background image

 

 

 

Og Mandino 

 

Sposób na lepsze życie 

 

 

 

Wydawnictwo MEDIUM 

 

 

 

Og Mandino należy do grona najpopularniejszych współczesnych  

pisarzy amerykańskich. Jest autorem piętnastu książek zaliczanych  

do nurtu tzw. literatury inspiracyjnej. Są to książki o ludzkiej  

godności, o wartościach, które wyznaczają sens życia, o przyjaźni  

i miłości, o sposobach osiągania zamierzonych celów. Zostały  

przetłumaczone na dwadzieścia języków, a ich łączny nakład  

przekroczył 25 milionów egzemplarzy.  

 

 

 

Og Mandino po raz pierwszy opisuje tu swoją historię, kiedy w  

wieku trzydziestu pięciu lat, będąc życiowym bankrutem i wrakiem  

człowieka, omal nie popełnił samobójstwa. A jednak wydobył się z  

dna, by w ciągu dziesięciu lat stać się kochającym ojcem rodziny,  

zdobyć sławę i bogactwo. Jest to prawdziwa historia zwycięstwa nad  

losem. Og Mandino odniósł je, stosując w życiu pewne zasady,  

background image

którymi teraz dzieli się z czytelnikami. Oto siedemnaście "zasad  

życia", których proste, trafne, przepojone mądrością wskazania  

pomogą każdemu urzeczywistnić marzenia i odnaleźć szczęście.  

 

 

 

 

 

Dwojgu wyjątkowym wnuczętom,  

 

Danielle i Ryanowi 

 

... oraz ich rodzicom,  

 

Carole i Danie 

 

 

 

 

 

Część pierwsza 

 

Lekcje z przeszłości 

 

 

 

 

 

Tego przynajmniej, nauczyło mnie moje doświadczenie, że jeśli ktoś  

background image

ufnie zmierza w kierunku wytyczonym przez własne marzenia i  

usilnie stara się wieść życie, jakie sobie wyobraził, osiągnie  

sukces nieoczekiwanie, w szarej godzinie codzienności.  

 

THOREAU, Walden 

 

 

 

Wybór! Kluczem do wszystkiego jest wybór.  

 

Masz różne możliwości. Nie musisz iść przez życie pogrążony w  

mrokach porażki, ignorancji, smutku, ubóstwa, wstydu i użalania  

się nad sobą!  

 

Istnieje sposób na lepsze życie!  

 

MANDINO, "Wybór" 

 

 

 

 

 

Rozdział pierwszy 

 

 

 

Oprócz mnie był w zakładzie fryzjerskim Dona Junea w Scottsdale  

jeszcze jeden klient. Chcąc nie chcąc, człowiek ten słyszał, jak  

oznajmiłem Donowi, że podjąłem ostateczną decyzję i jestem gotów  

background image

rozpocząć pracę nad kolejną książką. Zamierzałem w niej przede  

wszystkim wykorzystać główne wątki odczytów, które od lat  

wygłaszam w czasie zjazdów i na zebraniach przeróżnych firm i  

stowarzyszeń.  

 

W całej mojej twórczości i w wykładach, które stanowią dorobek  

wielu lat pracy, zawsze wyjaśniam, że niepodważalne zasady  

odnoszenia sukcesów towarzyszą nam od tysięcy lat, podobnie jak  

prawa natury, na przykład grawitacja. I zawsze pozostają  

niezmienne. Te odwieczne zasady działają na naszą korzyść - lub  

niekorzyść - bez względu na to, jak staramy się przeżyć nasze  

życie.  

 

Na nieszczęście, żyjemy w czasach, w których tempo przemian zdaje  

się przekraczać prędkość światła. Wszyscy szukamy natychmiastowych  

odpowiedzi na nurtujące nas pytania... rozwiązań, które nie  

wymagają wysiłku... szybkich działań... bezpłatnych obiadów...  

ruchomych schodów, wiodących do sukcesu. To daremne poszukiwanie  

kamienia filozoficznego, który w jakiś magiczny sposób mógłby  

przemienić trud codziennego życia w skrzynie pełne złota, uczyniło  

nas ślepymi na stare, zawsze skuteczne zasady. I choć są one tak  

blisko, tuż przed naszymi oczyma, nie potrafimy ich już  

dostrzec... Dlatego zaczęliśmy je nazywać "sekretami". Jakież to  

smutne.  

 

Zakładałem, że w nowej książce przedstawię oraz wyjaśnię mechanizm  

działania odwiecznych prawd, które moi czytelnicy mogliby  

zastosować, aby odmienić swoje życie. Dobrze się stało, że już na  

początku zarówno moi wydawcy z Bantam Books, jak i ja sam,  

background image

doszliśmy do wniosku, że tytuł "Największe sekrety sukcesu", który  

stanowił hasło prowadzonych przeze mnie wykładów, nie będzie  

odpowiedni dla tej książki. Ale jaki ma być? Przez kilka mozolnych  

tygodni wysuwaliśmy różne propozycje, niestety, bez powodzenia.  

 

Dla większości autorów brak tytułu nie stanowi istotnej przeszkody  

w rozpoczęciu pisania. Posuwają się z pracą naprzód, przekonani,  

że zanim ukończą swoje dzieło, za rok albo później, oni sami lub  

ich wydawcy wpadną na właściwy trop i wymyślą coś interesującego.  

W moim przypadku jest inaczej. Zanim przystąpię do pracy, zawsze  

muszę mieć tytuł, wokół którego, niczym wokół sztandaru,  

gromadziłyby się moje myśli i odczucia, nie tylko w chwilach  

spędzanych przy maszynie do pisania, ale i wówczas, gdy jestem z  

dala od niej.  

 

Począwszy od Największego kupca świata, czyli od 1967 roku,  

zawsze, nim wystukałem na maszynie pierwsze zdanie każdej z  

trzynastu moich książek, znałem już jej tytuł. Taki system pracy  

sprawił, że moje książki sprzedano w nakładzie ponad dwudziestu  

milionów egzemplarzy i przetłumaczono na osiemnaście języków. Nie  

zamierzałem więc zmieniać mojej metody. I właśnie wtedy, jak wiele  

razy przedtem w życiu, los, łut szczęścia, zbieg okoliczności, Bóg  

(możesz to nazywać, jak chcesz) dał mi odczuć swoją obecność i  

rozwiązał mój problem.  

 

Kiedy ów klient zapłacił za strzyżenie, podszedł z wahaniem do  

krzesła, na którym siedziałem, gdy Joan robiła mi manicure, i  

rzekł:  

 

background image

- Panie Mandino, moim zdaniem pańskie książki są wspaniałe. Jestem  

dentystą. Dla moich kolegów po fachu prowadzę kursy na temat  

poczucia własnej wartości. W naszej grupie zawodowej występuje -  

nie bardzo wiadomo dlaczego - jeden z najwyższych wskaźników  

samobójstw w kraju. Przekazując słuchaczom wiedzę dotyczącą  

pewnych zasad życia, opieram się na wielu pańskich książkach.  

 

Nieznajomy skierował się już do wyjścia, gdy zdołałem wymamrotać  

kilka słów podziękowania. Zatrzymał się jeszcze w drzwiach i  

odwracając się ku mnie, powiedział:  

 

- Spośród wszystkich pańskich książek najbardziej cenię Wybór.  

 

Uśmiechnąłem się szeroko i skinąwszy głową, odparłem:  

 

- Dużo w niej Oga Mandino.  

 

- Tak też myślałem. Czy byłby pan skłonny rozważyć pewną sugestię  

jednego z pańskich wielbicieli, może nazbyt śmiałego?  

 

- Jasne!  

 

- Otóż, w Wyborze pański bohater porzuca pracę w wielkiej firmie i  

pisze książkę noszącą wspaniały tytuł, która później staje się  

absolutnym bestsellerem. Chciałbym, żeby pan poważnie pomyślał o  

napisaniu książki, której tytuł brzmiałby tak samo. Może zastanowi  

się pan, czy nie nadać tego tytułu książce, o której rozmawiał pan  

z Donem. Mógłby pan wówczas wykorzystać zasady i wskazania, które  

pański bohater przekazuje ludziom pragnącym przeżyć życie w  

background image

pełniejszy sposób. Połączyłby je pan ze wszystkimi innymi  

odwiecznymi zasadami oraz sekretami osiągania sukcesu, które od  

lat opisuje pan w książkach i przedstawia na odczytach. Jeśli pan  

tak postąpi, z pewnością stworzy pan dzieło wyjątkowe, które  

pomoże milionom ludzi uwolnić się z więzienia beznadziejnej  

harówki i nieszczęścia. Niech dzieło to będzie proste, abyśmy  

mogli jego treść bez trudu zrozumieć, a potem zastosować w życiu.  

Taka współczesna "Księga Życia".  

 

Gdy znikł w jasnych promieniach słońca Arizony, z pewnością  

myślami byłem już daleko od fotela fryzjerskiego. Nie mogłem się  

doczekać, kiedy Don skończy strzyżenie i przycinanie. Jestem  

przekonany, że gdy pędziłem wzdłuż Scottsdale Road, kilkakrotnie  

przekroczyłem dozwoloną prędkość. Gnałem do domu, aby  

zatelefonować do mojego redaktora z wydawnictwa Bantam Books,  

Michelle Rapkin.  

 

- Kolejny tytuł? - spytała na powitanie.  

 

- Otóż to, droga pani. Teraz jestem już gotów rozpocząć pracę.  

 

- No, słucham uważnie - rzekła z ożywieniem.  

 

- Zamierzam zapożyczyć fikcyjny tytuł, który został nadany  

fikcyjnej książce przez fikcyjnego bohatera, wymyślonego przez Oga  

Mandino...  

 

-... który z kolei wcale nie jest postacią fikcyjną! - wykrzyknęła  

Michelle.  

background image

 

Wziąłem głęboki oddech.  

 

- Moja książka będzie mieć tytuł Sposób na lepsze życie.  

 

Michelle zatelefonowała do mnie jeszcze tego samego dnia, późnym  

popołudniem. Dyrekcja wydawnictwa Bantam Books jednogłośnie  

zaakceptowała mój pomysł!  

 

A ów nieznajomy, który zagadnął mnie w zakładzie fryzjerskim,  

podsuwając mi tytuł książki, którą trzymasz teraz w dłoniach - czy  

to zrządzenie losu, zbieg okoliczności, łut szczęścia...?  

 

Pójdźmy dalej. Każdego roku wydawane jest około pięćdziesięciu  

pięciu tysięcy książek, a w księgarni, w której kupiłeś Sposób na  

lepsze życie, mogły się znajdować tysiące różnych tytułów, zarówno  

w twardej, jak i w miękkiej oprawie. Mimo to, spośród wszystkich  

pozycji które mógłbyś teraz czytać, wybrałeś właśnie tę książkę.  

 

Zrządzenie losu, zbieg okoliczności, łut szczęścia...? Nie sądzę.  

Jestem przekonany, że wielokrotnie w ciągu naszego życia Bóg rzuca  

nam przeróżne wyzwania: wspaniałe szanse, pozornie niemożliwe do  

pokonania przeszkody albo straszliwe tragedie. A działanie, które  

podejmujemy w tych okolicznościach - lub którego nie zdołamy  

podjąć - decyduje o kształcie naszej przyszłości. Tak jakbyśmy  

rozgrywali osobliwą partię szachów z niebiosami... Z  

przeznaczeniem, którego nigdy nie będziemy pewni.  

 

Czy moje spotkanie z tym mężczyzną to tylko przypadek? Nie wierzę.  

background image

Jak napisał przed laty mądry angielski poeta, Samuel Taylor  

Coleridge: "Przypadek to tylko pseudonim, nadawany przez Boga tym  

szczególnym zdarzeniom, do których on sam nie chce się otwarcie  

przyznać".  

 

Ty i ja, zetknęliśmy się z jakiegoś wyjątkowego powodu.  

Wykorzystajmy to spotkanie jak najlepiej.  

 

 

 

 

 

Rozdział drugi  

 

 

 

Skoro ustaliliśmy, że przez pewien czas będziemy razem, proponuję,  

aby miejscem naszych spotkań był mój gabinet. Moje dzieciaki  

nazywają ten pokój "fabryką słów taty". Usiądę przy biurku, tu,  

gdzie zawsze siedzę, gdy jestem w gabinecie. W czasie swoich wizyt  

będziesz mógł się odprężyć w starym fotelu, stojącym naprzeciwko  

biurka.  

 

Głównie ja będę mówił. Ty słuchaj. Zgoda?  

 

Czy pamiętasz słowa napomnienia, które Henry David Thoreau  

wypowiedział we wspaniałym klasycznym dziele Walden? Napisał, że  

jeśli stworzone przez nas zamki znajdują się w powietrzu, nie  

oznacza to, że nasza praca poszła na marne; przecież właśnie tam  

background image

jest ich właściwe miejsce. Potem jednak zalecił, byśmy zaczęli  

budować pod nimi fundamenty.  

 

Udostępnię ci wspaniałe narzędzia, które będziesz mógł wykorzystać  

nie tylko do wzniesienia zamków, ale również do zbudowania pod  

nimi niewzruszonych fundamentów. Już wkrótce dowiesz się, jak  

zamienić swe marzenia w rzeczywistość. Lecz... musisz słuchać z  

otwartym umysłem i sercem. A potem przygotuj się do działania.  

Wszystkie "sekrety" powodzenia niewiele znaczą, dopóki nie  

wprowadzi się ich w życie. O naszej wartości stanowią czyny, a nie  

intencje, choćby najbardziej szlachetne.  

 

Gdy przed laty jeździłem po kraju, promując jedną z moich książek,  

wziąłem udział w pewnym programie telewizyjnym. Zdarzyło się to w  

Houston. Gdy już usadowiłem się wygodnie na scenie, a oklaski  

publiczności umilkły, Steve Edwards, prowadzący program, wzniósł  

dłoń, w której trzymał moją najnowszą książkę, i zapytał:  

 

- Og, co twoja nowa książka może zrobić dla poprawy mojego życia?  

 

Pytanie było słuszne. Niemniej szczerość Stevea zupełnie zbiła  

mnie z tropu. Choć wcześniej wielokrotnie w wielu miejscach  

występowałem w telewizji, nigdy nikt nie zaskoczył mnie podobnym  

pytaniem. Zawahałem się przez chwilę, po czym zebrałem myśli i  

odparłem:  

 

- Myślę, że niewiele, Steve. W końcu tworzy ją jedynie masa  

celulozowa, farba drukarska, klej i włókno. Jeśli więc zabierzesz  

tę książkę dziś wieczór do domu, przeczytasz od deski do deski, a  

background image

jutro rano obudzisz się, oczekując cudownych zmian w swoim życiu,  

stracisz jedynie czas i pieniądze.  

 

Steve uśmiechnął się szeroko, po czym usadowił się wygodniej w  

fotelu, jakby się domyślał, jaki będzie ciąg dalszy. Natychmiast  

zacząłem wyjaśniać Steveowi i widzom, jakie trzy warunki należy  

spełnić, by móc w pełni wykorzystać wartości tkwiące w książkach  

motywacyjnych.  

 

Przede wszystkim trzeba uznać, że niektóre dziedziny naszego  

życia, na przykład kariera zawodowa, pożycie małżeńskie,  

wytyczanie celów, sprawy finansowe, poczucie własnej wartości,  

przeżywanie szczęścia czy wychowywanie dzieci, wymagają zmian na  

lepsze. To nie jest chyba trudne? Nikt z nas nie posiadł boskiej  

doskonałości. I choć możemy oszukiwać innych, nigdy nie zdołamy  

ukryć prawdy przed samym sobą. Wiemy, w czym tkwią nasze braki.  

 

Teraz, po dokonaniu osobliwego remanentu niedoskonałości twojego  

życia, uzyskałeś ten stan umysłu, który umożliwi ci w pełni  

wykorzystać wartości tkwiące w książkach, jakie czytasz, bez  

względu na to, czy napisał je Peale, Gibran, Maltz, Hill, Stone...  

czy też Mandino. Pytasz, jak to osiągnąć? Odpowiedź brzmi:  

przyjmij do wiadomości, że autor może chce się z tobą podzielić  

czymś cennym, czymś, co poznawał w ciągu wielu lat badań,  

doświadczeń i obserwacji. Nie podważy chyba autorytetu twego  

doradcy fakt, że za referencje służy mu zadowolenie milionów  

czytelników jego książek.  

 

Jeszcze jeden warunek. Zaciśnij zęby, jeśli będzie to konieczne, i  

background image

przyznaj się przed samym sobą, że droga, którą szedłeś w  

poszukiwaniu szczęścia, powodzenia, bogactwa, spokoju umysłu czy  

innych wartości i dóbr, zdaje się wieść do nikąd, podczas gdy  

strony w księdze twego życia przewracają się coraz szybciej. Jeśli  

jesteś skłonny przyznać, że taki obraz twojej egzystencji  

odpowiada prawdzie, jeśli twój sposób na życie okazał się  

nieskuteczny, zadaj sobie pewne pytanie. Co masz do stracenia,  

jeśli zdecydujesz się stosować zasady oraz rady pochodzące od Oga,  

dzięki któremu być może odkryjesz skuteczniejszy sposób na lepsze  

życie dla siebie i swoich bliskich?  

 

Chcę, abyś się szczerze do czegoś zobowiązał, abyś mi z całego  

serca obiecał, że będziesz pracował według zasad, którymi się z  

tobą podzielę. Tylko bez nieszczerych obietnic... bez fałszywej  

dumy. Pamiętaj, że żaden samotnik nie odniesie sukcesu. Wszyscy  

potrzebujemy pomocy, by móc się rozwijać, osiągać swe cele czy  

podnieść się, gdy przygniecie nas nieszczęście. Nigdzie,  

absolutnie nigdzie nie znajdziesz człowieka, który wzniósł się na  

wyżyny o własnych siłach. Proszę więc, pozwól, bym ci pomógł.  

 

Jesteś pewnie zbyt młody, by pamiętać Lillian Roth, która przed  

kilkudziesięciu laty była wielką gwiazdą estrady. W pewnym jednak  

momencie zaczęła niszczyć swoją karierę, coraz bardziej pogrążając  

się w odmętach alkoholu. Szereg lat po jej tragicznym upadku  

wstrząsająca historia walki Roth z nałogiem została przedstawiona  

w przejmującej książce i filmie pod tytułem Jutro będę płakać. W  

rozmowach z dziennikarzami Lillian wielokrotnie wyznawała, że była  

zupełnie bezsilna wobec swego problemu, do czasu gdy zdołała  

wreszcie wyszeptać dwa słowa: "Potrzebuję pomocy.  

background image

 

Wszyscy potrzebujemy pomocy! Żaden samotnik nie zdoła odnieść  

zwycięstwa. W swoich odczytach często przedstawiam słuchaczom po  

części apokryficzną, ale zarazem wzruszającą historię Alberta i  

Albrechta Durerów, którą mi przed laty opowiedział mój świętej  

pamięci przyjaciel i mentor, Louis Binstock, wielebny rabin z  

chicagowskiej świątyni Shalom.  

 

W piętnastym wieku, w małej wiosce nie opodal Norymbergii  

mieszkała rodzina licząca osiemnaścioro dzieci.  

 

Osiemnaścioro! Aby na stole zawsze było jadło dla tej gromady,  

ojciec, głowa rodziny, z zawodu złotnik, prawie przez osiemnaście  

godzin dziennie siedział nad swoją robotą oraz wykonywał przeróżne  

dodatkowe prace, które udawało mu się znaleźć w okolicy. Mimo tej  

pozornie beznadziejnej sytuacji dwóch synów starego Albrechta  

Durera pielęgnowało w sercach pewne marzenia. Obaj chłopcy  

pragnęli rozwijać swój talent artystyczny, ale doskonale zdawali  

sobie sprawę, że ojca nigdy nie będzie stać na wysłanie ich na  

studia do Norymbergii.  

 

Po wielu długich dyskusjach, które prowadzili nocami, stłoczeni na  

swych posłaniach, ci dwaj chłopcy postanowili w końcu zawrzeć  

pewną umowę. Będą rzucać monetą. Ten, który przegra, podejmie  

pracę w pobliskiej kopalni i będzie finansowo wspierał brata,  

studiującego w akademii. Zwycięzca zaś, po ukończeniu  

czteroletnich studiów, odwdzięczy się bratu za pomoc, przekazując  

mu pieniądze uzyskane ze sprzedaży swoich dzieł lub, jeśli zajdzie  

potrzeba, również zacznie pracować w kopalni.  

background image

 

Rzucali monetę w niedzielny ranek, po wyjściu z kościoła. Albrecht  

Durer wygrał i udał się do Norymbergi. Albert podjął niebezpieczną  

pracę w kopalni i przez kolejne cztery lata wspierał finansowo  

brata, którego dzieła niemal od razu wzbudziły sensację.  

Kwasoryty, płaskorzeźby, a także obrazy olejne Albrechta były  

znacznie lepsze od dzieł tworzonych przez większość jego  

profesorów i w miarę upływu studiów uzyskiwał coraz większe sumy  

ze sprzedaży swoich prac.  

 

Kiedy młody artysta powrócił do swej wioski, rodzina Durerów  

uczciła triumfalny przyjazd Albrechta do domu uroczystym obiadem,  

spożywanym pod gołym niebem. Gdy ta długa, pamiętna biesiada,  

której towarzyszyła muzyka, gwar i śmiech, dobiegła wreszcie  

końca, Albrecht podniósł się z honorowego miejsca przy stole, aby  

wznieść toast za zdrowie ukochanego brata i podziękować mu za lata  

poświęcenia. Dzięki niemu przecież mógł zrealizować swoje ambitne  

plany. Zakończył przemowę słowami: "Mój umiłowany bracie, twoja  

kolej. Możesz pojechać do Norymbergi i spełnić swoje marzenie.  

Teraz ja zaopiekuję się tobą".  

 

Twarze wszystkich obecnych zwróciły się w stronę odległego końca  

stołu, gdzie siedział Albert. Zapanowało pełne napięcia  

oczekiwanie. Po bladej twarzy Alberta spływały łzy. Potrząsał  

opuszczoną głową i łkając, powtarzał tylko: "Nie... nie...  

nie...".  

 

W końcu wstał, otarł łzy i spojrzał na ukochane twarze bliskich,  

siedzących przy długim stole, po czym podniósł dłonie i powiedział  

background image

cicho: "Nie, bracie. Nie pojadę do Norymbergi. Dla mnie jest już  

za późno. Przyjrzyj się... Zobacz, co cztery lata spędzone w  

kopalni uczyniły moim dłoniom. Kości każdego palca były  

przynajmniej raz zmiażdżone. Od pewnego czasu tak bardzo dokucza  

mi zapalenie stawów prawej ręki, że nawet nie mogę unieść  

kielicha, aby odpowiedzieć na twój toast. Jak można nanosić  

subtelne linie na pergamin czy płótno, trzymając w takich dłoniach  

piórko albo pędzel. Nie, bracie... dla mnie jest już za późno".  

 

Minęło ponad 450 lat. Obecnie setki mistrzowskich portretów pędzla  

Albrechta Durera, szkice wykonane piórkiem lub srebrnym szpicem,  

akwarele, rysunki węglem, drzeworyty oraz miedzioryty znajdują się  

w każdym wielkim muzeum świata. Jednakże istnieje wielkie  

prawdopodobieństwo, że tobie, podobnie jak większości ludzi, znane  

jest tylko jedno dzieło Albrechta Durera. Być może w twoim domu  

lub biurze wisi na ścianie reprodukcja tego obrazu.  

 

Pewnego dnia, chcąc złożyć hołd Albertowi za wszystko, co brat  

wycierpiał, Albrecht Durer z wielką starannością wykonał rysunek  

jego okaleczonych, złożonych dłoni, skierowanych ku niebu. Swoje  

wspaniałe dzieło nazwał po prostu Ręce. Cały świat przyjął to  

arcydzieło z otwartym sercem i przemianował ten wyraz najgłębszej  

miłości na modlące się dłonie.  

 

Gdy następnym razem natrafisz na kopię tego wzruszającego dzieła,  

przyjrzyj mu się dokładnie. Niech zawsze ci przypomina, jeśli  

wciąż będziesz tego potrzebował, że nikt nigdy nie odnosi  

zwycięstw samotnie.  

 

background image

I ty, rzecz jasna, nie musisz próbować osiągnąć sukcesu sam.  

Obojętnie, czy twoja wiara jest wielka, czy też znikoma, zawsze  

pozostanie ci para modlących się dłoni. Ilekroć sprawy przybiorą  

zły obrót, musisz jedynie złożyć ręce, wznieść oczy w górę i  

powiedzieć: "Potrzebuję pomocy". Osobiście zrobiłem tak w życiu co  

najmniej tysiąc razy. A rezultaty? Możesz być zaskoczony, gdy się  

przekonasz, jak szybko nadchodzi pomoc, jeśli o nią prosisz.  

 

 

 

 

 

Rozdział trzeci  

 

 

 

A teraz, zanim spoczniesz wygodnie w tym starym fotelu, pozwól,  

bym szybko oprowadził cię po pokoju, w którym spędzam tak wiele  

czasu. Chcę, abyś się czuł w moim towarzystwie zupełnie swobodnie,  

a sądzę, że najłatwiej osiągniesz ten nastrój, jeśli zaproszę cię  

na przechadzkę wśród licznych książek, pamiątek, fotografii oraz  

innych przedmiotów stanowiących cząstkę mojej przeszłości. Jest  

ich tu bardzo wiele. Mam nadzieję, że gdy je zobaczysz oraz ich  

dotkniesz, zaczniesz traktować mnie jak swego starego, wiernego  

przyjaciela. Łatwiej ci wtedy będzie przyjąć moje myśli i poglądy.  

 

Uważaj, gdzie stąpasz. Oto sterty nowych książek, które zamierzam  

przeczytać w ciągu kilku najbliższych miesięcy, a tuż obok, na  

dywanie, leży kilka maszynopisów, które przysłali mi autorzy,  

background image

zarówno przyjaciele, jak i obcy ludzie, z prośbą o recenzje. Nie  

wyobrażam sobie, że bym mógł im odmówić. Jeśli się zapomnę, mogę  

po całych dniach ślęczeć nad tymi maszynopisami, pisząc pochlebne  

opinie na okładki książek.  

 

Widzisz plik odbitek szczotkowych na wierzchu tej sterty?  

Przysłano mi je ostatnio. To korekta książki pod tytułem  

Bezstronny sąd, napisanej przez mego starego przyjaciela Jima  

Tunneya, sędziego Narodowej Ligi Futbolu. Właśnie wysłałem wydawcy  

moją recenzję. Niewielu ludziom, w tym nawet bliskim przyjaciołom,  

pozwalam wejść do mego gabinetu. Tak, ty jesteś kimś wyjątkowym.  

Przed kilku laty jednak, podczas jakiegoś przyjęcia, tuż obok  

miejsca, w którym się teraz znajdujesz, stanął Jim, z dziwnym  

wyrazem twarzy wpatrując się w moje biurko i maszynę do pisania.  

Zakłopotany, zapytałem wreszcie:  

 

- Jim, czy coś się stało?  

 

Człowiek, który jako jedyny w historii trzykrotnie sędziował na  

mistrzostwach Super Bowl, kiedy to presja odpowiedzialności i  

napięcie psychiczne sięgają zenitu, kręcił teraz przecząco głową i  

uśmiechał się nieśmiało.  

 

- Wszystko w porządku, Og - odparł cicho, niemalże szeptem. - Gdy  

stoję w tym niezwykłym pokoju, gdzie rodzą się wszystkie wspaniałe  

postacie z twych książek, czuję, jak ogarniają mnie potężne  

wibracje. Tak! Pewnego dnia... pewnego dnia i ja napiszę książkę!  

 

Jim nigdy nie porzucił swego marzenia. Minęło trochę czasu, aż  

background image

wreszcie nastał dzień, o którym wtedy mówił - oto korekta książki,  

która z pewnością stanie się bestsellerem.  

 

Jak widzisz, ściany, żaluzje, zasłony, dywan oraz tapicerka w tym  

pokoju, mieszczącym się w południowo-zachodnim narożniku domu,  

mają barwę brązową, brunatną i czarną. Kiedy moja żona Bette,  

pomagała mi dobrać odpowiednie kolory, powiedziała, że nie ma  

znaczenia, co wybierzemy do tego pokoju. Dobrze wiedziała, że  

wkrótce każdy skrawek wolnej powierzchni zajmą przeróżne pamiątki.  

Jak widzisz, miała rację.  

 

Mój tak zwany "gabinet", o wymiarach 12 na 19 stóp, znajduje się  

tuż obok kuchni i spiżarni. Ilekroć zaczynam odczuwać ciasnotę,  

przypominam sobie, że cała powierzchnia domu, który mój ulubiony  

autor, Thoreau, wybudował sobie nie opodal Walden Pond, wynosiła  

10 na 15 stóp. Mimo to Thoreau nigdy się nie skarżył na brak  

przestrzeni.  

 

Ściana po lewej stronie od drzwi to miejsce, gdzie znajduje upust  

moja słabość do chwalenia się. Jako że nawet sprzątaczka trzyma  

się z dala od tego pokoju (na własne życzenie), moja chełpliwość,  

widoczna tutaj, nie wzbudza we mnie zażenowania. Przeciwnie, cały  

ten zbiór napawa mnie wielką dumą. Oto Złoty Medal Napoleona  

Hilla, przyznany mi w 1983 roku za osiągnięcia literackie. Obok  

wisi piękna tabliczka pamiątkowa, ofiarowana mi w rok później,  

kiedy to jako trzynasta z kolei osoba wszedłem do grona mówców z  

International Speakers Hall of Fame. Dalej widzisz duży obraz  

wykonany przez Bette techniką kolażu. Tworzy go ponad czterdzieści  

rodzinnych fotografii, połączonych tak, by powstała zachwycająca  

background image

mozaika minionych lat. Dzieło to wisiało w moim biurze w Chicago,  

kiedy kierowałem pismem "Absolutny Sukces".  

 

Przenieś wzrok dalej, a z pewnością rozpoznasz większość postaci  

na oprawionych w ramki zdjęciach, Na każdej fotografii znajduje  

się autograf z dedykacją dla mnie; Jimmy Stewart, Norman Vincent  

Peale, Michael Jackson, Joey Bishop, Frank Gifford, Rudy Vallee,  

Art Linkletter, Chuck Percy, Robert Cummings, Harland Sanders, Ed  

Sullivan, W. Clement Stone oraz Napoleon Hill. Niezły zbiór,  

prawda?  

 

Tę okładkę wydania "Saturday Evening Post" z 1919 roku, która  

przedstawia golfistę, opuszczającego pole gry z kijami na  

ramieniu, dostałem od mojego najstarszego syna, Dany. Później  

znajdują się oprawione certyfikaty, świadczące o mojej obecności w  

Whos Who in America oraz Whos Who in the World, jak również o  

członkostwie w Stowarzyszeniu Zdumiewających Ludzi, o włączeniu  

moich danych do katalogów Biblioteki Zasobów Ludzkich przy  

Stowarzyszeniu Badań Tradycji Amerykańskiej oraz o przyznaniu mi  

przez Radę Narodowego Stowarzyszenia Mówców nagrody Award of  

Excellence, najwyższego wyróżnienia przyznawanego przez tę  

organizację za zasługi na polu retoryki.  

 

Jednakże spośród nagród i wyróżnień wiszących na tej ścianie  

najważniejszy i najdroższy dla mnie jest oprawiony rysunek z  

dołączonym listem wykonany przez mojego młodszego syna Matta,  

przed piętnastu laty, gdy był w drugiej klasie, w ramach zadania  

domowego. Jak widzisz, widnieją tu słowa: MÓJ TATA, napisane  

wielkimi literami na szarym kartonie, a poniżej znajduje się  

background image

rysunek przedstawiający mężczyznę w czapce do baseballu, z wielką  

rękawicą oraz kijem baseballowym u nogi. Mężczyzna umieszczony  

jest na piedestale z napisem: Nagroda dla Najwspanialszego Ojca  

przyznana panu Mandino przez jego syna. Po prawej stronie znajduje  

się list następującej treści:  

 

 

 

Napisane przez Matta Mandino  

 

 

 

Najwspanialszy ojciec 

 

 

 

Nagrodę tę otrzymuje on za to, że bawił się ze mną piłką, kiedy  

mój brat nie chciał. Jest w całkiem niezłej formie jak na  

pięćdziesięciolatka. Kiedyś przeszedł przez płot wysokości sześciu  

stóp, żeby zagrać ze mną na boisku w baseball. Ściągnął też z  

dachu piłkę baseballową. Pewnego razu próbowałem puścić mój  

latawiec wysoko w powietrze, ale nie dałem rady. Kiedy on  

przyszedł do domu, puścił latawiec tak wysoko, że aż sznurek  

zaplątał się na drucie telefonicznym. Moim zdaniem mój tata jest  

najwspanialszy.  

 

Matt  

 

 

background image

 

Między rysunkiem a listem przyklejona jest wstęga z napisem:  

Nagroda za celujące wyniki w nauce, którą Matt otrzymał od swego  

nauczyciela. Kiedy chłopiec przyniósł ją do domu i pokazał mi,  

poczułem, że rozpiera mnie duma. Uścisnąłem go i chyba nawet łzy  

pojawiły mi się w oczach. Matt był poruszony moją reakcją.  

 

Na niskiej biblioteczce, stojącej pod tymi wszystkimi zdjęciami i  

nagrodami, tkwi ponad trzydzieści lat życia, uwięzionych w  

pudełkach pełnych fotografii, slajdów i albumów. Jest tam także  

kilka aparatów fotograficznych. Na podłodze leży jeszcze jedna  

sterta - to oprawione dyplomy uznania oraz listy pochwalne, jakie  

otrzymałem od różnych organizacji, z którymi się zetknąłem. Jak  

widzisz, na żadnej ścianie nie ma już dla nich miejsca, ale jakoś  

trudno mi je stąd usunąć.  

 

Ta biblioteczka z trzema półkami, która stoi niemal w rogu pokoju,  

wypełniona jest książkami opisującymi życie Jezusa. Pozycje te  

stanowią jedynie skąpą część wszystkich dzieł, jakie przeczytałem  

w ciągu dziesięciu lat poszukiwań, których ostatecznym  

uwieńczeniem stała się moja książka The Christ Commission. Spośród  

wszystkich książek, które napisałem, ta wymagała najwięcej pracy.  

Zawsze będę czuł wdzięczność dla United Press International za  

słowa pochwały: "Niezwykle świeże i oryginalne spojrzenie na ducha  

chrześcijaństwa, jedna z najlepszych książek o podobnej tematyce  

napisanych w ciągu wielu lat".  

 

Te dwie szafki na dokumenty, które stoją w rogu zawierały kiedyś  

między innymi maszynopisy wszystkich moich książek. Wreszcie  

background image

jednak zrobiłem porządek i wyniosłem je na strych. Na długim,  

niskim stole przy oknie, na południowej ścianie stoi teraz  

kartonowe pudło, które wkrótce trafi do garażu. Zawiera ono  

wycinki z gazet oraz artykuły o mnie, a poza tym globus, który tak  

wspaniale wygląda, kiedy się go podświetla; dwa małe pejzaże  

namalowane techniką olejną, prezent od przyjaciół; nie otwarta  

jeszcze płyta długogrająca I Can Hear It Now/The Sixties, gdzie  

narratorem jest Walter Cronkite; kilka powiększonych fotografii,  

które przedstawiają Matta i jego tatę na polu golfowym; kolorowe  

zdjęcie mojego brata, Silvio, w mundurze, z dedykacją: Dla Oga,  

mojego ulubionego dowódcy; duże wydanie Biblii oraz kilka kaset  

magnetofonowych nadesłanych przez moich kolegów, mówców, do oceny.  

 

Na ścianie obok okna, wisi fotografia z 1943 roku przedstawiająca  

mnie i moją załogę B-24, przed rozpoczęciem ciężkiej próby ognia,  

na którą złożyło się trzydzieści lotów bojowych nad Niemcami;  

dyplom awansu na porucznika; trójwymiarowa reprodukcja Modlących  

się dłoni; srebrna rzeźba w kształcie zwoju pergaminu, którą  

wypadałoby wyczyścić, z dedykacją od członków Sales and Executive  

Club of Guadalajara; fotografia z oryginalnym podpisem Charlesa  

Lindbergha, mojego pierwszego idola, pozującego obok swego  

samolotu, "The Spirit of St. Louis"; oraz oprawiony pergamin z  

wykaligrafowanym tekstem Modlitwy kupca, pochodzącym z mojej  

książki Największy kupiec świata.  

 

Nie, przy pisaniu nie korzystam z komputera. Na maszynie do  

pisania firmy IBM, rocznik 1965, która stoi na biurku, napisałem  

wszystkie moje trzynaście książek, chociaż pierwszy szkic  

Największego kupca świata w 1966 roku wykonałem na przenośnej  

background image

Olivetti, którą mam nadal. Później dopiero udało nam się  

zaoszczędzić dość pieniędzy, aby zakupić tę używaną maszynę do  

pisania Selectric.  

 

Na moim biurku leży nie oprawiona reprodukcja obrazu Jezusa pędzla  

Ralpha Palleta Colemana. Jest to podarunek, który przed piętnastu  

laty otrzymałem od kapelana ze szpitala Scottsdale Memorial  

Hospital. Zwróć uwagę na szczególne ujęcie postaci Jezusa, który  

wspiera ramiona na stole, składając przy tym dłonie, jakby  

klaskał; niczym prezes zarządu podczas narady, przywołujący  

zebranych do porządku. Piszę nocami, często zaczynam o dwudziestej  

drugiej, a kończę o świcie. Od lat, gdy kończę pracę, przykładam  

delikatnie dłoń do twarzy Jezusa i mówię szeptem "Dobranoc,  

Szefie". Zaraz potem gaszę światło...  

 

Nad biurkiem wisi też rząd przymocowanych do ściany taśmą klejącą  

fotografii Matta i Dany, gdy jako młodzi chłopcy mocują się przed  

obiektywem; jest tu też zdjęcie polaroidowe przedstawiające Danę,  

jego uroczą żonę, Carole, oraz ich dwoje dzieci, Danielle i Ryana,  

za którymi przepadam. Jest tutaj także cudownie wygrawerowana,  

kolorowa imitacja meksykańskiego peso, którego nominał stanowi  

dziś jedną sto dwa tysiące pięćsetną część dolara; dalej list z  

podziękowaniem dla mamy i taty, od Matta, kiedy to opuścił dom i  

przeniósł się do akademika przy Arizona State University; oraz  

krótki list napisany przez Bette, który pewnego ranka zauważyłem  

oparty o maszynę do pisania, mając za sobą kilka dni i nocy  

uporczywej, wytężonej, a mimo to jałowej pracy nad jedną z moich  

książek. Oczywiście, że możesz go przeczytać. Uzgodniłem to  

wcześniej z Bette.  

background image

 

 

 

18 stycznia 1980 roku  

 

 

 

Cześć!  

 

Kocham cię!  

 

Nie poddawaj się zniechęceniu. Wczoraj "On" na swój sposób dawał  

ci do zrozumienia, że chce, abyś spróbował to zrobić inaczej.  

 

Uspokój się. On zaopatrzy Cię w mapę z bardzo wyraźnie zaznaczoną  

trasą. Nie jesteś Jego jedynym problemem.  

 

Zachowaj wiarę... a On wkrótce do Ciebie powróci.  

 

Nigdy dotąd nas nie zawiódł... nie zaczynaj więc teraz w Niego  

wątpić.  

 

Życzę Ci wspaniałego dnia.  

 

Twoja Betsie  

 

 

 

Mając takie wsparcie, trudno jest ponieść porażkę.  

background image

 

Tak, wiem, w koszu z napisem "korespondencja" stojącym przy lewym  

rogu mego biurka, leży sterta listów. Tak jest zawsze. Tygodniowo  

otrzymuję ponad sto listów od ludzi, którzy przeczytali którąś z  

moich książek. Na każdy odpisuję sam, choćby kilka krótkich zdań  

podziękowania za miłe słowa. Zawsze byłem zdania, że jeśli ktoś  

zadaje sobie trud, aby wysłać do mnie list, zasługuje na odpowiedź  

napisaną osobiście przeze mnie. Nie zlecam więc tego zadania  

sekretarce ani nie używam powielonych formułek. Listy, które  

otrzymuję, niezmiennie sprawiają mi wiele radości, a często  

wzruszają mnie do łez; czasem ludzie, umiłowani przez Boga,  

wyznają, jak nisko upadli, zanim jedna z moich książek pojawiła  

się w ich życiu i pomogła im odmienić los. Zachowuję każdy cenny  

list. Jest ich pełno w kartonowych pudełkach, w garażu. Całe  

mnóstwo.  

 

Na biurku leżą również materiały informacyjne o moich kolejnych  

odczytach... w Nowym Jorku, Seattle, Bostonie, Meksyku, Toronto,  

Dallas. Ograniczam się do dwóch odczytów w ciągu miesiąca oraz  

próbuję dostarczać mojemu wydawcy nową książkę co dwa lata. Resztę  

czasu dosłownie... poświęcam na wąchanie róż... Pokażę ci je  

później, za domem rośnie ich bardzo dużo.  

 

Tuż przede mną, na biurku, stoi sepiowa odbitka fotografii ślubnej  

moich ukochanych rodziców. Jest tu też wysoka na jedną stopę,  

ceramiczna statuetka przedstawiająca chłopca w stroju  

baseballowym, z napisem: CHICKS na piersi. Wykonała ją Bette.  

"Chicks"a to nazwa pierwszego zespołu, z którym Matt występował w  

Małej Lidze. Obok zauważyć możesz duży kalendarz, Rolodex, na  

background image

którym zaznaczyłem daty umówionych spotkań, a także terminy  

wykładów, niektóre już na przyszły rok. Leży też tutaj kilka  

bloczków papieru do pisania, lista spraw wymagających  

bezzwłocznego załatwienia, mnóstwo szpargałów z mojej: kartoteki,  

telefon z aparatem zgłoszeniowym marki Cobra oraz dwa zdjęcia; na  

jednym z nich Dana prowadzi trening piłki nożnej z młodzikami, na  

drugim zaś Matt ćwiczy ze swoimi podopiecznymi, przygotowującymi  

się do występu w mistrzostwach Małej Ligi w 1987 roku.  

 

Obok mojej maszyny do pisania stoi mały magnetofon i leży plik  

papieru maszynowego. Zużywam ponad cztery tysiące arkuszy, zanim  

ukończę książkę - mój kosz na śmieci opróżniam wielokrotnie. W  

zasięgu ręki mam także słowniki: Websters New Collegiate  

Dictionary oraz Rogets Thesaurus. Kiedy piszę, ścianę zachodnią  

mam za plecami. Pod jedynym oknem, które się na niej znajduje,  

stoi jeszcze jedna biblioteczka wypełniona książkami, do których  

często zaglądam w trakcie pisania. Znajdziesz wśród nich A Manual  

of Style, wydany przez University of Chicago, Great Treasury of  

Western Thought Adlera i Van Dorena, The New Dictionary of  

Thoughts, The Elements of Style pióra Strunka i Whitea oraz The  

Timetables of History. Na podłodze leży kilka książek  

telefonicznych i moje dwie teczki. Gdy pracuję nad nową książką,  

gdziekolwiek jadę, zawsze towarzyszy mi ta większa.  

 

W rogu, po mojej lewej stronie, stoi stary, nadmiernie wypchany  

fotel, który przez wiele lat bywał zajęty, gdy ja siedziałem nad  

maszyną do pisania. Miejsce to zajmował wówczas Slippers, mój  

ukochany baset, któremu zadedykowałem książkę Powrót Hafida.  

 

background image

Wciąż bardzo mi go brakuje, mimo że od jego śmierci minęły prawie  

dwa lata. Tak, ta stara kość, którą widzisz na fotelu, należała do  

niego.  

 

Całą północną ścianę zakrywa biblioteczka z pięcioma rzędami  

książek. Ich tematyka obejmuje wszystko, co możliwe; od religii po  

zagadnienia motywacji, od problematyki dotyczącej inwestowania po  

sprawy zdrowia psychicznego. Na szczycie biblioteczki znajduje się  

istne składowisko przedmiotów, które wiele dla mnie znaczą.  

Gromadziłem je przez lata. Pokażę ci teraz kilka z nich.  

 

Oto egzemplarz pierwszego numeru "Absolutnego Sukcesu", który  

zredagowałem w 1965 roku, a obok widzisz nie oprawiony obraz  

olejny, wykonany przez więźnia, który tak właśnie wyobrażał sobie  

Szymona Pottera, szmaciarza z mojej książki Największy cud świata  

. Ta para maleńkich trampek należała kiedyś do Dany; leżące zaś  

obok skórzane sandałki nosił Matt, gdy miał cztery lata. A oto  

zdjęcie, które zrobiono mi w pewnej księgarni w Fairhope, w  

Alabamie; podpisuję swoje książki, a w tym czasie fryzjer obcina  

mi włosy. Jest tu też mój stary paszport, wyblakła odznaka  

bombardiera - "srebrne skrzydła", karta wstępu z 1984 roku na  

osobliwe zawody o nazwie Skins Game, zorganizowane przez Desert  

Highlands Country Club; mleczny ząb Matta, który "pewna dobra  

wróżka" zamieniła na ćwierćdolarówkę; odznaki z niezliczonych  

zjazdów, na których przemawiałem; odpiłowany uchwyt kija  

baseballowego Małej Ligi; kolorowe zdjęcie uroczego parku w  

Guatemala City, gdzie kilka lat temu przemawiałem do niezliczonych  

tłumów; pełen uczucia list od młodej wielbicielki mojej  

twórczości, która zmarła na białaczkę; zaproszenie na przyjęcie z  

background image

okazji osiemdziesiątych urodzin W. Clementa Stonea; fotografia  

przedstawiająca piękną zakonnicę kochającą świat, siostrę Marię  

Bernardo, jak obejmuje mnie w księgarni w Manili, gdzie  

podpisywałem moje książki; kilka małych wydań Biblii; plastikowe  

pelargonie, wciąż przysyłane mi przez czytelników wzruszonych  

książką Największy cud świata; tablica rejestracyjna z Michigan,  

na której widnieje napis: SUKCES; kartki z życzeniami od moich  

chłopców, podarowane mi z okazji Dnia Ojca; plakietka  

upamiętniająca dziesiąty festiwal Glenna Millera w Clarinda, w  

stanie Iowa; proklamacja burmistrza miasta Lima w Ohio  

ustanawiająca 27lipca 1981 roku Dniem Oga Mandino; stary  

stereoskop; dwie zużyte taśmy, wyjęte z maszyny do pisania, na  

której napisałem moje pierwsze jedenaście książek; album z  

zasuszonymi kwiatami, pochodzącymi z Ziemi Świętej i z  

fotografiami mojej rodziny. Powyżej na całej ścianie, aż do  

sufitu, wiszą pamiątkowe tabliczki, trofea, dyplomy uznania, wśród  

których znajduje się nagroda National Quality za wspaniałe wyniki  

w sprzedaży ubezpieczeń na życie, pochodząca z (Boże, dopomóż!)  

1954 roku.  

 

Naprzeciwko fotela, na którym będziesz siedział, znajduje się  

stół, gdzie leżą sterty książek i kaset wideo oraz szpule filmów  

Super-8, na których przez ostatnie dwadzieścia lat rejestruję  

mnóstwo obrazów i które z wolna przystosowuję do systemu wideo.  

Trudno mi jedynie się przemóc, aby powycinać z tych filmów nieco  

przydługie fragmenty, jako że zostały tutaj utrwalone drogie mi  

wspomnienia. Nie chcę, by skończyły swój żywot w koszu na śmieci.  

Wygląda na to, że będziemy mieć pokaźną wideotekę rodzinną.  

Wszystkie te filmy leżą na dużej, pięknej szachownicy z polami  

background image

wyrzeźbionymi w drewnie. Szachownica stanowi blat stołu. Całą tę  

misterną robotę wykonał Matt, gdy rozpoczął naukę w szkole  

średniej. Myślę, że to dzieło powinno stać w bardziej godnym  

miejscu niż mój gabinet.  

 

Po lewej stronie, nie opodal drzwi, wisi jeszcze kilka  

pamiątkowych medali oraz oprawione kopie mojego artykułu  

pożegnalnego, który zamieściłem w "Absolutnym Sukcesie", kiedy to  

w 1976 roku, w wieku pięćdziesięciu dwóch lat, oświadczyłem, że  

przechodzę na emeryturę, by po prostu żyć "bez zbytniego  

przemęczania się. Bardzo zabawne! Od tamtej pory wygłosiłem ponad  

czterysta wykładów w czternastu krajach, napisałem osiem książek i  

kompletnie zużyłem dwa zestawy kijów golfowych.  

 

Widzisz to oprawione zdjęcie polaroidowe obok drzwi? Zajmuje ono  

bardzo szczególne miejsce na ścianie... i w moim sercu. Przed  

kilku laty otrzymałem list od zrozpaczonej matki młodego chłopca,  

któremu pozostało wtedy jeszcze kilka miesięcy życia. Umierał na  

raka mózgu. Chłopak skończył właśnie czytać książkę Dar gwiazdy  

Akabar, którą napisałem wraz z Buddym Kayeem, i zapytał matkę, czy  

mogłaby mu kupić więcej egzemplarzy. Chciał je podarować swym  

dwunastu najlepszym kumplom, "aby zawsze o nim pamiętali".  

Nieszczęśliwa kobieta zapytała więc mnie w liście czy... gdyby mi  

przysłała te książki, zechciałbym je zadedykować dwunastu  

przyjaciołom jej syna? A potem, przed wręczeniem ich kumplom,  

Dougy też by się podpisał.  

 

Odpowiedziałem natychmiast. Potrzebne mi były jedynie imiona  

chłopaków, o resztę postanowiłem zadbać sam. Drobny podarunek dla  

background image

niezwykle dzielnego chłopca.  

 

Tym, którzy nie czytali książki Dar gwiazdy Akabar, przytoczę w  

skrócie jej treść. Oto młody, kaleki chłopak, mieszkający przed  

laty w Laponii, w czasie długich miesięcy, kiedy to Ziemię spowija  

mrok, buduje duży, czerwony latawiec. Wypuszcza go wysoko w niebo,  

aby ściągnąć na Ziemię gwiazdę, której światło rozjaśniłoby mrok  

panujący w jego wiosce. Odnosi sukces... a gwiazda, o nazwie  

Akabar, prowadzi z chłopcem rozmowy; uczy go, jak należy żyć. A  

potem, gdy wiosną na niebie znów pojawia się słońce, Akabar wraca  

na niebiosa.  

 

Dougy, świeć, Boże, nad jego duszą, zdołał w cudowny sposób  

przeżyć prawie dwa lata więcej, niż się spodziewano. I wtedy,  

pewnego dnia otrzymałem list, którego nadejścia lękałem się od  

dawna. Do listu dołączone było właśnie to zdjęcie polaroidowe.  

Widnieje na nim mała płyta nagrobkowa. Zobacz, obok niej wznosi  

się kilka stóp ponad grobem skręcony ciemny drut. Do jego końca  

przymocowany jest czerwony latawiec... Czerwony latawiec  

obejmujący gwiazdę!  

 

I tak dotarliśmy do płóciennego obrazka, wiszącego tuż pod  

wyłącznikiem światła. Otrzymałem go przed laty od Bette. Zapisane  

na nim słowa wciąż robią na mnie wrażenie: "Boże, obdarz mnie  

cierpliwością... tak bardzo jej teraz potrzebuję!".  

 

Czy już się rozgościłeś?  

 

Świetnie. Usiądź więc, ściągnij buty i oprzyj się wygodnie.  

background image

 

Spróbuję ci pomóc...  

 

 

 

 

 

Rozdział czwarty  

 

 

 

Spróbuj teraz wyobrazić sobie następującą scenę. Deszczowe, szare,  

ponure przedpołudnie w odludnej i niebezpiecznej dzielnicy  

Cleveland. Termometr wskazuje niewiele ponad zero stopni. Po  

opadach śniegu nastąpiła słota. Mnóstwo śmieci, które walają się  

po ulicach i w rynsztokach. Nie kończące się rzędy obskurnych  

barów, sexshopów oraz spelunek, w których serwuje się  

hamburgery... Ulice sprawiają wrażenie zupełnie wyludnionych. Nic  

tutaj nie wskazuje, że już tylko cztery tygodnie pozostały do  

świąt Bożego Narodzenia.  

 

Nagle jakiś ruch... Znak życia. Oparty o pękniętą szybę wystawową  

lombardu, usiłując schronić się przed deszczem, stoi samotny,  

opuszczony człowiek. Podarta koszula z drelichu nie zapewni  

wychudzonemu ciału ochrony przed zimnem i wilgocią. Splątane włosy  

opadają temu nieszczęśnikowi na ramiona. Oczy ma przekrwione od  

taniego wina, które już wypił od rana. W żołądku ssie o z głodu.  

Zarośnięta twarz od kilku minut przyciska się do brudnej szyby.  

Nagle, jakiś przedmiot leżący na zakurzonej półce lombardu  

background image

przykuwa uwagę włóczęgi. Pistolet... mały pistolet z przyczepioną  

metką: dwadzieścia dziewięć dolarów.  

 

Mężczyzna wydaje jęk, wkłada posiniaczoną prawą dłoń do kieszeni  

uwalanych ziemią spodni i wyciąga trzy przemoczone  

dziesięciodolarowe banknoty - to cały jego majątek. I woła:  

"Znalazłem rozwiązanie wszystkich moich problemów! Kupię ten  

pistolet i kilka kul. Wezmę je ze sobą do tej nory, gdzie  

mieszkam, załaduję broń, przystawię do skroni... i pociągnę za  

spust! I już nigdy... nigdy więcej nie będę musiał się stykać z  

tym ohydnym bankrutem życiowym, patrzącym na mnie z lustra!".  

 

Człowiek ten rzeczywiście był bankrutem życiowym. W ciągu kilku  

zaledwie lat zdołał utracić wszystko, co w jego życiu  

przedstawiało jakąkolwiek wartość: kochającą żonę, piękną córkę,  

ładny dom, świetną posadę, a także całą swą dumę, wiarę, ufność i  

poczucie własnej wartości. Próbował, tak jak wielu innych,  

uczestniczyć w grze zwanej życiem, nie zadając sobie przy tym  

trudu, aby poznać jej reguły. I teraz miał drogo zapłacić za swoją  

niewiedzę. Tego ponurego ranka stał w strugach deszczu, gotowy  

odebrać sobie życie.  

 

Ta żałosna istota ludzka, szykująca się do przekreślenia swej  

przyszłości na zawsze, wybrała rozwiązanie, które trudno nazwać  

niezwykłym. Obawiam się, niestety, że ten scenariusz powtarza się  

setki razy każdego dnia w tym pięknym kraju, gdy ludzie tracą  

ostatnią nadzieję na jutro, które niegdyś zdawało się obiecywać  

tak wiele. A tysiące innych, którzy wprawdzie nie odbierają sobie  

życia w dosłownym sensie, całkowicie się poddają.  

background image

 

Opuszczają samych siebie. Pozwalają, by wszystkie ich marzenia  

rozpłynęły się w mroku. Przestają podejmować próby i tylko  

egzystują, co Thoreau nazwał "życiem w cichej desperacji". Są już  

martwi, bo chociaż mają dwadzieścia pięć, trzydzieści,  

czterdzieści czy nawet pięćdziesiąt lat, porzucili marzenia...  

Martwi, choć na ich pogrzebie zbieramy się dopiero, gdy mają  

siedemdziesiąt parę lat.  

 

Na szczęście tamten żałosny, przegrany człowiek drżący na deszczu  

na jednej z ulic Cleveland, nie kupił pistoletu. Nie przerwał  

swego życia strzałem w skroń w ów straszny poranek, przed wielu  

laty.  

 

Gdyby to uczynił, nie mógłbym teraz dzielić tych wspaniałych chwil  

z tobą... nie mógłbym pomóc ci zamienić twe marzenia w  

rzeczywistość.  

 

 

 

 

 

Rozdział piąty  

 

 

 

Złamane serce, tragedia, kłopoty finansowe, zawód miłosny,  

wypowiedzenie z pracy, rozwód, nie przyznany awans, porażka, brak  

wykształcenia, poczucie niższości, narkotyki - oto tylko niektóre  

background image

włócznie bezstronnego losu, które mogą cię ranić przez dzień,  

tydzień, miesiąc, rok.  

 

Możesz jednak uporać się z każdym niepowodzeniem i odmienić na  

lepsze swoją sytuację życiową, jeśli tylko zdołasz przekonać  

samego siebie, że życie nigdy się nie składało i nie będzie się  

składać z kolejnych trzystu sześćdziesięciu pięciu dni słonecznej  

pogody, słodkich lodów, śmiechu i muzyki. Jak powiedział Kennedy:  

"Życie nie jest sielanką. Nigdy nią nie było i nie będzie". Nawet  

ludzie, którym udało się odnieść najwspanialsze sukcesy, ci  

najbardziej znani i szanowani na świecie, musieli się przedzierać  

przez gąszcz klęski i beznadziei.  

 

Dlaczego nie kupiłem tego pistoletu i nie skończyłem ze sobą?  

Pewnie z powodu tchórzostwa. Nawet żałosny akt samobójstwa wymaga  

odrobiny odwagi, a ja upadłem tak nisko i znajdowałem się w tak  

straszliwym stanie psychicznym, że nie zdołałem nawet zebrać sił,  

aby położyć kres mojej niedoli.  

 

Wydaje mi się zupełnie oczywiste - a po tych wszystkich latach  

pracy pisarskiej i wygłaszania odczytów nie spodziewam się niczego  

innego - że ilekroć odbywam konferencję prasową lub udzielam  

wywiadu w radiu czy telewizji, ciągle, rok po roku muszę  

odpowiadać na te same pytania:  

 

"Jak zdołał pan tak radykalnie odmienić swoje życie? Co pan  

uczynił, że w niecałe dziesięć lat wydobył się pan z dołów i  

stanął na czele czasopisma o zasięgu ogólnokrajowym? Gdzie taki  

przegrany człowiek jak pan, z zaledwie średnim wykształceniem,  

background image

zdobył mądrość i wiedzę, dzięki którym napisał tak wiele  

bestsellerów? I jakie są te pana tajemnice sukcesu (oni uparcie  

nazywają to tajemnicami), które mogłyby pomóc innym, zniechęconym  

i przegranym, odmienić życie?".  

 

Udaj się ze mną w podróż do przeszłości...  

 

Los obdarzył mnie dzielną matką, Irlandką o twarzy pokrytej  

piegami, i pracowitym ojcem, włoskim imigrantem, którego talent w  

zakresie ogrodnictwa wiele razy w czasie Wielkiego Kryzysu  

uchronił rodzinę od głodu. Matka, pomimo że żyliśmy na granicy  

ubóstwa, wiązała ze swym pierwszym dzieckiem wielkie marzenia i  

zanim jeszcze zacząłem chodzić do szkoły, zdołała mnie przekonać,  

że pewnego dnia zostanę pisarzem. "I to nie takim zwyczajnym  

pisarzem - powtarzała z naciskiem - wielkim pisarzem!".  

 

"Kupiłem" jej marzenie. Nie miałem nic przeciwko perspektywie  

kariery pisarskiej i aby zadowolić matkę, pisałem nowele i  

czytałem książki dla dorosłych już wtedy, gdy moi rówieśnicy  

zmagali się z czytankami o Dicku i Jane. Uparcie dążyliśmy ku  

urzeczywistnieniu naszego marzenia przez cały czas mojej nauki w  

szkole, a gdy byłem w ostatniej klasie w Natick High School w  

Massachusetts, z dumą pełniłem funkcję redaktora działu wiadomości  

w naszej szkolnej gazecie "The Sassamon".  

 

Po całych miesiącach przeglądania informatorów o college'ach,  

ostatecznie zdecydowaliśmy z matką, że wydział dziennikarstwa na  

uniwersytecie w Missouri będzie dla mnie najodpowiedniejszym  

miejscem, i dalej snuliśmy nasze plany. Na uroczystości rozdania  

background image

świadectw ukończenia szkoły, która odbyła się w jedynej sali  

kinowej w mieście, moi rodzice z dumą słuchali, gdy przedstawiono  

ich syna, który miał przeczytać napisany przez siebie Testament  

klasy.  

 

W dwa miesiące po czerwcowej uroczystości, w 1949 roku, gdy matka  

przygotowywała mi obiad w naszej małej kuchni, jej serce przestało  

bić. Umarła na moich oczach. To był koniec naszego marzenia.  

Zamiast do collegeu wstąpiłem do wojsk lotniczych. Zakwalifikowano  

mnie do bombowców i ostatecznie odbyłem trzydzieści lotów bojowych  

w 445 oddziale Jimmyego Stewarta.  

 

Wróciłem z wojny w 1945 roku i bardzo szybko spostrzegłem, że  

rynek pracy nie ma wiele do zaoferowania pilotom bombowców ze  

średnim wykształceniem. Nie przejąłem się tym zbytnio. Udało mi  

się zdobyć "srebrne skrzydła", nie mówiąc już o kilku innych  

odznaczeniach, zanim osiągnąłem wiek uprawniający mnie do udziału  

w wyborach, byłem więc przekonany, że sobie poradzę.  

 

Mimo że zabawy w miłym towarzystwie, którym się oddawałem w  

Londynie, w przerwach między lotami, "wypłukiwały" mnie z żołdu,  

miałem jeszcze ponad dziewięćset dolarów, kiedy po odejściu z  

lotnictwa udałem się do Nowego Jorku. Nie zastanawiając się długo,  

wynająłem mieszkanie bez ciepłej wody na obrzeżach Times Square.  

Potem kupiłem używaną przenośną maszynę do pisania Smith-Corona i  

trochę materiałów piśmiennych. Nie było za późno, aby zrealizować  

marzenie matki. Wierzyłem, że zostanę pisarzem... wielkim  

pisarzem.  

 

background image

Nie udało się. Gdy już urządziłem sobie pracownię w kuchni pełnej  

karaluchów i zacząłem pracę, przez kolejnych sześć miesięcy  

odwiedziłem przynajmniej pięćdziesiąt redakcji czasopism, których  

biura znajdowały się w takiej odległości, że mogłem dostać się tam  

pieszo. Nigdzie jednak nie wykazano szczególnego zainteresowania  

moimi dziełami. Zostawiałem tam artykuły, nowele, wiersze, a nawet  

błyskotliwe notki. Nigdy jednak nie zawitał u mnie listonosz z  

czekiem. W końcu, gdy z moich oszczędności nie pozostało nic, po  

raz kolejny zrezygnowałem z urzeczywistnienia naszego marzenia.  

Wróciłem do Bostonu i zgłosiłem się do klubu weteranów "52-20", w  

którym wspomagano zdemobilizowanych żołnierzy, wypłacając im  

dwadzieścia dolarów tygodniowo przez okres pięćdziesięciu dwóch  

tygodni. Wreszcie, po wielu niemiłych i frustrujących rozmowach  

kwalifikacyjnych, przyjęto mnie na kurs dla agentów  

ubezpieczeniowych w pewnej wielkiej firmie, działającej na terenie  

całego kraju. "Szkolono" mnie przez cztery dni, a potem zostałem  

wysłany do nadmorskiego miasteczka Winthrop. Miałem tam pracować  

jako agent, wykonując mało dziś popularne zajęcie, polegające na  

chodzeniu po domach i inkasowaniu składek ubezpieczeniowych.  

 

Wkrótce potem się ożeniłem. Kupiliśmy stary dwurodzinny dom,  

korzystając z udogodnień przysługujących żołnierzom. Tak zaczął  

się trwający dziesięć lat najstraszliwszy okres mojego życia...  

dla mnie i dla tych, których nieszczęściem było żyć przy moim  

boku.  

 

Kierat, w którym się niebawem znalazłem, był istną torturą. Mimo  

wielu godzin pracy, z wielkim trudem udawało mi się regulować  

bieżące rachunki, a spłacanie rat za dom stanowiło dla mnie nie  

background image

lada wyzwanie. Gotów byłem pójść wszędzie i o każdej porze, aby  

sprzedać polisę, a mimo to zawsze miałem więcej rachunków niż  

pieniędzy, którymi mógłbym je pokryć. Wtedy Bóg obdarzył nas  

śliczną córeczką. Dokładałem jeszcze większych starań, aby  

polepszyć naszą sytuację. Na próżno. Mimo że moja żona wróciła w  

końcu do pracy, coraz bardziej pogrążaliśmy się w długach.  

 

Pewnego wieczoru, gdy nie udało mi się sfinalizować jakiejś  

transakcji, w drodze do domu wstąpiłem na drinka. Bóg mi  

świadkiem, że zasłużyłem na tego drinka... Czyż nie? Miałem za  

sobą długi, ciężki dzień. Byłem pewien, że dokonałem sprzedaży,  

która przyniesie mi ponad sześćdziesiąt dolarów początkowej  

prowizji, dolarów tak bardzo mi potrzebnych. Wkrótce, wracając do  

domu wieczorem, zamiast jednego drinka wypijałem dwa... Potem  

cztery... Potem sześć... I tak przez swoje bezmyślne postępowanie  

trwające wiele miesięcy, zdołałem zniszczyć miłość dwóch osób,  

które znaczyły dla mnie najwięcej na świecie. Z życia mojej żony i  

córki uczyniłem piekło na ziemi. To żadna przyjemność mieć do  

czynienia z pijakiem.  

 

Przyszło mi w końcu zapłacić za karygodne postępowanie. Pewnej  

niedzieli, gdy wróciłem z zebrania, które agencja ubezpieczeniowa  

zorganizowała w Bretton Woods, w stanie New Hampshire, w kuchni na  

stole znalazłem kartkę. Żona i córka uciekły. Nie mogły dłużej  

cierpieć z powodu żałosnej imitacji męża i ojca. Po dwóch latach  

otrzymałem zawiadomienie, że żona uzyskała rozwód i że przyznano  

jej opiekę nad córką.  

 

Można się było spodziewać, co nastąpi po ich odejściu. Zmusiwszy  

background image

do ucieczki jedyne osoby na świecie, które mnie kochały, coraz  

bardziej pogrążałem się w pijaństwie i użalaniu się nad sobą, aż  

wreszcie nie potrafiłem już utrzymać pracy. Wtedy, gdy nie mając  

żadnego dochodu, straciłem także dom, wrzuciłem resztę odzieży,  

która mi jeszcze pozostała, na tylne siedzenie mojego starego  

czerwonego falcona i ruszyłem w drogę. Jakże straszna była chwila,  

gdy ostatecznie opuszczałem znajomą okolicę.  

 

Przez kolejne siedem miesięcy folgowałem sobie w piciu, gdy  

przemierzałem kraj, podejmując każdą pracę, aby tylko utrzymać się  

przy życiu i móc kupować tanie wino. Prowadziłem samochód-cysternę  

z ropą w Teksasie, pracowałem na budowie w Oklahomie, byłem  

"pin-boyem" w kręglarni w Long Beach oraz pomocnikiem kelnera w  

restauracji Howarda Johnsona w Columbus. Trzydziestopięcioletni  

pomocnik kelnera!  

 

Potem było Cleveland... Kilka nocy w spelunkach. Aż wreszcie,  

tamtego chłodnego, deszczowego ranka przyzywający pistolet na  

wystawie lombardu. Nie wiem, co się wtedy wydarzyło. Nie słyszałem  

żadnych głosów ani grających harf. Nie widziałem też błyskających  

świateł, które zwiastowały moje ocalenie. Pamiętam tylko tyle, że  

odwróciłem się od wystawy i w deszczu ruszyłem ulicą. Potem  

chwiejnym krokiem wszedłem do przytulnego, zdającego się zapraszać  

pomieszczenia. Było tam ciepło i sucho... Biblioteka publiczna.  

 

Książki, za sprawą wpływu mojej matki, zawsze były moimi  

najlepszymi przyjaciółmi. Ponownie zacząłem więc spędzać wiele  

czasu w tej cichej i spokojnej przystani, szukając odpowiedzi na  

kilka pytań. Gdzie popełniłem błąd? Co mogę uczynić ze swym  

background image

życiem? Czy jest już za późno dla trzydziestopięcioletniego  

bankruta życiowego? Wiedziałem, że istnieje lepsze życie, ale  

gdzie są drogowskazy określające, jak dotrzeć do tego raju?  

 

Przez kolejne miesiące, gdy moim gratem posuwałem się na wschód,  

wszystkie chwile wolne od dorywczej pracy starałem się spędzać w  

lokalnych bibliotekach, szukając, czytając, myśląc. Arystoteles,  

Carlyle, Peale, Emerson, Franklin, Platon, Carnegie i cała rzesza  

innych mądrych ludzi - byli to moi towarzysze i mentorzy. Z wolna  

pozbywałem się nałogu, ograniczając się tylko do wypijania od  

czasu do czasu piwa. Sprawiłem sobie trochę nowej odzieży. Moja  

wiara w siebie znów zaczęła wzrastać, mimo że wciąż nie miałem  

stałej posady. I właśnie wtedy, w mieście Concord, w największej  

bibliotece publicznej w stanie New Hampshire, znalazłem książkę,  

która odmieniła moje życie na zawsze!  

 

Książka Sukces? Trzeba tylko chcieć! W. Clementa Stonea i  

Napoleona Hilla całkowicie się różniła od wychodzących wtedy  

książek motywacyjnych, w których obiecywano zazwyczaj w krzykliwy  

sposób cudowne życiowe przemiany w ciągu zaledwie trzydziestu dni,  

po jednorazowym przeczytaniu książki. Przesłanie dzieła Stonea i  

Hilla było dobitne i zrozumiałe: Możesz dokonać wszystkiego, czego  

zapragniesz, jeśli nie jest to sprzeczne z prawami boskimi i  

ludzkimi, pod warunkiem, że będziesz gotów zapłacić za to pewną  

cenę. Za spełnienie marzeń należy zapłacić. Właśnie takim  

spojrzeniem książka Stonea i Hilla wyróżniała się na tle innych.  

Nie było w niej mowy o "bezpłatnych obiadach". Dosłownie pożerałem  

tę książkę, czytałem ją niezliczoną liczbę razy, aż wszystkie  

"zdania-drogowskazy" podsumowujące każdy rozdział znałem  

background image

praktycznie na pamięć.  

 

Potem - kolejny dar od Boga. Gdy zgłębiałem treść wspaniałej  

książki Stonea i Hilla, poznałem niezwykłą kobietę. Zakochałem się  

w niej, a ona tak bardzo zainspirowała mnie do działania, że w  

końcu zdobyłem się na odwagę, aby pojechać do Bostonu i złożyć  

podanie o zatrudnienie mnie w charakterze sprzedawcy polis  

ubezpieczeniowych w firmie W. Clementa Stonea, o nazwie  

Hearthstone Insurance, w Nowej Anglii. Ku mojemu wielkiemu  

zdziwieniu, zostałem przyjęty. Zgodzili się dać szansę  

trzydziestopięcioletniemu bankrutowi życiowemu. Wkrótce potem  

poślubiłem Bette. Wciąż jesteśmy razem i... wciąż się kochamy.  

 

Tym razem, solidnie przeszkolony i odpowiednio umotywowany do  

pracy, zacząłem odnosić sukcesy jako sprzedawca w firmie  

Hearthstone Insurance. Wkrótce zarabiałem więcej niż kiedykolwiek  

w życiu. W ciągu roku otrzymałem awans na stanowisko kierownika  

sprzedaży na terenie Northern Maine, gdzie zebrałem grupę  

wygłodniałych i ambitnych młodych ludzi, którzy często  

przychodzili wprost z gospodarstw zajmujących się uprawą  

ziemniaków. Wkrótce nasze wyniki sprzedaży przyciągnęły uwagę  

centrali. Po długim okresie wegetowania na dnie doznawałem  

cudownego uczucia, rozkoszowałem się chwałą i uznaniem, chociaż  

ciągle... ciągle na nowo powracało marzenie, aby zostać  

pisarzem... wielkim pisarzem.  

 

Poszedłem wreszcie za głosem instynktu, wziąłem tydzień wolnego,  

wypożyczyłem maszynę do pisania i napisałem podręcznik  

instruujący, jak można lepiej sprzedawać ubezpieczenia ludności  

background image

wiejskiej, opierając się na zasadach sukcesu W. Clementa Stonea.  

Przerabiałem tekst wiele razy, po czym jak najstaranniej  

przepisałem go na maszynie. Włożyłem maszynopis do brązowego  

skoroszytu i wysłałem do głównego biura pana Stonea w Chicago.  

Modliłem się, aby ktoś to naprawdę przeczytał i zdał sobie sprawę,  

jak wielki talent marnuje firma w Northern Maine. Ktoś tak właśnie  

postąpił... i po kilku miesiącach wraz z Bette i naszym pierwszym  

synkiem, Daną, przenieśliśmy się do Chicago, gdzie otrzymałem  

posadę w dziale promocji sprzedaży. Miałem pisać teksty do  

motywujących programów i biuletynów. Wreszcie pisałem!  

 

W 1954 roku, przy współpracy Napoleona Hilla, W. Clement Stone  

założył czasopismo "Absolutny Sukces". Choć periodyk ten  

prenumerowało kilka tysięcy osób spoza naszej firmy, przez  

pierwszych dziesięć lat istnienia był on wykorzystywany głównie  

jako organ wewnętrzny korporacji ubezpieczeniowej Stonea. Co  

miesiąc zamieszczano w nim mnóstwo artykułów motywacyjnych,  

tekstów dotyczących sprzedaży, często znajdował się tam również  

artykuł wstępny Stonea. Gdy mijał drugi rok mojej pracy w dziale  

promocji sprzedaży, dowiedziałem się, że redaktor naczelny  

"Absolutnego Sukcesu" ma odejść na emeryturę. Złożyłem podanie o  

przyjęcie mnie na to stanowisko, mimo że nie potrafiłem odróżnić  

odbitki szczotkowej od rolki papieru toaletowego. Jednak brak  

wiedzy i doświadczenia nadrabiałem entuzjazmem i świeżo nabytą  

postawą, opierającą się na myśleniu pozytywnym. W czasie rozmowy  

kwalifikacyjnej zdołałem przekonać pana Stonea, aby mi powierzył  

tę posadę. Og Mandino redaktorem naczelnym. Bomba!  

 

Szybko spostrzegłem, że ugryzłem kęs, który z trudem mogę  

background image

przełknąć. Cały personel czasopisma stanowiła zatrudniona w  

niepełnym wymiarze godzin sekretarka i jedna osoba zajmująca się  

sprawami graficzno-technicznymi. Tak więc znów długie godziny  

poświęcałem pracy, co miesiąc składając kolejny numer naszego  

pisma. Trud się opłacił. Po dziesięciu latach pracy personel pisma  

składał się z pięćdziesięciu osób, a liczba rozprowadzanych  

egzemplarzy zwiększyła się z dwóch tysięcy do stu pięćdziesięciu  

pięciu tysięcy. Procentowo ten wzrost przedstawiał się całkiem  

nieźle.  

 

Któregoś miesiąca, w trakcie pierwszego roku ciężkiej pracy,  

potrzebowałem pilnie artykułu, który miał wypełnić wolną szpaltę w  

składanym wtedy przez nas numerze. W naszym archiwum nie znalazłem  

niczego, co mogłoby mnie zadowolić. Teraz, z perspektywy lat,  

uważam to za kolejny przykład (jakże wiele było ich w moim życiu)  

ingerencji Boga, który często rzucał mi wyzwanie, jakby wykonywał  

ruch na szachownicy, a potem wracał na swe miejsce, aby uważnie  

śledzić, jak sprostam zadaniu. Wcześniej, przygotowując każdego  

miesiąca kolejny numer pisma, byłem zbyt zajęty, aby spróbować  

napisać coś samemu. Gdy jednak zdałem sobie sprawę, że potrzebny  

mi jakiś artykuł i że muszę go mieć najpóźniej nazajutrz, bo w  

przeciwnym razie spóźnimy się z drukiem, poszedłem do domu i  

pisałem przez całą noc. Za temat artykułu obrałem postać wybitnego  

gracza w golfa, Bena Hogana. Człowiek ten uległ niezwykle  

ciężkiemu wypadkowi samochodowemu, po którym dowiedział się, że  

już nigdy nie będzie chodził. Hogan jednakże nie tylko znów zaczął  

chodzić, ale również po raz kolejny wygrał National Open!  

Niezwykły człowiek. Zamieściłem mój artykuł w piśmie i ponownie  

zrządzenie losu... zbieg okoliczności... Bóg... coś włączyło się  

background image

do gry.  

 

Pewnego nowojorskiego wydawcę rozbolał ząb. Konieczna była wizyta  

u dentysty. Siedząc w poczekalni, człowiek ten sięgnął po leżący  

na stoliku egzemplarz "Absolutnego Sukcesu", w którym zamieszczony  

był mój artykuł o Hoganie. Przeczytał go i tego samego popołudnia,  

gdy powrócił do swego biura przy Avenue South, napisał do mnie  

list. Stwierdził w nim, że dostrzega we mnie wielki talent i że  

czeka na wiadomość, gdybym zdecydował się napisać książkę.  

 

W osiemnaście miesięcy później, nakładem wydawnictwa Frederick  

Fell Publishing ukazała się moja pierwsza książka, Największy  

kupiec świata. W ciągu dwudziestu jeden lat, które minęły od  

tamtej pory, stała się ona bestsellerem wśród publikacji  

dotyczących sprzedaży. Wydrukowano ją w dziesięciu milionach  

egzemplarzy i przetłumaczono na osiemnaście języków.  

 

W ciągu czterech lat od pierwszego wydania liczba sprzedanych  

egzemplarzy Największego kupca świata w twardej oprawie wyniosła  

trzysta pięćdziesiąt tysięcy. Wtedy właśnie wydawnictwo Bantam  

Books zaczęło rozważać możliwość zakupu praw autorskich do wydania  

książki w miękkiej okładce. Suma, którą firma Frederick Fell  

Publishing zażyczyła sobie za odstąpienie praw autorskich,  

przewyższała w owym czasie, a był to rok 1973, moje wyobrażenia -  

wynosiła trzysta pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Jednakże dyrekcja  

Bantam zdecydowała, że przed przyjęciem oferty pragnie poznać  

autora książki, aby upewnić się, czy on także może być przedmiotem  

akcji promocyjnej. Tak więc, z sercem podchodzącym do gardła  

wsiadłem na pokład samolotu do Nowego Jorku. Mieliśmy wtedy z  

background image

Bette już drugiego syna, Matthew. Przyszłość naszej rodziny, teraz  

już większej, mogła zależeć od tego spotkania. Myślałem o tym, gdy  

pełen niepokoju jechałem windą biurowca przy Fifth Avenue, gdzie  

mieściła się olbrzymia siedziba zarządu Bantam Books. Gdy już  

wprowadzono mnie do pokoju ze ścianami obitymi boazerią,  

wypełnionego ludźmi, poczułem drżenie kolan. Mój głos się łamał.  

Łatwiej mi było kiedyś odbywać loty bojowe.  

 

Przez ponad godzinę odpowiadałem na pytania członka zarządu.  

Starałem się, jak mogłem. Poruszano wszystkie możliwe tematy:  

począwszy od mojego wykształcenia, czy raczej braku takowego,  

skończywszy na mych ewentualnych planach dotyczących kolejnych  

książek. Trzymałem się dzielnie, aż wreszcie Oscar Dystel,  

ówczesny prezes wydawnictwa Bantam Book, a dzisiaj mój przyjaciel,  

podniósł się z honorowego miejsca przy końcu dużego stołu,  

podszedł do mnie, uśmiechnął się szeroko i wyciągnąwszy rękę,  

rzekł:  

 

- Gratuluję, Og. Właśnie kupiliśmy twoją książkę.  

 

Nie przeprowadzono żadnego głosowania, nie kazano unosić rąk do  

góry, nie poddano sprawy pod dyskusję. To było wszystko.  

 

Nie mogłem się doczekać końca długich formalności i uścisków  

dłoni, aby wreszcie wrócić do mojego pokoju w nowojorskim  

"Hiltonie" i zadzwonić do Bette z dobrą wiadomością. Gdy drzwi  

windy otworzyły się na parterze, wybiegłem z budynku i pognałem  

zatłoczoną Fifth Avenue. Pokonałem zaledwie pięćdziesiąt jardów,  

gdy niebo się rozwarło i posłało na ziemię straszliwą burzę z  

background image

piorunami. Przeraźliwe grzmoty odbijały się echem o bruk sławnej  

alei. Nie miałem na sobie płaszcza, który mógłby mnie ochronić  

przed ulewą, ale nagle zobaczyłem schody wiodące ku drzwiom,  

zdającym się zapraszać do środka, i wbiegłem szybko na górę...  

Znalazłem się we wnętrzu cudownego kościoła. Poza mną nie było tu  

nikogo. Słyszałem tylko dudnienie kropel deszczu na dachu,  

rozlegający się co pewien czas grzmot, dobiegające z ulicy  

klaksony samochodów oraz muzykę organową. Ktoś grał, a może było  

to nagranie... Spod podłogi, z dolnego poziomu kościoła dochodziły  

dźwięki utworu Przedziwna łaska.  

 

Cała ta historia wydarzyła się wczoraj. Jestem tego pewien.  

Przecież wciąż mam przed oczami - wszystkie szczegóły, pamiętam  

dobrze każdy cudowny moment tego zdarzenia. Pamiętam, jak  

poszedłem wolno w stronę ołtarza, potem ukląkłem i rozpłakałem  

się. Następnie złożyłem dłonie, podniosłem twarz i zawołałem:  

 

- Mamo, gdziekolwiek jesteś, chcę, żebyś wiedziała, że... udało  

nam się wreszcie!  

 

 

 

 

 

Rozdział szósty  

 

 

 

Teraz wiesz o mnie więcej niż ja o tobie.  

background image

 

A może jednak wiem o tobie znacznie więcej, niż ci się wydaje.  

 

My, ludzie schyłku dwudziestego wieku, płacimy gorzką cenę za tak  

zwany nowoczesny styl życia. Stajemy się coraz bardziej do siebie  

podobni. Wpatrujemy się w te same programy telewizyjne, czytamy te  

same czasopisma, nosimy tę samą odzież i kupujemy te same  

mrożonki. Żyjemy i umieramy w czasie ustalonym przez wskazówki  

zegara, odcinamy się od siebie zamknięci w podobnych samochodach,  

rezygnujemy z pójścia na mecz dla jeszcze jednego wieczoru  

spędzonego w biurze, nigdy nie mamy dość czasu dla naszych  

współmałżonków i dzieci, patrzymy z rezygnacją, jak nasze oceany i  

jeziora stają się coraz bardziej zanieczyszczone, i staramy się  

wmówić sobie, że bomba wodorowa może spaść wszędzie, z wyjątkiem  

okolicy, w której mieszkamy.  

 

W miarę upływu lat dostosowujemy nasz krok do rytmu, który  

wystukuje ten sam dobosz. Gnamy do przodu lub cofamy się w tym  

samym tempie co inni, uśmiechamy się jak na komendę - istoty  

powstałe w procesie produkcji masowej, zupełnie pozbawione  

tożsamości, niczym miliony krakersów, które każdego dnia wypieka  

się w piecach Nabisco.  

 

Jaki wpływ ma na nas ta masowa uniformizacja teraz, gdy wkraczamy  

w erę robotów? Robotów, które nie są urządzeniami mechanicznymi  

lecz... ludźmi?:  

 

Odpowiedź dają nam dane statystyczne: Każdego roku ponad trzysta  

tysięcy mieszkańców tego pięknego kraju targa się na swe życie! A  

background image

oto jeszcze coś: Ponad pięć milionów recept na valium wypisywanych  

w tym kraju co miesiąc i ponad cztery tysiące nowych przypadków  

zachorowań na choroby psychiczne co dwadzieścia cztery godziny!  

 

Pogrążeni w beznadziei, ogarnięci histerią, w gorączkowym  

poszukiwaniu drogi ucieczki, staczamy się coraz niżej. Liczba osób  

uzależnionych od heroiny, kokainy oraz wszelkich środków  

pobudzających wzrasta zbyt szybko, by móc ją wiarygodnie określić.  

Tak czy owak, zjawisko to przybiera charakter epidemii.  

Jednocześnie spożywamy więcej alkoholu, w przeliczeniu na głowę  

mieszkańca, niż kiedykolwiek w historii.  

 

Na pewno musi istnieć jakiś sposób na lepsze życie.  

 

Na początek lat siedemdziesiątych śmiało rozpocząłem dodatkową  

działalność, polegającą na prowadzeniu wykładów motywacyjnych.  

Zadecydował o tym sukces trzech moich pierwszych książek. Wkrótce  

potem, pewnego wieczoru, otrzymałem lekcję, która miała olbrzymi  

wpływ na moją dalszą pracę jako pisarza i mówcy.  

 

Gdy ucichły gromkie owacje, zgotowane mi przez wspaniałą grupę jak  

zawsze entuzjastycznych przedstawicieli firmy "Amway", zszedłem ze  

sceny, aby w holu teatru podpisywać książki. Kiedy już zrobiło się  

późno, a liczba osób czekających w kolejce zmalała, do stolika,  

przy którym siedziałem, podeszła niepewnym krokiem młoda kobieta i  

ostrożnie położyła przede mną jedną z moich książek.  

 

Gdy składałem na niej autograf, kobieta pochyliła się w moją  

stronę i powiedziała cichym głosem, jakby nie chciała, by  

background image

ktokolwiek usłyszał:  

 

- Panie Mandino, doprawdy z dużym zainteresowaniem słuchałam  

pańskiego wykładu, ale... ale...  

 

- Ale co? - spytałem, zmuszając się do uśmiechu.  

 

- Hm - odparła, opuszczając głowę - wiele pan mówił o sukcesie,  

bardzo trafnie ujął pan kilka zagadnień, ale ogólnie przedstawił  

pan to wszystko chyba zbyt prosto. Może dlatego, że pan sam nigdy  

nie musiał znosić bólu klęski i smutku. Nie może pan więc  

rozumieć, co znaczy walczyć, gdy jest się na dnie.  

 

Mimo że byłem bardzo zmęczony, tamtej nocy nie zmrużyłem oka. Nie  

rozebrałem się nawet do snu. Chodziłem po pokoju hotelowym, ganiąc  

samego siebie za głupotę. Moi słuchacze, a także czytelnicy moich  

książek nie mieli zielonego pojęcia, kim jestem i skąd pochodzę,  

ponieważ wstydziłem się odsłonić prawdę o mej przeszłości w  

materiałach promocyjnych czy też w notkach na okładkach książek.  

Jedynie nieliczne grono przyjaciół wiedziało, że wyczołgałem się z  

rynsztoka i odkryłem sposób na lepsze życie dopiero po  

przerażających latach bólu i łez. Po raz kolejny Bóg wykonał ruch  

na szachownicy mojego życia. Ta życzliwa kobieta z "Amwaya"  

przekazała mi swym delikatnym głosem ważną wiadomość. Zrozumiałem,  

o co chodzi!  

 

W ciągu tygodnia przygotowałem nowy odczyt i kiedy wyjechałem na  

trasę promocyjną Największego kupca świata w miękkiej oprawie,  

wydanego przez Bantam Books, wszędzie w telewizji, radiu i na  

background image

konferencjach prasowych, mówiłem bez ogródek o mojej niechlubnej  

przeszłości. Chciałem, by moje życie posłużyło za przykład.  

Pragnąłem, by słuchacze, czytelnicy czy widzowie zastanowili się  

nad historią Oga p Mandino i pomyśleli sobie: "Jeśli on zdołał  

odmienić swoje życie, mając do dyspozycji tak marne środki, to  

przecież, na Boga, i ja potrafię to uczynić.  

 

Od tamtej pory wygłosiłem kilkaset odczytów. Ilekroć staję na  

scenie, zawsze bez wahania opowiadam historię żałosnego bankruta  

życiowego, który stoi w deszczu, rozmyślając o samobójstwie. Gdy  

potem wyznaję słuchaczom, jak wyznałem tobie, że ten nieszczęśnik  

to Og Mandino sprzed wielu lat, przez salę przebiega zazwyczaj  

głośny pomruk zdziwienia. Nikomu nie przyszłoby to nawet do głowy.  

Mówię potem, że opierając się na dotychczasowym doświadczeniu ze  

słuchaczami moich wykładów, bez względu na to, czy są oni  

dyrektorami, handlowcami, właścicielami małych firm,  

nauczycielami, sportowcami, rodzicami czy uczniami, wiem, wiem na  

pewno, iż wśród zebranych na sali ludzi jest ktoś, kto czuje, jak  

na szyi zaciska mu się pętla. I choć na jego twarzy widnieje  

uśmiech, w duszy gęstnieje mrok śmierci. Ja przemawiam, a ten  

ktoś, być może, wciąż myśli o odebraniu sobie życia. Tak jak ja  

przed laty.  

 

Potem przerywam wykład, aby przyjrzeć się twarzom słuchaczy, i  

mówię:  

 

- Panie X..., pani X..., gdziekolwiek jesteś, wysłuchaj kilku  

uwag, które mogą ocalić twoje życie. Przekonamy się, co nastąpi  

dalej.  

background image

 

Stopniowo, z biegiem lat, zacząłem spotykać się z dziwnym  

zjawiskiem. Ilekroć w trakcie wykładu zwracałem się do anonimowego  

pana lub pani X, gdy potem podpisywałem książki, przynajmniej  

jedna osoba pochylała się ku mnie nieśmiało i mówiła cichym  

głosem:  

 

- To ja jestem tym panem X... to ja jestem tą panią X...  

 

Po pewnym czasie wykształcił się we mnie pewien nawyk. Kiedy  

słyszałem takie słowa, natychmiast wstawałem z miejsca i ściskałem  

serdecznie tę osobę, mężczyznę czy kobietę, mówiąc przy tym:  

 

- Nowy początek!  

 

Ten ktoś uśmiechał się, kiwał głową i odpowiadał:  

 

- Nowy początek! Dziękuję!  

 

Przez ostatnie cztery lata zgłosiło się do mnie wielu takich ludzi  

i ciągle przychodzą nowi. Zarówno oni, jak i my wszyscy  

przyjmujemy styl życia, którego nie potrafimy znieść, na który nie  

możemy sobie pozwolić i z którym nie umiemy sobie poradzić.  

Zapomnieliśmy o jednej z najważniejszych prawd życia: kiedy dano  

nam władzę nad światem, dano nam również władzę nad samymi sobą.  

To my sami kreślimy nasze mapy. Nie możemy zatrudniać Boga w  

charakterze naszego nawigatora. Jego zamierzeniem nigdy nie było  

ustalanie naszego kursu i tym samym sprowadzanie nas do roli  

niewolników. Zostaliśmy natomiast obdarzeni przez Niego rozumem,  

background image

zdolnościami oraz pewną wizją, aby samodzielnie ustalić swój kurs  

i wedle własnego uznania pisać swoją Księgę Życia.  

 

Czy to możliwe, byś i ty, który siedzisz teraz naprzeciwko mnie,  

mój jedyny słuchacz, był panem X lub w panią X? Czy i ty szukasz  

czegoś, co pozwoli ci ocalić życie? Spokojnie... Jesteś zbyt wiele  

wart, byś mógł ponieść porażkę. Gdy byłem pilotem wojskowym, w  

czasie wojny, rankiem, przed każdym lotem bojowym, informowano nas  

dokładnie o wszystkich trudnościach, które możemy napotkać, oraz o  

sposobach ich przezwyciężenia. Za chwilę uczynimy to samo, ty i  

ja. Zanim się rozejdziemy, powiem ci o wszystkim, co powinieneś  

wiedzieć, aby twoja misja zakończyła się sukcesem i abyś znalazł  

sposób na lepsze życie.  

 

Tajemnica tkwi w umiejętności dokonania właściwego wyboru. Każdy z  

nas ma w życiu różne możliwości wyboru. Nie musisz spędzać  

kolejnego dnia pogrążony w mroku klęski, smutku, ubóstwa,  

zawstydzenia czy rozczulania się nad sobą. Gdziekolwiek rzucić  

okiem, wszędzie tak wiele jest ludzi przegranych i  

nieszczęśliwych. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta, jeśli nie  

oczywista. Ci, dla których życie jest pasmem klęsk, nigdy nie  

dokonali wyboru lepszego życia, ponieważ nigdy nie byli świadomi,  

że mają jakikolwiek wybór!  

 

Pamiętaj jednak, że możesz wybierać. Razem zbadamy teraz wiele  

wspaniałych, dostępnych ci możliwości, które mogą odmienić twoje  

życie. Dokonaj właściwego wyboru i zacznij działać natychmiast,  

niezależnie od tego, jaka jest twoja obecna sytuacja. Możesz  

rozpocząć lepsze życie.  

background image

 

Albert Camus, wielki francuski powieściopisarz i dramaturg,  

powiedział kiedyś, że każdy człowiek wznosi na fundamencie swych  

cierpień i radości budowlę, która będzie trwać do końca.  

Najwspanialsza nauka, jaką zdobyłem przez ponad sześćdziesiąt lat  

cierpień i radości, to przeświadczenie, że życie jest grą.  

Uduchowioną, tajemniczą, niezwykle cenną, ale tylko grą. I nie  

masz żadnej szansy na zwycięstwo, jeśli grasz w tę grę, nie znając  

jej reguł!  

 

Tu pojawia się mały problem: przecież nikt nie uczył nas tych  

reguł, gdy dorastaliśmy. Nigdy, czy to w szkole podstawowej,  

średniej, czy też wyższej, nie udzielono nam instrukcji  

dotyczących prostych, a zarazem niezwykle skutecznych technik,  

które należy poznać, aby móc wytyczać i osiągać cele, aby radzić  

sobie z przeciwnościami losu, pozbywać się złych nawyków, zawierać  

przyjaźnie, gromadzić bogactwo, motywować siebie oraz innych,  

wzmagać entuzjazm, radzić sobie ze stresem - by wymienić tylko  

niektóre wyzwania, jakie stawia nam życie. Tymczasem większość nas  

jest, niestety, tylko widzami, którzy przez całe swoje życie z  

twardych krzeseł śledzą przebieg najwspanialszej z gier.  

Zazdrościmy tym, którzy odnoszą sukcesy - a my musimy płacić bilet  

wstępu!  

 

No, dobrze. Dokonajmy pewnego remanentu. Czy w czasie lat  

spędzonych w szkole zdobyłeś może jakąś umiejętność, która mogłaby  

okazać się pomocna w procesie zmiany twego życia na lepsze, gdybyś  

zaczął ją stosować od dzisiaj?  

 

background image

Założę się, że odpowiesz twierdząco. Nauczyłeś się sztuki  

czytania! Ta jedna umiejętność wystarczy, byś mógł dokonywać w  

swoim życiu cudów.  

 

Czy pamiętasz, jak twoi nauczyciele ze szkoły podstawowej  

wypisywali w górnym rogu tablicy instrukcje dotyczące przerw  

międzylekcyjnych, pory obiadowej, porządku w szatni, przepisów  

przeciwpożarowych oraz wiele innych wskazówek mających ci pomóc  

przebrnąć przez godziny spędzane w szkole? Wyobraźmy więc sobie,  

nie zważając na twój wiek, że jesteś moim uczniem. Przekażę ci  

zestaw bardzo ważnych zasad, których celem nie będzie wyjaśnienie  

ci, jak przetrwać cały dzień, choć i to byłoby pożyteczne, lecz  

wskazanie, jak masz przeżyć resztę swego życia. Jak podaje słownik  

Websters New Collegiate Dictionary, "zasada" to: "zalecenie  

dotyczące zachowania się lub działania". Doskonale. Brzmi to  

znacznie lepiej niż "surowe prawo lub "przykazanie", zwłaszcza że  

zasady lepszego życia to tylko sugestie oraz idee, a nie  

bezwzględne nakazy czy też restrykcje decydujące o życiu lub  

śmierci.  

 

Pytasz, w jaki sposób możesz odnieść najwięcej korzyści ze  

wszystkich siedemnastu "zasad życia". To proste. Pamiętaj, że w  

każdym z nas tkwi cały zespół złych nawyków, które zmniejszają  

nasze szanse na sukces. Wszystkie zasady, które poznasz, pomogą ci  

zastąpić zły nawyk dobrym nawykiem.  

 

Oto twój klucz do lepszego życia. Koncentruj się tylko na jednej  

zasadzie każdego dnia. Żadna z nich nie jest nazbyt obszerna.  

Zresztą objętość nie stanowi przecież o wartości czy prawdziwości  

background image

tekstu. Rano przeczytaj rozdział dotyczący danej zasady, przez  

cały dzień realizuj zawarte w nim wskazówki, zaznacz tę stronę, po  

czym następnego ranka przejdź do kolejnej zasady.  

 

Gdy przerobisz w ten sposób wszystkie siedemnaście zasad, być może  

zdecydujesz się na rozpoczęcie całego cyklu od nowa. Wspaniale!  

Gdy z każdym dniem będziesz czynił postępy, wkrótce odkryjesz, że  

przedstawione tu zasady nie działają niezależnie od siebie.  

Przeciwnie, wiele z nich wiąże się z innymi pod względem celu, do  

którego mają przybliżać, czy też formy działania. Jeśli więc  

skupisz uwagę na jednej zasadzie, twój rozwój będzie przebiegał na  

kilku płaszczyznach równocześnie, co sprawi, że plan zmiany twego  

życia na lepsze zrealizujesz z mniejszym wysiłkiem, niż się tego  

spodziewałeś.  

 

Niechaj to, co teraz nastąpi, będzie twoją osobistą Księgą Życia.  

Plan jest prosty. Wszystko jednak zależy od ciebie. Wytrwaj, daj  

życiu szansę, a wkrótce stwierdzisz, że wiele złych nawyków, które  

powstrzymywały twój rozwój, jest stopniowo zastępowanych przez  

nawyki dobre, mogące odmienić twe życie. Pytasz co masz uczynić  

potem? Tym, czego się nauczyłeś, podziel się z innymi, tak jak ja  

podzieliłem się z tobą.  

 

Dopiero wtedy zrozumiesz, co naprawdę znaczy sukces i sposób na  

lepsze życie.  

 

 

 

 

background image

 

Część druga 

 

 

 

Zasady życia  

 

 

 

Są gdzieś, być może, zapisane słowa, które ściśle odnoszą się do  

sytuacji, w której się teraz znajdujemy. Jeśli zdołamy je  

rozpoznać i zrozumieć, okażą się bardziej zbawienne dla naszego  

życia niż blask jutrzenki czy powiew wiosny, nadadzą nowy wymiar  

sprawom i rzeczom, wśród których żyjemy.  

 

Jakże wielu jest ludzi, dla których przeczytanie jakiejś książki  

stanowiło początek nowego życia! Może i dla nas napisano książkę,  

która wyjaśni nam cuda, jakie nas już spotkały, i odsłoni nowe.  

To, czego nie da się obecnie opisać słowami, znajdziemy już  

opisane.  

 

Te same pytania, które zakłócają nasz spokój, wprawiają nas w  

zakłopotanie i burzą tok naszych myśli, stawiał sobie każdy  

mędrzec, każdy bez wyjątku i udzielał na nie odpowiedzi na miarę  

swoich możliwości: słowem i czynem.  

 

THOREAU, Walden  

 

 

background image

 

 

 

ZASADA PIERWSZA  

 

... która zmieni twe życie na lepsze  

 

 

 

Licz błogosławieństwa, którymi zostałeś obdarzony. Gdy zdasz sobie  

sprawę ze swej wartości i z mnogości swych zalet, uśmiech powróci  

na twe usta, słońce wyjrzy zza chmur, zabrzmi muzyka, a ty  

będziesz mógł wreszcie ruszyć ku życiu, które Bóg ci  

przeznaczył... Z wdziękiem, mocą, odwagą i ufnością.  

 

 

 

Jeden z najważniejszych, ponadczasowych sekretów życia, który  

przyszło mi niegdyś poznawać w bólu i łzach, polega na tym, że nie  

można odmienić losu zsyłającego nam niepowodzenia, nie można  

przerwać beznadziejnej harówki dla zdobycia chleba, tak jak nie  

można oddalić groźby finansowej zapaści, po której przychodzi  

poczucie klęski i pogarda dla samego siebie - dopóki nie doceni  

się swoich aktywów.  

 

Aktywów? Uśmiechasz się? Jakiż smutny to uśmiech. Chcesz coś  

powiedzieć? Mówisz, że masz szufladę wypełnioną rachunkami do  

zapłacenia? Twoje najstarsze dziecko pewnie się wybiera do  

collegeu, a tobie brak odwagi, aby mu powiedzieć, że to nie będzie  

background image

możliwe? Z ratami za samochód zalegasz już dwa miesiące. Nie  

jesteś też pewien, czy utrzymasz posadę. Nie rozumiesz, o jakich  

aktywach mówię? Pozostań ze mną, a ja pomogę ci ułożyć listę  

błogosławieństw, którymi zostałeś obdarzony. Uczynię to właśnie  

teraz, gdy siedzisz przede mną, użalając się nad swoim losem.  

 

Dokonajmy zestawienia, spróbujmy określić w dolarach wartość kilku  

tylko dobrodziejstw w twoim życiu, abyś mógł zdać sobie sprawę,  

jaki posiadasz majątek oraz ile masz zalet, choć z pewnością w  

codziennej walce o przetrwanie dawno o nich zapomniałeś.  

 

Ile jest warta możliwość życia w tym wspaniałym kraju? No, dalej,  

przypnij metkę z ceną. Czy wolałbyś mieszkać gdzie indziej?  

 

A ile byłaby dla ciebie warta szansa zatrudnienia w twej obecnej  

firmie, gdybyś stał dzisiaj w kolejce dla bezrobotnych?  

 

Jak określisz wartość swojej pozycji zawodowej, gdy sobie  

uświadomisz, że z pewnością dziewięćdziesiąt pięć procent  

mieszkańców naszej planety chętnie oddałoby co najmniej dziesięć  

lat życia, aby mieć twoje możliwości?  

 

Ile jest warta twoja wolność?  

 

A co powiesz o swoich najbliższych - o tych, których kochasz i  

którzy ciebie kochają? Ile pieniędzy byś zażądał, gdyby ktoś  

chciał ci ich odebrać?  

 

A twoje oczy?  

background image

 

Czy przyjąłbyś milion dolarów w zamian za swoje oczy?  

 

Co z twoimi rękami, nogami? Pięć milionów dolarów? Dziesięć  

milionów?  

 

Jesteś niezwykle cenną istotą, prawda? Gdyby doszło do ostatecznej  

rozgrywki, pewnie nie zamieniłbyś swoich aktywów na całe złoto z  

Fort Knoxu, czyż nie? Powiedz mi więc, proszę, dlaczego taki  

bogacz włóczy się po ulicach bez celu, z poczuciem klęski i  

odrzucenia? Dlaczego?  

 

Dosyć! Jest sposób na lepsze życie. Zacznij od dzisiaj...  

 

 

 

 

 

ZASADA PIERWSZA  

 

... która zmieni twe życie na lepsze  

 

 

 

Licz błogosławieństwa którymi zostałeś obdarzony. Gdy zdasz sobie  

sprawę ze swej wartości i z mnogości swych zalet, uśmiech powróci  

na twe usta, słońce wyjrzy zza chmur, zabrzmi muzyka, a ty  

będziesz mógł wreszcie ruszyć ku życiu, które Bóg ci  

przeznaczył... Z wdziękiem, mocą, odwagą i ufnością.  

background image

 

 

 

 

 

ZASADA DRUGA  

 

... która zmieni twe życie na lepsze  

 

 

 

Dzisiaj, i odtąd każdego dnia, rób więcej, niż wymaga tego  

zapłata, którą otrzymujesz za swą pracę. Połowę zwycięskiej drogi  

do sukcesu będziesz miał za sobą, gdy poznasz sekret mówiący, że w  

każdym działaniu należy dawać z siebie więcej, niż tego od nas  

oczekują. Wykonuj przydzieloną ci pracę tak wspaniale, żebyś w  

końcu stał się niezastąpiony. Skorzystaj z danego ci przywileju:  

przejdź dodatkową milę, a potem raduj się otrzymaną za to nagrodą.  

Zasługujesz na nią!  

 

 

 

Uwielbiam przeglądać kartki pocztowe z zabawnymi napisami, których  

ostatnio przybywa na półkach księgarskich. Pewnie też wysyłam ich  

więcej, niż powinienem. Najbardziej utkwiła mi w pamięci pewna  

kartka większego formatu, z tłoczonymi krawędziami. Wyglądała jak  

certyfikat z biura maklerskiego. Widniał na niej napis: "Jak  

zrobić pieniądze?". Poniżej, na środku znajdowały się cztery  

krótkie słowa, napisane jaskrawym, pomarańczowym kolorem: "Weź się  

background image

do roboty!".  

 

Wszystko w życiu ma swoją cenę i jeśli nie należysz do wąskiej  

elity ludzi, którzy już w dniu narodzin są bogaczami, to obawiam  

się, że dobra, które pragniesz posiadać i o których marzysz,  

możesz otrzymać jedynie w formie wynagrodzenia za swą pracę.  

 

Kiwasz głową, przyznajesz mi rację. Nie sprawiasz jednak wrażenia  

szczęśliwego. Dokładasz wszelkich sił, aby nie zalegać z  

rachunkami? W pracy zawodowej nie czynisz znaczących postępów, nie  

awansujesz? Chciałbyś kupić nowy dom, ale nie możesz sobie na  

niego pozwolić? Podobnie jest z gratem, którym jeździsz? Twoje  

życie przypomina kołowrotek; w jaki sposób możesz się wydostać z  

tego kieratu?  

 

Jest na to odpowiedź. Jest rozwiązanie, zasada, która, pójdę o  

zakład, nigdy nie zawodzi tych, co uczciwie ją stosują. Jeśli  

chodzi o życie zawodowe, największy sekret sukcesu został nam  

przekazany przed dwoma tysiącami lat, ze szczytu góry, kiedy to  

Jezus powiedział, że jeśli ktoś każe ci przejść jedną milę,  

powinieneś przejść dwie. Jedną milę dodatkowo.  

 

Jeśli postanowisz, począwszy od jutra, wkładać w wykonywaną pracę  

więcej wysiłku, niż wymaga tego wynagrodzenie, jakie otrzymujesz,  

w twoim życiu zaczną dziać się cuda. Bez względu na to, w jaki  

sposób zarabiasz na życie - czy sprzedajesz jakieś produkty,  

malujesz domy, obsługujesz komputery, czy zamiatasz podłogi -  

jeśli każdego dnia zrobisz więcej, niż ci za to płacą, twoje życie  

stanie się lepsze.  

background image

 

Najpewniej skażesz się na los pełen porażek i łez, jeśli twój  

wysiłek nie wykroczy poza ramy określone twoją pensją. Jest rzeczą  

oczywistą, że jeśli będziesz pracował więcej i lepiej, niż się od  

ciebie oczekuje, nie zyskasz sobie popularności wśród kolegów,  

którzy, zdaje się, wykonują jedynie niezbędne minimum... Ale to  

ich problem. Twoje życie należy do ciebie. Na pewno jacyś ludzie  

są zależni od ciebie. Jeśli każdego dnia będziesz dawał z siebie  

więcej, niż ci za to płacą, nie tylko wzmocnisz swoją pozycję  

zawodową, ale również staniesz się człowiekiem niezastąpionym i ku  

swojemu zdziwieniu odkryjesz wokół wiele możliwości. Wtedy  

będziesz mógł wystawić własną cenę za swoją pracę. Ileż prostoty  

zawarte jest w tej zasadzie. Przejdź dodatkową milę! Nic cię to  

nie będzie kosztować, a odkryjesz moc, która, jeśli zechcesz ją  

wykorzystać, odmieni twe życie na zawsze.  

 

Andrew Carnegie powiedział, że spotyka się dwa typy ludzi, którzy  

nigdy nie osiągają w życiu wiele. Pierwsi to ci, którzy nie robią  

tego, co im się każe, a drudzy - ci, którzy nie robią nic ponad  

to, co im się każe. Gdy zapytano Waltera Chryslera, czego  

najbardziej potrzebuje w swej fabryce, odparł:  

 

- Dziesięciu porządnych ludzi, którzy nie słyszą gwizdka  

sygnalizującego fajrant i nie wpatrują się w tarczę zegara.  

 

Zadziw wszystkich wokoło. Zmień swoje nawyki dotyczące pracy.  

Przejdź dodatkową milę! Nie znaczy to, że w szaleńczej pogoni za  

sukcesem masz zaniedbywać swe życie rodzinne czy własne zdrowie.  

Musisz jedynie zastosować cudowną metodę wykorzystywania tego, co  

background image

życie ma ci do zaoferowania i na co zasługujesz. Pracuj tak,  

jakbyś miał żyć wiecznie, i żyj tak, jakbyś miał umrzeć dzisiaj.  

Przejdź jeszcze jedną milę!  

 

 

 

 

 

ZASADA DRUGA  

 

... która zmieni twe życie na lepsze  

 

 

 

Dzisiaj, i odtąd każdego dnia, rób więcej, niż wymaga tego  

zapłata, którą otrzymujesz za swą pracę. Połowę zwycięskiej drogi  

do sukcesu będziesz miał za sobą, gdy poznasz sekret mówiący, że w  

każdym działaniu należy dawać z siebie więcej, niż tego od nas  

oczekują. Wykonuj przydzieloną ci pracę tak wspaniale, żebyś w  

końcu stał się niezastąpiony. Skorzystaj z danego ci przywileju:  

przejdź dodatkową milę, a potem raduj się otrzymaną za to nagrodą.  

Zasługujesz na nią!  

 

 

 

 

 

ZASADA TRZECIA  

 

background image

... która zmieni twe życie na lepsze  

 

Ilekroć zdarzy ci się popełnić błąd lub gdy ugniesz się pod  

brzemieniem trosk, nie rozpamiętuj tego zbyt długo. Nasze błędy to  

nic innego jak tylko lekcje, których udziela nam życie. Twoja  

skłonność do potykania się o przeszkody jest nierozerwalnie  

związana z twą mocą osiągania zamierzonych celów. Nikt nie odnosi  

wyłącznie zwycięstw, a każda porażka stanowi tylko kolejny etap na  

drodze twojego rozwoju. Otrząśnij się wtedy szybko. W jaki sposób  

zdołałbyś poznać tkwiące w tobie ograniczenia, gdybyś czasami nie  

doznawał porażek? Nigdy nie rezygnuj. Twój czas nadejdzie.  

 

 

 

Oto jedna z najmniej rozumianych, wielkich prawd przeszłości,  

którą echo niesie przez stulecia, a tylko ludzie wielkiej mądrości  

umieją ją pojąć. Jeśli chcesz osiągnąć sukces, musisz umieć żyć z  

niepowodzeniem. Porażka dostarcza nam znacznie więcej mądrości niż  

sukces. Znajdź człowieka, który nigdy się nie potykał, nigdy nie  

spartaczył roboty i nie popełnił błędu, a będziesz miał przykład  

osobnika z bardzo niepewną przyszłością.  

 

Błędy, potknięcia, klęski są nie do uniknięcia w tym brutalnym  

życiu. Gdy jednak dopuścimy do tego, by odebrały nam one zapał do  

walki, i gdy po bolesnym upadku będziemy się wahać, czy warto  

ponownie spróbować, skażemy się na życie przepełnione żalem.  

Najlepsza nauka pochodzi z popełnianych przez nas błędów i z  

naszych porażek.  

 

background image

Klęska. A cóż to takiego? Ot, zwyczajna lekcja, po prostu pierwszy  

krok ku czemuś lepszemu. Tak naprawdę porażek nie ponoszą jedynie  

ci ludzie, którzy nigdy nie próbują niczego osiągnąć.  

 

Mark Twain napisał kiedyś opowieść o kocie, który pewnego dnia  

wskoczył na rozgrzany piec i poparzył sobie brzuszek. Biedny  

zwierzak nigdy już nie wskakiwał na gorący piec... ale nie  

wskakiwał również na zimny! Bardzo często przeceniamy wartość  

doświadczenia, co w konsekwencji obraca się przeciwko nam i  

nakazuje zaprzestać kolejnych prób. Jest takie wspaniałe, stare  

skandynawskie powiedzenie: "Północny wiatr stworzył Wikingów".  

Północny wiatr może uczynić cuda również dla ciebie.  

 

Pamiętaj, że życie ludzi, którzy odnieśli wielki sukces, zawiera  

też gorsze rozdziały, jak każda dobra książka. Zakończenie książki  

zależy jednak od nas. Sami tworzymy nasze dni i lata, a  

niepowodzenia i klęski to jedynie kroki ku lepszej przyszłości. W  

1974 roku, kiedy to baseballista Hank Aaron bliski był pobicia  

rekordu wszechczasów w liczbie zdobytych punktów, ustanowionego  

przez Babea Rutha - któregoś ranka zatelefonowałem do jego klubu  

Atlanta Bravers. Gdy połączono mnie z działem kontaktów z mediami,  

zapytałem:  

 

- Wiadomo mi, że Hank ma na swoim koncie już siedemset dziesięć  

punktów. Do pobicia rekordu Rutha brakuje mu jedynie pięciu  

punktów. Ciekawi mnie jednak, ile razy w życiu zawodnik ten  

przestrzelił.  

 

- Ile razy przestrzelił, proszę pana? - zapytał niepewnym głosem  

background image

młody człowiek po drugiej stronie linii.  

 

- Tak, ile razy przestrzelił.  

 

- Obawiam się, że będzie pan musiał chwilę zaczekać, muszę to  

sprawdzić.  

 

Po kilku minutach w słuchawce odezwał się jego głos:  

 

- Panie Mandino, do wczorajszego wieczoru Hank miał na koncie  

siedemset dziesięć punktów i, jak panu wiadomo, brakuje mu pięciu  

do pobicia rekordu należącego do Babe'a Rutha...  

 

- Tak, to już wiem.  

 

-... a w całej swojej karierze przestrzelił tysiąc dwieście  

sześćdziesiąt dwa razy.  

 

Podziękowałem za informację, odłożyłem słuchawkę i zacząłem  

zastanawiać się nad tym, co właśnie usłyszałem. Co za wspaniały  

przykład. Będę go mógł wykorzystywać, chcąc wytłumaczyć, że  

minione porażki nigdy nie powinny nas zniechęcać do dalszych prób.  

Oto jeden z najwspanialszych w historii zawodników baseballu, Hank  

Aaron, który na każdy zdobyty punkt prawie dwukrotnie  

przestrzelił.  

 

Tak, życie to gra. Aby odnieść triumf, należy przestrzegać reguł.  

Nie znaczy to jednak, że aby odnieść w życiu sukces, każde  

uderzenie piłki kijem baseballowym ma być uwieńczone zdobyciem  

background image

kolejnego punktu. Zapytaj zresztą Aarona.  

 

 

 

 

 

ZASADA TRZECIA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Ilekroć zdarzy ci się popełnić błąd lub gdy ugniesz się pod  

brzemieniem trosk, nie rozpamiętuj tego zbyt długo. Nasze błędy to  

nic innego jak tylko lekcje których udziela nam życie. Twoja  

skłonność do potykania się o przeszkody jest nierozerwalnie  

związana z twą mocą osiągania zamierzonych celów. Nikt nie odnosi  

wyłącznie zwycięstw, a każda porażka stanowi tylko kolejny etap na  

drodze twojego rozwoju. Otrząśnij się wtedy szybko. W jaki sposób  

zdołałbyś poznać tkwiące w tobie ograniczenia, gdybyś czasami nie  

doznał porażek? Nigdy nie rezygnuj. Twój czas nadejdzie.  

 

 

 

ZASADA CZWARTA  

 

1 1 73 0 0 108 1 ff 0 32 1 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

background image

 

 

Niech nagrodą za długie godziny pracy i znoju będzie dla ciebie  

czas spędzony w otoczeniu rodziny. Troskliwie pielęgnuj miłość  

swych najbliższych, pamiętając przy tym, że twoim dzieciom  

potrzebny jest wzór do naśladowania, a nie słowa krytyki, i twój  

rozwój będzie następował szybciej, jeśli nieustannie będziesz się  

starał przedstawiać im najlepsze strony swej osobowości. I jeśli  

nawet w oczach świata staniesz się w jakiejś dziedzinie bankrutem,  

to mając kochającą rodzinę, i tak odniosłeś sukces.  

 

 

 

Często spotykam się z pytaniem dotyczącym moich dzieci, teraz już  

dorosłych ludzi - jak je wychowaliśmy. Po przeczytaniu kilku moich  

książek niektórzy sądzą, że moja żona i ja mamy jakąś magiczną  

formułę, która gwarantuje odnoszenie sukcesu w każdej  

dziedzinie... nawet w dostarczaniu światu inteligentnych,  

przystosowanych do życia w społeczeństwie, szczęśliwych obywateli  

przyszłości. Nigdy nie tracąc z oczu tego "drugiego Oga Mandino",  

który na skutek lekkomyślności i niedbalstwa stracił przed wielu  

laty swą pierwszą rodzinę, zawsze odpowiadam w ten sam sposób...  

 

Najlepsze, co możemy uczynić dla naszych dzieci, to świadomie  

dostarczać im swoim postępowaniem wzorce do naśladowania. Daj im  

przykład, a one zachowają go w pamięci i nawet spróbują powielić.  

Jeśli twoje postępowanie będzie sprzeczne z twoimi słowami,  

stracisz dziecko. Możesz zrobić dla niego niewiele więcej, niż  

służyć mu przykładem i być w pobliżu, by pomóc mu się podźwignąć,  

background image

jeśli upadnie. To chyba niezbyt wiele, prawda?  

 

Na ścianie, naprzeciwko mojego biurka, wisi krótki wiersz,  

starannie wykaligrafowany i oprawiony. Pod słowami: "autor  

nieznany" znajduje się mała fotografia Matta. Przykleiłem ją tam  

zaraz po jego przyjściu na świat. Może zechcesz zaznaczyć tę  

stronę, aby w przyszłości powracać do zapisanych tu słów.  

 

 

 

Do ojców wszystkich małych chłopców  

 

 

 

Jakaś para małych oczu  

 

Śledzi cię, tak w noc, jak w dzień  

 

Para usząt też wciąż chłonie  

 

Każdy mowy twojej dźwięk.  

 

Para rącząt bardzo pragnie  

 

Wszystko robić tak jak ty,  

 

I ten chłopczyk, co wciąż marzy,  

 

O dniu, gdy dorówna ci.  

background image

 

Ty dla niego jesteś wzorem  

 

I mądrością wszystkich ksiąg,  

 

On nie dojrzy w tobie braków,  

 

Choćby się zebrały w krąg.  

 

On ci wierzy całym sercem,  

 

Słyszy mowę, widzi czyn,  

 

I chce, kiedy już dorośnie,  

 

Zostać naśladowcą twym.  

 

 

 

Zapatrzony chłopiec wierzy,  

 

Że ty zawsze rację masz,  

 

I wciąż śledzi, jak ubarwiasz  

 

Ten powszedni żywot wasz.  

 

Dajesz przykład słowem, czynem,  

 

background image

Przykład dobry albo zły,  

 

Chłopiec czeka, aby zacząć  

 

Mówić, czynić tak jak ty.  

 

 

 

Przed kilku laty, tuż przed wyruszeniem w długą podróż, której  

celem miała być promocja jednej z moich książek, przeżyłem  

koszmarny ból. Pomagałem naszemu młodszemu synowi pakować walizkę,  

a potem, razem z jego matką, staliśmy przed drzwiami domu,  

machając mu na pożegnanie. Odjeżdżał, aby rozpocząć samodzielne  

życie w domu studenckim Arizona State University.  

 

Pamiętam, że gdy zniknął nam z oczu, poszedłem do jego pokoju,  

usiadłem tam w ciemności i modliłem się, by zasady życia, które ja  

i moja żona, Bette, przekazaliśmy obu naszym synom, pozwoliły im  

pokonać wszelkie przeciwności, których na pewno los im nie  

oszczędzi.  

 

Trasa promocyjna, w którą niebawem wyruszyłem, przebiegała bez  

większych wstrząsów do chwili, gdy znalazłem się w pewnym studiu  

radiowym w Los Angeles. Miałem wystąpić w porannej audycji na  

żywo. Do wzięcia udziału w tym programie zaproszono też pewną  

bardzo sławną powieściopisarkę, której nazwiska tu nie zdradzę. W  

trakcie dyskusji podjęliśmy w pewnej chwili temat naszych rodzin,  

a zwłaszcza dzieci.  

 

background image

Pisarka natychmiast przyjęła inicjatywę przed mikrofonem i  

rozpoczęła długą, nieprzyjemną przemowę, w której bezwzględnie  

krytykowała swoich dwóch nastoletnich synów. Przyznała się, że nie  

daje sobie z nimi rady, a na pomoc ich ojca nie może liczyć, bo  

nigdy go nie ma w domu, a te dzieciaki "doprowadzają ją do szału".  

Nigdy nie przychodzą w porę na posiłki, w ich pokojach panuje  

wieczny bałagan, a muzyki - oczywiście tej, która jej nie  

odpowiada - słuchają tak głośno, że "doprowadzają ją do szału".  

"Doprowadza do szału"... To niemiłe określenie usłyszałem chyba  

kilkanaście razy w trakcie tyrady, w której sławna autorka  

krytykowała swe dzieci przed całymi rzeszami radiosłuchaczy. W  

pewnym momencie straciłem cierpliwość i po prostu jej przerwałem.  

 

- Wie pani - powiedziałem - już wkrótce nadejdzie taki dzień, gdy  

idąc przez hall swego domu, spostrzeże pani, że w dwóch pokojach  

panuje przeraźliwa cisza... i wtedy zada pani sobie pytanie:  

"Gdzie oni są?". Gdy ta audycja się skończy i wróci pani do domu,  

proszę uścisnąć swych chłopców i po prostu powiedzieć im, że  

bardzo ich pani kocha.  

 

 

 

 

 

ZASADA CZWARTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

background image

 

Niech nagrodą za długie godziny pracy i znoju będzie dla ciebie  

czas spędzony w otoczeniu rodziny. Troskliwie pielęgnuj miłość  

swych najbliższych, pamiętając przy tym, że twoim dzieciom  

potrzebny jest wzór do naśladowania a nie słowa krytyki, i twój  

rozwój będzie następował szybciej, jeśli nieustannie będziesz się  

starał przedstawiać im najlepsze strony swej osobowości. I jeśli  

nawet w oczach świata staniesz się w jakiejś dziedzinie bankrutem,  

to mając kochającą rodzinę, i tak odniosłeś sukces.  

 

 

 

 

 

ZASADA PIĄTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Zbuduj ten dzień na fundamencie pozytywnych myśli. Nigdy się nie  

trap swoimi wadami i brakami, nie obawiaj się, że utrudniają ci  

one twój rozwój. Jak najczęściej przypominaj sobie, że zostałeś  

stworzony przez Boga i że otrzymałeś moc, dzięki której możesz  

urzeczywistnić każde marzenie, jeśli tylko wzniesiesz się  

wystarczająco wysoko na skrzydłach swoich myśli. Będziesz mógł  

nawet pofrunąć, jeśli tylko uznasz, że potrafisz. Nigdy już nie  

rozważaj możliwości porażki. Niech wizja, którą kryjesz w sercu,  

znajduje urzeczywistnienie w twym życiu. Uśmiechnij się!  

background image

 

Od zarania dziejów mędrcy uczą nas, że wszystko, co zdołaliśmy lub  

czego nie zdołaliśmy osiągnąć, jest wynikiem sposobu naszego  

myślenia, tego, co myślimy o naszych zdolnościach, odwadze i mocy  

osiągania sukcesów.  

 

James Allen powiedział, że dobre myśli rodzą dobre owoce, a złe  

myśli rodzą złe owoce.  

 

Rzymski cesarz i filozof, Marek Aureliusz twierdził, że nasze  

życie jest takie, jakim go czynią nasze myśli. Dobre lub złe.  

Przykre lub radosne. Zwycięskie lub pozbawione nadziei.  

 

Budda wyraził to jeszcze dobitniej: "Wszystko to, czym jesteśmy,  

stworzyły nasze myśli. Umysł jest wszystkim. Nasze myśli decydują  

o tym, kim się stajemy".  

 

Jakkolwiek nazwiesz to zjawisko, nie zmienisz faktu, że pozytywne  

myśli mają moc twórczą, podczas gdy negatywne powstrzymują rozwój  

i niszczą.  

 

Jeśli wierzysz tym mędrcom, to zdajesz sobie sprawę, że  

pomniejszanie swej wartości oraz uzdolnień przynosi w konsekwencji  

porażkę. Jeśli zbyt nisko będziesz cenił swoje możliwości,  

wykształcenie i wiedzę, świat bardzo szybko zaakceptuje twoją  

samoocenę i czekać cię będzie żałosna przyszłość, na którą nie  

zasługujesz. Dosyć! Nigdy więcej negatywnych myśli i negatywnych  

działań. Wysłuchaj mnie do końca. Nawet nie wiesz, jaki jest  

dobry! Tak, ty, który tam teraz siedzisz i rozczulasz się nad  

background image

sobą. Jesteś jak kaczka, która mieszka na naszym podwórku.  

 

Kiedy Matt zaczynał naukę w szkole średniej, pewnego popołudnia  

wrócił do domu z pudełkiem po butach, w którego wieku było  

zrobione kilka dziur. Sprawdziły się moje najgorsze obawy, gdy po  

zdjęciu wieka ujrzałem w pudełku maleńkie, krzykliwe, żwawe  

kaczątko. Wylęgło się w klasie biologicznej mojego syna. Karmiono  

je tam przez kilka tygodni, a potem urządzono losowanie, w wyniku  

którego kaczka przypadła w udziale mojemu synowi. Tego nam tylko  

brakowało! Jednak zarówno Bette, jak i ja wyraziliśmy zgodę na  

pozostawienie kaczki w domu.  

 

Niezbyt zadowolony ojciec i jego rozpromieniony syn udali się więc  

do sklepu z artykułami drewnianymi, gdzie kupili kilka desek. W  

rogu ogrodzonego podwórka Matt zbudował wspaniały kaczy domek,  

który pomalował na biało. Potem nad łukowatym wejściem  

własnoręcznie wykonał czerwoną farbą napis: "Disco". Dyskotekowa  

kaczka! Potem w sklepie żelaznym kupiliśmy rolkę siatki drucianej  

i dookoła kaczego domku wznieśliśmy ogrodzenie, aby nowy członek  

naszej rodziny nie wywędrował i nie zgubił się.  

 

Disco jest z nami już od kilkunastu lat. Wyrósł z niego bardzo  

piękny i duży okaz. Jako że Matt jest żonaty i mieszka gdzie  

indziej, z pewnością domyślasz się, kto dogląda ptaka.  

 

W całej tej aferze dotyczącej Disco, uczyniliśmy pewien błąd. Mała  

rezydencja kaczki została zbudowana zbyt blisko naszej sypialni.  

Ostatnio Disco budzi się przed świtem i kwacze przez cały dzień, z  

małymi tylko przerwami. Głośno! W związku z tym, że Disco  

background image

wcześniej się tak nie zachowywała, nie licząc przypadku, kiedy to  

wystraszyła kota naszych sąsiadów, doszliśmy z Bette do wniosku,  

że z pewnością coś jej doskwiera. Nie jest już szczęśliwa. Albo  

pokarm, który jej daję, jest wstrętny, albo też zbyt rzadko  

zmieniam wodę w jej korytku, a może słoma w jej domku jest  

wilgotna i należy ją zmienić albo wyprzątnąć. Kto wie? Próbowałem  

wszystkiego, aby Disco odzyskała poczucie bezpieczeństwa i była  

znów szczęśliwa. Ona jednak skarży się dalej swoim ochrypłym,  

niestrudzonym głosem.  

 

Widzisz, Disco rzeczywiście ma problem. Założę się, że to ten sam  

problem, który dręczy również ciebie. Tak, ciebie! Zarówno Disco,  

jak i tobie brak poczucia własnej wartości. Kaczka nie ma pojęcia,  

że jeśli czuje się nieszczęśliwa z powodu warunków swojego życia,  

powinna uczynić coś więcej, niż jedynie rozczulać się nad sobą. Ma  

przecież wystarczającą moc, by zmienić te warunki, zamiast tylko  

skarżyć się na nie.  

 

Gdyby Disco naprawdę chciała odmienić swoje życie, mogłaby to  

uczynić w każdej chwili. To proste. Wystarczyłoby tylko, aby  

uniosła swe wspaniałe skrzydła, pomachała nimi w górę, w dół... i  

odleciała. Ale biedna Disco nie wie, jaka jest dobra! Nie wie, że  

potrafi latać. Tak samo jak ty...  

 

 

 

 

 

ZASADA PIĄTA  

background image

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Zbuduj ten dzień na fundamencie pozytywnych myśli. Nigdy się nie  

trap swoimi wadami i brakami, nie obawiaj się, że utrudniają ci  

one twój rozwój. Jak najczęściej przypominaj sobie, że zostałeś  

stworzony przez Boga i że otrzymałeś moc, dzięki której możesz  

urzeczywistnić każde marzenie, jeśli tylko wzniesiesz się  

wystarczająco wysoko na skrzydłach swoich myśli. Będziesz mógł  

nawet pofrunąć, jeśli tylko uznasz, że potrafisz. Nigdy już nie  

rozważaj możliwości porażki. Niech wizja, którą kryjesz w sercu,  

znajduje urzeczywistnienie w twym życiu. Uśmiechnij się!  

 

 

 

 

 

ZASADA SZÓSTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Niechaj zawsze mówią za ciebie twoje czyny. Nieustannie jednak  

strzeż się straszliwych pułapek tkwiących w próżnej dumie i  

zarozumialstwie. Mogą one wstrzymać twój rozwój. Gdy następnym  

razem ogarnie cię pokusa, aby zacząć się przechwalać, włóż  

background image

zaciśniętą pięść do wiadra z wodą, a kiedy ją stamtąd wyciągniesz,  

popatrz, co stało się z przestrzenią, którą zajmowała twoja dłoń.  

Otrzymasz wtedy właściwą odpowiedź na pytanie, jak bardzo jesteś  

ważny.  

 

 

 

Nikt z nas nie pada ofiarą oszustwa innych równie często, jak  

często oszukuje samego siebie. Straszliwa przesłona próżności i  

zarozumialstwa jest niebezpieczną przeszkodą na drodze naszego  

dalszego rozwoju, może go zahamować, kiedy skosztujemy już  

odrobiny sukcesu. To prawda: włożyliśmy wiele wysiłku,  

wykorzystaliśmy wszystkie nasze zdolności, pracowaliśmy ciężko,  

aby posunąć się do przodu. Nie zapominaj jednak, jak łatwo wpaść w  

potrzask złudnej wiary, która rodzi się po odniesieniu kilku  

zwycięstw i tworzy fałszywe wyobrażenie o naszych wyjątkowych i  

niespotykanych zaletach. Jeśli taka postawa zdominuje twój sposób  

obcowania z ludźmi, zahamowany zostanie również twój rozwój. Nic  

bowiem nie może wyrządzić większej szkody niż arogancja i  

zarozumialstwo, a konsekwencją jest zwykle kubeł zimnej wody.  

 

Wszyscy jesteśmy istotami stworzonymi przez Boga. Gdybyśmy jednak  

zdołali pojąć, jak niewielką szkodę przyniosła by światu nasza  

śmierć, mniej myślelibyśmy o swojej wielkości, a więcej o  

wspieraniu innych.  

 

Ja sam bezustannie staczam moje własne bitwy z pokusą próżnej  

dumy. Gdy człowiek pisze nową książkę co dwa lata, tak jak ja, a  

potem jeździ po kraju, aby prowadzić na jej temat dyskusje w  

background image

radiu, telewizji oraz na konferencjach prasowych, nie mówiąc już o  

dziesiątkach wykładów wygłaszanych każdego roku, łatwo może wpaść  

w pułapkę i zacząć wierzyć we wszystkie wspaniałe rzeczy, które  

głoszą na jego temat media. Zbyteczne jest chyba mówić przy tym,  

jak może popsuć człowieka sława, limuzyny z kierowcami i  

przyjęcia, na których rozdaje autografy.  

 

Nigdy nie zapomnę dnia, w którym Bóg postanowił utrzeć mi nieco  

nosa, na co niewątpliwie wtedy zasłużyłem. Siedziałem w pokoju  

hotelowym, czekając, aż rozlegnie się stukanie do drzwi, które  

miało oznaczać, że pora zejść do sali balowej, gdzie kilka tysięcy  

osób przybyłych z całego kraju czekało na mój wykład. Gdy wreszcie  

nadszedł posłaniec, starszy mężczyzna, szybko założyłem marynarkę  

i podążyłem za nim korytarzem do windy.  

 

W holu było tłoczno i gwarno. Nie uszliśmy daleko, gdy poczułem,  

że ktoś silnie klepie mnie po ramieniu. Odwróciłem głowę i  

ujrzałem młodego mężczyznę, który patrzył na mnie szeroko  

otwartymi oczami. Do kieszeni marynarki miał przypięty znaczek z  

nazwą swojej firmy, w ręku trzymał papierową torbę na zakupy.  

 

- Czy to pan jest Og Mandino? - zapytał z zapartym tchem.  

 

Skinąłem głową, po czym ruszyłem do przodu.  

 

- Czy mógłby mi pan poświęcić chwilę? - poprosił kierując się w  

stronę stolika stojącego przy oknie, z dala od tłumu.  

 

Spojrzałem na mojego przewodnika, który zmarszczył czoło, po czym  

background image

niechętnie skinął głową na znak zgody.  

 

- Dziękuję panu. - Młodzieniec położył torbę z zakupami na  

stoliku, po czym odetchnął głęboko i rzekł: - Chcę, żeby pan  

wiedział, że moja żona jest pana gorącą wielbicielką. Przysięgam,  

że przeczytała wszystko, co pan kiedykolwiek napisał. Pracuje jako  

nauczycielka w naszym rodzinnym miasteczku i dlatego nie mogła mi  

tu dzisiaj towarzyszyć. Niezmiernie ubolewa z tego powodu. Tak  

bardzo chciała pana posłuchać.  

 

- Przykro mi.  

 

- Cóż, pomyślałem, że zrobię dla Luizy coś niezwykłego, i  

odwiedziłem chyba wszystkie księgarnie w promieniu pięćdziesięciu  

mil od naszego miasteczka. Udało mi się znaleźć pięć pańskich  

książek w twardej oprawie. Proszę, bardzo proszę... czy mógłby pan  

mi uczynić ten zaszczyt i napisać w nich dedykacje dla mojej żony?  

Chciałbym je podarować Luizie w dniu jej urodzin, w najbliższy  

czwartek.  

 

- Zrobię to z wielką radością - powiedziałem wyciągając pióro z  

wewnętrznej kieszeni marynarki, po czym na każdej z pięciu książek  

napisałem: Dla Luizy, z najserdeczniejszymi życzeniami  

urodzinowymi, Og Mandino.  

 

Gdy skończyłem, młodzieniec ostrożnie wsunął książki do torby,  

uścisnął mnie nerwowo, jakby się spieszył, podziękował, po czym  

się odwrócił... a ja nie powinienem był chyba mówić nic więcej.  

Jestem jednak szczęśliwy, że się wtedy odezwałem.  

background image

 

Młodzieniec był już kilka kroków ode mnie, gdy krzyknąłem do  

niego:  

 

- Ależ Luiza będzie zaskoczona, prawda?  

 

Odwrócił się i z szerokim uśmiechem zakłopotania odparł głośno:  

 

- Pewnie, proszę pana. Ona myśli, że dostanie nową Toyotę Corollę.  

 

 

 

 

 

ZASADA SZÓSTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Niechaj zawsze mówią za ciebie twoje czyny. Nieustannie jednak  

strzeż się straszliwych pułapek tkwiących w próżnej dumie i  

zarozumialstwie. Mogą one wstrzymać twój rozwój. Gdy następnym  

razem ogarnie cię pokusa, aby zacząć się przechwalać, włóż  

zaciśniętą pięść do wiadra z wodą, a kiedy ją stamtąd wyciągniesz,  

popatrz, co stało się z przestrzenią, którą zajmowała twoja dłoń.  

Otrzymasz wtedy właściwą odpowiedź na pytanie jak bardzo jesteś  

ważny.  

 

background image

 

 

 

 

ZASADA SIÓDMA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Każdy dzień jest szczególnym darem od Boga i chociaż życie może  

cię czasem potraktować szorstko, nie wolno ci dopuścić do tego, by  

chwilowy ból, przejściowe trudności czy przeciwności losu zatruły  

twój optymizm i zniweczyły twe plany. Nigdy nie uda ci się  

zwyciężyć, jeśli nie zrzucisz z siebie obrzydliwej płachty żalu i  

płaczliwej skargi. Ponury jęk zwątpienia odstraszy wszelkie szanse  

na sukces. Nigdy więcej. To sposób na lepsze życie. Życie nie jest  

sielanką i ... pewnie nigdy nią nie będzie. Może się czasem  

zdarzyć, że to ty wykonasz większą pracę, a ktoś inny otrzyma za  

to nagrodę. Być może dajesz z siebie dwa razy więcej niż twój  

sąsiad i dobrze wiesz, że jesteś od niego dwa razy zdolniejszy...  

A mimo to zarabiasz o połowę mniej niż on.  

 

Często się zdarza, że życie rzuca ci na stół złą kartę. Jak wtedy  

zagrywasz? Czy pozostajesz przy stole, odrzucając myśl o poddaniu  

się, nawet jeśli nie masz pewności, że wygrasz... czy też jęczysz  

i użalasz się nad sobą, ponieważ jesteś przekonany, że twoje  

kłopoty i problemy przerastają tragedie wszystkich innych ludzi?  

Biedactwo!  

background image

 

Przed prawie dwudziestu laty otrzymałem małą żółtą kartkę z  

wydrukowanym na zielono wierszem. Nadawcą był Wilton Hall, wydawca  

czasopisma "Quote Magazine" z miasta Anderson w Południowej  

Karolinie. Od tamtej pory ów wiersz zajmuje szczególne miejsce w  

moim życiu. Nie tylko czytuję go w trakcie moich wykładów, ale  

również często do niego zaglądam dla poprawy samopoczucia. Ilekroć  

sprawy nie układają się tak, jak zaplanowałem, gdy dzień zapowiada  

się ponuro lub też gdy zaczynam złościć się na innych i trochę  

rozczulać się nad sobą, wyciągam ten wiersz, czytam go, po czym  

idę dalej przez życie, przepełniony wdzięcznością. Zatrzymuję się  

tylko na chwilę, by spojrzeć w niebo i powiedzieć jedno słowo:  

"Dziękuję...".  

 

Tak, pochyl się, abym mógł ci wręczyć oryginał wiersza. Papier ma  

pozawijane rogi, ponieważ często miałem go w rękach. To prawdziwy  

skarb. Założę się, że odtąd i ty będziesz często go czytał i  

dzielił się jego treścią z przyjaciółmi.  

 

 

 

Panie, wybacz mi, kiedy się skarżę!  

 

 

 

Dzisiaj w autobusie zobaczyłem śliczną dziewczynę o złocistych  

włosach i poczułem zazdrość... Sprawiała wrażenie takiej  

radosnej... Zrobiło mi się żal, że moja twarz nie jest tak samo  

rozpromieniona. Nagle, gdy wstała i ruszyła ku drzwiom,  

background image

zauważyłem, że jest kaleką. Miała tylko jedną nogę, poruszała się  

o kulach. Ale kiedy przechodziła obok mnie... uśmiechnęła się!  

 

O, Boże, wybacz mi, kiedy się skarżę. Ja mam obie nogi. Świat  

należy do mnie!  

 

Zatrzymałem się, aby kupić cukierki. Chłopak, który je sprzedawał,  

był taki uroczy. Zacząłem z nim rozmawiać. Wydawał się taki  

zadowolony z życia. Nie spieszyłem się zbytnio, mogłem sobie  

pozwolić na spóźnienie. Kiedy odchodziłem, powiedział do mnie:  

"Dziękuję panu. Jest pan ogromnie miły. Przyjemnie jest  

porozmawiać z kimś takim jak pan. Wie pan - dodał - jestem  

niewidomy". O, Boże, wybacz mi, kiedy się skarżę. Ja mam dwoje  

zdrowych oczu. Świat należy do mnie.  

 

Później, kiedy szedłem ulicą, zobaczyłem chłopca z oczami  

przepełnionymi smutkiem. Stał i patrzył na inne dzieci, które się  

bawiły. Nie wiedział, jak ma się zachować. Zatrzymałem się przy  

nim i spytałem: "Dlaczego do nich nie dołączysz, chłopcze?". Bez  

słowa dalej patrzył przed siebie i wtedy zrozumiałem, że jest  

głuchy. O, Boże, wybacz mi, kiedy się skarżę. Ja mam dwoje  

zdrowych uszu. Świat należy do mnie  

 

Mam nogi, które zaniosą mnie, dokąd zechcę; mam oczy, dzięki  

którym mogę oglądać blask zachodzącego słońca mam uszy, dzięki  

którym usłyszę odpowiedzi na moje pytania. O, Boże, wybacz mi,  

kiedy się skarżę. Doprawdy, zostałem obdarzony wieloma  

błogosławieństwami. Świat należy do mnie.  

 

background image

Autor nieznany  

 

 

 

 

 

ZASADA SIÓDMA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Każdy dzień jest szczególnym darem od Boga i chociaż życie może  

cię czasem potraktować szorstko, nie wolno ci dopuścić do tego, by  

chwilowy ból, przejściowe trudności czy przeciwności losu zatruły  

twój optymizm i zniweczyły twe plany. Nigdy nie uda ci się  

zwyciężyć, jeśli nie zrzucisz z siebie obrzydliwej płachty żalu i  

płaczliwej skargi. Ponury jęk zwątpienia odstraszy wszelkie szanse  

na sukces. Nigdy więcej. To sposób na lepsze życie.  

 

 

 

 

 

ZASADA ÓSMA  

 

 

 

... która uczyni twe życie lepszym  

background image

 

 

 

Nigdy więcej nie zaśmiecaj swoich dni i nocy mnóstwem błahych  

spraw, bo gdy nadejdzie pora na podjęcie wielkiego wyzwania,  

zabraknie ci czasu. To, że po prostu przeżyłeś kolejny dzień, nie  

daje powodów do świętowania. Znalazłeś się tutaj nie po to, aby  

trwonić cenne godziny możesz osiągnąć bardzo wiele, jeśli dokonasz  

niewielkiej zmiany w rozkładzie swoich zajęć. Dosyć już  

bezsensownej krzątaniny. Dosyć ukrywania się przed sukcesem. Wyjdź  

ponad czas i przestrzeń, w których tkwisz, i zacznij się rozwijać.  

Teraz. Teraz! Nie odkładaj do jutra.  

 

 

 

Pewnie znasz ten typ ludzi. Być może jesteś jednym z nich. Jeśli  

tak, to cieszę się, że do mnie przyszedłeś. Taki człowiek zawsze  

jest zajęty, zawsze ma więcej planów, umówionych spotkań i spraw  

do załatwienia niż czasu i energii, aby temu wszystkiemu sprostać.  

Wciąż żyje w szalonym pędzie, wciąż próbuje wszystkiemu podołać.  

 

Ludzie tego typu podejmują nieświadome, ale bardzo skuteczne  

działania, aby uniknąć sukcesu. Są wiecznie tak zabiegani, tak  

uwikłani w sprawy dnia codziennego, że gdy stają wobec wielkiej  

szansy, wobec możliwości odmiany swego życia i osiągnięcia  

pomyślności, odpowiadają po prostu, że jest im przykro, ale są w  

tej chwili zbyt zajęci, aby wziąć na siebie jakiekolwiek nowe  

zobowiązania.  

 

background image

Brzmi to znajomo? Mam nadzieję, że nie uwikłałeś się w ciężką,  

bezproduktywną pracę, która sprawia, że jesteś niesłychanie  

zajęty, lecz tkwisz tylko w swoim codziennym kieracie, nic poza  

tym. Jedyną pociechą może być dla ciebie świadomość, że podobnych  

do ciebie ludzi jest bardzo wielu. Widzisz, do odniesienia sukcesu  

potrzeba tyle samo energii, co do poniesienia porażki. Z tego  

powodu tak wielu aktywnych, zapracowanych ludzi nie może pojąć,  

dlaczego w ich życiu nie dzieje się nic szczególnego.  

 

Jeśli i ty należysz do tej kategorii ludzi, być może dzieje się  

tak, ponieważ przed laty ktoś wcisnął twój "wyłącznik stop". Tak,  

"wyłącznik stop"! już dawno zamierzałem napisać na ten temat  

książkę, ale teraz dopiero po raz pierwszy omawiam ten problem.  

 

Kiedyś kupiłem bardzo drogie auto ze składanym dachem. Sprzedawca  

przekonywał mnie, że nie powinienem zostawiać tego cennego pojazdu  

na ulicy czy nie strzeżonych parkingach, zanim nie zamontuję w nim  

systemu alarmowego, który w wypadku próby kradzieży tego skarbu,  

powodowałby włączenie się głośnej syreny. Oczywiście, przyznałem  

mu rację.  

 

Któregoś ranka, gdy byłem już spóźniony na umówione spotkanie,  

popędziłem do garażu, włożyłem kluczyk do stacyjki, przekręciłem  

go... na próżno. Nie usłyszałem nawet najmniejszego szumu. Zupełna  

cisza. Czyżby akumulator się wyczerpał? Bardzo wątpliwie.  

Włączyłem radio. Zabrzmiała głośna muzyka. Wsunąłem do magnetofonu  

kasetę. Ella Fitzgerald i jej Mackey Majcher. Wspaniała jakość  

dźwięku. Uruchomiłem system czyszczenia przedniej szyby. Z  

ukrytych otworków tryskały dwa strumienie wody, a doskonale  

background image

zsynchronizowane ze sobą wycieraczki zaczęły się rytmicznie  

poruszać. Zdenerwowany i zły pognałem ponownie do domu, aby  

zadzwonić do miłego sprzedawcy z salonu samochodowego.  

 

- Zamontowaliśmy w tej zabaweczce alarm przeciwwłamaniowy, prawda,  

Og?  

 

- Zapłaciłem za niego trzysta dolarów!  

 

- Przypuszczam więc, że przypadkowo wcisnąłeś "wyłącznik stop".  

 

- "Wyłącznik stop"?  

 

- Tak. Stanowi on element bardziej wyrafinowanych systemów  

alarmowych. Czy przy jego montowaniu nikt ci nie wyjaśnił, na  

jakiej zasadzie działa?  

 

Czułem, że moje zdenerwowanie rośnie.  

 

- Z pewnością bym pamiętał, gdyby ktoś rozmawiał ze mną na temat  

"wyłącznika stop" w moim samochodzie. Cóż to takiego? I gdzie się  

to znajduje?  

 

- Stanowi on część alarmu antywłamaniowego. Po wyjściu z samochodu  

i zamknięciu drzwi na kluczyk przekręcasz jeszcze jeden kluczyk w  

tym małym otworku, który został zainstalowany w błotniku. Jasne? W  

ten sposób włączasz system alarmowy. Jeśli ktoś spróbuje otworzyć  

zamek w drzwiach albo wybić szybę, zabrzmi alarm.  

 

background image

- Rozumiem.  

 

- Widzisz, "wyłącznik stop" stanowi dodatkowe zabezpieczenie.  

Wewnątrz samochodu, zazwyczaj gdzieś pod tablicą rozdzielczą albo  

pod wykładziną podłogową instaluje się jeszcze jeden przycisk.  

Jeśli go wciśniesz, zanim wysiądziesz z wozu, a potem zamkniesz  

drzwi na klucz i włączysz system alarmowy, będziesz w pełni  

zabezpieczony przed kradzieżą samochodu. Nawet jeśli ktoś włamałby  

się do środka i byłby na tyle głupi, aby uruchomić silnik przy  

wyjącej syrenie, niewiele zdziała, ponieważ "wyłącznik stop"  

odcina dopływ prądu z akumulatora do urządzenia zapłonowego.  

Samochód nie ma prawa ruszyć.  

 

Wróciłem do garażu, ale nie mogłem zlokalizować "wyłącznika stop".  

Po godzinie pojawił się u mnie przedstawiciel salonu  

samochodowego. Oczywiście, niemal natychmiast znalazł wyłącznik.  

Znajdował się on pod wykładziną podłogową, w przedniej części  

wozu, po stronie kierowcy. Rzeczywiście, wyłącznik był wciśnięty.  

Prawdopodobnie przypadkowo potrąciłem go nogą. Przestałem się  

złościć, jako że to zdarzenie podsunęło mi pewną myśl. Dostrzegłem  

analogie miedzy zasadą działania "wyłącznika stop" a życiem wielu  

ludzi. Doświadczenie to okazało się niezwykle cenne, zwłaszcza  

wtedy, gdy starałem się kogoś przekonać, że marnuje zbyt wiele  

czasu na krzątaninę, która prowadzi donikąd.  

 

Widzisz, moje auto zareagowało prawidłowo, gdy po raz pierwszy  

przekręciłem kluczyk w stacyjce. Zapaliły się światła, zagrało  

radio, wycieraczki zaczęły się rytmicznie poruszać. Zapracowany,  

bardzo zapracowany samochód. Tak jak wielu znanych mi ludzi. Jest  

background image

tylko jeden problem. Pomimo wszystkich tych czynności maszyna nie  

mogła się posunąć do przodu nawet o jeden cal, ponieważ wcisnąłem  

"wyłącznik stop".  

 

Każdy z nas ma swój "wyłącznik stop". Być może kiedy byliśmy  

młodzi, nasz ojciec, matka lub inna dorosła osoba, którą  

darzyliśmy szacunkiem, czy też w latach późniejszych nasz  

współmałżonek powiedział nam w przypływie złości, że nigdy nie  

zdołamy niczego osiągnąć w życiu. Pstryk! Zadziałało! Nieświadomie  

i bezmyślnie wciśnięto nasz "wyłącznik stop". Od tylu lat  

pracujemy ciężko, aby spełniło się to proroctwo, nie zdając sobie  

sprawy, czym umotywowane jest nasze postępowanie. Jesteśmy  

zapracowani, lecz podobnie jak mój samochód stoimy w miejscu. I  

nie rozumiemy, dlaczego tak się dzieje. Jakie to smutne.  

 

Teraz, gdy już wiesz, że masz "wyłącznik stop", musisz go po  

prostu wyłączyć. Dosyć już krzątaniny. Przestań się kryć za  

nawałem błahych codziennych zajęć. Istnieje sposób na lepsze  

życie.  

 

 

 

 

 

ZASADA ÓSMA  

 

... która uczyni twe życie lepszym 

 

 

background image

 

Nigdy więcej nie zaśmiecaj swoich dni i nocy mnóstwem błahych  

spraw, bo gdy nadejdzie pora na podjęcie wielkiego wyzwania,  

zabraknie ci czasu. To, że po prostu przeżyłeś kolejny dzień, nie  

daje powodów do świętowania. Znalazłeś się tutaj nie po to, aby  

trwonić cenne godziny możesz osiągnąć bardzo wiele, jeśli dokonasz  

niewielkiej zmiany w rozkładzie swoich zajęć. Dosyć już  

bezsensownej krzątaniny. Dosyć ukrywania się przed sukcesem. Wyjdź  

ponad czas i przestrzeń, w których tkwisz, i zacznij się rozwijać.  

Teraz. Teraz! Nie odkładaj do jutra.  

 

 

 

 

 

ZASADA DZIEWIĄTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Przeżyj ten dzień, jakby to miał być ostatni dzień twojego życia.  

Pamiętaj, że "jutro" można znaleźć jedynie w kalendarzu głupców.  

Zapomnij o wczorajszych porażkach, nie myśl też o problemach  

czekających cię jutro. Oto bowiem nadszedł dzień Sądu  

Ostatecznego. Ten dzień jest wszystkim, co masz. Uczyń z niego  

najlepszy dzień roku. Najsmutniejsze słowa, jakie mógłbyś  

kiedykolwiek wypowiedzieć, brzmią: "Gdybym miał jeszcze raz  

przeżyć życie...". Przejmij pałeczkę sztafety, szybko. Pobiegnij z  

background image

nią! Dzisiejszy dzień należy do ciebie.  

 

 

 

Większość ludzi, którzy doznają porażek, zawsze postępuje tak,  

jakby mieli oni do przeżycia tysiąc lat. Dlaczego? Po prostu nie  

wierzą oni, że zdołają sprostać wyzwaniom dnia dzisiejszego. Na  

sto różnych sposobów unikają przy tym sprawdzenia swych  

możliwości: niektórzy z nich piją za dużo lub oddają się hucznej  

zabawie, wielu sypia o dwie lub trzy godziny więcej niż to  

konieczne, inni znów całymi godzinami ślęczą nad krzyżówkami lub  

układankami albo też przesiadują przed telewizorem.  

 

Ciągle zapewniają samych siebie: "Nie martw się, wszystko będzie,  

jak należy... jutro. Jutro? Szwendam się po tej starej planecie od  

wielu lat i widziałem w tym czasie mnóstwo kalendarzy. W żadnym  

jednak nie znalazłem "jutra".  

 

Nie traktuj czasu tak, jakbyś miał niewyczerpane zasoby tego  

bogactwa. Nie zawierałeś z życiem żadnego kontraktu. Jeśli  

"wczoraj jest już tylko unieważnionym czekiem, to "jutro" stanowi  

jedynie weksel. Całą gotówkę, którą posiadasz, jest "dzisiaj".  

Jeśli nie wydasz jej w sposób mądry, będziesz mógł za to winić  

wyłącznie siebie. Ojciec Czas nie daje biletów powrotnych.  

 

Dopóki nie nauczymy się traktować każdego dnia tak, jakby stanowił  

on całe nasze życie, nie będziemy mogli nazywać się ludźmi  

mądrymi. Miliony szczęśliwców, którzy ocaleli dzięki  

stowarzyszeniom Anonimowych Alkoholików, doskonale wiedzą, jaka  

background image

moc kryje się w słowach: "jeden dzień za każdym razem. Robert  

Louis Stevenson napisał kiedyś: "Każdy może nieść swój ciężar,  

choćby największy, aż do zapadnięcia nocy. Każdy może wykonywać  

swą pracę, choćby najcięższą, przez jeden dzień. Każdy może  

prowadzić życie błogie, cierpliwe, pełne miłości i czyste tylko do  

zachodu słońca. Oto cała prawda o życiu".  

 

Bez względu na to, jak bardzo może się to wydać trudne, zdołasz  

podjąć wyzwanie dnia dzisiejszego, stawiając czoło kolejno każdemu  

zadaniu i w ten sposób przybliżając się do osiągnięcia swoich  

celów. Dzień dzisiejszy, ten cenny skarb, wszystko, co masz,  

umknie ci, jeśli będziesz spędzał długie, żałosne godziny na  

rozpamiętywaniu błędów popełnionych w przeszłości czy też z obawą  

oczekiwał straszliwych rzeczy, które mogą się zdarzyć jutro.  

 

Dzisiaj jest twój dzień. To jedyny dzień, który masz dzień, w  

którym możesz udowodnić światu, że wniesiesz do dorobku ludzkości  

liczący się wkład. Może nigdy nie zdołasz pojąć, jaką rolę  

odgrywasz w świecie, niemniej jesteś tu po to, aby ją odegrać w  

sposób właściwy. Teraz nadszedł twój czas. Bez względu na to, jak  

gęste wydaje ci się kłębowisko otaczających cię godzin, pamiętaj,  

że biegną one szeregiem, jedna po drugiej. Możesz właściwie  

wykorzystać wszystkie chwile twojego życia, nawet te najcięższe,  

jeśli będą przychodzić do ciebie pojedynczo.  

 

Kiedy zakończysz kolejny dzień, zapomnij o wszystkim, co się w nim  

wydarzyło. Nie wlecz za sobą do następnego dnia ciężaru minionych  

chwil. Zrobiłeś wszystko, co było w twojej mocy, i jeśli w twe  

działania wkradły się jakieś błędy czy niedociągnięcia, zapomnij o  

background image

nich. Przeżyj ten dzień - i każdy następny - tak, jakby wszystko  

miało mieć swój kres o zachodzie słońca. A kiedy twoja głowa  

spocznie na poduszce, odpoczywaj ze świadomością, że zrobiłeś to,  

co było w twojej mocy.  

 

 

 

 

 

ZASADA DZIEWIĄTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Przeżyj ten dzień, jakby to miał być ostatni dzień twojego życia.  

Pamiętaj, że "jutro" można znaleźć jedynie w kalendarzu głupców.  

Zapomnij o wczorajszych porażkach, nie myśl też o problemach  

czekających cię jutro. Oto bowiem nadszedł dzień Sądu  

Ostatecznego. Ten dzień jest wszystkim, co masz. Uczyń, z niego  

najlepszy dzień roku. Najsmutniejsze słowa, jakie mógłbyś  

kiedykolwiek wypowiedzieć, brzmią: "Gdybym miał jeszcze raz  

przeżyć życie...". Przejmij pałeczkę sztafety, szybko. Pobiegnij z  

nią! Dzisiejszy dzień należy do ciebie.  

 

 

 

 

 

background image

ZASADA DZIESIĄTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Począwszy od dzisiaj, traktuj wszystkich spotkanych ludzi,  

przyjaciół i wrogów, bliskich i nieznajomych, tak jakby o północy  

mieli oni już nie żyć. Każdemu z nich, nawet przy najbardziej  

przelotnym kontakcie, okaż tyle troski, dobroci, zrozumienia i  

miłości, ile możesz z siebie wykrzesać. I nie oczekuj za to żadnej  

nagrody. I twoje życie nigdy już nie będzie takie samo.  

 

 

 

Jak w każdej innej grze, tak i w życiu wszystkie zasady są ze sobą  

powiązane. Stosowanie się do jednej z nich poprowadzi cię ku  

kolejnym. Teraz zaczynasz grę zwaną życiem w sposób najwłaściwszy,  

tak jak to naprawdę powinno się robić.  

 

Przeżyć każdy kolejny dzień tak, jakby miał to być jedyny dzień,  

który ci pozostał - oto w istocie jedna z głównych zasad  

szczęśliwego, udanego życia. Towarzyszy jej jednakże inna zasada.  

równie ważna i efektywna, która znana jest, w odróżnieniu od  

tamtej, nielicznym.  

 

Gdy już decydujesz się przeżyć kolejny dzień tak, jakby miał on  

być ostatnim dniem twojego życia, traktuj przy tym każdego  

napotkanego człowieka-krewnego, sąsiada, kolegę z pracy,  

background image

nieznajomego, klienta, nawet wroga, jeśli takiego masz - tak  

jakbyś był w posiadaniu największego o nim sekretu: oto ostatni  

dzień, w którym ten człowiek stąpa po ziemi, o północy nie będzie  

już żył!  

 

A teraz pomyśl, jak potraktowałbyś spotkanego dziś człowieka,  

gdybyś wiedział, że z końcem tego dnia odejdzie na zawsze? Znasz  

odpowiedź. Obdarzyłbyś go większym szacunkiem, troską, łagodnością  

i miłością niż kiedykolwiek dotychczas. A czy domyślasz się, jak  

ten człowiek zareagował by na twoją dobroć? Oczywiście.  

Doświadczyłbyś z jego strony więcej szacunku, troski, łagodności i  

miłości, niż doświadczyłeś dotąd ze strony kogokolwiek. Czy wiesz  

teraz, jak będzie wyglądała twoja przyszłość, jeśli będziesz stale  

tak postępował, dzień po dniu, wypełniając życie jedynie tą  

bezinteresowną miłością? Uśmiechasz się. Znasz już odpowiedź.  

 

Przed laty pisarze wysyłani w trasy promocyjne, przewidujące także  

audycje radiowe i telewizyjne oraz konferencje prasowe, zdani byli  

praktycznie na siebie, jeśli porówna się ich sytuację z pisarzami  

doby dzisiejszej dosłownie "prowadzonymi za rękę" od miasta do  

miasta i od konferencji do konferencji przez lokalnego  

przedstawiciela wydawcy. W tych "dawnych czasach" nasi wydawcy  

jedynie przesyłali nam pocztą bilety na samolot, potwierdzenie  

rezerwacji miejsc hotelowych oraz plan naszych prezentacji w  

każdym mieście. Za wszystkie sprawy związane z dotarciem na  

lotnisko, odnalezieniem hotelu oraz przejazd taksówkami z  

konferencji na konferencję odpowiedzialny był autor. I jeśli w  

jednym dniu wypadało siedem spotkań, co nie było rzadkością, a  

wywiady miały się odbywać o różnych porach i w różnych miejscach,  

background image

na przykład na terenie całego Los Angeles, stawianie się wszędzie  

na czas wymagało wiele wytrwałości oraz bystrości i stanowiło nie  

lada wyzwanie.  

 

Ten pamiętny dzień zdarzył się przed kilku laty. Sprzed hotelu  

zabrał mnie młody czarnoskóry taksówkarz. Kazałem się zawieźć do  

znajdującej się na przedmieściu stacji telewizyjnej WSM-TV. Miałem  

tam wystąpić w programie The Noon Show. Jako że jazda trwała dość  

długo, zaczęliśmy rozmowę. Kierowca, pamiętam jego nazwisko,  

Raymond Bright, sprawiał wrażenie zaszokowanego faktem, że jego  

klient ma wystąpić w telewizji.  

 

Starannie opracowany plan mojej trasy promocyjnej uwzględniał tego  

dnia występ w programie nadawanym na żywo. Miała w nim nawet  

występować jakaś orkiestra i kilku piosenkarzy. Gdy podjechaliśmy  

pod piękny budynek, taksówkarz powiedział:  

 

- Do licha, to najlepsza stacja telewizyjna w całym Nashville!  

 

Prawdopodobnie zasada dotycząca traktowania ludzi z miłością i  

troską, tak jakby o północy mieli oni nie żyć, wciąż chodziła mi  

po głowie, jako że poprzedniego dnia mówiłem o niej w kilku  

audycjach, ponieważ płacąc Royowi za kurs, powiedziałem:  

 

- Czy był pan kiedyś w studiu telewizyjnym w czasie programu  

prowadzonego na żywo?  

 

- Nie, proszę pana.  

 

background image

- No, to... jeśli ma pan około godziny wolnego czasu i zgodzi się  

pan, abym zapłacił za parkowanie, może pójść pan tam ze mną i  

popatrzeć, jak będę się wygłupiał.  

 

- Mówi pan serio? - zapytał, otworzywszy szeroko oczy ze  

zdziwienia.  

 

- Jasne. Potem może mnie pan odwieźć do centrum miasta. W  

księgarni Cokesbury mam o wpół do drugiej podpisywać książki.  

 

Raymond wskoczył do wozu, wyłączył licznik, co miało znaczyć, że  

nie zamierza brać ode mnie pieniędzy za postój, po czym ruszył za  

mną. W budynku telewizji przedstawiłem mojego nowego przyjaciela  

zaskoczonemu Teddyemu Bartowi, który miał prowadzić program, oraz  

reżyserowi, Elaine Ganick. Gospodarze zaprowadzili nas do jasno  

oświetlonego studia, w którym członkowie orkiestry stroili  

instrumenty. Rayowi wskazano jedno z miejsc przeznaczonych dla  

najważniejszych gości, w pierwszym rzędzie. Gdy omawiałem z Teddym  

i Elaine zasadnicze wątki mającej się odbyć dyskusji, Ray  

przyglądał się ze zdumieniem orkiestrze, która przeprowadzała  

ostatnią próbę wśród poruszających się dookoła kamer telewizyjnych  

i mikrofonów.  

 

Po skończonym programie pognaliśmy do księgarni, mieszczącej się w  

centrum. Gdy i ten punkt dnia mieliśmy za sobą, powiedziałem  

Rayowi, że konam z głodu. Zabrał mnie więc na obiad do pewnego  

miejsca, które znajdowało się w "jego części miasta", jak to  

określił. Chociaż byłem tam jedynym człowiekiem o białej skórze,  

zjadłem najsmaczniejsze w życiu hamburgery. Gdy przyszło zapłacić  

background image

za rachunek, sięgnąłem po portfel, jednakże silna dłoń Raya  

powstrzymała mnie. Zapłacił i nie chciał słyszeć słów sprzeciwu.  

Nie było dyskusji. Zawiózł mnie jeszcze do dwóch rozgłośni  

radiowych, za każdym razem czekając na mnie, po czym wróciliśmy do  

hotelu. Wymeldowałem się, zabrałem swoje rzeczy i już jechaliśmy  

na lotnisko.  

 

Podczas drogi, siedząc na tylnym siedzeniu, czułem, że zapadam w  

drzemkę. Cały czas brzmiał mi w uszach głęboki głos Raya:  

 

- Panie Og (Ray zwracał się do mnie tak jak prowadzący audycje  

radiowe, w których brałem wcześniej udział)... Panie Og, ten dzień  

będę pamiętał do końca życia...  

 

- Dlaczego, Ray?  

 

- Ponieważ dzisiaj po raz pierwszy w życiu czuję, że coś znaczę.  

 

Przez całą drogę na lotnisko co chwila widziałem w lusterku  

wstecznym duże, brązowe oczy, patrzące na mnie uważnie, oraz  

słyszałem, jak wciąż powtarzał:  

 

- Dzięki panu poczułem, że coś znaczę.  

 

Gdy dotarliśmy na lotnisko, Ray wyszedł szybko z wozu i zaniósł  

mój bagaż do punktu odprawy pasażerów. Zapłaciłem mu za kurs, a on  

podszedł blisko i uścisnął mnie mocno, ku zdziwieniu patrzących na  

nas ludzi. Po jego policzkach spływały łzy.  

 

background image

- Kocham pana, Og - powiedział z trudem.  

 

- I ja ciebie kocham, Ray - odparłem łamiącym się głosem.  

 

O północy on już nie będzie żył. Niechaj taka myśl towarzyszy ci  

zawsze, gdy będziesz kogoś spotykał. To wcale nie jest trudne. A  

zapłata, którą otrzymasz, może na zawsze odmienić twoje życie.  

Spróbuj!  

 

 

 

 

 

ZASADA DZIESIĄTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Począwszy od dzisiaj, traktuj wszystkich spotkanych ludzi,  

przyjaciół i wrogów, bliskich i nieznajomych, tak jakby o północy  

mieli oni już nie żyć. Każdemu z nich, nawet przy najbardziej  

przelotnym kontakcie, okaż tyle troski, dobroci, zrozumienia i  

miłości, ile możesz z siebie wykrzesać. I nie oczekuj za to żadnej  

nagrody. Twoje życie nigdy już nie będzie takie samo.  

 

 

 

 

background image

 

ZASADA JEDENASTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Śmiej się z siebie i śmiej się z życia. Niechaj jednak nie będzie  

to śmiech drwiny czy politowania, lecz cudowny lek, który złagodzi  

twój ból, oddali przygnębienie oraz pomoże ci spojrzeć z dystansem  

na porażkę, która w danej chwili wydaje się straszna. Gdy  

znajdziesz się w trudnej sytuacji, odpędź za pomocą śmiechu  

napięcie, lęk i zatroskanie. Dzięki temu uczynisz swój umysł  

wolnym, a nie zmącona niczym myśl na pewno pozwoli ci odnaleźć  

rozwiązanie. Nigdy nie traktuj siebie zbyt poważnie.  

 

 

 

Jak straszliwie puste i zimne są dni, w których nie rozbrzmiewa  

twój śmiech. On bowiem, niczym promienie słońca, ogrzeje każdy  

dom, każdą rodzinę. Nie pozwól więc, by minął choć jeden dzień, w  

którym radosna strona twej natury nie znalazłaby wyrazu, nawet  

wówczas, gdy zmagasz się z ogarniającym cię chaosem. Kiedy się  

śmiejesz, dodajesz swemu życiu wartości.  

 

Człowiek jest jedynym stworzeniem, które zostało obdarzone  

umiejętnością śmiania się. Jest też, być może, jedynym  

stworzeniem, które zasługuje na to, aby się z niego śmiać.  

 

background image

Najwspanialej brzmi śmiech człowieka, który ma wystarczająco duże  

poczucie własnej wartości, aby móc się śmiać z samego siebie,  

wykazując przy tym rzadko spotykaną umiejętność obiektywnego  

spojrzenia na swoją osobę. Jeśli i ty zdobędziesz tę umiejętność,  

każde twoje zmartwienie stanie się mniejsze.  

 

Tak, istnieją reguły, dzięki którym można zwyciężać w tej trudnej  

grze zwanej życiem. Nigdy jednak nie wolno zapominać, że życie  

jest tylko grą, której nie powinno się traktować zbyt poważnie.  

Jeśli nie udaje się nam wycisnąć z tego dnia choć odrobiny  

radości, to co tak naprawdę zawiera w sobie ten dzień? Wciąż na  

nowo uczę się tej zasady: śmiać się z siebie i nie traktować  

samego siebie zbyt poważnie. Ilekroć zaczynam się zachowywać tak,  

jakbym pozjadał wszystkie rozumy, gdy staję się zbyt pompatyczny  

albo też kiedy próbuje odgrywać rolę "wielkiego pisarza", Bóg  

zawsze zsyła zdarzenie, które przywołuje mnie do porządku... aż do  

następnego razu.  

 

Pewnego razu w Atlancie, gdzie przez kilka dni brałem udział w  

audycjach radiowych i telewizyjnych, jechałem czarną limuzyną do  

wielkiego centrum handlowego, oddalonego o prawie dwie godziny  

jazdy od śródmieścia. Zgodnie z programem mojej trasy promocyjnej  

miałem po drodze odwiedzić małą chrześcijańską rozgłośnię radiową,  

aby wziąć udział w trzydziestominutowej audycji, prowadzonej na  

żywo przez pewnego dżentelmena, zwanego "Czcigodnym Johnem".  

 

Gdy w końcu zatrzymaliśmy się przed małym białym domem, z którego  

murów odpadała farba, mój kierowca odwrócił się ku mnie i rzekł na  

wpół przepraszająco:  

background image

 

- Jesteśmy na miejscu, proszę pana. To jest ta rozgłośnia radiowa.  

 

Zanim wszedłem na ostatni stopień schodów wiodących do wejścia,  

frontowe drzwi otworzyły się gwałtownie. Przede mną stał Czcigodny  

John. Wiedziałem, że to właśnie on, ponieważ nad znajdującą się na  

wysokości piersi kieszonką jego białego kombinezonu zauważyłem  

starannie wyhaftowany czerwoną włóczką napis: "Czcigodny John".  

 

- Witamy pana w naszej skromnej rozgłośni! - wykrzyknął, po czym  

uścisnął mnie mocno. - jaki to zaszczyt!  

 

Przeszliśmy przez pomieszczenie, w którym prawdopodobnie znajdował  

się niegdyś salon, a teraz zagracało je mnóstwo sprzętu  

elektronicznego oraz stosy płyt i taśm. Gdy "czcigodny" prowadził  

mnie do swojego studia w tylnej części domu, słyszałem psalmy  

odtwarzane z taśmy.  

 

- Za kilka minut wchodzimy - powiedział mój gospodarz - Niech pan  

sobie tam wygodnie usiądzie. - Czcigodny john skinął głową w  

stronę nie pomalowanego stołu, na którym sterczał mikrofon,  

przytwierdzony niedbale kilkoma gwoździami.  

 

Usiadłem na chropowatej ławce, zastanawiając się przy tym, czy moi  

wydawcy pracujący w luksusowych pomieszczeniach biurowych przy  

Fifth Avenue mają jakiekolwiek wyobrażenie o tym, w co pakują  

swoich autorów. Potem, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, Czcigodny  

John usiadł na ławce obok mnie. W okamgnieniu pojąłem, że mikrofon  

znajdujący się na stole jest jedynym mikrofonem i obaj będziemy z  

background image

niego korzystać. Jakaż odmiana po dniach spędzonych w eleganckich  

rozgłośniach radiowych Atlanty, wśród lśniącego metalu i szkła.  

Pocieszyłem się jednak, że przez trzydzieści minut mogę znieść  

wszystko.  

 

Trasa, którą wtedy odbywałem, poświęcona była promocji mojej  

książki The Christ Commission. W przeciwieństwie do wielu  

dziennikarzy, którzy poprzednio prowadzili ze mną rozmowy,  

Czcigodny John nie tylko przeczytał tę książkę, ale również  

przygotował długą listę inteligentnych pytań. Miał je wypisane na  

kartce i w czasie audycji stale tam zaglądał.  

 

Rozmowa ta bardzo mnie wciągnęła. Nagle, mniej więcej w połowie  

audycji, w sąsiednim pokoju głośno zadzwonił telefon. Oczywiście  

pomieszczenie, w którym znajdowało się to "studio", nie było  

dźwiękoszczelne, w odróżnieniu od większości tego typu miejsc, tak  

więc ten brutalny dźwięk, który rozległ się w środku mej  

wypowiedzi, zupełnie wytrącił mnie z równowagi i omal nie  

straciłem wątku, starając się opanować.  

 

Ten przeklęty telefon wciąż dzwonił i dzwonił. W końcu Czcigodny  

John, rozgniewany, zajrzał do swej listy, zadał mi jakieś pytanie,  

po czym nie zważając na malujące się w moich oczach przerażenie,  

odwrócił się, przerzucił nogę ponad ławką, wstał i zniknął w  

sąsiednim pokoju. Mogłem się domyśleć, że poszedł odebrać telefon.  

Teraz moim rozmówcą była pusta ława... i mikrofon. Mówiłem wolno,  

bardzo wolno... przeciągając słowa. Nie mogłem sobie wyobrazić, co  

się stanie, gdy wyczerpię temat, a mój przyjaciel nie zdąży  

wrócić.  

background image

 

W końcu nie miałem o czym mówić. Czcigodny John wciąż jednak był  

nieobecny. I właśnie wtedy, chyba jedyny raz w życiu, zachowałem  

się bardzo inteligentnie. Sięgnąłem po kartkę z listą Czcigodnego  

Johna, przesunąłem po niej palcem i odnalazłszy pytanie, które  

miało stanowić kolejny przyczynek do dyskusji, rzekłem:  

 

- Czcigodny Johnie, z pewnością jesteś ciekawy, skąd wziął się  

pomysł napisania książki The Christ Commission? - ... a potem,  

przez następne czternaście minut, prowadziłem wywiad z samym sobą!  

 

Nagle poczułem, że ktoś klepie mnie po ramieniu. Tak bardzo byłem  

pochłonięty odgrywaniem podwójnej roli, że nawet nie zauważyłem  

powrotu Czcigodnego Johna. Mój przyjaciel wskazał dłonią duży  

zegar wiszący na ścianie, pochylił się nad mikrofonem i rzekł:  

 

- Panie Mandino, pański pobyt w naszym studiu był dla nas  

zaszczytem. Życzymy panu, aby ta wspaniała książka odniosła wielki  

sukces oraz aby pan wrócił szczęśliwie do domu, gdy pańska trasa  

promocyjna dobiegnie już końca. Niech pana Bóg błogosławi.  

 

Zaraz potem wcisnął jakiś guzik i w eter popłynęła pieśń Bliżej  

ciebie, mój Boże. Ja tymczasem siedziałem, ocierając pot z czoła.  

Właśnie wtedy, po raz kolejny, przypomniano mi tę niezwykle ważną  

zasadę życia, która każe nam śmiać się z samych siebie. Czcigodny  

John machał mi przed oczami jakąś kartką papieru i sprawiał  

wrażenie zadowolonego z siebie.  

 

- Panie Mandino - rzekł - przepraszam za to, że naraziłem pana na  

background image

to wszystko, ale, doprawdy, poradził pan sobie po mistrzowsku. Ten  

telefon był od mojej osiemdziesięcioletniej matki, która mieszka w  

San Diego. Podczas ostatniej rozmowy obiecała mi, że następnym  

razem, gdy zadzwoni, poda mi stary rodzinny przepis na ciasto  

marchewkowe. Śmiej się ze świata. I co najważniejsze, śmiej się z  

samego siebie. Gdyby śmiech sprzedawano w aptece, twój lekarz  

zaleciłby ci przyjmowanie tego specyfiku każdego dnia. To naprawdę  

sposób na lepsze życie.  

 

 

 

 

 

ZASADA JEDENASTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Śmiej się z siebie i śmiej się z życia. Niechaj, jednak nie będzie  

to śmiech drwiny czy politowania, lecz cudowny lek, który złagodzi  

twój ból, oddali przygnębienie oraz pomoże ci spojrzeć z dystansem  

na porażkę, która w danej chwili wydaje się straszna. Gdy  

znajdziesz się w trudnej sytuacji, odpędź za pomocą śmiechu  

napięcie, lęk i zatroskanie. Dzięki temu uczynisz swój umysł  

wolnym, a nie zmącona niczym myśl na pewno pozwoli ci odnaleźć  

rozwiązanie. Nigdy nie traktuj siebie zbyt poważnie.  

 

 

background image

 

 

 

ZASADA DWUNASTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Nigdy nie zaniedbuj drobnych spraw. Nie żałuj dodatkowego wysiłku,  

tych kilku nadprogramowych minut, miłych słów pochwały czy  

podziękowania, daj z siebie wszystko, na co cię stać. Nieważne, co  

myślą inni, liczy się przede wszystkim to, co ty sam myślisz o  

sobie. Idąc na skróty i wykręcając się od odpowiedzialności, nie  

osiągniesz szczytów. Jesteś wyjątkowym człowiekiem. Żyj więc jak  

wyjątkowy człowiek. Nigdy nie zaniedbuj drobnych spraw.  

 

 

 

Nauczycielu, uczniu, robotniku z hali fabrycznej, sprzedawco,  

dyrektorze, rodzicu, trenerze, sportowcu, taksówkarzu, windziarzu,  

lekarzu, prawniku - bez względu na to, jakie podejmujesz w życiu  

wyzwania, bez względu na to, jakim musisz sprostać zadaniom...  

nigdy, nigdy nie zaniedbuj drobnych spraw.  

 

Żyjemy w czasach, których tempo zdaje się przewyższać prędkość  

światła. W naszym świecie, pełnym pośpiechu i krzątaniny, łatwo  

jest wpaść w nawyk chodzenia na skróty, uchylania się od  

niektórych obowiązków, kiedy sądzimy, że ujdzie nam to na sucho.  

background image

Zapominamy lekcje historii oraz słowa ostrzeżenia, wypowiedziane  

przez mędrców. Zaniedbywanie drobnych spraw, w jakiejkolwiek  

dziedzinie twojej aktywności, może mieć katastrofalne skutki.  

 

Edison utracił cenny patent przez niedbałość: umieścił przecinek  

liczby dziesiętnej w niewłaściwym miejscu. Robert DeVincenzo  

stracił tytuł mistrzowski, ponieważ nie zadał sobie odrobiny  

trudu, aby przed podpisaniem protokołu z zawodów przeczytać  

zapisany tam wynik. Protokół zawierał błędne dane. Jestem pewien,  

że znasz te mądre słowa Benjamina Franklina: "Z powodu braku  

gwoździa przepadła podkowa z powodu braku podkowy przepadł koń z  

powodu braku konia przepadł jeździec z powodu braku jeźdźca  

przepadło zwycięstwo w bitwie".  

 

Każdy, rzecz jasna, marzy o pracy, którą kochałby tak bardzo, że  

byłby gotów wykonywać ją za darmo. Niestety, niewielu ludzi  

spotyka to szczęście. Tak więc, większość z nas jest coraz  

bardziej znudzona wykonywanymi zadaniami stopniowo przestajemy  

dawać z siebie wszystko, na co nas stać. Ilekroć nadarza się  

okazja, idziemy na skróty. Pominąwszy fakt, że taki styl życia  

może bardzo źle wpłynąć na twoją samoocenę, trzeba podkreślić, że  

drobne sprawy, lekceważone lub traktowane niedbale, często mogą  

spowodować duże problemy, a te z kolei na pewno zahamują twój  

rozwój. Jesteś wyjątkowym dziełem Boga. Nigdy nie pozwól, by  

wszystko to, co wpływa na ciebie - czyny, wytwory twoich rąk,  

wysiłek, dobroć - było poniżej twoich możliwości. Jedynie bankruci  

życiowi i miernoty zaniedbują drobne sprawy.  

 

Niezwykle przekonywający przykład tej prostej, lecz zarazem  

background image

potężnej prawdy, tej niepodważalnej zasady życia, można znaleźć,  

wzlatując wysoko, ponad Liberty Island w nowojorskim porcie. Jeśli  

odwiedzisz kiedyś Nowy Jork i znajdziesz kilka godzin czasu, wykup  

sobie lot helikopterem, który startuje przy wylocie East  

Thirty-Four Street, nie opodal rzeki East River. Gdy już zbliżysz  

się do cudownej Statuy Wolności, stojącej dumnie w porcie, patrz  

uważnie.  

 

Miedziany posąg, wsparty na stalowej konstrukcji, wznosi się na  

wysokość trzystu pięciu stóp nad poziom morza. Gdy helikopter  

będzie się zbliżał do statuy, spójrz na jej szczyt, tam gdzie  

znajduje się głowa lady Liberty. Zauważ, jak misternie wykonany  

jest każdy kosmyk jej włosów, podobnie jak wszystkie elementy  

szaty i ciała. Ta subtelna, metaliczna fryzura na czubku jej głowy  

z pewnością wymagała wielu dodatkowych tygodni pracy w pracowni  

Augustea Bartholdiego w Paryżu. Wielki rzeźbiarz mógł sobie  

oszczędzić tego trudu, ponieważ wtedy wiedział, że nikt nie będzie  

nigdy oglądał szczytu Statuy Wolności.  

 

Statuę uroczyście odsłonił prezydent Grover Cleveland dwudziestego  

ósmego października 1886 roku. Nie było wtedy samolotów! Pierwszy  

prymitywny latający wehikuł udało się wznieść w powietrze braciom  

Wright dopiero w siedemnaście lat później! Bartholdi był więc  

wówczas przekonany, że jedynie kilka odważnych mew będzie miało  

możliwość spojrzeć na Statuę Wolności z góry i że żaden człowiek  

nigdy nie zobaczy, iż pukle włosów na głowie lady Liberty są  

misternie ułożone i wypolerowane. A mimo to ten wielki artysta nie  

poszedł na skróty. Każdy kosmyk włosów, każdy lok jest na swoim  

miejscu!  

background image

 

 

 

 

 

ZASADA DWUNASTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Nigdy nie zaniedbuj drobnych spraw. Nie żałuj dodatkowego wysiłku,  

tych kilku nadprogramowych minut, miłych słów pochwały czy  

podziękowania, daj z siebie wszystko, na co cię stać. Nieważne, co  

myślą inni, liczy się przede wszystkim to, co ty sam myślisz o  

sobie. Idąc na skróty i wykręcając się od odpowiedzialności, nie  

osiągniesz szczytów. Jesteś wyjątkowym człowiekiem. Żyj więc jak  

wyjątkowy człowiek. Nigdy nie zaniedbuj drobnych spraw.  

 

 

 

 

 

ZASADA TRZYNASTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

background image

Każdy ranek witaj z uśmiechem. Przyjmij nowy dzień jako kolejny,  

niezwykły dar swojego Stwórcy, jako kolejną, wspaniałą szansę na  

dokończenie tego, czego nie mogłeś zrobić wczoraj. Bądź twórczy i  

efektywny. Niech pierwsza godzina tego dnia zabrzmi donośnie w  

tonacji sukcesu i skutecznego działania, aby echo niosło ten  

dźwięk aż do wieczora. Dzień dzisiejszy nigdy się nie powtórzy.  

Nie roztrwoń więc tego daru, robiąc falstart lub nie starając się  

w ogóle. Przyszedłeś na świat nie po to, by ponieść klęskę.  

 

 

 

Bądź twórczy i efektywny. Witaj każdy kolejny świt z uśmiechem.  

Bądź wdzięczny swemu Stwórcy za jeszcze jedną okazję do ulepszenia  

twych wczorajszych działań. Wielu z nas, przejętych lękiem o to,  

co przyniesie ten dzień, niechętnie zwleka się rano z łóżek, nie  

zdając sobie sprawy, że działania, które podejmujemy w ciągu  

pierwszych godzin poranka, odcisną swoje piętno na całym dniu, a  

także przygotują nas na dzień jutrzejszy i wszystkie kolejne dni.  

 

Jakie to straszne budzić się w oczekiwaniu chmurnego dnia,  

wypełnionego bólem i nudą, a potem z niecierpliwością wyglądać  

zachodu słońca, po którym przychodzi miłosierny sen.  

 

Istnieje sposób na lepsze życie. Spotykaj każdy poranek z błyskiem  

nadziei w oczach, z szacunkiem i wdzięcznością za wszystkie  

szanse, które kryje w sobie nadchodzący dzień. Pozdrawiaj każdego  

napotkanego człowieka z uśmiechem i miłością bądź szlachetny,  

subtelny i uprzejmy tak w stosunku do przyjaciela, jak i wroga  

czerp garściami zadowolenie płynące z dobrze wykonanej pracy w  

background image

ciągu tych godzin, które nigdy nie powrócą. Oto jest droga, na  

której mają pozostać ślady twych stóp.  

 

Najważniejsze, byś witał poranek z uśmiechem. Czyż to nie jest  

łatwe? Cóż, jeśli taki prosty gest stanowi dla ciebie problem,  

jeśli po przebudzeniu nawiedza cię myśl, że nie masz powodu do  

uśmiechu, nie rozpaczaj. Wszystkim nam się to zdarza. Nawet  

najwięksi optymiści nieraz wolą pozostać w swoich czterech  

ścianach, niż stawiać czoło światu, który czasami jest wrogi i  

bezwzględny. W życiu każdego z nas zdarzają się "złe" dni. Nie  

omijają one również ludzi najsławniejszych w świecie, gwiazd  

sportu czy prezesów wielkich korporacji. Bywa, że po otwarciu oczu  

wolimy raczej ukryć głowę pod miękką poduszką, niż wlec się  

zatłoczoną autostradą, wykonać pierwszy telefon dotyczący  

sprzedaży czy też spojrzeć w oczy okropnemu szefowi.  

 

Teraz, gdy znów się obudzisz z uczuciem lęku przed tym, co dziś  

cię czeka, zastosuj doskonałą metodę, dzięki której poszybujesz w  

świat z tak optymistycznym nastawieniem do życia, że przeżyjesz  

wspaniały dzień. Ta prosta sztuka czy też technika, nazwij to, jak  

chcesz, nigdy nie zawodzi, nic nie kosztuje, a mimo to uczyni dla  

ciebie więcej niż sok pomarańczowy, stek i jajka, kawa czy  

jakakolwiek taśma z motywacyjnym nagraniem. Dzięki tej metodzie  

wyruszysz na spotkanie ze światem pełen optymizmu, siły, chęci do  

działania oraz... wdzięczności.  

 

Jeśli chcesz wpuścić do swojego życia słońce i muzykę, to ilekroć  

obudzisz się z uczuciem współczucia dla samego siebie, sięgnij po  

poranną gazetę. Nie patrz na pierwszą stronę, bo ogarnie cię  

background image

ochota, aby się ukryć w piwnicy. Zamiast tego popatrz tam, gdzie  

zamieszczane są... nekrologi!  

 

Znajdziesz długą listę osób, które byłyby zachwycone, gdyby mogły  

być teraz na twoim miejscu, mimo wszystkich bolączek, wątpliwości,  

lęków i problemów, z którymi się borykasz! Wypróbuj tę metodę,  

ilekroć rankiem ogarnie cię przygnębienie. Będziesz mi za nią  

wdzięczny.  

 

Czy słyszysz teraz śpiew ptaków?  

 

 

 

 

 

ZASADA TRZYNASTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Każdy ranek witaj z uśmiechem. Przyjmij nowy dzień jako kolejny,  

niezwykły dar swojego Stwórcy, jako kolejną, wspaniałą szansę na  

dokończenie tego, czego nie mogłeś zrobić wczoraj. Bądź twórczy i  

efektywny. Niech pierwsza godzina tego dnia zabrzmi donośnie w  

tonacji sukcesu i skutecznego działania, aby echo niosło ten  

dźwięk aż do wieczora. Dzień dzisiejszy nigdy się nie powtórzy.  

Nie roztrwoń więc tego daru, robiąc falstart lub nie starając się  

w ogóle. Przyszedłeś na świat nie po to, by ponieść klęskę.  

background image

 

 

 

 

 

ZASADA CZTERNASTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Pewnego dnia spełni się twoje wielkie marzenie Na każdy więc dzień  

ustalaj cele. Niechaj nie będzie to skomplikowane i trudne do  

zrealizowania plany, lecz proste czynności, które stopniowo  

zaprowadzą cię ku twej tęczy. Spisz je, jeśli uznasz to za  

konieczne, ale ta lista nie może być zbyt długa, bo nie dokończone  

dzisiaj zadania będą się wlokły za tobą do jutra. Pamiętaj, że nie  

zdołasz postawić swej piramidy w ciągu jednej doby. Bądź  

cierpliwy. Nigdy nie pozwól, by twój dzień przepełniony był  

mnóstwem spraw, wśród których zginie najważniejszy cel: tego dnia  

masz uczynić tyle dobra, na ile cię stać ten dzień ma dać ci  

radość, abyś udając się wieczorem na spoczynek, czuł zadowolenie  

ze wszystkiego, czego udało ci się dokonać!  

 

 

 

Ustalanie celów każdemu przychodzi łatwo. Podobnie jak w przypadku  

noworocznych zobowiązań, każdy z nas potrafi sporządzić długą  

listę spraw, które mamy nadzieję załatwić w przyszłości... Zaraz  

background image

jednak ponownie zaczynamy wieść takie samo życie jak dotychczas.  

 

Uczyńmy ten niezbędny, choć czasem zwodniczy krok jeszcze raz.  

Pomogę ci. Najpierw jednak ostrzeżenie. Każdy cel, wymagający od  

ciebie żmudnej pracy, wykonywanej dzień w dzień i rok po roku, tak  

czasochłonnej i ciężkiej, że nie zdołasz znaleźć nawet kilku chwil  

dla siebie i swoich najbliższych, nie jest w istocie celem, lecz  

wyrokiem... Wyrokiem, skazującym cię na żałosne życie, którego nie  

zdołają zrekompensować zdobyte bogactwa i osiągnięte sukcesy.  

 

Często słyszymy stwierdzenie, że "życie jest jak podróż". Tak  

zwani "eksperci od motywacji" nieustannie wykorzystują to zdanie,  

można je zobaczyć na okładkach książek oraz usłyszeć z wielu kaset  

magnetofonowych. "Życie jest jak podróż!". Brzmi ono tak  

sugestywnie, że chyba musi być prawdą. Pewnie trzeba by je  

wypowiadać przy akompaniamencie muzyki płynącej z potężnych  

organów!  

 

W istocie zaś to głupie stwierdzenie nakazuje ci trwać w  

nieustannej walce, w znoju i trudzie, aby wejść na pierwszy  

szczebel drabiny sukcesu. Poczekaj jednak, to nie wszystko. Życie  

jest jak podróż. Weź więc głęboki oddech, każ swym najbliższym,  

aby zeszli ci z drogi, a potem kontynuuj tę mordęgę, tę nieustanną  

bitwę, toczoną dniami i nocami, abyś mógł wreszcie wejść na drugi  

szczebel. Wspaniale! Co chcesz odpocząć? Przykro mi, przyjacielu,  

ale to jest podróż. Weź więc kolejny głęboki oddech i walcz,  

ociekając potem, zatracając się w harówce, do następnego szczebla.  

Dalej, jeszcze jeden szczebel i jeszcze jeden...  

 

background image

A potem, pewnego dnia...  

 

Lew Tołstoj, znakomity rosyjski powieściopisarz pozostawił nam  

niezwykle wymowną alegorię zachowań ludzi, których cele mają  

niewiele wspólnego ze szczęściem i radością naszego krótkiego  

istnienia na tej Ziemi. Pewien wieśniak, Pakom, jest przekonany,  

że zyska wielką pomyślność, kiedy już będzie miał tyle ziemi, ile  

jej posiadają najzamożniejsi rosyjscy ziemianie. Taki jest jego  

cel. Nadchodzi dzień, kiedy Pakom otrzymuje zadziwiającą ofertę:  

otrzyma bezpłatnie tyle ziemi, ile zdoła okrążyć biegnąc od  

wschodu słońca do zachodu.  

 

Wieśniak sprzedaje wszystkie swoje dobra, aby dotrzeć do miejsca,  

z którego napłynęła oferta. Po wielu trudnościach osiąga cel  

podróży oraz czyni stosowne przygotowania, aby nazajutrz  

wykorzystać swą wielką szansę.  

 

O świcie Pakom zaczyna gnać na złamanie karku. W ostrych  

promieniach palącego porannego słońca, w przeraźliwym upale,  

biegnie, nie patrząc w lewo ani w prawo, mając przed oczami tylko  

swój cel. Przez cały dzień nie zwalnia nawet na chwilę, nie  

zatrzymuje się, aby zjeść posiłek, napić się wody czy odpocząć. Z  

każdym krokiem jego posiadłość staje się coraz większa. Gdy  

wreszcie słońce chowa się za horyzontem, a ziemię okrywa mrok,  

Pakon zataczając się wbiega na linię mety. Zwycięstwo! Cel został  

osiągnięty. Sukces!  

 

I wtedy... czyniąc ostatni krok, Pakom pada martwy z wyczerpania.  

Teraz wystarczy mu ziemia o powierzchni... sześciu stóp  

background image

kwadratowych.  

 

Sukces nie jest podróżą. Ten dzień, tak jak wszystkie pozostałe,  

jest szczególnym darem od Boga. Ustalaj cele, abyś mógł we  

właściwy sposób zużywać energię przewidzianą na dany dzień,  

choćbyś nawet miał przejść dodatkową milę. Niech jednak w twoich  

planach zawsze znajdzie się miejsce na radość, uśmiech i spokój.  

Niech twoje cele na każdy dzień będą kolejnymi krokami na ścieżce  

prowadzącej do zrealizowania tych wielkich marzeń, które ukrywasz  

w sercu. Daj sobie szansę na sukces, a jeśli nawet doznasz  

porażki, będziesz miał świadomość, że do końca się nie poddawałeś.  

 

Posłuchaj, co mówi rzymski mędrzec, Seneka: "Prawdziwe szczęście  

to radość z dnia dzisiejszego, bez pełnej niepokoju zależności od  

tego, co może się wydarzyć jutro, bez nadziei i lęków, lecz w  

spokojnym zadowoleniu z tego, co mamy. I nic ponadto, bo kto  

podąża tą drogą, nie pragnie niczego. Wielkie błogosławieństwo  

ludzkości znajduje się w nas samych i w zasięgu naszych rąk. Mądry  

człowiek jest zadowolony z tej części, która mu przypadła w  

udziale, niezależnie od tego, jak jest duża, i nie pragnie tego,  

czego nie posiada".  

 

Pomimo długiej i błyskotliwej kariery, pomimo zdobycia światowej  

sławy i bogactwa, wielki amerykański komik przyznał ostatnio w  

wywiadzie, że sukces nigdy nie zapewnił mu poczucia  

bezpieczeństwa. Powiedział: "Zdaje mi się czasami, że gdy któregoś  

ranka otworzę oczy, wszystko to pryśnie. Ktoś wtedy powie: (r)No,  

chłopie, już po tobieŻ". I tak, ten wszechstronnie utalentowany  

człowiek, mając ponad sześćdziesiąt lat, bezustannie biegnie,  

background image

niczym Pakom, bez końca występując w teatrach, w nocnych klubach,  

w filmach i w telewizji. Jego wielbicieli to cieszy, ale ja  

wolałbym, aby i on zatrzymał się i powąchał czasami róże zanim ich  

płatki odpadną.  

 

Schopenhauer ostrzegał, że wiry zmian porywają każdego z nas i aby  

utrzymać pozycję pionową, musimy posuwać się naprzód, trwać w  

ciągłym ruchu, niczym akrobata chodzący po linie. Jakie to smutne.  

 

Istnieje sposób na lepsze życie.  

 

 

 

 

 

ZASADA CZTERNASTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Pewnego dnia spełni się twoje wielkie marzenie.  

 

Na każdy więc dzień ustalaj cele. Niechaj nie będzie to  

skomplikowane i trudne do zrealizowania plany, lecz proste  

czynności, które stopniowo zaprowadzą cię ku twej tęczy. Spisz je,  

jeśli uznasz to za konieczne, ale ta lista nie może być zbyt  

długa, bo nie dokończone dzisiaj zadania będą się wlokły za tobą  

do jutra. Pamiętaj, że nie zdołasz postawić swej piramidy w ciągu  

background image

jednej doby. Bądź cierpliwy. Nigdy nie pozwól, by twój dzień  

przepełniony był mnóstwem spraw, wśród których zginie  

najważniejszy cel: tego dnia masz uczynić tyle dobra, na ile cię  

stać ten dzień ma dać ci radość, abyś udając się wieczorem na  

spoczynek, czuł zadowolenie ze wszystkiego, czego udało ci się  

dokonać!  

 

 

 

 

 

ZASADA PIĘTNASTA 

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

Nie pozwól nigdy, by ktoś zesłał deszcz na twoją słoneczną  

promenadę i okrył cały twój dzień płaszczem ponurej klęski.  

Zapamiętaj: aby krytykować, nie potrzeba talentu, samozaparcia,  

inteligencji ani silnego charakteru. To co przychodzi z zewnątrz,  

może mieć na ciebie wpływ tylko wtedy, kiedy na to pozwolisz. Twój  

czas ma zbyt wielką wartość, abyś go marnował w walce z jałową  

nienawiścią, zazdrością oraz zawiścią. Uważaj, twoje życie jest  

tak kruche. Jedynie Bóg potrafi stworzyć cudowny kwiat, ale  

zniszczyć go zdoła każdy bezmyślny dzieciak.  

 

 

 

Montaigne powiedział, że życie ludzkie jest czymś bardzo  

delikatnym, łatwo je można zranić. Zawsze coś może pójść gorzej,  

background image

niż się spodziewamy. Częstokroć najwięcej troski przysparzają nam  

drobne, mało znaczące kłopoty. I tak jak drobne literki druku  

najbardziej męczą nam oczy, małe kłopoty wywołują najsilniejszy  

niepokój i zasłaniają chmurkami błękit naszego nieba, jeśli im na  

to pozwolimy.  

 

My, ludzie, jesteśmy niezwykle delikatnymi istotami. Potrafimy się  

obudzić ze śpiewem na ustach i z sercem przepełnionym radosnym  

oczekiwaniem nadchodzących godzin, aby potem pozwolić, by czyjeś  

szorstkie słowa, hałas uliczny czy też rozlana kawa zniszczyły nam  

cały dzień.  

 

Nie pozwól nigdy, by ktoś zesłał deszcz na twą słoneczną  

promenadę. Zawsze znajdą się ludzie, których głównym zajęciem jest  

pomniejszanie osiągnięć innych, cyniczni krytykanci, z zawiścią  

patrzący na twe umiejętności, pracę i sposób życia. Zignoruj ich.  

Są niczym dzwonek przy przejeździe kolejowym, donośny, choć  

bezsilny wobec ryku przejeżdżających pociągów. Każda godzina twego  

życia, każdy dzień warte są zbyt wiele, aby mogła je zmącić grupa  

zazdrośników, którzy nigdy nie umieją dostrzec tego, co w innym  

człowieku dobre, choć zawsze zdołają dojrzeć to, co złe. Są niczym  

sowy w ludzkiej powłoce, czujne w ciemności i ślepe w świetle  

dnia, szukające robactwa i nigdy nie widzące tego, co szlachetne.  

 

Nikt nigdy nie zdoła pozbawić cię poczucia radości i zepchnąć z  

drogi sukcesu... chyba że dasz mu na to pozwolenie. Zapamiętaj, że  

jeśli zdołasz zdusić nagły wybuch złości, uchronisz się przed  

żałością całego dnia.  

 

background image

Rozpamiętywanie i wyolbrzymianie małych frasunków oraz licznych  

jadowitych uwag, z którymi się spotykamy każdego dnia, może nam  

uczynić wiele zła. Jeśli jednak zdołamy zlekceważyć je i uwolnić  

od nich nasz umysł, stopniowo utracą całą swą moc. Krytykantów  

można znaleźć wszędzie. Zapamiętaj, że zawiść jest jak robactwo:  

zawsze ją przyciąga najpiękniejszy owoc. Franklin powiedział  

niegdyś, iż ludzie, którzy stracili nadzieję, że ich wysiłek może  

im kiedykolwiek przynieść powodzenie, czują wielką radość, ilekroć  

los zrównuje z nimi innych.  

 

Nie zdołasz poczynić żadnych postępów, jeśli będziesz prowadził  

życie pustelnika. Musisz żyć pośród innych ludzi, w świecie pełnym  

niepowodzeń oraz słów krytyki. Nie pozwól jednak, by to wszystko  

zsyłało deszcz na twą słoneczną promenadę. Nie zważaj na tych,  

którzy pełni są zawiści.  

 

Nigdy nie odwzajemniaj ich zawiści i złości i nie podsycaj w sobie  

tych uczuć. Pamiętaj, że wzniecenie ognia, który miałby pochłonąć  

twojego wroga, ma taki sam sens jak podpalenie własnego domu w  

celu pozbycia się szczura. Nigdy nie zniżaj się do poziomu swojego  

wroga. Booker T. Washington, który zdołał się niegdyś uwolnić od  

upokarzającego i beznadziejnego losu niewolnika, dał nam wspaniały  

przykład lepszego życia, pisząc: "Nie pozwolę, by jakikolwiek  

człowiek pomniejszył moją duszę, zmuszając mnie do tego, bym go  

nienawidził". Przypomnij sobie te słowa, gdy następnym razem ktoś  

spróbuje ściągnąć cię do swojego poziomu.  

 

Nic, co przychodzi z zewnątrz, nie może mieć na mnie żadnego  

wpływu. Niechaj te słowa będą twoim motto, podobnie jak stanowiły  

background image

motto Walta Whitmana, a spokojnie doczekasz zmierzchu każdego  

dnia.  

 

Przed wielu laty, wczesnego niedzielnego ranka, siedziałem w  

wagonie restauracyjnym pociągu, który właśnie minął El Paso w  

Teksasie. Pałaszowałem śniadanie, przyglądając się z rozbawieniem  

kelnerce, ruchliwej, dziarskiej blondynce, która śmiejąc się i  

żartując, krzątała się wśród stolików i przyjmowała zamówienia.  

Oto miałem przed oczami osobę, która naprawdę czerpała radość ze  

swojej pracy i z życia. Jej pogodne usposobienie udzieliło się nam  

wszystkim. Dzięki niej mieliśmy tamtego ranka o wiele lepsze  

samopoczucie.  

 

Kiedy sączyłem drugą filiżankę kawy, myśląc o długiej drodze,  

którą miałem przed sobą, jakiś starszy mężczyzna z wypchaną  

walizką usiadł ciężko na sąsiednim krześle, pospiesznie rzucił  

okiem na menu, po czym skinął na naszą kelnereczkę. Podeszła  

szybko do niego, obdarzając go swym cudownym teksańskim uśmiechem,  

i rzekła:  

 

- Jaki wspaniały mamy dzisiaj dzień, prawda?  

 

Starszy jegomość wykrzywił usta i odburknął:  

 

- A cóż w nim takiego wspaniałego?  

 

Urocza blondynka uśmiechnęła się, nie dając się zbić z tropu.  

 

- Niech pan tylko spróbuje utracić kilka takich dni, a sam pan  

background image

znajdzie odpowiedź!  

 

To ty sprawujesz kontrolę nad swoim życiem. Jeśli ktoś zsyła  

deszcz na twą słoneczną promenadę, dzieje się tak dlatego, że sam  

wyrażasz na to zgodę. Nigdy więcej, zgoda?  

 

 

 

 

 

ZASADA PIĘTNASTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Nie pozwól nigdy, by ktoś zesłał deszcz na twoją słoneczną  

promenadę i okrył cały twój dzień płaszczem ponurej klęski.  

Zapamiętaj: aby krytykować, nie potrzeba talentu, samozaparcia,  

inteligencji ani silnego charakteru. To, co chodzi z zewnątrz,  

może mieć na ciebie wpływ tylko wtedy, kiedy na to pozwolisz. I  

twój czas ma zbyt wielką wartość, abyś go marnował w walce z  

jałową nienawiścią, zazdrością oraz zawiścią. Uważaj, twoje życie  

jest tak kruche. Jedynie Bóg potrafi stworzyć cudowny kwiat, ale  

zniszczyć go zdoła każdy bezmyślny dzieciak.  

 

 

 

 

background image

 

ZASADA SZESNASTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Szukaj ziarna pomyślności w każdej przeciwności losu. Zapamiętaj  

tę zasadę, a zdobędziesz bezcenną tarczę, która ochroni cię w  

czasie twych wędrówek przez najciemniejsze doliny. Gwiazdy można  

dostrzec z dna studni, podczas gdy trudno je rozpoznać ze szczytu  

góry. Tak więc, w zmaganiach z przeciwnościami losu zyskasz  

wiedzę, której nie mógłbyś zdobyć bez kłopotów i niepowodzeń.  

Zawsze istnieje ziarno pomyślności. Znajdź je i odnieś sukces.  

 

 

 

Zdarzyło się to może w rok po tym, jak otrzymałem awans na  

stanowisko prezesa czasopisma "Absolutny Sukces", wydawanego przez  

W. Clementa Stonea. Dzięki reklamie nadawanej przez radio  

ogólnokrajowe, którą przygotował Paul Harvey, nakład naszego pisma  

poszybował na niebotyczną wysokość, co można było zauważyć na  

wiszącym w moim biurze wykresie. Wtedy właśnie uczyniłem fatalny  

błąd w ocenie naszej sytuacji. Błąd, który mógł nie tylko zwolnić  

tempo naszego rozwoju, ale również narazić firmę na olbrzymie  

straty.  

 

Gdy tylko zdałem sobie sprawę z tego, co zrobiłem, zatelefonowałem  

do W. Clementa Stonea, prosząc go o spotkanie.  

background image

 

Bez owijania w bawełnę, powoli i dokładnie opowiedziałem panu  

Stoneowi, jak spartaczyłem robotę.  

 

W. Clement Stone słuchał mnie uważnie, przerywając mi kilka  

zaledwie razy, aby wyjaśnić pewne fakty. Gdy skończyłem mówić,  

siedziałem dalej, przekonany, że bardzo zawiodłem szefa. Czekałem  

na gromy, które się miały na mnie posypać. Byłem pewny, że moja  

kariera dobiega końca.  

 

Pan Stone długo patrzył w sufit, wielokrotnie zaciągając się  

hawańskim cygarem, zanim w końcu spojrzał na mnie i rzekł z  

uśmiechem:  

 

- To wspaniale, Og!  

 

Wspaniale? Czy ten człowiek stracił zmysły? Przecież swoim  

działaniem naraziłem jego ukochane pismo na wielkie straty. Nie  

odpowiedziałem nic pewnie dlatego, że byłem zaszokowany jego  

reakcją. Po chwili pan Stone pochylił się ku mnie, dotknął mojego  

ramienia i powtórzył cicho:  

 

- To wspaniale, Og. Naprawdę. Zaraz ci to wyjaśnię.  

 

Ten niezwykły człowiek udzielił mi ważnej lekcji. Poznałem jedną z  

najważniejszych zasad życia, która była dla mnie nieoceniona przez  

następne ponad dwadzieścia pięć lat. Pan Stone dokładnie wyjaśnił  

mi, że chociaż zdaje sobie sprawę, iż to, co się zdarzyło, jest  

bardzo niekorzystne dla naszego czasopisma, to jest przekonany, że  

background image

jeśli wnikliwie przyjrzymy się naszemu problemowi, odkryjemy w nim  

ziarno pomyślności ziarno, które ostatecznie przyniesie nam  

korzyść. Przypomniał mi też, że ilekroć Bóg zamyka przed nami  

jedne drzwi, inne zawsze pozostawia otwarte. Przez kilka  

następnych godzin omawialiśmy nasz problem pod każdym kątem. W  

końcu, gdy już sporządziłem wiele notatek, opracowaliśmy pewien  

plan. Dzięki niemu nie tylko odzyskaliśmy utracone pieniądze, ale  

również zwiększyliśmy dochody, które przez wiele kolejnych lat  

miały do nas napływać z reklam. Tych kilka niepowtarzalnych godzin  

uznaję za najwspanialsze doświadczenie w moim życiu.  

 

W każdej przeciwności losu zawsze szukaj ziarna pomyślności. To  

jedna z tych zasad, które wymagają najwięcej determinacji. Gdy  

jednak nauczysz się reagować na każdy problem słowami: "To  

wspaniale!" a potem zadasz sobie nieco trudu, aby rozpoznać  

korzyści, które mogą wyniknąć z tej sytuacji, zdziwisz się, jak  

niechybne porażki będą się przeistaczać w zwycięstwa.  

 

Samuel Smiles, autor pierwszej książki na temat sukcesu,  

zatytułowanej Self Help, napisanej pod koniec dziewiętnastego  

wieku, powiedział, że!zawsze więcej się uczymy z naszych porażek  

niż z sukcesów. To, co dobre, potrafimy rozpoznać dopiero wówczas,  

gdy odkryjemy to, co złe. Kto nigdy nie popełnił błędu, nie zna  

tego dreszczu, który przenika człowieka, gdy okazuje się, że  

pozorna strata zamienia się w zysk.  

 

Zasada, która pozwala zamieniać pasywa na aktywa jest tak stara  

jak historia ludzkości. Pomyśl o przyjaciołach świętego Mikołaja,  

Eskimosach, którym udało się przetrwać tysiące lat dzięki  

background image

umiejętności odnajdywania ziarna pomyślności w ich największej  

przeciwności losu: śniegu i lodzie. Właśnie ze śniegu i lodu  

budują swoje domki, zwane igloo, które chronią ich przed zimnem.  

Mój stary znajomy, golfista, mawia, że prawdziwemu sprawdzianowi,  

tak w życiu, jak i w grze, poddawani jesteśmy nie wtedy, gdy  

trzymamy się z dala od dzikiej części pola golfowego, gdzie rośnie  

wysoka, nie strzyżona trawa, lecz wówczas, gdy właśnie stamtąd  

musimy wybić piłkę. Mistrzostwo - w grze i w życiu - osiągają ci,  

którzy nauczyli się radzić sobie z przeciwnościami losu.  

 

 

 

 

 

ZASADA SZESNASTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Szukaj ziarna pomyślności w każdej przeciwności losu. Zapamiętaj  

tę zasadę, a zdobędziesz bezcenną tarczę, która cię ochroni w  

czasie twych wędrówek przez najciemniejsze doliny. Gwiazdy można  

dostrzec z dna studni, podczas gdy trudno je rozpoznać ze szczytu  

góry. Tak więc, w zmaganiach z przeciwnościami losu zyskasz  

wiedzę, której nie mogłbyś zdobyć bez kłopotów i niepowodzeń.  

Zawsze istnieje ziarno pomyślności. Znajdź je i odnieś sukces.  

 

 

background image

 

 

 

ZASADA SIEDEMNASTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Uświadom sobie, że prawdziwe szczęście znajduje się w tobie. Nie  

trać czasu i energii na poszukiwanie spokoju i radości w  

otaczającym cię świecie. Pamiętaj, że szczęście nie polega na  

posiadaniu czy przyjmowaniu, lecz tylko na dawaniu. Wyciągnij dłoń  

do uścisku. Podziel się co masz. Uśmiechnij się. Obejmij ramionami  

bliźniego. Szczęście przypomina perfumy. Jeśli spryskasz nimi  

innych, kilka kropli zawsze spadnie na ciebie.  

 

 

 

Wiele lat temu Nathaniel Hawthorne stwierdził, że znacznie łatwiej  

jest schwytać motyla niż to ulotne uczucie zwane szczęściem.  

Napisał też, że kiedy na tym świecie pojawia się szczęście, jest  

to wyłącznie sprawa przypadku. Jeśli ruszysz za nim w pogoń,  

zaprowadzi cię w ślepy zaułek i na zawsze pozostanie nieuchwytne.  

A jednak, jak to przedstawił światu Arystoteles, "szczęście jest  

sensem i celem życia, dążeniem człowieka i kresem ludzkiej  

egzystencji".  

 

Pomyśl o tłumach, które każdego wieczora wychodzą na ulice miast w  

background image

poszukiwaniu kilku godzin szczęścia. Ileż milionów dolarów  

wydajemy co roku na różnego rodzaju przyjemności! Czy to właściwa  

droga? Czy jesteśmy szczęśliwi?  

 

Ostatnio przeprowadziłem pewien eksperyment, o którym mówiłem już  

od lat. Pewnego słonecznego popołudnia stanąłem €na rogu Fifth  

Avenue i Fifty-fourth Street w Nowym Jorku i przyjrzałem się  

uważnie dwustu ludziom, którzy kierując się w południową stronę  

Jeżeli szczęście to normalny stan, podobnie jak dobre zdrowie, to  

dlaczego cieszy się nim tak niewielu ludzi?  

 

Nie potrafimy radować się szczęściem, bo prawdopodobnie nie  

jesteśmy w pełni świadomi, czym ono w istocie jest. Wiele ludzi  

zakłada, że szczęście może przynieść bogactwo i władzę, ale ja  

znam wielu milionerów, których dręczy ból i samotność. Gdy  

niedawno odbywałem wspaniały rejs statkiem "Royal Princes" po  

Kanale Panamskim, dziwiłem się, że tak niewiele szczęśliwych  

twarzy nożna było zauważyć na luksusowym pokładzie tego  

luksusowego liniowca. Rozpieszczeni, zepsuci, przyzwyczajeni, że  

inni im usługują, wydawali się bardzo do siebie podobni. Nie  

powinienem był się temu dziwić. Jeśli we wnętrzu człowieka nie ma  

zalążka szczęścia, żadne dobra materialne, rozrywka czy też  

platynowe karty kredytowe nie wywołają uśmiechu na jego ustach.  

 

Thoreau, mój stary przyjaciel, wiele miał do powiedzenia na ten  

temat. Napisał, między innymi, następujące słowa: "Doświadczenie  

utwierdza mnie w przekonaniu, że nasz byt na tej ziemi nie jest  

udręką, lecz przyjemnością, jeśli tylko prowadzimy życie proste i  

mądre. Większość przedmiotów zbytku, a także wszelkie atrybuty tak  

background image

zwanego komfortu życiowego nie tylko są zbyteczne, ale również  

stanowią wielką przeszkodę w rozwoju ludzkości".  

 

Czy pamiętasz białego rycerza z książki Lewisa Carrolla Po drugiej  

stronie lustra? Alicja go spotyka, kiedy targa on za sobą  

przeróżne przedmioty, które mają mu zapewnić wygodniejsze życie:  

ul, aby móc schwytać pszczoły, jeśliby się do niego zbliżyły  

pułapkę na myszy, która miałaby go ustrzec przed gryzoniami  

obręcze na nogi konia, chroniące przed zębami rekina nawet  

naczynie, z którego mógłby zjeść pudding śliwkowy, gdyby go nim  

uraczyła jakaś życzliwa dusza. Objuczony swoim dobytkiem, rycerz  

jest doskonałym symbolem ludzi, którzy szukają szczęścia,  

gromadząc pieniądze, cenne przedmioty i nieruchomości.  

 

Szczęście jest jak motyl...? A może nie. "Bardzo niewiele  

potrzeba, aby uczynić życie szczęśliwym - pisał Marek Aureliusz. -  

To wszystko znajduje się w tobie, w twoim sposobie myślenia".  

Poszukiwanie szczęścia może ci zająć całą wieczność, a i tak  

zakończy się fiaskiem, jeśli nie zajrzysz do swego wnętrza, do  

serca i duszy, a potem nie podzielisz się z innymi tym, co tam  

znajdziesz, nie oczekując za to żadnej nagrody. Posłuchaj, co  

powiedział George Eliot: "Troszczenie się o własne przyjemności  

może nam dać jedynie żałosną namiastkę najwyższego szczęścia, z  

którym wiąże się prawdziwa wielkość. Aby je zdobyć, potrzeba  

dalekosiężnych myśli oraz bogatych uczuć, którymi innych ludzi  

należy obdarzać w równym stopniu, jak siebie samego. Ten  

szczególny rodzaj szczęścia często niesie ze sobą wielki ból,  

dzięki któremu właśnie możemy określić, co jest dla nas najdroższe  

na świecie, bo to nasza dusza dostrzega dobro".  

background image

 

Dobrze jest mieć pieniądze i wszystko to, co można za nie kupić.  

Ale trzeba również uważać, aby nie stracić tego, czego nie można  

kupić za żadne pieniądze.  

 

Otwórz swe serce na innych ludzi. Szczęście to tylko produkt  

uboczny tego, jak traktujesz bliźniego. Czas, w którym możesz być  

szczęśliwy, to chwila obecna. Miejsce zaś, gdzie możesz być  

szczęśliwy, jest tu, gdzie się teraz znajdujesz. Poznaj dobrze i  

zacznij stosować w życiu zasady, które zostały ci przekazane z  

wielką miłością, a płynącym z nich przesłaniem podziel się z tymi,  

którzy proszą cię o wsparcie. Motyl przyfrunie ku tobie i usiądzie  

na twoim ramieniu dopiero wówczas, gdy usłyszysz muzykę z  

pozytywki.  

 

Nigdy nie było i nie będzie lepszego sposobu na życie.  

 

 

 

 

 

ZASADA SIEDEMNASTA  

 

... która uczyni twe życie lepszym  

 

 

 

Uświadom sobie, że prawdziwe szczęście znajduje się w tobie. Nie  

trać czasu i energii na poszukiwanie spokoju i radości w  

background image

otaczającym cię świecie. Pamiętaj, że szczęście nie polega na  

posiadaniu czy przyjmowaniu, lecz tylko na dawaniu. Wyciągnij dłoń  

do uścisku. Podziel się tym co masz. Uśmiechnij się. Obejmij  

ramionami bliźniego. Szczęście przypomina perfumy: jeśli spryskasz  

nimi innych, kilka kropli zawsze spadnie na ciebie.  

 

 

 

 

 

Epilog 

 

 

 

Żegnaj. Będzie mi ciebie brakowało. Nasza wyjątkowa przyjaźń nigdy  

jednak nie wygaśnie. Jeśli zapragniesz, możesz mnie zachować przy  

sobie, do końca swoich dni, pod warunkiem jednak, że będziesz  

poznawał, a następnie stosował zasady lepszego życia. Bardzo bym  

tego chciał.  

 

Mam nadzieję, że twoja wizyta u mnie dostarczyła ci tyle samo  

radości, ile mnie dało goszczenie cię w moim gabinecie. Byron  

pisał, że wszystkie pożegnania powinny się odbywać szybko. Być  

może miał rację. Muszę ci jednak wyznać prawdę: wcale nie chcę  

widzieć, jak wychodzisz z tego pokoju. Tak wiele wspólnie  

dokonaliśmy... a do zrobienia pozostało jeszcze więcej.  

 

Przez wszystkie lata mojego życia najcięższe chwile przeżywałem  

wówczas, gdy musiałem odjeżdżać, zostawiając moich drogich  

background image

przyjaciół, lub też gdy patrzyłem, jak oni odjeżdżają. Musiało  

minąć wiele miesięcy, zanim wreszcie zelżał ból po tym, jak moi  

synowie, najpierw Dana, a potem Matt, odfrunęli z rodzinnego  

gniazda.  

 

Wydaje mi się, że równie wielki żal czuję wtedy, gdy muszę się  

pożegnać z martwymi przedmiotami, do których zdążyłem się  

przywiązać. Wciąż jeszcze mam stary aparat fotograficzny, którym  

można robić trójwymiarowe zdjęcia. Filmów z takich aparatów nie  

wywołują już w żadnym zakładzie fotograficznym. Mam również kije  

golfowe z drewnianymi trzonami, kilka szerokich krawatów i  

starego, białego cadillaca Eldorado ze składanym dachem, rocznik  

1974. Od piętnastu lat jest on dla mnie najważniejszym pojazdem.  

 

I oto teraz, niczym w scenie z czarno-białego filmu, stoję na  

stacji i macham ci ręką, a twój pociąg się oddala. Przychodzi mi  

na myśl wiele rzeczy, o których mogłem ci jeszcze powiedzieć. Mimo  

to, ze swojego doświadczenia wiem, że gdy nastąpi ostateczne  

odkrycie kart, twój los będzie zależeć tylko od ciebie. Żadna  

książka, wykład, seminarium, żaden nauczyciel, trener, ksiądz,  

minister czy też rabin ani żadna taśma motywacyjna nie zdołają  

zrobić nic w kierunku odmiany twego życia, jeśli ty sam nie  

będziesz zdecydowany zapłacić ceny w postaci swego czasu, wysiłku,  

poświęcenia i bólu. Wybór należy do ciebie... tylko do ciebie.  

 

Co było, minęło. Nie możesz zmienić tego, co zdarzyło się wczoraj  

czy w zeszłym miesiącu, podobnie jak nie zdołasz odwrócić  

niepowodzeń zeszłego roku. Możesz jednak zrobić wszystko, by  

zarówno dzień jutrzejszy, jak i pozostałe dni twojego życia były  

background image

takie, jakimi je widziałeś w swych marzeniach. Twe najwspanialsze  

dni dopiero nadejdą. Musisz jednak stosować w życiu opisane tutaj  

zasady. A skoro poznałeś już moją przeszłość, to z pewnością się  

zgodzisz, że jeśli udało się Ogowi Mandino, może się udać  

każdemu... a zwłaszcza tobie! Od tej pory żadnych wymówek, żadnego  

alibi, zgoda?  

 

Naprawdę istnieje sposób na lepsze życie... a ty masz teraz w ręku  

odpowiedni klucz. Wykorzystaj go. Nie zawiedź mnie, a co  

ważniejsze, nie zawiedź samego siebie!  

 

Do widzenia, mój wyjątkowy przyjacielu. Niech Bóg roztoczy opiekę  

nad nami, kiedy się już rozstaniemy.  

 

Powodzenia 

 

Og Mandino 

 

 

11) 

21) 

31) 

41. 

l1.1.1.1.1.1 

rI.A.1.a