background image

Łaocuchy i płomienie - Shelly Laurenston 

Tłumaczenie: madlen 

Beta: agnieszka 

 

Rozdział 9 

 

Przyprowadźcie ich tu żywych? No cóż, to było nie do zaakceptowania. Nikt nigdzie 

nie będzie jej, ani Bercelaka, przyprowadzał. 

Ale liny na jej szyi wrzynały jej się w gardło w taki sposób, że nie mogła ziać ogniem. 

Ktokolwiek ich tu wysłał, wiedział jak polować na smoki. 

Mimo to, Rhiannon miała inne talenty. 
Moc  była  pogrzebana  w  niej  tak  długo,  że  teraz  osiągnęła  wyżyny,  a  ona 

wykorzystywała ją w pełni.  

Machnęła  pazurami  prawej  łapy,  i  rząd  mężczyzn  za  nią  poleciał  do  tyłu. 

Pstryknięciem  łapy,  podpaliła  kolejny  rząd  żołnierzy,  bez  potrzeby  otwierania  szczęki  by 
przemówić, albo zaśpiewać na głos.  

Jej  zdolności  do  ranienia  ich  bez  wykonania  jakiegokolwiek  gestu,  tylko  przez 

posłanie  myśli  w  ich  kierunku  -  zdezorientowały  mężczyzn,  co  pozwoliło  jej  pociągnąć  za 
przytrzymujące ją liny. Przyciągnęła do siebie żołnierzy, a gdy już byli blisko, nadepnęła na 
nich, radując się tym nieco chlupoczącym dźwiękiem jaki wydali.

1

 

Gdy  wykańczała  tych,  którzy  obrali  ją  sobie  za  cel,  Bercelak  zniszczył  pozostałych. 

Włócznia nadal wystawała z jego pleców, ale nie wydawał się już tego zauważać, ani się tym 
martwić. 

Zrywając linę ze swojego gardła, Rhiannon wykończyła podmuchem ognia tych kilku 

żołnierzy,  którzy  uciekali  od  niej.  Popisując  się  przed  Bercelakiem,  wypuszczała  ogień 
błyskawicznie,  naokoło  drzew.  Krążyła  wokół,  dopóki  ten  się  nie  rozprzestrzenił,  otaczając 
ich. 

Spojrzała na Bercelaka, i uśmiechnęła się. 

- Nieźle, co? 

-  Myślałem,  że  powiedziałem  ci,  żebyś  wróciła  do  zamku?  Nie  wyraziłem  się  dość 

jasno? 

Był zły, co zmusiło ją do obrony. 

- Zrobiłam to, co musiałam. I zrobiłabym to ponownie. I nie muszę ci się tłumaczyć, 

Nisko Urodzony, z niczego co robię! 

- Więc... - warknął, usiłując dosięgnąć włócznię wystającą z jego pleców, - ...nie mogę 

polegać na tobie, że zastosujesz się do prostych poleceń? To właśnie mi mówisz. 

-  Mówię  ci,  że…  och!  -  Poruszyła  się  gwałtownie  wokół  niego  i,  bez  krzty  litości, 

wyszarpnęła stal z jego pleców. 

Jego bolesny ryk rozległ się ponad doliną. 
Rzuciła broń na ziemię. 

                                                           

1

 Uuu, okrutna jest. Nie chciałabym jej się narazić. 

background image

Łaocuchy i płomienie - Shelly Laurenston 

Tłumaczenie: madlen 

Beta: agnieszka 

 

- Mówię ci, że zrobiłam to, co uważam za słuszne. Zawsze będę robiła to, co uznam za 

słuszne. Włączając w to ochronę ciebie, jeśli uznam to za konieczne! 

- Nie potrzebuję twojej ochrony! 

A ja nie potrzebuję ciebie! 

Chciała odejść od niego i opuścić dolinę, ale jego ogon przytrzymał jej, szarpiąc ją do 

tyłu. 

- Rhiannon, zaczekaj. 

- Nie! - Ale nie mogła odejść, kiedy ich ogony były złączone. A Bercelak nie chciał jej 

puścić. - Puść mnie, Nisko Urodzony! 

- Przestań mnie tak nazywać! 

- To przestań się tak zachowywać! 

Oboje przyczajeni, ze złączonymi ogonami, krążyli wokół siebie. W każdej sekundzie 

gotowi do ataku.  

- Wszystko utrudniasz, Księżniczko. 

-  Nie.  Nie  utrudniam.  Nie  potrzebuję,  żebyś  mnie  niańczył,  Bercelaku.  Żebyś  mnie 

zawsze chronił. Nie mogę być królową, jeśli ty  nieustannie interweniujesz i  mówisz mi, co 
mam robić. 

Przestał się poruszać. 

- Chciałem tylko cię chronić. To moje zadanie, by zapewnić ci bezpieczeństwo. 

- Nie. Nie twoje. Jeśli kiedykolwiek będę królową, będę miała do tego strażników. Oni 

będą mnie chronić przed wrogami. Ale nie będę z nimi chodziła do łóżka. 

Jego czarne oczy skupiły się na jej twarzy. 

- Lepiej żebyś tego nie robiła. 

W końcu zachichotała. 

- Nie miałam tego w planach. 

- To dobrze - mruknął, robiąc kilka kroków w jej stronę. - Nie chciałbym zabijać tych 

wszystkich strażników bez powodu. 

Rhiannon uśmiechnęła się szeroko, i poruszyła wokół niego, podchodząc coraz bliżej. 

-  Zawsze  wysłucham  twojej  rady,  Bercelaku.  Ale  musisz  mi  zaufać,  że  podejmę 

najlepsze decyzje, jakie uznam za konieczne. 

Gapił się na jej ciało, ale nie odpowiadał. 

- Bercelaku? 

- Co? 

- Właściwie, chciałabym, żebyś mi odpowiedział na to pytanie. 

Odwrócił się ku jej twarzy. 

- Pytanie odnośnie czego? 

background image

Łaocuchy i płomienie - Shelly Laurenston 

Tłumaczenie: madlen 

Beta: agnieszka 

 

- Twoja uwaga zdaje się zanikać. 

- Nie bardzo. - Jego spojrzenie znów błądziło po jej smoczej formie. - Jesteś smokiem, 

Rhiannon. 

- Aye, Bercelaku. Jestem. 

- W takim razie, chodź do mnie. Zamierzam wziąć cię jak smoka. 

Wiedziała, jak się gra w tę grę. Chociaż nigdy nie uznała nikogo godnym tego. Aż do 

teraz. 

Potrząsnęła głową, jej białe włosy opadały na nią. 

- Najpierw musisz mnie złapać, Nisko Urodzony. 

Potem wzbiła się w ciemniejące niebo, a jej gorący kochanek ruszył tuż za nią. 

 

*** 

 

Następnego ranka obudziły go jej krzyki. Bercelak poderwał się na nogi i rozejrzał się 

wokoło w poszukiwaniu żołnierzy. Ale wszystko co zobaczył, to wrzeszcząca Rhiannon. 

Wrzeszcząca ludzka Rhiannon. 

- Spójrz na mnie! Co się stało? 

Nie miał pojęcia. Kiedy w końcu wyczerpali się fizycznie, po tym jak znaleźli więcej 

zastosowań  dla  swoich  ogonów,  raczej  zemdleli  niż  zasnęli;  wyczerpanie  dniem  i  nocą  w 
końcu ich dopadło. 

Kiedy  spali,  Rhiannon-smok,  leżała  skulona  u  jego  boku,  jej  lekkie  powarkiwania 

przez sen sprawiały, że czuł się zadowolony jak nigdy dotąd. 

A jednak, stała tu teraz przed nim, w ostrym świetle dwóch słońc. Jako człowiek. Nie 

miało to dla niego znaczenia, czy Rhiannon jest człowiekiem, czy smokiem. Tak długo, jak 
była jego. Ale wiedział, że ją to martwiło, co oznaczało, że musi to naprawić. 

- Rhiannon… 

- Popatrz na te wiotkie rzeczy! - Dziko młóciła swoimi rękami ponad głową. - I to całe 

miękkie, bezużyteczne ciało! 

Gdyby próbowała zrobić go twardym i jurnym, całkiem nieźle by jej się to udało. 
Obróciła się i wskazała na swój tyłek. 

-  I  mogę  się  mylić,  ale  myślę,  że  ta  rzecz  jest  większa  niż  to  normalne  u  człowieka 

moich rozmiarów. Jak to jest możliwe?

2

 

Bercelak przemienił się szybko. 

- Rhiannon, uspokój… 

                                                           

2

 Urocza jest, prawda? :D 

background image

Łaocuchy i płomienie - Shelly Laurenston 

Tłumaczenie: madlen 

Beta: agnieszka 

 

-  Nie  mów  mi,  że  mam  się  uspokoić!  Ta  suka  mi  to  zrobiła  i  zmuszę  ją,  by  mi  za  to 

zapłaciła! 

Ruszyła do przodu i Bercelak miał cholerne problemy, by dotrzymać jej kroku. Każdy 

inny  -  mógł  się  założyć  -  tylko  wygadywał  bzdury  o  rzuceniu  wyzwania  królowej.  Ale  nie 
dałby głowy za Rhiannon – zwłaszcza, gdy była taka wściekła. Lecz nie mogła teraz stanąć 
przed  swoją  matką.  Pomijając  strażników,  którzy  nigdy  nie  opuszczali  boku  królowej. 
Rhiannon nadal była człowiekiem - i najwyraźniej pozostanie nim, dopóki nie złamią zaklęcia 
-  jej  moce  nawet  w  przybliżeniu  nie  były  tak  silne,  jak  wówczas,  gdy  była  smokiem.  A 
ponieważ  przez  te  wszystkie  dekady,  kiedy  przebywał  na  dworze,  nie  widział,  by  królowa 
zmieniła  swoją  formę,  wątpił,  by  zrobiła  to  teraz,  gdy  córka  rzuci  jej  wyzwanie.  W 
rzeczywistości,  był  stosunkowo  pewien,  że  nic  nie  zmusi  królowej  do  przemienienia  się  w 
człowieka, gdy Rhiannon nadal oddycha. 

- Chciałbym, żebyś się zatrzymała na sekundę, żebyśmy mogli porozmawiać. 

- Porozmawiać? O czym? 

- O tym, co musimy zrobić. 

- Oprócz zabicia mojej matki? Nie mam pojęcia. 

Berelak złapał ją za rękę i szybkim ruchem przyciągnął do siebie, odwracając ku sobie 

jej twarz. 

- Jesteśmy w tym razem, Rhiannon. Ty i ja. To, co rani ciebie, mnie dotyka w ten sam 

sposób. 

- Nie rozumiesz. 

Złapał ją delikatnie za drugie ramię i przyciągnął blisko. 

- W takim razie mi wytłumacz. 

Rhiannon wzięła głęboki oddech i spojrzała na ziemię. 

-  Ona  wiedziała,  jak  bardzo  mnie  to  zrani.  Jak  bardzo  to,  że  nie  jestem  smokiem… 

będzie mnie zżerać, aż nic ze mnie nie zostanie. - Popatrzyła na jego twarz. - Wiem, że tego 
nie  rozumiesz.  Wiem,  że  nie  widzisz  prawdziwych  intencji  mojej  matki.  Jeśli  chodzi  o  nią, 
zawsze  byłeś  ślepy.  A  ona  nie  będzie  szczęśliwa,  dopóki  mnie  nie  zniszczy,  Bercelaku. 
Dopóki nie weźmie ostatniego kawałeczka. Twoja rodzina… kochacie się wzajemnie. Twoja 
matka  chroni  was  wszystkich,  a  twój  ojciec…  prędzej  by  umarł,  niż  by  pozwolił,  aby 
cokolwiek  przydarzyło  się  jednemu  z  was.  Ja  tego  nie  mam  z  moją  matką  i  rodzeństwem. 
Nigdy nie miałam, i nigdy mieć nie będę. 

Wzięła kolejny głęboki oddech i wysunęła się z jego uścisku. 

-  Zmusi  cię,  byś  wybrał,  Bercelaku.  Wiem,  że  w  to  nie  wierzysz.  Ale  musisz  mi 

zaufać.  

Rzuciła  mu  długie,  smutne  spojrzenie,  które  całkowicie  zniszczyło  mu  serce, 

odwróciła się i odeszła. Z powrotem do zamku i bezpieczeństwa jego rodziny. 

 

 

 

background image

Łaocuchy i płomienie - Shelly Laurenston 

Tłumaczenie: madlen 

Beta: agnieszka 

 

*** 

 

Rhiannon siedziała na zewnątrz pokoju, na pochyłym występie skalnym, spoglądając 

ponad pola bitewne i ziemie przy zamku Aileana, gdy dwa słońca zachodziły ustępując pola 
nocy.  Wszystko,  co  przytrzymywało  ją  przed  upadkiem,  to  mocne  zapieranie  się  stopami  o 
skałę. 

Zastanawiała  się,  co  robić  dalej.  Zastanawiała  się,  dokąd  ta  szczególna  ścieżka  ją 

zaprowadzi.  Zrozumiała  wreszcie,  że  kocha  Bercelaka.  Wiedziała  to,  ponieważ  ryzykowała 
dla niego własnym życiem, i dlatego, że widok jego zranionej twarzy wyrywał jej serce z tej 
słabej  ludzkiej  piersi.  Kochała  go,  ale  mogła  mu  przynieść  tylko  ból.  Jej  matka  już  tego 
dopilnuje. Bogowie, jakże nienawidziła tej kobiety. Swojej własnej matki. Bez względu na to, 
co uważali ludzie, smoki nie były bezbożnymi istotami, w co tamci wierzyli. Smoki kochały, 
rozpaczały. Odczuwały radość i ból. Doświadczały tych wszystkich rzeczy, o których ludzie 
myśleli, że tylko ich rodzaj może czuć. 

Na ponad osiemdziesiąt lat, Rhiannon zamknęła swoje serce. Nie pozwalała sobie na 

czucie czegokolwiek, a jednak jej matka znalazła sposób, by ją zranić. Aczkolwiek niezbyt to 
zaskakujące,  ponieważ  tylko  matka  wie,  jak  naprawdę  zranić  lub  wzmocnić  swoje  dzieci. 
Podczas  gdy  matka  Bercelaka  miała  zawsze  miłe  słowo  lub  delikatny  dotyk  dla  swojej 
awanturniczej gromadki, Addiena miała dla swoich wyłącznie drwiny i narzekania. 

Rhiannon nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo brakowało jej miłości matki, dopóki tu 

nie przybyła. Dopóki nie zobaczyła razem rodziny Bercelaka. 

Część  niej  pragnęła  ich  nienawidzić.  Nienawidzić  za  to,  że  dali  jej  nadzieję,  że 

pewnego dnia będzie mogła się poczuć tak bezpiecznie jak oni. Że pewnego dnia będzie miała 
rodzinę, która będzie walczyła i krzyczała, i generalnie irytowała siebie nawzajem prawie na 
śmierć,  ale  która  nadal  będzie  się  kochała  i  ochraniała  siebie  wzajemnie,  jakby  to  było  ich 
prawo. 

Ale nie… nigdy nie będzie tego miała. Nigdy nie będzie miała takiego życia. 
Westchnęła i zastanawiała się, czy wejść do środka, kiedy Maelona krzyknęła: 

- Nie skacz! 

To zaskoczyło Rhiannon, która straciła równowagę i poczuła, jak jej ciało ślizga się po 

gładkich płytkach. Zjeżdżała w dół, szukając dłońmi po omacku czegoś, czego mogłaby się 
przytrzymać. Jej ludzkie ciało nigdy by nie przeżyło takiego upadku, a nie miała pojęcia jak 
się zatrzymać bez skrzydeł. 

Młóciła nogami za występem skalnym, ześlizgując się w nicość.  

 

*** 

 

Bercelak,  rozparty  w  ulubionym  fotelu  swojego  ojca,  wziął  zaoferowany  mu  przez 

matkę kielich z winem. Spojrzał na nią i się uśmiechnął. 

- Nie martw się. To moje wino, nie twojego ojca. 

background image

Łaocuchy i płomienie - Shelly Laurenston 

Tłumaczenie: madlen 

Beta: agnieszka 

 

Skinąwszy głową, pociągnął długi łyk. 
Jej dłoń ślizgała się po jego twarzy, obejmując szczękę. To było coś, co robiła często, 

ponieważ mogła. 

- Matko? 

- Hhmm? 

- Czy kiedykolwiek żałowałaś, że jesteś z moim ojcem? 

- Czemu wszyscy wciąż zadają mi to pytanie? 

- Słucham? 

-  Nic.  -  Usiadła  przy  stole  naprzeciw  niego,  wplatając  dłonie  w  swoje  złote  włosy.  - 

Nie ma łatwej odpowiedzi na to pytanie, mój synu. Przynajmniej, nie dla ciebie. 

- Dlaczego? 

-  Ponieważ  ciebie  nie  jest  tak  łatwo  zbyć,  jak  twoje  rodzeństwo.  -  Lekko  wzruszyła 

ramionami. - Słuchaj, są rzeczy, z których partnerzy muszą świadomie zrezygnować dla tego 
drugiego. I robi się to chętnie, ponieważ się ich kocha. 

- Nienawidzisz spędzania czasu jako człowiek, prawda? 

Przez dłuższą chwilę milczała, potem odpowiedziała: 

- Tęsknię za moją jaskinią. Tęsknię za moją prywatnością. Nauczyłam się tolerować to 

ciało ponieważ… - Uśmiechnęła się miękko, a jej syn uniósł rękę do góry. 

- Rozumiem. - Jeśli była jedna rzecz, którą on i reszta wszechświata wiedzieli o jego 

ojcu  to  to,  że  ten  stary  drań  wiedział,  jak  zadowolić  kobietę.

3

  A  Ailean  miał  szczególne 

upodobanie do zgłębiania kobiecego ciała. - Więc sporo poświęciłaś. 

- Nie. Nadal mam swoją jaskinię. Chodzę tam, gdy twój ojciec wyrusza na wojnę, albo 

w  podróż.  Kiedy  jestem  sama,  zawsze  jestem  smokiem  i  rozkoszuję  się  tym.  Ale  nic, 
absolutnie nic, nie daje mi takiej radości jak twój ojciec. 

- Jest głośny i ohydny. 

- Jest wesoły i namiętny, i jest twoim ojcem. 

- Tym bardziej szkoda. 

Ręka jego matki uderzyła mocno o dębowy stół sprawiając, że Bercelak podskoczył, 

nawet jeśli Bercelak nie podskakiwał… nigdy. 

-  Twój  ojciec  cię  kocha,  bachorze.  Umarłby,  by  cię  ochronić  i  chce  tylko,  byś  był 

szczęśliwy. Nigdy nie widziałam smoka, który wyglądałby na tak dumnego, jak on w dniu, w 
którym  po  raz  pierwszy  zobaczył  twoją  marszczącą  się  twarz.

4

  Nawet  wtedy  wiedział,  że 

jesteś  wyjątkowy.  Inny.  Więc  nie  myśl  ani  przez  chwilę,  że  możesz  go  odrzucić,  i 
zdecydowanie nie myśl, że możesz go przede mną wyszydzać. Nie będę tego tolerować. 

Bercelak pochylił głowę. 

                                                           

3

 Matko, co przodek to lepszy ;) Fearghus przy ojcu i dziadku wydaje się być szczeniakiem ;) - i to w dodatku 

niewinnym :P 

4

 Oh, to on tak ma od urodzenia ;) ten mars na twarzy :) 

background image

Łaocuchy i płomienie - Shelly Laurenston 

Tłumaczenie: madlen 

Beta: agnieszka 

 

- Przepraszam. 

Usłyszał, jak jego matka bierze głęboki oddech. Potem kolejny. W końcu powiedziała: 

-  Już  dobrze.  Wiem,  że  jesteś  sfrustrowany  i  niepewny  co  robić.  Ale  wiem,  że 

postąpisz słusznie. 

- Mam nadzieję, że się nie mylisz. 

Drzwi  do  gabinetu  otworzyły  się  i  do  środka  wszedł  jego  ojciec,  zatrzymując  się 

nagle, gdy zobaczył, że wyglądają tak poważnie. 

-  Och,  przepraszam.  Nie…hmm…  przeszkadzam  w  czymś,  co  by  mnie  zawstydziło, 

prawda? 

Shalin roześmiała się. 

-  Nie,  ty  stary  niedźwiedziu.  Nie  przeszkadzasz.  Tylko  rozmawiam  z  naszym 

pisklęciem. 

Ailean pokiwał głową. 

- To dobrze. To dobrze. - Podszedł do swojej żony, ale przemówił do syna. - Tak przy 

okazji - dobra robota z tymi żołnierzami,. 

- Dziękuję, Ojcze. 

- Twoja kobieta także wykonała dobrą robotę. Jestem pod wrażeniem, że nie jest jakąś 

bezbarwną księżniczką. 

- Ona mnie chroniła. 

- To dobrze. To dobrze. - Jego ojciec podniósł jego matkę do góry, usiadł w fotelu, a 

następnie posadził ją sobie na kolanach, trzymając ją blisko, jak to zawsze robił.  - Lubię ją, 
jeśli to cokolwiek znaczy. Trochę brakuje jej ogłady, ale myślę, że nie miała wyboru z taką 
matką-suką, na którą została skazana. 

-  Zgadzam  się  -  odpowiedział  Bercelak  poważnie.  -  Po  prostu  nie  wiem,  jak  ją 

uszczęśliwić. 

- Nauczysz się tego w swoim  czasie. Oczywiście, może chciałbyś przekonać się, czy 

uderzy o ziemię, czy nie. Właśnie widziałem ją, jak się ześlizguje z występu skalnego pod jej 
oknem. 

Berelak gwałtownie poderwał głowę do góry. 

Co

 

*** 

 

Silna ręka złapała za jej nadgarstek. 

- Mam cię! 

Rhiannon spojrzała do góry i zobaczyła uśmiechająca się do niej Ghleannę. 

- Prawie cię straciłam. 

background image

Łaocuchy i płomienie - Shelly Laurenston 

Tłumaczenie: madlen 

Beta: agnieszka 

 

- Twoja siostra cholernie mnie przestraszyła! 

Ghleanna łatwo wciągnęła Rhiannon przez okno z powrotem do pokoju. 

- Ta tutaj, jest płochliwa jak źrebię. Myślałam, że chcesz skoczyć po śmierć. 

- Nie stałam się tak ludzka. 

- Cieszę się, że to słyszę. 

Maelona wzruszyła ramionami. 

- Przepraszam. Miałam moment paniki. 

- Ma ich sporo - zażartowała jej siostra. 

- Nie, wcale nie! Po prostu zobaczyłam ją na zewnątrz, i zaczęłam się martwić. 

Kopnięte na oścież drzwi walnęły o ścianę, i Bercelak wkroczył do środka. 

Dlaczego zwisałaś ze skały

Spojrzawszy na Ghleannę, Rhiannon odpowiedziała z wymuszoną powagą: 

- Nie mogłam już dłużej tego znieść. Postanowiłam skończyć z tym wszystkim. 

Zmarszczył się, zdezorientowany. 

- Co? 

Ghleanna złapała Maelonę, i wypchnęła ją z pokoju. 

- Po prostu zostawimy was, co? 

Drzwi się zamknęły i Rhiannon popatrzyła na Bercelaka. 

- Naprawdę myślałeś, że mogłabym skończyć ze sobą? 

- Wszystko, co powiedział mi ojciec to to, że widział jak spadasz z budynku. 

- Jeśli mnie widział, dlaczego nie pomógł? 

Bercelak prychnął. 

- Mój ojciec? Czy masz jakiekolwiek pojęcie ile razy ten stary bękart zrzucał mnie z 

dachu, gdy byłem w ludzkiej postaci? Dla niego to test odwagi i szybkości. 

- Twój ojciec jest… 

- Przerażający? Szokujący? Niezrównoważony? 

- Interesujący. 

Bercelak przewrócił oczami, i krótko potrząsnął głową. 

- Zapomnij o nim. - Jego głos zrobił się niemożliwie niski, jego czarne oczy skupiły na 

niej. - Chodź do mnie, Rhiannon. 

Rhiannon obeszła łóżko dookoła tak, by stało pomiędzy nimi i wyszeptała:  

- Dlaczego powinnam to zrobić? 

- Bo wydałem ci polecenie. 

Rhiannon roześmiała się głośno. 

background image

Łaocuchy i płomienie - Shelly Laurenston 

Tłumaczenie: madlen 

Beta: agnieszka 

 

- Tak jakby to cokolwiek znaczyło. 

Podnosząc kajdanki, wciąż przykute do słupka łóżka, przytrzymał je dla niej w górze. 

- Widzę, że to będzie kolejny trudny wieczór. 

-  Najpierw musisz mi je założyć, Nisko Urodzony.  A nie sądzę, żeby  udało  ci  się to 

zrobić. 

Uśmiechnął  się  szeroko,  najwyraźniej  bardziej  niż  chętny  podjąć  jej  wyzwanie,  ale 

zamiast tego przeklął, słysząc kolejne pukanie do drzwi. 

- Czego? 

Jeden z braci Bercelaka otworzył drzwi i zajrzał do środka. 

- Jesteś potrzebny na dole, bracie.  

- O co chodzi? 

- Straże królowej przybyły, by z tobą pomówić. 

Rhiannon pozostała w miejscu, nie mając ochoty, by zareagować na tę wiadomość, ale 

widziała,  jak  kolory  odpływają  z  twarzy  Bercelaka.  To  strach  o  nią,  nie  o  siebie  samego, 
wywołał taką reakcję. 

- Powiedz im, że zaraz zejdę. 

Jego brat skinął głową i odszedł. 

Bercelak odwrócił się do Rhiannon. 

- Chodź do mnie, Rhiannon. 

Tym  razem  zrobiła  to  bez  pytania,  a  on  objął  ją  swoimi  ramionami,  mocno  ją 

ściskając. 

- Zostań tu, dopóki ktoś z mojej rodziny nie przyjdzie po ciebie. 

Kiwnęła głową i poczuła, jak jego usta ocierają się o jej czoło. 
Potem puścił ją i odszedł.