background image

 

Czarny Lud 

(The Boogeyman) 

 

Przełożył: MICHAŁ WROCZYŃSKI 

 

-

 

Przyszedłem  do  pana,  ponieważ  chcę  coś  panu  opowiedzieć  –  odezwał  się 
mężczyzna spoczywający na leżance w gabinecie doktora Harpera. 

Człowiek  ten  nazywał  się  Lester  Billings  i  pochodził  z  Waterbury  w  Connecticut. 

Historia choroby, którą wręczyła lekarzowi siostra Vickers, informowała, że pacjent 
miał  dwadzieścia  osiem  lat,  pracował  w  firmie  przemysłowej  w  Nowym  Jorku,  był 
rozwiedziony i miał troje dzieci. Wszystkie nie żyły. 

-

 

Nie  mogłem  pójść  do  księdza,  bo  nie  jestem  katolikiem.  Nie  mogłem  pójść  do 
prawnika,  bo  nie  zrobiłem  nic,  w  czym  prawnik  mógłby  mi  pomóc.  Ja,  panie 
doktorze, zabiłem swoje dzieci. Po kolei. Wszystkie. 

  Doktor Harper włączył magnetofon. 
  Billings  leżał  na  kanapce  nieruchomo  i  sztywno,  jakby  połknął  kij  od  szczotki. 
Leżanka była trochę za krótka i stopy pacjenta wystawały poza mebel. Przedstawiał 
sobą obraz człowieka, który cierpliwie znosi nieuniknione upokorzenie. Ręce złożył 
na piersiach w pozie nieboszczyka. Twarz miał spokojną, ale pełną czułości. Patrzył 
w  nieskazitelnie  biały  sufit,  zupełnie  jakby  obserwował  jakieś  zmieniające  się  tam 
obrazy. 
-

 

Czy chodzi o to, że pan naprawdę je zabił, czy też... 

-

 

Nie.  –  Zniecierpliwione  machnięcie  ręką.  –  Ale  jestem  za  to  odpowiedzialny. 
Denny’ego  w  sześćdziesiątym  siódmym.  Shril  w  siedemdziesiątym  pierwszym. 
Andy’ego w tym roku. Chcę panu o tym opowiedzieć. 

  Doktor Harper milczał. Pomyślał sobie, że Billings wygląda staro i nędznie. Włosy 
miał  przerzedzone,  cerę  ziemistą.  Oczy  zdradzały  wszelkie  nieszczęsne  sekrety 
whisky. 
-

 

Nie  rozumie  pan,  że  zostały  zamordowane?  Tylko  że  nikt  w  to  nie  wierzy. 
Gdyby dano mi wiarę, wszystko byłoby w porządku. 

-

 

Dlaczego? 

-

 

Ponieważ... 

  Billings  urwał  i  gwałtownie  wsparł  się  na  łokciach,  rzucając  bystre  spojrzenie  w 
drugi koniec pokoju. 
-

 

Co to jest? – warknął. 

  Oczy zwęziły mu się tak, że tworzyły tylko ciemne szparki. 
-

 

Gdzie? 

-

 

Tamte drzwi. 

-

 

Szafa – wyjaśnił doktor Harper. – Chowam w niej płaszcz i kalosze. 

-

 

Proszę ją otworzyć. Chcę zobaczyć co jest w środku. 

  Doktor  Harper  bez  słowa  wstał,  przeszedł  przez  gabinet  i  otworzył  szafę.  Na 
jednym z czterech czy pięciu wieszaków wisiał ciemny płaszcz przeciwdeszczowy. 
Niżej  widać  było  parę  lśniących  śniegowców.  W  jednej  z  nich  ostrożnie  wetknięto 
numer Timesa. Poza tym szafa była pusta. 
-

 

W porządku? – zapytał lekarz. 

-

 

W porządku. 

background image

 

  Billings opadł na plecy i przybrał poprzednią pozycję. 
  Doktor Harper wrócił na krzesło i popatrzył na pacjenta. 
-

 

A  więc  twierdzi  pan,  że  gdyby  udowodniono  panu,  że  zamordował  pan  troje 
swoich dzieci, skończyłyby się problemy? Dlaczego? 

-

 

Trafiłbym  do  więzienia  –  wyjaśnił  bez  chwili  wachania  Billings.  –  Dostałbym 
dożywocie. A w więzieniu do każdej celi można zaglądać. Do każdej. 

  Uśmiechnął się w przestrzeń. 
-

 

W jaki sposób zamordował pan swoje dzieci? 

-

 

Proszę mnie nie naciskać. 

  Billings odwrócił się w jego stronę i popatrzył żałośnie. 
-

 

Niech  pan  się  nie  obawia.  Wszystko  panu  opowiem.  Nie  jestem  taki  jak  reszta 
pańskich  cudaków,  którzy  stąpają  dumnie,  udając,  że  są  Napoleonem,  albo 
tłumaczą,  że  brali  heroinę,  bo  mamusia  ich  nie  kochała.  Wiem,  że  pan  mi  nie 
wierzy.  Ale  nie  dbam  o  to.  To  bez  znaczenia.  Wystarczy  mi,  jeśli  wszystko 
opowiem. 

-

 

W porządku. – Doktor Harper wyjął fajkę. 

-

 

Z  Ritą  ożeniłem  się  w  tysiąc  dziewięćset  sześćdziesiątym  piątym  roku.  Miałem 
wówczas  dwadzieścia  jeden  lat,  a  ona  osiemnaście.  Była  w  ciąży.  Z  Dennym.  – 
Skrzywił  się.  –  Musiałem  przerwać  naukę  i  iść  do  pracy.  Ale  niewiele  mnie  to 
obeszło. Kochałem ich. Byliśmy szczęśliwi. 

  Rita  ponownie  zaszła  w  ciąże  zaraz  po  urodzeniu  Denny’ego  i  w  grudniu 
sześćdziesiątego  szóstego  na  świat  przyszła  Shril.  Andy  urodził  się  latem 
sześćdziesiątego  dziewiątego,  ale  wtedy  Denny  już  nie  żył.  Andy’ego  nie 
planowaliśmy. Rita się pomyliła. Sama mi to powiedziała. Mówiła, że te wszystkie 
środki antykoncepcyjne nie zawsze skutkują. ale ja myślę, że to nie był przypadek. 
Dzieci  wiążą  mężczyźnie  ręce,  sam  pan  o  tym  najlepiej  wie.  A  kobiety  to  bardzo 
lubią;  zwłaszcza  jeśli  mężczyzna  jest  od  nich  mądrzejszy.  Nie  sądzi  pan,  że  jest  w 
tym odrobina prawdy? 
  Harper dyplomatycznie chrząknął. 
-

 

Tak czy owak, nieważne. Kochałem ich – ciągnął mściwie Billings, jakby darzył 
dzieci uczuciem na przekór swojej żonie. 

-

 

Kto zabił pańskie dzieci? – zapytał Harper. 

-

 

Czarny  lud  –  odrzekł  szybko  Lester  Billings.  –  Wszystkie  zabił  Czarny  lud.  Po 
prostu  wyłaził  z  szafy  i  zabijał.  –  Odwrócił  się  na  bok  i  wytrzeszczył  zęby.  – 
Myśli  pan,  że  zwariowałem.  Ma  pan  to  wypisane  na  twarzy.  Ale  mnie  to  nic  a 
nic nie obchodzi. Chcę jedynie o wszystkim panu opowiedzieć i umrzeć. 

-

 

Słucham. 

-

 

Zaczęło  się,  kiedy  Denny  miał  dwa  latka,  a  Shril  była  jeszcze  niemowlęciem. 
Zaczął płakać, gdy Rita położyła go do łóżka. Rozumie pan, mieliśmy w domu 
dwie  sypialnie.  Shril  spała  w  kołysce  wstawionej  do  naszego  pokoju.  W 
pierwszej chwili myślałem, że dzieciak płacze dlatego, że nie pozwoliliśmy mu 
zabrać do łóżka butelki. Rita powiedziała, żebym nie robił z tego problemu i dał 
mu spokój. Ale w taki właśnie sposób rozpuszcza się dzieci. Psuje się je, bo się 
im  na  wszystko  pozwala.  A  później  taki  złamie  rodzicom  serce  albo  zmajstruje 
jakiejś  dziewczynie  bachora,  albo  weźmie  się  za  narkotyki.  Może  też  zostać 

background image

 

pedziem.  Czy  wyobraża  pan  sobie,  że  pewnego  dnia  dowiaduje  się  pan,  że 
pański dzieciak, pański syn, jest pedziem? 

  W każdym razie, kiedy nieustannie wszczynał takie awantury, zacząłem osobiście 
kłaść  go  spać.  Jak  nie  przestawał  się  mazać,  to  dostawał  klapsa.  Kiedyś  Rita 
oświadczyła mi, że Denny ciągle powtarza słowo „światło”. No cóż, nie wiem, czy 
mężczyzna potrafi zrozumieć, co mówią tak małe dzieci. Może tylko matka. 
  Rita  chciała  zostawiać  mu  zapaloną  lampkę  nocną.  Wie  pan  taki  kinkiet  z 
rysunkami  myszki  Micky,  psa  Huckleberry’ego  czy  z  czymś  innym.  Nie 
pozwoliłem.  Jeśli  dziecko  od  małego  boi  się  ciemności,  będzie  się  bało  również 
wtedy, gdy dorośnie. 
  No dobrze. Denny umarł pierwszego lata po narodzinach Shril.  Położyłem go do 
łóżka,  a  on  natychmiast  zaczął  ryczeć.  Tym  razem  usłyszałem  co  powiedział. 
Wskazał szafę i rzekł: „Czarny Lud, tatusiu, Czarny Lud”. 
  Zgasiłem  światło  i  wróciłem  do  naszego  pokoju.  Zapytałem  Ritę,  dlaczego  uczy 
dziecko  takich  dziwnych  wyrazów.  Kusiło  mnie  nawet,  żeby  jej  przyłożyć,  ale 
opanowałem  się.  Oświadczyła,  że  niczego  takiego  go  nie  uczyła.  Nazwałem  ją 
kłamczuchą. 
  Widzi pan, to było dla mnie bardzo ciężkie lato. Udało mi się zdobyć tylko robotę 
w  magazynach,  gdzie  ładowałem  na  ciężarówki  skrzynki  z  pepsi-colą.  Czułem  się 
zmordowany jak koń. Na dodatek Shril bez przerwy budziła się w nocy i płakała, a 
Rita  wstawała,  wyciągała  ją  z  kołyski  i  wąchała  pieluchy.  Mówię  panu,  czasami 
miałem ochotę wyrzucić obie przez okno. Chryste Nazareński, dzieci potrafią nieraz 
człowieka doprowadzić do szału. Człowiek mógłby ich nawet zabić. 
  Cóż,  mała  obudziła  mnie  o  czwartej  nad  ranem,  zgodnie  z  własnym 
harmonogramem. Pół śpiąc, nie otwierając nawet oczu, poczłapałem do łazienki, a 
później  Rita  poprosiła,  żebym    sprawdził,  czy  Danny  dobrze  śpi.  Powiedziałem, 
żeby zrobiła to sama, i wróciłem do łóżka. Zasypiałem już, kiedy zaczęła krzyczeć. 
  Wyskoczyłem z pościeli i pobiegłem do pokoju Denny’ego. Leżał na plecach i nie 
żył.  Był  biały  jak  mąka,  z  wyjątkiem  tych  miejsc,  gdzie...  gdzie  opadła  krew...  Na 
łydkach, na tyle głowy, na... na pośladkach. Miał otwarte oczy. Widzi pan, one były 
najgorsze.  Szeroko  otwarte  i  szkliste  jak  oczy  w  głowie  łosia,  która  wisi  nad 
kominkiem.  Jak  na  zdjęciach  z  Wietnamu  pokazujące  martwe  dzieci  żółtków.  Ale 
amerykańskie  dziecko  nie  powinno  tak  wyglądać.  Martwe  i  leżące  na  plecach.  Na 
noc  wkładaliśmy  mu  gumowe  majtki  z  pieluchą,  ponieważ  przez  kilka  ostatnich 
tygodni moczył się przez sen. Okropne. Jak ja tego dzieciaka kochałem. 
  Billings powoli potrząsnął głową i znów przesłał lekarzowi sztuczny, wystraszony 
uśmiech. 
-

 

Rita  miała  zadartą  wysoko  głowę  i  krzyczała.  Chciała  wyciągnąć  Denny’ego  z 
łóżka i tulić w ramionach, ale jej  nie pozwoliłem. Policja  bardzo nie lubi, kiedy 
niszczy się ślady. Wiedziałem... 

-

 

Wiedział pan, że to był Czarny Lud? – spytał cicho Harper. 

-

 

Och,  nie!  Wtedy  jeszcze  nie.  Ale  zauważyłem  jedno.  Nie  przywiązywałem  do 
tego znaczenia, lecz ten drobny szczegół utkwił mi mocno w pamięci. 

-

 

Jaki szczegół? 

-

 

Drzwi  od  szafy  były  uchylone.  Odrobinę.  Zaledwie  szpara.  Ale  wiedziałem,  że 
przecież  je  dokładnie  zamknąłem.  Rozumie  pan,  w  środku  były  plastikowe 

background image

 

worki na ubrania. Dzieciak zacznie się nimi bawić i kaput. Uduszenie. Sam pan 
najlepiej wie, prawda? 

-

 

Wiem. Co było dalej? 

  Billings wzruszył ramionami. 
-

 

Pochowaliśmy go. 

  Popatrzył żałośnie na ręce, które rzucały ziemię na trzy małe trumienki. 
-

 

Czy wszczęto dochodzenie? 

-

 

Pewnie.  –  Oczy  Billingsa  szyderczo  rozbłysły.  –  Pojawił  się  jakiś  wsiowy 
konował ze stetoskopem, czarną walizką pełną pastylek od kaszlu dla dzieci, a w 
zanadrzu  miał  dyplom  weterynarza.  Uduszenie  się  poduszką;  tak  to  określił! 
Słyszał pan kiedyś takie gówno? Dzieciak miał trzy lata! 

-

 

Do uduszenia się poduszką najczęściej wśród dzieci w pierwszym roku życia – 
odparł ostrożnie Harper. – Niemniej diagnozy takie wstawia się do aktu zgonu 
do lat pięciu, żeby lepiej... 

-

 

Opowiadasz pan głupoty! – wykrzyknął rozeźlony Billings. 

  Harper bez słowa ponownie zapalił fajkę. 
-

 

W miesiąc po pogrzebie przenieśliśmy Shril do dawnego pokoju Denny’ego. Rita 
za  nic  w  świecie  nie  chciała  się  na  to  zgodzić,  ale  w  końcu  ostatnie  słowo 
należało do mnie. Uczyniłem to z ciężkim sercem; proszę mi wierzyć. Jezu, jak ja 
bardzo  chciałem  żeby  Shril  spała  z  nami.  Ale  człowiek  nie  może  być 
nadopiekuńczy.  W  ten  sposób  wyrządza  się  tylko  dziecku  krzywdę.  Kiedy 
byłem  mały,  matka  zabierała  mnie  na  plażę  i  bez  przerwy  wrzeszczała  o                                                        
chrypłym głosem: „Nie odchodź tak daleko! Nie idź tam! Uważaj na cofające się 
fale!  Przecież  jadłeś  zaledwie  przed  godziną!  Nie  zanurzaj  się  z  głową!” 
Musiałem  wtedy  uważać  na  rekiny!  I  co?  Do  dzisiaj  nie  jestem  w  stanie  nawet 
zbliżyć  się  do  wody.  Drętwieję  na  sam  widok  plaży.  Kiedyś,  jeszcze  jak  żył 
Denny,  Rita  skłoniła  mnie,  żebym  zabrał  ją  i  dzieciaki  do  Savin  Rock.  Czy  pan 
wie,  że  odchorowałem  tę  wyprawę?  W  stosunku  do  dzieci  nie  wolno  być 
nadopiekuńczym.  Siebie  również  nie  wolno  rozpieszczać.  Życie  płynęło  dalej. 
Shril  poszła  do  łóżeczka  Denny’ego.  Wyrzuciliśmy  tylko  stary  materac.  Nie 
chciałem, żeby moja dziewczynka złapała jakąś bakterię. 

  Upłynął  rok.  Pewnego  wieczoru,  kiedy  kładłem  Shril  do  łóżeczka,  zaczęła 
zawodzić, krzyczeć i płakać. „Czarny Lud, tatusiu, Czarny Lud, Czarny Lud”. 
  A  mnie  poderwało.  To  samo  przecież  było  z  Dennym.  Od  razu  przypomniałem 
sobie,  że  tamtej  nocy,  kiedy  umarł  Denny,  zastałem  uchylone  drzwi  od  szafy.  W 
pierwszej chwili chciałem zabrać Shril do naszej sypialni. 
-

 

I zabrał pan? 

-

 

Nie.  –  Billings  popatrzył  na  dłonie  i  skrzywił  się.  –  Jak  mogłem  pójść  do  Rity  i 
przyznać,  że  nie  miałem  racji?  Musiałem  okazać  charakter.  Zawsze  była  taką 
trzęsącą się meduzą... proszę zauważyć fakt, jak łatwo chodziła ze mną do łóżka, 
kiedy nie byliśmy jeszcze małżeństwem. 

-

 

Z  drugiej  strony  proszę  zważyć  fakt,  jak  łatwo  pan  chodził  z  nią  do  łóżka  – 
odparł Harper. 

    Billings,  który  przekładał  właśnie  ręce,  zamarł  w  bezruchu,  poczym  powoli 
przekręcił głowę w stronę lekarza i popatrzył na niego. 

-

 

Zaczyna się pan wymądrzać? 

background image

 

-

 

Nie, wcale nie. 

-

 

Więc  proszę  pozwolić  mi  opowiadać  w  taki  sposób,  w  jaki  mi  się  podoba  – 
warknął  Billings.  –  Przyszedłem  do  pana,  żeby  zrzucić  ciężar  z  piersi. 
Opowiedzieć  moją  historię.  Nie  zamierzam  informować  o  moim  życiu 
erotycznym,  jeśli  pan  tego  się  spodziewał.  Uprawialiśmy  z  Ritą  zwyczajne 
stosunki seksualne, bez żadnych tam świństw.  Wiem, że wielu ludziom rośnie 
serce, kiedy o tym mówią, ale ja do nich nie należę. 

-

 

Nie ma sprawy – zgodził się Harper. 

-

 

Nie ma sprawy – jak echo dość arogancko powtórzył Billings. 

  Najwyraźniej  stracił  wątek,  bo  powędrował  niespokojnym  spojrzeniem  w  stronę 
zamkniętej na głucho szafy. 
-

 

Może chce pan, żeby ją otworzyć? Zapytał Harper. 

-

 

Nie! – sprzeciwił się gwałtownie Billings i nerwowo się uśmiechnął. – Po co mam 
oglądać pana kalosze? 

  Umilkł i po chwili ciągnął dalej. 
-

 

Ją  również  zabrał  Czarny  Lud.  –  Przeciągnął  dłonią  po  czole.  Najwyraźniej 
przypomniał  sobie  przebieg  wydarzeń.  –  Miesiąc  później.  Ale  przedtem 
wydarzyło się coś jeszcze. W środku nocy usłyszałem hałas, a w chwilę później 
krzyk córki. Błyskawicznie pobiegłem do jej pokoju, otworzyłem drzwi – w hallu 
paliło się światło – i... siedziała w łóżku i płakała, a w pokoju coś się poruszyło. 
Głęboko w cieniu, przy szafie. Coś się prześlizgnęło. 

-

 

Czy szafa była otwarta? 

-

 

Odrobinę.  Zaledwie  szpara.  –  Billings  przejechał  językiem  po  wargach.  –  Shril 
krzyczała  coś  o  Czarnym  Ludzie.  I  wymówiła  jeszcze  słowo  „szpony”. 
Zabrzmiało  to  jak  „śpany”.  Rozumie  pan,  dzieci  mają  kłopoty  z  wymową 
twardych głosek. Rita wbiegła na piętro i zapytała, co się stało. Powiedziałem, że 
mała przestraszyła się cienia gałęzi poruszającego się na suficie. 

-

 

Siafa? – spytał nagle Harper. 

-

 

Co proszę? 

-

 

Siafa... szafa. Może chciała powiedzieć „szafa”? 

-

 

Może – odparł Billings. – Mogło być i tak. Ale nie sądzę. Myślę, że powiedziała 
„szpony”.  –  Znów  popatrzył  na  szafę.  –  Szpony,  długie  szpony.  –  Jego  głos 
przeszedł nagle w szept. 

-

 

Zajrzał pan do tej szafy? 

-

 

N...naturalnie. – Billings zaplótł na piersiach dłonie tak mocno, że kłykcie palców 
pobielały mu niczym księżyce. 

-

 

Znalazł pan coś? Czy dostrzegł pan... 

-

 

Niczego  nie  dostrzegłem!  –  wrzasnął  nieoczekiwanie  Billings.  Słowa  te 
wyprysnęły  z  niego  niczym  czarny  korek  zatykający  jego  duszę.  –  To  ja  ją 
znalazłem,  kiedy  umarła,  rozumie  pan?  Była  czarna.  Cała  czarna.  Połknęła 
własny  język  i  była  czarna  jak  Murzyn  grany  w  teatrze  przez  białego,  i 
wytrzeszczała  na  mnie  oczy.  Oczy  miała  jak  u  wypchanych  zwierząt,  lśniące  i 
straszne,  jak  z  żywego  marmuru.  Mówiły:  „Tato,  pozwoliłeś  mu  mnie  zabrać, 
tato, zabiłeś mnie, tato, pomogłeś mu mnie zabić...” 

  Głos mu zadrżał. Po policzku spłynęła wielka, wrzeszcząca ciszą i cierpieniem łza. 

background image

 

-

 

Widzi pan, było to zakłócenie pracy mózgu. To czasami zdarza się u dzieci. Zły 
sygnał z mózgu. Zrobiono sekcję zwłok w szpitalu Hartford. Oświadczyli mi, że 
zadławiła  się  językiem,  kiedy  dostała  konwulsji.  Wróciłem  do  domu  sam,  bo 
Ricie zaaplikowali jakieś prochy uspokajające i zostawili ją w klinice. Odchodziła 
wprost od zmysłów. Musiałem wrócić do domu sam, ale wiedziałem, że dziecko 
nie  dostaje  konwulsji  tylko  dlatego,  że  coś  mu  się  popierdzieli  w  mózgu.  Ze 
strachu  tak!  Musiałem  wrócić  do  domu,  gdzie  było  to  coś.  –  Zniżył  głos  do 
szeptu. – Spałem na kanapie przy zapalonym świetle. 

-

 

Czy wydarzyło się coś nowego? 

-

 

Miałem sen  – odparł Billings.  – Byłem w  ciemnym pokoju, w którym czaiło się 
coś,  czego...  czego  nie  mogłem  dokładnie  zobaczyć;  coś  w  szafie.  To  coś 
wydawało  dźwięki...  mlaskało.  Przypomniał  mi  się  komiks,  który  czytałem  w 
dzieciństwie.  Opowieści  z  krypty,  zna  to  pan?  Jezu!  Był  tam  chłopak,  który 
nazywał  się  Graham  Ingles;  potrafił  przywołać  każdą  najbardziej  przerażającą 
rzecz  na  świecie  i  spoza  świata.  Tak  czy  owak,  w  moim  śnie  kobieta  utopiła 
swego męża. Przywiązała mu do nóg kawały betonu i utopiła w zalanym wodą 
kamieniołomie.  Ale  on  wrócił.  Rozkładał  się,  był  czarnozielony,  ryby  wyżarły 
mu oczy, a we włosach miał wodorosty. Wrócił i zabił ją. A kiedy wyrwałem się 
ze  snu  w  środku  nocy,  wydawało  mi  się,  że  pochyla  się  nade  mną.  I  miał 
szpony... długie szpony... 

  Doktor  Harper  popatrzył  na  stojący  na  biurku  cyfrowy  zegarek.  Lester  Billings 
mówił już blisko pół godziny. 
-

 

Jakie nastawienie miała do pana żona po powrocie ze szpitala? – zapytał. 

-

 

Ciągle mnie kochała – odparł z dumą Billings. – I ciągle robiła to,  co jej kazałem. 
Bo  taka  już  jest  rola  żony,  nieprawdaż?  Od  tej  całej  emancypacji  kobiet 
człowiekowi  robi  się  niedobrze.  Najważniejszą  rzeczą  w  życiu  jest  znać  swoje 
miejsce. Swoje miejsce... tak... 

-

 

Miejsce w życiu? 

-

 

Właśnie. – Billings strzelił palcami. – Dokładnie to. A żona powinna być mężowi 
posłuszna. Och, przez cztery czy pięć miesięcy była blada jak z księżyca... Snuła 
się  po  domu,  nie  oglądała  telewizji,  nie  nuciła  pod  nosem,  nie  śmiała  się. 
Wiedziałem, że musi z tego wyjść. Kiedy dzieci umierają tak wcześnie, człowiek 
nie zdąży się jeszcze do nich przyzwyczaić. Niewiele czasu musi upłynąć, żeby 
podchodząc  do  biurka,  na  których  stoją  ich  fotografie,  z  trudem  przypominał 
sobie, kogo przedstawiają. 

  Chciała  mieć  kolejne  dziecko  –  dodał  ponuro.  –  Oświadczyłem,  że  to  poroniony 
pomysł. Och, nie na zawsze, ale tylko chwilowo. Powiedziałem jej, że musimy się ze 
wszystkim oswoić i nacieszyć sobą. Dotąd nie mieliśmy na to czasu. Żeby pójść do 
głupiego  kina,  trzeba  było  fest  główkować  i  załatwiać  kogoś  do  dziecka.  Nie 
mogliśmy  się  wybrać  do  miasta,  do  opery,  dopóki  Rita  nie  zorganizowała  jakiejś 
przyjaciółki, która posiedziałaby z dziećmi; moja mamusia nie chciała mieć z nami 
nic  wspólnego.  Denny  za  wcześnie  przyszedł  na  świat,    rozumie  pan?  Matka 
uważała Ritę za wycierucha i zwykłą ulicznicę. Zresztą mianem ulicznicy określała 
wszystkie  dziewczęta.  Czyż  to  nie  komedia?  Kiedyś  odbyła  ze  mną  poważną 
rozmowę: opowiedziała o chorobach, które mi grożą, jeśli będę zadawał się z kur... z 

background image

 

prostytutką. Oświadczyła, że jeśli mój ku... penis zacznie któregoś dnia piec i będzie 
piekł nazajutrz, to wszystko jasne. Nie pojawiła się nawet na naszym ślubie. 
    Billings zabębnił palcami po klatce piersiowej. 
-

 

Ginekolog sprzedał Ricie spiralę. To zabezpieczy, oświadczył. Włożył jej to w... 
w to miejsce i już. W razie czego nie dojdzie do zapłodnienia jaja, oświadczył, a 
ona nawet nie będzie  czuła, że to ma. –  Billings popatrzył w sufit i uśmiechnął 
się ponuro. – Nikt nie będzie czuł, że coś tam jest. No i po dziewięciu miesiącach 
skończyło się porodem. Do bani. 

-

 

Żadna metoda antykoncepcji nie jest pewna na sto procent – odezwał się Harper. 
–  Pigułki  dają  tylko  dziewięćdziesiąt  osiem  procent  pewności.  Spirala  może  się 
przemieścić podczas jakiegoś skurczu, podczas mocniejszej miesiączki, a nawet, 
w wyjątkowych przypadkach przy oddawaniu moczu. 

-

 

Jasne. Albo kobieta może ją sama wyciągnąć. 

-

 

To też możliwe. 

-

 

Co działo się dalej? Robiła na drutach małe ubranka, śpiewała pod prysznicem i 
jak  wariatka  zajadała  się  piklami.  Siadała  mi  na  kolanach  i  twierdziła,  że  taka 
była widać wola boska. Pszczoły pierdoły. 

-

 

Dziecko przyszło na świat pod koniec tego samego roku, kiedy umarła Shril? 

-

 

Zgadza  się.  Chłopiec.  Nazwała  go  Andrew  Lester  Billings.  Początkowo  nie 
chciałem mieć z tym wszystkim nic wspólnego. Uważałem, że skoro spieprzyła 
sprawę, niech sama sobie radzi. Wiem, jak to brzmi, ale niech pan nie zapomina, 
że przeszedłem już swoje. 

  Szybko  jednak  zmieniłem  stosunek  do  Andy’ego.  Ostatecznie  było  to  jedyne 
dziecko  do  mnie  podobne.  Denny  przypominał  matkę,  a  Shril  nikogo  z  nas;  może 
trochę moją babcię Ann. Ale Andy... skóra zdarta ze mnie. 
  Kiedy wracałem z pracy, potrafiłem godzinami się z nim bawić. Siedząc w kojcu, 
chwytał  mój  palec  i  śmiał  się  albo  gaworzył.  Uwierzy  pan,  dzieciak  miał  tylko 
dziewięć tygodni, a już śmiał się do swego taty. 
  Pewnego  wieczoru  kupiłem  w  sklepie  samochodzik-zabawkę  i    powiesiłem  mu 
nad  łóżkiem.  Ja!  Ja,  który  uważałem,  że  dziecko  nie  doceni  zabawki  tak  długo, 
dopóki nie będzie na tyle duże, żeby za nią podziękować. Ale kupiłem. Kupiłem mu 
tę  głupią  zabawkę  i  natychmiast  uświadomiłem  sobie,  że  nikogo  i  niczego  nie 
kochałem  na  świecie  bardziej  niż  tego  brzdąca.  Akurat  podłapałem  bardzo  dobrą 
robotę. Sprzedawałem sprzęt wiertniczy w firmie Cluett and Sons. Powodziło nam 
się bardzo dobrze, więc kiedy Andy miał roczek, przenieśliśmy się do Waterbury; ze 
starym miejscem wiązało się zbyt wiele złych wspomnień. 
-

 

I zbyt wiele szaf. 

-

 

Następny rok był najlepszy w naszym życiu. Oddałbym prawą rękę, żeby tylko 
wróciły tamte dni. Och, naturalnie, wojna w Wietnamie ciągle trwała, po ulicach 
snuli  się  na  golasa  hipisi,  a  czarnuchy  darły  ryje,  ale  nas  to  nie  dotyczyło. 
Mieszkaliśmy  w  miłej  okolicy  na  cichej  uliczce.  Byliśmy  szczęśliwi  – 
podsumował  prosto.  Raz  zapytałem  Ritę,  czy  nie  dręczy  jej  jakiś  niepokój.  Wie 
pan do trzech razy sztuka i te rzeczy. Odparła, że nie. Oświadczyła, że Andy jest 
kimś szczególnym. Powiedziała, że Bóg osobiście roztacza nad nim opiekę. 

  Billings zapatrzył się ponuro w sufit. 

background image

 

-

 

Ostatni  rok  nie  był  już  tak  dobry.  Coś  się  zmieniło  w  samym  domu.  Zacząłem 
trzymać buty w przedpokoju, ponieważ nie chciałem otwierać szafy. Myślałem: 
A co, jeśli to coś w niej siedzi? Co, jeśli to coś się w niej przyczaiło i tylko czeka, 
żebym  ją  otworzył  i  wypuścił  to  na  wolność?  Wydawało  mi  się,  że  słyszę 
czasami jakieś mlaskanie i jakby coś mokrego, czarnozielonego poruszało się w 
szafie. 

  Rita  spytała  czy  nie  pracuję  za  dużo,  a  ja,  jak  za  dawnych  czasów,  coś  jej 
odwarknąłem. Wychodząc do pracy, z lękiem zostawiałem ich samych w domu, ale 
z  drugiej  strony  czułem  ulgę,  że  wychodzę.  Boże,  wybacz  mi,  naprawdę  czułem 
ulgę.  Zaczynałem  myśleć,  że  to  coś  zgubiło  nas  po  tym,  jak  się  wyprowadziliśmy. 
Musiało krążyć po okolicy, łazić ulicami, a nawet przemykać się kanałami. Chciało 
nas wyniuchać. Trwało to rok, ale w końcu nas znalazło. Wróciło. Chciało Andy’ego 
i  chciało  mnie.  Zacząłem  podejrzewać,  że  to  coś  istnieje  naprawdę;  tak  dzieje  się 
zawsze kiedy człowiek o czymś za dużo myśli, zaczyna w to wierzyć i wtedy to coś 
zaczyna  istnieć  naprawdę.  Może  wszystkie  potwory,  w  które  wierzyliśmy  w 
dzieciństwie  –  Frankenstein,  Człowiek-wilk,  Mumia  –  wszystkie  one  istnieją 
naprawdę?  Na  tyle  naprawdę,  żeby  zabijać  dzieci,  a  dorośli  myślą,  że  po  prostu 
przywalił  je  piasek  w  żwirowni,  utopiły  się  w  gliniance  lub  po  prostu  zaginęły. 
Może... 
-

 

Czy pan celowo zbacza z tematu, panie Billings? 

  Billings  zamilkł  na  bardzo  długą  chwilę  –  na  zegarku  cyfrowym  minęły  dwie 
minuty. Dopiero wtedy się odezwał. 
-

 

Andy umarł w lutym. Rity przy tym nie było. Dostała telefon od swego ojca. Jej 
matka  miała  w  dzień  po  nowym  roku  wypadek  samochodowy  i  lekarze  nie 
rokowali większych nadziei. Pojechała tam nocnym autobusem. 

  Jej  matka  nie  umarła,  choć  w  stanie  krytycznym  była  bardzo  długo...  przez  dwa 
miesiące.  Wynająłem  kobietę  do  opieki  nad  Andym.  Strzegliśmy  nocami  domu. 
Drzwi do szafy zaczęły się otwierać. 
  Billings zwilżył językiem wargi. 
-

 

Dzieciak  sypiał  ze  mną  w  pokoju.  To  też  śmieszna  rzecz.  Kiedy  miał  dwa  lata, 
Rita  spytała,  czy  nie  zamierzam  go  przenieść  do  innej  sypialni.  Rozumie  pan, 
jedna  z  tych  bzdur,  że  dziecko  nie  powinno  spać  z  rodzicami  w  tym  samym 
pokoju; może nabrać urazu do seksu i takich tam rzeczy. Ale nigdy nie robiliśmy 
tego, dopóki dzieciak nie zasnął. A poza tym nie chciałem, żeby spał sam. Bałem 
się po tym, co przytrafiło się Denny’emu i Shril. 

-

 

Ale w końcu pan go przeniósł – ni to spytał, ni to stwierdził doktor Harper. 

-

 

Tak. – Billings przesłał mu blady, pełen udręki uśmiech. – Przeniosłem. 

  Znów zapadła głucha cisza. Pacjent najwyraźniej mocował się ze wspomnieniami. 
-

 

Musiałem!  –  bąknął  w  końcu.  –  Musiałem!  Wszystko  było  w  porządku,  dopóki 
była z nami w domu Rita. Kiedy wyjechała, to stało się odważniejsze. Zaczęło... – 
Wywrócił oczyma i zacisnął zęby, wykrzywiając twarz w paskudnym grymasie. 
– Och, nie uwierzy pan. Wiem, że traktuje pan mnie jak kolejnego przygłupa w 
pańskiej  kartotece.  Tak,  wiem  o  tym,  ale  pana  tam  nie  było.  Jest  pan  kolejnym 
parszywym zaglądaczem do ludzkich głów. 

  Pewnej  nocy  z  hukiem  otworzyły  się  wszystkie  drzwi  w  domu.  Innego  ranka, 
kiedy się obudziłem, odkryłem biegnące od frontowych drzwi do szafy ślady błota i 

background image

 

ziemi. Czy to wyszło? A może przyszło? Nie wiem. Zaklinam się na rany Chrystusa, 
że  nie  wiem!  Wszystkie  płyty  były  porysowane  i  pokryte  szlamem,  lustra 
popękane... i te dźwięki... te dźwięki... 
  Przeciągnął dłonią po włosach. 
-

 

Budzi się pan o trzeciej nad ranem, patrzy w ciemność i od razu mówi pan sobie: 
„To  tylko  zegar”.  Ale  tak  naprawdę  to  pan  wie,  że  coś  się  skrada.  Niezbyt 
czujnie,  ponieważ  chce,  żeby  pan  to  usłyszał.  Wilgotny,  oślizły  dźwięk  jak  z 
kuchennej  kanalizacji.  Albo  klekot,  jakby  to  coś  przeciągało  szponami  po 
balustradzie schodów. Zamyka pan oczy, bo już sam dźwięk jest wystarczająco 
okropny, więc gdyby pan to jeszcze zobaczył... 

  I cały czas boi się pan, że hałasy nagle ustaną na dłużej, a później rozlegnie się tuż 
przy uchu śmiech, na twarzy poczuje pan oddech śmierdzący zgniłą kapustą, a na 
gardle dłonie. 
  Billings był blady i drżał. 
-

 

Więc przeniosłem Andy’ego. Widzi pan, wiedziałem, że to pójdzie do niego, bo 
był słabszy. Więc zrobiłem to. Zaraz pierwszej nocy zbudził mnie jego krzyk i w 
końcu, kiedy wreszcie zebrałem się na odwagę, żeby tam wejść, dzieciak stał w 
łóżeczku i wrzeszczał: „Czarny Lud, tatusiu... Czarny Lud... chcię do tatusia, do 
tatusia”. 

  Billings  krzyczał  dyszkantem,  jak  dziecko.  Oczy  miał  wielkie  jak  spodki,  prawie 
kurczył się do dziecięcych rozmiarów. 
-

 

Nie mogłem – krzyczał wysokim głosikiem Billings. – Nie mogłem. A w godzinę 
później usłyszałem wrzask. Okropny, gulgoczący wrzask. Tak bardzo kochałem 
synka, że pobiegłem do niego, nie zapaliwszy nawet światła; biegłem, biegłem, 
biegłem,  Jezu  Boże  Mario,  to  go  trzymało;  potrząsało  nim  jak  terier  potrząsa 
szmatą  i  widziałem  odrażające,  oklapłe  ramiona  i  głowę  stracha  na  wróble,  i 
czułem smród gnijącej myszy, i słyszałem...  

  Urwał, a kiedy po chwili podjął opowieść, mówił już normalnym głosem dorosłego 
mężczyzny. 
-

 

Słyszałem, jak to złamało Andy’emu kark – ciągnął obojętnym, głuchym tonem. 
– Zupełnie jakby na stawie lód złamał się pod łyżwiarzem. 

-

 

Co było później? 

-

 

Och, uciekłem – odparł tym samym obojętnym, głuchym tonem. – Poszedłem do 
całonocnej knajpy. Zupełne tchórzostwo, prawda? Uciec do całonocnej knajpy i 
wypić  sześć  filiżanek  kawy.  Później  wróciłem  do  domu.  Już  świtało.  Zanim 
wszedłem na górę, zadzwoniłem po policję. Leżał na podłodze i patrzył na mnie. 
Oskarżał mnie. Z ucha wyciekła mu odrobina krwi. Tylko kropelka. A drzwi od 
szafy były uchylone... odrobinę; zaledwie szpara. 

  Umilkł. Harper popatrzył na zegarek. Minęło pięćdziesiąt minut. 
-

 

Proszę ustalić z siostrą termin następnej wizyty – powiedział. –  Tak naprawdę, 
to kilku. Pasują panu wtorki i czwartki? 

-

 

Przyszedłem  tylko  po  to,  żeby  opowiedzieć    tę  historię  –  odparł  Billings.  – 
Zrzucić to z serca. Bo widzi pan, ja skłamałem policji. Powiedziałem, że dzieciak 
chciał  pewnie  w  nocy  wydostać  się  z  łóżeczka  i...  przyjęli  to  tłumaczenie. 
Oczywiście że tak. Wszystko wskazywało na to, że tak właśnie było. Przypadek, 
jak inne. Ale Rita wiedziała. Rita... w końcu... wiedziała... 

background image

10 

 

  Zakrył twarz prawą ręką i wybuchnął płaczem. 
-

 

Panie  Billings,  musimy  jeszcze  odbyć  ze  sobą  wiele  rozmów  –  odezwał  się  po 
chwili doktor Harper. – Wierzę, że potrafię zniszczyć w panu poczucie winy, ale 
najpierw pan sam musi tego chcieć. 

-

 

Nie wierzy pan, że chcę? 

  Billings oderwał rękę od twarzy. Oczy miał czerwone, dzikie, malował się w nich 
ból. 
-

 

Jeszcze nie – odparł spokojnie Harper. – Więc jak wtorki i czwartki? 

  Po długim milczeniu Billings mruknął: 
-

 

Cholerny psychiatra. No dobrze. No dobrze. 

-

 

Proszę umówić się z siostrą, panie Billings. I miłego dnia. 

  Billings  roześmiał  się  ponuro  i  szybko,  nie  oglądając  się  za  siebie,  wyszedł  z 
gabinetu. 
  Biurko  pielęgniarki  było  puste.  O  bibularz  oparta  była  kartka  z  napisem:  „Za 
chwilę wracam”. 
  Billings odwrócił się i wszedł z powrotem do gabinetu. 
-

 

Doktorze, siostra... 

  Pokój był pusty. 
  Ale drzwi szafy były uchylone. Odrobinę. Zaledwie szpara. 
-

 

Jak miło – dobiegł z niej głos. – Jak miło. 

  Słowa  brzmiały  tak,  jakby  wychodziły  z  czyichś  ust  wypełnionych  zgniłymi, 
morskimi wodorostami. 
  Billings  stał  w  miejscu  jak  słup  soli.  Drzwi  otworzyły  się  na  oścież.  Poczuł,  że 
puścił mu pęcherz, poczuł w kroku gorącą wilgoć. 
-

 

Jak miło – powtórzył Czarny Lud, gramoląc się niezdarnie z szafy. 

  W  przegniłej  dłoni  z  długimi  jak  sztylety  szponami  ciągle  jeszcze  trzymał  maskę 
doktora Harpera. 
 
 

Przepisywał: Mando