background image

Christa Schroeder

Napisał - Raphael Delpard

Zeznania Sekretarki -

12 Lat u boku Hitlera -

1933 - 1945

Zeznania niezwykle utalentowanej i starannie wykształconej sekretarki, zatrudnionej w 1930 

roku w sztabie administracyjnym partii nazistowskiej, a następnie zauważonej przez Hitlera, który 

w 1933 roku wziął ją do swej wyłącznej dyspozycji!

Christa Schroeder przez 12 lat pozostawała przy Hitlerze.

gotowa do pracy dniem i nocą: w kancelarii, w Berghofie, w bunkrze w Berlinie.

Hitler odesłał ją dopiero na kilka dni przed swoją śmiercią.

Po upadku III Rzeszy została aresztowana przez Amerykanów i internowana w 1945 roku w 

obozie  Augshurgu, gdzie  odbyła  długie  rozmowy  z Alfredem  Zollerem  - francuskim oficerem 

wywiadu, służącym w armii amerykańskiej.

Z zadziwiającą przenikliwością, opowiedziała mu to, co w ciągu tych 12 lat widziała.

Świadectwo  Christy Schroeder jest tym  bardziej  cenne, że o ile wydarzenia  drugiej  wojny 

światowej są nam dobrze znane, to postać człowieka, który podpalił Europę, ukryta jest za zasłoną 

taśm   kronik   filmowych,   ukazujących   go   jako   tego,   który   nieustannie   i   wrzaskliwie   wygraża 

cywilizowanemu światu.

Obdarzony   dziwnym   i   zniewalającym   magnetyzmem,   posiadał   jakiś   pierwotny   szósty 

zmysł, intuicję jasnowidza, która często decydowała o jego zachowaniach.

background image

Na kolejnych stronach poznajemy Hitlera żyjącego w ciągłym podnieceniu nowymi projektami, 

odurzonego odnoszonymi zwycięstwami.

Zapiski Christy Schroeder pokazują, że niemożliwe jest zamknięcie tej historycznej postaci w 

jednej   formule.   Rozmaitość   postaw,   zachowań,   reakcji   i   odruchów   Hitlera   jest   taka,   że   wręcz 

zmusza do analizy podstawowych rysów jego charakteru.

Prezentowany tu dokument uchyla rąbka prywatności Hitlera, pozwala nam go ujrzeć wśród 

najbliższych mu osób i współpracowników.

Wyjątkowe to świadectwo.

Christa Schroeder

Napisał - Raphael Delpard

Zeznania sekretarki

12 lat u boku Hitlera

1933-1945

Z francuskiego przełożył Andrzej Wróblewski

Tytuł oryginału

12 ans aupres d'Hitler 1933-1945

La secretaire privee d'Hitler temoine

Redaktor prowadzący Sylwia Bartkowska

Projekt okładki

Agnieszka Skriabm

Zdjęcia Bayerische Staatsbibliothek Munchen

Redakcja

Andrzej Sujka

Korekta

Justyna Marikowska Bożenna Biirzyriska

Copyright by Editions Page aprós Page, 2004 Copyright for the Polish translation by Bauer-Weltbild Media Sp.

z o.o., Sp.

K. Warszawa 2005

Bauer-Weltbild Media SD.

z o.o..

Sp K

Klub dla Ciebie

Warszawa 2005

ul. Majdańska 12, 04-088 Warszawa

Czterysta siedemdziesiąta ósma publikacja Klubu dla Ciebie ISBN 83-7404-300-8

Skład i łamanie DK, Warszawa

Druk i oprawa

Drukarnia Naukowo-Techniczna SA

03-828 Warszawa, ul.

Mińska 65

background image

Zdumiewająca historia sekretarki

Raphael Delpard

Jakże zdumiewającą historię przeżyła Christa Schroeder!

W 1930 roku - jako jedna z siedmiu milionów bezrobotnych, bo tylu było ich wówczas w 

Niemczech - przyjeżdża w poszukiwaniu pracy do Monachium.

Zgłasza się w siedzibie partii narodowosocjalistycznej, bo dowiedziała się, że poszukują tam 

sekretarek.

Będąc   swego   rodzaju   cudownym   dzieckiem   stenografii,   pokonuje   osiemdziesiąt   siedem 

młodych kobiet, które też starają się o tę pracę.

Za trudnienie w sztabie administracyjnym Hitlera spowoduje, że po wojnie przylgnie do niej, 

po wielokroć stawiane przez dziennikarzy, pytanie: "Czy była nazistką?".

Pytanie,   które   w   końcu   wywoływać   będzie   jej   irytację   i   na   które   niezmiennie   będzie 

odpowiadać, że równie dobrze mogła przyjąć podobną posadę w partii komunistycznej, co przecież 

wcale nie oznaczałoby, że z dnia na dzień stałaby się sympatyczką marksizmu.

30 stycznia 1933 roku Adolf Hitler zostaje kanclerzem.

Christa Schroeder opuszcza monachijską siedzibę partii przy Schellingstrasse 50 i 4 marca 1933 

roku wyjeżdża do Berlina.

Jest współpracowniczką Wilhelma Brticknera - adiutanta w obozie kanclerza.

Hitler brutalnie się go pozbywa, ale przy okazji zwraca uwagę na młodą kobietę.

Jej   wyjątkowy   profesjonalizm   i   umiejętności   stenograficzne   wywierają   na   nim   tak   wielkie 

wrażenie, że decyduje się wziąć ją do swojej wyłącznej dyspozycji.

Przez   12   lat   Christa   Schroeder,   gotowa   do   pracy   w   dzień   i   noc,   podąża   za   Fuhrerem; 

przynależąc do personelu kwatery głównej kanclerza, uczestniczy we wszystkich jego oficjalnych 

podróżach.

Towarzyszy mu też w przeprowadzce do bunkra Kancelarii Rzeszy.

W chwili ostatecznego upadku Trzeciej Rzeszy, na kilka dni przed swym samobójstwem, Hitler 

background image

osobiście wydaje jej polecenie opuszczenia bunkra i poddania się.

Christa   Schroeder   zostaje   uwięziona   przez   Amerykanów   28   maja   1945   roku   i   będzie 

przetrzymywana do 12 maja 1948 roku.

Orzeczenie Trybunału ds. Denazyfikacji stwierdzające, że nie była szczególnie zaangażowaną 

nazistką, pozwala jej uniknąć Trybunału Norymberskiego.

W tym czasie, gdy jest internowana w obozie w Augsburgu, nawiązuje z nią znajomość 

francusko-amerykański   agent,   Alfred   Zoller,   który   -   występując   pod   nazwiskiem   Bernhard   i 

działając z polecenia 7.

Armii amerykańskiej - stara się wydobyć z Christy jak najwięcej informacji.

Po wielu tygodniach, w trakcie długich, początkowo bardzo trudnych rozmów, udaje mu się 

pozyskać jej zaufanie.

Christa powie o nim: "Miał około czterdziestu pięciu lat;

mówił świetną niemczyzną z alzackim akcentem".

Na temat ich stosunków Schroeder zmieni później zdanie.

Posunie  się nawet  do oskarżenia  agenta  o kradzież  biżuterii,  gdyż  ta  nigdy nie  została  jej 

zwrócona.

Początkowo Zoller, alias Bemhard, prosi, aby opowiedziała o swoim życiu u boku Hitlera.

"Kapitan Bernhard Zoller - pytał mnie, jak zostałam zatrudniona, w jaki sposób Hitler dyktował 

swoje listy i przemówienia.

Chciał wiedzieć, dlaczego Hitler nie palił ani nie pił. Chciał poznać jego sposób życia i opinie 

na temat najbliższych współpracowników. Pytał o jego stosunki z siostrzenicą, Geli Raubal, i o 

wszystko, co wiązało się z Evą Braun. Przychodził codziennie.

Pewnego ranka poprosił, abym to wszystko spisała.

Po   wyjściu   na   wolność   Christa   Schroeder   zostaje   zatrudniona   w   Gmund   w 

przedsiębiorstwie handlującym metalami lekkimi. Pracuje tam od 1948 do 1958 roku.

1 wrześ nia 1959 roku wraca do Monachium i zatrudnia się w przedsiębiorstwie budowlanym, 

w którym pracuje do roku 1967.

Zły stan zdrowia zmusza ją do przejścia na emeryturę w wieku 59 lat.

Umiera w Monachium 28 czerwca 1984 roku.

Kilka miesięcy przed śmiercią, odpowiadając dziennikarzowi, przyznaje, że w swym życiu 

osobistym poniosła klęskę.

Hitler   przeciwstawia   się   jej   małżeństwu   z   jugosłowiańskim   dyplomatą,   w   którym   była 

zakochana; a po wojnie nie może zaznać wytchnienia, na które, jak sądzi, zasługuje, ponieważ 

nieustannie dręczona jest przez badaczy, historyków i dziennikarzy.

background image

Zrujnowane życie osobiste to tragiczny wymiar wciągnięcia tej kobiety - wbrew jej woli - w 

tryby historii; ale świadectwo pozostawione przez nią pozwala nam bliżej poznać człowieka, który 

w sześćdziesiąt  lat  po swojej  śmierci  ciągle  jeszcze  wzbudza odrazę,  a także,  co  niesłychane, 

fascynuje.

Tekst Christy Schroeder przepadł gdzieś na wiele lat.

Dopiero niedawno został odszukany dzięki uporowi niemieckich i amerykańskich badaczy.

background image

Chodzi zatem o unikalny i nadzwyczajny dokument, który wprowadza nas w zakamarki 

prywatnego życia Adolfa Hitlera.

Nie dowiadujemy się z niego wielu rzeczy na temat strategii działań wojennych, eksterminacji 

Żydów i Cyganów, ale na pewno będziemy wiedzieć więcej o tym samouku, który podpalił Europę.

Jeśli bowiem historia narodzin nazizmu i idącej za nim ekspansji politycznej jest dobrze znana, 

to polityczny architekt drugiej wojny światowej ciągle kryje się za taśmami kronik filmowych, 

które pokazują go jedynie w momentach, gdy wrzaskliwie wygraża cywilizowanemu światu.

Kim był Adolf Hitler?

Właściwie wszystko zostało już o nim powiedziane i napisane, ale Christa Schroeder stwierdza: 

"Nie było jednego Hitlera, lecz kilku, połączonych w tej samej osobie.

Był on mieszaniną kłamstwa i prawdy, niewinności i gwałtu, ascezy i luksusu, grzeczności i 

brutalności, mistycyzmu i realizmu, umiłowania sztuki i barbarzyństwa".

Fuhrer, według świadectwa swojej dawnej sekretarki, był również obdarzony dziwnym, i 

zniewalającym magnetyzmem, posiadał jakiś pierwotny zmysł, intuicję jasnowidza, która często 

decydowała o jego zachowaniach.

Wyczuwał   grożące   mu   niebezpieczeństwa,   potrafił   odbierać   ukryte   reakcje   tłumu,   w 

niewytłumaczalny sposób fascynował swoich rozmówców.

Na   kolejnych   stronach   poznajemy   Hitlera   żyjącego   w   ciągłym   podnieceniu   nowymi 

projektami, odurzonego odnoszonymi zwycięstwami.

Czytając   zapiski   Christy   Schroeder,   zaczynamy   zdawać   sobie   sprawę,   że   pod   pewnymi 

względami życie tego człowieka, z dala od tłumu, za zasłoną utkaną wokół niego przez propagandę 

i jego nie dostępny majestat, nie różniło się niczym od życia zwykłego burżuja.

I że barbarzyńca może przyjmować pozy pana tego świata.

Świadectwo   Christy   Schroeder   dowodzi   wyraźnie,   że   niemożliwe   jest   zamknięcie   tej 

historycznej postaci w jednej formule.

Rozmaitość   postaw,   zachowań,   odruchów   i   reakcji   Hitlera   jest   taka,   że   zmusza   wręcz   do 

analizy podstawowych rysów jego charakteru.

Prezentowany dokument pozwala nam więc ujrzeć Hitlera wśród najbliższych mu osób i 

współpracowników.

Raphael Delpard jest autorem kilku książek na temat martyrologii Żydów podczas drugiej 

wojny światowej i historii Algierii z okresu francuskiej dominacji.

background image

Nota

Prezentowany tekst jest zapisem zeznań pani Christy Schroeder, osobistej sekretarki Adolfa 

Hitlera w ciągu dwunastu lat, odebranych w 1947 roku w obozie w Augsburgu przez kapitana 

Alfreda Zollera, działającego z upoważnienia 7.

Armii amerykańskiej.

Do tekstu nie wprowadzono żadnych zmian - jest to przedruk oryginału.

background image

Rozdział 1

Najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy nocą.

Hitler

Hitler nie cierpiał w swym otoczeniu osób, do których widoku nie był przyzwyczajony.

Z tego też powodu, dwie z jego osobistych sekretarek, moja koleżanka i ja, pozostały na swych 

stanowiskach odpowiednio piętnaście i dwanaście lat.

Mimo nieporozumień i tarć, jakie mogły się pojawiać, zrobił wszystko, aby zatrzymać nas do 

samego końca.

Hitler opętany był przez demona podejrzliwości.

Nigdy nie zatrudniał osobistego personelu na mocy prostej rekomendacji.

Zanim   nabrał   do   kogoś   zaufania,   długo   go   obserwował   i   wystawiał   na   próby,   zastawiając 

prawdziwe pułapki.

Jeśli chodzi o mnie, to muszę przyznać, że byłam zdziwiona łatwością, z jaką przyjął mnie 

do swojej obsługi.

Nic z mojej przeszłości nie predysponowało mnie do takiego zaufania.

Mój   ojciec,   który   był   funkcjonariuszem   państwowym   w   Hanowerze,   zawsze   manifestował 

swoje radykalnie demokratyczne poglądy.

Umarł w 1926 roku, gdy miałam siedemnaście lat.

Sama   na   świecie,   bo   rok   wcześniej   straciłam   też   matkę,   bez   środków   do   życia,   zostałam 

pracownicą biurową i zapisałam się na kursy stenografii i maszynopisania.

Na początku 1930 roku odeszłam z posady sekretarki w Monachium i złożyłam podanie o 

pracę na zwolnionym właśnie stanowisku maszynistki w zarządzie partii.

Po   pokonaniu   osiemdziesięciu   siedmiu   konkurentek   w   krajowym   konkursie   stenografii, 

wyznaczono mnie na sekretarkę kapitana Pfeffera, który stał wówczas na czele organizacji SA.

Gdy w roku 1931 zastąpił go Róhm, zostałam oddelegowana do sekcji ekonomicznej ruchu 

narodowosocjalistycznego.

Zawsze bardzo interesowałam się sztukami pięknymi.

Regularnie   uczęszczałam   na   kursy   wieczorowe   organizowane   przez   Wyższą   Szkołę 

Pedagogiczną w Monachium i powoli kompletowałam swoją bibliotekę.

To mogłoby wyjaśniać moje zbliżenie z Hitlerem na gruncie intelektualnym i ludzkim.

Biorąc   tę   okoliczność   pod   uwagę,   nietrudno   chyba   zrozumieć,   że   te   dwanaście   lat 

spędzonych u boku Hitlera dostarczyło mi wielu niespodzianek i gorzkich rozczarowań.

W   1933   roku   przypadek   sprawił,   że   pewnego   dnia   osobista   sekretarka   Hitlera   była 

background image

nieobecna, a on właśnie miał pilny tekst do podyktowania.

Poproszono mnie, abym stawiła się do jego dyspozycji.

Gdy wchodziłam do jego biura, uderzyło mnie intensywne spojrzenie jego niebieskich oczu;

przyglądał mi się badawczo, ale z życzliwością.

Jego austriacki akcent, prostota i dodająca odwagi serdeczność, z jaką mnie przyjął, przyjemnie 

mnie zaskoczyły.

Powiedział kilka słów na przywitanie i od razu przystąpił do rzeczy:

"Mam zwyczaj dyktowania prosto na maszynę.

Jeśli opuści pani jakieś słowo, to proszę się nie przejmować, bo chodzi jedynie o brudnopis".

Odpowiedziałam, że jestem przyzwyczajona do takiego trybu pracy, i usiadłam do 

maszyny.

Gdy skończył, podziękował mi gorąco i wręczył bombonierkę.

Od tej pory, za każdym razem, gdy go spotykałam, kłaniał mi się uprzejmie.

Pod koniec tego samego roku poprosiłam o przeniesienie do Berlina, ponieważ na skutek 

donosu miałam kłopoty z SS.

Przychylono się do mojej prośby i zostałam sekretarką Brucknera, adiutanta Hitlera.

Ten ostatni wzywał mnie od czasu do czasu, gdy miał jakiś dłuższy tekst do podyktowania.

Pewnego dnia, gdy jego sekretarka była nieobecna z powodu choroby, przydzielono mnie do 

jego wyłącznej dyspozycji.

Od tej pory codziennie byłam w pobliżu Hitlera, z wyjątkiem weekendów, na które jeszcze 

wtedy wyjeżdżał regularnie do Monachium.

W tym okresie Hitler pracował według ustalonego rozkładu dnia.

O jedenastej rano przechodził przez moje biuro i do szesnastej przyjmował w swoim gabinecie 

współpracowników.

Potem, wychodząc, zatrzymywał się na chwilę, aby rzucić okiem na prezenty, które codziennie 

przynosili jego admiratorzy: książki, obrazy, hafty i inne rękodzieła.

Zdarzało się, że podczas tych krótkich chwil dyktował szybko kilka notatek służbowych lub 

podpisywał pilne listy.

Po południu znowu rozpoczynały się narady, które trwały przeważnie do późnego wieczora.

Na noc rezerwował sobie dyktowanie ważnych pism.

Przychodził wtedy jego adiutant i uprzedzał, że mam pozostać w biurze: "Szef będzie w nocy 

dyktował, proszę się przygotować!".

To zdanie stawiało całe biuro w prawdziwy stan pogotowia.

Nigdy nie pozwalałam sobie na nieobecność.

background image

Jednak bardzo szybko spostrzegłam, że jeśli chodzi o tę noc, na pracę, to Hitler nie był wzorem 

osoby dotrzymującej obietnicy.

Często czekałam na niego osiem czy dziesięć kolejnych wieczorów, a on nie pojawił się ani 

razu.

Zdarzało się to zwłaszcza wtedy, gdy przygotowywał wystąpienie w Reichstagu lub na kongres 

partii.

Ku   mojemu   wielkiemu   zdziwieniu,   musiałam   przyjąć   do   wiadomości,   że   ma   zwyczaj 

dyktowania swych przemówień w ostatniej chwili, na dwa dni przed wystąpieniem.

Gdy na przykład data wiecu była już opublikowana w gazetach, a ja zwracałam uwagę, że w 

takim razie najwyższy czas pomyśleć o napisaniu przemówienia na maszynie, odpowiadano mi 

wymijająco: "Szef czeka jeszcze na raport z ambasady" albo: "Śledzi jeszcze pewne poczynania 

dyplomatyczne, których wynik może zadecydować o treści wystąpienia".

Oczywiste   jest,   że   w   takich   warunkach   praca   odbywała   się   w   atmosferze   pośpiechu   i 

podenerwowania.

Gdy w końcu nadchodził uroczysty moment, Hitler prosił nas (do dużych tekstów potrzebne mu 

były dwie sekretarki), abyśmy odpoczęły po południu, żeby na wieczór być w dobrej formie.

Ostatnie chwile poświęcał na namysł i ewentualne uzupełnienia w tekście, które notował na 

świstku papieru.

W trakcie tych godzin medytacji nikt nie miał prawa mu przeszkadzać.

Władczy   dźwięk   dzwonka   oznajmiał   mi,   że   ma   już   gotowe   główne   wątki   swego 

wystąpienia.

Gdy wchodziłam do jego gabinetu, on nerwowo przemierzał go wzdłuż i wszerz.

Od   czasu   do   czasu   zatrzymywał   się   przed   portretem   Bismarcka   i   wpatrywał   się   weń 

rozanielonymi oczami, jakby się modlił.

Stwarzał wrażenie, jakby błagał żelaznego kanclerza, aby natchnął go swym doświadczeniem w 

sprawach państwowych.

Krokiem lunatyka  chodził  od mebla  do mebla  i poprawiał  ustawienie  miniatur,  którymi  te 

meble były zawalone.

Potem zaczynał przemierzać pokój szybkim krokiem i nagle zatrzymywał się, jak by dotknięty 

paraliżem.

W ogóle przy tym mnie nie zauważał.

Wreszcie przystępował do dyktowania.

Na początku jego wymowa i głos były normalne, ale w miarę jak rozwijał swoje myśli, rytm 

ulegał przyspieszeniu.

background image

Zdania następowały jedne po drugich, bez żadnej przerwy, w rytm coraz szybszych kroków, 

którymi przemierzał pokój dookoła.

Wymowa stawała się coraz bar dziej rwana, a głos przybierał na sile.

Hitler dyktował przemówienie z taką samą porywczością, z jaką chciał je wygłosić nazajutrz 

wobec publiczności.

Dyktowanie przemówienia było dla niego swoistą próbą generalną.

Gdy chciał zebrać w sobie uczucia lub na tchnienie, zatrzymywał się i wpatrywał nieruchomo 

w jakiś punkt na suficie, jakby stamtąd spodziewał się jakiejś specjalnej łaski.

Gdy zaczynał mówić o bolszewizmie, jego głos od razu znacznie się podnosił, a twarz stawała 

się purpurowa od nagłego przypływu krwi.

Wygłaszał swoje przyszłe przemówienie z taką gwałtownością, że jego głos był słyszany we 

wszystkich pokojach dookoła, i za każdym razem czekający w nich pracownicy personelu pytali 

mnie później, dlaczego szef jest w tak złym humorze.

Gdy wszystko  zostało już zapisane,  Hitler odzyskiwał  spokój, a nawet znajdował kilka 

miłych słów dla swoich sekretarek.

Kilka godzin później zaczynał wprowadzać poprawki.

I wtedy znowu trzeba było mu przypominać, że czas nagli, a praca nie jest jeszcze skończona.

Często ostatnie poprawki nanosił na krótko przed przewidywanym czasem wystąpienia.

Gdy   starczało   czasu,   lubił   cyzelować   swą   dialektykę,   szukając   coraz   to   subtelniejszych 

wyrażeń i uderzających formuł.

Był przekonany, że jego poprawki są bardzo trudne do odczytania.

Za   każdym   razem   mówił   do   mnie:   "Przyjrzyj   się   dobrze,   moje   dziecko,   czy   uda   się 

rozszyfrować moje zapiski".

Gdy przeczytałam je bez żadnych trudności, utkwił we mnie swe dziwne, prześlizgujące się 

ponad okularami spojrzenie, i przyznawał z udawaną rezygnacją: "Widzę, że odczytuje pani moje 

pismo łatwiej niż ja sam".

Skądinąd, z biegiem lat, jego wzrok znacznie się pogorszył.

Tak bardzo chciał uniknąć publicznego pokazywania się w okularach, że kazał skonstruować 

maszyny do pisania z czcionkami wysokości 12 mm, co pozwoliło mu bez trudu czytać tekst leżący 

na mównicy.

Gdy przemówienie było gotowe, Hitler sprawiał wrażenie, jakby został wybawiony z wielkiego 

kłopotu.

W podzięce, zapraszał sekretarki do swojego stołu.

Podczas posiłku nigdy nie omieszkał zakomunikować, że jest zadowolony z własnej redakcji 

background image

tekstu, i zapowiedzieć, że przyniesie on wielki sukces.

Niezmiennie też wygłaszał pochwałę profesjonalizmu swych sekretarek: "One są tak szybkie na 

swoich maszynach, że nie nadążam z dyktowaniem.

To są prawdziwe królowe maszynopisania itd., itp.".

Hitler często opowiadał mi o trudnościach, jakie ma ze znalezieniem dziewcząt, które na jego 

widok nie traciłyby kontroli nad swymi nerwami.

"Kiedy   widziałem,   że   przy   pierwszych   moich   słowach   krew   uderzała   im   do   głowy,   nie 

pozostawało mi nic innego, jak odesłać je z powrotem i wypróbować inne".

Ze swej strony przyznaję, że praca dla niego nie była żadną synekurą.

Nawet kiedy dyktował normalnie, jego wymowa nie była zbyt wyraźna.

Odgłos jego kroków i hałas maszyny w połączeniu z echem jego głosu, który odbijał się od 

ścian   gabinetu   o   przesadnych   wymiarach,   czyniły   część   wypowiadanych   zdań   absolutnie 

niezrozumiałymi.

Musiałam   maksymalnie   skoncentrować   uwagę   i   wznosić   się   na   szczyty   intuicji,   żeby 

odgadywać końcówki zdań i uzupełniać braki.

Gdy   Hitler   był   jakoś   szczególnie   rozdrażniony,   jego   gorączkowe   pobudzenie   udzielało   się 

współpracownikom.

W takich kryzysowych momentach moje nerwy napięte były do ostatnich granic.

Hitler doskonale zdawał sobie sprawę, że ten reżim nas wykańcza, ale nie chciał zatrudnić 

innych sekretarek, bo, jak mówił, nie znosi nowych twarzy w swoim otoczeniu.

Stąd też moja osobista swoboda była praktycznie żadna.

Musiałam być do jego dyspozycji dzień i noc, a moja nieobecność w kwaterze głównej była 

możliwa  tylko  pod warunkiem,  że  w każdej  chwili  będzie  można  wezwać  mnie  telefonicznie, 

telegraficznie albo przez głośnik.

Przyjęta   przez   Hitlera   zasada   trzymania   w   tajemnicy   podjętej   decyzji   aż   do   momentu   jej 

wykonania, tyranizowała całe jego otoczenie.

Wizyty i podróże zawsze były zapowiadane z dużym wyprzedzeniem, ale zastrzegał sobie, że 

dokładna godzina wyjazdu będzie podana do publicznej wiadomości w ostatniej chwili.

Podczas tych dni jałowego wyczekiwania żyliśmy w ogromnym napięciu.

Gdy   w   trakcie   rozmowy   padła   jakaś   aluzja   na   temat   nadmiernego   ograniczania   życia 

prywatnego personelu, udawał zdziwienie i zapewniał, że pozostawia wszystkim pełną swobodę 

dysponowania wolnym czasem według własnego uznania.

Faktycznie jednak nigdy nie tolerował faktu, że ktoś może mieć swoje niezależne, prywatne 

życie.

background image

Dlatego też, podczas naszych długich pobytów w Berghofie, miał zwyczaj zbierania każdego 

wieczoru całej swojej świty przy kominku w wielkim holu.

Niczym uczniowie byliśmy regularnie pozbawiani prawa do "wyjścia".

Trzeba przyznać, że to czuwanie przy ogniu nie było całkowicie pozbawione uroku, zwłaszcza 

jeśli trafiali się jacyś goście.

Częściej jednak bywało tak, że dzień po dniu spotykali się ci sami ludzie.

Trzeba   było   rzeczywiście   umieć   panować   nad   nerwami,   żeby   uczestniczyć   w   tych 

niekończących się spotkaniach, odbywanych niezmiennie w tej samej scenerii płonących w ognisku 

szczap.

Gdy   ktoś   odważał   się   nie   przyjść   na   choćby   jeden   z   tych   seansów,   Hitler   zauważał   to   i 

manifestował swoje niezadowolenie.

background image

W1938 roku, z powodu ciągłych niedomagań mojej dotychczasowej towarzyszki, zatrudniono 

nową sekretarkę.

Wyróżniała się ona nie tylko umiejętnościami zawodowymi, ale także urodą.

Od tej pory we wszystkich wyjazdach towarzyszyły Hitlerowi dwie sekretarki.

Gdy   zdarzało   się   na   przykład,   że   mimo   zażycia   środków   nasennych   nie   mógł   zasnąć, 

organizował przeciągające się do późnych godzin nocnych herbatki, w których uczestniczyły obie 

sekretarki, także jego adiutant, lekarz i Bormann.

Tak więc sporą część mojego życia spędziłam w specjalnym pociągu Fiihrera.

W   trakcie   tych   podróży   Hitler   wymagał,   aby   wszystkie   zasłony   w   jego   salonce   były 

zaciągnięte, również w pełni lata.

Ponieważ słońce go drażniło, uznawał tylko oświetlenie elektryczne.

Istniał jednakże i inny powód, nie mniej zaskakujący.

Otóż tak bardzo doceniał on "mąkę up" nowej sekretarki, o której poprzednio wspominałam, że 

chciał go jeszcze bardziej podkreślić sztucznym oświetleniem.

Prawił   jej   nieustannie   komplementy,   co   niejako   zobowiązywało   innych   mężczyzn   z   jego 

otoczenia do czynienia tego samego.

Bormann, który miał raczej ciężki dowcip, robił to z zabawną niezręcznością. Rozmowy stale 

krążyły   wokół   samochodowych   wyjazdów   Hitlera,   choć   ze   względów   bezpieczeństwa 

zrezygnowano z tego sposobu podróżowania.

Hitler cenił te rajdy po Niemczech nie tylko dlatego, że lubił szybkość, ale również dlatego, że 

dawały mu one okazję do spotkań z ludnością.

Jako   zapalony   automobilista   wymyślił   wiele   ulepszeń,   które   z   powodzeniem   zostały 

zastosowane przez firmę Mercedes.

Tymczasem   zdarzały   się   dni,   podczas   których   w   pociągu   specjalnym   królowała 

niepohamowana wesołość -zwłaszcza wtedy, gdy Hitler bawił się wraz ze swą świtą w przeróżne 

gry towarzyskie.

Liczyliśmy na przykład, ilu brodaczy spotkaliśmy w ciągu dnia.

Ten, kto spotkał ich najwięcej, dostawał nagrodę.

Także inne, równie proste gry wprawiały Hitlera w wyśmienity humor.

Podczas tych chwil odprężenia lubił parodiować swych dawnych towarzyszy w ich gestach i 

sposobie mówienia.

Był   w   tych   popisach   znakomity   i   pozwalał   sobie   nawet   na   parodiowanie   zagranicznych 

polityków,   których   mimikę   i   różne   inne   dziwactwa   udało   mu   się   zaobserwować   podczas 

background image

międzynarodowych konferencji.

Doskonale   naśladował   na   przykład   piskliwy   śmiech   Wiktora   Emmanuela   III   i   zabawnie 

demonstrował,   w   jaki   sposób   wzrost   króla   Włoch,   ze   względu   na   jego   krótkie   nogi,   zawsze 

pozostaje ten sam, niezależnie od tego, czy król siedzi, czy stoi.

W tym przedwojennym okresie Hitler cenił jeszcze dobry nastrój i humor.

"Dowcip,   opowiedziany   we   właściwym   momencie   nieraz   już   dokonywał   cudów   w 

najtrudniejszych sytuacjach" - lubił mówić.

"Wypróbowałem   to   nie   tylko   podczas   wojny   1914-1918,   ale   również   w   walce,   która 

poprzedzała przejęcie przez nas władzy". Jednak zmienił się całkowicie od czasu, gdy na Niemcy 

spadły pierwsze porażki.

Stał się bardziej zamknięty i w ogóle nie pozwalał się do siebie zbliżać.

Krąg jego bliskich, który miał zwyczaj zbierać się co wieczór, kurczył się z dnia na dzień i w 

końcu tylko sekretarki mogły uczestniczyć w jego samotnych rozmyślaniach.

Jeszcze w 1942 roku potrzebował pewnego ceremoniału i ogromnych pokoi, aby przygotować 

jakąś ważną akcję dyplomatyczną albo operację w wielkim stylu.

Do snucia takich dalekosiężnych planów znakomicie nadawał się Berghof.

"Właśnie   w   tym   majestatycznym   spokoju   gór   podejmowałem   najlepsze   moje   decyzje   - 

przyznawał.

- Tam, w górze, mam wrażenie, że unoszę się ponad ziemską marność, ponad wszystkie te 

niesłychane próby, którym poddawany jest mój naród, ponad nasze kłopoty i trudności.

Bezbrzeżny widok na nizinę Salzburga pozwala mi uciec od zwykłych ziemskich problemów i 

rozwijać genialne koncepcje, które poruszają świat.

W takich chwilach czuję, że nie przynależę już do zwykłych śmiertelników i że moje idee 

przekraczają   ludzkie   ograniczenia,   aby   potem   objawić   się   w   czynach   o   nieskończonych 

następstwach".

background image

Od 1943 roku Hitler nie odczuwał już tej potrzeby monumentalnej oprawy do pobudzania swej 

chorobliwej fantazji i snucia wielkich planów.

Jego życie stawało się coraz bardziej hermetyczne.

Niczym gad, który boi się jasnego dnia, zrobił sobie gniazdo w bunkrze, w gołych i zimnych 

pomieszczeniach.

Tak właśnie wpadł na pomysł wielkiej ofensywy w Ardenach - w trakcie długiej choroby, we 

wrześniu 1944 roku.

Przez trzy tygodnie pozostawał w łóżku, w bunkrze swej kwatery "Wolfsschanze" [Wilczy 

szaniec] w Prusach Wschodnich.

W ciężkiej i wilgotnej atmosferze tego pomieszczenia, bez okien i naturalnego światła, jego 

wyobraźnia pracowała z dala od realnego świata.

Elektryczne oświetlenie nigdy nie było wyłączane.

Jedynie automatyczny włącznik aparatu tlenowego odświeżającego zepsute powietrze wybijał 

rytm jego myśli.

Nie docierały do niego żadne echa zewnętrznych wydarzeń, gdyż nadchodzące wiadomości 

filtrowane były przez jego adiutantów.

W takiej atmosferze jego urojenia rozwijały się jak trująca roślina w ciepłej szklarni.

Nie uznawał żadnego sprzeciwu, nie słuchał żadnych rad.

Na gołych ścianach, na których nic nie przyciągało spojrzenia, jego wyobraźnia wyświetlała 

obrazy świata takiego, jakim go sklecił w swym przekonaniu, że ta ostateczna batalia odwróci 

jeszcze losy wojny: ta ruina człowieka, który żył już tylko dzięki zastrzykom jego lekarza Morella, 

w cmentarnej atmosferze wytycza plan nowej ofensywy, nie troszcząc się o ofiary, jakie będzie ona 

kosztować jego i tak już wykrwawiony naród...

Po podjęciu decyzji o tej strategicznej operacji, niecierpliwie wyczekiwał stosownej chwili do 

wydania rozkazu rozpoczęcia działań.

Decydującą rolę w ustaleniu konkretnej daty nie odgrywała fachowa ocena, lecz jego własna 

intuicja.

Jedynie meteorolodzy mieli jeszcze prawo głosu.

Konsultował się z nimi codziennie.

Specjalista, który zapowiedział mu, że grudzień 1944 roku będzie okresem występowania mgieł 

ułatwiających   koncentrację   oddziałów   przed   rozpoczęciem   ofensywy,   otrzymał   od   niego   złoty 

zegarek z podziękowaniami za szczęśliwe przewidywania.

"Tajemnica sukcesu tkwi w uporczywości" - miał zwyczaj powtarzać.

background image

Całe życie Hitlera to były wyłącznie uporczywe wysiłki i walka.

Po tak długim okresie zwycięstw nad najbardziej nawet groźnymi przeciwnościami, trudno mu 

było  wyobrazić sobie, że pewnego dnia jego gwiazda zazna tak żałosnego końca.

Jego   dzieciństwo   bez   radości   i   trudna   młodość   w   Wiedniu,   wojna   światowa,   a   następnie 

trzynaście   lat   walki,   która   w   końcu   pozwoliła   mu   poznać   smak   władzy,   wszystkie   te   próby, 

pokonywane jedne za drugimi, ukształtowały temperament zaciekłego i bezlitosnego wojownika.

Hitler był urodzonym awanturnikiem.

Był ponadto wyposażony we wszystkie cechy niezbędne dla takiego stanu ducha.

Przede wszystkim  dysponował  on niewzruszoną  wolą, wolą  niemal  nadludzką;  wolą,  która 

często   przyjmowała   formę   zderzaka   (Sturheit)   nieznającego   miary,   jeśli   chodzi   o   rozbijanie 

przeszkód.

Wola ta była u Hitlera owocem długiej drogi dziedziczenia.

Wszyscy   jego   przodkowie   od   wieków   żyli   w   tej   części   Alp,   która   sąsiaduje   z   granicą 

niemiecko-austriacką, a której mieszkańcy, żyjący w prymitywnych warunkach, owładnięci byli 

jedną myślą: wyrwania jakiejkolwiek strawy z ich jałowej ziemi.

Etnolodzy stwierdzili, że w tym osobliwym regionie, zwanym "Waldviertel", gdzie urodził się 

ojciec Hitlera, dominującą cechą zamieszkujących tam ludzi był upór.

Od wieków, w walce z żywiołami, ziemią i naturą, mieszkańcy tych alpejskich dolin nie mogli 

przetrwać inaczej, jak tylko dzięki swej uporczywości.

Z pokolenia na pokolenie przekazywano tam charaktery naznaczone siłą woli i niepospolitą 

zaciętością.

Hitler   odziedziczył   tę   swą   nieprzejednaną   wolę   po   ojcu;   i   wzmocniła   się   ona   jeszcze   w 

dzieciństwie, w zetknięciu z tymi pracowitymi i twardymi ludźmi.

Ta  siła  woli  pobudzała  Hitlera,  zawziętego  samouka,  gdy  zdobywał   wiedzę  w latach   swej 

trudnej, wiedeńskiej młodości.

Nie była to wiedza głęboka, ale bardzo rozległa. Prawdą jest, że wyposażony był w przymioty 

intelektualne   niezbędne   do   odnoszenia   sukcesów.   Ta   wola,   która   uczyniła   z   Hitlera   władcę, 

przejawiała się również w jego sile sugestii, której potrafiło się oprzeć, tylko niewielu ludzi.

Gdy Hitler mówił, obojętnie czy do jednego rozmówcy, czy do tłumu, ten dar manifestował się 

z równą intensywnością.

On po prostu fascynował i narzucał swoją wolę.

Często zadawałam sobie pytanie, czy chodziło w tym o zjawisko czystej hipnozy, czy tylko o 

przejaw całkowicie zewnętrznego oddziaływania. To prawda, Hitler potrafił wzbudzać sympatię 

rozmówców swą wrodzoną prostotą manier i rzadko spotykaną serdecznością.

background image

W jego żyłach  płynęła  wiedeńska i  wysubtelniona  zdolnościami  artystycznymi  krew, która 

czyniła zeń człowieka o wielkim uroku osobistym.

Trzeba tu dodać, że również w najobszerniejszych przemówieniach potrafił ujmować swe idee 

w zwięzłych i treściwych formułach, wypowiadanych tonem tak przekonywającym, że z łatwością 

zyskiwał   przychylność   słuchaczy.   Niemniej,   te   zewnętrzne   przejawy   jego   osobowości   nie 

wystarczają, aby wytłumaczyć tak silny wpływ Hitlera na niektórych ludzi.

Wydzielał ten magnetyczny fluid, który albo przyciąga do nas ludzi, albo, przeciwnie, odpycha 

ich   od   nas.   U   niego   to   magnetyczne   oddziaływanie   nie   odznaczało   się   tak   bardzo   swoją 

intensywnością, choć było daleko większe niż u przeciętnych ludzi, co swoją rozległością.

Zakres jego fal magnetycznych był bardzo szeroki i w zadziwiający sposób działał podczas 

zgromadzeń   publicznych   i   wobec   licznego   tłumu.   To   właśnie   ta   nadzwyczajna   siła   sugestii 

wyjaśnia  fakt,  że ludzie,  którzy przychodzili  do niego zrozpaczeni,  wychodzili  pełni  ufności  i 

nadziei. Ze szczególną intensywnością działała ona na jego dawnych towarzyszy walki.

Przypominam sobie na przykład, jak w marcu 1945 roku gauleiter Forster przyjechał z Gdańska 

do Berlina, aby uzyskać audiencję u Hitlera.

Gdy przyszedł do mojego biura, był całkowicie zdruzgotany ostatnimi wydarzeniami.

Zwierzył   mi   się,   że   tysiącu   stu   rosyjskich   czołgów   skoncentrowanych   wokół   miasta   może 

przeciwstawić   wszystkiego   cztery   "Tygrysy",   które   na   dodatek   nie   mają   wystarczającej   ilości 

paliwa.   Forster   zdecydowany   był   nie   owijać   niczego   w   bawełnę   i   przedstawić   Hitlerowi   całą 

złowieszczą rzeczywistość.

Znając   ogólną   sytuację,   nalegałam   na   Forstera,   żeby   zrelacjonował   fakty   jak   najbardziej 

obiektywnie i nakłonił Hitlera do podjęcia decyzji.

Forster odpowiedział: "Proszę się nie obawiać!

Nie zawaham się powiedzieć całej prawdy, nawet jeśli miałby mnie wyrzucić za drzwi". Jakież 

było   moje   zdziwienie,   gdy   po   spotkaniu   z   Hitlerem   wszedł   do   mojego   biura.   Był   całkowicie 

odmieniony: "Fiihrer obiecał przysłać do Gdańska nowe dywizje!".

Widząc   mój   sceptyczny   uśmiech,   oświadczył:   "Rzeczywiście   nie   wiem,   gdzie   mógłby   je 

znaleźć!

Ale skoro powiedział, że zamierza ratować Gdańsk, to nie ma powodów, żeby nie wierzyć".

Byłam naprawdę zawiedziona tymi słowami Forstera.

Człowiek, który jeszcze przed chwilą tak zdecydowanie deklarował w moim biurze, że powie 

wszystko   Hitlerowi   prosto   z   mostu,   tak   szybko   dał   się   przekonać   pustymi   obietnicami. 

Bezsprzecznie musiała na niego zadziałać właśnie ta siła sugestii Hitlera.

Mogłabym przytoczyć niezliczoną ilość przykładów znaczących i wartościowych osób, które 

background image

po prostu dawały się nabrać Hitlerowi.

Gdy   później   orientowały   się,   że   zostały   w   prymitywny   sposób   oszukane,   strach   przed 

przyznaniem się do takiej naiwności kazał im, mimo wszystko, wykonywać otrzymane instrukcje.

Hitler był świadom własnej mocy.

Intensywnymi  ćwiczeniami  jeszcze bardziej  wzmacniał  te  swoje zdolności.A nawet więcej: 

doskonale wiedział, że przyjmując postawę człowieka prostego i naturalnego, tym bardziej będzie 

wzbudzał zaufanie swego rozmówcy.

Pamiętam,   jak   skarżył   się   kiedyś   na   zmęczenie,   jakie   ogarnęło   go   po   kongresie   partii   w 

Norymberdze.

Podczas   wielogodzinnej   defilady   stał   w   pełnym   słońcu   z   uniesioną   do   pozdrowień   ręką, 

próbując, jak mi to później wyjaśniał, wychwycić, jedną po drugiej, wszystkie przechodzące przed 

nim znane mu osoby: "Każdy musiał odnieść wrażenie, że go osobiście wyróżniłem - i to mnie tak 

strasznie zmęczyło".

Wiedziałam też, idąc tym tropem, że bardzo wielu ludzi pochlebiało sobie, że zostali zauważeni 

przez Hitlera w tej zwartej masie kolumn.Znany jest zresztą entuzjazm, jaki jego obecność i jego 

przemowy wyzwalały w tłumach.Zbiegowiska, jakie tworzyły się na trasie każdego jego przejazdu, 

stały   się   prawdziwą   zmorą.Choć   przez   długi   czas   były   Hitlerowi   bardzo   potrzebne,   to   jednak 

później owe histeryczne masy stały się czymś prawie nie do wytrzymania.

Przed każdym niemal hotelem, w którym się zatrzymywaliśmy, ludzie od razu tworzyli zbity 

tłum,   który   był   popychany   nowo   przybyłymi   i   rozbijał   się   o   fasadę   budynku   niczym   fala 

przybojowa   wzburzonego   morza.Ludzkie   fale   bez   końca   skandowały   żądanie   zobaczenia 

"swojego"   Fuhrera   w   oknie.   Często   sprawiało   to   wrażenie   chóru   błagającego     o   łaskę.   Te 

powtarzane rano i wieczorem manifestacje wystawiały nasze nerwy na ciężką próbę. Zadawałam 

sobie pytanie, jak Hitler może je znieść! Lecz gdy pewnego ranka oddział eskortowy odsunął tłum, 

a on wpadł w złość, bo nie zebrał zwyczajowych już owacji przy wyjściu z hotelu, zrozumiałam, że 

działają one na niego jak niezbędny środek pobudzający.

Gdy Hitler przemierzał drogi Niemiec samochodem, jego eskorta musiała się sporo natrudzić, 

aby   uniknąć   wypadków.   Zdarzało   się,   że   kobiety,   spostrzegając   go,   stawały   w   miejscu   jak 

sparaliżowane,   narażając   się   na   potrącenie   przez   samochody   z   kolumny.   Często   trzeba   było 

odpychać tłum, który wstrzymywał cały ruch. Oficerowie SS stali więc na bocznych stopniach 

samochodu, aby przeszkodzić fanatykom wzięcia go szturmem. Ten sam spektakl powtarzał się na 

dworcach.   Ludzie   niemal   się   rozdeptywali,   próbując   przejść   przez   tory,   aby   dostać   się   do 

specjalnego pociągu Fuhrera.

Gdy  wychylony   ściskał  dłonie  tych,  co  napierali  na  wagon, lekarz,   który  mu   towarzyszył, 

background image

zawsze obawiał się, żeby nie urwano mu ręki.

Tutaj też esesmani dosłownie walczyli, żeby utrzymać na wodzy oszalały entuzjazm tłumu.

Ponieważ te manifestacje kosztowały Hitlera sporo czasu i często opóźniały program,  jego 

wyjazdy zaczęto trzymać w tajemnicy. Ten środek bezpieczeństwa uzasadniony był również obawą 

przed zamachami. Hitler był twardy i stanowczy nie tylko w stosunku do innych, ale również, i w 

równym stopniu, w stosunku do samego siebie.

W okresie poprzedzającym wojnę potrafił wspaniale panować nad własnymi emocjami. Swoją 

wolę dominowania ćwiczył zarówno na sobie samym, jak i na tych, którzy go otaczali. Nie uznawał 

zmęczenia  i poddawał swój mózg  ciągłej  pracy.  Zapominał,  że długotrwałe czytanie  nie  tylko 

męczyło   jego   wzrok,   ale   że   dobrowolna   i   ciągła   bezsenność   szkodziła   jego   wydolności 

intelektualnej. Owładnięty był przekonaniem, że samą silną wolą można osiągnąć wszystko. Nic 

zatem dziwnego, że drżenie prawej dłoni odczuwał niczym plamę na honorze. Konstatacja, że nie 

panuje   nad   częścią   samego   siebie,   wywoływała   w   nim   wściekłość.   Gdy   goście,   zaskoczeni, 

zatrzymywali na tej dłoni wzrok, Hitler, instynktownym ruchem, przykrywał ją drugą dłonią.

Mimo wszystkich podejmowanych wysiłków nigdy nie udało mu się opanować tego drżenia.

Tak jak powoli tracił kontrolę nad niektórymi ruchami swojego ciała, tak do końca pozostał 

panem swych emocji.

Gdy w trakcie  prywatnej  rozmowy dowiadywał  się o jakiejś katastrofie,  potrafił  zachować 

zimną krew i spokojnie kontynuować wymianę uwag. Jedynie ruch szczęk zdradzał jego emocje.

Przypominam   sobie   na   przykład   zniszczenie   przez   RAF   tamy   w   dolinie   Edertal,   co 

spowodowało powódź na dużej części zagłębia Ruhry.

W trakcie czytania tej wiadomości jego twarz przybrała co prawda kamienny wyraz, ale to było 

wszystko.

Nikt nie byłby w stanie zauważyć, że właśnie spadł na niego tak ciężki cios. Dopiero po kilku 

godzinach, a czasami nawet po kilku dniach, wracał do tego wydarzenia i wtedy dawał wyraz swej 

bezsilnej   wściekłości.   Hitler   potrafił   również   z   zadziwiającym   mistrzostwem   zachowywać 

tajemnice. Był przekonany, że każdy z jego współpracowników powinien dokładnie znać tylko te 

rzeczy,  które są mu niezbędne do wykonywania swoich funkcji. Nigdy nie komunikował  nam 

własnych sekretnych zamiarów ani nie wprowadzał nas w plany, nad którymi pracował. Nigdy nie 

uczynił wobec nas najmniejszej aluzji co do operacji, które przygotowywał. Początek kampanii 

zachodniej   był   tego   uderzającym   przykładem.   10   maja   1940   roku   poinformował   on   swoje 

otoczenie, że jeszcze tego wieczoru musi wyjechać. Nie padło ani jedno słowo na temat celu i 

powodów tej nagłej podróży. Gdy ktoś postawił pytanie, jak długo go nie będzie, odpowiedział 

wymijająco, że być może piętnaście dni, może miesiąc, a nawet, w tym przypadku, rok.

background image

Wszyscy,   którzy   musieli   mu   towarzyszyć,   pojechali   samochodem   w   kierunku   Staaken   - 

byliśmy przekonani, że polecimy gdzieś z tamtejszego lotniska. Jednak, ku naszemu zdziwieniu, 

minęliśmy Staaken i dołączyliśmy do Hitlera w jego pociągu specjalnym, który wyruszył na północ 

Niemiec.

Gdy tylko wsiedliśmy, zaczęły się komentarze. Każdemu, kto nieśmiało próbował się zapytać, 

czy może jedziemy do Norwegii, odpowiadał twierdząco, a nawet żartobliwie się upewniał, "czy 

nie zapomniałyśmy o kostiumach kąpielowych".

Pociąg jechał na północ aż do Ulsen, gdzie, w środku nocy, nieoczekiwanie skręcił na zachód. 

Zamiast   dotrzeć   do   Norwegii,   znaleźliśmy   się   nazajutrz   o   świcie   w   Miinster-Eifel,   skąd 

dojechaliśmy do wojennego stanowiska dowodzenia Fiihrera.

Wiem, że Eva Braun nie była wtajemniczona w żaden z jego planów.

Latem 1941 roku, gdy powziął decyzję o rozpoczęciu kampanii wschodniej, przeprosił ją, że 

musi wyjechać na kilka dni do Berlina, ale też zapewnił, że wkrótce wróci. W rzeczywistości 

pojechał   do   swojej   kwatery   głównej   w   Prusach   Wschodnich,   skąd   kierował   pierwszymi 

uderzeniami na Rosję.

Rozdział 2 

Nie ma takiego tematu, o którym wcześniej już ktoś by nie pomyślał.

Hitler 

Wypowiadając tę formułę, Hitler rozpoznawał samego siebie, gdyż nie był umysłem twórczym.

Cała   jego   wiedza   była   owocem   wieloletniej,   uporczywej   pracy   pamięciowej.   Jego   pamięć, 

podobna do gąbki zanurzonej w wodzie i po prostu zadziwiająca, chłonęła z lektur i z rozmów 

wszystko,   co   mogłoby   mu   przynieść   jakiś   pożytek.   Już   od   młodego   wieku   Hitler   przejawiał 

nienasycony głód lektur. Opowiadał mi, że w okresie swej trudnej młodości w Wiedniu przeczytał 

wszystkie pięćset książek, które składały się na zbiór jednej z miejskich bibliotek. Ta pasja do 

przeglądania i przyswajania sobie książek na najróżniejsze tematy pozwoliła mu poszerzyć wiedzę 

w niemal wszystkich dziedzinach literatury i nauki.

Zawsze   zadziwiał   mnie   łatwością,   z   jaką   na   przykład   charakteryzował   jakiś   region 

geograficzny, wygłaszał skrzącą się szczegółami prywatną prelekcję z historii sztuk pięknych albo 

rozprawiał na wysoko specjalistyczne tematy z dziedziny techniki. Wszyscy, którzy stali z nim w 

jednym szeregu na początku jego kariery trybuna ludowego, byli zadziwieni   rozległością jego 

wiedzy. Już wtedy potrafił narzucać swą wolę otoczeniu, wykorzystując nadzwyczajną zręczność, z 

jaką posługiwał się swą pamięcią.

background image

W dużej mierze właśnie dzięki temu zyskał bezgraniczne oddanie surowych i nieokrzesanych 

ludzi, którzy tworzyli pierwszą ekipę jego zwolenników. Ta nadzwyczajna umiejętność pozwalała 

mu wygłaszać płomienne przemówienia na temat historii Austrii, prowadzić prawdziwe wykłady o 

knowaniach Domu Habsburgów i przejmująco opisywać konające Niemcy. Równie dobrze potrafił 

bez końca mówić  na temat  konstrukcji kościołów, klasztorów i zamków,  wykazując  przy tym 

oszałamiającą wręcz znajomość szczegółów. Nawet w latach, które nastąpiły po jego uwięzieniu w 

Landsbergu, z wielkim samozaparciem uzupełniał swą wiedzę na temat zabytków historycznych w 

różnych krajach Europy.

Schlebiał sobie często, że zna więcej ich szczegółów architektonicznych niż niejeden ekspert z 

kraju, w którym ta czy inna budowla się znajduje. Oficerowie z jego sztabu i dowódcy wielkich 

jednostek Wehrmachtu przyznawali również, że jego znajomość struktury organizacyjnej armii, 

łącznie z najmniejszymi jednostkami, przekraczała wszelką wyobraźnię, a jego wiedza na temat 

uzbrojenia i wyposażenia wojskowego była po prostu fenomenalna. Pamiętam, jak pewnego dnia 

ekspert   do   spraw   marynarki   wojennej   prowadził   z   nim   dość   ożywioną   dyskusję   na   temat 

szczegółów   technicznych   związanych   z   turbinami   parowymi   instalowanymi   na   nowoczesnych 

krążownikach. Nieustępliwość, z jaką Hitler sprzeciwiał się jego argumentacji, zdenerwowała go 

do tego stopnia, że stracił  zimną  krew i rzucił  niemal  pogardliwie:    "Jak pan może  twierdzić 

podobne rzeczy, skoro nie ma pan pojęcia o sprawach czysto technicznych?".

Hitler nie zareagował brutalnie, tak jak zrobiłby to przy innych okazjach, lecz poprosił eksperta, 

aby   usiadł,   po   czym   zrobił   mu   wykład   tak   bogaty   w   szczegóły,   że   zadziwiłby   tym   nawet 

profesorów ze szkoły marynarki.

Podczas   niekończących   się,   codziennych   dyskusji   ze   swoimi   doradcami   z   Wehrmachtu,   w 

trakcie których  podsumowywał  bieżącą sytuację, nie przestawał ich zadziwiać. Znał doskonale 

wszystkie wydarzenia na rozległych obszarach frontu, znał dotychczasową drogę każdej ważnej 

jednostki, wiedział, jakie środki zostały zaangażowane w każdą operację i każde przegrupowanie 

oddziałów w czasie wojny manewrowej. Zaznajomiony był ze strukturą każdej grupy armii aż do 

pułków włącznie oraz jednostek specjalnych, takich jak oddziały przeciwpancerne do zwalczania 

czołgów.

Burmistrz Monachium, z którym lubił rozmawiać o planach rekonstrukcji i upiększenia miasta, 

opowiadał mi często o swym zdziwieniu faktem, że Hitler pamiętał o najbardziej nawet błahych 

szczegółach ich dyskusji sprzed wielu miesięcy.

Zdarzało mu się słyszeć Hitlera mówiącego z wyrzutem w głosie: "Czyż nie mówiłem panu pół 

roku temu, że ten detal nie jest w moim guście?", a następnie powtarzającego niemal słowo w 

słowo całą wymianę myśli, jaka ongiś miała miejsce na temat tego właśnie szczegółu. W jego 

background image

pamięci nie było żadnych luk. Rozciągała się ona nie tylko na nazwy, piśmiennictwo i liczby, ale 

też z niezwykłą łatwością potrafił sobie przypominać twarze. Bez najmniejszego trudu umieszczał 

w czasie i przestrzeni okoliczności, w jakich spotkał kiedyś swoich rozmówców.

Pamiętał   wszystkie   osoby,   które   poznał   w   swym   ruchliwym     życiu   i   często   potrafił 

przypomnieć sobie najdrobniejsze szczegóły dotyczące tych spotkań.

Mógł   z   detalami   opowiedzieć   przebieg   i   opisać   atmosferę   wszystkich   wieców 

propagandowych, na których zabierał głos. Koledzy z wiedeńskiej młodości, towarzysze wojenni, 

kompani   z   okresu   walki   o   władzę   i   krzykliwa   gromada   tych,   którzy   stali   u   jego   boku   aż   do 

zwycięstwa - wszyscy oni byli zapisani w jego pamięci wraz z całą ich charakterystyką. Gdy Hitler  

był w dobrym humorze, opowiadał nam dla zabawy o szczegółach wielkich przyjęć odbywanych w 

poprzednich   latach   w   Kancelarii   Rzeszy.   Jego   pamięć   wzrokowa   pozwalała   mu   opisać   stroje 

artystów i innych obecnych wówczas osobistości, a także odtworzyć drobne uprzejmości i poważne 

rozmowy, które prowadził z tym czy innym gościem. Podobnie było z wrażeniami, jakie wynosił z 

oglądanych   kiedyś   sztuk   teatralnych   lub   filmów.   Z   niewyobrażalną   plastycznością   potrafił 

wskrzesić sztuki, które widział w młodości. Wyliczał nazwiska aktorów i pamiętał nawet, co o 

jakiejś sztuce pisali krytycy!

Jak ludzki mózg mógł zapamiętać tyle rzeczy i faktów!

Nie ulega więc wątpliwości, że Hitler od urodzenia był wyposażony w nieprzeciętną pamięć.

Jednak prawdziwa jego tajemnica tkwiła w tym, że wytrwale, dzień po dniu tę pamięć rozwijał 

i ćwiczył.

Tłumaczył   nam,   że   czytając,   starał   się   uchwycić   i   zgłębić   najważniejsze   wątki   tematu. 

Mówiłam już, że w czasie nocnych herbatek i pogawędek przy kominku miał manię opowiadania 

nam   o  tym,   co  zachował   z   jakiejś  lektury   -  aby  utrwalić   ją   sobie   w   pamięci.   Ta   gimnastyka 

umysłowa stała się u niego istotną potrzebą. Hitler był przekonany, że większość czytelników to 

ignoranci, którzy nie potrafią wyciągnąć żadnego pożytku    z lektury.  Jeśli w pracy był  raczej 

chaotyczny i nie cierpiał przeglądania i sporządzania adnotacji w dokumentach, to pamięć miał 

zorganizowaną wspaniale - pamięć poszufladkowaną, z której potrafił czerpać korzyści. Niemniej, 

w swoim stałym pragnieniu przewyższania rozmówców i zaskakiwania ich rozległością własnej 

wiedzy,  bardzo uważał  na to, aby nie zdradzić źródeł swych  wiadomości.  Znakomicie  potrafił 

stwarzać wrażenie, że to, co głosi, jest owocem jego własnej refleksji i zmysłu krytycznego. Mógł 

cytować   całe   strony   tak,   jakby   mówił   o   osobistych   przemyśleniach   i   własnym   dorobku 

intelektualnym. Prawie wszyscy, z którymi rozmawiałam na ten temat, byli przekonani, że Hitler 

był   głębokim   myślicielem,   obdarzonym   szczególnie   przenikliwym   i   subtelnym   umysłem 

analitycznym.

background image

Pewnego   dnia   sama   zapragnęłam   się   o   tym   przekonać.   Hitler   zaskoczył   nas   prawdziwym 

wykładem   filozoficznym   na   jeden   z   jego   ulubionych   tematów.   Ku   mojemu   zdziwieniu 

stwierdziłam,   że   cała   ta   jego   tyrada   nie   była   niczym   innym,   jak   cytowaniem   tekstów 

Schopenhauera, które akurat niedawno czytałam. Zebrałam w sobie całą moją odwagę i zapytałam 

go o ten dziwny zbieg okoliczności. Hitler, lekko zaskoczony, błysnął w moim kierunku swym 

nieprzeniknionym spojrzeniem, a następnie uczonym i protekcjonalnym tonem odpowiedział: "Nie 

zapominaj, moje dziecko, że nasza wiedza prawie zawsze ma swoje źródło w innym człowieku.

Każdy z nas wnosi do nauki jedynie małą cegiełkę".

W podobnie przekonujący sposób Hitler opowiadał o sławnych  ludziach, o innych  krajach, 

miastach, budowlach, przedstawieniach teatralnych itd., itp., mimo że nigdy ich nie poznał ani nie 

widział. Nieznoszący sprzeciwu   sposób, w jaki się wyrażał, i czystej wody dialektyka, w jakiej 

formułował swoje myśli, przekonywały słuchaczy, że rzeczywiście widział lub przeżył to, o czym 

mówił. Zadziwiające bogactwo szczegółów w jego długich opowieściach pozwalało wierzyć, że 

chodzi o sprawy, które sam głęboko przemyślał lub których sam doświadczył. Ale i tu szybko 

zwietrzyłam  podstęp.  Pewnego dnia  wygłosił  w naszej  obecności  ostrą krytykę  przedstawienia 

teatralnego, którego, o czym dobrze wiedziałam, w ogóle nie oglądał.

Wyraziłam lekkie zdziwienie, że nie widząc sztuki, wysuwa tak ciężkie oskarżenia pod adresem 

reżysera i aktorów. Poderwał się na to, jakby go ukąsiła tarantula, i odpowiedział: "Ma pani rację, 

ale...

pani Braun ją widziała i opowiedziała mi o swoich wrażeniach". Ten nadzwyczajny dar, który 

dobre wróżki złożyły w jego kołysce, z czasem zaczął się zmniejszać. W ostatnich latach wojny 

doszłam do wniosku, że jego pamięć, ku jego wielkiej rozpaczy, nie pozwala mu już odgrywać roli 

myśliciela i genialnego inżyniera. W tej dziedzinie, jak zresztą w wielu innych, wrócił do szeregu.

Osłabienie   tej   zdolności   spowodowało   utratę   najważniejszych   znamion   jego   prestiżu. 

Niezależnie od tego, błędem byłoby twierdzić, że Hitler z tą samą pasją zajmował się wszystkimi 

dziedzinami  myśli ludzkiej. Jeśli sztuka, technika i historia były jego ulubionymi  tematami, to 

jednak jego wykształcenie wykazywało znaczące braki. Dlatego też miał bardzo mgliste pojęcie na 

temat   prawa   i   problemów   legislacyjnych.   Finanse   publiczne   nużyły   go   i   nie   miał   żadnego 

zrozumienia dla zagadnień administracyjnych.  Znakomity organizator, gdy chodziło o strukturę 

własnej partii, całą administrację państwową oddał w swobodne używanie   swym gauleiterom i 

innym wysokim funkcjonariuszom.

Niewybaczalne nadużycia mogły być popełniane po prostu dlatego, że Hitler tymi problemami 

się nie interesował. Ten bezwład  i ta niechęć  do spraw administracyjnych  tłumaczą  po części 

wpływ, jaki miał na niego reichsleiter Bormann. Bormann, rozszalały organizator i prawdziwy 

background image

herkules papierkowej roboty, "odwalał" za Hitlera sporą część pracy, uwalniając go od wszystkich 

nużących problemów. Nie było to jednak aż tak bezinteresowne - trzymając Hitlera z dala od 

wydarzeń, które pustoszyły morale narodu, Bormann stawał się powoli utajonym panem Niemiec.

Hitler   uważał   go   za   jedynego   spośród   swoich   współpracowników,   który   potrafił   ująć   jego 

koncepcje   i   idee   w   zręczne   i   jasne   formuły.   Często,   gdy   ośmielaliśmy   się   ostrzec,   że   opinia 

publiczna uważa metody administracyjne Bormanna za nieludzko surowe, odpowiadał nam tonem 

nieznoszącym sprzeciwu, jakim miał zwyczaj ucinać kłopotliwe pytania: "Wiem, że Bormann jest 

brutalny. Ale wszystko, co mu powierzyłem, wykonuje z godną podziwu dokładnością; wszystko, 

co   czyni,   ma   ręce   i   nogi".   Hitler   wiedział,   że   Bormann   wymagał   od   swych   podwładnych 

całkowitego poświęcenia i absolutnej skuteczności.

Jeśli dochodziły do niego skargi pracowników, odrzucał je, tłumacząc, że Bormann sam pracuje 

jak wół: "To dzięki jego surowości i jego bezkompromisowym metodom udaje mu się realizować 

wielki program, który mu powierzyłem".

Innym razem wychwalał przed nami Bormanna, wykrzykując: "Jego raporty są szczegółowe i 

wymuskane do tego stopnia, że mogę się pod nimi już tylko podpisać. Z Bormannem pozbywam 

się sterty dokumentów w dziesięć minut, a z innymi musiałbym siedzieć godzinami, żeby podjąć te 

same decyzje. Gdy mu mówię, że za pół roku ma mi przypomnieć to czy inne zagadnienie, mogę 

być  pewny,   że  w  określonym   dniu  to  zrobi.   On  jest  przeciwieństwem   swojego  brata,   który  o 

wszystkim zapomina". Albert Bormann, o którym mowa, pracował w sekretariacie Hitlera. Brat go 

nie znosił, bo ożenił się z kobietą, która mu się nie podobała.

Kariera   Martina  Bormanna  doznała  nagłego  przyspieszenia  po  wyjeździe   Hessa  do  Anglii. 

Jeszcze   tego   samego   wieczoru,   gdy  dotarła   wiadomość   o   słynnej   ucieczce   Hessa,   urządził   on 

wielkie przyjęcie w swojej willi w Obersalzbergu, jakby świętował szczęśliwe wydarzenie. Później, 

dzięki wymyślnym intrygom, udało mu się odsunąć Wilhelma Briicknera, który miał silną pozycję 

u   boku   Hitlera   od   czasów   heroicznej   walki   o   władzę.   Od   tej   pory,   czując,   że   ma   na   to 

przyzwolenie, rzeczywiście zaczął się panoszyć. Wszystkie kluczowe stanowiska w sztabie Hitlera 

systematycznie obsadzał ludźmi ze swojego nadania.

Z  makiaweliczną   zręcznością   potrafił  przeniknąć  do  wszystkich  służb  i  po pewnym  czasie 

niewielu   było   już   takich   współpracowników   Fiihrera,   którzy   nie   zostali   mniej   lub   bardziej 

wciągnięci w siatkę korupcji i donosicielstwa, którą stworzył.

Bormann stał się szarą eminencją, człowiekiem, bez którego Hitler nie mógł się obejść.

To za jego sprawą Briickner został zastąpiony przez Schauba, człowieka bez klasy i charakteru.

Szkodliwa rola tego ostatniego polegała na podszeptywaniu łasemu na pochlebstwa Fuhrerowi 

informacji zręcznie dozowanych przez intryganta Bormanna. W ostatnich latach wojny reichsleiter 

background image

rządził   w   kwaterze   głównej   niczym   udzielny   władca.   Prawie   cały   personel   został   zastąpiony 

kreaturami   na   jego   żołdzie,   które   wyciągał   z   rynsztoka,   żeby   umieścić   na   pożądanych 

stanowiskach. Nie trzeba dodawać, że ci geszefciarze byli całkowicie oddani swemu dobroczyńcy i 

spieszyli   z   relacjonowaniem   mu   najmniejszych   nawet   plotek.   Stając   się   panem   sytuacji   i   nie 

obawiając   się   już   niczego   ze   strony   otoczenia   Hitlera,   Bormann   starał   się   odsuwać   każde 

niebezpieczeństwo, które mogłoby mu grozić z zewnątrz. Krok po kroku budował on wokół Hitlera 

prawdziwy chiński mur, który można było pokonać tylko pod warunkiem, że znało się hasło i 

ujawniło mu cel wizyty. Bormann uzyskał dzięki temu całkowitą kontrolę nad wszystkimi trybami i 

trybikami Rzeszy.

Przypominam sobie na przykład, jak w marcu 1945 roku gauleiterzy Hofer i Forster z marchii 

wschodnich przyjechali do Berlina,  aby zdać raport Hitlerowi bez uprzedniego referowania go 

Bormannowi. Gdy zausznicy tego ostatniego przekazali mu co się święci, ten przerwał natychmiast 

swój   pobyt   w   Obersalzbergu   i   pospieszył   do   Berlina,   aby   pokrzyżować   zamiary   gauleiterów, 

strasząc bliskim atakiem armii rosyjskiej na ich terytoria. Bormann napomniał ich brutalnie, że 

próbowali   działać  poza  jego plecami,  po  czym  poradził   im,  aby  wracali  do  siebie  i  zajęli  się 

przygotowaniami do obrony, a nie intrygowali w Berlinie. Bormann nie miał żadnego przyjaciela; 

jedynym, jakiego znam, był Hermann Fegelein, szwagier pani Braun.

Wydaje   się,   że   tych   dwóch   łączyło   solidne   koleżeństwo,   co   nie   przeszkodziło   jednak 

Bormannowi wydać rozkaz rozstrzelania Fegeleina, gdy ten próbował potajemnie opuścić Berlin na 

kilka dni przed jego upadkiem. Bormann był bezspornie złym duchem Hitlera. Jego żądza władzy 

była   nienasycona.   Nie   tylko   udało   mu   się     doprowadzić   do   całkowitej,   fizycznej   i   duchowej, 

izolacji   swego   zwierzchnika   i   do   naszpikowania   całego   jego   otoczenia   swoimi   sługusami,   ale 

potrafił też znakomicie mieszać szyki za każdym razem, gdy wyczuwał okazję do osiągnięcia dla 

siebie korzyści. Mogłabym przytaczać niezliczone przykłady robienia przez Bormanna afery na 

skalę państwa z niewiele znaczącego incydentu.

Oto   jeden   z   tysiąca.   Pewnego   dnia   DNB   opublikowała   notatkę   o   tym,   że   jakiś   wiejski 

gospodarz został skazany na dwa miesiące więzienia za to, że zachowywał do własnej konsumpcji 

litr mleka dziennie. Fotografowi Hoffmannowi, przy którym ta notatka była akurat odczytywana, a 

który również był właścicielem gospodarstwa, wyrwała się uwaga: "W takim razie ja powinienem 

dostać kilka lat, bo za każdym razem, gdy odwiedzam swój majątek, zabieram ze sobą pięć litrów 

mleka".

To   nieostrożne   wyznanie   powtórzył   wiernie   Bormannowi   jeden   z   jego   szpicli,   a   ten 

natychmiast chwycił za swoje najpiękniejsze pióro, aby napisać do przestępcy dosłownie: "Fiihrer 

nakazał mi, abym ci przypomniał, że zgodnie z obowiązującymi przepisami masz prawo tylko do 

background image

pół litra mleka".

Za każdym razem, gdy dawny towarzysz Hitlera wspomniał nierozważnie, że zauważył, iż ten 

lub   inny   wpływowy   człowiek   partii   naruszył   istniejące   przepisy,   Bormann   natychmiast 

wykorzystywał ten fakt, wysyłając do delikwenta list, który zawsze zaczynał się od słów: "Według 

oświadczenia   takiego   to   a   takiego   pana,   na   podległym   wam   odcinku   stwierdzono   następujące 

anomalie...".

Ostatni przykład scharakteryzuje metodę, jaką Bormann stosował, aby odsunąć od Hitlera tych 

wszystkich,  których bał się ze względu na ich otwartość i możliwą krytykę.

Pewnego dnia fotograf Hoffmann otrzymał od Bormanna telefoniczną wiadomość, że służba 

wywiadowcza podejrzewa go o nosicielstwo prątków paratyfusu, w związku z czym od tej chwili 

musi powstrzymać się od spotkań z Fuhrerem. Hoffmann, przerażony tą informacją, poddał się 

sześciomiesięcznej  obserwacji medycznej  u największych  specjalistów w Wiedniu;  rezultat  był 

negatywny. W marcu 1945 roku wrócił do Berlina, aby oczyścić się z oszczerstwa, którego padł 

ofiarą. Był właśnie w stołówce Kancelarii, gdy Bormann, przechodząc obok jego stolika, rzucił 

wściekle:   "Jednak   wróciłeś!   Lepiej   byś   zrobił,   gdybyś   został   tam,   gdzie   byłeś.   Zamiast   robić 

interesy   z   tymi   swoimi   obrazami,   lepiej   byś   wskazał,   gdzie   najlepiej   zestrzeliwać   wrogie 

samoloty". Pół godziny później do tej samej sali wszedł Hitler. Zmęczonym gestem dał znak swoim 

gościom, aby sobie nie przeszkadzali. Hoffmann mimo to wstał, żeby przywitać się z Fuhrerem. 

Ten   potraktował   go   bardzo   chłodno   i   zapytał   z   pewną   nutą   obawy,   czy   rzeczywiście   już 

wyzdrowiał. Żarliwe protesty Hoffmanna i okazanie zaświadczenia lekarskiego, że nigdy nie był 

chory na tyfus, nie zdołały przekonać Hitlera.

Od   tej   pory   unikał   spotkań   ze   swym   nadwornym   fotografem   i   był   głuchy   na   wszelkie 

argumenty,   jakie   tamten   przytaczał   na   swoje   usprawiedliwienie.   Dowiedziałam   się   później,   że 

Bormann insynuował możliwość, iż Hoffmann wysłał do Wiednia swego syna, który miał tak samo 

na imię, a więc zaświadczenie lekarskie mogło być sporządzone dla tegoż właśnie syna. Hitler był 

wystarczająco łatwowierny, aby wziąć tę perfidię na serio. I złowieszcza komedia, która pustoszyła 

morale narodu, trwała nadal.

Rozdział 3 

Mówiąc często na ten sam temat, udaje nam się w końcu uchwycić i zapamiętać najważniejsze  

wątki.

Hitler 

W ostatnich swych latach Hitler prowadził coraz bardziej nieuregulowany tryb życia. Jeśli u 

background image

większości   śmiertelników   stały   porządek   dnia   wyznaczany   jest   posiłkami,   to   życie   Hitlera 

regulowane było wyłącznie tymi sławnymi konferencjami, podczas których bez końca analizowano 

bieżącą sytuację. Czas trwania owych seansów był nad wyraz elastyczny - od jednej do czterech 

godzin, a nawet dłużej. W tej samej mierze przesuwane więc były pory posiłków.

Hitler zwyczajowo jadał śniadanie około 11:30. Obiad odbywał się między 14:00 a 17:00, a 

kolacja między 20:00 a 24:00.

Po kolacji robił sobie godzinny odpoczynek, aby potem zwołać drugą "Lagebessprechung", 

która często trwała do świtu. Po rozwianiu niepokojów strategicznych, Hitler zarządzał herbatę 

między czwartą a piątą rano.

W ostatnich latach towarzyszyły mu w tym tylko sekretarki, a czasami również jego adiutant 

Schaub lub doktor Moreli.

W   1944     roku   zdarzało   się,   że   wybijała   ósma   rano,   a   ja   wciąż   siedziałam   u   Hitlera   i   z 

całkowicie   udawanym   zainteresowaniem   słuchałam   jego   wywodów.   Hitler   mógł   mówić   w 

nieskończoność.

To zawsze on był siłą napędową rozmowy. Przekształcała się ona często w jego monolog bez 

końca,   w   którym   prezentował   swój   punkt   widzenia   na   najprzeróżniejsze   tematy.   W   tych 

pogawędkach   poruszane   były   najbardziej   niespodziewane   wątki.   Hitler,   to   prawda,   z   równym 

powodzeniem i werwą mógł dyskutować na każdy temat. Jeszcze dzisiaj zadaję sobie pytanie, 

dlaczego poświęcał nocny wypoczynek na przedstawianie swych teorii audytorium, które zamiast 

słuchać tych monotonnych wynurzeń, chętnie poszłoby spać. Gdy jakieś zagadnienie szczególnie 

go nurtowało, lubił dyskutować o nim bez końca. Tłumaczył nam, że ważne jest dla niego samo 

wyłuszczanie   problemu,   bo   pojawiające   się   słowa   zawsze   otwierają   mu   nowe   horyzonty   i 

pozwalają zrozumieć niuanse i przyległości, których początkowo nie zauważał. "Słowo - mówił 

nam   -   jest   pomostem   do   nieznanych   horyzontów.   Zwłaszcza   język   niemiecki,   ze   swoimi 

subtelnościami  i precyzją,  pozwala umysłowi  zagłębić  się w nowe rejony.  To właśnie dlatego 

Niemcy były wylęgarnią myślicieli i poetów". Nie jestem w stanie opowiedzieć wszystkiego, o 

czym   mi   mówił   w   trakcie   tych   nocnych   herbat   w   ciągu   dziesięciu   lat;   przyznaję,   że   często 

zmęczenie   brało   górę  nad  skupieniem  i   że  tylko   mechanicznie  przytakiwałam,  będąc   myślami 

całkowicie nieobecna. Podczas tych nocnych rozmów Hitler lubił przywoływać  wspomnienia z 

dzieciństwa. Młodość wynurzała się  z gmatwaniny targających go myśli zwłaszcza wtedy, gdy był 

czymś zmartwiony.

"Nigdy nie kochałem swojego ojca - tak miał zwyczaj mówić - ale tym bardziej się go bałem. 

Był bardzo porywczy i bił mnie za nic. Gdy zabierał się do wymierzania mi kary, matka cała drżała 

ze strachu. Pewnego dnia przeczytałem  w jakiejś powieści przygodowej, że miarą odwagi jest 

background image

nieokazywanie  swojego bólu. Postanowiłem więc, że więcej nie będę już krzyczał,  gdy ojciec 

zacznie mnie bić. Kilka dni później miałem okazję wystawić swe postanowienie na próbę. Matka, 

wystraszona, wybiegła za drzwi. Ja natomiast liczyłem po cichu razy, które spadały na mój tyłek.

Gdy   jej   z   triumfem   obwieściłem,   że   dostałem   ich   trzydzieści   dwa,   krzyknęła,   że   chyba 

postradałem rozum. Ale, rzecz dziwna, od tego dnia nie musiałem już mych prób ponawiać; ojciec 

nigdy więcej mnie nie dotknął". Później, opowiadał Hitler, gdy już poznał twardą rzeczywistość 

życia, nabrał do ojca ogromnego szacunku.

Podziwiał go za to, że będąc wychowanym na wsi sierotą, zdołał objąć stanowisko drobnego 

urzędnika w administracji celnej. Dzięki swemu zmysłowi oszczędzania i zamiłowaniu do pracy, 

udało mu  się kupić  niewielkie  gospodarstwo. Hitler  lubił  też  mówić  o zaletach  gospodarskich 

swojej; matki, dzięki którym majątek rodzinny powoli, ale stale się powiększał. O swoich siostrach 

natomiast miał zwyczaj mówić nie inaczej, jak o "tych gęsiach". Miał do nich pretensje, że nie 

wykazywały żadnego zrozumienia dla jego ulubionego sportu, jakim było strzelanie z flowera do 

szczurów panoszących się na wiejskim cmentarzu.

  Przyznał się nam też, że w czasie narzeczeństwa siostry Angeli radził pretendentowi do jej 

ręki, który był bardzo sympatyczny, żeby zerwał zaręczyny i nie obarczał się taką głupią gęsią. W 

szkole   Hitler   był   szefem   paczki   zawsze   gotowej   do   robienia   kawałów.   Już   jako   dziecko   był 

nieustępliwy i wichrzycielski.

Pewnego dnia, gdy nauczyciel, przez roztargnienie, wezwał do tablicy Hittera, on nie ruszył się 

nawet z ławki. Nauczyciel spojrzał na niego i powtórzył "Hitter". Przyszły Ftihrer ani drgnął.

Gdy w końcu nauczyciel stracił cierpliwość, Hitler, ciągle siedząc, odpowiedział spokojnie: 

"Nie nazywam się Hitter, tylko Hitler".

Podczas   lekcji   religii   używał   diabelskich   forteli,   aby   rozzłościć   poczciwego   wiejskiego 

proboszcza.

Próbował  udowodnić  swoim kolegom,  że religii  nie  można  traktować  serio.  Pewnego  dnia 

stwierdził najzupełniej poważnie przed całą klasą, że to nie Bóg stworzył człowieka, bo przeczytał 

w   pewnej   książce,   że   człowiek   pochodzi   od   małpy.   Nazajutrz,   ku   wielkiemu   zaniepokojeniu 

nauczyciela religii, przyniósł na dowód dzieło Darwina. Dyrektor szkoły wezwał matkę Hitlera i 

zagroził   jej   konsekwencjami,   jeśli   nie   przeszkodzi   synowi   karmić   się   równie   niestosownymi 

lekturami.   Od   najmłodszych   lat   Hitler   interesował   się   dziewczętami.   Opowiadał   nam,   że   gdy 

pewnego wieczoru, w Linzu, spodobała mu się jakaś dziewczyna, od razu do niej podszedł. Gdy 

okazało się, że jest z matką, zwrócił się do tej ostatniej z pytaniem, czy mógłby je odprowadzić do 

samego domu, a przy okazji pomóc im nieść pakunki. Również w kuchni próbował zwrócić na 

siebie uwagę, robiąc małpie miny. Używając na przykład szczotki swojego ojca, wygładzał sobie 

background image

nieistniejące wąsy. Te błazenady wywoływały u dziewcząt histeryczny śmiech, a jemu pozwalały 

cieszyć się choćby z tak drobnego sukcesu. Lubił również opowiadać nam o swych pierwszych 

próbach z papierosami.  Gdy pewnego dnia wypalił do połowy cygaro, poczuł, że robi mu się 

niedobrze, i od razu pobiegł do domu. Matce powiedział, że zjadł wilczą jagodę i boli go brzuch.

Wezwany natychmiast lekarz, coś podejrzewając, przejrzał mu kieszenie i znalazł niedopałek.

"Później - dodał Hitler - kupiłem sobie długą fajkę z porcelany.

Paliłem jak strażak, również leżąc w łóżku. Zdarzyło się kiedyś, że przysnąłem, a kiedy się 

obudziłem, pościel była w ogniu. Podjąłem wtedy decyzję, że już nigdy nie będę palił, i do dzisiaj 

jestem wierny temu przyrzeczeniu".

Podobny incydent zdarzył się, gdy Hitler, również w młodości, napił się wódki. Zawsze miałam 

wrażenie, że ciężko było mu wytłumaczyć powód, dla którego manifestował aż taką niechęć do 

alkoholu. Fakt, że to ukrywał, podsycał tylko moją ciekawość. Wreszcie moje nalegania odniosły 

skutek   i   opowiedział   mi   następującą   historię:   "Po   zdaniu   egzaminu   końcowego   w   szkole 

oblaliśmy ; wraz z kolegami to wydarzenie znaczną ilością litrów w wiejskiej oberży.

Byłem   tak   pijany,   że   kilka   razy,   w   wiadomych   celach,   musiałem   wybiegać   na   podwórko. 

Następnego dnia nie mogłem znaleźć świadectwa, o które prosił ojciec. Gdy moje poszukiwania 

okazały się daremne, musiałem pójść do szkoły i poprosić dyrektora o wydanie kopii.

A on naraził mnie na największy wstyd, jakiego doznałem w młodości, bo wręczył mi moje 

autentyczne świadectwo, które było całe pogniecione i poplamione -jakiś chłop wyłowił je z kupy 

gnoju i zaniósł do szkoły. Poczułem się wtedy tak poniżony, że przez całe życie nie przełknąłem 

już ani kropli alkoholu". W trakcie tych  nocnych  pogawędek Hitler ogarniał prawie wszystkie 

dziedziny   ludzkiej   myśli.   Niemniej,   czułam   podskórnie,   że   czegoś   w   tych   jego   przemowach 

brakuje. Nawet dzisiaj nie mogłabym tego jasno określić. W całym tym gadulstwie brakowało, 

moim zdaniem, ludzkiego tonu, jakiejś wielkości ducha światłego człowieka. W bibliotece Hitlera 

nie było autorów klasycznych i wszystkich dzieł naznaczonych piętnem humanizmu i duchowości.

Żałował przede wszystkim, i dawał temu wyraz przede mną, że nie miał czasu na czytanie 

literatury pięknej mówiącej o problemach ducha i że skazany był na czytanie wyłącznie książek 

technicznych.   Ta   negatywna   strona   jego   wykształcenia   wyjaśnia   liczne   niepowodzenia,   jakich 

doznał   pod   względem   psychologicznym.   Sztuka   zajmowała   bardzo   ważne   miejsce   w   jego 

przemowach. Antyczną Grecję i Rzym uważał za kolebkę kultury, w której pojęcia kosmosu, nauki 

i czystego rozumu znalazły swój pierwszy wyraz.

Często mówił mi o swym zadowoleniu z faktu, że w czasie podróży do Rzymu i Wenecji mógł 

podziwiać  nieśmiertelne  arcydzieła,  które  do tej  pory widział  jedynie  na reprodukcjach.  Hitler 

pogardzał malarstwem współczesnym.

background image

Uważał, że jest zbyt naznaczone tendencjami ekspresjonistycznymi i impresjonistycznymi. Ta 

"zdegenerowana sztuka" - określenie ukute przez niego - była,  jego zdaniem, dziełem Żydów, 

którzy wokół tych bohomazów robili hałaśliwą reklamę, żeby je drożej sprzedać, podczas gdy sami 

wzbogacali swoje kolekcje wyłącznie dziełami starych mistrzów.

Niewielu niemieckich malarzy współczesnych obroniło się przed jego drobiazgową krytyką.

Niemniej, często kupował płótna, które niezbyt mu się podobały, ale w takich przypadkach górę 

brało przekonanie, że ogólnie należy popierać artystów. "Dzisiejsi malarze - mówił - nigdy nie 

posiądą  tej  pieczołowitości  i cierpliwości wobec szczegółów, jaką mieli  ci z wielkich  epok w 

sztuce". A takowe istniały dla niego tylko dwie: antyk i romantyzm. Widziałam, że był szczęśliwy 

jak dziecko, gdy pewnego dnia, za pośrednictwem Mussoliniego, udało mu się kupić słynnego 

"Dyskobola" Myrona. Nie potrafiłabym jednak powiedzieć, czy ten wylewny entuzjazm wynikał 

jedynie   z   fascynacji   sztuką,   czy   też   był   podszyty   próżną   satysfakcją   z   posiadania   takiego 

arcydzieła.   Hitler   lubił   wydobywać   na   światło   dzienne   starych   mistrzów,   którzy   popadli   w 

zapomnienie. Gdy pewien antykwariusz umożliwił mu kupno słynnej "Dżumy we Florencji" Hansa 

Makartasa, jego entuzjazm sięgnął zenitu. Zaprosił nas, abyśmy przyszli podziwiać to dzieło.

Stał przed wielkim płótnem, pogrążony w pełnej uwielbienia kontemplacji, która dla mnie była 

absolutnie niezrozumiała. Makabryczny temat, kolorystyka żółto-zielona, wszędzie pełno trupów - 

wszystko to wywołało we mnie odrazę. Nie odważyłam się jednak wspomnieć o tym wrażeniu - w 

obawie, że zepsuję mu radość.

Jego   niechęć   do   "nowoczesnych"   była   tak   wielka,   że   z   okazji   otwarcia   Kunsthalle   w 

Monachium w 1937 roku zorganizował równoległą wystawę sztuki nazwanej "zdegenerowaną". 

Miała ona służyć jako ostrzeżenie dla tych, którzy z powodów snobistycznych mieli skłonność do 

spoufalania   się   z   nową   sztuką.   Przed   otwarciem   muzeum   sztuki   w   Monachium,   eksperci, 

przesiąknięci  osobliwymi  ideami  Hitlera,  przyjęli  9  1450 obrazów,  które  uznali  za  najbardziej 

prawomyślne spośród 20 000 przysłanych ze wszystkich zakątków Niemiec. Ale coś im jednak nie 

wyszło,  bo w przeddzień  otwarcia wystawy Hitler  przeszedł  ją krokiem gimnastyka  i odrzucił 

jeszcze   500   obrazów,   które   uznał   za   niegodne   wystawienia.   Jedno   pstryknięcie   palcami 

wystarczyło, aby zniknęły autentyczne dzieła.

Byłam pod wrażeniem wielkiej liczby "gołych bab", które jego ostracyzm uszanował i, długo 

później,   powiedziałam   mu   o   tym   swoim   zaskoczeniu.   Odpowiedział,   że   zrobił   to   dla   swoich 

żołnierzy;   że   w   naturalny   sposób   cenią   oni   piękne   akty.   Wracając   z   frontowego   błota,   mają 

fizyczną potrzebę zapomnienia się w podziwie dla posągowego piękna. Fiihrer zawsze był gotowy 

do   nabywania   nowych   obrazów.   I   nie   przeszkadzało   mu   ich   pochodzenie.   Fakt,   że   głównym 

źródłem obrazów były zarekwirowane kolekcje, w najmniejszym stopniu go nie wzruszał.

background image

Ostatni   minister   PTT   [poczty]   miał   pomysł   wydania   większej   ilości   znaczków 

upamiętniających historyczne wydarzenia. Dochody z ich sprzedaży były wpłacane na specjalny 

fundusz, z którego Hitler czerpał swobodnie na zakup dzieł sztuki. Jego wielką ideą była budowa 

muzeów regionalnych w małych, prowincjonalnych miastach.

"W dużych  miastach  - mawiał  - istnieje wiele muzeów przeładowanych  obrazami,  których 

nawet amator sztuki nie jest w stanie dokładnie obejrzeć, bo giną w ich przytłaczającej masie.

Uważam, że należy odesłać te obrazy do muzeów prowincjonalnych, bo to obudzi przeszłość 

wielu regionów, podkreśli ich odrębność albo cechy rasowe ich mieszkańców. Rodzinne miasto 

każdego artysty po- 50    winno być wyposażone w małe muzeum, które przechowywałoby pewną 

liczbę jego dzieł".

Hitler   chciał   również   stworzyć   inne   kolekcje,   na   przykład   historycznego   uzbrojenia,   które 

drzemały gdzieś w zapomnieniu lub znajdowały się w rękach osób prywatnych. Możliwe stałoby 

się w ten sposób stworzenie z lokalnych muzeów atrakcji turystycznej w małych miasteczkach, 

pozwalającej zainteresowanym obcować z dziełami sztuki na miejscu, bez odbywania długich i 

kosztownych podróży. Najbogatsze w zbiory muzeum w Niemczech miało powstać w Linzu, który 

uważał za swoje rodzinne miasto.

Według   jego   koncepcji,   obrazy   nie   byłyby   tam   wieszane   w   bezładnym   natłoku,   lecz   dla 

każdego dzieła stworzono by odpowiednią oprawę, każde z nich umieszczono by w oddzielnej sali, 

umeblowanej i udekorowanej w stylu epoki, w jakiej powstawało. W ten sposób wszystkie prądy 

artystyczne  rozkwitałyby w swej własnej atmosferze. Hitler nie był  jednak opanowany jedynie 

pasją   kolekcjonerską.   W   wieku   młodzieńczym   bardzo   pragnął   wstąpić   do   Akademii   Sztuk 

Pięknych w Wiedniu. Próba rysunku, której się poddał, była zadowalająca, ale nie mógł zostać 

przyjęty, ponieważ rodzaj szkoły - którą ukończył - nie dawał mu prawa chodzenia na wykłady.

Za każdym razem, gdy opowiadał o tym bolesnym rozczarowaniu, stawał się posępny i zły. 

Wygłaszał wtedy niezawodnie swój stały zarzut wobec niesprawiedliwości losu, która sprawia, że 

wielu młodych ludzi pozostaje w cieniu tylko dlatego, że pochodzi z biednych rodzin.

Z czasów młodości i z okresu wojny 1914-1918 zachowały się akwarele, na których Hitler, nie 

bez talentu, z fotograficzną niemal troską o szczegół, odtworzył zabytki i budowle publiczne.

  Malarstwo   i   rysunek   pozostały   "hobby"   jego   życia.   Nawet   w   trakcie   burzliwego   okresu 

sprawowania funkcji szefa państwa znajdował czas na jego uprawianie. W swoim biurze zawsze 

miał   pod   ręką   stertę   glansowanego   kartonu,   który   wykorzystywał   w   chwilach   odprężenia   do 

narysowania tego, co w danej chwili dyktowała mu wyobraźnia. Był bardzo dumny z tych szkiców 

i z zazdrością ich strzegł. Gdy chciał mi zrobić przyjemność albo wynagrodzić po wyczerpującym 

dniu pracy, ofiarowywał mi jeden, ale zawsze podkreślał wagę tego gestu. Hitler był prawdziwym 

background image

pasjonatem   architektury.   Przeczytał   na   ten   temat   niezliczoną   ilość   książek   i   znał   cechy 

charakterystyczne różnych stylów do najdrobniejszych szczegółów. Jeśli niewiele miał zrozumienia 

dla stylu romańskiego, to z drugiej strony odrzucał styl gotycki, gdyż uważał go za zbyt przesycony 

chrześcijańską mistyką. Jego uwielbienie kierowało się przede wszystkim w stronę baroku, którego 

najczystsze arcydzieła wznosiły się w Dreźnie i w Wtirzburgu.

Nie trzeba podkreślać jego entuzjazmu dla nowego stylu niemieckiego, którego był w pewnym 

sensie inspiratorem.  Kanony tego stylu,  silnie przesyconego  wzorami  greckiego antyku,  ustalił 

według   jego   wskazówek   architekt   Troost.   Hitler   zachował   dla   niego   głęboką   wdzięczność   za 

wykonane projekty. W każdą rocznicę śmierci architekta składał na jego grobie ogromny bukiet 

kwiatów.   Wiedza   Hitlera   w   tej   dziedzinie   była   naprawdę   zadziwiająca.   Był   on   w   stanie 

przypomnieć sobie wymiary i plany wszystkich ważnych budowli na świecie. Jego zdaniem, z 

punktu widzenia urbanistycznego Paryż i Budapeszt dominowały nad wszystkimi innymi stolicami.

W czasie wojny nieraz zwierzał mi się, że jego największym  szczęściem   byłoby porzucić 

mundur   i   poświęcić   się   wyłącznie   sprawom   sztuki.   Hitler   opracował   tytaniczny   program 

rekonstrukcji miast i zabytków zniszczonych podczas wojny. Chwalił się, że wydał rozkaz, aby 

każdy zabytek historyczny został sfotografowany w kolorze wewnątrz i na zewnątrz, bo umożliwi 

to,  gdy nadejdzie  pokój, jego dokładną   odbudowę.  Chciał,   aby świadectwa   życia  kulturalnego 

minionych wieków odrodziły się z ruin w całym swym dostojnym pięknie. Hitler był przekonany, 

że kolorowe fotografie pozwolą ten zamiar zrealizować. Podczas narady ze swymi architektami 

jego entuzjazm dla własnych pomysłów udzielił się wszystkim. W pewnym momencie wziął nawet 

kawałek papieru i kilkoma kreskami sporządzał szkice, którym nie brakowało rozmachu i precyzji. 

Widziałam,   że   architekci   i   konserwatorzy   zabytków   byli   dosłownie   porażeni   jego   wiedzą   i 

oryginalnymi koncepcjami. Nawet w czasie wojny znajdował czas na dyskusje o architekturze i 

sztuce.   Zmiany,   jakie   według   jego   planów   miały   zajść   po   wojnie   w   Berlinie   i   Hamburgu, 

przytłaczały swym  ogromem.  W każdym  swym  wystąpieniu Hitler powtarzał:  "Uczynię  Berlin 

najpiękniejszym miastem świata". Mówiąc te słowa, przyjmował postawę nieposkromionej dumy.

Jego głos był donośny, a gesty wykluczały jakikolwiek sprzeciw. W najtrudniejszych okresach 

idea odbudowy Niemiec  ożywiała  go z nieoczekiwaną  siłą. Gdy wyczerpany,  z podkrążonymi 

oczami, wracał z narad, wystarczało, aby jakiś ekspert zaproponował mu przyjrzenie się nowym 

planom lub makietom, a natychmiast odzyskiwał swą witalność.

Jeszcze  w marcu  1945 roku widziałam  Hitlera przesiadującego  bez końca przy drewnianej 

makiecie Linzu, zrobionej wedle jego zamysłów. W takich chwilach zapominał o wojnie; nie czuł 

zmęczenia i godzinami tłumaczył nam szczegóły zmian, jakie zaplanował dla swego rodzinnego 

miasta.   Muzyka,   teatr   i   film   interesowały   go   w   mniejszym   stopniu.   Pierwszeństwo   dawał 

background image

Richardowi Wagnerowi, którego uważał  za genialnego  odnowiciela  niemieckiej  mistyki.  Język 

muzyczny mistrza z Bayreuth brzmiał w jego uszach jak boska poezja. Prawie sto czterdzieści razy 

uczestniczył w przedstawieniach niektórych jego utworów.

Najgłębsze wrażenia pozostawiały na nim "Pierścień Nibelunga" i "Zmierzch bogów". Pomagał 

Bayreuth finansowo i zamierzał ułatwić Niemcom przyjazd na festiwale, czyniąc z tego rodzaj 

narodowej   pielgrzymki.   Niemiecki   Front   Pracy   organizował   zbiorowe   wyjazdy   robotników   i 

pracowników. Hitler i jego otoczenie uznawali za swój obowiązek rozpowszechnianie entuzjazmu 

dla wagnerowskiego dzieła we wszystkich warstwach społecznych. Oprócz Wagnera, liczyli się dla 

niego tylko Beethoven i Bruckner. Może jeszcze "Lieder" Brahmsa oraz kilka pasaży Hugo Wolffa 

i Richarda Straussa zasługiwało na jego uznanie. Hitler uważał, że ma bardzo dobrze rozwinięty 

słuch. Gdy pogwizdywał  sobie w obecności Evy Braun, a ta zwracała  mu uwagę, że fałszuje, 

przybierał  uczoną minę  i odpowiadał:  "To nie ja się pomyliłem;  to kompozytor  zrobił w tym 

miejscu błąd". W pewnym okresie był dosłownie oczarowany operetkami "Nietoperz" i "Wesoła 

wdówka". Przypominam sobie z tego czasu, że co wieczór słuchał płyty, siedząc przy kominku.

Nawet w biurze zdarzało  mu  się odkładać  pracę,  żeby - stanąwszy w oknie  - z rękami  w 

kieszeniach   i wzrokiem utkwionym w bezkresie nieba pogwizdywać te melodie. Był szczerym 

wielbicielem znanych aktorów i tancerek. Obdarowywał je drogimi prezentami. W czasie wojny 

przyjemność sprawiało mu wysyłanie im paczek z kawą i żywnością, a następnie otrzymywanie 

odpowiedzi   z   podziękowaniami.   W   czasie   działań   wojennych   zrezygnował   z   organizowania 

dorocznego,   wspaniałego   przyjęcia   dla   wielkich   artystów.   Widywał   tylko   prezesa   Przyjaciół 

Artystów  Niemieckich  - reżysera  von Ahrendta.  Ten ostatni  często odwiedzał  nas w kwaterze 

głównej, więc siłą rzeczy brał udział w słynnych herbatkach.

Hitler wypytywał go o losy każdego ze znanych sobie artystów, a przy pożegnaniu zawsze 

ściskał mu rękę i powtarzał zrezygnowanym głosem: "To dobrze, że przychodzi pan od czasu do 

czasu, aby podzielić moją samotność. Jest pan dla mnie jedynym żywym łącznikiem ze światem 

snów, do którego nie mam już dostępu".

Rozdział 4 

Nie mogę sobie pozwolić na chorowanie.

Hitler 

Te słowa lepiej charakteryzują Hitlera niż niejeden długi wywód.

Jak wszyscy ludzie, którzy uwierzyli, iż zostali powołani do wypełnienia historycznej misji, 

Hitler obawiał się, że zabraknie mu czasu na wykonanie swego dzieła. To dlatego właśnie, pod 

background image

wpływem jego osobistych nacisków, wszystkie wielkie projekty były opracowywane i realizowane 

z pośpiechem, który miał niewiele wspólnego z niemieckim, metodycznym duchem.

Plan czteroletni, uzbrojenie armii, prowadzenie przeróżnych kampanii - wszystkie te pomysły i 

operacje   były   prowadzone   z   takim   pośpiechem,   że   zagranica   nic   z   tego   nie   rozumiała.   Sami 

Niemcy,   którzy   przecież   pracowali   zazwyczaj   w   sposób   przemyślany   i   uporządkowany,   byli 

zdumieni  gorączkowym  i nerwowym  rytmem,  z jakim przetaczały się wydarzenia  i prace  pod 

niestrudzonym,  osobistym  kierownictwem Hitlera. Ileż to razy słyszałam okrzyki  zdumienia ze 

strony głównych postaci niemieckiego przemysłu i świata polityki: "Niemcy stały się prawdziwym 

domem   wariatów.   Przekształcamy   i   reformujemy   z   takim   pośpiechem,   że     cierpi   na   tym 

podstawowy  porządek.   Wszystko   robione   jest   chaotycznie.   Oby  tylko   nie   doprowadziło   to   do 

katastrofy!". Hitler, który wymagał od swych podwładnych maksymalnego poświęcenia, był też 

surowy dla samego siebie i oddawał się pracy aż do zupełnego wyczerpania.

Z tego powodu problem jego zdrowia i dziwna historia jego osobistych lekarzy nabiera takiego 

znaczenia.

Należy sobie zadać pytanie, czy obłędna ideologia tego człowieka, czy jego niekontrolowane i 

nagłe reakcje pod wpływem przypadkowego impulsu można uznać za konsekwencję jego słabego 

stanu   zdrowia,   do   czego   przyczyniała   się   jeszcze   cieplarniana   atmosfera,   do   której   się 

przyzwyczaił, czy też przeciwnie: jego zwyrodniała natura potrzebowała sztucznej atmosfery, aby 

zrodzić te niedorzeczne idee i koncepcje. Faktem jest, że pod koniec życia Hitler był już tylko 

wrakiem   człowieka,   zarówno   pod   względem   fizycznym,   jak   i   umysłowym.   Ruina   fizyczna   i 

zwyrodnienie umysłowe dokonywały się równolegle. W pierwszych latach po objęciu władzy nie 

potrzebował jeszcze specjalisty od chorób wewnętrznych. Jedynym odpowiedzialnym za jego stan 

zdrowia był dr Karl Brandt, którego Hitler uważał za przyjaciela. W ciągu kilku lat Brandt odwołał 

się   do   dwóch   innych   chirurgów   wysokiej   klasy,   którzy   również   podjęli   się   niebezpiecznego 

zadania,   jakim   było   czuwanie   nad  jego   dobrym   samopoczuciem.   Hitler   od   zawsze   cierpiał   na 

dolegliwości żołądkowe i jelitowe. Jednak krok po kroku choroba rozwinęła się do tego stopnia, że 

musiał się poddać nadzwyczaj rygorystycznej diecie. Choć był wegetarianinem już od 1931 roku, 

to ta dieta jeszcze bardziej zredukowała liczbę potraw, do których przyrządzania upoważniona była 

jego kucharka.  Za  radą jego fotografa  Hoffmanna,  został  mu  przedstawiony dr Moreli.  Już  w 

trakcie pierwszego badania stwierdził on chorobę ścianki wewnętrznej jelit. Przez półtora roku 

Hitler regularnie przyjmował specjalność Morella zwaną "mutoflore". Nie wiem, czy ten produkt 

prowadził do poprawy stanu jelit, ale faktem jest, że egzema nogi, na którą Hitler cierpiał od 

dawna,   bardzo   szybko   ustąpiła.   Tym   nieoczekiwanym   wynikiem   dr   Moreli   zasłużył   sobie   na 

wielkie zaufanie Fuhrera, który ciągle spieszył się, aby maksymalnie wykorzystać dzień pracy, i 

background image

dlatego objawy zwykłego kataru wpędzały go w depresję lękową. Konieczność pozostania w łóżku 

budziła w nim przerażenie.

Wielkim zatem sukcesem Morella było to, że często specjalnymi zastrzykami udawało mu się 

powstrzymać chorobę w zarodku. Intrygi, jakie zawiązywały się wokół chorego, i walki, w jakie 

wdawali się ci, którzy mieli obowiązek go leczyć, nie stawiały w dobrym świetle otoczenia, jakie 

wybrał sobie Hitler.

Profesorowie i akademicy niemal otwarcie manifestowali swą pogardę dla Morella, którego 

niepokojąca osobowość nie miała w sobie nic protokolarnego. Był on ciągle narażony na cierpką 

krytykę  za zbyt  duże zaangażowanie  we własne interesy,  za ciągły niepokój  o to, że zostanie 

pominięty   przy   rozdawaniu   orderów,   za   nieokrzesany,   wschodni   sposób   bycia,   za   wątpliwą 

czystość   swoich   instrumentów   medycznych,   a   zwłaszcza   za   tajemnicze   i   często   uważane   za 

szkodliwe lekarstwa, które przepisywał Fuhrerowi. Hitler tymczasem zdawał się nie przejmować 

tymi atakami: "Ci idioci (co miało oznaczać Brandta, Hasselbacha  itd.) nie byli w stanie mi ulżyć  

ani znaleźć prawdziwego specjalisty od chorób wewnętrznych. Oni by tylko wyzywali Morella od 

szarlatanów.   A   Moreli   mnie   wyleczył.   Znikła   moja   egzema,   a   i   jeść   mogę   już   do   syta.   Oni 

zapominają, że ja nie mam czasu na leczenie grypy w łóżku. Od 1920 roku nie wziąłem ani jednego 

dnia urlopu. Wiem więc o wszystkim; wiem, co się dzieje. Gdy wypoczywam w moich ukochanych 

górach, praca w Berlinie toczy się nadal według moich wskazówek, jakbym był tu obecny.

Nie   mam   czasu   na   to,   żeby   być   chorym.   To   właśnie   muszą   raz   na   zawsze   zrozumieć   ci 

panowie".

Ale praca bez wytchnienia i zmartwienia wywołane niepowodzeniami wojennymi podkopały 

zdrowie Hitlera.

Od zimy 1941-1942, Moreli czuwał przy nim dzień i noc. Co trzy dni robił mu zastrzyki 

dożylne i domięśniowe. Pod koniec te tajemnicze zastrzyki były mu robione prawie codziennie. 

Moreli wyjaśnił mi, że ta problematyczna surowica zawierała sok z winogron, witaminy A, B, C i 

D, a także hormony. W ostatnich latach Hitler miał napady wściekłości, po których następowały 

bolesne   skurcze   żołądka.   W   takich   momentach   Moreli   przybiegał   na   jego   wezwanie,   aby 

zaaplikować   mu   środek,   którego   sekret   znał   tylko   on   jeden,   ale   który   przywracał   pacjentowi 

całkowity spokój. To lekarstwo uważane było przez Hitlera za absolutnie cudowne.

Zdrowie Hitlera zaczęło się wyraźnie pogarszać na początku 1944 roku. Jego prawa noga i lewa 

dłoń wstrząsane były drgawkami właściwie bez przerwy. Można sądzić, że ta noga była lekko 

sparaliżowana, bo ledwie nią powłóczył. Za każdym razem, gdy Hitler się kładł, służący starał się 

położyć ją na specjalnej poduszce. Widziałam wtedy w spojrzeniu Hitlera wściekłą ochotę, aby mu 

tego  zabronić, ale można sądzić, że ulga była tak duża, iż wolał znosić upokorzenie swej dumy niż 

background image

przeszywający go ból.

Po zamachu 20 lipca 1944 roku, dr Giesing, który troszczył się o uszy Hitlera, odkrył pewnego 

dnia na jego stole pastylki "antigas".

Zapytał go natychmiast, ile ich brał, a Hitler odpowiedział: "Do szesnastu dziennie". Dr Giesing 

wystraszył się myślą, że dr Moreli pozwolił mu brać aż takie ilości. Zaalarmowano dyżurnych 

lekarzy i po prawdziwie wojennej naradzie postanowiono oficjalnie uprzedzić Fuhrera o fatalnych 

skutkach działania tych tabletek na jego organizm. Utrzymywali oni, że drżenie dłoni i nogi, a 

także postępujące osłabienie wzroku są w dużej mierze wynikiem działania tego leku.

W tym czasie, reichsleiter Bormann oddał proszki do analizy i otrzymał wyniki stwierdzające, 

że są one całkowicie nieszkodliwe i że człowiek bez żadnej obawy może przyjąć taką ich ilość.

Bormann nie miał żadnego problemu z przekonaniem Hitlera o dobrej wierze Morella i cały 

incydent skończył się natychmiastowym wysłaniem na urlop doktorów Brandta i von Hasselbacha.

Nie   należy   z   tego   jednak   wnosić,   że   Hitler   miał   absolutne   zaufanie   do   Morella.   Wręcz 

przeciwnie.

Jego nieufność wzrastała niemal z dnia na dzień. Każde lekarstwo proponowane przez Morella 

było starannie przez niego oglądane. Z wielką uwagą czytał informacje na temat sposobu użycia i 

zawartości leku. Jeśli kształt ampułki był choćby odrobinę inny od poprzedniej, żądał wyjaśnień.

Chciał znać wszystkie, najdrobniejsze nawet szczegóły, które spowodowały tę zmianę. Tutaj, 

raz jeszcze, posłużyła mu jego pamięć.

Nie   miał   żadnego   problemu   z   zapamiętywaniem   wszystkiego,   co   wiązało   się   z   każdym 

lekarstwem.

Miał   zwyczaj   wciągania   Morella   w   długie   dyskusje   na   temat   właściwości   leczniczych 

proponowanych   mu   leków.   Z   zasady   próbował   podważać   pewność   siebie   Morella.   Ponieważ 

pamięć tego ostatniego nie była zbyt dobra, trudno mu było wytrzymać to zawoalowane śledztwo i 

odpowiadać z pożądaną precyzją na stawiane mu drobiazgowe pytania. Za każdym razem, gdy 

pomylił  się  co   do  jakiegoś  ;   szczegółu,   Hitler   beształ   go,  a  tym   samym  dawał   wyrazy   utraty 

swojego zaufania.

Hitler bardzo cierpiał z powodu tej nieustannej manii prześladowczej, w której żył; przyznał 

mi, że bez powodzenia próbował się od niej uwolnić. Rzeczywiście, trudno jest znaleźć w historii 

innych   mężów   stanu,   którzy   żyliby   w   takiej   psychozie   podejrzliwości   i   lęku.   To   szaleństwo 

prześladowcze z pewnością! nie zapewniało Hitlerowi jasności umysłu i oceny, które pozwoliłyby 

mu uniknąć błędów popełnianych ze ślepym uporem w ostatnich latach jego rządów. Jego obawa 

przed zapadnięciem na chorobę zakaźnąj była co najmniej równie silna, jak obsesja na punkcie 

możliwego zamachu. Gdy ktoś ze współpracowników nabawił się małego choćby kataru, od razu 

background image

otrzymywał zakaz zbliżania się do niego. Hitler uzasadniał te środki ostrożności stale powtarzanym 

stwierdzeniem: "Nie mam ani czasu, ani prawa chorować". Gdy mimo jego ostrych imstrukcji jakiś 

chory   znalazł   się   w   jego   pobliżu,   natychmiast   podejmował   środki   zapobiegawcze   przeciw 

możliwemu zarażeniu.

W   takim   przypadku   posuwał   się   nawet   do   wzmacniania   swojej   herbaty   kilkoma   kroplami 

alkoholu.

Lekarze często mi opowiadali, jak trudnym był pacjentem. Jego potrzeba dowiadywania się i 

rozumienia wszystkiego wymagała godzin wyjaśnień nawet najmniejszej interwencji lekarskiej.

Za każdym razem przeglądał gruby! słownik medyczny.

Gdy efekty zdrowotne jakiegoś lekarstwa wydawały mu się wątpliwe, gwałtownie odmawiał 

jego przyjmowania. Najbardziej nawet naukowe i sensowne tłumaczenia nie wywierały na nim 

żadnego wrażenia. Te kontrowersje kończyły się niezmiennie wybuchami złości Fuhrera, choć na 

pewno nie były one tak gwałtownie histeryczne jak te, które miewał wobec swoich generałów. 

Hitler miał prawdziwy wstręt do rozbierania się w czyjejś obecności. Jeszcze w listopadzie 1944 

roku odmawiał, pod różnymi pretekstami, namowom dr. Morella pójścia na prześwietlenie.

Gdy   w   tym   okresie   lekarz   pozwolił   sobie   na   przypomnienie   mu,   że   obiecał   poddać   się 

prześwietleniu, Hitler tracił nad sobą kontrolę i metalowe odłamki jego głosu docierały aż do holu, 

w którym siedziałam. Hitler nie zmieniał bynajmniej repertuaru swoich krzyków oburzenia wobec 

lekarzy. "Czy pan sobie myśli, że będzie mi wydawał rozkazy! Ja tu rządzę, i nikt inny! Mam 

wrażenie,   że   od   pewnego  czasu   zbyt   łatwo   pan  o   tym   zapomina.   Jeśli   posunie   się   pan   w  tej 

bezczelności za daleko, natychmiast pana odprawię. Jestem wystarczająco dużym chłopcem, żeby 

wiedzieć, co mam robić ze swoim zdrowiem".

Pewnego dnia Moreli ośmielił się poprosić go, aby podał prawdziwe przyczyny, dla których 

odmawia pójścia na badanie. Hitler odpowiedział mu chłodno: "Dlatego, że nie chcę; to wszystko".

Moreli,   z   niestrudzoną   gorliwością,   zaproponował   mu   inne   lekarstwa.   Pewnego   razu, 

zrozpaczony   kolejną   odmową   Hitlera,   wykrzyknął:   "Ależ,   mój   Fuhrerze,   czyż   nie   wziąłem 

odpowiedzialności za czuwanie nad pana zdrowiem? Czy kiedykolwiek coś się panu stało!!!".

Hitler przebił go swym tajemniczym wzrokiem, w którym migotał zły ogień, i kładąc nacisk na 

każde słowo, delektując się okrutnie każdĄ sylabą, wycedził: "Moreli, jeśli kiedykolwiek coś by mi 

się stało, to wasze życie również nie byłoby nic warte", i w nerwowym geście zacisnął dłoń jakby 

na jego gardle.

Nic  zatem  dziwnego,  że  stan  zdrowia  Hitlera   i  jego  stosunki  z  własnymi  lekarzami   miały 

najbardziej dramatyczne następstwa dla całego jego otoczenia.

Nie mogę podać konkretnego przykładu, ale jest pewne, że na niejedną decyzję, na niejedno 

background image

spotkanie z zagranicznym dyplomatą znaczący wpływ miała dyspozycja fizyczna, w jakiej akurat 

Hitler się znajdował. Stan zdrowia Fuhrera stał się prawdziwie narodowym problemem. Wiem, że 

Himmler, w tajemniczy sposób pociągający za sznurki wszystkich wydarzeń w Trzeciej Rzeszy, 

również   chciał   mieć   nad   nim   kontrolę.   Stąd   też   Moreli   nieustannie   musiał   się   strzec   jego 

zakulisowych   manewrów.   Gdy   profesor   Brandt   i   dr   von   Hasselbach   stracili   zaufanie   Hitlera, 

zastąpił ich młody lekarz z SS, dr Sturmfe-ger.

Dzięki niemu nic nie uchodziło już uwadze szefa czarnej formacji. "Oko" Himmlera miało 

przede wszystkim śledzić poczynania Morella. Ten, zauważając te manewry, żył od tej pory w 

ciągłym strachu.

Gdy na początku 1944 roku Himmler wezwał go niespodziewanie do swej kwatery głównej, 

Moreli, zanim wyjechał, zwierzył mi się z obaw, jakie go dręczyły. Wielką było więc dla niego 

niespodzianką,   gdy   okazało   się,   że   Himmler   wcale   nie   chce,   aby   opowiadał   mu   o   swoich 

specjalnych sposobach leczenia.

Był bardzo uprzejmy i poprosił go, żeby wpłynął na swego pacjenta, aby ten zgodził się poddać 

zabiegom   jego,   Himmlera,   masażysty,   który   cieszy   się   wielką   zawodową   reputacją.   Moreli 

odmówił   nadania   biegu   tej   prośbie,   bo   z   góry   wiedział,   że   Hitler   nigdy   nie   da   się   masować 

nieznanemu sobie człowiekowi. Nie wynikało to tylko z jego instynktownej podejrzliwości, ale 

przede   wszystkim   z   niechęci   do   pokazywania   się   rozebranym.   Dopiero   w   ostatnich   swoich 

miesiącach Hitler poddał się zabiegom tego masażysty.  Intrygant Himmler zrealizował więc w 

końcu swoje zamysły.

Moreli   zdawał   sobie   doskonale   sprawę   z   tego,   że   jest   tylko   pionkiem   w   szatańskiej   grze 

Himmlera.

Jego   śmiertelny   strach   nieustannie   balansował   między   coraz   bardziej   nieprzyjemnym 

charakterem pacjenta, którym się zajmował, a natrętnym dozorem, jakiemu został poddany przez 

szefa policji Trzeciej Rzeszy.

Hitler był opętany pragnieniem, aby dożyć sędziwego wieku. W rozmowach często wracał do 

tego   problemu.   Był   przekonany,   że   pewnego   dnia   nauka   będzie   w   stanie   przesunąć   granice 

czasowe   ludzkiego   życia.   Doświadczenia   laboratoryjne   dały   już   obiecujące   rezultaty.   Moreli 

przekonał Hitlera, że słonie żyją tak długo, ponieważ żywią się pewnym rodzajem trawy, która 

rośnie w Indiach. Jestem przekonana, że gdyby okoliczności na to pozwoliły, to Hitler wysłałby do 

Indii   ekspedycję   naukową.   Hitler   liczył,   że   dzięki   swej   wyłącznie   wegetariańskiej   diecie   oraz 

powstrzymywaniu się od alkoholu i papierosów zyska kilka lat życia, aby zakończyć dzieło swej 

ziemskiej misji. Z drugiej strony, w ogóle nie zdawał sobie sprawy, że sztuczne i przeciwne naturze 

życie,  które  faktycznie   wiedzie,  musi  nieuchronnie   doprowadzić  do  przedwczesnej  degeneracji 

background image

fizycznej.  Ta  anormalna  strona jego życia,  ta zapalczywa  praca  po nocach, która pozwala  mu 

jedynie na krótki sen dzięki zażywaniu coraz większej ilości środków nasennych, zrobiła z niego 

wrak człowieka w wieku, w którym normalni ludzie są u szczytu swych sił.

  Powinnam dodać, że Hitler nie uprawiał żadnego sportu. Konie go przerażały, śnieg budził w 

nim zgrozę, na słońcu źle się czuł. Bardzo też bał się wody. Nigdy nie płynął kajakiem. Nie sądzę, 

aby   umiał   pływać.   Powiedział   mi   któregoś   dnia:   "Ruchy,   jakie   człowiek   wykonuje   podczas 

wypełniania swej codziennej pracy, są wystarczającym ćwiczeniem do utrzymania jego ciała w 

dobrej formie".

Nie przeszkadzało mu to jednak podziwiać niemieckich sportowców.

Hitler nieświadomie rujnował swoje zdrowie. Zaczęło się ono wyraźnie pogarszać od 1942 

roku.

Coraz   bardziej   przeszkadzało   mu   nerwowe   drżenie   dłoni.   Ataki   furii   kończyły   się 

wyczerpaniem   nerwowym   i   bolesnymi   skurczami   żołądka.   W   takich   kryzysowych   momentach 

zawsze obecny był przy nim Moreli - ze strzykawką w ręku, gotowy ulżyć jego cierpieniu.

W końcu 1944 roku, po burzliwej  dyspucie  z Goeringiem,  zachorował  na  żółtaczkę.  I raz 

jeszcze Moreli musiał uspokajać i przywracać do życia ten naszpikowany lekarstwami ludzki wrak. 

Rozdział 5 

Nigdy nie pocałowałbym kobiety, która pali papierosy.

Hitler 

Hitler żył rzeczywiście po spartańsku.

Jadał tylko wegetariańskie posiłki i nie pił ani kawy, ani czarnej herbaty, ani alkoholu.

Był   tak   przekonany   o   szkodliwym   działaniu   mięsa,   alkoholu   i   nikotyny,   że   nieustannie 

powracał do tego tematu i chciał, abyśmy podzielali tę jego niechęć. Jedzenie mięsa, dowodził, 

wyzwala potrzebę alkoholu. Przyswajanie alkoholu skłania do palenia; i w ten sposób jeden nałóg 

pociąga za sobą drugi, i wtrąca cały naród w straszliwe jarzmo. Nikotyna, jego zdaniem, jest nawet 

gorsza niż alkohol.

Uważał ją za niezwykle groźną truciznę, której opłakane skutki ukazują się dopiero po latach. 

Mówił, że palenie czyni  umysł ograniczonym  i zwęża tętnice. Pewnego dnia zażartował: "Tak 

naprawdę to najlepszym sposobem pozbycia się wrogów jest częstowanie ich papierosami". Gdy 

ktoś  odważył  się   wyrazić  w  tej   sprawie  inne   zdanie,   Hitler   strasznie  się   złościł.   Nieszczęśnik 

natychmiast tracił cały szacunek w jego oczach. Ileż to razy mówił mi z całą powagą: "Jeśli kiedyś 

zauważę, że Eva ukradkiem pali, natychmiast zakończę z nią znajomość".

    Hitler   nosił   się   z   myślą,   aby   po   wojnie   wprowadzić   zakaz   sprzedaży   tytoniu   i   palenia 

background image

papierosów.

Był  przekonany,  że w ten sposób oddałby swemu ludowi największą przysługę. Pieniądz i 

własność   były   dla   niego   dość   mglistymi   pojęciami,   którym   nie   nadawał   żadnego   realnego 

znaczenia.   Jego   jedyna   potrzeba   bogactwa   sprowadzała   się   do   wielkich   pokoi   ozdobionych 

prawdziwymi   gobelinami,   starymi   obrazami,   cennymi   bibelotami   i   kwiatami.   Uważał   się   za 

człowieka, który nie umie i nie chce o siebie zadbać. Niewiele miał ubrań i niczym szczególnym 

się   one   nie   wyróżniały.   Moda   w   ogóle   dla   niego   nie   istniała.   Wystarczało   mu,   aby   buty   nie 

uwierały   stóp,   a   garnitury   nie   krępowały   ruchów.   Ponieważ   zwykle   w   trakcie   przemówień 

podkreślał swe słowa gwałtowną gestykulacją, rękawy jego marynarek szyte były bardzo szeroko.

Przymiarki u krawca były dla niego istną torturą.

Aby sobie zaoszczędzić tych wizyt, kazał szyć od razu trzy lub cztery garnitury w takim samym 

fasonie i często z tego samego materiału. W ogóle też nie wyszukiwał sobie krawatów: jeśli jakiś 

przypadkowo mu się spodobał, od razu kupował pół tuzina identycznych. W czasie wojny nosił do 

munduru krawat na gumkę, żeby nie tracić cennego czasu na jego wiązanie. Jeśli w okresie po 

objęciu władzy widywano go zawsze owiniętego w trencz koloru szarobeżowego i szarą czapkę z 

weluru,   to   w   ostatnich   latach,   gdy   przyjeżdżał   do   Ober-salzbergu,   nosił   luźną,   brudnoszarą 

kanadyjkę i szary kaszkiet z daszkiem o nieco przesadnych wymiarach. Ten daszek prawie zupełnie 

przesłaniał górną część twarzy i był stałym powodem zdziwienia jego gości. On jednak lekceważył 

te   wszystkie   przyjazne   krytyki,   które   czyniono,   dowodząc,   że   daszek   chroni   mu   oczy   przed 

słońcem, którego nie cierpi.

Za każdym razem, gdy jego otoczenie lub goście, którzy go bliżej znali, sugerowali mu, aby 

ubierał się z nieco większym wyrafinowaniem, Hitler dąsał się i ostentacyjnie okazywał swoje 

niezadowolenie.   Liczyły   się   dla   niego   tylko   takie   ubrania,   w   których   czuł   się   wygodnie. 

Nienawidził ubierania się na oficjalne ceremonie. Nie mógł zrozumieć, dlaczego trzeba się wciskać 

w sztywne skorupy, żeby przyjąć zagranicznych  dyplomatów. Również smoking nie znajdował 

łaski wobec jego zmysłu  praktycznego. W końcu kazał sobie zrobić smoking dwurzędowy,  co 

znalazło wielu gorliwych naśladowców w jego otoczeniu. Nigdy nie nosił biżuterii ani zegarka na 

rękę. Aż do końca miał tylko gruby, złoty zegarek, który spoczywał, bez łańcuszka, w kieszeni jego 

marynarki. Ten zegarek prawie nigdy nie chodził.

Regularnie, jak w zegarku, zapominał go nakręcić, co powodowało, że często pytał o godzinę 

swoich pracowników i gości. Traktował to z humorem i z pewną autoironią: "Znowu stanął mój 

regulator!". Prawdą jest, że zegarek nie grał w jego oczach takiej samej roli, jak dla większości 

śmiertelników. Zegarkiem był dla niego służący. To on budził go rano i w ciągu dnia przypominał 

o   najważniejszych   spotkaniach.   Hitler   zawsze   spał   za   zaryglowanymi   i   zamkniętymi   na   klucz 

background image

drzwiami. Służący pukał o umówionej godzinie (zazwyczaj około jedenastej rano), wołając: "Dzień 

dobry,   mój  Fiihrerze!   Czas,  żebyście   już  wstali!".   Równocześnie   kładł   pod  drzwiami   gazety  i 

raporty   dzienne.   Hitler   przychodził   po   nie   i   szybko   przeglądał.   Służący   nigdy  nie   widział   go 

rozbierającego się lub w negliżu. Około południa Hitler dzwonił, aby przyniesiono mu śniadanie - 

w pierwszych latach składało się ono jeszcze ze szklanki mleka i kawałka chleba dietetycznego.

Później jadł już tylko utarte jabłko, a pod koniec - rodzaj kompotu przygotowywanego według 

przepisu   szwajcarskiego   lekarza.   Składał   się   on   z   mleka,   płatków   owsianych,   utartego   jabłka, 

orzecha, cytryny i z kilku innych jeszcze produktów. Podczas gdy Hitler zajęty był pochłanianiem 

tego śniadania, jego adiutant raportował mu pilne informacje i zdawał sprawę z wydarzeń, jakie 

zaszły w nocy.

Następnie sporządzał plan dnia.

Gdy mieszkał w Berghofie, miał zwyczaj spotykania się ze współpracownikami w wielkim 

holu,   gdzie   wysłuchiwał   ich   porannych   raportów.   Przebywanie   w   tej   sali   o   gigantycznych 

wymiarach było dla niego fizyczną niemal potrzebą. Chodził po niej wzdłuż i wrzesz, cały czas 

dyskutując ze swoimi rozmówcami. Od czasu do czasu jego wzrok padał na ośnieżone szczyty Alp, 

których   panoramiczny   widok   roztaczał   się   z   ogromnego   okna,   rozmiarami   przypominającego 

witrynę sklepową. Podczas tych narad Hitler często zapominał, że nadeszła już pora obiadu. Goście 

czekali więc cierpliwie na wielkim tarasie albo w swoich pokojach. Kiedy wreszcie nadchodził, 

witał najpierw Evę Braun, a następnie każdego z gości, przepraszając przy tym za spóźnienie.

W pierwszych latach całował w rękę tylko kobiety zamężne, ale później zaczął to robić również 

w stosunku do panien.

Następnie witał zaproszonych mężczyzn i z dużym zapałem wdawał się z nimi w rozmowę, aż 

do chwili, gdy maitre d'hótel anonsował: "Mój Fuhrerze, podano do stołu.

Pan poprowadzi taką to a taką panią...".

Hitler  rozglądał  się za  swoją sąsiadką  przy stole,  podstawiał  jej  ramię  i prowadził  do sali 

jadalnej.

Za nim szła       Eva Braun pod rękę z jego drugim sąsiadem, i pozostałe pary. Przy stole Hitler  

zajmował zawsze środkowe miejsce, naprzeciw okien. Po jego lewej ręce siadała niezmiennie Eva 

Braun. Czas trwania posiłku uzależniony był od programu przewidzianego na popołudnie.

Atmosfera przy stole nigdy nie była taka sama, lecz zmieniała się w zależności od wydarzeń 

dnia.

Nastrój, w jakim był Hitler, odbijał się we wszystkich jego zachowaniach i gestach. Nic zatem 

dziwnego, że raz panowała atmosfera lodowatej obojętności, a następnego dnia posiłkowi mógł 

towarzyszyć niespożyty zapał do rozmów. Wszystko zależało od chwilowego nastroju pana domu.

background image

Hitler lubił przede wszystkim dania jednolite i miał widoczną słabość do fasoli. Następne w 

kolejności były  groch i soczewica. On i jego goście dostawali takie same  potrawy,  z tą tylko 

różnicą, że jego danie nie miało żadnego kontaktu z mięsem lub tłuszczem. Odmawiał też picia 

mięsnego bulionu. Miał rzeczywisty wstręt do mięsa. Był przekonany, że jego konsumpcja oddala 

człowieka od naturalnego życia.

Gdy   dyskutowaliśmy   na   ten   temat,   przytaczał   nam   przykład   koni   i   słoni,   zwierząt 

wyposażonych w wielką siłę, gdy tymczasem psy, zasadniczo mięsożerne, szybko się męczą. Aby 

odstręczyć  współbiesiadników od jedzenia  mięsa,  lubił  rozprawiać przy stole o tym,  że mięso 

reprezentuje materię martwą i zgniłą. Gdy jakaś pani rzucała mu błagalne spojrzenie, aby zaprzestał 

tych surrealistycznych opisów, to go tylko zachęcało do jeszcze większej przesady.

W fakcie, że rozmowa na temat  pochodzenia mięsa odbierała biesiadnikom apetyt,  widział 

jedynie potwierdzenie swoich zasad.

W   każdym   razie,   wobec   gości   zagranicznych   nigdy   tego   dziwacznego   prozelityzmu   nie 

ćwiczył.

     Gdy z kolei wychwalał swoją dietę wegetariańską, rozpływał się w euforycznych opisach 

sposobu, w jaki powstają składające się na nią produkty. Opowiadał o rolniku obsiewającym pole, 

który   wykonuje   przy   tym   szerokie   i   majestatyczne   ruchy,   potem   o   ziarnach   wypuszczających 

korzenie, o wyrastaniu łanów zboża, które nabierają w słońcu złotej barwy. Te sielskie obrazki 

przemawiały według niego za powrotem do ziemi i do naturalnych produktów, których ta ziemia 

nam   nie   skąpi.   Jednak   owe   poetyczne   tyrady   zawsze   kończyły   się   jego   ulubionym   tematem: 

wstrętu,  jaki  jedzenie   mięsa  powinno  wywoływać  u  wszystkich  ludzi.  Miał   manię  opisywania 

krwawej   pracy   w   rzeźniach,   uboju   bydła   i   krojenia   go   na   połcie,   co   wywoływało   mdłości   u 

współbiesiadników, którzy akurat mieli apetyt.

Aby nadrobić złe wrażenie, kończył deklaracją, że nie miał najmniejszego zamiaru przymuszać 

kogokolwiek,   aby   jadł   tak   jak   on.   Asekurował   się   w   ten   sposób   przed   ewentualną   odmową 

przyjęcia przez gości następnego zaproszenia. Po obiedzie Hitler zbierał zazwyczaj swych gości na 

naradę.   Później   cała   grupa   udawała   się   do   letniego   domku,   oddalonego   o   pół   godziny   drogi 

piechotą od Berghofu. Hitler szedł na przedzie wraz z najważniejszym gościem. Reszta trzymała 

się w takiej odległości, aby ich rozmowa nie mogła być słyszana. Całe towarzystwo zbierało się na 

oglądanie panoramy Alp. Potem podawano herbatę.

Gdy rozmowa gasła, Hitler starał się ją rozruszać, rozwijając swoje mgławicowe teorie na temat 

rasizmu lub wspominając szczęśliwe czasy walki o władzę. Jednakowoż często mu się zdarzało, że 

po zjedzeniu czekolady lub kawałka placka z jabłkami i popiciu go wywarem z lipy        odczuwał 

nagły   przypływ   zmęczenia.   Wgłębiał   się   wtedy   w   fotel   i   zakrywał   twarz   rękoma.   Po   prostu 

background image

zasypiał. Po chwili zaczynała trajkotać Eva Braun, bo wiedziała z doświadczenia, że szacowna 

cisza mogłaby zakłócić mu sen. Gdy nadchodziła pora wyjścia, budziła go dyskretnym gestem.

Powrót do Berghofu zawsze odbywał się samochodem.

Hitler   rzadko   kiedy   pojawiał   się   w  słynnej   rezydencji   "Teehaus",   położonej   na   wysokości 

dwóch tysięcy metrów, na szczycie urwistej skały górującej nad Berchstengaden.

Pomysł i realizacja tego gniazda orłów były dziełem Bormanna. Budowa drogi i wiercenie 

tunelu, które prowadziły do tej dziwacznej konstrukcji, kosztowały bajońską sumę, a do pracy 

zmobilizowano  całą armię  robotników. Hitler był  bardzo dumny ze swego orlego gniazda, ale 

wjeżdżanie   windą   przyprawiało   go   o   bicie   serca.   Jeździł   tam   tylko   z   okazji   wizyty   jakiegoś 

zagranicznego męża stanu. I nie było takiego, którego baśniowy widok stromej skały wyłaniającej 

się z chmur by nie olśnił.

Mówiłam już, że Hitler był nocnym markiem.

Po   zapadnięciu   zmroku   cała   jego   osobowość   nabierała   bardziej   otwartego   i   bardziej 

ożywionego charakteru. Również kolacje w Berghofie miały zupełnie inny wyraz niż obiady.

Hitler lubił kobiety, którym za ozdobę służyły naturalne kwiaty. Zdarzało mu się wyciągać 

jeden z kwiatów stanowiących dekorację stołu i rzucać go wybranej damie. Gdy panie, wobec 

których w taki sposób manifestował swoje zainteresowanie, wpinały kwiat we włosy lub w bluzkę, 

Hitler zawsze prawił im szarmanckie komplementy. Gdy przy stole obecna była kobieta nosząca za 

ozdobę kwiaty, których kolor mu się nie podobał, żwawo wybierał z wazonu jakiś inny i wręczał 

jej, zaznaczając, że lepiej pasuje on do bladości jej cery lub koloru sukni. Rzadko mówił o modzie.

Potrafił jednakże, z dobrym smakiem, ocenić całość stroju i skomplementować osobę, która go 

nosiła. Z drugiej strony otwarcie manifestował swą niechęć do niektórych nowinek, jak na przykład 

pantofli   na   korkowej   podeszwie.   Jestem   jednak   przekonana,   że   to   wszystko   było   jedynie 

kalkulacją. Wiele razy słyszałam Hitlera, gdy na różne sposoby wyrażał swój podziw Evie Braun 

za   jej   nową   sukienkę,   a   ona   odpowiadała   z   lekkim   rozdrażnieniem,   że   miała   ją   na   sobie   już 

niejeden raz.; Po kolacji goście zbierali się w małym saloniku.

Był on szczególnie ceniony przez panie, ponieważ ogrzewany był przez ogromny piec kaflowy.

Powinnam wyjaśnić, że Hitler, który nie cierpiał słońca, kupił Berghof, ponieważ znajdował się 

on po północnej stronie Obersalzbergu. Praktycznie przez cały dzień dorfl był pogrążony w cieniu, 

a grube mury uniemożliwiały przedostanie się doń promieni słonecznych. Czyniło go to zimnym 

nawet w pełni lata, a w czasie deszczu panowały tam lodowate temperatury. Hitler lubił ten chłód, 

ale jego goście raczej nie, i dlatego, gdy tylko było to możliwe, siadywali na ławie, która obiegała 

ten kaflowy piec. W rogu pokoju znajdowała się cała kolekcja encyklopedii i słowników.

Gdy podczas rozmowy zdania gości różniły się co do takich szczegółów, jak szerokość rzeki 

background image

lub   liczba   mieszkańców   miasta,   odwoływano   się   do   nich,   żeby   uciąć   dyskusję.   Hitler,   z 

drobiazgową  dokładnością,   której  dawał  dowody we  wszystkich  sprawach,  aby  być  absolutnie 

pewnym, sprawdzał sporną kwestię w dwóch wydawnictwach.

To właśnie w tym  saloniku prowadził prywatne  rozmowy z tym  czy innym  gościem. Gdy 

dobiegały   końca,   prosił   wszystkich,   aby   przeszli   do   wielkiego   holu   i   zasiedli   przy   słynnym 

kominku.   Na   zgubę   zmarzluchów,   do   których   należałam,   w   kominku   nie   zawsze   się   paliło, 

ponieważ decydował o tym sam Hitler. Tam Eva Braun siadywała po prawej stronie Fiihrera, który 

wskazywał osobę mającą tego dnia honor zasiąść po jego lewej.

Hitler prawie zawsze zabierał głos.

Gdy w ciągu dnia przyjął zagranicznego dyplomatę, opowiadał nam o swoich wrażeniach, a 

następnie wygłaszał mowę na temat kraju, którego tenże był reprezentantem. Mimo prowadzonej 

rozmowy, zawsze pilnie obserwował, co się dzieje dookoła. Gdy jakaś grupa gości szeptała w kącie 

albo gdy ktoś niespodziewanie się zaśmiał, natychmiast chciał poznać tego powody.

W okresie przedwojennym często stosowaliśmy ten fortel, aby uświadomić mu rzeczy, których 

powiedzenie w inny sposób było niemożliwe. Dwie głowy zaczynały szeptać między sobą, a gdy 

Hitler chciał wiedzieć, co się tam knuje, mówiło mu się to, o czym  oficjalnie wspominać nie 

wypadało. Te seanse przy kominku kończyły się około trzeciej  nad ranem. Eva Braun zawsze 

wychodziła przed nim. Niedziele nie przynosiły żadnego urozmaicenia w programie dziennym.

Hitler nie cierpiał świąt Wielkanocnych i Bożego Narodzenia. Od śmierci jego siostrzenicy, 

Geli   Raubal,   święta   Bożego   Narodzenia   stały   się   dla   niego   prawdziwą   udręką.   Pozwalał   na 

postawienie choinki w rogu holu, ale zabraniał śpiewania kolęd. W ostatnich latach zakazywał też 

zapalania świeczek na choince.

Nie znam nic bardziej smutnego niż święta Bożego Narodzenia spędzane z Hitlerem.

    Nowy rok natomiast świętowany był zgodnie z tradycją. Posiłki były wystawne i popijane 

szampanem.

Wraz z wybiciem dwunastej Hitler trącał się kieliszkiem z gośćmi i ledwie zamoczywszy w 

nim usta,  składał  noworoczne  życzenia.  Przy każdym  łyczku  robił  tak okropny grymas,  jakby 

chodziło o truciznę. Nie mógł pojąć, że ludzie mogą lubić tę "wodę z octem". Raz tylko widziałam 

go popijającego z zadowoleniem stare wino, które dostał w prezencie na Boże Narodzenie w 1944 

roku. Gdy chciano nalać mu innego wina, stanowczo odmówił.

Nazajutrz spróbował go jeszcze raz, ale niechęć do alkoholu wzięła górę. W noc sylwestrową 

Hitler   wychodził   wraz   z   gośćmi   na   taras,   aby   pozdrowić   mieszkańców   Berchtesgaden,   którzy 

oddawali salwy z moździerza.

Następnie składał autograf na menu każdego z gości i robiono grupowe zdjęcie. Jego urodziny 

background image

nie przybierały żadnego szczególnego charakteru. Gdy jego bezpośrednie otoczenie składało mu 

życzenia, trącał się kieliszkiem z każdym po kolei, jak zwykle dając do zrozumienia, że szampan 

jest czymś okropnym.

Po południu zapraszał wszystkie dzieci z Obersalzbergu, serwując im wielką ilość ciastek i 

kakao.

Jedyną rozrywką był przyjazd prezesa klubu prestidigitatorów z Monachium.

Hitler   przyglądał   się   jego   popisom   i   sztuczkom   z   wielkim   zainteresowaniem   i   nie   skąpił 

komplementów.

Swoją drogą, nigdy nie słyszałam go śmiejącego się na głos. Gdy seans był zabawny, a on 

osobiście podzielał ogólną wesołość, wydawał z siebie coś w rodzaju gdakania; podobnie było przy 

czytaniu niektórych książek, gdy rozweselały go zabawne przygody jakiegoś bohatera.

Hitler nie potrafił okazywać swej radości szczerym śmiechem.

Tylko dwa razy widziałam go wytrąconego ze swej powagi.

  Pierwszy raz - wiosną 1939 roku.

Otoczenie   Hitlera   wystawione   było   na   ciężką   próbę   nerwów,   bo   od   trzech   godzin   Fiihrer 

konferował   z   Hachą,   prezydentem   Republiki   Czeskiej.   Wiedzieliśmy   wszyscy,   że   stawka   jest 

poważna, że chodzi o wojnę albo pokój. Siedząc w naszym biurze, wraz z moją starszą koleżanką z 

niepokojem śledziłyśmy przesuwające się wskazówki zegara. Nagle drzwi się otwierają, pchnięte 

przez dwóch olbrzymów z SS. Hitler spieszy do nas, a minę ma całkowicie odmienioną.

"Moje dzieci - woła - po jednym buziaku na każdy policzek! Szybko!".

Wszyscy stoją osłupiali tą ekstrawagancją, ale my zaspokajamy jego prośbę. Po chwili rzuca 

radośnie: "Moje dzieci! Mam dla was wspaniałą nowinę. Hacha podpisał! To najwspanialszy triumf 

mojego życia!

Wejdę do historii jako największy z Niemców!".

Drugi raz zdarzyło się to w Eifel, w czerwcu 1940 roku, w momencie, gdy powiadomiono 

Hitlera, że Francja poprosiła o rozejm.  Ogromna  radość dosłownie nim wstrząsnęła.  W cieniu 

stuletnich   drzew,   w   obecności   zdumionych   generałów,   władca   wielkiej   Rzeszy   wykonał   kilka 

kroków tańca świętego Wita.

Rozdział 6 

Najpiękniejsze kobiety powinny należeć do wojowników.

Hitler 

Dlaczego Hitler się nie ożenił?

Pytanie, które nieraz mu stawialiśmy...

background image

Jego odpowiedzi nie wskazywały na jakieś głębsze przyczyny, dla których ślubował celibat. 

Celibat,   który   zanegował   dopiero   w   przeddzień   swego   samobójstwa.   Zasłaniał   się   przed 

wyjaśnieniem suchymi deklaracjami o tym, że małżeństwo spowodowałoby rozproszenie jego sił 

intelektualnych.  Dodawał jeszcze, że mąż stanu całkowicie może  się poświęcić swemu  ludowi 

tylko wtedy, gdy odda mu całą swoją osobę i z całą surowością dążyć będzie do wyznaczonych  

celów. Przytaczał przykłady polityków, którzy zajmując się kłopotami rodzinnymi, zapominali o 

swoich zobowiązaniach wobec narodu. "Najbardziej zahartowane charaktery - mawiał - załamały 

się z tego powodu i znane są przypadki tych, którzy najpierw zdecydowani byli osiągać swoje cele 

za   wszelką   cenę,   a   potem   popadli   w   niezdecydowanie   i   bezczynność".   I   kończył   rozmowę, 

stwierdzając, że waga jego misji nie pozwala mu na takie ryzyko.

  Było to mówione tak poważnie i tonem tak nieodpartym, że Hitlerowi udawało się zaspokoić 

naszą ciekawość i przekonać najbardziej sceptycznych. I na tym sprawa się kończyła.

Ale prawdziwe powody, dla których ożenił się dopiero na kilka godzin przed pogrążeniem się 

w nicość, stanowią jedną z najbardziej tragicznie okrutnych stron jego życia. Hitler kochał Geli 

Raubal, córkę swojej przyrodniej siostry Angeli, z taką namiętnością, że po jej tragicznej śmierci 

nie był w stanie nawet myśleć o małżeństwie z inną kobietą. Często wyznawał mi, że spełniała ona 

jego wyobrażenie o absolutnym ideale kobiety i że to właśnie ją poślubiłby pewnego dnia, gdyby 

nie wyrwały mu jej tragiczne okoliczności. Geli miała szesnaście lub siedemnaście lat, gdy wuj 

zaprosił ją do Wiednia. Była ładną brunetką, wysoką, o orzechowych oczach i melodyjnym głosie.

Hitler traktował ją początkowo jak duże dziecko; kazał jej brać lekcje śpiewu i zazdrośnie 

pilnował wszelkich jej kontaktów z innymi ludźmi.

Gdy w 1927 roku potajemnie zaręczyła się z Emilem Maurice'em, jego szoferem, Hitler, w 

przypływie wściekłości, nakazał mu zerwać planowany związek, grożąc, że jeśli tego nie zrobi, to 

natychmiast  go  zwolni.   Z właściwym  sobie  bezwzględnym  uporem  Hitler   robił  wszystko,   aby 

rozdzielić tych dwoje młodych ludzi.

Nie tylko zagroził Geli, że ją wygna z Monachium, ale że wycofa też pomoc finansową, jakiej 

udzielał jej matce i innym członkom jej rodziny.

Latem 1928 roku jego szantaż triumfował - udało mu się definitywnie ich rozdzielić. Jakiś czas 

później dziewczyna poznała artystę malarza z Linzu, którego jej urok oczarował do tego stopnia, że 

natychmiast zaproponowal jej małżeństwo.

Dowiedziawszy się o tym  od swej  osobistej  policji, Hitler  zastosował te  same  środki,  aby 

zmusić swą siostrę, by przeciwstawiła się temu związkowi. Nie ma wątpliwości co do motywów, 

które pchały go do takich działań!

Miał do swojej siostrzenicy coś więcej niż uczucie pobłażliwej i opiekuńczej przyjaźni. Był w 

background image

sidłach   gwałtownego   uczucia   zazdrości   inspirowanego   miłosną   pasją,   której   nie   śmiał   jeszcze 

ujawnić. Miałam okazję widzieć list, w którym młody adorator, zdesperowany, przywoływał swoje 

ostatnie argumenty, aby przekonać Geli, żeby z nim została. Skopiowałam go dla Hitlera, więc 

jestem w stanie odtworzyć najbardziej charakterystyczne fragmenty. 

"Teraz, twój wuj, świadom wpływu, jaki wywiera na twoją matkę, wykorzystuje jej słabość z  

bezgranicznym cynizmem.

Niestety,   nie   będziemy   w   stanie   odpowiedzieć   na   ten   szantaż,   dopóki   ty   nie   uzyskasz  

pełnoletności.

On dosłownie  piętrzy przeszkody na drodze do naszego wspólnego szczęścia, choć wie, że  

jesteśmy stworzeni dla siebie.

Rok rozłąki, który narzuca nam twoja matka, zanim da swoją zgodę na nasz związek, tylko  

wzmocni uczucie, jakie wzajemnie do siebie żywimy. Moja uczciwość z trudem przyjmuje równie  

niegodne metody.

Nie   mogę   też   inaczej   wyjaśnić   postawy   twojego   wuja,   jak   tylko   całkowicie   egoistycznymi  

motywami, jakie wiąże on z tobą. On chce po prostu, żebyś pewnego dnia należała do niego".

W innym fragmencie młody malarz pisze: 

"Twój wuj ciągle widzi w tobie niedoświadczone dziecko i nie może zrozumieć, że stałaś się  

dorosłą osobą, która sama może zbudować swoje szczęście. Twój wuj jest porywczym człowiekiem.  

W jego partii wszyscy przed nim ustępują z gorliwością niewolników.

Nie rozumiem, jak człowiek o tak przenikliwej inteligencji może nie widzieć, że jego upór i  

dziwaczne teorie na temat małżeństwa legną w gruzach wobec naszej miłości i naszej woli.

On ma nadzieję, że jeszcze w tym roku odniesie nad nami zwycięstwo: jakże mało zna twoją  

żarliwą duszę...".

W   tym   czasie   Hitler   podjął   decyzję   o   poślubieniu   Geli,   jak   tylko   zrealizuje   swoje   cele 

polityczne.

W1930 roku wynajął  całe piętro w domu przy Prinz-Regenten-Platz 16, gdzie zamieszkała 

również Geli. Te lata wspólnego przebywania pod jednym dachem były dla Hitlera, mówiąc jego 

słowami,   okresem   wielkiego   szczęścia.   Gdy   później   przywoływał   wobec   nas   te   wspomnienia, 

dokonywała   się   w   nim   wielka   przemiana.   W   najdrobniejszych   szczegółach   opisywał   nam   ich 

wspólne, upajające radością wieczory.

Razem chodzili na zakupy, razem chodzili do teatru i odwiedzali sale koncertowe. Z pewną 

nutką zjadliwości mówił o drobnych kaprysach Geli: "Gdy towarzyszyłem jej w salonie mody, 

rozpakowywała wszystkie pudła z kapeluszami, jakie leżały na regałach, i kazała sobie przynieść 

również te z wystawy. Gdy już wszystkie przedefilowały przez jej głowę, dochodziła do wniosku, 

background image

że nie znalazła nic dla siebie, i oznajmiała to sprzedawczyni z taką bezceremonialnością, że aż 

czułem się zażenowany.

Gdy jej podszeptywałem, że nie wypada wyjść ze sklepu, niczego nie kupując, zwłaszcza gdy 

przewróciło się wszystko do góry nogami, rzucała jeden z tych swoich rozbrajających uśmiechów i 

odpowiadała spokojnie: Ależ wujku Adolfie, czyż ci ludzie nie są tu właśnie po to?".

Hitler   czuwał   nad   Geli   z   nieustającą   zazdrością.   Zawsze,   gdy   wyjeżdżał   na   tourne 

propagandowe, musiała mu złożyć uroczystą przysięgę, że nie wykorzysta jego     nieobecności do 

odnawiania dawnych kontaktów. Tylko kiedy szła do matki, nie narzucał jej swojego towarzystwa.

I tak to potrwa do września 1931 roku. Wtedy Hitler spotyka w sklepie Heinricha Hoffmanna 

zwykłą ekspedientkę o nazwisku Eva Braun, która zakocha się w nim i wbije sobie do głowy, że 

musi go zdobyć. Hitler miał z nią wtedy mały romans bez konsekwencji.

17 września 1931 roku Hitler wezwał telefonicznie Geli, aby wróciła z Berchtesgaden, gdzie 

wypoczywała.

Nazajutrz rozegrała się między nimi gwałtowna scena, ponieważ niespodziewanie postanowił 

wyjechać do Norymbergi. Geli wyrzucała wujowi, że kazał jej przyjechać po nic, i była wściekła, 

że na czas jego nieobecności nie może pojechać do Wiednia, aby sprawdzić swój głos u profesora 

śpiewu. Następnego dnia pożegnali się w chłodnej atmosferze.

Zły nastrój Geli przeszedł w rozpacz, gdy jeszcze tego samego dnia, szperając w płaszczu wuja, 

odkryła miłosne wyznanie napisane ręką Evy Braun. Wieczorem popełniła samobójstwo, strzelając 

sobie z rewolweru w usta. Hitler został pilnie wezwany z Norymbergi.

Samobójstwo siostrzenicy wziął sobie tak głęboko do serca, że był gotów odebrać sobie życie.

Hess z trudem wyrwał mu pistolet.

Hitler przez wiele dni nic nie jadł; chodził jedynie wzdłuż i wszerz swego pokoju, zadając sobie 

pytanie o powody, jakie mogły pchnąć jego siostrzenicę do tego fatalnego czynu. Gdy zaczął w 

końcu jeść, nie był w stanie przełknąć mięsa. To właśnie od tamtego czasu stał się bezwzględnym 

wegetarianinem.   Przez   wiele   miesięcy   Hitler   odmawiał   spotkań   z   przyjaciółmi   i   żył   tylko 

wspomnieniami o Geli. Jej pokój pozostał w takim stanie, w jakim był w dniu jej śmierci.

Codziennie wnosił do niego świeże kwiaty, a w następnych latach czynił to w każdą rocznicę 

jej urodzin. Aż do ogłoszenia wojny nosił przy sobie klucze od tego pokoju.

Również pokój Geli w Berghofie zawsze był zamknięty.

Później, gdy przebudował tę rezydencję, aby stała się bardziej przestronna, skrzydło, w którym 

znajdował się pokój dziewczyny, pozostało nietknięte. Jej ubrania, przybory toaletowe i wszystko, 

co do niej należało, pozostało na swoim miejscu. Hitler odmówił wydania matce Geli kilku rzeczy 

lub kilku listów, o które go prosiła, aby mieć jakąś pamiątkę.

background image

Cała korespondencja Geli była strzeżona przez jej wuja z zazdrosną troską, a w 1945 roku 

wydał swojemu adiutantowi Schaubowi rozkaz, aby ją zniszczył, jeśli stanie się oczywiste, że nie 

będzie miał już żadnych szans na opuszczenie Berlina.

Kazał też namalować obrazy na podstawie fotografii Geli, które zdobiły jego apartamenty w 

Monachium, Berlinie i w Berghofie. Sześć miesięcy po jej śmierci przyjaciołom Hitlera udało się w 

końcu wyrwać go z samotności, w której pogrążył go ten dramat. Heinrich Hoffmann zabrał go 

pewnego wieczoru do kina i udało mu się, niby przez przypadek, posadzić go obok Evy Braun.

Tak podjęty na nowo flirt Hitlera z Evą Braun z biegiem lat rozwinął się w trwały związek.

Hitler wyznał  mi  pewnego dnia, że nigdy nie  darzył  jej wielką miłością,  ale że po prostu 

przyzwyczaił się do niej. Pewnego razu powiedział mi, że "Eva jest bardzo miła, ale w moim życiu 

tylko Geli mogła wywołać we mnie prawdziwą namiętność. Nigdy nie miałem zamiaru ożenić się z 

Evą. Jedyną kobietą, z jaką mógłbym się związać na całe życie była Geli".

   Na początku 1945 roku, podczas rozmowy ktoś uczynił aluzję do trzech kobiet, które, jego 

zdaniem, próbowały popełnić samobójstwo, to znaczy do Geli, Evy i panny Mitford.

Co do Geli, Hitler powtórzył: "Była jedyną kobietą, która potrafiła zawładnąć moim sercem i 

którą mógłbym poślubić. Jej śmierć była dla mnie straszną próbą. Jednak zdając sobie sprawę z 

minionych zdarzeń, zaczynam wierzyć, że lepiej, iż tak się stało, ponieważ nigdy nie mógłbym dać 

jej takiego szczęścia, na jakie zasługiwała".

Pewnego   wieczoru   w   kawiarni   w   Monachium   Hitler   zauważył   młodą   kobietę,   która   była 

niezwykle podobna do Geli. Zaprosił ją do swego stolika, aby ją poznać. Potem, przez kilka lat 

opłacał jej kursy teatralne, mimo że nie przejawiała zbyt wielkich talentów scenicznych.

Gdy Hitler dowiedział się, że jego protegowana prowadziła bardzo nieokiełznany tryb życia, 

całkowicie zaprzestał ją widywać i wspomagać finansowo.

W   pierwszych   latach   związku   z   Hitlerem   Eva   Braun   była   tylko   skromną   i   nieśmiałą 

dziewczyną.

Dyskrecja,   jaką   potrafiła   otoczyć   spotkania   z   Hitlerem,   wywołały   na   tym   ostatnim   bardzo 

korzystne   wrażenie.   Nie   uczestniczyła   w   oficjalnych   przyjęciach,   a   Hitler   nigdy   o   niej   nie 

wspominał   swoim   gościom.   Nie   mieszkała   jeszcze   w   Berghofie,   gdzie   pani   Raubal,   matka 

nieboszczki Geli, panoszyła się jak nieznośny cerber.

Evie   zarezerwowano   zwykły   pokój   w   sąsiedzkim   "Platerhofie".   Od   czasu   do   czasu 

przychodziła   do   Berghofu,   żeby   spędzić   z   Hitlerem   kilka   godzin.   Pani   Raubal   bez   przerwy 

wypominała przyrodniemu bratu ten związek.

Okazywała Evie głęboką wzgardę i, wściekła, że nie może oderwać jej od Hitlera, traktowała ją 

jak   intruza.   Często   proponowała   Hitlerowi,   aby   wziął   sobie   za   żonę   aktorkę   w   rodzaju   pani 

background image

Sonnemann, która została żoną Goeringa.

Pewnego dnia pozwoliła sobie wygłosić przy tym ostatnim taką oto refleksję: "Zazdroszczę 

wam,   panie   reichsmarschall,   dwóch   rzeczy.   Po   pierwsze   tego,   że   ma   pan   taką   żonę   jak   pani 

Sonnemann, a po drugie, że ma pan tak znakomitego kamerdynera jak Robert. Szkoda, że mój brat 

nie zrobił tego, co pan".

Goering   uśmiechnął   się   z   zadowoleniem   i   odpowiedział:   "W   ostateczności,   mógłbym   mu 

odstąpić Roberta, ale jeśli chodzi o Emmy, nigdy!".

Mimo wyglądu wiotkiego blond dziewczęcia, Eva Braun miała w sobie energię i siłę woli. 

Naginając się w pełni do kaprysów swego władcy, krok po kroku wzmacniała własną pozycję.

Oficjalną przyjaźń swego amanta zdobyła przy okazji kongresu partii w 1936 roku. Pani Raubal 

ostro   ją   upomniała,   że   nie   trzyma   się   od   niego   wystarczająco   daleko   podczas   wieców   w 

Norymberdze. Powiedziała też o tym swemu przyrodniemu bratu, ale, ku swojemu zdumieniu, on 

stanął w obronie przyjaciółki.

Prawdą   jest,   że   Eva   próbowała   popełnić   samobójstwo   z   powodu   dokuczliwych   wymówek, 

jakich doznawała ze strony pani Raubal. Ten gest rozpaczy zrobił na Hitlerze takie wrażenie, że 

odprawił natychmiast przyrodnią siostrę i definitywnie ulokował Evę w Berghofie. Od tego właśnie 

momentu weszła ona oficjalnie w życie Fiihrera Trzeciej Rzeszy. Hitler podarował jej małą willę w 

Monachium oraz samochód.

Zasypał ją biżuterią i drogimi sukniami, a także zapewnił jej rentę, dzięki której mogła spełniać 

wszystkie   swoje   kaprysy.   Eva   Braun   umiała   się   przystosować   do   obyczajów   śmietanki 

towarzyskiej. Wbiła sobie do głowy, że stanie się damą, i starała się usilnie naśladować sposób 

bycia pani Goebbels, która była dla niej wzorem.

Niemniej, mimo wszystkich tych wysiłków i wydatków, nie udało jej się zapomnieć o swym 

pochodzeniu.

Pozostała jedną z tysięcy dziewcząt, dla których najważniejszą sprawą są cudowne stroje i które 

ciągle opanowane są strachem, czy aby nie przytyły o kilka gramów. Z tego też powodu Eva jadała 

bardzo nieregularnie, a po każdym posiłku zażywała tabletki przeczyszczające. Ten nawyk, jak 

również   dieta,   którą   sobie   narzuciła,   spowodowały,   że   cierpiała   na   żołądek.   Gdy   miała   bóle 

związane z trawieniem, Hitler dosłownie tracił głowę i zachowywał się jak zakochany licealista: 

gładził ją bez przerwy po ręku i ramionach, i nazywał swoją małą "Patscherl".

Eva była osobą o bardzo niestabilnej urodzie. Jej orzechowe oczy i bardzo długie rzęsy mogły 

fascynować. Ale traciła cały swój urok, gdy miała niezadowoloną minę: wokół jej ust tworzyły się 

wtedy   grube   zmarszczki,   które   niesamowicie   ją   postarzały.   Była   niezwykle   drażliwa,   gdyż 

fałszywa sytuacja, z jaką się zmagała, wypełniała ją ciągłym niepokojem. Do szału doprowadzały 

background image

ją wymyślne intrygi, jakie knuły przeciw niej niektóre osoby z otoczenia Fuhrera.

W takich chwilach odczuwała potworny kompleks niższości; będąc chciwą na wszystkie plotki, 

czuła się zagubiona za każdym razem, gdy donoszono jej o karesach czynionych względem Hitlera 

przez niektóre zaproszone panie. Eva miała twardy charakter.

Nie   potrafiąc   zapanować   nad   swym   impulsywnym   temperamentem,   miewała   na   przemian 

wybuchy   złości   i   entuzjazmu.   Bez   żadnych   ogródek   okazywała   swą   sympatię   lub   antypatię 

ludziom, którzy się do niej zbliżali. Była egoistką, z wyjątkiem sytuacji,   w których chodziło o 

członków jej rodziny lub najbliższych przyjaciół.

Jednak niestabilność jej charakteru powodowała, że często musiała zmieniać ludzi w swym 

otoczeniu. Zżerała ją uraza wynikająca z faktu, że Hitler rzadko pokazywał się z nią publicznie.

Pokazywała się u boku Hitlera tylko podczas przyjęć w małym gronie. Zauważyłam, że przy 

takich   okazjach   za   wszelką   cenę   starała   się   zabłysnąć.   Upierała   się,   aby   narzucić   swój   punkt 

widzenia we wszystkich sprawach. W Berghofie uważana była przez gości za panią domu.

Podczas   każdego   posiłku   kto   inny   był   gościem   honorowym   Hitlera,   ale   przy   stole   Eva 

niezmiennie zasiadała po jego lewej ręce. Gdy wstawano od stołu, Hitler zawsze całował w rękę 

najpierw ją, a dopiero później sąsiadkę z prawej. W czasie posiłków, zwłaszcza w pierwszych 

latach, Eva rzadko przyłączała się do rozmów. Później, gdy nabrała większej pewności siebie, 

zabierała głos w zależności od humoru, w jakim akurat była.

Widziałam ją zdenerwowaną za każdym razem, gdy Hitler, zamiast wstać od stołu, żeby to 

posiedzenie   wreszcie   się   skończyło,   rozwodził   się   na   swój   ulubiony   temat.   Ostentacyjnie 

okazywała wtedy swoje zniecierpliwienie. W latach wojny, pewna już przewagi, którą zdobyła nad 

Hitlerem, pozwalała sobie na naganne spojrzenia lub głośno pytała się o godzinę.

Hitler przerywał wtedy swoje monologi i wstawał od stołu, przepraszając za swoje gadulstwo.

Hitler przywykł do popędliwego charakteru swej przyjaciółki, ale nie ustępował jej w żadnych 

sprawach.

Eva poddana była bardzo ostrym rygorom. Nie miała na przykład prawa opalać się, gdyż jej 

protektor   nie   lubił   brązowej   skóry;   i   tylko   po   kryjomu   mogła   uczestniczyć   w   wieczorkach 

tanecznych, ponieważ Hitler nie cierpiał tańca.   Eva była znakomicie wysportowana: uprawiała 

pływanie, narciarstwo i gimnastykę.

Uwielbiała zwierzęta i żyła w otoczeniu owczarka pasterskiego, basseta i dwóch foksterierów. 

W kwietniu 1945 roku Hitler dorzucił do tej kolekcji cockera. Eva z dużą cierpliwością opiekowała 

się też dwoma  kosami,  które swobodnie fruwały po jej domu.  Jednak największą część czasu 

poświęcała własnym strojom. W tej dziedzinie umiejętności miała rzeczywiście nieprzeciętne.

Zrobiła sobie klaser, do którego wkładała ponumerowane zdjęcia wszystkich swoich sukni wraz 

background image

z odpowiednimi próbkami materiału. Dzięki temu miała całościowy i szybko dostępny przegląd 

własnej garderoby.

Zmysł   klasyfikacji,   z   jakim   Eva   czuwała   nad   wszystkimi   sprawami,   które   osobiście   jej 

dotyczyły,   był   absolutnie   znakomity.   Hitler   doceniał   tę   umiejętność.   Mówił   o   niej,   że   była 

doskonale zadbana i że nigdy nie mógł jej zarzucić najmniejszego niedbalstwa.

Eva regularnie i zapamiętale odwiedzała kina i teatry.

Hitler   zawsze   wypytywał   ją   o   zdanie   na   temat   sztuk,   które   widziała.   Często   był   jednak 

wprowadzany w błąd, gdyż Eva nie oceniała przedstawień według ich rzeczywistych zalet, ale 

powtarzała mniej lub bardziej pochlebne opinie, które wygłaszali jej znajomi artyści. Nigdy nie 

widziałam,   aby   czytała   choćby   odrobinę   poważniejszą   książkę.   Rozkoszowała   się   jedynie 

powieściami   kryminalnymi   i   nowoczesną   literaturą.   Te   lektury   korespondowały   zresztą   z 

poziomem i formatem jej intelektu. Na początku 1938 roku pannie Mitford udało się w końcu 

częściej widywać Hitlera. Eva Braun była z tego powodu bardzo przybita.

Zainscenizowała drugą próbę samobójczą, która sprowadziła skruszonego amanta z powrotem.

Od tej pory jej pozycja została definitywnie ugruntowana.

Hitler był przerażony myślą, że mogłaby ponowić taką próbę i że pewnego dnia wybuchłby 

publiczny skandal.

W każdym razie byłam przekonana, że od tej chwili Eva została w końcu i raz na zawsze 

przyjęta.

Coraz   bardziej   zaznaczała   swą   osobowość   w   towarzystwie   i   była   otaczana   większym 

szacunkiem.

Co roku mogła wyjechać wraz z przyjaciółmi na wakacje do Włoch. Od czasu do czasu miała 

też prawo pojawić się w Berlinie. Tam jednak mniej była na widoku niż w Berghofie.

Hitler nie zabraniał jej chodzić na spacery po Berlinie, robić zakupów, odwiedzać fryzjera i 

krawca; pozwalał jej też śledzić wydarzenia teatralne, ale przy wszystkich tych okazjach musiała 

występować anonimowo.

Małżeństwo jej siostry Gretel z Hermannem Fegeleinem, osobistym reprezentantem Himmlera 

wobec Fuhrera, oznaczało nowy etap jej uniezależniania się. Od tej pory przedstawiana była jako 

szwagierka Fegeleina, okazując zresztą w stosunku do niego wielkie przywiązanie. Nie udało jej 

się w każdym razie uratować mu głowy, gdy Hitler w ostatnich swych dniach w Berlinie kazał go 

rozstrzelać.

Na początku 1945 roku powiedziała mi: "Nie sądzi pani, że stałam się bardziej niezależna?

Przedtem nie bardzo wiedziałam, jako kto występuję w trakcie oficjalnych przyjęć, ale teraz 

jestem kimś: jestem szwagierką gruppenfuhrera Fegeleina. Poznaje mnie  on z bardzo wieloma 

background image

ludźmi,   których   nie   znałam,   i   dzięki   niemu   jestem   na   bieżąco   z   całą   masą   spraw,   o   których 

przedtem nie miałam najmniejszego pojęcia".

Dwa pobyty Evy Braun w Berlinie na początku 1945 roku były dla niej wielce rozczarowujące.

Hitler, który od roku narzucił sobie jeszcze ostrzejszą dietę wegetariańską, wymagał, aby ona 

zrobiła to samo.

Skarżyła mi się: "Codziennie się o to sprzeczaliśmy, a ja nigdy nie przełknę tych mieszanek, 

którymi on się delektuje.

Uważam też, że cała atmosfera  się tu zmieniła. Byłam  taka szczęśliwa, że mogę do niego 

przyjechać, a teraz zaczynam tego żałować. Adolf rozmawia ze mną tylko o swoim jedzeniu i o 

psach. Ta wstrętna Blondi (ulubiony owczarek niemiecki Hitlera) bez przerwy mnie wkurza.

Czasem kopię ją pod stołem i Adolf strasznie się boi, że kiedyś wściekle zareaguje. To mój 

sposób, żeby się na nim zemścić". Można powiedzieć, że jeśli chodzi o politykę, to Eva żyła w 

całkowitej   ignorancji   i   beztrosce.   Gdy   zauważała   po   skonsternowanych   twarzach 

współpracowników i sekretarek Hitlera, że coś niedobrego musiało się stać, dręczyła nas, abyśmy 

jej powiedzieli, o co chodzi. Często skarżyła się, że nikt jej nie mówi o tym, co się dzieje.

Gdy tłumaczono jej jakąś niemiłą wiadomość, zawsze reagowała prostodusznym zdziwieniem: 

"Ależ moje dzieci! Nie miałam zielonego pojęcia o tych okropnościach!".

Często, nazajutrz po niektórych przyjęciach, wyznawała mi: "Fegelein przedstawił mi ludzi, 

którzy   opowiadali   takie   dziwne   rzeczy,   że   nie   wierzyłam   własnym   uszom.   Jakby   mnie   ktoś 

przeniósł do innego świata".

Po chwili jednak dodawała: "Tak naprawdę, to może lepiej, że nie wiem, co się dzieje gdzie 

indziej, bo i tak nic nie zmienię".

Z beztroską smarkuli uwalniała się w ten sposób od odpowiedzialności. Po takich słowach 

zawsze   była   w   dobrym   humorze.   Zachęcała   nas   do   popijania   i   do   radowania   się   życiem,   a 

stworzywszy już luźną atmosferę, robiła to, co było dla niej w takim momencie najważniejsze - 

ośmielała   się   zapalić   papierosa.   Jednak   po   tym   geście   rewolty,   a   przed   powrotem   do   swego 

podejrzliwego amanta, starannie przepłukiwała usta.

Skądinąd zdawała sobie sprawę z tego, co ją czeka, gdyby pewnego dnia Niemcy upadły.

Wiedziała, że nie ma żadnych szans przeżyć tej klęski. W kwietniu 1945 roku zwierzyła mi się: 

"Jeśli przegramy tę wojnę, a ja zaczynam w to wierzyć mimo optymizmu Adolfa, wiem, co mnie 

czeka, ale już się z tym pogodziłam".

Cały upór Hitlera, aby wysłać ją do Berchtesgaden, zanim stolica zostanie całkowicie okrążona, 

na nic się zdał wobec jej zaciekłej determinacji pozostania przy nim, "bycia przy nim aż do końca".

W swoim ostatnim liście do siostry Gretel Fegelein, z 23 kwietnia 1945 roku, który zabrałam, 

background image

napisała   dosłownie:   "Każdego   dnia   i   każdej   godziny   oczekujemy   końca.   W   ogóle   jednak   nie  

bierzemy pod uwagę takiej możliwości, abyśmy żywi wpadli w ręce wroga".

W   przeciwieństwie   do   Fuhrera,   Eva   Braun   była   bardzo   zabobonna.   Cała   jej   bielizna   była 

wyszyta   monogramami,   w   których   jej   inicjały   przybierały   formę   koniczyny   z   czterema 

stylizowanymi listkami. Eva potwierdzała w ten sposób niezwykłe szczęście, które pozwoliło jej 

być wybraną spośród tylu innych, przez wszechmocnego człowieka Rzeszy.

Po długo trwającym związku, szczęście to pozwoliło jej wejść do historii: poślubiła mężczyznę 

swojego życia, choć stało się to w przeddzień ich wspólnego końca. To żałobne małżeństwo u 

progu nicości było ukoronowaniem i apoteozą życia tej małej i pozbawionej klasy kurtyzany.

Rozdział 7 

W polityce trzeba mieć poparcie kobiet; wtedy mężczyźni sami do was przyjdą.

Hitler 

Wobec kobiet Hitler zawsze był uprzedzająco grzeczny i w naturalny sposób serdeczny. Jego 

wytworne maniery podkreślone akcentem "starego Austriaka" wywierały na nich duże wrażenie.

Swój kobiecy personel traktował z należytymi względami i bez uprzedzeń. Wymagał od niego, 

to fakt, wielkiej staranności i całkowitego niemal poświęcenia swej swobody, ale z drugiej strony 

potrafił docenić jego pracę tak, jak na to zasługiwał, sowicie go wynagrodzić, a w przypadku 

choroby okazywać swoją troskę.

W stosunku do nas, jego sekretarek, zawsze był uprzejmy - zawsze wstawał, aby nas przywitać, 

i zawsze przepuszczał  nas przodem.  I robił to  z taką  samą  gorliwością,  jak na przyjęciach  w 

światowym towarzystwie. Gdy przebywałyśmy razem z nim w Berghofie, prowadził nas do stołu z 

równą galanterią, z jaką zachowywał się w stosunku do swych znamienitych gości.

W czasie swoich licznych podróży po Niemczech tak się przyzwyczaił do obecności sekretarek, 

że również w Berlinie przyjął zwyczaj zapraszania nas na herbatę       o piątej.

W   chwilach   odprężenia   przychodził   pogadać   z   nami   do   małego   pokoiku,   jaki   był   nam 

przydzielony w jego apartamencie w Kancelarii Rzeszy.

To był rzeczywiście pokój do wszystkiego: zajmowałyśmy się tam korespondencją, jadłyśmy 

background image

posiłki, cerowałyśmy pończochy i... czekałyśmy.

Nie był on urządzony w jakiś jednolity sposób. Stała w nim kanapa, mała, pomalowana na biało 

szafka, biurko, kilka foteli i ogromny ośmiokątny stół, który wszystkim zawadzał. Ale Hitler czuł 

się   w   nim   bardzo   swobodnie.   Przychodził   się   do   niego   schronić   zawsze   wtedy,   gdy   chciał 

niezobowiązująco porozmawiać i chwilę odpocząć. Fiihrer był bardzo wrażliwy na kobiece piękno; 

i w swoim entuzjazmie cechy charakteru dostosowywał do zewnętrznego wyglądu, co nie zawsze 

było uzasadnione. W pięknie niektórych kobiet widział znak talentu, często urojonego.

Gdy zwracano mu uwagę na jego błędy, niczego to nie zmieniało; ciągle tkwił w swym uporze 

przypisywania pięknym kobietom ze swego otoczenia inteligencji i kultury, której te w żadnym 

wypadku nie posiadały.

Dochodziło   zatem  do  tego,   że  całymi   latami  opłacał   szkoły  artystyczne  młodym,  pięknym 

dziewczętom, choć te nie miały żadnych zdolności w tym kierunku. Hitler był złym psychologiem, 

jeśli chodzi o kobiety, ponieważ, sam doskonały aktor, z trudem odróżniał blichtr od naturalności.

Wszystkie osoby, które zbliżały się do niego, a kobiety w szczególności, starały się pokazać w 

swym   najlepszym   wydaniu;   i   Hitler   zbyt   często   brał   ich   gorliwość   oraz   pełne   hipokryzji 

zachowania za dobrą monetę. Miał wyraźną słabość do jednej ze swoich sekretarek. Prawdą jest, że 

ona zawsze była w słonecznym nastroju, przyznawała mu rację we wszystkich sprawach i umiała 

wspaniale   schlebiać   jego   dumie.   W   jej   obecności   Hitler   się   rozchmurzał   i   stawał   się   nawet 

dowcipny. Hitler nie miał zielonego pojęcia o sprawach serca i duszy.

Na   przykład   nie   rozumiał,   że   w   małżeństwie   obie   strony   winny   przejawiać   podobieństwo 

charakterów i uczuć.

Według   niego,   idealną   parę   można   było   poznać   po   wyglądzie   zewnętrznym.   Uważał,   że 

małżeństwo   z   piękną   kobietą   z   definicji   musi   być   szczęśliwe.   Sam   się   jednak   przekonywał, 

wchodząc   w   związki   inspirowane   wyłącznie   tymi   względami,   że   rzeczywistość   okazywała   się 

zupełnie   inna   niż   jego   prognozy.   Pewnego   dnia   zwróciłam   mu   uwagę   na   wzrastającą   liczbę 

rozwodów w szeregach ludzi z pierwszego partyjnego planu, branych pod obłudnym pretekstem, że 

żony nie potrafią dostosować się do nowej pozycji społecznej ich mężów.

Tłumaczyłam mu, że społeczeństwo ostro krytykuje tę prawdziwą plagę rozwodów i że cierpi 

na tym autorytet wielkich postaci partii. Hitler żywo odparował: "Moim zdaniem najpiękniejsze 

kobiety powinny należeć do najlepszych żołnierzy". Dowodzi to, że oceniał człowieczeństwo, a w 

szczególności problem płci, wyłącznie z zewnętrznego punktu widzenia...

Mówiłam już wcześniej, że sam nie ożenił się, ponieważ rodzina, z całą jej odpowiedzialnością, 

której   wymaga,   stworzyłaby   zbyt   dużo   przeszkód   dla   jego   kariery   i   dążeń.   Przyznał   mi,   że 

małżeństwo oznaczałoby dla niego utratę znacznej części sympatii oraz prestiżu, jakim cieszył się 

background image

wśród wyborców płci żeńskiej.

"Przez   fakt,   że   nie   stałem   się   mężczyzną   jednej   kobiety,   mój   wpływ   na   żeńską   populację 

Rzeszy tylko się zwiększa.

Nigdy nie mógłbym sobie pozwolić na utratę popularności wśród niemieckich kobiet, gdyż 

stanowią one zbyt ważny element w kampaniach wyborczych".

Mówiąc   to,   Hitler   po   raz   kolejny   okazał   się   człowiekiem   bezwstydnie   wyrachowanym   i 

gotowym poświęcić wszystko, aby zrealizować swój cel. Prawdą jest, że wiele kobiet było w nim 

namiętnie zakochanych. Inne owładnięte były pragnieniem posiadania dziecka, którego on byłby 

ojcem.

Pewnego dnia jakiejś dziewczynie udało się dostać do jego mieszkania w Monachium. Gdy 

stanęła przed nim, teatralnym, płomiennym gestem zerwała z siebie stanik. Od tego dnia Hitler nie 

przyjmował już sam nieznanych kobiet, z którymi miał się spotkać, gdyż obawiał się, że te  mogą 

narazić go na jakiś skandal.

W ogóle dręczył go niepokój, że kobieta, każda kobieta, może rozsiewać plotki, które naruszą 

jego reputację dżentelmena. Ta obsesja tłumaczy dyskrecję, jaką otaczał swoje miłości.

Wobec nas zachowywał na temat tych związków absolutne milczenie.

Podobnie okazywał się bardzo ostrożny w wyborze swoich gości, nawet na przyjęcia oficjalne.

Gdy   dowiadywał   się,   na   przykład,   że   jakaś   aktorka   dla   uzyskania   osobistych   korzyści 

wykorzystuje zaszczyt, jaki jej uczynił, zapraszając na bankiet, ogłaszał to publicznie i nakazywał 

tę nieostrożną osobę wpisać na czarną listę: nigdy więcej nie pojawiła się już na żadnym jego 

przyjęciu.

W ciągu wielu lat miałam okazję obserwować zwyczaje i reakcje Hitlera tak obiektywnie, jak 

to tylko możliwe.

I z całą szczerością mogę powiedzieć, że fałszywe są posądzenia, według których miał jakieś 

problemy z życiem  seksualnym.  Biorąc pod uwagę jego wyłącznie wegetariańskie pożywienie, 

jego odmowę wspomagania się alkoholem, jego intensywną pracę umysłową, myślę, że byłoby mu 

trudno oddawać się jakimś wynaturzeniom. Jestem przekonana, że w tych sprawach był całkowicie 

normalny, a wręcz często miałam wrażenie, że wiele go kosztowało, aby nie poddać się urokom tej 

lub innej artystki, z którymi miał zwyczaj się spotykać.

Przez dwanaście lat był głęboko związany z Evą Braun.

Wspominałam  już, jak pozytywne  wrażenie,   na początku  ich  znajomości,  wywarła   na nim 

absolutna dyskrecja, jaką potrafiła ona otoczyć ich związek; bo jeśli chodzi o jej raczej drobną 

budowę i jej blond włosy, to z całą pewnością nie była jego fizycznym ideałem. Preferował on typ 

kobiet z południa Niemiec - krzepko zbudowanych, naturalnych brunetek. Hitler przyznawał w 

background image

rozmowach,   że   kobiety   grały   bardzo   ważną   rolę   w   jego   karierze   politycznej.   Również   w 

kampaniach   wyborczych   systemowo,   by   tak   rzec,   schlebiał   gustom   i   instynktom   żeńskiego 

elektoratu. Od samego początku kobiety były entuzjastycznymi  wielbicielkami jego gwałtownej 

żarliwości. Wiem, że w czasie jego uwięzienia w Landsbergu dostawał niezliczoną ilość paczek i 

listów od nieznanych mu kobiet. Zawsze, gdy w trakcie swej burzliwej kariery napotykał trudności 

nie do pokonania, kobiety pomagały mu z nich wyjść. Z lubością przytaczał taki oto przykład: 

"Pewnego dnia zaakceptowałem w imieniu partii weksel na 40 000 marek. Ku mojej rozpaczy, 

wpływy, na które liczyłem, nie nadeszły. Kasa była kompletnie pusta. Zbliżał się termin, a ja ciągle 

nie wiedziałem, jak zadośćuczynić memu podpisowi. Rozważałem nawet samobójstwo, aby nie 

przeżyć tej hańby. Na cztery dni przed urzędową datą podzieliłem się moim nieszczęściem z panią 

Bruckmann   (wdowa   po   słynnym   producencie   pianin),   która   natychmiast   zaczęła   organizować 

pomoc. Już na drugi dzień odezwał się pan Kirrdorf, prezes Unii Węglowej, i poprosił, abym do 

niego przyszedł. Na jego prośbę wyłożyłem mu szeroko mój program, którego akuratność bardzo 

go zafrapowała: bez problemów uczyniłem zeń zwolennika ruchu narodowosocjalistycznego, ale, 

co   więcej,   poprosił,   abym   przyjął   odpowiednią   sumę,   która   pozwoliła   mi   spłacić   dług   we 

właściwym   czasie".   Hitler   uważał,   że   Trzecia   Rzesza   wydała   cztery   nadzwyczajne   kobiety. 

Pierwsza na tej  liście  była  pani Schol-tze-Klinck, utalentowana  organizatorka  kobiecego ruchu 

nazistowskiego.   Następnie,   pani   Wagner,   której   udało   się   przywrócić   w   Bayreuth   mistyczną 

atmosferę   dzieł   genialnego   kompozytora.   Następna   w   kolejności   była   pani   Troost,   u   której 

podziwiał artystyczną pewność, z jaką kontynuowała dzieło zmarłego męża. Gdy Hitler urządzał 

swoje   mieszkanie   w   Monachium,   został   zaprowadzony   przez   panią   Bruckmann   do   pracowni 

architekta Troosta, który stworzył nowy styl meblowania wnętrz. Hitler był zachwycony prostotą i 

elegancją tego stylu. Troost przedłożył mu przy okazji plany rekonstrukcji Pałacu Ludowego w 

Monachium (galeria malarstwa), które nie zostały przyjęte przez jury. Hitler, oczarowany tymi 

projektami, zrealizował je podczas budowy Domu Sztuki Niemieckiej w Monachium. To również 

Troost był architektem Domu Brunatnego w Monachium i części Kancelarii Rzeszy w Berlinie.

Troost został mianowany profesorem i ten honorowy tytuł przeszedł po jego śmierci na jego 

żonę.

Pani Troost z kolei wywarła decydujący wpływ na smak artystyczny Hitlera. Udało jej się 

zarazić   go   swymi   osobistymi   koncepcjami   harmonii   kolorów.   To   ona   jedna   zajmowała   się 

urządzaniem rezydencji Hitlera w Berlinie  i Monachium, a także Berghofu. Tylko jego prywatne 

mieszkanie w Monachium zachowało dawne piętno czasu, w którym Hitler spędzał najbardziej 

szczęśliwe lata w towarzystwie swej siostrzenicy Geli Raubal.

Czwartą kobietą, dla której Hitler miał specjalny podziw, była Leni Riefenstahl.

background image

Widział w niej znakomitą aktorkę, prawdziwie utalentowaną realizatorkę filmów.

Prasa światowa ekscytowała się skutkami, jakie mogły wypłynąć z podziwu Fuhrera dla młodej 

artystki filmu.

Jest pewne, że Eva nie cierpiała Leni całą swoją kobiecością.

Ale   ponieważ   liczą   się   tylko   rezultaty,   czyż   nie   odniosła   w   końcu   triumfu   nad   panią 

"Pompadour",   przypieczętowując   swój   związek   z   najbardziej   podejrzliwym   kawalerem   Rzeszy 

małżeństwem naznaczonym pieczęcią śmierci?

Rozdział 8 Człowiek ma naturalne skłonności do okazywania się niewdzięcznym.

Hitler Trzeba przyznać, że Hitler, który w życiu codziennym mógł być w drobnych sprawach 

zadziwiająco skąpy, zawsze potrafił okazać wdzięczność względem tych, którzy oddali mu jakąś 

przysługę.

Przy takich okazjach wykazywał niezwykłą szczodrość.

Nie brała się ona jedynie z troski o wyrobienie sobie reputacji człowieka hojnego i potrafiącego 

się odwdzięczyć, lecz wynikała też z faktu, że gest dawania i nagradzania sprawiał mu autentyczną 

przyjemność.

W   pierwszych   latach   po   przejęciu   władzy   miał   jeszcze   zwyczaj   osobistego   wybierania 

wszystkich prezentów, które zamierzał wręczyć.

Nieraz   widziałam,   jak   intensywnie   zastanawiał   się   nad   tym,   co   mogłoby   komuś   sprawić 

przyjemność.

Powtarzał   mi  jako  lejtmotyw:   "Wiem,   jak  niewdzięczność  boli,   choć  tak   łatwo  okazać  się 

wdzięcznym".

Ta skwapliwość, z jaką Hitler wynagradzał najmniejszą osobistą przysługę, a także żarliwość, z 

jaką reagowano na jego życzenia, stały się dla beneficjentów prawdziwym źródłem korzyści.

Pośród niektórych jego współpracowników istniało coś w rodzaju nadlicytacji w oferowaniu 

mu małych prezentów z przeróżnych okazji.

Bardzo   często   gesty   te   były   inspirowane   wyłącznie   chłodną   kalkulacją,   że   po   stokroć   się 

zwrócą.

Zwyczaj wręczania sobie prezentów został tym samym oficjalnie w Trzeciej Rzeszy uświęcony.

Goering potrafił wspaniale ten stan rzeczy wykorzystywać.

Zawziętość, z jaką starał się on o honorowe kierownictwo najbardziej nieprawdopodobnych 

organizacji,   od   prezesa   związku   złotników   po   stanowisko   wielkiego   łowczego   Rzeszy,   nie 

wynikała tylko z jego bezmiernej pychy,  ale również z chęci przejęcia królewskich prezentów, 

jakie się na tych stanowiskach otrzymywało.

background image

Hitler był daleki od upodobań do bogactwa, które tolerował u Goeringa.

Był w pełni szczęśliwy i zadowolony, gdy mógł wypocząć w swoim mieszkaniu w Monachium, 

gdzie gromadził, aż do końca wojny, wszystkie graty kupowane w latach walki o władzę.

Miał zwyczaj mówić: "W Monachium czuję się jak u siebie.

Wszędzie, gdzie spojrzę, natykam się na jakąś drobną rzecz, maleńki obrazek, pościel nawet, 

które wywołują wspomnienia zmagań, wyrzeczeń, ale też szczęścia.

Całe umeblowanie kupowałem po trochu z oszczędności, często okazyjnie.

Towarzyszyła mi wtedy moja siostrzenica Geli i nie jest to najmniej ważny z powodów, dla 

których moje serce jest z tym miejscem związane".

Hitler uwielbiał dzieci.

W pierwszych latach po zdobyciu władzy kieszenie miał zawsze wypełnione czekoladkami, 

które z promieniującą radością rozdawał tłumom dzieci, które przybiegały zobaczyć "pana Hitlera".

Nie jestem w stanie powiedzieć, w jakiej mierze to rozdawanie        słodkości było inspirowane 

przez tanią propagandę.

Jestem przekonana, że w części odpowiadało ono jego serdecznej sympatii dla młodzieży.

Jak we wszystkim, co robił Hitler, także tutaj trzeba odróżnić dwie tendencje.

Dobrą i złą, prawdziwą i fałszywą, idealistyczną i materialistyczną, które pożenione były u 

niego tak intensywnie, że naprawdę trudno było oddzielić cnotę od przywary.

Jedynie wtajemniczeni przenikali tę diabelską grę, dzięki czemu mógł zachowywać twarz w 

najbardziej  kompromitujących  okolicznościach  - tak właśnie wykorzystywał  swe komedianckie 

umiejętności.

Hitler był bardzo złym psychologiem.

Tak jak u kobiet zawsze imponowały mu smukłość i piękne suknie, tak u mężczyzn twardość, 

zdecydowanie i żołnierski sposób bycia.

background image

Również, jeśli chodzi o dzieci, jego oceny często były wydawane zbyt pochopnie.

Chciałabym   zilustrować   dziwne   przypadki   Hitlera   poprzez   historię   małej   Berneudi, 

pięcioletniej dziewczynki o wielkich, niebieskich oczach i bujnych blond włosach, którą zauważył 

pewnego dnia w zbiegowisku dzieci, które przybiegły do Berghofu, aby go pozdrowić.

Tak się zachwycił tą małą, że pozwolił jej przychodzić do siebie zawsze, gdy tylko będzie 

mogła.

Przez   trzy   lata   jej   matka   odgrywała   rolę   gwiazdy,   przyprowadzając   swą   córeczkę   z 

najprzeróżniejszych okazji.

Hitler zawsze traktował małą z ojcowską delikatnością i wiele razy się z nią fotografował.

Pewnego dnia anonimowy list brutalnie zakończył te miłe spotkania.

Denuncjował on matkę dziewczynki jako pół-Żydówkę.

Hitler, szczerze zmartwiony, poinformował ją, aby więcej nie próbowała zbliżać się do niego, i 

zniszczył wszystkie fotografie, przedstawiające jego spotkania z małą Berneudi.

Ten incydent bardzo go dotknął, gdyż   w brutalny sposób uzmysłowił mu, po raz kolejny, 

samotność, w jakiej żył.

Samotność ta w brutalny sposób gwałciła naturalne, głęboko w nim zakorzenione uczucia.

W   latach   walki   o   władzę   wielką   przyjemność   sprawiało   Hitlerowi   zapalanie   świeczek   na 

choince w święta Bożego Narodzenia.

Niemal fizycznie potrzebował ciepłych, rodzinnych radości.

Nigdy jednak nie zmaterializował swego przywiązania do dzieci poprzez małżeństwo.

Prawdziwe szczęście domowego ogniska było mu nieznane.

Kobietę,  z wyjątkiem  kilku  miłostek  i  związku z  Evą Braun, znał  tylko  jako żonę innych 

mężczyzn.

Dzieci -tych innych - znał tylko z entuzjastycznie wrzeszczących zbiegowisk.

Hitler odsunięty był od uczuć, od radości rodzinnej, od wszystkiego, co składa się na szczęście 

w naturalnej komórce społecznej - i bardzo z tego powodu cierpiał.

Ta   niezaspokojona   dusza,   która   broniła   się   przed   dążeniem   do   naturalnego   i   zwykłego 

szczęścia, nieustannie poszukiwała równowagi.

W swoim odosobnieniu stworzył  sobie świat snów, który za nic miał wszystkie szlachetne 

uczucia ludzkości.

Ten nieustający niepokój i ta niestabilność uczuciowa szybko przekształciły się w obojętność, a 

następnie w amoralność.

Pod koniec życia Hitler był już tylko okrutnym i despotycznym potworem.

background image

Myśl o rodzinie i uczucia synowskie były mu całkowicie obce, więc nie dziwi to, że z zimną 

krwią wysyłał miliony młodych ludzi na śmierć - dla tej jedynej satysfakcji poświęcenia ich dla 

misji, którą -jak wierzył - ma do spełnienia.

Śmierć istoty ludzkiej w najmniejszym stopniu go nie wzruszała.

Widział on ludzkość wyłącznie jako długi łańcuch ludzi, którego on osobiście jest ogniwem 

początkowym.

W jego oczach dzieci nie były niczym innym jak czynnikiem, który pozwala zdyskontować 

mniejszą lub        większą przestrzeń życiową.

Odrzucając każdą koncepcję filozoficzną "tamtego świata", uważał za normalne, że popiół po 

spalonych w obozach koncentracyjnych ciałach służy jako nawóz w ogródkach warzywnych, w 

których zaopatrywały się hordy SS.

Tymczasem Hitlerowi ciągle nie udawało się opanować swych naturalnych odruchów.

Miewał   chwile,   w   których   z   lękiem   poszukiwał   czegoś,   czego   mógłby   się   trzymać,   co 

przyniosłoby mu wewnętrzny spokój, bez którego żaden człowiek nie może być szczęśliwy.

W trakcie naszych niekończących się rozmów przy kominku często pojawiały się wspomnienia 

z dzieciństwa.

Gdy je przywoływał, czułam, że wibruje w nim struna szczęścia, pełnego szczęścia, którego 

zaznał w swym skromnym domu, otoczony matczynym uczuciem.

Właśnie we wspomnieniach z dzieciństwa znajdował ukojenie^ gdy ogarniało go dojmujące 

poczucie samotności.

Inny, szczęśliwy okres jego życia to lata zmagań poprzedzających dojście do władzy.

Nie miał wtedy po prostu czasu na refleksje.

Z niezwykłym wprost uporem; dążył do swego najważniejszego celu.

Był całkowicie pochłonięty swoją misją.

Nie odczuwał jeszcze wtedy potrzeby poszukiwania równowagi psychicznej.

background image

Jednakże w tych latach próby miał obok siebie oddanych towarzyszy, prawdziwych przyjaciół, 

a nie owce Panurga, nie geszefciarzy czekających na sprzyjającą koniunkturę.

W owym czasie jego ekipa, wchłaniająca duszą i ciałem ten sam ideał, dzieliła wszystkie swoje 

cierpienia, niepowodzenia i radości. Panurga - postać z epopei Gargantua i Pantagruel Franęois Ra-

belais.

Cyniczny, tchórzliwy rozpustnik; wierny towarzysz Pantagruela.

    Stąd też nadzwyczajna wierność, jaką Hitler bardzo długo dochowywał w stosunku do swych 

pierwszych towarzyszy.

U   nich   właśnie,   w   większości   nieokrzesanych,   ale   zahartowanych   w   twardej   szkole 

wywrotowej działalności politycznej, znajdował moralne schronienie.

Niebywały   sukces,   jaki   odnieśli,   niektórym   z   nich   uderzył   do   głowy;   inni   nie   potrafili 

przystosować się do nowej sytuacji lub dźwigali na sobie brzemię odpowiedzialności, która na nich 

spadła.

Inni jeszcze zdradzili go i stali się jego przeciwnikami.

Ciągle jednak uderzało nas wrażenie, że ci ludzie, którzy kiedyś go otaczali, byli na mniej niż 

średnim poziomie.

Nie przeszkadzało to jednak, aby Weber, Graff, a nawet Maurice byli z nim na ty.

Hamann i Hoffmann zwracali się do niego po prostu "panie Hitler".

W stanach nerwicowego niepokoju i mentalnego rozchwiania ci ludzie byli dla niego kołem 

ratunkowym, którego mógł się uchwycić w chwilach przygnębienia.

Wierność i koleżeństwo jego pierwszych towarzyszy były dla niego jak ożywczy napój.

Stąd też pobłażliwość, z jaką Hitler traktował nawet najbardziej  poważne występki swoich 

protegowanych.

Przytoczę   tylko   przykład   Streichera,   którego   musiał   odprawić,   gdy   dowiedział   się,   że 

podarował   on   swojej   przyjaciółce   szkatułkę   z   masywnego   złota   pełną   pierścionków,   których 

zbiórka miała wzbogacić fundusz wojenny Niemiec.

Hitler z przykrością podjął decyzję o zwolnieniu Streichera.

W następnych latach rozważał jednak darowanie kary i rehabilitację gauleitera Frankonii.

Podobnie było z Schaubem.

Schaub został adiutantem Hitlera dzięki Bormannowi, któremu udało się wpędzić w niełaskę 

Briicknera.

Schaub był członkiem-założycielem ruchu nazistowskiego.

Hitler opowiadał nam często, że na        początku jego działalności agitatorskiej rzucił mu się w 

background image

oczy człowiek, który wiernie uczestniczył we wszystkich spotkaniach i przemarszach, mimo że 

kulał na jedną nogę.

Już od pierwszych kontaktów nawiązała się między nimi prawdziwa przyjaźń, wzmocniona 

później wspólnym pobytem w więzieniu w Landsbergu.

Po odzyskaniu wolności zrobił z niego swojego totumfackiego.

Schaub zajmował się nie tylko ściśle osobistymi sprawami Fiihrera, ale wkrótce stał się jego 

powiernikiem w najbardziej sekretnych sprawach państwowych.

Do obowiązków Schauba należało też informowanie na bieżąco Hitlera o nowych filmach i 

sztukach   teatralnych,   organizowanie   prywatnych   wizyt,   wypisywanie   czeków   i   regulowanie 

należności,   porządkowanie   prywatnych   dokumentów,   przechowywanie   w   szafie   pancernej 

oryginałów wszystkich umów międzynarodowych i ważnych memoriałów pisanych przez Hitlera, i 

podejmowanie najbardziej poufnych kroków.

Można powiedzieć, że Schaub cieszył się praktycznie nieograniczonym zaufaniem Hitlera.

Chwiejnego charakteru, ale z natury intrygant, wykorzystywał - niestety - swą uprzywilejowaną 

pozycję do realizacji podłych intryg i do odegrania się za doznane urazy.

Wiedząc,   że   Hitler   żądny   jest   "małej   kroniki   skandalów"   w   swoim   sztabie,   czuł   się   w 

obowiązku   donoszenia   mu   o   drobnych   nawet   sprawkach,   w  jakie   wplątani   byli   ludzie   z   jego 

otoczenia.

Hitler   słuchał   go   z   dużym   zainteresowaniem   i   często   podejmował   wobec   swych 

współpracowników   kroki   dyscyplinarne,   które   pozostawały   w   całkowitej   dysproporcji   do 

miłosnych grzeszków, do których tamci się przyznawali.

Z tych  powodów Schaub był  znienawidzony przez wszystkich, jednak ze względu na jego 

zgubny wpływ na  Fiihrera nikt nie odważał się wystąpić przeciwko niemu publicznie.

Hitler uważał, że jego ulubionym grzeszkiem był alkohol.

background image

Jeśli dopuszczał, na przykład, że Schaub wziął sobie za przyjaciółkę berlińską ulicznicę, to z 

trudnością przychodziło mu wybaczyć jego pijaństwo.

W końcu jednak dawał za wygraną.

Gdy   donoszono   mu,   że   jego   adiutant   w   stanie   kompletnego   zamroczenia   alkoholowego 

wywołał   skandal   na   jakimś   przyjęciu,   wznosił   tylko   ręce   w   geście   rozpaczy   i   odpowiadał 

niezmiennie: "Znam jego wady; to smutne.

Ale co chcecie, żebym zrobił?

Mam tylko jego; nie mam nikogo, kto mógłby go zastąpić!".

Kłótnie Hitlera z Leyem nadawałyby się do "Grand Guignola".

W oczach Hitlera szef Niemieckiego Frontu Pracy był  genialnym  organizatorem i wielkim 

idealistą z fantastycznymi pomysłami.

Hitler zawsze mówił z podziwem o jego wielkim dziele społecznym na rzecz klasy robotniczej.

Wiedział poza tym, że Leyowi daleko do świętości.

Nawet gdy w ostatnich  latach  zachowanie Leya  stawało się coraz bardziej  skandaliczne,  a 

publikowane   przez   niego   artykuły   stały   się   irytujące   dla   przywódców   partyjnych,   Hitler   nie 

poddawał się naciskom i argumentował, że pewna warstwa ludzi potrzebuje tego pisarstwa Leya.

Gdy żyła jeszcze lgną Ley, Hitler był jej stałym gościem.

Uważał ją za kobietę o wielkiej urodzie, mającą zbawienny wpływ na swego męża.

Był przekonany, że prawie udało jej się zmusić męża do porzucenia nie tylko picia, ale też 

palenia.

Tymczasem   dla   wszystkich   było   wiadome,   Guignol   -   marionetka   występująca   najpierw   w 

ulicznych pokazach lalkowych.

"Grand Guignol" - teatr w Paryżu, w którym wystawiane są sztuki o makabrycznej treści.

 że te dwa nałogi, posunięte do szaleństwa, nadal siały u Leya spustoszenie.

Do dzisiaj nie mogę zrozumieć, jak Hitler mógł wierzyć,  że ten nałogowy alkoholik mógł 

zmienić swoje żałosne przyzwyczajenia pod szczęśliwym wpływem żony.

Hitler   dobrze   się   czuł   w   środowisku   artystów,   których   spotykał   u   Leyów,   co   było   o   tyle 

naturalne, że pani Ley była potomkiem bardzo starej rodziny artystów.

Samobójstwo tej młodej kobiety wstrząsnęło Hitlerem do głębi.

Zerwanie z małżeństwem Goebbelsów i śmierć pani Ley pozbawiły go za jednym zamachem 

przyjemności  zanurzania  się od czasu do czasu w inną atmosferę  niż ta, która panowała  przy 

słynnym kominku.

Ley był śmiesznie zakochany w swojej żonie.

background image

W jej obecności sprawiał wrażenie pawia bez przerwy nadskakującego swojej wybrance.

Pewnego dnia, w Berghofie, prowadząc mnie do stołu, wskazał na swą żonę idącą pod ramię z 

Hitlerem i powiedział, a właściwie wybełkotał pełen emocji: "Czyż nie jest cudowna, czyż nie jest 

wspaniałością?".

Wobec tak zaskakującej chełpliwości, mogłam tylko wybuchnąć śmiechem.

Opowiadam o tym epizodzie, aby pokazać, do jakiego stopnia Ley był związany ze swoją żoną, 

jak manifestował swoje uczucie do niej, i aby wyjaśnić, że jego postawa po jej śmierci stała się dla 

wszystkich, włącznie z Hitlerem, powodem do konsternacji.

Fiihrer był oburzony, gdy dowiedział się, że Ley związał się z dziewiętnastoletnią estońską 

tancerką, której największą zasługą było to, że przypominała mu zmarłą żonę.

Doktorowi Morellowi przypadło zadanie rozprowadzenia  wśród nas fotografii baletnicy,  na 

których stwierdziliśmy uderzające wręcz podobieństwo do Igny.

Pod naciskiem Leya, jej uczesanie,  makijaż i stroje były po prostu identyczne z make-up pani 

Ley; zdawało nam się, że padliśmy ofiarą halucynacji.

Muszę   jednak   dodać,   że   młoda   Estonka   znacznie   przewyższała   panią   Ley   pod   względem 

inteligencji i zdolności.

Ley   chciał   uzyskać   wyrozumiałość   Hitlera,   podkreślając   podobieństwo   swej   młodej 

protegowanej do zmarłej żony.

Miał nadzieję, że zyska w ten sposób jego zgodę na małżeństwo.

Ale ten manewr został obrócony wniwecz.

Hitler   uważał,   że   jest   to   obraza   pamięci   zmarłej   i   bałwochwalstwo,   które   polegało   na 

przywróceniu życia żonie pod postacią innej kobiety.

Oznajmił mi, że w takim razie nigdy więcej nie postawi już nogi u Leya.

A w ogóle sądzę, że Hitler miał tylko jednego wielkiego przyjaciela, który wywarł na niego 

znaczny wpływ -poetę Eckharta.

background image

Można zapytać, w jaki sposób Hitler po wojnie 1914--1918 otworzył sobie drzwi do miejsc, 

które   normalnie   musiały   być   zamknięte   dla   kaprala-agitatora,   którym   był   podczas   tej   wielkiej 

wojny.

Wiele osób nie wie, że w 1920 roku poznał on poetę Eckharta.

Przypadek chciał, że ten ostatni uczestniczył w spotkaniu kierownictwa młodej partii NSDAP.

Hitler, jak zwykle w porywczy sposób, opisał chaotyczną sytuację, z jaką muszą się zmierzyć 

Niemcy.

Zaklinał wszystkich do podjęcia wysiłku naprawy, dla którego inspiracją miałaby być nowa 

doktryna narodowego socjalizmu.

Magnetyzm, jaki od niego promieniował, jego lapidarne argumenty, jego płomienny sposób 

mówienia wywarły głębokie wrażenie na starym poecie-patrio-cie.

Eckhart, dosłownie oczarowany, powiedział Hitlerowi wprost, że uważa go za człowieka, o 

którym będzie mówił cały świat.

Szybko też przystąpił do działań mających zjednać Hitlerowi sympatię monachijskich salonów.

  Przedstawiał go przemysłowcom, wysokim funkcjonariuszom państwowym, artystom, i dawał 

dowód   niewyczerpanej   żarliwości   w   zjednywaniu   nacjonalistów   bawarskich   dla   ruchu 

narodowosocjalistycznego.

Eckhart walczył konsekwentnie z uprzedzeniami pewnych środowisk, które nie dawały wiary, 

że były kapral, bez żadnego umocowania i bez żadnych referencji, będzie w stanie przewodzić 

ruchowi, którego celem jest duchowe zjednoczenie Niemiec.

Nie   cofał   się   przed   żadnymi   ofiarami,   aby   zmniejszyć   wahania   środowisk   finansowych   i 

gospodarczych wobec "wczoraj jeszcze nieznanego", który uważa się za wyzwoliciela kraju.

Poeta stał się prawdziwym źródłem dochodów dla młodej partii.

Niestrudzony, organizował zbiórki pieniędzy, które pozwalały rozwinąć bojaźliwą propagandę 

z początków ruchu w prawdziwe, zorganizowane kampanie.

Jednak pomoc materialna była niewielką rzeczą w porównaniu z bezpośrednim wpływem, jaki 

Eckhart wywierał na swego wychowanka.

Hitler, który był od niego o dwadzieścia lat młodszy, uznawał go za swojego dobroczyńcę i 

najlepszego przyjaciela.

Jego szeroka wiedza, błyskotliwy humor i przenikliwa inteligencja działały na Hitlera do tego 

stopnia, że nawet ktoś tak podejrzliwy na tym punkcie jak on uważał się za jego ucznia.

Byli prawdziwymi przyjaciółmi.

Wpływ Eckharta był niewątpliwie decydujący dla charakteru i edukacji Hitlera.

background image

Dzięki   niemu   Hitler   uniknął   na   początku   swej   kariery   wielu   zawodów   i   bolesnych 

niespodzianek, na jakie zwykle natrafia człowiek chodzący po omacku.

Gdy Eckhart wystawiał swą adaptację sztuki Henryka Ibsena, Hitler wielokrotnie przyjeżdżał 

do Berlina.

Za każdym razem wszędzie towarzyszył poecie i w ten sposób     miał okazję wkręcić się w 

środowisko wielkiej burżuazji Berlina, które były jeszcze bardziej oporne wobec jego idei, niż te w 

Monachium.

Hitler,   dzięki   swemu   przyjacielowi,   nawiązał   kontakt   ze   znanymi   pisarzami,   cenionymi 

ekonomistami i renomowanymi artystami.

Śmierć Eckharta była dla Hitlera bardzo ciężkim ciosem.

W późniejszym jego życiu nie było mu już dane spotkać przyjaciela, z którym żyłby w takiej 

harmonii myśli i uczuć.

Zawsze, gdy opowiadał mi o poecie, jego oczy stawały się wilgotne.

Po przejęciu władzy Hitler często powtarzał, że tym  bardziej żałuje przedwczesnej  śmierci 

wielkiego pisarza, iż teraz byłoby możliwe zwrócić mu dobro, które tamten mu wyświadczył.

Niemniej,   jeśli   mówiłam   wcześniej,   że   Hitler   dawał   próbę   absolutnej   wierności   względem 

swych pierwszych towarzyszy walki, to ten kompleks wdzięczności ulotnił się w ostatnich latach 

jego życia pod ciosami zdarzeń.

Znałam   wielu   ludzi,   zwłaszcza   generałów,   w   stosunku   do   których   przez   długie   lata 

manifestował oznaki przyjaźni, a którzy nagle popadli w zapomnienie.

Wielka liczba jego pierwszych przyjaciół sprowadziła na siebie jego gniew, przy czym  nie 

usłyszeli żadnych wiarygodnych wyjaśnień tej zmiany postawy.

Chciałabym przytoczyć osobliwy przykład dr.

Brandta, który od 1932 roku towarzyszył Hitlerowi we wszystkich jego wyjazdach.

background image

Interesującym   byłoby   wyjaśnić,   w   jaki   sposób   ten   młody   doktor   wszedł   w   łaski   Fiihrera, 

ponieważ Hitler wykazał w tym szczególnym przypadku całą niewdzięczność i nienawiść, na jaką 

było go stać, gdy ktoś stracił jego zaufanie.

Podczas   pobytu   Hitlera   i   jego   pierwszych   zwolenników   w   więzieniu   w   Landsbergu,   oni 

spędzali czas na pisaniu               zwykłych  listów, podczas gdy ich mistrz pisał biblię ideologii 

narodowosocjalistycznej, Mein Kampf.

Jego pierwszy szofer, Emil Maurice, napisał list pochwalny do Anni Rehborn, która w owym 

czasie była mistrzynią świata w pływaniu.

Nastąpiła regularna wymiana korespondencji.

Gdy Hitler opuścił więzienie, sportsmenka została mu przez szofera przedstawiona.

Między Hitlerem a panną Rehborn zawiązała się przyjaźń.

Pewnego dnia poznała go ze swym narzeczonym, młodym lekarzem z Bochum.

Był to doktor Karl Brandt.

W   tamtych   czasach   Hitler   miał   jeszcze   zwyczaj   przemierzania   Niemiec   samochodem   -   na 

złamanie karku.

W trakcie jednego z tych wyjazdów zdarzył się wypadek, w którym ciężko ranny został jego 

adiutant Briickner.

Przypadek sprawił, że dr Brandt i panna Rehborn byli akurat w jego orszaku.

Sprawność, z jaką dr Brandt udzielił pierwszej pomocy rannemu, mając do dyspozycji tylko 

prowizoryczne środki, zwróciła na niego przychylną uwagę Hitlera.

Mianował go natychmiast swoim osobistym lekarzem.

Brandt skwapliwie przyjął to stanowisko i kontynuował studia na Uniwersytecie w Berlinie, 

które ukończył jako chirurg o wielkiej renomie.

Jednakże zgoda między Fuhrerem Trzeciej  Rzeszy a jego lekarzem  została zakłócona,  gdy 

pojawił się dr Moreli, który został lekarzem domowym Hitlera.

Brandt odrzucał metody leczenia Morella i niemal publicznie traktował go jak szarlatana.

Opowiadał dowcipy na temat próżności i żądzy korzyści tego "konowała" Hitlera.

Istniał nie tylko ostry spór między Brandtem a Morellem, ale dochodziło też do gwałtownych 

scen   między   Hitlerem   a   Brandtem,   gdyż   Moreli   starał   się   donosić   swemu   pryncypałowi   o 

wszystkich niegrzecznych uwagach, jakich był przedmiotem.

Hitler zdany był na leczenie, które Moreli potrafił mu narzucić, i chętnie słuchał plotek, jakie 

tenże mu przekazywał.

Aby przeciąć te intrygi, gdyż mógł stać się ich ofiarą, nadał każdemu z nich tytuł profesora.

background image

Podczas wojny Hitler coraz rzadziej korzystał z usług Brandta, który zajmował się już tylko 

zaopatrywaniem oddziałów na froncie wschodnim w środki sanitarne.

Mianowany komisarzem generalnym Rzeszy do spraw zdrowia publicznego i higieny, właśnie 

z   tego   tytułu   kierował   badaniami   i   eksperymentami,   o   które   tak   gwałtownie   oskarżono   go   w 

Norymberdze.

W owym czasie Brandt był w dość dobrych stosunkach z Hitlerem.

Ten ostatni często zapraszał go na rozmowy w cztery oczy, co ściągało oczywiście na Brandta 

podejrzliwość i wrogość Bormanna.

Aby oddalić Hitlera od Brandta, posłużono się najbardziej łajdackimi intrygami.

Brandt miał, niestety, zbyt prawy charakter, aby nie wpaść we wredne i skryte pułapki, jakie na 

niego zastawiono.

Brandt wbił sobie do głowy, że musi uchronić Hitlera przed metodami leczniczymi Morella.

Pewnego dnia zwołał najbliższych współpracowników Fiihrera i tłumaczył im, że nie powinni 

pozostawiać kruchego zdrowia Hitlera w rękach takiego szarlatana.

We wrześniu 1944 roku Hitler zrobił Brandtowi wielką awanturę, gdy ten poradził mu, aby w 

sprawach swego leczenia odwołał się do znakomitości profesorskich z akademii.

Gdy   Brandt   wykazał   mu,   że   niektóre   pastylki   zalecane   mu   przez   Morella   zawierają   silną 

truciznę, Hitler całkowicie się od niego odwrócił i zwolnił go.

Sympatia, którą Hitler zawsze przejawiał w stosunku do Brandta, zmieniła się w tak ślepą 

nienawiść, iż był on        przekonany, że to właśnie Brandt miał zamiar go otruć.

Rywalizacja między jego dwoma lekarzami była dla niego dowodem, że Brandt jest członkiem 

bandy konspiratorów zdecydowanych go sprzątnąć.

W ostatnich miesiącach wojny ta wrogość już tylko się zwiększała.

background image

W  marcu   1945 roku  dowiedział   się,  że  Brandt  wysłał  swoją  żonę  na  zachód  Niemiec,   do 

regionu, który lada chwila miał się znaleźć pod okupacją aliantów.

Hitler zinterpretował ten gest jako akt zdrady i skazał Brandta na śmierć.

Od słupa egzekucyjnego uratowało lekarza nadejście wojsk amerykańskich.

Było to jednak tylko odłożenie egzekucji.

Trybunał   w   Norymberdze,   skazując   Brandta   na   śmierć   przez   powieszenie,   dał   Hitlerowi 

pośmiertną satysfakcję...

Rozdział 9 Od wielkości do śmieszności jest tylko jeden krok.

Hitler   Z   tego,   co   zostało   do   tej   pory   powiedziane,   wynika,   że   Hitler   dysponował   dwoma 

środkami, rozwiniętymi niemal do doskonałości, które zapewniły mu sukces: wolą i pamięcią.

Jeszcze dziwniejsze jest to, że jego surowość i zaciekły upór połączone były z innymi ważnymi 

cechami jego charakteru: elastycznością i sprytem.

Hitler, jeśli był tytanem silnej woli i geniuszem mnemo-techniki, to był również, a ośmielę się 

powiedzieć, że przede wszystkim, mistrzem komedii i hipokryzji; hipokryzji tak naturalnej, że sam 

się na nią nabierał, a równocześnie tak wyrachowanej, że inspirowała ona każdy z jego gestów i 

czynów.

Hitler był kwintesencją maksymy przytoczonej na początku tego rozdziału.

W trakcie naszych rozmów przytaczał ją bardzo często i tłumaczył mi, że bez przerwy o niej 

pamięta, aby nigdy nie stracić twarzy wobec rozmówców lub w oczach swojego otoczenia.

Często   parafrazował   ją,   cytując   stare   ludowe   porzekadło,   które   mówi,   że   "dla   mojego 

kamerdynera nie istnieje wielki człowiek". Z wielkim mistrzostwem, w zazdrosnej trosce o to, aby 

nie utracić blasku czy aureoli, Hitler potrafił przywdziać maskę w każdych okolicznościach.

Ten strach przed fałszywym krokiem był u niego wręcz chorobliwy; tłumaczy on dwulicowość, 

której Hitler dał świadectwo w niezliczonych sytuacjach.

Dalej powiem o trudnościach, jakie miał Moreli, jego osobisty lekarz, z przekonaniem go, by 

poddał się masażom i zrobił sobie prześwietlenie.

Hitler miał obsesyjny wstręt do rozbierania się w obecności kogoś obcego, gdyż obawiał się, że 

ten ktoś może to wykorzystać ze szkodą dla jego reputacji.

Mało tego, nawet jego kamerdyner nigdy nie miał prawa wejść do niego, zanim on się nie 

ubrał.

Ta troska o to, co ludzie powiedzą, manifestowała się w najdrobniejszych nawet szczegółach.

Na przykład po dojściu do władzy Hitler przestał nosić słynne  bawarskie krótkie skórzane 

spodenki.

background image

Żałował, że nie może dzięki nim czuć się swobodnie, ale mówił: "Żeby nosić krótkie spodenki, 

trzeba mieć opalone nogi, co mnie nie dotyczy".

Przerażała go po prostu myśl, że w takim stroju ośmieszyłby się jako szef państwa.

Z zasady unikał też korespondencji z kobietami, z którymi coś go łączyło.

Miłosne wyznanie Streichera wpadło kiedyś w niepowołane ręce.

Słownictwo   tego   liściku   było   tak   płomienne,   że   gauleiter   Frankonii   stał   się   publicznym 

pośmiewiskiem.

Dlatego też Hitler uważał, że wielkim ludziom nie wolno pisać listów miłosnych.

Był oczywiście w kontakcie listownym ze swoją przyjaciółką Evą, ale wiem, że listy te zawsze 

były krótkie i nigdy nie mówiły o uczuciach.

Nigdy   też   nie   były   dostarczane   pocztą,   lecz   bezpośrednio   przez   Mormanna,   Schauba   lub 

Fegeleina.

 Hitler ze szczególną uwagą czuwał nad organizacją urządzanych przez siebie przyjęć.

Był przerażony myślą, że jego personel może popełnić jakiś nietakt wobec gości; nietakt, który 

mógłby zaszkodzić jego prestiżowi.

Słyszałam, jak groził Kallenbergowi, swemu majordomusowi, najsurowszymi sankcjami, jeśli 

w trakcie wieczoru zdarzy się jakiś nietakt.

Miał zwyczaj zbierania personelu przed każdym przyjęciem, aby przypomnieć mu, jak ważna 

jest jego rola.

Przed   nadejściem   gości   osobiście   doglądał   stołu,   aby   przekonać   się,   czy   nic   nie   zostało 

przeoczone.

W 1939 roku, po powrocie Ribbentropa z Moskwy, długo przepytywał jego adiutanta.

background image

Gdy ten powiedział mu, że Stalin przed zaproszeniem gości do stołu długo sprawdzał, czy 

niczego na nim nie brakuje, wyraziłam lekkomyślnie uwagę: "Zdaje się, że Stalin, tak jak pan, 

troszczy się, aby wszystko było bez zarzutu".

Hitler odpowiedział poirytowany: "Moi domownicy i mój dom zawsze są doskonali!".

Mogłabym przytaczać niezliczoną ilość przykładów, w których przejawiała się obsesja Hitlera 

na punkcie jego prestiżu.

Epizod, który opowiem, jest tak charakterystyczny, że nie mogę się powstrzymać, aby o nim 

nie wspomnieć.

Przed   objęciem   władzy   Hitler   dostał   w   prezencie   teriera   szkockiego,   z   którym   bardzo   się 

zaprzyjaźnił.

Łagodne traktowanie małej suczki wyraźnie go bawiło.

"Burli", bo takie było jej imię, miała prawo robić wszystko: tarzała się po fotelach i buszowała 

w najbardziej nawet tajnych papierach.

Hitler bawił się z nią jak dziecko.

Czuwał   jednak,   aby   oddawać   się   tej   rozrywce   tylko   samotnie,   w   ukryciu   przed   obcymi 

spojrzeniami.

Również przy mnie odganiał ją brutalnie, aby potem, gdy już wyszłam z pokoju, przywołać ją 

najbardziej czułymi słówkami.

Hoffmann,        jego fotograf, miał zabronione publikować zdjęcia, które ukazywałyby go w 

trakcie zabawy z Burli.

Z całą powagą tłumaczył ten zakaz tym, że człowiek o jego pozycji, jeśli publicznie pokazuje 

się z psem, to może to być tylko owczarek.

Jeśli Hitler skrupulatnie dbał o swój wygląd  zewnętrzny,  to z równą troską podchodził  do 

swojej reputacji, która w żaden sposób nie mogła być naruszona.

W żadnym wypadku nie naraziłby swej renomy, aby załagodzić spory lub pogodzić rywali.

Jego poczucie odpowiedzialności było bardzo elastyczne.

Ze sprytem ocierającym  się o cynizm  umiał  ustawiać się poza wszelkimi  podejrzeniami w 

najbardziej nawet kompromitujących sytuacjach.

Widziałam jego zachowania pozbawione wszelkich skrupułów.

On, który wszystko wiedział i we wszystkim się orientował, często pozostawał ukryty w cieniu, 

aby nie zniżać się do drażliwych problemów.

Znakomicie potrafił posługiwać się kozłami ofiarnymi.

Odwoływał  się do najbardziej wymyślnych  pretekstów, aby przesłonić rzeczywiste powody 

background image

swoich czynów i oddalić od siebie jakąkolwiek możliwość kompromitacji.

Gdy pragnął uwolnić się od kogoś, rzadko kiedy przyznawał się do prawdziwych pobudek - 

zawsze wykorzystywał jakiś pretekst, który wprowadzał wszystkich w błąd.

Wystarczy,   że   przytoczę   przykład   marszałka   von   Blomberga,   ofiarę   najbardziej   haniebnej 

intrygi, w wyniku której musiał on opuścić stanowisko szefa Wehrmachtu.

Gdy   powiadomił   Hitlera   o   zamiarze   poślubienia   swojej   sekretarki,   ten   znalazł   wymarzony 

pretekst, aby pozbawić go pozycji, z której sprzeciwiał się jego planom organizacji Rzeszy.

Fuhrer dał zgodę na to małżeństwo i był nawet, wraz z Goeringiem, świadkiem na ślubie.

Jakież było zdziwienie von Blomberga, gdy posłużono się  raportem gestapo, w którym opisane 

były szczegóły dotyczące podejrzanej przeszłości jego młodej żony, aby nakazać mu opuszczenie 

armii.

Hitler wszystko przewidział, również zgodę von Blomberga na rozwód, co przekreślałoby jego 

plany.

W piśmie nakazującym dymisję zastrzeżono, że będzie mógł powrócić na dawne stanowisko 

nie wcześniej, niż po rocznym pobycie za granicą.

Kilka miesięcy po tym zdarzeniu, Wehrmacht, pod bezpośrednim dowództwem Hitlera, napadł 

na Austrię.

Jestem przekonana, że cała ta afera została zmontowana w najdrobniejszych szczegółach po to, 

aby   Hitler   mógł   bez   przeszkód   zrealizować   swój   plan   inwazji   Austrii   -   plan,   któremu   von 

Blomberg odważył się przeciwstawić.

Inny przypadek to kapitan okrętu, Albrecht, jego doradca do spraw marynarki wojennej.

Małżeństwu   Albrechta   z   dziewczyną   z   drobnej   burżuazji   przeciwstawił   się   dowódca   floty 

niemieckiej.

Hitler jednak, wbrew zdaniu admirała, zgody udzielił.

Pokazuje to dobrze, że Hitler, gdyby nie miał ukrytego zamysłu, również w przypadku von 

Blomberga mógłby skorzystać ze swej władzy.

Ten incydent często był przywoływany w trakcie pogadanek przy kominku.

background image

Hitler jednak zawsze wymigiwał się od odpowiedzialności, twierdząc, że to nagłe odejście von 

Blomberga   należy   zapisać   na   konto   nieprzejednanej   kasty   oficerów   ze   Sztabu   Generalnego 

Wehrmachtu.

Jest dosyć dziwne, że po nieudanym zamachu 20 lipca 1944 roku Hitler wyciągnął przypadek 

Blomberga.

Z   furią   zrzucił   na   oficerów   ze   Sztabu   Generalnego   odpowiedzialność   za   wszystkie 

niepowodzenia armii, a jako dowód ich kryminalnej dwulicowości przywołał fakt, że powinni byli 

powiadomić go o mezaliansie Blomberga przed ceremonią ślubną, a nie wtedy, gdy było już za 

późno.

  Hitler miał manię "aranżowania" małżeństw.

Znam przypadki  osób, które ściągnęły na siebie jego antypatię za to, że nie poślubili tych 

kobiet, które on im doradzał.

Przytoczę przykład jego adiutanta Brucknera, który nie dostosował się do manifestowanej przez 

Hitlera woli, aby ożenił się z dziewczyną, do której on, Hitler, zawsze czuł wielką sympatię.

Briickner odrzucił tę sugestię i w swym wichrzycielskim zachowaniu posunął się nawet do 

tego, że ożenił się z córką pewnej damy, która, jak się zdawało, była odpowiedzialna za pierwszy 

rozwód pani Goebbels.

Aby zaznaczyć swą sympatię do tej ostatniej, Hitler przeciwstawił się małżeństwu Brucknera z 

dziewczyną, która nie ponosiła najmniejszej winy za kłopoty miłosne pani Goebbels.

Ale Briickner dał dowód swej niezłomnej woli.

Przypuszczał, że zły humor objawiany przez Hitlera przy tej okazji z czasem się ulotni.

Nie wziął jednak pod uwagę pamiętliwego charakteru Fiihrera.

Od tej pory wszystkie podejmowane przez Brucknera inicjatywy spotykały się z ostrą krytyką 

szefa.

Życie w takiej atmosferze stało się dla niego nie do zniesienia i w końcu musiał poprosić o 

zwolnienie.

Hitler nigdy później nie chciał przyznać, że Briickner popadł w niełaskę, ponieważ odważył się 

robić po swojemu; ale w rozmowach widać było, że ciągle czuje do niego urazę.

Nigdy nie wymienił imienia żony Brucknera, podczas gdy ciągle obsypywał pochwałami tę, 

której Briickner nie chciał.

Przytoczę jeszcze przypadek młodego człowieka z otoczenia Hitlera, który chciał się ożenić z 

siostrą Evy Braun.

Hitler   odniósł   się   do   tego   zamiaru   bardzo   przychylnie   i   przepowiadał   związkowi   piękną 

background image

przyszłość.

Do ślubu nie doszło jednak ze względów czysto osobistych.

Hitler okazał całą swą zawziętość, do jakiej był zdolny.

Nie   wiedział,   co   to   znaczy   przeprosić,   lecz   przeciwnie,   jego   niezadowolenie   tylko   się 

zwiększało; i przeciwko tym, którzy nie poddawali się jego życzeniom i zmiennym nastrojom, 

gromadził w sobie wrogość, która prędzej czy później wychodziła na wierzch.

Tak właśnie stało się z tym młodym człowiekiem, który odważył się być niezależnym.

Pewnego   dnia,  podczas   narady  z  generałami,  Hitlera   zdenerwowała   bzycząca  mucha,   więc 

nakazał temuż właśnie oficerowi, aby ją zabił, ale on zdawał się nie dosłyszeć tego dziwacznego 

rozkazu.

Hitler się wściekł i rzucił mu ze wzgardą: "Do niczego nie jest pan zdolny!

Sekretarz z mojego biura był w stanie pokierować pierwszą kieszonkową łodzią podwodną, a 

pan, oficer SS, nie jest w stanie zabić nawet muchy!".

(Historia z kieszonkową łodzią podwodną rzeczywiście miała miejsce).

Młody   oficer   musiał   natychmiast   opuścić   salę   obrad   i   został   przydzielony   do   jednostki 

walczącej na froncie wschodnim.

Mogłabym   przywołać   nieskończoną   ilość   przykładów,   które   ilustrowałyby   tę   diaboliczną 

zawziętość, która rzadko objawiała się tak otwarcie, jak w opisanym przypadku.

Na opowiedzenie zasługuje również niełaska okazywana ambasadorowi Hewelowi.

Popełnił on mianowicie ten błąd, że nie zaprosił pani Braun na swój ślub.

Ten  nietakt   wywołał  u  Hitlera  gniew,   którego  jednak  otwarcie  nie   okazał,   lecz   trzymał  w 

zanadrzu, czekając na stosowny moment dla jego wybuchu.

Hewel przestał dla niego istnieć!

Taka postawa była tym dziwniejsza, że chodziło o jednego z pierwszych towarzyszy walki 

Hitlera i że dzielił on z nim więzienie w Landsbergu.

background image

Po uwolnieniu opuścił ojczyznę i dziesięć lat przebywał w Indiach.

Po powrocie w 1937 roku został oficerem łącznikowym między Hitlerem i Ribbentropem.

Hewel miał rangę ambasadora, choć nigdy nie uprawiał dyplomacji.

Ten   nadzwyczajny   awans   i   specjalne   względy,   jakimi   Hitler   go   otoczył,   wystarczająco 

pokazują, jaki miał dla niego szacunek.

Często żartował z Hewela, że mając tyle lat, nie znalazł sobie jeszcze kobiety w swoim guście.

W   końcu,   gdy   się   ożenił,   jego   błąd   towarzyski   spowodował   definitywną   utratę   przyjaźni 

Hitlera.

Hewel uraził miłość własną towarzyszki życia Hitlera: błąd był nie do wybaczenia!

Od tej pory wszystko, co Hewel robił, było złe.

Jego raporty, które jeszcze nie tak dawno zachwycały Hitlera swą klarowną logiką, stały się dla 

niego zlepkiem niepowiązanych ze sobą zdań.

Hitler nie ośmielił się jeszcze go odprawić, ale wszczynał intrygi, które miały pozbawić go 

wszelkiego prestiżu w oczach jego otoczenia.

Podczas nocnych herbatek insynuował, że jego współpracownik nie jest nikim innym, jak tylko 

łowcą posagów.

Nigdy nie, przyznał, jaki jest rzeczywisty powód, dla którego Hewel utracił jego szacunek.

Był zbyt wielkim hipokrytą, aby odsłonić w ten sposób małostkową i ciasną drażliwość swego 

charakteru.

i Gdy tarcia i spory dawały o sobie znać wśród przywódców partyjnych, Hitler nigdy nie stawał 

po którejś ze stron.

Skrywał się w postawie życzliwej neutralności wobec antagonistów, śledząc jednak dokładnie 

rozwój wypadków.

Często  miałam  wrażenie,   że  rywalizacja  o  wpływy   między  Hessem  a Goeringiem,  między 

Goeringiem   a   Himmlerem,   między   Goebbelsem   a   Goeringiem,   między   Goebbelsem   a 

Ribbentropem...

po prostu go bawiła.

Jednak gdy stwierdzał, że na tej rywalizacji cierpią sprawy państwowe, dawał  wyraz swemu 

niezadowoleniu, piętnując w ostrych słowach ich postawę.

Kiedyś zapytałam go, dlaczego od razu nie rozstrzygał tych sporów, aby zdusić je w zarodku.

Odpowiedział mi wymijająco: "Niech ci panowie załatwią to między sobą.

Lepiej zrobię, jak się nie będę wtrącał w ich historie.

Jestem ponad takie rzeczy".

background image

Prawda jest taka, że swoją postawą tylko podsycał ich rywalizację, ukrywając przy tym swój 

prawdziwy cel, jakim było uniemożliwienie stworzenia jednolitego frontu przez jego zastępców, 

którzy mogliby zbuntować się przeciw jego despotyzmowi.

Ciekawym było stwierdzić, jak Hitler potrafił uwalniać się od odpowiedzialności, gdy ludziom 

udawało się do niego dostać, aby odwołać się do jego miłosierdzia.

Był pierwszy do podkreślania surowości prawa.

W obecności swych ofiar Hitler rzadko kiedy zachowywał się jak bezkompromisowy dyktator.

Nie miał po prostu odwagi wziąć w obronę prawa, które osobiście ustanowił.

Zawsze obiecywał interwencję i w wielu wypadkach rzeczywiście naprawiał niektóre błędy i 

nadużycia.

Te udane interwencje tłumaczą, dlaczego wśród Niemców rozeszła się legenda o tym, że Hitler 

nie był świadom korupcji swego reżimu.

On sam przyczynił się do jej unicestwienia.

Pewnego   dnia,   w   trakcie   rozmowy,   powiedziałam   mu,   że   bardzo   często   ludzie   dotknięci 

niesprawiedliwością   wykrzykują   w   rozpaczy:   "Gdyby   Fuhrer   wiedział   o   tych   nadużyciach,   na 

pewno by do nich nie dopuścił!".

Hitler utkwił we mnie lodowate spojrzenie i wycedził: "To są głupoty.

Ja o wszystkim wiem".

Był to dowód na to, że wszystkie jego interwencje i wszystkie kroki, które podejmował, aby 

wynagrodzić           niektórym   ludziom   doznane   krzywdy,   nie   były   inspirowane   poczuciem 

miłosierdzia, lecz stanowiły kamuflaż dla jego naturalnej surowości.

Swym brakiem otwartości Hitler dosłownie komplikował sobie życie.

Przytoczę   tylko   przykład   kucharki,   którą   Moreli   zaangażował   w   1943   roku,   aby 

przygotowywała posiłki wegetariańskie, które stały się wyłącznym pożywieniem Fuhrera.

Przez sześć miesięcy Hitler nie ustawał w pochwałach sztuki kulinarnej nowej pracownicy.

Zapraszał ją nawet od czasu do czasu, aby wypiła z nami herbatę.

background image

Pewnego  dnia  gestapo  doniosło,  że  drzewo  genealogiczne  kucharki   nie  odpowiada  kodowi 

czystego aryjczyka.

Przygotowywanie posiłków Hitlerowi przez "ćwierć-Żydówkę" to rzecz niemożliwa!

Hitler jednak nie odważył się na natychmiastowe jej odprawienie.

Jak zwykle, odegrał najpierw ohydną komedię.

Oświadczył, że cierpi na bóle żołądka i więcej prawie nie tknął posiłków przygotowywanych 

przez tę kucharkę.

Ona była w rozpaczy i nie mogła zrozumieć, skąd u niego ten nagły brak apetytu.

Hitler jednak milczał.

Czekał aż do lutego 1944 roku, żeby zakończyć tę historię.

Wyjeżdżając na dłuższy pobyt do Berchstesgaden, dał jej na ten czas urlop.

Ciągle jednak nie wyjawiał powodów swej dziwnej postawy.

Dopiero Bormann zawiadomił ją listownie, aby uznała się za zwolnioną z pracy w osobistej 

obsłudze Hitlera z przyczyn rasowych.

Jednak sprawa daleka była od zakończenia!

Kucharce udało się spotkać z Hitlerem i poskarżyć, że padła ofiarą haniebnej machinacji.

Hitler poczuł się bardzo zakłopotany i obiecał, że postara się wyjaśnić sprawę.

Tego samego wieczoru, nawiązując do argumentów swej pracownicy, przyznał wobec nas, iż 

wcale nie jest udowodnione, że babcia byłej kucharki była Żydówką, ale że jej tureckie nazwisko 

prawdopodobnie wprowadziło w błąd jego służby.

Ale te same służby nie dały się tym przypuszczeniom zbić z tropu i biedna kobieta musiała 

definitywnie porzucić garnki, w których gotowała smutne wegetariańskie posiłki dla największego 

hipokryty Niemiec.

Chciałabym zakończyć ten wątek, opowiadając o kłopotach, jakie Hitler miał z rodziną ministra 

propagandy, Goebbelsa.

Jeśli chodzi o poziom inteligencji, to Goebbels bez wątpienia górował nad wszystkimi, którzy 

tworzyli otoczenie Hitlera.

Ten ostatni doceniał go w pełni zarówno jako genialnego propagandystę, jak i towarzysza walki 

z dawnych lat.

Często mówił o nim jako o zdobywcy Berlina.

Hitler lubił towarzystwo swego ministra o zniekształconej stopie.

Za każdym razem, gdy pojawiała się jego makiaweliczna twarz, czułam, że Hitler przeżywa 

szczerą radość.

background image

Ich rozmowy zawsze były żywe i upstrzone dowcipnymi uwagami.

Przy   stole   błyskotliwa   inteligencja   i   cierpka   dialektyka   Goebbelsa   dosłownie   przygniatała 

wszystkich biesiadników.

Miał on zwyczaj wybierania sobie kozła ofiarnego, którego zasypywał cynicznymi kpinami.

Posiadał   niezrównaną   umiejętność   ośmieszania   ludzi   poprzez   naśladowanie   ich   ruchów   i 

gestów albo czynienie z nich bohaterów anegdot, które opowiadał z wielką werwą i zadziwiającym 

realizmem.

Goebbels był genialnym przeciwnikiem i znakomitym adwersarzem, używającym najbardziej 

przebiegłych środków.

Hitler często odwiedzał dom Goebbelsów do 1939 roku.

Darzył   wielką   sympatią   panią   Goebbels,   która,   mimo   swej   naturalnej   żywiołowości, 

zachowywała rezerwę i dystans.

Jej umysł i wrodzona elegancja wywierały na               wszystkich, którzy się do niej zbliżali,  

niezaprzeczalny urok.

Hitler   uwielbiał   szóstkę   dzieci   Goebbelsów,   które   były   niezwykle   dobrze   wychowane   i 

przedwcześnie dojrzałe.

Gdy opowiadał o nich, widziałam, że ma wilgotne oczy.

Hitler   przyjmował   zaproszenia   Goebbelsów   również   dlatego,   że   dzięki   temu   miał   okazję 

spotykać artystów, w których towarzystwie tamci zawsze się bawili.

Warto   odnotować,   że   Goebbels   miał   rzadki   przywilej   opowiadania   Hitlerowi   politycznych 

dowcipów.

Słuchając ich, Hitler bardziej nawet smakował zgryźliwy sposób ich opowiadania niż samą 

treść.

Często słyszałam Hitlera nazywającego Goebbelsa "durchtiebener Hund", "schlauer Fuchs" itp.

(przebiegły pies, szczwany lis) - tymi słowami płacił on haracz inteligencji i sprytowi swego 

ministra propagandy.

Goebbels, daleki od praktykowania ascezy, nie był wcale materialistą.

Tylko inteligencja i dowcip przedstawiały dla niego pewną wartość.

Był zarozumiały i zadufany w sobie, ale - w przeciwieństwie do Goeringa, którego serdecznie 

nie cierpiał - znał miarę rzeczy.

background image

W wykonywaniu swojej funkcji ministra propagandy przewyższał wszystkich dzięki pewnej 

liczbie wspaniale stosowanych sztuczek, które jednak, zbyt często powtarzane, z biegiem czasu 

traciły swą skuteczność.

Tym niemniej Goebbels był wytrawnym graczem, który znał swoją wartość.

W 1940 roku prywatne relacje między Goebbelsem a Hitlerem wyraźnie się ochłodziły.

Minister propagandy - ze swoimi niezliczonymi romansami, które były już publiczną tajemnicą 

- stał się dla Hitlera bardzo niewygodny i trudny do zaakceptowania.

Jego stosunki z Lida Baarową, aktorką filmową, wywołały taki skandal, że paru Goebbels 

zdecydowała się na rozwód.

Hitler,   z   racji   128         ewentualnych   skutków   tego   posunięcia   w   polityce   wewnętrznej   i 

zagranicznej, przeciwstawił się temu zerwaniu.

Los dzieci również leżał mu na sercu.

Goebbels i jego żona zostali wezwani do Berchtesgaden.

Po namowach, obiecali Hitlerowi, że znowu podejmą wspólne życie.

Zrobioną z tej okazji fotografię całej rodziny Goebbelsów rozesłano do wszystkich gazet, aby 

położyć kres przykrym pogłoskom krążącym w niemieckim społeczeństwie.

Hitler był szczególnie zawiedziony nieprzejednaną postawą pani Geobbels w trakcie rozmów 

pojednawczych.

Wyrzucał   jej,   że   dramatyzuje   sytuację,   a   przede   wszystkim,   że   rozpowszechnia   tajemnice 

alkowy, o których szeroka publiczność nie powinna wiedzieć.

Był tym bardziej rozczarowany uporem pani Goebbels, że ona sama w tym czasie wdała się w 

romans z sekretarzem stanu, Hankę.

Hitler nigdy nie wybaczył pani Goebbels jej swobodnego prowadzenia się.

Od   tego   momentu   traktował   ją   w   tak   bezosobowy   i   zdystansowany   sposób,   że   nawet   nie 

zostawała do końca przyjęć, na których mieli okazję się spotkać.

Myślę jednakże, że w dużej części odpowiedzialną za tę surowość była Eva Braun.

Cierpiała ona na nieznośny kompleks niższości wobec pani Goebbels, która ją przytłaczała 

swoim umysłem i wdziękiem.

Jej złośliwe uwagi pod adresem pani Goebbels bardzo wyraźnie oddziaływały na Hitlera.

Później zwierzył mi się, iż szczerze żałował, że nie mógł już chodzić do Goebbelsów.

Brakowało mu miłego towarzystwa, które zazwyczaj tam spotykał; jednak skandal zaszedł zbyt 

daleko, aby można było go cofnąć.

Goebbels natomiast znacznie ograniczył swe wizyty w kwaterze głównej.

background image

Jednak   wraz   z   nasileniem   się   nalotów   na   Berlin,   podczas   których   Goebbels   dawał   dowód 

niezwykłego poświęcenia w organizowaniu obrony przeciwlotniczej i pomocy poszkodowanym, 

Hitler zapomniał o przeszłości i ponownie zwrócił się do niego.

Pod koniec wojny relacje między Hitlerem a Goebbelsem znowu stały się normalne.

Tak bardzo wybaczył mu jego naganne zachowanie i wywołany skandal, że zaproponował całej 

jego rodzinie schronienie w swym osobistym bunkrze.

Samobójstwo   Goebbelsa,   do   którego   wciągnął   żonę   i   sześcioro   dzieci,   było   logicznym 

ukoronowaniem   życia   całkowicie   poświeconego   idei   propagandy,   której   ulubioną   bronią   były 

oszczerstwa i kłamstwa.

Rozdział 10 Szef armii musi żyć z taką.

samą prostotą, jak ludzie, którymi dowodzi.

Hitler Hitler lubił otaczać się dziełami sztuki.

Utrzymywał, że taka dekoracja wpływa uspokajająco na jego sterane nerwy.

Gdy   przebywał   w   Berghofie,   często   widziałam,   jak   na   długie   chwile   pogrąża   się   w 

kontemplacji obrazów wiszących w wielkim, przebogato urządzonym holu.

Z oczami utkwionymi w obrazie podchodził i cofał się o kilka kroków, żeby uchwycić całą 

finezję detalu lub ogarnąć całość pod innym kątem.

Z dłonią przyłożoną do czoła, aby lepiej skupić wzrok, zapraszał wszystkich, którzy stali w 

pobliżu, aby podzielili jego zachwyt.

Często znosił do wielkiego holu obrazy z tego lub innego pokoju na pierwszym piętrze.

Sam też je przewieszał, aby zobaczyć, jak wyglądają w innym świetle.

Zajmował się tym godzinami: był to jego ulubiony sposób spędzania wolnego czasu.

Doceniał towarzystwo, ale z punktu widzenia mówcy.

Po pracy biurowej potrzebował odprężenia.

background image

Na początku chodził jeszcze czasami do teatru, a po przedstawieniu zaglądał do piwiarni, gdzie 

spędzał kilka godzin w gronie        artystycznym.

Luźne rozmowy, które tam prowadził, były dla niego znakomitym środkiem tonizującym.

Czasami składał wizyty przyjaciołom.

W miarę regularnie bywał u Goebbelsów i Leyów, u których spotykał znanych artystów.

Hitler nie cierpiał towarzystwa burżujów.

Niemal zawsze odmawiał przyjęcia zaproszeń, które pochodziły od wysokich oficerów armii 

lub rodzin szlacheckich.

Uważał te środowiska za zbyt rygorystyczne i za bardzo przestrzegające konwenansów jak na 

jego dynamiczną naturę.

Nie lubił też ich wścibstwa, bo przebywając wśród nich, miał wrażenie, że jest obserwowany 

jak jakiś muzealny eksponat.

Niemniej,   gdy   w   jakimś   towarzystwie   poczuł   się   dobrze,   potrafił   być   wyrafinowanym   i 

elokwentnym rozmówcą.

To życie zmieniło się zupełnie wraz z pierwszym dniem wojny.

Wszystko zamknęło się w surowej prostocie kwatery głównej, skąd kierował działaniami.

Jego maksymą było: "Żołnierze muszą wiedzieć, że ich wódz znosi te same wyrzeczenia, co 

oni".

Na   początku   kampanii   polskiej   Hitler   kierował   działaniami   wojsk   ze   specjalnego   pociągu 

stacjonującego w okolicach Gogolina.

Każdego ranka wyjeżdżał samochodem na inspekcję niemal do samej linii frontu.

Wracał wieczorem zakurzony i brudny.

Zawsze przed wyjazdem dyktował mi odezwy i rozkazy dzienne kierowane do żołnierzy.

Podczas oblężenia Warszawy wzywał ludność do opuszczenia miasta.

Dopiero pod koniec kampanii zainstalował się w kasynie w Sopocie.

Trudno sobie wyobrazić człowieka równie aktywnego, jak Hitler w początkach wojny.

Zajmował się najdrobniejszymi szczegółami operacji.

Jak tyran czuwał, żeby również w kwaterze głównej ograniczenia żywnościowe były ściśle 

przestrzegane.

Był to jednak tylko słomiany ogień.

Z biegiem czasu jego czujność stopniowo łagodniała.

Nie znajdował już czasu niezbędnego do osobistej inspekcji kuchni i mes oficerskich.

W   czasie   kampanii   zachodniej   odmówił   zainstalowania   się   w   luksusowym   zamku   w   Bad 

background image

Nauheim, który został przygotowany do tego celu.

Wraz ze swoimi współpracownikami urządził się w kwaterze przewidzianej dla podrzędnych 

sztabów,  złożonej   z   małych   i   prymitywnie   urządzonych   domków,   które   były   przyczepione   do 

zbocza wzniesienia.

W momencie rozpoczęcia kampanii francuskiej zadowolił się nawet kwaterą pułkową w Eifel, 

na którą składał się jeden mały pokoik do spania i niewielkie biuro dla niego oraz kuchnia i kilka 

pomieszczeń dla adiutantów i personelu.

Przed bunkrem wzniesiono w pośpiechu barak służący za jadalnię.

Wszystkie meble zrobione były z białego drewna; miejsca do siedzenia, krzesła i fotele - z 

wikliny.

To tutaj Hitler się stołował, otoczony swoimi współpracownikami.

Nazwał tę kwaterę "skalnym gniazdem".

Wszystkie osoby z jego świty, które nie mogły być zakwaterowane w tym ustroniu, mieszkały 

w pobliskim miasteczku.

Zawsze będę pamiętała ranek 11 maja 1940 roku, gdy przyjechaliśmy do słynnego "skalnego 

gniazda".

Hitler  zebrał  swój mały sztab  i współpracowników i z  dachu bunkra zapowiedział  głosem 

mocnym i deklamatorskim, że jeszcze tego ranka rozpocznie się kampania francuska.

Wszystko wokół nas stało się niewidoczne; dolina Eifel tonęła we mgle.

Pierwsze ptaki zerwały się z drzew ociekających wilgocią.

Z daleka dochodził nas przytłumiony odgłos wystrzałów.

Otwierała się nowa karta historii.

    Ku   naszemu   wielkiemu   zdziwieniu,   Hitler   był   bardzo   zadowolony   z   tej   prowizorycznej 

kwatery.

Starał się jak najdłużej przebywać na powietrzu.

Widziałam, jak spacerował przed bunkrem, pogrążony w swych myślach.

Gdy zwycięstwa następowały w przyspieszonym rytmie, Hitler zawsze był w dobrym humorze.

W   ciągu   następnych   lat,   gdy   donoszono   o   wielkich   niepowodzeniach   Wehrmachtu,   Hitler 

nieraz przywoływał "skalne gniazdo", w którym sytuacja była zgoła inna.

background image

Hitler opuścił Eifel, aby nadążać za postępami naszych oddziałów, i zainstalował się w Brulyle-

Peche, małym miasteczku położonym sto kilometrów od Brukseli.

On sam zajmował barak, a jego sztab zakwaterował się na plebanii i w szkole.

Nawa   małego   kościółka,   którego   mury   były   świeżo   pobielone   wapnem,   a   prezbiterium 

odgrodzono wielką zasłoną, służyła za jadalnię i salę kinową.

Obok baraku, w wielkim pośpiechu zbudowano mały schron przeciwlotniczy.

Hitler nigdy do niego nie schodził, lecz z uwagą przyglądał się eskadrom nieprzyjaciela, które 

nad nami przelatywały.

Pewnego razu bomby zapalające spadły na domy, gdzie zakwaterowane były, należące do jego 

świty, oddział eskorty i gestapo.

Mimo to nadal, gdy przelatywały alianckie samoloty, wszyscy pozostawali na zewnątrz.

Hitler ochrzcił tę kwaterę mianem "Wolfsschlucht" (Wilczy Jar).

Właśnie tam doniesiono mu o kapitulacji Francji.

Hitler z żywiołową radością klepnął się w uda i wykonał kilka tanecznych kroków.

Marszałek Keitel wygłosił mowę i zaprosił wszystkich do wypicia za zdrowie największego 

zdobywcy wszystkich czasów.

Hitler chciał odwiedzić we Francji miejsce, w którym spędził dużą część wojny 1914-1918.

Następnie udał się  do Paryża, gdzie zwiedził kościół Inwalidów, operę itd.

Po powrocie opowiadał nam z dumą, że lepiej orientował się w labiryncie korytarzy opery niż 

jego przewodnicy.

Zgłębił   on   budynek   opery   w   latach   swej   młodości   w   Wiedniu   i   wszystkie   szczegóły 

architektoniczne wryły się w jego pamięć.

Dość   krótko   przebywaliśmy   w   naszej   trzeciej   kwaterze   wojennej   "Tannenberg"   w   górach 

Schwarzwaldu.

Znajdowało   się   tam   kilka   małych,   wilgotnych   bunkrów,   w   których   życie   było   prawie 

niemożliwe.

W czasie kampanii jugosłowiańskiej Hitler nie opuszczał swego pociągu specjalnego.

Mógł w nim w całkowitym spokoju opracowywać plany inwazji Rosji.

Gdy rozpoczął się piorunujący atak przeciw rosyjskiemu kolosowi, Hitler znajdował się na 

krańcu Prus Wschodnich, 14 kilometrów od smutnego prowincjonalnego miasta nazywającego się 

Rastenburg.

Ta budowla przyjęła nazwę "Wolfs-schanze" (Wilczy Szaniec).

Gdy zapytałam go, dlaczego nazwa "Wolf" pojawia się tak często w określeniach jego kwater, 

background image

wyjaśnił mi, że w okresie podziemnej działalności, przed nieudanym puczem w Monachium, miał 

pseudonim Wolf.

Panował wśród nas entuzjazm, ale Hitler pozostawał dziwnie poważny.

Gdy jego adiutant, który sądził, że dobrze poznał Rosję w trakcie krótkiego w niej pobytu, 

potwierdzał z przekonaniem, że ta kampania będzie równie krótka jak inne i że ten ogromny kraj 

pęknie jak bańka mydlana, Hitler replikował w zadumie, że porównałby Rosję raczej do statku-

widma ze znanej opery Wagnera.

A następnie dorzucił: "Na początku każdej kampanii wywarza się ogromne drzwi dające dostęp 

do pokoi pogrążonych w ciemnościach.

Nigdy nie wiadomo, co się w nich kryje".

Stał się jednak większym  optymistą  po pierwszych  sukcesach odniesionych  przez  oddziały 

niemieckie.

Pamiętam, że w sierpniu 1941 roku, gdy piliśmy herbatę w kasynie, Hitler utkwił wzrok w 

ogromnej ściennej mapie.

Widać było w jego oczach ten tajemny błysk będącego w transie jasnowidza, który zawsze 

pojawiał się u niego w takich chwilach.

Szorstkim basem zawyrokował: "Za kilka tygodni będziemy w Moskwie.

Nie ma co do tego żadnych wątpliwości.

Zrównam to przeklęte miasto z ziemią i zrobię w tym miejscu sztuczne jezioro, które zasilać 

będzie elektrownie.

Nazwa Moskwa musi zniknąć na zawsze".

Poczuliśmy ciarki na plecach.

Gdy zaskoczone surowością zimy armie niemieckie utknęły sparaliżowane na zlodowaciałych 

przestrzeniach  białej  Rosji,  Hitler  przeżywał   pewne  wahania   nastrojów,  ale  zachował  wiarę  w 

przyszłe zwycięstwo: "Pozostał już tylko jeden mur do przebicia.

Trzeba trochę cierpliwości.

Rosyjski opór nie potrwa długo".

Tymczasem nasz monotonny pobyt w "Wolfsschanze" przedłużał się.

W ciągu lata 1942 roku Hitler ulokował się tymczasowo w kwaterze nazywanej "Werwolf" 

(Wilkołak) koło Winnicy.

background image

Tam przynajmniej mieszkaliśmy w domach zbudowanych z bali.

Powrót do bunkrów "Wolfsschanze" jesienią tego samego roku był tym bardziej dotkliwy.

W miarę rozwijania się kampanii rosyjskiej, z jej wzlotami i upadkami, w "Wolfsschanze" 

przybywały nowe obiekty.

Najpierw zbudowano kino, potem pawilon herbaciarni i bardzo wygodną willę dla Goeringa.

Ten ostatni   pojawiał się tam tylko na krótko, dwa razy w miesiącu.

Hitler tłumaczył budowę tej okazałej willi na bazie filozoficznego założenia, że istnieją ludzie, 

którzy, aby prowadzić wojnę, muszą być otoczeni luksusem.

Dzięki tym nowościom życie stało się bardziej przyjemne.

Zbudowano wielką kawiarnię, w której otoczenie Hitlera zbierało się wieczorami.

Jeśli jednak każdy z nas był szczęśliwy, że nie musi spać w bunkrze, to Hitler uparcie odmawiał 

opuszczenia swojego.

Nadaremno tłumaczyliśmy mu, że to życie termita nie jest zbyt higieniczne - on twierdził, że 

nie może spać w barakach, gdyż są to prawdziwe pudła rezonansowe i ostatnie dwa lata wojny 

spędził ukryty w swoim schronie, z którego wyłaniał się tylko po to, aby zaczerpnąć kilka łyków 

świeżego powietrza.

Gdy my wszyscy, śpiąc w ciasnych bunkrach, cierpieliśmy na bóle głowy i mieliśmy problemy 

z krążeniem, to on w tej sztucznej atmosferze czuł się doskonale.

Umeblowanie pomieszczeń, które zajmował, było niezwykle skromne.

W   czasach   pokoju   Hitler   miał   zwyczaj   wydawania   sporych   sum   na   upiększanie   swoich 

apartamentów kwiatami; teraz nie chciał nawet bukietów polnych kwiatów, którymi ozdabiałyśmy 

nasze biura.

"Uważam   za   niezwykle   ważne,   oświadczył,   aby   w   kwaterze   nie   było   żadnych   luksusów, 

których pozbawieni są żołnierze.

Często stwierdzałem, że przyjeżdżający tu oficerowie i żołnierze, których dekorowałem, byli 

pod wrażeniem prostoty, jaka tu panuje".

Katastrofa pod Stalingradem pogrążyła Hitlera w głębokim przygnębieniu.

Prześladowała go myśl o kapitulacji Paulusa.

Bormann, aby go trochę od tych natręctw oderwać, dał mu w prezencie nowego owczarka.

Jednakże Hitler coraz bardziej unikał towarzystwa.

Do kobiet odczuwał szczerą niechęć.

Przestał jadać posiłki ze swoim sztabem w mesie oficerskiej, bo generał Jodl potwornie go 

zranił, ośmielając się publicznie, przy stole, wyrazić inne niż on zdanie.

background image

Od tego momentu ukrył się w swoim bunkrze i jadał posiłki samotnie.

Miał przy sobie tylko owczarka niemieckiego.

Jego   największą   rozrywką   było   karmienie   tego   psa,   podczas   gdy   on   sam,   w   czterech 

betonowych ścianach, w przygnębieniu przełykał swe wegetariańskie potrawy.

Ta depresja trwała kilka miesięcy.

W końcu jednak klasztorna samotność zaczęła mu ciążyć.

Zaczął zapraszać tego lub innego z oficerów ze Sztabu Generalnego, którzy przyjeżdżali z 

misją łącznikową z Berlina, aby dzielili z nim jego skromny wikt.

Jednakże goście ci potrafili z nim rozmawiać tylko o sprawach służbowych, co nie za bardzo 

mu odpowiadało.

Po raz kolejny zmienił więc koncepcję i zaczął zapraszać na posiłki mnie i jedną z moich 

koleżanek.

Było nam zakazane mówić przy stole na tematy służbowe lub czynić jakieś aluzje do trwającej 

wojny.

Podczas gdy tysiące kilometrów od tego miejsca Wehrmacht wykrwawiał się pod wściekłymi 

atakami armii rosyjskiej, Hitler w nieskończoność rozprawiał o sztuce i literaturze.

Rankiem Hitler chodził na spacer ze swym owczarkiem suczką Blondi.

Zbudował dla niej tor usiany przeszkodami i kazał jej przez nie skakać.

Była to jedyna przyjemność i jedyna rozrywka, na którą sobie pozwalał.

Nigdy nie uczestniczył w seansach filmowych, z wyjątkiem kronik, gdyż chciał wiedzieć, jak 

sprawuje się cenzura.

Jeszcze przed odwrotem wojsk niemieckich spod Stalingradu, Hitler organizował od czasu do 

czasu wieczory muzyczne.

Mógł godzinami siedzieć nieruchomo w fotelu     i z ogromną przyjemnością słuchać symfonii 

Beethovena, oper Wagnera lub pieśni Hugo Wolfa.

Później nie mógł już tego robić.

Spędzaliśmy więc całe wieczory, skazani tylko na jego wystąpienia.

background image

Ale tak samo, jak miał zwyczaj puszczania ciągle tych samych płyt z tymi samymi utworami, 

tak i tematy rozmów prawie się nie zmieniały.

Bardziej niż kiedykolwiek lubił więc opowiadać nam historie z młodości, opisywać trudne lata 

spędzone w Wiedniu i przywoływać okres zmagań poprzedzających zdobycie władzy.

Również znacznie bardziej rozległe tematy, takie jak problem pochodzenia człowieka, mikro- i 

makrokosmos, były przez niego tak często omawiane, że znałyśmy je już na pamięć.

Byłyśmy więc strasznie znużone tym ciągłym powtarzaniem w kółko tej samej śpiewki.

Wydarzenia   na   świecie   i   wiadomości   z   frontu   były   systematycznie   odrzucane   jako   temat 

rozmowy.

O wojnie nie wolno było mówić.

Gdy  zaczynaliśmy   wymieniać   uwagi   na   temat   naszego   życia   w   "Wolfsschanze",   rozmowa 

niezmiennie   schodziła   na   zabawy   i   nieposłuszeństwo   jego   suczki   Blondi   albo   jeszcze   na 

waleczność kota, którego wniosłam do kwatery, łamiąc regulamin.

Hitler nie cierpiał kotów, ponieważ polowały na ptaki.

Do tego jednak powoli się przyzwyczaił.

Z czasem stał się na punkcie tych zwierząt niesamowicie zazdrosny.

Gdy zauważał, że kot Peter i Blondi przejawiali jakiekolwiek oznaki sympatii do kogokolwiek 

innego niż on, wpadał w okropną złość.

Kiedy Blondi podchodziła do kogoś z ufnością, natychmiast podejrzewał tego kogoś o to, że 

zwabia suczkę kawałkiem mięsa -rzeczą ściśle zakazaną.

Jednak próżność brała górę i stwierdzał w końcu, że próba zdobycia sympatii Blondi        to  

daremny trud, bo zwierzę i tak uznaje tylko swojego pana.

Pod koniec 1944 roku sytuacja w "Wolfsschanze" stawała się coraz bardziej niepokojąca.

Codziennie przelatywały nad nami nieprzyjacielskie eskadry.

Aby przestrzec tych, którzy nigdy nie chowali się do schronu, Hitler ciągle przypominał o 

możliwości niespodziewanego ataku.

Z drugiej strony upierał się przy pozostawaniu na tej wysuniętej pozycji, mimo wywieranych na 

niego zewsząd nacisków, aby powrócił do Berlina.

Niezmiennie wtedy odpowiadał: "Pozostanie tutaj to mój obowiązek.

Uspokoi to naród, a moi żołnierze nigdy nie dopuszczą, żeby front cofnął się aż w pobliże 

kwatery ich Fuhrera.

To pobudzi ich do bardziej zażartej walki".

Podczas swej długiej choroby Hitler zajmował inny bunkier.

background image

Wykorzystano ten czas na wzmocnienie tego pierwszego - betonowy sufit miał być pogrubiony 

do pięciu metrów.

Robotnicy pracowali przy tym niemal do dnia ewakuacji całej kwatery, zarządzonej pod presją 

zbliżających się wojsk rosyjskich.

W dniu wyjazdu wszystkie instalacje zostały zniszczone.

W   Berlinie   powtórzyło   się   to   samo:   gdy  rosyjskie   oddziały   stanęły   u   wrót   miasta,   trwały 

jeszcze prace nad wzmocnieniem słynnego bunkra Kancelarii Rzeszy.

Od połowy grudnia 1944 aż do końca stycznia 1945 roku Hitler odpoczywał w swej pierwszej 

kwaterze "Adler-horst" w pobliżu Bad Nauheim.

Po powrocie do Berlina, z powodu ciągłych ataków lotniczych, którym poddana była stolica, 

Hitler urządził sobie pokój do spania w bunkrze Kancelarii.

Narady ze współpracownikami odbywały się w wielkim holu Kancelarii, a posiłki jadł razem z 

nami w małym, narożnym pokoiku.

Jednak gdy zarówno   narady, jak i posiłki zaczęły być coraz częściej przerywane alarmami, 

Hitler postanowił pewnego dnia nie opuszczać więcej swego bunkra.

Zajął   w   nim   bardzo   ciasne   pomieszczenie,   w   którym   było   miejsce   tylko   na   małe   biurko, 

niewygodną kanapę, stół i trzy fotele.

Było tam zimno i nieprzyjemnie.

Po lewej stronie znajdowała się łazienka, a po prawej - pokój do spania, również zmniejszony 

do wymiarów więziennej celi.

Biuro przytłoczone było obrazem przedstawiającym Fryderyka Wielkiego.

Cały   czas   miało   się   wrażenie,   że   stary   "Fritz"   swym   niezmierzonym   spojrzeniem   karci 

wszystkie przebywające tam osoby.

Ciasnota tego pokoju - za każdym razem trzeba było przesuwać fotele, żeby zrobić przejście - i 

jego atmosfera dosłownie paraliżowały moje ruchy i myśli.

background image

Gdy   po   nocnych   naradach   Hitler   przyjmował   nas   tam   około   szóstej   rano,   daleki   był   od 

wnoszenia jakiegoś świeżego powiewu w tę grobową atmosferę.

Spał na małej  kanapie, kompletnie  wyczerpany niekończącą się jałową gadaniną ze swymi 

doradcami wojskowymi.

Mimo rozpaczliwych  wysiłków, jego upadek fizyczny i intelektualny postępował z dnia na 

dzień.

Gdy wchodziłyśmy do jego pokoiku, znajdował jednak siły, aby się przywitać.

Stawał przed nami z trzęsącymi się ręką i nogą, po czym z powrotem opadał na kanapę, a 

służący natychmiast kładł mu stopy na grubej poduszce.

W jego apatycznym spojrzeniu wyczytywałam tylko jedno pragnienie: aby móc wreszcie najeść 

się ciastkami i wypić kakao.

Jego łakomstwo na słodycze stało się już chorobliwe.

Jeśli kiedyś poprzestawał na trzech kawałkach, to teraz potrzebny mu był wypełniony po brzegi 

talerz.

Nie rozumiałam już, jak on, który ciągle broni ascetycznego trybu życia, może się        z takim  

łakomstwem opychać słodyczami.

Tłumaczył nam wtedy, że mniej zjadł na kolację, więc teraz może sobie pozwolić na więcej.

Gdy poświęcał się zaspokajaniu tej przyjemności, nic nie mówił.

Pochłaniał ciasto tak chciwie, jakby się bał, że mu je ktoś zabierze.

Traktując to jako przeprosiny, mówił nam, że nigdy nie mógł zrozumieć, jak człowiek może nie 

lubić słodyczy.

Ta nieprawdopodobna żarłoczność w momencie gdy Berlin przekształcał się w pogorzelisko, 

przerażała mnie.

W obecności tej ruiny człowieka, który napycha się ciastem, miałam wrażenie, że to wszystko 

to jakiś koszmar.

Wygląd Hitlera również stał się nieprzyjemny.

Jego   zwiędła   cera,   mętne   oczy,   wąskie   i   lekko   zsiniałe   usta,   na   których   pozostawały 

przylepione okruszki, wywoływały we mnie wstręt i litość.

Co więcej: Hitler, zaprzysięgły wróg alkoholu, zachęcał nas teraz do picia.

Prawdą jest, że jego otoczenie, nie czekając na jego zgodę, oddawało się szaleńczo piciu, żeby 

zapomnieć o nienormalnej egzystencji, jaką prowadziliśmy w tym betonowym grobowcu.

Poranne herbaty trwały dwie godziny.

Następnie Hitler udawał się, powłócząc niemal nogami, do boksu Blondi i długo się z nią bawił.

background image

W marcu urodziła ona dwa małe.

Hitler wybrał jedno z miotu, żeby samemu je tresować, bez niczyjej pomocy.

Brał tego szczeniaka na kolana, głaskał i bez przerwy, bezgranicznie czułym głosem powtarzał 

jego imię "Wolfi".

Potem zanosił małego do matki i w końcu się z nami żegnał.

Była już wtedy ósma rano -na spanie pozostawało niewiele czasu.

Regularnie około jedenastej rozbrzmiewały syreny alarmowe.

Hitler nigdy się nie kładł w czasie nalotów na Berlin.

Niepokoiła go myśl, że jakaś bomba może uderzyć w bunkier ukosem,         wyrywając kawał 

bocznej ściany.

A skoro cała konstrukcja otulona była warstwą wody, to bał się, że zaleje ona bunkier.

Gdy zbliżały się nieprzyjacielskie bombowce, wstawał, ubierał się i nawet nie zapominał się 

ogolić.

Nigdy nie pozostawał wtedy sam w swoim pomieszczeniu, lecz przychodził do nas, do małego 

przedsionka.

Hitler lubił się spóźniać na kolację, do której zazwyczaj zasiadano między 9 a 10 wieczorem.

Podczas   wszystkich   posiłków   w   radiu   powtarzane   były   monotonne   apele   specjalnej   stacji 

nadawczej policji.

W czasie nalotów Hitler był cały skoncentrowany na radiowych informacjach o ich przebiegu.

Siedzieliśmy więc obok niego bez ruchu, wyczekując eksplozji, które nigdy nie omijały rejonu 

Kancelarii.

Na   przykład   podczas   nalotu   3   lutego   1945   roku   w   naszym   sąsiedztwie   spadło   58   bomb 

burzących.

Przy każdym wybuchu cały bunkier trząsł się w posadach.

Miało się wrażenie, że po prostu kołysze się w swej wodnej powłoce.

Gdy z powodu wstrząsów konstrukcji przygasało światło, jak we śnie słychać było głos Hitlera: 

"Tym razem bomba mogła nas trafić".

Jego twarz była trupio blada, rysy napięte, a pełne niepokoju spojrzenie przesuwało się po 

naszych twarzach.

Hitler najwyraźniej się bał.

Po nalotach żądał raportów na temat poniesionych strat.

Czytał je w ciszy, nigdy nie wygłaszając komentarzy.

background image

Potem   wycofywał   się   do   swego   pokoju   sypialnego,   żeby   poczytać   dokumenty   albo   trochę 

odpocząć przed nocną naradą.

Narady te zaczynały się zawsze po północy i trwały często do świtu.

Potem była zwyczajowa herbata, żabawa z psami, trochę snu przed alarmem, który zawsze 

trwał do obiadu.

Następnie Hitler zwoływał naradę popołudniową i zaczynało się, obsesyjne już, powtarzanie 

tego samego.

Nasze życie, regulowane rytmem nalotów, narad i posiłków, w stałym kontakcie z upadłym 

władcą,   toczyło   się   w   halucynacyjnej   monotonii,   z   dala   od   rzeczywistości   rozpadających   się 

Niemiec.

Rozdział 11 Tragedia tej wojny polega na tym, że naprzeciw siebie stanęło trzech geniuszy.

Hitler podczas depresyjnego wieczoru Jedną z największych słabości Hitlera była jego prawie 

całkowita nieznajomość postępowania i psychologii innych krajów.

Praktycznie nigdy nie wyjechał on poza granice wielkich Niemiec i na temat zagranicy miał 

głęboko mylne pojęcie.

Cała jego wiedza z geografii, ekonomii i historii była zapożyczona lub zaczerpnięta z raportów 

jego ambasadorów.

Gdy jednak z upływem lat jego życie coraz bardziej oddalało się od rzeczywistego świata, a 

sprawozdania   naszych   zagranicznych   obserwatorów   docierały   do   niego   po   uprzednim 

przefiltrowaniu ich przez jego doradców, stwarzał sobie coraz bardziej fałszywy obraz tego, co 

działo się poza Niemcami.

Trzeba   tu   dodać,   że   niemieccy   przedstawiciele   dyplomatyczni   za   granicą   błyszczeli   raczej 

służalczością wobec teorii narodowosocjalistycznych niż swymi umiejętnościami zawodowymi.

Nic zatem dziwnego, że ich raporty wprowadzały go często w takie błędy, iż jego prognozy z 

góry skazane były na porażkę.

W   żadnym   z   ministerstw   nie   popełniono   tylu   błędów,   co   właśnie   w   ministerstwie   spraw 

zagranicznych.

Z życzliwością były tam przyjmowane najbardziej nawet nonsensowne pomysły,  jeśli tylko 

miały związek ze słynnym projektem stworzenia Eurazji.

Nigdzie indziej duch narodów nie został podeptany z taką butą.

Ale Hitler to aprobował.

Obszar myśli związanych z całkowitym geoekonomicznym przekształceniem świata poprzez 

likwidację państw i ras zwanych niższymi był obszarem jego najbardziej śmiałych i najbardziej 

background image

utopijnych marzeń.

Jego wieszcze prognozy w tej dziedzinie rozwijały się tak bujnie jak tropikalna roślinność.

Ribbentrop był jedną z tych osób, na których temat Hitler lubił opowiadać żarty.

Niemniej,   nie   należało   tej   krytyki   brać   zbyt   poważnie,   gdyż   za   każdym   razem,   gdy   ktoś 

pozwalał sobie zaatakować Ribbentropa, brał go w obronę.

Hitler   był   tak   nieświadom   stanu   rzeczy,   że   uznał   nawet   Ribbentropa   za   największego 

niemieckiego ministra spraw zagranicznych od czasów Bismarcka.

Śmiejąc   się,   opowiadał   mi   pewnego   dnia,   jak   w   1932   roku,   w   trakcie   negocjacji   z 

Hindenburgiem na temat przejęcia władzy, próbował przedstawić mu von Ribbentropa.

Zgrzybiały feldmarszałek odmówił spotkania z nim, mówiąc swym grubym basem: "Dajcie mi 

spokój z tym sprzedawcą szampana".

Ribbentrop był największym biurokratą spośród wszystkich ministrów Trzeciej Rzeszy.

Hitler   w   każdym   razie   nie   miał   pojęcia,   co   zawierają   pisma,   które   tamten   taśmowo   mu 

podsuwał.

Często widziałam, jak żartobliwym gestem rozsypywał je na biurku, stwierdzając, że nie ma 

najmniejszej nawet intencji mieszania się w intrygi między różnymi ministerstwami.

Resorty spraw zagranicznych i propagandy zawsze były w stanie bezlitosnej walki.

Pytanie   o   to,   które   z   nich   ma   prawo   kontrolować   prasę,   nigdy   nie   zostało   przez   Hitlera 

definitywnie rozstrzygnięte.  Nie ma jednak nic dziwnego w tym, że Hitler całkowicie poddawał się 

jego sugestiom we wszystkim, co dotyczyło Anglii.

Z całą szczerością uważał go za największego specjalistę w sprawach angielskich.

To właśnie Ribbentrop nieustannie podsycał nienawiść Fuhrera do Albionu.

background image

Wcale nie przesadzam, czyniąc go wyłącznie odpowiedzialnym za to, że w przeddzień wejścia 

naszych oddziałów do Polski Hitler nie zgodził się na ostatnią próbę negocjacji z ambasadorem 

brytyjskim w Berlinie na temat losu korytarza do Gdańska.

To również pod jego wpływem pod koniec wojny Hitler zdominowany był chorobliwą awersją 

do wszystkiego, co angielskie.

Niemniej, jeszcze w 1940 roku, gdy Włochy podpisały z Niemcami słynny "pakt stalowy", 

Hitler powiedział do mnie: "Wolałbym podpisać sojusz z Anglikami.

Oni   są   przynajmniej,   z   punktu   widzenia   rasowego,   dużo   bardziej   bliscy   narodowi 

niemieckiemu niż południowcy".

Później, wraz z narastającą wrogością do Anglików, takie refleksje już się nie powtarzały.

Wielokrotnie docierały do mnie bezpośrednie echa rozmów między Hitlerem a ambasadorem 

Hewelem, który posiadał długie doświadczenie, jeśli chodzi o angielską mentalność.

Próbował on wyperswadować Hitlerowi tę żałosną politykę, którą Ribbentrop prowadził wobec 

Zjednoczonego Królestwa.

Nieprzejednana, a zarazem lekceważąca postawa, z jaką minister spraw zagranicznych obrażał 

angielską dumę narodową, czyniła z niego człowieka absolutnie nienadającego się na zajmowane 

stanowisko.

Hitler   jednak   pozostawał   głuchy   na   wszystkie   te   wezwania   do   rozsądku   i   niezmiennie 

odpowiadał Hewelowi: "Mój drogi, to są rzeczy, których nie może pan zrozumieć".

  Niejednokrotnie Hewel zwierzał mi się, że uważa Ribbentropa za człowieka chorowitego i 

przedwcześnie postarzałego, który z racji osobistych kieruje się ślepą nienawiścią do wszystkiego, 

co dotyczy Anglii.

Hewel był przekonany, że pani Ribbentrop, która miała zwyczaj mieszania się do wszystkiego, 

co nie powinno było jej obchodzić, odgrywała ważną, zakulisową rolę w polityce zagranicznej 

Rzeszy, i że można ją uznać za złego ducha swego męża.

Nie należy zapominać, że był on skromnego pochodzenia, natomiast jego żona była bardzo 

bogata, a na dodatek wyraźnie przewyższała męża, jeśli chodzi o intelekt.

Ribbentrop, wykazując  wielki oportunizm,  bardzo szybko  przyzwyczaił  się do wystawnego 

życia.

Z biegiem lat jego arogancja i pociąg do bogactwa stały się nie do zniesienia.

Podobnie jak Hitler, przekonany był o nieomylności swych ocen.

Tak naprawdę jednak niewiele miał własnych pomysłów i jego inicjatywy sprowadzały się do 

wykonywania instrukcji Fuhrera, które otaczał pompatyczną inscenizacją.

background image

Hitler utrzymywał, ale nie byłam w stanie tego stwierdzić, że może prowadzić rozmowę po 

angielsku i po francusku, pod warunkiem że nie będzie się ona toczyć zbyt szybko.

Wyjaśniał mi również: "Nie wysilam się nigdy na mówienie w obcym języku, ponieważ czas, 

który   moi   tłumacze   poświęcają   na   przełożenie   pytań   i   odpowiedzi,   jest   dla   mnie   w   trakcie 

negocjacji dyplomatycznych zbyt cenny.

Ten martwy czas pozwala mi się zastanowić i znaleźć dla moich odpowiedzi zwięzłe i trafne 

formuły".

Od 1925 roku w największym sekrecie Hitler zaczął pisać dzieło na temat polityki zagranicznej.

Nikt nie miał okazji zapoznać się ze stertą kartek, które pokrywał swym drobnym, ciasnym i 

prawie nieczytelnym pismem.

Bardzo   rzadko, tylko wtedy, gdy był nękany kłopotami, czynił jakieś aluzje do dzieła, nad 

którym pracował.

W 1939 roku, tuż po ogłoszeniu wojny, w mojej obecności oznajmił Hessowi: "Teraz cała moja 

praca poszła wniwecz.

Moja książka została napisana na nic".

Sądzę, że jedynie Hess znał idee, które Hitler rozwijał w swoim rękopisie, i że w tym właśnie 

fakcie należy doszukiwać się wyjaśnienia jego eskapady do Anglii.

Pod koniec 1944 roku Hitler powiedział mi o swoim zamiarze podyktowania bardzo długiego 

tekstu.

Prosił, abym była gotowa w najbliższych dniach.

Jednak do realizacji tego projektu nigdy nie doszło.

Jestem przekonana, że miał zamiar podyktować swój testament polityczny.

Przed wojną oświadczył mi kiedyś, i sądzę, że ta myśl odpowiadała jego poglądom, iż sojusz z 

Anglią wydaje mu się idealnym rozwiązaniem problemu dominacji nad światem.

background image

Angielska   flota   i   niemiecka   armia   lądowa   były   oceniane   przez   niego   jako   czynniki   siły 

wystarczającej do zbudowania świata na nowych podstawach.

Hitler był wielkim admiratorem polityki kolonialnej Anglii.

Wiem, że w 1926 roku tak oto wyraził się w obecności swych najbliższych współpracowników: 

"Mam nadzieję, że korona Imperium  Brytyjskiego nie straci żadnej ze swych pereł; to byłaby 

katastrofa dla ludzkości".

Gdy w latach poprzedzających wojnę niemiecką opinia publiczna manifestowała swą sympatię 

dla   ruchu   niepodległościowego   w   Indiach,   Hitler   oświadczył:   "Zabraniam   moim   ludziom 

poddawania się temu ogólnemu zaślepieniu Gandhim.

Wolności nie zdobywa się za pomocą warsztatów tkackich, lecz za pomocą armat".

Z drugiej strony Hitler wyrażał swój wielki podziw dla Japonii.

Szefowie Sztabu Generalnego Wehrmachtu,               zawsze przeciwni polityce zbliżenia z tym 

krajem, nie widzieli innego ratunku dla Niemiec, jak tylko w ścisłym sojuszu z Rosją.

Ale Hitler nie poddał się tym naciskom.

Był to jeden z powodów jego niezgody z von Blombergiem.

Ten   ostatni   musiał   zniknąć,   ponieważ,   poza   innymi   rozbieżnościami,   systematycznie 

przeciwstawiał się ulubionej idei Hitlera, jaką był sojusz z Japonią.

Hitler   doskonale   zdawał   sobie   sprawę,   że   jego   japońska   polityka   w   żaden   sposób   nie 

przystawała do jego koncepcji rasowych.

Oświadczył mi pewnego dnia: "Zarzucają mi, że paktuję z Japończykami.

Co oni chcą przez to powiedzieć?

Pewnie, że są innymi ludźmi niż my; mają żółtą skórę i skośne oczy, ale, rzecz ważna, biją się z 

Amerykanami.

To jedyny powód, dla którego są dla nas użyteczni, i że oceniam ich jako nam sympatycznych".

Dawał zresztą dowody swej rezerwy wobec problemu japońskiego.

Gdy   oddziały   Mikado   zajęły   Singapur,   Ribbentrop   chciał   uświetnić   to   wydarzenie 

odpowiednimi enuncjacjami prasy i radia niemieckiego.

Gdy podsunął swój projekt Hitlerowi, ten nie wydał zgody i powiedział: "Nie wiem, mój drogi 

Ribbentrop, czy twoje plany są roztropne.

Wobec historii trzeba myśleć w kategoriach wieków, a prędzej czy później między rasą białą a 

rasą żółtą dojdzie do wielkich porachunków".

Prezentując w swych wystąpieniach publicznych opinie na temat polityków, którzy byli z nim 

w stanie wojny, wyjaśniał właściwie tylko swą nienawiść i wzgardę.

background image

Nie   należy   jednakże   zapominać,   że   takie   oceny   służyły   przede   wszystkim   propagandzie 

wewnątrzniemieckiej.

Dużo   bardziej   realistycznie   mówił   o   szefach   innych   państw   w   dyskusjach   na   tematy 

międzynarodowe w wąskim gronie.

Oto jakie były, w najgrubszych zarysach, jego prawdziwe opinie, które mogłam wydedukować 

z różnych rozmów.

   Roosevelt.

Hitler nigdy nie udawał niechęci, jaką odczuwał do prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Uważał go za publicznego szarlatana i twierdził, że rzucił swój kraj w wir wojny tylko po to, 

aby ukryć przed światem porażkę swej polityki wewnętrznej.

Jednak w głębi duszy czuł, że Roosevelt jest lepszym materiałem na męża stanu niż on sam.

Poprzez ciągle tę samą gwałtowność epitetów, które słał pod jego adresem, przebijało uczucie 

zazdrości i nienawistnej niemocy.

Hitler był mistrzem w sztuce kierowania masami, ale miał niewyraźne przeczucie, że w tej 

dziedzinie jego format jest zbyt mały, aby mierzyć się z "szachistą" Rooseveltem.

Podświadomie   podziwiał   jego   znakomite   posunięcia   polityczne   i   fakt,   że   udało   mu   się 

doprowadzić do akceptacji decyzji o przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny.

To tutaj właśnie trzeba szukać rzeczywistego powodu porywczości, jaką okazywał Hitler za 

każdym razem, gdy wymawiano w jego obecności nazwisko Roosevelta.

;, Stalin.

Hitler nigdy nie próbował ukryć swego niezmiernego szacunku i podziwu, jaki odczuwał w 

stosunku do szefa ZSRR.

Był to jedyny przywódca obcego państwa, którego chciał bliżej poznać.

Zawsze,   gdy   ktoś   z   jego   wysłanników   wracał   z   podróży   do   Rosji,   musiał   mu   w 

najdrobniejszych szczegółach opowiedzieć o swych wrażeniach.

background image

Hitler bardzo często nie mógł się powstrzymać od entuzjastycznej reakcji: "Stalin to obrzydliwa 

bestia, ale trzeba przyznać, że nadzwyczajny typ!" (ein Biest, aber ein ganzer kerl).

W   najwyższym   stopniu   interesowało   go,   w   jaki   sposób   Stalin   zachowywał   się   na   forum 

publicznym.

Kazał sobie drobiazgowo opisywać organizację przyjęć na Kremlu.

Miałam wrażenie, że Hitler nie przestawał wynajdywać podobieństw między sobą a Stalinem.

W krótkim okresie        obowiązywania paktu o nieagresji z Rosją, Hitler na próżno szukał pola  

do osobistego zbliżenia ze Stalinem.

Churchill.

W stosunku do angielskiego premiera Hitler manifestował całkowitą pogardę.

Czynił to nie tylko w swych wystąpieniach publicznych, ale także w rozmowach z bliskimi.

Nie przyznawał Churchillowi najmniejszych nawet szans na przychylne doń nastawienie.

Było to potępienie całkowite i niepodlegające odwołaniu.

Gdy o nim mówiono, nie stać go było nawet na odrobinę szacunku dla odwagi, z jaką tamten,  

rzucając na szalę cały swój autorytet, prowadził prawie beznadziejną walkę.

Pogarda, jaką odczuwał do Churchilla, bez przerwy powracała w pogadankach przy kominku.

Rzecz dziwna, ale Hitler nie wyrażał jej poprzez wybuchy złości, jak było to za każdym razem, 

gdy mówiono o Roosevelcie.

Jeśli   zdać   sobie   sprawę   z   niezgłębionego   kompleksu   Hitlera,   to   być   może   należałoby 

zinterpretować  tę postawę jako ukryte  uznanie  zasług tego,  który po kampanii  francuskiej  był 

jedynym, który stawiał mu czoło.

Szczery podziw, jaki Hitler odczuwał zawsze, gdy chodziło o angielską politykę kolonialną, 

przestał dawać o sobie znać w ostatnich jego latach.

W czasie wojny Hitler uważał Churchilla jedynie za bezwolne narzędzie w rękach Roosevelta i 

Stalina, i za grabarza Imperium Brytyjskiego.

Interesującym jest też odnotować, w jaki sposób Hitler zachowywał się wobec szefów państw, 

którzy byli jego sojusznikami lub sympatykami.

Mussolini.

Niemal do końca Hitler okazywał Mussoliniemu głęboką i szczerą przyjaźń.

Czuł się związany z duce  identycznością przebytej drogi.

Z przykrością stwierdzał, że Mussolini nie cieszył się taką swobodą działania jak on, ponieważ 

w pewien sposób uzależniony był od włoskiego domu królewskiego.

Nigdy nie przestawał mu tego wyrzucać.

background image

Po swojej wizycie w Rzymie w 1937 roku, opowiadał mi, że był przerażony, widząc, z jaką 

wyniosłą pobłażliwością duce traktowany był przez króla Wiktora Emmanuela III.

Przyznał   mi,   że   wahał   się,   czy   nie   przerwać   swej   wizyty   w   proteście   przeciwko   ciągłym 

upokorzeniom, jakim poddawany był Mussolini.

Podczas   defilady   wojskowej   w   Rzymie   miejsca   siedzące   były   przygotowane   tylko   dla 

członków rodziny królewskiej i dla niego, natomiast Mussolini przez całą uroczystość musiał stać 

w drugim rzędzie.

"To mnie wzburzyło do tego stopnia, że chciałem zrobić oficjalny skandal.

I jedynie przez szacunek dla duce nie popuściłem wodzy mej niechęci wobec takiego braku 

taktu i respektu".

Po zdradzie i upadku Włoch gorąca sympatia Hitlera do duce trochę przygasła, przybierając 

odcień litości i współczucia.

Traktował   więc   Mussoliniego   jak   młodszego   brata,   który   mógł   odkupić   grzech   młodości, 

postępując dokładnie według wskazówek swego starszego brata.

Hitler  uparcie   nie  zgadzał   się z  Mussolinim,  który  starał  się  go przekonać,   że  wydarzenia 

międzynarodowe zmuszają do zmiany polityki wobec pewnych problemów.

Wielkie rozczarowane Hitlera objawiło się dopiero po uwolnieniu duce przez Skorzeny'ego.

Dziennik Mussoliniego, który został przy tej okazji znaleziony i z którym Hitler zapoznał się 

osobiście, stawiał charakter twórcy faszyzmu w zupełnie nowym świetle.

W trakcie  swych  pogadanek  Hitler  podawał nam  pewne szczegóły,  podkreślając słabości  i 

dwulicowość "lwa z półwyspu".

Swoje bolesne zaskoczenie zawarł w wypowiadanych z przygnębieniem słowach: "Przyznaję, 

że się pomyliłem.

Mussolini był jednak człowiekiem małego ducha.

Posiadam teraz na to niezbity dowód".

Antonescu.

background image

Hitler   manifestował   swą   głęboką   sympatię   do   Antonescu   nie   tylko   jako   wartościowego 

sojusznika, ale też jako człowieka.

Zawsze, gdy o nim mówił, używał określeń świadczących o wielkiej serdeczności.

Podczas  wizyty   Antonescu   w  Niemczech   z   zazdrosną   troską   czuwał   nad   bezpieczeństwem 

rumuńskiego szefa państwa.

Kiedyś wyznał mi, że argumenty, które przedstawiał Antonescu w trakcie dyskusji na temat 

sposobu prowadzenia wojny, zawsze były niezwykle trafne.

Stwierdzał również z satysfakcją, że Antonescu, pojawiając się na naradach, zawsze miał ze 

sobą grube teczki dokumentacji, a jego raporty redagowane były w stylu wytrawnego sztabowca.

Hitler podziwiał przede wszystkim prawy i nieprzekupny charakter Antonescu, choć jego zalety 

różniły się mocno od metod i zwyczajów drogich jego rodakom.

Jedyny   zarzut,   jaki   mu   czynił,   to   brak   silnej   ręki   w   kierowaniu   sprawami   wewnętrznymi 

swojego kraju.

W oczach Hitlera armia rumuńska to był jeden wielki świat korupcji i zdrady.

Ta konstatacja kazała mu żywić obawy o bezpieczeństwo Antonescu.

Ten jednak nigdy nie brał tych ostrzeżeń na serio.

Franco.

Zawsze, gdy Hitler mówił mi o Franco, miałam wrażenie, że odczuwał głęboki zawód wobec 

niewdzięczności, jaką w stosunku do niego manifestował caudillo.

To odczucie stało się szczególnie żywe po spotkaniu w Henda-ye.

Hitler pojechał tam z pełnym przekonaniem, że Franco li 154    zatwierdzi wypracowany plan 

kampanii mającej doprowadzić do zajęcia Gibraltaru.

Hitler   przyznawał,   że   niezdecydowany   i   lawirancki   charakter   Franco   był   przyczyną   wielu 

poważnych szkód, jakie ponosiły Niemcy i ich sojusznicy: "Franco - miał zwyczaj powtarzać - 

przekona się kiedyś, że jego postawa stanie się przyczyną jego własnej porażki".

W   miarę,   jak   Hiszpania   utwierdzała   się   w   pozycji   neutralności,   rozczarowanie   Hitlera 

przekształcało się w pogardę.

Pod koniec, aby wyraźnie zaznaczyć  swe lekceważenie, w trakcie rozmów przy kominku z 

zasady unikał wymieniania Franco.

Przestał on praktycznie dla niego istnieć.

Rozdział 12 Najlepszym z waszych sojuszników w czasie wojny był sam Hitler!

Goering,   podczas   przesłuchania   w   maju   1945   roku   To   zakończone   wykrzyknikiem   zdanie 

dawnego marszałka Rzeszy, wypowiedziane w pierwszych dniach jego uwięzienia, odmalowuje 

background image

napięcie, jakie zawsze istniało między Hitlerem a szefami Wehrmachtu.

Ta   ciągła   i   tragiczna   niezgoda   narodziła   się   tuż   po   przejęciu   władzy,   gdy   Wehrmacht 

oświadczył, że państwo narodowosocjalistyczne, zamiast swą solą uczynić klasę intelektualistów, 

zapuściło korzenie w masach proletariackich.

W   1934   roku,   z   okazji   kongresu   partii,   Hitler   wygarnął   wprost   zebranym   generałom: 

"Zarzucacie mi, że w partii trzeba jeszcze uregulować wiele rzeczy.

Przyznaję!

Macie rację!

Ale zapominacie, że klasy posiadające całkowicie mnie zawiodły w okresie walki o władzę.

Jestem więc zmuszony pracować teraz ręka w rękę z tymi środowiskami, które z wami nie mają 

nic wspólnego.

Bądźcie jednak przekonani, że aktywnie zajmuję się reorganizacją partii.

Ale tak jak wyszkolenie korpusu oficerskiego dla nowego Wehrmachtu wymaga lat,  tak mnie 

potrzeba dziesiątków lat na wychowanie nowych liderów mojej organizacji politycznej".

Trzeba   dodać,   że   w   okresie   walki   o   władzę   Hitler   bardzo   łatwo   obszedł   się   bez 

"intelektualistów".

Często nawet odrzucał ich ofertę współpracy, gdyż chciwie dążył do celu, którym było oparcie 

budowy partii na jedynej bazie - na klasie robotniczej.

W latach, które nastąpiły po tej deklaracji wobec generałów, nie dało się zauważyć żadnej 

reorganizacji partii, którą obiecywał Hitler.

Siła i władza gauleiterów i innych ważnych funkcjonariuszy, jeśli już, to tylko się powiększała.

Pierwsi członkowie ruchu hitlerowskiego cieszyli się, często niezrozumiałym, prestiżem.

background image

Podczas gdy oficerowie, starzy wiekiem funkcjonariusze czy też naukowcy tracili często swą 

pozycję, bo pragnęli niezależności, to "starzy" członkowie partii byli solidnie uwiązani do koryta 

reżimu, nawet wtedy, gdy popełniali bardzo poważne przewinienia.

Ten stan rzeczy wywoływał u oficerów w pewnym wieku przykre rozczarowanie.

To odczucie spowodowało, że bardzo szybko zaczęli odsuwać się od Hitlera.

On zaś nie potrafił uzasadnić swego zachowania.

Nie mógł już powoływać się na to, że partia cierpi na chorobę przystosowania, która dotyka 

każdy ruch rewolucyjny.

Coraz bardziej więc oddalał się od Sztabu Generalnego, który na początku cieszył się jego 

pełnym zaufaniem.

Nie ma żadnych wątpliwości, że ta zmiana postawy musiała być w części wynikiem intryg 

partyjnych   bonzów,   którzy   obawiali   się   rywalizacji   armii   i   którzy   traktowali   tę   ostatnią   jako 

reakcjonistyczną klikę.

Te insynuacje padały na podatny grunt wrodzonej nieufności Hitlera.

Punktów niezgody było wiele.

Generałowie Wehrmachtu, zwłaszcza ci starsi, usilnie występowali przeciw        pośpiesznemu 

wywracaniu całej struktury armii w celu dostosowania jej do nowych wymagań politycznych.

Te nalegania o ostrożność Hitler uznawał za objaw lenistwa i braku zdecydowania.

Pierwszymi jego ofiarami stali się marszałkowie von Blomberg i von Fritsch.

Aż do rozpoczęcia wojny Hitler pozostawiał generałom pełną swobodę, jeśli chodzi o szkolenie 

oddziałów.

Nie znaczy to jednak, że nie interesował się nowościami w tej dziedzinie.

Przypomnę tylko jedno małe zdarzenie, w którym sama brałam udział.

W 1936 roku siedzieliśmy z Hitlerem na tarasie jakiejś kawiarni w Monachium.

Sprzedawca gazet zaoferował nam kilka ilustrowanych pism.

Na   pierwszej   stronie   jednego   z   nich   ukazanych   było   200   rosyjskich   spadochroniarzy 

zrzuconych z samolotu w całej grupie.

Wybuchnęliśmy śmiechem, myśląc, że chodzi o jakiś wielki bluff, ponieważ ci ludzie stawali 

się wspaniałym celem dla snajperów.

Jedynie Hitler zachował powagę.

Kazał sobie przynieść nożyczki, wyciął fotografię i bez słowa schował ją do kieszeni.

Wiem,   że   dwa   dni   później   wezwał   Goeringa   i   podsunął   mu   zarys   instrukcji   stworzenia 

pierwszego niemieckiego pułku spadochroniarzy.

background image

Po pierwszych sukcesach, jakie Hitler odniósł w Polsce, a potem w Norwegii, jego wiara we 

własną nieomylność tylko wzrosła.

Stał się niezwykle drażliwy i brutalnie reagował, gdy ktoś "obrażał jego geniusz", to znaczy 

ośmielał się mieć inne niż on zdanie.

Niemniej, zimą 1939-1940, gdy chciał rozpocząć generalną ofensywę przeciw Francji, po raz 

kolejny natknął się na opór szefów Wehrmachtu.

Tłumaczyli   mu   oni,   że   trudności   terenowe   w   Eifel   i   w   Ardenach   praktycznie   wykluczają 

kampanię   zimową   i   że,   z   drugiej   strony,   większość       oddziałów   niemieckich   nie   jest   jeszcze 

dostatecznie wyszkolona do przeprowadzenia takiej kampanii.

Hitler   po   raz   kolejny   uznał   te   zastrzeżenia   za   tchórzostwo   i   wygłosił   w   związku   z   tym 

incydentem sensacyjne przemówienie (listopad 1939).

Goering znał swego szefa lepiej niż inni, ale nigdy nie przeciwstawiał mu się wprost.

On również był zdania, że ta zimowa kampania byłaby nieszczęściem.

Sprytny jak zwykle, wstrzymał się z wyrażeniem swej opinii.

Czekał spokojnie i w przeddzień wyznaczonej do ataku daty oznajmił Hitlerowi, że Luftwaffe 

nie   jest   w   stanie   uczestniczyć   w   operacji   z   powodu   zbyt   niesprzyjających   warunków 

atmosferycznych.

Powtórzył tę małą grę trzykrotnie.

W końcu ofensywa została odłożona.

Hitler był jednak urodzony pod szczęśliwą gwiazdą.

To on zadecydował o natarciu przez Ardeny, aby otworzyć rygiel, wokół którego obracały się 

francuskie armie z północy i ze wschodu.

Wbrew wszelkim oczekiwaniom wydarzenia przyznały mu rację.

Ten sukces ostatecznie go upoił.

Od   tej   pory   osobiście   kierował   wszystkimi   operacjami   i   nie   tolerował   żadnego   sprzeciwu 

wobec swych rozkazów.

W tym samym czasie jego nieufność do większości szefów Wehrmachtu znacznie wzrosła, 

osiągając wymiar obsesji.

background image

Pewnego   wieczoru   usłyszałam   z   jego   ust   następujące   słowa:   "Sztab   Generalny   armii 

niemieckiej to ostatnia z lóż masońskich, którą, na nieszczęście, zapomniałem rozwiązać".

Jednak wściekły był na myśl, że nie może się obejść bez kompetencji tychże samych oficerów.

Uparcie minimalizował więc ich zasługi na wszystkich możliwych polach.

Spadające na generałów laury wyzwalały w nim wściekłą zazdrość.

Gdy pewnego dnia słynny autor powieści wojennych ośmielił się stwierdzić w prasie, że Fiihrer 

ma wielkie szczęście, iż otacza go tak kompetentny sztab, deklaracja ta została zinterpretowana 

jako obraza i nieostrożnemu literatowi zabroniono wszelkiej działalności pisarskiej.

Hitler stracił zaufanie nie tylko do Sztabu Generalnego - jego nieufność pociągała za sobą 

interwencje również na niższych szczeblach.

Przejął praktycznie całą inicjatywę dowódców wielkich jednostek.

Gdy przedkładał swoim współpracownikom plany operacji, nie zadowalał się zarysowaniem 

głównych manewrów, lecz opracowywał również wykonanie zadań w szczegółach.

Jego plany były planami gotowymi i jako takie miały być po prostu przekazywane w formie 

rozkazu różnym grupom armii.

Nie trzeba podkreślać, że te ciągłe ingerencje we wszystkie fazy operacji doprowadzały Hitlera 

do katastrofalnego przemęczenia intelektualnego.

Klęski, które nastąpiły po pierwszych sukcesach, pokazały również, jak ta metoda była zgubna 

dla Wehrmachtu.

To właśnie w jego relacjach z dowódcami armii i w nieprzejednanym sposobie, w jaki ich łamał 

i karał, najpełniej przejawiał się jego wynaturzony charakter.

Nie ma w historii przykładu takiego "walca" marszałków!

Trzeba przyznać, że w niektórych sprawach strategicznych Hitler miał zadziwiającą zdolność 

widzenia dalej i lepiej.

Często   znajdował   szczęśliwe   rozwiązania   trudności   uznawanych   za   praktycznie   nie   do 

przezwyciężenia, posługując się po prostu zdrowym rozsądkiem.

Tego   nadzwyczajnego   daru   sprowadzania   najbardziej   złożonych   problemów   do   ich 

najprostszego wyrazu nie można mu odmówić.

Dzięki swej fenomenalnej pamięci zdobył znaczny bagaż wiedzy militarnej.

Z   ogromnym   zapałem     przeczytał   wszystkie   prace   na   temat   wojny  zmotoryzowanej,   które 

zostały wydane na świecie.

Uważał się słusznie za ojca duchowego "pancerniaków" i ich roli w zakrojonych na szeroką 

skalę działaniach strategicznych.

background image

Tymczasem doświadczenie z praktycznym dowodzeniem operacjami zakończyło się dla niego 

kompletnym fiaskiem.

Jego   zajadłość   w   ciągłym   wtrącaniu   się   w   realizację   opracowanych   przez   siebie   planów 

doprowadziła Wehrmacht do katastrofy.

Przykład Stalingradu wystarczająco pokazuje szkodliwe następstwa jego uporu.

Za każdym razem, gdy sugerowano mu wydanie rozkazu wycofania 6.

Armii, odpowiadał dumnie: "Znam 6.

Armię i jej dzielnego wodza.

Twierdza Stalingrad zostanie wzięta dzięki pomocy, którą tam wyślę".

Rozkaz oporu za wszelką cenę został wydany 6.

Armii, gdy zdobyła niewiele więcej niż trochę ruin miasta, zanim została doszczętnie rozbita na 

śnieżnych stepach w wyniku zaciekłych uderzeń oddziałów rosyjskich.

Marszałek Paulus rzucił dramatyczny apel, w którym wyłuszczał, że zaopatrzenie z powietrza 

jego otoczonej armii było niemożliwe i że wszystkie próby zbliżenia się innych armii niemieckich 

zostały odparte.

Ale Hitler uparł się przy swojej decyzji.

Nie chciał przyjąć do wiadomości, że los zwrócił się przeciwko niemu i że po erze ciągłych 

sukcesów trzeba poznać smak porażki.

Jego brutalna   zawziętość   przejawiała  się  we wszystkich   rozkazach   dziennych  wydawanych 

oddziałom.

Wiadomo, z jak nieubłaganym  okrucieństwem zagroził w 1944 roku, że rozstrzela każdego 

żołnierza, który opuści swą pozycję pod presją wroga: "Każde miasto, każda wioska musi być 

broniona jak forteca, do ostatniego naboju.

Nawet skrawek ziemi nie może być oddany wrogowi".

 Rozkaz ten miał fatalny wpływ na morale oddziałów podczas inwazji Europy przez aliantów.

background image

Pod koniec Hitler potrzebował winnego każdej porażki, każdego wycofania się wojsk.

W   miarę,   jak   spadały   na   niego   niepowodzenia,   "zużycie"   dowódców   wielkich   jednostek 

przybrało zastraszające rozmiary.

Obliczono, że od lutego 1945 roku dowódca armii z trudem utrzymywał się na stanowisku 

dłużej niż miesiąc.

Takie środki działania były zabójcze dla stabilności prowadzenia wojny.

Oddział niczego już nie rozumiał; jego zaufanie do własnych dowódców znacznie się obniżyło.

Za każdym  razem,  gdy Hitler  odprawiał  jednego ze swoich marszałków,  robił  to w stanie 

wściekłej furii.

Jego histeryczne zachowanie wywierało na tych ostatnich takie wrażenie, że ledwie znajdowali 

argumenty na swoje usprawiedliwienie.

Ci ludzie, którzy wyrwali się z nieprawdopodobnych cierpień na froncie rosyjskim, którzy na 

co   dzień   stawali   oko   w   oko   ze   śmiercią   na   lodowych   równinach,   byli   dosłownie   przerażeni 

wściekłą gwałtownością "ich Fuhrera".

Ale   bardzo   często   Hitler   nie   zadowalał   się   prostym   zdymisjonowaniem   generałów   i 

marszałków.

Przypominam sobie przypadek generała Heima, starego żołnierza, który dowiódł swej odwagi 

na wszystkich polach bitew.

Jesienią 1942 roku armia rumuńska kontrolowała sektor Donu.

Gdy   spodziewano   się   tam   gwałtownego   ataku   Rosjan,   korpus   pancerny   pod   dowództwem 

generała Heima zajął pozycję wsparcia za oddziałami rumuńskimi.

Składał   się   on   z   rumuńskiej   dywizji   pancernej,   która   jeszcze   nigdy   nie   uczestniczyła   w 

walkach, i z niemieckiej dywizji pancernej, strasznie już znękanej zarówno pod względem stanu 

osobowego, jak i wyposażenia.

Rosjanie wdarli się w linie obrony tak szybko, że oddziały rumuńskie poszły w rozsypkę i 

generał Heim stanął nieoczekiwanie wobec przeważającej liczby czołgów rosyjskich.

Nie mógł więc wykonać przewidzianego kontrataku i też musiał się wycofać.

Hitler wezwał generała Heima do kwatery głównej, aby wyjaśnił przyczyny swej decyzji.

Jednak do tej rozmowy nigdy nie doszło.

Hitler zadowolił  się wysłaniem  do wszystkich  generałów Wehrmachtu  okólnika, w którym 

poinformował,   że   generał   Heim   został   odwołany   ze   stanowiska   z   powodu   "kryminalnego 

zachowania wobec powierzonych mu oddziałów".

W tym samym piśmie wspomniał, że były żołnierz Heim został postawiony przed trybunałem 

background image

wojskowym.

Nigdy nie wszczęto śledztwa w tej sprawie.

Heim   został   po   prostu   zamknięty   w   więzieniu   w   Moabicie,   a   następnie   przeniesiony   do 

twierdzy, gdzie pozostał w areszcie aż do końca działań wojennych.

Po zamachu 20 lipca 1944 roku wrogość Hitlera do sztabu jeszcze bardziej wzrosła.

W ogóle nie zdziwiło go to, że ci, którzy chcieli pozbawić go życia, wywodzili się z tego 

właśnie środowiska.

Hitler widział w tym fakcie dowód na to, że jego nieufność do generałów była całkowicie 

uzasadniona.

Przypominam sobie, że gdy pewnego dnia jego owczarek niemiecki był nieposłuszny, to skarcił 

go słowami: "Spójrz mi w oczy, Blondi!

Czy jesteś takim samym zdrajcą jak generałowie z mojego sztabu?".

W ciągłym powiększaniu jednostek SS Hitler widział polityczny atut w swej walce przeciw 

Sztabowi Generalnemu.

Nieustannie   zachęcał   Himmlera   do   przejmowania   najlepszych   spośród   młodych   rekrutów   i 

tworzenia z nich nowych dywizji SS.

Tu również zostały popełnione karygodne błędy.

Przekonanie Himmlera i Hitlera, że dla żołnierzy               ważniejsza jest czystość  rasowa i 

szkolenie polityczne niż trening i solidne przygotowanie wojskowe, było po prostu szokujące.

Lecz gdy Hitler posunął się do powierzenia szefowi SS wszystkich formacji paramilitarnych i 

dywizji "Yolksgrenadiere", a także niektórych  armii, nie było już wątpliwości, że definitywnie 

zerwał z tradycją i zasadami wojskowymi, które stworzyły wielkość Niemiec.

Ale również w szeregach SS pojawiły się nieoczekiwane rysy.

Reprezentatywnym typem przywódcy w jednostkach wojskowych SS był bez wątpienia Sepp 

Dietrich, syn rzeźnika, który wspiął się do rangi generała, dowódcy armii.

Sepp Dietrich.

background image

Hitler widział w Seppie Dietrichu typ najemnika, który pod powłoką brutalności i pewnego 

nieokrzesania kryje w sobie żarliwego ducha.

Cenił  prostotę  sposobu bycia  i  myślenia,  którą  Sepp Dietrich  zachował  mimo  błyskotliwej 

kariery w szeregach czarnej formacji.

Fuhrer dobrze wiedział, że ci ostatni otaczali go szacunkiem, uwielbiali i poufale nazywali 

"nasz Stary".

Między Seppem Dietrichem a Himmlerem niezgoda panowała od zawsze.

Hitler tłumaczył to napięcie zderzeniem dwóch na wskroś przeciwstawnych charakterów.

W jego oczach, mroczny szef SS nie mógł przyzwyczaić się do prawego i lojalnego charakteru 

komendanta "Leibstandarte", którego jedynym ideałem było służyć jako żołnierz.

Ale pod koniec wojny makiaweliczne intrygi zrobiły swoje i nieograniczone zaufanie, jakim 

Hitler darzył Seppa Dietricha przez dwadzieścia lat, znacznie osłabło.

Sądzę, że do zasiania niepewności w sercu Hitlera w stosunku do Seppa Dietricha w niemałym 

stopniu przyczynił się szwagier Evy Braun, Fegelein.

Po niepowodzeniach 5.

Armii   pancernej   pod jego dowództwem,  a  szczególnie  po  głośniej  porażce   poniesionej     w 

Austrii   w   starciu   z   rosyjską   armią   inwazyjną,   Hitler   całkowicie   stracił   zaufanie   do   swego 

protegowanego.

W szaleństwie swoich ostatnich dni zabronił mu nawet noszenia opaski jednostek specjalnych 

SS, z jakich składała się ta armia.

Niedługo   potem,   w   przypływie   melancholijnej   depresji,   Hitler   pozwolił   sobie   w   mojej 

obecności   wygłosić   oskarżenie   pod   adresem   Seppa   Dietricha:   "Teraz   nawet   jeden   z   moich 

generałów SS przeszedł w szeregi zdrajców".

Pod koniec Hitler myślał już tylko o jednym: zyskać na czasie.

Podczas   narad   ze   swymi   współpracownikami   poruszał   już   tylko   tematy,   które   uważał   za 

interesujące, i rzadko kiedy dopuszczał innych do głosu.

Całkowicie stracił poczucie rzeczywistości.

Żył w posępnym świecie, w pogoni za marzeniami i urojeniami.

Ciągle wierzył w zwycięstwo, ale była w tym zawziętość chorego, który próbuje przekonać sam 

siebie, że wyzdrowieje przez to, że będzie o tym wyzdrowieniu bez przerwy mówił.

Tym niemniej Hitler zachował swój nadzwyczajny dar, którego używał, aby podtrzymać swój 

wpływ na niezdecydowanych.

Potwierdzał swą wiarę w końcowe zwycięstwo z taką pewnością siebie, że ci, którzy się do 

background image

niego zbliżali, ciągle wierzyli w cud.

Nieustannie mówił o nowych rodzajach broni, które przegnają najeźdźców z kontynentu.

Próbował   olśniewać   wizją,   że   po   tej   strasznej   wojnie   i   po   odbudowie   Niemcy   staną   się 

piękniejsze niż przedtem.

Sądzę, że był  rzeczywiście  przekonany,  iż broń o strasznej sile rażenia  lada chwila opuści 

niemieckie laboratoria i pracownie, aby zadecydować o losach wojny.

Opowiadał nam często o swoich strasznych wizjach.

Prawdą jest, że przewidywał ten okrutny koniec od dawna.

Pamiętam, że        już w 1943 roku wypowiedział prorocze słowa: "Niech Bóg mi wybaczy 

ostatnie piętnaście dni tej wojny, bo będą straszliwe!".

Czekając na narzędzia apokalipsy, musiał zyskać na czasie.

Polegało to na zapowiadaniu przez Hitlera wojny totalnej i rzucaniu źle wyposażonych wojsk 

obrony terytorialnej przeciw nieprzyjacielskim czołgom.

Aby spowolnić marsz najeźdźców, organizował partyzantkę, nie zdając sobie sprawy, że wojna 

partyzancka byłaby trudna do prowadzenia w niemieckich warunkach geograficznych.

Niemająca żadnego większego znaczenia działalność "Werwolfu" potwierdziła to zresztą.

Słyszałam z ust świadków, których nie mogę podejrzewać o złą wiarę, że Hitler nosił się z 

myślą rozstrzelania pewnej liczby więźniów alianckich.

To posunięcie sprowokowałoby akcję odwetową i, w umyśle Hitlera, położyłoby kres coraz 

liczniejszym dezercjom w szeregach Wehrmachtu.

Hitler uzasadniał te okrutne posunięcia, powtarzając niestrudzenie przysłowie: "Nieżywy nie 

może się już bronić".

Hitler bronił się tak długo, jak długo miał choćby pozór nadziei.

Stawiał opór, wysyłając na śmierć kwiat młodzieży niemieckiej.

background image

Stawiał opór, nie myśląc,  że wciąga do swego upadku cały naród, któremu  obiecywał  erę 

tysiącletniej szczęśliwości.

Rozdział 13 Wszystko, co pozostaje po człowieku, to jego dzieła i pamięć o nim.

Hitler Znam fotografię, na której widać Hitlera i Evę Braun, jak wlewają stopiony ołów do 

naczynia z zimną wodą.

To   stary,   wigilijny   obyczaj   z   południowych   Niemiec,   który   polega   na   interpretowaniu 

przedziwnych form, w jakie układa się zastygający ciekły metal w wodzie.

Według dawnych wierzeń, formy te pozwalają przewidzieć, co przyniesie nowy rok.

Ta nieznana fotografia nie musi służyć jako argument za tym, że Hitler był przesądny; pokazuje 

ona   przede   wszystkim   rodzinną   atmosferę,   w   jakiej   Fiihrer   Trzeciej   Rzeszy   żył   ze   swym 

najbliższym otoczeniem.

Hitler   miał   również   zwyczaj   grania   w  orła   i   reszkę,   gdy   nie   chciał   uchodzić   za   osobnika 

narzucającego swoją wolę tym, których chciał oszczędzić, lub gdy był niezdecydowany w jakiejś 

drugorzędnej sprawie.

Te gesty, które mogą dziwić, nie świadczą o niczym innym, jak tylko o tym, że miał naturę 

gracza.

Gdy na przykład w okresie przedwojennym Hitler i kilku jego bliskich znajomych planowali 

przejażdżkę samochodem lub wycieczkę w góry, a zdania w tym względzie były podzielone, miał 

zwyczaj rzucania monety; strona, na którą spadła, decydowała o tym, co będą robić.

Za zwycięskiego zawsze uznawano "orła".

Te losowe decyzje nie były już przez nikogo kwestionowane.

Podczas wojny nie widziałam już więcej Hitlera rozstrzygającego problemy w taki sposób, 

nawet jeśli nie miały one żadnego znaczenia.

Pojawiały się  również  pogłoski  o tym,  że  w  przeddzień  ważnych  akcji  Fuhrer  słuchał  rad 

astrologów.

Muszę   przyznać,   że   w  trakcie   naszych   rozmów   nigdy  nie   pojawiał   się   problem   tego   typu 

praktyk i nigdy nie zauważyłam ich najmniejszych oznak.

Zawsze gwałtownie odrzucał myśl, że los ludzi zależy od gwiazd lub konstelacji, pod jakimi się 

urodzili, i podważał tę tezę, wskazując, że losy osób urodzonych tego samego dnia, w tym samym 

miejscu i o tej samej godzinie są zupełnie różne.

Najbardziej oczywistym dla niego dowodem był przypadek bliźniaków.

Prawdą jest, że w początkach swej działalności publicznej, gdy był jeszcze bardzo daleko od 

władzy, silne wrażenie wywierały na nim przepowiednie karcianej wróżki z Monachium.

background image

Wydawało się, że przyszłość, którą mu wywróżyła, spełniła się co do joty.

Ale Hitler mówił o tej zbieżności wyłącznie z ironią i traktował ją żartobliwie.

Często słyszałam,  jak mówił,  że należałoby  zabronić  zawodowym  szarlatanom  ich praktyk 

mamienia ludzi.

Odrzucał   także   przesąd,   że   niektóre   dni   tygodnia   i   liczby   mogą   mieć   wpływ   na   nasze 

zachowania i czyny.

Hitler, aby podjąć ważną decyzję, miał zwyczaj starannie rozważać wszystkie jej konsekwencje 

i określać dokładnie czynniki, jakie się na nią składają.

Określając moment wprowadzenia decyzji w życie, prawie wyłącznie zdawał się na intuicję.

Sądzę, że Hitler - co miałam okazję obserwować  z bliska przez wiele lat - w osiemdziesięciu 

procentach miał chłodny i wyrachowany umysł; reszta należała do intuicji.

Tak jak Hitler  emanował  magnetyczną  mocą,  która działała  na  jego rozmówców,  tak  jego 

podświadomość poddawana była potężnym impulsom jego intuicyjnego umysłu.

Bardzo   często,   gdy   na   przekór   zdaniu   wszystkich   przewidywał   coś   i,   ku   zdziwieniu   tych 

wszystkich, nieprawdopodobne stawało się możliwe, mówił, uśmiechając się: "Widzicie, jeszcze 

raz okazało się, że miałem dobrego nosa!".

Te przeczucia i wewnętrzne ostrzeżenia odgrywały szczególną rolę w zamachach, które były 

przeciwko niemu kierowane.

Aby lepiej rozjaśnić ich znaczenie, interesującą sprawą byłoby powrócić do najpoważniejszych 

prób zabójstwa, których mógł się stać ofiarą.

Przed zamachem z 9 listopada 1939 roku w "Biirger-braukeller" w Monachium, Hitler nigdy 

nie brał pod uwagę takiej ewentualności.

Jednak, poczynając od tej daty, stała się ona tematem codziennych rozmów.

background image

W sumie, Hitler doliczył się siedmiu prób zabójstwa skierowanych przeciw swej osobie.

W tej liczbie mieścił się zamiar pozbycia się go przez Róhma.

Zdaniem Hitlera organizator SA był anarchistą, który za wszelką cenę i wszelkimi środkami 

chciał dorwać się do władzy.

Rohm,   człowiek   o   naturze   najemnika,   w   najmniejszym   stopniu   nie   kierował   się   ideałami 

nazistowskimi i pragnieniem zbudowania nowego porządku, lecz jego jedynym celem było objęcie 

dowództwa Wehrmachtu.

Rohm   miał   zamiar   brutalnie   usunąć   nie   tylko   marszałka   von   Blomberga   i   kilku   innych 

generałów, ale nie zawahałby się, w tym przypadku, zaatakować osobiście nawet Hitlera.

     Blomberg został powiadomiony przez swoje służby wywiadowcze o zamiarach Róhma i 

uprzedził Hitlera, że Wehrmacht zbuntuje się przeciw takim zmianom w dowództwie.

Napięcie między armią a partią sięgnęło zenitu.

Niemcom groziła wojna domowa.

Gdy   Hitler   zdobył   niepodważalne   dowody   kryminalnych   przygotowań   swego   zastępcy, 

natychmiast podjął działania mające oddalić to niebezpieczeństwo.

Zwierzył mi się, że posiadał również dowody na współpracę Róhma z zagranicą i że generał 

von   Schleicher   był   tylko   posłusznym   narzędziem   w   jego   rękach:   "Dzięki   mojej   szybkiej   i 

bezlitosnej akcji uniknąłem znacznie większego nieszczęścia niż zniknięcie tej garstki ludzi, którą 

każdy niemiecki sąd mógł skazać jako zdrajców ojczyzny".

Hitler często i z przyjemnością  zwracał  uwagę, że jego gwiazda  nigdy tak bardzo mu nie 

sprzyjała, jak w przypadku Róhma, gdy na czas został uprzedzony o podjętej przeciw niemu akcji.

Opowiadał   nam,   że   przed   przejęciem   władzy   jakiś   człowiek   próbował   zastrzelić   go   z 

rewolweru w holu Kaiserhof, gdy pił herbatę.

Innym razem, kanapki, które w tym samym hotelu przygotowano mu na podróż, były zatrute.

Hitler powiedział nam dosłownie: "Na szczęście tego dnia nie byłem głodny.

Oddałem kanapki mojemu szoferowi, który zaraz poczuł silne bóle i miał wszystkie objawy 

zatrucia.

Został uratowany tylko dzięki energicznej interwencji.

Z moim delikatnym żołądkiem te małe kanapki z cyjankiem z pewnością by mnie zabiły.

Dzielny Schreck, który był szczególnie mocnej budowy, szczęśliwie z tego wyszedł".

Innym   razem,   w   trakcie   publicznego   spotkania,   Hitler   zauważył,   że   człowiek   siedzący 

naprzeciwko niego na   trybunach zdradzał objawy najwyższego zdenerwowania.

Jego zachowanie wydało się Hitlerowi tak dziwne, że przeczuł niebezpieczeństwo i kazał tego 

background image

osobnika na miejscu zrewidować.

Okazało się, że miał przy sobie bombę, której eksplozja mogła spowodować zawalenie się całej 

sali.

Podobne zdarzenie miało miejsce zimą 1941-1942.

Hitler też zwietrzył potencjalnego napastnika po jego dziwnym zachowaniu.

Był   to   Szwajcar,   którego   Hitler   widział   za   każdym   razem,   gdy   zjeżdżał   z   Berghofu   do 

Berchtesgaden.

Powziąwszy podejrzenie, podszedł nagle do niego, żeby go wybadać.

Człowiek   ów,   zbity   z   tropu   tym   niespodziewanym   działaniem,   wymamrotał   jakieś 

usprawiedliwienie i utrzymywał, że chciał przekazać Hitlerowi osobisty list.

Hitler wyrwał mu kopertę i stwierdził, że jest w niej tylko czysta kartka papieru.

Człowiek przyznał się samemu Hitlerowi, że czatował na niego od wielu tygodni, żeby go zabić 

strzałem z pistoletu.

Za   każdym   razem,   gdy   Fiihrer   opowiadał   nam   o   zamachach,   których   mógł   paść   ofiarą, 

podkreślał, że miał ogromne szczęście.

Dodawał   jednak   przy   tym,   że   niebagatelną   rolę   w   uniknięciu   niebezpieczeństwa   odgrywał 

również jego nadzwyczajny nos.

Inspektorzy z Krispo, którzy towarzyszyli mu w podróżach, musieli znosić jego sar kazm za 

każdym razem, gdy uniknął śmierci tylko dzięki własnej intuicji.

Nie   trzeba   dodawać,   że   tak   wyszydzeni   członkowie   osobistej   ochrony   z   własnej   woli 

rezygnowali z przywileju, który mieli zaszczyt dostąpić, i wracali do szeregu.

Podczas zamachu w Biirgerbraukeller w Monachium konspiratorzy przygotowali uderzenie z 

diabelską wprost przebiegłością.

background image

Bomba została umieszczona w taki sposób,        że Hitler niechybnie zostałby przygnieciony 

sufitem, gdyż zwalił się on dokładnie w tym miejscu, w którym Hitler znajdował się kilka chwil 

wcześniej.

Po raz kolejny uratowała go jego wieszcza intuicja.

Tak jak w poprzednich latach  miał  zwyczaj  osobistego uściskania  ręki każdego ze starych 

towarzyszy walki, tak nie wykonał tego gestu akurat w dniu zamachu.

Wyjaśniał   mi   później:   "Nagle   poczułem   w   sobie   niepohamowaną   potrzebę   skrócenia   tego 

spotkania, aby jeszcze tego samego wieczoru móc dotrzeć do Berlina.

Tak naprawdę nie było ku temu żadnego przekonywającego powodu, gdyż wiedziałem, że w 

Berlinie nie czeka mnie nic specjalnego - a jednak posłuchałem wewnętrznego głosu, który chciał 

mnie uratować.

Gdybym,   tak  jak  zawsze,  witał  się  z   moimi  towarzyszami  z   dawnych   lat,   co  na  początku 

miałem zamiar uczynić, moim wrogom z całą pewnością udałoby się mnie zabić.

Eksplozja miała miejsce w kwadrans po moim wyjściu".

Byłam wraz z Hitlerem w pociągu, który wiózł nas tamtego wieczoru do Berlina.

Był dowcipny i bardzo ożywiony, jak zwykle po udanym spotkaniu.

Wśród   nas   był   również   Goebbels,   który   rozweselał   rozmowę   swym   kąśliwym   poczuciem 

humoru.

W owym czasie w otoczeniu Hitlera dozwolone było jeszcze picie alkoholu, więc w całym 

pociągu specjalnym panowała atmosfera ogólnej wesołości.

Zatrzymaliśmy się na kilka chwil w Norymberdze, aby odebrać ważne wiadomości i wysłać 

kilka pilnych poleceń.

Miał to zrobić Goebbels.

Gdy wrócił do salonki Hitlera, powiedział mu  o tym,  co zaszło w Monachium po naszym 

wyjeździe.

Hitler nie dowierzał i najpierw w ogóle nie zareagował; ale w końcu, widząc przygnębienie 

Goebbelsa, wziął całą rzecz na serio.

Gdy już nie miał  wątpliwości co do prawdziwości tej  informacji,  jego     twarz zastygła  w 

surowym i stanowczym wyrazie.

W   jego   spojrzeniu   tańczyły   tajemnicze   ognie,   jakie   widywałam   u   niego   w   chwilach 

podejmowania wielkich decyzji.

Bezwzględnym i chrapliwym głosem wyrzucił z siebie: "Teraz jestem już całkowicie spokojny; 

to, że opuściłem Biirger-brau wcześniej niż zwykle, to potwierdzenie, że Opatrzność chce, aby 

background image

moja misja została spełniona".

Pod wpływem emocji siedzieliśmy jak zamurowani.

Słowa te zadziałały na nas jak zwieńczenie dramatu o jakiejś nierealistycznej, halucynacyjnej 

fabule.

Hitler szybko odzyskał przytomność umysłu i przeszedł do działania.

Zażądał informacji na temat rannych i nakazał Schaubowi, swemu osobistemu adiutantowi, aby 

zajął się ofiarami.

Potem snuł hipotezy na temat możliwych powiązań konspiratorów.

Schaub, który już sporo wypił, ściągnął na siebie gromy Fuhrera, gdyż uczynił niestosowną 

uwagę w czasie dyskusji.

Hitler wyrzucił go nawet za drzwi.

Nie trzeba dodawać, że do samego Berlina atmosfera w wagonie pozostała raczej burzliwa.

Po tym  zamachu  wzmocniono  środki bezpieczeństwa,  ale nie było  to jeszcze  przetrząsanie 

teczek wszystkich, którzy wchodzili do kwatery głównej.

A skoro każdy stawiający się "do raportu" oficer zazwyczaj miał ze sobą teczkę, to pamiętnego 

poranka 20 lipca 1944 roku hrabia Stauffenberg nie miał żadnych trudności z wniesieniem bomby 

do sali konferencyjnej.

Stauffenberg oparł ją o nogę stołu tuż obok Hitlera, a następnie opuścił salę pod pretekstem 

pilnego telefonu.

Po chwili nastąpiła eksplozja.

Kilka otaczających Hitlera osób zostało zabitych.

On sam ucierpiał od wielkiego wstrząsu.

Miał pęknięte oba bębenki i kilka krwawych wylewów spowodowanych wielką siłą, z jaką 

został rzucony o stół.

   W tamtym czasie Hitler zapraszał mnie do wspólnego, tylko z nim, jadania posiłków.

Wiedząc   o   dramatycznym   porannym   zdarzeniu,   byłam   przekonana,   że   obiad   zostanie 

odwołany.

Jednak wbrew wszelkim oczekiwaniom zostałam wezwana na trzecią po południu.

Z zalęknionym sercem poszłam do niego, spodziewając się najgorszych rzeczy.

background image

Gdy   weszłam   do   jego   ogołoconego   pokoju   w   bunkrze,   który   bardziej   przypominał   celę 

klasztorną niż jadalnię najpotężniejszego człowieka Niemiec, podniósł się z trudnością z fotela i z 

wymuszonym uśmiechem podał mi rękę.

Domyślałam   się,   że   patrzył   na   mnie   badawczo,   aby   wyczytać   w   moim   wyrazie   twarzy 

wrażenie, jakie odczuwałam.

Przyznam,   że   ku   mojemu   zdziwieniu,   w   oślepiającym   świetle   żarówek   elektrycznych   jego 

twarz wydała mi się wypoczęta i spokojna.

Opowiedział mi o swoich obrażeniach: coś przygniotło jego prawą rękę i coś spadło mu na 

plecy, ale nawet nie zdążył zauważyć, co to było.

Ciągle był zdziwiony szybkością, z jaką cały dramat się rozegrał, i zapewniał, śmiejąc się, że 

zamach bombowy to rzeczywiście łatwy sposób przeniesienia się na tamten świat.

Potem   opisał   mi   przerażenie   Morella,   jego   osobistego   lekarza,   który   został   wezwany,   aby 

udzielić mu pierwszej pomocy.

Byłam   zdziwiona,   widząc,   że   włosy   Hitlera,   które   zwykle   były   potargane   i   opadały   mu 

kosmykami na czoło, teraz były starannie ułożone.

Zapytałam, czy miał już czas sprowadzić fryzjera, a on, wziąwszy mnie za rękę odparł: "Proszę 

dotknąć moich włosów; są lekko nadpalone, dlatego tak dobrze się trzymają".

Następnie, z dużą swobodą, Hitler wyjaśnił mi, w jaki sposób odbył się zamach.

Najpierw  myślał,  że   bomba  została  wrzucona   z  zewnątrz,  przez   okno:  "Miałem  niebywałe 

szczęście.

To ciężka noga od stołu, o którą oparta była teczka, zatrzymała siłę odłamków, które były mi 

przeznaczone.

Stenografiście, który siedział obok mnie i spisywał wystąpienia, urwało obydwie nogi.

Naprawdę, miałem niezwykłe szczęście.

Gdyby eksplozja miała miejsce w dużej sali bunkra, a nie w drewnianym baraku, to jestem 

pewien, że wszyscy uczestnicy zostaliby zabici.

Rzecz dziwna, ale od pewnego czasu miałem przeczucie, że wydarzy się coś niezwykłego; 

czułem, że niebezpieczeństwo unosi się tuż nade mną, i wydałem już rozkaz wzmocnienia dozoru, 

przypomina sobie pani?".

Rzeczywiście, 19 lipca Hitler wydał mi się bardzo zaniepokojony i zdenerwowany.

Gdy zapytałam, czym jest tak przejęty, odpowiedział: "Mam nadzieję, że nic mi się nie stanie".

I   po   chwili   ciężkiego   milczenia   dodał:   "To   już   byłby   szczyt   wszystkiego,   gdyby   teraz 

wydarzyło się jakieś nieszczęście.

background image

Nie mogę sobie pozwolić na chorowanie, bo nie ma tu nikogo, kto mógłby mnie zastąpić w tej 

trudnej sytuacji, w jakiej znalazły się Niemcy".

Hitler poprosił, abym poszła zobaczyć salę narad, w której miała miejsce eksplozja, i przyniósł 

mi to, co zostało po wybuchu z jego munduru.

Spodnie były całe postrzępione, trzymały się tylko na pasku.

Na dole bluzy wyrwany był kawał materiału.

Hitler potraktował ten mundur jak trofeum i kazał wysłać go do Berghofu, do pani Braun, z 

nakazem, aby troskliwie go zachować.

Opowiedział mi jeszcze, jak zareagowali po wybuchu jego służący.

Linge, jego maitre d'hótel, pienił się dosłownie z wściekłości, natomiast jego kamerdyner Arndt 

trwożliwie szlochał.

Na popołudnie 20 lipca przewidziana była wizyta duce.

Zgłaszając propozycję jej przesunięcia, byłam przekonana, że Hitler ją zaakceptuje.

On jednak odpowiedział       energicznie: "Ależ skąd!

Nie ma mowy, żebym się wymigiwał!

Muszę się z nim zobaczyć.

Nie   sądzi   pani,   że   propaganda   zagraniczna   byłaby   tylko   szczęśliwa,   gdyby   mogła 

rozpowszechnić takie haniebne kłamstwa?".

Zaraz po naszym obiedzie Hitler zaprosił duce do swojego biura.

Po krótkiej rozmowie zaprowadził go do baraku, gdzie miała miejsce eksplozja, i opowiedział 

mu o szczegółach tego zdarzenia.

W tym czasie został wykryty sprawca zamachu.

Telefonista z centrali zauważył, że hrabia Stauffenberg wszedł do sali obrad z teczką w ręku, a 

wyszedł z pustymi rękoma zaraz po tym, jak pojawił się Hitler.

Można było też ustalić, że nigdzie nie dzwonił, ale natychmiast po wybuchu rzucił się biegiem 

w stronę lądowiska, na którym czekał już na niego samolot.

Gdy o piątej zebraliśmy się u Hitlera na herbatę, nadeszła wiadomość o jego aresztowaniu.

background image

Hitler   był   najpierw   wściekły   na   myśl,   że   Stauffenberg   mógł   dotrzeć   do   Berlina,   ale   gdy 

powiedziano mu, że właśnie dzięki temu mogli być aresztowani wszyscy członkowie spisku, rzucił 

radośnie: "Nie mam się już czego obawiać!

Obrót, jaki przybrało  to zdarzenie, musi  być  uznany za gwarancję, iż Niemcy są już teraz 

uratowane.

Wreszcie schwytałem te świnie, które od lat sabotują moje dzieło.

Od wielu miesięcy zwracałem uwagę Schmundtowi (jego pierwszy adiutant i szef centralnego 

biura kadr Wehrmachtu) na moje podejrzenia, ale on ze swymi pozami Parsifala nie dawał im 

wiary.

Teraz mam dowód, że cały Sztab Generalny jest Parsifal - najpierw postać z francuskiej bajki 

ludowej; potem, według legendy, odważny, ale mało rozgarnięty rycerz Okrągłego Stołu.

Bohater wielu utworów, min.

misterium scenicznego Ryszarda Wagnera. skalany.

Zobaczycie, że inicjatorem całej tej sprawy okaże się Kronprinz".

Nazajutrz Hitler kazał zerwać podłogę w swoim biurze i w sypialni, żeby sprawdzić, czy nie 

ukryto tam bomby.

Od   tej   pory   każdy   oficer   wchodzący   do   jego   kwatery   z   teczką   był   poddawany   dokładnej 

rewizji.

Wydano absolutny zakaz pozostawiania teczek w pomieszczeniach, w których znajdował się 

Hitler.

Od tego momentu również wszystkie produkty dostarczane do kuchni były skrupulatnie badane, 

a jego lekarstwa poddawane analizie w laboratorium SS.

W swej bezsilnej wściekłości kazał również niszczyć wszystkie kierowane do niego prezenty 

żywnościowe, takie jak kawior (za którym przepadał), pralinki, owoce, ciastka itp.

Hitler stał się ofiarą prawdziwej psychozy prześladowczej.

Aby zapewnić sobie całkowitą wierność swej kucharki, obsypywał ją uprzejmościami, a nawet 

zaczął zapraszać na nasze popołudniowe herbatki.

Jednakże dobry nastrój Hitlera i jego świetna kondycja fizyczna, w jakiej znajdował się po 

zamachu, nie trwały długo.

Już następnego dnia zaczął się skarżyć na bóle uszu i pleców.

Dzięki   wielkiemu   wysiłkowi   woli   udało   mu   się   realizować   swój   rozkład   zajęć   aż   do   18 

września.

Wtedy właśnie załamał się.

background image

Doznał wyjątkowo ostrego ataku skurczów żołądka i musiał położyć się do łóżka.

W tym samym czasie odezwała się też żółtaczka; musiał więc pozostać w łóżku przez trzy 

tygodnie.

W marcu 1945 roku pojawiły się pogłoski, że przygotowywany jest nowy zamach.

Środki bezpieczeństwa zostały jeszcze bardziej wzmocnione.

Od ósmej wieczorem nie można było wchodzić do parku otaczającego bunkier Kancelarii.

Wartownicy wyposażeni w psy policyjne dostali rozkaz strzelania do każdej podejrzanej osoby.

Okna i drzwi domów, w których stacjonował jego oddział eskorty, a które wychodziły na park 

graniczący z Hermann-Goering-Strasse, zostały zamurowane.

Pozostała tylko jedna brama wjazdowa, bardzo ściśle pilnowana.

Goście   wchodzący   do   kwatery   głównej   byli   prowadzeni   przez   esesmanów,   a   częste   i 

nieprzewidziane inspekcje zapewniały, że nikt nieproszony nie mógł przekroczyć progu kwatery.

Jak  wiemy,   zamach   z   9  listopada   1939   roku,  którego   Hitler   cudem   uniknął,   przekonał   go 

definitywnie o jego "misji".

Ta idea rozpowszechniła się niemal we wszystkich warstwach niemieckiego społeczeństwa.

Do tego stopnia, że zaufanie do Hitlera utrzymywało się nawet w czasach jego najgłośniejszych 

porażek.

Wiara w Fiihrera znalazła się w punkcie krytycznym podczas żałosnego odwrotu Wehrmachtu 

z Rosji.

Ale   zamach   z   20   lipca   1944   roku   podziałał   na   naród   jak   bodziec;   propaganda   Goebbelsa 

potrafiła wykorzystać to fatalne zdarzenie z nadzwyczajną zręcznością.

Hitler poczuł się jak nowo narodzony i ogłosił się otwarcie odkupicielem Niemiec.

Nie sądzę jednakże, aby większość ludności zachowała dla niego dawny kult.

Naród, w swej rozpaczy, uczepił się go raczej jak tonący koła ratunkowego.

Hitler   odrzucał   wszystkie   koncepcje   filozoficzne,   które   nie   kładły   nacisku   na   integralny 

materializm.

Głosił on, że rola człowieka kończy się wraz ze śmiercią; i gdy mówił o życiu na tamtym 

świecie, pozwalał sobie na najbardziej ordynarne gry słów.

background image

Często zadawałam sobie pytanie,  przez kogo w takim razie czuł się powołany do wypełnienia 

swojej misji na ziemi.

Podobnie,   nigdy   nie   rozumiałam,   dlaczego   regularnie   kończył   swe   wielkie   przemowy 

odwołaniem się do Wszechmogącego.

Jestem przekonana, że jeśli tak robił, to jedynie po to, aby zyskać sympatię chrześcijańskiej 

społeczności Rzeszy.

A poza tym grał ohydną komedię.

Zawsze, gdy rozmowa schodziła na tematy duchowe, w sposób cyniczny występował przeciw 

chrześcijaństwu, którego dogmaty zwalczał z gwałtowną wulgarnością.

Jego zapatrywania streszczały się w kilku zdaniach, które często powtarzał: "Chrześcijaństwo o 

dwa tysiące lat opóźniło naturalny rozwój świata.

Ludzkość była skandalicznie eksploatowana i pozbawiona swych najbardziej podstawowych 

praw.

Wiara   w   tamto,   lepsze,   życie   oderwała   człowieka   od   rzeczywistości   ziemskiej   i   jego 

zobowiązań, które zaciąga wobec ludzkości wraz ze swymi narodzinami".

Mimo to publicznie okazywał podziw dla sióstr zakonnych pracujących jako pielęgniarki w 

szpitalach.

Wygłaszał często ich pochwałę, mówiąc: "Ponieważ uwolnione są od wszelkich zainteresowań 

materialnych, mogą z całkowitym oddaniem poświęcić się opiece nad chorymi.

Nie ma lepszych pielęgniarek niż siostry zakonne".

Historia Maryi Dziewicy, taka, jaką przedstawia Kościół, była dla Hitlera ulubionym tematem 

kpin.

Jego złośliwy umysł lubił czynić porównania między wiarą i rozumem.

Muszę powiedzieć, że jego cyniczna argumentacja wywierała wrażenie nawet na najbardziej 

wierzących.

Hitlera nie dziwił upór, z jakim starsze osoby były ciągle związane z wiarą ich przodków.

"Ale młodzież - obwieszczał z dumą - na szczęście jest z dala od tych głupot".

Zarzucał               Kościołowi przede wszystkim jego statyczną postawę, przeciwstawiającą się 

każdemu  rewolucyjnemu  rozwojowi:  "Kościół  rzymski  nie  pojął,  co Luter   (którego  uważał  za 

jednego ze swych prekursorów) zamierzał osiągnąć swą reformacją".

"Reformować - tłumaczył nam często - to znaczy stale odnawiać, znajdować nowe formy życia 

i nie grzęznąć na utartych ścieżkach.

Kościół  katolicki  przeoczył,  że istnieje coś takiego  jak normalna  ewolucja ludzkości, i nie 

background image

zapewnił tej ostatniej warunków lepszego życia".

Kościołowi   protestanckiemu   zarzucał,   że   niewykorzystał   wspaniałej   inicjatywy   Lutra   i   że 

popadł w leniwy bezwład.

"Wojna   Kościołów   -   twierdził   -   wywołała   konflikt/   który   miał   fatalne   konsekwencje   dla 

ludzkości.

Gdyby Kościół katolicki nie nadużywał swego wpływu do ciągłego ingerowania w sprawy 

państwa, nic nie stałoby na przeszkodzie, żeby był tolerowany w swoich praktykach religijnych".

Hitler   zdawał   sobie   doskonale   sprawę,   że   prości   ludzie,   którzy   są   przywiązani   do   swej 

codziennej   pracy,   instynktownie   dążą   do   form   nadnaturalnych,   które   wynoszą   ich   ponad 

przyziemność egzystencji.

Ta wrodzona potrzeba była wspaniale wykorzystywana przez Kościół katolicki.

Potrafił   on   przyciągnąć   ludzi   mistycznym   charakterem   swoich   katedr,   wzniosłością   swej 

muzyki   sakralnej   i   swych   majestatycznych   obrządków   odbywanych   w   upajającej   atmosferze 

kadzidła.

Hitler był wielbicielem geniuszu organizacyjnego chrześcijaństwa, któremu udało się zbudować 

kościoły we wszystkich stylach i w najmniejszych nawet miasteczkach i wyposażyć je w znaczące 

środki.

Mimo   to   uważał,   że   Kościół   protestancki   w   swej   naturalnej   prostocie   stwarzał   wrażenie 

ubogiego   krewnego-     Podczas   przyjęcia   noworocznego   w   Kancelarii,   majestatyczny   wygląd 

nuncjusza   Pacelli,   który   przygniatał   wręcz   reprezentantów   Kościoła   protestanckiego   swą 

nadzwyczajną osobowością, służył mu często do porównań między dwiema tendencjami.

"Mistyka  Kościoła   katolickiego   -  mówił  Hitler  -  znakomicie  pasuje  do  natury  Niemców   z 

południa, natomiast protestantyzm, ze swymi kościołami o surowych liniach, dostosowany jest do 

chrześcijaństwa nordyckiego".

Kościół katolicki - według niego - daje dowód niezwykłej zręczności w wyborze swych sług.

background image

Prawie   wszyscy   proboszczowie   w   małych   miasteczkach   mają   pochodzenie   chłopskie,   co 

tworzy między nimi a ludnością silny naturalny związek.

Gdy Hitler zaczynał mówić o celibacie narzuconym księżom katolickim, zawsze wyśmiewał się 

z tego dodatkowego poświęcenia.

Twierdził, że tylko ojciec rodziny,  który zna trudności i obciążenia, jakie narzuca rodzina, 

może tak naprawdę być sędzią obowiązków i praw, jakie pociąga ona za sobą.

Nie zdawał sobie sprawy, że w ten sposób znajdował się w opozycji do samego siebie, gdyż, 

jak wiadomo, miał zwyczaj głoszenia, że małżeństwo stanowiłoby dla niego poważną przeszkodę 

w realizacji obowiązków, które posiada wobec narodu.

Hitler   był   wystarczająco   sprytny,   aby   rozumieć,   że   nie   może   brutalnie   usunąć   podpory 

moralnej, jaką stanowi wiara.

Program partii dawał absolutną wolność religijną jej członkom.

Wielu z nich nie opuściło Kościoła i pozostało wiernych swym przekonaniom.

Hitler   wiedział,   że   wielu   Niemców   wykonało   teatralny   gest   rezygnacji   z   rytuałów,   ale 

zachowało w sobie czystą wiarę, która dawała im duchowe oparcie w tej ciężkiej próbie, jaką była 

wojna.

    Wiadomo,   że   Bormann   prowadził   cyniczną   kampanię   przeciw   krzyżowi,   symbolowi 

chrześcijaństwa, zwłaszcza w szkołach i świetlicach południowych Niemiec.

Wywołał w ten sposób prawdziwą rewoltę przeciw wierze.

Pod naciskiem Hitlera musiał się jednak z tego wycofać.

Jego fanatyzm, powiązany z całkowitą nieznajomością imponderabiliów ludzkiego ducha, nie 

pozwalał mu zrozumieć, że ta antyreligijna kampania w czasach takiego zamętu moralnego była 

podłością.

Hitler był dużo bardziej przenikliwy; wiedział, że w tej dziedzinie nie można ludziom wyrywać 

czegoś, bez dania im w zamian innego ideału.

Nie wiedział jeszcze wprawdzie, co zaproponuje swemu ludowi zamiast myśli chrześcijańskiej, 

ale   był   przekonany,   że   prędzej   czy   później   znajdzie   natchnienie   i   wymyśli   jakąś   szczęśliwą 

formułę.

Wobec   nas,  przy  kominku,   dawał   upust   swej   wyobraźni:   "Kiedyś,   gdy  powstaną   ogromne 

osiedla robotnicze, trzeba będzie zbudować pałace, w których chrzciny i śluby będą celebrowane z 

równie wielką pompą jak w kościele.

W każdym  mieście  i miasteczku  powstanie dom partii,  a w nim bogato udekorowana sala 

odtwarzająca tajemniczą atmosferę kościołów".

background image

Hitler   doskonale   się   orientował,   że   kobiety   pragną,   aby   ich   małżeństwo   uświęcone   było 

podniosłą ceremonią.

Przyznawał,   że   śluby   cywilne   zawierane   w   owym   czasie   w   zakurzonej   sali   ratusza   nie 

zapewniają temu aktowi godności, na jaką zasługuje.

Jego zdaniem śluby powinny być zawierane zbiorowo, aby nadać ceremonii jeszcze bardziej 

podniosłą atmosferę.

Opisywał nam w szczegółach, jak wyobraża sobie przebieg tych zgromadzeń, w trakcie których 

dziesiątki   par   będą   się   wiązać   na   całe   życie   w   imponującej   oprawie,   przy   akompaniamencie 

wielkiej orkiestry symfonicznej.

Przyjmował jednak do wiadomości, że musi się jeszcze dużo dowiedzieć o obrzędach Kościoła, 

jeśli chce je w jakiś sposób przenieść do swoich nazistowskich uroczystości.

Był  zazdrosny o ogromny wpływ,  jaki Kościół  katolicki  wywiera  na tłumy  poprzez  swoje 

okazałe ceremonie.

Pewnego   dnia   zadeklarował   dosłownie:   "Musimy   się   postarać,   żeby   kongresy   partii   w 

Norymberdze   były   zorganizowane   z   takim   samym   rozmachem   jak   uroczystości   w   Kościele 

katolickim".

Hitler do końca pozostał członkiem tegoż Kościoła.

Regularnie płacił swój podatek kościelny.

Obiecywał sobie jednak, że opuści go po zwycięstwie.

Ten akt będzie miał w oczach świata wymiar symbolu.

Dla Niemiec będzie oznaczał zamknięcie pewnej karty historii.

Dla Trzeciej Rzeszy otworzy się nowa era.

Rozdział 14 Nie mam wrogów, bo gdy ich odkrywam, natychmiast niszczę.

Himmler Ta maksyma, którą wypowiedział reichsfuhrer SS Himmler w przypływie dobrego 

humoru, nie odnosiła się tylko do niego, lecz do całej polityki narodowosocjalistycznej.

Cywilizowany   świat   był   skonsternowany   strasznymi   informacjami   o   obozach 

koncentracyjnych.

background image

Tymczasem jeszcze dzisiaj są Niemcy dobrej wiary, którzy stawiają sobie pytanie: jak takie 

okropności były możliwe?

Inni ciągle są przekonani, że ten barbarzyński proceder odbywał się bez zgody i bez wiedzy 

Hitlera.

Mogę potwierdzić z całą pewnością, że Hitler był dokładnie informowany przez Himmlera o 

wszystkim, co działo się w obozach powolnej śmierci.

Wszystkie  te okropności uważał on za represje niezbędne  dla stabilizacji  i rozwoju swego 

reżimu.

Ale jak w wielu innych, tak i w tej dziedzinie zazdrośnie czuwał nad swą dobrą reputacją.

Uważał za niedopuszczalne, aby jego nazwisko było zamieszane w fakty i czyny niegodne 

człowieczeństwa, jakie się tam odbywały.

To właśnie dlatego jego hipokryzja przekraczała wszelkie granice i dlatego z wprawiającym  w 

osłupienie cynizmem wykorzystywał dobrą wiarę sporej części swych zwolenników.

Należy odnotować, że wszystkie rozmowy między Hitlerem a Himmlerem odbywały się w 

cztery oczy, za szczelnie zamkniętymi drzwiami.

Jedynie Bormann miał prawo od czasu do czasu w nich uczestniczyć.

Gdy w trakcie narad donoszono Hitlerowi o pogłoskach krążących wokół masowych egzekucji 

i   okrucieństw   popełnianych   w   obozach   koncentracyjnych,   unikał   odpowiedzi   i   natychmiast 

przechodził do innego tematu.

Bardzo rzadko słyszałam, aby udzielił choćby wymijającej odpowiedzi.

Nigdy nie uznał w obecności świadków nieludzkiej surowości swoich praw.

Pewnego dnia generałowie czynili wyrzuty Himmlerowi z powodu okropności popełnianych w 

Polsce.

Ku mojemu zdziwieniu, uchylił się on od odpowiedzialności, zapewniając usilnie, że wykonuje 

tylko rozkazy Fuhrera.

Ale   zaraz   zastrzegł:   "Osoba   Fuhrera   nie   może   być   pod   żadnym   pozorem   splamiona   tymi 

faktami; to ja, Himmler, biorę za to publicznie całkowitą odpowiedzialność".

Jest   oczywiste   zresztą,   że   żaden   człowiek   partii,   żaden   potentat   SS,   nawet   najbardziej 

wpływowy, nie odważyłby się stosować takich środków bez uprzedniego powiadomienia o tym 

Hitlera.

Ten ostatni wiedział doskonale, że metody gestapo ciężko dawały się ludziom we znaki i że 

jedynie one pozwalały zdusić w zarodku wszelkie dążenia do wolności.

Nie   tylko   aprobował   nieludzkie   czyny   popełniane   przez   swoich   najemnych   zbirów,   ale 

background image

bezsprzecznie był ich inspiratorem.

Przejawiał zresztą całkowitą nieczułość wobec nawału cierpień i przeżyć, które zrodziła wojna.

Nieszczęścia i zniszczenia, jakie dotknęły jego własny naród,        pozostawiały go obojętnym.

Ileż   to   razy   mówił   nam   z   pogardliwym   cynizmem:   "Z   powodu   katastrof   naturalnych   giną 

miliony istnień ludzkich, a jednak życie toczy się nadal.

Wszystkie doświadczenia wojenne i straty w ludziach nie mają znaczenia w świetle wydarzeń 

historycznych".

Innego dnia, gdy zwrócono jego uwagę na ogromne straty, jakie Wehrmacht ponosi w młodych 

oficerach, Hitler odpowiedział bez wahania: "Ale czy ci młodzi ludzie nie są tam właśnie po to?".

Ślepa brutalność, z jaką Hitler traktował swych wyższych oficerów, jest również znacząca.

Nie można zapominać, że wszystkie wyroki śmierci na generałów były podpisywane przez 

niego osobiście.

Można sobie wyobrazić, że te środki dyscyplinarne mogły wzbudzać nienawiść w dowództwie 

Wehrmachtu.

Przypominam sobie gwałtowną reakcję, jaką wywołało skazanie na śmierć generała, który bez 

rozkazu pozostawił wrogowi miasto Feodosia.

Obrońcy Cherbourga i Królewca również stanęli przed plutonem egzekucyjnym  za oddanie 

wrogowi tych miast.

Wszystkie te wyroki zostały wydane bez poważnego śledztwa co do stopnia winy oskarżonych.

Wszystkie zostały wydane osobiście przez Hitlera.

W swej determinacji bicia się "aż do pięć po dwunastej", jak miał zwyczaj mówić, utworzył 

trybunały doraźne wyposażone w pluton egzekucyjny.

Te "organy sprawiedliwości" posuwały się za walczącymi oddziałami.

Wydawały  one i wykonywały  wyroki  śmierci  na oficerach  i żołnierzach,  których  jedynym 

przestępstwem było powątpiewanie w niemieckie zwycięstwo.

background image

Ku pamięci, wspomnę również o dekrecie wprowadzającym odpowiedzialność całej rodziny za 

zdradę dokonaną przez jednego z jej członków.

Pod pretekstem postraszenia defetystów, zaprowadzono w Niemczech straszliwy i despotyczny 

reżim.

Kobiety, starcy i dzieci byli zatrzymywani, pozbawiani majątku i zamykani w więzieniach.

Ta metoda była prawdziwą zbrodnią przeciw narodowi niemieckiemu.

Hitler nie znał  żadnej  miary,  gdy chodziło  o eliminację osób podejrzanych  lub politycznie 

skompromitowanych.

Metoda, za pomocą której pozbywał się wszystkich mogących mieć coś wspólnego ze spiskiem 

z   20   lipca,   świadczy   o   takim   sadyzmie,   że   człowiek   czuje   się   zmieszany   wobec   podobnego 

bestialstwa.

Fakt wieszania na haku generałów, jak zwierzęta w rzeźni, których przeszłość aż do tego dnia 

była   nieskazitelna,   a   przede   wszystkim   filmowanie   tych   scen,   aby   potem,   tytułem   przykładu, 

wyświetlać je w sztabach, dowodzi takiego okrucieństwa, że nie ma wątpliwości, iż mogło się 

zrodzić tylko w głowie tyrana.

Prowadząc wojnę, Hitler upajał się myślą o zniszczeniach.

W jego wystąpieniach propagandowych powracały bez przerwy takie określenia, jak: zetrzeć 

miasta z powierzchni ziemi, unicestwić wroga itd., itp.

Podczas przemowy, którą wygłosił do nas w "Wolfsschlucht" (Wilczy Jar) w dniu rozpoczęcia 

kampanii zachodniej, małpował postawę Fryderyka Wielkiego przed bitwą o Leuthem.

Skończył ją teatralnym gestem, wykrzykując: "Oto nadszedł świt ostatniej wojny Niemiec i 

Francji, bo raz na zawsze zniszczymy naszego odwiecznego wroga.

Przeczuwam jego całkowite unicestwienie".

Ale   rzeczywiste   uczucia   człowieka   wyrażają   się   jeszcze   lepiej   w   drobnych   faktach   życia 

codziennego niż przy wielkich okazjach.

Przytoczę zdarzenie, którego byłam     ofiarą, zdarzenie błahe, ale dobrze odsłaniające okrutną 

niechęć, do jakiej Hitler był zdolny.

Pewnego   wieczoru,   podczas   zwyczajowej   herbatki,   Hitler   roztrząsał   po   raz   kolejny   swój 

ulubiony temat szkodliwości alkoholu i nikotyny.

Tym   razem   zaatakował   intendenturę   wojskową,   która,   przydzielając   racje   papierosowe,   z 

prawie wszystkich żołnierzy zrobiła palaczy.

Wyjaśniłam mu, że to nuda długiego siedzenia w okopach lub schronach przeciwlotniczych 

pobudza wszystkich do większego palenia.

background image

Ta refleksja kosztowała mnie jedno z tych potępiających spojrzeń, tak charakterystycznych dla 

Hitlera.

Tłumaczył nam jednak dalej, powołując się na przykłady, że nadużywanie tych dwóch trucizn 

czyni umysł ograniczonym i powolnym.

Ogarnięta   wściekłą   ochotą   sprzeciwienia   mu   się   odpowiedziałam,   że   profesor   H.,   który   z 

radością oddaje się tym dwóm czynnościom, jest najbardziej żwawym i błyskotliwym człowiekiem 

w całej kwaterze.

Hitler nic nie odpowiedział, ale czułam, że przekroczyłam dozwoloną miarę.

W   następnych   dniach   słynne   herbatki   zostały   odwołane,   a   on,   z   lodowatą   grzecznością, 

wymieniał ze mną tylko niezbędne uwagi.

Jedna z moich koleżanek zapytała go niedługo potem, dlaczego zaprzestał zapraszania nas na 

herbatę.

Hitler   zdenerwowanym   tonem   odpowiedział,   że   "stary   człowiek"   nie   może   żądać,   abyśmy 

poświęcały mu wszystkie wieczory.

Zdałam sobie sprawę, że moja niegrzeczna refleksja po prostu uraziła jego pychę.

Ten incydent stał się dla mnie przyczyną ciągłych, trwających wiele miesięcy, kłopotów.

W   końcu   zdecydowałam   się   przeprosić   go,   ale   Hitler   odrzucił   chłodno   te   przeprosiny, 

stwierdzając ironicznie, że nie widzi dla nich powodu.

   Uznałam więc sprawę za zamkniętą, ale pomyliłam się.

Praktycznie przestałam dla niego istnieć.

Poza biurem starannie mnie unikał.

Nie pozostawało mi nic innego, jak przyjąć podobną postawę.

Podczas wyjazdów uchylałam się od uczestnictwa w wieczornych spotkaniach, aby uniknąć 

sytuacji pozostania z nim sam na sam, która byłaby kłopotliwa i dla niego, i dla mnie.

Ale   pewnego   wieczoru   przysłał   do   mnie   swego   adiutanta,   który   przekazał   mi   polecenie 

dołączenia do małej grupy osób zbierających się regularnie wokół niego.

background image

Zinterpretowałam   ten   gest   jako   oznakę   pojednania,   ale   Hitler   zachował   wobec   mnie   swój 

nieprzejednany chłód.

Taką nieznośną postawę utrzymywał jeszcze przez miesiąc.

Tortury moralne, jakie wobec mnie zastosował, ukazały mi całe okrucieństwo, do jakiego był 

zdolny w przypadku najmniejszego sprzeciwu.

Pod koniec wojny jego słynne wybuchy wściekłości stały się coraz częstsze i coraz bardziej 

gwałtowne.

W takich kryzysowych momentach walił pięściami w biurko lub ściany, a na twarzy pojawiały 

się błyski nienawiści.

Gromił   winnego,   czy   to   generała,   czy   zwykłego   oficera,   wulgarnymi   epitetami   rodem   z 

szemranych zaułków; wrzeszczał na nich jak pruski sierżant na rekruta.

Te   ataki   wściekłości   kończyły   się   zazwyczaj   słowami:   "Zejdźcie   mi   z   oczu   i   czujcie   się 

zwolnieni.

Macie szczęście, że nie kazałem was rozstrzelać na miejscu".

Następnie Hitler szybko odzyskiwał panowanie nad sobą i zaciskając srogo wąskie wargi, które 

skrywał pod małym wąsikiem, dyktował jednemu ze swych współpracowników karę, jaka ma być 

wymierzona winnemu.

Cały czas starał się, aby jego nienawiść, jaką żywił do wrogich sobie sił, podzielali wszyscy, 

którzy się do niego zbliżali.

  Również zagraniczni mężowie stanu nie byli chronieni przed jego wściekłym prozelityzmem.

Zawsze byłam zszokowana argumentami, na jakie się powoływał, gdy Mussolini lub Horthy 

próbowali go namówić do złagodzenia polityki wobec Żydów.

W   takich   momentach   Hitler   wychodził   poza   wszelkie   protokolarne   formy   i   w   najbardziej 

makabrycznych barwach odmalowywał wobec swych partnerów żydowskie niebezpieczeństwo.

Jego   długie   wywody   kończyły   się   zawsze   konkluzją,   że   Żydów   trzeba   za   wszelką   cenę 

wyeliminować.

Nigdy   nie   używał   określenia   bardziej   precyzyjnego   -   zawsze   było   to   słowo   "eliminacja"; 

wypowiadane   z   tak   nienawistną   pogardą,   że   nikt   nie   mógł   mieć   wątpliwości   co   do   jego 

prawdziwego znaczenia.

Zawsze   był   w   doskonałym   nastroju,   gdy   mógł   nam   opowiedzieć,   że   zagraniczni   goście 

zapoznali go z restrykcjami rasowymi podjętymi w ich krajach.

W   dniu,   w   którym   Antonescu   zawiadomił   go   o   "zniknięciu"   Żydów   w   Bessarabii,   niemal 

wzniósł się w swoim podziwie.

background image

Z drugiej strony,  widziałam  Hitlera, jak pozostawał  nieugięty wobec żarliwej  argumentacji 

Horthy'ego próbującego mu wyjaśnić, że mimo wszystko nie można Żydów tak po prostu wyrzucić 

na ulice i zastrzelić.

Również w trakcie rozmów dyplomatycznych  Hitler pozwalał sobie na gwałtowne uwagi o 

wrogich sobie politykach.

Nigdy nie omieszkał namawiać swoich gości, aby traktowali jego wrogów w taki sam sposób, 

w jaki on to zrobił w obozach koncentracyjnych.

Nie wahał  się też  mówić  o deportacji  i środkach represji, gdy czynił  aluzje  wobec rodzin 

królewskich we Włoszech, w Rumunii i w Jugosławii.

Wiedział, że środowiska te były mu wrogie: w całkowicie więc naturalny sposób dawał wyraz 

swym nienawistnym oskarżeniom.

Rozdział 15 Nie mam następcy.

Hitler   16   lutego   1945   roku   czekałam   na   Hitlera   w   małej   sali   w   Kancelarii   Rzeszy,   gdzie 

mieliśmy razem zjeść obiad.

Wszystko było już gotowe na jego przyjęcie.

Zasłony   w   jadalni,   która   znajdowała   się   w   prawym   skrzydle   Pałacu   Radziwiłłów,   były 

całkowicie zaciągnięte, aby oszczędzić Fiihrerowi Trzeciej Rzeszy widoku zniszczeń dokonanych 

w drugiej części pałacu.

Mimo że na zewnątrz ostre zimowe słońce grało wśród ruin i zgliszcz, sala była oświetlona.

Od czasu do czasu podchodził maitre d'hótel, aby rzucić okiem na przygotowany z dużym 

smakiem stół.

Obok nakrycia Hitlera, w małych, starannie ułożonych kupkach, leżały pigułki, które zażywał 

przed i po posiłku.

Była też lampka wina "Pepsin", które popijał w trakcie obiadu.

Około   trzeciej   podszedł   do   mnie   kierownik   sali   i   szepnął   mi   na   ucho,   że   "szef"   właśnie 

nadchodzi.

Chwilę później pojawił się Hitler i z posępną miną ruszył w moją stronę.

Patrząc gdzieś w dal, pocałował mnie jak zwykle w rękę.

Był   w   najwyższym   stopniu   podekscytowany   i   jak   tylko   usiadł,   od   razu   dał   upust   swemu 

niezadowoleniu.

background image

     "Ten Albrecht (jeden z jego osobistych adiutantów) doprowadza mnie do szału.

Eva ma rację, mówiąc, że go nie znosi.

Muszę wszystkiego sam pilnować, bo oszukują mnie z każdej strony.

Kazałem żelaznymi sztabami zaryglować wejście do mojego bunkra od strony Voss-Strasse.

Zapytałem Albrechta, czy zostało to zrobione zgodnie z moimi instrukcjami, a on odpowiedział 

twierdząco.

Po   chwili   stwierdziłem,   że   zadowolili   się   jedynie   wylaniem   betonu,   co   jest   absolutnie 

nieskuteczne".

"W końcu nie mogę już nikomu ufać i zostałem tylko biednym, zdradzonym przez wszystkich 

człowiekiem.

To mnie przyprawia o chorobę.

Gdybym  nie miał przy sobie mojego wiernego Morella, nie mógłbym  doprowadzić mojego 

dzieła do końca.

I pomyśleć, że doktorzy Brandt i Hasselbach, ci dwaj idioci, chcieli, żebym uwolnił się od 

niego, nie pytając, co by ze mną było bez jego opieki.

Gdyby coś się stało, Niemcy zostałyby bez Fuhrera, bo ja nie mam następcy.

Pierwszy, którego do tej roli przewidywałem, stracił rozum (Hess).

Drugi stracił całą sympatię narodu (Goering).

Trzeci stracił zaufanie partii (Himmler)".

Hitler wymieniał tę trójkę z najwyższą irytacją.

Gdy, chcąc poznać jego głębszą opinię, zapytałam ostrożnie: "Ależ mój Fiihrerze, naród dużo 

mówi o Himmlerze jako o tym, który został wyznaczony na waszego zastępcę", Hitler wykrzyknął 

gwałtownie: "Nie wiem, co pani chce przez to powiedzieć.

Himmler to człowiek bez żadnej artystycznej kultury!".

Odpowiedziałam,   że   akurat   teraz   problem   sztuk   pięknych   nie   ma   żadnego   znaczenia   i   że 

Himmler zawsze przecież będzie miał możliwość skorzystania z usług doradców artystycznych. 

Na te słowa Hitler rzucił mi wściekłe spojrzenie i stracił nad sobą wszelką kontrolę: "Niech pani 

nie opowiada takich głupot!

Co pani sobie myśli!?

Że tak łatwo otoczyć się wartościowymi ludźmi?

Nie oczekiwałbym od pani żadnych rad, żeby to zrobić, gdybym miał taką możliwość!".

Zostałam jakby ogłuszona i już nie wydobyłam z siebie żadnego słowa.

Hitler natomiast nadal wyrzucał z siebie pretensje, wpadając w niekończący się monolog, po 

background image

czym powoli zaczął się uspokajać.

Gdy wreszcie opanował wściekłość i zauważył moje posępne milczenie, klepnął mnie życzliwie 

po ramieniu: "Widzę, że przy stole nie należy mówić o polityce.

Proszę wybaczyć, że rozpętałem tak niedorzeczną dyskusję".

Wstając od stołu, zamyślił się jeszcze na chwilę.

Stał obok mnie w postawie człowieka, który godzi się z faktem, że jego dzieło powoli się 

rozpada: "No dobrze, niech pani dalej szuka kogoś, kto mógłby być moim następcą.

Jeśli  chodzi o mnie,  nie przestaję o tym  problemie  myśleć,  ale nie mogę  znaleźć  żadnego 

rozwiązania".

To właśnie w trakcie tego obiadu po raz pierwszy usłyszałam, z jaką pogardą Hitler wyraża się 

o szefie SS.

Musiało to chyba być spowodowane niedawnym załamaniem się frontu nad Wisłą, kiedy to 

Himmler,   mianowany   in   extremis   dowódcą   grupy   armii,   obiecał   mu,   że   utrzyma   się   na   tych 

pozycjach.

Zresztą rzadko była o nim mowa w trakcie naszych rozmów przy kominku.

Gdy Hitler mówił o Himmlerze, nie szczędził mu pochwał za sposób, w jaki ten zajmował się 

swoimi ludźmi i ich rodzinami.

Lubił też rozgłaszać, że ma do niego całkowite zaufanie.

  Jednak, moim zdaniem, w tym ostatnim punkcie bardzo się mylił.

Obserwowałam metody stosowane przez Himmlera, aby naszpikować otoczenie Hitlera ludźmi 

całkowicie mu uległymi.

Fegeleinowi, dr.

Stumpfeggerowi i wielu innym udało się, dzięki tym manewrom, zająć ważne pozycje u boku 

Hitlera.

Byłam przekonana, że Himmler czekał tylko na moment, gdy władza spadnie mu w ręce jak 

dojrzały owoc.

Pewnego   dnia,   gdy  Hitler   po   raz   kolejny  wyrażał   swoje   nieograniczone   zaufanie   do   szefa 

czarnej formacji, spoglądałam na niego ze sceptycznym uśmiechem.

Fuhrer zauważył to i posyłając mi swe diaboliczne spojrzenie, powiedział niemal z groźbą w 

głosie: "A może pani w to wątpi?".

background image

Udało   mi   się   wytrzymać   to   jego   spojrzenie,   którym   czarował   tak   wielu   ludzi,   i   nic   nie 

odpowiedziałam; miałam jednak nieodparte wrażenie, że sam Hitler nie za bardzo rozeznawał się w 

grach swojego szefa policji.

Na tym incydent się zakończył.

Himmler nie błyszczał w towarzystwie; z tego też powodu rzadko był zapraszany do "małego 

komitetu" w Berghofie.

Nie   przypominam   sobie,   żebym   widziała   go   tam   kiedy   indziej,   niż   tylko   po   zakończeniu 

ważnych narad.

W mojej obecności Hitler rozmawiał z nim wyłącznie o nieistotnych sprawach.

Himmler miał dwa koniki: pierwszy to były jego wizyty na froncie.

Zawsze   wracał   z   nich   z   rozpierającym   entuzjazmem   dla   brawury   i   poświęcenia   jego 

"chłopców".

Drugim było rolnictwo.

Odbył on studia rolnicze i pasjonował się kwestią rolną.

W kilku instytutach badawczych wspierał badania nad hodowlą i nad uprawą roślin.

W jednym z nich dr Fahrenkamp produkował toksynę na bazie konwalii i naparstnic, która, jak 

się wydawało, miała własność przywracania rozkładającego się mięsa do stanu nadającego się do 

zjedzenia.

Himmler był bardzo dumny z tego odkrycia i wróżył mu światowy sukces.

Rzadko kiedy Hitler dyskutował z nim o problemie rasowym.

W   takim   przypadku   Himmler   zawsze   krytykował   zbyt   mało   aryjski   wygląd   pewnej   liczby 

niemieckich artystów.

Nie rozumiał,  że reżim,  narzucony pod znakiem  nordyckiego  rasizmu,  akceptował  fakt,  że 

niektórzy aktorzy filmowi mogą prezentować czystą negację aryjskiego ideału.

Nigdy nie rozmawiali przy mnie o obozach koncentracyjnych.

Obecność Himmlera zawsze wywierała przytłaczający wpływ na towarzystwo.

Tworzył on wokół siebie nieokreśloną atmosferę trwogi i niepokoju.

Jednak   u   boku   Hitlera,   Himmler,   mimo   swej   mitycznej   mocy,   stwarzał   jedynie   wrażenie 

małego burżuja bez klasy.

Po porażce nad Wisłą jego wizyty w kwaterze głównej stały się rzadsze, a uznanie, jakim się 

cieszył u Hitlera, zostało ostatecznie zrujnowane.

Hitler   do   końca   natomiast   zachował   słabość   do   Goeringa,   mimo   strasznych   kłótni,   jakie 

wybuchały między nimi co do sposobu prowadzenia wojny.

background image

Hitler uwielbiał rozmawiać z Goeringiem.

Uważał go za wiernego, oddanego kompana i dobrotliwie przechodził do porządku dziennego 

nad jego nienasyconą potrzebą bogactwa, także jego pasją do fantazyjnych mundurów, biżuterii i 

orderów,   zapewniając,   że   nie   przeszkadza   mu   to   pamiętać,   iż   Goering   był   nadzwyczajnym 

"wojownikiem" podczas wielkiej wojny i w okresie walki o władzę.

Z drugiej strony, Hitler z trudem wybaczał mu porażki ponoszone przez Luftwaffe od 1940 

roku.

Przypisywał je temu, że Goering nie był specjalistą i że tak jak on został zdradzony przez 

swoich współpracowników.

Odpowiedzialnym za klęski Luftwaffe Hitler uczynił Udeta, który przez swój upór opóźnił o 

dwa lata przygotowanie nowego typu samolotu.

Zresztą, samolot ten okazał się kompletną fuszerką.

Hitler   wiedział,   że   Jeschonneck,   następca   Udeta,   nie   był   w   stanie   wyprodukować   nowego 

samolotu na tyle szybko, aby dogonić postęp techniczny w uzbrojeniu aliantów.

W ostatnich latach Hitler nie widział już innego ocalenia Niemiec, jak tylko w samolotach 

turbinowych.

"Gdy   zaczniemy   ich   masową   produkcję,   zatrzymam   lotniczą   inwazję   wroga"   -   powtarzał 

niestrudzenie.

Wściekał  się  jednak  strasznie,   gdy  mu  sygnalizowano,  że   nasze   myśliwce   nie  są  w  stanie 

przeciwstawić się wrogowi, gdy ten nadlatuje całymi eskadrami i niszczy doszczętnie całe miasta, 

spadając na nie jak grom z jasnego nieba.

Za każdym razem, gdy próbowano mu usprawiedliwić bezczynność naszych myśliwców złymi 

warunkami atmosferycznymi, odpowiadał z wściekłością, że panowie konstruktorzy zaprojektowali 

samoloty tylko na dobrą pogodę.

Hitler, czytając o ogromnych stratach w ludziach, jakie przynosiły te ataki lotnicze, wpadał w 

gwałtowny   gniew,   ponieważ   nie   posłuchano   jego   rozkazów   zbudowania   większej   liczby 

"Hochbunkerów"   (schron   z   masywniejszą   nadbudową):   "Od   lat   nie   przestaję   zachwalać   tego 

rodzaju konstrukcji, która przeszła już swoje próby.

background image

Ale - dodawał zawsze blady ze złości, uderzając pięścią w biurko -nikt mnie nie słucha!

Ci panowie zawsze chcą być mądrzejsi!".

Hitler zarzucał także Luftwaffe, że przypisywała sobie przesadną ważność.

Jego zdaniem sztaby sił powietrznych rozrastały się ponad wszelką miarę.

Miał pretensje do pilotów myśliwców, że po każdym zwycięstwie chcą, aby wszyscy nosili ich 

na rękach: "Ci piloci - mówił z lekceważeniem - myślą tylko o tym, aby ich sfilmowano i pokazano 

w kronice filmowej, podczas gdy ich towarzysze z samolotów transportowych, którzy wykonują 

ciężką i niewdzięczną robotę, pozostają w cieniu".

Georing   zawsze   jednak   bronił   swych   pilotów,   wskazując   na   nadzwyczajną   dzielność,   jaką 

wykazują w walce z przeważającym liczebnie wrogiem.

Jesienią 1944 roku, gdy pojawiły się pogłoski, że Goering ostentacyjnie nie interesuje się wojną 

powietrzną i że traci czas na jakieś błahostki w swej rezydencji w Karin-hall, Hitler powiedział mi: 

"Wolałbym, żeby nie ożenił się z tą kobietą.

Jest nią całkowicie zaabsorbowany i nie wkłada w swą pracę żadnego serca".

Tym niemniej, mimo ostrych kłótni, które ich sobie przeciwstawiały, Hitler mu wybaczał; dla 

niego rzeczywiście był łaskawy.

Pewnego dnia Goering zarekwirował obraz, który antykwariusz Haberstock zdobył dla Hitlera 

w Paryżu.

Haberstock, przerażony konsekwencjami, jakie ten czyn mógł wywołać, przyszedł do mnie i 

poprosił, abym jakoś powiedziała o tym Hitlerowi.

Zrobiłam to z całą powściągliwością, jakiej wymagała taka misja, a mimo to nie udało mi się 

uniknąć jego wybuchu gniewu.

Hitler   grzmiał:   "Jak   on   się   ośmielił   wykroczyć   poza   moje   rozkazy]   Gwarantuję   pani,   że 

dostanie srogie baty, jak tylko go zobaczę".

Sprawy jednak pozostały na tym etapie i Goering zachował obraz.

Mówiłam już, że pod koniec wojny Hitler nie uważał go za swego ewentualnego następcę.

Nie brał go poważnie i nie szczędził mu najbardziej cierpkich krytyk.

Jednak mimo całej utraty prestiżu, jakiej doznał Goering w jego    oczach, zachował dla swego 

dawnego towarzysza walki dużą słabość.

Gdy po zakończeniu narady w sztabie ogłaszano zbliżanie się samolotów wroga, Hitler zawsze 

dzwonił do Karinhall, aby upewnić się, czy reichsmar-schall szczęśliwie dojechał.

Wszystkie te fakty potwierdzają moje przekonanie, że w żadnym wypadku nie Hitler był tym, 

który zarządził 20 kwietnia 1945 roku aresztowanie i egzekucję Goeringa.

background image

Słynny telegram mógł być  tylko dziełem Bormanna, przeklętego ducha Hitlera w ostatnich 

latach wojny.

Rozdział 16 Nie myślę o tym, żeby opuścić Berlin; wolę raczej się zabić.

Hitler,   w   marcu   1945   roku   Bez   najmniejszych   wahań   mogę   zapewnić,   że   Hitler   i   jego 

towarzyszka życia Eva zadali sobie śmierć dobrowolnie.

Ten wróżebny czyn nie był tylko końcowym punktem potwierdzającym zawalenie się dzieła 

Hitlera,   ale   odpowiadał   również   jego   przekonaniom   i   teoriom   na   temat   odpowiedzialności 

człowieka wobec swego losu, jakie wyznawał w ciągu ostatnich trzech lat.

Przed wojną miał zwyczaj twierdzić, że każdy człowiek musi ponosić konsekwencje swoich 

czynów.

W jego oczach, najgorsze doświadczenia nie mogły usprawiedliwiać rezygnacji z codziennej 

walki.

Hitler szczerze żałował ludzi, których rozpacz popchnęła do dobrowolnego odebrania sobie 

życia.

Był przekonany, że jedna prosta rada lub mała zachęta wystarczyłaby w krytycznym momencie 

do odzyskania wiary przez samobójcę.

Hitler zmodyfikował całkowicie tę opinię w ostatnich latach wojny, a zwłaszcza po zamachu 20 

lipca 1944 roku.

Ciekawym  jest  skonstatować,  że  jego mentalność  zmieniła   się pod  wpływem   lektury dzieł 

filozofa Schopenhauera. Krok po kroku uznał on za swoją teorię mówiącą, że życie nie jest godne 

podtrzymywania, gdy ograniczone jest już tylko do rozczarowań i nieszczęść.

background image

Podczas wieczorów w kwaterze w Prusach Wschodnich Hitler często opisywał mi stan ducha, 

w jakim znajdują się ludzie, którzy wobec opuszczających ich sił czują, że powoli umierają: "Jeśli 

człowiek jest już tylko żywą ruiną, to po co ma ciągnąć takie życie?

Nie ma już sensu wypominać mu lenistwa lub ucieczki przed obowiązkami".

Często dzielił się ze mną przykrym wrażeniem, jakie za każdym razem odczuwał w obecności 

człowieka będącego u kresu życia.

Nie wiem wszelako, czy w pełni zdawał sobie sprawę z tego, w jaki sposób on sam, mimo 

nadzwyczajnych wysiłków woli, popadł w stan fizycznego uwiądu.

Podczas jego choroby we wrześniu 1944 roku często składałam mu wizyty w pokoju, który 

zajmował w swym małym  bunkrze, do którego nigdy nie wpadał najmniejszy choćby promień 

słońca.

Stwierdziłam, że Hitler jest u kresu sił.

Zgaszonym głosem opisywał straszne bóle wywoływane skurczami żołądka: "Jeśli te ataki będą 

się powtarzać, moje życie nie będzie miało już sensu.

W takim przypadku nie zawaham się położyć mu kres".

Słowa te wypowiedziane były z taką bezsilną rozpaczą, że nie mogłam się powstrzymać od 

litości.

Widok tego wycieńczonego ciała dręczonego okrutnymi bólami napełniał mnie wzruszeniem.

Atmosfera   miejsca   podkreślała   jeszcze   straszne   wrażenie,   jakie   odczuwałam,   patrząc   na 

wszechmocnego   władcę   Niemiec;   wąskie   wiejskie   łóżko,   zimne,   betonowe   ściany   -   wszystko 

tchnęło nędzą więziennej celi.

On sam,  z twarzą wykrzywianą  grymasami  bólu, leżał  przede mną  w swojej  białej  nocnej 

koszuli obszytej niebieskimi wypustkami.

Wydawało się, że oddycha już zatęchłym powietrzem grobu.

Od czasu do czasu próbował jeszcze zachować fason i sztucznie się uśmiechnąć.

Nie miałam przed sobą "Fiihrera" wielkich Niemiec, lecz budzącego litość biedaka.

Hitler już nigdy nie odrodził się w pełni po tym kryzysie.

Później w Berlinie, gdy był kompletnie wyczerpany trudami dnia i w czasie nocnych herbatek, 

kładł się na kanapie i zwierzał mi się często, że ludzkość nie jest warta tego, aby dalej ciągnąć to 

życie.

Ludzka dwulicowość zawiodła go do tego stopnia, że stracił wiarę w życie.

"Zwierzęta są wierniejsze od ludzi" - powtarzał.

Od czasu do czasu jego wzrok padał na portret Fryderyka Wielkiego, który zdobił ścianę ponad 

background image

jego biurkiem, i powtarzał jego dobrze znane słowa: "Od czasu, gdy poznałem ludzi, kocham psy".

W   styczniu   1945  roku,   po  powrocie   z   Bad   Nauheim   do   Berlina,   Hitler   zaczął   marnieć   w 

oczach.

Prawie cały czas był w stanie ekscytacji.

Jego monologi w trakcie spotkań przy herbacie były już tylko monotonnym powtarzaniem tych 

samych historii.

Jego repertuar coraz bardziej się zawężał.

Często opowiadał nam te same rzeczy w południe i wieczorem.

Właśnie w ten sposób mówił nam niemal każdego dnia: "Blondi, to wredne zwierzę, znowu 

przyszła mnie obudzić dziś rano.

Podeszła do mojego łóżka, okazując przyjaźń, ale gdy ją zapytałem, czy chce wyjść, od razu 

wycofała się do swojego kąta.

Cóż za inteligentne zwierzę!".

Albo jeszcze: "Spójrzcie na moją rękę, jak się poprawia; już się nie trzęsie; już się prawie nie 

trzęsie".

Zdarzało się, że Hitler witał się z kimś, nie zdając sobie sprawy, iż uczynił to już kilka chwil 

wcześniej.

Zaniki pamięci stawały się coraz bardziej widoczne.

Tematy,   na   które   lubił   jeszcze   dyskutować,   stawały   się   coraz   bardziej     banalne   i   mało 

interesujące.

Nie rozprawiał już o problemach rasowych, ekonomicznych i politycznych; nie roztaczał przed 

nami swojej wizji czasów antyku, jak lubił to czynić, wyjaśniając nam na swój sposób przyczyny 

upadku imperium rzymskiego.

On, który był niezwykle zainteresowany wszelkimi problemami biologii, botaniki i zoologii, a 

także społeczną ewolucją ludzkości (był przekonany, że ta ostatnia doprowadzi pewnego dnia do 

powstania państwa termitów), w ostatnich swych miesiącach nie mówił o niczym innym, jak tylko 

o tresurze psów, aprowizacji, a także głupocie i niegodziwości ludzi.

Stał się absolutnie niezrównoważony w opiniach na temat swojego otoczenia.

background image

Ludzie, którzy przez lata cieszyli się jego specjalnym szacunkiem, nagle, bez przyczyny, tracili 

w jego oczach całe uznanie.

Przy stole coraz częściej zdarzało mu się wygłaszać nieapetyczne uwagi.

Gdy w ciągu dnia spotkał kobietę, która, jak na jego gust, miała zbyt wyzywająco umalowane 

usta, nie wahał się tłumaczyć potem przy posiłku, że pomadki są produkowane przy użyciu wody z 

rynsztoków Paryża.

Zdarzało mu się również przedstawiać nam całą teorię na temat własnej krwi.

Z sadystyczną przyjemnością opowiadał nam o tym, że regularnie przystawiano mu pijawki, 

aby obniżyć ciśnienie tętnicze.

Gdy pewnego dnia zwróciłam mu uwagę, że wzdrygam się na samą myśl o tych paskudztwach, 

odpowiedział   mi   zdziwiony:   "Ależ   to   są   bardzo   pożyteczne   stworzenia,   które   czynią   wiele 

dobrego", i zwierzył nam się, że teraz Moreli po prostu spuszcza mu krew.

Uważał, że jest to i czystsze, i wygodniejsze.

Gdy był  w złym nastroju, a widział nas jedzących mięso lub choćby tylko doprawiających 

gotowane warzywa odrobiną wywaru mięsnego, zdarzało mu się czynić aluzje do upuszczania mu 

krwi przez Morella: "Chyba każę przygotować wam kiszkę z naddatku mojej krwi.

Dlaczego nie?

Przecież tak bardzo lubicie mięso".

Gdy po raz pierwszy wygłosił taką uwagę, byliśmy kompletnie skonsternowani.

Nie wahaliśmy się okazać mu całego niesmaku, jaki wywołują w nas takie uwagi przy stole.

Ale źle zrobiliśmy, bo zamiast zmienić temat, zawziął się, żeby zrobić nam niemal wykład o 

tym, jak bardzo apetyczna jest krew.

Stwierdziłam również z przerażeniem, że Hitler zatracił gdzieś całą swoją powściągliwość, jaką 

zawsze objawiał w obecności kobiet.

W ciągu dwunastu lat, jakie spędziłam u jego boku, nigdy nie pozwolił sobie na najmniejszą 

choćby nieuprzejmą uwagę, najmniejszą poufałość, najmniejsze przekleństwo.

Podczas ostatnich miesięcy w Berlinie wyzbył się wszelkiego wstydu.

Jedna z koleżanek, której ekstrawaganckie stroje zawsze sobie cenił, przyszła pewnego ranka w 

czasie   alarmu   do   bunkra   Kancelarii   ubrana   w   rękawice   muszkietera   i   ogromny   kapelusz   z 

wywiniętym rondem, cała w kolorze czerwonego wina.

Hitler stanął przed nią i zasugerował z podziwem, że jej uroda z pewnością nie ucierpi, jeśli 

pozostanie tylko w tych rękawicach i kapeluszu.

Śmiejąc się, poprosił, aby tak "ubrana", przyszła do bunkra.

background image

Ten niesmaczny żart był kilkakrotnie powtarzany.

Zastrzyki   domięśniowe,   jakie   regularnie   ordynował   mu   Moreli,   przynosiły   widoczny, 

pobudzający skutek.

Za   każdym   razem,   gdy   odczuwał   dobrodziejstwo   strzykawek   Morella,   jego   zachowanie   i 

rozmowy stawały się swobodniejsze.

Pewnego   razu,   kładąc   się   w  naszej   obecności   na   kanapie,   aby   jakoś   dotrwać   do   porannej 

herbaty, mrucząc coś niewyraźnie, zaczął się przeciągać i wyprężać.

Potem   spojrzał   na   nas   ze   zdziwioną   miną   i   wyjaśnił,   że   poprzez   takie   ruchy   człowiek 

porozumiewa się ze swoją partnerką.

Byliśmy tym zaszokowani.

Po tym incydencie zapytałam doktora Morella, co się właściwie z Hitlerem stało; czy przepisuje 

mu może jakieś afrodyzjaki.

Moreli odpowiedział: "Tak, daję mu teraz nowe hormony, żeby przywrócić mu siły".

Jednak   upadek   Hitlera   przybrał   w   ostatnich   dniach   takie   rozmiary,   że   nie   mogłam   się 

powstrzymać, aby nie postawić sobie pytania, czy nie mamy tu po prostu do czynienia z brakiem 

równowagi psychicznej.

Krążyły na ten temat najbardziej sprzeczne pogłoski.

Coraz liczniejsi byli jednak ci, którzy utrzymywali, że Hitler, zwłaszcza od zamachu 20 lipca 

1944 roku, stopniowo tracił niektóre swoje władze.

Mówiono   o   tym   skrycie,   gdyż   najmniejsza   niedyskrecja   mogłaby   się   skończyć 

natychmiastowym wyrokiem śmierci za zniewagę idola Trzeciej Rzeszy.

Jednak ta myśl ciągle mnie prześladowała.

Zawsze, gdy z największą ostrożnością, do jakiej byłam zdolna, czyniłam na ten temat jakieś 

aluzje   w   obecności   doktora   Morella   lub   generałów   z   otoczenia   Hitlera,   traktowano   mnie   tak, 

jakbym to ja była szalona.

background image

Przyznawano ogólnie, że Hitler coraz bardziej żyje na marginesie rzeczywistego świata, ale że 

również ma pełne rozeznanie w aktualnym rozwoju wydarzeń.

Zdawał   on   sobie   doskonale   sprawę   z   tego,   że   Rzesza   obrała   kurs   ku   przepaści,   ale   jego 

bezgraniczny   upór   i   wiara   we   własną   misję   nie   pozwalały   mu   wyciągnąć   narzucających   się 

wniosków.

Żywił jeszcze nonsensowną nadzieję, że jest w stanie odwrócić bieg wydarzeń i sięgnąć po 

zwycięstwo "na finiszu".

Narodowi niemieckiemu zapowiadał, że ta zmiana nastąpi w sferze politycznej.

W   swoim   ostatnim   okólniku   do   gauleiterów,   26   lutego   1945   roku,   dał   wyraz   swemu 

niewzruszonemu   przekonaniu,   iż   dyplomacji   niemieckiej   uda   się   doprowadzić   do   podziałów 

między aliantami.

Kilka dni później, podczas narady ze swoimi ekspertami wojskowymi, zapowiedział, że idzie 

"nowe", bo już prawie gotowe są nowe rodzaje broni.

I powtarzał niestrudzenie: "Cierpliwości, musimy zyskać trochę na czasie".

To właśnie zdaje się tłumaczyć jego zamiar przekształcenia Alp bawarskich w silną, naturalną 

fortecę.

Ale   gdy   dowiedziałam   się,   że   do   walki   przeciw   rosyjskim   jednostkom   pancernym, 

zamykającym  żelazny krąg  wokół  Berlina,  rzucił  wyrostków  z  Hitler Jugend, nie  mogłam  już 

uwolnić się od myśli, że takie czyny mogą być tylko dziełem szaleńca; nie mogło to wyjść od 

człowieka będącego w pełni władz umysłowych.

Pozostawało jednakże ustalić, jak bardzo zaawansowana jest ta demencja Hitlera.

Jedynie   doświadczony,   przebywający   stale   w   jego   otoczeniu   psychiatra   mógł   określić   jej 

rzeczywisty zakres.

Rozmawiałam z ludźmi, którzy widywali go podczas narad tuż przed upadkiem stolicy.

Ci   generałowie   lub   wysocy   funkcjonariusze   państwowi,   mimo   przytłaczającej   sytuacji, 

zachowywali całkowitą jasność umysłu.

Za   każdym   razem,   gdy   wychodzili   z   sali   narad,   byli   dosłownie   zdruzgotani   i   za   pomocą 

półsłówek dawali mi do zrozumienia, że Hitler już od dłuższego czasu stracił kontrolę nad swymi 

reakcjami.

Te wyznania potwierdzały moje wcześniejsze przypuszczenia.

Od tej chwili, za każdym razem, gdy zaskakiwał mnie swoimi dziwactwami, czułam mrowienie 

na plecach.

Myśl, że naród niemiecki zdany jest całkowicie na łaskę jego bredni, przytłaczała mnie.

background image

Stało się dla mnie niemal obsesją, aby stwierdzić, jak daleko posunął się w swoim upadku.

Nie   mogłam   jednak   dzielić   się   swymi   niepokojami   z   otoczeniem   Hitlera,   bo   byłoby   to 

równoznaczne z samobójstwem.

Przypadek sprawił, że pewnego dnia spotkałam prywatnie dawnego prezesa Trybunału Stanu, 

którego   znałam   z   okresu,   gdy   współpracował   z   reichsleiterem   Bormannem   w   sprawach 

legislacyjnych.

W bardzo oględny sposób postawiłam mu pytanie, czy jest możliwe, że Hitler nie jest już w 

pełni władz umysłowych.

Jego odpowiedź dosłownie mnie poraziła.

Ten wybitny i bezstronny prawnik, człowiek wielkiego formatu, który nigdy nie splamił swego 

honoru, posiadający doceniane przez wszystkich zdolności psychoanalityczne, odpowiedział mi 

słowami, które ucinały problem z precyzją gilotyny "Tak, Hitler jest dotknięty demencją".

Mogłam to również potwierdzić w czasie mojego ostatniego pobytu w Berghofie, w kwietniu 

1945 roku.

W rzeczach dr.

Karla   Brandta   znalazłam   notatkę   prasową,   która   informowała,   że   zniknięcie   słynnego 

psychiatry z Uniwersytetu Koenigsberg zaniepokoiło niemiecką opinie publiczną.

Specjalista ten, którego nazwisko mi uciekło został potajemnie wezwany do kwatery głównej 

Hitlera aby go zbadał.

Doszedł on do wniosku, że konieczny jest dłuższy pobyt w specjalnym sanatorium.

Zaraz potem został wezwany przez Himmlera i w tajemniczy sposób zniknął.

Inne potwierdzenie uzyskałam od samego Goeringa Na kilka dni przed wyjazdem z Berlina 

poprosił on Bormanna o dostarczenie mu sprawozdań z narad w ostatnich miesiącach.

Goering wyjaśnił swoje żądanie obawą przed tym, że zostaną ujawnione publicznie i naród 

niemiecki dowie się, że przez ostatnie dwa lata rządził nim szaleniec.

background image

Goering dodał, że nieprawdopodobne obelgi         jakie słał pod jego adresem Hitler, można 

wytłumaczyć tylko w ten właśnie sposób.

Nie mogę, niestety, ocenić, w jakiej mierze można dać wiarę tej deklaracji Goeringa: czy chciał 

zniszczyć te sprawozdania, aby zatrzeć wszelkie ślady swej odpowiedzialności, czy też chciał tylko 

ukryć upadek Hitlera?

Mam wrażenie, że obie te możliwości wchodzą tu w grę.

Wieczorem, 20 kwietnia 1945 roku, Hitler kazał mi przyjść do swego biura wraz z jedną z 

moich koleżanek.

Przywitał nas ze swą zwykłą skwapliwością, a następnie oświadczył ze smutkiem: "Sytuacja 

zmieniła się w ciągu ostatnich piętnastu dni do tego stopnia, że muszę rozproszyć swój sztab.

Przygotujcie natychmiast wasze rzeczy.

Za godzinę odjeżdża samochód na południe.

Resztę instrukcji przekaże wam reichsleiter Bormann".

Zapytałyśmy, czy możemy pozostać razem z nim w Berlinie.

Odrzucił naszą propozycję pod pretekstem, że ma zamiar zorganizować w Bawarii ruch oporu, 

do którego później dołączy: "Potrzebuję jeszcze was obydwu.

Chcę wam zapewnić bezpieczeństwo.

Jeśli wydarzenia pójdą w złym kierunku, dwie inne sekretarki również opuszczą Berlin.

Jeśli ta lub inna z waszych koleżanek miałaby zginąć w tej próbie, to znaczy, że los tak chciał".

Następnie pożegnał nas słowami: "Zobaczymy się wkrótce; dołączę do was tak szybko, jak 

tylko będzie to możliwe".

Hitler, kompletnie już wtedy siwy, wypowiedział te słowa ściszonym głosem.

Stał przed nami zgarbiony, z opuszczonymi rękami, próbując ukryć drżenie dłoni.

Jego spojrzenie, pozbawione światła i siły, utkwione było w jakimś dalekim, wyimaginowanym 

punkcie.

Próbował      się uśmiechnąć, ale był to uśmiech człowieka całkowicie załamanego, człowieka, 

który stracił wszelką nadzieję.

Niedługo później zadzwonił do mnie jeszcze dwa razy.

Za pierwszym razem powiedział: "Moje dzieci, sytuacja się zmieniła.

Koło wokół Berlina zamknęło się.

Samochód już nie pojedzie.

Opuścicie Berlin jutro rano samolotem".

Dosłownie   chwilę   później,   jego   złamany   głos   wyszeptał   do   słuchawki:   "Samolot   wylatuje 

background image

około drugiej, jak tylko skończy się alarm.

Musi wam się udać wystartować".

Potem jego głos zmienił się w niezrozumiałe rzężenie.

Poprosiłam, aby powtórzył ostatnie zdanie, ale więcej już się nie odezwał.

Nie odłożył słuchawki; słyszałam tylko przytłumiony kaszel, który dobiegał moich uszu jak 

daleki szept nicości.

KONIEC