background image

Harry Harrison

Krok od Ziemi

background image

(Przełożyli: Jarosław Kotarski, Radosław Kot)

Wstęp

Sprawa teleportera

Historia ludzkości to historia transportu. Choć twierdzenie to może się wydać zbyt 

ogólnikowe,  to  jest  z  pewnością  trafniejsze  od przyjętych,  w których  historię  mierzy  się 

wojnami, władcami czy polityką.

Na początku były jedynie nogi, czyli maszerowanie, i ludzkość tylko chodziła po 

świecie. Pokolenie za pokoleniem homo sapiens na piechotę zajmował coraz to nowe obszary 

wokół domu, za który zwykle uznaje się środkowe obszary Afryki. Potem przekraczał lądowe 

mosty   i   zajmował   nowe   kontynenty.   Dopiero   wynalezienie   łodzi   i   opanowanie   sztuki 

żeglowania umożliwiło mu zasiedlenie izolowanych miejsc, jak choćby wyspy na Pacyfiku. 

Nogi  jednakże  były  pierwsze  i  bynajmniej  nie  oznacza  to,  że  stanowiły  najgorszą  formę 

transportu. Po rzymskich drogach poruszały się wozy i rydwany, ale zbudowano je po to, by 

piechota mogła szybko i łatwo dotrzeć tam, gdzie w danej chwili była niezbędna - a to często 

oznaczało drugi koniec imperium.

Dalsze   wnioski   łatwo   wyciągnąć:   jedynie   nieznaczna   część   społeczeństwa 

podróżowała, było ono w zasadzie osiadłe i rolnicze. Życie chłopa w XVII-wiecznej Europie 

niewiele   różniło   się   od   życia   jego   przodka   w   XI   wieku:   obaj   tkwili   w   błocie,   a   ich 

przeznaczeniem było urodzić się, żyć i umrzeć w tym samym miejscu.

Odwrotnie rzecz się miała z żeglarzami: gdy tylko ludzie zdołali zbudować statki 

zdolne   do  pływania  na   dalekich  trasach,   natychmiast   zaczęli   ich  entuzjastycznie  używać. 

Mykeńczycy   zjawili   się   w   Anglii   piętnaście   wieków   przed   narodzeniem   Chrystusa. 

Wikingowie dotarli do brzegów Ameryki Północnej w jedenastym wieku n.e. Kilkaset lat 

później   Hiszpanie   pływali   regularnie   do   obu Ameryk   i   świat   się   definitywnie   zmienił   (z 

punktu   widzenia   rdzennych   mieszkańców   Nowego   Świata   na   gorsze).   Kiedy   jednak 

Europejczycy odkryli wszystkie lądy i zajęli co mogli, sytuacja szybko się ustabilizowała na 

pewnym   poziomie   i   przez   długie   lata   nic   nie   ulegało   zmianie.   Owszem,   poprawiały   się 

konstrukcje statków czy ich wyposażenie, szczególnie nawigacyjne, ale w dalszym ciągu, tak 

jak na początku, były to drewniane żaglowce. Świat zaś siedział sobie w domu i drzemał, nie 

zastanawiając się nad przyszłością. W Anglii rewolucja przemysłowa rozpaczliwie usiłowała 

się zacząć, ale nie bardzo jej wychodziło, no bo po co komu maszyny mogące wyprodukować 

background image

więcej towarów, jeśli te towary można jedynie zwalić na kupę na pustym placu koło fabryki, 

bo nie ma co z nimi zrobić? Żeby całość miała sens, należałoby je szybko przewieźć do 

odbiorców. Trochę w tym pomocne były kanały, których sporo wykopano, ale to był tylko wa-

riant   transportu   wodnego   i   jedyne,   co   naprawdę   dały,   to   zwiększenie   liczby   portów   na 

świecie. Jeśli chodzi o przemieszczanie się na lądzie, to ludzie dalej wędrowali na piechotę 

lub wierzchem na koniu, albo w wozach przez konie ciągniętych, tak samo jak przez wiele 

stuleci. Potrzebna była radykalna zmiana.

Stało  się   nią  wprowadzenie   kolei,   które  w  ciągu   kilku   lat   wszystko  zmieniły.  Do 

fabryk dotarły surowce, a produkty mogły szybko rozprzestrzeniać się na cały świat i życie 

uległo zmianie pod każdym praktycznie względem (z punktu widzenia robotników na gorsze). 

Tyle że oni, podobnie jak wcześniej Indianie, nie byli liczącymi się sędziami. Ledwie świat 

zaczął   się   uspokajać   i   osiadać   na   nowo   po   zmianach,   jakie   wniosła   kolej,   wymyślono 

automobil.

Pierwsze   samojazdy   wyjeżdżające   na   drogi   oznaczały   nie   tylko   koniec   firm 

zajmujących się produkcją powozów, wozów i innych pojazdów na owsiany napęd, ale w 

ciągu pięćdziesięciu lat spowodowały, iż całe miasta przestały nadawać się do życia. Ciepłe, 

ciche i szczęśliwe Los Angeles zmieniło się w zatrutą spalinami, zdegenerowaną społeczność 

otoczoną betonowymi autostradami, na których panuje ciągły ruch. Tymczasem wszystko 

zaczęło się kręcić szybciej - samochody jeszcze nie skończyły się wszędzie zadomawiać, gdy 

wyprzedziły je samoloty. Obecnie z Nowego Jorku do Londynu leci się krócej, niż jedzie 

samochodem   czy   pociągiem   do   granicy   stanu   Nowy   Jork,   a   to   i   tak   trwa   krócej   niż 

dopłynięcie statkiem do stolicy stanu, Albany, co i tak zajmuje mniej czasu niż dojście na 

piechotę z lotniska do granic miasta Nowy Jork.

Dziś sytuacja wygląda tak, że każdy aspekt naszego życia uległ zmianie przez ciągłą 

rewolucję transportową, która trwa przez cały ostatni wiek. A jaka czeka nas przyszłość?

Rakiety   to   jedno,   a   inne   środki   transportu   kosmicznego   mogą   być   znacznie 

praktyczniejsze i nie tak kosztowne. Spora część współczesnej fantastyki naukowej dotyczy 

efektów   podróży   kosmicznych,   a   bynajmniej   nie   jest   to   temat   zamknięty.   Wymyślono 

rozmaite,   czasami   bardzo   dziwaczne   urządzenia   umożliwiające,   przynajmniej   w   teorii, 

pokonywanie   odległości   liczących   wiele   lat   świetlnych.   Najprostszym   jest   hipernapęd, 

najdziwniejszym warmhole. Dzięki nim odległe i jeszcze nieznane światy stały się scenerią 

powieści czy opowiadań.

Ale to jeszcze nie wszystko, bowiem podróże w czasie to także odmiana transportu, 

której również dotyczy bogata literatura.

background image

No i naturalnie pozostał jeszcze teleporter - dobry, uczciwy środek transportu, który 

jak dotąd nie zwrócił należnej mu uwagi, a jeśli nawet, to uwaga ta najczęściej koncentrowała 

się wokół problemu, jak takie coś zbudować i zmusić do pracy. Albo co też będzie, gdy 

urządzenie się zepsuje. Zupełnie jak wczesne utwory science-fiction, których akcja kończy się 

w momencie startu rakiety.

W zasadzie teleporter robi z materialnym obiektem to, co telewizja z obrazem - w 

kamerze jest on rozbijany na sygnał transmitowany do odbiornika, który składa go ponownie 

w   obraz   widzialny.   Teleporter   rozbija   oryginalny   obiekt   na   molekuły   składowe,   wysyła 

zeskanowany łańcuch do odbiornika, gdzie zostaje on zrekonstruowany w oryginał. Czasami 

coś z sygnałem jest nie tak i wtedy zaczyna się zabawa, gdy na przykład wysłanej osoby nie 

zrekonstruowano albo sygnał się zapętlił i zrekonstruowano ją kilkakrotnie.

Większość dotychczasowych utworów, w których występują teleportery lub kabiny 

teleportacyjne,   to   odmiana   radosnej   twórczości,   koncentrująca   się   na   budowie   takiego 

cudeńka i obserwowaniu, co też ono zrobi z pierwszą ofiarą, którą się je nakarmi. Może to 

naturalnie być ciekawe, ale dalekie od pokazania pełnych możliwości, jakie dałby działający 

teleporter.   Jeśli   bowiem   założymy,   że   urządzenie   istnieje   i   działa,   to   należy   rozważyć 

konsekwencje jego powszechnego zastosowania jako tańszej i wygodniejszej, od wszelkich 

dotychczasowych, form transportu. Człowiek bowiem łatwo przyzwyczaja się do tego, co 

wygodne, i należy przyjąć, że w krótkim czasie teleportery stałyby się równie powszechne i 

wszechobecne jak współcześnie telefony.

Antologia ta mówi właśnie o efektach, jakie niesie powszechne użycie teleporterów, 

tak w stosunku do pojedynczego człowieka, jak instytucji czy całych społeczeństw.

Aspektów   jest   wiele   -   od   podstawowych   kwestii   życiowych,   jak   pożywienie   czy 

ubranie, poprzez interesy lub małżeństwa, aż do tak poważnych przedsięwzięć jak medycyna 

czy wojna. Wojna na pewno - obojętnie jak zwariowany jest nowy wynalazek, wojskowi po 

prostu muszą go mieć i wypróbować. Co się zaś tyczy medycyny, historia udowodniła, jak 

statki   czy   samoloty   potrafią   przenosić   choroby,   zupełnie   zresztą   przypadkowo.   Języki, 

kultura, zwyczaje - wszystko to także znajdzie się pod wpływem nowego środka transportu.

W opowiadaniach zawartych w tym zbiorze zawsze występuje teleporter czy kabina 

teleportacyjna, ale nie one są ich bohaterami. W każdym spróbowałem opowiedzieć o jednym 

z   wymienionych   aspektów   powszechnego   ich   stosowania.   Zacząłem   od   początku,   od 

pierwszych   zastosowań   doświadczalnych   i   spróbowałem   doprowadzić   w   ostatnim   do 

logicznego   końca,   gdyż   dobre   opowiadania   powinny   być   logiczne.   Nie   twierdzę,   że 

jakiekolwiek   z   opisanych   wydarzeń   zaistnieje,   ale   jeśli   będziemy   dysponowali 

background image

teleportacyjnym systemem transportu, to w określonych warunkach każde z nich może się 

przydarzyć, i to ze sporym prawdopodobieństwem.

Jest to jedna z zalet fantastyki naukowej, jakich brakuje innym gatunkom literatury, 

daje bowiem ludziom okazję do lotu rakietą, zanim ją wynaleziono, albo spotkania ludzi, 

którzy jeszcze się nie narodzili.

Teleporter jest naprawdę łatwy w użyciu - wystarczy wybrać kod miejsca docelowego, 

czyli kombinację cyfr, i poczekać, aż zapali się lampka sygnalizująca gotowość urządzenia. 

Potem krok naprzód i - niczego nie czując - przechodzimy przez ekran tak jak przez drzwi...

Harry Harrison

background image

Przełożył J. Kotarski

Na początku...

Adam Ward całkowicie zignorował ciche pukanie do drzwi przedziału. Wcześniej już 

zgasił   światło   i   od   dłuższego   czasu   siedział   przy   oknie,   obserwując   przesuwający   się 

bezgłośnie krajobraz: zaśnieżone góry na tle rozgwieżdżonego nieba. Nagle widok przesłonił 

mrok tunelu, od którego ścian odbił się zazwyczaj niesłyszalny stukot kół pociągu. Dźwięk 

skończył się równie nagle jak się zaczął i za oknem ponownie pojawiły się góry. Pukanie się 

powtórzyło - głośniejsze i bardziej natrętne.

- Wynocha! - burknął, nie ukrywając złości. Ostatnie tygodnie, pełne gorączkowo 

umawianych   spotkań,   przesłuchań   i   innych   nieprzyjemności,   nie   sprzyjały   spokojowi   i 

pogodzie ducha.

- Muszę pościelić pańskie łóżko! - dobiegło zza drzwi.

- Przyjdź później.

-   Później   mam   inne   obowiązki.   Muszę   teraz.  Adam   westchnął,   wsunął   stopy   w 

pantofle, podszedł do drzwi i zwolnił zasuwę. Kłótnia przez drzwi nie miała sensu, a na 

ścielenie   łóżka   nie   miał   ochoty.   Uchylił   drzwi   i   prosto   w   jego   twarz   buchnął   gaz   z 

podciśnieniowego pojemnika.

Zakrztusił się, odkaszlnął i zwalił bezwładnie na podłogę.

Właściciel miotacza gazowego - masywne chłopisko - wsunął aerozol do kieszeni, 

otworzył drzwi do przedziału, odsuwając nogi leżącego, i wszedł. W ślad za nim wśliznął się 

jego towarzysz, drobny i niewysoki. Ledwie znalazł się w środku, duży zatrzasnął drzwi i 

zablokował zasuwę. Cała akcja trwała parę sekund i jak dotąd nikt ich nie widział.

- Pospiesz się - polecił małemu, spoglądając na zegarek. - Za długo, cholera, grzebał 

się z tymi drzwiami i zostały nam tylko cztery minuty.

Mały zignorował go, rozbierając się pospiesznie - od pierwszego spotkania nie darzyli 

się sympatią. Szczytem urazy było, gdy na grzeczne pytanie, jak tamten ma na imię, usłyszał, 

że podczas akcji nie używa się prawdziwych imion, a jak już koniecznie chce, to może mu 

mówić per ”Iwan”. Ton wypowiedzi był znacznie bardziej obelżywy niż słowa.

Rozebrał się błyskawicznie, gdyż pod płaszczem miał jedynie kombinezon zapinany 

na pojedynczy suwak.

-   Buty   i   skarpetki   też   -   przypomniał   Iwan,   bezceremonialnie   rozbierając 

nieprzytomnego Adama Warda.

Mały spojrzał na niego z ukosa, ale się nie odezwał; szkolenie wpoiło mu jedno: nie 

background image

należy pytać, tylko wykonywać polecenia. Wykonał je więc i stał, lekko się trzęsąc.

- Jesteś nowy, więc zapamiętaj sobie: kogoś można rozpoznać po odciskach palców i 

zębach.   Wszystko   to   zostało   podmienione   tak,   że   twoje   figurują   pod  Adam   Ward.  Ale 

słyszeliśmy,   że  Amerykanie   opracowują   nową   metodę:   rozpoznanie   zapachowe,   a   jak   to 

podrobić, na razie nie wiemy. Dlatego będziesz miał jego ubranie. Jeśli cię sprawdzą, to tylko 

teraz, przy wjeździe. Miejmy nadzieję, że mu nogi śmierdzą i rzadko się myje, to powinno się 

udać. Mogą jeszcze być w fazie badań, ale ostrożności nigdy za wiele.

-  Apetycznie   to   określiłeś   -   mruknął   mały,   mimo   iż   obiecywał   sobie,   że   się   nie 

odezwie.

- Nie zgrywaj dziewicy. Ubieraj się, bo jeszcze dostaniesz zapalenia płuc i szef mi łeb 

urwie.

Mały   włożył   ciepłe   jeszcze   ubranie,   próbując   nie   okazać   obrzydzenia,   gdyż 

sprawiłoby   to   jedynie   frajdę   Iwanowi.   Skończył   zawiązywać   krawat,   gdy   tamten   po   raz 

kolejny sprawdził czas i gestem kazał mu się odsunąć w przeciwny koniec przedziału. Jakby 

na ten znak, rozległo się ciche pukanie do drzwi. Iwan otworzył je szeroko i do przedziału 

wszedł bokiem potężnie zbudowany mężczyzna ze sporą walizą. Nagle w przedziale zrobiło 

się tłoczno.

Iwan zamknął drzwi, cofnął się i polecił małemu:

- Wejdź tam, nie będziesz przeszkadzał - i jakby dopiero coś sobie przypomniał, spytał 

od niechcenia: - Jak ty się właściwie nazywasz?

- Ward. Adam Ward.

- Doskonale! - poklepał go niczym dobrego psa. - Pakujemy go, bo dojeżdżamy do 

stacji.

Olbrzym otworzył walizę, przyklęknął i złapał nagie ciało leżące na podłodze. Waliza 

była pusta.

- Nie! - wymknęło się małemu. Klęczący spojrzał na niego z politowaniem.

- Tak! - uśmiechnął się Iwan. - Zaskoczy cię, jak niewiele miejsca może zająć fachowo 

zapakowane ludzkie ciało. Zwłaszcza ciało faceta ważącego ledwie pięćdziesiąt cztery i pół 

kilograma, czyli tyle co ty. Patrz i ucz się.

Nowo przybyły uwinął się błyskawicznie, co wskazywało na sporą wprawę. Lekko 

pochylił głowę nieprzytomnego, tak że podbródek dotknął piersi, i wsunął korpus do walizy. 

Potem  ułożył  odpowiednio   ramiona,  zgiął  nogi   w kolanach  i   całość  w  pozycji  embriona 

zamknął w walizce. Nawet nie musiał dociskać wieka - samo się zamknęło bez oporu.

- Ward, otwórz drzwi i sprawdź, czy ktoś jest na korytarzu - polecił Iwan.

background image

Mały wykonał polecenie odruchowo. Gdy się rozglądał, pociąg zwolnił, wjechał na 

niewielką stacyjkę i stanął.

- Pusto! - oznajmił mały i wycofał się.

Iwan dosłownie przestawił go, łapiąc za ramiona; olbrzym wyszedł, trzymając bez 

widocznego wysiłku walizkę w prawej dłoni. Iwan ruszył w ślad za nim, ale zatrzymał się w 

drzwiach i powiedział cicho:

- Jestem w sąsiednim przedziale. Kontaktować się możesz jedynie w razie poważnych 

komplikacji. Wołałbym, żebyś tego nie robił. Prawdę mówiąc, wolałbym cię już nigdy nie 

oglądać na oczy. Poza tym wiesz, co masz robić.

I zamknął za sobą drzwi.

Mężczyzna, który stał się Adamem Wardem, zasunął skobel zasuwy z prawdziwą ulgą 

- wreszcie był naprawdę sam, co nie zdarzyło się od długiego czasu. Szkolenie dobiegło 

końca, a to była najbardziej męcząca jego część, nie wspominając naturalnie diety, koniecznej 

by utrzymać wagę pięćdziesięciu czterech i pół kilograma. W porównaniu z tymi dwoma 

utrapieniami   operacje   plastyczne   były   prawie   przyjemne,   bo   krótkie.   Rozejrzał   się   po 

przedziale,   starł   ślad   buta   z   siedzenia,   umył   ręce   i   siadł   dokładnie   tam,   gdzie   jeszcze 

niedawno siedział prawdziwy Adam Ward. Gdy pociąg ruszył z gwizdem, dostrzegł potężną 

postać ładującą walizę do samochodu. Potem budynek stacji zasłonił widok.

Rozległo się pukanie do drzwi.

- Muszę pościelić łóżko, proszę pana.

Zaczynały się obowiązki.

- Zakładam, że zna pan prawdziwy powód, dla którego się pan tu znalazł? - spytał 

Bhattacharya, poprawiając swe powykręcane ciało na wózku inwalidzkim.

- To źle pan zakłada, profesorze - warknął Adam Ward. - Agenci federalni tak długo 

zatruwali mi życie, że musiałem się zgodzić, by tu przyjechać. Niedługo moi studenci będą 

zdawać egzaminy, a moja praca... eh, szkoda gadać.

Siedzący uniósł dłoń przypominającą szpon i poznaczoną oparzelinami.

- Przykro mi, że stałem się powodem pańskich niewygód, ale zapewniam, że badania, 

w których weźmie pan tu udział, przekroczą pańskie najśmielsze oczekiwania. - Inwalida 

mówił doskonałą angielszczyzną, z leciutkim jedynie akcentem. - Jak sądzę, poznał już pan 

doktora Levy'ego, toteż jeśli będzie pan uprzejmy wybaczyć mi, on wyjaśni panu wszystko, 

co   jest   związane   z   eksperymentem   Epsilon.   Witam   pana   w   zespole   zajmującym   się 

najbardziej interesującym projektem naszych czasów.

Levy   starannie   nabił   fajkę,   czekając   aż   silnik   elektrycznego   wózka   inwalidzkiego 

background image

umilknie   w   oddali   korytarza.   Był   łysy,   kanciasty   i   miał   nos   naprawdę   imponujących 

rozmiarów. Był też jednym z najlepszych matematyków w kraju, a prawdopodobnie i na 

świecie.

- Proszę mi mówić Hymie, ja będę ci mówił Adam; tak jest prościej i sympatyczniej. 

Zgoda?   -   spytał,   ale   nie   zwrócił   uwagi   na   grymas   dezaprobaty,   jakim   Ward   zastąpił 

odpowiedź. - Należy zacząć od tego, że mamy pewne problemy z kontrolą i ty możesz okazać 

się właśnie niezbędny. Czytałem twój artykuł o zestawach bramek cmos: dobra i szybka 

robota,   a   tego   właśnie   potrzebujemy.   Ile   bramek   zdołałeś   upchnąć   na   tej   sześciocalowej 

płytce?

- Ostatnio ponad dwadzieścia tysięcy. Używamy trój-poziomowych połączeń: dwóch 

metalowych i poli-silikonowego z minimalnym opóźnieniem sześciuset pikosekund.

- Cudownie! - Levy zadowolony pyknął parę razy, otaczając się chmurą cuchnącego 

dymu. - Taka szybkość operacyjna to jest właśnie coś, czego nam trzeba. Jakby była większa, 

byłoby   lepiej...  Widzisz,   projekt   Epsilon   to   prawdę  mówiąc   doświadczenie,   które   się   nie 

udało, a raczej eksperyment, który dzięki przypadkowi przerodził się w sukces na zupełnie 

nieoczekiwanym polu. O co chodziło na początku, to teraz jest zupełnie nieważne, w każdym 

razie bombardowano rozmaite próbki strumieniem protonów o dużej energii. Próbki alfa, beta 

i delta nie dały żadnych rezultatów, za to próbka epsilon dała lepsze, niż ktokolwiek śmiał 

oczekiwać. Zrobili mianowicie dziurę gdzieś albo w czymś i nikt łącznie z naszym wielkim 

szefem nie ma pojęcia, co to takiego.

- Doktorze Levy, czy próbuje pan być zabawny?

- Hymie dla przyjaciół, a my tu jesteśmy niczym jedna szczęśliwa rodzina, więc nie 

wyłamuj się, dobrze? Co się zaś tyczy twojego pytania, to nie próbuję. Jestem śmiertelnie 

wręcz poważny; chodź, to ci pokażę, o czym mówię.

Między   stanowiskiem   kontrolnym   a   laboratorium   była   płyta   co   najmniej 

sześciocalowej grubości i to ze szkła pancernego, a mimo to Adam poczuł, jak włosy stają mu 

dęba od ładunku elektrostatycznego. Za szybą nastąpiło widowiskowe wyładowanie i włosy 

wróciły na swoje miejsce.

- Wystarczyłoby prądu dla całego Detroit na tydzień - poinformował go Hymie. - 

Cieszę się, że rachunek w elektrowni płaci rząd. A jakbyś chciał wiedzieć, co mamy za te 

wszystkie trudy i wyrzeczenia, to mamy to.

Wskazał monitor, na którym punkt światła błyszczał przez chwilę, a potem zniknął tak 

jak w starych typach telewizorów, gdy się je wyłącza.

- Nie robi wrażenia, co? No to powiększmy obraz i zmniejszmy szybkość...

background image

Tym   razem   na   ekranie   monitora   pojawiła   się   metalowa   dziura   o   poszarpanych 

brzegach, z czymś na dnie, co wyglądało jak jeziorko rtęci.

- Wielkość naturalna największej, jaką nam się dotąd udało zrobić, to dwa milimetry 

średnicy. Istniała całe pięćset milisekund. To było przy okazji doświadczenia termicznego, 

które też nieoczekiwanie się udało. O, tu jest kaseta... jak zwykle w zwolnionym tempie.

Wsunął wygrzebaną ze sterty na stole kasetę w magnetowid i na ekranie pojawiła się 

znajoma już dziura z jeziorkiem na dnie, tyle że po chwili widać było wolno opuszczający się 

w nią pręt. W pewnym momencie zatrzymał się, a potem cofnął, ukazując gładko ścięty 

koniec. Większość pręta zniknęła.

- Stopiony albo spalony - ocenił Adam.

- Nic podobnego: nie było wzrostu temperatury. Jeśli już, to raczej minimalne jej 

obniżenie, ale nie jesteśmy tego do końca pewni. I nie było emisji żadnych metalowych 

cząstek. On tam wszedł i zniknął. Zanim zapytasz: nie wyszedł drugą stroną, bo ta srebrzysta 

powierzchnia nie ma drugiej strony. Możesz to sobie wyobrazić?! To coś jak klaskanie jedną 

ręką.

Następnego dnia Ward zjawił się w laboratorium dokładnie o dziewiątej i zaczął pracę. 

Tak go to wciągnęło, że zapomniał o upływie czasu. W swym poprzednim życiu pod innym 

nazwiskiem, którego wolał sobie nie przypominać, zajmował się podobnymi badaniami, acz 

nie na taką skalę, gdyż nie dysponował takimi funduszami. Badanie to przerwał, gdy go 

Ojczyzna Wezwała, a raczej gdy zjawili się jegomoście w ciemnych płaszczach i wyjaśnili 

mu, dlaczego nie ma innego wyjścia, niż im pomóc.

Kiedy zabrzęczał alarm jego zegarka, nie bardzo wiedział, po co w ogóle go ustawił. 

Na   wyświetlaczu   widać   było   jedynie   słowo   WIADOMOŚĆ.   Dopiero   po   dłuższej   chwili 

przypomniał sobie, że nie chodzi o wiadomość od kogoś, ale do kogoś, co nie wpłynęło na 

poprawę jego samopoczucia. Nadszedł czas, by zameldować się mocodawcom po drugiej 

stronie Atlantyku. Przez resztę dnia nie bardzo mógł zmusić się do konstruktywnej pracy, 

toteż wyszedł wcześniej, wymawiając się bólem głowy.

Gdy znalazł się w swoim pokoju, wyjął kalkulator i programy używane do obliczeń. 

Wybrał   ten,   który   był   także   programem   szyfrującym.   Wprowadził   go   do   pamięci 

kalkulatorów, przepuścił przez niego wiadomość i nagrał na nośnik magnetyczny, po czym 

złożył   wszystko   na   swoje   miejsce,   kasując   pamięć   urządzenia.   Nagranie   bez   programu 

szyfrującego było jedynie elektronicznym szumem. W końcu poszedł spać i jak zwykle usnął 

szybko mimo natłoku myśli.

Następnego dnia po pracy pojechał tam, gdzie był trzy poprzednie piątki, czyli do 

background image

myjni   samochodowej.   Zapłacił,   popatrzył,   jak   rządowy   plymouth   zostaje   wciągnięty   w 

strumienie wody i przeszedł na drugą stronę ulicy do knajpy ”Mamuśki Bar i Pieczyste” na 

szklankę piwa. Nie było rewelacyjne, ale przynajmniej zimne.

Wypił je szybko - i jak zwykle udał się do brudnej toalety. Zamknął za sobą starannie 

drzwi i przykleił przylepcem magnetyczny pasek z wiadomością do tylnej ścianki rezerwuaru. 

Spuścił   wodę,   otworzył   drzwi   i   wyszedł.  Wszystko   zajęło   kilkanaście   sekund   i   powinno 

wyglądać   zupełnie   naturalnie.   Wyszedł   z   lokalu,   nie   rozglądając   się   nachalnie   i   nie 

zastanawiając, kto z obecnych w nim jest łącznikiem, który przejmie wiadomość. Do myjni 

dotarł   akurat   gdy   suszono   jego   samochód.   Zegarek   miał   już   zaprogramowany   na   datę 

zostawienia następnego meldunku, dzięki czemu skutecznie mógł to wyrzucić z pamięci i 

skupić się na eksperymencie zwanym Epsilon.

Przez   następny   tydzień   cały   zespół   podwoił   wysiłki   i   w   efekcie   przedłużyli   czas 

istnienia   pola   dziesięciokrotnie.   Na   cotygodniowym   zebraniu   profesor   Bhattacharya 

niespodziewanie oświadczył:

-   Panowie   oraz   pani,   ma   się   rozumieć,   pewien   jestem,   że   wysłuchacie   z 

zaciekawieniem teorii, jaką opracował doktor Levy. Przedyskutowaliśmy ją już we dwóch i 

uważam, że nadszedł czas, by zapoznać was wszystkich z wnioskami, do jakich doszliśmy. 

Proszę, doktorze Levy.

Dla odmiany, która wszystkich ucieszyła, doktor Levy tym razem nie palił fajki.

-   Żeby   było   sprawiedliwie,   muszę   wyjaśnić   jedno   -   Levy   pogroził   profesorowi 

żartobliwie. - Prawda, że odwaliłem całą robotę na komputerze, by sprawdzić, czy obliczenia 

potwierdzą   teorię.   Hipoteza   jednak   nie   jest   moja,   ale   naszego   szefa,   który   przesadza   ze 

skromnością. Co zaś się tyczy samej teorii...

Przerwał   i   odruchowo   sięgnął   po   fajkę.   Dłoń   znieruchomiała,   gdy   de   Oliveira 

chrząknął   znacząco.   Kiedy   zaczęły   się   cotygodniowe   spotkania,   uzgodniono,   a   raczej 

wymuszono na Levym, że nie będzie zatruwał atmosfery; nikt poza nim nie palił. Doktor 

westchnął i cofnął dłoń.

-   Tylko   uprzejmie   proszę   się   nie   śmiać   -   zastrzegł   poważnie.   -   Ujmując   rzecz 

najprościej:   srebrzysta   powierzchnia,   którą   obserwujemy,   jest   łącznikiem   między   jednym 

miejscem w naszej przestrzeni a drugim albo między naszym wymiarem a innym. Jeśli to 

pierwsze założenie jest prawdziwe, dodać należy, że nie mamy pojęcia, gdzie jest to drugie 

miejsce, ale mamy pomysł, jak to sprawdzić. Musimy wytworzyć drugie takie pole; wówczas 

w ich relacji znajdziemy właściwe wyjaśnienie tego zjawiska.

Nie był to naturalnie ani koniec, ani nawet początek końca badań, ale był to pierwszy 

background image

krok na drodze do zrozumienia fenomenu zwanego Epsilon. Adam regularnie co piątek jeździł 

do myjni, wypijał piwo i raz na miesiąc zostawiał za rezerwuarem meldunek. Za każdym 

razem natychmiast zapominał o tym, aż do następnego alarmu. Sytuacja ta utrzymywała się 

przez trzy miesiące wypełnione pracą, badaniami i posiedzeniami. Podobnie wyglądał czas 

wszystkich pozostałych członków zespołu. Wszyscy też ucieszyli się, gdy niespodziewanie 

profesor zwołał zebranie, by podsumować aktualny stan wiedzy.

-   Podobnie   jak   ja,   wszyscy   znacie   definicję   i   opis   przestrzeni   Epsilon,   jakie 

zaproponował doktor Levy - zagaił bez wstępów profesor Bhattacharya. - Mam nadzieję, że 

wybaczy mi, gdy spróbuję zrobić to co on, ale bez użycia terminów matematycznych. Otóż 

pomiędzy srebrzystymi powierzchniami istnieje jakiś wymiar pozostający w nie znanym nam, 

ale   stałym   związku   z   naszą   czasoprzestrzenią.   Obecnie   nie   znamy   żadnych   parametrów, 

ponieważ nie dają się one zmierzyć żadnymi dostępnymi instrumentami czy technikami. Nie 

wiemy nawet, jaki jest duży albo czy jego wielkość nie zależy od punktu obserwacji. Z dużą 

dozą prawdopodobieństwa można jedynie założyć, że w polu Epsilon, bo tak proponuję je 

nazwać, czas nie płynie, gdyż cząsteczka przechodząca przez jeden ekran pojawia się w tym 

samym   momencie   na   drugim.   Rozsunęliśmy   ekrany   na   pięćdziesiąt   metrów   i   nadal   nie 

możemy zmierzyć żadnej różnicy czasu przy przenikaniu cząstek między ekranami. Można 

założyć, że gdybyśmy jeden ekran umieścili dajmy na to w Indiach, a drugi pozostawili tutaj, 

to,   co   wniknęłoby   w   jeden,   wyłoniłoby   się   natychmiast   z   drugiego.   Jeśli   to   wielce 

prawdopodobne założenie okazałoby się prawdą, to mielibyśmy do dyspozycji całkowicie 

nowy środek transportu, który zmieniłby dosłownie wszystkie aspekty życia, czyli w krótkim 

czasie cały nasz świat. Jest to zaiste wielkie odkrycie, choć obecnie można by je ująć tak: nie 

wiemy, jak to działa, ale wiemy, że działa.

Levy chciał coś powiedzieć, ale podobnie jak pozostałym, zabrakło mu słów - przez 

moment   wszyscy   mieli   tę   samą   wizję:   Ziemia   bez   autostrad,   linii   kolejowych,   lotnisk   i 

portów.  Wystarczyło   wejść   w  niepozorny   ekran   i   wychodziło   się   tam,   gdzie   się   chciało, 

choćby był to drugi koniec świata. Pomysł był zbyt śmiały i zbyt nowatorski, by dał się 

przyswoić natychmiast.

Naturalnie   do   rozwiązania   pozostała   masa   problemów   technicznych,   ale   historia 

ludzkiej   techniki   od   zawsze   była   historią   przystosowywania   i   poprawiania   rozmaitych 

wynalazków. Tak było w wypadku urządzenia braci Wright, z którego powstał concorde, tak 

też   było   poczynając   od   dłubanki,   na   atomowych   lotniskowcach   kończąc.   Jaki   natomiast 

będzie świat, gdy uda się rozwiązać te wszystkie detale techniczne, tego nikt z obecnych nie 

próbował sobie nawet wyobrazić.

background image

- Przyznam się, że się boję - oznajmił nagle Levy. - Zupełnie jakbym stał po ciemku 

nad brzegiem nieznanego morza i musiał wypłynąć. Wiem, że nie możemy zawrócić ani 

zaprzestać badań, gdyż jest to zbyt ważne dla ludzkości, ale proponuję utrzymać odkrycie w 

tajemnicy jak długo się da, a w najlepszym wypadku do zakończenia badań i opracowania 

działającego prototypu. W przeciwnym razie, jeśli nie nasi wojskowi, to któreś z wrogich 

mocarstw przerobi to ekonomiczne błogosławieństwo na broń.

Przyznano mu rację, a po nim mówili też inni, ale Adam Ward już ich nie słyszał, 

bowiem myślami był w odległym kraju, w którym się urodził. To prawda, nie był to kraj tak 

bogaty jak ten, miał odmienny system rządów, ale był jego ojczyzną. Nigdy nie był istotą 

polityczną, zadowoloną, tylko dlatego, że otrzymał od państwa satysfakcjonującą pracę. Tak 

jak ta praca, mimo wszystkich niedogodności, jakie poprzedziły jej rozpoczęcie. To, że mógł 

tu teraz być i że pomógł w osiągnięciu sukcesu, było niczym uczestnictwo w wynalezieniu 

koła.

Spojrzał na zegarek: do piątku zostały dwa dni, lecz nie był to piątek uzgodniony 

wcześniej.   Na   wypadek   niespodziewanej   konieczności   opracowano   jednakże   awaryjną 

metodę łączności. Kodem informującym o zostawieniu wiadomości był zwiększony do dolara 

napiwek dla barmana.

Wracając   do   domu,   kupił   w   delikatesach   dwie   kanapki   i   sześć   piw.   Czekał   go 

pracowity wieczór, toteż nie przewidywał marnowania czasu na gotowanie czy wychodzenie 

na posiłek. Zamknął starannie drzwi na wszystkie zamki i włączył radio, które nosił z sobą 

wszędzie   po   mieszkaniu   -   nawet   do   kuchni.   Przebrał   się,   umieścił   piwo   w   lodówce, 

zostawiając sobie jedną otwartą butelkę, i sprawdził mieszkanie. Detektor zamontowany w 

radiu   wykonał   osobiście   i   wiedział,   że   jest   skuteczny:   wykryłby   każde   urządzenie 

podsłuchowe, ale jak dotąd nikt niczego podobnego w mieszkaniu nie zainstalował. Kazano 

mu sprawdzać, więc to robił. Czynności wykonywał automatycznie, gdyż myślał o raporcie, 

który powinien być dokładny i krótki, co nie było łatwym połączeniem. Tym razem przed 

wpisaniem   w   kalkulator   należało   całość   opracować   tak,   by   potem   tylko   przepisać 

przemyślany już tekst. Wyjął maszynę do pisania i zabrał się do roboty.

Północ dawno minęła, gdy Adam Ward skończył kodować meldunek. Był zmęczony, 

ale szkolenie, które odbył, nakazywało najpierw posprzątać, a dopiero później odpocząć. W 

kamiennej popielniczce spalił podarte wcześniej kartki zawierające rozmaite wersje meldunku 

wraz ze szkicami i poprawkami oraz taśmę z maszyny. To, co zostało w popielniczce, starł 

łyżką na pył i spłukał w ubikacji, starannie ją następnie myjąc. Dopiero wtedy uznał zadanie 

za ukończone.

background image

W piątek nie mógł nie myśleć o tajnej części swej egzystencji i skoncentrować się na 

pracy, co dotychczas zawsze mu się udawało. Aż do tej pory to była gra - skomplikowana i 

niebezpieczna,   ale   gra   nie   mająca   najmniejszego   znaczenia   dla   prawdziwej   pracy,   którą 

zajmował   się   w   laboratorium.   Teraz   wszystko   się   zmieniło:   uzbrojeni   wartownicy, 

sprawdzanie dokumentów; nabrało to nowego znaczenia. Zorganizowano to właśnie po to, by 

powstrzymać kogoś takiego jak on. Co dziwniejsze, nie był nawet dumny - po prostu robił to, 

do   czego   został   wyszkolony,   i   dopóki   nie   zostawi   tego   meldunku,   zadanie   nie   będzie 

zakończone.

O piątej   włożył   płaszcz   i  starając  się  nie  spieszyć,  wsiadł   do  samochodu.  Gdzieś 

musiał zdarzyć się wypadek, gdyż słychać było syreny, a ślimaczący się zwykle w piątek ruch 

zamarł w korku zupełnie. Wraz z innymi musiał się wlec przez pięć kwartałów, nim znalazł 

przecznicę, w którą mógł skręcić i objechać zator. Myjnię zamykano o osiemnastej - jeśli się 

spóźni, będzie musiał tydzień poczekać. Perspektywa tak długiego czekania spowodowała, że 

zaczął się pocić ze zdenerwowania.

Nerwy   okazały   się   niepotrzebne   -   zjawił   się   w   myjni   piętnaście   minut   przed 

zamknięciem.

- Prawie się panu nie udało. - Kasjer błysnął bielą zębów kontrastujących z czarną 

skórą. - Żona by się wściekła, jakbyś pan na weekend nie umył samochodu, nie?

Adam Ward przytaknął, zapłacił i poszedł do baru. Był tu już rozpoznawany jako stały 

klient,   toteż   tleniona   właścicielka   skinęła   mu   na   powitanie   głową   i   nie   czekając   na 

zamówienie,   postawiła   na   kontuarze   świeżo   napełnioną   szklankę   piwa.   Wypił   ją   prawie 

duszkiem, chcąc mieć już za sobą wizytę w toalecie, lecz gdy odstawił szklankę i wstał, jeden 

z gości okazał się szybszy - właśnie zamykał za sobą drzwi.

- To się nazywa mieć pecha! - skomentowała Mamuśka. - Może drugie piwko, żeby 

nie czekać bez zajęcia?

Odruchowo   chciał   odmówić,   ale   przyszło   mu   do   głowy,   że   to   dobrze   wyjaśni 

zwiększony napiwek, gdyby go ktoś obserwował, skinął więc głową potakująco.

Ostatni łyk dopił tak szybko, że omal się nie zakrztusił, słysząc bulgot starej instalacji 

wodociągowej.

- Jesteśmy jedynie pośrednikami, synu - oznajmił niespodziewanie starszy mężczyzna, 

wychodząc z ubikacji, i przez moment Adam Ward był przekonany, że wpadł. - Wlewasz na 

górze, wylatuje dołem: zupełnie jak uczciwa rura!

Nie odpowiadając, wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Tym razem były dwie 

taśmy, bo meldunek był wyjątkowo długi. Przylepił je i ulżyło mu - jego część operacji 

background image

dobiegła   końca.  Teraz   informacjami,   które   uzyskał,   zajmą   się   inni.   Ulga   oraz   dwa   piwa 

spowodowały, że tym razem rzeczywiście skorzystał z toalety. Spłukał, umył ręce i wytarł je 

w chusteczkę, nie chcąc ryzykować kontaktu z ręcznikiem. I otworzył drzwi.

Przed nim stało dwóch ponurych i oficjalnie wyglądających osobników.

- Jesteś aresztowany - oznajmił jeden, błyskając jakąś złotą oznaką. - Nie stawiaj się, 

to nic złego ci się nie stanie.

Adam Ward był zbyt zaskoczony, by zrobić cokolwiek - bezwolnie pozwolił się skuć i 

doprowadzić do drzwi. Dostrzegł opuszczoną szczękę Mamuśki i już znalazł się na zewnątrz 

obok otwartych drzwi czekającej przed wejściem limuzyny. Ten widok go nieco otrzeźwił. 

Zatrzymał się.

- Mój wóz - wykrztusił. - Jest w myjni... Towarzyszący mu mężczyźni pchnęli go w 

kierunku limuzyny. Dostrzegł, że ktoś wyprowadza właśnie jego samochód z myjni. Żaden z 

mężczyzn nie odezwał się słowem - pomogli mu wsiąść, zamknęli za nim drzwi, sami wsiedli 

i ruszyli. Cała droga upłynęła w milczeniu. Adamowi Wardowi także w świadomości, iż 

rzeczywiście wszystko się skończyło.

Przesłuchanie zaczęło się, ledwie dotarli do budynku FBI. Usadzono go na krześle 

stojącym przy wielkim stole konferencyjnym i nie zdjęto kajdanek, najprawdopodobniej aby 

nie zapomniał, w jakiej roli się tu znajduje. Po bokach siedli ci, którzy go aresztowali, po 

przeciwnej   stronie   stołu   zaś   zasiadł   wysoki   mężczyzna,   najwyraźniej   ich   zwierzchnik.   I 

włączył magnetofon.

- Imię i nazwisko - odezwał się wysoki.

- Adam Ward. Co wy sobie wyobrażacie, że...

-   Odpowiadaj   na   pytania   i   nie   graj   durnia.   Obserwujemy   cię   od   chwili,   gdy   się 

zjawiłeś i choć nie wiemy, jak się naprawdę nazywasz, wiemy, że na pewno nie nazywasz się 

Adam Ward. Chcemy się dowiedzieć, kim jesteś i gdzie jest prawdziwy Adam Ward.

- To niedorzeczność! Chcę adwokata i...

Urwał, widząc na stole fotografie przylepionych do rezerwuaru taśm. Wszystkich.

- Tak lepiej - pochwalił wysoki. - Teraz zacznij mówić prawdę.

Adam Ward odetchnął naprawdę głęboko - tym razem istotnie było już po wszystkim i 

przyniosło mu to ulgę.

- Proszę mi zdjąć kajdanki, a odpowiem na wszystkie pytania. W pewnym sensie 

cieszę się, że to się już skończyło. Zrobiłem to, co musiałem: to odkrycie należy do całej 

ludzkości, a nie tylko do jednego kraju. Przynajmniej zrobiłem w życiu coś ważnego.

- Nic nie  zrobiłeś  poza  zasłużeniem  sobie  na śmierć - w głosie wysokiego pojawiła 

background image

się   złośliwa   satysfakcja.   -   Zgarnęliśmy   cały   zespół   przekazujący   dalej   wiadomości   z   tej 

skrzynki kontaktowej. Cała wasza operacja wzięła w łeb i przegraliście!

-   Doprawdy?   -   Fałszywy  Adam   Ward,   zirytowany   tonem   rozmówcy,   spojrzał   na 

zegarek.  - Nie byłbym  tego taki pewien.  Te taśmy to  jedynie  zabezpieczenie.  Oryginały, 

przepisane i zabezpieczone, powinny już być w drodze.

Nagły ból posłał go na stół. Drugi cios pozbawił oddechu.

- Gadaj!

Jeśli tamci nie sknocili, to mógł już spokojnie mówić. Chciał co prawda nieco dłużej 

trzymać sprawę w tajemnicy, ale nie był przygotowany na zwykłe, chamskie pobicie. Ból był 

zaskoczeniem, a nie miał ochoty mieć jeszcze wybitych zębów czy połamanych żeber.

- Jakie oryginały? - spytał wysoki.

- Te,   które  osobiście   przepisałem   na   maszynie   -   wyjaśnił,   czując,   jak   puchną   mu 

wargi.   -   Przed   zakodowaniem   zawsze   pisałem   meldunek,   żeby   był   logiczny,   a   kartki 

zostawiałem   pod   wycieraczką   przed   wjechaniem   do   myjni.   Pod   wycieraczką   kierowcy, 

dokładniej rzecz ujmując. Gdy wóz opuszczał myjnię, kartek już tam nie było.

Cisza i miny wszystkich trzech dobitnie świadczyły, że o myjni nie mieli zielonego 

pojęcia.

- Pieprzysz, komunistyczny kutasie! - warknął ten, który go bił. - Wszyscy w tej myjni 

byli czarni! Wy, ruscy, jesteście, cholera, nieźli, ale nie do tego stopnia! Nie wynaleźliście 

jeszcze czarnych ruskich!

- Wypraszam sobie! - rozbite wargi nieco psuły akcent, za to spowalniały wymowę, 

zwiększając efekt. - Naturalnie, że byli czarni, jak większość mieszkańców Zachodnich Indii. 

Całkiem dobrzy agenci. I nie życzę sobie, żeby mi tu po chamsku wymyślać od ruskich czy 

komunistów.   Jestem   Kanadyjczykiem,   ukończyłem Oksford i pracowałem w Rutherford 

Laboratories,   zanim   zwerbowano   mnie   do   współpracy   z   wywiadem   brytyjskim.   Z   MI-5 

konkretnie, jak sądzę.

Pomimo bólu uśmiechnął się, widząc ich pełne osłupienia miny.

-   A   na   marginesie:   to   miło   z   waszej   strony,   że   tak   szybko   podzieliliście   się 

najnowszym odkryciem z długoletnim sojusznikiem - dodał. - Rząd brytyjski z pewnością to 

doceni.

Przełożył

background image

Jarosław Kotarski

Krok od Ziemi

Krajobraz trwał martwy. Jak zawsze. Taki właśnie narodził się w chwili formowania 

planety: skała, piasek, kamienie. Atmosfera była tak rzadka i wyziębiona, iż bliżej jej było do 

próżni niż do jakiegokolwiek sprzyjającego życiu powietrza. Dochodziło właśnie południe i 

blady, drobny dysk słońca zawisł w zenicie, jednak niebo pozostawało ciemne. Nikły blask 

spływał na samotną, pozbawioną śladów stóp równinę. Nic, tylko cisza i pustka.

Jedynie cienie się tu poruszały. Słońce przemierzyło powoli swój codzienny szlak i 

zaszło za horyzontem. Zapadła noc, a wraz z nią nadszedł jeszcze surowszy chłód. Gwiazdy 

w milczeniu kreśliły łuki na nieboskłonie, aż słońce ponownie wychynęło na wschodzie.

I wtedy coś się zmieniło. Wysoko w górze zajaśniało nowe źródło światła, zupełnie 

jakby promienie słońca odbiły się od jakiejś gładkiej powierzchni. Poruszało się - jak nic 

tutaj.   Rozgorzało   jeszcze   jaśniej,   buchnęło   długim   ognistym   językiem.   Coraz   jaskrawsze 

spływało wciąż niżej, aż zawisło w miejscu. Płomień wzbił tumany kurzu, stopił nieco skał i 

zniknął.

Spłaszczony   cylinder   opadł   jeszcze   kilka   stóp   i   osiadł   na   szeroko   rozstawionych 

podporach. Amortyzatory przybiły, absorbując siłę uderzenia, potem powoli wróciły do stanu 

normalnego.   Całe   urządzenie   kołysało   się   jeszcze   lekko   przez   kilka   sekund,   aż 

znieruchomiało.

Mijały minuty. Kurz osiadł, stopiona skała stwardniała i ostygła. Poza tym nic się nie 

działo.

Z nagłym hukiem eksplozji fragment burty cylindra odpadł, lądując na ziemi kilka 

jardów dalej. Kapsuła zachwiała się nieco w reakcji, ale drgania szybko wygasły. Odsłonięty 

fragment   wnętrza   pełen   był   różnych   drobnych   urządzeń   zamocowanych   wkoło   szarej, 

okrągłej płyty mającej jakieś dwie stopy średnicy i przypominającej pokrywę włazu.

Znów   przez   chwilę   nic   się   nie   działo,   jakby   jakieś   ukryte   urządzenie   odmierzało 

sekundy. W końcu musiało uznać, że wybiła jego godzina, bowiem z dobiegającym gdzieś z 

wnętrza pomrukiem, z otworu zaczęła się wysuwać antena. Z początku mierzyła prosto w 

bok, ale gdy ze środka wychynął i przegub, skierowała czaszę ku niebu. Jeszcze się poruszała, 

gdy jako następna wyjrzała kamera. Wyskoczyła na końcu manipulatora i tak długo ustawiała 

obiektyw,   aż   patrzył   na   grunt   pod   kapsułą.   Najwyraźniej   o   to   chodziło,   bo   wówczas 

znieruchomiała.

Z głośnym ”ping” okrągła płyta zmieniła barwę. Teraz lśniła głęboką, zdawało się, 

ożywioną czernią. Z tej czerni wysunął się przezroczysty plastikowy pojemnik i spadł na dół. 

background image

Przetoczył się kawałek, znieruchomiał.

Umieszczony   w środku  biały  szczur  był   z  początku  ciężko  przerażony  upadkiem, 

który zbił go z łap. Potem pozbierał się i spróbował wspiąć na ścianę pojemnika, jednak 

pazurzaste łapki ślizgały się i wciąż zsuwał się na dno. Po chwili uspokoił się i mrugając, 

spojrzał różowymi ślepkami na szare pustkowie dokoła. Zupełnie nieinteresujący bezruch. 

Przysiadł   i   przygładził   długie   wąsy   łapkami.   Zimno   jeszcze   nie   przeniknęło   przez   grube 

ścianki pojemnika.

Obraz na ekranie był dość zamazany, jednak jeśli wziąć pod uwagę, że pochodził on z 

kamery umieszczonej na Marsie i odbył długą drogę - do satelity na marsjańskiej orbicie, 

stamtąd do stacji księżycowej i dalej na Ziemię - to i tak nie było źle. Mimo zakłóceń i 

śnieżenia widać było i pojemnik, i poruszającego się w środku szczura.

- Dobrze idzie? - spytał Ben Duncan.

Był  żylastym,  przysadzistym  mężczyzną  o  krótko  przyciętych  włosach  i  opalonej, 

jakby  stwardniałej  skórze.  Sieć  zmarszczek  w kącikach  oczu  sugerowała,  że  wiele  czasu 

spędzał   na   chłodzie   lub   w   palącym   blasku   słońca,   co   było   zresztą   prawdą.   Jego   cera 

kontrastowała mocno z wyglądem pozostałych techników i naukowców czuwających przy 

instrumentach. Prócz kilku Murzynów i Portorykańczyków wszyscy byli po wielkomiejsku 

bladzi.

- Jak dotąd dobrze - odparł doktor Thurmond. Doktorat z fizyki zrobił na MIT i był 

bardzo z tego dumny; nieustannie nalegał, by stosownie go tytułować. - Wykres prawidłowy, 

brak osłabienia czy gwałtownych reakcji. Koordynacja na poziomie jeden przecinek trzy. 

Trudno o lepszy wynik.

- Kiedy będziemy mogli przejść? - spytał Ben.

- Za jakąś godzinę, może trochę później. Gdy biologowie stwierdzą, że wszystko w 

porządku. Będą chcieli przebadać dokładniej przekaz pierwszego egzemplarza, może poślą 

jeszcze jeden. Jeśli nic nie znajdą, to wysyłamy ciebie i Thaslera. Jak najszybciej, póki mamy 

optymalne warunki.

-  Jasne,   nie   należy   czekać   za   długo   -  powiedział   Otto  Thasler.   -  Przepraszam   na 

chwilę.

Szybko odszedł: niski mężczyzna w grubych szkłach, z gęstymi włosami rudoblond, 

lekko przygarbiony od ślęczenia nad stołem laboratoryjnym. Wyglądał na starszego, niż był w 

rzeczywistości. Krople potu spływały mu po twarzy, już trzeci raz w ciągu godziny odwiedzał 

toaletę. Doktor Thurmond zauważył i to.

- Otta nosi - powiedział. - Ale chyba nie będzie z tego żadnych kłopotów.

background image

- Jak już tam dotrzemy, to się uspokoi. Czekanie zawsze jest najgorsze.

- A na pana to nie działa? - spytał doktor Thurmond. W zasadzie z ciekawości, jednak 

w jego głosie pobrzmiewała też i złośliwa nuta.

- Jasne, że działa, ale powiedzmy, że mam niejaką wprawę w czekaniu. Wprawdzie 

nigdy   jeszcze   nie   wybierałem   się   teleporterem   na   Marsa,   ale   w   kilku   innych   dziwnych 

miejscach już byłem.

- Nie wątpię. Pewnie jest pan zawodowym poszukiwaczem przygód... - Teraz ton był 

jawnie złośliwy, typowy dla kogoś przywykłego rozkazywać, komu przyszło rozmawiać z 

człowiekiem nieskorym do wykonywania cudzych poleceń.

- Niezupełnie. Jestem geologiem i petrologiem. Niektóre z rzadkich pierwiastków, 

które  wykorzystujecie   w swoim  laboratorium,  pochodzą   ze  zlokalizowanych  przeze  mnie 

złóż. Czasem kryją się w nader trudno dostępnych miejscach.

- Bardzo ładnie - mruknął doktor, chociaż wyraźnie daleko mu było do wygłaszania 

pochwał. - Wie pan zatem, jak zadbać o siebie, i będzie pan wiedział, jak pomóc Thaslerowi. 

On jest odpowiedzialny za wykonanie zadania, wykona całą pracę. Pan będzie go chronił.

- Jasne - stwierdził Ben i odszedł.

Pracownicy laboratorium tworzyli zwartą klikę i usilnie starali się pokazać Benowi, 

jak bardzo do nich nie pasuje. Nigdy by go nie wynajęli, gdyby mieli w swoim gronie kogoś 

zdolnego   wykonać   jego   pracę.   Kompania   Transmatter   Ltd.   dysponowała   większymi 

funduszami niż niejeden rząd, podobnie w kwestii wpływów. Jej szefowie wiedzieli jednak 

również, jak istotny jest dobór właściwych ludzi do konkretnych zadań. Znalezienie inżyniera 

specjalizującego się w teleportacji ciała stałego nie było trudne: po prostu wybrali jednego z 

pracowników i kazali mu zgłosić się na ochotnika. Otto, który pracował tu przez całe życie, 

nie miał wielkiego wyboru. Tylko kto roztoczy nad nim opiekę? W przeludnionym świecie 

1993 roku mało zostało już dzikich miejsc i jeszcze mniej ludzi, którzy potrafili się w nich 

znaleźć.   Bena   ściągnięto   śmigłowcem   z   Himalajów.   Odwołano   zamierzoną   przez   niego 

wyprawę (pod naciskiem kompanii), podsunięto o wiele atrakcyjniejszy kontrakt. Niemniej 

jednak nikt w Transmatter nie miał najlichszego pojęcia, iż Ben zgodziłby się nawet za jedną 

dziesiątą zaproponowanej stawki. Nawet za darmo. Ludzie, którzy nigdy nosa nie wysuwali z 

biur   czy   pracowni,   nie   potrafili   pojąć,   iż   ktoś   może   dobrowolnie   chcieć   wziąć   udział   w 

podobnej przygodzie.

Ben odnalazł pobliskie drzwi wiodące na balkon, z którego roztaczał się widok na 

miasto. Nabił fajkę, ale jej nie zapalał. W najbliższym czasie będzie musiał obyć się bez 

tytoniu, można zacząć przywykać już teraz... Na tej wysokości powietrze było dość świeże, 

background image

jednak niżej gęstniał smog kryjący ciągnące się mila za milą, zatłoczone budynki i ulice. Tak 

po   horyzont.   Tak   wyglądały   wszystkie   miasta   na   Ziemi.   Tak   albo   i   gorzej.   W   drodze 

powrotnej Ben miał okazję zobaczyć Kalkutę - jeszcze dręczyły go po tym koszmary.

- Panie Duncan, proszę szybko, czekają na pana. Asystent przestępował z nogi na nogę 

i nerwowo wyłamywał sobie palce, stopą podtrzymując otwarte drzwi. Ben uśmiechnął się do 

niego. Bez pośpiechu wręczył mu swoją fajkę.

- Proszę zaopiekować się nią do mojego powrotu, dobrze?

W chwili gdy Ben nadszedł, Otto był już prawie ubrany. Drugi zespół wziął się raźno 

do   roboty.   Zdjęli   z   Bena   całą   odzież   i   warstwa   po   warstwie   otulili   go   na   nowo.   Ciepła 

bielizna,   dopasowany   jedwabny   kombinezon   spodni,   kombinezon   grzejny   z   gniazdkami 

podłączeniowymi.   Pracowali   szybko.   Doktor   Thurmond   zjawił   się   w   chwili   dopinania 

kombinezonów. Spojrzał na nich z aprobatą.

- Z hermetyzacją poczekajcie, aż wejdziecie do komory - powiedział. - Ruszamy.

Niczym kwoka wodząca kurczęta poprowadził całą grupę przez pełną wrzawy salę 

łączności, pomiędzy pulpitami i pod rusztowaniami dźwigającymi plątaninę kabli. Technicy i 

inżynierowie odprowadzali ich wzrokiem, rozległ się nawet jeden radosny okrzyk. Ten, kto go 

wydał, umilkł zaraz, zgromiony spojrzeniem doktora Thurmonda. Przed komorą ciśnieniową 

czekali   dwaj   asystenci,   którzy   mieli   ich   wyprawić   w   drogę.   Zamknęli   starannie   właz   za 

doktorem   Thurmondem   i   dwoma   ciężko   objuczonymi   mężczyznami.   Doktor   Thurmond 

włożył gruby płaszcz, jako że do komory zaczęto pompować zimne powietrze.

- To  początek  ostatecznego  odliczania  - powiedział.  - Raz  jeszcze  powtórzę  wam 

wasze instrukcje.

Ben mógłby to wyrecytować z pamięci, ale nie zaprotestował.

- W tej chwili obniżamy temperaturę i ciśnienie, aż osiągną marsjańskie wartości. 

Najświeższe odczyty informują, że temperatura na powierzchni wynosi dwadzieścia stopni 

poniżej   zera   Fahrenheita   i   utrzymuje   się   na   tym   poziomie.   Ciśnienie   powietrza   wynosi 

dziesięć milimetrów słupa rtęci. Tak będzie i tutaj. Nie wykryto w atmosferze mierzalnej 

zawartości tlenu. Nie zapominajcie, że nie możecie zdjąć hełmów. W tej komorze oddychamy 

niemal   czystym   tlenem,   ale   przed   wyruszeniem   założycie   maski...   -   Urwał,   ziewnął   i   w 

uszach mu zadzwoniło od zmiany ciśnienia. - Teraz przejdę do śluzy.

Wykład dokończył zza szyby. Ben nie zwracał uwagi na jego gadanie, Otto wyglądał 

zaś   na   zbyt   sparaliżowanego   strachem,   by   słuchać.   Termostat   włączył   podgrzewacz   z 

bateriami ulokowanymi w pojemniku na pośladkach i Ben poczuł, jak wnętrze skafandra 

zaczyna się nagrzewać. Butle z tlenem miał na plecach, maska na twarz była połączona z 

background image

wizjerem hełmu. Odruchowo wgryzł się w ustnik przewodu i odetchnął.

-   Gotowe   na   pierwszego   -   zapiszczał   w   rozrzedzonej   atmosferze   głos   doktora 

Thurmonda.

Ben spojrzał na czarny, lśniący dysk teleportera widniejący w przeciwległej ścianie. 

Gdy kładł się na brzuchu na stole, jeden z asystentów wsunął w czerń pojemnik ze szczurem 

laboratoryjnym.   Podtoczyli   stół   bliżej.   Usłyszał   ostateczny   meldunek:   wszystkie   systemy 

sprawne i gotowe.

- Stać - powiedział Ben i stół się zatrzymał. Geolog spojrzał na Otta, który siedział 

sztywno   i   wpatrywał   się   w   ścianę.   Niewidoczną   twarz   musiał   mieć   chyba   ściągniętą 

przerażeniem.

- Spokojnie, Otto - odezwał się Ben. - To proste jak drut. Będę czekać na ciebie na 

drugim końcu. Odpręż się i ciesz się chwilą, człowieku. Właśnie tworzymy historię.

Nie usłyszał odpowiedzi, ale żadnej też nie oczekiwał. Im szybciej się tym uporają, 

tym lepiej. Od tygodni ćwiczyli ten jeden fragment operacji. Odruchowo przyjął właściwą 

pozycję. Prawa ręka wysunięta daleko do przodu, lewa ciasno przy boku. Stół był coraz 

bliżej, ekran teleportera rósł niczym wielkie, czarne oko, aż było tuż...

- Teraz - polecił i asystenci gładko pchnęli go za stopy.

Zsuwał się. W czerni zniknęła dłoń, ramię, cała ręka. Niczego nie czuł. Przejściu 

hełmu towarzyszył jednak nagły spazm bólu. I już patrzył na kanciaste kamyki. Powierzchnia 

Marsa. Odsunął pojemnik, przygotował się na zamortyzowanie upadku. Potem wysunęła się 

druga ręka, nogi... Sprawnie wylądował na boku. Przy tej okazji uderzył o coś biodrem.

Usiadł, roztarł bolące miejsce i spojrzał na plastikowy pojemnik, na który trafił. W 

środku   leżał   martwy   szczur   z   szeroko   otwartymi   nieruchomymi   ślepkami.   Sztywny   i 

zamarznięty. Nie ma co, miły znak na początek. Szybko odwrócił spojrzenie i przeszedł do 

bieżących zadań. Mikrofon wisiał w tym samym miejscu, co na makiecie. Włączył go.

- Ben Duncan do centrum kontrolnego. Jestem na miejscu. Bez problemów. - W tak 

historycznej   chwili   powinien   powiedzieć   coś   więcej,   ale   nagle   zabrakło   mu   natchnienia. 

Zerknął na niskie, ciemne wzgórza wokoło, na pobliski krater i małe, jasne słońce. O czym tu 

gadać?

Wyślijcie Otta. Wyłączam się.

Wstał, strzepnął pył i spojrzał na lśniącą płytkę. Minęły całe minuty, nim głośnik 

zatrzeszczał głosem tak bardzo zniekształconym, że ledwie dało się wychwycić treść.

- Odbieramy cię. Czekaj. Thasler już zaraz przejdzie.

Zanim jeszcze głos umilkł, pojawiła się ręka Otta. Fale radiowe biegły do Marsa 

background image

prawie cztery minuty, teleportacja zaś odbywała się prawie natychmiast, jako że korzystała z 

przestrzeni profesora Bhattacharya, gdzie nie ma czegoś takiego jak czas. Ręka Otta opadła 

bezwładnie i Ben ujął go za ramiona. Złożył ciężar na ziemi. Przetoczył go na plecy i ujrzał 

zamknięte   oczy.   Wyczuł   w   miarę   regularny   oddech.   Zapewne   omdlenie.   Wstrząs 

teleportacyjny, jak to określano, był zjawiskiem stosunkowo powszechnym. Powinien przejść 

za kilka minut. Ben odciągnął towarzysza na bok i wrócił do nadajnika.

- Otto na miejscu. Zemdlał, ale poza tym w porządku. Wysyłajcie sprzęt.

I znów czekał. Wiatr pogwizdywał na wizjerze hełmu i nawet przez osłony dawało się 

wyczuć,   jaki   był   zimny.   Ben   się   tym   nie   przejmował.   Było   w   tych   podmuchach   coś 

swojskiego,   podobnie   jak   w   obecności   twardego   gruntu   pod   stopami,   widoku   słońca   na 

niebie. Prawie tak samo dobrze mógłby właśnie przebywać na Ziemi, na przykład na wysoko 

wyniesionym   płaskowyżu  Assam,   który   nie   tak   dawno   opuścił.   Owszem,   słońce   było   tu 

mniejsze, dawało mniej ciepła, ale pamiętał i ziemskie dni, gdzie chmury i mgły znacznie 

bardziej przyciemniały niebo. Ciążenie? Obładowany wyposażeniem nie odczuwał różnicy. 

Wkoło ciągnęły się czerwone wzgórza o łagodnych stokach, niebem płynęły niebieskawe 

strzępki   obłoków.   Ot,   jakiś   zapomniany   zakątek   Ziemi.   Ben   nie   czuł   marsjańskiej 

rzeczywistości. Gdyby przybył tu na statku, leciał tygodnie czy miesiące, to pewnie inaczej 

by to odebrał. Ale przecież jeszcze kilka minut temu był na Ziemi. Rozgarnął piasek i kamyki 

butem i dojrzał drugi zasobnik, wysłany tuż przed nim. Wewnątrz szamotał się szczur.

Był bliski zamarznięcia, ale jeszcze walczył. Drapał w ścianki i kulił się z zimna na 

przemian. Dyszał ciężko. Trudno powiedzieć, co było dlań bliższe - śmierć z zimna czy 

uduszenie.  Ot, zwierzę  laboratoryjne.  Tysiące takich ginęły codziennie  w imię  nauki. Na 

Ziemi.  Ale   ten   trafił   tutaj.   Był   zapewne   jedyną   poza   człowiekiem   żywą   istotą   na   całej 

planecie. Ben ukląkł i zdjął zakręcane zamknięcie pojemnika.

Koniec   przyszedł   szybciej,   niż   oczekiwał.   Szczur   raz   odetchnął   marsjańskim 

powietrzem: sekunda konwulsji i już. Ben nie sądził, że tak to będzie wyglądać. Owszem, 

mówiono mu wcześniej, iż najgorszy w tutejszej atmosferze jest zupełny brak wilgotności. 

Znaleziono jedynie śladowe ilości pary wodnej. Przez  to właśnie przy krótkim nawet jej 

kontakcie z organizmem dochodziło do momentalnego wysuszenia śluzówek nosa, gardła, jak 

i samych płuc. Wysuszenia tak groźnego, jakby próbowało się oddychać stężonym kwasem 

siarkowym.   Wtedy   brzmiało   to   nieco   śmiesznie.   Wtedy.   Ślepka   martwego   szczura 

zmatowiały. Zamarzł. Ben wyprostował się i sprawdził szczelność maski. Potem zerknął na 

maskę wciąż nieprzytomnego Otta.

Nie, to jednak nie była Ziemia. Zaczynał w to wierzyć.

background image

- Proszę o uwagę - zacharczał głośnik. - Czy zdołasz sam przejąć wyposażenie? Czy 

Thasler   nadal   jest   nieprzytomny?   Ładunki   były   przewidziane   na   dwóch   odbierających. 

Melduj.

Ben ujął mikrofon.

- Niech was... Przesyłajcie, co macie! Gdy odbierzecie tę wiadomość, będziemy już tu 

mieli dwanaście zmarnowanych minut. Wysyłajcie! Jak coś się połamie, to zawsze możecie 

przysłać   zapasowe.   Nie   rozumiecie,   że   jesteśmy   tu   sami   bez   niczego?   Mamy   tylko   tlen. 

Siedzimy   na   drugim   końcu   jednokierunkowego   przejścia   sto   milionów   mil   od   Ziemi. 

Wysyłajcie wszystko. Już teraz!

Ben uderzył pięścią w dłoń, zaczął krążyć w tę i z powrotem. Przy okazji odkopnął 

sarkofagi szczurów na wysyłane na samym początku obiekty testowe. Co za głupcy! Spojrzał 

na Otta, który leżał spokojnie. Cudowny początek. Odciągnął go jeszcze dalej na bok, by nie 

wejść   nań   przypadkiem.   Wrócił   do   ekranu,   gdy   pojawił   się   w   nim   koniec   pierwszego 

pojemnika.

- I ani chwilę za wcześnie!

Złapał zakończenie i odbiegł z nim, aż pojawił się drugi koniec i łupnął na ziemię. Na 

boku widniały  wymalowane słowa TLEN - POŻYWIENIE.  Dobra. Kopniakiem  odtoczył 

pojemnik i skoczył odebrać następny.

Reduktor na plecach tykał miarowo, dawkując mu czysty tlen, ale Ben i tak rychło 

zaczął   odczuwać   zmęczenie.   Teren   wkoło   zarzucony   był   pojemnikami,   kontenerami   i 

pakunkami   rozmaitej   długości,   ale   o   identycznej   średnicy.   Ben   upuścił   nagle   kolejny 

dźwigany ciężar - to Otto klepnął go niespodziewanie w ramię.

- Zemdlałem, przepraszam. Czy mogę w czymś...

- Zamknij się i łap to, co wyłazi z ekranu. Nadeszły jeszcze dwie przesyłki i z ekranu 

wypadła z brzękiem lśniąca, durałowa płytka. Ben pochylił się i ujrzał wypisaną na niej 

czerwonym mazakiem wiadomość.

SUGERUJĘ   SPRAWDZIĆ   POZIOM   TLENU   W   BUTLACH.   POSTAWCIE 

NAMIOT. ZMIEŃCIE BUTLE.

- Ktoś tam wreszcie zaczął myśleć - mruknął Ben i wskazał kciukiem na swoje butle 

na plecach. - Ile na mierniku?

- Już tylko jedna czwarta.

- Mają rację. Namiot najważniejszy.

Otto   przeszukiwał   pojemniki,   podczas   gdy   Ben   rozciągał   długą   płócienną   kichę. 

Zapięcia   puściły   równie   łatwo   jak   na   ćwiczeniach.   Rozpostarł   materię.   Słaniając   się   ze 

background image

zmęczenia, wygładzał całość utrudniającymi ruchy rękawicami. Gdy skończył, ujrzał Otta 

podłączającego butlę do zatrzaskowego zaworu.

- Co ty robisz, u diabła? - krzyknął, czując suchość w gardle, i uderzył towarzysza w 

ramię, aż ten runął na ziemię.

Thasler, leżąc, patrzył w milczeniu szeroko otwartymi oczami na Bena, jakby miał go 

za szaleńca. Ten, trzęsąc się ze złości, pokazał na końcówki przewodów.

-   Uważaj,   co   robisz!   Cały   czas   uważaj,   bo   inaczej   zabijesz   nas   obu.   Podłączałeś 

czerwony wężyk do zielonego zaworu.

- Przepraszam... Nie zauważyłem...

- Jasne, że nie zauważyłeś, głupku. Ale tutaj nie ma miejsca na podobne pomyłki. 

Tutaj musisz uważać. Czerwony kolor oznacza tlen, którym oddychamy i który ma wypełnić 

namiot. Zielony to gaz obojętny, ma iść do podwójnych ścian namiotu. Izolacja i wypełnienie. 

Nie jest trujący, ale i tak niebezpieczny, bo nie można nim oddychać.

Ben sam podłączył przewody i nie pozwolił nawet, by Otto ponownie podszedł do 

namiotu. Raz, gdy zbliżył się zanadto, odgonił go gestem. Tlen z pierwszej butli uniósł nieco 

konstrukcję,   jednak   dopiero   dodanie   drugiej   ją   usztywniło.   Zawory   zamknęły   się 

automatycznie. Ben wiedział, że tlen prawie mu się już skończył, ale nie mógł przerwać teraz, 

gdy namiot nie był jeszcze gotowy. Podłączył zielony wężyk i zostawił go, by gaz obojętny 

wypełnił podwójne ściany. Teraz ogrzewanie. Ciągnął właśnie grzejnik do śluzy namiotu, gdy 

nagle zachwiał się i upadł nieprzytomny.

- Jeszcze zupy? - spytał Otto.

- Dobry pomysł. - Wychylił resztę płynu i podał kubek. - Przepraszam za te wyzwiska. 

Szczególnie, że zaraz potem całkiem zgrabnie mnie uratowałeś.

Otto spojrzał nieco speszony i pochylił się nad kuchenką z szybkowarem.

- Wszystko w porządku, Ben. Zasłużyłem na ruganie, a nawet na więcej. Musiałem 

wpaść w panikę. Nie przywykłem do przygód, tak jak ty.

- Ja też nigdy jeszcze nie byłem na Marsie!

- Wiesz, o czym mówię. Byłeś w tylu miejscach. A ja nic, tylko uczelnia i praca. I 

wakacje na Bahamach. Jestem prawdziwym mieszczuchem.

- Ale gdy zemdlałem, sprawiłeś się całkiem dobrze.

- Nie miałem wyboru. Tlen ci się skończył, myślałem, że masz już początki anoksji. 

Wiedziałem, że w namiocie jest tlen, więc po prostu wciągnąłem cię tam jak najszybciej. 

Potem zdjąłem ci maskę. Wyglądało, że oddychasz, więc poszedłem po grzejnik, potem po 

jedzenie. To wszystko. Zrobiłem tylko to, co trzeba było zrobić.

background image

Jego   słowa   zawisły   w   ciszy   i   znów   spojrzał   zza   swoich   grubych   szkieł   niczym 

olbrzymia, przestraszona sowa.

- Ale zrobiłeś właśnie to, a nie coś innego - powiedział z naciskiem Ben, pochylając 

się ku towarzyszowi. - Nikt nie uczyniłby więcej. W samą porę przestałeś myśleć o sobie jako 

o mieszczuchu i uprzytomniłeś sobie, że jesteś jednym z tych dwóch ludzi, którzy wybrali się 

na badanie Marsa.

Otto zastanowił się nad tym i lekko wyprostował.

- Właściwie tak.

- Nie zapominaj o tym. Najgorsze już minęło. Poradziliśmy sobie z tymi wszystkimi 

wynalazkami, po których zawsze można oczekiwać niespodzianek, i siedzimy bezpiecznie 

pod dachem. Mamy jedzenie, wodę i cokolwiek jeszcze trzeba na całe miesiące. Musimy 

jedynie   zachowywać   normalne   środki   bezpieczeństwa,   zrobić   swoje,   a   wrócimy   jako 

bohaterowie. Bogaci bohaterowie.

- W pierwszym rzędzie musimy zmontować teleporter. Ale to powinno być proste.

- Wierzę ci na słowo. - Ben wziął podaną mu zupę i siorbnął głośno. Płyn był jeszcze 

gorący. - Nie mam jednak pojęcia, czemu musimy składać tu nowy teleporter, gdy jeden stoi 

już obok. Po prawdzie nie wiem nawet, jak to działa. Jakoś nikt nie był uprzejmy mi to 

wyjaśnić.

- To całkiem proste - stwierdził Otto głosem wyraźnie pewniejszym.

Wkraczając na znany sobie grunt, zapomniał na chwilę o niecodziennym otoczeniu. I 

po to  właśnie  Ben  zadał  swoje  pytanie:  teorię  działania  urządzenia  Thasler  znał  całkiem 

dobrze.

-   Możliwość   transmitowania   materii   pojawiła   się   dzięki   odkryciu   przestrzeni 

Bhattacharyi.   Przestrzeń   B   jest   tworem   analogicznym   do   naszego,   trójwymiarowego 

kontinuum, jednak leży poza nim. Mimo to możemy ją penetrować, wnikając z dowolnego 

miejsca w naszym uniwersum. Zawsze trafiamy wówczas, jak się wydaje, na ten sam punkt w 

przestrzeni B. Tak zatem dostrajając dwa ekrany, łączymy je poprzez dany punkt. W ten 

sposób  przestrzeń  B  wnika  do  naszego   wszechświata  i   cokolwiek   przeprowadzimy   przez 

jeden ekran, pojawia się natychmiast w następnym. Prosta operacja.

-   Wygląda   prosto,   przynajmniej   dopóki   nie   zagłębiasz   się   w   szczegóły   budowy 

maszynki.  Ale  to   nie   wyjaśnia,   czemu   nie   możemy   opuścić   Marsa   przez   ten   sam   ekran, 

którym przybyliśmy.

- O skuteczności teleportacji decyduje jeszcze niemało innych czynników, wśród nich 

moc urządzenia i odległość obu ekranów w naszej przestrzeni.

background image

- Zrozumiałem, że dystans nie ma znaczenia.

- Zasadniczo nie ma, ale utrudnia zgranie ekranów. Ten tutaj, który przybył na Marsa 

poprzez kosmos, ma średnicę dwóch stóp. Większego nie zdołalibyśmy wysłać. Niemal całą 

dostępną mu moc zużywa na to, by w ogóle działać. Jego funkcjami przywracania struktury 

materii i stabilizacji zawiaduje teleporter z Ziemi. Nie da się tego odwrócić.

- A gdyby jednak wysłać coś w przeciwnym kierunku?

-   Nie   ma   przeciwnego   kierunku.   Cokolwiek   by   przepuścić   przez   ekran,   zostanie 

zamienione na promieniowanie Y i w tej postaci rozproszy się w przestrzeni B.

- To chyba niemiła perspektywa. Może byśmy naładowali teraz nasze butle i poszli 

ściągnąć tu resztę potrzebnego sprzętu? Potem złapalibyśmy nieco snu.

- Jestem gotowy.

Zebrali   tylko   to,   co   było   najbardziej   niezbędne:   żywność,   moduły   odświeżania 

powietrza i tym podobne. Potem wpełzli do śpiworów.

Następnego dnia czuli się znacznie lepiej i skończyli urządzać obozowisko.

Trzeciego dnia przysłano im pierwsze części wielkiego teleportera.

Dla   odpowiedzialnych   za   wyprawę   inżynierów   był   to   czysty   koszmar.   Każdy   z 

modułów   musiał   być   tak   zaprojektowany,   aby   przeszedł   przez   dwustopowy   otwór. 

Wymuszało to szereg kompromisów. Po wielu bezsennych nocach spędzonych nad planami 

uznano w końcu, że coś takiego jak generator spalinowo-elektryczny o żądanej średnicy nie 

ma   prawa   istnieć.   Wówczas   to   jakiś   bezimienny   asystent   zyskał   wielką   wdzięczność 

przełożonych, sugerując, aby użyć odpowiednio silnych baterii, które pozwolą utrzymać tam 

sześciostopowy ekran tak długo, by przepchnąć na Marsa całkowicie zmontowany generator 

zasilający.

Szybko ustalił się rytm pracy. Zaczęli od stelażu. Ben, który był przyzwyczajony do 

pracy fizycznej, zajmował się konstrukcją, podczas gdy Otto składał w namiocie elektronikę. 

W razie  potrzeby  pomagali  sobie  nawzajem,  aż  w końcu  Ben  dokręcił  ostatnią  śrubę na 

stalowej   ramie,   kopnął   ją   przyjacielsko   i   schował   się   do   namiotu.   Rano   mieli   zająć   się 

wbudowywaniem modułów samego ekranu.

Otto opierał się bezwładnie o stół roboczy z twarzą na płytce obwodów drukowanych. 

Skórę   miał   dziwnie   poczerwieniałą.   Rękę   położył   na   gorącej   lutownicy   i   w   powietrzu 

rozchodził się odór palonego ciała.

Ben przeciągnął go na posłanie. Sam też czuł, że skóra go pali.

-   Otto   -   powiedział,   potrząsając   towarzyszem,   ale   tamten   leciał   mu   przez   ręce. 

Oddychał ciężko i powoli, nie odzyskiwał przytomności. Ben obandażował mu poważnie 

background image

poparzoną   dłoń   i   spróbował   zebrać   myśli.   Nie   był   lekarzem,   ale   starczało   mu   wiedzy 

medycznej, by rozpoznać najpowszechniejsze choroby i obrażenia. Te objawy do niczego nie 

pasowały. Nijak nie potrafił ustalić, co właściwie dolega towarzyszowi. Ostatecznie zrobił mu 

zastrzyk z solidnej dawki mieszanki antybiotyków, zanotował dane na temat jego temperatury, 

oddechu i tętna. Uszczelnił skafander i poszedł do próbnika, aby wywołać Ziemię.

- Teraz notujcie pilnie - powiedział. - Mam coś dla was. Nie odpowiadajcie, aż nie 

skończę, i nie przez radio, ale zapiszcie odpowiedź i prześlijcie ją przez teleporter. Dobra, to 

idzie tak. Otto jest chory i ranny, ale nie wiem, co mu dolega. Oto szczegóły.

Wyrecytował   wszystko,   co   zdołał   zbadać,   streścił   własne   poczynania   i   czekał   na 

odpowiedź. Gdy skończył ją czytać, zmiął ze złością kartkę i złapał za mikrofon.

-  Tak,   myślałem   o   jakiejś   miejscowej   chorobie,   ale   nie   podejmuję   się   prowadzić 

szczegółowych   badań   i   wysyłać   raportów.   Przyślijcie   nam   tu   zaraz   jakiegoś   lekarza. 

Zaproponujcie sensowną stawkę, a ochotnik zaraz się znajdzie. Dopóki będziecie go szukać, 

zacznijcie wysyłkę wyposażenia medycznego. Potem możecie podrzucić też mikroskop i całe 

przenośne laboratorium, a wezmę się do szukania dowolnie małych mikroorganizmów. Ale to 

potem. Jak meldowałem, trafiliśmy na drobną roślinność, ale na razie jej nie tykaliśmy. To 

robota   dla   biologów.   Jak   mówię,   zajmę   się   wzmiankowanymi   przez   was   badaniami,   ale 

dopiero po załatwieniu najważniejszego.

Kompania   właściwie   pojęła   jego   słowa.   Transmatter   Ltd.   gotowa   była   zrobić 

wszystko, byle tylko zapewnić wyprawie pełne bezpieczeństwo. Zaangażowali już w nią dość 

pieniędzy,   by   bez   wahania   rzucić   na   szalę   życie   kolejnego   człowieka.   Młody   lekarz, 

zdezorientowany zaistniałą sytuacją, wylądował na piasku niecałe pół godziny po przybyciu 

stosu   wyposażenia.   Właśnie   podpisał   dokumenty   czyniące   jego   żonę   osobą   finansowo 

niezależną. Trwale niezależną. Ben pogonił go do namiotu i tam pomógł medykowi zdjąć 

skafander.

- Wszystko co potrzebne ułożyłem na stole - powiedział. - Pański pacjent czeka.

- Nazywam się Joe Parker - oznajmił lekarz, ale widząc wyraz twarzy Bena, opuścił 

wyciągniętą   dłoń.   Pospieszył   do   chorego.   Zbadał   go   dokładnie,   jednak   wahał   się   z 

postawieniem diagnozy. - To może być coś nowego...

- Proszę nie zwodzić. Widział pan już coś takiego?

- Nie, ale...

- Tak myślałem.

Ben   usiadł   ciężko   i   nalał   sobie   leczniczą   porcję   brandy.   Po   chwili   wahania 

przygotował też drugą, mniejszą porcję dla lekarza.

background image

- Zupełnie nieznana choroba? Coś całkiem nowego? Jakaś marsjańska choroba?

- Zapewne. Na to wygląda. Zrobię, co w mojej mocy. Ale nie wiem, co z tego wyjdzie.

Obaj jednak domyślali się, co z tego może wyjść, chociaż żaden nie chciał wyrazić 

głośno obaw. Jednak dwa dni później, mimo starannego leczenia zachowawczego, Otto umarł. 

Parker przeprowadził sekcję i odkrył, iż większość mózgu chorego została zniszczona przez 

nieznany mikroorganizm. Zamroził próbki, opisał je szczegółowo. Ben pracował tymczasem 

nad   wielkim   teleporterem.   Wieści   o   zdarzeniu   musiały   jakoś   rozejść   się   wśród   ekipy 

naziemnej, bowiem znalezienie następnego ochotnika, który dokończyłby roboty inżynierskie, 

zajęło aż cztery dni. Był nim wystraszony, milczący mężczyzna imieniem Mart Kennedy. Ben 

nie wypytywał go o motywy zgłoszenia się - nie był wcale ciekawy, do jakich form nacisku 

uciekła   się  kompania,   by   go  namówić.   Mimo   obecnej   wciąż   atmosfery  zagrożenia   praca 

ruszyła z kopyta. Jadali razem, ale nie rozmawiali wiele. Montaż był najważniejszy, lecz nie 

ustający   w   wysiłkach   Parker   zdołał   wyizolować   wreszcie   coś,   co   wyglądało   na 

mikroorganizm   odpowiedzialny   za   chorobę.   Zamknął   próbkę   w   szczelnym   pojemniku   i 

odstawił do wysyłki, gdy tylko ekran będzie gotowy.

Nadszedł brzask tego dnia, gdy mieli zacząć testować urządzenie. Mart Kennedy wstał 

wcześnie, by obejrzeć wschód słońca. Dotąd ledwie zwracał uwagę na otoczenie, zajmował 

się   wyłącznie   pracą,   co  miało   swój   sens:   w  ten   sposób   nie   myślał   o   czyhającym   wkoło 

śmiertelnym zagrożeniu. O marsjańskiej zgadze. Nazwa w żaden sposób nie pasowała do 

samej choroby, dobrali ją jednak celowo, aby ująć paskudztwu grozy. Jednak sam Mars to 

było  coś. Mart  czytywał  w  młodości  sporo fantastyki,  ale  przez  głowę  mu  wówczas nie 

przeszło, że kiedyś tu trafi. Ziewnął i wstawił kawę. Potem zaczął budzić pozostałych. Ben 

otworzył oczy, od razu przytomny. Parker, chociaż targany za ramię, nie poruszył się. Nie 

zareagował też na swoje imię.

- Ben - zawołał inżynier, jąkając się lekko, jak zwykle w chwilach zdenerwowania. - 

Co... coś jest nie t... tak.

- Te same objawy - sapnął Ben, uderzając nieświadomie raz za razem pięścią w swoje 

legowisko. - Złapał. Damy mu zastrzyki i zajmiemy się ekranem. Nic więcej nie wymyślimy.

Wielki teleporter ukończyli już poprzedniego dnia, byli jednak zbyt zmęczeni, by go 

wypróbować. Ben ułożył chorego jak najwygodniej, zaaplikował mu te same środki, które 

poprzednim razem okazały się nieskuteczne, i dołączył do Kennedy'ego.

- Wszystkie testy dały wyniki pozytywne - stwierdził Mart. - Możemy zaczynać, gdy 

tylko powiesz.

- No to już. Im wcześniej, tym lepiej.

background image

- Słusznie.

Ekran zamigotał i pociemniał, aż w końcu okrył się głęboką czernią. Ben cisnął do 

środka kawałek blachy z pojemnika z wydrapanym napisem ”WYŚLIJCIE GENERATOR”. 

Zniknęła albo docierając na Ziemię, albo rozpływając się pod postacią radiacji w przestrzeni 

B. Przez długie sekundy nic się nie działo. Czekali świadomi, że baterie wyczerpią się mniej 

więcej po minucie. Nagle z czerni wychynęła krawędź ciężkiego generatora na kołowym 

podwoziu. Złapali za uchwyty i odtoczyli go na bok. Ekran za nimi zamigotał i zniknął.

- Przytrzymaj go, a ja podłączę co trzeba - polecił Ben.

Dokręcił przewody doprowadzające paliwo i tlen i nacisnął starter. Silnik prychnął raz 

i podjął pracę rozgrzany już wcześniej, na Ziemi. Ekran ożył. Najpierw przeleciał przezeń 

pojemnik z wystraszonym szczurem. Zaraz go odesłali. Potem były jeszcze kolejne testy z 

udziałem   następnych   szczurów,   aż   Ben   powiadomił   centrum   na   piśmie   o   stanie   doktora 

Parkera. Odpowiedź przyszła szybko.

WYCIĄGNIEMY WAS  WSZYSTKICH.   NASTAWIAMY  EKRAN   NA  ZDALNY 

TRYB   PRACY,   BĘDZIEMY   STĄD   NIM   STEROWAĆ.   DZIĘKUJEMY   ZA   UDZIAŁ. 

ZACZYNAMY TRANSMISJĘ. NAJPIERW DOKTOR PARKER.

Ben skreślił następną notatkę i czym prędzej ją wysłał.

CO Z NAMI ZROBICIE?

PLANUJEMY   KWARANTANNĘ   W   SPECJALNIE   PRZYGOTOWANYM 

HERMETYCZNYM   MODULE   MIESZKALNYM   POŁĄCZONYM   BEZPOŚREDNIO   Z 

TELEPORTEREM. BĘDZIEMY SIĘ O WAS TROSZCZYĆ. BĘDZIEMY WAS LECZYĆ. 

ZROBIMY WSZYSTKO, CO MOŻLIWE.

- Wysyłamy Parkera - stwierdził Ben, odczytawszy wiadomość.

Ubrali   nieprzytomnego,   Ben   przymocował   mu   przylepcem   ustnik   przewodu 

tlenowego, by na pewno nie wypadł z ust. Nosze dostali już wcześniej. Przesunęli chorego, 

zapięli pasy.

- Weź z przodu - polecił Ben. Ruszyli do śluzy namiotu. Swój koniec noszy Ben ujął 

bez słowa, nie obejrzał się nawet, gdy przechodzili przez ekran. Był dość duży, by pomieścić 

ich trzech.

W oczy uderzył ich blask znacznie silniejszy niż ten, do którego ostatnio przywykli. 

Gdy Ben odsłonił twarz, poczuł, jak gęste jest tu powietrze, jak inaczej pachnie. Stali w pustej 

sali z przezroczystą ścianą. Z drugiej strony wpatrywało się w nich ze sto osób.

-   Mówi   doktor   Thurmond.   Przekazuję   wam   instrukcje   -   odezwał   się   głośnik.   - 

Poczekacie...

background image

- Słyszycie mnie? - przerwał mu Ben.

- Tak. Poczekacie, aż...

- Zamknij się i słuchaj. Macie teraz dwa okazy, jeden chory, drugi zdrowy; to starczy 

do badań. Ja wracam na Marsa. Jeśli mam umrzeć, to równie dobrze mogę skonać i tam.

Obrócił się do ekranu, ale głos doktora Thurmonda osadził go w miejscu.

- Nie może pan. To zabronione. Ekran został wyłączony. Zrobicie, jak każę...

- Nie - odparł mocnym głosem Ben i nawet się lekko uśmiechnął. - Skończyłem już z 

wysłuchiwaniem rozkazów. Te tygodnie na Marsie pomogły mi pojąć, czym było moje życie 

na Ziemi. Dość mam tutejszych tłumów. Licznych do obrzydliwości tłumów, które nic tylko 

jedzą, rozmnażają się i śmiecą. To było miłe miejsce, póki go ludzie nie spaskudzili. Wracam 

tam, gdzie nie zaczęli jeszcze dzieła zniszczenia. Jeszcze. Przy odrobinie szczęścia nigdy nie 

zdołają tego zrobić. Dobrze pamiętam tego martwego szczura, który trafił ze mną na Marsa. 

Zwierzak laboratoryjny. Ja nie jestem dla was niczym więcej i wcale mi się to nie podoba. 

Rola pierwszego Marsjanina rysuje się znacznie ciekawiej.

Tłumek rozstąpił się przed doktorem Thurmondem, który podszedł do samej ściany i 

spojrzał na Bena z odległości kilku cali. Był wściekły, ale jeszcze się kontrolował. Uniósł do 

ust bezprzewodowy mikrofon.

- Wszystko to brzmi bardzo ładnie, ale nie przystaje w żaden sposób do sytuacji. Jest 

pan   pracownikiem   kontraktowym   i   ma   pan   obowiązek   wypełniać   nasze   rozkazy. 

Wyznaczyliśmy panu pokój numer trzy, uda się pan tam teraz...

- Wracam  na  Marsa.  -  Ben wciągnął  z  kieszeni  maleńki  chromowany  pojemnik  i 

postukał nim w przegrodę.

Niektórzy cofnęli się przerażeni, ale doktor Thurmond nie ruszył się z miejsca.

- Oto mój bilet - wyjaśnił Ben. - I nie zawaham się go wykorzystać. Wcześniej czy 

później   znajdę   jakąś   szczelinę,   jakieś   drzwi   czy   okno.  A  wtedy   marsjańska   zgaga  was 

dopadnie. To pan nie ma wyboru, doktorze Thurmond. Chociaż, owszem, może pan wybierać: 

albo mnie pan zabije tutaj i teraz, albo odeśle mnie pan na Marsa. Niech pan wybiera.

Oblicze doktora Thurmonda płonęło gniewem, ale głos był spokojny jak zawsze.

- Nie zamierzam odwoływać się do pańskiej lojalności, Duncan, bo jak rozumiem, dla 

pana to puste słowo. Wspomnę jednak, że zbyt wiele pieniędzy wydano już na ten projekt, by 

teraz ryzykować jego klęskę. Zrobi pan, co każemy.

- Nie zrobię! - powiedział Ben i uderzył stalowym pojemnikiem w szybę tak mocno, 

że okruch tworzywa odprysnął z powierzchni.

Tym razem nawet doktor Thurmond się cofnął.

background image

- Nie możecie pojąć, jak bardzo mi się tutaj nie podoba? Że nie zamierzam tu zostać? I 

że raz trafiliście na kogoś, kogo nie możecie przymusić, by was słuchał? Jeśli zgaga mnie nie 

powali, będę dla was wiele wart na Marsie. Może to was przekona. Byle szybko.

Kolejny ułamek tworzywa spadł na podłogę. Doktor Thurmond nie odzywał się, stał 

tylko sztywno. Dopiero przy trzecim uderzeniu odwrócił się gwałtownie.

- Włączyć teleporter - rozkazał i wyłączył mikrofon. Ekran pociemniał. Ben spojrzał 

na lśniącą powierzchnię, potem znów na widzów.

- Tylko proszę nie próbować niczego, czego mógłby pan potem żałować, doktorze 

Thurmond - powiedział. - Wiem, że może pan tak nastawić ekran, że straci synchronizację i 

zgubię się w przestrzeni B. To tylko pozornie rozwiąże pana kłopot. Nie liczę na ludzkie 

odczucia,   bo   wiem,   że   chętnie   zabiłby   mnie   pan   w   ten   właśnie   sposób.   Jednak   proszę 

pamiętać, że naszą rozmowę słyszało wiele osób, pan zaś musi mieć przełożonych, którym 

nie   spodoba   się   zapewne   pomysł   likwidacji   potencjalnego   zarządcy   przyszłych   waszych 

marsjańskich osiedli. Założę się, że wyleją pana równie szybko, jak pan wyrzuca swoich 

podwładnych.

Ben ruszył w kierunku ekranu. Obejrzał się jeszcze na milczącą widownię.

- Poprowadzę ten marsjański interes. Jeśli przeżyję, to nic nie stracicie. A gdyby mi się 

nie udało, to pewnie bez trudu znajdziecie następnego chętnego do tej ciężkiej roboty.

Nie czekając na odpowiedź nasunął wizjer z maską i wkroczył w ekran.

Przełożył

background image

Radosław Kot

Ciśnienie

Napięcie na pokładzie statku rosło w tym samym tempie, co ciśnienie na zewnątrz 

kadłuba. Może dlatego, że Nissim i Aldo nie mieli akurat nic do roboty i mogli rozmyślać do 

woli.   Co   rusz   zerkali   na   wskaźniki   ciśnienia   i   odwracali   oczy,   by   mimowolnie,   mimo 

szczerych postanowień, zaraz powtórzyć manewr. Aldo splótł palce świadom, że oblewa się 

zimnym potem, Nissim zaś palił papierosa za papierosem. Tylko Stan Brandon, dowódca, 

pozostawał czujny i spokojny. Beznamiętnie na pozór sprawdzał odczyty i nanosił poprawki. 

Z jakiegoś powodu mocno drażniło to pozostałych, chociaż żaden nie przyznałby tego głośno.

- Ciśnieniomierz poszedł! - pisnął Nissim, pochylając się w pasach. - Wskazuje zero.

-   Tak   go   zbudowano,   by   się   poddał,   doktorku   -   powiedział   z   uśmiechem   Stan. 

Przełączył coś i wskazówka na tarczy skoczyła w górę skali. - Podobnego ciśnienia nie da się 

mierzyć inaczej niż za pomocą stopów metali i kryształów, które w danych warunkach ulegają 

zmiażdżeniu. Wtedy należy przełączyć czytnik na następny czujnik...

- Tak, tak, wiem.

Nissim powściągnął emocje i zaciągnął się głęboko dymem. Oczywiście słyszał o tym 

rodzaju   czujników   na   odprawach,   ale   jakoś   na   chwilę   wywietrzało   mu   to   z   głowy. 

Wskazówka podjęła równomierny marsz w górę skali. Nissim spojrzał na nią, odwrócił głowę 

i pomyślał o tym, co się dzieje na zewnątrz litej kuli pozbawionej szwów czy spawów, nawet 

iluminatorów.

Potem wbrew sobie znów zerknął na skalę. Na dłoniach ponownie pojawiły się krople 

zimnego   potu.   Nissim   Ben-Haim,   świetny   fizyk   z   uniwersytetu   w   Tel-Awiwie,   miał 

stanowczo zbyt bujną wyobraźnię.

Podobnie   jak  Aldo   Gabrielli,   który   zresztą   świetnie   zdawał   sobie   z   tego   sprawę. 

Ciemnowłosy  i  śniady,  z okazałym  nosem,  wyglądał  na  typowego Amerykanina,  którego 

włoscy przodkowie przybyli do Nowego Świata jakieś jedenaście pokoleń wcześniej. Jako 

inżynier elektronik był równie dobry jak Nissim w kwestiach fizyki, jeśli nie lepszy. Cieszył 

się   reputacją   geniusza,   którego   praca   dotycząca   wzmacniaczy   skantronowych 

zrewolucjonizowała   rozwój   transmiterów   materii.   Teraz   był   tylko   wystraszonym 

człowiekiem.

C.   Huygens  opadał   poprzez   coraz   bardziej   gęste   warstwy   atmosfery   Saturna.  C. 

Huygens  było   oficjalną   nazwą   statku,   jednak   wszyscy,   którzy   go   budowali   na   Pierwszej 

Saturna, zwali go po prostu ”Piłką”. Bo najbardziej przypominał piłkę - metalowa kula o 

background image

ścianach grubych na dziesięć metrów, z wydrążonym, niezbyt obszernym środkiem. Powstałe 

w pasie asteroidów podzespoły przesłano na Pierwszą Saturna i tam, na wysokiej orbicie w 

cieniu   niewiarygodnie   pięknych   pierścieni   dokonano   ostatecznego   montażu.   Molekularne 

spawanie nie zostawiało żadnych śladów. Tuż przed zamknięciem kuli umieszczono w środku 

ekran   transmitera.   Od   tej   chwili   teleporter   zastępować   miał   właz   i   był   jedyną   drogą   do 

wnętrza   kuli.   Gdy   siejący   zabójczym   promieniowaniem   spawacze   zakończyli   dzieło, 

przystąpiono do prac wykończeniowych. Zamontowano w kabinie podłogę, pod nią zaś nowy, 

większy   ekran,   dostarczono   system   podtrzymania   życia,   zapasy   i   aparaturę.   Potem 

zainstalowano urządzenia sterownicze i system czujników, na zewnątrz zaś dodano zbiorniki 

paliwa i silniki, które przekształciły kulę w napędzany energią atomową statek kosmiczny 

zdolny dotrzeć do powierzchni Saturna.

Jeszcze osiemdziesiąt lat wcześniej budowa C. Huygensa nie byłaby możliwa z braku 

technologii   wytwarzania   stopów   odpornych   na   wysokie   ciśnienia.   Czterdzieści   dwa   lata 

wcześniej niemożliwy byłby jego montaż - wtedy nie znano jeszcze spawania molekularnego. 

Ponadto dopiero od dziesięciu lat potrafiono wykorzystać praktycznie zjawisko różnicowania 

atomowego struktury ciała stałego, co pozwalało zrezygnować z tradycyjnego okablowania - 

zawiadywanie   wszystkim,   co   znajdowało   się   na   zewnątrz   kuli,   odbywało   się   za   pomocą 

impulsów przenikających litą powłokę. W ten sposób ”Piłka” łączyła większość najnowszych 

dokonań   ludzkiej   myśli,   chociaż   poza   tym   przypominała   celę   więzienną   dla   trzech   osób 

mających   opuścić   się   na   dno   głębokiego   na   dwadzieścia   tysięcy   mil   oceanu   atmosfery 

Saturna.

Wszyscy zostali tak przygotowani, by nie odczuwać klaustrofobii, jednak mimo to 

czuli się nieswojo.

- Do centrum, jak mnie słyszycie? - powiedział Stan do mikrofonu i szybkim ruchem 

szczęki przełączył urządzenie na odbiór.

Minęło kilka sekund, w trakcie których taśma z nagraniem przesunęła się przez ekran 

teleportera i wróciła z odpowiedzią.

- Jeden i trzy - syknął głośnik przez szumy.

- To początek efektu sigma - stwierdził Aldo, opanowując wreszcie drżenie dłoni. 

Spojrzał z rozmysłem na wskazówkę ciśnieniomierza. - Zwykle zaczyna występować przy stu 

trzydziestu pięciu tysiącach atmosfer.

- Chciałbym zerknąć na tę taśmę, co przyszła - stwierdził Nissim, gasząc papierosa. 

Sięgnął do zapięcia pasów.

-  Nie   rób   tego,   doktorku  -   mruknął   Stan,   unosząc   ostrzegawczo   dłoń.  -   Na  razie 

background image

opadamy gładko, ale niebawem może zacząć rzucać. Wiesz przecież, jakie tu muszą wiać 

wiatry. Na razie trzymałem się szerokiego prądu, praktycznie z nim płynęliśmy, ale wiecznie 

tak się nie da. Każę przysłać im jeszcze jedną taśmę do twojego odbiornika.

- To zajmie tylko chwilę - odparł Nissim, ale jego dłoń zawisła nad zapięciem.

- Łeb można rozbić jeszcze szybciej - powiedział uprzejmym tonem Stan.

Jakby dla potwierdzenia jego słów kula zatrzęsła się i zatoczyła, przechylając na bok. 

Obaj naukowcy wpili palce w poręcze foteli.

- Zawsze coś wykraczesz - sapnął Aldo. - Może byś tak wywróżył dla odmiany coś 

dobrego?

- Dobre tylko we wtorki, doktorku - odrzekł Stan spokojnie w tejże samej chwili, gdy 

kolejny czujnik uległ zniszczeniu. Dowódca włączył następny. - Utrzymujemy równe tempo 

opadania.

- I tak trwa to piekielnie długo - jęknął Nissim, zapalając następnego papierosa.

- Dwadzieścia tysięcy mil to nie w kij dmuchał, doktorku. A lepiej byłoby uniknąć 

twardego lądowania.

- Świetnie wiem, jak gruba i gęsta jest atmosfera Saturna - powiedział ze złością 

Nissim. - I czy byłbyś uprzejmy przestać tytułować mnie ”doktorkiem”? Jeśli nie z innych 

powodów, to choćby dlatego, że identycznie zwracasz się do doktora Gabriellego, z czego 

może wyniknąć nieporozumienie.

- Racja, doktorku. - Pilot obrócił się i mrugnął na rozeźlonego fizyka. - Tylko żartuję. 

Wszyscy jedziemy na tym samym wózku, więc może byśmy w ogóle przestali się tytułować? 

Ja jestem Stan, ty Nissim. A co z tobą, doktorku, może być Aldo?

Aldo Gabrielli udał, że nie słyszy. Pilot doprowadzał go do szału.

- Co to jest? - spytał, gdy ”Piłkę” zaczęła ogarniać słaba, ale wyraźna wibracja.

- Trudno powiedzieć - mruknął pilot, przełączając pospiesznie to i owo i sprawdzając 

wyniki swych działań na ekranach monitorów. - Coś na zewnątrz, może chmury, przez które 

przechodzimy. Wiele drobnych ciał uderzających o powierzchnię kadłuba.

- Poziom krystalizacji - powiedział Nissim, spoglądając na miernik ciśnienia. - W 

górnych   warstwach   atmosfery   panuje   temperatura   dwustu   dziesięciu   stopni   Fahrenheita 

poniżej zera, ale poniżej ciśnienie zapobiega zamarzaniu. Teraz ciśnienie rośnie. Musimy 

opadać przez chmury metanu i kryształków amoniaku...

- Straciliśmy ostatni radar - oznajmił Stan. - Zerwało czaszę.

- Powinniśmy mieć możliwość podglądu, ekran telewizyjny... - powiedział Nissim.

- Podglądu czego? - spytał Aldo. - Chmur wodoru z lodowymi kryształkami? Każda 

background image

kamera poszłaby w kilka sekund. Starczy nam radarowy wysokościomierz.

- Na razie działa świetnie - oznajmił radośnie Stan. - Wciąż jesteśmy za wysoko, by 

dawał odczyty, ale wszystkie jego systemy działają. I tak powinno być, stanowi integralną 

część kadłuba.

Nissim łyknął wody z rurki przy boku koi. Aldo poczuł, że nagle w ustach mu zaschło, 

i też pociągnął łyk. Spadanie wlokło się bez końca.

-   Jak   długo   spałem?   -   spytał   Nissim   zdumiony,   że   zdołał   zdrzemnąć   się   mimo 

napięcia.

- Tylko kilka godzin - odpowiedział Stan. - Chyba dobrze ci się spało. Chrapałeś jak 

bawół indyjski.

- Żona wymyśla mi w takich momentach od wielbłąda. - Zerknął na zegarek. - Nie 

spałeś od siedemdziesięciu dwóch godzin. Nie czujesz senności?

- Nie. Później się trochę prześpię. Na razie mamy różne tabletki, a dla mnie długa 

wachta to nie pierwszyzna.

Nissim poprawił się na koi i ujrzał, jak Aldo, mrucząc pod nosem, oblicza coś na 

kalkulatorze.   Nawet   największa   sensacja   z   czasem   się   opatrzy,   pomyślał.   Owszem,   obaj 

mieliśmy cykora jak nigdy, ale trudno bać się wiecznie.

Zadrżał lekko, spojrzawszy na tarczę ciśnieniomierza, ale przykra sensacja szybko 

minęła.

- Mamy odczyt - powiedział Stan. Miał podkrążone oczy; od trzydziestu godzin był na 

środkach pobudzających. - Tyle że obiekt zmienia pułap.

-  To   pewnie   płynny   amoniak   albo   metan   -   stwierdził   Nissim.   -  Albo   półpłynny 

przechodzący nieustannie ze stanu ciekłego w gazowy i odwrotnie. Bóg wie, co jeszcze może 

się dziać przy takim ciśnieniu. Prawie milion atmosfer. Nie do wiary.

- Ja tam wierzę przyrządom - odparł Aldo. - Czy możemy przesunąć się nieco w bok i 

poszukać jakiegoś solidniejszego podłoża?

-   Od   godziny   próbuję   to   zrobić.   Zostaje   nam   albo   zanurkować   w  tej   zupie,   albo 

wznieść się i spróbować opadania gdzie indziej. Nie zamierzam balansować na silnikach na 

tej głębokości. Nie przy tym ciążeniu.

- Mamy dość paliwa na skok?

- Tak, ale wolałbym zachować rezerwę. Zbliżamy się do trzydziestu procent.

- Głosuję za zejściem w dół - powiedział Nissim. - Jeśli tam jest ciecz, to zapewne 

okrywa   całą   powierzchnię.   Przy   podobnym   ciśnieniu   i   wiatrach   nie   ma   mowy   o 

nierównościach terenu. Erozja musi być błyskawiczna.

background image

- Z tym akurat się nie zgadzam - stwierdził Aldo - ale to kwestia do przebadania. Ze 

względu na stan paliwa, i tylko na to, jestem za opadaniem.

- No to mamy trzy do zera, panowie. Nurkujemy.

Opadanie nie ustawało. Pilot zwolnił przed dotarciem do warstwy cieczy, jednak nie 

odczuli żadnego wstrząsu. Zmiana środowiska musiała być stopniowa.

- Mam odczyt - powiedział Stan, po raz pierwszy okazując emocje. - Stałe echo na 

piętnastu kilometrach. Może to w końcu dno.

Pozostała dwójka nie odzywała się, nie chcąc przeszkadzać pilotowi. Niemniej jednak 

ta część wyprawy i tak należała do najłatwiejszych. Im niżej opadali, tym rzadziej turbulencje 

targały   kulą.   Na   ostatnim   kilometrze   ustały   całkowicie.   Powoli   zbliżali   się   do   dna.   Na 

pięciuset metrach Stan przełączył komputer na tryb lądowania, sam gotów z uniesionymi 

rękami przejąć stery w razie kłopotów. Silniki dały jeden impuls hamujący, wyłączyły się i 

statek łagodnie wylądował. Stan wyłączył system napędowy.

- Jesteśmy - powiedział. - Siedzimy na Saturnie. A to oznacza, że pora się napić.

Jęknął głośno, odkrywszy, jak ciężko jest unieść się z legowiska.

-   Grawitacja   dwa   przecinek   sześćdziesiąt   cztery   -   powiedział   Nissim,   patrząc   na 

kwarcowy miernik na swoim pulpicie. - Nie będzie łatwo przy takim ciążeniu.

- Szybko się uwiniemy - stwierdził Aldo. - Napijemy się, potem Stan będzie mógł się 

przespać, a my uruchomimy teleporter.

- Idę na taki układ. Zrobiłem już swoje i do chwili powrotu występuję w roli widza. 

Nasze kawalerskie!

Z pewnym trudem unieśli szklanki.

Brzemię   ponad   dwukrotnie   większego   ciążenia   było   dla   nich   czymś   nowym,   ale 

oczywiście   spodziewanym.   Aldo   i   pilot   tak   zmienili   ustawienie   anty-przeciążeniowych 

legowisk, by również inżynier mógł dosięgnąć pulpitów i ekranu teleportera. Po zwolnieniu 

zapięć fotel Nissima przysunął się bliżej. Zanim jeszcze zakończyli wszystkie przygotowania, 

Stan rozłożył oparcie i zasnął mocno. Pozostali nie zwrócili na niego uwagi: wreszcie mogli 

zająć się swoją robotą. Aldo, specjalista od transmiterów, przeprowadził wstępne testy. Nissim 

obserwował go pilnie.

- Wszystkie sondy, które wysłaliśmy na dół, poddały się działaniu efektu sigma, zanim 

dotarły   do   jednej   piątej   płaszcza   atmosferycznego   -   powiedział   Aldo,   podłączając 

instrumenty. - W miarę nasilania się efektu traciliśmy nad nimi kontrolę, a w połowie drogi 

nikły nam z oczu. - Dwukrotnie sprawdził odczyty, aż uzyskał na monitorze prawidłową 

sinusoidę. Wtedy opadł na poduszki, by dać odpocząć grzbietowi i rękom.

background image

- Wykres wygląda właściwie - stwierdził Nissim.

- Właśnie. Podobnie jak wszystko inne. A to znaczy, że nasza teoria przynajmniej w 

połowie jest słuszna.

-   Wspaniale!   -   stwierdził   Nissim,   uśmiechając   się   po   raz   pierwszy   od   początku 

wyprawy. Aż pięści zacisnął, myśląc już o tym, z jaką przyjemnością przekaże te wyniki 

kolegom fizykom, którzy byli na tyle nieuprzejmi, by się z nim nie zgadzać. - Zatem błąd nie 

tkwi w transmiterze?

- W żadnym razie.

- No to nadajmy coś i sprawdźmy, czy sygnał przechodzi. Odbiornik jest dostrojony i 

gotowy.

C. Huygens wzywa Pierwszą Saturna. Jak mnie słyszycie?

Patrzyli, jak taśma znika w ekranie. Potem Aldo przełączył urządzenie na odbiór. Nic 

się nie stało. Odczekali sześćdziesiąt sekund i spróbowali raz jeszcze z tym samym skutkiem.

- Mamy dowód - powiedział radośnie Nissim. - Transmiter w najlepszym porządku, 

odbiornik sprawny. Tego możemy być pewni. Ale sygnał nie przechodzi. Znaczy to, że musi 

tu występować przewidziany przeze mnie czynnik rozpraszający. Gdy się z nim uporamy, 

wznowimy łączność.

- Miejmy nadzieję - mruknął nieco przygnębiony Aldo, spoglądając na wklęsłe ściany 

ich celi. - Bo jak długo się z tym nie uporamy, przyjdzie nam tkwić w tej sakramenckiej kuli 

bez wyjścia i na dnie morza amoniaku. Z dwudziestoma tysiącami mil zabójczej atmosfery 

nad głową.

-   Spokojnie.   Napij   się,   a   ja   wprowadzę   pierwsze   poprawki.   Skoro   teoria   się 

sprawdziła, to wystarczy popracować nieco nad oprogramowaniem.

- Oby - stwierdził Aldo, ułożył się jak najwygodniej i zamknął oczy.

Stan   obudził   się   zmęczony   -   sen   przy   tak   silnym   ciążeniu   nie   dawał   prawie 

wytchnienia. Ziewnął i zmienił pozycję. Przeciąganie się też było czynnością przykrą. Gdy 

spojrzał na pozostałych, ujrzał Nissima pracującego przy komputerze, Aldo trzymał zaś przy 

nosie zakrwawioną chusteczkę.

- Ciążenie daje się nam we znaki? - spytał. - Za dużo adrenalinki?

- Żadne ciążenie - warknął Aldo poprzez chustkę. - Ten drań mnie zamalował.

- Prosto w okazały dziób - stwierdził Nissim, nie podnosząc głowy znad komputera. - 

Trudno nie trafić w tak okazały cel.

- A o co poszło? - spytał Stan, patrząc to na jednego, to na drugiego. - Teleporter nie 

działa?

background image

- Nie, nie działa - powiedział z naciskiem Aldo. - A nasz przyjaciel uważa, że to moja 

wina. A...

- Skoro teoria jest w porządku, błąd musi tkwić w oprzyrządowaniu.

- ...kiedy zasugerowałem, że może w jakieś równanie wkradł się błąd, to wyszedł z 

siebie i zamachnął się na mnie z wściekłością. Jak mały dzieciak...

Stan spróbował czym prędzej zażegnać rodzący się spór.

- Poczekajcie - przerwał im ostrym tonem. - Nie mówcie obaj równocześnie, bo nic 

nie rozumiem. Może najpierw ktoś wyjaśniłby mi, co właściwe się stało?

-  Proszę   bardzo   -  powiedział   Nissim   i  odczekał   ostentacyjnie,   aż  Aldo   przestanie 

zgłaszać obiekcje. - Znasz teorię teleportacji?

- Wcale jej nie znam. Jestem tylko szoferem i używam tych cacek. Ktoś je buduje, 

ktoś inny naprawia, ja na tym latam. Prosto poproszę.

- Spróbuję  -  mruknął  Nissim  i wydął  w zamyśleniu  wargi.  - Po  pierwsze  musisz 

wiedzieć, że teleporter nie skanuje i nie przekazuje materii tak, jak na przykład telewizja. Nie 

ma niczego takiego jak sygnał, przynajmniej w tradycyjnym rozumieniu. Ekran teleportera 

znajduje   się   w   osobliwym   stanie,   który   wyłącza   go   ze   znanej   nam   przestrzeni.   Ekran 

odbiornika   podobnie.   Dostraja   się   je,   zgrywając   częstotliwości   pracy.  W  ten   sposób  dwa 

ekrany   stają   się   jednym   i   obszar   oddzielającej   je   naszej   przestrzeni   nie   gra   roli.   Gdy 

wchodzisz w jeden, zupełnie płynnie wychodzisz z drugiego. Natychmiast. Ale chyba kiepsko 

wyjaśniam.

- Jak na razie pojmuję. Co dalej?

- To, że chociaż sama odległość nie jest istotna, to warunki panujące w oddzielającej 

przestrzeni mają znaczenie.

- Chyba tracę wątek.

- Dam prosty przykład. Światło przemierza przestrzeń po liniach prostych, chyba że 

trafi w obszar występowania jakiegoś zjawiska fizycznego, ulegnie refrakcji, odbiciu i tak 

dalej.   Promienie   światła   mogą   ulec   też   ugięciu   przy   przechodzeniu   przez   silne   pole 

grawitacyjne, na przykład jakiejś gwiazdy. Podobny efekt zaobserwowaliśmy w przypadku 

transmitera. Zawsze bierze się zatem poprawkę na masę Ziemi i innych ciał niebieskich. Inne 

jeszcze czynniki zakłócające pracę teleportera pojawiają się tutaj, w głębi gęstej jak zupa 

atmosfery Saturna. Wielkie ciśnienie oddziałuje na energię wiązań atomowych i powoduje 

napięcia, które zakłócają pracę teleportera. Zanim przeprowadzimy cokolwiek przez ekran, 

musimy skorygować jego ustawienia tak, by zniwelować wpływy otoczenia. Znamy już dane 

wyjściowe do korekty, trzeba je jeszcze wprowadzić.

background image

- On wyjaśnił rzecz naprawdę prosto - stwierdził Aldo z niesmakiem. Odsunął chustkę 

od nosa i sprawdził, czy krew jeszcze cieknie. - Ale z praktyką jakoś nam się to nie pokrywa. 

Sygnały nie przechodzą, a nasz przyjaciel nie zgadza się z sugestią, że trzeba zwiększyć moc 

wyjściową, bo w przeciwnym razie nigdy się stąd nie wydostaniemy.

- To kwestia dopracowania, a nie mocy! - krzyknął Nissim i Stan znów musiał się 

wtrącić.

- Chcesz powiedzieć, że będziemy musieli odsłonić ten ogromny transmiter, który 

mamy pod podłogą?

- Jasne. Po to właśnie został zamontowany. Modułowo, a nie jako jeden blok.

- Ale to potrwa z miesiąc! - krzyknął Nissim. - I najpewniej wykończymy się w ten 

sposób.

-   Tak   długo   to   raczej   nie   -   stwierdził   Stan,   siadając   i   tłumiąc   jęk   wysiłku.   - 

Przynajmniej wyrobimy sobie muskulaturę...

Przenoszenie   wyposażenia   i   demontaż   podłogi   zajął   im   prawie   cztery   dni   i 

rzeczywiście wyczerpał krańcowo, chociaż wnętrze kapsuły zaprojektowano w ten sposób, 

aby podobna przebudowa była możliwa. Były i podwieszenia sufitowe, i proste wyciągi, 

jednak nie mogło się obejść bez pewnej dozy pracy fizycznej. Ostatecznie oczyścili niemal 

całą podłogę, unieśli panele. Jedynie pod ścianami pozostała wąska galeria, na której między 

fotelami piętrzyły się instrumenty. Całą resztę przestrzeni zajmował ekran teleportera. Mogli 

podziwiać go ze swoich leżanek.

- Ale potwór - stwierdził Stan. - Ładownikiem bym przez niego przeleciał.

- Rozmiar to jeszcze nie wszystko - wydyszał Aldo, któremu krew huczała w uszach. 

Był   pewien,   że   jeszcze   trochę,   a   serce   mu   zastrajkuje.   -   Wszystkie   obwody   zostały 

wzmocnione i zdublowane. Zniosłyby stukrotnie większe obciążenie niż to projektowane.

- Ale jak się do nich dostaniecie? Widzę tylko lity ekran.

- To celowo tak wygląda. - Wskazał na dziurę w pancerzu. Właśnie wykręcili z niej 

grubą  na stopę  zaślepkę.  - Tutaj  mamy  kontrolki.  Zanim  opuścimy  kulę,  wstawimy  to  z 

powrotem na miejsce. A dla poprawek będziemy musieli unieść sekcje ekranu.

- Albo ja głupieję, albo to wpływ ciążenia. Nie rozumiem.

-   Ten   ekran   to   zasadniczy   powód   naszej   wyprawy   -   wyjaśnił   cierpliwie  Aldo.   - 

Kwestia uruchomienia go tutaj, na dole, oczywiście jest dla nas najistotniejsza, ale wobec 

zasadniczego   zadania   to   wtórna   sprawa.   Gdy   już   stąd   pójdziemy,   nasze   miejsce   zajmą 

technicy. Zastąpią tymczasowe moduły solidną maszynką i też się ewakuują. Automatyczne 

świdry będą tak długo osłabiać górną część kuli, aż ciśnienie ją zmiażdży. Ekran będzie 

background image

wówczas połączony z innym, umieszczonym poza płaszczyzną ekliptyki. Gdy kula pęknie, 

ekran ocaleje, bo przekaże wszystkie sypiące się w niego śmieci dalej, w przestrzeń. Potem 

poprawią   powoli   zgranie,   aż   transmisja   ustanie,   a   my   otrzymamy   łatwy   dostęp   do   dna 

saturnijskiego oceanu. Kriogenicy i spece od wysokich ciśnień tylko na to czekają.

Stan przytaknął. Nissim spojrzał z otwartymi ustami na kopulasty sufit, wyobrażając 

sobie tę masę metalu implodującą pod naciskiem oceanu...

-   Zaczynajmy   -   powiedział   zaraz,     próbując     się   podnieść.   -   Podnośmy   ekrany   i 

zróbmy, co trzeba. Pora się zbierać.

Pozostali pomagali mu w unoszeniu segmentów ekranu, ale jedynie Aldo wiedział, co 

i jak należy wykonać. Pracował intensywnie, klął przy tym od czasu do czasu pod nosem przy 

kolejnych modułach podsuwanych mu przez mechaniczne ramię wysięgnika. Gdy był już 

zbyt zmęczony, przerwał i zamknął oczy, by nie widzieć zaniepokojonego spojrzenia Nissima, 

którego jakoś nie mogła opuścić wizja miażdżonej kuli. Stan podał im posiłek i stosowne do 

ciążenia stymulanty i odżywki. Gadał przy tym wesoło o swoich wcześniejszych wyprawach 

kosmicznych.

Gdy wszystko było gotowe, a testy potwierdzały, że urządzenie zostało właściwie 

zmontowane,   nałożyli   segmenty   ekranu.   Potem  Aldo   sięgnął   do   niszy   kontrolnej   i   coś 

przycisnął. Powierzchnia okryła się znajomą, połyskliwą czernią.

- Gotowe - oznajmił.

-   Masz,   wyślij   to   -   powiedział   Stan,   dając   mu   kartkę   z   napisem:   JAK   NAS 

ODBIERACIE? Rzucił notatkę daleko, na środek ekranu. Papier zniknął im z oczu.

- Teraz odbiór.

Aldo przełączył urządzenie na tryb odbioru i połysk powierzchni nieco się zmienił, ale 

to wszystko. Przez dłuższą chwilę wpatrywali się w teleporter z zapartym tchem.

Nagle z czerni wysunęła się końcówka taśmy. Załamała się pod własnym ciężarem; 

niebawem mieli już cały stosik taśmy.

- Działa! - krzyknął Stan.

- W zasadzie tak - mruknął chłodno Nissim. - Jakość przekazu zostawia na pewno 

wiele   do   życzenia   i   trzeba   będzie   jeszcze   niejedno   poprawić.   Ale   to   już   oni   mogą 

przeanalizować, starczy, że prześlą nam stosowne instrukcje.

Wsunął taśmę do odtwarzacza. Z głośnika popłynęły dźwięki, które tylko z grubsza 

przypominały ludzki głos.

- Nawet więcej niż niejedno - powiedział Nissim z uśmiechem, który zniknął, gdy 

statek raptownie się przechylił i powoli wrócił do pionu. - Coś nas pchnęło - wyszeptał.

background image

- Może to prąd - powiedział Aldo, chwytając się kurczowo fotela. - A może jakieś 

dryfujące śmieci.

- Czy tam może być... coś żywego? - spytał cicho Nissim.

Zamilkli,   wyobrażając   sobie   potencjalnego   gigantycznego,   mrocznego   obcego. 

Kombinującego, co tu zrobić ze spadłym z nieba przedmiotem. Upiorna wizja. Aldo przerwał 

te rozmyślania.

-   Nader   mało   prawdopodobne,   chociaż   jest   kilka   teorii,   których   wolałbym   nie 

rozwijać. I tak nie sprawdzimy, co to takiego, więc proponuję nie zawracać sobie głowy 

podobnymi sprawami. Czas nam się kończy.

Zmęczenie już ich nie opuszczało, próbowali jednak je ignorować. Byli tak blisko 

zakończenia   prac   i   powrotu   na   Pierwszą   Saturna...   Nissim   obliczył   konieczne   poprawki, 

pozostali raz jeszcze unieśli sekcje ekranu i przestroili niektóre moduły. Ta część zadania była 

najtrudniejsza.   Nie   minęła   jednak   standardowa   doba,   gdy   zaczęli   otrzymywać   taśmy   o 

idealnej   jakości   dźwięku.   Otrzymali   i   odesłali   próbki.  Wszystko   zgadzało   się   do   piątego 

miejsca po przecinku. ”Piłka” kołysała się niekiedy, ale starali się nie myśleć, jaka to siła 

może być dość potężna, by ruszyć podobną masę metalu.

- Przechodzimy do testów na materiale żywym - powiedział Nissim do mikrofonu. 

Taśma przeszła na drugą stronę, naukowiec przełączył urządzenie na odbiór. - Nigdy jeszcze 

nie   siedziałem   tak   długo   w   jednym   miejscu   -   stwierdził.   -   Nawet   na   uniwerku,   gdy 

studiowałem w Islandii, to na noc wracałem zawsze do domu, do Izraela.

- Tak się przyzwyczailiśmy do ekranów - mruknął Aldo. - Gdy pracowaliśmy nad tym 

projektem   na   Pierwszej   Saturna,   zawsze   po   pracy   szedłem   do   Nowego   Jorku.   Tak   się 

przyzwyczailiśmy, że ich nie zauważamy, chyba że coś siądzie. Ty masz łatwiej, Stan.

- Łatwiej? - Pilot uniósł brwi. - Ale ja robię tak samo. Gdy tylko mam wolną chwilę,  

gonię na Nową Zelandię.

Utkwił wzrok z powrotem w pustym ekranie.

- Nie o tym myślę. Ty przywykłeś do samotności na pokładzie. Do rejsów, długiego 

zamknięcia. To chyba dobry trening. Zdajesz się znosić to o wiele lepiej niż my.

Nissim przytaknął w milczeniu i Stan roześmiał się krótko.

- Nie żartujcie. Pocę się tak samo jak wy. Owszem, przeszedłem inny trening, bo nie 

mogę sobie pozwolić na panikę. Starczy chwila i już. Podobnie z drinkiem przed obiadem. 

Wam silna samokontrola nie była nigdy potrzebna, nie uczyliście się tego. Bo i po co?

- To nie tak. Jesteśmy cywilizowanymi ludźmi, nie zwierzętami. Siłą woli możemy...

- Jak wtedy, gdy dałeś w nos Aldowi? Nissim skrzywił się.

background image

- Jeden do zera. Owszem, reaguję czasem emocjonalnie, ale to normalny składnik 

mojego człowieczeństwa. Ty zaś wydajesz się być kimś, kogo jakby nieco trudniej wytrącić z 

równowagi.

- Jak mnie zranisz, będę krwawił. Tylko właściwy trening może zapobiec wpadnięciu 

w   panikę.   Piloci   uczyli   się   tego   od   niepamiętnych   czasów.   Pewnie   musieli   mieć   jakieś 

osobowościowe predyspozycje, przynajmniej na początek, ale potem to już tylko trening i 

praktyka.   Widzieliście   serial  Glosy   przestrzeni?  Słyszeliście   te   nagrania,   które   tam 

prezentowali?

Nie odrywając oczu od ekranu, pozostali dwaj pokręcili głowami.

-   A   powinniście.   Nie   odgadlibyście,   ale   to   były   nagrania   sporządzane   w   ciągu 

pięćdziesięciu lat. Najlepszy był pierwszy przykład, człowieka, który pierwszy poleciał w 

kosmos. Nazywał się Jurij Gagarin. Zostało wiele nagrań jego głosu, włącznie z ostatnim. 

Leciał na jakimś statku powietrznym i miał kłopoty. Mógł się katapultować, ale był nad 

terenem zamieszkanym. Odprowadził zatem maszynę jak najdalej, ale sam przy tym zginął

1

. 

Jego głos brzmiał do końca tak samo. Tak samo jak na wszystkich innych nagraniach.

- To  nienaturalne   -  stwierdził   Nissim.   -  Musiał   być  kimś   zupełnie   innym   niż  my 

wszyscy.

- Niczego nie zrozumiałeś.

- Patrzcie! - krzyknął Aldo.

Przerwali rozmowę na widok morskiej świnki, która wyłoniła się z ekranu i padła na 

jego powierzchnię. Stan podniósł zwierzątko.

- Piękna - powiedział. - Z gęstym futrem, długimi wąsami, ciepła. I całkiem martwa. - 

Spojrzał na wymęczonych towarzyszy i uśmiechnął się na widok ich przerażonych twarzy. - 

Spokojnie.   Nie   musimy   od   razu   korzystać   z   tego   mechanicznego   trupiarza.   Poprawimy 

jeszcze to i owo. Mamy wysłać truchełko do analizy?

Nissim odwrócił się.

- Czym prędzej. I niech przyślą raport. Jedna korekta chyba już wystarczy.

Fizjopatolodzy   szybko   uporali   się   z   zadaniem:   przyczyną   śmierci   była   nagła 

dysfunkcja aksonowych połączeń synaptycznych. Zjawisko bardzo częste podczas pierwszych 

eksperymentów z teleporterami i łatwe obecnie do wyeliminowania. Niemniej Aldo zemdlał 

podczas kolejnych prac i musieli go cucić zastrzykami. Wszyscy mieli już serdecznie dość tej 

harówki.

1

 Z tego, co dziś wiadomo na temat tragicznej śmierci Gagarina, wynika, że wypadek miał przebieg nieco inny, o wiele mniej sensacyjny 

(przyp. tłum.).

background image

- Nie wiem, czy jakby co, to zdołam podnieść te płyty raz jeszcze - wyszeptał z 

wysiłkiem Aldo i przekręcił włącznik.

Na ekranie pojawiła się kolejna świnka. Zastygła w bezruchu, poruszyła po chwili 

nosem i zaczęła rozglądać się za jakąś kryjówką. Krzyknęli słabo, ale radośnie.

- Zegnaj Saturnie - powiedział Nissim. - Starczy.

- Zgadzam się w pełni - stwierdził Aldo i przełączył ekran na nadawanie.

- Niech najpierw zbadają stworzenie - powiedział Stan i zanurzył świnkę w ekranie.

Patrzyli, jak znika.

- Jasne - zgodził się Nissim niechętnie. - Ostatnia próba.

Oczekiwanie   trwało   dość   długo,   a   to,   co   otrzymali,   nie   brzmiało   zachęcająco. 

Odsłuchali taśmę dwa razy.

-   ...i   tak   to   wygląda,   panowie.   Wszystko   świadczy   o   wystąpieniu   niewielkiego 

zwolnienia czasu reakcji zwierzęcia spowodowanego zmniejszeniem szybkości przewodzenia 

impulsów   nerwowych.   Pewność   będziemy   mieli   dopiero   po   przeprowadzeniu   dalszych 

testów,  toteż  nie  możemy  wam  niczego  sugerować.  Sami  musicie  zdecydować,  co  robić. 

Ogólnie   wszyscy   się   tu   zgadzają,   że   występują   jakieś   zaburzenia,   chociaż   nie   mają   one 

zasadniczego   wpływu   na   zachowanie   zwierzęcia.   Jakie   dokładnie,   dowiemy   się   po 

zakończeniu kompleksowych badań. A to potrwa co najmniej czterdzieści pięć godzin...

- Nie wiem, czy przeżyję tak długo - stwierdził Nissim. - Moje serce...

Aldo zapatrzył się na ekran.

-   Ja   wytrzymani,   ale   co   z   tego?   I   tak   nie   zdołam   ponownie   popodnosić   tych 

segmentów. To koniec. Zostało nam tylko jedno.

- Przejść przez ekran? - spytał Stan. - Jeszcze nie. Musimy poczekać na wyniki testów. 

Poczekamy jak długo się da.

- Jeśli będziemy czekać za długo, to zginiemy - upierał się Nissim. - Aldo ma rację, 

nawet jeśli prześlą nam skorygowane dane, to nie zdołamy wprowadzić poprawek. I już.

- Chyba nie jest aż tak źle - stwierdził Stan, ale przerwał, zauważając, że go nie 

słuchają. Był równie bliski załamania jak oni. - Głosujmy zatem, niech większość zdecyduje.

Szybko ustalili wynik: dwa do jednego.

- W tej sytuacji musimy uzgodnić jeszcze tylko jedno - powiedział Stan, spoglądając 

na ich wyczerpane, ściągnięte twarze. Wiedział, że sam nie wygląda lepiej. - Kto zaryzykuje i 

pójdzie pierwszy?

Odpowiedziała mu długa cisza. Nissim zakaszlał.

- To akurat jest jasne. Aldo musi zostać, bo jako jedyny może skorygować maszynę, 

background image

gdyby było to absolutnie konieczne. Nawet jeśli fizycznie się do tego nie nadaje, on powinien 

wyjść ostatni.

Stan przytaknął i opuścił głowę.

- To może dokończę: Aldo nie nadaje się na zwierzę doświadczalne. Ty też odpadasz, 

doktorze   Ben-Haim,   bo   z   tego,   co   słyszałem,   jesteś   nadzieją   współczesnej   fizyki.   Jesteś 

potrzebny. Ale takich przeciętniaków jak ja wszędzie jest pełno. Jakkolwiek by spojrzeć, 

wypada na mnie.

Nissim otworzył usta, by zaprotestować, ale żadna kwestia nie przyszła mu do głowy.

- Dobra. Wystąpię w roli świnki morskiej. Ale kiedy? Teraz? Zrobiliście już, co w 

waszej mocy? Jesteście pewni, że nie zdołacie wnieść dalszych sugerowanych ewentualnie 

poprawek?

- W żadnym razie - stwierdził Aldo. - Jestem wykończony.

- Wytrzymamy jeszcze kilka godzin, może dobę, ale czy będziemy potem nadawać się 

jeszcze do jakiejkolwiek pracy? Ruszać teraz to nasza jedyna szansa.

- Musimy mieć całkowitą pewność - stwierdził Stan, patrząc to na jednego, to na 

drugiego. - Nie jestem naukowcem i nie mam kwalifikacji, by oceniać robotę inżynierów. 

Jeśli zatem mówicie, że zrobiliście wszystko, co w waszej mocy, by transmiter działał jak 

należy, to muszę uwierzyć wam na słowo. Ale to wy wiecie najlepiej, jak bardzo jesteście 

zmęczeni. Sądzę, że możemy wytrwać o wiele dłużej, niż wam się zdaje...

- Nie! - wtrącił Nissim.

- Posłuchajcie. Możemy zażądać więcej wyposażenia i jakoś się tu urządzić. Możemy 

odpocząć kilka dni, zanim znów przejdziemy na prochy. Możemy przesłać niektóre moduły 

do przeróbki, tak by Aldo nie musiał się z nimi męczyć. Możemy ułatwić sobie życie na wiele 

sposobów.

- Ale żaden nic nie da, jak tu kojfniemy - stwierdził Aldo, patrząc na nabrzmiałe 

arterie na nadgarstku. Wyraźnie pulsowały zmuszone do przewodzenia krwi w warunkach 

podwyższonego ciążenia. - Ludzkie serce nie wytrzymuje długo takiej katorgi. Dochodzi do 

przeciążenia, uszkodzeń, potem do śmierci.

- Byłbyś zdumiony, gdybyś wiedział, jaki to wytrzymały organ. Podobnie jak i cały 

organizm.

- Może twój - powiedział Nissim. - Jesteś wytrenowany i tak dalej, my zaś mamy i 

nadwagę, i braki w kondycji. Taka jest prawda. Nie wytrzymamy już wiele. Jeśli ty się nie 

zdecydujesz, sam idę.

- A ty, Aldo?

background image

- Nissim mówi i w moim imieniu. Jeśli będę musiał wybierać, spróbuję przejścia. To 

lepsze niż umieranie tutaj. Są duże szansę, że teleporter działa teraz całkiem sprawnie.

- Dobra - powiedział Stan, zsuwając nogi z leżanki. - Nie ma sensu dłużej strzępić 

języka. Spotkamy się na stacji. Dobrze się z wami pracowało, wszyscy będziemy mieli co 

opowiadać dzieciakom.

Aldo włączył transmiter. Stan podpełzł do brzegu ekranu, z uśmiechem pokiwał im na 

pożegnanie i zniknął.

Taśma pojawiła się zaledwie kilka chwil później. Aldo trzęsącymi się dłońmi wsunął 

ją do odtwarzacza.

- ...tak, jest tu, dotarł, dobrze się uwinęliście! Słuchajcie na pokładzie, major Brandon 

tu   idzie,   wygląda   okropnie,   znaczy   świetnie,   wiecie...   Z   nim   idą   lekarze,   coś   do   niego 

mówią... chwileczkę...

Głos rozpłynął się w odległy szum, jakby ktoś przyłożył dłoń do mikrofonu. Długo 

trwało, nim ktoś się znowu odezwał. Dziwnie zmienionym głosem.

- ...słuchajcie... nie wiem, jak to powiedzieć... może lepiej niech doktor Kreer...

Coś zastukało i rozległ się inny głos.

- Mówi doktor Kreer. Zbadaliśmy waszego pilota. Wydaje się, że utracił zdolność 

mowy, nikogo nie poznaje, chociaż na oko nie odniósł żadnych obrażeń. Nie wiem dokładnie, 

w czym rzecz, ale jego stan określiłbym jako zły. Jeśli ma to coś wspólnego z tym samym 

opóźnieniem czasu reakcji, jakie zaobserwaliśmy u świnek, to możliwe, że w jego przypadku 

upośledziło   wyższe   funkcje   nerwowe.   Odruchy   ma   prawidłowe,   wziąwszy   oczywiście 

poprawkę na zmęczenie, ale cała reszta: mowa, inteligencja i tak dalej, zniknęły bez śladu. 

Nakazuję   zatem   wam   obu   nie   używać   ekranu   do   czasu   zakończenia   wszystkich   testów. 

Obawiam się, że będziecie musieli poczekać jakiś czas, może nawet dość długo, na instrukcje 

dotyczące dalszych poprawek...

Taśma się skończyła i odtwarzacz sam się wyłączył. Dwaj mężczyźni spojrzeli na 

siebie przerażeni. Potem odwrócili oczy.

-   Nie   żyje   -   stwierdził   Nissim.   -  A  nawet   gorzej.   Straszny   wypadek.  A  był   taki 

spokojny i pewny siebie...

- Jak ten Gagarin, który leciał dalej, by uratować innych. A co niby miał zrobić? Czy 

mógł sobie pozwolić na panikę? W odróżnieniu od nas... Zupełnie jakbyśmy zmusili go do 

popełnienia samobójstwa.

- To nie nasza wina, Aldo!

-   Właśnie,   że   nasza.   Zgodziliśmy   się,   żeby   poszedł   pierwszy.   I   stwierdziliśmy 

background image

stanowczo, że nie zdołamy już zrobić nic więcej z tą maszynką.

- Właśnie. - Nissim spojrzał uważnie na Alda. - A teraz i tak musimy wracać do pracy, 

prawda? Nie przejdziemy przez ekran, póki go nie uregulujemy. I będziemy pracować tak 

długo, aż zaistnieje szansa, że przejdziemy przez teleporter żywi.

Aldo odwzajemnił spojrzenie.

- Chyba damy radę. Tylko że trudno będzie potem żyć z tym wszystkim. Po prawdzie 

to my zabiliśmy Stana Brandona.

- Nie rozmyślnie!

- Nie, to i jeszcze gorzej. Zabiliśmy go, bo nie potrafiliśmy poradzić sobie z sytuacją, 

która nas przerosła. Miał rację. Był zawodowcem. Powinniśmy go posłuchać.

- Spóźniona uwaga. Powinniśmy być bardziej przewidujący.

Aldo potrząsnął głową.

- Nie mogę znieść myśli, że zginął tak bez sensu.

-  Ależ   to   miało   sens.   Pewnie   cały   czas   o   tym   wiedział.   Chciał   doprowadzić   nas 

bezpiecznie z powrotem. Zrobił wszystko, co w jego mocy, abyśmy wrócili bez uszczerbku. 

Ale słowami nie zdołał nas przekonać. Nawet gdyby został, dalej puszczalibyśmy jego uwagi 

mimo   uszu.   Na   dodatek   pewnie   zabrakłoby   nam   odwagi,   by   zrobić   to   co   on,   pójść   na 

pierwszego. Czekalibyśmy tu tylko do uśmiechniętej śmierci.

- Teraz już tak nie będzie - powiedział Aldo, dźwigając się na nogi. - Przerobimy 

maszynkę, aż zacznie działać idealnie, i obaj nią wrócimy. Jeśli jego śmierć ma się na coś 

przydać, to my musimy wrócić cali i zdrowi.

- Właśnie - wydusił z siebie Nissim. - Teraz to zrobimy.

Wzięli się do pracy.

Przełożył

background image

Radosław Kot

Bez huku i zgiełku wojny

- Szeregowy Dom Priego, zabiję cię! - wrzasnął sierżant Toth przez całą długość 

przedziału koszarowego.

Leżący   na   łóżku   Dom   uniósł   wzrok   znad   książki   akurat   na   czas,   by   dostrzec 

opuszczające się ramię sierżanta. Wyszkolenie wzięło górę, odruchowo zasłonił się książką i 

ciśnięty przez Totha nóż wbił się w nią, przebijając na wylot, ale czubek ostrza zatrzymał się 

o cal od jego twarzy.

-  Ty   głupia   węgierska   małpo!   -   zirytował   się   Dom.   -  Wiesz,   ile   mnie   ta   książka 

kosztowała? Wiesz, jaka ona jest stara?

- A wiesz, że jeszcze żyjesz? - spytał sierżant ze śladami uśmiechu w kącikach kocich 

oczu. I ruszył pomostem niczym drapieżne zwierzę, najwyraźniej z zamiarem odzyskania 

noża.

-   Nic   z   tego!   -   sprzeciwił   się   Dom,   odsuwając   książkę.   -   Już   wystarczająco   ją 

zniszczyłeś!

Położył książkę na posłaniu i ostrożnie wyjął z niej nóż, który w następnej chwili 

cisnął w stopę sierżanta. Ten przesunął minimalnie nogę - tak, że lśniące ostrze noża wbiło się 

obok buta w plastikowe poszycie pokładu.

- Spokój i opanowanie - oświadczył Toth. - Nigdy nie powinniśmy ich tracić, bo 

zdenerwowany człowiek popełnia błędy i ginie.

Schylił się, wyciągnął nóż z pokładu i ujął opuszkami palców za ostrze. Gdy się 

wyprostował,   w   całym   przedziale   dało   się   zauważyć   lekkie   poruszenie   wśród   nie 

spuszczających go z oka żołnierzy.

- Teraz się spodziewacie ataku - roześmiał się sierżant. - To byłoby zbyt proste.

I wsunął nóż do pochwy w cholewie buta.

- Jesteś sadystyczne bydlę. - Dom wygładził przebitą okładkę. - Straszenie innych 

sprawia ci nielichą frajdę, prawda?

- Może. - Podoficer z niezmąconym spokojem siadł na łóżku po przeciwnej stronie 

przejścia. - A może jestem właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Zresztą to i tak 

nieważne: miałem was wyszkolić tak, byście zawsze byli gotowi do akcji, bo tylko dzięki 

temu macie szansę przeżyć. Powinieneś być mi wdzięczny, że jestem takim sadystą.

- Takie argumenty mnie nie przekonują. O takich jak ty pisze właśnie autor tej książki, 

którą próbowałeś zniszczyć...

background image

-   Nie   ja,   tylko   ty.   Nie   celowałem   w   książkę,   sam   się   nią   zasłoniłeś,   i   dobrze. 

Uratowałeś w ten sposób życie, jak cię uczyłem. Tylko to się liczy, bo masz jedno życie, więc 

każdy sposób jest dobry, by je przedłużyć. To dotyczy was wszystkich, nie tylko jego.

- Tu są...

- Gołe dupy?

- Nie żadne dupy, tylko słowa. Zgodne z prawdą słowa wielkiego człowieka, o którym 

pewnie w życiu nie słyszałeś. Nazywał się Wilde.

- Jak to nie słyszałem?! Plugger Wyld, mistrz floty wagi ciężkiej!

- Nie, Oscar Fingal O'Tlahertie Wills Wilde. Z twoim chłopcem do bicia nie ma nic 

wspólnego,   mam   nadzieję.   To   był   pisarz.   Napisał:   ”Dopóki   wojna   uznawana   jest   za 

zboczenie,   zawsze   będzie   fascynowała.   Kiedy   uzna   się   ją   za   wulgarną,   przestanie   być 

popularna”.

Sierżant Toth w zamyśleniu zmrużył oczy.

- Według niego to proste, ale w rzeczywistości to nie całkiem tak. Są inne powody 

wojen.

- Na przykład jakie?

Toth   otworzył   usta,   by   odpowiedzieć,   gdy   ryknęły   syreny   alarmowe.   Przenikliwy 

dźwięk rozlegał się w każdym pomieszczeniu jednostki i wszędzie wywoływał takie same 

reakcje - podrywał załogę do akcji. Mężczyźni obsadzali stanowiska bojowe, często budząc 

się dopiero w biegu, ale gdy alarm umilkł, okręt był gotów do walki. W przeciwieństwie do 

żołnierzy, którzy do momentu opuszczenia go byli wyłącznie ładunkiem. Żeby nie wchodzić 

załodze w drogę, przeczekali sygnał w swoim przedziale koszarowym, tworząc w przejściu 

srebrzystoszary   dwuszereg.   Sierżant   Toth   podłączył   słuchawki   do   gniazda   w   ścianie   i 

wysłuchał rozkazów, kiwając nieco bez sensu głową, po czym odwrócił się do pozostałych. 

Przez moment napawał się w ciszy ich skupioną uwagą, a następnie uśmiechnął się szeroko. 

Tak szeroko jak nigdy, gdyż z zasady miał twarz pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu.

-   To   jest   to!   -   oznajmił,   zacierając   ręce.   -   Teraz   mogę   wam   powiedzieć,   że 

spodziewaliśmy się Edynburczyków i że wystartowała cała flota. Zwiadowcy wykryli ich, 

gdy tylko wyszli z nadprzestrzeni; powinni tu być mniej więcej za dwie godziny. A my tu na 

nich zaczekamy. To znaczy wy, bojowe dziewice.

Odpowiedział   mu   głuchy   pomruk   zgromadzonych,   co   jedynie   poszerzyło   jego 

uśmiech.

- Tak trzymać! I tak walczyć! - Uśmiech zniknął jak zdmuchnięty, a  twarz Totha 

przybrała   zwykły,   czyli   nieprzenikniony   wyraz.   -   Baczność!   Kapral   Steros   wciąż   leży   z 

background image

gorączką w izbie chorych, więc nadal brakuje nam jednego podoficera. Od ogłoszenia alarmu 

mamy   warunki   bojowe,   a   wtedy   mam   prawo   udzielać   czasowych   awansów   polowych. 

Szeregowy Priego, krok do przodu, wystąp!

Dom automatycznie wykonał polecenie.

-   Obejmujesz     dowództwo     plutonu     bombowego;   spisz   się   dobrze,   a   kapitan 

zatwierdzi awans jako stały. Do szeregu, kapralu Priego, i czekać. Reszta w prawo zwrot, do 

szatni biegiem marsz!

Sierżant odsunął się z drogi i czekał, aż ostatni żołnierz znajdzie się na korytarzu, po 

czym powiedział spokojnie:

- Jesteś lepszy niż większość z nich. Jesteś sprytny, ale za dużo myślisz o sprawach, 

które nie są ważne. Przestań myśleć i zacznij walczyć albo nigdy nie wrócisz na ten swój 

zakichany uniwersytet. I jeszcze jedno: jak coś spieprzysz, a Edynburczycy cię nie dostaną, to 

ja to zrobię. Wrócisz jako kapral albo nie wrócisz wcale. Zrozumiałeś?

- Zrozumiałem. - Twarz Doma była równie bez wyrazu jak oblicze Totha. - Umiem 

walczyć równie dobrze jak ty. I zrobię, co do mnie należy.

- No to zrób. Biegiem!

Z powodu pogawędki Dom jako ostatni zakładał kombinezon; pozostali sprawdzali 

już   ze   zbrojmistrzami   szczelność   skafandrów,   gdy   on   dopiero   kończył   go   nakładać.   Nie 

przyspieszył   jednak   i   nie   zdenerwował   się   -   niesprawny   kombinezon   w   próżni   oznaczał 

pewną śmierć, toteż metodycznie sprawdził wszystko i uszczelnił skafander. Dopiero gdy 

wszystkie kontrolki zapłonęły na zielono, dał znak zbrojmistrzowi, by sprawdził zewnętrzną 

powłokę kombinezonu.

Gdy   kontrola   dobiegła   końca,   wszedł   do   śluzy   i   czekając   na   wypompowanie 

powietrza, sprawdził stan zapasów na ekranie wewnątrz hełmu. Tlen - pełen, zasilanie - sto 

procent, radio - sprawne. Skończył tuż przed otwarciem zewnętrznych drzwi śluzy. Za nimi 

była zbrojownia. I próżnia.

Światła przyciemniono, wkrótce miały zostać całkowicie wyłączone. Dom podszedł 

do stojaka i zabrał się do przymocowywania broni do skafandra. Podobnie jak reszta plutonu 

bombowego   miał   jedynie   lekko   opancerzony   skafander   i   uzbrojenie   ograniczone   do 

minimum. Do lewego uda tuż pod palcami opuszczonej ręki przypiął dryler, do prawego 

nieco   wyżej   ręczną   kaburę   ze   swą   ulubioną   bronią   -   rozcinakiem.   Ponieważ   z   danych 

wywiadu   wynikało,   że   część   żołnierzy   przeciwnika   nadal   używa   nie   opancerzonych 

skafandrów, na prawym biodrze zawiesił porażacz uznawany powszechnie za przestarzałą 

broń.  Wszystkie   urządzenia   od   miesięcy   były   przechowywane   w   próżni,   w   której   miały 

background image

działać. Wszystkie też skonstruowano tak, by nie wymagały smaru.

Ktoś   dotknął   hełmem   jego   przezroczystej   kuli   i   Dom   rozpoznał   głos   Winga 

przeniesiony przez stykające się powierzchnie.

- Jestem gotów, Dom; pomożesz mi założyć bombę. Aha, mam się do ciebie zwracać: 

kapralu? Tak w ogóle to gratulacje.

- Tak w ogóle to przestań się wygłupiać; jak wrócimy i będzie oficjalne potwierdzenie, 

to będę kapralem. Nie uwierzę w nic, co gada Toth.

Wyjął z pojemnika pierwszą bombę atomową, sprawdził, czy wszystkie kontrolki palą 

się zielono, i wsunął ją w stelaż stanowiący integralną część skafandra Winga.

- Gotowe - oznajmił. - Teraz ty mi pomóż. Właśnie skończyli, gdy zbliżyła się do nich 

masywna postać w kombinezonie. Dom rozpoznałby go nawet wówczas, gdyby nie miał na 

przodzie skafandra plakietki z nazwiskiem - HELMUTZ.

- O co chodzi, Helm? - spytał, dotykając hełmem hełmu tamtego.

- Sierżant mnie przysłał, żebym się u ciebie zameldował - oznajmił rozzłoszczony 

olbrzym. - Mam tym razem nosić bombę.

- Założymy ci stelaż plecakowy - zdecydował Dom i dodał na pocieszenie: - I nie 

martw się, że cię ominie walka. Wystarczy dla każdego.

- Jestem żołnierzem...

- Wszyscy jesteśmy. I wszyscy mamy jeden cel: dostarczyć i zdetonować te bomby. 

Teraz to też twoje zadanie.

Helmutz nie wyglądał na przekonanego, ale zgodnie z rozkazem stał spokojnie, gdy 

dopasowywali   mu   stelaż   i   mocowali   na   nim   bombę.   Zanim   skończyli,   w   słuchawkach 

skafandrów coś pstryknęło, zachrzęściło i na częstotliwości bojowej kompanii rozległo się 

pytanie:

- Uzbrojeni i gotowi do wygaszenia świateł?

- Plutony bojowe uzbrojone i gotowe - odparł sierżant Toth.

- Pluton bombowy nie gotów - dodał Dom, powstrzymując się przed odruchowym 

pośpiechem.

Mieli jeszcze zapas czasu, więc reszta mogła na nich poczekać.

-   Pluton   bombowy   uzbrojony   i   gotów   -   zameldował,   gdy   sprawdzili   dokładnie 

skafander Helmutza w nowej konfiguracji.

- Światła!

Komenda   jeszcze   nie   przebrzmiała,   a   światła   zgasły,   pozostawiając   zbrojownię 

pogrążoną   w   czerwonym   półmroku   wytworzonym   przez   rzadko   rozmieszczone   awaryjne 

background image

lampy sufitowe. Dopóki wzrok się do tego nie przyzwyczaił, praktycznie nie było nic widać. 

Dom na wyczucie wymacał drogę do jednej z ławek przymocowanych do ściany, odszukał 

wystający przewód tlenowy i podłączył go do gniazda w hełmie. Dzięki temu, czekając, nie 

zużywał własnych zapasów tlenu. Na częstotliwości kompanii zaczęto nadawać melodyjną 

muzykę,   co   było   częścią   programu   podtrzymania   ducha   bojowego;   w   półmroku   i   próżni 

oczekiwanie   przeciągało   się   w   nieskończoność,   szarpiąc   nerwy   i   nadwerężając   morale 

zamkniętych w pancernych skafandrach żołnierzy. Muzyka umilkła zastąpiona przez głos:

-   Tu   oficer   dyżurny,   spróbuję   przedstawić   wam   obraz   sytuacji.   Edynburczycy 

zaatakowali siłami całej floty, tak jak się spodziewaliśmy. Parę minut po wyjściu ich floty z 

nadprzestrzeni ambasador przekazał naszym władzom oficjalne wypowiedzenie wojny, wraz 

z żądaniem, by Ziemia poddała się natychmiast. Odpowiedź na nie znacie wszyscy, więc nie 

będę jej powtarzał. Przeciwnik jak dotąd zajął dwanaście zamieszkanych planet, włączając je 

do Wielkiej Celtyckiej Strefy Dobrobytu, teraz zrobił się chciwy i chce planety, z której 

przodkowie kilkaset lat temu wystartowali w kosmos. Aby tego... zaraz, właśnie dostałem 

meldunek... od zwiadowców o pierwszym kontakcie bojowym... - Przez moment panowała 

cisza,   po   czym   oficer   podjął:   -   Ich   flota   nie   jest   większa,   niż   się   spodziewaliśmy,   więc 

powinniśmy dać sobie radę. Zauważono jednak zmianę w ich taktyce, którą obecnie analizuje 

komputer   bojowy.   Jak   wiecie,   wymyślili   oni   jedyną   skuteczną   metodę   przeprowadzania 

inwazji   planetarnej   przy   wykorzystaniu   teleportera.   Przełamują   obronę   planetarną   tak,   by 

transportowce zdołały wylądować na planecie. Wyładowują z nich ekrany i siły inwazyjne 

przechodzą bezpośrednio z ich planety na zdobywaną. Teraz zmienili taktykę; cała ich flota 

chroni jeden okręt: lotniskowiec zwiadowczy klasy Krieger, co oznacza... zaraz, komputer się 

odezwał... ”Jedyną możliwością jest zwiększenie wielkości pojedynczego transmitera”... aha! 

To znaczy, że na pokładzie zainstalowano jedno wielkie urządzenie z ekranem, przez który 

mogą przelatywać bombowce, zaprogramowane rakiety albo przejeżdżać transportery... Jeśli 

zdołają ten ekran umieścić na powierzchni Ziemi, to ta inwazja się uda...

W zbrojowni zapanowało bezgłośne poruszenie.

- Jeśli zdołają - podjął oficer dyżurny. - Jeśli bowiem oni wymyślili jedyny skuteczny 

sposób   przeprowadzenia   inwazji   planetarnej,   to   my   znaleźliśmy   skuteczny   sposób,   by   ją 

powstrzymać. Tym razem ułatwili nam zadanie, gdyż mamy tylko jeden cel do zniszczenia. I 

wy go zniszczycie! Możecie dotrzeć tam, gdzie nie zdołają myśliwce czy rakiety; bądźcie 

więc   gotowi   do   akcji.   Zbliżamy   się   do   przeciwnika   i   już   wkrótce   przestaniecie   czekać 

bezczynnie. Los Ziemi zależy od was.

Zabrzmiało to melodramatycznie, ale było prawdą. Okręty, siła ognia, wszystko było 

background image

skoncentrowane po to, by umożliwić im dotarcie do celu. I wszystko zależało od tego, czy 

uda   im   się   ten   cel   zniszczyć.   Dalsze   rozmyślania   przerwał   Domowi   dźwięk   alarmu   i 

polecenie:

-   Odłączyć   przewody   tlenowe!   Wychodzić   do   komory   ogniowej   w   kolejności 

wyczytania. Toth...

Nazwiska padały szybko i żołnierze pospiesznie przechodzili przez drzwi, w których 

ubrany   w   skafander   członek   załogi   w   świetle   czerwonej   latarki   sprawdzał   nazwiska   na 

skafandrach z listą. Wszystko przebiegało szybko i sprawnie, zupełnie jak na ćwiczeniach, 

które powtarzali w nieskończoność, by osiągnąć perfekcję w warunkach bojowych. Nigdy 

nikt z nich nie był w komorze ogniowej; ale wyglądała znajomo, gdyż symulator, w którym 

ćwiczyli, był jej repliką. Idący przed Domem skręcił w lewo, więc on skierował się w stronę 

prawej burty i przy pomocy zbrój mistrza wspiął się do przezroczystej, plastikowej kapsuły i 

dopasował wsporniki podramienne do swego wzrostu. Chwilę później kapsuła zamknęła się i 

pozostał   sam   w   półmroku   rozświetlonym   przez   czerwony   krąg   blasku   nad   głową.   Coś 

szarpnęło, złapał więc za uchwyty i poczuł, jak płynnie posuwa się do przodu, przechylając 

się   równocześnie   w   tył,   aż   znalazł   się   na   plecach.   Kapsuła   zatrzymała   się,   po   chwili 

podjechała do przodu i znów stanęła. Poprzez metalowe pierścienie wtopione w plastik mógł 

już zobaczyć wyrzutnię, od której dzieliło go około pół tuzina kapsuł. Od chwili gdy ją ujrzał 

po raz pierwszy, nieodmiennie kojarzyła mu się z dawnym działkiem szybkostrzelnym, tyle 

że to było wielkie i strzelało ludźmi. Co dwie sekundy mechanizm ładujący chwytał kapsułę 

na przemian to z jednej, to z drugiej strony taśmociągu i umieszczał w komorze nabojowej, za 

którą   zasuwał   się   natychmiast   trzpień   zanika.   Operacja   przebiegała   szybko   i   sprawnie. 

Kapsuła znajdująca się przed nim zniknęła; przygotował się na nieuniknione, gdy maszyna 

zamarła.

Przez moment bał się, że coś się zepsuło. Po chwili uświadomił sobie, że jest dowódcą 

plutonu   bombowego   -   przed   nim   były   plutony   uderzeniowe,   a   za   nim   jego   ludzie   i 

ubezpieczenie.   Komputer   po   prostu   czekał   zaprogramowany   okres,   w   którym   grupa 

uderzeniowa miała zabezpieczyć lądowisko dla plutonu bombowego.

Oczekiwanie było zawsze najgorsze, a miejsce zdecydowanie przytłaczające: przed 

sobą miał czarny tunel wyrzutni. Świadomość, że gdzieś tam komputer odlicza czas, śledzi 

cel i utrzymuje okręt na właściwej trajektorii do strzału, nie na wiele się zdała. Podobnie jak 

przypomnienie sobie zasady działania wyrzutni, choć był to dobry sposób, by nie myśleć o 

strachu. Kiedy już znajdzie się w wyrzutni, włączone zostanie pole magnetyczne, które dzięki 

metalowym   pierścieniom   kapsuły   i   akceleratorowi   liniowemu   wystrzeli   go   przez  lufę 

background image

ciągnącą   się   od   rufy   do   dziobu   okrętu,   nadając   mu   coraz   większe   przyspieszenie.   Gdy 

znajdzie się w próżni, będzie miał właściwy kurs i prędkość, by przechwycić...

Nagły ruch kapsuły przerwał mu rozmyślania - wokół zapadła ciemność, ścisnął więc 

uchwyty z całych sił. Nie potrafił stwierdzić, ile czasu upłynęło - nic nie widział i nie mógł 

złapać oddechu, gdy przeciążenie przydusiło go bardziej niż na którymkolwiek treningu. Po 

głowie tłukła mu się tylko jedna myśl: ”Żeby jak najprędzej znaleźć się w przestrzeni”.

Przeciążenie   ustąpiło   miejsca   nieważkości   równie   nagle   jak   się   pojawiło   i   Dom 

odruchowo zacisnął jeszcze mocniej dłonie na uchwytach. Poczuł całym ciałem bezgłośne 

eksplozje   mikro-ładunków   i   metalowe   pierścienie   wraz   z   przezroczystą   osłoną   zostały 

odstrzelone  w  nicość;  pozostało  tylko  rusztowanie,  na którym  stał  i którego  się trzymał, 

zakończone platformą z silniczkiem hamującym. Nie mając nic innego do roboty, rozejrzał 

się, ciekaw czy dostrzeże coś z kosmicznej bitwy, która toczyła się wokół.

Z rozczarowaniem stwierdził, że prawie nic nie widać - daleko z prawej coś płonęło 

wstrząsane eksplozjami, bliżej z lewej coś innego przesłaniało gwiazdy, i to właściwie było 

wszystko.   Walkę   prowadzono   za   pomocą   komputerów   na   wielkich,   jak   dla   człowieka, 

dystansach, zwrotne, czarne okręty oddalone były o tysiące mil, a wystrzeliwane przez nie 

pociski zbyt szybkie, by można je było dostrzec gołym okiem. Wiedział, że w przestrzeni 

wokół niego krzyżują się zakłócenia, fałszywe sygnały i normalna łączność, ale tego akurat 

nie było widać. Nawet lotniskowca, będącego jego celem, nie mógł dostrzec i sądząc z tego, 

co mówiły zmysły, był w przestrzeni samotny, nieruchomy i zapomniany.

Coś   drgnęło   mu   nagle   pod   stopami   i   z   dyszy   wystrzelił   niewielki   słup   gazu, 

przypominając,   że   nie   jest   ani   nieruchomy,   ani   zapomniany.   Komputer   pokładowy   wciąż 

śledził cel i wykrywszy drobną zmianę jego kursu, wprowadził odpowiednią poprawkę do 

trajektorii   wszystkich   żołnierzy,   którzy   dla   innych   komputerów   powinni   pozostać 

niewidoczni. Z tego właśnie powodu skafander wraz z wyposażeniem zawierał nie więcej niż 

jedną ósmą funta metalu, a i to rozproszone w różnych miejscach, a nie skupione w jednym. 

Żaden radar nie powinien ich wykryć przy takich zakłóceniach.

Silniczek manewrowy odpalił ponownie - tym razem trwało to nieco dłużej i Dom 

zobaczył, że gwiazdy zataczają koło: zbliżało się lądowanie. Miniaturowy radar wykrył przed 

nim obiekt o dużej masie i skierował ku niemu Doma tak, by zbliżał się doń nogami, czyli 

platformą lądowiskową. Oznaczało to, że sterowanie przejął komputer pokładowy kapsuły 

sprzężony   z   radarem.   Ciągły   strumień   gazu   z   silnika   hamującego   był   tego   najlepszym 

dowodem, a pod stopami wyraźnie widział ciemny kształt przysłaniający gwiazdy.

Po długiej ciszy odezwały się z rykiem słuchawki skafandra:

background image

- Poszło, poszło - zgłodniało. Poszło, poszło - zgłodniało.

I ponownie zapadła cisza.

Ale Dom nie czuł się już samotny - krótka wiadomość zawierała sporo informacji. Po 

pierwsze głos należał do sierżanta, po drugie samo przerwanie ciszy radiowej świadczyło o 

nawiązaniu kontaktu z wrogiem, po trzecie kod był prosty, ale niezrozumiały dla kogoś spoza 

kompanii   i   oznaczał,   że   choć   walka   jeszcze   trwa,   opanowano   śródokręcie   wybrane   do 

spotkania jako najlepsza część kadłuba: w ciemnościach trudno było ocenić, gdzie jest rufa, a 

gdzie   dziób.   Wiadomość   oznaczała   też,   że   czekają   na   przybycie   plutonu   bombowego   i 

ubezpieczenia. Silniczek umilkł, platforma uderzyła o czarny pokład, a Dom zeskoczył z niej, 

i wylądował, robiąc przewrót. Uniósł się i dostrzegł przed sobą postać wyraźnie widoczną na 

tle słońca pomimo pancerza nie odbijającego światła. Miała normalny, kulisty hełm. Ledwie 

to sobie uświadomił, ręka sama sięgnęła po rozcinak.

Nagle napastnika przesłoniła chmura gazu, co zaskoczyło Doma; broń palna, nawet 

bezodrzutowa,   w   próżni   wytwarzała   chmurę   spalonego   gazu,   który   na   sekundę   oślepiał 

strzelającego,   utrudniając   mu   zarówno   kolejne   wycelowanie,   jak   i   dostrzeżenie   ruchów 

przeciwnika. A sekunda dla wytrenowanego żołnierza była całą wiecznością.

Gdy   Dom   poczuł   w   dłoni   rozcinak,   natychmiast   włączył   silniczki   broni.   Całość 

wyglądała jak krótki miecz o szerokim ostrzu z tą różnicą, że z jednej strony klasyczną klingę 

zastępowało zębate wibrujące ostrze, a z drugiej strony rząd minisilniczków odrzutowych 

wprawiających całość w ruch i jednocześnie ciągnących za sobą trzymającego broń. Kiedy 

broń   dotknęła   uda   przeciwnika,   Dom   dał   pełną   moc   i   kompozytowe   ostrze   prawie 

natychmiast przebiło lekki pancerz skafandra, w mgnieniu oka dochodząc do ciała. Dom 

przełączył   silniczki   na   wsteczny   napęd   i   wyjął   rozcinak;   z   rozciętego   skafandra   trysnęła 

fontanna krwi natychmiast zamarzającej na kryształki. Przeciwnik szarpnął się, złapał za udo i 

nagle zwiotczał.

Stopy   Doma   dotknęły   pokładu;   podeszwy   butów   automatycznie   doń   przywarły. 

Uświadomił sobie wówczas, że całe starcie trwało tyle, ile wstanie z przewrotu...

Nie   myśleć.   Działać.   Szkolenie   i   odruchy   wzięły   górę.   Poczuwszy   pod   stopami 

pokład,   kucnął   i   rozejrzał   się.   Ciężki   wibrotopór   przeciął   próżnię   o   cal   nad   jego   głową, 

ciągnąc   za   sobą   topornika.   Działać,   nie   myśleć.   Po   jego   lewej   stronie   znalazł   się   nowy 

przeciwnik i właśnie odwracał kierunek lotu topora. Człowiek ma dwie ręce, a on miał na 

lewym udzie drylera. Zanim zdążył o tym pomyśleć, broń tkwiła w jego dłoni, a znajdujący 

się   w   rękojeści   silniczek   odrzutowy   pracował   pełną   parą.   Długie   na   stopę   wiertło   z 

diamentowym  ostrzem  wirowało  równoważone  przeciwwagą  obracającą  się  w rękojeści  i 

background image

pomknęło ku przeciwnikowi, ciągnąc Doma za sobą.

Czubek wiertła trafił tamtego w korpus, przewiercił pancerz i dotarł do ciała. Widząc 

jak przeciwnik wiotczeje, Dom przełączył silnik na wsteczny ciąg i wyciągnął drylera. Topór, 

nadal mający spore przyspieszenie po zamachu, wypadł z rąk umierającego i poszybował w 

kosmos.

W zasięgu wzroku nie było innych przeciwników. Dom zwiększył nacisk na palce 

stopy, dzięki czemu podeszwa buta z przyczepnej przełączyła się na neutralną, i oderwał nogę 

od kadłuba. Zrobił krok i postawił ją, zaczynając od pięty. Było to uciążliwe, ale jeśli miało 

się wprawę, można było posuwać się w ten sposób całkiem szybko. Przed sobą dostrzegł 

grupę ciemnych postaci leżących na pokładzie i na wszelki wypadek dotknął dłonią rogu 

przyklejonego do szczytu hełmu. Ten znak rozpoznawczy uzgodniono zaledwie kilka dni 

temu i wyposażono w niego wszystkie skafandry. Przeciwnicy mieli normalne, zaokrąglone 

hełmy.

Dom zrobił klasyczny pad między rozrzuconymi po pokładzie postaciami i ledwie 

dotknął   poszycia   kadłuba,   uaktywnił   powierzchnię   przylegającą   na   brzuchu.   Chwilowo 

bezpieczny między swoimi przełączył radio na częstotliwość bojową plutonu bombowego. W 

przeciwieństwie   do   innych,   powszechniej   stosowanych   częstotliwości,   nie   była   ona 

wypełniona zgiełkiem wojny elektronicznej czy krzyżujących się rozkazów i dezinformacji. 

Jego ludzie po wysłuchaniu wiadomości nadanej przez Totha powinni być w pobliżu, teraz 

musiał zebrać ich wokół siebie.

-   Kwazar...   kwazar...   kwazar   -   powtórzył,   odczekał   dokładnie   dziesięć   sekund   i 

włączył błękitne światełko na ramieniu. Potem wstał, pozostał wyprostowany przez sekundę i 

ponownie padł na pokład.

Po   paru   sekundach   członkowie   plutonu   bombowego   zaczęli   się   grupować   wokół 

niego. Po kolejnych dziesięciu zjawił się także żołnierz bez bomby na plecach, padł obok i 

przytknął hełm do hełmu Doma.

- Ilu, kapralu? - spytał Toth.

- Jednego brakuje, ale...

-   Żadnych   ale,   ruszamy   natychmiast!   Umocujcie   ładunki   i   wysadzajcie,   jak   tylko 

będziecie gotowi!

I zniknął, nim Dom zdążył się odezwać. Toth miał naturalnie rację - nie mogli czekać 

na jednego żołnierza i narażać  w ten sposób całą operację. Jeśli nie ruszą szybko, zostaną 

okrążeni i wybici albo na kadłubie, albo na najbliższym pokładzie. Tu i tam wciąż toczyły się 

indywidualne pojedynki, ale przeciwnik szybko się zorientuje, że to tylko ruchy pozorowane i 

background image

że większość napastników już się zebrała na poszyciu śródokręcia. Gdy o tym myślał, jego 

ludzie błyskawicznie ułożyli pierścień z ładunków kumulacyjnych.

Musiano   dać   rozkaz   zwiadowcom   do   wycofania   się   z   walk,   a   zabezpieczeniu   do 

rozpoczęcia   akcji,   gdyż  wokół  zaroiło  się  od  ciężkiej  broni,   z  której   prawie  natychmiast 

otworzono   ogień,   omiatając   kadłub   wokół   zajętych   przez   kompanię   pozycji.   Były   to 

bezodrzutowe karabiny maszynowe kalibru .30 o dużej prędkości początkowej pocisków - 

idealna broń przeciwko pancernym skafandrom.

Przed otwarciem ognia strzelec musiał przeprowadzić lufę po polu ostrzału, celując 

jak najbliżej kadłuba, by komputer celowniczy wziął namiary i strzelał wzdłuż uzgodnionych 

pól. Było to niezbędne, gdyż po pierwszych strzałach broń i strzelca spowijał obłok gazów 

uniemożliwiający dostrzeżenie czegokolwiek. Z takiego właśnie obłoku wyłonił się sierżant 

Toth, padł obok Doma i spytał, ledwie zetknęli się hełmami:

- Co z ładunkiem?

- Gotów, więc lepiej się cofnąć.

- Pospiesz się. Tam albo wszyscy leżą i nie śmieją drgnąć, albo są martwi. Ale zaraz 

rzucą w ten dym coś ciężkiego: pokazaliśmy dokładnie, gdzie jesteśmy.

Pluton bombowy wraz z sierżantem cofnął się i padł, wtulając się w kadłub. Dom 

uruchomił   zdalne   sterowanie   zapalnika   i   nacisnął   przycisk.   Płomienie   i   powietrze 

eksplodowały   wysoką   kolumną   -   pierwsze   zgasły   w   próżni,   drugie   błyskawicznie 

krystalizowało się i zamarzało. Kadłub przestał być szczelny i tak już miało pozostać, bowiem 

założeniem było wysadzać przejścia przez pokłady tak, by najkrótszą trasą prowadziły do 

celu, i dehermetyzować wszystkie napotkane pomieszczenia i śluzy, aby wypuścić z nich 

powietrze   i   unieruchomić.   Dom   i   sierżant   podpełzli   przez   dym   do   krawędzi   dużej, 

poszarpanej dziury.

- Gorący skok! - krzyknął sierżant i skoczył w ciemny otwór. - Gorący skok!

Dom przepchnął się przez grupę szturmową, która szła w ślady sierżanta, i zebrał 

podkomendnych - dalej jednego brakowało, ale mieli dość bomb i ładunków, by wykonać 

zadanie.   Obok   przemknął   strzelec   z   karabinem   maszynowym   na   plecach,   a   tuż   za   nim 

amunicyjny.  Dym gęstniał,  gdyż  część  karabinów  maszynowych  wciąż  prowadziła  ogień, 

pełniąc   funkcję   tylnej   straży.   Otwór   w   kadłubie   był   już   ledwie   widoczny,   toteż   Dom 

poprowadził   ku   niemu   swych   ludzi,   a   gdy   ocenił,   że   połowa   kompanii   znalazła   się   już 

wewnątrz, skoczył jako pierwszy z plutonu bombowego.

Znaleźli   się   w   pogrążonym   w   ciemnościach   pomieszczeniu   wyglądającym   na 

magazyn. Przy dziurze w ścianie czekał żołnierz pełniący funkcję przewodnika.

background image

- Na dół i w prawo, następny otwór o jakieś sto jardów - zameldował, ledwie hełmy 

jego i Doma się zetknęły. - Próbowaliśmy w prawo, ale za silny opór, więc została jedynie 

grupa przesłonowa.

Dom poprowadził swój oddział płynnymi skokami, co było najszybszym sposobem 

poruszania się w nieważkości; coś musiało się stać ze sztuczną grawitacją, przynajmniej w 

tym rejonie okrętu. Korytarz był pusty i ledwie widoczny w słabym blasku lamp awaryjnych. 

W   ścianach   co   kawałek   ziały   dziury   służące   rozhermetyzowaniu   pomieszczeń,   jak   i 

przerwaniu wszelkich biegnących tam przewodów i rur. Gdy mijali kolejny poszarpany otwór, 

wyskoczyły zeń postacie w skafandrach kosmicznych.

Dom skoczył pociągnięty przez silniczek drylera, równocześnie robiąc rozcinakiem 

szeroki łuk. Zębate ostrze trafiło przeciwnika w brzuch w tym samym momencie, gdy z dłoni 

tamtego wypadł jakiś przedmiot. Edynburczyk padł martwy. Dom uwolnił broń i poczuł nagle 

ostry ból w nodze. Opuścił wzrok i zobaczył szczypawę zaciśniętą na swojej łydce. Była to 

broń   starego   typu,   bardzo   skuteczna   przeciw   nie   opancerzonym   skafandrom.   Jego,   lekko 

opancerzony, stawiał jej opór, ale wynik łatwo było przewidzieć - dwa zakrzywione ostrza 

obejmowały   łydkę   i   napędzane   przez   powolny,   ale   mocny   silnik   zaciskały   się.   Raz 

uruchomionej nie można było wyłączyć.

Wyłączyć nie, ale zniszczyć... Ledwie ta myśl się pojawiła, Dom przycisnął zębate 

ostrze   do   rękojeści   szczypawy   i   dał   pełen   ciąg.   Omal   nie   zemdlał   z   bólu   wywołanego 

poziomym   naciskiem.  Wokół   zaciśniętych   ostrzy   pojawiła   się   chmurka   gazu,   toteż   czym 

prędzej uaktywnił udowy pierścień uszczelniający, odcinając nogę od reszty kombinezonu. A 

potem rozcinak przedarł się przez osłonę i dotarł do silnika. Coś tam zaiskrzyło i zaciskające 

się na nodze ostrza znieruchomiały.

Gdy   Dom   się   wyprostował,   było   już   po   starciu   -   wszyscy   kontratakujący   zostali 

zabici.   Helmutz   musiał   załatwić   kilku   przeciwników,   gdyż   wibrotopór,   który   dzierżył, 

uruchamiając to jedno ostrze, to drugie, pokryty był krwią.

Dom włączył radio - na wszystkich kanałach panowała cisza. Łączność wewnętrzną 

musiano przerwać, a zewnętrzną tłumiły metalowe ściany kadłuba.

- Meldować! - polecił. - Jakie straty?

- Jesteś ranny. - Wing pochylił się nad jego nogą. - Mam ci to zdjąć?

-   Zostaw,  czubki   ostrzy   prawie   się   zetknęły:   obetniesz   mi   połowę   nogi.   Jest 

zamarznięte we krwi i mogę chodzić, tylko pomóż mi wstać...

Noga zaczynała drętwieć, odcięta od dopływu krwi i wystawiona na próżnię, co w 

tych   warunkach   było   najlepszą   możliwą   rzeczą.   Policzył   pozostałych,   do   których   w  tym 

background image

czasie   dołączyła   reszta   kompanii   i   tylna   straż.   Stracił   dwóch   ludzi,   ale   mógł   bez   trudu 

wykonać zadanie: bomb miał aż nadto.

- Ruszamy! - polecił.

Przy następnym otworze w pokładzie czekał sierżant Toth. Spojrzał na nogę Doma, ale 

nie odezwał się słowem.

- Jak bitwa? - zainteresował się Dom.

- Nieźle. Straciliśmy trochę ludzi, ale oni więcej. Inżynier mówi, że jesteśmy nad 

głównym pokładem hangarowym, więc teraz walimy prosto w dół. Na każdym pokładzie 

zostawiamy oddział osłonowy, żeby utrzymał przejście. Ruszaj.

- A ty?

- Ja sprowadzę tylną straż i tych, co przeżyli na poszczególnych pokładach. Dopilnuj, 

żebyś miał dla nas gotowe wyjście, jak dołączymy.

- Tego możesz być pewien.

Dom podskoczył nad wysadzony otwór i odbił się mocno od sufitu zdrową nogą. 

Zniknął bez kłopotów w dziurze, a reszta jego plutonu i osłony poszła w ślad za nim.

Bez niespodzianek przeniknęli w ten sposób trzy pokłady. Otwory usytuowano lekko 

skosem, ale poruszali się płynnie. Gdzieś z przodu dostrzegli eksplozję, gdy wysadzono otwór 

w kolejnym pokładzie. Musiało to ostro podniecić Helmutza, gdyż z wysoko uniesionym 

toporem wyprzedził Doma o cały pokład. Dotarł do kolejnego otworu, gdy seria z karabinu 

maszynowego   przecięła   go   prawie   na   pół.   Zwinięte   ciało   odpłynęło   w   przestrzeń,   wciąż 

ściskając drzewce topora.

Dom uruchomił silniczek rozcinaka i odsunął się w bok, by nie być na linii ognia.

-   Pluton   bombowy,   rozproszyć   się!   -   polecił   i   przełączył   się   na   częstotliwość 

kompanii: - Osłona do przodu, pokład pod nami został odbity!

Machnął przy tym energicznie, by dać znać, kto mówi i obok zaczęli przepływać 

żołnierze, uaktywniając broń.

- Są pokład pode mną - dodał. - Ogień szedł z prawej strony.

Nikt z mijających go nie odezwał się słowem.

Po   chwili   pokładem   gdzieś   z   boku   wstrząsnęła   kolejna   eksplozja,   a   po   parunastu 

sekundach do Doma podpłynął żołnierz w rogatym hełmie i zameldował:

- Droga wolna, poprowadzę was.

Dalsze dwa pokłady pokonali bez oporu. Na kolejnym natknęli się na resztę kompanii 

stłoczoną prawie ramię przy ramieniu. A cały czas dołączali nowi.

- Dowódca plutonu bombowego! - Dom uniósł rękę. - Niech ktoś mi powie, jaka jest 

background image

sytuacja.

Przez tłum przepchnął się żołnierz z mapnikiem przyczepionym do pasa.

- Jesteśmy na pokładzie hangarowym: jest olbrzymi. Wdarliśmy się, ale zostaliśmy 

wyparci   i   to   dosłownie.   Jak   zrozumieli,   o   co   chodzi,   chwycili   się   desperackich   metod: 

wysyłają przez teleporter oddziały inwazyjne z lekką bronią i w byle jakich skafandrach. 

Prawie żaden nie jest pancerny, więc zabić ich nie jest trudno, tyle że trupy i żywi spychają 

człowieka   samą   masą.  Tak   nas   wypchnęli.   Nawet   gdybyśmy   zdołali   ich   wszystkich   tam 

wybić, to ciała i tak zablokują drogę do transmitera...

- Jesteś inżynierem?

- Tak.

- Wiesz, gdzie dokładnie ustawiony jest ten teleporter?

- Na przeciwległej ścianie pokładu.

- Sterowanie?

- Z lewej strony.

-   Możesz   nas   przeprowadzić,   żebyśmy   mogli   wysadzić   ścianę   w   pobliżu   modułu 

sterującego?

Inżynier sprawdził coś w elektronicznym mapniku.

- Mogę. Przez maszynownię. Jak wysadzicie ścianę między nią a hangarem, będziecie 

o jakieś dziesięć metrów od modułu kontrolnego transmitera.

- W takim razie idziemy! - zdecydował Dom i przeszedł na częstotliwość kompanii, 

machając energicznie ręką nad głową. - Tu dowódca plutonu bombowego: wszyscy żołnierze, 

którzy mnie widzą, idą za mną. Obejdziemy ich i uderzymy z flanki!

Natychmiast   ruszyli   za   inżynierem.   Poprowadził   ich   długim   korytarzem 

poprzedzielanym grodziami zaopatrzonymi w pozamykane drzwi. Nie ruszali ich, wysadzając 

przejście obok to z jednej, to z drugiej strony. Kilkakrotnie napotkali opór, ale szybko go 

przełamali.   W   pewnym   momencie   szpica   zatrzymała   się,   toteż   Dom   przesunął   się   tam, 

stwierdzając przy okazji, że ponieśli spore straty. Kapral zetknął się z nim hełmem i wskazał 

masywne drzwi zamykające drogę.

- Za nimi jest maszynownia - wyjaśnił. - Ściany są grubsze, więc się ukryjcie, bo 

użyjemy ośmiokrotnego ładunku.

Rozproszyli   się   i   faktycznie   wstrząs   przy   odpaleniu   był   znacznie   silniejszy   niż 

poprzednio. Wybuchowi towarzyszył ognisty słup powietrza natychmiast zamarzającego w 

próżni - w maszynowni najwyraźniej ciągle było powietrze.

Jej   załoga   nie   otrzymała   żadnego   ostrzeżenia;   większość   nie   miała   hełmów   ani 

background image

uszczelnionych   skafandrów   i   zginęła   natychmiast.   Kilku   przezorniejszych   wybito,   gdy 

próbowali   stawiać   opór   narzędziami   i   inną   naprędce   zorganizowaną   bronią.   Dom 

zarejestrował to kątem oka, prowadząc swoich ludzi w ślad za inżynierem.

Ten nagle się zatrzymał i oznajmił rozzłoszczony:

- Tych drzwi  nie ma  na moich  planach!  - Zabrzmiało  to tak,  jakby była  to wina 

szpiega, który je ukradł. - Musieli je dodać po zakończeniu budowy.

- Gdzie one mogą prowadzić? - spytał Dom.

- Kierunek wskazuje na hangar.

- W takim razie spróbujemy tam się dostać bez wysadzania ścian - zdecydował po 

krótkim   namyśle   Dom.   -   Potrzebuję   ochotnika.   Pójdziemy   we   dwóch,   zdejmiemy   rogi   i 

włożymy ich ekwipunek. Powinno nam się udać, ale potrzebny mi jest żołnierz.

- Ja pójdę! - zaofiarował się inżynier.

- Pan ma inne zadanie. Potrzebuję dobrego żołnierza.

- To ja! - ktoś przepchnął się przez pluton bombowy. - Primenov, najlepszy w plutonie. 

Proszę spytać kogo wola.

- Dobra. Tylko pospieszmy się!

Przebrania   były   proste   -   odcięto   im   z   hełmów   rogi   identyfikacyjne   i   obwieszono 

wyposażeniem zdjętym z zabitych. Pobieżne oględziny nie powinny wzbudzić podejrzeń, ale 

na wszelki wypadek zapaćkano smarem naszywki z nazwiskami na skafandrach.

- Trzymajcie się blisko i wchodźcie, jak tylko zniszczymy transmiter - przypomniał 

Dom inżynierowi.

Za   drzwiami   znajdowało   się   wąskie   przejście   między   potężnymi   zbiornikami, 

zakończone kolejnymi drzwiami z lekkiego metalu. Nie było w nich zamka, ale nawet nie 

drgnęły, gdy Dom spróbował je otworzyć. Primenov dołączył do niego i obaj naparli na 

oporne drzwi - tym razem udało im się uchylić je na kilka cali. Przez szparę było widać, co je  

blokowało - ludzie w kombinezonach upakowani jeden obok drugiego. Obaj wytężyli siły i 

dzięki nagłemu poruszeniu w tłumie drzwi otworzyły się prawie na całą szerokość. Dom 

wpadł do środka, hamując z impetem dopiero na najbliższym stojącym i to tak, że ich hełmy 

się zetknęły.

- Co ty, do cholery, wyprawiasz? - zdziwił się tamten, odwracając głowę, by mu się 

przyjrzeć.

-   Z   maszynowni   idę   -   odpowiedział   Dom,   próbując   podrobić   śpiewny   akcent 

Edynburczyków.

- Ty nie nasz! - zorientował się Edynburczyk, usiłując wydobyć broń.

background image

Na walkę nie było miejsca, ale Dom wiedział, że musi go uciszyć. Jedyną bronią, 

której   mógł   dosięgnąć,   był   porażacz.   Odczepił   go   od   pasa   i   wbił   w   bok   przeciwnika, 

uaktywniając   jednocześnie.   Dwie   ostre   jak   igły   elektrody   przebiły   skafander   i   ubranie. 

Kolejne   naciśnięcie   guzika   spowodowało   zamknięcie   obwodu   i   rozładowanie   energii 

zgromadzonej w kondensatorach znajdujących się w rękojeści. Potężny ładunek elektryczny 

spowodował natychmiastową śmierć Edynburczyka, który zdążył się tylko raz szarpnąć.

Użyli jego ciała jako tarczy, przepychając się przez tłum.

Domowi pozostało tyle czucia w nodze, by wiedzieć, że przepychanka spowodowała 

przekręcenie się szczypawy. O tym, jakie spustoszenia spowodowało to w nodze, wolał nie 

myśleć.

Kiedy   w   końcu   Edynburczycy   zorientowali   się,   że   otworzyły   się   jakieś   drzwi,   z 

zamkniętego pomieszczenia rzucili się do nich niczym fala przypływu. Żołnierze oczekujący 

w maszynowni byli na to przygotowani. Nagły exodus rozluźnił trochę napór ciał, więc Dom i 

Primenov starali się dotrzeć jak najbliżej teleportera.

Przypominało   to   pływanie   w  melasie   albo   senny   koszmar   -   od   potężnego   ekranu 

dzieliło   ich   nie   więcej   niż   dziesięć   jardów,   a   nie   mogli   doń   dotrzeć,   gdyż   cały   czas 

wyskakiwali   z   niego   Edynburczycy,   odpychając   wszystkich   od   ekranu.   Przy   module 

kontrolnym   stało   dwóch   techników   z   hełmami   podłączonymi   do   niego   przewodami.   W 

nieważkości nie można się zaprzeć, co w połączeniu z tłumem unoszącym się między nimi a 

ekranem przypominającym wielowarstwową plątaninę rąk i nóg skutecznie uniemożliwiło im 

posuwanie się do przodu. Primenov dotknął hełmem hełmu Doma i powiedział:

- Spróbuję otworzyć ci drogę. Trzymaj się blisko.

I nim Dom zdążył cokolwiek powiedzieć, odsunął się i uaktywnił wibrotopór.

Napędzana   silniczkiem   odrzutowym   broń   pociągnęła   go   do   przodu   i   szerokimi 

zamachami zaczął sobie wyrąbywać przejście przez stłoczone ciała. Przeciwnicy w pierwszej 

chwili nic nie mogli na to poradzić, gdyż nie mogli się ruszyć. Dom z rozcinakiem i drylerem 

w dłoniach ubezpieczał tyły.

Prawie   zdołali   dotrzeć   do   transmitera,   gdy   Primenova   przykrył   tłum   dźgających, 

tnących i klnących Edynburczyków. Zginął pocięty na kawałki, ale zrobił to, co obiecał - 

otworzył drogę. Dom skierował broń w górę i pozwolił jej się pociągnąć, dopóki nie uderzył 

w grubą stalową rurę teleportera. Wyłączył i schował do kabur broń, i używając obu rąk, 

przepchnął się wzdłuż ramy przez nieco mniejszy już tłok. Przy module kontrolnym było za 

to   nieprzyzwoicie   pusto   -   Dom   zdołał   spokojnie   opaść   za   obu   techników   i   wsadzić 

pierwszemu   drylera   pod   żebra,   nim   jego   towarzysz   się   zorientował,   ze   coś   jest   nie   tak. 

background image

Ponieważ się odwrócił, diamentowe ostrze trafiło go w brzuch, ale zginął równie szybko jak 

tamten, jedynie jego wykrzywiona przerażeniem twarz towarzyszyła Domowi przez kilka 

długich jak wieczność sekund, gdy szamotał się, by zdjąć z pleców bombę.

Udało mu się to w końcu, odepchnął jak najdalej martwego operatora i przyciskając 

ładunek do piersi, uzbroił go, nastawił zapalnik na pięć sekund zwłoki i z całych sił wcisnął 

aktywator. Na koniec przestawił teleporter z ”Przyjęcia” na ”Wysłanie”.

Z ekranu wyskoczyli ostatni Edynburczycy i zapanował bezruch. W ten bezruch Dom 

cisnął swoją bombę, nie puszczając ani na moment przełącznika funkcji teleportera. Starał się 

też nie myśleć, co jego przesyłka zrobiła z armią inwazyjną skupioną przed teleporterem i ze 

sporym kawałkiem planety, na której to się zdarzyło.

Ściana niedaleko eksplodowała i skoncentrował się na ocaleniu życia, czekając na 

odsiecz. Używając drylera i martwego technika jako osłony, zdołał rozprawić się z kilkoma 

przeciwnikami, którzy byli dość blisko, żeby zrozumieć, że coś tu jest nie w porządku. Udało 

mu się, gdyż jako przeciwników miał żołnierzy nie wyszkolonych do walki w nieważkości. 

Po kilkudziesięciu sekundach najbliższy przeciwnik zginął od ciosu wibrotopora, a władający 

nim   żołnierz   z   rogiem   na   hełmie   zwrócił   się   przeciw   Domowi.   Ten   włączył   radio   na 

częstotliwość bojową kompanii, uskakując jednocześnie przed ciosem.

- Stać! Jestem kapral Priego, dowódca plutonu bombowego! Ustaw się przede mną i 

osłaniaj mnie przed innymi napaleńcami.

Żołnierz był jednym z tych, którzy pomogli mu założyć maskowanie w maszynowni, 

toteż nie potrzebował dalszych tłumaczeń i wykonał polecenie. Korzystając z chwili spokoju, 

Dom pozbył się edynburskiego wyposażenia ze skafandra, a po paru minutach otaczał go 

pancerny pierścień jego żołnierzy. Przez tłum przepchnął się inżynier i wraz z Domem zabrali 

się do ustawienia częstotliwości nadawczej teleportera.

Wokół nich bitwa zmieniła się w rzeź, ale nie zwracali na to uwagi. Zauważyli dopiero 

to, że się skończyła.

-   Wysyłka!   -   ogłosił   Dom   przez   radio,   gdy   skończyli   wprowadzać   koordynaty,   i 

przestawił transmiter na funkcję ”Wysłanie”.

Słyszał,   jak   żołnierze   powtarzają   hasło   odwrotu,   by   dotarło   do   wszystkich. 

Bezpieczeństwo mogli bowiem znaleźć  tylko w jednym miejscu: po drugiej stronie ekranu 

nastawionego na bazę Tycho na Księżycu.

Na początek poszli Edynburczycy żywi i martwi, których wepchnięto w ekran, tak by 

zrobić miejsce dla własnych ludzi spływających zewsząd na pokład hangarowy, jak i po to, by 

stwierdzić, gdzie dokładnie kończy się ekran księżycowego teleportera, który był znacznie 

background image

mniejszy. Gdy to ustalono, żołnierze ustawili się tak, by stworzyć żywą ramę bezpiecznego 

przejścia. Tym, którzy by w nie trafili, nie groziło nic więcej poza odbiciem się od ekranu, ale 

na końcu mogli ewakuować się żołnierze pod ostrzałem wroga, a nie było sensu zostawiać 

przeciwnikowi jeńców.

Dom zdał sobie sprawę, że ktoś przed nim stoi, ale musiał mocno pomrugać, nim 

czerwona mgła przestała nachalnie próbować przesłonić mu świat.

-   Wing   -   ucieszył   się,   rozpoznając   w   końcu   towarzysza.   -   Ilu   jeszcze   z   plutonu 

bombowego jest z tobą?

- Nikt o kim wiem, Dom. Tylko ja i ty.

Nie myśleć o martwych! Liczą się tylko żywi. Teraz.

-   Dobra,   zostaw   bombę   i   teleportuj   się.   Jedna   to   wszystko,   czego   nam   trzeba   - 

zdecydował, zwalniając mocowania i zsuwając ładunek z pleców Winga.

Ten   zniknął   w   ekranie,   a   Dom   zajął   się   przytwierdzaniem   bomby   do   konsolety 

sterowniczej. Zdążył skończyć, gdy ktoś wylądował obok z łomotem i dotknął jego hełmu 

swoim.

- Prawie skończone - oznajmił sierżant Toth.

- Skończone - odparł Dom, wyciągając zawleczkę zapalnika.

- To ruszaj do domu. Resztą sam się zajmę.

- Nie zajmiesz  się. To moje  zadanie.  - Dom potrząsnął głową,  odganiając upartą, 

czerwoną mgłę, która i tak pozostała w kącikach oczu.

Toth nie był skłonny się kłócić.

- Na ile nastawiłeś? - spytał.

-   Pięć   i   sześć.   Pięć   sekund   po   włączeniu   konwencjonalny   ładunek   kumulacyjny 

niszczy system sterowania, a sekundę później ładunek atomowy resztę.

- Poczekam. Zawsze lubiłem dobrą zabawę.

Czas biegł dziwnie nierównomiernie, to przyspieszając, to zwalniając - przynajmniej 

w odczuciu Doma. Najpierw do teleportera walił tłum, potem było ich coraz mniej, aż w 

końcu nikogo. Toth wydawał rozkazy na częstotliwości bojowej kompanii, ale Dom wyłączył 

radio, bo rozbolała go głowa. W wielkim pomieszczeniu pozostali sami, nie licząc trupów i 

automatycznych   karabinów   maszynowych   ostrzeliwujących   krzyżowym   ogniem   wejście. 

Jeden z nich właśnie eksplodował, gdy Toth ponownie zetknął się hełmem z Domem.

- To byli ostatni z tylnej straży. Ruszamy.

Dom miał pewne trudności ze zrozumieniem, toteż jedynie skinął głową i wcisnął 

przycisk aktywatora. Toth wziął go pod ramiona, dał pełen ciąg silniczka wibrotopora, który 

background image

ściskał w dłoni, i skierował go prosto w ekran. Gdzieś tyłu zaczęły pojawiać się sylwetki w 

skafandrach, ale to było ostatnie, co Dom zauważył.

Potem były jeszcze światła bazy Tycho i zamknął oczy. Tym razem czerwona mgła 

otuliła go całego.

- I jak nowa noga? - spytał sierżant Toth rozwalony wygodnie na krześle stojącym 

obok szpitalnego łóżka.

- Nie wiem: nic nie czuję. Mówią, że mam zablokowane nerwy, dopóki się nie zrośnie 

z kikutem. - Dom odłożył delikatnie książkę, zastanawiając się, co też sierżant tu robi.

- Wpadłem zobaczyć rannych - wyjaśnił Toth. - Oprócz ciebie jeszcze dwóch. Kapitan 

mi kazał.

- Następny sadysta - parsknął Dom. - Nie wystarczy mu, że już jesteśmy chorzy?

-   Dobry   dowcip.   -   Mina   Totha   nie   zmieniła   się   ani   odrobinę.   -   Opowiem   go 

kapitanowi, pewnie mu się spodoba. Ty też mu się podobasz. Co teraz zrobisz: wykupisz się?

- A dlaczego nie? - Dom sam był zaskoczony, że pytanie go rozzłościło. - Mam za 

sobą zadanie bojowe, awans, medal i solidną ranę. Powinno wystarczyć na zwolnienie ze 

służby wojskowej.

- Zostań. Jak przestajesz myśleć, jesteś naprawdę dobrym żołnierzem, a takich jest 

niewielu. W wojsku też można zrobić karierę.

-   Tak   jak   ty?!   Zrobić   sobie   z   zabijania   źródło   utrzymania?   Dziękuję,   nie   chcę. 

Zamierzam   zająć   się   czymś   bardziej   konstruktywnym.   W   przeciwieństwie   do   ciebie   nie 

szczycę się tym, co robię, a zabijanie w walce nadal uważam za odmianę morderstwa. Ty je 

lubisz. - Nagła myśl spowodowała, że Dom siadł prosto. - Może to jest właśnie to! Wojny nie 

mają   już   nic   wspólnego   z   walką   o   teren,   agresją   czy   innymi   patriotyzmami.   Wojny   są 

wywoływane przez takich jak ty dlatego, że są podniecające. Niosą ze sobą przyjemność 

silniejszą od jakiegokolwiek narkotyku. Ty lubisz wojnę!

Toth wstał, przeciągnął się, odwrócił do wyjścia. Tuż przy drzwiach stanął, zastanowił 

się i odparł:

- Może masz rację. Nie zastanawiałem się nad tym, może faktycznie lubię wojnę, 

kapralu. - Niespodziewanie jego rysy rozjaśnił zimny uśmiech. - Ale nie zapominaj, że ty też 

ją polubiłeś.

I wyszedł.

Dom   zaś   wrócił   do   lektury   poirytowany   przymusowym   przerywnikiem.   Książkę 

przysłał mu wraz z pochwałną notą jego profesor języka. O wyczynach Doma on i jego szkoła 

dowiedzieli się z wiadomości, byli z niego dumni itd. itp. Był to tomik wierszy Miltona i 

background image

Dom musiał przyznać, że sława, jaką cieszył się autor, była zasłużona. Najbardziej spodobał 

mu się fragment:

Świat był cichy i spokojny

Bez huku i zgiełku wojny

Piękny dwuwiersz, tylko że i w czasach Miltona, i teraz nieprawdziwy. Czy ludzkość 

zawsze musiała toczyć wojny? Tego nie wiedział, ale ponieważ zawsze toczyła, założenie, że 

ludzie je lubią, było całkiem prawdopodobne: inaczej przecież by ich nie było. Nie była to 

przyjemna myśl.

Natomiast z sierżantem się nie zgadzał - dobrze walczył, ale tak został wyszkolony, a 

poza tym chciał przeżyć. Nie zauważył, by walka sprawiła mu przyjemność. To nie mogła być 

prawda...

Spróbował skupić się na lekturze, ale kartka rozmazywała mu się przed oczyma.

Przełożył

background image

Jarosław Kotarski

Żona dla Pana

Nazywała się Osie i wszyscy zgodnie uważali, że była najpiękniejszą dziewczyną w 

osadzie Wirral-Lo, która i tak od dawna słynęła z urody tutejszych kobiet. Osada wtulona w 

siodło   zbocza   w   niegościnnych   górach   planety   Orriols   nie   miała   wiele   więcej   do 

zaoferowania, tak więc uroda Osie przedstawiała wielką wartość i była należycie strzeżona. 

Dziewczyna nosiła płaszcz podbity grubszą warstwą ołowiu niż ktokolwiek inny, kapelusz z 

szerokim   rondem   i   grube,   ciemne   okulary,   wszystko   dla   ochrony   przed   silnym 

promieniowaniem płonącego jasno, białobłękitnego słońca. Wieczorami pod dachem wszyscy 

podziwiali   biel   jej   skóry,   połysk   długich,   czarnych   włosów   i   krągłość   pełnych,   jędrnych 

piersi.   Zgodnie   z   tutejszymi   surowymi   zwyczajami   ręce   miała   wówczas   zakryte,   a 

wielowarstwowe suknie obwieszone małymi, srebrnymi dzwoneczkami. Oczy zawsze kryła 

za okrągłymi, grubymi okularami. Jednak jej piękno było widoczne i robotnicy z płonącymi 

znamionami na twarzach i karkach, a także ci z rakowatymi naroślami na skórze chętnie na 

nią spoglądali. Wszystkim było smutno, gdy uznano, że pora dziewczynie iść do szkoły.

Było to przedsięwzięcie kosztowne, ale traktowano je jak dobrą inwestycję. Wieki 

wcześniej wyemigrowali, by uprawiać ten kawałek ziemi i zbierać przydatne do produkcji 

medykamentów rośliny, które nie rosły nigdzie indziej tylko tutaj, pod promieniami okrutnie 

aktywnego słońca. Powietrze było rzadkie, ale ponieważ wcześniej mieszkali na wyżynach 

Ameryki Południowej, to akurat nie było dla nich problemem. Piersi mieli szerokie i pojemne. 

Co innego promieniowanie; to przysparzało kłopotów. Liczba osadników nie rosła tak szybko 

jak powinna i wciąż brakowało rąk do pracy. Musieli kupować kosztowne maszyny, a zyski 

ze sprzedaży zbiorów nigdy nie wystarczały na wszystko. Tak więc chętnie godzili się na 

małe   ofiary.   Troszczyli   się   o   Osie,   bo   wiedzieli,   że   uzyskają   za   nią   dobrą   cenę. 

Powstrzymując łzy, młoda dziewczyna pomachała im na pożegnanie i zniknęła w teleporterze, 

by pojawić się w mieście Berno, pośród ziemskich gór. Tam miała się uczyć. Rok później 

wróciła już jako młoda kobieta, która dobrze wiedziała, że nie ma co ronić niepotrzebnych 

łez.

Wydano uroczysty obiad, by wszyscy mogli ujrzeć tę, którą znali jako dziewczynkę. 

Miała idealne maniery, może tylko była wobec nich nieco chłodna, ale ostatecznie jaka miała 

być   wobec   zwykłych   robotników?   Jej   rozkwitająca   uroda   zapierała   dech.   Przywiozła 

oczywiście   zaświadczenie   ze   szkoły   potwierdzające,   że   zdała   wszystkie   egzaminy   z 

najwyższymi wynikami i zna etykietę, potrafi dbać o swoje piękno i tak dalej oraz że jest 

background image

virgo intacta, jako że przez cały rok pozostawała pod nadzorem właściwych osób. Skończony 

ideał. Spoglądali z podziwem na jej włosy, piersi, zachwycali się manierami, a w duchu 

widzieli już te ciągniki i kombajny, na które ją zamienią. I całe góry najlepszego nawozu.

- Oto ogłoszenie, które zamieścimy - powiedział jej ojciec, gdy sprzątnięto już ze 

stołów ostatnie talerze.

Ten i ów krzyknął zachwycony, inni zaszemrali z aprobatą.

- Cudowny portret!

- Wymiary, jakie idealne!

- A cena! Wyższa niż kiedykolwiek! Dziewczyna spojrzała na swój kieliszek z winem 

i   uśmiechnęła   się   tajemniczo.   Wszyscy   obecni   przy   stole   najchętniej   wyściskaliby   ją   i 

wycałowali   z   wdzięczności,   gdyby   nie   obawa,   że   mogą   ją   uszkodzić   lub   umniejszyć   jej 

wartość jako ”nietkniętej”. Od dawna nikt już jej nie całował ani nie przytulał, nawet jej 

rodzice skończyli z podobnymi zabawami, gdy miała pięć lat. Teraz była gotowa.

Po trzech dniach napłynęła pierwsza oferta. Oczywiście nie była to oferta jedyna, ale 

magazyn   ślubny,   który   zamieścił   ogłoszenie,   odrzucał   wszystkie   te   propozycje,   które 

kwestionowały podaną cenę. Z teleportera wyszła drużyna mężczyzn w czerni. Rozejrzeli się 

podejrzliwie po surowym otoczeniu. Powitano ich gorąco w największym budynku osady. 

Gdy ujrzeli Osie, wyraźnie poweseleli. Prawnicy zaczęli studiować jej zaświadczenia, inni 

zbadali samą dziewczynę, kolejni zaczęli targować się w kwestii ceny. Wszystko zmierzało do 

szczęśliwego finału, gdy z ekranu wyłonił się kolejny mężczyzna i tupnął mocno w podłogę.

- Ej, wy tam. Wynoście się. Ona będzie moją narzeczoną.

Mężczyźni   w   czerni   spojrzeli   lodowato.   Pilnie   obserwowali,   jak   ojciec   Osie   wita 

przybysza. Czynił to uprzejmie rzecz jasna, tamten bowiem miał pieniądze. Dużo pieniędzy. 

Nosił strój z drogich tkanin i prostą biżuterię: tylko diamenty i szmaragdy, które zdumiewały 

jednak rozmiarami i szlifem. Jasne, miękkie włosy spadały mu na ramiona, współgrając z 

kształtnymi wąsami, które muskał lekko kłykciami.

- Czy mogę zapytać o pańskie imię? - odezwał się ojciec Osie, kłaniając się lekko, bez 

przesady, ale uprzejmie.

- Bez wątpienia. Jestem Jochann, jedyny Pan Maabarotu. Chcę waszej córki na moją 

Panią.

Nikt z obecnych nie słyszał nigdy o Maabarocie, jednak nie wywołało to konsternacji, 

gdyż wraz z upowszechnieniem się teleporterów ludzkość w błyskawicznym tempie zaczęła 

opanowywać galaktykę i zamieszkiwała obecnie niezliczone światy.

- My byliśmy pierwsi - warknął jeden z prawników. - Będzie pan uprzejmy opuścić to 

background image

pomieszczenie.

- Zostanę - odrzekł Jochann i wyrżnął kauzyperdę bogato rzeźbionym berłem, które 

mimo misternego wyglądu musiało być dość ciężkie, bowiem tamten, trafiony w ciemię, 

runął nieprzytomny na podłogę. - Daję tyle co oni, plus dziesięć tysięcy - powiedział i cisnął 

na stół pokaźny zwitek gotówki. - Dodam jeszcze, że te tutaj hieny reprezentują pewnego 

starca, który ma siedemdziesiąt lat i mordę jak pysk dzikiej świni.

-  To   prawda?   -   spytała   Osie,   odzywając   się   po   raz   pierwszy.   Głos   miała   równie 

dźwięczny jak owe dzwoneczki u jej spódnic.

- Kłamstwo! - odparł jeden z ocalałych prawników, na wszelki wypadek trzymając się 

z daleka od gościa. - Służę portretem.

- Jak na mój gust informacja miała wiele z prawdy - stwierdziła Osie, ciskając portret i 

krzywiąc lekko delikatne usta. Przydepnęła konterfekt obcasem i spojrzała na Jochanna. - 

Możesz mnie mieć, mój Panie, ale tanio ci to nie przyjdzie. Cena wyjściowa obejmuje moją 

osobę cielesną, ale nie mą duszę, bo zawsze skłonna będę sądzić, że pieniądze przedkładasz 

nad miłość. Bądź szczodry...

- Jak szczodry?

- Tak na pięćdziesiąt tysięcy kredytów.

- Nietania ta szczodrość.

-   Podobnie   jak   moja   miłość.   Dostrzegam   w   tobie   mężczyznę,   którego   mogłabym 

kochać namiętnie, i czuję, że będzie mi to odpowiadać. Ale tylko wówczas, jeśli nie będę 

musiała martwić się biedą mego ludu. Zapłać im zatem tę drobną w gruncie rzeczy sumę, a 

otworzy się przed tobą nowe, pełne pasji życie.

Podeszła o krok i ujęła jego dłoń. Nie stawiał oporu. Uniosła ją, obróciła wnętrzem do 

góry i pochyliła się, by musnąć skórę językiem. Jochann jęknął głośno i sięgnął do portfela.

- Przekonałaś mnie - powiedział, dorzucając nowe banknoty do stosu na stole. Pilnie 

uważał   przy   tym,   aby   nie   przepłacić.   -   Przygotujcie   dokumenty   konieczne   do   zawarcia 

małżeństwa. Jak najszybciej. Nie mogę długo czekać.

- Ja czekałam całe lata - szepnęła mu Osie do ucha. - Zachowywałam mą namiętność 

dla ciebie.

Jęknął   ponownie   i   wyładował   się,   wyganiając   wyfraczonych   wysłanników   z 

pomieszczenia. Ostatniego osobiście wrzucił do teleportera.

Potem opanował się i zajął konkretami. Podpisał wszystkie dokumenty i pocałował 

przelotnie żonę w policzek. Nie zamierzał zostawać na przyjęciu.

- Pewnych rzeczy nie należy zanadto odkładać - wykrztusił przez zaciśnięte zęby i raz 

background image

jeszcze   sięgnął   do   swego   bezdennego   chyba   portfela.   -   Mam   nadzieję,   że   to   dodatkowe 

wynagrodzenie ukoi wasz żal wynikły z naszej nieobecności na przyjęciu, ale pilne obowiązki 

mnie wzywają. Idziemy.

Zrozumieli   i   rzucili   się   do   pomocy.   W   mgnieniu   oka   przygotowali   bagaże   Osie, 

Jochann   zaś   wybrał   numer   teleportera,   osłaniając   klawisze   własnym   ciałem,   by   nikt   nie 

widział. Gdy przepchnięto bagaże, pan młody skłonił się na pożegnanie, podał żonie ramię i 

weszli w ekran.

Pojawili się w małym pokoju pozbawionym okien oraz mebli i bardzo zakurzonym. 

Osie taktownie milczała. Patrzyła tylko z dystyngowanym zainteresowaniem, jak jej mąż 

wyłącza ekran teleportera, otwiera z zasuw drzwi i wprowadza ją do następnego pokoju. 

Zaraz zamknął za nimi ciężkie drzwi i zatrzasnął z pół tuzina zamków. Mimo zdumienia nie 

komentowała i tego. Rozejrzała się wkoło. Salon był obszerny, gustownie urządzony. Uwagę 

przykuwało wielkie, posłane już łoże.

-   Wiedziałem,   że   zostaniesz   moją   żoną   -   sapnął   gospodarz,   którego   aż   zatykała 

namiętność.

Objął   ją   i   poprowadził   w   stronę   mebla,   położył   na   posłaniu.   Momentalnie 

zesztywniała, co szybko wyczuł. Niechętnie uwolnił ją, a ona zaraz wygładziła suknie.

- Każ zanieść moje bagaże do mojej garderoby. W ogóle pokaż mi, gdzie ona jest. 

Muszę się przygotować, takich spraw nie załatwia się w pośpiechu.

Sarn też się przygotuj, i to starannie, bo przez najbliższe trzy dni nie wyjdziesz z tego 

pokoju.

Mówiąc to, powolnym gestem zdjęła czarne okulary, które dotąd zawsze kryły jej 

oczy, ciemne i duże, jak się okazało, i bardzo obiecujące. Potem ucałowała męża w usta, on 

zaś przytaknął bez tchu i wskazał bez słowa na drzwi w przeciwległej ścianie.

Pierwszy tydzień upłynął Osie całkiem udanie. Szkoła w Alpach przygotowała ją i na 

takie ewentualności, teoretycznie rzecz jasna, ale całkiem skutecznie. Na dodatek okazało się, 

że dziewczyna ma spory talent do tych rzeczy. Odczuwała ponadto wielką ulgę, że wreszcie 

jej  status  uległ  zmianie.  Dotąd  żyła  jedynie  nadzieją  na lepszą  przyszłość, jednak  ile  lat 

można ograniczać się do samej nadziei? Teraz wprowadziła w czyn wszystko, o czym słyszała 

lub czytała. Po eksperymentach zasadniczych, które zajęły pierwszy dzień i pierwszą noc, 

przeszła do praktyk pobudzających. Dopiero po siedmiu dobach obudziła się w łożu sama. 

Ziewnęła, przeciągnęła się, usiadła i spokojna jak nigdy nacisnęła dzwonek przy oparciu.

Dotąd zasłony wokół łóżka były zaciągnięte i jedynie anonimowe dłonie podawały im 

jadło i napoje. Teraz Osie odsunęła draperie i oparła się na poduszkach, patrząc, jak do pokoju 

background image

wchodzi atrakcyjna dziewczyna w stroju pokojówki.

- Wina - rozkazała. - Lekkiego, chłodnego i odświeżającego. I coś do jedzenia. Co byś 

polecała?

Służąca w milczeniu opuściła głowę.

- Dalej, możesz mówić. Jestem twoją Panią i żoną Pana. To co macie?

Dziewczyna potrząsnęła głową.

- Mówże - rzuciła nieco już zła Osie. - Przecież nie jesteś głuchoniema.

Służąca pokiwała na te słowa głową i wskazała na gardło.

- Biedaczysko - stwierdziła pełna od razu współczucia Osie. - I do tego taka miła i 

ładna. No to przynieś mi coś dobrego, bo chyba jestem głodna.

Dostała śniadanie, zjadła je i zajęła się długą kąpielą połączoną z pielęgnacją paznokci 

i   włosów.   Miała   całe   życie   na   obejrzenie   tego   świata,   jej   nowego   domu,   i   nie   widziała 

powodu   do   pośpiechu.   Mąż   z   pewnością   chętnie   ją   oprowadzi,   co   jawiło   się   jako   miła 

perspektywa. Dobrze się jej trafiło z tym małżeństwem.

Pod   wieczór   wysokie   drzwi   z   brązu   otworzyły   się   szeroko   i   do   pokoju   pewnym 

krokiem wszedł Jochann. Był silnym mężczyzną i nie widziało się po nim zmęczenia, chociaż 

po prawdzie oczy miał nieco podkrążone. Osie wyciągnęła ku niemu ręce, pocałowali się, 

jednak on odstąpił czym prędzej, czując, jak znowu wzbiera w nim pożądanie.

- Starczy, przynajmniej na razie - powiedział. - Żono, muszę pokazać ci nieco twojego 

nowego świata, a i lud Maabarotu chce ujrzeć swą Panią. Jeśli założysz coś stosownego, to 

wyjdziemy   na   balkon   i   pozdrowimy   tłum,   który   czeka   już   trzy   dni,   wciąż   jednako 

entuzjastyczny.

Dotknął przycisku głośnika i do pokoju wdarł się gwar niezliczonych gardeł.

- Chyba się cieszą.

- To wielkie wydarzenie w ich życiu. Potem udamy się na obiad, gdzie poznasz wielu 

znaczących ludzi tego świata. Jednak wcześniej muszę ci coś powiedzieć.

Zaczął krążyć w tę i z powrotem, nieświadomie miął w palcach złotą tkaninę tuniki i 

marszczył brew.

-   Chcesz   coś   wyznać?   Coś,   czego   wolałeś   nie   mówić   mi   wcześniej?   Przed 

małżeństwem? - spytała chłodno dziewczyna.

- Kochana! - Padł przed nią na kolana i ujął jej dłonie. - Nic podobnego. Jestem 

Panem Maabarotu, cała ta planeta należy do mnie, a teraz i do ciebie. Niczego nie ukryłem. 

Prócz jednego: tego, kim jestem dla mego ludu.

- Nie lubią cię?

background image

- Wręcz przeciwnie. Kochają mnie. - Wstał, otrzepał kolana i przybrał nobliwy wyraz 

twarzy. - A właściwie to otaczają czcią. Musisz wiedzieć, że to prości ludzie, którzy mają 

własne podejście do świata.

- To miłe. Może tak jak dawni Egipcjanie czy Japończycy mają cię za syna boga 

słońca?

- Prawie. Tylko że oni idą jeszcze dalej.

- Co niby może być dalej?

- Wierzą, że sam jestem Bogiem.

-  To   bardzo   miłe   -   odparła   z   umiarkowanym   zainteresowaniem,   nie   okazując   ani 

rozbawienia, ani sceptycyzmu czy lekceważenia. Szkoła w Bernie była naprawdę dobra.

- I owszem. Ale to też brzemię przeklęte, bowiem najmniejszy mój gest ma dla nich 

moc prawa. Nie wolno mi nadużywać tej władzy.

- A czy sam też masz się za Boga?

- Też pytanie! - Uśmiechnął się. - Potrafię myśleć logicznie, wyznaję racjonalistyczny 

światopogląd. Oczywiście,   że   nie jestem   Bogiem. -   Zmarszczył brwi. - Chociaż czasem 

czuję się dziwnie. Presja moich wyznawców jest tak silna. Ale porozmawiamy o tym kiedy 

indziej.

- Mógłbyś jeszcze opowiedzieć, jak doszło do takiej sytuacji?

- Sam niewiele o tym wiem. Któryś z moich odległych przodków wszedł w posiadanie 

jedynego   teleportera   na   tym   świecie   i   zdołał   ukryć   jakoś   ten   fakt   przed   ludźmi.   Dla 

nieuczonych   możliwości   zaawansowanej   techniki   to   nic   innego   jak   magia.   Tony   ziarna 

znikające bez śladu w małym pokoju, dziwne urządzenia zrodzone z pustki... Maabarot jest 

światem zastygłym od wieków w typowym, paternalistycznym mroku feudalizmu i dlatego 

ktoś wykształcony ma szansę zostać tu boskim władcą. Wypadło na mnie. No i jeszcze ty, 

żona władcy, która cudownie przybyła z niebios. Żon zawsze szukamy na innych planetach. 

Władca zawsze ma syna, który obejmuje władztwo, gdy stary Bóg wraca do nieba. Dlatego 

też urodzisz mi syna. Tylko jednego. I żadnych córek.

- Będzie mi ich brakowało. Zawsze marzyłam o dużej rodzinie.

- Przepraszam. Dostosujesz się bez sprzeciwu?

- Oczywiście. Przecież przysięgłam ci posłuszeństwo. Zamiast troski o wielką rodzinę 

zajmę się pilnie jedynym synem, który pewnego dnia zostanie Bogiem. Nie skarżę się.

- Wspaniale! Moja żona to klejnot nad klejnoty. Wyjdziemy na balkon?

- Wezwę pokojówkę, by mnie ubrała. Jak ona się nazywa?

- Bacjli.

background image

- Jak to się stało, że straciła zdolność mowy?

- Powiedziałem jej, że więcej nie będzie mówić, toteż nie mówi. Ci ludzie szczerze 

wierzą w moją boskość. W tym domu służący są niepiśmienni i nie mówią, przez co nie 

wyniosą na zewnątrz żadnych sekretów.

- To naprawdę konieczne?

- Zawsze tak było. To stare prawo. Wiąże mnie tak samo jak ich. Oni uważają, że 

niemowa to mała ofiara, i tysiące starają się o jakąkolwiek posadę w moim pałacu.

- Do wielu rzeczy będę musiała przywyknąć.

- Rola żony Boga jest prawie tak samo trudna jak rola Boga.

- Ależ ładnie to powiedziałeś.

Nową Panią powitały chaotyczne krzyki, które przerodziły się w powszechną histerię, 

gdy Osie postanowiła przemówić. Pan uniósł jednak rękę i nakazał, by spokój ogarnął jego 

lud, co też się stało. Po części dzięki sile sugestii, po części dzięki gazom tonizującym, które 

wypuszczone zostały na zgromadzonych. Zdalne kontrolki zaworów władca nosił przy pasie. 

Potem boska para udała się na przyjęcie, gdzie przy akompaniamencie trąb ujrzeli całe morze 

pochylonych   czołobitnie   karków.   Gdy   Bóg   i   jego   małżonka   zajęli   miejsca,   szlachta 

wyprostowała   się.   Podchodzili   kolejno,   a   seneszal   przedstawiał   ich   z   imienia.   Klękali   i 

całowali   pierścień   Osie.   Ona   popijała   lodowate   wino   i   uśmiechała   się   dla   kontrastu   z 

dostojnymi minami, które stroił Jochann. Wszyscy pokochali ją zaraz z całego serca. W końcu 

zmęczony ceremonią Bóg uniósł palec i zaczęła się uczta.

Była   to   wspaniała   biesiada,   która   niezmiennie   cieszyła   podniebienie   aż   do 

siedemnastego   dania,   małych   ptaszków   pieczonych   w   miodzie.   Nagle   seneszal   wystąpił 

ponownie   i   wszyscy   umilkli,   gdy   uderzył   głośno   swą   urzędową   laską   w   marmurową 

posadzkę.

- O Boże, Ojcze nas wszystkich, który władasz gromem i miłością, uniżenie błagamy 

Cię, byś zechciał wysłuchać, iż Twój sąd najwyższy winien czynić teraz sprawiedliwość.

- Zajmę się tym - powiedział Jochann i podał małżonce ramię. - Do diabła, akurat w 

środku obiadu. Ale to jedna z tych rzeczy, które trzeba po prostu załatwić. Wiesz, Bóg nie 

może wykręcać się od obowiązków. Spacer potrafi nawet poprawić apetyt, może zatem nie 

wszystko jeszcze stracone.

Goście skłonili się i cofnęli, potem poszli przez szemrzący tłum za swym Panem i jego 

Panią do Pałacu Sprawiedliwości, gdzie zbierał się sąd najwyższy. Jochann poprowadził lubą 

na mały balkon udekorowany gustownie wizerunkami obłoczków, by wyglądał na niebiańskie 

siedzisko.   Usiedli   na   wysłanych   pluszem   tronach,   sędziowie   zaś   zajęli   miejsca   w   dole, 

background image

wszyscy ubrani na czarno, z bezwarunkowo prawomyślnymi minami jak wszyscy sędziowie 

wszechświata. Prowadzący obrady na wpół powiedział, na wpół odśpiewał wysokim tenorem 

swoją kwestię.

- Sąd wrócił. Proszę wstać.

Osie dopiero teraz zauważyła łysego mężczyznę w podartym, szarym ubraniu, który 

siedział w boksie otoczonym strażnikami. Był tak obwieszony łańcuchami, że mundurowi 

musieli   pomóc   mu   przy   wstawaniu.   Potem   cofnęli   się   na   swoje   miejsca   i   zostawili   go, 

chwiejącego się lekko.

- Uwięziony wie, że został oskarżony o największą zbrodnię, jaką popełnić może 

człowiek - wyśpiewał mówca. - Własnymi usty ściągnął na siebie grzech. Winny jest herezji. 

Zaprzeczył istnieniu Boga. Sędziowie ogłoszą werdykt.

-   I   raz   jeszcze   to   powiem!   -   zawołał   chrapliwie   więzień.   -   Prosto   w   twarz   mu 

wykrzyczę! Nie jest Bogiem bardziej niż ja. Człowiekiem jest, tylko człowiekiem!

Tłum   zawył   i   naparł   na   strażników,   łaknąc   krwi,   ale   szeregi   mundurowych 

powstrzymały tłuszczę.

- To moja wina - powiedział Bóg do swej żony. - Rynek na produkty rolne siada 

ostatnio i chciałem nieco zreformować gospodarkę. Założyłem pilotażowy zakład montujący 

podzespoły elektroniczne. Jednak w feudalnym społeczeństwie nauka to przekleństwo. Ten 

człowiek był tam nadzorcą, liznął dość, by popaść w teologiczną sprzeczność.

- Okażesz mu miłosierdzie? - spytała dziewczyna, patrząc lękliwie na krwiożerczy 

tłum.

- Nie mogę. Jestem surowym Bogiem. Muszą się mnie bać.

Sędziowie wstali.

- My, skład sędziowski - zaintonowali chórem - uznajemy oskarżonego za winnego i 

powierzamy   jego   los   żywemu   Bogu.   Niech   zginie   natychmiast   i   niech   sprawiedliwość 

zwycięża!

-  Sprawiedliwość!  -   krzyknął   szyderczo   więzień,   gdy  Jochann   wstał   powoli.   Jego 

słowa daleko się niosły w zapadłej nagle ciszy. - Przesądy i tyle. I sugestia, bym uwierzył, że 

umieram. Ale ja tak nie chcę. Nie padnę martwy, bo tak mi rozkaże...

- Giń - zaintonował Jochann i przesunął palcem kolejną dźwigienkę przy pasie.

Mężczyzna krzyknął, szarpnął się konwulsyjnie w łańcuchach i umarł.

- Straszne - powiedziała Osie. - Siła sugestii...?

- Na większość faktycznie skutkuje, ale  w niektórych przypadkach konieczne jest 

wsparcie. Ten tutaj dostał  pięćdziesiąt tysięcy  woltów. Przez  kajdany.  Zdalne  sterowanie. 

background image

Wracajmy, nim jedzenie do końca ostygnie.

Z jakiegoś powodu Osie straciła apetyt i wyszła z bankietu, wypiwszy jedynie nieco 

wina. W swojej garderobie przygotowała się na resztę wieczornych uroczystości. Cały czas 

próbowała   zapomnieć   o   tym,   co   dopiero   widziała,   ale   bezskutecznie.   Potem   spróbowała 

sprawę zracjonalizować, co wyszło jej już o wiele lepiej. Warunkiem przestrzegania prawa 

jest istnienie powszechnie uznawanych autorytetów, a brak poszanowania prawa rodzi chaos, 

myślała.   Było   to   przekonujące,   tak   że   gdy   Jochann   wrócił,   powitała   go   namiętnie   jak 

pierwszej nocy. Bóg jest w swej sypialni, porządek świata zachowany.

- Podejrzewam, że można mnie nazwać dobrodusznym despotą - powiedział Jochann 

następnego dnia, gdy podążali ulicami miasta leżącego poniżej zamku.

Nosiciele dźwigali ich palankin na barkach, włócznicy rozgarniali tłum. W trakcie 

rozmowy Jochann rozdawał wkoło uśmiechy, spoglądał na boki i rozrzucał monety, małych 

zresztą nominałów.

- To miło z twojej strony - stwierdziła Osie, też się uśmiechając. - Z mojej zapewne 

zresztą też. Ale czy ci ludzie są szczęśliwi?

-   Jak   prosięta   w   deszcz.   Bo   ja   naprawdę   jestem   dla   nich   dobry.   Korzystają   z 

wszystkich dobrodziejstw nauki, nie cierpiąc z powodu jej minusów czy odpadów. Nie ma 

smogu ani degradacji środowiska, bo nie ma przemysłu. Żadnych szkół z nie kończącą się 

nauką   i   wyczerpującą   rywalizacją,   by   zająć   jak   najwyższe   miejsce   w   technokratycznym 

społeczeństwie. Dzieciaki są tu o wiele szczęśliwsze niż gdzie indziej. Maabarot jest dla nich 

rajem, tak więc okazują stosowną wdzięczność.

- A jak z przestępczością?

- Żadnej. Gdy żywy Bóg spogląda wciąż przez ramię, nikt nie waży się na występki.

- Nie głodują?

- Boskie prawa zapewniają każdemu wyżywienie i dach nad głową.

- Nie chorują?

- Świątynie pełne są najnowocześniejszej aparatury medycznej. Wystarczy tego, by 

leczyć każdego potrzebującego. Cudownie oczywiście. To też powód do wdzięczności.

- Niczego zatem im nie brakuje.

- Niczego. Hosanny wyśpiewują cały dzień. Żyją w raju i niespieszne im wcale do 

nieba.

- A ten, który zginął...?

- Jeden malkontent. Trafiają się, ale rzadko. Szczęśliwość można wyrazić taką samą 

krzywą jak występowanie każdej innej cechy, zatem i tutaj zdarzają się stany marginalne. 

background image

Tacy, którzy są gotowi narzekać również w raju. Niemniej umierając, również i on posłużył za 

przykład dla szczęśliwej tłuszczy. Tłuszczy obżartej, opalonej i głupiej. Oni niczego więcej 

nie chcą. Posłuchaj, jak mnie wychwalają.

Faktycznie. Krzyczeli radośnie, płakali wręcz, podawali dzieci do błogosławieństwa, 

całowali ziemię, nad którą On przepłynął, targali szaty. Bóg miał powody do satysfakcji. Na 

Ulicy Złotników wciskano im bezcenne ozdoby, na Targu Jubilerów obrzucono kosztownym 

deszczem. Po triumfalnym objeździe wrócili pełni radości, napili się chłodnego wina i zajęli 

celebrowaniem okazji w łożnicy.

Czas płynął. Gdy miejscowe atrakcje ich nudziły, wymykali się na jakąś inną planetę, 

do teatru czy na koncert. Poza rozrywkami kulturalnymi cieszył ich też jachting, jazda konna, 

wspinaczka, polowania, wędkowanie i tak dalej, byle wesoło i beztrosko. Sami nie wiedzieli, 

kiedy   minął   rok,   aż   po   kolejnym   wielkim   bankiecie   Jochann   ujął   jej   dłoń,   ucałował   i 

powiedział:

- Pora pomyśleć o dziedzicu.

- Cały czas o nim myślę i zastanawiam się, kiedy los mi pobłogosławi.

- Za dziewięć miesięcy od teraz, jeśli się zgodzisz.

- Owszem - odpowiedziała i wyrzuciła pigułki za okno. - Zaczynamy?

-   Jeszcze   nie.   Najpierw   musimy   zajrzeć   na   Ziemię,   do   Vereinigte   Vielseitgkeit 

Fruchtbarkeit Krankenhaus w Zurychu. To najsławniejsza w całym wszechświecie klinika 

zajmująca się problemami bezpłodności.

- Masz wątpliwości co do mojej płodności? - spytała głosem wręcz lodowatym.

- W żadnym razie, kochana! Nie wątpię, że mogłabyś urodzić dziewczynki, bliźniaki, 

czworaczki i co tam jeszcze.

- Rozumiem - ucałowała go. - A ma być jeden chłopiec. Jedziemy?

- Tylko wybiorę numer.

Dla Jochanna było to bardziej jak wizyta na porodówce, chociaż chodziło tylko o 

zapłodnienie.   Kilka  godzin   krążył   po  poczekalni,  aż   w  końcu  go  wezwano.  Łysy  doktor 

beznamiętnie odczytał mu wyniki badań.

-   Pojedynczy   męski   potomek,   żadnych   skaz   genetycznych,   wyselekcjonowany   z 

najlepszego dostępnego materiału. Zarodek przeszedł już trzeci podział komórkowy, rośnie 

szybko. Gratuluję, to będzie zdrowy chłopak.

Jochann wyściskał dłoń doktora. Nie krył też łez wdzięczności.

- Pozostanę pańskim dłużnikiem, doktorze. Kiedy będę mógł zobaczyć żonę?

- Zaraz.

background image

- A syna?

- Za dziewięć miesięcy.

- Uczynił pan ze mnie szczęśliwego człowieka.

- Mimo to jest pewne niebezpieczeństwo.

- Niebezpieczeństwo! - Bóg aż się zachwiał i musiał wesprzeć na krześle. - Jakież to?

-   Nic   takiego,   czemu   nie   można   by   zapobiec,   stosując   odpowiednią   profilaktykę. 

Pańska   żona   pochodzi   z   planety   o   bardzo   rzadkiej   atmosferze,   do   czego   organizmy 

miejscowych   przywykły   już   od   wielu   pokoleń.   Bez   trudu   dostosowuje   się   do   atmosfery 

bardziej gęstej, ale takie połączenie cech i czynników stwarza pewne zagrożenie dla płodu. 

Musicie uważać. Czy nie mogłaby do czasu urodzenia dziecka powrócić na swój macierzysty 

świat?

- Niemożliwe! Jej świat jest moim światem.

- Jest pan bogaty?

- Dość. Czy to ma znaczenie?

- Ma. Musi pan wyszukać na pańskiej planecie jakąś górę tak wysoką, by sięgała 

rzadszych warstw atmosfery. Tam wybuduje pan żonie willę, w której ona zamieszka na te 

miesiące.

- Zamek jej wybuduję. Z ogrodami pięknymi, z tysiącem sług i osobistym szpitalem.

- Mała willa by wystarczyła, ale jak pan chce. Oto rachunek. Jak go pan zapłaci, 

oddamy panu żonę.

Pijany niemal ze szczęścia wypisał czek z sowitą dopłatą, potem poszedł po Osie. 

Objęli się z radości i trzymając za ręce, wrócili do domu. Tam wezwali służących i zaraz 

wyprawili się w góry.

To była miła wycieczka. Gdy obładowana ciężko karawana dotarła do miasta, wszyscy 

jego   mieszkańcy   włączyli   się,   by   też   ponieść   to   i   owo,   przynajmniej   przez   część   drogi. 

Przemierzyli   pogórze   i   zaczęli   wspinaczkę   ku   Wielkiej   Przełęczy.   Gdy   złoty   barometr 

Jochanna pisnął znacząco, Bóg uderzył laską w ziemię i krzyknął:

- Tutaj.

Na górskiej łące z widokiem na zieloną dolinę i okryte śniegiem szczyty rychło zaczął 

wyrastać pałac. Na razie zamieszkali w jedwabnym namiocie, ludzie zaś pracowali z radością. 

Budowa postępowała szybko, równocześnie powstawały ogrody i fontanny i cały czas grała 

muzyka. Gdy pałac był gotowy, nastał dzień święta.

- Kochana, muszę wrócić do miasta, do pracy - powiedział Jochann wieczorem w 

zaciszu sypialni.

background image

- Będzie mi ciebie bardzo brakowało. Wrócisz jak najszybciej?

- Jak tylko będę mógł. Ale ten, który jest jedynym prawdziwym Bogiem, nie może 

wiele wypoczywać.

- Wiem. Będę czekała.

Dziewięć   miesięcy   szybko   minęło,   a   Jochann   założył   na   drodze   w   góry   stacje 

kurierskie   ze   świeżymi   końmi,   by   szybko   przesyłać   pocztę   między   pałacami.   Zamierzał 

przybyć na rozwiązanie, jednak pilne obowiązki go zatrzymały, syn zaś urodził się nieco 

wcześniej,   niż   przewidywano.   Pierwszym   zwiastunem   niespodziewanego,   chociaż   miłego 

ogólnie zdarzenia był zdyszany i ledwo stojący na nogach posłaniec, który wprowadzony do 

sali tronowej padł na podłogę i podał zwitek z wiadomością. Jochann przeczytał i w głowie 

mu się zakręciło.

Wiadomość   głosiła:  Przybywaj   natychmiast.   Twa   żona   urodziła   i   oboje   czują   się  

dobrze, ale zdarzyło się jeszcze coś interesującego.

Najbardziej zmroziła mu krew w żyłach obserwacja, że notkę skreślono w wyraźnym 

pośpiechu i że wcześniej zamiast sformułowania ”interesującego” zapisano co innego, potem 

to wydrapano. Patrząc pod światło, odczytał tamto słowo: ”dziwnego”.

Zagonił trzy konie w historycznym galopie i sam omal nie zginął, gdy wyczerpany 

wierzchowiec zsunął się z krawędzi urwiska. W końcu jednak dotarł do celu i jak burza wpadł 

do wspaniale wyposażonego szpitala z niezwykle kompetentnym personelem. Zaraz też złapał 

doktora za fartuch i mimo wierzgań tamtego uniósł fachowca w powietrze.

-   Co   się   stało?   -   krzyknął   chrapliwie   i   zmierzył   lekarza   zaczerwienionymi   od 

zmęczenia oczami.

- Nic, oboje są w najlepszej kondycji - powiedział doktor i nie chciał zdradzić nic 

więcej, póki nie zostanie uwolniony. - Pańska żona jest zdrowa, syn także. Chce z panem 

rozmawiać i pielęgniarka zaraz pomoże się panu odświeżyć po drodze, żeby mógł pan wejść 

do pokoju żony.

Bóg   zacisnął   zęby   i   poddał   się   żądaniom   pozaplanetarnej,   wynajętej   pielęgniarki, 

potem   podreptał   posłusznie   do   pokoju   żony.   Ucałowali   się,   a   dziewczyna   poklepała   z 

uśmiechem miejsce obok siebie na posłaniu.

- Poszło wspaniale. Twój syn ma błękitne oczy, jasne włosy, wszystko po ojcu, i 

potężny głos, i takąż siłę woli. Bez najmniejszej skazy, pod każdym względem doskonały.

- Muszę go zobaczyć!

- Pielęgniarka już go tu niesie. Ale najpierw muszę cię o coś spytać.

- Słucham.

background image

- Podczas studiów czytałam nieco na temat teologii i zrozumiałam, że to człowiek 

stworzył Boga na swój obraz i podobieństwo.

- Zwykle cytuje się to na odwrót, ale ogólnie się zgadza.

- Zatem znaczyłoby to, że jeśli twój lud wystarczająco silnie uwierzy, iż Bóg istnieje, 

to Bóg powstanie.

- Można tak to wyrazić. Ale czy nie moglibyśmy odłożyć tej dysputy teologicznej na 

później? Najpierw wolałbym się dowiedzieć, co cię zaniepokoiło.

- Ja już skończyłam. A oto twój syn.

Noworodek rzeczywiście był udany. Bardzo udany. Już teraz się uśmiechał i zaciskał 

małe piąstki.

Jochann ujrzał wreszcie to, o czym nikt nie chciał mu wcześniej powiedzieć.

Cztery centymetry nad głową niemowlaka, niezmiennie w tym samym miejscu nad 

rzadkimi włoskami, unosiła się lśniąca, srebrzysta aureola.

Przełożył

background image

Radosław Kot

Przechowalnia

Ledwie Jomfri wyszedł z kabiny teleportacyjnej, wiedział, że zdarzył się wypadek. Po 

pierwsze: strasznie bolała go głowa, co było typowym objawem przy awarii, po drugie: nigdy 

nie był w tym zakurzonym pomieszczeniu ani też nie zamierzał się tu znaleźć. Miał wrócić do 

domu. Zatoczył się i wymacał przymocowaną do ściany ławkę. Opadł na nią, trzymając się 

oburącz za głowę, i postanowił bez ruchu poczekać, aż ból minie.

Najgorsze było już za nim i powinien się cieszyć, że przeżył w jednym kawałku - co 

prawda w rzeczywistości awarie zdarzały się niezwykle rzadko, za to w trójwymiarowych 

filmach   regularnie.   Powodem   bólu   głowy   było   sprzężenie   systemu   nerwowego   podczas 

awarii; ustępował po pewnym czasie. Sytuacja nie była najgorsza - gdy odzyska zdolność 

widzenia,   teleportuje   się  do  najbliższej  stacji  naprawczej,   zamelduje   o  awarii  i   wróci  do 

domu.   Dobrze,   że   wypadek   był   niewielki,   inaczej   mógłby   się   już   niczym   nie   martwić 

przenicowany   dokumentnie   lub   rozciągnięty   w   jednowymiarową,   długą   na   milę   warstwę 

tkanki, z której zbudowane jest ludzkie ciało.

Po paru minutach uchylił powieki - światło nadal było bolesne, ale do wytrzymania. 

Ostrożnie wstał i rozejrzał się: najwyższy czas udać się po pomoc, na stacjach mieli lekarstwa 

na tego typu przypadłości, a poza tym należało poinformować o uszkodzeniu, zanim ktoś inny 

stanie   się   jego   ofiarą.   Odruchowo   sięgnął   do   tablicy   kontrolnej   i   dopiero   po   chwili 

zorientował się, że jej nie ma! Zaskoczony uważnie obejrzał kabinę - drzwi otwierały się 

tylko od wewnątrz, a brak tablicy świadczył jednoznacznie, że jest to tak zwana jednostronna 

albo końcowa kabina - można tu było dotrzeć, ale nie można było się stąd nigdzie przenieść. 

Słyszał wprawdzie, że takie kabiny istnieją, ale widział coś podobnego pierwszy raz w życiu.

Wstrząśnięty ruszył ku ciemnemu otworowi w ścianie - sytuacja była poważniejsza, 

niż sądził, ale nie tragiczna. Otwór wychodził na korytarz, drzwi i ulicę pełną kurzu, śmieci i 

zapomnienia; należało znaleźć inną kabinę i wydostać się stąd. Światło słoneczne oślepiło go, 

ledwie   wyszedł   na   zewnątrz,   tak   że   oczy   zaczęły   mu   łzawić,   prawie   uniemożliwiając 

widzenie. Oparł się o mur i przesłonił je dłonią. Dopóki nic nie widział, nie mógł nigdzie 

trafić. Należało więc poczekać.

Tym razem czekał dłużej niż poprzednio, ale gdy otworzył oczy, ból spotęgował się 

tylko trochę i mógł spokojnie patrzeć. Nigdzie jednak nie dostrzegł czerwonej, podwójnej 

strzałki   wskazującej   drogę   do   teleportera.   Za   to   w   sąsiednich   drzwiach   dojrzał   jakiegoś 

mężczyznę.

background image

-   Pomóż   mi!   -   jęknął.   -   Gdzie   jest   najbliższa   stacja   naprawcza?   Albo   kabina 

teleportacyjna?

Mężczyzna podszedł bliżej, ale się nie odezwał.

- Nie rozumiesz? - Jomfri potrafił być uparty. - Był wypadek teleportera... Jestem 

ofiarą, a twoim obowiązkiem jako obywatela jest...

Więcej nie zdążył powiedzieć, gdyż celny kopniak nieznajomego posłał go na ziemię, 

a drugi, w krocze, zwinął go w kłębek.

- Odwal się! - burknął mężczyzna i odszedł.

Minęło   naprawdę   dużo   czasu,   zanim   Jomfri   odważył   się   poruszyć   -   czuł   się   jak 

nadpęknięte jajko, które przy lada poruszeniu może pęknąć do reszty i rozlać się po brudnym 

chodniku. Gdy w końcu usiadł, dotarło doń, że mija go sporo ludzi, ale nikt się nie zatrzymał. 

Nie było to normalne. Gdziekolwiek się to miasto znajdowało, przestało mu się podobać. 

Najlepiej jak najszybciej opuścić to miejsce, dopóki jest jeszcze w jednym kawałku. Wstał z 

pewnym   trudem,   ale   za   pierwszym   podejściem.   Chodzenie   było   gorsze,   lecz   miał   silną 

motywację - odszukać kabinę, teleportować się i znaleźć lekarza.

W   normalnych   okolicznościach   zastanowiłby   go   brak   pojazdów,   niewielkie 

zaludnienie czy nieobecność jakichkolwiek napisów, jak choćby nazwy ulic - zupełnie jakby 

obowiązywał   tu   analfabetyzm.   Miał   jednak   inne   zmartwienia   i   inny   cel,   toteż   otoczenie 

interesowało go w niewielkim stopniu. Mijając duże łukowate wejście, usłyszał dochodzące z 

oddali głosy, zatrzymał się więc i ostrożnie zerknął do wnętrza (jeden, a w zasadzie dwa 

kopniaki błyskawicznie nauczyły go dyskrecji). Wejście prowadziło na spore podwórze, na 

którym stały byle jak zbite stoły i ławy. Na centralnym stole spoczywała niewielka beczułka, 

z   której   sześciu   mężczyzn   i   kobieta   raczyli   się   obficie.   Wyglądali   równie   ponuro   jak 

otoczenie, ubrani na szaro, a jeśli nawet jakieś elementy stroju miały kiedyś inne barwy, to 

obecnie były wypłowiałe i brudne.

Kobieta podeszła bliżej, wpatrując się w ziemię, a raczej w plastikowy kubek w swej 

ręce, i siadła ciężko na pobliskiej ławce. Ponieważ wyglądała na starą i wyniszczoną, Jomfri 

zebrał   się   na   odwagę,   ale   siadł   z   przeciwnej   strony   ławki,   gdzie   kopniak   nie   mógł   go 

dosięgnąć.

- Możesz mi pomóc? - zapytał.

Uniosła głowę i kurczowo złapała kubek, ale ponieważ tkwił nieruchomo, zamrugała 

zaczerwienionymi oczyma i oblizała spękane wargi, nie ruszając się z miejsca.

- Pomożesz mi? - ponowił pytanie.

- Nowy - syknęła niewyraźnie przez braki w uzębieniu. - Nie podoba ci się tutaj, nie?

background image

- Nie, nie podoba mi się i chcę się stąd jak najszybciej oddalić. Gdybyś wskazała mi 

drogę do najbliższej kabiny albo stacji naprawczej, to teleportowałbym się...

- To  jest wycieczka w jedną stronę - zachichotała i głośno siorbnęła potężny łyk z 

kubka. - Powiedzieli ci to przecież, zanim cię tu wysłali: droga do Fangnis to droga bez 

powrotu.

Nagle zrobiło mu się zimno - doskonale znał to powiedzenie.

- To nie może być... - szepnął, rozglądając się przerażony.

- Może, bo jest - odparła kobieta i znów pociągnęła łyk.

- Popełniono okropną pomyłkę! Ja się tu nie powinienem znaleźć!

- Każdy tak mówi - machnęła lekceważąco ręką. - Szybko przestaniesz jak inni... 

kryminaliści   wyrzuceni   z   własnych   światów   i   skazani   na   zapomnienie   w   tej   cholernej 

przechowalni. Kiedyś nas zabijali... Tak było lepiej.

- Słyszałem o Fangnis - powiedział pospiesznie Jomfri. - Nikt nie wie, gdzie leży ta 

planeta oświetlona dwoma słońcami, tak że zawsze jest tu południe... Skazańcy, nie chciani na 

własnych światach, za przestępstwa poprzednio karane śmiercią zostają wysłani na tę planetę 

bez prawa i możliwości powrotu. Dobra, zostają wysłani tutaj! Nie będę się kłócił; albo 

popełniono pomyłkę, albo zdarzyła się awaria: nie jestem przestępcą. Wracałem do domu, do 

żony... Wybrałem numer i wylądowałem tutaj...

Ponieważ kobieta znów wpatrywała się w kubek, spytał:

- Co pijesz? Mogę spróbować?

To rozbudziło ją natychmiast - przycisnęła naczynie do płaskich piersi.

- Moje, zarobiłam. Możesz pić wodę jak reszta. Cięłam drewno i pilnowałam ognia 

pod kotłem... to moja działka. - W jej oddechu czuć było alkohol. - Wynoś się. Jedzenie i 

woda są u Klawisza, to w dół ulicy. Idź sobie!

Jomfri usłuchał, nie mając ochoty na kolejną utarczkę, a poza tym był gnany nowym 

pomysłem: Klawisz to możliwość wyjaśnienia pomyłki.

Ulica kończyła się łagodnym, choć wysokim wzgórzem otoczonym zewsząd burymi 

brudnymi   budynkami.   Na   szczycie   wzgórza   stała   niska   półkolista   budowla   z   szarego 

plastbetonu,   twardego   i   niezniszczalnego.   Przed   nim   ku   bunkrowi   wspinał   się   chudy 

mężczyzna   w   czarnoszarym   stroju,   toteż   Jomfri   podążył   za   nim,   na   wszelki   wypadek 

trzymając się w bezpiecznej odległości i gotów do natychmiastowej ucieczki.

Woda lała się cienkim, ale stałym strumieniem z plastbetonowej rury do takiegoż 

zbiornika   z   odpływem   w   bocznej,   dotykającej   bunkra   ścianie.   Jej   plusk   był   jedynym 

dźwiękiem mącącym ciszę, gdyż mężczyzna zniknął za wyobleniem muru i jego kroki ucichły 

background image

w trawie. Jomfri włożył głowę pod orzeźwiający strumień kręcąc nią tak, by woda dotarła 

wszędzie. Przy okazji się napił i umył twarz i ręce. Dopiero ocierając oczy, dostrzegł wytartą 

metalową plakietkę i biegnącą pod górę dziurę, w którą można było włożyć rękę. Na plakietce 

wyryto dużymi literami słowo NACISNĄĆ, prawie zatarte od częstego używania.

Ostrożnie przyłożył kciuk i nacisnął; gdzieś we wnętrzu bunkra coś parsknęło i z 

pochyłego otworu wystrzeliła plastikowa paczka. Podniósł ją delikatnie - był to koncentrat 

spożywczy w formie pasty.

- Zjedz, to twoje. Nie będę ci przeszkadzał - rozległo się z boku i Jomfri podskoczył, 

omal nie upuszczając paczki.

Szczupły mężczyzna, za którym wszedł na górę, wrócił i to tak cicho, że Jomfri go nie 

usłyszał.

- Jesteś tu nowy. - Nieznajomy uśmiechnął się sztucznie. - Jestem Old Rurry i mogę 

być twoim przyjacielem.

- Weź to. - Jomfri podał mu paczkę. - To czyjaś racja, a ja tu jestem przez pomyłkę.

- Pewnie, że przez pomyłkę - zgodził się Old Rurry. - Wszyscy tu jesteśmy przez 

pomyłkę. Automat wydający żarcie gówno to obchodzi: ma pięciogodzinną pamięć i przez ten 

czas nie  wyda  ci drugiej porcji. Raz  na pięć  godzin wyda ją  każdemu,  to taka cholerna 

efektywność, od której człowiekowi niedobrze się robi.

- Ja mówię poważnie: znalazłem się tu w wyniku awarii teleportera. Jeśli naprawdę 

chcesz mi pomóc, to pokaż mi, jak się skontaktować z władzami.

- Nijak, to niemożliwe: są wewnątrz tego bunkra, mają własną kabinę i nigdy nie 

wychodzą. Nigdy też nie kontaktują się z nami. Po tej stronie jest kuchnia, po drugiej zsyp, to 

wszystko.

- Zsyp?! Zaprowadź mnie tam!

Old Rurry wysmarkał się w palce, wytarł je starannie w nogawkę i mruknął:

- Hiena cmentarna! Poczekaj, zaraz zobaczysz. - Wskazał ręką w dół zbocza.

Wspinało się tam czterech mężczyzn niosących kobietę, a raczej trupa płci żeńskiej, 

każdy trzymając za jedną kończynę. Gdy spostrzegli czekających, niosący zwłoki bez słowa 

puścili je, odwrócili się i odeszli.

- To jedyna posługa, jaką każdy musi wykonać - oznajmił Old Rurry z obrzydzeniem. 

- Jak się ich zostawi albo wrzuci do bagna, rozkładają się i śmierdzą, zatruwając okolicę. 

Wygodniej jest wrzucić ich do zsypu. Chodź!

Zeszli do obu czekających, każdy złapał trupa za nogę, choć Jomfri się zawahał. Gdy 

jednak trzej pozostali spojrzeli na niego wymownie (pamięć edukacyjnych kopów była wciąż 

background image

świeża), pospiesznie złapał w kostce brudną i siną kończynę. Była zimna, kobieta musiała 

umrzeć jakiś czas temu.

Powoli dotarli wydeptaną ścieżką biegnącą wokół Klawisza do miejsca usytuowanego 

dokładnie   naprzeciw   źródła   wody.   Na   wysokości   kolan   umieszczono   metalową   płytę 

opatrzoną   uchwytem.   Wpuszczona   w   beton   płyta   miała   osiem   stóp   długości   i   jedną 

szerokości.  Jeden z  idących  z przodu  pociągnął  za  uchwyt  i  uchylił  osadzoną  na  dwóch 

trzpieniach skrzynię w kształcie litery V. Była wykonana z trzycalowego pancernego stopu, a 

i   tak   krawędź   miała   pogiętą   i   porysowaną,   co   najlepiej   świadczyło   o   zdesperowaniu 

przynajmniej części przymusowych mieszkańców planety. Trup został wrzucony do środka, 

drzwi zamknięte kopniakiem i dwaj mężczyźni oddalili się bez słowa czy gestu.

- Niedościgniona funkcjonalność - parsknął Old Rurry. - Żadnego kontaktu. Tylko 

trupy i stare lumpy; za każdy zniszczony ciuch dostaniesz takie gustowne, szare wdzianko. 

Pamiętaj o tym, gdy ci się zniszczy ten elegancki przyodziewek, jaki masz na grzbiecie.

- To nie może być wszystko! - Jomfri szarpnął za uchwyt, ale klapa ani drgnęła. - 

Muszę wyjaśnić tę pomyłkę! Ja się tu w ogóle nie powinienem znaleźć!

Płyta zadrżała i przy kolejnym szarpnięciu puściła, ukazując puste wnętrze. Jomfri 

pospiesznie wgramolił się doń i wyciągnął jak długi.

- Proszę, zamknij drzwi!

- To bez sensu - mruknął Old Rurry, ale wzruszył ramionami i spełnił prośbę.

Jomfri znalazł się w absolutnej ciemności.

- Nie jestem martwy! - wrzasnął. - Słyszycie? Chcę zameldować o pomyłce! Byłem w 

drodze do domu i...

Miękki uchwyt w kilku miejscach spowodował, że zamilkł. Coś prześliznęło się po 

jego twarzy i głowie, więc wrzasnął jeszcze głośniej. Odpowiedziało mu ciche buczenie.

-  Jestem  tu   w wyniku  awarii  kabiny   teleportacyjnej!   -  krzyknął  spokojniej.  -  Nie 

powinienem tu być. Musicie mi uwierzyć!

Trzymające go ramiona cofnęły się równie cicho jak się pojawiły i zapadła cisza. Po 

chwili   uwidoczniła   się   szczelina   światła,   a   potem   mógł   podziwiać   Old   Rurry'ego 

pałaszującego koncentrat żywnościowy.

- Twój - poinformował go, oblizując palce. - Wyłaź, dopóki tego nie zrobisz, klapa nie 

da się zamknąć.

- Co się stało? Ktoś mnie trzymał...

- Maszyny.  Automat sprawdzał,  czy jesteś  martwy albo  chory. Gdybyś był  chory, 

dostałbyś   zastrzyk,   zanimby   cię   wyrzucił   z   powrotem.   Maszyn   nie   da   się   oszukać, 

background image

przepuszczają tylko trupy.

- Nawet mnie nie chcieli słuchać - mruknął Jomfri z rezygnacją.

- Na tym właśnie polega współczesny system penitencjarny: społeczeństwo nie karze 

ani nie zabija przestępców, tylko ich odrzuca do społeczeństwa składającego się z podobnych 

wyrzutków. To miejsce jest jak przechowalnia zbędnych rzeczy,  a ci wszyscy utytułowani 

mędrkowie twierdzą, że ta idea jest kwintesencją sprawiedliwości. Wszystkie światy łożą na 

ubrania, żywność, leki i utrzymanie sprawności Klawisza, co stanowi śmieszne sumy; mają za 

to pewność, że nikogo z nas nigdy więcej nie zobaczą. Stąd po prostu nie można uciec: 

planeta jest prymitywna, cały czas panuje tu środek dnia, a wokół tej mieściny rozciągają się 

jedynie bagna. Nie ma tu także co robić, a przeludnienie nam nie grozi: miejsca jest dziesięć 

razy więcej niż potrzeba, a jedyną rozrywką jest alkohol. Ponieważ jesteś tu nowy, dam ci 

powitalnego drinka. Ostatnio zbyt wielu zginęło, a potrzeba więcej drewna...

- Nie chcę. Znalazłem się tu przypadkiem i nie jestem skazanym przestępcą jak wy.

Old   Rurry   uśmiechnął   się:   błyskawicznym   ruchem   przyłożył   mu   do   gardła 

wyciągnięty z rękawa nóż.

- Naucz się podstawowej zasady, jaka tu obowiązuje: nigdy nikogo nie pytaj, dlaczego 

się tu znalazł, ani nie mów, dlaczego sam tu jesteś. Inaczej wybierzesz pewny, choć bolesny 

sposób samobójstwa. Ja ci powiem, dlaczego tu jestem, bo się nie wstydzę: byłem chemikiem 

i to niezłym; wynalazłem bezbarwną i bezsmakową truciznę, dzięki której zabiłem żonę i 

osiemdziesięciu trzech jej krewnych. Czyli całą rodzinę. Osiemdziesiąt cztery trupy to niezły 

wynik. Niewielu może się ze mną równać. - Schował nóż równie szybko jak go wyjął.

- Jesteś uzbrojony...

- To nie jest więzienie, a człowiek to pomysłowe bydlę i zawsze znajdzie sposób, by 

mieć broń. Ten nóż jest stary, a wieść głosi, że wykonano go z żelaznego meteorytu parę 

pokoleń temu. Może i prawda... Zabiłem jego poprzedniego właściciela zaostrzonym drutem 

wepchniętym przez ucho do mózgu.

- Chyba się czegoś napiję - Jomfri zmienił zdanie. - Dziękuję za propozycję, jeśli jest 

nadal aktualna.

- Jest, chodź ze mną.

-   D...doskonałe   -   wykrztusił   Jomfri   po   pierwszym   łyku   gorzko-kwaśnego   napoju 

palącego w przełyku.

-   Berbelucha   -   podsumował   Old   Rurry.   -   Można   by   to   było   oczyścić   i   dodać 

naturalnego aromatu, ale mi nie pozwalają. Wszyscy w grupie wiedzą, za co tu jestem...

Jomfri kilkoma łykami wypił zawartość kubka, od czego zakręciło mu się nieco w 

background image

głowie, więc odczekał, aż podwórze z byle jakimi stołami przestanie się kręcić. Było prawie 

identyczne jak pierwsze, które dziś widział, i uświadomiło mu, że taka egzystencja jest gorsza 

od   śmierci.   Jeśli   tu   zostanie,   będzie   pierwszy   w   kolejce   do   śmierci.   Alkohol   także 

przypomniał mu o czymś.

-   Chory!   Powiedziałeś,   że   jak   będę   chory,   to   mnie   opatrzą!   -   wrzasnął   radośnie, 

zrywając się i łapiąc tamtego za rękaw.

Nikt nie zwrócił na to uwagi, dopóki w dłoni tamtego nie pojawił się nóż. Jomfri 

puścił go i cofnął się, nie spuszczając wzroku z ostrza.

- Chcę, żebyś mnie zranił! - oznajmił.

Old Rurry stanął jak wryty - nigdy jeszcze ewentualna ofiara nie żądała uszkodzenia.

- Gdzie? - spytał rzeczowo.

- Faktycznie, gdzie? Może odetniesz mi palec?

- Dwa albo nie ma gadania - sprzeciwił się z odruchem urodzonego handlarza Old 

Rurry.

- Niech będzie. - Jomfri opadł na ławę i rozłożył dłonie na blacie stołu. - Więc dwa 

najmniejsze, ale oba naraz. Potrafisz?

- Pewnie, że potrafię, ale musisz skrzyżować ręce, żeby palce leżały obok siebie. 

Dokładnie na drugim stawie - poinformował go radośnie Old Rurry.

Pogwizdując, obejrzał ostrze, przyjrzał się ofierze i bez ostrzeżenia zadał dokładnie 

wymierzony cios. Ostrze ze stukotem wbiło się w drewno. Trysnęła krew, a odcięte palce 

poleciały na bok. Obecni parsknęli śmiechem, słysząc krzyk ofiary. Nadal wrzeszcząc, Jomfri 

wybiegł na zewnątrz.

- Dobry Old Rurry! - pochwalił któryś.

-   Jestem   ranny...   musicie   mi   pomóc...   -   mamrotał   Jomfri,   wspinając   się   ku 

Klawiszowi. - Diabelnie boli... wykrwawię się na śmierć... no, otwórz się, cholero...

Automat dozorujący skrzynię uwierzył - tym razem miękkie obejmy nie cofnęły się, 

za to poczuł ukłucie w kark i ból minął jak ręką odjął. Mógł ruszać głową i mówić, ale od szyi 

w dół nie był w stanie się ruszyć. Coś zgrzytnęło i poczuł, że ruszył gdzieś w mrok. Po 

odgłosach   i   ruchu   powietrza   poznał,   że   minął   wielo-komorowe   drzwi   niczym   w   śluzie 

powietrznej. W końcu grube stalowe drzwi otworzyły się z sykiem i znalazł się w dobrze 

oświetlonej sali.

- Znowu tortury - stwierdził z niesmakiem mężczyzna w białym fartuchu. - Wrócili do 

starych zabaw.

Słowa skierowane były do stojących za jego plecami trzech osiłków z tęgimi pałami.

background image

- Może to forma inicjacji, doktorze. To nowy.

- Jestem tu przez pomyłkę - wykrztusił Jomfri. - Nie jestem więźniem!

- Jak raz zaczęli, to będzie więcej amputacji: zawsze robią różne rzeczy seriami.

- Awaria teleportera...

- Masz rację, mam gdzieś wyliczenia potwierdzające...

- Musicie mnie wysłuchać! Wracałem do domu, wybrałem numer i znalazłem się tutaj. 

Popełniono   pomyłkę!   Kazałem   sobie   obciąć   palce,   żeby   do   was   trafić!   Sprawdźcie   w 

komputerze, dowiecie się, że mówię prawdę!

- Nigdy dotąd nie zdarzyła się pomyłka. - Lekarz po raz pierwszy przyznał, że ma do 

czynienia z człowiekiem. - Choć wielu twierdziło, że jest tu przez pomyłkę.

- Proszę sprawdzić, błagam! Komputer powie prawdę! Lekarz wzruszył ramionami.

-   Niech   będzie,   sprawdzę,   gdy   opatrunek   będzie   sechł.   Nazwisko   i   numer 

identyfikacyjny...   - Wystukał   podane   kombinacje   liter   i   cyfr   i  bez   wyrazu   przyglądał   się 

ekranowi.

- Przecież mówiłem, że to pomyłka - powiedział uszczęśliwiony Jomfri. - Nie mam do 

nikogo żalu, tylko wreszcie mnie uwolnijcie.

- Niemożliwe - powiedział cicho lekarz. - To nie pomyłka, zostałeś skazany i nie ma 

żadnej pomyłki.

- Za co?! Jestem niewinny, to jakiś kant!

-   Ciśnienie,   rytm   mózgu,   wszystko   w   normie...   Ta   aparatura   może   działać   jako 

wykrywacz kłamstw, a ty mówisz prawdę! - zdziwił się lekarz. - Wyjątkowo rzadki wypadek: 

amnezja na skutek szoku.

- O co jestem oskarżony? - krzyknął Jomfri, bezskutecznie próbując się ruszyć.

- Lepiej żebyś nie wiedział.

- Nie! Chcę wiedzieć! Wracałem do domu, do żony...

- Zabiłeś swoją żonę!

Zamykające się stalowe wrota zagłuszyły przeraźliwy, upiorny krzyk.

Przez mgnienie oka miał przed oczyma siną twarz z wytrzeszczonymi oczyma i krew, 

krew, krew...

Metalowa   klapa   otworzyła   się   i   Jomfri   siadł,   potrząsając   głową.   Dali   mu   coś   na 

uśmierzenie bólu i opatrzyli rany, ale nie chcieli mu pomóc, choć ich błagał. Nie chcieli 

sprawdzić   w   komputerze   i   przez   taką   nieżyczliwość   i   błąd   teleportera   był   skazany   na 

dożywocie na tej więziennej planecie.

- Teraz już nigdy nie zobaczę domu i żony - zaszlochał.

background image

Przełożył

background image

Jarosław Kolarski

Ratownicy

Obiekt był kiedyś przysypany kamieniami i ziemią, a powstały w ten sposób kurhan 

obłożono   kamiennym   kopcem.   Albo   robotę   wykonano   niestarannie,   albo   pogoda   była 

surowsza, niż sądzili budowniczowie, w każdym razie po kopcu zostały szpetne wspomnienia 

sięgające nie wyżej niż do pasa. Stulecia deszczu rozmyły i spłukały ziemię i obecnie to, co 

chciano   ukryć,   sterczało   niczym   nie   przesłonięte   z   niewysokiego   pagórka   porośniętego 

roślinnością. Była to wysoka na trzy metry i długa na sześć rama z zardzewiałego metalu. 

Osadzona   w   niej   płyta   z   szarego,   przypominającego   łupek   materiału   musiała   być   jednak 

znacznie  twardsza,  gdyż  jej  powierzchni  nie  znaczyła  najmniejsza  nawet  rysa,  choć  była 

pokryta kurzem i innymi przylepionymi przez wieki śmieciami. Wokół wzgórza rozpościerała 

się   łąka   okolona   karłowatymi   drzewami.   W   oddali   widać   było   wzgórza   szarej   barwy, 

częściowo spowite mgłą, i niebo równie nijakiego koloru. W zagłębieniach terenu leżały 

kontrastowo białe kulki gradu, który nie zdążył się jeszcze rozpuścić, a w trawie porastającej 

wzgórek kręcił się leniwie ptak o brązowo-szarym upierzeniu.

Zmiana była nagła - w jednej chwili, zbyt krótkiej, by ją dostrzec, płyta zmieniła kolor 

na głęboko czarny, bardziej przypominający brak jakiegokolwiek koloru niż typową czerń. 

Równocześnie jej powierzchnia musiała także się zmienić, gdyż odpadł z niej kurz i brud, a 

obok   ptaka   spadł   kokon   jakiegoś   sporego   owada,   dotąd   przyczepiony   do   płyty.   Ptak   się 

przestraszył i odfrunął.

Z czerni płyty  wyszedł,  a raczej  wyskoczył  mężczyzna  i zamarł w przysiadzie, z 

gotowym   do  strzału   pistoletem   w  dłoni.   Rozejrzał   się   płynnym   ruchem,   po   czym   zaczął 

nasłuchiwać. Ubrany był w lekki, hermetyczny kombinezon i przezroczysty hełm, a do pasa i 

pleców miał przytroczone najrozmaitsze wyposażenie. Po chwili wyprostował się i poprawił 

przewód umieszczonego pod ustami mikrofonu. Przewód był cienki i elastyczny; biegł od 

hełmu do czarnej powierzchni, w której znikał.

- Raport pierwszy - powiedział. - W zasięgu wzroku nic żywego i ruchomego. Myślę, 

że widziałem coś w rodzaju ptaka, ale nie jestem pewien. Albo jest tu zima, albo to chłodna 

planeta. Roślinność trawiasta, krzewy i karłowate drzewa. Mgła i niskie chmury, śnieg... nie, 

grad   w   zagłębieniach   terenu.   Wszystkie   instrumenty   sprawne,   teraz   przystępuję   do 

sprawdzenia   modułu   kontrolnego.   Jest   przysypany   ziemią   i   skałami,   muszę   go   najpierw 

odkopać.

Mężczyzna rozejrzał się jeszcze raz i uspokojony schował broń do kabury na biodrze. 

background image

Odczepił od pasa urządzenie przypominające pręt z rękojeścią, włączył i dotknął ziemi po 

prawej stronie metalowej ramy. Ziemia pokruszyła się niczym gotujący się płyn, odsuwając 

się od końcówki pręta lawiną grudek, w ślad za którymi poszły kamyki i kamienie odlatujące 

na   wszystkie   strony.   Większe   kamienie   musiał   podważyć,   ale   potem   już   osuwały   się   z 

łoskotem bez wysiłku. Stopniowo spod powierzchni wyłaniał się ciąg dalszy metalowej ramy, 

aż pojawił się narożnik, w którym ziała wyrwa o poszarpanych krawędziach. Mężczyzna 

wyłączył urządzenie i pochylił się.

- System sterujący ekranu zniszczony w wyniku sabotażu - powiedział do mikrofonu. 

- Zdetonowano na nim ładunek wybuchowy wystarczającej mocy, by zniszczyć wszystko i 

spowodować wyłączenie. Muszę założyć nowy aagh...

Bełkotliwy jęk wywołał drewniany, zakończony stalowym grotem i upierzony pocisk, 

który wbił mu się w plecy. Trafiony opadł na kolana i krzywiąc się z bólu, sięgnął po broń. 

Ruchy miał zwolnione, ale pewne - zadziałało dokładne szkolenie, toteż po sekundzie broń 

przemówiła,   wystrzeliwując   serię   niewielkich   kulek,   które   eksplodowały   przy   uderzeniu. 

Celował dwadzieścia metrów od siebie w ziemię i obracał się tak, że po krótkiej chwili 

wzniecił wokół siebie półkole dymu i kurzu. Dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę, że 

coś ostrego wystaje mu z piersi, i poczuł rozlewające się po skórze ciepło krwi. Gdy osłona 

była gotowa, na poły wszedł, na poły wpadł w ciemność, z której się wyłonił. Zamknęła się za 

nim niczym powierzchnia bezdennego stawu i znieruchomiała. Chłodny wiatr rozwiał dym i 

kurz i wszystko znów było ciche i nieruchome.

Zniszczona wioska pełna była śmierci i stanowiła kolejny dowód, że rzeczywistość 

zawsze   przekracza   wyobraźnię:   żaden   reżyser   nie   zgodziłby   się   na   tak   tandetny   plan 

zdjęciowy. Nietknięte budynki stały między wypalonymi ruinami, a na pierwszym planie 

widać było martwe zwierzę pociągowe wciąż zaprzężone do wozu. Pyskiem prawie dotykało 

twarzy ofiary zarazy, szarpanej przez ptaki i dzikie zwierzęta. Na ulicy i między budynkami 

widać   było   znacznie   więcej   zwłok,   a   wystające   z   częściowo   zasłoniętego   okna   ramię 

wskazywało, że w domach znajdują się kolejne.

Obraz   był  trójwymiarowy  i   w ciemnym   pomieszczeniu  szokująco   wyraźny.  Po  to 

zresztą   go   zarejestrowano   i   odtwarzano.   Głos   komentatora   był   za   to   pozbawiony 

jakichkolwiek emocji, co jeszcze bardziej podkreślało wymowę słów:

- Wydarzyło się to w początkowym okresie istnienia naszej organizacji, gdy mieliśmy 

za dużo wezwań, a za mało sił. Wezwanie zostało zarejestrowane. Z uwagi na pogarszającą 

się gwałtownie sytuację na planecie Lloyd nie wysłano żadnego zespołu. Późniejsze analizy 

wykazały, że jeden zespół w znaczącym stopniu nie zmieniłby sytuacji na Lloydzie, za to 

background image

wpłynąłby drastycznie na ukazany stan rzeczyGdy w końcu udało się opanować epidemię, 

śmierć poniosło siedemdziesiąt sześć i trzydzieści dwie setne procent populacji całej planety 

i...

Zabrzęczał   komunikator,   który   Jan   Dacosta   nosił   w   kieszeni,   toteż   czym   prędzej 

przyłożył go do ucha i uruchomił.

- Doktor Dacosta jest proszony o zameldowanie się w Centrali Odpraw.

Jan prawie zerwał się na równe nogi pomimo tygodni szkolenia. Opanował się w 

ostatniej   chwili,   wstał   wolno   i   wyszedł   z   sali,   nie   okazując   cienia   pośpiechu.   Kilku   z 

obecnych   przyglądało   się   jego   wyjściu,   po   czym   powróciło   do   oglądania   szkoleniowej 

projekcji. Miał ich serdecznie dosyć - to wezwanie mogło oznaczać, że wreszcie zaczęła się 

jakaś misja ratunkowa i że w końcu będzie mógł coś zrobić, a nie tylko bezsilnie przyglądać 

się zarejestrowanym wizerunkom chorych, do których pomoc dotarła za późno. Od paru dni 

był na dyżurze, więc szansa na akcję była całkowicie realna.

Ponieważ   na   korytarzu   nie   było   nikogo,   przyspieszył   kroku.   Wychodząc   zza 

narożnika, zauważył znajomą postać, podbiegł więc i zawołał:

- Doktorze Toledano!

Starszy mężczyzna  odwrócił się  i przystanął. Był drobnej  budowy, ale  cieszył  się 

takim autorytetem, że nikt nie zwracał na to uwagi.

- Prawdziwa misja! - oznajmił, gdy Jan dołączył do niego, i to w ojczystym języku 

planety, z której obaj pochodzili, a nie w interze.

Gdy   się   uśmiechnął,   jego   smagła,   poznaczona   zmarszczkami   twarz   przypominała 

suszoną śliwkę. Uścisnęli sobie dłonie i Toledano wyjaśnił:

- To chyba moja ostatnia misja polowa, ale zgodziłem się objąć dowództwo. Chcę, 

żebyś został moim asystentem. Oprócz nas będzie jeszcze trzech lekarzy, wszyscy o dłuższym 

stażu niż ty, więc nie będziesz miał wiele do powiedzenia, ale uczyć się w ten sposób możesz 

znacznie szybciej. Co ty na to?

- Cudownie!

- W takim razie załatwione. - Toledano puścił jego dłoń i przestał się uśmiechać. Jak 

zgaszone zniknęły dobroduszność i radość, ustępując miejsca autorytetowi. - To będzie ciężka 

praca i nie zyskasz uznania, ale nauczysz się wiele.

- Po to zostałem Ratownikiem.

Toledano   skinął   poważnie   głową.   To,   że   mieli   wspólnych   przyjaciół,   nie   miało 

najmniejszego znaczenia w pracy, a od tej chwili zaczęła się praca. Obaj ruszyli korytarzem 

ku Centrali Odpraw - Toledano prowadził, Jan szedł krok z tyłu. W sali czekali już pozostali 

background image

lekarze, którzy wstali na widok starszego stażem.

- Proszę zająć miejsca - zagaił Toledano. - Sądzę, że najlepiej zacząć od drobnej 

formalności:   to   jest   doktor   Dacosta   zaczynający   staż   jako   etatowy   pracownik 

Epidemiologicznego   Pogotowia   Centralnego.   Ponieważ   jest   wykwalifikowanym   lekarzem, 

będzie nam towarzyszył jako mój asystent. Będzie odpowiedzialny wyłącznie przede mną i 

wyłączony z normalnej podległości służbowej. Doktorze Dacosta, celem naszej misji jest 

dostarczenie i zapewnienie bezpiecznej i spokojnej pracy tej oto trójce specjalistów. Zacznę 

od jedynej w naszym towarzystwie kobiety. To doktor Bucuros, mikrobiolog.

Siwiejąca kobieta o prostokątnej twarzy skinęła głową i przestała na chwilę bębnić 

opuszkami palców o stół. Widać było, że chce jak najszybciej wziąć się do pracy.

- To jest doktor Oglasiti, wirolog, z którego pracami musiałeś mieć kontakt w czasie 

studiów  -   podjął  Toledano,     wskazując     na     śniadego     mężczyznę,     który   uśmiechał   się 

szeroko, ukazując białe zęby. - A to jest doktor Pidik, epidemiolog, który jak mamy nadzieję, 

nie będzie miał tym razem żadnego zajęcia.

Wysoki blondyn o prawie białych włosach skinął głową na powitanie i uśmiechnął się 

przyjaźnie. Spoważniał, gdy Toledano wyjął z teczki papiery i siadł w fotelu stojącym przy 

krótszym boku stołu obok przezroczystej ściany dzielącej pomieszczenie.

- To będzie raczej długa sesja - ostrzegł Toledano. - Mamy zerwany kontakt, który 

technicy   oceniają   na   około   tysiącletni,   czyli   jak   dotąd   rekordowy;   musimy   więc   być 

przygotowani dosłownie na wszystko. Dlatego też chcę, żebyśmy wszyscy wysłuchali raportu 

zwiadowcy. Poza tym praktycznie mamy do dyspozycji niewiele danych.

Nacisnął jeden z guzików na wmontowanej w stół konsolecie i po drugiej stronie 

przezroczystej ściany otworzyły się drzwi. Wyszedł z nich mężczyzna, podszedł powoli do 

stojącego przy przezroczystej barierze fotela i ostrożnie w nim usiadł. Ubrany był w zielony 

kombinezon   zwiadu   teleportacyjnego,   ale   rozpięty   kołnierzyk   ukazywał   biel   bandaża 

spowijającego   jego   klatkę   piersiową.   Prawą   rękę   miał   na   temblaku   i   wyglądał   na 

zmęczonego.

- Jestem doktor Toledano, dowódca misji, a to lekarze wchodzący w skład zespołu. 

Chcielibyśmy usłyszeć pański raport osobiście. Dane z urządzeń wskazują, że planeta jest 

zamieszkana, ma typową atmosferę, średnią temperaturę i   niewielkie zanieczyszczenia. Z 

tego co wiem, transmiter został zdalnie uruchomiony przy użyciu nowego Y-sprzęgu?

- Jestem starszy zwiadowca Starke - przedstawił się ranny. - Tak, uruchomiono go 

Y-sprzęgiem,   który   jak   dotąd   wykorzystany   został   jedynie   kilkakrotnie,   gdyż   jest   to 

kosztowny i skomplikowany proces. Wszystkie pozostałe transmitery były albo na planetach 

background image

Ligi, albo w rejonach nie nadających się do zamieszkania...

- Przepraszam, ale nic nie wiem o tym Y-sprzęgu - wtrącił Jan.

- Jest w instrukcji technicznej w ostatnim rozdziale. - Głos Toledana był neutralny. - 

Powinieneś   się   był   z   nim   zapoznać.   To   sposób   zdalnego   włączania   teleportera,   którego 

koordynaty są znane, ale który został wyłączony lub też ma uszkodzone sterowanie. Jan 

przyjrzał się własnym dłoniom, nie mając ochoty spoglądać na pozostałych - miał szczery 

zamiar przeczytać tę instrukcję techniczną, tylko jak dotąd nie miał kiedy. Teraz też nie będzie 

miał, gdyż prosto z sekcji Alfa, w której się znajdowali, wyruszą na akcję. Sekcja Alfa była 

tak sterylna biologicznie, jak to tylko możliwe, dlatego nie mogli na przykład rozmawiać ze 

zwiadowcą bezpośrednio. On znajdował się w sekcji Beta, zwanej potocznie ”brudną”, z 

której nie mógł wyjść bez długiej kwarantanny. Sprzęt elektroniczny najnowszej generacji 

dawał złudzenie rozmowy przez szklaną ścianę.

- Proszę kontynuować! - Głos Toledana przerwał mu rozmyślania.

- Po uruchomieniu dostaliśmy odczyt ciśnienia, temperatury i przyciągania. Pasowały 

do   nadającej   się   dla   ludzi   planety,   więc   poszedłem   tam.   Pierwszy   kontakt   zawsze   jest 

możliwie jak najkrótszy. Krajobraz był pusty i ponury, miałem wrażenie, że jest zima, ale nie 

potrafię tego uzasadnić. Ekran stoi na wzgórzu i jest częściowo zakopany w ziemi, toteż 

chwilę potrwało, nim dostałem się do modułu kontrolnego. Gdy go odkopałem, stwierdziłem, 

że   ktoś   go   celowo   zniszczył,   i   to   dawno,   przy   użyciu   silnego   materiału   wybuchowego 

przymocowanego   do   obudowy.   Zdjęcia   są   dołączone   do   raportu.   Miałem   założyć   nowy 

moduł,   gdy   oberwałem,   więc   postawiłem   zasłonę   ogniową   i   wycofałem   się.   Nikogo   nie 

widziałem i pojęcia nie mam, kto do mnie strzelał.

Potem   nastąpiła   seria   pytań,   ale   nic   więcej   już   nie   wymknęło.   Gdy   zwiadowca 

wyszedł, Toledano wyjął torby i postawił na stole blok przezroczystego plastiku, w którym 

znajdował się pocisk wyjęty ze zwiadowcy.

Wszyscy przyjrzeli mu się z zainteresowaniem.

- Coś krótka ta strzała - ocenił po chwili Oglasiti. - Nigdy takiej nie widziałem. Jak 

tym można strzelać z łuku?

- Nie można, bo to nie jest strzała - wyjaśnił Toledano. - Sekcja historyczna miała z 

tym   trochę   kłopotów,   ale   w   końcu   ustalili.   To   się   nazywa   bełt   i   jest   wystrzeliwane   z 

urządzenia o nazwie kusza. To starożytna broń miotająca, której nigdy nie wykorzystano w 

zawodach sportowych, toteż nie przetrwała w żadnej formie do naszych czasów. Istnieje parę 

egzemplarzy w muzeach, a zdjęcia i rysunki są tu, jeśli będziecie chcieli je potem obejrzeć. 

Jest   to   broń   znacznie   bardziej   skomplikowana   od   łuku,   a   oględziny   bełtu   wskazują   na 

background image

staranne   wykończenie   i   dobre   wyważenie.   Grot   jest   wykonany   z   odlewanego   żelaza,   co 

oznacza, że jeśli jest najwyższym osiągnięciem technicznym, to na planecie panuje epoka 

żelaza,  jeśli   zaś   jest   w   codziennym   użytku,   to   mamy   do   czynienia   z   cywilizacją 

średniowieczną.

- Zdegenerowana kolonia?

- Właśnie. Porównanie zdjęć wskazuje, że to jeden z pierwszych modeli teleportera 

używany przy kolonizacji planet. Należy uznać, że jest jedyny na tej planecie, biorąc pod 

uwagę poziom aktualnej cywilizacji: zbyt długo byli odcięci od reszty galaktyki, a zerwanie 

łączności   musiało   nastąpić   zbyt   szybko.   Cofnęli   się   do   poziomu,   w   którym   są 

samowystarczalni. Powodów, dla których moduł kontrolny został zniszczony, możemy nigdy 

nie odkryć i byłyby to akademickie rozważania. Naszym największym problemem jest te 

prawie tysiąc lat izolacji.

- Mutacja, wariacje i przystosowanie - podsumowała doktor Bucuros.

- W rzeczy samej. Skoro ludzie tam żyją, to musieli się zaadaptować do lokalnych 

warunków. Uzyskali odporność na tamtejsze choroby i infekcje, które dla nas mogą okazać 

się śmiertelne, i odwrotnie: mogli utracić odporność, którą my mamy. Szanowni koledzy i 

koleżanko:   mała   dygresja   historyczna.   EPC   zostało   utworzone   w   czasie   kryzysu 

epidemiologicznego,   by   uniknąć   następnego   podobnego  wypadku.   Co  prawda   największe 

nasilenie zaraz wywołanych masowym użyciem teleporterów nastąpiło dwieście do trzystu lat 

po wprowadzeniu ich do użycia, ale nie znaczy to, że od tamtej pory nie wystąpiły podobne 

niebezpieczeństwa,   choć   na   mniejszą   skalę.   Będą   zresztą   nadal   występować,   gdyż   nasze 

własne drobnoustroje mutują w zależności od środowiska, w którym się znajdą, i dopóki 

człowiek będzie kolonizował nowe planety lub odnawiał kontakt z już skolonizowanymi, 

takie niebezpieczeństwo będzie istnieć. Co prawda groźba powtórzenia tragedii, w których w 

wyniku zarazy ginęła cała czy też większość populacji planetarnej, jest obecnie niewielka, ale 

nadal istnieje. Dotąd nie znaleziono zarazy wywodzącej się ze środowiska kolonizowanej 

planety, głównie z powodu różnic w metabolizmie i filogenezie, ale zawsze kiedyś jest ten 

pierwszy raz. Dlatego EPC będzie istnieć i dlatego ma etatowych pracowników takich jak 

doktor Dacosta czy ja oraz czasowo przydzielonych specjalistów jak wy. Naszym celem jest 

zapobieganie   epidemiom,   i   to   za   wszelką   cenę   -   podkreślam   to,   ponieważ   ta   misja   jest 

potencjalnie   groźniejsza   od   jakiejkolwiek,   w   której   braliście   udział.   Naszym   pierwszym 

celem   jest   zapobieżenie   rozprzestrzenieniu   się   zarazy   na   inne   planety,   a   dopiero   drugim 

ratowanie   jej   ofiar   na   planecie,   na   której   się   znajdziemy.   Stawką   bowiem   nie   jest   życie 

jednostki czy nawet wszystkich mieszkańców danego świata, ale życie wszystkich ludzi w 

background image

galaktyce. Przyznam się, że ta planeta jest teoretycznie niebezpieczniejsza od wszystkiego, z 

czym sam się dotąd zetknąłem. Musimy dopilnować, by ta teoria nie stała się praktyką. Teraz, 

przechodząc do konkretów: oto jak zaplanowałem naszą misję...

Do   świtu   brakowało   około   godziny,   gdy   z   ekranu   wypadł   lekki   transporter 

opancerzony. Ryk silnika i klekot gąsienic wyraźnie rozbrzmiały w nocnej ciszy, gdy skręcił 

gwałtownie i pognał w kompletnej ciemności ku najbliższemu wzniesieniu. Kierowca oglądał 

teren przez noktowizor, toteż bez najmniejszego kłopotu dotarł na wzgórze, zatoczył koło i 

zatrzymał pojazd.

- Okolica czysta, można podnieść detektor - zameldował.

Drugi z członków załogi włączył najpierw tarczę cieplną, by emisja z transportera nie 

zakłócała   odczytu,   a   następnie   wysunął   kulę   z   sensorami   umieszczoną   na   teleskopowym 

maszcie. Przyglądając się ekranowi monitora, odczekał, aż kula wykona trzy pełne obroty, i 

włączył radio. Przekaźnik został zrzucony z pancerza ledwie się znaleźli na planecie, toteż 

przez światłowód był połączony z bazą.

- Jestem na pozycji o dwieście metrów od ekranu - zameldował. - Detektor wykrył 

dwa   źródła   energii   odpowiadające   ludzkim   parametrom   w   odległości   dziewięćdziesięciu 

pięciu metrów, nie licząc wielu drobnych pochodzenia zwierzęcego. Oba oddalają się od 

mojej pozycji i od ekranu. Koniec meldunku.

Z ekranu wyłonił się większy pojazd i stanął kilkanaście metrów przed nim. A potem 

kolejno wyjechał cały konwój złożony z czternastu maszyn. Wszystkie były opancerzone i 

przystosowane   do   jazdy   w   terenie.   Wszystkie   również   były   uzbrojone,   choć   większość 

jedynie   w   lekką   broń   maszynową.   Wszystkie   też   jechały   z   zapalonymi   reflektorami,   co 

wydatnie przyspieszyło świt w okolicy.

Transporter dowodzenia podjechał na wzgórze i znieruchomiał koło pancerki zwiadu. 

Toledano wdrapał się na osłoniętą lekkim pancerzem platformę obserwacyjną i rozejrzał się 

przez lornetkę.

Na horyzoncie widać było coraz szerszy pas światła z kierunku, który z oczywistych 

powodów określano jako wschodni.

- Detektor wykrył jeszcze coś? - spytał Jana siedzącego przy radiostacji.

- Nie - odparł ten po chwili. - Oba obiekty oddaliły się i są już poza zasięgiem. 

Szybkość poruszania się wskazuje, że to ludzie.

-   W  takim   razie   poczekamy,   aż   się   przejaśni.   Utrzymać   pogotowie   bojowe   i   nie 

opuszczać pojazdów. Jak już będzie dzień, pojedziemy w kierunku, w którym odeszli tamci 

dwaj.

background image

Oczekiwanie nie było długie, a świt nastąpił z niespodziewaną nagłością wskazującą, 

że znajdują się w pobliżu równika.

- Ruszamy! - polecił Toledano, gdy czerwone promienie słońca rozświetliły krajobraz. 

- Pojedyncza kolumna, szyk ubezpieczony i zwiad wysunięty na sto metrów. Przy pierwszej 

okazji złapać kogoś z tubylców. Przekaz im, żeby użyli gazu: chcę z nim pogadać, a nie 

zrobić mu sekcję!

Dacosta   przekazał   wiadomość   dowódcy   osłony.   Czuł   się   nieco   dziwacznie   -   był 

lekarzem,   a   jak   dotąd   zachowywał   się   prawie   jak   żołnierz.   Cała   operacja   bardziej 

przypominała   desant   niż   akcję   medyczną,   ale   wolał   się   nie   odzywać   -   Toledano   był 

weteranem i wiedział, co robi, a on był tu nowy i miał się uczyć.

Po paru minutach jadący w szpicy transporter zameldował o zbliżeniu się do osady. 

Toledano kazał mu poczekać na resztę i po chwili dołączyli do pojazdu stojącego na szczycie 

wzgórza.

- To wygląda niczym rycina z książki historycznej - ocenił Jan.

- Faktycznie rzadkość. Antropolodzy, historycy i spece od kultury będą tu mieli pole 

do popisu, jak tylko otworzymy tę planetę.

Przed nimi rozciągała się dolina jeszcze miejscami przykryta pasmami mgły, która 

unosiła się znad płynącej łagodnym zakolem rzeki. Uprawne pola otaczały wioskę, a raczej 

miasteczko   położone   na   jej   brzegu.  Widać   było   głównie   stłoczone   dachy   z   kominami,   z 

których   unosiły   się   wąskie   smugi   dymu,   za   to   wysoki   kamienny   mur   wraz   z   wieżami, 

blankami i wąskimi otworami strzelniczymi był aż nadto dobrze widoczny. Podobnie jak 

otaczająca go fosa i masywna drewniana brama nabijana stalowymi ćwiekami. Na blankach 

nie było żywej duszy i gdyby nie snujący się z kominów dym, miasto mogłoby zostać uznane 

za wymarłe.

- Musieli usłyszeć, że się zbliżamy, i ewakuowali wszystkich za mury - domyślił się 

Jan.

- Głuchy by nas usłyszał.

Radio bipnęło, toteż Jan opadł w głąb wieżyczki.

- Zwiadowcy - zameldował po chwili. - Mają jeńca.

- Doskonale. Niech go tu przywiozą!

Kilka minut później podjechał do nich lekki czołg dotąd ubezpieczający kolumnę z 

boku. Wyładowano z niego nieprzytomną postać przypiętą do noszy. Oczekujący lekarze nie 

kryli zaciekawienia, czekając, aż dwóch żołnierzy umieści je na ziemi.

Mężczyzna był po pięćdziesiątce, miał siwą brodę i włosy. Leżał z otwartymi ustami, 

background image

chrapiąc   przeraźliwie   pod   wpływem   ładunku   gazowego,   jakim   go   potraktowano;   w 

rozchylonych   ustach   widać   było   poczerniałe   pieńki   paru   ostatnich   zębów.   Ubrany   był   w 

wełnianą kamizelkę, płócienną koszulę i skórzane spodnie oraz buty do kolan, także ze skóry, 

ale z drewnianymi podeszwami. Ani ubranie, ani obuwie nie były czyste czy nowe, a na 

dłoniach także widać było wżarty, zestarzały brud.

- Pobierzcie próbki, zanim go obudzimy - polecił Toledano i medycy wzięli się do 

roboty.

Krwi wytoczono mu co najmniej pół litra, żeby załatwić wszystkie badania za jednym 

kłuciem. Oprócz tego wzięto próbki skóry, włosów, paznokci, śliny i po pewnych problemach 

wywołanych zarówno bezwładem, jak i grubą odzieżą - płynu rdzeniowego. Kolejne próbki 

niezbędne do biopsji zostawiono na później, pacjenta ubrano; doktor Bucuros złapała przy tej 

okazji kilka wszy i zadowolona zamknęła je w pojemniku.

- Doskonale - ocenił Toledano, gdy lekarze udali się do swych laboratoriów. - Proszę 

go   teraz   obudzić   i   spróbować   się   z   nim   porozumieć.   Bez   tego   niczego   tu   nie   zdołamy 

osiągnąć.

Na wszelki wypadek, zanim nieprzytomnemu dano zastrzyk, obok technika-lingwisty 

stanął masywny sierżant. Mężczyzna po kilku sekundach zamrugał, rozejrzał się i zamarł z 

wytrzeszczonymi oczyma. Nie trzeba było być specjalistą, by widzieć, że jest przerażony.

-   Spokojnie.   -  Technik   podsunął   mu   pod   nos   mikrofon,   poprawiając   jednocześnie 

słuchawkę we własnym uchu.

Mikrofon i słuchawka połączone były cienkim przewodem ze sterownikiem, który 

miał zawieszony na pasie. Komputer translacyjny znajdował się w jednym z transporterów. 

Technik uśmiechnął się, kucnął obok noszy. Jego ruch wyrwał leżącego z paraliżu - rozejrzał 

się dziko i spróbował usiąść, ale sierżant łagodnie acz stanowczo przydusił go do noszy.

- Mówić, parla, taller, mluviti, talk, beszelni... - zagaił lingwista.

Jaungoiko! - wrzasnął leżący, próbując się wyszarpnąć sierżantowi, a gdy to się nie 

udało, jęknął. - Diabru! - I zakrył dłońmi oczy.

-   Pięknie!   Grupę   językową   już   mamy...   -   ucieszył   się   technik.   -   No   to   teraz 

najważniejsze słowa... Nor?

Zer? - leżący odsłonił jedno oko.

Nor... zu... itz egin.

Potem już szło coraz szybciej, gdyż im więcej słów wypowiedział chwilowy więzień, 

tym więcej danych miał komputer i tym sprawniej biegła rozmowa. Do podstawy językowej 

doszli szybko, potem problem sprawiła jedynie lokalna odmiana, w jaką przekształcił się 

background image

podstawowy   język   przez   te   kilka   wieków  izolacji.   Po  mniej   więcej   trzydziestu   minutach 

lingwista wstał, otrzepał kolana i oznajmił:

- Możemy się z nimi dogadać. Używał pan już translatora?

- Modelu Mark IV - odparł Toledano.

- To model Mark  VI,  zmiany nie obejmują użycia, toteż nie muszę niczego panu 

tłumaczyć.   Naciśnięcie   tego   przycisku   uruchamia   przekład   pańskich   słów,   resztę   robi 

komputer. Tłumaczenie z tego języka odbywa się automatycznie.

Sierżant zawiesił leżącemu mikrofon na szyi i ustawił przed nim głośnik, a Toledano 

wziął do ręki sterownik i spytał:

- Jak się nazywasz?

Po ułamku  sekundy  odezwał  się  głośnik,  któremu  chwilowy  więzień  przyjrzał  się 

przerażony i z opuszczoną szczęką.

- Txakur - wykrztusił po dłuższej chwili.

- A to miasto jaką ma nazwę?

Na niektóre pytania nie dostali odpowiedzi - albo dlatego, że pytany nie wiedział, albo 

też nie zrozumiał pytania. Było to bardziej prawdopodobne, gdyż komputer miał wyraźne 

problemy  z przekładem  abstrakcyjnych  pojęć.  Mimo to po dziesięciu minutach  rozmowy 

Toledano wydawał się w pełni usatysfakcjonowany.

-   Oddział   szturmowy   wyrusza   za   kwadrans   -   polecił.   -   Laboratoria   i   jednostki 

pomocnicze   zostają   tutaj   wraz   z   osłoną   jednego   plutonu.   Proszę   zawiadomić   naszych 

specjalistów, że zanim wyruszymy, chciałbym z nimi porozmawiać. Najlepiej zaraz.

Specjaliści zjawili się pojedynczo, z ociąganiem i w niezbyt radosnych nastrojach, 

gdyż każdemu przerwano jakieś testy czy badania próbek. Nikt z nich jednak nie protestował, 

a Toledano spokojnie poczekał, aż wszyscy będą obecni.

- Z informacji, jakie dotąd uzyskaliśmy, wynika, ze miasto nazywa się Uri, podobnie 

jak otaczające je ziemie. Wydaje mi się, że jest to prymitywna jednostka polityczna zwana 

miastem-państwem.   Inne   miasto   lub   państwo   zwane   Gudaegin   aktualnie   zdaje   się 

kontrolować Uri, które według mojej oceny zostało niedawno zdobyte i obecnie znajduje się 

pod   okupacją.   Czy   mam   rację,   przekonamy   się   wkrótce.   Gudaegińczycy   wydają   się 

wojowniczy, a nasz informator nie krył strachu przed nimi. Mają rozmaite, dość dziwaczne, 

przyznaję,   rodzaje   broni   i   wiedzą   o   naszej   obecności.   Z   miasta   wysłano   ostrzeżenie   i 

polecenie, by wszyscy chronili się za mury. On był w drodze, gdyśmy go złapali. Zamierzam 

dostać się do miasta i porozmawiać z przywódcami. Jak je spacyfikujemy, poinformuję was, a 

do tej pory zajmijcie się, proszę, badaniami, gdyż wieczorem chciałbym mieć wstępne wyniki 

background image

analiz.

Bitym traktem do rozebranego mostu na fosie podjechał niewielki konwój i stanął na 

brzegu. Z zamkiem łączył go jedynie podwójny rząd wbitych w dno pali.

- Irytujące - ocenił Toledano, przyglądając się ekranowi. - Cóż, będziemy zmuszeni 

znaleźć inny sposób dostania się do miasta...

Coś   uderzyło   w   wodę   kilka   metrów   przed   pojazdem,   wzbijając   solidną   fontannę. 

Chwilę później coś innego grzmotnęło o wieżyczkę transportera.

-  Wygląda   na   całkiem   spory   głaz   -   ocenił   Jan,   przyglądając   się   pociskowi,   który 

znieruchomiał na ziemi obok pojazdu.

-   W   rzeczy  samej.   Mają   silną   i   celną   wyrzutnię,   więc   lepiej   się   zabezpieczyć. 

Wycofamy się z pięćdziesiąt metrów i rozproszymy w linię, a potem sprawdzimy, jakie ta 

fosa ma dno.

Polecenie zostało wykonane szybko i sprawnie, tak że po kilku minutach jedynym 

poruszającym   się   pojazdem   była   wysłana   na   zwiad   pancerka.   Pojazd   przy   okazji 

skoncentrował na sobie ostrzał, zjeżdżając powoli do fosy obok pali. Wóz był wodoszczelny, 

ale i tak wieżyczka nie skryła się pod wodą - fosa nie była głęboka, za to mocno zamulona: po 

przejechaniu ledwie jednej trzeciej szerokości gąsienice zaczęły kręcić się w miejscu, tracąc 

przyczepność, a transporter zaczął się zapadać. Ponieważ na wszelki wypadek wóz miał do 

tylnego haka przyczepioną linę holowniczą, jeden z czołgów wyciągnął go czym prędzej na 

brzeg. Fiasko zostało powitane żywiołową radością na murach.

- Koniec  eksperymentów  -  ocenił  Toledano. - Wszystkie maszyny na brzeg fosy! 

Ktoś tu musi oberwać i wolę, żeby to byli oni. Głośnik jest podłączony do komputera?

-  Nie   moglibyśmy   użyć   gazu   usypiającego?   -  zaproponował   Jan.  -   Nurkowie   bez 

problemu otworzyliby potem bramę.

- Moglibyśmy, tylko po pierwsze: mielibyśmy rannych, a być może i zabitych, a po 

drugie w mieście na pewno byłoby dużo ofiar. Nie możemy nasączyć go równomiernie taką 

porcją gazu, by wszyscy zasnęli, gdyż teren jest zbyt duży i ciasno zabudowany. Albo nie 

uśpimy ich wszystkich i wtedy nasi żołnierze oberwą, albo w wielu miejscach stężenie gazu 

będzie zbyt silne i wielu obrońców umrze. Tak zginie tylko kilku z nich, a reszta się podda. 

Przykre, ale nie ma innego wyjścia - wyjaśnił Toledano i włączył mikrofon. - Mówię do 

Gudaegińczyków   w   mieście   Uri:   nie   chcemy   nikogo   skrzywdzić!   Chcemy   z   wami 

porozmawiać! Jesteśmy przyjaciółmi!

Odpowiedzią   na   odbijające   się   od   murów   słowa   był   grad   kamieni   i   prawie 

dwumetrowej długości strzała, która wbiła się w ziemię obok jednego z transporterów.

background image

- Całkiem jasna odpowiedź - ocenił Toledano. - Na ich miejscu zrobiłbym pewnie to 

samo... Cóż, trzeba jakoś zmienić ich nastawienie. Spróbujemy po dobroci... Dla własnego 

dobra zaprzestańcie oporu! I tak wjedziemy do miasta, nie zdołacie nam przeszkodzić. Na 

dowód moich słów zniszczymy wieżyczkę nad bramą. Daję wam minutę na opuszczenie jej, a 

potem udowodnię, jak potężną bronią dysponujemy. Czas start!

Sekundy zaczęły płynąć, a Toledano, nie tracąc czasu, wyłączył głośnik, przełączył się 

na częstotliwość konwoju i polecił załodze ciężkiego czołgu:

- Cel: wieżyczka nad bramą, jeden pocisk. Wolałbym, żebyście trafili. Strzał na mój 

rozkaz!

Minuta dobiegła końca.

- Ognia!

Wieżyczka wraz z solidnym kawałem muru zniknęła przykryta wybuchem. Z kłębów 

dymu   wyleciały   kamienie,   kawałki   ścian   i   ciał   i   z   pluskiem   wylądowały   w   fosie.   Jan 

wstrząśnięty obserwował szybko rzednącą chmurę dymu i kurzu.

-   Przecież   to   byli   ludzie...   zabiliśmy   ich   -   wychrypiał   i   umilkł,   widząc   lodowate 

spojrzenie Toledana, który nie tracąc czasu, oznajmił przez głośnik:

- Teraz otworzycie bramę i przestaniecie stawiać bezsensowny opór. Na znak zgody 

wywiesicie na murach białą flagę. Jeśli tego nie zrobicie, zniszczymy bramę tak samo jak 

przed chwilą wieżę!

W odpowiedzi na wóz dowodzenia posypał się grad kamieni, łomocząc ogłuszająco o 

pancerz i kołysząc kadłubem. Wokół pojazdu wyrósł nagle las dwumetrowych strzał, a na 

pancerzu zadzwoniły stalowe groty tych, które trafiły. Łoskot we wnętrzu stał się ogłuszający, 

toteż ledwie było słychać polecenie Toledana skierowane do dowódcy lekkiego tym razem 

czołgu:

- Proszę rozwalić tę bramę, ale nie burzyć muru, bo nie wjedziemy do środka. Ognia!

Szybkostrzelne działko plunęło ogniem, zmieniając wzmocnione stalą drewno bramy 

w potrzaskane szczątki. Ostrzał nie trwał długo; brama została zniszczona.

Działko zamilkło, za to w głośniku rozległ się głos dowódcy czołgu:

- Coś się dzieje na murach, sir.

- Wygląda na to, że się biją! - Jan nawet nie próbował ukryć zdumienia.

Faktycznie - ze szczytu umocnień spadło najpierw jedno ciało, lądując w fosie, potem 

drugie. A po chwili na blankach pojawiła się jakaś szara płachta, którą zaczęto gwałtownie 

machać. Przy pewnej dozie dobrej woli można ją było uznać za białą.

- No i po bitwie - stwierdził z zadowoleniem Toledano. - Teraz każemy im odbudować 

background image

most i uprzątnąć przejazd. I nie chcę więcej żadnych trupów, jasne?!

Mężczyzna   nazywał   się   Jostun   i   według   komputera   translacyjnego   był   starszym 

wioski, co niezbyt dokładnie oddawało prawdę. Komputer jako drugie tłumaczenie podał 

członka rady miejskiej; spotkało się to z większym uznaniem doktora Toledano. Jostun był w 

średnim wieku i grubawy, ale zakrwawiony miecz w jego ręce wyglądał całkiem rzeczowo. I 

pasował do zaśmieconego rynku, na którym leżało kilka ciał.

-   Zniszczcie   go!   -   Jostun   wskazał   budynek   po   drugiej   stronie   placu.   -   Swoimi 

wybuchami go zniszczcie, a ostatni Gudaegińczycy zginą. Azpioyal też. Jesteście zbawcami! 

Zróbcie to!

- Nie! - Odpowiedź  Toledana  zrozumiała była i bez komputerowego przekładu.

W porównaniu z tubylcem wyglądał komicznie, sięgając mu ledwie do brody, ale nikt 

go tak nie traktował, gdyż na pierwszy rzut oka było widać, że to on tu rządzi.

- Proszę dołączyć do pozostałych z tej strony placu - polecił. - I to natychmiast!

-   Przecież   walczyliśmy   z   nimi   dla   was!   Pomogliśmy   wam   zdobyć   miasto. 

Zaatakowaliśmy ich z zaskoczenia i wielu zabiliśmy! Ostatni są tam, wystarczy ich zabić i...

- Zabijanie się skończyło! Teraz jest czas pokoju i leczenia. Marsz!

Jostun   uniósł   dłonie   do   nieba,   jakby   tam   szukając   sprawiedliwości,   której   tu   mu 

odmówiono. Po drodze jego wzrok padł na najbliższy czołg i uszło zeń powietrze wraz z 

ochotą do dalszego przekonywania. Upuścił z brzękiem miecz, który znieruchomiał na bruku, 

i powoli ruszył ku pozostałym mieszkańcom miasta. Toledano podkręcił megafon i odwrócił 

się do sporego budynku.

- Nie musicie się obawiać niczego ani z naszej strony, ani ze strony mieszkańców tego 

miasta. Wiecie, że mogę zniszczyć ten budynek, więc lepiej zróbcie, co mówię: wyjdźcie i 

poddajcie się, a obiecuję, że nic wam się nie stanie. Czekam.

Jakby dla dodania wagi jego słowom czołg ryknął silnikiem i z klekotem gąsienic 

przestawił się tak, by wylot lufy mierzył w budynek. Można było obrócić samą wieżę, ale z 

psychologicznego punktu widzenia taka akcja wywierała znacznie większe wrażenie. Czołg 

znieruchomiał i zapadła cisza - nawet mieszkańcy Uri ucichli w oczekiwaniu. Po chwili drzwi 

budynku otwarły się ze skrzypieniem i na rynek wyszedł wysoki, szczupły mężczyzna w 

lśniącym półpancerzu i hełmie, niedbale trzymający w dłoni miecz.

- Azpioyal! - wrzasnęła jakaś kobieta i tłum poruszył się.

Ktoś uniósł naciągniętą kuszę, ale żołnierze kordonu czuwali - eksplodowały granaty 

gazowe i kusznik zwalił się na ziemię razem z otaczającymi go mieszczanami. Bełt trafił w 

bruk rynku i prześliznął się po kamieniach prawie do stóp mężczyzny w półpancerzu. Ten 

background image

zignorował go i ruszył w stronę Toledana. Tłum cofnął się. Gdy Azpioyal podszedł bliżej, 

okazało się, że jest śniadej karnacji, ma czarną brodę i zimne oczy błyszczące spod hełmu.

- Oddaj miecz! - polecił Toledano.

- Dlaczego? I co zrobisz ze mną i moimi ludźmi? Nadal możemy umrzeć z honorem 

jak na Gudaegińczyków przystało.

- Możecie, ale po co? Nikomu nic się nie stanie, a kiedy ktoś będzie chciał wyjechać z 

miasta, nie napotka przeszkód. Teraz zapanował tu pokój i ten pokój utrzymamy.

- To moje miasto. Kiedy zaatakowaliście, to bydło rzuciło się na mnie od tyłu. Oddasz 

mi miasto?

Toledano uśmiechnął się lekko, doceniając nerwy tamtego.

- Nie oddam, bo to nie było twoje miasto, tylko jego mieszkańców. Teraz dostali je z 

powrotem.

-   Skąd   się   tu   wziąłeś,   człowieczku?   I   co   tu   robisz?   Kwestionujesz   prawo 

Gudaegińczyków   do   trzech   kontynentów?!   Jeśli   to   zrobisz,   będziesz   musiał   zabić   nas 

wszystkich. To miasto to jedna sprawa, nasze ziemie to coś zupełnie innego.

- Nie chcę niczego, co macie: ani waszej ziemi, ani waszych skarbów. Jesteśmy tu, by 

leczyć chorych i pokazać wam, jak skontaktować się z innymi światami. Jesteśmy tu, by 

zmienić ten świat na lepszy. Nic, co naprawdę cenicie, nie ulegnie zmianie.

Azpioyal zważył miecz w dłoni, zastanawiając się.

- Cenimy siłę naszej broni i naszych ludzi. I rządy na trzech kontynentach - odparł po 

chwili. - Spróbujesz odebrać nam to, co zdobyliśmy?

- To, co dotąd zdobyliście, nie. Ale dalszych podbojów nie będzie. Leczymy rozmaite 

zarazy, a takie podboje jak wasze są odmianą zarazy. Zresztą sami się szybko przekonacie, że 

wcale ich wam nie brakuje. Pierwszym krokiem na nowej drodze oddasz mi swój miecz - 

zakończył niespodziewanie Toledano, wyciągając dłoń.

Azpioyal   cofnął   się   rozzłoszczony.   Wieżyczka   stojącego   nieopodal   transportera 

odwróciła się i lufa ciężkiego karabinu maszynowego znieruchomiała, wycelowana w jego 

pierś.   Przyjrzał   się   jej   z   nienawiścią   i   niespodziewanie   wybuchnął   śmiechem.   Podrzucił 

miecz, złapał go za klingę i podał Toledanowi rękojeścią do przodu.

- Nie wiem, czy ci wierzę, czy nie, mały zdobywco, ale wiem, że chcę jeszcze trochę 

pożyć, żeby zobaczyć, co zrobisz z trzema kontynentami. Mężczyzna zawsze może umrzeć z 

honorem.

Najgorsze mieli za sobą - przynajmniej w teorii. Teraz, korzystając z względnego 

spokoju, należało zabrać się do testów i badań. Prawie tysiąc lat to naprawdę szmat czasu.

background image

- Zabieramy się do roboty - polecił poirytowany Toledano. - Dość marnowania czasu. 

Proszę wezwać resztę ekipy i skontaktować się z Centralą, żeby wysłali zaopatrzenie. Bazę 

założymy tu, na rynku.

- Ta kolejka się wydłuża, zamiast skracać - ocenił Jan, wyglądając przez okno. - Musi 

tam   być   z   setka   pacjentów.  Wygląda   na   to,   że   w   końcu   uwierzyli,   iż   to   nie   czary   i   że 

faktycznie pomagamy chorym.

Punkt   pomocy   medycznej   i   szpital   zorganizowano   w   magazynie   położonym   przy 

głównej bramie. Co prawda z początku było niewielu chętnych do skorzystania z niego, gdyż 

ktoś puścił plotkę o czarach, ale mieli dość przymusowych pacjentów, czyli rannych, którym 

według lokalnej wiedzy medycznej pomóc się już nie dało, toteż zostawiono ich, by umarli. 

Poziom   wiedzy   medycznej   mieszkańców   ograniczał   się   praktycznie   do   składania   i 

opatrywania   złamań,   niegłębokich   ran   ciętych   i   amputacji.   Pozostała   także   świadomość 

konieczności wyjaławiania opatrunków i narzędzi przed zabiegiem, tak więc gotowano je, a 

do   przemywania   ran   używano   alkoholu.   Nie   znali   natomiast   innych   sposobów   leczenia 

zakażeń poza amputacją, więc każda głęboka, a zwłaszcza kłuta głęboka rana oznaczała w 

praktyce śmierć pacjenta. Teraz uległo to radykalnej wręcz zmianie: ani rany brzucha czy 

nawet odcięte ramię nie oznaczały śmierci, a w paru przypadkach uratowano ludzi, u których 

już wystąpiła gangrena. Przyszycie odciętego ramienia graniczyło z cudem, gdy więc ranny to 

przeżył, mieszkańcy zaczęli masowo zgłaszać się po pomoc prawie z religijnym zapałem.

- Marnotrawstwo i tyle - stwierdził doktor Pidik, dając kolejny zastrzyk pacjentce, 

którą była przestraszona dziewczynka. - Cała energia i pomysłowość skupione na wojnie, a 

wszystko inne leży odłogiem. Sprawdziłem archiwa: na Ziemi w średniowieczu był wyższy 

poziom medycyny niż tu! A przecież mają inżynierów, mechaników i innych specjalistów. 

Widziałeś tę parową balistę? Zbiornik wyrównawczy i kilometry rur... Mają tu nawet tłoki do 

wytwarzania większego ciśnienia, a wszystko po to, żeby celniej i z większą siłą zwalić 

komuś innemu kamień na łeb! Wydawać by się mogło, że z czystej przezorności poświęcą 

choć część energii na rozwój medycyny: w końcu im też ktoś może przysłać taki głaz. Gdzie 

tam...

Cała   ta   tyrada   nie   przeszkadzała   mu   w   opatrywaniu   potężnie   spuchniętej   stopy 

dziewczynki. Stopa była ciemna, przynajmniej dwa razy większa niż powinna i częściowo już 

się rozkładała. Znieczulenie miejscowe załatwiało sprawę bólu, ale i tak nieletnia pacjentka 

była ciężko przerażona tym, co się wokół działo.

- Nigdy czegoś podobnego nie widziałem - przyznał Jan. - Wątpię, czy o podobnym 

przypadku jest choćby wzmianka w podręcznikach.

background image

-  W starszych jest: ogólnie takie przypadki określa się jako chorobę z zaniedbania. 

Spotkać   je   można   praktycznie   tylko   na   zacofanych   planetach.   To   konkretnie   jest   stopa 

madurska.   Wpierw   rana   kłuta,   prawdopodobnie   nastąpiła   na   coś   ostrego,   co   w   takich 

warunkach jak te często się zdarza, potem do rany dostały się zarodniki grzyba, a rany nie 

zdezynfekowano właściwie. Po dłuższym czasie osiąga się etap, jaki właśnie mamy przed 

sobą.

- Aha. Za to taki przypadek już widziałem. - Jan ujął rękę spoglądającego tępo przed 

siebie mężczyzny i zatoczył nią koło, a następnie puścił: ręka wciąż zataczała takie same koła 

niczym   zepsuty   mechanizm.   -   To   echopraksja:   bezsensowne   powtarzanie   ruchu 

zapoczątkowanego przez innych.

Pidik przyjrzał się mężczyźnie i odparł:

-   Na  pewno   widziałeś,   ale   założę   się,   że   w  szpitalu   psychiatrycznym   jako   objaw 

ciężkiego   przypadku   paranoi.   Tu   masz   przypadek   spowodowany   fizyczną   przyczyną, 

najprawdopodobniej nie opatrzonym uszkodzeniem czaszki.

-   Nie   będę   się   zakładał.   -   Jan   wskazał   na   zapadnięty   obszar   głowy   mężczyzny 

otoczony gwiaździstą szramą, bez wątpienia pozostałość po starej ranie.

Mieli po trochu do czynienia ze wszystkim: zakażenia, przewlekłe choroby, zabiegi 

chirurgiczne i typowe uszkodzenia zewnętrzne, toteż nic dziwnego, że czas płynął szybko. W 

końcu Pidik się ocknął.

-   Prawie   dwanaście   standardowych   godzin!   Dość.   Reszta   jutro.   Ta   planeta   ma 

zdecydowanie za długi okres obrotu, a człowiek przyzwyczajony jest do pracy, dopóki jest 

jasno.

Jan powtórzył polecenie przez przenośny translator zaprogramowany wyłącznie na 

jeden język i pacjenci bez oporu pozwolili się wypchnąć na zewnątrz strażnikom, którzy na 

wszelki wypadek pilnowali całego personelu medycznego. Jedynie najbardziej chorzy odeszli 

położyć   się,   reszta   została   na   miejscach,   sadowiąc   się   pod   ścianą.   W   ten   sposób   mieli 

gwarancję,   że   następnego   dnia   zostaną   opatrzeni.   Obaj   lekarze   zajęli   się   myciem   i 

sprzątaniem.

- Nie wiem, jak ci dziękować - odezwał się Jan, nieco zażenowany. - Odkąd zacząłeś 

mi tu pomagać, dowiedziałem się chyba więcej o praktyce medycznej niż przez całe studia. 

Powinno być specjalne szkolenie praktyczne dla lekarzy z EPC.

- Jest, właśnie bierzesz w nim udział. Po dobrych doświadczeniach będziesz w stanie 

zająć się każdym pacjentem, a Toledano już dopilnuje, żeby ci doświadczeń nie zabrakło. 

Możesz mi wierzyć.

background image

- A co z twoją pracą?

-   To   jest   moja   praca:   epidemiolog   bez   epidemii   staje   się   zwykłym   lekarzem. 

Sprawdziłem   próbki   wszystkiego,   co   ci   ludzie   noszą   na   sobie   i   w   sobie.   Żadnych 

egzotycznych   odkryć,   obcych   drobnoustrojów   czy   czegoś   równie   ciekawego.   Normalny 

zestaw bakterii i wirusów, jakie ludzie znają od niepamiętnych czasów, może w ciekawej 

kombinacji,  ale to  wszystko. Tu, w praktyce, być może znajdę coś, co przeoczyliśmy w 

laboratorium.

-   Jesteśmy   tu   prawie   miesiąc.   -   Jan   osuszył   starannie   ręce.   -   Gdyby   istniały   tu 

egzotyczne zarazynie sądzisz, że powinniśmy już się na nie natknąć?

-   Niekoniecznie:   w   końcu   cały   czas   przebywamy   na   jednym   obszarze,   a   to   duża 

planeta. Jak skończymy tutaj szczegółowe badania i analizy, będziemy mogli zająć się resztą. 

A zanim otworzymy ten świat dla polityki i handlu, minie naprawdę sporo czasu.

- Wierzysz w tę opowieść Azpioyala, że cała ich armia tu zmierza?

-   Całkowicie.   Jego   ziomkowie   podbili   prawie   całą   tę   planetę,   więc   nie   pozwolą, 

żebyśmy bez walki zatrzymali miasto, które już należało do nich, choćby nawet na krótko. 

Toledano poradzi sobie z nimi bez problemów...

-   Panowie,   zaczęły   się   jakieś   zamieszki!   -   przerwał   mu   sierżant,   wchodząc   do 

pomieszczenia. - W dodatku zdaje się, że chodzi o jakąś chorobę. Można prosić?

- Już idę. - Jan złapał przenośny translator.

- Ja też - dodał Pidik. - Nie podoba mi się to... Przed magazynem czekała na nich 

drużyna piechoty z bronią gotową do strzału. Sierżant objął funkcję przewodnika. Nie uszli 

nawet dziesięciu kroków, gdy dotarł do nich ryk tłumu. Dopiero gdy znaleźli się znacznie 

bliżej, dało się rozróżnić co głośniejsze krzyki i głosy wzbijające się ponad ogólny gwar. A 

potem serię stłumionych tąpnięć oznaczających eksplozje granatów gazowych.

Ruszyli biegiem.

Jedynie gaz i transporter na ulicy powstrzymywał rozhisteryzowany motłoch przed 

atakiem, choć sterta nieprzytomnych ciał świadczyła, że nie do końca. Gdy przepchnęli się 

przez linię obrońców do budynku, który stał się celem ataku, Pidik skinął na sierżanta.

-   Komputer   zgłupiał   od   tych   wrzasków.   Proszę   złapać   kogoś,   kto   wygląda   na 

wygadanego, i przyprowadzić go tu - polecił.

- Tak jest.

Po kilkunastu sekundach i krótkim acz gwałtownym zamieszaniu podoficer powrócił, 

ciągnąc   za   sobą   masywnego   mieszkańca   Uri,   lekko   oszołomionego   siłą   argumentów 

sierżanta.   Mieszkaniec   był   wysoki,   barczysty,   miał   rozwichrzoną   brodę   i   przepaskę 

background image

zasłaniającą jedno oko. Drugie właśnie zaczynało puchnąć.

- Co się stało? - spytał Pidik, podsuwając mu mikrofon. - Dlaczego się tu zebraliście?

- Zaraza! Tam jest zaraza! Trzeba spalić dom i zabić wszystkich. Jak jest zaraza, 

zawsze tak się robi. Śmierć leczy!

- Ostatecznie - zgodził się spokojnie Pidik. - Ale lepiej sprawdzić, czy nie ma innych, 

mniej drastycznych sposobów, których można by użyć wcześniej. Chodźmy.

To ostatnie skierowane było do Jana. Obaj odwrócili się i skierowali ku drzwiom.

Tłum najpierw jęknął, a potem zawył i ruszył do przodu.

-   Powstrzymajcie   ich!   -   rozkazał   Pidik.   Wybuchy   zagłuszyły   walenie   do   drzwi, 

których i tak nikt nie otworzył.

- Wyważyć drzwi! - polecił Pidik najbliższemu żołnierzowi.

Ten przyjrzał się masywnej konstrukcji, wyjął dwa niewielkie ładunki z pojemnika 

przy pasie i umieścił je na zawiasach przy samej futrynie. Wcisnął zapalniki i cofnął się.

- Mamy dziesięć sekund, sir. To ładunki kumulacyjne, ale część wybuchu pójdzie na 

zewnątrz, więc radziłbym się cofnąć - poinformował obu lekarzy, dając dobry przykład.

Wszyscy przytulili się do ściany, czekając, aż rozbrzmi podwójna eksplozja. Tłum 

zawył,   widząc,   że   przedostają   się   przez   dziurę   po   drzwiach.   Dalszą   drogę   wskazał   im 

gwałtowny   tupot   prowadzący   do   pomieszczenia   z   oknem   zabitym   deskami,   przez   które 

przedostawały   się   promienie   zachodzącego   słońca.  W  kącie   pokoju   skuliła   się   gromadka 

kobiet i dzieci, a na łóżku leżał jakiś mężczyzna.

- Kapralu, proszę wyprowadzić stąd tych ludzi - polecił Pidik towarzyszącemu im 

podoficerowi - oraz dopilnować, żeby nikt nie wszedł do tego budynku. Jeśli będzie pan 

potrzebował pomocy, proszę skontaktować się z doktorem Toledano.

- Damy sobie radę, sir.

- To dobrze. Aha, poproszę jeszcze o latarkę. Jaskrawy promień światła wywołał jęk 

leżącego i odruchową reakcję obronną polegającą na osłonięciu oczu ramieniem. Dzięki temu 

mogli bez trudu zobaczyć wewnętrzną stronę przedramienia. Było czerwone, spuchnięte i 

pokryte drobnymi krostami. Pidik ujął rękę chorego, skrzywił się lekko, czując gorąco skóry, i 

delikatnie odsłonił jego twarz. Była czerwona i spuchnięta do tego stopnia, że w pierwszym 

momencie go nie rozpoznał.

- To Jostun - podpowiedział Jan.

Izuri... - wymamrotał chory, rzucając się na posłaniu.

- Zaraza - powtórzył Pidik. - To jasne i bez translatora. Trzeba natychmiast ściągnąć 

ambulans i przenieść go do izolatki. No i naturalnie poinformować o wszystkim doktora 

background image

Toledano, żeby zaalarmował resztę ekspedycji.

Jostun zaczął coś mamrotać, więc na wszelki wypadek podsunął mu mikrofon.

- Zostawcie mnie... spalcie budynek... ja i tak już nie żyję... to zaraza.

- Zaraz się tobą zajmiemy... - zaczął Pidik, ale tamten mu przerwał:

- Tylko  śmierć   leczy   zarazę!  -  krzyknął,   podnosząc  się,   lecz   natychmiast  opadł   z 

powrotem wyczerpany.

- Wydają się pewni tego sposobu - zauważył Jan.

- Bo jest to ostateczny sposób, który na pewno zadziała. Jednak zaraza to choroba jak 

każda inna, a każdą chorobę można wyleczyć. Gdy tylko przyjedzie ambulans, zabieramy go 

stąd.

Miasto ogarnęła panika i to do tego stopnia, że kierowca ambulansu musiał wyłączyć 

lampy i zdać się na noktowizor, by nie wywołać kolejnego ataku. I to pomimo stałego użycia 

gazu   przez   żołnierzy,   w   wyniku   czego   ulice   zaścielały   miejscami   stosy   chrapiących 

mieszkańców.   Baza   na   rynku   znajdowała   się   praktycznie   w   stanie   oblężenia,   choć 

zdecydowana większość oblegających pogrążona była w przymusowym śnie.

- Co to za zaraza? - powitał ich Toledano, ledwie za ambulansem zamknęła się brama 

wjazdowa i wyładowano nosze.

- Nie mam zielonego pojęcia - oznajmił Pidik. - Jak przeprowadzę badania i będę 

wiedział, poinformuję wszystkich natychmiast.

- To lepiej się pospiesz. Mamy siedem następnych przypadków!

Epidemiolog wybiegł bez słowa.

- A ty chodź ze mną - Toledano skinął na Jana i żwawo ruszył ku prefabrykowanemu 

barakowi, w którym mieściły się ich kwatery, gabinet i sala odpraw.

Zdążyli dotrzeć do drzwi, gdy na teren bazy wjechał transporter, z którego w biegu 

wyskoczył oficer.

-   Zaatakowali   jedno   ze   stanowisk   na   murach,   sir   -   zameldował.   -   Obaj   żołnierze 

zabici. Odtworzyliśmy perymetr, ale chyba ktoś zdołał wydostać się na zewnątrz. Mamy ich 

dowódcę, o ten tu.

W tym czasie z transportera wysiedli żołnierze, wynieśli nieprzytomną postać i niemal 

rzucili na bruku. Toledano rozpoznał go od razu.

- Powinienem się tego spodziewać - mruknął. - Obudźcie go i przyprowadźcie do 

mojego gabinetu.

Wykonanie   polecenia   zabrało   sekundy   i   Azpioyal   już   o   własnych   siłach   został 

doprowadzony   do   pokoju.   W   jasno   oświetlonym   wnętrzu   wyraźnie   było   widać,   że   ma 

background image

gorączkę i zaczerwienioną skórę.

- Chyba też się zaraził - ocenił cicho Jan. Azpioyal uśmiechnął się bez śladu radości.

- Wysłałem posłańca z wiadomością - oświadczył. - Nie zdołacie go już powstrzymać.

-   A   niby   po   co   miałbym   to   robić?   Bez   sensu   zabiliście   dwóch   moich   ludzi, 

wystarczyło powiedzieć, że chcesz się skontaktować ze swoimi, to by wyszedł bramą. Wasza 

armia jest mniej niż o dzień marszu, nie dziwię się, że chciałeś im coś przekazać.

Widać było, że Azpioyal jest zaskoczony, ale szybko nad sobą zapanował.

-   Skoro   wiesz   tyle,   to   wiesz   też,   że   jest   ich   pięćdziesiąt   tysięcy   zbrojnych   i   że 

przegrałeś. Wiadomość była prosta: kazałem zniszczyć to miasto razem z mieszkańcami, gdyż 

wybuchła tu zaraza. Dalej twierdzisz, że pozwoliłbyś mi ją wysłać?

- Naturalnie, bo to i tak niczego nie zmienia. Nie pokonacie nas, więc wyleczymy 

chorych, a miasto będzie stało jak stoi. Pięćdziesiąt tysięcy czy pięciuset zbrojnych to żadna 

różnica.

- Zarażonych, takich jak ja, trzeba zabić. Roznoszących zarazę, takich jak wy, trzeba 

spalić.

- Wcale nie. - Toledano siadł i ziewnął. - Nie przynieśliśmy żadnej zarazy ani też jej 

nie roznosimy. Natomiast zniszczymy ją, tego możesz być pewien. Zarazę, nie zarażonych, bo 

ich wyleczymy. Teraz zostaniesz zabrany do miejsca, gdzie odpoczniesz i gdzie będą cię 

leczyć.

Toledano wyłączył elektronicznego tłumacza i polecił porucznikowi:

- Proszę go zabrać do szpitala, ale nie spuszczać z oka. Nie może ani uciec, ani się 

zabić, jest dla nas zbyt ważny. Proszę oddelegować do tego zadania tylu ludzi, ilu uzna pan za 

stosowne.

- Tak jest, sir!

- Mogę się dowiedzieć, co się dzieje? - spytał Jan, gdy tamci wyszli.

- Zwiadowcy zameldowali o zbliżaniu się gudaegińskiej armii. Nasze odbicie tego 

miasta   musiało   ich   bardziej   zdenerwować,   niż   sądziłem.   Miałem   nadzieję   wykorzystać 

Azpioyala,   żeby   się   z   nimi   dogadać,   więc   byłoby   dobrze,   gdybyśmy   szybko   znaleźli 

lekarstwo na tę zarazę.

- A co to za nonsens, że to my roznosimy zarazę?

- To nie jest nonsens, choć nie mam pojęcia, jak to możliwe. Widzisz, biorąc pod 

uwagę niewielkie odchylenia związane z indywidualnym okresem inkubacji, wszyscy chorzy 

to ludzie, którzy jako pierwsi mieli z nami kontakt. I to jest fakt, nie teoria.

-   Przecież   to   niemożliwe!   Jedyne   drobnoustroje,   jakie   mamy   w   organizmach,   to 

background image

bakterie trawienne, które są całkowicie niegroźne. Nasz sprzęt jest sterylny, ubrania także, 

więc nie możemy być rzeczywistym powodem.

- A mimo to jesteśmy. Musimy się dowiedzieć jak... Do gabinetu wpadł bez pukania 

Pidik.

- Mamy winnego - oznajmił, kładąc na stół preparat mikroskopowy. - Mikroorganizm 

z podgromady kolicydiów. Reaguje z aniliną i jest gramoujemny.

- Czy ty przypadkiem nie opisujesz riketsji? - upewnił się Toledano.

- No właśnie. W krwi każdej z ofiar jest ich pełno.

- Tyfus?!

- Z całą pewnością. Może być zmutowany szczep, ale to tyfus. A sądziliśmy, że są na 

niego uodpornieni! Śladowe ilości od początku występowały w próbkach pobranej od nich 

krwi, a osobnicy byli zdrowi... Cóż, już nie są.

Toledano przemaszerował w tę i z powrotem po niewielkim pomieszczeniu, myśląc 

intensywnie.

- To nie ma sensu! - wybuchnął. - Tyfus i inne pokrewne zarazy przenoszone są przez 

insekty, najczęściej przez wszy. A nikt mi nie wmówi, że ktoś z nas miał wszy! Różne rzeczy 

już wygadywano o EPC, ale to jest po prostu fizycznie niemożliwe. A mimo to musi być jakiś 

związek... Może po drodze któryś ze zwiadowców coś złapał? Ale żaden z członków ekipy 

nie   zachorował!   Musimy   to   sprawdzić,   ale   najpierw   trzeba   ich   wyleczyć.   Przyczynami 

zajmiemy się potem.

- Mam pewien po... - ciąg dalszy wypowiedzi przerwał Janowi niezbyt odległy trzask i 

łomot, po którym nastąpiły krzyki i wrzaski.

Prawie równocześnie do gabinetu wpadł dyżurny oficer.

- Jesteśmy pod ostrzałem balisty parowej, znacznie większej niż ta w mieście, sir. 

Zmontowali ją szybciej, niż podejrzewaliśmy.

- Możemy ją zniszczyć, nie powodując ofiar?

- Nie, sir. Stanowisko jest poza zasięgiem ręcznej broni, a gaz tylko na jakiś czas 

wyeliminuje obsługę, nic nie robiąc urządzeniu. Możemy... - tego zdania już nie dokończył, 

bo tym razem trzasnęło tuż nad nimi, podłoga stanęła dęba, światło zgasło, a w środku tego 

wszystkiego coś wylądowało z hukiem, od którego zatrząsł się barak.

Jan   wstał,   czując   dzwonienie   w   uszach   i   widząc   snop   światła   z   latarki   oficera 

przesuwający się po rumowisku pełnym kurzu i nieruchomiejący na głazie, który był sprawcą 

niespodzianki.

-   Doktorze   Toledano?   -   krzyknął   ktoś   z   korytarza   i   równocześnie   światło   latarki 

background image

zadygotało.

- Żadnej nadziei - ocenił Pidik, pochylając się nad drobnym zakrwawionym ciałem. - 

Zmiażdżyło mu pół głowy, nawet nie poczuł, że umiera. Śmierć na miejscu.

Zapadła cisza, którą przerwało dopiero westchnienie Pidika.

- Cóż... muszę wracać do laboratorium. Niezbyt fortunny moment, by to mówić, ale 

teraz pan tu dowodzi, doktorze Dacosta.

Zdążył dojść do drzwi, nim do Jana dotarło, co powiedział.

- Jak to ja tu dowodzę?! - spytał zaskoczony.

-   Po   prostu.   Był   pan   jego   asystentem   i   jest   pan   jedynym   żywym   etatowym 

pracownikiem EPC. Reszta z nas jest tylko na kontraktach.

- Przecież on nie zamierzał...

-   Na   pewno   nie   zamierzał   ginąć,   zwłaszcza   w   tak   głupi   sposób.   Był   moim 

przyjacielem... Niech pan się bierze do roboty i to tak, żeby nie musiał się za pana wstydzić - 

zakończył Pidik i wyszedł.

Jan był oszołomiony, ale musiał przyznać tamtemu rację i zmusić się do działania. 

Pewne było, że bez rozkazów wojsko nie zrobi nic, gdyż tak ustalono na początku istnienia 

EPC   -   rządził   lekarz   kierujący   akcją,   a   wojskowi   słuchali   jego   poleceń.  Teraz   do   niego 

należało wydawanie rozkazów.

- Proszę przenieść ciało doktora Toledano do kostnicy - polecił i poczekał, aż rozkaz 

zostanie wykonany. - Z tego, co pamiętam, panie kapitanie, to zanim nam ten głaz spadł na 

głowy, mówił pan, że gaz będzie bezużyteczny. Gdzie w ogóle jest ta katapulta, czy jak jej 

tam?

- Balista, sir. Za wzgórzem.

- Możemy ją dokładnie zlokalizować?

- Naturalnie. Mamy miniaturowe, zdalnie sterowane roboty zwiadu artyleryjskiego 

wyposażone   w   kamery   podczerwone   i   noktowizyjne.   Można   wysłać   któregoś.   Z   góry 

stanowisko takiej machiny będzie się świeciło w podczerwieni, a wszystkie roboty potrafią 

latać.

- To proszę takiego robota wysłać natychmiast i sprawdzić, gdzie znajduje się turbina 

parowa. To urządzenie powinno działać na tej samej zasadzie co miejskie, które mieliście 

okazję zbadać. Jak go namierzycie, to wystrzelcie z jednego działa... Jak to się fachowo 

nazywa?

- Wstrzelać się, sir.

-  Właśnie.  A  potem   rozwalcie   turbinę.  Trudno,   pewnie   ktoś   przy   tym   zginie,   ale 

background image

przynajmniej nie będą mogli zabijać ludzi tutaj.

- Tak jest, sir! - Oficer zasalutował i wyszedł.

Jan zaś poszedł się umyć. Gdy obmywał twarz, zapłonęły awaryjne lampy, toteż miał 

okazję  przyjrzeć  się  sobie  w  lustrze  wiszącym  nad  umywalką. Właśnie  wydał  rozkaz,  w 

wyniku   którego   zginą   ludzie,   a   wyglądał   tak   samo   jak   przed   jego   wydaniem...   Przecież 

przybył tu, by ratować życie innych... Odwrócił się i wsadził głowę pod strumień zimnej 

wody.

Do świtu pozostało zaledwie parę godzin, ale po obecnych widać było wyraźnie, że 

nikt tej nocy nie odpoczywał. Sufit prowizorycznie załatano, biurko wymieniono na inne i 

starto   ślady   krwi.   No   i   naturalnie   wyniesiono   głaz,   sprawcę   zniszczeń.   Jan   siedział   za 

biurkiem, przewodnicząc zebraniu. Pozostali siedzieli, gdzie kto mógł.

- Wygląda na to, że jesteśmy w komplecie - zagaił. - Doktorze Pidik, jaka jest obecnie 

sytuacja medyczna?

- Nie najgorsza. - Epidemiolog potarł zarośnięty podbródek. - Nie straciliśmy żadnego 

pacjenta, nawet w najcięższych przypadkach kuracja wzmacniająca okazała się skuteczna, ale 

nie   możemy   opanować   rozprzestrzeniania   się   epidemii.   Jeśli   utrzyma   się   dotychczasowe 

tempo,   to   jutro,   najdalej   jutro   w   nocy   wszyscy   w   tym   mieście   będą   chorzy   i   będziemy 

zmuszeni wezwać na pomoc dodatkowe ekipy. Nigdy czegoś podobnego nie widziałem.

- Panie kapitanie, jak wygląda nasza sytuacja z wojskowego punktu widzenia?

Zapytany w ostatniej chwili powstrzymał się od wzruszenia ramionami i odparł:

- Ze strony mieszkańców prawie nie ma już problemów: część śpi, część choruje, 

reszta ma dość. Wycofałem patrole z ulic. Żołnierze są albo na murach, albo pilnują bazy. Na 

zewnątrz przeciwnik zajmuje pozycje wyjściowe do ataku. Można się go spodziewać wkrótce, 

sądzę, że o świcie, i na pewno ten atak będzie bardzo ciężki.

- Skąd to założenie?

- To doskonale przygotowana armia, mają całą masę sprzętu oblężniczego: balisty 

różnych  wielkości,  katapulty,   turbiny  parowe   i  wieże   oblężnicze.  W  pierwszej  kolejności 

zasypią fosę, a jest ich tylu, że mogą przypuścić atak praktycznie na całej długości murów.

- Możecie ich powstrzymać?

- Jedynie masakrując ich, a i tego nie jestem pewien, gdyż mam za mało ludzi. Gaz 

jest bezużyteczny, bo prędzej nam skończą się pociski niż im ludzie. A jak raz wedrą się na 

mury, to pozabijają nas, a przede wszystkim mieszkańców. Mamy na dobrą sprawę dwie 

możliwości:  ponieważ technicy uruchomili wreszcie transporter w bazie, można przez niego 

przesłać większy i ściągnąć tu rozsądną ilość wojska. To jedna możliwość; gwarantuję, że nie 

background image

zdobędą miasta, ale masakra będzie naprawdę duża, a ofiary po naszej stronie wysokie. Ci, 

jak-im-tam,   mają   opinię   bitnych,   zdyscyplinowanych   i   walczących   do   końca,   a   należy 

pamiętać, że jak dotąd zawsze wygrywali. Druga możliwość to wycofać się.

- Jeśli się wycofamy, to co się stanie z mieszkańcami miasta?

- Trudno ocenić z całą pewnością, ale skoro będą chorzy, to zgodnie z tutejszym 

zwyczajem wszyscy zostaną zabici, sir.

- Też tak sądzę, a więc ta możliwość nie wchodzi w grę. Ewakuować ich także nie 

możemy,   gdyż   w   Centrum   nie   ma   miejsca   dla   całej   społeczności   nawet   stosunkowo 

niewielkiego   miasta.   A   innych   miejsc   zapewniających   pełną   kwarantannę   nie   mamy   - 

podsumował   Jan.   -   Zmasakrowanie   w   sumie   niewinnych   napastników   też   nie   jest 

zadowalającym wyjściem...

Zapadła ponura cisza.

Sytuacja wydawała się bez wyjścia - cokolwiek by zrobili, i tak wielu ludzi w końcu 

zginie. Być może nie będzie to powodem do nakręcenia kolejnego filmu szkoleniowego, ale 

na pewno nie powodem do zadowolenia. - Dobrze, jeszcze nie musimy decydować, a mam 

pewien pomysł - odezwał się Jan, gdy nikt nie przejawiał na to ochoty. - Róbcie swoje, będę 

was   informował   o   rozwoju   sytuacji,   a   teraz   dziękuję.   Panie   kapitanie,   proszę   zostać. 

Chciałbym z panem porozmawiać.

Jan odczekał, aż pozostali wyszli i ostatni zamknął za sobą drzwi, i dopiero wtedy 

powiedział:

- Potrzebuję ochotnika, dobrego żołnierza z doświadczeniem bojowym. Muszę wyjść 

za mury i potrzebuję zawodowca, by wrócić.

- Nie może pan, doktorze. Pan tu dowodzi!

- Skoro ja tu dowodzę, to nikt nie może mi tego zabronić, prawda? Zadanie, które 

trzeba wykonać, wymaga młodego lekarza, którego łatwo zastąpić, a te kryteria spełniam 

tylko ja spośród obecnych na tej planecie. Pan może kierować obroną nawet jak mnie nie 

będzie, bo i tak by pan nią kierował: ja się na tym nie znam. Gdy nie wrócę, Centrala może 

przysłać   kogoś   bardziej   doświadczonego,   więc   nie   ma   żadnego   logicznego   powodu,   dla 

którego nie powinienem zrobić tego, co zaplanowałem. Zgadza się pan ze mną?

Oficer niechętnie musiał przyznać mu rację, choć nawet nie starał się ukryć, że mu się 

to absolutnie nie podoba. A potem poszedł szukać ochotnika. Jan kończył pakowanie plecaka, 

gdy rozległo się pukanie do drzwi.

-   Kazano   mi   się   tu   zameldować,   sir!   -   zasalutował   masywny   kapral   w   pełnym 

rynsztunku bojowym.

background image

Jego rysy wydały się Janowi dziwnie znajome.

- Nazwisko?

- Plendir, kapral straży EPC, sir.

- Czy mi się wydaje, czy też jak się ostatnio widzieliśmy, był pan sierżantem?

- Byłem, sir. Nie pierwszy zresztą raz. Zostałem zdegradowany za burdę pijacką, sir. Z 

piętnastu   tutejszych   naskoczyło   na   mnie   w   gospodzie;   większość   nadal   jest   na   chirurgii 

pourazowej.

- Powinni pana za to awansować, ale to już nie moja działka... Jest pan gotów wyjść ze 

mną za mury?

- Jestem, sir. - Wyraz twarzy kaprala nie zmienił się ani na jotę.

-   Doskonale.   Misja   wcale   nie   jest   tak   samobójcza   czy   kretyńska,   jak   się   może 

wydawać. Użyjemy teleportera, żadnego przełażenia przez mur. Wyjdziemy transmiterem, 

którym dostaliśmy się na tę planetę, co powinno umieścić nas zaraz za liniami wroga w dość 

bezpiecznej odległości. Potrzebuję jednego ich żołnierza, żeby coś sprawdzić. Myśli pan, że 

to wykonalne?

- Brzmi interesująco, sir. - Plendir prawie się uśmiechnął.

Jan zarzucił plecak i obaj poszli do baraku technicznego, którego centrum zajmował 

jasno   oświetlony   teleporter   wraz   z   pracującym   w   tle   generatorem.  Wszędzie   pełno   było 

zapasowych baterii, przewodów i innych technicznych śmieci.

- Sprawdziliście go już, panowie? - spytał Jan czekającego na nich technika.

-   Do   ostatniego   miejsca   po   przecinku.   Częstotliwość   i   namiar   wprowadzone   i 

zablokowane. Można zaczynać, kiedy pan tylko będzie chciał, doktorze.

Jan zanotował na wewnętrznej stronie nadgarstka kod, Plendir zrobił to także - była to 

jedyna pewna metoda zapamiętania namiaru niezbędnego, by wrócić do miasta.

- Jeśli można zaproponować, sir - odezwał się Plendir, gdy Jan skończył pisać.

- O co chodzi?

- Zaczynamy coś, w czym ja jestem specjalistą, więc jeśli można, chciałbym chwilowo 

przejąć dowodzenie. Nie wiemy, kto na nas może czekać i co znajdziemy po teleportacji, więc 

proponuję,   że   pójdę   pierwszy   i   natychmiast   skieruję   się   w   lewo.   Pan   skoczy   za   mną   i 

najszybciej jak potrafi przetoczy się w prawo. W ten sposób nie będę miał pana na linii ognia, 

a komitet powitalny, jeśli taki będzie, skoncentruje się na mnie. Tylko proszę nie wstawać, 

dopóki nie powiem.

- Jak pan sobie życzy, to rzeczywiście pańska specjalność. Tylko wątpię, żeby ktoś na 

nas czekał, bo teleporter jest ładny kawał drogi za ich liniami.

background image

Plendir przyjrzał mu się z mieszaniną zdziwienia i politowania, ale nie odezwał się 

słowem. Gdy na module kontrolnym zapaliła się zielona lampka, skinął głową i skoczył w 

ekran. Jan podążył tuż za nim.

Po drugiej stronie powitało Jana chłodne powietrze, mrok nocy i eksplozja, po której 

coś ciężko zwaliło się na ziemię tuż obok. Lekarz walnął o ziemię silniej, niż planował, tracąc 

przy okazji dech. Nim go odzyskał, starcie się skończyło. O metr od niego leżało nieruchome 

ciało, nad drugim, jęczącym z cicha pochylał się parę metrów dalej Plendir, a nad kilkoma 

kolejnymi ciałami leżącymi z dziesięć metrów od ekranu rozwiewała się chmura gazu. Coś 

albo ktoś przedarł się przez karłowate zarośla i zapanowała cisza.

- Może pan wstać, sir - odezwał się radośnie kapral. - Ten koło pana chyba nie żyje, 

ten tu ma złamaną rękę, a reszta śpi po gazie. Nada się który?

- Najlepszy będzie ranny, zaraz go obejrzę. - Jan wstał. - Czy mi się wydaje, czy 

któryś zdołał uciec?

- Zdołał, sir. Był sam i nie zauważyłem go na czas, mimo że się ich tu spodziewałem. 

Jak nic ściągnie tu następnych. Ile czasu pan potrzebuje?

- Kwadrans powinien wystarczyć. Zdołamy tyle czasu przeżyć?

- Powinno się dać... Lepiej będzie, jak pójdę w ich stronę i opóźnię ich wycieczkę. 

Pomóc w czymś, zanim się rozejrzę?

- W jednym, ale najpierw muszę go obejrzeć...

W świetle latarki jeniec nie wyglądał specjalnie wojskowo - gdyby nie metalowy 

hełm, nie wyglądałby w ogóle na żołnierza. Na wpół wyprawione skóry, które nosił włosem 

na   zewnątrz,   jakoś   nie   sprawiały   militarnego   wrażenia.   Gdy   Jan   dotknął   jego   ramienia, 

energicznie próbował się oddalić na trojakach (bo jedną rękę miał złamaną), ale skutecznie 

unieruchomił go widok bagnetu o parę centymetrów od nosa. Jan założył mu pneumatyczny 

opatrunek, złożył kości i nacisnął wyzwalacz powodujący zassanie powietrza, dzięki czemu 

opatrunek stał się twardszy od dawnego gipsu.

- Nie spodoba mu się to, co będę chciał teraz zrobić, więc proponuję go związać i 

położyć na boku - powiedział trochę niepewnie do kaprala.

Ten uwinął się fachowo w sposób wskazujący na dużą wprawę i nim Jan wypakował 

niezbędne narzędzia, jeniec był już przygotowany. Ponieważ zaczął  wyć, ledwie Jan zaczął 

mu rozcinać ubranie, zakleili mu usta samoprzylepnym plastrem.

- Chciałbym się rozejrzeć, sir. - Plendir wciągnął głęboko powietrze. - Wkrótce będzie 

świtać...

- W porządku, dam sobie radę.

background image

Plendir   zniknął   bezgłośnie.   Jan   umieścił   latarkę   na   ramieniu   i   zajął   się   dalszym 

rozcinaniem   ubrania   leżącego.   Na   wszelki   wypadek   używał   do   tego   tępo   zakończonych 

nożyczek chirurgicznych. Potem z plecaka wyjął przygotowany wcześniej ni to opatrunek, ni 

to   okrycie   -   był   to   prostokąt   sporządzony   z   wielu   krzyżujących   się   pasów   przylepca   i 

opatrunków samoprzylepnych. Ponieważ jeniec zaczął się wiercić, unieruchomił go kolanem, 

zdjął folię zabezpieczającą stronę pokrytą klejem i przycisnął całość do pleców leżącego. Ten, 

czując coś dziwnego na plecach, znieruchomiał, pojękując cicho. Jan wstał, otrzepał się i 

spojrzał na zegarek.

Plendir pojawił się, gdy niebo na wschodzie zaczynało jaśnieć.

- Muszą mieć gdzieś niedaleko obóz, bo poszło im szybciej, niż się spodziewałem, sir. 

Spory oddział jest już w drodze.

- Kiedy tu dotrą?

- Za trzy minuty, sir. Jan spojrzał na zegarek.

- Potrzebuję jeszcze co najmniej trzech minut. Może pan jakoś zwolnić ich marsz?

- Z przyjemnością - uśmiechnął się kapral i odbiegł w mrok.

Były   to   naprawdę   długie   minuty   ciągnące   się   w   nieskończoność.   Została   jeszcze 

minuta, gdy w oddali dał się słyszeć stłumiony wybuch, strzały i wrzaski.

- No, chyba starczy - mruknął Jan i pochylił się nad leżącym.

Gwałtownym szarpnięciem zerwał plastry i przy okazji sporo włosów z pleców jeńca, 

co   nie   spotkało   się   z   jego   aprobatą.   Schował   pseudoopatrunek   do   plecaka,   owijając   go 

wcześniej folią, i dopiero później przyjrzał się plecom mężczyzny.

- Pięknie! - ocenił głośno to, co zobaczył.

Plecy   leżącego   pokrywały   nabrzmiałe,   czerwone   pręgi,   zupełnie   jakby   ktoś   go 

wychłostał, nie przecinając skóry. Zwłaszcza jedna pręga była pokazowa, wystając z pleców 

prawie na centymetr. Dalszą kontemplację przerwał mu Plendir, wyrastając jak spod ziemi.

- Są tuż za mną, sir - ostrzegł.

- Jeszcze moment, muszę mieć dowód - odparł Jan, łapiąc kamerę.

Plendir bez słowa cisnął z półobrotu granat i puścił w tym samym kierunku długą serię 

z pistoletu maszynowego. Kamera cicho zawarczała, w mroku eksplodował granat, a Janowi 

coś przemknęło koło ucha.

- Zabieramy się stąd! - krzyknął Jan.

- Drugi!

Jan wcisnął aktywator wcześniej nastawionego teleportera i dał nura w ekran.

Wylądował   na   podłodze,   prześlizgnął   się   parę   metrów   i   z   uznaniem   obserwował 

background image

Plendira, który zaraz po dotknięciu podłogi przetoczył się i płynnym ruchem przyklęknął. W 

ślad za nim z ekranu wypadł bełt i wbił się w ścianę. Kapral wyłączył teleporter i rozejrzał 

się.

- Ostatni strzał tej wojny - Jan wskazał tkwiący w ścianie bełt. - Za kilka godzin 

będzie po wszystkim.

Zebrani przyglądali się w milczeniu powiększonej, kolorowej fotografii i nierównemu 

prostokątowi przylepców.

- Teraz wydaje się to oczywiste. - Doktor Bucuros nie ukrywała, że jest wściekła na 

samą siebie, że to nie ona znalazła rozwiązanie.

- Alergia - parsknął Pidik. - Jedyne, czego nigdy nie braliśmy pod uwagę. Ale czy 

musiałeś w tak widowiskowy sposób uzyskać dowód?

- Akurat był to najprostszy pomysł, jaki mi przyszedł do głowy - uśmiechnął się Jan. - 

Gdybym użył któregokolwiek z mieszkańców miasta, nie mielibyśmy pewności. Musiałem 

wykorzystać kogoś z zewnątrz, kto nigdy nie miał z nami żadnego kontaktu. Gudaegiński 

żołnierz był idealny, jak wszyscy zresztą widzicie. Reakcja alergiczna na wiele próbek, ale 

najbardziej na jedną.

- Na co?

- Na poliester. To najpopularniejsze sztuczne tworzywo, jakiego używamy. Jest w 

ubraniach, pasach, sprzęcie, praktycznie wszędzie. Niemożliwe, by ktokolwiek, kto miał z 

nami   kontakt,   mógł   uniknąć   styczności   z   poliestrem   w   takiej   czy   innej   formie.   Z 

katastroficznymi rezultatami. Pomysł nasunęła mi opinia doktora Pidika, że tubylcy mają 

nieaktywne riketsje tyfusu we krwi. Przypomniało mi to, że tyfus jest jedną z nielicznych 

chorób,   które   człowiek   może   przenosić   w   sobie,   nie   chorując   na   nie.   Najwidoczniej 

zmutowana   odmiana   tyfusu   na   tej   planecie   okazała   się   niezwykle   groźna:   zarażony   albo 

umierał, albo nabierał odporności. Ponieważ w wypadku zarazy zabijano wszystkich chorych, 

obecna   populacja   składa   się   z   potomków   osobników   uodpornionych   i   zarażonych 

równocześnie. Oni wszyscy mają w sobie zarazki tyfusu.

- A nasze przybycie tylko je uaktywniło - dodał Pidik.

-  Właśnie.   Istnieje   związek   między   alergią   na   poliester   i   odpornością   organizmu: 

najpierw wystąpiły objawy bardzo silnej alergii, która przełamała mechanizmy obronne ich 

organizmów i wywołała synergiczną reakcję z tyfusem, na który ich próg odporności został 

znacznie obniżony. I zaczęli chorować. Teraz, skoro znamy przyczynę, możemy znaleźć i 

lekarstwo.   Pierwszy   do   wyleczenia   jest  Azpioyal,   bo   tylko   on   może   przekonać   swoich 

ziomków. Jak go wyleczymy, uwierzy, że potrafimy to zrobić i z innymi, zresztą będzie to 

background image

widział. Skoro nie będzie zarazy, nie będzie też powodów do wojny. Zajmiemy się nimi, ale 

już na spokojnie.

Wyjdziemy z kłopotliwej sytuacji, w którą się sami wmanewrowaliśmy.

Gdzieś w oddali rozbrzmiały trąby.

- Proponuję wziąć się do roboty i to szybko - doktor Bucuros była już w drodze do 

drzwi. - Bo jeśli będziemy martwi, to cholernie trudno przyjdzie nam przekonać kogokolwiek 

do czegokolwiek.

Pozostali w zgodnym milczeniu pospieszyli za nią.

Przełożył

background image

Jarosław Kotarski

Z fanatyzmu albo dla nagrody

Elektroniczny celownik był cudeńkiem pomysłowości. Gdy przestrzeliwał broń, miał 

jedynie zwykły teleskop optyczny, teraz zaś w okularze widział wszystko znacznie wyraźniej, 

niż  gdyby  panowały   idealne  warunki   atmosferyczne  i   był  środek  słonecznego   dnia.  Tym 

razem noc była pełna mgły i drobnego, dokuczliwego deszczu, ale wejście do budynku po 

przeciwległej stronie ulicy było idealnie widoczne przez szczelinę, którą wcześniej wyciął w 

ścianie.

-   Wychodzi   pięciu!   Twój   to   najwyższy!   -   zaszeptał   głos   we   włożonym   do   ucha 

odbiorniku.

W bramie pojawili się zapowiedziani mężczyźni - jeden był wyraźnie wyższy. Właśnie 

coś mówił z uśmiechem i Jagen powiększył zbliżenie, aż jego twarz wypełniła cały celownik, 

po czym delikatnie nacisnął spust. Broń podskoczyła z hukiem, lekko kopiąc go w ramię. 

Zmniejszył powiększenie i ponownie nacisnął spust, celując w padającą postać... i jeszcze 

raz... i jeszcze... Miał pięć kul w magazynku, szóstą w lufie i każda trafiła w cel, czemu 

towarzyszył kolejny podskok padającego lub leżącego ciała. W głowę, w serce, w brzuch, w 

szyję.

- Koniec - powiedział do mikrofonu zawieszonego przed ustami na cienkim drucie. - 

Pięć celnych, jeden prawdopodobny.

- Znikaj! - szepnął głośniczek.

Zachęta   była   zbędna   -   policja   Wielkiego   Despoty   uchodziła   za   jedną   z 

najskuteczniejszych w okolicy.

Pomieszczenie oświetlał jedynie blask tablicy kontrolnej kabiny teleportera. Dotarł 

doń w trzech susach i wcisnął guzik startu. Parametry ustawił wcześniej, choć nie wiedział, 

gdzie się one znajdują.

Blask żarówki pod sufitem był prawie oślepiający po spędzonych w mroku godzinach. 

Kamienne ściany, zardzewiałe pancerne drzwi i cementowa urna sporych rozmiarów z takąż 

pokrywą oraz druga kabina teleportacyjna były jedynymi przedmiotami w pomieszczeniu. To, 

gdzie   się   ono   znajdowało,   nie   miało   najmniejszego   znaczenia.   Odsunął   się   od   pierwszej 

kabiny, która po dwóch sekundach rozjarzyła się i zgasła - nadajnik w miejscu zamachu został 

zniszczony przez ładunek o mocy wystarczającej, by uniemożliwić policji dotarcie do jego 

pamięci i odtworzenie koordynatów. W końcu może im się to powiedzie, technika obecnie 

czyniła cuda, ale potrzebował jedynie czasu, by zatrzeć za sobą ślady znacznie skuteczniej.

background image

Z kieszeni wyjął niewielką piłkę do metalu z diamentowym ostrzem i odciął lufę broni 

w miejscu, które zaznaczył kilka dni wcześniej po starannych obliczeniach. Piłka była na 

baterie, toteż poszło mu piorunem. Zdjął pokrywę z urny, wstrzymując oddech, i wrzucił do 

wnętrza plastikową kolbę, pusty magazynek, odciętą lufę i piłkę. Zasunął pokrywę i odetchnął 

- w urnie był tak przemyślny zestaw kwasów, że mogły rozpuścić praktycznie wszystko poza 

ceramitem, i to błyskawicznie.

Z   drugiej   kieszeni   wyjął   pełen   magazynek,   załadował   i   przeładował   tak,   by   kula 

znalazła się w lufie, i wsunął broń w rękaw specjalnie obszernej bluzy. Lufa oparła się o lekko 

zgięte palce dłoni; był gotów do kolejnego etapu. Karabin był teraz znacznie mniej celny, ale 

na bliski dystans równie śmiercionośny jak poprzednio.

Uaktywnił   ładunek   w   pierwszej   kabinie   i   uruchomił   drugą   -   tak   jak   przedtem 

koordynaty były wcześniej wpisane do pamięci urządzenia. I wszedł do środka.

Hałas, lawina świateł i dźwięków. W pobliżu był ocean, o czym dobitnie świadczyła 

słonawa   wilgoć   wypełniająca   powietrze.   Kabina   była   publiczna   i   usytuowana   na   placu 

pełnym ludzi. Ledwie zdołał ją opuścić, a już ktoś do niej wszedł i zniknął. Po sekundzie ktoś 

inny z niej wyszedł i tak w kółko, jak to zwykle w publicznych środkach transportu. W górze 

płonęło czerwone słońce, a plac był pełen ludzi - idealne miejsce, by rozpłynąć się w tłumie. 

Przeszedł   na   drugą   stronę,   podążając   za   kilkoma   osobami,   przez   co   dochodził   element 

przypadkowości nie skażony jego pragnieniami i prawie niemożliwy do wykrycia. Idąc za 

dziewczyną w minispódniczce i o wyjątkowo niezgrabnych nogach, dotarł do bocznej uliczki, 

minął najbliższą kabinę i skierował się do następnej, stojącej na rogu.

Gdy   się   tam   znalazł,   zobaczył,   że   ulica   wychodzi   na   gmach   oznaczony   znajomą, 

zieloną gwiazdą, i uśmiechnął się - najciemniej jest pod latarnią, a w tym wypadku była to 

kwatera główna policji Wielkiego Despoty. Spokojnie wszedł do kabiny i wybrał koordynaty - 

jedyne, jakie zapamiętał.

Powietrze było rzadkie i zimne, ledwie nadawało się do oddychania. Oczy zaczęły mu 

łzawić, toteż ledwie dostrzegł biegnącego ku niemu mężczyznę w masce tlenowej na twarzy.

- Poczekaj! - krzyknął tamten.

Dopadł go i pomógł założyć drugą maskę, którą trzymał w dłoni. Ciepłe, pełne tlenu 

powietrze wypełniło mu płuca, umożliwiając rozejrzenie się po otoczeniu. Byli na mostku 

starego liniowca międzyplanetarnego, a raczej wraku starego liniowca - popękane ekrany, 

tablice kontrolne rozmontowane, ściany pełne lodowych sopli. Mężczyzna dostrzegł nieme 

pytanie malujące się na twarzy Jagena, wyjaśnił więc pospiesznie:

-   Jesteśmy   na   orbicie,   gdzie   ten   wrak   przebywa   od   wieków.   Gdy   go   opuścimy, 

background image

zadziała ładunek nuklearny i po statku oraz kabinie nie pozostanie ślad. Nawet gdyby dotarli 

za tobą tutaj, trop się urwie.

- Dalsze instrukcje - mruknął Jagen.

- Nie będą potrzebne. Nie wiedzieliśmy, czy zdołamy na czas przygotować statek, 

więc były planem awaryjnym. Nie ma sensu teraz o nich mówić.

Jagen   bez   słowa   pozbył   się   mikroodbiornika   i   reszty   wyposażenia   oprócz   broni. 

Zostawił wszystko na pokładzie i spojrzał wyczekująco na mężczyznę. Ten bez słowa zrzucił 

maskę i wszedł do kabiny. Jagen zrobił to samo.

Znaleźli się w zwyczajnym pokoju hotelowym, jaki można znaleźć na każdej z tysiąca 

planet. Czekali na nich dwaj mężczyźni siedzący nieruchomo w fotelach, ubrani w czarne 

kombinezony i maski. Przewodnik wybrał nowy namiar, wszedł do kabiny i zniknął bez 

słowa.

- Zrobione? - spytał pierwszy przez syntetyzator dźwięku, przez co jego głos był 

bezbarwny, maszynowy i niemożliwy do zidentyfikowania.

- Zapłata - odparł Jagen, opierając się plecami o ścianę.

-   Masz!   -   Pudełko   ciśnięte   wprawną   dłonią   upadło   u   jego   stóp,   otwierając   się   i 

ukazując gruby plik banknotów o wysokich nominałach. - Teraz opowiedz, jak poszło.

- Wystrzeliłem do podanego celu sześć kul - powiedział, przyglądając się banknotom: 

na oko suma się zgadzała. - Dwie kule w głowę, jedna w serce, jedna w brzuch, jedna w szyję 

i   jedna   w   ochroniarza,   który   znalazł   się   na   linii   ognia.   Ekrany   osobiste,   zgodnie   z 

oczekiwaniami,   okazały   się   nieskuteczne   wobec   mechanicznie   napędzanych   plastikowych 

kul.

- A więc wygraliśmy! - Radosne podrygiwanie mówiącego   oraz   pełne   satysfakcji 

walenie  pięścią w oparcie fotela wyraźnie odstawały od beznamiętności głosu mówiącego.

Jagen schylił się, by pozbierać pieniądze, pozornie tylko tym zajęty. Jego rozmówca 

uniósł ukryty dotąd w fałdach stroju pistolet laserowy i nacisnął spust.

Jako zawodowy myśliwy Jagen był przygotowany, iż od czasu do czasu traktowano go 

jak   zwierzynę.   Uskoczył   w   bok,   tak   że   świetlna   igła   trafiła   w   ścianę.   Otworzył   dłoń 

przytrzymującą   wylot   lufy   i   broń   wślizgnęła   się   w   nią   płynnym   ruchem.   Drugą   dłonią 

wymacał spust poprzez luźny materiał rękawa i nie wstając, strzelił.

Z   tak   małej   odległości   nie   mógł   chybić   -   kula   trafiła   zamaskowanego   w   brzuch, 

składając go wpół przy wtórze mechanicznego jęku. Druga kula utkwiła w sercu, rzucając 

ciało w tył. Z bezwładnej dłoni wysunął się pistolet, a trup znieruchomiał obok wywróconego 

fotela.

background image

- Pociski z miękkiego stopu są znacznie efektywniejsze niż plastikowe - wyjaśnił 

Jagen tonem towarzyskiej konwersacji, wyplątując broń z rękawa, gdzie wepchnął ją odrzut. - 

Powodują paskudne rany wylotowe i szybką śmierć. A ta broń nie daje się wykryć przez 

detektory energetyczne. Miałem się jej pozbyć wraz z innymi dowodami, ale że jestem z 

natury ostrożny, postanowiłem nieco zmienić zasady niszczenia ewidencji. Myśleliście, że 

jestem bezbronny, i postanowiliście zmniejszyć koszty, co, spryciarze?

-   Nie   zabijaj   mnie!   -   Głos   drugiego   zamaskowanego   był   monotonny,   w 

przeciwieństwie do pełnego przerażenia zachowania. - To był jego pomysł, bał się, że jeśli cię 

złapią,   mogą   dotrzeć   i   do   nas.   Byłem   temu   przeciwny...   Nie   mam   broni   i   nie   chcę   cię 

skrzywdzić. Nie zabijaj mnie, dam ci więcej pieniędzy.

- Masz je przy sobie? - spytał Jagen, unosząc broń.

- Niewiele: parę tysięcy, ale mogę szybko postarać się o więcej.

- Obawiam się, że nie stać mnie na czekanie... Wyjmij, ile masz, ale powoli! I rzuć 

tutaj.

Sumka była wcale pokaźna - gość musiał być majętny, skoro nosił ją przy sobie na 

drobne wydatki. Jagen miał ochotę go zastrzelić, ale w ostatniej chwili się rozmyślił; miał 

chwilowo dość zabijania. Podszedł do mężczyzny i zdarł mu kaptur. Ukazało się zapłakane i 

przerażone oblicze grubasa w średnim wieku. Jagen rzucił go na podłogę, kopnął z wprawą, 

pozbawiając przytomności i uważając, by zasłonić sobą klawiaturę teleportera, wybrał nową 

kombinację.

Wszedł do kabiny, czując, że zrobił błąd.

Z kabiny służbowego teleportera Nadkomisarza Policji wyszedł automat. Było to o 

wiele lat świetlnych od pokoju hotelowego - na planecie, na której Jagen nie tak dawno 

wykonał zlecenie, ale zdarzyło się prawie równocześnie z jego zniknięciem z hotelu.

- Ty jesteś Gończy? - spytał Nadkomisarz. - Tak - odparł automat.

Wyglądał jak masywny mężczyzna, mierzył ponad dwa metry, choć kształty jedynie w 

ogólnych   zarysach   miał   humanoidalne   -   jego   konstruktorzy   doszli   do   wniosku,   iż   takie 

najbardziej nadają się do stałych kontaktów z ludźmi, ale nie próbowali ukryć, że jest to 

maszyna.   Nie   byłoby   to   zresztą   celowe,   toteż   resztę   podporządkowali   funkcjonalności. 

Opływowe kształty pokryte złotawym materiałem podobnym do metalu i czaszka pozbawiona 

jakichkolwiek rysów poza wycięciem w kształcie litery T, tam gdzie człowiek ma oczy i nos.

- Jak rozumiem, jesteś jedynym egzemplarzem operacyjnym - powiedział szpakowaty 

oficer, który mimo lat spędzonych na służbie nie zatracił ciekawości.

- Twoje stanowisko zezwala mi na udzielenie informacji, że jestem pierwszym, ale nie 

background image

jedynym Gończym. Nie mogę ci jednak powiedzieć, ilu nas jest i w jakim czasie następne 

wejdą do służby.

- Co masz nadzieję osiągnąć?

- Odnaleźć przestępcę. Mam dokładniejsze detektory niż jakiekolwiek dotąd używane 

w praktyce, dlatego zresztą jestem taki duży. Mam ogromną pamięć i zdolność uczenia się. 

Moim celem jest wytropić zabójcę.

- To może być trudne: zniszczył kabinę teleportacyjną po zamachu...

- Niczego się nie da zniszczyć całkowicie. Mam swoje sposoby.

- To będzie trudne zadanie...

- Gdyby było łatwe, nie byłbym potrzebny.

- W takim razie życzę ci szczęścia... jeśli szczęście może pomóc maszynie.

-   Dzięki   za   uprzejmość.   Nie   mam   uczuć,   choć   potrafię   je   zrozumieć.   Chciałbym 

obejrzeć   wszystko,   co   macie   na   temat   zamachu,   a   potem   zobaczyć   miejsce,   od   którego 

zabójca rozpoczął ucieczkę.

Dwadzieścia lat dostatniego i spokojnego życia nie pozostało bez wpływu na Jagena. 

Nie musiał już zabijać dla pieniędzy, robił to okazjonalnie, bardziej dla satysfakcji niż z 

realnej potrzeby, ale zawsze równie starannie zacierał za sobą ślady. Na tę zacofaną planetę 

trafił przypadkiem i  spodobała mu  się, tak że  postanowił  tu osiąść. Prymitywne  puszcze 

zapewniały doskonałe łowy, a ostatnio polowanie na zwierzynę zaczynało być przyjemniejsze 

niż   na   ludzi.   Pieniądze,   rozsądnie   zainwestowane,   zapewniały   mu   dostatni   byt,   toteż   był 

zadowolony z życia.

Ze   szklaneczką   w   dłoni   obserwował   właśnie   zachód   słońca   nad   lasem   przez 

przezroczystą ścianę salonu, gdy rozbrzmiał gong oznajmiający przybycie gościa z kabiny 

teleportacyjnej. Odwrócił się w chwili, gdy wyszedł z niej Gończy.

- Przybyłem po ciebie, zabójco - oznajmił automat. Jagen wypuścił szklankę - zawsze 

miał przy sobie broń, ale tym razem był to zdecydowanie zbyt słaby laser jak na opancerzenie 

gościa. Przygotowany był na ludzkich przeciwników, a nie na pancerne roboty.

- Nie wiem, o czym mówisz - powiedział, wstając. - Zaraz zawiadomię policję.

Spokojnie podszedł do komunikatora i nagłym skokiem zniknął w sąsiednim pokoju. 

Gończy dał dwa kroki i znieruchomiał, widząc wymierzony w siebie bezodrzutowy karabin 

sporego kalibru. Jagen używał go do polowań na tutejszą zwierzynę - broń miała magazynek 

na   dziesięć   rakietowo   napędzanych   pocisków   kalibru   dwadzieścia   milimetrów, 

eksplodujących przy zetknięciu z celem; zdolna była zatrzymać wielotonowego przeciwnika 

zaledwie jednym z nich. Nie czekając sekundy dłużej, opróżnił magazynek, celując w złocistą 

background image

sylwetkę.

Gdy rozwiał się dym, pokój wyglądał jak pobojowisko - nawet sufit był poszarpany 

przez odłamki. Jagen czuł lekki ból w nodze i w karku, musiały drasnąć go drobniejsze 

fragmenty pocisków, ale przede wszystkim czuł wszechogarniającą wściekłość: nie licząc 

wgięć i rys w złocistym pancerzu, prześladowca był cały i najwyraźniej sprawny. A on nie 

miał przy sobie zapasowego magazynka!

- Siądź! - polecił robot. - Serce bije ci zbyt szybko, co może okazać się groźne dla 

twego zdrowia.

- A co to ciebie może obchodzić, mechaniczny kacie - żachnął się, wypuszczając 

bezużyteczny karabin.

- Nie jestem Katem, jestem Gończym.

- I tak oddasz mnie w ich ręce, więc co za różnica?! Chciałbym się tylko dowiedzieć, 

jak mnie odnalazłeś.

-   Szczegóły   są   tajemnicą.   Mogę   ci   jedynie   powiedzieć,   że   użyłem   technik 

odczytywania mikrośladów, o których nie masz nawet pojęcia, a poza tym mam jako maszyna 

dosłownie niewyczerpaną cierpliwość.

- Też prawda. - Skoro nie mógł zniszczyć prześladowcy, należało go przechytrzyć i 

uciec. - Co zamierzasz ze mną zrobić?

- Chcę ci zadać kilka pytań.

Jagen uśmiechnął się w duchu - dwadzieścia lat pogoni tylko po to, by zadać kilka 

pytań; nawet umysłowo ociężały smarkacz by w to nie uwierzył.

- No to pytaj.

- Wiesz, kogo zastrzeliłeś tamtej nocy?

- Nie przyznaję się do zastrzelenia kogokolwiek.

- Zrobiłeś to, próbując mnie zniszczyć.

- Niech ci będzie. - Mógł przyznać się do wszystkiego: i tak przesłuchujący wyciągną 

z niego prawdę. - Nie wiem, kim był, prawdę mówiąc nie jestem nawet pewien, na jakiej 

planecie do tego doszło. Lało tam prawie cały czas, ale wątpię, by ta informacja na wiele ci 

się przydała.

- Kto cię wynajął?

- Nie podali żadnych nazwisk, a ja nie pytałem. Uzgodniliśmy kwotę, wykonałem 

zlecenie, dostałem pieniądze i to wszystko.

- Mogę w to uwierzyć. Puls doszedł do normy, więc mogę cię poinformować, że masz 

ranę na karku.

background image

- Dzięki za nieoczekiwaną troskę, wiem o niej. To drobiazg.

- Wolałbym cię opatrzyć - oznajmił Gończy. - Zgadzasz się na to?

- Skoro nalegasz... Apteczka jest w drugim pokoju. - Gdyby robot tam poszedł, miał 

szansę dotrzeć do teleportera, a potem gonitwa zaczęłaby się od nowa.

- Najpierw muszę obejrzeć ranę.

Gończy   zbliżył   się   zadziwiająco   cicho,   jak   na   tak   potężny   mechanizm,   i   dotknął 

palcem karku Jagena. Ten poczuł lekkie ukłucie i stwierdził, że nie może się poruszyć. Mógł 

normalnie oddychać, ale nie mógł poruszyć nawet gałkami oczu.

- Musiałem cię oszukać, gdyż przed operacją twój organizm ma być rozluźniony. 

Operacja, jak sam się przekonasz, jest całkowicie bezbolesna.

Automat zniknął z jego pola widzenia, zostawiając go chwilowo w spokoju. Jaka, do 

cholery,   operacja?!   Co   znów   wymyślił   Wielki   Despota...?   Lobotomia   też   ponoć   jest 

bezbolesna... Był przerażony i wściekły na samego siebie; dał się podejść jak amator i teraz 

był   całkowicie   bezsilny.   Te   smętne   rozmyślania   przerwały   dźwięki   dochodzące   z   tyłu   - 

Gończy wrócił i coś robił z jego głową.

Dopiero widok pianki depilacyjnej uzmysłowił mu, co to było. Automat musiał użyć 

całego   opakowania,   spryskując   mu   głowę,   i   po   chwili   zajął   się   usuwaniem   szpakowatej 

wprawdzie, ale nadal wcale obfitej czupryny.

- Ogoliłem cię - poinformował robot, stając przed Jagenem i wycierając dłonie w jego 

ubranie. - Włosy odrosną ci za jakiś czas, a jest to niezbędne przygotowanie do zabiegu.

W korpusie automatu pojawił się otwór; z początku wąski, po chwili wystarczający, 

by zmieściła się w nim głowa. Wnętrze lśniło srebrzyście, a w ściankach tkwiły rozmaite 

instrumenty nieznanego Jagenowi przeznaczenia.

- To nie będzie bolało - powiedział robot i delikatnie ujął go oburącz za głowę.

Powoli   i   precyzyjnie   przyciągał   go   do   siebie   i   wsunął   głowę   sparaliżowanego   w 

srebrzyste zagłębienie.

Jagen   stracił   przytomność,   toteż   nie   czuł   ostrych   igieł   wbijających   się   w   skórę   i 

cieńszych   od   włosa   sond   docierających   do   mózgu.   Potem   na   szczęście   pogrążył   się   w 

nieświadomości.

Gdy się ocknął, siedział na krześle w pełni zdolny do ruchu. Odruchowo potarł łysą 

głowę zaskoczony  brakiem  nie tylko  bólu, ale w ogóle jakiegokolwiek odczucia, choćby 

swędzenia.

- Coś mi zrobił? - wrzasnął. - Co to była za operacja?!

- Przeszukanie pamięci. Teraz znam tożsamość tych, którzy zlecili zabójstwo - odparł 

background image

Gończy, odwrócił się i podszedł do teleportera.

- Czekaj! Co chcesz ze mną zrobić?!

- A co chcesz, żebym zrobił?

-   Przestań   się   zgrywać,   blaszanko!   Jestem   człowiekiem   i   rozkazuję   ci,   żebyś 

odpowiedział! Jesteś z policji Wielkiego Despoty?

- Tak.

- I aresztujesz mnie?

- Nie. Zostawiam cię tutaj. Miejscowa policja może cię zatrzymać, ale wątpię, by to 

zrobiła, ponieważ nie przekroczyłeś żadnego prawa na tej planecie. Przelałem też wszystkie 

pieniądze  z   twego  konta   jako  częściową  zapłatę   za  koszty   odszukania.  -  Gończy   wybrał 

koordynaty i otworzył drzwi kabiny.

- Stój! - Jagen zerwał się gwałtownie. - Zabrałeś moje pieniądze, takie jest złodziejskie 

prawo. Ale nie pozwolę, żebyś ze mną grał w kulki. Nie lazłeś za mną przez dwadzieścia lat 

tylko po to, żeby teraz tak po prostu sobie iść. Jestem zawodowym zabójcą, pamiętasz?!

- Wiem o tym, dlatego właśnie cię tropiłem. Teraz znam także twoją opinię o sobie 

samym i uważam ją za błędną: nie jesteś ani unikatem, ani specjalnie utalentowany, ani nawet 

interesujący. Każdy może zabić, mając odpowiednią motywację: żołnierze podczas wojny 

robią   to   niejako   zawodowo   i   niewielu   ma   z   tego   powodu   wyrzuty   sumienia.   Ty   jesteś 

zwykłym myśliwym, tyle że polujesz na specyficzną zwierzynę: na przedstawicieli własnego 

gatunku.   Nie   ma   w   tym   nic   szlachetnego,   bohaterskiego   czy   chociażby   interesującego. 

Zabicie ciebie nie przywróci życia tym, których zabiłeś. Masz jeszcze jakieś pytania?

- Tak. Skoro nie ja cię interesuję, to po co straciłeś tyle czasu, by mnie odnaleźć?

- Ty jesteś niczym i ci, którzy cię wynajęli, także są niczym. Wszystkim są powody, 

dla których to zrobili, oraz to, w jaki sposób zdołali tak postąpić. Jeden człowiek, dziesięciu 

ludzi czy milion są niczym dla Wielkiego Despoty władającego tysiącami planet. On zajmuje 

się zjawiskami społecznymi i dlatego tu jestem: trzeba zbadać twoje społeczeństwo, a przede 

wszystkim społeczność, z której wywodzą się twoi zleceniodawcy, i odkryć, dlaczego sądzili, 

że   przemoc   rozwiązuje   problem.   Istotne   są   powody,   które   ich   do   tego   skłoniły,   bowiem 

zabójcą jest społeczeństwo, nie jednostka. Ty byłeś i jesteś niczym.

Z tymi słowami Gończy wszedł do kabiny i zniknął.

Przełożył

background image

Jarosław Kotarski

Przykry obowiązek

- Ale czemu ty? - spytała.

- Bo na tym polega moja praca. - Zapiął ostatni pasek przy plecaku i zarzucił bagaż na 

ramiona.

- Nie rozumiem, czemu ci z patroli nie mogą pierwsi się porozglądać. Powiedzieliby, 

gdzie warto zajrzeć, pomogli trochę. To nie w porządku.

- Wszystko jest w najlepszym porządku - powiedział, poprawiając lewy pas plecaka.

Starał się zachować spokój. Nie spodobało mu się, że przyszła akurat teraz, na chwilę 

przed wyruszeniem, ale niełatwo było ją powstrzymać. Raz jeszcze zaczął wyjaśniać:

- Ci, którzy latają na statkach kontaktowych, mają dość własnej roboty. Po pierwsze, 

żeby przeżyć, po drugie, aby nie oszaleć na skutek długotrwałego zamknięcia w pudłach 

statków. To specjaliści, bo tylko ktoś o szczególnych predyspozycjach może przetrwać długi 

lot.   Oni   nie   nadają   się   do   nawiązywania   kontaktów   czy   eksploracji   nowych   planet. 

Przeprowadzają   zwiad   powietrzny,   potem   zrzucają   w   stosownym   miejscu   ładownik   z 

teleporterem. Takie badania to trudna praca. Zanim teleporter wyląduje i wyśle raport, oni są 

już w drodze do następnego systemu. Oni robią swoje, ja swoje. I teraz na mnie pora.

- Gotowy, specjalisto Langli? - spytał zerkający do przebieralni mężczyzna.

- Prawie - powiedział Langli z ulgą, że ktoś przeszkodził dalszej rozmowie. Chociaż 

to nieładnie tak myśleć, uznał. - Rzemieślniku Meer, oto moja żona Keriza.

- To wielki zaszczyt panią poznać, pani Kerizo. Musi być pani dumna z męża.

Meer był młody i uśmiechał się, mówiąc te słowa; najpewniej naprawdę tak myślał. 

Nałożył już połączone z komputerem słuchawki, przykleił mikrofon na krtani.

- Ogólnie tak - powiedziała Keriza, ale nie byłaby sobą, gdyby nie dodała: - ale nie na 

zawsze. To nasz pierwszy kontrakt. Upływa za kilka dni, gdy mąż będzie na wyprawie.

- I dobrze - stwierdził Meer, ignorując gorycz pobrzmiewającą w jej słowach. - Gdy 

wróci,   będą   mogli   państwo   zawrzeć   następny.   Może   już   stały.   Dobra   wymówka,   by   nie 

urządzać przyjęcia. Mogę zaczynać, specjalisto?

- Proszę - powiedział Langli, unosząc manierkę i sprawdzając, czy jest pełna.

Keriza wycofała się pod ścianę; dla nich mogłaby teraz równie dobrze nie istnieć. 

Zaczęło   się   odczytywanie   listy   kontrolnej.   Komputer   podpowiadał   pytania   Meerowi,   ten 

powtarzał  je  głośno  monotonnym,  niemal  maszynowym tonem.  Obaj  mężczyźni  zwracali 

uwagę   tylko   i   wyłącznie   na   to,   nie   na   nią.   Wyglądali   tak   samo   w   ciemnozielonych 

background image

mundurach, prawie takiego samego koloru jak ściany. Jej srebrzysto-pomarańczowy kostium 

zupełnie nie pasował do miejsca. Odruchowo zrobiła krok w kierunku wyjścia.

Sprawnie   uporali   się   z   listą,   komputer   zaakceptował   odpowiedzi.   O   wiele   dłużej 

trwało poprawianie nastawień wzmacniacza Langliego. Był to elastyczny metalowy stelaż 

przypominający jego własny kościec. Nie krępował w żadnej mierze ruchów i tak był wszyty 

w   mundur,   że   nie   dawał   się   dostrzec.   Zasilany   energią   atomową   mógł   wspierać   ruchy 

właściciela choćby przez rok.

- Czemu założyliście te uprzęże? - spytała Keriza. - Nigdy dotąd nie nosiłeś czegoś 

takiego.   -  Musiała   powtórzyć  pytanie,  tym   razem  głośniej,   nim   wreszcie   zwrócili   na  nią 

uwagę.

- To z powodu ciążenia - odparł  wreszcie  jej  mąż. - Tam  jest dwa przecinek  sto 

pięćdziesiąt trzy G. Nie da się tego zneutralizować, ale z tym wsparciem nie zmęczę się tak 

szybko.

- Nic mi nie powiedziałeś o tej planecie. W ogóle nic mi nie mówisz...

- Bo nie ma o czym. Duże ciążenie, chłód i wiatry. Powietrze jest dobre, zostało 

sprawdzone, chociaż trochę dużo w nim tlenu. Ale da się oddychać.

- A zwierzęta, dzikie zwierzęta, są tam jakieś? Mogą być niebezpieczne?

- Tego nie wiemy, miejsce wygląda na dość spokojne. Nie martw się.

To było  kłamstwo,  ale  oficjalnie  nie  mógł  stwierdzić  nic  innego.  Wiedział,  że  na 

planecie   mieszkają   ludzcy   osadnicy,   jednak   tę   informację   uznano   za   tajną.   Komunikat   o 

odkryciu miał zostać opublikowany dopiero po oficjalnym zaakceptowaniu jego raportu z 

wyprawy.

-  Gotowy  -   powiedział   Langli,   nakładając   rękawice.   -  Ruszajmy,   zanim   mnie   pot 

zaleje w tym kombinezonie.

- Temperaturę reguluje termostat, specjalisto Langli. Nie możesz się przegrzać.

Wiedział,   ale   chciał   jak   najszybciej   ulotnić   się   z   pokoju.   Keriza   nie   powinna   tu 

przychodzić.

-   Dalej   nie   możesz   już   nam   towarzyszyć   -   powiedział   żonie,   objął   ją   i   ucałował 

pospiesznie. - Jak tylko będę miał chwilę, to skrobnę słówko.

Owszem, kochał ją, ale nie tutaj, nie w trakcie przygotowań do wyprawy. Ciężkie 

drzwi   zamknęły   się   za   nimi.   Zniknęła   im   z   oczu.   Od   razu   mu   ulżyło.   Teraz   mógł 

skoncentrować się na pracy.

-  Wiadomość   z   centrum   kontrolnego   -   powiedział   Meer,   gdy   weszli   przez   grube, 

potrójne drzwi do opancerzonego pomieszczenia z teleporterem. - Chcą więcej próbek roślin i 

background image

gleby. Podobnie z innymi formami życia i wodą, chociaż to ostatnie może poczekać.

- Zajmiemy się tym - powiedział Langli i artefakciarz przekazał jego słowa dalej.

-   Życzą     nam     rychłych     sukcesów,     specjalisto   -   stwierdził   Meer   obojętnie.   - 

Przyłączani się do życzeń - dodał cieplejszym już tonem. - To zaszczyt pracować z tobą. - 

Przykrył   dłonią   mikrofon.   -   Chodzę   na   kursy   specjalistyczne,   czytuję   tam   twoje   raporty. 

Myślę,   że   ty...   znaczy   to,   co   zrobiłeś...   -   Zabrakło   mu   słów,   zarumienił   się.   To   były 

nieregulaminowe kwestie, a młody człowiek cenił dyscyplinę.

- Wiem, co chcesz powiedzieć, rzemieślniku Meer. Też życzę ci szczęścia.

Langli   wyciągnął   dłoń,   którą   tamten   ujął   po   chwili   wahania.   Chociaż   Langli   nie 

przyznałby tego głośno, chwila naruszenia regulaminu znacznie poprawiła mu nastrój. Chłód 

komory teleportera, pełnej kamer i wylotów luf broni, zawsze działał nań przygnębiająco. Nie 

żeby marzyły mu się pożegnania z orkiestrą i flagami, ale odrobina zwykłego, ludzkiego 

ciepła była bardzo na miejscu.

-   Zatem   do   widzenia   -   powiedział,   obrócił   się   i   nacisnął   kontrolkę   nastawienia 

teleportera.   Nagość   ekranu   ustąpiła   miejsca   wodnistej   czerni   pola   Bhattacharyi.   Langli 

wstąpił w nie bez namysłu.

Niewidzialna siła pojmała go i cisnęła naprzód, twarzą do ziemi. Wysunął ramiona, by 

wyhamować impet upadku. Uprząż wysunęła własne amortyzatory, powoli, by nie uszkodzić 

mu nadgarstków. Mimo pomocy wzmacniacza zaparło mu na chwilę dech w piersi. Łapiąc 

powietrze,   trwał   chwilę   na   czworakach.   Oczy   mu   łzawiły,   w   ustach   czuł   palący   smak 

miejscowej   atmosfery.   Kombinezon   zaczął  się   nagrzewać,   ledwo   czujniki   wychwyciły 

panujący dookoła chłód. Langli podniósł głowę.

Obserwował go jakiś mocno zbudowany mężczyzna z powiewającą, czarną brodą. Był 

ubrany w naznaczone czerwienią skóry i futra, w dłoni trzymał drzewce z ostrzem nie dłuższe 

niż jego przedramię. Dopiero gdy się poruszył, Langli pojął, że tubylec nie siedzi, tylko stoi. 

Był tak przysadzisty, że wyglądał, jakby składał się niemal z samego tułowia.

Jednak   najpierw   zadanie:   centrala   musi   mieć   swoje   próbki   i   okazy.   Obserwując 

brodatego kątem oka, wyjął z bocznej kieszeni plecaka odpowiedni pojemnik i położył go na 

ziemi. Grunt był twardy, ale kruchy jak wyschłe błoto, toteż łatwo dało się odłamać kilka 

kawałków   i   wrzucić   je   do   plastikowego   dysku.   Dziesięć   sekund   później,   reagując   z 

powietrzem, tworzywo zwinęło się po brzegach i otuliło próbkę. Tamten przekładał drzewce z 

ręki do ręki i obserwował poczynania przybysza rozszerzonymi ze zdumienia oczami. Langli 

napełnił glebą jeszcze dwa pojemniki, potem sięgnął po trawę i liściaste gałązki z pobliskiego 

krzewu. Będzie dość. Potem cofnął się do masywnego ładownika, aż stanął przy ekranie. 

background image

Działał, ale nie został jeszcze nastrojony. Gdyby cokolwiek teraz weń wrzucić, rozproszyłoby 

się pod postacią radiacji w przestrzeni Bhattacharyi. Dopiero przyciśnięcie dłoni zwiadowcy 

(i tylko jego) do płytki kontrolnej zgrywało urządzenie z odbiornikiem w centrali. Langli 

uczynił co trzeba i przesłał próbki. Teraz mógł zająć się ciekawszymi sprawami.

- Pokój. - Stając przed tubylcem, rozwarł dłonie i rozpostarł ręce na boki. - Pokój.

Tamten   nie   odpowiedział;   gdy   Langli   podszedł   o   krok,   mężczyzna   uniósł   krótką 

włócznię.

Langli cofnął się, ostrze opadło. Zwiadowca uśmiechnął się.

- Rozumiem, że mam poczekać, tak? Może w tym czasie porozmawiamy? - Żadnej 

odpowiedzi, ale Langli wcale jej nie oczekiwał. - Dobra, to na co czekamy? Pewnie na twoich 

przyjaciół. To wskazuje na pewne zorganizowanie twojej społeczności. Dobry znak. Wiem, że 

wasze osiedle jest w pobliżu, dlatego właśnie teleporter tu wylądował. Obejrzeliście go, do 

niczego nie doszliście, no to postawiliście przy nim straż. Musiałeś dać swoim jakiś sygnał, że 

się pojawiłem, a ja niczego nie widziałem, bo padłem akurat na twarz.

Zza pobliskiego wzgórza dobiegł przenikliwy pisk.

Trwał, narastał coraz głośniejszy. Langli z zaciekawieniem spoglądał na ciągnącą ku 

niemu   grupę   brodatych   mężczyzn,   żywo   przypominających   znanego   mu   już   strażnika. 

Ciągnęli   platformę   osadzoną   na   trzech   parach   drewnianych   kół,   to   widocznie   ich   nie 

naoliwione   osie   tak   piszczały.   Na   wyściełanej   platformie   spoczywał   mężczyzna   w 

jaskrawoczerwonych skórach. Górną część twarzy skrywał metalowy hełm z otworami na 

oczy,   niżej   zaś   spływała   siwa,   sięgająca   piersi   broda.   W   prawej   dłoni   trzymał   długi, 

zakrzywiony nóż o cienkim ostrzu. Wskazując nim Langliego, zszedł powoli z platformy i 

powiedział coś w chrapliwym języku.

-  Przykro  mi,  ale  nie   rozumiem  -  stwierdził   Langli.   Na  odgłos  tych  słów  starzec 

zachwiał się i mało nie upuścił broni. Widząc to, pozostali przykucnęli i wymierzyli włócznie 

w przybysza. Wódz widać nie aprobował ich akcji, krzyknął coś bowiem i ostrza natychmiast 

opadły. Potem spojrzał znów na Langliego.

- Nie wiedziałem - powiedział powoli, z namysłem dobierając słowa. - Nie sądziłem... 

że usłyszę kiedyś ten język w czyichś ustach. Znamy go, ale stosujemy jedynie w piśmie.

Akcent miał dziwny, ale wymowę staranną. Trudno byłoby go nie zrozumieć.

- Wspaniale. Nauczę się jeszcze waszej mowy, ale do tego czasu możemy używać 

mojej...

- Kim jesteś? Czym jest... ta tu rzecz, która z hałasem spadła nocą z nieba? Jak tu 

przybyłeś?

background image

Langli odpowiedział mu wolno i wyraźnie. Stosowną mowę miał już gotową.

- Przybywam z pozdrowieniami od mojego ludu. Za pomocą takich maszyn, jaką tu 

widzisz,   podróżujemy   bardzo   daleko.   Nie   jesteśmy   z   tego   świata.   Pomożemy   wam   w 

niejednym, ale o tym opowiem jeszcze później. Możemy dostarczyć wam żywność, jeśli 

głodujecie.   Przybyłem   sam   i   nikt   więcej   nie   przybędzie,   aż   na   to   zezwolisz.  W  zamian 

poproszę   cię   jedynie,   byś   zechciał   odpowiedzieć   na   moje   pytania.   Gdy   to   uczynisz,   my 

odpowiemy na twoje, jeśli je zadasz.

Starzec   stanął   na   szeroko   rozstawionych   nogach.   Chociaż   już   spokojniejszy, 

odruchowo pocierał ostrzem noża o nogę.

- Czego tu chcecie? Czego naprawdę od nas chcecie?

- Mamy lekarstwa, aby leczyć choroby. Mogę dać wam żywność. Proszę tylko, byś 

zechciał odpowiedzieć na moje pytania, nic więcej.

Starzec skrzywił ukryte częściowo pod wąsami usta.

- Rozumiem. Rób, co ci każę, albo nic z tego. W takim razie chodź ze mną. - Wrócił 

powoli na platformę, która zaskrzypiała pod jego ciężarem. - Jestem Bekrnatus. Ty też masz 

imię?

- Langli. Chętnie udam się z tobą.

Ruszyli powolną procesją przez grań wzniesienia i dalej, do płytkiej doliny. Langli już 

czuł   się   zmęczony,   jego   serce   i   płuca   dawały   z   siebie   wszystko,   pracując   w   warunkach 

wysokiego ciążenia. Przebycie ćwierci mili kosztowało go naprawdę wiele.

- Moment - powiedział. - Czy możemy zatrzymać się na chwilę?

Bekrnatus   uniósł   dłoń   i   wydał   rozkaz.   Pochód   stanął   i   wszyscy   zaraz   usiedli, 

większość nawet położyła się na trawie. Langli odpiął od pasa manierkę i wziął potężny łyk. 

Bekrnatus obserwował pilnie każdy jego ruch.

- Chcesz wody? - spytał Langli, wyciągając ku niemu manierkę.

- Chętnie - powiedział starzec, przyjął manierkę i obejrzał ją sobie dokładnie, nim upił 

łyk. - Ta woda inaczej smakuje. Twoja butelka jest z metalu?

- Chyba z aluminium lub z jakiegoś z jego stopów. Czy powinien odpowiadać na to 

pytanie? Brzmiało niegroźnie, ale nigdy nic nie wiadomo. Pewnie nie powinien, ale był zbyt 

zmęczony,  by się  tym  przejmować.  Brodaci  obserwowali  go cały  czas.  Najbliższy  wstał. 

Wzrok miał wbity w manierkę.

- Przepraszam - powiedział Langłi, mrugając, by rozproszyć nieco mgłę zmęczenia. 

Wyciągnął manierkę ku mężczyźnie. - Też chcesz pić?

Tamten zawahał się. Bekrnatus krzyknął coś, a wtedy mężczyzna chwycił naczynie, 

background image

ale zamiast popić wody, zaczął z nią uciekać. Nie był dość szybki. Langli patrzył zdumiony, 

jak starzec go dogania i wbija mu nóż w plecy.

Pozostali nawet się nie poruszyli, gdy mężczyzna zachwiał się i padł ciężko na ziemię. 

Leżąc na boku  z  krwią płynącą z ust, wypuścił manierkę z palców. Bekrnatus przyklęknął 

obok, wziął manierkę, potem jednym silnym ruchem wyszarpnął nóż. Oczy tamtego patrzyły 

martwo.

- Weź tę wodę i nie idź... nie podchodź do innych i niczego im nie dawaj.

- To tylko woda...

- To nie woda. Ty go zabiłeś.

Zaskoczony   Langli   chciał   wyjaśnić,   że   wszyscy   wyraźnie   widzieli,   kto   zabił 

nieboraka,   ale   uznał,   że   mądrzej   będzie   się   nie   odzywać.   Nie   wiedział   nic   o   tutejszym 

społeczeństwie, musiał popełnić jakiś błąd. To oczywiste. W tym sensie starzec miał rację, to 

rzeczywiście Langłi winien był śmierci. Wydobył tabletkę stymulującą, połknął ją i popił 

wodą z fatalnej manierki. Ruszyli dalej.

Osiedle   w   dolinie   tkwiło   przytulone   do   podstawy   wapiennego   urwiska.   Gdy   tam 

dotarli, Langli był skrajnie wyczerpany. Bez wzmacniacza nie przebyłby nawet ćwierci drogi. 

Zanim   cokolwiek   dostrzegł,   już   kroczył   pomiędzy   domami,   tak   dobrze   tutejsze   budowle 

wtapiały się w otoczenie. W dziewięciu dziesiątych kryły się w wykopach ziemnych, ponad 

które   wystawały   niemal   jedynie   słomiane   strzechy.   Z   otworów   kominowych   większości 

unosiły się wątłe spirale dymu. Pochód jednak się nie zatrzymał. Podeszli do ściany urwiska, 

gdzie na poziomie gruntu widniały liczne otwory. Te największe były zagrodzone wrotami z 

bierwion. Dwa mniejsze, pełniące zapewne  funkcję  okien, pokrywała  jakaś przezroczysta 

substancja, może nawet szkło. Langli chętnie by to zbadał, ale sprawa musiała poczekać. 

Wszystko musiało poczekać, aż pozbiera nieco siły. Stał niepewnie, podczas gdy Bekrnatus 

zszedł z wozu i zbliżył się do drzwi, które otwarły się bez ponaglania. Langli chciał pójść za 

nim,   ale   nogi   odmówiły   mu   posłuszeństwa.   Upadł.  Widząc   podążającą   mu   na   spotkanie 

ziemię, zdążył się jeszcze zdziwić, że oto mdleje po raz pierwszy w życiu.

Poczuł podmuch ciepłego powietrza. Trwało chwilę, nim pojął, że leży, ale gdzie? 

Zmęczenie nie minęło, każdy ruch wymagał wysiłku. Nawet myśli płynęły jakoś wolniej. 

Rozejrzał   się   po   mrocznym   pomieszczeniu,   jednak   dopiero   po   dłuższej   chwili   zaczął 

cokolwiek   rozróżniać.   Okno   osadzone   głęboko   w   kamiennej   ścianie.   Niewyraźne   zarysy 

mebli  i innych  obiektów.  Żółtawe  światło  sączące  się  przez  kratę  kamiennego  paleniska. 

Kamienne ściany. Przypomniał sobie ostatnie chwile przed omdleniem i pomyślał, że to musi 

być jedno z pomieszczeń wyrytych w urwisku. Ogień potrzaskiwał, dym drapał niemile w 

background image

gardle. Z tyłu usłyszał łagodny odgłos zbliżających się powoli kroków. Był zbyt wyczerpany, 

by obrócić głowę, ale jakoś się zmobilizował i spojrzał.

Ujrzał dziewczęcą twarz z błękitnymi oczami. I długie, jasne włosy.

- Witaj, nie sądziłem, że spotkam tu kogoś takiego - powiedział.

Oczy rozszerzyły się w odruchu zdumienia, twarz zniknęła. Langli westchnął ciężko i 

przymknął   powieki.   Trudna   ta   misja.   Może   powinien   zażyć   nieco   stymulantów?   Są   w 

plecaku...

Plecak!   Zaraz   oprzytomniał,   spróbował   usiąść.  Wzięli   mu   plecak!  W  tejże   chwili 

ujrzał go. Leżał obok pryczy. Gdy dziewczyna wróciła, siłą zmusiła go do leżenia. Była 

bardzo silna.

- Jestem Langli. A jak ty się nazywasz?

Była atrakcyjna, chociaż oczywiście po tutejszemu przysadzista. Pełna, dobrze ubrana. 

Ale poza tym... Jak na gust Langliego, zbyt szeroka w barach i biodrach, zbyt muskularna. 

Pod tym względem nie różniła się wiele od pozostałych tubylców. Nagle zdał sobie sprawę, 

że cały czas patrzą sobie w oczy. Uśmiechnął się.

- Nazywam się Langli i podejrzewam, że nigdy nie poznam twego imienia. Wódz, 

który nazywa siebie Bekrnatus, pewnie jako jedyny mówi cywilizowanym językiem. Żeby z 

tobą porozmawiać, będę chyba musiał nauczyć się miejscowych chrząkań i gulgotów?

- Niekoniecznie - powiedziała i widząc jego zdumienie, wybuchnęła śmiechem. Zęby 

miała równe, białe i silne. - Nazywam się Patna. Bekrnatus to mój ojciec.

- To miłe - mruknął niezbyt przytomnie Langli. - Przepraszam, że nie byłem zbyt 

uprzejmy. To ciążenie dość mi dokucza.

- Co to jest ciążenie?

- Później ci wyjaśnię, najpierw muszę porozmawiać z twoim ojcem. Wyszedł?

- Tak, ale niebawem wróci. Zabił dziś mężczyznę i musi zająć się jego żoną i rodziną. 

Przyłączy ich do innej rodziny. Czy może ja mogłabym odpowiedzieć na twoje pytania?

- Może. - Włączył zawieszony u pasa rejestrator. - Ilu z was włada moim językiem?

- Tylko ja. No i mój ojciec. Bo my należymy do rodu, a reszta do ludu.

Przy tych słowach odruchowo wyprostowała się z dumą.

- A ilu ich jest, ile jest ludu?

- Prawie sześciuset. Zima była lżejsza niż zwykle. Powietrze cieplejsze niż w innych 

latach. Oczywiście więcej żywności przez to się... jak to się mówi... zepsuło. Ale ludzie 

przeżyli.

- Zima już się skończyła? - Roześmiała się.

background image

- Jasne. Mamy już prawie najcieplejszą porę roku.

Jeśli dla nich to jest ciepło, jakie bywają tu zimy? Langli aż zadrżał na tę myśl.

- Opowiedz mi, proszę, więcej o rodzie i ludzie. Czym się od was różnią?

- Każdy widzi czym - powiedziała i umilkła, jakby po raz pierwszy sama się nad tym 

zastanowiła. - My mieszkamy tutaj, a oni tam. Oni pracują, a my mówimy im, co mają robić. 

My mamy metal i ogień, i książki. To dlatego mówimy po twojemu. Czytamy książki.

- Mogę zobaczyć te książki?

- Nie! - krzyknęła, jakby sama myśl o czymś podobnym ją przerażała. - Tylko ci z 

rodu mogą je oglądać.

- Cóż, a nie wydaje ci się, że jestem kimś, kto mógłby być członkiem waszego rodu? 

Umiem czytać, mam wiele przedmiotów z metalu. - W tejże chwili zrozumiał przyczynę 

zamieszania   wokół   manierki.   Była   z   metalu,   który   w   tutejszym   społeczeństwie   musiał 

uchodzić za tabu. - Potrafię rozpalać ogień. - Wyciągnął zapalniczkę i poruszył kciukiem. 

Błysnął płomień.

- Nam przychodzi to trudniej - stwierdziła zaskoczona Patna. - Ale i tak nie jestem 

pewna. Ojciec będzie wiedział, czy powinieneś zobaczyć książki. - Ujrzała, jak się krzywi, i 

spróbowała kompromisu. - Ale ojciec dał mi jedną małą książkę. Nie jest zresztą taka ważna.

- Każda książka jest ważna. Mogę zobaczyć tę jedną? Wstała z ociąganiem i poszła do 

drzwi   wiodących   w   głąb   kamiennego   mieszkania.   Otworzyła   ciężkie   odrzwia   i   zniknęła 

gdzieś w ciemności. Wróciła szybko i starannie zamknęła drzwi.

- Proszę - powiedziała, podając mu książeczkę. - Moją możesz przeczytać.

Langli usiadł z wysiłkiem i wziął tomik. Był oprawiony w skórę, choć niewprawnie - 

oryginalna okładka musiała rozpaść się wiele lat temu. Skrzypiała lekko przy otwieraniu. 

Stronice były pożółkłe, wystrzępione i nie trzymały się grzbietu. Przekartkował książeczkę, z 

trudem odcyfrowując jej archaiczny druk w mdłym świetle zza okna. Potem wrócił do strony 

tytułowej.

- ”Wiersze wybrane” - przeczytał głośno. - Wydane w... nie znam tego miejsca. Ale 

ważniejsza jest data... 785 P.V. Chyba słyszałem o tym kalendarzu. Chwilę.

Odłożył książkę ostrożnie i sięgnął do plecaka. Omal nie stracił przy tym równowagi, 

jednak egzoszkielet zamruczał na czas i dodał siły jego ruchom. Notatnik był na samym 

wierzchu.

- Tak, jest. Doszli w rachubie tylko do roku 913. Teraz przeliczyć to na standard 

galaktyczny... - Dokonał operacji w myśli, odłożył notatnik i znów sięgnął po książkę. - 

Lubisz poezję?

background image

- Bardziej niż cokolwiek innego. Chociaż mam tylko tę jedną książkę, w innych nie 

ma wierszy. Ale poza nimi owszem...

Opuściła wzrok i trwało chwilę, nim Langli zrozumiał dlaczego.

- Myślisz o tych, które sama napisałaś, prawda? Musisz mi jakiś powiedzieć...

Nagle szczęknęły zasuwy frontowych drzwi. Patna wyrwała Langliemu książkę z ręki 

i pobiegła z nią do ciemnego pomieszczenia.

Bekrnatus otworzył drzwi i wszedł ciężkim krokiem.

- Zamknij - rozkazał, odrzucając hełm i padając na wyściełaną niszę. Łóżko i fotel 

jednocześnie.

Patna szybko wykonała polecenie.

- Zmęczony jestem, Langli - powiedział. - Muszę się przespać. Powiedz mi zatem, co 

tu robisz i o co ci chodzi.

- Oczywiście. Ale najpierw sam zadam kilka pytań. Muszę wiedzieć to i owo. Co 

robicie tutaj poza spaniem, jedzeniem i zdobywaniem żywności?

- Bezsensowne pytanie.

- Chodzi o wszystko. Czy wydobywacie i wytapiacie metal, czy ludzie tu rzeźbią, 

lepią z gliny, malują obrazy, wyrabiają biżuterię...

- Starczy. Rozumiem te słowa, bo czytałem o tych czynnościach, widziałem obrazki. 

Odpowiedź brzmi: nic nie robimy. Nigdy nie potrafiłem pojąć, jak to robiono, i może ty mi to 

powiesz, gdy zechcesz łaskawie odpowiadać na pytania, zamiast tylko je zadawać. Po prostu 

żyjemy, co tutaj samo w sobie jest dość trudne. Gdy posiejemy i zbierzemy, jesteśmy już dość 

utrudzeni. Ten świat to nie jest gościnne miejsce i przeżycie pochłania nas bez reszty.

Rzucił   jakiś   ostry   rozkaz   w   swojej   mowie   i   dziewczyna   poczłapała   do   kominka. 

Wróciła z prostą glinianą misą, którą wręczyła ojcu. Ten uniósł naczynie do ust i hałaśliwie 

zaczął pić.

- Może też chcesz? - spytał. - To nasz napitek. Nie wiem, czy ma jakąś nazwę w 

książkowej mowie. Nasze kobiety przeżuwają korzonki, potem wypluwają je do misy.

- Nie, nie, dziękuję - powiedział Langli, opanowując odruch wymiotny. - Jeszcze tylko 

jedno pytanie. Co wiesz o waszym przybyciu na ten świat? Wiesz w ogóle, że kiedyś tu 

przybyliście?

- Tak, to wiem, chociaż niewiele więcej. Ta historia nigdy nie została spisana, ale 

powiada się, że przybyliśmy z innego świata, gdzieś z nieba, chociaż nie wiadomo dzisiaj jak. 

Mimo to tak właśnie było, bo książki są nie z tego świata i przedstawiane w nich sceny są 

zupełnie niepodobne do tych, które widujemy. I mamy też metale i okna. Tak, musieliśmy tu 

background image

przybyć.

- Czy zjawiali się inni? Tacy jak ja. Pamiętacie coś takiego?

- Nie! To zostałoby spisane. A teraz ty mi powiedz, przybyszu z metalowej skrzynki. 

Co ty tu robisz?

Langli położył się. Ujrzał, że Patna też siadła. Tubylcy też przez cały czas zmagali się 

z grawitacją.

- Po pierwsze, spróbuj zrozumieć, że przybyłem  z  wnętrza metalowego pudła, ale 

niezupełnie. W nocy widujesz gwiazdy. To słońca takie jak to, które świeci tu za dnia, ale 

bardzo odległe. Wokół nich krążą światy, podobne do twojego. Wiesz, o czym mówię?

- Oczywiście. Nie jestem z ludu. Czytałem o astronomii.

- Dobrze. Wiesz zatem, że metalowe pudło zawiera przekaźnik materii, coś jakby 

drzwi. Parę drzwi. Jak przechodzę przez jedne w moim świecie, wychodzę jednocześnie tutaj 

przez drugie. W mgnieniu oka. Rozumiesz?

- Może. - Bekrnatus otarł usta wierzchem dłoni. - Czy możesz wrócić w ten sam 

sposób? Wejść do pudła tutaj i wyjść tam daleko, w niebie?

- Tak.

- Czy to tak przybyliśmy tutaj?

- Nie. Wy przybyliście na statku kosmicznym, w wielkim metalowym pudle, które lata 

pomiędzy   gwiazdami.   Było   to   w   czasach,   kiedy   nie   potrafiono   jeszcze   wykorzystywać 

przekaźnika do podróży międzygwiezdnych. To wiem na pewno, bo wasze okno pochodzi z 

takiego właśnie statku, a na stronie tytułowej zbioru wierszy, który ma twoja córka, widnieje 

wyraźna data.

Patna ostro wciągnęła powietrze, a Bekrnatus aż usiadł, zrzucając miskę na kamienną 

podłogę.

- Pokazałaś mu książkę - syknął wódz i zerwał się na nogi.

- Czekaj! - krzyknął Langli, pojmując, że jeszcze chwila, a jego ignorancja zaowocuje 

kolejną tragedią. Czy ten typ spróbuje zabić córkę? Szybko sięgnął do plecaka. - To moja 

wina, ja ją poprosiłem. Ale mam tu wiele książek, pokażę ci. Dam ci kilka. Tę... i tę.

Jeśli nawet wódz to słyszał, nie zmienił zamiarów. Zastygł dopiero na widok książek. 

Sięgnął po nie z wahaniem.

-   Książki   -   powiedział   oszołomiony.   -   Nowe   książki,   których   nigdy   jeszcze   nie 

widziałem. Nie do wiary.

Wódz   przytulił   książki   do   piersi   i   opadł   z   nimi   na   legowisko.   Dobra   inwestycja, 

pomyślał Langli. Chyba nigdy jeszcze pierwsza czytanka i podręczny słownik nie wywołały 

background image

takiego entuzjazmu u czytelnika.

- Teraz możesz mieć wszystkie książki, jakich zapragniesz. Możesz odkryć całą waszą 

historię. W zarysie już teraz mogę ci powiedzieć, jak to było. Jesteście tu od jakichś trzech 

tysięcy lat. Trafiliście na tę planetę zapewne przypadkiem, bo po pierwsze, to niegościnny 

zakątek, którego raczej nikt nie wybrałby do kolonizacji, a po drugie, niewiele zostało wam z 

ówczesnej techniki i kultury. Macie książki, uratowane z wraku, jak podejrzewam. Cały wasz 

metal też zapewne stamtąd pochodzi. To, że przetrwaliście, graniczy z cudem. Wasz obecny 

podział   społeczny   też   oddaje   zapewne   dawny   podział   funkcji   w   obrębie   załogi.   Twoi 

przodkowie   musieli   być   naukowcami   lub   oficerami   pokładowymi,   co   odróżniało   ich   od 

zwykłych uczestników wyprawy. I tak zostało.

- Zmęczony jestem - powiedział Bekrnatus, obracając wciąż książki w dłoniach. - 

Pojawiło się wiele nowych rzeczy, które muszę przemyśleć. Jutro porozmawiamy.

Padł na wznak, zamknął oczy, cały czas z książkami w objęciach. Langli też gotów był 

zaraz   zasnąć   zmęczony   działaniami,   do   których   musiał   się   zmobilizować.   Światło   jakby 

zanikało. Ciekawe, ile trwa tutejszy dzień, pomyślał Langli, chociaż tak naprawdę wcale go to 

nie obchodziło. Wziął z zestawu medycznego pastylkę przewidzianą na osiem godzin snu i 

popił wodą z manierki. Po porządnie przespanej nocy wszystko powinno pójść lepiej.

Przez sen zdawało mu się, że ktoś chodzi obok, zbliża się do ognia, a nawet dotyka 

jego włosów i twarzy, całuje go w czoło. Nie wiedział jednak, czy to nie był fragment snu.

Gdy się zbudził, słońce stało już wysoko i świeciło prosto w okno, ożywiając nieco 

szare kamienne ściany. Legowisko wodza było puste, a Patna robiła coś przy palenisku i cicho 

sobie podśpiewywała. Gdy się poruszył, łóżko skrzypnęło i spojrzała na niego.

- Obudziłeś się. Mam nadzieję, że dobrze spałeś.

Ojciec poszedł z toporem, żeby można było narąbać drewna.

- Sam rąbie drwa? - ziewnął Langli niezbyt jeszcze przytomny.

- Nie,  nigdy. Ale głowica topora jest z metalu, więc musi go nieść i być przy jego 

użyciu. Twój poranny posiłek jest już gotowy.

Nalała miskę kleiku i podała przybyszowi. Uśmiechnął się i potrząsnął głową.

-  Dziękuję,   jesteś  bardzo   gościnna,  ale  nie   mogę  jeść   waszego   jedzenia   do  czasu 

przeprowadzenia pełnych analiz laboratoryjnych...

- Myślisz, że próbuję cię otruć?

- W żadnym wypadku. Musisz jednak wiedzieć, że w organizmach ludzi żyjących w 

izolacji zachodzą czasem różne zmiany metabolizmu. W tutejszej glebie i roślinach mogą być 

jakieś  składniki,  które  wy  potraficie  trawić,  ale  które  mnie  łatwo by  uśmierciły.  Pachnie 

background image

wspaniale, ale dla mnie może być groźne. Chyba nie chcesz, żeby stała mi się jakaś krzywda?

- Nie, jasne że nie! - Czym prędzej odstawiła miskę. - Ale co będziesz jadł?

- Mam swoje jedzenie, zobacz.

Otworzył   plecak   i   wydobył   rację   żywnościową   w   termo-opakowaniu.   Oddarł 

etykietkę, by je podgrzać, ale zaczął jeść, zanim proces się zakończył, poczuł bowiem, że jest 

głodny jak nigdy. Wyczerpane walką z silnym ciążeniem i stymulantami ciało domagało się 

wzmocnienia.

- Wiesz, co to jest? - spytała w pewnej chwili Patna. Uniósł głowę i ujrzał w jej ręku  

postrzępiony po brzegach kawałek czegoś brunatnego.

- Nie, chociaż wygląda na drewno lub korę.

- To z wewnętrznej warstwy kory; używamy takich pasków, by na nich pisać. Ale nie 

o to chodzi, chcę powiedzieć, że tutaj jest coś napisane, w tym rzecz...

Nawet w mdłym świetle zauważył, że dziewczyna się zarumieniła. Biedna, pomyślał, 

piśmienna między dzikusami, uwięziona na tym ponurym, odosobnionym świecie.

- Chyba się domyślam - powiedział ostrożnie. - Czy to któryś z twoich wierszy? Jeśli 

tak, to chętnie go posłucham.

Osłoniła   oczy   dłonią   i   odwróciła   się   na   chwilę:   oto   skromność   dziewicza,   wszak 

cokolwiek karykaturalna, skoro dziewczę bardziej przypomina siłacza. Potem przemogła się i 

zaczęła powoli, cicho, potem coraz głośniej.

Nie śmiem prosić o pocałunek

Ani o uśmiech nie poproszę, Chociaż z nimi, lubo z jednym, Nosiłabym głowę dumniej,  

niż noszę. Nie, największe me pragnienie, Jedyne, na co liczę, To całowanie powietrza Gdy  

właśnie musnęło twe oblicze.

Ostatnie słowa prawie wykrzyczała, potem odwróciła się i uciekła na drugi koniec 

pomieszczenia,   gdzie   stanęła   twarzą   do   ściany.   Langli   przez   chwilę   nie   wiedział,   co 

powiedzieć. To był dobry wiersz i nieważne, czy sama go napisała, czy może naśladowała 

jedynie czyjeś słowa: wyraziła jasno wszystko, co trzeba.

- To piękne - stwierdził. - Naprawdę piękny wiersz...

Zanim skończył, podbiegła, uderzając głośno stopami o podłogę, i uklękła przy łóżku. 

Mocne, twarde ramiona objęły go, twarz przytuliła do jego wbitej w poduszkę twarzy. Czuł 

wilgoć jej łez i słyszał głos szepczący mu wprost do ucha.

- Wiedziałam, że przybędziesz, i wiem, kim jesteś, bo jak konny rycerz z wiersza 

przyjechałeś z daleka, by mnie uratować. Wiedziałeś, że cię potrzebuję. Mój ojciec i ja to 

ostatni ród, każą mi poślubić kogoś z ludu. To już się zdarzało. Nie cierpię ich, są brzydcy i 

background image

głupi.

Próbowaliśmy uczyć czytać najbardziej rozgarniętych, ale nie udało się, są za głupi. 

Ale przybyłeś na czas. Też jesteś z rodu, weźmiesz mnie...

Słowa zamarły jej w ustach, przycisnęła wargi do jego ust, silnie i namiętnie. Ujął jej 

ramiona,   próbował   odepchnąć.   Serwomotorki   egzoszkieletu   zawyły,   ale   nic   to   nie   dało. 

Ostatecznie sama go puściła i wtuliła twarz w poduszkę. Wstał niepewnie i wsparł się na 

krześle. Gdy się odezwał, starał się szczerością osłodzić nieco okrutną prawdę.

-   Patno,   słuchaj   i   postaraj   się   mi   uwierzyć.   Lubię   cię,   jesteś   wspaniałą   i   dzielną 

dziewczyną.  Ale   to   się   nie   uda.   Nie   dlatego,   że   już   jestem   żonaty,   ten   kontrakt   ślubny 

wygaśnie jeszcze przed moim powrotem, ale przez świat, w którym żyjesz. Nie możesz go 

opuścić, a ja zginąłbym, gdybym tu pozostał. Wy, jego mieszkańcy, przeszliście kiedyś proces 

adaptacyjny,   i   to   taki,   jakiego   nigdy   jeszcze   chyba   nigdzie   nie   widziano.   Wasz   system 

krwionośny wygląda zapewne zupełnie inaczej niż u innych ludzi, bo pracuje pod innym 

ciśnieniem, by dostarczyć krew do mózgu. Zapewne arterie obłożone są mięśniami, które 

pomagają pompować krew. Inaczej funkcjonować może serce. Jest niemal pewne, że nie 

mogłabyś   mieć   dzieci   z   nikim   spoza   tej   planety.   Albo   poronisz,   albo   umrą   zaraz   po 

narodzeniu, niezdolne do życia. Tak wygląda prawda, uwierz, proszę...

- Och, ty szpetny, chudy, za wysoki i zbyt słaby, zamknij się! - wybuchła i zamierzyła 

się, wcale zresztą na niego nie patrząc.

Próbował się odsunąć, ale nie zdążył. Jej dłoń trafiła go w ramię. Coś trzasnęło, ostro 

zabolało.

Ta suka złamała mi rękę, zawył w duchu Langli. Zachwiał się i siadł powoli. Ręka 

wisiała bezwładnie, podtrzymywana rusztowaniem egzoszkieletu, i bolała jak diabli. Ułożył ją 

na kolanach i zaczął przetrząsać apteczkę. Dziewczyna spróbowała mu pomóc, ale warknął na 

nią. Odeszła.

Bekrnatus wszedł, gdy tymczasowy opatrunek już twardniał, a Langli wstrzykiwał 

sobie środki przeciwbólowe oraz uspokajające.

- Co ci się stało w ramię? - spytał gospodarz, zdejmując siekierę z ramienia. Rzucił ją 

na podłogę i padł na legowisko.

- Miałem wypadek. Będę musiał niebawem wrócić do swoich po pomoc medyczną, 

porozmawiamy więc teraz. Powiem ci, co powinieneś wiedzieć.

- Dobrze. Mam do ciebie wiele pytań...

- Teraz nie ma czasu na pytania - wycedził Langli, wciąż czując ból. - Gdybym nie 

musiał   wracać,   wyjaśniłbym   ci   wszystko   szczegółowo,   abyś   mógł   zrozumieć,   nim   się 

background image

zgodzisz.  Ale   muszę   w   skrócie.   I   tak,   jeśli   chcecie   pomocy,   musicie   za   nią   zapłacić. 

Umieszczenie   ekranu   teleportera   na   odległej   planecie   kosztuje   bardzo   dużo.   Lekarstwa, 

żywność, wytwornice energii i wszystko, co możemy dostarczyć, też ma swoją niemałą cenę. 

Będziecie musieli dać coś w zamian.

- Zyskacie naszą wdzięczność.

- Nic nam po niej. - Ból prawie minął, Langli czuł jednak, jak końce złamanej kości 

trą o siebie przy każdym poruszeniu. Mimo zastrzyku wciąż ledwo nad sobą panował. - 

Słuchaj uważnie i postaraj się zapamiętać. Pieczone gołąbki nigdy nie lecą same z nieba. Tam 

daleko   jest  więcej  planet,  niż  potrafiłbyś  zliczyć,   nawet  ja   nie  mam  pojęcia,   ile   na  nich 

wszystkich   mieszka   ludzi.   A   teleportery   sprawiają,   że   wszyscy   są   bliskimi   sąsiadami. 

Wyobrażasz sobie, jak to namieszało w rozwoju kultury, w funkcjonowaniu rządów, rynków 

finansowych, jak zmienia od tysięcy lat cały świat? Nie, po twojej minie widzę, że tego nie 

ogarniasz. No to pomyśl o czymś mniejszym. Istnieje coś takiego jak korporacje, może to 

słowo   pojawia   się   w   twoich   książkach.   Pracuję   dla   jednej   z   tych,   które   zajmują   się 

udostępnianiem nowych światów. Badamy nieznane planety, czasem nawiązujemy kontakt, 

jak tutaj. Interesują nas tylko te globy, które nie znalazły się jeszcze w sieci teleporterów. Ale 

za nasze usługi żądamy pełnej zapłaty.

Patna stanęła za ojcem. W milczeniu objęła go ramieniem. Na jej twarzy malował się 

wyraz nienawiści. Bekrnatus, władca planety, nie pojmował jeszcze złożoności zewnętrznego 

świata.

-   Zapłacimy,   jeśli   chcecie,   ale   czym?   Nie   mamy   pieniędzy   ani   żadnych   z   tych 

surowców, o które pytałeś wczoraj.

- Macie siebie - powiedział beznamiętnie Langli. Środki wreszcie zaczęły działać. - 

Ponieważ to wszystko, czym dysponujecie, będziecie spłacać swój dług przez wiele pokoleń. 

Zaczniecie mnożyć się szybciej i lepiej, w tym wam pomożemy. Nie za darmo, oczywiście. 

Mamy   różne   inwestycje   na   planetach   o   wysokim   ciążeniu,   gdzie   konieczny   jest   nadzór. 

Maszyny nie zrobią wszystkiego same. Są też inne formy, którym przydadzą się robotnicy 

waszej postury...

- Chcesz  nas  uwięzić,  zmienić  w  niewolników!  - krzyknął  Bekrnatus.  - Zamienić 

wolnych ludzi w juczne zwierzęta. Nigdy!

Złapał siekierę z podłogi i wstał. Langli był gotowy. Błyskawicznie wydobył broń i 

strzelił. Tylko raz. Eksplozja wstrząsnęła pomieszczeniem, a ze ściany za wodzem odprysnął 

odłam skały.

- Chyba domyślasz się, co taki pocisk mógłby zrobić z tobą. Siadaj i nie szalej. Chyba 

background image

nie wątpisz, że gotów jestem zabić cię we własnej obronie. Nijak was nie uwięzimy, bo już 

tkwicie za kratami. Ten ciężki świat i jego ciążenie to idealne więzienie. Ciążenie to ta siła, 

która   powoduje,   że   wszystko   spada.   Na   innych   planetach   jest   mniejsza.   Mogę   odejść, 

wyłączyć teleporter i zapomnieć o was. To będzie koniec. Jeśli chcecie, oczywiście. - Skinął 

bronią na Patnę. - A teraz otwórz drzwi.

Bekrnatus stał nieruchomo. Zapomniał nawet o trzymanej w dłoni siekierze. Świat, 

który znał, minął bezpowrotnie. Wszystko się zmieniło. Langli zarzucił z wysiłkiem plecak na 

zdrowie ramię i skinął, by Patna się odsunęła. Ruszył powoli do drzwi.

- Wrócę, a wtedy powiecie mi, co postanowiliście. Gdy mijał Patnę, ta mimo wszystko 

się do niego odezwała:

- A kiedy będziemy mogli skorzystać z teleportera, by obejrzeć cuda innych światów?

- Wy nigdy. Transmitery udostępnia się jedynie tym, którzy spłacili już cały dług. - 

Musiał   to   powiedzieć,   bo   im   wcześniej   dziewczyna   pozna   prawdę,   tym   lepiej.   -  A  wy 

będziecie zajęci czym innym. Do tej roboty potrzebni są ludzie rozgarnięci, a nie jedynie silni. 

Tych musisz dopiero urodzić. To będzie twoje zadanie.

Powoli wyszedł poza skupisko budynków i z ulgą cisnął plecak na ziemię. Był zbyt 

ciężki,   by   targać   się   z   nim   do   samego   teleportera.   Szarpnął   zawleczkę   auto-destrukcji   i 

poszedł dalej, zostawiając wyposażenie płonące na drodze. Kosztowne wyposażenie. Cóż, 

dopisze się im je do rachunku. Zapłacą. Na pewno przyjmą warunki i zapłacą. Ostatecznie nie 

mają wielkiego wyboru. No i przecież to wszystko dla ich dobra. Może nie od razu, ale na 

dłuższą metę na pewno skorzystają. Gdy zerknął do tyłu, ujrzał dwie przysadziste postaci 

stojące wciąż w drzwiach u stóp urwiska.

Czego oni niby oczekiwali? Dobroczynności? Wszechświat nie zna takiego pojęcia, za 

wszystko trzeba płacić, to jedno z praw natury, nie do obejścia.

A on tylko robił swoje, nic więcej.

Taka praca.

Pomagał im.

Może nie?

Potykając się, cały spocony i zdyszany, ruszył czym prędzej przed siebie.

Przełożył

background image

Radosław Kot

Opowieść o końcu

+ Elstaranowie stracili swobodę śródruchów, gdy IJsselDijk wódz ludzki skanalizował 

identycznowzorzyście przez jednojedne i trafnił nadruchowość, kasując wszystkie prądy i 

defisumując przyszłość Elstaranów. Koniec zdania. Koniec akapitu. Koniec rozdziału. Koniec 

książki. Znak +

Dehan   przeciągnął   się,   gdy   ekran   przed   nim   pociemniał,   a   chwilę   później 

podyktowany tekst pojawił się złożony gustowną czcionką. Dotknął ekranu w paru miejscach 

piórem świetlnym, by poprawić kilka drobiazgów, i skinął głową z zadowoleniem.

+   Drukuj   +   powiedział   i   odsunął   się   od   pulpitu.   Ujrzał,   że   dochodziła   już 

siedemdziesiąta piąta, pora gdy zwykle pływał z Sousbois, dziś był jednak zbyt zmęczony. 

Pracował intensywnie i nie miał wiele okazji do snu. Znów się przeciągnął, ziewnął i poszedł 

się położyć.

+ Zgaś światło + rzucił, zamknął oczy i zasnął w miłej ciemności.

Czasomierz   wskazywał   osiemdziesiątą   czwartą,   gdy   Dehan   się   obudził   i   zaraz 

pomyślał, że Sousbois dawno już nie ma nad wodą, jednak ochota na kąpiel nie minęła. 

Szybko zdjął robocze odzienie i założył togę. Podszedł do drzwi z prawej strony, tych z 

przyzwyczajenia   wykorzystywanych   jako   droga   na   zewnątrz.   Myśląc   o   słońcu   i   wodzie, 

odruchowo wystukał palcami właściwy, dwunastocyfrowy kod. Powierzchnia drzwi zalśniła. 

Zrobił krok.

Z chłodnego, podziemnego apartamentu schowanego głęboko w skale jakiejś planety 

wyszedł prosto na skąpany w blasku błękitnego słońca brzeg Ytongu.

Wdychając głęboko gorące jak z pieca powietrze, pobiegł po złotym piasku na skraj 

wody, gdzie łamały się niewielkie fale. Szybko, bo już czuł, jak pot go zalewa, zrzucił tunikę i 

sandały i pospieszył do wody. Zamknęła się nad nim miłym chłodem. Zanurkował, wypłynął, 

prychnął radośnie.

Trzymając głowę ponad powierzchnią, spojrzał na wąską linię brzegu ciągnącą się w 

obu   kierunkach   po   horyzont.   Ponad   nim   wyrastała   szara   ściana   urwiska.   Patrząc   na   ten 

kamienny mur, zastanawiał się zawsze, co leży za nim, jednak nigdy nie próbował się tego 

dowiedzieć.   Ktoś   powiedział   mu   kiedyś,   że   zapewne   jedynie   kamienisty   ląd,   tak   samo 

monotonny jak morze, bowiem nie znaleziono na tej planecie żadnych form życia. U stóp 

klifu widniały liczne drzwi, było to bowiem popularne kąpielisko. Co rusz ktoś wybiegał lub 

znikał, a wszędzie wkoło na płyciznach widziało się pływających. Woda była czysta, mile 

background image

odświeżała. Zanurkował i popłynął dłuższy kawałek nad gładkim dnem. Gdy się wynurzył, 

ujrzał   mężczyznę   wybiegającego   z   tych   samych   drzwi,   których   on   użył.   Przemknął   po 

rozgrzanym piasku i wpadł z pluskiem do wody. Zanurkował i wychynął w pobliżu Dehana.

+ Linkica + przedstawił się przybyły, gdy ujrzał, że nie jest sam.

+ Dehan +

Płynęli chwilę obok siebie w milczeniu, odczekując zwyczajową chwilę, w trakcie 

której każdy z nich mógł się wycofać, gdyby nie miał ochoty na rozmowę.

+ Słońce chyba zsuwa się ku horyzontowi + zauważył Dehan, zerkając na niebo.

+ Tak, jeszcze  trochę,  a będziemy  musieli  poszukać  innej  plaży.  Przynajmniej  do 

czasu, aż tu powróci. Sprawdziłem kiedyś dane obserwacyjne. Ta planeta ma okres obrotu 

równy sześciu tysiącom czterystu trzydziestu jednostkom, dzień zaś trwa trzy tysiące dwieście 

piętnaście. Mimo to rano woda jest zbyt zimna, żeby w niej pływać +

+ Jest pan naukowcem? +

Dehan wiedział, że ten drugi musi zajmować wysoką pozycję, inaczej nie użyłby tych 

drzwi.   Każdy   mógł   cieszyć   się   pięknem   oceanów  Ytongu,   ale   konkretne   numery   drzwi 

przekazywane były tylko w obrębie konkretnych środowisk. Gdzieś na tej plaży były też na 

pewno drzwi dla dzieci, drzwi dla szaleńców, ale Dehana to nie obchodziło.

+ Jestem filogenetykiem +

Dehan   przytaknął,   chociaż   nie   znał   tego   słowa.   Zbyt   długiego,   jak   na   jego   gust. 

Chlapnął sobie na głowę. Kolejna specjalność. Jedna z tysięcy czy milionów.

+ Ja jestem historykiem komparatystą +

+ Ciekawe. Zawsze chciałem spotkać kogoś takiego +

Dehan przymknął oczy w geście rozbawienia i niedowierzania zarazem.

+ Naprawdę? Nigdy nie trafiłem na nikogo poza kolegami po fachu, kto wiedziałaby o 

istnieniu takiej specjalizacji +

Tamten potarł czerwieniejącą z wolna łysinę i uśmiechnął się.

+ Nie jestem przesadnie wszechstronny. Muszę przyznać, że trafiłem tutaj, szukając 

światów przydatnych do mojej pracy... +

Na wspomnienie o pracy poczuł niejakie zakłopotanie. Dehan zniknął na chwilę pod 

wodą,   by   uzdrowić   atmosferę.   Są   rzeczy,   o   których   lepiej   nie   rozmawiać.   Szczególnie 

podczas kąpieli.

+ Chyba już się wymoczyłem + powiedział, wynurzając się nad fale. + A pan?

+ Trafna propozycja +

Wyszli na brzeg i czym prędzej się ubrali.

background image

+ Odwiedziłem ostatnio niezwykłe frigidarium + powiedział z nadzieją Linkica, chcąc 

wymazać niedawną gafę. Poruszając bezwiednie palcami w powietrzu, głośno podał numer 

kodowy.

+ Nie znam tego miejsca. Chętnie odwiedzę je z panem +

Uradowany   Linkica   podszedł   szybko   do   drzwi.   Uruchomił   urządzenie,   a   Dehan 

podążył za nim. Zaraz ogarnął go mróz, sypnęło śniegiem. Na chwilę zaparło mu dech w 

piersi. Stali na lodowej grani, która po obu stronach ginęła w śnieżnej nicości. Przed nimi, 

ledwie widoczna poprzez biel, widniała para kolejnych drzwi. Linkica musiał prawie krzyczeć 

Dehanowi do ucha, bo wiatr głuszył słowa.

+  Gdy nie  pada,  roztacza  się  stąd  wspaniały  widok. Tam.  Góry, doliny,  wszędzie 

śnieg... Robi wrażenie +

+ Zapamiętam... na przyszłość + wyszczękał Dehan.

Przeszli ostrożnie po oblodzonej powierzchni, po śladach innych, ledwie świadomi, że 

jedynie wysokie do pasa barierki oddzielają ich od głębokich przepaści. Z ulgą przeszli przez 

następne drzwi. Wzięli po kabinie, by się przebrać. Dehan odesłał małymi drzwiami swoją 

tunikę, potem osuszył się, wyjął z szafki jednorazowe ubranie. Skóra miło go łaskotała. To 

całkiem udane frigidarium. Chętnie zajrzy tu jakiegoś słonecznego dnia.

Linkica czekał już na niego przy stole obok okna. Na zewnątrz blask bliźniaczych 

księżyców kąpał dolinę w szarych i czarnych cieniach kryjących wzgórza, dżunglę i rzeki. 

Dehan znał tę tropikalną planetę oraz lokal zbudowany wysoko na stoku wzgórza. Skinął 

głową towarzyszowi. Zamówili drinki. Gdy pojawiły się na blacie, każdy upił łyk.

+ Na czym polega pańska praca? + spytał Dehan + Filo-coś-tam, jak słyszałem +

+   Filogenetyka.   Próbuję   wyśledzić   pochodzenie   różnych   gatunków,   ich 

pokrewieństwa i genezę. Użyteczne głównie w hodowli i uprawie +

Dehan przytaknął, chociaż nie miał pojęcia, o czym tamten mówi. Zachęcony tym 

Linkica podjął wątek.

+ Jakiś czas temu konsultowano się ze mną w sprawie pewnej ludzkiej, genetycznie 

uwarunkowanej choroby. Wyśledziłem jej pochodzenie i ustaliłem, jakie poprawki należy 

nanieść. Przy tej okazji zainteresowałem się rasą ludzką, najniezwyklejszym ze wszystkich 

gatunków,   i   zacząłem   badać   naszą   historię.   Od   tej   strony   istnieje   niejakie   podobieństwo 

pomiędzy moją a pańską pracą. A czym pan się ostatnio zajmuje? +

Dehan uśmiechnął się. Mężczyzna był jednak dobrze wychowany. Nie dyskutuje się o 

swojej pracy, dopóki wszyscy obecni nie powiedzą, kim są.

+ Elstaranami. Niezbyt ciekawy i stanowczo za długi wycinek ludzkiej historii. Tuzin 

background image

słońc,   ze   dwadzieścia   planet.   Rozdział   już   zamknięty,   a   to   dzięki   supernowej,   która 

szczęśliwie wybuchła w pobliżu. Zredukowałem ponad dziewięćset tomów do jednego, a i tak 

zawarłem w nim wszystko, co naprawdę istotne +

+  Godne podziwu.  Pański  talent  musi być  bardzo  przydatny  przy opracowywaniu 

rozwlekłych fragmentów historii w taki sposób, by można było czerpać z nich wnioski. W 

przeciwnym razie utknęlibyśmy w powodzi danych. Wiem, co mówię, bo w trakcie moich 

badań zrozumiałem, jak niewiarygodnie długa jest historia naszego gatunku. Chociaż pan to 

wie lepiej. Ile to było? Chyba miliony jednostek? +

+ Więcej, o wiele więcej + powiedział Dehan powoli i z przekonaniem.

+ Może być i tak. Wierzę + Linkica skłonił głowę przytłoczony ciężarem tej myśli. + 

Zaraz zdarzy się coś pięknego. Wschód słońca już bliski, niebo się zmienia +

Patrzyli   w   milczeniu,   jak   nieboskłon   różowieje   w   typowym   dla   tropików, 

błyskawicznym tempie. Mgła uniosła się spomiędzy drzew, drzewa i rzeka nabrały kolorów. 

Chłonęli widok w skupieniu.

+ Prowadząc badania, odkryłem szereg ciekawych informacji i śladów przeinaczeń + 

powiedział w końcu Linkica. + Czy zastanawiał się pan kiedyś, czemu nasz codzienny system 

numeryczny opiera się na dwunastkowej podstawie? +

+   Bo   jest   najwygodniejsza.   Jedynie   jedenaście   znaków   i   zero,   niewiele   do 

zapamiętania, a można w tym oddać każdą wielkość. Poza tym dwanaście dzieli się przez 

jeden, dwa, trzy, cztery i sześć. Dobra podstawa +

+ To wszystko? +

+ Starczy +

+ Nie przyszło panu do głowy, że kiedyś, w początkach naszego rozwoju, musieliśmy 

używać do liczenia palców i to dało podstawy naszego systemu + Rozpostarł dłonie na stole i 

spojrzał na tuzin palców. + Czy to możliwe? +

+ Możliwe. Ale to tylko teoria. Równie dobrze można powiedzieć, że gdybyśmy mieli 

po pięć palców u każdej ręki, wówczas używalibyśmy systemu dziesiętnego +

Linkica pobladł przelotnie, szybko uniósł szklankę i zaraz ją opróżnił. Po chwili się 

opanował.

+ Ciekawa wielkość. Wybrał ją pan świadomie czy przypadkiem? A może naprawdę 

stosowano kiedyś system dziesiętny, podobnie jak dwójkowego używano do programowania 

komputerów? +

+ Nie pamiętam. Ale to akurat możemy łatwo sprawdzić +

Podszedł   do   końcówki   komputera,   takiej,   jakie   dostępne   były   we   wszystkich 

background image

miejscach publicznych. Był doświadczonym i wytrwałym badaczem, który nie poddawał się 

wobec największych nawet trudności, sprowadzając fakty do postaci eleganckich porównań. 

Przez miejscowy moduł połączył się z centralną siecią pozwalającą dotrzeć poprzez łącza 

teleportacyjne do całości wszelkich informacji zgromadzonych w całej galaktyce. Szybko 

wrócił do stolika i sięgnął po drinka.

+   Ciekawa   sprawa.   Kiedyś,   bardzo,   bardzo   dawno   temu,   najpowszechniejszym 

systemem   był   właśnie   dziesiętny.   Dwunastkowy   nastał   później,   zapewne   dzięki   swojej 

wyższości. Wydaje się zatem, że teoria wiążąca system numeryczny z ilością palców jest 

błędna...+

+ Niekoniecznie. Trafiłem na informację, że był taki czas, kiedy absolutna większość 

ludzi miała właśnie dziesięć palców +

+ Zbieg okoliczności + powiedział Dehan, chociaż nie zwykł wierzyć w podobne 

przypadki.

+   Może.  Ale   jeśli   to   właśnie   wyjaśnia   dylemat?   Mamy   dwa   fakty,   które   można 

logicznie połączyć, tak lub inaczej. Pierwsza możliwość, to że zmiana liczby palców wynikła 

ze zmiany systemu numerycznego +

+ Wielce nieprawdopodobne +

+ Zgoda. Pozostaje  zatem druga możliwość, że doszło do jakiejś wielkiej mutacji i 

zmiany, może w połączeniu z konfliktem, który ogarnął ludzkość. Dwunastopalcy przeciwko 

dziesięciopalcym, i ci pierwsi wygrali. Może była jakaś wielka wojna...+

+ Takiej wojny nie było. Coś bym o niej wiedział +

+ Oczywiście. Ale to ciekawe zagadnienie +

Przez chwilę siedzieli w ciszy, popijając drinki i patrząc, jak w dolinie nastaje dzień. 

Pierwsze   promienie   wyglądającego   zza   szczytów   pomarańczowego   słońca   do   reszty 

rozproszyły   poranne   mgły.   Nad   rzeką   wznosiły   się   prymitywne   domy.   Dehan   sięgnął   do 

kontrolek okna i obraz urósł na tyle, by mogli zajrzeć pomiędzy chaty. W drzwiach jednej z 

nich pojawił się błękitnoskóry aborygen. Ziewnął, ukazując paszczę pełną ostrych zębów, 

uniósł patyk i mierząc obojętnie otoczenie, zaczął z irytacją drapać się nim między fałdami 

obszernej skóry.

+  Więzień   naturalnego   upływu   czasu   +   powiedział   Linkica.   +   My   też   tak   kiedyś 

żyliśmy. Ontologiczne dowody nie pozostawiają cienia wątpliwości +

+ Nie wiem, o czym pan mówi +

+   O   tych   istotach.   Ich   cykl   życiowy   warunkowany   jest   obrotem   planety.   Śpią   w 

okresie ciemności, budzą się za dnia +

background image

+ To nienaturalne +

+ Wcale nie. To naturalna konsekwencja życia na powierzchni planety. Zmiana tych 

uwarunkowań zabrała nam wiele lat. Dopiero po przeminięciu tysięcy pokoleń zatraciliśmy 

dawne uwarunkowania związane z cyklami snu i czuwania. Obecnie śpimy tylko wtedy, gdy 

odczuwamy zmęczenie +

+ Nie wyobrażam sobie, jak można inaczej. Ale co mogło spowodować taką zmianę?+

+   To   oczywiste:   drzwi.   Ich   upowszechnienie   musiało   zmienić   całość   naszej 

egzystencji +

Dehan uniósł brwi.

+ Zatem nie podziela pan poglądu, że drzwi są równie stare jak ludzkość? +

+ To zwykły mit. Drzwi są wytworem techniki, wciąż się je buduje, chociaż teraz pod 

postacią   zwartych   modułów,  które   są  prawie  całkowicie   odporne  na  zniszczenie.  Ale  nie 

zawsze   tak   wyglądały.   W   muzeach   można   obejrzeć   wcześniejsze   modele.   Nigdy   nie 

zaciekawiło   pana,   że   zawsze   i   wszędzie   spotyka   się   parę   drzwi?   Że   nie   ma   drzwi 

pojedynczych? +

+ Nie. Po prostu tak jest +

+   A   jest   po   temu   powód.   Pewien   inżynier   kiedyś   mi   go   zdradził.   Wprawdzie 

mechanizm drzwi w zasadzie jest niezawodny, ale czasem, bardzo rzadko, może zdarzyć się 

jakaś awaria. Wówczas pozostają jeszcze te drugie. W wielu miejscach brak sprawnych drzwi 

byłby nad wyraz dokuczliwy +

+ W rzeczy samej! + powiedział Dehan i dreszcz przebiegł mu po grzbiecie, gdy 

pomyślał o swym apartamencie wykutym w litej skale świata, którego nazwę zdążył już 

zapomnieć.   Nigdy   nie   był   na   jego   powierzchni,   bo   brakowało   tam   powietrza.   Kiedyś 

wydobywano tam rzadkie metale, dziurawiąc przy okazji góry licznymi tunelami. Gdy ruda 

już się wyczerpała, zaczopowano tunele korkami z lawy i wstawiono drzwi, by wynajmować 

pieczary   na   apartamenty.   Bez   drzwi   były   to   jedynie   pozbawione   jakiegokolwiek   dostępu 

pęcherze powietrza w skale. Więzienie dla każdego, kto by w nich utknął. Prawdziwa cela 

nader niemiłej śmierci.

+ Logicznie narzuca się jeden wniosek + stwierdził Linkica. + Musiał być i taki czas, 

niewyobrażalnie dawny, kiedy ludzkość nie znała drzwi +

+ Rozumiem, że jest pan raczej monolinearystą, a nie multifuntystą? +

+ Oczywiście. Jest biologicznie niemożliwe, by jeden gatunek wywodził się z kilku 

źródeł jednocześnie, jak twierdzą multifuntyści. Po prostu kiedyś nie mieliśmy drzwi, co 

przykuwało nas do ograniczonej przestrzeni +

background image

+ Do jednej, jedynej planety? +

Linkica uśmiechnął się.

+ Pan to powiedział, nie ja. To chyba zbyt śmiała teoria +

+ Czemu? Nie sądzę, aby podobny wniosek był błędny, zwłaszcza że podobnie jak pan 

także jestem zapalonym monolinearystą, chociaż obecnie to niemodne stanowisko. I gotów 

jestem pójść dalej. Sądzę, że nasz gatunek powstał na jednej planecie i że działo się to w 

niedługim stosunkowo okresie. Byliśmy tacy jak tutejsi krajowcy, którzy nie potrafią opuścić 

swojej planety +

+ Chyba muszę się z panem zgodzić. Zastanawiałem się nad zmianami fizycznymi, ale 

nigdy   nie   roztrząsałem   kwestii   przemian   kulturowych,   które   musiały   towarzyszyć   tym 

pierwszym.   Możemy   pochodzić   od   podobnie   prymitywnych   istot.   A   jeśli   tak,   to   ich 

formowanie i dorastanie musiało przebiegać na jednej planecie +

+ Długo nad tym myślałem, więc w trakcie badań prześledziłem naszą historię tak 

daleko, jak to było możliwe. Zawsze trafiałem na złożone struktury wynikające z prostszych. 

Nie była to łatwa praca +

Linkica zakrył na chwilę oczy jakby w wielkim zamyśleniu.

+ Czy to możliwe, że odkrył pan ten protoświat, ojczyznę wszystkich? +

+ Może i tak, chociaż nie mam pewności. Sprawdziłem wszystkie istniejące źródła, 

nawet te najdawniejsze, sięgające w nieznane nam dzisiaj otchłanie czasu. Nie wiem, czy to 

właściwa planeta, ale na pewno tam właśnie znaleziono najstarsze ślady ludzkich osad.

+ Uniżenie poproszę o jej kod +

+ Służę z przyjemnością + Dehan podał głośno numer. + Właściwie to możemy od 

razu się tam udać. Sam pan zobaczy +

+ Jest pan niezwykle uprzejmy +

+ Cała przyjemność po mojej stronie. Tak rzadko kto się tym interesuje +

Dehan   poprowadził   towarzysza   przez   drzwi   do   małego,   surowo   umeblowanego 

pokoju.

+ Mało kto tu zagląda. Proszę zobaczyć wydruk wizyt. Byłem pierwszym gościem od 

wielu tysięcy jednostek + Spojrzał na kontrolki i skinął głową z zadowoleniem. + Powietrze, 

temperatura, wszystko w normie +

Przeszli   przez   hermetyczne   wrota   do  długiej   galerii   z   oknami   po   jednej   stronie   i 

szeregiem ekranów edukacyjnych po drugiej.

+   To   już   wymarła   planeta   +   powiedział   Linkica,   spoglądając   przez   okno   na 

opustoszały   krajobraz.   Niewiele   większe   od   innych   gwiazd   słońce   lśniło   chłodno   i 

background image

jednostajnie   na   czarnym   niebie.   Powietrze   dawno   uleciało,   zniknęła   woda.   Brakło   życia 

wśród nagich piasków i skał, które ciągnęły się po horyzont. Jednak najbliższe kamienie, 

mimo   zaawansowanej   erozji,   wciąż   nosiły   ślady   celowej   obróbki,   działalności   istot 

inteligentnych.

+ Ta gablota zawiera kilka znalezionych tu eksponatów, przedmiotów, które dały się 

zidentyfikować jako wytwory człowieka +

Linkica obrócił się niecierpliwie. Czekało go spore rozczarowanie.

+ Ale  co  to  właściwie  jest?  +  spytał,  wskazując  na podniszczone  kawałki  metalu 

pomieszane z kamykami.

+ Nie wiem. Ale czy po tak długim czasie można oczekiwać czegoś więcej? +

+ Chyba nie. Ma pan rację +

Linkica spojrzał raz jeszcze na pradawne strzępki, potem na martwą równinę. Zadrżał, 

chociaż w pomieszczeniu było ciepło.

+ Tutaj czuje się ciężar wieków. Brzemię otchłani czasu, którego nie potrafię ogarnąć 

wyobraźnią. Ten świat przeżył tyle... W porównaniu z nim moje własne życie tak bardzo traci 

na znaczeniu... +

+ Też to czułem tutaj, i to nieraz. Powiadają, że człowiek nie potrafi ogarnąć myślą 

idei własnej śmierci, ale zaglądając tutaj, zaczynam spoglądać na nas jako na gatunek, który 

mógł wyginąć. Gdybyśmy nie mieli drzwi, jedynym śladem po nas byłyby martwe szczątki 

naszych przodków skazanych na śmierć uwięzieniem na tej planecie. Jeśli to właśnie ten 

świat, czego nigdy nie będziemy pewni... +

+ I dobrze, że stało się inaczej. Człowiek to istota o wielkiej zdolności adaptacji. Teraz 

jesteśmy wszędzie... +

+ Ale na jak długo? Czy ta jedna galaktyka nie jest, w obliczu czasu, tym samym co 

jedna planeta? Czy też kiedyś nie zginie? A czy nas nie zastąpi kiedyś jakaś inna istota? 

Nowsza, silniejsza, lepsza. Muszę przyznać, że czasem mnie to męczy. Drzwi są wszędzie. A 

jeśli  któreś  ustawiono  w  złym  miejscu?  Powiedzmy,  na  jakiejś  planecie,  gdzie  ten  nowy 

gatunek czeka już na okazję. Wśliźnie się pomiędzy nas, wyprze po cichu i powoli położy 

kres naszemu istnieniu? +

+ To możliwe + zgodził się Linkica. + Wobec wieczności wszystko jest możliwe. Ale 

to byłby bezkrwawy podbój. Nie my będziemy też jego świadkami. Na co pan wskazuje? Co 

to jest?

+ Pewien artefakt. Myślę, że jest pan już gotów, aby go ujrzeć +

Światło   rozbłysło   jaśniej   i   gdy   podeszli   blisko,   postać   stała   się   całkiem   dobrze 

background image

widoczna. Był to obraz lub fotografia. Wizerunek leżał pod grubą płytą przezroczystej osłony. 

Chociaż niewyobrażalnie stary, wciąż był czytelny.

+ Co za istota? + spytał Linkica. + Przypomina człowieka, ale ma sierść na głowie, 

brak mu błony mrużnej na oczach, jakaś dziwna anatomia. I jeszcze pięciopalczaste dłonie...+

Urwał, jakby zrozumiał, i spojrzał w napięciu na Dehana, który przytaknął powoli.

+ Właśnie to napawa mnie przerażeniem. Słowo zapisane poniżej to imię jednego z 

wielkich wodzów starożytności. Postaci tak słynnej, że znalazłem o nim kilka wzmianek. W 

naszych   źródłach.   Tych   najdawniejszych.   Patrząc   na   tego   człowieka,   można   zatem 

powiedzieć...+

+ Ale to my jesteśmy ludźmi! +

+ Naprawdę? Obecnie zwiemy siebie ludźmi, ponieważ przejęliśmy ich dziedzictwo. 

Ich samych zapewne wyparliśmy. Chociaż, czy to naprawdę możliwe? +

+ Ale jeśli tak, to kim jesteśmy? + spytał filogenetyk.

+   My?   Obecną   ludzkością.   Jeśli   nie   z   pokrewieństwa,   to   przynajmniej   dzięki 

dziedzictwu kulturowemu. Ale nie to mnie męczy. Co innego jest źródłem mojego niepokoju+

Na   dłuższą   chwilę   cisza   zapadła   w   samotnym   pomieszczeniu   pośrodku   martwej 

planety.

+ Wciąż się zastanawiam, kto może gdzieś tam czekać gotów, by pewnego dnia, może 

jutro, może już dziś, zacząć zajmować nasze miejsce... +

Przełożył

background image

Radosław Kot

Spis treści

1. Wstęp - Sprawa teleportera.......    5

2. Na początku..................   11

3. Krok od Ziemi...............   27

4. Ciśnienie.................   48

5. Bez huku i zgiełku wojny.........   69

6. Żona dla Pana...............   94

7. Przechowalnia...............  112

8. Ratownicy.................  124

9. Z fanatyzmu albo dla nagrody.......  164

10. Przykry obowiązek............  176

11. Opowieść o końcu.............  197