background image

Tad Williams

Czas Kalibana

Przekład: Anna Lik

Data wydania oryginalnego 1994

Data wydania polskiego 1995

background image

Dedykuję tę książkę mojej ukochanej Deborze, która wytyczyła ścieżki mojej podróży. 

Wcześniej nie wyobrażałem sobie nawet, jak dziwna to będzie wędrówka i jak wspaniałe, 
nowe i stare światy uda mi się przemierzyć.

Jakież to uniesienie,

gdy taka lądowa dusza

mijając domostwa, przylądki

w głęboką wieczność wyrusza.

Chyba tylko marynarz, zrodzony

tak jak my pośród gór, uwierzy,

że to boski rausz – taki pierwszy

kilometr od wybrzeży!

Emily Dickinson

background image

Część pierwsza

Neapol Wieczór

background image

OTO PRZYBYWA

Coś   przemknęło   wzdłuż   pękatego   kadłuba   statku   i   wślizgnęło   się   niezauważalnie   do 

wody. Cień unoszący się na powierzchni przestraszył stado mew. Ptaki wzleciały z piskiem, 
zataczając koło nad zatoką. Ostatnie promienie słońca zza gór przemieniły je na moment w 
przygaszone ogniki, tańczące na wieczornym niebie. Po chwili jednak powróciły na fale i 
podwinąwszy   skrzydła,   zapadły   w   czujny,   ptasi   sen.   Nic   go   już   nie   mogło   zakłócić. 
Cokolwiek znajdowało się w pobliżu, odpłynęło. W zatoce panowała cisza.

Światło   z   tawerny   spłynęło   na   zabłocone   bruki   placu   San   Ferdinando,   gdy   trójka 

mężczyzn,   z   trudnością   pokonujących   próg,   wytoczyła   się   na   zewnątrz.   Ostry   blask 
pobliskich pochodni niebezpiecznie uwydatniał ich sylwetki. Z tawerny dobiegały dźwięki 
szanty przepojonej pijacką nadzieją.

– Kupa dziwek – rzucił niedbale jeden z nich, w typowy portowo-neapolitański sposób. – 

Chodźmy lepiej do Cuvo, co?

– Ta gruba była całkiem niezła – odparł drugi, przesuwając ostrożnie palec wokół brzegu 

musztardówki z winem. Następnie podniósł go do ust i oblizał. – Dobry rocznik.

– To kurwa. Sandro mówił mi o niej – odezwał się pierwszy, spluwając.
Zrobił kilka niepewnych kroków. Mężczyzna z musztardówką zbliżył się do niego.
– Na pewno istnieje jakiś mądrzejszy sposób na spłukanie się z forsy niż wizyta u Cuvo. 

Sam zobaczysz! – Odwrócił się. – Sebastiano! Co ty tam do diabła robisz?

–   Szczam   –  wymamrotał   trzeci,   podpierając   się   jedną   ręką   o   mur   tawerny.   Drzwi 

zatrzasnęły się znowu, połykając wydostające się na zewnątrz światło i odgłosy. – Człowiek 
czasami musi się wylać, nie?

Mężczyzna z musztardówką zaśmiał się.
– Wypić i wyszczać – zanucił. – Tak się oto traci forsę...
– Idziemy do Cuvo – zaproponował ponownie pierwszy. – No dalej, chodźcie!
Ruszył   chwiejnym   krokiem   w   poprzek   placu,   ciągnąc   za   sobą   mężczyznę   z 

musztardówką.

background image

Sebastiano,   wciąż   oparty   o   ścianę,   z   upodobaniem   przyglądał   się   kałuży.   Po   chwili 

oderwał się od muru, przebiegł kilka kroków, lecz zaraz zaplątał się w swoje hajdawery. 
Nagle obok z mroku wyłoniła się ciemna postać. Jakaś szorstka, obmierzła łapa zacisnęła 
palce na jego nadgarstku. Próbując się wyrwać, stracił równowagę, lecz łapa nie pozwoliła 
mu upaść.

Sebastiano   skamlał,   starając   się   jednocześnie   po   omacku   dosięgnąć   wolną   ręką 

marynarskiego noża do przecinania lin, schowanego gdzieś z tyłu za pasem, ale to coś ostrzej 
zaatakowało, krępując drugie ramię. Stał się więźniem cienia ludzkiej postaci, której peleryna 
ociekała kroplami deszczu spadającymi na bruk.

– Czego chceeesz? – zajęczał. – Ja nie mam forsy. Mój kompan... mój kompan tam... – 

Próbował wskazać ręką na drugą stronę placu, lecz ta ledwo drgnęła. – On ma moją sakiewkę!

Ciemna   postać   warknęła   niewyraźnie   coś,   czego   pijany   marynarz   nie   był   w   stanie 

zrozumieć. Jeszcze raz próbował wyrwać się z uścisku, ale ręce miał jakby w kajdanach. 
Napięcie wzrastało. Sebastiano wił się z bólu.

– Czego chcesz? Aaa... Santa Maria!
Dostrzegł oczy skryte  w cieniu kaptura, a jego nogi zaczęły się powoli uginać, aż w 

końcu padł na kolana przed ociekającą wodą postacią.

Stworzenie zapytało ponownie – tym razem prawie je zrozumiał, lecz jego serce biło tak 

szybko, iż wydawało mu się, że pęknie. Nie był w stanie skupić myśli. W końcu usłyszał coś, 
co brzmiało jak imię wypowiedziane dwa razy. Ze strachu całkiem wytrzeźwiał; bezpieczna 
pobliska tawerna, gdzie siedzieli jego towarzysze, wydawała się teraz beznadziejnie daleka. 
Sebastiano zadrżał, po czym przemógł się i powtórzył imię, które słyszał.

Miażdżący   uścisk   na   jego   rękach   przybrał   na   sile   i   marynarz   zaczął   się   obawiać   o 

wytrzymałość   swych   kości.   Zrozumiał,   że   powiedział   coś   nie   tak.   Dziecięce   modlitwy, 
błagalne   prośby   o   ciszę   na   morzu   wirowały   w   jego   głowie.   Po   chwili   napięcie   opadło. 
Sebastiano podniósł wzrok i dostrzegł oczy, w których odbijało się światło pochodni. Wśród 
mroku   spowijającego   resztę   twarzy,   lśniły   nieruchome   niczym   wiszące   nad   moczarami 
ogniki. Mara spojrzała mu w oczy, po czym podniosła głowę w oczekiwaniu, że się odezwie.

–   Tam.   –  Sebastiano   obrócił   głowę   w   kierunku   majaczącej   w   oddali   ciemnej   bryły 

zwieńczonej strzelistymi basztami.  –  Wszyscy to wiedzą  –  bełkotał.  – Wszyscy! Tam. W 
zamku.

Stwór puścił jedną rękę marynarza i podnosząc swoją, wykrzywioną i zdeformowaną, 

wskazał palcem na Castel Nuovo.

– Tak – dyszał Sebastiano, wciąż czując dotyk jego palców na swoim ciele – Tam! Tam! 

– pokiwał lekko głową.

Po chwili był już sam. Trząsł się. Nie mogąc ustać na nogach, oparł się o kamienną 

ścianę. Płakał.

Z   chwilą,   gdy   otworzył   wahadłowe   drzwi   tawerny,   naraził   się   na   drwiny   ze   strony 

background image

towarzyszy rejsu.

– Myśleliśmy już, że poszedłeś do Cuvo z tym starym bufonem! – krzyknął jeden. – A 

może zgubiłeś drogę?

Sebastiano chwiejnym krokiem zbliżył się do ognia i usiadł na ławie obok. Drżąc, gapił 

się na sine odciski palców na swoich brązowych od słońca ramionach. Jego wystraszona, 
nieobecna twarz sprawiła, iż w tawernie raptem ucichło.

Oderwał wzrok od posiniaczonych rąk i zapatrzył się w blask ognia, jak gdyby był sam w 

całej tawernie. Łzy na jego policzkach wysychały szybko w żarze płomieni.

–  Spotkałem  dzisiaj diabła  –  powiedział  chrapliwie.  –  Boże!  Ratuj...   Jego oczy były 

żółte... i cuchnął jak ryba.

background image

ZAMEK

Noc zagnieździła się w szczelinach kamiennych murów bramy zamkowej. Było chłodno i 

wietrznie.

Wartownicy,   owinięci   w   peleryny,   rozmawiali   szeptem,   podpierając   się   o   halabardy. 

Kiedy zziębnięci schronili się w bramie, z ciemności wyłoniło się wielkie, czarne jak aksamit 
widmo, które w okamgnieniu wdrapało się na zanikowy mur, w miejscu, gdzie baszta stykała 
się z bramą. Po chwili wspięło się jak pająk na jej łuk, pod którym w dole stali trzęsący się z 
zimna strażnicy.

Jego   szponiaste   palce   zacisnęły   się   kurczowo   na   milczących   głowach   płaskorzeźb. 

Tajemnicza postać zaczęła się znowu podciągać; jej mięśnie kurczyły się i napinały, palce i 
stopy   szukały   punktów   zaczepienia   w   zagłębieniach   wypukłych   ornamentów,   obłapiając 
szlachetne,   kamienne   twarze   świętych   i   wojowników.   W   końcu   dotarła   na   sam   szczyt 
sklepienia i stanęła na krawędzi. Jej peleryna  falowała na wietrze, mieniąc się w świetle 
księżyca.

Stworzenie  zastygło  w  bezruchu i  spojrzało  na główną wieżę  Castel  Nuovo. W  jego 

sylwetce, w kształcie jego olbrzymich i mocnych rąk, w zgarbionych ramionach, można było 
doszukać się cech małpy. Było coś zwierzęcego w tym, w jaki sposób się pochylało, sztywne 
i zdeterminowane jak drapieżna bestia tropiąca swą ofiarę.

Okna wieży, w których paliły się światła, przypominały dwoje niewidzących oczu. Nikt 

bowiem nie zauważył, jak cień skulonej postaci powoli zaczął opuszczać się po murze na 
zamkowy dziedziniec.

background image

SCENA RODZINNA

– Giulietto! Nie chcę już o tym więcej słyszeć. Taka jest wola twojego ojca i nic na to nie 

mogę poradzić.

Leżała na łożu w jedwabnej koszuli nocnej; nie miała jednak zamiaru zasypiać. Na jej 

szczupłej, pociągłej twarzy, miejscami zapadniętej i pooranej zmarszczkami, malowały się 
ślady przeżytych zmartwień. Jej cienkie palce ściskały kurczowo pled.

Obok łóżka nerwowo krążyła dziewczyna, właściwie już kobieta, której pukle ciemnych 

włosów rozpuszczonych do snu, falowały jak grzywa dzikiego konia na wietrze.

– Jestem prawie najmłodsza z rodzeństwa, mamo – jej dziecinny, słodki głos przybrał ton 

pełen   gniewu   i   żalu.  –  Wydałaś   za   mąż   dwie   córki,   zatem   Neapol   będzie   miał  swojego 
dziedzica. Dlaczego więc i moje życie ma wyglądać podobnie?

–  Ależ on jest zdolnym młodzieńcem i całkiem przystojnym. Dobry Boże! Głowa mi 

pęka! Proszę cię, Giulietto, twój ojciec dokładnie to przemyślał...

–  Ojciec zastanawia się tylko nad tym, co jest wygodne dla niego, a nie dla mnie! Co 

mnie obchodzi młody Ursino czy ktokolwiek inny z jego rodziny!

Kobieta na łóżku ciężko westchnęła.
– Jak możesz tak mówić o swoim ojcu! – Jej głos drżał. – Świat nie zmienił się jeszcze 

tak bardzo... żeby córki mogły bezkarnie obrażać swoich rodziców –  przerwała na chwilę i 
spojrzała   na   swoje   wysmukłe,   zaciśnięte   na   narzucie   dłonie  –  kara   oczywiście   powinna 
pochodzić od Boga. Grzechem jest szydzić z własnego ojca, który cię kocha i troszczy się o 
ciebie.

– Nie do wiary! Naprawdę? Już nawet nie pamiętam, jak wygląda, tak rzadko tu bywa... – 

Zawahała się przez chwilę. – Dziwię się, iż jeszcze nie zapomniałaś, że masz męża.

– Giulietto! Gdybym ja powiedziała kiedyś coś takiego o moim... Wszystko jedno... takie 

rzeczy...!

Dziewczyna   zatrzymała   się.   Zaciskając   pięści,   otworzyła   ponownie   usta,   jak   gdyby 

szykowała się do kolejnej butnej przemowy. Zadrżała jednak i rzuciła się gwałtownie na łoże. 
Wcisnęła głowę w pościel, przytuliła się do matki i wybuchnęła płaczem.

background image

– Duszę się! Śni mi się, że grzebią mnie żywcem! Koszmar! Nie chcę wyjść za mąż za 

Renato Ursina! O mamo! Jestem taka nieszczęśliwa!

Kobieta wyciągnęła rękę i czule dotknęła ciemnych włosów córki.
–  Ale co cię tak martwi, króliczku? Proszę cię, powiedz. Mówią o nim, że ma łagodne 

usposobienie. A dzięki temu, że mieszka niedaleko, będziesz blisko tych, których kochasz.

– O to właśnie chodzi! Niczego jeszcze nie widziałam, niczego nie dokonałam! A teraz 

zamieszkam w domu Ursina wraz z jego rodziną, będę mieć dzieci... potem się zestarzeję i 
umrę.

Matka dziewczyny, zdziwiona, skrzywiła się w bolesnym uśmiechu.
–  Ależ, kochanie! Życie oferuje o wiele więcej niż to, o czym  mówisz. Wychowanie 

dzieci nie jest niczym strasznym. Moje życie niewiele by znaczyło, gdyby nie ty, moja droga, 
i reszta mojej gromadki.

– Ale ty, zanim wyszłaś za mąż, miałaś coś z życia. Ja niczego dotąd nie poznałam! Ja się 

tu duszę! – Słowa Giulietty, tłumione przez pościel, wyrażały cierpienie.

– To, co wiesz o moim dzieciństwie, jest wielką przesadą i wprowadza cię w błąd. Często 

bardzo się bałam...

Dziewczyna podniosła zapłakaną twarz, a jej oczy błysnęły radośnie.
– Tak bardzo chciałabym się czegoś bać! Dziadek zabrał cię w rejs po oceanie. Widziałaś 

Nowy Świat! Ja umrę tutaj, pośród tych  samych  twarzy,  które codziennie przychodzi mi 
oglądać, w ponurym i plotkarskim Neapolu.

Nagłe pukanie do sypialnianych drzwi przerwało rozmowę.
Jedna z dam dworu  zajrzała do środka. Zaraz  jednak cofnęła  się, by ustąpić miejsca 

starszej kobiecie, niosącej na rękach małego chłopca.

–  Przepraszam,   wasza   wysokość.  –  Zatrzymała   się   na   chwilę   i   spojrzała   surowym, 

wymownym wzrokiem na Giuliettę.  –  Wiem, że woli pani przebywać sama wieczorem w 
sypialni, ale on nie może spać, ma koszmary. Wciąż o panią pyta.

– Dobrze, Francesco.
Dama oddała dziecko matce. Chłopiec zmrużył oczka. Włosy na jego jasnej główce były 

potargane i spocone.

–  Co   się   stało,   mój   malutki   Cezarze?  –  spytała,   głaszcząc   go   delikatnie   po 

rozpromienionej   twarzyczce.  –  Dlaczego   wszystkie   moje   kurczaczki  są  takie   niespokojne 
dzisiejszej nocy?

– Pan, pan. – Cezar wymachiwał swoją tłuściutką rączką.
– Wydaje mu się, że zobaczył mężczyznę w oknie – stwierdziła czule piastunka. – Cały 

czas wyciąga rączki i płacze.

– Biedne małe stworzonko, coś złego musiało ci się przyśnić. – Matka całowała ślady łez 

na policzkach chłopca. – Cezarze, nikogo nie ma za oknem. Jesteśmy wysoko nad ziemią! – 
Zanuciła kołysankę i po chwili zwróciła się do Franceski: – Zdaje mi się, że usnął.

background image

Giulietta podniosła się, ukradkiem ocierając łzy. Spojrzała złowrogo na piastunkę, a po 

chwili na matkę.

– Spałby dobrze, gdyby się tak nie objadał słodyczami.
–   Tak   –  przytaknęła   z   uśmiechem   matka,   nie   zwracając   uwagi   na   nieprzyjemny   ton 

Giulietty. – W istocie jest trochę rozpieszczony. Biedne małe stworzonko.

– Proszę spojrzeć, wasza wysokość, zasnął. Jak wiele znaczy ciepło matki – stwierdziła 

piastunka z dumą alchemika, któremu udało się właśnie dowieść jakiejś uniwersalnej prawdy. 
– Ciepło matki...

Pani  domu   już   miała   zlecić   piastunce   dalszą   opiekę   nad   śpiącym   maleństwem,   gdy 

niespodziewanie zwróciła się do córki:

–  Właściwie to ty mogłabyś go zanieść do sypialni, kochanie. On cię tak bardzo lubi. 

Poza tym, powinnaś sama się już położyć, króliczku.

Giulietta spojrzała z niezadowoleniem na matkę, ale wzięła dziecko.
– Chcesz raczej powiedzieć, że to ty się musisz położyć – burknęła. – Zaledwie godzinę 

temu zaszło słońce.

Matka nie zaprzeczyła.
–  Już   wtedy  byłam   zmęczona.   Zabierz   go,   Giulietto.   Pomóż   Francesce   ułożyć   go   w 

łóżeczku. To naprawdę wdzięczne zajęcie.

Dziewczyna skrzywiła się, lecz trzymając z należytą troską dziecko lekko pochrapujące z 

otwartymi usteczkami, podążyła za piastunką. Przy drzwiach odwróciła się.

–  Nie pójdę spać tylko dlatego, że mi każesz  –  szepnęła dość głośno.  –  I nie poślubię 

Ursina!

Matka pomachała jej na pożegnanie.
–  Proszę,   przekaż   Amelii,   że   kładę   się   spać.   Kiedy   zamknęły   się   drzwi   i   komnata 

opustoszała, matka Giulietty, wzdychając ciężko, opadła na poduszki. Po chwili obróciła się i 
zdmuchnęła płomienie świec w kandelabrze stojącym na stole obok. Cienkie smugi dymu 
uniosły się do góry. Blady księżyc zaglądał przez okno tak, jak gdyby ktoś namalował go na 
szybie.

background image

ŁOTR

Dzwony kościelne wybiły właśnie jedenastą i echo ostatniego uderzenia powoli słabło, 

gdy drzwi do komnaty sypialnej otworzyły się cicho. Tajemnicza istota wtargnęła do środka, 
po   czym   gwałtownie   pchnęła   żelazne   wrota,   aby   je   zamknąć.   Wszystko   dookoła   lśniło 
czerwonym blaskiem żarzących się w kominku węgli.

Postać zbliżyła, się do łoża i przez długi czas, w bezruchu, obserwowała śpiącą kobietę. 

W końcu jej silne spojrzenie wyrwało ze snu kobietę, która rozchyliła powieki, rozglądając 
się przez moment nieprzytomnie. Nagle przerażona otworzyła szeroko oczy.

– Co...? – wykrztusiła. – Kto...?
Ciemna łapa wynurzyła się z fałd peleryny i zakryła jej usta. Próbowała ją oderwać, ale 

nawet siłą obydwu rąk nie była w stanie uwolnić się od zaciśniętych na jej twarzy palców.

Zjawa pochyliła się. Oczy kobiety stały się jeszcze bardziej okrągłe, a obronne ruchy, 

które wykonywała, przybrały na sile.

– Puszczę cię – odezwał się przybysz dziwnie niskim głosem z mediolańskim akcentem. 

Żadne kobiece gardło nie zrodziłoby tak głębokiego charkotu.  –  Puszczę cię  –  powtórzył 
głośno, jak gdyby nie bał się, że ktoś go usłyszy. – I możesz sobie krzyczeć tak głośno, jak 
tylko potrafisz. Ale jeżeli kogoś zbudzisz, choć wątpię, by ktoś w pobliżu mógł ci pomóc, 
wydasz na siebie wyrok. – Szybkim ruchem schował pod pelerynę czarną, włochatą łapę.

Kobieta   skuliła   się   i   wcisnęła   w   poduszki,   aby   tylko   znaleźć   się   jak   najdalej   od 

nieznajomego.

– Jesteś z... Mediolanu? – wykrztusiła z trudem, gdyż brakowało jej powietrza.
Zaśmiał się, lecz śmiech ten był pełen bólu.
–  Co, rozpoznajesz  swą rodzinną mowę, ale mnie sobie nie przypominasz,  Mirando? 

Myślę, że nie powinienem być tym zaskoczony.

Zsunął kaptur, ukazując skołtunione włosy na wysuniętej nienaturalnie głowie, osadzonej 

nisko na krótkiej, mocnej szyi i karykaturalnie umięśnionych  ramionach. Jego skóra była 
zrogowaciała i spalona od słońca. Pod gęstymi, nastroszonymi brwiami lśniły przeraźliwie 
żółte, sowie oczy.

background image

Miranda zakryła twarz trzęsącymi się rękami.
– Kaliban...?
Zaśmiał się szorstko, klasnął w dłonie tak głośno, jak gdyby ktoś wystrzelił z muszkietu, 

po czym ukazując duże, krzywe zęby, wykonał dziwny taniec, podskakując niczym małpka 
miejscowego włóczęgi.

– A więc pamiętasz? Przetrwałem! Istnieję jako wspomnienie! – przerwał i pochylił się 

nad nią. – Jako mara...

Miranda wstrząśnięta pokiwała głową.
– Ale dlaczego... dlaczego ty... po tylu latach...?
– Dlaczego tu jestem? – Uśmiechnął się szyderczo. – Dlaczego? Oczywiście, by cię zabić. 

– Rozłożył ręce, jakby miał zamiar oklaskiwać swą udaną próbę zastraszenia. – Dalej, krzycz 
głośno, tak żeby zatrzęsły się mury, a twój koniec nastąpi szybko! Jeśli zaś życie jest ci drogie 
i nie chcesz go stracić, to radzę ci, siedź cicho i korzystaj z chwil, które ci jeszcze zostały.

Mirandzie zaparło dech w piersiach.
– Naprawdę chcesz mnie zabić?
Kaliban zbliżył się do niej.
– Powoli i nie w taki prosty sposób, moja królowo. Mogłem cię zabić we śnie, gdybym 

chciał, zdmuchnąć tak łatwo jak ty co wieczór świecę.

Wyrwał gwałtownie świeczkę z kandelabru stojącego obok łoża, podszedł do kominka i 

zapalił,   przykładając   do   rozżarzonych   węgli.   Obrócił   się,   trzymając   świecę   przed   sobą. 
Światło uwypuklało jego wysunięte haki brwiowe.

– Jeden mały ruch i zapadnie ciemność – powiedziawszy to, zdmuchnął płomień. – Ale to 

mi nie odpowiada; tak by było zbyt szybko. Wiele wysiłku włożyłem w to, aby tu dotrzeć, 
Mirando.   Można   śmiało   powiedzieć,   że   były   to   czyny   heroiczne.   Podróżowałem   w 
ładowniach statków śmierdzących rybą, pełnych wilgoci i szczurów. Przepłynąłem wiele mil 
zanurzony w lodowatej wodzie pełnej rekinów. Narażałem się na niebezpieczeństwo ze strony 
walczących   ze   mną   mieszczan.   Tak,  heroizm  to   chyba   byłoby   właściwe   słowo...   jeśli 
kiedykolwiek narodziłby się drugi taki  „bohater”, równie ohydny i mściwy jak ja. Musimy 
zważać na to, co mówimy; słowa są najważniejsze. Tak naprawdę to właśnie one mnie tu 
przywiodły.

– Słowa? – Miranda wyprostowała się. – Nie rozumiem.
– Nie? Mam ci coś do przekazania. – Chwycił ją za nadgarstek. – Twój ojciec nie żyje.
Wstrząsnęła głową – jego mocny uścisk sprawiał jej ból.
– Już pięć lat. To żadna nowina.
– Dla mnie tak –  warknął, wykrzywiając w grymasie usta.  –  Dwadzieścia lat żyłem w 

nędzy i włóczyłem się po bezludnej wyspie bez żadnej nadziei. Dwadzieścia ponurych lat. 
Jedyne, o czym wtedy marzyłem, to doczekać dnia, w którym odnajdę twojego ojca i zwrócę 
to, co jestem mu winien. W końcu udało mi się wydostać z wyspy, co nie było takie proste, 

background image

Mirando,   i   przybyłem   do   Mediolanu.   Ale   on   nie   żyje!   Prospero   nie   żyje!   Kto   mógłby 
przypuszczać, że mój zagorzały prześladowca zestarzeje się i umrze jak zwykły śmiertelnik? 
Nawet siła mojej zażartej nienawiści nie jest w stanie przywrócić mu życia. Oszukał mnie. – 
Zacisnął mocniej palce. – Ale zostałaś jeszcze ty.

– Oszukał cię? To znaczy pozbawił cię możliwości zemsty?
– Tak, tak właśnie. Odebrał mi szansę użycia słów, których mnie nauczył, w ważnej dla 

mnie sprawie. Pozbawił mnie tej jednej, jedynej godziny, w której usłyszałby po raz ostatni o 
mojej krzywdzie. To ostateczna zdrada. Niech ogień trawi jego duszę w piekle, jeżeli to 
miejsce istnieje. Ze wszystkich słów, których mnie nauczył, te jedynie nie są kłamstwem. 
Niech dusza jego się smaży.

Miranda uczyniła znak krzyża. Kaliban roześmiał się.
– Powinnaś teraz zważać na swoją duszę, piękna Mirando.
– A więc mnie zabijesz?
–   Nie   wydajesz   się   tym   przerażona.   Czy   twoje   życie   jest   aż   tak   beznadziejnie 

nieszczęśliwe?  –  Zmrużył   oczy   i   uśmiechnął   się.  –  Aa...   spoglądasz   w   kierunku   drzwi. 
Myślisz, że straż przyjdzie ci z pomocą? Niestety, stary Somnambulo, bo chyba tak brzmi 
jego imię, śpi teraz głębiej niż zazwyczaj. Mógłbym przejść obok niego gwiżdżąc, gdybym 
chciał. Dałem mu szturchańca w tył głowy; do rana na pewno się ocknie. Wiem też, o której 
zjawi się jego zmiennik i kto nim będzie. Obserwowałem wszystko przez trzy dni. Znam rytm 
życia tego domu prawie tak dobrze jak rytm przypływów na plażach mojej wyspy... naszej 
wyspy.

– To ciebie widział Cezar!
Kaliban uśmiechnął się nieszczerze.
– Ten twój rozpieszczony dzieciak. Ciekawe na jakiego człowieka by wyrósł, gdyby dane 

mu było wieść życie podobne mojemu: kiedy nie otacza cię przepych, nikt ci nie dogadza, a 
twoją matką nie jest taka wspaniała dama jak ty.

– Nie  skrzywdzisz  go! –  Próbowała  wyrwać się z uścisku, ale  była  zbyt  słaba.  Gdy 

wyczerpana poddała się, Kaliban puścił jej rękę. Na jej nadgarstku odcisnął się fioletowy ślad.

– To ciebie szukałem, Mirando – mówił, jak gdyby czuł się lekko urażony. – Twojemu 

ojcu udało się uciec przed sprawiedliwością, a więc ty będziesz tą, która usłyszy moje słowa.

– Słowa... Ty cały czas mówisz...
–  Tak. Słowa są darem, który otrzymałem  od twojego ojca. Są przekleństwem, które 

zrujnowało moje życie, przemieniając je w nędzny i ubogi żywot. Jeszcze kilka godzin do 
zmiany straży.  Ba... to jak wieczność. To będą moje godziny, Mirando. Teraz otrzymasz 
swoje słowa z powrotem; zanim cię zabiję, usłyszysz  moją opowieść... i dowiesz się, co 
uczyniłaś.

– Ale...
–   Cisza!   –  ryknął   tak   głośno,   iż   obydwoje   zastygli   na   moment   w   oczekiwaniu,   aż 

background image

zamilknie echo. Kaliban uśmiechnął się pod nosem. – Widzisz? Nie ma nikogo, kto mógłby 
nam   przeszkodzić.   Strażnik   leży   nieprzytomny,   wszyscy   mieszkańcy   dworu   śpią.   Twój 
małżonek przebywa w innym mieście, co nie jest, jak słyszałem, niczym nowym. Nie wątpię, 
że właśnie popisuje się swoją władzą przed najbardziej oczarowanymi  nim poddanymi.  – 
Wyszczerzył  zęby.  –  Prawdę mówiąc, Mirando, nikt nie jest sam dzisiejszej nocy. Twoja 
dama dworu, Amelia, jest ze swoim kochankiem, jednym z waszych żołnierzy. Myślę, że 
przymykasz na to oko... młodzieńcza miłość to wspaniałe uczucie, prawda? My dwoje także 
jesteśmy parą. Więc będziesz słuchać, bo inaczej moje łapy pomogą ci się skupić. – Stał nad 
nią; potężne, przerażające widmo z błyszczącymi oczami.  –  Posłuchaj, Mirando. Zanim cię 
zniszczę, usłyszysz tajemnice mojego serca. I zanim pogrążą cię wieczne ciemności, będziesz 
już wiedziała, co mi uczyniłaś. Posłuchaj...

background image

Część druga

Opowieść łotra

background image

USTA PEŁNE SŁÓW

Co   powinienem   ci   powiedzieć,   Mirando  –  teraz,   gdy   nadeszła   ta   chwila.   O   czym 

opowiedzieć? Jak? Od czego zacząć? Przez długi czas moje usta nie wypowiedziały słowa, 
ale teraz chcę wyrzucić je wszystkie z siebie. Nie potrafię dłużej ich skrywać i to ty będziesz 
musiała stawić im czoło. Nie mogę ci obiecać, że nie zmiażdżą cię one swoją siłą.

Czy rozumiesz? To jedna z głównych zbrodni, o które oskarżam ciebie i twojego ojca... 

przede wszystkim twojego ojca. To miał być dar, tak wtedy o tym myślałem. Ofiarowaliście 
głodnemu wspaniały, błyszczący owoc: nauczyliście mnie, że wszystko dookoła ma swoje 
imię. Dostałem w prezencie słowa... język. Ale owoc ten był zatruty; owo nazywanie rzeczy... 
ów język nauczył mnie kłamstwa.

Próżność, podstęp, kuglarstwo  –  widzisz! Teraz też potrafię to wykorzystywać. Nie ma 

rwącego potoku wody, jest tylko to, o czym teraz powiem. Rzeka jest rzeką. Jest mokra, 
głośna; jest domem dla ryb i wirów, dla unoszących się nad nią much i chrząszczy. I tak 
naprawdę nie składa się ze słów. W wielkiej mierze jej pięknem jest właśnie to, iż nie ma w 
niej   ani   jednego   słowa.   Jednak   twój   ojciec   zasiał   zło,   jakim   jest   język...   Sama   byłaś 
świadkiem! Wciąż jestem więźniem jego kłamliwych porównań:  „Wpierw nazwij, później 
zastanów się, co to wszystko znaczy”.

Przed waszym przybyciem żyłem w świecie pewnych, niepodważalnych prawd, Mirando. 

Tobie podobni nazywają taki świat „bestialskim”, ale ja nie mogę się z tym zgodzić. Dane mi 
było zobaczyć wasze miasta, ulice, dzielnice portowe pełne bladych, wiecznie zagonionych 
ludzi, którzy wyglądają jak termity uwijające się w pękniętym pniu drzewa. Tak stłoczeni, w 
ciągu godziny wypowiadają tysiące małych kłamstw, łżą każdym oddechem i spojrzeniem. 
Czy mogłabyś powiedzieć, że moje odosobnienie i naturalność były czymś gorszym?

Na mojej wyspie niewątpliwie otoczony byłem rzeczami. Olbrzymia skała, górująca nad 

plażą była bezimienna, ale ja ją znałem. Wiedziałem, czym jest; że mogę się na nią wspiąć i 
zobaczyć z niej bezkres oceanu. Małe brązowo-żółte jaszczurki uwiły sobie na jej szczycie 
gniazdo. Mimo iż uciekając przede mną, chowały się w szczelinach i zastygłe w niemym 
strachu, czekały, aż odejdę, nigdy nie myślałem o nich, że są w jakikolwiek sposób bardziej 

background image

żywe od kamieni czy innych istot wyższego rzędu. Nigdy też nie pomyślałem tak o sobie. 
One  się poruszały,  tak  jak  i ja  się poruszałem;  skały zaś  nie. Czasem  jednak  przez  całe 
popołudnie zarówno ja, jak i jaszczurki pozostawaliśmy w bezruchu  –  więc może kiedyś i 
kamienie chodziły, pełzały czy nawet fruwały, a ja po prostu przeoczyłem ten moment.

W moim umyśle ta olbrzymia skała była rzeczą, tak jak i była nią każda z jaszczurek. 

Nigdy nie próbowałem porównywać ich z czymkolwiek innym. One po prostu były. Ja też po 
prostu byłem.  To, co znajdowałem na wyspie, było  pożywieniem wtedy, gdy mogłem to 
zjeść; było cieniem, gdy mogłem pod tym spać. Pogoda nie była oddzielnym zjawiskiem, o 
którym można mówić jak o wojnie w jakimś odległym królestwie. Czasem na świecie było 
mokro i wietrznie, a czasem cała ziemia prażyła się w nieustającym skwarze.

Właśnie   w   taki   dzień,   kiedy   cały   świat   był   jak   kamień   żarzący   się   w   płomieniach, 

wspiąłem się na szczyt owej olbrzymiej skały i ujrzałem złowrogie fatum.

Czy byłem w stanie uciec przed tym, co miało stać się moim przeznaczeniem? Wyspa nie 

była duża, ale na jej wzniesieniach było wiele osłoniętych miejsc, gdzie mógłbym się zaszyć 
przynajmniej   na   rok.   Gdybym   tak   zrobił,   może   wszystko   postrzegałbym   w   inny   sposób. 
Byłbym   o   rok   starszy   i   może   nabrałbym   poczucia   odrębności;   obserwując  –  byłbym 
świadomy swojej inności; ucząc się – może wszystko rozumiałbym inaczej.

Tak jak owe jaszczurki byłem przestraszony, ale przede wszystkim byłem skończonym 

głupcem. I tak jak one uciekały, kryjąc się wciąż w tych samych, wąskich szczelinach, tak i ja 
nie zrobiłem wiele, by ocalić siebie. Ukryty za poszarpanymi bryłami skał, obserwowałem 
kroczące wzdłuż plaży moje fatum. Od czasu śmierci mojej matki aż do owego dnia byłem 
panem tej wyspy, lecz właśnie wtedy zrozumiałem, iż dni mojej władzy są policzone. Twój 
ojciec skazany na wygnanie musiał odczuwać ten sam rodzaj bolesnej porażki – buntowniczy 
cios zadany znienacka i fatalną pomyłkę dostrzeżoną zbyt późno. Mimo iż tego doświadczył, 
jego stosunek do mnie z biegiem czasu wcale nie zmienił się na lepszy.

Dwie sylwetki: duża i mała. Nie mogę powiedzieć, Mirando, że widząc cię, od razu się w 

tobie zakochałem, choć żałuję, że tak się nie stało. Myślę, iż byłem za młody. Wydaje mi się, 
że kiedy pojawiliście się na wyspie, miałem dziesięć lat. Nie jestem jednak tego pewien. 
Jeszcze zanim przyszedłem na świat, szansa na poznanie historii mojego dzieciństwa i dnia 
moich urodzin przepadła wraz z wyciętym językiem mojej matki.

To   prawda,   że   byłem   tobą   zafascynowany,   twoim   małym,   zmęczonym   ciałem, 

wilgotnymi   włosami,   pomysłową   sukienką   ze   szmatek,   ale   to   dostojny,   posępny   wygląd 
twojego ojca sprawiał, iż włosy stawały mi dęba.

Gdy go po raz pierwszy ujrzałem, przypominał czarną kolumnę na wybielonej słońcem 

plaży, stojącą przy zacumowanej łodzi. Przez moment wydawało mi się, że owa łódź jest tą 
samą, którą przypłynęła moja matka zesłana na wyspę. Było to jednak złudzenie, gdyż dobrze 
wiedziałem,   że   po   tamtej   pozostał   tylko   splądrowany,   zgniły   szkielet   na   drugim   brzegu 
wyspy.

background image

Prospero. Czy kiedykolwiek wasz Bóg objawił się swoim wyznawcom tak efektownie? 

Nigdy przedtem nie widziałem dorosłego mężczyzny ani innej ludzkiej istoty, z wyjątkiem 
mojej matki i własnego odbicia w stawach naszej wyspy. Twój ojciec, o wiele wyższy ode 
mnie, stał tak odziany w czarną suknię, w której zapewne piekł się niemiłosiernie w ten 
upalny dzień. Jakby dla potwierdzenia magicznego, nadprzyrodzonego majestatu, jego broda 
wydawała się powleczona siwoczarnym szronem. Przypominała sopel lodu, taki sam, jaki 
czasem udało mi się zobaczyć  podczas najzimniejszych  miesięcy w najwyżej  położonych 
miejscach  wyspy,  na  jej  skałach  i  liściach  drzew.  Jego wzrok był równie  lodowaty, gdy 
przypatrywał się plaży i gdy spoglądał na skały, za którymi ja, naiwny, próbowałem się kryć. 
Pod jego wielkimi brwiami  lśniły ciemniejsze  i bardziej jaskrawe od błękitu nieba  oczy. 
Wydawał   się   po   prostu   czymś   z   żelaza,   czymś   zimnym   i   twardym,   czarnym   i   ostrym, 
podobnym do gwoździ, które udało się ocalić z naszej łodzi. Istotą z żelaza, i lodu. Ale chyba 
się trochę zapędziłem. Widzę, że jesteś zmieszana. Coś się we mnie odblokowało, stałem się 
zbyt   wylewny,   a   powinienem   zachować   umiar.   Każda   część   mojej   historii   ma   własny, 
niepowtarzalny charakter. Abyś dowiedziała  się o tym,  o czym  ja wiem, abyś choćby w 
najmniejszym   stopniu   zrozumiała,   co   czuję,   musisz   usłyszeć   wszystko   po   kolei.   Och, 
Mirando,   jak   ciężko   jest   czekać.   Korek   tkwił   w   beczce   dwadzieścia   lat;   wino   w   środku 
zepsuło się, zamieniło w ocet i ulatniające się gazy. Ale muszę być cierpliwy i starać się 
przedstawić całą historię jak należy. Muszę być cierpliwy.

Ty nie pamiętasz mojej matki, Sykoraks. Nie możesz jej pamiętać  –  udławiła się ością 

dwa lata przed waszym przybyciem na wyspę. Zrobiła się wtedy cała fioletowa i wybałuszyła 
oczy.   Pamiętam   ją   nadzwyczaj   dobrze.   Przez   większą   część   mojej   młodości   jej   głos  był 
jedynym,   jaki   znałem,   mimo   iż   właściwie   tylko   do  mnie   chrząkała;   zresztą   pod   każdym 
względem była jedyną istotą do mnie podobną. Była jak wielkie słońce zawieszone nad moim 
światem   i   jak   złowieszczy   księżyc,   przed   którego   blaskiem   chowałem   się   drżący   pod 
przykrycie   z   liści   i   gałęzi.   Zanim   twój   ojciec   pojawił   się   na   nieboskłonie   mojego 
rozumowania jako ciemna, przewodnia gwiazda, to właśnie ona była moją jedyną konstelacją.

Wielbiłem ją, bałem się jej, nienawidziłem. Kochałem ją, aż uczucie to wypaliło moje 

wnętrze.   Ona   była   jedyną   istotą,   która   kiedykolwiek   darzyła   mnie   miłością.   Ta   kobieta, 
nadęta jak gęś, była obłąkana i pełna sprzeczności. Potrafiła przez całe popołudnie z mozołem 
obierać i drążyć łodygę kopru, by wyjaśnić mi, w jaki sposób piją zielone latorośle Boga. 
Zaraz   potem   dostawałem   po   uszach.   Płakałem,   aż   w   końcu   czułem   się   winny   zbytniej 
ciekawości,   zanudzania   jej   swoimi   zachciankami,   ciągania   jej   za   rękaw,   by   zechciała 
zobaczyć kolejny cud, który właśnie udało mi się odkryć. Czasem patrzyła w niebo i śmiała 
się   bezgłośnie.   Rysowała   na   piasku   niesamowicie   zawiłe   obrazy,   po   czym   szybko 
zamazywała je stopami.

Moja skośnooka, obdarzona długim, ostrym nosem matka była czarownicą. Nie znałem 

tego słowa – nie znałem żadnego słowa do czasu, kiedy to twój ojciec zasiał we mnie te małe, 

background image

twarde nasionka, jakimi są słowa – ale znałem jej marzenia i wiedziałem, że nie jest taka jak 
inni. Matka musi być dla dziecka uosobieniem siły,  posiadać tajemną wiedzę  o sztukach 
uzdrawiania i zgubnych klątwach. Ale nie tylko ja, jej syn, postrzegałem ją w ten sposób. 
Wygnali ją, wiesz o tym. Uciszyli na zawsze i wypędzili.

Musiała opuścić Algier. Nie ma w tym nic dziwnego: była przecież czarownicą. Szczyciła 

się tym – czarną magią, którą opanowała swoją walką w imię tajemnej wiedzy, a sąsiedzi, ze 
strachu odwracający od niej wzrok, utwierdzali ją w przekonaniu, iż jest kimś wyjątkowym. 
To właśnie moc i sława są najbardziej niebezpiecznymi przymiotami. Twój ojciec, Mirando, 
też   miał   okazję   się   o   tym   przekonać,   prawda?   One   wzbudzają   zazdrość,   rodzą   szepty 
podejrzeń. Ci, którzy obawiają się ciebie, a zarazem starają się zjednać sobie, tylko czyhają na 
twój jeden nierozważny krok, by cię osaczyć, tak jak wilki starego, słabego jelenia.

Moja matka, pomimo swej bystrości i roztropności popełniła ten błąd. Wpadła w pułapkę. 

Została zdemaskowana, przewieziona w kibitce przez główny plac miasta i osądzona przez 
burmistrza. To ludzie rozsiewający plotki doprowadzili do tego nieszczęścia, lecz wszyscy 
oni   wciąż   się   jej   bali.   Tajemna   sztuka   odkupiła   jej   krzywdy.   Strach   przed   klątwą,   którą 
mogłaby rzucić na łożu śmierci, sparaliżował mieszkańców. Dobrze wiedzieli, czego mogą 
się obawiać. Dzięki ziołom zbieranym nocą, matka pomogła kobietom zdobyć serca swoich 
przyszłych mężów, obok których teraz stały. Farmerzy nabrali ciała i siły, jedząc mięso świń, 
które   matka   wyleczyła   z   choroby.   Nawet   sam   burmistrz   zawdzięczał   swoje   stanowisko 
potajemnej wizycie złożonej matce pewnej nocy – następnego dnia jego poprzednik nie zdołał 
wywinąć się śmierci. Hipokryci! Jeżeli mogę być z czegoś zadowolony, to jedynie z tego, że 
nie spędziłem mojego dzieciństwa w otoczeniu tych istot.

Tak   bardzo   bali   się   jej   magicznych   słów   i   klątw,   iż   wypalili   jej   język   rozżarzonym 

żelazem, ale to i tak było za mało. Obawiając się, że mord nawet na niemej czarownicy może 
wywołać   plagę   nieszczęść,   włożyli   ją,   moją   brzemienną   matkę,   do   łódki,   zaciągnęli   na 
otwarte morze i pozostawili zdaną na łaskę fal.

Tak,   brzemienną,   oczekującą   dziecka,   ale   bez   mężczyzny,   który   przyznałby   się   do 

ojcostwa. Różnorakie pogłoski na temat domniemanego sprawcy przyczyniły się do tego, że 
zła sława mojej matki rozniosła się daleko poza miejsce jej zamieszkania.

„Jeżeli Bóg nad tobą czuwa, to pozwoli ci bezpiecznie dopłynąć do jakiegoś dalekiego 

brzegu”,   powiedział   złośliwy   karzeł   burmistrza,   siedzący   na   drugiej   łodzi,   gdy   matka 
odpływała niesiona przez fale.

Skąd o tym wszystkim wiem, skoro moja matka nie mogła mówić? Twój ojciec mi to 

wyjawił. Wiedział wcześniej o zesłaniu mojej matki, mimo iż dla niego była to plotka, jakaś 
nic nie znacząca historyjka, opowiedziana przez kupca – rybaka zimującego w Mediolanie. I 
tutaj znowu dotyka mnie przekleństwo twojego ojca. Wszystko, co wiem o mojej matce, o 
jedynej istocie, której na mnie zależało, wszystko to przepuszczone zostało przez sito, jakim 
był Prospero i jego przeklęta mowa. Tak samo jest ze słowami, które teraz wypowiadam do 

background image

ciebie z głębi serca. To on odebrał mi przeszłość, a zarazem przyszłość. Zaprowadził do 
ciemnej nory, po czym zasypał oba wyjścia. Niech jego dusza smaży się i wije wiecznie!

Ale   nie   znał   całej   prawdy.  Są   rzeczy,   o   których   wiedziałem,   zanim   usłyszałem   jego 

słowa. Pewna  część historii mojej matki  pozostała we mnie, a teraz  zmuszony jestem ją 
zbezcześcić za pomocą owej skażonej mowy.

Matka, pozostawiona na morzu, brzemienna – z nie narodzonym Kalibanem. Nasza łódź 

dryfowała i dryfowała. Jakaś uczynna kobieta ukryła w łodzi kilka małych bochenków chleba 
i słoik wody, co pozwoliło mojej matce i, jak przypuszczam, mnie również, utrzymać się przy 
życiu, gdy tak tułaliśmy się po oceanie. Na początku matka wykorzystywała koniuszek języka 
do   odprawiania   czarów  –  rzucania   bezgłośnych   klątw,   które   sprawiały,   iż   chmury   nad 
naszymi głowami czerniały i kłębiły się na brzegach, jednak po pewnym czasie nie starczało 
jej   już   sił   na   walkę   za   pomocą   zaklęć.   Po   tygodniu   mogła   jedynie   leżeć   na   rufie   łodzi, 
osłaniała przed słońcem głowę, zakrywając ją chustą. Czekała na pewną śmierć.

Jednak nie umarła, Mirando. Dlatego zaistniałem. Przeklnij więc swojego Boga za to, że 

tak pokierował twoim losem, iż teraz będziesz musiała rozstać się z domem rodzinnym. Ja 
przeklinam waszego Boga, czy cokolwiek innego, co mogłoby uzurpować sobie prawo do 
jego tronu za to, iż umieścił ciebie i twojego przeklętego ojca w moim życiu, wywołując w 
nim chaos i nieszczęście.

Wyspa... moja wyspa... wyglądała z daleka jak brudna plama na horyzoncie.
Matka dopłynęła do niej, wyczołgała się z łódki na brzeg, dotarła do plaży i znalazła tam, 

jak gdyby zasadzone przez jakąś myślącą istotę, drzewa dające cień oraz strumyk z wodą 
deszczową, spływającą z pobliskich wzgórz. To właśnie cień i woda ją uratowały. Te dwie 
rzeczy także mi pomogły przetrwać w jej brzuchu, mimo iż byłem zaledwie pędrakiem, nic 
nie znaczącą płotką.

Zastanawiasz się pewnie, skąd ja o tym wiem, skoro twój ojciec nie znał tych historii. 

Nauczył mnie różnych rzeczy – kilku prawd i wielu kłamstw – ale nie był pierwszym, który 
wpajał mi swój katechizm. Nauczyłem się wiele, leżąc na kolanach mojej matki, i mimo iż nie 
było w tej nauce słów, to wciąż pamiętam jej wyobrażenia i myśli, jakie kładła mi do głowy. 
Nigdy się do mnie nie odezwała, czasami tylko coś chrząknęła. Najbardziej utkwiły mi w 
pamięci jej usta, które przypominały kieszonkę, nigdy prawie nie otwieraną. Pozostały różne 
obrazy. Opowiem ci o nich później.

Zanim   przyszedłem   na   świat,   matka   nabierała   sił   w   otaczającym   ją   nowym   świecie, 

jedząc owoce, kraby i owe nieszczęsne ryby. To samo spożywaliśmy w ciągu całego mojego 
dzieciństwa. Na wyspie znajdowało się wszystko, czego było nam trzeba; wszystko w zasięgu 
ręki.   Jak   tylko   nauczyłem   się   stawiać   pierwsze   samodzielne   kroki,   zaraz   rozpocząłem 
poszukiwania   kolczastych   owoców   w   zielonej   łupinie,   słodkich   rajskich   fig   lub   owych 
czerwonych woreczków, wypełnionych sokiem, które twój ojciec nazywał „jabłkami-osami”. 
Znalezienie   i   zerwanie  ich   było   równie   proste   jak   podniesienie   z   ziemi   ziarenka   piasku. 

background image

Ucztowałem więc, wyrzucając jedynie pestki i kamyki. W ciągu kilku miesięcy wszystkie 
gaje owocowe i drzewa odradzały się na nowo. Jadłem, kiedy byłem głodny, spałem, kiedy 
byłem zmęczony, a zapominając o fanaberiach mojej matki, czułem się wolny i beztroski jak 
żadne inne stworzenie.

Nie miałem imienia, podobnie jak moja matka. Twój ojciec powiedział, iż nazywano ją 

Sykoraks, lecz imię to zawsze będzie brzmieć dla mnie obco. Matka nie mogła wołać na mnie 
„chłopcze”  czy choćby  „ty”. Było jednak pewne spojrzenie, które znaczyło  „chodź tutaj”, 
kiwnięcie ręką lub chrząknięcie, podobne do tego, jakie wydaje locha ryjąca w ziemi. Do 
czasu przybycia twojego ojca ów odgłos stanowił coś w rodzaju mojego imienia. Zupełnie mi 
to wystarczało.

Istniałem i zdawałem sobie z tego  sprawę. Któż inny,  jak  nie ja, oglądał na skałach 

jaszczurki, gdy matki nie było w pobliżu? Kto, jak nie ja, zjadał owoce, których ona nie 
zjadła, kto wspinał się na drzewa, na które ona, wytrwała, lecz krucha, nie była w stanie się 
wspiąć? Do kogo, jak nie do mnie kiwała ręką Sykoraks? Istniałem i nie potrzebowałem słów, 
które byłyby tego dowodem. Odwrotnie niż cały ten kapryśny motłoch śpiący lub snujący się 
teraz   pod   nami   po   Neapolu,   przypominający   rój   jednakowych   os,   gnieżdżących   się   w 
szczelinach wielkiego ula. Byłem mały, ale za to jedyny w swoim rodzaju. O ile matka była 
dla mnie Bogiem, o tyle  ja jej jedynym  wyznawcą,  co było nader ważne  –  jaki bowiem 
pożytek jest z boga, którego nikt nie wielbi?

Zobaczyłem olbrzymie kościoły Neapolu. Mimo iż słyszałem o nich od twojego ojca, 

widziałem rysunki w jego książkach, to nie mogłem uwierzyć, że tak wysokie budowle mogą 
naprawdę istnieć. Teraz wierzę... ale wciąż nie rozumiem. Jeśli wasz Bóg jest wszędzie, jeśli 
cały czas was obserwuje, to dlaczego ludzie wznoszą budowle, do których udają się, by go 
wielbić?   Myślę,   że   mając   do   czynienia   z   wszechobecnym   i   wszystkowidzącym   Bogiem, 
potrzebne jest raczej miejsce, gdzie można by się przed nim schować. Ja musiałem znaleźć 
takie miejsce na mojej wyspie. Matka, będąc moim bogiem, często stawała się zawistnym 
bóstwem.   Tak   jak   więzy   krwi   nie   stanowiły   dla   niej   wystarczającego   powodu,   by 
zainteresować się moją osobą, gdy po prostu nie miała na to ochoty, tak żaden opór i skargi 
nie uchodziły jej uwagi, mimo iż bardzo tego chciałem. Nieważne czy jadłem, czy spałem, 
czy też wypróżniałem się, jeżeli matka wzywała mnie, musiałem przyjść i to jak najszybciej.

Gdy wydoroślałem, wydawało mi się, że istnieje niezliczona liczba rzeczy, których nie 

potrafię zrobić; zachowań, których nie znam; min, których nie potrafię przybierać. Matka biła 
mnie, gdy ją denerwowałem, ale powód, dla którego wpadała w złość, rzadko był dla mnie 
oczywisty. Innym razem brała mnie na ręce, ściskała kurczowo, mamrotała coś po swojemu, 
jak gdybym był jedynym lekarstwem, które nie pozwoli jej sercu wyrwać się z piersi.

Czy mówiłem ci już, jak bardzo ją kochałem? Tak bardzo, że nawet kary cielesne nie były 

w stanie tego zmienić. Oczywiście były chwile, w których nie mogłem jej znieść, jak gdyby 
moja wielka miłość do niej była przepaścią rozwierającą się pod stopami, która gotowa jest 

background image

mnie pochłonąć.

Im byłem  starszy, tym  głód niezależności  stawał się coraz bardziej dokuczliwy. Gdy 

znikałem rano i nie było mnie przez cały dzień, wiedziałem, że dostanę klapsa, ale tylko 
jednego.   Gdybym   zaś   tak   pozostał   u   jej   boku,   byłbym   narażony   na   pewną   liczbę 
niespodziewanych ciosów, a także na równie nieprzyjemne oznaki jej unieszczęśliwiającej 
miłości. Jednak matka znała wyspę tak samo dobrze jak ja. Nie wystarczało znaleźć się poza 
zasięgiem jej wzroku  –  gdyby tak było, kilka drzew czy skał spełniałoby dobrze funkcję 
schronienia. Musiałem więc uciekać tam, gdzie nie była w stanie mnie dojrzeć i gdzie nie 
dochodziły do mnie odgłosy jej chrząkania. Miała jednak w sobie coś magicznego, coś, co 
być może mają wszystkie matki, ale ja o tym nie wiem – gdy przebywało się blisko niej, czuło 
się potrzebę bycia posłusznym.

Na   wyspie   było   jedno   szczególne   miejsce,   które   przykuwało   moją   uwagę  –  dolina. 

Położona   niezbyt   daleko   od   chaty,   w   której   mieszkałem   z   matką,   otoczona   pierścieniem 
wzgórz, była jednym z nielicznych miejsc, do których nigdy razem nie dotarliśmy – Jedyna 
droga w dół prowadziła przez gąszcz ciernistych krzewów jeżyn, których gałęzie porośnięte 
były igłami o długości połowy mojego palca. W rzeczywistości droga była nie do przejścia, 
ale jej nadzwyczajny obraz był wytworem mojej wyobraźni. Często więc włóczyłem się po 
wzgórzu, patrząc w dół na drogę otoczoną kolczastym żywopłotem, mimo iż na wyspie było 
sporo miejsc położonych wyżej, z których widok na dolinę był lepszy, a moja matka miałaby 
więcej problemów, by się tam wdrapać.

Pewnego dnia pełzałem wzdłuż górnej części owej drogi, naśladując sposób chodzenia 

robaka, który przypominał  wędrujący patyk.  Prawdę mówiąc,  byłem  otwarty na wszelkie 
cuda, więc myślałem, iż jest to patyk, po prostu jakiś nigdy wcześniej nie spotkany przeze 
mnie gatunek, który się porusza. W każdym razie ów patyk nagle zawrócił i bez obawy puścił 
się   w   dół,   prosto   w   gąszcz   kolczastych   jeżyn.   Patrzyłem   na   niego   z   zazdrością,   gdyż 
wiedziałem, iż dla mnie jest to przeszkoda nie do pokonania. Bardzo pragnąłem być taki mały 
i znikać tak łatwo. Ale gdy tak wpatrywałem się w miejsce, w którym straciłem go z oczu, 
stwierdziłem, iż choć ciernie tworzą siatkę nie do przebycia dla czegokolwiek większego od 
owego patyka, to jednak nie dotykają one ziemi. Każdy krzak posiadał jeden główny konar, a 
wszystkich krzewów, rosnących wzdłuż drogi, było zaledwie sześć. Poplątane pędy sprawiały 
wrażenie   jednego,   ciągnącego   się   żywopłotu.   Położyłem   się   na   brzuchu,   by   zobaczyć 
przestrzeń   pomiędzy   kolcami   a   gruntem,   która   jednak   okazała   się   trochę   mniejsza   od 
szerokości mojej dłoni. Rozczarowany usiadłem na ziemi. Byłem za duży; nawet leżąc płasko 
na plecach, byłbym cały poobdzierany i podrapany do krwi, zanim zdążyłbym się posunąć w 
dół o jard.

Po chwili coś kazało mi zbiec na dół po stoku. Gdy tylko znalazłem się u podnóża góry, 

przyszedł  mi  do  głowy pomysł  na  to,  jak  pokonać  kolczastą  przeszkodę.  Potrzebowałem 

background image

dwóch gałęzi leżących obok jednego z drzew rosnących nie opodal, długich jak ja i w miarę 
prostych po oderwaniu bocznych pędów. Zabrałem je i wróciłem do ciernistego żywopłotu, 
po czym za pomocą owych gałęzi podniosłem do góry plątaninę pędów. Wolna przestrzeń 
trochę się poszerzyła. Trzymając mocno prowizoryczne tyczki, położyłem się na plecach i 
zsunąłem się głową w dół. Jeżyny wisiały nad mą twarzą jak wielkie, czarne chmury, trzęsąc 
się, podobnie jak trzymane przeze mnie gałęzie, pod ciężarem splątanych krzewów. Parłem 
do przodu, przesuwając uważnie tyczki, zamykając oczy w momentach, w których wydawało 
mi   się,   iż   krzaki   przełamią   opór   i   runą   w   dół,   raniąc   mnie   dotkliwie.   Ale   tyczki   wciąż 
utrzymywały ciernie w bezpiecznej odległości i tylko jeden czy dwa musnęły mój tors nie 
głębiej niż szpony mojej matki, kiedyś, gdy spałem.

To była żmudna i mozolna praca. Gałęzie w moich spoconych dłoniach stawały się coraz 

bardziej śliskie, mięśnie słabły, a do nosa, oczu i ust nieprzerwanie sypał się z krzaków pył. 
Gdy zsunąłem się w dół na długość mojego ciała, zrozumiałem, iż znalazłem się w pułapce. 
Powrót byłby fizyczną niemożliwością, jeśli krzewy porastałyby całą drogę prowadzącą w dół 
doliny. Jeżeli odległość okazałaby się zbyt duża, na pewno opadłbym z sił, jeżyny by na mnie 
runęły i tak leżałbym, krwawiąc aż do samej śmierci.

Płacz   utrudniał   poruszanie   się,   próbowałem   więc   powstrzymać   łzy.   Nawet   gdybym 

zawołał   moją   matkę,   to   co   ona   mogłaby   zrobić?   Była   cienka   jak   sucha   ryba,   mimo   iż 
silniejsza ode mnie, ale minęłoby wiele dni, zanim zdążyłaby wyciąć taki gąszcz kolczastych 
gałęzi, używając do tego kamiennego noża.

Czołgając się powoli, wykonując prawie agonalne ruchy ramionami, łokciami i piętami, 

dotarłem do miejsca, w którym na moją twarz padły jaśniejsze promienie światła. Gąszcz 
stawał się rzadszy! Odzyskana nadzieja przyniosła nowe siły. Opuściłem się jeszcze kawałek i 
moja głowa wysunęła się poza krzewy. Gdy próbowałem wydostać resztę ciała spod gałęzi 
jeżyn, słońce wysuszało pot i pył zebrany na twarzy, tworząc na niej maskę z błota i szlamu. 
W końcu, gdy już oswobodziłem stopy, podrapane i zakrwawione, obróciłem się na drugą 
stronę i zastygłem w bezruchu jak ranna, zastraszona zwierzyna.

W  naturze młodych leży odporność. Ty także w to wierzysz; czyż nie dlatego kazałaś 

zostać dziś wieczorem swojej córce, będąc pewna, że to, co dzisiaj sprawi jej przykrość, jutro 
zostanie zapomniane? Młodzi są żywotni i wytrzymali... jeśli nie wymaga się od nich zbyt 
wiele. A zatem upłynęło niewiele czasu i młody Kaliban, czy raczej jeszcze Bezimienny, 
stanął z powrotem na nogi, podziwiając nowo odkryty przez niego skrawek lądu, zdobyty 
dzięki wielkiej odwadze.

Pamiętasz tę dolinę, Mirando? Raz cię tam zabrałem. Z pewnością pamiętasz to miejsce, 

ten dzień. Z pewnością...

Za krzewami jeżynowymi znajdował się miniaturowy raj, kraina szczęśliwości, w której 

zarówno chrześcijanie, jak i niewierni, radzi byliby się obudzić. Mały strumyk płynął w dół 
skarpy,   zaraz   obok   mnie,   a   jego   źródło   skryte   było   gdzieś   pośród   ciernistych   krzewów. 

background image

Wysoka sięgająca kolan trawa, czesana przez wiatr jak zielona grzywa, rosła wzdłuż brzegów 
strumyka,   by   przy   końcu   wąskiej   doliny   utworzyć   małą   łączkę,   wokół   której,   jak   dobre 
duszki,   stały   delikatne   drzewa   o   okrągłych   liściach.   W   środku   znajdowało   się   coś,   co 
przewyższało otaczające dolinę wzgórza  –  stara, olbrzymia sosna. Wcześniej widziałem jej 
zjeżony wierzchołek z innych  wysokich punktów wyspy, ale myślałem,  iż wyrasta ona z 
miejsca na wewnętrznym zboczu któregoś ze wzgórz otaczających dolinę. Teraz zobaczyłem 
jej pień, z tuzin razy większy ode mnie, jej mocne korzenie, które rozepchnęły skały z taką 
lekkością, jak śpiący niespokojnie człowiek zrzuca, z siebie przykrycie.

Mimo że wszystko w dolinie było dla mnie tak nowe – słodki szum wody w strumyku, o 

ile przyjemniejszy i łagodniejszy od monotonnego buczenia morza, brzęczenie świetlistych 
ważek, krążących koło moich uszu  –  to właśnie owa sosna intrygowała mnie najbardziej. 
Jakby na mnie czekała. Na swój sposób odczuwałem coś z jej przeszłości, jakąś część jej 
tajemnicy. Małą jej część. Tak... małą część.

Podążałem wzdłuż brzegu strumienia, a łodygi traw łaskotały mnie po nogach, wchodząc 

między palce. Pomimo panującego dookoła lekkiego szmeru, nad doliną zdawał się zalegać 
niezmącony spokój sił natury. Dreszcz rozkoszy przechodził mi po szyi. To, że znalazłem 
takie miejsce, sprawiło, iż czułem się kimś lepszym, bardziej... pełnym w jakiś sposób; mój 
świat się powiększył, a ja razem z nim. Była to pierwsza rzecz, która należała wyłącznie do 
mnie   i   do   nikogo   innego.   Czułem,   iż   w   pewien   sposób   dziedziczą   to   wszystko.   Był   to 
pierwszy dzień mojej dojrzałości.

Strumień przechodził w kilka mniejszych strumyczków, aż w końcu ginął w zbitej trawie. 

Przedarłem się przez to mokradło i podążyłem w kierunku sosny. Tam znalazłem miejsce, do 
którego docierały promienie słońca, a kępy trawy były suche. Siedząc pod nią, przyglądałem 
się jej popękanym gałęziom, wyobrażając sobie, że mógłbym poczuć, jak bije w nich życie, 
podobnie jak krew, której szum słyszałem w uszach przed zaśnięciem. Jakiś cień przemknął 
wokoło wzgórz, otaczających dolinę i zatrzymał się na gałęzi tuż nad moją głową. To był ptak 
w   kolorze   błękitu   nieba,   z   szyją   i   lotkami   skrzydeł   nakrapianymi   czerwienią   o   odcieniu 
zachodzącego słońca. Przypatrywał mi się z tak wielkim zainteresowaniem, iż nie zdziwiłbym 
się, gdyby odezwał się do mnie w sposób, w jaki czyniła to moja matka: za pomocą gestów i 
chrząkań.

Siedzieliśmy i obserwowaliśmy się wzajemnie, ptak i ja, ale po chwili jakaś dziwna myśl 

zaczęła chodzić mi po głowie, że to wcale nie ten wspaniale ubarwiony ptak badawczo na 
mnie spogląda, ale sama sosna. Mimo iż nie miała oczu, czyż nie mogła patrzeć na mnie jak 
na obcą rzecz, jak na intruza w jej sędziwym królestwie. Ta myśl nasunęła drugą, bardziej 
przerażającą: mimo iż nie miała rąk, czyż nie mogła zamienić czegoś w powykręcane palce 
zakończone szponami i złapać mnie, zanim zdecyduję się na jakiś ruch?

Podniosłem się powoli. Ptak przechylił lekko głowę, by móc patrzeć mi wciąż w oczy. 

Zawróciłem ponownie w miejsce, gdzie nie dochodziło słońce, a łąka stawała się miękka i 

background image

błotnista,   po   czym   ruszyłem   w   górę   strumyka,   idąc   brzegiem   w   kierunku   ciernistych 
krzewów. Dolina cichła  –  nie było słychać ważek ani wiatru buszującego w trawie; nawet 
szum wody prawie zamilkł. Piąłem się wolnym i ostrożnym krokiem w górę, z dziwnym 
uczuciem, że coś mnie z tyłu obserwuje; było to najtrudniejsze zadanie, jakie przyszło mi w 
życiu wykonać. Czułem na sobie wzrok ptaka, tak jakby ktoś wciskał mi palec w kręgosłup. 
Gdy dotarłem do ciernistych krzewów, odwróciłem się. Dolina wciąż istniała jak złote jajo 
ukryte   w   najgłębszym   z   gniazd.   Sosna   wciąż   była   na   swoim   miejscu.   Błyszczący   ptak 
odleciał.

Gdy strach osłabł, poczułem wściekłą złość. To moja dolina, powtarzałem sobie. Nie 

znałem słów, by to określić, ale w świecie, w którym  wszystko mogło być  mi odebrane 
jednym   skinieniem   wykrzywionego,   brązowego   palca   mojej   matki,   takie   odczucie   było 
wyraźne   i   przejrzyste   jak   pojedyncza   chmura   na  czystym   niebie.  Ona   była   moja.   Nawet 
drzewo, cokolwiek by o mnie myślało, było w pewnym sensie moje. Nikt nie mógł mnie tego 
pozbawić. Mogłem tam wrócić za każdym razem, kiedy miałem na to ochotę.

Kiwnąłem głową w kierunku leciwej sosny, składając jej raczej wyrazy uznania niż hołd 

zwycięzcy, po czym obróciłem się i rozpocząłem powolną, bolesną drogę powrotną przez 
kolczaste krzewy jeżyn.

Nic   nie   mów,   Mirando!   Widzę   po   twoich   oczach,   że   dobrze   pamiętasz   to   miejsce. 

Pamiętasz swoją... zdradę. Czy można użyć innego słowa? Pośród całej gamy rzeczowników i 
czasowników,   którymi   umiem   się   posługiwać,   nie   mogę   znaleźć   innego   słowa,   które 
oddałoby lepiej to, co mi uczyniłaś. Zaczekaj! Zaczekaj! Teraz, czujesz? Moja ręka na twojej 
szyi – nie wolno ci się wyrywać. Nie doszedłem jeszcze do tej części mojej historii. Musisz 
usłyszeć wszystko.

Jednak   znowu   się   zapędziłem.   Do   tego   momentu   jest   jeszcze   dużo   czasu.   Zanim 

pojawiliście się na wyspie, zanim umarła moja matka, zanim odkryłem moją dolinę, ja żyłem. 
Jeżeli dzisiejszej nocy nadeszła pora na moją opowieść, to powinienem opowiedzieć ją w 
całości.

Pierwszym  obrazem, jaki zapamiętałem, był obraz mojej matki, pochylonej nisko nad 

paleniskiem, którego ogień oświetlał jej kanciastą twarz. Brud i słońce sprawiły, że sczerniała 
jak kawał starej zwierzęcej skóry. Ile wtedy miałem lat? Nigdy się tego nie dowiem. Było to 
pewnego wieczoru, podobnego do setek innych.

Mieszkaliśmy w chacie zrobionej z gałęzi, którą matka zbudowała na skraju lasu. Szeroki 

piaskowy   ganek   rozciągał   się   od   samych   drzwi   po   brzeg   morza.   Byłem   zdumiony,   gdy 
wróciłem, by to zobaczyć, Mirando, po tych wszystkich latach spędzonych w domu, który 
zbudował twój ojciec. Jeśli mam być szczery, to właściwie ja go wzniosłem, pracując jako 
niewolnik  wykonujący  jego  polecenia.  Ale  gdy  wróciłem  do  tego  miejsca,  w  którym  się 

background image

urodziłem i gdzie żyłem, ze zdumieniem zobaczyłem, jak mała była owa chata; tak ciasno ma 
chyba tylko krab w swojej skorupie. Razem z matką spędzaliśmy większość czasu pod gołym 
niebem. I może właśnie dlatego obraz najwyższego i najdoskonalszego sklepienia nad głową 
nacechował pozytywnie moje wspomnienia. Dom mojego dzieciństwa był bowiem jak ciemna 
jaskinia   z   otworem   na   samej   górze,   przez   który   powinien   wydostawać   się   dym,   lecz 
najczęściej wcale tak się nie działo.

Moja matka była szalona, przypuszczam więc, że i ja jestem szalony. Bo jacy mogą być 

ludzie, którym zabrano życie tylko dlatego, że byli inni? Ta wielka niesprawiedliwość jest jak 
nieustanny ból, z którym można żyć, lecz nie sposób o nim zapomnieć. Mając za nauczyciela 
jedynie matkę, wierzyłem, że stanę się normalny. W świecie, który ją otaczał, wszystko po 
prostu było. W moich dziecięcych oczach wydawała się nieszczęśliwa, tak samo jak dzień 
bywał   gorący,   a   fala   wysoka.   Niestety,   twój   ojciec,   który   sam   doświadczył 
niesprawiedliwości, uczył mnie za pomocą słów, określających tak obce dla mnie rzeczy, że 
istnieje sprawiedliwość, uczciwość, dobre i zło. O nędzny i okrutny człowieku!

Tak,   moja   matka   była   na   swój   sposób   obłąkana.   Wyła   podczas   sztormu,   odziana   w 

czarne,   byle   jakie   ubranie,   to   samo,   które   przywdziała   w   dniu   zesłania,   jedyne,   jakie 
kiedykolwiek nosiła, mimo iż było podarte i wyświechtane. Z niepokojem obserwowałem ją 
przez niski otwór wyjściowy, gdy podczas nawałnicy siedziała przed chatą, w przemoczonych 
łachmanach, wyjąc i jęcząc do nieba, a jej lśniące, siwe włosy pokrywały się pyłem. Tylko 
fale moich myśli, które wciąż napływają nieproszone do mej głowy, mówiły mi wtedy, iż jest 
w tym coś więcej niż tylko dziki gniew czy strach. Gdy wiatr wył i biły pioruny, matka 
jęczała.   W   moim   odczuciu,   odczuciu   dziecka,   cała   ta   trójka   była   równie   przerażająca   i 
wszechmocna.

Czasami   zaś,   podobnie   jak   w   ową   pierwszą   zapamiętaną   przeze   mnie   noc,   marzyła 

godzinami, patrząc w ogień – mamrocząc i mrucząc coś zapamiętale. Jednej z takich nocy jej 
myśli przepłynęły do mojej głowy, a ciemne wizje, całkiem dla mnie obce, ukazały miejsca z 
czasów,   zanim   jeszcze   przybyła   na   wyspę:   płaski,   brązowy   grunt,   lepianki,   wysuszone 
wzgórza.   Były   także   twarze   wyrażające   złość,   twarze   oskarżycielskie.   Wyobraź   sobie, 
Mirando, że przed przybyciem Prospera na wyspę jedynymi ludzkimi twarzami, które znałem, 
były oblicza ludzi ze snów, oblicza duchów z gorzkich wspomnień mojej matki.

To, jacy stają się ludzie, zależy od tych, którzy ich wychowują. To prawda. Ale czy jest 

na świecie ktoś tak niefortunnie ukształtowany jak ja przez moją obłąkaną matkę i twojego 
oziębłego ojca? Jedno było  zaprzeczeniem drugiego, lecz oboje pragnęli za wszelką cenę 
wypełnić mój świat. Czy jest więc coś dziwnego w tym, że zakochałem się w tobie, Mirando? 
Cóż innego mogłem zrobić? Na cóż innego mogłem liczyć?

Pewien sztorm, którego nie byłem świadkiem, a który znałem z powracających często 

snów matki, musiał wydarzyć się wkrótce po tym, jak dotarła do wyspy, kiedy ja gnieździłem 

background image

się   jeszcze   w   jej   brzuchu.   Jego   wizja   wciąż   powracała,   ale   dopiero   po   śmierci   matki 
zrozumiałem jej znaczenie. A było to tak. Pewnej nocy wiał silny wiatr, fale unosiły się 
wysoko, a morska piana rozpryskiwała się pod samo niebo. Wielkie palmy, rosnące na skraju 
lasu, uginały się prawie do ziemi. Nagle coś płonącego spadło z nieba.

Uderzyło w plażę i wybuchło tak ogromnym płomieniem, że matka nie byłaby w stanie 

wzniecić takiego, gdyby nawet zbierała chrust przez cały tydzień. W chwilę później ogień 
przybrał barwę czerwonobursztynową. Coś zaczęło unosić się z dziury, która powstała w 
piasku; przypominało  to dym,  lecz wirowało bardzo szybko.  Matka z tym  walczyła.  Nie 
wiem, jak to robiła i dlaczego. Ale gdy ów sen przedostał się do mojej głowy, pojąłem jej 
strach, jej złość, a nawet satysfakcję,  którą na końcu odczuła, gdy po długich, upiornych 
zmaganiach udało się jej znaleźć strumień myśli, który zdołał powstrzymać ową rzecz. Sen 
nie mówił jednak, co stało się potem. Została stoczona jakaś walka, a ja wychowałem się na 
pustym   polu   bitwy.   Nie   rozumiałem   jednak   jej   znaczenia,   nie   znałem   jej   prawdziwych 
skutków. Tak myślałem przez długi, długi czas.

background image

DZIURA

I ja stoczyłem  kilka pojedynków.  Wyspa była  zasobna, lecz mało przyjazna. Tak jak 

każda   gałąź   oblepiona   była   soczystymi   owocami,   które   wydawały   się   tak   nabrzmiałe,   iż 
powinny same spadać w moje ręce, zanim jeszcze zdążyłbym ich dotknąć, tak życie innych 
stworzeń   kwitło   w   równym   stopniu   pomyślnie:   żywot   barwnie   upierzonego   czy   słodko 
śpiewającego ptaka był tak samo piękny jak żywot każdego owada. I właśnie z powodu tych 
ostatnich, mieszkaliśmy z matką w chacie pełnej dymu. Drobne armie robaczków były mało 
dokuczliwe w dzień, ale po zmierzchu stawały się nie do zniesienia. Zdawało się, że jest ich 
tyle rodzajów, ile ziaren piasku na plaży. Były stonogi, gryzimuchy, pełzacze, brzęczyki z 
perłą w muszli, przemykające szybko skrzydlaczki, piaseczniki, noracze, a wszystkie sprytne i 
zdeterminowane, by dopaść mojego młodego ciała. Szybko nauczyłem się zmywać z twarzy 
pozostały   po   jedzeniu   owoców   nektar,   co   było   najlepszym   sposobem   na   pozbycie   się 
natrętów. Sporo czasu nosiłem też jakby drugą, ochronną skórę z wyschniętego szlamu, która 
stanowiła przeszkodę nie do pokonania dla niektórych gatunków, obdarzonych przez naturę 
niezbyt okazałym uzębieniem.

Na wyspie były także węże, których rozmaitość nie była wcale mniejsza; od drobnych, 

nitkowatych żmij o długości palca, do olbrzymiego, na szczęście bardzo powolnego, pytona 
żyjącego   na   drzewie   i   w   odległym   końcu   wyspy.   Owa   bestia   o   długości   przynajmniej 
dziesięciu   kroków,   a   w   obwodzie   nie   grubsza   niż   mój   nadgarstek,   pokryta   była 
skomplikowanym   wzorem   z   czarno-biało-brązowych   łusek,   przypominającym   desenie 
waszych pałacowych dywanów. Nigdy nie pozwoliłem jej zbliżyć się do mnie tak, by była w 
stanie wyrządzić mi krzywdę, lecz często dostrzegałem jej migoczące ślepia, gdy nieruchomo 
wisiała na gałęzi, wygrzewając się w słońcu i obserwując bacznie wszystko, co poruszało się 
w dole – szczególnie tak smakowite kąski jak ja. Nie spieszyło jej się. Wiem na pewno, że 
jest gdzieś teraz na wyspie i czeka. Być może będzie miała jeszcze okazję, by mnie dopaść.

Pewnego   ranka   spacerowałem   sobie   po   stokach   najbardziej   nasłonecznionej   części 

wyspy.  I  ty możesz  ją   pamiętać:  rosły  tam  drzewa  chlebowe.  Ale  było   to  jeszcze  przed 
waszym przybyciem, przed tym, jak moja matka zasłabła i udusiła się. Po deszczu ziemia i 

background image

liście nasiąkły wodą, a powietrze było wilgotne. Włóczyłem się, przedzierając przez wysoką 
trawę, by móc obserwować spadające z niej krople wody. Nagle usłyszałem głośny szelest.

Przestraszony   padłem   na   ziemię,   bo   cokolwiek   to   było,   brzmiało   dość   potężnie. 

Wiedziałem, że nie jest to moja matka, gdyż chwilę wcześniej zostawiłem ją rozgniatającą 
korzenie   na   płaskim   kamieniu   przed   chatą.   Z   wyjątkiem   pytona,   większość   zwierząt   na 
wyspie była ode mnie mniejsza. Żyło tam kilka bojaźliwych jeleni i lśniącookich kozic, które 
jednak rzadko opuszczały wysokie partie gór. Małpy, które zamieszkiwały najgłębszą część 
lasu, nie bały się spacerować w słońcu, ale na ziemi spędzały niewiele czasu. Poza tym każda 
z nich sięgała mi zaledwie do kolan. W każdym  razie byłem  przerażony, a jednocześnie 
ciekawy tego, co mogło być przyczyną owego zamieszania w trawie.

Gdy tak leżałem, brzuchem i twarzą dotykając czarnej, wilgotnej ziemi, trawa rozstąpiła 

się i ukazała się gromadka małych, dzikich prosiaczków z zadowolonymi, pomarszczonymi 
ryjkami. Prawie łyse, pokryte jedynie szaroróżowymi łatami, nie wydawały się w jakikolwiek 
sposób przestraszone widokiem mojej osoby; chrząkały tylko jakby trochę inaczej. Przyjrzały 
mi się uważnie, po czym zatopiły swe ryjki w ziemi. Popychały się, wpadając na siebie, gdy 
któraś   znalazła   coś   ciekawego.   Patrzyłem   z   zachwytem.   Już   prawie   miałem   wybuchnąć 
śmiechem, gdy pojawiła się ich matka.

Była   niesamowicie   wielka;   góra   mięśni,   tłuszczu   i   grubej   szczeciny,   z   czerwonymi 

ślepiami. W porównaniu z małym, leżącym przy jej nodze prosiaczkiem, wyglądała jak trudne 
do opisania monstrum. Gdyby moja matka mogła mi opowiedzieć o szatanie i demonach, to z 
pewnością  umieściłbym  lochę  w  panteonie królestwa piekieł.  Jedyną  rzeczą, która  mogła 
mnie przed nią uratować, był skok rozpaczy. Spojrzała na mnie groźnie, po czym opuściła 
głowę. W tym momencie szybko podniosłem się, odbiłem dwa razy od ziemi, wykonując 
półtora kroku i wskoczyłem na najbliższe drzewo. Przez chwilę mignął mi jej otwarty ryj, 
uzbrojony w kły. Ale dopiero gdy wdrapałem się na najwyższą gałąź, poczułem, że musiała 
mnie   zadrasnąć   jednym   z   nich,   gdyż   na   mojej   nodze   powstała   głęboka   bruzda.   Gdy 
zobaczyłem   wypływającą   z   niej   krew,   omal   nie   spadłem   z   drzewa.   Ścisnąłem   brzegi 
rozerwanej skóry i spojrzałem w dół. Wściekle chrząkająca locha krążyła dookoła drzewa, raz 
po raz zatrzymując się i patrząc na mnie swoimi zdradliwymi, małymi oczami. Jej wzrok tak 
mnie   przestraszył,   że   straciłem   równowagę   i   poślizgnąłem   się.   Mógłbym   przysiąc,   iż 
przewidziała   to.   Ustawiła   się   dokładnie   pode   mną   i   czekała.   Na   szczęście   tylko   mną 
zakołysało i zaraz udało mi się ponownie zahaczyć stopy o spływającą krwią gałąź.

Mimo   iż  nie   znane   mi  były   słowa,  to   i  tak   wiedziałem,   co  powinienem  w   pewnych 

sytuacjach   zrobić.   Wcześniej   wiele   razy   matka   opatrywała   moje   rany   po   różnych 
nieszczęśliwych wypadkach. Zazwyczaj chodziłem nagi, przykryty jedynie zbroją z błota, nie 
miałem więc niczego, co nadawałoby się na bandaż. Drzewo, na którym siedziałem, nie miało 
liści, a jedynie igły. Nie było czym zatamować krwi, zmuszony więc byłem zrobić to palcami, 
przyciskając brzegi rany.

background image

Locha nie miała ochoty zrezygnować. Prosiaczki były w siódmym niebie, biegając wkoło 

drzewa, ryjąc  w ziemi i kwicząc do siebie. Nie było powodu, dla którego locha miałaby 
odejść. Te malutkie stworzenia, którymi zachwycałem się przed minutą, okazały się teraz 
umyślnie dręczącymi mnie demonami. Przeklinałem je, gdy moja krew i łzy nasączały ziemię, 
ale daremnie. Po zabawie zasnęły w cieniu drzewa brzuszkami do góry, unoszącymi się i 
opadającymi   miarowo   i   powoli.   Locha   nieprzerwanie   wpatrywała   się   we   mnie   swoimi 
ślepiami, czerwonymi jak moja rana; wzrokiem zimnym jak kamień. Zbliżało się południe, a 
ja   wciąż   trzymałem   się   gałęzi;   byłem   słaby   i   kręciło   mi   się   w   głowie.   Powoli   traciłem 
nadzieję, że coś jest w stanie mnie uratować.

Wołałem   matkę   tak   długo,   że   w   końcu   ochrypłem.   Sam   ściągnąłem   na   siebie   to 

nieszczęście.   Sykoraks   przyzwyczaiła   się   już   do   moich   wędrówek;   po   prostu   nie   miała 
wyjścia. Dostawałem jedynie lanie po powrocie do domu. Już dawno temu zrezygnowała z 
poszukiwania mnie, gdyż chowałem się tam, gdzie trudno było jej dotrzeć. Echo niosło mój 
głośny lament i zawodzenie. Krzyczałem tak głośno, iż wydawało mi się, że niebo nade mną 
osunie się ze swoich filarów. Nikt jednak nie nadchodził. Ciepłe i jasne słońce unosiło się 
wysoko   na   niebie,   osuszając   ziemię   i   rośliny   po   porannym   deszczu.   Na   szczęście   nie 
zdążyłem jeszcze spić wszystkich kropli wody, które mogłem dosięgnąć.

Im   dzień   stawał   się   gorętszy,   tym   ja   stawałem   się   słabszy   i   bardziej   otumaniony. 

Wydawało mi się, że mógłbym unosić się w powietrzu jak popiół niesiony przez wiatr ponad 
wzgórzami. W pewnej chwili poczułem się tak, jak gdyby moja dusza odłączyła się od ciała i 
uniosła   nad   plażą,   na   której   siedziała   moja   matka,   piekąca   ciastka   na   rozżarzonych 
kamieniach otaczających ognisko. Ale gdyby naprawdę tak się stało, to byłaby świadoma 
obecności mojej duszy i nie pozostałaby obojętna na moje potrzeby. Jednak ona nie podnosiła 
głowy,   tylko   schylona   wkładała   korzenne   nadzienie   do   kleistych   bułeczek.   W   moim 
beznadziejnym stanie mógł to być tylko majak; obraz matki robiącej korzenne ciastka był mi 
dobrze znany. W każdym razie i tak nie przyszła. Upał narastał. Budziłem się i zasypiałem. 
Gdy ból i strach znikały na moment, zatapiałem się w marzeniach jak w chłodnej, przyjemnej 
wodzie.   Po   chwili   jednak   budziło   mnie   szybkie   bicie   serca,   jak   gdybym   pędził   bez 
wytchnienia do przodu. A locha przez cały ten czas stała, przyglądała się i czekała.

Nagle  odeszła   bez  uprzedzenia.  Zanim słońce  zdążyło   dotrzeć   na zachodni  horyzont, 

chrząknęła   groźnie   i   z   wściekłością   zanurzyła   się   w   wysokiej   trawie.   Za   nią   podążyły 
gromadą brudne prosięta, podskakując i przepychając się wzajemnie w pośpiechu, by móc 
dotrzymać jej kroku. Ale czy aby na pewno sobie poszła? Pomimo niebywałego pragnienia, 
pulsującego i rozrywającego bólu nogi, który zdawał się mną kierować, strach przed bestią 
okazał się silniejszy. Upłynęło więc sporo czasu, zanim zdecydowałem się zejść z drzewa.

Droga w dół była straszliwa. Nawet moją zdrową nogę przeszywał ból, cała zesztywniała. 

Wyobraź   sobie,   jak   wielkie   katusze   musiałem   przeżywać   z   powodu   tej   drugiej.   Kiedy 
zszedłem z drzewa, rana znowu zaczęła krwawić. Próbowałem przebiec kilka kroków, w razie 

background image

gdyby   locha   miała   wrócić,   ale   okazało   się   to   niemożliwe;   prawie   nie   mogłem   chodzić. 
Przewracałem się kilkakrotnie, zanim dotarłem do plaży. Ostatnim razem już nie miałem siły, 
by się podnieść, tak wielka była potrzeba snu, chęć zatopienia się w błogich ciemnościach.

Wróciłem już po zmierzchu. Zobaczyłem Sykoraks bardzo przestraszoną, co nie zdarzało 

się jej zbyt często. Ale gdy podniosła na mnie rękę, by mnie uderzyć, dostrzegła moje nogi: 
jedną zakrwawioną aż po udo, obie zaś poklejone i wyschnięte. Wybałuszyła oczy i wydała z 
siebie bulgoczący krzyk, który z ledwością mogłem usłyszeć.

Była dla mnie zadziwiająco miła po tym, jak obmyła  mi ranę, zrobiła okład z liści i 

korzeni i obwiązała ją kawałkiem szmaty oddartym od własnego, jedynego odzienia. Zabrała 
mnie do chaty, ułożyła ją głowę na swym łonie i nalała mi do gardła kilka kropli jakiegoś 
gorącego płynu. Buczała mi cichutko, aż pogrążyłem się w ciemnościach.

Zastanawiasz  się pewnie, dlaczego opowiadam ci  tę historię, Mirando  –  widzę to po 

twojej  twarzy.  Poza tym,  masz  pewnie nadzieję,  że zapędziłem  się tak daleko  w  swoich 
wspomnieniach, o których teraz plotę, iż nie zdaję sobie sprawy z tego, jak szybko ucieka mój 
cenny czas. Nie, tak nie jest, moja niestała przyjaciółko. Wiem, o której przychodzi następna 
zmiana   wartowników   i   ile   czasu   może   im   zająć   odnalezienie   starego   Somnambulo.   A 
opowiadam ci o tym wszystkim nie bez przyczyny. Moja mowa jest płomienna, ale moje 
serce jest po trzykroć zimne.

Widzisz, wtedy właśnie nauczyłem się, czym jest nienawiść. Gdy tak leżałem, trzęsąc się 

w gorączce, gdy zwracałem wywar, którym karmiła mnie matka, gdy wiłem się z bólu, bo 
goiła   się   moja   rana,   wtedy   właśnie   zacząłem   nienawidzić   stworzenie,   które   było   tego 
wszystkiego przyczyną.

Na początku był tylko strach. Kiedy nie mogłem zasnąć, wydawało mi się, że widzę w 

ciemności   małe,   błyszczące   ślepia   lochy,   a   jej   ciepły,   śmierdzący   oddech   wydawał   się 
wdzierać nawet do moich snów. Ale z biegiem czasu, gdy całe to okropne zajście odchodziło 
powoli w przeszłość, zacząłem koncentrować się na ranie, która była jej dziełem, a mój strach 
przeistoczył  się  w  śmiertelną  nienawiść.  Kiedy mogłem   już  samodzielnie  stać,  ale   wciąż 
jeszcze   czułem   się   kaleką,   nie   będącym   w   stanie   pokonać   w   podskokach   nawet   małego 
odcinka wąskiej plaży, i kiedy czułem się ograniczony przez ową niemoc poruszania się – i 
ciągłą obecność mojej matki, której troska nie okazała się wcale chwilowym kaprysem – moja 
nienawiść   zaczęła   rozwijać   się   w   coś   bardziej   gwałtownego,   a   zarazem   przemyślnego. 
Zacząłem planować zemstę.

Gdy   locha   z   pewnością   zdążyła   już   o   mnie   zapomnieć,   ja   złorzecząc,   wciąż   o   niej 

myślałem. Być może jest to dowód na to, o czym mówił twój ojciec wiele razy: że sam nie 
jestem i nigdy nie byłem lepszy od bestii. Ciekawe. W każdym razie, wyrządzono mi krzywdę 
i nie potrafiłem o niej zapomnieć. W końcu miałem się jednak zrewanżować: ból za ból.

Nauczyłem się nienawidzić. Nauczyłem się pielęgnować zło jak skarb, jak małą iskierkę 

background image

w zimny i deszczowy wieczór. W ciągu tych wszystkich dni, kiedy powoli odzyskiwałem 
zdrowie,   ta   mała   iskierka   prawie   już   gasła,   lecz   prostując   ją   czule   i   dmuchając   na   nią, 
rozniecałem ogień ponownie. Karmiłem żar. Trzymałem blisko siebie, mimo iż czasem było 
to wyczerpujące zajęcie.

Należy zawsze doceniać wysiłek włożony w pielęgnowanie nienawiści, Mirando.
Kiedy  mogłem  się  poruszać  na   tyle,   by  uciec  niepostrzeżenie   z  pola   widzenia   mojej 

matki, wybrałem się z powrotem na wzgórze, gdzie zostałem tak haniebnie zaatakowany. 
Trzymałem w ręku ostry, zahartowany kij, który nie dawał mi co prawda większego poczucia 
bezpieczeństwa, ale który, jak sądziłem, mógł okazać się na pewno bardziej przydatny niż 
paznokcie i zęby w walce z tym potężnym napastnikiem. W każdym razie, w jakiś mało 
zrozumiały dla mnie sposób, czułem się lepiej, trzymając go w ręku. Zrobiłem sobie ową 
włócznię kilka pór roku wcześniej i używałem jej od czasu do czasu, by celować, raczej 
bezskutecznie, w błyszczące ryby chowające się gdzieś pomiędzy skałami. Locha była więc 
dla mnie o wiele większym i trudniejszym celem.

Tak więc z bijącym sercem dotarłem na miejsce, gdzie śmierć zajrzała mi w oczy. Prócz 

tropów racic mojej lochy i jej prosiąt nigdzie nie było ani śladu mojej nemezis. Uklęknąłem 
na polance, w miejscu gdzie po raz pierwszy się z nią spotkałem, i zacząłem kopać. Poczułem 
w dłoniach śliski, wilgotny szlam. Odrzuciłem go na bok i ponownie zanurzyłem ręce w 
błocie.

To nie było zajęcie na jeden dzień, ale i tak zdążyłem wykopać wielką dziurę w mokrej 

ziemi jeszcze przed zachodem słońca. Byłem tak wycieńczony i wytarzany w błocie, że noga 
znowu zaczęła mi dokuczać. Podobnie jak tamtego dnia, kiedy to zraniła mnie locha, tak i 
teraz z ledwością doczołgałem się do spowitej ciszą chaty mojej matki. Najedzony, szybko 
pogrążyłem   się   we   śnie,   by   jeszcze   przed   wschodem   słońca   znaleźć   się   z   powrotem   na 
miejscu rozpoczętej pracy.

Koło południa przerwałem kopanie, by napić się wody, którą trzymałem w zagłębieniu 

kamienia. Gdy się już orzeźwiłem, oceniłem uważnie wyniki mojej pracy: dziura w ziemi 
była większa ode mnie, czarna i pusta z wyjątkiem trzech żerdzi, opartych o ściany dołu, 
które pomagały mi wydostać się na powierzchnię. Z ziemi wystawały cienkie pędy korzeni, 
białe i rozczapierzone. Nie byłem jednak zadowolony.

Coś było nie tak z ową dziurą. Czułem to, ale nie mogłem tego rozgryźć. Zastanawiałem 

się przez długi czas – tak długo, jak długo trzymał się na mnie zaschnięty szlam. Niezależnie, 
z której strony podchodziłem, pod jakim kątem spoglądałem na je rozmoczone brzegi i tak 
niczego nie mogłem dostrzec. Był to dół wykopany po to, by złapać stworzenie, które chciało 
mnie zabić. Był zrobiony dokładnie tak jak powinien. Dlaczego więc wciąż coś mi się w nim 
nie podobało?

Postanowiłem zejść na dół i kopać dalej.
Kiedy   promienie   słońca   przestały   już   padać   na   pogłębianą   przeze   mnie   część   dołu, 

background image

błotnista ziemia nagle stała się przeraźliwie zimna. Mimo iż niebo było wciąż błękitne i lekko 
zachmurzone, to ciemności w dole stawały się nie do zniesienia. Zdecydowałem, że należy 
skończyć.

Przeżyłem   chwilę   grozy,   gdy   jedna   z   żerdzi,   po   której   się   wspinałem,   obsunęła   się 

nieznacznie   po   mokrej   ścianie   otworu   i   niewiele   brakowało,   a   spadłbym.   Na   szczęście 
utrzymałem   równowagę,   opierając   się   górną   częścią   ciała   o   brzeg   dołu   i   w   ten   sposób 
podciągając   do   góry.   Stanąłem   na   nogi   i   wyciągnąłem   żerdź   za   sobą;   pozostałą   część 
popołudnia spędziłem na maskowaniu dziury, przykrywając ją matą utkaną z długich, giętkich 
gałązek, darniną i liśćmi. Kiedy skończyłem, nie było prawie żadnej różnicy między tym 
kawałkiem ziemi a pozostałymi. Matka nie zapuszczała się tak daleko w głąb wyspy, a coś tak 
lekkiego jak małpa czy mały jeleń, nie było w stanie zarwać takiego przykrycia. W ten oto 
sposób,   tylko   mój   wróg   mógł   paść   ofiarą   starannie   przygotowanej   przeze   mnie   zemsty. 
Dlaczego więc wciąż byłem niespokojny?

Próbowałem   tego   dociec,   ale   okazało   się   to   zbyt   trudne   dla   średnio   rozwiniętej 

sprawności mojego umysłu. Wróciłem więc na plażę.

Nie spałem dobrze tamtej nocy; leżałem z rękami założonymi za głowę, jeszcze długo po 

wschodzie księżyca, gapiąc się w niewyraźne cienie kątów naszej chaty i przysłuchując się z 
rosnącym niepokojem ostremu chrapaniu matki. Gdy w końcu zasnąłem, pogrążyłem się w 
otchłani   mroku,   pełnej   obserwujących   mnie   oczu,   kwiczących,   piskliwych   odgłosów   i 
zapachu krwi.

Od samego rana dręczyła mnie ciekawość. Wałęsałem się w pobliżu chaty, dziwnie jakoś 

odwlekając   moment   udania   się   na   miejsce   mojego   odwetu   W   końcu   jednak   lekko 
poirytowana matka sama wypchnęła mnie siłą do lasu.

Minęło sporo czasu, zanim dotarłem do miejsca na stoku, w którym poprzedniego dnia 

tak   bardzo   się   napracowałem.   Po   drodze   wynajdywałem   różne   rzeczy,   które   mogłyby 
przyciągnąć   moją   uwagę:   małpki   bawiące   się   na   najwyższych   gałęziach   baobabu;   nowo 
narodzonego  motyla   o skrzydłach   wielkości  moich  dłoni,  wygrzewającego  się  na  słońcu; 
nową zaporę z patyków, powstałą na jednym ze strumieni wypływających  wysoko z gór. 
Właściwie wszystko zdawało się mnie interesować bardziej niż sam dół. Gdy jednak tam 
doszedłem, okazało się, że mój wysiłek nie poszedł na marne.

Gałęzie, które pokrywały otwór, były połamane; ziemia i liście rozrzucone wokoło. Dół 

wyglądał więc tak, jak gdybym dopiero co skończył go kopać. Coś jednak chrząkało groźnie 
spod ziemi.

Zbliżyłem się ostrożnie, gdyż byłem prawie pewien, że jeśli to naprawdę jest ona, to na 

mój widok mogłaby stamtąd wyskoczyć. Niewiele wiedziałem o świniach, ale wydawało mi 
się, że przy jej potwornej sile wszystko jest możliwe.

Gdy zajrzałem do środka, wydała z siebie potężny, płaczliwy ryk, po czym rozjuszona 

zaatakowała ścianę jamy, w rezultacie rozkopując tylko trochę gruntu racicami. Przestraszony 

background image

uciekłem,   lecz   zaraz   ponownie   nabrałem   odwagi   i   zawróciłem,   by   móc   być   świadkiem 
swojego zwycięstwa.

Wiele lat później zobaczyłem w jednej z ksiąg twojego ojca obraz demona uwięzionego 

w piekle. Artysta ukazał w nim przerażającą wizję piekielnych czeluści i bezkresnych cierpień 
potępionej na wieki duszy. Wcześniej podziwiałem drzeworyty; właściwie całą sztukę za to, 
iż przedstawiała  rzeczywistość  w  sposób  tak prosty, a  zarazem skomplikowany.  Ale gdy 
ujrzałem oblicze owego demona, zadrżałem i zamknąłem księgę. Już je gdzieś wcześniej 
widziałem...

Locha   leżała   na   dnie   dołu,   cała   oblepiona   błotem   tak,   iż   przypominała   naturalne 

wybrzuszenie   terenu.   Jej   oczy   poczerniały,   a   gdy   zobaczyła   mnie   ponownie,   ukazała   z 
wściekłością kły i czerwoną gardziel. Jej śmierdzący oddech unosił się nad dołem jak chmura.

Była w sytuacji bez wyjścia, o czym świadczył każdy jej ruch i zawodzący ryk; jej moc i 

wściekłość niewiele mogły tu pomóc. Była bezsilna. Jedyne co mogła zrobić, to szaleć, rzucać 
się i niszczyć. Ale nie mogła pokonać ani własnej masy, ani miękkiej ziemi, która jedynie 
rozsypywała się pod jej nogami. Nic nie rozumiała, nie mogła więc uciec.

Z   zadowoleniem,   jak   i   z   przerażeniem   patrzyłem   na   jej   obdarte   w   zaciekłej   walce 

kończyny,   pokryte   brudną,   gęstą   krwią,   która   przypominała   mi   własną.   Wygrałem. 
Zadziwiające było to, że ogrom jej cierpienia wciąż nie wzbudzał we mnie żadnych uczuć. 
Popatrzyłem jeszcze przez chwilę w jej diabelskie, wściekłe oczy, po czym pomaszerowałem 
w dół stoku.

Długo wałęsałem się po okolicy, by w końcu znaleźć się przy kolczastym żywopłocie, 

który strzegł drogi do mojej tajemniczej doliny. Zsunąłem się w dół pod krzewami jeżyn, 
przeszedłem przez podmokłą łąkę i dotarłem do starej sosny. Nie sprawiała już wrażenia 
groźnej i odstraszającej, wręcz przeciwnie; zdawała się mnie zapraszać. Usiadłem, opierając 
się o jej pokryty szorstką korą pień i spojrzałem w górę na zieloną koronę igieł. Rozciągała 
się nade mną tak potężna roślina, iż zakręciło mi się w głowie.

Gdy   szedłem   ku   dolinie,   moje   myśli   rozbiegały   się   w   różnych   kierunkach,   krążyły 

ogłupiałe jak muchy. Prawie zapomniałem o przepełniającej mnie nienawiści. Jak przez mgłę 
widziałem obraz wściekle przerażonej lochy, który przywiódł mi na myśl moment, kiedy to 
spojrzałem na moją matkę po powrocie z lasu, ranny w nogę. Czy świnia nie starała się 
ochraniać swojego potomstwa, tak jak to robiła moja matka? Czy powinna była ponieść za to 
karę? Gdy planowałem moją zemstę, naszła mnie myśl, by zwabić prosięta do siebie i zabić je 
na oczach ich matki. Była to najgorsza zemsta, jaką byłem w stanie sobie wtedy wyobrazić, 
podobnie zresztą jak i teraz. Nie mogłem już znieść wszystkich tych myśli. Jaka zbrodnia 
mogłaby być okupiona tak okropną karą?

Jaka, Mirando? Na pewno nie ta, której dopuściła się locha.
Nie potrafiłem wyobrazić sobie, iż mógłbym ją dalej torturować. Została zastraszona i 

uwięziona. I to wystarczyło. Prawdę mówiąc, smak zwycięstwa nie okazał się tak słodki, jak 

background image

sobie to wcześniej wyobrażałem.

Zastanawiałem się, jak ją uwolnić. Nie byłem aż tak głupi, by myśleć, że będzie mi za to 

wdzięczna;   sposób   musiał   więc   gwarantować   mi   pełne   bezpieczeństwo.   Mógłbym   na 
przykład położyć drewnianą żerdź na brzegu dołu, po czym siedząc bezpiecznie na drzewie, 
pchnąć ją włócznią tak, by wpadła do środka. I locha mogłaby po niej wyjść...

Gdy tak rozmyślałem, rozkoszując się swą wielkodusznością, która spowiła mój umysł 

jak złocista mgła, coś zupełnie innego wkradło się do moich myśli.

Na początku było to prawie niezauważalne, lekkie rozdrażnienie faktem, iż rozważam 

właśnie darowanie życia świni, która sama nigdy by czegoś podobnego nie uczyniła. Jednak 
gdy tak siedziałem oparty o drzewo, patrząc w górę na gałęzie poruszane przez wiatr, lekko 
kołyszące się w tę i z powrotem, to owo uczucie przybrało na sile. Wspominałem rozrywający 
ból w nodze i mój strach przed śmiercią tak intensywnie, iż czułem się, jakbym ponownie go 
doświadczał. Jak mógłbym tak szybko zapomnieć o tym, co mi zrobiła?

Ponownie ujrzałem przed oczyma jej wściekłe oblicze, które tym razem nie wyrażało 

strachu, a wyłącznie czyste zacietrzewienie.

Litość, która dopiero co narodziła się we mnie, powoli słabła. Przyciskając się mocno do 

pnia sosny,  poczułem przenikającą  moc,  wściekłą  moc, jak  gdyby  wszystkie  siły witalne 
starego drzewa przepływały przez korę do mojej krwi. Tak jakby ta sędziwa sosna sama 
podejmowała za mnie decyzję, pomagając1 mi przezwyciężyć chwilową słabość.

Upłynęło zaledwie parę chwil, jak podniosłem się i przeszedłem przez łąkę, docierając do 

ciernistego żywopłotu. Stamtąd pobiegłem ku zastawionej przeze mnie pułapce.

Szybko znalazłem odpowiednio zaokrąglony głaz, który po lekkim okopaniu udało mi się 

wyrwać z uścisku zbitej, mokrej ziemi. Potoczyłem go w dół, w kierunku otworu, pomagając 
sobie przy tym dwoma kijami, które nie pozwalały zboczyć mu z drogi; czułem w sobie jakąś 
nadprzyrodzoną   siłę   i   władzę.   Locha,   słysząc,   że   się   zbliżam,   zaczęła   kwiczeć   tak 
przeraźliwie głośno, iż już miałem włożyć palce do uszu. Jednak zamiast tego, z całej siły 
pchnąłem   kamień   barkiem,   poślizgnąłem   się   i   wywróciłem.   Głaz   potoczył   się   w   dół, 
zmiażdżył brzegi otworu i ugrzązł w środku.

Huknęło, chlusnęło, zajęczało i po chwili umilkło.
Wziąłem trochę krwi, wróciłem do doliny i wymazałem nią pień starej sosny. Uczucie 

pustki i wyczerpania przyćmiło radość zwycięstwa. Udałem się więc do domu i pogrążyłem w 
długim, głębokim i niczym nie zakłóconym śnie.

Nie wiedziałaś nic o świni, prawda Mirando? Nigdy ci o tym nie opowiadałem. Myślę, że 

było mi trochę wstyd. Ale dzisiejszej nocy – zaraz... jak się nazywa noc, podczas której wasz 
lud zakłada maski, a później je zdejmuje? Czy to nie noc świętojańska? Dzisiejszej nocy 
zakryte twarze odsłonią się.

background image

Ludzkie twarze mogą być jak maski; nie potrafiłem tego zrozumieć przez większą część 

mojej młodości. Tego, że można ukryć myśli pod kamiennym obliczem, nauczyłem się dzięki 
Prosperowi, który sam nie ujawniał niczego otaczającemu go światu. Dopiero później pojąłem 
koncepcję maski, którą umieszcza się na czyjejś twarzy, by zobaczyć  w niej tylko to, co 
pragnie się widzieć.

Zastanawiam  się,  co  sobie  pomyślałaś  wtedy,  w  dzień  waszego  przybycia,  gdy  mnie 

pierwszy raz ujrzałaś na skale, gapiącego się w dół. Wzrok utkwiony miałem w przerażającej, 
acz fascynującej sylwetce twojego ojca, który, jak podpowiadały zmysły, miał stać się dla 
mnie   zagrożeniem.   Teraz   nie   jestem   pewien,   czy   było   to   prawdą.   Ty   byłaś   tylko   jego 
poddaną... wtedy jeszcze. Później zrozumiałem, co znaczy twoje imię.

Ale czym było dla ciebie to coś, skulone na skale przed tobą? Zbitą, brązową masą z 

żółtymi oczami gapiącą się głupawo jak pisklę w gnieździe? Nie owłosioną, sprężystą małpą 
z  długimi  łapami?  może   raczej  kiepsko   wykonaną   lalką,  lichą  imitacją  zabawek  twojego 
utraconego dzieciństwa? Co sobie o mnie wtedy pomyślałaś, smutna Mirando? Czy może to, 
iż twoje zabawki będą teraz wyglądać równie brzydko i nieciekawie?

Wiem, co pomyślał sobie twój ojciec, widząc mnie po raz pierwszy, gdy zbiegałem w 

popłochu   po   stoku,   w   poszukiwaniu   schronienia   przed   jego   straszliwym   spojrzeniem. 
Powiedział   mi,   a   raczej   powiedział   to   tobie.   I   choć   nie   rozumiałem   wtedy   jego   słów, 
powtórzył   mi   to   po   latach,   gdy   już   nauczyłem   się   waszej   mowy.   Wtedy,   tamtego   dnia, 
słuchałem go przez moment, po czym ogarnął mnie strach i uciekłem. Powiedział:

– Patrz! Ta pozornie bezludna wyspa zdaje się kryć także kilku większych mieszkańców. 

–  Głos   jego   brzmiał   tak   beznamiętnie,   jak   gdyby   znał   mnie   na   plaży   martwego   i 
rozkładającego się. Małpa? Nie sądzę. Może jednak to coś bardziej intrygującego, tak zwany 
„człowiek pierwotny”, dzikus. Kanibal.

A gdy uciekałem, usłyszałem twój cichy, zdziwiony głos.
– Kalibal...?

W dniu waszego przybycia bardzo się bałem i byłem tego świadomy. Nie zdawałem sobie 

jednak sprawy z tego, że byłem bardzo samotny.

Matka umarła nagle, o czym zresztą już wiesz. Była pazerna na wszelkie jadło, zwolniona 

z  potrzeby  mówienia,   a nawet  słuchania,   mogła  w  spokoju  napełniać  usta...  Ale  wiem  z 
własnego, ciężkiego doświadczenia, że kiedy tak żuła, potrafiła bez przeszkód porozumieć się 
ze mną na swój własny sposób. Wiele razy odchodziłem z oczami pełnymi  łez i uszami 
czerwonymi od uderzeń, gdy próbowałem wyrwać jeszcze trochę mięsa z kości, którą właśnie 
trzymała w ręku.

Mimo iż na wyspie owoców i różnej zieleniny było  pod dostatkiem, a może właśnie 

dlatego, rozwijając się, czułem niedosyt mięsa każdego rodzaju. Jedliśmy ryby, ale nigdy nie 
było ich za dużo; w pułapki, które zastawiała moja matka, wpadało niezbyt wiele ptaków czy 

background image

innych   zwierząt,   nie   mogłem   być   więc   zadowolony.   Gdy   nad   ogniem   piekła   się   jakaś 
niewielka zwierzyna,  jej zapach przyciągał  mnie, jakby za sprawą jakiejś magicznej  siły. 
Zaciągałem   się   nim,   trzymając   głowę   w   smugach   dymu,   dopóki   nie   zacząłem   kaszleć   i 
krztusić się boleśnie.

Wydaje się więc nieprawdopodobne, że nigdy nie spróbowałem przynieść ani kawałka 

martwej lochy, ani nawet skosztować jej mięsa. Mówiąc szczerze, parę kropel jej ciepłej 
jeszcze   krwi   stanęło   mi   gardle.   Próbowałem   wytarzać   płat   mięsa   w   ziemi,   zapomnieć   o 
wszystkim, ale i tak, jak się pewnie domyślasz, nie byłem w stanie go zjeść. Mój umysł badał 
owo przykre wspomnienie, tak jak bada ranę, sprawdzając, czy ból się nie zmniejsza, i przez 
to uczynił je trwałym.

Mięsa   było   mało.   Nie   ma   więc   w   tym   nic   dziwnego,   że   w   swoim   czasie   zaczęło 

dochodzić między nami do bójek, gdy była tylko jedna wysuszona rybka, a matka upierała 
się, że to jej należą się resztki mięsa pozostałe na szkielecie. Gdy byłem już większy od niej, 
stwierdziłem, iż było to bardzo niesprawiedliwe z jej strony. Zrozumiałem to, gdy pewnego 
razu podniosła na mnie swoją kościstą rękę, którą niespodziewanie zatrzymała.

Z początku myślałem, że usiłuje wyczarować z siebie jakiś nowy dźwięk, tak doniosły i 

trudny, iż wymaga on pewnej wewnętrznej walki. Kołysała się w tę i z powrotem, trzęsąc 
rękami, jak gdyby paliły się jej palce, po czym straciła równowagę. Jej twarz wykrzywiała się 
niesamowicie, przybierając dziesiątki grymasów, a następnie sczerniała, jakby zgasło w niej 
jakieś wewnętrzne światło. Zachwiała się ponownie, trzymając się za gardło, i upadła.

Co zrobiłem? Stałem i patrzyłem. Stałem jeszcze bardzo długo po tym, jak osunęła się na 

ziemię.   Nie   wiedziałem,   co   się   stało.   Na   początku   pomyślałem   sobie,   że   może   zasnęła, 
zmęczona   próbą   wydalenia   z   siebie   nowego   dźwięku.   Ale   gdy   długo   leżała   bez   ruchu, 
podszedłem   i   dotknąłem   jej   lekko;   zazwyczaj   wstawała   wcześniej   ode   mnie,   może   z 
wyjątkiem   momentów,   gdy   była   chora   czy   przemęczona   i   w   dość   nieprzyjemny   sposób 
dawała do zrozumienia, iż nie lubi, gdy przerywa się jej sen.

Tym razem już się nie obudziła ani nie poruszyła. Powoli i boleśnie odkrywałem prawdę. 

W ciągu jednej chwili stałem się samotny. Jedyna osoba, którą znałem jedyna ludzka istota w 
moim życiu, odeszła.

Nie, to było jeszcze gorsze, jeżeli mogę tak powiedzieć. Umarła nie tylko moja jedyna 

towarzyszka, ale umarł także mój jedyny bóg. To wszystko jestem w stanie zrozumieć tylko 
ja  –  całkowite osamotnienie, opuszczenie, nagłą, beznadziejną i straszliwą pustkę w moim 
świecie.  Tej nocy, przerażony zaciągnąłem ciało mojej matki do chaty. Była  już całkiem 
zimna, lecz okryłem nas oboje matą z miękkiej trzciny i trzymając ciało w ramionach aż do 
świtu, próbowałem przywrócić mu jego dawne ciepło. Myślałem sobie: na pewno to tylko taki 
dłuższy sen, głębszy sen... Na pewno jutro rano obudzi mnie jak zwykle, szarpiąc za ucho 
swoimi kościstymi palcami. I nastanie dzień podobny do innych, a wydarzenie poprzedzającej 

background image

go   nocy   zapamiętam   jako   jeszcze   jeden   dowód   odmienności   mojej   matki.   Leżałem   i 
kołysałem jej ciało, starając się cofnąć siłą własnej woli to, co stało się rzeczywistością.

Kiedy się obudziłem, była zimna i nie ruszała się; tylko jej oczy wciąż były otwarte. Gdy 

dotknąłem jej szyi, by wyczuć uspokajające tętno – puls, który usypiał mnie w ciągu całego 
mojego dzieciństwa  –  znalazłem na niej odrażającą wypukłość w kształcie ości, która tak 
nieszczęśliwie utknęła w gardle.

Nie pamiętam dokładnie, co stało się potem. Wiem, że krążyłem po plaży, lamentując do 

nieba, które zdawało się nie dostrzegać tego, że świat się skończył. Wiem też, że biegałem po 
lesie tak długo, aż moje ręce, nogi i twarz zaczęły krwawić, otarte o skały i poobijane przez 
gałęzie. Pamiętam, że spędziłem noc, trzęsąc się z zimna, zanurzony po szyję w wodzie, ale 
jest to tylko jakiś wycinek dźwięków i obrazów, następującego po sobie światła i zmroku. 
Być może wiele dni żyłem w obłędzie.

W końcu wróciłem do domu. Matka wciąż tam była, mimo że czas dziwnie odmienił jej 

sylwetkę   wykrzywiona,   wyglądała   tak,   jakby   usiłowała   właśnie   usiąść;   jej   wargi   opadły, 
odsłaniając zęby. Być może płakała nad moim losem albo śmiała się z mojej głupoty. Nie 
mogłem już dłużej znieść jej widoku, ale nie wiedziałem, co zrobić. Przez parę następnych 
dni omijałem z daleka chatę ze szczątkami mojej matki, żyjąc na plaży swoim normalnym 
rytmem – jadłem, spałem, nosiłem wodę ze strumyka – alej nie potrafiłem pozbyć się uczucia 
wszechobecnej! pustki, braku centralnej, stałej postaci – matki. Czułem, że tak dłużej być nie 
może. Nawet zwierzę wie, że jeśli zostało zranione, to rana musi się goić, a ja byłem jak 
zwierzę. Coś należało zrobić bym mógł znów żyć jak dawniej.

Wkrótce stało się coś najgorszego, ciało zaczęło cuchnąć.
W   nadziei   na   znalezienie   kontemplacyjnej   ciszy,   spokoju   z   dala   od   horroru   naszego 

domu, udałem się do doliny, by posiedzieć w cieniu starej sosny! Tym razem jej obecność nie 
pomogła mi w rozwiązaniu problemu. Wręcz odwrotnie: czułem, że charakter całej tej sprawy 
złośliwie zmieniał  swoje oblicze, tak jak gdyby to, co się stało, było  przeze  mnie  długo 
oczekiwane. Myśli te przyprawiły mnie o mdłości, więc szybko opuściłem dolinę.

Jedyną   rzeczą,   o   której   byłem   w   stanie   myśleć,   była   locha,   leżąca   tam,   w   dole. 

Przypomniałem sobie, że gdy przysypałem ją ziemią, zrobiło mi się lżej. I dlatego też resztę 
tamtego   popołudnia   spędziłem,   kopiąc   podobny   dół   dla   mojej   matki.   Z   doświadczenia 
wiedziałem,  że  nie  należy  robić  tego  na  plaży, gdyż  morze  wchodzące   w  ląd  odsłaniało 
szkielety ryb i ptaków, które tam zakopywaliśmy. Kopałem więc grób Sykoraks na skraju 
lasu, kopałem rękoma, tak długo, aż moje palce zaczęły krwawić, a pot oblewał mnie jak 
strugi deszczu. Gdy skończyłem, owinąłem ciało w matę, bym mógł je utrzymać, i wrzuciłem 
śmierdzące do dołu  –  do dziś przechodzą mnie dreszcze, gdy o tym pomyślę  –  po czym 
szybko je zasypałem.

Oczywiście nie potrafiłem się modlić; nie wiedziałem nawet, że coś takiego istnieje. Jeśli 

matka czciła Setebosa, jak mówił twój ojciec, to udała się do niego bez rozgrzeszenia. Nie 

background image

wiedziałem, czego może wymagać ode mnie jej śmierć. Sam byłem jeszcze jedną, taką samą 
pustą dziurą.

background image

DWIE TAŃCZĄCE FIGURKI

Jak mogę od ciebie wymagać,  byś  zrozumiała,  co   czułem,  gdy umarła  moja  matka. 

Twoja zmarła przy porodzie; nie znałaś jej. I mimo iż cierpiałaś z powodu jej braku, to 
zawsze był koło ciebie Prospero, twój  ojciec, i to on stanowił fundament  twojego życia. 
Będąc na wyspie, wiedziałaś już, że na świecie są jeszcze inni ludzie; tacy, którzy są dla 
ciebie uprzejmi i tacy, którzy cię kochają. Ja miałem tylko tę starą, obłąkaną kobietę, a gdy 
odebrała mi ją rybia ość, nie miałem już nic i nie potrafiłem sobie wyobrazić, że ktokolwiek 
mógłby być równie samotny jak ja. Wyspa była moja i nikt poza mną nie mógł wiedzieć, że 
na świecie nie ma już innych ludzi.

Przetrwałem, potwierdzając niejako tezę twojego ojca o moim zezwierzęceniu. Pomimo 

przerażającej   pustki,   niewymownego   żalu   i   udręki   samotności,   przeżyłem.   Nie   wiem, 
dlaczego. Życie jest trwałej Mirando. Zapewne widziałaś rybę rzucającą się na kamieniu z 
dala od wody, która w bólach walczy jeszcze o ocalenie. Ten niezniszczalny atom życia 
znajdujący się w środku nas, jest niepohamowany. I to jest największy cud, którego wasz Bóg 
nie jest zdolny uczynić. To, że wewnątrz nas coś powinno żyć, a owo życie powinno zmagać 
się z nieuchronnością śmierci.

I   tak   jak   moja   matka   bezskutecznie   próbowała   ostatnich   chwilach   swojego   życia 

wykrztusić z siebie ość, tak ja starałem się pozostać wśród żywych. Być może, gdyby dotarły 
do   mnie   dobrodziejstwa   waszej   cywilizacji,   zdecydowałbym   się   umrzeć,   by   dołączyć   do 
matki i skończyć z samotnością. Prawdę mówiąc jednak, nawet nie podejrzewałem, że i mnie 
może spotkać taki los jak ją. Jak świat mógłby się skończyć? Kiedy się bałem, jak wtedy, gdy 
zaatakowała   mnie   locha,   to   tak   naprawdę   obawiałem   się,   że   zostanę   boleśnie   zraniony, 
oddzielony w jakikolwiek sposób od matki, od rzeczy, które znałem, ale myśl o ostatecznym 
końcu nigdy się u mnie nie pojawiła  –  nie mogła  –  nie mówiąc już o wyobrażeniach, jaki 
mógłby on być.

A gdyby nawet przyszło mi do głowy się zabić, to nie wiem, czy byłbym w stanie tego 

dokonać. Tak jak powiedziałem, Mirando, owa iskierka życia, ta cząsteczka czy też boski 
podmuch, cokolwiek to może być, jest nieugięta  –  nawet w chwilach nieopisanej zgrozy. 

background image

Jestem tego żyjącym  dowodem. Czy jakiekolwiek inne stworzenie zostało w tak okrutny 
sposób pozostawione na łasce losu? I to nie raz, a dwa?

Twój ojciec nie uważał mnie za coś lepszego niż zwierzę, zwabił mnie więc jedzeniem do 

zagajnika. Szybko odnalazł moją chatę i tam też zorganizował waszą pierwszą osadę. Nawet 
wtedy, przy całej mojej obojętności, czułem, że musi być coś niebezpiecznego w stworzeniu, 
które tak łatwo zajmuje teren  drugiego; wciąż nie potrafię tego zrozumieć.  Czy on, sam 
wygnany przecież z Mediolanu przez uzurpatora, nie wiedział, że postępuje identycznie? Czy 
po prostu to, co mówił o sprawiedliwości, było kłamstwem? Być może jednak wiedział od 
samego początku, że chce mnie zdobyć, ujarzmić i wykorzystać. Chata mojej matki była 
pierwszą rzeczą ze wszystkich, które ukradł Kalibanowi.

Powinienem był uciekać! Uciekać na drugi koniec wyspy albo w góry. Ani ty, ani twój 

ojciec ze swoimi miejskimi, delikatnymi mięśniami nie bylibyście w stanie tam dotrzeć. Może 
zachowałbym   wolność   jeszcze   przez   pewien   czas,   a   może   na   zawsze?   Ale   byłem   zbyt 
samotny, Mirando. Dwa razy od czasu śmierci mojej matki najwyższe szczyty pokryły się 
śniegiem, a dni skurczyły się jak tylko mogły. Upłynęły dwa samotne lata, zanim wasza łódź 
dotarła do brzegu wyspy. Byłem sam.

Dlatego mnie zwabił. Podrzucał mi słodycze na płaskim liściu, który kładł w cieniu na 

skraju lasu tak, bym mógł go sobie wziąć, nie podchodząc zbyt blisko. Ale to mu się nie 
udało.   Te   wszystkie   wykwintne   rzeczy  –  połączenie   miodu,   orzechów   i   przypraw,   jakie 
przygotował dla ciebie jakiś zakichany kucharz, pewnie jedyny posłuszny sługa w całym, 
okupionym krwią domu  –  te małe cacka wielkiego świata, które przebyły tak długą drogę, 
wcale nie pachniały mi jak coś do jedzenia. Były obco tłuste, aromatyczne i niesmaczne, takie 
jakie byłyby dla ciebie kamienie umoczone w mocnych perfumach. Nie mógłbym ich zjeść 
ani   nawet   dotknąć.   Ale   gdy   tak   siedziałem   w   lesie   i   grymasiłem   nad   owymi   dziwnymi 
podarunkami,   zapach   rybi   unoszący   się   nad   waszą   osadą...   czy   raz   nawet   jelenia, 
spływającego tłuszczem... był dla mnie torturą.

Gdy Prospero zorientował się, że nie lubię słodyczy, zastąpił je innymi przysmakami. 

Mango, gruszki granaty, największe i najbardziej soczyste, jakie mógł znaleźć, układał na 
skale w cieniu drzewa. Ale ja sam mogłem zdobyć owoce, kiedy tylko miałem na nie ochotę; 
nawet będąc nieszczęsną sierotą, nie chciałem sprzedać się tak tanio.

Mimo iż sam przed sobą grałem obojętnego, wynajdywałem setki małych przesłanek i 

tysiące przesądów, dla których nie powinienem przyjmować prezentów twojego ojca, to i tak 
fascynowaliście   mnie   jako   przybysze.   Coś   mówiło   mi,   że   może   jesteście   takimi   samymi 
stworzeniami   jak   ja   –  mimo   iż   w   rozpoznawaniu   istot   ludzkich   doświadczenie   miałem 
niewielkie; liczba znanych  mi, wzrosła z dwóch do czterech  –  nie byłem jednak całkiem 
pewien. Gdy  moja  matka  nieprzerwanie  nosiła  tę  samą, bezkształtną,  czarną  suknię, a  ja 
chodziłem nagi, tak wy wciąż zmienialiście ubiory. Kiedy cię zobaczyłem po raz pierwszy, 

background image

mała Mirando, miałaś na sobie resztki swojej dworskiej sukienki, kiedy indziej twój ojciec 
pozwolił ci biegać wzdłuż plaży po falach w jedwabnej koszuli, którą woda przyklejała do 
twojego małego, dziecinnego ciała. I Prospero czasem zdejmował swą czarną szatę, ukazując 
pantalony   i   koszulę   w   niezwykle   barwne   wzory.   Raz   nawet   udało   mi   się   go   zobaczyć 
rozebranego do pasa, kopiącego rów; kępy włosów, porastające  jego tors, były  tak samo 
siwopopielate jak jego broda. Zmiany, zmiany, zmiany: jak u ptaków i węży; zrzucaliście 
ubrania, by po chwili założyć nowe, z zadziwiającą częstotliwością.

W końcu złamał mnie kawałek pieczonej ryby. Wypatroszona i ugotowana na małym 

ogniu, ułożona na talerzu z liści, miała w sobie niepowtarzalny czar, nie to, co słodycze i 
owoce. Przykucnąłem  w  krzakach i wpatrywałem się w nią przez długi czas, wydawało mi 
się,   że   cały   świat   zniknął   i   pozostałem   tylko   ja   wraz   ze   szklistooką   rybą,   pokrytą 
srebrnoczarnymi   łuskami.   Moje   nozdrza   rozwarły   się;   czułem   jak   się   rozszerzają,   żądne 
smakowitego zapachu.

Rozejrzałem się wokoło; moje prymitywne rozumowanie nie było w stanie dostrzec w 

tym żadnej pułapki. Ty i twój ojciec spacerowaliście w oddali po plaży, zwróceni plecami w 
moją stronę. Krążyłaś dokoła niego jak mały koliber, skaczący z kwiatka na kwiatek. Jeśli 
byliście tam, to nie mogliście być w pobliżu. Bezpiecznie było więc skorzystać z okazji i 
porwać rybę.

Jednak   wciąż   walczyłem   ze   sobą,   nie   mogąc   zrozumieć,   dlaczego   coś   mnie 

powstrzymuje, a jednak czułem też, że jeśli przyjmę ten wielce ponętny prezent, coś może 
się... zmienić. Co dziwne, pomyślałem, wtedy o ukrytej dolinie ze starym drzewem, którą 
odwiedziłem tylko kilka razy od śmierci matki. Być może dlatego, że wcześniej stanowiła 
moją   tajemnicę   przed   matką,   a   gdy   ta   umarła,   miejsce   to   kojarzyło   mi   się   z   jakimś 
wewnętrznym   niepokojem  –  odczuwałem   coś   podobnego   w   związku   z   zamordowaniem 
lochy. Ale wciąż mnie tam ciągnęło, tak jak do ryby leżącej przede mną. Obie te rzeczy 
napełniały   mnie   czymś,   co   teraz,   patrząc   z   perspektywy   czasu,   mogę   nazwać   pewnym 
rodzajem wstydliwego pożądania.

Wspomnienie   starego,   wysokiego   drzewa   i   tajemniczej   doliny   pomogło   mi   podjąć 

decyzję... ale nią taką, jaką powinienem. Przecież dolina mnie nie skrzywdziła, myślałem 
sobie  – nie, nie w słowach Mirando; moje wewnętrzne dyskusje przypominał? raczej burzę 
emocji, rozdmuchiwanych przez przeciwne wiatry  –  była czymś w rodzaju świątyni, której 
doświadczyłem wielu dziwnych, nowych, acz często przyjemnych uczuć. Dolina nie uczyniła 
mi nic złego – czy zabrała mi wolność? Czyż nie mogłem pójść tam, gdzie chciałem i robić 
tego, na co miałem ochotę? Czy kawałek ryby może być czymś więcej niż tylko tym, czym 
się wydaje?

Chwyciłem go nagłym ruchem i z bijącym sercem pobiegłem schronić się w lesie.
Oczywiście ryba była wspaniała. Łuskowata i soczysta, bez żadnej ości pomiędzy łbem a 

ogonem. Jak twojemu ojcu się to udało  –  a może był czarodziejem, co? Subtelna zasadzka 

background image

wymaga subtelnych czarów. Jednak był zdolny i do większych, o czym wkrótce miałem się 
przekonać.

Następnego   dnia   znalazłem   jeszcze   jedną   rybę   w   cieniu   na  skale.   Widziałem   was   w 

oddali. Tym razem zabranie jej było o wiele łatwiejsze.

Co ty o tym myślałaś, Mirando, gdy twój ojciec powoli zastawiał na mnie sieci? Myślałaś 

pewnie, że próbuje znaleźć ci kogoś do zabawy? Czy może, iż łapie tę dziwną, ludzką istotę 
jako jeszcze jeden smaczny kąsek dla ciebie, byś mogła ją połknąć i strawić, podobnie jak 
łapał jelenia, króliki i ryby? Czy może przyszło ci na moment do głowy, że robi te dwie 
rzeczy naraz?

Gdy już wystarczająca ilość kawałków gotowanego mięsa przeleciała przez mój przełyk, 

zacząłem włóczyć  się w okolicach waszej  osady, nie kryjąc  się specjalnie, lecz będąc w 
każdej   chwili   gotowy   do   ucieczki.   Ale   twój   ojciec   był   przebiegły.   Przypuszczam,   że 
człowiek, który potrafi wzywać demony i kierować nimi, jest równie biegły w cierpliwej, 
powolnej manipulacji.

Zaczął mnie obserwować – nic więcej. Stał na środku plaży i przyglądał mi się uważnie. 

Wypatrując   czegoś,  co  mógłbym  poczytać   za  objaw   złych  intencji,  potrafiłem   bezczelnie 
patrzeć w jego lodowate, błękitne oczy przez długi czas, będąc gotowy wziąć nogi za pas. 
Prospero mnie fascynował, ale pomyślałem sobie, patrząc na niego nie przez pryzmat mojej 
samotności, że jest on po prostu najeźdźcą. Nie zdawałem sobie jednak sprawy z tego, że to 
on jest w środku cytadeli. Kiedyś widziałem twarze z gorzkich snów mojej matki, teraz mój 
sen nawiedzała jedna; miała zimne, bystre oczy, małe, lekko uśmiechnięte usta i brwi jak 
skały wysunięte w morze.

Pewnego ranka, kiedy słońce znajdowało się jeszcze za wschodnimi wzgórzami, Prospero 

przyszedł na skraj lasu. Usiadł na ziemi, oparł się o drzewo i czekał. Zakradłem się bliżej, 
bezszelestnie jak gąsienica, ale on wiedział, że jestem gdzieś obok.

Powoli,   ze   spokojem,   by   przełamać   mój   zwierzęcy   strach,   zaczął   poruszać   rękami. 

Zaintrygowało mnie to, a że jego długie, kościste plecy zasłaniały mi widok, przeniosłem się 
w inne miejsce, tak bym mógł obserwować to, co robi. Miał przed sobą miskę pełną wody i 
zwilżając w niej oczyszczoną ziemię, nadawał tej garstce błota okrągły kształt.

Ach, ręce twojego ojca, jego długie, zwinne palce! Patrzyłem zauroczony, jak ugniatał, 

klepał, gładził i formował z taką zręcznością, że nie byłem w stanie tego pojąć. Jakże inne 
było to od niezgrabnych, ostrych ruchów rąk mojej matki. Przez wiele lat pozostawałem pod 
wrażeniem rąk twojego ojca; owego dnia, kiedy po raz pierwszy z bliska zobaczyłem ich 
niesamowite możliwości, byłem oczarowany.

Znalazł wiotki patyk i zaczął łamać go na kawałki Trzask spłoszył mnie, ale Prospero nie 

zareagował.  Obserwowałem  jednak   dalej,  jak   zaczął  nakładać   gliniane  krążki   na  kawałki 
patyka, a ręce jego poruszały się z takim wdziękiem i tak szybko, że prawie przez cały czas 
zwracałem uwagę tylko na nie. W końcu zainteresowało mnie też, co on tak lepi. Ulepił małą 

background image

laleczkę, karzełka, który leżał na plecach w jego ugiętej dłoni. Odłożył ją na bok i zrobił 
jeszcze   jedną,   trochę   mniejszą.   Następnie,   strzelając   zanurzonymi   wcześniej   w   wodzie 
palcami,   pokropił   obie   figurki   i   sięgnął   po   coś   do   swojej   sukni.   Wyjął   rękę   i   po   kolei 
przykładał   ją   do   głów   lalek,   by   sprawdzić,   w   którym   miejscu   powinien   umieścić   małe 
kawałeczki żółtych i niebieskich brylantów. Dla mojego niewprawnego oka wydawało się 
dziwne, że wszystkie niebieskie kryształki umieścił na głowie jednej figurki, a wszystkie żółte 
na drugiej, tej mniejszej.

Wciąż nie podnosił wzroku, a ja byłem tak zaaferowany, że pewnie bym nawet nie uciekł, 

gdyby próbował mnie zwabić. Podniósł za to do góry figurki i trzymając je na wysokości ust, 
dmuchnął na nie, wypowiadając ich imiona.

– Arlekin – powiedział. – Kolombina.
Gdy to mówił, obrócił najpierw niebieskogłową figurkę, a po niej złotogłową.
Musiałem chyba westchnąć głośno z zachwytu, bo twój ojciec uśmiechnął się w głębokim 

gąszczu swej brody, ale nie spojrzał w moim kierunku. Pamiętaj, nie byłem cywilizowany: 
dla mnie taka umiejętność była wcale nie mniejszym cudem niż złowienie ryby w głębinie 
stawu czy znalezienie liścia, który czyni z zupy przysmak. Ale w odróżnieniu od tych dwóch 
ostatnich, bardzo przydatnych umiejętności, które poznałem dzięki mojej matce, ta była dla 
mnie czymś zupełnie nowym. I mimo że nie rozumiałem, iż to są czary – i że gdyby wrócił do 
Mediolanu, mógłby zostać wydany Kościołowi i spalony na stosie za swoje niewinne sztuczki 
– byłem pełen podziwu.

– Tańcz, Arlekinie! – powiedział. Te słowa i imiona nic wówczas dla mnie nie znaczyły. 

Później, widziałem wiele razy tę sztuczkę – raz nawet w zmienionej, bardzo okrutnej wersji.

Arlekin,   gliniany   człowieczek   bez   twarzy,   ukłonił   się   i   zaczął   tańczyć.   Na   początku 

powoli i rozważnie, jak gdyby obawiał się, że jego zimne nogi nie będą mogły go unieść, a 
kości z patyka połamią się w tańcu; w końcu mała laleczka zaczęła pląsać w najlepsze.

–  Tańcz,   Kolombino!  –  wyszeptał   Prospero,   a  złotogłowa   figurka   przyłączyła   się  do 

swojego przyjaciela.

Twój ojciec podniósł się powoli, lecz zamiast podejść bliżej, odwrócił się na pięcie i 

ruszył w dół skarpy, w kierunku plaży. Słyszałem tylko szum morza i na chwilę zapomniałem 
o dwóch karzełkach, wpatrując się w niego, jak odchodzi. Nie odwrócił się w moją stronę. 
Wydawał się niewiarygodnie wielki.

Arlekin i Kolombina wirowali w tańcu. Zbliżyłem się i nachyliłem tak nisko, że moja 

twarz znalazła  się prawie  przy samej  ziemi,  obok tańczącej  pary.  Byłem  jednak  bardziej 
przestraszony niż oni. Ich lepkie, zakończone małymi kuleczkami ręce splotły się i wirowali 
tak razem jedno wokoło drugiego. Arlekin uniósł Kolombinę, podrzucił do góry, a gdy ją 
łapał, potknął się i od jego nogi odpadło trochę gliny. I tak tańcowali przez dłuższy czas, aż w 
końcu ich pląsy stały się coraz wolniejsze i wolniejsze. Po czym, jakby na zawołanie, legli 
oboje na ziemi, jedno obok drugiego, i nie poruszyli się już więcej.

background image

Łza spłynęła mi po policzku. Podsunąłem się bliżej i ostrożnie uniosłem małą złotogłową 

laleczkę na dłoni. Glina była zimna w dotyku i nie było w niej ani śladu siły, która mogłaby 
nią poruszać. Z Arlekinem było podobnie. Z szacunkiem i obawą położyłem je z powrotem na 
ziemi. Czy to ja je zabiłem? Przecież tylko na nie patrzyłem. Czy należy je pochować w 
ziemi, mimo że są z niej zrobione? Nie, tego było dla mnie za wiele. Uciekłem w głąb lasu, 
gdzie wałęsałem się długi czas, próbując skupić myśli, które uciekały nieskrępowane.

Wkrótce potem jadłem już Prosperowi z ręki. Oczywiście porywałem jedzenie i szybko 

wracałem   do   siebie,   warcząc   głośno,   by   sobie   nie   pomyślał,   że   może   liczyć   na   moją 
przychylność... ale byłem już jego. Należałem do niego, tak jak należy do człowieka pies czy 
koń. Pamiętam, jak chichotałaś, Mirando, gdy ja warczałem. Byłaś przyzwyczajona do jego 
magicznych sztuczek i myślę, że uważałaś mnie za jeszcze jedną z nich. Jak wspaniale z jego 
strony, że znalazł ci taką zabawkę, małe stworzonko, trochę jak człowiek i trochę jak zwierzę, 
posiadające jednak zbyt mało odpowiednich cech, by móc stać się którymkolwiek z nich.

Gdy blask osoby twojego ojca nieco osłabł w moich oczach, mogłem wreszcie przyjrzeć 

się tobie, Mirando. Byłaś jednym z tych  obiektów, które interesowały mnie bliżej. Byłaś 
mojego wzrostu – na początku może trochę mniejsza. Tam gdzie się zakradałem, chowałem, 
czaiłem,  wszędzie  tam szłaś za mną śmiało jak w ogień. Twoja ufność szokowała  mnie. 
Zastanawiałem się, czy ty czasami nie posiadałaś władzy nad wężami, że nie zwracałaś uwagi 
na   to,   iż   mogą   cię   ukąsić?   Widziałem   jedynie,   że   chodziłaś   wszędzie   tam,   gdzie   miałaś 
ochotę, nie patrząc wcale na to, co mogłoby się znaleźć pod twoimi stopami.

Nie mogę powiedzieć, że byłaś piękna. Myślę, że tak, ale nie potrafiłem cię z nikim 

porównać. Wszystko, co pamiętam, to to, że wydawałaś mi się równie dziwna jak twój ojciec, 
ale o wiele mniej siej ciebie bałem. On był sztormem na morzu. Ty byłaś promykiem słońca 
odbijającym się od fal.

Wtedy także miałaś długie włosy, sięgające pasa, gdy tak stałaś, zastanawiając się nad 

dziwnie wyglądającym robakiem; włosy, które gdy biegałaś, podnosiły się jak ogon lirogona. 
Nie potrafię określić ich koloru teraz, w półmroku świec, ale gdy wtedy; rozrzucałaś je na 
poduszce, były lśniącobrązowe z miedzianymi pasmami. Moja matka była czarna] Ja też  – 
widzisz? Nawet włosy na moich rękach są czarne jak pancerz żuka. Czarne włosy twojego 
ojca przemieszały się z białymi i siwymi. A ty? Ty miałaś włosy jak jesień, jak ogień, jak 
kolor miłości. Nid wiedziałem, co o tobie myśleć.

Miałaś zawsze takie ponure spojrzenie, Mirando. Kiedy zakradałem się na skraj waszej 

osady, przyglądałaś mi się w skupieniu, jak gdybym był czymś ogromnie ważnym. Dziwisz 
się pewnie,  dlaczego cię  pokochałem? Po chwili  mrużyłaś  oczy i wybuchałaś  śmiechem. 
Później nauczyłem się rozśmieszać cię. Tak, to był wielki dzień, gdy po raz pierwszy udało 
mi się ciebie rozśmieszyć!

Jak ja wyglądałem? Teraz jestem potworem  –  być  może dlatego, że nienawiść, która 

płonie w mym wnętrzu, topi mnie jak wosk. Kiedy próbowałem ruszać się po Mediolanie w 

background image

jasny dzień, ludzie, ci którzy nie uciekli, gapili się na mnie, szepcząc miedzy sobą. Ale wtedy, 
w te dawne dni, zanim jeszcze twój ojciec zaczął mnie źle traktować i zanim twoja zdrada, 
napełniła mnie goryczą, jak ja wtedy wyglądałem?

Prospero powiedział ci, że spłodził mnie demon. Być może to prawda – napomknął coś o 

tym pewnego dnia, przy okazji stwierdzenia, że dzień będzie pochmurny. Było to też częścią 
jego opowiadania o wygnaniu mojej matki, ale w końcu nie wiem, kim naprawdę był mój 
ojciec. Nigdy nie pojawił się w snach mojej matki albo po prostu nie dostrzegłem nic, co 
mogłoby go wyróżnić z tłumu tych okropnych duchów. Ale kimkolwiek i czymkolwiek był 
dla   mojej   matki,   to   zapewne   nie   był   pięknym,   młodym   zalotnikiem.   Gdy   pierwszy   raz 
zobaczyłem Ferdynanda, którego imię wciąż jeszcze wypowiadam z niesmakiem, stało się dla 
mnie jasne, że on i pozostali wyrzuceni na brzeg marynarze są w jakiś sposób podobni do 
ciebie, a nie do mnie. Wysocy – wszyscy byli wysocy, nawet ten stary i zgięty. I nikt nie miał 
tak długich rąk jak ja ani tak nisko osadzonych brwi. Nikt z nich nie miał też takich oczu. 
Nigdy jeszcze nie widziałem nikogo z takimi oczami jak moje.

Twój ojciec nazywał mnie  „kanibalem”, ale także „małpą” lub „diabelskim nasieniem”, 

kiedy był wściekły. Czasem, gdy miał dobry humor, „dzikuskiem”. Nigdy synem. Nikt nigdy 
nie nazwał mnie w ten sposób.

Ty nie mogłaś się zdecydować, czy byłem „kanibanem”, czy też „kalibalem”, aż w końcu 

te niepoprawne słowa i zabawna uwaga twojego ojca stworzyły moje imię.

Ale jak wyglądałem? Czy widzisz moje serce, Mirando, to coś, co mnie wypala i co długo 

nie wiedziało, że jest zwierzęce? Nic nie mów. Nie jesteś już dzieckiem jak wtedy. Czas i 
słowa ciebie też zepsuły. Nie mogę ci ufać.

Oddech,   przerwa,   zastanowienie.   Tak   długo   oczekiwana   noc,   a   godziny   tak   szybko 

upływają. Taki dużo do opowiedzenia!

Miłość rodzicielska to dziwna i silna rzecz. Wciąż i czegoś w niej nie rozumiem; ale 

wtedy   rozumiałem   jeszcze   mniej.   Im   więcej   Prospero   poświęcał   mi   uwagi,   tym   bardziej 
tęskniłem za prostymi objawami zainteresowania mojej matki. Tak, czasem mnie uderzyła i 
miała do mnie jakieś nieuzasadnione pretensje. Ale chwile, kiedy trzymała mnie małego w 
ramionach, są jedynymi jakie pamiętam, w których czułem się bezpiecznie. Kiedy na morzu 
zrywał się wielki sztorm, mogłem podpełznąć do niej poprzez ciemności, szukając rękami 
kościstego   łuku   jej   piersi,   podnoszących   się   i   opadających.   W   półśnie   obejmowała   mnie 
ramionami,   przyciągała   do   siebie   i   układała   mi   głowę   na   swojej   szyi.   Otaczający   mnie 
matczyny zapach, który składał się z wielu wyraźnych i nietypowych woni, sprawiał, że nagle 
mój strach rozpływał się. Czasem, nim ponownie zasnęła, śpiewała mi cicho, ale tak, bym 
mógł usłyszeć jej mamrotanie na tle wyjącego wiatru.

Mimo iż była obłąkana, nietrudno było odgadnać, jakie są jej pragnienia. Potrzebowała 

mojej miłości, a przynajmniej mojego towarzystwa. Potrzebowała mojej pomocy, gdy była 

background image

już stara i nie mogła sobie sama dać rady.  Myślę,  że dla mnie  też chciała jak najlepiej. 
Wszystko,   co   robiła,   o   tym   świadczyło.   Nauczyła   mnie   jak   przetrwać,   karmiła   mnie, 
wychowywała. Nie mogła znaleźć mi towarzysza czy przyjaciela, starała się więc łagodzić 
moje   poczucie   samotności   swoją   obecnością.   Zastanawiam   się,   czy   zrobiłaby   cokolwiek 
inaczej, gdyby wiedziała wcześniej, że tak szybko mnie opuści?

Do dziś nie rozumiem, o co tak właściwie chodziło Prosperowi. Tak, poskromił mnie jak 

psa, którego potrzebował, by strzegł jego domowego ogniska. Ale jeśli chciał mieć psa, to 
dlaczego uczył mnie mówić, a nawet trochę czytać? Jeżeli chciał, bym go lepiej rozumiał i 
przez to był lepszym sługą, to dlaczego pokazywał mi gwiazdy? Czy chciał sprawdzić, gdzie 
leży   granica   mojego   półczłowieczeństwa?   Czy   może   był   to   jeszcze   jeden   eksperyment, 
podobnie jak owe alchemiczne rozważania, które tak go w Mediolanie pochłonęły, że nie 
zdołał nawet dostrzec knowań swego brata?

Przez pół roku, od czasu waszego przybycia, codziennie przychodziłem do waszej osady, 

jak gdyby znowu był tam mój dom, ale bałem się spać w pobliżu tych, którzy wciąż byli dla 
mnie tylko budzącymi strach obcymi. Każdego dnia Prospero wciągał mnie głębiej w swoje 
sieci, za pomocą jedzenia i uprzejmości, podrzucając mi wraz z kawałkami mięsa ochłapy 
wiedzy.

Pojąłem, że  „Miranda”  jest dźwiękiem związanym  wyłącznie z tobą. Dopiero później 

miałem zrozumieć jego całkowite znaczenie. Nie wiedziałem więc o tym wtedy, ale pierwsze 
łacińskie, a zarazem mediolańskie słowo, którego się nauczyłem, czyli twoje znaczyło tyle, co 
coś pięknego, coś godnego podziwu. Byłem nieśmiały, ale czułem, że ogarnia mnie uczucie, o 
którym za wcześnie było mówić, że to miłość, ale które było zbyt pochłaniające, był można 
było je nazwać czystym zainteresowaniem. Cała uwaga, którą poświęcał mi Prospero, szła na 
marne, a moje zainteresowanie tym, co mi pokazywał, malało, gdy ciebie nie było w pobliżu. 
Chciałem być przy tobie i tylko gdy byłaś obecna, mogłem spokojnie słuchać jego lekcji.

Z początku myślałem, że ma na imię „Ojciec”, gdyż ty go tak nazywałaś. Ale, gdy sam 

kiedyś zwróciłem się do niego w ten sposób, roześmiał się tylko ni złośliwie, ni uprzejmie i 
kładąc swe ręce na piersi, poprawił mnie.

– Prospero – powiedział. Później, gdy byłem już wzrostu dorosłego mężczyzny i byłem 

silny, nazywać go miałem „panem”.

Ten pierwszy rok, to były wspaniałe dni. Mimo że prawie nie rozumiałem słowa, nie 

mówiąc już i o zasadach języka, czułem się jak w rodzinie. Tęskniłem za matką i wciąż trochę 
się   bałem   przebywać   pośród   istot   tak   do   mnie   podobnych,   a   zarazem   taki   różnych.   Ale 
czułem, że mam coś, czego brakowało mi wcześniej. Moja matka była mi zbyt bliska – była 
częścią mnie, tak jak ja częścią jej  –  by być dla mnie kompanem.  Oczywiście  jej utrata 
okazała się dla mnie tragedią. Ale w porównaniu z wami nie robiła nic; każdy jej dzień był 
kopią   poprzedniego.   Przy   osobliwych   zainteresowaniach   twojego   ojca   i   przy   twoich 
radosnych odkryciach, Mirando, każdy dzień przynosił coś nowego.

background image

Pewnego wieczoru zasnąłem w pobliżu chaty. Cały dzień spędziliśmy na przenoszeniu 

krabów w górna część plaży i obserwowaniu, jak pospiesznie wracają na skaliste wybrzeże, 
gdzie jest ich miejsce. Wybieraliśmy nawet faworytów; organizowaliśmy zawody, zataczając 
się ze śmiechu, gdy pędziły bokiem tam, gdzie były bezpieczne. Kiedy wróciliśmy do osady, 
Prospero siedzący przy ogniu, wręczył mi duży kawał upieczonego królika. Zmęczony tym, 
co przyniósł dzień i szczęśliwy, usnąłem obok ciebie.

Gdy się obudziłem, był już ranek. Moment poczucia zagrożenia i bezbronności szybko 

jednak minął. Nikt nie zrobił mi krzywdy ani nawet nie miał takich zamiarów. Prospero 
spacerował po lesie, zbierając grzyby. Ty byłaś na brzegu, pluskałaś się w falach i śmiejąc się, 
zawołałaś mnie po imieniu. Moje nowe imię w twoich ustach, moje odbicie w twoich oczach! 
Szczęście tak piękne i bez skazy jak wielka misa nieba nad naszymi głowami.

Tego samego dnia, kierowany radością z poczucia akceptacji i ulgą, że nie muszę być już 

tak ostrożny, udałem się na wzgórza do kolczastego żywopłotu i tajemniczej doliny. Przez 
dwa lata po śmierci mojej matki, kiedy żyłem samotnie na wyspie, drzewo i to, co dzięki 
niemu   odczuwałem,   było   moim   najbliższym   towarzyszem,   jakiego   znałem.   Teraz, 
podniecony, chciałem podzielić się z nim moim szczęściem. Pragnąłem powiedzieć mu, że 
znalazłem sprzymierzeńców – moje odczucia związane ze starą sosną miały zawsze charakter 
rywalizacji i niepewności, nigdy nie potrafiłem zlekceważyć wytwarzanej przez nią aury siły i 
władzy.

Tego więc dnia szedłem cienką, wydeptaną przeze mnie dróżką, wzdłuż strumyka. W 

dolinie była tylko mała, ruda wiewiórka z długimi uszkami, siedząca wysoko na gałęzi sosny; 
widziałem jak w jej oczach raz po raz odbijały się promienie słońca. Stanąłem pomiędzy 
trzema wystającymi z ziemi korzeniami i krzyknąłem:

– Prospero! Miranda! – Po czym, z prawie paraliżującą dumą, kładąc swe dłonie na piersi, 

wrzasnąłem: – Kaliban!

Magia   drzewa  nie   ujawniła   się  o  dziwo  tego  dnia;   sosna   jakby zastanawiała   się  nad 

słowami,  której  usłyszała.   Nie przejąłem  się  tym.   Istniałem.   Miałem imię!  Miałem  także 
rodzinę.

Prospero. Prosper. Twoje imię było odpowiedniej wielkości, Mirando, jego nie – choć z 

początku tak  mi   się wydawało.  Tak,  przez  pierwsze  lata  myślałem,   że  przybył,  by  mnie 
wychować, by dać mi szczęście, którego moja matka nie mogła mi już zapewnić.

Jaką grę prowadził? Tego nie wiem do dziś. Jego cień mroził mi krew w żyłach przez tyle 

lat, że aż trudno to sobie wyobrazić – kim był? Czego ode mnie chciał?

Kiedy po raz pierwszy przybył na wyspę, nie myślał raczej o ucieczce czy rewanżu. Był 

silnym człowiekiem, ale jego moc opierała się na wiedzy książkowej; gdyby było inaczej, 
jego brat nigdy by go nie pokonał. Jego czary były tylko zręcznymi sztuczkami miernego 
magika, nadającymi się dla dzieci lub by zarobić kilka miedziaków na jarmarku. Bez mojej 

background image

pomocy, nieświadomej zresztą, nigdy nie odkryłby siły, która pozwoliła mu odzyskać tron.

Więc co chciał ze mną uczynić? Czy w ogóle myślał o przyszłości? Jako człowiek o 

wielkiej cierpliwości i wiedzy, często robił rzeczy, które nie miały większego sensu. Gdy na 
przestrzeni   tych   wszystkich   lat   chmura   mojej   ignorancji   ulotniła   się   i   zacząłem   powoli 
dostrzegać jego chwilowe rozdrażnienia i napady smutku, doszedłem do wniosku, że był on 
istotą kapryśną, ale i odpowiedzialną wobec dwojga swoich młodych podopiecznych. A może 
całe   to   wychowanie,   nauczanie   i   formowanie   mnie   na   twoich   oczach   było   jego   jeszcze 
jednym chwilowym kaprysem?

Jest to zbyt przerażające, bym mógł się z tym pogodzić. Myślę raczej, że jestem ofiarą 

długotrwałej, wychowawczej intrygi. Ale lepszy stały wróg niż nieszczęśliwy wypadek.

Mogłem przyglądać mu się godzinami, Mirando, gdy tak siedział przy ogniu, ruchami 

palców nadając mu kształt cienkich płomyków. Ale gdy wpatrywałem się w niego, on patrzył 
w płomień nieprzytomnym wzrokiem, a myśli jego błądziły daleko, w miejscach, których nie 
potrafiłbym   sobie   nawet   wyobrazić.   Światło   płomienia   czyniło   jego   ostro   rzeźbione   rysy 
wręcz   nieludzkimi,   ale   to   powodowało,   iż   lęk   mieszał   się   we   mnie   z   poczuciem 
bezgranicznego oddania. Gdy w końcu podnosił wzrok i spostrzegał, że wpatruję się w niego, 
czasem uśmiechał się do mnie blado. W takich chwilach pragnąłem przeczołgać się po plaży i 
paść mu pod nogi. To, że zostałem wyróżniony przez tego czarnego anioła przenikliwości, 
czyniło  mnie  bardziej świadomym  swego istnienia  niż  wtedy,  po okropnej  śmierci  mojej 
matki. Coś musi być we mnie takiego, myślałem sobie, iż ta tak zastraszająco bystra istota 
przyjmuje na siebie trudy związane z poprawą mojej egzystencji.

Wydaje mi się, że w ten właśnie sposób wasi ludzie przekonują siebie samych o tym, iż są 

czymś więcej niż tylko pełzającymi, dwunożnymi insektami.

Spójrz na świat, mówię sobie, na jego piękno i zawiłość; z pewnością Bóg, który stworzył 

taką rzecz i mnie, bym mógł ją podziwiać, musi mnie bardzo kochać.

Mam nadzieję, że ich Stwórca okaże się bardziej hojny od Prospera, którego dary tylko 

wydawały się dowodami życzliwości.

Pory roku zmieniały się na naszej wyspie, a ja starałem się udowodnić sobie, że jestem 

wart trudu twojego ojca.  Pochłaniałem przeznaczoną  dla mnie wiedzę tak łapczywie,  jak 
wcześniej   pożerałem   ryby.   Spędzałem   godziny   na   powtarzaniu   nazw   otaczających   mnie 
rzeczy, nie zdając sobie sprawy z tego, że tylko mi się wydaje, iż otwiera się przede mną i 
nowy świat za sprawą tych nazw, tych wszystkich słów, mój świat stawał się raczej coraz 
bardziej odległy. Wtedy się tym nie przejmowałem  –  utratą niewinnego świata, który przy 
nęcących   blaskach   cywilizacji,   wydawał   mi   się   nieciekawy.   Teraz   bardzo   tego   żałuję.   I 
jedynym  prawdziwym  darem, danym  mi przez  język  twojego  ojca,  jest to, że dziś mogę 
innym wygłaszać elegie o moim świecie. I z kim to dzielę się bólem po swojej stracie? Z 
tobą! Z tobą, która brała udział w zagładzie mojego świata. Czyj istniało kiedykolwiek inne 
stworzenie, które znalazło się w gorszej pułapce niż ja?

background image

Z początku wydawało się, że nic nie tracę, a otrzymuję wiele w zaskakującym tempie. 

Nawet   mój   piękny   świat   bez   słów   coś  na   tym   zyskał.   Mogłem   wziąć   cię   za   rękę,   mała 
Mirando, i pokazać ci go.

Wspinaliśmy się na palmy rosnące nie opodal plaży, tak wysokie, że mogliśmy patrzeć z 

góry na ptaki  szybujące  nad brzegiem  morza. Pokazałem  ci, jak  należy rozbijać  orzechy 
kokosowe i pić ich mleko; śmialiśmy się, kiedy ciekło nam po brodach, po czym rzucaliśmy 
łupiny tak daleko, jak tylko mogliśmy, płosząc mewy, które popiskiwały na znak protestu.

Trzymając się za ręce, brnęliśmy przez mieliznę, poruszając morskimi roślinami, które 

jakby   wystraszone   całe   dygotały.   Wyłowiłem   rozgwiazdę   o   ramionach   cienkich   jak 
dżdżownice i położyłem ją tobie na dłoni; oczy zrobiły ci się wielkie z wrażenia, a moje serce 
też jakby urosło, nabrzmiewając w piersi.

Przekazałem ci moją wiedzę o wyspie, choć z początku byłem niemym nauczycielem. 

Pokazałem ci, jak robi się schronienie z wysokich traw porastających plażę i gdzie szukać 
żółwich   jaj,   gdy   nadejdzie   sezon.   Zabrałem   cię   głębiej   w   las,   gdzie   potężnym   gwizdem 
przywołałem   małpy;   przybyły,   robiąc   zamieszanie   jak   grupa   wędrownych   muzyków, 
nakrzyczały na nas i obrzuciły gałęziami i liśćmi, po czym szybko zniknęły. Wskazałem ci 
skały, na których wygrzewały się węże i uszczypnąłem cię w ramię, by uświadomić ci, co 
mogłyby zrobić, jeśli podeszłabyś zbyt blisko. Zaprowadziłem cię też w góry, pokazując cud 
tak wspaniały jak sztuczki twojego ojca – wypływającą z wnętrza ziemi słodką wodę.

Pewnego   razu,   gdy   siedzieliśmy   na   drzewie,   zajadając   granaty,   dostrzegłem   nagle 

czerwoną plamę na twoich ustach. Przeraziłem się, sam nie wiem dlaczego. Gdy pośliniłem 
palec i próbowałem ją zmazać, ty śmiałaś się, odpychając moją rękę, aż w końcu musiałem 
się poddać.

Ale nawet w chwili mojego pierwszego, wielkiego entuzjazmu nie zabrałem cię tam, 

gdzie pochowana była locha. W mojej pamięci pozostał raczej niewielki ślad tego, co się 
stało,   ale   mimo   wszystko   nie   było   to   miejsce,  z   którego   byłbym   dumny.   Wtedy   też   nie 
pokazałem   ci   doliny,   ale   z   całkiem   innego   powodu;   czekałem,   aż   nadejdzie   odpowiedni 
moment. W pewnym sensie czułem, że jest ona moją jedyną własnością, największym darem. 
Chciałem ją ocalić do chwili, w której byłbym pewien, że nadszedł już czas.

Niekiedy ześlizgiwałem się do otoczonej kolczastym murem doliny, by poćwiczyć moje 

kulejące umiejętności językowe przed milczącą sosną. Ruda wiewiórka często odwiedzała to 
miejsce, więc przyszło mi do głowy, że ona też powinna mieć własne imię. Tak jak i mojej 
matki, tak i Prospera nie mogłem tam przyprowadzić, bo koniecznie chciałem mieć jakiś 
własny sekret. Ale wiewiórki były także na drzewach blisko naszej osady, więc pewnego dnia 
pociągnąłem Prospera za rękaw i pokazałem mu jedną z nich, kopiącą coś w ziemi niedaleko 
nas.

– Co? To... co?
Uśmiechnął się krzywo. Parę razy, gdy odwrócił się plecami w inną stronę, wiewiórki 

background image

szybko zeskoczyły z drzewa i zepsuły mu coś, co starannie układał.

– Plaga i pomór – powiedział. – Nazywaj ją „Mór”.
Oczywiście   wtedy   nie   byłem   w   stanie   zrozumieć   tego   żartu,   więc   od   tego   czasu 

zwracałem  się   do  wiewiórki  ze   starej   sosny  –  Mór.   Mogłem   szczebiotać  do  niej  –  a   co 
ważniejsze do drzewa – godzinami. Znałem zaledwie kilka słów, ale każdego dnia uczyłem 
się nowych i rozpierało mnie, by się moją radością z kimś podzielić. Ty mówiłaś prawie tak 
samo   dobrze   jak   twój   ojciec.   Moja   matka   nie   żyła.   A   więc   sosna   stanowiła   całe   moje 
audytorium, a w pewien sposób była także moim spowiednikiem.

Dolina była wciąż jeszcze moja i tylko moja. Ale zaczynałem zdawać sobie sprawę albo 

raczej rozumieć to, że nic poza nią do mnie już nie należy. Czułem się jednak zadowolony z 
własnej pozycji i nie przejmowałem się zbytnio. Jedno sekretne miejsce wystarczało.

Pod koniec pierwszego roku spędzonego w osadzie Prospera, osy zaczęły budować swe 

gniazdo w koronie starej sosny.

Przypuszczam, że moja matka musiała nauczyć mnie pływać, ale nie pamiętam momentu, 

w którym mogła to zrobić. Twój ojciec później przytaczał ten fakt, jako dalszy dowód na 
moje zwierzęce pochodzenie, gdyż podobno tylko ludzie, by pływać, muszą się tego najpierw 
nauczyć. W każdym razie, ty nie potrafiłaś pływać, wziąłem to więc na siebie. Twój ojciec nie 
protestował, widząc, że mądrze wybrałem miejsce nauki, całkowicie odgrodzone od oceanu.

Zabrałem cię na lagunę położoną w słońcu na plaży, około pięciuset kroków od osady. 

Towarzyszył nam Prospero – czy nie miał zaufania do mnie, czy też bał się jakiegoś innego, 
groźnego   mieszkańca   wyspy,   tego   nie   wiem  –  ale   zatrzymał   się   daleko   za   nami,   kiedy 
przedostawaliśmy się przez mieliznę do miejsca, w którym woda sięgnęła nam do pasa. Twój 
ojciec wydawał się badać drzewa otaczające lagunę; zauważyłem, że oderwał długi kawałek 
kory od jednego z nich i powąchał powstałą w pniu ranę. Nie mogłem stracić go z oczu ani 
zapominać o tobie. On był dla mojej świadomości zupełnie innym rodzajem sygnału: był jak 
wystający,   wskazujący   palec,   który   dostrzegałem   kątem   oka   i   którym   ktoś   mógł   dawać 
ostrzeżenia.

–  Głowa do wody!  –  powiedziałem i zanurkowałem sam. Gdy wypłynąłem z włosami 

zakrywającymi mi oczy, nie wyglądałaś na zachwyconą.

– Ale woda jest słona.
Wskazałem   ci   moje   zaciśnięte   usta   i   jeszcze   raz   zanurzyłem   głowę   w   wodzie.   Usta 

miałem   cały  czas   zamknięte,   ale   na  chwilę   otworzyłem   oczy,  by zobaczyć   owijające  się 
wokoło   twoich   nóg   morskie   chwasty,   których   liście   lśniły   szarozielonym   blaskiem   w 
podwodnym świetle.

– Teraz twoja kolej – oznajmiłem, gdy wynurzyłem się na powierzchnię.
Potrząsnęłaś przecząco głową, zagryzając dolną wargę.
Z godziny na godzinę opór twój jednak malał, aż w końcu spodobało ci się. Nie tylko 

background image

nurkowałaś, ale także wytrzymywałaś pod wodą przez dłuższą chwilę, dotykając kolanami 
dna i wydymając  policzki pośpiesznie nabranym  powietrzem;  nieco później płynęłaś  pod 
powierzchnią wody, odbiwszy się mocno od piaszczystego dna. Patrzyłem jak się poruszasz, z 
włosami   unoszącymi   się   na   powierzchni   wody,   cały   czas   wyczuwając   twój   bok, 
prześlizgujący się nad moimi rękami.

– Przestań! – powiedziałaś, śmiejąc się i klaszcząc. – To łaskocze.
Przez   cały   czas   twój   ojciec   spacerował   wokoło   laguny,   przesuwając   się   jak   cień   po 

zegarze słonecznym.

Gdy przeniosłaś się na trochę głębszą wodę, musiałaś nagle na coś nadepnąć. Mógł to być 

węgorz albo cienka, pęcherzykowata część morskiego glonu, ale ty płakałaś bardzo głośno, 
zdziwiona i wystraszona. Popłynąłem i złapałem cię  –  różnica pomiędzy nami jeszcze się 
zmniejszyła, woda czyniła cię lekką jak piórko. Wróciliśmy na mieliznę, a ja kołysałem cię w 
ramionach przez długi czas. Gdy czułem twój ciężar na moich rękach, zrozumiałem, dlaczego 
tak   się   kiedyś   przestraszyłem,   widząc   sok   z   granatu   na   twoich   ustach;   nie   byłaś 
niezniszczalna. Odważna Miranda nie była  odporna na ukąszenia żmij czy na rybie  ości. 
Mogłabyś umrzeć tak jak moja matka. Zostawić mnie.

Szedłem, trzymając cię i rozpryskując wodę, a twoje zimne, mokre ciało przesuwało się 

po moich równie wilgotnych rękach. Spojrzałem na plażę. Prospero nie zerwał się z miejsca, 
gdy usłyszał twój przeraźliwy płacz. Stał i przypatrywał się bacznie. Jego wzrok, utkwiony 
we mnie, przyprawiał mnie o dreszcze. Postawiłem cię na ziemi.

– Jestem zmęczona i głodna – zwróciłaś się do mnie. – Chodźmy znaleźć coś do jedzenia.
Przytaknąłem, kiwnąwszy głową, i podążyłem za tobą w kierunku plaży.
Dopiero gdy położyłem się, żeby usnąć, uświadomiłem sobie, że w chwili największego 

strachu zawołałaś nie „Ojcze”, lecz „Kaliban”.

background image

SEKRETY

Wkrótce po tym, jak nauczyłem cię pływać, Prospero podarował mi prezent. Podobnie jak 

to było ze słowami, dawał mi coś, a jednocześnie mnie czegoś pozbawiał.

Zrobił dla mnie pantalony.
Byłem   w   siódmym   niebie.   Dostrzegłem   już   różnicę   między   wami   a   mną   i   choć   nie 

potrafiłem opowiedzieć o moich pragnieniach, to naprawdę chciałem być do was podobny. 
Ubranie było  jedną z tych  rzeczy, o których  marzyłem  –  a co najmniej taką, która mnie 
fascynowała. Kilka razy przywdziewałem po cichu starą suknię Prospera albo jego koszulę, 
ale   tak   naprawdę   czułem   się   w   nich   nieswojo:   coś   mnie   gryzło   i   oplątywało.   Raz,   gdy 
zobaczył mnie przebranego za ludzką istotę, wybuchnął śmiechem i zabrał mi ten zdobyty bez 
jego wiedzy wytworny strój.

Ale   widocznie   zmienił   zdanie.   Od   środka   rozpierała   mnie   duma.   Awansowałem! 

Włożyłem swoje pantalony nie bez problemu – za pierwszym razem założyłem je odwrotnie – 
i wykonałem w nich tryumfalny taniec radości. Chichotaliście i klaskaliście na mój widok, a 
ja podskakiwałem coraz żwawiej. Nawet Prospero uśmiechał się szeroko, widząc jak brykam.

–  Mam  dla  ciebie  coś   jeszcze  –  odezwał  się.  –  Tutaj,  mały  dzikusie.  –  Sięgnął   pod 

pelerynę, wyjął siekierkę i podał ją uchwytem w moją stronę.

Ostrze leżało na dnie waszej łodzi, kiedy płynęliście, niesieni przez fale oceanu. Było 

stare, zniszczone i pokryte rdzą, a teraz lśniło jak nowe. Twój ojciec wyczyścił je i naostrzył 
na skale, po czym dopasował uchwyt z najtwardszego drewna i umocnił sznurem.

– Co to? – spytałem. – Po co?
–  Po to, byś mógł narąbać drewna na ognisko, wyprawić skórę lub wypatroszyć jakąś 

zwierzynę, a może nawet po to, byś mógł się obronić przed potworem, dzikusku.

Na jego twarzy ponownie zagościł uśmiech, wąski i promienny jak srebrny księżyc.
Spojrzałem w dół, na moje nowe pantalony, po czym na piękny, ciężki przedmiot leżący 

w   mojej   dłoni.   Przez   moment   czułem   się   zakłopotany;   łzy   stanęły   mi   w   oczach,   tak   że 
widziałem jedynie czarnoszare smugi w miejscu, w którym siedział Prospero.

– Dziękuję – wydusiłem z siebie. – Dziękuję, Prospero.

background image

Machnął ręką, jakby skrępowany.
– Tylko uważaj, gdy będziesz jej używał; inaczej zabiorę ją z powrotem.

Nie dalej niż dwa tygodnie później Prospero zabrał mnie na spacer do lasu. Ty także byłaś 

z nami, ale to ja byłem mu potrzebny, bo chciał zasięgnąć mojej porady. Tak mi powiedział. 
Gdy szliśmy, drzewa zdawały się schodzić mi z drogi.

– Muszę zbudować nowy dom – powiedział. – Daleko od plaży. Dom, w którym Miranda 

będzie bezpieczna, gdzie nie będzie jej zagrażał ani sztorm, ani zwierzęta.

Osłupiałem   ze   zdziwienia.   Jedyne   zwierzęta   tej   wyspy,   na   tyle   duże,   by   mogły 

komukolwiek zrobić krzywdę, nigdy nie wychodziły z głębi lasu. Ale twój ojciec wciąż miał 
nade   mną   wielką   przewagę;   to   tak,   jak   gdybym   ja   stanął   nad   grupką   młodych   żółwi, 
grzebiących się w ziemi. Nie ośmieliłbym się spierać z twoim ojcem.

– Znasz tę wyspę lepiej ode mnie – stwierdził. – Zostawiam więc to, w którym miejscu 

powinien stanąć dom, twojej decyzji. Chciałbym jednak, byśmy zbudowali go gdzieś na tyle 
wysoko, bym mógł z niego widzieć ocean.

Cieszył mnie ten dodatkowy dar, jakim było złożenie na mnie odpowiedzialności, ale gdy 

wspinaliśmy się do góry, tak mocno zastanawiałem się nad odpowiednim miejscem, że głowa 
zaczęła mi pękać. Chmury tego dnia wisiały nisko nad ziemią, powietrze było wilgotne, a cała 
wyspa pogrążyła się w ciszy. Tylko moje myśli były głośne. Które miejsce będzie najlepsze? 
Co się stanie, jeśli moja decyzja okaże się chybiona? Wtedy twój ojciec mógłby już nigdy 
więcej nie powierzyć mi odpowiedzialnego zadania.

Mój   umysł   był   tak   zaprzątnięty   zatwierdzaniem   i   odrzucaniem   rodzących   się   w   nim 

pomysłów, iż w ogóle nie zwracałem uwagi, dokąd was prowadzę. Prospero cały czas mówił, 
spekulując na temat rodzaju domu: jak miałby być zbudowany, w jaki sposób ustawiony, by z 
frontu   było   najwięcej   światła   i   innych   podobnych   rzeczy.   Ja   zaś   byłem   tak 
rozentuzjazmowany i pogrążony w rozważaniach, iż nie zdawałem sobie sprawy z błędu, 
który właśnie popełniałem. Nieświadomie prowadziłem was w górę, szlakiem starego jelenia, 
którym tak wiele podążałem do kolczastego żywopłotu oplatającego i strzegącego dojścia do 
mojej tajemniczej doliny. Byłem tak pochłonięty sobą, że dopiero gdy twój ojciec zamilkł i 
uniósł   wysoko   głowę,   tak   jakby   usłyszał   jakiś   odległy   dźwięk,   zorientowałem   się,   gdzie 
jesteśmy. Rozejrzałem się dokoła i przeszedł mnie dreszcz. Tylko nie tu! Mój jedyny sekret, 
moja jedyna własność! Ale odezwał się we mnie także inny głos, spokojny:  „Oczywiście, 
oczywiście. To wspaniałe miejsce”.

– Co to za miejsce? – zapytał Prospero. – Jakoś tu dziwnie.
– Nic – rzuciłem. – Nic tu nie ma. Pójść dalej do dobrego miejsca.
Twój ojciec zawahał się, tak jakby w jego głowie odezwał się ten sam głos co w mojej. 

Wystraszony, nie wiedząc dlaczego, pociągnąłem go za rękaw.

– Nie dobre, to miejsce. Pójść dalej. Znaleźć lepsze, lepsze na dom.

background image

Zaintrygował go mój nagły sprzeciw, ale po chwili wzruszył ramionami i pozwolił mi 

poprowadzić się dalej.

Kamień spadł mi z serca; szczęśliwy więc, że udało mi się oszukać zły los, prowadziłem 

was szybko w dół, idąc obok miejsca, w którym pochowana była locha, i znowu do góry ku 
innym wzgórzom.

– Tu lepiej – powiedziałem. Okazało się, że miejsce, które wybrałem przypadkowo, chcąc 

odciągnąć was jak najdalej od tajemniczej doliny i otaczających ją kolczastych krzewów, jest 
nawet odpowiednie. – Patrz! – wykrzyknąłem, wskazując palcem. – Tam widać ocean. A tu 
woda wypływa z ziemi.

To naprawdę było dobre miejsce. Prospero, mimo iż na początku trochę się ociągał i 

zastanawiał, patrząc mi w oczy, po chwili się ze mną zgodził. Naturalne zagięcie południowej 
strony stoku nie pozwalało wiatrom przedostać się z zatoki, a strumyk kryształowej wody 
miał swoje źródło nie dalej jak sto kroków w dół. W jednej ze szczelin zbocza rósł olbrzymi 
figowiec, którego gałęzie i liście mogły dostarczać nie tylko owoców, ale także cienia. Mogły 
też chronić przed deszczem.

Prospero gładził się po brodzie, przypatrując się okolicy. Ty zbiegłaś w dół do źródełka i 

klęcząc, zagarniałaś dłońmi wodę do ust.

– Tu jest dobrze, ojcze! – krzyknęłaś.
– Myślę, że masz rację, dzikusku – rzekł do mnie twój ojciec. – Zbudujemy go tutaj.
Byłem szczęśliwy, ale pamiętając wciąż tę chwilę grozy, przeżytą w pobliżu kolczastego 

żywopłotu, tym razem nie zatańczyłem z radości.

Gdybym tylko potrafił, Mirando. Gdybym mógł wtedy czytać i rozumieć tajemne księgi 

twojego ojca, być może odkryłbym jakieś zaklęcie, by zaczarować i zatrzymać czas... na te 
dni,   na   te   kilka   miesięcy,   a   może   na   ten   krótki   rok,   który   był   najszczęśliwszym,   jaki 
przeżyłem. Jak bardzo brakuje mi okna na przeszłość, które mógłbym  otworzyć i ostrzec 
samego siebie, z czasów młodości. Krzyczałbym wtedy: Zatrzymaj się! Nie idź dalej!

Jednak gdy dłużej się nad tym zastanawiam, to myślę, że należałoby chyba otworzyć 

takie okno wcześniej; zanim znaleźliśmy miejsce na wasz nowy dom, Prospero zdążył zasiać 
we   mnie   nasiona   zepsucia,   a   ja   nie   zdawałem   sobie   wówczas   sprawy,   co   z   nich   może 
wykiełkować. Lepiej byłoby więc znaleźć młodego Bezimiennego, siedzącego gdzieś na skale 
i to jemu właśnie przekazać ostrzeżenie. Poradziłbym mu, aby uciekał... albo wręcz, by zabił 
was tej nocy, kiedy po raz pierwszy spaliście na mojej wyspie. Gdybym nawet pochował was 
w tej haniebnej dziurze obok lochy, nie wierzę, by kara, jaka mogła mnie za to spotkać po 
śmierci, była gorsza niż moje zrujnowane obecne życie.

Ale nie miałem o tym pojęcia, jak i o wszystkim innym. Byłem małą kukiełką, przebraną 

w ludzkie odzienie, ale stanowczo nie będącą człowiekiem, która tańczyła,  by rozbawiać 
tajemniczego   starca   i   jego   zepsute   dziecko.   Byłem   marionetką,   potrzebną   dopóki   była 

background image

zabawna i dopóki pracowała. Do tego bowiem zmierzały myśli twojego ojca. Przypuszczam, 
że   ocenił   moją   siłę,   biorąc   pod   uwagę   młode   kości,   po   czym   chciał   się   przekonać,   ile 
naprawdę mogę z siebie dać. Jak muł smagany batem, poruszający się cały dzień po ulicach, a 
o zmierzchu wdzięczny za garść owsa, tak ja zachęcany byłem do pracy przez małe dowody 
życzliwości, które mi okazywał. Okrutny intrygant – twój ojciec.

Jednak,   co   może   wydawać   się   dziwne,   nawet   teraz   wierzę,   że   nie   był   tak   całkiem 

świadomy tego, co mi czynił... bowiem jakaś część mnie wciąż go kocha. Myślisz, że żartuję! 
Jakaś część mnie cały czas kocha ten kamień, na którym moje życie potknęło się i legło w 
gruzach. Groza, zdumienie, radość z poświęcanej mi uwagi; ich ślad nie zatarł się w mojej 
pamięci. Gdybym  zastał go żywego w Mediolanie, szlochałbym, zanimbym  go zabił, i to 
wcale nie z wściekłości. Tak samo będę płakał dziś, nim ta noc dobiegnie końca, Mirando.

To ja byłem przeznaczony do pracy. Nie, on nie był taki głupi, by to tak nazywać; z 

początku nawet ze mną pracował, ucząc mnie sztuki budowania płotów, ścian. Wszystko to 
wydawało mi się jeszcze jedną porcją czarów – w owym czasie wasz świat był dla mnie tak 
obcy i dziwny, że nie potrafiłem dostrzec różnicy pomiędzy urokiem słów, magią tańczących 
figurek a sztuką stawiania konstrukcji utrzymujących strzechę.

Pracowałem   gorliwie,   pragnąc   pokazać,   że   dary,   które   ofiarował   mi   twój   ojciec,   nie 

marnują  się.   Od   świtu   do  zmierzchu,   kiedy   to  niebo   pokrywało   się   purpurą,   rąbałem   na 
kawałki powalone wcześniej drzewa, odmierzając ich długość za pomocą liany z supłami, 
danej mi przez twojego ojca. Mimo że ogromne ciężary przygniatały mnie do ziemi, gdy 
dźwigałem je na górę, nie powiedziałem słowa.

Nawet koncepcja domu wydawała mi się jak z bajki. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem jego 

rysunek   na   ziemi,   ujrzałem   ściany   dzielące   go   na   części   jak   muszle   łodzika,   byłem 
zachwycony.   Któż   inny,   jak   nie   Prospero,   mógłby   wymyślić   dom   nie   z   jedną   izbą,   a   z 
wieloma? Potwierdzało to wielkość jego umysłu.

Na początku zbudowaliśmy płot. Zastanawiam się, dlaczego twój ojciec ogrodził teren, na 

którym   miał   stanąć   dom,   jeszcze   zanim   zaczął   tam   cokolwiek   kopać.   Może   z   powodu 
jakiegoś mglistego, niepokojącego wspomnienia przekupionych strażników, którzy przyszli 
po niego pewnej nocy? Może z jakiegoś nieokreślonego lęku, który nawiedza człowieka, 
kiedy ten jest sam w tak obcym  miejscu? W każdym  razie zbudowaliśmy płot, wysoki i 
mocny, z basztami tak ostro zakończonymi jak moja stara włócznia na ryby.

Później   rozpoczęliśmy   budowę   domu,   stawiając   wielkie   prostokątne   belki   wokół 

paleniska i komina  –  jedną na drugą! Po tygodnia, gdy Prospero zorientował się, że lekcje 
stolarki nie poszły w las, obserwował mnie już rzadziej i jak dawniej włóczył się po wyspie 
swoimi ścieżkami. Często zabierał ciebie ze sobą, opowiadając ci dalej o historii i filozofii, 
czego i ja mogłem wcześniej słuchać, aż do czasu, gdy znalazł mi to, widocznie o wiele 
ważniejsze, zajęcie.

Dalej jednak czułem się jak w rodzinie. Czasami Prospero siadał w pobliżu i strugał z 

background image

drewna kamiennym dłutem jakąś małą, drobną rzecz, jak na przykład zawias do drzwi, albo 
też wyplatał siatki na okna z cienkich liści palm, rosnących na plaży. Ty także mi pomagałaś, 
podtrzymując pal, bym mógł zakleić gliną szpary wokoło niego lub przytrzymywałaś deskę, 
ułatwiając mi jej równe przycięcie. Zdarzało się też, mimo mojego sprzeciwu – nie chciałem 
być   posądzony  o   lenistwo  –  że   nosiłaś   pocięte   kawałki   drewna,   z   miejsca,   w   którym   je 
rąbałem, aż na samą górę. Ty także rosłaś, Mirando. Nie mogłem nie zauważać, jak twoje 
nogi wydłużały się; pozostać obojętnym  na zaokrąglające  się kształty twojego opalonego 
ciała.   Prospero   rzadko   się   odzywał,   ale   gdy   jego   ręce   z   wdziękiem   poruszały   się   nad 
wykonywanym zadaniem, przypominając ptaki wijące swe gniazdo, jego oczy obserwowały 
nas bacznie przez cały czas.

Okrągły   rok   pracowałem   przy   budowie   domu,   stawiając   i   łącząc   wszystkie   belki 

własnymi rękami. A gdy czasem spojrzałem na rozrysowany przez Prospera na piasku plan 
domu, który z dnia na dzień urzeczywistniał się, czułem, że ja sam także rosnę i staję się kimś 
innym.   Przeistaczam   się   w   mężczyznę  –  myślałem   sobie.   Staję   się   synem  –  czasem 
ośmielałem się marzyć.

Tej nocy, której położyliśmy ostatnią wiązkę słomy na dachu, odbyła się uroczystość. 

Dwanaście  pełni  księżyca  minęło,  a  trzynasta  wkrótce  miała  nadejść,  od dnia,  w  którym 
wyprowadziłem was z mojej tajemniczej doliny. Dom był skończony. Nie zdawałem sobie 
wówczas sprawy z tego, o ile za duży, jak na nasze potrzeby, był ów dom, i o ile szybciej 
można było go zbudować, gdyby Prospero przez cały czas mi pomagał. Wiedziałem jedynie, 
że zrobiłem coś, z czego mogę być dumny i z czego twój ojciec też jest zadowolony.

Jak gdyby po to, by odkupić niewykonanie swojego obowiązku – o którym wówczas nie 

miałem pojęcia – twój ojciec złapał i zabił świnię. Myślałem, że może jest to jedno z prosiąt 
zamordowanej lochy, więc gdy przywlókł ją do domu, ogarnęła mnie panika. Uspokoiły mnie 
jednak   wysokie,   mocne   i   wzniesione   przez   nas   ściany   domu   oraz   nadzwyczajny   humor 
twojego ojca. Pomogłem mu więc wykopać dół, do którego wrzuciliśmy rozżarzone węgle z 
naszego paleniska, po czym owinęliśmy razem padlinę w liście i tak przykrytą, włożyliśmy do 
dziury.

– Podejdź tu, Kalibanie – rzekł wtedy Prospero. – I ty także, Mirando.
Rzadko używał mojego imienia, przez moment poczułem więc powracający strach. Może 

w jakiś sposób odgadł, co stało się z matką wędzącego się w dole zwierzęcia? Czy zostanę 
ukarany za tę zbrodnię, która tak długo i niewytłumaczalnie zatruwała moje myśli?

Okazało się jednak, że wyczarował skądś zakorkowaną butelkę z blaszanym kapslem. 

Było to coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem, mimo że węszyłem z ciekawości pośród 
wszystkich   jego   rzeczy   pochodzących   z   cywilizowanego   świata,   korzystając   z   każdej 
nadarzającej się ku temu okazji.

– Jest z Portugalii –  wyjaśnił.  –  Trzymałem ją schowaną na taką właśnie okazję. Dziś 

należy uczcić nasz nowy dom.

background image

Z   taką   samą   zręcznością   Prospero   wyczarował   pucharki.   Wlał   odrobinkę   płynu   do 

twojego, a nasze napełnił aż po same brzegi.

– Pij, mały dzikusie. Zbudowaliśmy prawdziwy dom w miejscu, w którym nigdy niczego 

takiego nie było.

Byłem zadowolony i zaszczycony, ale czułem się też nieco zażenowany. Czy miejsce, w 

którym żyłem z matką, nie było domem? Czy może było zbyt biedne, by zasługiwać na miano 
ludzkiej  osady? I  czy  ja  byłem  zwierzęciem  dlatego,  że  nigdy  nie  wpadłbym   na  pomysł 
wybudowania tak wspaniałego domu, gdyby nie Prospero?

Niemniej jednak uniosłem puchar i pozwoliłem krwistoczerwonej substancji przepłynąć 

przez gardło. Zakrztusiłem się tak potężnie, że wykaszlałem wszystko z powrotem, obawiając 
się wyplucia także wątroby i płuc. Spodziewałem się słodyczy w tej cennej nagrodzie, która w 
rzeczywistości była kwaśna i cierpka.

Twój ojciec wybuchnął śmiechem. To samo zrobiłaś ty, gdy zorientowałaś się, że jednak 

nie umieram.

– Nie pij tego tak łapczywie, jakby to była źródlana woda. To jest kosztowny napój, a ty 

nie jesteś przyzwyczajony do wyszukanych rzeczy. Pij małymi łykami. O tak – powiedział i 
podniósł puchar do ust.

Ty także wypiłaś trochę, Mirando, po czym spojrzałaś zmieszana na Prospera.
– Przecież to czyste wino! – zaprotestowałaś.
Serce mi zamarło, że nie odsunęłaś od siebie czegoś tak mocno uderzającego do głowy! 

Piłaś wino od maleńkości.

– To jest starsze, lepsze i mamy go dużo – odpowiedział na twój zarzut Prospero. – I nie 

będziemy dolewać do niego wody. Nie dzisiejszej nocy.

I rzeczywiście wypiliśmy go dużo, ale minęło sporo czasu, zanim przestałem się krzywić 

za każdym razem, kiedy je przełykałem. Nie miałem pojęcia, dlaczego ludzie powinni pić 
takie rzeczy, ale nie chciałem przynieść ci wstydu; poza tym był to dar od twojego ojca, i to 
rzadki dar, którym należało się rozkoszować.

Mówiłem   ci   już,   że   moja   matka   śpiewała   mi   czasem,   nuciła   niewyraźnie   piosenki, 

których nie byłem w stanie ani zrozumieć, ani zlekceważyć. Tamtej nocy wino uderzyło mi 
do głowy; czułem, jak strzępy tych  melodii przepływały przez moje uszy, tak jakby ona 
wróciła   i   stanęła   tuż   za   moimi   plecami.   Wydaje   się,   że   takie   odczucie   powinno   być 
przerażające, ale nie było. Noc stawała się dziwnie ciepła i bardzo przyjazna. Słyszałem głos 
mojej matki pośród szumu wiatru pod strzechą i zniekształconych odgłosów waszej rozmowy.

Wypiłem   jeszcze   więcej.   W   końcu   opróżniliśmy   całą   butelkę   do   dna,   zjedliśmy 

pieczonego   wieprza,   obłożonego   liśćmi   i   podduszonego   w   wykopanej   przez   nas   dziurze. 
Przyłożyłem sobie do głowy osmolone uszy naszej ofiary i goniłem cię po całymi wzgórzu; 
oboje piszczeliśmy i chichotaliśmy. Później, nieprzytomny ze zmęczenia, patrzyłem w jasno 

background image

nakrapiane niebo, obracające się dokładnie nad miejscem, w którym siedziałem, tak jakby 
każda gwiazda nachylała się, by mnie zobaczyć... małego dzikusa, który zbudował dom, który 
mieszka z prawdziwymi ludźmi, który ma swoje imię!

Wstałem i niepewnym krokiem podążyłem za tobą i twoim ojcem na dół, w kierunku 

plaży. Prospero trzymał w ręku płonącą żagiew, która migotała przede mną jak świetlik. Las 
szumiał głośno, a piosenki mojej matki dźwięczały cichutko w mych uszach. Dotarliśmy do 
brzegu   i   zatrzymaliśmy   się,   by   popatrzeć   na   księżycową   pianę   wcinającą   się   w   piasek. 
Czułem, że wypełnia mnie coś mocnego, coś tak odwiecznego jak przypływy, coś, co stanowi 
nieodzowną część mnie. Słyszałem nucenie mojej matki, ale równocześnie dźwięk mojego 
własnego imienia, które mi nadano i które teraz oznaczało... mnie.

– Ka-li-ban! – zanuciłem.
Odwróciłaś   się   i   spojrzałaś   na   mnie,   Mirando.   Twoje   oczy   zrobiły   się   wielkie   ze 

zdziwienia i rozbawienia, ale nie uśmiechnęłaś się. Twój ojciec także zachował kamienną 
twarz, stojąc z rękami skrzyżowanymi na piersiach, kiedy zrobiłem kilka kroków w przód, za 
uciekającą falą.

– Ban! Ban! Kali-kali-ban! – podniosłem głos. Spojrzałem w górę na niebo, by odnaleźć 

księżyc, który był moim jedynym towarzyszem po śmierci matki, ale nie mogłem go dostrzec. 
Śpiewałem dalej, dopasowując słowa do melodii, która mogła być melodią mojej matki albo 
taką, która wpadła do mojej pijanej głowy całkiem innymi drzwiami.

Ban! Ban! Kaliban!

Kali-Kali-Ban!

Śpiewałem coraz głośniej i głośniej, obracając się dokoła swej osi, aż w końcu zakręciło 

mi się w głowie i runąłem do wody. Śmiejąc się, wyciągnęliście mnie z wody i pomogliście 
doczołgać   się   do   plaży.   Wciąż   wszystko   wirowało   mi   w   głowie   i   nie   mogłem   sobie 
przypomnieć, dlaczego w ogóle zacząłem śpiewać.

Usiedliśmy   na   piasku,   ty   i   ja;   twój   ojciec   pozostał   na   brzegu.   Trzęsąc   się   z   zimna, 

przytuliłem   się   bokiem   do   ciebie,   po   czym   cała   zawartość   mojego   żołądka   gwałtownie 
przedostała się do gardła i pokonując zęby wytryskiwała na zewnątrz. Napad nie trwał długo. 
Kiedy   skończyłem,   przykryłaś   wymiociny   piaskiem   i   poszłaś   na   brzeg,   nabrać   w   dłonie 
morskiej   wody,   którą   po   chwili   przemyłaś   mi   twarz.   Twój   ojciec   obserwował   nas;   w 
ciemności nie mogłem dostrzec wyrazu jego oblicza.

Kiedy zrobiło mi się trochę lepiej, Prospero powiedział:
– Patrz!
Wyrwał z ziemi wsadzoną tam żagiew i zakreślił nią na czarnym niebie ogniste koło. Gdy 

zatrzymał  ją w powietrzu, płonąca figura pozostała.  Narysował też inne kształty, kontury 
zwierząt, ptaków i ryb, kreślił też znaki, które nie przypominały jednak tych, które widziałem 

background image

w jego księgach. Sprawił, że wiszące ognie zaczęły przybierać różne kolory: na początku 
czerwony, później kapiący na ziemię srebrny, a na końcu niebieski, pulsujący jak melodia 
świerszcza, tym razem wykonywana przez światło. Patrzyliśmy. Z radości klaskałaś w dłonie.

Po   chwili   Prospero   pomachał   swoimi   długimi   palcami   i   ogniste   obrazki   zniknęły   w 

falach. Para zasyczała i wzbiła się do góry, zakrywając go na moment. Gdy opadła, stał nad 
nami jak czarne niebo, na którym nie ma gwiazd.

Niewiele pamiętam z drogi powrotnej na wzgórze. Szum lasu wydawał się przytłumiony, 

a pochodnia, niesiona przez Prospera, wydawała się znacznie bardziej oddalona niż podczas 
drogi na plażę, tak jakby paliła się na końcu głębokiego tunelu.

Kiedy dotarliśmy do nowego domu, twój ojciec powiedział:
– Jesteś chory. Prześpij się przy ogniu. Umyć możesz się jutro.
Skuliłem się obok paleniska. Na moment ogarnął mnie smutek, że ty i on odeszliście do 

drugiej izby, ale ciepło żarzących się węgli uśpiło mnie szybko.

Kiedy przypomnę sobie następny rok czy nawet dwa, to widzę świat, który staje się coraz 

bardziej twardy, tak jak błoto w promieniach słońca. I chociaż moje wczesne dzieciństwo 
wydawało   się   puste   w   porównaniu   ze   światem   nowości,   które   wnieśliście   wy,   nowi 
przybysze, teraz widzę, że było ono jak fluid, wciąż zmieniająca się rzecz, z kilkoma stałymi 
prawdami  –  oddechem mojej matki, jej suchym,  słonym zapachem, czarnymi,  glinianymi 
ścianami naszej chaty – które nadawały mu kształt. Każdego dnia budziłem się z myślą, co 
spotka mnie tego ranka. Każdej nocy, gdy matka mamrotała i chrapała w pobliżu, rozmarzony 
zastanawiałem się, co przyniesie mi następny dzień.

Po tym jak nowy dom został ukończony, silnie promieniująca wola twojego ojca zaczęła 

scalać moje, dawniej luźne, dni. Trzeba było nosić wodę ze strumienia potrzebną do picia, 
mycia, gotowania, a przede wszystkim do dziwnych eksperymentów twojego ojca. Potrzebne 
było również drewno: w paleniskach z frontu domu, w głównej izbie i pomieszczeniu, gdzie 
pracował twój ojciec, tam nigdy nie mogło go zabraknąć. Siekierka, którą otrzymałem wiele 
miesięcy wcześniej, była od tamtego czasu ostrzona tyle razy, że zabrakłoby palców moich 
rąk i nóg, by je zliczyć.

Na początku Prospero prosząc mnie, bym robił te rzeczy, traktował to jako przysługę, 

która pozwalała mu spędzać więcej czasu na zbieraniu liści i nasion, a także na uczeniu cię 
katechizmu.   Ale   gdy   upływający   czas   i   wciąż   powtarzająca   się   sytuacja   sprawiły,   że 
czynności   te   straciły   charakter   czegoś   nadzwyczajnego,   stając   się   po   prostu   zajęciami 
rutynowymi, Prospero zaczął krytykować najmniejszy mój błąd czy niedopatrzenie.

Byłem  oszołomiony cudami  twojego ojca,  które znalazły się w jego nowym domu  – 

zamku w sercu puszczy. Zabrał ze sobą z Mediolanu niesamowitą liczbę różnych rzeczy  – 
przypuszczam, że należałoby za to podziękować Gonzalowi, temu, który wciąż szarpie się za 

background image

grzywkę – ponieważ ukrył je w bezpiecznym miejscu. Pozwalał mi czasem w nagrodę rzucić 
okiem na swoje księgi czy też dotknąć kawałka strojnego ubioru, co jednak zdarzało się 
niezmiernie rzadko. To oczywiście sprawiło, że jeszcze bardziej pożądałem jego sekretów i 
byłem   jeszcze   bardziej   niezadowolony   ze   swojej   pozycji,   alej   nawet   przez   myśl   mi   nie 
przeszło, iż mógłbym nauczyć się czegoś bez tych wszystkich jego darów, Przyglądałem się 
kątem oka skarbom twego ojca jak ptak wpatrujący się łakomie w zdobycz innego, większego 
– stojąc obok, patrzyłem chciwie na te których mu zazdrościłem, by móc je lepiej skopiować. 
To, co naprawdę było zadziwiające, à propos tej butelki portugalskiego wina, to nie fakt, że 
twój ojciec w ogóle ją miał, ale to, iż ja nie domyślałem się nawet jej istnienia.

Więc   gdy   gruby   płot,   otaczający   teren   wokół   domu,   sprawił,   iż   Prospero   poczuł   się 

pewniej,   przywrócił   on   dawny  wygląd   swoim   drogocennym   przedmiotom   i   ozdobił   nimi 
nową siedzibę. Księgi! Nie potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób załadował tak olbrzymią 
ich liczbę na waszą niewielką łódź; w każdym razie to ja musiałem dźwigać te ciężary na 
górę. Nigdy więcej nie zobaczyłem ich już tak wiele jak wtedy, gdyż Prospero natychmiast 
schował je do swojej „komnaty”, jak zwykł nazywać izbę, na której drzwiach wisiała ciężka, 
żelazna, kłódka. Przeniosłem także niezliczoną liczbę bardzo dziwnych rzeczy: skrzynię pełną 
kryształowych naczyń rozmaitej wielkości – co ja wtedy wiedziałem o szkle? – i drugą, pełną 
różnego rodzaju narzędzi do cięcia i piłowania; słoiki pełne przedziwnych płynów, mętnych i 
klarownych,  których  większość zdążyła  wyparować  jeszcze  przed dotarciem  na wyspę;  a 
nawet ludzką czaszkę. Prospero musiał uświadomić mi, co to jest, gdyż wcześniej widziałem 
jedynie kości zwierząt. Powiedział mi, że jest to „autentyczna orficka czaszka”, cokolwiek to 
mogło znaczyć, i zażartował, iż śpiewa mu czasem w nocy.

Co jeszcze przeniósł Prospero do nowego domu w swoich przepastnych kieszeniach, tego 

nie wiem. Ale tak jak pewny jestem bicia własnego serca i tego, że oddycham, tak samo 
przekonany jestem, że nie zdecydowałby się powierzyć losu swoich najcenniejszych rzeczy 
moim chętnym, choć czasem i niezdarnym rękom. W ostatnich miesiącach budowy, kiedy już 
sam   musiałem   zajmować   się   stolarką,   twój   ojciec   wyrzeźbił   sobie   pewną   rzecz  –  laskę, 
pomyślałem sobie, dziwacznie przystrojoną we wstążki, piórka i błyszczące szkiełka. Nosił ją 
ze sobą  –  nie pozwolił mi jej nawet dotknąć  –  a gdy wszyscy byliśmy w domu, stawał w 
otwartych drzwiach i przez parę chwil wymachiwał ową laską w tę i z powrotem, mrucząc 
przy tym coś pod nosem i patrząc błędnym wzrokiem przed siebie. Po czym zamykał za sobą 
drzwi i nie wychodził ze swojej komnaty przez cały dzień.

Dawał   mi   kilka   zadań   do   wykonania;   byłem   mu   posłuszny,   aż   do   tego   pamiętnego 

popołudnia,   kiedy   to   towarzyszyłaś   mi   bez   wiedzy   twojego   ojca.   Po   skończonej   pracy 
poprowadziłem cię w dół wzgórza, by pokazać ci gniazdo siewki, które dopiero co znalazłem. 
Robiąc   otwór   w   skorupce   jajka,   wypiliśmy   razem   jego   zimną   i   słoną   zawartość. 
Powiedziałem   ci   wtedy,   moim   wciąż   niepoprawnym   językiem,   iż   jestem   zadowolony   i 
szczęśliwy z tego, że jestem twoim przyjacielem.

background image

Uśmiechnęłaś się, po czym wypełniłaś pustą skorupkę piaskiem, wsypując go przez tę 

samą dziurkę, którą zrobiliśmy.

Prospero wyrzucił mnie z domu. A raczej nigdy tak naprawdę nie pozwolił mi się do 

niego wprowadzić. Po pierwszej nocy, spędzonej na podłodze w pobliżu ognia, otrzymałem 
dla siebie małą izbę  –  mówiąc ściślej komórkę  –  w odległej, zachodniej stronie domu. Nie 
była mniejsza niż chata, w której się wychowałem, więc to nie jej wymiary sprawiały mi 
przykrość. Była daleko od miejsca, w którym spał twój ojciec i tak samo oddalona od ciebie, 
Mirando. To mnie bolało.

– Nie znasz zwyczajów naszego ludu – powiedział Prospero. Jego wzrok był tak zimny 

jak kamień spoczywający na dnie głębin oceanu, ale jego głos brzmiał całkiem rozsądnie. – 
Ona  staje się panienką i potrzebuje być czasem sama. Tak samo jest w naszych domach w 
Mediolanie. A ja muszę mieć dla siebie wolną przestrzeń. Mam wiele spraw do przemyślenia. 
Miejsce,   które  przydzieliłem   tobie,   jest  tylko   twoje,   możesz  tam  robić,   co  ci   się  żywnie 
podoba. Fetysze, symbole... Wznieś ołtarz do boga twojej matki, Setebosa, jeśli chcesz. Nie 
możesz mieć lepiej.

Pomyślałem sobie – nawet gorycz nie wypowiedzianej myśli, miała jednak coś z herezji – 

jak mogłeś dać mi jedno, oddzielne pomieszczenie w domu, który ja zbudowałem?

Uwielbiani przeze mnie moi nowi przyjaciele poprzez słowa zaczęli pokazywać swoje 

drugie oblicze.

Jednak nie odezwałem się; Setebos dla mnie nie znaczył nic – z tego, co wiem, dla mojej 

matki mógł znaczyć równie niewiele – cieszyłem się więc, że będę mógł przystroić swą izbę 
kolorowymi kamieniami i zrzuconymi przez węże skórami. Od czasu do czasu nawiedzała 
mnie dręcząca myśl, że kiedyś, wcale nie tak dawno temu, to ja byłem panem tej wyspy, a 
teraz moje królestwo ograniczało się do jednej małej komórki na tyłach domu Prospera.

Mała komórka... i tajemnicza dolina. Chodziłem czasem w to miejsce, miejsce,  które 

pozostawało   wciąż   moim   sekretem,   pomimo   zachłannej   ciekawości   twojego   ojca.   Gdyby 
mogło na zawsze tak pozostać!

Osy   ukończyły   swoje   dzieło;   popielate   gniazdo,   zrobione   z   czegoś,   co   przypominało 

pergamin, wisiało w konarach starej sosny jak łza wypływająca spod rzęsy. Zawieszone było 
tak nisko, że siedząc pod drzewem, mogłem obserwować poruszające się w tę i z powrotem 
owady, dla których owo gniazdo było całym światem. Gdy tak łaziły, wydawały z siebie 
brzęczący dźwięk, czasem uspokajający, a czasem wzbudzający grozę. Ponieważ mnie nie 
atakowały   ani   w   inny   sposób   nie   próbowały   robić   mi   krzywdy,   w   ogóle   przestałem   je 
zauważać. Raz tylko poczułem się dziwnie, gdyż wydawało mi się, że słyszę jakiś głos na tle 
ich jednolitego buczenia, podobnie jak wtedy, gdy będąc pijany, słyszałem piosenkę mojej 
matki wśród szumu nocy.

Osy brzęczały, a ja rozmawiałem – zwracając się do nieba, może raczej do sosny albo do 

background image

mojej matki. Szukałem słów, które mogłyby opisać moją tęsknotę, opłakiwałem rzeczy, które 
utraciłem;   czasami   nawet   mówiłem   do   ciebie,   Mirando,   by   wypowiedzieć   głośno   to,   co 
pragnąłem ci przekazać, ale jakoś nigdy o to nie zadbałem. Rozumiesz, byłem zakochany, ale 
to uczucie nie zawsze było przyjemne. Twoja bliskość sprawiała, że czułem się szczęśliwy, 
ale także nieobyty i tępy. Wiele razy próbowałem zrobić coś, co wymagało odwagi czy też 
bystrości umysłu, ale najczęściej wychodziłem na głupca. Jednak tak często, jak siedząc pod 
sosną, wymawiałem słowa skierowane do ciebie i marzyłem, że usłyszę je kiedyś od ciebie, 
tak samo często łajałem siebie samego, dotkliwiej niż czynił to Prospero. Do mojej własnej 
piosenki, tej którą śpiewałem owej uroczystej nocy, dołożyłem bardzo zgryźliwy koniec.

Ban! Ban!

Kaliban! Lubi myśleć: jestem pan!

Śpiewałem i mamrotałem coś, patrząc w niebo. Sosna kiwała się nad moją głową, a wiatr 

szumiąc,   hulał   w   gałęziach.   Pracowite   osy   buczały   cicho   w   swoim   popielatym, 
pergaminowym domku.

O! Widzę, że patrzysz w kierunku drzwi komnaty, Mirando! Słyszę to, co i ty, ale muszę 

ci powiedzieć, że to tylko skrzypiące belki, a nie kroki twojego wybawcy. A jeśli się mylę, to 
tutaj jest moja ręka, tu, blisko twojego białego gardła. Wszystko dobrze zaplanowałem: mamy 
wystarczająco dużo czasu, abym zdążył zrobić to, co chcę. Wystarczająco dużo. Zbliżam się 
już do najważniejszego punktu, do kulminacji, którą była twoja straszliwa zdrada. Nie wątpię, 
że pragnęłabyś, żeby ktoś nam teraz przeszkodził, nawet za cenę swojego życia. Słuchaj więc!

To zdarzyło się któregoś z tych dni, kiedy to twój ojciec pracował nad kolejną ze swoich 

cudownych  rzeczy i cały dom pełen był oparów. Od czasu do czasu wychodził  nagle ze 
swojej komnaty, przesiąknięty cuchnącym dymem, i nakazywał mi przynieść to i owo – jakiś 
ciężki   kamień   czy   warząchew   pełną   wody.   W   ciemnościach   dostrzec   mogłem   szkarłatne 
płomyki rozpalonych na stole ogni.

Za trzecim czy czwartym razem, gdy tak gwałtownie wybiegł z komnaty, kazał mi pójść 

zerwać pęk liści z pewnego żółto kwitnącego drzewa, których na wyspie było zaledwie kilka.

– Wysłałbym Mirandę. Ma do tego lepszą rękę – mruczał – ale gdzieś sobie poszła. Biada 

tej,   która   nie   pomaga   swojemu   ojcu,   autorowi   jej   życia   i  wolności!   Idź,   mój   dzikusie,   i 
przynieś mi trochę liści.

Wymachując mocno rękami, tak że jego szerokie rękawy burzyły się podobnie jak kłęby 

dymu dokoła niego, zaszył się z powrotem w swojej komnacie, zatrzaskując za sobą drzwi. 
Cokolwiek   tam   robił,   wyraźnie   mu   nie   szło;   od   tygodni   był   w   bardzo   nieprzychylnym 
nastroju, który cały czas się pogarszał.

background image

– Pośpiesz się! – krzyczał z komnaty. – Mikstura jest już prawie gotowa i wciąż muszę 

rozpalać w piecu!

Burcząc pod nosem – coraz mniej podobała mi się rola jego dobrego sługi – wyszedłem.
Mimo popołudniowej pory dzień wciąż był bardzo upalny. Ale jak to czasem bywa ze 

sprawą nie cierpiącą zwłoki, liście okazały się nieuchwytne. Chodziłem tam i z powrotem 
przez kwitnące gaje na wzgórzach otaczających  nasz dom, ale nie znalazłem ani jednego 
drzewa o żółtym kwiatostanie. Nie minęła godzina, jak byłem już cały spocony, a przy tym i 
zmęczony,   ale   czułem,   że   lepiej   nie   wracać   wcale,   niż   pojawić   się   z   pustymi   rękami. 
Pobiegłem więc szukać dalej, przedzierając się przez gęste runo leśne. Dotarłem do jednego 
ze strumyków  wypływających  gdzieś  tam  wysoko  z gór i  zatrzymałem  się przy nim, by 
obmyć  sobie   twarz  i  napić  się   źródlanej  wody.   Następnie  poszedłem  w  dół  jego  koryta. 
Wydawało   mi   się,   że   zaraz   przy   wodospadzie   rosło   kiedyś   kilka   drzew,   których   liści 
potrzebował   Prospero.   Droga   okazała   się   jednak   dłuższa   niż   przypuszczałem, 
wykorzystywałem więc wszystkie zacienione miejsca po drodze.

Ptaki głośno skrzeczały nad moją głową, a strumyk szumiał niewiele ciszej. Wilgotne 

powietrze   i   pot   na   mojej   twarzy,   uświadamiały   mi,   jak   bardzo   nie   lubię   jednak   owych 
wyziewów w domu Prospera. Pomyślałem sobie, że gdy znajdę już liście i zaniosę je twojemu 
ojcu,   wymyślę   coś,   by   móc   tutaj   wrócić,   odpocząć   przez   chwilę   i   rozkoszować   się 
samotnością.

I kiedy nagle poczułem, że grunt pod moimi stopami gwałtownie się obniża, zwiastując 

zbliżający się wodospad, usłyszałem śpiew. Zatrzymałem się więc, by go posłuchać i mimo 
że  znałem  ten  głos tak  dobrze  jak  własny,  to  jego  słodycz   przyprawiała   mnie  o  dreszcz 
zachwytu.

–   Aaa   –  powiedziałem   po   chwili   do   siebie  –  Miranda,   która   także   zapragnęła   uciec 

swojemu ojcu, wybrała sobie to samo miejsce, które wybrałem ja. Zrobię jej niespodziankę, a 
później będziemy śmiać się z tego, jak wymknęliśmy się spod opieki Prospera.

Przesuwałem  się wzdłuż  brzegu, obmywanego  przez  wodę kamienia,  przez  cały czas 

przysłuchując się twojej radosnej piosence. Gdy zrobiłem cztery lub pięć tuzinów kroków od 
szczytu wodospadu, mogłem w końcu spojrzeć w dół, na jezioro, do którego lała się z góry 
woda.   Tam,   na   brzegu,   znajdowało   się   kilka   drzew   o   złotych   kwiatach   i   ostrych, 
ciemnozielonych liściach. Ale drzewa, mimo iż stanowiły obiekt moich poszukiwań, w tym 
momencie przestały cokolwiek dla mnie znaczyć.

Bezsilny, stałem i gapiłem się w dół, głos uwiązł mi w gardle i nie byłem w stanie wydać 

z siebie obmyślonego wcześniej okrzyku. Ty stałaś w jeziorze pod wodospadem, po kolana w 
wodzie, Mirando, byłaś naga i piękna, tak doskonała jak same niebiosa.

Widzę,   że   się   wzdrygasz,   że   twoje   usta   szykują   się   do   ataku,   do   obrzucenia   mnie 

epitetami,   ale   jesteś   niesprawiedliwa.   Nie   podglądałem   cię,   chciałem   jedynie   zrobić 
niespodziankę mojej przyjaciółce. Myśli, które wtedy przychodziły mi do głowy  –  tak jak 

background image

teraz tobie; widzę nawet w świetle kandelabru, że się czerwienisz  –  te myśli były czyste i 
niewinne. Tak jak moje serce.

Czy możesz w to wątpić? Czy mogła istnieć na świecie jakaś inna, równie nieskazitelnie 

czysta i nie znająca rozpusty, rozumna istota jak ja? W ciągu mojego całego życia na wyspie 
nigdy nie widziałem ani kawałka nagiego kobiecego ciała. Jedyną kobietą, jaką znałem prócz 
ciebie, była moja zgarbiona, wysuszona matka, która nigdy się przede mną nie rozebrała. 
Zresztą wątpię, by w ciągu całego swojego pobytu na wyspie, chociaż raz zdjęła suknię.

Na dole stałaś ty, taka, jaką stworzył cię Bóg  –  nie, to nieprawda, przecież byłaś już 

prawie kobietą. W każdym razie byłaś taka, jaką chciała cię widzieć Natura. Natura spisała się 
wspaniale, gdy cię tworzyła, Mirando. Twoja nagość była jak płomień świecy w ciemnej 
komnacie. Niech wszystkie duchy mojej wyspy przeklną mnie, jeśli kłamię: nigdy bym nie 
odwrócił od ciebie wzroku, nawet gdybym wiedział, że od tego zależy moje życie. Byłaś taka 
piękna i to mi sprawiało ból.

Stałaś   w   strumieniu   lśniącej,   spadającej   fali   wodospadu,   tyłem   do   mnie.   Podciągałaś 

palcami   ku   górze   swoje   splątane   włosy,  podnosząc   wysoko   głowę.   Na   chwilę   przestałaś 
śpiewać, by się napić. Zobaczyłem niewyobrażalnie doskonałą wolność; radość, którą dawał 
strumień zimnej wody, spływający po twoim ciele! Ten obraz pozostanie na zawsze w mojej 
pamięci. Ktokolwiek stać będzie przy mnie na łożu śmierci, zobaczy jego odbicie w moich 
oczach.

Widząc boginie i sławne piękności w księgach twojego ojca, czułem, że coś mnie w nich 

pociąga  –  tak bardzo, że oglądałem te drzeworyty ukradkiem, tylko kiedy byłem sam, nie 
rozumiejąc   ani   wstydu,   ani   fascynacji,   które   odczuwałem   jednocześnie.   Ale   tak   jak   tym 
wyrytym   liniom,   tworzącym   chmurkę   na   pergaminowej   kartce,   daleko   do   niezmiennej 
wspaniałości prawdziwego nieba, tak i tym niewyraźnym figurom, które mnie interesowały, 
daleko do obrazu rzeczywistości, do twojego obrazu, Mirando.

Każdy twój kształt, od twoich długich pleców i łagodnie zaokrąglonych pośladków, do 

nóg   tak   zgrabnych,   o   rzeźbie   mięśni   jak   u   młodej   sarny;   subtelna   geometria   twojego 
kręgosłupa, twoich łopatek, poruszających się pod skórą, każdy cal ciebie, pokrytej bąbelkami 
wody, jakby w słonecznej zbroi... cały ten widok przenikał moje wnętrze i odmienił je na 
zawsze. Oddychałem tak szybko, że słyszałem już nie tylko monotonny szum wody, ale także 
moje głośne sapanie. Pragnąłem cię, pragnąłem bardziej niż czegokolwiek innego, ale nie 
potrafiłem  sobie  wyobrazić,  jaką  formę   mogłoby.przyjąć  posiadanie   ciebie.  To  pożądanie 
było tak silne, że w zamęcie myśli przez moment stałem się, zgodnie z przewidywaniami 
twojego   ojca,   kanibalem:   byłem   tak   niepohamowany   w   chęci   zdobycia   ciebie   i   twojej 
piękności, że prawie mogłem sobie wyobrazić, jak cię pożeram.

W chwili, gdy pogmatwane myśli, przemykające w mojej głowie, zaczęły układać się w 

pewien obraz, jakiś jasny kształt wynurzył się zza ściany wodospadu, okrążył jezioro i szybko 
skierował   się   ku   pobliskiej   polanie.   To   był   jasnobłękitny   ptak,   chyba   ten   sam,   który 

background image

przyglądał mi się z gałęzi starej sosny w dniu, kiedy odkryłem moją dolinę. Jego ruchy, a 
może też jego upierzenie, zwróciły twoją uwagę. Opuściłaś ręce, pozwalając swoim włosom 
swobodnie opaść na ramiona i obróciłaś się, by obserwować jego lot.

Przestraszony, padłem na ziemię, zaraz przy samej przepaści; bałem się, że mogłabyś 

mnie zobaczyć. Dlaczego czułem się jak intruz, skoro jeszcze kilka lat wcześniej niewinnie 
kąpaliśmy się razem w oceanie, nadzy lub prawie nadzy, na to nie potrafiłem sobie wtedy 
odpowiedzieć. Mój głód podpowiadał mi jednak, że to musiało być coś innego. Leżałem na 
brzuchu, ale przez cały czas unosiłem głowę nad skałą, by móc na ciebie patrzeć.

Następne cuda! Twoje piersi były zaokrąglone, świeże jak dojrzały owoc, a brodawki 

wysunięte śmiało do przodu przypominały noski młodych  królików. Pod twoim pięknym, 
złocistym   brzuchem   znajdowała   się   kępka   takich   samych   brązowych   włosów,   jakie 
pokrywały  zagłębienia  pod  twoimi  ramionami...   ale  nie  miałaś   niczego w  miejscu,  gdzie 
łączyły się twoje nogi, co wydawało mi się żałosne i niepokojące. Długo też zastanawiałem 
się   nad   tym,   czy   może   owa   różnica   w   naszej   budowie   nie   była   jakimś   znakiem 
rozpoznawczym dla mojego i twojego rodzaju.

Tak jakby przypominając mi o owej różnicy, moje ciało zesztywniało w miejscach, które 

dotykały ziemi. Znów poczułem głód, ale to nie był głód żołądka; rozchodził się raczej po 
całym   moim   ciele,   tak   samo   silnie   odczuwałem   go   w   oczach,   w   drżących   koniuszkach 
palców, jak i w innych częściach mojego ciała, ale najsilniej w pachwinie, którą to ocierałem 
się o moje pantalony, gdzie zrobiło mi się ciężko i ciepło.

Leżałem bezsilny, zrozpaczony, owładnięty niezrozumiałą pasją, z myślami, które biły się 

na oślep jak armie żołnierzy z zawiązanymi oczami, aż w końcu ty skończyłaś się kąpać. 
Ubrałaś się i odeszłaś, a ja wciąż leżałem na brzuchu jak człowiek uderzony piorunem.

Wróciłem  do  domu  o  zachodzie   słońca.  Tak  bardzo   byłem  rozkojarzony,  że  całkiem 

zapomniałem   o   liściach   dla   Prospera.   Twój   ojciec   wpadł   w   szał   i   wrzeszczał   na   mnie, 
wyzywając od głupców, niewdzięcznych zwierząt i innych takich; krzyczał, że zepsułem mu 
cały dzień pracy i że nie jestem wart czasu, który poświęcił na moją edukację. Przyjąłem to ze 
spuszczoną głową, choć jakaś część mnie protestowała przeciwko takim upokorzeniom. Ty, 
czując się zawstydzona tym, w jaki sposób twój ojciec odzywał się do mnie, albo po prostu 
nie mogąc znieść wywołanego przez niego zamieszania, schowałaś się w swojej izbie.

Za moje przewinienie otrzymałem karę spędzenia nocy poza domem i pozbawiono mnie 

kolacji. Ale nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Męczarnie, jakie przeżywałem, były o 
wiele bardziej skomplikowane i sięgały w głąb mojego wnętrza.

background image

ROZBITE DRZEWO

W   niezwykle   dla   mnie   istotnej   porze   roku,   która  nastąpiła   po   owej   niespodziance   z 

kąpielą, nasze stosunki uległy dalszym zmianom – z mojego punktu widzenia, zmianom na 
gorsze.

Prosperowi już nawet nie chciało się udawać, że traktuje mnie jak człowieka. Mimo iż 

czasami mogłem jeszcze dostrzec jakieś przebłyski jego dobroci, to jednak  coraz częściej 
spotykałem się z gniewem, na co dzień zaś z chłodną obojętnością. Dopóki wykonywałem 
jego   rozkazy,   mogłem   spać   w   swojej   małej   komórce   na   końcu   domu   i   uczestniczyć   we 
wspólnych   posiłkach.   I   mimo   że   wciąż   jeszcze   należałem   do   towarzystwa,   twój   ojciec 
rozmawiał prawie wyłącznie z tobą, ze swoją córką. Wiem, że tych z ludu, którzy wam służą, 
uznajecie   za   coś   niewiele   lepszego   od   krzesła   czy   stołu   i   wyjawiacie   przy   nich   różne 
tajemnice  tylko  dlatego, iż  według  was  nie  są oni prawdziwymi  ludźmi.  Doświadczyłem 
równie okropnego traktowania i wiem, że jest to coś, co naprawdę zżera duszę. Nawet ty, 
może nieświadomie, zaczęłaś traktować mnie w podobny sposób, w jaki czynił to twój ojciec. 
Raz kazałaś mi pójść i przynieść twoje ręczne robótki. Kazałaś mi, a nie prosiłaś! Zrobiłem 
to, czego sobie życzyłaś, ale później pośród drzew z tyłu domu, tak by nikt nie mógł mnie 
usłyszeć, szlochałem tak długo, aż przestraszyłem się, że zachoruję.

Ty nie zdawałaś sobie sprawy z tego, co zrobiłaś; przeważnie odnosiłaś się do mnie jak 

do przyjaciela, co było dla mnie balsamem na ból, jaki zadawał mi twój ojciec. Ale twoja 
bliskość zarażała moją duszę innymi chorobami, na które nie znałem lekarstwa. Nie było już 
tej czystej miłości, którą cię darzyłem, a paradoksalnie byłem jeszcze zbyt niewinny, by móc 
nazwać   to,   co   ją   zmieniło.   Śniłem   o   tobie   takiej,   jaką   widziałem   cię   wtedy   w   jeziorze, 
przywoływałem wspomnienia innych spojrzeń, zatrzymanych ukradkiem na tobie, gdyż moje 
oczy były tak samo głodne ciebie jak moje serce.

Czasami razem spacerowaliśmy, często też rozmawialiśmy, ale moje obowiązki i twoja 

nauka, własne zajęcia  – przede wszystkim szycie i naprawianie szat –  sprawiały, że nie 
widywaliśmy się całymi dniami. Chodziłaś ubrana tak bogato, jak gdybyś znajdowała się na 
wspaniałym  dworze Mediolanu. To, że  w momencie  skazania na wygnanie  twój  ojciec 

background image

pertraktował w sprawie strojów z jednym niby-spiskowcem – Gonzalem, uświadomiło mi, 
jak dziwnym rzeczom cywilizowani ludzie nadają priorytet. W każdym razie, ty uznawałaś 
sporządzanie nowych ubiorów i naprawianie starych szat swojego ojca za zajęcie dla siebie 
odpowiednie. Ale cała ta garderoba, inspirowana ilustracjami z ksiąg twojego ojca, była, w 
oczach kogoś tak prostego jak ja, ekscentryczna i niestosowna. Nawet kiedy wybierałaś się 
do lasu, twój strój wydawał się odpowiedni raczej dla kogoś, kto mieszkał w wytwornym 
domu   ze   służbą.   Prospero   wybudował   podobny   dom  –  mimo   iż   służbę   miał   nieco 
uszczuploną – a ty starałaś się zepchnąć na bok prostotę i sielankowość wyspy, zastępując 
ją śmieszną i fałszywą wytwornością.

Mimo iż bardzo mnie to raziło, nie potrafiłem się z ciebie wyśmiewać. Wiedziałem, że 

robisz to przede wszystkim po to, by uszczęśliwić swojego; ojca, choć delikatność owych 
tkanin musiała sprawiać i tobie wyraźną przyjemność, skoro odnajdywałaś w szyciu spokój i 
ukojenie. Ale dla mnie świadomość tego, co znajduje się pod wszystkimi tymi szmatkami, 
była wielką torturą, jakiej wcześniej nie znałem. Twój widok za każdym razem przywodził mi 
na myśl naturalną, niczym nie osłoniętą sylwetkę; kołyszące się biodra i kształtne pośladki, 
które pomimo okrywającej je tkaniny przyprawiały mnie o zawrót głowy. Długa linia twojej 
szyi, delikatne wypukłości biustu w odcieniu miodu, wysuwające się zza stanika, to wszystko 
wydawało się zaproszeniem – ale do czego, na co, tego nie byłem w stanie zrozumieć.

Poza tym, co było raczej niemożliwe, pragnąłem, byś i ty zafascynowała się mną tak jak 

ja tobą  –  próbowałem nawet niezdarnie się modlić, naśladując jedną z wielu rzeczy, którą 
robiliście. Nie wyglądałem ani jak twój ojciec, ani jak ty, ani jak moja matka, po której 
odziedziczyłem jedynie ciemną karnację, podobnie jak ty swą bladą cerę po tym, który cię 
spłodził. Urosłem przez te pięć lat od czasu waszego przybycia i byłem tak samo wysoki jak 
teraz, choć raczej trochę węższy w klatce i w ramionach – być może to noszony przeze mnie 
ciężar samotności tak mnie wzmocnił. Nie wiedziałem, czy jestem ładny, czy może wstrętny, 
ale miałem nadzieję, że może sprawia ci przyjemność przypatrywanie się mojej osobie. Nie 
miałem pojęcia, co to jest piękność, ale czułem, że wolę oglądać ciebie niż cokolwiek innego 
pod słońcem.

Fascynacja tobą omal nie doprowadziła mnie do szaleństwa. Znosiłem dzielnie wszystkie 

przykrości ze strony twojego ojca, nie zważając na szturchnięcia i klapsy, które wymierzał mi 
swoją laską, a wszystko tylko po to, by być blisko ciebie. Nieważny był ból, ale to, że jestem 
przy tobie i nigdzie indziej.

I nadszedł  dzień, podobny do wszystkich  innych  dni, z wyjątkiem  jednego: Prospero 

zachorował. Nie wiem dlaczego, może od ciągłego wdychania tych  wstrętnych oparów, a 
może po prostu czymś się zaraził. Praca, która wcześniej stanowiła dla niego największą 
radość, teraz była powodem jego zmartwień – myślę jednak, iż w końcu zrozumiał, że nie jest 
możliwe odkrycie magicznego środka, który pomógłby mu zemścić się na uzurpatorze czy 

background image

nawet uciec z wyspy –  może więc to rozpacz powaliła go z nóg. Cokolwiek było prawdą, 
ojciec twój położył się z powrotem do łoża, narzekając na bóle i obrzęki. Musieliśmy się nim 
zająć,   przez   cały   ranek   przynosząc   mu   takie   lub   inne   lecznicze   mikstury   z   jego   stołu, 
wzniecając i gasząc ogień, aż do samego południa, kiedy to w końcu pogrążył się w głębokim 
śnie.

Słyszysz   mnie!   Chciałbym,   by   było   to   oczywiste,   Mirando:   o   cokolwiek   byś   mnie 

oskarżała, wiedz, że to nie ja byłem tym, który wyciągnął cię wtedy z domu. Jeśli kochałaś 
swojego ojca tak wielką miłością, jak to utrzymywałaś, to dlaczego nie siedziałaś cierpliwie 
przy jego łożu jak grzeczna córeczka? Odpowiedź, jak sądzę, jest taka, że nie mogłaś znieść 
tyranii   Prospera,   podobnie   jak   ja,   choć   może   miałaś   ku   temu   nieco   mniej   powodów. 
Stwierdziłaś, że choroba nie jest aż tak poważna, jak traktuje ją twój ojciec, pragnęłaś więc 
zrobić sobie przerwę i odetchnąć świeżym powietrzem.

Jakże byłaś słaba, ty, która nie doświadczyłaś nawet ułamka moich cierpień. Kilka godzin 

rozkazów chorego ojca i już miałaś wszystkiego dość.

–  Chodź ze mną, Kalibanie  –  powiedziałaś.  –  Muszę zaczerpnąć świeżego powietrza i 

posiedzieć chwilę na słońcu. Boję się jednak, że po drodze mogę spotkać węże.

Ty, która biegałaś bosymi stopami po trawie! Czy nie mogłaś po prostu powiedzieć, że 

chcesz iść ze mną? A może naprawdę się bałaś? Czy też tak bardzo się zmieniłaś, że stałaś się 
niby taką damą, która musi zadzierać nosa nawet na odludziu, jakim jest dzika wyspa?

Ale te pytania zadaję sobie dopiero teraz. Wtedy, w tamtej chwili, drżałem z wrażenia, że 

może twoje myśli są podobne do moich. Chciałaś uciec na chwilę od twojego ojca i chciałaś 
to zrobić ze mną. Może zaczynałaś odczuwać to samo co ja! Bylibyśmy znowu partnerami i 
przyjaciółmi i nikt nie byłby samotny.

Gdy   tak   w   pełnym   słońcu   schodziliśmy   razem   z   góry,   czułem,   że   mój   bok   dotyka 

twojego. Och, Mirando, kiedy ktoś jest zakochany, takie błahostki promieniują bogactwem 
odczuć! Przez  moment  moje  najskrytsze  marzenia  zdawały się spełniać za sprawą  twojej 
bliskości.

Podnóże góry porośnięte było drzewami; zanurzyliśmy się więc w zielonej gęstwinie, ale 

chwilami   docierały   do   nas   promienie   słońca,   słabe   jak   krople   letniego   deszczu.   Gdy 
przyglądałem  się cienkim jak igła,  pieszczącym  twoje  włosy promykom,  zauważyłem,  że 
urosłaś, że jesteś już tak wysoka jak ja – a może nawet wyższa. Ja też urosłem, ale w inną 
stronę: moje ramię było prawie tak szerokie jak twoje dwie zgrabne nogi, a na moim ciele i 
twarzy   pojawił   się   czarny,  lekki   zarost.   Chciałem  –  o   Mirando,   co  też   człowiek   czasem 
głupiego   wymyśli!  –  zapuścić   sobie   taką   długą   i   efektowną   brodę   jak   twój   ojciec.   Był 
jedynym   mężczyzną,   którego   znałem;   zostałem   skazany   na   naśladowanie   niefortunnego 
wzoru, nawet teraz agonia mojego serca przemawia jego językiem.

background image

I kiedy tak stałem, kontemplując bez zrozumienia różnice w naszej budowie, ty wzięłaś 

mnie za rękę. Za sprawą tego prostego gestu – nieważne były twoje intencje – skazałaś nas na 
coś najgorszego. Od tego momentu wszystko w naszym życiu zostało podporządkowane tej 
jednej godzinie, jednemu wydarzeniu. To, co miało nastąpić, było nieodwracalne, tak jakby 
był to głaz strącony ze szczytu góry.

Twoja zimna i przyjazna dłoń owinęła się wokół mojej. Byłem oszołomiony, gdyż nie 

dotknęłaś mnie nigdy, z wyjątkiem jakiegoś jednego wypadku sprzed wielu, wielu lat. Tak 
długo na to czekałem; czekałem jak głodujący żebrak pod portykiem  wspaniałego domu, 
wspanialszego   niż   ten,   który   zbudowałem   dla   twojego   ojca  –  bardziej   okazałego   niż 
jakikolwiek inny dom, zbudowany z tak niedelikatnych materiałów jak drewno i kamień – a 
ty nagle otworzyłaś mi drzwi. Tak mi się wydawało. Jak mogłem się tobie odwdzięczyć? Jak 
mogłem  dać   ci  do  zrozumienia,  że   wiele  dla  mnie   znaczy  twoja   bliskość,  dobroć,  twoja 
olśniewająca uroda? Istniał tylko jeden dar godny ciebie.

–   Mirando   –  powiedziałem   z   trudem,   gdyż   czułem,   jak   puchnie   mi   język.  –  Ja...   Ja 

chciałbym ci coś pokazać.

Spojrzałaś   na   mnie,   nie   puszczając   mojej   ręki.   W   twoich   oczach   błysnęło 

zainteresowanie.

– Co chciałbyś, abym zobaczyła?
Nie mogłem powiedzieć nic więcej. Bałem się, że łomoczące serce może wyskoczyć z 

mojej piersi. Zacisnąłem palce na twojej dłoni tak kurczowo, jak złapany przez człowieka 
krab trzyma się ściany swej podwodnej kryjówki, po czym zaprowadziłem cię z powrotem na 
wzgórza.

Zatrzymałem   się   przy   kolczastym   żywopłocie.   Wyrwałaś   swą   dłoń,   z   trudem   łapiąc 

powietrze; ciągnąłem cię tak bezlitośnie szybko, że byłaś na mnie zła.

– Co to jest, Kalibanie? Czy po to przemierzyliśmy pół wyspy, bym mogła zobaczyć te 

krzaki? Nie są nawet ładne.

Mówiąc to, machnęłaś jedną ręką w tył i zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, zahaczyłaś o 

jedną z gałęzi. Cofnęłaś rękę, krzycząc:

–  Dobry  Boże!   Coś   mnie   ukłuło!   Trzymałaś   palec   w   górze,   mogłem   więc   zobaczyć 

lśniącą strużkę krwi. Było mi wstyd, ale czułem się też dziwnie podekscytowany.

– To kolce – wykrztusiłem. – Nie dotykaj ich, proszę cię, moja Mirando.
Podniosłaś brwi.
– Daleko mnie zaprowadziłeś, bym mogła zakłuć się na śmierć.
Wyciągnąłem   rękę   w   kierunku   żywopłotu,   gdyż   właśnie   miałem   ci   powiedzieć   coś 

zachęcającego  o tym,  co cię  czeka,  ale nagle zamarłem  zdezorientowany. W jaki sposób 
miałem   ci  pokazać  dolinę?  Nie   mogłem   cię   przecież  poprosić,   byś  w   swojej  wytwornej, 
czarno-błękitno-złotej sukni czołgała się na plecach po ziemi – wymagać od ciebie ciężkiej 

background image

pracy pod niezliczoną liczbą kolców?

Co   właściwie   mogłem   zrobić?   Przyprowadziłem   cię   tam,   by   ofiarować   ci   mój   dar. 

Moment wymagał szybkiej, acz delikatnej decyzji; jeśli zabrałbym cię z powrotem, nie dając 
obiecanego prezentu, na pewno w twoich oczach straciłbym wiele.

– Zostań tu, Mirando!
Pędziłem w dół na skróty, rozglądając się wokoło. Ogarniał mnie jakiś szał.
–  To jakiś dziwny żart! Nie powinniśmy zostawiać ojca tak długo samego, Kalibanie. 

Może się obudził i jest zły, że mnie tam nie ma.

Szybko znalazłem to, czego szukałem, przykucnąłem na ziemi i tarłem. Moje serce waliło 

jak młotem, ale wiedziałem,  że nie mogę stracić  tej szansy. Gdy moje ręce były już tak 
zmęczone, iż czułem, że muszę przestać, właśnie wtedy mała iskierka spadła na stos, ułożony 
z pokruszonej kory i suchej trawy.

–   Widzisz,   Mirando,   widzisz!   –  powiedziałem,   gdy   dym   zaczął   unosić   się   do   góry. 

Wybrałem   kilka   palących   się   hubek   i   zaniosłem   na   miejsce,   w   którym   rósł   żywopłot, 
ignorując   przy   tym   wszystkie   twoje   pytania   i   skupiając   swą   uwagę   wyłącznie   na 
podtrzymywaniu ognia.

Sporo   czasu   minęło,   zanim   twarde   kolczaste   krzaki   jeżyn   uległy   płomieniom,   ale 

zdołałem   tym   przyciągnąć   twoją   uwagę.   Oczarowani   patrzyliśmy,   jak   ogień   trawi   suchą 
ściółkę,   liście,   a   na   końcu   całe,   ostre   łodygi   krzewów.   Gdy   ogień   wypalił   już   drogę   w 
ciernistych   krzewach,   nie   chciałem,   by   się   rozprzestrzenił   i   zacząłem   zasypywać   ziemią 
pogorzelisko.   Niestety,   płomienie   pochłonęły   jedno   drzewko   pomarańczowe,   rosnące 
dokładnie   wśród   krzewów   jeżyn.   Kiedy   wszystko   w   pobliżu   pokryte   było   żarzącymi   się 
węglami, pozostałymi po uczcie, którą strawił ogień, dusiłem owe tlące się resztki wielkim 
kamieniem.

To była ciężka praca; kilka razy ogień wymykał mi się spod kontroli, powodując pożar, 

ale ja byłem wszędzie. Kiedy zrozumiałaś w końcu, co próbuję zrobić, zaczęłaś mi pomagać, 
rzucając garściami ziemię na uciekające płomienie, które ci wskazywałem. W ciągu sekundy 
cały twój piękny strój brudny był od ziemi i popiołu, ale ty się uśmiechałaś. To była dla ciebie 
jeszcze jedna dziecinna zabawa, Mirando, bo ty byłaś wtedy jednak dzieckiem.

W końcu wypaliłem drogę w kolczastych krzewach, nie przypuszczając, że wkrótce będę 

żałował tej pospiesznie podjętej decyzji. Gdy upewniłem się, że nic nigdzie się już nie pali, 
pozwoliłem ci przejść. Popołudniowe słońce prażyło mocno zawieszone wysoko na niebie, a 
strumyk lśnił w jego promieniach jak sznur drogocennych kamieni.

– Co to za miejsce? – Twój głos był delikatny, tak jakbyś domyślała się, że wyjawiam ci 

tajemnicę.

– To dla ciebie, Mirando. Daję ci je.
Byłem całkowicie owładnięty manią twojego ojca: zdobyć, mieć, podarować. Nazwać 

coś, znaczy posiąść to. Jakże wielka zachłanność przemawia z waszej cywilizowanej mowy!

background image

Poszliśmy   w   dół   brzegiem   strumyka,   w   kierunku   bagnistej   łąki   i   stojącej   na   warcie 

wielkiej sosny.

Zobaczyłem rdzawe światło na wierzchołku drzewa, wiedziałem więc, że jest tam Mór. 

Zawołałem do niego wesoło, tak jak do przyjaciela. Myślę, że przy panującym niedostatku 
znajomych, on nim naprawdę był.

Gdy   rozglądałaś   się   dokoła,   a   twoja   twarz   promieniała   z   zachwytu,   czułem,   że   i   ja 

osiągam szczyt mojej radości.

– Jakie cudowne miejsce – szepnęłaś.
– Dla ciebie, dla ciebie, dla ciebie – powtórzyłem i zatańczyłem wkoło.
Dostrzegłem jeszcze jeden kolorowy cień pośród gałęzi sosny  –  jasnobłękitny. To był 

znowu ten sam ptak, który przyglądał  mi się bacznie podczas mojej pierwszej  wizyty  w 
dolinie.   Raz   czy   dwa   widziałem   go   siedzącego   na   sośnie,   ale   w   końcu   odstąpił   owo 
zaszczytne miejsce rudej wiewiórce. Wyobraziłem sobie, że Prospero jest sosną, a błękitnym 
ptakiem – Kaliban, sługa, który już mu się znudził, ale któremu wolno przebywać gdzieś na 
uboczu.

Gdy   szliśmy   przez   łąkę,   wypytywałaś   mnie   o   dolinę.   Nieporadnym   językiem 

opowiedziałem ci o tym, jak ją odkryłem i jak pokochałem. Uklękłaś przy brzegu strumienia, 
by umyć swe ręce, po czym poluźniłaś stanik i obmyłaś szyję i dekolt zimną wodą. Byłem 
podniecony, ale zachowywałem się spokojnie. Usiedliśmy w końcu pod starą sosną, opierając 
się o jej pień. Przyglądałaś się zataczającym hak wzgórzom, które kryły ten mały klejnot, 
moje tajemnicze miejsce.

– Jest pięknie! Dziękuję, że mnie tu przyprowadziłeś.
Dźwięk wydawany przez osy brzmiał w moich uszach jak słodka piosenka. Brzęczenie 

owadów w wysokiej trawie, szum strumyka, a nawet odgłosy pazurków Moru napawały mnie 
radością. Znajdowałem się w jedynym miejscu, które wciąż pozostawało tylko moje i ty byłaś 
tam ze mną. Pochyliłem się ku tobie tak, że moje usta znalazły się w pobliżu twojego ucha. 
Zapach twoich włosów był tak błogi, iż przez moment nie mogłem wydobyć z siebie słowa.

– To wszystko dla ciebie, Mirando... Kocham cię.
Zapanowała długa cisza. Słyszałem tylko krew pulsującą w moich skroniach. W końcu 

odezwałaś się.

– Jesteś moim drogim, drogim przyjacielem, Kalibanie.
Nie było to dokładnie to, co pragnąłem od ciebie usłyszeć, ale coś jednak znaczyło. To 

gorące popołudnie zaskakiwało mnie wydarzeniami, których nie spodziewałbym się nawet w 
najskrytszych marzeniach. Przesunąłem palce – szorstkie od pracy – w dół, po twojej szyi.

– Sprawiasz, że drżę.
– To dotyk kochającego cię przyjaciela, Mirando. – Przycisnąłem mocniej twarz do twego 

policzka,   rozkoszując   się   jego   zapachem.  –  Jestem   twoim   sługą.   Chcę   tylko,   byś   była 
szczęśliwa. Chcę... Chcę...

background image

Nie wiedziałem jednak, czego chcę.
– Oddychasz tak głośno, Kalibanie...!
Jedną ręką trzymałem cię w pasie; palce drugiej ześlizgnęły się w dół po twojej szyi, 

rozcierając krople wody na twoich lekko piegowatych piersiach i dekolcie. Twój stanik był 
już poluzowany, rozciągnąłem go więc jeszcze bardziej.

– Co robisz? – W twoim głosie można było wyczuć zdziwienie, nie strach.
– Ja... chcę...
Moja ręka znalazła twardniejące sutki twoich piersi, drgnęłaś. Wtuliłem twarz w twoją 

szyję i poczułem krew, ciepłą i pulsującą szybko pod skórą, uderzającą o moje usta. Nie 
chciałem   cię   pożreć,   chciałem   cię   pochłonąć,   złączyć   się   z   tobą   w   jedną   nagą   całość. 
Opierałaś się, ale mój uścisk na twoim pasie nie zelżał, przytuliłaś się do mnie, podnosząc 
nogę pod swoją ciężką suknią tak, że mogłem cię mocniej do siebie przycisnąć. Odwróciłaś 
głowę; twoje nieme i wilgotne usta dotykały prawie mojego ucha.

– Ty też głośno oddychasz – wyszeptałem. Prawie nie mogłem mówić.
Dyszałaś   tak   ciężko,   że   wydawało   się,   iż   dźwięk   ten   dochodzi   ze   środka   pnia 

znajdującego się za naszymi plecami. Czułem, że w środku coś mnie łaskocze. Czułem, że 
mam na coś ochotę. Uniosłaś głowę ze zdziwienia.

– Dzieeeciii Adaaamaaa...
Pisnęłaś.   Nie   wiem,   co   zrobiłem   ani   co   powiedziałem.   Głos,   dochodzący   z   wnętrza 

gniazda,   huczał   w   dolinie   potężniej   niż   głos   jakiegokolwiek   człowieka;   słowa   brzmiały 
wyraźnie i zrozumiale, ale sprawiał wrażenie obrzydliwie nieludzkiego.

– Dzieeeciii Adaaamaaa – powtórzył głos, ale tym razem delikatnie, co barwą już bardziej 

przypominało   ludzką   mowę.   Drżący,   spojrzałem   w   górę.   Ptak   usadowił   się   na   szczycie 
gniazda w kształcie pergaminowej kuli i spoglądał na nas z góry. Wiewiórka przeskoczyła na 
niższą gałąź i nasłuchując, strzygła uszami. – Nie bójcie się... Nie zrobię wam krzywdy...

– Co... Gdzie jesteś? Kto mówi? – dopytywałaś się, zakrywając dłońmi swoje piersi przed 

wiewiórka i ptakiem. Zdumiewająca nieśmiałość. Siedziałem ogłupiały i zdezorientowany. 
Co stało się z moim popołudniem, z moją miłością, z moją własną, sekretną doliną?

– Jeeesteeeem uwięęęziooony w tyyym drzeeewie – mówił głos, a gniazdo os trzęsło się 

przy każdym jego słowie. Jego mowa stawała się coraz bardziej naturalna, tak jakby uczył się 
jej z minuty na minutę. – Jestem więźniem. Pomocy!

Zanim zdążyłem cię powstrzymać, Mirando, szybko podniosłaś się z ziemi, a ja zamiast 

zrobić podobnie, czołgałem się za tobą otępiały.

– Nie mów nic twojemu ojcu! –  krzyczałem  –  Nic nam się nie stanie. To mój sekret... 

nasz sekret. Wróć! Mirando!

Ale ty biegłaś szybko w górę doliny. Umilkłem, zerwałem się z ziemi i rzuciłem się za 

tobą, zostawiając w tyle drzewo czy gniazdo, czy po prostu to coś, co jęczało samo do siebie 
na końcu łąki.

background image

Dogoniłem   cię   przy  żywopłocie.   Chciałem   cię   złapać   za   rękę,   ale   ty  odwróciłaś   się, 

obrzucając  mnie  groźnym  i  przestraszonym   spojrzeniem,   po czym  pchnęłaś   mnie  tak,  że 
wpadłem w cierniste krzaki. Wielce musiałem się napracować, by się z nich wydostać, raniąc 
się przy tym boleśnie na całym ciele. Gdy w końcu dotarłem do domu, słońce chowało się już 
za horyzontem.

Nie mogłem cię nigdzie znaleźć, a drzwi do komnaty Prospera były zamknięte.

Wszystkie nieszczęścia, jakich doświadczyłem wcześniej, nie mogły się równać temu, 

które miało właśnie nastąpić. I to nikt inny tylko właśnie ty, Mirando, ty, której nigdy nie 
zadałem bólu, którą kochałem i podziwiałem, ty zepchnęłaś mnie do dołu i zrzuciłaś na mnie 
głaz.

Gdybyś powiedziała twojemu ojcu tylko o tajemniczym głosie, też nie byłoby dobrze, ale 

ty powiedziałaś mu o wiele więcej, i to wystarczyło, by na zawsze odwrócił się ode mnie. 
Może zrobiłaś tak ze strachu, z poczucia winy, że zostawiłaś go samego, a może ze wstydu, 
że podarłaś i pobrudziłaś sobie sukienkę, gdy nieostrożnie uciekałaś z doliny. Może twój 
strach   dotyczył   czegoś   innego,   głębszego,   co   związane   było   z   moim   zachowaniem. 
Cokolwiek cię do tego skłoniło, zrobiłaś rzecz, której nie powinnaś była robić: uczyniłaś mnie 
kozłem ofiarnym.

Mimo choroby, owej nocy twój ojciec wybiegł z komnaty, wybuchając niepohamowanym 

gniewem, w napadzie furii tak potężnej i zastraszającej jak huragan i sztorm razem wzięte. 
Nie zdążyłem wypowiedzieć nawet jednego słowa na swoją obronę, gdyż Prospero uderzył 
mnie czymś w plecy, powalając na ziemię. To nie była zwykła laska, lecz zaklęta; obwieszona 
różnymi talizmanami, ale też wysmarowana dziwnymi miksturami, które sprawiały, iż była 
twarda jak kamień.

Chciał mnie chyba zatłuc na śmierć, bijąc po głowie, po nogach, rękach, żebrach, gdy tak 

leżałem   skulony   na   ziemi.   I   jak   to   miał   w   zwyczaju,   przez   cały   czas   wykrzykiwał,   że 
chciałem splamić honor jego córki, że jestem podłą, nikczemną bestią i że niebiosa zapewne 
pochwalą go, gdy wypatroszy mnie jak zarżniętego jelenia i powiesi nad ogniem.

Już   chciałem,   by   mnie   zabił,   co   ostatecznie   zakończyłoby   moje   cierpienia;   ale   gdy 

przestał   na   chwilę,   zdołałem,   dysząc   z   wyczerpania,   doczołgać   się   do   drzwi,   to   mnie 
uratowało.   Świeże   rany  krwawiły   tak   samo   jak   zadrapania   od   cierni,   a   kości   gruchotały 
wewnątrz jak potłuczone naczynia. Dowlokłem się do drzew, przyciągnąłem do siebie liście, 
które znajdowały się dokoła mnie, po czym straciłem przytomność.

Następnego   dnia   kilkakrotnie   przynosiłaś   mi   wodę,   Mirando.   Pamiętam   chwile,   w 

których   czułem   twój   zapach   i   coś   chłodnego   na   moich   ustach.   Majacząc   w   gorączce, 
myślałem,   że   przychodzisz   błagać   mnie   o   przebaczenie   i   otaczasz   czułością,   ale   gdy  się 
budziłem,  wciąż  leżałem  sam w swoim gnieździe uwitym  z okrwawionego leśnego runa. 
Zarówno koszmary, jak i moje cierpienie były o wiele gorsze od tych, których doświadczyłem 

background image

po ataku lochy.

Tak, powinnaś ze strachu wtulić się znowu w swoje miękkie łoże, Mirando, gdyż ja wciąż 

płonę gniewem! Widzisz tę rękę? Tak, ona jest silna – silna na tyle, by poradzić sobie z tobą 
w ciągu sekundy  – ale moje palce są powykrzywiane i pomarszczone. Być może nigdy nie 
byłem piękny, ale na początku, gdy zostałem stworzony przez twojego Boga, Naturę, moje 
ciało nie było tak zdeformowane!

Nie mogłem chodzić przez następnych parę dni i jedyną rzeczą, jaka trzymała mnie przy 

życiu, były resztki jedzenia, które przynosiłaś mi, podbierając z ojcowskiego stołu. Ale nie 
potrafiłem być ci wdzięczny. Kto bowiem do tego wszystkiego doprowadził? Kto sprzedał 
moją niewinność, by na tym zyskać?

Podczas gdy powoli  dochodziłem  do siebie, twój  ojciec  pozostawał  niewzruszony na 

krzywdy   wyrządzone   swojemu   słudze  –  słudze,   którego   kiedyś   traktował   jak   syna.   Dym 
unosił się z komina, a każdej nocy w oknach paliły się świece, prawie do samego świtu.

Podczas pełni i nowiu mogłem sobie kuśtykać  w poszukiwaniu własnego jadła  –  nie 

chciałem już twojego miłosierdzia, moja wiarołomna Mirando. – nie zbliżając się jednakże do 
domu, ale jak upiór nawiedzając jego okolice. Pewnego dnia zobaczyłem z mojej kryjówki 
dziwną rzecz: dźwigając wór, szłaś za swoim ojcem, ubranym w jego najlepszą, czarno-złotą 
suknię; trzymał w ręku ową laskę, która dała mi się tak mocno we znaki.

Procesja, złożona z was dwojga – podążyła własną drogą w dół, później znowu w górę, 

kierując się w stronę innych wzgórz. Jak cień skradałem się za wami skrajem lasu, kulejąc z 
powodu  źle  zrośniętych  kości   i  sztywnych  nóg.  Nie  zdziwiło   mnie  wcale,  że   to  właśnie 
otoczona ciernistymi  krzewami dolina była celem waszej podróży. Oczywiście ciernie nie 
strzegły już do niej dostępu, Prospero więc jak zdobywca przekroczył pogorzelisko.

Skierował się prosto ku starej sośnie, rosnącej w głębi doliny; ty wlokłaś się za nim, 

okazując na wszystkie możliwe sposoby swoją niechęć do tego miejsca. Z daleka nie mogłem 
usłyszeć, co się tam działo, ale widziałem, jak twój ojciec przemawiał do drzewa, po czym 
stał, wyczekując odpowiedzi. Później ułożył z kamieni krąg, w którym rozpalił ogień. Usiadł 
obok ogniska i tobie kazał zrobić to samo. Minęło popołudnie i nadszedł wieczór; a kiedy 
pierwsza gwiazda wzeszła na niebie, Prospero podniósł się i nakazał ci przynieść jego księgi.

Przez długi czas coś intonował, wolno przewracając karty w swoich opasłych tomach, 

czasem na chwilę przerywał i unosił swą laskę, rysując nią jakies kształty w powietrzu. W 
końcu jego głos stał się potężny, prawie tryumfujący. Drzewo zadrżało, jak gdyby poruszone 
ostrym powiewem wiatru, mimo że w całej dolinie panował spokój. Czułem jak zaczynają 
boleć mnie uszy, podobnie jak przy nurkowaniu. Po chwili, wraz z uderzeniem mocniejszym 
od pioruna, stara sosna rozleciała się w drobny mak. Wielki deszcz iskierek uniósł się znad 
roztrzaskanego   drzewa   i   wzleciał   w   powietrze;   myślałem,   że   to   rój   płonących   os,   które 

background image

zapaliły się w swoim gnieździe, zatacza koła śmierci. Iskierki utworzyły migoczącą kolumnę 
światła, która niesiona przez wiatr, skierowała się ku małej dolince. Przeraziłem się bardzo, a 
ty zakryłaś oczy dłońmi, kiedy twój ojciec rozłożył ręce i wykrzyknął:

– Nazywam cię Arielem Oddanym i wiążę tym zaklęciem! Na Pieczęć Salomona! Odtąd 

będziesz mi służył!

Kolumna iskierek rozproszyła się na chwilę, by ponownie połączyć się i utworzyć prawie 

jednolity, biały płomień w kształcie człowieka. Głos, wciąż mało naturalny, dotarł do mojego 
ucha, tak jakby owo lśniące coś stanęło zaraz za moimi plecami.

– Jestem Ariel. Oswobodziłeś mnie, potomku Adama! Jestem na twoje rozkazy!
Uciekłem w głąb lasu. Teraz wiedziałem już, z czym walczyła moja matka na plaży przed 

moim urodzeniem. Jakże głupio zrobiłem, obnażając swoją duszę przed czymś, co zostało 
pokonane i uwięzione przez moją matkę, a które teraz znalazło się na wolności.

Od tej chwili Kaliban nie był już sługą-ulubieńcem.

background image

W NIEWOLI

Przez wiele dni, a może nawet tygodni, wałęsałem się po różnych odległych miejscach 

naszej wyspy, obolały i samotny. Wiele nocy spędziłem skulony, leżąc pod przykryciem z 
liści   lub   w   zagłębieniach   skał,   opłakując   utracony   dom   i   przyjaciół,   którzy   zwrócili   się 
przeciwko mnie.

Zdecydowałem się znaleźć dla siebie nowe miejsce. Skoro Prospero był dla mnie zbyt 

silny   i   miał   już   nowego   służącego,   skoro   jego   córka   nienawidziła   mnie   tak   bardzo,   że 
dopuściła   się   zdrady,   dlaczego   więc   miałbym   nie   zostawić   ich   w   spokoju   na   polu 
zwycięstwa? Wyspa była co prawda mała, ale znajdowało się na niej mnóstwo ustronnych, 
osłoniętych miejsc, w których spokojnie mógłbym żyć i leczyć swe rany, będąc pewny, że 
nigdy już nie ujrzę twej ślicznej, lecz zdradliwej twarzyczki.

Ale niestety tak się nie stało.
Siedziałem  przyczajony  w małej  kryjówce  i  zajadałem  się rybą,  gdy nagle  poczułem 

przeszywający   ból.   Zawyłem,   wypuszczając   z   rąk   na   piasek   resztki   jedzenia.   Jakaś 
niewidzialna   ręka   zdawała   się   wykręcać   moje   jelita;   chwilę   później   zwymiotowałem 
wszystko   to,   co   wcześniej   zjadłem.   Myśląc,   że   ryba   była   zatruta,   zacząłem   szukać 
najbliższego źródła świeżej wody, ale każdy krok był dla mnie męką. Próbowałem zmienić 
pozycję, ale w końcu okazało się, że ból staje się mniejszy tylko wówczas, gdy idę w jednym, 
określonym  kierunku. Ślepy instynkt pomagał mi utrzymać  się na nogach; zrobiłem więc 
kilka kroków, po czym ból ustąpił.

Gdy się poruszałem, moje cierpienia zdawały się słabnąć. Dowlokłem się z plaży do 

samego   lasu.   Po   przejściu   kilkuset   kroków   dostrzegłem   w   końcu   to,   czego   szukałem   i 
skręciłem w bok, ale ból zaatakował tak ostro, że padłem na ziemię. Byłem w stanie czołgać 
się tylko w stronę domu Prospera, gdyż jedynie wtedy ból pozwalał mi się poruszać. W końcu 
stanąłem na nogi, ale nie mogłem wykonać ani jednego kroku, gdyż ból ponownie przeszył 
moje wnętrzności.

Wszystkie leśne odgłosy wydawały się brzmieć nieprzyjemnie i szorstko; żałosny był 

śpiew ptaka, denerwujący szum traw pod stopami, ale głos, który rozległ się w moich uszach 

background image

był odrażająco niemiły.

– Witaj, mały, wiedźmowaty wyrostku!
On, ono – cokolwiek to było – usiadło na wiotkiej gałęzi, która ugięła się nieznacznie pod 

jego   ciężarem.   Przypominało   trochę   sylwetkę   drobnego   dziecka,   ale   jego   ciało   było 
zdumiewająco jednolite, nie posiadało żadnych wypukłości ani wgłębień; oczy być może i 
były   czarnymi   dziurami,   ale   połyskiwały   lekko   na   powierzchni   głowy.  Wzdłuż   ramion   i 
naokoło   głowy,   a   także   w   miejscu,   gdzie   nie   miał   nic,   co   mogłoby   określać   jego   płeć, 
znajdowały się cieniutkie wypustki, które zdawały się płonąć na końcach.

– To ty mnie torturowałeś – westchnąłem. – Powinienem był się domyślić.
–  Jeśli nawet ja, to nie możesz mnie za to winić  –  jego buczący głos osiągnął wyżyny 

swojej   naturalności,   ale   w   dalszym   ciągu   brzmiał   dla   mnie   niezbyt   swojsko.  –  Jesteś 
potomkiem tego stworzenia, które mnie uwięziło. Ale teraz ja jestem prawą ręką mojego 
pana... twojego także. Prospero życzy sobie ciebie widzieć.

– Nigdzie nie pójdę.
Usiadłem z powrotem na trawie, ale momentalnie coś podniosło mnie do góry. Czułem, 

jak moja skóra pali mnie w setkach, w tysiącach miejsc, jak gdyby oblazły mnie mrówki.

– Oczywiście, że pójdziesz. Za mną, potworze!
Uniosło się, prawie przezroczyste, tańcząc w powietrzu. Leciało przede mną jak chmurka 

żarzących się iskierek, śpiewając:

Pójdę z pszczołą kwiaty ssać.

W ich kielichach będę spać.

Tłuste ryby wonią swą

Marynarzy uśpić chcą.

Pójdę z osą cmokać kwiat

Żyć jak ona i być rad.

Ptak co żółte oczy ma

Goni echo, które gra...

Jęcząc i rozdrapując rany do samej krwi, powlokłem się za nim.

Prospero siedział z frontu swojego domu, dzierżąc coś w rękach. Upadłem przed nim na 

ziemię, dysząc z wyczerpania. Skóra nie paliła mnie już tak bardzo, ból w kiszkach osłabł, ale 
byłem zbyt wyczerpany, by się ruszyć, nie mówiąc już o tym, by móc uciec czy zaatakować 
siedzącego przede mną oprawcę.

– Zbyt wiele od ciebie oczekiwałem – zagrzmiał Prospero.
Krzywiąc się z bólu, uniosłem do góry głowę i spojrzałem w jego zimne oczy.

background image

– Nie zrobiłem ci nic złego...
– Złego? – roześmiał się pusto. Widziałem jak Ariel przemknął tuż za nim i wylądował na 

dachu. Usiadł po turecku i bacznie nas obserwował.  –  Udało  ci się przeżyć tylko  dzięki 
błaganiom mej córki. Nauczyłem ją zbyt wielkiej życzliwości, a ciebie zbyt wielkiej dumy.

Kiedy   to   mówił,   widziałem   twarz   jego   córki   w   oknie  –   twoją   twarz.   Byłaś   blada   i 

przestraszona, lecz wcale mnie to nie zdziwiło. Nietrudno było sobie wyobrazić widok, jaki 
przyszło ci oglądać; widok straszliwy, widok mojego ciała pokrytego błotem i krwawymi 
pręgami, zdeformowanego od uderzeń twojego ojca.

– Nie jestem takim zerem – burknąłem – nie jestem tylko tym, kim mnie uczyniłeś.
– Zamilcz! – rzekł Prospero, podnosząc się. – Myślę, że nie można cię niczego nauczyć. 

Musisz udowodnić, że się mylę. Mam dla ciebie zadanie. Ariel jest zbyt wartościowym sługą, 
bym mógł go wykorzystywać do tak błahych rzeczy, a...

– Czas mojej służby jest ograniczony – rozległ się z dachu piskliwy głos.
–  A poza tym, mam dla Ariela ważniejszą misję do wypełnienia  – Prospero zdawał się 

kończyć,   łypiąc   na   strzechę  –  taką,   która   pomoże   wymierzyć   sprawiedliwość   i   pomścić 
wyrządzone zło. W ten sposób będziesz mógł żyć i spłacić swój dług wobec mnie.

– Dług? – jęknąłem. – Spłacić? To była moja wyspa. Żyłem na niej jak król.
– Żyłeś jak bestia. Chciałem to zmienić. Nie udało mi się.
–  Byłem   dla   twojej   córki   przyjacielem,   niech   cię   diabli   wezmą!   Prawdziwym 

przyjacielem!

Prospero nie odezwał się. Pokiwał tylko głową, jak gdyby skruszony, zgadzał się z moimi 

słowami.   Po   chwili   ostry   ból   ponownie   przeszył   moje   ciało;   uderzając   twarzą   o   ziemię, 
zawyłem.

–  Prawdziwym   przyjacielem?   –  powtórzył   Prospero.  –  Prawdziwym   przyjacielem   dla 

mojej niewinnej Mirandy? Spójrz, bestio. Spójrz tutaj.

Wiedziałem, że jeśli nie spojrzę, będę cierpiał męki. Zrobiłem więc, jak kazał. Prospero 

uniósł do góry rękę i pokazał mi, co w niej trzyma. To była lalka pięknie ulepiona z białej 
gliny, figurka młodej dziewczyny ze złotobrązowymi włosami. Prospero postawił ją na ziemi 
i czymś pokropił. Wtedy ta zaczęła wdzięcznie podrygiwać.

– Cudowna, prawda? –  Jego twarz wyrażała to samo co słowa.  –  A teraz powinniśmy 

zrobić dla niej przyjaciela... ale na tej wyspie mamy bardzo słaby materiał.

Mówiąc to, schylił się i wziął z ziemi garść błota, po czym ulepił z niego figurę, nie 

przypominającą człowieka, raczej prostą, żałosną bryłę z krzywymi nogami i rękami. Kiedy 
posypał   ją   piaskiem   i   postawił   na   ziemi,   raczej   ta   zaczęła   wlec   się   za   małą   tancerką, 
rozpływając się i krusząc. Lalka zatrzymała się na chwilę, by popatrzeć. Bryła zgięła się wpół 
i sama zaczęła niezdarnie tańczyć, a każdemu jej krokowi towarzyszył przeraźliwy pisk.

– Tak! Dobrze – dobiegł z dachu nieludzki rechot. – Mówiono mi o tym, jak tańczysz, 

Kalibanie. Dziś byłem świadkiem tego, z jaką gracją się poruszasz.

background image

– Widzisz? – mówił Prospero tonem pełnym cierpliwości, jak gdyby właśnie powtarzał 

lekcję tępemu uczniowi. – Chciałem zrobić mężczyznę, ale ziemia tutaj jest niedobra.

Bryła błota już nie tańczyła, tylko utykała wokół drugiej lalki, po czym złapała ją w swoje 

powykrzywiane ramiona. Mała gliniana dziewczynka wyrywała się, ale nie mogła uwolnić się 
z uścisku. W miejscach, w których dotykała ją bryła, powstawały czarne plamy.

Tak nie może być  –  powiedział Prospero. Schylił się i oswobodził drobną tancerkę, a 

bryłę   błota   rozgniótł   piętą.   I   choć   łzy   cisnęły   mi   się   do   oczu,   pomyślałem   sobie,   że 
zobaczyłem   właśnie   mydlaną   bańkę,   w   którą   gapiłem   się   i   która   po   chwili   pękła.  – 
Rozumiesz? Nie ma na to rady. Niektórych  rzeczy nie można ulepszyć, a jednak czasem 
zabijamy się, by tego dokonać. Teraz pójdziesz do swojej izby, a jeśli nie, to Ariel zaniesie 
cię tam w sposób, za którym nie przepadasz.

Z płaczem czołgałem się w stronę komórki, która była moim domem. O mało nie otarłem 

się o czarne buty Prospera. Nie drgnął.

Twarzy jego córki nie było już w oknie.
Gdy pokonałem próg domu, usłyszałem skrzeczącego Ariela.

Ban! Ban! Kaliban!

Ni to potwór, Ni to pan!

A teraz tu leżysz, biedna Mirando; strach przed utratą niewinności spowija twoją twarz 

jak woalka. Niewinność? Nawet jeśli okazywałaś mi tylko dobroć, nawet jeśli byłaś lojalna 
jak zawsze powracające fale oceanu, jak mógłbym pozwolić ci żyć, tobie, która widziała mnie 
tamtego dnia?

Nic nie mów! Nie zniósłbym twego kłamliwego głosu. Co byś mi zresztą powiedziała? Że 

błagałaś swojego ojca w moim imieniu? Że przyczyniłaś się do tego, iż potraktował mnie 
lepiej dzięki łagodnym prośbom i namowom grzecznej córki? Nie! Nie! I jeszcze raz nie! 
Taka pomoc była kroplą w morzu potrzeb. Przeklinam cię, Mirando! Jeśli była w tobie owa 
szczypta sprawiedliwości, to powinnaś była spróbować osłaniać mnie przed jego ciosami. 
Powinnaś była raczej nadziać się na ostre skalne występy przy brzegu oceanu niż przyglądać 
się, jak mnie poniża. Gdybym ja kiedykolwiek miał córkę tak wiarołomną jak ty, wolałbym ją 
pochować żywcem we własnoręcznie wykopanym dole.

Wiedziałaś, Mirando. Wiedziałaś, że nie zrobiłem nic złego, a jednak stałaś i przyglądałaś 

się, jak wszystko, co miałem, zostało mi odebrane i jak przyciśnięto mi twarz do twardego 
głazu. Później myślałaś, że rzucone od niechcenia dobre słowo podczas mojej pracy, jeden 
czy dwa łagodne protesty, kiedy obrażał i karał mnie twój ojciec, wyrażenie niechęci, gdy 
znęcał się nade mną Ariel, wystarczą, by odkupić twoje grzechy. Aby cię twój Bóg skarał, 
kobieto! Nie ma bardziej obrzydliwego grzechu niż nieszczery protest i fałszywe świadectwo. 
Niech cię ognie piekielne pochłoną!

background image

Ale wciąż cię kochałem. Spróbujcie to odgadnąć, duchy mojej wyspy! Odrzuciłaś mnie 

jak podarty szal, który nadawał się jeszcze do noszenia, a który służył już jako szmata do 
wycierania plam, a ja wciąż cię kochałem. I nadal kochani, kobieto, kocham.

Ciężko   jest   nienawidzić,   Mirando.   Miłość   jest   mniej   wymagającym   uczuciem   od 

nienawiści. Ale gdy się kocha i nienawidzi jednocześnie jedną i tę samą osobę, uczucia te 
wzajemnie dodają sobie siły. Dlatego może to być długa rozgrywka.

Słyszę   bicie   zamkowego   zegara.   Zostało   nam   niewiele   czasu,   zaoszczędzę   ci   więc 

opowiadań o radości, którą przynosił mi każdy dzień służby u twojego ojca... ale może to i 
dobrze: obawiam się, że odczuwana przeze mnie przyjemność ze wskrzeszania tamtych lat 
mogłaby zakończyć nasz wieczór zbyt szybko. Jestem pełen czarnych myśli, Mirando. Tej 
nocy one się przelewają... ale powoli, powoli, Kalibanie. Wszystko w swoim czasie.

Nazywałem Prospera „panem”, a ciebie „panienką”. Nawet gdy byliśmy sami, zwracałem 

się do ciebie w ten sposób; bałem się, że Ariel ukrył się gdzieś w pobliżu i podsłuchuje. O, 
gdybym mógł jakoś zemścić się na tym diabelskim elfie, to byłbym nawet w stanie zaniechać 
tego,   co   zaplanowałem   dla   ciebie.   Ale   nigdy   nie   zrezygnowałbym   z   tego,   co 
przygotowywałem dla twojego ojca. Nigdy. Prospero był wodzem demonów. Niech będzie 
przeklęty na wieki za to, że mi się wymknął.

Tak jak niektórzy umilają sobie czas wolny, spacerując i śpiewając, tak Ariel znajdował 

przyjemność w nieodstępowaniu mnie ani na krok, robieniu sobie ze mnie żartów, urąganiu 
mi i prześladowaniu. Dopóki twój ojciec wykorzystywał mnie jako siłę roboczą, Arielowi nie 
wolno było mnie zabić, zatruwał mi więc życie, jak tylko potrafił. Krążył nade mną jak rój os 
i dokuczał tak długo, aż oczy zachodziły mi łzami z bezsilnej wściekłości. Śpiewał piosenki o 
rozkładzie mojej matki, szczebiocząc słodko o jej oczach zapadających się w głąb czaszki i o 
ciele, które zamieniło się w mokry nawóz  – nawet o tym, że ona i locha żyją razem pod 
ziemią jako jedna gnijąca rodzina i że moja matka dawno już o mnie zapomniała. Szydził ze 
mnie, Mirando, szydził z mojej miłości do ciebie! Zamęczał mnie kłamstwami, że niby kiedy 
kąpałaś się w jeziorze, zakradłem się tam specjalnie, by cię zgwałcić. Mówił, że ptak był tego 
świadkiem.   Powtarzał   mi   wszystkie   czułe   słówka,   o   których   ja   głupi   myślałem,   że 
wypowiadam je w powietrze, a które słyszała wiewiórka, ta nazywana przeze mnie Mór. Uszy 
wiewiórki, oczy ptaka i język brzęczących os: wszystko to posiadał Ariel, ale nie miał serca.

Nawet wtedy, gdy mnie nie szczypał, nie kłuł, nie męczył moich stóp piekącym bólem, 

nigdy nie zostawiał mnie samego. Usadawiał się wysoko na drzewie, dokładnie nade mną i 
bajdurzył   nieprzerwanie,   głosem   tak   piskliwym,   że   miałem   ochotę   wrzeszczeć,   by   go 
zagłuszyć. Opowiadał mi długie, dziwne historie o swoim pochodzeniu, z których  każda, 
jedna całkowicie różniła się od drugiej. Raz twierdził, że jest cieniem człowieka, którego 
moja matka zabiła swoimi czarami. Innym razem uważał się za upadłego anioła, jednego z 
armii buntowników Lucyfera. Czasem śpiewał też piosenkę o tym, jak to po prostu obudził 

background image

się pewnego dnia w sercu wulkanu, ducha ognia.

Elf, demon, sierota z innego, odrębnego świata – każda historyjka inna, a on przez cały 

czas świergotał.  Było  mi  wszystko  jedno. Jeśli wasz  Bóg naprawdę  istnieje i  jeśli to  on 
stworzył   Ziemię   wraz   z   taką   istotą   jak   Ariel,   to   jest   on   panem   podobnym   do   Prospera: 
zasługuje tylko na to, by go obalić i zadusić w jego własnej pościeli.

Dni mojej służby mijały. Nie otrzymywałem nic prócz cierpkich słów twego ojca, których 

i tak było  zadziwiająco  mało.  Prowadził jakąś skomplikowaną  grę, skoro rozkazywał  tak 
wielkiej   sile   jak   Ariel,   a   większość   czasu   spędzał   przy   swoich   księgach.   Nawet   ty   nie 
widywałaś go zbyt często... ani, jak myślę, nie przypuszczałaś, nad czym pracuje. W pewnym 
sensie byłaś, podobnie jak ja, jego niewolnikiem. Ale to nie jest wystarczający powód, by cię 
rozgrzeszyć,   Mirando,   może   jedynie,   żeby   złagodzić   karę,   kiedy   to   będziesz   stała   przed 
jakimś tam sądem, który nastąpi po moim. Czas obydwu wydaje się nieuchronnie zbliżać.

Jeśli w ogóle kiedykolwiek byłem zwierzęciem  – a coś się we mnie buntuje przeciwko 

takiej myśli – to właśnie wtedy. Przed waszym przybyciem nie znałem co prawda mowy, ale 
znałem nadzieję, radość i inne drobne przyjemności, których doświadczyłem w życiu; lecz to 
się   zmieniło.   Teraz   odczuwałem   jedynie   smak   zwierzęcej   bezczynności,   a   moja   dusza 
pogrążyła się w ubóstwie. Stałem się po prostu człowiekiem błota.

Nie mogę o tym mówić. Nawet teraz. Nie potrafię. Poruszałem się z trudem, w tę i z 

powrotem,   każdego   dnia,   brudny   i   pokrzywiony,   a   ty   przyglądałaś   mi   się   litościwie. 
Zdążyłbym cię zabić z całą tą twoją litością z tuzin razy, ale bałem się tego, co mógłby zrobić 
ze mną Ariel na rozkaz twojego ojca. Nieważne jak nieszczęśliwe było moje życie, ale to ono 
było jedyną rzeczą, jaką posiadałem, wzbogaciłem je więc nienawiścią do samego siebie i 
pewną dozą tchórzostwa. Pozostała mi tylko nadzieja, że zostanę uwolniony, ale to wydawało 
się niemożliwe; nie potrafiłem sobie wyobrazić, w jaki sposób mogłoby się to zdarzyć.

A ty, Mirando, wcale nie zajmowałaś w tym wszystkim o wiele lepszego miejsca. Byłaś 

przynętą w pułapce, którą zbudował twój ojciec. Ja o tym nie wiedziałem  –  ty także nie  – 
dlatego uważałem cię za równie okrutną jak twój ojciec.

Prospero uważał się za szlachetnego człowieka ze złymi przyzwyczajeniami. Ale nawet 

gdy zapomnimy o tym, w jak nieludzki sposób traktował mnie, Mirando, to czy zesłanie 
niszczycielskiego sztormu na swoich wrogów, okupione śmiercią kilku tuzinów marynarzy, 
czym ojciec twój wcale się nie przejął, można uznać za czyn godny szlachetnego człowieka? 
Czy ma coś wspólnego z dobrem wykorzystywanie cnót własnej córki jako przynęty, pułapki 
i   złotego   środka   na   ponowne   zdobycie   utraconego   księstwa?   A   oddanie   córki   staremu 
wrogowi w celu odzyskania władzy? Jestem pewien, że pomyślałaś teraz o swojej gwałtownej 
miłości   do   wspaniałego   Ferdynanda;   ta   bowiem   była   ostatnią   rzeczą,   której   potrzebował 
Prospero, by odnieść tryumf: wiedział o tym, a może nawet i to ukartował. Jak mogłabyś 

background image

zresztą nie zakochać się w wysokim, przystojnym, nieznajomym młodzieńcu? Czy mogłaś go 
z kim innym porównać niż tylko z kalekim, zabłoconym Kalibanem?

Statek królewski przybył na wyspę zwabiony, a później został zatopiony dzięki czarom 

twojego   ojca   i   jego   sługi   z   piekła   rodem.   Długie   przygotowania   okazały   się   szybkie   i 
zastraszająco skuteczne w działaniu.

Nic o tym nie wiedziałem. Gdy Ariel odprawiał swe czary, malując na niebie pioruny, 

które zdawały się ryczeć jak tysiące potworów i wypalać dziury w firmamencie, skulony ze 
strachu   siedziałem   w   grocie   niedaleko   brzegu,   a   wysokie   fale   oceanu   o   mało   mnie   nie 
zatopiły. Gdyby tak się stało, może siedziałabyś teraz uśmiechnięta i kołysałabyś swe dzieci, 
pomagając im zapomnieć o sennych marach, zamiast zmagać się z własną. Oczywiście nikt 
wtedy nie opłakiwałby Kalibana: spełniłem swoje zadanie jeszcze zanim Alonso i jego wasale 
zostali ściągnięci na wyspę. Udało mi się jednak uciec falom i wdrapałem się na nadbrzeżne 
skały,   jęcząc   przy   tym   ze   strachu,   gdyż   z   nieba   biły   gromy   potężniejsze   od   tych,   jakie 
kiedykolwiek   słyszałem.   Dookoła   mnie   roztrzaskane   uderzeniami   piorunów   drzewa 
wyglądały   jak   wielkie,   spalone   łupiny   i   jak   setki   kopii   rozbitej,   starej   sosny,   z   której 
wyskoczył Ariel.

Nie widziałem więc rozbitków, którzy dotarli na ląd. Kiedy kilku z nich przypadkiem się 

na mnie natknęło, byłem bardzo zdziwiony i pomyślałem, że są to duchy sztormowe, a być 
może   nawet   bracia   Ariela.   Przerażony,   czmychnąłem   w   pobliskie   krzaki,   ale   marynarze 
okazali się równie wystraszeni jak ja.

Biedny Trykulo i Stefano. Obrać sobie na przyjaciela kogoś tak pechowego jak ja!
Aha, jeszcze te kłamstwa, których naopowiadał ci twój ojciec, tak, Mirando, a w które ty 

bez trudu uwierzyłaś. Powiedział ci, że tych dwóch marynarzy wraz ze mną chciało wywołać 
jakąś   krwawą   rebelię   i   że   jedynie   dzięki   jego   mądrości   i   magii   Ariela   udało   się   was 
wszystkich ocalić od śmierci. Kłamstwo, kłamstwo, ohydne kłamstwo!

To   byli   nieokrzesani,   ale   uczciwi   mężczyźni.   Kiedy   zwróciłem   się   do   nich,   chcąc 

ułagodzić swoich przyszłych dręczycieli, wzięli mnie za jakiś cud, za wybryk natury.

– Zobacz! Gadająca małpa! – powiedział jeden z nich, a drugi skinął głową.
Kiedy powiedziałem im, że jestem synem zesłanej na wyspę kobiety, a kolejny przybysz 

uczynił mnie swoim niewolnikiem, zaniemówili ze zdumienia, ale gdy wyjawiłem imię tego, 
który mnie zniewolił, wydali się nieco mniej zaskoczeni.

– Prospero czarnoksiężnik. Wszyscy znają to imię; na jego dźwięk truchleją ze strachu – 

stwierdził Stefano.  –  Czarna magia Prospera była zagrożeniem dla Mediolanu, dlatego też 
został stamtąd wygnany.

Po chwili zaczęli się obawiać o życie swojego króla, którego Prospero nienawidził za to, 

że wraz z jego bratem uknuł przeciwko niemu spisek. Dowiedziałem się, że zostali wysłani w 
głąb wyspy po to, by jeśli to możliwe, sprowadzić pomoc. Zaprzestali jednak poszukiwań i 

background image

poprosili mnie, bym poszedł z nimi na plażę, obiecując mi jadło i opiekę ich pana. Zgodziłem 
się i pobiegliśmy w stronę brzegu, na którym mieli przebywać inni rozbitkowie. Pierwszy raz 
od dawna ośmieliłem się wtedy pomyśleć, że może jest jednak jakaś nadzieja na zmianę 
mojego losu.

Nadzieja jest okrucieństwem, którego nawet Ariel nie potrafił opanować. Głupi Kaliban. 

Głupi, bezmyślny człowiek błota!

Na   plaży   nie   było   nikogo,   z   wyjątkiem   trupa   pokrytego   piaskiem,   który   musiał   być 

jednym z marynarzy zmytych z pokładu i wyrzuconych później na brzeg. Wpatrywałem się w 
jego wyłupiaste, zastygłe oczy, gdy w tym czasie Stefano i Trykulo przeklinali swój los. Ten 
marynarz był jeszcze jedną ofiarą twego ojca, Mirando. Nie znałem nawet jego imienia, miał 
czarne, kręcone włosy, a na szyi zawieszony krzyżyk  z kości słoniowej. Może będę miał 
szczęście   spotkać   go   w   innym   świecie;   jeśli   tak   się   stanie,   powiem   mu,   że   nie   ma 
sprawiedliwości na takiej ziemi, na której rozgrywki jednych powodują śmierć nie znanych 
im osób. Nie spędziłem zbyt wiele czasu z ludźmi, Mirando. Może on o tym wiedział, zanim 
zabrało go morze.

Pospieszyliśmy   na   poszukiwania   króla   Alonsa,   ale   wszędzie   można   było   spotkać 

pozostałości po wywołanej przez Ariela burzy; moja wyspa stała się jednym wielkim, obcym 
mi labiryntem. Zwodnicze drogi, mylące dźwięki, światła znikąd, muzyka nie wiadomo skąd, 
sprawiły,   iż   krążyliśmy   po   wyspie   godzinami,   nie   znajdując   tego,   którego   szukaliśmy. 
Zmęczeni, zdrzemnęliśmy się też trochę, by nabrać sił przed dalszą wędrówką.

W   końcu   dotarliśmy   do   domu   na   wzgórzach,   gdzie   wszystko   się   rozegrało,   to   jest 

wszystko zostało powiedziane, my spełniliśmy rolę trzech komicznych dodatków do całej 
ceremonii. Ariel rzucił urok na Stefano i Trykula, tak że ci zachowywali się jak pijani głupcy, 
podając tym samym w wątpliwość swoje ostrzeżenia. Król Alonso, otumaniony przez czary 
twojego ojca, prosił o przebaczenie, jednocześnie składając mu hołd. Gdy wstał, chwiejąc się 
na nogach, jak gdyby sam był pijany, uścisnął dłoń Prospera i oświadczył, że całe zło będzie 
naprawione, a winni wszystkim  zbrodniom zostaną  ukarani. Antonio, brat twojego  ojca  i 
uzurpator, był jednym z tych, którzy utonęli podczas burzy, nie było więc innego pretendenta 
do tronu Mediolanu prócz Prospera.

Ale  gdy  tak  krążyłem   dokoła,  zastanawiając  się  nad  całym  tym   nadzwyczaj  wielkim 

tłumem ludzi – a było to coś, czego nigdy nie spodziewałem się zobaczyć – zrozumiałem, że 
moje krzywdy nigdy nie zostaną odkupione.

Po chwili pojawiłaś się ty, Mirando, trzymając się kurczowo młodzieńca o bladej cerze w 

kolorze   koziego   mleka   i   wyrazie   twarzy   nie   mniej   inteligentnym   od   tego,   który   mógłby 
pojawić się na mordzie kozy. Ale to nie wygląd jego twarzy był tym, co pchnęło moje serce w 
czarną otchłań rozpaczy.

Król myślał chyba, że jego syn o kremowej twarzy nie przeżył burzy, gdyż widząc go, 

wydał z siebie okrzyk zdumienia. Wziął go w ramiona, po czym, o dziwo, przytulił także 

background image

ciebie.

– To jest moja Miranda –  odezwał się jego syn Ferdynand.  –  Zostanie moją żoną. Jest 

piękna, miła, i co ważne, jest dziewicą.

– To twoja córka, diuku Prosperze? – spytał zdziwiony Alonso.
– Taak, czysta w każdym calu – odpowiedział twój ojciec. – Odpowiednia panna młoda 

dla księcia. Jeśli twoim życzeniem jest, by się pobrali, podczas podróży powrotnej poczynimy 
niezbędne przygotowania.

– Niestety – rzekł Alonso – nasz statek zatonął. Jesteśmy rozbitkami. Wszyscy.
Prospero pokiwał głową, uśmiechając się szeroko w gąszczu swej brody.
Rozmawiali dalej, ale ja tego nie słyszałem. Widok ciebie obok Ferdynanda był mi solą w 

oku. Szumiało mi w uszach, jak gdyby Ariel znowu przywołał sztorm; upadłem na kolana, 
między Trykulem a Stefano i wydałem z siebie potężny ryk. Ale nikt nie zwrócił na to uwagi. 
Do   zaklętej   pary   marynarzy   nie   docierało   nic,   a   cała   reszta   była   zbyt   zajęta   ceremonią. 
Zaryczałem jeszcze raz i nie zdziwiłbym się, gdyby serce pękło w mojej piersi, zabijając mnie 
jednocześnie. Los miał jednak zamiar rzucić na mnie czar dłuższych cierpień.

Tej nocy odbyło się wielkie przyjęcie. Ariel wyczarował magiczną ucztę, ale tylko na 

kilka godzin. Zastanawiałem się, jak bardzo przykładał się do swej pracy ten diabelski elf: 
niektóre z dań po pewnym czasie wyglądały upiornie, a niejedne zdążyły nawet zniknąć, 
zanim   zostały   napoczęte.   Co   do   innych   potraw,   to   można   by   się   zastanawiać,   czym   tak 
naprawdę były wypełnione.

W każdym razie, nie miało to dla mnie większego znaczenia. Prospero rozkazał, bym mu 

służył. Nie chciałem. Po tym jak Stefano i Trykulo zostali uznani za zdrajców i zakuci w 
kajdany przez ich niewdzięcznego pana, nie obchodził mnie już własny los; leżałem więc jak 
martwy przed domem i za nic na świecie  nie chciałem się stamtąd  ruszyć.  Prospero  był 
wściekły, ale nie rozkazał Arielowi, by ten  „pomógł”  mi wstać. Widocznie bał się ujawnić 
swoim nowym sprzymierzeńcom, w jaki sposób spełniana jest jego wola.

Ty,  Mirando,   miałaś   oczy   utkwione   wyłącznie   w   swoją   nową   miłość,   w   to   okropne 

książątko, dla którego, jak sądzę, już od dawna chował ciebie Prospero jak taką jałówkę. 
Ferdynand obejmował twą szyję i karmił cię własnymi palcami – afekt, który bez wątpienia 
trwał niewiele dłużej niż posiłek wyczarowany przez Ariela  –  a twój ojciec przyglądał się 
temu, promieniejąc z zadowolenia. Dawny pochlebca twojego ojca, niejaki Gonzalo, wznosił 
toast za toastem, zarówno za Prospera, jak i Alonsa i rozkazywał niebiosom cieszyć się z 
pojednania dwóch starych wrogów i z połączenia dwóch szlachetnych rodów.

– A złamcie mi wszyscy kark – mruczałem w ciemnościach. – Ban, Ban, Kaliban.
Pod koniec uczty, Ariel – niewidzialny dla wszystkich, poza mną i Prosperem; twoje oczy 

w   tym   czasie   zajęte   były   wpatrywaniem   się   w   twarz   mlecznego   Księcia  –  wzleciał   w 
powietrze, na komendę wyszeptaną przez twojego ojca.

– Spójrzcie! –  wykrzyknął Prospero.  –  Ostatnia z moich sztuczek, ale wcale nie taka 

background image

błaha! – Pomachał swoją laską.

Nagle tarczę księżyca przecięła ognista smuga, która po chwili rozciągnęła się jak płachta 

i utworzyła na niebie kształt statku. Królewski okręt namalowany ognistymi kreskami, płonąc 
na aksamitnym niebie, kołysał się tak, jak gdyby zaraz miał utonąć.

– Cud nad cudami! – krzyknął Alonso. – To obraz burzy, która zatopiła nasz statek!
Ognisty   statek   pogrążał   się   w   płomiennych   falach,   a   dziesiątki   małych   ogników 

pospiesznie uciekały z jego pokładu. Nagle widzowie oniemieli ze zdumienia; statek powoli 
zaczął znikać, a kiedy już ostatni z żarzących się płomyków zgasł, można było zobaczyć 
bijący znad drzew blask tak delikatny, jak gdyby źródło jego światła znajdowało się gdzieś 
głęboko w oceanie.

– A cóż to, diuku Prosperze? – wykrzyknął młody Ferdynand, przytulając cię troskliwie. 

– Czy twoje magiczne ognie zajęły także las?

– Pójdź za mną, a sam się przekonasz – odrzekł twój ojciec i ruszył w dół, trzymając w 

ręku laskę, która teraz płonęła jak żagiew.

Wszyscy goście podnieśli się i podążyli za nim. Nie chciałem ruszać się z miejsca, w 

którym leżałem skulony, nie miałem bowiem ochoty niczego więcej oglądać. Miałem za to 
nadzieję, że może naprawdę w lesie wybuchł pożar i że zaraz ogień pochłonie mnie, wyspę i 
całą resztę, obracając to wszystko w popiół. Ale oczywiście Ariel i Prospero życzyli sobie, 
abyśmy wszyscy byli świadkami ich wspaniałego tryumfu, więc i ja wkrótce pognałem za 
innymi, popychany i podszczypywany przez jakąś niewidzialną siłę.

Zatrzymaliśmy się na plaży. Wszyscy prócz mnie wpatrywali się przerażeni w ocean, z 

którego głębi rozchodziło się wspaniałe perłowozielone światło, jak gdyby nieobecne słońce 
znalazło się nagle w morskiej otchłani. Blask przybierał na sile. Z rozszalałej wody zaczął 
wynurzać się powoli prawdziwy królewski okręt, który w końcu osiadł na falach. Morska 
piana ociekała z jego wielkich żagli. Blade światło błądziło po masztach. Tu i ówdzie wisiały 
zaplątane w liny sine ciała topielców.

– Oto twój okręt – rzekł Prospero do króla i ukłonił się jak ktoś, kto właśnie wyświadczył 

drobną,   acz   znaczącą   przysługę.  –  Możemy   popłynąć   z   powrotem   do   Neapolu.   Jestem 
ponownie władcą Mediolanu i wyrzekam się na zawsze czarnej magii.

Mówiąc to, nakreślił na piasku jakiś znak – znak, którego oszołomieni pojawieniem się 

statku ludzie, nie mogli zauważyć. Ale ja, być może wyłącznie ja, usłyszałem głośną salwę 
śmiechu,   odbijającą   się   echem   po   całym   wybrzeżu   i   zobaczyłem,   jak   ze   szczytu   masztu 
zeskoczył mały, płonący kształt, który w mgnieniu oka zniknął w deszczu złotych iskierek. Po 
chwili coś przemknęło obok mnie, a siła pędu powaliła mnie z nóg. Dosłyszałem tylko echo 
rozlegające się za tym podążającym ku wolności czymś, powtarzało z drwiną tych kilka słów:

Znaleźć nowego pana,

Nowego człowieka!

background image

Gdy leżałem na ziemi, wydostałaś się ze zbitego tłumu i podeszłaś do mnie. Miałaś na 

sobie swoje najlepsze szaty; ja okryty byłem szmatami i błotem, a całą głowę oplatały mi 
gałązki wrzośca.

– Kaliban?
Odwróciłem głowę do tyłu.
–  Mój ojciec jest surowym człowiekiem, ale nie okrutnym. Powiedziałam mu, że bunt 

twój wynikał z bezmyślności. I on ci przebacza.

Zacisnąłem   pięści,   ale   nie   powiedziałem   słowa.   Chciałem,   byś   już   sobie   poszła   i 

zostawiła mnie w spokoju.

–  Nikt cię nie będzie karał. Wyspa znów będzie twoja, jeśli tego sobie życzysz.  My 

wracamy   do   Neapolu   wraz   z   królem   Alonso.   –  Wyczułaś   złość   w   moim   milczeniu,   bo 
dodałaś:  –  Mógłbyś przynajmniej cieszyć się moim szczęściem, Kalibanie. Bardzo kocham 
Ferdynanda i znajdę się niedługo w miejscu, w którym się urodziłam. To będzie dla mnie 
całkiem nowy świat!

–  Tak, to naprawdę musi być nowy wspaniały świat, gdzie żyją takie istoty jak te  – 

mruknąłem. – Jedź sobie, jedź! To odpowiednie miejsce dla kogoś takiego jak ty.

Odwróciłaś się i odeszłaś. Od tamtej chwili aż do dzisiejszej nocy nie zamieniliśmy ze 

sobą słowa. Nie dane mi było nawet porządnie się rozzłościć z rozpaczy. Gdy czołgałem się w 
stronę lasu, usłyszałem za sobą kroki. Po chwili czarne buty twojego ojca zastąpiły mi drogę.

– Obchodziłem się z tobą dość szorstko w przeszłości, Kalibanie, ale to tylko dla twojego 

dobra. Teraz otwiera się przed tobą wolna przyszłość.

– Odejdź, szaleńcze! – krzyknąłem. – Zostaw mnie w spokoju!
Zawahał się przez chwilę, ale w końcu odwrócił się i pomaszerował ku plaży. Leżałem 

skulony,   szlochając,   ale   słyszałem,   jak   się   zatrzymał.   Schowałem   głowę   w   ramionach   i 
włożyłem palce do uszu, ale i tak dotarły do mnie jego ostatnie, straszliwe słowa.

– Na swój sposób, dzikusku, kochałem cię. Po chwili już go nie było.

background image

Część trzecia

Neapol Rano

background image

ODEJŚCIE

Wyrywała się, ale jego ciemne palce zaciśnięte były mocno. Twarz miał przysuniętą do 

jej ucha, jak gdyby chciał ją całować albo gryźć. Od pewnego czasu nie podnosił już głosu, 
tylko szeptał.

Miranda oddychała ciężko, siedząc z otwartymi ustami i wytrzeszczonymi oczami. Nagle 

uścisk na jej szyi rozluźnił się. Zaczęła kaszleć, trąc przy tym zaczerwienioną skórę.

– Nie słuchałaś uważnie – powiedział. – Przepraszam, jeśli zrobiłem ci krzywdę.
Przestraszona, sapała ze złości, wykrzywiając się z bólu.
– Przepraszasz mnie za to, że zadałeś mi ból, a w każdej chwili jesteś gotów mnie zabić? 

Ty jesteś obłąkany!

Zamknął na moment oczy.
– Nie przybyłem tu po to, by cię torturować, ale byś mogła mnie posłuchać. To, co zrobię 

na końcu, będzie szybkie i prawie bezbolesne. Obiecuję ci to.

Opadła ponownie na poduszki.
– Tak... tak ciężko to słyszeć. Pospiesz się i zrób to, co masz zrobić.
– Jeszcze nie skończyłem. – Trzymał swoje wielkie, powykrzywiane palce przed oczami, 

przyglądając się im bacznie, jak gdyby dziwił się, że należą do niego. – Jest jeszcze coś, o 
czym muszę ci opowiedzieć.

Ty i cała reszta odpłynęliście o świcie. Wróciłaś z Prosperem do Mediolanu i czekałaś, aż 

zakończą się przygotowania do twego ślubu z księciem. Później, gdy stary Alonso opadł z sił, 
podążyłaś za swoim nowym panem i władcą do jego rodzinnego domu w Neapolu. Ty o tym 
oczywiście wiesz, ale ja dowiadywałem się stopniowo, układając całość z kawałków rozmów. 
Najwięcej   opowiedzieli   mi   starzy   marynarze   i   inni,   którym   nie   przeszkadzała   brzydota 
pijącego z nimi kompana, jeśli to on płacił za wino... albo jeśli je kradł, co też się zdarzało.

To, czego nie wiesz i co cię zapewne mało obchodzi, to to, co ja robiłem przez wszystkie 

te lata...

Rozbite   serce   sprawiało,   że   na   początku   nie   mogłem   poradzić   sobie   z   samym   sobą. 

background image

Jadłem,   włóczyłem   się   po   pustej   plaży,   śpiewałem   niebu,   które   wcale   nie   raczyło   mnie 
słuchać. Ale gdy miesiące ułożyły się w rok, a potem w lata, cisza zaczęła mnie powoli 
zabijać.

Pomyślisz pewnie, iż to dziwne, że mówię o wyspie jako o miejscu pogrążonym w ciszy: 

a te piskliwe odgłosy małp, świergotanie ptaków, szum wiatru, huczące nieprzerwanie morze? 
Ale   ja   zdążyłem   się   już   przyzwyczaić   do   ludzkiej   mowy,   Mirando.   Nie   ma   bardziej 
przerażającej  ciszy od tej,  która nastaje  wówczas, gdy ktoś milknie  i zabraknie drugiego 
człowieka, którego można by posłuchać albo też zaopiekować się nim.

Dwadzieścia   lat,   Mirando.   Dwadzieścia   niewymownie   długich   lat.   Były   chwile, 

przysięgam, kiedy tęskniłem nawet za tym okropnym brzęczeniem Ariela, by przypomniał 
mi, że to wszystko naprawdę się zdarzyło... by przerwał ciszę. Twój ojciec powiedział, że 
oddaje mi moją wolność. O duchy! Jakie miał w ogóle prawo, by mnie jej pozbawić, a co 
dopiero, by zamieniać niewolę na gorszą pokutę.

Zabraliście   mi   moją   niewinność.   Ukradliście   mi   moją   wyspę,   ale   nie   tylko   w   sensie 

materialnym. Za sprawą waszych słów, waszych nazw, waszych pomysłów, nawet za sprawą 
samej   waszej   obecności   odebraliście   mi   miejsce,   w   którym   spędziłem   całe   moje   życie   i 
zamieniliście je w coś, co było poza moim zasięgiem. W ciągu tego dwudziestolecia niedoli i 
samotności, kiedy to zostawiliście mnie na wyspie jak wygnańca, nigdy już nie poczułem się 
na niej jak w domu. Wszystko bowiem miało swoje imię, a każde z nich było sztucznym 
wytworem   myśli   Prospera   i   Mirandy.   Wszystkie   miejsca   przywodziły   mi   na   myśl   was, 
wydawało się, że są zamieszkane przez duchy twoje i twojego ojca. Nawet sposób, w jaki 
myślałem o domu swojego dzieciństwa, zmienił się nieodwracalnie. Ukradliście mi to – niech 
was diabli wezmą! Niech was diabli! Pozbawiliście mnie wszystkich rzeczy, które były moje 
– wyspy, serca, życia – i odpłynęliście.

Być   może   najbardziej   okrutny   jest   fakt,   iż   zaraziliście   mnie   waszą   mową,   po   czym 

beztrosko zostawiliście samego, bym spędził resztę życia w głuchej, grobowej ciszy.

Czy zdziwi cię więc, że kiedy w końcu jakiś statek zakotwiczył w pobliżu wyspy, a jego 

załoga udała się w głąb lądu w poszukiwaniu owoców, mięsa i świeżej wody, podpłynąłem 
nocą do okrętu i wdrapałem się na pokład? Nie było łatwo ukrywać się przez całą, długą, 
morską podróż, ale okazało się, że jeśli bardzo tego pragnę, to mogę być prawie niewidzialny. 
Przez te dwadzieścia lat jedyną myślą, która podtrzymywała mnie na duchu, była myśl o 
zemście.

Dziwisz się pewnie, że udałem się do Mediolanu w poszukiwaniu twojego ojca, by zabić 

go tymi rękami? Niełatwo było go znaleźć, Mirando – nie wiedziałem zbyt wiele o waszym 
świecie, gdy dotarłem do jego brzegów, teraz wiem zresztą niewiele więcej  –  ale w moim 
wnętrzu palił się i pali ogień, którego nie można ugasić. Ale cokolwiek bym robił, nigdy nie 
wyrządziłem krzywdy komuś, kto sam nie miał takich intencji, i nigdy nikogo nie zabiłem. 
Czy mógłbym po tylu cierpieniach sam wykorzystywać niewinnych ludzi, jak to zrobił twój 

background image

ojciec z owymi marynarzami, utopionymi i wyrzuconymi na brzeg?

Szukając twojego ojca, a później ciebie, poznałem wasz świat na tyle, by móc stwierdzić, 

iż nie  chciałbym  być  jego  częścią. Obrazki  w  księgach  Prospera  kłamały. Świat nie  jest 
piękny i zaskakujący: jest podły. Jest zepsuty do cna. Rysunek węża nie ukazał bowiem tego, 
że jego jad przenika aż do samych żył.

Więc jak tylko skończę to, co mam zamiar zrobić, wracam na wyspę. Mimo iż tak bardzo 

ją zniszczyliście, ona jednak wciąż jest dla mnie domem  – jedynym, jaki jestem w stanie 
ogarnąć. Wiem, jaki statek może mnie tam zabrać, a jeśli będę musiał podróżować znowu 
razem z rybami, to czym to jest dla potwora?

Przerwał,   dysząc   ciężko.   Jego   dłonie   błądziły   po   ramionach   Mirandy,   po   czym   jak 

wielkie pająki usadowiły się po obu stronach jej szyi.

– Świt się zbliża. Wartownicy pewnie zaczęli już szukać brakującego towarzysza. Twój 

ojciec zdążył mi się wymknąć, Mirando, ale tobie to się nie uda.

Łza spłynęła po jej twarzy, zatrzymując się dopiero na brodzie.
–  A więc zabijesz mnie? Po tym,  jak mi o wszystkim opowiedziałeś?  –  Jej głos nie 

wydawał się przestraszony, a jedynie zmęczony.

–  Jeśli   ma   być   na   tym   świecie   jakaś   sprawiedliwość,   to   nie   mam   innego   wyjścia  – 

odpowiedział. – Żałuję, że tak musi być, ale...

Palce  zacisnęły się mocniej na jej  szyi.  Głośno  złapała oddech. Mięśnie jego ramion 

napięły się pod skórą. Gdzieś z głębi komnaty dobiegł cichy, trzepoczący odgłos, jak gdyby 
ptak   uderzał   skrzydłami   o   zasłonę.   Podniosła   ręce   i   złapała   go   za   nadgarstki.   Bardzo 
delikatnie.

–  Nie... Nie potrafię w ten sposób.  –  Wyrwał poduszkę zza jej głowy.  –  Myślałem, że 

będę chciał widzieć twoje oczy, gdy nastąpi koniec, Mirando, ale teraz wiem, że jednak nie. – 
Wdrapał się na łoże i siadając na niej, przygniótł jej ręce i nogi, po czym przyłożył poduszkę 
do jej twarzy. – Zachowam sobie w pamięci inny obraz ciebie, myślę...

– Przestań!
Głos dochodził jakby z daleka. Wiszący obok drzwi gobelin poruszył się, po chwili jeden 

jego róg oberwał się i odgiął, ukazując bladą postać wydostającą się na zewnątrz.

– Nie, proszę, nie rób jej nic złego.
Potwór oniemiał ze zdumienia. Młoda dziewczyna podbiegła do łoża i z łatwością zdjęła 

jego dłonie z poduszki, po czym odłożyła ją na bok i płacząc, wtuliła głowę w piersi swej 
matki.

– Giulietto – westchnęła matka. Po raz pierwszy od dłuższego czasu jej głos był pełen 

uczucia. – Co ty na Boga tu robisz? Uciekaj, córko, uciekaj!

Wyciągnął swą ciemną rękę. Jego dłoń zacisnęła się na szyi Giulietty... ale delikatnie.
– Od jak dawna podsłuchujesz? – warknął.

background image

– Czy to prawda? – Giulietta żądała odpowiedzi, wpatrując się załzawionymi oczami w 

swą matkę. – Czy to wszystko prawda?

Miranda szlochała.
– Dobry Boże, dlaczego musiałaś tu przyjść?
– Ja... Nie mogłam spać. Złe sny. Przyszłam do ciebie, by porozmawiać, ale schowałam 

się, gdy usłyszałam głosy. Czy to prawda, mamo? To, co on mówił?

Matka nie była w stanie odpowiedzieć.
–  Dość!  –  zacisnął mocniej palce i podciągnął dziewczynę do góry. Jego głos brzmiał 

płasko i szorstko.  –  Nie zabijam niewinnych,  ale łzy prosięcia nie mogą przeszkodzić w 
egzekucji   lochy.   Przykro   mi,   że   będziesz   musiała   to   oglądać.   Będzie   to   kara   za   to,   że 
podsłuchiwałaś.

Miranda podniosła się, bezskutecznie waląc pięściami w ramiona Kalibana.
– Nie krzywdź jej! Ona niczego nie zrobiła!
– Tak jak i ja niczego nie zrobiłem, a karano mnie, głupia kobieto – warknął. – I tak jak ty 

niczego nie zrobiłaś, gdy Ariel i twój ojciec znęcali się nade mną każdego dnia. Różne są 
rodzaje bezczynności. – Pchnął ją gwałtownie. – Powiedziałem przecież, że jej nie zabiję. Czy 
ty nigdy nie słyszysz, co się do ciebie mówi? Czy może tyle lat życia w kłamstwie uczyniło 
cię głuchą na wszelką prawdę?  –  Trzymał  poduszkę nad jej głową.  –  Słyszała,  co ty mi 
zrobiłaś, a teraz zobaczy, jak wymierza się sprawiedliwość. Jak będzie już po wszystkim, 
podzieli los starego wartownika, będzie musiała się trochę zdrzemnąć. Miranda zamknęła 
oczy.

–  Boże! Niech się stanie to, co ma się stać. Nie rób jej krzywdy, Kalibanie. Jak sam 

powiedziałeś, ona jest niewinna.

Giulietta próbowała oderwać jego rękę od poduszki.
– Nie zabijaj mojej matki!
– Nie ma dla niej innej pokuty, dziecko.
– Weź mnie.
– Nie! – Miranda ponownie zaczęła się szarpać.
– Zamilczcie obie! – Pociągnął córkę i pchnął ją na bok. – Ty także nieuważnie słuchasz, 

dziecko, jeśli wydaje ci się, że mógłbym zabić albo skrzywdzić ciebie. Idź, uciekaj. Zdążę to 
zrobić, zanim sprowadzisz pomoc.

– Nie, zabierz mnie z sobą. Ocal moją matkę. Zabierz mnie z sobą!
Po  tych   słowach  w  komnacie  zapanowała  cisza;   przez  długą  chwilę  płomienie   świec 

zdawały się trwać w bezruchu.

Zmrużył oczy.
– Co ty mówisz? Co za szaleńcza myśl...
– Zabierz mnie na wyspę. Będę tam żyć razem z tobą. – Usiadła, ocierając łzy z twarzy. – 

Tutaj mogę jedynie wyjść za mąż za Ursina i niańczyć jego dzieci przez całe życie. Weź mnie 

background image

ze sobą na wyspę. Będę twoim sługą. Dług zostanie spłacony.

–  Nie! Giulietto, mój króliczku! Ty oszalałaś, nie wiesz, co mówisz! On jest... on jest 

bestią! Ty nie wiesz, co mówisz! – Miranda wyciągnęła ręce jak szpony w stronę swej córki, 
ale dziewczyna ześlizgnęła się z łoża i stanęła obok.

–  Zrobię to.  –  Odwróciła się i spojrzała na niego; jej wargi drżały.  –  Zrobię to. Jeśli 

ocalisz moją matkę, będę ci towarzyszyć. Słuchałam cię przez całą noc. Uważam, że wcale 
nie jesteś potworem, ale człowiekiem. –  Rozłożyła błagalnie ręce.  –  Słuchałam. I pójdę z 
tobą.

–  Nie zwracaj  na nią uwagi, Kalibanie  –  prosiła usilnie Miranda.  –  Zabij mnie, jeśli 

musisz! Ale nie zabieraj jej. Ona jest tylko niemądrym dzieciakiem i nie wie, co mówi!

Gdy wielka, ciemna głowa obracała się raz w stronę córki, raz w stronę matki, z dołu z 

dziedzińca zamkowego dobiegł stukot i stłumione dźwięki ludzkich głosów.

– Ciekawe – mówił powoli. – Ona jest taka sama jak ty, zanim zachłanne ręce twojego 

ojca   wycisnęły   z   ciebie   radość   życia.  –  Odwrócił   się   w   stronę   Giulietty.  –  Mówisz,   że 
będziesz moją towarzyszką? To nie będzie takie łatwe. Odnalezienie drogi na wyspę może 
trwać wiele miesięcy, a sama podróż może być bardzo ciężka. Życie na wyspie też nie jest tak 
proste,   jak   sobie   to   pewnie   wyobrażasz.   Mieszkałaś   dotąd   w   wielkim   domu,   byłaś 
rozpieszczana i całowana, obdarowywano cię wspaniałymi strojami i podawano wystawne 
posiłki. Cena, jaką zapłacisz, będzie bardzo wysoka, nawet jak za ocalenie swej matki.

Spojrzała na niego z taką samą iskierką gwałtowności, jaka kiedyś błyszczała w oczach 

jej dziadka.

–  Nie robię tego po to, by ocalić moją matkę od śmierci... choć oczywiście bardzo ją 

kocham i chciałabym wciąż widzieć ją wśród żywych. Chcę z tobą odejść dla samej siebie. 
Wyłącznie.

Odrzucił głowę do tyłu i parsknął śmiechem.
–  Ha! Poświęcenie, ucieczka, zemsta, czyż nie tak? Myślę, że węże na mojej wyspie 

lepiej by zrobiły, nie wchodząc ci w drogę, dziewczyno. – Zamilkł na chwilę; z dziedzińca 
wciąż dochodziły podniesione głosy. – Dobrze więc – powiedział w końcu, podnosząc się, i 
wskazał ręką na wielką skrzynię z drewna cedrowego, stojącą naprzeciwko alkowy po drugiej 
stronie komnaty. – Wybierz sobie odpowiednią garderobę na długą podróż. Jestem pewien, że 
twoja matka ma strojów w nadmiarze. Szybciej!

Dziewczyna   spoglądała   na   matkę   niepewnym   wzrokiem,   ale   po   chwili   ruszyła   jak 

lunatyczka w stronę kufra.

Kaliban odwrócił się w kierunku łoża, ugiął swoje wykrzywione kolana i ukłonił się 

drwiąco.

– Zdaje się, że twoja egzekucja została odroczona, moja piękna Mirando. Może wydać ci 

się to dziwne, ale czuję ulgę.

Giulietta walczyła z owijającymi ją narzutami i kocami, próbując się podnieść.

background image

– Ale przecież ty nie... nie mógłbyś...
– Właśnie tak. Zrobię to.
–  Proszę!   Nie   możesz   być   tak   okrutny!   –  Stanęła   na   łożu   i   trzymając   się   słupka 

podtrzymującego, szamotała się gwałtownie. – Proszę! Nie możesz zabrać mi córki!

–  Niby   dlaczego?   Ty   zabrałaś   mi   prawie   całe   moje   życie.   Poza   tym   okrucieństwa 

nauczyłem się dość późno, a teraz mam wystarczające pole do popisu, by odwdzięczyć się w 
ten sam sposób tym, którzy mnie go nauczyli.

Wychyliła się do przodu i złapała go za ramię.
– Nie miałam zamiaru cię skrzywdzić, Kalibanie! Nie rozumiałam, jak bardzo cierpisz...
– Nie? Byłaś świadomie obojętna.
–  Może! –  Miranda rozpłakała się  –  Tak! Tak! Byłam. Ale ja się bałam. Byłam tylko 

dzieckiem, Kalibanie, tylko dzieckiem! Nie sprawiało mi radości to, że byłeś źle traktowany, 
ale jak mogłam przeciwstawić się ojcu?

Przyglądał jej się bacznie przez moment; mięśnie jego szyi i rąk napięły się mocno, jak 

gdyby  z  trudem  powstrzymywał  się  przed  atakiem  furii.   Ale gdy  przemówił,   jego  słowa 
zabrzmiały łagodnie.

– Czy to się nigdy nie skończy? Czy ciemnota może być przekazywana z pokolenia na 

pokolenie jak rodzinna scheda? – Chwycił ją za ramiona i przyciągnął do siebie prawie tak 
blisko, jak robi to kochanek. Zaczęła osuwać się na niego, ale przytrzymywał ją mocno.  – 
Jeśli Bóg zsyła z nieba piorun, by spalił twój dom, to czy dziękujesz mu za to, wielbisz go i 
do końca żyjesz w popiele i zgliszczach? Czy raczej uprzątasz gruz i budujesz sobie nowy 
dom?

– Ja... Ja cię nie bardzo rozumiem.
– A ja myślę, że rozumiesz, Mirando. Pewnego dnia, w pewnym miejscu trzeba w końcu 

wziąć na siebie odpowiedzialność.

Odepchnął ją delikatnie i podszedł do okna, owijając ramiona peleryną.
Upadła na kolana.
–  Boże!  –  jęknęła.  –  Więc już nic nie mogę zrobić. Zabierzesz ją ze sobą. Stracę moją 

córkę.

– Wydaje mi się, że już ją straciłaś. To prawda. Będziesz cierpieć i będziesz żałować. Ale 

masz przynajmniej coś na pocieszenie: ona sama tego chciała. To lepsze niż nic, prawda?

Miranda nie odpowiedziała, kryjąc twarz w dłoniach.
– Chodź, dziecko! – zawołał. – Na nas czas. Zmiana warty już się odbyła i pewnie zaczęli 

szukać tego, który przepadł.

Dziewczyna   opuściła   wieko   kufra   tak,   że   zamknęło   się   z   trzaskiem.   Miała   na   sobie 

czarny, ciężki płaszcz, a na jej twarzy malował się niepokój i determinacja.

– Już?
Potwór pokiwał głową, po czym pchnął okrytym ramieniem okienną szybę. Nie kończący 

background image

się deszcz szkła runął w dół, dzwoniąc o położony niżej dach. Kiedy nie było już szkła w 
oknie, wybił ostrożnie drewnianą kratkę. Zimny powiew wiatru wślizgnął się do komnaty; 
cień płomieni kandelabru poruszał się niespokojnie.

– Lepiej będzie, jeśli wymyślisz jakieś kłamstwo, Mirando – powiedział. – Inaczej, ktoś 

zostanie zmuszony, by za nami podążać. Nie chciałbym krzywdzić niewinnych, ale nie mogę 
ponownie dać się złapać i być traktowany jak bestia – przybrał pogardliwy ton. – Myślę, że 
komuś   tak   biegłemu   w   tej   miejskiej   sztuce,   sfałszowanie   faktów   nie   sprawi   większego 
problemu. W każdym razie, możesz wyjawić im wszystkie szczegóły z wyjątkiem tego, że 
wiesz, kto jest porywaczem i gdzie ma zamiar zabrać twoją córkę.  –  Przerwał na chwilę, 
obserwując   ją   klęczącą   na  zimnej   posadzce.   –  Pamiętaj,   Mirando,   nieważne,   czy   jestem 
bestią, czy człowiekiem. Jestem tym, kim wy mnie uczyniliście. Nie żal mi ciebie. Ale jesteś 
matką, a nawet i ja miałem kogoś takiego, powiem ci więc, że...

Zbliżył się do okna i skinął na Giuliettę. Zawahała się przez moment, po czym podbiegła i 

rzuciła się w ramiona Mirandy. Na chwilę wtuliła swój wilgotny policzek w matczyny, ale 
zaraz wyrwała się z jej zachłannego uścisku. Stanęła, obok ciemnej postaci, trzęsąc się.

– O mój Boże – wyszeptała Miranda. – Chciałabym... Chciałabym...
Podniósł rękę.
– Posłuchaj. Będę traktował ją z takim samym szacunkiem, dobrocią, miłością jak kiedyś 

ciebie. Przyrzekam  na  wszystkie  duchy mojej wyspy.  –  Spojrzał  w dół  na mały,  drobny 
kształt, stojący koło niego.  – A teraz nadszedł czas próby. Jeśli jestem potworem, którego 
stworzył nie kto inny tylko ty i twój ojciec, to natychmiast biegnij, pootwieraj drzwi i wołaj o 
pomoc. Bo przecież jeśli jestem zwierzęciem, to nie można mi ufać; oddanie ukochanego 
dziecka na pewno zakończyłoby się gwałtem i morderstwem. – Wziął Giuliettę pod ramię i 
wychylił   się   przez   wybite   okno.  –  Jeśli   jestem   tym,   za   kogo   uważał   mnie   twój   ojciec, 
cokolwiek   zrobisz,   będziesz   niewinna.   Jeśli   naprawdę   jestem   bestią,   to   wszystko,   co 
powiedziałem ci tej nocy, jest jednym wielkim zmyślonym przeze mnie kłamstwem, złym 
snem, i ze spokojem możesz wysłać swoich żołnierzy, by zabijając mnie, ocalili twą córkę. I 
wtedy będziesz sypiać z czystym sumieniem. – Pomógł dziewczynie przejść przez okno, po 
czym bez wysiłku umieścił ją pod swym ramieniem. Jej płaszcz unosił się na wietrze. Teraz 
wydawała się lekko przestraszona, ale splotła swe ręce na jego szyi i nie odezwała się więcej. 
–  A jeśli to wszystko nieprawda, to daj nam tyle czasu, ile będą się jeszcze palić świece, 
byśmy zdążyli uciec.

Miranda odkryła twarz. Była blada i miała zaczerwienione oczy.
– Tak, córko Prospera – zamruczał. – Tak. – W półmroku świec widać było jedynie błyski 

jego żółtych, sowich oczu. – To była długa noc. Żegnaj!

Miranda otworzyła usta, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, opuścił się po murze i 

oboje zniknęli.

Zawołał z dołu ledwo słyszalnym głosem:

background image

– Nauczę ją tańczyć, Mirando!
Stała jeszcze długo, wpatrując się w falującą zasłonę w rozbitym  oknie, aż w końcu 

świeca zgasła i komnatę ponownie spowiły ciemności.


Document Outline