background image

WALTER  JON  WILLIAMS

KLEJNOTY KORONNE

Tytuł oryginału:

The Crown Jewels

PRZEŁOŻYŁA: GRAŻYNA GRYGIEL

Wydawnictwo MAG 2000

background image

DLA JOHNA I BETH

Był już najwyższy czas!

background image

Żadna zbrodnia nie jest wulgarna,

ale wszelka wulgarność jest zbrodnią.

Oscar Wilde

background image

ROZDZIAŁ 1

Drake Maijstral, w miękkich skórzanych butach na koturnach, szedł bezszelestnie przez salę 

balową Peleng City.

Chód miał lekki - atrybut zawodu.

Wysoko   pod   sufitem   unosiły   się   ideogramy   „Długiego   życia"   i   „Witajcie,   podróżni". 

Barwne hologramy oświetlały pokój jaśniej niż zwykle, by zapewnić dobry widok licznym kulom 

medialnym,   dryfującym   nad   zgromadzeniem.   Poszczególne   osoby   -   ludzie   i   nie-ludzie   - 

indywidualnie reagowali na tę nieoczekiwaną jasność. Niektórzy woleli, by ich interesy pozostały 

nieznane - ci kulili się w cieniu i cicho coś mówili, z twarzami zwróconymi ku ścianie. Inni, 

przeciwnie, chcieli się pokazać - przechadzali się pod kulami lub unosili w polu antygrawitacyjnym 

w nadziei, że jakaś kula raczy przeprowadzić z nimi wywiad.

Niektórzy paradowali w pełnym blasku, ale peszyli się, widząc, że są obserwowani. Inni 

usiłowali   zachowywać   się   normalnie   i   w   końcu   zadawali   sobie   pytanie:   „Co   w   istocie   jest 

normalne, zwłaszcza w tych warunkach?".

Maijstral   nie   należał   do   żadnej   z   tych   grup.   Wytrenowano   go,   jak   zachować   tupet   w 

nietypowych okolicznościach, był przyzwyczajony do zainteresowania mediów i choć prowadził 

biznes nie całkiem legalny, nie miał ochoty chować się po kątach i mamrotać.

Większość   gości   przyjęła   postawę   formalną:   barki   ściągnięte,   biodra   zwarte,   kręgosłup 

lekko wygięty, lecz sztywny. Ta postawa, naturalna u Khosalikhów, od ludzi wymagała treningu.

Maijstral   potrafił   przydać   jej   sprężystego   wdzięku.   Był   niecałe   dziesięć   centymetrów 

wyższy od przeciętnego człowieka, ale wydawał się znacznie roślejszy. Jego dziełem było również 

ubranie, które bardzo umiejętnie wykorzystywało wymaganą przez Wysoki Obyczaj dwubarwność: 

czerń - kolor żałoby ludzi - i biel - kolor żałoby Khosali. Niewiele nosił biżuterii - jedynie srebrne 

spinki, podtrzymujące z tyłu długie brązowe włosy, i wielki diament na palcu. Jego oczy miały 

barwę   przyjemnej,   łagodnej   zieleni,   a   wpółprzymknięte   powieki   nadawały   twarzy   wyraz 

rozleniwienia. Wyglądał na dwadzieścia parę lat.

Maijstral   podszedł   do   wysokiego,   eleganckiego,   starszego   mężczyzny,   który   samotnie 

przechadzał się po sali. W jednym jego oku tkwiło szkło. Mężczyzna skórę miał czarną, mankiety i 

buty czerwone.

- Etienne.

Człowiek ten należał do trzystu ludzi noszących jedynie imię.

background image

- Maijstral, jak miło.

W   formalnym   powitaniu   wzajemnie   powąchali   sobie   uszy.   Woskowane   wąsy   ukłuły 

Maijstrala w policzek.

- Widzę, że nadal jesteś w żałobie - stwierdził Etienne.

- Mój ojciec nadal nie żyje - odparł Maijstral.

Mówił  w   wysoko-khosalijskim. Większość  ludzi  dość  łatwo   potrafiła  opanować   dziwną 

intonację i samogłoski nosowe, ale treningu wymagało właściwe stosowanie zmiennej składni, w 

której struktura każdego zdania stanowiła komentarz do poprzedniej wypowiedzi, akapitu czy myśli 

i nawet jedna skomplikowana fraza ustanawiała związek tematu rozmowy ze stanem wszechświata 

jako całości.

- Pamiętam, że przed rokiem słyszałem wiadomość o śmierci twego ojca. Jak rozumiem, nie 

ma nadziei na poprawę?

- Nie. Ciągle posyła mi listy, narzekając na swój stan.

- Zmarli potrafią być prawdziwym ciężarem. Ale do twarzy ci w żałobie, Maijstral.

- Dziękuję. A ty wyglądasz jak zwykle elegancko. Mam jednak wątpliwości, czy pasuje ci to 

szklane oko. Nie jesteś dość leciwy na podobną afektację.

Etienne zniżył głos.

- To tylko kosmetyka. Na Heath Minor Pearl Woman wyzwała mnie na pojedynek i trafiła 

mnie w oko. Niech to, poślizgnąłem się. Nadal mam siniaki wokół implantu. - Przerwał na chwilę, 

jakby zmieszany. — Nie słyszałeś o tym?

- Chyba nie. Właśnie skończyłem długą podróż i nie jestem na bieżąco.

- Aha. - Etienne uspokoił się. - Oto moje ramię. Proszę ze mną. Obywatele są tu nieco 

płochliwi.

Maijstral   zrównał   krok   z   Etiennem.   Miejscowi   rozstępowali   się   przed   nimi   z   niejaką 

rewerencją.

- Nie dziwi mnie to - powiedział Maijstral. - Kiedy ostatnio byli tu członkowie Diademu?

- Czterdzieści standardowych. Patrząc na to miasto, wiem, dlaczego.

Maijstral dyplomatycznie milczał. Powinien podziękować swym nauczycielom, że nawet 

nie musiał spojrzeć w górę, by się przekonać, czy któraś z kul medialnych podsłuchała jego uwagę.

Etienne szedł dalej; wypowiedziane zdanie świadczyło o irytacji.

- Nie chodzi o samo przyjęcie, ale o tę gorliwość, o ile wiesz, co mam na myśli. Za wiele 

hołdów.

- Wkrótce poczują się swobodniej w twoim towarzystwie. Jestem tego pewien.

- Drogi Maijstralu, nie chcę, by czuli się swobodnie. Nie chodzi o to, bym był ich sąsiadem - 

mam być bogiem.

background image

Wzruszywszy ramionami,  Maijstral  pomyślał:   „Każdemu,  kto  dostał  rapierem  w   oko,  a 

potem przekonał się, że jego stary znajomy nie słyszał o tym wypadku, można wybaczyć pewną 

drażliwość, choćby niezbyt stosowną do sytuacji".

-  W   takim   razie   należy   ci   się   tylko   cześć   -   powiedział.   -   Smakuj   ją,   to   zapłata,   jaką 

otrzymują bogowie. - Wyraził to trudną frazą, łącząc temat z warunkami istnienia.

Etienne nie był aż tak zirytowany, by nie zauważyć, kto tu zdobył punkt, ale z wdziękiem 

odzyskiwał pozycję. Skłonił się wysokiej blondynce, która podchodziła do nich leniwym krokiem.

Elegancka, w niebiesko-srebrnym ubraniu, nie wyglądała na swoje trzydzieści dwa lata.

- O, Nichole. Maijstral właśnie o ciebie pytał.

Rozsiewała   wokół   siebie   zapach   -   zapach   znajomy,   który   uderzył   go   jak   jedwabna 

rękawiczka.

- Pani, jestem zachwycony. - Maijstral przesunął wargami po dłoni kobiety, dopiero potem 

powąchał   jej   uszy.   Była   blada,   wyższa   od   niego.   Podobnie   jak   Etienne,   miała   tylko   imię. 

Uśmiechnęła się do Maijstrala.

-   Drake,   jak   miło   cię   spotkać   po   tak   długim   czasie.   Dobrze   ci   w   żałobie.   -   Mówiła 

standardowym ludzkim.

- Dziękuję. I jeszcze raz ci dziękuję za bilecik po śmierci mego ojca.

- Jak on się ma?

Kule medialne zaczęły się przepychać nad głową Nichole.

Etienne prosił o wybaczenie - musiał się pożegnać – powąchał im uszy i odszedł. Nichole 

wzięła Maijstrala za rękę. Ta bliskość przywoływała dawną intymność, zapowiadała nowe nadzieje. 

Złączeni, szli przez salę balową. Przynajmniej pięćdziesięciu mężczyzn się wściekło i w myślach 

natychmiast zamordowało Maijstrala.

- Etienne był chyba zdenerwowany tym, że nie słyszałem o jego pojedynku.

- Wiesz, jego akcje spadały. To wymusiło affaire de coeur z protegowaną Pearl Woman, 

potem affaire d'honneur z samą Pearl. A w konsekwencji - nowe oko. Głupia sprawa. W ciągu 

dwunastu miesięcy drugi pojedynek między członkami Diademu.

Pearl Woman była wściekła.

- Powiedział mi, że się poślizgnął.

- Niewykluczone. Miejmy nadzieję, że wyleczy go to z wojowniczości. Pojedynki mogą 

wejść w nałóg, samobójstwo na szczęście nie.

Nawet Khosali, którzy ponownie wprowadzili do ludzkości bliźniacze mody na pojedynki i 

samobójstwa,   mieli   mieszane   uczucia,   co   do   tych   elementów   Wysokiego   Obyczaju.   Istnieje 

khosalijskie powiedzenie: „Każdy głupiec potrafi zginąć w pojedynku".

background image

(Podobną   maksymę   mają   na   temat   samobójstwa).   Nichole   swoim   komentarzem   -   choć 

wypowiedzianym   w   standardowym   ludzkim,   który   nie   oddawał   trybu   kontekstowego   wysoko-

khosalijskiego - potrafiła jednak tonem przekazać sens tej sentencji, nie wypowiadając jej explicite.

Niuanse, niuanse. Kule medialne to uwielbiały.

- Czy Roman ma się dobrze?

- Roman jak Roman - odparł Maijstral z uśmiechem. - Ucieszy się, gdy mu powiem, że o 

niego pytałaś, ale ucieszy się sekretnie.

Rozmawiając, obserwowali się nawzajem, słuchali, dotykali. Badali możliwości, próbowali 

wyciągnąć wnioski, szukali rozwiązania.

- A więc nic się nie zmienił. A ty?

Maijstral przechylił głowę, zastanawiając się nad jej pytaniem.

- Chyba dość znacznie.

- Jesteś za młody, by się nudzić. To bardziej w moim stylu.

- Czy to wygląda na nudę? Chodziło mi raczej o stosowne umiarkowanie.

-   Nie   jesteś   człowiekiem  umiarkowanym,   Drake.   Nie   przypisuj   sobie   cnót,   których   nie 

posiadasz - powiedziała beztrosko, acz nieco cierpko. Zmieniła się przez te cztery lata.

- Coś jednak muszę sobie przypisać - odparł Maijstral. - Inaczej nie miałbym żadnych cnót.

Oparła mu dłoń na ramieniu.

- No, teraz przypominasz mi dawnego Drake'a Maijstrala.

Ta   druga   dłoń   leżąca   na   jego   ramieniu   to   zewnętrzny   objaw   pewnego   wewnętrznego 

procesu. Nichole coś postanowiła w stosunku do Drake'a, i to postanowienie współgrało z tym, 

jakie on sam podjął chwilę wcześniej. Z jego strony było chyba nieuprzejme i z pewnością zbyt 

śmiałe tak szybkie podjęcie decyzji.

Spojrzała na grupkę stojących w pobliżu Khosali.

- Czy ci Cesarscy okazują nam pogardę? Stoją twarzami do ściany.

- To baron Sinn z przyjaciółmi. Zawsze konspirował z moim ojcem. Podejrzewam, że jest 

szpiegiem. Prawdopodobnie żałuje, że tu przebywa, zważywszy na zainteresowanie mediów.

- A co tu jest do szpiegowania? Oddalona od granicy prowincjonalna planeta bez wartości 

militarnej.

- Musi jakoś zarabiać na życie.

Zagrały trąbki orkiestry zawieszonej antygrawitacyjnie pod sufitem. Ludzie ustawiali się w 

pary i szeregi.

- O, Pielgrzymka do Cynamonowej Świątyni. Będziesz mi towarzyszyć?

- Z przyjemnością, pani.

background image

Pielgrzymka był to pierwotnie żwawy taniec, wyprawa na rynek, ale osiemset lat temu, 

podczas panowania sędziwego, cierpiącego na artretyzm cesarza rytm tańca spowolniono i nadano 

mu bardziej stateczną nazwę. Zmiany te przyniosły nieoczekiwane korzyści. Ponieważ w tańcu 

partnerzy cały czas   się  wymieniali,   wolniejszy  krok  umożliwił  wszystkim  obwąchiwanie  uszu, 

wymienianie nazwisk i dowcipnych uwag, a gdy tych zabrakło, można było wielokrotnie powtarzać 

to samo powiedzonko bez obawy, że uznają nas za nudziarza. Cynamonowa Świątynia okazała się, 

więc doskonałym tańcem zapoznawczym.

Znów zagrały trąbki i ludzie ruszyli w tan. Maijstral podszedł do swej partnerki, pociągnął 

nosem.

- Spotkamy się jutro? - spytała Nichole.

- Byłbym  zachwycony - odparł. Okrążała go majestatycznie, zgięła ramię,  jakby niosła 

wyimaginowany koszyk na zakupy.

- Możesz przyjść o czwartej po południu? Mam oglądać wcielenie Elvisa, więc mógłbyś mi 

towarzyszyć.

Maijstral skoczył.

- Zatem ubiorę się odświętnie.

- Bóg raczy wiedzieć, jak to wypadnie - westchnęła Nichole. — Na pewno nie potrafi nawet 

dobrze zaśpiewać „Heartbreak Hotel".

Maijstral   miał   teraz   po   prawej   stronie   mężczyznę   i   gdy   znalazł   się   naprzeciw   niego, 

przedstawił się. Taniec trwał i trwał.

- Pietro, nie podoba mi się, że baron Sinn tu jest.

Pietro - młody, pająkowaty, średniego wzrostu - miał za partnerkę osobę kilka lat starszą, o 

ciemnych krótkich włosach i poważnym wyglądzie. Pietro był wyższy, ale tylko dzięki butom na 

wysokich obcasach.

- Też mi się to nie podoba, panno Jensen - odparł. - Może zamierza wmieszać się do aukcji.

- A niech to! Nie przebijemy go. Szkoda, że nie ma tu Tartaglii. Posłałam mu wiadomość, 

ale dotychczas się nie odezwał.

- Och, przepraszam.

- Nie powinieneś tańczyć na wysokich obcasach, jeśli... Och, do diabła. Zobaczymy się 

później, Pietro.

- Baronie, słówko. - Sinn był Khosalikhiem. Wysoki, o spiczastej twarzy i ciemnej skórze 

pod   ciemnym   futrem.   Jego   interlokutorka   była   człowiekiem:   niska,   jasnowłosa,   o   żywych 

background image

niebieskich   oczach   błyszczących   jak   diamentonośny   piasek.   Miała   powyżej   pięćdziesiątki,   ale 

wyglądała dziesięć lat młodziej.

Baron dotknął jej policzka ciepłym nosem.

- Hrabino.

Opuściła uszy.

- Mogą pojawić się trudności. Zauważyłam tu Maijstrala.

- Może wybierać rozmaite rzeczy z całej planety, madame. Nie zawracałbym sobie tym 

głowy. Niewielkie jest prawdopodobieństwo, że interesuje nas to samo.

- Najprościej byłoby zapytać.

- Nie chcę zdradzać naszych intencji takiemu niepewnemu typowi. Będziemy obserwować i 

czekać.

Rozwarła usta, wywiesiła język - to uśmiech Khosali.

- A jednak. Nie widziałam go od lat. Baronie, pójdziesz ze mną na początek szeregu?

- Z przyjemnością, hrabino. Proszę, oto moje ramię.

- Drake Maijstral, panie. - Obwąchali się wzajemnie.

- Porucznik Navarre, panie. Widzę, że obaj jesteśmy w żałobie. Navarre - trzydziestoletni, 

wysoki, o miedzianej skórze – miał na sobie mundur z żałobną peleryną.

- Proszę wybaczyć, ale nie poznaję pańskiego munduru. To tutejsza jednostka?

-   Nie.   -   Zaśmiał   się.   -   Jestem   z   Pompey.   Tutaj   odziedziczyłem   posiadłość.   Muszę   ją 

obejrzeć.

- Mam nadzieję, że to znaczna posiadłość.

- O, nie. Dom i kawałek ziemi. Rupieciarnia. Mój wuj miał dziwaczne gusta, ale nie był 

bogaty. Sprzedaję wszystko.

- Mam nadzieję, że nie uważa pan moich pytań za impertynenckie.

- Nie. - Wzruszył ramionami. - A o czym mogliby rozmawiać obcy sobie ludzie?

- ...Tak. Poślizgnąłem się, psiakrew!

- To było takie ładne oko. Chyba właśnie ze względu na te oczy zakochałam się w panu 

dawno temu, gdy byłam dzieckiem.

- A, tak. Na pewno.

- Drake Maijstral, panie.

- Pietro Quijano, panie. To pan jest ten Drake Maijstral?

background image

- Aha.

- O, bardzo pana przepraszam. To przez te nowe buty.

- Niech się pan nie przejmuje. Obawiam się, że odpowiedź na pana pytanie brzmi „tak".

Chwila milczenia.

- Jakie pytanie, proszę pana?

- Witaj znów, Nichole. Zrobiłaś miłą rundę.

- Musiałam spróbować czegoś nowego. Tyle już razy tańczyłam ten taniec.

- I kto jest teraz znudzony?

Krzywy uśmiech.

- Zatańczyłam kawałek z przerażającą kobietą. Z hrabiną Anastazją. Pobladłeś, Drake.

- Musiała przybyć niedawno, bo bym ją widział. - Oczy Maijstrala, choć wpółprzymknięte, 

nie potrafiły ukryć niepokoju. - Upiór mej młodości.

- Musiała się dowiedzieć, że jest tu baron Sinn. Nie sądzę, by przybyła tu dla ciebie.

-   Mój   ojciec   bał   się   jej   panicznie,   i   miał   powody.   Prawdę   mówiąc,   ja   również.   -   Z 

wyciągniętą szyją spojrzał wzdłuż szeregu. - Może mnie nie zauważy.

- Nie należy na to liczyć, Drake. Ta kobieta wszystko zauważy.

- Cześć, Pietro.

- Dobrze się bawię, panno Jensen.

- Miło mi to słyszeć.

- Wplątaliśmy się w poważną intrygę i otacza nas tylu znanych ludzi... jak w Magicznej 

Planecie Przygód.

- W czym?

- Nie oglądałeś w dzieciństwie Ronniego Rompera? Ja oglądałam.

- Oczywiście. Zapomniałem.

- Panno Jensen, wie pani, kto tu jest? Drake Maijstral. Ten Drake Maijstral.

- Przepraszam, że słabo kojarzę, ale nie wiem, kogo ma pan na myśli.

- Nie interesuje się pani sportem? Lodowiec Khovenburg? Sprawa Bezpośredniego Wejścia?

- Aaa, teraz sobie przypominam. Który to?

- Tamten. Rozmawia z cebulastym. Myślałem... Mógłby nam pomóc w naszej sprawie.

- O! - odparła zdziwionym tonem. - To bardzo dobry pomysł, Pietro.

Dwa takty milczenia.

background image

- Doprawdy?

- To pech. Poślizgnąłem się.

- Drake Maijstral, proszę pana.

Wysoki głos pełen wspaniałych harmonii:

- Hrabia Quik. - Hrabia był Troxanem. Niewysoki – niecałe metr dwadzieścia - głowę miał 

dużą, okrągłą, złożoną z przezroczystych warstw tkanki mózgowej i chrząstki. Nie posiadał uszu 

zewnętrznych   -   sama   głowa   wytwarzała   rezonans,   spełniając   tę   samą,   co   uszy   rolę.   Podczas 

obwąchiwania zapoznającego Maijstral musiał się zdecydować na pewne przybliżenie.

- Wywnętrzam się do tego systemu dla nie-biznesu – wyjaśnił hrabia. - Ludzkość jest mnie 

ciekawy. Duży objazd ja robić. Na Ziemi wielki koniec, robię znajomości.

Maijstral   zastanawiał   się,   czyżby   dla   Troxan   nie   skonstruowano   implantów   uczących 

standardowego ludzkiego.

- To brzmi rozkosznie - odparł. - Nigdy nie byłem na Ziemi.

- Ty jechać powinien. To dom Elvisa i starożytnych Greków.

- Oraz blisko granicy, a ja właśnie tam zmierzam. Powinienem to uwzględnić w swoich 

planach. Zdecydowanie.

- Porucznik Navarre, madame.

- Nichole. O, Pompejańscy Skauci Wysokich Mórz!

- Rozpoznała pani mundur? Zadziwia mnie pani głęboka wiedza, madame. Była pani w 

Pompey?

- Niestety, nie. Ale zawsze podobali mi się mężczyźni w mundurach.

- Drake Maijstral, pani.

- Amalia Jensen. Czy pan jest tym Maijstralem z Mirrorglass?

- Nie, proszę pani, chodzi pani zapewne o Geoffa Fu George.

- Przepraszam.

- Nic nie szkodzi. Pochlebia mi to porównanie. 

I energicznie:

- Tak sobie myślę, czy... nie moglibyśmy omówić interesów?

- Pani, zamieniam się w słuch.

- Chodzi o pewną starożytność. Ma być sprzedana na aukcji. Obawiam się, że zostanę 

przelicytowana.

- Chętnie panią wysłucham. Porozmawiamy, gdy następny raz spotkamy się w tańcu.

- Z przyjemnością.

background image

- Jaka szkoda. Mam nadzieję, że nabył pan nową parę wraz z nowym okiem.

- Maijstral, proszę pana.

- Paavo Kuusinen. - Był małym, spokojnym mężczyzną wkraczającym w wiek średni.

- Płaszcz skrojono w stylu cesarstwa. Jest pan z grupą Sinna?

- Podróżuję sam. W interesach.

Maijstral nie potrafi na to odpowiedzieć, a zachowanie mężczyzny zniechęcało do bliskości. 

Tańczył dalej.

- Drake.

- Nichole.

 

- Czy wiesz, że corocznie w Pompey, w wypadkach związanych z morzem, ginie czterysta 

osób?

- A, rozumiem. Rozmawiałaś z tym człowiekiem w mundurze.

- To skarbnica  faktów.  Bardzo  dawno  nie  słyszałam faktu.  Nie  chodzi  o  domniemania, 

pogłoski czy plotki, ale o precyzyjny fakt. Czterysta istnień. To fakt.

- Faktem również jest to, że jesteś piękna.

- Fakt ten jest mi boleśnie znany.

- Pietro Cmijano.

- Generał Gerald. Piechota morska. Emerytowany.

Generał   -   mężczyzna   wyprostowany,   szeroki   w   barkach   –   na   twarzy   stale   miał   wyraz 

wściekłości.

- Do usług, proszę pana.

- Co za dziwaczna rzecz ten taniec. Aż skandal, ile wąchałem brudnych karków. A tak w 

ogóle, to moglibyście używać mydła.

- A... zajmę się tym natychmiast. Czy wie pan, z kim właśnie rozmawiałem? Z Drake'em 

Maijstralem. Wie pan, Lodowiec Khovenburg, Incydent Szwajcarskeigo Sera.

- Maijstral? Tu? Gdzie?

background image

- Tam. W żałobie.

- Ach! Straszne! Tu, w tym towarzystwie.

- Przykro mi, proszę pana.

- Nie powinien pan nosić wysokich obcasów, młodzieńcze. Nie musi się pan podwyższać.

Takt.

- Och. Naprawdę tak pan myśli?

- Nichole.

- Paavo Kuusinen. Do usług, madame.

- Podróżuje pan z Cesarstwa?

- Owszem. Czy to się rzuca w oczy?

- Jeśli chce pan zachować anonimowość, musi pan zmienić płaszcz.

- Jestem zasmucony. Studiuję naturę ludzką i nie chciałem się wyróżniać, by móc lepiej 

obserwować ludzi prowadzących swe gry. Krawiec zapewnił mnie, że to ostami krzyk mody.

- Teraz moda nie przychodzi do nas z Cesarstwa. Niektórzy tego żałują.

- Drake Maijstral.

- Generał Gerald. Piechota Morska. Emerytowany. Zabiję cię, gdybyś przyszedł po rzecz, 

która do mnie należy.

Zdziwienie. Podskok - niedokończony.

- Przepraszam pana, ale nie miałem zamiaru...

- W nosie mam twoje zamiary. Obchodzą mnie skutki. Jeden krok w moim kierunku i jesteś 

trupem. Uczciwe ostrzeżenie.

- Dość uczciwe.

- Daruj sobie ocenę mojej uczciwości. Idź, powąchaj kark tej pani i zniknij mi z oczu.

- Panno Jensen, jeśli wszystko jest tak, jak pani mówi, moje wynagrodzenie wyniosłoby 

przynajmniej sześćdziesiąt. Może nawet więcej, jeśli to trudne zadanie.

- Wątpi pan w moje informacje?

- Pani informacje mogą nie być aktualne.

- Pańska stawka jest... wysoka, panie Maijstral.

- Nie przyznaje mi pani praw medialnych. Jeśli zmieni pani zdanie, cena spadnie.

- Niestety, tego warunku nie zmienię.

- Więc ja nie zmienię stawki. Proszę mi wybaczyć.

background image

- Widziałem waszą walkę. Okropna.

- Tak, generale. Niestety poślizgnąłem się.

- Ha! Jest pan kłamcą lub głupcem. Opuściła stopę na pana nogę, zdekoncentrował się pan, 

ona przyjęła pana szpadę w forte i to był pana koniec. Aspirant by się lepiej sprawił.

- Proszę pana!

- Niech pan nie udaje przede mną człowieka czynu. Jestem wprawdzie na emeryturze, ale 

nie dam się nabrać na takie sztuczki. Zrobiłbym z pana makaron.

- Maijstral.

- Hrabina.

 

Jego   nerwy   zawyły,   kończyny   chciały   drżeć,   gotowe   zdradzić   się   z   tym   zamiarem. 

Nieprzyjemne jest odkrycie, iż potwór z dzieciństwa nadal ma zęby i potrafi spowodować, że puls 

nam przyspiesza, przepona się kurczy, a kolana słabną.

- Proszę przyjąć podziękowania za łaskawą notkę po śmierci mego ojca.

-   Był   wartościowym   synem   wspaniałego   człowieka.   Powinieneś   go   naśladować.   - 

Posługiwała się wysoko-khosalijskim z nienaganną wymową.

Maijstral położył uszy do tyłu - w Wysokim Obyczaju wyraz umiarkowanej zgody. (Wysoki 

Obyczaj   wymagał   ruchomych   uszu.   Biedny   hrabia   Quik   pozbawiony   takich   wartościowych 

środków wyrazu!).

-   Zważywszy   na   naturę   czasów,   jest   to   niemożliwe   -   odpowiedział   w   standardowym 

khosalijskim, co -jak podejrzewał - mogło hrabinę w pewnym stopniu wytrącić z równowagi.

Jej oczy świeciły jak odłamki polerowanego sinego kamienia.

- Zważywszy na twoją naturę, o to ci chodziło.

Maijstral wzruszył ramionami.

- Może. Jak sobie życzysz.

- Jesteś tu w związku z... ze swoim zawodem, tak?

Uśmiechnął się.

- Oczywiście nie, hrabino. Zamierzam zwiedzić zoo i obejrzeć metanitów.

-   Zoo.   -   Wyraz   twarzy   hrabiny   Anastazji   nie   zmieniał   się.   Patrzyła   na   Maijstrala   z 

natężeniem, które nie tylko go przerażało, lecz również wprawiało w zakłopotanie.

- Twój ojciec był solidnym człowiekiem.

- Wpadał w solidne długi.

- Mogę znaleźć ci pracę, jeśli chcesz.

- Hrabino, wolałbym nie wykorzystywać starych związków.

- Marzył o tym, by jak najszybciej skończył się ten fragment tańca.

background image

Uszy zwróciły się do dołu: u Khosali oznaczało to pogardę.

- Duma. Duma i niesolidność. To niefortunne połączenie.

- Czasy są niefortunne, hrabino. Ku naszemu obopólnemu żalowi, jak sądzę.

 

Takt się skończył i Maijstral znalazł się teraz naprzeciw mężczyzny po prawej. Nerwy nadal 

mu śpiewały. W komplementach mniej więcej remis, pomyślał. Nieźle jak na człowieka, który musi 

się uwolnić od koszmarów dzieciństwa.

- Baron Sinn.

- Ach. Szpieg.

- Przepraszam, proszę pana?

- Generał Gerald. Piechota morska. Emerytowany. Jest pan szpiegiem Khosali.

- Myli się pan - stwierdził chłodno. Podciągnął się na pełną wysokość, nie dorównywał 

jednak generałowi.

-   Jest   pan   wojskowym,   który   podróżuje   w   przebraniu   biznesmena,   z   dwoma   Khosali 

wyglądającymi również na wojskowych. Jeśli to nie szpiegostwo, to, co?

- Sądzę, że nawzajem nie mamy już nic więcej do szpiegowania.

- Źle mnie pan ocenia. Mam wiele do powiedzenia. Ale chciałbym to odłożyć, jeśli pan 

pozwoli.

- O, ostatni takt. Przypuszczam, że w czasie tańca nawiązano mnóstwo nowych znajomości.

Nichole patrzyła na niego z rozbawionym uśmiechem.

- Drake, wyglądasz na zadowolonego z siebie. Załatwiłeś jakąś sprawę?

- Udało mi się zbyt blisko nie dopuścić strasznej hrabiny, a nie byłem przy tym bardziej 

przykry od niej.

- Masz, więc prawdziwy powód do radości. - Taniec się kończył i uczestnicy korowodu 

stukali   palcami   nóg   we   wzorcu   aprobaty.   (Zgodnie   z   Wysokim   Obyczajem.   Nie   musieli 

przynajmniej obracać uszami). Nichole położyła rękę na ramieniu Maijstrala i zaczęli iść powoli 

między rozstępującymi się wielobarwnymi parami.

- Etienne ma niezadowoloną minę. Ciekawe, dlaczego? - spytała Nichole.

- Może następny taniec obiecał hrabinie Anastazji. Chciałabyś coś z bufetu?

- Poproszę.

background image

Kule medialne przysunęły się, ich obiektywy cicho furkotały, robiąc ujęcie z bliska tych 

dwóch twarzy. Gdzieś w sztabie kontrolerów mediów eksperci od czytania z ruchu warg pochylili 

się nad ekranami. Skoncentrowani na tej jednej nieistotnej rozmowie nie zwrócili uwagi na trzy 

sylaby wypowiedziane przez generała Geralda, który patrzył za Maijstralem z wyrazem niesmaku 

na zaczerwienionej twarzy.

Maijstral wziął sorbet dla Nichole, a dla siebie szklankę drinka.

Rozejrzał  się po tłumie  - zobaczył  hrabinę  pogrążoną  w rozmowie z baronem Sinnem. 

Oboje spojrzeli nagle w jego stronę, potem odwrócili wzrok. Zastanawiał się, czy dziś wieczór 

warto się jeszcze raz spotkać twarzą w twarz z hrabiną, ale doszedł do wniosku, że nie warto.

- Chyba sobie stąd pójdę, Nichole - powiedział. - Dopiero dziś rano przybyłem na Peleng, a 

podróż była długa. Nie odbyłem sjesty. Przyszedłem tu tylko po to, by się z tobą zobaczyć.

Jeśli nawet Nichole była poruszona, nie okazała tego. Mając w myślach ostatnią uwagę 

Maijstrala, jeszcze raz poddała osądowi postanowienie, które znacznie wcześniej podjęła, i doszła 

do wniosku, że było słuszne.

- Zatem zobaczymy się jutro rano - powiedziała. Obwąchali się. — Miło, że tu jesteś, Drake. 

Dzięki starym znajomym przyjemniej przebywać w nowym otoczeniu.

- Do usług, Nichole. Jak zwykle.

Orkiestra znów zaczęła stroić instrumenty. Pływające hologramy zapowiedziały następny 

taniec - pionier. Energiczny młodzian na wysokich obcasach przydreptał do Nichole i skłonił się 

przed nią.

- Pietro Quijano. Może pani pamięta. Mogę mieć zaszczyt prosić panią do tańca?

Jeśli nawet na jego widok Nichole była skonsternowana, zupełnie tego nie okazała.

- Oczywiście.

Kule medialne już się przy nich unosiły.

Maijstral skończył drinka; media go opuściły, i dobrze. Pod ścianą szedł do wyjścia, po 

drodze  krótko zagadał do Amalii Jensen,  przypomniał ich wcześniejszą  rozmowę i obiecał, że 

będzie z nią w kontakcie. Już miał przejść przez imponujące drzwi w holograficzne wzory, gdy 

został zatrzymany.

- Proszę wybaczyć, panie. - Maijstral poznał tego mężczyznę - umundurowany skarbiec 

faktów.

- Porucznik Navarre.

- Panie, czy mogę prosić pana o wyrozumiałość i odpowiedź... na zuchwałe pytanie?

Maijstral patrzył na niego leniwie zielonymi oczyma.

- Nie odmawiam, proszę pana.

- Czy młoda dama, z którą pan przed chwilą rozmawiał... to pańska dawna przyjaciółka?

background image

- Chodzi o pannę Jensen? Niedawno się spotkaliśmy, na pielgrzymce do Cynamonowej 

Świątyni. 

Navarre przyjął to z ulgą.

- Nie ma, więc żadnej więzi?

- Żadnej, proszę pana. Teren jest czysty.

Mężczyzna uśmiechnął się.

- Dziękuję, proszę pana. Proszę mi wybaczyć zuchwałość.

- Do pańskich usług. - Maijstral skłonił się i wkroczył w ciepłą noc Pelengu. 

Kula medialna poprosiła go o wywiad, ale odmówił. Miał już dostateczny rozgłos.

background image

ROZDZIAŁ 2

Jeśli już mają cię podbić kosmici, możesz trafić gorzej niż na Khosali. Podbili kilkadziesiąt 

zamieszkanych światów i mają w tym sporo doświadczenia, dzięki czemu ofiar jest niewiele, a 

okres dostosowawczy trwa krótko.

Gdy Khosali podbijali Ziemię, nie było zbyt wielu walk. Ludzkość ledwo oderwała się od 

swej małej skały w przestrzeni kosmicznej i gdy nagle wokół planety pojawiło  się sto tysięcy 

obcych statków, które wycelowały w ludzi swoje promienie i pociski, tylko kilkuset dowódców 

stacji   bojowych   stawiło   opór,   a   gdy   zostali   pokonani,   sensowna   większość   podjęła   sensowną 

decyzję o kapitulacji.

Większość podbojów Khosali przebiegała w podobny sposób.

Natknęli się na zaledwie parę ras, które nie wykazały takiego rozsądku jak ludzkość - te 

zostały niestety wytępione aż do ostatniego osobnika, a potem szczerze opłakiwane. Khosali - 

wspaniali   pod   innymi   względami   -   nie   widzieli   nic   zabawnego   w   niezależności   obcych   sobie 

cywilizacji.   Zasadą   Systemu   Cesarskiego   była   powszechna   podległość   cesarzowi   -   bez   tego 

wszystko idzie na marne.

Jak na zdobywców, Khosali są dość oświeceni. Nie zwalczają lokalnych instytucji i religii, 

jeśli potrafią sobie z nimi poradzić. System podatkowy mają w zasadzie łagodny; sprowadzają 

dziesiątki tysięcy nauczycieli i misjonarzy, którzy podbitą rasę mają podnieść na poziom użytecznej 

niemal   -   równości   i   wdrożyć   szacunek   dla   Wysokiego   Obyczaju.   Gdy   rasa   jest   dostatecznie 

zaawansowana,   jej   przedstawiciele   zaczynają   się   pojawiać   w   Radzie   Cesarskiej   i   na   ważnych 

stanowiskach w całym Cesarstwie.

Oczywiście wprowadzano pewne zmiany: pojawiały się garnizony, cenzurowano informację 

- Khosali byli nadęci, ale nie głupi. Wysoki Obyczaj określał to, co Khosali uważali u siebie za 

najbardziej wartościowe: etykietę, elegancję i sztywny idealizm. Uważali Wysoki Obyczaj za coś 

uniwersalnego,   ale   w   rzeczywistości   był   to   test.   Obcy,   który   potrafił   opanować   zawiłości 

Wysokiego   Obyczaju,   dowodził,   że   jest   kimś,   z   kim   Khosali   mogą   rozmawiać   i   utrzymywać 

stosunki. Oto zadanie misjonarzy i nauczycieli: łowić ludzi, zanurzać haczyki w oceanie innych ras, 

szukać tych, którzy mogą być pośrednikami między Khosali a własną rasą, zdolnymi komunikować 

się z obiema stronami i interpretować wzajemne stanowiska.

Tacy szczęśliwcy często zostają uszlachceni. To głupie, ale Khosali na to nalegają. Cóż 

znaczyłby system cesarski bez dziedzicznej arystokracji? Przez Ziemię przetoczyły się zawieruchy, 

gdy usiłowano się pozbyć własnej arystokracji dziedzicznej, a teraz powrócili hrabiowie, baroni, 

książęta i cała reszta, a żeby było jeszcze weselej, większość z nich okazała się obcymi.

background image

Wysoki Obyczaj  nie  jest może uniwersalny,  ale  zachowanie  arystokratyczne jest.  Nowa 

ziemska arystokracja  dowiodła, że zdolna jest do wielkości, światłych zachowań, natchnionego 

rządzenia, kultywowania wartościowej sztuki, wspierania talentów.

Dowodem są osiągnięcia wicehrabiego Chenga czy Solomona Nieprzekupnego. Arystokraci 

pokazali również, że potrafią być brutalni, krótkowzroczni, rozpustni, skąpi i rozpasani - dowodem

Robert Rzeźnik czy Juliusz Szalony. Ludzkość cieszyła się lub cierpiała w warunkach, jakie 

stworzyła   nowa   szlachta;   na   ogół   wielkość   spotykała   się   uznaniem,   podłość   -   z   tolerancją. 

Wszystko było dość przewidywalne.

Mniej przewidywalne było to, co przynosiła mieszanka cech ludzkości i Khosali. Każda z 

tych ras miała przymioty, które druga rasa uważała za wspaniałe, ale też każda z ras uważała drugą 

rasę za nieznośną.

 

Gdy ludzie poznali Khosali, doszli do wniosku, że są szlachetni, lecz nudni. Ci zdobywcy, 

okryci czarnym futrem, długonosi, o mocnych barkach, szanowali Cesarza, praktykowali umiar, 

lubili parady i muzykę wojskową, uczyli swe dzieci uprzejmości, dobrych manier, wychowywali na 

produktywnych obywateli.

Skłonni   do   nudziarstwa   i   drobiazgowości,   byli   mistrzami   drugorzędnych   drobnostek   i 

cesarskich   ceremoniałów.   Nie   było   nic   zdrożnego   w   tych   cechach   -   każdy   ma   wuja,   który 

zachowuje   się   w   taki   sposób,   a   w   gruncie   rzeczy   jest   dość   miłym   facetem,   ale   przecież   nie 

zapraszasz wuja nudziarza do dobrej zabawy?

Khosali nie traktowali uchybień jako coś zabawnego i nie byli skłonni uznać beztroski, 

nieodpowiedzialności,   kaprysów,   jawnej   kreatywności   czy   ufać   jednostkom   z   wrodzonym 

poczuciem   humoru   i   przekonaniem,   że   świat   zwariował.   Nie   ufali   ludziom,   którzy   gwizdali 

publicznie,   robili   nieprzystojne   żarty   lub   upijali   się   podczas   widowisk   sportowych.   Szlachetni 

Khosali uważali, że takie jednostki mogłyby być znacznie ulepszone, gdyby zaprząc je do pracy i 

zmusić do poważnego traktowania cesarskich zasad.

Smutno to stwierdzić, ale wyobrażali sobie, że wszyscy ludzie są właśnie tacy. Lekkomyślni 

i zabawni, ale nie można ich traktować poważnie. To niesprawiedliwy stereotyp - istnieje przecież 

mnóstwo ludzi spełniających wszystkie khosalijskie wyobrażenia o odpowiedzialnym obywatelu, a 

wielu z nich znalazło miejsce w służbie cesarskiej i zyskało uznanie u sumiennych i wymagających 

zwierzchników.  Niektórzy byli  nawet  bardziej  fanatycznymi   Cesarskimi  niż  niejeden  Khosali  - 

weźmy na przykład takiego Roberta Rzeźnika, który w imię Cesarza zgładził setki tysięcy ludzi, 

czego żaden gubernator khosalijski nawet nie brał pod uwagę.

background image

Nasz  własny stereotyp jest równie niepełny. Istnieją  Khosali, którzy zachowywaliby się 

lekkomyślnie i lekceważąco, gdyby dano im ku temu okazję. W głębi duszy mieliby ochotę tańczyć 

pod gazem w  świetle  księżyca  i zabawiać się  z podochoconymi  panienkami. Tylko  o tym  nie 

rozpowiadają.

Khosali nie są pozbawieni własnych sekretnych grzeszków.

Mają popularną literaturę, poświęconą buntownikom i oszustom, oraz po cichu uwielbiają 

tych, którzy lekceważą zasady, choć udaje im się uniknąć konsekwencji. Są łagodniejsi dla swych 

krnąbrnych   kuzynów,  niż  ci  kuzyni   na  to  zasługują,  i   są  nie  mniej  wrażliwi  na  charyzmę   niż 

ludzkość.

W Wysokim Obyczaju jest miejsce na kaprys - musi to przyznać każdy, kto widział Khosali 

wcielającego się w Elvisa. W Wysokim Obyczaju jest miejsce dla pijaków, szarlatanów i głupców, o 

ile ich postępowanie jest odpowiednio skandaliczne oraz stylowe. Chodzi właśnie o styl - nikt nie 

lubi   pijaka,   który  nie   jest   dowcipny,   czy  szarlatana,   którego   sztuczki   nie   są  zabawne. Wysoki 

Obyczaj to nie tylko obwąchiwanie uszu i stateczne tańce. Prawo pozwoli ci nawet rabować, jeśli 

tylko potrafisz to robić w odpowiednim stylu.

Maijstral   zostawił   latacza   na   trawniku   przed   wynajętą   willą   i   przeszedł   przez   ekran 

dźwiękowy, będący drzwiami wejściowymi. Po drodze odpiął kurtkę na tyle, na ile pozwalała jej 

konstrukcja - niepisana reguła Wysokiego Obyczaju wymagała, by nie wkładano i nie zdejmowano 

ubrania   bez   pomocy   służby.   Większość   osób   korzystała   obecnie   z   robotów,   przynajmniej   w 

Konstelacji Ludzkiej.

Maijstral miał jednak służącego - Khosalikha o imieniu Roman. Nawet jak na Khosalikha 

był on potężny. I bardzo silny. Pierścienie rocznego przyrostu wokół jego pyska wskazywały na 

czterdzieści pięć lat. Od piętnastu pokoleń jego przodkowie służyli w rodzinie Maijstralów i Drake 

odziedziczył Romana po ojcu. Powierzał Romanowi fizyczne i czasami ponure zlecenia, których 

naturę Roman często potępiał. Z potępieniem, jak z wieloma innymi  rzeczami, Roman się nie 

zdradzał. Szczycił się tym, że jest lojalnym i uczciwym członkiem rodzinnej świty, choć ta rodzina 

stanowiła dla niego niekiedy źródło rozpaczy.

Roman ukazał się w holu i sunął w kierunku Maijstrala z cichym i statecznym spokojem, 

którego profesjonalizm i estetykę tak Maijstral u niego podziwiał.

- Czy Gregor już wrócił?

Rozmawiali w standardowym. Głos Romana przywoływał na myśl szum spokojnie płynącej 

wody.

- Jeszcze nie, proszę pana.

- Chyba nie ma żadnych problemów?

- Nie spodziewam się.

background image

Roman rozwiązał kurtkę Maijstrala, pomógł mu zdjąć koturny, odebrał od niego pistolety, 

nóż, kołnierz i mankiety, a wszystko to robił z najwyższą kompetencją i ekonomią gestów znajomą 

jak stara kanapa. Maijstral poczuł, jak ustępuje w nim napięcie.

Roman był jedynym stałym elementem jego rozwichrzonego, niepewnego życia - nie tyle 

służący, co symbol domu, a dom to miejsce, gdzie mógł się odprężyć. Siadł na kanapie, uniósł jedną 

stopę we włochatych szarych skarpetach i zaczął gimnastykować palce nóg.

Holograficzne dzieła sztuki rotowały powoli na podstawkach osadzonych w ścianach; na 

odpoczywającego Maijstrala rzucały łagodne światło.

- Była tu Nichole. Pytała o pana.

-   Mam   nadzieję,   że   ma   się   dobrze.   -   Maijstral   spojrzał   na   Romana.   Oczy   służącego 

błyszczały, nozdrza lekko się rozszerzyły. 

Sekretna   przyjemność,   pomyślał   Maijstral,   zadowolony,   że   potrafił   przewidzieć   reakcję 

Romana. Bez wątpienia. Nichole zawsze należała do ulubienic Romana.

- Tak, ma się bardzo dobrze. Może jest nieco... zmęczona. Jutro towarzyszę jej na recital 

Elvisa. Dzięki temu znów pojawię się publicznie. To korzystne dla interesów.

- Przyszedł list, proszę pana. Od pańskiego ojca.

Serce   Maijstrala   omiotła   zrezygnowana   rozpacz.   Łączność   z   ojcem   dotyczyła   dwóch 

tematów - oba były smutne.

- Przeczytam je.

Roman przyniósł list na tacy. List został wysłany jako LBP, co oznaczało, że napisano go na 

papierze, zamknięto w kopercie i ręcznie dostarczono. To wszystko mnóstwo kosztowało. Maijstral 

otworzył list i przeczytał go.

Nie rozumiem Twojej migracji ku brzegowi. Na pewno spędzisz sezon na Nanie w związku z  

twymi  obowiązkami charytatywnymi. Jeśli przybędziesz  do granicy przed  rozpoczęciem sezonu,  

musisz złożyć wyrazy uszanowania hrabinie Anastazji. Może będziesz w stanie towarzyszyć jej w 

pewnym przedsięwzięciu związanym ze Sprawą. W razie konieczności można sprzedać parcele na 

Kapodistrias.

Skontaktował   się   ze   mną   lord   Giddon,   od   którego   kilka   lat   temu   pożyczyłem   450   n.   Z  

pewnością mówiłem Ci o tym zobowiązaniu i jestem załamany, że tego nie załatwiłeś. Gdybyś nie 

zamroził mojego dostępu do funduszy rodzinnych, nie wspominałbym o tym, ale sytuacja wymaga,  

byś dbał o honor rodziny i oddał dług. Jeśli akurat nie masz pieniędzy, można sprzedać parcele na  

Kapodistrias.

Mam nadzieję, że się tym natychmiast zajmiesz.

background image

Twój pełen wyrzutu ojciec.

Ex-Dornier itd.

PS. Konserwacja mojej trumny ma nastąpić za dwa miesiące. Mam nadzieję, że nie będę 

ponownie narażony z tego powodu, że nie dotrzymano terminu.

A  więc   poruszył   oba   tematy,   i   to   szczegółowo:   Sprawa   i   stary   dług.   Odkąd   Maijstral 

pamiętał, oba były ze sobą połączone.

Włożył ten List Bardzo Prywatny do koperty i wręczył ją Romanowi.

- Spal to, proszę - powiedział. 

Roman bezszelestnie odszedł, by wypełnić polecenie. Maijstral zmarszczył czoło i postukał 

o zęby diamentowym pierścieniem.

Dług wobec lorda Giddona był czymś nowym dla Maijstrala, ale nie był tym zaskoczony - 

starzy wierzyciele pojawiali się ostatnio dość regularnie. Parcele na Kapodistrias były – miejmy 

nadzieję - spłacone. Ojciec Maijstrala sam to załatwił wiele lat temu i zdążył o tym zapomnieć. 

Nigdy  zbyt   dobrze  nie  pamiętał  spraw  finansowych,  a  śmierć jeszcze  to  pogorszyła.  Nie  było 

żadnych funduszy na działalność charytatywną Maijstrala ani dla lorda Giddona, ani dla samego 

Maijstrala.

Maijstral   prowadził   kosztowny   tryb   życia;   jego   gospodarstwo   domowe   było   małe,   ale 

wymagało   najwyższych   nakładów.   Spojrzał   na   swój   pierścień,   przyjrzał   się   pod   światło 

kamieniowi.   Bardzo   dobra   podróbka.   Prawdziwy   brylant   zastawił   dwa   miesiące   temu,   by 

sfinansować podróż. Nawet Roman nie wiedział, że oryginalnego kamienia już nie ma.

Może   powinien   przyjąć   propozycję   hrabiny  Anastazji?   Spojrzał   w   tym   świetle:   sprawa 

beznadziejna, a emerytowany naiwniak wyraża uczucia, w które nie wierzy. Krótko mówiąc, ktoś 

podobny do jego ojca. Nie. To nie to.

Roman wrócił ze szklanką zimnego rinka. Maijstral wziął od niego napój i zaczął go powoli 

sączyć. Roman zastrzygł uszami, słysząc warkot latacza lądującego na trawniku. Odwrócił się, 

spojrzał przez polaryzowane okno.

- Gregor - obwieścił, nieco przy tym sztywniejąc. Nie akceptował nietypowych znajomych 

Maijstrala, a Gregora uważał za jednego z nich.

- Dobrze. - Maijstral znowu pokręcił palcami nóg. Zastanawiał się. - Mogę mu powiedzieć o 

naszym zleceniu.

Wszedł Gregor Norman, zdejmując niebieską czapeczkę i odsłaniając bujne rude włosy. 

Dwudziestoletni, wysoki, szczupły i poważny, ubrany w czerń; jego płaszcz miał mnóstwo kieszeni, 

background image

wypełnionych   elektronicznymi   gadżetami.   Norman   uśmiechał   się.   Mówił   szybko,   z 

impertynenckim akcentem. Zdecydowanie nie należał do warstw wyższych.

- Misja wykonana, szefie. Aż nadto.

„Aż   nadto"   -   Gregor   uwielbiał   to   wyrażenie.   Oznaczało:   „za   łatwe"   lub   „bardzo 

prawdopodobne",   lub   „bardzo   szybko",   albo   coś   jeszcze   innego,   czego   skrótem   mogły  być   te 

poręczne dwa słówka.

- Dobrze. Kule medialne nadają dziś wieczór program, w którym jestem ja i Nichole. Panika 

powinna zacząć się jutro z samego rana.

Gregor zaśmiał się. Był z siebie zadowolony. W ciągu ostatnich czterech godzin dokonał 

czterech włamań-i-wejść, wszystko przeprowadził gładko, bez przeszkód, w każdym przypadku 

zostawiając za sobą kilkadziesiąt elektronicznych gadżetów.

Roman patrzył to na Normana, to na Maijstrala. Nozdrza mu drżały.

- Wspominał pan o jakimś zleceniu.

- Owszem. - Maijstral usiadł, opuścił stopy na podłogę i pochylił się ku rozmówcom. - 

Siadaj, Gregor. Opowiem ci o tym. - Wiedział, że nie należy proponować krzesła Romanowi - 

służący powinien stać w obecności swego pracodawcy. Poczekał, aż Gregor się usadowi i zaczął 

opowieść.

- Kobieta o nazwisku Amalia Jensen chce, byśmy wzięli w posiadanie pewien artefakt w 

siedzibie   admirała   Scholdera,   JCW,   emerytowanego,   umarłego.   Za   kilka   tygodni   odbędzie   się 

licytacja posiadłości i panna Jensen obawia się, że zostanie przelicytowana.

Roman zastrzygł uszami.

- A obecny właściciel, proszę pana?

- Po Scholderze dziedziczy jego bratanek, porucznik Navarre. Spotkałem go dziś wieczór. 

Nie sądzę, by był zainteresowany posiadłością wuja. Na pewno nie obchodzi go jej bezpieczeństwo. 

Odniosłem wrażenie, że całą sytuację osobiście uważa za niezręczną.

Gregor znów się uśmiechnął.

- Przez całe tygodnie mogą nie zauważyć, że tego przedmiotu brakuje. - Stukał palcami po 

udach w rytm własnej wewnętrznej melodii. Zwykle jakaś część jego ciała była w ruchu.

- Słuszna uwaga. Powinniśmy kontynuować pozostałe plany.

- Ale chciałbym, żebyś jutro rozpoczął, Romanie, rozpoznanie w sprawie panny Jensen. Nie 

sądzę, by była agentką lub prowokatorską, ale nic nigdy nie wiadomo. Ponadto nie dała nam praw 

medialnych, co według mnie oznacza, że są tu jakieś podteksty, których nie znamy.

- Tak, proszę pana.

- Jest z nią towarzysz, młody mężczyzna o nazwisku Pietro Quijano. Nie wiadomo, czy jest 

w tę sprawę wprowadzony. W każdym razie warto się o nim czegoś dowiedzieć.

background image

- Jutro z samego rana, proszę pana.

Maijstral zwrócił się do Gregora:

- Chciałbym, byś poleciał do posiadłości Scholdera i tam się rozejrzał. Sprawdź... no, wiesz.

Gregor zasalutował niedbale dwoma palcami.

- Aż nadto, szefie.

Maijstral zastanawiał się chwilę.

- Tak. Teraz nasza druga sprawa. Jeśli podczas swoich oględzin trafisz do posiadłości, której 

właścicielem jest generał Gerald z piechoty morskiej, nie zawracaj sobie tym głowy. Ten facet to 

mnóstwo niepotrzebnych komplikacji.

Roman spojrzał mu prosto w oczy.

- Czy mógłbym zapytać o ich naturę, proszę pana?

Maijstral zaczerpnął powietrza i zastanawiał się, którą wersję kłamstwa podać.

- Sprawy bezpieczeństwa związane z obroną planety - powiedział. - Wolałbym nie mieszać 

się do spraw kontrwywiadu. Byłoby to sprzeczne z moim image'em, jaki chcę tu prezentować.

- Oczywiście, proszę pana. Rozumiem.

Maijstral oparł stopę wysoko na kanapie i skrył głowę w dłoniach.

- Ty się będziesz bawił, a mnie czeka harówka na recitalu Elvisa.

- To musi być cholerne, szefie.

Przepona Romana skurczyła się jeden raz, potem drugi - u Khosali odpowiednik głębokiego 

westchnienia. Zdecydowanie nie była to klasa wyższa.

Dziwne znajomości Maijstrala były niekiedy zupełnie niezrozumiałe.

background image

ROZDZIAŁ 3

Elvis - człowiek - miał na sobie białe ubranie wysadzane cekinami. Sposób, w jaki pochylał 

się nad chromowanym mikrofonem, ruchy bioder, nawet gest, którym ocierał pot z czoła czerwoną 

jedwabną chustką, wszystko było wystylizowane, zrytualizowane jak kroki balijskiej tancerki.

Holograficzny   zespół   muzyczny   przygrywał   z   tyłu,   w   półcieniu.   Przestarzałe,   zupełnie 

niepotrzebne wzmacniacze piętrzyły się w stosach po bokach sceny; dźwięk rozprowadzano tak, 

jakby naprawdę wydobywał się z tych głośników.

„Hunka, hunka, bumin love" - śpiewał Król Rock and Rolla.

W odpowiedzi na te błahe, pre-standardowe słowa rozległy się wokół sceny krzyki zmarłych 

wieki temu młodych dziewcząt.

Elvis pochylił  się do przodu,  wytarł pot  z czoła i podał  chusteczkę jednemu ze  swych 

asystentów   na   widowni.   Asystent   przekazał   ją   Nichole   -   gościowi   honorowemu;   Nichole, 

oświetlona reflektorem, skłoniła się i z wdziękiem przyjęła dar. Widownia uprzejmie biła brawo.

- Maijstral, co ja mam z tym zrobić? - Nichole zakryła usta dłonią, by wszechobecne kule 

medialne nie mogły czytać z ruchu warg. - Nie mam zamiaru siedzieć tu przez cały wieczór z 

mokrą szmatą w dłoni.

Maijstral spojrzał na nią ze współczuciem. Strój Nichole - złożony z kilku niebieskawych, 

półprzezroczystych warstw pseudo-skorupy - nie miał żadnych kieszeni.

- Wezmę to, jeśli pozwolisz. Albo zawiążę ci wokół ręki.

Zgasł reflektor skierowany na Nichole. Naszyjnik i diamentowe kolczyki zmatowiały.

- Przekażę to Etiennowi - postanowiła. - Lepiej pasuje do jego karnacji. - Dała znak komuś 

ze swej świty i szeptem wydała instrukcje. Etienne w sąsiedniej loży ziewał, zakrywszy usta dłonią. 

Postanowił nudzić się wszystkim, co go spotka na Peleng.

Przed koncertem Maijstral i Nichole zjedli uroczy obiad; rozmawiali o swych przeżyciach, o 

starych   znajomych.   Jak   przekonał   się   Maijstral,   Nichole   uważała,   że   on   wie   więcej   na   temat 

Diademu,  niż  wiedział  w  rzeczywistości,  ale  miał  nadzieję,  że  nieźle  ukrywał  swą   ignorancję. 

Naprawdę nie śledził plotek.

Maijstral odchylił się i poczuł, jak krzesło dostosowuje się do jego ciała. Spojrzał na drugą 

stronę sali - w loży zobaczył hrabinę Anastazję z baronem Sinnem. Patrzyła uważnie na Maijstrala 

swymi lodowato niebieskimi oczyma. Skłonił się - hrabina skinęła mu głową.

Ona twierdzi, że to ja naruszam obyczaje, pomyślał. To przecież Khosali włączyli Elvisa do 

Wysokiego Obyczaju, a Szekspira nie uznają. Może, dlatego, pomyślał, że u Szekspira zbyt wielu 

background image

jest rebeliantów przeciwko monarchii, którym się udało. A Elvis to pozorny kontestator, który w 

końcu staje się podporą porządku społecznego.

Maijstral   bardzo   lubił   Szekspira.   Czytał   go   w   nowym   przekładzie   Maxwella  Aristide'a. 

Komedie uważał za szczególnie dobre.

Przypuszczał, że to świadczy o jego złym guście. Większość ludzi uznałaby to za brak 

subtelności.

Bar w holu, wyściełany czerwoną skórą, był przeładowany brązowymi ozdobami. Podczas 

przerwy w koncercie kule medialne unosiły się pod sufitem, wpatrzone w tłum. Połowa widzów, 

którzy pozostali na tyle długo, by mieć pewność, że zostali zauważeni, skorzystała z okazji, żeby 

wymknąć się z tego niepojętego spektaklu.

Maijstral popijał zimnego drinka. Leniwym wzrokiem wędrował po tłumie, przyglądał się 

strojom, dodatkom, biżuterii.

W myślach wszystko notował.

- To bardzo dobry dramaturg - powiedział. - Zarząd Praktyk

Konstelacji ponownie go odkrył i kazał Aristide'owi dokonać przekładu.

- Rzucę na to okiem, proszę pana - odparł Pietro Quijano. Zmarszczył czoło, szarpnął dolną 

wargę. - Czy sądzi pan, że to ma wydźwięk polityczny?

-   Nie   dostrzegam   nic   wyraźnie   politycznego.   Jednak   z   jakiegoś   powodu   Khosali   go 

odrzucili, więc kto wie.

Pietro znów szarpnął dolną wargę. Maijstral powiódł oczami za jego wzrokiem i zobaczył 

Amalię Jensen rozmawiającą z porucznikiem Navarrem, który roześmiał się w reakcji na coś, co 

powiedziała panna Jensen. Pietro coraz bardziej się chmurzył. Maijstral dopił drinka.

- Proszę mi wybaczyć - powiedział. - Sprawdzę, czy Nichole czegoś nie potrzebuje.

- Oczywiście - mruknął Pietro. Oderwał wzrok od Amalii Jensen i nieco się rozpogodził. - 

Była najbardziej podniecającą partnerką podczas tańca. Proszę jej przekazać moje pozdrowienia.

- Z przyjemnością.

Maijstral przepchnął się do Nichole, która natrętnym kulom medialnym udzielała wywiadu 

na wyłączność.

- Jesteśmy starzy, drodzy przyjaciele - mówiła. - Sądzę, że mój dalszy komentarz byłby 

niestosowny. - Powiedziała to z wahaniem, delikatnie trzepotała powiekami. Niuanse, pomyślał 

Maijstral. Kiedyś uważał, że jest w tym bardzo dobra, ale w ciągu ostatnich czterech lat stała się 

wręcz mistrzynią.

Gdy po wywiadzie kula oddryfowała, Nichole wzięła Maijstrala za rękę. Maijstral przekazał 

jej posłanie od Pietra.

- Okropny tancerz - stwierdziła. - Potykał się o własne buty.

background image

- Przy tobie na pewno dobrze wyglądał.

Oczy jej się zaświeciły.

- Z pewnością. - Stuknęła go w ramię. - Widzisz tam naszego Skauta Wysokich Mórz?

Maijstral   znów   spojrzał   na   porucznika   Navarra,   z   uwagą   przysłuchującego   się  Amalii 

Jensen.

- Widzę.

- Wyświadczyłbyś mi przysługę i poprosił go, by wieczorem zechciał zjeść ze mną kolację? 

Sama bym go poprosiła, ale kule na pewno by to zauważyły i cały czas napastowały biedaka.

Cztery lata temu Nichole na pewno by nie prosiła mężczyzny o tego rodzaju przysługę, 

pomyślał Maijstral. Do takich zadań miała własną świtę. Znów wspomniał swą dawną decyzję i był 

zadowolony, że okazała się odmienna od decyzji Nichole.

- Naturalnie - odparł. - O której godzinie?

- Około trzydziestej. Zaprosiłabym również ciebie, ale z pewnością pojedziesz gdzieś w 

interesach.

Odpowiedział jej uśmiechem.

- Obawiam się, że mój dalszy komentarz byłby niestosowny.

- Tego się spodziewałam. - Poklepała go po ramieniu. - Z przyjemnością spotkam się z tobą 

jutro. Może znów na obiedzie?

- Wspaniale.

Spojrzała w górę - w ich kierunku zlatywały się kule medialne. Twarz jej przybrała wyraz 

mniej spontaniczny, bardziej kontrolowany. Mniej zadowolony.

- Drake, bądź tak miły i przynieś mi szampana - poprosiła jedwabistym głosem. Maijstral 

powąchał jej uszy - przecież było to wydarzenie Wysokiego Obyczaju - po czym skłonił się i 

odszedł.

- Prawie nie mają  miednicy - powiedział wysoki, piękny, donośny głos. - Troxanie nie 

potrafią dobrze naśladować Elvisa.

Maijstral   skłonił   się   hrabiemu   Quikowi,   przechodząc   obok   drobnego   okrągłogłowego 

kosmity. Śmiech Amalii Jensen zawisł w powietrzu. Uważała Navarra za osobę zabawną. Maijstral 

przysunął się ku nim i dotknął ramienia miedzianoskórego porucznika.

- Pozwoli pani, panno Jensen, że powiem coś porucznikowi?

Panna   Jensen   pozwoliła.   Maijstral   przekazał   zaproszenie   od   Nichole.   Navarre   był 

zmieszany.

-   Och,   to   dla   mnie   zaszczyt.   Jestem   zachwycony.  Ale   obawiam   się,   że...   -   spojrzał   na 

Amalię, która uśmiechnęła się bardziej do Maijstrala niż do Navarra - ...wieczór mam zajęty. Z 

panną Jensen. Proszę przekazać Nichole wyrazy najszczerszego żalu.

background image

Maijstral spojrzał ponad trajkoczący tłum i parę metrów za Navarrem zobaczył Pietra, który 

potrącił tacę z napitkami - hostessa patrzyła na niego z buzią w ciup. 

- Przekażę pańskie przeprosiny - powiedział Maijstral. - Nichole z pewnością zrozumie.

Poszedł   do   baru   i   poprosił   o   szampana.   Dostał   kieliszek   i   gdy   się   odwrócił,   napotkał 

wzrokiem   oczy   hrabiny  Anastazji.   Nad   nią   górował   potężny   baron   Sinn.   Krew   w   Maijstralu 

zastygła - stary odruch - ale z pogodną miną wymienił obwąchiwania.

- Szampana, hrabino?

- Przysięgłam, że dopóki Cesarstwo nie zostanie odbudowane, nie będę piła szampana w 

granicach Konstelacji - odparła.

- Obawiam się, że długo będziesz musiała czekać – powiedział Maijstral.

- Pański ojciec... - zaczęła. W sercu Maijstrala wzniósł się gniew.

- Nadal umarły - odparł Maijstral. Powąchał ją i przeprosiwszy, odszedł.

Cholera,   ta   kobieta   zawsze   go   dopadnie.   Musiał   trochę   poczekać,   aż   kule   medialne 

całkowicie   się   oddalą   od   Nichole;   dopiero   wtedy  mógł   jej   przekazać   wiadomość.   Sam   musiał 

odzyskać spokój. Nichole była zdziwiona tym, co usłyszała.

- Maijstral, on dał mi kosza! Co ja dziś wieczór ze sobą pocznę? To jedna z nielicznych 

wolnych chwil w moim kalendarzu.

- Zaproponowałbym ci moje towarzystwo, ale... - Oczy Maijstrala o ciężkich powiekach 

sprawiały wrażenie przebiegłych. - Naprawdę mam inne plany, moja pani.

- Nie sądzę, bym mogła to obserwować.

Maijstral pocałował ją w rękę.

- Obawiam się, że twoja obecność przyciągnęłaby niepożądane zainteresowanie.

Nichole westchnęła.

- Mam nadzieję, że przynajmniej wyślesz mi wideo.

- Może zdołam ci przesłać coś interesującego przed twoim wyjazdem. Jednak przeważnie 

moja praca to nic fascynującego.

Wskazała biały kamień, który miał na palcu.

- Zawsze po tym pierścieniu potrafię rozpoznać, że to twoje wideo. Gdy go widzę, wznoszę 

dopingujące okrzyki.

- Pierścień to mój znak firmowy. - Maijstral uśmiechnął się.

- Na wideo zmieniają moją twarz i ciało, ale muszę mieć coś rozpoznawalnego, by dbać o 

swoje miejsce w rankingu.

- Nawiasem mówiąc, czy odpowiada ci sposób, w jaki Laurence ciebie gra? Wygląda jak ty, 

ale wydaje się, że Anaya lepiej podchwycił twoją osobowość.

background image

- Prawdę mówiąc, moja pani, nigdy ich nie widziałem. – Nichole zaśmiała się sceptycznie. 

Maijstral spojrzał na nią. - Już raz to przeżyłem - powiedział - i nie mam ochoty na oglądanie 

imitacji.

- Skoro nalegasz, Maijstral.

Dotknął pęku diamentów wiszących u uszu Nichole. Jego oczy rozszerzyły się zawodowym 

zainteresowaniem.

- Piękne. Jesteś pewna, że powinnaś je nosić w tak niebezpiecznym towarzystwie?

- Drake, jeśli ja nie miałabym do ciebie zaufania, to któżby je miał? Ponadto nie należą do 

mnie - Firma Landor pozwala mi je nosić w zamian za umieszczenie jej na liście sponsorów. Byliby 

nawet zachwyceni, gdyby diamenty zniknęły; zwróciłoby to uwagę na ich produkty.

- Możemy to omówić - powiedział Maijstral. - Podczas obiadu. Jutro.

Znowu pocałował ją w rękę.

- Oczywiście.

Z teatru dobiegały krzyki holograficznej widowni - znak, że za chwilę zacznie się druga 

połowa przedstawienia.

Nichole wzięła Maijstrala pod ramię.

- Muszę po prostu nastawić się na samotny wieczór. Nikt by w to nie uwierzył.

- Rozkoszuj się tym, moja pani - odparł Maijstral. - Powinnaś się delektować tak rzadkim 

wydarzeniem.

- Ba - powiedziała, gdy szli do swojej loży. - Znaczy to, że się starzeję. Albo wychodzę z 

obiegu. - Wydawała się jednak zadowolona.

Rezultatem dawnych i skomplikowanych związków ludzkości z Khosali jest między innymi 

fakt - choć może godny pożałowania - że wielu Khosali uważa beztroskę i brak odpowiedzialności 

za interesujące, a szczególnie fascynujący wydaje im się styl, w jakim ludzie okazują beztroskę i 

brak odpowiedzialności. Człowiek dokona tego, o czym pozbawionemu polotu Khosalikhowi nawet 

się nie śni. Ludzie potrafią tańczyć do piątej nad ranem, a potem na kacu przychodzą spóźnieni do 

pracy. Ludzie piszą satyry na temat cesarskich oficjeli, oraz farsy, w których mnóstwo osób chowa 

się w szafach lub pod łóżkiem. Człowiek utrzymuje namiętne kontakty z osobą, z którą nie jest 

związany małżeństwem, czasami twierdzi, że taka więź go wzbogaca, a często, (co najbardziej 

znamienne)   nie   popełnia  potem  samobójstwa,  by odbyć stosowną   pokutę   społeczną.   Niektórzy 

grzeszą jeszcze gorzej, a potem żyją długo i szczęśliwie. Diadem to produkt stworzony po to, by 

bawić ludzi, jednak radości, konflikty i szaleństwa jego członków mają grupkę oddanych - choć 

nielicznych - zwolenników wśród Khosali.

background image

Nawet w czasach, gdy wpływ Khosali na ludzkość osiągnął swój szczyt, zdobywcy często 

mieli nieprzyjemne wrażenie, że ludzie skrycie się z nich naśmiewają. Khosali niewiele z tego 

rozumieli, wiedzieli jednak, że jeśli dzieci Ziemi przygotują puentę, będzie to coś nadzwyczajnego.

Puentą była oczywiście Wielka Rebelia, podczas której pozbyliśmy się systemu cesarskiego, 

cesarskiej kasty i niefortunnego Cesarza Pendjalli, Nnisa CVI - nieszczęśnikowi w jego własnym 

pałacu   przystawili   do   głowy   pistolet   członkowie   Szwadronu   Śmierci   Scholdera.   Jako   jeden   z 

warunków układu pokojowego wymuszono od biednego Nnisa, by zostawił w spokoju Konstelację 

Ludzkości - dotychczas skrupulatnie przestrzega tego zobowiązania. Była to jedyna rewolta, nie 

mówiąc o tym, że jedyna skuteczna, którą wywołała podbita rasa, gdy tylko otrząsnęła się z szoku 

tuż   po   podboju.   Ta   bezprecedensowa   sprawa   była   taką   traumą   dla   Nnisa,   że   wyliniał   i 

przedwcześnie wycofał się do kriogenicznej krypty, gdzie spoczywa do tej pory samotny i bez 

dziedzica.

Mimo zakończenia wojny przez Cesarza jednostki po obu stronach granicy nie pragnęły 

zmiany   sytuacji.   Ku   przerażeniu   człowieczych   ideologów   istnieje   w   Cesarstwie   spora   ludzka 

mniejszość, która żyje tam szczęśliwie i nie ma zamiaru emigrować do

Konstelacji. Wśród ludzi natomiast żyje dość liczna grupa zadowolonych i produktywnych 

Khosali, którzy tylko z sentymentu tęsknią za Systemem Cesarskim.

Ale   oczywiście   są   buntownicy.   Ludzka   Konstelacja   posiada   małą,   lecz   hałaśliwą   partię 

cesarską, która twierdzi, że rewolta była błędem. Jest to grupa (przeważnie ludzkich) malkontentów, 

pogardzanych   i   lekceważonych,   choć   w   ostatnich   wyborach   na   Baroda   zdobyli   dziewiętnaście 

procent   głosów   -   wynik   tak   niepokojący,   że   zwycięska   partia   Symbolistów   Wspólnotowych 

postanowiła   całkowicie   zawiesić   wybory   do   czasu,   aż   Barodanie   wyrobią   sobie   bardziej 

wyrafinowane poczucie odpowiedzialności społecznej.

Po   cesarskiej   stronie   granicy   niektórzy   domagają   się   głośno,   by   uznać   Konstelację   za 

szaloną   aberrację   oraz   by  wcielić   ją   do   Cesarstwa.   Miasto   Siedmiu   Jasnych   Pierścieni   mogło 

dotychczas ignorować te głosy, gdyż pochodziły głównie od poniżonych potomków przywódców 

rewolty - wiele cesarskich stanowisk jest dziedziczne, co bojownicy ze strony ludzi uważają za 

główny powód sukcesu rewolty. Jednak Partia Rekonkwisty prowadzi stałą agitację, co stanowi 

pretekst do utrzymywania wysokich podatków w Ludzkiej Konstelacji - są znacznie wyższe niż w 

Cesarstwie,   gdyż   należy   utrzymywać   w   pogotowiu   liczną   flotę,   mającą   zapobiec   odrodzeniu 

Cesarstwa.

Partia Rekonkwisty jest w zasadzie ignorowana. Nnis nie chce następnej wojny - już ta 

pierwsza była dość przerażająca - i reszta Cesarstwa nie otrząsnęła się ze zdziwienia po poprzedniej 

akcji ludzi. Tworzą się nowe szanse i inne podbite rasy zaczynają zdawać sobie z nich sprawę. 

Może to się wyda dziwne, ale przedtem w ogóle nie myślano nawet o czymś takim jak rewolta.

background image

Mimo   tamtej   rewolucji,   mimo   jej   skutków,   Wysoki   Obyczaj   nadal   obowiązuje   po   obu 

stronach   granicy   -   nie   ma   akceptowalnej   alternatywy,   nie   istnieje   ogólnie   przyjęty   standard 

ludzkiego   zachowania.   Jednak   w   Konstelacji   ciągle   się   szuka   prawdziwej   kultury   opartej   na 

uniwersalnych   ludzkich   zasadach   –   raporty   Urzędu   Tradycji   Konstelacji   zostały   w   znacznym 

stopniu przyspieszone przez ostatnie pokolenie i uważa się, że są w ostatnim stadium opracowania. 

Nim jednak ZPK skończy swe dzieło, cesarskie prawo i zwyczaje przeważają na ludzkich obszarach 

życia. Nawet cesarskie tytuły i nadania szlacheckie używane są z kurtuazji, choć nie mają oficjalnej 

podstawy prawnej. Po raz pierwszy w swej historii wysoka cesarska kasta musi się zdać na własne 

zasoby, a jej członkowie rosną i upadają stosownie do własnych zdolności. Odzwyczaili się od 

takich rzeczy. Wśród arystokracji nadal panuje uprzedzenie do pracy w handlu, ale niektórzy zostali 

do tego zmuszeni. Wiele zagubionych dusz wędruje z miejsca na miejsce, usiłuje trwać w Wysokim 

Obyczaju i szuka dla siebie domu.

Wędrowców jest wielu. Przecież, jeśli ktoś miał  szczęście i dostał od przodków miano 

barona   Drago,   wicehrabiego   Singa,   księcia   Dornieru,   księcia-biskupa   Nany   czy   dziedzicznego 

kapitana-generała Zielonego Legionu, nie mógł tego ignorować i przekonywał się, że inni też o tym 

pamiętają. Trudno byłoby nie zauważyć, że byłeś dziedzicznym przykładem systemu społecznego, 

który   nie   spełniał   żadnych   funkcji,   nie   miał   żadnego   znaczenia,   istniał   tylko   z   powodu 

bezwładności kulturowej, – więc co byś zrobił? Tęsknił za przeszłością? Usiłował znaleźć dla siebie 

miejsce w teraźniejszości? Usiłował stworzyć bardziej sympatyczną przyszłość?

Kto wie, może zawodowo parałbyś się złodziejstwem?

W niszach rotowały nowe hologramy. Sztuka dnia przyjemnie różniła się od sztuki nocy - 

była weselsza, bardziej radosna.

- Kłopoty, szefie. - Gregor ssał bezdymny nar-zak; powieki drgały mu nerwowo. - Śledzono 

nas dzisiaj. Mnie i Romana.

Maijstral nadal miał w uszach odgłosy koncertu. Zmarszczył czoło, gdy Roman zaczął mu 

rozwiązywać skomplikowane supły kurtki.

- Policja? - spytał.

Gregor skrzywił się.

- Czy policję stać na najszybsze latacze marki Jefferson-Singh?

Maijstral uniósł brwi.

- Naprawdę? - Odwrócił głowę i znad ramienia spojrzał na Romana.

- To dwaj Khosali - informował Roman. - Mnie szpiegowała kobieta około dwudziestki. 

Zauważyłem ją dopiero, gdy zacząłem się wypytywać o pannę Jensen. Wtedy jej zwiałem.

background image

- A ja swego wyczułem od razu - oznajmił Gregor. Odgarnął długie włosy z oczu. - To był 

Khosalikh,   mężczyzna.  Potężny  drań,  dlatego  tak   szybko   go  zauważyłem.  Ale  z  łatwością  mu 

umknąłem.

- Może szukali wrażeń - powiedział Maijstral. Wyswobodził się z kurtki. Roman wziął od 

niego pistolet i zaczął rozsznurowywać boczny szew obcisłych Maijstralowych spodni. – Może 

chcą się zasłużyć i złapać nas. Albo chcą podpatrzeć nas przy pracy.

- Ten mój nie wyglądał na osobnika, który robi to dla draki - powiedział Gregor. - Miałem 

wrażenie, że chce mnie rozszarpać gołymi rękami.

- Może to jednak policja.

- Przypominał policjanta. Podejrzewam, że ma coś wspólnego ze zleceniem. - Gregor znów 

possał nar-zak. - Roman, powiedz mu, czego się dowiedziałeś.

- Panna Jensen to miejscowy szef Rozkwitu Ludzkości - zaczął Roman ostrożnie. Uszy mu 

zadrżały w stłumionym odruchu dezaprobaty, kiedy to powinny opuścić się do dołu. - Pan Quijano 

jest skarbnikiem.

- Rozumiem - odparł Maijstral. Rozkwit Ludzkości to grupa stworzona po to, by zapewnić 

dominację ludzi w Konstelacji, a jej członkowie składali się zarówno z najbardziej szacownych 

obywateli, jak i z mieszkańców rynsztoków. Ci szacowni udzielali wsparcia słusznym sprawom, na 

przykład Urzędowi

Tradycji Konstelacji, wydawali materiały propagandowe kwestionujące absurdy Wysokiego 

Obyczaju,   agitowali   za   większą   dzietnością   ludzi   -   na   swym   terytorium   człowiek   powinien 

przewyższać liczebnie kosmitów - oraz wspierali podboje nowych światów. Starali się śledzić w 

Cesarstwie najnowsze  osiągnięcia w dziedzinie uzbrojenia i taktyki oraz popierali wojskowych 

Konstelacji w ich bezustannej pogoni za funduszami i dążeniem do ekspansji.

Inną   działalność   prowadziły   mniej   szacowne   kręgi   Rozkwitu   Ludzkości   -   grupy 

paramilitarne, których zadaniem było przeciwstawienie się atakom kosmitów, oraz grupy zajmujące 

się   rozpowszechnianiem   kompromitujących   informacji   na   temat   prominentnych   istot   nie-

człowieczych   (nazywano   je   najchętniej   „nieludzkimi");   ponadto   czynnie   nękano   Cesarskich   i 

wysyłano na nich bandytów, a czasami nawet dokonywano ataków terrorystycznych.

Główne sfery Rozkwitu Ludzkości zawsze ubolewały z powodu tych brutalnych metod i 

wyjaśniały, że nie są to metody reprezentatywne dla celów ugrupowania ani nie są typowe dla jego 

członków, jednak macierzysta organizacja nigdy nie wycofała swego poręczenia dla ruchu, który 

psuł jej dobre imię.

Uszy Maijstrala omal nie wywinęły się do dołu. On sam miał w przeszłości problemy ze 

stronnikami Rozkwitu.

- Sądzicie, że grupa Khosali obserwuje Amalię Jensen i jej kontakty? - spytał.

background image

- Niewykluczone, proszę pana - odparł Roman.

U spodni Maijstrala wisiały wiązadła. Podszedł do okna, trzymając spodnie w lewej dłoni. 

Dotknął przełącznika polaryzatora i wyjrzał na zewnątrz. Było późne popołudnie, słońce rzucało 

niebieskie cienie na zarośla za trawnikiem, nadając chromowo żółtym liściom zielonkawy odcień.

- Nadal tam są? - spytał Maijstral.

- Tak. Siedzą w krzakach, proszę pana.

Maijstral okazał irytację.

- Niech ich cholera. O co im chodzi?

- Mam pewną hipotezę, proszę pana - powiedział Roman z wahaniem.

- Mów.

- Grupa Jensen prawie na pewno zna historię pańskiej rodziny. Może chcą pana zbić z 

pantałyku i poinformują policję o pańskim zleceniu. Niewykluczone, że wpadnie pan w pułapkę.

- Więc ci Khosali w zaroślach to nasi przyjaciele?

- Roman, to nie ma sensu - stwierdził stanowczo Gregor. Nozdrza Romana zatrzepotały. - 

Kaktus mi na dłoni wyrośnie, jeśli ten drań, który łaził za mną cały ranek, jest przyjacielem. A jeśli 

nie podobają im się plany Jensen, dlaczego nas nie uprzedzą, tylko nas tropią? — Złamał zużyty 

nar-zak na połowy, a te jeszcze raz na dwoje. Rozejrzał się, szukając miejsca, gdzie by je wyrzucić, 

ale nic stosownego nie znalazł, więc upchnął kawałki w kieszeni. - Według mnie chodzi im o ten 

cholerny artefakt. Chcieliby go nam odebrać, gdy tylko go dostaniemy.

Maijstral   zastanowił   się   i   doszedł   do   wniosku,   że   hipoteza   Gregora   jest   bardziej 

przekonująca.   Wiele   jednak   było   pytań,   niewiadomych,   nieznanych   czynników.   Maijstral   nie 

osiągnął   jeszcze   takiego   szczebla   kariery,   by   mógł   sobie   pozwolić   na   popełnianie   zbyt   wielu 

błędów.

- Zacznijmy realizować plan - powiedział i znów spolaryzował okna. - Roman - zwrócił się 

do służącego - będziesz dziś bardzo zajęty. Przeprowadzisz kilka rozmów.

Maijstral wisiał w nieznacznej antygrawitacyjnej ciemności nad domem zmarłego niedawno 

admirała Scholdera. Jego prywatne kule medialne krążyły wokół niego i wszystko nagrywały - 

Jensen mogłaby zmienić zdanie na temat praw medialnych. Unieszkodliwił alarm zewnętrzny - 

proste hemisferyczne zimnopole - a teraz zastanawiał się, którędy wejść do środka.

Świetliki? Drzwi? Okna? Gdyby wybrał sposób dramatyczny, przedarłby się bezpośrednio 

przez dach lub ściany.

background image

Serce biło mu szybko, równomiernie. Mięśnie poruszały się sprawnie, ekonomicznie. Na 

szczęście cały system ochrony i alarmy były automatyczne. Na myśl o żywym strażniku zrobiło mu 

się sucho w ustach.

- Istoty rozumne są nieprzewidywalne - powtarzał niejednokrotnie Gregorowi. - Zawsze 

atakuj systemy automatyczne. Możesz ufać, że działają tak, jak powinny. - Nigdy nie był pewien, 

czy Gregor mu wierzył. Nieważne, akurat teraz nie musiał się o to martwić.

Postanowił przedostać się przez jeden ze świetlików.

Bezciążeniowo skoczył ku dachowi jak delikatna, nieprzezroczysta czarna chmura. Nawet w 

tym   momencie   był   całkowicie   świadom   tradycji   Wysokiego   Obyczaju   -   spoglądała   na   niego 

gniewnie   z   ciemności.   Nawet   tutaj   grał   jedną   z   wielu   ról   Wysokiego   Obyczaju   -   rolę 

Licencjonowanego Włamywacza.

Wysoki Obyczaj pozwalał kraść dla chleba, o ile przestrzegało się pewnych zasad: złodziej 

musiał wykonywać swą pracę samodzielnie; osoba, którą okradał, mogła sobie pozwolić na stratę; 

nie można było używać nadmiernej przemocy - uderzyć niespodziewanego strażnika po głowie, 

owszem, ale bez roztrzaskiwania czaszki. Zrabowany obiekt musiał mieć charakter artystyczny, 

sensacyjny   lub   frywolny   (nie   dopuszczało   się   kradzieży   większych   ilości   gotówki   czy 

nieoszlifowanych kamieni, ale zasady nie zabraniały zagarnięcia tych rzeczy, jeśli okazało się, że są 

w   tym   samym   skarbcu,   co   Costikyański   Szmaragd);   zrabowany   obiekt   powinien   pozostać   u 

złodzieja do północy następnego dnia po popełnieniu przestępstwa; ponadto włamywacz nie miał 

prawa wypierać się swego procederu - jeśli zamierzał kraść, musiał to ogłosić, a podczas pracy 

nosić identyfikator.

I   najważniejsze:   Licencjonowany   Włamywacz   powinien   działać   stylowo,   z   wdziękiem, 

fachowo. W rankingu styl zyskiwał dziesięć punktów, zatem nic dziwnego, że Licencjonowanych 

Włamywaczy uważano za część Wysokiego Obyczaju, więc gdyby nie zachowywali się tak jak 

pozostali niesforni osobnicy - dżentelmeni-pijacy, złotouści subtelni szarlatani, szczwani naciągacze 

- jaki sens by miało pozwalanie włamywaczom na przejmowanie cudzej własności?

Maijstral wisiał nad świetlikiem, ale go nie dotykał. Wysunął detektor w kształcie pistoletu, 

skanując szyb i ramę, by upewnić się, czy nie ma tam promieniowania elektromagnetycznego. 

Amalia i Pietro przeprowadzili badania systemu zabezpieczeń w posiadłości Scholdera, lecz nie 

znaleźli żadnych utrudnień. Maijstral wierzył jednak, że trzeba dodatkowo wszystko sprawdzać. To 

on przecież nadstawiał karku, nie Jensen.

Pułapka. Wątpliwości, sformułowane przez Romana, przemknęły nieproszone przez mózg 

Maijstrala. Przygryzł dolną wargę i zamocował detektor na swym przylegającym kombinezonie 

maskującym. Ręka mu lekko drżała, gdy wyjął miniaturową jednostkę antygrawitacyjną i ostrożnie 

background image

wsunął ją do świetlika. Zanim wyjął ołowkokształtny przecinak i zaczął ciąć, ustabilizował oddech i 

uspokoił nerwy. Pomieszczenie w dole mogło być przecież pełne policji.

Jednak najprawdopodobniej był to zwykły pokój. Maijstral usiłował trzymać się tej myśli.

Skończył cięcie i świetlik łagodnie poleciał w powietrze. Jednostka antygrawitacyjną miała 

je przenieść we wcześniej upatrzone miejsce i złożyć na ziemi. Maijstral zaczerpnął tchu, obrócił 

się i głową do dołu wpłynął do pokoju.

Głowa i ramiona przepchnęły się przez świetlik; ostrożnie obracał głowę w prawo i lewo. 

Atrium, wysokie na dwa piętra, otoczone z trzech stron balkonem, miało wyjście na dach.

W   ciemności   przycupnęły   okryte   pokrowcami   meble.   Szeroki,   obłożony   kamieniem 

kominek ział paszczą przy jednej ze ścian.

Widok z tyłu przejęły detektory i rzutowały go do centrów optycznych mózgu Maijstrala; 

jego   pole   widzenia   wynosiło   niemal   360   stopni,   ale   odwrócił   jednak   głowę,   by   wykorzystać 

paralaksę.   Skanery   podczerwieni   i   ultrafioletu   szukały   charakterystycznych   policyjnych 

częstotliwości. Czułe odbiorniki audio nasłuchiwały spadających pyłków.

Wsunął się do pomieszczenia na ciemnych jak noc holograficznych skrzydłach. Światło 

gwiazd   połyskiwało   na   jego   sztucznym   diamencie.   Rozpoznanie   przeprowadzone   przez   Jensen 

sugerowało,   że   główne   systemy   zabezpieczenia   oparte   są   na   alarmach   uruchamianych   przez 

niewielkie fale zgęszczeniowe wywołane przez poruszające się w pomieszczeniu ciało. Ten bardzo 

kosztowny system musiał odróżniać sygnał wywołany przez włamywacza od fal wytwarzanych 

przez klimatyzator, powstałych wskutek zmian termicznych samego budynku czy ruchów zwierząt 

domowych i robotów.

Kombinezon Maijstrala automatycznie radził sobie z takimi systemami alarmowymi - cofał 

się w czasie o pół kroku, generując fale, które precyzyjnie interferowały z falami, jakie podczas 

ruchu   powodował   Maijstral.   Sądzono,   że   taki   kontr-system   jest   niemożliwy,   a   ponieważ   był, 

uważano go za cud współczesnej fizyki.

Kombinezon Maijstrala należał do najlepszych osiągnięć w swej klasie.

Artefakt,   po   który   Maijstral   przybył,   połyskiwał   srebrzyście   w   niszy   obok   kominka. 

Maijstral  bezszelestnie  obszedł   pokój,  rozglądając  się  za   innymi   wartościowymi   przedmiotami. 

Zauważył głównie pamiątki po Rebelii, broń, medale w futerałach, portrety bohaterów. Maijstral 

był wstrząśnięty:  uświadomił sobie nagle, że admirał Scholder to ten sam porucznik Scholder, 

którego

Bataliony Śmierci szturmowały Miasto Siedmiu Jasnych Pierścieni i pochwyciły Cesarza w 

czasie ostatniej bitwy Rebelii.

No, no, pomyślał Maijstral, ten człowiek wpłynął na bieg Historii.

background image

Pamiątki nie miały wielkiej wartości - może dla zapaleńców historii wojskowości. Maijstral 

podryfował, więc do artefaktu i zaczął mu się przyglądać. Skanery wizualne powiększały obraz. 

Srebrny obiekt miał rozmiary melona, kształt mniej więcej siodłowaty - estetyczny, podkreślony 

delikatnymi, precyzyjnie wygrawerowanymi liniami. Maijstral widział cesarską pieczęć: wygięte

N (oznaczające Nnis CVI) splecione z pnączem skuhl z Pendjali, ideogramy symbolizujące 

powodzenie i szczęście, a wszystko otoczone figurą Zoot Torąue. Maijstral zrozumiał, że patrzy na 

łup z cesarskich posiadłości.

Ciekawe.

Dokonał   elektromagnetycznego   skanowania,   które   wykazało   stałą   emisję   niskiej   mocy, 

charakterystyczną między innymi dla niektórych systemów alarmowych. Dokładnie się rozejrzał i 

odkrył,   że   to   sam   obiekt   wytwarza   promieniowanie.   Zastanawiał   się,   czy   ten   przedmiot,   gdy 

zostanie podniesiony, nie zacznie wołać

„Pomocy! Pomocy!", jak w bajce.

Nie   zdarzyłoby   się   to   po   raz   pierwszy.   Niestety,   ostatnio   panowała   tendencja   do 

uatrakcyjniania systemów alarmowych.

Bardzo starannie zeskanował podest - nie znalazł nic, co sugerowałoby pułapkę lub alarm; 

potem umysłem wydał komendę kombinezonowi, który otworzył ukrytą fałdę z tyłu. Czas kończyć 

dzieło i wiać.

Dłonią w rękawiczce sięgnął po obiekt, objął  go, poczuł dość znaczny ciężar. Podniósł 

artefakt i zwinnym ruchem włożył do plecaka, który się automatycznie zamknął. Maijstral popłynął 

na poziomie balkonów ku świetlikowi. Zimny obiekt ciążył mu między łopatkami.

Otwarły   się   drzwi   w   wewnętrznym   pokoju.   Serce   Maijstrala   załomotało   w   piersi. 

Natychmiast przerwał swój inercyjny dryf.

Jego skanery nastawiły się z szybkością myśli.

Do pokoju wsunął się mały robot domowy na cichych kołach.

Podjechał   do   stojaka   z   rozenergetyzowaną   bronią   z   okresu   Rebelii   i   wysunął   pierzastą 

zmiotkę do kurzu.

Robot w ogóle nic nie zauważył. Maijstral uspokoił nerwy.

W kombinezonie, niewidoczny, znowu zaczął powoli unosić się ku świetlikowi.

Robot   skończył   odkurzanie   pistoletów   promieniowych,   po   czym   podjechał   do   niszy. 

Zatrzymał się i histerycznym kobiecym głosem wrzasnął: 

- Pomocy, pomocy! Zostaliśmy obrabowani!

Z głębi domu odezwał się męski głos:

- Co tam, Denise?

- Włamywacz! Myślę, że nadal tu jest! Niech przyjdzie Felicyty z karabinami!

background image

- Idziemy, Denise! - odpowiedział inny kobiecy głos. - Bandyta dostanie za swoje!

Rozmowa miała prawdopodobnie potrwać przez pewien czas - programiści tego systemu 

alarmowego powinni  pisać scenariusze oper mydlanych  - ale Maijstral  uciszył  robota  szybkim 

strzałem   z   dysruptora,   i   zrobiłby   to   szybciej,   jednak   za   pierwszym   razem   nie   udało   mu   się 

pochwycić   pistoletu.   Jak   płynąca   ciemna   chmura,   Maijstral   śmignął   do   świetlika   i   ponad 

trawnikiem wyleciał na zewnątrz, a za nim, podskakując, podążyły kule medialne.

Kombinezon poinformował go, że czarne skrzynki rozmieszczone wokół terenu dobrze się 

sprawują   —   posiadłość   próbowała   wezwać   policję,   ale   zostało   to   udaremnione.   Przekroczył 

zimnopole - kombinezon zneutralizował je automatycznie - a potem poleciał do miejsca, gdzie w 

lataczu   czekał   na   niego   Gregor   z   własną   dużą   czarną   skrzynką,   która   skanowała   otoczenie   w 

zakresie wszystkich długości fal komunikacyjnych. Gregor spojrzał z uśmiechem na Maijstrala, 

sadowiącego się w fotelu pilota.

- A zawsze mówiłeś, że ochrona automatyczna jest bardziej bezpieczna i przewidywalna.

Maijstral   wcisnął   guzik   napędu   i   latacz   z   sykiem   wzniósł   się   w   ciemność   na   cichych 

odpychaczach. Artefakt uciskał Maijstrala w plecy. Kule medialne sunęły jak race przywiązane do 

ogona szczeniaka.

Nagrania z tej operacji na pewno nie zostaną sprzedane nadawcom, postanowił Maijstral.

Charakter Maijstrala ukształtował się - zupełnie przypadkowo - w wieku łat szesnastu. Z 

założenia jego charakter miał się wtedy ukształtować - Maijstral był w najstarszej klasie Akademii 

Nnoivarl, szkoły uważanej za jedną z najlepszych w Cesarstwie, która obiecywała zrobić wszystko, 

by   rozwinąć   charakter   chłopca.   Jednak   głównie   uczono   Wysokiego   Obyczaju,   języków   i 

khosalijskich   sztuk   wyzwolonych.   To,   co   tam   nabył,   trudno   nazwać   charakterem   -   raczej 

powierzchowną ogładą, która w wielu sytuacjach była użyteczna, ale niekiedy ciążyła jak kula u 

nogi. Mimo to wielu przechodzi przez życie jedynie z takim polorem i jeśli ich charakter nigdy 

zostanie poddany próbie, nie zorientują się, że to nie wszystko.

Drake Maijstral miał pecha - jego charakter został poddany próbie wcześniej, niż Maijstral 

był do tego gotów. Na ogół tak jest z próbami charakteru - nie zdajemy sobie sprawy z tego, że to 

właśnie próba, a wtedy jest już za późno, by się przygotować.

Ponieważ Maijstral przygotowywał się do końcowego egzaminu, pozwalano mu na pewną 

swobodę   -   bez   pozwolenia   mógł   opuszczać   teren  Akademii   i   chodzić   w   cywilnym   ubraniu. 

Korzystał   z   tej   wolności,   zwłaszcza   dotyczyło   to   szanownej   jasnookiej   Zoe   Enderby,   córki 

miejscowego szlachcica; jej trzynastoletni brat uczył się w Nnoivari. Była cztery lata starsza od 

Maijstrala i charakter miała chyba w pełni uformowany. Spotkał ją - rzecz dziwna - na zawodach 

background image

szermierczych, choć jej brat nie należał do drużyny. Gdyby Maijstral był starszy, ta obserwacja by 

go powstrzymała, ale wówczas miał zaledwie szesnaście lat.

Przedpołudnie;   pomieszczenie   pachnie   rozpuszczalnikiem   do   farb   -   czcigodna   Zoe 

terminowała u miejscowego malarza. Na szybach tańczą plamy stłumionego, żółtawego światła, 

sączącego   się   przez   tropikalną   roślinność.   Maijstral,   ubrany   w   szlafrok   czcigodnej   Zoe,   czyta 

czasopismo i pali cygaretkę (tamtego roku palił); w drugim pokoju Zoe rozmawia z matką przez 

telefon.

- Kochanie, coś ci przyniosłem.

Maijstral nie słyszał wchodzącego. Nagle uświadomił sobie, że powinien był zamknąć drzwi 

na klucz poprzedniego wieczoru; teraz, ponieważ siedział w szlafroku dziewczyny i miał długie 

włosy, ten mężczyzna wziął go za Zoe.

- Przepraszam za tamtą kłótnię. Zobacz.

Biedny   facet,   pomyślał   Maijstral.   Wstał,   odwrócił   się   -   to   Marc   Julian,   drugi   kapitan 

drużyny szermierczej, sztywny, w szarym mundurze Akademii Nnoivari, w długich rękach trzyma 

pakunek.

Julian był hrabią Hitti, ale w szkole nie używano tytułów.

- Wybacz, Julianie - powiedział Maijstral. - Przypuszczam, że chciałeś rozmawiać z Zoe.

Jak już wspomniano, ogłady mu nie brakowało. Zaskoczony chłopak stał z rozdziawionymi 

ustami w holu wejściowym, tymczasem Maijstral  poszedł do pokoju Zoe, poinformował ją, że 

przybył Julian, i zaczął ćwiczyć nowy trik karciany (w Akademii otrzymał wszystkie możliwe 

pochwały za magiczne sztuczki). Zoe pożegnała się z matką i poszła do holu, ale Juliana już nie 

było.

Przy   śniadaniu   Zoe   zamierzała   wyjaśnić   sprawę   Juliana,   ale   Maijstral   stwierdził,   że 

wszystko jest jasne, nie musi, więc nic mówić, jeśli nie chce. I tak nie zamierzał słuchać tej historii. 

Został przez ranek, a potem wrócił do szkoły, by przygotować się do egzaminu z filozofii.

Będąc dorosłym, Maijstral nie obejrzałby się za siebie, ale jako osoba młoda usiłował sobie 

wmówić, że jest zakochany, a poza tym chciał jak najlepiej wykorzystać pozostałe mu tygodnie 

przed powrotem do Dornier i do Konstelacji Ludzkiej.

Analizując to później, nie był pewien, czy Julian miał wtedy pomocnika. Maijstral opuścił 

kabinę egzaminacyjną i szedł ze swym przyjacielem Asadem. Przekonani, że dobrze im poszło, 

śmiali się - gdy nagle Maijstral potknął się i zachwiał. Coś pchnęło go, uderzając między łopatki, i 

wpadł na wyprostowane plecy chłopaka idącego przed nim.

- Uderzyłeś mnie, Maijstral. - Spod chwastu mundurowej czapki z tępym zadowoleniem 

patrzyły błyszczące oczy Marca Juliana.

- Przepraszam, Julianie - odparł Maijstral. - Ktoś mnie...

background image

- Nie ujdzie ci to na sucho - odparł tamten zimno. - Zah będzie moim sekundantem.

Maijstral wyprostował się.

- A moim Asad.

Maijstral  był  równie opanowany. Natychmiast się zorientował, że Zah, kapitan drużyny 

szermierczej, cały czas szedł z tyłu.

Maijstral   poczuł   na   ramieniu   braterską   dłoń   Asada.   Nie   był   to   gest   pocieszający   - 

uświadomił Maijstralowi, że za gładkim rytuałem stoi śmiertelna rzeczywistość i zobowiązanie, 

które właśnie podjął. Odruchowo odwrócił się i odchodząc, zapalił papierosa, jakby nie miał nic 

lepszego do roboty.

Studentom   zabraniano   pojedynków,   ale   pojedynki   się   jednak   odbywały.   Z   ostrożności 

zwyczajowo uczniowie starszych klas usiłowali zapobiec pojedynkom młodszych kolegów, ale jeśli 

starsi   chcieli   ze   sobą   walczyć,   nikt   im   nie   przeszkadzał.   Najgorsze,   co   mogło   się   zdarzyć,   to 

wydalenie ze szkoły.

-   Julian   nie   przyjmuje   żadnych   wyjaśnień   -   powiedział   potem   Asad,   gdy   odwiedził 

Maijstrala w pokoju. - Chce się bić.

Maijstral skinął głową, wypuścił dym.

- Świetnie.

-   Oczywiście   pistolety.   Gdybyście   walczyli   bronią   białą,   zrobiłby   z   ciebie   makaron. 

Porozmawiam z Josephem Bobem, czyby nie pożyczył pary pukawek.

- Znakomicie. Napijesz się brandy?

Asad pokręcił głową.

- Nie. Już sobie pójdę. Pojedynek jest jutro rano.

- Tak szybko? - Maijstral był zaskoczony.

Asad zaśmiał się zażenowany.

- Chyba lepiej mieć to za sobą. Nie warto, by ci te sprawy przeszkadzały w nauce.

Asad wyszedł. Maijstral nalał sobie koniaku, zapalił papierosa i podszedł do terminala. 

Odczytał wyniki, jakie Julian uzyskiwał w strzelaniu, i ciarki mu przeszły po plecach. Przypomniał 

mu się nagle jeden z obrazów czcigodnej Zoe - dzieło formalne, przedstawiające matowoczerwone 

słońce i błyszczące niklowo-żelazne asteroidy.

Asad wrócił po kilku minutach. Zaśmiał się z admiracją.

- Ale ty jesteś opanowany! Przygotowujesz się do egzaminu, jakby się nic nie stało.

Maijstral wyłączył monitor.

- Cześć, Asad.

- Joseph Bob sprawdza teraz pistolety - powiedział Asad. - Zastosujemy pociski. Tak będzie 

uczciwiej   -   Julian   jest   lepszym   strzelcem.   Posłuchaj   mojej  rady  i   strzel   natychmiast   po  moim 

background image

sygnale. Jeśli trafisz go pierwszy, możesz mu uszkodzić rękę lub nogę i być może on nie zdoła 

strzelić. Jest lepszy i jeśli w ogóle wypali, prawdopodobnie cię trafi.

- Zapamiętam to. - Nalał sobie brandy.

- Szkoda, że nie ma tu dostępu do pojedynków psychicznych. Mógłbyś mu rozwalić mózg - 

w tej dziedzinie jest bezbronny.

- Zastanawiałem się na tym. Zagrałbyś w karty?

- Ależ ty jesteś spokojny, Maijstral! - powtórzył Asad z podziwem. - Rozegrajmy krótką 

partyjkę, ale nic z tych twoich sztuczek.

Przez godzinę grali w wesołka. Asad wygrał czterdzieści marek. Potem wstał i powiedział, 

że musi już iść, by przygotować się do egzaminu z historii.

- Weź mój marker, dobrze. Mój ojciec strasznie się spóźnia z przekazami. - Ściślej mówiąc, 

ponad rok. Na szczęście kredyt Maijstrala był nadal otwarty.

- Wezmę. Dzięki.

- Ojciec na pewno to pokryje, jeśli... - Lepiej zostawić niedopowiedzenie. Asad uśmiechnął 

się z zakłopotaniem.

- Przyjdę po ciebie o wpół do siódmej, dobrze? - Ujął Maijstrala za ramię. - Do widzenia.

Maijstral nie chciał, by Asad go opuścił; nie chciał zostawać samotny z własnymi myślami.

Usłyszał odgłos zamykanych drzwi. Przez długą chwilę obserwował drżącą brandy na dnie 

karafki. Zostało jej tylko na dwa palce. Postanowił już nie pić.

Mógł do woli protestować, mógł rozgłaszać, jak głupie są pojedynki, jak śmieszny jest 

Wysoki Obyczaj. Niczego by to nie zmieniło. Gdyby się uchylił, nikt by się później do niego nie 

odzywał.

Pociski. Ręka lub noga zlikwidowane albo płuca przestrzelone. Ćwiczył karciane triki. Palce 

psuły wszystkie sztuczki.

W nocy nie spał. Spocony leżał w łóżku i patrzył w sufit. Wypalił wszystkie papierosy. O 

drugiej po północy miał pewność, że nie może stanąć naprzeciw pistoletu Juliana.

Zaczął się zastanawiać, co z tym zrobić.

Podszedł cichcem do drzwi Josepha Boba i spojrzał na panel wejściowy. Usiłował oddychać 

powoli, naturalnie. Sam był zdziwiony, że jest spokojniejszy niż na egzaminie pisemnym.

Wziął jedną  ze swych kart do gry i włożył  ją między drzwi a framugę. Przez ostatnie 

czterdzieści minut usiłował włamać się do komputerowego systemu bezpieczeństwa akademika i 

sądził, że chyba udało mu się zdalnie odblokować zamek. Teraz musiał go jeszcze odemknąć, co 

mogło wywołać hałas.

Zapadka kliknęła. Serce Maijstrala zamarło. Nasłuchując, czekał kilka chwil. Nic.

background image

Pchnął   drzwi,   usłyszał   oddech   Josepha   Boba.   Boso   wszedł   do   środka.   Na   oczach   miał 

pożyczone z sali gimnastycznej gogle, jakich w nocy używali biegacze, widział na biurku futerał z 

pistoletami. Przymknął drzwi i podszedł do biurka.

Joseph Bob odwrócił się, mamrocząc we śnie. Maijstral zamarł, w uszach czuł pulsowanie 

krwi. Joseph westchnął i zaczął ciężko oddychać. Maijstral nieco się odprężył. Oczywiście sen 

Ziemianina został zakłócony i Maijstral musiał zachować ostrożność. Każdy jego ruch trwał wieki: 

Maijstral wyciągał dłoń, otwierał futerał.

Antyczne pukawki leżały na czerwonej pluszowej wyściółce - widział je wyraźnie przez 

swoje   specjalistyczne   okulary.   Oblizał   wargi   i   sięgnął   po   pierwszy   pistolet.   Na   szczycie   lufy 

znajdowała się muszka - mały paciorek na ozdobnej, srebrnej nóżce. Maijstral poprzez chustkę 

lekko zacisnął na muszce małe szczypce i delikatnie przegiął ją na bok. Zdjął chustkę, obejrzał swe 

dzieło: nie zostawił żadnych śladów. To samo zrobił z drugim pistoletem i zamknął futerał.

Teraz miał czas, by sobie o tym pomyśleć, i sam był zdziwiony, że tak spokojnie potrafi 

działać. Dopiero, gdy opuścił pokój, zaczął się bać. A jeśli Julian strzeli odruchowo i w ogóle nie 

będzie   używał   muszki?   Czy  był   aż   tak   dobry?  Przez   swoje   manipulacje   Maijstral   mógł   tylko 

zniszczyć własne szanse.

Tej  nocy nie  zasnął.  Wypił  resztkę  brandy,   nim  rano  się wykąpał  i  ubrał  stosownie   do 

okoliczności.   Usiłował   związać   z   tyłu   długie   włosy,   ale   palce   miał   niezręczne.   Dopiero  Asad 

przyszedł i mu pomógł.

Maijstral  ubrał się całkowicie  na czarno  - nawet jedna  biała plamka  mogłaby stanowić 

wyraźny cel.  Gdy  przybył   na  miejsce  pojedynku   -  kawałek   trawy  za  Ogrodem  Kaplicowym  - 

zobaczył, że Julian był ubrany podobnie.

 

Maijstral nie odezwał się ani słowem. Opuścił brodę w wysoki kołnierz, by nie drżała mu 

szczęka.

- Pamiętaj - powiedział Asad - trzymaj lewe ramię z tyłu, nie na widoku. Stań bokiem, by 

zmniejszyć pole celu. Górną część ciała zasłoń zgiętą prawą ręką. I strzel pierwszy, jeśli ci się uda. - 

Ścisnął mu ramię. - Powodzenia.

Sprawy potoczyły się szybko. Zah krzyknął: „Raz, dwa, trzy" i upuścił chusteczkę. Pistolet 

Juliana   wystrzelił,   nim   Maijstral   zdołał   zrozumieć   znaczenie   upadającej   białej   koronki.   Z   tyłu 

usłyszał wybuch, gdy kula uderzyła w mur ogrodu.

Ponad   muszką   Maijstral   spojrzał   ze   zdziwieniem   na   zaskoczone   osoby:   Julian   miał 

czerwoną twarz, szczęka mu  chodziła. Maijstral przypomniał  sobie spojrzenie Juliana,  gdy ten 

wyzywał go na pojedynek, i opanowała go żądza krwawej zemsty.

background image

Usiłował teraz określić, w jaki sposób zdeformował muszkę w swoim pistolecie, ale nie był 

specjalistą od broni palnej i jego kula wyrwała mały krater w kamiennym murze starej kaplicy.

Asad walnął go po plecach, a Julian wycierał krew z podbródka, gdyż ugryzł się w dolną 

wargę,

Maijstral podał Asadowi pistolet kolbą do przodu.

- Przekaż Josephowi Bobowi moje podziękowania - powiedział. Niepewnie się uśmiechnął. 

- Chcesz zobaczyć nową sztuczkę karcianą? Opanowałem ją w nocy.

- Jesteś cholernie opanowany - stwierdził Asad i ponaglił Maijstrala, by opuścił teren wałki.

Niezbyt   wielu   ludzi   ma   tak   jasną   świadomość   własnej   natury   jak   Maijstral   w   wieku 

siedemnastu   lat.   Był   tchórzem   i   wiedział   o   tym.  Wysoki   Obyczaj   nie   uznawał   tchórzostwa   – 

złodziejstwo i naciąganie, owszem - ale Maijstral doskonale wiedział, jak sobie z tym radzić. Na 

wylot musiał znać Wysoki Obyczaj, umieć manipulować nim na swą korzyść. Musiał prześlizgnąć 

się przez świat Wysokiego Obyczaju gładko, bez tarć, świadom pułapek.

- Każdy głupi potrafi zginąć w pojedynku - głosiło przysłowie Khosali. 

Maijstral postanowił nie być tego rodzaju głupcem.

background image

ROZDZIAŁ 4

Generał   Gerald   był   przygotowany   do   odparcia   wszelkich   ataków.   W   zbroi   bitewnej 

przycupnął w kącie salonu i uśmiechał się, myśląc o swej strategii i sprycie. Sensory umieszczone 

w rozmaitych częściach domu przesyłały dane za pośrednictwem zbroi do centrów optycznych. 

Generał przeglądał je z dreszczykiem emocji, z radosną obsesją. Maijstral mógł wygrać - generał 

chętnie dopuszczał taką możliwość, – ale niech wie, że walka trwa. Maijstral będzie musiał stoczyć 

bitwę swego życia.

Wiedział, że prawdopodobnie żaden złodziej kalibru Maijstrala nie oprze się wyzwaniu, 

które rzucił generał. Zagroził Maijstralowi śmiercią, wiedząc, że ten będzie musiał podjąć rękawicę. 

Ha! - pomyśli na pewno Maijstral - ten stary piernik sądzi, że może dyktować mi, co mam robić. A 

potem Maijstral postanowi dać staremu nauczkę, włamać się do jego domu i dokonać kradzieży.

Ale Maijstral zupełnie nie wiedział, że Gerald się na niego przygotował, że przewidział 

działania wroga i zamierzał go zaskoczyć.

Nieszczęściem  generała Geralda  było  to,  że  czterdzieści  lat  przeżył   jako  wojownik   bez 

wojny. Ani razu nie brał udziału w bitwie. Przez dziesięciolecia szykował się do nieuniknionego, do 

restauracji   Cesarstwa,   doskonalił   swe   umiejętności,   badał   taktykę   wroga,   przeprowadzał 

nieskończone bitwy o fundusze i bił się na symulatorach i manewrach... i z dnia na dzień generał 

Gerald był coraz bliżej odejścia na emeryturę, a tchórzliwa cesarska flota w ogóle nie stawiała się 

na wyczekiwany Armageddon. Tego patriota nie mógł znieść.

Teraz generał czekał w starej zbroi, otoczony przez różne rodzaje broni rozłożone półkolem; 

skanował   odczyty   zdalnych   sensorów   i   czuł,   jak   ubranie   dmucha   mu   w   czoło   chłodnym 

powietrzem. W myślach przedstawiał sobie wejście Maijstrala: złodziej wdziera się przez okno, 

drzwi lub przez komin, nieświadom, że generał wydał fortunę na systemy wykrywające, ufny, że 

kombinezon   maskujący   ukryje   go   przed   żądnym   zemsty,   skulonym   w   kącie   eks-wojskowym. 

Generał   Gerald   zacząłby   walkę   od   wystrzelenia   siatki   obezwładniającej,   usiłując   pojmać 

włamywacza.

Czarny   kombinezon   Maijstrala   prawdopodobnie   potrafiłby   pozbyć   się   tarcia,   Maijstral 

wyswobodziłby się z więzów i zaatakował z pukawki lub ogłuszacza - zbroja generała naturalnie 

odparłaby   ten   atak...   i   wtedy   bitwa   się   rozwija,   do   walki   wchodzi   broń   wysokich   energii, 

dysruptory, mapery i miotacze, a w końcu może nawet dojść do walki wręcz, gdy generał stanie ze 

swym wiernym kordem w dłoni przeciw Maijstralowi ze sztyletem.

background image

Wyobrażał sobie własne zwycięstwo, Maijstral - zdruzgotany, pokój w płomieniach (a co 

tam!   -   dom   jest   ubezpieczony);   Maijstral   po   raz   pierwszy   złapany   i   aresztowany,   złodziej 

najwyższej klasy pokonany dzięki przezorności i sprytowi generała.

Maijstral,   Licencjonowany   Włamywacz,   myślał   generał,   to   nie   to,   co   admirał   floty 

cesarskiej, ale z braku tego ostatniego, musi wystarczyć.

Peleng to nic zabawnego.

Sierżant Tvi z Tajnych Dragonów Jego Cesarskiej Mości spojrzała zrozpaczona na ekran 

komunikacyjny: posiadłość Scholdera wzywała pomocy. Nie ma wątpliwości. Cesarski Relikt nie 

zostanie dziś wieczór odzyskany.

Przepona  Tvi  skurczyła  się  z   irytacji.  Tvi   pochyliła  swego   speedstera   Jefferson-Singha, 

wzniosła się i włączyła do korytarza, naśladując regularnego uczestnika ruchu. Spojrzała przez 

ramię na swój kombinezon maskujący i sprzęt i zastanawiała się, czyby się tego nie pozbyć.

Nie, postanowiła. Może jeszcze przyjdzie okazja, bym pokazała, co potrafię.

Sierżant Tvi była - mówiąc otwarcie — szałaputem. Jej rodzice, gorliwi służący Cesarstwa, 

mieli w swym rodowodzie długie linie innych cesarskich służących, z których wszyscy szczycili się 

wzorcowym brakiem płotu. Męczące i monotonne dzieciństwo Tvi wypełniały fantazje. Gdyby Tvi 

nie miała rozwiniętej wyobraźni, umarłaby z nudów. Grzęzła w cesarskich grajdołach i jej świat 

wypełniała  albo kwaśna  atmosfera Vanngrianu, albo  bezkresne, ponure  pustynie Zynzlypu. Tvi 

śledziła   rankingi   włamywaczy,   programy,   dokonania   Ludzkiego   Diademu,   biografie   Elvisa.... 

Gdyby... gdybym tylko miała szansę, myślała, pokazałabym, co potrafię, Geoffowi Fu George czy 

baronowi Drago.

Niestety, jej kariera włamywacza nie była usłana sukcesami. Dwa standardowe lata temu 

miała pecha i została złapana podczas pierwszej pracy; jedyną ucieczką przed cesarskim wymiarem 

sprawiedliwości było wstąpienie do Tajnych Dragonów.

Gdy w więziennej celi, wysłuchując wymówek rodziców, zastanawiała się, czy wybrać tę 

służbę, pomysł wydał się jej ciekawy, nawet atrakcyjny: odwiedzanie dalekich światów, udział w 

rozwoju Cesarstwa, romantyzm, emocje, niebezpieczeństwa.

W rzeczywistości przydzielono jej stanowisko młodszego oficera do spraw bezpieczeństwa 

w   rozmaitych   konsulatach   w   Ludzkiej   Konstelacji.   W   pracy   musiała   się   głównie   zajmować 

rozmaitymi   ludzkimi   dziwakami   -   przeważnie   byli   to   Cesarscy,   -   którzy   twierdzili,   że   mają 

informacje   o   spiskach   przeciwko   Cesarstwu   i   wiedzą,   jak   te   sprawy  należy  załatwić.   Hrabina 

Anastazja była jedną z wielu nieprzystosowanych ludzkich pośredników i Tvi straciła nadzieję w 

background image

stosunku do całej rasy. Czy to ta sama rasa wydała Juliusza Szalonego i niezrównanego Sodeberga 

Wampira?

Perspektywy stały się jaśniejsze, gdy baron Sinn włączył ją do specjalnej misji. Nareszcie 

jakaś szansa! Tvi miała uczestniczyć w szalonym wyścigu, w którym stawką był Los Cesarstwa, a 

współzawodnikiem sam Maijstral. Ten z góry tabeli, który działał stylowo i budził nadzieje. A teraz 

okazało się, że Tvi przybyła za późno.

Niech to diabli! Teraz najprawdopodobniej sprawa zostanie przekazana temu okropnemu 

zbirowi   Khotvinnowi,   a   ona,   Tvi,   dostanie   podrzędną   rolę   w   jakimś   podłym   zadaniu   typu: 

wysączanie mózgów albo „włam się i wal".

A niech to! Peleng to nic zabawnego.

Z tyłu za sierżant Tvi wznosił się do nieba matowo czarny speedster Paavo Kuusinena. Na 

jego ekranie latacz Khosali był jasną plamką.

Kuusinen posłuchał rady Nichole i sprawił sobie nową kurtkę według miejscowej mody, by 

lepiej wtopić się w otoczenie. Jak powiedział Nichole, studiował naturę ludzką; a jak powiedział 

Maijstralowi, odwiedzał Peleng w interesach.

Tego popołudnia łączył oba te zajęcia: usiłował śledzić Maijstrala. Ku swemu zaskoczeniu 

odkrył, że Maijstrala śledził już ktoś inny - kobieta Khosali. Tamtego wieczoru Maijstral starannie 

umknął i jej, i Kuusinenowi, i od tego czasu Kuusinen śledził tę Khosali w nadziei, że znów 

zlokalizuje   Maijstrala.   Nic   z   tego:   ta   drobna   kobieta   wybrała   się   na   bezcelową   wycieczkę   na 

prowincję, ale gwałtownie zawróciła, zmierzając z powrotem do Peleng City.

Czy ci ludzie w ogóle wiedzieli, co robią? Kuusinen podejrzewał, że nie.

Całą sytuację znamionował chaos. Kuusinenowi zależało jedynie na tym, by nie spuszczać 

Maijstrala z oczu, ale ku jego zaskoczeniu połowa Cesarskiej Służby Dyplomatycznej wydawała się 

angażować w to samo zadanie.

Niewątpliwie była w tym jakaś tajemnica. Kuusinen doszedł do wniosku, że właśnie on ją 

rozwikła.

Hrabina Anastazja przyglądała się swemu odbiciu w oknie: plecy miała sztywne, ramiona 

nagie, czarna miękka suknia spadała do kostek ciemną kaskadą. Hrabina dotknęła spódnicy, ujęła w 

palce nieistniejący pyłek; jak taki pospolity okruch śmie się czepiać jej stroju!

W kręgosłupie hrabiny tańczył nerwoból, a bezustanne rozdrażnienie szeptało coś w mózgu. 

"Maijstral" usłyszała szept i uszy hrabiny zatrzepotały do dołu. Naprawdę nie akceptowała tego 

człowieka.

background image

- Ten Gregor pytał o Jensen i jej grupę. Maijstral nam uciekł. Ta pani włamywaczka, Tvi, 

donosi,  że   uruchomiły się  alarmy w  całym  domu  Scholdera.  Czy  to  nie   wystarczy,  by zacząć 

działać?

Obok hrabiny, w lustrzanej powierzchni ukazała się ostra twarz barona Sinna. On również 

palił papierosa, który zwisał mu z jednej strony pyska. Zwykle unikał takich złych nałogów, ale 

folgował sobie ze względu na Anastazję - staromodna uprzejmość, którą hrabina doceniała.

- Mój personel to tylko dwie osoby - powiedział. – Maijstral ma tu służących, ma koneksje. 

Jeśli zdobył Cesarski Relikt, prawdopodobnie już się ukrył.

- Cholera z nim. Dlaczego nie da się przekupić?

- Może nie podziela przekonań swego ojca.

Anastazja  parsknęła pogardliwie. Nozdrzami wypuściła eleganckie białe smużki dymu - 

efekt podziwiała w szybie.

- Przyjemność sprawia mu, gdy jest krnąbrny - stwierdziła. - Zajął się włamaniami i wziął tę 

okropną kobietę, Nichole, tylko po to, by zmartwić rodzinę. Zawsze mówiłam jego ojcu, żeby 

postępował z nim stanowczo.

- Teraz już za późno, lady.

Wywinęła usta. Zauważyła na zębie drobinkę tytoniu.

- Na stanowczość nigdy nie jest za późno, panie baronie. – Ta jedna z jej zasad życiowych 

została teraz zniekształcona, gdyż hrabina usuwała paproszek ze swego uśmiechu.

Sinn milczał.

- Ta Nichole. - Anastazja zwracała się do szyby. – Nichole i Diadem. Szczyt konstelacyjnej 

kultury. Ludzie, których jedyny zawód to wystawianie się na plotki. Wyobraża pan to sobie?

Sinn leniwym ruchem języka przesunął papierosa w kącik ust.

- Hrabino, rozmawialiśmy o Maijstralu i tej kobiecie Jensen.

- Stanowczość - powtórzyła swój poprzedni wywód. Nerwoból dźgnął ją w kark. - Maijstral 

jest osobą publiczną i jego nieobecność zostanie zauważona, ale Jensen nie jest. Jeśli Maijstral nie 

będzie miał, komu dostarczyć Cesarskiego Reliktu... 

- Właśnie.

Baron Sinn patrzył na człowieczą kobietę i powstrzymywał swą przeponę przed skurczem 

irytacji. Jest naszym sojusznikiem, napominał się, i choć to groteskowa dziwaczka, jest jednak 

bogatą   groteskową   dziwaczką,   która   osobiście   finansuje   działalność   Partii   Cesarskiej   tutaj   w 

Konstelacji...

Rzucił papierosa do popielniczki.

background image

- Dobrze - powiedział. - Muszę poprosić o pomoc Khvotninna. Przechwycimy tę Jensen, 

gdy tylko zostanie sama. Obecnie zabawia niejakiego Navarra - ten człowiek jest na służbie i nie 

chcemy komplikacji.

Anastazja podeszła do niego powoli i splotła ramię z jego ramieniem. Głaskała gładkie 

ciemne włosy na ręce barona.

- Wspaniale - rzekła. Otworzyła usta, wysunęła język: tak Khosali okazywali dobry nastrój. 

Blask w jej oczach był odrażający.

- Wreszcie stanowczość.

Polityka polega często na ignorowaniu faktów, zacytował w duchu baron. Uważał się za 

realistę i rzadko uciekał się do aforyzmów.

Hrabina działała mu na nerwy, powodując, że zaczynał myśleć kliszami.

Porucznik Navarre pomyślał o Amalii Jensen, szybując  lataczem po niebie. Doszedł do 

wniosku, że to interesująca kobieta. W specyficzny sposób oddana sprawie przetrwania Konstelacji, 

mając fakty i własną inteligencję na poparcie swych poglądów, okazała się w czasie wieczoru 

porywającą towarzyszką. Przywódczyni organizacji  politycznej,  czarny pas trzeciego stopnia w 

pomboxingu,   kompetentna   dyskutantka...   Dziwne,   że   była   również   ogrodniczką:   jej   dom 

wypełniały wspaniale utrzymane rośliny i kwiaty.

A  jednak   czuł   się   nieswojo,   odrzuciwszy   zaproszenie   Nichole.   Jak   często   mężczyzna, 

zwłaszcza oficer z Pompey, ma okazję być sfotografowanym z członkiem Ludzkiego Diademu? 

Niestety, w tamtej sytuacji nie mógł przedstawić zgrabnej wymówki.

Komunikator w lataczu dyskretnie zaszczebiotał. Porucznik zmarszczył czoło. Kto mógł 

dzwonić o tej porze? Nacisnął guzik.

- Navarre - zgłosił się.

- Proszę pana, tu oficer Panket z Policji Pelengu. - Wszystko wskazuje na to, że włamano się 

do domu pańskiego zmarłego wuja.

Navarre był zdziwiony.

- Naprawdę? - spytał. - Ale, po co?

background image

-   Od   powodzenia   waszej   akcji   w   ciągu   następnych   kilku   godzin   może   zależeć   Los 

Cesarstwa - oznajmił baron Sinn.

Czy mogło się coś lepszego przytrafić? - pomyślała sierżant Tvi. Los Cesarstwa! Na dźwięk 

tych słów serce jej zabiło szybciej. To coś znacznie lepszego niż służba cywilna i patrzenie przez 

okno na bezkresną pustynię i opornych mieszkańców Zynzlypu.

Nawet ciemna sylwetka Khotvinna, który był o głowę wyższy od Sinna, wydawała się mniej 

ponura niż zwykle.

- Khotvinn będzie twoim podwładnym - ciągnął Sinn. - W razie kłopotów potrafi cię z nich 

wyciągnąć. Został w tym kierunku wytrenowany.

- Nie przewiduję kłopotów, proszę pana - odparła Tvi głosem, któremu, jak sądziła, nadała 

ton spokojnej pewności.

Sinn spojrzał na nią władczo.

-   Należy   przewidzieć   najtrudniejsze   nawet   sytuacje,   Tvi.   Gdy   nastąpią,   będziesz 

przygotowana.

Dlaczego oficerowie zawsze wyrażają się w ten sposób? - myślała Tvi. Uwag podwładnych 

nigdy   nie   uznają   za   całkowicie   słuszne   i   nawet,   jeśli   podwładni   demonstrują   pewność   siebie, 

dostają od przełożonych nauczkę.

- Tak jest, proszę pana - odpowiedziała posłusznie.

Hrabina Anastazja pojawiła się w końcu pokoju, podeszła do barona i położyła mu dłoń na 

ramieniu. Baron Sinn zesztywniał.

- Nie pozwól, by ci ktoś wszedł w drogę - powiedziała. Odmiennie niż baron, posługiwała 

się wysoko-khosalijskim. – Nie czas na głupie wahania, na szacunek dla życia. Nie potrzebujemy 

świadków. Masz być przygotowany do podjęcia ostrej akcji.

- Zacisnęła pięść.

Tvi   milczała.   Nie   musiała   słuchać   rozkazów   hrabiny,   ale   na   tej   planecie   grupa   barona 

zależna była od poparcia hrabiny, więc należało ją traktować z szacunkiem.

Los Cesarstwa! - myślała znów Tvi. Teraz warto było wysłuchiwać nudnych przemówień. 

Zastanawiała się, czy kiedyś w przyszłości pojawią się programy wideo o Tvi z Tajnych Dragonów.

Hrabina   mówiła   o   stanowczości,   o   potrzebie   działania.   Tvi   wiedziała,   że   gdy   jej 

zwierzchnicy przechodzili na wysoko-khosalijski, usiłowali ją zainspirować. Mogła, więc spokojnie 

podrzemać sobie z otwartymi oczyma. Przyjęła, więc postawę szacunku, uszy pochyliła do przodu, 

jakby   uważnie   słuchała,   a   tymczasem   jej   umysł   wyświetlał   wideo   i   z   chłodną   przyjemnością 

background image

obserwował, jak Tvi bohatersko kradnie dokumenty, walczy ze szpiegami, ratuje trumnę cesarza 

przed zniszczeniem... Nagle spojrzała na Khotvinna.

Oczy  potężnego   Khosalikha   błyszczały,   futro   na   jego   ramionach   uniosło   się.   Potwór   z 

wyraźną przyjemnością chłonął słowa hrabiny i tylko czekał na chwilę, gdy będzie mógł komuś 

połamać   kości,   skręcić   kark,   posiniaczyć   ciało.   Podczas   kilkudniowej   znajomości   Tvi   miała 

wrażenie, że Khotvinn wolałby mieszkać w jaskini. Teraz było to wrażenie bardzo silne. Umysł Tvi 

przeszedł   w   stan   czujnej   uwagi.   W   jej   mentalnym   scenariuszu   nie   występował   ktoś   taki   jak 

Khotvinn - istoty pokroju Khotvinna, te z wideo, zawsze szukały służby u złoczyńców i tuż przed 

antraktem były zwykle masakrowane przez główną bohaterkę.

Na Khotvinna należało zwrócić uwagę. Teraz Tvi była tego pewna.

Tvi, w kamuflującym czarnym kombinezonie płynęła jak kawał czarnego szkła nad żółtymi 

wgórzami   na   przedmieściach   Peleng   City.   Zmysł   powonienia,   wzmocniony   przez   przyrządy 

kombinezonu, odczuł zapach nocnego kwiatu dzwonosiewki.

Khotvinn stał przy lataczu jak pomnik. Tvi postanowiła nie zabierać go na rekonesans - 

uważała, że jest niezręczny i z pewnością zauważono go poprzedniego dnia, gdy śledził asystentkę 

Maijstrala. Tvi zapaliła i wyłączyła projektory holograficzne kombinezonu. Khotvinn zachowywał 

się tak, jakby w ogóle nie zauważał jej obecności.

- Latacz Navarra zniknął. W domu nie wykryłam żadnych systemów bezpieczeństwa.

- A więc wchodzimy - stwierdził Khotvinn rzeczowo. Mówił z prowincjonalnym, trudnym 

do zrozumienia akcentem. Zginał ramiona sztywno, metodycznie i Tvi zastanawiała się, skąd Sinn 

go wytrzasnął. Połowa Tajnych Dragonów wstąpiła do służby wprost z więzienia, a Khotvinn mógł 

być mordercą zaciągniętym z planety-więzienia dla nieskruszonych, jednym z tych, którzy nie mieli 

dość przyzwoitości, by po wpadce popełnić samobójstwo.

Jak on mógł rozumieć przemowę hrabiny? - zastanawiała się Tvi. Wątpiła, czy w razie, 

czego potrafiłby się posłużyć wysoko-khosalijskim.

- Jeszcze nie - rzekła. — Poczekaj na światło.

Khotvinn znów się zgiął z niecierpliwości, ale nic nie powiedział przez cały długi czerwony 

poranek. Nie był dobrym rozmówcą.

Westchnęła. Wideo o Licencjonowanych Włamywaczach na ogół prezentowało asystentów 

uprzejmych, amoralnych speców od techniki, którzy spełniali rozkazy z inteligentną efektywnością, 

zawsze gotowi wyciągnąć z kapelusza nową czarną skrzynkę. Niestety, Khotvinn był z innej gliny.

Tvi czekała, aż zobaczy kilka wczesnych lataczy, wiozących ludzi do pracy. Wtedy dopiero 

na kombinezon maskujący włożyła zniszczoną kurtkę i skinęła Khotvinnowi, by wszedł za nią do 

latacza. Maszyna wzbiła się w poranne niebo.

- Mam plan - powiedziała Tvi. - Postępuj zgodnie z moimi instrukcjami.

background image

Khotvinn nie dał żadnego znaku, że polecenie do niego dotarło. Tvi musiała przyjąć, że je 

usłyszał.

Nie udzieliła mu dalszych wyjaśnień. W duchu próbowała sobie przedstawić tę wymianę 

zdań, ale obraz się nie kleił.

„Khotvinnie, będziemy udawać ekipę naprawiającą sieć". I taktownie dodała: „Czy wiesz, 

co   to   jest   ekipa   naprawiająca?".   Nie,   lepiej,   żeby   tylko   ona   mówiła.   Khotvinn   niech   udziela 

wsparcia w razie konieczności.

Sama wszystko zrobi. Ona, Tvi z Tajnych Dragonów, wypełniała swą pierwszą misję, a Los 

Cesarstwa... Ooo.

Przeoczyła dom Amalii Jensen. Zrobiła teraz lataczem dużą pętlę, udając, że specjalnie 

poleciała za daleko, w celu rozpoznania. Khotvinn się nie odezwał, prawdopodobnie niczego nie 

zauważył. Tvi opuściła latacz na płaski dach domu Amalii.

Na skraju dachu stały długie donice z barwnymi kwiatami. Między roślinami krążył robot z 

konewką.

Był to zwykły wielofunkcyjny domowy robot: pokojówka, lokaj, odźwierny, automatyczna 

sekretarka i podczaszy w jednym.

Podjechał do latacza. Tvi zauważyła, że konewka pomalowana jest w żółte stokrotki.

- Czym mogę państwu służyć? - spytał robot.

Tvi zaplanowała odpowiedź: „Jesteśmy z Niezależnej Rozgłośni Pelengu. Mieliśmy sygnał 

o zakłóceniach w waszej okolicy i chcielibyśmy sprawdzić urządzenia". Zamiast tego powiedziała:

- Khotvinn, co ty, do diabła, robisz?

Nie otwierając nawet drzwi, olbrzym skoczył z latacza i powalił robota jednym ciosem. 

Maszyna rozciągnęła się z rozłożonymi ramionami, konewka upadła z hałasem na dach. Khotvinn 

podskoczył w górę, a potem obiema stopami wylądował na robocie. Rozległ się trzask.

Tvi skoczyła po czarne skrzynki na tylnym siedzeniu. Uruchomiła je - o czasie, jak sądziła; 

małe urządzenia błyskały, przejmując komunikaty. Robot alarmował dom, choć Khotvinn podniósł 

maszynę i walił nią o donicę.

- Proszę pana! - świergotał robot. - Może porozmawiamy jak istoty rozumne?

Tvi doskonale rozumiała, co czuje robot. Khotvinn wyrwał mu jedno ramię.

Tvi czuła pod żebrami łomoczący strach. Los Cesarstwa, powtarzała sobie. Et caetera. Zrób 

coś.

Skoczyła z latacza, pomknęła do wyjścia na dach i nacisnęła guzik. „Dostęp wzbroniony" - 

zameldowały drzwi czterema powszechnie używanymi znakami.

- Blebel — zaklęła Tvi. W jakiś sposób musiała wejść do domu. Khotvinn wyrwał robotowi 

drugie ramię i zaczął okładać nim maszynę.

background image

Tvi jednym ruchem włożyła na głowę kominiarkę, przekazując jej sterowanie umysłowe. 

Uruchomiła hologram - natychmiast miniaturowa czarna chmura sfrunęła z pobojowiska na dachu i 

zanurkowała za skraj budynku. Wyjęła z pasa mikroprzecinak i zaczęła ciąć pierwsze napotkane 

okno. Pchnęła szybę, a gdy wdryfowała do środka, przekonała się, że wkracza do sypialni Amalii 

Jensen.

W   ciągu   dnia   kamuflujący   czarny   kombinezon   jest   bezużyteczny.   Oczywiście,   czarna 

holograficzna chmura przesłania postać, ale z drugiej strony czarna chmura wlatująca przez okno 

przyciąga więcej uwagi, niżby to samo robiła jakaś zwyczajna osoba. I oczywiście, jeśli jesteś w 

połowie drogi przez okno, twój maskujący kombinezon może wyświetlić chór z „Aidy" i staniesz 

się łatwym celem.

Tvi zobaczyła, jak człowiecza kobieta Amalia Jensen sięga za materac wodny i ciska w górę 

ciężki wazon - trafił Tvi między uszy. W jej polu widzenia eksplodowały gwiazdy. Postanowiła jak 

najszybciej zejść z okna i śmignęła przez pokój. Niestety, percepcję głębi miała nadal zakłóconą - 

uderzyła głową w drzwi szafy.

Jensen, którą Tvi widziała przez tylny projektor, nadal rzucała ciężkim domowym sprzętem 

w osłonę tworzoną przez kombinezon. Masywna popielniczka trafiła Tvi między łopatki. Wazon 

rozleciał się nad jej głową.

Dosyć tego. Reszta należała do Khotvinna.

Tvi   przeleciała   przez   korytarz   do   salonu   i   otworzyła   wejście   na   dach.   Wzmocniony 

przyrządami zapach stojących tu kwiatów walczył z bólem w jej czaszce. Khotvinn powoli zjechał 

antygrawitacyjną windą. W jednej ręce trzymał robota.

- Co tak długo? - warknął.

Tvi umysłem wyłączyła projektory holograficzne i wskazała na sypialnię Jensen.

— Tędy - powiedziała.

Khotvinn cisnął w kąt ramię robota - stłukł przy tym porcelanową donicę, z trzaskiem, który 

w   czaszce  Tvi   rozlegał   się   nieskończonym   echem.   Potem   olbrzym   ruszył   ku   sypialni   ciężkim 

krokiem, aż drżała podłoga.

 

Niestety, Jensen już tam nie było. Wyleciała z przyległej do sypialni łazienki z ręcznikiem w 

zielono-białe pasy w dłoni. Ręcznik owinął się wokół głowy Khotvinna, a stopa Amalii trafiła go w 

splot słoneczny. Z olbrzyma uszło powietrze.

Potem nastąpił chaotyczny łomot i walenie. Amalii pomagał mały domowy robot, który 

wczepił   się   Khotvinnowi   w   kolano   i   dość   niefachowo   usiłował   mu   zrobić   krzywdę.   Tvi   nie 

wiedziała, co się właściwie dzieje, gdyż nie była specjalistką sztuk walki - prawdziwy włamywacz 

gardził przemocą - ale odniosła wrażenie, że zasługi rozkładały się po równo. Walczący byli bez 

background image

tchu, krwawili, nim wreszcie Jensen przerwała walkę i wycofała się do łazienki. Khotvinn, nie 

zwracając uwagi na wczepionego robota i na butelkę szamponu, która odbiła mu się od torsu, ruszył 

za Amalią.

Tvi oparła się o wyściełany fotel, trzymając się za głowę.

-   Słuchaj   -   powiedziała,   gdy   walka   została   wznowiona   -   dlaczego   nie   wykorzystasz 

ogłuszacza?

Robot domowy wyleciał z łazienki i wpadł na przeciwległą ścianę, rozbity na kawałki. 

Amalia Jensen, skulona, wyleciała przez drzwi za robotem - widocznie przechodziła chyłkiem z 

łazienki do sypialni - i zmierzała tyłem do Tvi. Tvi sięgnęła po ogłuszacz.

Wtedy pojawił się Khotvinn z wieszakiem na ręczniki. Jensen chwyciła donicę i z całej siły 

nią   cisnęła.   Tvi   pochyliła   broń.   Szeroko   rażący   Ogłuszacz   dosięgnąłby   ich   oboje,   gdyby   Tvi 

wystrzeliła.

Podczas   walki   zniszczony   został   prawie   cały   pokój.   Tvi   unosiła   się   pod   sufitem   w 

antygrawitacyjnej   uprzęży,   usiłując   zdobyć   czyste   pole   rażenia,   ale   Khotvinn   cały   czas   je 

przesłaniał.

- Ty ziemskie bagno! - ryczał Khotvinn.

- Nieludzki męcie! - krzyczała Amalia Jensen zakrwawionymi ustami.

Los   Cesarstwa,   pomyślała  Tvi   zrezygnowana,   zastanawiając   się,   jak   pracują   jej   czarne 

pudełka nie nadzorowane.

Zrób coś.

Unosiła się nad Khotvinnem, chwyciła go za kark jedną ręką i szarpnęła, nastawiając swą 

antygrawitacyjną uprząż na maksimum.

Khotvinn odleciał, młócąc ramionami, i wylądował na szklanym stole. Stół rozpadł się z 

dźwiękiem, który grzechotał w głowie Tvi jak trzaskający piorun. Jensen triumfalnie krzyknęła i 

przygotowała   się   do   końcowego   ciosu.  Tvi   miała   teraz   czyste   pole   –   strzeliła   i   powstrzymała 

Jensen.

- Nie! - ryknął Khotvinn. Z trudem wygrzebywał się z rozbitego stołu. - Ona jest moja!

- Głupiec! - powiedziała Tvi. W czaszce ją łupało. – Miałeś ją tylko ogłuszyć. Bierz ją i 

idziemy.

- To nie fair - mamrotał Khotvinn ponuro.

Los Cesarstwa, pomyślała Tvi. Gdy następnym razem Cesarstwo zaoferuje jej swój los, 

lepiej niech się powiesi.

background image

ROZDZIAŁ 5

Roman leciał samotnie po rubinowym porannym niebie, pocieszony tym, że dziś go nie 

śledzono - może ci dwaj Khosali szukali tylko wrażeń i w końcu się znudzili.

Poprzedni wieczór spędził w roli przynęty, usiłował stworzyć wrażenie, że dla niego i dla 

Maijstrala   to   zwykły   wieczór.   Zaniósł   bukiet   kwiatów   do   rezydencji   Nichole.   Z   radością   ją 

odwiedził - należała do tych przyjaciół Maijstrala, których naprawdę aprobował. U Nichole Roman 

zostawił wiadomość domowemu robotowi, że oczekuje Maijstrala później wieczorem - zostawił 

fałszywy ślad na wszelki wypadek, gdyby pytała ta mała Khosalikh, która przez cały wieczór 

śledziła Romana. Potem zamówił u Wykwintnego Kucharza Tso dostawę posiłku dla trzech osób 

oraz zabrał bieliznę do prania. Podczas tej przyziemnej krzątaniny przepadł gdzieś śledzący go 

Khosali; po prostu zniknął mu z oczu.

Tego ranka Roman przeprowadził na wszelki wypadek kilka mylących manewrów i rejterad, 

ale dopiero po dłuższym czasie nabrał pewności, że nikt go nie śledzi. Zachęcony tym, z dbałości o 

dobry styl zaprzestał uników. Miał nadzieję, że pozostała część dnia upłynie spokojnie.

Przez szybę latacza widział zasnute poranną mgłą Peleng City - niskie domy w pastelowych 

barwach,   otoczone   barwnymi   drzewami   ozdobnymi   i   kwiatami.   Radowało   się   serce   Romana. 

Ustawił latacz na kurs schodzący - chciał wylądować na płaskim dachu białego domku Amalii 

Jensen. Uszy Romana odwróciły się do dołu, gdy pomyślał o Rozkwicie Ludzkości, a potem jego 

przepona   skurczyła   się   w   wyrazie   rezygnacji.   Jeśli   Maijstral   zamierzał   zaangażować   się   w 

podejrzaną działalność, na pewno będzie miał do czynienia z podejrzanymi ludźmi - Roman mógł 

sobie tylko życzyć, by więcej było takich jak Nichole, a mniej takich jak Amalia Jensen i jej 

znajomi.

Latacz  osiadł   na  dachu   niczym   liść   na   nieskazitelnym   trawniku.   Na  skraju   dachu   stały 

donice   z   barwnymi   kwiatami.   Roman   był   zachwycony   -   dobrze   się   czuł   w   otoczeniu   rzeczy 

żywych. Napawając się kwiatami - wbrew sobie - wysiadł z latacza i poszedł w kierunku wyjścia na 

dach. I wtedy natknął się na martwego robota.

W nerwach Romana zabrzęczało podejrzenie. Sprawdził swój pistolet - broń tkwiła luźno w 

kaburze. Żałował, że nie ma ze sobą przyrządów kombinezonu maskującego, które umożliwiłyby 

mu widzenie z tyłu.

Ostrożnie zbadał robota; ktoś rozbił maszynę, ramiona i nogi oderwał, wyszarpnął jednostkę 

sterującą i cisnął ją na drugi koniec dachu - zniszczenia bezsensowne, znacznie większe niż te, 

które wystarczyłyby do unieruchomienia maszyny. Ten, kto ich dokonał, musiał być bardzo silny.

background image

W   Romanie   narastało   oburzenie.   Znieważono   nie   Amalię   Jensen,   ale   honor   osoby 

zatrudnionej przez Maijstrala. Roman wyciągnął pistolet i nastawił go na „Śmiercionośny". Zielone 

światełko dachowej windy oznaczało, że nie była zamknięta na klucz. Roman wsiadł do windy i 

nacisnął guzik „w dół".

W   sypialni   panował   bałagan:   meble   przewrócone,   wszędzie   walały   się   papiery,   donice 

potłuczone,   na   dywanach   umierały   barwne   kwiaty.   Nozdrza   Romana   zatrzepotały   w   odruchu 

dezaprobaty.

W korytarzu leżał drugi zniszczony robot. But Amalii Jensen walał się w kącie, nigdzie nie 

było widać drugiego. Na masywnym wazonie widniały ślady krwi - musiano go użyć jako maczugi. 

Roman   przyjrzał   się   dokładniej   -   odkrył   przyklejone   do   powierzchni   wazonu   ciemne   włosy 

przypominające sierść Khosali.

Stał przez chwilę w zdewastowanym pokoju i zastanawiał się, co mogło tu zajść. Przyszedł, 

by   powiedzieć   pannie   Jensen,   że   jej   zlecenie   zostało   zrealizowane   -   z   pewnymi   wprawdzie 

zakłóceniami - oraz ustalić sposób sprzedaży i dostawy artefaktu. Zajmowanie się wandalizmem i 

przemocą to nie jego zadanie.

Coś się tu jednak stało, coś być  może związanego ze zleceniem Maijstrala. Postanowił 

zebrać dowody - za lub przeciw.

Nie zdążył nawet rozpocząć poszukiwań, gdy usłyszał odgłos latacza opuszczającego się na 

dach. Przygotował pistolet i wszedł do kuchni, skąd mógł obserwować windę.

Ruszyła cicho - pole anty grawitacyjne spuszczało pasażera na dół. Roman nastawił uszy: 

rozpoznał głos Pietra Quijano.

- Panno Jensen? Co się stało Howardowi? Och!

Howard   to   na   pewno   imię   robota   leżącego   na   dachu,   pomyślał   Roman.   Nastawił   swój 

pistolet na „Oszołomienie" i włożył go z powrotem do kabury.

- Panno Jensen?

Roman wyszedł bezszelestnie z kuchni - Quijano przestraszył się. Chcąc go trochę uspokoić, 

Roman się uśmiechnął: wywiesił język z pyska. Gość patrzył z niepokojem na windę i drzwi, 

szukając drogi ucieczki.

W standardowym ludzkim spytał przez zaciśnięte zęby:

- Kim jesteś? Co się tu dzieje?

- Mam nadzieję, że pan mi to powie.

Quijano nieco się odprężył.

- Jest pan z policji? Czy Amalii... pannie Jensen nic się nie stało?

background image

- Nie wiem. - Roman zbliżył się nieco do Quijano, bezgłośnie przesuwając stopy po zasianej 

zniszczonymi przedmiotami podłodze. - Przypuszczam, że została uprowadzona. Nie domyśla się 

pan, dlaczego?

Obserwując   twarz   Pietra   Quijano,   której   wyraz   kilkakrotnie   się   zmienił,   doszedł   do 

wniosku, że po pierwsze, Quijano bardzo dobrze wie, co się tu mogło stać, po drugie, nie ma 

zamiaru przekazywać tych informacji osobie nieznanej, której nie ufa, nawet, jeśli sądzi, że to 

policjant. Zwłaszcza policjantowi nie zamierzał nic mówić.

- Nie - odparł Quijano. Znów rzucił szybkie spojrzenie w kierunku wyjścia. - Nie... nie... 

zupełnie nie wiem.

- Jest pan pewien? - spytał Roman.

Quijano patrzył na niego z ukosa. Nabrał powietrza i sprężył się, najwyraźniej czerpiąc 

odwagę z faktu, że Roman go nie zaatakował. Stał z wojowniczą miną, oparłszy rękę na biodrze.

- Zaraz, zaraz, ja chyba pana nie znam. Jeśli jest pan z policji, powinien mi pan pokazać 

swój identyfikator.

Roman, naśladując człowiecze westchnienie, usiłował uspokoić młodzieńca.

- Ma pan rację, zaniedbałem formalności.

Równie dobrze mógł przyznać, że skończyły mu się pomysły.

Sięgnął do kurtki, wyjął pistolet i z bliskiej odległości strzelił do Quijano, przeciążając 

impulsami jego nerwy. Osuwającego się nieszczęśnika podtrzymał, przerzucił sobie przez plecy i 

zaniósł do windy. Gdy wjechał na dach, kazał lataczowi Quijano wrócić do domu na autopilocie, a 

potem złożył młodzieńca na tylne siedzenie własnej maszyny.

Quijano   patrzył   na   niego   szklanym   wzrokiem.   Wydawał   się   bardzo   rozczarowany 

zachowaniem gliniarza.

Roman   postanowił   zostawić   tę   sprawę   Maijstralowi.   Od   tego   są   przecież   profesjonalni 

przestępcy - niech całościowo zajmują się problemem.

- Jak? Co takiego ukradli? - Osłupiały porucznik Navarre patrzył ze zdziwieniem na agentkę 

ubezpieczeniową i przedstawiciela domu aukcyjnego.

Mężczyzna przerzucił katalog.

-   Jest,   proszę   pana.   „Grawerowany   srebrny   pojemnik   krioniczny   ze   źródłem   zasilania. 

Pieczęć Cesarska, działający, c9, ciężar I6 sm, I8 na I7 ng".

Navarre nic z tego nie rozumiał. Zrobił jeszcze parę kroków w głąb dużego pokoju, nie 

zwracając uwagi na trofea i sztandary bitewne, przenosił wzrok z miejsca na miejsce. Otwarty 

background image

świetlik,   oszołomiony   robot,   pusta   wnęka.   Świetlik,   robot,   wnęka.   Szukał   w   tym   wszystkim 

jakiegoś sensu. Znowu: świetlik, robot, wnęka. Zbierał obserwacje.

- Jaką to ma wartość? - spytał.

- Zamierzaliśmy... hmmm... zacząć licytację od dwunastu nowych, z nadzieją na osiągnięcie 

szesnastu lub osiemnastu.

- A więc to nie było zbyt wiele warte.

-   Proszę   pana   -   powiedział   licytator   obronnym   głosem   —   w   tym   domu   był   to 

prawdopodobnie najbardziej wartościowy, pojedynczy obiekt. Militaria mają większą wartość w 

ramach całej  kolekcji, dlatego sprzedajemy to w  dużych zestawach, ale żaden  z pojedynczych 

przedmiotów   nie   jest   szczególnie   godny  uwagi.   Fakt,   że   pojemnik   został   zrabowany  z   kwater 

Cesarza, może zwiększyć jego wartość w oczach pewnych kolekcjonerów.

-  Ale   nie   jest   on   poza   zasięgiem   kolekcjonerów   –   powiedział   Navarre.   -   Szesnaście, 

osiemnaście nowych... Ogłuszacz, który powalił robota, kosztował prawdopodobnie, co najmniej 

pięć, a czarne skrzynki, które znaleźliśmy, były warte więcej, jakieś osiem, dziewięć.

- Wyglądały na... robotę amatorów, proszę pana. Mogły nawet nic nie kosztować, jeśli ktoś 

je sam od początku zmajstrował.

Khosalikh z firmy ubezpieczeniowej rozejrzała się po pokoju, patrzyła na stojaki z bronią, 

na sztandary, dekoracje.

- Kradzieży mógł dokonać tradycjonalista z Cesarskich - stwierdziła. - Artefakt pochodzi z 

miejsc świętych i sprzedaż na aukcji by go zbezcześciła.

- Naprawdę? - Navarre był nieco rozdrażniony, że sam wcześniej tego nie dostrzegł - lubił 

porządek   w   faktach.   Zanotował   to   sobie   w   umyśle.   Potem   spojrzał   na   zwisające   sztandary.   - 

Dlaczego   więc   nie   ukradli   cesarskich   chorągwi   bitewnych?  Też   przecież   zostały   zagrabione   z 

miejsc świętych.

- Może złodziej nie miał czasu - odparła Khosalikh. - Alarmy chyba dość wcześnie się 

włączyły.

- Może.

- Proszę pana, Drake Maijstral jest tu na planecie. - Licytator, nie próbując nawet wyjaśnić 

tej informacji, zawiesił ją w powietrzu, jakby to była jedna z chorągwi.

Navarre zmarszczył czoło.

- To nie jest raczej dzieło osoby jego kalibru.

- Rzeczywiście, proszę pana, rzeczywiście. Sądziłem, że może go pan znać. Myślałem, że to 

ma związek ze sprawami osobistymi.

- Nie powinno. Po prostu spotkaliśmy się poprzedniego wieczoru.

- Tak, ale jest jeszcze... ta historia z jego i pańską rodziną.

background image

Navarre nachmurzył się.

- Nie sądzę. Nie jest raczej typem, który w ten sposób okazuje urazę.

Agentka ubezpieczeniowa westchnęła.

- Jestem pewien, że hmmm... pan wie najlepiej.

Navarre podszedł do świetlika i zmrużywszy oczy, popatrzył w jasne żółte niebo. Potem się 

odwrócił   i   znów   spojrzał   na   wnękę,   na   robota.   Może   zmiana   perspektywy   pomoże   wyjaśnić 

zagadkę. Świetlik, wnęka, robot. Nic nie pomogło.

Uświadomił sobie, że stoi między dwoma portretami wuja: nad kominkiem młody porywacz 

zakładników patrzył nachmurzony na starszego admirała - wuja Jacka - udekorowanego orderami. 

Mieli miny surowe, zdecydowane, choć każdy z nich w inny sposób. Navarre zawsze miał nadzieję, 

że jego własny wygląd skoncentrowanej energii jest tak srogi jak u wuja Jacka - admirała.

Nagle przyszła mu do głowy pewna myśl. Zwrócił twarz ku licytatorowi.

- A czy w tym pojemniku coś było? - spytał.

- No... - odparł licytator z wahaniem - nie wiemy. Nie wiedzieliśmy, jak to otworzyć. - 

Navarre spojrzał na niego. - To właśnie ten symbol „c9" w opisie. Nasz kod. Oznacza on, że 

pojemnik ma skomplikowany zamek i klucz nie jest dołączony, więc nie otworzyliśmy go z obawy 

przed uszkodzeniem.

Navarre patrzył coraz bardziej ponuro.

- Przypuśćmy, że ktoś wiedział, co jest w środku, i że to coś wartościowego.

- W pojemniku krionicznym? A cóż by to mogło być?

- Materiał genetyczny? Narkotyki? Przechłodzony hardware komputerowy?

- Stare wino.

- Antyczny zabytek lub pamiątka - podsunęła myśl Khosalikh. — Coś łatwo ulegającego 

zniszczeniu, co cesarska rodzina chciała zachować z powodów sentymentalnych.

Navarre spojrzał na nią.

- Na przykład?

- Serce lub inny organ jednego ze zmarłych zwierząt domowych.

- Och!

- Na przykład przedni pazur mądrości klakla - kontynuowała Khosalikh. - Zawsze chciałam 

zachować pazury mojej małej Peejee, gdy umarła, ale byłam wtedy młoda, a moi rodzice obawiali 

się wydatków.

- Proszę przyjąć wyrazy współczucia, pani - powiedział Navarre.

Oczy ubezpieczycielki zaświeciły się.

- Szkoda, że pan nie widział, jak sprytnie moja Peejee potrafiła wykraść jedzenie. Stawiała 

pomysłowe zasadzki wokół lodówki. Była tak inteligentna, że można by przysiąc, iż to Khosali. - 

background image

Jej   nozdrza   rozszerzyły  się   z   emocji.   -   Jak   bym   chciała   -   westchnęła.   -   Mogłabym   zachować 

przynajmniej jakąś jej część.

- Z pewnością byłaby to pociecha - odparł Navarre. Spojrzał na pustą wnękę. - Jakoś trudno 

mi   uwierzyć,   że   jest   tak   wielu   cesarskich   miłośników   zwierząt,   mających   środki   i   sprzęt,   by 

zrabować srebrną wazę mego wuja.

-  Właśnie,   proszę   pana.   -   Licytator   patrzył   nachmurzony.   -   Może   należałoby   poprawić 

systemy  bezpieczeństwa,   na   wypadek   gdyby  włamywacz   chciał   tu   wrócić.   Niewykluczone,   że 

sprawcom chodziło o coś innego, a pojemnik wzięli przy okazji.

- Może by należało. - Navarre nie lubił dwuznaczności, nie podobało mu się też to, że są 

elementy sytuacji, które ktoś może wykorzystać, by wprowadzić go w zakłopotanie. Spojrzał na 

portret wuja:  młody mężczyzna w  postrzępionym  mundurze  mierzy z solidnego  rozpylacza  do 

przestraszonego cesarza, ten zaś chowa się w haremie, przebrany za jedną ze swych żon. (To była 

ludzka wersja historii; w wersji Khosali Cesarz został unieruchomiony i pokonany, gdy prowadził 

obronę w mundurze pułkownika Gwardii Honorowej).

- A niech to wszyscy diabli - powiedział Navarre. - Co tam mogło być?

Roman   sunął   po   niebie.   Nerwy  śpiewały   mu   wściekłością.   Popełniono   zło,   zniewagę   - 

potrzebny odwet.

Wiedział,   że   Maijstral   nie   przywiązywał   wagi   do   honoru.   Ale   akurat   tego   nie   mógł 

lekceważyć. Krew się w Romanie gotowała w imieniu rodziny Maijstrala.

Tej zniewagi nie można tolerować.

Chłodne   wiejskie   powietrze   wpadło   przez   okno   wiejskiego   domku   i   targnęło 

rozpuszczonymi włosami Maijstrala. Miejsce było bezpieczne. Roman wynajął dom pod fałszywym 

nazwiskiem, Maijstral mógł się, więc odprężyć i spędzał ranek w łóżku, oglądając stary western. 

Pogryzał fletha i polecił domowemu robotowi, by nalał szampana do kieliszka.

- Dziękuję - powiedział. To był jego trzeci kieliszek szampana tego ranka.

Na łóżku leżało kilka faksów komputerowych, które dał mu Gregor. Maijstral powinien nad 

nimi popracować, planując kolejną robotę.

Następna seria włamań to łatwizna. Dwa dni temu w nocy Maijstral był wszechobecny w 

mediach Pelengu. Zaniepokojeni właściciele słynnych dzieł sztuki i biżuterii znali jego reputację i 

oczywiście domagali się większego bezpieczeństwa podczas jego pobytu na planecie.

Dlatego   tej   samej   nocy   Gregor   wykonywał   zadania   przygotowawcze   -   umieszczał 

mikroznaczniki w sprzęcie głównych konsultantów do spraw bezpieczeństwa na Pelengu. Gdyby 

właściciele   domów   rozbudowywali   swe   systemy   zabezpieczeń,   znaczniki   miały   zaprowadzić 

background image

Maijstrala prosto do ich drogocennych zasobów. To ułatwiało pracę, gdyż Maijstral mógł poznać z 

wyprzedzeniem rodzaj instalowanych zabezpieczeń. Prawie cały poprzedni dzień Gregor śledził i 

notował lokalizacje znaczników w całym Pelengu.

Dla złodzieja informacja, dokąd iść, jest równie istotna jak to, w jaki sposób się włamać.

Ale miast planować następny wypad, Maijstral popijał szampana i oglądał western. Może to 

lenistwo, ale przecież pracował poprzedniej nocy.

„Jeźdźcy z Równin" należeli do jego ulubionych wideo. Miał do tego obrazu sentyment, 

odkąd zobaczył go po raz pierwszy jako siedmiolatek.

Pozwolił robotowi dolać szampana, a sam patrzył, jak Elvis ze swym starym przyjacielem 

Jesse Jamesem jadą przez prerię. Brzdąkając od niechcenia na elektrycznej gitarze, Elvis namawiał 

Jessego, by ten porzucił działalność przestępczą i powrócił do uczciwego życia. Elvis wiedział, że 

Bat Masterson przysiągł dostarczyć Jessego żywego czy umarłego, ale obiecał Batowi, że nie powie 

o tym Jessemu. Straszny dylemat moralny.

Elvis nie był jednak świadom, że Jesse wybrał bandycką drogę z powodu swej namiętnej 

miłości do Priscilli, żony Elvisa. Jesse wiedział, że jeśli zostanie na ranczu, Elvis dowie się o 

romansie   i   to   go   zniszczy.  W  kulminacyjnym   punkcie   dramatu   rozgrywa   się   tragedia:   Jesse   i 

Priscilla umierają w swych ramionach, a prawda dociera do zrozpaczonego Króla Rock and Rolla; 

pogrążony w żalu Elvis idzie samotnie, szarpiąc struny gitary, a jego własna ostateczna tragedia jest 

zapowiedziana. To wspaniały mityczny moment.

Maijstral lubił westerny bardziej od innych rozrywek. Zastanawiał się, dlaczego Szekspir 

nie napisał żadnego westernu.

Cicho zabrzęczał robot.

- Proszę pana, latacz gościnny pojawił się w naszej przestrzeni powietrznej.

Maijstral nachmurzył się. Tylko Gregor i Roman znali jego miejsce pobytu. Gregor był tutaj, 

a   Roman   powinien   zostać   w   drugim   domu   Maijstrala,   by   przed   policją,   prasą   i   innymi 

niepożądanymi osobami robić wrażenie, że Maijstral przebywa w rezydencji. Polecił robotowi, by 

ten przekazał domowi prośbę o wyświetlenie widoku zewnętrznego i obrazu osoby, która była w 

lataczu.

Przybyszem  okazał   się   Roman.   Maijstral   był   coraz   bardziej   nachmurzony.  Wiedział,   że 

skoro Roman się tu zjawił, sprawa jest poważna.

Odwrócił   się   od   wideo.   Elvis   mówił,   jak   bardzo   Priscilla   tęskniła   za   Jessem,   mówił 

przestępcy, że zawsze będzie dla niego miejsce na ranczu. Jesse odwracał się ze łzami w oczach. To 

była jedna z najbardziej ulubionych scen Maijstrala, ale teraz nie miał innego wyjścia - musiał 

opuścić kulminacyjny moment filmu. Kazał wideo, by się samo wyłączyło. Wyskoczył z łóżka i 

włożył jedwabny szlafrok. Sczesał włosy z czoła i wyszedł na spotkanie Romanowi.

background image

Khosalikh niósł na swych szerokich barkach Pietra Quijano. Maijstral powiedział domowi, 

by poprosił tu Gregora. Sprawa wyglądała poważnie.

Gdy Roman  zobaczył  Maijstrala  w  szlafroku,  jego   nozdrza  zatrzepotały.   Nie pochwalał 

ludzi wylegujących się rankami. Co więcej, Maijstral prawdopodobnie oglądał podrzędne filmy.

To niestosowne, zważywszy na to, że właśnie znieważono jego honor.

Roman naprawdę bardzo dobrze znał Maijstrala.

Maijstral pomógł Romanowi delikatnie złożyć Pietra na miękkiej kanapie - Khosalikhom 

trudno się zginać, ale to nie kwestia ich temperamentu, lecz anatomii; potem Roman opowiedział, 

co się stało. W środku relacji wszedł Gregor i Roman musiał zacząć opowiadać od początku.

Pietro  spojrzał  na Maijstrala. W jego  oczach  odbijały się ratujące hologramy - dzienne 

dzieła sztuki. Rozpaczliwie chciał coś powiedzieć. Maijstral nachylił się nad nim.

- Flig - rzekł Quijano opuchłymi wargami. - Gleep.

Maijstral skinął głową, jakby zrozumiał.

- Stawia pan konkretny problem, panie Quijano.

- Nigl. Tlib.

- Powiem robotowi, żeby przyniósł panu szampana. Dobrze to panu zrobi.

- Dobrze.Dziękuje panu. 

- Wychodząc, Maijstral westchnął.

- Bardzo proszę, panie Quijano - powiedział.

To wcale nie było zabawne. Sierżant Tvi z zamkniętymi oczami leżała na łóżku w domu 

hrabiny Anastazji i trzymała półżywy okład przy guzie na głowie. Nieustępliwe dzwonki cały czas 

hałasowały w jej głowie.

Los   Cesarstwa.   Romantyczne,   ekscytujące,   niebezpieczne.   Powtarzała   te   wyrazy, 

przyciskając do miejsca urazu następny okład. Tylko, że niebezpieczeństwo nie powinno chyba 

grozić z naszej własnej strony?

Zameldowała baronowi o zachowaniu Khotvinna. Na nic się to nie zdało - baron wygłosił 

wykład o tym, jak powinna wyjaśniać sprawy podwładnym, by potrafili odpowiednio wykonać swe 

zadanie, i jak w związku z tym trzeba być przygotowanym i przewidującym.

Tvi doszła do wniosku, że tak naprawdę baron nigdy nie współpracował z Khotvinnem ani 

nigdy niczego mu nie próbował wyjaśnić. Jak sądziła, oficerowie zawsze doskonale znają się na 

tym, czego sami nigdy nie doświadczyli.

Zapiszczał komunikator. Echo wypełniło czaszkę Tvi upiornym kurantem. Dotknęła znaku 

„odpowiedź" i warknęła.

background image

Powietrze przeciął głos barona.

- Czas zmienić Khotvinna i przynieść pannie Jensen drugie śniadanie.

- Tak, proszę pana. - Tvi nakryła głowę poduszką i cicho kwiliła - męczennica Cesarstwa - 

po czym wykonała polecenie.

Wzięła tacę Jensen z kuchni - nie można było do tej usługi zatrudnić robota, gdyż w razie 

wpadki jego pamięć mogła być pobrana w celach dowodowych - a potem z trudem weszła po 

kamiennych schodach do pokoju na strychu, gdzie przetrzymywano Amalię Jensen. Taca pachniała 

pieczoną arnette. Usta Tvi wypełniły się śliną.

Na   szczycie   schodów   stała   popularna   dziecięca   ponad   dwumetrowa   człowiecza   lalka-

mężczyzna: rudy, piegowaty, z przylepionym do twarzy uśmiechem. Nazywał się Ronnie Romper.

- Zwalniam cię - powiedziała Tvi.

- Najwyższy czas - warknął Ronnie Romper. Wyłączył holograf i stał się Khotvinnem. Przez 

jego ciemną sierść widać było fioletowe siniaki obłożone półżywymi okładami. Odpiął od pasa 

projektor holograficzny i jeszcze jakieś urządzenie i wręczył je Tvi.

- Twoje przebranie - powiedział. - Sterowanie zakresem ruchów.

-  Dziękuję  -  burknęła  Tvi.   - To  wszystko.  –  Przymocowała  projektor  do  pasa,  zapięła, 

sterownik kajdanków położyła na tacy. Khotvinn zszedł ciężko ze schodów.

Drzwi   były   zabezpieczone   masywnym   ryglem,   który   zainstalowano   poprzedniej   nocy. 

Kompozytowe śruby wyłupały z drzwi kawałki ciemnego drewna. Tvi odsunęła rygiel i weszła.

Pokój gościnny zapełniono przeróżnymi meblami ściągniętymi ze strychu; było tam łóżko z 

baldachimem,   grubymi   poduchami   i   niebieskimi   falbanami;   dwa   krzesła   z   brzoskwiniowym 

brokatowym obiciem; miękki dywan z futra fioletowego dewkina; kryształowa lampa w kształcie 

tancerki Khosali z witrażowym abażurem na głowie. Mieszanina kolorów i stylów przyprawiła Tvi 

o jeszcze większy ból głowy.

Z   tym   wystrojem   kontrastowała   również   sama   Amalia   Jensen.   Twarz   miała   pokrytą 

półżywymi okładami, dostarczającymi środków przeciwbólowych, leczącymi stłuczenia. Leżała na 

falbaniastym łóżku, w czarnej piżamie, w której ją pojmano; kostki nóg miała skute kajdankami; 

wściekła patrzyła na Tvi.

-   Drugi   Ronnie   Romper   -   powiedziała   szyderczo;   miała   rozbite   wargi.   Mówiła   w 

khosalijskim. - Po co ta przebieranka za ludzi? I tak was rozpoznaje.

- No, jak się nazywam? — Tvi zwróciła się do niej w tym samym języku.

- Słuchaj, rozumiem, że musicie się przebierać, ale dlaczego wybraliście postać, która się 

cały czas uśmiecha?

Tvi położyła tacę na antycznym inkrustowanym stole troxańskim i podsunęła go do obitego 

brokatem krzesła. Poszła potem w kąt pokoju, usiadła na drugim krześle.

background image

- Teraz zapnę ci ręce, a uwolnię kostki - oznajmiła i wzięła sterownik do kajdanków Jensen. 

- Będziesz mogła podejść do krzesła i usiąść. Potem skuję kostki i uwolnię dłonie. Jasne?

Amalia Jensen rozejrzała się szybko po pokoju; łóżko, krzesła, stół. Oceniła sytuację.

- Dobrze - powiedziała.

Tvi potrafiła się zorientować, gdy ktoś przygotowywał jakiś desperacki krok, i teraz jej 

przepona skurczyła się w wyrazie rezygnacji. Tvi wyjęła Ogłuszacz z kabury.

- Jasne. Bardzo proszę.

Nacisnęła sterowniki kajdanków. Ścisłe bransolety na kostkach Amalii Jensen posuwały się 

ku sobie, jakby z własnej woli, aż się zetknęły. Jensen opuściła stopy na podłogę i na sztywnych 

nogach podeszła do stołu. Dokuczały jej rany. Cały czas patrzyła na Ogłuszacz Tvi. Stojąc przy 

stole, nieco się zawahała, znów spojrzała na wycelowaną w siebie broń i usiadła tam, gdzie jej 

kazano.

Tvi dotknęła drugiego przycisku. Nogi Jensen nieuchronnie się złączyły, za to ręce były 

teraz swobodne. Jensen zdjęła z tacy pokrywkę i zaczęła jeść.

Górny żołądek Tvi burczał. O tym, że jej przydałby się posiłek, nikt nie pamiętał.

Jensen ugryzła kawałek pieczonej arnette, skrzywiła się i zabrała do nieco delikatniejszych 

warzyw. Tvi siadła głębiej w krześle.

- Bierzecie mnie za kogoś innego - stwierdziła Jensen. – Nie jestem warta zbyt wielkiego 

okupu.

- Nie trzymamy cię tu dla okupu - odparła Tvi.

Jensen nie okazała specjalnego zdziwienia. Drżącym widelcem nabrała sobie jedzenia.

- W takim razie, po co? - spytała.

-   To   pani   powinna   wiedzieć   lepiej,   madame   -   odparła   Tvi.   Na   wideo   licencjonowani 

włamywacze zawsze zachowywali się uprzejmie. Za styl można było dostać całe dziesięć punktów.

- Dlaczego jeszcze żyję? - spytała Jensen.

To   naprawdę   niezłe,   pomyślała   Tvi.   Grzeczna   rozmowa   między   porywaczem   a   ofiarą. 

Okazja dla Tvi, by zagrać łagodnego przestępcę.

- Nie ma potrzeby dokonywania czynów tak krańcowych jak morderstwo. Przez kilka dni 

będzie pani naszym gościem.

- Do kiedy?

Tvi   postanowiła   udać   wymowne   milczenie.   Choć   odpowiadała   jej   rola   uprzejmego 

porywacza, w istocie nie poinformowano jej, dlaczego Jensen została zakładnikiem. Wiedziała, że 

ma to jakiś związek z Maijstralem i że chodziło o Los Cesarstwa, ale poza tym utrzymywano ją w 

niewiedzy.

Amalia Jensen wzruszyła tylko ramionami. Upiła łyk kawy.

background image

- Cóż, prawdopodobnie ci tego nie powiedziano - stwierdziła. Tiv zgrzytała zębami. Ta 

istota   ludzka   była   ostra.   Tvi   postanowiła   przyjąć   inną   taktykę,   inny   rodzaj   wyrafinowania. 

Elegancko   zachowujący   się   najemnik   to   postać   przynajmniej   tak   samo   zabawna   jak   łagodny 

przestępca.

- To nie ma znaczenia - powiedziała. - Dobrze mi zapłacono.

Jensen spojrzała na nią i odłożyła z powrotem na talerz porcję manny puree.

- Mogłabym zaproponować większą zapłatę.

- Panno Jensen, o ile sobie przypominam, przed chwilą twierdziła pani, że nie jest pani 

warta wielkiego okupu. - Górny żołądek Tvi burczał. Zauważyła, że pieczona arnette polana była 

białym sosem.

Jensen uśmiechnęła się lekko, skrzywiła i wytarła serwetką rozciętą wargę.

- Wszystko można załatwić. Co byś powiedziała na czterdzieści nowych?

Uszy Tvi zastrzygły do przodu. To były niezłe pieniądze, o ile Jensen rzeczywiście mogłaby 

tę sumę dostarczyć, a Tvi odebrać. Ale cóż to wobec Losu Cesarstwa? Tvi machnęła dłonią.

-   Panno   Jensen,   robi   mi   pani   krzywdę,   sądząc,   że   najemnik   mojej   klasy   zmienia 

mocodawców po rozpoczęciu akcji. Jestem dumna z tego, że do końca dotrzymuję kontraktów.

-   Przepraszam   -   powiedziała   Jensen   z   uśmiechem.   -   Nie   chciałam   kwestionować   pani 

profesjonalizmu.

- Przeprosiny przyjmuję. Rozumiem, że po spotkaniu Kho.. mojego kolegi nabrała pani o 

mnie błędnej opinii. Zapewniam, on nie jest żadnym z moich. To stworzenie mojego pracodawcy.

- Rozumiem.

Dolny żołądek Tvi dołączył do górnego w rozpaczliwym chórze. Tvi warczała pod swym 

holograficznym uśmiechem.

Amalia Jensen zdała sobie chyba sprawę, że Tvi burczy w żołądku. Uniosła talerz z arnette.

- Chce pani pieczeni? - spytała. - Dziś moje usta są nieco... wrażliwe.

- Jestem głodna. Jeśli pani pozwoli...

- Ależ oczywiście.

Jensen wstała, trzymając talerz. Tvi uniosła się na nogach, wyciągnęła jedno ramię. Jensen 

cisnęła talerz w uśmiechniętą twarz Ronniego Rompera i choć nogi miała nadal spętane, skoczyła z 

dłońmi rozcapierzonymi jak szpony. 

Tvi częściowo tego oczekiwała - nauki barona o gotowości nie trafiły w zupełną próżnię, a 

panna Jensen nagle okazała się zanadto uprzejma. Tvi wystrzeliła z ogłuszacza prosto w nos Amalii 

Jensen - jej skok skończył się zamieszaniem na miękkim dywanie z futra dewkina. Przepona Tvi 

pulsowała żalem. Biały sos ściekał jej z karku.

Cholera, pomyślała, a właśnie zaczynałam się dobrze bawić.

background image

Pietro Quijano wylał sobie na koszulę prawie cały kieliszek szampana, ale udało mu się 

wypić   drugi.   Nabrał   rumieńców,   wyprostował   plecy;   mógł   teraz   siedzieć   bez   obawy,   że   się 

przewróci.

Gregor siedział  w kącie pokoju  na krześle  i bębniąc palcami po kolanach, obserwował 

Pietra. W rogu pokoju stał milczący, wysoki Roman. Maijstral widział, że służący jest poważnie 

zaniepokojony.

Maijstral poszedł do swego pokoju, zawiązał włosy w węzeł i upiął go z tyłu głowy. Włożył 

zamszowe   spodnie,   pantofle,   swobodną   szarą,   jedwabną   koszulę,   zapiął   kolczyki.   Skoro   mieli 

przyjść goście, dlaczego nie miałby się prezentować elegancko?

Wszedł do saloniku i zaproponował Pietrowi kawałek fletha ze swego talerza. Pietro wziął 

jedzenie. Maijstral usiadł naprzeciw niego na miękkim krześle. Ponad nim unosił się hologram 

przedstwiający Głowę Barletta, obracającą się powoli w niszy.

Maijstral zaciągnął rzemyki rękawów.

- No, więc, panie Quijano - zaczął ostrożnie - może mógłby nas pan oświecić w sprawie 

ostatnich wypadków?

Pietro Quijano spojrzał nerwowo na Romana, potem na Gregora.

-   Nie   mam   o   tym   pojęcia   -   odparł   niewyraźnie   i   wyciągnął   kieliszek,   by   mu   dolano 

szampana. Robot zawarkotał z kąta i zaczął nalewać.

Maijstral wyliczał na palcach:

-  Amalia   Jensen   porwana.   Porwanie  następuje  w   niecałe   dwa  dni   po  tym,  jak  wraz  ze 

współpracownikami otrzymałem od niej zlecenie na pozyskanie artefaktu. Moje badania wykazały, 

że panna Jensen była w widoczny sposób zaangażowana w politykę tu na Peleng jako starszy rangą 

członek   organizacji,   która   ma   swe   oddziały   w   całej   Konstelacji.  A  pan   jest   skarbnikiem   tej 

organizacji.

Pietro   wyglądał   nieswojo.  Odgryzł  kawałek  fletha  i   żuł  go  nerwowo.   Maijstral   wstał  z 

krzesła, odwrócił się i włożył rękę w Głowę Barletta. Wyciągnął srebrny artefakt i usiadł na krześle. 

Spojrzenie Pietra wyrażało gorące, nieskrywane pożądanie.

- Widzę, że pan to rozpoznaje - powiedział Maijstral. - Pannę Jensen porwano w kilka 

godzin po tym, jak zdobyłem ten artefakt. Ponieważ sam obiekt nie jest wartościowy, wnioskuję, że 

ma on pewne polityczne lub symboliczne znaczenie, którego nie jestem świadom.

Nachmurzony patrzył na ciężki srebrny pojemnik. Po rabunku starannie go zbadał - poza 

cesarską pieczęcią na pojemniku był ryt przedstawiający Qwelma I, pierwszego Cesarza Pendjalli, 

przyjmującego hołd pierwszego ambasadora-wysłannika z Zynzlyp. To nie był znamienity podbój - 

background image

Drawmii, którzy z budowy przypominali ślimaki, byli niepojęci i nieprzewidywalni, i nigdy nie 

było jasne, czy rozumieją, że zostali „podbici" i zostali członkami „Protektoratu Khosali". Był to 

jednak pierwszy podbój cesarstwa Pendjalli i zbieracze legend usiłowali z tego faktu wyciągnąć jak 

najwięcej.

Z drugiej strony siodłowatego pojemnika ukazany był Nnis CVI wśród członków Kolegium 

—   grupy   słynnych   uczonych,   których   zebrał   w   Mieście   Siedmiu   Jasnych   Pierścieni,   by 

towarzyszyli mu w abstrakcyjnych dociekaniach, z jakich był znany bardziej niż ze swej sztuki 

rządzenia Cesarstwem. Maijstral przyjrzał się bliżej: rozpoznał twarz profesora Gantemura, badacza 

języka ludzkiego, który przekazał plany Cesarskiej Rezydencji agentom Rebelii i w konsekwencji 

został nagrodzony posiadłościami pewnych prominentnych ludzi należących do Cesarskich, w tym 

dziadka Maijstrala.

Maijstral spojrzał na Pietra. Gorączkowość młodego mężczyzny była niemal wyczuwalna.

-   Panie   Quijano,   muszę   wiedzieć,   co   się   wydarzyło   -   powiedział.   -   Mój   klient   został 

uprowadzony. Możliwe, że ja... że my... jesteśmy zagrożeni przez te same czynniki. Za kilka godzin 

ten pojemnik zgodnie z prawem będzie mój, będę mógł nim dysponować. Naturalnie wolałbym go 

przekaże pannie Jensen - tak stanowi mój kontrakt. Ale... - Uniósł rękę i twarz Pietra pociemniała. - 

Jeśli ten obiekt sprowadzi na mnie niepożądane zainteresowanie, mogę się go pozbyć szybko.

- Ale nie może pan tego zrobić - powiedział Pietro. Spojrzał na Gregora, szukając wsparcia. 

- On nie może tego zrobić, prawda? - Gregor tylko się uśmiechał.

- Przeciwnie, proszę pana - stwierdził Maijstral stanowczo. - Jeśli panna Jensen nie jest 

osiągalna, nie może wypełnić swojej części kontraktu. Przypuszczam, że ten, kto ją uprowadził, wie 

o tym i postara się uniemożliwić skomunikowanie się z nią do czasu, gdy albo ja opuszczę Peleng, 

albo pozbędę się obiektu w inny sposób. Prawdopodobnie, jeśli mnie odnajdą, przedstawią własną 

ofertę. Okoliczności mogą mnie zmusić, bym ją przyjął.

Pietro wybałuszył na niego oczy.

- Słuchaj pan, jestem skarbnikiem. Ja mogę panu zapłacić zamiast Amalii.

-   Być   może   umieszczę   pańską   ofertę   wśród   innych,   które   się   pojawią,   gdy  dojdzie   do 

licytacji, jeśli panna Jensen się nie stawi. Ale pan, panie Quijano, będzie licytował wraz z innymi.

Pietro jakby się skurczył. Znów spojrzał na Gregora, potem na Romana.

- Powiem panu, ale pański Khosalikh musi odejść.

Irytacja   ogarnęła   Maijstrala.   Okazywanie   rasizmu   w   tych   okolicznościach   było   bardzo 

denerwujące. Spojrzał na stoicką postać Romana.

- Roman może zostać - odparł Maijstral. - To mój najstarszy towarzysz i mam do niego 

całkowite zaufanie.

Pietro pokręcił głową.

background image

- Ta sprawa wykracza poza osobistą lojalność, panie Maijstral. - Pochylił się ku niemu, 

zniżył głos, jakby nie chciał, by Roman go podsłuchał. - Chodzi tu o Los Ludzkiej Konstelacji - 

oznajmił bardzo poważnie.

Maijstral uniósł brwi.

- Co pan powie? - Ten szczeniak był coraz bardziej irytujący.

- Proszę - powiedział Pietro. 

Maijstral przełożył relikt do drugiej dłoni.

- A ja proszę tylko o sześćdziesiąt. Dla Losu Konstelacji.

Pietro był oburzony:

- Zgodził się pan na sześćdziesiąt! - Po chwili odzyskał równowagę. - Niech mi pan wierzy, 

panie Maijstral.

Ten westchnął. Zapanowała krótka cisza, zakłócona tylko odgłosem stukających o kolano 

palców Gregora. Wreszcie Pietro przemówił:

- Dobrze, proszę pana. Jeśli pan za niego ręczy. Ale wolałbym, żeby pan zmienił zdanie.

Maijstral spojrzał na Romana.

- Nie zmienię. - Nowy przypływ irytacji pochwycił Maijstrala na widok niewzruszonego 

Romana. Roman ukrywał jakąś wielką złość - to było jasne - i Maijstral przypuszczał, że to z 

powodu nietaktu okazanego przez tego młodziana. Odchylił się w krześle i skrzyżował nogi. - Więc 

co jest w tej urnie, panie Quijano? Ale chcę prawdy.

Pietro przygryzł wargę.

-   Ten   pojemnik   -   powiedział   szeptem   -   to   zamrożony   depozyt   spermy   bezpotomnego 

Cesarza Pendjalli Nnisa CVI.

Maijstral spojrzał na obiekt, który trzymał w rękach. Widział zaskoczenie Gregora, widział, 

jak Romanowi opadła szczęka i teraz żałował, że obu nie odesłał do innego pomieszczenia, a choć 

by i na inną planetę.

Przedmiot pomrukiwał w jego rękach zimny; niesamowity, ciężki.

- A więc rzeczywiście chodzi o Los Cesarstwa - stwierdził.

background image

ROZDZIAŁ 6

Krioniczny  relikwiarz   stał   w   pokoju   na   stole.   Błyszczał   w   łagodnym   świetle.   Maijstral 

wyciągnął rękę z kieliszkiem, który został ponownie napełniony szampanem.

Grupa raczyła się drugą butelką. Maijstral polecił robotowi schłodzić trzecią -. Przyda się.

Teraz zależało mu tylko na tym, by jak najszybciej pozbyć się relikwiarza: z pędzącego 

latacza cisnąć go do bezdennego jeziora; wrzucić do najbliższego pieca atomowego; wystrzelić w 

samo centrum słońca Pelengu.

Ziścił się koszmarny sen każdego włamywacza: zrabować przedmiot tak bajecznie cenny, że 

stanie   się   obiektem   pożądania   wszystkich   żołnierzy,   polityków,   przestępców,   dyplomatów, 

krwiożerczych fanatyków.

Biedny Maijstral, pomyślał Maijstral. I napił się bez przyjemności.

Maijstrala nie pocieszyłaby świadomość, że inni ludzie są w jeszcze gorszej sytuacji. Na 

przykład ten biedaczysko Nnis.

Obecny   cesarz   Pendjalli   spędził   młodość   w   cesarskim   haremie.   Zamknięte   w   sobie, 

wykształcone dziecko, niedostosowane do niezbyt przyjaznego, rywalizującego środowiska wolało 

łapać owady i badać pod mikroskopem ich genitalia, niż uczestniczyć w zwykłych haremowych 

zajęciach - dziecięcych intrygach, naśladujących knowania matek. Wciągano dzieci w wir gierek, 

intryg i manewrów, w miniaturową burzę, przypominającą zawieruchy podczas niekończących się 

walk  wybitnych  rodów  Khosali,  dążących  do tego,  by  jedno  z  ich  dzieci  zostało  faworytem - 

następcą. W Cesarstwie Khosali nie stosowano zasad primognitury, nie było również ustalonego 

systemu wyłaniania cesarskiego następcy - decyzja należała do samego Cesarza.

Jeśli ktoś nie był urodzonym intrygantem, życie w haremie stawało się dla niego czymś 

strasznym. Nnis intrygantem nie był. Za to świetnie znał się na owadach.

Z ulgą przyjął wiadomość, że przegrał wyścig z młodszym bratem przyrodnim. Matka- 

piękna, impulsywna kobieta, córka księcia Moth (wymawiaj Myth) — była gorzko rozczarowana i 

całymi godzinami robiła mu wyrzuty, że się nie spisał. Nnis zupełnie się tym nie przejmował. Na 

dobranoc powąchał jej uszy i poleciał do Gosat na szczęśliwych skrzydłach libelulli; spędził tam 

trzy najszczęśliwsze lata życia, zajmując się entomologią pustyni. Badania zostały przerwane na 

straszną wiadomość, że Książę Krwi zginął w idiotycznym wypadku balonowym i że w wyniku 

niezwykle pomyślnej intrygi ze strony matki Nnisa i klanu Moth (wymawiaj Myth) Nnis został 

namaszczony   na   następcę.   Przerażony   tą   perspektywą,   umknął   do   Miasta   Siedmiu   Jasnych 

Pierścieni, gdzie zainicjował kontr konspirację,  w celu wycofania go z sukcesji,  ale gdy tylko 

przybył, dowiedział się, że Cesarz wyliniał i popadł w stan komy. Wszystko było stracone.

background image

Na   koronacyjnych   hologramach:   Mothowie   uśmiechnięci,   w   czerwieni,   ze   zwieszonymi 

językami; Nnis CVI, w zielonej, brokatowej oficjalnej szacie, wyglądał tak, jakby brał udział w 

pogrzebie.

Uśmiechy Mothów  dość  szybko  zniknęły.  Cesarze  nie  mieli  zbytniej  swobody w  wielu 

aspektach   życia,   ale   Nnis   doszedł   do   wniosku,   że   przynajmniej   uda   mu   się   zorganizować 

odpowiednie   życie   rodzinne.   Miasto   Siedmiu   Jasnych   Pierścieni   ogłosiło   następnie,   że   Matce 

Dowager wybuduje się nowy pałac na Gosat, gdzie dostanie stanowisko Emerytowanego Kustosza 

Cesarskiej Kolekcji Entomologicznej. Książę Moth wrócił do Mothholm uboższy o sumy, które 

wydał na kosztowne podarki koronacyjne. Nnis musiał jednak dojść do wniosku, że nie tak źle być 

cesarzem. Żenił się kilkanaście razy. Harem miał niewielki - z tego powodu wielu się oburzało, 

zwłaszcza   odwieczni   wrogowie   Mothów,   który   chcieli   się   zemścić   -   ale   tradycjonalistów 

najbardziej zatrważał fakt, że Nnis nie zgadzał się na spłodzenie potomka.

Nigdy nie było cesarzowej - tradycja wymagała, by korona przechodziła po linii męskiej. 

Tradycja   ta   powstała   w   czasach,   gdy   jeszcze   nie   upowszechniły   się   techniki   genetyczne,   gdy 

następca   płci   męskiej   mógł   spłodzić   znacznie   więcej   potomków   niż   jakakolwiek   cesarzowa. 

Techniki genetyczne sprawiły, że wymóg ten nie przystawał do rzeczywistości, ale nadal potrzebny 

był cesarz, ponieważ tak głosiła tradycja, a Khosali nigdy nie kwestionowali tradycji.

Nnis zamierzał ignorować intrygi związane z wyznaczeniem następcy. Swoje owady lubił 

najbardziej wówczas, gdy były przybite szpilkami do tablicy, a swoje domostwo - gdy panował w 

nim spokój, spokój i monotonia. Przewidywalność, cisza, nauka. Gdy prezentowano mu kandydatkę 

na   pierwszą   żonę,   zapytał,   czy   ma   łagodny   głos;   drugie   pytanie   brzmiało:   „A  czy   ma   jakieś 

publikacje?". Żył spokojnie całe czterdzieści lat. Wreszcie przyszły emocje i z nawiązką nadrobiły 

braki minionych czterech dekad.

Sprawą   historyków   jest   rozstrzygnięcie,   czy   skuteczne   i   energiczne   przywództwo   z 

Cesarskiego   Miasta   zapobiegłoby   lub   zmieniło   losy   Ludzkiej   Rebelii.   Prawdopodobnie   nie   – 

jeszcze   przed   wstąpieniem   Nnisa   na   tron   kurs   polityki   Cesarstwa   był   ustalony,   ministrowie 

wyznaczeni, a ludzie już się burzyli. Gdyby Nnis na dłużej podniósł wzrok znad swej kolekcji, by 

zauważyć, gdzie są problemy, mógłby zwrócić na nie uwagę swym ministrom, ci zaś dokładniej by 

je przeanalizowali... ale przecież do

Cesarza nie należało zajmowanie się sprawami niepojętymi, no a zwycięstwo rewolty było 

czymś niepojętym.

Nnis był pierwszym i jedynym Cesarzem Khosali, który przegrał wojnę. Możecie to sobie 

wyobrazić? 

background image

Gdyby popełnił samobójstwo,   nikt  by  go nie  winił,  a  większość  by temu  przyklasnęła. 

Przynajmniej wykazałby zrozumienie sytuacji. Ale musiał trwać, by pielęgnować Cesarskie Zasady 

i utrzymać pokój. I oczywiście nie było innego wodza, więc on musiał się tym zająć.

Wstrząs  okazał  się  jednak   zbyt  potężny.  Zdrowie  Nnisa  podupadło   -  wszedł   do  zimnej 

trumny.   Stamtąd   dość   niepewnie   doglądał   spraw   Cesarstwa   i   rytuału.   Trwał   tak   przez   dwa 

pokolenia, podczas gdy ostateczną ciemność oddalały zabiegi medyczne coraz bardziej wyszukane i 

niezwykłe, a dłonie Nnisa na lejcach Cesarstwa słabły i stawały się coraz chłodniejsze.

Nigdy  nie   miał   następcy.  Wiele   lat   wcześniej   ministrowie   wymusili   na   nim,   by  złożył 

królewskie nasienie do kriogenicznej przechowalni. Przygotowano trzy pojemniki - w końcu miała 

miejsce  donacja. Wszystko jednak zniweczyła wojna:  dwa pojemniki zostały zniszczone, trzeci 

zaginął - jak się przypuszcza - bezpowrotnie. Pod koniec wojny płodność Cesarza znacznie się 

zmniejszyła   i   dalsze   depozyty   były   już   bezcelowe.   Cesarz,   jako   tradycjonalista,   odrzucał 

nietradycyjne metody sukcesji, takie jak klonowanie.

Tkwił,   więc   tak   przez   lata,   drzemał   w   swym   pudle,   czekał   na   uwolnienie   -   ostateczną 

pocieszającą ciszę. Myślał o tym, co się nie udało i co mógłby zrobić w inny sposób.

Zastanawiał się, czy kiedykolwiek pozwolą mu umrzeć.

Porucznik Navarre bujał się w hamaku i z chmurną miną patrzył w słuchawkę. Spacerując 

poprzednio po domu wuja i szukając dalszych śladów włamania, znalazł w pakamerze hamak.

Rozwiesił go między drzewami przed domem. Telefon, z którym nigdy się nie rozstawał, 

zamocowany   był   przy  pasie.   Pompejański   Skaut  Wysokich   Mórz   zawsze   gotów!   Życie   często 

zależy od właściwej łączności.

Dwugodzinną   drzemkę   przerwały   mu   dwa   śliwkowo   fioletowe   ptaki,   które   w   koronie 

drzewa bawiły się w „Ojca Wirgiliusza".

Potem zadzwonił do Amalii Jensen, by opowiedzieć jej o włamaniu do domu wuja; przy 

okazji chciał odwdzięczyć się za wczorajszą kolację i samemu zaproponować wspólne wyjście. 

Jednak telefon nie odpowiadał, a to było dziwne. Nie odezwał się nawet robot ani automatyczna 

sekretarka. A przecież Amalia powiedziała mu, że cały dzień będzie w domu.

Wszystko wskazywało na to, że łączność zawodzi.

Odłożył   słuchawkę,   zrobił   zamach   nogami,   by  z   hamaka   sięgnąć   po   mundur  i   żałobną 

pelerynę. Zamierzał osobiście przekazać wiadomość. Uśmiechnął się, wyobrażając sobie Amalię 

Jensen w wonnym buduarze.

background image

Idąc   trawnikiem,   wkładał   kurtkę   i   wołał   robota,   by  go   pozapinał.  Tak   był   pochłonięty 

własną   wizją,   że   zapomniał   o  pozostawionym   telefonie,   który  bujał   się   z  wiatrem  w   hamaku, 

pobłyskując w słońcu.

Fioletowe ptaszysko przysiadło na hamaku - telefon zamrugał do niego; ptak wziął telefon 

w przednie szpony i wzleciał w niebo.

Prasa   dowiedziała   się,   że   Maijstral   miał   przybyć   do   hotelu   Nichole   wczoraj   późnym 

wieczorem - Nichole zgodziła się z Romanem, że warto rozpowszechnić taką plotkę, by zostawić 

fałszywy   trop   dla   zmylenia   śledzących   go   osób.   Kule   medialne   nie   widziały   wchodzącego 

Maijstrala, ale przecież on znany był z tego, że potrafi się przemknąć niepostrzeżenie.

Nichole odmówiła dalszych komentarzy na ten temat, co tylko wzmogło spekulacje.

Wiedziała, jak wzniecić pogłoski. W końcu to był jej zawód.

A teraz dzwonił telefon.

- Drake Maijstral, proszę pani.

Nichole zaprogramowała tak swoją sypialnię, by odzywał się głęboki męski khosalijski głos, 

dostojny   i   pełen   szacunku,   znacznie   się   różniący   od   dźwięcznego,   żeńskiego   głosu   robota 

dermatologicznego,   który   z   całą   delikatnością   przeprowadzał   u   Nichole   zabiegi   kosmetyczne. 

Poleciła dermatologowi, by odsunął swą aparaturę, a pokojowi - by przyjął telefon. Holograficzna 

głowa  Maijstrala  naturalnej  wielkości  pojawiła  się przed Nichole. Jego włosy wymykały się  z 

luźnego węzła. Wyglądał tak, jakby był po nieprzespanej nocy.

- Cześć, Maijstral. Udał ci się wieczór?

- To była... interesująca noc, Nichole. - Ton jego głosu sprawił, że usiadła.

- Dobrze się czujesz?

Zawahał się.

- Tak. Ale musze odwołać dzisiejszy lunch. Wiesz, że nie zostawiłbym cię bez towarzystwa, 

gdyby nie było poważnych powodów.

Zagrożenie? - zastanawiała się. Aresztowanie? Pułapka? Nie słyszała o Drake'u w wideo - 

informowano tylko o takich sytuacjach, w których łączono Maijstrala z nią. Nie wiedziała, na czym 

polega problem; nie była to sprawa publicznie znana.

- Mogłabym ci w czymś pomóc?

Uśmiechnął się z ociąganiem.

- Miło, że pytasz, ale nie.

- Może potrzebujesz czegoś? Wiesz przecież, że jesteśmy przyjaciółmi.

Milczał przez chwilę.

background image

-  To   bardzo   miła   propozycja   -   odparł,   potrząsając   głową,   –   ale   raczej   nie   skorzystam. 

Powinnaś się trzymać od tego z dala.

Oparła brodę na dłoni.

- A zatem to coś poważnego.

- Tak, umiarkowanie.

- Czy Roman na ciebie uważa?

Uśmiechnął się.

- Bardzo dobrze, dziękuję.

- Dbaj o siebie, Drake. Nie zrób jakiegoś głupstwa.

- Nie zrobię. - Podniósł kieliszek szampana w zasięg holografu. - Dziękuję za zrozumienie. 

Odwdzięczę ci się przy najbliższym spotkaniu.

Nichole uśmiechnęła się. Maijstralowi zawsze przyznawano dziesięć punktów za styl.

- Trzymam cię za słowo - powiedziała. Obserwując, jak pije szampana, uświadomiła sobie, 

że w jego  zachowaniu coś ją  jednak niepokoi. Był wzburzony,  wyraźnie wzburzony. Szampan 

służył jako starannie dobrany rekwizyt do podtrzymania savoirfaire. Nichole jeszcze nie widziała 

Drake'a w takim stanie i gdyby go przedtem bardzo dobrze nie poznała, nigdy by tych subtelności 

nie dostrzegła. - Drake - powiedziała niespodziewanie – zadzwoń do mnie jutro. Chcę wiedzieć, jak 

ci leci.

Przesunął kieliszek poza zasięg holografu. Patrzył obojętnie.

- Dziękuję - odparł. - Pochlebia mi twoja troska.

Typowa dla niego uwaga, ale mówił w wysoko-khosalijskim w koniugacji odnoszącej się do 

stanu wszechświata. Znów dziesięć punktów za styl, ale jednak było tu coś naprawdę niedobrego.

Jedna z tych niedobrych  rzeczy polegała na tym, że Nichole nie miała towarzystwa na 

publiczny lunch. Głowa Maijstrala zniknęła i Nichole po chwili zastanowienia kazała pokojowi 

wykręcić numer porucznika Navarra.

Nie było go w domu. Automatyczna sekretarka prosiła o pozostawienie wiadomości, ale 

Nichole niczego nie nagrała. Członkowie Diademu rozmawiają ze sobą osobiście - albo w ogóle.

Rozmyślała   przez   chwilę:   postanowiła   wymówić   się   zmęczeniem   i   odwołała   lunch. 

Wiedziała, że prasa wywnioskuje stąd, że Maijstral nadal jest z nią.

Dobrze. Nie wiadomo, co się dzieje, ale Maijstralowi na pewno nie zaszkodzi, gdy wszyscy 

będą sądzić, że jest on w miejscu, w którym w rzeczywistości go nie ma.

background image

Fioletowy ptak wleciał do gniazda zaalarmowany brzęczeniem telefonu porucznika Navarra. 

Ale telefon szybko zamilkł i po chwili refleksji ptak zdecydował się na ostrożny rekonesans. Usiadł 

na konarze nieco z dala i patrzył w dół na swój dom, przednią łapą drapiąc się ze zdziwieniem w 

dziób.

Telefon leżał wśród ptasich skarbów: kawałków folii, błyszczącego papierka od cukierka, 

pióra   wiecznego,   kilku   barwnych   kamyków   i   dziecięcego   pierścionka.   Ptak   nie   miał   ochoty 

oddawać swej kolekcji intruzowi. Ten dziwny obiekt tylko udawał, że jest martwy.

Telefon znów zaćwierkał; zaniepokojony ptak podniósł skrzydła i cofnął się na gałęzi, ale 

tylko parę kroków. Ćwierkanie nie ustawało. Ptak nieco się uspokoił, przesunął bliżej gniazda; w 

umyśle ptaka powoli zaczęło wzbierać poczucie przyjemności.

A więc   ta  rzecz  mówiła!  Nigdy przedtem  nie  miał   mówiącego   skarbu.   Ptak  wstrząsnął 

piórkami i powiedział: Kuu!

Telefon  ćwierkał  -  ptak  odpowiadał.  W końcu  w  Peleng  City  agentka ubezpieczeniowa 

odłożyła słuchawkę i telefon zamilkł.

Ptak wrócił do gniazda, zadowolony ze swego nowego przyjaciela.

Ptak   mógł   zaświadczyć,   że   materialne   podejście   do   życia   nie   musi   być   związane   z 

filisterstwem,   jak   często   twierdzili   krytycy.   Weźmy   na   przykład   radość   życia   wśród   rzeczy 

przyjemnych, wygodnych, przednie wina, sztuki piękne, książki oprawne w skórę, dobry samochód. 

I niech reszta świata idzie do diabła. Można jednak kiepsko sobie to wszystko urządzić wówczas, 

gdy materializm nie jest już wygodą, lecz przymusem, przez który życie staje się nieznośne. Nikt 

nie potrzebuje w domu dwóch cedzaków, ale gdy komuś zależy na kolekcjonowaniu platynowych 

cedzaków wysadzanych diamentami, z ornamentowaną rączką, a wszystko po to, by zaimponować 

sąsiadom, wówczas obserwator może stwierdzić, że impuls materialistyczny wymknął się spod 

kontroli.

Licencjonowane Włamania to materializm, ale bez filisterstwa.

Włamywacz wyszukuje obiekt doskonały, najlepszy w swej klasie, unikalny, zadziwiający, a 

potem   zdobywa   go   dzięki   własnemu   wysiłkowi.   Pospolity   akt   włamania   i   kradzieży   staje   się 

czynem   artystycznego   romantyzmu.  Wiek   temu   Ralph  Adverse   zobaczył   Skorupę   z   Eltdown   i 

wiedział, że musi ją mieć – nie spocznie, póki nie ujmie jej w dłoń, nie zobaczy jej ciemnego blasku 

w świetle płomieni domowego ogniska. Nic dziwnego, że pół życia zabrały mu przygotowania do 

rabunku. I nie zamierzał jej sprzedać, lecz zachować dla siebie, tak była wspaniała.

W końcu, gdy wydał na pogoń za skorupą wszystkie pieniądze, jakie zarobił w życiu z pracy 

włamywacza, i gdy miał już w dłoni ten wspaniały obiekt, wiedząc, że należy do niego, popełnił 

samobójstwo ze skorupą przyciśniętą do łona - nie godził się, by została zlicytowana przez Cesarski 

background image

Urząd Skarbowy za zaległe podatki. Któż mógłby go winić? Był przede wszystkim romantykiem, 

dopiero potem materialistą.

Jednak można być materialistą bez nadzwyczajnych wysiłków.

Na przykład śliwkowo fioletowy ptak wyznaje następującą filozofię: znajdź coś ładnego, 

zabierz do domu, podumaj nad tym i zaprzyjaźnij się.

Zawsze najlepsze są rzeczy proste i swojskie.

Porucznik Navarre rozglądał się po zdemolowanym domu Amalii Jensen. Gdy tylko znalazł 

na dachu zepsutego Howarda, wezwał policję. Jestem prześladowany, pomyślał. Ktoś mnie tropi i 

wyczynia mi te wszystkie rzeczy.

Szedł za oficerem Pankatem przez pobojowisko w salonie.

Śmiertelnie ranne kwiaty wydawały ostami aromat.

- Podczas kolacji rozmawialiśmy. Poleciałem do domu. – Co innego mógł powiedzieć. - 

Nie, nikogo nie widziałem. Ledwo znam tę kobietę.

Oficer Pankat patrzył na niego obojętnymi migdałowymi oczami.

- Uwzględniając tamten drugi wczorajszy wypadek, czy sądzi pan, że ktoś pana prześladuje?

Navarre wpatrywał się w oficera. Właśnie to samo sobie pomyślał.

- Ale dlaczego? - odpowiedział tylko.

Paavo Kuusinen wysiadł z latacza i bacznie się przyjrzał żółtej trawie. W górze szeleściły 

liście, poruszane łagodnym wiatrem. Niecały kilometr dalej stał pastelowy dom Amalii Jensen. 

Kuusinen ustalił, że tu właśnie czekali w nocy dwaj Khosali; z łatwością znalazł na ziemi ślady 

latacza oraz odciski dwóch par stóp - małe i duże - i na podstawie kształtu podeszwy stwierdził, że 

należą do Khosali.

Przez chwilę szedł za sierżantem Tvi z domu Navarra do posiadłości, która - jak zasięgnął 

informacji - została wynajęta przez hrabinę Anastazję z Cesarskich. Stąd Kuusinen poszedł za Tvi 

do domu Amalii Jensen, gdzie usłyszał trzaski i zobaczył, jak Tvi i jej zwalisty asystent transportują 

do domu hrabiny czyjeś nieprzytomne ciało. Potem Kuusinen poszedł do mieszkania Maijstrala, ale 

nikogo chyba tam nie było. Sprawdził na skanerze poranne raporty, dowiedział się, że dokonano 

włamania do domu Navarra, i wrócił tam akurat w chwili, gdy Navarre odlatywał w kierunku 

miasta.  Kuusinen  ruszył  za  nim i  zobaczył,  jak  pojazd  Navarra  ląduje  na  dachu  domu Amalii 

Jensen.

background image

Kuusinen   starannie   przejrzał   teren   -   znalazł   dwa   wyczerpane   nar-zaki,   zużyte 

prawdopodobnie przez wielkiego Khosalikha w czasie, gdy mniejszy poszedł na zwiady do domu 

Jensen. Poza tym nic ciekawego nie odkrył.

Wrócił do latacza i kazał skanerowi poszukać raportu na temat włamania do Navarra. W 

raporcie   zawarty   był   również   opis   jedynego   zrabowanego   obiektu   —   srebrnego   krionicznego 

kontenera. Do opisu oficjalnego dołączono oznaczenia z katalogu aukcyjnego: „własne zasilanie, 

cesarska pieczęć, c9, funkcjonalny, ciężar I6 sm, I8 na I7 ng. Przypuszczalna wartość I8n".

Dziwne,   pomyślał   Kuusinen.   Pojemnik   nie   wydawał   się   aż   tak   wartościowy,   by 

usprawiedliwiało   to   ten   cały   zamęt.   Zastanawiał   się,   co   było   w   środku.   Wyliczył   wszystkie 

zdarzenia, których był świadkiem, przypomniał sobie o dwóch Khosali porozumiewających się z 

hrabiną z Cesarskich i baronem z Cesarstwa, i zastanawiał się, co to ma wspólnego ze srebrnym 

pojemnikiem, Amalią Jensen i miedzianoskórym porucznikiem z Pompey.

Nie miał pojęcia. Był jednak pewien - choć nie potrafił tego do końca uzasadnić, — że ta 

zagadka ma związek z Maijstralem.

Obserwował, jak latacz porucznika Navarra unosi się z dachu domu Amalii Jensen; z braku 

innego pomysłu poleciał za nim. Gdy wzniósł się w niebo, postanowił trzymać się Navarra przez 

kilka godzin, a potem wrócić do domu hrabiny. Może któreś z nich zaprowadzi go do Maijstrala.

Od dawna nie miał do czynienie z tak interesującą sprawą.

Srebrny pojemnik nadal stał na stole i nie znikał. Maijstral przerwał rozmowę z Nichole i 

przekonał się, że kontener, zawierający cesarską spermę, jak magnes przyciągnął pozostałe trzy 

osoby. Gregor i Pietro podsunęli bliżej swe krzesła i nachylili się. Nie spojrzeli nawet na siebie, 

choć   prowadzili   rozmowę.   Roman,   rozedrgany   jakimiś   ukrytymi   emocjami,   wyłaniał   się   znad 

pleców Gregora, od czasu do czasu stając na palcach dla lepszego widoku. To był żywy przykład 

Jego Cesarskiej Obecności.

-   Jeśli   sytuacja   w   Cesarstwie   się   nie   zmieni   -   powiedział   Piętro   Quijano   -   Nnis   może 

pociągnąć przez parę następnych pokoleń. Gdy wreszcie wyciągnie nogi, muszą się zebrać osoby 

Krwi

Królewskiej i wyłonić następcę. Nim rodzina podejmie decyzję, upłyną lata, a pod koniec 

tych   narad   my   w   Konstelacji   powinniśmy   dobrze   wiedzieć,   kto   otrzyma   władzę.   Ludzka 

Konstelacja będzie miała długi czas na oddech i gdy nowi poplecznicy cesarza zechcą dokonać 

ponownego podboju, będziemy mieli czas na przygotowania.

background image

-   Za   właściwą   cenę,   proszę   pana   -   powiedział   Maijstral,   sadowiąc   się   wygodniej   — 

przyszłość Konstelacji może znaleźć się w pana rękach. - Odchylił się do tyłu, przeciwstawiając się 

magnetyzmowi srebrnego relikwiarza.

Pietro spojrzał na Maijstrala, na próżno usiłując przeniknąć jego wpółprzymknięte oczy.

- W skarbcu mamy tylko sześćdziesiąt i tylko dzięki temu, że panna Jensen wzięła osobistą 

pożyczkę.

- Może również pan powinien wziąć pożyczkę, panie Quijano.

- Jestem studentem. Przygotowuję pracę doktorską z matematyki i nie jestem wart żadnych 

pieniędzy. Od razu dam panu jednak sześćdziesiąt.

- Pan to nie panna Jensen. To z nią kontrakt został zawarty.

W oczach Pietra widać było desperację.

- Waży się Los Konstelacji - powiedział. - Z pewnością może pan...

- Panie Quijano - odparł Maijstral - być może przez ten pański entuzjazm coś umknęło pana 

uwadze.

- Co mianowicie, proszę pana?

- Z zawodu jestem złodziejem. Nie moim zadaniem jest troska o Los Konstelacji.

Gregor prychnął, ale Pietro się nie zniechęcał.

- Z pewnością mogę się odwołać do ludzkiej przyzwoitości.

- Ludzka przyzwoitość? - Maijstral rozważał te słowa. Pokręcił głową. - Obawiam się, że 

nie, panie Quijano. Przyzwoitość, którą posiadam, jest z pewnością khosalijska. - Lekko uśmiechnął 

się do Pietra. - Natomiast nieprzyzwoitość jest u mnie z pewnością ludzka.

Pietro przez dłuższą chwilę przyglądał mu się zimno.

- Skoro, więc panna Jensen jest jedyną osobą, z którą się pan układa, znajdźmy ją.

Maijstral miał odpowiedzieć, że to nie jego sprawa ratowanie dziewic z opresji, ale Gregor 

już czyścił gardło.

- Szefie - odezwał się Gregor - to niewłaściwe, gdy pozwala się ludziom porywać pańskich 

klientów. Jeszcze sobie pomyślą, że mogą panu rozkazywać.

Maijstral nachmurzył się.

- Nie mam zwyczaju wysilać się za darmo - odparł.

-   Chciałby,   pan   by  pana   klientka   wróciła,   tak,   szefie?   Jest   na   to   sposób.   Znaleźć   ją   i 

przyprowadzić.

- Czy mógłbym porozmawiać z panem w cztery oczy? - zapytał Roman w języku khosali. 

Maijstral skinął głową.

Pozwolił   się   zaprowadzić   do   sypialni   Maijstrala.   Roman   odezwał   się   w   wysoko-

khosalijskim. Tłumił emocje, głos mu drżał.

background image

- Pański klient został porwany - powiedział. - Pański biznes niedoprowadzony do końca. 

Porywacze wiedzieli o pańskim interesie, ale nic nie zrobili, by go ochronić, nie skonsultowali się z 

panem. To zniewaga, a zważywszy na prawdopodobną tożsamość sprawców, to obraza honoru. Na 

zniewagę trzeba zareagować.

Maijstral   dziwił   się   coraz   bardziej,   słysząc   ciąg   idealnych   w   formie   i   rytmie   wysoko-

khosalijskich zdań, przypominających elementy jakiejś skomplikowanej matematycznej struktury. 

Jeśli się uwzględniło zasady Khosali, wywód był bez zarzutu. Maijstral usiłował znaleźć w nim 

luki, ale mu się nie udało.

A więc to, dlatego Roman tak kipiał. Maijstral już dawno by się domyślił, gdyby sam nie był 

tak zaabsorbowany wydarzeniami. Skinął głową.

- Wyrażam ci podziękowania za okazaną troskę - odpowiedział w wysoko-khosalijskim. — 

Romanie,   twoje   zainteresowanie   przynosi   ci   zaszczyt.   -   Oczy   Romana   nabrały   blasku   po   tej 

pochwale. - Wiem, że nastąpiła zniewaga honoru, nie trzeba mi przypominać - ciągnął Maijstral - 

ale najpierw muszę zdecydować, kto dokonał zniewagi i jak należy zareagować. Muszę się również 

przekonać, co wie pan Quijano. Bezpośrednie wyzwanie mogłoby tym ludziom przynieść większy 

zaszczyt, niż na to zasługują.

Uszy Romana zastrzygły do przodu.

- To prawda, proszę pana.

Maijstral uniósł rękę i oparł ją na ramieniu Romana.

- Sądzę, że powinniśmy wrócić do pana Quijano – powiedział w standardowym khosali.

- Tak, proszę pana. Słusznie.

Maijstral  gestem poprosił  Romana, by szedł  przodem. Zdjął rękę  z pleców służącego - 

zauważył, że dłoń lekko mu drży. Zacisnął ją w pięść i ruszył za Romanem do salonu. Siłą woli 

powstrzymał się, by nie zaciskać zębów.

- Dobrze - powiedział.  - Musimy przynajmniej  zbadać,  jak  można wyswobodzić pannę 

Jensen. Ale gdzie jest przetrzymywana?

Gregor zmarszczył czoło.

- Może w jakiejś kryjówce.

- Raczej nie. Odniosłem wrażenie, że porwanie przeprowadzono w pośpiechu, parę godzin 

po   tym,   jak   zdobyłem   pojemnik.   Mogli   nie   mieć   czasu   na   przygotowanie   kryjówki,   ale 

niewykluczone,   że   obecnie   coś   organizują.   Powinniśmy   sprawdzić   personel   konsularny,   potem 

wszystkie rezydencje, które utrzymują poza konsulatem.

- Jest jeszcze hrabina - zauważył Roman.

- Słusznie - odparł Gregor. - Powinienem dodatkowo starannie sprawdzić usługowe służby 

zabezpieczeń. Może montowali coś dodatkowego.

background image

Maijstral uśmiechnął się. To był dobry pomysł.

- Świetnie. Gdy czegoś się dowiemy, udamy się na rekonesans powietrzny, a potem może 

przeprowadzimy rozpoznanie w kombinezonach maskujących. Zatem do dzieła.

Roman i Gregor pomknęli do swych zadań. Maijstral usiadł z kawałkiem fletha. Zauważył, 

że Pietro Quijano patrzy na niego wyczekująco.

- Tak, panie Quijano?

- Zamierza pan znaleźć pannę Jensen, a potem ją oswobodzić?

- Powiedziałem, że zbadam możliwości, panie Quijano. To nie to samo.

- Ale przynajmniej wezwie pan policję?

-  Nie.   Nie  sądzę.  Musimy ujawnić  cały  cel   porwania.  Po  kilku   godzinach  prawo  mnie 

chroni, ale to nie dotyczy moich mocodawców. Sądzę, że nie chciałby pan odkryć, iż panna Jensen 

wynajęła mnie w celach kryminalnych?

Pietro nieco pobladł.

- Nie, raczej nie.

Maijstral skubał fletha; Gregor przemówił z korytarza.

- Może uda nam się namówić do pomocy porucznika Navarra?

Pietro skrzywił się na tę propozycję.

- Nie wydaje mi się - odparł Maijstral. - Odkryłby, że panna Jensen zabawiała go wczoraj 

tylko po to, by go wyciągnąć z domu i bym ja mógł się włamać.

- Och.

Pietro pojaśniał na twarzy, ale potem znowu się nachmurzył.

- A jeśli nie uda nam się jej uratować?

Maijstral spojrzał na kawałek fletha, który trzymał w palcach.

Dłoń mu już nie drżała.

- W takim wypadku, panie Quijano, musiałbym wyzwać na pojedynek każdego z porywaczy 

- odparł. - I, miejmy nadzieję, wszystkich zabić. Chodzi o honor rodziny i nie ma innego wyjścia. A 

według mnie wyzwanie ich jest lepsze niż popełnienie samobójstwa i czekanie w nadziei, że okryją 

się wstydem, gdyż pozwolili umknąć pannie Jensen. - Spojrzał na Pietra leniwie zielonymi oczyma. 

- Chyba, że pan sam ich wyzwie.

Pietro pobladł jeszcze bardziej.

- Nie, proszę pana, nie chcę... rozumie pan, to nie mój interes.

- Rozumiem. Raczej nie można mieć nadziei na pokonanie wroga w indywidualnej walce za 

pomocą samej tylko matematyki wyższej. - Skończył fletha i otrzepał palce. Wstał. – Zjemy lunch, 

panie Quijano? - spytał. - Chyba mamy dużo jedzenia.

- Nie jestem głodny. - Pietro utkwił wzrok w nieokreślonym punkcie. - Dziękuję.

background image

- Znajdę sobie kanapkę - odparł Maijstral. Ruszył do kuchni.

Tak naprawdę chciał znaleźć telefon i wynająć jakąś nową kryjówkę. Ta była definitywnie 

spalona. Pietro Quijano był teraz po stronie Maijstrala, ale może się to zmienić, gdy Amalia Jensen 

zostanie oswobodzona.

Mistrz przestępstwa, który odnosi sukces, zawsze patrzy w przyszłość.

Na lunch Nichole zjadła zimnego kurczaka, sałatkę z groszku i marynowane warzywa - 

skromny posiłek, który mogła zjeść tylko samotnie. Wolała to jednak  od wyszukanych, często 

ekscentrycznych dań, które musiała spożywać jako członkini Diademu. Nawet tu posiłek nie był 

całkowicie prywatny, ponieważ uważano, że w swym gniazdku miłości ukrywa Maijstrala, musiała 

zamówić lunch dla dwojga. Widok drugiego talerza jeszcze bardziej pogłębiał samotność. Nieco 

przygnębiona, sączyła mrożoną herbatę z cytryną i snuła domysły, w co mógł się ten Maijstral 

wplątać.

Zadzwonił telefon. Nichole wypiła łyk herbaty, czekając, aż pokój powie, kto dzwoni.

- Hrabina Anastazja, proszę pani - powiedział w końcu pokój. - Pyta o pana Maijstrala.

Nichole odwróciła się zdziwiona. A więc coś się zaczyna dziać, pomyślała.

Poleciła pokojowi, by stworzył jej lustrzany hologram - musiała się przekonać, czy obraz 

nadaje się do pokazania przez telefon; przygładziła włosy, usiadła na drugim krześle - chciała, by 

posiłek zniknął z ujęcia i by tło pasowało do jej cery.

- Połącz się z hrabiną Anastazją - poleciła zdecydowanie.

Hologram ukazywał twarz hrabiny Anastazji nieco od dołu, co nadawało całemu obliczu 

wyniosłość - hrabina patrzyła z góry na Nichole. Niektórzy ludzie potrafili z tym przesadzać – 

widok stawał się nieprzyjemny, jeśli zapomnieli usunąć włoski z nosa - hrabinę cechowała jednak 

większa subtelność i efekt był bardzo słaby, choć mimo to widoczny.

- Nichole - powiedziała zimno w khosali - prosiłam o Drake Maijstrala.

- Żałuję, lady, ale nie ma go tutaj - odparła Nichole. - Chętnie przekażę mu wiadomość, gdy 

go zobaczę.

Hrabina uśmiechnęła się.

- Musiano mnie, więc źle poinformować. Te media, rozumie pani.

- Przykro mi stwierdzić, ale media często przedstawiają zwykłe spekulacje jako fakty.

- Owszem. Też mam takie doświadczenie. W ogóle bym nie wierzyła w te raporty, ale nie 

udało mi się zastać Maijstrala w domu.

Nichole, patrząc na hrabinę, zastanawiała się, dlaczego Maijstral przejawiał w stosunku do 

niej taki lęk. Choć hrabina miała swoje maniery i okazywała pewność siebie, była istotą żałośnie 

background image

niepewną,   która   szukała   ratunku   w   Sprawie   Cesarskiej,   tak   jak   inni   szukali   go   w   religii, 

zwariowanej filozofii czy spiskowej teorii dziejów - słaby, buntowniczy, niekonkretny, ale całkiem 

szczery protest przeciw poczuciu własnej nieważności. Nichole, snując w duchu te rozważania, 

patrzyła na hrabinę i uśmiechnęła się życzliwie.

-   Lady,   proszę   mi   powiedzieć,   o   co   chodzi   -   oznajmiła   -   a   ja   przekażę   wiadomość 

Maijstralowi, gdy go zobaczę.

Hrabina   wyglądała   na   zagniewaną.  Według   Nichole   hrabina   podejrzewała,   że   Maijstral 

ukrywa się tam w buduarze i podsłuchuje rozmowę.

- Dobrze - powiedziała hrabina. - Przekaż mu, że ma coś, czego chcę; mam nadzieję, że 

ustali cenę, jaka mu odpowiada.

- Wiernie przekażę pani wiadomość, lady.

- Dziękuję. - Hrabina uśmiechnęła się łaskawie, ale wzrok miała twardy. - Przepraszam, że 

panią fatyguję.

- To żadna fatyga, hrabino. Lubię oddawać przysługi przyjaciołom. - Nichole uśmiechnęła 

się w odpowiedzi z lekkim przymusem, usiłując pokazać, że wie, iż uprzejmość hrabiny to jedynie 

maska. Niuanse, niuanse - specjalność Nichole.

Hrabina zniknęła.

Nichole przestała się uśmiechać. Maijstral, pomyślała z coraz większym niepokojem, w co 

ty się wdałeś?

background image

ROZDZIAŁ 7

- Przychodzę cię zwolnić - powiedziała sierżant Tvi. Wchodziła po schodach, niosąc tacę 

zjedzeniem dla Amalii Jensen. Khotvinn z ulgą wyłączył przebranie Ronnie Romper i wręczył Tvi 

projektor holograficzny, pistolet i sterownik kajdanków.

- Więzień zachowywał się spokojnie - zagrzmiał.

Stąpał ciężko po schodach, napinając mięśnie ramion. Rozglądał się, w co by tu walnąć.

Phi! pilnować więźnia. Łamanie karków to bardziej w jego stylu. To nie była praca dla 

takiego jak on Khosalikha: I69 ng wzrostu, 70 ng szerokości w barkach, górne ramię 58 ng w 

obwodzie, a gdy ostatnio próbował się zmierzyć w klatce piersiowej, nie wystarczyło taśmy. Na 

jego   macierzystej   planecie   -   świecie   pogranicza,   gdzie   wpływy   Khosali   były   umiarkowane   z 

powodu skromnych zasobów surowcowych i dzikości miejscowych form życia - traktowany był z 

nabożnym   szacunkiem   i   strachem.   Uczucia   te,   jak   zawsze   myślał   Khotvinn,   były   absolutnie 

uzasadnione.

Wchodząc do pokoju, miał ochotę zadeptać lilie na dywanie. Pokój umeblowany był jak dla 

mięczaka: falbanki w oknach i na łóżku, miękkie dywany, wazony z kwiatami, zbyt miękki materac, 

zmieniający kształt na rozkaz. Khotvin powinien się wystrzegać takich rzeczy. Jeśli nie zachowa 

ostrożności, mogą go zmiękczyć.

Nie  zamierzał  stać  się  mięczakiem.  Pochodził  z  najlepszej   gałęzi  Khosali,  z pionierów, 

którzy   dzięki   sile   i   woli   przesunęli   granice   Cesarstwa   i   podporządkowali   sobie   całą   planetę, 

zasiedloną   poślednimi   kosmitami.   Bezpłodny  Cesarz   siedział   w   haremie,   sądząc,   że   wszystkie 

zwycięstwa to jego zasługa. Dobre sobie! To tacy jak Khotvinn wykonali całe zadanie, stosując 

najlepszą i najskuteczniejszą metodę - rozwalanie głów.

Khotvinn   uważał   się   za   krwawego   zbója   -   potężnego   w   swym   gniewie,   strasznego   w 

radości, niedbającego o prawa przysługujące słabszym. Nie uznawał żadnego zwyczaju -jedynie 

własną   wolę;   nie   powodowały   nim   żadne   motywy   -   jedynie   chęć   wzbogacenia   się.   Gardził 

Licencjonowanymi Włamywaczami, którzy wykorzystywali luki w prawie i wkradali się nocami do 

domów. Trzeba występować otwarcie. A Sinn, wykorzystujący innych do brudnej roboty, wcale nie 

był   lepszy.   Jedyną   użyteczną   osobą   była   dla   niego   hrabina,   kobieta   szanująca   siłę,   honor   i 

zaciekłość.   Khotvinn   był   z   natury   łupieżcą,   ale   w   młodości,   gdy   był   zbrojnym   rabusiem   (i 

dezerterem z wojska), jego karierę przerwał tchórzliwy człowieczy obrzydliwiec, słabeusz, który z 

balkonu zrzucił mu na głowę cegłę, a sam się schował. Gdyby nie to, Khotvinn nadal by łupił.

Potem doszedł do wniosku, że praca w Tajnych Dragonach może się opłacać. Mógł bliżej 

się przyjrzeć głupcom, którzy go otaczali, mógł poznawać ich metody, a gdy nadejdzie czas, mógł 

background image

zaatakować samodzielnie, zostawiając za sobą tylko ruiny i złamane karki. Sięgnął pod łóżko i 

wydobył  futerał z mieczem. Wyciągnął długie stalowe ostrze - dla Khotvinna żadnych lekkich 

stopów! - i obiema dłońmi uniósł je nad głowę. Wyobraził sobie barona Sinna... jednym ruchem 

przeciął jego obraz od głowy do krocza, ostrze, tańcząc jak tornado, siekło barona na kawałki. Serce 

Khotvinna biło młotem, krew tętniła. Oto on, Khotvinn... Khotvinn... KHOTVINN!  Wspaniały 

przedstawiciel swej rasy! Krwawy awanturnik ze stalowym mieczem! Krwawy niszczyciel, a serce 

jego beztroski majestat!

Antyczny wazon rozleciał się pod ciosem miecza, posiekane róże rozsypały się na łóżku. 

Khotvinn warknął i cisnął miecz, który przeszył wzorzysty dywan w lilie; utkwił w podłodze i 

drgał. 

Khotvinn splunął. To nie był odpowiedni pokój. To nie była odpowiednia misja. Koledzy też 

nie byli odpowiedni.

Lekkim   ruchem   wyciągnął   miecz   z   podłogi.  Wisiał   w   jego   dłoni   jak   złowieszczy  kieł. 

Khotvinn zastanowił się nad sytuacją.

Jego towarzysze - tak zwani zwierzchnicy - trzymali człowieka - tę Jensen - dla okupu. 

Mógł sam pilnować więźnia, niepotrzebni byli ani Tvi, ani Sinn.

Podwinął wargi, zwiesił język. Przyszła mu na myśl wspaniała myśl: rąbnąć Sinna, rąbnąć 

Tvi,   potem   uciec   z   Jensen   przewieszoną   przez   plecy,   zostawiając   w   płomieniach   ten   okropny 

mięczakowaty dom hrabiny. Cudowny obraz. Co obchodził Khotvinna Los Cesarstwa? - Błąkał się 

uśmiech na jego twarzy. Komu miał sprzedać tę Jensen? Nie pamiętał. Musi mieć uszy otwarte i 

czekać na okazję. Wiedział, że nadejdzie sprzyjający dla niego czas. Uśmiechnął się szerzej. Na 

dywan kapała ślina. To będzie wspaniałe.

- Nie opowiadam się za dyskryminacją, rozumiesz. - Rozbite wargi Amalii Jensen zagoiły 

się pod półżywymi okładami, opuchlizna się zmniejszyła. Siniaki nadal były widoczne, ale znikł 

obrzęk i ból, i Amalia mogła mówić i jeść bez trudności.

Jadła z tacy, siedząc ze złączonymi stopami w łóżku. Tvi nie ryzykowała.

- Nie, nie dyskryminacja. Tylko sensowne środki ostrożności. Rebelia powiodła się, gdyż 

wielu   rewolucjonistów   znajdowało   się   wysoko   w   cesarskiej   biurokracji   i   sfer   wojskowych   i 

pomogli w przejściu na stronę wroga całych cesarskich eskadr. Konstelacja powinna przedsięwziąć 

środki ostrożności, by zapobiec takim zdarzeniom. Tylko to sugeruję.

Tvi nadal z przyjemnością wypełniała rolę wyrafinowanego najemnika. Odprężona siedziała 

na krześle, nogę przełożyła przez poręcz, Ogłuszacz trzymała w dłoni.

- Zatem osoby nie-człowiecze nie powinny zajmować ważniejszych stanowisk? - spytała 

Tvi. - I twierdzisz, że nie jest to dyskryminacja?

Amalia, nachmurzona, patrzyła w szklankę z zimnym napojem.

background image

- To konieczność. Wiem, że należy nad tym ubolewać, ale ludzkość zajmuje zbyt delikatne 

miejsce, by ryzykować.

- Powiem wyłącznie jako obserwator: wydaje mi się, że to by prowadziło prosto do zdrady. 

Dlaczego jakaś osoba miałaby być lojalna w stosunku do rządu, który jej nigdy nie ufał?

- Może za kilka pokoleń, gdy zmniejszy się zagrożenie ze strony Cesarstwa...

- I znów, wypowiadając się jako obserwator, muszę powiedzieć, że jesteś dość naiwna, jeśli 

chodzi o naturę ludzką.

Amalia Jensen miała wrażenie, że na jej oczy nasuwa się stalowa zasłona. Z kolei Tvi 

uświadomiła sobie, że być może zachowała się obraźliwie, przedstawiając swe poglądy na temat 

gatunku, do którego należała Amalia. No cóż, pomyślała, jaki sens miałoby bycie wyrafinowanym 

marzycielem bez możliwości formułowania daleko posuniętych wniosków. Ponadto Amalia zrobiła 

właśnie to samo w stosunku do nie swojej rasy.

- Tak? Jakże to? - spytała Amalia.

-   Ponieważ,   panno   Jensen,   nie   doceniasz   tego,   do   jakiego   stopnia   ludzie   dają   się 

zdeprawować.   Dlaczego   zakładasz,   że   dana   osoba   zachowa   się   lojalnie   tylko,   dlatego,   że   jest 

człowiekiem? Ludzie są równie podatni na chciwość, szantaż i zdradę jak wszyscy inni. A nawet 

bardziej, jeśli wierzyć stereotypom. - Widząc pociemniałe oczy Amalii, Tvi dodała pośpiesznie: - 

Choć  ja  im ani  trochę  nie  wierzę.  Ale  czy rozumiesz,  co  mam  na  myśli?  Jeśli  wszystkie  siły 

poświęcisz na zlikwidowanie zdrady wśród tych nie-ludzi, którzy w ogóle nie są zdrajcami, możesz 

przeoczyć ludzi, którzy nimi akurat są.

- Wcale nie twierdzę, że należy do tego wykorzystywać wszystkie nasze siły - odparła 

Amalia. - Ale można przecież liczyć na gatunkową lojalność, prawda? Dlaczegóż by tylu dobrze 

ustawionych ludzi popierało Rebelię, choć było to wbrew ich własnym interesom?

- Przede wszystkim chciwość i szantaż.

Amalia zmarszczyła czoło, odsunęła tacę.

- To nieprawda.

- Prawdopodobnie nie. Najwyżej w kilku wypadkach. – Tvi przerzuciła przez poręcz fotela 

drugą nogę i wtuliła się w poduszkę. - Panno Jensen, podałam po prostu kilka motywów, których 

nie brałaś pod uwagę w odniesieniu do własnego gatunku, ale które chętnie przypisujesz innym.

Amalia Jensen skrzywiła się i odwróciła wzrok.

-   Rozumiem   teraz,   skąd   to   przebranie   za   Ronniego   Rompera   -   rzekła.   -  Ale   czy   nie 

mogłabyś  się jakoś pozbyć tego uśmiechu? To bardzo rozprasza, gdy ktoś z nami dyskutuje  z 

wyszczerzonymi zębami.

- Przykro mi, ale nie, panno Jensen.

Amalia westchnęła i oparła brodę w dłoni.

background image

- Więc muszę się z tym pogodzić?

- Sądzę, że to dobry pomysł w twojej sytuacji, panno Jensen.

Bingo, pomyślał Gregor Norman. Punkt dla mnie. Patrzył na liczby migające na monitorze 

komputera   i   odchylając   się   w   fotelu,   splótł   ręce   na   karku   tuż   poniżej   miejsca,   gdzie   obwód 

zbliżeniowy w kołnierzu tworzył interfejs między mózgiem a komputerem. Na twarzy Gregora 

rozlał   się   szeroki   uśmiech.   Szampan,   który   nadal   musował   na   granicy   jego   świadomości, 

powodował, że uśmiech stał się jeszcze szerszy. Gregor kiwał głową do rytmu utworu Vivaldiego, 

odtwarzanego na troxańskim sprzęcie, przez kilka chwil delektował się sukcesem, potem sięgnął do 

panelu serwisowego w ścianie i nacisnął ideogram „komunikaty ogólne".

- Szefie, chyba coś znalazłem.

- Chwileczkę.

Gdyby Gregor nie oczekiwał Maijstrala, nie usłyszałby, jak ten wchodzi. Maijstral poruszał 

się tak bezszelestnie, że podczas pierwszych miesięcy terminowania u niego Gregor podejrzewał, że 

jest   w   tym   coś   dziwnego.   W   końcu   doszedł   do   wniosku,   że   to   zasługa   dobrego   treningu,   i 

świadomie zaczął naśladować szefa.

Gregor zawsze był dobrym złodziejem. Żył ze swego sprytu, ale wiedział, że nigdy nie 

zajmie czołowej pozycji w rankingu Licencjonowanych Włamywaczy.

Chodziło   o   styl   za   dziesięć   punktów.   Osoby   z   czołówki   –  Alice   Manderley,   Geoff   Fu 

George, baron Drago - emanowali stylem,   poruszali się wśród  swych ofiar z nadzwyczajnym 

wdziękiem   i   odnosiło   się   wrażenie,   że   ofiary   nie   mają   do   nich   pretensji   za   sposób,   w   jaki 

zrabowano   im   cenne   przedmioty.   Maijstral,   na   przykład,   posiadał   wszelkie   zalety:   szlachetne 

urodzenie,   wykształcenie   w   Cesarstwie,   odpowiednie   koneksje.   Gdy   Gregor   jako   nastolatek 

usłyszał o Maijstralu i Nichole, przez wiele tygodni dyszał zazdrością.

Problem polegał na tym, że Gregor nie pochodził z klas wyższych. Gdyby kiedykolwiek 

spotkał Nichole, nie wiedziałby nawet, jak się do niej zbliżyć, o czym rozmawiać. Gdy zostanie 

uznanym Licencjonowanym Włamywaczem, będzie się musiał nauczyć zachowania wśród tych 

ludzi, poznać ich sposób mówienia i myślenia, zrozumieć ich wzajemne relacje. Wiele się nauczył, 

obserwując   Maijstrala.   Brał   lekcje   dykcji.   Dowiedział   się,   że   fryzura,   którą   nosił   w   swoim 

macierzystym świecie, byłaby prowokacją na wielu planetach Cesarstwa. Oduczył się malować 

twarz pastelami, jak to z upodobaniem robił w młodości, mówił teraz „prawdopodobnie" zamiast 

„chyba" i „drobnostka" zamiast „betka". Ciągle jednak miał przed sobą długą drogę.

Gregor   spojrzał   na   Maijstrala,   który   bezszelestnie   pojawił   się   z   prawej   strony   za   jego 

plecami.

background image

-   Chyba   znalazłem   -   oznajmił   Gregor.   -   Włamałem   się   do   komputerów   kompanii 

telefonicznej   i   zdobyłem   numery   oraz   adres   hrabiny  Anastazji.   Sprawdziłem   adresy   w   swoim 

zbiorze danych o zabezpieczeniach i okazało się, że wczoraj Anastazja znacznie wzmocniła ochronę 

swojej rezydencji. Może to oznaczać, że przygotowała się na porwanie Jensen.

- Jakiego typu zabezpieczenia? - spytał Maijstral.

- Zapadniki, wyjce i flaksy.

- A poza tym?

- Żadnych pętli. Zatem może chodzić nie o ochronę pojedynczego obiektu, ale o cały obszar. 

Na przykład teren, gdzie trzyma się więźnia.

- Potrafisz dotrzeć do planu budynku?

- Prawdopodobnie. Chyba. Sprawdzę w zarządzie planowania. To pozwoli mi na użycie 

programu odzierającego, który kupiliśmy od Postona.

- Możesz sprawdzić, do kogo należy dom?

- Już się robi.

Gregor, odchylony w fotelu, umysłem wydał komputerowi komendy, prowadził nadzór, gdy 

ten wdzwaniał się do zarządu planowania, a potem pruł przez systemy zabezpieczenia jak cesarski 

krążownik przez moskitierę. Odzieracz Postona działał brutalnie, bezbłędnie, bez elegancji. Ani 

jednego punktu za styl.

Gregor się uśmiechnął, gdy dane zaczęły się pojawiać w ośrodkach optycznych jego mózgu.

- Woolvinn Wynajem Ltd. - powiedział. - Szefie, zajrzeć do domowego komputera hrabiny? 

Sprawdzimy dostawy jedzenia i przekonamy się, ile osób tam przebywa.

Po chwili zastanowienia Maijstral odparł:

- Jeśli masz pewność, że się w ten sposób nie zdradzimy...

- Używając Odzieracz Postona - nie. Zawsze mogę przerwać połączenie, twierdząc, że to 

pomyłka.

- Dobrze. Ruszaj.

- Aż nadto.

Gregor zapuścił program. Głową kiwał w rytm utworu Vivaldiego. Spojrzał na Maijstrala - 

głęboko osadzone oczy szefa sprawiały wrażenie nieobecnych. Gregor przypomniał sobie poranną 

rozmowę Maijstrala z Piętrem Quijano i zatroskał się. Przypuszczał, że Maijstral tylko gra, ale z 

nim nigdy nic nie wiadomo.

- Szefie, co z relikwią? - spytał.

- Tak, Gregor. - Maijstral patrzył nieobecnym wzrokiem.

- Pan tylko udawał, że chce pan sprzedać Cesarskim ten kontener, prawda? To znaczy, tak 

naprawdę nie zamierzamy tego zrobić?

background image

Maijstral odwrócił ku niemu zamknięte oczy, i można było wyczuć, że intensywnie myśli.

- A gdybyśmy sprzedali, przeszkadzałoby ci to?

Gregor przesunął się niespokojnie na krześle.

- No, niezbyt szanuję Konstelację i tych wszystkich nieudolnych, którzy tym rządzą, ale to 

nie znaczy, że chciałbym, by znowu rządzili nami kosmici. A już na pewno nie Cesarz. Poza tym 

mój dziadek brał udział w Rebelii i często mi opowiadał, jak to było za Cesarstwa. Dla wielu ludzi 

nie było to nic dobrego.

Maijstral lekko się uśmiechnął. Utwór Vivaldiego osiągnął kulminacyjny moment i umysł 

Maijstrala wędrował gdzieś w muzyce.

- Prawdopodobieństwo, że Cesarstwo wróci, jest niezbyt duże — odparł. - I jeszcze coś. Ci 

ludzie ukradli naszego klienta.

- Zauważyłem to, Gregorze.

Gregor nachmurzył się. Nie był pocieszony.

Maijstral wyciągnął rękę ku odtwarzaczowi Gregora, nacisnął zapadnię, usunął Vivaldiego.

- Co potem?

- Ślimak.

Ręka Maijstrala wybrała drugie nagranie.

- Niech będzie Ślimak. Zawsze lubiłem d-moll. - Opuścił nagranie w zapadnię i nacisnął 

guzik odtwarzania. Odwrócił się do Gregora.

- Jakieś informacje od hrabiny?

- Tak jest. - Gregor skupił się na danych igrających od kilku chwil w jego umyśle.

- Wygląda na to, że hrabina miała wielu gości ubiegłego wieczoru. Dużo wina i obiad dla 

czworga. - Zaśmiał się. - Komputer przygotował śniadanie dla piątki i lunch również na pięcioro. 

Skąd ta piątka?

- Chyba się domyślamy.

- I... zaraz, zaraz... zamówiła narzędzia, drewno budowlane i sklejkę.

- Czyżby jaśnie pani zamierzała zabić okna deskami?

-   Możliwe.   Zamówiła   również   masywne   zamki   i   narzędzia   do   ich   zamontowania   oraz 

przebranie Ronniego Rompera ze składu kostiumów. - Spojrzał na Maijstrala. - Ronnie Romper?

Muzyka unosiła się w pokoju. Maijstral wzruszył ramionami.

- Może to jej ulubieniec. W młodości ja też go lubiłem.

- A ja nie. Chyba z powodu tego uśmiechu, który nigdy nie znika.

Maijstral kiwał głową w rytm wioli. Wzrok miał rozmarzony.

- D-moll. Zawsze lubiłem pierwsze cztery takty.

background image

- Ja też, szefie. - Gregor spojrzał na Maijstrala. W umyśle brzęczał mu niepokój. Wiedział, 

że Maijstral odciągnął go od pytania o losy relikwii i zrobił to bardzo fachowo, ale jego podziw dla 

Maijstalowego   stylu   nie   zlikwidował   niepokoju.   Nie   miał   nic   przeciwko   dbałości   o   zyski,   ale 

również nie podobał mu się pomysł powrotu Cesarstwa.

Muszę się nad tym jeszcze zastanowić, pomyślał.

Woolvinn Wynajem miał małe biuro w centrum Peleng City. Obok wejścia umieszczono 

miedzianą tablicę, którą prawdopodobnie codziennie polerowano. Drzwi były nieprzezroczyste z 

zewnątrz, ale przezroczyste od wewnątrz, by recepcjonista widział nadchodzącego klienta i mógł 

wybrać  odpowiedni  sposób  powitania.   Roman  wszedł  do  środka  i   spojrzał  na   urzędnika   przez 

różowe okulary.

- Proszę z panem Woolvinnem.

- Pan Woolvinn nie żyje od osiemdziesięciu lat - poinformował urzędnik. Był Tanauerem i 

patrzył na Romana zwężonymi, pogardliwie mrugającymi membranami. - Zaprowadzę pana do 

pana Clive'a. Kogo mam przedstawić?

-  Nazywam  się  Castor.   Jestem  osobistym  sekretarzem  lorda   Gravesa.   -  Roman  wręczył 

Tanauerowi wizytówkę. Prawdziwy Graves, daleki kuzyn Maijstralów, mieszkał w Cesarstwie. Był 

młodym   sknerą,   który   śmiertelnie   by   się   obraził,   gdyby   wiedział,   w   jakim   celu   Roman 

wykorzystuje jego nazwisko, ale ze skąpstwa nie wysłałby listu protestacyjnego.

Tanauer ukłonił się, smagnąwszy przy tym pasiastym ogonem i zaprowadził Romana do 

pokoju wyłożonego jasną boazerią.

- Proszę tu poczekać, proszę pana. - Wskazał krzesło, potem umieszczony w ścianie barek. - 

Napije się pan kawy, herbaty, linka, kifa? A może wina?

- Poproszę kifa. Dziękuję.

Roman popijał drinka, czując ciepłą, tajemną radość. Miał nie tylko ozdobne okulary, lecz 

również   miękką   szarą   marynarkę   z   ciemnym   lamowanym   kołnierzem   i   czarne   koronki,   stary 

naszyjnik   z   oksydowanej   stali   Wilkinsona   i   ręcznie   szyte   buty   z   brązowej   skóry.   Nic 

nadzwyczajnego - tak właśnie powinien być ubrany służący - ale sprawiało to Romanowi wielką 

przyjemność. W głębi duszy zawsze uważał, że byłby pierwszorzędnym lordem. Był zadowolony, 

że agencja Woolvinn okazała się staromodna - nie podłączyła swych zasobów komputerowych do 

telefonu i dlatego Roman musiał przeprowadzić rozpoznanie w staromodny sposób.

Okazało   się,   że   Pan   Clive   to   człowiek,   mężczyzna   w   średnim   wieku   o   przyjemnej 

powierzchowności, w ubraniu w stylu cesarskim. Roman obwąchał mu uszy. Clive poczęstował go 

ciastem - Roman odmówił.

background image

-   Czy   to   Jasper?   -   spytał,   wskazując   na   stojącą   w   rogu,   gładką,   srebrną,   wdzięczną 

konstrukcję. Mistyfikator pośledniejszego gatunku powiedziałby „autentyczny Jasper".

- Tak, rzeczywiście - odparł pan Clive. — Założyciel naszej firmy, Woolvinn Starszy, był 

kolekcjonerem.

Roman usiadł, Clive poszedł w jego ślady.

- Gratuluję panu Woolvinnowi dobrego smaku – powiedział Roman. - Osobiście gustuję 

raczej w Torfelksie, ale rozumiem, że teraz trudno zdobyć dzieła Jaspera. Lord Graves miał małą 

kolekcję, którą zawsze zamierzał powiększyć, ale niestety, Jaspera znacznie trudniej nabyć obecnie 

niż w czasach zmarłego pana . Woolvinna

- Istotnie - wymamrotał pan Clive.

- Lord Graves wybiera się w podróż po Konstelacji - oznajmił Roman. — Chciałby spędzić 

miesiąc na Peleng. Od dziś za półtora roku. Chce mieć odpowiednie lokum.

- Na pewno jego lordowska mość myśli o domu w mieście.

- Powiedziałbym, raczej na wsi. - Siedziba hrabiny Anastazji miała wiejski adres i Maijstral 

opowiedział Romanowi o jej gustach. — Dom powinien być obszerny, w którym mogliby bawić 

liczni znajomi lorda. Elegancko wyposażony, najchętniej z altaną, może z boiskiem do krokieta. 

Byłoby to możliwe?

- W istocie, proszę pana. - Pan Clive powtórzył to po raz trzeci. — Mamy kilka posiadłości, 

które byłyby odpowiednie. Za półtora roku, tak pan powiedział?

- W istocie - odparł Roman. - Tak.

Roman obejrzał hologramy kilku rezydencji, z których każda odpowiadałyby opisowi. Jak 

wiedział, firma Woolvinn bierze tyle za wynajęcie, że w razie potrzeby zainstaluje nawet boisko do 

krokieta. Czytał adresy pod każdym hologramem i gdy pokazała się piąta rezydencja, usiadł głębiej 

w fotelu i przechylił pysk tak, by przez okulary popatrzeć na neogeorgiański gmach z żyłkowanym 

porcelanowym dachem.

- Niech mnie kule biją - powiedział. - To dokładnie w guście jego lordów cesarskiej mości.

Uszy pana Clive'a zastrzygły do przodu. Delikatne światło - zbyt słabe, by można je było 

nazwać blaskiem - wsączyło się do jego oczu.

- Jeśli pan pozwoli, pokażę panu hol wejściowy. Marmur importowany z Couscous.

Roman rozpływał się w  zachwycie nad couscouskim marmurem, meblami, znakomitym 

smakiem i pieczołowitością, z jaką wyposażono dom. Ponieważ lord Graves brał w podróż liczne 

dzieła sztuki, Romana interesowały sprawy bezpieczeństwa, więc pan Clive udzielił mu informacji 

na temat systemów ochronnych posiadłości. Roman poprosił o kopię hologramu, by lord mógł 

obejrzeć meble i wyposażenie - chemie mu ją dano. Zapytał, czy mógłby zwiedzić to miejsce; Clive 

powiedział, że obecnie dom zajmuje hrabina Anastazja ze świtą, ale wynajęła go tylko na miesiąc i 

background image

Roman może tam zadzwonić i zapytać, czy wizyta jej nie przeszkodzi. Czy mógłby dostać numer 

telefonu pana Castora...?

Roman podał mu numer do domku, gdzie ukrywał się Maijstral, po czym wstał, by się 

pożegnać. Pan Clive odprowadził go do drzwi i obwąchał mu uszy.

Roman   zauważył,   że   recepcjonista   zupełnie   odsłonił   oczy   (to   komplement,   jak 

przypuszczał); opuszczając biuro, skinął Tanauerowi. Gdy szedł chodnikiem wyłożonym niebieską 

kostką, zapłonęła w nim sekretna radość. Przez krótką chwilę dwustumetrowego spaceru między 

biurem Woolvinna a lataczem całkowicie zatopił się w myślach: jest panem Castorem, sekretarzem 

cesarskiego  lorda,  powiernikiem arystokracji, tancerzem w  eleganckim, pięknym  balecie  wśród 

najznakomitszych kręgów Cesarstwa...

Jeśli się nad tym zastanowić, to zadziwiające, jak bardzo suknia zdobi człowieka; lamowany 

płaszcz i różowe okulary. Oto Roman - opanowany, muskularny pomocnik słynnego złodzieja - 

idzie   sobie   ulicą,   z   gracją   rozdzielając   przechodniom   łaskawe   ukłony,   żywe   wcielenie   zasady 

noblesse oblige i wspaniały dowód na to, czym może być Khosalikh, jeśli się usunie kilka drobnych 

zahamowań. Jego tajemna radość udzielała się mijanym przechodniom, którzy szli dalej z lekkim 

sercem, sprężystym krokiem, wdychając świeższe jak im się wydawało powietrze, uszczęśliwieni, 

że wysoki, ciemny lord Khosali z taką radością witał ich na ulicy. To był mały cud - zaledwie 

dwustumetrowy spacer wspólnej błogości, ale jednak cud.

Roman, ciągle pełen wewnętrznego żarliwego przekonania, że jest panem Castorem, wszedł 

z wdziękiem do latacza i podjął cudowną podróż w niebo.

Hrabina Anastazja usłyszała, że zgłasza się domowy robot, i rzuciła słuchawkę na widełki. 

Maijstral  cały dzień nie odpowiadał. Był prawdopodobnie w  apartamencie Nichole, odrażająco 

folgując zmysłom, a przecież mógł być tutaj i walczyć dla Cesarstwa jak jego ojciec i dziadek...

Na myśl o tym miała ochotę splunąć.

- Maijstral ukrywa się, aż minie termin prekluzji - stwierdził baron Sinn. - Musimy się 

koniecznie z nim skontaktować jutro rano.

Hrabina nadal była wściekła.

- To frustrujące. Chcę mieć ten Cesarski Artefakt i chcę, żeby ta istota, Jensen, zniknęła z 

mego domu.

- Nie ma się, czego obawiać. Jensen w żaden sposób nie może się dowiedzieć, gdzie jest 

przetrzymywana. Nikogo z nas nie widziała.

Hrabina nachmurzyła się.

- Nie o to się boję. Maijstral to... człowiek leniwy. Ale ma swoją dumę.

background image

Uszy Sinna odwróciły się w dół - wyraz zamyślenia.

- Chodzi pani o to, że może zrobić coś niewygodnego?

- Tak, o to się boję. Gdy sobie coś wbije do głowy, potrafi to skutecznie realizować. Może 

powinniśmy postawić dodatkowych strażników wokół domu. - Położyła baronowi dłoń na ramieniu 

i   pogładziła  gęste   futro.  -  Znam  dwójkę  odpowiednich  ludzi.  Korzystaliśmy  z  ich   ochrony na 

spotkaniu Cesarskich, na wszelki wypadek, gdyby ludzie usiłowali nam przeszkodzić.

Sinn zamyślił się.

- Im mniej wtajemniczonych, tym lepiej dla nas.

- No, nie podawałabym im prawdziwej przyczyny, dla której ich wynajmujemy. Po prostu: 

mam powody do obaw. Możemy im przydzielić pokoje na dole, w ten sposób będą na zawołanie, 

ale nie będą nam przeszkadzać.

Przepona Barona zapulsowała.

- Dobrze, hrabino - powiedział. - Nich pani zadzwoni.

Hrabina  Anastazja   z   uśmiechem   sięgnęła   po   telefon.   Czuła   niezwykły  optymizm.   Choć 

obecność tych dwóch ludzi niewiele miała zmienić, zawsze pewnym pocieszeniem było to, że 

podjęło się jakieś działania.

- Może później zagrasz ze mną w krokieta, hrabio? - zaproponowała.

- Z przyjemnością, pani.

Powiedziała   telefonowi,   pod   jaki   numer   ma   zadzwonić,   wyobraziła   sobie   gładką,   żółtą 

murawę, odgłos uderzeń drewnianych młotków, rześkie powietrze; baron Sinn szuka swej piłki w 

stosie owoców śrutowca. Cudownie, cudownie. Ona się będzie bawiła, a w tym czasie plan będzie 

się realizował. Czyż można mieć większe marzenia?

- Muszę się przez chwilę skupić. - Maijstral przygotował sobie późny lunch. Kanapki. - Nie 

przeszkadzajcie mi, proszę, chyba, że sprawa jest bardzo ważna.

Maijstral   zachowywał   się   z   taką   arystokratyczną   godnością,   że   ani   Gregor,   ani   Pietro 

Omijano nie śmieli zapytać, o czym zamierza myśleć i jak długo to potrwa. Tylko Roman znał 

Maijstrala na tyle dobrze, by wyczuć w jego zachowaniu najmniejszy fałsz, ale Roman załatwiał 

sprawy w firmie Woolvinn Wynajem.

W istocie chodziło o to, że Maijstral nie miał nic do roboty, a do powrotu Romana nie chciał 

siedzieć tu i patrzeć na relikwiarz, słuchając zaniepokojonego Quijano. Zamierzał zjeść kanapki i 

dokończyć   oglądanie   westernu,   a   potem   się   zdrzemnąć.   Wiedział,   że   dla   utrzymania   pozycji 

przywódcy istotne jest zachowanie pewnej zagadkowości, a wyjawienie, w jaki sposób zamierza 

spędzić popołudnie, nie służyłoby tajemnicy.

background image

Usiadł na łóżku ze skrzyżowanymi nogami. Western zmierzał do katharsis: Jesse i Priscilla 

martwi, Bat ranny, samotny Król, przy ostatnich akordach samotnej gitary, idzie na tle krwawego 

zachodu   słońca.   Wspaniała,   straszna   tragedia.   Maijstral   natychmiast   poczuł   się   lepiej.   Nie 

przygotował   sobie   trzeciej   kanapki   -   miałby   ochotę   na   coś   innego,   ale   kuchnia   była   terenem 

Romana i Maijstral nie wiedział, jak zrobić sobie coś innego. W końcu wyciągnął się na łóżku i 

próbował zasnąć.

To   może   dziwna   reakcja   jak   na   człowieka,   którego   honor   został   właśnie   moralnie 

nadwerężony. Być może powinien się złościć, wściekać i planować krwawą zemstę. Robert Rzeźnik 

na pewno by tak postąpił. Maijstral jednak traktował te sprawy z większą beztroską - w istocie nie 

zamierzał ani wyzwać barona Sinna ani nikogo innego, ani narażać się bardziej niż dotychczas. 

Powiedział to tylko po to, by wywrzeć wrażenie na Quijano; ponadto oczekiwał tego Roman. 

Maijstral wiedział, jak należy grać swą rolę.

Zdawał sobie sprawę, że ma wielkie braki w sferze moralności, ale ta świadomość raczej mu 

nie przeszkadzała. Niewątpliwie miał również braki, jeśli chodzi o sumienie.

Nerwy ukojone kanapkami, bezpieczna tragedia wideo, brak sumienia. Zasnął zdrowo.

Roman   przebrał   się   w   odpowiednio   skromne   ubranie;   z   żalem   rozstawał   się   z   panem 

Castorem, wieszając w szafie lamowaną marynarkę. Potem dopiero poszedł obudzić Maijstrala, 

który był przyzwyczajony do wstawania o dziwnych porach i gdy tylko Roman cicho poskrobał w 

drzwi, natychmiast się poderwał.

Roman - gdy tylko zobaczył Maijstrala w łóżku – natychmiast się domyślił, że Maijstral w 

tajemnicy   znów   oddawał   się   niskim   rozrywkom.   Zrezygnowany,   —   choć   tego   nie   okazał   - 

zameldował o swych spostrzeżeniach u Woolvinna i obserwował, jak Maijstral ogląda hologram 

rezydencji Anastazji. Maijstral obejrzał go dwukrotnie, nerwowo kręcąc diamentem na palcu.

— Musimy ułożyć plan - powiedział, spoglądając na Romana. - Czy sądzisz, że pan Quijano 

potrafi utrzymać pistolet.

background image

ROZDZIAŁ 8

Paavo  Kuusinen wyciągnął  się pod żółtolistnym  wierzbowcem i przedrzemał  większość 

popołudnia. Wybrał sobie wzgórze odległe niecały kilometr od rezydencji hrabiny Anastazji. Gdy 

uchylił powiekę, patrzył na tył domu i portyk z podwójnym rzędem kolumn, który wychodził na 

gładkie   pole   do   krokieta,   otoczone   niskimi   zaroślami   śrutowca,   wydającego   czerwone   owoce. 

Kuusinen miał ze sobą zdalniki, dzięki którym widział tylne okna, a za nimi niewyraźne postacie, 

przeważnie   robotów.   (Ze   swego   wygodnego   miejsca   nie   mógł   dostrzec   zabitego   deskami 

frontowego okna - tam w pokoju marniała uprowadzona, choć dobrze żywiona, Amalia Jensen. Ale 

Kuusinen był nowicjuszem w tych sprawach). Latacza zaparkował na drugim, niewidocznym stoku 

wzgórza.

Od rana niewiele było do oglądania; jedynie hrabina grała w krokieta z baronem Sinnem. 

Paavo ustawił zdalniki na maksymalne powiększenie - widział, że oboje mają i pistolety, i młotki do 

krokieta. Obserwował ich dość długo i przekonał się, że hrabina to gracz energiczny i zaciekły. Dała 

baronowi piłkę w szczególnym, czerwonym kolorze i gdy uderzyła ją tak mocno, że odgłos dotarł 

nawet do wzgórz Kuusinena, baron Sinn musiał szukać piłki w stosie opadłych owoców śrutowca o 

identycznej, co piłka barwie i rozmiarach. Kuusinen doszedł do wniosku, że wybór takiej piłki to ze 

strony hrabiny zagrywka psychologiczna. Skuteczna. Hrabina zwyciężyła w obu pojedynkach.

Gra zakończyła się w porze sjesty. Kuusinen zapadł w drzemkę. Gdy się obudził, ziewnął, 

przeciągnął się i zdalnikami przejrzał okna. Nic interesującego. Poszedł do kosza piknikowego, 

który mu na zamówienie dostarczyła restauracja, zjadł zimną sałatkę z łososiem, wypił butelkę 

rinka.   Może   powinienem   zadzwonić   anonimowo   do   Maijstrala   i   powiedzieć   mu,   gdzie   jest 

przetrzymywana Amalia Jensen, pomyślał. Postanowił jednak poczekać do rana.

Ukazały się gwiazdy. Przez wierzbowiec powiał zimny wiatr. Kuusinen zadrżał, włożył 

płaszcz.   Gdy  wiatr   na   chwilę   ucichł,   Kuusinen   usłyszał   delikatny  szept   latacza,   dochodzący  z 

ciemnego nieba. Skierował zdalniki w górę i zobaczył sunącą na tle

Drogi   Mlecznej   sylwetkę   Gustafsona   SC-700   -   tej   maszyny   nie   można   było   z   niczym 

pomylić. Uśmiechnął się: Maijstral miał Gustafsona.

Latacz wylądował niecałe dwa kilometry dalej, po drugiej stronie porośniętego drzewami 

pasma, skąd rozciągał się widok na fronton budynku. Ze swego miejsca Kuusinen nie widział 

przybyszów. Nie przejmował się tym. Z własnego latacza wziął trochę wspomagaczy koncentracji i 

przełknął je na sucho. Coś się szykowało. Był pewien, że gdy Maijstral wykona swe posunięcie, on 

w jakiś sposób to zobaczy.

background image

W   górze   świsnął   inny   latacz,   sunąc   nad   wzgórzem   Kuusinena.   Ten   spojrzał   w   górę   i 

pomachał ręką. Drugi Gustafson SC był tak, blisko, że Kuusinen dostrzegł w środku dwie osoby. 

Maszyna zatoczyła łuk i wylądowała przy tamtej pierwszej. Po kilku minutach oba latacze wzniosły 

się i pomknęły nad horyzontem.

Kuusinen zastanowił się. Zachowanie Maijstrala - jeśli to był Maijstral — wydało mu się 

dziwne.   Potem   jednak   doszedł   do   wniosku,   że   latacze   zostały   prawdopodobnie   posłane   na 

autopilocie, na wszelki wypadek, gdyby ktoś widział ich lądowanie.

Paavo   Kuusinen   uśmiechnął   się,   gdy   pierwsza   fala   wspomagacza   zatańczyła   w   jego 

nerwach. Zapowiadała się niezła zabawa.

- Słuchaj, czy wiesz, co powstanie ze skrzyżowania wytycznika z dygotnikiem? Dziecko, 

które wytyka dygotki.

Amalia Jensen dusiła się ze śmiechu. Chichocząc, uniosła związane kostki i kopała nogami. 

Tvi uśmiechnęła się: po sjeście zostawiła związaną Amalię i wymknęła się na dół po butelkę wina; 

to był niezły pomysł. By jej nie wykryto, musiała przemknąć się po kręconych schodach w owalnej 

bibliotece we wschodnim skrzydle domu. Ale cóż to za problem dla doświadczonego złodzieja. 

Głębiej wtuliła się w miękki fotel.

- Mój dziadek pracował jako wytycznik przez jeden sezon - powiedziała Amalia. - Znał 

mnóstwo różnych historii. To było przed Rebelią. Dowodził krążownikiem w Khorn, ale nie spotkał 

wtedy admirała Scholdera, dopiero po wojnie. - Westchnęła. - Mój ojciec też był we flocie. Do 

dwunastego   roku   życia   mieszkałam   w   szesnastu   różnych   bazach.   Potem   ojciec   umarł   podczas 

wypadku w Hotspur i mama tu przyjechała. Mieszkaliśmy z dziadkiem do jego śmierci...

- Moje dzieciństwo było podobne - rzekła Tvi. - Ale oboje rodzice pracowali w służbie 

cywilnej.   -   Mówiąc   to,   niewiele   zdradzała   -   istniały   setki   milionów   cesarskich   urzędników 

cywilnych.

-   Nie   były   to   miejsca   najgorsze.   Granica   jest   dość   blisko   Ziemi,   więc   większość   baz 

znajdowała się w pobliżu lub na planetach od dawna zamieszkanych. Mój ojciec nie był członkiem 

Korpusu Pionierów, nic w tym sensie.

- Ale był wojskowym, jak rozumiem.

- Panowała, no... dyscyplina. Ale nie było źle. Nie lubiłam tylko tego, że mój ojciec cały 

czas wyjeżdżał.

- Ale ty nie wstąpiłaś do floty.

Amalia Jensen wzruszyła ramionami. Twarz miała bez wyrazu.

background image

-   Mam   łagodną   epilepsję.   Da   się   ją   kontrolować   dzięki   lekarstwom,   ale   to   mnie 

zdyskwalifikowało.   Leczenie   wymaga   wielkich   nakładów,   a   flota   wolała   wydać   pieniądze   na 

szkolenie innej osoby.

- Przykre - powiedziała Tvi. Zastanawiała się, co to takiego epilepsja. Najwyraźniej coś 

charakterystycznego dla ludzi.

- Mogłam się dostać do Służby Planetarnej. Ale uważałam, że albo flota, albo nic. - Odezwał 

się   żołądek   Tvi.   Spojrzała   na   zegarek:   Khotvinn   powinien   wkrótce   przynieść   kolację.   Lepiej 

skończyć butelkę. - Jeszcze wina? - zaproponowała.

- Dziękuję. Więc zamiast tego weszłam do polityki. W każdym razie znalazłam się poza 

armią. - Tvi złączyła nadgarstki i kostki Amalii, nalała wina, przeszła przez pokój, usiadła w fotelu.

Amalia cały czas opowiadała.

- Sądzisz, że twój ojciec by to pochwalił? - spytała Tvi.

- Sądzę, że tak - odparła Amalia. - On i mój dziadek zawsze byli prohumanistami.

Tvi zamyślona zlizywała wino.

- Mój w ogóle mnie nie aprobował - powiedziała. - Gdy dorastałam, cały czas toczyliśmy 

walkę. Ale tak sobie myślę. Gdybym straciła ojca jako dwunastolatka, czy byłabym w cesarskim 

mundurze, usiłując się stać najlepszym oportunistą na pięćdziesięciu planetach?

Amalia Jensen zatopiła się w myślach. Ktoś zapukał do drzwi - obie kobiety podskoczyły; 

usłyszały głos Khotvinna.

- Zmieniam cię.

Tvi pospiesznie wylizała resztkę wina. Schowała kieliszek do szuflady. To, co zostało na 

dnie w butelce, wlała do filiżanki Amalii.

- Do zobaczenia - powiedziała.

- Au revoir, panie Romper - odparła Amalia z pijanym chichotem.

Tvi, zaskoczona, zauważyła długi miecz u boku Khotvinna i dziwny wyzywający blask w 

jego oczach. Zastanawiała się, jakiż to pomysł wpadł temu troglodycie do mózgownicy. Doszła 

jednak   do   wniosku,   że   musiał   spędzić   podniecające   popołudnie   przy   nagraniach   „Dziesięciu 

największych przemówień wojennych" czy czymś równie ekscytującym.

- Więzień jest w dobrym nastroju - zameldowała.

Khotvinn chrząknął.

- Jak się nazywała ta osoba, która odwiedziła ją wczoraj wieczór?

Tvi była zaskoczona tym dowodem zainteresowania.

- Tamten? Chyba porucznik Navarre.

- Aha, dobrze.

background image

Tvi niemal widziała, jak powoli zaskakują zapadki w mózgu Khotvinna. Ten jaskiniowiec o 

zawziętych oczach, z mieczem przy pasie, miał w sobie coś niesamowitego; sierść na ramionach 

Tvi uniosła się lekko, ale świadomie ją wygładziła i podała Khotvinnowi sterownik hologramu 

Ronniego Rompera. Po chwili zastanowienia doszła do wniosku, że jest niemal zadowolona, iż nie 

zna   myśli  Khotvinna.  Dowodziło  to,   pomyślała,   że  przez  ostatni   milion  lat  jej  przodkowie,   w 

odróżnieniu od jego przodków, zrobili prawdopodobnie pewne postępy.

Zeszła na dół służbowymi schodami, uważając, by się pijacko nie zataczać. To dziwne, 

myślała,   że   ta   zakładniczka   Amalia   Jensen   to   w   tym   domu   jedyna   osoba,   z   którą   mogę 

porozmawiać; jest może postrzelona politycznie, ale jej opinie nie są złowrogie i sprawia wrażenie 

bardziej zrównoważonej niż inni postrzeleńcy.

-   Na   wzgórzu,   na   północnym   wschodzie   siedzi   jakiś   świr   -   powiedział   Gregor.   Był   w 

czarnym   luźnym   kombinezonie   z   miękkiej   czarnej   krepy,   zakrywającym   wszystko   poza   bladą 

twarzą.

Nie włączył jeszcze kamuflującego hologramu. – Zaparkował gdzieś swój latacz, nie widać 

go stąd. Facet machał do nas, gdy nad nim lecieliśmy. W ogóle nie starał się schować. Ma tam tylko 

drzewo, które i tak jest za cienkie, by go ukryć.

- Sądzisz, że to obserwator? - spytał Pietro. Miał na sobie skąpy czarny kombinezon i broń u 

pasa.   Przedtem   pobieżnie   zapoznał   się   z   instrukcją   obsługi,   ale   Maijstral   i   jego   asystenci   nie 

wiedzieli, jak się zachowa podczas prawdziwej akcji, więc postanowili wyposażyć go jedynie w 

broń niezabijającą, przeciwko której ich kombinezony miały wbudowaną ochronę.

-   Obserwator?   -   spytał   Maijstral.   Jego   głos   brzmiał   dziwacznie   w   chmurzastej   czerni 

hologramu. - Możliwe, choć przypuszczam, że to raczej policja albo ktoś z politycznych znajomych 

panny Jensen.

Pietro pokręcił głową.

- Nie. To nie jeden z nas.

-   Ze   swego   miejsca   nie   widzi   połowy   wejść   do   domu   –   ciągnął   Maijstral.   -   Jeśli   to 

obserwator,   lepiej   by   zrobił,   siedząc   na   dachu.   Ale   może   nie   mamy   tu   do   czynienie   z 

profesjonalistami.   -   Maijstral   wylądował   przed   chwilą   po   krótkim   locie   nad   drzewami,   gdy 

obserwował   fronton   domu   za   pomocą   zdalników.   -   Na   pierwszym   piętrze,   przy   południowo-

wschodnim rogu, jedno okno zabito deską. To wyraźna wskazówka, ale przecież hrabina nigdy nie 

cechowała się subtelnością.

background image

Gregor trzymał w dłoni projektor holograficzny. Dotknął przycisku i nagle w ciemności 

pojawił się biały budynek. Maijstral wyłączył swój czarny kombinezon i wskazał łagodnie świecącą 

ręką:

- Tam.

Gregor zmienił perspektywę hologramu - powędrował przez pierwsze piętro domu.

Fronton   budynku   miał   kształt   szerokiego   płytkiego   U;   na   skrzydłach,   po   obu   stronach, 

znajdowały się kryte werandy. W południowo-wschodnim rogu na pierwszym piętrze mieścił się 

salon, zajmujący tam skrzydło litery U. Na północ od salonu była owalna biblioteka, wysoka na 

dwa   piętra,   z   ozdobnymi   kręconymi   schodami   z   kutego   żelaza   oraz   z   wielkim   kryształowym 

żyrandolem. Zachodnie okna salonu wychodziły na dach werandy, a w północno-zachodnim rogu 

salonu znajdowały się drzwi, prowadzące do górnego holu frontowego. Dalej w holu, następne 

drzwi na zachód prowadziły do pokoju z zabitym deską oknem.

Dla Maijstrala ta sytuacja to test cierpliwości.

— Na pierwsze piętro jest zbyt szeroki dostęp - wymamrotał. - Zobaczcie. Wewnątrz domu, 

kilka kroków od drzwi pokoju panny Jensen, biegną służbowe schody, a zaraz za rogiem wielkie 

schody na parter. Tu są kręcone schody, idące z owalnej biblioteki - mają dostęp do salonu, a z 

salonu są tylko dwa kroki do pokoju, gdzie przetrzymują pannę Jensen. Z frontowego ganku dwie 

pary schodów prowadzą na taras nad frontowym portykiem i dalej do okna panny Jensen. Co tu 

jeszcze widać... cztery pary schodów i dwie windy.

— Dzięki temu mamy więcej dróg ucieczki - zauważył Gregor.

—   Oznacza   to   również,   że   na   każdej   z   tych   dróg   możemy  się   natknąć   na   problemy  - 

stwierdził Maijstral. - Panna Jensen jest najprawdopodobniej pilnowana i nie zdołamy załatwić 

strażnika cichcem. Musimy, więc być przygotowani na to, że zostanie włączony system alarmowy.

-   Może   akcja   odwracająca   uwagę   -  zaproponował   Pietro.   -  Ktoś   z   nas  szturmuje   tylne 

wejście...

Pietro zamilkł, gdy Maijstral opuścił uszy z dezaprobatą.

-   Nie.   Rozdzielanie   naszych   sił   wprowadzi   zamieszanie   i   nic   nie   osiągniemy,   jeśli   oni 

zignorują   twój   szturm   i   skoncentrują   się   na   obronie   panny   Jensen.   -   Nachmurzony,   kręcił 

pierścieniem   na   palcu.   -   Musimy   zablokować   pokój   panny   Jensen   na   czas   potrzebny   do   jej 

uwolnienia. Musimy tylko umieścić ją w uprzęży antygrawitacyjnej i opleść obwód zbliżeniowy 

wokół jej szyi. Dzięki temu, nawet, jeśli jest związana, sama sobie poradzi z ucieczką, a my tylko 

będziemy ją osłaniać.

Przekręcił pierścień po raz ostatni, jakby podejmując decyzję.

-   Bardzo   dobrze.   Roman   i   pan   Quijano   wchodzą   przez   salon   na   pierwszym   piętrze   w 

południowo-wschodnim rogu. Roman, ty idziesz do drzwi holu i czekasz, gotów do załatwienia 

background image

ewentualnego strażnika w korytarzu. Panie Quijano, pańskie zadanie polega na zablokowaniu drzwi 

do schodów w bibliotece. Niech pan ich nie zamyka, tylko przystawi jakiś ciężki mebel. A potem 

proszę   pomóc   w   razie   potrzeby   Romanowi.   Gregor,   wchodzisz   przez   nie   zablokowane   okno, 

najbliżej   pokoju   panny   Jensen.   Jeśli   w   korytarzu   będzie   jakiś   strażnik,   zostanie   zablokowany 

między tobą a Romanem.

- A ty, szefie?

- Najpierw podlecę do okna panny Jensen. Chcę się przekonać, czy rzeczywiście jest tam 

przetrzymywana, nim ktokolwiek z nas wykona jakiś ruch.

Pietro Quijano spojrzał z podziwem na Maijstrala. Pozostali bez słowa przyjęli jego plan. 

Maijstral miał własne powody, by iść przodem i znaleźć się na balkonie pierwszego piętra, gdzie 

nie natknie się na strażników i będzie miał czystą drogę ucieczki; a przy tym w ogóle się nie 

spodziewał, że Pietro może podziwiać jego odwagę.

-   Zbliżymy   się   od   południowego   wschodu,   by   nie   wykrył   nas   ten   facet   na   wzgórzu. 

Pozostańcie w ukryciu do mojego sygnału...

- Hasło „Deus vult", proszę pana? - zaproponował Roman.

Maijstral uśmiechnął się. Roman chętnie tropił bardzo dawnych przodków Maijstrala, tak 

dawnych, że Maijstral uważał tę genealogię za niewiarygodną. Jean Parisot de La Valette był, jak 

się   wydaje,  kawalerem,  a   ponadto  prawie   na  pewno  nie  zaaprobowałby swego  domniemanego 

potomka.

- Deus vult. Znakomicie. Dziękuję, Roman.

Maijstral poprosił towarzyszy, by powtórzyli, jakie zadanie im wyznaczono — chciał się 

upewnić, że wiedzą, co mają robić. Potem zabrał ich na szybką wędrówkę u stóp wzgórza - tak 

jednak, by nie było ich widać z domu - potem przez pierwszy alarm zapadkowy, półsferyczne 

zimnopole,   otaczające   budynek   niewidzialną   bańką.   Roman,   sterujący   kombinezonem   Pietra 

Quijano przez obwód zbliżeniowy, pokazał mu, jak prześlizgnąć się przez sieć.

Nad zachodnim horyzontem pojawił się jasno oświetlony latacz. Maijstral zamarł, włączając 

czarny kombinezon; serce mu absurdalnie waliło. Był zadowolony, że nikt nie widzi, jak drżą mu 

ręce. Kombinezon Romana był również włączony, ale Roman najwyraźniej podniósł zdalniki.

- Dewayne Seven - stwierdził.

Stary model, niezbyt szybki. Goście? — zastanawiał się Maijstral. Latacz zatoczył koło i 

wylądował  z tyłu  domu. To nie goście,  skoro  używają  wejścia dla  służby,  pomyślał  Maijstral. 

Hydraulicy, kucharze albo instalatorzy dodatkowych zabezpieczeń - w tym wypadku należałoby się 

spieszyć.

- To działa na naszą korzyść - stwierdził. - Strażnicy niechętnie użyją siły, gdy w domu będą 

osoby postronne.

background image

Mina   Pietra   Quijano   wyrażała   wątpliwości.   Nadal   walczył   ze   swym   kombinezonem, 

próbując uruchomić ciemny, maskujący hologram. Maijstral wyciągnął rękę i nacisnął ćwiek na 

pasie Pietra.

- Dziękuję - powiedział Pietro.

Maijstral nic nie odrzekł. Leciał już w kierunku domu, a za nim poszybowała jedna z kul 

medialnych - i on, i ona, tuż przy ziemi.

Stary generał Gerald, zdyszany po wysiłku - nakładał swą bitewną zbroję - znów przykucnął 

w rogu salonu. Podczas sjesty widział na monitorach kilka obiektów latających nad jego domem - 

każdy z nich mógł należeć do Maijstrala, który przeprowadzał lataczem rekonesans. Oczywiście 

generał nie miał pewności, ale z dużym prawdopodobieństwem podejrzewał, że Maijstral przyjdzie 

dziś w nocy.

Rozciągnął   w   uśmiechu   wąskie   usta,   przeglądając   dane   z   różnych   pomieszczeń   swego 

domu: miał informacje o ruchu pyłków kurzu na półkach z książkami. Maijstral nie miał żadnych 

szans.

Będzie wspaniale.

Maijstral   dryfował   nad   gęstym,   wypielęgnowanym   trawnikiem.   Rezydencja   zalana   była 

oślepiającym światłem reflektorów; zabite deskami okno było jak rana, wyraźny znak, że coś tu nie 

pasuje.   Maijstral   ustawił   sensory,   wykrył   i   przeskanował   systemy   zabezpieczające   budynku. 

Odwrócił   się   i   stopami   do   przodu   przecisnął   się   przez   sieć   flaksów,   dotarł   do   generatora   i 

unieruchomił go. Holograficzny obraz, w którym tkwił Maijstral - ten model kombinezonu był 

bardziej   zaawansowany   technicznie   od   stroju   Tvi   -   zaczynał   przybierać   jaśniejsze   tony 

oświetlonych murów.

Bez wysiłku Maijstral dostał się na Pietro i unieszkodliwił rząd zapadników, które Gregor 

oznakował wcześniej miniaturowymi sygnalizatorami. Podleciał do okna ostrożnie, nie dotykając 

stopami balkonu, i zajrzał przez szczeliny między deskami. W oknie wisiała kotara, która zasłaniała 

widok. Maijstral wyjął przecinak i wyciął w deskach gładkie koło i drugie koło w szybie. Przez 

dziurkę   przepchnął   mikrokulę   medialną;   przeprowadził   ją   delikatnie   pod   koronkową   bordiurą 

zasłony. To, co widziała kula, dochodziło do mózgu Maijstrala.

Amalia Jensen leżała na łożu z baldachimem, jedząc kolację z tacy. Poza tym w pokoju 

nikogo nie było. Maijstral odetchnął z ulgą. Zadanie przedstawiało się dość łatwo. Matowo czarna 

kula pomknęła skrajem zasłony, prześlizgnęła się po ciemnej boazerii, wjechała po nodze łóżka i 

background image

poddryfowała na odległość dwóch centymetrów do lewego ucha Amalii Jensen. Maijstral widział 

siniaki na jej policzku. Zalała go złość. Przemówił za pośrednictwem mikrofonu w gardle, a kula 

szeptem przekazywała jego słowa:,,Niech pani nie podskoczy, panno Jensen. Tu Drake Maijstral".

Jednak podskoczyła, ale przynajmniej nie zrzuciła tacy. Gdy odwróciła głowę w kierunku 

kuli, Maijstral  otrzymał zniekształcony widok jej szerokich oczu, rozsuniętych warg, siniaków, 

porów skóry przypominających kratery meteorytowe.

- Niech pani mówi szeptem, panno Jensen. Czy monitorują tu panią?

Jej   poruszające   się   wargi   dawały   w   umyśle   Maijstrala   obraz   tak   wielki   jak   Wąwóz 

Fassbindera na Newtonie.

- Nie - powiedziała. - Na zewnątrz stoi strażnik. Ponadto ostrzegli mnie, żebym nie dotykała 

okna, ponieważ jest tam zainstalowany alarm.

Maijstral zmniejszył skalę tego niepochlebnego, zbliżonego obrazu.

- Wypełniłem swoją połowę umowy - powiedział po chwili. - Chciałbym porozmawiać o 

zapłacie.

- Ale chyba przyszedł pan tu po to, by mnie uwolnić? - spytała zdziwionym tonem. - Gdy 

będę wolna, dokonamy transferu należności.

- Panno Jensen, jestem tu, by ustalić, jak mam dostarczyć obiekt i pobrać zapłatę.

W głosie Amalii narastał gniew.

- Panie Maijstral, jak pan może oczekiwać, że panu zapłacę? Uwięziono mnie.

- Niech pani mówi ciszej, panno Jensen. - Maijstral uśmiechnął się w swym holograficznym 

przebraniu. - Pragnę się jedynie upewnić, że pani ocena sytuacji jest taka jak moja.

- To oczywiste! Musi pan mnie tylko stąd wydostać i wtedy panu zapłacę.

- Właśnie zamierzałem wspomnieć, panno Jensen, że zwykle nie zajmuję się uwalnianiem 

porwanych.

- Może pan zawiadomić policję.

-   Odkryliby   wówczas,   że   wynajęła   mnie   pani   do   kradzieży   bezcennego   obiektu.   Nie 

chciałbym wplątać pani w kłopoty, panno Jensen. A poza tym zawsze unikam policji.

Zapadła dłuższa cisza. Maijstral znów skoncentrował się na obrazach przekazywanych przez 

kulę medialną. Amalia patrzyła na niego wilkiem.

- Co pan proponuje, panie Maijstral?

-   Proponuję   wycofać   naszą   poprzednią   umowę   i   zawrzeć   nową.   Za   wyzwolenie   pani 

chciałbym   sześćdziesiąt.   Po   pani   bezpiecznym   powrocie   do   przyjaciół   możemy   negocjować 

sprzedaż Cesarskiego Artefaktu.

- Nie daje mi pan zbyt wielkiego wyboru.

background image

- Przeciwnie, wybór całkowicie należy do pani. Może pani przyjąć moją propozycję albo 

sama zorganizować swoje oswobodzenie. Może pani tu zostać, aż upłynie czas pani zlecenia, a ja 

odzyskam swobodę działania.

- Skąd wezmę pieniądze?

- Pani najlepiej zna własne finanse. Ale przecież jest pani członkiem międzygwiezdnej, 

bardzo bogatej organizacji politycznej, której aktywa można w tę transakcję zaangażować.

- Wykorzystuje pan sytuację.

Maijstral odparł natychmiast:

- Panno Jensen, źle mnie pani rozumie. Moja natura i interes polegają na tym, by rozpoznać 

sytuację   i   odpowiednio   reagować.   Nie   usiłuję   ukryć  faktów,   na   przykład   tego,   jak   cenna   jest 

zawartość   srebrnego   pojemnika,   czy   jak   drastycznych   działań   mogą   się   dopuścić   ci,   którzy 

chcieliby go zdobyć.

Decyzję podjęła błyskawicznie.

- Zatem umowa stoi - rzekła stalowym głosem. Maijstral przez chwilę poczuł przypływ 

podziwu. - Sześćdziesiąt za moje uwolnienie.

- I nasz poprzedni kontrakt unieważniony.

- Tak.

- Do usług, madame. Niech pani odstawi tacę i przygotuje się do wyjścia.

Maijstral upewnił się, że kula medialna zarejestrowała transakcję, potem przesunął się na 

kanał komunikacyjny i szepnął:

- Deus vult.

Za   nim,   na   skraju   percepcji   kombinezonu,   pozostała   część   zespołu   ubrana   na   ciemno, 

ruszyła trawnikiem. Wszystko szło nieźle.

Hrabina  zapaliła  papierosa,  stukając  nim dwa razy o filar  portyku.  Spojrzała na dwóch 

pachołków, Changa i Bixa. Obaj dobrze zbudowani, muskularni, każdy z nich niósł małą walizkę i 

większą torbę z narzędziami. W obecności hrabiny zdjęli czapki, a ponieważ ręce mieli już zajęte, 

wetknęli czapki pod pachę.

-   Roboty   jeszcze   nie   przygotowały   waszych   pokojów.   -   Hrabina   mówiła   w   khosali.   - 

Zaprowadzę was do biblioteki. Tam możecie poczekać.

-  Tak,   lady.   -   Z   nich   dwóch   Chang   był  bardziej   rozmowny,   choć   ani   on,   ani   Bix,   nie 

posługiwali się dobrze żadnym znanym językiem. - Jesteśmy szczęśliwi, że możemy się przydać.

background image

- Tędy. - Poprowadziła ich przez gabinet i małą salę balową, potem przez salę bilardową do 

biblioteki. W przyćmionym świetle błyszczały oprawne w skórę woluminy. Hrabina odwróciła się - 

nerwoból dźgnął ją w łopatki.

-   Na   parterze   możecie   chodzić   wszędzie.   -   Zatoczyła   papierosem   koło.   —   Możecie 

zamówić, co wam się podoba, a dom wam przyniesie. Na piętrze przebywa Bardzo Ważny Gość... 

Osobistość...   -   podkreślała   każde   słowo.   Zauważyła,   jak   oczy   pachołków   zerkają   w   górę.   -   I 

naszemu   gościowi   nie   wolno   w   żadnym   wypadku   przeszkadzać.   Gdyby   pojawiło   się   coś 

niepokojącego, jestem pewna, że będziecie umieli zareagować.

- Tak, lady. - Chang skłonił się sztywno, po chwili Bix poszedł w jego ślady.

- Robot pokaże wam drogę do waszego pokoju, gdy tylko skończy tam przygotowania.

Gdy hrabina opuszczała pokój, nerwoból spacerował po jej ramionach i barkach na ostrych 

jak   igły   paluszkach.   Miała   ochotę   się   przeciągnąć,   poruszyć   ramionami,   ale   nie   -   cesarska 

arystokratka zawsze zachowywała postawę wyprostowaną.

Musi   umówić   się   na   dodatkowy   seans   z   robotem-masażystą.   Robot   nie   miał   takiego 

wyczucia jak masazysta-człowiek, ale wszyscy służący-ludzie zostali wysłani do Peleng City, gdy 

tylko hrabina zdecydowała się na dokonanie porwania.

Nic nie szkodzi. Niekiedy służba wymaga poświęcenia. W ostatecznym rachunku wyjdzie 

mi to na dobre, pomyślała hrabina.

Baron Sinn nie był pewien, czy chce być rozpoznany przez pachołków hrabiny, więc gdy ich 

latacz   wylądował   za   domem,   postanowił   przejść   na   frontowy  ganek.   Stał   cicho   przy   jednej   z 

kolumn korynckich i rzucił papierosa na trawnik. Robot to jutro uprzątnie.

Poryw wiatru szarpał jego koronkami. Musi dziś wziąć prysznic, by usunąć z futra zapach 

papierosów. Kolejne małe poświęcenie dla dyplomacji.

Kilka stóp ponad głową barona Sinna przecinak Maijstrala cicho pruł deski zamykające 

okno Amalii Jensen, potem wyciął samą szybę. Kawałki drewna i szkło wzniosły się w powietrze 

nad   głową   Maijstrala,   podtrzymywane   przez   antygrawitację.   Gregor,   niemal   niewidoczny   w 

maskującym kombinezonie, wisiał nad nim - zaczynał przenosić alarmy na sąsiednie okno.

Maijstral poczuł obcy zapach i zamarł. To papierosy. Czy ktoś tu palił? Nerwy Maijstrala 

dziwnie dygotały. Włączył odbiornik fal radiowych i wśród owadziego bzykania posłyszał wyraźny 

odgłos ruchów Sinna. Maijstral przygryzł wargę. Wystarczy, uświadomił sobie, żeby ta osoba zeszła 

z ganku i spojrzała w górę, a dostrzeże usunięte z okna deski.

- Gregor - powiedział subwokalnie - ktoś jest pod nami.

Odpowiedź przyszła natychmiast:

background image

- Jakiś khosalijski świr. Pod kurtką ma broń. Pali silwery.

Maijstral zamrugał. Gregor szybko wyciął okno i wdryfował do wnętrza.

Dobry pomysł, zauważył w duchu Maijstral. Wleciał przez zasłony.

Amalia Jensen spojrzała na niego chłodno.

- Mój bohaterze! - zawołała.

- Niezłe miejsce - powiedział Bix.

-  Aż   nadto,   partnerze.   -   Chang   podszedł   do   ściany   i   na   panelu   serwisowym   nacisnął 

ideogram „kuchnia". - Przysłać piwo - powiedział.

- Nigdy nie widziałem tylu książek.

- Mój brat ma trochę książek.

Bix postawił na podłodze walizkę i torbę. Wszedł na schody, czytając tytuły książek.

- „Przegląd geograficzny Terytorium Rosę na Peleng". Dwanaście tomów. Komu się chce 

czytać coś takiego?

- Phyllis Bertram z Terytorium Rosę.

- Nie. Ona jest z Falkland.

- To przecież na Terytorium Rosę.

- Nieprawda.

- A właśnie, że...

Obaj zachowywali się zgodnie z rutyną wytworzoną przez lata współpracy.

-   „Nieintuicyjne   podejście   do   Psychologii   Kondensacyjnej",   „Dzieła   wszystkie   Bulwer-

Lyttona". Skąd oni to wzięli?

Właśnie,   ciekawe.   Z   wyjątkiem   paru   pokazowych   egzemplarzy   książki   pochodziły   z 

miejscowych bibliotek, które przeznaczyły je do kasacji; książki potem oprawiono, by wyglądały 

jak   rzadkie   i  cenne  woluminy.  W Woolvinn  Wynajem  doskonale   wiedzieli,  że   książki   potrafią 

znikać w kieszeniach i walizach najemców i migrują w nieznane rejony. Firma postarała się, więc, 

by w tej wyrafinowanej bibliotece panowała niezwykła nuda, zniechęcająca do kradzieży.

- Kto to Bulwer-Lytton? - spytał Chang.

- Nie mam pojęcia, partnerze.

Bix wchodził na podest na piętrze.

- Tu jest tego więcej - powiedział. - Stare wideo. „Król Lear". - Spojrzał na Changa. - Kto to 

taki?

- Z dynastii Tsanvinn. Dziadek cesarza, który podbił Ziemię.

background image

- Stare dzieje. - Wyciągnął rękę, zamierzając otworzyć drzwi do sali recepcyjnej. - Ciekawe, 

co tam jest?

- Nie rób tego. Zabroniono nam...

Pietro Quijano szedł za Romanem po ścianie budynku ku ciemnym oknom południowo-

wschodniej sali recepcyjnej. Zaczynał pojmować, jak działa kombinezon; przerzucał się z nocnego 

wzmocnionego   widzenia   na   widzenie   podczerwone,   zabawiając   się   odmiennymi   rodzajami 

percepcji.

Roman   pracował   zręcznie   i   szybko.   Po   kilku   sekundach   pozbawił   okno   systemu 

alarmowego i usunął z niego szybę, która wzniosła się w górę. Pietro obserwował, jak zawisła w 

powietrzu, nieczuła na lekki wiatr. Potem zaskoczony dostrzegł, że Roman wchodzi do wnętrza 

domu - sam teraz powinien za nim wejść.

Sala   recepcyjna,   widziana   przez   Pietra   na   wzmocnionym   obrazie,   pozbawiona   była 

światłocieni - wszystko wydawało się jednakowo jasne, bez perspektywy. Pietro wylądował na 

podłodze; miękki dywan stłumił odgłos. Światło dochodziło spod drzwi wychodzących na korytarz, 

i spod drugich drzwi, prowadzących do owalnej biblioteki. Słyszał głosy, ale nie potrafił określić, 

skąd dochodzą.

Roman nadal się unosił, podleciał do drzwi na korytarz. Quijano przypomniał sobie, że musi 

zablokować drzwi biblioteczne, i rozejrzał się za jakimś ciężkim meblem. W pomieszczeniu stały 

długie kanapy, kilka krzeseł i biurko. Pietro podszedł do biurka i zaczął je ciągnąć do drzwi po 

grubym dywanie. W uchu usłyszał subwokal Romana.

- Nie rób tego. Mogą usłyszeć.

Pietro zamarł przed drzwiami biblioteki.

- Ciekawe, co tam jest? - dobiegł głos tuż zza drzwi. Pietro zastanawiał się gorączkowo, co 

ma teraz zrobić. Łomot serca zagłuszał dochodzącą rozmowę. Tego nie było w planie. Doszedł do 

wniosku, że powinien przytrzymać drzwi.

Drzwi się otworzyły.

W Pietra wpatrywał się zaciekawiony Bix. Zareagował momentalnie - zapominając o broni, 

którą ma przy pasie, o tym, że w kombinezonie jest prawie niewidoczny - z całej siły wyprowadził 

cios pięścią. Uderzenie zmiażdżyło Bixowi nos. Pachołek wylądował na barierce podestu, odbił się 

i Pietro zadał drugi cios, który przypadkowo trafił przeciwnika w szczękę. Bix padł nieprzytomny. 

Pietro   wycofał   się   do   pokoju   i   zatrzasnął   drzwi   do   biblioteki.   Odwrócił   się   do   Romana   -   ten 

wyciągnął broń i użyłby jej, ale Quijano stał na drodze strzału. Pietro czuł w knykciach ostry ból.

background image

- No to wpadliśmy - rzekł Pietro i natychmiast zasłonił sobie usta, gdyż powiedział to 

głośno.

Khotvinn nastroszył uszy, usłyszawszy obcy głos.

- No to wpadliśmy.

Jak   ta-la-la,   chłopcze,   pomyślał.   Odwrócił   się   i   lewą   ręką   wyciągnął   miecz,   a   prawą 

Ogłuszacz. Z rykiem szturmował drzwi.

Khotvinn dzielny! Khotvinn wspaniały!

Posieka intruzów jak kawałek sera.

Chang widział, jak Bix pada bez czucia, znokautowany przez postać, którą ledwo było 

widać. Nie zdziwił się - nie miał dość wyobraźni, nie miał daru przewidywania, więc nigdy się nie 

dziwił, gdy jego przewidywania okazywały się nieprawdziwe.

Bardzo  Ważny  Gość   ma   silny  cios   i   ostre   poczucie   prywatności,   pomyślał   Chang.   Nie 

zamierzał tłumaczyć się przed hrabiną za Bixa, który wtargnął do pokoju bez pozwolenia. Nagle 

usłyszał ryk i odgłos strzałów. Doszedł do wniosku, że dzieje się coś złego.

Podszedł do panelu serwisowego, dotknął ideogramu „komunikaty ogólne".

- To Chang z biblioteki - powiedział. - Na górze toczy się jakaś walka.

Potem poszedł po swoje pistolety.

Roman usłyszał głos Pietra i przeraził się. Wiedział, że musi działać szybko, stłumił, więc 

przerażenie, odwrócił się do drzwi prowadzących na korytarz, otworzył je gwałtownie i wycelował 

z  pistoletu.  Miał  przed  sobą ponad  dwumetrową  rudą  lalkę z  czarodziejską   różdżką  w  dłoni  i 

radosnym,   lekko   figlarnym   uśmiechem   przylepionym   do   twarzy;   lalka   wykonywała   skok   z 

podniesioną stopą.

Roman   usunął   się   na   bok.   Lalka   oczekiwała   na   swej   drodze   drzwi   -   teraz   straciła 

równowagę i machając rękami, upadła na podłogę w salonie. Pietro wpatrywał się w zjawę. Roman 

wystrzelił z ogłuszacza — na lalce i Piętrze pojawiły się wzorce energetyczne, plujące jasnymi 

barwami.   Wiedział,   że   kombinezon   Pietra   zabezpiecza   przed   takimi   atakami;   widocznie 

kombinezon lalki potrafił to samo. Do diabła! Roman zatrzasnął drzwi i rozejrzał się za jakimś 

przedmiotem, którym mógłby uderzyć lalkę.

Skoczyła na nogi, na ślepo poruszając się w nieoświetlonym pokoju. Nie mogła zobaczyć 

swych przeciwników w maskujących kombinezonach. Jej uśmiech olśniewał.

- Przygotujcie się na śmierć, ludzkie męty! - ryknęła. Na ślepo wystrzeliła z pistoletu. Kule 

roztrzaskały meble.

- Ronnie Romper? - spytał Pietro.

Maijstral umieścił Amalię Jensen w uprzęży antygrawitacyjnej, na szyję włożył jej obwód 

zbliżeniowy. Nagle serce mu skoczyło, gdy usłyszał wycie Khotvinna i odgłosy bijatyki.

background image

- Tędy - powiedział i jak strzała ruszył do okna.

Stojący na ganku baron Sinn, zdziwiony harmiderem spojrzał w górę, wyciągnął pistolet i 

pognał do schodów, które na zewnątrz budynku łączyły frontowy ganek z balkonem na piętrze.

W biegu baron włączał swe osłony. Dostrzegł przepiłowane deski w oknie pokoju Amalii 

Jensen, a potem zobaczył, jak zmienia się widok okna, gdy Maijstral przenika przez nie w ciemnym 

kombinezonie. Sinn strzelił, jego rozpylacz odłupał płonące kawałki muru.

Maijstral instynktownie odwrócił się i z powrotem wleciał do wnętrza pokoju. Co za idiota 

ze  mnie,  przeklinał  się  w  duchu,  mógłbym  przecież  bez  problemu  zniknąć. Wyciągnął  własny 

rozpylacz i kilkakrotnie strzelił w okno, by dać baronowi do zrozumienia, żeby tu nie wchodził.

Amalia Jensen unosiła się pośrodku pokoju. Była zaskoczona. Jasne, że bez odpowiedniej 

ochrony nie może wyjść przez okno.

- Przepraszam - powiedział Maijstral. Otworzył drzwi. - Tędy, proszę.

Gdy zaczęła się walka, Gregor podziwiał właśnie - i w myślach wyceniał - wazon Basila, 

stojący   na   osiemsetletniej,   ręcznie   rzeźbionej   komodzie   z   couscouskiego   marmuru.   Dlatego   z 

opóźnieniem otworzył drzwi i wetknął nos oraz pistolet w korytarz; wtedy zobaczył zatrzaskujące 

się   drzwi   do   południowo-wschodniego   salonu   recepcyjnego.  W  korytarzu   nic   nie   było.  Wtedy 

rozpylacz barona Sinna zaczął odłupywać kawałki muru ze ściany z tyłu za Gregorem. Gregor 

doszedł do wniosku, że jego Ogłuszacz niezbyt pasuje do sytuacji, odłożył go i wyciągnął swój 

dysruptor.

Otworzyły się drzwi do pokoju Amalii Jensen.

- Tędy,   proszę.  - To głos  Maijstrala.  Nieznana  Gregorowi   kobieta wyleciała w   uprzęży 

antygrawitacyjnej, za nią Maijstral ostrzeliwując się z tyłu.

- Co się dzieje, szefie? - spytał Gregor.

Maijstral omal nie wyskoczył ze skóry.

Sierżant Tvi samotnie jadła kolację w kuchni dla służby, gdy Chang zawiadomił ją przez 

interkom o bójce na piętrze.

Tvi   na   ratunek!   -   pomyślała   radośnie.   Serce   jej   rosło,   gdy   wyobraziła   sobie,   jak   przy 

dźwiękach dramatycznej muzyki rzuca się w wir walki i w ostatniej chwili ratuje Cesarstwo.

Włączyła kombinezon, wyjęła pistolet i błyskawicznie wbiegła po schodach.

Dzika radość napełniła hrabinę Anastazję, która usłyszała komunikat Changa. Podeszła do 

panelu serwisowego i przycisnęła ideogram „komunikaty ogólne".

- Zabij ich! - wrzasnęła i już ruszała po strzelby sportowe, znajdujące się w jej prywatnym 

gabinecie. Przyszło jej jednak coś do głowy, więc znów nacisnęła ideogram na panelu.

background image

- Bądź teraz stanowczy - dodała. Stanowczo.

Działania   hrabiny   mogą   stanowić   interesujący   komentarz   do   natury   ludzkiej.   Czasami 

wydaje się dziwne, jak w chwilach stresu decydującą rolę odgrywa trening. Hrabina mogła przecież 

polecić domowi, by zrobił to za nią, ale zgodnie z Wysokim Obyczajem to po prostu nie przystało, 

nikt się nie odwracał i nie krzyczał na obiekty nieożywione, zwłaszcza w obecności innych istot 

rozumnych. Wdzięcznie podejść do najbliższego panelu serwisowego, by cicho wydać polecenie - 

to właściwe postępowanie we wszystkich sytuacjach, poza być może skrajnymi.

Hrabina Anastazja, nawet zagrzewając przyjaciół do walki, pozostawała panią. Nawet, gdy 

uznała,   że   osobiście   musi   się   zaangażować   w   rzeź,   miało   się   pewność,   że   w   jakimś   stopniu 

pozostanie ona ponad to i zrobi wszystko, by krew za bardzo nie spryskała jej sukni.

Szlachectwo nie jest wrodzone - wymaga długiej nauki. Ale gdy ktoś się go nauczy, trudno 

się oduczyć - pozostaje silne jak instynkt. Dlatego trening triumfuje nad sytuacją.

Licencjonowany Włamywacz to inny przykład. Kradnie – no i dobrze. Ale robi to stylowo, z 

wdziękiem, i ludzie mu wybaczają. Czasem nawet przytrzymają drzwi, gdy z łupem wychodzi w 

noc. Wytrenowana uprzejmość przetrzyma najbardziej zadziwiające i prowokacyjne postępki, w 

tym kradzież.

Można jedynie mieć nadzieję, że złodziej i ofiara przestrzegają tych samych zasad.

W pokoju zakładniczki wszystko zajęło się ogniem. Otworzyły się drzwi szafy, i prosty 

robot,   który   miał   tylko   pilnować,   czy   ubrania   są   starannie   powieszone,   wyciągnął   długie 

mechaniczne ramię i zaczął rozpylać środek gaśniczy.

- Ronnie Romper? - spytał Pietro. Natychmiast zakrył usta dłonią, gdy olbrzymi rudy duch 

odwrócił się w stronę głosu i podniósł magiczną różdżkę. Pietro doszedł do wniosku, że różdżka nie 

przeniesie go na Magiczną Planetę Przygody, gdzie miła ciocia June i zrzędliwy, lecz dobroduszny, 

wuj  Amos   udzielą   swych   mądrych   rad   między   walkami   z   prehistorycznymi   zwierzętami   albo 

zdegenerowanymi kosmitami; różdżka najprawdopodobniej rozwali go na pół. Krzyknął i śmignął 

za kanapę, a miecz już z gwizdem siekł poduszki.

Roman   stał   za   Khotvinnem,   podniósł   metalowe   krzesło   i   walnął   Ronniego   Rompera 

dokładnie w ciemię. Ronnie zawył i obrócił się, a jego magiczna różdżka rozsiewała bajeczny pył 

iskrzącym się łukiem. Kobiecy głos w interkomie obiecywał śmierć i stanowczość. Ronnie znów się 

okręcił - Roman uniósł krzesło, by go powstrzymać. Miecz ciął przez krzesło i utknął w nim, drżąc. 

Roman obrócił krzesło, wyrwał miecz z dłoni Ronniego Rompera, cisnął go w kąt.

- Kwiaty straty! - krzyknął Ronnie Romper. Uśmiech z jego twarzy nie znikał.

Roman uświadomił sobie, że to Ronnie zniszczył kwiaty Amalii. Napełniła go wściekłość.

background image

- Barbarzyńca! - zawołał i silnie uderzył Rompera w nos. Ronnie się odwinął, ale nie trafił. 

Roman znów zadał celny cios, kopnął Ronniego w splot słoneczny, obrócił się i kopnął go prosto w 

czoło. Khotvinn padł ogłuszony.

- Masz nauczkę, ty prostaku - rzekł Roman dobitnie. Otrzepał dłonie i już otwierał drzwi. 

(Uprzejmość, uprzejmość. Tu znów wychodzi trening). W korytarzu zobaczył Gregora, Maijstrala i 

Amalię Jen sen.

- Panie i panowie, tędy proszę - powiedział z zamaszystym ukłonem.

Tvi   dotarła   na   szczyt   schodów   służbowych.   Przez   wzmacniacze   sensoryczne,   przez 

triumfalną muzykę, która w jej mózgu akompaniowała filmowi, do Tvi dotarł dziwny khosalijski 

głos: „Panie i panowie, tędy proszę" i gwar przechodzących ludzi. Miała wrażenie, że jest ich wielu. 

Wtedy przypomniała sobie, że ma tylko Ogłuszacz i że prawdziwi włamywacze gardzą przemocą. 

Uświadomiła sobie również, że jeśli odsunie się od drzwi, nie uniknie niefortunnych zdarzeń, jakie 

spotkały ją wówczas, gdy pokonywała okno pokoju Amalii Jensen.

Postanowiła chwilę poczekać.

Baron Sinn zorientował się, że w jego rozpylaczu nie ma już energii, nie ma już zapasowych 

ładunków   i   trzeba   działać   szybko.   Polecił   swą   duszę   Cesarzowi   oraz   Szesnastu  Aktywnym   i 

Dwunastu Biernym Cnotom, pobiegł i skoczył głową naprzód w wybite okno pokoju Amalii Jensen. 

Upadł na podłogę, przetoczył się, wysunął broń gotową do strzału.

Pokój był w ogniu, kłębił się dym. Oczy barona piekły. Zobaczył niewyraźną rękę wysuniętą 

z szafy i trzema strzałami rozpylacza rozwalił na kawałki prostego robota, który usiłował stłumić 

ogień.

-   Jasny   gwint   -   zaklął,   gdy   zorientował   się,   że   to   pomyłka.   Dyszał.   Pokój   całkowicie 

wypełnił się dymem.

Pietro wstał z ukrycia za kanapą. Amalia Jensen przelatywała przez drzwi za Maijstralem.

- Panno Jensen! - zawołał radośnie. Wychodząc zza kanapy, potknął się o miecz Khotvinna, 

tkwiący w rozbitym krześle, i padł na podłogę.

Amalia, usłyszawszy łomot, spojrzała w tamtym kierunku.

- O, cześć, Pietro - powiedziała.

background image

Chang,   nasłuchując   hałasów   i  głuchych   uderzeń   dochodzących   z  piętra,   mocował   się   z 

pasem ochronnym i sięgał po strzelbę dysruptora. Spojrzał w górę, spochmurniał, patrząc na ciało 

nieprzytomnego Bixa, i doszedł do wniosku, że bezpośredni atak po kręconych schodach pełen jest 

niebezpieczeństw. Otworzył francuskie drzwi na mały wschodni ganek i przyjrzał się oknom w 

południowo-wschodnim   saloniku.  W   jednym   z   nich   dostrzegł   gładką   dziurkę.   Na   pewno   tędy 

uciekli ci nikczemnicy.

Uśmiechnął się. Do diabła, są w pułapce.

Przykucnął za metalowymi donicami i odsunął paprocie z pola widzenia. Obserwował okno. 

Osoba o większej wyobraźni poczekałaby, aż wrogowie będą usiłowali opuścić dom, a potem przy 

wyjściu przejęła ich po kolei. Ale, jak wspomniano, Chang nie miał zbyt dużej wyobraźni.

Strzelił. Powietrze zaskwierczało.

Roman podniósł eksploder Khotvinna, sprawdził, czy jest naładowany, i przygotował go do 

strzału.

- Tędy. - Maijstral wskazał otwarte okno i gdy już miał przeskoczyć  przez parapet, na 

displayu kombinezonu zaczęły migać ostrzegawcze światełka, informując, że przez okno wdzierają 

się niewidzialne pioruny dysruptora. Maijstral zatrzymał się gwałtownie, rozejrzał po pokoju - 

zobaczył drzwi do biblioteki. Przypomniał sobie, że zawsze przechodzi pierwszy i ma już tego 

dosyć.

- Tamtędy! - powiedział, wskazując drzwi.

Tvi wzięła mikrokulę medialną z pasa i kazała jej się rozejrzeć za rogiem. Tvi musiała 

dokładnie sprawdzić, czy nie ma tam pewnego osobnika, którego obecność zaznaczona jest tylko 

dziwnym   migotliwym   zniekształceniem   kombinezonu.   Stał   w   drzwiach   salonu   recepcyjnego, 

najwyraźniej w charakterze straży tylnej. Reszta już się przedostała do salonu recepcyjnego.

Tvi zastanowiła się nad sytuacją. Dramatyczna muzyka buchnęła w jej głowie. Tvi Cicha, 

Tvi Złodziejka zajdzie tę paczkę od tyłu i wybije ich po kolei! Jeśli dobrze to przeprowadzi, nawet 

się nie zorientują, że ich podchodzi.

background image

Roman   rzucił   się   przez   drzwi   biblioteki,   zobaczył   poniżej   jakiś   ruch   i   trzema   dobrze 

wycelowanymi   strzałami   z   Khotvinnowego   eksplodera   całkowicie   rozwalił   robota,   który   -   na 

wcześniejsze zlecenie Changa - przyniósł kilka piw. Piana rozlała się po dywanie. Roman poczuł 

ukłucie żalu.

- Tędy - powiedział i przerzucił swe ciało przez barierkę, ześlizgując się antygrawitacyjnie 

na parter. Maijstral, Amalia Jensen i Pietro zrobili to samo.

Tvi   przykucnęła,   przygotowała   się   i   nagle   z   impetem   rzuciła   na   migoczącą   postać   w 

drzwiach. Pierwszy bolt Gregora nie trafił i Gregor nie zdążył wystrzelić drugiego. Tvi rzuciła się 

na Gregora, przypierając go do framugi. Stracił oddech i opadł na podłogę. Tvi zobaczyła gwiazdy 

przed   oczyma,   ale   sięgnęła   po   omacku   do   wnętrza   maskującego   kombinezonu   Gregora, 

zlokalizowała jego kark, doszła do wniosku, że powyżej musi być głowa, i walnęła w to miejsce 

kolbą ogłuszacza. Celnie. Gregor osunął się na podłogę.

Tvi uśmiechnęła się niewidocznie za swym holograficznym całunem. Sytuacja poprawiała 

się, jeśli chodzi o Los Cesarstwa.

Khotvinn   powracał   do   zmysłów   przez   rozbłyski   gwiazd.   Kilkanaście   mikrych   ludzi 

ukrytych w kombinezonach ustawiło się wokół niego z palami. Ale Khotvinn jeszcze trwał - był 

pewien, że posiekał przynajmniej pięciu czy sześciu, a pozostali z pewnością stracili ducha walki. 

Wstał, po omacku poszukał miecza - wyciągnął go z metalowego krzesła. Od razu poczuł się lepiej. 

Gdzie te śmierdzące gołe brzuchy?

Ktoś   w   kombinezonie   maskującym   prowadził   zapasy   w   korytarzu;   w   jasnym   świetle 

biblioteki Khotvinn dostrzegł, jak Amalia Jensen, z nadal spętanymi kostkami, schodzi na parter.

Światło! Gdy zobaczy swą ofiarę, nic go nie powstrzyma! Gdyby zdrajcy nie wyłączyli 

świateł, byłby niepokonany.

Khotvinn z rykiem podniósł miecz i ruszył.

Wreszcie coś się dzieje! Śmierć zdrajcom!

background image

Szczebiocząc,   hrabina   gnała   korytarzem   do   biblioteki,   trzymając   nowy,   zrobiony   na 

zamówienie maper firmy Nana-Coulville, ze składanym para-bojowym trzonem i celownikiem typu 

Trovinn XVII. Pieśń bojowa hrabiny brzmiała prosto:

- Zabić, zabić, zabić... stanowczo, stanowczo, stanowczo.

Było to jednak odśpiewane w wysoko-khosalijskim i każde słowo stanowiło komentarz do 

słowa poprzedniego; pieśń chwytała za serce. Hrabina śpiewała z całej duszy. Nawet wspaniała 

Sebastiana nie włożyłaby w to więcej uczucia.

Jak nam stale przypominają, najlepsze są proste przyjemności.

- Powiedz - odezwał się Pietro Quijano, pamiętając tym razem, by wokalizować dźwięki - 

czy nie powinniśmy zaczekać na Gregora?

Stał na podeście w bibliotece przy drzwiach, obserwując Amalię Jensen, która opuszczała 

się   w   dół   na   środek   pokoju,   gdzie   leżał   dymiący   robot,   a   strumień   piwa   rozlewał   się   po 

kosztownym dywanie. Wtedy Pietro usłyszał wycie, które ścięło mu krew. To Ronnie Romper 

nadchodzi, by posiekać pannę Jensen na kawałki.

Umysł   Pietra   pracował   w   tej   chwili   z   zadziwiającą   jasnością.   Pietro   opadł   na   podest   i 

wpakował stopy w korytarzyk.

Ronnie Romper z wyciem leciał korytarzykiem, potknął się o stopy (zawył), zrobił idealny 

architektoniczny łuk (zawył), gdy wzbił się nad ciałem nieprzytomnego Bixa oraz poręczą z kutego 

żelaza i - ciągle wyjąc - spadł sześć metrów w dół na podłogę biblioteki.

Dom się zatrząsł; fontanna piwa trysnęła pod żyrandol. Amalia Jensen - omal nie trafiona - 

patrzyła ze zdziwieniem.

Mając   lekkie   mdłości,   Pietro   ostrożnie   spojrzał   przez   barierkę.   Ronnie,   rozpostarty   na 

podłodze w kształcie litery X, kierował ku górze niezmienny uśmiech. Pietro czuł, jak buntuje się 

mu żołądek.

- No i koniec z nim! - stwierdziła Amalia Jensen. Spoglądała to na Pietra, to na Rompera. - 

Dziękuję ci, Pietro.

- Cała przyjemność po mojej stronie, panno Jensen. - W tym momencie Pietro uświadomił 

sobie z bólem serca, że nigdy więcej nie odwiedzi Magicznej Planety Przygód.

Tvi przykucnęła w przejściu i ze zdziwieniem obserwowała, jak olbrzym Ronnie Romper 

rzuca się przez pokój; jego wiecznie uśmiechnięte usta wydały chrapliwy ryk. Potem trzask, zadrżał 

cały dom, nie było jednak żadnych strzałów ani odgłosów walki.

background image

Czas na podchody, postanowiła Tvi.

Baron Sinn, polecając swą duszę, komu trzeba, prawie pokonany przez dym, wleciał do 

korytarza zamaskowany w fali pożaru. Ledwo widział, gdy zataczając się, biegł do południowo-

wschodniego salonu.

Przez załzawione oczy dostrzegł jednak w drzwiach postać w kombinezonie. To na pewno 

niewierny. Sinn podniósł rozpylacz i strzelił.

Tvi krzyknęła, gdy rozpylacz zmiótł kawał ściany tuż nad jej głową. Dzięki kombinezonowi 

Tvi miała widok korytarza z tyłu i z ulgą zobaczyła Sinna, który - jak sądziła - podążał z odsieczą. 

Jednak szef, nie deklarując wrogich zamiarów, strzelił do niej.

To nie fair, pomyślała. Nie zamierzała się zastanawiać, dlaczego baron otworzył  ogień. 

Najważniejsze teraz pytanie: czy osłona kombinezonu chroni przed rozpylaczem?

Jak błyskawica Tvi podleciała do schodów służbowych. Drugi pocisk rozpylacza trafił w 

mur.

Baron Sinn gonił ją, dysząc i zataczając się. Tej sztuce na pewno nie pozwoli umknąć.

Maijstral zastanawiał się, czyby nie opuścić domu drzwiami na wschodni taras, ale doszedł 

do wniosku, że ten, kto wystrzelił z dysruptora, ze swego stanowiska z łatwością dosięgnie również 

wschodniego tarasu. Maijstral wskazał drzwi prowadzące do wnętrza domu.

- Tamtędy - powiedział. - Potem na północ.

Roman otworzył na oścież drzwi i ruszył przez nie - wpadł na hrabinę Anastazję i powalił ją 

na podłogę.

- Przepraszam, lady — powiedział natychmiast i uwolniwszy ją od mapera, z galanterią 

podał jej rękę i pomógł wstać.

Na czole hrabiny pojawił się głęboka bruzda w kształcie X - wyraz wściekłości.

- Giń, rebeliancki łotrze! - warknęła i odepchnęła pomocną dłoń Romana.

Nawet dobrze wytrenowana uprzejmość ma swe granice. Roman zesztywniał. Na usta cisnął 

mu się komentarz do jej gburowatego okrzyku, niegodnego szlachetnej damy. Roman się jednak 

powstrzymał.

- Dobrego wieczoru, lady - odparł tylko grobowym, oburzonym tonem. - Pani uniżony 

sługa.

I wściekły poszedł w głąb domu.

- A gdzie Gregor? - spytał Pietro Quijano.

Nadal   stał   na   podeście,   nasłuchując   wybuchów   rozpylacza   w   korytarzu,   gdzie   -   o   ile 

wiedział - Gregor samotnie stał przeciw cesarskim zastępom.

background image

Maijstral chyba tego nie słyszał, gdyż gnał przez korytarz. Wybuchy rozpylacza ustały.

- Gregor?! - zawołał Pietro subwokalnie. W odpowiedzi usłyszał chrząknięcie.

Zajrzał do salonu recepcyjnego i zobaczył ciało Gregora rozłożone w przejściu, a nad jego 

głową dymiącą dziurę po pocisku rozpylacza.

W pobliżu nie zauważył żadnych wrogów. Pietro z powrotem wślizgnął się do saloniku, 

wziął Gregora w uchwyt strażacki - z łatwością, gdyż Gregor był w antygrawitacyjnej uprzęży i w 

zasadzie nic nie ważył - i pognał za pozostałymi towarzyszami.

Maijstral, usłyszawszy żałosne wołania Pietra, szukającego Gregora, pomyślał w pierwszej 

chwili, że bez pachołków można się w końcu obyć. Myśl druga: bez Pietra w zasadzie też.

Przecież zgłosili się na ochotnika. Podniesiony na duchu, leciał pod sufitem, chcąc uniknąć 

hrabiny - kusiło go, by powiedzieć coś okrutnego, ale postanowił zachować korzystną pozycję - 

zwiększył, więc prędkość, kierując się na tył domu.

Grupa natknęła się tylko na robota z gaśnicą, biegnącego do służbowych schodów, a potem 

wyleciała przez tylne drzwi i przyspieszyła nad polem do krokieta. Po drodze minęli Tvi, która 

wskoczyła do latacza Bixa i usiłowała zerwać blokadę i ruszyć, nim baron wypuści w jej kierunku 

następny pocisk.

Maijstral zawołał latacze, by przybyły mu na spotkanie półtora kilometra stąd. 

Tvi udało się uruchomić Dewayna Seven i odlecieć.

Baron Sinn wybiegł z domu, machając rozpylaczem. Oślepiony łzami, nadepnął na swoją 

czerwoną piłkę do krokieta i rozciągnął się na trawie jak długi. Przez załzawione oczy widział tylko 

migoczące gwiazdy.

Do Bixa dotarł zapach piwa. Oparł dłoń na zranionej szczęce i wstał chwiejnie. Gwiazdy 

wypełniały   mu   pole   widzenia.   Niepewnie   chwycił   się   żelaznej   barierki.   Gdy   odzyskał   wzrok, 

zobaczył Ronniego Rompera rozciągniętego w sporej kałuży, w otoczeniu szczątków robota.

- Hej, czy coś przegapiłem?

Weszła hrabina Anastazja - plecy miała proste, pięści zaciśnięte. Z wściekłością kopnęła 

szczątki robota przez cały pokój.

- Świnia! - oznajmiła.

Bix postanowił zniknąć jej z oczu. Najwyraźniej źle postąpił, otwierając drzwi do saloniku 

recepcyjnego.

Ostrożnie, po cichu, wycofał się do saloniku i zamknął za sobą drzwi.

 

background image

ROZDZIAŁ 9

Pan Paavo Kuusinen był po nieodpowiedniej stronie budynku i nie widział, co się dzieje w 

domu   hrabiny.   Leżał   sobie   pod   drzewem   z   rękami   pod   głową,   gdy   nagle   usłyszał   odgłos 

szczekających rozpylaczy i towarzyszące temu jasne wybuchy od frontu domu. Kuusinen pobiegł 

przez wzgórze do swego latacza i wskoczył do środka, nie otwierając nawet drzwi. Odwinął dach, 

by   mieć   lepszy   widok,   i   ustawił   latacz   na   długą   pochyloną   krzywą   na   południe,   by   mógł 

obserwować   dom   z   bezpiecznej   odległości.   Od   frontu   piętro   stało   w   płomieniach,   poza   tym 

Kuusinen   niczego   interesującego   nie   zauważył.   Ciągle   zataczając   koło,   zobaczył   postać 

opuszczającą dom od tyłu. Nastawił zdalniki - to Amalia Jensen leciała z dużą prędkością nad 

trawnikiem i wypielęgnowanymi ogrodami. Kuusinen nikogo obok Amalii nie dostrzegł. Cała akcja 

wyglądała mu na ucieczkę.

Kuusinen kazał swemu lataczowi zatoczyć łuk; cały czas obserwował Amalię Jensen. Teraz 

dwa   Gustafsony   ukazały   się   na   horyzoncie;   Jensen   podleciała   do   jednego   z   nich,   nad   oboma 

pojawiły się czarne kombinezony. Kuusinen zaklął. Usiłował złapać ich na swych detektorach, gdy 

wznosiły   się   w   niebo   i   pognały   w   przeciwnych   kierunkach,   ale   obie   postacie   dysponowały 

doskonałymi technikami maskującymi i na pewno specjalnymi komputerami do rozpoznawania 

terenu, leciały, więc tuż przy ziemi, a Kuusinen nie odważył się lecieć tak nisko.

Wkrótce pojawi się policja i straż. Czas stąd umykać, pomyślał Kuusinen.

Postanowił kontynuować swe obserwacje od rana.

Generał Gerald chrapał cicho w swojej zbroi, śniąc o chwale. Maijstral nie przyszedł i nie 

przyjdzie,  ale  w  marzeniach  sennych  generał  walczył   z  większym  przeciwnikiem, potężną  siłą 

Cesarstwa Khosali; armada, do której zwalczenia przygotowywał się przez całe życie, wreszcie 

nadciągnęła.

- Potem zorientowałem się, że Pietro mnie niesie – powiedział Gregor.

Na skroni wyrósł mu ciemniejący teraz guz. Roman chciał mu przyłożyć półżywy okład. 

Gregor cofnął się przed jego dotykiem, wziął okład, odsunął swe długie włosy i ostrożnie nałożył 

sobie   stworzenie   na   czoło.   Okład,   rad,   że   został   uwolniony   ze   stanu   zawieszenia,   przystawił 

korzenie do skóry i zaczął przekazywać środki lecznicze w zamian za pokarm.

background image

Gregor   nie   pamiętał   momentu,   gdy   go   powalono.   Pamiętał   tylko,   jak   unosił   się   w 

pomieszczeniu sąsiadującym z pokojem Amalii i podziwiał wazon Basila.

Pozostali z grupy byli w znacznie bardziej gorączkowym nastroju. Cały czas coś mówili, 

śmieli się ze swych wyczynów, wymieniali opowieści o tym, co się działo od chwili, gdy latacze 

zaparkowały przed domem Maijstrala.

Maijstral podniósł kieliszek szampana.

- Panie Quijano - powiedział - okazał się pan wspaniałym nabytkiem w naszym zespole. 

Zlikwidował pan dwóch wrogów, w tym okrutnego Rompera, i uratował pan Gregora. Pańskie 

zdrowie!

Pietro zaczerwienił się i spuścił wzrok.

- To nic wielkiego - odparł.

-   Przeciwnie   -   rzekła  Amalia.   -   Nie   potrafiłabym   pokonać   tego   Rompera,   a   od   lat   nie 

trenowałam pomboksu.

Pietro jeszcze bardziej poczerwieniał. Amalia nadal unosiła się w powietrzu, czekając, aż 

Roman znajdzie narzędzie, którym zdoła zdjąć jej z nóg kajdanki.

Roman   ponownie   napełnił   wszystkim   kieliszki,   skłonił   się   i   poszedł   poszukać 

odpowiedniego przecinaka. Teraz, po udanej  akcji ratunkowej,  powrócił do roli beznamiętnego 

służącego. Zmienił jednoczęściowy kombinezon na strój bardziej formalny. Maijstral również się 

przebrał w koszulę wykończoną koronkami i w ciemną haftowaną marynarkę domową - czyli taką, 

której nie trzeba było sznurować - skrojoną w ten sposób, by nie było widać pistoletu ukrytego w 

kieszeni.

- A tak przy okazji - powiedział Maijstral - nasz bohater chyba nadal nosi nasze zasłony i 

broń.

- A, właśnie!

Pietro wręczył Maijstralowi pistolet - ten schował go do innej ukrytej kieszeni - i zdarł z 

siebie kombinezon - Maijstral rzucił go na stół. Na twarzy Gregora pojawił się nietypowy dla niego 

aksamitny uśmiech, gdy okład wsączał mu środki kojące.

- Czy sądzisz, że ktoś z nich został ranny? - spytała Amalia. - Oczywiście, poza Romperem.

- Raczej nie - odparł Maijstral. - Czy zależało ci na kimś szczególnie, by został ranny?

Amalia przygryzła dolną wargę.

- Nie. Tylko Romper starał się być nieprzyjemny.  Pozostali po prostu wykonywali swe 

zadania. Nie widziałeś małej Khosalikh w żadnym momencie walki?

Pozostali spojrzeli po sobie.

- Raczej nie - odparł Maijstral. — Jedyny Khosalikh, jakiego widziałem, to baron.

background image

Ku   zdziwieniu   Maijstrala  Amalia   przyjęła   to   z   ulgą.   Postanowił   powstrzymać   się   od 

komentarza.

Roman wrócił z przecinakiem i maską mikrowizji, która umożliwiała wykonanie delikatnej 

operacji usunięcia cienkich jak skóra kajdanków z nóg Amalii.

- Panienko, podejdź, proszę, do kanapy i oprzyj nogę na stole - powiedział.

Pozostali, popijając szampana, z zapartym tchem obserwowali Romana. Nałożył maskę i 

ostrożnie odciął kajdanki z kostek i nadgarstków Amalii.

Wyprostowała nogi.

 

- Znacznie lepiej - stwierdziła. - I ani zadraśnięcia. Dziękuję, Romanie.

- Przyniosę jeszcze jedną butelkę - powiedział Roman. Zabrał narzędzia i kajdanki.

-   Słuchaj,   pokażmy   pannie   Jensen   relikwiarz   –   zaproponował   Pietro.   Sięgnął   ręką   do 

ratującej Głowy Barletta. Szukał po omacku - dłoń niczego nie znalazła.

Maijstral westchnął. Szkoda, że taka miła uroczystość dobiega końca. Dobrze, że przedtem 

rozbroiłem Pietra, pomyślał. Wygląda na miłego młodzieńca, ale jest porywczy i wszystkiego się po 

nim można spodziewać.

- Och! - Maijstral jakby sobie dopiero teraz przypomniał. - Przeniosłem Cesarski Artefakt w 

inne miejsce. Na wszelki wypadek, gdyby śledzili nas wrogowie lub gdyby kogoś z nas porwali, by 

dowiedzieć się, gdzie to przechowujemy.

Pietra patrzył na niego bez wyrazu.

- Kiedy?

- Gdy lecieliśmy do domu hrabiny. Byłeś w drugim lataczu. Na chwilę zawróciłem.

Pietro zmarszczył czoło.

- Mam go przynieść? Moglibyśmy zakończyć transakcję.

Amalia Jensen położyła mu dłoń na ramieniu.

- Maijstral i ja zawarliśmy inną umowę - powiedziała.

Pietro był oszołomiony.

- Kiedy? Byłaś...

-  To   mi   przypomina...   -  Wstała,   odstawiła   kieliszek.   Przypomniała   sobie   sprawy,   które 

chwilowo przesłoniła radość z odzyskanej wolności. - Pietro, musimy iść - rzekła chłodno. – Mamy 

wiele do załatwienia.

- My? A co takiego?

Maijstral wyprostował ramiona i również odstawił kieliszek.

- Roman odwiezie was, gdzie sobie życzycie - powiedział.

W jego głosie słychać było łagodność Wysokiego Obyczaju.

background image

- Myślałem, że przyjęcie dopiero się zaczyna – zaprotestował Pietro.

Roman, który wszedł do pokoju z nową butelką szampana, wyczuł zmianę nastroju. Spojrzał 

na Maijstrala.

- Słucham, proszę pana?

- Zabierz naszych gości do domu.

Roman skłonił się.

- Oczywiście, proszę pana. Czy życzy sobie pani płaszcz?

- Nie, dziękuję, Romanie. Musimy już iść.

- Jak sobie pani życzy.

Amalia Jensen ujęła Pietra za ramię; Roman otworzył przed nią drzwi. Maijstral wziął swój 

kieliszek i znów zaczął sączyć szampana. Smak wydał mu się nieco mdły.

Gregor spojrzał na niego z anestetyczną radością.

- Krótkie przyjęcie, szefie.

- Lepiej się stąd zbierajmy - powiedział Maijstral. – Musimy wyjść, zanim panna Jensen 

ściągnie posiłki.

- To znaczy, szefie?

- Możliwe, że nasi przyjaciele wrócą uzbrojeni i zabiją nas - wyjaśnił Maijstral.

Gregor usiłował to zrozumieć. Wzrok miał szklany.

- Krótkie przyjęcie - powtórzył.

Maijstral doszedł do wniosku, że najlepiej sytuację podsumuje powiedzenie Gregora.

- Aż nadto - powiedział, odstawiając kieliszek. - Czas się zbierać.

Do świtu brakowało czterech godzin. Wzniósł się nocny wiatr, pędząc liście po żółtotrawym 

obrzeżu gazonu Amalii Jensen.

Amalia i Pietro stali na dachu i obserwowali, jak Gustafson Romana znika im z oczu. 

Amalia   była   uboższa   o   sześćdziesiąt   nowych;   oswobodzenie   pchnęło   ją   w   długi   na   następne 

dwanaście lat. Pietro odwrócił się ku niej zdezorientowany.

- O co chodzi, panno Jensen?

Od niechcenia kopnęła część z rozbitego Howarda, która potoczyła się po dachu.

- Zejdź ze mną na dół. Będę robić porządki i wszystko ci wyjaśnię.

Domowe porządki to dobra terapia na wściekłość i choć Amalia Jensen niezbyt  dobrze 

dawała sobie z nimi radę - było to zadanie Howarda i jemu podobnych - praca fizyczna zdziałała 

cuda, nastrój Amalii się poprawił. Wyjaśniła Pietrowi, że Maijstral przedstawił dodatkowe warunki 

za jej uwolnienie. Pietro nie pracował tak intensywnie i jego wściekłość rosła.

background image

- Niech cholera weźmie tego człowieka! Gdybym wiedział, to bym go walnął!

- Pietro, aleja nie miałam pojęcia, że jesteś w drużynie. Gdybym wiedziała, mogłabym mu 

odmówić   i   wtedy   on   nie   mógłby   odwołać   wszystkiego,   gdy   miał   cię   w   zespole...   ty   byś   się 

domyślił, że coś się szykuje.

- Gdyby dał mi żyć - odparł Pietro ponuro.

- Gdybym to sobie przemyślała, inaczej bym to załatwiła. Teraz zdaję sobie sprawę, że 

powinnam mu zwrócić uwagę, że jego honor cierpi, gdy ja jestem porwana, i jeśli mnie nie uwolni, 

będzie musiał wyzwać ludzi na pojedynek albo znaleźć sobie inny zawód.

- Sam mam ochotę go wyzwać. - Pietro wskazał palcem na wyimaginowanego Maijstrala. - 

Trzask. Koniec z nim. I wziąć artefakt.

- Jeśli wyzwiesz Maijstrala na pojedynek, możesz być pewien, że nie przyniesie artefaktu ze 

sobą - zauważyła trzeźwo Amalia.

- Ponadto, Pietro, możesz przegrać. - Położyła mu dłoń na ramieniu. - Będziesz potrzebny 

do innej pracy. Musimy ustalić, gdzie znajduje się artefakt, i wykraść go. Albo zniszczyć.

Pietro   czuł   cudowną  pewność   siebie   -  przecież  dość  dobrze   spisał   się  dziś  wieczór  -  i 

pragnął wziąć udział w następnych akcjach. Dłonie go świerzbiły - miał ochotę zacisnąć je na szyi 

Maijstrala. Poklepał Amalię po ręce.

- Racja - powiedział. - Zajmę się tym. Wiemy, gdzie oni przebywają.

- Nie mamy broni, a oni mają - zauważyła Amalia.

Pietro uśmiechnął się zuchwale.

- Zamiast tego zastosujemy strategię.

- Dobrze. Czy masz już coś na myśli?

Uderzenie zegara.

- Nie. - Drugie uderzenie. - A ty?

- Już czas na pierwsze śniadanie. Zjedzmy coś i zastanówmy się, dobrze?

- Dobrze, panno Jensen.

Poprowadziła Pietra do kuchni, cały czas trzymając go za rękę.

- Ponieważ mnie wyratowałeś - powiedziała - możesz mówić do mnie Amalio.

- Z przyjemnością. - Uśmiechnął się. - Amalia. - W jego ustach imię zabrzmiało jak słowo z 

piosenki.

background image

Lekarz   z   kilkoma   asystentami-robotami   składał   kości   Khotvinna.   Jęki   olbrzymiego 

Khosalikha rozbrzmiewały echem w korytarzach zniszczonego przez pożar domu.

Baron Sinn strzepywał pianę gaśniczą z rękawa. Popiół podnosił się kłębami z aksamitu. 

Barona swędział nos. Sinn jeszcze nigdy tak nie pachniał dymem.

Przed   chwilą   wyszli   strażacy   i   policja,   zdziwieni   zupełnie   nieprzekonującą   wersją   o 

włamaniu i ataku dokonanym przez osoby nieznane. Sinn musiał przygotować hrabinę na poranne 

spotkanie z agentem nieruchomości. Chang i Bix zostali odesłani do domu przed przybyciem policji 

-   Sinn   nie   ufał,   że   potrafią   zapamiętać   ułożoną   przez   niego   i   hrabinę   opowiastkę,   mającą 

usprawiedliwić ich obecność w posiadłości.

Korytarze rozbrzmiewały jękami Khotvinna. Sinn zapukał do drzwi saloniku na parterze i 

usłyszał zapraszający głos hrabiny.

- Lady.

Hrabina miała na sobie czarną jedwabną piżamę i barwny brokatowy szlafrok; wrażenie psuł 

jednak pas na broń. Hrabina powiedziała policji, że z głębokiego snu obudziły ją strzały i dlatego to 

na siebie włożyła. Mimo stroju i późnej pory hrabina nie wyglądała na zaspaną; powąchała uszy 

Sinna, zapaliła papierosa i podjęła swój spacer po pokoju; ramiona miała wyprostowane, plecy 

sztywne.

- Tvi jeszcze się nie zgłosiła - powiedział baron. - Sadzę, że śledzi Maijstrala.

- Zakłada pan, że ona dla niego nie pracuje - rzekła hrabina.

- Nie widzę, w jaki sposób mogłaby zostać przekupiona. Nikogo nie zna na tej planecie - 

przybyła tu ze mną, gdy konsulat odkrył obecność Cesarskiego Reliktu.

Hrabina Anastazja zwróciła się ku niemu, obracając cały tors jak Khosalikh, ale nie zginając 

kręgosłupa.

- Jestem pewna, że Maijstral jakoś do niej dotarł. Albo ta Jensen.

- Może jest uwięziona.

- Może zbiera grzyby w lesie, drogi baronie. Albo poszła do całonocnego butiku, by kupić 

nowe ubranie. Nie bójmy się faktów.

Sinn usiadł na krześle i obserwował chodzącą w kółko hrabinę. Był w podłym nastroju, 

sytuacja wymknęła mu się spod kontroli i to mu nie odpowiadało.

- Fakty? Jakie fakty ma pani na myśli, lady?

Hrabina znów się ku niemu zwróciła. Jej ciało było raz spięte, raz rozluźnione, gdy cały czas 

na niego patrzyła, chodząc w kółko.

-   Pańscy   Tajni   Dragoni   zawiedli.   Tvi   zniknęła,   a   Khotvinn   został   wyłączony   z   akcji 

przynajmniej na kilka dni. Musimy zmobilizować do tego ludzi, baronie.

Sinn poruszył się niespokojnie.

background image

- Jest pani pewna, lady? Przeprowadzenie odpowiedniej tajnej akcji, wymagającej dyskrecji, 

to rodzaj sztuki. Im mniej ludzi wie, tym...

Hrabina dźgała powietrze papierosem.

- Nie musimy wszystkim nic mówić. Niech tylko obserwują Maijstrala, i kilku niech będzie 

tu w domu - na przykład Chang i Bix - ci zajmą się ostrą robotą w razie... w razie konieczności.

Sinn wstał z krzesła. Nie miał wyboru: sytuacja dyktowała warunki.

- Nikt nie musi znać przyczyny. Ani pani ludzie, ani moi.

Hrabina przyjęła to za zgodę.

Skłoniła się baronowi.

- Nikt nie powinien wiedzieć. Wymyślimy historyjkę, która zaspokoi dociekliwych. Może 

przy pierwszym śniadaniu. - Podeszła do panelu serwisowego i nacisnęła ideogram „kuchnia". - 

Zjesz ze mną, baronie?

-   Z   przyjemnością,   hrabino.   Ale   pozwól,   że   się   najpierw   umyję.   Obawiam   się,   że 

przesiąkłem dymem.

- Dziękuję, proszę pana.

- Aż nadto, szefie.

Gregor   podniósł   do   ust   licznik   gotówki   i   ugryzł   go   na   szczęście.   Złoty   ideogram, 

oznaczający pieniądze, błysnął na jego kle.

Półżywy okład na skroni Gregora wyglądał jak truskawkowe znamię.

Maijstral włożył swój licznik gotówki do kieszeni. Właśnie przekazał pachołkowi należną 

mu część z sześćdziesięciu nowych Amalii Jensen. Robot zebrał już talerze po śniadaniu.

Maijstral przeprowadził się do kryjówki w Peleng City - doszedł do wniosku, że tam go 

najprawdopodobniej nie będą szukać. Wiejski domek został zaprogramowany w ten sposób, by 

wyglądał na zamieszkany: żaluzje zasuwały się i rozsuwały, światła to gasły, to się zapalały.

Dom w mieście miał około czterdziestu lat; zbudowano go w okresie architektonicznego 

awanturnictwa,   jaki   nastąpił   po   zwycięstwie   Rebelii,   gdy   obalono   wszystkie   stare   granice   i 

perspektywy człowieka wydawały się nieograniczone. Dom przypominał matowoniebieski talerz 

latający, który pod kątem czterdziestu stopni wbił się w żółtą murawę niewielkiego wzgórza.

W   nocy   obrzeże   domu   rozbłyskiwało   pulsującymi   światłami   i   barwnymi   promieniami 

światła monochromatycznego. Stabilizatory grawitacyjne utrzymywały wygodny pion w stosunku 

do podłogi, jednak wyglądając przez okno, widziało się przechylony horyzont i można się było 

poczuć nieswojo, dopóki się do tego nie przywykło.

background image

Obecnie ten styl miał urok retro; dotyczyło to głównie urządzeń domowych, których projekt 

podkreślał   funkcje:   umywalki   i   toalety   zaopatrzono   w   błyszczące   rury   i   kurki,   tworzące 

skomplikowane konstrukcje nad kranami; panele serwisowe miały metalowe ćwieki, przyciski i 

błyskające światełka, a nie proste ideogramy; roboty domowe z założenia wyglądały jak sprzęt 

mechaniczny - ich ramiona i nogi napędzane były przekładniami, hydraulicznymi tłokami i małymi 

elektrycznymi silnikami - a poruszając się, grzechotały i posykiwały, jakby zasilane parą; ich mowa 

była sztuczna, a myśleniu towarzyszyło migotanie lampek. Maijstralowi nie odpowiadał pomysł 

uroczych robotów; dość wcześnie sobie uświadomił, że jeśli dłużej tu zostanie, będzie musiał użyć 

ciężkiego   klucza   do   wszystkich   mechanicznych   urządzeń,   bo   to   szczękanie   i   furkotanie 

doprowadzało go do szału.

Wstał od śniadania, przeciągnął się, ziewnął.

- W ciągu dnia skontaktujemy się z panną Jensen i hrabiną - powiedział. Poklepał się po 

kieszeni, w której trzymał licznik gotówki. - Ich wzajemna licytacja to dla nas korzyść.

Zauważył,   że   Gregor,   wbrew   swym   zwyczajom,   nie   okazywał   radości   na   myśl   o 

pieniądzach. Może półżywy okład wyczerpał już swój zasób środków przeciwbólowych, pomyślał i 

wtedy przypomniała mu się wyimaginowana troska Gregora o Los Konstelacji.

- Nie rozpaczaj - powiedział. - Jestem pewien, że wynik będzie po twojej myśli.

Gregor   natychmiast   się   rozpogodził.   Robot   grzechotał   sztućcami   w   systematycznym, 

zaprogramowanym rytmie. Co sekunda.

- Odpocznę sobie trochę - ciągnął Maijstral. - Obudź mnie o pierwszej, jeśli jeszcze będę 

spał. Przygotuj mi drugie śniadanie.

Roman wstał od stołu.

- Proszę pana, jedno słówko.

- Oczywiście, Romanie. Chodź ze mną.

Naczynia kuchenne znów zagrzechotały. Maijstral zacisnął zęby.

Poprowadził   Romana   do   pokoi   mieszkalnych.   Położył   pistolet   na   nocnym   stoliku, 

marynarkę powiesił na krześle. Spojrzał na Romana - ten jedno ucho nastawił w kierunku drzwi, 

jakby obawiał się, że ktoś podsłuchuje.

- Romanie, jeśli chcesz, zamknij drzwi.

Służący zastrzygł uszami, ale nadal wyciągał je w stronę drzwi.

-   Nie   ma   potrzeby,   proszę   pana   -   odparł   cicho.   Maijstral   usiadł   na   łóżku   i   zaczął 

odwiązywać mankiety. Podszedł Roman i automatycznie zrobił to za niego. - Czy mógłbym spytać, 

jakie ma pan plany, co do ostatecznych losów Cesarskiego Artefaktu?

-   Oczywiście   zamierzam   to   sprzedać.   -   Maijstral   nawet   na   niego   nie   spojrzał.   -   Jak 

najszybciej. Trzymając go, narażam się na kłopoty.

background image

Sierść uniosła się na ciele Romana pod ubraniem, kilka kępek wyszło nad kołnierz. W 

milczeniu włożył mankiety Maijstrala do szuflady.

- Możemy śmiało powiedzieć, że honor został uratowany dzięki wyzwoleniu panny Jensen - 

stwierdził Roman.

Maijstral   rzucił   koszulę   na   marynarkę   i   obrócił   swe   ramię   w   panewce,   krzywiąc   się   z 

lekkiego bólu. Musiał je sobie nadwerężyć podczas nocnej eskapady.

- Słusznie - odparł natychmiast. - Dziękuję ci za tę uwagę i za wsparcie.

- Szkoda byłoby karać linię cesarską po to, by dać nauczkę niektórym z jej zwolenników - 

stwierdził Roman. – Przypuszczam jednak, że Cesarstwo dysponuje większymi środkami niż panna 

Jensen z przyjaciółmi.

- Możliwe. - Maijstral zastanowił się chwilę. - Musimy jednak ostrożnie wyważyć nasze 

żądania. W jakimś momencie taniej będzie nas zlikwidować.

- Zaryzykowaliby coś takiego?

- Hrabina Anastazja tak; Baron Sinn prawdopodobnie nie.

- Jednak nie chciałbym, by dynastia została zniszczona w wyniku czyjegoś działania na 

Peleng.

Maijstral spojrzał na Romana. Uśmiechnął się.

- W takim razie, Romanie, my musimy o to zadbać.

- Jak sobie pan życzy, proszę pana.

- To wszystko?

- Tak, proszę pana. Dziękuję.

- Wychodząc, zamknij drzwi, proszę.

Roman wyszedł. Maijstral energicznym zamachem nóg usadowił się na łóżku. Myśli kłębiły 

mu się w głowie, senność minęła. Zawsze wiedział, że Roman jest tradycjonalistą - o ile Roman w 

ogóle uważał, że to stosowne, gdy ma się jakieś poglądy, prawdopodobnie żałował, że istnieje 

Konstelacja,   i   z   sentymentem   traktował   Cesarstwo,   w   którym   nigdy   nie   mieszkał.   Gregor 

przeciwnie: nienawidził wszelkiej arystokracji i Cesarstwu życzył śmierci. Maijstral był władny 

służyć jednemu z tych celów, – ale nie obu.

Problem  polegał  na  tym,  że   Maijstral   w  wielu   sprawach  liczył   na  swych  pomocników. 

Gregor   chciał   pieniędzy   i   porad   w   zakresie   etykiety,   więc   będzie   zadowolony,   dopóki   będzie 

otrzymywał obie zapłaty. Roman był lojalny w stosunku do rodziny Maijstrala - Maijstral wiedział, 

że nie zrobi on niczego potajemnie, nie zdradzi, nie zawiedzie zaufania. Ale przecież przyszłość 

Maijstrala  zależała nie od zwykłej  współpracy,  ale od współpracy gorliwej.  Zadania były zbyt 

ważne - serca musiały być całkowicie oddane sprawie, inaczej łatwo popełnić błąd. Przeoczony 

alarm, narzędzie zostawione na parapecie, pułapka nie zlikwidowana — i kto potrafi udowodnić, że 

background image

to zwykła pomyłka lub nieświadomy sabotaż, którego idea mogła się nieoczekiwanie pojawić w 

zaniepokojonym umyśle?

Musiał dbać o zadowolenie obu swych pachołków, by nadal izolowali go od zagrożeń ze 

strony Rozkwitu Ludzkości i hałastry Anastazji.

Maijstral wtulił się w poduszki i zamknął oczy. Musiał to sobie przemyśleć.

background image

ROZDZIAŁ 10

Nichole, wyciągnięta wygodnie na kanapie, przyglądała się swoim stopom. Ale zrobiły się 

brzydkie! - pomyślała.

W pracy wiele godzin musiała spędzać na nogach; pięć lat temu przemodelowała je, ale już 

się zdeformowały i czas na kolejny zabieg. Na tydzień, dziesięć dni, musi odsunąć się od ludzi, by 

po operacji przyzwyczaić się do nowego kształtu, nim będzie mogła pojawić się publicznie.

W każdym  paznokciu widziała  swój maleńki  obraz. Na dzień dobry pomachała  swemu 

odbiciu i w odpowiedzi poruszyła palcami nóg. Dzwonek do drzwi.

- Drugie śniadanie, madame.

- Wnieś, do pokoju.

Stół-robot   wleciał   do   środka   w   polu   anty   grawitacyjnym,   opuścił   nogi,   rozstawił   się. 

Pozostałe   przedmioty   dostosowały   się   do   nowego   umeblowania   pokoju.   Do   stołu   podjechało 

krzesło i odchyliło się zapraszająco.

- Śniadanie, madame. - Rozległy się dźwięki koncertu Emanuela Bacha na dęte instrumenty 

drewniane.

- Dziękuję ci, pokoju. - Nichole usiadła. Z półmisków uniosły się pokrywki, buchnęła para. 

Na Peleng drugie śniadanie było znacznie obfitsze od pierwszego. Nie wiedziała, czy Maijstral 

nadal chce podtrzymywać pozory, że przebywa z nią, ale Nichole zamówiła tylko jedno śniadanie - 

nie mogłaby siedzieć przed podwójnym zestawem. Nie skorzystała z propozycji stołu i sama nalała 

sobie kawy.

Drugi dzwonek.

- Drake Maijstral, madame.

- O! - Odstawiła dzbanuszek ze śmietanką. - Połącz go bezpośrednio.

Maijstral   był   dziś   w   znacznie   lepszym   nastroju.   Jego   zielone   oczy   świeciły   dawną 

pewnością siebie i na ten widok serce Nichole rosło. Poza tym trudno go było poznać - twarz 

pomalował na niebiesko, w uszach miał okropne kolczyki, które mrugały jak mechaniczne zabawki, 

w tle widać było salon gier.

Cztery lata temu Nichole przyzwyczaiła się do takich sztuczek i teraz doszła do wniosku, że 

skoro Maijstral przebiera się i korzysta z telefonu publicznego, nadal jest w niebezpieczeństwie.

Z uśmiechem podniosła filiżankę.

- Miło cię widzieć, Maijstral. Jesteś w dobrym humorze.

- Nichole, jak zwykle wyglądasz cudownie.

- Widzę, że nie zmieniłeś swego niepokojącego gustu, jeśli chodzi o maskarady.

background image

Pochylił się do kamery holograficznej.

- Tego wymaga służba, moja pani. - Strzelił oczami na brzeg obrazu holograficznego, jakby 

usiłował spojrzeć poza niego. Od niechcenia dotknął jednego z kolczyków. - Wybacz mi śmiałość: 

mógłbym spytać, czy jesz śniadanie sama?

- To zależy, czy nadal masz u mnie mieszkać.

Uśmiechnął się.

- Na nieszczęście, ofiary naszego podstępu bardzo dobrze wiedzą, gdzie byłem zeszłej nocy.

- Odniosłam wrażenie, że twoje słowa naznaczone są sukcesem. Dobrze ci poszło?

- Dość dobrze. W każdym razie łotrostwo zostało udaremnione.

- Czy to łotrostwo ma coś wspólnego z hrabiną Anastazją? - Nichole uśmiechnęła się, gdy 

Maijstralowi drgnęły powieki. - Dzwoniła tu wczoraj i prosiła, bym przekazała ci wiadomość. Ale 

może teraz wiadomość jest już nieaktualna.

Maijstral wzruszył leniwie ramionami.

- Powiedz. Może to coś zabawnego.

- Powiedziała, że masz coś, czego ona chce, i że jest gotowa za to zapłacić. To brzmi jak 

prawdziwie łotrowska wiadomość.

- Rzeczywiście - odparł pogodnie. - Cieszę się, że hrabina chce zapłacić za przedmiot, który 

posiadam. Właśnie o to mi chodziło.

Nichole zaśmiała się.

- Mam wrażenie, że świetnie panujesz nad sytuacją.

- Na razie. - Obejrzał się konspiracyjnie.

- Miałeś mnie poprosić o przysługę - przypomniała mu Nichole.

- Tak, oczywiście. - Minę miał nieco zakłopotaną.

- Zbyt dobrze cię znam, Drake. No, mów.

- Zauważyłem, że w twoim publicznym rozkładzie dnia nie umieszczono żadnych wystąpień 

po spotkaniu ze stworzeniami metanowymi w zoo, a to spotkanie ma się skończyć w południe.

-   To   prawda.   Mam   wolne   popołudnie   i   wieczór.   -   Nichole   poruszała   palcami   stóp   na 

dywanie, gdy pomyślała, że będzie miała wolny czas tylko dla siebie. Oparła brodę w dłoniach i 

spojrzała z dziewczęcą naiwnością na obraz Maijstrala. – Nie zamierzasz chyba przerwać mi chwil 

poświęconych urodzie?

- Tylko w przyjemny sposób. Miałem nadzieję, że zaprosisz na kolację swojego ulubionego 

Maijstrala.

Nichole zaśmiała się.

- Jeśli pozwolisz, Drake, będę jadła śniadanie, a ty mi wyjaśnisz, co masz na myśli.

- Nie krępuj się. Ja już jadłem.

background image

Nichole słuchała planów Maijstrala, a wesołość banieczkowała na powierzchni jej umysłu.

- Dobrze, Maijstral. - Roześmiała się. - Zrobię to. Mam twój hologram. - Ugryzła kęs, 

skierowała widelec na Maijstrala. - Prawdę mówiąc, Drake, jestem wdzięczna za rozrywkę, jaką 

mam dzięki tobie. Życie w Diademie stało się ostatnio niezwykle nudne.

- Pani, przyjmij wyrazy współczucia.

Uniosła brew.

- Nie potrzebuję żartobliwej litości. Zwłaszcza od starych przyjaciół.

- Przepraszam, Nichole - odparł natychmiast.

- Przeprosiny przyjęto. - Znów ugryzła, żuła powoli, przełknęła. - Czy nie uważasz, Drake, 

że twoje zajęcie, choć satysfakcjonujące, zaczyna nużyć?

Maijstral miał nieodgadniony wyraz twarzy.

- Pani, to mi odpowiada. Podróże, nowe widoki, nowe znajomości, przygody, gdy mam na 

nie ochotę, a gdy potrzeba - odpoczynek... Moja sława nie jest tak wielka, by była uciążliwa, ale 

jest na tyle wielka, że wszędzie traktują mnie dobrze. Rzadko się nudzę, pani. Jeśli w ogóle trzeba 

mieć jakiś fach, mój wydaje się dość dobry.

- Drake, twój zawód daje ci więcej wolności niż mój.

- Istotnie. Wiesz, dlaczego...

- Zastanawiam się, Drake, czy miałeś rację wtedy, cztery lata temu.

Po oczach widać było, że wie, o co jej chodzi.

- Aha.

- Podróżuję więcej niż ty, ale nowe widoki zawsze przesłania mi parawan pochlebców, 

wylewni reporterzy i rój ludzi chcących zawrzeć ze mną znajomość... ciągle to samo i wszystko jest 

takie nierealne. Sława przeszkadza mi w pracy... w istocie stała się moją pracą.

- Wiedziałaś o tym, Nichole. Wiedziałaś, co to Diadem, gdy do niego wstępowałaś.

- To nie to samo, co żyć w ten sposób. Mam być aktorką... Boże, od dwóch lat nie grałam!

- Znajdź nową sztukę.

- Niewiele jest sztuk, w których może grać członkini Diademu. Są nierzeczywiste, tak jak 

moje życie jest nierzeczywiste. Gorzej - są nudne, niesamowicie nudne.

Maijstral zastanawiał się.

- Nosisz się z myślą opuszczenia Diademu?

- Zastanawiałam się nad tym. Ale jeszcze nic nie postanowiłam. - Nichole poruszała palcami 

nóg. Może jednak nie trzeba nic robić z nogami?

Maijstral przyglądał jej się uważnie.

- Nichole, czułabyś się szczęśliwa? Żyjąc poza?

Wzruszyła ramionami.

background image

- Nawet już nie pamiętam, jak to było.

- Sądzę, że nie byłabyś szczęśliwa. Znam cię, Nichole.

Zamieszała potrawę na talerzu.

- Jestem dwa punkty do tyłu - powiedziała.

- Aha.

- Po to to  całe tournee.  Mam pokazać  widzom nowe cuda.  Moi pisarze  przekazują mi 

powiedzenia dla każdej z ośmiu planet. Każde z nich stuprocentowo spontaniczne, dowcipne i łatwe 

do zapamiętania.

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, pozwolę sobie zauważyć, że oprowadzanie po zoo w 

Peleng  City nie jest  konieczne dla  osoby twojej  rangi,  niezależnie od tego,  jak wspaniała jest 

menażeria.

- Wiem o tym. - Spojrzała szybko. - A co proponujesz?

- Znajdź nową sztukę, Nichole. Coś innego, nie to, co ci ciągle dają. Rozwiń pojęcie sztuki 

Diademu. Sama się rozwiń.

Wykrzywiła usta w ironicznym uśmiechu.

- Tego mi potrzeba? Nowej sztuki? I nieco... rozwoju?

- Może czegoś jeszcze, lady.

- Mianowicie?

- Nowej namiętności - zasugerował. Patrzył z rozbawieniem.

Zaśmiała się krótko i cisnęła łyżeczkę przez obraz Maijstrala.

Kawa w jej filiżance zadrżała ostrzegawczo.

- Do diabła z tobą, Maijstral. Zbyt dobrze mnie znasz. Nie pozwolisz mi się wywinąć. - 

Zaśmiała się ponuro. - W porządku. Powiem swoim ludziom, by mi czegoś poszukali.

- Moja pani, jeśli strasznie czegoś potrzebujesz, rozejrzyj się za tym sama.

Milczała przez chwilę.

- Owszem, Drake. - Powoli skinęła głową. - Rozejrzę się. Dziękuję.

- Tyle przynajmniej mogę zrobić, zważywszy, jak bardzo mi pomogłaś. Lekko to traktujemy, 

ale twoja pomoc może mi uratować życie. Nichole, ludzie, z którymi mam do czynienia... to ludzie 

poważni.

- Muszę dbać o twoje zdrowie. Twoja rada, Maijstral, może się okazać bezcenna dla mej 

kariery.

Maijstral znów obejrzał się przez ramię.

- Muszę kończyć, lady. Za długo rozmawiamy i robi się to niebezpieczne.

- Jak zwykle rozmowa była inspirująca. Przekaż pozdrowienia Romanowi.

- Przekażę.

background image

- Mam nadzieję, że zobaczymy się osobiście przed moim wyjazdem?

Maijstral uśmiechnął się.

- Zapominasz, że mamy się widzieć dziś wieczór.

- Ach, oczywiście. Zatem au revoir.

- Twój uniżony sługa.

Zniknęła niebieska twarz Maijstrala. Nichole spojrzała na palce i zastanawiała się przez 

chwilę, do kogo zadzwonić, by zrobił jej stopy.

Khotvinn czuł, że jest naładowany energią. Półżywy pancerz podtrzymywał jego strzaskany 

kark i żebra oraz dostarczał środków przeciwbólowych i dawał zastrzyk siły. Lekarz nałożył mu na 

nogi okłady, które miały przynieść ulgę i uśpić go, ale Khotvinn poczekał, aż ta człowiecza istota 

sobie pójdzie, po czym zdarł rozczarowane stworzenia, nim w ogóle pojawił się jakiś pozytywny 

rezultat, i wyrzucił je do śmieci.

Niewprawnie zwlókł się z łóżka. Stanął mocniej na nogach. Odsłonił zęby i ryknął. Te 

słabowite człowiecze gołe brzuchy dostaną, co im się należy.

Myślał o zemście. Wyciągnął ze schowka broń, po czym ją przypasał.

Khotvinn Mściciel! Musiał coś zniszczyć, i to natychmiast. Otworzył okno, wysunął nogę 

na zewnątrz, ale się zawahał.

Uświadomił sobie, że nie wie, dokąd iść.

Wciągnął nogę z powrotem i wpadł w zadumę. Wiedział, gdzie mieszka Amalia Jensen, ale 

tamten dom był zdemolowany i ta istota, ta Jensen, najprawdopodobniej już tam nie przebywa, a 

sam dom jest obserwowany przez policję. Tvi mogłaby tam wprowadzić Khotvinna —jednak Tvi 

zniknęła. Mógłby pójść do rezydencji Maijstrala, ale nie miał pojęcia, gdzie był Maijstral.

Z porannym wiatrem nadleciały głosy. Khotvinn nastawił uszy w tamtym kierunku.

Czas się podkraść, postanowił.

 

Przeszedł przez parapet i dla zachowania równowagi przytrzymał się pnącza. W powietrzu 

nadal unosił się zapach spalenizny. Chichocząc w duchu, Khotvinn opuścił się z ganku i stanął obok 

okna jadalni.

- ...i drugi do porucznika Navarra - usłyszał głos Sinna. - Możliwe, że Panna Jensen jest z 

nim.

Khotvinn po raz drugi w życiu usłyszał nazwisko Navarra.

- I ta odrażająca kobieta Nichole. - To był głos hrabiny Anastazji.

background image

Grzechot zastawy stołowej zagłuszył słowa barona.

- Lepiej, żeby media to za nas zrobiły. Wokół Diademu jest ścisła ochrona. Każdy, kto nie 

ma stosownego upoważnienia, a znajdzie się w pobliżu Nichole, idzie do więzienia, przynajmniej 

na śledztwo.

- Baronie, a może ty sam...?

- Zrobię, co będę mógł, moja pani.

Potem rozmowa była nudna - hrabina proponowała kryptonimy dla różnych zadań, a baron 

Sinn pytał o ich wierzytelność.

Khotvinn   wyszczerzył   zęby  w   uśmiechu.  A  więc   Navarre!   Poczuł   zapach   jedzenia   i   w 

żołądku mu zaburczało.

Zaczął się prześlizgiwać w kierunku kuchennego wejścia.  Zamierzał ukraść jedzenie na 

kilka dni, dotrzeć do Jensen poprzez tego faceta Navarra, uwięzić ją dla okupu - od obu stron. A 

potem zrobi z jej towarzyszy siekaninę.

Jak wspaniale jest żyć.

Policja wreszcie sobie poszła, niezadowolona z opowieści o porywaczach przebranych za 

Rompera, którzy przez jeden dzień przetrzymywali Amalię Jensen i nie żądali nawet okupu, nie 

dokonali żadnego ataku, po czym puścili zakładniczkę. Coś w tym musi być, myślała policja, ale 

Amalia niczego nie zdradziła. To przecież mnie porwano i mogę mówić, co uważam za stosowne, 

pomyślała.

Pietro wrócił do swego mieszkania - Amalia doszła do wniosku, że nie ma sensu mieszać go 

do policyjnego śledztwa. Nowe roboty domowe poruszały się bezgłośnie, zmiatały kurz, połykały 

szczątki, które Amalia przeoczyła przy pierwszym sprzątaniu. Bardzo potrzebowała odpoczynku, 

ale   obowiązki   wymagały,   by   nadzorowała   Pietra,   mobilizującego   lokalnych   członków   Pełni 

Ludzkości,   którzy   mieli   poszukać   Maijstrala   i   obserwować   barona   Sinna,   hrabinę   i   konsulat 

khosalijski. Ssąc nar-zak, podeszła do panelu komunikacyjnego. W ciągu ostatnich godzin został 

wymieniony przez techników pracujących w nadgodzinach. Czas zawołać Pietra.

Nie zdążyła dotknąć panelu, gdy zadzwonił telefon.

- Przyjąć - powiedziała i spojrzała na hologram. - Kapitan Tartaglia? - spytała zdziwiona. - 

Co za...

- Niespodzianka. Wiem.

Kapitan - niewysoki, o szerokich ramionach - łysiał z przodu. Wycofał się z wojska, by 

poświęcić się działalności w Pełni Ludzkości i był dumny ze swych „ludzkich" manier - choćby 

bezpośredniego sposobu bycia i wojowniczości. Dzięki ciężkiej pracy i poświęceniu dla sprawy 

background image

Tartaglia   dorobił   się   pozycji   Zastępcy   Miejscowego   Dyrektora   -   bezpośredniego   przełożonego 

Amalii Jensen. Amalia spotkała go tylko dwa razy i instynktowną niechęć do niego skrywała za 

maską pogodnej uprzejmości.

Właśnie Tartaglia w zaszyfrowany sposób  poinformował Amalię o istnieniu cesarskiego 

obiektu — najwyraźniej Pełnia Ludzkości dowiedziała się o jego istnieniu od podwójnego agenta w 

cesarskich szeregach. Gdy Amalia zobaczyła ten obiekt w katalogu aukcyjnym, wysłała do kapitana 

wiadomość, że zamierza stanąć do licytacji. Spodziewała się gratulacji, a tu w odpowiedzi dostaje 

samego Tartaglię.

Patrzył na Amalię Jensen małymi, ciemnymi, inteligentnymi oczyma.

- Jaki jest status Artefaktu Jeden? - spytał.

Amalia nigdy nie słyszała tego określenia, nie miała jednak wątpliwości, co ono oznacza.

- Nic dobrego, proszę pana. Został zrabowany przez Drake Maijstrala.

Wyraz twarzy Tartaglii prawie się nie zmienił.

- Rodzina Cesarskich.

- Nie sądzę, by sam Maijstrał należał do Cesarskich. Sadzę, że zamierza wzniecić wojnę 

licytacyjną między Cesarskimi a nami.

Oczy kapitana błysnęły pogardą.

- Łobuz. Niemoralny. Zajmiemy się tym.

-   Ci   Cesarscy   ostro   działają.   Zostałam   porwana   i   Maijstral   z   jednym   z   naszych   ludzi, 

Pietrem Quijano, oswobodzili mnie.

- Oho. - Tartaglia uniósł brwi. - Dlaczego Maijstral się w to zaangażował? Czy was dwoje 

coś łączy?

Amalia zaczerwieniła się.

- Zupełnie nie, proszę pana. Oswobodził mnie, bo potrzebny mu był ktoś, kto by licytował z 

naszej strony.

- Dobrze. Mam ze sobą linię kredytową i paru naszych najlepszych ludzi. Tak czy inaczej, 

dostaniemy ten obiekt od Maijstrala.

Nerwy Amalii omiótł lekki strach. Odniosła wrażenie, że kapitan Tartaglia nie jest miłym 

człowiekiem. Patrzyła na jego ponure, rozbawione oblicze.

- Jestem tego pewna - odparła.

Porucznik Navarre zamierzał wziąć nowy telefon - w miejsce tamtego zagubionego - ale nie 

mógł go nigdzie znaleźć. Miał wiec szczęście, że Nichole zadzwoniła wtedy, gdy on akurat był w 

domu. Pomyślał, że źle przeprowadził rozmowę - chrząkał, czerwienił się, wykrzykiwał jak uczniak 

background image

- ale został zaskoczony i przecież nie, co dzień dzwonią do nas członkowie Ludzkiego Diademu. 

Tak, doskonale rozumie, dlaczego musi zostać odwieziony. Nie, nie ma nic przeciwko drobnemu 

podstępowi... to nawet zabawne, eee, eee...

Skończył rozmowę i odczuwał zdziwienie i niecierpliwość. Zawsze bardzo lubił Nichole. 

Był próżny, ale nie do tego stopnia, by sądzić, że dokona natychmiastowego podboju. A jednak był 

zadowolony, że ze wszystkich mężczyzn na Peleng postanowiła spędzić tych kilka wolnych godzin 

właśnie   z   nim.   I   ten   podstęp   dodawał   smaczku.   Będzie   przynajmniej,   o   czym   opowiadać   po 

powrocie do domu.

Poprosił wideo, by poszukało w swej pamięci transmisji z wizyt Nichole na Peleng. Może 

znajdzie jakieś dobre momenty i będzie jej mógł przekazać wyrazy uznania.

Ktoś   był   w   domu.   Zimnopole   wokół   siedziby   Scholder-Navarre   zostało   wyłączone, 

Khotvinn mógł się, więc przemknąć do okien, nie podnosząc alarmu. Człowiek o miedzianej skórze 

stał w atrium i z pomocą robota przymierzał koszule i marynarki; wdzięczył się przed lustrem, 

jednym okiem patrząc na wideo, w którym blondynka opowiadała o metanowych formach życia. 

Khotvinn nie miał pewności, ale sądził, że ten człowiek jest sam. Jensen tu nie było. Zawsze to 

jakaś informacja.

Otworzył drzwi — nie zamknięto ich na klucz - i wślizgnął się do domu. Przeszedł krótkim 

korytarzykiem prowadzącym do atrium.

- Niestety, niewielu ludzi potrafi posługiwać się metanickim - powiedziała blondynka.

Khotvinn  włączył  hologram Ronniego Rompera, wyciągnął miecz  i z rykiem wpadł do 

atrium. Jednym ciosem rozplatał robota. Porucznik Navarre odwrócił się - wtedy Khotvinn chwycił 

go za kark i cisnął o ścianę.

- Gdzie jest Amalia Jensen?! - ryczał. Oczy wyszły Navarrowi z orbit. Nie odpowiadał. 

Khotvinn znów przycisnął go do ściany. - Gdzie jest Amalia Jensen? - Słychać było tylko program 

wideo,   w   którym   opowiadano   o   wspanialej   komunikacji   w   temperaturach   bliskich   zera 

bezwzględnego. Navarre siniał. Khotvinn cisnął nim o wideo - urządzenie zamilkło.

- Gdzie? - Cios. - Gdzie? — Cios. - Gdzie? - Cios.

Porucznik Navarre, który nie odpowiadał z bardzo prostego powodu - Khotvinn dusił go za 

gardło - wydał gulgoczący dźwięk i zemdlał. Khotvinn warknął zirytowany, uniósł zwiotczałe ciało 

porucznika, po czym je puścił. Navarre osunął się na podłogę.

Korzystając   z   okazji,   Khotvinn   przetrząsnął   pokój.   Spodziewał   się   znaleźć   jakąś 

wskazówkę.

background image

Kapitan Tartaglia tak szybko przejął dowodzenie, że Amalia Jensen nie pamiętała dokładnie, 

jak to się stało. Odniosła wrażenie, że w chwilę po telefonie Tartaglii ona i Pietro byli tu, na 

zewnątrz   wiejskiego   domu   Maijstrala,   wraz   z   siedmioma   uzbrojonymi   mężczyznami,   których 

Tartaglia sprowadził z Pompey.

- Tu Wade. Zająć pozycje.

Targtaglia uśmiechnął się.

- Transmisja przyjęta.

Amalia Jensen spojrzała na niego.

- A alarm, proszę pana?

- Szybko przyszło, szybko poszło. Na tym wszystko polega.

- A jeśli nie ma tu tego obiektu?

- Będzie Maijstral lub ktoś z jego ludzi. Gdy ich dostaniemy, zmusimy do mówienia. - 

Zasłonił   przed   światłem   swe   małe   oczy.   -   Mam   w   tym   wielkie   doświadczenie.   Nie   uda   się 

podtrzymać Cesarstwa, jeśli się nie wie, jak być perswazyjnym.

Amalia była zdziwiona.

- Myślałam, że my to nie Cesarstwo - powiedziała.

- Nieważne, jak się to nazywa - odparł Tartaglia sucho. - Chodzi o to, że musimy utrzymać 

w posłuszeństwie wiele obcych ras. Inaczej nie utrzymalibyśmy się na górze. Chodzi o to, by 

pokazać im, kto tu rządzi. Wówczas nie będziemy mieli żadnych trudności.

Amalia spojrzała na Pietra - na twarzy miał niepokój; ona też w głębi duszy go odczuwała. 

Maijstral niezbyt ładnie z nią postąpił, ale czy naprawdę zasługiwał na to, co gotował mu Tartaglia?

- Tu Royo. Na pozycji.

- Dobrze. To ostatni. Przygotować się do ataku.

Tartaglia zwrócił się do Amalii i Pietra.

- Nie stawajcie na linii ognia, a nic się wam nie stanie. Wszystko zostawcie nam.

Amalia skinęła głową, wdzięczna w duchu.

- Dobrze, proszę pana.

- Wykonała pani zadanie, przyprowadzając nas tutaj. Dopilnuję, by dostała pani pochwałę.

- Dziękuję, proszę pana.

Wokół twarzy Tartaglii ukazała się holograficzna maska kamuflująca.

- Gotowi? - spytał swych żołnierzy. - Ruszamy.

W   powietrzu   widać   było   tylko   migotanie,   gdy   ludzie   kapitana   ruszyli   na   dom;   potem 

rozległy   się   trzaski,   gdy   drzwi   i   okna   zostały   wyważone   przed   samym   atakiem.   Amalia 

obserwowała to w ciszy, przygryzając wargę.

- Amalio, nie podobają mi się ci ludzie - powiedział Pietro. 

background image

Patrzyła bez emocji w kierunku domu.

- Rozumiem. - Próbowała być silna. To było konieczne. Los Konstelacji od tego zależał.

-   Mogliśmy  odkupić   tę   przeklętą   rzecz   -   powiedział   Pietro.   -  Wiesz   -   dodał   po   chwili 

milczenia - w jakiś sposób lubiłem Maijstrala.

Spojrzała na niego - zaczerwienił się i spuścił wzrok. Rozumiała jednak, jak się czuje.

Z domu Maijstrala dobiegały wrzaski i odgłosy uderzeń. Amalia słyszała protest robota, po 

czym   nastąpił   ostateczny   trzask.   Nie   było   odgłosów   walki.   Zastanawiała   się,   czy   Maijstral   z 

przyjaciółmi zostali zaskoczeni bezbronni.

Stopniowo hałasy ustały. Krótkie migotanie na trawniku i grupa Tartaglii pojawiła się przed 

Amalią. Byli wyraźnie rozczarowani.

- Nikogo nie ma. Artefakt Jeden nadal na swobodzie.

Amalia Jensen usiłowała opanować uczucie ulgi.

- Przewidzieli to - rzekła.

- Znajdziemy ich.

- Oni nas znajdą - odezwał się Pietro, zaskakując tym wszystkich. - Chcą sprzedać artefakt.

- Chodzi panu o Artefakt Jeden. Racja. - Tartaglia skinął głową. - My ich znajdziemy. To 

moje słowa. Wsiadajmy do lataczy - zwrócił się do swych żołnierzy. - Zaraz tu będzie policja.

- Gdzie? - Łomot. - Gdzie? - Łomot. - Gdzie? - Łomot. Mężczyzna nazywał się Calvin. Był 

dobry w swym fachu i szczycił się tym. Cichy, anonimowy, skuteczny, dyskretny. Czy Diademowi 

potrzebny lepszy bezpieczniak?

- Gdzie? - Łomot. - Gdzie? - Łomot. - Gdzie? - Łomot.

Calvin miał tu przygotować porucznika Navarra do wizyty Nichole - wydawało się, że ta 

wizyta,   mająca   niezwykłe   elementy,   wymaga   zaawansowanej   pracy.   Gdy   tylko   wylądował   na 

dachu, usłyszał chrapliwe khosalijskie krzyki i odgłosy uderzeń.

Diadem nie chciał, by jego członkowie byli wplątani w tego typu sytuacje. Calvin wysiadł 

po cichu z latacza, biorąc ze sobą zestaw pierwszej pomocy. Włożył zasłonę i wziął pistolet. Wszedł 

przez   górne   drzwi,   spojrzał   w   dół   z   balkonu   atrium   i   zobaczył   porucznika   Navarra   w   łapach 

olbrzyma Ronniego Rompera, który jak lalką ciskał porucznikiem o meble i ściany, powtarzając w 

kółko chrapliwie:

- Gdzie jest Amalia Jensen? - I cios.

Calvin nie wahał się ani chwili. W życiu widział dziwniejsze rzeczy. Nie tracił nawet czasu 

na rozważania, kim może być Amalia Jensen. Najważniejsze, że jeśli to dłużej potrwa, kolacja z 

Nichole będzie zagrożona.

background image

Bezpieczniak rozejrzał się na lewo i prawo, dostrzegł karłowate drzewko zen w ciężkiej 

ołowianej donicy i przesunął się, by ją objąć. Znów wyjrzał przez balkon - zobaczył Ronniego 

Rompera w dole tuż pod sobą - starannie wymierzył i pchnął donicę.

Rozległ   się   łomot.   Ronnie   Romper   padł   na   dywan.   Porucznik   Navarre   osunął   się   na 

poduszki, westchnął i chwycił się za gardło.

- Jestem Calvin, proszę pana. Z bezpieki Diademu. Jest pan ranny?

Porucznik Navarre patrzył wyłupiastymi oczyma na rozciągniętą lalkę.

- Ronnie Romper? - spytał.

Bezpieczniak wyciągnął karabin, sięgnął do hologramu i wyłączył go. Przebranie zniknęło - 

Khotvinn patrzył bez życia w sufit.

- Kto to? - spytał Navarre.

- Nie wie pan?

- Nigdy przedtem go nie widziałem. Pytał o Am... o osobę, którą znam. Ale nie wiem, gdzie 

ona jest, i nie mogłem mu powiedzieć, bo mnie dusił. Ale nie mam pojęcia, kto to taki.

Calvin przyjrzał się uważnie Khotvinnowi.

- Nie żyje. Nie będziemy go mogli przesłuchać.

Porucznikowi   wracał   normalny   oddech.   Patrzył   to   na   ciało   Khotvinna,   to   na   Calvina. 

Poprawił pogniecioną jedwabną koszulę.

- Jestem panu wdzięczny za interwencję.

- To moja praca.

- Jestem pańskim dłużnikiem. - Przyszła mu do głowy pewna myśl. - Działy się ze mną 

dziwne rzeczy - powiedział. - Rabunek, moja przyjaciółka uprowadzona... a teraz to. Zastanawiam 

się, czy to zrobiła ta osoba. - Wzruszył ramionami. - Chyba należy wezwać policję. - Wyciągnął 

rękę do panelu serwisowego.

Calvin go powstrzymał.

- Proszę pana - powiedział - jeśli teraz zacznie pan zadawać się z policją, spóźni się pan na 

spotkanie z Nichole.

Porucznik Navarre patrzył bez wyrazu.

- Przypuszczam, że tak. Czy da się tu coś zrobić?

Calvin był cały czas uprzejmy.

- Proszę pana, jeśli mógłbym sugerować...

- Naturalnie.

- Diadem ma porozumienie z lokalną policją. Jestem pewien, że jeśli Nichole o to poprosi, 

policja chętnie przełoży wszelkie pytania na wygodniejszy termin.

Porucznik Navarre okazał zaskoczenie.

background image

- Może pan to zrobić?

- Jak najbardziej, proszę pana.

Navarre masował sobie kark.

- Jestem dość mocno poturbowany.

- Na szczęście nie na twarzy, proszę pana. Jeśli pan chce, po drodze zabiorę pana do lekarza 

i masażysty. Ale musimy już iść.

Navarre zawahał się, spojrzawszy na rozciągnięte na ziemi ciało.

- Zostawimy je tutaj?

- Na pewno nikt tego nie ruszy.

Porucznik najwyraźniej się zdecydował.

- Dobrze, postąpię, jak pan radzi.

Calvin skłonił się z gracją, przyjmując decyzję do wiadomości.

- Bardzo dobrze, proszę pana.

Porucznik   Navarre   zdjął   porwaną   koszulę   i   włożył   inną.   Spojrzał   na   kilka   marynarek 

leżących na kanapie i zamilkł.

- Czy mógłbym coś zasugerować? - spytał Calvin.

- Oczywiście.

- Odpowiednia będzie biała żałobna marynarka.

- Dziękuję, Calvin. - Porucznik Navarre włożył marynarkę.

Calvin pomógł mu ją zawiązać, sprawdzając przy tym, czy w marynarce nie ma broni, 

ukrytych karper.

- Możemy już iść, panie Calvin?

- Jak pan sobie życzy.

Porucznik Navarre wziął żałobny płaszcz i zaczął wchodzić po schodach. Calvin szedł cicho 

jak kot. Wychodząc na dach, Navarre zaktywizował system bezpieczeństwa domu.

- Panie Calvin, dziękuję za wszystko.

Calvin otworzył drzwi ciężkiego, luksusowego Jeffersona-Singha.

- To nic wielkiego, proszę pana. Zwykła sprawa.

 

background image

ROZDZIAŁ 11

Hrabina Anastazja oglądała wideo: Drake Maijstral wychodzi z latacza marki Jefferson-

Singh i trafia w ramiona Nichole; w ręku ma małą torbę.

- Cholera! - Waliła pięścią w oparcie drewnianego krzesła.

Z papierosa, który trzymała w ręce, spadał popiół na sześćsetletni dywan. Robot pośpieszył, 

by posprzątać.

-   Nigdy   go   tu   nie   dostaniemy!   -   Zastosowała   wysoko-khosalijską   składnię   zdania, 

podkreślając swą apokaliptyczną niemal frustrację. — Prawdopodobnie ma w tej torbie Cesarski 

Relikt.

Baron Sinn skinął filozoficznie głową.

- Następny ruch należy do Maijstrala, proszę pani.

Hrabina zacisnęła zęby.

- Nie podoba mi się to, baronie.

Baronowi jeszcze mniej się to podobało. Wszystko wskazywało na to, że spędzi sporo czasu 

zamknięty w tym domu z wściekłą, niespokojną hrabiną. Może dać jej szansę, by pozbyła się swego 

gniewu?

- Zagramy w krokieta, proszę pani? - zaproponował, skazując się na to, że przez resztę dnia 

będzie szukał piłki pod śrutowcem.

Hrabina zwiesiła język i odpowiedziała wrogim uśmiechem.

Bezpieczny   w   apartamencie   Nichole,   mając   za   strażników   Calvina   z   towarzyszami, 

porucznik Navarre wyłączył hologram Drake'a Maijstrala. Nichole, roześmiana, podała mu rękę. 

Navarre z galanterią powąchał jej dłoń, nie zwracając uwagi na uporczywe kłucie w posiniaczonych 

plecach.

- Jesteś bardzo podobny do Maijstrala ubranego żałobnie - powiedziała. - Miło cię widzieć, 

poruczniku.

- Cała przyjemność po mojej stronie - odparł Navarre. Mówił prawdę. Z ulgą odkrył, że 

czuje się tu bezpieczny.

background image

Maijstral   wyłączył   wideo   i   zadowolony   oparł   się   wygodnie   w   fotelu.   Nichole   umiała 

przeprowadzić mistyfikację, a ta podstawiona osoba - nie wiadomo, kto to był - dobrze odegrała 

swą rolę; miała nawet duplikat diamentu, który Maijstral nosił na palcu.

Robot krzątał się, grzechotał, popiskiwał. Maijstral zacisnął zęby, zaraz się jednak uspokoił. 

Coraz bardziej nie znosił robotów, ale teraz nie czas na złość. Czas pchnąć sprawy naprzód.

Tvi z zainteresowaniem oglądała wideo.

- Przynieś drugą butelkę caberneta - zwróciła się do robota. - Bądź łaskaw, czterdzieści 

cztery.

- Tak, proszę pani.

Od przylotu z rezydencji Anastazji sprawiła się dość dobrze. Najpierw musiała pozbyć się 

Dewayne Seven i ukraść nowego sportowego Jeffersona-Singha. Od kiedy przybyła na Peleng, 

przyzwyczaiła się do tej maszyny.

Potem   znalazła   sobie   kryjówkę   -   wygodny,   dwunastopokojowy   dom,   najwyraźniej 

zamieszkany przez rodzinę, która na pół roku wyjechała w interesach do Nana. System alarmowy 

był tu dość stary i dziecinną zabawą okazało się przeprogramowanie go tak, by uważał Tvi za 

członka rodziny.

Teraz Tvi musiała znaleźć jakieś źródło utrzymania. Dumała nad tym, popijając wino.

Złodziejstwo to dobry pomysł.

Uśmiechnęła się. Poprawiało się życie na Peleng.

- Nazywam się Roman, proszę pana. Do usług.

- Hrabia Quik. Pański. Proszę usiąść.

Roman usiadł na miękkiej ławce obok Troxanina.

- Widzę, że wrócił pan na wystawę środowiska metanowego.

- Niedobrze przedtem zobaczyłem. Z kulami przeszkadzała Nichole. Wiele, wiele tłumu.

- To na pewno.

- Ja mówię metanickim - powiedział hrabia.

Roman zastanawiał się, czy w języku metanickim hrabia mówi w równie osobliwy sposób 

jak w innych językach. Hrabia pochylił dyniowatą głowę do mikrofonu, który został po wizycie 

Nichole. Gdy głos hrabiego przenosił się w przechłodzonym środowisku, stworzenia metanowe 

zapłoniły   się   delikatnym   fioletem   i   zaczęły   się   skupiać   galaretowato   przy   głośnikach.   Gdyby 

poruszały się w tym tempie, zajęłoby im to około pół godziny.

background image

- Gratulacje, hrabio - powiedział Roman. - Zdaje się, że wspaniale ich pan naśladuje.

W   odpowiedzi   z   ukrytych   głośników   dobiegły   jęki.   Hrabia   nasłuchiwał   i   sformułował 

zdanie.

- Powiedziałem im, że jesteś. Zainteresowani byli. - Głowa mu opadła w charakterystyczny 

dla Troxan sposób. - Źle robią te głośniki. Troxanie lepiej głośniki robią.

-   Bez   wątpienia   najlepiej   -   powiedział   Roman.   Głowy   Troxan   były   tak   znakomitymi 

pudłami rezonansowymi, że jako gatunek byli bardzo wybredni, jeśli chodzi o sprzęt audio.

- Kto ty powiedz - zasugerował hrabia Quik. - Ja powiem potem metanowym istotom.

- Należę do otoczenia Drake'a Maijstrala.

-   Ciekawe.  Tłumaczyć   problem   jest   rzeczywiście.   Nie   ma   słowa   na   „złodziej"   i   metan 

świecie.

- Może lepsze słowo niż nasze, proszę pana.

- Ale nieciekawiejsze.

- Nudniejsze. Tak, panie, bez wątpienia.

Hrabia rozmawiał z istotami metanowymi. Jęknęły coś w odpowiedzi. Roman poczekał, aż 

w rozmowie nastąpi przerwa.

- Pan Maijstral prosił mnie, bym pana odnalazł, panie hrabio - powiedział.

Goglowate oczy hrabiego Quika jak na osiach obróciły się ku Romanowi.

- Tak? Po co, panie Roman?

- Ma nadzieję, że zechce mu pan wyświadczyć pewną przysługę. Zdaje sobie sprawę, że to 

dość niezwykła prośba, ale ma nadzieję, że gdy zrozumie pan okoliczności, uczyni mu pan ten 

zaszczyt  i zechce zadziałać dla niego w imię ważnej sprawy, mówiąc krótko: dotyczącej Losu 

Cesarstwa. Ma nadzieję, że sprawa zostanie rozwiązana szybko i pomyślnie, z korzyścią dla pana i 

dla dobra Cesarstwa.

Wyraz twarzy hrabiego Quika nie zmienił się - w istocie nie mógł się zmienić - ale Roman 

odniósł wrażenie, że Troxanin patrzył teraz z większym natężeniem.

- Pan ciekawy, panie Roman. Proszę dalej mówić. Zamieniam się w słuch.

To ostatnie zdanie, które słyszałem tyle razy, teraz jest w dosłownym sensie prawdziwe, 

pomyślał Roman, układając sobie, jak ma przedstawić plan Maijstrala.

Generał   Gerald   patrzył   zamglonymi   oczyma   na   młodego   mężczyznę   stojącego   przed 

drzwiami. Gdy bladym świtem obudził się ze swego niezwykle przyjemnego, pełnego agresji snu, 

wygramolił się ze zbroi i poszedł do łóżka, przysięgając sobie, że tym razem porządnie się wyśpi, 

by nie drzemać, gdyby Maijstral pojawił się w nocy. Pojawienie się młodego człowieka zaskoczyło 

background image

go. Niezbyt często odwiedzali go goście i czasami zastanawiał się, czy przypadkiem nie onieśmiela 

ludzi.

Generał mógł obserwować przybysza, sam nie będąc widzianym. Młody człowiek ubrany 

był wizytowo, ale krzykliwie - taki styl od razu zmienił konwencję i poczucie generała na temat 

harmonii barw. Zuchwalec, pomyślał generał. Butny. Potrzebna mu dyscyplina. Wystarczy spojrzeć: 

ręce w kieszeniach, nar-zak zwisa z ust. Dobrze by mu zrobił pobyt w wojsku.

Pobyt w wojsku - uniwersalna recepta generała na wszelkie bolączki społeczne. Otworzył 

drzwi.

- Generał Gerald?

- Piechota morska. Emerytowany - padła automatyczna odpowiedź.

- Jestem Gregor Norman. Współpracownik Maijstrala.

W sennym umyśle generała zawrzało zdziwienie. 

- A co ja mam z tym wspólnego? - warknął. Odpowiedział automatycznie, zastanawiając się, 

co szykuje Maijstral. Usiłuje wyciągnąć go z domu, by móc go złupić?

- Pan Maijstral natknął się na coś, co mogłoby pana zainteresować - powiedział Gregor. - To 

coś związane jest, ni mniej ni więcej tylko z Losem Konstelacji.

Jeśli to miał być ten manewr, to był to manewr zuchwały.

Generał Gerald podziwiał zuchwałość.

Wszedł do korytarza.

- Wejdź, młody człowieku.

- Dziękuję, generale.

- Wyrzuć ten nar-zak. Nie wiesz, że to szkodliwe?

Gregor zawahał się, ale po chwili przełamał ten grzeszny stymulant i włożył go do kieszeni.

Wreszcie Maijstral ma współpracownika, który potrafi słuchać rozkazów, pomyślał generał 

z satysfakcją.

Robot sunął cicho przez zarośla śrutowca, zmierzając w stronę barona Sinna. Sinn uderzał 

krokietowym młotkiem w czerwone owoce; niszczył je, szukając piłki. Dotychczas bez rezultatu.

Robot podał mu telefon.

- Panie, dzwoni Jego Ekscelencja Hrabia Quik.

Baron wyprostował się.

- Wie, że tu jestem?

Robot, niewyposażony w poczucie ironii, nic nie odpowiedział.

background image

Po drugiej stronie boiska do krokieta Sinn zobaczył hrabinę Anastazję. Paliła papierosa, 

patrząc ze złośliwą satysfakcją na barona i na rozrzucone pod drzewem czerwone owoce.

- Dobrze, odbiorę - powiedział.

Baron, nadal od niechcenia rozrzucając owoce, wziął telefon z manipulatora robota. Robot 

unosił  się  nad  leżącymi  na  ziemi  owocami.  Baron  Sinn  zawahał  się  przez  chwilę,  spojrzał  na 

hrabinę, na robota, i nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł.

Zwiesił język w uśmiechu.

- Robocie, ułóż wszystkie owoce w stos - rozkazał. – Mniej więcej tej wysokości. - Pokazał 

ręką. - Jeśli znajdziesz piłkę do krokieta, odłóż ją na bok.

- Tak jest, panie.

Sinn uśmiechnął się szeroko, gdy robot ruszył do pracy. Nacisnął ideogram „odpowiedź" i 

telefon   natychmiast   wyświetlił   przed   pyskiem   Sinna   miniaturowy  holograficzny  obraz   okrągłej 

głowy hrabiego Quika.

- Dobry wieczór, baronie. Twój posłuszny.

- Twój zawsze wiemy, panie. Miła niespodzianka, że pan zadzwonił.

- To dzień pełen niespodzianek. Mnie samego spotkała wcześniej niespodzianka.

- Mam nadzieję, że przyjemna.

- Z przyjaciel Maijstral ja rozmawiał.

Na dźwięk nazwiska Maijstrala nerwami barona przebiegł impuls energii. Nastąpiło to kilka 

sekund   przedtem,   nim   baron   zdołał   odcyfrować   składnię   zdania   hrabiego   i   domyślić   się,   co 

właściwie zamierzał przekazać.

- Rozmawiał pan z przyjacielem Maijstrala. - Baron chciał mieć całkowitą pewność.

- Istotnie to. Mojej pomocy zażądał jako neutralnej osoby, ale obywatela Cesarstwa. Ja 

dałem.

Maijstral   dobrze   się   ubezpiecza,   pomyślał   baron   Sinn   z   niejakim   podziwem.   -   I   działa 

szybko.

Cały czas miał uprzejmy wyraz twarzy.

- To bardzo hojne z pana strony, hrabio - powiedział.

- Proponował wynagrodzenie. Dwadzieścia procent. Odrzucona.

- Oczywiście, hrabio.

- Brak zainteresowania najlepszy się wydaje.

Robot układał owoce w piramidkę. Nie znalazł jeszcze piłki. Sinnowi, jakby na zawołanie, 

minęło zainteresowanie, gdy spojrzał na hrabiego Quika.

- Jakiego rodzaju pomocy spodziewał się Maijstral od Waszej Ekscelencji?

- W licytacje stawki przekazywać, baronie.

background image

- Rozumiem. - Sinn zastanawiał się nad tym przez chwilę. - Hrabio, czy można się z panem 

skontaktować w jakimś miejscu?

- Tak, w Hotelu Peleng teraz.

Zachowując uprzejmy wyraz twarzy, Sinn szczerze w duchu przeklinał. Tam zatrzymali się 

Etienne, Nichole i przypuszczalnie Maijstral. Chronieni przez bezpieczniaków Diademu.

Odwlec, pomyślał baron. Im dłużej się odwlecze, tym większe szanse, że uda się złapać 

Maijstrala bez ochroniarzy jego ukochanej. Baron wpatrywał się dobrodusznie w hologram.

- Obecnie nie mam żadnej oferty, ekscelencjo. Ale niewątpliwie otrzymam instrukcje ze 

swego konsulatu i coś zaproponuję.

- Zrozumienie, baronie. Ale umowa musi być zawarta w ciągu jednego dnia tutejszego. 

Trzydzieści osiem godzin.

Sinn znowu przeklął. Maijstral wszystko przewidział.

- Nie ma żadnych konkretnych zapewnień, co do oferty rządu Jego Wysokości - oznajmił - 

ale jestem pewien, że są skłonni zaoferować uczciwą cenę za Cesarski Artefakt. - Uszy barona 

Sinna pochyliły się bacznie do przodu. - Jeśli jednak Cesarski Artefakt nie zostanie zwrócony pod 

koniec   tej   awantury,   mam   nadzieję,   że   pański   mocodawca   weźmie   pod   uwagę   konsekwencje 

takiego   nieprzyjaznego   czynu.   Gdy  wielkie   imperia   grają   o   wielkie   stawki,   stoły  są   często   w 

niebezpieczeństwie.

- Zrozumienie, baronie Sinn. Twój sługa, panie.

- Twój sługa. - Niuanse, niuanse, pomyślał baron.

Hologram hrabiego zniknął. Baron Sinn zauważył, że robot, układając piramidki z owoców, 

odłożył na bok pojedynczą czerwoną kulę. Baron podszedł do niej i uderzył młotkiem. To była piłka 

do krokieta.

Zapalił papierosa i zwrócił się do robota.

- Nadal układaj owoce.

- Tak, proszę pana.

Baron Sinn wprowadził piłkę na pole gry i wrócił na trawnik.

Hrabina cisnęła papierosa poza boisko; podeszła do swojej piłki.

- Kazałem robotowi usunąć owoce śrutowca. Mam nadzieję, że nie ma pani nic przeciwko 

temu.

Hrabina nie okazała żalu.

- Zupełnie nie, baronie. - Stanęła nad swoją piłką i przygotowała młotek. - Sama powinnam 

była o tym pomyśleć, gdy dawałam panu specjalną piłkę. Proszę mi wybaczyć to przeoczenie.

- Oczywiście, hrabino.

Anastazja zmrużyła oczy, przygotowując się do uderzenia.

background image

- Czy to była jakaś ważna rozmowa, baronie?

Baron doskonale wybrał moment na udzielenie odpowiedzi.

- Dzwonił agent Maijstrala, proszę pani.

Młotek nie trafił w środek i piłka hrabiny ruszyła po krzywej.

- Co za pech, hrabino - powiedział baron i przygotował się do skrokietowania i wypchnięcia 

piłki hrabiny poza boisko, pod drzewa śrutowca.

Coraz bardziej podobała mu się ta gra.

- Oczywiście biorę dwadzieścia procent, młodzieńcze! Uważasz mnie za głupca?

Paavo   Kuusinen   obserwował   grę   w   krokieta  ze   wzrastającą   frustracją.  W  domu Amalii 

Jensen nic się nie działo, od kiedy oddział łotrów Pełni Ludzkości Prime wrócił w swoje pielesze.

Drake Maijstral - tak się przynajmniej wydawało - był bezpieczny pod ochroną Nichole. 

Kuusinen przeniósł się do siedziby hrabiny,  mając nadzieję, że nastąpią  tu jakieś dramatyczne 

wydarzenia - a tu dwie osoby grały w krokieta i robot ustawiał piramidki z owoców.

Kuusinen   westchnął.   Postanowił   polecieć   do   porucznika   Navarra   -   może   tam   się   coś 

wydarzy.

Paavo obserwował start i nie chciał stracić finiszu.

Amalia Jensen całe popołudnie zniechęcona rozglądała się po domu, w którym przedtem 

oddział wojowniczych rzezimieszków urządził sobie koszary; Amalia, zrozpaczona, uniosła ręce i 

wycofała się do swego pokoju. Obejrzała wiadomości wideo, mając nadzieję, że dowie się czegoś o 

bieżących działaniach Maijstrala.

Zamiast tego podano informacje o fali dziwnych przestępstw w Peleng City: włamanie do 

domu porucznika Navarra, podczas którego zrabowano obiekt o małej wartości, stosując bardzo 

kosztowne   środki;   gwałtowne   porwanie,   a   wkrótce   potem   uwolnienie   w   niejasnych 

okolicznościach; równie niezrozumiały atak zbrojny na rezydencję hrabiny Anastazji; gwałtowne 

wtargnięcie   do   wiejskiej   posiadłości,   gdzie   zastrzelono   roboty   i   zdemolowano   dom;   i   ostatnie 

zdarzenie   -   brutalny   atak   na   porucznika   Navarra,   dokonany   przez   Khosalikha   przebranego   za 

Ronniego Rompera.

Amalia wyprostowała się w fotelu. Dziennikarz – wyniosły Khosalikh - dodał, że takie 

przebranie wykorzystali porywacze Jensen. Niewiele sprawdzonych faktów zebrano dotychczas, ale 

dziennikarze nie ustawali w spekulacjach.

Zimne   macki   dotknęły   karku  Amalii,   gdy   usłyszała,   że   Ronnie   Romper   został   zabity, 

prawdopodobnie przez gościa, który pojawił się na scenie. Dziennikarzom nie udało się ustalić 

tożsamości Khoslikha, nawet jego płci, i Amalia Jensen nie była pewna, czy nie chodzi o Tvi. 

background image

Niewykluczone, że to ona - potężny Khosalikh został prawdopodobnie poważnie ranny podczas 

ataku na rezydencję hrabiny i mógłby wziąć udziału w dalszych łobuzerstwach.

Otworzyły się drzwi i wpadł Pietro.

- Oglądałaś wideo? - spytał.

- Tak.

- Dlaczego Navarre?

Amalia zastanowiła się przez chwilę.

- Sama jestem ciekawa. Może spodziewali się mnie tam zastać.

- I kto zabił Ronniego Rompera? W ogóle nie podano jego tożsamości.

- Coś tu się dzieje.

-   Jak   cholera.   -   Ten   ostatni   komentarz   wygłosił   kapitan   Tartaglia,   który   ukazał   się   w 

drzwiach. Amalia szybko zmieniła wyraz twarzy, usiłując ukryć odruchowy niesmak na widok tego 

człowieka. Tartaglia drapał się po brodzie. Spojrzał w wideo. – Może należy przejąć tego Navarra i 

zadać mu parę pytań?

Serce Amalii łomotało z niepokoju.

- Na pewno jest dobrze strzeżony - rzekła.

- Mimo to należy się rozejrzeć po jego domu.

- Wszędzie będzie policja.

Tartaglia wzruszył ramionami.

- Trzeba się nad tym zastanowić.

Jednostka wideo zadzwoniła.

-   Proszę   pani,   rozmowa   telefoniczna   z   generałem   Geraldem.   Piechota   morska. 

Emerytowany.

Amalia była zdziwiona. Ledwo znała tego człowieka.

- Co takiego? - powiedziała. Zwróciła się do Tartaglii. - Wybaczy pan, kapitanie.

Tartaglia wzruszył ramionami i odwrócił się do wyjścia. Amalia przyjęła telefon. Pojawiła 

się czerwona twarz Geralda. Amalia usiłowała okazać uprzejme zainteresowanie.

- Generał Gerald. Co za niespodzianka.

Generał się uśmiechał.

- Drake Maijstral prosił, bym do pani zadzwonił.

Z tyłu dobiegło Amalię zdziwione westchnienie Pietra, a z korytarza odgłos nagłego zwrotu 

w tył Tartaglii; kapitan wracał do pokoju.

Amalia panowała nad sobą, nie okazywała zaskoczenia i nawet nieco ją zdumiało to, że jest 

tak zrównoważona. Może przyzwyczaja się do spiskowania?

background image

- Proszę dzwonić, kiedy pan zechce, generale. Dziwię się jednak, że pan Maijstral osobiście 

nie zadzwonił, jeśli ma jakąś wiadomość.

- Może nie chce zostać zabity.

-  Wprawdzie   w   wielu   sprawach   panuje   między   nami   niezgoda,   ale   nie   oznacza   to,   że 

wszystkie telefony na Peleng wyposażyliśmy w ładunki wybuchowe na wypadek, gdyby Maijstral 

chciał z nich dzwonić.

- Prawdopodobnie pragnie zachować ostrożność. Dano do zrozumienia, że dziś rano wasi 

ludzie włamali się do jego domu.

Tartaglia chrząknął z irytacją.

-   Przejdźmy   do   sedna   sprawy,   dobrze?   -   Generał   nieźle   się   bawił.   -   Dotychczas   nie 

okryliście   się   chwałą   w   tej   sprawie.   A   Maijstral,   jak   sądzę,   zachowuje   się   dość   rozsądnie, 

proponując   wam   wyjście   z   sytuacji.   -   Szeroki   uśmiech   generała   przekazywał   czystą,   złośliwą 

radość. - Maijstral chce, by licytacja skończyła się w jeden dzień, w trzydzieści osiem godzin. Ja 

dostanę za pośrednictwo dwadzieścia procent. Składacie jakieś oferty?

Tartaglia odsunął na bok Amalię i sam stanął przed wideo, w zasięgu holografu. Amalia 

nadstawiła uszu.

- Generale, jestem kapitan Tartaglia.

Generał zrobił taką minę, jakby właśnie sięgał do swej pamięci.

- Nie przypominam sobie żadnego kapitana o tym nazwisku. Byłego kapitana, owszem. 

Kogoś,   kto   opuścił   służbę   w   Konstelacji   i   wstąpił   do   dziwacznej,   paramilitarnej   organizacji, 

fałszywie aspirującej do bycia wielką.

Usta Tartaglii ułożyły się w ponurą linię.

- Dziwi mnie, że jest pan w to zaangażowany, generale. Stawką jest los Konstelacji. Zdaje 

się, że panu zależy jedynie na tych dwudziestu procentach.

Generał poczerwieniał. Odpowiedział tak głośno, że Amalia aż drgnęła.

- Ty szczeniaku, zależało mi na Konstelacji i przesłużyłem sześć terminów w piechocie 

morskiej! Podkreślam: w piechocie morskiej, która gotowa jest walczyć przeciw Cesarstwu, bez 

względu na to, czy dostanie Cesarza albo jego przeklęte nasienie! Na tyle zależy mi na Konstelacji, 

by dzwonić do was teraz! Gdybym się nie zgodził być pośrednikiem, zostalibyście wykluczeni z 

gry. Moja propozycja, jeśli wam zależy, przedstawcie sensowną ofertę!

- Skoro pan sobie tego życzy, generale...

-   Szczeniaku,   to   Maijstral   sobie   tego   życzy!   Gdybym   dysponował   funduszami,   sam 

stanąłbym do licytacji, ale wiem, ile czasu zajmie wojskowemu nietypowe gromadzenie funduszy. 

Zatem Los Konstelacji jest teraz w waszych rękach i niech nam pomogą Niebiosa i Cnoty.

- Zatem amatorzy mają swoje zalety.

background image

Generał strofująco uniósł palec.

- Szczeniaku, pieniądze przemawiają głośniej niż sarkazm.

Amalia widziała, jak ręce Tartaglii drżą z tłumionej wściekłości.

-   Bardzo   dobrze.   Sto   pięćdziesiąt.   Ale   niech   pan   powie   Maijstralowi,   że   jeśli   woli 

Cesarstwo, niech się lepiej przygotuje do spędzenia reszty swego życia poza granicami. I nawet 

wówczas Cesarstwo może się okazać dla niego niezbyt łaskawe.

Na generale Geraldzie nie zrobiło to większego wrażenia.

- Przekażę mu to, szczeniaku, ale na waszym miejscu nie formułowałbym gróźb, których nie 

mógłbym spełnić.

Odpowiedź Tartaglii brzmiała krótko:

- Sto pięćdziesiąt. Przekaż to Maijstralowi, generale.

- Dobrze. Odezwę się. Stawki prawdopodobnie podskoczą. - Generał powędrował wzrokiem 

poza hologram, jakby szukał Amalii. - Panno Jensen, jestem rozczarowany, że przebywa pani w 

takim towarzystwie.

Hologram   generała   zniknął.   Tartaglia   przeklinał,   a   Amalia   coraz   bardziej   podziwiała 

strategię Maijstrala. Wybrał doskonałego pełnomocnika - kogoś, kto sympatyzuje z Konstelacją, ale 

mimo to jest doskonale uczciwy, i kto uznałby jakiekolwiek stosunki z Maijstralem za uszczerbek 

na honorze.

- Pokonamy generała. Wydobędziemy z niego informację, gdzie jest Maijstral! A potem, 

potem... - gorączkował się Pietro.

- Prawdopodobnie on nie posiada tej informacji – przerwała mu Amalia. - Musisz przyznać, 

że Maijstral zna swój fach. Oczywiście prowadzi sprawy przez pośredników i nie zdradza im, gdzie 

jest jego kryjówka. - Wstała i spojrzała w zdziwione oczy kapitana. - Generał Gerald wygrał w 

przeszłości wiele pojedynków i jeśli naśle pan na niego swych ludzi, wrócą ranni, pan zostanie 

wyzwany na pojedynek, a Cesarstwo nie dostanie artefaktu.

- Może się pani wydaje, że to pani powinna wszystkim kierować - szydził Tartaglia.

- Może właśnie Amalia powinna kierować - stwierdził Pietro.

I Jensen, i kapitan byli zaskoczeni. 

- Ona lepiej zdaje sobie sprawę, jak należy postąpić w tej sytuacji.

- Przeklęty Maijstral! - Tartaglia walił z wściekłością w ścianę. Amalia słyszała zaskoczoną 

reakcję jego zwolenników, świadków tego hałasu i agresji. - Niech go cholera!

- Właśnie: przeklęty - powiedziała Amalia. Jak poprzednio, była sama zdziwiona swym 

opanowaniem. - Niech go pan do woli przeklina, ale niech pan mu nie grozi, bo wszystko stracimy.

Tartaglia zamilkł, poczerwieniał skonfundowany.

- Właśnie - powiedział Pietro. - Od teraz my się tym zajmiemy, jeśli pan pozwoli.

background image

Zbliżył się do Amalii i wziął ją pod rękę. Wiele wspólnie przeszli i niech Tartaglia im tego 

nie niszczy.

Ze ścian dobiegały dźwięki „Eroiki", doskonale przekazywane przez troxańskie głośniki. 

Krzątający się robot zagwizdał cicho, po czym kilkakrotnie blipnął.

To przepełniło miarkę. Maijstral obrócił się w fotelu i strzelił do robota z dysruptora. Robot 

zamarł.

Maijstral wiedział, że chyba będzie musiał pokryć szkody, ale ocenił, że słuchanie „Eroiki" 

bez zakłóceń warte jest tej ceny. Wywołał Osobiste Notatki Peleng City z tablicy biuletynu, gdzie 

generał Gerald umieszczał stawki Pełni Ludzkości. Uśmiech pojawił się na twarzy Maijstrala. Sto 

pięćdziesiąt. Nieźle, jak na początek. Cesarscy jeszcze nie przedstawili swojej oferty.

Jednak obie strony wysunęły groźby - kody przetransmitowane przez generała Geralda i 

hrabiego Quika jasno tego dowodziły.

Należało   się   nad   tym   zastanowić.   Polecił,   by   wideo   się   wyłączyło,   i   jednostka 

odpowiedziała mu blipaniem i miganiem. Maijstral stłumił odruch irytacji.

Każde stronnictwo groziło użyciem siły, jeśli nie sprzeda artefaktu właśnie jemu. Gdyby 

doszło do najgorszego, Cesarstwo prawdopodobnie lepiej by strzegło Maijstrala, ale nie uśmiechało 

mu się spędzanie reszty życia w ukryciu. Również nie zamierzał go spędzać w Cesarstwie.

Zastanowił   się   nad   tym   przez   chwilę,   wspominając   to,   co   wczoraj   wieczór   powiedział 

Roman o swym stosunku do Cesarstwa. Maijstral uśmiechnął się i kiwał głową. To wymagało 

konspiracji.

Roman   poszedł   kupić   jedzenie   -   nigdy   nie   dowierzał   innym   w   sprawach   aprowizacji 

Maijstrala. Nieobecność służącego to świetna okazja, by zainaugurować mały bez-Romanowy plan.

Maijstral poszedł za „Eroiką" do drzwi Gregora i zapukał cicho.

- Gregor, mogę z tobą porozmawiać?

- Oczywiście, szefie, wejdź.

Gregor rozebrał na części jeden z domowych robotów i badał urządzenie.

Został tylko jeden! - pomyślał Maijstral pogodnie.

Gregor   położył   narzędzia   na   biurku   i   wyłączył   czwartą   część   ostrym   rozkazem 

skierowanym do audiodecka.

Maijstral podszedł cicho do fotela i usiadł wygodnie.

- Dobrze się czujesz? - spytał.

background image

- Oczywiście, szefie. - Na skroni miał ledwo widoczny siniak, ale poza tym półżywe okłady 

dobrze się spisały: zlikwidowały opuchliznę, przyśpieszyły gojenie się ran, ściągnęły siniaki, po 

czym zakończyły okres przydatności w półżywym błogostanie i odpadły.

- Gregor, obie strony wysunęły groźby. Spodziewam się tu niebezpieczeństwa.

Gregor wzruszył ramionami.

- Co poza tym nowego?

- Obawiam się, że  żaden z  naszych  klientów nie będzie  zadowolony,  jeśli nie  dostanie 

artefaktu.

- Będę ostrożny. Nie martw się, szefie, mi też zależy na zachowaniu całej skóry.

- Nie chodzi o to. Tylko... - Maijstral  udawał, że się waha. - Wolałbym,  żeby naszych 

Cesarskich przyjaciół spotkało rozczarowanie.

Gregor wyszczerzył zęby w uśmiechu. Pochylił się.

- Ja również. Jak mamy do tego doprowadzić?

Głęboko   w   leniwych   oczach   Maijstrala   błąkał   się   śmiech.   Sprawa   zapowiadała   się   na 

łatwiejszą, niż przypuszczał.

- Doszedłem do wniosku, że artefakt musiał przetrwać jakieś poważne wojny. Byłaby wielka 

szkoda, gdyby Cesarstwo, otrzymawszy artefakt, odkryło, że został on ostrzelany z dysruptora.

- I wysterylizowany?

Maijstral uniósł ręce z rozłożonymi dłońmi.

- Nie mogliby przecież nas za to winić.

Gregor zakrztusił się śmiechem.

- To niezłe, szefie.

- Oczywiście Roman nie może o tym wiedzieć. Nie chodzi o to, że jest pro cesarski, ale on 

nie zaaprobowałby oszustwa.

Gregor mrugnął konspiracyjnie.

- Nie ma sprawy. Oczy mam zamknięte.

- Ale jeśli postanowimy sprzedać Cesarstwu jakąkolwiek część spermy Jego Wysokości, 

nasi przyjaciele z Konstelacji chcieliby mieć pewność, że jest ona sterylna.

Gregor zmarszczył czoło.

- Rozumiem. W jakiś sposób musimy pokazać Jensen i jej kumplom, że próbka została 

wysterylizowana, zanim przekazano ją Cesarskim. - Pokręcił głową skonfundowany. — To będzie 

trudne, szefie.

Maijstral uniósł rękę.

-   Mam   pewien   pomysł   -   powiedział.   -   Sądzę,   że   dobry.   Przekonajmy   się,   czy   to 

zaaprobujesz.

background image

- Baron Sinn. Do usług, proszę pana.

- Hrabia Quik. Zawsze do usług, baronie.

- Mój konsulat upoważnił mnie, bym postawił dwieście. – To było kłamstwo. Sinn korzystał 

z własnej linii kredytowej - on, podobnie jak generał Gerald, wiedział, że zbyt długo potrwałoby 

uzyskanie kredytu drogą oficjalną.

- Przekażemy to, baronie. Dziękuję.

Baron  Sinn oddał telefon robotowi  i z cienia  pod śrutowcem spojrzał na boisko, gdzie 

czekała hrabina Anastazja; nie miała zadowolonej miny.

Baron   wrócił  do  gry i  energicznie  uderzył  młotkiem.  Dla  hrabiny  gra  się  już,   niestety, 

skończyła - baron miał prawie pewne zwycięstwo w drugim pojedynku.

- I wtedy ten olbrzym wyskoczył z pułapki. Przebrany za lalkę. Chyba niespełna rozumu. 

Chwycił mnie i miotał po całym pokoju, i cały czas pytał o pannę Jensen.

- To musiało być straszne.

- Cały czas mnie dusił. Nie mogłem nic powiedzieć. Nawet, gdy puścił moje gardło, nic mu 

nie mogłem powiedzieć. Prawie w ogóle nie znam tej kobiety. Dopiero od ciebie dowiedziałem się, 

że została uwolniona. Gdyby nie Calvin, leżałbym martwy w domu wuja.

- Czy sądzi pan, że to ta sam osoba, która włamała się do domu wuja?

- Tak mi się wydawało. Ale to by oznaczało, że włamanie ma związek z zamachem na pannę 

Jensen. Nie mam pojęcia, jaki.

Nichole uśmiechnęła się. W myślach prowadziła własne rozważania.

- Tak, to zupełnie niezrozumiałe - oznajmiła.

Porucznik Navarre oparł brodę w dłoni.

- Przypomina mi to przedstawienie, które widziałem w Pompey - powiedział zamyślony. - 

Dziwna,   skomplikowana   sztuka,   napisana   przez   miejscowego   pisarza.   Dramat,   komedia,   parę 

piosenek. Jest tam rola dla mojej ulubionej aktorki. - Zamilkł na chwilę. - Przypomina mi ona 

ciebie, moja pani.

- Naprawdę? - Nichole położyła mu dłoń na ramieniu. - Opowiedz mi o tym - mruczała 

cicho. - Powiedz mi wszystko, co pamiętasz.

background image

Zbliżała   się   sjesta.   Gregor   wyszedł   na   krótko,   by   z   najbliższego   publicznego   telefonu 

przekazać stawkę Cesarskich, podbijając propozycję generała Geralda. Roman został w domu - do 

stolika   podjechał   wózeczkiem   z   przyrządami   kuchennymi,   by   przygotować   przekąskę   dla 

Maijstrala. Ten z podziwem obserwował fachowe ruchy służącego, gdy na patelni płonął sos.

Czas na konspirację.

- Pańska sałata.

- Dziękuję, Romanie. Czuję chyba smak kava-kivi?

- Istotnie, proszę pana. To moja kompozycja.

- Wspaniały pomysł, Romanie. Oby nie zabrakło ci ich w przyszłości.

- Dziękuję, proszę pana.

Maijstral znów zakosztował sałatki. Roman składał kuchenne utensylia. Maijstral odłożył 

widelec i postukał fałszywym diamentem w przedni ząb.

- Romanie, czy mógłbym cię prosić o radę?

Roman odłożył szpatułkę.

- Byłbym zaszczycony, proszę pana.

Maijstral mówił w khosalijskim - ten język precyzyjniej oddawał sens tego, co zamierzał 

przekazać.

- W naszej mocy jest wpłynięcie na bieg historii.

- Tak, proszę pana.

- Nie  pragnąłem nigdy poważnej  odpowiedzialności,  moje  zainteresowania były zawsze 

dość przyziemne. Jestem całkowicie zaskoczony tą galaktyczną intrygą.

- Wydarzenia nie pytają nas o pozwolenie, ale zmuszają do działania, jak same chcą.

Maijstral uśmiechnął się. Tak brzmiało khosalijskie przysłowie, a Roman był prawdziwym 

Khosali.

- Słusznie — przyznał Maijstral. - Okoliczności postawiły mnie w tej sytuacji i mógłbym, 

gdybym chciał, pozwolić okolicznościom, by mnie z niej wyprowadziły.

Roman okazywał wyraźne zainteresowanie.

-   Pozwalając,   by   licytacja   się   toczyła,   i   przekazując   relikwiarz   oferentowi,   który 

zaproponuje najwięcej?

- Właśnie.

Uszy Romana pochyliły się do przodu.

- Nie chce być pan zmuszany do takiego działania, prawda, proszę pana?

Maijstral   odchylił   uszy   na   pozycję   ostrożnej   zadumy.   Patrzył   na   stygnącą   sałatkę   i 

zastanawiał się, w jaki sposób to przeprowadzić. Mógł powiedzieć Romanowi, że Sinn i Amalia 

background image

Jensen mu grozili, ale to by tylko Romana rozwścieczyło, zacząłby ostro namawiać Maijstrala, by 

ten wyzywał wszystkich na pojedynek.

Należało znaleźć inny sposób.

- Nie chcę być odpowiedzialny za zniszczenie cesarskiej linii. To symbol cywilizacji starszej 

od   cywilizacji   ludzkiej.   Niezależnie   od   przesłanek   politycznych,   sądzę,   że   nie   mam   prawa 

decydować, czy Pedjalli powinien żyć czy umrzeć.

- Ale honor zmusza, by przestrzegał pan uczciwej licytacji.

- Tak. - Maijstral bez celu dziobał widelcem sałatkę. – Widzisz, więc, Romanie, że stoję 

przed dylematem.

- Proszę pana, nie czuję się upoważniony do udzielania rad...

Maijstral wyrzucił w górę ręce.

- Jeśli nie ty, Romanie, to kto?!

Nozdrza Romana zadrgały z podniecenia. Maijstral był zadowolony z przedstawienia - ale 

przecież ten krzyk rozpaczy nie był zupełnie udawany. Musiał skłonić Romana do pewnych działań, 

inaczej Peleng - oraz wszystkie inne miejsca - staną się bardzo niebezpiecznymi miejscami dla nich 

wszystkich.

- Proszę pana, proszę się chwilę zastanowić - powiedział Roman.

-   Oczywiście.   -   Maijstral   udawał,   że   znów   jest   zainteresowany   sałatką.   Obserwował 

służącego wpółprzymkniętymi oczami.

Nos Khosalikha poruszył się, uszy pochyliły do przodu, na lewo, na prawo; ręce grały na 

kuchennym sprzęcie. Roman najwyraźniej prowadził walkę wewnętrzną.

-   Proszę   pana,   można   chyba   stwierdzić,   że   pewne   obowiązki   stoją   ponad   honorem,   a 

zachowanie życia to jeden z nich? Ponadto, czy nie można powiedzieć, że zachowanie niewinnego 

życia jest samo w sobie zaszczytnym obowiązkiem?

Co za ulga i radość! Maijstral starannie ukrył symptomy tych uczuć.

- No, cóż...

- Naturalnie, Cesarscy uważają rodzinę królewską za wyraz transcendentnego ideału, bez 

względu na opinie, panujące po tej stronie politycznej granicy.

- Romanie, ale to oznacza oszustwo naszych klientów.

- Owszem, proszę pana.

-   To   oznacza   oszukanie   Gregora.   Osoba   o   jego   pochodzeniu   i   wychowaniu   nigdy   nie 

zrozumie naszego sposobu traktowania ideałów Pendjalli.

Roman myślał przez chwilę.

- To byłoby trudne, proszę pana.

Maijstral podniósł serwetkę do ust.

background image

- Dlatego powinniśmy zaplanować wszystko teraz, gdy Gregora nie ma w domu.

- Trzysta.

- Czterysta pięćdziesiąt.

- Siedemset.

- Tysiąc.

- Młodzieńcze, nie zobaczymy się aż do zamiany. Gdyby cię tu ktoś zobaczył, mogłoby to 

być dla ciebie niebezpieczne.

-   Przedsięwziąłem   środki   ostrożności.   Generale,   szef   przysyła   mnie   z   pewnymi 

propozycjami. Wolałby, żeby jedna ze stron - ludzka - wysunęła się na czoło.

Generał mrugał.

- Naprawdę? Proszę mi powiedzieć.

- Aż nadto.

- Tysiąc pięćset.

- Jak chce?

- W gotówce, kapitanie.

- W gotówce? Nie licznik kredytów? - Milczenie. - Na planecie może się nie znaleźć aż tyle 

gotówki.

- Z pewnością się znajdzie. Nawet w najporządniejszym społeczeństwie zawsze jest popyt 

na fundusze niedające się wytropić.

- Pan Romans. Mi przyjemnie.

- Jest pan bardzo uprzejmy.

- Proszę pić brandy.

- Do usług.

- Zdziwiony pana widzieć. Po groźbach myślałem, że zostanie pan blisko.

-   Pan   Maijstral   przysyła   mnie   z   propozycją.   W   tej   sprawie   ma   pewne   poglądy.   Żywi 

sentymentalne uczucia dla cesarskiego rodu i życzy mu długiego trwania i powodzenia.

- Bardzo interesujące. Proszę powiedzieć więcej i kontynuować.

- Poczekaj chwilę, młodzieńcze.

- Tak, proszę pana?

- Bardziej to skomplikowane niż trzeba. Skąd mam pewność, że nie dokonacie zamiany?

background image

-   Pojemnik   krioniczny   cały   czas   będzie   na   widoku.   Pan   może   go   obserwować,   a   pan 

Maijstral w ogóle go nie dotknie. Widziałby pan, gdyby dokonywano podmiany.

- Ale panie Romans, proszę wybaczyć. Skąd nasza pewność, że to duch Cesarza?

- Przeprowadzono mapowanie cesarskich genów, proszę pana. Tuż przed wymianą można 

zrobić porównanie.

 

- Gregor.

- Tak, szefie.

- Wieczorem muszę wyjść i coś załatwić. Proszę, nie wspominaj o tym Romanowi.

Poufały uśmieszek.

- Jasne, szefie. Jak rozkażesz.

- Dwa tysiące dwieście.

- Romanie?

- Tak, proszę pana?

- Wieczorem wychodzę z domu. Na pewno domyślasz się, po co.

Milczenie.

- Tak, proszę pana. Przyda się panu moja pomoc?

- Podejrzewam, że bank nasienia w Peleng City ma dość słabą ochronę.

- Jak pan sobie życzy.

- Proszę, nie wspominaj Gregorowi, że dzieje się coś niezwykłego.

- Oczywiście, proszę pana.

- Dwa tysiące pięćset.

- Dwa tysiące osiemset.

Cesarski Artefakt połyskiwał na biurku Maijstrala. Maijstral wrócił przed chwilą z wyprawy 

do banku nasienia i ciągle był ubrany w kombinezon. Związane włosy piętrzyły się na czubku 

głowy. Na oczach miał wzmacniacz obrazu, na dłoniach rękawiczki wyczuwające przepływ energii. 

W  panującej   w   domu   ciszy  słychać   było   tylko   ostatniego   działającego   robota   -   krzątał   się   w 

korytarzu, blipając przy tym.

background image

Przed Maijstralem leżał sprzęt do przechowywania i zakonserwowania khosalijskiej spermy. 

Sam nie ukradł żadnej spermy, musiał użyć autentycznego cesarskiego materiału ze zmapowanymi 

genami Pendjalli, inaczej transakcja, którą miał przeprowadzić, nie udałaby się.

Ostrożnie   przesunął   dłonią   po   wzorach   na   relikwiarzu.   Elektrony   pulsowały   mu   w 

skroniach.

Przypomniał   sobie   swój   plan   i   część   jego   mózgu   zareagowała   lękiem.   Niepotrzebnie 

wszystko komplikował. Narażał się na niebezpieczeństwo.

W mózgu Maijstrala formowały się wzorce. Dłonie efektywnie manipulowały narzędziami.

Klik   -   i   część   artefaktu   obróciła   się   i   odsunęła.   Na   wyrytych   wzorach   utworzyły   się 

delikatne struktury szronu, gdy kriogeniczny chłód zetknął się z powietrzem.

Artefakt był otwarty - i na łasce Maijstrala.

 

background image

ROZDZIAŁ I2

Metanowe stworzenia z zoo w Peleng City, ufne w swych snach, żyły sobie niespiesznie, 

sunąc   przez   zamarznięte   amoniakowe   morze.   Komunikowały   się   za   pomocą   języka   i   w 

ograniczonym zakresie potrafiły rozumować, ale obserwatorzy nie byli pewni, czy uważać je za 

istoty inteligentne. Odgrodzone od otoczenia - w którym by natychmiast wyparowały - pełzły przez 

swój   habitat   z   szybkością   lodowca,   wchłaniały  pokarm   i   siebie   nawzajem,   wydalały  odpady  i 

nowych osobników. Percepcję miały ograniczoną do zmysłu słuchu i dotyku; w swej izolacji żyły 

szczęśliwe, niezagrożone niepokojącym kontaktem z zabawnymi ułudami świata zewnętrznego.

Widzowie,   obserwujący   je   na   monitorach,   byliby   zdziwieni,   odkrywszy,   że   stworzenia 

metanowe nie uznają rzeczywistości obserwatora. Metanici sądzili, że dziwna pulsacja, skierowana 

ku   nim   z   głośników,   jest   formą   zbiorowej   halucynacji,   mimowolnym   efektem   ubocznym   ich 

własnych rozedrganych fantazji. Przez znaczną część swej historii metanici tworzyli bogate dzieło 

dramatyczne - wzniosłą, zawiłą mozaikę, abstrakcyjną jak opera, gorącą jak romans; pojawiali się w 

niej bogowie i diabły, humor, filozofia, cuda i dziwy, a całość była autokomentarzem, samooceną i 

krytyką.   To   niekończące   się   dzieło   żyło   własnym   życiem,   niespodziewanie   pojawiały   się 

nowatorskie   zwroty   akcji,   wynikające   z   pozornie   prostych   dramaturgicznych   pomysłów; 

zadziwiająco  często  uzewnętrzniały się  nowe  cechy osobowości   u  postaci  tak  starych   jak  sam 

gatunek, który je stworzył.

Próby   nawiązania   kontaktu   z   metanitami   -   w   morzu   amoniakowym   -   przypominały 

spontaniczny   proces   intuicyjny.   Istoty   te   wnioskowały,   że   mają   do   czynienia   z   ostrą   formą 

halucynacji, zaczęły, więc długą dyskusję o naturze własnej podświadomości, zastanawiając się, z 

jakiego źródła te myśli pochodzą; po dziś dzień tej kwestii nie rozstrzygnięto. Opowieść hrabiego 

Quika   o   Maijstralu   rozeszła   się   falą   szoku   w   małej   metanickiej   społeczności.   Czy   określenie 

„złodziej"   może   znaleźć   swe   miejsce   w   ramach  Wielkiego   Dzieła   czy   nie?  Ta   idea   zakładała 

istnienie „własności" - takiego pojęcia metanici nie znali, a nawet gdyby je znali, nie potrafiliby się 

nim   posługiwać.   Dla   tych   istot   koncepcja   własności   okazała   się   radykalnym   ćwiczeniem 

spekulatywnej   filozofii.   Zaskoczone,   skonstatowały,   że   metanicka   podświadomość   potrafi   być 

niezwykle twórcza, bardziej niż podejrzewały.

Nie powinniśmy czuć w stosunku do nich wyższości. Choć fizyczne horyzonty, metanitów 

są ograniczone, to ich aktywność umysłową cechuje wielka witalność. Zastanówmy się przy tym, 

czy przypadkiem życie metanitów nie może być dla nas wzorcem. Nas, podobnie jak te stworzenia 

egzystujące   w   temperaturze   bliskiej   zera   bezwzględnego,   ograniczają   mury   naszej   własnej 

konstrukcji; a te mury mają nazwy: religia, sceptycyzm, ideologia, własność, Wysoki Obyczaj. 

background image

Właśnie, Wysoki Obyczaj to rozmyślne wykluczenie pewnych sposobów życia na korzyść tych, 

które uważa się za cenniejsze i bardziej wzniosłe. Wysoki Obyczaj przyznaje się przynajmniej do 

swych   ograniczeń.   Istnienie   postrzegane   jako   całość   -   konflikt   między   osobistą   egzystencją   a 

wszechświatem... chyba żaden kulturalny czy ideologiczny twór nie traktuje spraw makrokosmosu 

we właściwy sposób. Metanici wolą swe iluzje i chyba są z tym szczęśliwi. To więcej, niż niektórzy 

z nas mogą się domagać.

Paavo   Kuusinen   czuł   się   jak   istota   otoczona   murami   nie   przez   siebie   wzniesionymi   i 

zaczynał się zastanawiać, czy wydarzenia ostatnich kilku dni nie są w istocie dziwnym wytworem 

jego podekscytowanego umysłu. To frustrujące - przez cały dzień obserwować ludzi, którzy wiodą 

najzwyklejsze życie; i jak to możliwe, by po tylu wydarzeniach ostatnich dni wszyscy zachowywali 

się tak normalnie? Wieczorem Kuusinen przerwał obserwacje i wrócił do hotelu. Zamierzał się 

wreszcie wykąpać i przebrać. Pokój okazał lekkie zdziwienie, gdy go zobaczył - lokatora nie było 

tu od dwóch dni.

Gdy się obudził, zamówił śniadanie i przejrzał w komputerach ostatnie informacje. Policja 

nadal   była   zdezorientowana,   Maijstral   nadal   pozostawał   w   apartamencie   Nichole,   która   -   tu 

Kuusinen   ustawił   uszy   do   przodu   -   oznajmiła,   że   Maijstral   będzie   jej   partnerem   podczas 

uroczystego balu na pożegnanie Diademu.

Przekartkował   wiadomości,   znalazł   zaproszenie,   czekające   na   niego   w   komputerze,   i 

zamówił je w postaci drukowanej – do tego pasek magnetyczny, umożliwiający ominięcie ochrony 

Diademu.

Przynajmniej   dziś   wieczór   przyjrzę   się   wszystkim   i   może   coś   wywnioskuję   z   ich 

zachowania, pomyślał.

- Mam nadzieję, że nam pan wybaczy, poruczniku.

- Naturalnie, madame.

Porucznik Navarre ukłonił się, powąchał uszy Nichole i Maijstrala i wycofał się z saloniku 

Nichole do dużego salonu. Drzwi się za nim zasunęły. Nichole spojrzała na Maijstrala jasnymi 

oczyma.

- Nowa namiętność, moja pani? - spytał z uśmiechem.

Nichole skrzywiła się.

- A nie mówiłam, że zbyt dobrze mnie znasz?

- Spędził tu dwie noce. Po co został dłużej? Mógł wyjechać, pokazując własną twarz. A 

teraz zastaję was we dwoje. Dojadacie śniadanie.

Wzięła go za rękę i westchnęła.

background image

-   To   zaskakujący   mężczyzna.   Znakomita   pamięć.   Niczego   nie   potrafi   zapomnieć.   Ma 

zadziwiająco   jasne   wspomnienia.   Drake,   on   wiele   dokonał.   Ratował   życie   innych,   ryzykując 

własne. A ja w tym czasie paradowałam przed kamerami. Z nim wszystko stało się realne.

- Życzę ci szczęścia, Nichole.

Zaśmiała się.

- Dziękuję, Drake. Wiesz, cieszę się, że się nie załamałeś.

Pocałował ją.

- To szczęście być niezałamanym, pani.

- Zamówić drugie śniadanie?

- Dziękuję, dla mnie nie. Już jadłem.

- Usiądź przy mnie.

Maijstral wziął kartki faksu ze swego krzesła i wręczając je robotowi, od niechcenia rzucił 

na nie okiem.

- To jakaś sztuka?

Nichole przesłała mu ukradkowy uśmiech.

- Owszem. Porucznik Navarre uważa, że byłabym w tym dobra.

- A ma rację?

- To znakomita rola. Główna postać to manipulantka. Gra kilka silnych postaci, zmuszając 

inne osoby, by zachowywały się zgodnie z jej wolą.

- Podejmiesz się tego?

- Bohaterka nie jest już młoda. Gdy zacznie się grać role dojrzałe, nie można w zasadzie 

wrócić do grania podlotków.

- Ale zamierzasz nad tym pracować?

- Chyba  tak. - Przygryzła  dolną  wargę.  - Zastanawiam się, czy się do tego  nadaję. To 

wymaga szerokiego wachlarza umiejętności.

Maijstral chwycił jej dłoń i uścisnął.

- Odwagi.

Uśmiechnęła się blado.

- Tak, wiem, podejmę się. Ale jeśli nie masz nic przeciwko temu, trochę jeszcze odwlekę 

podjęcie decyzji. Nie chciałabym mieć poczucia, że potraktowałam to zbyt lekko.

- Ty sobie odwlekaj, a ja ci coś pokażę, jeśli pozwolisz. - Maijstral odsunął mankiety z 

nadgarstków, sięgnął do kieszeni i wyciągnął dwie małe krioniczne fiolki. Obrócił rękę w przegubie 

- pokazał Nichole wierzch dłoni i znów obrócił nadgarstek. W ręce miał tylko jedną fiolkę. Nichole 

skinęła głową z aprobatą.

- Świetnie — powiedziała.

background image

Maijstral powtórzył ten sam trik i obie fiolki pojawiły się w dłoni.

- Sądzisz, moja pani, że nauczyłabyś się tej sztuczki do wieczora?

Nichole patrzyła twardo.

- Maijstral, nie biorę udziału w żadnej konspiracji, przynajmniej, gdy nie wiem, o co chodzi. 

Nawet dla ciebie, Drake.

Zrobił w jej stronę ukłon - fiolki ukazały się i zniknęły między jego palcami.

- Oczywiście, powinnaś wiedzieć, moja pani - stwierdził. – Ale muszę cię ostrzec, byś 

niczego   nie   powtarzała   porucznikowi   Navarremu.   Gdyby   się   czegoś   domyślił,   będzie   musiał 

wyzwać na pojedynek połowę osób na balu. - Spojrzał na Nichole i uśmiechnął się, przewidując jej 

reakcję. Fiolki cały czas tańczyły między jego palcami. - Stawką jest Los Cywilizacji, ni mniej, ni 

więcej.

W sali balowej, w powietrzu, uroczyście sunęły ideogramy „szczęśliwej podróży" i „smutne 

pożegnanie"; nie zwracały uwagi na tańczące kule medialne. Na balkonie antygrawitacyjnym pod 

sufitem orkiestra grała muzykę odpowiednią dla tych, którzy się przechadzali i chcieli pokazać. Pod 

orkiestrą dwa wcielenia Elvisa wpadały sobie w melodię. Etienne stał w uroczystej purpurze, bębnił 

palcami   po   rękojeści   szpady   (wspomnienie   pojedynku)   i   ziewał   uprzejmie   w   twarze   swych 

admiratorów.   Nichole,   w   nieco   staromodnej   sukni   z   krynoliną,   odsłaniającej   wspaniałe   blade 

ramiona, z łatwością odpierała pytania na temat Drake'a Maijstrala.

Miejscowe sławy i politycy smażyli się w silnym świetle; kto nieśmiały, szukał zacisznych 

zakątków i unosił się nad wazami z ponczem; inni stali w grupkach twarzami do ściany - grupka 

Cesarskich   w   jednym   końcu   pokoju,   grupka   Konstelacji   w   drugim,   a   wszyscy   naburmuszeni, 

patrzący wilkiem, dreptali w miejscu.

Pośrodku   inne   towarzystwo:   Maijstral,   Gregor   i   Roman   patrzą   na   zewnątrz,   otwarci. 

Uśmiechają się - każdy ma swój własny powód.

-   Tak,   nie   potrzebuję   już   szkła,   niech   Cnotom   będą   dzięki.   Siniaki   zniknęły.   -   Ukrył 

ziewanie.

- Zauważyłem, że jest pan dziś uzbrojony. Został pan zmuszony do nowego pojedynku?

Spojrzał wilkiem.

- Nie mogę stawać. Nie rozmawiam o takich sprawach.

- Drake.

background image

- Nichole. - Powąchał ją delikatnie, ucałował w rękę. Kule tłoczyły się, by lepiej widzieć. 

Nichole mówiła półszeptem, ledwo poruszała wargami, ku rozpaczy tych, co czytali na wideo z 

ruchu warg.

-   Prosiłam   orkiestrę,   by   zagrali   Pielgrzymkę   do   Cynamonowej   Świątyni   z   dwukrotnie 

większą liczbą taktów. To powinno wystarczyć.

- Dziękuje, madame. Sądzę, że będzie znakomicie pasowało. — Zwrócił się do innych osób 

ze swego otoczenia. - Nichole, pozwól, że ci przedstawię swego asystenta, Romana.

- Cieszę się, że znów pana widzę. - Dla kamer. - Oczywiście, jesteśmy starymi przyjaciółmi.

Odgłosy wąchania.

- Jestem zaszczycony, madame. Wygląda pani zachwycająco.

- Dziękuję, Romanie. Dobrze wyglądasz.

- To miło, że pani zauważyła, madame.

- Nichole - powiedział Maijstral - to mój młodszy asystent, pan Gregor Norman.

- Panie Norman.

- Ach, jestem zachwycony, madame. - Gregor tak nagle stanął twarzą w twarz z kobietą — 

obiektem swych wieloletnich młodzieńczych westchnień, że rzucił się do przodu i chwycił jej rękę 

w   spoconą   dłoń.   Nichole   zrobiła   właściwy   ruch   ramieniem,   dzięki   czemu   uniknęła   dyslokacji 

łokcia. Na twarzy zachowała jednak spokojny uśmiech. Zwróciła się do Romana. Gregor mrugał, 

strzepując pot z powiek, i cicho przeklinał sam siebie.

- Mam nadzieję, że odwiedzi mnie pan przed wyjazdem. Może jutro rano?

Roman zwiesił język.

- Byłbym zachwycony, o ile pan Maijstral nie będzie mnie potrzebował.

Maijstral   uśmiechnął   się   pobłażliwie.   Zawsze   nieco   go   bawiło   wzajemne   przyciąganie 

Nichole i Romana.

- Oczywiście, możesz iść, Romanie - powiedział. - Zakładając, że dożyjemy jutrzejszego 

ranka.

- Ta Jensen jest tutaj.

- Widziałem ją, hrabino.

- Nie podoba mi się ten ostatni manewr, baronie. Wydaje mi się niezwykle skomplikowany.

- Maijstral chce nadal żyć tu, w Konstelacji. Cesarstwo nie opowiada się ani za, ani przeciw.

- Masz do niego zaufanie?

- Tak i nie. - Chwila wahania. - Wie, co się stanie, jeśli mnie rozczaruje.

background image

- Tak. - Głos hrabiny warczał satysfakcją. - To prawda. Jeśli się boi, jest naszym sługą. I 

tylko to się liczy.

- Cesarscy są tutaj.

- Wiem, Pietro. - Uśmiechnęła się. - Cesarscy, których czeka rozczarowanie. Mój ulubiony 

gatunek.

- Jesteś w dobrym nastroju.

- A dlaczego nie miałabym być? Wygraliśmy. A według stacji nadawczych Cesarski, który 

poległ, okazał się tym, którego chciałam widzieć umarłego. - Chwila zastanowienia. - Oczywiście 

nikomu nie życzę śmierci.

- Oczywiście. Rozumiem, co ma pani na myśli.

- A ten, który rzeczywiście był... w pewnym sensie miły... nadal żyje. - Uśmiechnęła się i 

wzięła go za rękę. - A gdy to wszystko się skończy, zaczniemy realizować własne plany.

- Porucznik Navarre?

- Tak. Pan... nie przypominam sobie, proszę pana...

- Kuusinen. Posłuszny sługa.

- Oczywiście. Musi mi pan wybaczyć.

- Ależ naturalnie. Ostatnie dni przyniosły tyle napięcia.

Navarre rozejrzał się niepewnie. Co chwila zerkał do tyłu, wypatrując niebezpieczeństwa, 

szalonych lalek machających magiczną różdżką czy innych tego typu postaci.

- Istotnie - powiedział.

- Czy wyjaśniło się, kto pana zaatakował?

- Okazuje się, że to dezerter z cesarskiej armii. Nikt nie wie, jak się tu dostał ani jakie miał 

zamiary. Jakiś szalony osobnik.

- Bez wątpienia. Nic nie wiadomo o jego współpracowniku?

- Współpracowniku?

- Jeśli ten dezerter był jednym z Romperów zamieszanych w porwanie panny Jensen, to 

miał partnera.

Navarre   znów   się   obejrzał.   Zobaczył   Nichole,   uśmiechnął   się   i   zrobiło   mu   się   cieplej. 

Odpowiedziała mu uśmiechem.

- Zastanawiałem się nad tym — rzekł. - Naturalnie, bezpieczeństwo jest tu znakomite.

- Oczywiście.

background image

- Mimo to. Cieszę się, że jestem na tej planecie tylko przez krótką chwilę.

- Panowie, do usług.

- Hrabia Quik. Pański sługa.

- Panna Nichole. Największa przyjemność widzenia pani.

- Dziękuję, hrabio. Zechce mi pan wybaczyć.

- Naturalniutko. - Zwrócił się do Romana i Maijstrala. - Rozejrzymy się?

Nichole   sięgnęła   do   krynoliny   prawą   ręką,   dotknęła   krionicznej   fiolki.   Dwa   razy 

przećwiczyła zamianę. Przechodząc, skinęła do Etienna. Ponownie zrobiła zamianę. Serce jej bilo 

szybciej niż zwykle; zastanawiała się, czy widać po niej zdenerwowanie. Nie była przyzwyczajona 

do występów, od których zależało życie.

Spojrzała   na   porucznika   Navarra   w   drugim   końcu   sali.   Był   dobrze   widoczny:   wysoki, 

miedzianoskóry, ubrany w żałobny płaszcz. Czuła, że on lepiej od niej sprawiłby się w takiej akcji 

— był przecież człowiekiem czynu. Rozmawiał z mężczyzną w płaszczu, który wydał się Nichole 

znajomy. Navarre obejrzał się, dostrzegł Nichole, skinął głową. Serce Nichole rosło.

Nichole dokonała podmiany bezbłędnie - najlepsza z dotychczasowych prób.

Uśmiechnęła się do Navarra i przeszła dalej, otoczona przez dryfujące srebrne kule.

Generał Gerald górował nad tłumem; potężny tors obwieszony miał medalami. Spojrzał 

surowo na Maijstrala i szybko powąchał jego kark. Maijstral również go powąchał, uszy zastrzygły 

do tyłu; zachowywał się oschle. Generał zwrócił się do Gregora.

- Jesteś gotów, młodzieńcze?

Gregor skłonił się; mankiety sięgnęły aż do podłogi.

- Do usług, generale.

Generał Gerald nachmurzył się. Choćby Gregor nie wiem jak się starał, w jego zachowaniu 

zawsze było coś niearystokratycznego.

- Przejdźmy gdzie indziej - warknął.

Hrabina   Anastazja   stała   bez   ruchu,   jak   rzeźba,   i   obserwowała   Romana   oczami   jak 

amoniakowy lód. Baron Sinn wywiesił język z satysfakcji.

- Zdecydowanie z cesarskiej linii.

W małym pomieszczeniu zadźwięczał melodyjny głos hrabiego Quika.

background image

- A więc satysfakcja?

- Tak, hrabio. - Baron Sinn dał fiolkę Romanowi, który wyciągnął z kieszeni dysruptor.

- Proszę odejść, panie baronie - powiedział i szybko przeprowadził sterylizację analizatora, 

zabijając wszystko, co zostało tu z Naisa CVI. Skłonił się baronowi. - Pański sługa.

Baron Sinn podniósł małą skórzaną torbę z gotówką.

- Zawsze pański - odparł.- Roman złożył pożegnalny ukłon.

- Spotkamy się ponownie, hrabio, jako Pielgrzymi do Cynamonowej Świątyni.

Roman i hrabia Quik odeszli. Hrabina wzięła barona za ramię.

- To zbyt skomplikowane - stwierdziła.

- Nie mamy wielkiego wyboru. Inne rozwiązania mogły zagrozić Cesarskiemu Reliktowi.

- A jednak trudno mi uwierzyć w tę cudowną podmianę.

- Wydaje się dość dobrze przemyślana.

-  Najprostsze   plany najłatwiej  realizować   -  oznajmiła  hrabina   w   nienagannym   wysoko-

khosalijskim.

- Racja - odparł baron, kręcąc z niesmakiem nosem na tę wymianę głębokich uwag. - Ale 

dobry gulasz wymaga wielu składników. - Poczuł, jak ręka hrabiny sztywnieje. Naprawdę uczę się, 

jak postępować z tą kobietą, pomyślał.

- Paavo Kuusinen, madame. Do usług.

- Panie Kuusinen, myśmy się chyba już spotkali.

- To bardzo uprzejme, że pani pamięta.

- Proszę się ze mną przejść. Porozmawiamy.

- Z rozkoszą, panno Nichole. - Włożyła mu lewą rękę pod prawe ramię. - Madame, czy 

mógłbym mieć zaszczyt towarzyszyć pani w Pielgrzymce.

- Proszę wybaczyć, ale taniec mam zajęty, panie Kuusinen. Może Kryształowy Liść?

- Jestem oczarowany. - Takt. - Madame, jak się wydaje, okazuje pani pewną nerwowość. 

Mógłbym pani w czymś pomóc?

Nichole zesztywniała.

- Czemu pan pyta, panie Kuusinen?

- Pani prawa dłoń, madame. Wybaczy pani, ale dostrzegłem, że nerwowo ściska coś pani w 

krynolinie.

Ręka   Nichole   drgnęła   w   krynolinie,   jakby   ukłuta.   Nichole   spojrzała   na   Kuusinena   i 

uspokoiła się.

background image

- To podarunek, panie Kuusinen. Wręczono mi go tuż przed przybyciem i nie zdążyłam go 

otworzyć. Najprawdopodobniej widać po mnie, że zżera mnie ciekawość.

- Rozumiem, madame. Mam nadzieję, że wybaczy mi pani impertynencję.

Znów na niego spojrzała - nie podobało jej się to, że twarz mężczyzny jest tak opanowana.

- Naturalnie, proszę pana - odparła i zaczęła się nad tym wszystkim zastanawiać.

- Panie Maijstral? - Pytanie skierowała unosząca się w powietrzu kula medialna. Głos był 

męski, khosalijski.

- Tak?

- Czy mógłbym spytać, z całkowitą delikatnością, o pańskie stosunki z panną Nichole?

- Jesteśmy starymi przyjaciółmi, proszę pana.

- A może czymś więcej? Spędził pan w jej towarzystwie trzy noce.

- Doprawdy?

- Czyżby pan twierdził, że tak nie było?

-   Pozwolę   sobie   zauważyć   -   „z   całkowitą   delikatnością",   używając   pańskiego 

sformułowania   -   że   pańskie   pytania   sugerują   znacznie   więcej   niż   moje   odpowiedzi.   -   Zerknął 

jednym   okiem   na   porucznika   Navarra.   -   Jeśli   pan   wybaczy,   muszę   teraz   opuścić   ten   bankiet 

delikatności. W drugim końcu pokoju widzę innego starego przyjaciela.

Kapitan Tartaglia w towarzystwie swych komandosów z wściekłością oglądał wideo. O 

czym ten dziennikarz trajkocze?

Dlaczego nie zada ważnego pytania o to, gdzie do diabła jest cesarskie nasienie. Gdybym 

tam był, pomyślał Tartaglia, ten Maijstral musiałby mi odpowiedzieć na parę pytań.

Przygryzając z wściekłości wargę, przeszukał wzrokiem tło, chcąc znaleźć Amalię Jensen i 

Pietra, ale dostrzegł tylko potężną sylwetkę tego zdrajcy, generała Geralda, maszerującego w drugi 

koniec sali. Zaproszenia na bal były wystawione na ich nazwiska i nikt z nich nie chciał mu oddać 

swojego zaproszenia.

Przeklęta niesubordynacja!

Czując   smak   krwi,   kapitan   Tartaglia   warczał   na   wideo.   Ktoś   za   to   zapłaci,   jeśli   plan 

Maijstrala jest tylko zwykłym trikiem.

background image

- Tak, to zdecydowanie materiał cesarski. - Amalia Jensen uśmiechnęła się.

- Za pani pozwoleniem, madame.

Gregor wyciągnął swój dysruptor, starannie wymierzył i wystrzelił trzy razy do analizatora. 

Urządzenie zaskwierczało i zamarło.

Wysoki generał Gerald, stojący za Gregorem, głośno zachichotał.

Na twarzy Pietra i Amalii pojawiły się uśmiechy.

- Wysterylizowany - powiedział Pietro. Podniósł torbę z pieniędzmi.

Gregor wyjął fiolkę z urządzenia.

- Cesarscy dostaną sterylną fiolkę. Wy, za te pieniądze, dostaniecie pozostały materiał. Aż 

do   rozpoczęcia   tańca   możecie   mnie   cały   czas   obserwować,   by   mieć   pewność,   że   wszystko 

przebiega zgodnie z planem.

- Będziemy obserwować, niech się pan nie obawia - potwierdziła Amalia Jensen.

- Pan Maijstral ma tańczyć w części korowodu dalekiej od dokonywanych transferów - 

oznajmił Gregor. - W jego pobliżu fiolki się nie pojawią. - Odchrząknął. - Zaproponowałem takie 

rozwiązanie. Sądziłem, że będzie wam to odpowiadać.

Maijstral i porucznik Navarre przechadzali się ramię w ramię wzdłuż sali balowej.

- Proszę nie zapominać, że oboje będziecie żyć pod wielką presją - powiedział Maijstral. - 

Cały czas obserwowani. Ciągła troska o bezpieczeństwo. Natrętne pytania.

Navarre skłonił uszy w kierunku dryfujących kul medialnych.

- Przyzwyczaję się do tego — powiedział i po raz pierwszy udało mu się stłumić odruchową 

chęć spojrzenia przez ramię do tyłu.

-   A   ja   tego   nie   potrafiłem,   poruczniku,   choć   miałem   pod   tym   względem   pewne 

doświadczenie, jeszcze nim spotkałem Nichole. Ale życzę panu więcej szczęścia.

-   Dziękuję,   proszę   pana.   Zważywszy   na   okoliczności,   okazał   pan   nadzwyczajną 

wspaniałomyślność.

Orkiestra zamilkła, goście tupali z uznaniem. Rozległy się trąbki. Formowano korowód do 

Cynamonowej Świątyni.

Maijstral wziął Nichole za ramię; wyczuł, że jest zdenerwowana. Uścisnął jej dłoń.

- Odwagi, madame. Mam pełną ufność.

- Boję się, Maijstral.

background image

- Wszystko ci się świetnie uda. O ile pamiętam, twoja trema kończy się zawsze wtedy, gdy 

orkiestra zaczyna grać uwerturę.

- Uwertura się skończyła, a ja nadal trzęsę się ze strachu.

W leniwych oczach Maijstrala zapłonęły zielone ogniki.

- Madame, taniec się zaczyna, a wraz z nim - komedia. Bo to jedynie komedia, nic więcej. 

Powinniśmy się bawić, a nie narzekać. - Pocałował ją w rękę i odprowadził na właściwe miejsce.

- Hrabia Quik. Do usługów.

- Salli Elrond, hrabio. Wczoraj widziałem pana w zoo. Wydawał się pan tam zadomowiony.

- Spędzam tam wiele czasu. Mówię w języku metanitów.

Milczenie.

- Naprawdę?

- Paavo Kuusinen, madame. Zaszczyci mnie pani?

- Amalia Jensen, proszę pana. Z przyjemnością.

- Pani posłuszny sługa.

- Pańska.

Kuusinen podskoczył.

- Pozwolę  sobie  zauważyć,  madame, że  sprawia  pani wrażenie osoby,  która  całkowicie 

odzyskała równowagę psychiczną po niemiłej przygodzie.

- Owszem, odzyskałam. Dziękuję.

- To na pewno nie było przyjemne najpierw być zakładnikiem, a potem stać się obiektem 

powszechnej ciekawości.

- Jestem tylko chwilową sensacją, panie Kuusinen. Przyjdą inne sensacyjne wydarzenia, a ja 

popadnę w błogie zapomnienie.

- Mam wrażenie, że cieszyło panią to spotkanie ze sławą.

- Cieszę się, proszę pana, ale chyba nie z tego powodu.

- Baron Sinn.

- Jestem zaszczycony, baronie. Althegn Wohl.

-   Panie   Wohl,   dostałem   właśnie   torbę   należącą   do   pana   Maijstrala.   Czy   mógłby   pan 

przekazać ją dalej wzdłuż korowodu?

background image

- Aha. Oczywiście, proszę pana.

- Jestem panu zobowiązany.

- Miło cię widzieć, Etienne.

- Twój sługa, Maijstral. Jak zwykle.

- Peleng nie przypadł ci do gustu. Wyrazy współczucia.

Etienne  tańczył  gorliwie, jedną  ręką przytrzymując  miecz,  by broń nie uderzała  innych 

tancerzy.

- Dziękuję za wyrazy współczucia, Maijstral. Choć może trzymasz coś w rezerwie. Po balu 

wyjeżdżam   na   Nanę.   -   Zamrugał.   -   Och,   przepraszam,   Maijstral.   Zapomniałem,   że   się   tam 

urodziłeś.

Maijstral przechylił głowę, zmarszczył czoło.

- Wiesz, co chyba to szkło ci jednak pasuje.

Etienne podkręcił wąsa.

- Naprawdę tak sądzisz?

- Pani sługa, panno Jensen.

- Czy mógłby mi pan wyświadczyć drobną przysługę?

- Oczywiście, madame.

- Znalazłam torbę należącą do pana Drake'a Maijstrala. Czy mógłby ją pan podać dalej w 

jego kierunku? Na pewno się o nią niepokoi.

- Hrabia Quik.

- Elvis Presley. Z Gracelandu.

- To dla mnie zaszczyt, proszę pana. Mam nadzieję, że niedługo odwiedzę Memphis.

Sierżant Tvi obserwowała taniec, leżąc przed wideo na pożyczonej kanapie. Ciepły, maślany 

zapach rogalików wypełniał pokój; jedząc, otrzepała z palców żółty barwnik. Jak na razie życie nie 

było takie złe. Tvi miała na sobie zrabowaną biżuterię, a później tego samego wieczoru (nim bal się 

skończy) zamierzała wyjść na następne łowy.

background image

Obecnie miała tylko jeden problem - nie mogła opuścić planety; nie śmiała korzystać ze 

swego   cesarskiego   paszportu,   a   nie   znała   nikogo   na   planecie,   kto   mógłby   wydać   jej   nowy 

dokument.

Niestety, jej trening nie obejmował fałszerstwa - gdy była w Tajnych Dragonach, cesarskie 

konsulaty mogły dostarczyć jej w dowolnej chwili doskonałe autentyczne dokumenty.

Tvi zobaczyła, jak baron Sinn przesuwa się wzdłuż korowodu z hrabiną Anastazją przy 

boku.   Na   ten   widok   Tvi   położyła   płasko   uszy.   Wycelowała   w   tych   dwoje   wyimaginowany 

rozpylacz.

- Pach! - Prosto w sztywne plecy hrabiny.

Kule medialne przesunęły się wzdłuż korowodu mniej więcej do centrum, gdzie tańczyli 

Nichole i Maijstral. Tvi zauważyła Amalię Jensen w towarzystwie niskiego mężczyzny w płaszczu 

w stylu Cesarstwa - przesuwali się wzdłuż korowodu. Uszy Tvi pochyliły się do przodu. Może tu 

jest rozwiązanie.

- Powiedziano mi, że ta torba należy do pana Maijstrala. Czy mógłby pan mu ją przekazać?

- Jestem asystentem pana Maijstrala, madame. Niech się upewnię, czy to ta sama torba, 

którą zgubił.

Roman otworzył torbę i zobaczył gotówkę. Zamknął torbę.

- Rzeczywiście, zgubiliśmy to, madame. Dziękujemy za zwrot.

Rzucił okiem wzdłuż korowodu i pochwycił spojrzenie Maijstrala.

- Generał Gerald.

- Hrabina Anastazja.

Zapanowało chłodne milczenie.

- Gregor Norman, madame.

- Do usług, panie. Jak powiedziałam... właśnie otrzymałam torbę, powiedziano mi, że należy 

do pana Maijstrala. Czy mógłby ją pan przekazać w jego kierunku.

- Czemu nie? Proszę ją podać.

Chwilowa   partnerka   Gregora   była   przerażona,   widząc,   jak   Gregor   przeszukuje   torbę   i 

szybko stwierdza, że istotnie, jest tam w przybliżeniu odpowiednia ilość gotówki. Spojrzał wzdłuż 

korowodu, dostrzegł Maijstrala, skinął mu.

Partnerka Gregora odchyliła uszy do przodu, odsłoniła zęby.

Mało, że to było plebejskie - to było plugawe!

background image

Paavo Kuusinen otrzymał torbę i pomacał ją, nim przekazał dalej. Na twarz wypełzł mu 

uśmiech.

- Z pewnością mają bardzo aktywną wyobraźnię.

- Pewnie. 

-   Mam   teorie.   Może   tylko   arystokratyczny  dyletant   może   dojść   do   czegoś   takiego,   ale 

pozwolę sobie sformułować pewną myśl...

- Do usług, panie Quijano.

- Dziękuje, generale Gerald. Zawsze pański.

- Wkrótce wszystko się skończy, młodzieńcze.

- Tak. Panna Jensen zostanie oswobodzona,  gdy kapitan Tartaglia wyprowadzi się z jej 

domu.

- Powinna była go wyrzucić.

- Łatwiej by jej było, gdyby poszukała schronienia u mnie.

Generał uniósł brew.

- Tak?

Pietro zaczerwienił się.

- Planowaliśmy wspólną przyszłość.

Generał Gerald uśmiechnął się. Jego twarz nie nawykła do takiej miny i rezultat był bardziej 

przerażający, niż gdyby generał pokraśniał i zaczął wrzeszczeć.

- Życzę wam szczęścia, młodzieńcze. Uważam, że dobrze do siebie pasujecie.

Pietro, lekko sparaliżowany miną generała, dopiero po pewnym czasie zareagował na jego 

słowa.

- Och, dziękuję, proszę pana. Jestem pewien, że będziemy razem szczęśliwi.

- Proszę pana. Natknąłem się na ten... obiekt... który chyba wypadł z kieszeni baronowi 

Sinnowi. Czy nie sprawiłoby panu trudności przekazanie go baronowi?

- Nie uwierzą, że my istniejemy?

-   Jesteśmy,   że   tak   powiem,   produktem   wyobraźni,   ich   podświadomości.   To   są   moje 

podejrzenia.

- Nie przychodzi mi na... myśl... nic, co by przeczyło takiej interpretacji.

background image

- Jeśli to prawda, uzyskalibyśmy jasną wiedzę, co do ich psychologii.

Maijstral  był  zajęty:  tańczył  wokół Nichole i patrzył  wzdłuż tanecznego korowodu,  jak 

przesuwają się torby i fiolki. Od pewnego czasu docierał do niego wysoki, dźwięczny głos; nagle 

go rozpoznał i spojrzał w lewo na niską postać o owalnej głowie. Hrabia Quik.

Hrabia wyrażał się jasno w ludzkim standardowym. A zatem jego zwykły sposób mówienia 

to czysta arystokratyczna afektacja, pomyślał Maijstral.

Nieco zdziwiony, omal nie pomylił kroku. Odnalazł rytm i tańczył dalej.

Tartaglia był wściekły.

- Widzisz to? Co się tu do diabła dzieje?

- Może powinniśmy zmienić kanał, kapitanie.

- Pilnuj swego cholernego nosa.

- Wydaje mi się, że powinien pan tu zawrócić, proszę pana.

- Och, dziękuję, madame.

Gregor   zacisnął   zęby,   wetknął   skórzaną   torbę   pod   pachę   i   zanurkował   pod   ramieniem 

partnerki na swe właściwe miejsce. Jego szereg zrobił dwa kroki bez niego i gdy Gregor go dogonił, 

korowód znów przesunął się do przodu. Gregor wytarł pot z twarzy, rozmazując rękawem makijaż.

Przeklęty taniec! Gregor nigdy nie miał czasu, by się go nauczyć.

Teraz   wreszcie   mógł   przez   chwilę   postać   spokojnie,   a   trzecia   para   wykonywała   pasaż. 

Odliczając   w   umyśle   osiem   taktów,   sięgnął   do   kieszeni   i   wyjął   sterylną   fiolkę.   Na   ósmy  takt 

odwrócił się i stanął obok nowego przelotnego partnera - Tanauera z prince-nez o przydymionych 

soczewkach. Wtedy odsłonił mu się widok na twarz ładnej dziewczyny, która miała stać się jego 

partnerką za czterdzieści osiem taktów; Gregor mrugnął do niej.

Wydawała się zdziwiona. Gregor i Tanauer zakończyli ten fragment tańca tyłem do siebie i 

rozpoczęli osiem kroków bokiem.

- Proszę pana - powiedział, wyjmując fiolkę. - Właśnie podniosłem coś, co należy do panny 

Jensen. Może powinniśmy to oddać. Czy mógłby mi pan wyświadczyć przysługę i przekazać to 

wzdłuż korowodu.

Błony   mrużne   Tanauera   zamknęły   się,   co,   zważywszy   na   przydymione   szkła,   dało 

dziwaczny efekt.

- Zgoda, dziwna młoda osobo - powiedział i wziął fiolkę.

Gregor skoczył do tyłu, do swej stałej partnerki; mrugał, usuwając z powiek pot. Dzięki 

Bogu, już po wszystkim.

background image

Paavo Kuusinen spojrzał po korowodzie i zobaczył, że coś się przesuwa w jego kierunku. 

Podniósł wzrok - zobaczył przedmiot zmierzający w jego stronę.

Wyobraził   sobie   kilka   figur   naprzód   i   przeprowadził   szybkie   obliczenia.   Zagiął   ramię 

tańczącego obok Khosalikha i okręcił go.

- Niech pan poczeka. To jest następna figura.

- Nie, proszę pana. Teraz.

- Panie! — Głos był bolesny. Kuusinen właśnie zmienił sekwencję kroków. Khosalikłi i 

Kuusinen zmienili przed chwilą partnerów.

Amalia Jensen spojrzała na niego zaskoczona, gdy taniec ją porwał.

- Baron Sinn.

- Generał Gerald.

Pożerał go wzrokiem.

- Niech pan teraz próbuje zaprzeczyć, że jest pan szpiegiem.

Baron zachował spokój.

- Jako szlachcic, prywatnie usiłuję służyć swemu Cesarstwu.

Ha!   -   pomyślał   generał.   Sądzisz,   że   dostaniemy  prawdziwy  artefakt   i   że   nas   oszukasz, 

sugerując nam, że twój jest wysterylizowany, podczas gdy nie jest. Ale ja widziałem, jak nasienie 

było sterylizowane, i wiem, że dostaniesz tylko małe, nieznaczące zwoje martwego białka. Właśnie 

tak. Ha!

Przez tę intrygę serce bolało generała, ale wiedział jedno: to było lepsze niż zniszczenie 

cesarskiej floty. Dostarczyło mu więcej osobistej satysfakcji.

- Navarre kończy tu swe interesy. Za pięć dni ma się odbyć licytacja posiadłości.

- Rozumiem.

- Mam jeszcze jeden postój na trasie, a potem jadę przemodelować sobie stopy. Spotkamy 

się na Fantome i poczynimy ustalenia w sprawie sztuki.

Tańczył wokół niej.

- Może uda mi się przybyć na premierę.

- Mógłbyś się nieźle obłowić, Drake. Ale czy potrafisz dobrze imitować złamane serce? 

Będziesz musiał, wiesz o tym.

- Przypuszczam, że zdobędę się na parę łez - odparł zamyślony.

background image

- Powinieneś zdobyć się na coś więcej. Przecież miałeś nawiązać ze mną namiętny romans, 

a ja tymczasem miałam się zakochać w przystojnym poruczniku. Obecność na premierze byłaby 

zbyt dla ciebie bolesna.

Maijstral zastanawiał się nad tym; Nichole okrążała go w tańcu.

- Może masz rację. Nie wystarczy zwykły pokaz męskiej rozpaczy.

- Szkoda, że nie możemy powiedzieć prawdy. Publiczność byłaby wściekła, odkrywszy, że 

udawaliśmy romans, by przeprowadzić nasze intrygi  - fani Diademu nalegają, koniecznie chcą 

autentycznych iluzji, i mogą się zemścić za to, że ich oszukaliśmy.

Maijstral wspomniał swoją decyzję sprzed czterech lat, by nie wstępować do Diademu. Nie 

mam, czego żałować, pomyślał.

- Będę musiał pocieszyć się nagraniami - stwierdził.

- Prześlę ci nagranie, jeśli moja rola dobrze wypadnie. Jeśli okaże się okropna, zniszczę 

wszystkie kopie.

Maijstral uśmiechnął się.

-  Postaram  się,  by jednak  nagrania  dotarły,   madame.  - Odwrócił  się  w  lewo -  Nichole 

patrzyła   w   drugą   stronę.   On   i   Nichole   mieli   przez   chwilę   tańczyć   osobno.   Teraz   następował 

fragment marsza.

- Panie Kuusinen, znowu się spotykamy.

- Nichole, zawsze wierny pani sługa.

Kuusinen był jej nowym przelotnym partnerem. Zupełnie nie ufała temu człowiekowi. A 

teraz nie podobał jej się jego uśmiech.

- Do usług, panno Jensen.

- Generał Gerald.

- Ten pani Pietro Quijano mówi mi, że wstępujecie do Pionierów. Pozwolę sobie złożyć 

gratulacje. W dzisiejszych czasach niewielu chce podjąć ciężki trud kolonizacji.

- Dziękuję, generale.

- Ojciec byłby z pani dumny.

Uśmiech rozjaśnił twarz Amalii.

- Generale, sądzę, że ma pan rację.

background image

Maijstral spodziewał się kolejnego ataku strachów z dzieciństwa, ale był mile zdziwiony, 

gdy serce nawet mu nie drgnęło na widok hrabiny Anastazji. To raczej po hrabinie widać było 

konsternację - stała nieustępliwa, plecy odchyliła sztywne, jak jarzmo.

Spojrzała na Maijstrala oczami jak okruchy diamentów.

- Jak mogłeś?

Jak   mogłem,   co?   -   pomyślał   Maijstral.   Zdemolować   jej   dom,   zastrzelić   służących, 

oswobodzić porwaną, wszystkich oszukać?

- Przepraszam, mamo - powiedział. - Wiesz, okoliczności mnie zmusiły.

Wypadek nie zdarzył się z winy Nichole. Plan wymagał trzech fiolek - Maijstral nie chciał 

zdać się na przypadek, że Nichole otrzyma dwie fiolki równocześnie. Wykazał ostrożność, ale 

również popełnił błąd.

Najpierw przybyły żywe kultury — przywędrowały wzdłuż korowodu w kierunku Amalii 

Jensen. Nichole uśmiechnęła się, przejęła fiolkę lewą dłonią; prawą przesądnie dotykała krynoliny, 

gdzie czekała druga kultura; ale to nie była jeszcze zamiana - Nichole musiała wyciągnąć prawą 

dłoń do Kuusinena, dotknąć palców i obejść go. Potem skoczyć i wszystko jeszcze raz powtórzyć.

Pod   koniec   tej   sekwencji   odwróciła   się   w   prawo   -   miała   teraz   poprosić   swego 

tymczasowego partnera o przekazanie fiolki. Jednak ten nowy partner - zdezorientowany starszy 

Khosalikh o nadmiernej liczbie pierścieni na pysku - przed chwilą otrzymał fiolkę ze sterylnym 

materiałem, którą teraz podawał Nichole.

Ręce się splątały, fiolki się zderzyły, Khosalikh się potknął, fiolki brzęknęły i upadły na 

podłogę. Nichole ogarnęło przerażenie.

Paavo Kuusinen uważnie obserwował przedmioty, które wypadły z rąk Nichole, i dostrzegł 

na jej twarzy przerażenie. Wydawało się, że czas się zatrzymał.

Maijstral dostrzegł ruch kątem oka i zamarł w połowie tanecznego kroku. Hrabina padła nań 

i zatopiła mu obcas w stopie. Nie czuł bólu.

Pietro Quijano, tańcząc w korowodzie, był zdziwiony - mógłby przysiąc, że widział, jak 

fiolka pada na podłogę.

Baron  Sinn widział  to zdarzenie  z bliska  i odsłonił  zęby.  Na ten  widok jego partnerka 

cofnęła się przerażona.

Po korowodzie rozchodziło się wrażenie katastrofy. Tylko nieliczni wiedzieli, o co chodzi, 

ale wszyscy zdawali sobie sprawę, że coś się nie udało; taniec utracił rytm, gdy ludzie po kolei 

wyciągali szyje w prawo i w lewo. Kule medialne pikowały to na lewo, to na prawo, by odkryć 

przyczynę zamieszania.

background image

Stary   Khosalikh,   mamrocząc   usprawiedliwienia,   skłonił   się,   podniósł   fiolkę   i   spojrzał 

zdziwiony: wyglądała identycznie jak ta, którą przed chwilą trzymał w dłoni. Ale czy była to ta 

sama fiolka?

Maijstral stał bez ruchu - wyobrażał sobie hrabinę z karabinem, Amalię Jensen z karabinem, 

Cesarską Piechotę Morską i Konstelacyjne Oddziały Śmierci, wszystkich z karabinami. Hrabina 

zionęła w niego obelgami, oskarżała go, że jest niewdzięcznikiem, łajdakiem, fuszerem i w ogóle 

nie jest jej synem.

Chciałby, żeby przynajmniej to ostatnie było prawdą.

Paavo Kuusinen zrobił krok do przodu.

- Proszę mi wybaczyć, madame. - Schylił się i podniósł fiolkę spod nóg Nichole. - Właśnie 

ta należy do pana - powiedział.

Stary Khosalikh patrzył to na jedną fiolkę, to na drugą.

- Naprawdę?

Nichole patrzyła to na jedną fiolkę, to na drugą, uświadamiając sobie, że nadszedł czas 

decyzji.   Sięgnęła   ręką   do   krynoliny   i   wyjęła   ukrytą   fiolkę.   Odebrała   fiolkę   Kuusinenowi, 

bezbłędnie dokonała zamiany i podmieniony materiał przekazała na lewo.

- Dla barona Sinna - powiedziała.

Cesarska Piechota Morska zblakła w umyśle Maijstrala.

Nichole spojrzała na starego dżentelmena - ten ciągle przyglądał się fiolce. Nichole ujęła 

jego rękę i pomogła mu się obrócić.

- To należy do panny Jensen - powiedziała. - Proszę przekazać fiolkę w tamtą stronę.

Oddziały Śmierci stawały się przezroczyste.

Ludzie przypominali sobie swoją rolę w tańcu. Stopniowo korowód się porządkował.

- Sądzę, że w tym miejscu powinien się pan odwrócić - powiedział Gregor.

- Och, niewątpliwie ma pan rację. Dziękuję.

Gregor uśmiechnął się z satysfakcją. Przynajmniej pamiętał swą rolę.

Pietro   przygryzł   wargę,   operując   drugim   odbiornikiem.   Słyszał   szmer   tłumu,   gdy   po 

zakończonym tańcu wszyscy tłoczyli się przy bufecie.

Odbiornik zadzwonił. Ulga zalała umysł Pietra. Spojrzał na Amalię i uśmiechnął się.

- To żywa kultura. Teraz mamy pewność, że sterylne fiolki powędrowały w przeciwnym 

kierunku.

- To zbyt skomplikowane. Wiedziałem, że się nie uda.

Światełka mrugnęły na odbiorniku. Baron Sinn obrócił ekran w stronę hrabiny Anastazji.

- Nie ma wątpliwości, hrabino, to Cesarski Artefakt.

W umyśle hrabiny wrzasnęło przerażenie.

background image

- Zatem Maijstralowi udała się podmiana.

- Najwyraźniej.

Musiała się przyznać do porażki. Wyprostowała ramiona.

- Niech żyje Pendjalli - powiedziała. Jej głos brzmiał jak sygnał trąbki - był nieco stłumiony, 

lecz szczery.

- Niech żyje cesarska linia - wtórował jej baron Sinn tonem pełnym czci.

Włożył fiolkę do kieszeni i podał ramię hrabinie.

- Hrabino, chyba czas już iść.

Ponieważ okazało się, że nie mogłem postąpić inaczej, pomyślał Maijstral. Nie podejrzewał 

się o takie skrupuły. Choć nie zamierzał żyć w Cesarstwie i nie chciał mieć nad sobą Cesarza, nie 

potrafił z zimną krwią skazać cesarskiej linii na wymarcie - tyle przecież znaczyła dla miliardów 

ludzi. Jeśli stanowiło to potencjalne zagrożenie dla Ludzkiej Konstelacji - co wcale nie było pewne 

- zagrożenie należy odeprzeć wtedy, gdy się realnie pojawi. Maijstral nie rościł sobie prawa do 

zniszczenia liczącej wiele tysięcy lat cywilizacji tylko, dlatego, że istniała mglista szansa, iż być 

może kiedyś-tam wybuchnie konflikt.

A ponadto ruch należał do Cesarza.

Baron   Sinn   zapewnił   Maijstrala,   że   sprawa   zostanie   załatwiona   delikatnie;   w   dalekich 

rejonach świata poszuka się konkubin z dobrych rodzin. Przez wiele lat żadna z nich nie zostanie 

zapłodniona; żadnego z następców tronu nie ujawni się przez dziesięciolecia. Gdyby przedstawiono 

ich publicznie, powstałyby plotki, że jeden z pozostałych dwóch artefaktów został odkryty lub, że 

Pendjalli, wbrew tradycji, sklonowali potajemnie biednego Nnisa i nie chcą się do tego przyznać.

Zakończenie jak w starym romansidle: nieznany następca tronu wychowany gdzieś daleko 

przez przybranych rodziców zostaje kolejnym Pendjalli; zaskoczenie i dla niego, i dla wszystkich 

innych. I cała ta historia wydarzy się z powodu dziwnych skrupułów pewnego złodzieja. Serce 

Maijstrala rosło, gdy sobie o tym pomyślał. 

Czyżbym stawał się sentymentalny? - zadawał sobie pytanie. - Sam nie wiem.

- Proszę pana?

Maijstral  odwrócił się do kuli wiszącej na wysokości jego torsu. Kula mówiła ludzkim 

głosem.

- Pani? - odparł.

- Podczas pielgrzymki toczyła się jakaś gra, ludzie przekazywali sobie jakieś przedmioty. 

Czy wie pan, o co w tym wszystkim chodziło?

Maijstral wzruszył ramionami.

background image

- Mnie nic nie przekazano - powiedział. - Może należy pytać kogoś innego.

- Czy będzie pan towarzyszył Nichole podczas dalszego tournee?

Maijstral przypomniał sobie, że powinien demonstrować objawy złamanego serca.

- To jeszcze nie zostało ustalone - rzekł. - Wydarzenia nas zaskoczyły.

Tym dwuznacznym stwierdzeniem zakończył wywiad.

Paavo Kuusinen, z uśmiechem na twarzy, przez nikogo niezauważony, wymknął się z sali.

Jego pobyt na Peleng okazał się dość owocny. Kuusinen będzie mógł wiele opowiedzieć 

swemu pracodawcy.

Wiedział, że jeszcze się spotka z Maijstralem.

 

background image

ROZDZIAŁ I3

Kapitan Tartaglia starannie wycelował z dysruptora.

- Gotów. Cel. Pal! - zawołał.

Palce   zacisnęły  się   na   spuście.   Cicha,   niewidzialna   energia   rozlała   się   w   ciemności   na 

podwórku Amalii Jensen.

Gdzieś w ciemności zawołał nocny ptak.

- Przerwać ogień - rozkazał Tartaglia i spojrzał na małą fiolkę opartą na krześle.

Fiolka nie uległa żadnej widocznej zmianie. Tartaglia był rozczarowany. Zniszczyłem cię, ty 

nieczłowieczy śmieciu, pomyślał, ale nie przyniosło mu to pociechy.

Amalia Jensen wetknęła pistolet do kabury. Poklepała się po kieszeni, w której spoczywał 

licznik kredytów Tartaglii. Jutro będzie mogła spłacić swoje długi.

- Za dwie godziny odlatuje prom do stacji - powiedziała. - Pan i pana ludzie macie całkiem 

sporo czasu na zarezerwowanie sobie przelotu.

- Dwie godziny?

- Wystarczy, nie sądzi pan? - Amalia wzięła fiolkę z krzesła i trzymała ją w świetle gwiazd. - 

Chyba   zatrzymam   ją   sobie   na   pamiątkę.   -   Włożyła   fiolkę   do   kieszeni,   a   gdy   dostrzegła 

nachmurzoną minę kapitana, dodała: - Zasługuję na to. To przecież ja zostałam porwana.

Tartaglia ustąpił.

- Skoro pani nalega. 

Przyszło mu na myśl, że mimo to przedstawi przełożonym znakomity raport i może się 

spodziewać pochwał i awansu. Silna Ręka, pomyślał, idzie do góry.

Amalia wyjęła kopertę i wręczyła ją Tartaglii.

- Występuję z Rozkwitu Ludzkości - oznajmiła. - Oto rezygnacja. Moja i pana Quijano.

- No, cóż, czego można oczekiwać po osobach bojaźliwych?

- Bojaźliwych? Wstępujemy do Korpusu Pionierów, kapitanie. Już dawno powinniśmy to 

zrobić.

Tartaglia wmawiał sobie, że niewiele go to obchodzi i że powinien myśleć o spodziewanych 

pochwałach i awansie. Czemuś go to jednak nie emocjonowało.

Wydał rozkazy swoim oddziałom - miały się pakować i zmierzać na prom.

background image

Melodia „Zegnajcie, towarzysze, żegnajcie" unosiła się nad tarasem. Maijstral zaczerpnął 

chłodnego powietrza. Podliczał swe zyski. Lord Giddon zostanie usatysfakcjonowany, diamentowy 

pierścień - odzyskany, i jeszcze sporo pozostanie na długoterminowe inwestycje. Zakładając, że nie 

pojawią się jacyś nowi lordowie Giddon.

- Roman, widziałeś Gregora?

- Chyba nawiązał znajomość z jedną z młódek hrabiny Tank.

- Czyli dziś wieczór widzimy go po raz ostatni.

Maijstral patrzył pogodnie na swego służącego. Wszystko świetnie się układało.

- Roman, uważam, że dobrze nam dziś poszło.

- Owszem, proszę pana.

-   Przypuszczam,   że   za   nasz   końcowy   sukces   powinniśmy   podziękować   panu   Kuu... 

Kuusinenowi, prawda?

- Też tak sądzę, proszę pana.

Maijstral nachmurzył się.

- Chciałbym mu podziękować osobiście, ale chyba nadal powinienem się trzymać od tego z 

daleka. Nie ma powodu, by mnie łączył z tą sprawą.

- Żadnego, proszę pana.

Maijstral odwrócił się, słysząc kroki - na taras wyszedł Etienne z młodą damą pod ramię. 

Wokół oka błysnęło złoto.

- Widzę, że przywróciłeś szkło.

- Tak, Maijstral. Myślę, że mi to pasuje.

- Rzeczywiście.

Etienne zwrócił się do damy:

- Szkło to efekt zdarzenia z Pearl Woman. Przypuszczam, że słyszała pani o tym?

- Tak, proszę pana. Chyba kilkanaście razy widziałam nagranie. Cały czas miałam serce w 

gardle. Śmiertelnie się o pana bałam.

Etienne uśmiechnął się. Maijstral podszedł do niego.

- Mam nadzieję, że nam wybaczysz?

- Naturalnie, Maijstral. Niech mi pan życzy powodzenia na Nanie.

Maijstral powąchał policzek Etienna - dziobnął go przy tym jego prawy wąs. Wrócił do sali 

balowej, za nim Roman; kilku tancerzy wirowało jeszcze w rytm ostatniej melodii, reszta powoli 

wychodziła. Maijstral obserwował Nichole, idącą pod rękę z porucznikiem Navarrem, i pamiętał, 

żeby westchnąć.

Czas zająć się swym złamanym sercem, pomyślał.

background image

- Kto to? - zawołała Amalia z kuchni, gdzie nadzorowała nowego robota, który sprzątał 

zastawę i kieliszki, używane podczas pobytu komandosów Tartaglii.

Pietro poprosił pokój, by mu pokazał hologram osoby znajdującej się na dachu. Zmrużył 

oczy, patrząc na jasny obraz w pełnym świetle dnia.

- Nie poznaję jej. Mała Khosalikh w Jeffersonie-Singhu. Ma na sobie mnóstwo biżuterii.

- Naprawdę?! - wykrzyknęła Amalia. Pietro był zaskoczony radością w jej głosie. Wysunęła 

głowę z kuchni, by przyjrzeć się uważnie hologramowi. - Wyjdę jej na spotkanie - stwierdziła.

- Czy ja ją znam?

- Później ci powiem. To długa historia.

Amalia weszła do windy antygrawitacyjnej i wzniosła się na dach. Osłoniła oczy dłonią 

przed porannym słońcem. Nie miała jeszcze całkowitej pewności.

- Czym mogę służyć? - spytała.

Khosalikh zawahała się.

- Może mnie pani nie poznaje. Nazywam się Tvi. 

Serce Amalii napełniło się radością.

- Poznaję twój głos.

Tvi zwiesiła język, gdy Amalia ją obejmowała.

- Nie byłam pewna, jak mnie pani przyjmie.

- Politykę odłóżmy na później. Zapraszam cię na śniadanie.

- Wspaniale, panno Jensen. - Tvi uniosła papierową torebkę. - Kupiłam kilka rogalików.

- Po tym wszystkim, co razem przeszłyśmy, mów mi: Amalio.

Zapach uprzęży i smaru wdarł się w nozdrza generała Geralda, lekki żal napełnił mu umysł. 

Generał rozmontował już zbroję i teraz układał ją w skrzyni.

Był pewien, że Maijstral nie przyjdzie i nie rozegra się wspaniała, wyczekiwana bitwa.

Nie ma powodu do rozczarowania, pomyślał. Oddał szczególną usługę Konstelacji i choć 

jego rola nigdy nie zostanie upubliczniona, ma satysfakcję, że dobrze wykonał zadanie i że jego 

długą karierę ukoronował ostami wspaniały plan.

Szkoda tylko, że tak niewiele było przy tym przemocy.

background image

Pietro dopiero teraz uświadomił sobie, kim jest Tvi.

- To jedna z twoich porywaczek?

- Tak. - Amalia uśmiechnęła się. - Ta miła.

- Miła? - Dłonie Pietra zacisnęły się w pięści. - Trzymała cię jako zakładniczkę!

- Wykonywałam tylko swoje zadanie, panie Quijano. – Tvi oblizała palce z dżemu. - Zwykle 

gardzę przemocą, ale tak się złożyło, że potrzebowałam tej pracy.

-   „Potrzebowałam   tej   pracy".   -   Pietro   powtórzył   jej   słowa,   jakby   nie   rozumiejąc   ich 

znaczenia. Pokręcił głową. - A teraz... - wskazał widelcem na Tvi - ...teraz proponujesz pannie 

Jensen...   -   widelec   obrócił   się   w   kierunku   Amalii   -   ...pannie   Jensen,   byłej   ofierze,   żeby 

współdziałała w twoich przyszłych przestępstwach.

Tvi zastanawiała się przez chwilę nad tym, co powiedział.

- Tak jest, panie Quijano.

- A była ofiara... - Amalia uśmiechnęła się - zamierza przyjąć tę propozycję.

- Amalio!

- A czemuż by nie? Tvi chce zostać Licencjonowanym Włamywaczem, i nic na to nie 

poradzimy. Ponieważ zamierza kraść, czemuż nie miałabym zostać jej agentką do spraw negocjacji 

z   firmami   ubezpieczeniowymi   i   pobierać   dziesięciu   procent   od   sprzedaży   zrabowanych 

przedmiotów? Zwłaszcza, że mam świeże doświadczenia w tego typu negocjacjach.

- „Czemuż nie?". - Pietro nic z tego nie rozumiał. - „Czemuż nie?". - Palcami kruszył 

kawałki   rogalika.   -   O   ile   sobie   przypominam,   poprzednio   twierdziłaś,   że   Licencjonowani 

Włamywacze to żałosna pozostałość dekadenckiej kultury Cesarstwa,  a kradzieże powinny być 

bezwzględnie zabronione i karane więzieniem.

Amalia spojrzała na Tvi.

- Będąc zakładnikiem, poszerzyłam swoje doświadczenie - wyjaśniła. - W każdym razie 

będę pracowała dla Tvi, aż uda jej się ukraść odpowiedni dokument i opuścić Peleng. Ponadto - 

dodała rzeczowo - to nie ja namawiam ją do kradzieży.

- Sofistyka, Amalio.

- I jeszcze, jeśli mam wstąpić do Pionierów, muszę wyleczyć epilepsję i równie dobrze 

mogę to finansować z procederu Tvi.

- Widzę, że zdanie narzeczonego się tu nie liczy – stwierdził Pietro.

Amalia położyła mu dłoń na ręce.

-   Raczej   nie,   kochanie.   Moja   przyjaźń   z   Tvi   jest   wcześniejsza   od   naszych   ostatnich... 

ustaleń.

Pietro westchnął.

background image

- Przyjaźń - powtórzył zrezygnowany. - Ustalenia. – Doszedł do wniosku, że nic więcej nie 

potrafi dodać na ten temat. Szczęście rodzinne to głównie kwestia kompromisu, pomyślał rozsądnie 

i sięgnął po kolejnego rogalika.

Rozpłynął mu się na języku smakiem nowego świata.

Maijstral ucałował dłoń Nichole.

- Sądzę, że moje serce zostało ostatecznie złamane.

Nichole uśmiechnęła się.

- Obawiam się, że tak. - Poklepała miejsce obok siebie. - Chodź, usiądź przy mnie.

Maijstral spojrzał w kierunku salonu i usiadł. Przez okna wlewało się poranne światło.

- A porucznik Navarre? - spytał.

- Ma pierwszą konferencję prasową.

Maijstral uniósł brwi.

- Pani, czy nie za wcześnie został wydany krukom na żer?

Spojrzała na niego.

- Niech się przyzwyczaja. Jeśli ma go to wystraszyć, lepiej niech nastąpi to teraz.

Westchnął.

- Racja. Nie dla bojaźliwych umizgi do osoby z Diademu.

Spojrzała na niego, położyła mu dłoń na ręce.

- Nie kierowałam tej uwagi do ciebie, Maijstral. Całkowicie rozumiem twoją decyzję, choć 

przyjmuję ją z żalem.

- Nie obraziłem się.

Milczeli przez chwilę.

- Co zrobisz, Drake, by ukoić swe złamane serce?

Głęboko w jego rozleniwionych oczach paliło się spokojne światło.

- Łupić w Peleng wszystko, co się da. Przynajmniej tyle postaram się wycisnąć z tej planety, 

zważywszy na kłopoty, jakie mnie tu spotkały. Niektóre z namierzonych obiektów są już wiele dni 

przeterminowane.

- Mam wrażenie, Drake, że nieźle sobie zrekompensujesz miłosne rozczarowania.

- Postaram się, moja pani.

Uśmiechnęła się, ścisnęła jego dłoń.

- Jesteś, więc zadowolony z roli, jaką odegrałeś?

background image

- Nie twierdzę, że to coś miłego, albo, że jestem wdzięczny za to, że zostałem wplątany w tę 

sprawę.  Ale   wszystko   dość   dobrze   się   skończyło,   jeśli   pomyśleć,   co   za   jatka   z   tego   mogła 

wyniknąć. Przyznam nawet, że osiągnąłem coś w rodzaju pomyślnego zakończenia.

Śmiech Nichole rozbrzmiewał w pokoju.

- Właśnie! Powiedz... czy takiego zakończenia oczekiwałeś?

Oczy Maijstrala były całkowicie zakryte.

- Prawie, szanowna pani - odparł. 

I tym musiała się zadowolić.