy. 

—  ...cztery, pięć, sześć... 
—  Jak peryskopy — uznaje Jan Kula. 
—  Kiedyś — zaczyna cieśla — pływałem na szwedzkim trampie. I zatkały się nam kingstony. Trzeba było 

nurkować pod statek. Wpierw rzuciliśmy petardy, bo tam pełno rekinów. Ale i tak każdy, kto szedł pod wodę... 

Na pokład wybiegł Tadziu Radio. Jego zawsze wesoła twarz jakaś ściągnięta teraz, dziwna. 
—  Co, panie Radio — żartuje steward — wiadomość z domu, żona...

background image

 
 
Ale urywa, bo bardzo zmieniona jest twarz radiooficera. 
— 

Odebrałem komunikat — mówi Radio — nadał Szczecin. Katastrofa na Morzu Północnym. „Hańcza" 

utonęła... 
Jan Kula zaciska dłonie na relingu. 
—  Co? — pyta ochryple. 
— 

„Hańcza" — powtarza Radio. — Duży sztorm. Jedenaście stopni. 

Marynarze otaczają Radiego. Jan Kula jak przyrośnięty do relingu, przykulił się tylko. 
—  A załoga? — pyta cieśla. 
— 

Wszyscy — Radio robi szeroki ruch ręką. — Źle zaształowany ładunek. Przyszła ta największa fala, 

przechył, ładunek przesunął się na jedną burtę, no i przekręciło ich. 
— 

Też miałem tam kumpla mówi cieśla —■ w jednym domu mieszkaliśmy. Zmęczyła go Afryka i postarał 

się o przeniesienie na krótkie rejsy... 
— 

Też znałem chłopaków z „Hańczy" — wtrąca steward. 

Nieznacznie spoglądają na Jana Kulę. 
Jan Kula odchodzi powoli wzdłuż burty, tak przesuwa się właściwie. Dobiegają go ich głosy. 
— 

Taki mały stateczek, sześćset pięćdziesiąt ton — 

—  Kajak — 
—  Łupnęło, to i przekręcił się jak pudełko — 
— 

Co za fachmany, ładunku ształować nie umieli -— 

—  Tam na Północnym wredna fala — 
—  Krótka — 
— 

Niedługo ma być lista załogi — gł°

Radiego. 

Snuł się korytarzami. Górny. Dolny. Głosy z kajut. Śmiech. Śpiew. Ta niezmienna płyta „W sadzie piękne 

są kwiateczki, lecz piękniejszy..." Wyszedł na pokład. Upał jak szczelna blacha nad statkiem. Malują szalupy. 
Opalają się na rufie. Plaża na rufie. Włodek rozwalony na pochyłej desce, smaży się i sapie. 

—  Piwo, jasne, zimne, z pianką... — ktoś tęskni leniwie. 

— 

Przecież masz cały karton — dziwi się as. Włodek przeciąga się, patrzy w zamglone 

niebo. 

— 

Więc jak w tym Abidżenie poszliśmy do knajpy... — 

Cieśla zaszczekał z ukrycia. 

— 

Gdzie ten pies? — zaniepokoił się as.—Nie widziałem go nigdy. 

—  Psst — ktoś tajemniczo — bo czif usłyszy. A nie wolno trzymać zwierząt. 
Dostrzegli Jana Kulę. Urywają rozmowę. Współczujące spojrzenie cieśli. Jan Kula odchodzi szybko. To 

niezmienne życie statku nie do zniesienia teraz. Idzie na szalupowy pokład. Za kominem czif na leżaku. Twarz 
przykrył słomkowym kapeluszem. 

Kucharz naradza się z chłopakami. Afrykański byznes szykują. Pozłacane zegarki z Hamburga. Steward 

dewizy oblicza. Chce żonie kupić nylonowe futro w Kanale Kilońskim. 

— Trzy wachty w niedzielę miałem — czyjś głos — więc w sumie dziesięć dni wolnych uzbierałem. 
Przy dziobie harcują delfiny. Wynurzają się z wody. Brunatne grzbiety. Wesołe, beztroskie stado. Na 

maszcie opuszczono do połowy banderę. Żałoba po „Hańczy". Już zapominają

background image

 
wszyscy o „Hańczy". „Hańczo" została. „Piast" płynie dalej. Wachty Jak zwykle... Jutro bandera wróci na szczyt 
masztu... Jan Kula patrzy w banderę, nie razi go słońce... Twarz spływa mu potem. Wbiega do korytarza. Znalazł 
się pod drzwiami radiostacji. Od nikogo depeszy. Kręci mu ilę w głowie. Przytrzymuje się ściany. Mapa na 
ścianie wiruje, chorągiewka oznaczająca ich miejsce na oceanie też skacze... 
W kajucie chodzi jak w klatce, Szybkim, nerwowym krokiem. Pociąga wódkę z butelki. Wódka nic nie pomaga. 
Jak woda,., żeby zapomnieć, żeby trochę spokoju. Ale nie można zapomnieć, nie może być spokoju. 
Z pudła Hi-Presu bucha z szumem zimne powietrze... Bronek przy ladzie. On rzucił ten płaszcz na głowę 
Skandynawowi. 
Bronek mówi: No, Jasiu, jeszcze rok, dwa... 
On mówi: Nie. 
I potem u Bronka na wsi. 
Bronek mówi: Ta dziewczyna pasuje mi... 
On mówi: Co — 
Bronek: No, na żonę. 
On mówi: Jeszcze zdążysz, teraz trzeba w reji — 
I rzucił Bronek sklep, i pojechali w rejs... A gdyby nie. Bronek nie chciał przecież. Przeznaczenie, mówił stary 
Bretończyk. Bronek wierzył w przeznaczenie. Czuł, nie chciał,., On go zmusił. 
Zwały wody, kolebie się „Hańcza" na falach. A potem, to trwało bardzo krótko, Już nie ma „Hańczy", tylko 
poorane falami morze... 

Pije wódkę, długo, do końca. Pusta butelka. Oni razem w sklepie, oni razem w Casablance, oni razem na 

kutrze... 

Chodzi coraz szybciej, obija się o ściany. Otwiera bulaj. Niebieski, połyskliwy ocean. Szum Hi-Presu. 
Jan Kula szuka cieśli. Jest pijany — chce pić więcej. Nagle słyszy szczekanie psa. Kajuta asa. Wpada tam. 

Cieśla na czworakach. As stoi nad nim 1 usta głupawo rozchylił. Cieśla pełznie na czworakach. Piszczy cienko, 
przeciągle, jak szczeniak. 
„Jeanette". Ten spasiony Nord. Bronek rzuca patyk... Nord za burtą.„ 

— Co ty — szepcze Jan Kula. 

— 

To nie ja — odpowiada cieśla — to pies — Pełznie wzdłuż koi, poszczekuje coraz głośniej. Jan Kula 

przeciera oczy. 
— 

Gdzie ten pies? — cieśla zagląda pod stół, odsuwa szuflady. 

Jan Kula chwyta go z wielką siłą za kołnierz, podnosi do góry. Cieśla nieporadnie grzebie nogami, Jan Kula 

z rozmachem uderza nim o szot. Cieśla obsuwa się na podłogę. Stęka boleśnie. As wypada przestraszony z 
kajuty. 

—  Żarty, bosman — bełkocze cieśla — tylko żarty — 
Jan Kula z wysuniętą jak do uderzenia ręką. Obwisł nagle, spogląda jaśniej. 
—  Nie ma go już — mówi głucho. Stoi z opuszczoną głową. 
—  Wstań — mówi do cieśli.

background image

 

Cieśla zrywa się. Wyprężony jak na baczność. Długo tak stoją. 
Jeszcze nic nie wiadomo — odzywa (Się niepewnie cieśla. 

— 

Wiadomo — przerywa Jan Kula. Dźwięk gongu. 

—  Kolacja — mówi z ulgą cieśla. 
Jan Kula nie słyszy. Wpatrzony gdzieś, nieobecny. 
Cieśla puka. Cisza. Wali mocniej. Kajuta zamknięta od wewnątrz. Podchodzi steward. 
— Od wczoraj już nie wychodzi. 
Cieśla jeszcze raz puka. Żadnej odpowiedzi. 
Jan Kula leży na koi. Nie zwraca uwagi na pukanie. Twarz jak martwa. Pusta butelka po wódce na 

podłodze. W bulaju przesuwa się niebo, morze, niebo, morze. Kołysze lekko. Butelka toczy się po podłodze. 
Sześć dzwonków krótkich, jeden długi. Alarm szalupowy. Co miesiąc takie alarmy. Tupot kroków. Jan Kula 
unosi powieki. Szkliste, rozgorączkowane oczy. 

...Bronek chciał w sklepie, potem w krajći. On powiedział: Nie... Poczucie winy rozsadza głowę. 

Zwielokrotniony obraz Bronka. Konwój. Statek „Lord Essex". Bronek na pokładzie. „Jeanette". Bronek cmoka 
na Norda. Małe bistro. Bronek pije whisky. Śmieje się. — Marynarska — mówi |H dobrze nazwałeś. —i Bronek 
przy elektrycznej maszynce do liczenia. On patrzy na niego z pogardą. Bronek peszy się... Sześć dzwonków 
krótkich. Jeden długi. Oczy Jana Kuli towarzyszą wahadłowemu przesuwaniu się 
 
Nie ma siły. Przymyka oczy, otwiera gwałtownie. Oczy coraz bardziej rozszerzają się. Twarz pokrywa się 
potem, zaciśnięte jak w bólu szczęki. Coś zobaczył w bulaju. Cofa się z przerażeniem w głąb koi. Słyszy szum 
Hi-Presu. Ale nie jest to zwykły szum Hi-Presu. Łoskot wiatru i fal. Coraz bardziej zsuwa się w głąb koi. Chce 
uciec, schować się... 

Wybiegł z kajuty. Boso, półnagi. Wielkimi skokami pędzi na mostek.. Widzi TO. Wyraźnie widzi TO. 

Dokładnie, w najdrobniejszym szczególe. Każda sekunda droga. Za chwilę będzie za późno. Kłębi się 
wzburzona, sztormowa woda. Wysoka jak gmach fala... Wpadł do sterówki. Światełka aparatury. Lampa nad 
stołem z mapami. Czif oznacza cyrklem drogę statku. Po< gwizduje beztrosko. 

— Nie widzisz! — wrzasnął Jan Kula przenikliwym, obcym głosem do sternika. Chwyta za koło sterowe, 

przesuwa. 

...Ta łódeczka przed dziobem. W niej Bronek. W czarnym sklepowym garniturze. Wokoło noc, a przed 

dziobem jasne, ostre światło. Dziób coraz bliżej. Bronek wymachuje chusteczką. Roześmiany... 
Zmaga się z pierwszym oficerem. Czif ma zdumioną minę. Próbuje chwycić go za ręce, obezwładnić. Uderzony 
w brzuch, przewraca się. I podbiegł do telegrafu maszynowego. I już sygnały do maszynowni. Groźne, budzące 
cały statek. 

— Cała wstecz! Cała wstecz!-— Jan Kula śmieje się teraz radośnie, z wielką ulgą. Rozluźnia sprężone 

mięśnie, kiwa się bezwładnie

background image

 
i zatacza. Zmęczenie 1 spokój. Oddala się wszystko, maleje... 

W maszynowni panika. Senni ludzie z nocnej wachty biegają jak w ukropie. III Mechanik z napiętą twarzą, 

wykonuje polecenia z góry. Telefon do czifa maszyny. Czif zrywa się z koi. Wybiega w pidżamie. Śmieszny, 
Siatka na głowie. On układa włosy. 

—  Cała wstecz! — na tej pustej, spokojnej wodzie to albo zderzenie z innym statkiem, albo... Gwałtowny 

zwrot, silniki stękają i dygoczą. Gruby motorzysta Włodek wsłuchuje się w oczekiwaniu na nadchodzące. Za 
chwilę zderzenie dwóch kolosów: chrzęst, łomot, bulgot wdzierającej się wody... 

Gdy znosili go na dół, jakby spał, tylko raz uniósł powieki, nlewidzące oczy, co z nim, wyszeptał i znów 

zapadł w sen, letarg, drętwotę. 

—  Cholera wie, co mu jest — zastanawia się Drugi. — Rozgorączkowany, rzęzi. — 
—  I cuchnie wódą —-■ mówi kapitan. Trąca butem pustą butelkę, przewróconą na podłodze. 
Kładą go na koi. Rosły marynarz na straży przy nim w kajucie. Znów może się zerwać, wybiec... 
—  Uważaj pan — rzuca kapitan, odchodząc. 
Rosły marynarz niepewnie zerka na koję. 

Wpatruje się w nieruchomą twarz Jana Kuli. Do kajuty zagląda cieśla, za nim as. Cicho zamykają drzwi. 

Spalony pejzaż. Strzępiaste palmy, dalej rude wzgórza. Z baraku krytego falistą blachą traktor ciągnie rząd 

wózków wyładowanych worka 
mi. Skąpo odziani Murzyni pokrzykują gardłowo. Kobieta z ciasno owiniętym dzieckiem na plecach siada pod 
barakiem, rozkłada na macie pamiątki. Przy pomoście barka, na dziobie śpi Murzyn, wyciągnięty twarzą do 
żarzącego słońca. Ciemna, oleista woda. „Piast" już przycumowany. Załoga zebrała się przy trapie. Czarni 
pielęgniarze w białych szortach przenoszą Jana Kulę na noszach. Ostrożnie stąpają po trapie. Za nimi lekarz z 
siwawą bródką. Podbiega cieśla, kładzie na noszach worek z rzeczami Jana Kuli. 
— 

Kiepsko z nim — mówi kapitan — jakieś komplikacje. 

— 

Popijał, nie szanował się — dodaje czif z pokładu. — Zresztą tropiki na niektórych bardzo źle działają. 

— 

Szkoda chłopaka — cieśla zdejmuje płócienną czapkę — tak już jak trup wygląda. 

Kapitan rozkłada ręce. 
—  Nic nie*wiadomo. 
—  Po mojemu — mówi powoli, z namysłem cieśla — nie tylko wódka i tak dalej... „Hańcza" go 

wykończyła. 

—  Jak to? — dziwi się kapitan. 
— No, bo tam kumpla miał. Oni z tym kumplem jak bracia — twarz cieśli bez śladu stałego błazeństwa. 

Mruży przed słońcem oczy, patrzy na brzeg. As też patrzy i nagle broda zadrgała mu dziecinnym wzruszeniem. 
Odszedł szybko od burty, żeby nie widzieli. Pielęgniarze wstawiają nosze do mikrobusu. Murzyni półkolem 
otaczają samochód. Trzask drzwiczek. Samochód wyjeżdża z przystani, wzbija się rudy kurz. Znika między 
magazynami. Kobieta, która rozłożyła na macie swój kramlk: figurki z mahoniu, tam-ta-

background image

 
my, kapelusze, grzechotki, krzyczy — massa, massa, wyciąga ręce do marynarzy z „Piasta". Cieśla nakłada na 
głowę płócienną czapkę. 
Gdy ustępowała fala gorączki, unosił głowę, wodził zdziwionym spojrzeniem po białych ścianach. Dwaj 
Japończycy o sztywnych jak szczotki włosach grają w karty. Uśmiechają się do niego łagodnie. Wąskie, czarne 
oczy. Jeden z obandażowaną, wysuniętą na temblaku ręką. Drugi chwyta za laskę, kuśtykając podbiega do niego. 
Podsuwa mu papierosy. Jan Kula kręci przecząco głową. Ten o lasce nie przestaje się uśmiechać. Przynosi mu 
butelkę coca-coli. Jan Kula wypija kilka łyków. Jest bardzo słaby, opada na łóżko. W głowie chaos, nie wie, 
gdzie jest, co się stało. Z łóżka widok na okno. Za oknem ściana, chyba gliniana, żółta, spękana. Jaskrawa 
reklama piwa guiness. Grubas w czerwonym fezie ciągnie pienisty płyn. Guiness only for you. Zza ściany 
wyrasta gąszcz, splątany, bujnie zielony. Obcy, nieruchomy pejzaż. Niebo blade, zamglone. Gdzieś wybucha 
muzyka. Zawodzenie, jęk, perkusja dźwięczy opętańczo. Zbiera z wysiłkiem strzępy wydarzeń. Statek, i ta noc, 
wybiegł wtedy. Furkoczą skrzydełka wentylatora. Wirujące koło. Znów zapada w ciężki, męczący sen, 

...„Lord Essex" storpedowany. Tonie. — Do szalup! — wrzask przeraźliwy. Jan Kula ogłuszony wybuchem, 

apatyczny, bezwolny, leży przy windzie kotwicznej. Rozbłyski wybuchów. Opuszczają szalupy. Błoga 
obojętność ogarnia Jana Kulę. Z rozbitej głowy cieknie krew. Ktoś 
 
nagle chwyta go za ręce, ciągnie... To Bronek. Niesie, ugina się. Wchodzi z nim do szalupy... Taka była ich 
przyjaźń... Bliźniaki, mówił bosman Krawczyk... 

Przekręciło się wielkie koło ze szprychami. I teraz spokojna gładka woda. Nie ma U-Bootów, nie ma 

bombowców... Znów koło wiruje. Tuż, tuż Bronek. Z całych sił trzyma się lady, a on odciąga go, odrywa mu 
ręce, wypycha gdzieś... 

Jan Kula krzyczy, zaciska pięści Japończycy ściszają głosy. Ten o lasce poprawia mu poduszkę. 
Rzuca się gwałtownie. Twarz wykrzywiona bólem i rozpaczą,.. 
—  Dwa razy mnie Bronek z cholernej kabały wyciągnął! — woła Jan Kula. 
Ocknął się. Patrzy jasnym, przytomnym wzrokiem. Japończycy na migi opowiadają mu o sobie. To rybacy. 

Ciągnęli włok. Zerwał się łańcuch, łupnął w nich. 

—  My home, Jokohama — powtarza tęsknie ten o kuli 
„A mój gdzie — myśli Jan Kula — gdzie?" 
Przychodzi czarna pielęgniarka. Kłuje mu ręce. Robi zastrzyki W uśmiechu biel zębów. Różowe spody 

dłoni Pochyla się nad nim. Kopia- ste włosy nastroszone jak pióra ptaka. Spod tych włosów pokazał się kawałek 
wygolonej głowy. Peruka. 

Przychodzi też doktor, dobroduszny Szkot z si- wawą bródką. Mierzy puls, przykłada do piersi słuchawkę. 
—  Będzie dobrze — powtarza doktor — musi być dobrze. 
I fala gorączki... Smutna, bezradna twarz Bronka. Patrzą na siebie długo. Jakby wszystko

background image

 
w tym momencie zależało od Jana Kuli. A on nic. I już Odchodzi Bronek. Idzie w morze. Odciski jego stóp w 
piachu. Zalewa je woda. Coraz dalej Bronek. Jan Kula chce krzyczeć, zawrócić go, ale nie może. Chce biec za 
nim. Też nie może. Coś trzyma go, nie pozwala się ruszyć. Już tylko głowa Bronka. I głowa ginie w falach... 
Próbuje zerwać się. Niewidzące spojrzenie. 
— 

Wszystko na nic! — krzyczy dziko. — Cała wstecz! Na nic! 

Japończycy zaniepokojeni. Ten o lasce mówi coś łagodnie do niego. Jan Kula rzuca się niespokojnie. 
Rozpaczliwie kurczące się dłonie. Ten o lasce przykłada mu zimny kompres do czoła. Lepiej. 

Lekarz z bródką klepie go rubasznie po plecach. 
— 

Szczęśliwy koniec — śmieje się. — Bardzo silny organizm. Bardzo — powtarza. — Jak żelazo. 

Japończycy też się uśmiechają. 
— 

Nie ma się z czego cieszyć — mówi ponuro Jan Kula. 

Lekarz ze zdziwieniem patrzy na jego pobruż- dżoną, obojętną twarz. 
— 

Chłopcze — dziwi się dobrodusznie — tak szybko wrócić do zdrowia — 

Jan Kula odwraca głowę. 
„I co z tego" — chodzi mu uparcie po głowie. Tak leży i nawet ogolić mu się nie chce. Lekarz przestaje się 
uśmiechać. Japończycy patrzą na niego z niepokojem. 

Otwarte okno. Wilgotny żar z zewnątrz. Nawoływania, śmiech. Warkot samochodu. 
Kroki na korytarzu. Pisk pielęgniarki. Wchodzi agent Scanshipu, gruby Murzyn w krótkich spodenkach, ma 

muskularne, jak beczułki, łydki zapaśnika. 

Szczypie w plecy zgrabną pielęgniarkę. Obejmuje ją. Ona popiskując wymyka się z jego uścisku. Lekarz z 

bródką grozi agentowi palcem. Agent mruga po cwaniacku. 

— Wyzdrowiał! — mówi donośnie. — Bardzo dobrze! 
Pochyla się nad łóżkiem. W wełniste runo z wygolonym równiutko przedziałkiem wetknięty długopis. Jan 

Kula wstaje. Trochę chwieje się. Pakuje swoje rzeczy. Agent podtrzymuje go troskliwie. Chichocząc rozmawia z 
doktorem. Taka pełna ruchliwości i optymizmu góra mięsa. Drapie się długopisem po głowie. 

Jan Kula unosi głowę. Patrzy na Japończyków. Fajni faceci. Życzliwi. Żegna się z nimi. 

— Równe z was chłopaki — mówi — bardzo równe — Oni coś odpowiadają po swojemu. 

Z glinianych lepianek, cudacznych domostw z przybudówkami, szop krytych trzciną — zewsząd ruchliwe 

płomyki naftowych kaganków. I życie bujne, intensywne, właściwie wieczorem ożywia się wszystko. Pod 
długim okapem siedzą rzędem krawcy. Ich twarze w pełzającym świetle błyszczące, dziwne. Stłumione głosy z 
labiryntu podwórek i zaułków. Wonny zapach węgla drzewnego. Maleńkie jadłodajnie pod

background image

 
 
daszkami. Kobiety gotują posiłek. Suszone ryby, które dżieli się piłą, twarde jak szczapa. Pieczone banany na 
liściach, orzechy kokosowe, jam w misach. 

Agent Scanshipu śmieje się wesoło. 
—  Calabar, piękne miasto — mówi cienkim głosem. 
Droga nad rzeką oświetlona jarzeniówkami. Na placyku pomnik niepodległości Nigerii — rzeźba 

przedstawiająca tygrysa sprężonego do skoku. Dalej senny klub marynarza „Anchor Inn". Grają w bilard. 
Brzydka, biała kobieta wdzięczy się do marynarzy. Jan Kula przystanął. Agent ciągnie go niecierpliwie. 

—  Czas to pieniądze — bardzo zadowolony z tego powiedzenia. 
Jan Kula odtrąca jego spoconą, miękką dłoń. Agent urażony przez chwilę, ale zaraz szeroki, pogodny 

uśmiech na jego twarzy. 

Idą wąskim zaułkiem. Nisko nawisłe strzechy chałup. Duszny zapach oleju palmowego. Zatrzymują się 

przed piętrowym domostwem z galeryjkami. 

—  Doskonały hotel — powiada agent. 
Oświetlona recepcja na parterze. Portrety dostojników państwowych w białych szatach i fezach, Chrystus na 

krzyżu — wielki obraz na centralnym miejscu, przy biurku śpi półnagi, muskularny mężczyzna. 

Agent zanosi się długim chichotem, trąca Jana Kulę, wskazuje na szyld nad drzwiami. 
Napis „Olimpia-Hotel", a niżej wizerunek bardzo grubej kobiety, leży na brzuchu^ na jej pośladkach bar, 

butelki; podchodzi czarny pan w smokingu, unosi kieliszek. Agent wykonuje znaczący gest — niby uderza 
kobietę w pośla 
dek, cały trzęsie się od śmiechu, teraz gestami pokazuje, jak kobieta zrywa się, zabolało ją... Jan Kula wzrusza 
ramionami. 

W ciemnym hotelowym pokoiku leży na żelaznym łóżku. Porysowane ściany, podarta tapeta. Koło lampki 

tańczą owady. Obłędne wirowanie. Coraz przypadają do żarówki i już zostają. Podchodzi do lustra, lampką 
oświetla sobie twarz. Posiwiał, głębokie bruzdy, zapadnięte policzki. Stary człowiek. 

„Bo i fakt" — myśli. Ogarnia go uczucie końca życiowej drogi. Gdzieś się doszło. Dalej już nie można. 

Koniec. Złe, mocne uczucie. Ale dalej nic nie ma. Nie widzi już nic dalej. Porusza lampką. Migotliwe światło 
zniekształca jego twarz. Wielkie cienie pod oczyma. Najgłębsze bruzdy — szerokie cienie. Ruch lampki. Znów 
wszystko inaczej. Za oknami gęsta ciemność, pojedynczy głos, długo, przeciągle się niesie, ciemność jak ściana. 
Jan Kula przesuwa dłonią po powierzchni lustra. Mokra dłoń sunie ślisko po szkle. 

Klepisko otoczone podcieniami. Przy barze Murzyni w kolorowych koszulach. Barmanka otwiera butelki. 

Małpka przywiązana do pala podpierającego podcienia biega na długość łańcucha. Skrzeczy cienko, wyciąga 
łapę. Jan Kula siedzi za drucianym przepierzeniem, gdzie napis — First class sitting room. — Jest sam tu- taj

f

 

pije piwo, dużo pustych butelek przed nim.

background image

 
Obserwuje nerwowy spacer małpki. Ktoś wetknął małpce papierosa. Małpka pali jak człowiek. Z drugiej strony 
przepierzenia, przyciskając twarz do drutów, stoi czarny facet, wąsaty, wklęśnięte czoło, szeroki nos. Wodzi 
spojrzeniem za ręką Jana Kuli wędrującą z butelką piwa od stolika do ust. Spokojnie, ze skupieniem śledzi ten 
ruch. Jan Kula spogląda na niego gniewnie. Tamten wcale nie speszony, spokojny, wytrwały. 

—  Tak się przyczepił—^ mruczy Jan Kula — i nie odejdzie. 
Chce podać mu przez siatkę butelkę i papierosy. Ale rezygnuje po namyśle. | IH| No, chodź — zaprasza 

Murzyna — nie lubię pić w pojedynkę. 

Tamten uśmiecha się szeroko. Podrygującym truchcikiem wbiega za przepierzenie. 
—  Cowan — kłania się ceremonialnie — moje imię, Cowan. — Ty jesteś, panie,' cudzoziemcem, więc 

mogę być twoim przewodnikiem po Cala- barze. Calabar bardzo duże miasto -^i dodaje z dziecinną chytrością 
— łatwo można się zgubić — 

Jan Kula częstuje go piwem. 
„Ma pysk bandyty, ale dobrze mu z oczu patrzy." 
Cowan kiwa skwapliwie głową. Jest bardzo usłużny, z napięciem patrzy w twarz Jana Kuli, jakby chciał 

odczytać każde jego życzenie. 

Wskazuje ńa kobiety. Jest ich kilka na sali. Miejscowe prostytutki. 
—  Moje siostry — mówi — nic nie odmówią. 
Potem proponuje pójście do kina. Film, w którym dwie białe ladies występują. Bardzo cu 

downy film. Jan Kula nie chce. Cowan nie natrętny, odmowę przyjmuje z godnością. 

—  Ale zostań — zatrzymuje go Jan Kula. Piją w milczeniu piwo. Jan Kula odczuwa potrzebę czyjejś 

obecności. 

Wilgotna noc, w świetle wirują wielkie owady. 
— Właściwie — chwyta nagle Murzyna za rękę. —7 Nie może być gorzej niż ze mną. Rozumiesz? No, bo 

co? Jego już nie ma. Nic nie ma. I gdzie wracać. Nie ma gdzie... Dawniej to zupełnie co innego. Nawet w 
sklepie... I myśleliśmy: pływamy sobie, w ogóle, żyło się. A teraz — tak mówi gwałtownie, szybko, po polsku 
mówi. Wali pięścią w stół. Zakołysały się butelki. Jedna spada ze stolika. Ale Cowan bardzo zręczny. Chwyta 
butelkę. Jan Kula przygląda się długo czarnej jak noc twarzy Co- wana. Nieprzenikniona twarz, nieprzeniknione 
oczy. 

—  Po co ja ci to wszystko gadam — macha ręką zniechęcony — przecież ty nic nie rozumiesz. 
—  Tak, panie — godzi się Cowan z powagą. 
Słychać nigeryjski high-life. Barmanka kołysze się w takt muzyki. Cowan też podryguje rytmicznie. Twarz 

jego pełna zadowolenia. Wskazuje na barmankę. 

—  Bardzo ładna — szepcze — moja siostra. 
Barmanka rzuca naiwny, zalotny uśmiech 

w ich stronę. Cowan zachęca. 

Jan Kula zamyślił się, nie widzi barmanki. Cowan frasuje się jego smutkiem, wyraźnym przecież nawet w 

tym obwisłym przygarbieniu nad stołem. Jak dziecku podtyka butelkę z piwem. 

—  Master — mówi miękko — master, beer

background image

 
very nice — potem' pokazuje na barmankę. — Mary, very nice — 

Jan Kula kręci przecząco głową. Palcami wybija monotonny takt na blacie stolika. Cowan śledzi jego palce. 

Też zaczyna wtórować, uderzając dłonią na płask w stół. Uśmiecha się, zadowolony. 
• 

Południowa godzina. Najgorsza. Opustoszałe ulice. Wszyscy chowają się gdzieś w cień. Szli w stronę portu. 

Pierwszy Jan Kula, za nim Cowan. Cowan w wypuszczonej na wierzch koszuli, złotego koloru spinki do 
mankietów ma przyczepione do kołnierzyka. Tę koszulę dał mu Jan Kula. 

—  Spinki powinny być przy mankietach — mówi — tylko tak ci przyczepiłem, żeby nie wypadły. 
Cowan z zadowoleniem dotyka spinek. 
—  Bardzo ładne — mówi. 
Garbaty Syryjczyk, właściciel spożywczego magazynu, wygląda za nimi. Dziwny ten nowy Europejczyk. 

Seailor. Ponury, brudny. I z tym łazęgą Cowanem tak trzyma. 

A oni idą do portu, zmęczeni, mokrzy. Odpoczywają pod palmą. 
—  Upał — sapie Jan Kula. — Cholerna tu u was gorączka — 
Cowan potakuje. Odpoczęli, idą dalej. Droga prowadzi wzdłuż rzeki. Na drugim brzegu gęsta, bagienna 

roślinność. Płyną pirogi, malowane w czerwono-żółte wzory. Rybacy wiosłują rytmicznie. Mijają ich ciężarówki 
z portu. Szoferzy pozdrawiają Cowana. 

—; Moi bracia — wyjaśnia Cowan. 
Wskazuje na pirogi. 
—  A to bracia rybacy — dodaje. 
—  Fajnie się nazywacie — mówi Jan Kula — bracia, siostry — 
Szałas szaleńca pod rozłożystym baobabem. Przy ognisku siwy Murzyn o nawiedzonych oczach. 

Zapatrzony gdzieś przed siebie, tylko w skąpej opasce na biodrach. Nieruchomy jak totem. Twarz poznaczona 
nacięciami plemiennymi. Ocknął się. Na bambusowy rożen nadziewa czerwone raczki. Jan Kula podchodzi do 
Murzyna. Cowan odciąga go strachliwie. Twarz zasłania dłonią. 

—  To szaleniec — szepcze. — On ma moc. I może rzucić przekleństwo. 
Żegna się, coś mamrocze. 
„Tak sobie siedzi nad rzeką — zamyślił się Jan Kula. — Nic go nie obchodzi. Dobrze mu tak." Jeszcze z 

daleka ogląda się na szaleńca. Nieruchomy. Dymi przygasający ogień. 

Już przystań. Duszny zapach ziarna palonego. Parowiec z Lagos przy pomoście. Sznur wagoników 

wyładowanych workami. Agent o łydkach zapaśnika dogląda pracy. Pogania robotników, zapisuje ilość worków. 
Zauważył Jana Kulę. 

—  Marynarz! — krzyczy przyjaźnie. — Ciągnie do wody! 
Jan Kula udaje, że nie słyszy. Obnażeni robotnicy siedzą pod barakiem. Na ścianie nieruchome jaszczurki z 

rozpostartymi łapkami. Jan Kula stoi na pomoście. Patrzy uporczywie w gęstą, ciemną wodę. Unosi głowę. 
Zatoka, dalej ocean. Parowiec z Lagos. Warkot agregatów okrętowych.

background image

 
Cowan czeka cierpliwie w plecy. 
—właściwie masz racje Kula — nie ma na co czekać. Cowan szczerzy w uśmiechu zęby 
Trąca go lekko - ocknął się Jan 
Wyszedł z hotelu. Trzyma pod pachą zawiniątko. Na schodach siedzi Cowan. Wstaje. 
— 

Zobacz — mówi Jan Kula — nadaje się do opylenia? 

Rozwija pakunek. Ręczniki, kolorowe koszule. Cowanowi szczególnie spodobał się włochaty ręcznik z 
wymalowanym kogutem. 
—  Bardzo piękny. Dobry byznes. 
—  Byznes — powtarza Jan Kula. Zamyśla się. 
Idą na market. Handlujący tłum kłębi się na 
placu. Na matach, w szopach pod dachami z liści palmowych można kupić wszystko. Od japońskich 
tranzystorów, tkanin zadrukowanych pirogami, tygrysami i butów firmy Bata do stert bananów, kokosów, 
ananasów. 

Dzieciak zabiega im drogę, zachwala te dzbany. Chytry garbus poleca wino palmowe, mętne, białe. Na 

ławie rząd szklanych bań z winem. 

Kramik z lekami i talizmanami. Zasuszone szczury w obrzydliwym skurczu, ptaki malowane na kolorowo, 

kopyta koźlątek, szkieleciki drobnych zwierząt i ryb. 

—  Dżu-dżu — szepcze z uroczystą powagą Cowan. Starucha w pasiastej opończy wskazuje kościstymi 

palcami kopyta koźlątek. Poleca ten talizman. 

—  To bardzo potężne dżu-dżu — przyznaje Cowan. — Na zdrowie. Na długie życie. 
—  Dżu-dżu — wzrusza ramionami Jan Kula — mnie tam żadne dżu-dżu niepotrzebne. Po co! 
Pot spływa mu po twarzy. Oblepia koszulę. Cowan idzie do innego kramiku. Rozwija pakunek. Otaczają go 

handlarze. Wyciągają ręce po ręczniki i koszule. Wrócił z trzema funtami. Bardzo zadowolony. Poklepuje się po 
brzuchu. Kupują kilka butelek piwa marki Tuborg. Cowan zdejmuje koszulę. Pierś ma poznaczoną nacięciami 
plemiennymi. Piwo w koszuli jak w węzełku. Idą zmęczeni, ociężali. Siadają pod pomnikiem niepodległości 
Nigerii. 

— Independence — mówi Cowan. 

— 

Wiem, wiem — mruczy Jan Kula. Piją pi\vo. 

— Piwo jest bardzo dobre — Cowan oblizuje się smakowicie — po pięciu butelkach piwa brzuch pełny i w 

głowie dobrze. A koniak bardzo zły, po pięciu butelkach koniaku można umrzeć — pochyla się gwałtownie, 
niby pada rażony śmiercią. Jan Kula uśmiecha się blado, patrzy apatycznie na Cowana przejętego wizją 
śmiertelnego działania koniaku. 

—  Trzeba pić — mówi — żeby zapomnieć... Ale nie można zapomnieć. 
Wzbija się kurz. Warkot motoru. Przejeżdża tutejszy autobus. Wielki napis na szoferce — »Przeznaczenie". 

I poważna, surowa twarz Boga. Autobus pełen Murzynek z dziećmi na plecach i tobołami. Wychylają się 
koźlęta, pobekują. Jan Kula spogląda na oddalający się autobus. 

—  Tak wsiąść — mówi cicho — pojechać gdzieś, aby jechać, rozumiesz — 
—  Tak, panie — potakuje Cowan. 
—  Co ty tam wiesz — obrusza się Jan Kula.

background image

 

Nn glinianym klepisku tańczący tłum. Młodzieńcy w garniturach, inni w luźnych, pstrokatych szatach, 

kobiety ubrane obciśle, denerwująco. Ekstaza tańca, coś jak magla, rytuał. Kłębowisko rytmicznie poruszających 
się ciał. W świetle kaganków plecy kobiet błyszczą ślisko. 

Barmanka Mary, ładna, /. dużymi kolczykami w uszach, podchodzi do Jana Kuli, chce tańczyć z nim. 
— Nie — odmawia stanowczo Jan Kula. 
Dużymi łykami pije mętny, palmowy samogon. 
Mary przysiada się do niego, Z podziwem patrzy, że tak dużo wypija tego samogonu. 
Jan Kula ociera mokrą twarz. 
— Patrzysz, że tak żłopię, ale i to mnie nic nie bierze, nic — 
Mary zaśmiała się niespodziewanie, białe zęby, różowe dziąsła, język — jak miąższ jakiegoś owocu to 

wszystko. Ręce złożyła na kolanach. Patrzy na niego zalotnie, śmiejąco. Cowan wybija bosymi stopami taneczny 
rytm. 

Brzęk łańcucha. To małpka podskakuje uciesz- nie. 
Pod ścianą zdobywczą, pijaną gromadą europejscy marynarze. Chyba Włosi. Dobiegają do Jana Kuli ich 

okrzyki. Wznoszą toast. Poszcr.y- pują przechodzące dziewczyny. Wśród nich wielki, pękaty w barach chłopak. 
Teraz chwycił czarną dziewczynę, niby zabawkę uniósł ją w górę, sadza sobie na kolanach. 

—  Matrosy... — szepcze Jan Kula... — w rejsie. Bawią się — 
Nie chce tum patrzeć. Ale coraz /.erka w ich 

74 
stronę. Wstydzi się swego wyglądu. Brudny, nie ogolony, w wymiętym drelichu. 

A oni w czystych, białych ubraniach, z forsą, W przystani czeka na nich statek. Wsiądą. Popłyną. Wydaje 

mu się, że patrzą w jego stronę Wydaje mu się, że słyszy kpiący śmiech. Z niego ten śmiecił. Łapczywie pije 
palmowy samogon. Drażnią go tamci marynarze. Najwięcej ten hałaśliwy, wielki, z lśniącymi od brylantyny 
włosami. Wstał. Idzie do baru. Szerokim, rozbujanym krokie m. Potrąca pary na parkiecie. Siła i pewność 
rozpiera go. 

I Jan Kula też wstaje. Powoli, czujnie, idzie naprzeciw temu olbrzymowi. Zbliżają się do siebie. Tamten już 

dostrzegł go. Jan Kula zgarbiony, z upartą twarzą. Tamten jakby zdziwiony. Już dzieli ich parę kroków. 
Dokładnie naprzeciw zbliżają się do siebie. „Kto komu..." — myśli zawzięcie Jan Kula. Jeszcze niżej pochyla 
głowę. I w ostatniej chwili, pół kroku chyba, ten wielki Włoch ominął go, ustąpił, tak niby mimochodem, ale 
ustąpił. Mała satysfakcju, chwila zadowolenia. Bo i Cowan pełen podziwu, i Mary też. Włosi zerkają na niego. 
Mija to jednak szybko, znów złu, drażniąca pustka. Wraca do stolika. Cowan gestami wyraża zrozumienie 
sytuacji, wielki podziw. Tamten master zląkł się, ustąpił.., Jan Kula pije palmowy samogon. 

Wyszli już cl włoscy marynarze. Z dziewczynami. Uważne, jakby chciał zapamiętać, spojrzenie tego 

wielkiego. Muzyka. Tańczą. Lśniące twarze. Pośród tłumu przeciska się jedyny teraz w „Palladium Pałace" 
Europejczyk. Zatacza się, odbija jak piłeczka o tańczące pary, Brnie pracowicie. Podchodzi do opuszczonych 
stolików. Wypija resztki piwa. Ktoś krzyczy na niego. 
75

background image

 
Ucieka spłoszony. Tu znów zapraszają go, częstują. Tak krąży jak sęp czyhający na resztki. Jest teraz przy 
dwóch godnych Murzynach w fezach. Kłania się uniżenie. Dają mu butelkę piwa. Wypija łapczywie. Długa seria 
jego pijackich, dziękczynnych ukłonów. 
— 

On od wielu lat w Calabarze — objaśnia Cowan. — I bardzo lubi piwo. 

Pijak podchodzi do nich. 
— 

Cywilizacja! — woła. — Kultura! Europa! Jak się cieszę! 

Cowan chce go przepędzić. Ale Jan Kula zaprasza do stolika. 
— 

Luiz jestem — przedstawia się ten obrzmia- ly, łysy facet — Luiz Medina. Rodem z Ka- dyksu. — I 

chwyta za butelkę. 
Cowan oburzony. Hiszpan spokojnie, nie patrząc na niego, sączy piwo. 
— 

Jak się cieszę — mówi — w tej dziurze, w Calabarze spotkać Europejczyka. — I ku przerażeniu Cowana 

sięga po następną butelkę. 
—  Jak panu podoba się Calabar? 
—  Wszystko mi jedno — odpowiada Jan Kula. , 
— 

Słusznie — godzi się Hiszpan — ja żyję tylko wspomnieniami. Paryż. Kabarety. Ruletka. Rzym, stara, 

antyczna architektura. I moja ojczyzna, forteca Maurów, gaje oliwne, pieśni Cyganów... — jest już mocno 
pijany, zapiekła ślina na wargach. 
Cowan wyrywa mu butelkę. Z błagalną miną wskazuje na swój brzuch. Dla niego też musi zostać trochę piwa. 
Hiszpan ma zamącone, ślepe oczy. 
— 

0116, ollśl — zaczyna pokrzykiwać. Gestami odtwarza corridę. Zrywa się. Bardzo wyrazista pantomima 

corridy. Byk. Picadorzy. To- 
reador. Płachta. Byk szarżuje. Lekki, niewidoczny prawie ruch toreadora. Byk mija go... Tak dwoi się i troi. 
Pada, wstaje, przyklęka. Cowan rechocze z uciechy. Już krąg gapiów. Mary klaszcze w dłonie. 

Jan Kula podparł głowę łokciami. Ogarnęło go natarczywe poczucie samotności. Nikogo już nie ma. Nic już 

nie ma. Krzyki Hiszpana jak z bardzo daleka. Mary delikatnie gładzi go po głowie. Podobają się jej jego włosy, 
długie, proste, miękkie. Jan Kula wstaje nagle. 

—  Seńor, seńor! — Nie słyszy wołania Hiszpana. Wychodzi z „Palladium Pałace". Za nim jak cień 

.Cowan. 

—  Tak mnie nosi — mówi głucho Jan Kula. — Usiedzieć nie mogę. 
Tropikalna, duszna noc. Migotliwe światełka lampek. Rosnące światło na drodze. W świetle, kurz wiruje 

miliardem drobin. Pędzi autobus. Jan Kula wybiega na drogę. Wyciąga rękę. f— Na co będę czekał — Autobus 
hamuje z wizgiem opon. Cowan odciąga go, przestraszony. Autobus przejeżdża. Wychylają się roześmiane 
twarze grubych Murzynek. Ktoś chichocze wysokim głosem. Jan Kula znów zobojętniały, obwisły. Pot cieknie 
strużkami z czoła. Gorące strużki. 

Na progu „Palladium Pałace" pokazuje się Mary. Cowan woła ją. Mary podchodzi drobnym kroczkiem, 

kołysząc $ię w biodrach. Uśmiecha się zalotnie. 

—  Przecież nie mam pieniędzy — mówi Jan Kula. Ale Mary kręci przecząco głową. Cowan też. Ona nie 

chce pieniędzy. 

—  Ona bardzo miła, panie — kuszący jak szmer głos Cowana.

background image

 

Jan Kula przygląda się Mary. Mary wybucha gardłowym śmiechem. —

r

T co ty chcesz? — pyta Jan Kula. 

Mary przykłada sobie dłoń do policzka. Potem do policzka Jana Kuli. 

— Sleep — powtarza. — Noc. Późna noc — i z kobiecą zaborczością bierze go za rękę. Cowan coś 

pomrukuje. Jan Kula uśmiecha się. Zmęczony, bezradny uśmiech. Ociera rękawem mokrą twarz. Słychać 
cykady. Nieustające, monotonne brzęczenie. Ktoś stroi struny. Jan Kula odchodzi z Mary. Cowan ucieszony, 
klepie się po udach. Oni znikają za kościołem metodystów. 

Gdy wychodził z jej domu, żegnała go cała rodzina. Matka Mary, bardzo wesoła, dobroduszna, chciała go 

zatrzymać na śniadaniu. Ugniatała maniok. Pitrasiła ostry, czerwony sos na mosiężnej patelni. Bracia Mary, 
dwaj nadzy chłopcy o wystających pępkach, dotykali ciekawie jego rąk. Zrazu niepewnie, potem już nabrali 
śmiałości, wichrzyli mu włosy. Ten mniejszy przyłożył swą dłoń do jego ramienia, jakby przymierzał do 
odmiennego tła. Siedział między nimi. Na skrzynce stary patefon z tubą. Przeszukał kieszenie. Wygrzebał 
kilkanaście pensów. Dał malcom. Ucieszyli się. Mary czesała się na podwórzu. Robiła mysie ogonki z włosów, 
prostowała je zaciekle, podwiązy- wała i smarowała tłuszczem. Cała głowa w sterczących śmiesznie ogonkach. 
A ona bardzo dumna z fryzury. 

Patrząc na nią roześmiał się. Po raz pierwszy 

od tamtej sprawy z „Hańczą" coś jak ulga, ale na krótko. 
— 

„Palladium Pałace" — umawia się z nim Mary — to-day, evening — 

Przytaknął. Wyszedł z tej glinianej chaty pokrytej trzcinowym dachem. 
Naprzeciw na murku siedzi Cowan. Czeka. Drzemie. Podnosi się. Szeroki uśmiech na jego błyszczącej od potu 
twarzy. Podbiega. Wyciąga zza pazuchy dwa ananasy. Wręcza Janowi Kuli. 
— 

Dobry z ciebie chłop — mówi Jan Kula. — Popiłem wczoraj i domyśliłeś się, że będzie suszyć. — 

Ściska mocno dłoń Cowana. 

Idą główną ulicą. 
Kupcy siedzą na schodkach. Garbaty Syryjczyk w drzwiach swego magazynu. Przy stacji benzynowej 

Shella krząta się Murzyn o cwaniackiej twarzy, śmieszny, bo łysawy. Cowan pokrzykuje do niego w 
miejscowym narzeczu. Dwaj policjanci w grubych, czarnych skarpetach, z pałkami. Cowan zerka na nich nie-
pewnie. 

—  Źli ludzie — szepcze — biją. 
Mija ich szeroki, płaski samochód z ogonem. Zdziwione spojrzenie białej kobiety w dużym kapeluszu. 

Wygląda z okna samochodu. Patrzy na Jana Kulę. 

—  Marnie wyglądam. Zdeklasowany Europejczyk — Jan Kula uśmiecha się krzywo. Przesuwa dłonią po 

brodzie. Chrzęści zarost. Cowan spogląda na jego brodę z zazdrością. Nieznacznie, sprawdzająco obmacuje 
swoje policzki z kępkami marnego zarostu. 

Spod bambusowego daszka wychyla się Luiz, Hiszpan. Poznał Jana Kulę. Krzyczy. Kłania się. Cowan 

krzywi się pogardliwie. Za nic ma tego

background image

 
Luiza, pijaczka. Jan Kula wita się z Hiszpanem. 
—  Niestety — rozkłada ręce — ani szylinga. 
Luiz posmutniał. 
—  Chociaż papierosa. 
Jan Kula częstuje. Luizowi trzęsą się ręce. Cowan wcale nie ukrywa swej pogardy. 
— 

Tak — mamrocze Luiz — tak, jestem absolutnie sam... A kiedyś — wzdycha — piękna plantacja kakao 

na Fernando Po, dom w Santa Izabel, bungalow w górach, wszystko... Ale los, los nie oszczędził mi niczego. — 
Chwyta się za głowę. — Zupełnie mi pęka. 
Uśmiecha się odrażająco, w uśmiechu gołe, bezzębne • dziąsła. 
— 

Uciekaj pan stąd, szybko, bo z każdym dniem zapada się człowiek jak w bagno! 

— 

Uciekać! — mówi z rezygnacją Jan Kula. — Gdzie! Powiedz, gdzie! 

— 

Więc i ty już jesteś przegrany — Luiz zniża głos. — Jak ja. I nie masz już gdzie! 

— 

Jaki przegrany, jaki przegrany! — Jana Kulę ogarnia nagła pasja. Chwyta Luiza za koszulę, potrząsa nim 

silnie. Cowan też wymachuje przed nosem Hiszpana. 
Pasja jak szybko przyszła, tak wygasa nagle. Jan Kula jest zawstydzony. 
—  Przepraszam — wybąkał. Odchodzi. 
— 

Przepraszam — powtarza za nim pokornie Luiz. I taką ma twarz ze smutnym zrozumieniem wszystkiego. 

Jan Kula przyśpiesza kroku. Cowan nadąża za nim z trudem. Dyszy... Dochodzą do placyku. Dwie drogi. Na 
market. Do portu. 
—  Nie ma gdzie iść — mówi Jan Kula. 
Siada pod palmą. Twarz Luiza jak zmora. 
Prześladuje go wyryta na niej przegrana. Cowan opiera si^ę wygodnie o pień. Po chwili opada mu głowa, 
drzemie. Pomarańczowa jaszczurka przemknęła koło jego bosych, płaskich stóp. Szybko, zawijając ogonem, 
wsunęła się w spękaną ziemię. 

Na śmietniku usiadł sęp z parszywą, nagą szyją. Dziobie coś zaciekle. Potem nieruchomieje. 
Jan Kula odłubuje ze skóry ananasa. Patrzy na swoje brudne spodnie, pomiętą, mokrą koszulę. 
— Jak Luiz — mruczy — zupełnie jak ten Luiz. — Mięśnie na szczękach skaczą mu i twardnieją, jakby się 

z czymś zmagał. 

Cowan podniósł głowę, mruga powiekami. Przyśniło mu się coś? 
Sęp poderwał się, szeroko rozpostarł Bkrzy- dła, znikł za drzewami. 
Monotonny przybój fal oceanu. Woda wyrzuciła blaszaną beczkę. Toczy się po piachu. Nagie dzieci szukają 

ślimaków w kolorowych jak tęcza muszlach. Wysokie o strzępiastych koronach palmy na piaszczystej skarpie. 
Pod skarpą klęczy grupa Murzynów. Ręce złożone do modlitwy, zawodzą. Między nimi wykopany dołek. Do 
dołka wstawiają zapaloną świeczkę. Cowan przechodząc, składa głęboki, pełen uroczystej powagi pokłon. Szum 
załamujących się fal. Jan Kula patrzy w ocean. 

— Tak jakbym go zabił — odzywa się nagle. — Bo on nie chciał — Zgarbił się, zmęczona, pełna bruzd 

twarz. Cowan zafrasowany. 

background image

 
— 

Master zmęczony — mówi łagodnie. — Można wykąpać się — proponuje — woda bardzo ciepła i dobra. 

Modlitewne zawodzenia Murzynów przybierają na sile. Wybija się jeden ochrypły, drgający uczuciem głos. Jan 
Kula nie chce się kąpać. 
— 

Boisz się rekinów, sir? — dopytuje się Cowan. 

—  Rekiny — powtarza Jan Kula. 
Nagle wchodzi w ocean. Zaczyna iść szybko, gwałtownie. Cowan patrzy, oszołomiony. Jan Kula idzie coraz 
dalej. Woda skrywa go już do pasa, fale biją w twarz. 
— 

Sir! — pokrzykuje Cowan. — Sir! — Przestraszył się. Biega, wymachuje rękoma. 

Jan Kula już daleko. I teraz zawraca. Fala uderza go w plecy, pochyla ciężko; tak brnie zataczając się i 
potykając. Wyszedł na piach, spływa z niego woda. Cowan przygląda mu się z podziwem. 
Z daleka na oceanie pokazały się rybackie łodzie. Zbliżają się. Suną na wysokich falach. I wraz z przybojem 
osiadają na płyciźnie. 
Rybacy wyciągają łodzie na brzeg. Skarpą, wśród palm, biegną kobiety z koszami. 
Rybacy rozwieszają sieci na palikach. 
Jan Kula podchodzi do nich. W -łodziach srebrzą się i miotają ryby. Ruchliwa gęstwa. 
—  Ja tu zostanę, Cowan — mówi nagle. 
—  Gdzie? — dziwi się Cowan. 
—  W tej wiosce z rybakami. 
—  A co będziesz robił, sir? — pyta Cowan. 
Bezradny ruch ramion Jana Kuli. Cowan 
uznał to za dobry żart, zaśmiewa się. * 

Przy pomoście włoski motorowiec „Cavour". Przybijają barki wyładowane workami z ziarnem palmowym. 

W oddali parowiec „King Jaja" z Lagos. Odpływa. Bruzda na wodzie. Motorówka pilota przed statkiem. 
Robotnicy podają sobie worki. Błyszcząca gra mięśni na ich plecach. Idą trzy kobiety z tykwami na głowach. 
Prosto. Rytmicznie... Cowan przykucnął na piętach. Drzemie. Jan Kula wpatruje się w ciemną, bagienną wodę. 
Agent Scanshipu dostrzegł go już z daleka. Wymachuje rękoma, krzyczy. Czego chce ten hałaśliwy grubas? Jan 
Kula obojętnie spogląda na agenta. Agent biegnie do niego. Łydy zapaśnika, opuszczone nisko szorty, brzuch 
jak bęben. Coś mówi, nic nie można zrozumieć, kpiarsko mruży oczy. 
— 

Czego — warknął Jan Kula. Coraz bardziej drażni go rubaszna wesołość grubasa. 

Agent klepie go po plecach. 
— 

Very good — powtarza. — Już za kilka dni polish ship. „Stefan Okey". Ucieszyłeś się, co? — zaśmiewa 

się. — Popłyniesz sobie. Marynarz bez wody jak bez powietrza — znów go poklepuje. 
Jan Kula odsuwa się od niego. 
— 

Z czego się cieszyć — mówi ponuro. 

I odwraca się od agenta. Odchodzi. Agent głupawo zdziwiony. Cowan wstał, drobnym truchcikiem podąża 

za nim. 
— 

Master — woła — master, co się stało! Jan Kula przyśpiesza kroku. Prawie biegnie. 

Jakby chciał uciec? Jakby gdzieś dążył? 

Nawet siwy Murzyn, szaleniec tkwiący w ponurej kontemplacji nad wygasłym ogniem, spogląda za nim. 

Osłania przed słońcem oczy, patrzy.

background image

 

Oni mijają Klub Marynarza „Anchor Inn". Pusto. Upalna godzina. Tylko brzydka, biała kobieta przy barze. 
—  Master — dyszy Cowan. 
—  Po co wracać? — mamrocze Jan Kula. 
Jest bardzo zmęczony. Pot spływa strużkami 

po twarzy. Cowan zatrzymuje taksówkę. Zna szofera. 

—  Williams — mówi — mój brat — 
Jan Kula każe jechać szybko, bardzo szybko. Gdzie? Wszystko jedno. Przed siebie. Za miasto. W busz. 
—  Oh, yes — mówi ze zrozumieniem Williams. Samochód pędzi przez Calabar. Uskakują z drogi kobiety, 

dzieci, koźlęta. A Williams śmieje się radośnie i miękko. 

—  Bardzo lubię jeździć — mówi — jestem dobrym szoferem. Uczyłem się u Anglików. 
Cowan z niepokojem patrzy na udręczoną, zrezygnowaną twarz Jana Kuli. I zaczyna śpiewać. Bardzo 

śmiesznie. Cienko. Grubo. Na przemian. Pieśń wesołego człowieka. Pieśń dziewczyny. Pieśń wędrowca. Bardzo 
chce rozweselić Jana Kulę. 

—  Pieśni mego plemienia — wyjaśnia. 
Williams jeszcze cieniej śpiewa. Potem fantazjuje ze swadą. Przechwala się. Jego ojciec, powiada, jest 

wielkim byznesmanem. Królowa zaprosiła go do Londynu... Jan Kula nie słyszy nic... Widzi wyraźnie: „Stefan 
Okrzeja", sze- ściotysięcznik, z tej samej serii co „Piast". Przybija do przystani w Calabarze. Cumy. Woda przy 
śrubie kłębi się. Ostatnie dzwonki. Przerzucają trap... Takim bezradnym gestem przeciera oczy. Zamyka. Znów 
otwiera... Ciągle ten „Stefan Okrzeja". Maszty. Ładownie. Dolny 
pokład. Górny. Grzybki wentylacyjne, kabestan. Zwijają liny... A Williams coraz szybciej jedzie. Gna jak szatan. 
Mijają lepianki w buszu. Plantacje kauczuku. Na wielkim drzewie reklama firmy Bata. Cmentarz. Groby z po-
sągami — wyobrażeniami nieboszczyków. Panowie w zielonych surdutach i kapeluszach, jakby tyrolskich, o 
twarzach różowego koloru. 

—  Bogaci ludzie — zachwyca się Cowan — takie piękne groby. 
—  Wracamy? — pyta Williams. 
Jan Kula milczy. Oparty ciężko o siedzenie. Zamknął oczy. „Stefan Okrzeja" już odpływa. Odrzucają cumy. 

Płynie do kraju. Bez niego? Z nim? Cowan zerka nań z troską, myśli nad czymś intensywnie, trąc wełniste 
włosy. 

Nagle rozjaśnia się. 
—  Nie — decyduje — jedziemy dalej. Do Ikot Ekpene. 
Samochód wdziera się na wzniesienie. Stąd widok na ocean, z drugiej strony szara, wypalona sawanna z 

kępkami drzew. Jadą wysoką skarpą przez rybacką wieś. Za zakrętem zatrzymuje ich rozśpiewany tłum. 
Dźwięki orkiestry, rytmiczne oklaski. Cowan rozgląda się. 

—  Święto — cieszy się. — Święto w Ikot Ekpene. 
Mosiężne trąby pobłyskują w słońcu. Chór dziewcząt w niebieskich perkalach. Muskularni mężczyźni niosą 

nabijany gwoździami i świecidełkami tron z baldachimem. Zawodzą przeciągle. 

—  To krzesło czifa — mówi Cowan. — Pod baldachimem czif. Widzisz, ten stary. 
Jan Kula spogląda obojętnie, martwo.

background image

 

Zasfaieratyćzną, dostojną grupą czifa kłębi się wesoły tłum. 
—  Święto młodych braci — wyjaśnia Co- Wan. — Oni stali się już mężczyznami — podryguje w takt 

muzyki. Wychodzi z samochodu, wyciąga ręce w stronę oceanu. 

—  I dziś! — woła — oni pierwszy raz wypłynęli na ocean! 
Jan Kula patrzy na brzeg. Tam kierują się z drogi wszyscy ludzie. W odległości kilkudziesięciu metrów od 

brzegu rybackie łodzie. Flotylla tych łodzi. Półnadzy wioślarze. Łodzie suną zwartą ławą. Mocne, regularne 
uderzenia wioseł. Komendy sterników. 

|— Wyścigi — śmieje się Williams — bracia rybacy ścigają się. 
Jan Kula wychodzi z samochodu. Tłum na brzegu tańczy i śpiewa. Złoty baldachim czifa ponad tłumem. Do 

przodu wysunęły się dwie łodzie. Oddalają się od pozostałych. Tłum na brzegu wybucha entuzjazmem. Dwie 
łodzie walczą o pierwszeństwo. Płyną łeb w łeb. Gwałtowne ruchy wioseł. Wiosła śmigają jak wiatraki. Jan Kula 
dochodzi do skraju piaszczystej skarpy. Patrzy na przecinające fale, jaskrawo pomalowane pirogi. 

—  Nieźle ciągną — odzywa się. 
I czuje przenikające go ożywienie. Nagle. Jak prąd. 
—  Nieźle — powtarza z uznaniem. Wyprostował się. Rozpycha ludzi stojących na skarpie, staje na 

palcach. Z uwagą obserwuje walkę dwóch łodzi. Cowan zadowolony. Przenosi spojrzenie z Jana Kuli na ocean. 
Tak kilka razy, jakby porównywał. Tłum wrzeszczy przeraźliwie. Jedna łódź wysunęła się nieco do przodu. 
— 

Jeszcze metr, no, jeszcze metr, mocniej wiosłami, no, mocniej — Jan Kula urywanie wyrzuca słowa, 

zaciska kciuki, cały już w tej zdobywającej pierwszeństwo pirodze. Ale druga nie rezygnuje z walki. Dogania 
pierwszą. Zrównały się. 
— 

Psiakrew — Jan Kula macha ze złością ręką. 

Cowan trąca go lekko w bok. 

— 

Ocean. Rybacy. Master zadowolony — chichocze cienko, przyjaźnie. 

—  Very good — 

Bryzgi fal, wiosła walą w wodę. Tłum na brzegu wyje i zawodzi. 
— 

Psiakrew! — pokrzykuje Jan Kula. — Mocniej!! 

Ocean błyszczy stalowo. Słońce jak rtęć rozlana na wodzie. 
Stoją na schodkach przed „Palladium Pałace". W zaroślach za domem słychać cykady. Pod okapem naprzeciw 
siedzą krawcy przy maszynach do szycia. 
— 

Byle zacząć pływać. Będzie lepiej — odzywa się nagle Jan Kula. — Musi być lepiej — 

Mary przygląda się mu uważnie. Zaczyna nucić jakąś melodię. Jan Kula słucha. 
— Bardzo ładna — chwali 
Ona śmieje się. Te jej oczy nieodgadnione, pobłyskujące białkami. I twarz w zmiennej grze świateł. 
Mary przykłada dłoń do swego policzka. Potem do policzka Jana Kuli 

background image

 
 
— Sleep, sleep —

:

 śmieje się gardłowo, kusząco. 

—  Też znalazłem sobie dziewczynę — mówi dobrodusznie Jan Kula — jak noc — 
Mary bierze go za rękę. Idą. Ciemny zaułek. Od „Palladium Pałace" ktoś czai się za nimi. Postać przylepiona do 
muru. Skrada się. Przystaje. Wchodzą w podwórze za niskim murkiem. Szybki tupot kroków. Mary przyciska się 
do Jana Kuli. Ktoś zabiega im drogę. Jan Kula przystaje, odsuwa Mary. Ona bardzo wystraszona. 
—  Zły człowiek — szepcze. 
Jan Kula też go poznał. To włoski marynarz, barczysty, o brutalnej, zawadiackiej twarzy. 
—  Poznaję cię — mówi wolno Jan Kula|||| poznaję, kolego — 

Włoch milczy. Zbliża się do niego. Jego ręce obwisają niezgrabnie, nieużytecznie. Tak kołysze nimi lekko. 
—  Odejdź — Jan Kula garbi się — odejdź, przecież nic nie mamy do siebie — 
Ale tamten, to widać po oczach, pamięta doskonale, jak musiał ustąpić mu drogi w „Palladium Pałace". 

Pamięta ten wieczór sprzed kilku dni. Oczy kipią zawziętością, zwężają się. Nagle jego lewa ręka wystrzela w 
Jana Kulę. Ale Jan Kula jest szybszy, robi lekki ruch głową. Cios przechodzi obok. Drugi cios Włocha odrobinę 
późniejszy od uderzenia, które zadał Jan Kula. Z prawej. Z lewej. Seria ciosów. Głowa Włocha chwieje się. 
Włoch mięknie, zatacza się. Ostrzegawczy krzyk Mary. Coś teraz zabłysło, w ręku Włocha. Jan Kula chwyta tę 
rękę z błyskiem. Włoch kuli się. Na ziemi nóż. Mary zanosi się 
 
zwycięskim śmiechem. Długim, donośnym, ogłaszającym klęskę Włocha. Włoch ucieka. 
— 

Podskakiwał... — mówi Jan Kula. — A nie trafił na mięczaka. 

Mary bardzo z niego dumna. Zalotnym, kocim ruchem przysuwa się do niego. 
— 

A ty ostrzegłaś, że nóż — Jan Kula gładzi ją po zbitych, szorstkich włosach. 

— 

Żebym został w Afryce — mówi ni to poważnie, ni to żartem — to pasowałabyś mi na kobietę — 

Mary nie rozumie, ale czuje, że to coś przyjemnego dla niej, uśmiecha się. 
— 

What a beautiful nightU^r przytula się do niego. 

Dwa mokre ciała. Gorąca mokroć, namiękłe ubrania. 
—  Możliwe — przytakuje Jan Kula. 

Cowan już na pomoście. Ta sama koszula, którą mu podarował Jan Kula, wypuszczona na wierzch, spinki 

złotego koloru przyczepione do kołnierzyka. Trzeba już żegnać się z Cowanem. „Stefan Okrzeja" przy 
pomoście. Tym statkiem wraca Jan Kula. Statek już gotowy do drogi. Tylko czekają na pilota. Agent Scanshipu 
rozmawia z kapitanem. Murzynka z dzieckiem na plecach siedzi przed barakiem. Na macie rozłożone pamiątki: 
posążki z mahoniu, grzechotki z tykwy. Murzynka zwiesiła głowę, drzemie, dziecko na jej plecach też śpi. 
Cowan patrzy na statek, przenosi spojrzenie na Jana Kulę. Wzdycha głęboko. — Bardzo źle, że wyjeżdżasz, sir. 
Calabar

background image

 
piękne miasto. Nigeria wielki kraj — wykonuje szeroki gest. 
Najwyższy czas wracać — odpowiada Jan 
Kula. 

Agent Scanshipu wrzeszczy na drzemiącego robotnika. Ten zrywa się strachliwie. Pędzi do worków. Cowan 

zastanawia się nad czymś, marszcząc czoło... Długi, głęboki namysł. 

—  Mógłbym z tobą pojechać, sir. — Patrzy z nadzieją. 
—  A co byś u nas robił? —dziwi się Jan Kula. 
—  Oh — obrusza się Cowan — każdy rodzaj pracy. Zajęcia domowe. Albo byznes jakiś. Najchętniej 

byznes — podkreśla z naciskiem. 

—  Nie da rady — odpowiada Jan Kula. Cowan zasmucony. Opuścił głowę. Jan Kula też zmieszany. 
—  No, jakby ci tu wytłumaczyć. Nie możesz pojechać... Diabli wiedzą, jak... 
—  Więc przyjedź tu, sir — Cowan ożywia się znów. — Bardzo szybko, jak najszybciej — zaczyna 

gestykulować, pełen energii i nadziei. — Będę czekać. Tylko przywieź ze sobą różne towary, koniecznie, sir. — 
Tak na niby przypala papierosa — Cigarets. — Morris and Lucky. Only — rozpościera ręce, dźwiga te wyimagi-
nowane towary — i gin, dużo ginu — niesie, porusza ciężko rękoma, zgarbił się, sapie i dyszy. 

Marynarze z burty zaśmiewają się. Tylko Jan Kula wzruszony, patrzy z powagą. 
Cowan rozpościera teraz palce. Z tego byznesu cały plik funtów. On ma bardzo dobrych kupców. 
Agent Scanshipu woła Jana Kulę. Już czas. Jest pilot. Właśnie wchodzi na trap. Wita się z kapitanem. 
Jan Kula przeszukuje kieszenie. Nic nie ma. Spogląda na przegub dłoni Ściąga zegarek. Daje Cowanowi. 
— Na pamiątkę — mówi. 
Cowan nie wierzy przez chwilę. Uśmiecha się szeroko, przykłada zegarek do ucha. Wsłuchuje się, kręci z 

lubością głową. 

Jan Kula nie lubi pożegnań. Tak bokiem, nie patrząc, ściska dłoń Cowanowi. Cowan długo potrząsa jego 

dłonią. Jan Kula wbiega na trap. 
— 

Na pewno jeszcze wpadnę tutaj! — woła. Cowan macha ręką. 

Trap już ściągnięty. Cumy odrzucone. Sygnały do maszyny. Statek powoli oddala się od pomostu. Cowan 

stoi. Wyróżnia się w gromadzie białą koszulą. 

— Cowan — powiada Jan Kula — równy chłop. 

Śruba miele wodę. Pomost i zabudowania portowe coraz mniejsze. Wieże wiertnicze Shella obok. Jan Kula 
spogląda na oddalającą się Afrykę. Ociera spoconą twarz. Czuje się jak rekonwalescent po ciężkiej chorobie, 
jeszcze słaby, jeszcze z bólem odzywającym się raz po raz... 

Cowan już jest tylko białą, nikłą plamką. A może to nie Cowan. Nic już nie można odróżnić. 

Jan Kula przesuwa dłonią po relingu. Powoli, mocno przesuwa po chropawym metalu, jakby coś żywego gładził.