background image

JESSICA STEELE 

A jednak miłość 

 
 

Seria wydawnicza: Harlequin Romance (tom 98)  

Tytuł oryginalny: His Woman 

 
 
 
 
 
ROZDZIAŁ PIERWSZY 
Ile dwudziestolatek spędza w domu sobotnią noc, wsłuchując się w 
deszcz, strumieniami spływający po szybach? - dumała przygnębiona 
Leith. W chwilę później, czując, że zaczyna użalać się nad sobą, szybko 
przywołała się do porządku. Boże drogi, przecież większość życia 
spędziła na nauce, więc takie samotne sobotnie wieczory nie są jej obce. 
Aby ostatecznie otrząsnąć się z przygnębienia, skierowała swoje myśli 
na Rosemary, przyjaciółkę i sąsiadkę z drugiej strony korytarza, 
przybyłą z tego samego miasteczka. Gdyby Rosemary nie zdecydowała 
się właśnie dziś odwiedzić swoich rodziców w Hazelbury, teraz 
siedziałyby razem nad filiżanką kawy. Oczywiście, Travis Hepwood, 
sekretny przyjaciel Rosemary, byłby tu także, ale ponieważ Leith bardzo 
go lubiła, chętnie zabawiałaby również i jego. 
Nowa fala ulewnego deszczu zalała szyby okienne, ale tym razem Leith 
nie usłyszała jej. Myśl o Rosemary obudziła wspomnienie dnia, kiedy jej 
brat Sebastian oznajmił, że na głównej ulicy Hazelbury zderzył się z 
Rosemary Green, a właściwie Rosemary Talbot, bo takie teraz nosiła 
nazwisko. Rosemary, o rok starsza od Leith, była koleżanką z klasy 
Sebastiana. Nigdy nie pozwalano jej uczestniczyć w zbiorowych 
szkolnych zajęciach, toteż nikt nie znał jej zbyt dobrze. Jednak, ku 
zaskoczeniu wszystkich, w wieku osiemnastu lat Rosemary wyszła za 
mąż i opuściła miasteczko. 
Od owego czasu mało kto wspominał jej imię. 

background image

Dopiero tamtego dnia ukochany, acz odrobinę nieodpowiedzialny 
braciszek z podnieceniem oznajmił: 
- Właśnie skończyłem pogawędkę z Rosemary Green! 
Leith zauważyła entuzjazm, ale ponieważ był on integralną częścią jego 
osobowości - nie zareagowała zbyt ochoczo. 
- Prawdopodobnie przyjechała do rodziców. 
- Właśnie - zgodził się z nią. - Wydawała się trochę przybita... czy ja 
wiem, nic konkretnego. W każdym razie - kończył - staliśmy przed 
Oliphants Cafe, więc zaproponowałem kawę i już za chwilę opowiadała 
mi o swoim życiu w Londynie... 
Zawiesił głos, a Leith dała się złapać w tę klasyczną teatralną pułapkę. 
- I co? - zapytała, czując w głębi ducha, że za chwilę tego pożałuje. 
- I powiedziała mi, że w jej bloku zwalnia się mieszkanie. 
- O, nie - zaprotestowała Leith, choć przez głowę przemknęła jej 
kusząca myśl o zamieszkaniu w Londynie. - Od razu ci mówię, że mama 
się nie zgodzi. 
- Zgodzi się, jeśli powiesz jej, że będziesz się mną opiekować... 
sprawdzać, czy umyłem szyję i zmieniłem skarpetki - uśmiechnął się 
przebiegle Sebastian. Miał wtedy dwadzieścia trzy lata i radośnie 
wykorzystywał nadmierną troskliwość matki. 
- A poza tym - dodał z rozbrajającą szczerością - nie stać mnie na 
czynsz. 
- A jeśli nie zechcę pojechać? - Leith usiłowała przyhamować nieco jego 
zapał. 
- Pojedziesz! - przymilał się. - Wiesz, że pojedziesz. Jakoś nie 
protestowałaś, kiedy tato powiedział, że uczyłaś się pilnie przez tyle lat, 
a teraz w żadnej pobliskiej firmie nie możesz w pełni wykorzystać 
swoich kwalifikacji. Za to w Londynie... 
Sebastian rozwijał temat jeszcze przez parę minut. Leith próbowała 
bronić swej pozycji, ale na każdy zarzut miał gotową odpowiedź i już po 
chwili poczuła się równie podniecona, jak on. Rzeczywiście, pracowała 
ciężko, aby zdobyć kwalifikacje w kontraktowo-handlowej dziedzinie 
inżynierii, a w jej obecnym miejscu pracy nie wykorzystywano w pełni 
jej zdolności. 

background image

- Ja też będę miał większe pole do popisu - oznajmił Sebastian. Skończył 
uniwersytet i teraz pracował jako fotograf. - Zdaje się, że opstrykałem 
już wszystko w tej dziurze - dodał i powrócił do swojej śpiewki: „Za to 
w Londynie". 
- Lepiej porozmawiajmy z rodzicami-ostudziła go Leith. 
Ojciec zgodził się, że oboje są już w wieku, w którym ptaszki wylatują z 
gniazdka, ale matka, zaślepiona uczuciem do syna, potrzebowała trochę 
więcej czasu. 
W niedzielę rano dostali jednak błogosławieństwo obojga rodziców i 
Sebastian poszedł do Greenów, żeby wyciągnąć od Rosemary coś więcej 
na temat mieszkania. Wrócił z ponurą miną. 
- Święty Henryku, to lodówka, a nie dom! - jęknął. - Przez cały czas ani 
jednego uśmiechu! 
- Rosemary nie chce, żebyście mieszkali tak blisko niej? - zatroszczyła 
się matka. Z początku nie chciała, żeby jechał, ale teraz gotowa była o to 
walczyć. 
- Tego nie powiedziała - odparł, ale jego energia wyraźnie zmalała. - 
Powiedziała jednak dość, żebym się zorientował, że i tak nie 
pojedziemy. 
- A to dlaczego? - zapytała pani Everett. 
- Rosemary wynajmuje mieszkanie pod nieobecność właściciela, a to 
sąsiednie można tylko kupić. 
- No to co, w Londynie chyba jest więcej mieszkań do wynajęcia - 
zauważył ojciec i dodał, posyłając żonie czułe spojrzenie: - A poza tym, 
moja droga... cóż, sądzę, że dla tak dobrej sprawy powinniśmy zastano-
wić się nad tym, czy Leith i Sebastian nie mogliby dostać swojego 
spadku po dziadku przed ukończeniem dwudziestu pięciu lat. 
- Naprawdę? - zapytali oboje jednocześnie. Ojciec, jako wykonawca 
testamentu, miał prawo do wcześniejszego rozdysponowania spadku. W 
takiej sytuacji wynajmowanie mieszkania nie miałoby sensu. 
- Zobaczymy - obiecała pani Everett i od tej chwili sprawy potoczyły się 
błyskawicznie. 
Na wszelki wypadek obejrzeli kilka innych nieruchomości na sprzedaż. 
Kiedy jednak zobaczyli mieszkanie w ekskluzywnym bloku, które 
zajmowała Rosemary, okazało się ono poza wszelką konkurencją. 

background image

Leith i Sebastian byli wprawdzie zgodni co do zamiaru kupna 
mieszkania, musieli jednak pogodzić się z faktem, iż scheda po dziadku 
stanowiła tylko niewielką część potrzebnej kwoty. 
- Zaciągniemy pożyczkę pod hipotekę, jak wszyscy - Sebastian nie 
zniechęcił się. Okazało się jednak, że nie mając stałego źródła dochodu 
nie może starać się o pożyczkę. 
- Pójdę do prawdziwej pracy - zaparł się jak osioł. Leith także szukała 
nowego zajęcia. Popytała tu i ówdzie, i wkrótce umówiła się na 
rozmowę w małej firmie o nazwie Ardis&Co. 
W miesiąc później Sebastian zaczął pracować jako agent londyńskiego 
biura podróży. Mieszkał w pokojach hotelowych w dni robocze, na 
niedzielę i święta jeździł do domu, do Hazelbury, zaś Leith otrzymała 
pracę w Ardis &Co. Kiedy stwierdziła, że jest jedyną kobietą 
poproszoną na rozmowę, prawie straciła nadzieję. Była niemal pewna, 
że stanowisko dostanie się któremuś z męskich kandydatów, jako że 
dotychczas zajmował je mężczyzna, który miał w ciągu czterech 
miesięcy opuścić spółkę. 
W cztery miesiące po podjęciu decyzji o przeprowadzce do Londynu 
oboje z Sebastianem zajęli nowe mieszkanie. Kredyt okazał się 
morderczy, ale oboje mieli pracę i szansę na awans - a zatem i 
podwyżkę zarobków - więc nie martwili się. 
Podczas tych ostatnich miesięcy rzadko widywali Rosemary Talbot. W 
tydzień po przeprowadzce, kiedy Leith chciała zaprosić Rosemary i jej 
męża na uroczystego drinka - dowiedziała się, że Derek Talbot już tam 
nie mieszka. 
- Właściwie - wymamrotała Rosemary - mój mąż wyprowadził się. 
Leith nie była pewna, kto jest w tym momencie bardziej zakłopotany, 
ona czy Rosemary. 
- Cóż, tak czy owak, wpadnij na drinka - uśmiechnęła się. 
Po tamtej rozmowie wypiły razem niejedną kawę. Rosemary z początku 
niechętnie mówiła o swoim małżeństwie, po jakimś czasie okazało się 
jednak, że Derek był zwyczajnym kobieciarzem i traktował żonę w 
karygodny sposób. Leith współczuła Rosemary, zwłaszcza kiedy 
odkryła, że jej przyjaciółka wychowana jest w przekonaniu o 
nierozerwalności więzów małżeńskich i nie przyjmuje do wiadomości 

background image

rozpadu swego związku. Rodzice Rosemary nie uznawali rozwodu i gdy 
Derek go zażądał, nie omieszkali dobitnie oznajmić tego córce. 
Byli w Londynie już od miesiąca, kiedy Sebastian zdecydował, że 
najwyższy czas oblać mieszkanie. 
- To nie będzie dużo kosztowało - dodał szybko, wiedząc, jakie kłopoty 
ma Leith z przyzwyczajeniem się do roli pani domu. 
- Kogo zaprosimy? - zapytała, ponieważ sama nie znała w Londynie 
prawie nikogo. 
- Mam kupę przyjaciół - odparł Sebastian. Rzeczywiście, z nich dwojga 
to on częściej wychodził, należał do kółka dramatycznego, a poza tym 
dłużej mieszkał w Londynie. 
Leith zaprosiła Rosemary i namawiała ją tak długo, aż wreszcie 
nieszczęśliwa kobieta zgodziła się przyjść. Natychmiast została 
wciągnięta w wir przygotowań. 
Jeżeli hałas oznacza sukces, to impreza udała się znakomicie. Około 
jedenastej Leith zatęskniła do łóżka, ale jako gospodyni miała swoje 
obowiązki. Od kwadransa nie widziała Rosemary, a nie chciała, żeby 
przyjaciółka poczuła się opuszczona. Znajomi Sebastiana nie musieli 
przypaść jej do gustu. 
Mimo wszystko miała nadzieję, że Rosemary nie poszła jeszcze do 
domu. Krążyła po pokoju, dopóki jej wzroku nie przyciągnęła niewielka 
sofa pod ścianą. Na owej sofie bowiem siedziała z lekka zarumieniona 
Rosemary, a obok niej, pogrążony w rozmowie, mężczyzna w wieku 
około dwudziestu sześciu-siedmiu lat. Leith usiłowała przypomnieć 
sobie jego nazwisko. Zdaje się, że został jej przedstawiony jako Travis 
jakiś tam. Zerknęła jedynie, czy Rosemary nie wygląda na niespokojną i 
wycofała się. 
Tego wieczoru Rosemary nie była wprawdzie niespokojna, ale wkrótce 
potem historia z Travisem Hepwoodem okazała się wystarczającym 
źródłem stresu. Travis bowiem zakochał się w Rosemary od pierwszego 
wejrzenia. Leith czuła, że wbrew wszelkim oczekiwaniom Rosemary 
także nie pozostawała obojętna. W ich miłości pojawiła się jednak 
przeszkoda: wpajane Rosemary od dzieciństwa skrajne poczucie 
przyzwoitości. W jej pojęciu sytuacja, iż kocha się jednego mężczyznę 
będąc żoną innego, była po prostu nie do pomyślenia. Nie czuła się na 

background image

siłach, by rozwieść się z Derekiem, toteż jej szanse na szczęście z 
Travisem wyglądały raczej marnie. 
W tydzień później, wciąż zaskoczona swymi uczuciami, Rosemary 
wyznała Leith, że istotnie jest zakochana w Travisie. Do tego stopnia, że 
wybrała się z nim nawet na kolację. 
- Tak się cieszę - odparła Leith. Z oszczędnych informacji, jakie 
wymknęły się Rosemary, wiedziała, że jej przyjaciółka przeżyła 
koszmar, zanim Derek zdecydował się odejść. 
- Nie ma powodu - mruknęła Rosemary. 
- Nie zgadzacie się z Travisem? - zainteresowała się mocno zaskoczona 
Leith. 
- Ależ zgadzamy się, cudownie - westchnęła Rosemary. - Ale miałam 
tak okropne poczucie winy... jakby rodzice stali nade mną i spoglądali z 
wyrzutem przez cały czas. Travis dzwonił zeszłej nocy... powiedziałam, 
że nie chcę go więcej widzieć. 
Postanowienie Rosemary dotyczące Travisa było bardzo silne - nie na 
tyle jednak, by istotnie więcej się z nim nie zobaczyła. W każdym razie 
nie były to spotkania umówione - i nigdy w jej własnym mieszkaniu. 
Travis zadzwonił bowiem do Leith i Sebastiana już w kilka dni później... 
„Pomyślałem sobie, że mógłbym wpaść na chwilę" nie zwiodło nikogo. 
Przypadkiem, tego samego wieczoru Leith zaprosiła Rosemary na 
kolację. Jej zdaniem byłoby nieuprzejmie poprosić Travisa, żeby 
wyszedł. 
Od tej pory Travis regularnie przychodził na kolację. Sebastian raz był 
obecny, raz nie, ale 
- cokolwiek mówiło na ten temat jej sumienie - Rosemary zjawiała się 
zawsze, w ostatniej chwili, buntując się przeciw własnym zasadom. Co 
więcej, nieraz nalegała, że sama przygotuje kolację i przyniesie do Leith 
- zawsze trochę więcej niż trzeba, na wszelki wypadek, gdyby pojawił 
się jakiś niespodziewany gość. Travis z kolei, jako pracownik firmy 
importującej wina, przynosił jakiś wspaniały trunek. 
- Co się dzieje? - zagadnął Sebastian, kiedy po powrocie do domu 
późnym wieczorem zastał Leith na straży, przy drzwiach do kuchni. 
- Tam są Rosemary i Travis - odparła. 
- No to co? 

background image

- Być może nie zauważyłeś, ale oni są w sobie zakochani. 
- A co się stało z mieszkaniem Rosemary? 
- Ona nie chce go przyjmować u siebie. 
- A dlaczegóż to? 
- To... raczej nieostrożne - stwierdziła Leith, szczerze zaskoczona 
niewrażliwością brata. 
- Kompletna bzdura! - wyraził własne zdanie Sebastian. 
Poniewczasie Leith zrozumiała, że ten stan rzeczy nie może trwać 
wiecznie bez niczyjej krzywdy. Rosemary jednak wciąż unikała jawnych 
spotkań z Travisem, a ten zakochiwał się w niej coraz bardziej, tak że 
nie sposób było utrzymać go na odległość. Leith polubiła oboje i 
współczuła im, ale rozumiała, że sami muszą znaleźć jakieś wyjście z tej 
sytuacji. 
Pewnego wieczoru Travis pojawił się, jak zwykle, rozjaśniony nadzieją 
na spotkanie Rosemary. Sebastian także był w domu i zabawiał go 
rozmową. Rosemary jednak spóźniała się bardziej niż kiedykolwiek. 
Wreszcie Leith nie była w stanie ani chwili dłużej znosić tęsknych 
spojrzeń Travisa w stronę drzwi. 
- Zobaczę, co ją zatrzymuje - oznajmiła i przeszła na drugą stronę 
korytarza. Nacisnęła dzwonek i czekała. 
Rosemary otworzyła drzwi, ale pytanie: „Gotowa?" zawisło na ustach 
Leith. Przez ramię przyjaciółki dostrzegła mężczyznę. 
Leith wyczuła napiętą atmosferę. Nieznajomy wstał i skierował się ku 
drzwiom. Coś w zachowaniu przyjaciółki zdawało się mówić, że jej 
gość nie powinien dowiedzieć się o planowanej wizycie. 
- Eee... przepraszam, że przeszkadzam, Rosemary - improwizowała 
Leith. - Nnie... spodziewałam się, że masz gościa. 
Uśmiechnęła się do krępego mężczyzny. 
- Nie przedstawisz mnie? - rzucił krótko do Rosemary, pożerając oczami 
gęste, kasztanowe włosy, zgrabną figurę i piękną twarz Leith. 
- Oczywiście - odparła Rosemary. - Leith jest nową właścicielką 
mieszkania naprzeciw. Leith, to mój mąż, Derek. 
Leith podała mu rękę, ale nie spodobał jej się sposób, w jaki bez 
przerwy gapił się na nią. 

background image

- J-ja tylko na chwilę, muszę nakarmić Sebastiana - bąknęła. - Chciałam 
pożyczyć trochę sosu Worcester... 
Travis i Sebastian patrzyli na nią zezem, kiedy wróciła z butlą sosu, ale 
bez Rosemary. 
- Gdzie Rosemary? - natychmiast zapytał Travis. Leith rozpaczliwie 
wysilała mózg, ale nie potrafiła wymyślić nic mądrego. Musiała 
powiedzieć prawdę. 
- Nie przyjdzie - powiedziała i oboje z Sebastianem musieli niemal 
obezwładnić Travisa, kiedy ten dowiedział się o obecności męża 
Rosemary. 
Sebastian nie bez trudu posadził go z powrotem i przygotował 
morderczego drinka. Od tej chwili wieczór potoczył się jeszcze gorzej, 
niż się zaczął. Jedynie Sebastian miał ochotę na kolację. Travis wyraźnie 
potrzebował kolejnego, solidnego drinka, a Sebastian usłużył mu 
ochoczo. Alkohol rozwiązał mu język i Travis zaczął opowiadać o 
swojej miłości do Rosemary. O tym, że chciałby ją poślubić, ale nie wie, 
jak to zrobić, ponieważ poczucie przyzwoitości nie pozwala jej 
wychodzić z nim gdziekolwiek. Chciałby, żeby cały świat wiedział o 
jego miłości, ale czy ona pozwoli przedstawić się jego rodzicom? 
Zanim wybiła jedenasta, Travis zaczaj bełkotać, a Leith wściekła się na 
Sebastiana, który przechylał butelkę, ilekroć w szklance gościa 
pokazywało się dno. 
- Jasna cholera, ale się ululates! - wykrzyknął Sebastian, kiedy Travis 
chwiejnie podniósł się z miejsca i niepewnie ruszył przed siebie. 
- Sądzę, że Travis nie powinien siadać za kierownicą w takim stanie - 
zauważyła Leith lodowatym tonem. 
- Ja też piłem... nie mogę go odwieźć - stwierdził Sebastian. - A poza 
tym, on mieszka gdzieś na peryferiach Essex i Bóg jeden wie, kiedy 
wróciłbym do własnego łóżka... nawet, jeśli przypadkiem pamiętałby 
swój adres. Niech się prześpi na tej kanapie - zaproponował najprostsze 
wyjście. 
- A jego rodzice? Będą się martwić - zaprotestowała Leith, pamiętając, 
że kiedy Sebastian nie wracał do domu na noc, matka szalała z 
niepokoju. 

background image

- Do diabła, Leith, on dobiega trzydziestki! Na pewno nie pierwszą noc 
spędza na bańce! 
Travis przespał zatem noc na kozetce i skorzystał na tym tylko tyle, że 
nazajutrz, z błędnym wzrokiem i skacowany jak diabli, mógł przed 
wyjściem zamienić kilka słów z Rosemary. Jego samopoczucie 
pogorszyło się jeszcze na wieść, że Derek Talbot znowu żądał rozwodu, 
a ona znowu odpowiedziała mu stanowczym nie. W bladym świetle 
poranka Rosemary oznajmiła Travisowi, że nie zamierza również nigdy 
więcej przyjmować zaproszenia na kolację u sąsiadów. 
Powtórzyła to zresztą Leith, używając niemal tych samych słów. Leith 
poczuła, że nie ma prawa się wtrącać, powinna jednak pozostać przy 
Rosemary, kiedy ta będzie potrzebowała bratniej duszy. 
Wciąż spotykała się ze swoją przyjaciółką. Travis także wpadał od czasu 
do czasu - Leith wiedziała, że liczy jedynie na szansę ujrzenia 
ukochanej. Wyglądał coraz bardziej mizernie, a kiedy znów się pojawił, 
Leith miała ogromną ochotę zawołać Rosemary. Pohamowała się 
jednak. Jeżeli nikt jej o to nie poprosił - nie będzie się wtrącać. 
Zwłaszcza że Rosemary powtórzyłaby Travisowi jedynie to, co już raz 
słyszał. 
Potem Sebastian zaczął przebąkiwać o opuszczeniu pracy i Leith miała 
się czym martwić. Jeśli jej brat nie będzie pracował, to jak spłaci swoją 
część długu hipotecznego? I wówczas, jakby na dowód, że nieszczęścia 
zawsze chodzą parami, wydarzyła się katastrofa: Leith straciła pracę, 
choć nie ze swej winy. 
Nie mogła w to uwierzyć. Była pracowita i pełna inicjatywy, a posada 
dawała jej dużo satysfakcji. Pracowała niemal wyłącznie z 
mężczyznami, całkiem nieźle dogadując się z większością z nich. Nie 
ucieszyła się jednak, kiedy Alec Ardis, żonaty syn właściciela firmy, 
pewnego dnia zjawił się w biurze i bez żadnej zachęty z jej strony zaczął 
ją napastować. Nie pomogło stanowcze nie. Walcząc z uściskiem, który 
oplótł ją jak ośmiornica, wrzała gniewem. Kiedy wreszcie udało jej się 
uwolnić, była wściekła i upokorzona - tylko dlatego, że jest kobietą, syn 
szefa uważa, że może sobie pozwalać na wszystko - i dosłownie rzuciła 
się na niego z pazurami. 

background image

Była wstrząśnięta atakiem, ale nigdy nie opuściłaby pracy z własnej 
woli. Nie miała jednak wyboru. Pan Ardis senior przechodził właśnie, 
gdy dotarły do niego słowa: lubieżny, skretyniały, zboczony wieprz. 
Kiedy wszedł do pokoju, Leith wyrzucała z siebie kolejne epitety. 
Zrobiło jej się niedobrze, kiedy pan Ardis - nie wierząc, że synalek mógł 
zaatakować bez żadnej zachęty z jej strony, a może jedynie kryjąc jego 
niechlubne słabości - dał jej odprawę w wysokości miesięcznej pensji i z 
miejsca wyrzucił z pracy. 
Wieczorem zadzwoniła do drzwi Rosemary. Wciąż jeszcze nie mogła 
otrząsnąć się z szoku, jaki wywołała w niej napaść i to, co potem 
nastąpiło. 
- Nie robisz przypadkiem kawy? - zapytała. 
- Wchodź - szybko zaprosiła ją Rosemary. - Wyglądasz fatalnie. Co się 
dzieje? 
- Wylali mnie - oznajmiła Leith roztrzęsionym głosem i przy kawie 
zdała jej dokładną relację. 
„Lubieżny, skretyniały, zboczony wieprz", zdaniem Rosemary, to 
bardzo delikatne określenie faceta, który myśli, że każda kobieta 
pracująca dla jego ojca jest potencjalną zdobyczą. 
- Powinnaś była strzelić go w pysk - stwierdziła, oburzona niemal tak, 
jak Leith. 
- Zrobiłabym to, gdybym miała wolne ręce - odparła Leith i pociągnęła 
jeszcze jeden łyk kawy. 
Rosemary serdecznie współczuła przyjaciółce. 
- Oczywiście, to musiało się zdarzyć, prędzej czy później - stwierdziła. 
Leith wytrzeszczyła oczy. 
- Nie kojarzę - wyznała. 
- Jesteś za... - Rosemary szukała odpowiedniego słowa, aż, ku 
całkowitemu zaskoczeniu przyjaciółki, oznajmiła: -... olśniewająca. 
- Olśniewająca! - wykrzyknęła Leith, otwierając zielone oczy jeszcze 
szerzej. 
- Nie miałaś o tym pojęcia, co? - miękko zapytała Rosemary i, jakby 
chcąc jeszcze mocniej wstrząsnąć Leith, ciągnęła: - A co powiesz o tych 
fantastycznych, kasztanowych włosach, wspaniałych oczach i cerze, nie 
wspominając o figurze, która jest wypukła dokładnie tam, gdzie należy? 

background image

To było do przewidzenia, że prędzej czy później jakaś egoistyczna 
męska gadzina zechce wyciągnąć po ciebie łapy. 
- Wielkie nieba! - jęknęła Leith słabym głosem. Ze słów Rosemary 
wynikało, iż powinna uważać się za szczęściarę, gdyż dobiegając 
dwudziestu dwóch wiosen nie zaznała jeszcze wątpliwych awansów 
jakiegoś domorosłego supermana. 
- Musisz po prostu trochę się przygasić - uśmiechnęła się Rosemary i 
rozmowa potoczyła się dalej, dopóki Leith nie wspomniała o 
konieczności znalezienia nowej pracy. 
- Nie mogę nie pracować, zwłaszcza z tą morderczą hipoteką, którą z 
Sebastianem musimy spłacać co miesiąc - wyznała. 
- No pewnie! - zgodziła się Rosemary i dodała: 
- Gdyby nie to, że czynsz za to mieszkanie został zapłacony do końca 
roku, sama byłabym w kłopocie. Teraz oszczędzam, jak szalona, żeby 
mieć trochę grosza w zanadrzu, kiedy przyjdzie pora płacenia. Wracając 
jednak do ciebie... chyba nie powinnaś mieć kłopotów ze znalezieniem 
innej pracy. 
- Moje kwalifikacje jeszcze ujdą - odparła Leith. 
- Ale co z referencjami? Nie wyobrażam sobie, żeby pan Ardis wyrażał 
się o mnie w samych superlatywach. 
- Nie ma innego wyjścia, jak tylko uczciwie ocenić twoją pracę... o ile 
nie chce ci się narazić - oznajmiła Rosemary stanowczo. 
W tydzień później, po zgłoszeniu swej kandydatury w trzech firmach, 
Leith dowiedziała się, że dwa ze stanowisk są już zajęte. W trzecim 
miała więcej szczęścia: zaproszono ją na rozmowę. Został jej jednak 
cały tydzień na przemyślenie paru spraw. Wciąż jeszcze nie otrząsnęła 
się z szoku wywołanego karesami Aleca Ardisa, a jawnie 
niesprawiedliwe zwolnienie z pracy zraniło ją bardzo. Mimo to, nawet 
jeśli uważała, że Rosemary przesadza, jej uwagi na temat wyglądu 
prześladowały ją nieprzerwanie. Za żadne skarby nie chciałaby znowu 
stać się obiektem obleśnych zalotów Ardisa juniora. Samo wspomnienie 
wywoływało koszmarne sny. 
- Sebastianie - zwróciła się do brata w przeddzień rozmów w G Vasey 
Ltd. - Nie przypuszczam, żebyś miał jeszcze te okularki, w których 
udawałeś profesora w... 

background image

- Mówisz o moim ostatnim publicznym występie - z wyższością 
poprawił ją Sebastian, mając na myśli bezdialogową rólkę w ostatniej 
sztuce kółka dramatycznego. - Cóż, właściwie... 
Nazajutrz Leith ledwo rozpoznała się w lustrze, kiedy zwinęła bujne 
kędziory w surowy kok z tyłu głowy i włożyła okulary-atrapy w rogowej 
oprawie. 
Rozmowy w G Vasey Ltd potoczyły się gładko. Nikt nie nabrał 
podejrzeń i nie zadawał pytań na temat jej okularów. Zdjęła je zresztą 
natychmiast po wejściu do mieszkania, nagle zdając sobie sprawę z tego, 
że nikt od Vaseya nie widział jej bez nich. 
Miała teraz przed sobą trudne dwa tygodnie wyczekiwania na 
odpowiedź. W G Vasey Ltd płacili lepiej, niż można to sobie wyobrazić, 
a praca wydawała się naprawdę ciekawa. Wszystko wskazywało na to, 
że o ile dostanie tę posadę, będzie musiała harować ciężej niż 
kiedykolwiek w życiu i jeszcze potrzebny jej będzie pomocnik. 
Wiadomość o tym, że została przyjęta, podziałała jak balsam na jej 
zranioną dumę - do tego stopnia, że w dniu, kiedy miała zacząć pracę, 
omal nie zapomniała skręcić włosów w ciasny kok i włożyć okularów. 
Powoli jednak doszła do siebie i przypomniała sobie wszystko. 
Odpowiednio przygaszona, do tego stopnia nawet, że ukryła zgrabną 
figurkę pod luźnym strojem, wyruszyła w stronę G Vasey Ltd. Poranek 
spędziła na zaznajamianiu się z biurem i jego pracownikami. Przede 
wszystkim jednak zawarła znajomość z Jimmy Webbem, swym 
siedemnastoletnim asystentem, który okazał się prawdziwą kopalnią 
informacji o wszystkim, co dzieje się wokoło. 
Od niego też usłyszała niezbyt pomyślną nowinę, że Vasey został kilka 
miesięcy temu wchłonięty przez giganta Massingham Engineering. Leith 
natychmiast poczuła, że musi bardzo troszczyć się o swą pracę i 
pamiętać, że bez niej nie będzie w stanie spłacić swej części hipoteki. 
- Nie wiesz przypadkiem, czy... ktokolwiek z pracowników 
Massinghama przyjedzie tutaj? - zapytała Jimmy'ego, starając się 
stłumić niepokój. Zbyt dobrze orientowała się w zarządzaniu firmą, by 
nie wiedzieć, że pracownicy Vaseya nie utrzymają się, jeśli Massingham 
będzie w stanie wykonać tę pracę zatrudniając swoich ludzi. 

background image

- Massingham z całym interesem przenosi się na północ - poinformował 
ją wszechwiedzący Jimmy. 
- Fabryka, biura, wszystko. Chodzą słuchy, że sprzedał już swoje 
zakłady tutaj i stworzył tam solidną bazę ekonomiczną. Tu przyjadą 
jedynie ludzie potrzebujący bazy w Londynie. 
Chwilowo uspokojonej Leith opadły skrzydła. 
- To znaczy kto? - zapytała z udaną obojętnością. 
- Same grube ryby, jak mi się zdaje, panno Everett - odparł wesoło 
Jimmy. - I to nieprędko. Muszą jeszcze skończyć tylną przybudówkę i 
wyłożyć biura dywanami od ściany do ściany. 
Odetchnęła z ulgą - nie była grubą rybą! 
- Wiesz już, jaki będzie kolor dywanów? - zażartowała. 
Jej asystent wyszczerzył zęby w radosnym uśmiechu. 
- Mam na imię Leith - dodała, ponieważ była od niego starsza tylko o 
pięć lat. - Czy możesz mi teraz udzielić informacji na temat tych 
dokumentów? 
Jimmy, nie przestając się uśmiechać, przyciągnął swoje krzesło do jej 
biurka. 
W krótkim czasie Leith doskonale orientowała się w nowym nabytku 
Massingham Engineering, który najwyraźniej na razie zamierzał nadal 
używać nazwy G Vasey Ltd. W kontrakcie, nad którym pracował jej 
poprzednik, znalazła się niesamowita bzdura, ale kiedy teczka 
wylądowała na jej biurku, sprawa była już zakończona. Nikt jej nie mógł 
nic zarzucić. Nawet Dave Smith, specjalista od kontraktów, musiał się z 
tym zgodzić. Niemniej Leith ze swym wysokim poczuciem 
odpowiedzialności stanowczo wolałaby, żeby teczka Norwood & 
Chambers leżała u kogoś innego. 
Życie potoczyło się teraz gładko i przyjemnie. Co prawda, pomimo 
swego przygaszenia, musiała ustawić na właściwym miejscu jednego 
Don Juana z zaopatrzenia, a drugiego ze zbytu, ponieważ zachowywali 
się zbyt śmiało, jak na jej upodobania. Ogólnie jednak była bardzo 
zadowolona ze swego losu. Pracowała ciężko i była za to odpowiednio 
wynagradzana. 
Sprawy domowe szły równie gładko. Życie towarzyskie nie było zbyt 
urozmaicone, ale Leith w przeciwieństwie do swego brata, miała mniej 

background image

stadnych instynktów i wolniej zawierała przyjaźnie. Co zaś się tyczy 
przyjaźni, Rosemary zdawała się cierpieć co najmniej tak samo jak 
Travis Hepwood. Mimo to, kiedy wybrał się on z wizytą do Leith i 
Sebastiana, wpadli na siebie w drzwiach zupełnie przypadkowo. 
Później Rosemary wyznała Leith, że widok Travisa w tak żałosnym 
stanie poruszył jej serce. Nic dziwnego, pomyślała Leith, skoro 
Rosemary nadal dokładała wszelkich starań, żeby nie dać ludziom 
powodu do plotek. Najbardziej bała się podejrzenia, iż związała się z 
kimś innym, co dałoby Derekowi pretekst do wystąpienia o rozwód z jej 
winy i skompromitowania w oczach rodziców. Nieśmiało zapukała do 
drzwi sąsiadów i wprosiła się na kawę wiedząc, że Travis jest w środku. 
Po tym dniu Rosemary przyjęła jeszcze dwa zaproszenia na kawę do 
mieszkania Leith i Sebastiana. Nie została jednak nigdy nawet na 
kolacji. 
Travis za każdym razem był tam także. 
Leith pracowała w G Vasey Ltd już dwa miesiące,gdy Sebastian z 
właściwym sobie rozmachem wpadł do domu po pracy i oznajmił, że w 
piątek wyjeżdża do Indii na wakacje. 
- Do Indii! - wykrzyknęła Leith. Słyszała o tym po raz pierwszy. 
- Na Boga, Leith, to tylko dziewięć godzin lotu! Za dwa tygodnie będę z 
powrotem. 
- No to baw się dobrze - odparła, kiedy przyszła do siebie i zaczęła 
pomagać mu w pakowaniu... 
Kolejna ciężka fala deszczu uderzyła o okna mieszkania i wyrwała Leith 
z ponurego zamyślenia. Spojrzała na zegarek i aż się skrzywiła. Wielkie 
nieba, to już po dziesiątej! Chyba całe wieki siedzi tu pogrążona we 
wspomnieniach ostatniego roku. 
Wstała z fotela i poszła do kuchni nastawić mleko na czekoladę. 
Zastanawiała się, co spowodowało ten nagły nawrót wspomnień. Nie 
musiała długo dumać. Główną przyczyną jej problemów i cofania się 
myślami w przeszłość, był najdroższy braciszek Sebastian, który z 
właściwą sobie beztroską przysłał jej pocztówkę: „Indie są wspaniałe. 
Zostaję. Wiem, że dasz sobie radę." 
W pierwszej chwili lekkomyślność brata rozzłościła ją. Oczywiste było, 
że nie zamierza płacić rat ani przez bank, ani w jakikolwiek inny sposób. 

background image

Zadzwoniła do rodziców i dowiedziała się, że oni także dostali wiado-
mość od Sebastiana. A kiedy jej matka zaczęła: 
- Czy to nie podniecające? - Leith wiedziała już, że jeśli oczekuje 
poparcia, traci czas. 
- Będzie mógł robić w Indiach cudowne zdjęcia, prawda? - 
kontynuowała matka i dopiero pod sam koniec rozmowy zainteresowała 
się hipoteką: - Ale przed wyjazdem uporządkował chyba swoje sprawy, 
nieprawdaż, kochanie? 
Dla matki świat zaczynał się i kończył na Sebastianie, zawsze będzie go 
bronić. Poza tym rodzice bardzo pomogli im w urządzaniu mieszkania 
tuż po przeprowadzce, ofiarowując meble, wykładziny i inne potrzebne 
rzeczy. Naprawdę nie wypadało prosić ich, by pokryli wysoki dług 
hipoteczny Sebastiana. 
- Znasz Sebastiana - oznajmiła więc niedbale, wiedząc, że matka widzi 
jedynego syna przez najbardziej różowe z różowych okularów. 
Mleko zawrzało i Leith zaczęła przygotowywać sobie filiżankę 
czekolady, kiedy zabrzmiał dzwonek u drzwi. Nie wiadomo dlaczego 
pomyślała natychmiast, że to Sebastian, chociaż on miał własny klucz. 
Chyba ten nieszczęsny dług gnębił ją zbyt mocno, skoro wierzyła, że 
samą myślą sprowadzi brata do domu. 
Otworzyła drzwi - nie, to nie był Sebastian. 
- Travis! - wykrzyknęła. Wyglądał strasznie i był kompletnie pijany. 
Zauważyła, że ocieka wodą. 
- Wejdź - powiedziała zrezygnowana. Pomogła mu dojść do kuchni, 
posadziła przy stole, 
a sama poszła po ręcznik. 
- Przyszedłeś tu pieszo? - zagadnęła, kiedy wycierał twarz i włosy. 
Miała nadzieję, że nie prowadził samochodu w takim stanie. 
- Stałem na zewnątrz całe wieki... chciałem wejść, a wiedziałem, że nie 
powinienem... 
- Rosemary nie ma - cicho powiedziała Leith. - Wyjechała na weekend 
do rodziców. 
Travis wydał z siebie potężne westchnienie. 

background image

- Na to wygląda - odparł i mięśnie jego twarzy zadrżały, jakby z całych 
sił walczył z załamaniem. Opanował się z trudem i wciąż zdenerwowany 
wyjawił: 
- Wczoraj... wszystko się we mnie nagle zagotowało i pomyślałem... 
pomyślałem, że nie wytrzymam związku, który... że nie mogę kochać 
kogoś, kto wprawdzie mnie także kocha i wiem o tym, ale kto ma to 
swoje...wychowanie, przesady, rodziców, konwenanse... boi się 
skandalu... przyzwoitość... nazwij to, jak chcesz. Dużo przeszedłem. 
Leith wzięła z jego rąk zwinięty w kulę ręcznik i pomyślała, że kubek 
mocnej kawy dobrze by mu zrobił. Alkohol rozwiązał Travisowi język, 
mówił nieprzerwanie. Postawiła przed nim kawę, a on wyrzucał z siebie 
wszystko, co rozdzierało mu serce od chwili, gdy jego oczy po raz 
pierwszy spoczęły na Rosemary. Leith nie czuła zakłopotania, jedynie 
smutek, że miłość do jej przyjaciółki doprowadziła Travisa do tego 
stanu. Bojąc się stracić nawet tę drobną szansę, jaką miał u Rosemary, 
milczał, choć chciałby krzyczeć o swej miłości na cały świat. Tak 
bardzo pragnął opowiedzieć o niej swojej rodzinie, ale Rosemary 
zamierała w strachu na samą wzmiankę o takiej możliwości. Wreszcie 
przyrzekł jej uroczyście, że poza tym domem imię jej nigdy nie padnie z 
jego ust. 
- Wczoraj wreszcie poczułem, że zwariuję, jeśli coś się nie zmieni. 
Zadzwoniłem do niej i powiedziałem, że chcę z nią porozmawiać na 
osobności - zamilkł, myślami błądząc o całe mile stąd. 
- Rosemary nie chciała się z tobą spotkać? - domyśliła się Leith. 
Potrząsnął głową. 
- Idiota ze mnie. Byłem na tyle głupi, żeby nalegać, chciałem ją 
przyprzeć do muru i powiedziałem... powiedziałem... o Boże, musiałem 
zupełnie zwariować... że jeżeli nie mogę zobaczyć się z nią na 
osobności, to nie chcę jej już nigdy widzieć. 
- Och,Travisie - współczująco szepnęła Leith. - A co na to Rosemary? 
- Nic - odparł drżącym głosem. - Odłożyła słuchawkę, a ja zrozumiałem 
- odetchnął spazmatycznie - że wszystko skończone. 
- Tak mi przykro - były to jedyne słowa, które przyszły jej na myśl. 
Nagle Travis dźwignął się z miejsca i zaczął mamrotać coś o powrocie 
do Essex. 

background image

- Gdzie twój samochód? - zawołała z niepokojem, kiedy zrobił kilka 
niepewnych kroków w stronę drzwi. 
- Na zewnątrz... jak mi się zdaje. 
Deszcz wciąż bębnił o szyby i Leith szybko podjęła decyzję. To 
naprawdę nie była noc, w którą można było wypuścić zamroczonego 
alkoholem przyjaciela. A już na pewno nie powinien prowadzić 
samochodu w takim stanie. 
- Lepiej odpocznij trochę - powiedziała, prowadząc go do pokoju. Był 
jej za to wdzięczny, sądząc po tęsknym spojrzeniu, jakie rzucił w stronę 
kozetki. 
- O, tym razem chyba znajdzie się coś lepszego - zauważyła i 
wymanewrowała go z salonu do sypialni Sebastiana. 
W kwadrans później Travis spał słodko, jak niemowlę. Leith pomogła 
mu zdjąć marynarkę, krawat i buty, mając jedynie nadzieję, że nic mu 
nie będzie, jeśli prześpi się w wilgotnych spodniach i koszuli. Okryła go 
kołdrą, a marynarkę powiesiła na wieszaku w przedpokoju, obok 
myśliwskiego kapelusza, który Sebastian zostawił przed wyjazdem do 
Indii. 
Sama także położyła się do łóżka. W sumie nie był to aż tak nudny 
wieczór, pomyślała z ironicznym humorem, który jednak zniknął jak 
zdmuchnięty, gdy powróciła myśl o hipotece. 
Usiłowała zająć głowę czymś innym, rozmyślając nad swą pracą u 
Vaseya. Dobrze się złożyło, że Jimmy Webb jest jej asystentem. 
Wspomnienie Jimmy'ego przywiodło jej na myśl piątkową informację - 
Jimmy zarzekał się, że to święta prawda - że grube ryby od 
Massinghama już w poniedziałek przeprowadzają się do nowego 
skrzydła. A to nie wszystko. Jeśli wierzyć Jimmy'emu, przeprowadzał 
się tam także sam wielki Massingham, władca całego imperium. 
Leith nie sądziła, że kiedykolwiek spotka człowieka tak wysoko 
postawionego. Miała jedynie nadzieję, że jej posada jest bezpieczna. 
Smutno wyglądałaby jej część hipoteki, gdyby straciła tę dobrze płatną 
pracę. O części Sebastiana lepiej w ogóle nie wspominać. 
Myśli zaczęły jej umykać i mocno zasnęła. Obudził ją natarczywy 
dźwięk dzwonka, który ktoś bez przerwy naciskał. Zaspana wstała z 
łóżka, po drodze owijając się szlafrokiem i zapalając światła. 

background image

- Co się dzieje, do licha? - zwróciła się z gniewem do stojącego w 
drzwiach wysokiego, ciemnowłosego nieznajomego. 
Nie odpowiedział, zdjął tylko palec z przycisku dzwonka i przyglądał się 
jej bez uśmiechu, obejmując spojrzeniem potargane kasztanowe włosy i 
śliczną, zaróżowioną od snu twarz. Obserwował jej delikatne rysy, 
przesuwając przenikliwy wzrok po zgrabnej figurze, uwydatnionej przez 
bawełniany szlafrok. Swą niespieszną inspekcję zakończył na 
obnażonych palcach stóp Leith. 
Ona jednak miała dość. Nikt nigdy nie przyglądał się jej tak dokładnie. 
- Dobranoc - prychnęła i chciała zatrzasnąć mu drzwi przed nosem... ale 
zablokował je stopą. 
- Co... - zaczęła, już zupełnie trzeźwa, czując pierwsze dotknięcia 
zimnych igieł strachu. 
- Szukam Travisa Hepwooda - wycedził wysoki mężczyzna. Choć nie 
wyglądał przez to ani trochę łagodniej, znajome nazwisko zmniejszyło 
jej lęk. 
- Travis... - urwała, czując jak jej wrodzona rezerwa rozpływa się bez 
śladu. Nagle zapragnęła chronić Travisa, który nie był w stanie sam 
obronić się przed tym człowiekiem, najwyraźniej wściekłym z jakiegoś 
powodu. Na to przynajmniej wyglądał. 
- Po co? - zawołała ostro, a kiedy nie uzyskała odpowiedzi, dodała: - 
Kim pan jest? 
Nie dowiedziała się wprawdzie nazwiska nocnego gościa, ale doznała 
ulgi, kiedy odpowiedział: 
- Jestem jego kuzynem. - I dodał, rozpraszając resztę jej wątpliwości: - 
Gdyby cię to interesowało, jego matka odchodzi od zmysłów ze strachu 
o niego. To ona mnie tu przysłała. 
Myśli Leith natychmiast skupiły się na jej własnej matce, która, gdyby 
chodziło o Sebastiana, też szalałaby z niepokoju. 
- Proszę, niech pan wejdzie - odezwała się i cofnęła do przedpokoju. 
Mężczyzna, który na oko miał około trzydziestki, wszedł do środka. 
Jego oczy natychmiast powędrowały do wieszaka na płaszcze. 
Domyśliła się, że rozpoznał wiszącą tam marynarkę. 
- Gdzie twoja sypialnia? - rzucił ostro. 

background image

Usta Leith otworzyły się ze zdumienia: ten facet myśli, iż spała z 
Travisem. W tej samej chwili doszła do wniosku, że ma już serdecznie 
dość pyskatego gościa. Próbowała jedynie pomóc Travisowi w ciężkich 
chwilach i proszę, jaka ją za to spotyka nagroda! 
- A kto powiedział, że on chce wyjść? - warknęła, kiedy gwałtownie 
zerwał marynarkę z wieszaka. 
Kuzyn jednak miał wstręt do odpowiadania na pytania inne niż te, które 
sam uważał za stosowne. Zignorował ją i agresywnie zapytał: 
- Naprawdę zależy ci na Travisie? 
- Nie mam najmniejszego zamiaru wychodzić za niego, jeśli o to panu 
chodzi - odparła najspokojniej, jak mogła. Domyśliła się, że została 
posądzona o pobudki wyłącznie materialistyczne. Ktoś przecież musiał 
zapłacić za to eleganckie mieszkanie w dobrej dzielnicy. Kuzyn, zdaje 
się, wiedział dokładnie, kto wykłada pieniądze na ten cel. 
Furia, jaką wywołał w niej ten diaboliczny facet, osiągnęła szczyt, kiedy 
zwrócił się po raz kolejny: 
- Przyczepiłaś się do niego na chwilę, bo regularnie płaci czynsz, co? - 
syknął, tak przekonany o słuszności swego domysłu, że nawet nie 
zażądał odpowiedzi. 
Mimo to odpowiedziała: 
- Nie wynajmuję tego mieszkania. Kupuję je! - rzuciła. Nigdy dotąd nie 
spotkała równie obrzydliwego typa. Jednym tchem rzuciła mu w twarz 
informację, ile wynosi hipoteka mieszkania i już chciała dać upust 
kolejnej fali wściekłości, kiedy wpadł jej w słowo: 
- Masz jakiś własny dochód? 
Wyraźnie dawał do zrozumienia, że ma prawo to wiedzieć! 
- Pracuję! - syknęła Leith, mierząc go nieprzyjaznym wzrokiem, a jej 
zielone oczy ciskały błyskawice. 
- Pracuję, cholernie ciężko haruję na każdego pensa, jakiego dostaję! 
Objął aroganckim spojrzeniem jej płonącą twarz. 
- Święcie w to wierzę - oznajmił zwięźle i wyniośle. Nigdy dotąd Leith 
nie miała takiej ochoty kogoś uderzyć. Odwróciła się szybko i 
pomaszerowała do pokoju Sebastiana. Kuzyn Travisa podążył za nią. 
Leith szybko zapaliła światło. Travis poruszył się we śnie i otworzył 
jedno nieprzytomne oko. Wzrok Leith jednak powędrował w bok. 

background image

Widocznie w ciągu nocy zrobiło mu się gorąco i w zamroczeniu pozbył 
się ubrania, które leżało teraz na podłodze. 
Znowu spojrzała na łóżko, kiedy kompletnie ogłupiały i 
zdezorientowany Travis wymamrotał: 
- Skąd ja się tu wziąłem? 
Stojący u jej boku mężczyzna natychmiast rozpoznał i ocenił kondycję 
kuzyna: 
- Sądząc po stanie, w jakim się znajduje – zauważył - niewiele dziś 
miałaś z niego pożytku. 
Leith nabrała szczerej chęci, żeby mu przyłożyć i chyba zrobiłaby to, 
gdyby nie przesunął się w stronę łóżka. 
- Czas do domu, staruszku - odezwał się łagodnie. 
Wyniosła się do kuchni, z niedowierzaniem stwierdziła, że jest czwarta 
rano, i starannie zamknęła za sobą drzwi. Wkrótce jednak jej myśli 
podążyły w kierunku mężczyzny, który o tej porze wdarł się do jej 
mieszkania. 
Ze sposobu, w jaki ten ohydny typ odzywał się do Travisa, wynikało, że 
rzeczywiście są krewnymi. Nie usprawiedliwiało to jednak wcale jego 
zachowania w stosunku do niej. Jak śmiał zwracać się do Leith jak do 
podrzędnej dziwki chwytającej się życiowej szansy! 
Znowu nią zatrzęsło, ale nie ruszyła się z miejsca, dopóki nie usłyszała 
odgłosu zamykanych drzwi. Smuciło ją wprawdzie, że może już nigdy 
nie zobaczyć Travisa, jeśli jego związek z Rosemary naprawdę jest 
skończony, ale o wiele bardziej cieszyła się z faktu, iż na pewno nigdy 
już nie ujrzy jego nadętego kuzyna. 
Upewniła się, że jest w domu sama i nagle stwierdziła, że spotkanie z 
tym mężczyzną, choć niemiłe, doprowadziło ją do stanu dziwnego 
podniecenia. 
 
 
ROZDZIAŁ DRUGI 
W niedzielny poranek Leith wstała z łóżka niepewna, czy nocna wizyta 
po prostu jej się nie przyśniła. Zajrzała do pokoju Sebastiana. Był pusty, 
ale w łóżku niedawno ktoś spał. A zatem to wcale nie był sen. 

background image

Zajęła się codziennymi sprawami, ale myśli jej wciąż krążyły wokół 
kuzyna Travisa. Nawet gdyby był tylko snem, to wystarczająco 
koszmarnym. Ale... Przypomniała sobie idiotyczne wrażenie, że 
spotkanie pozostawiło ją całą drżącą. Absurd. Jeśli w ogóle drżała, to na 
pewno wyłącznie ze złości. 
Wbrew swojej woli myślała o tym paskudnym facecie przez cały lunch, 
a także potem. Z tego, co mówił, wynikało, że przyszedł szukać u niej 
Travisa na prośbę pani Hepwood. Ale na litość boską, skąd wiedział, 
gdzie szukać? Dlaczego ten ciemnowłosy mężczyzna nie poszedł do 
mieszkania Rosemary, tylko tu!? I jeszcze, jak sobie przypomniała, 
przekonany był, że Travis z nią sypia. Co za ohydny potwór! 
Kiedy ciągle jeszcze zastanawiała się, jaki to genialny węch 
doprowadził agresywnego samca do jej drzwi, na jej progu stanął 
niezmiernie zakłopotany Travis. Wygląda jak upiór, pomyślała, 
zapraszając go do środka. 
- Nie zabawię długo-zastrzegł się szybko, mimo to wszedł do salonu. 
Poprosiła, by usiadł. 
- Przyszedłem po samochód, ale nie mogłem odjechać bez uprzednich 
przeprosin za moje zachowanie zeszłej nocy - oznajmił. 
- Zachowywałeś się całkiem dobrze – uśmiechnęła się Leith, 
współczując mu całym sercem. Był teraz spokojny, pełen godności, ale 
musiał bardzo cierpieć. Jego uczucia były wystawione na razy od chwili, 
gdy ujrzał swą ukochaną Rosemary. 
- Miła jesteś - odparł bez uśmiechu. - Straciłem wątek, ale jakieś 
strzępki sobie przypominam. 
Przez chwilę wydawał się błądzić myślami gdzieś daleko, po czym znów 
przypomniał sobie, gdzie jest. 
- Chyba urwał mi się film i to już w piątek, kiedy Rosemary zerwała ze 
mną. Wtedy byłem jeszcze trzeźwy... 
Leith poczuła się winna, ponieważ to ona doprowadziła do ich 
spotkania. Rosemary kochała go, to nie ulegało wątpliwości, ale miała 
swoje własne, prywatne piekiełko, w którym jej miłość do Travisa 
walczyła o lepsze z przesądami, w jakich została wychowana. 
Nie była w stanie powiedzieć ani jednego pocieszającego słowa o ich 
przyszłości, ograniczyła się więc do pytania: 

background image

- Czujesz się dzisiaj choć trochę lepiej? 
- A jak wyglądam? - zapytał, tym razem z ledwie widocznym cieniem 
uśmiechu. - Nie, lepiej nie odpowiadaj! Moja matka twierdzi, że nawet 
głodny kot nie miałby na mnie apetytu. 
- Matka bardzo martwiła się o ciebie - zauważyła Leith, przypominając 
sobie, że gdyby pani Hepwood nie odchodziła od zmysłów, ona sama 
nigdy nie miałaby okazji gościć, wbrew sobie, jego złośliwego i 
pyszałkowatego kuzynka, do tego o czwartej rano. 
- Jestem jej najmłodszym synem - odparł Travis. Miało to chyba 
wyjaśnić, dlaczego matka tak niepokoi się o niego. 
- Masz brata? - zapytała. 
- Nawet dwóch, Hugo i Willa, ale obaj są żonaci i mają rodziny na 
utrzymaniu. Ojciec jest wspaniały, ale w trudnych chwilach działamy na 
siebie jak czerwona płachta na byka. Dlatego matka, naturalnie, od razu 
zwróciła się do Naylora. 
- Naylor to ten twój kuzyn... kawaler?-dopytywała się Leith, wciąż nie 
rozumiejąc, dlaczego Naylor był osobą, do której naturalnie zwróciła się 
pani Hepwood. 
- Właśnie - powiedział Travis. - Chociaż dla mnie jest on po prostu jak 
jeszcze jeden brat. - I tonem wyjaśnienia dodał: - Jego rodzice zginęli w 
wypadku tego samego roku, kiedy ja się urodziłem. Matka była bardzo 
przywiązana do swojej siostry, matki Naylora, i nalegała, żeby 
zamieszkał właśnie z nami. 
- Rozumiem. - Leith uznała, że uchwyciła znaczenie słowa „naturalnie". 
-Naylor nadal mieszka z wami i kiedy twoja matka... 
- Matka byłaby święcie obrażona, gdyby nie uważał Parkwood za swój 
dom, ale teraz ma mieszkanie w Londynie... Wciąż jednak często do nas 
przyjeżdża i regularnie dzwoni, żeby sprawdzić, czy wszyscy są zdrowi. 
- Leith nie mogła uwierzyć, że ten troskliwy kuzyn Naylor i agresywny 
brutal, z którym miała do czynienia ostatniej nocy, to jedna i ta sama 
osoba, kiedy Travis wyznał: - To matka zadzwoniła do niego w piątek i 
chyba powiedziała mu... tak mi się zdaje... coś, co ja sam powinienem 
był zauważyć, ale byłem za bardzo zajęty, że bardzo martwi się o mnie 
od pewnego czasu. Naylor pojechał wtedy do Parkwood. 
- I widziałeś się z nim w piątek wieczorem, po rozmowie z Rosemary. 

background image

- Nie - spokojnie zaprzeczył Travis. - Nie pamiętam, dokąd poszedłem, 
ale na pewno nie do domu. Przez cały ten czas Naylor próbował 
wyjaśnić matce, że jestem już dużym chłopcem, ale kiedy nie pojawiłem 
się także w sobotę, wszelkie wysiłki, żeby ją uspokoić, spełzły na 
niczym. Kiedy minęła północ, a mnie wciąż nie było, Naylor wybrał się 
po mnie. 
- Powiedziałeś matce o Rosemary... 
- Na litość boską, nie! - przerwał oburzony. - Rosemary tak się trzęsła o 
to, żeby rodzina nie miała pojęcia o naszej miłości, że zachowałem jej 
nazwisko w najgłębszej tajemnicy. Ojciec powiedział zresztą, że w pra-
cy idzie mi dobrze, stąd też doszli do wniosku, że musi w to być 
zamieszana kobieta, ale... 
Tym razem Leith wpadła mu w słowo, naprawdę zaintrygowana: 
- Ale... jeżeli nikomu nie powiedziałeś o Rosemary, to nie podałeś też 
nikomu jej adresu. Jak u licha twój kuzyn wiedział, gdzie szukać? 
- Nie wiedział. Wściekła determinacja i niesamowite szczęście 
zaprowadziły go do twoich drzwi. 
Leith nie była taka pewna tego szczęścia! Wolałaby, żeby go nie miał aż 
tyle, nie powiedziała jednak nic na ten temat. 
- Jak to? - zapytała jedynie. 
- Wygląda na to, że Naylor spędził całe godziny na sprawdzaniu moich 
dawnych znajomości bez rezultatu, kiedy ktoś przypomniał sobie, że 
często widywał mój samochód przed tym domem. Przyjechał i mój 
samochód stał tu rzeczywiście. Tak mnie odnalazł. 
Jak wiele potrafi zdziałać odrobina wściekłej determinacji, pomyślała 
Leith, po czym zapytała: 
- A dlaczego zadzwonił akurat do moich drzwi? - przypomniała sobie, 
jak ten ohydny typ naciskał jej dzwonek przez dobrych parę chwil. - To 
nie jest przypadek, żeby w całym bloku trafić na to jedno, jedyne 
mieszkanie, w którym akurat byłeś. 
- To nie przypadek, po prostu kolejny łut szczęścia. Nie wszystko 
pamiętam z przebiegu ostatniej nocy, ale wydaje mi się, że miałem 
wtedy odrobinę... hm... zachwianą równowagę. W takim stanie 
musiałem niechcący upuścić kluczyki od samochodu. Naylor wszedł do 
budynku i właśnie zaczął mnie szukać, kiedy zobaczył na wycieraczce, 

background image

tuż pod twoimi drzwiami, komplet kluczy. Rozpoznał je po breloczku z 
alzackich winnic. - Wstał, zbierając się do wyjścia i dodał serdecznie: - 
Dziękuję, że zaopiekowałaś się mną ostatniej nocy, Leith. 
- A od czego są przyjaciele? - uśmiechnęła się, odprowadzając go do 
drzwi. 
- Wybaczyłaś mi zatem? 
- Oczywiście - zapewniła go wesoło, ale, tknięta nagłą myślą, zapytała 
jeszcze: - Czy... wyjaśniłeś może kuzynowi, że nie jestem twoją 
przyjaciółką... to znaczy, dziewczyną? 
- Nie mogłem. Bałem się, że powiem za dużo i wspomnę o Rosemary i... 
- Travis urwał, po czym zapytał szybko: - Czy Naylor... zachowywał się 
uprzejmie ostatniej nocy? 
- Uprzejmie? - zdziwiła się Leith. 
- Pomyślałem sobie... wiesz, on potrafi czasami być... gwałtowny. Jeżeli 
myślał, że ty... - zawiesił głos. Wydawał się w tej chwili tak znużony i 
wyczerpany, że Leith nie miała serca powiedzieć mu, jak brutalnym 
draniem okazał się jego kuzyn. 
- Był czarujący - skłamała bez żalu. Widać było, że mu ulżyło. 
Następnego dnia zdążyła już dojść do siebie po tych niezwykłych 
wydarzeniach. Kiedy jednak ubrana w plisowaną spódnicę i obszerny 
żakiet jechała do pracy, myśli o kuzynie Naylorze, bo tak go teraz 
nazywała, bez przerwy krążyły gdzieś na granicy świadomości. 
Miała go przed oczami, kiedy skręcała na parking dla pracowników. 
„Gwałtowny" to było za słabe określenie jego zachowania! Oczywiście, 
jeśli ktoś spędził pół nocy na ulewnym deszczu w poszukiwaniu Travisa, 
na pewno nie mógł tryskać humorem. Zwłaszcza jeśli był to kuzyn 
Naylor. 
W myślach cieszyła się - dobrze mu tak, szkoda, ze nie było oberwania 
chmury z huraganem - gdy nagle, po drugiej stronie parkingu, gdzie 
zwykle ustawiali swe wozy szefowie firmy, ujrzała nowy samochód. I to 
jaki! Jaguar był długi, smukły i jakby wprost z fabryki. Leith wysiadła z 
małej, wcale nie smukłej i pamiętającej lepsze czasy mini. Wtedy 
przypomniała sobie, ze dziś właśnie miały sprowadzić się tu wszystkie 
grube ryby od Massinghama. 

background image

Ruszyła w stronę biura. O ile Jimmy mówił prawdę- a jego źródła 
zwykle były pewne - pan Massingham również miał przyjechać. Leith 
miała dziwne przeczucie, że jaguar należy właśnie do niego. 
Wchodząc powiedziała „dzień dobry" kilku pracownikom, po czym 
skierowała się do biura swego kierownika działu, Roberta Drewera. Po 
drodze doszła do budującego wniosku. Nic dziwnego, że firma 
Massingham jest tak potężna i sprawna. Nie każdy szef przybywa do 
pracy jeszcze przed swoimi pracownikami. Ten facet musi być 
pracoholikiem! 
Po krótkiej dyskusji z Robertem Drewerem zabrała kilka dokumentacji i 
przeszła do swojego pokoju, do którego właśnie wszedł także jej 
asystent. 
- Dzień dobry, Jimmy - przywitała go. - Wygląda na to, że będzie masa 
roboty! 
- A co nowego poza tym? - zapytał wesoło. 
- Możesz połączyć mnie z Greatrix? - poprosiła i poprawiając rogowe 
okulary na nosie dodała: - Masz ładny krawat! 
- Na cześć nowych kolegów - wyszczerzył zęby. 
- Kto wie, może przyjdą nas sobie obejrzeć? 
Leith zabrała się do roboty, szczerze powątpiewając, czy obejrzą 
nowych kolegów choćby z daleka, uśmiechnęła się jednak na to niedbałe 
określenie wyższych rang. 
Pomyliła się jednak, sądząc, że nie spotkają nikogo z nowego skrzydła. 
Około jedenastej wróciła do biura po krótkiej konsultacji z Dave'em 
Smithem i wtedy Jimmy oznajmił tryumfalnie: 
- Wiedziałem, że nie na próżno wkładam krawat! Mieliśmy gościa! 
- Kogoś z Massingham? - zapytała zaskoczona Leith. 
- Samego szefa we własnej osobie! - odparł. 
- Pana Massinghama? - dopytywała się, nie kryjąc zdumienia. 
- Jak Bozię kocham! Przyszedł z kimś z kadr i panem Cathamem - 
ciągnął Jimmy, wspominając nazwisko szefa Vasey. - Pan Massingham 
chciał nie tylko spotkać się z wszystkimi kierownikami, ale także 
obejrzeć sobie każde biuro! 
Leith żałowała trochę, że nie udało jej się zobaczyć szefa, ale wróciła do 
pracy. Była jedynie małym kółeczkiem w ogromnej machinie i pan 

background image

Massingham na pewno nie przyjdzie po raz drugi, a nawet jeśli ma dobrą 
pamięć do twarzy i tak nie będzie pamiętał, z kim się spotkał, a z kim 
nie. 
Wkrótce potem tak zajęła się swoją pracą, że posłała Jimmy'ego po 
jakieś papierzyska i zapomniała zupełnie o panu Massinghamie. 
Stała zwrócona plecami do drzwi, szukając w szafie potrzebnych 
papierów, kiedy usłyszała, że ktoś wchodzi do pokoju. 
- Dobra, Jimmy - powiedziała, nie odrywając wzroku od trzymanych w 
dłoni dokumentów. Miała zamiar dodać jeszcze, że zaraz zabiorą się do 
rozpracowywania materiałów, które przyniósł, kiedy odezwał się jakiś 
głos, ale zdecydowanie nie był to głos Jimmy'ego. 
- Leith Everett? - zapytał. Był wybitnie męski i na pewno nie należał do 
żadnego z pracowników biura... choć chyba go gdzieś słyszała i to 
zupełnie niedawno. 
Powoli odwróciła się i podniosła głowę. I po raz drugi, od chwili 
poznania tego człowieka, otworzyła usta ze zdumienia. Szok zamurował 
ją kompletnie, patrzyła nieruchomo na ciemnowłosego, ciemnookiego 
mężczyznę, który także zdawał się nie wierzyć własnym oczom. 
- Bogowie - mruknął. - To nie możesz być ty! 
- C-co pan tu robi? - wykrztusiła. 
Już przedtem zorientowała się, że mężczyzna, którego przezwała 
Kuzynem Naylorem, odpowiada tylko na te pytania, które sam uzna za 
stosowne. Teraz także pozwolił, by jej pytanie zawisło w próżni. 
Podszedł bliżej, objął uważnym wzrokiem jej gładko ściągnięte do tyłu 
włosy i bez słowa zerwał jej z nosa okulary. Wyglądało na to, że chce 
sprawdzić, czy jej zielone oczy mają ten sam kolor, jaki miały we 
wczesnych godzinach niedzielnego poranka. 
- Niech mnie piorun strzeli, ale wszystkich nabrałaś! -rzucił bezczelnie, 
wtykając jej okulary do ręki. 
- A to co ma znaczyć? - zapytała wyzywająco. 
- Nie mogę pojąć, jakim szatańskim cudem przez ten krótki czas, od 
kiedy tu pracujesz, zarobiłaś sobie na przezwisko Panny Lodowatej - 
raczył odpowiedzieć wreszcie na jedno z jej pytań, choć nie była to miła 
odpowiedź. 

background image

Leith już chciała odpowiedzieć ozięble, że jest tu wyłącznie po to, by 
pracować, a nie flirtować z każdym, kto ma na to ochotę, kiedy nagle 
dotarł do niej prosty fakt, że skoro Naylor wie, jak długo tu pracuje, to 
znaczy, że ktoś z kadr lub pan Catham przedstawił mu w skrócie 
każdego pracownika. 
- Czy ty... - zaczęła, ale wciąż nie chciała uwierzyć w to, co stawało się 
coraz bardziej oczywiste. - Ty nie możesz być... - spróbowała jeszcze 
raz. Znowu nabrała ochoty, żeby mu przyłożyć, kiedy na jego twarzy 
pojawił się drwiący wyraz. 
- O, sądzę, że raczej jestem - wycedził i przedstawił się na wypadek, 
gdyby jeszcze to do niej nie dotarło: 
- Jestem Naylor Massingham. 
Żadne z nich nie wyciągnęło dłoni, więc dodał jeszcze: 
- Możesz mówić do mnie: „proszę pana". Niedoczekanie! 
- A więc... - ciągnął, lustrując ją bezlitośnie. Jego wzrok na pewno nie 
ominął niczego, a zwłaszcza iskierek gniewu w jej oczach. - A więc 
powiedz mi, co taka miła dziewczynka - zaakcentował ironicznie - jak ty 
robi w takim miejscu? 
Leith aż się zagotowała pod smagnięciami jego sarkastycznych uwag, 
ale starała się opanować. On jednak zdawał się czerpać piekielną radość 
ze znęcania się nad nią i Leith poczuła, że nie jest już w stanie pozostać 
pasywną, pokorną i cichą, zwłaszcza kiedy zachęcony jej milczeniem 
podjął swe rozważania. 
- Płacą ci dobrze, jestem tego pewien, ale ty i tak...- objął spojrzeniem 
jej kostium, który wprawdzie maskował figurę, ale był drogi i w dobrym 
gatunku -... tyrasz pewnie po godzinach, żeby spłacić to kosztowne 
mieszkanie... 
- Jak spłacam moją hipotekę, to wyłącznie moja sprawa - odparowała 
Leith, tym razem naprawdę dotknięta do żywego. 
- Nie wtedy, kiedy jest w to zamieszany członek mojej rodziny - cisnął 
jej w twarz już bez śladu szyderstwa. 
- To nie dotyczy... - urwała. Przypomniała sobie, że Naylor podejrzewa 
swego kuzyna Travisa o płacenie jej rachunków hipotecznych. 
- Ale dotyczy mnie! - ostro oznajmił Massingham. 

background image

- Masz zły wpływ na mojego kuzyna - dodał prosto z mostu. - Wczoraj 
znów przyszedł zalany w drobny mak! 
- To nie moja wina. 
- Chcesz mi wmówić, że nie widziałaś go, odkąd niemal wyniosłem go z 
twojego mieszkania? 
- Nie, ale... 
- Myślę, panno Everett-przerwał jej, zanim zdążyła wyjaśnić, że Travis 
wpadł tylko na chwilę, żeby ją przeprosić i zabrać samochód. - Sądzę, że 
w pani interesie leży to, aby już nigdy więcej się z nim nie zobaczyć. 
- W moim interesie? - powtórzyła, zanim to do niej dotarło. - Ja... - 
wyjąkała. - Pan nie może... 
Usiłowała nie poddawać się panice. Jeśli dobrze zrozumiała - a nie miała 
pojęcia, czym innym mogłaby ją szantażować ta cholerna świnia - 
stawką była jej posada! I nagle przyszedł jej z pomocą gniew. Co za 
niesprawiedliwość! 
- Moje życie prywatne - oznajmiła sucho, wyłącznie dla zasady - nie ma 
zupełnie nic wspólnego z pracą! 
Naylor Massingham nawet nie raczył dyskutować. 
- Tak sądzisz? - zapytał jedynie i wyszedł. Leith siedziała, zupełnie 
oszołomiona, z okularami 
w dłoni, kiedy w minutę później wpadł Jimmy z naręczem papierów, po 
które go posłała. 
- Przepraszam, że to tak długo trwało, musiałem czekać, aż Tom 
skończy rozmowę telefoniczną. - Po tych zdawkowych przeprosinach 
już bez ogródek zapytał: - Widziałem, jak wychodził stąd pan Massing-
ham. Ominęło mnie coś ważnego? 
- W twoim przypadku to po prostu niemożliwe, Jimmy - odparła wesoło, 
wzięła od niego papiery i udała, że studiuje je uważnie, choć nie 
docierało do niej ani jedno zdanie. „Tak sądzisz?" Massinghama 
brzmiało jej jeszcze w uszach, budząc niejasną obawę. Nie zagrzała tu 
miejsca nawet tak długo, jak na ostatniej posadzie, a wszystko 
wskazywało na to, że zaraz znów wróci na pozycję czytelniczki 
ogłoszeń. 

background image

Tego dnia potrzebowała wszystkich swych sił, żeby skupić się na pracy. 
Wieczorem jednak, kiedy wróciła do domu, mogła zrobić sobie filiżankę 
herbaty i swobodnie pomyśleć - oczywiście, o Naylorze Massinghamie. 
Dlaczego od razu nie powiedziała mu, że nie jest przyjaciółeczką 
Travisa? I dlaczego, och, dlaczego Travis nie wspomniał nawet 
nazwiska swego kuzyna? Mogłaby wówczas spytać go, czy Naylor ma 
coś wspólnego z Massingham Engineering... i byłaby przygotowana na 
to, co wydarzyło się dziś rano. Mogłaby uporządkować myśli, ułożyć 
sobie, co ma mu powiedzieć, gdyby przypadkiem się spotkali. Powie-
działaby mu, że jej sąsiadka Rosemary... I nagle przypomniała sobie, że 
istnienie Rosemary jest ciągle tajemnicą dla rodziny Travisa. Coś ją 
tknęło. Travis szalał z rozpaczy, że Rosemary go rzuciła, ale chyba sam 
w to nie wierzył. Gdyby rzeczywiście był tego pewien, na pewno nie 
ukrywałby jej tak zazdrośnie. Gdyby powiedział choć słowo, Rosemary 
na pewno nie chciałaby go więcej widzieć. 
Leith zdjęła kostium i ubrała się w dżinsy i sweter. Zaraz potem odezwał 
się telefon. Dzwoniła Rosemary. 
- U ciebie wszystko w porządku? - zapytała szybko Leith, wyobrażając 
sobie, że Rosemary siedzi po drugiej strome korytarza, w jakiś sposób 
unieruchomiona. Zazwyczaj to ona pierwsza wracała z pracy i zaglądała 
do Leith, jeśli miała ochotę na pogawędkę. 
- Nie wróciłam. Wciąż jestem w Hazelbury - odparła Rosemary i 
wyjaśniła: - Matka nie czuje się dobrze i postanowiłam zostać, aż będzie 
jej trochę lepiej. Do pracy już dzwoniłam i... 
- Przykro mi słyszeć, że twoja matka źle się czuje. Co jej jest? - zapytała 
Leith, pamiętając panią Green jako osobę o końskim zdrowiu. 
- Po prostu... źle się czuje - odrzekła Rosemary. - Nic określonego. 
Ojciec właśnie zabrał ją do lekarza,więc pomyślałam sobie, że 
zadzwonię. To nie znaczy, że nie mogłabym dzwonić, gdyby byli w 
domu - dodała pospiesznie, jakby wstydząc się, że robi coś ukradkiem. 
- Naturalnie-równie szybko odpowiedziała Leith. 
- Musiałaś po prostu odczekać, aż wrócę do domu. Natychmiast 
pożałowała, że chcąc podtrzymać na duchu Rosemary, wspomniała o 
pracy. Myśl o biurze przywiodła wspomnienie Naylora Massinghama. 
Niepokoił ją ten facet. 

background image

- No więc, jak się masz? - zapytała, z trudem koncentrując się na 
rozmowie. 
- W porządku - westchnęła Rosemary. Najwyraźniej nie był to temat, 
który ją interesował. Leith domyśliła się, o kim chciała rozmawiać. 
- Widziałam się ostatnio z Travisem - zaryzykowała. 
- Jak on się czuje? - zapytała Rosemary, a poruszenie w jej głosie 
podpowiedziało Leith, że cokolwiek mówiła, serce Rosemary wciąż 
należało do Travisa. 
- Mówiąc zupełnie szczerze, źle z nim - stwierdziła, niechętnie stawiając 
sprawę na ostrzu noża, ale co innego mogła odpowiedzieć? 
Zapanowało długie milczenie. 
- Opiekuj się nim w moim imieniu, Leith - poprosiła Rosemary i 
odłożyła słuchawkę. 
Leith nagle poczuła się przygnębiona tą rozmową. Oto dwoje dorosłych, 
zakochanych w sobie ludzi, rozdzielonych przez nieugięte zasady 
moralne jednego z nich. 
Niemal natychmiast telefon rozdzwonił się ponownie. Tym razem był to 
zaniepokojony Travis, który bezskutecznie usiłował się dodzwonić do 
Rosemary. 
- Zawsze o tej porze jest już w domu po pracy - zaczął. - Czy 
mogłabyś... 
- Przed chwilą dzwoniła - wpadła mu w słowo Leith. 
- Jak ona się czuje? 
- W porządku. Jej matka jest chora... i Rosemary zostanie w Hazelbury 
jeszcze kilka dni - szybko uspokoiła go Leith. 
Travis milczał przez chwilę, po czym odezwał się: 
- Czy Rosemary... w ogóle wspomniała o mnie? 
- Powiedziałam jej, że rozmawiałam z tobą w sobotę - odparła. 
- Nie powiedziałaś chyba, w jakim byłem wtedy stanie? - zawołał, 
wyraźnie zaniepokojony. 
- Oczywiście, że nie - zapewniła go natychmiast. Było to przykre, Travis 
wprost żebrał o odrobinę pociechy. 
- Co mówiła... to znaczy, o mnie? - zapytał. 
- Pytała, czy dobrze się czujesz - odrzekła, niezbyt pewna, czy powinna 
ingerować w ich sprawy. 

background image

- A może coś jeszcze? - Travis domagał się więcej. Psiakrew, pomyślała 
wreszcie. Kochają się w końcu, czy nie?  
- Poprosiła mnie, żebym opiekowała się tobą w jej imieniu - 
poinformowała go. 
Travis milczał przez chwilę, po czym spytał z niedowierzaniem: 
- Więc ona nadal mnie kocha, mimo że jestem takim idiotą, żeby dawać 
jej ultimatum - wszystko albo nic? 
- Nie sądziłam, że w ogóle możesz w to wątpić. 
- Może... - zgodził się Travis i wyznał jej, jak bardzo chciałby 
zadzwonić do Rosemary do Hazelbury. Bał się jednak, że pogrzebałby w 
ten sposób nadzieję na poślubienie jej kiedykolwiek. Wpadł w rozpacz, 
jakby nagle oczami wyobraźni ujrzał przygnębiający obraz siebie 
samego, dokonującego żywota bez swej ukochanej. Opowiadał o swej 
samotności, o tęsknocie, o tym, że serce pęka mu z nadmiaru słów 
miłości, których nie może wypowiedzieć. I nagle, jakby przypomniał 
sobie, że Leith ma się nim opiekować w imieniu Rosemary, zaprosił ją 
na kolację. 
- Jeżeli coś ci wypada w tym czasie, to trudno -dodał szybko, kiedy nie 
odpowiedziała natychmiast. 
Leith milczała jedynie dlatego, że jej mózg pracował już na pełnych 
obrotach. Wydawało jej się, że Travis ma ochotę przyjść do niej i 
pogadać trochę na temat Rosemary. Jeszcze dzisiejszego ranka nie 
zastanawiałaby się ani chwili... Kiedy jednak odkryła, kim jest naprawdę 
kuzyn Naylor, nie miała wielkiej ochoty powierzać swej posady ślepemu 
losowi. A nuż Naylor Massingham będzie przejeżdżał pod jej blokiem i 
zobaczy samochód Travisa na parkingu. 
- Oczywiście, pójdę z tobą na kolację - odpowiedziała, ciągle 
zbuntowana. - Wezmę swój samochód. Gdzie się spotkamy? 
Przygotowała się do kolacji w eleganckim hotelu z pełną świadomością, 
że nie może postąpić inaczej. Uważała Travisa za swego przyjaciela, a 
poza tym musiała też spełnić prośbę Rosemary. Fakt, Naylor 
Massingham oznajmił matce Travisa, że to już duży chłopiec, ale biedak 
cierpiał okropnie, a przy tym leczył swoje smutki w sposób, który nie 
potwierdzał jego dorosłości. 

background image

Jechała na spotkanie, kiedy przypomniało jej się jeszcze jedno zdanie 
wypowiedziane przez Massinghama - tym razem pod jej adresem. 
Pamiętała wrogość w jego głosie, kiedy mówił: „Nie mogę pojąć, jakim 
szatańskim cudem przez ten krótki czas, od kiedy tu pracujesz, zarobiłaś 
sobie na przezwisko Panny Lodowatej". Nie musiała długo myśleć, skąd 
wziął się ten miły tytuł. Wciąż jeszcze czuła się urażona wyrzuceniem z 
pracy w Ardis & Co. za zbytnią poufałość w stosunku do kierownictwa, 
dlatego odprawiła dwóch panów z Vaseya, którzy interesowali się 
bardziej jej osobą aniżeli swoją robotą. Widocznie sprawa się rozniosła. 
Travis wyglądał równie żałośnie, jak wczoraj, kiedy przyszedł po 
samochód. 
- Dzięki, że przyszłaś - powitał ją i poprowadził z foyer do jadalni. 
Stamtąd kierownik sali powiódł ich do ustronnego stolika w kącie sali w 
kształcie litery L. 
- Jak ci minął dzień? - zapytała wesoło i pierwsze danie oraz pół 
drugiego zjadła słuchając, jak bardzo Travis musi się teraz 
skoncentrować na swej pracy. Stąd do wynurzeń na temat jego i 
Rosemary droga była już bardzo krótka. 
Leith kończyła drugie danie, kiedy stwierdziła, że Travis już zbyt długo 
mówi ciągle o tym samym i zaczyna się powtarzać. Postanowiła zmienić 
temat. 
- Ach, nie powiedziałam ci! - zawołała nagle, wpadając mu w słowo. - 
Wiesz o tym na pewno... no, ale ja nie wiedziałam. - A kiedy spojrzał na 
nią zaintrygowany, dodała: - Dopiero dzisiaj dowiedziałam się, że twój 
kuzyn Naylor i mój nowy szef to jedna i ta sama osoba! 
- Naprawdę? - zapytał Travis i po raz pierwszy od dawna uśmiechnął 
się. - Teraz, kiedy o tym wspomniałaś, coś mi świta, że czytałem o 
wchłonięciu Vaseya przez Massinghama, ale Naylor zawsze wplątuje się 
w jakieś negocjacje, więc pewnie wyleciało mi to z głowy. 
- Więc on nie opowiada ci o swoich sukcesach? 
- Może od czasu do czasu rozmawia o interesach z ojcem, dla którego 
czuje ogromny respekt, ale przecież nie mieszka w Parkwood, więc 
rzadko rozmawiamy. 

background image

No jasne - kwaśno pomyślała Leith, bez cienia sympatii do Naylora 
Massinghama. - Jakiż on czarujący! Wtem, jakby sens rozmowy dopiero 
teraz do niego dotarł, Travis zrobił przerażoną minę. 
- Czekaj - rzucił szybko. - Chyba nie powiesz Naylorowi o Rosemary i o 
mnie, co? -I zanim Leith zdołała wykrztusić choćby słowo, żeby go 
uspokoić, dorzucił: - Nie wiem jeszcze, co wyniknie z naszego związku 
z Rosemary, ale ona na pewno ze mną skończy, jeśli dowie się, że ktoś 
jeszcze o nas wie. 
- Rosemary zżerają wyrzuty sumienia. Jest mężatką, a kocha kogoś 
innego... no, ale na pewno... 
- usiłowała przywołać go do rozsądku. 
- Przyrzeknij, że mu nie powiesz - przerwał jej i Leith już wiedziała, że 
może zagadać się na śmierć, a on i tak będzie obstawał przy swoim. 
- Pewnie go już i tak nie zobaczę - mruknęła z nadzieją w głosie, ale 
Travis nie był zadowolony. 
- Dobrze... przyrzekam. Natychmiast się rozluźnił. 
- Dzięki, Leith - powiedział cicho i dodał gorąco: 
- Boże, zawsze myślałem, że to cudownie być zakochanym. Wiesz co? 
To po prostu męczarnia! 
Po chwili milczenia spróbował zmienić temat. 
- Miałaś jakieś wieści od Sebastiana? Rozmowa o Sebastianie, choć bez 
napomykania 
o finansowych problemach, zajęła im czas do końca posiłku. 
- To była cudowna kolacja - oznajmiła Leith, odstawiając filiżankę po 
kawie i zbierając się do wyjścia. 
- Cieszę się - odparł Travis i zawołał kelnera, żeby uregulować 
rachunek. 
Leith wzięła torebkę. Myślami była już w domu. Marzył jej się solidny, 
ośmiogodzinny wypoczynek. 
Szli już obydwoje w stronę wyjścia, gdy nagle Leith przystanęła jak 
wryta. Tyle się namęczyła, żeby Naylor Massingham nie dowiedział się, 
że zlekceważyła jego ostrzeżenie. Mogła nie zadawać sobie tyle trudu. 
Naylor Massingham już wiedział. Siedział przy stoliku z piękną 
blondynką i patrzył wprost na Leith! 

background image

Jego spojrzenie przeniosło się na Travisa, który właśnie stanął u jej 
boku. Travis także spostrzegł kuzyna, choć w jego przypadku, zamiast 
przerażenia, widok ten wywołał szczerą radość. 
- Naylor!-Travis wyrwał się do przodu, chwytając Leith za ramię tak, że 
musiała iść za nim choćby tylko po to, żeby zachować twarz i resztki 
godności. 
Musiała przyznać, że szef Massingham miał w towarzystwie wspaniałe 
maniery. Wstał, kiedy tylko zbliżyli się do jego stolika. Leith widziała, 
jak omiótł wzrokiem jej obcisłą koronkową bluzkę i zgrabnie 
uwypuklające biodra welwetowe spodnie. Nerwowo uniosła dłoń do 
okularów i nagle przypomniała sobie, że przecież nie ma ich na nosie, a 
gdy spojrzenie Naylora powędrowało do jej lśniących, rozpuszczonych 
włosów, poczuła się zupełnie bezbronna. 
- Oczywiście, znasz Leith. - Travis również okazał się dobrze 
wychowany w chwili, kiedy najmniej tego oczekiwała. - Właśnie 
powiedziała mi, że pracujecie w tej samej firmie - dodał, oczekując, że 
wszyscy uznają to za dobry żart. 
- Miło mi panią widzieć, Leith - uprzejmie odezwał się Naylor 
Massingham, ale choć jego piękne usta wygięły się w uśmiechu, twarde 
jak stal spojrzenie miało zupełnie inną wymowę. 
- Mnie również - wymamrotała. Gdy odwrócił się by przedstawić swoją 
towarzyszkę, Olindę Bray, Leith trzęsła się w środku jak galareta. 
Wzrok Naylora jasno dawał jej do zrozumienia, że długo już nie 
popracuje w jego firmie. 
 
 
ROZDZIAŁ TRZECI 
Następnego dnia rano, jadąc do pracy, zastanawiała się, czy już dzisiaj 
czeka ją wymówienie. 
Zaparkowała samochód, nie przestając myśleć o długu hipotecznym. W 
chwili słabości uznała nawet, że powinna wbić do głowy Naylorowi 
Massinghamowi, iż nie jest przyjaciółką jego kuzyna, a także wyjaśnić, 
jakie są przyczyny ich częstych kontaktów. Ale czy on jej na to 
pozwoli? Przypomniała sobie błysk stali w jego oczach i doszła do 

background image

wniosku, że powinna uznać się za szczęściarę, jeśli w ogóle da jej dojść 
do słowa. 
Była na siebie zła za samą chęć tłumaczenia się przed Naylorem. 
Przecież pomiatał nią bez powodu. 
- Cześć, Jimmy - przywitała swego asystenta, wchodząc do biura z 
postanowieniem, że będzie pracować tu tak długo, dopóki nie usłyszy, 
że jest zwolniona. 
Pomimo buntu, pierwsze godziny pracy upłynęły na podskakiwaniu za 
każdym razem, gdy zadzwonił telefon lub otworzyły się drzwi. Ciekawe, 
czy sam ogłosi wyrok, czy każe to zrobić personalnemu? 
Nadeszło południe, a ona wciąż miała pracę u Vaseya i zaczynała już 
wątpić, czy Naylor Massingham będzie chciał ją wyrzucić. Wyszła na 
lunch z uczuciem, że może spokojnie patrzeć w przyszłość. Za cóż 
zresztą miałby ją wyrzucić? Jej praca była bez zarzutu! 
Wróciła z lunchu za dziesięć druga, w zupełnie niezłym nastroju. 
Dokładnie o drugiej zadzwonił telefon. Odebrał Jimmy. 
- To do ciebie - szepnął, zasłaniając dłonią słuchawkę. - Panna Russell. 
Nazwisko nic jej nie powiedziało. 
- Co za panna Russell? - zapytała. 
Przez chwilę zastanawiał się i już myślała, że jej wszystkowiedzący 
asystent zawiódł, kiedy wyszeptał: 
- Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to panna Moira Russell, sekretarka 
pana Massinghama. 
- Dzięki - uśmiechnęła się Leith. Jej dobry nastrój prysnął. - Leith 
Everett - przedstawiła się, opanowując nerwy. 
- O, dzień dobry pani, panno Everett - grzecznie powitała ją Moira 
Russell. - Jestem sekretarką pana Massinghama - dodała na wszelki 
wypadek. - Pan Massingham chciałby widzieć się z panią... 
- Teraz? - zapytała Leith pozornie spokojnym głosem, ale serce 
podskoczyło jej. 
- Jest teraz bardzo zajęty. Jeżeli może pani nie oddalać się zbytnio i 
czekać na wezwanie, zadzwonię, kiedy uda mu się znaleźć dla pani czas 
- uprzejmie oznajmiła sekretarka. 
Leith nie zapytała nawet, po co pan Massingham chce się z nią widzieć - 
nie musiała tego robić. Doskonale wiedziała, co jej powie. 

background image

- Dziękuję, postaram się - odparła równie uprzejmie i odłożyła 
słuchawkę. Aż trzęsła się z gniewu, że ten typ wyrzuci ją z pracy, choć 
naprawdę nie ma za co. 
Czekała, choć sama nie wiedziała dlaczego. Pewnie częściowo z 
powodu ogromnego długu hipotecznego, który ma do spłacenia. A może 
to upór i duma kazały jej czekać na wezwanie Moiry Russell. Ta sama 
duma, która każe jej zaraz zapytać Naylora Massinghama, czy ma lepszy 
powód do wyrzucenia jej z pracy niż miłosne perypetie jego kuzyna. 
Nadeszła trzecia, potem czwarta, a Leith wciąż nie otrzymała wezwania 
i niepokoiła się coraz bardziej. 
Około piątej zaczęła kląć swego pracodawcę w żywy kamień. 
- Zostajesz, Leith? - Jimmy wiedział, że Leith nie liczy godzin pracy i 
nieraz zostaje, żeby wykończyć jakąś robotę. 
- O, niedługo wychodzę - odparła lekko. 
- Chcesz, żebym został? 
- Idź, idź - odpowiedziała z uśmiechem. - Z tym powinnam poradzić 
sobie sama. 
Czy aby na pewno? - zastanawiała się po jego wyjściu. Lubiła swoją 
pracę, potrzebowała jej, towarzystwo budowlane, któremu spłacała 
hipotekę, też pewnie wolałoby, żeby utrzymała to dobrze płatne zajęcie. 
Ale nie miała pojęcia, jak to zrobić, jeśli ta świnia z nowego skrzydła 
powie jej: wynoś się. 
O szóstej, kiedy nawet najwięksi maruderzy poszli już do domu, Leith 
zmieniła zdanie. W tej chwili gotowa była dość dokładnie powiedzieć 
Massinghamowi, gdzie ma tę posadę. W następnej minucie już zmieniła 
zdanie, ale jedno było pewne: należy zacząć działać. 
Złapała słuchawkę telefonu. Szybko znalazła numer w spisie i - pewna, 
że Moira Russell już dawno poszła do domu - zadzwoniła. 
- Sekretarka pana Massinghama - odezwał się jasny głos Moiry i Leith 
pojęła, że, podobnie jak szef, Moira pracuje do późna. 
- Tu Leith Everett - oznajmiła oficjalnie i, nie dając sekretarce dojść do 
słowa, ciągnęła dalej. - Czy może pani przeprosić pana Massinghama? 
Muszę już wyjść... mam ważne spotkanie. 

background image

Po co dodałam tę ostatnią bzdurę, zastanawiała się, kierując się w stronę 
parkingu. Może, mimo osobistego stosunku do Naylora Massinghama, 
uznała, że dobre wychowanie tego wymaga? 
Wycofywała swój samochód, kiedy spostrzegła jaguara, którego po raz 
pierwszy ujrzała... Boże, czy rzeczywiście wczoraj rano? Jeżeli należy 
do Naylora Massinghama, a tego była niemal pewna, to znaczy, że jej 
szef jeszcze pilnie pracuje. Doskonale! To go będzie trzymać z dala od 
Olindy Bray! 
Wielkie nieba! A to skąd mi się wzięło - zdumiała się Leith. Przecież w 
ogóle jej nie obchodzi, z iloma przepysznymi blondynkami się spotyka! 
Nie była bardzo głodna, ale po powrocie zrobiła sobie filiżankę herbaty i 
kanapkę. Martwiła się, oczywiście, wiedziała, że będzie się martwić. Nie 
żałowała, że poszła do domu - w końcu, na litość boską, czekała całe 
popołudnie. 
Czuła się tak, jakby ją ktoś przeżuł i wypluł, więc wzięła kąpiel, 
przebrała się w koszulę nocną i bawełniany szlafrok, wyszczotkowała 
włosy. Było jeszcze za wcześnie, żeby kłaść się spać - zresztą wiedziała, 
że i tak będzie jej trudno zasnąć. 
Kiedy zastanawiała się, czy jutro też będzie czekać na swój wyrok przez 
cały dzień, ktoś zadzwonił do drzwi. Poczuła dziwny ucisk w żołądku i 
zrozumiała, że wcale nie będzie musiała czekać do jutra. 
Była jednak zaskoczona, kiedy ujrzała stojącego na progu Naylora 
Massinghama. Więcej - była tak roztrzęsiona, że zaprosiła go do środka, 
zaprowadziła do salonu i dopiero zdołała pozbierać myśli. Wtedy też 
spostrzegła, że musi mieć ze sobą jakieś poufne papiery, skoro zabrał 
teczkę na górę. 
Jego wzrok przesunął się od lśniących, kasztanowych włosów, poprzez 
pozbawioną makijażu twarz, elegancki szlafroczek, aż po czubki bosych 
stóp. Leith zapomniała języka w ustach, a wewnętrznie aż drżała z 
niepokoju, co też usłyszy za chwilę. Rychło jednak odzyskała mowę, 
kiedy Massingham odezwał się, mierząc ją sardonicznym spojrzeniem: 
- W pełnej gali na niezmiernie ważne spotkanie - syknął, po raz kolejny 
obrzucając wzrokiem jej nocny strój, i dodał równie drwiąco: - A może 
gość jest już w środku? 

background image

- Wcale nie! - wybuchnęła Leith. Nienawidziła Naylora Massinghama 
całą swoją istotą... jego i tych obraźliwych pytań! 
Podniosła błyszczące wrogością oczy. Niewzruszony, wytrzymał jej 
spojrzenie, nie spiesząc się z wyjawieniem celu swej wizyty, postawił 
teczkę i zapytał: 
- Oczekujesz kogoś, prawda? 
Leith zaczerpnęła tchu, żeby odzyskać spokój, po czym podjęła walkę - 
bo tak traktowała ich rozmowę -jego własną bronią. 
- Nie mam dziś spotkania z Travisem, bo pewnie o to panu chodzi - 
oznajmiła chłodno. 
- O tak, wiem - odparł łaskawie. - Wyjechał dzisiaj za granicę w 
interesach. 
- W nadziei, że mu wywietrzeję? - zapytała, nie dając poznać po sobie 
zaskoczenia. Wczoraj jeszcze Travis nic nie wspominał o wyjeździe. 
Gdzieś za tym kryła się ręka Massinghama. Travis powiedział, że kuzyn 
bardzo szanował jego ojca. Czy ten szacunek nie był przypadkiem 
wzajemny? A może zmówili się, że Travisowi dobrze zrobi krotki 
wyjazd? 
- Wcale tego nie oczekuję - odparł i dodał ostro: 
- Chciałem po prostu sprawdzić, ilu masz bliskich przyjaciół płci 
męskiej. 
Leith zamrugała powiekami, słysząc tę bezczelność. 
- Wiem, że w biurze nosisz etykietkę „nie dotykać eksponatu" - ciągnął 
tymczasem (przynajmniej tyle, pomyślała Leith) - ale powiedz mi, 
odkąd to nosisz kapelusz myśliwski? 
- Kape... - urwała, przeklinając jego spostrzegawczość. Z salonu nie 
mógł widzieć wieszaka na płaszcze i kapelusze, a jednak wiedział co na 
nim wisi. 
- Kapelusz nie należy do mnie-odparła z godnością. 
- Niemożliwe - warknął. 
Leith rzuciła mu wymowne spojrzenie. 
- Jeżeli już musi pan wiedzieć, kapelusz zostawił Sebastian, zanim... - 
zaczęła, ale urwała, bo Naylor Massingham przerwał jej brutalnie. 
- A zatem Travis, którego tak zdawałaś się kochać jeszcze wczoraj, nie 
jest twoim jedynym kochankiem! 

background image

- Kochankiem?! - wykrzyknęła zaskoczona. 
- Boże, jacyśmy niewinni! - zakpił Massingham. 
Nagle w jego oczach zapaliło się demoniczne światełko. Ponieważ 
wyglądał na człowieka, który chętnie udowadnia własne teorie, postąpił 
dwa kroki do przodu i wyciągnął w jej stronę ramiona. 
Nikt nigdy nie całował Leith w ten sposób. Być może, z powodu 
ciężkiej pracy, która nie zostawiała jej wiele czasu - ani chęci - by 
zajmować się takimi rozrywkami, całowała się rzadko i nigdy aż tak! 
Walczyła jak oszalała, pojęła jego zamiary od pierwszej chwili. 
Oplatające ją ramiona były jednak silne jak żelazna obręcz. Nie było od 
nich ucieczki, podobnie jak nie było ucieczki od bliskości jego ciała. 
Wkrótce odkryła też, że nie można uciec od jego ust. 
- Nie! - udało jej się krzyknąć, kiedy na moment uwolniła się spod 
władzy jego warg. 
To było wszystko, co udało jej się powiedzieć, ponieważ znowu wziął w 
posiadanie jej wargi i całował ją jeszcze namiętniej. Czuła, jak mocniej 
przyciąga ją do siebie... i nagle, gdzieś wewnątrz jej ciała, odezwało się 
dziwne uczucie mrowienia. Usiłowała go odepchnąć, ale zaskoczona 
poczuła, że tak naprawdę wcale nie ma na to ochoty. 
Dłonie Naylora pieściły jej plecy, zsunęły się do talii, potem dosięgły 
bioder. 
- Och... - westchnęła, czując, jak rozpalają się w niej iskierki pożądania. 
Uniosła ramiona, oplotła nimi jego szyję i już z własnej woli oddała 
pocałunek. 
Pogrążyła się w nieświadomości, zapomniała, po co do niej przyszedł, 
jeszcze pół godziny temu uznawała go za najohydniejsze z męskich 
stworzeń. 
I wtedy nagle, niespodziewanie, znieruchomiał. W następnej chwili 
odepchnął ją od siebie. 
Gapiła się na niego, powoli wracając do przytomności, nie wiedziała, co 
właściwie dzieje się wokół. Chwiała się jeszcze od niespodziewanej siły, 
z jaką działały na nią jego pocałunki, kiedy oznajmił drwiąco: 
- Mów mi dalej, że nie należysz do każdego, kto tego zechce. 

background image

Słowa te podziałały na nią jak zimny prysznic. W jednej chwili 
odzyskała przytomność umysłu i, choć wciąż jeszcze miała na uwadze 
swoją posadę, zapragnęła nagle go udusić. 
- Wiec dlaczego tu przyszedłeś?-syknęła gwałtownie. - Bo chyba nie po 
to, aby udowodnić niszczącą moc swego sex appealu? 
Kipiała wściekłością i nie była pewna, czy nie rzuci się na niego z 
pazurami. I naraz jej świeżo nabyta skłonność do rękoczynów została 
skutecznie ostudzona: usta jej gościa wykrzywiły się leciutko, jakby jej 
sarkazm go rozbawił. 
Wkrótce przekonała się, że była w błędzie. Naylor Massingham nie 
wyglądał na rozbawionego, wręcz przeciwnie. 
- Chciałem powiedzieć pani, panno Everett, że jeśli pani stosunek do 
pracy nie ulegnie zmianie, zostanie pani wylana! - rzucił ostro, mierząc 
ją mrocznym spojrzeniem. 
- Wylana? - poderwała się Leith, gotowa walczyć o swą opinię. 
Wiedziała, że pracuje bardzo dobrze, a on usiłował jej wmówić coś 
wręcz przeciwnego. 
- Co jest nie w porządku z moją pracą? - rzuciła wyzywająco. 
Nie odpowiedział od razu, niewzruszenie spoglądając w jej 
rozwścieczone, zielone oczy. A potem zapytał miękko: 
- A co powiesz o kontrakcie Norwood & Chambers? 
- To nieuczciwe! - wybuchnęła Leith. - Prace nad kontraktem Norwood 
& Chambers zostały rozpoczęte na długo przed moim przyjściem do 
firmy. Ja tylko... 
- Dokończyłam go - wpadł jej w słowo i Leith wiedziała już, że 
przerzucił każdy papierek, aby tylko znaleźć jakiś błąd. 
- Ale nie mogę brać odpowiedzialności za... - zaczęła i natychmiast 
dostała nauczkę. 
- Jedną z zasad, jakie musi zaakceptować urzędnik, zajmujący tak 
eksponowane stanowisko - wycedził - jest ta, że kiedy sypią się gromy, 
bierzesz odpowiedzialność za wszystko, co opuszcza twoje biuro, czy 
podpisałaś to, czy nie! 
Zadowolony z udzielonej lekcji dodał: 

background image

- Ponieśliśmy straty w transakcji Norwood & Chambers - wyjaśnił, po 
czym uprzejmie, zbyt uprzejmie, uzupełnił: - Zakończ znajomość z 
Travisem, a postaram się o tym zapomnieć. 
- To szantaż! - oskarżyła go gniewnie i od razu stwierdziła, że nie 
przyjął tego najlepiej. 
- Nazwij to jak chcesz, do diabła! - prychnął. Leith stoczyła krótką, 
wewnętrzną walkę. Była już 
bliska wyjawienia, że Travis nie jest i nigdy nie był jej kochankiem, ale 
rzuciła przelotne spojrzenie w stronę Massinghama. Z jego twardej, 
wojowniczej postawy wywnioskowała, że jej nie uwierzy. Przynajmniej 
dopóki nie opowie mu wszystkiego o Rosemary. 
Po chwili wzięła się w garść. Do licha, przecież lubiła Rosemary i 
Travisa, uważała ich za swych przyjaciół, a jednak znalazła się o krok 
od zdrady. 
Po drugim spojrzeniu na pracodawcę zdołała się opanować i znalazła 
dość sił, by wyjaśnić chłodno: 
- Rozumiem, że chce mi pan dać do wyboru: albo zostawię Travisa, 
albo, o ile nie zdoła mnie pan dosięgnąć kontraktem Norwood & 
Chambers, będzie pan tak długo grzebał w umowach, w których miałam 
choćby minimalny udział, aż udowodni mi pan zaniedbania w pracy! 
Nienawidziła kąśliwości, która znowu pojawiła się w jego głosie, gdy 
stwierdził: 
- Równie zmyślna, jak śliczna! - po czym pochylił się i wziął do ręki 
aktówkę. 
Przez chwilę z ulgą sądziła, że zabierze manatki i wyjdzie. Ale nie, on 
jedynie otworzył teczkę i wydobył z niej opasłą dokumentację. Podał ją 
Leith bez słowa wyjaśnienia. 
Otworzyła skoroszyt, obejrzała uważnie pierwszą stronę i podniosła na 
niego pytające spojrzenie: 
- Palmer & Pearson? Zazwyczaj nie... 
- Teraz tak - odparł stanowczo i polecił: - Popracuj sobie nad tym. Może 
swawole wywietrzeją ci z głowy. 
Z tymi słowy, jakby uznał, że poświęcił jej wystarczająco dużo cennego 
czasu, odwrócił się i wyszedł. Gapiła się w ślad za nim z buntem w 

background image

oczach. Miała dość roboty i bez tego, a w dodatku ta praca wyglądała na 
bardzo odpowiedzialną. 
Nie mogła przyjść do siebie po tej wizycie. Zanim położyła się spać, w 
duchu przeklinała go razem z jego ostrzeżeniami. W normalnej sytuacji, 
gdyby takie ostrzeżenie było niezbędne, Naylor Massingham nie 
zawracałby sobie głowy wizytami, zlecając je jednemu ze swoich 
pracowników. Miała jednak dość ludzkich uczuć, by w całej tej 
nieprzyjemnej historii dopatrzyć się paru pozytywnych zjawisk. Po 
pierwsze, wprawdzie udzielił jej ustnej nagany, ale jednocześnie dał do 
opracowania poważną dokumentację (nawet, jeżeli to uczynił wyłącznie 
dlatego, żeby nie miała czasu na inne zajęcia), co oznaczało, że słyszał 
pochlebne opinie na 
temat jej pracy. Po drugie - nawet, jeśli z jego punktu widzenia nie miał 
to być komplement - powiedział o niej: Równie zmyślna, jak śliczna. 
Czy właśnie te słowa złagodziły choć trochę jego brutalność? Leith, 
zasypiając, nie myślała jednak o słowach, jakie padły między nimi. 
Prześladował ją tamten pocałunek... i to, że nie zdołała mu się oprzeć. 
Około piątku wspomnienie pocałunku z Naylorem Massinghamem 
zupełnie wywietrzało z głowy Leith. Zaprzątały ją inne, o wiele 
ważniejsze sprawy. Czuła, że wpadła jak śliwka w kompot. I to w 
bardzo gorący. Rosemary nie wróciła od rodziców, Travis albo był 
jeszcze za granicą, albo czuł się lepiej, bo więcej się nie odezwał. O ile 
jednak z tej strony sprawy układały się po jej myśli, o tyle doskonale 
zdawała sobie sprawę z tego, że w nowym skrzydle siedzi sobie facet, 
który dokładnie śledzi jej najmniejsze potknięcia. 
Dlatego też po dwa i trzy razy sprawdzała wszystko, co lądowało na jej 
biurku. Oprócz normalnych zajęć musiała poświęcić sporo czasu i 
wysiłku sprawie Palmer & Pearson, którą Naylor powierzył jej. Do tej 
pory pracowała od rana do wieczora, a teraz zostawała w biurze długo 
po godzinach i jeszcze zabierała do domu pękatą teczkę. 
W piątkowy poranek pojawiła się w biurze po nocy spędzonej na pracy i 
rozmyślaniach nad zmianą posady. Na Vaseyu świat się nie kończy, 
zdecydowała i od razu zreflektowała się, że żadna inna firma nie zapłaci 
jej aż tyle. Zważywszy, że nie otrzymała od Sebastiana nie tylko 

background image

pocztówki, a co dopiero przekazu pieniężnego, był to poważny 
argument. 
Żeby już nic nie brakowało do szczęścia, zadzwonił Jimmy Webb. Prosił 
o zwolnienie z powodów żołądkowych. Czytaj: ciężki przypadek kaca - 
pomyślała, wiedząc, że poprzedni wieczór spędził na przyjęciu 
urodzinowym u kolegów. 
Był jednak doskonałym pracownikiem, więc choć wiedziała, że bez 
niego dzień będzie cięższy niż zwykle, współczująco poradziła mu, żeby 
wziął Alka-Seltzer i wracał do łóżka. 
- Zobaczymy się w poniedziałek - powiedziała i wróciła do swej pracy, 
przerywanej odbieraniem telefonów, co zazwyczaj należało do 
obowiązków Jimmy'ego. 
Wczesnym popołudniem miała już wszystkiego serdecznie dość. Było 
około wpół do trzeciej, kiedy musiała wyjść po dokumentację, którą w 
zwykłych warunkach przyniósłby jej Jimmy. Wracaj, Jimmy, wszystko 
ci przebaczyłam, myślała z lekkim rozbawieniem, wędrując po 
potrzebne papiery. 
Mimo rozbawienia nie była w odpowiednim nastroju, aby przyjmować 
awanse Paula Fishera, który, nie zwracając uwagi na okulary i uczesanie 
w stylu starej panny, zawsze gotów był okazać jej swe zainteresowanie. 
Tym razem nadchodzili jednocześnie: ona z jednej, on z drugiej strony. 
Leith usiłowała wyminąć go szerokim łukiem. On, zdaje się, miał 
całkiem odmienne zamiary. W korytarzu było dość miejsca dla obojga, a 
jednak Fisher manewrował tak, że zderzyli się i wpadła w jego ramiona. 
Obrócił ją ku sobie. 
- Leith - zaczął tonem, który miał brzmieć uwodzicielsko. - Jeżeli chcesz 
przeżyć najpiękniejsze chwile swego życia... 
- Precz z łapami! - warknęła. - Jeśli przyciśnie mnie tak, żeby znieść 
twoje karesy, zgłoszę się do ciebie. Tymczasem trzymaj swoje brudne 
macki z dala ode mnie! 
Odpychała go z całej siły, nie obchodziło jej, że ktoś może zobaczyć lub 
usłyszeć. Jego wzrok powędrował nagle za jej plecy i natrętne ramiona 
opadły, a ich właściciel spiesznie poszedł w swoją stronę. 

background image

Leith z ulgą powitała wolność, ale nieprzyjemne wydarzenie sprawiło, 
że cała się trzęsła. Odwróciła się - tylko po to, by zderzyć się z kimś po 
raz kolejny. 
Mam naprawdę zły dzień, pomyślała, odpychając tego kogoś i znowu 
tracąc równowagę. Ramiona, które przytrzymały ją tym razem, nie 
miały niestosownych zamiarów. Leith szybko podniosła wzrok i napo-
tkała czarne, jak noc, spojrzenie Naylora. 
Przez długą chwilę wpatrywał się uważnie w zielone oczy. 
- Cała drżysz! - zauważył. 
Na ułamek sekundy zamurowało ją, w mrocznym spojrzeniu zdawała się 
czaić łagodność. A potem jego oczy powędrowały ku jej wargom i już 
wiedziała, że Naylor przypomniał sobie tamte pocałunki... 
Gwałtownie wyrwała się z jego objęć. 
- Mężczyźni! - syknęła wściekle. 
Jego dłonie opadły natychmiast, a łagodność w spojrzeniu okazała się 
wyłącznie wytworem jej wyobraźni. Była tam już jedynie drwina. 
- Nie mów mi, że się leczysz! - burknął pogardliwie. Leith wysoko 
uniosła głowę, minęła go i odeszła. Miała dość biura na ten tydzień. 
Naładowała pełną teczkę spraw, nad którymi mogła popracować w 
domu i dokładnie o piątej zamknęła drzwi. Wychodząc z budynku 
spostrzegła Paula Fishera. 
Miała zamiar minąć go, nie zaszczycając nawet spojrzeniem, ale nie 
udało jej się uniknąć spotkania. 
- Dzięki! - rzucił jej prosto w twarz. 
- Za co? - zapytała chłodno, nie zatrzymując się. 
- Panna Niedotykalska! Dzięki tobie właśnie oberwałem od starego 
Drewera. Zaproponował mi skrócenie długoterminowej umowy z firmą, 
jeśli nie zaprzestanę napaści seksualnych. 
- Nie mógł trafić lepiej! - parsknęła mu w nos, i skierowała się w stronę 
samochodu. 
Najwyraźniej Paul Fisher uważał, że naskarżyła na niego do kierownika, 
ale przecież nie zrobiła tego. Właściwie nie miała nic przeciwko temu, 
żeby uchodzić za skarżypytę, jeśli miało to uchronić inne kobiety przed 
znoszeniem jego wątpliwych awansów. Ktoś w końcu musiał na niego 
donieść, prawda? 

background image

Zerknęła w stronę jaguara, zaparkowanego na swoim stałym miejscu. 
Leciutki uśmieszek przemknął przez jej wargi. Czy Naylor Massingham 
nie był przypadkiem jedynym świadkiem tego zajścia? Wsiadła do 
samochodu i ruszyła z miejsca. Nie miała pojęcia, kto inny mógłby 
donieść na Fishera - i poczuła coś na kształt sympatii do swojego szefa. 
Ciekawa była, jak długo im się przyglądał. Musiał widzieć całą albo 
prawie całą scenę, żeby mieć powód do posłania Paula Fishera na 
dywanik i przekonać Drewera, kto był winien zajściu. 
Nagle uświadomiła sobie, że niemal przez całą drogę do domu myślała o 
Naylorze Massinghamie i w tejże samej chwili zadała sobie pytanie, 
które omal nie przyprawiło jej o zawrót głowy. Była wściekła, kiedy 
Alec Ardis ją objął, uściski Paula Fishera doprowadziły ją do mdłości... 
więc dlaczego nie czuła nic podobnego wtedy, kiedy wziął ją w ramiona 
Naylor? 
 
 
ROZDZIAŁ CZWARTY 
Leith nie znalazła odpowiedzi na dręczące ją pytanie. W sobotę rano 
obudziła się z myślą, że ma inne, ważniejsze sprawy na głowie. 
Wypchana do granic wytrzymałości teczka przypomniała jej, w jaki 
sposób spędzi dwa wolne od pracy dni. 
Po śniadaniu rozłożyła w jadalni stół, na którym poukładała zawartość 
teczki. Wtedy zadzwoniła jej matka. 
- Miałaś wiadomości od Sebastiana? - brzmiało pierwsze jej pytanie. 
- Ty chyba miałaś, co? - odparła Leith z uśmiechem. 
- Dostałam dziś rano śliczny, długi list. Spotkał jakąś miłą dziewczynę, 
wiesz? 
Sebastianowi zdarzało się to czasami. 
- Wraca do domu? - zapytała Leith, zaciskając kciuki i z nadzieją 
czekała na odpowiedź. 
- Jeszcze nieprędko. Sądzę, że możemy spodziewać się go dopiero około 
Bożego Narodzenia. - Matka radośnie pogrzebała wszystkie nadzieje 
Leith. Boże Narodzenie będzie za siedem miesięcy! - Razem z Elise 
podróżują po Indiach, potem pojadą do Tajlandii i... - Leith na chwilę 
straciła wątek, myśląc z rozpaczą, że stanie się cud, jeśli Sebastian wróci 

background image

i spłaci część hipoteki w Boże Narodzenie za dwa lata... - Co za 
cudowna okazja! 
- Oczywiście, jasne - Leith z trudem wróciła do rzeczywistości. Matka 
prawdopodobnie miała na myśli cudowną okazję do zwiedzenia połowy 
świata. 
- Mam nadzieję, że zwolnił się z pracy. Miało go nie być tylko dwa 
tygodnie. 
- Na pewno, kochanie - odparła matka, zachwycona listem, który 
otrzymała od uwielbianego syna. 
- Czy... hm... wspomniał, z czego będzie się utrzymywał? - zapytała 
Leith, pogrążona w nieustannej trosce o hipotekę. 
- Wiesz, no... cóż - odparła matka z zażenowaniem i Leith szybko 
domyśliła się prawdy. 
- Nie prosił cię chyba o pieniądze? 
- A nie powinien? - pani Everett stanęła w obronie syna. - Wysyłanie co 
miesiąc raty za hipotekę musi być dla niego poważnym obciążeniem. 
Napisał, że mógł biedować, kiedy był sam, ale teraz musi myśleć o 
Elise. 
A Elise naturalnie nie ma ani grosza, żeby płacić za swoje wydatki - 
pomyślała Leith, ale powstrzymała się od komentarzy. 
- A co na to ojciec? - zapytała. 
- Eee... poszedł grać w golfa - odparła matka i szybko zmieniła temat. 
Zdaje się, że ojciec nie ma pojęcia o rodzinnych brakach finansowych - 
pomyślała Leith. 
- A co u ciebie, może masz jakieś małe kłopoty, w których trzeba ci 
pomóc? 
- Wszystko jest wspaniale. Ani śladu kłopotów - zaprzeczyła Leith, nie 
chcąc zatruć matce wspaniałego nastroju. W istocie musiała stawić czoło 
aż dwu problemom: hipoteka i Naylor Massingham. 
- Zawsze byłaś takim mądrym dzieckiem - promiennie stwierdziła pani 
Everett. Naturalnie nie miała pojęcia, ile razy Leith skrywała przed nią 
swe dziecięce, a później młodzieńcze troski, bo akurat w tym samym 
czasie Sebastian przeżywał jakieś wydarzenie lub miał problemy. 
- Aha - ciągnęła matka. - Nie powiedziałaś mi, że Rosemary Green 
opuściła męża! 

background image

Leith na chwilę zaniemówiła. Jej rodzinne miasteczko, tak jak wszystkie 
inne, posiadało zwiadowczą siatkę plotkarzy, którzy chwytali 
najdrobniejszą sensację i nadymali ją jak balon. Rosemary byłaby 
jednak zrozpaczona, gdyby mówiono o jej kłopotach. 
Stoczyła ciężką walkę ze swoim sumieniem, gdyż przyjaźń do 
Rosemary walczyła o lepsze z koniecznością bezczelnego kłamstwa. 
- Rosemary nie opuściła męża-wydusiła wreszcie. Przynajmniej 
powiedziała prawdę! Równie dobrze mogła dokończyć zdanie i 
wyjaśnić, że to mąż Rosemary postanowił odejść, ale matka już wpadła 
jej w słowo: 
- Nie mieszka przecież u siebie. Wróciła do domu! 
- Jej matka jest chora. 
- Na moje oko wyglądała wyjątkowo dobrze, kiedy spotkałam ją wczoraj 
rano! 
Nic nie można było na to poradzić. 
- Nie wiedziałam, że z ciebie taka plotkara, mamuś - zażartowała Leith 
- Wcale nie! - żachnęła się matka. - Ja tylko... Leith odeszła od telefonu 
z mieszanymi uczuciami. 
Chętnie rozmawiała z rodzicami, ale tym razem wolałaby, żeby matka 
nie zadzwoniła. Niepokoiła się o Rosemary - rodzice są w stanie zatruć 
jej życie, jeśli dotrą do ich uszu plotki krążące po miasteczku. Zaś 
wiadomość, że Sebastian nie wróci przed końcem roku, była 
prawdziwym ciosem. 
List nie załatwi sprawy. O tym wiedziała, zanim jeszcze sama myśl 
postała jej w głowie. Ze słów matki wynikało, że Sebastian będzie stale 
w podróży, więc wątpliwe, aby jakikolwiek list zdołał do niego dotrzeć. 
A poza tym, skoro prosił matkę o pieniądze, należało się spodziewać, że 
jest już bez grosza. 
Spędziła ponad pół godziny na przyzwyczajaniu się do myśli, że będzie 
musiała spłacać obie połowy miesięcznej raty przez co najmniej siedem 
miesięcy. Ale skądże ona, na Boga, ma wytrzasnąć tyle forsy? 
Prowadząc oszczędny tryb życia, poszcząc troszkę, przeżyje może 
miesiąc, może dwa, ale potem... 
Zabrała się do pracy w nadziei, że utopi w niej swoje troski. I wówczas 
zdała sobie sprawę, że nie ma zamiaru wracać do Hazelbury, o ile nie 

background image

będzie to absolutnie konieczne. Lubiła Londyn, swoją pracę, chciała 
zostać. I nagle, ni stąd, ni zowąd, stanęła jej przed oczami sylwetka 
Naylora Massinghama... Leith ze złością sięgnęła po skoroszyt. No to 
co? Lubi Londyn, lubi swoją pracę, ale... 
Po południu zadzwoniła Rosemary. 
- Kiedy wracasz? - szybko zapytała Leith, która mogła nie widzieć 
przyjaciółki tygodniami, ale teraz bardzo się za nią stęskniła. 
- Jeszcze nieprędko. Rodzicom nie podoba się, że będę mieszkała sama 
w Londynie - wyznała. 
Wielkie nieba - pomyślała Leith i poczuła wdzięczność do losu za 
rodziców, jacy przypadli jej w udziale. 
- Właśnie wyszli-ciągnęła Rosemary. Przez chwilę milczała, po czym 
zaczęła mówić bardzo szybko, jakby bała się, że wrócą, zanim zdąży 
wszystko powiedzieć. - Czy mogę cię prosić o grzeczność, Leith? 
Leith uważała, że biedna, szarpana wyrzutami sumienia Rosemary 
zasługuje na wszystkie grzeczności. 
- Oczywiście - odparła zachęcająco. 
- Wiesz, Travis dzwonił przed chwilą. 
- Travis? 
- Tak... Z Włoch - odparła Rosemary i Leith wydawało się, że słyszy w 
głosie przyjaciółki cień uśmiechu. Zniknął jednak, gdy dodała: - Na 
szczęście moich rodziców nie było w domu... nie wiem, co by się działo, 
gdyby byli... To znaczy... tym razem miałam szczęście, ale musiałam 
powiedzieć Travisowi, żeby już nigdy do mnie nie dzwonił. 
- Ale ciągle go kochasz? - nieśmiało wtrąciła Leith. 
- Tak, bardzo, bardzo - szepnęła miękko Rosemary po krótkiej chwili 
milczenia. - Ale moi rodzice są wściekli, że nie usiłuję pogodzić się z 
Derekiem. 
- Nie powiedziałaś im, że mieszka z kimś innym? 
- Powiedziałam, ale to nie robi żadnej różnicy... dostaliby szału, gdyby 
dowiedzieli się o Travisie. Dlatego właśnie dzwonię - wyznała wreszcie 
i dodała: -Tak bardzo tęsknię za jego głosem. Kiedy zadzwonił, 
poczułam się cudownie, ale nie mogę pozwolić, żeby zadzwonił znowu. 
Dlatego powiedziałam mu, że jeśli ma mi coś do powiedzenia, niech 
zadzwoni do ciebie, a ty mi to przekażesz. Zrobisz to, prawda? 

background image

- Naturalnie!-zawołała Leith bez wahania i natychmiast pojęła, że tą 
obietnicą nigdy nie zdoła, według słów Naylora Massinghama, skończyć 
z Travisem. Nie wątpiła w to, że Travis natychmiast się z nią 
skontaktuje. 
Skontaktował się. Był niedzielny wieczór, a on wciąż był we Włoszech. 
- Leith, to ja... Travis - usłyszała w słuchawce. 
- No i jak tam? - zapytała wesoło. 
- Rozmawiałem z Rosemary. 
- Wiem, dzwoniła do mnie. 
- Naprawdę, kochane stworzenie! Poprosiła cię o... pomoc, prawda? 
- Chętnie to zrobię - zapewniła go i natychmiast wczuła się w rolę 
posłańca. - Masz jakąś wiadomość do przekazania? 
- Powiedz jej tylko, że ją kocham... chociaż ona i tak o tym wie - odparł 
Travis. - Nie musisz specjalnie do niej dzwonić, bo jej rodzice zaczną 
coś podejrzewać. Przebaczyła mi, że byłem takim durniem i postawiłem 
jej ultimatum. Chciałbym, żeby już wróciła do siebie - dodał z ciężkim 
westchnieniem. 
- A kiedy wracasz do Anglii? - zapytała Leith, czując, że Travis zaczyna 
wpadać w ponury nastrój. 
- Ojciec dał mi furę roboty, ale powoli zaczynam dostrzegać koniec - 
odrzekł nieco weselej. 
W poniedziałek rano Leith weszła do biura po całej niedzieli spędzonej 
nad dokumentami. Cieszyła się z tego poranka. 
- Lepiej ci? - powitała Jimmy'ego. 
- Nigdy więcej! - jęknął zawstydzony. - Dopiero wczoraj udało mi się 
otworzyć oczy. 
Leith roześmiała się i posłała go po jakieś dane. W dziesięć minut 
później, kiedy zadzwonił telefon, było jej mniej wesoło. 
- Tu Moira Russell - zaanonsowała się sekretarka doskonała. - Pan 
Massingham chciałby zobaczyć się z panią natychmiast, o ile jest pani 
wolna. 
W uszach Leith zabrzmiało to jak rozkaz. 
- Oczywiście - odpowiedziała z niejasnym uczuciem, że lepiej nie pytać, 
co by było, gdyby nie była wolna. 

background image

- Jesteś, Leith. - Jej asystent wparował do pokoju z informacjami, 
których potrzebowała. 
- Zostaw to na moim biurku, Jimmy - poprosiła, biorąc dokumentację 
Palmer & Pearson. - Pan Massingham chce się ze mną widzieć... nie 
zabawię długo. 
Opuściła pokój z nieprzyjemnym wrażeniem, że spryciarz Jimmy 
zauważył jej lekki rumieniec. 
Już przed gabinetem szefa stwierdziła, że cała się trzęsie. Nic dziwnego, 
u niej w domu Naylor Massingham nie był łatwym przeciwnikiem. Co 
będzie teraz, kiedy znalazła się w samej jaskini lwa? Zamknęła oczy, 
zapukała i weszła. Wysmukła, nieskazitelnie elegancka kobieta 
podniosła głowę znad papierów. 
- Panna Everett? - zapytała uprzejmie. Uprzejmość nic nie kosztuje. 
- Dzień dobry - uśmiechnęła się Leith. - Zdaje się, że pan Massingham 
chciał widzieć się ze mną. 
- Proszę usiąść na chwilę. - Moira Russell uśmiechnęła się także, wstała 
i podeszła do drugich drzwi. Zapukała lekko i weszła. Ano właśnie - 
pomyślała Leith, widząc się już wysiadującą tu do południa. Na 
szczęście Moira Russell wróciła niemal natychmiast. Serce Leith zabiło 
nieco mocniej. 
- Pan Massingham przyjmie panią teraz - oznajmiła sekretarka. 
Leith uśmiechnęła się lekko i wstała. Udało jej się zachować uśmiech na 
twarzy nawet wtedy, kiedy weszła do pokoju wyłożonego grubym 
dywanem. Spojrzała na wysokiego, smukłego mężczyznę, jej wzrok 
spoczął na chwilę na jego kształtnych wargach i - szalona -mogła myśleć 
już tylko o ich dotknięciu na swoich ustach. 
- Dzień dobry, panie Massingham - z trudem opanowała się na tyle, by 
wypowiedzieć te słowa. Uśmiech na jej twarzy zbladł nieco, ale 
postanowiła, że będzie przynajmniej grzeczna i miła. 
Przystanęła na środku pokoju. Jego ostry, badawczy wzrok zatrzymał się 
na skrytej za okularami twarzy i nietwarzowym kostiumie. Przyszło jej 
do głowy, że może powinna zachować się bardziej wojowniczo. Sądząc 
po jego minie, nie był w najlepszym nastroju, przynajmniej na pierwszy 
rzut oka. 

background image

- Usiądź - zaproponował nadspodziewanie uprzejmie, wskazując fotel po 
drugiej stronie biurka. 
Leith, wciąż jeszcze trochę roztrzęsiona, z wdzięcznością przyjęła 
propozycję. Wiedziała, że czas, jaki szef może jej poświęcić, jest 
ograniczony. Położyła na jego biurku pękatą teczkę. 
- Sprawa Palmer & Pearson - zaczęła. - Mam zamiar zwrócić się do 
kilku firm, ale najpierw muszę uzyskać pewne cyfry z... 
Podniosła głowę i speszyła się. Naylor Massingham patrzył na nią i 
najwyraźniej nie obchodziły go jej zamiary. 
Poruszył się, ale zamiast zasiąść za biurkiem, podszedł do jej fotela. 
- Próżność jest nieodłączną cechą kobiety - zauważył. - Myślałem, że 
szkła kontaktowe są hitem ostatnich lat? 
- Eech... - nieświadomym, żeby nie powiedzieć: obronnym ruchem 
sięgnęła do okularów. Nagle pojęła, że ten mężczyzna ma na nią zbyt 
wielki wpływ. 
- Nie wszyscy mogą nosić szkła kontaktowe - palnęła bez namysłu i 
dodała z nutą szczerości: - Ja nie mogę. 
Nie zdołała się uchylić, gdy znajomym już, gwałtownym gestem zerwał 
jej z nosa okulary. Instynktownie próbowała je złapać, ale był zbyt 
wysoki. 
Chciała wstać, ale był zbyt busko, a ona doskonale pamiętała, co 
oznacza bliskość jego ciała. Zrezygnowała więc i wściekła obserwowała 
go spod oka. Tymczasem Massingham podniósł leżącą na stole 
dokumentację, wyjął z niej kartkę i przyjrzał się jej przez okulary. Po 
chwili papier powrócił do teczki, a Massingham odwrócił się do niej. 
- Nie wiem, czy może pani nosić szkła kontaktowe, czy nie - stwierdził 
lodowatym tonem - ale na pewno nie potrzebuje ich pani. To zwykłe 
szkło -dodał spokojnie. 
Leith milczała ciągle, kiedy jego wzrok powędrował ku jej pięknym 
włosom, ściśniętym w węzeł. 
- Ciekawe, dlaczego wspaniała kobieta, o równie wspaniałych włosach, 
kryje swą urodę za okularami, których nie potrzebuje, czesze się jak 
więźniarka, a przy tym próbuje odwrócić uwagę od swej figury, która, o 
ile dobrze pamiętam, jest rozkosznie doskonała w kształcie i 
proporcjach? 

background image

Leith na ułamek sekundy zapomniała, gdzie jest i znów poczuła dotyk 
jego rąk na swoim ciele. Odpędziła od siebie to wspomnienie i 
pomyślała, że rozmowa przybiera zbyt osobisty charakter. 
- Potrzebuję tych okularów - zdecydowała się bronić tego, co w jego 
oskarżeniach wydawało się najmniej osobiste. 
- A po co? - zapytał wyzywająco. 
- Z całą pewnością nie po to, żeby przez nie patrzeć! - rzuciła bez 
ogródek. 
- Czytałaś bez trudu, kiedy ci przyniosłem tę teczkę do domu... i nie 
miałaś okularów! 
Niech cię cholera weźmie - pomyślała. Nagle znienawidziła go z całego 
serca. Przyglądał jej się tamtej nocy, kiedy czytała dokumentację. Nie 
miała pojęcia, że zapomniała o okularach... 
- Nieraz... - zaczęła, gotowa kłamać jak najęta, ale przerwał jej. 
- Twoje usta zaprzeczają, że jesteś taką zimną kobietą, za jaką chcesz 
uchodzić... mam zresztą na to także inne dowody - przyciął jej złośliwie. 
- A jakież to dowody? - odparowała i, niestety, zbyt późno pojęła, że w 
tym okrzyku było więcej agresji niż sensu. 
- Nie licząc oczu ciskających błyskawice i namiętnego temperamentu - 
nie odmówił sobie przypomnienia jej tego - wcale nie byłaś lodowata, 
kiedy się do mnie tuliłaś tamtego wieczoru! 
- Tu... tuliłam się? - prychnęła. Po namyśle jednak- a wspomnienia były 
zbyt żywe, żeby zajęło jej to więcej niż sekundę - uznała, że „tulenie" 
było odpowiednim określeniem. 
- Nie mam ochoty mówić o tym! - rzuciła cokolwiek arogancko. 
Właściwie nie miała innego wyjścia. 
Jeżeli jednak spodziewała się, że ujdzie jej to na sucho, bardzo szybko 
przekonała się, że Massingham jeszcze niejedno ma w zanadrzu. 
- Nieźle! - syknął wściekle. - Ja tu rządzę i skoro płacę za twój czas, 
mogę dyskutować o tym, co uznam za stosowne! 
To wystarczyło, żeby zatrzęsła się ze złości, ale on jeszcze nie skończył. 
- Na początek zatem powiesz mi, dlaczego, skoro wiem, że gościsz u 
siebie na przemian przynajmniej dwóch panów, tutaj starasz się 
uchodzić za Pannę Lodowatą. Okulary, uczesanie starej panny... 
dlaczego tak ci zależy na tej opinii? 

background image

- Jeśli już musi pan wiedzieć - wybuchnęła Leith, czując, że na 
wzmiankę o przynajmniej dwóch panach na przemian jej gniew 
przeradza się w furię - miałam nieprzyjemne doświadczenia z ostatniego 
miejsca pracy. 
- Ardis&Co.? - zapytał z nagłym zainteresowaniem. 
Najwidoczniej rozpracował ją bardzo dokładnie. Cóż, należało się tego 
spodziewać. 
- Jakie doświadczenia? - nalegał. 
- Ktoś mnie... napastował... zaczął obmacywać... 
- Masz na myśli napaść seksualną? - zapytał z poważną miną. 
- Właśnie tak - odparła, czując, że spora część jej agresji ulotniła się 
nagle. - Trochę to mną wstrząsnęło. 
- Sprawiło, że boisz się mężczyzn? - zapytał, ale sam widocznie w to nie 
wierzył, skoro sądził, że już po opuszczeniu Ardisa była w łóżku z jego 
kuzynem. 
- Bać się? Nie... - odrzekła zupełnie uczciwie. - Nie... raczej jestem 
ostrożna. 
- Rozumiem - skomentował to spokojnie, ale z jego miny Leith mogła 
wnioskować, że wcale mu się to nie podoba. 
- Wiec złożyłaś Ardisowi wymówienie i zdecydowałaś się ukryć swoją 
kobie... 
- Nie składałam wymówienia - wpadła mu w słowo Leith, nadal starając 
się być uczciwą. 
- Zostałaś zwolniona? - zapytał. 
Leith zorientowała się, że powiedziała dużo więcej niż trzeba.   . 
- To oznacza... - snuł swe rozważania Naylor Massingham, nie czekając 
nawet na jej odpowiedź - że osoba, która cię napastowała, musiała być 
dość wysoko postawiona. 
Jego zdolność dedukcji jest doprawdy zadziwiająca -pomyślała Leith. 
Odkryła jednak coś jeszcze bardziej zadziwiającego. 
- Pan mi wierzy? - zapytała. - Myślałam... 
- Mam przed sobą cały materiał dowodowy, czyż nie? - zauważył i 
wyjaśnił swój tok rozumowania: -Personalny zwrócił się do Ardisa o 
referencje... dostał je bez trudu. Nie wspomnieli jednak o sposobie, w 
jaki została zerwana umowa. Ponieważ nie miało to nic wspólnego z 

background image

twoją pracą, należało sądzić, że ktoś u Ardisa jest mocno zakłopotany 
tym, co ci się przydarzyło... i chce zachować milczenie. - Massingham 
zerknął na nią i ciągnął dalej: - Opuściłaś Ardisa i przyszłaś tutaj, 
świadomie ukrywając pod strojami swoją sylwetkę i twarz, mimo iż nie 
czułaś żadnych szczególnych zahamowań seksualnych. Zgadza się? 
Leith czując się zobowiązana do odpowiedzi wyznała z absolutną 
szczerością: 
- Ciężko pracowałam nad zdobyciem kwalifikacji. Chcę być traktowana 
serio. To bardzo irytujące, kiedy wiem, że mam rozum, a niektórzy 
mężczyźni uważają mnie za pustogłowego kociaka, który... - urwała 
nagle. - To przez pana Paul Fisher dostał po nosie w zeszły piątek? 
Kąciki ust Naylora Massinghama leciutko uniosły się w górę. 
- Ty naprawdę myślisz - stwierdził. 
- Niezależnie od kontraktu Norwood & Chambers, jestem dobra w tym, 
co robię! - odparła dumnie. 
Wpatrywał się w jej błyszczące, zielone oczy. 
- Nikt już nie nazwałby cię Panną Lodowatą, gdyby mógł cię teraz 
ujrzeć - powiedział mimo woli. 
Okrążył biurko, usiadł i podał jej okulary. 
- Nie wkładaj ich, dopóki jestem w pobliżu - polecił, zanim zdążyła 
umieścić je na nosie i pozbierać myśli. - Obrażają moje poczucie piękna. 
A wracając do sprawy, z powodu której cię wezwałem... - dodał, nie 
czekając, aż Leith odzyska oddech po ostatnim zdaniu. 
- Tak... eee... sprawa Palmer & Pearson-przerwała mu, nagle zdając 
sobie sprawę, że przez cały czas, jaki tu spędziła, zaledwie przelotnie 
musnęli sprawy zawodowe. 
Udał, że nie słyszy. 
- Myślałem co nieco o naszym... problemie - oznajmił. 
Leith spojrzała na skoroszyt na biurku. 
- Palmer & Pearson? - zapytała, i natychmiast zorientowała się, że 
dopóki nie zaczęła się praca, nie może być żadnych problemów. - Ach, 
ma pan namyśli Norwood & Chambers? 
Nic lepszego nie przyszło jej do głowy. 
- No więc... 

background image

- Czy ty specjalnie udajesz, że nie wiesz, o co mi chodzi? - zapytał 
szorstko i, widząc jej pytające spojrzenie, wyjaśnił nagle bardzo 
agresywnym tonem: - Mówię o moim kuzynie! Czy dzwonił? 
Trzymaj się, Leith - pomyślała, ale nie skłamała. 
- Dzwonił z Włoch - wyznała. 
- Jak sądzę, nie poprzestał na jednym razie-mruknął i nie wydawał się 
zadowolony, kiedy nie usłyszał odpowiedzi. Mogła jednak wytrzymać 
jego humory. O wiele bardziej niepokojąca i podejrzana była wyszukana 
grzeczność, z jaką się do niej zwracał. 
- Po długim namyśle proponuję... - zaczął jedwabistym tonem, 
ociekającym wdziękiem i urokiem, ba, uśmiechnął się nawet - żebyś... 
została moją dziewczyną. 
Leith natychmiast poderwała się na równe nogi. 
- O, nie, tego szczęścia nie dostąpisz! - zawołała, a przerażenie chwyciło 
ją za gardło. 
Nie mogła opanować tej, jak sama wyczuła, zbyt silnej reakcji, w 
dodatku nie miała pojęcia, co ją tak przeraziło. 
- Żle mnie pani zrozumiała, panno Everett - odezwał się chłodno 
Massingham. Wstał i, mierząc ją aroganckim spojrzeniem, stwierdził 
autorytatywnie: 
- Gdybym miał dostąpić tego szczęścia, może pani być pewna, że 
zacząłbym wierzyć w przesądy. 
Uświadomił jej w ten sposób, że gdyby istotnie miał się nią 
zainteresować, uznałby, że stracił resztki zdrowego rozsądku. 
- Znam już odpowiedź, ale na wszelki wypadek chciałbym ją usłyszeć 
od pani - ciągnął dalej szorstkim tonem. - Czy bawi się pani Travisem 
dla czystej... hm... przyjemności, czy też jest w nim pani zakochana? 
Ostatnie słowa wypowiedział jakby z odcieniem smutku. 
- Ja... - zaczęła Leith, ale kiedy już miała powiedzieć, że nie kocha 
Travisa, przypomniała sobie, że nie może tego zrobić bez złamania 
obietnicy danej Rosemary. Nie miała wyboru. 
- No wiec?-nalegał Naylor Massingham. Im dłużej zwlekała z 
odpowiedzią, tym bardziej się wściekał. 

background image

- Lubię Travisa... bardzo go lubię - oznajmiła i natychmiast dostrzegła w 
oczach zwierzchnika niebezpieczne błyski. To upewniło ją, że na nic 
wszelkie wykręty. 
- Nie - odparła szczerze. 
- Nie kochasz go i nie masz zamiaru za niego wyjść?- nalegał. 
- Nie prosił mnie... - znowu próbowała uników, ale urwała, bo zrobił 
gwałtowny krok w jej stronę. 
- Nie - wyznała. 
- To oznacza, że o ile on kompletnie zwariował na twoim punkcie, ty 
bawisz się nim jak kot myszą. 
Dziwne: im bardziej jego słowa przeistaczały ją w samicę bez serca, tym 
większą czuła potrzebę wyznania mu prawdy. 
- No i co? - warknął. Wzruszyła ramionami. 
- Jeżeli chce pan widzieć to w ten sposób - odparła, czując, że 
doprowadziła go do szału, bo wsadził obie pięści w kieszenie, jakby bał 
się, że ją uderzy. 
- Takie kobiety jak ty przyprawiają mnie o mdłości - wycedził. 
Najwyraźniej miał już jej serdecznie dość. 
- Nie wiem, dlaczego jeszcze nie wyrzuciłem cię z pracy. Miałbym 
święty spokój! 
Leith ogarnęła dzika furia. Żaden mężczyzna nie wyleciałby z pracy z 
takiego powodu... gotowa była się założyć, że nie! 
- Boi się pan chyba, że jako bezrobotna mogłabym wyjść za Travisa - 
wybuchnęła złośliwie. W gniewie nie dostrzegła nawet, że taka 
możliwość w jej przypadku w ogóle nie wchodziła w rachubę. 
Jak się okazało za chwilę, nie jej jednej zrobiło się ciemno przed 
oczami. 
- Co przez to rozumiesz? - syknął. 
Leith była dość wściekła, żeby nie rezygnować. 
- Chyba nie chciałby mnie pan widzieć w swojej rodzinie, co? 
- Masz cholerną rację! - wycedził, ale nagle uspokoił się, choć w jego 
oczach wciąż jeszcze czaiły się niebezpieczne błyski. 
- Skoro nie masz zamiaru wyjść za mojego kuzyna- dodał po chwili - 
przy następnym spotkaniu delikatnie wyjaśnisz Travisowi, że go nie 
kochasz. 

background image

- Myśli pan, że jestem zdolna zrobić to delikatnie? - szyderczo zapytała 
Leith. 
Massingham kompletnie zignorował jej pytanie. 
- Potem - ciągnął dalej - powiesz mu, że od chwili kiedy mnie ujrzałaś, 
nie możesz o mnie zapomnieć. 
- A on ma w tę bajeczkę po prostu uwierzyć? - wtrąciła bezczelnie. 
Znowu ją zlekceważył. Następne jego słowa jednak sprawiły, że 
naprawdę zapomniała języka w buzi. 
- Na czas, który będzie konieczny, abyś mu wywietrzała z mózgownicy, 
zostaniesz moją dziewczyną. I - dodał groźnie, zanim zdołała 
zaprotestować - jeżeli zależy ci na pracy, a wiem, że tak jest, nie 
piśniesz ani słowa o tym, że sprawa jest ukartowana. 
Leith powoli otrząsnęła się z szoku. Sprawy zaszły już za daleko, żeby 
teraz wszystko wyznać, zresztą i tak nie mogłaby tego zrobić. Naylor 
przejrzał jej blef, a ona nic nie mogła na to poradzić - co za cholerna 
kreatura! 
- Musi... musi być jakiś inny sposób - powiedziała głośno i tknięta nagłą 
myślą dodała: - Przecież mogę powiedzieć Travisowi, że to koniec bez... 
bez tego przedstawienia. 
Naylor potrząsnął głową, zanim jeszcze skończyła. 
- Mówiłem ci, żebyś z nim skończyła, a ty nie posłuchałaś. Miałem czas 
przemyśleć sprawę. Musi być tak, jak powiedziałem. Travis wpadł po 
uszy i nie przyjmie do wiadomości niczego innego. A zatem, kiedy 
przyszedłem do ciebie, zakochałaś się we mnie od pierwszego 
wejrzenia. Od tej pory widywaliśmy się codziennie i... 
- I to wszystko ma być takie jednostronne? - przerwała mu jadowicie. - 
Mówię o tym... zauroczeniu. 
Znowu potrząsnął głową. 
- W tym sęk. Oboje wiemy o tym, że i tak nie poślubiłabyś go, droga 
panno Everett. Travis bardzo kocha swoją rodzinę. 
Ty też, dodała w myśli Leith. 
- Na pewno pozwoli ci odejść, kiedy dowie się, że darzysz miłością 
kogoś z jego rodziny i jest to miłość z wzajemnością. 
- Mówi pan naturalnie o sobie! 
- Naturalnie. 

background image

Leith ani trochę się to nie podobało. Szukając ratunku przypomniała 
sobie przystojną blondynkę, towarzyszącą mu na kolacji tamtego 
wieczoru. 
- A co z pańską drugą dziewczyną? - rzuciła nieprzyjaznym tonem, 
dziwnie wzdragając się przed wypowiedzeniem imienia blondynki. 
- Dziewczyną? - zdziwił się. 
Leith pojęła, że Olinda była jedną z tłumu. 
- Olinda Bray - wyjaśniła. - Tamtego wieczoru najwyraźniej pan się jej 
podobał. 
- Wiesz, jak to jest - wzruszył ramionami. - Kupić nie kupić, potargować 
można... 
Roześmiał się - trzeba przyznać - uroczo. Leith była zupełnie bezsilna. 
- Wygląda na to - powiedziała - że nie mam wyboru i muszę zrobić to, 
co pan każe. 
Zerknęła na niego i zobaczyła, że promienny uśmiech zniknął, a na jego 
miejscu pojawił się dawny, nienawistny wyraz. Sprawiło jej to 
przykrość. 
- Jeszcze jedno. - Leith uznała, że skoro sprawy zaszły już tak daleko, 
równie dobrze może wspomnieć i o tym. 
- Co? - warknął, wyraźnie niezbyt zachwycony perspektywą 
wysłuchania jej warunków. 
- Nie mam zamiaru iść z panem do łóżka, żeby utrzymać posadę! - 
palnęła prosto z mostu. 
Wyczytała odpowiedź z jego twarzy, zanim zdążył otworzyć usta. 
Wyniosłe, władcze spojrzenie, jakie jej rzucił, mówiło samo za siebie. 
Uważał ją za piękną, przynajmniej tak twierdził, ale poza tym nie 
wywierała na nim żadnego wrażenia. Chyba to właśnie chciał jej dać do 
zrozumienia, kiedy wycedził: 
- Czy uznasz mnie za nieuprzejmego, jeśli otrę czoło z zimnego potu i 
odpowiem ci: kamień z serca? 
Leith uznała, że określenie „świnia", to dla niego komplement! 
Wyobrażała sobie jego minę, gdy pozna prawdziwy obiekt miłości 
Travisa. Będzie wściekły, że na próżno stracił tyle energii. Zemsta ma 
smak miodu... Było tylko jedno ale... 

background image

- Czy może mi pan obiecać, że niezależnie od tego, jak skończy się ta... 
ta farsa, czy po pańskiej myśli, czy nie... pozostanę na mojej posadzie? 
Objął ją beznamiętnym spojrzeniem. 
- Masz na to moje słowo. 
Tylko to chciała usłyszeć. Okręciła się na piecie, zmierzając w stronę 
drzwi. Dokumentacja Palmer & Pearson pozostała na blacie biurka. 
- Jeszcze jedno - zawołał za nią, zanim wyszła. Przystanęła i obróciła się 
w jego stronę. 
- Słucham? - rzuciła chłodno. 
- Domyślam się, że nie jesteś w stanie zapłacić całej hipoteki za swoje 
mieszkanie. Mój kuzyn na pewno ci pomagał. Od tej chwili ja przejmuję 
to zobowiązanie. 
Na szczęście znajdował się poza zasięgiem ciosu, bo wściekłość Leith 
przekroczyła punkt krytyczny. Była w stanie uderzyć go. Niestety, z tej 
odległości mogła jedynie słownie wyrazić swoje zdanie na temat jego 
oferty. 
- Poczekasz sobie! - syknęła. 
Wcisnęła okulary na nos i wybiegła, trzaskając drzwiami. Jej stosunek 
do Naylora Massinghama nie budził już wątpliwości: nienawidziła go! 
 
 
ROZDZIAŁ PIĄTY 
W czwartek Leith zaczęła sadzić, że nigdy w życiu nie pracowała tak 
ciężko. W zeszłym tygodniu harowała jak niewolnica, ale teraz 
wydawało się, że na jej biurku ładowało więcej pracy niż kiedykolwiek. 
Może lepiej, że Rosemary jeszcze nie wróciła. Z taką masą roboty 
niewiele czasu pozostawało jej na kawę i plotki, nie mówiąc o życiu 
towarzyskim. 
Życie towarzyskie! Wciąż jeszcze kipiała złością na Naylora 
Massinghama. Skoro ma być jego dziewczyną, to co jeszcze robi w 
domu każdego wieczoru? Nie, nie chciałaby, żeby się z nią skontaktował 
- precz, nieposłuszne myśli! A w ogóle zbyt jest zajęta, żeby wyjść z 
nim wieczorem, nawet gdyby ją zaprosił. Na ile go zna, nie zaprosi jej 
nigdzie. Każe, poinformuje, poleci, ale nie poprosi. 

background image

W przerwach pomiędzy jednym a drugim napadem furii na Naylora 
zdawało jej się przeżywać dziwne chwile, kiedy z całego serca chciała 
mu wyznać, że nie jest uczuciowo zainteresowana jego kuzynem. 
Chwile te jednak nie trwały długo, bo zaraz na nowo dźwięczało jej w 
uszach układne oświadczenie, że postanowił, iż Leith zostanie jego 
dziewczyną. 
Bez względu na jego groźbę powinna chyba coś wyjaśnić Travisowi, ale 
od telefonu z Włoch nie dał znaku życia. Jednak - fakt całkowicie dla 
niej niezrozumiały - czuła jakąś dziwną niechęć do takiego załatwienia 
sprawy. Czyżby w stosunku do Naylora Massinghama poczuwała się do 
lojalności? A może to lęk przed utratą pracy? 
Postanowiła nie myśleć o tym. 
- Czy dziś znowu zostajesz po godzinach? - spytał Jimmy, wyrywając 
Leith z zadumy i kierując jej myśli na inny tor. 
- Nie, Jimmy - odparła. - Dziś wychodzę o piątej. Zaspokoiła jego 
ciekawość i przypomniała sobie treść rozmowy z Naylorem. Był pewien, 
że ktoś płaci za jej mieszkanie, ponieważ jej samej na to nie stać. Ona 
także pogodziła się z myślą, że nie może pozwolić sobie na pozostanie w 
luksusowym apartamencie, zwłaszcza że nie mogła liczyć na Sebastiana.  
Musiała dokładnie przemyśleć całą sytuację. 
Nie wymyśliła nic genialnego aż do chwili, kiedy przy małej przepierce 
przypomniała sobie, że Rosemary wynajmowała swoje mieszkanie. Po 
kilku minutach wiedziała już, co robić, a po dziesięciu następnych cały 
plan był gotowy. Kiedyś dowiedziała się od Rosemary, ile wynosi 
czynsz. Jeśli uda jej się otrzymać taką samą sumę za wynajęcie 
własnego mieszkania, na pewno spłaci hipotekę. Oznaczałoby to 
przeprowadzkę do mniej eleganckiej dzielnicy, ale kluczem do całej 
sprawy było właśnie wynajęcie tańszego mieszkania. 
Od dwóch dni poświęcała godziny lunchu na rozmowy z pośrednikami. 
O piątej zatem opuściła biuro, z kwaśnym uśmieszkiem odnotowując na 
parkingu obecność jaguara, i pojechała na oględziny mieszkania, na 
które mogłaby sobie pozwolić. 
- Bardzo ładne - powiedziała miłej gospodyni, która wprawdzie nie 
opuszczała mieszkania na stałe, ale wyjeżdżała na północ pod koniec 
roku i chciała przed wyjazdem uporządkować sprawy. Mieszkanie było 

background image

małe, położone w dzielnicy, której zupełnie nie znała. Była jednak w 
przymusowej sytuacji i nie miała wyboru, nawet jeśli odpowiadał jej 
jedynie czynsz. 
- Wezmę je - zdecydowała natychmiast. Nie chciała wracać do swojego 
ogromnego apartamentu i znowu mieć wątpliwości. 
Nad filiżanką herbaty omówiły warunki wynajmu. Później Leith jeszcze 
raz obejrzała mieszkanie. 
Było już po siódmej, kiedy dotarła do eleganckiej dzielnicy, w której 
mieszkała dotychczas. 
Jadąc myślała o tym, że do nowego mieszkania będzie mogła 
przeprowadzić się dopiero za trzy miesiące. Oznaczało to, że musi skądś 
zdobyć pieniądze na trzymiesięczną spłatę hipoteki i na pokrycie czeku, 
którym zapłaciła czynsz za pierwszy miesiąc. Próbowała spojrzeć na to 
od bardziej optymistycznej strony. Trzy miesiące pozwolą jej na 
spakowanie rzeczy - swoich i brata - a może przyszły lokator jej 
mieszkania także zapłaci za miesiąc z góry. 
Oczywiście, że zapłaci - pomyślała butnie. Czując nagły przypływ 
dobrego humoru skręciła na parking przed swoim blokiem i - 
spostrzegła znajomego jaguara. Za kierownicą siedział mężczyzna. 
Ich spojrzenia spotkały się. 
A niech to! Leith od razu zauważyła, że jest o coś wściekły. Minęła go i 
skręciła do garażu na tyłach domu. Jakże chętnie zmieni adres! Był tylko 
jeden problem: w kadrach Vaseya będzie musiała podać nowy, a wtedy 
jej pracodawca i tak ją znajdzie! 
Wprowadziła wóz do garażu i przez chwilę miała ochotę wejść do domu 
przez tylne drzwi. Czyżby była aż takim tchórzem? Już nieraz widziała 
Naylora w ataku furii. Zamknęła garaż, odwróciła się i stwierdziła, że 
nie musi już nigdzie iść. Naylor stał za nią, wysoki, chmurny i wyglądał 
raczej niesympatycznie. 
Chciała coś powiedzieć, ale uprzedził ją: 
- Gdzie byłaś, do cholery? - zapytał, zanim zdążyła otworzyć usta. 
Ta jego bezczelność, ta cholerna bezczelność! 
- Nie pańska sprawa - rzuciła przez ramię. 

background image

- Żebyś wiedziała, że moja! - wybuchnął. - Travis miał roboty na co 
najmniej trzy tygodnie, ale z twojego powodu musiał chyba pracować 
jak szalony. Jest już w mieście! 
Leith wiedziała dobrze, że ten szalony wysiłek nie był bynajmniej 
spowodowany myślą o niej i wzruszyła ramionami. 
- Pewnie zajrzał, kiedy mnie nie było - oznajmiła beztrosko. 
- Nieprawda! Od szóstej siedzę tu i obserwuję wejście. 
Wizja dumnego Naylora Massinghama, wysiadującego na czatach przez 
całą godzinę, wydała się Leith szalenie miła. Tak miła, że omal się nie 
uśmiechnęła. Powstrzymała się w porę, ale ponieważ on zachowywał się 
agresywnie, sama też się nie krępowała. 
- A co pan tu robi, jeśli wolno zapytać? - syknęła zjadliwie. 
- Nie wstydź się... nazywaj mnie Naylorem! - ryknął i wtedy poczucie 
humoru Leith wzięło górę. Wybuchnęła serdecznym śmiechem, który 
zaskoczył go całkowicie. Wodził wzrokiem, od jej rozbawionych oczu 
do ust, z takim wyrazem twarzy, że zaczęła dzielnie walczyć o kontrolę 
nad sobą, pewna, iż Naylor lada moment rzuci się na nią i udusi. Jednak 
po kilku sekundach on także dostrzegł komizm sytuacji i... zawtórował 
jej! 
Jak śmiech zmienia twarz - pomyślała Leith. Serce jej zatrzepotało 
leciutko na widok roześmianych ust, które zawsze lubiła - niezależnie od 
ich właściciela. Odwróciła się pospiesznie i skierowała ku tylnemu 
wejściu do budynku. Poszedł za nią, co niezbyt ją zaskoczyło. 
- Wejdź... jeśli właśnie nie miałeś zamiaru tego zrobić - zaprosiła. 
- Jaka miła! - mruknął. 
Leith domyśliła się, że powód jego długiego dyżuru pod jej domem 
pozna dopiero wtedy, gdy wpuści go do środka. Grzeczność nic nie 
kosztuje. 
- Umieram z głodu - powiedziała już w przedpokoju. - Sądzę, że ty też 
nic nie jadłeś. 
Jeśli nawet Naylor był zaskoczony tym niespodziewanym zaproszeniem, 
nie okazał tego. 
- Czy mam nakryć do stołu? - zapytał. 
Pół godziny później siedział na kanapie, pogrążony w lekturze 
prenumerowanego przez Leith czasopisma finansowego. W kuchence 

background image

mikrofalowej rozmrażał się sernik, a w piekarniku grzało się lasagne 
domowej roboty. Leith uciekła na chwilę do sypialni, dopiero tam zdała 
sobie sprawę z tego, co wyprawia. Zaprosiła go na kolację! Na litość 
boską, można by pomyśleć, że ma ochotę na jego wizytę! 
Wiedziała dobrze, że to niemożliwe. Jeśli nawet zapomni o tym, czego 
już przez niego doświadczyła, to i tak skoczą sobie do oczu, zanim 
kolacja dobiegnie końca! Wzruszyła ramionami i poszła do kuchni, aby 
przygotować sałatkę. 
Była w trakcie przyprawiania sosu, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. 
Przez krótki, słodki moment miała nadzieję, że to Sebastian wrócił do 
domu. Sebastian jednak miał klucz. Rosemary także jeszcze nie wróciła, 
a skoro Naylor wspomniał, że Travis przyjechał z Włoch... cóż, istniała 
spora szansa, iż niespodziewanym gościem jest właśnie kuzyn Naylora. 
O, niech to! - pomyślała. Dzwonek rozległ się ponownie. Co teraz robić, 
u licha? Naylor myśli, że Travis jest jej kochankiem, a ona nie może 
zaprzeczyć, żeby nie wciągnąć w to Rosemary. 
Wybiegła z kuchni otworzyć drzwi. Okazało się, niestety, że 
zastanawiała się zbyt długo, bo kiedy dotarła do przedpokoju, ujrzała 
Naylora, chmurnego i zimnego jak góra lodowa. On także domyślił się, 
że nieoczekiwanym gościem jest Travis i zdecydował się otworzyć 
drzwi osobiście. Leith była w zbyt poważnych opałach, aby jeszcze 
wściekać się na jego swobodę. 
- Dobry Boże! A ty co tu robisz?! - usłyszała i rozpoznała głos 
zaskoczonego Travisa. 
Jeżeli spodziewała się, że Naylor zawaha się albo zrobi unik teraz, kiedy 
nadeszła chwila realizacji jego planu, spotkał ją gorzki zawód. 
Udowodnił za to, że rzeczywiście bardzo troszczy się o swoją rodzinę. 
- Cześć, Travis - zawołał wesoło. - Chodź, Leith jest w kuchni, 
przygotowuje mi kolację. 
To całkiem niegłupia myśl - doszła do wniosku Leith i cichaczem 
wróciła do kuchni, równie szybko, jak z niej wybiegła. Nie zdziwiła się 
także, kiedy po chwili pojawił się Naylor, ciągnąc za sobą Travisa. 
- Travis! Jak miło cię widzieć - powiedziała z uśmiechem, nie zwracając 
uwagi na surową minę Massinghama. 

background image

Travis wydawał się niezdolny wymówić słowa, więc, aby przerwać 
niezręczne milczenie, dodała: 
- Chyba uda mi się z tego lasagne wycisnąć trzy porcje, jeśli... 
Na szczęście Travis otrząsnął się już z osłupienia. 
- Nie, Leith, dziękuję. Jadłem niedawno. Chciałem... chciałem tylko 
powiedzieć ci, że wróciłem. 
O, moje biedactwo - pomyślała Leith, nagle zdając sobie sprawę, że 
musiał się bardzo stęsknić za Rosemary. Sądził widocznie, że wróciła i 
pozwoli zaprosić się na filiżankę kawy. 
- Czy miałeś... - Leith chciała zapytać go o podróż, ale Naylor widocznie 
uznał, że dał im dość czasu na ochłonięcie. 
- Mam nadzieję, że to nie moje lasagne tak pachnie spalenizną, kochanie 
- zauważył. Doprawdy, jego tupet zwalał z nóg! 
Pobiegła do kuchni po to tylko, żeby przekonać się, że nic się nie 
przypala. 
- Zobaczymy się w czasie weekendu - mówił Naylor do Travisa. My! - 
Właściwie przyszedłeś akurat w chwili, kiedy miałem zaprosić Leith do 
Parkwood. Co o tym sadzisz, Leith? 
Starczyło mu odwagi, żeby przywołać ją do porządku. 
- Lasagne jest w porządku - wymamrotała, grając na zwłokę i cały czas 
myśląc o trzech ratach hipotecznych, które musi zapłacić, a których nie 
zapłaci na pewno, jeśli straci pracę. Nie, nie straci pracy. Będzie tańczyć 
tak, jak jej zagra pan Naylor Ja-mam-wszystkie-asy Massingham. 
Zapomni o swoim buncie. 
- To brzmi zachęcająco - odparła z uśmiechem. Pomyślała, że 
prowadząc Travisa w krainę szczęśliwości pali za sobą mosty. No i co z 
tego? Dobrze, że ma słowo Naylora, jeśli chodzi o pracę. 
- Zostawiam was sam na sam z lasagne - odezwał się Travis. 
- Zobaczymy się więc w weekend-oznajmiła Leith i nabrała ochoty, 
żeby zrobić swemu pracodawcy jakiś brzydki kawał, kiedy ten, niby 
wytrawny pan domu, odprowadził Travisa do drzwi. 
Wrócił za chwilę. 
- Jak na człowieka, który był zakochany po uszy, przyjął to całkiem 
dobrze - zauważył z odcieniem podziwu. - Myślałem, że starczy mu 
męskości, żeby... 

background image

Leith miała jednak w głowie zupełnie coś innego. 
- Jak śmiałeś zaprosić mnie do Parkwood w jego obecności? - wpadła 
mu w słowo. - Jak...? 
- Wolałabyś, żebym zrobił to za twoimi plecami? 
- Naylor odpowiedział agresją na agresję. 
- Nie dałeś mi szansy! - wybuchnęła. - Żadnej szansy. Ty...! 
- Nie przyszło mi do głowy, że zechcesz odmówić - rzucił znacząco. 
Uznał jednak, że nie wyczerpał tematu. 
- Możesz powiedzieć „nie", kiedy tylko zechcesz! - syknął po chwili. 
Tak, i stracić pracę - pomyślała, kipiąc złością. Świnia! W bezsilnej furii 
spróbowała zaatakować Naylora od innej strony. 
- A co powiedzą rodzice Travisa? - zapytała nieprzyjaźnie. 
- Na temat czego? 
- Nie sądzisz, że zdziwią się, jeśli to ty przywieziesz mnie do Parkwood, 
a nie Travis? 
- A dlaczegóż to? Travis nie wspomniał w domu ani słowem o pannie 
Leith Everett. Co prawda, ja także dowiedziałem się dopiero wtedy, 
kiedy zobaczyłem jego samochód przed twoim domem. O ile dobrze 
rozumiem takie zachowanie, byłaś dla niego niewiele znaczącą 
znajomością, na jedną noc. 
Oddech u wiązł jej w piersi. Delikatnie powiedziane! 
- Dzięki - syknęła przez zaciśnięte zęby. Zaraz wciśnie mu to lasagne do 
gardła, zamiast na talerz. 
On chyba też stracił apetyt, bo wyszedł z kuchni, nie zaszczyciwszy 
spojrzeniem nieszczęsnego lasagne. 
Nie mogła się doczekać, żeby zatrzasnąć za nim drzwi. Pobiegła do 
przedpokoju. Zwrócony tyłem do niej położył dłoń na klamce i właśnie 
wówczas wpadł mu w oko kapelusz Sebastiana. Zatrzymał się i spojrzał 
na Leith, która w wojowniczej postawie stała na progu, najwyraźniej 
czekając na jego wyjście. 
Nagle kapelusz ze świstem pomknął w jej kierunku. Złapała go 
odruchowo. 
- Pozbądź się tego! - rozkazał Naylor i wyszedł. Kapelusz Sebastiana 
wisiał spokojnie na swoim 

background image

miejscu, kiedy na drugi dzień rano Leith wychodziła do pracy. Wciąż 
jeszcze była wściekła na Naylora. Jak on śmiał pomyśleć, że mogłaby 
być dla kogoś przygodą na jedną noc...? Nawet, jeśli wydawało mu się, 
że ma na to niezbity dowód. To... zabolało. 
Buntowała się przeciwko niemu całe popołudnie. Arogancka małpa, 
myślała, piekląc się w duchu i miała szczerą nadzieję, że wczoraj 
poszedł do łóżka z pustym żołądkiem. Chociaż nie. To nie w jego stylu. 
W krótkich przerwach, między jednym napadem buntu a drugim, 
zastanawiała się, czy istotnie miał zamiar zabrać ją do Parkwood. 
Około czwartej po południu dostała odpowiedź na swoje wątpliwości. 
Zadzwonił telefon. Słuchawkę podniósł Jimmy. 
- Do ciebie - oznajmił tak służbiście, że od razu wiedziała, iż na drugim 
końcu linii musi być ktoś ważny. 
Przypuszczała, że to jeden z wysoko postawionych urzędników firm, z 
którymi miewała kontakty. Dziwne było jedynie to, że Jimmy nie 
wymienił nazwiska. 
- Leith Everett - oznajmiła służbiście. 
- Bądź gotowa jutro o jedenastej! - polecił głos, który poznałaby 
wszędzie. Ton nie był ani na jotę przyjemniejszy niż ostatniej nocy. 
- Tak, proszę pana! - odparła krótko i cisnęła słuchawkę na widełki. 
Do diabła z nim, niech go piekło pochłonie! - myślała ze złością, kiedy 
pochwyciła spojrzenie Jimmy'ego. Od razu stwierdziła, że jej asystent 
wie, kto dzwonił. Wyraz twarzy chłopca świadczył o palącej go 
ciekawości. Bo niby dlaczego sam wielki szef firmy miałby dzwonić do 
niej osobiście? Jeżeli jeszcze Jimmy przypomni sobie, że pan 
Massingham chciał rozmawiać z nią w zeszły poniedziałek, to Bóg jeden 
wie, co jego płodna wyobraźnia może wykombinować! 
Jimmy otworzył usta, ale Leith uznała, że należy położyć kres wszelkim 
spekulacjom z jego strony. 
- Nie pytaj! - ostrzegła surowo. 
Zamknął usta. Nagle na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech. 
- Nawet mi się nie śniło, słowo daję, Leith! - odparł. 
Leith pracowicie sortowała swoją garderobę. Stwierdziła ze 
zdziwieniem, że choć do tej pory nigdy nie miała trudności z podjęciem 
decyzji, tym razem naprawdę nie wie, co ma wziąć ze sobą do 

background image

Parkwood. W dalszym ciągu nie była zupełnie przekonana do tej 
podróży i nieraz zadawała sobie pytanie, po co w ogóle to robi. 
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast, nieuchronna i niezmienna - 
praca i hipoteka. 
Wielkie nieba! - pomyślała i nagle straciła cierpliwość do samej siebie. 
Przecież to tylko na jedną noc, do diabła! Chwyciła ulubioną suknię i 
włożyła ją do walizki wraz z jakimiś spodniami i swetrem, na wszelki 
wypadek. Nagle odezwał się telefon. 
- Tu Travis... czy jesteś sama? 
Leith zrozumiała jego wahanie, natknął się tu przecież ostatnio na 
swojego ukochanego kuzyna... 
- Tak, jestem sama - odpowiedziała. 
- Zdębiałem, kiedy wczoraj Naylor otworzył mi drzwi - stwierdził 
Travis, uważając to za coś zupełnie naturalnego. 
- Ja... często spotykam się z nim... od jego pierwszej wizyty - 
wykrztusiła Leith, a nieubłagane “jeśli zależy ci na pracy" znowu 
zadźwięczało jej w uszach. 
- Zdążyłem to zauważyć, w końcu pracujesz w tym samym budynku i w 
ogóle. Naylor musi naprawdę myśleć o tobie poważnie - zauważył 
Travis, jakby chciał dać jej uczciwej naturze jeszcze jeden twardy 
orzech do zgryzienia. - A co ty o nim sądzisz? 
- J-jeszcze za wcześnie o tym mówić - zdołała wykrztusić. - Dlaczego 
sądzisz, że myśli o mnie poważnie? 
- Nigdy przedtem żadnej kobiety nie przyprowadził do domu - szybko 
odparł Travis i dodał ciepłym głosem: - Tak się cieszę, że to właśnie ty, 
Leith. 
- Och, Travis! - wybuchnęła bezradnie. 
- Wiem, wiem, jeszcze za wcześnie o tym mówić... ale gdybyś miała 
jakieś wątpliwości, nie dopuściłabyś, aby sprawy zaszły tak daleko. 
Znam cię przecież. 
Leith nie wiedziała, jak na to zareagować. 
- Wiem, że to dla ciebie trudny okres - ciągnął Travis, wyraźnie 
przytłoczony własnymi problemami. -Wiem też, że nienawidzisz 
okłamywać Naylora, choć mam nadzieję, że już nie będziesz musiała 
tego robić... ale, czy mogę dalej liczyć na twoją dyskrecję? 

background image

Leith zawahała się i miała ogromną ochotę wyjaśnić mu wszystko. Już 
otworzyła usta, by opowiedzieć o swojej umowie z Naylorem, ale ze 
zdumieniem stwierdziła, że nie jest w stanie tego zrobić. 
- Mogę na ciebie liczyć, Leith? - nalegał Travis. 
- Oczywiście i dobrze o tym wiesz - odparła, odkrywając, zeTravis ma 
ochotę na zwierzenia. Wczoraj wieczorem dzwonił do mieszkania 
Rosemary kilka razy, aż wreszcie doszedł do wniosku, że jego ukochana 
musi wciąż jeszcze być u rodziców. 
- Nie miałem odwagi zadzwonić do niej wprost - wyjaśnił. - 
Przyszedłem do ciebie, ponieważ miałem nadzieję, że zadzwonisz do 
Rosemary w moim imieniu, a gdyby jej rodziców nie było w domu, 
pozwolisz mi z nią porozmawiać. Pewnie uznasz mnie za bezczelnego 
typa? 
Biedny Travis - pomyślała Leith, czując, jak wzbiera w niej 
współczucie. 
- Wcale nie uważam cię za bezczelnego typa - odezwała się łagodnie. 
- Jeśli jesteś pewna... - zaczął i nagle zamilkł. - Nie zadzwoniłabyś do 
Rosemary teraz? Powiedz jej tylko, że o niej myślę. 
Porozumiała się z przyjaciółką natychmiast po zakończeniu rozmowy z 
Travisem. Przekazała jej wiadomość. 
- To miło - odparła Rosemary i Leith zrozumiała, że jej rozmówczyni 
nie jest sama. 
Idąc do łóżka miała pretensje do całego świata. Bardzo lubiła Rosemary 
i doceniała jej delikatność w stosunku do rodziców, Travis jednak był 
niezwykle cierpliwy... czy teraz nie mogłaby go wyciągnąć z piekła, w 
którym tkwi? 
Ona sama także przeżywała katusze, kiedy w sobotę rano czekała na 
Naylora. I znowu powracało natrętne pytanie: dlaczego, u licha, tak 
pokornie poddawała się jego władzy? Nie znajdując odpowiedzi 
poczuła, że znowu się buntuje. 
Bunt ten podpowiadał jej, by uczesała włosy w stylu starej panny i 
włożyła grube okulary, kiedy pojawi się Jego Lordowska Mość. Jeżeli w 
końcu tego nie zrobiła, to nie z obawy przed grubiańskimi uwagami, 
którymi mógłby... nie, nie mógłby - poprawiła się w myśli - którymi 
zasypałby ją zaraz przy drzwiach. Raczej dlatego, że uważała, iż ten 

background image

weekend będzie wystarczająco trudny bez prowokowania tego potwora 
zaraz na wstępie. 
Naylor nie kazał jej długo czekać. Zadzwonił do jej drzwi tuż przed 
jedenastą. 
- Dzień dobry - przywitała go sztywno i zaprowadziła do salonu. Miała 
zamiar zadać mu kilka pytań, zanim udadzą się gdziekolwiek. 
Wzięła głęboki, uspokajający oddech i na moment wyzbyła się furii, gdy 
pochwyciła spojrzenie obejmujące jej zgrabną sylwetkę w eleganckim 
białym kostiumie z granatowymi lamówkami. Był ubrany z większą 
swobodą niż ona. Leith doszła do wniosku, że jeśli w garniturze 
prezentował się dobrze - ba, wspaniale! -to w tym niedbałym stroju jego 
wysmukła postać nabierała jeszcze większego wdzięku. 
- Spakowałam torbę na jedną noc, ale przed wyjazdem... - zaczęła ostro, 
w tej jednak chwili przekonała się, że i on także ma coś do powiedzenia 
- i powie to, choćby miał jej przerwać w pół słowa. 
- Co powiedziałaś Travisowi? - rzucił. 
- Kiedy? - zapytała, czując, że jej ręce już zaciskają się w pięści, a 
rozmawiali niecałe pięć minut! 
- Chcesz powiedzieć, że nie kontaktował się z tobą od ostatniego 
czwartku? 
- Chciałbyś sprawozdania punkt po punkcie? - zapytała, uznając, że 
najlepszą obroną jest atak. - A może wystarczy ci to, że Travis sądzi, iż 
jestem zakochana w tobie po uszy. 
Naylor przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu i bardzo 
nieprzyjaźnie. 
- Gdzie twoja torba? - zapytał, wierny zasadzie, że odpowiada wyłącznie 
na wybrane pytania. 
- Chwileczkę! 
Nie miała zamiaru ruszyć się z miejsca, dopóki nie uporządkuje paru 
spraw. 
- Czy to w porządku, że zapraszasz mnie do domu państwa Hepwood? - 
zagadnęła, wytrzymując jego złowieszcze spojrzenie. 
- Na wszelki wypadek informuję cię... choć pewnie i tak o tym wiesz, że 
mieszkam z wujostwem od dziesiątego roku życia. Ich dom jest moim 

background image

domem- stwierdził lodowatym tonem. - Zraniłbym ich do żywego, 
gdybym myślał inaczej. 
Leith mogła to sobie wyobrazić. Przyszło jej do głowy następne pytanie, 
na które wprawdzie znała odpowiedź, ale postanowiła je zadać. 
- Ale nie mieszkasz z nimi przez cały czas? 
- Wygodniej mi we własnym mieszkaniu w mieście - odparł krótko. 
No pewnie - pomyślała Leith, ale nie mogła pojąć, dlaczego nagle 
odezwało się w niej coś, co dziwnie przypominało zazdrość. Wyobraziła 
sobie bowiem rząd blondynek defilujący przez jego mieszkanie. 
- I jakże mnie przedstawisz? - zagadnęła kwaśno. 
- Jako moją dziewczynę... a jakżeby inaczej? 
- Nie masz wyrzutów sumienia, że ich oszukujesz? 
- Po tym wszystkim, co dla mnie zrobili - syknął wściekle - miałbym 
więcej wyrzutów sumienia pozwalając, by ich najmłodszy, ukochany 
syn zrujnował sobie życie, uganiając się za jakąś... 
- Czy ktoś już powiedział ci, jak bardzo jesteś odrażający? - zawołała 
gniewnie... i doszła do wniosku, że może powtarzać obelgi do upadłego, 
a jego to nawet nie dotknie. 
Nagle jednak gburowaty nastrój Naylora ulotnił się, a jego miejsce 
zajęła wszechobecna drwina. Kołysząc się na piętach zajrzał w ciskające 
pioruny zielone oczy. 
- Ależ ty jesteś piękna, kiedy się wściekasz! - zawołał przekornie. 
 
Parkwood był to duży dom, położony w uroczej posiadłości otoczonej 
lasami i polami. Leith uznała go za bardzo idylliczne miejsce. 
Przyjechali na około dwadzieścia minut przed lunchem, co wystarczyło 
akurat na ogólną prezentację. Potem Leith zdążyła jedynie obejrzeć swój 
pokój i umyć ręce, zanim dołączyła do Naylora, Cicely i Guthrie 
Hepwoodów oraz Travisa. Wbrew własnym oczekiwaniom spodobała 
jej się atmosfera tego domu. 
- Naylor powiedział mi, że jesteś jedną z jego najlepszych pracownic - 
zauważyła podczas jedzenia Cicely Hepwood, schludna, miła kobieta. 
Leith posłała Naylorowi wymowne spojrzenie. Siedział tuż obok niej i 
na to oczywiste kłamstwo nawet nie zaróżowiły mu się uszy! W końcu 
w jej oddziale było wielu starszych stażem pracowników. 

background image

- Pewnie dlatego polecił szefowi działu pilnować, żebym nie miała za 
dużo wolnego czasu - odparła swobodnie. Przyszło jej na myśl, że 
rosnąca sterta dokumentów na jej biurku może być zasługą jego 
troskliwości. Spojrzała na niego jeszcze raz - tym razem to on jej się 
przyglądał. 
- Czy to prawda? - zapytała. Myśli musiała mieć wypisane na twarzy, bo 
bez trudu pojął, o co jej chodzi i nawet się uśmiechnął. 
- Miałaś o tym nie wiedzieć... zrobiłem to, żeby nie przychodziły ci do 
głowy żadne głupie pomysły. 
Ty diable! - pomyślała, ale uśmiechnęła się także, ponieważ byli w 
towarzystwie. Doskonale pojęła, co chciał przez to powiedzieć. Uważa 
widocznie, że jeśli zadba o to, by nie brakowało jej pracy ani w biurze, 
ani w domu, to nie będzie miała dość czasu na spotykanie się z 
Travisem. 
- Biedna Leith - wtrącił się Travis. - Naylor próbuje zrobić z ciebie 
pracusia. 
Leith pochwyciła ostre spojrzenie, jakie Naylor posłał kuzynowi. 
- Nie ma szans - zaśmiała się beztrosko i szybko zmieniła temat, 
chwaląc wino, które doskonale pasowało do posiłku. - Czy ten gatunek 
wina też pan importuje, panie Hepwood? 
Wszyscy mieli w tym momencie nieco rozbawione miny i napięcie, 
które wyczuwała, zniknęło w magiczny sposób. 
- Mój wuj nie pozwoliłby nigdy, żeby na jego stole znalazło się wino z 
innej piwnicy, niż jego własna - dobrodusznie wyjaśnił Naylor. 
Posiłek dobiegł końca w przyjemnym nastroju. 
Kilka minut spędzili na dyskusji nad tym, czy Cicely Hepwood powinna 
odwołać wizytę w szpitalu u chorego przyjaciela, którą mieli 
zaplanowaną na popołudnie. 
- Nie możesz tego zrobić! - stwierdził Naylor. – Nie wiedzieliście o 
wizycie Leith. A poza tym oboje mamy zamiar wybrać się na spacer. 
To akurat było dla Leith nowiną, ale nie chciała pozwolić, by jej 
gospodarze zawiedli chorą osobę. 
- Właśnie to planowaliśmy - potwierdziła. Już w chwilę potem Cicely 
powiedziała, że wyjeżdżają za pół godziny. 

background image

- A ty co będziesz robił, Travis? - zapytała młodszego syna z odcieniem 
niepokoju. Leith rozpoznała ten nastrój z czasów, gdy jej matka 
usiłowała być równie taktowna wobec Sebastiana. 
Niecierpliwie czekała na odpowiedź. Miała wielką ochotę zaprosić 
Travisa, by towarzyszył jej i Naylorowi, ale jedno spojrzenie na partnera 
wystarczyło, by przekonać ją, że jeśli to zrobi, gorzko pożałuje. 
- Coś tam będę robił - odpowiedział Travis. 
- A... będziesz na kolacji? - ostrożnie zagadnęła matka. 
- Chyba się o mnie nie martwisz, mateczko? Cicely zaśmiała się wesoło. 
- Idę na górę - oznajmiła. - Muszę się przebrać. Leith pomyślała, że to 
pomysł godny naśladowania, jeśli Naylor rzeczywiście chce ją zabrać na 
spacer. 
- Przepraszam - bąknęła i wraz z gospodynią opuściła pokój. 
Przebrała się w spodnie, lekki sweter i buty na płaskim obcasie. Jak 
dotąd sprawy toczyły się lepiej, niż przypuszczała. Och, nie przeoczyła 
ani jednego spojrzenia, które posyłał jej Naylor, gdy zwracała się do 
Travisa... no, ale chyba nie sądził, że będzie go ignorować. 
Kiedy w dwadzieścia minut później zeszła ze schodów, Naylor już na 
nią czekał. Objął wzrokiem całą jej postać, kończąc dopiero na czubkach 
miękkich pantofli. Z pewnością ma zamiar wywlec ją na jakąś potworną, 
dziesięciomilową wędrówkę. Dziwne, że 
serce zatrzepotało jej tak nagle... Owszem, to prawda, sporo czasu 
upłynęło od dnia, kiedy po raz ostatni przeszła dziesięć mil... a nawet 
pięć - usprawiedliwiała to trzepotanie. 
- Gotowa? - zapytał raczej uprzejmie, a jej serce wykonało kolejny 
dziwny skok. 
- Czy mówimy komuś do widzenia? - zapytała. 
- Jeśli masz na myśli Travisa, to możesz o nim zapomnieć - burknął 
gniewnie. 
Bez słowa wyminęła go i pomaszerowała naprzód. Zrównał się z nią już 
po paru krokach. 
- Miniemy stajnie, skręcimy i przetniemy pole - oznajmił. 
- Wspaniale! 
Następne dziesięć minut upłynęło w całkowitym milczeniu. Leith 
zatopiła się we własnych myślach. Naylor doskonale zna te tereny, 

background image

zapewne bawił się tu, kiedy był dzieckiem. Wchodził na drzewa, pływał 
w rzece... nagle przypomniała sobie coś. Jego rodzice zginęli, kiedy miał 
zaledwie dziesięć lat. Wrogość w jej sercu rozpłynęła się w nagłej fali 
współczucia. Po śmierci rodziców chyba raczej nie czuł pociągu do 
wspinania się na drzewa, ani do pływania. 
- Naylor - zwróciła się do niego i na moment jego ból stał się jej 
własnym. 
- Ona wie, jak mam na imię! - zauważył złośliwie. Leith w tej samej 
chwili zdała sobie sprawę, że po raz pierwszy zwróciła się do niego po 
imieniu. 
- „Proszę pana" wymknęło mi się wtedy - wyznała. 
- Tak myślałem - odparł. - Nagle uśmiechnął się do niej jednym 
kącikiem ust... i od razu poczuła się cudownie lekko i radośnie. 
Speszona, szukała tematu, który otrzeźwiłby ją nieco. 
- Z-zapomniałam zapytać o Palmera & Pearsona...- wykrztusiła. 
- Nie rozmawiam o sprawach służbowych poza godzinami pracy - uciął, 
zanim dokończyła. 
Obejrzała się na niego z półotwartymi ustami. Naylor beznamiętnie 
zniósł jej niedowierzające spojrzenie. Na litość boską, czyżby nie 
pamiętał, że sprawę Palmer & Pearson przyniósł jej poza godzinami 
pracy, o sprawie Norwood & Chambers dyskutował z nią poza 
godzinami pracy, groził, że ją wyrzuci, poza godzinami pracy... 
- Więc - Leith przełknęła przynajmniej cztery sprzeczności, które 
mogłaby mu wytknąć - o czym u licha chcesz mówić? 
Spodziewała się, że jej sarkastyczne pytanie zostanie zignorowane, a w 
najlepszym wypadku dowie się -w ów rozkosznie bezpośredni sposób - 
że na spacerze rusza się nogami, a nie językiem. Dlatego zmyliła krok, 
kiedy zaproponował: 
- A może porozmawiamy o tym, gdzie byłaś w czwartek, kiedy 
czekałem na ciebie przed domem? 
Obejrzała się na niego zdumiona. Gdyby ktoś go słyszał, pomyślałby, że 
mieli randkę i Leith przyszła mocno spóźniona! 
- Ja... Ale... - zaczęła, wzięła się w garść i stwierdziła, że nie ma powodu 
kłamać. - Szukałam mieszkania. 

background image

- Dlaczego? - albo jej nie wierzył, albo był przyzwyczajony do bardziej 
wyczerpujących odpowiedzi. 
Leith zatrzymała się gwałtownie. 
- Moje obecne mieszkanie bardzo mi odpowiada - oznajmiła wyniośle. - 
Ale, jak pewnie zauważyłeś, spłacanie hipoteki przekracza moje 
możliwości finansowe. Szukałam czegoś tańszego... 
- Powiedziałem ci, że się tym zajmę! - przerwał ostro, doprowadzając ją 
do szału. 
- Słyszałam, a jakże! - syknęła z urażoną dumą. 
- Ha! - mruknął i chyba szybko przeanalizował sobie wszystko, co do tej 
pory zostało powiedziane. -A więc zdecydowałaś się definitywnie 
zerwać z Travisem? 
Hej, hej, za szybki jesteś dla mnie - pomyślała. 
- Nie twoja sprawa! - parsknęła równie agresywnie. 
- Och, daj spokój - warknął. Agresja byłaby zbyt delikatnym 
określeniem dla jego nastroju. - A może masz kogoś innego, kto 
pomógłby ci spłacić hipotekę? 
- Ach, ty...! - wrzasnęła Leith i straciła panowanie nad sobą. Szczupłe 
ramię zakreśliło w powietrzu łuk. - Skoro tak ciężko ci to zrozumieć - 
krzyczała pomiędzy jednym ciosem a drugim - musisz mi wierzyć na 
słowo, że w kolejce do płacenia moich rachunków jesteś dokładnie na 
szarym końcu! 
Odkręciła się na pięcie i pobiegła w stronę domu. Nie zwracała uwagi na 
jego zdumienie, że ktoś tak drobnej postury może rzucić się na niego z 
taką siłą, a przede wszystkim, że się na to odważy! 
Domyślała się, że jest zdumiony jej atakiem, ale najbardziej bolało ją to, 
że ma o niej tak niedobre zdanie. Jak w ogóle śmiał myśleć, że bierze 
pieniądze od Travisa? Jak mógł sądzić, że ma innych mężczyzn, którzy 
płacą jej rachunki? 
Biegła bez tchu aż do samego Parkwood. Wbiegła przez frontowe drzwi 
i po schodach do swojego pokoju. Uczucia wrzały w niej, jak w kotle 
piekielnym. Jak on śmiał? - rozpaczała. Spazmatycznie chwytając 
oddech opadła na łóżko i wiedziała już, że zła opinia w oczach Naylora 
nie bolałaby jej ani w połowie tak mocno, gdyby nagle nie odkryła, że 
jest w nim bez pamięci zakochana! 

background image

Nie warto było zastanawiać się, jak do tego doszło ani dlaczego tak się 
stało. Stało się i już! Była po uszy zakochana w Naylorze Massinghamie 
i nic, ale to absolutnie nic, nie była w stanie na to poradzić! 
Uznała, że miłość to niezmiernie bolesne uczucie i natychmiast myśli jej 
powędrowały ku Travisowi, który okropnie cierpiał z tego samego 
powodu. Dopiero teraz, kiedy sama także kochała, zaczynała pojmować, 
przez co przechodzi Travis. 
Ani przez chwilę nie przestawała myśleć o Naylorze. Ze zdumieniem 
przyglądała się swej dłoni. Jakim sposobem, kochając tak mocno, mogła 
go tak wściekle zaatakować? 
Poczuła się przegrana. Nie odnajdzie w sobie dawnej niechęci. Kochała 
go i nie czuła gniewu. Właśnie to było przyczyną uczucia zagrożenia, 
którego doznała, gdy Naylor po raz pierwszy oznajmił jej, żem być jego 
dziewczyną. Teraz już wiedziała, że ten niepokój wywodził się z 
przeczucia nieuchronnego cierpienia. 
Nagle, kiedy wydawało jej się już, że nie istnieje dla świata, niepokój 
odezwał się znowu. Jak przez mgłę dotarło do niej, że ktoś puka do 
drzwi. Naylor! To na pewno on! Ale ona nie chce, żeby to był on. Nie 
jest jeszcze gotowa, by stawić mu czoło... Jeszcze nie... 
Pukanie powtórzyło się, tym razem bardziej natrętne. Usłyszała, że ktoś 
wola ją po imieniu. Travis! Z ulgą podbiegła do drzwi. 
- Przepraszam, że przeszkadzam - sumitował się Travis. - Ale 
widziałem, że wróciłaś bez Naylora. 
Leith zaczęła zastanawiać się nad jakaś rozsądnie brzmiącą wymówką, 
ale rychło spostrzegła, że Travis pochłonięty jest bez reszty własnymi 
problemami. 
- Kiedy przybiegłaś, siedziałem w bibliotece i myślałem o Rosemary, 
coraz bardziej przerażony tą sytuacją. Pomyślałem, że można by do niej 
zadzwonić. Zrobisz to, prawda? - zapytał z takim błaganiem w oczach, 
że Leith nie miała serca odmówić. 
- Gdzie jest telefon? - zapytała. 
- Możemy zadzwonić z biblioteki, będziemy mieli spokój. - Twarz 
Travisa rozjaśniła się podnieceniem. 
Zeszła za nim po schodach. Travis pierwszy wszedł do biblioteki i 
natychmiast zaczął wykręcać numer. Leith usiłowała wymyślić jakiś 

background image

rozsądny pretekst, dla którego mogłaby dzwonić do Rosemary, kiedy 
podał jej słuchawkę. 
- A... Dzień dobry, panie Green - trochę zaskoczona usłyszała głos ojca 
Rosemary. - Tu Leith Everett. Jak się pan miewa? 
- Dziękuję, nieźle - brzmiała uprzejma, ale wcale nie sympatyczna 
odpowiedź. 
- To dobrze - odparła Leith równie grzecznie. - Czy mogłabym 
rozmawiać z Rosemary? 
- Nie jestem pewien, dokąd poszła... - odparł wykrętnie. - Może coś 
przekazać? 
Rzeczywiście! - pomyślała gniewnie Leith, przekonana, że ojciec 
Rosemary po prostu chciałby wiedzieć, w jakiej sprawie dzwoni. 
- Mogę chwilę poczekać - oznajmiła z uporem. -Jesteśmy 
przyjaciółkami od dawna, nie widziałam jej całe wieki. Dzwonię, żeby 
troszkę poplotkować. 
Spojrzała na Travisa wymownie, kiedy pan Green bez słowa odłożył 
słuchawkę i poszedł zawołać Rosemary. Travis wyglądał na 
przygnębionego. Widocznie uświadomił sobie, że skoro pan Green 
odebrał telefon, musi się przygotować na monolog. 
- Halo? - odezwał się w słuchawce pokorny i cichy głos Rosemary. 
- Tu Leith. 
- Wiem, ojciec mówił. 
- Jak leci? 
- Matka czuje się dużo lepiej. 
Och, nie pleć - pomyślała Leith. Miała niemiłe wrażenie, że rodzice chcą 
koniecznie przekonać Rosemary, iż zamężna kobieta nie miewa 
przyjaciółek! 
Obawiając się, że rozmowa może się skończyć w każdej chwili, dodała 
szybko: 
- Travis jest tutaj... chce ci coś powiedzieć. Usłyszała szybkie, głośne 
westchnienie i czym prędzej oddała słuchawkę Travisowi. 
- Witaj, Rosemary - zaczął miękko. - Wiem, że nie możesz mówić, 
chciałem tylko się przywitać. 
Leith pomyślała, że właściwie powinna wyjść, ale rozmowa Travisa 
skończyła się w ciągu kilku sekund, co załamało go całkowicie. 

background image

- To nie fair! - oznajmił, odkładając słuchawkę. - Ona jest śmiertelnie 
wystraszona! Bóg jeden wie, co jej powiedzieli, ale chyba siedzą jej na 
karku dzień i noc, jeśli doprowadzili ją do takiego stanu. Boi się do mnie 
odezwać nawet przez telefon! 
Musiał przeżywać okropne męczarnie, ale Leith nie była w stanie pomóc 
mu w żaden sposób. 
- Przykro mi - powiedziała. Wiedziała, co robi z człowieka miłość, wiec 
rozumiała Travisa doskonale. 
- To podłość - stwierdził. Nie mógł już dłużej dusić tego w sobie. Musiał 
się wygadać. - Wiem, że Rosemary mnie kocha i rozwiodłaby się z 
mężem, gdyby jej na to pozwolili. Po prostu wiem o tym. Ale oni... 
szanowni państwo Green... swoim zachowaniem sprawiają, że 
najpiękniejsze uczucie nagle staje się ponure i grzeszne. A przecież nie 
ma w tym nic ponurego, ani grzesznego... dlaczego nie mogą zrozumieć, 
że Rosemary popełniła błąd i poślubiła drania? Na pewno nie chcą, żeby 
płaciła za to przez całe życie. Przez nich muszę trzymać moją miłość w 
tajemnicy przed rodzicami... nie mówiąc już o braciach. Mówię ci, 
Leith, zaczynam tęsknić za solidnym kawałkiem sznura! 
- Och, Travis - żałośnie szepnęła Leith i, nie mogąc znaleźć słów 
pociechy, współczująco położyła mu dłoń na ramieniu. 
Nie zdążyła jej cofnąć, kiedy drzwi biblioteki otworzyły się nagle. Leith 
podskoczyła, obejrzała się i oblała żywym rumieńcem. Ujrzała Naylora 
po raz pierwszy od chwili, kiedy zrozumiała, że go kocha. Serce zabiło 
jej mocniej. Kiedy widzieli się po raz ostatni, okładała go pięściami z 
całej siły... a sądząc po gniewie, jaki wyzierał z jego oczu, nie miała 
najmniejszych szans na wybaczenie! 
Płonące złością spojrzenie powędrowało ku jej dłoni, wciąż 
spoczywającej na ramieniu Travisa. Leith cofnęła ją szybko. Travis, 
równie zaskoczony jak ona, zdawał się odzyskiwać przytomność. 
Dotarło do niego, że nie zdoła już porozmawiać otwarcie o swoich 
problemach. Przygnębiony, postąpił w jedyny możliwy w tej sytuacji 
sposób. 
- No to cześć - wymamrotał drżącym głosem i pospiesznie skierował się 
w stronę drzwi. 

background image

Leith miała ochotę pójść za jego przykładem, zdołała przebiec parę 
kroków, kiedy Naylor, rozwścieczony i gotowy na wszystko, zastąpił jej 
drogę. 
Podniosła na niego chmurne spojrzenie i odkryła, że nie boi się już 
niebezpiecznego płomienia, który ciągle tlił się w jego oczach. 
- Niech zgadnę - syknął. - Sądząc z tego, jak się obmacywaliście, na 
swój słodki sposób starasz się pocieszyć go, ponieważ między wami 
wszystko skończone! 
- Obmacywaliśmy się! - wykrzyknęła wściekła, że ta męska świnia, 
której w dodatku oddała serce, może myśleć o niej aż tak źle. 
- Chcesz mi powiedzieć, że go nie prowokowałaś? -rzucił twardo. Żyłka 
na jego skroni pulsowała lekko. Wydawało się, że stacza ze sobą ciężką 
walkę, kiedy odstąpił od niej o krok. 
- Nawet mi się nie śniło! - syknęła zapalczywie. Niepokój i miłość zalały 
ją jak fala. Wiedziała tylko, że musi uciec. Jak najdalej od niego. 
- Wybacz mi - bąknęła. Nie wiedziała, czy jej wybaczy i nie miała 
zamiaru zostać nawet tak długo, żeby się o tym przekonać. Wybiegła z 
biblioteki. 
Wbiegła do pokoju, całym sercem pragnąc być o mile od Parkwood. 
Sięgnęła nawet po torbę... ale jakże może wyjechać, kiedy chce być 
blisko Naylora? Nie wiedziała już, czy chce zatrzymać tę dobrze płatną 
pracę, czy nie, ale choć wszystko wydawało się osnute mgłą, jedno było 
jasne i wyraźne: była w nim bardzo, bardzo zakochana. 
Spędziła w pokoju resztę popołudnia. Słyszała, kiedy wrócili państwo 
Hepwood, ale nie miała odwagi na nich spojrzeć. Poczuła się winna 
dopiero w chwilę później, gdy Wendy, szesnastoletnia pomoc gospody-
ni, przyniosła jej tacę z podwieczorkiem. 
- Kolacja będzie o ósmej - oznajmiła wesoło. 
- Dziękuję, Wendy - Leith z trudem uśmiechnęła się. Stan bolesnego 
niepokoju nie opuszczał jej ani na chwilę. 
Nalała sobie filiżankę herbaty i stwierdziła, że nie wypada jej wyjechać. 
Dobre wychowanie wymagało, żeby została. Państwo Hepwood 
uznaliby to za bardzo dziwne, że pierwsza dziewczyna, jaką przywiózł 
do domu ich siostrzeniec, zamierza opuścić ich jeszcze przed kolacją. 

background image

Podeszła do okna, ale choć przed jej oczami roztaczał się wspaniały 
widok, ona widziała jedynie zagniewaną twarz Naylora. 
Wróciła w głąb pokoju, pogrążona w rozmyślaniach i nagle zamarła. 
Jeśli Naylor uważa, że jeszcze nie skończyła swej znajomości z 
Travisem, równie dobrze może to uczynić za nią! Jest na to 
wystarczająco wściekły... i wystarczająco bezczelny. 
Aż do kolacji zastanawiała się, jak postąpi Naylor i jak, w zależności od 
sytuacji, powinna się zachować. Za dziesięć ósma, wychodząc z pokoju, 
wciąż jeszcze nie znała odpowiedzi. 
Przed wejściem do salonu jej serce zaczęło miotać się jak szalone. 
Usłyszała szmer miłych dla ucha głosów i domyśliła się, że przyszła 
ostatnia. Odetchnęła głębiej dla dodania sobie animuszu i weszła. 
Zachwiała się lekko, kiedy Naylor - śmiertelnie poważny - wstał z 
miejsca i podszedł do niej. 
- Miałem już iść po ciebie, kochanie - uśmiechnął się, obejmując 
wzrokiem jej lśniące włosy, jedwabną sukienkę i całą postać. Ujął ją za 
łokieć mocną, władczą dłonią i wprowadził do pokoju. 
Kochanie! Leith jeszcze niezupełnie doszła do siebie, gdy wszyscy 
skierowali się do jadalni. Naylor coś knuł, była tego absolutnie pewna, 
tylko co? 
Nie musiała czekać długo, żeby się dowiedzieć. Jadalnia Hepwoodów 
była elegancka i przytulna. Guthrie Hepwood usiadł przy jednym końcu 
stołu, z Leith po swojej prawej ręce i siedzącym obok niej Naylorem, 
Cicely, przy drugim, naprzeciw męża, z Travisem u boku. 
- Mam tu bardzo szczególne wino, którego powinieneś skosztować, 
Naylorze - zwrócił się Guthrie do siostrzeńca, kiedy jedli przystawkę z 
małży zapiekanych w cieście francuskim. 
- O ile znam twój gust, wujaszku, to musi być coś naprawdę godnego 
uwagi - odparł Naylor i nagle, ku wielkiemu zdumieniu Leith i 
wszystkich obecnych, zawahał się. - Chociaż właściwie... 
Wszystkie oczy zwróciły się na niego. Najwidoczniej rodzina nie była 
przyzwyczajona do tego, aby Naylor się wahał. 
- Chociaż co? - zagadnął wuj. 
Leith także z niepokojeni patrzyła na Naylora, kiedy ten odwrócił się i 
spojrzał na nią z uśmiechem, od którego serce zaczęło walić jej jak 

background image

opętane. A potem miękkim, czułym głosem, jakim Travis zwykle 
opowiadał o swej miłości, wyszeptał: 
- Leith, kochanie, trudno mi zachować milczenie... Pozwolisz? 
- Hm... - to było wszystko, co zdołała z siebie wydobyć, zanim wzrok 
Naylora przeniósł się na pana Hepwooda. 
- Wujku, zastanawiałem się po prostu - uśmiechnął się do człowieka, 
który po ojcowsku opiekował się nim od dziesiątego roku życia - co 
powiedziałbyś na poczęstowanie nas odrobiną tego doskonałego szam-
pana, który chowasz w piwnicy? 
- Szampana? - zdziwił się Guthrie, ale odpowiedzi udzieliła mu jego 
własna żona, kiedy z cichym okrzykiem radości zwróciła się do Naylora. 
- Och, Naylor... czy to znaczy... - szepnęła. Leith patrzyła jak 
zahipnotyzowana, zaledwie wierząc własnym uszom, kiedy Naylor 
odezwał się ciepło: 
- Tak, cioteczko. Dziś po południu Leith zaszczyciła mnie obietnicą, że 
zostanie moją żoną! 
Obietnica! Żona! Otworzyła usta ze zdumienia, ale koniec mocnych 
wrażeń jeszcze nie nastąpił. Naylor przysunął się do niej, umiejętnie 
maskując jej kompletne zaskoczenie delikatnym pocałunkiem w 
policzek. 
- Leith nie mówiła mi, że chce wyjść za ciebie, kiedy... - wyrwał się 
Travis, otrząsając się z własnych, przykrych myśli. 
- Jest bardzo nieśmiała, prawda, kochanie? - palnął Naylor. 
Spojrzała na niego i dostrzegła coś, czego nie mógł widzieć nikt inny. 
Zmuszał ją, żeby zaprzeczyła ku swej własnej zgubie! 
Miała dość. Naprawdę serdecznie dość. Najwyższy czas, żeby skończyć 
z tym, zanim wpadnie na dobre. 
- Właściwie... - bąknęła jedynie po to, by Naylor wpadł jej w słowo. 
- Właściwie Leith miała zamiar robić karierę zawodową - i, zanim 
jeszcze zdążyła strawić tę perełkę, dodał z poufałym uśmiechem: - Nie 
spodziewała się, że zaakceptuję pracującą żonę, ale jeśli tego właśnie 
chce moje kochanie, nie mogę kwestionować jej wyboru. 
Wyboru? Jakiego u diabła wyboru? Hepwoodowie pospieszyli z 
gratulacjami. Guthrie natychmiast zabrał Travisa do piwnicy, żeby 
wybrać odpowiedniego szampana, a Leith dyszała zemstą. 

background image

Posiłek toczył się dalej, szampan został otworzony, rozlany, toasty 
wzniesione, a Leith uśmiechała się z trudem. W tej sytuacji nie mogła 
postąpić inaczej, ale wewnętrznie kipiała furią. Świnia! Przebiegła, 
chytra świnia! A więc w taki sposób zamierzał uświadomić Travisowi, 
że nie ma już dziewczyny! Pewnie, Travis kpi sobie z tego, ale tylko on. 
Leith musi się martwić, bo Naylor Rób-co-mówię Massingham, właśnie 
jakby oznajmił jej, że albo zamknie buzię na kłódkę i będzie robiła to, co 
jej każe, nawet udawała jego narzeczoną, albo może pożegnać się z 
pracą! Znowu miała ochotę wstać i wyjść - ale oznaczałoby to, że jest 
bezrobotna. Wszechobecny wróg, nie zapłacona hipoteka, wisiał jak 
kłoda u szyi. Nie mogła pozwolić sobie na luksus uniesienia się 
honorem. 
Sączyła więc szampana, uśmiechała się, jadła, a jej wściekłość na 
Naylora gotowała się na małym ogniu. Boże drogi, kilka minut temu 
czuła się niemal zawstydzona, że go uderzyła! 
Klęła swego narzeczonego do samego końca kolacji. 
Nagle jasno uświadomiła sobie, że nie jest tak źle. Przecież Travis jest 
dla niej jedynie dobrym kumplem, a ona, jak dotąd, nie straciła pracy. 
Zatem, kiedy przyjdzie koniec zabawy, to ona będzie się śmiała ostatnia. 
Ona - nie Jego Wysokość N. Massingham! Od tej chwili poczuła się 
znacznie lepiej. 
- Może przejdziemy do salonu? - zaproponowała gospodyni. Leith 
zrobiła gest, żeby wstać i natychmiast Naylor znalazł się przy niej, 
odsuwając jej krzesło. 
Podniosła na niego oczy. Ty świnio - pomyślała i uśmiechnęła się czule. 
A potem, absolutnie pewna, że Naylor nie znosi przylepnych kobietek-
kotek ujęła go pod ramię. Co za refleks - pomyślała, kiedy zobaczyła 
jego zaskoczone spojrzenie. Jego dłoń spoczęła na jej palcach. Razem 
weszli do salonu. 
Razem usiedli na jednej z długich i szerokich sof, a chociaż było na niej 
tyle miejsca, że oboje mogliby się nawet położyć, Leith nadal kurczowo 
trzymała ramię Naylora. Chcesz koteczki? Masz koteczkę. Jakiś diabeł 
podpowiedział jej, że to jedyny sposób, w jaki może wziąć odwet za to 
narzeczeństwo. 

background image

Ten sam diabeł zmusił ją do przysunięcia się jeszcze bliżej Naylora. 
Uśmiechnął się - ale w głębi jego oczu wyczytała, że nie dał się nabrać. 
- Znowu kogoś udajesz? - mruknął. 
- No jasne - tchnęła mu wprost w ucho. 
- Jak cudownie widzieć cię tak szczęśliwym - wzruszyła się Cicely 
Hepwood i Leith poczuła wstręt do samej siebie, że ci mili ludzie tak 
cieszą się ze szczęścia, które w istocie jest jednym wielkim 
błazeństwem. 
- Mieszkacie w cudownej okolicy - zauważyła. 
- Tak, lubimy to miejsce - podjął Guthrie. - Przeprowadziliśmy się tu... 
Kiedy to było, Cicely? 
- Dwadzieścia sześć lat temu - podsunęła, potrząsając głową pełną 
wspomnień. - Tuż przed tym, zanim Naylor zamieszkał z nami. 
- Naylor miał wtedy dziesięć lat, prawda? - Leith sama była zaskoczona 
własnym pytaniem. Nie miała zamiaru pytać o nic podobnego, ale 
zrozumiała, że jej miłość do Naylora i wynikająca z niej chęć, by 
wiedzieć o nim jak najwięcej, stłumiła wściekłość wywołaną jego 
szalonym pomysłem. 
- To piękny czas dla was obojga - promieniała Cicely. - Na pewno bez 
końca opowiadaliście sobie, czym było wasze życie, zanim się 
spotkaliście. 
- Było coś takiego - wtrącił Naylor z uśmiechem i czule spojrzał na 
Leith. - Jestem pewien, że jeszcze długo będę musiał uczyć się Leith. 
- Nie tak wiele - zaśmiała się w odpowiedzi i nagle zorientowała się, że 
Cicely, z całą pewnością zupełnie bez złej myśli, zaczęła zadawać 
pytania, na które Naylor dawno już powinien znać odpowiedź. 
- Czy mieszkasz w Londynie z rodzicami, Leith? - zapytała ciotka z 
zainteresowaniem. 
Leith pochwyciła ostrzegawcze spojrzenie Travisa, ale nie miała 
najmniejszego zamiaru wymieniać imienia Rosemary, a tym bardziej 
miejsca, skąd pochodzi. 
- Rodzice mieszkają w Dorset - tyle na pewno mogła powiedzieć 
bezpiecznie. 
- Czy nie wspominałaś, że masz brata? - wtrącił Travis, zanim zdążyła 
powiedzieć coś więcej o swych powiązaniach z Dorset. 

background image

O, Boże, on panikuje - pomyślała. Ale do licha, prędzej odgryzie sobie 
język, niż pozwoli, żeby wyszło na jaw, iż Sebastian od kapelusza to jej 
brat. Nie, jego imię też pozostawi w tajemnicy. 
- Tak, ale nie widziałam go już całe wieki - spojrzała na panią Hepwood 
i dodała: - Mieszka w Indiach. 
Szybko, zanim ktokolwiek inny zdołał się odezwać, położyła rękę na 
dłoni Naylora i zapytała słodko: 
- Czy nigdy nie myślałeś o tym, by zająć się importem win, kochany? 
Och, słowo daję - pomyślała, kiedy zaszczycił ją ciepłym spojrzeniem, 
na którego dnie czaił się błysk świadczący o tym, że jej miłość nie robi 
na nim żadnego wrażenia. 
- Chciałem, żeby Naylor przeszedł do mojej firmy - odpowiedział za 
niego Guthrie. - Naprawdę, zaoferowałem mu nawet miejsce w spółce. 
Ale nie przyjął tej propozycji. Jak ci to już zresztą na pewno powiedział. 
- Naylor na pewno nie powiedział zbyt wiele - ciepło wtrąciła Cicely. - 
To taki skromny chłopiec. 
- Ciociu, zaraz się zarumienię! - rzucił wesoło Naylor. 
- To by było święto - mruknęła Leith wyłącznie do jego wiadomości i 
dodała: - Rzeczywiście, znam tylko najogólniejsze zarysy tej historii, 
jak... 
Urwała zakłopotana. Na ten temat naprawdę nie miała nic do 
powiedzenia. Guthrie Hepwood przyszedł jej jednak z pomocą. 
- Zainteresowania Naylora są zupełnie inne niż moje - oznajmił 
dobrodusznie. - To urodzony inżynier. Oczywiście, bardzo szybko 
zorientowałem się, że zaraz po studiach powinien założyć własną firmę. 
Ojciec zostawił mu trochę pieniędzy i Naylor szedł od sukcesu do 
sukcesu. Naturalnie pracował od rana do nocy. 
- I dalej tak robi - wtrąciła Leith, przypominając sobie, że za każdym 
razem, kiedy opuszczała biuro, jaguar wciąż stał na parkingu. 
- To się zmieni po ślubie - zapewnił Naylor, a jej serce zabiło wściekłą 
synkopą na samą myśl o małżeństwie z nim. 
Niestety, świadomość lodowatej rzeczywistości przeważyła i Leith 
bardzo szybko z romantycznego rozmarzenia powróciła do wściekłości, 
spowodowanej przymusowym udziałem w jego farsie. 

background image

- Obiecanki-cacanki - zaśmiała się czule, utrzymując się w roli słodkiej 
narzeczonej. 
W ciągu następnej godziny nie przepuściła żadnej okazji, by z 
przyzwoitą dozą nieśmiałości miłośnie zaglądać mu w oczy. Znosił 
wszystko bardzo mężnie, musiała mu to przyznać. 
Około jedenastej towarzystwo zaczęło przebąkiwać o udaniu się na 
spoczynek. Travis jednak, ku zaskoczeniu Leith (ale wyłącznie jej) 
oznajmił, że nie jest śpiący i wychodzi. 
- Wychodzisz? O tej porze! - zatroskała się matka. 
- Nie smuć się, to miłość. Wrócę niedługo i spędzę noc we własnym 
łóżku. 
Leith ujrzała, jak usta Naylora zaciskają się. Widocznie nie spodobała 
mu się ta wymiana zdań. Nawet w najśmielszych marzeniach nie 
przypuszczała, że być może Naylor wspomina zupełnie inną sobotnią 
noc, kiedy Travis nie spał we własnym łóżku. 
- Nie hałasuj, kiedy wrócisz - ostrzegł Guthrie syna. Travis pożegnał się 
ze wszystkimi i wyszedł. 
Cicely przybrała wesołą minę i taktownie postanowiła, że pozostawi 
świeżo upieczonych narzeczonych sam na sam. 
- Guthrie i ja, przed pójściem spać, zajrzymy na chwilkę do stajni. 
Mamy teraz tylko dwa konie, ale one też lubią posłuchać nowinek z 
całego dnia. 
Impulsywnie podbiegła i pocałowała Leith. 
- Jestem bardzo szczęśliwa! - wyszeptała ciepło. - Naprawdę. 
Po wyjściu gospodarzy Leith poczuła się okropnie. Opanowała ją 
większa niż dotąd złość na Naylora. Była tak wściekła, że chyba lepiej, 
aby nie przebywała z nim w jednym pokoju. W południe uderzyła go, 
ale teraz jej uczucia skłaniały ją ku morderstwu. 
Bez słowa wymaszerowała z pokoju. Wcale nie poczuła się lepiej, kiedy 
Naylor znalazł się przy niej. 
- Wiesz na pewno, że Travis właśnie poszedł się pocieszać - zaatakował 
ją, kiedy ruszyli po schodach. 
- I, oczywiście, to wyłącznie moja wina! - prychnęła, nie zatrzymując 
się. Wiedziała, że jeśli nawet Travis poszedł się pocieszać, to na pewno 
nie z jej powodu. 

background image

- A czyja? - warknął, kiedy dotarli do podestu. 
- Przez cały wieczór robiłaś do mnie słodkie oczy! 
- Hej, ty, uważaj! - wybuchnęła Leith, zatrzymując się przed drzwiami 
do sypialni. -Przecież to ty, a nie ja, ogłosiłeś nasze zaręczyny. Ty 
groziłeś mi utratą pracy, jeśli nie poprę cię we wszystkim, co mówisz! 
To było... 
- Pewnie, popierałaś mnie wytrwale! - warknął. Przysięgłaby, że jest 
gotów do bójki, ale i tak wydawało się, że gryzie go jeszcze coś innego. 
- Niech mnie szlag trafi, wyraźnie odpowiadała ci ta gra! 
Nagle urwał. Nigdy dotąd nie widziała go tak rozgniewanego. 
- Czy do niego też się tak lepiłaś? - wychrypiał. Rozwścieczona Leith 
miała powyżej uszu jego i tych drwin. Gwałtownie otworzyła drzwi, 
zapaliła lampę i odwróciła się, żeby oddać ostatni strzał, zanim za 
trzaśnie mu drzwi przed nosem. 
- Lepić się? Chyba lepiej niż inni powinieneś wiedzieć - zasyczała - że w 
niektóre noce nie mogłam znieść nawet myśli o rozstaniu! 
Trzymała rękę na klamce, gotowa zamknąć drzwi, ale nim zdążyła to 
uczynić, Naylor wydał z siebie krzyk oburzenia. Zanim zorientowała się 
w sytuacji, pchnął drzwi i wszedł do środka. 
Na widok wyrazu jego oczu ogarnął ją lęk, który przeistoczył się w 
panikę, gdy Naylor znowu ruszył ku niej. 
- Wynoś się! - wrzasnęła i cofnęła się szybko. Czuła, że Naylor nie ma 
zamiaru słuchać jej poleceń. 
- Ani mi się śni, serduszko! - warknął jak dzikus. 
- Prosiłaś się o to przez cały wieczór! 
W następnej sekundzie obręcz jego ramion zacieśniła się jeszcze, a jego 
wargi tak długo szukały jej ust, aż je wreszcie znalazły. 
- Nie! - starała się wyrwać. Rychło jednak spostrzegła, że miał sposób 
na to, żeby utrzymać ją dokładnie w tej pozycji, której sobie życzył. W 
chwilę później porwał ją na ręce i uniósł w stronę łóżka. 
- Nie, nie! - zawyła, ale stwierdziła, że tylko zdziera sobie gardło. 
A potem poczuła, że brak jej tchu, kiedy rzucił ją na materac. Tylko o 
ułamek sekundy spóźniła się z ucieczką, bo gdy w chwilę potem 
usiłowała wygramolić się z łóżka, Naylor znalazł się tam wraz z nią i 
przygniótł całym swym ciężarem. 

background image

- No, a teraz pokaż mi, jak ładnie prosisz o jeszcze, tymi ogromnymi, 
zielonymi ślepiami - wydyszał. 
- Idź do diabła! - wrzasnęła i wcale nie spodobał jej się uśmiech, który 
wykrzywił jego rysy. 
- Pewnie pójdę, ale przedtem będę cię miał - syknął. O Boże, nie - 
pomyślała Leith, usiłując opanować narastające przerażenie. 
- T-ty chyba nie chcesz mnie zgwałcić? - wyszeptała trzęsącym się 
głosem. 
- Nawet nie przyszło mi to na myśl, kochanie - zadrwił. 
- Więc może lepiej od razu puść mnie, dobrze? - wyrzuciła z siebie, 
dopóki jeszcze zachowała resztki odwagi. 
- Chcesz powiedzieć, że mogę cię wziąć jedynie gwałtem? - zapytał i, 
licząc na to, że jej ciało będzie mu bardziej posłuszne, wycisnął na jej 
szyi elektryzujący pocałunek. 
- To właśnie chcę powiedzieć - odparła zduszonym głosem, czując, że 
ciało sprzeniewierza się jej haniebnie, zwłaszcza, kiedy dotknął jej warg 
ciepłymi ustami i zaczął całować je długo i leniwie. Kiedy wreszcie 
podniósł głowę i spojrzał na nią, jej paznokcie tkwiły głęboko w skórze 
dłoni. 
- Kogo chcesz wykiwać? - zadrwił. Już czuł, że Leith jest o krok od 
odpowiedzi na jego pocałunek, choć ona sama wciąż była tego 
nieświadoma. 
Ale i ona wkrótce zrozumiała, że siła jej pożądania zmiotła wszystkie 
bariery i nie widziała już dla siebie ratunku. Pozostało jej odwołać się do 
jego honoru, który sprawi, że jeśli weźmie ją siłą, znienawidzi samego 
siebie. 
Jego usta dotknęły jej warg i Leith znowu poczuła, jak jej ciało ożywa. 
Teraz musiała walczyć nie tylko z Naylorem, ale i ze sobą. 
- Błagam, Naylor - jęknęła jednym tchem, a kiedy zawahał się i spojrzał 
w jej przerażone zielone oczy, wyjąkała raz jeszcze: - Proszę... nie. 
- Podaj mi jakiś dobry powód - zaproponował. Wydawało jej się, że jego 
głos brzmi nienaturalnie nisko, jakby pod wpływem jakiejś silnej 
emocji. 

background image

- Jestem... jestem dziewicą - wyznała uczciwie. Drgnął mimo woli, 
jakby to wyznanie zaskoczyło go, chyba w ogóle nie brał tego pod 
uwagę. Natychmiast jednak odrzucił od siebie tę myśl. 
- Może kiedyś byłaś... gdy miałaś siedemnaście lat. Założę się, że masz 
to już za sobą - warknął i znów pochylił się nad nią. 
W ciągu pół minuty Leith była zgubiona. Następne trzydzieści sekund 
upłynęło Naylorowi na okrywaniu pocałunkami jej szyi aż do rąbka 
dekoltu, a jej - na uwalnianiu ramion, by go nimi otoczyć. 
Czas stracił swoje znaczenie. Dzielili ze sobą pocałunek za 
pocałunkiem. Naylor coraz mocniej wciskał ją w materac, a ona tuliła 
się do niego z coraz większą namiętnością. 
Siła pocałunków złagodniała, kiedy odsunął się od niej. Ale ona nie 
chciała, by dzieliła ich nawet tak niewielka odległość i w zapamiętaniu 
przyciągnęła go do siebie. A potem poczuła jego palce na zamku 
sukienki... 
Czuła się rozkosznie pozbawiona wstydu, gdy jej suknia jak jedwabny 
łachman spadła na ziemię, a on znowu wziął ją w ramiona. 
- Cudowna Leith - wymruczał, zanurzając usta w lśniącej, kasztanowatej 
masie jej włosów. 
- Naylor - szepnęła i poznała większe jeszcze zapamiętanie, gdy znowu 
wziął w posiadanie jej usta, a jego ciepłe, delikatne dłonie okryły jej 
szyję i ramiona zmysłową, elektryzującą pieszczotą. 
- Naylor! - jęknęła znowu, zupełnie tracąc głowę, i przylgnęła do niego 
całym ciałem. Nie uczyniła najmniejszego gestu, by go zatrzymać, gdy 
zdjął z niej biustonosz i zaczął pieścić nabrzmiałe, zwieńczone 
różowymi pączkami piersi. 
Ogarnęło ją konwulsyjne drżenie i nie była pewna, czy znowu nie 
wyszeptała jego imienia. Wiedziała tylko jedno: pragnęła go każdą 
cząstką swego ciała. Więcej, musiała mu to wyznać. 
- Pragnę cię! - zaszlochała, przepełniona miłością. - Och, Naylor - 
wzdychała, nieświadoma tego, co robi. - Tak bardzo cię pragnę! 
- Czekaj, moja śliczna - wydyszał i oderwał oczy od jej pełnej 
pożądania, zaróżowionej twarzy po to tylko, by pożerać wzrokiem jej 
drżące piersi. Wyciągnął dłoń i długie, wrażliwe palce dotknęły 
stwardniałych brodawek. 

background image

- Jesteś wspaniała, Leith - rzekł cicho. - Taka wspaniała... 
I, jakby ta wspaniałość poraziła go, przymknął oczy. 
Nagle dźwięk otwieranych i zatrzaskiwanych drzwi ściągnął 
omdlewającą Leith z powrotem na ziemię. Później doszła do wniosku, 
że Naylor odtrąciłby ją tak czy owak. W tej jednak chwili, gdy Cicely i 
Guthrie Hepwood wrócili ze stajni, wiedziała tylko, że - choć pragnie 
Naylora całą swą istotą - nie może pozwolić, żeby kochał się z nią. A w 
każdym razie nie tu, w domu jego wujostwa. 
Z całego serca pragnęła powiedzieć mu o swoich niepokojach, ale 
uznała, że to zbędne. Kiedy bowiem znów spojrzała na Naylora, jego 
twarz wyglądała jak lodowata maska. Usiadł gwałtownie na drugim 
końcu łóżka i Leith wiedziała już, że wszelka myśl o miłości 
wywietrzała mu z głowy. 
Pochylił się, podniósł z podłogi sukienkę i okrył ją dbając, by jej piersi 
były dokładnie osłonięte. W tym momencie poczuła, że on też ma jej 
serdecznie dość. Potwierdził to w chwilę potem, kiedy w połowie drogi 
do drzwi obejrzał się, objął wzrokiem jej wciąż zaróżowioną twarz i 
rzucił pogardliwie: 
- A co do tego twojego dziewictwa, kochanie, to założę się, że 
wmawiasz je wszystkim swoim kochankom! 
Kiedy drzwi zamknęły się za nim, Leith ukryła twarz w poduszce. 
Nienawidziła go, a jednocześnie tak bardzo kochała. Nie wstydziła się 
wyznać, że w głębi serca pragnie, by stał się jej jedynym partnerem w 
miłości. 
Wstyd jednak przyszedł ogromną falą, gdy leżąc z otwartymi oczami 
czekała, aż noc dobiegnie końca. Sposób, w jaki traktował ją Naylor i 
jego przekonanie, że wystarczy na nią kiwnąć palcem, ciągle 
podtrzymywały w niej uczucie buntu. 
Zapadła wreszcie w niespokojny sen, zastanawiając się, czy może być 
coś gorszego niż niemądrze ulokowane uczucie? 
 
 
ROZDZIAŁ SIÓDMY 
Po okropnej nocy Leith wstała bardzo wcześnie. Była niedziela. 
Wykąpana i ubrana, marzyła tylko o tym, żeby znaleźć się w swoim 

background image

mieszkaniu. Wychodząc z pokoju była pewna, że ma przed sobą jeszcze 
co najmniej sześć godzin pobytu w Parkwood. 
Naylor siedział z wujem w salonie. Kiedy weszła, obrzucił ją szybkim, 
ostrym spojrzeniem, a ona spuściła oczy. Podszedł do niej i, oczywiście, 
nie przepuścił okazji, żeby zmylić ją znowu. 
- Dzień dobry, kochanie - powitał ją i na wypadek, gdyby nie 
zorientowała się, że to czułe słowo padło wyłącznie na użytek 
publiczności, dodał: - Właśnie mówiłem wujowi, że wyjeżdżamy zaraz 
po śniadaniu. 
Zacisnęła zęby. Wcale nie chciała się z nim rozstawać... 
- Na pewno musicie wyjeżdżać tak wcześnie? - zatroskała się Cicely. 
- Bardzo chcielibyśmy zostać, ciociu - odparł Naylor czarującym tonem 
i natychmiast postarał się o odwrócenie jej uwagi: - Czy Travis wrócił 
do domu wczoraj w nocy? 
- O, tak - odparła i zwróciła się do Leith: - Travis nie zawsze pokazuje 
się na śniadaniu w niedzielę rano. 
Leith uśmiechnęła się, ale odwracając głowę spojrzała wprost w oczy 
Naylora. Jego wzrok był zimny i wyniosły. Wiedziała, że myśli o tych 
niedzielnych porankach, kiedy Travis jadł śniadanie przy innym stole - i 
on dobrze wiedział, przy czyim! 
Nie żywiła więc w stosunku do Naylora zbyt przyjaznych uczuć, kiedy 
wkrótce po śniadaniu opuszczali Parkwood. Sądząc po milczeniu, jakie 
panowało między nimi w czasie całej drogi powrotnej, on także nie czuł 
do niej cienia sympatii. 
Wysiadła z samochodu bez słowa, kiedy tylko zatrzymał się przed jej 
domem... ale on zrobił to samo. Spojrzała na niego i przypomniała sobie, 
że zostawiła torbę w bagażniku. Przeszła na tył samochodu i czekała, aż 
Naylor poda jej bagaż. 
- Leith - odezwał się, ale nie wyglądał ani trochę cieplej, ani mniej 
arogancko niż rano. - Chyba nie... - zaczął i wydawało się, że zabrakło 
mu słów. 
Nie czekała, aż dokończy zdanie. 
- Masz rację, chyba nie! - stwierdziła. Wyrwała mu z ręki torbę i 
pomaszerowała w stronę domu. 

background image

Niedziela wydawała się wlec w nieskończoność. Leith, opanowana na 
przemian miłością i nienawiścią, nie mogła przestać myśleć o Naylorze. 
Wreszcie zdecydowała się iść spać. Drepcząc przez przedpokój 
wiedziała już, że to będzie kolejna okropna noc. Nagle podskoczyła jak 
oparzona. Gdzie podział się kapelusz Sebastiana? Zaczęła go szukać, 
sądząc, że mógł gdzieś upaść, ale przepadł bez śladu! 
I pozbądź się tego! - przypomniała sobie słowa Naylora... właściwie 
ryknął wtedy tak głośno, że pewnie słyszała go cała ulica. 
Wsunęła się do łóżka. Nie, nie mogło być innego wytłumaczenia. 
Powiesiła kapelusz Sebastiana na swoim miejscu i wisiał tam jeszcze 
wczoraj rano, kiedy Naylor po nią przyszedł. Więc jeśli nie było to 
włamanie - a poza kapeluszem nic nie zginęło - to znaczy, że Naylor po 
prostu go zabrał. 
Przez jedną, szaloną chwilę pomyślała, że może Naylor pozbył się 
kapelusza Sebastiana z powodu zazdrości. Ta myśl jednak miała bardzo 
krótki żywot i natychmiast zastąpiła ją inna: Naylor usunął kapelusz 
tylko dlatego, że go nie posłuchała, więc uczynił to osobiście... bez 
jednego słowa! 
Całe wieki upłynęły, zanim udało jej się zasnąć. Kiedy wreszcie zapadła 
w sen, była to raczej lekka, niespokojna drzemka. W ten sposób 
obudziła się po raz pierwszy długo po dzwonku budzika. Przespała go. 
W godzinę później ocknęła się ze świadomością, że w żaden sposób nie 
zdąży do biura na czas. 
Szybko wzięła prysznic, ubrała się, wypiła pospiesznie kubek kawy i 
wsiadła do samochodu. 
Wpadła do budynku gratulując sobie, że nadrobiła trochę czasu i teraz 
była spóźniona tylko pół godziny. Weszła do biura i speszyła się 
ogromnie: oczy wszystkich zdawały się być zwrócone na nią! 
O, nie - pomyślała. - Spóźniłam się pół godziny i zaraz dostaję manii 
prześladowczej. Oczywiście, że nikt na mnie nie patrzy! 
- O-la-la! - zawołał Paul Fisher, kiedy go szybko mijała, ale dla niej to 
o-la-la miało tylko jedno znaczenie: najwidoczniej bura, jaką dostał w 
zeszłym tygodniu, wcale go nie poruszyła. 
- Przepraszam za spóźnienie - rzuciła Jimmy'emu, kiedy wpadła do 
pokoju. - Czy nikt... 

background image

Urwała. Jimmy także gapił się na nią. 
- Co...? 
- Kiedy nie było cię o dziewiątej, myślałem, że już nie przyjdziesz. 
Nim zdołała zapytać, co to ma znaczyć, dodał: 
- Podoba mi się ta fryzura. 
Podniosła dłoń do włosów. Dopiero teraz dotarło do niej, że rano, robiąc 
wszystko całkiem automatycznie, zapomniała zwinąć je w kok, który 
zresztą nosiła dopiero od niedawna. No i zapomniała okularów. 
- Dzięki-mruknęła. Już zaczęła się zastanawiać, co zrobić ze swoim 
wyglądem, gdy następna uwaga Jimmy'ego doprowadziła ją do szału. 
- Miałaś gościa - zauważył wesoło. - Nie podał nazwiska, ale 
powiedział, że się odezwie. 
Leith zaczęła gorączkowo myśleć, kto mógłby do niej dzwonić z innego 
działu, a kogo nie znałby Jimmy. Chłopiec tymczasem zwrócił ku niej 
roześmianą twarz: 
- Mam gratulować tobie czy twojemu narzeczonemu? 
Wybałuszyła na niego osłupiałe oczy. 
- Nigdy nie wiem, komu się gratuluje, kobiecie czy mężczyźnie, ale 
bardzo się cieszę z twoich zaręczyn. 
Leith jeszcze nie odzyskała mowy. 
- Wszyscy się cieszymy! - dobił ją Jimmy. 
- Wszyscy? - wykrztusiła. 
- Chyba nie sądziłaś, że twoje zaręczyny z panem Massinghamem 
przejdą niezauważone! - puszył się Jimmy. - Wszyscy wiedzą. Ja... 
Przerwał mu dzwonek telefonu. Zanim podniósł słuchawkę, Leith 
częściowo opanowała zdumienie i właśnie zaczynała być wściekła. 
- To do ciebie - oznajmił, a kiedy potrząsnęła głową, wyszeptał: - Pan 
Massingham. 
Leith wzięła słuchawkę. 
- Słucham? 
- W moim biurze... natychmiast! Bang! Głos w słuchawce zamilkł. 
- Pan Massingham chce mnie widzieć - powiedziała, wychodząc. 
- Pewnie, sądząc po tym, jak wyglądasz! - wyszczerzył zęby. 
Musiała przedrzeć się przez barykady kolejnych spojrzeń, które 
napotykała po drodze do nowego skrzydła. Wszyscy zdawali się 

background image

wiedzieć już o jej zaręczynach. Vasey, jak inne biura, było siedliskiem 
plotek. A ta konkretna plotka nie mogła wyjść od nikogo innego, z 
wyjątkiem tego, który rozkazał jej: W moim biurze... natychmiast! 
Nie wydawał się zbyt zadowolony. Ona też nie była w najlepszym 
nastroju. Jak mógł oznajmić wszem i wobec, że są zaręczeni? Jak 
mógł?! 
- Proszę od razu wchodzić! - wykrzyknęła Moira Russell, kiedy Leith, 
nie zatrzymując się, weszła przez jedne drzwi i już kierowała się ku 
następnym. 
- Dzięki - rzuciła Leith i weszła bez pukania. Naylor stał przy swoim 
biurku. Leith zamknęła 
drzwi z głośnym trzaskiem i nabrała powietrza, by krzyknąć... Nie 
zdążyła. On był szybszy. 
- W co ty do diabła grasz? - ryknął. 
- Ja? - Leith nie straciła kolejnej cennej sekundy. - Jak śmiesz 
ogłaszać...? 
- Wiesz dobrze, że nasze zaręczyny były tylko na użytek rodziny! Ty...! 
- Kto, na litość boską...? 
- Ejże, posłuchaj, moja pani - jego agresja sięgała szczytu. - Nikt mnie 
tak nie złapie na haczyk... 
- Haczyk? Ty myślisz, że to ja...! - kompletnie ogłupiała Leith pojęła, że 
Naylor oskarża ją o rozgłoszenie ich zaręczyn wszem i wobec. - Nie 
pisnęłam nawet słów... 
Urwała. Z jego agresywnej postawy wywnioskowała, że może 
zaprzeczać do śmierci, a on i tak jej nie uwierzy. 
- Haczyk na ciebie! - parsknęła, usiłując ukryć, że rani ją każdym 
słowem. - Massingham, o ile pamiętam, wcale z ciebie nie jest aż tak 
wspaniały kochanek! 
Te nieszczere przecież słowa musiały go dotknąć i nie spodobała mu się 
jej arogancja. Mimo to nie była przygotowana na tak dotkliwy cios, 
kiedy odparł: 
- Skoro, mimo wszystko, pamiętasz te parę chwil, musiałem wywrzeć na 
tobie ogromne wrażenie - wysyczał z błyskiem w oku. - Chociaż, 
właściwie, wcale nie miałem na myśli naszych spraw łóżkowych, a 
jedynie twoje zainteresowanie moimi finansami! 

background image

- Och - jęknęła boleśnie, nie wierząc własnym uszom. Nie była pewna, 
czy przypadkiem nie zbladła. Nagle okręciła się na pięcie. Musiała 
uciec, musiała ukryć swój ból. 
On jednak już dostrzegł jej cierpienie, bo zaledwie zrobiła ruch w stronę 
drzwi, znalazł się obok niej. 
- O, Boże - wymamrotał bez cienia złości i nieoczekiwanie objął ją 
ramionami. 
Nie przeprosił za to, co powiedział. Nie oczekiwała tego. Jednak, kiedy 
stała sztywna i nieruchoma w jego objęciach, przyciągnął ją delikatnie - 
i nagle znalazła się tuż przy jego piersi. Wytrzymała jeszcze kilka 
sekund, po czym poddała się jego uściskowi. 
Nie pocałował jej, zresztą nie miała na to ochoty. Wiedziała, że wkrótce 
odzyska zmysły, ale na razie rozkoszą było pozostawanie w jego 
ramionach. 
- Rozpuściłaś włosy - wymruczał gdzieś sponad jej głowy. 
- Zaspałam i w pośpiechu zapomniałam je spiąć - odparła po prostu. 
- Podoba mi się to - szepnął i wcale nie była pewna, czy nie pocałował 
jej w czubek głowy. 
Leith przytuliła się do niego mocniej. Cała ta huśtawka - od miłości do 
nienawiści - uspokoiła się w niej nagle. Kochała go i chciała, by to 
wiedział. Podniosła głowę i powiedziała poważnie. 
- Nie mówiłam nikomu o... o nas. 
Serce biło jej jak zwariowany zegar, kiedy ujrzała w jego oczach wyraz 
równie czuły, jak jego dotknięcie. 
- Ja też nie - odparł cicho. 
Stali tak, spleceni ramionami, patrząc sobie w oczy, kiedy drzwi 
otworzyły się powoli. 
- Więc kto...? - zaczął i oboje odwrócili się, czując nagle, że nie są sami. 
- Travis! - krzyknęła Leith zaskoczona. 
- Cześć, Leith, Naylor! - uśmiechnął się Travis. 
Leith nagle zdała sobie sprawę z tego, jak muszą wyglądać, objęci i 
przytuleni, w oczach każdego wchodzącego. Odruchowo odsunęła się od 
Naylora. On wprawdzie jej nie zatrzymywał... ale i Travis nie widział 
nic w tym złego, że się obejmują. Odkryła też, że za ogłoszenie zaręczyn 

background image

całej firmie mogą podziękować nie komuś innemu, lecz właśnie 
Travisowi. 
- Chyba się nie gniewasz, Naylor? - zapytał z błogim uśmiechem. - 
Byłem tu wcześniej, bo miałem coś do powiedzenia Leith. Nie mogłem 
się powstrzymać, żeby nie powiedzieć asystentowi Leith, że powodem 
spóźnienia mogą być wasze zaręczyny. 
Leith była aż nadto świadoma wymownego spojrzenia, jakim Naylor 
obdarzył ją i Travisa... i wiedziała, dlaczego. Jak na kogoś, kto powinien 
być zmartwiony tym, że ukochana kobieta zaręczyła się z kimś innym, 
Travis trzymał się świetnie. 
Przyszło jej do głowy, że skoro Naylor wie już, kto jest odpowiedzialny 
za rozgłoszenie informacji o zaręczynach, to właściwie może sobie 
pójść... 
- Chyba lepiej popracuję trochę - oznajmiła. 
- Ja też już muszę się zbierać - powiedział Travis. Leith wyskoczyła z 
gabinetu jak oparzona, nie czekając, aż kuzyni wymienią między sobą 
ostatnie żarciki. 
Travis dogonił ją w korytarzu. 
- Przyszedłem tu specjalnie po to, żeby się z tobą zobaczyć - oświadczył. 
- Rosemary? - domyśliła się. 
- Tym razem nie chodzi o Rosemary, chociaż sytuacja się nie zmieniła - 
westchnął i wyjaśnił: - Wczoraj dotarło do mnie, że musiałem się 
zachować jak dureń, kiedy w sobotę ogłosiliście swoje zaręczyny. 
- Ależ skądże - zapewniła go Leith. Nie potrafiła mu powiedzieć wprost, 
że był to tylko element gry. 
Travis jednak już przepraszał, upierając się, że nie okazał 
wystarczającego entuzjazmu. 
- Po tym wszystkim, co zrobiłaś dla Rosemary i dla mnie... i dalej 
robisz... pomyślałem sobie wczoraj, że mógłbym choć trochę okazać, jak 
bardzo się cieszę, że wyjdziesz za mojego kuzyna. Przyszedłem 
powiedzieć ci, że nie wyobrażam sobie lepszej żony dla Naylora. 
- Och, Travis - jęknęła bezradnie. 
- Nie było cię jeszcze, kiedy przyszedłem - ciągnął -więc wybrałem się 
na kawę. Kiedy wróciłem, asystent powiedział mi, że jesteś z Naylorem. 

background image

Leith miała ochotę wyznać mu, że może zapomnieć o  nowej kuzynce, 
ale poczuła, że nie może. 
- Jesteś kochany - oznajmiła po prostu. Wiedziała, że zjawił się tu tylko 
po to, by naprawić swój sobotni brak entuzjazmu. 
W kilka minut później rozstali się. Po drodze do biura pochwyciła kilka 
przyjaznych spojrzeń. Nie była pewna, czy przypadkiem nie powinna 
zaprzeczać pogłosce, jakoby była zaręczona z władcą imperium 
Massinghama, ale doszła do wniosku, że jeżeli Naylor będzie miał na tę 
sprawę sprecyzowany pogląd, to da temu wyraz. Plotka ma krótki 
żywot, historię o ich zaręczynach spotka los innych nowinek. 
Tymczasem ma ważniejsze sprawy na głowie. 
Pośród tych innych spraw najważniejsze było podejrzliwe spojrzenie, 
jakim Naylor obrzucił ją i Travisa w swoim biurze. Spokój kuzyna na 
pewno go zaskoczył, więc chyba dziś dojdzie do ostatecznych 
wyjaśnień. 
Wybiła jednak piąta, a Naylor się nie odezwał. Leith poczuła ulgę. 
Wyszła z biura za piętnaście szósta i zauważyła jaguara stojącego na 
parkingu. Przez moment poczuła słabość w kolanach. Otrząsnęła się 
jednak, wsiadła do samochodu i odjechała. 
Przygotowując sobie kolację ciągle myślała o Naylorze. Dziś rano był 
taki czuły, kiedy dostrzegł, że zranił jej uczucia. Tak dobrze było 
zobaczyć tę drugą,delikatniejszą stronę jego charakteru. Ze wzruszeniem 
przypominała sobie jego pełne troski spojrzenie. 
Myśli jej sennie krążyły wokół jednego tematu. Kiedy wspominała 
znowu, jak delikatnie tulił ją w ramionach dziś rano, nagle aż 
podskoczyła z przerażenia. Wielkie nieba, czy Naylor przypadkiem nie 
spostrzegł, jak bardzo jej na nim zależy? 
Ogarnęła ją panika. Może znieść wszystko, z wyjątkiem myśli, że on 
wie o jej miłości. Przez kilka minut łamała sobie głowę, jak się o tym 
upewnić. 
Dziesięć minut później ktoś zadzwonił do jej drzwi, i to dość 
gwałtownie. Czekała przez cały dzień na wezwanie - cóż, wszystko 
wskazuje na to, że konfrontacja odbędzie się na jej własnym terenie. 

background image

Podeszła do drzwi i od razu wiedziała, że to on. Otworzyła z bijącym 
sercem. Na widok mężczyzny, którego tak kochała, serce wykonało 
następną ewolucję. 
- Wejdź - zaprosiła go, wiedząc, że dopóki będzie stał w progu, nie 
usłyszy od niego ani słowa. 
Po drodze do salonu obejrzała się i stwierdziła, że czułość i delikatność 
należą do przeszłości. Pojawił się za to gniew, z którym już się oswoiła. 
- Co Travis miał ci do powiedzenia? - zapytał bez żadnych wstępów. 
- Co miał mi do powiedzenia? - powtórzyła nieprzyjaznym tonem. - 
Chciał porozmawiać o naszych zaręczynach, twoich i moich, ot co! 
- Jasne, że nie z nim jesteś zaręczona - warknął. 
- To ty tak mówisz! - prychneła. 
- Masz inne pomysły? 
- Gdzieżbym śmiała? 
- Jak ci zależy na pracy, to nie! - syknął, bliski szału. - Czy wy macie 
jakąś sekretną umowę, o której ja nic nie wiem? 
- O czym ty mówisz? 
Jedynym sekretem, jaki dzieliła z Travisem, była Rosemary. Jak długo 
jeszcze będę trzymać jej istnienie w tajemnicy? - pomyślała. 
- Jak to o czym? Czy ty przypadkiem nie prowadzisz podwójnej gry? 
Z wyrazu jego oczu Leith wywnioskowała, że biada jej, jeśli zgadł. 
- Wiem dobrze, co o mnie myślisz, ale czy sądzisz, że twój kuzyn 
chciałby dalej być moim... hm... kochankiem, wiedząc, że jestem z tobą 
zaręczona? 
Naylor obrzucił ją nieprzyjemnym spojrzeniem. 
- A więc skończyłaś z nim? - wywnioskował. Leith westchnęła głęboko. 
Już była zdecydowana 
rzucić to krótkie tak, na które czekał, ale ugryzła się w język. Jeśli powie 
mu, że nie kocha Travisa, może także uda jej się ukryć, kogo kocha 
naprawdę. 
- Skończyłam z nim... Tak - powiedziała sztywno. - Ale dopiero teraz 
zrozumiałam, że Travis zawsze będzie dla mnie kimś szczególnym. 
Naylor posłał jej spojrzenie pełne intensywnej nienawiści. Wydawało 
się, że chce ją przewiercić na wylot. 

background image

- Jeśli to tylko nie wpłynie na twoją pracę! - warknął i, jakby nie mógł 
ani chwili dłużej przebywać z nią w jednym pomieszczeniu, odwrócił się 
i wyszedł. 
Leith opadła na fotel, gdy drzwi wejściowe zatrzasnęły się za nim. Była 
roztrzęsiona. Trudno znieść tyle antypatii, kiedy kocha się tak bardzo! 
Tej nocy znowu nie spała dobrze. Myśli jej były zajęte Naylorem. 
Myślała o nim, o jego wściekłości i ledwie maskowanej groźbie, którą 
rzucił jej na odchodnym. Do tej pory tak dokładnie starała się wypełniać 
wszystkie jego polecenia, a jednak wciąż była zagrożona. 
Z tą smutną refleksją zasnęła, ale kiedy rankiem otworzyła oczy, 
uświadomiła sobie, że istnieje tylko jedno wyjście. Musi opanować 
miotające nią uczucia i złożyć wypowiedzenie. 
Pojechała do pracy wciąż nie widząc innej alternatywy. Oczywiście, 
zostanie jej dług hipoteczny, ale nie była to tragedia. Zgodnie bowiem z 
jej umową z Vasey, z wyjątkiem przypadku, gdyby została zwolniona 
dyscyplinarnie, obie strony musiały złożyć wypowiedzenie z 
trzymiesięcznym wyprzedzeniem. Za trzy miesiące wyprowadzi się z 
mieszkania, pozostawiając je najemcy, który pokryje koszty spłaty 
hipoteki. W ciągu trzech miesięcy na pewno nie znajdzie pracy równie 
dobrze płatnej, ale w każdym razie coś znajdzie! 
Natychmiast po wejściu do biura wysłała Jimmy'ego z jakimś 
poleceniem i napisała prośbę o zwolnienie. Wiedziała, że to będzie 
bolało, że w ten sposób traci szansę zobaczenia Naylora kiedykolwiek, 
ale w głębi duszy czuła, że robi słusznie. Nie wytrzyma już dłużej jego 
ataków wściekłości, tego, że uważa ją za dziwkę. Najbardziej jednak 
bała się, by nie poznał jej prawdziwych uczuć. 
- Idę do biura pana Drewera - oznajmiła Jimmy'emu, kiedy wrócił. 
Wzięła kopertę z wymówieniem i poszła do szefa działu. 
- Pan Drewer wyszedł na kilka minut. Czy mogę w czymś pomóc? - 
zapytała sekretarka. 
- Proszę mu to oddać, dobrze? - poprosiła Leith i wróciła do swego 
biura, gdzie przez następne dwadzieścia minut starała się pracować w 
skupieniu. 
Nie zdołała na dobre zatopić się w swoich zajęciach, kiedy nagle Naylor 
wpadł do jej pokoju z takim impetem, że podskoczyła w miejscu. 

background image

- Wynoś się! - bezceremonialnie polecił Jimmy'emu. 
- Tak, proszę pana! - bąknął Jimmy i wyleciał jak z procy. 
- Właśnie rozmawiałem z Drewerem - warknął. -Zauważył, że niedługo 
pewnie ślub, więc spytałem, co znowu krąży po tutejszych liniach. 
Odpowiedział, że to jego osobisty wniosek, który wyciągnął na widok 
twojego wymówienia. 
Leith wiedziała, że Naylor nie będzie zbyt uszczęśliwiony jej 
rezygnacją, ponieważ wytrąca mu z ręki wszystkie atuty. 
- Proszę mi powiedzieć, panno Everett - ciągnął groźnie - co do cholery 
pani sobie myśli, tak po prostu odchodząc? 
- Nie możesz zabronić mi odejść! - odparła butnie. 
- Nie mogę zabronić ci odejść, fakt - zgodził się, kipiąc gniewem - ale na 
pewno mogę postarać się o to, żebyś już nie dostała pracy w swoim 
zawodzie! 
Leith otworzyła usta i wyszeptała z niedowierzaniem: 
- Nie zrobiłbyś tego... 
- Tylko spróbuj! - warknął. - Telefon, słówko szepnięte do właściwego 
ucha o tym jak zawaliłaś kontrakt Norwood & Chambers... 
Nie musiał kończyć. 
Leith nie mogła uwierzyć własnym uszom. Czyżby był rzeczywiście 
zdolny do takiej podłości?! 
- Ty sukinsynu! - syknęła. 
Nie dotknęło go to. Nawet nie mrugnął. 
- Wszystkiego najlepszego z okazji zaręczyn, kochanie! - wypalił. 
 
 
ROZDZIAŁ ÓSMY 
Przebrnęła jakoś przez środę i czwartek, ale w piątek, jadąc do pracy, 
wciąż nie była pewna, czy opuści Vaseya za trzy miesiące. Czuła się 
zbyt zniechęcona, aby szukać innego zajęcia. Nie miała żadnych 
perspektyw na znalezienie odpowiedniej pracy. Każdy przyszły 
pracodawca zmuszony byłby zwrócić się do Vaseya o referencje, a nie 
ulegało najmniejszej wątpliwości, że Naylor Massingham dokładnie zna 
zawartość jej kartoteki. Zapewne poinstruował kadry, by informowały 

background image

go o wszystkim co dotyczy jego „narzeczonej". Mógł jej zaszkodzić w 
każdej chwili. 
Parkując samochód zastanawiała się, czy wciąż jeszcze jest z nim 
zaręczona? Od ostatniego, jakże burzliwego spotkania nie dał znaku 
życia. 
- Cześć, Jimmy! - rzuciła wesoło asystentowi. Nie pozwoli, by jej 
kłopoty stały się źródłem plotek. 
- Witaj, Leith - odparł poważnie. - Naprawdę bardzo podoba mi się 
twoja nowa fryzura. 
Leith wróciła do dawnego uczesania. Upieranie się przy nietwarzowym 
koku wydawało jej się idiotyczne. Zdjęła też okulary. Cielęce 
spojrzenie, jakim obdarzył ją Jimmy, przeraziło ją. Tylko tego teraz 
brakowało, żeby się w niej zadurzył. 
- Dzięki - odparła krótko. 
O jedenastej Jimmy poszedł na kawę i plotki. Leith pracowała jeszcze 
przez parę minut, po czym doszła do wniosku, że potrzebuje informacji 
z innego działu. 
Była już w połowie korytarza, gdy ujrzała Naylora, zbliżającego się z 
przeciwnej strony. 
Serce w niej zamarło w oczekiwaniu na spotkanie, ale jej narzeczony 
minął ją bez słowa, lodowate spojrzenie lokując gdzieś ponad jej głową. 
Do końca dnia nie mogła znaleźć sobie miejsca. Chyba nigdy dotąd nie 
pracowała tak nieudolnie. Ale jak mogła się skupić, gdy co chwila, 
zamiast rozłożonych przed sobą dokumentów, widziała twarz Naylora. 
Była taka zimna i obca... 
Z zamyślenia wyrwał ją telefon. 
- To chyba pan Massingham - oznajmił Jimmy scenicznym szeptem i 
podał jej słuchawkę. 
Po chwili wahania wzięła ją do ręki. 
- Halo - musiała mocno wziąć się w garść, kiedy okazało się, że Jimmy 
ma rację. 
- Chciałbym się z tobą widzieć - powiedział Naylor beznamiętnie. 
- Teraz? - zapytała, zastanawiając się jednocześnie, jak zajdzie 
gdziekolwiek na tych trzęsących się nogach. 

background image

- Dlaczego nie? - odparł i odłożył słuchawkę. Co za odmiana! - 
pomyślała, z lekka zaniepokojona. Czyżby znów coś knuł? 
- Nie zabawię długo - powiedziała do Jimmy'ego. - Idę... 
- Do nowego skrzydła? 
- Za bystry jesteś na tę pracę - mruknęła wyniośle. Ruszyła korytarzem, 
czując, że zaczyna wpadać w panikę. Czy wezwał ją do swego gabinetu 
po to, żeby dać jej burę za spotkanie w korytarzu dziś rano, zastanawiała 
się, podchodząc do drzwi Moiry Russell. W końcu on też ją zignorował. 
Nie, nie mógłby być aż tak nieprzyjemny - doszła do wniosku i weszła. 
- Pan Massingham jest wolny - oznajmiła z uśmiechem Moira Russell. 
- Dzięki - odpowiedziała Leith, mając nadzieję, że uśmiechem pokryje 
zdenerwowanie. Zapukała, wzięła głęboki oddech i weszła. 
Naylor stał przy biurku, przeglądając jakieś papiery. Serce Leith zabiło 
mocno - Boże drogi, jakże ona go kocha! 
- Dzień dobry - jakaś aktorka głęboko w jej wnętrzu powitała go 
uprzejmie na użytek sekretarki. Kiedy wreszcie podniósł oczy, zamknęła 
drzwi. - Chciałeś widzieć się ze mną? 
- Wejdź - zaprosił ją, a potem rzucił papiery na biurko i podszedł do 
okna. Milczał przez chwilę, jakby roztaczający się stamtąd widok był 
bardzo interesujący. Nagle otrząsnął się z zadumy i powiedział: 
- Wygląda na to, że wujostwo chcą lepiej poznać kobietę, którą mam 
pojąć za żonę. 
Leith odwróciła wzrok. Poczuła ukłucie bólu na myśl, że jeśli Naylor 
ożeni się, to na pewno nie z nią. 
- Zapraszają nas na weekend do Parkwood- dodał. Nie! - pomyślała 
zrezygnowana Leith. Dość już tej całej farsy! 
- Zacznijmy od tego-odezwała się-że nie wyjdę za ciebie i... 
Urwała, kiedy dostrzegła pulsowanie żyłki na jego skroni i mimowolny 
ruch głowy w tył. Z ponurego błysku w jego oczach domyśliła się, że 
obraziła go. 
- Mogłabyś przynajmniej poczekać, aż cię ktoś poprosi, zanim 
odmówisz - stwierdził lodowato. 
Leith aż skurczyła się po tych brutalnych słowach. Pomyślała, że za 
żadne skarby nie pojedzie z nim do Parkwood. Chyba wyczytał z jej 
twarzy ból i bunt, bo dodał już o wiele spokojniejszym tonem: 

background image

- Ciotka i wujek byli dla mnie jak rodzice... wiele im zawdzięczam... 
- Czy dlatego ich okłamujesz? - rzuciła ostro, bo Naylor pielęgnując 
swoje uczucia rodzinne zdawał się nie zwracać uwagi na to, że czyni to 
jej kosztem. 
- Wiesz, dlaczego muszę to robić - odparł. Miękkie nuty znikły z jego 
głosu. 
- Odśwież mi pamięć! 
- Czy muszę ci przypominać, że zabrałem cię do domu tylko po to, aby 
pokazać Travisowi, że kochasz kogoś innego - zwrot ten, dotyczący go 
w większym stopniu, niż sądził, trafił zbyt blisko celu. Leith 
instynktownie odwróciła się, żeby wyjść. 
- Mogę z miejsca cię zwolnić! - wybuchnął Naylor, zanim zdołała zrobić 
choćby krok. 
Stanęła nieruchomo i dopiero kiedy poczuła, że może już zapanować 
nad sobą, odwróciła się powoli. Nie musiał nawet mówić, że gdyby 
oskarżyła go o niesprawiedliwe wyrzucenie z pracy, każdy sąd stanąłby 
po jego stronie. Stąd w jej oczach pojawiła się spora doza nienawiści. 
- Bez zapłaty, oczywiście? - zapytała wrogo. 
- Masz rację! - odparł zimno. 
- Niech cię szlag trafi! - rzuciła mu w twarz. Wzruszył ramionami 
ignorując jej zranione uczucia. 
- W każdym razie, dopóki nie zdecyduję inaczej, jesteś moją narzeczoną 
- warknął. - Przyjadę po ciebie jutro o jedenastej. 
Leith przez chwilę spoglądała na niego z buntem w oczach. Los wyśmiał 
bezlitośnie żałosne zaklęcia, że nigdy więcej noga jej nie postanie w 
Parkwood. 
Odwróciła się i uciekła. 
Po powrocie do domu długo rozpamiętywała władczy sposób, w jaki ją 
potraktował. Nie mogła pojąć, dlaczego nie kazała, aby ją zwolnił, 
zostawił w spokoju i poszedł do wszystkich diabłów. 
W sobotę rano nadal myślała, jaki sens ma wyjazd do Parkwood. 
Tydzień temu pojechała tam, żeby Travis nie myślał już o niej jako o 
swej dziewczynie, było to zresztą ultimatum Naylora. Tym razem jedzie 
już nie jako dziewczyna, lecz jako jego narzeczona. Gdzie tu logika? 
Naylor zabiera ją, żeby wujostwo lepiej poznali jego przyszłą żonę, 

background image

podczas gdy wie doskonale, że na pewno się nie pobiorą. O jedenastej 
zadźwięczał dzwonek u drzwi. 
- Jestem gotowa - powiedziała chłodno. Nie czuła potrzeby zapraszania 
go do środka, więc tylko odwróciła się i poszła po torbę. 
Naylor jednak wszedł bez zaproszenia. 
- Jedna sprawa, zanim wyjdziemy – powstrzymał ją- 
Przystanęła i spojrzała na niego pytająco. Nie rozumiała, o co chodzi, i 
czekała na wyjaśnienia do chwili, kiedy wyjął z kieszeni pierścionek i 
spróbował włożyć jej na palec. 
Z zachwytem spoglądała na cacko z brylantów i szmaragdów. Nagle 
dotarło do niej, co oznacza ten gest i poczuła, że wzbiera w niej 
piekielna złość. 
- O, nie! Na pewno nie będę tego nosić! - krzyknęła gwałtownie. 
- Co, nie dość dobry dla ciebie? - warknął. Była to kropla, która 
przepełniła miarę. 
Wszystkie stresy, napięcia i cierpienia, jakie przeżyła w ciągu ostatnich 
tygodni, skumulowały się. Upuściła torbę na podłogę i ręką zakreśliła 
łuk. Naylor zareagował błyskawicznie i chwycił ją za przegub, zanim 
zdążyła dosięgnąć celu. Pozbawiona możliwości fizycznego 
wyładowania zawyła: 
- Skoro nie możesz zrozumieć, że nie interesuje mnie zawartość 
męskiego portfela ani ile z tego będę miała, to ty potrzebujesz okularów! 
Jeśli... - nie zdołała dokończyć, bo uświadomiła sobie, że Naylor 
uspokaja ją, tuli w kojącym uścisku. 
- Ciii - wyszeptał w jej włosy i Leith nagle poczuła się bezsilna. 
Wkrótce jednak złapała drugi oddech i choć cudownie było czuć jego 
ramiona wokół siebie, nadludzkim wysiłkiem woli zdołała odsunąć się 
od niego. 
Puścił ją, ale wciąż trzymał w palcach klejnot. 
- Przede wszystkim ciocia zwróci uwagę, czy nosisz pierścionek 
zaręczynowy - mruknął kusząco. 
Leith trwała w swoim uporze. 
- Ona mnie zna, Leith, wie, że włożę pierścionek na palec mojej 
narzeczonej w pierwszej dogodnej chwili. 

background image

Przeniosła spojrzenie z pierścionka na Naylora, dostrzegła 
wyczekiwanie w jego twarzy i znów spojrzała na klejnot. Czuła, że coś 
się na niej wymusza, ale nie miało to wielkiego znaczenia. Jednak jeśli 
ciotka ma zadawać niepotrzebne pytania, lepiej aby wzięła pierścionek. 
Wyciągnęła rękę. 
- Czy one są prawdziwe... to znaczy, kamienie? -zapytała, z oczami 
wlepionymi w ogromny szmaragd pośrodku i dwa mniejsze brylanty po 
obu stronach. 
- Czy ofiarowałbym mej miłości atrapę? - zażartował i Leith 
podziękowała mu za to mrożącym spojrzeniem. Nie był dusigroszem, 
więc pierścionek musi być prawdziwy. Zadrżała na myśl o tym, ile mógł 
kosztować! 
Wsunęła go na serdeczny palec - pasował świetnie. Sam fakt włożenia 
go sprawił, że nogi się pod nią ugięły. Potrzebowała czegoś na 
otrzeźwienie. 
- Nie jestem przyzwyczajona do noszenia pierścionka stwierdziła 
kwaśno, żeby dodać sobie sił. - Nie miej pretensji, jeśli go zgubię. 
- Nie będę miał - odparł bezbarwnym głosem. 
- I dostaniesz go z powrotem w tej samej chwili, w której opuścimy 
Parkwood! - uzupełniła z czystej przekory. 
- Niech mnie diabli! - zakpił. - Jesteśmy zaręczeni dopiero dwie minuty, 
a ona już mną pomiata! 
Zanim Leith zdołała znaleźć na to właściwą odpowiedź, wziął torbę i 
razem wyszli z domu. 
Sama myśl o tym, że ktokolwiek mógłby pomiatać Naylorem rozbawiła 
ją serdecznie i nareszcie rozluźniła się trochę. 
- Leith, Naylor! - wykrzyknęła Cicely Hepwood, wychodząc im na 
spotkanie. Guthrie dołączył do nich minutę później i wymienili 
powitalne uściski. 
- Dałam ci ten sam pokój, co w zeszłym tygodniu - szczebiotała radośnie 
gospodyni. - Na pewno chcesz rozpakować się i umyć ręce przed 
lunchem, ale zanim pójdziesz... - zawahała się nagle. - Chyba masz 
pierścionek zaręczynowy? - powiedziała powoli. 

background image

Leith skinęła głową, w duchu przyznając Naylorowi medal za zdolność 
przewidywania. Nie mogła jednak oprzeć się fali wzruszenia, kiedy 
podała pani Hepwood lewą dłoń. 
- Tak, i to bardzo piękny - stwierdziła szczerze. Podczas, gdy Cicely 
rozpływała się w zachwytach, Leith poczuła przemożną chęć spojrzenia 
na Naylora. Patrzył na nią: nie na ciotkę, nie na pierścionek, ale właśnie 
na nią - i wydawał się bardzo zadowolony. 
Odwróciła wzrok, przekonana, że rozumie powód jego radości. 
Przewidział, że pierścionek będzie pierwszą rzeczą, o którą zapyta 
ciotka. Leith miała ochotę, aby znaleźć się gdzieś na tyle blisko, żeby 
zobaczyć jego minę, kiedy okaże się, że nie przewidział czegoś... i 
złapał się we własne sidła! 
Rozmyślając tak pobiegła na górę, żeby odzyskać równowagę ducha i 
przyczesać włosy przed lunchem. Siedząc w jadalni obok Naylora czuła 
się o wiele, wiele pewniej. 
Rozmowa podczas lunchu była wesoła i sympatyczna. Nikt nie 
wspomniał Travisa, aż do chwili kiedy Guthrie poprosił Naylora o radę 
w sprawie kupna lasu. 
- To pomysł Travisa. Wtedy pochłonięty był ochroną dzikiej przyrody, 
ale zdaje się, że ostatnio ma... inne sprawy na głowie. 
- Mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy - uspokajająco wtrącił 
Naylor i pozornie niedbałym tonem zapytał: - A właściwie gdzie on jest? 
Na to pytanie odpowiedziała ciotka. Leith zorientowała się nagle, że pod 
wesołą, uśmiechniętą maską kryje się bardzo zatroskana kobieta, która 
stara się ze wszystkich sił traktować ją jak członka rodziny. 
- Travis był wczoraj bardzo niespokojny-wyznała Cicely Hepwood. - 
Właściwie przeżywał coś przez cały tydzień. Wczoraj jednak cierpiał 
bardziej niż zwykle i... - głos zadrżał jej lekko. Musiała przerwać na 
chwilę, żeby odzyskać panowanie nad sobą. - Ostatniej nocy zadzwonił, 
żebyśmy się nie martwili, ale w ogóle nie wróci do domu. To już druga 
noc, kiedy nie wiem, co się z nim dzieje. 
W tym momencie Leith z całego serca zapragnęła uspokoić choć trochę 
panią Hepwood. Ale co mogła powiedzieć? Travis bardzo kochał 
Rosemary i myślał o niej bez przerwy... ale tego nie mogła powiedzieć 
nikomu. 

background image

W tej samej chwili Guthrie Hepwood zaczął uspokajać żonę, że syn 
zjawi się na pewno lada chwila. Leith uznała, że nie musi już głowić się 
nad sposobem wytłumaczenia Travisa. Przelotnie spojrzała na Naylora i 
aż się cofnęła. Wyglądał, jakby ogarniała go szewska pasja. Nigdy dotąd 
nie widziała w jego oczach takiej wrogości i to wyraźnie pod jej 
adresem! 
Wstrząśnięta do głębi odwróciła wzrok i zastanawiała się, co u licha 
palnęła tym razem. Minęło kilka sekund, odrętwiały umysł zaczął 
pracować i odpowiedź na pytanie przyszła sama. Naylor ciągle dobrze 
pamiętał, gdzie znalazł swego kuzyna tej pierwszej nocy. Był, zdaje się, 
zupełnie pewien, że znalazłby go tam i dzisiaj. Leith poczuła 
odradzającą się wściekłość. Miała dość tej koszmarnej podejrzliwości... 
- Chyba pójdę się przebrać - oznajmiła. Zbyt była rozgorączkowana, 
żeby wytrzymać w bezpośredniej bliskości Naylora, kiedy przejdą do 
salonu. Z uśmiechem przeprosiła towarzystwo i wyszła. 
Jeżeli była wściekła, to jej narzeczony z pewnością dzielił ten nastrój, bo 
także wymówił się i odszedł w tym samym kierunku. 
Żadne z nich nie odezwało się ani słowem, dopóki nie znaleźli się przed 
drzwiami sypialni. 
- I co? - warknął, gdy Leith miała już wejść do sypialni. Chwycił ją za 
ramię i niezbyt delikatnie zwrócił twarz ku sobie. 
Podniosła wzrok na jego agresywne, mroczne oczy. 
- Co i co? - wybuchnęła. 
- Widziałaś się z Travisem ostatniej nocy? - syknął. 
- Chodzi ci o to, czy został na noc? A był tam, kiedy przyszedłeś po 
mnie rano? - odpaliła i zaczerpnęła tchu. - Oddać ci pierścionek? - 
zadrwiła. Była dość wściekła, żeby mieć na to odwagę. Odwróciła się 
tyłem. 
Nie odeszła daleko. Zanim zdążyła dotknąć klamki, chwycił ją za 
ramiona i przycisnął do ściany. 
- Nie! - zaprotestowała, ale on nawet nie udawał, że słucha. Całując, 
więził ją w żelaznym uścisku. 
Jego pocałunki były brutalne i sprawiały ból. Usiłowała uwolnić się za 
wszelką cenę, ale to tylko wzmagało jego podniecenie. 

background image

Była równie wściekła na siebie, jak na niego. Wiedziała, że potrafi ją 
rozbroić. W chwili gdy jego złość nieco minęła albo może zmęczyły go 
pocałunki, zdołała uwolnić dłonie i wesprzeć je na jego piersi. Ode-
pchnęła go z całej siły i - nagle poczuła, że jest wolna. Nie czekała na 
wyjaśnienia. Błyskawicznie znalazła się w sypialni i zamknęła drzwi. 
Oparła się o nie plecami w obawie, że zechce wejść. Nasłuchiwała ze 
wstrzymanym oddechem. Nie dobiegał żaden szmer, więc uznała, że 
musiał sobie pójść. 
Podeszła do okna i spojrzała na rozsłoneczniony trawnik. Poczuła, że 
jest zbyt wzburzona, by siedzieć w pokoju do samej kolacji. Postanowiła 
udać się na przechadzkę - przy odrobinie szczęścia może uda jej się nie 
spotkać Naylora. 
Niedyskretne pytania i brutalny pocałunek wciąż jeszcze tkwiły w jej 
pamięci. Doszła jednak do wniosku, że gdyby nawet próbowała 
dowiedzieć się, dlaczego był taki wściekły i omal jej nie pobił, 
prawdopodobnie odpowiedź nie byłaby zbyt miła. W końcu i tak 
wszystko okaże się jej winą! 
Po drodze zauważyła, że drzwi do salonu są zamknięte. Miała ogromną 
ochotę wyjść nie mówiąc nikomu ani słowa, ale czuła, że winna jest 
gospodarzom tę grzeczność. Nawet, jeśli nie będzie umiała 
odpowiedzieć na pytanie, co się stało z Naylorem. 
Podeszła do drzwi salonu, przywołała na twarz miły uśmiech i weszła. 
Państwa Hepwood nie było w pokoju. Miała pecha, w salonie był 
właśnie Naylor. 
Zatrzymała się raptownie i już miała wyjść, kiedy zawołał ją po imieniu. 
Wydawał się równie wzburzony, jak ona i natychmiast spojrzał na jej 
lewą dłoń. 
- Szukałam pani Hepwood - powiedziała szybko przyłapując się na tym, 
że patrzy na jego usta, te same, które tak brutalnie ją całowały. Nagle 
zapragnęła podejść i pocałować go, tak jakby można było zetrzeć całe 
zło, które już się stało. 
Pewnie uznałby ją za szaloną... 
- Po co ci moja ciotka? - zapytał. Znowu był podejrzliwy. 
- Nie zdradzę jej żadnej tajemnicy! - odparła kwaśno, porzucając swe 
pokojowe zamiary. - Powinna chyba wiedzieć, że idę na długi spacer. 

background image

- Ciotka jest na górze - odpowiedział i Leith zrobiła krok w kierunku 
wyjścia. Ale on znowu zawołał ją po imieniu, więc odwróciła się 
niechętnie. 
- Leith, ja... - zaczął powoli, ale nagle urwał. Coś, co zobaczył przez 
wysokie francuskie okno, nie pozwoliło mu dokończyć. 
- Travis! - wykrzyknęła Leith, rozpoznając jego kuzyna. Pomyślała, że 
widok syna przyniesie pani Hepwood ogromną ulgę, kiedy u boku 
Travisa dostrzegła znajomą postać. 
- Rosemary! - wyjąkała, kompletnie zaskoczona i pobiegła, żeby gorąco 
uściskać przyjaciółkę. 
- Myślałem, że mama i tato będą tutaj, więc poszedłem na skróty przez 
trawnik - wyjaśnił Travis, roześmiany, najszczęśliwszy człowiek na 
świecie. - Cieszę się, że tu jesteś, Leith. Powinnaś wiedzieć pierwsza. 
- Dzwoniłeś do Rosemary - domyśliła się. 
- Jeszcze lepiej! - odparł, zaborczo obejmując ramieniem swoją miłość. - 
Po parszywej nocy pomyślałem, że oszaleję, jeśli czegoś szybko nie 
zrobię. Rano pojechałem do Dorset i... 
- Pojechałeś do Hazelbury? Do domu Rosemary? - dopytywała się 
zdumiona Leith. 
- Nie mogłem dłużej wytrzymać - odparł. - Wydawało mi się, że im 
dłużej Rosemary zostaje z rodzicami, tym bardziej wpajają jej swoje 
przesądy. W każdym razie trząsłem się jak osika, kiedy oznajmiłem 
państwu Green, że zamierzam poślubić ich córkę i... 
- Poślubić! - ten okrzyk padł z ust Naylora. Och, pomocy - pomyślała 
Leith, za chwilę ktoś zapłaci głową. Miała podstawy, by przypuszczać, 
że to będzie jej głowa. 
- Ależ tak! - wykrzyknął entuzjastycznie Travis, najwyraźniej w 
siódmym niebie i niewrażliwy na czyjeś groźne miny. 
- Słuchajcie, Rosemary była cudowna. Kiedy zapytałem jej rodziców, co 
bardziej kochają, szacunek sąsiadów czy własną córkę, pokazali mi 
drzwi. A wtedy ona powiedziała, że postanowiła dać Derekowi rozwód i 
idzie ze mną. 
- Czy ktoś mógłby powiedzieć mi... - zbyt spokojnie wtrącił się Naylor - 
... co się tu dzieje, do jasnej cholery? 

background image

Przez moment Travis wydawał się wytrącony z równowagi pytaniem 
kuzyna, ale już po chwili rozpłynął się w uśmiechach. 
- Wybacz mi, Naylor - sumitował się. - Jestem cały w skowronkach. 
Zapomniałem, że nie znasz Rosemary. Myślałem, że Leith, pomimo 
moich usilnych błagań o dochowanie tajemnicy, powiedziała ci o 
wszystkim. 
- Dalej! - ponaglił Naylor. Jego głos był bardziej spokojny niż 
kiedykolwiek. Cisza przed burzą. 
- Leith jednak była naprawdę lojalnym przyjacielem - przyznał radośnie 
Travis. - Od chwili, gdy spotkałem Rosemary po raz pierwszy, była dla 
nas obojga ogromną pomocą. A potem, kiedy Rosemary miała kłopoty i 
nie chciała się ze mną widywać, Leith była naszym posłańcem, koiła ból 
mojego serca i... wyznaję... pijaństwa. Szczególnie jednej nocy, kiedy 
byłem zbyt zalany, żeby prowadzić, położyła mnie do łóżka Sebastiana i 
pozwoliła wszystko odespać. 
Leith spojrzała na Naylora i dostrzegła, że ten aż kipi ze złości. O, Boże, 
to już koniec! - pomyślała. 
- A więc... - zaczął Naylor dość groźnie, ale w tym momencie w salonie 
pojawili się rodzice Travisa. 
- Travis! - zawołała Cicely i rozpromienionym wzrokiem spojrzała na 
młodą kobietę, którą jej syn wciąż obejmował ramieniem. - Widzę, że 
przywiozłeś przyjaciółkę! 
- Rosemary to coś więcej niż przyjaciółka - dumnie odparł Travis. - 
Mamo, poznaj moją przyszłą żonę. 
- TRAVIS! 
Nagle wszyscy zaczęli mówić jednocześnie. Leith spojrzała na ciągle 
otwarte francuskie okno. Właściwie teraz już może iść na ten długi 
spacer. Zerknęła na Naylora, był pochłonięty obserwowaniem rodziny. 
Leith cichutko wyśliznęła się na zewnątrz. Spojrzała na drogę, którą 
zamierzała pójść i nagle poczuła się dziwnie zagubiona. Droga 
przecinała otwarte pole... a ona nie chciała być dostrzeżona. 
Nieco dalej, na lewo, znajdował się letni domek. W nadziei, że nie jest 
zamknięty, pobiegła ku niemu jak na skrzydłach. 

background image

Miała szczęście. Oszklone drzwi ustąpiły pod dotknięciem jej ręki. 
Weszła i przekonała się, że domek jest większy, niż wydawał się z 
zewnątrz. 
Opadła na wyściełaną sofę. W głowie szumiało jej od wrażeń. Była 
szczęśliwa, że być może Travis i Rosemary nareszcie zaczną czerpać 
radość ze swej miłości. 
Wkrótce Leith zapomniała o szczęśliwej parze. Znowu stanęła jej przed 
oczami wściekła mina Naylora. Było w niej coś groźnego. Naylor nie 
należał do ludzi, którzy zwlekają z wyciąganiem wniosków i Leith 
wiedziała, że chwila pokuty jest bliska. 
Usłyszała kroki. Poderwała głowę, gdy cień padł na oszklone drzwi, i 
zamarła. Rozpoznała wysokiego mężczyznę, stojącego z dłonią na 
klamce i pojęła, że nadszedł czas wyjaśnień... 
Nie odrywała od niego oczu, gdy z bezlitosną miną wszedł do domku. 
Stanął przed nią i przez długą chwilę po prostu patrzył z góry. 
- No - odezwał się twardym, ostrym głosem. -Mów. 
 
 
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
- O... czym? - zapytała. Ta odpowiedź nie została przyjęta zbyt dobrze. 
- Ostrzegam cię - rzekł lodowato. - Nie mam nastroju do zabawy. 
Wskazał głową na dom. 
- Możesz zacząć od wyjaśnienia mi, o co do cholery tam chodzi! 
Leith starała się zachować spokój. 
- To chyba mówi samo za siebie - odparła oschle. Oczy Naylora zwęziły 
się, ręce zacisnęły w pięści. 
Przyciągnął do siebie fotel i usiadł naprzeciw niej. Zablokował jej w ten 
sposób drogę do drzwi. Przechylił się i wycedził gniewnie: 
- Dobra, zaczynamy od początku. Kim u diabła jest Sebastian? 
Treść pytania tak zaskoczyła Leith, że o mały włos nie wyparła się 
własnego brata. 
- On... mm... jest w... mm... Indiach, na... -zaczęła. 
- Do jasnej cho... - Naylor zmełł w ustach przekleństwo. Zachowywał 
się jak człowiek, którego oszukano, i teraz nie pozwoli na dalsze 
kłamstwa. Chce mieć zatem wszystkie kropki nad I, wszystkie kreseczki 

background image

nad T i nic, zupełnie nic nie pozostawiać domysłom. - Sebastian to twój 
brat, tak? Jedyny brat? 
- Sebastian jest moim jedynym bratem - przyznała. 
- Jak długo jest w Indiach? - rzucił Naylor, a Leith klęła swe zmieszanie. 
Teraz, kiedy chciała odpowiadać jak najszybciej, nie mogła sobie 
przypomnieć. 
- Niezbyt długo - odpowiedziała. 
- Rok? Kilka miesięcy? - dopytywał się. Skinęła głową. - Zanim 
wyjechał, mieszkaliście razem? 
- Zgadza się - odparła ostro, zirytowana lekko jego dociekliwością. 
Wtedy pochwyciła błysk zrozumienia w jego oczach. 
- Hipotekę także spłacaliście razem? - nie zawahał się wleźć z butami 
także w jej finanse. 
- Jeżeli musisz wiedzieć - wybuchnęła - chcieliśmy kupić razem to 
mieszkanie. Żeby oszczędzić ci pytań - dodała - złożyliśmy depozyt w 
postaci pewnej sumy, którą zapisał nam dziadek. 
Naylor nie wydawał się ani trochę zainteresowany sumą, jaką złożyli, 
ani dziadkiem. 
- A potem twój brat wyjechał i zostawił cię z całym długiem, nie dając 
żadnego zlecenia płatności pod jego nieobecność? 
- Chyba zapomniał, że są... - Leith zaczęła bronić Sebastiana, ale urwała. 
- To ciebie nie dotyczy! 
- palnęła bez namysłu. Kiedy spojrzała na wyraz jego twarzy domyśliła 
się, że to nie był dobry argument. 
- To mnie cholernie dotyczy, kobieto! - ryknął. 
- Zrobiłaś ze mnie kompletnego durnia. Nikt nie robi takich rzeczy bez 
powodu, nawet ty! 
- Miałam doskonały powód - podniosła głos. 
- Jaki? 
- Sam się o to prosiłeś! 
- W jaki sposób? 
- Masz kiepską pamięć! Od pierwszej chwili, od tamtej nocy, kiedy 
przyszedłeś po Travisa, zacząłeś... 
- Do Travisa wrócimy za chwilę - uciął. - Przedtem jednak powiesz mi, 
dlaczego raczyłaś wprawdzie poinformować mnie, że masz brata, ale 

background image

umyślnie nie powiedziałaś, że ma na imię Sebastian! To natychmiast 
rozwiązałoby sprawę innego mężczyzny w twoim życiu. 
- Dawałeś mi jasno do zrozumienia, jaką masz o mnie opinię, powinnam 
chyba robić wszystko, żeby ją poprawić! - wybuchnęła. 
- I, oczywiście, dlatego nigdy nie wspomniałaś, że do niedawna twój 
brat mieszkał z tobą i płacił połowę długu hipotecznego, dzięki czemu 
mogłaś sobie pozwolić na takie mieszkanie. I również dlatego po-
zwoliłaś mi myśleć, że to mieszkanie ma tylko jedną sypialnię, podczas 
gdy najwyraźniej są dwie. Co znaczy... 
- O ile pamiętam - przerwała mu ostro Leith - tamtej nocy, kiedy 
przyszedłeś po Travisa, nie byłeś w nastroju do wycieczki po moich 
nieruchomościach! 
- Mogłaś mi wszystko wyjaśnić! 
- Rzeczywiście, jak diabli! Bo ty miałeś ochotę słuchać wyjaśnień! 
- Jakaś kobieta unieszczęśliwiała Travisa... był w twoim mieszkaniu, 
więc, na mój rozum, to musiałaś być ty! 
- No więc dowiedziałeś się właśnie, że to nie ja. 
- A ty czekałaś na ten dzień, co? - przerwał jej szorstko. 
- Czekałam? 
- Niech mnie piekło...! - wybuchnął. - Założę się, że nieraz miałaś 
ochotę roześmiać mi się w twarz! 
- Jestem tylko człowiekiem! - odparła, pomijając milczeniem fakt, że 
częściej z jego powodu była bliska łez niż śmiechu. 
Okazało się, że śledztwo dopiero się rozkręca. 
- Dlaczego pozwoliłaś mi sądzić, że jesteś kochanką mojego kuzyna? - 
zapytał. - Dlaczego...? 
- Z tego, co sobie przypominam - ucięła wrogo -chyba nie uwierzyłbyś 
mi, gdybym powiedziała ci coś innego! Byłeś zdecydowany myśleć o 
mnie jak o jakiejś... jakiejś harpii, która czyha wyłącznie na portfel 
Travisa! 
- Nawet nie próbowałaś przekonać mnie, że jest inaczej! - rzekł 
oskarżająco. - Nawet nie wspomniałaś o istnieniu tej dziewczyny. 
- Rosemary nie chciała, aby ktokolwiek wiedział o jej związku z 
Travisem - stanęła w obronie przyjaciółki - a poza tym byłam święcie 
przekonana, że już nigdy więcej cię nie zobaczę. 

background image

- Hmmm - mruknął. Potarł dłonią podbródek w zamyśleniu. Wydawało 
się, że coś sobie przypomniał... i nagle rozluźnił się. 
- To... dla mnie także była niespodzianka - wyznał dziwnym, tęsknym 
tonem. - Przechodząc, zajrzałem do pokoju i zobaczyłem twoją 
kasztanową głowę... 
- Rozpoznałeś mnie? 
- Byłaś odwrócona plecami, uczesana inaczej, ale... -powiódł 
spojrzeniem po jej długich, lśniących lokach  ten fantastyczny kolor 
przyciągnął moją uwagę. 
Leith nie była pewna, czy przypadkiem nie woli, kiedy jest bezczelny, 
wściekły i agresywny. Jego łagodność wytrącała jej broń z ręki. 
- Ja... też nie wiedziałam, że jesteś... Naylorem Massinghamem, moim... 
szefem - wyjaśniła. 
- A ja nie byłem pewny, że kobieta, którą nazywają Panną Lodowatą, 
jest tą samą brązowowłosą pięknością, z którą kłóciłem się w sobotę 
rano - odparł. 
Och, Naylor, nie rób tego - myślała rozdygotana Leith. Teraz jeszcze 
cięższą walkę musiała stoczyć w poszukiwaniu odpowiedzi. 
- Cóż, kiedy już się dowiedziałeś, nie miałeś żadnych skrupułów. 
- Dużo mi to pomogło! - parsknął. Miękki ton znów gdzieś się 
zapodział. - Tego samego wieczoru, kiedy byłem na kolacji z 
przyjaciółką, kogóż to ja widzę w tej samej restauracji? Mego kuzyna, 
otaczającego władczym ramieniem właśnie ciebie! 
- Jeśli dobrze pamiętam, Travis jedynie prowadził mnie do twojego 
stolika. 
- Ale skoro nie byłaś jego dziewczyną, dlaczego zgodziłaś się iść na 
kolację? - dopytywał się. 
- Jeśli już chcesz wiedzieć - odparła - dlatego, że Rosemary pojechała do 
rodziców tydzień wcześniej i wtedy jeszcze nie wróciła. Jej rodzice są 
przeciwni rozwodowi, więc bała się powiedzieć im o Travisie. 
- Ha! - chrząknął z niesmakiem Naylor, ale dalej naciskał: - To wciąż 
nie wyjaśnia, dlaczego jadłaś z nim kolację. 
Leith nie była zaskoczona jego dociekliwością, ale szczerze zdziwił ją 
fakt, że nagle zaczął mówić, jak człowiek zazdrosny! Odsunęła jednak 
od siebie tę myśl. 

background image

- Poszłam z Travisem na kolację, ponieważ Rosemary prosiła, żebym się 
nim opiekowała, a poza tym był taki nieszczęśliwy... - wyjaśniła 
bezdźwięcznym głosem. - Lubię go. Lubię ich oboje - ciągnęła z 
determinacją. - Kiedy Travis zadzwonił, nie miałam serca mu odmówić. 
Wiedziałam, że musi się komuś zwierzyć. Nigdy nie przyszło mi do 
głowy - dodała szczerze - że ty możesz spędzać wieczór w tym samym 
miejscu. 
- Jasne, że nie! - napadł na nią Naylor. - Więc dlaczego nie wyjaśniłaś 
tego przy następnym spotkaniu? 
Leith doskonale pamiętała to następne spotkanie. Przyszedł do jej 
mieszkania i całował ją... 
- Nie mogłam - usiłowała odepchnąć od siebie te wspomnienia - 
ponieważ wtedy Travis poprosił, żebym nikomu nie mówiła o 
Rosemary. 
Nagle opanowały ją wyrzuty sumienia. 
- Ja wiem, że to boli... jesteście przecież rodziną -wyszeptała wzruszona 
- ale Rosemary była naprawdę w rozpaczliwej sytuacji. Ja... po prostu 
nie mogłam złamać danego mu słowa. 
- Oczywiście! - przerwał jej gwałtownie. - Byłaś... Nagle urwał. 
Znieruchomiał, jakby nieoczekiwanie zobaczył coś bardzo ważnego. 
Leith pozostała napięta. Nie wiedziała, o czym myśli, ale pamiętała jego 
niesamowitą zdolność kojarzenia faktów. 
- Nie mogłaś złamać słowa danego Travisowi, - zaczął powoli - 
ponieważ go lubisz, tak? 
- Hm... tak. Tak mi się wydaje - poddała się. 
W dalszym ciągu nie wiedziała, o czym myśli Naylor. W jego wyglądzie 
było coś dziwnego, dziwny był także sposób, w jaki na nią patrzył, jakby 
nie chciał nic przeoczyć. To było nieco kłopotliwe. 
- Z tego wynika - zaczął ostrożnie - że nie złamałabyś słowa danego 
mnie... z tego samego powodu? 
Czyżby się czegoś domyślał? 
- Czy mogę przyjąć, Leith, że... przynajmniej w pewnym stopniu... 
lubisz także i mnie? - ciągnął dalej. 
- Tak... nie... oczywiście, że nie! - wyjąkała i zaraz przekonała się, że 
takie zaprzeczenie nie pomoże jej. 

background image

- A więc dlaczego - ciągnął uparcie - kiedy poprosiłem cię, byś nie 
mówiła Travisowi, że nasze obustronne zauroczenie jest farsą... 
dlaczego milczałaś... i dotrzymałaś słowa? 
Leith usiłowała wziąć się w garść. Wreszcie, z ulgą, przypomniała sobie 
najważniejszy argument: 
- Wiesz przecież. Stawką była moja praca. Gdybym... 
- Ale - wpadł jej w słowo - złożyłaś wypowiedzenie. 
- Wiem, ale... - wykręcała się, czując, że traci grunt pod nogami. - Nie 
mogłam mu nic powiedzieć, ponieważ z nim nie rozmawiałam. 
- Jestem pewien, że decyzji o porzuceniu pracy nie podjęłaś w 
poniedziałek, inaczej powiedziałabyś Travisowi wszystko, gdy 
przyszedł rano do biura. 
Mam jeden wielki bałagan w głowie - pomyślała Leith. Zapomniała o 
tym, że widziała Travisa w poniedziałek. 
- Ale - ciągnął dalej Naylor - może miałaś ochotę powiedzieć mu o tym, 
że nie jesteśmy naprawdę zaręczeni, teraz, w ten weekend? 
- Nie wiem, o co ci chodi -wyjąkała dzielnie Leith. 
- Przyznam ci się, moja droga, że sam nie bardzo wiem, co się dzieje - 
wyszeptał. - Wiem tylko jedno - ciągnął - kocham Travisa jak brata, ale 
nigdy, przenigdy nie pozwoliłbym, żeby mi ciebie odebrał. 
Leith wstrzymała oddech. Z trudem docierał do niej sens tych słów. 
- Nie rozumiem... - wyszeptała. 
- Jesteś bystra i inteligentna, Leith. Myślę, że rozumiesz mnie bardzo 
dobrze - stwierdził stanowczo. 
Nadal się nie odzywała, serce biło jej zbyt mocno. 
- Po tym wszystkim, co przeze mnie przeszłaś, myślę, że teraz ja 
powinienem coś z siebie dać... Zanim będę miał prawo oczekiwać... 
Zielone oczy wpatrywały się w niego nieruchomo. 
- Mówisz... - zaczęła, ale musiała przerwać. Spazmatycznie zaczerpnęła 
tchu i dokończyła ledwie słyszalnym głosem: - Mówisz... zagadkami. 
- To mnie nie dziwi - zgodził się. - Odkąd cię poznałem, żyję jak na 
karuzeli. 
- Mówisz... poważnie? - wykrztusiła. Już nie miała ochoty uciekać od 
niego. 
- Nigdy nie mówiłem poważniej. 

background image

Nie odrywał czujnego spojrzenia od jej twarzy. 
- Od chwili, kiedy cię ujrzałem - oznajmił bez ogródek - czuję do ciebie 
pociąg, nawet jeśli sam tego nie chcę. 
Leith zamknęła oczy. Tak bardzo potrzebowała takich słów. Po tych 
wszystkich ciosach, jakie jej zadał, mogła spodziewać się wszystkiego, 
ale nie takich wyznań. Nieważne, jakie będą tego skutki. 
- N-naprawdę? - wyjąkała i przeszedł ją dreszcz 
- Od pierwszej n-nocy w moim mieszkaniu? 
- O, tak - odparł łagodnie. - Wtedy, oczywiście, sam nie chciałem 
przyjąć tego do wiadomości. Byłem zaślepiony nienawiścią do kobiety, 
która, jak sądziłem, zmieniła mego beztroskiego kuzyna w zapijaczony, 
storturowany wrak ludzki. 
- On... naprawdę bardzo cierpiał - współczująco wyjaśniła Leith. 
- Ja też! - zawołał nagle. - Jeszcze o tobie nie zapomniałem, kiedy na 
drugi dzień, wracając do siebie po wizycie w dziale kontraktów, 
zobaczyłem twoją kasztanową głowę. Miałem przewodniczyć zebraniu, 
więc nie było czasu na zatrzymywanie się, żeby zawrzeć znajomość z 
jedynym pracownikiem, którego opuściłem. I cóż ja robię? Zapominam 
o spotkaniu i pędzę powiedzieć „Hallo" pannie Leith Everett! 
- Z... hm... z powodu koloru moich włosów? 
- Możesz mi wierzyć - odparł. - A potem, kiedy odwróciłaś się, byłem 
wstrząśnięty odkryciem, że tak wspaniałe włosy ma tylko jedna kobieta 
na świecie. Poszedłem na to zebranie, nie wierząc samemu sobie, że z 
miejsca cię nie zwolniłem, ba, nawet nie miałem tego zamiaru. 
- Wydawało ci się... że powinieneś mnie zwolnić? - szybko zapytała 
Leith. 
- To powinien być mój odruch - przyznał. - A ja ostrzegałem cię tylko, 
byś nigdy więcej nie widywała się z moim kuzynem... Jedynie po to, 
żeby przekonać się, że jeszcze tego samego wieczoru poszłaś z nim na 
kolację. 
Miał bardzo żałosną minę, kiedy to mówił. 
- Byłeś... zły? 
- Wściekły - wyznał. -I coś jeszcze. 

background image

- O? - zdziwiła się. Nastrój, jaki zaczynał ich ogarniać, w niczym nie 
przypominał tych dwojga ludzi, którzy przed chwilą kłócili się do 
upadłego. 
- Jeśli chcesz wiedzieć, co jeszcze, to... - urwał, jakby nagle potrzebował 
chwili przerwy - ... to mogła być tylko zazdrość. 
- Zazdrość! - wykrzyknęła Leith z niedowierzaniem. 
- A cóż by innego? - potwierdził spokojnie. - To samo uczucie, które 
rozpętało się we mnie, kiedy następnego wieczoru przyszedłem i 
wydawało mi się, że w twojej sypialni jest mężczyzna... 
- Wielkie nieba! - jęknęła słabym głosem. - Naprawdę byłeś zazdrosny. 
Pocałowałeś mnie! - przypomniała, bo chciała coś powiedzieć, aby 
potwierdzić tę nadzieję, która nagle ożyła. To był właściwie jedyny fakt, 
jaki zapamiętała z tamtej nocy. 
- Tak... - odparł miękko - to miał być chłodny, wyrachowany gest. 
Chciałem cię pocałować bez emocji, na zimno. I nagle ty zaczęłaś 
poddawać mi się, a ja musiałem walczyć jak diabli, żeby nie zapomnieć, 
że jesteś w moich ramionach... i nie dlatego, że jesteś piękna, a mnie 
ogromnie się ten pocałunek spodobał... 
- Ja też nie spodziewałam się... nie mogłam uwierzyć... że tak ci 
odpowiedziałam... - wyznała Leith. 
Naylor wyciągnął rękę i ujął jej dłoń, spoczywającą na kolanach. A 
potem cicho zapytał: 
- Leith, czy to coś znaczy? 
- C-cóż... - męczyła się okropnie, aż wreszcie przyznała nerwowo: - Ch-
chyba tak. 
- Na przykład? - ponaglił ją. Pochylił się i wyczekująco spojrzał jej w 
oczy. - Nie jesteś pewna, czy rozumiesz, co mówię, prawda? 
Leith patrzyła na niego oszołomiona. 
- Chyba powiedziałem dość? - zapytał. 
Leith odzyskała wreszcie zdolność mówienia. –To czy to, co mówisz, 
nie jest przypadkiem... częścią kary za to, że nie powiedziałam ci o 
Rosemary i... 
- Kary! - wykrzyknął przerażony - Och, nie! Dokonałaś fantastycznych 
rzeczy, żeby utrzymać Travisa przy zdrowych zmysłach... - urwał. Serce 
Leith tłukło się jak oszalałe. 

background image

- Czy naprawdę czułabyś się ukarana, gdyby to, co powiedziałem, nie 
było prawdą? 
- Nigdy nie lubiłam być okłamywana - odparła po paru chwilach 
wewnętrznej walki... i musiała przyznać Naylorowi, ze i ona nie była w 
porządku pod tym względem. Umyślnie nie powiedziała mu przecież, że 
są z Travisem jedynie przyjaciółmi. 
To, co powiedział, wystarczyło jednak, by mocno ścisnęła jego dłonie i 
spojrzała na niego z miłością. 
- Nie okłamuję cię, Leith. Poznałem gorycz zazdrości i nie chciałbym, 
aby dotykał cię inny mężczyzna. Pragnę cię tylko dla siebie. 
- Pragniesz mnie? - wyszeptała drżącym głosem. Nie chciała, aby 
brzmiał tak płaczliwie, ale ta nutka wzruszenia zdawała się rozczulać 
Naylora. 
- Pragnę? Leith, jesteś moją miłością. Przecież to właśnie usiłuję ci 
powiedzieć - Naylor usiadł obok niej. 
- Nie wierzę ci... - jednak jej oczy przeczyły słowom. Naylor dostrzegł 
ich prawdziwy wyraz i to dodało mu odwagi. 
- A chcesz w to uwierzyć? - zapytał. 
Leith w milczeniu wpatrywała się w niego, a kiedy głos znów odmówił 
jej posłuszeństwa, mogła zrobić tylko jedno. Skinęła głową. 
- Więc sprawię, że uwierzysz! - wyszeptał miękko, a potem delikatnie, 
czule, objął ją ramionami. 
Leith była bliska łez, tak cudowne to było uczucie, gdy Naylor przytulił 
ją i niemal z nabożeństwem dotknął ciepłymi, namiętnymi wargami jej 
ust. 
- Och, Naylor - jęknęła, gdy przerwał pocałunek. Przyglądał się jej 
długo, pieszcząc wzrokiem jej twarz, a potem muśnięciami ust, lekkimi 
jak wietrzyk, zaczął okrywać jej oczy i czoło. 
- Kochasz mnie, najdroższa? - zapytał. Delikatnie, pieszczotliwie 
odgarnął włosy z jej czoła. - Chciałbym w to uwierzyć, ale choć twoje 
oczy zdradzają, co czujesz, muszę to usłyszeć, proszę... 
Uśmiechnął się zachęcająco. Leith uśmiechnęła się także. 
- Tak, bardzo cię kocham, Naylor - powiedziała. 
- Moje kochanie! - wyszeptał. 

background image

W letnim domku na długie minuty zapanowała cisza, kiedy oboje 
przylgnęli do siebie, spleceni ramionami, i całowali się i tulili, i znów 
całowali. Odsuwali się od siebie tylko po to, by za chwilę znów czerpać 
radość z bliskości. I znowu obejmowali się mocno, aż wreszcie 
niedowierzanie stopniowo zmieniło się w wiarę. W gorącym uścisku 
nagle zaczęło do nich docierać, że to, co uważali za nieosiągalne, nagle 
stało się rzeczywistością. 
- Moja słodka, słodka, uwielbiana Leith -mrukął, układając jej głowę 
wygodnie na swym ramieniu. 
- Wiem, że na to ani trochę nie zasłużyłem, ale... powiedz mi to jeszcze 
raz. 
- Że... cię kocham? 
- I jeszcze raz. 
- Kocham cię - zaśmiała się Leith. 
- Niewiarygodna kobieto! Należę do ciebie - rzekł gorąco. 
- Jak to się stało, że mi to nigdy nie przyszło do głowy? - zażartowała, 
wciąż zawstydzona, choć wszystkie mury runęły już dawno. 
- Nie powinno było - burknął z udanym gniewem. -I bez tego miałem 
dość problemów, żeby zrozumieć, co się ze mną dzieje. Nie chciałem, 
żebyś jeszcze ty - powód moich bezsennych nocy - znała moją słabość. 
Leith nie mogła sobie wyobrazić słabego Naylora. 
- Ty też miałeś bezsenne noce? - zagadnęła. 
- A ty też? - zapytał z niedowierzaniem, a gdy przytaknęła, uśmiechnął 
się zadowolony. 
- Mówiłeś, że nie możesz tego pojąć? Pragnęła wiedzieć o nim 
wszystko, co tylko można 
wiedzieć, ale nie miała pojęcia, od czego zacząć. 
- Nic nie mogłem pojąć - odparł. - Dopóki nie zrozumiałem, dlaczego 
moje myśli wciąż pełne są ciebie, nie wiedziałem, czemu jeszcze cię nie 
wyrzuciłem. Dopiero później pojąłem, że nie dlatego, że nie chciałem, 
ale dlatego, że nie mogłem cię wyrzucić... Miałaś być tam, gdzie 
mógłbym na ciebie patrzeć. 
- Naprawdę? - westchnęła Leith. - Ty potworze, a obiecywałeś, że mnie 
wyrzucisz, i to bez odprawy! 
- Uległem panice. 

background image

- Panice? Ty? 
- Nie potrafiłem znieść myśli o weekendzie bez ciebie, a kiedy 
odmówiłaś, straciłem głowę i zagroziłem, że cię wyrzucę. 
- Och, Naylor - miękko wyszeptała Leith. 
- Kochanie moje... obudziłaś we mnie uczucia, o które nawet się nie 
podejrzewałem. I to bardzo różnorodne: zazdrość, rozpacz, wściekłość, 
nadzieję. Nigdy dotąd nie odczuwałem, nie cierpiałem tak mocno. - 
Naylor przytulił policzek do jej włosów. - A gdy na dodatek pojawił się 
jeszcze jeden facet, jakiś Sebastian... 
- Co zrobiłeś z jego kapeluszem? - przypomniała sobie Leith. 
- Dostanie inny - odparł Naylor, uśmiechając się beztrosko. - Chciałem 
wyeliminować wszystkich innych mężczyzn z twojego życia. 
- Inni mężczyźni? Nie było innych mężczyzn! - zaśmiała się. 
- Ja o tym nie wiedziałem - burknął. - Zżerała mnie zazdrość, kiedy 
zobaczyłem cię w ramionach tego Fishera... 
- Byłeś zazdrosny o Paula? - jej głos zniżył się do szeptu. 
Naylor przytaknął. 
- Nawet kiedy zorientowałem się, że tak stanowczo odrzuciłaś jego 
zaloty, nie przestałem być zazdrosny. 
- Naskarżyłeś na niego do Roberta Drewera - przypomniała sobie Leith. 
- I jeszcze jak! Nie życzę sobie tego rodzaju napaści w mojej firmie, a 
zwłaszcza, kiedy dotyczą ciebie! Uważasz pewnie, że jestem bezczelny? 
Przecież ja także cię napastowałem... ale to była twoja wina, najdroższa! 
- Moja? - zawołała tonem urażonej niewinności. 
- A o kim myślałem przez cały weekend? 
- O mnie? - zapytała rozczulona. 
- A o kim? - zaśmiał się. W jego uśmiechu było samo słońce. - Nic 
dziwnego, że nie mogłem się doczekać chwili, gdy przyjdziesz do 
mojego biura w poniedziałek rano. 
Leith była szczęśliwa. 
- Myślałam, że chcesz mnie przepytać z dokumentacji Palmer & 
Pearson, a ty powiedziałeś mi, że mam zostać twoją dziewczyną. 
- A teraz mogę się tylko cieszyć, że zataiłaś przede mną twój prawdziwy 
stosunek do Travisa. 

background image

- Myślałam, że kiedy już się dowiesz, co zrobiłam... czego nie zrobiłam, 
zamordujesz mnie. 
- Z całą przyjemnością, gdybym nie był w tobie tak zakochany - odparł z 
uśmiechem. - Zdecydowałem, iż jeśli tak bardzo zależy ci na pracy, że 
zażądałaś mojego słowa, to będziesz od tej pory miała furę zajęć. 
- I powiedziałeś mojemu szefowi, że powinnam mieć ich tyle, żeby 
zajęły mi dzień i noc? - zapytała ponuro. 
- Wybacz, nie wiedziałem jeszcze wtedy, kim jest Sebastian. Byłem zbyt 
dumny, żeby zapytać, a z zazdrości nie chciałem, aby została ci choć 
odrobina czasu na kontakty towarzyskie. Zazdrość ciążyła na mnie jak 
przekleństwo. Jak nie Travis, to Sebastian... 
A tego wieczoru, kiedy całą godzinę przesiedziałem na parkingu w 
oczekiwaniu na ciebie... ja, który nigdy nie czekałem na żadną kobietę 
dłużej niż kwadrans!... ciągle miałem przed oczami ciebie w 
towarzystwie innego mężczyzny! 
- A ja szukałam mieszkania. Wróciłam do domu sama - wyszeptała. 
- A kiedy się wściekłem, roześmiałaś mi się w nos... i wtedy już 
wiedziałem, że cię kocham. 
- Wiedziałeś? 
- Z całą pewnością - odparł czule. - Ale krótko byliśmy sami. Zaraz 
przyplątał się Travis. Byłem załamany myślą, że on był twoim 
kochankiem i musiałem wyjść, zanim się zdradzę. 
Leith spoglądała na niego czułym wzrokiem. 
- Ze mną działo się to samo, zauważyłam u siebie jakąś dziwną awersję 
do twoich znajomych blondynek... 
- Naprawdę? - roześmiał się uszczęśliwiony. Pocałował ją serdecznie. 
- Wiedziałaś, co to było, kiedy po raz pierwszy poczułaś do mnie coś... 
innego niż nienawiść? - zapytał, zanim jej serce zdołało uspokoić się. 
- Mogę ci dokładnie powiedzieć - odparła miękko. - Kiedy poczułam, że 
cię kocham. Ostatniej soboty. Poszliśmy na spacer, a ty powiedziałeś 
coś... 
- Coś obraźliwego i bardzo nie na miejscu - przypomniał sobie. 
- A ja cię uderzyłam i... 
- I należało mi się. 
- Kiedy się ze mną zgadzasz, wytrącasz mi broń z ręki - zaśmiała się. 

background image

- Będę o tym pamiętał - skinął głową... ale nie pozwolił na zmianę 
tematu. - Mów dalej. 
- To wszystko - uśmiechnęła się. - Pobiegłam do domu, wściekła, 
zraniona i zagniewana... i zrozumiałam, że nie dotknęłoby mnie to tak 
bardzo, gdybym cię nie kochała. 
Naylor natychmiast przygarnął ją do siebie i ucałował tak czule, jakby 
chciał scałować wszystkie ślady ran, jakie jej zadał. 
- Czy to ci pomoże przebaczyć mi, kochanie, jeśli powiem, że wiłem się 
potem w piekielnych mękach? 
- Przebaczę ci wszystko - zaofiarowała się, ale coś jeszcze ją niepokoiło: 
- Nie cieszyłeś się z powrotu do domu? 
- Nie o to chodziło. Zdałem sobie sprawę, że nienawidzę każdego 
spojrzenia i uśmiechu, jakim podczas lunchu obdarzałaś Travisa. A 
kiedy poszedłem za tobą i znalazłem cię w bibliotece wraz z nim... czule 
dotykającą jego ramienia.... 
- Och, Naylor - rozczuliła się. - Poszłam do biblioteki, żeby zadzwonić 
do Rosemary. Travis prosił mnie o to, na wypadek, gdyby jej rodzice 
byli w domu. I rzeczywiście byli - dorzuciła, gdy Naylor zrobił taką 
minę, jakby chciał usłyszeć więcej. - Travis rozmawiał z Rosemary, ale 
rozmowa urwała się. Był zrozpaczony. 
- I ja też - zauważył Naylor z półuśmieszkiem, który już zdążyła 
pokochać. 
- I dlatego podczas kolacji powiedziałeś o naszych zaręczynach? 
- Wydawało mi się, że nie masz zamiaru skończyć z Travisem, dlatego 
zdecydowałem się to zrobić za ciebie, ogłaszając, że jesteśmy zaręczeni. 
Na złość sobie, bo wściekłaś się i przez cały wieczór doprowadzałaś 
mnie do szału, udając zakochaną. Chciałem, żebyś była zakochana, a nie 
udawała - wyznał. 
- Przepraszam - szepnęła miękko. 
- To ja powinienem przepraszać - odparł szybko i ciągnął: - Jakiś diabeł 
we mnie wstąpił, kiedy przed drzwiami swojej sypialni wykrzyczałaś, że 
Travis nieraz zostawał u ciebie na noc. Poniosło mnie – głęboko 
zaczerpnął tchu, jakby tamto wspomnienie wciąż go prześladowało. - 
Przeraziłem cię, prawda? 

background image

- Eee... nie tak bardzo - odparła, przypominając sobie, jak bardzo wtedy 
cierpiała jej urażona duma. -Tylko... tylko na początku. 
Po tym wyznaniu urwała nagle, bo na jego twarzy dostrzegła wyraz 
bezgranicznego zmieszania. 
- Co się stało? - zapytała. - Co ja takiego...? 
- Tamtej nocy... - wykrztusił. -Tamtej nocy powiedziałaś, że jesteś 
dziewicą. Czy... to...? 
- Prawda? - dokończyła za niego. Ze wzrokiem utkwionym w jej twarzy 
skinął głową. 
- Cóż... - odpowiedziała. - Nigdy nie miałam... kochanka... 
Wydawał się tak osłupiały, że musiała dodać parę wyjaśnień. 
- Byłeś pierwszym - szepnęła wstydliwie - który zbliżył się do mnie 
najbardziej. 
- Och, kochanie - jęknął. - Chodź tutaj. Przytulił ją mocno i zaczął 
okrywać delikatnymi 
pocałunkami całą jej twarz. 
- Och, moje kochanie - wyszeptał znowu. - Moje zachowanie było 
naprawdę niewybaczalne! 
- Nie rozumiem... - szepnęła matowym głosem, pozwalając przez długą 
chwilę trzymać się w ramionach. Jego uścisk dawał jej poczucie 
bezpieczeństwa. Dopiero potem przyszła pora na wyjaśnienia. 
- Kiedy ciotka i wujek wrócili ze stajni, oprzytomniałem odrobinę i 
wróciłem do pokoju, aby przeżyć jedną z najbardziej koszmarnych nocy. 
- Koszmarnych? - zdziwiła się, pamiętając własne cierpienia. Nie 
przyszło jej do głowy, że on mógł czuć to samo. 
- A jakże inaczej? Wiedziałem, dlaczego straciłaś poprzednią pracę, jak 
reagowałaś na zaloty Fishera. To dało mi dowód twojej wrażliwości i 
dumy. I oto ja, zakochany w tobie jak wariat, dołączyłem do tej kolekcji. 
Przecież rzuciłem się na ciebie, a ty byłaś tym przerażona. Kiedy 
oprzytomniałem, omal nie spaliłem się ze wstydu i dlatego 
przyspieszyłem nasz wyjazd. 
- I to był ten powód? - wykrzyknęła zdumiona Leith. - Właściwie 
myślałam, że zostaniemy parę godzin dłużej, ale... 
- Chciałem wyjechać po lunchu, ale kiedy zobaczyłem cię rano, a ty 
oblałaś się rumieńcem, przyspieszyłem wyjazd. Byłem przekonany, że 

background image

ten rumieniec spowodował uraz i strach. Uznałem, że powinienem 
zabrać cię tam, gdzie poczujesz się bezpieczna. Później chciałem... 
właściwie próbowałem... powiedzieć ci, że nie musisz się mnie bać... 
- Nie bałam się ciebie! - szybko zapewniła go Leith. 
- Wiem, że zaczerwieniłam się wtedy w sobotę, ale... hm... rzadko 
zdarza mi się... hm... tulić do mężczyzny... prawie n-nago... 
- Wstydziłaś się? - zawołał z niedowierzaniem. Wyraz jego twarzy 
złagodniał. - Wstydziłaś się, bo żaden mężczyzna nigdy przedtem cię tak 
nie oglądał! Najdroższa moja - wyszeptał i przytulił ją. 
- Nigdy nie bałam się ciebie, ani trochę - głos Leith był chropowaty ze 
wzruszenia, ale uważała, że powinna mu to powiedzieć. - W zeszły 
poniedziałek trzymałeś mnie w ramionach, a ja byłam bardzo szczęś-
liwa. 
- Ty też? - wymruczał i wyznał: - Przylgnęłaś do mnie, wydawało mi 
się, że usłyszysz bicie mojego serca, bo tym razem tak nie udawałaś jak 
przy wujostwie... Ale moje serce biło mocno z innego powodu. 
- Jakiego? - musiała się dowiedzieć. 
- Znałem cię jako wrażliwą, ale pyskatą kobietę - odparł uszczęśliwiony. 
- A jednak brutalnie zasugerowałem, że interesują cię wyłącznie moje 
pieniądze, zobaczyłem w twoich oczach ból. Poczułem wtedy, że mogę 
cię zranić. Może to okrutne, ale czyżby znaczyło, że czujesz do mnie 
coś... cokolwiek, chociaż trochę? 
- I co zdecydowałeś? - zapytała, przesuwając głowę tak, by widzieć jego 
twarz. 
- Zanim zdążyłem to zrobić, pojawił się Travis, a mnie znowu zaczęła 
zżerać zazdrość i podejrzliwość. To, oczywiście, nie pomogło, kobieto - 
warknął - bo tamtej nocy, kiedy przyszedłem do ciebie, powiedziałaś mi, 
że Travis zawsze będzie dla ciebie kimś specjalnym. Nie mogłem tego 
przełknąć. Musiałem wyjść, zanim zrobiłbym coś głupiego. 
- Och, kochany! - zawołała Leith. - Powiedziałam to tylko ze strachu, że 
możesz domyślić się, kogo kocham naprawdę. 
- Ty czarownico! - szepnął miłośnie. - A zaraz następnego dnia dobiłaś 
mnie wymawiając pracę. Nie mogłem pozwolić ci odejść. Dlatego 
zareagowałem tak gwałtownie. 
- Raz-dwa przywołałeś mnie do porządku, czyż nie? - roześmiała się. 

background image

- Masz rację - zaśmiał się. - Ale i tak nie miałem pewności, czy po 
prostu nie odejdziesz, nie czekając na moją zgodę. Omal nie 
zwariowałem, zanim nie zobaczyłem cię w piątek. 
- Przecież spotkaliśmy się wczoraj rano na korytarzu. Udałeś, że mnie 
nie widzisz - przypomniała mu. 
- Jak mogłem cię zaczepić? Twoja mina wskazywała, że nie masz 
ochoty na rozmowę - skontrował Naylor. - Ale i tak potem przyszedłem 
po ciebie! 
- Serio? - podskoczyła. 
- Serio - potwierdził. Po tym wszystkim nie wyobrażałem sobie, że 
mógłbym nie zobaczyć cię przez cały weekend. Nigdy przedtem nie 
tęskniłem za nikim. Co za potworne uczucie! 
- I dlatego posłałeś po mnie wczoraj po południu? Skinął głową. 
- Nie byłem pewien, czy mi uwierzysz, że wujostwo chcą cię lepiej 
poznać, ale tylko to mogłem wymyślić, żebyś się zgodziła. 
- Kłamałeś! 
- Tak i nie - odparł. - To prawda, że moja rodzina chce cię poznać... 
choć nigdy tego nie powiedzieli. 
- Ty kłamczuchu! - uśmiechnęła się z uwielbieniem. 
- To też prawda -zgodził się wesoło, choć jego twarz pociemniała na 
chwilę. - Zaledwie tam dotarliśmy, a już znowu z zazdrości traktowałem 
cię... no, brutalnie. 
Leith podniosła na niego oczy i zrozumiała, jak straszne przeżywał 
tortury. 
- A ja - wyszeptała cichutko - gdy tylko zobaczyłam cię znowu, miałam 
ochotę zatrzeć wszystko, co było, o tak - i leciutko, bardzo leciutko 
pocałowała go. 
- Naprawdę? - zapytał zdumiony. 
- Słowo skauta! - uśmiechnęła się. 
- Jesteś cudowna, będę ci to mówić codziennie. Wtedy, kiedy uciekłaś 
przede mną do sypialni, nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Bałem 
się, że skrzywdziłem cię mimo woli. Chciałem nareszcie skończyć tę 
farsę, wyznać, co czuję naprawdę. Ale nagle pojawił się Travis z inną 
kobietą, a ty zniknęłaś... 
- Znalazłeś mnie bardzo szybko - zauważyła. 

background image

- Pewnie, że tak - odparł dumnie i podniósł do ust jej dłoń, całując palec 
z pierścionkiem. 
- Zaraz ci go oddam - wymamrotała niezręcznie. 
- Co? 
- Pierścionek. 
- Nie podoba ci się? Jeżeli nie, to... 
- Nie o to chodzi - przerwała. - Jest piękny. Po prostu, skoro nie 
jesteśmy zaręczeni, nie chciałabym... 
- Nie jesteśmy zaręczeni? Bogowie, Leith, a jak sądzisz, o czym mówię 
od dłuższego czasu? Musimy się pobrać jak najszybciej. 
- Pobrać? - wykrztusiła. - M-my? 
- A nie chcesz? - zapytał na swój dawny, bezpośredni sposób. 
Nie zastanawiała się ani chwili. 
- Jasne, że chcę - odparła. 
- Wyjdziesz za mnie?-upewnił się Naylor, jak zwykle chciał mieć 
wszystkie kropki nad I i kreseczki nad T. 
- Jesteś pewien? 
- Jak niczego na świecie - rzekł poważnie. - Wczoraj, kiedy śmiałaś 
powiedzieć, że nie wyjdziesz za mnie, sam byłem porażony siłą mojej 
reakcji. Wiedziałem, że nie spocznę, dopóki nie zostaniesz moją żoną. A 
teraz odpowiedz mi po prostu tak i przestań mnie już męczyć - poprosił. 
- Tak, proszę pana - odparła posłusznie i roześmiała się, a on razem z 
nią.