background image

MICHAIŁ BUŁHAKOW 

DIABOLIADA 

PrzełoŜyli 

Irena Lewandowska 

Witold Dąbrowski 

background image

WYDARZENIA Z DNIA DWUDZIESTEGO 

W  tamtych  czasach,  kiedy  kaŜdy  skakał  z  jednej  posady  na  drugą,  towarzysz 

Korotkow  trwał  w  Cebamazapie  (Głównej  Centralnej  Bazie  Materiałów  Zapałczanych)  na 

etatowym stanowisku referenta i przepracował tak całych jedenaście miesięcy. 

Zapuściwszy korzenie w Cebamazapie, cichy, subtelny blondyn Korotkow doszczętnie 

wywabił ze swojej jaźni myśl o tym, Ŝe na szerokim świecie zdarzają się tak zwane kaprysy 

losu, i zamiast tego zaszczepił w tejŜe jaźni przekonanie, iŜ on, Korotkow, będzie pracować w 

centrali,  dopokąd  nie  zamrze  wszelkie  Ŝycie  na  kuli  ziemskiej.  Ale,  niestety,  wyszło 

niezupełnie tak... 

Dwudziestego  września  1921  roku  kasjer  Cebamazapu  ocieplił  głowę  obrzydliwą 

uszastą czapką, włoŜył do teczki pręgowaną listę płac i wyjechał. 

Stało się to o jedenastej godzinie po północy. 

Wrócił  zaś  ówŜe  kasjer  o  godzinie  czwartej  i  pół  po  południu,  zupełnie  mokry. 

Przyjechał, strząsnął z czapki wodę, połoŜył czapkę na biurku, na czapce teczkę i powiedział: 

- Nie pchać się, panowie. 

Następnie  w  nie  wyjaśnionym  celu  poszukał  czegoś  na  stole,  wyszedł  z  pokoju  i 

wrócił  po  kwadransie  z  wielką  nieŜywą  kurą  bez  głowy.  Kurę  połoŜył  na  teczce,  na  kurze 

dłoń i wyrzekł: 

- Pieniędzy nie będzie. 

- Jutro? - chórem zawołały kobiety. 

- Nie - pokręcił kasjer głową - ani jutro nie będzie, ani pojutrze teŜ. 'Nie tłoczyć się, 

panowie, bo mi, towarzysze, przewrócicie stół. 

- Jak to? - zawołali wszyscy, z-naiwnym Korotkowem włącznie. 

- Obywatele! - śpiewnie załkał kasjer, opędzając się łokciem od Korotkowa. - PrzecieŜ 

prosiłem! 

-  Ale  jakŜe  to  tak?  -  krzyczeli  wszyscy,  a  najgłośniej  krzyczał  ten  pocieszny 

Korotkow. 

- Proszę bardzo - ochryple wymamrotał kasjer, wyciągnął z teczki listę płac i pokazał 

ją Korotkowowi. 

PowyŜej tego miejsca, które wskazywał brudny  pazur kasjera, było napisane na ukos 

czerwonym atramentem: 

Wydać. Za tow. Subbotnikowa - Senat. 

background image

NiŜej, fioletowym, napisano: 

Pieniędzy nie ma. Za tow. Iwanowa - Smirnow. 

- Jak to? - zawołał sam jeden Korotkow, a pozostali, sapiąc, naparli na kasjera. 

- Ach, BoŜe! - bezradnie wystękał kasjer. - Co ja mogę? Mój ty BoŜe! 

Ś

piesznie  wepchnął  listę  płac  do  teczki,  naciągnął  czapkę,  teczkę  wsunął  pod  pachę, 

machnął kurą, krzyknął: „Proszę mnie przepuścić!”, zrobił wyłom w Ŝywym murze i zniknął 

w drzwiach. 

Za  kasjerem  z  piskiem  poleciała  blada  rejestratorka  na  wysokich  cienkich  obcasach, 

lewy  przy  samych  drzwiach  odpadł  z  chrzęstem,  rejestratorka  zachwiała  się,  uniosła  stopę  i 

zdjęła pantofel. 

I  w  pokoju  została  bosa  na  jedną  nogę  rejestratorka,  a  takŜe  wszyscy  inni,  wraz  ze 

wszystkimi zaś równieŜ Korotkow. 

background image

PRODUKTY PRODUKCJI 

W trzy  dni po opisanym wydarzeniu drzwi do pokoju, w którym trudził się samotnie 

towarzysz Korotkow, uchyliły się i zapłakana kobieca głowa powiedziała nienawistnie: 

- Towarzyszu Korotkow, proszę iść po swoje wynagrodzenie. 

-  Jak  to?  -  radośnie  zawołał  Korotkow  i  pogwizdując  uwerturę  z  opery  Carmen, 

pobiegł do pokoju z napisem: „Kasa”. Przy stole kasjera wyhamował i szeroko otworzył usta. 

Dwie grube kolumny zbudowane z Ŝółtych pudełek wznosiły się do samego sufitu. śeby nie 

odpowiadać  na  Ŝadne  pytania,  spocony  i  zdenerwowany  kasjer  przyszpilił  pluskiewką  do 

ś

ciany listę płac, na której widniał teraz trzeci napis, zielonym atramentem: 

Wypłacić produktami produkcji. 

Za tow. Bogojawlenskiego - PreobraŜeński. 

Bardzo słusznie - Krzesiński. 

Korotkow wyszedł od kasjera szeroko i głupawo uśmiechnięty. Niósł w rękach cztery 

wielkie  Ŝółte  paczki,  pięć  malutkich  zielonych,  a  w  kieszeniach  trzynaście  niebieskich 

pudełek  zapałek.  W  swoim  pokoju,  wsłuchując  się  w  szum  zdumionych  głosów 

dobiegających z kancelarii, zapakował zapałki w dwie wielkie płachty dzisiejszej gazety i nic 

nikomu nie  mówiąc, oddalił się z biura do domu. Przed bramą Cebamazapu omal nie wpadł 

pod samochód, którym ktoś przyjechał, ale kto to był, tego Korotkow nie zdąŜył zauwaŜyć. 

Przybywszy  do  domu,  ułoŜył  zapałki  na  stole  i  cofnął  się,  Ŝeby  móc  je  lepiej 

podziwiać. Głupi uśmiech nie schodził z jego twarzy. 

Następnie Korotkow rozwichrzył swoje lniane włosy i powiedział do siebie: 

- Nie ma co się przesadnie zamartwiać. Spróbujemy je sprzedać. I zapukał do sąsiadki 

Aleksandry Fiodorowny, która pracowała w Gubwinmagu. 

- Proszę wejść - zabrzmiało głucho z pokoju. 

Korotkow  wszedł  i  zdumiał  się.  Aleksandra  Fiodorowna,  która  przedwcześnie 

opuściła stanowisko pracy i przyszła do domu, w palcie i w czapce przykucnęła na podłodze. 

Przed  nią  równym  rzędem  stała  bateria  butelek  zakorkowanych  kawałkami  papieru 

gazetowego.  W  butelkach  znajdowała  się  ciemnoczerwona  ciecz.  Aleksanddra  Fiodorowna 

zalewała się łzami. 

-  Czterdzieści  sześć  -  powiedziała  i  odwróciła  się  do  Korotkowa.  -  To  atrament?.. 

Dzień dobry, droga sąsiadko – wykrztusił wstrząśnięty Korotkow. 

- Wino mszalne - odparła sąsiadka i chlipnęła. 

background image

- Jak to, więc i u was? - jęknął Korotkow. 

- I u was mszalnym? - zdumiała się Aleksandra Fiodorowna. 

-  U  nas  zapałkami  -  gasnącym  głosem  odparł  Korotkow  i  zabrał  się  do  ukręcania 

guzika przy marynarce. 

-  Ale  przecieŜ  one  się  nie  zapalają!  -  zawołała  Aleksandra  Fiodorowna,  wstając  i 

otrzepując spódnicę. 

- Jak to - nie zapalają? - przeraził się Korotkow i pomknął do swojego pokoju. 

Tam,  nie  tracąc  ani  minuty,  złapał  pudełko;  otworzył  je  z  trzaskiem  i  potarł  zapałkę. 

Zapałka,  sycząc,  buchnęła  zielonkawym  ogniem,  złamała  się  i  zgasła.  Korotkow  zachłysnął 

się jadowitym zapachem siarki, gwałtownie zakasłał i zapalił następną. Następna wystrzeliła i 

bryznęła dwoma strumieniami ognia. Pierwszy trafił w szybę, drugi - w lewe oko towarzysza 

Korotkowa. 

- A-ach! - krzyknął Korotkow i wypuścił z ręki pudełko. 

Przez  kilka  sekund  przebierał  nogami  jak  wyścigowy  koń  i  przy  ciskał  powiekę 

dłonią.  Następnie  ze  zgrozą  spojrzał  w  lusterko  do  golenia,  przekonany,  Ŝe  stracił  oko.  Ale 

oko było na miejscu. Co prawda, bardzo czerwone i łzawiące. 

-  O  mój  BoŜe!  -  zmartwił  się  Korotkow,  niezwłocznie  wydobył  z  komody 

amerykański  opatrunek,  otworzył  go,  obandaŜował  lewą  połowę  głowy  i  od  razu  upodobnił 

się do rannego na polu chwały. 

Przez całą noc Korotkow nie gasił światła i leŜał, pstrykając zapałkami. Wypstrykał w 

ten sposób trzy pudełka, przy czym udało mu się zapalić sześćdziesiąt trzy zapałki. 

- ŁŜe kretynka - mruczał. - Świetne zapałki. 

Nad ranem pokój wypełniał duszący odór siarki. O  świcie Korotkow usnął i przyśnił 

mu  się  idiotyczny  straszny  sen  -  na  zielonej  łące  pojawiła  się  przed  nim  ogromna,  Ŝywa 

bilardowa  kula  na  nóŜkach.  To  było  takie  okropne,  Ŝe  Korotkow  krzyknął  i  obudził  się.  W 

mętnej mgle jeszcze z pięć sekund zwidywała mu się kula, tuŜ obok, przy samym łóŜku, kula 

mocno śmierdziała siarką. Ale potem wszystko to minęło, Korotkow przewrócił się kilka razy 

z boku na bok, zasnął i juŜ się więcej nie budził. 

background image

POJAWIA SIĘ ŁYSY 

Następnego  rana  Korotkow  odchylił  bandaŜ  i  przekonał  się,  Ŝe  jego  oko  prawie 

wyzdrowiało.  Niemniej  jednak  przesadnie  ostroŜny  Korotkow  postanowił  chwilowo  nie 

zdejmować opatrunku. 

Pojawiwszy  się  w  pracy  ze  znacznym  opóźnieniem,  chytry  Korotkow,  aby  uniknąć 

niestosownych  komentarzy  wśród  niŜszego  personelu,  udał  się  prosto  do  swojego  pokoju, 

gdzie na stole znalazł dokument, w którym kierownik podwydziału umundurowań zapytywał 

kierownika  bazy,  czy  maszynistkom  zostanie  wydane  umundurowanie.  Po  przeczytaniu 

prawym  okiem  dokumentu  Korotkow  ruszył  korytarzem  do  gabinetu  kierownika  bazy, 

towarzysza Czekuszyna. 

I  oto  przed  samymi  drzwiami  gabinetu  napotkał  nieznajomego,  którego  wygląd 

wstrząsnął nim, Korotkowem, do głębi. 

Ów osobnik był tak niskiego wzrostu, Ŝe wysokiemu Korotkowowi sięgał zaledwie do 

pasa. Niedostatek jego wzrostu rekompensowały niezwykle szerokie bary. Kwadratowy tułów 

był  osadzony  na  wykrzywionych  nogach,  lewa  była  w  dodatku  krótsza.  Ale  najbardziej 

zdumiewająco  wyglądała  głowa.  Stanowiła  idealną,  gigantyczną  kopię  jajka  osadzonego  na 

szyi poziomo, ostrym końcem do przodu. Podobnie jak jajko, była absolutnie łysa i błyszczała 

do tego stopnia, Ŝe na ciemieniu, nie gasnąc ani na moment, lśniły odblaski. Drobniutka twarz 

nieznajomego  była  tak  wygolona,  Ŝe  aŜ  niebieska,  a  zielone,  malutkie  jak  łebki  od  szpilek 

oczka siedziały głęboko w oczodołach. Miał na sobie rozpięty frencz uszyty z szarego koca, 

spod frencza wyzierała ukraińska haftowana koszula. Nogi tkwiły w spodniach z tegoŜ koca i 

obute były w niskie wycięte buty huzarskie z czasów Aleksandra I. 

„T-typulo”  -  pomyślał  Korotkow  i  ruszył  ku  drzwiom  Czekuszyna,  starając  się 

wyminąć łysego. Ale ten zupełnie nieoczekiwanie zagrodził mu drogę. 

-  Czego  pan  sobie  Ŝyczy?  -  zapytał  łysy  takim  głosem,  Ŝe  nerwowy  referent  aŜ  się 

wzdrygnął.  To  był  głos  identyczny  z  głosem  miedzianego  kotła,  o  tembrze  takim,  Ŝe  kaŜdy 

kto  go  słyszał,  przy  kaŜdym  słowie  miał  wraŜenie,  Ŝe  ktoś  szoruje  mu  kręgosłup  papierem 

ś

ciernym.  Poza  tym  Korotkowowi  wydało  się,  Ŝe  słowa  nieznajomego  śmierdzą  zapałkami. 

Bez  względu  na  to  wszystko,  krótkowzroczny  Korotkow  zrobił  coś,  czego  w  Ŝadnym 

wypadku robić nie naleŜało, a mianowicie obraził się. 

- Hm... to dosyć dziwne. Idę z dokumentami... Chciałbym wiedzieć, z kim mam... 

- A czy pan nie widzi, co tu jest napisane na drzwiach? 

background image

Korotkow spojrzał na drzwi i zobaczył znany od dawna napis: 

„Nie wchodzić bez zameldowania”. 

- Jeśli idę, to widocznie mam powód - wygłupił się Korotkow, pokazując swój papier. 

Łysy  kwadratowy  nieoczekiwanie  rozgniewał  się.  Jego  oczka  rozbłysły  Ŝółtawymi 

iskierkami. 

-  Wy,  towarzyszu  -  powiedział,  ogłuszając  Korotkowa  miedzianymi  dźwiękami  - 

jesteście  do  tego  stopnia  niedorozwinięci,  Ŝe  nie  rozumiecie  znaczenia  najprostszych 

urzędowych  napisów.  Jestem  dogłębnie  zdumiony,  jak  mogliście  pracować  do  tej  pory.  W 

ogóle tu u was dzieją się ciekawe rzeczy, na przykład te podbite oczy na kaŜdym kroku. Nie 

szkodzi,  my  to  wszystko  doprowadzimy  do  porządku.  -  „A-ach!”  -  jęknęło  w  duszy 

Korotkowa. - Dawać to! 

Wypowiadając  ostatnie  słowa,  nieznajomy  wyrwał  Korotkowowi  z  rąk  dokument, 

przeczytał go momentalnie, wyjął z kieszeni spodni obgryziony chemiczny ołówek, przyłoŜył 

papier do ściany i ukośnie napisał na nim kilka słów. 

-  Odejść!  -  ryknął  i  wepchnął  papier  Korotkowowi,  tak  Ŝe  o  mało  nie  wybił  mu 

ostatniego oka. 

Drzwi do gabinetu zawyły i poŜarły nieznajomego, a Korotkow ostatecznie osłupiał - 

Czekuszyna w gabinecie nie było. 

Oprzytomniał speszony Korotkow po pół minucie, kiedy wpadł na Lidoczkę de Runi, 

osobistą sekretarkę Czekuszyna. 

-  A-ach!  -  jęknął  Korotkow.  Oko  Lidoczki  było  zabandaŜowane  identycznym 

amerykańskim  opatrunkiem,  z  tą  róŜnicą,  Ŝe  końce  bandaŜa  zawiązane  były  na  kokieteryjną 

kokardkę. 

- Co się stało? 

- Zapałki! - odparła z irytacją Lidoczka. - Przeklęte zapałki. 

-  Kto  to  jest?  -  zapytał  szeptem  pognębiony  Korotkow.  -  Pan  jeszcze  nie  wie?  - 

wyszeptała Lidoczka. - Nowy. - Jak to? - zapiszczał Korotkow. - A Czekuszyn? 

- Wczoraj zdjęli - z nienawiścią powiedziała Lidoczka i dodała, pokazując paluszkiem 

drzwi  gabinetu:  -  Niezły  ananas.  Czegoś  równie  obrzydliwego  w  Ŝyciu  nie  widziałam. 

Wrzeszczy!  Z  pracy  wyrzucił!  Łyse  gacie!  -  dodała  tak  nieoczekiwanie,  Ŝe  Korotkow 

wybałuszył na nią oko. 

- Jak on się naz... 

Korotkow  nie  zdąŜył  zapytać.  Za  drzwiami  gabinetu  zagrzmiał  straszliwy  głos: 

„Goniec!”  Referent  i  sekretarka  momentalnie  pobiegli  w  przeciwnych  kierunkach.  Kiedy 

background image

Korotkow  trafił  do  swego  pokoju,  usiadł  przy  stole  i  sam  do  siebie  wygłosił  następujące 

przemówienie: 

-  Ajajaj...  No,  Korotkow,  wpadłeś.  Trzeba  się  jakoś  ratować...  „Niedorozwinięty”... 

Hm... Bydlę... Dobra! Jeszcze zobaczysz, jaki Korotkow jest niedorozwinięty. 

I  referent  jednym  okiem  przeczytał  pisaninę  łysego.  Na  papierze  widniały  krzywe 

litery: 

Wszystkim maszynistkom i kobietom w ogóle zostaną w odpowiednim czasie wydane 

wojskowe kalesony. 

-  To  rozumiem!  -  z  zachwytem  wykrzyknął  Korotkow  i  zadrŜał  z  rozkoszy, 

wyobraziwszy sobie Lidoczkę w wojskowych kalesonach. Niezwłocznie wziął czysty arkusz 

papieru i w trzy minuty ułoŜył tekst: 

Telefonogram 

Do  kierownika  podwydziału  umundurowań  kropka  w  odpowiedzi  na  wasze  pismo  nr 

1/20,  15015/6  z  dnia  19  przecinek  Cebamazap  zawiadamia  przecinek  Ŝe  wszystkim 

maszynistkom  i  w  ogóle  kobietom  w  odpowiednim  czasie  zostaną  wydane  wojskowe 

kalesony kropka kierownik myślnik podpis referent myślnik Warfołomiej Korotkow kropka. 

Korotkow zadzwonił i kiedy przyszedł goniec Pantelejmon, powiedział: 

- Zanieś kierownikowi do podpisu. 

Pantelejmon kilkakrotnie poruszył wargami, wziął papier i wyszedł. 

Przez następne cztery godziny Korotkow, nie wychodząc z pokoju, po to, Ŝeby nowy 

kierownik,  jeśliby  mu  przyszło  do  głowy  zrobić  obchód,  zastał  go  pogrąŜonego  w  pracy, 

nadsłuchiwał.  Ale  ze  strasznego  gabinetu  nie  dobiegały  Ŝadne  dźwięki.  Raz  tylko  doleciał 

niewyraźny Ŝelazny głos, który chyba groził, Ŝe kogoś wyrzuci z pracy, ale kogo konkretnie, 

tego  Korotkow  nie  usłyszał,  chociaŜ  przystawiał  ucho  do  dziurki  od  klucza.  O  wpół  do 

czwartej po południu za ścianą kancelarii oderwał się głos Pantelejmona: 

- Wyjechał. Samochodem. 

Kancelaria natychmiast z hałasem opustoszała. Ostatni w samotności ruszył do domu 

Korotkow. 

background image

PARAGRAF PIERWSZY - KOROTKOW WYLECIAŁ 

Następnego  dnia  Korotkow  przekonał  się  z  radością,  Ŝe  jego  oko  juŜ  nie  wymaga 

leczenia bandaŜem, więc z ulgą pozbył się opatrunku, od razu wyprzystojniał i zmienił się na 

korzyść. Wypił naprędce herbatę, zgasił prymus, pobiegł do pracy, starając się nie spóźnić, i 

spóźnił  się  pięćdziesiąt  minut,  poniewaŜ  tramwaj  numer  sześć,  zamiast  normalnie,  pojechał 

okręŜną drogą, tak jak siódemka, zajechał na odległe ulice zabudowane maleńkimi domkami i 

tam  się  zepsuł.  Korotkow  na  piechotę  przemaszerował  trzy  wiorsty  i  wbiegł  do  kancelarii 

właśnie  wtedy,  kiedy  kuchenny  zegar  dawnej  restauracji  „RóŜa  Alpejska”  zadzwonił 

jedenaście razy. W kancelarii oczekiwało Korotkowa widowisko niesłychane jak na godzinę 

jedenastą  rano.  Lidoczka  de  Runi,  Miłoczka  Litowcewa,  Anna  Jewgrafowna,  starszy 

księgowy Drozd, inspektor Gitis, Nomeracki - słowem, całe biuro, zamiast siedzieć na swoich 

miejscach przy kuchennych stołach „RóŜy Alpejskiej”, stało stłoczone przy ścianie, na której 

wisiała  ćwiartka  papieru.  Kiedy  Korotkow  wszedł,  zapadła  nieoczekiwana  cisza  i  wszyscy 

spuścili oczy. 

- Dzień dobry państwu, co to takiego? - zapytał zdziwiony Korotkow. 

Tłum rozstąpił się w milczeniu i Korotkow podszedł do ściany. Pierwsze linijki tekstu 

spojrzały na niego wyraźnie i jednoznacznie, ostatnie - przez łzawą odurzającą mgłę. 

Zarządzenie nr 1 

§1  Za  karygodne  lekcewaŜenie  swoich  obowiązków,  powodujące  wołający  o  pomstę 

do nieba bałagan w waŜnej słuŜbowej korespondencji, jak równieŜ za stawienie się w miejscu 

pracy ze skandalicznie zmasakrowaną, najwidoczniej w czasie bójki, twarzą, tow. Korotkow 

zostaje  zwolniony  z  pracy  z  dniem  dzisiejszym,  tzn.  26,  z  wypłaceniem  mu  pieniędzy  na 

tramwaj do 26 włącznie. 

Paragraf  pierwszy  był  zarazem  ostatnim,  a  pod  paragrafem  widniał  uwieczniony 

literami podpis: kierownik Kalesoner. 

Przez dwadzieścia sekund w zakurzonej sali kryształowej „RóŜy Alpejskiej” panowało 

idealne milczenie. NaleŜy zaznaczyć przy tym, Ŝe najlepiej, najgłębiej, najtrumienniej milczał 

zielonkawy Korotkov. W dwudziestej pierwszej sekundzie milczenie pękło. 

-  Jak  to?  Jak  to?  -  zachrzęścił  dwukrotnie  Korotkow,  jak  roztrzaskany  butem  puchar 

„Alpejskiej RóŜy”. - Nazywa się Kalesoner? 

N a dźwięk straszliwego słowa kanceliści rozprysnęli się we wszystkie strony i w mig 

zasiedli  przy  stołach,  niczym  wrony  na  przewodach  telegraficznych.  Twarz  Korotkowa 

background image

zmieniła kolor ze zgniłozielonego na plamistą purpurę. 

-  Ajajaj  -  jęknął  w  oddali,  wyzierając  zza  księgi  głównej  Skworiec  -  na  czym  to  się 

kochany pan poślizgnął? Co? 

-  Ja  my-myślałem,  myślałem...  -  zaskrzypiał  resztkami  głosu  Korotkow  -  zamiast 

„Kalesoner” przeczytałem „kalesony”. On pisze nazwisko małą literą! 

Gaci  nie  włoŜę  i  niech  on  się  lepiej  uspokoi!  -  kryształowym  głosem  oświadczyła 

Lidia. 

- Tsss! - zasyczał jak Ŝmija Skworiec. - Co pani wygaduje? – Dał głębokiego nura w 

księgę buchalteryjną i przykrył się stronicą. 

-  A  mojej  twarzy  nie  ma  prawa  się  czepiać!  -  cicho  krzyknął  Korotkow  i  z 

purpurowego  zrobił  się  biały  jak  gronostaj.  -  Wypaliłem  sobie  oko  naszymi  kretyńskimi 

zapałkami, tak jak towarzyszka de Runi! 

-  Ciszej  -  pisnął  pobladły  Gitis.  -  Jak  moŜna?  On  je  wypróbowywał  i  uznał  za 

pierwszorzędne. 

„D-r-r-r-r-rrr”  -  nieoczekiwanie  zadźwięczał  elektryczny  dzwonek  nad  drzwiami...  i 

natychmiast cięŜkie ciało Pantelejmona spadło z taboretu i potoczyło się korytarzem. 

-  Nie!  ZaŜądam  wyjaśnień!  ZaŜądam!  -  cienkim wysokim  głosem  zanucił  Korotkow, 

potem  popędził  w  lewo,  popędził  w  prawo,  dziesięć  kroków  przebiegł  w  miejscu,  jego 

zdeformowane  odbicie  zatańczyło  w  zakurzonych  alpejskich  zwierciadłach,  następnie  dał 

nurka  w  korytarz  i  pomknął  na  światło  mętnej  Ŝarówki  wiszącej  nad  napisem:  „Gabinety”. 

Zadyszany stanął przed straszliwymi drzwiami i ocknął się w objęciach Pantelejmona. 

-  Towarzyszu  Pantelejmonie  -  niespokojnie  mówił  Korotkow  puść  mnie,  bardzo  cię 

proszę. Niezwłocznie muszę się widzieć z kierownikiem. 

-  Nie  wolno,  nie  wolno,  nikogo  nie  wolno  wpuszczać.  -  I  Pantelejmon  potwornym 

cebulowym  smrodem  przygasił  determinację  Korotkowa.  -  Nie  wolno.  Idźcie  sobie,  idźcie, 

panie Korotkow, bo jeszcze przez pana spadnie na mnie nieszczęście. 

-  Ale ja  muszę  wejść,  Pantelejmonie  -  przygasając,  błagał  Korotkow.  -  Widzisz, mój 

drogi  Pantelejmonie,  miało  miejsce  pewne  zarządzenie...  wpuść  mnie,  najmilszy 

Pantelejmonie. 

-  O  mój  BoŜe...  -  ze  zgrozą  zerkając  na  drzwi,  wymamrotał  Pantelejmon.  -  Mówię 

panu, Ŝe nie wolno. Nie wolno, towarzyszu! 

Za drzwiami gabinetu zagrzmiał dzwonek telefonu i uderzył w miedź cięŜki głos: 

- JuŜ jadę! 

Pantelejmon  odstąpił  od  Korotkowa  -  drzwi  się  rozwarły  i  korytarzem  przecwałował 

background image

Kalesoner w kaszkiecie, z teczką pod pachą. Pantelejmon w podskokach popędził za nim, a za 

Pantelejmonem,  po  chwili  wahania,  rzucił  się  Korotkow.  Na  zakręcie  korytarza  blady  i 

wzburzony Korotkow przemknął pod łokciem Pantelejmona, wyprzedził Kalesonera i pobiegł 

przed nim tyłem. 

-  Towarzyszu  Kalesoner  -  wymamrotał  rwącym  się  głosem  -  poświęćcie  mi  jedną 

minutkę... Ja w związku z rozporządzeniem... 

-  Towarzyszu!  -  szczeknął  wściekle  zaaferowany  ekspresowy  Kalesoner,  w  biegu 

zmiatając z drogi Korotkowa. - Chyba widzicie, Ŝe jestem zajęty? Jadę! Jadę! 

- Więc w związku z rozpo... 

-  Czy  doprawdy  nie  widzicie,  Ŝe  jestem  zajęty?  Towarzyszu!  Zwróćcie  się  do 

referenta. 

Kalesoner  wybiegł  do  holu,  w  którym  stała  na  podwyŜszeniu  ogromna  porzucona 

szafa grająca z „RóŜy Alpejskiej”. 

-  PrzecieŜ  to  ja  jestem  referentem!  -  ze  zgrozą  wrzasnął  Korotkow  i  płynął  potem.  - 

Proszę mnie wysłuchać, towarzyszu Kalesoner! 

- Towarzyszu! - nie słuchając, zaryczał jak syrena Kalesoner, po czym odwrócił się w 

biegu do Pantelejmona i krzyknął: 

- Zróbcie coś, Ŝeby mnie nie zatrzymywano! 

- Towarzyszu! - z przeraŜeniem zachrypiał Pantelejmon. - Dlaczego zatrzymujecie? 

I  nie  wiedząc,  co  naleŜy  uczynić,  uczynił,  co  następuje  –  chwycił  Korotkowa  w 

poprzek  tułowia  i  leciutko  przytulił  do  siebie,  niczym  ukochaną  kobietę.  Sposób  okazał  się 

skuteczny  -  Kalesoner umknął jak na wrotkach, sturlał się ze schodów i głównym wyjściem 

wyskoczył na ulicę. 

- Pit! Piiit! -wrzasnął za szybami motocykl, strzelił pięć razy, zaciemnił dymem okna i 

znikł. Teraz dopiero Pantelejmon wypuścił Korotkowa, otarł pot z twarzy i zaryczał: 

- Nie-eszczęście! 

-  Pantelejmonie...  -  spazmatycznym  głosem  zapytał  Korotkow  -  dokąd  on  pojechał? 

Mów szybko, bo on jeszcze kogo innego, rozumiesz. 

- Zdaje się, Ŝe do Centrozapu. 

Korotkow  jak  wicher  zbiegł  ze  schodów,  wpadł  do  szatni,  porwał  palto  i  czapkę  i 

wybiegł na ulicę. 

background image

DIABELSKA SZTUCZKA 

Korotkow miał szczęście. Tramwaj akurat zrównał się z „RóŜą Alpejską”. Udany skok 

-  i  Korotkow  juŜ  mknął  w  dal,  obijając  się  na  zmianę  to  o  hamulec,  to  o  worki  na  plecach 

pasaŜerów.  Nadzieja  płonęła  w  jego  sercu.  Motocykl  nie  wiadomo  dlaczego  zwolnił  i  teraz 

terkotał przed tramwajem; Korotkow chwilami tracił z oczu kwadratowe plecy, aby po chwili 

znowu  je  dojrzeć  w  obłokach  dymu.  Z  pięć  minut  Korotkowem  rzucało  i  miotało  na 

pomoście,  aŜ  wreszcie  motocykl  zatrzymał  się  pod  szarym  budynkiem  Centrozapu. 

Kwadratowa  postać  zanurzyła  się  w  tłumie  przechodniów  i  znikła.  Korotkow  w  biegu 

wyskoczył z tramwaju, obrócił się dookoła własnej osi, upadł, rozbił kolano, podniósł z ziemi 

czapkę, uskoczył przed kołami samochodu i pośpieszył do holu. 

Zostawiając mokre ślady, dziesiątki ludzi szło Korotkowowi na przeciw lub wymijało 

go. Kwadratowe plecy mignęły w połowie piętra i Korotkow, z trudem łapiąc oddech, wbiegł 

na  schody.  Kalesoner  wchodził  na  górę  ze  zdumiewającą,  nadnaturalną  szybkością,  i  serce 

Korotkowa  zamierało  na  myśl,  Ŝe  mógłby  go  stracić  z  oczu.  Tak  się  teŜ  stało.  Na  piątym 

podeście,  kiedy  referent  kompletnie  opadł  z  sił,  plecy  rozpłynęły  się  w  gęstwinie  twarzy, 

czapek  i  teczek.  Korotkow  jak  błyskawica  wpadł  na  podest  i  na  sekundę  zawahał  się  przed 

drzwiami,  na  których  były  dwa  napisy  -  jeden  złoty  na  zielonym  tle:  „Dortoir  pepinierek”, 

jeszcze  z  twardym  znakiem  starej  pisowni,  i  drugi  czarny  na  białym,  bez  twardego  znaku: 

„Naczkanowydzzaop”.  Na  chybił  trafił  Korotkow  otworzył  te  drzwi  i  zobaczył  olbrzymie 

szklane  pudła  oraz  mnóstwo  biegających  między  nimi  jasnowłosych  kobiet.  Otworzył 

pierwszy z brzegu szklany boks i natknął się na jakiegoś człowieka w granatowym garniturze. 

Człowiek ten leŜał na stole i wesoło śmiał się do słuchawki telefonu. W boksie obok stało na 

stole pełne wydanie  dzieł wszystkich Szellera-Michajłowa, a obok nieznajoma starsza osoba 

w  chustce  na  głowie  waŜyła  na  wadze  ohydnie  cuchnącą  suszoną  rybę.  W  trzecim  boksie 

panował  nieustanny  stukot  przerywany  dzwoneczkami  -  przy  sześciu  maszynach  siedziało, 

pisząc  i  śmiejąc  się,  sześć  jasnowłosych,  białozębych  kobiet.  Za  ostatnim  przepierzeniem 

rozpościerała  się  bezkresna  przestrzeń  ozdobiona  pulchnymi  kolumnami.  Nieznośny  trzask 

maszyn  wisiał  w  powietrzu,  widać  było  nieprzeliczone  męskie  i  kobiece  głowy,  ale 

Kalesonera  wśród  nich  nie  było.  Skołowany  i  ogłupiały  Korotkow  zatrzymał  kobietę,  która 

właśnie biegła dokądś z lusterkiem w ręku. 

- Czy nie widziała pani Kalesonera? 

Serce  Korotkowa  zamarło  z  radości,  kiedy  kobieta  zrobiła  wielkie  oczy  i 

background image

odpowiedziała: 

- Widziałam, ale właśnie odjeŜdŜa. Niech go pan goni. 

Korotkow  popędził  przez  salę  kolumnową  w  kierunku,  który  mu  wskazała  maleńka 

biała dłoń o błyszczących czerwonych paznokciach. Kiedy przegalopował przez salę, znalazł 

się  na  wąskim  mrocznym  podeście  i  zobaczył  rozwartą  paszczę  oświetlonej  windy.  Serce 

Korotkowa znalazło się w nogach - dopędził... paszcza pochłaniała właśnie kwadratowe, obite 

kocem plecy i czarną błyszczącą teczkę. 

-  Towarzyszu  Kalesoner!  -  krzyknął  Korotkow  i  zdrętwiał.  Niezliczone  zielone  kręgi 

zatańczyły  na  podeście.  Krata  zasłoniła  szklane  drzwi,  winda  ruszyła,  kwadratowe  plecy 

wykonały  obrót,  zamieniając  się  w  potęŜną  klatkę  piersiową.  Wszystko,  no,  dosłownie 

wszystko poznał Korotkow _ i szary frencz, i cyklistówkę, i teczkę, i zdumiewające oczka. To 

był Kalesoner, ale Kalesoner z długą fryzowaną asyryjską brodą, która opadała mu na pierś. 

W  mózgu  Korotkowa  niezwłocznie  zrodziła  się  myśl:  „Broda  mu  wyrosła,  kiedy  jechał 

motocyklem i wchodził po schodach - co się dzieje?” I następna myśl: „Broda jest fałszywa - 

co się tu dzieje?” 

Tymczasem  Kalesoner  pogrąŜał  się  w  kraciastej  otchłani.  Najpierw  znikły  nogi, 

później brzuch, broda i na samym końcu oczka oraz wargi wykrzykujące tkliwym tenorem: 

- Za późno, towarzyszu, w piątek! 

Głos teŜ fałszywy” - wybuchło w czaszce Korotkowa. Około trzech sekund w głowie 

mu  wrzało,  ale  potem  przypomniał  sobie,  Ŝe  Ŝadne  czarnoksięskie  sztuki  nie  powinny  go 

powstrzymać, Ŝe spóźnienie - oznacza zagładę. Ruszył do windy. W kraciastym szybie ukazał 

się  podnoszony  na  linie  dach.  Melancholijna  piękność  z  roziskrzonymi  klejnotami  we 

włosach weszła na podest, delikatnie musnęła dłoń Korotkowa i zapytała: 

- Macie wadę serca, towarzyszu? 

-  Och,  nie,  nie,  towarzyszko  -  wykrztusił  oszołomiony  Korotkow  i  zrobił  krok  w 

kierunku kraty - nie zatrzymujcie mnie. 

-  W  takim  razie,  towarzyszu,  idźcie  do  Iwana  Finogenowicza  -  powiedziała  ze 

smutkiem piękność, zagradzając Korotkowowi drogę do windy. 

-  Kiedy  ja  nie chcę!  -  płaczliwie  krzyknął  Korotkow.  -  Towarzyszko!  Śpieszę  się!  O 

co chodzi? 

Ale kobieta nadal była smutna i nieubłagana. 

- Nic na to nie poradzę, sam pan rozumie - powiedziała, przytrzymując Korotkowa za 

rękę. Winda stanęła, wypluła człowieka z teczką, zasunęła kratę i znowu pojechała w dół. 

- Proszę mnie puścić! - wrzasnął Korotkow, wyrwał rękę i z przekleństwem popędził 

background image

po schodach w dół. . 

Przeleciał  trzy  piętra,  omal  nie  zabił  staruszki  w  czepku,  Ŝegnającej  się  znakiem 

krzyŜa świętego, i wreszcie znalazł się na dole obok nie znanej mu jeszcze ogromnej szklanej 

ś

ciany  ze  srebrnym  napisem  na  niebieskiej  szybie:  „DyŜurne  damy  klasowe”,  a  niŜej 

atramentem  na  papierze:  „Informacja”.  Zabobonna  groza  ogarnęła  Korotkowa.  Za  ścianą 

wyraźnie  mignął  Kalesoner  -  Kalesoner  doszczętnie  ogolony,  w  pierwszej  przeraŜającej 

wersji.  Przeszedł  tuŜ  obok  Korotkowa,  oddzielony  od  niego  tylko  cienką  warstwą  szkła. 

Starając  się  o  niczym  nie  myśleć,  Korotkow  złapał  za  błyszczącą  miedzianą  klamkę,  ale 

klamka ani drgnęła. 

Zgrzytając  zębami,  jeszcze  raz  szarpnął  lśniącą  miedź  i  dopiero  teraz  z  rozpaczą 

zauwaŜył maleńki napis: „Dookoła przez szóstą klatkę”. 

Kalesoner mignął i przepadł w czarnej niszy za szkłem. 

- Gdzie jest szósta? Gdzie jest szósta? - słabo krzyknął do kogoś Korotkow. 

Przechodnie odskoczyli. Otwarły się małe boczne drzwi i wyszedł z nich szewiotowy 

staruszek w ciemnoniebieskich okularach i z ogromną listą w dłoni. Sponad okularów spojrzał 

na Korotkowa, uśmiechnął się i chwilę pomamlał wargami. 

-  Co?  Ciągle  pan  chodzi?  -  wymamrotał.  -  Niepotrzebnie,  jak  Boga  kocham, 

niepotrzebnie.  Niech  pan  lepiej  posłucha  mnie,  starego,  i  przestanie  biegać.  I  tak  juŜ  pana 

skreśliłem. Hi-hi! 

- Skąd mnie pan skreślił? - osłupiał Korotkow. 

-  Hi!  Wiadomo  skąd.  Z  listy.  Ciach  ołóweczkiem  -  i  po  wszystkim  -  hi-khi...  - 

Staruszek zaśmiał się z rozkoszą. 

- Prze...praszam... Skąd pan mnie moŜe znać? 

- Hi! Pan jest Wasilij Pawłowicz. Raczy pan chyba Ŝartować. 

- Jestem Warfołomiej - powiedział Korotkow i przesunął dłonią po zimnym i śliskim 

czole. - Pietrowicz. 

- Co mi pan w głowie mąci? Proszę, oto jest - Kołobkow WP. 

- Ja jestem Korotkow! - niecierpliwie krzyknął Korotkow. 

-  PrzecieŜ  mówię  -  Kołobkow  -  obraził  się  staruszek.  -  A  tu  Kalesoner.  Obaj  zostali 

przeniesieni, a na miejsce Kalesonera przyszedł Czekuszyn. 

- Co?.. - zawołał Korotkow, tracąc zmysły z radości. - Kolesonera wyrzucili? 

- Tak jest, wyrzucili. Jeden dzień zdąŜył pozarządzać i wyleciał. 

- BoŜe! - z uniesieniem zawołał Korotkow. - Jestem uratowany! 

Uratowany!  -  I  nie  panując  nad  sobą  uścisnął  pazurzastą  rękę  starca.  Starzec 

background image

uśmiechnął  się.  Na  mgnienie  radość  Korotkowa  przygasła.  Coś  niepojętego  i  złowieszczego 

mignęło  w  granatowych  oczodołach  staruszka.  Dziwaczny  wydał  się  równieŜ  uśmiech 

obnaŜający  szarawe  dziąsła.  Ale  Korotkow  natychmiast  odegnał  od  siebie  nie  przyjemne 

wraŜenie i zajął się sobą. 

- To znaczy, Ŝe teraz powinienem lecieć do Cebamazapu? 

-  Zdecydowanie  -  potwierdził  staruszek.  -  Tu  jest  tak  właśnie  napisane  -  do 

Cebamazapu.  Tylko  proszę  okazać  mi  swoją  legitymację,  Ŝebym  w  niej  mógł  ołóweczkiem 

adnotacyjkę... 

Korotkow niezwłocznie sięgnął do kieszeni, zbladł, sięgnął do drugiej, zbladł jeszcze 

bardziej,  klepnął  się  po  kieszeniach  spodni  i  z  głuchym  rykiem  wbiegł  z  powrotem  po 

schodach, patrząc nieustannie pod nogi. Zrozpaczony, roztrącając ludzi, pocwałował na samą 

górę, gdzie pragnął ujrzeć piękność z błyszczącymi kamieniami i o coś ją zapytać,  zobaczył 

wszelako, Ŝe piękność przemieniła się w obrzydliwego antypatycznego smarkacza. 

- Kochany! - rzucił się na niego Korotkow. - Mój Ŝółty portfel.. . 

- Nieprawda - złowrogo odparł smarkacz. - Na oczy nie widziałem, łŜą jak psy... 

- Kochany, ja nie to... nie ty. .. dokumenty! 

Smarkacz spojrzał spode łba i nagle zaszlochał basem. 

- Ach, mój BoŜe! - z rozpaczą wykrzyknął Korotkow i popędził na dół do staruszka. 

Ale  kiedy  zbiegł,  nie  znalazł  juŜ  nikogo.  Stary  znikł.  Korotkow  zaatakował  malutkie  drzwi, 

szarpnął klamkę. Drzwi okazały się zamknięte. W półmroku czuć było siarkę. 

Kurzawa  myśli  zawirowała  w  głowie  i  z  tej  kurzawy  wyskoczyła  jedna:  „Tramwaj!” 

Korotkow  nagle  wyraźnie  sobie  przypomniał,  jak  przypierali  go  na  pomoście  dwaj  młodzi 

ludzie: jeden był chudy, z czarnymi, jakby przyklejonymi wąsami. 

-  Co  za  nieszczęście,  co  za  nieszczęście  -  mamrotał  Korotkow.  Najnieszczęśliwsze 

nieszczęście. 

Wybiegł na ulicę, przebiegł ją do końca i znalazł się przed wejściem do niewielkiego 

budynku o nieprzyjemnej architekturze. Popielaty człowiek, zezowaty i posępny, patrząc nie 

na Korotkowa, ale gdzieś w bok, zapytał: 

- Gdzie się pchasz? 

-  Ja,  towarzyszu,  jestem  Korotkow  Wu  Pe,  któremu  przed  chwilą  ukradziono 

dokumenty... Wszystkie, co do jednego... Teraz mogą mnie zabrać z ulicy... 

- Jasne, Ŝe mogą - potwierdził człowiek przed drzwiami. 

- Więc pozwólcie... 

- Niech ten Korotkow stawi się osobiście. 

background image

- To właśnie ja, towarzyszu, jestem Korotkow. 

- PokaŜ dokument. 

-  Przed  chwilą  mi  ukradli  -  jęknął  Korotkow.  -  Ukradli,  towarzyszu,  taki  młody 

człowiek z wąsikami. 

- Z wąsikami? To musi być Kołobkow. On specjalnie w naszym rejonie pracuje. Teraz 

szukaj go po herbaciarniach. 

-  Towarzyszu,  kiedy  ja  nie  mogę  -  zapłakał  Korotkow.  -  Ja  teraz  muszę  lecieć  do 

Cebamazapu, do Kalesonera. Wpuśćcie mnie. 

- Daj zaświadczenie, Ŝe ukradli. 

- Od kogo? 

- Od komitetu domowego. 

Korotkow  machnął  ręką  i  pobiegł  ulicą.  „Do  Cebamazapu  czy  do  domowego?  - 

zastanawiał się. - W domowym urzędują rano, a więc do Cebamazapu”. 

W  tym  momencie  odległy  zegar  na  ryŜej  wieŜy  wybił  czwartą  i  natychmiast  ze 

wszystkich  drzwi  i  bram  wybiegli  ludzie  z  teczkami.  Zapadł  zmierzch,  rzadki  mokry  śnieg 

kapał z nieba. 

„Za późno - pomyślał Korotkow. - Do domu”. 

background image

PIERWSZA NOC 

W zamku tkwiła biała karteczka. Korotkow przeczytał ją w zapadającym zmroku: 

Drogi sąsiedzie! 

WyjeŜdŜamy do mamy, do Zwienigorodu. Zostawiam panu w prezencie wino. Niech 

pan pije na zdrowie - nikt go nie chce kupić. Butelki stoją w kącie. 

Pańska A. Pajkowa. 

Z  krzywym  uśmiechem  Korotkow  szczęknął  zamkiem  i  w  ciągu  dwudziestu  rejsów 

przetransportował  do  swojego  pokoju  wszystkie  butelki  stojące  w  kącie  korytarza,  zapalił 

lampę  i jak stał,  w  czapce i  w  palcie,  upadł  na łóŜko.  Niczym  zaczarowany  przez  około  pół 

godziny  wpatrywał  się  w  portret  Cromwella,  następnie  zerwał  się  na  równe  nogi  i 

nieoczekiwanie  wpadł  w  szał.  Zrzucił  z  głowy  cyklistówkę,  cisnął  ją  w  kąt,  jednym 

zamachem zwalił na podłogę paczki zapałek i zaczął je deptać. 

- Tak! Tak! Tak! - zawodził, z chrzęstem rozgniatając diabelskie pudełka, wyobraŜając 

sobie mgliście, Ŝe rozgniata głowę Kalesonera. 

N a wspomnienie jajowatej głowy zjawiła się nagle myśl o twarzy ogolonej a brodatej, 

i wtedy Korotkow znieruchomiał. 

-  Przepraszam...  jak  to  być  moŜe?  -  wyszeptał  i  przesunął  dłonią  po  oczach.  -  Co  to 

moŜe  być?  Dlaczego  stoję  i  zawracam  sobie  głowę  głupstwami,  kiedy  wszystko  jest  takie 

przeraŜające?  PrzecieŜ  on  naprawdę  nie  ma  prawa  być  podwójny!  -  Przez  czarne  okna  do 

pokoju wpełzł strach i Korotkow, starając się nie patrzeć w tę stronę, zaciągnął story. Ale nic 

nie  pomogło.  Podwójna  twarz,  to  obrastając  brodą,  to  obnaŜając  się  nieoczekiwanie, 

wypływała  co  chwila  z  kątów,  błyskała  zielonkawymi  oczami.  Wreszcie  Korotkow  nie 

wytrzymał i czując, Ŝe mózg zaczyna mu dymić z napięcia, cichutko zapłakał. 

Wypłakał  się;  poczuł  pewną  ulgę,  zjadł  trochę  wczorajszych  oślizgłych  kartofli,  po 

czym wrócił do przeklętej zagadki i znowu troszkę popłakał. 

- Przepraszam - wymamrotał nagle. - Dlaczego właściwie płaczę, kiedy mam wino? 

Duszkiem  wypił  pół  szklanki.  Słodka  ciecz  zaczęła  działać  po  pięciu  minutach  - 

straszliwie rozbolała Korotkowa lewa skroń i paląco, do mdłości, zachciało się pić. Wypiwszy 

trzy  szklanki  wody,  na  skutek  bólu  skroni  kompletnie  zapomniał  o  Kalesonerze,  z  jękiem 

zdarł z siebie ubranie i Ŝałośnie wywracając oczami, upadł na łóŜko. „śeby tak piramidon...” - 

długo szeptał, aŜ wreszcie ulitował się nad nim ocięŜały sen. 

background image

SZAFA GRAJĄCA I KOT 

Nazajutrz,  o  dziesiątej  rano,  Korotkow  naprędce  przygotował  herbatę,  bez  apetytu 

wypił ćwierć szklanki i przeczuwając, Ŝe oczekuje go trudny i kłopotliwy dzień, opuścił swój 

pokój  i  przebiegł  we  mgle  mokre  wyasfaltowane  podwórko.  Na  drzwiach  oficyny  widniał 

napis: „Komitet domowy”. Dłoń juŜ. sięgała do dzwonka, kiedy oczy Korotkowa przeczytały: 

„Z powodu śmierci zaświadczeń się nie wydaje”. 

-  Ach,  BoŜe!  -  z  irytacją  wykrzyknął  Korotkow.  -  Pech  mnie  prześladuje  na  kaŜdym 

kroku! W takim razie - dodał - dokumenty odłoŜę na później, a teraz do Cebamazapu. Trzeba 

się dowiedzieć, jak i co. MoŜe Czekuszyn juŜ wrócił. 

Piechotą,  poniewaŜ  wszystkie  pieniądze  zostały  mu  skradzione,  przywędrował  do 

Cebamazapu, minął hol i skierował kroki wprost do kancelarii. W progu kancelarii przystanął 

i aŜ usta otworzył. Ani jednej znajomej twarzy nie było w sali kryształowej. Ani Drozda, ani 

Anny Jewgrafowny, jednym słowem, nikogo. Przy stołach, podobni juŜ nie do wron na drucie 

telegraficznym,  lecz  do  trzech  sokołów  cara  Aleksego  Michajłowicza,  siedzieli  trzej 

absolutnie  identyczni  ogoleni  blondyni  w  jasnoszarych  kraciastych  garniturach  oraz  jedna 

młoda kobieta o rozmarzonych oczach, z brylantowymi kolczykami w uszach. Młodzi ludzie 

nie  zwrócili  na  Korotkowa  najmniejszej  uwagi  -  nadal  skrzypieli  stalówkami  w  księgach 

buchalteryjnych,  a  kobieta  zrobiła  do  Korotkowa  oko.  Kiedy  zaś  w  odpowiedzi  uśmiechnął 

się  niepewnie,  odwróciła  się  od  niego  z  wyniosłym  uśmiechem.  „Dziwne”  -  pomyślał  i 

potykając  się  o  próg,  wyszedł  z  kancelarii.  Przy  drzwiach  swojego  pokoju  zawahał  się  na 

moment,  westchnął  patrząc  na  stary,  miły  napis  „Referent”,  otworzył  drzwi  i  wszedł. 

Natychmiast  pociemniało  mu  w  oczach,  podłoga  leciutko  zakołysała  się  pod  stopami.  Przy 

jego stole, z łokciami na blacie, wypisując coś w niebywałym tempie, siedział Kalesoner we 

własnej osobie. Fryzowane lśniące fale spływały mu na pierś. Korotkowowi dech zaparło, gdy 

tak  patrzył  na  lakierowaną  łysinę  nad  zielonym  suknem.  Pierwszy  przerwał  milczenie 

Kalesoner. 

- Czym mogę słuŜyć, towarzyszu? - zagruchał uprzejmym falsetem. 

Korotkow  spazmatycznie  oblizał  wargi,  wciągnął  w  wątłą  pierś  powietrze  i  ledwie 

dosłyszalnie powiedział: 

-  Hm...  ja,  towarzyszu,  jestem  tutejszym  referentem...  To  znaczy.  ..  no  tak,  jeŜeli 

pamiętacie rozporządzenie... 

Zdumienie  gwałtownie  odmieniło  górną  część  twarzy  Kalesonera.  Jego  jasne  brwi 

background image

uniosły się do góry, czoło zaś zmarszczyło się w harmonijkę. 

- Przepraszam - odpowiedział grzecznie. - To ja jestem tutejszym referentem. 

Korotkow  na  moment  oniemiał.  Kiedy  zaś  przyszedł  do  siebie,  wypowiedział  słowa 

następujące: 

-  Jak  to?  Wczoraj,  to  znaczy...  Ach,  no  tak.  Ogromnie  przepraszam.  Musiałem  się 

pomylić. Proszę bardzo. 

Tyłem  wycofał  się  z  pokoju  i  w  korytarzu  przemówił  do  samego  siebie  ochrypłym 

głosem: 

- Korotkow, przypomnij no sobie, którego to dzisiaj mamy? 

I sam sobie odpowiedział: . 

- Wtorek, to znaczy piątek. Tysiąc dziewięćset. 

Odwrócił  się  i  w  tejŜe  chwili  tuŜ  przy  nim  rozbłysły  w  człekokształtnej  kuli  z  kości 

słoniowej  dwie  Ŝarówki  oświetlające  korytarz  i  ogolona  twarz  Kalesonera  przesłoniła  cały 

ś

wiat. 

-  Dobrze!  -  zagrzmiała  miedź  i  skurcz  skręcił  Korotowa.  -  Czekam  właśnie  na  pana. 

Znakomicie. Miło mi pana poznać. 

Z  tymi  słowami  przysunął  się  do  Korotkowa  i  tak  ścisnął  mu  dłoń,  Ŝe  ten  stanął  na 

jednej nodze, niczym bocian na dachu. 

-  Przeprowadziłem  dekompresję  etatów  -  szybko,  ostrym  i  dostojnym  głosem 

powiedział  Kalesoner.  - Trzech  siedzi  tam  –  wskazał  na  drzwi  do  kancelarii  -  i,  oczywiście, 

Maniusia.  Pan  będzie  moim  pomocnikiem.  Kalesoner  -  referentem.  Wszystkich 

dotychczasowych na zbity pysk. Idiotę Pantelejmona równieŜ. Otrzymałem informację, Ŝe był 

kelnerem w „RóŜy Alpejskiej”. Teraz muszę lecieć do wydziału, pan zaś tymczasem napisze 

razem  z  Kalesonerem  zarządzenie  w  sprawie  ich  wszystkich,  a  w  szczególności  w  sprawie 

tego, jak mu tam... Korotkowa. A propos: pan trochę przypomina z twarzy tego łobuza. Tylko 

tamten ma podbite oko. 

- Ja. Nie... - powiedział Korotkow. Chwiał się na nogach i szczęka opadła mu bardzo 

nisko. - Janie jestem łobuzem. Ukradli mi wszystkie dokumenty. Co do jednego. 

- Wszystkie? - zawołał Kalesoner. - Głupstwo. Tym lepiej. 

Wczepił się w rękę cięŜko dyszącego Korotkowa, przebiegł korytarz, wciągnął go do 

upragnionego  gabinetu,  rzucił  na  miękkie,  obite  skórą  krzesło,  a  sam  usiadł  za  biurkiem. 

Korotkow,  ciągle  jeszcze  czując  dziwne  chybotanie  podłogi,  skulił  się,  zamknął  oczy, 

zamamrotał: „Dwudziestego był poniedziałek, to znaczy we wtorek był dwudziesty pierwszy. 

Nie.  Co  ze  mną?  Dwudziesty  pierwszy  rok.  Liczba  dziennika  Nr  0,15  miejsce  na  podpis 

background image

myślnik  Warfołomiej  Korotkow.  To  znaczy  ja.  Wtorek,  środa,  czwartek,  piątek,  sobota, 

niedziela, poniedziałek. I poniedziałek zaczyna się na P, i piątek na P, a czwartek... czwarrrr... 

na R, jak śrrroda...” 

Kalesoner  z  szelestem  podpisał  się  na  kartce  papieru,  trzasnął  pieczęcią  i  wręczył 

papier  Korotkowowi.  W  tym  momencie  wściekle  zadzwonił  telefon.  Kalesoner  porwał 

słuchawkę i wrzasnął: 

- Aha! Tak. Tak. PrzyjeŜdŜam za moment. 

Podbiegł  do  wieszaka,  chwycił  czapkę,  przykrył  nią  łysinę  i  zniknął  w  drzwiach, 

Ŝ

egnając Korotkowa słowami: 

- Proszę na mnie zaczekać u Kalesonera. 

Wszystko  literalnie  pociemniało  w  oczach  Korotkowa,  kiedy  przeczytał,  co  zostało 

napisane na kartce ze stemplem: 

Okaziciel niniejszego, towarzysz Wasilij Pawłowicz Kołobkow, jest faktycznie moim 

pomocnikiem, co niniejszym potwierdzam. Kalesoner. 

-  O-o!  -  wyjęczał  Korotkow,  upuszczając  na  podłogę  kartkę  i  czapkę.  -  CóŜ  to  się 

dzieje? 

W tej chwili piskliwie zaśpiewały drzwi i wrócił Kalesoner wraz z brodą. 

- Kalesoner juŜ zwiał? - cienkim i czułym głosem sam zapytał Korotkowa. 

Ciemności spadły na ziemię. 

- A-a-a-a-a... - zawył, nie wytrzymawszy męczarni, Korotkow, i nie panując nad sobą, 

szczerząc  zęby,  skoczył  na  tamtego.  Wyraz  takiego  przeraŜenia  pojawił  się  na  twarzy 

Kalesonera,  Ŝe  aŜ  stała  się  Ŝółta.  Tyłem  naparł  na  drzwi,  drzwi  otworzyły  się  z  łoskotem, 

Kalesoner wypadł na korytarz, nogi nie utrzymały go, przykucnął, ale natychmiast poderwał 

się i rzucił z krzykiem do ucieczki: 

- Ratunku! Goniec! Goniec! 

-  Stójcie!  Stójcie!  Proszę  was,  towarzyszu...  -  opamiętawszy  się,  błagał  Korotkow 

ruszając w pościg. 

Coś  zagrzmiało  w  kancelarii  i  sokoły  poderwały  się  jak  na  komendę.  Marzycielskie 

oczy kobiety uniosły się znad maszyny. 

- Będą strzelać! Będą strzelać! - wzleciał jej histeryczny krzyk. 

Kalesoner wybiegł do holu na podest z pierwszą grającą szafą, zawahał się na sekundę 

z wyborem kierunku ucieczki, wystartował ostro,  ścinając zakręt, i znikł za szafą. Korotkow 

popędził  za  nim,  pośliznął  się  i  niezawodnie  rozbiłby  sobie  głowę  o  poręcz,  gdyby  nie 

stercząca  z  Ŝółtej  ścianki  ogromna  krzywa  korba  w  czarnym  kolorze.  Korba  schwytała 

background image

Korotkowa  za  połę  palta,  zleŜały  szewiot  pękł  z  cichym  piskiem  i  Korotkow  miękko 

wylądował  na  zimnej  podłodze.  Drzwi  na  boczny  chór  zatrzasnęły  się  dźwięcznie  za 

Kalesonerem. 

- BoŜe... - zaczął Korotkow, ale nie skończył. 

W  potęŜnym  pudle  z  zakurzonymi  miedzianymi  rurami  zabrzmiał  dziwny  dźwięk 

przypominający  tłuczenie  szklanek,  następnie  rozległo  się  zakurzone  głębokie  burczenie, 

dziwaczny  pisk  gamy  chromatycznej  i  bicie  dzwonów.  Potem  nastąpił  soczysty  akord  w 

górnej  tonacji,  popłynął  raźny,  pełen  otuchy,  potęŜny  strumień  dźwięków  i  całe 

trójkondygnacyjne  pudło  zagrało,  przelewając  kaskady  zesztywniałych  z  powodu 

wieloletniego zastoju głosów: 

Łuny, płomieni huk, poŜary.. . 

Z  czarnego  kwadratu  drzwi  nieoczekiwanie  wyjrzała  blada  twarz  Pantelejmona. 

Sekunda  -  i  zaszła  w  nim  metamorfoza.  Oczka Pantelejmona  rozbłysły  zwycięskim  ogniem, 

wypręŜył  się,  trzepnął  prawą  dłonią  po  lewym  przedramieniu,  jakby  zarzucał  niewidzialną 

serwetkę,  ruszył  bokiem  z  miejsca,  bokiem  jak  przyprzęŜny  podreptał  schodami, 

zaokrągliwszy ręce, jakby niósł tacę z filiŜankami. 

Dym się nad rzeką Moskwą słał... 

- Co ja narobiłem? - przeraził się Korotkow. 

Maszyneria  wypluła  pierwsze  zardzewiałe  fale,  ciągnęła  równo,  tysiącpaszczękim 

lwim rykiem i łoskotem wypełniając pustynne sale Cebamazapu. 

W surducie strzelców gwardii szarym... 

Przez  łomot  dzwonów,  wycie  i  huczenie  przedarł  się  klakson  samochodu  i  przez 

frontowe  wejście  błyskawicznie  powrócił  Kalesoner  -  Kalesoner  ogolony,  Ŝądny  zemsty  i 

groźny.  W  złowieszczym  niebieskawym  blasku  szedł  po  schodach  na  górę.  Korotkowowi 

włosy  stanęły  dęba,  przemknął  przez  boczne  drzwi,  krętymi  schodami  za  szafą  grającą 

wybiegł na wyŜwirowane podwórko, a następnie na ulicę. Popędził ulicą jak rączy jeleń, a w 

ś

lad za nim głucho huczała „RóŜa Alpejska”: 

Na murach Kremla cesarz stal... 

Na rogu doroŜkarz, wymachując batem, wściekle podrywał dobiegu swoją chabetę. 

- BoŜe! BoŜe - gwałtownie zaszlochał Korotkow. - To znowu on! Co się dzieje? 

Brodaty  Kalesoner  wyrósł  na  jezdni  obok  doroŜki,  wskoczył  do  środka  i  bijąc 

pięściami w plecy doroŜkarza, popędzał cienkim głosem: 

- Ruszaj! Ruszaj, łajdaku! 

Chabeta  ruszyła  z  kopyta,  zaczęła  wierzgać,  następnie  pod  uderzeniami  bata 

background image

pogalopowała,  napełniając  ulicę  łoskotem.  Poprzez  gorące  łzy  Korotkow  zobaczył,  jak  z 

głowy  doroŜkarza  spadł  lśniący  kapelusz,  a  spod  kapelusza  frunęły  na  wszystkie  strony 

papierowe  banknoty.  Ulicznicy,  gwiŜdŜąc,  natychmiast  zorganizowali  polowanie.  DoroŜkarz 

obejrzał się, z rozpaczy ściągnął lejce, ale Kalesoner, wściekle tłukąc go w plecy, ryczał: 

- Prędzej! Prędzej! Zapłacę! 

DoroŜkarz zawołał z determinacją: 

- Ech, raz kozie śmierć! - po czym puścił kobyłę galopem i zniknęli za rogiem. 

Korotkow, szlochając, spojrzał na szare niebo szybko mknące nad głową, zachwiał się 

i krzyknął z bólem: 

-  Dosyć!  Ja  tego  tak  nie  zostawię!  Ja  to  wyjaśnię!  –  Podskoczył  i  zawisł  na  buforze 

tramwaju. 

Bufor  trząsł  nim  z  pięć  minut,  aŜ  strząsnął  go  pod  ośmiopiętrowym  zielonym 

budynkiem.  Korotkow  wbiegł  do  holu,  wsunął  głowę  w  czworokątny  otwór  w  drewnianym 

przepierzeniu i zwrócił się do wielkiego niebieskiego czajnika: 

- Gdzie jest biuro zgłaszania pretensji, towarzyszu? 

-  Siódme  piętro,  dziewiąty  korytarz,  mieszkania  41,  pokój  302  odpowiedział  czajnik 

kobiecym głosem. 

-  Siódme,  dziewiąty,  czterdzieści  jeden,  trzysta...  trzysta...  trzysta  ile...  trzysta  dwa  - 

mamrotał  Korotkow,  wbiegając  po  szerokich  schodach  -  siódme,  dziewiąty,  stop 

czterdzieści...  nie,  czterdzieści  dwa...  nie  trzysta  dwa  -  mruczał  -  ach,  BoŜe,  zapomniałem, 

tak, czterdzieści, czterdzieści... 

Na  siódmym  piętrze  minął  troje  drzwi,  zobaczył  na  czwartych  czarną  liczbę  ,,40”  i 

wszedł  do  dwubarwnej  gigantycznej  sali  kolumnowej.  W  kątach  sali  leŜały  zwoje  papieru, 

cała  podłoga  była  zasłana  strzępami  zapisanych  kartek.  Gdzieś  daleko  majaczył  stolik  z 

maszyną do pisania, przy tym stoliku siedziała pozłocista kobieta, wspierała głowę na dłoni i 

cicho nuciła. Speszony Korotkow rozejrzał się i zobaczył, jak z estrady za kolumnami zszedł 

cięŜkim  krokiem  masywny  męŜczyzna  w  białym  kontuszu.  Na  jego  marmurowej  twarzy 

widniały  obwisłe  siwawe  wąsy.  MęŜczyzna,  uśmiechając  się  niezwykle  uprzejmym, 

martwym,  gipsowym  uśmiechem,  podszedł  do  Korotkowa,  czule  uścisnął  mu  dłoń  i 

oświadczył, stuknąwszy obcasami: 

- Jan Sobieski. 

- Nie moŜe być... - odparł wstrząśnięty Korotkow. MęŜczyzna uśmiechnął się mile. 

- Proszę sobie wyobrazić, Ŝe wielu się dziwi - powiedział z obcym akcentem - ale nie 

myślcie,  towarzyszu,  Ŝe  mam  cokolwiek  wspólnego  z  tym  bandytą.  O  nie.  Tragiczny  zbieg 

background image

okoliczności  i  nic  ponadto.  ZłoŜyłem  juŜ  podanie  o  zatwierdzenie  mego  nowego  nazwiska  - 

Socwoski.  To  brzmi  znacznie  lepiej  i  nie  tak  niebezpiecznie.  Zresztą  jeŜeli  panu  sprawia  to 

przykrość  -  Sobieski  wyraźnie  dotknięty  skrzywił  wargi  -  ja  się  nie  narzucam.  Zawsze 

znajdziemy ludzi. Chętnych nie brak. 

-  Na  litość,  co  teŜ  wy,  towarzyszu!  -  Ŝałośnie  zawołał  Korotkow,  czując,  Ŝe  i  tu 

zaczyna się dziać coś dziwnego, tak jak wszędzie. Powiódł zaszczutym wzrokiem, w obawie, 

Ŝ

e gdzieś znowu pojawi się ogolona twarz i jajowata łysina, a potem dodał grzecznościowo: -

Jest mi niezmiernie miło, niezmiernie... 

Plamisty  rumieniec  zabarwił  twarz  marmurowego  człowieka.  Czule  ujął  dłoń 

Korotkowa, pociągnął go do stolika, mówiąc: 

- I ja się niezmiernie cieszę. Ale proszę sobie wyobrazić, co za przykrość - nawet nie 

mam  gdzie  pana  posadzić.  Jesteśmy  fatalnie  traktowani,  pomimo  naszego  ogromnego 

znaczenia (męŜczyzna machnięciem wskazał zwoje papieru). Intrygi... Ale my pokaŜemy, na 

co  nas  stać,  zapewniam  pana...  Hm...  Jakie  nowe  arcydzieło  przygotował  pan  dla  nas?  - 

zapytał  serdecznie  bladego  Korotkowa.  -  Ach,  przepraszam,  tysiąckrotnie  przepraszam,  pan 

pozwoli,  Ŝe  go  przedstawię  -  wykwintnym  gestem  wskazał  maszynę  do  pisania  -  Henrietta 

Potapowna Persimfans. 

Kobieta natychmiast uścisnęła zimną dłonią rękę Korotkowa i posłała mu rozmarzone 

spojrzenie. 

- A więc - słodko ciągnął gospodarz - czym nas pan uszczęśliwi? Felieton? ReportaŜ? 

-  przeciągnął,  wnosząc  ku  górze  białe  oczy.  -  Nie  moŜe  pan  sobie  wyobrazić,  jak  ogromnie 

tego potrzebujemy. 

„Królowo  Niebieska...  co  się  dzieje?”  -  niejasno  pomyślał  Korotkow,  po  czym, 

spazmatycznie łapiąc powietrze, przemówił: 

- Ze mną... e... stało się coś strasznego. On... Ja nie rozumiem. Na miłość boską, niech 

pan  nie  myśli,  Ŝe  to  halucynacja...  Khm...  Kha-ha  (Korotkow  spróbował  zaśmiać  się 

sztucznie, ale nic z tego nie wyszło). On jest Ŝywy, zapewniam pana... ale niczego nie mogę 

zrozumieć,  ma  brodę,  a  za  minutę  jest  bez  brody.  Po  prostu  nie  rozumiem...  I  głos  teŜ 

zmienia... poza tym ukradziono mi wszystkie dokumenty, co do jednego, a administrator jak 

na złość umarł. Ten Kalesoner... 

- Od razu tak sobie pomyślałem! - zawołał gospodarz. - To oni? - Ach, mój BoŜe, no, 

oczywiście - powiedziała kobieta - ach, ci okropni Kalesonerowie. 

-  Wie  pan  -  przerwał  ze  wzburzeniem  gospodarz  -  to  przez  niego  teraz  siedzę  na 

podłodze.  Proszę,  sam  pan  widzi.  N  o,  przecieŜ  nie  zna  się  zupełnie  na  dziennikarstwie...  - 

background image

Sobieski  złapał  Korotkowa  za  guzik.  -  Niech  pan  będzie  tak  dobry  i  powie  sam,  czy  on  się 

zna? Był tu dwa dni i kompletnie mnie zamęczył. Ale, proszę sobie wyobrazić, miałem jednak 

szczęście. Jeździłem kilkakrotnie do Fiodora Wasiljewicza - i Fiodor Wasiljewicz wreszcie go 

stąd  zabrał.  Postawiłem  sprawę  ostro  -  albo  ja,  albo  on.  Wiec  go  przenieśli  do  jakiegoś 

Cebamazapu, czy tam diabli wiedzą dokąd. Niech tam siedzi z tymi śmierdzącymi zapałkami! 

Ale  meble,  meble  zdąŜył  przenieść  do  tego  przeklętego  biura!  Wszystkie.  Jak  to  się  panu 

podoba?  Przy  czym,  bardzo  przepraszam,  ja  mam  pisać?  Na  czym  pan  będzie  pisać? 

PoniewaŜ  nie  mam  Ŝadnych  wątpliwości,  Ŝe  pan  będzie  nasz,  mój  drogi  (gospodarz  objął 

Korotkowa). Przepiękne atłasowe meble w stylu Ludwika Czternastego ten łajdak za pomocą 

nieodpowiedzialnego oszustwa posłał do tego idiotycznego biura, które jak nie dziś, to jutro i 

tak zamkną. 

- Do jakiego biura? - głucho zapytał Korotkow. 

- Ach, te tam pretensje czy jak im tam - z niechęcią powiedział gospodarz. 

- Jak to? - krzyknął Korotkow. - Jak to! Gdzie to biuro? 

- Tam - ze zdumieniem odparł gospodarz i pokazał palcem podłogę. Korotkow po raz 

ostatni rzucił obłąkane spojrzenie na biały kontusz i w ciągu sekundy znalazł się na korytarzu. 

Zastanowiwszy  się  chwilę,  pobiegł  na  lewo,  szukając  schodów.  Z  pięć  minut  biegł  wzdłuŜ 

pokrętnie wijącego się korytarza, by po pięciu minutach trafić na miejsce, z którego wyruszył. 

Pokój numer 40. 

- O, do diabła! - jęknął Korotkow, podreptał w miejscu, pobiegł w prawo i znowu po 

pięciu  minutach  znalazł  się  właśnie  tam.  Pokój  numer  40.  Korotkow  szarpnął  drzwi,  wbiegł 

na salę i przekonał się, Ŝe jest pusta. Tylko maszyna do pisania uśmiechała się białymi zębami 

na stoliku. Korotkow pomknął ku kolumnadzie i wtedy zobaczył gospodarza. Gospodarz stał 

na piedestale, juŜ bez uśmiechu, z obraŜonym wyrazem twarzy. 

- Proszę mi wybaczyć, Ŝe się nie poŜegnałem... - zaczął Korotkow i zamilkł. 

Gospodarz stał bez ucha i nosa, lewą rękę ktoś mu odłamał. Cofając się, zlodowaciały 

Korotkow ponownie wybiegł na korytarz. Niedostrzegalne, tajne drzwi po przeciwnej stronie 

nagle się otworzyły i wyszła z nich pomarszczona zbrązowiała staruszka z pustymi wiadrami 

na koromysłach. 

- Babciu! Babciu! - trwoŜnie zawołał Korotkow. - Gdzie jest biuro? 

- Nie wiem, ojczulku, nie wiem, najmilejszy - odpowiedziała babka. - A ty, miły, nie 

biegaj  nadaremnie,  i  tak  nie  znajdziesz.  Dziewięć  pięter,  przecieŜ  to  ludzkie  pojęcie 

przechodzi. 

- U-u...i-diotka! - ryknął przez zaciśnięte zęby Korotkow i rzucił się w drzwi. 

background image

Drzwi  zatrzasnęły  się  za  nim  i  Korotkow  znalazł  się  w  ciemnym,  ślepym 

pomieszczeniu  bez  wyjścia.  Wpadając  na ściany  i  drapiąc je, jak  zasypany  w  sztolni,  naparł 

wreszcie na białą plamę i plama wypuściła go na jakieś schody. Stukając obcasami, pobiegł w 

dół. Usłyszał z dołu kroki kogoś, kto szedł mu naprzeciw, w górę. śałośliwy niepokój ścisnął 

mu  serce.  Korotkow  zwolnił.  Jeszcze  moment  -  i  oto  pojawił  się  lśniący  kaszkiet,  mignął 

szary  koc  i  długa  broda.  Korotkow  zachwiał  się  i  wczepił  w  poręcz.  Jednocześnie 

skrzyŜowały się ich spojrzenia i  obydwaj zawyli cienkimi głosami strachu i bólu. Korotkow 

tyłem zaczął wstępować do góry, Kalesoner w dół, ogarnięty niebywałym przeraŜeniem. 

- Poczekajcie - wychrypiał Korotkow - jedną minutkę... tylko mi wyjaśnijcie.. . 

- Ratunku! - wrzasnął Kalesoner, zmieniając cienki głos na swój pierwotny, miedziany 

bas.  Potknął  się,  z  łoskotem  uderzył  karkiem  o  stopień  -  i  zapłacił  za  to.  Przemieniony  w 

czarnego kota o fosforyzujących ślepiach, zawrócił, miękko i błyskawicznie przemknął przez 

podest, zwinął się jak spręŜyna, wskoczył na parapet i znikł w rozbitej szybie wśród pajęczyn. 

Biała  zasłona  zasnuła  na  moment  mózg  Korotkowa,  ale  natychmiast  opadła  i  nastąpiło 

niezwykłe olśnienie. 

-  Teraz  wszystko  jest  jasne  -  wyszeptał  Korotkow  i  roześmiał  się  cichutko.  - 

Zrozumiałem, aha. O to właśnie chodzi. Koty. Wszystko jasne. Koty! 

I zaczął śmiać się coraz głośniej i głośniej, aŜ całą klatkę schodową wypełniły kaskady 

dźwięcznego śmiechu. 

background image

DRUGA NOC 

Siedząc  o  zmierzchu  na  przykrytym  kocem  łóŜku,  towarzysz  Korotkow  wypił  trzy 

butelki  wina,  Ŝeby  uspokoić  się  i  o  wszystkim  zapomnieć.  Teraz  juŜ  bolała  go  cała  głowa  - 

prawa i lewa skroń, kark, nawet powieki. Lekka słabość unosiła się z dna Ŝołądka, falowała i 

towarzysz Korotkow dwukrotnie zwymiotował do miednicy. 

-  JuŜ  wiem,  co  zrobię  -  szeptał  słabo.  -  Postaram  się  jutro  go  nie  spotkać.  Ale 

poniewaŜ on się wszędzie kręci, to poczekam na ulicy albo gdzieś w zaułku. A jeśli pobiegnie 

za  mną,  to  ucieknę.  Wtedy  się  odczepi.  Idź  sobie,  znaczy,  w  swoją  stronę.  I  juŜ  więcej  nie 

chcę  do  Cebamazapu.  Bóg  z  tobą.  Bądź  sobie  i  kierownikiem,  i  referentem,  a  pieniędzy  na 

tramwaj teŜ mi nie trzeba. Obejdę się. Tylko proszę, zostaw mnie w spokoju. Czyś ty kot, czy 

nie,  czy  masz  brodę,  czy  nie masz  brody  -  ty  to  ty,  a  ja  to  ja.  Ja  sobie  znajdę  inną  posadę  i 

będę urzędował cicho i spokojnie. Ani ja nikomu nie zawadzam, ani mnie nikt. I Ŝadnej skargi 

na ciebie nie złoŜę. Jutro jeszcze tylko wyrobię dokumenty - i koniec... 

W  oddali  głucho  zaczął  bić  zegar.  Bam...  bam...  „To  u  Piestruchinów”  -  pomyślał 

Korotkow i zaczął liczyć. Dziesięć, jedenaście, północ, trzynaście, czternaście... czterdzieści... 

-  Czterdzieści  razy  wybił  zegar  -  gorzko  uśmiechnął  się  Korotkow;  a  potem  znowu 

zapłakał. I ponownie okrutnie i boleśnie zwymiotował mszalnym winem. 

- Mocne wino, och, mocne - powiedział i z jękiem opadł na pościel. 

Minęły  dwie  godziny,  a  nie  zgaszona  lampa  wciąŜ  oświetlała  rozczochrane  włosy  i 

pobladłą twarz na poduszce. 

background image

MAJAKI W HALI MASZYN 

Jesienny  dzień  powitał  Korotkowa  dziwacznie  i  niewyraźnie.  Bojaźliwie  rozglądając 

się  na  schodach,  Korotkow  wdrapał  się  na  siódme  piętro  i  na  oślep  skręcił  w  prawo. 

Namalowana  na  ścianie  ręka  wskazywała  mu  kierunek:  „Pokoje  302-349”.  Trzymając  się 

palca zbawczej dłoni, dotarł do drzwi z napisem: ,,302. Biuro pretensji”. OstroŜnie zajrzawszy 

do środka, by się ustrzec, kogo naleŜy, Korotkow wszedł i znalazł się przed obliczem siedmiu 

piszących na maszynach kobiet. Po chwili wahania podszedł do pierwszej z brzegu - matowej 

i  smagłej  brunetki,  ukłonił  się,  chciał  się  odezwać,  ale  smagła  nie  dopuściła  do  tego.  Oczy 

wszystkich kobiet spoczęły nagle na Korotowie. 

- Wyjdźmy na korytarz - ostro powiedziała matowa i konwulsyjnie poprawiła fryzurę. 

„BoŜe mój, znowu...” - rozpaczliwie błysnęło w głowie Korotkowa. 

Z  cięŜkim  westchnieniem  wykonał  polecenie.  Sześć  pozostałych  wymieniło 

wzburzone szepty. 

Brunetka wyprowadziła Korotkowa i w półmroku pustego korytarza powiedziała: 

- Pan jest okropny... Nie spałam przez pana całą noc i podjęłam decyzję. Niech będzie. 

Oddam się panu. 

Korotkow spojrzał na pachnącą konwalią smagłą twarz o ogromnych oczach, wydał z 

siebie  jakiś  gardłowy  dźwięk  i  nic  nie  powiedział.  Brunetka  odrzuciła  głowę  do  tyłu, 

męczeńsko  wyszczerzyła  zęby,  chwyciła  Korotowa  za  ręce,  przyciągnęła  go  do  siebie  i 

wyszeptała: 

-  Czemu  milczysz,  uwodzicielu?  Pokonała  mnie  twoja  odwaga,  mój  węŜu.  A  więc 

całuj mnie teraz, całuj mnie szybko, póki nie ma nikogo z komisji kontroli. 

Znowu  dziwaczny  dźwięk  wyrwał  się  z  gardła  Korotkowa.  Zachwiał  się,  poczuł  na 

swoich  wargach  coś  miękkiego  i  słodkiego  i  ogromne  źrenice  znalazły  się  tuŜ  przy  jego 

oczach. 

- Ja ci się oddam - wyszeptało coś przy samych ustach Korotkowa. 

- Nie trzeba - odparł ochryple. - Ukradziono mi wszystkie dokumenty. 

- A więc tak - rozległo się nagle z tyłu. 

Korotkow odwrócił się i zobaczył szewiotowego starca. 

- A-ach! - krzyknęła smagła, zasłoniła twarz dłońmi i uciekła. 

-  Hi!  -  powiedział  stary.  -  To  mi  się  podoba.  Gdziekolwiek  człowiek  przyjdzie, 

wszędzie  pan,  panie  Kołobkow.  Ale  spryciarz  z  pana.  Ale  co  tam,  całuj  nie  całuj,  i  tak  nie 

background image

wycałujesz delegacji. Mnie staremu dali, to i pojadę. Tak. 

Z tymi słowy pokazał Korotkowowi figę z suchych maleńkich paluszków. 

-  A  zaŜalenie  i  tak  na  pana  złoŜę  -  złowieszczo  kontynuował  szewiot.  -  Tak.  Uwiódł 

trzy w wydziale, a teraz, znaczy, dobiera się do podwydziałów? śe ich aniołowie stróŜe teraz 

płaczą, to pana nie wzrusza? Zamartwiają się teraz, biedactwa, ale za późno, za późno. Nic im 

czci dziewiczej nie przywróci. 

Starzec wydobył wielką chustkę do nosa zdobną w pomarańczowe bukiety, zapłakał i 

wytarł nos. 

-  Staremu  człowiekowi  nędzarskie  diety  chce  pan  odjąć  od  ust,  panie  Kołobkow? 

CóŜ...  -  Stary  zatrząsł  się,  zaszlochał  i  wypuścił  z  rąk  teczkę.  -  Niech  pan  pije  moją  krew. 

Niech  bezpartyjny  starzec  sympatyk  umiera  z  głodu...  Niech  tam.  Dobrze  mu  tak,  staremu 

durniowi.  Ale  niech  pan  sobie  zapamięta,  panie Kołobkow  -  głos  starca zabrzmiał  groźnie  a 

proroczo  i  zagrzmiały  w  nim  dzwony  -  nie  wyjdą  panu  na  zdrowie  te  szatańskie  pieniądze. 

Kołkiem w gardle panu staną. - I starzec zaniósł się rozpaczliwym łkaniem. 

Nagle  i  niespodziewanie  dla  samego  siebie  Korotkow  wpadł  w  histerię  i  szybko 

zatupał nogami. 

-  Do  wszystkich  diabłów!  -  krzyknął  cieniutko  i  jego  niezdrowy  głos  uleciał  pod 

sklepienia. - Nie jestem Kołobkow! Odczep się ode mnie! Nie Kołobkow. Nie jadę! Nie jadę. 

Zaczął  szarpać  kołnierzyk  koszuli.  Starzec  momentalnie  wysechł  i  zadrŜał  z 

przeraŜenia. 

- Następny! - zakrakały drzwi. 

Korotkow  umilkł  i  skoczył  w  nie,  skręcił  w  lewo,  wyminął  maszynistki  i  znalazł  się 

przed  rosłym,  wytwornym  blondynem  w  granatowym  garniturze.  Blondyn  skinął 

Korotkowowi głową i powiedział: 

- Streszczajcie się towarzyszu. Krótko. Raz-dwa. Połtawa czy Irkuck? 

-  Dokumenty  ukradli...  ukradli...  -  tocząc  dzikim  spojrzeniem,  odpowiedział 

zadręczony Korotkow. - I w dodatku kot się pojawił. Nie ma prawa. Nigdy w Ŝyciu z nikim 

się nie biłem, to były zapałki. Nie ma prawa prześladować. Nie będę zwaŜał, Ŝe to Kalesoner. 

Ukradli mi doku... 

-  No,  to  głupstwo  -  odpowiedział  granatowy.  -  Damy  umundurowanie  i  koszule,  i 

prześcieradła, jeŜeli do Irkucka, to nawet uŜywany koŜuszek. Proszę zwięźlej. 

Melodyjnie  zadźwięczał  klucz  w  zamku,  blondyn  wyciągnął  szufladę,  zajrzał  do 

ś

rodka i Ŝyczliwie powiedział: 

- Pan pozwoli, oto Siergiej Nikołajewicz. 

background image

I  natychmiast  z  jesionowego  pudła  wyjrzała  uczesana,  jasna  jak  len  głowa  i  błękitne 

rozbiegane oczy. Za nimi, wyginając się jak wąŜ, wypełzła szyja, zachrzęścił wykrochmalony 

kołnierzyk,  ukazały  się  ręce,  marynarka,  spodnie  i  po  sekundzie  doskonały  w  kaŜdym 

szczególe sekretarz z piskiem „Dzień dobry” wkroczył na czerwone sukno. Otrząsnął się jak 

pies po kąpieli, zeskoczył na podłogę, podwinął wyŜej mankiety, wyjął z kieszonki wieczne 

pióro i w tejŜe sekundzie zabrał się do pisania. 

Korotkow cofnął się, wyciągnął dłoń i Ŝałośnie zapytał granatowego: 

- Niech pan patrzy, on z biurka wyszedł... Co to?.. 

- Oczywiście, Ŝe wyszedł - odpowiedział granatowy. - Nie moŜe przecieŜ leŜeć przez 

cały dzień. Pora. Czas. ChronometraŜ. 

- Ale jak? Jak? - zadźwięczał Korotkow. 

- O mój BoŜe! - zdenerwował się granatowy. - Nie zatrzymujcie mnie, towarzyszu. 

Głowa smagłej wysunęła się z drzwi i zawołała z radosnym wzburzeniem: 

-  JuŜ  wysłałam  jego  papiery  do  Połtawy!  A  ja  jadę  razem  z  nim.  Mam  ciotkę  w 

Połtawie, na czterdziestym trzecim stopniu szerokości i piątym długości geograficznej. 

- No i świetnie - powiedział blondyn - bo mi się juŜ znudziło to zawracanie głowy. 

- Ja nie chcę! - wrzasnął Korotkow z obłędem w oczach. - Ona mi się będzie oddawać, 

a ja tego nie znoszę. Nie chcę! Oddajcie mi dokumenty. Moje nieskalane nazwisko. Oddajcie! 

- Towarzyszu, takie sprawy to w wydziale  ślubów - zapiszczał sekretarz. - My tu nic 

nie moŜemy dla was zrobić. 

- Głuptasku! - zawołała smagła. - Zgódź się! Zgódź! – krzyknęła suflerskim szeptem. 

Głowa jej to pojawiała się, to znikała. 

-  Towarzyszu!  -  rozmazując  łzy  po  twarzy,  zaszlochał  Korotkow.  -  Towarzyszu! 

Błagam cię, daj dokumenty.. Bądź człowiekiem. Bądź, błagam cię z całej duszy, a ja pójdę do 

klasztoru. 

-  Towarzyszu!  Bez  histerii.  Konkretnie  i  abstrakcyjnie  zreferujcie  sprawę  na  piśmie, 

pilnie  i  ściśle  tajnie  -  Połtawa  czy  Irkuck?  Nie  zabierajcie  czasu  zapracowanemu 

człowiekowi!  Po  korytarzach  się  nie  pętać!  Pluć  tylko  do  spluwaczki!  Nie  palić!  Płacić 

odliczoną kwotą! - wychodząc z siebie, zagrzmiał blondyn. 

- Witamy się bez podawania rąk! - zapiał sekretarz. 

- Niech Ŝyją uściski! - namiętnie szepnęła brunetka i jak tchnienie frunęła przez pokój, 

owiewając konwalią szyję Korotkowa. 

-  Powiedziane  jest  w  trzynastym  przykazaniu:  nie  będziesz  wchodził  bez 

zameldowania  do  bliźniego  twego  -  wyseplenił  szewiotowy  i  trzepocząc  połami  surduta, 

background image

przefrunął w powietrzu... - ToteŜ ja nie wchodzę, nie wchodzę, ale papierki jednak podrzucę, 

o, tak, plask!... Wszystko jedno, który podpiszesz - juŜeś na ławie oskarŜonych! Z tymi słowy 

wyrzucił z szerokiego czarnego rękawa paczkę białych kartek, kartki rozleciały się i obsiadły 

biurka, jak mewy - skały przybrzeŜne. 

Mgliste szaleństwo zawirowało w pokoju, okna się zakołysały. 

- Towarzyszu blondynie! - płakał udręczony Korotkow. - Zastrzel mnie na miejscu, ale 

wydaj jakikolwiek dokumencik. Po rękach cię będę całował. 

Blondyn  we  mgle  zaczął  puchnąć  i  rosnąć,  nie  zaprzestając  ani  na  moment 

podpisywania papierków starca, które rzucał sekretarzowi, a ten z radosnym pomrukiwaniem 

łapał je w locie. 

- Diabli z nimi! - zagrzmiał blondyn. - Diabli z nimi! Hej, maszynistki! 

Machnął  ogromną  dłonią,  ściana  przed  oczami  Korotkowa  rozpadła  się  i  trzydzieści 

maszyn  na  stolikach  zadzwoniło  dzwoneczkami,  zagrało  fokstrota.  Kołysząc  biodrami  i 

namiętnie  falując  ramionami,  wzbijając  kremowymi  nogami  białą  pianę,  trzydzieści  kobiet 

ruszyło wokół stolików. 

Białe  węŜe  papieru  wśliznęły  się  w  paszcze  maszyn,  zaczęły  zwijać  się, przekrawać, 

zeszywać.  Wylazły  białe  spodnie  z  fioletowymi  lampasami.  „Okaziciel  niniejszego  jest 

istotnie okazicielem niniejszego, a nie jakąś tam szantrapą”. 

- Wkładaj! - zagrzmiał blondyn we mgle. 

-  I-i-i-i...  -  cieniutko  zaskamlał  Korotkow  i  zaczął  bić  głową  o  kant  blondynowego 

biurka. Głowie na minutkę ulŜyło i czyjaś zalana łzami twarz przemknęła obok Korotkowa. 

- Waleriany! - krzyknął ktoś z sufitu. 

Surdut jak czarny ptak zasłonił światło i starzec zaszeptał trwoŜnie: 

- Teraz juŜ tylko jeden ratunek - do Dyrkina z piątego wydziału. 

Gazem! Gazem! 

Zaleciało  eterem,  czyjeś  ręce  delikatnie  wyniosły  Korotkowa  na  mroczny  korytarz. 

Surdut  objął  Korotkowa  i  powlókł,  szepcząc  i  chichocząc:  „No,  ale  się  im  przysłuŜyłem, 

zostawiłem na biurkach takie papierki, Ŝe kaŜdy dostanie co najmniej pięć lat z pozbawieniem 

po wybawieniu. Gazem! Gazem!” 

Surdut poszybował w bok, z uchodzącej w otchłań kraty zionęło chłodem i wilgocią. 

background image

STRASZNY DYRKIN 

Lustrzana  kabina  spadła  w  dół,  i  dwóch  Korotkowów  teŜ  spadło  w  dół.  Drugiego 

Korotkowa  pierwszy  i  waŜniejszy  zapomniał  w  lustrze  kabiny  i  wyszedł  samotnie  do 

chłodnego holu. Bardzo gruby i róŜowy powitał Korotkowa słowami: 

- Wspaniale. Właśnie pana teraz aresztuję. 

-  Mnie  nie  moŜna  aresztować  -  odpowiedział  Korotkow  i  zaśmiał  się  satanicznym 

ś

miechem  -  poniewaŜ  ja  jestem  nie  wiadomo  kto.  Oczywiście.  Ani  aresztować,  ani  oŜenić 

mnie nie moŜna. A do Połtawy i tak nie pojadę. 

Gruby zadrŜał z przeraŜenia, spojrzał w źrenice Korotkowa i zaczął padać do tyłu. 

-  No,  aresztuj  -  pisnął  Korotkow  i  pokazał  grubemu  drŜący  blady  język,  pachnący 

walerianą. - Ale jak mnie zaaresztujesz, kiedy zamiast dokumentów - figa z makiem? A moŜe 

ja jestem Hohenzollern? 

- Jezusie Nazareński! - powiedział grubas, przeŜegnał się drŜącą dłonią i z róŜowego 

zrobił się Ŝółty. 

-  Kalesonera  tu  nie  było?  -  ostro  zapytał  Korotkow  i  rozejrzał  się.  -  Odpowiadaj, 

tłuściochu! 

- W Ŝadnym razie - odparł grubas i zmienił Ŝółte zabarwienie na popielate. 

- No i co teraz robić? Co? 

-  Do  Dyrkina,  nie  inaczej  -  wybełkotał  grubas  -  najlepiej  do  niego.  Tylko  Ŝe  srogi. 

Uch, jaki srogi. Ani przystąp. Dwaj juŜ od niego z góry zlecieli. Telefon niedawno rozbił. 

-  Dobra  -  odparł  Korotkow  i  splunął  beztrosko.  -  Nam  juŜ  teraz  wszystko  jedno.  Na 

górę! 

-  Aby  się  nie  potknijcie,  towarzyszu  pełnomocniku  –  podsadzając  Korotkowa  do 

windy, czule zatroszczył się grubas. 

N a górze napatoczył się nieduŜy szesnastolatek i straszliwie wrzasnął: 

- Dokąd! Stać! 

- Nie bij, ojczulku - powiedział grubas, skulił się i zasłonił głowę rękami. - Do samego 

Dyrkina. 

- MoŜecie iść! - krzyknął nieduŜy. 

Grubas wyszeptał: 

-  Proszę  juŜ  iść,  wasza  wysokość,  a  ja  tu  na  ławeczce  sobie  poczekam.  To  zbyt 

straszne... 

background image

Korotkow  znalazł  się  w  ciemnym  przedpokoju,  następnie  w  puściutkiej  sali  z 

wytartym błękitnym dywanem. 

Przed  drzwiami  z  napisem  „Dyrkin”  Korotkow  na  chwilę  się  zawahał,  potem  jednak 

wszedł i znalazł się w przytulnie umeblowanym gabinecie z ogromnym malinowym biurkiem 

i z zegarem na ścianie. Malutki pulchny Dyrkin wyskoczył jak spręŜyna zza biurka, nastroszył 

wąsy i zaryczał: „Milczeć”!, chociaŜ Korotkow jeszcze w ogóle się nie odezwał. 

W tejŜe chwili zjawił się w gabinecie blady młodzieniec z teczką. 

Twarz Dyrkina momentalnie pokryły roześmiane zmarszczki. 

- A-a! - zawołał słodko. - Artur Arturowicz! Witam serdecznie. 

-  Słuchaj,  Dyrkin  -  przemówił  młodzieniec  Ŝelaznym  głosem  –  to  ty  napisałeś  do 

Puzyriowa, Ŝe ustanowiłem w kasie emerytalnej jednoosobową dyktaturę i Ŝe do tego jeszcze 

gwizdnąłem majowe fundusze emerytalne? Ty? Odpowiadaj, parszywe ścierwo! 

-  Ja?  -  wymamrotał  Dyrkin,  czarodziejskim  sposobem  przemieniając  się  z  groźnego 

Dyrkina  w  Dyrkina-do-rany-przyłóŜ.  -  Ja,  Arturze  Dyktatorowiczu...  Ja,  oczywiście...  Pan 

całkowicie niesłusznie... 

-  Ach,  ty  łajdaku,  łajdaku  -  starannie  akcentując  słowa,  powiedział  młodzieniec, 

pokiwał głową, uniósł teczkę i trzasnął Dyrkina w ucho, jakby rzucił na talerz naleśnik. 

Korotkow machinalnie jęknął i osłupiał. 

-  Tak  będzie  z  tobą  i  z  kaŜdym  łajdakiem,  który  pozwoli  sobie  wsadzać  nos  w  nie 

swoje sprawy - sugestywnie powiedział młodzieniec, pomachał Korotkowowi na poŜegnanie 

czerwoną pięścią i wyszedł. 

Ze  dwie  minuty  w  gabinecie  panowała  cisza,  tylko  wisiorki  podzwaniały  na 

kandelabrach, kiedy w pobliŜu przejeŜdŜała cięŜarówka. 

-  Tak  to  jest,  młody  człowieku  -  z  gorzkim  uśmiechem  powiedział  dobrotliwy  i 

poniŜony  Dyrkin.  -  Oto  nagroda  za  moje  starania.  Nie  śpisz  po  nocach,  nie  dojadasz,  nie 

dopijasz, a rezultat zawsze taki sam - po mordzie. MoŜe i pan równieŜ przyszedł w tym celu? 

No  cóŜ...  Bijcie  Dyrkina,  bijcie.  Mordę  widocznie  ma  nie  własną,  tylko  państwową.  MoŜe 

panu ręki szkoda? To niech pan weźmie kandelabr, bardzo proszę. 

I Dyrkin kusząco wystawił zza biurka pulchne policzki. Nic nie rozumiejąc, Korotkow 

uśmiechnął  się  krzywo  a  nieśmiało,  ujął  kandelabr  za  nóŜkę  i  z  trzaskiem  rąbnął  Dyrkina 

ś

wiecami  po  głowie.  Krew  poleciała  Dyrkinowi  z  nosa  na  sukno;  on  sam,  wrzeszcząc: 

„Ratunku!”, uciekł przez boczne drzwi. 

-  Ku-ku!  -  radośnie  wykrzyknęła  leśna  kukułka,  wyskakując  z  malowanego 

norymberskiego  domku  na  ścianie.  -  Ku-kluks-klan!  wrzasnęła  i  przemieniła  się  w  łysą 

background image

głowę. - My sobie zapamiętamy, kto bije pracowników! 

Korotkowa  opanowała  furia.  Zamachnął  się  i  uderzył  kandelabrem  w  zegar.  Zegar 

odpowiedział  grzmotem  i  bryzgami  złotych  wskazówek.  Kalesoner  wyskoczył  z  zegara, 

przemienił  się  w  białego  kogutka  z  napisem:  „Poczta  wychodząca”  i  skoczył  w  drzwi. 

Natychmiast  za  bocznymi  drzwiami  rozległ  się  wrzask  Dyrkina:  „Łapać  go,  rozbójnika!”,  i 

cięŜkie  kroki  załomotały  ze  wszystkich  stron.  Korotkow  zrobił  w  tył  zwrot  i  rzucił  się  do 

ucieczki. 

background image

KINO PAR FORCE I OTCHŁAŃ 

Grubas  z  podestu  wskoczył  do  kabiny,  ogrodził  się  kratą  i  opadł  w  dół,  a  po 

ogromnych  wyszczerbionych  schodach  biegli  za  nim:  jako  pierwszy  -  czarny  cylinder 

grubasa, za nim - biały  pocztowy kogut, za kogutem - kandelabr, który przeleciał o werszek 

nad  spiczastą  białą  główką,  za  nim  Korotkow,  potem  szesnastolatek  z  rewolwerem  w  ręku  i 

jeszcze jacyś ludzie tupiący podkutymi butami. Klatka schodowa rozgrzmiała jękiem brązu i 

na piętrze zaczęły trwoŜnie trzaskać drzwi. 

Ktoś zwiesił się z górnego podestu w dół i krzyknął w złoŜone dłonie: 

- Która sekcja się przeprowadza? Zapomnieli zabrać kasę ogniotrwałą! 

Kobiecy głos odpowiedział z dołu: 

- Bandyci! 

Przez  ogromne  drzwi  prowadzące  na  ulicę  Korotkow  przeleciał  pierwszy, 

wyprzedzając  cylinder  i  kandelabr.  Łyknął  olbrzymią  porcję  rozpalonego  powietrza  i 

wyskoczył na ulicę. Biały kogucik zapadł się pod ziemię, zostawiając na pamiątkę woń siarki, 

z  powietrza  wytkał  się  czarny  surdut  i  pomknął  obok  Korotkowa  z  cienkim  przeciągłym 

krzykiem: 

- Biją rzemieślników, towarzysze! 

Na  trasie  Korotkowa  przechodnie  skręcali,  wpełzali  w  bramy,  wybuchały  i  gasły 

krótkie  gwizdki.  Ktoś  wściekle  prychał,  przeklinał,  zapalały  się  niespokojne  chrapliwe 

okrzyki:  „Łapać!”  Z  łoskotem  opadały  metalowe  Ŝaluzje  i  jakiś  kulawy,  siedząc  na  szynach 

tramwajowych, piszczał: 

- Zaczęło się! 

Wystrzały  biegły  za  Korotkowem,  częste,  wesołe  jak  świąteczne  petardy,  kule 

ś

piewały to z boku, to z góry. Rycząc jak kowalski miech, Korotkow pędził do gigantycznego 

celu  -  dziesięciopiętrowego  gmachu,  który  stał  bokiem  do  ulicy,  frontem  zaś  do  wąskiego 

zaułka. Na samym rogu szklany szyld z napisem „Restaurant i pivo” pękł gwiaździście i stary 

doroŜkarz przesiadł się z kozła na jezdnię z rozmarzonym wyrazem twarzy i ze słowami: 

-  Wesoło!  Co  to,  znaczy  się,  bracia,  strzelacie,  w  kogo  popadnie?  Człowiek,  który 

wybiegł  z  uliczki,  podjął  próbę  złapania  Korotkowa  za  połę  marynarki  i  poła  została  mu  w 

ręku.  Korotkow  skręcił  za  róg,  przebiegł  kilka  sąŜni  i  wbiegł  w  lustrzaną  przestrzeń  holu. 

Chłopiec w liberii ze złoconymi guzikami odskoczył od windy i zapłakał. 

- Niech pan wsiada. Niech pan wsiada! - zaszlochał. - Tylko niech pan nie bije sieroty. 

background image

Korotkow jednym susem znalazł się w pudle windy, usiadł na zielonej kanapce vis-a-

vis  drugiego  Korotkowa,  dyszał  jak  ryba  na  piasku.  Chłopiec,  pochlipując,  wsiadł  za  nim, 

zamknął  drzwi,  złapał  za  sznurek  i  winda  pojechała  w  górę.  W  tejŜe  chwili  na  dole  w  holu 

zagrzmiały strzały i zawirowały szklane drzwi. 

Winda miękko i mdląco szła do góry, chłopiec uspokoił się, jedną ręką wycierał nos, 

drugą ciągnął za sznurek. 

- Forsę ukradłeś? - zapytał, wpatrując się z ciekawością w zrujnowanego Korotkowa. 

-  Atakujemy...  Kalesonera...  -  łapiąc  powietrze,  odpowiedział  Korotkow.  -  Ale  on 

przeszedł do ofensywy... 

- Najlepiej będzie na samej górze, tam gdzie sala bilardowa - doradził chłopiec. - Na 

dachu sobie poradzisz, jeŜeli masz mauzer. 

- Niech będzie na górę... - zgodził się Korotkow. 

Po minucie winda zatrzymała się miękko, chłopiec otworzył drzwi, ociągnął  nosem i 

powiedział: 

- Wyłaź i zasuwaj na dach. 

Korotkow  wyskoczył,  przez  moment  rozglądał  się  i  nasłuchiwał.  Z  dołu  dobiegał 

narastający  hałas,  z  boku,  przez  szklaną  ścianę  -  stukot  kościanych  bil,  migały  zalęknione 

twarze. Chłopiec wskoczył do windy, zamknął się i zniknął w otchłani. 

Korotkow  orlim  wzrokiem  obrzucił  pozycję,  na  sekundę  zawahał  się  i  z  bojowym 

okrzykiem  „Naprzód!”  wbiegł  na  salę  bilardową.  Mignęły  zielone  prostokąty,  lśniące  białe 

kule i pobladłe twarze. Z dołu, zupełnie blisko, zagrzmiał ogłuszającym echem strzał i gdzieś 

dźwięcznie  posypało  się  szkło.  Jak  na  komendę  gracze  porzucili  kije  i  z  tupotem  rzucili  się 

gęsiego  do  bocznego  wyjścia.  Korotkow  pobiegł,  załoŜył  haczyk,  z  trzaskiem  zamknął 

szklane drzwi prowadzące na schody i w jednej chwili uzbroił się w kule bilardowe. Minęło 

kilka  sekund  i  przy  windzie  wyrosła  za  szkłem  pierwsza  głowa.  Kula  wyfrunęła  z  rąk 

Korotkowa, ze świstem przebiła szkło, głowa momentalnie znikła. Na jej miejscu rozbłysnął 

blady  płomień,  wyrosła  druga  głowa,  a  zaraz  potem  trzecia.  Jedna  za  drugą  poleciały  bile  i 

szklana  ściana  pękła.  Turkoczący  stukot  zalał  całą  klatkę  schodową  i  w  odpowiedzi,  jak 

ogłuszająca  singerowska  maszyna  do  szycia, zatrząsł  gmachem  wyjący  karabin maszynowy. 

Górne  szyby  i  futryny  wycięło  jak  noŜem  i  chmurą  pudru  rozpierzchł  się  tynk  po  sali 

bilardowej. 

Korotkow  zrozumiał,  Ŝe  nie  utrzyma  pozycji.  Rozpędził  się,  zasłonił  głowę  dłońmi, 

uderzył  butami  w  trzecią  szklaną  ścianę,  za  którą  zaczynał  się  płaski,  wyasfaltowany  dach 

gmaszyska. Ścianka pękła i rozsypała się. Korotkow pod szalejącym ogniem zdąŜył wyrzucić 

background image

na  dach  pięć  piramidek  -  bile  rozbiegły  się  po  asfalcie  jak  odrąbane  głowy.  Za  nimi 

wyskoczył  Korotkow  -  w  samą  porę,  poniewaŜ  karabin  maszynowy  opuścił  lufę  i  wyciął 

dolną część futryny. 

- Poddaj się! - niewyraźnie dobiegło do Korotkowa. 

I  od  razu  zobaczył  nad  samą  głową  słabiutkie  słońce,  wypłowiałe  niebo  i 

przemarznięty asfalt. Z dołu i z boków miasto dawało o sobie znać trwoŜnym, przytłumionym 

szumem.  Korotkow  poskakał  trochę  po  asfalcie,  rozejrzał  się,  złapał  trzy  bile,  podbiegł  do 

balustrady,  wdrapał  się  na  nią  i  spojrzał  w  dół.  Serce  mu  zamarło.  Zobaczył  dachy  domów, 

spłaszczonych i maleńkich, plac, po którym pełzły tramwaje, ludzie-chrząszcze, i natychmiast 

dostrzegł  szare  figurki,  tanecznie  podbiegające  do  bramy  szczeliną  uliczki,  za  nimi  zaś 

masywną zabawkę usianą złotymi lśniącymi czapeczkami. 

- OkrąŜyli mnie! - jęknął Korotkow. - StraŜ poŜarna! 

Przechylił  się  przez  balustradę,  wycelował  i  kolejno  posłał  wszystkie  trzy  bile.  Białe 

kule  wzleciały  w  górę,  następnie  zakreśliły  łuk  i  runęły  w  dół.  Korotkow  schwycił  jeszcze 

trzy, znowu wdrapał się na balustradę, zamachnął się i cisnął je w ślad za poprzednimi. Kule 

rozbłysły srebrzyście, potem, obniŜając lot, poczerniały, wreszcie ponownie zabłysły i znikły. 

Korotkowowi wydało się, Ŝe na zalanym słońcem placu zaroiły się trwoŜnie mrówki. Pochylił 

się,  Ŝeby  podnieść  jeszcze  kilka  pocisków,  ale  nie  zdąŜył.  Z  nie  milknącym  trzaskiem  i 

chrzęstem  w  wyłomie  ściany  pojawili  się  ludzie.  Jak  groch  wypadli  na  dach.  Wyskoczyły 

szare  czapki,  szare  szynele:  przez  górny  otwór,  nie  dotykając  ziemi,  wleciał  szewiotowy 

starzec.  Następnie  ściana  rozpadła  się  ostatecznie  i  na  dach  wjechał  na  wrotkach  straszny 

ogolony Kalesoner ze staroświeckim muszkietem w ręku. 

- Poddaj się! - zawyło z tyłu, z przodu i z góry, i wszystko zagłuszył okropny, nie do 

wytrzymania miedziany bas. 

- Jasne! - słabo krzyknął Korotkow. - Jasne. Bitwa przegrana. 

Ta-ta-ta-ta! - zatrąbił do odwrotu. 

Ś

miertelna odwaga wypełniła jego serce. Balansując, wczepiając się w mur, wlazł na 

słupek balustrady, zakołysał się, wyprostował i zawołał: 

- Lepsza śmierć niŜ hańba! 

Prześladowcy byli o dwa kroki. JuŜ widział ich wyciągnięte ręce, juŜ buchnął płomień 

z  paszczy  Kalesonera.  Słoneczna  przepaść  kusiła  Korotkowa  tak  gorąco,  Ŝe  aŜ  zaparło  mu 

dech.  Z  przenikliwym  zwycięskim  okrzykiem  podskoczył  i  wzbił  się  w  górę.  Na  moment 

zabrakło  mu  powietrza.  Niejasno,  bardzo  niejasno  zobaczył,  jak  coś  szarego  z  czarnymi 

dziurami  wzbiło  się  w  górę  obok  niego,  jakby  podrzucone  wybuchem.  Następnie  bardzo 

background image

wyraźnie  zobaczył,  Ŝe  to  szare  runęło  w  dół,  a  on  sam  wzleciał  do  góry  w  ciasny  wąwóz 

uliczki,  która  znalazła  się  nad  nim.  Następnie  krwawe  słońce  z  brzękiem  pękło  w  głowie 

Korotkowa i nic juŜ więcej nie zobaczył. 

1924