background image

Rozdział trzeci

Amadeaha   obudziła   się   na   dźwięk   muzyki   dochodzącej   z   salonu.

Spojrzała na Cama, ale on nadal spał. Stwierdziła, że skoro już nie śpi, dowie
się,   co   to   za   dźwięk.   Wygramoliła   się   spod   ciężkiego   ramienia   i   poszła
szukać. Znalazła źródło dźwięku leżące na stole przy kanapie. To był jego
telefon   komórkowy.   Nigdy   wcześniej   nie   używała   żadnego,   ale   widziała
kilku innych aniołów używających ich w Niebie. Delikatnie go podniosła i
otworzyła klapkę.

- Cześć? – spróbowała.
Na   drugim   końcu   zapadła   cisza,   a   potem   kobiecy   głos   powiedział

chłodno:

- Kim jesteś?
Amadeaha poczuła obmywającą ją niemiłą falę zazdrości.
- Kim ty jesteś?
- Nie, nie jestem jakimś sukubem, ale jego siostrą. Wykop go z dziury, w

której się zaszył i powiedz mu, żeby pofatygował swój tyłek do telefonu.

Amadeaha była zarówno rozbawiona jak i zirytowana tym, iż została

wzięta za sukuba.

- Ano, to ja Amadeaha.
Po dłuższej chwili ciszy Ana zapytała:
- Jesteś z Camem?
- Cóż, on jest w innym pokoju, śpi teraz, ale jesteśmy w tym samym

budynku, jeśli o to ci chodzi.

- Gdzie jesteście? 
Amadeaha mogłaby przysiąc, że gniew w głosie Any został zastąpiony

przez podekscytowanie. Rozejrzała się po pokoju. Była nieprzytomna, gdy
Cam przyniósł ją tu w nocy, ale miała pewność, że to mieszkanie. Było małe,
tylko salon, kuchnia, łazienka i sypialnia. Jednak przytulne, mimo iż dywan
był ciemny, dopasowany do kanapy i kuchennych krzeseł. Wielki telewizor
zajmował  większość salonu.  Na  ścianach  wisiało  kilka  zdjęć w  czarnych
ramkach. Nie miała pojęcia o ludzkim sporcie, ale była gotowa się założyć,
że to plakaty hokejowe. Wiedziała, iż to była ulubiona rozrywka Cama, jaką
oglądał.

background image

- To ludzkie mieszkanie i myślę, że jest jego.
Usłyszała pisk Any, zanim ta zaczęła przyciszoną rozmowę z kimś na

drugim końcu. Kiedy wróciła na linię, padło kolejne pytanie.

- Ramiel chce wiedzieć, czy Cam naprawdę śpi?
Amadeaha spojrzała zmieszana na telefon.
- Cóż, nie klepałam go po twarzy, by zobaczyć, czy udaje, czy coś, ale

jestem pewna, że drzemał.

-   Ciekawe,   Cam   nigdy   nie   pozwala   sobie   na   taki   relaks,   by   spać   w

towarzystwie kogoś oprócz nas. Musi ci bardzo ufać.

Amadeaha zaczęła kręcić głową, a potem przypomniała sobie, że Ana nie

mogła zobaczyć jej przez telefon.

- Nie wiem. Zachowuje się tak, jakby nie mógł się doczekać, kiedy się

mnie pozbędzie.

Ana roześmiała się.
- To dlatego, że jest tchórzem, który boi się, iż się w tobie zakocha.

Problem w tym, że ten mały idiota jest zbyt głupi, by zdać sobie sprawę z
tego, iż to już się stało.

Po chwili przytłumionej rozmowy Ana krzyknęła:
-  Nie   Ramielu,   nie   mogę   jej   powiedzieć,   że   Cam   śni   o   niej.   Rany,   to

mogłoby go wprawić w zakłopotanie.

Amadeaha postanowiła nie zwracać uwagi Anie, że powiedziała to przez

narastającą wrzawę. Usłyszała odgłos szamotaniny, głośny stuk, po którym
odezwał się mężczyzna.

 - Cześć Amadeaho, tu Nathaniel – powiedział śpiewnym głosem. – Będę

bardziej niż szczęśliwy, mogąc powiedzieć ci, jak zwrócić uwagę Cama.

- Jeśli mam się ubrać jak te sukuby, to możesz zapomnieć. Nie mam

żadnego z ich strojów, a gdybym nawet to zrobiła, to nie mam dość ciała, by
je wypełnić.

- Kochanie, mogłabyś mieć na sobie jedną ze starych koszulek Cama, a

on uważałby to za seksowne. Właściwie, to dlaczego nie założysz jednej?
Chciałby zobaczyć ją na tobie.

Wyśmiała go.
- Nie chciałby.
- Zaufaj mi, kochana, chciałby.
Usłyszała kolejną szamotaninę i odezwał się inny głos.

background image

- To ja, Bear. Potrzebujesz jedynie, by Cam cię ugryzł – w tle zabrzmiał

chór dezaprobaty. – Och chłopaki, przestańcie być tacy sztywni. Jeden gryz i
on jest pokonany.

Kolejna szamotanina, kolejny głos, tym razem jednak Any.
- Chwilkę, przełączę cię na głośnik.
- Co to jest głośnik?
-   Zapominasz   Ano,   że   ona   nie   ma   pojęcia   o   ziemskich   rzeczach   –

powiedział Bear, jego głos był głośny i wyraźny.

Świetnie,   teraz   mogła   słyszeć   ich   wszystkich   rozmawiających   w   tym

samym czasie i oczywiście oni słyszeli ją.

- Ona jest po prostu tak głupia jak Dina, kiedy po raz pierwszy opuścił

Niebo.

- Ona nie jest głupia, cymbale. Jest po prostu naiwna – wypalił jeden z

braci.

- Cóż, jeśli była całą noc z Camem, to, założę się, nie jest już taka naiwna

– dodał inny.

Amadeaha poczuła potrzebę obrony Cama.
- Był bardzo honorowy. Nawet mnie nie pocałował.
Postanowiła opuścić tę część o nim, przytulającym się do niej na łóżku.

Na drugim końcu zapadła pełna zaskoczenia cisza. Amadeaha odchrząknęła
nerwowo.

- Dlaczego nie idę go obudzić i powiedzieć mu, że wszyscy jesteście przy

telefonie?

Zbiorowy okrzyk „Nie!” był tak głośny, że prawie upuściła telefon. Była

rozdarta między chęcią roześmiania się z tej sytuacji, a chęcią ucieczki za
drzwi i znalezienia się w jak największej odległości od tej szalonej rodziny.
Postanowiła zostać, ale tylko dlatego, że należał do niej Cam, a oni byli na
swój sposób zabawni.

- Nie możesz nawet powiedzieć Camowi, że rozmawialiśmy – nakazał

Nathaniel.

- Dlaczego?
- Bo on nienawidzi, gdy wtrącamy się w jego sprawy.
Wyobrażacie sobie? Cam nie chce, by jego bracia i siostra ingerowali w

jego życie, pomyślała sarkastycznie Amadeaha.

- Ciekawe dlaczego to miałoby mu przeszkadzać? – powiedziała głośno,

upewniając się, że w jej głosie zabrzmi sarkazm.

- Słuchaj, wciąż troszczysz się o Cama? – zapytała Ana.

background image

Amadeaha   prawie   się   zakrztusiła.   Jak   miała   się   do   tego   przyznać   w

obecności jego braci.

- Masz mnie wciąż na głośniku.
- Cóż, troszczysz się? – naciskała Ana.
- Głośnik – wykrztusiła przez zaciśnięte zęby.
Nic dziwnego, że Cam ukrywał się w tym mieszkaniu. To musiał być

jedyny sposób, by kiedykolwiek miał spokój.

- Nie martw się o moich braci. Wszyscy pozatykali uszy, więc nic nie

słyszą.

- Tak, śmiało. Nic nie słyszymy – odezwał się przez głośnik Bear.
- Cymbale – syknął Ramiel. – Ona teraz wie, że my słyszymy, że nie

słyszymy, więc teraz wie, że my słyszymy.

- Hę?
- Och, zamknijcie się wszyscy – Ana warknęła na braci, nim wznowiła

przesłuchanie. – Nie odpowiedziałaś mi Amadeaho. Czujesz coś do Cama?

Amadeaha czuła, jak jej policzki płoną.
- Wiesz, że tak, Ano.
- Jesteś gotowa porzucić Niebo dla niego?
- Już to zrobiłam.
- Więc na co czekasz? Bierz go, tygrysie.
- Już ci mówiłam, on mnie nie chce.
- Wiesz, że Cam nie jest jedynym czytającym w myślach w rodzinie.
- Oczywiście, że wiem.
- Zdradzę ci mały sekret. Jesteś cały czas w jego myślach. Wiem, bo

tęskni za tobą tak bardzo, że czuję jego ból, mimo iż stara się zablokować go
przede   mną.   Odpycha  cię,  bo   sądzi,   że  nie   jest   wystarczająco   dobry  dla
ciebie.

Wstrząśnięta słowami Any Amadeaha wyjąkała:
- On jest wystarczająco dobry.
- To musisz być na tyle silna, by walczyć o was dla was. Potrafisz to

zrobić?

Amadeaha zamilkła tylko na chwilę.
- Tak, potrafię.
Zdała sobie sprawę, że to była prawda. Przed wojną nie potrafiłaby, ale

teraz   bardzo   się   zmieniła   i   była   gotowa   na   wszystko,   co   stanęło   jej   na
drodze. Nawet na niego. Zwłaszcza na niego.

background image

-  Będzie   próbował   cię   odepchnąć.   Prawdopodobnie   będzie   próbował

wystraszyć cię, byś zostawiła go w spokoju – ostrzegła Ana.

- Nie pozwolę mu – Amadeaha odpowiedziała stanowczo.
- On cię kocha, nie zapomnij o tym.
Połączenie   zostało   przerwane,   gdy   Ana   odłożyła   słuchawkę,   więc

Amadeaha   nie   mogła   się   sprzeciwić,   nawet   gdyby   chciała.   Usiadła   na
kanapie i myślała. Może mimo wszystko miała na to szansę. Ale czy miała
odwagę, by narazić się na odrzucenie? Była chroniona przez ojca przez całe
swoje życie, czy jej serce było gotowe na to, co mogło się wydarzyć?

Wstała i zajrzała do Cama. Wciąż spał, z kolanami przyciągniętymi do

piersi. Przypomniała sobie, jak czule trzymał ją w nocy. Czuła jego smutek z
powodu Derela, jednak znalazł czas, by upewnić się, że dobrze się czuła.
Amadeaha pozwoliła sobie na małą dawkę nadziei. Ana mówiła prawdę.
Cam wciąż ją lubił. 

Zrobi to, co sugerowała jej Ana, będzie o nich walczyć, nie zważając na

odmowę. Jeśli Cam ją odtrąci, cóż… po prostu nie pozwoli sobie myśleć o
takiej możliwości. Żałowała tylko, że nie była w stanie dowiedzieć się, gdzie
był przetrzymywany Derel, zanim jej konspiracja została odkryta. Chciałaby
dać Camowi tę informację. Czuła smutek wynikający z utraty Derela nie
tylko pochodzący od Cama, ale od całej jego rodziny. Mimo iż bracia i siostra
Cama byli tak szaleni, że Amadeaha miała zawrót głowy, to wciąż ich bardzo
lubiła.

* * * *

Derel spojrzał na brudną podłogę i starał się być tak niewidoczny, jak to

tylko możliwe. Jak na razie ta taktyka działa bardzo dobrze i utrzymywała
go   przy   życiu   w   niewoli.   Był   w   środku   rzędu   dziesięciu   aniołów,
niewolników jak on, z którymi był skuty łańcuchami, z tyłu łączącymi ich
dłonie razem. Wszyscy cierpliwie czekali na spotkanie ze swoim nowym
panem. 

Przełknął gorzką ślinę. Ruch sprawił, że szyja otarła się o niewolniczą

obrożę. Gruba, skórzana obręcz miała metalowe kółko z przodu. W gruncie
rzeczy była to psia obroża. Nienawidził jej, ale nie odważył się tego zdjąć.

background image

Jeśli niewolnik zdjął swoją obrożę, karą była śmierć. Derel spojrzał jeszcze
raz na podłogę i przełknął ponownie ślinę. Miał wielką ochotę na dobrą
walkę. Tym, czego pragnął ponad wszystko, było skoczenie na równe nogi i
spuszczenie manta sukinsynom, którzy założyli mu te cholerne łańcuchy i
psią obrożę. Ale nauczył się pierwszego dnia, kiedy go schwytali, że każde
działanie przynosiło mu tylko długie, porządne bicie. Więc trzymał głowę
opuszczoną i gębę na kłódkę.

Potulność była tylko grą. Był anielskim wojownikiem, bratem Lehor i nie

miał zamiaru dać się bić, jak jakiś bezpański pies na ulicy. Wciąż miał swoją
dumę. Po prostu czekał, aż jego bracia przyjdą i wydostaną go stąd. Jeśli
tego nie zrobią, sam wymyśli jakiś sposób ucieczki. Potem pójdzie skopać
im wszystkim tyłki za to, że go nie ratowali. 

To było naprawdę niczym cud, że ktoś go do tej pory nie rozpoznał.

Wisiały   tam   wszędzie   jego   listy   gończe,   obiecujące   za   niego   wysoką
nagrodę. Ale w końcu niewielu spoglądało na plakaty z jego osobą. Wszyscy
byli zbyt zajęci gapieniem się na Cama, ponieważ był Królem Empatów, czy
też   na   ich   starszego   brata   Ramiela,   bo   był   jednym   z   najważniejszych
generałów Michaela. Nikt nie chciał tracić czasu na zajmowanie się takim
marnym uzdrowicielem jak on. To było jego życie, zawsze drużba, nigdy
pieprzony pan młody. W tej sytuacji to pomagało, więc może życie w cieniu
swoich braci nie było zawsze taką złą rzeczą.

Derel był zajęty użalaniem się nad sobą, gdy grupa potępionych aniołów

wkroczyła   do   pomieszczenia,   ich   buty   wystukiwały   marszowe   tempo,   z
którego   wyćwiczony   zespół   mógłby   być   dumny.   W   samym   centrum
znajdował   się   mężczyzna   zbudowany   jak   murowany   dom.   Jego   ciemne
włosy   były   ogolone   na   krótko,   a   szare,   pozbawione   emocji   oczy
konsekwentnie   przeszukiwały   pokój.   Derel   nie   potrzebował   formalnego
zapewnienia, że to był ten skurwysyn, który kupił ich wszystkich.

Przywódca zaczął iść powoli wzdłuż rzędu niewolników, oglądając swój

nowy zakup. Ponieważ Derel nie chciał myśleć o tym, że był on tej wielkości
co   świnia   zdobywająca   pierwszą   nagrodę   na   rynku,   postanowił   skupić
swoje   myśli   na   czymś   innym.   Zniżył   nos   i   powąchał   swoją   koszulę.   Nie
zaoferowali mu prysznica, odkąd go porwali, więc pachniał niemile i ostro.
Boże,   czego   by   nie   dał,   za   miłe,   gorące   szorowanie,   połączone   ze
strzyżeniem. Grzywka wchodziła mu do oczu i drażniła go. 

Powoli zaczął zdawać sobie sprawę, że para stóp zatrzymała się przed

nim, a buty przestały się poruszać. Mimo iż nie śmiał podnieść wzroku,

background image

wiedział, że handlarz niewolników wpatrywał się w niego, ponieważ czuł
oczy wwiercające się w czubek jego głowy jak dwa lasery. Derel wstrzymał
oddech w oczekiwaniu, bo handlarz za bardzo się nim zainteresował. Jasna
cholera, 
to nie był dobry znak.

- Spójrz na mnie, niewolniku – rozkazał murowany dom.
Derel   to   zrobił,   ale   upewnił   się,   aby   popatrzeć   spod   brudnej   blond

grzywki. Miał nadzieję, że ta ochroni jego znak rozpoznawczy, niebieskie
oczy Lehorów na tyle, by potępieniec ich nie rozpoznał. Kiedy przywódca
uśmiechnął   się   ironicznie,   Derel   wiedział,   że   przepadł.   Nadal   jednak
planował   udawać   głupka.   Nie   było   sensu   nadstawiać   tyłka   za   darmo.
Przywódca

 

chwycił go brutalnie za twarz, aby móc się lepiej przyjrzeć.

- Jak długo jesteś niewolnikiem i jak masz na imię? – zapytał krótko

szorstkim tonem.

- Trzy miesiące.
Od tej chwili cały pokój spoglądał na nich w śmiertelnej ciszy. Wszyscy

wyciągali szyje, by zerknąć na biednego niewolnika, który znalazł się w
sytuacji   bez   wyjścia.   Derel   posłał   handlarzowi   zarozumiały   uśmiech   i
powiedział:

- Tak przy okazji to mam na imię Bob.
Jeden ze strażników podszedł i trzepnął go w tył głowy.
- Zwracaj się odpowiednio do swojego pana, niewolniku.
Jedynym powodem, dla którego Derel nie przewrócił się do przodu i nie

upadł   na   twarz   było   to,   że   przykuto   go   do   innych   niewolników.   To
rozdrażniło go wystarczająco, by powiedzieć bez zastanowienia:

- Jedynym, którego mogę nazywać panem, jest przywódca uzdrowicieli,

Raphael. Pokłonię się z ochotą tylko jemu i Michaelowi.

To na pewno nie było najmądrzejszą rzeczą dla niewolnika, który starał

się nie zwracać na siebie uwagi. Strażnik podszedł, by go ponownie uderzyć,
ale przywódca wyciągnął rękę i zatrzymał jego ramię.

- Nie, ranny uzdrowiciel nie może leczyć. Jeśli będziesz go bić, stanie się

dla mnie bezużyteczny.

Strażnik się cofnął.
-   Przepraszam,   Santar,   ja   po   prostu   nie   lubię   patrzeć,   jak   ten   śmieć

okazuje ci taki brak szacunku.

- Och, ale to nie jest tylko kolejny śmieć, kolejny anielski wojownik. On

jest prawdziwym skarbem. Ten niewolnik to jeden z braci Lehor, jedyny
uzdrowiciel w tym gronie.

background image

- Myślałem, że on powiedział, iż nazywa się Bob. Nie ma Boba w rodzinie

Lehorów.

Santar zamknął oczy, zacisnął zęby, nim warknął na strażnika:
- Jesteś idiotą.
Derel   zaczął   kiwać   głową,   zgadzając   się,   zanim   złapał   spojrzenie

sąsiadującego   z   nim   niewolnika.   To   była   archanielica,   wyglądała   też   jak
archanioł. Jej ciało było wciąż jędrne i umięśnione, nawet po miesiącach
niewoli.   Miała   włosy   koloru   blond,   czy   raczej   Derel   tak   myślał.   Trochę
trudno było to stwierdzić, ponieważ były równie brudne jak jego. Ponieważ
żadne z nich nie odważyło się głośno odezwać, porozumiewała się z nim za
pomocą wyrazu twarzy i dużych, brązowych oczu.

Ty   głupi   durniu,   przestań   go   prowokować  tak   zabrzmiało   to   w

przybliżonym   tłumaczeniu,   które   otrzymał   z   paskudnie   gniewnego
spojrzenia, jakie mu posłała.

Staram się być dobry, szczerze. Tylko że ciężko jest nie prowokować tych

kretynów odpowiedział spojrzeniem.

Santar   odchrząknął   i   Derel   zwrócił   swoją   uwagę   z   powrotem   na

handlarza. Usta Santara wygiął zimny uśmiech.

- Nie pleć bzdur. Wiem, że to ty, Derelu.
Kurwa!  To tyle jeśli chodzi o zgrywanie głupka. Strażnik wytrzeszczył

oczy.

- Nagroda za jego głowę jest ogromna. Kiedy go wydasz, nieźle na tym

zarobisz. 

- Nie mam w planach wydawać go aniołom sprawiedliwości. Guzik mnie

obchodzi   nagroda,   aniołowie   sprawiedliwości   oraz   ich   głupia   wojna.
Zatrzymam go dla siebie. Jego rodzina posiada bardzo wyjątkowe dary i
wiem przypadkiem, że Derel odziedziczył niektóre z nich. Będzie bardzo
cenny dla naszej organizacji.

Teraz Derel zacisnął szczęki, ale po to, by nie roześmiać się handlarzowi

w twarz. Derel nie miał żadnych szalonych umiejętności jak Cam, Bear, czy
Ana. Był nikim. Oczywiście, raz na jakiś czas mógł odebrać szept psychiczny
myśli, ale to wszystko. Jeśli Santar myślał, że będzie w stanie go użyć, jak
jakiegoś   super–anioła,   to   miał   złego   brata.   Derel   był   nieudacznikiem   w
rodzinie. Z jakiegoś powodu oczekiwania Santara rozwścieczyły go.

- Czcze pogłoski, nie ma w nich prawdy.
Santar roześmiał się.
- Czy ty masz pojęcie, kim ja jestem?

background image

- Bezwartościową kupą gówna? 
Derel   skulił   się,   gdy   tylko   te   słowa   opuściły   jego   usta.   Jego   słynny

temperament Lehorów wziął nad nim górę. Santar pstryknął palcami na
strażnika, następnie wskazał na archanielicę przykutą obok Derela, tą samą,
która komunikowała się z nim wcześniej. Strażnik uderzył ją w twarz, a
głośny klaps rozszedł się echem po pokoju.

- Co do diabła? – krzyknął oburzony Derel.
Biedna   kobieta   zarobiła   kolejny   cios,   tym   razem   bezpośrednio   od

Santara. Derel rzucił się na niego, ale łańcuchy pociągnęły go z powrotem.
Obejrzał się na kobietę i zmęczony dał jej znak, jak bardzo mu przykro,
posyłając jej współczujące spojrzenie.

- Spójrz na mnie, Derelu – zażądał Santar cichym, ostrym tonem.
Derel zrobił to, ale nie próbował ukryć swojej nienawiści i gniewu na

handlarza. Był w szoku, gdy poczuł, że kobieta przesunęła niezauważalnie
dłoń i chwyciła jego. Delikatnie ją uścisnęła, dając mu znak, iż go nie wini.
Głos Santara zabrzmiał śmiertelnie poważnie:

- Za każdym razem, gdy będziesz mi pyskował, nie posłuchasz mnie, czy

spowodujesz jakiekolwiek kłopoty, inny niewolnik otrzyma za ciebie karę.
Znam  was,   braci   Lehor,   bardzo   dobrze.   Wszyscy   macie   bardzo   poważny
kompleks bohatera. Nigdy nie chciałbyś, aby ktoś inny cierpiał przez ciebie.

- Proszę pana – niemal udławił się tym wyrazem szacunku. – Jestem

tylko uzdrowicielem. Nie mam specjalnych umiejętności, nie jestem jak moi
bracia.

Santar pokręcił głową.
-   Nie   kłam   Derelu.   Zanim   stałem   się   wygnańcem,   pracowałem   w

anielskiej   szkole.   Obserwowałem   cię,   gdy   trenowałeś.   Zauważyłem,   że
potrafisz leczyć o wiele łatwiej niż cała reszta. Zauważyłem również, iż za
każdym razem wycofywałeś się, ponieważ bałeś się pokazać, jakie to jest
łatwe   dla   ciebie.   Nawet   Raphael   nie   przyłapał   cię   na   tym,   że   robiłeś
wszystko na pół gwizdka, ale ja tak.

Derel   gapił   się   na   handlarza.   Nigdy   w   szkole   nie   trzymał   tego   w

tajemnicy. Było mu po prostu łatwiej to załapać niż wszystkim innym. Bił się
z myślami, że nigdy wcześniej nie odważył się rozważyć takiej możliwości.
Może to było zbyt łatwe dla niego, a on w głębi duszy wiedział o tym cały
czas. Wciąż twierdził:

- Z całym szacunkiem panie, jestem tylko zwykłym, normalnym aniołem.

background image

Santar chwycił kobietę, rozkuł ją i uniósł jej ramię. Powoli przeciągnął

po nim ostrzem noża, rozcinając je głęboko i wydobywając wolno płynącą
wstęgę krwi. Kobieta jęczała z bólu, a każdy jęk wbijał się w świadomość
Derela. Spojrzała w oczy Derelowi i pokręciła głową, mówiąc mu, że nie
powinien współpracować z jej powodu. Derel mruknął sfrustrowany. Nawet
z jej pozwoleniem nie było mowy, by mógł pozwolić na wykorzystywanie jej
z jego powodu. Santar trzymał go za pysk. Nawet jeśli Derel nie chciał,
musiał grać według zasad tego kutasa.

- Zostaw ją w spokoju – krzyknął. – Walczysz ze mną, nie z nią. Nie

musisz jej krzywdzić z mojego powodu.

Santar zrobił kolejne nacięcie.
- Dlaczego więc jej nie uleczysz?
Derel odchylił głowę do tyłu w kierunku rąk, które wciąż miał skute za

plecami.

- Musisz mnie rozkuć, abym mógł położyć na niej ręce.
Santar pokręcił głową.
- Nie, myślę, że jesteś tak potężny, iż nie musisz nikogo dotykać, by go

uleczyć. Zrób to stamtąd, gdzie jesteś.

- Mówiłem ci już, jestem tylko uzdrowicielem. Rozwiąż mi teraz ręce, a

będę mógł jej pomóc.

Derel był w pułapce i obaj o tym wiedzieli. Nie było mowy, by mógł

zostawić   cierpiącego   anielskiego   wojownika   bez   pomocy.  Po  raz   kolejny
jęknął sfrustrowany i spojrzał groźnie na łajdaka. W końcu, gdy nie mógł już
znieść płaczu anielicy, postanowił dać Santarowi to, czego chciał. Chociaż
udowodni mu, że się myli.

Derel skoncentrował wzrok na ranie i kierując na nią swoją energię,

zaczął mamrotać pod nosem lecznicze pieśni. Wszyscy uzdrowiciele byli w
stanie wyjść z własnych ciał i skupić się na ranie innego anioła. Musieli tylko
dotknąć   pacjenta,   by   to   zrobić.   Derel   nigdy   nie   próbował   leczyć   bez
utrzymywania   kontaktu.   Spróbował   dopiero   teraz,   z   czystej   desperacji.
Wyłączył się na wszystko dookoła i skupił tylko na niej i jej ranie. 

W jego głowie zabrzmiało słabe brzęczenie i oblał go zimny pot tuż

przed tym, jak opuścił swoje ciało i wszedł w jej. Kiedy już tam był, nie miał
czasu na wstrzymanie się i zastanawianie, jak do diabła udało mu się zrobić
to, co właśnie zrobił. Szybko uleczył jej rany od wewnątrz i wrócił do swojej
fizycznej postaci. 

background image

Otworzył oczy i odetchnął z ulgą. Mała część niego bała się, że może nie

wrócić   z   powrotem   do   swojego   ciała.   Ostatnia   rzecz,   jakiej   pragnął,   to
uwięzienie w tym stanie. Ulga szybko zniknęła, a szok i przerażenie zajęły
jej miejsce. Santar miał rację, posiadał umiejętności i teraz nie było nawet
mowy,   by   kiedykolwiek   chętnie   puścił   Derela   wolno.   Derel   zdał   sobie
sprawę, że cały pokój wpatrywał się w niego, jakby wyrósł mu kolczasty
ogon demona. Potem zaczęły się szepty.

- Uzdrowił ją samym umysłem.
- Nigdy nie widziałem, by uzdrowiciel zrobił to bez kładzenia rąk na

pacjencie.

- On jest świrem jak jego bracia.
Santar zwrócił się do strażnika.
-   Zabierz   go   do   prywatnej   celi.   Nie   chcę,   by   przebywał   z   innymi

niewolnikami. Bracia Lehor notorycznie sprawiają kłopoty, a to jest ostatnia
rzecz, jakiej potrzebujemy.

Strażnik   odłączył   Derela   od   reszty   grupy,   chwycił   go   grubiańsko   za

niewolniczą obrożę i pociągnął do przodu. Derel potykał się jeszcze kilka
kroków, nim odzyskał równowagę, wciąż zbyt otępiały po tym, co się stało,
by dbać o pełne gracji ruchy. Gdy tylko znaleźli się poza zasięgiem wzroku
Santara, strażnik szarpnął nim ponownie, upewniając się, że Derel straci
równowagę i uderzy w twardy, ceglany mur. Derel nie śmiał powiedzieć ani
słowa,   ale   przez   ten   czas,   gdy   był   prowadzony   do   celi,   nie   omieszkał
zapamiętać   każdego   szczegółu   twarzy   strażnika.   Tylko   po   to,   by   mieć
pewność, że nogi z dupy powyrywa temu dupkowi, gdy już będzie wolny. 

Gdy strażnik wepchnął go do środka i zamknął za nim drzwi, Derel przez

kilka minut dochodził do siebie. Był w szoku, widząc, że nie jest w celi, ale w
prawdziwym pokoju. Z prawdziwym, pieprzonym łóżkiem. Nawet obok była
łazienka. Derel stał tam, po prostu czekając, aż oni zdają sobie sprawę, że
popełnili błąd i wrócą po niego. Powoli dotarło do niego, iż rzeczywiście
miał tu zostać. Pierwszy raz od miesięcy pozwolił sobie na relaks. W pobliżu
nie było strażników, tylko czekających na to, by go uderzyć. Żadnych innych
niewolników atakujących go we śnie. Cisza była niemal ogłuszająca, bo tak
był przyzwyczajony do wrzasku, krzyku i płaczu.

Derel ruszył w kierunku łazienki i zajrzał do niej. Tym, co zobaczył w

środku, a co przyprawiło go niemal o płacz, był prysznic. Były tam nawet
czyste ubrania, poskładane i czekające na niego. Mimo iż uparta część niego
chciała oprzeć się ofercie jego nowych porywaczy, nie zamierzał zaglądać

background image

darowanemu koniowi w zęby. Wziął najdłuższy, najbardziej gorący prysznic
w całym swoim nieśmiertelnym życiu. Dali mu nawet maszynkę, by mógł się
ogolić. Oczywiście elektryczną, by nie mógł wziąć z jej pomocą żadnych
zakładników. Jego włosy były wciąż trochę dłuższe niż zwykle, ale mógł się
do tego przyzwyczaić. 

Gdy   skończył   brać   prysznic,   wdrapał   się   na   łóżko   i   niemal   dostał

orgazmu, kiedy usiadł. Derel nie spał w łóżku, od kiedy został uwięziony.
Zapomniał, jakie było miłe i ciepłe, o wiele lepsze niż spanie na twardym
gruncie. Świeżo wyprasowane prześcieradło przynosiło cudowny chłód jego
czystej skórze. Jego myśli powędrowały ku domowi, ku tym, za którymi
tęsknił: Anie, jego braciom,  małej siostrzenicy Ariel. Wkrótce  jego  myśli
skupiły się na osobie, za którą tęsknił najbardziej, na pewnej ciemnowłosej
empatce. 

Nie był pewien, kiedy uczucie irytacji względem Heather zmieniło się w

coś więcej, ale cholera, czuł coś. Derel nigdy nie ujawnił, co naprawdę do
niej czuł i ciągle udawał, że ją ignoruje, mimo iż zawsze nadstawiał uszu, by
wyłowić   jej   słodki   głos   z   tłumu.   Kiedy   siadała   blisko   niego,   nigdy   nie
zdradził, jak cieszył się uczuciem jej maleńkiego ciała przyciskającego się do
niego.   Nigdy   nie   wiedziała,   że   oddychał   głęboko,   tylko   po   to,   by   móc
wdychać otulający ją zawsze piżmowy zapach perfum.

- Lubiłem ją, a nigdy nie miałem jaj, by jej to powiedzieć – wymamrotał.
Teraz   już   nigdy   może   nie   mieć   na   to   szansy.   Derel   pragnął,   by   jego

psychiczne   umiejętności   były   tak   silne   jak   Cama   i   Beara,   może   wtedy
mógłby się z nimi skontaktować. Wszystko, co był w stanie kiedykolwiek
zrobić,   to   odebrać   przypadkowe   myśli.   Nigdy   z   nikim   nie   zainicjował
kontaktu psychicznego. Mimo to nie zaszkodzi spróbować. Nie sądził, że
byłby w stanie leczyć tak, jak zrobił to wcześniej i udowodnił sobie, że się
mylił. Zamknął oczy i skoncentrował wszystkie swoje myśli na Camie.

Cam,   jeśli   tam   jesteś,   naprawdę   chcę,   byś   przyszedł   po   mnie.   Jestem

gotowy wrócić do domu.

Nic.   Jedyną   odpowiedzią   była   ta   sama   czarna   pustka,   którą   zawsze

napotykał, gdy próbował rozmawiać przez Psychiczną Sieć Przyjacielską.
Derel   nie   był   zaskoczony,   że   jego   krótka   wiadomość   nie   dotarła.   Mógł
uleczyć   niemal   każdego,   ale   wciąż   był   nieudacznikiem,   jeśli   chodzi   o
wszystko inne. Zamknął oczy i pozwolił sobie na sen.

background image

* * * *

Cam usiadł na łóżku, gdy telepatyczny głos brutalnie wyszarpnął go ze

snu. Potrząsnął głową, pozbywając się oparów snu i mocno próbował się
skupić   na   tym,   kto   go   wzywał.   Brzmiał   jak   Derel.   Nie,   to  był  Derel,
rozpoznałby ten głos wszędzie. Rozpaczliwie próbował dotrzeć do swojego
brata,   ale   napotkał   tylko   ogromną,   pustą   przestrzeń.   Przetarł   oczy   we
frustracji, może śnił. Niezwłocznie pokręcił głową na tę myśl. To było zbyt
realne, aby być snem. 

Cam uśmiechnął się do siebie, gdy zaakceptował fakt, że to naprawdę

był Derel. Teraz wiedział, że jego brat nie tylko żyje, ale stara się dotrzeć do
niego.   Szybko   sięgnął   do   umysłów   Any   i   jego   braci,   by   podzielić   się
wiadomością. Byli tak szczęśliwi jak on. W końcu pojawiła się nadzieja. Jeśli
Derel raz się skontaktował, może zrobi to znowu i powie im, gdzie jest.
Wtedy Cam pójdzie i przyprowadzi go z powrotem do domu tam, gdzie było
jego miejsce.

Cam   usłyszał,   jak   ktoś   tłucze   się   po   jego   kuchni   i,   wbrew   sobie,

ponownie   się   uśmiechnął.   Amadeaha   była   w   jego   mieszkaniu,   w   jego
kuchni. Ta myśl sprawiła, że zakręciło mu się w głowie, jak chłopakowi z
liceum,   który   właśnie   zarobił   swoją   pierwszą   malinkę.   Wtem   zamarł.
Zamierzał przestać myśleć o niej, bo nie miał żadnego interesu w tym, by się
nią ekscytować. Może gdyby to się działo przed przemianą, ale teraz nie.
Stoczył   się   z   łóżka,   wziął   prysznic,   następnie   umył   zęby,   żeby   nie
przestraszyć   jej   porannym  oddechem.   Gdy   to   zrobił,   poszedł   do   kuchni,
wciąż kulejąc dzięki rannej kostce, aby ją znaleźć. 

To, co zobaczył, sprawiło, że stanął jak wryty i rozejrzał się wokoło,

szukając huraganu. Znalazła i otworzyła wszystkie jego schowane cukierki i
pałaszując je przedzierała się przez kolejne szafki. Kilka paczek z chipsami
leżało   otwartych   i   przewróconych   do   góry   nogami,   także   ich   zawartość
wysypała się na blaty. Sądząc po pustych puszkach, popiła pożywny posiłek
kilkoma różnymi smakami napojów gazowanych. Toster był zapchany jakąś
lepką substancją, którą, jak podejrzewał, były pianki. Zarówno telewizor w
salonie,   jak   i   ten   mały   na   blacie   w   kuchni   były   włączone   i   nastawione
bardzo   głośno.   Oglądała   na   nich   dwa   różne   kanały,   na   jednym   pokaz
gotowania, na drugim powtórkę „Ryzykantów”. Ona sama stała na palcach,
przeglądając zawartość jego szafek. 

background image

- Czego szukasz? – zapytał. – Numeru do FEMA

1

?

- Twojej manny – powiedziała, kontynuując wysiłki przejrzenia po kolei

najwyższych półek. – Nie mogę jej nigdzie znaleźć.

- To dlatego, że jej nie jem. Jem tylko ludzką żywność.
Spojrzała na niego, jakby wyrosła mu jeszcze jedna głowa.
- Wszystkie anioły jedzą mannę.
-  Anielscy   wojownicy   zazwyczaj   przechodzą   na   ludzką   żywność,   gdy

zaczynają żyć na Ziemi. To pomaga nam lepiej dopasować się do ludzi. Poza
tym ich jedzenie jest lepsze.

- Nie wiem, jak jeść ludzkie jedzenie – argumentowała, skręcając rąbek

koszuli, którą miała na sobie.

Zauważył, że to jedna z jego i poczuł szaloną satysfakcję, widząc ją w

czymś, co należało do niego. Spojrzał na otwarte paczki.

- Według mnie wydajesz się radzić sobie całkiem nieźle. 
-   To   dlatego,   że   to   są   cukierki,   a   to   jedyna   rzecz,   jaką   kiedykolwiek

próbowałam.

Wskazał na resztę jedzenia niezdrowego jedzenia.
- Przykro mi, że muszę ci to powiedzieć, ale to nie są cukierki.
Nadal bezmyślnie bawiła się koszulą.
- Wiem, po prostu zobaczyłam to i nie mogłam się oprzeć. Gdy widzę

coś, czego chcę, to po prostu biorę.

- Och, naprawdę? – nie mógł się oprzeć chęci sprowokowania jej. – Od

kiedy?

- Od teraz.
Zmrużyła oczy. Popatrzyła na niego tak głodnym wzrokiem, że poczuł

się jak paczka chipsów. Zrobił krok do tyłu, a ona podążyła za nim. Cam
dostrzegł swój telefon leżący na blacie obok niej i zmarszczył brwi. Nie
pamiętał, by go tam zostawił. Podniósł go i wsunął do kieszeni. 

- Usiądź, zrobię ci coś do jedzenia.
- Próbowałam zrobić ci niespodziankę i przygotować jedzenie – posłała

mu niewielki uśmiech i podała mu kubek do kawy. – Przynajmniej to udało
mi się zrobić.

Kiedy spojrzał zmieszany, jej uśmiech zgasł. Amadeaha wyjąkała:

Federalna Agencja Zarządzania Kryzysowego (ang. Federal Emergency Management Agency) - amerykańska agencja 

podlegająca Departamentowi Bezpieczeństwa Krajowego USA, odpowiadająca za zarządzanie kryzysowe w przypadku 
zagrożeń.

background image

- To jest krew. Widziałam ją w lodówce i po prostu założyłam, że jest dla

ciebie. Wiem, że nadal cierpisz, a ponieważ nie ma tutaj uzdrowiciela, to
naprawdę powinieneś ją wypić.

Odstawił kubek. Do diabła, nie było mowy, by wypił ją w jej obecności,

mimo   iż   tego   potrzebował.   Z   jakiegoś  powodu   krew  anioła  leczyła   jego
wszelkie rany. 

- Dzięki, zrobię to później.
Zrobiła jeszcze kilka kroków do przodu, także stała bardzo blisko, ale

jeszcze nie wystarczająco blisko.

- Możesz wypić ją przy mnie, Cam. Nigdy nie musisz się mnie wstydzić.

Lubię cię takiego, jakim jesteś.

Z zakłopotaniem przejechał językiem po lewym kle.
- Ciągle to powtarzasz, ale nie znasz mnie wystarczająco, by zrozumieć, o

czym mówisz.

- Znam wystarczająco – przebiegła lekko palcami po jego ramieniu. –

Obserwowałam cię wcześniej, gdy spałeś.

To oszołomiło Cama. Od czasu jego małego epizodu w Piekle, zawsze

natychmiast się budził, gdy ktoś wszedł do niego, kiedy spał. Popatrzył na
jej palce, które wciąż były na jego ramieniu. Gdyby był mądry, odciągnąłby
je   teraz.   Ale   jakoś   nigdy   nie   został   posądzony   o   bycie   mądrym.   Kiedy
siedział w niemym milczeniu, ona dodała:

- Kiedy ci się przyglądałam, postanowiłam coś.
- Co takiego? – nie mógł się oprzeć pokusie pochylenia lekko do przodu,

by lepiej poczuć jej zapach.

- Czekałam na ciebie wystarczająco długo – utkwiła zielone oczy w jego

twarzy. – Nigdy nie pozwolę, byś mnie odepchnął. 

To zwróciło jego uwagę. Jego umysł doznał wstrząsu, gdy fala strachu,

podniecenia i szoku przelała się przez niego. Musiała stracić rozum. Tak, to
było to, jeden z demonów musiał uderzyć ją w głowę czy coś. Postanowił, że
musi   odstraszyć   ją   od   siebie   dla   jej   dobra.   Objął   ramionami   jej   talię   i
przyciągnął jej ciało do swojego. Potem zrobił to, co zamierzał już w nocy,
odkąd tylko ją zobaczył, pocałował ją. Upewnił się, by nie był to słodki,
delikatny pocałunek. Pragnął pokazać jej, jak naprawdę go podniecała. Gdy
zda   sobie   sprawę,   że   jego   wewnętrzny   demon   seksu   był   w   najwyższej
gotowości, wtedy ucieknie, gdzie pieprz rośnie.

Ponownie jej nie docenił. Splotła ręce na jego szyi i poddała się jego

namiętności. Jej język wdarł się do jego ust i zaczął pieścić kły powolnymi,

background image

leniwymi ruchami. Wcześniej nikt nigdy go tak nie całował. To było niemal
tak,  jakby chciała  mu powiedzieć, że jego różnice  nie mają znaczenia, a
nawet wręcz ją podniecają. Oderwał od niej usta i spojrzał na nią w szoku.
Oboje   ciężko   dyszeli,   a   jej   oczy   były   półprzymknięte   w   rozmarzeniu.
Widział, że jego taktyka przestraszenia jej nie była zbyt przekonująca. Jeśli
już,   to   jeszcze   bardziej   przytuliła   się   do   niego.   Oczywiście   nie   pomagał
sprawie trzymając wciąż swoje ręce owinięte wokół jej talii. Wyciągnęła
rękę i odepchnęła kubek.

- Nie chcę patrzeć, jak to pijesz.
Dobrze, w końcu wrócił jej rozum. Zaczął się uśmiechać, ale przestał,

gdy przechyliła głowę i odsunęła włosy. Jej wyeksponowana, biała szyja była
tylko kilka cali od jego ust. Widział jej poruszający się puls i to sprawiło, że
stał się tak głodny, jakby poczuł zapach jej krwi. Zaślepiła go żądza krwi,
obnażył kły i pochylił głowę, by posmakować słodkiego nektaru, który mu
tak chętnie oferowała. 

Powstrzymał się, nim ją ugryzł. Co, do cholery, sobie myślał? Co, do

cholery,  ona  sobie myślała? Odsunął się od niej i wycofał do kuchennego
blatu. Jego dłonie napotkały porozrzucane paczki chipsów i uczyniły głośne
trzaski.   Cam   cofnął   szybko   ręce   zbyt   zmęczony,   by   zachowywać   się   jak
zwykle. Jak każdego dnia, miał w swoim mieszkaniu uganiającą się za nim
kobietę.   W   ogóle   nie   wydawała   się   być   zniechęcona,   po   prostu   znowu
podeszła do niego, a mały uśmiech igrał na jej ustach. Przyłapał się na tym,
że patrząc na te usta, chce ich ponownie spróbować. Zanim się zorientował,
przytuliła się do niego. Uniosła głowę i musnęła jego usta swoimi.

- Od teraz pożywiasz się tylko mną. Chcę być tą, która troszczy się o

ciebie.

- Nie wiesz, co mówisz – nawet, gdy to twierdził, spoglądał pożądliwie

na jej szyję. – Ostatnim razem, gdy cię ugryzłem, skrzywdziłem cię.

Uśmiechnęła się do niego.
- Więc pamiętasz?
Uświadomił sobie, że stracił kontrolę nad sytuacją, a to jednocześnie

rozbawiło go i przestraszyło jak cholera.

- Tak, wciąż przypominam sobie to sobie każdej nocy we śnie. Czy to

sprawia, że czujesz się lepiej? – zaczął się znowu odsuwać.

Założyła mu ręce na szyję.
- Dlaczego ode mnie uciekasz?
- Nie uciekam.

background image

- Nie nabierzesz mnie. Ugryziesz mnie w końcu, czy nie?
- Nie  mogę  cię  ugryźć. Moja  ślina zawiera Rozkosz, która  sprawi, że

będziesz podniecona.

Nachyliła się i wyszeptała mu do ucha:
- Niespodzianka Cam, ja już jestem podniecona. Gdybyś tylko wiedział,

co chciałabym, abyś ze mną zrobił.

Kolana niemal się pod nim ugięły.
- Teraz wiem, dlaczego twój ojciec trzymał cię z dala od wszystkich.

Masz nieco grzeszne myśli.

- Tylko przy tobie. Nigdy nie wyznałabym takich rzeczy komuś innemu.
Znowu przechyliła głowę i czekała na jego ruch. Dobry Boże, wiedział, że

nie powinien przyjąć tego, co mu oferowała, ale nie był wystarczająco silny,
by oprzeć się pokusie. Cam zniżył usta, ale jeszcze jej nie ugryzł. Chciał mieć
pewność, że tym razem będzie zadowolona. Powoli lizał i całował jej szyję,
jednocześnie   gładząc   delikatnie   rękami   jej   plecy.   Amadeaha   westchnęła
szczęśliwa i opadła nieco na niego. Wreszcie, kiedy już dłużej nie mógł tego
znieść, zatopił łagodnie kły w jej delikatnej skórze.

Ktoś   jęknął,   a   on   nie   był   pewien,   czy   to   była   ona,   czy   on.   Jej   krew

spłynęła   w   dół   jego   gardła.   Nigdy   nie   próbował   czegoś   lepszego.   Była
pikantna, słodka jak ona. Wiedział, że nic nigdy jej nie dorówna. Pierwszy
raz odkąd demony go przemieniły, poczuł spływające na niego poczucie
spokoju.   Przełknął   kolejną   porcję   krwi,   zanurzając   ręce   w   jej   włosach   i
przyciągając   ją   jeszcze   bliżej   do   siebie.   Cam   poczuł,   jak   wstrząsa   nim
przypływ energii, a jego rany się goją, gdy siła życiowa Amadeahai zaczęła
krążyć w jego żyłach.

Pożywianie się zawsze sprawiało, że stawał się podniecony i ten raz nie

był wyjątkiem. Jego ciało się budziło, gdy przytulił się do niej, chcąc poczuć
ciepło   jej   ciała.   Był   w   szoku,   kiedy   owinęła   jedną   nogę   wokół   niego   i
wypchnęła   biodra   w   jego   kierunku.   Rozkosz   musiała   porządnie   działać
także na nią. Amadeaha trzymała się go kurczowo, a jej oddech stał się
szybki i urywany. Cam oderwał usta od jej gardła i spojrzał na jej twarz.
Oczy miała zaszklone namiętnością, a usta spuchnięte od wcześniejszych
pocałunków.   Jęknęła   w   proteście,   gdy   zaczął   się   cofać   i   chwyciła   jego
koszulę obiema rękami.

- Nie – powiedziała bez tchu. – Chcę więcej.
Cholera, zrobił to. Cam był tak twardy, że aż bolało, nigdy tak bardzo nie

pragnął   z   kimś   być.   Ale   nie   zamierzał   pozwolić   jej   doświadczyć   jego

background image

chorobliwych pragnień. Znowu zaczął się cofać, a ona krzyknęła z rozpaczy.
Wiedział, iż nie może zostawić jej w tym stanie. Rozkosz wprawiła ją w taki
stan podniecenia, że była jednocześnie przestraszona i zdezorientowana.
Musiał znaleźć sposób, by przynieść jej ulgę. Wziął ją na ręce i zaniósł na
kanapę.   Całowała   go   przez   całą   drogę,   a   jej   miękkie   usta   pieściły   jego
policzek,   szczękę   i   oczy.   Nigdy   wcześniej   nie   czuł   się   tak   uwielbiany   i
jednocześnie otoczony troską. To było jak powrót do domu, który stracił
dawno temu.

Cam   ułożył   ją   na   kanapie,   a   sam   położył   się   na   niej.   Walczył   z

instynktem, który krzyczał na niego, by ją naznaczył. Kiedy anioł znalazł
swoją   partnerkę,   kochali   się   i   mężczyzna   kładł   rękę   na   ciele   kobiety,
umieszczając tam symbol swojej rodziny. To wyglądało jak skomplikowany
tatuaż i kobieta miała go na resztę swojego nieśmiertelnego życia, ponieważ
tak długo anielscy partnerzy byli razem. Jednak nie był gotowy jej tego
zrobić.   Nie   zasługiwała   na   to,   by   jej   partnerem   był   taki   demon   jak   on.
Planował odwlekać sprawy tak długo, jak to było możliwe.

Cam zagarnął jej usta w płomiennym pocałunku, jego język zagłębiał się

w   nich,   imitując   rytuał   łączenia   się   z   partnerką,   podczas   gdy   on   sam
rozpaczliwie pragnął, by jego ciało mogło to zrobić. Wsunął rękę pod jej
bluzkę i przesunął palcami po dolnej części jej piersi. Jasna cholera, nie
kłamała, kiedy mówiła, że nie ma biustonosza. Nie mogąc oprzeć się tak
oferowanej   mu   pokusie,   ujął   w   dłoń   jedną   pierś.   Zachichotał,   kiedy
krzyknęła z zaskoczenia prosto w jego usta.

- Nie miałam pojęcia, że to takie uczucie – jęknęła Amadeaha.
- To dopiero początek tego, co chcę ci pokazać – popatrzył na nią. – To

znaczy, jeśli mnie chcesz.

Posłała mu nieśmiały uśmiech.
- Tak, proszę.
Cam pocałował czubek jej nosa, zanim odsunął jej koszulę tak, że jej

piersi zostały wyeksponowane. Spojrzał na nią z podziwem, bo jej ciało to
była czysta perfekcja. Miała jędrny brzuch i pełne, ale niezbyt duże piersi.
Wziął jeden z jej sutków w usta i zatoczył wokół niego kółko językiem.
Amadeaha zachowała się tak, jakby strzelił w nią elektrycznym gromem, jej
ciało wygięło się w łuk, podczas gdy ona pociągnęła go za włosy. Jej noga
przycisnęła   się   do  jego  pulsującej   erekcji   i  nie   mógł   oprzeć   się  pokusie
ocierania się nią o jej ciało. To była jedyna przyjemność, na jaką mógł sobie
pozwolić, bo reszta była dla niej.

background image

Cam rozpiął jej spodnie i zaczął je ściągać. Był zachwycony, że go nie

zatrzymała, a nawet uniosła biodra, by mu było łatwiej je zsunąć. Zaczęła
robić   to   samo   z   jego   spodniami,   ale   ją   powstrzymał.   Jeśli   uwolni   go   z
jeansów, to wszystko się może zdarzyć, a on musiał się kontrolować. Uwięził
jej nadgarstki jedną ręką i przeciągnął ręce nad głowę. To sprawiło, że jej
piersi wysunęły się bardziej do przodu i oddech uwiązł mu w piersi na ten
widok. Starła się uwolnić jedną z rąk.

- Proszę – jęknęła Amadeaha. – Też chcę cię dotknąć. To nie fair, że

dostaję całą twoją uwagę.

Przygryzł płatek jej ucha.
- Ach kobieto, nie masz pojęcia, jak bardzo się tym cieszę. Mógłbym

spędzić cały dzień na zapamiętywaniu twojego ciała moimi dłońmi i ustami.

To była prawda. Cam miał wcześniej niezliczoną ilość kobiet, ale żadna

nie dorastała jej do pięt. I to nie dlatego, że wszystkie były demonicami, a
ona   jest   aniołem.   To   dlatego,   że   była   najdoskonalszą   istotą,   jaką
kiedykolwiek   stworzono   i   nikt   nigdy   nie   będzie   w   stanie   dorównać   jej
perfekcji.

Nieco krwi sączyło się ze śladu po ugryzieniu, więc przebiegł językiem

po jej  szyi, zlizując ją. Wystarczyło, że poczuł  smak krwi, a jego krocze
zareagowało w odpowiedzi. Tym razem był pewien, że jęk pochodzi z jego
gardła. Cam skierował swoją uwagę z powrotem na jej piersi, ponieważ
szybko odkrył, iż one były jego ulubioną częścią niej. Mógł tam spędzić całe
popołudnie. Gdy tylko ponownie wziął sutek w usta, jej ciało spięło się.
Sięgnął między jej nogi i zaczął pieścić ją przez jedwabne majteczki. Kiedy
głośno krzyknęła, poderwał głowę.

- Jeśli to zbyt wiele, zbyt szybko, mogę przestać.
Pokręciła głową.
- Nie, to jest cudowne. Jeśli przestaniesz, myślę, że umrę.
To było zaproszenie, jakiego potrzebował. Wsunął dłoń pod jej majteczki

i zaczął ją podniecać. Cam jęknął, gdy poczuł, jak była mokra. Pragnęła tego
tak bardzo, jak on. Była śliska i gotowa, by przyjąć go do wnętrza swojego
ciała.   Potrzebował   każdej   uncji   silnej   woli,   aby   oprzeć   się   chęci   zdjęcia
spodni i zrobienia właśnie tego. Pragnienie, by ją oznaczyć, było tak silne, że
aż go ręka zaczęła swędzieć.

Wsunął w jej wnętrze jeden palec. Cholera, była taka gorąca i ciasna.

Zamknął oczy i po prostu delektował się tym, że może ją czuć. Zaczęła kręcić
biodrami,   a   on   odpowiedział,   poruszając   powoli   palcem   do   środka   i   na

background image

zewnątrz.   Spojrzał   na   jej   twarz,   zatapiając   się   w   jej   pięknych   rysach.
Cieszyło go patrzenie na jej namiętność, która była taka czysta i niewinna, a
jednocześnie   bardzo   zmysłowa.   Jak   tylko   doszła,   ugryzł   ją   ponownie.
Pragnął pić jej krew w chwili, gdy miała orgazm. Nie był przygotowany na
zalewające go jej emocje. Mimo iż w ogóle go nie dotknęła, doszedł wraz z
nią. Prosto w spodnie, jak jakiś niezaspokojony seksualnie dzieciak.

Cam ukrył twarz w zgięciu jej szyi, by nie zauważyła, jak był cholernie

zakłopotany. Co się z nim dzieje? Zawsze się kontrolował. To mu się nigdy
wcześniej   nie   zdarzało.   Nawet   kiedy   był   kościstą   dziewicą.   Amadeaha
szepnęła mu do ucha:

- Kocham cię.
Cam poderwał się tak szybko, że wylądował na tyłku na dywanie. Jedno

spojrzenie na jej twarz powiedziało mu, że mówiła prawdę. Jak mogła go
kochać?   Czy   nie   zdawała   sobie   sprawy,   czym   naprawdę   był?   Była   zbyt
dobra, jak dla takiej kupy szlamu, jak on. Spojrzał na nią i uświadomił sobie,
że musi jak najszybciej wyjść z pokoju, zanim zrobi coś tak głupiego, jak
przyznanie, że też ją kocha.

  Zerwał się na równe nogi i ruszył do wyjścia, ale nie chciał tak po

prostu jej zostawić. Starał się wymyślić jakiś pretekst, ale udało mu się
jedynie   wykrztusić   z   siebie   chrząknięcie.   Posłała   mu   zdezorientowane
spojrzenie, gdy odwrócił się od niej, wszedł do swojej sypialni i zamknął
drzwi, zanim zdążył zrobić z siebie jeszcze większego idiotę.