background image
background image

 

 

 

 

 

 

Alina Roberts  

LATO NA PRERII 

background image

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Casey  walczyła  ze  skrzynią,  próbując  wydobyć  ją  z  samochodu. 

Wczorajszego wieczoru nie miała z tym żadnych problemów, po prostu 
skorzystała z pomocy sąsiada. Teraz jednak nie była w stanie jej udźwi-
gnąć.  Czuła,  że  będzie  musiała  wypakować  rzeczy  i  odbyć  kilka  wę-
drówek,  zamiast  jednej.  Udało  się  jej  już  wyładować  resztę  bagażu  i 
śpieszyła się do nowego domu. 

Zapadał zmierzch, łagodnie rozpościerając się nad surowymi wido-

kami  Kolorado.  Casey  przystanęła  na  chwilę,  w  milczeniu  chłonąc 
piękno tej ziemi. Piękno, na które trudno było nie zareagować. 

-  Pomogę pani - rozległ się nagle głęboki głos.      

Casey odwróciła się natychmiast i stanęła twarzą w twarz z wysokim - 
musiał mieć około metra dziewięćdziesięciu wzrostu - władczym 
mężczyzną, Spojrzała prosto w błękitne oczy, błyszczące w wyjątkowo 
opalonej twarzy. Zaczerwieniła się nagle. 

-  Przestraszył  mnie  pan.  -  Strach  sprawił,  że  jej  głos  brzmiał 

ostro, nieprzyjemnie. 

R

 S

background image

 

-  Przepraszam.  - Mężczyzna uśmiechnął  się nieznacznie. - Chcia-

łem poznać nowego właściciela. Pana K. C. Allena. 

-  To ja jestem K. C. Allen - wyjaśniła, a zdumienie malujące się w 

jego  oczach,  sprawiło  jej  przyjemność.  -  Katherine  Colleen  Allen,  w 
skrócie  Casey.  Skoro  już  pan  wie,  kim  jestem,  może  teraz  pan  się 
przedstawi? 

-  Matt Reilly. Jesteśmy sąsiadami. 
Uścisnęła  wyciągniętą  w  jej  kierunku,  pokrytą  odciskami  rękę  i  z 

powrotem odwróciła się do skrzyni. 

Mężczyzna ujął ją za ramiona i bezceremonialnie odsunął na bok. 

Bez żadnego wysiłku uniósł skrzynię i ruszył w stronę domu. 

-  Gdzie mam to postawić? - zapytał. 
-  Tuż za drzwiami. - Pobiegła przed nim, żeby je otworzyć. - Dzię-

kuję. Sama nie dałabym rady. 

Mężczyzna postawił skrzynię na podłodze i rozejrzał się dookoła. 
-  Widzę, że stary Zach zostawił po sobie parę rzeczy - powiedział. 
Casey  pokiwała  głową.  Dom  był  częściowo  umeblowany.  Fotel  na 

biegunach  i  chyba  dosyć  niewygodna  kanapa  zajmowały  większość 
niewielkiego pokoju gościnnego. W kuchni stał okrągły stół i dwa skła-
dane krzesła. Uśmiechnęła się na wspomnienie staroświeckiego łoża w 
jedynej sypialni, którą zajmował teraz jej syn Robbie. 

R

 S

background image

 

- Czy znał pan pana Morrow? - zapytała w końcu nieznajomego. 
- Każdy znał Zacharego Morrow. Był właściwie legendą tych oko-

lic  -  odrzekł  Matt.  -  Tuż  przed  śmiercią  prosił  mnie,  abym  oddał  to 
nowemu właścicielowi. Nie spodziewałem się, że będzie nim... 

Wręczył  jej  zaklejoną  kopertę.  Casey  bardzo  chciała  sprawdzić  jej 

zawartość, ale nie miała ochoty robić tego przy obcym. 

- Tak, Zach to był facet z charakterem - ciągnął mężczyzna. - Był 

dumny ze swoich dziwactw. 

- Jak to? 
- Z tego, że żył bardzo skromnie, niemal na granicy ubóstwa, cho-

ciaż nie było to konieczne. Że odciął się od reszty świata, że miał bar-
dzo niewielu przyjaciół. Ze swojej zaciętej determinacji, żeby utrzymać 
tę ziemię, nawet kiedy nie mógł się już nią zajmować. I z uporu, z ja-
kim walczył o pozostawienie w spokoju preriowych piesków. 

- Miał prawo to robić, był na swoim terenie -wzięła w obronę swo-

jego  dobroczyńcę.  Adwokat  Zacha  już  wcześniej  poinstruował  ją,  że, 
dziedzicząc jego włości, będzie musiała zrobić wszystko, aby pieski pre-
riowe zadomowiły się na tej ziemi. - A co do obrony tych zwierząt, są-
dzę, że powinien być podziwiany, nie potępiany. 

- Jasne, że był, na swojej ziemi - zgodził się niecierpliwie Matt. - 

Ale utrudniał życie przyjaciołom, którzy chcieli mu pomóc. A te 

R

 S

background image

 

pieski preriowe kosztowały jego sąsiadów mnóstwo pieniędzy, nie mó-
wiąc już o kłopotach. 

-  Być może uważał, że ta pomoc będzie go kosztowała utratę wol-

ności  i  niezależności  -  odrzekła  Casey.  Z  dziwnych  powodów  chciała 
przyszpilić tego człowieka, wyglądał na zbyt pewnego siebie. - A jeżeli 
chodzi  o  zwierzęta,  obawiam  się,  że  będę  musiała  stanąć  po  stronie 
pana Morrow. 

-  Jeszcze jedna - mruknął. 
-  Jeszcze jedna...? 
-  Boże, chroń nas od zbawców tego świata - jęknął. - Tacy jak pani 

powodują więcej problemów, niż rozwiązują. 

-  Jestem  artystką,  panie  Reilly,  a  nie  ekologiem  -  odparła,  oszo-

łomiona. Widziała, że zerknął w stronę płócien opartych o ścianę. 

-  Nie jest tu pani sama, prawda? - zapytał. 
-  Nie,  mam  sześcioletniego  syna.  To  była  długa  podróż,  teraz  śpi. 

Coś jeszcze? - Zdawała sobie sprawę z tego, że jej głos zdradza oznaki 
zniecierpliwienia. 

-  Tak, chcę panią wykupić. Ten kawałek ziemi... 
-  Przykro  mi,  ale  nie  ma  mowy  o  sprzedaży.  Zamierzamy  tu  za-

mieszkać. Mam nadzieję, że to wszystko, co miał mi pan do powiedze-
nia. Jestem bardzo zmęczona, a czeka mnie jeszcze mnóstwo pracy. 

-  Opuszczam panią, ale nie na długo. Nie może pani tu mieszkać. 

Sama z dzieckiem. 

R

 S

background image

 

-  Niech się pan o mnie nie martwi. 
W ciągu tych dwóch lat, które minęły od śmierci Dave'a, musiała 

walczyć o to, aby być niezależna. Rodzice Dave'a ofiarowali się z po-
mocą, chociaż nie było ich na to stać, ale odmówiła. Musiała poradzić 
sobie sama. I udało jej się. Nie zamierzała z tego teraz rezygnować. 

-  A więc... - popatrzyła znacząco na drzwi. 
-  Jest późno - powiedział. - Ale wrócę. Nie rozumie pani, na co się 

decyduje. 

Nic nie odpowiedziała. 
-  A więc do jutra. - Zamknął za sobą drzwi. 

Casey długo patrzyła za nim, bardziej poruszona 

swoją reakcją na tego mężczyznę niż czymkolwiek, co mówił. 
To dziwne, że jakiś nieznajomy mógł tak nią wstrząsnąć. Ale na tym 

koniec! Pierwszy i ostatni raz! Nie musiała się przecież go obawiać. Dom 
i  ziemia  były  jej  własnością, nikt nie mógł jej zmusić, aby sprzedała je 
wbrew  własnej  woli. Rozsądnie postanowiła  więc,  że nie będzie  więcej 
myślała o Matcie Reilly. 

Nagle przypomniała sobie o liście, który wciąż kurczowo ściskała 

w dłoni. Otworzyła kopertę i zaczęła czytać. 

Droga Katherine! 
Przykro  mi  z  powodu  śmierci  Twojej matki,  znałem ją  przecież od 

jej narodzin. Była dla mnie kimś wyjątkowym. Liczyłem na to, że ty i ja  

R

 S

background image

 

kiedyś się spotkamy, ale teraz wydaje się to niemożliwe. Proszę, przyj-
mij ten podarunek przez wzgląd na jej pamięć. Jak wiesz, pozwoliłem, 
aby pieski preriowe zadomowiły się na tej ziemi. Poświęciłem temu całe 
życie i nigdy tego nie żałowałem. Proszę, zajmij się nimi.
 

Z poważaniem, 
Zach Morrow 

W  oczach  Casey  pokazały  się  łzy.  Przeczytała  ponownie  list,  za-

trzymując się na fragmencie dotyczącym jej matki. Tak bardzo żałowa-
ła, że nie poznała Zacha Morrow. Na pewno polubiłaby go. 

Zostawił jej pewne posłanie i była zdecydowana je wypełnić. Otarła 

łzy i rozejrzała się dookoła, próbując zrozumieć człowieka, który spędził 
tu ponad pięćdziesiąt lat swojego życia. 

Zaniedbanie oraz czas wycisnęły swoje piętno na domu i umeblo-

waniu.  Kurz nie tylko pokrywał  wszystkie  sprzęty,  zdawał  się  w  nie 
wnikać. 

Najwyraźniej Zach Morrow niewiele czasu spędzał w domu. Może 

powinna szukać odpowiedzi na zewnątrz. Mimo ogromnego zmęczenia 
Casey  wyszła  z  domu,  próbując  zrozumieć  ojca  chrzestnego  swojej 
matki. 

Niebo  lśniło  czerwienią  i  fioletem,  stanowiąc  wspaniałe  tło  dla 

poszarpanych szczytów. Na ziemi rosły gdzieniegdzie kępki trawy. Na 
olbrzymich drzewach, które ocieniały dom, przysiadło hałaśliwe stad- 

R

 S

background image

 

ko  wróbli.  Casey  uśmiechnęła  się  szeroko,  przysłuchując  się  ich 
świergotowi. 

- A więc o to ci chodziło, Zach - wyszeptała. 
-  Nie zawiodę cię. 
Kiedy wróciła do domu, uśmiech zamarł jej na ustach. Rozejrzała 

się po zakurzonych pomieszczeniach, które miały teraz być domem jej 
i Robbie'ego, i pochyliła głowę. Spod odrapanej farby na szafkach ku-
chennych wyzierało surowe drewno. Zdrapanie jej do końca na pewno 
zajmie  wiele  godzin.  Także  dębowa  podłoga  wymagała  gruntownego 
remontu.  Niespodziewanie  Casey  ponownie  się  uśmiechnęła.  Nie 
śpiesz  się,  wszystko  po  kolei,  przypomniała  sobie  słowa  matki.  Nie 
wszystko można zrobić w jednej chwili, powtarzała często matka mło-
dej, impulsywnej Casey, której niecierpliwość przysparzała wielu kło-
potów. Dziewczyna zawsze chciała wszystkiego spróbować i właśnie z 
tego powodu miewała mnóstwo problemów. 

Tym razem ograniczało ją coś bardzo poważnego - pieniądze, a 

właściwie ich brak. Dwa tysiące dolarów to było wszystko, co pozosta-
ło po opłaceniu lekarzy Dave'a. Musiała oszczędzać te resztki jego poli-
sy ubezpieczeniowej. 

Pobrali się od razu po studiach. Zamierzali przewrócić świat do góry 

nogami,  ona  dzięki  swoim  zdolnościom  plastycznym,  a  Dave  przy  po-
mocy własnej firmy komputerowej. Casey chwilowo zrezygnowała ze

R

 S

background image

 

swego marzenia, jakim było ilustrowanie książek dla dzieci, i podjęła 
się pracy w reklamie, aby pomóc mężowi. 

Cztery  lata  później,  kiedy  firma  Dave'a  zaczęła  dobrze prospero-

wać, okazało się, że cierpi on na raka mózgu, który praktycznie nie po-
zwalał mu na pracę. Choroba czyniła szybkie postępy, więc Casey tak-
że zrezygnowała z pracy, aby zająć się mężem. Kiedy umarł, walczyła 
o to, aby ona i Robbie mieli z czego żyć, ponownie rezygnując ze swo-
jego marzenia. Po śmierci Dave'a dowiedziała się jednak czegoś ważne-
go o sobie - była silna. 

Nie chciała się nad sobą litować. Teraz, w tym domu wolnym od 

zastawu hipotecznego, przynajmniej nie musiała martwić się o komor-
ne. Do budynku przylegał duży ogród - być może następnego lata będą 
jedli własne warzywa. Poyślała, że koniecznie musi się dowiedzieć, co 
dobrze rośnie na tej ziemi. 

Przede wszystkim jednak musiała gruntownie posprzątać. Teraz by-

ła w stanie jedynie wypakować najniezbędniejsze rzeczy. 

Kiedy  nacierała  się  gąbką  w  maleńkiej  łazience,  zdała sobie spra-

wę, jak prymitywne są tutaj urządzenia sanitarne. Modliła się w duchu, 
żeby nic się nie zepsuło. Ciśnienie wody było niesłychanie słabe. 

Po kąpieli Casey włożyła cienką bawełnianą piżamę i wśliznęła się 

pod kołdrę. Materac był stary i zniszczony, ale wygodny. Jak to dobrze, 

R

 S

background image

10 

 

że pan Morrow miał to staroświeckie,  składane  łóżko na  kółkach, na 
tyle szerokie, że razem z Robbie'em mogli się na nim pomieścić. Obie-
cała sobie, że któregoś dnia dobudują tu sypialnie. Na razie zmuszeni 
byli radzić sobie z tym, co zastali. 

Następnego ranka przetarła zmęczone oczy. W snach prześlado-

wał ją Matt Reilly, dokładnie tak jak poprzedniego wieczoru. 

Popatrzyła  z czułością  na  Robbie'go. Wyjątkowo długie złotorude 

rzęsy ocieniały jego piegowate policzki. W jednej rączce trzymał uko-
chanego pluszowego jednorożca, a drugą przyciskał do brody. 

Małżeństwo z Dave'em było boleśnie krótkie, ale nigdy go nie ża-

łowała. Dało jej coś bezcennego -Robbie'ego. Nie chcąc budzić malca, 
Casey ostrożnie zeszła na dół i nałożyła szlafrok. Wzięła krótki prysz-
nic - nie odważyła się zużyć zbyt wiele ciepłej wody -i ubrała się po-
śpiesznie. Kiedy weszła do kuchni, odkryła, że zostało trochę jedzenia z 
wczorajszego ranka - pół bochenka chleba, dwa banany i mleko. Śnia-
danie nie zapowiadało się zbyt imponująco. Postanowiła więc jak naj-
szybciej dokupić trochę jedzenia. 

-  Mamo, gdzie jesteś? 
-  Tutaj, kochanie - odpowiedziała i wpadła do sypialni. - Dzień do-

bry,  śpiochu.  Byłam  pewna,  że  to  ty  pierwszy  wstaniesz  i  ruszysz  na 
poszukiwania. 

-  Już za późno? 

R

 S

background image

11 

 

-  Nie, kochanie, wcale nie jest późno. - Żartobliwie uszczypnęła go 

w nos. - Wstań i pomóż mi złożyć łóżko. 

Dlaczego niektóre rzeczy łatwiej się rozkłada niż składa? Przy trze-

ciej  bezowocnej  próbie  opadła  na  materac,  pociągając  za  sobą  Robb-
ie'ego. 

-  Chyba to tak zostawimy. - Zaczęła stroić śmieszne miny do syna, 

ignorując nagłe pukanie do drzwi. 

-  Widzę, że znowu walczy pani z przedmiotami - rozległ się roz-

bawiony głos. Casey wstała i stanęła twarzą w twarz z Mattem Reilly. 

-  Zawsze wchodzi pan do cudzych domów bez zaproszenia? - za-

pytała. 

-  Tylko  wtedy,  kiedy  nie  zwraca  się  uwagi  na  moje  pukanie.  Na-

prawdę pukałem. Mogę w czymś pomóc? 

-  Właśnie próbowaliśmy to złożyć, ale bezskutecznie. - Wskazała 

ręką w stronę łóżka. 

-  Zobaczymy, co da się zrobić. - Po kilku sekundach łóżko było już 

na swoim miejscu. 

-  Dziękuję. 
-  Nie ma za co. - Popatrzył na Robbie'ego. 
-  Cześć. Jak się nazywasz? 
-  Robbie. Mam sześć lat i chodzę do szkoły. 
-  Cieszę się, że cię poznałem, Robbie. Jestem Mart. 
-  Ile masz lat, Matt? 
-  Robbie,  to  nie  twoja  sprawa  -  pośpiesznie  wtrąciła  Casey.  -  Idź 

się umyć i ubrać. 

R

 S

background image

12 

 

-  Nie ma sprawy - powiedział rozbawiony mężczyzna. - Mam trzy-

dzieści cztery lata. Trochę więcej niż ty, Rob. 

Casey wyciągnęła z torby czyste ubrania i wypchnęła syna do ła-

zienki. 

-  Proszę,  tam  możemy  porozmawiać.  –  Machnęła  ręką  w  stronę 

pokoju gościnnego. 

Matt  poszedł  za  nią.  Popatrzył  krytycznie  na  sofę  i  oparł  się  o 

ścianę. 

-  Wczoraj  mówiła  pani,  że  będzie  tu  mieszkać  tylko  z  synem  - 

zaczął. 

Pokiwała twierdząco głową. 
-  A pani mąż? 
-  Umarł dwa lata temu. 
Usiłowała zignorować współczucie, które pojawiło się w oczach Mat-

ta. Nie potrzebowała go. Chciała tylko szansy na nowe życie dla siebie i 
dla syna. 

-  Nie zrezygnuję z tej ziemi - powiedziała, przewidując następne 

słowa mężczyzny. 

-  Jestem głodny! - krzyknął Robbie. 
-  Za  moment  będzie  śniadanie.  Zrobimy  sobie  mały  piknik,  do-

brze? 

-  Dobrze! 
Casey  czuła  na  sobie  spojrzenie  Matta.  Zastanawiała  się,  o  czym 

on teraz myśli. Prawdopodobnie główkuje, jak ją przekonać, aby sprze-
dała ziemię. Nie myliła się. 

-  Nie będę wam teraz przeszkadzał w śniadaniu, ale jeszcze tu  

R

 S

background image

13 

 

wrócę. Nawet pani nie wie, na co się pani decyduje - powtórzył, po 
czym wyszedł. Robbie stał przy oknie. 

-  Patrz - westchnął, wskazując na szarego gniadosza, którego dosia-

dał Matt. - Czy nie jest wspaniały? 

Casey nie wiedziała, kogo miał na myśli - konia czy jeźdźca. 
-  To piękny koń - zgodziła się. Miała nadzieję, że 

właśnie zwierzę jest przedmiotem zachwytu jej syna. 

-  Zapewne zobaczymy tu jeszcze mnóstwo koni. 
-  Czy  mógłbym  mieć  kucyka?  Proszę!  Naprawdę  bym  się  nim 

zajmował. 

-  Wiesz  dobrze,  że  kupiłabym  ci  go,  gdybym  tylko  mogła.  Teraz 

po prostu nie ma takiej możliwości. 

- Na widok rozczarowanego spojrzenia syna dodała: 
- Jeżeli dostanę tu pracę albo sprzedam kilka moich obrazów, to 

wtedy pomyślimy o kucyku. 

Robbie przyjął tę niejasną obietnicę ze wzruszającą wiarą w jej sło-

wa.  Niebezpiecznie  było  pozwalać  mu  wierzyć,  że  Casey  może  zrobić 
wszystko. Próbowała mu nieraz uświadomić, że i dla niej pewne rzeczy 
są niemożliwe, ale nie chciał w to wierzyć. 

Kiedy patrzyła na syna, czuła uścisk w gardle. Tak bardzo go kocha-

ła, tak bardzo chciała, żeby był szczęśliwy i bezpieczny. Po śmierci Da-
ve'a stała się nadopiekuńcza. Musi bardzo uważać, żeby nie rozpieścić 
chłopca. 

R

 S

background image

14 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Za  każdym  razem  kiedy  mijali  pasące  się  krowy,  Robbie  niemal 

krzyczał z zachwytu. Jechali do miasteczka Little Falls. Malec rozglą-
dał się na wszystkie strony, nie chcąc niczego przegapić. 

-  Popatrz, mamo! - machnął ręką. - Co to za pagórki? 
Zerknęła na jego wyciągniętą rękę. 
-  To nory piesków preriowych - wyjaśniła. – One kopią pod ziemią 

i tam mieszkają. Zobaczysz jeszcze wiele takich norek. 

Casey odprężyła się i podziwiała mijane widoki. Słońce oświetlało 

wysokie trawy na stepie. Tak bardzo chciałaby to namalować - olbrzymi 
wiatrak, stodołę, lśniący staw. Zastanawiała się, jakie ferby byłyby do 
tego  potrzebne  -  sjena  palona,  ochra  -  i  roześmiała  się  sama  z  siebie. 
Zastanawiała  się  nad  malowaniem,  kiedy  miała  tysiące  ważniejszych 
spraw na głowie. 

Little Falls przyjemnie ją zaskoczyło. Krzewy bawełny i osiki ocie-

niały szerokie ulice, na każdym  rogu stały  donice  z  pelargoniami.  W 
środku miasteczka znajdował się niewielki park. Podobało się jej to 

R

 S

background image

15 

 

miejsce,  tutaj  można  by  zamieszkać  i  założyć  rodzinę.  Bez  trudności 
znalazła  szkołę  podstawową,  w  której  zajęcia  zaczynały  się  za  cztery 
dni i zapisała Robbie'ego do pierwszej klasy. Odnalazła także bibliotekę 
i wyszła z niej obładowana książkami na temat ogrodnictwa i okolicz-
nych dzikich zwierząt. Miała ochotę pobyć tam dłużej, ale niecierpliwe 
spojrzenia,  jakie  jej  syn  rzucał  w  stronę  wyjścia  przekonały  ją,  aby 
odłożyła to na później. 

Kiedy  szli  do  sklepu,  kilka  osób  przyjaźnie  pokiwało  głowami  w 

ich  stronę.  W  odpowiedzi  Casey  uśmiechała  się  nieśmiało,  a  Robbie 
przez cały czas nie przestawał zadawać pytań. Udało im się kupić wszy-
stko, czego potrzebowali i nawet zostało im jeszcze trochę pieniędzy. 

W pewnej chwili Casey ujrzała na ulicy wysoką sylwetkę Matta Re-

illy. Wzięła po jednej ciężkiej torbie w każdą rękę i wraz z synem poszła 
szybko  w  stronę  samochodu.  Odległość  od  parkingu  okazała  się  być 
większa, niż Casey zapamiętała. Robbie wesoło skakał koło matki, omi-
jając  starannie  łączenia  między  płytami  chodnikowymi.  Kobieta  po-
myślała, że za chwilę odpadną jej ręce, kiedy nagle usłyszała obok sie-
bie znajomy głos. 

-  Pani  Allen,  zdaje  się,  że  moim  przeznaczeniem  jest  zostać  pani 

wybawcą - powiedział Matt i pośpiesznie wziął od niej ciężkie torby. 

R

 S

background image

16 

 

-  Dam sobie radę - odrzekła chłodno i pomyślała, że kim jak kim, 

ale jej wybawcą on na pewno nie będzie. 

-  Zawsze  jest  pani  taka  sympatyczna,  czy  tylko  mnie  darzy  pani 

specjalnymi względami? 

Zaczerwieniła się ze wstydu. 
-  Dziękuję panu - wykrztusiła w końcu. - Te torby są cięższe niż 

myślałam. 

Uśmiechnęła  się,  starając  się  zachowywać  bardziej  przyjacielsko. 

Kiedy  doszli  do  samochodu,  Matt  położył  zakupy  na  tylnym  siedze-
niu. 

-  Cieszę się, że na panią wpadłem - powiedział. - Chciałem prze-

prosić.  Obawiam  się,  że  nie  byłem  specjalnie  sympatyczny  wczoraj 
wieczorem czy dzisiaj rano. 

-  Wszystko w porządku - odparła. - Był pan rozczarowany, że nie 

sprzedam ziemi. 

-  To prawda, że chciałbym kupić tę ziemię, ale to jeszcze  nie po-

wód, żebym tak się zachowywał. 

Wyciągnęła  rękę,  którą  Matt  natychmiast  ujął  w  swoje  wielkie 

dłonie. 

-  Przyjmę pana przeprosiny, jeżeli pan przyjmie moje - powiedziała. - 

Przykro mi, chyba i ja przesadziłam. 

-  Chciałbym  z  panią  porozmawiać  o  ziemi.  Może  zjedlibyśmy  ra-

zem kolację? Dzisiaj wieczorem? 

Casey poczuła ukłucie rozczarowania. A jednak nie starał się być 

przyjacielski. Wciąż pragnął jej ziemi, szukał tylko sposobnej okazji. 

R

 S

background image

17 

 

-  Nie,  dziękuję  -  odmówiła  chłodno.  -  Przykro  mi,  że  pana  roz-

czaruję, ale moja własność nie jest na sprzedaż. 

-  Nie chciałem... 
-  Wiem, czego pan chciał. 
-  Jest coś jeszcze - dorzucił nagle. 
-  Co? - Popatrzyła na niego podejrzliwie. 
-  Stan pani ogrodzenia. Jeżeli moje bydło wejdzie na pani teren, pa-

ni będzie za to odpowiedzialna. -Przerwał na chwilę. - Naprawdę chcę 
pomóc. 

-  Komu? Sobie czy mnie? 
-  Pani.  -  Był  wyraźnie  zniecierpliwiony.  -  Nie  może  pani  sama 

naprawić ogrodzenia. 

-  Niby dlaczego? 
-  Niezależność  jest  dobra  dla  tych,  którzy  mogą  sobie  na  nią  po-

zwolić. Niech się pani sama przekona, czy do nich należy. - Nie ukry-
wał irytacji. - Moje ogrodzenie jest w porządku. Pani nie. 

Po  tych  słowach  odwrócił  się  na  pięcie  i  odszedł.  Casey  przez 

chwilę patrzyła za nim w milczeniu. 

-  Jeszcze jeden zakup - obwieściła Robbie'emu. 

- Idziemy do sklepu z narzędziami. 

Sklep odnalazła stosunkowo łatwo, natomiast nie miała pojęcia, co 

kupić. W końcu podeszła do młodego ekspedienta i wyjaśniła mu swój 
problem. 

-  Nazywam się Kyle Bridges, proszę pani - przedstawił się młody 

człowiek. 

-  Casey Allen. 

R

 S

background image

18 

 

Kyle  zaprowadził  ją do półek, na których  leżał  zwinięty drut kol-

czasty  i  olbrzymie  kombinerki.  Kiedy  zapytała,  jak  się  montuje  ogro-
dzenie, popatrzył na nią ze zdumieniem. 

-  Chyba nie zamierza pani robić tego sama? - zapytał. 

-  Oczywiście, że tak. - Zrobiło się jej przykro, że potraktowała go 

tak nieuprzejmie, nie był przecież niczemu winien. - Czy może pan to 
zwinąć i zapakować? 

Chociaż był to wyjątkowo kosztowny zakup, Ca-sey nie zrezygno-

wała. Wciąż brzmiał jej w uszach lekceważący ton głosu Matta Reil-
ly. 

Następnego ranka, kiedy Robbie biegał po okolicy, Casey raz po raz 

odgarniała z czoła mokre od potu włosy. Bolały ją  wszystkie mięśnie, 
nie miała już siły. Mimo że założyła skórzane rękawice, i tak ostry drut 
zranił jej lewą dłoń. 

Ostatkiem sił  zaciągnęła kłąb drutu do  następnego palika.  Zaczęła 

go  przymocowywać,  a  kiedy  wyprostowała  się,  aby  odgarnąć  włosy, 
ujrzała, że Matt Reilly schodzi z konia. Podszedł do niej szybko i oparł 
się o palik. 

Casey  była  wściekła,  że  ten  człowiek  widzi  ją  w  takim  stanie.  Ze 

zdenerwowania upuściła kombinerki, a kiedy pochyliła się, aby je pod-
nieść, mężczyzna był już przy niej. 

background image

19 

 

-  Takie ogrodzenie nie zatrzymałoby nawet chorego kota, nie mó-

wiąc już o wielkiej, ciężkiej krowie - stwierdził. 

Zignorowała  tę  uwagę  i  bezskutecznie  usiłowała  naciągnąć  drut. 

Zdenerwowana, wyciągnęła z kieszeni metalowy hak i zaczęła przybi-
jać  go  do  palika.  Bliskość  Matta  przeszkadzała  jej,  w  pewnej  chwili 
niezdarnie upuściła młotek. Ich dłonie zetknęły się, kiedy oboje pochyli-
li się, aby go podnieść. Chociaż Casey miała na rękach grube rękawice, 
odniosła  wrażenie,  że  czuje  ciepło  jego  palców.  Pośpiesznie  cofnęła 
dłoń, obawiając się, że Matt może wyczuć jej reakcję. 

Przymocowała drut do palika i ruszyła dalej. Mimo jej najlepszych 

chęci, drut wciąż luźno zwisał. 

-  Drut powinien być przymocowany do pierwszego palika i do któ-

regoś  z  dalszych,  wtedy  będzie  napięty  -  powiedział  Matt,  który  po-
szedł za nią. 

Zmęczenie  i  jego  obecność  sprawiały,  że  Casey  czuła  się  coraz 

bardziej  niezdarnie.  Kiedy  naciągała  drut,  straciła  nagle  równowagę  i 
runęła do tyłu. 

Matt pochylił  się nad nią, a na jego twarzy  widniało  jednocześnie 

przejęcie  i  rozbawienie.  Pomyślała,  że  jeśli  ten  facet  się  roześmieje, 
to... 

Nie zdążyła dokończyć tej myśli, gdyż mężczyzna wyciągnął rękę w 

jej stronę. Dziwne, ale miała wrażenie, że ten upadek zdarzył się z jego 
winy.  Gapiła  się  na  jego  dłoń  i  miała  wielką  ochotę  ją  zignorować. 
Jednak zdrowy rozsądek wziął górę nad odczuciami. 

R

 S

background image

20 

 

Ujęła podaną rękę i natychmiast została pociągnięta w górę. Spra-

wiło  jej  przyjemność,  że  oto  znajduje  się  w  ramionach  Matta  Reilly. 
Przerażona tą myślą, natychmiast szarpnęła się do tyłu. 

-  Dziękuję - wymamrotała. 
Mężczyzna uniósł brew, ale nic nie powiedział. Nagle zaczął rozpi-

nać guziki swojej koszuli, po czym rzucił ją na ziemię. 

-  Co... co pan robi? - Znieruchomiała na widok nagiego, opalone-

go torsu. 

-  Pomagam pani ustawić ogrodzenie. 
-  To moja sprawa i sama dam sobie radę. - Uporczywie wpatrywała 

się w jego szyję. Nie miała ochoty napotkać jego spojrzenia. 

-  Tak jak dotychczas? 
-  No dobrze - zgodziła się niechętnie. Skoro tak bardzo chciał po-

móc, nie było powodu, żeby się czegoś przy tej okazji nie nauczyła. - 
Co mam robić, szefie? 

Matt pokręcił głową. 
-  Lemoniadę.  -  Dotknął  czubka  jej  nosa.  –  Przy  okazji,  ma  pani 

brudny nos. 

Casey zaczerwieniła się. Wiedziała, że wygląda okropnie. Złotoru-

de, zakurzone włosy opadały jej na twarz. Ubranie, które miała na sobie 
było brudne i mokre od potu. 

Nie  zamierzała  jednak  nigdzie  iść,  dopóki  nie  zobaczy,  jak  on 

przymocowuje drut. Skoro miała tu mieszkać, musiała wiedzieć, jak 

R

 S

background image

21 

 

grodzić  ziemię.  Przyglądała  się  uważnie,  jak  Matt  rozwijał  drut  i 

zamocowywał haki. Po kilku minutach mężczyzna podniósł z ziemi 
koszulę i wytarł nią twarz. 

-  Myślałem, że zrobi pani lemoniadę- powiedział z wyrzutem. 
-  Właśnie  zamierzałam.  -  Natychmiast  odeszła  w  stronę  domu. 

Zza  pleców  usłyszała  cichy  śmiech  i zmusiła się, aby nie  obejrzeć się 
przez ramię. Zauważyła, że Robbie jest na podwórku i bawi się klockami 
lego, które kupili mu dziadkowie. Najwyraźniej znudziło mu się zwiedza-
nie okolicy. Pobiegła do sypialni, ściągnęła z siebie brudne ubranie i po-
szła się wykąpać. 

Modliła  się  w  duchu,  aby  prysznic  działał  jak  należy.  Z  rozkoszą 

pozwalała,  by  woda  spływała  po  jej  rozpalonym  ciele.  Niechętnie  za-
kręciła  kurki,  wytarła  się  i  włożyła  czyste  ubranie.  Teraz  była  już  w 
stanie  stawić  czoło  irytującemu  Mattowi  Reilly.  Uniosła  podbródek i 
pomaszerowała do kuchni. 

Szybko  przygotowała  lemoniadę,  ustawiła  dwie  szklanki  oraz 

dzbanek na tacy i wyszła przed dom. Matt podszedł do niej. Sprawiło 
jej ulgę, że nałożył na siebie koszulę. 

-  Skończyłem ten kawałek - oznajmił. 
-  Dziękuję. - Jak dotąd, bez przerwy mu za coś dziękowała. Ale to 

się wkrótce miało zmienić. Sama nauczy się stawiać ogrodzenie i zadba 
o ziemię. 

-  Jest jeszcze mnóstwo do zrobienia. Zach zaniedbał to miejsce.  

R

 S

background image

22 

 

- Rozejrzał się dookoła. - Miałaby pani o wiele mniej pracy, gdyby nie 
te tunele wykopane przez pieski preriowe. Zwierzaki podkopują ziemię 
i płot nie może stać prosto. 

-  A czy nie mogę postawić płotu, omijając norki i tunele? 
-  Nie, wtedy będzie stał nierówno. 
-  No cóż, po prostu zrobię to, co w mojej mocy. 
-  Casey, rozumiem, że lubi pani pieski preriowe. Wszyscy z miasta 

uważają,  że to urocze  zwierzątka. Nie rozumieją jednak,  jak  strasznie 
niszczą one ziemię. Nie tylko ranczerzy ich nie znoszą. Te pieski nisz-
czą także zbiory. 

-  A więc farmerzy też ich nie znoszą? 
-  Właśnie. Po za tym, strasznie dużo jedzą. Wie pani, że trzydzieści 

dwa pieski jedzą tyle,  co  owca? Dwieście pięćdziesiąt tyle, co krowa. 
Tam, gdzie każde źdźbło trawy jest warte więcej od złota, to katastrofa. 
Nie tylko dla ranczerów, dla wszystkich, którzy od nich zależą. 

-  Nie mogę ich tak po prostu wymordować! 
-  Nie pani, oczywiście. 

Poczuła nagle niesmak. 

-  Lepiej będzie, jeśli uznamy, że nie zgadzamy się w tym przypad-

ku. 

-  To  jeszcze  nie  koniec  -  powiedział.  Wskazał  ręką  dziwaczne 

krzesła, na których siedzieli. - Zach sam je zrobił. Z wikliny. 

R

 S

background image

23 

 

Popatrzyła na krzesła z zainteresowaniem. 
-  Najwyraźniej miał talent - powiedziała. 
-  Miał. 
Casey westchnęła ciężko i zauważyła, że Matt zmarszczył brwi. 
-  Przecież pani jest wyczerpana - powiedział. 
-  O czym pan mówił wcześniej? - Uśmiechnęła się. Nie odwzajem-

nił jej uśmiechu. 

-  Niech pani rozejrzy się dookoła. W tę ruinę trzeba zainwestować 

mnóstwo  pieniędzy  i  pracy.  Potrzebny  jest też  ktoś, kto  wie,  jak  się  z 
tym obchodzić. 

-  Ach, rozumiem, przyjrzał mi się pan i uznał, że ja się do tego nie 

nadaję.  -  Dobry  humor  Casey  ulotnił  się.  -  Pozwoli  pan,  że  coś  po-
wiem. Zamierzam tu zostać i uczynić z tej ruiny prawdziwy dom. 

-  Powiedzmy, że potrafi pani zadbać o dom. - Jego ton wskazywał, 

że w ogóle w to nie wierzy. - Co z ziemią? Przecież pani nawet nie po-
trafi ustawić ogrodzenia. Z czego będzie pani żyła? 

Nawet nie oczekiwał od niej odpowiedzi. 
-  Jasne, że nie da sobie pani rady, jeśli pozwoli pani na to, aby pieski 

preriowe niszczyły tę ziemię. Dlaczego nie przyzna się pani do tego, że 
nie da sobie rady, i nie sprzeda ziemi, zanim pani zbankrutuje? Umiera 
pani z wyczerpania po wbiciu jednego palika. 

-  Skoro to taka nic nie warta posiadłość, dlaczego chce pan ją kupić? 

Nie  wygląda  pan  na  człowieka,  który  kolekcjonuje  zrujnowane  domy  i 
bezużyteczną ziemię. 

R

 S

background image

24 

 

-  Potrzebuje  tej  posiadłości,  bo  chcę  połączyć  dwa  kawałki  mojej 

ziemi.  Wtedy  będą  stanowiły  jedną  całość.  Wszystko  stanie  się  prost-
sze. Dam pani dobrą cenę - dodał. - Więcej, niż dostałaby pani na ryn-
ku. 

Casey przecząco potrząsnęła głową. 
-  Nie  mamy  gdzie  pójść.  Ten  dom  nie  jest  obciążony  hipoteką. 

Pewnie nie ma pan pojęcia, co to znaczy martwić się o komorne każ-
dego miesiąca. Ja mam, i proszę mi wierzyć, nie jest to przyjemne. - 
Wstała gwałtownie. - No cóż, nie będę pana zatrzymywać. 

On także wstał i podszedł do niej. Kiedy ją pocałował, była zbyt za-

szokowana,  żeby  zaprotestować.  Pocałunek  był  szybki  i  szorstki,  jak 
gdyby mężczyzna nie mógł się już dłużej powstrzymać. 

-  Dlaczego? - wyszeptała. 
-  Nie wiem. - Wyglądał, jak gdyby był bardzo nieszczęśliwy, jed-

nak mimo to przytulił ją mocno. 

Na  swoich  plecach  czuła  jego  ciepłe  dłonie  i  sprawiło  jej  to  nie-

oczekiwaną przyjemność. Niepokoiła ją ta bliskość i jej własne odczu-
cia. Oderwała się od niego pośpiesznie. 

Matt wsadził ręce do kieszeni spodni. 
-  Zobaczymy się wkrótce - powiedział. 

Patrzyła, jak odjeżdża i zastanawiała się, dlaczego nie jest zła. Gniew 
byłby całkowicie na miejscu. Ale ciepłe uczucie, które ją przepełniało, 
nie miało z gniewem nic wspólnego. 

R

 S

background image

25 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Casey  otarła  dłonią  spocone  czoło  i  jęknęła  na  widok  drutu.  Dzi-

siejsza  praca nad  ogrodzeniem  była  równie  skuteczna  co  wczorajsza. 
Kobieta zmrużyła oczy i rozglądała się za Robbie'em. Znowu wyruszył 
na wycieczkę, ale obiecał, że nie zniknie z jej pola widzenia. Uśmiech-
nęła się, kiedy ujrzała, jak biegnie w jej kierunku. 

-  Przyniosłem ci prezent - wysapał. 
Z uśmiechem przyjęła od niego zmięty bukiet mleczy. Pochyliła się, 

by ucałować jego brudną od ziemi dłoń. 

-  Są prześliczne. Dziękuję ci - powiedziała. 
-  Naprawdę ci się podobają? 
-  Ogromnie. Postawimy je dzisiaj na stole. Dobrze się bawiłeś? 
-  No pewnie. - Jak wszystkie dzieci, łatwo przeskakiwał z jednego 

tematu na inny. - Mogę ci pomóc przygotować kolację. Robię świetne 
hamburgery. 

Casey roześmiała się i przejechała ręką po jego włosach. 

R

 S

background image

26 

 

-  Najlepsze - zgodziła się szybko. - Ale błyskawicznie je zjadasz. 
-  Zgadnij, co widziałem dzisiaj na polu za domem? 
-  Co? 
-  Mnóstwo małych zwierzątek. Wyglądały jak wiewiórki. Tyle że nie 

siedziały na drzewach, jak te wiewiórki za domem, tylko koło małych no-
rek w ziemi. 

-  To były pieski preriowe. 
-  Wiewiórki to nie pieski. - Potrząsnął głową Robbie. 
-  Bo  to nie  są prawdziwe  psy  -  wyjaśniła  mu. - Pieski preriowe 

wyglądają jak wiewiórki, tylko że żyją pod ziemią. Pamiętasz te małe 
pagórki, które widzieliśmy w drodze do miasta? 

Ujęła syna za rękę. Szli przed siebie, aż w końcu natrafili na nie-

wielkie pagórki. 

-  Ludzie  nazywają  to  miasteczkiem  piesków  preriowych  -  powie-

działa Casey. - A to są ich domki. 

Robbie wyrwał rękę z jej uścisku i uklęknął. 
-  Nic nie widzę-poskarżył się. 
-  Pewnie usłyszały, że nadchodzimy i pochowały się. - Pochyliła się 

tuż obok niego. - Widzisz te ślady przy norkach? 

Chłopiec pokiwał głową. 
-  To ślady ich nosów. 
-  Wsadzają nosy w brudną ziemię? 
-  Mniej więcej - roześmiała się Casey. - Tę ziemię upychają do-

R

 S

background image

27 

 

okoła  norki.  Dlatego  norki  nie  zapadają  się,  kiedy  pada  deszcz,  poza 
tym ich mieszkańcy mają dobre pole obserwacyjne. 

- Co to jest pole obserwacyjne? 
- Jeden z. piesków uważa na inne zwierzęta, które mogłyby zrobić 

krzywdę jemu i jego rodzinie. 

Zdrętwiały jej kolana, więc wstała i pociągnęła Robbie'ego za so-

bą. 

-  Chyba je przestraszyliśmy - powiedziała. 
-  Przyjrzymy się im kiedy indziej. 
- Skąd tyle wiesz o pieskach preriowych? - zapytał Robbie, kiedy 

szli w stronę domu. 

- Czytałam o nich ubiegłego wieczora. Mnóstwo ludzi, na przykład 

Matt Reilly, bardzo ich nie lubi. Ranczerzy chcą się ich pozbyć. Bardzo 
chciałabym zrozumieć, dlaczego. 

- W szkole też nauczą mnie czytać. 
- Wiem. - Casey przycisnęła go mocno do siebie. 
-  Już piąta po południu, a ja nawet nie zabrałam się za kolację! Ści-

gamy się do domu! 

Zaczęła biec, ale bardzo uważała, żeby Robbie ją prześcignął. Nagle 

jej syn zatrzymał się jak wryty. 

-  Mamo, popatrz! - Wskazał rączką najeźdźca na koniu. 
Matt Reilly. Co on tu robił? 
-  Dzień dobry, Casey. Miło cię znowu widzieć. 
-  Zsiadł z konia i wyciągnął rękę w kierunku Robbie'ego. 

R

 S

background image

28 

 

Robbie niechętnie uścisnął wyciągniętą dłoń. 
-  Cześć, Matt - przywitał się chłodno. 

Mężczyzna pochylił się nad chłopcem i położył rękę na jego ramieniu. 

-  Co się stało? - zapytał. 
-  Nic. - Mały szarpnął się do tyłu. 
-  Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi. 
-  Mama  powiedziała,  że  nie  lubisz  piesków  preriowych!  -  wy-

buchnął Robbie. 

-  A więc tak - westchnął Matt. Popatrzył z wyrzutem na Casey. 
-  Powiedziałam mu prawdę - wyjaśniła. - Może pan zaprzeczyć, że 

sprawiają panu kłopot i chce się pan ich pozbyć? 

-  Nie mogę. 
-  Ja lubię pieski preriowe - powiedział z naciskiem Robbie. - Nie 

lubię ciebie. 

-  Szkoda,  że  mnie  nie  lubisz,  Robbie,  bo  ja  lubię  ciebie.  -  Matt 

spojrzał  na  zachodzące  słońce.  -  Pieski  preriowe  też  lubię.  Ale  lubię 
także krowy i konie. 

-  Jak to? 
-  A tak, że czasami to, co jest dobre dla jednego zwierzęcia, nie jest 

dobre  dla  innych.  Pieski  preriowe  sprawiają,  że  okolica  jest  niebez-
pieczna dla krów i koni. - Znów wyciągnął rękę. - Chodź, pokażę ci. 

Robbie wahał się przez chwilę, po czym ujął dużą. opaloną dłoń. 
-  Pani także. 

R

 S

background image

29 

 

Niechętnie ruszyła za nimi. Szli tą samą drogą, którą Casey przy-

szła tu z synem. Matt przystanął, kiedy doszli na skraj miasteczka pie-
sków preriowych. 

-  Ciiii - wyszeptał. -Jeżeli nas usłyszą, pochowają się. - Przyklęk-

nął na ziemi. 

-  Widzicie tego wielkiego? - Wskazał palcem w kierunku płowo-

żółtego zwierzątka, które stało przy jednej z norek. - To strażnik. Kiedy 
wyczuje niebezpieczeństwo, zawiadomi innych. 

-  Zaszczeka - wyjaśniła Casey. 
-  To niezupełnie szczeknięcie - zaprzeczył Matt. - Zaraz się prze-

konacie, co mam na myśli. 

Nagle  na  niebie  pojawił  się  sokół.  Piesek  wydał  z siebie dźwięk 

przypominający ostry gwizd, po czym  wyskoczył do góry. W tym mo-
mencie wszystkie zwierzątka pochowały się do norek. 

-  W taki właśnie sposób pieski preriowe sygnalizują zbliżające się 

niebezpieczeństwo. - Matt wstał i otrzepał spodnie. 

-  Nieźle. - Robbie popatrzył na puste pole. - Czy jeszcze wyjdą? 
-  Przez pewien czas raczej nie, później co odważniejsze zaczną ry-

zykować. Te zwierzątka są niesłychanie ostrożne. - Ujął chłopca za rękę 
i  poprowadził  go  pomiędzy  pagórkami.  -  My  widzimy  tylko  te  dziury, 
ale  pod  ziemią  są korytarze, które je  łączą.  Jak myślisz, co się dzieje, 
kiedy koń stanie na jedną z takich nor? 

R

 S

background image

30 

 

-  Pewnie zrani się w nogę? 
-  Tak. Złamie ją. Kiedy koń łamie nogę, czasami już nie wyzdro-

wieje. 

-  Nigdy? 
Matt i Casey wymienili spojrzenia. 
-  Większość koni nigdy - powiedział powoli mężczyzna. - Teraz już 

rozumiesz, dlaczego wielu ranczerów nie chce, aby pieski preriowe żyły 
na ich ziemi? 

Robbie zmarszczył brwi. 
-  Tak - odrzekł. - Ale czy tu nie jest na tyle dużo ziemi, żeby i pie-

ski, i konie mogły na niej mieszkać? 

-  To dobre pytanie. Wielu ludzi już je zadawało, ale jak dotąd, nie 

znaleźliśmy na nie odpowiedzi. -Matt ponownie popatrzył na Casey. - 
A co pani o tym myśli? 

-  Sama nie wiem - przyznała. - Chyba chciałabym zadać to samo 

pytanie, co Robbie. Dlaczego nie możemy podzielić tej ziemi? 

-  Myśli pani, że nie próbowaliśmy? - Matt wsadził ręce w kieszenie 

spodni. - To nie jest takie proste. Zrozumie to pani za jakiś czas. Powin-
na pani popatrzyć na tę sprawę z obu stron. 

-  Może rzeczywiście powinnam. - Spojrzała na niego uważnie. 
-  W  porządku.  -  Przejechał  dłonią  po  włosach.  -  Rob,  mam na-

dzieję, że ty również spróbujesz to zrozumieć. To niełatwe, ale sądzę, 
że jesteś na tyle duży, aby przynajmniej spróbować. 

R

 S

background image

31 

 

-  Spróbuję, Matt. - Robbie był zachwycony ostatnią pochwałą. 
-  Tylko o to cię proszę. 
Nagle chłopiec pobiegł przed siebie w kierunku domu, zostawiając 

matkę  sam  na  sam  z  Mattem.  Mężczyzna  objął  ją i  oboje  podeszli do 
jego konia. Casey czuła się nieswojo. Ten drobny, nic nie znaczący gest 
sprawiał jej przyjemność. 

-  To miły dzieciak - zauważył Matt. 
-  Tak. Dziękuję za to, co pan mówił. Być może któregoś dnia zro-

zumie, że istnieje więcej niż jeden punkt widzenia. 

Mężczyzna pokiwał głową. Zamierzał coś powiedzieć, kiedy nagle 

pojawił się jeździec na koniu. 

-  Cześć, Matt! 
Casey  spojrzała  na  jasnowłosą  młodą  kobietę,  potem  na  Reilly'ego. 

Podobieństwo między nimi było uderzające. 

-  To moja siostra, Lisa - powiedział Matt. Lisa zsiadła z konia i po-

deszła do nich. 

-  Przedstaw mnie - zażądała. 
Mężczyzna posłusznie dokonał prezentacji i Lisa wyciągnęła przed 

siebie stwardniałą i pokrytą odciskami dłoń. 

-  Cieszę się, że będzie tu pani mieszkała, pani Allen - powiedziała. - 

Ten dom już zbyt długo stał pusty. 

-  Dziękuję. Proszę mówić mi Casey. 
-  Dobrze, Casey. Matt mówił mi, że mamy nowego sąsiada. Nic 

R

 S

background image

32 

 

więcej  nie  powiedział.  -  Zachichotała  nagle.  -  Teraz  rozumiem,  dla-
czego. 

Casey zarumieniła się i popatrzyła na mężczyznę, który ściągnął 

brwi.  Prawdopodobnie  nie  podobało  mu  się,  że  jego  siostra  tak  się 
spoufala z nieznajomą. 

-  Muszę  już  iść  -  powiedział.  -  Zobaczymy  się  później,  Liso.  - 

Spojrzał  na  Casey.  -  Niech  pani  pomyśli  o  tym,  co  mówiłem.  Moja 
propozycja jest ciągle aktualna. 

Kiedy odjechał, Lisa popatrzyła na nią pytająco. 
-  O co chodzi? - zapytała. 
-  Twój brat opowiadał nam o pieskach preriowych. Chyba za ni-

mi nie przepada. 

-  Jak większość ludzi tutaj - zgodziła się Lisa. 
-  Ale chyba nie to miał na myśli, prawda? 
-  Nie - potrząsnęła głową Casey. - Chce mnie wykupić. Odmówi-

łam. 

-  Ach, to - kobieta wzruszyła ramionami. - Mówi o tym od lat. Nie 

przejmuj się, to nie zmieni jego stosunku do ciebie. 

-  Być może ty i on inaczej podchodzicie do życia - powiedziała 

ostrożnie Casey. 

-  Jasne, że tak. Matt jest ambitny i bardzo pracowity.  Ja  jestem  z 

gruntu leniwa. Ale robię to, co do mnie należy. Na swój własny spo-
sób. 

Casey wątpiła, czy Lisa naprawdę jest leniwa. Pamiętała jej pokry-

tą odciskami dłoń. 

R

 S

background image

33 

 

-  Dostałaś tę ziemię w spadku po Zachu Morrow? - zapytała Lisa. 
-  Był ojcem chrzestnym mojej matki. 
-  Przykro  mi  z  powodu  jego  śmierci,  ale  cieszę  się,  że  ty  tu  za-

mieszkasz. - Uśmiechnęła się. - Matt wspominał coś o chłopcu. 

-  Tak, to mój syn, Robbie. Uważam, że to wspaniały dzieciak, ale 

pewnie jestem nieobiektywna. Jutro idzie do pierwszej klasy. 

-  To świetne miejsce dla dzieciaków. Przyjdź jutro na kolację - wy-

rzuciła z siebie Lisa jednym tchem. 

Zaskoczona  nieoczekiwanym  zaproszeniem,  Casey  zawahała  się 

przez chwilę. 

-  Sama  nie  wiem  -  powiedziała.  -  Po  pierwsze,  jest  Robbie,  po 

drugie nie wiem, czy to spodobałoby się twojemu bratu. 

-  Matt nie nosi w sobie urazy - odrzekła Lisa. 
-  Poza tym sama potrafię podejmować decyzje. Zapraszam także 

Robbie'ego. Co ty na to? 

-  Doskonale. 
-  Może być o szóstej? Nie chciałabym, aby mały był śpiący. 
-  Świetnie. A więc do zobaczenia. 
Casey przyglądała się, jak dziewczyna odjeżdża. Pomyślała, że być 

może znalazła właśnie przyjaciółkę. 

R

 S

background image

34 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Casey przełknęła ostatni kęs ciasta. 
-  To  było  pyszne  -  powiedziała.  -  Wszystko  było  świetne,  a 

zwłaszcza stek. 

-  Hodujemy woły. - Lisa wyglądała na uszczęśliwioną komplemen-

tem.  -  Matt  przez  cały  czas  eksperymentuje,  stara  się  ulepszyć  stado. 
Tak, żeby mięso było mniej tłuste, ale za to kruche. 

-  Czy wszyscy w okolicach mają rancza? 
-  Prawie.  Jest  też  kilku  farmerów.  No  i  ci,  którzy  sprzedają  nam 

różne rzeczy. Stanowimy jedną dużą, szczęśliwą rodzinę. 

-  Chyba że komuś zdarzy się lubić pieski preriowe - mruknęła Ca-

sey. 

-  Ej, ja też lubię pieski preriowe, nie podoba mi się tylko to, co robią 

z ziemią - powiedziała Lisa. - Ale nie mówmy o tym teraz. Powiedz mi 
lepiej, jak sobie radzisz z domem. 

Kiedy  Casey  wspomniała,  że  następnego  dnia  zamierza  odnowić 

szafki w kuchni, Lisa natychmiast zaoferowała swoją pomoc. 

R

 S

background image

35 

 

Przyszła zaraz po tym, jak Robbie wyszedł do szkoły. Miała na sobie 

dżinsy i podkoszulek, na którym widniał napis: „Wiem już wszystko i co 
mam teraz zrobić?" Przyniosła ze sobą odpowiednie narzędzia. 

-  Skąd masz tę koszulkę? - wybuchnęła śmiechem Casey. 

-  Matt kazał  ją dla mnie  zrobić.  Zawsze  wyśmiewał  się  z  kursów 

higieny psychicznej, na które bez przerwy chodziłam. Powiedział kie-
dyś, że nie widzi, żeby mi w czymkolwiek pomagały. Ja powiedziałam, 
że teraz wiem już wszystko. Stąd ten podkoszulek. 

-  Ty i Matt jesteście sobie bardzo bliscy? - Było to raczej stwier-

dzenie niż pytanie. 

-  Zawsze byliśmy. Oczywiście, Matt jest sporo starszy. Właściwie 

to on mnie wychował. 

-  Jest dziwny, chyba niełatwo go poznać - zaryzykowała Casey. 
-  Masz rację - zgodziła się jego siostra. - Czasami wydaje mi się, że 

znam  go  świetnie,  ale  potem  robi  coś  takiego,  co  mi  uświadamia,  że  w 
ogóle  go  nie  znam.  Jest  o  wiele  bardziej  skomplikowany  niż  ja.  -
Żartobliwie pogroziła Casey pięścią.  - Jeśli będziesz mnie  wyciągała na 
zwierzenia, nigdy nie zaczniemy. Idziemy! 

Kiedy weszły do domu, Lisa z podziwem rozejrzała się dookoła. 
-  Dokonałaś cudów - rzekła. - Zapamiętałam to miejsce jako ponu-

re i przygnębiające. Teraz wydaje się radosne i pełne życia. 

R

 S

background image

36 

 

-  Pochlebiasz  mi.  Po  prostu  pozbyłam  się  tych  ciężkich  zasłon  i 

powiesiłam rośliny w oknie. 

Pracowały bez przerwy przez następne dwie godziny. Powoli spod 

grubych warstw obłażącej farby zaczęło wyłaniać się drewno o miodo-
wym odcieniu. 

-  Dlaczego  ktoś  w  ogóle  pomalował  te  szafki?  -  zastanawiała 

się głośno Casey. - Teraz już rzadko kiedy widuje się meble z drew-
na. Po co to ukrywać? 

-  Zach Morrow był prawdziwym dziwakiem - odrzekła Lisa. - Nie 

mamy  pojęcia,  dlaczego  zrobił  połowę  z  tych  rzeczy,  które  zrobił.  - 
Westchnęła ciężko, po czym natychmiast zmieniła temat. - Ej, wybie-
rasz się na jarmark do miasteczka? W tym roku ja jestem w zarządzie. 
Co roku próbujemy wymyślić coś ciekawego, żeby przyciągnąć i zain-
teresować ludzi. Mam dwa tygodnie na to, aby zwalić ich z nóg. Masz 
może jakiś pomysł. 

-  A co byś powiedziała na stoisko z portretami? - zaproponowała 

Casey. - Albo karykatury? 

-  Doskonale, czegoś takiego jeszcze u nas nie było. - Lisa zesztyw-

niała nagle. - Ale potrzebujemy artysty. Kogoś, kto zgodzi się pracować 
za darmo. 

-  Ja  mogłabym  to  zrobić.  Już  kiedyś  rysowałam  karykatury.  To 

niezbyt kosztowne  zajęcie, potrzebuję tylko papieru i  węgla.  Albo pa-
steli, jeśli rysunki mają być kolorowe. 

-  To cudownie że potrafisz rysować. - Lisa roześmiała się głośno.  

R

 S

background image

37 

 

- Ja chyba będę musiała zadowolić się aparatem fotograficznym. 

- Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele. Tak naprawdę nie jestem portre-

cistką,  mówimy  przecież  o  naprędce  tworzonych  karykaturach.  Nic 
nadzwyczajnego. 

- No i dobrze. Nie będziemy mogli zażądać zbyt wiele pieniędzy, 

ale spodziewam się, że uzbieramy niezłą sumkę. -  Lisa popatrzyła na 
Casey. - Słuchaj, wiem, że dopiero co się poznałyśmy, ale czuję się tak, 
jak gdybyśmy już były zaprzyjaźnione. W piątek Matt urządza dla mnie 
urodzinowe przyjęcie. Przyszłabyś? 

- Jesteś pewna, że nie będę przeszkadzać? 
- Żartujesz?  Tam  będzie  połowa  tego  stanu.  Powiedz,  że  przyj-

dziesz. 

- Dobrze. Przyjdę. Ale będę musiała wziąć ze sobą Robbie 'ego. 
- Nie ma sprawy. Położymy go w jednej z sypialni. Pewnie prześpi 

cale przyjęcie. 

Kiedy Lisa poszła, Casey zastanawiała się, co dać jej w prezencie. 

Nie  miała  zbyt  wiele  pieniędzy,  musiała  więc  coś  wymyślić  -  może 
namalować obraz? 

Wciąż jeszcze o tym myślała, kiedy nagle do kuchni wpadł Robbie. 
- Cześć, mamo! - wykrzyknął. - Czy mógłbym wziąć do domu pie-

ska preriowego i zaprzyjaźnić się z nim? 

- Zaprzyjaźnić? Obawiam się, że nie, kochanie. 
- Dlaczego? 

R

 S

background image

38 

 

-  Pieski  preriowe  są  dzikie.  Nie  można  się  z  nimi  zaprzyjaźnić.  - 

Najwyraźniej nie rozumiał, spróbowała więc wytłumaczyć mu to w in-
ny sposób. - Byłyby nieszczęśliwe z dala od domu i przyjaciół. 

-  Chyba masz rację. - Zgodził się szybko. - Kiedy wysiadłem z au-

tobusu, przyglądałem się jednemu. Ma biały ogon. Nazwałem go Ral-
ph. 

-  Ralph? 
-  Tak. Chcesz go zobaczyć? - Pociągnął ją za rękę. 

Pozwoliła mu poprowadzić się na pole po drugiej stronie szosy. 

-  Tam jest! - wyszeptał Robbie i wskazał ręką na małe tłuste zwie-

rzątko. 

-  Skąd możesz wiedzieć, że to akurat Ralph? Dla mnie one wszyst-

kie wyglądają tak samo. 

-  Ralph ma obszarpane ucho. Spójrz. 
Casey  wytężyła  wzrok  i  z  trudem  dostrzegła  bliznę  na  prawym 

uchu zwierzaczka. 

-  Jak ty to w ogóle zauważyłeś? - zapytała. 
-  Lubię  mu  się  przyglądać.  Zauważyłem  go  dopiero  wczoraj.  Jest 

odważniejszy niż reszta. 

-  Rozumiem.  Ale  zdajesz  sobie  sprawę,  że  Ralph  byłby  nieszczę-

śliwy, gdyby mieszkał z nami w domu, prawda? 

-  Tak...  - Chłopiec posmutniał, po  czym  nagle  jego  twarz  rozja-

śniła się. - Ale możemy tu przychodzić i codziennie na niego patrzeć? 
To też będzie świetne. 

R

 S

background image

39 

 

-  Myślę,  że  możemy  -  uśmiechnęła  się.  -  Co  byś  powiedział  na 

wcześniejszą kolację? 

-  Powiedziałbym, że taki 
-  Niedługo będziesz większy ode mnie. 
-  Dużo, dużo większy - przekomarzał się. 

Cztery godziny później, kiedy Robbie już zasnął, 

Casey  usiadła  w  kuchni  i  rozłożyła  przed  sobą  książkę  o  pieskach 

preriowych. Przeczytała w niej, że niektórzy farmerzy zaczęli tępić te 
zwierzęta przy pomocy trucizny. 

Czy jednak mogła ich za to winić? Cóż z tego, że zwierzątka były 

takie rozkoszne, skoro wyrządzały tyle szkód? 

Zamknęła gwałtownie książkę, jakby to ona była przyczyną jej na-

rastającego bólu głowy. 

-  Och, Zach - westchnęła, zrozpaczona. - W co ty mnie wpakowa-

łeś? 

-  Lisa! - krzyknął Matt. - Przyszła Casey. 
W chwilę później odświętnie ubrana Lisa wpadła do holu. 
-  Tak się cieszę, że przyszliście - uśmiechnęła się do Casey i Rob-

bie'ego. 

-  Ja również. Wyglądasz świetnie. - Casey  wręczyła  dziewczynie 

prezent. 

-  Nie  będę  czekać.  -  Solenizantka  niecierpliwie  zaczęła  odwijać 

paczkę.  -  Matt  twierdzi,  że  na  przyjęciach  zachowuję  się  jak  dziecko, 
ale naprawdę uwielbiam niespodzianki. - Spojrzała na akwarelę i 

R

 S

background image

40 

 

westchnęła z zachwytem. - To prześliczne. Ty to namalowałaś? 

Casey skinęła głową i zerknęła na Matta, ciekawa, czy jemu też się 

podobało. 

-  Masz talent - powiedział tylko. 
-  Dziękuję ci bardzo. - Lisa pocałowała ją w policzek, po czym za-

częła  przedstawiać  ją  i  Robbie'ego  obecnym  na  przyjęciu  ludziom. 
Chłopiec dosłownie rzucił się na jedzenie. Casey uśmiechnęła się. Mały 
nieczęsto miał okazję jeść tak dobrze i tak dużo. 

Kiedy już się najadł, zaczął przeraźliwie ziewać, co nie uszło uwagi 

Lisy. 

-  Chodź, mały - wzięła go za rękę. – Poszukamy jakiegoś miłego 

pokoju, gdzie będziesz mógł się zdrzemnąć. 

Casey pomyślała, że jej syn wyjątkowo szybko zaakceptował tę ro-

dzinę. Zaczęło się jej kręcić w głowie od poznawania tylu nowych lu-
dzi, postanowiła więc poszukać jakiegoś ustronnego miejsca. 

Wyszła  na  patio  i  usiadła  na  sofie,  po  czym  wyciągnęła  z  torebki 

niewielki szkicownik. Rysowała na pozór bezmyślnie, kiedy w pewnej 
chwili zdała sobie sprawę, kto pojawił się na papierze. Matt Reilly z ro-
gami. 

Z niedowierzaniem wpatrywała się w rysunek. Do diabła. Ten fa-

cet wciąż był w jej myślach, w jej snach, a teraz jeszcze przeszkadzał 
pracować. Wyrwała kartkę ze szkicownika, chcąc ją wyrzucić, ale 

R

 S

background image

41 

 

zmieniła zamiar. To była udana podobizna, a rogi nadawały mężczyź-
nie  jakiś  diaboliczny  charakter.  Casey  zachichotała.  A  więc  tak  wi-
działa  tego  człowieka?  Ciekawe,  co  by  na  to  powiedział  psycho-
analityk? 

Nagłe  obok  niej  pojawił  się  Matt.  Zaczerwieniła  się  i  usiłowała 

schować rysunek do torebki. 

-  Mogę zobaczyć? - Usiadł kolo niej. 
-  To nic ciekawego. Takie tam rysuneczki. 
-  Jestem pewien, że znakomite. - Delikatnie wyjął kartkę z jej pal-

ców, popatrzył na nią i zachichotał. - Jeśli wszystkie twoje karykatury 
będą równie dobre jak ta, zbierzesz mnóstwo pieniędzy na jarmarku. 

-  Proszę, Matt. Nie chciałam... 
-  Nie chciałaś narysować mnie czy nie chciałaś dorysowywać mi 

rogów? 

Na  szczęście  w  tym  momencie  pojawiła  się  Lisa  z  dwoma  tale-

rzami przysmaków. 

-  Co  się  stało?  -  zapytała  z  niepokojem  i  nie  czekając  na  odpo-

wiedź, spojrzała na Matta. - Co jej zrobiłeś?  Widzę,  że  jest  przygnę-
biona. 

-  Nic. Pokazywała mi właśnie karykaturę. - Wręczył siostrze rysu-

nek. - Co o tym myślisz? 

Lisa popatrzyła i wybuchnęła głośnym śmiechem. 
-  Powieśmy  to  gdzieś  -  zaproponowała.  -  To  będzie  świetna  re-

klama dla Casey. 

-  Ale ludzie mogliby pomyśleć, że wszystkim będę dorysowywała 

R

 S

background image

42 

 

rogi czy  coś  w  tym  rodzaju  - sprzeciwiła  się  Casey.  -  Poza  tym  Matt 
mógłby czuć się zakłopotany. 

-  Wcale nie - odparł Reilly. - Uważam, że z nimi wyglądam dużo 

lepiej. 

-  Widzisz? Ludzie będą zachwyceni. - Lisa popatrzyła błagalnie na 

przyjaciółkę. - Nie masz nic przeciwko temu, prawda? 

-  Nie, oczywiście, że nie - odparła bez przekonania Casey. Kiedy 

Lisa odeszła, rzuciła Mattowi wściekłe spojrzenie. -I dobrze ci tak. 

Uśmiechnął się tylko w odpowiedzi. 
-  Lisa! - krzyknął. - Uważaj na ten portret. To pewnie jedyny, jaki 

kiedykolwiek będę miał! 

-  Jedyny podobny - odparowała Casey. - Wszyscy inni rysownicy 

staraliby  się  pewnie,  żebyś  wyglądał  sympatycznie...  i  byłbyś  nie  do 
rozpoznania. 

-  Jesteśmy  w  świetnym  humorze,  co?  Lepiej  coś  zjedz.  -  Zanim 

zdążyła zaprotestować, wepchnął jej w usta kanapkę. Omal się nie za-
krztusiła. 

-  Bardzo dziękuję, ale sama się nakarmię. Lepiej pójdę i zobaczę, 

co z Robbie'em. 

Matt złapał ją za przegub, nie pozwalając wstać. 
-  Śpi spokojnie - poinformował. - Nie ma powodu, żebyś ucieka-

ła. 

-  Wcale nie uciekam. Uniósł brew do góry. 
-  Nie uciekam - powtórzyła. 

R

 S

background image

43 

 

-  Nie? A więc zostań tutaj i dotrzymaj mi towarzystwa. 
-  Wolę  sympatyczniejsze  towarzystwo  -  odgryzła  się,  próbując 

uwolnić ramię. 

-  Przepraszam.  -  Uścisk  Matta  złagodniał.  -  Nie  powinienem  był 

cię drażnić. Naprawdę cię lubię. 

-  Sama nie wiem... - Popatrzyła na niego niepewnie. 
-  No dobrze. Ogłaszam rozejm. Zgoda? 
-  Zgoda. - Podała mu rękę. 
Przejechał palcem po delikatnych żyłkach, widocznych na jej dło-

ni. 

-  Drżysz - szepnął. 
-  Nie... To znaczy... jest mi trochę zimno. Natychmiast pożałowała 

swojego kłamstwa, gdyż Matt otoczył ją ramieniem i przyciągnął do 
siebie. 

-  Lepiej? 
Nie! Było o wiele gorzej, ale przecież tego nie mogła mu powie-

dzieć. 

-  Tak, dziękuję  -  wydusiła  z siebie. - Czy  nie powinieneś  wrócić 

do gości? 

-  Nie sądzę, żeby za mną tęsknili. - Pochylił się i pocałował ją de-

likatnie. Bez zastanowienia odwzajemniła pocałunek. 

Kiedy w końcu oderwał się od niej, złapała oddech i dotknęła swo-

ich warg. Wstała gwałtownie. 

-  Muszę... - Odwróciła się i uciekła. Nie poszedł za nią. W pokoju 

natychmiast wpadła na Lisę. 

R

 S

background image

44 

 

-  Wszystko w porządku? - zapytała ją przyjaciółka 
-  Jasne. - Casey zmusiła się do uśmiechu. A czemuż by nie? 
-  Świetne przyjęcie, Liso - odezwał się nagle nieznajomy głos. 
-  Dzięki, Sam. Casey Allen, Sam Meacham. Jeszcze jeden sąsiad. 
-  Słyszałem,  że mieszka pani na ziemi  Zacha. Sam popatrzył na 

nią nieprzyjaźnie. 

Pokiwała głową, zdumiona jego wrogością. 
-  To teraz nasz dom. 
-  Chodzą plotki,  że jest pani równie  stuknięta, jak Zach  i  pozwala 

tym zwierzakom niszczyć ziemię. 

-  Jeśli  rozumie  pan  przez  to,  że  pozwalam,  aby  kilka  piesków 

mieszkało na moim terenie, to tak. 

-  Te zwierzęta rujnują całe połacie ziemi. - Przejechał wielką dłonią 

po ustach. - Pani ziemia od północy graniczy z moją. Jeśli któryś z mo-
ich koni albo bydło przejdzie do pani, to... 

-  Wystarczy, Sam - odezwał się nagle Matt. Niezauważyła, że do 

nich podszedł. - Pani Allen właśnie się tu przeprowadziła. Powinniśmy 
pomóc jej poczuć się tu jak u siebie w domu. 

-  Tak, dopóki będzie przestrzegała naszych zasad. - Sam Meacham 

odwrócił się i odszedł. 

-  Przepraszam - szepnęła Casey. 
-  Właśnie przedstawiałam mu Casey, kiedy na nią wsiadł - wyjaśni-

ła Lisa. - Kurczę, tak mi przykro. 

R

 S

background image

45 

 

-  Wszystko  w  porządku.  -  Odetchnęła  głęboko.  -  Chyba  nie  je-

stem tu zbyt lubiana... 

-  Nie sądź nas na podstawie słów jednego człowieka - odezwał się 

Matt.  -  On  nie  jest taki  zły,  po prostu martwi się o swoją ziemię, tak 
jak my wszyscy. 

-   Sama to zauważyłam. - Rozejrzała się dookoła. -  Czy  wszyscy 

tutaj myślą to samo

-  Większość tak, ale nie wszyscy. Musisz zrozumieć; że ludzie tu-

taj żyją z ziemi. To normalne, że się o nią martwią. 

-  Rozumiem. Chciałabym tylko, żeby zrozumieli, co ja czuję. 
Miała nadzieję, że usłyszy słowa pociechy, ale Matt milczał. 
Później, kiedy  wróciła  do domu,  myślała  o tym  wieczorze. Mniej 

martwił  ją  Sam  Meacham  niż  jej  reakcja  na  Matta.  Nie  wiedziała,  jak 
dopuściła do tego, co się stało. Myślała, że tego rodzaju uczucia pogrze-
bała razem z Dave'em. Poradziłaby sobie jeszcze z pożądaniem, ale 
to było coś więcej. 

Reilly  był  atrakcyjnym  i  zarazem  niepokojącym  mężczyzną.  Nie-

bezpieczna  kombinacja,  musiała  coś  z  tym  zrobić.  Po  chorobie  i 
śmierci Dave'a stała się zbyt wrażliwa. 

Wmawiała sobie, że Matt interesuje się wyłącznie jej ziemią. Poza 

tym, też na pewno nie pragnął stałego związku. 

R

 S

background image

46 

 

   W ciągu następnych dwóch bezsennych godzin uświadomiła sobie, że 
się okłamuje. Powinna trzymać się z daleka od Matta Reilly. Nie dlate-
go,  że  pragnął  jej  ziemi.  Dlatego,  że  zbyt  łatwo  mogłaby  oddać  mu 
swoje serce. 

R

 S

background image

47 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

W dniu jarmarku było bardzo gorąco. Casey była równie podekscy-

towana, jak jej syn. Wciąż martwiła się o karykatury. Czy spodobają się 
ludziom, czy też będą się obrażali? 

Portret  Matta,  który  wisiał  w  sklepie  z  narzędziami,  budził  ol-

brzymie  zainteresowanie.  Wiedziała  od  Lisy, że mężczyzna przez cały 
czas  zastanawiał  się,  co  spowodowało,  że  widziała  go  właśnie  w  taki 
sposób. 

-  O czym myślisz? - spytał Robbie, kiedy dotarli już na miejsce. 
-  Tak sobie marzę. Dorośli też mają czasem marzenia. 
-  Lubisz Matta? 
-  Oczywiście, że tak. - Wstrzymała oddech. 
-  To dobrze. Ja też. 
W  chwilę  później  chłopiec  omal  się  nie  zgubił.  Na  jarmarku  było 

mnóstwo ludzi. Casey rozglądała się dookoła z przerażeniem. Nie wie-
działa, gdzie jest jej budka i co właściwie tu robi. Uśmiechnęła się 

R

 S

background image

48 

 

z ulgą, kiedy zobaczyła nadchodzącą Lisę. 

-  Casey,  dzięki  Bogu,  że  tu  jesteś!  –  wykrzyknęła    dziewczyna.  - 

Mam mnóstwo pracy i nikogo do pomocy. Ci, co tu się kręcą, nie po-
mogą mi. Większość z nich tylko udaje, że coś robi. 

-  Czekam na rozkazy - zasalutowała przyjaciółka. 

W tym momencie pojawił się Matt. Popatrzył na siostrę. 

-  Jak długo tu jesteś? - zapytał. 
-  Trzy godziny. 
-  Tak myślałem. - Popchnął ją na stojące obok krzesło. - Nie ru-

szaj się stąd, musisz trochę odpocząć. 

-  Ale budki - zaprotestowała. - Muszę pokazać Casey,  dokąd  ma 

iść. 

-  Ja jej pokażę. Dokonałaś cudów, Liso, daj teraz szansę innym. 
-  Masz rację - pokiwała głową. - Po prostu chciałam, żeby wszyst-

ko było dobrze. 

-  Chodź - powiedział Matt do Casey. - Pomogę ci rozstawić bud-

kę. 

Wziął  za  ręce  ją  i  Robbie'ego  i  poprowadził  ich  na  miejsce.  Bez 

najmniejszego wysiłku rozstawił jej sztalugi i przymocował plakat, któ-
ry miał przyciągnąć uwagę łudzi. Przyjrzał się widniejącej na nim kary-
katurze i uśmiechnął się do Casey. 

-  Bez rogów? 

R

 S

background image

49 

 

-  Rogi  są  dla  tych,  którzy  na  nie  zasłużyli  -  uśmiechnęła  się  w 

odpowiedzi. 

Tym razem nie było między mmi napięcia, tylko rozbawienie. Ca-

sey czuła się wyjątkowo dobrze. 

-  Myślisz, że to zainteresuje ludzi? - zapytała. 
-  Nie  zdziwiłbym  się,  gdybyś  zarobiła najwięcej  pieniędzy  z  nas 

wszystkich. 

Ucieszyły ją te słowa. Żeby ukryć zadowolenie, zaczęła pośpiesz-

nie rozkładać swoje rzeczy. 

-  Czy narysujesz mnie, mamo? - odezwał się nagle Robbie. 
-  Jasne  -  odpowiedział  za nią Matt.  -  Będziesz  pierwszym  klien-

tem. 

Casey zaczęła pośpiesznie szkicować syna. Po kilku chwilach spod 

jej  ołówka  począł  wyłaniać  się  piegowaty  amorek.  Była  wdzięczna 
Mattowi, że nie patrzył, kiedy rysowała. Gdy skończyła, wręczyła obra-
zek Robbie'emu. 

-  O rany, to ja! - wykrzyknął. - Wyglądam zabawnie. 
-  Masz  wyglądać  zabawnie  -  powiedział  Matt.  -  Mogę  zoba-

czyć? 

Casey przyglądała mu się w skupieniu, kiedy oglądał portret. 
-  Doskonały - uśmiechnął się. 
-  Powinniśmy  to  gdzieś  powiesić  -  stwierdziła  Lisa,  która  właśnie 

do nich podeszła. - To naprawdę będzie świetna reklama. 

R

 S

background image

50 

 

Casey uśmiechnęła się, a Matt potargał jasne włosy Robbie'ego. 
-  Nie masz nic przeciwko temu, żebyśmy sobie pożyczyli ten por-

tret, Rob? - zapytał. 

-  Nie. Gdzie go powiesicie? 
-  Przy  wejściu  na  jarmark  -  zdecydował  Matt.  -  Tam  wszyscy 

go zobaczą. 

-  Jestem  gotowa  do  pracy  -  odezwała  się  Casey.  Pod  wpływem 

komplementów poczuła się bardziej pewnie. 

-  Chciałam  być  twoją  pierwszą  klientką,  ale  chyba  będę  drugą.  - 

Lisa uśmiechnęła się do Robbie'go i usiadła na krześle. 

-  Nie jestem pewna, czy mogę cię narysować -powiedziała Casey z 

udawanym oburzeniem. 

-  Dlaczego? 
-  Jesteś zbyt doskonała - wtrącił Matt. - Nie ma czego skarykatu-

rować. 

-  Nie zwracaj na niego uwagi. Po prostu narysuj mnie  taką,  jaką 

jestem - piękną. 

Zmieszanie Casey gdzieś zniknęło, tym razem szkicowała szybko 

i pewnie. Dorysowała Lisie płową grzywę, czyniąc ją przez to podobną 
do kota. 

Kiedy dziewczyna zobaczyła swój portret, klasnęła w ręce. 
-  Jest  inny,  niż  się  spodziewałam.  O  wiele  lepszy.  -  Zapłaciła  i 

poszła pochwalić się przed znajomymi. 

R

 S

background image

51 

 

Nagle  przed  budką  Casey  utworzyła  się  kolejka. Rysowała nie-

mal bez przerwy i wszyscy klienci wydawali się zachwyceni oraz za-
skoczeni rezultatami. 

Casey pracowała przez cały dzień, robiąc tylko krótkie przerwy na-

jedzenie. Tak jak przewidział Matt, bardzo szybko zarobiła dużo pienię-
dzy. 

Kiedy Lisa przyszła pod koniec dnia, aby je zebrać, westchnęła tyl-

ko z zachwytem. 

-  Wiedziałam,  że  sobie  poradzisz,  nie  przypuszczałam  jednak,  że 

aż tak dobrze. - Uścisnęła mocno przyjaciółkę. - Zarobiłaś ponad pięć-
set dolarów! 

Casey  zaczerwieniła  się.  Kiedy  podszedł do nich Matt, jak  gdyby 

od niechcenia objął ją w talii. 

-  Nasza artystka zasługuje na nagrodę - powiedział. 
-  Jaką nagrodę? 
-  Masz ochotę na konną przejażdżkę, czy jesteś po prostu zwykłym 

mieszczuchem? 

-  Mieszczuchem?  Chyba  mnie  prowokujesz.  Oczywiście,  że 

mam ochotę. 

-  Świetnie. Przyjdź do mnie o dziewiątej rano w poniedziałek. 
Casey zastanowiła się, czy stosunek Matta do niej się zmienił. Być 

może  coś  do  niej  czuł.  Nadal  nie  miała ochoty w nic się angażować, 
ale nie mogła pozbyć się tej myśli. 

Już nie miała wrażenia, że on stara się po prostu nakłonić ją do  

R

 S

background image

52 

 

pozbycia się ziemi. Był nawet pomocny. Czy jego uczucia zmieniły się 
w tym samym czasie, co jej? Czy też tylko starał się grać z nią w jakąś 
dziwną grę? 

Nie,  nie  chciała  w  to  uwierzyć.  Matt  Reilly  postępował  wprost. 

Mógł być wrogiem, ale uczciwym. 

Następnego ranka, kiedy Robbie poszedł do szkoły, Casey myślała 

o swoim planowanym spotkaniu z Mattem. 

Od wielu już łat nie jeździła konno. Mimo tego czuła się podeks-

cytowana,  kiedy  do  niego  jechała.  To  będzie  ich  dzień.  Przybyła  w 
momencie, kiedy Reiłly wyprowadzał kobyłę ze stajni. 

-  Jesteś gotowa? - zapytał. 
-  Chyba tak. - Popatrzyła podejrzliwie na klacz. 
-  Daj spokój, chyba nie boisz się starej Tess, prawda? Jest równie 

łagodna, jak koń na biegunach. Po prostu się z nią zaprzyjaźnij. Uwiel-
bia, kiedy się ją drapie po szyi. 

Casey ostrożnie wyciągnęła rękę, aby podrapać szyję klaczy. Tess 

zadrżała. 

-  O rany, ona naprawdę to lubi. - Tym razem już odważnie pokle-

pała konia. 

-  Oczywiście, że tak. Poznajcie się ze sobą, a ja przyprowadzę Jo-

wisza. - Zniknął w stajni i po chwili wyprowadził stamtąd dużego gnia-
dosza. 

-  Znasz już Jowisza - powiedział. 

R

 S

background image

53 

 

-  Tak, ale nigdy nas oficjanie nie przedstawiono. Chociaż... chy-

ba lepiej, żebyśmy znali się tylko z widzenia. 

-  Pozwól,  że  ci  pomogę  -  Matt  roześmiał  się  i podsadził Casey. 

Potem dosiadł Jowisza i powoli ruszyli przed siebie. 

Na  niebie  pojawiło  się  stado  kanadyjskich  gęsi.  Trawa  na  prerii 

uginała się łagodnie przy każdym podmuchu wiatru.  Kobieta przymru-
żyła  oczy  i  popatrzyła  przed  siebie.  W  oddali  widniały  postrzępione 
wierzchołki gór, już teraz pokryte śniegiem. 

-  Dobrze, że wzięłam ze sobą szkicownik - powiedziała cicho. 
-  Oto słowa prawdziwego artysty. 
Miała wrażenie, że pod tym co powiedział, kryje się zgorzknienie i 

ironia, ale zanim zdążyła go o to zapytać, odezwał się ponownie. 

-  Czy malujesz również pejzaże? 
-  Raczej  nie.  Kiedyś  pracowałam  w  reklamie...  Zanim  umarł  mój 

mąż.  Któregoś  dnia  chciałabym  się  zabrać  za ilustrowanie  książek dla 
dzieci. 

-  Dlaczego zwlekasz? 
-  Trzeba mieć sporo czasu, żeby przygotować dobre próbki. Może 

teraz, kiedy Robbie zaczął chodzić do szkoły, będę mogła to zrobić. 

-  Jesteś dobra. Więcej niż dobra - stwierdził z przekonaniem. - Nie 

pozwól, żeby twój talent się zmarnował. 

R

 S

background image

54 

 

-  Dlaczego ci na tym zależy? - zapytała, zanim zdążyła pomyśleć. 
-  Po prostu mi zależy - odrzekł szorstko. - Nawet jeżeli nie powin-

no. 

Nie miała okazji zapytać, co przez to rozumie, gdyż w tej samej 

chwili pogalopował przed siebie. Tess również ruszyła do przodu, ale 
nie była tak szybka jak Jowisz. Casey odetchnęła z ulgą, kiedy ujrzała, 
że Matt zatrzymał się nagle. 

-  Chciałeś od nas uciec? - spytała, kiedy już dojechała do niego. 
-  Przepraszam. - Otarł czoło chustką. 
-  Czy powiedziałam coś nie tak? 
-  Coś mi przyszło do głowy. 
Ton  jego  głosu  sprawił,  że  zaczęła  mieć  się  na  baczności.  Wokół 

ust Matta pojawiły się bruzdy. Nagle Jowisz zarżał niecierpliwie. 

-  Przypomina mi, że nie znosi stać w miejscu - 

uśmiechnął się mężczyzna. 

Na  widok  tego  uśmiechu  ciężar  natychmiast  spadł  z  jej  serca. 

Kiedy  ruszyli,  zaczął  jej  opowiadać  rozmaite  historie  dotyczące  tej 
ziemi.  Mówił  tak barwnie,  że  niema!  widziała  tych  dzielnych męż-
czyzn i kobiety, którzy dawno temu przybyli tu i już na zawsze pozo-
stali.  Interesowały  ją  zwłaszcza kobiety-pionierzy, silne kobiety, które 
pracowały, walczyły i umierały u boku swoich mężczyzn. 

R

 S

background image

55 

 

W  jakiś czas później  dojechali nad  małe  jezioro,  ocienione  krze-

wami bawełny. 

-  Jak tu pięknie- westchnęła Casey. - Zatrzymamy się? 
-  Pomyślałem, że może miałabyś na to ochotę. 
-  Matt zsiadł z konia i pomógł jej. - Obolała? 
-  Nie bardzo. - Dyskretnie dotknęła swoich pośladków. 
-  Powiedz  mi,  kiedy  będziesz  miała  ochotę  na  masaż.  -  Wyszcze-

rzył zęby. - Podobno jestem w tym świetny. 

Zignorowała tę propozycję. 
Matt wyjął tymczasem koc z torby przytroczonej do siodła i rozło-

żył  go  na  ziemi,  po  czym  rozpakował  koszyk  z  jedzeniem.  Był  tam 
smażony kurczak, sałatka ziemniaczana, brzoskwinie i mnóstwo czeko-
ladowego ciasta. 

-  Ile  osób  zamierzasz  tym  nakarmić?  -  jęknęła  z  udawanym 

przerażeniem Casey. 

-  Tylko ciebie i siebie. Wiem przecież, jaki z ciebie obżartuch - prze-

komarzał się. - Ale jeżeli zjesz za dużo, Tess cię nie udźwignie, więc le-
piej bądź ostrożna. 

Uderzyła go mocno w ramię, a on zaczął przeraźliwie wrzeszczeć. 
Kiedy  jedli  kurczaka,  Matt  przyglądał  się  jej  z  zainteresowa-

niem. 

-  Mogę sobie ciebie wyobrazić jako żonę pioniera - powiedział. 

R

 S

background image

56 

 

-  Dlaczego? 
-  Bo masz w sobie ducha walki i wolę, żeby przetrwać. - W jego 

oczach było mnóstwo ciepła. 

-  Przypominasz  mi  moją  babkę.  To  była  niezwykła  kobieta. 

Równie  nieduża  jak  ty,  ale  jej  potrzeba  niezależności  doprowadzała 
mojego dziadka do rozpaczy. 

-  Chciałabym ją znać. 
-  Polubiłaby cię. Bardzo ceniła odwagę. Twierdziła, że przy tym nic 

innego się nie liczy. 

-  Opowiedz mi o niej i o twoim dziadku. 
-  Właściwie to oni wychowali Lisę i mnie. - Na twarzy Matta po-

jawił się czuły uśmiech. - Mieszkaliśmy z nimi, kiedy rodzice się roz-
wiedli. Mój dziadek  bardzo  kochał  tę  ziemię.  Zwykł  mówić:  „Zajmij 
się ziemią, a ja zajmę się tobą". Zawsze chciałem zrobić coś, z czego 
byłby dumny. 

-  Jestem pewna, że byłby. - Ujęła jego dłoń. 
-  Musiałeś bardzo kochać swoich dziadków. 
-  Byliśmy ze sobą o wiele bliżej, niż większość dzieci i rodziców. 
-  Czy byli szczęśliwi? 
-  Byli  najszczęśliwszą  parą,  jaką kiedykolwiek  znałem.  Tak  bar-

dzo  się  kochali,  że  niemal  bolało,  kiedy  na  nich  patrzyłem.  Babcia 
twierdziła,  że  ona  i  dziadek  urządzali  sobie  „dni  pamięci".  Powie-
działa, że kiedy będę kogoś miał, powinienem też tak robić. 

R

 S

background image

57 

 

W jego głosie było tyle uczucia, że w oczach Casey  pojawiły  się 

łzy. 

-  Niewielu  ludzi ma  okazję  tak  kochać i  być kochanym  -  powie-

działa. - Jeśli ktoś już zaznał takiej miłości, nie zadowoli się byle jakim 
substytutem. 

-  Tak, przy tym wszystko inne blednie - zgodził się. - Czy ty i twój 

mąż tak właśnie się kochaliście? 

To było bardzo osobiste pytanie, ale uznała je za całkiem natural-

ne. 

-  Tak, tyle że to trwało zbyt krótko - szepnęła. 
-  Chcesz o tym porozmawiać? 

Chciała. 

-  Dave i ja chodziliśmy ze sobą na studiach. Pobraliśmy się zaraz 

po dyplomie, a Robbie urodził się rok później. Wszystko szło bardzo 
dobrze - nawet firma mojego męża zaczęła prosperować. Zamierzałam 
zrezygnować z pracy i trochę mu pomóc. Wtedy właśnie  zaczął  mie-
wać bóle głowy. 

-  Co to było? - spytał łagodnie. 
-  Okazało  się,  że  ma  guza  mózgu,  nie  do  zoperowania.  Kiedy 

umarł,  nawet  ucieszyłam  się...  Ucieszyłam  się,  bo  nie  musiał  dłużej 
cierpieć. 

Matt  przytulił  ją  do  siebie.  Chętnie  poddała  się  tej  pieszczocie, 

potrzebowała pociechy. Jednak to pragnienie wkrótce przemieniło się w 
inne uczucie, pod wpływem którego gwałtownie się odsunęła. 

-  A  ty?  -  zapytała,  chcąc  zmienić  temat.  –  Czy  w  twoim  życiu 

jest ktoś szczególny? 

R

 S

background image

58 

 

Matt  w  odpowiedzi  pochylił  głowę  i  delikatnie  dotknął  ustami  jej 

warg.  Powoli  przejechał  po  nich  językiem.  Jak  zwykle  ten  pocałunek 
sprawił jej olbrzymią przyjemność. Miała ochotę rzucić mu się  w ra-
miona i przytulić twarz do jego szyi, poczuć męski zapach. Nagle zdała 
sobie  sprawę  z  tego,  co  robi  i  znów  odsunęła  się.  Matt  zrozumiał  i 
opuścił ręce. 

Casey oddychała ciężko, rozpaczliwie próbując znaleźć wytłuma-

czenie swojego zachowania. Jej mąż zmarł dwa lata temu, czuła się sa-
motna.  Zareagowałaby  tak  na  każdego  atrakcyjnego  mężczyznę.  Jed-
nak  gwałtowne  bicie  serca  zaprzeczało  temu,  co  próbowała  sobie 
wmówić. To nie było poczucie osamotnienia. Wręcz przeciwnie. 

-  Opowiedz mi o swoich rodzicach - poprosiła. 

Chciała, żeby mówił. Nie mógł wtedy jej całować, nie mógł zawracać 
jej w głowie. 

Kiedy spojrzał na nią, wiedziała, że domyślił się, o co jej chodzi-

ło. 

-  Nie bardzo jest o czym opowiadać - odparł. - Moja matka była 

malarką. Miała  wystawę  w  galerii  w  Denver,  odniosła  sukces  i  wyje-
chała na studia do Nowego Jorku. 

-  Czy twoja matka nadal żyje? - Z niewiadomych przyczyn sądziła, 

że jego rodzice zmarli. 

-  Mieszka w Paryżu - skinął głową. - Przynajmniej tam mieszkała, 

kiedy kontaktowaliśmy się po raz ostatni. 

R

 S

background image

59 

 

-  Nigdy nie wróciła? 
-  Nie.  -  Oczy  Matta  przybrały  twardy  wyraz.  -  Nienawidzi 

mieszkać na wsi. Mówi, że zawsze ją to odpychało. 

-  Kiedy odeszła? 
-  Jakieś dwadzieścia lat temu. 
-  A więc musiałeś mieć wtedy jakieś czternaście lat. - Co to była za 

kobieta, jeśli opuściła swoje dzieci i nie wróciła? 

-  Prawie piętnaście. 
-  A twój ojciec? 
-  Tata był ranczerem z krwi i kości. Kiedyś ranczo było całym jego 

życiem. Potem się rozpił i to go zabiło. Gdy zmarł, ranczem zajął się 
dziadek, a potem ja. 

-  Kiedy to było? 
-  Kiedy  skończyłem  studia.  Miałem  dwadzieścia  jeden  lat.  Moi 

dziadkowie niedługo później umarli. 

-  A więc wtedy zająłeś się Lisą i ranczem. - Popatrzyła na niego. 
-  Była już wtedy prawie dorosła. Słuchaj, to naprawdę nic wielkie-

go. Po prostu zrobiłem to, co do mnie należało. Każdy by tak postą-
pił. 

-  Nie  każdy  -  zaprzeczyła.  Zaczęła  wszystko  rozumieć. Matt bar-

dzo szybko dorósł. Zbyt szybko. 

-  Chyba powinniśmy już wracać - powiedział nagle. 

R

 S

background image

60 

 

Patrzyła  na  niego  w  milczeniu.  Silny,  dynamiczny,  a  jednak  na 

tyle bezbronny, że nawet po dwudziestu latach wciąż czuł ból na myśl 
o odejściu matki. Ten dysonans fascynował ją, a zarazem przerażał. 

W kompletnej ciszy spakowali się i pojechali z powrotem. Tym ra-

zem nie było  między nimi tej beztroskiej atmosfery  co  rano.  Po pew-
nym  czasie  Casey  poczuła  się  kompletnie  obolała,  jazda  na  Tess  stała 
się  wręcz  torturą.  Odetchnęła  z  ulgą,  kiedy  dotarli  wreszcie  do  stajni. 
Zamierzała właśnie zsiąść z konia, kiedy nagle  zawahała  się,  zastana-
wiając się, jak to zrobi. Popatrzyła niepewnie w dół. 

-  Masz  problemy?  -  spytał  Matt.  Zanim  zdążyła  odpowiedzieć, 

schwycił ją mocno w talii i postawił na ziemi. W jego oczach widniało 
rozbawienie. 

-  Obolała? 
-  Trochę. - Jeśli zacznie się śmiać, zabiję go, pomyślała. 
-  W stajni mam maść dla koni. Świetnie robi na obolałe mięśnie. 
-  Jeśli  jest  się  koniem.  W  ostateczności  mogłabym  za  niego  ucho-

dzić. - Uśmiechnęła się słabo. Napięcie pomiędzy nimi powoli zaczęło 
opadać.  Zaprowadzili  konie  do  stajni,  rozsiodłali  je,  a  Matt  wziął 
ręcznik  i  zaczął  wycierać  Jowisza.  Casey  niepewnie  powtarzała  jego 
ruchy na Tess. Gdy skończyli, zamknęli zwierzęta w ich boksach. 

R

 S

background image

61 

 

-  Muszę już iść - powiedziała Casey. – Robbie niedługo wróci ze 

szkoły. 

Matt nie odpowiedział, tylko pogłaskał ją po policzku. Ten zwykły 

gest sprawił, że dziewczyna zadrżała. Nie była zdziwiona, kiedy ją poca-
łował. Była tylko zdziwiona efektem pocałunku. 

Ten pocałunek nie był delikatny. Teraz całował ją spragniony, pe-

łen  pożądania  mężczyzna.  W  chwilę  później  oboje  leżeli  na  ziemi. 
Matt  przyciskał  ją  do  siebie,  wciąż  nie  przerywając  całować.  Casey 
jęknęła cicho. Upał w stajni, zapach koni i siana jeszcze rozgrzewały 
atmosferę. 

Nie miała pojęcia, jak długo tak leżeli. Kiedy w końcu się od niej 

oderwał,  natychmiast  się  odsunęła.  Oddychała  gwałtownie,  próbując 
zrozumieć, co zaszło. Matt również wyglądał na oszołomionego. 

-  Nie powinniśmy byli tego robić - wykrztusiła w końcu. 
-  Nie będę cię  za to przepraszał. -  Pomógł jej  wstać. - Jeśli będę 

miał okazję, zrobię to jeszcze raz. 

Popatrzyła na niego uważnie. Czy w jego oczach widniał żal? Nie 

wypowiedziane pytania wisiały w powietrzu. 

Casey przycisnęła ręce do rozpalonych policzków. Otrzepała włosy 

z  siana,  zastanawiając  się,  czy  Matt  spróbuje  powtórzyć  pocałunek. 
Kiedy  jednak  tego  nie  zrobił,  sama  nie  wiedziała  już,  co  czuje  -  ulgę 
czy rozczarowanie. 

R

 S

background image

62 

 

Kiedy  jechała  do  domu,  próbowała  to  wszystko  jakoś  poskładać. 

To był pocałunek. Pocałunek pomiędzy dwojgiem dorosłych ludzi, któ-
rzy się sobie podobali. To proste. 

A jednak bardziej skomplikowane niż cokolwiek na świecie. 

R

 S

background image

63 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Woda wystrzeliła z prysznica niczym gejzer. Casey była przekonana, 

że ma halucynacje. Zamknęła kurek, po czym ponownie go odkręciła. 
Ciśnienie było bardzo silne. 

-  Mamo, jesteś cała mokra! - wrzasnął Robbie. 
-  Wiem, kochanie. Czy to nie cudowne? - Roześmiała się i zmniej-

szyła strumień wody. 

-  Dlaczego to teraz działa? 
-  Nie wiem, ale bardzo się z tego cieszę. 
Przez cały dzień zastanawiała się, co się stało. Była zachwycona, ale 

nie  mogła  przestać  o  tym  myśleć...  Dopiero  wieczorem  w  koszu  na 
śmieci na podwórzu znalazła rachunek od hydraulika. Rachunek z pod-
pisem Matta Reilly. 

Poczuła się nagle zła. On to wszystko zaaranżował. Było mu jej żal. 

Ta  konna przejażdżka była  tylko pretekstem,  żeby  wyciągnąć ją  z do-
mu, aby hydraulik mógł zrobić swoje. 

Następnego ranka, kiedy Robbie wyszedł do szkoły, pojechała pro-

sto do domu Matta. Do tego czasu trochę się uspokoiła, jednak nadal 

R

 S

background image

64 

 

uważała, że nie miał prawa wtrącać się w jej sprawy. Kiedy go znalazła, 
rzuciła rachunek na stół. 

-  No tak. - Skrzyżował ramiona. - Czyli już wiesz. 
-  Dlaczego to zrobiłeś? 
-  Ponieważ nie  mogłem patrzeć,  jak mieszkasz  w tej ruinie, nie-

malże  bez  wody.  Czy  miałaś  jej  kiedyś  wystarczająco  dużo,  żeby  się 
wykąpać, pozmywać naczynia czy też zrobić cokolwiek innego? 

-  Tak. 
-  Kiedy? Co drugi dzień? Co dwa dni? 
-  Dawaliśmy sobie radę. - Uniosła brodę do góry. 
-  Może nie był to najlepszy pomysł, ale postąpiłem w ten sposób, 

bo chciałem ci pomóc. 

Popatrzyła na niego uważnie i widząc szczerość na jego twarzy, po-

czuła się nagle zawstydzona. 

-  Wiem - powiedziała. - Tylko że nie potrzebuję twojego miłosier-

dzia. Możesz to zrozumieć? 

-  Przykro mi, że cię uraziłem, Casey. Nie o to mi chodziło... 
-  Wiem. Oddam ci pieniądze, kiedy tylko będę mogła. Jeśli uda mi 

się sprzedać któryś z moich obrazów... 

-  Nie chcę twoich pieniędzy. Chcę... Zresztą, nie ważne. - Odwró-

cił się i pochylił nad biurkiem. 

Casey postała jeszcze chwilę, po czym wyszła. Gdy jechała do 

domu, walczyły w niej mieszane uczucia. Wiedziała, że Matt jej 

R

 S

background image

65 

 

współczuł,  ale,  u  diabła,  nie  potrzebowała  jego  współczucia.  Potrze-
bowała. .. No właśnie, czego? Żeby traktował ją jak kobietę, a nie ko-
goś,  nad  kim  należy  się  litować.  Co  ktoś  taki,  jak  Matt  Reilly,  mógł 
wiedzieć  o  ustawicznej  walce  o  pieniądze  na  komorne  i  jedzenie?  O 
sprzedaży  niemal  wszystkiego,  żeby  tylko  wystarczyło  na  zapłacenie 
rachunków? O bezsilnym przyglądaniu się agonii ukochanej osoby? 

Powoli potrząsnęła głową. Nie, on nie mógłby tego zrozumieć, nie-

zależnie od swoich dobrych chęci. 

Żal, który  teraz czuła, był  absurdalny.  Tak naprawdę niczego nie 

było pomiędzy nią a Mattem. Nie wiedziała nawet, czy ją lubi. Pociąga-
ła go tylko. Wyłącznie do siebie mogła mieć pretensje o to, że zaczęło 
jej na nim zależeć. Parsknęła ze złością. Oczywiście, że nie była w nim 
zakochana. Ten dzisiejszy incydent powinien przekonać ją, że zupełnie 
do siebie nie pasowali. Wiedziała, że miał dobre intencje. Nie rozumiał 
tylko, że czuła się upokorzona. 

Dwie godziny później popatrzyła na obrazek, nad którym pracowa-

ła. Dzisiaj szło jej zupełnie fatalnie. Zmięła papier i rzuciła go na pod-
łogę. Kiedy usłyszała pukanie do drzwi, poczuła ulgę, że będzie musia-
ła przerwać malowanie. 

Na progu stał Matt z zakłopotanym wyrazem twarzy. 
- Mogę wejść?- zapytał. 

R

 S

background image

66 

 

Casey zawahała się, po czym wzruszyła ramionami. 
-  Jasne. Dlaczego nie? - Przepuściła go. 
-  Przyszedłem cię znowu przeprosić. 
-  Czyżby? 
-  Nie ułatwiasz mi tego. 
-  Nie wiedziałam, że powinnam. 
-  Przepraszam - powiedział. 
Ta oszczędność w słowach wzruszyła ją bardziej, niż jakiekolwiek 

wyszukane przeprosiny. 

-  Wszystko w porządku - odrzekła. 
-  Wcale nie. Obraziłem cię. Sam pewnie bym się wściekł. 
-  Wiem.  -  Rzeczywiście  wiedziała.  Jej  gniew  rozpłynął  się,  kiedy 

uświadomiła sobie, jak trudna musi być dla niego ta sytuacja. 

-  Domyślam  się,  że  ktoś  taki  ja  ty  musi  mieć  trudności  ze  zrozu-

mieniem, co to znaczy - dodała, chcąc go trochę rozluźnić. 

Matt zacisnął nagle usta. 
-  Co to znaczy „ktoś taki jak ty"? - spytał. 

Casey uświadomiła sobie, że palnęła gafę. 

-  Chciałam powiedzieć: ktoś, komu niczego nie brak... - zaczęła. 
-  Wszystko zdążyłaś sobie poszufladkować, prawda? - Wcisnął ka-

pelusz na głowę i ruszył do drzwi. 

-  Przepraszam.  -  Złapała  go  za  ramię.  -  Nie  chciałam  tego  po-

wiedzieć. 

R

 S

background image

67 

 

-  Skąd możesz wiedzieć, czy i ja czegoś nie przeżyłem? - Odsunął 

jej palce. 

-  Chciałam tylko powiedzieć... 
-  Wiem, co chciałaś powiedzieć. Wydaje ci się, że jestem w czepku 

urodzony. 

-  A nie? 
-  Niezupełnie. Zapracowałem na to, co mam. I to ciężko. Niczego 

nie dostałem w prezencie. 

-  Nie to miałam na myśli. 
Matt wziął ją za rękę i zaprowadził na werandę. 
-  Widzisz to? 
Nie bardzo wiedziała, o co mu chodzi. Przed nimi była tylko preria 

i odległe góry. 

-  Ziemia  -  wyjaśnił.  -  Czasami  może  być  najgorszym  wrogiem 

człowieka.  Jeśli  przez  dwa  lata  pod  rząd  jest  susza,  jeśli  wybuchnie 
pożar  na  prerii  albo  cena  bydła  spada,  to  ranczo  może  zbankrutować. 
Większość rancz tutaj jest obciążona hipoteką. 

-  Twoje też? 
-  Już nie. Ale kiedy przejął je dziadek, byliśmy właściwie bankru-

tami. 

-  Ale twój ojciec... 
-  Ojciec  rozpił  się  po  odejściu  matki  i  przegrał  w  karty  połowę 

ziemi. Resztę zaniedbał. Mój dziadek przez sześć lat spłacał pożyczkę 
bankową. Ja przez następne dziesięć odkupywałem to, co stracił ojciec. 

-  Nie wiedziałam... - Zastanawiała się, czy jej ziemia też kiedyś na-

leżała do Reillych. 

R

 S

background image

68 

 

-  Pewnie, że nie. Jesteś tak pochłonięta upewnianiem się, czy aby 

nikt nie uraził  twojej dumy,  że nie masz czasu słuchać. Może gdybyś 
miała,  zorientowałabyś  się,  że  my  tutaj  pomagamy  sobie  wzajemnie. 
Tylko  tyle  chciałem  zrobić.  Każdy  stąd  na  moim  miejscu  zrobiłby  to 
samo. 

-  Nie wiedziałam - powtórzyła. 
-  Przestań być taka uparta i pozwól mi  sobie pomóc.  -  Odsunął 

kosmyk  włosów  z  jej  policzka.  -  Fałszywa  duma  nic  ci  nie  da,  nie 
tylko tutaj, wszędzie. 

-  Przepraszam. - Casey popatrzyła na czubki swoich butów. 
-  Wszystko  w  porządku.  -  Uniósł  jej  brodę  do  góry.  Wyraz  jego 

oczu zaniepokoił ją bardziej niż zwykle. - Chcesz mi udowodnić, że mi 
przebaczyłaś? 

Spojrzała na niego podejrzliwie. 
-  Jasne - powiedziała po chwili wahania. 

Ku jej zdumieniu wskazał ręką na biurko. 

-  Pokaż mi, nad czym pracujesz. Chciałbym to zobaczyć. 
-  To,  co  dzisiaj  zrobiłam,  jest nic nie  warte.  -  Pokazała  mu stertę 

papierów na podłodze. 

-  Udało ci się zainteresować sobą jakiegoś wydawcę? 
-  To na razie nic konkretnego. Dla niego właśnie robię te obrazki. 

Niestety, nie mogłam mu wysłać zbyt wiele. - Ugryzła się nagle w ję-
zyk. 

R

 S

background image

69 

 

-  Dlaczego nie? 
Westchnęła. Teraz musiała mu powiedzieć. 
-  Papier, farby. To sporo kosztuje. 
-  Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Rzuciła mu znacząc spojrze-

nie. 

-  Dobrze, dobrze. Zrozumiałem. - Matt podniósł ręce w obronnym 

geście. - Jeśli jednak następnym razem będziesz potrzebowała pomocy, 
zawiadom mnie o tym. Taki tutaj zwyczaj, wiesz? 

-  Dobrze. 
-  Jednak  chciałbym  zobaczyć  twoje  obrazki  -upierał  się.  -  Masz 

jakieś? 

-  Bardzo stare. Przez ostatnie dwa lata... niełatwo było  mi  praco-

wać. 

-  A mogę zobaczyć, czym się teraz zajmujesz? 
-  To tylko szkice do książki dla dzieci. Nie sądzę, żeby cię zainte-

resowały. 

-  Zobaczymy. 
Casey zniknęła w kuchni i wróciła stamtąd z całą masą obrazków. 

Wybrała kilka najlepszych i wręczyła Mattowi. 

-  Ciągle jeszcze je dopracowuję - powiedziała. 

Mężczyzna długo przyglądał się jej ulubionemu obrazkowi. Akwarel-
ka przedstawiała małego chłopca, łowiącego ryby. 

-  Jesteś  naprawdę  dobra  -  stwierdził  z  podziwem.  -Ten  wydawca 

powinien cię błagać o więcej. 

-  A ty dobrze robisz mojemu ego - uśmiechnęła się. 

R

 S

background image

70 

 

Delikatnie dotknął palcem jej warg. 
-  Lepiej już sobie pójdę. Po prostu chciałem... oczyścić atmosferę. 

- Z tymi słowami odwrócił się i wyszedł z domu. 

Casey podeszła do okna i przyglądała się, jak odjeżdża. Uchylił ka-

pelusza w jej kierunku, zupełnie jak gdyby był świadomy, że na niego 
patrzy. Zaczerwieniła się i natychmiast zaciągnęła zasłony. 

-  Pani  Allen,  ostrzegałem  panią.  Ostrzegałem  Matta.  A  teraz  się 

stało. Pewnie jest pani z tego zadowolona. 

Casey z przerażeniem wpatrywała się w Sama Meachama. 
-  Co się stało, panie Meacham? - zapytała powoli. 
-  Sheilah złamała nogę. 
-  Tak  mi  przykro.  Jak  ona  się  czuje?  Mogę  w  czymś  pomóc? 

Czy jest w szpitalu? 

-  W szpitalu? - parsknął. - Dlaczego miałaby być w szpitalu? Jest 

w stajni, to oczywiste. 

Zsiadł z konia i powoli zbliżył się do Casey. Cofnęła się o krok. 
-  Położył pan żonę w stajni? - wykrztusiła. 
-  Żonę? Czy pani zwariowała? Sheilah to moja najlepsza klacz. 
-  A więc Sheilah jest tylko koniem - westchnęła z ulgą. - Tak się 

cieszę. 

R

 S

background image

71 

 

Twarz Meachama spurpurowiała, na jego czole pojawiła się żyła. 
-  Tylko koniem? Pani jest stuknięta! Mój najlepszy koń złamał no-

gę, a pani się cieszy? Ale z pani okropna baba! 

-  Panie Meacham, nie rozumiem. Mówi mi pan, że Sheilah złama-

ła  nogę.  Przykro  mi,  ale  nie  bardzo  widzę,  co  to  ma  wspólnego  ze 
mną. 

-  To przez te małe paskudztwa, które biegają sobie po pani ziemi. 

Tak ją przekopały, że koń nie da rady przejść. 

Casey odetchnęła głęboko. Matt ostrzegał ją, że to się może wy-

darzyć, ale była zbyt uparta, żeby go słuchać. Jednak ciągle nie czuła 
się tak całkiem winna. 

-  Skoro stało się to na pana terenie, nie rozumiem... 
-  Nie na moim. Przewróciła jeden z tych pani wszawych palików i 

miała wypadek na pani ziemi. - Popatrzył na nią z zaciętym wyrazem 
twarzy. 

-  Panie  Meacham,  jest  mi  bardzo  przykro.  Jeżeli  mogłabym  coś 

zrobić... 

-  Ma pani cholerną rację. Może pani zapłacić weterynarzowi. A je-

śli Sheilah nie wyzdrowieje, zaskarżę panią. Chciałem, żeby została ko-
niem wyścigowym, a potem klaczą rozpłodową. Teraz jest nic niewarta. 

-  Ale to nie moja wina... 

R

 S

background image

72 

 

-  Jest  pani  taka  sama,  jak  Zach.  Gorsza.  Zach  był przynajmniej 

jednym z nas. Pani nie ma tutaj czego szukać - burknął gniewnie Mea-
cham na odchodnym. 

Casey przyglądała mu się, dopóki nie zniknął. 
-  Nie  uda  mu  się  -  wyszeptała  do  siebie.  –  Nie  może  pociągnąć 

mnie do odpowiedzialności. 

Wiedziała, że się okłamuje. Matt ją ostrzegał, nie posłuchała. Jeżeli 

Sheilah  nie  wyzdrowieje...  Potrząsnęła  głową,  nie  chcąc  o  tym  my-
śleć. 

Z  opuszczoną  głową  powlokła  się  na  pole.  Miasteczko  piesków 

preriowych jak zawsze tętniło życiem. Jedno tłuste zwierzątko stało 
na  straży.  Na  jej  widok  gwizdnęło  ostro i przewróciło  się na  plecy. 
To wystarczyło, żeby wszystkie pieski nagle zniknęły. 

Jak takie prześliczne stworzenia mogły wyrządzić tyle szkód? Ca-

sey stała nieruchomo i zastanawiała się, co ma robić. W pewnej chwili 
odwróciła się i ruszyła do domu. Po drodze spotkała znajomą postać na 
koniu. 

Matt.  Nie  widziała  go  od  trzech  dni,  od  czasu,  kiedy  przyszedł 

„oczyścić  atmosferę".  Poczuła  nagłe  i  gwałtowne  pragnienie,  żeby 
uciec. Jego zaciśnięte usta nie zapowiadały niczego dobrego. 

Kiedy do niej podszedł, przez chwilę stali w milczeniu. W końcu 

Casey zdecydowała się odezwać. 

R

 S

background image

73 

 

-  Domyślam  się,  że  słyszałeś  o  koniu  pana  Meachama  -  powie-

działa. 

-  Pewnie, cały kraj o tym słyszał. - Matt przejechał ręką po wło-

sach. - Obawiałem się, że to się stanie. Dlaczego mnie nie słuchałaś? 

Oszołomiona  jego  ostrym  tonem  i  brakiem  zrozumienia,  Casey 

poczuła ukłucie złości. 

-  Dlatego,  że  nie  chciałam,  aby  wymordowano  setki  zwierząt!  - 

wybuchnęła. 

-  A więc dlatego pozwolisz umrzeć innemu cennemu zwierzęciu? 

Czy ty wiesz, co się dzieje z koniem, który złamał nogę? 

Nie odpowiedziała. 
-  Zostaje zabity. Zastrzelony. 
-  Ale  nie  zawsze.  -  Jej  gniew  zamienił  się  w  przerażenie.  -  Sama 

czytałam o koniu wyścigowym, który złamał nogę i wyzdrowiał. 

-  To był wyjątek. Sheilah ma mniej niż pięćdziesiąt procent szans 

na wyzdrowienie. 

-  Powiedziałam panu Meachamowi, że jest mi bardzo przykro. Nie 

wiem,  co  jeszcze  mogłabym  zrobić.  -  Z  rezygnacją  opuściła  głowę.  - 
Nigdy  nie  chciałam  nikomu  zrobić  krzywdy,  a  zwłaszcza  bezbronnym 
zwierzętom. 

-  Posłuchaj, Casey, wiem, że nie chciałaś, aby to się stało. Jadę te-

raz do Sama, żeby zobaczyć, czy można coś zrobić. - Popatrzył na nią 
uważnie. - Jednego tylko nie rozumiem. Dlaczego wciąż bronisz tych 

R

 S

background image

74 

 

zwierząt, skoro świetnie  wiesz, co robią? Przecież  to  nie  jest  zagro-
żony gatunek. 

Machnęła głową  wskazując mu, żeby  poszedł za nią  do  domu.  Z 

blaszanego pudełka wyjęła list od Zacha i wręczyła go Mattowi. Re-
illy przeczytał i gwizdnął przeciągle. 

-  Powinienem był się domyślić, że to jego pomysł. W każdym razie 

nie jesteś tym w żaden sposób zobowiązana - ani w świetle prawa, ani 
moralnie. Wiesz o tym. 

-  Równie  mocno  jak  Zach  chciałabym,  aby  nie  mordowano  pie-

sków  preriowych,  ale  teraz  zaczynam  widzieć  drugą  stronę  problemu. 
Naprawdę nie wiem, co mam robić. 

-  Pojadę teraz do Sama i pogadam z nim. To nie jest mściwy czło-

wiek. Na pewno uda mi się przemówić mu do rozumu. 

Nagle Casey poczuła się tym wszystkim zmęczona. Niepotrzebny 

był jej jeszcze jeden problem. Nie potrzebowała też i nie chciała miło-
sierdzia Meachama czy też Matta. 

-  Nie przejmuj się mną - warknęła. - To moja sprawa i dam sobie 

radę. 

-  Tak jak dotychczas. - Wyciągnął rękę w jej stronę, ale udała, że 

tego nie widzi. -I tak porozmawiam z Samem. - Kiedy nie odpowiada-
ła, dodał: - Zobaczymy się wkrótce. 

I znowu patrzyła, jak odchodzi. Chciała go zawołać i powiedzieć 

R

 S

background image

75 

 

że jest jej bardzo przykro. Przyszedł tu zaofiarować jej pomoc, a ona 
znowu ją odrzuciła. I wszystko z powodu tej przeklętej dumy! 

R

 S

background image

76 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Kiedy kilka dni później Casey udała się do sklepu z narzędziami, 

wcale nie miała zamiaru podsłuchiwać. Zamierzała tylko zakupić parę 
niezbędnych  rzeczy,  jednak  mimowolnie  zaczęła  przysłuchiwać  się 
głośnej rozmowie. 

-  Słyszałeś, że Sam Meacham zamierza urządzić polowanie na pie-

ski preriowe?  Dostał szału, kiedy jego Sheilah wpadła w jedną z tych 
dziur. Teraz wychodzi z siebie i ciągle o tym gada. 

Zerknęła w bok, żeby zobaczyć, kto to mówi. Nie znany jej gruby, 

łysy mężczyzna w dżinsach i kowbojkach rozmawiał  z  Kyle Bridge-
sem. 

-  Słyszałem,  że  chce  przeznaczyć  nagrodę  dla  tego,  który  ustrzeli 

najwięcej - rzekł Kyle. 

-  To pomoże nam, ranczerom. - Mężczyzna popatrzył  na  Kyle'a. - 

Tobie też nie zaszkodzi. Ludzie będą robili zapasy w mieście, nie mó-
wiąc już o turystach. 

-  Będę musiał uzupełnić skład amunicji - powiedział Bridges. 

R

 S

background image

77 

 

-  Przekaż ją Mattowi i Samowi. - Łysy powoli pokiwał głową. - To 

od nich wszystko zależy. 

-  A co Matt ma z tym wspólnego? 
-  Żartujesz?  Reilly  tak  samo  nie  cierpi  tych  zwierzaków,  jak  my 

wszyscy. Wyrządzają mu mnóstwo szkód. 

Casey stała nieruchomo, nie chcąc się zdradzić. To musi być jakaś 

pomyłka, pomyślała. Chociaż Matt nie znosi piesków, z całą pewnością 
nie wdałby się w coś takiego. 

-  Jesteś pewien? - spytał Kyle. - To mi nie pasuje do Matta. 
-  Pewnie, że jestem. Wiem to od Sama. 
Casey poczuła nagle gorzki smak w ustach. Poczekała, aż mężczyź-

ni odwrócą się do niej plecami i cicho wysunęła się ze sklepu. 

Kiedy  dotarła  do  domu,  zastanawiała  się,  co  zrobić.  Za  chwilę 

przyjdzie  Lisa,  żeby  bejcować  szafki.  Nagle  przypomniała  sobie,  po 
co poszła do sklepu -  po farbę i pędzle. 

-  Byłaś w sklepie i zapomniałaś kupić pędzle? - Lisa potrząsnęła 

głową z udawanym przerażeniem. 

-  Przepraszam.  -  Casey  uśmiechnęła  się  z  wysiłkiem.  -  Może 

odłożymy to do jutra? 

-  Nie  ma  mowy.  Weźmiemy  stare  pędzle.  -Dziewczyna  zaczęła 

wycierać szafki i po chwili popatrzyła surowo na Casey. - Co, mam to 
robić sama? 

background image

78 

 

-  Przepraszam. - Złapała za ścierkę i bezsensownie zaczęła wycie-

rać czystą już szafkę. 

-  Zostaw to. - Lisa łagodnie popchnęła przyjaciółkę na krzesło. - 

Co się dzieje? 

-  Nic. Po prostu... nie, nic. 
-  Musi to być jakieś niezwykle ważne nic. 

Kiedy Casey milczała, Lisa pokręciła głową, ale nie powiedziała już 
nic więcej. 

Pracowały  w  milczeniu,  a  monotonna  robota  doskonale  pasowała 

do obecnego nastroju Casey. Kiedy skończyły, Lisa popatrzyła z uzna-
niem na lśniące drewno. 

-  Dziękuję  ci  -  westchnęła  Casey.  -  Sama  nigdy  bym  tego  nie 

skończyła. 

-  Po to są właśnie przyjaciele. -W spojrzeniu dziewczyny krył się po-

dziw.  -  Mimo  wrodzonej  skromności  muszę  przyznać,  że  odwaliłyśmy 
kawał dobrej roboty. 

-  Szafki  wyglądają  wspaniale  -  zgodziła  się  Casey  i  z  westchnie-

niem opadła na krzesło, po czym poderwała się nagle. - Cholera! - Od-
kleiła pędzel od dżinsów i nagle jej oczy napełniły się łzami. 

-  Casey, co się stało? - Lisa delikatnie dotknęła jej ramienia. - Nie 

mów mi tylko, że to dlatego, że usiadłaś na pędzlu. 

-  Nic mi nie jest. Ja tylko... 
-  Wyglądasz jak ktoś, kto  właśnie  zgubił wygrany los na loterię. - 

Przyjaciółka uśmiechnęła się krzywo. - Możesz się wypłakać na moim 
ramieniu. 

R

 S

background image

79 

 

Casey odetchnęła głęboko. 
-  Słyszałaś o tym polowaniu na pieski preriowe? - zapytała. Miała 

nadzieję, że wszystko okaże się jedną wielką pomyłką. 

-  Czy słyszałam? Całe miasto aż huczy. 
-  Podobno stoi za tym Sam Meacham. 
-  To prawda, Matt mi mówił. A więc o to chodzi, tak? Martwi cię 

to polowanie. 

-  Tak. 
-  Ale  jest  coś  jeszcze,  prawda?  -  nalegała  Lisa.  -I  to  ma  coś 

wspólnego z Mattem. 

Casey zastanawiała się, czy nie skłamać i doszła do wniosku, że nie 

ma na to siły. 

-  Porozmawiamy o tym kiedy indziej, dobrze? 
-  Jasne. - Lisa zaczęła czyścić pędzle. - Matt jest moim bratem, 

ale czasem potrafi być okropny. Oczywiście, nadal możesz płakać na 
moim ramieniu. 

-  Będę o tym pamiętać. - Casey marzyła, aby jak najszybciej zostać 

sama i trochę pomyśleć. - Jeszcze raz dziękuję ci za pomoc. 

-  Rozumiem tę aluzję - uśmiechnęła się Lisa. 
-  Przepraszam.  -  Casey  bezskutecznie  usiłowała  odwzajemnić 

uśmiech. 

-  Nie ma sprawy. Przecież jesteśmy przyjaciółkami. 
Dwa dni później Casey ponownie wybrała się do Little Falls. Kie-

dy weszła do sklepu z narzędziami, stanęła twarzą w twarz z 

R

 S

background image

80 

 

człowiekiem, którego wcale nie miała ochoty spotkać. 

-  Musimy porozmawiać. - Matt ujął ją za ramię. 
-  O czym? 
-  W każdym razie nie tutaj. - Rozejrzał  się po zatłoczonym skle-

pie. - Zjesz ze mną lunch? 

Poczuła  nagły  przypływ  nadziei.  Zapyta  go  o  to  polowanie,  on  z 

pewnością zaprzeczy, że miał z tym coś wspólnego, i wtedy... 

Pozwoliła  mu  zaprowadzić  się  do  najbliższej  restauracji.  Żadne  z 

nich nie odezwało się ani słowem, dopóki kelner nie przyniósł posiłku. 
Matt ujął ją za rękę. 

-  Słuchaj, wiem, że jest ci przykro z powodu tego polowania - za-

czął. - Właśnie o tym chciałem porozmawiać. 

Błagam, powiedz, że nie masz z tym nic wspólnego, modliła się w 

duchu. 

-  Chyba możemy... 
-  Czy  rozmawiałeś  z  Samem  Meachamem  o  tym  polowaniu?  - 

przerwała. 

-  Poszedłem  pogadać  o  Sheilah  -  powiedział  ostrożnie.  -  Prze-

cież ci mówiłem. 

-  Czy  rozmawialiście  o  polowaniu  i  sprzedaży  biletów  na  to  wi-

dowisko? 

-  Rozmawialiśmy o wielu sprawach. 
-  Rozmawialiście o mordowaniu piesków? 
-  Tak - odrzekł. - Ale to nie jest tak, jak myślisz. 

R

 S

background image

81 

 

A więc to była prawda. Czuła, że trudno jej oddychać. 
-  Nie  chcę  słyszeć  niczego  więcej.  Zawsze  wiedziałam,  że  nasze 

poglądy się różnią, ale... - łzy napłynęły jej do oczu. - Nie wierzyłam w 
to,  chociaż  wszyscy  tak  twierdzili.  Ludzie  są tak podnieceni, jakby  to 
było Boże Narodzenie, a nie zbiorowe morderstwo. 

-  To nie morderstwo. 
-  A  jak  byś  to  nazwał?  Banda  uzbrojonych  ludzi  strzelająca  do 

bezbronnych zwierząt? 

-  Wcale nie próbujesz zrozumieć drugiej strony - powiedział ze 

złością. - To oznacza też pieniądze dla tych, którzy mogliby zbankru-
tować. 

-  A więc to się tylko liczy, prawda? Pieniądze. 
-  Pewnie, że się liczy. Bez pieniędzy ludzie głodują. Właśnie ty po-

winnaś rozumieć to najlepiej. 

Casey wstała gwałtownie. Matt chwycił ją za rękę. 
-  Jeśli tylko pozwolisz mi wyjaśnić... - zaczął. Jego dotyk nadal 

oddziaływał na nią w niezwykły sposób. Wiedziała, że mężczyzna ma 
rację, a ona jest po prostu niesprawiedliwa, jednak nie mogła się pogo-
dzić z tym, co planowali ludzie. 

-  Nie zamierzam z tobą walczyć - powiedział. - Ale nie mogę też 

odwrócić się plecami do ludzi, którzy od lat są moimi przyjaciółmi. Oni 
uważają, że tak będzie lepiej dla ziemi. Nie mogę się z nimi nie zgo-
dzić. Może istnieje jakieś inne, lepsze wyjście, ale... 

R

 S

background image

82 

 

-  Przykro mi, Matt. Wiem, że musisz zrobić to, co uważasz za słusz-

ne. Ale ja także. - Ponownie wstała. 
Tym razem nie próbował jej zatrzymać. 

Wyszła z restauracji z podniesioną głową. Gdyby ktoś na nią patrzył, 

nie domyśliłby się nigdy, jak wielki czuje ból. 

W domu bezmyślnie przeglądała gazetę, aż w końcu natrafiła na ar-

tykuł, który przyciągnął jej uwagę. Czytelnicy mieli napisać, co sądzą o 
planowanym  polowaniu  na  pieski  preriowe.  W  dwie  godziny  później 
wyjęła kartkę papieru z maszyny. Błyskawicznie wsadziła ją do koper-
ty, zaadresowała i wrzuciła do skrzynki. 

Dwa dni później otworzyła gazetę z mieszaniną strachu i nadziei. Jej 

list opublikowano w całości. Teraz wydał się jej o wiele bardziej oskar-
życielski niż wtedy, kiedy go pisała i przestraszyła się. Co o tym pomy-
śli Matt? 

Wkrótce miała się dowiedzieć. 
Kiedy  rozległo  się  gwałtowne  pukanie  do  drzwi,  wiedziała,  że  to 

on.  Otworzyła  i  wydał  jej  się  tak  groźny, że nieświadomie cofnęła się 
parę kroków. 

Nie  czekając  na  zaproszenie,  wszedł  do  środka  i  zatrzasnął  za 

sobą drzwi. 

-  Dlaczego? Dlaczego to zrobiłaś? - Machnął gazetą, którą trzymał 

w ręce. - Przedstawiłaś nas jako żądnych krwi sadystów. 

-  Przykro mi, że widzisz to w ten spoób. Napisałam tylko, co się 

R

 S

background image

83 

 

dzieje. Jeśli tobie i twoim przyjaciołom to się nie podoba... 

-  Nie podoba?  Każde towarzystwo  opieki nad  zwierzętami w tym 

stanie natychmiast się do nas przyczepi. 

-  Przykro mi - powtórzyła. - Nie mogę przyglądać się bezczynnie, 

jak ty i Sam Meacham organizujecie rzeź. 

-  Gdybyś tylko dała mi trochę czasu... 
-  Na co? 
-  Na znalezienie jakiegoś wyjścia. Teraz Sam i inni są tak rozwście-

czeni, że z pewnością się nie cofną. 

-  A dlaczego uważasz, że zrobiliby to w innym wypadku? 
-  Jest  szansa.  Była  szansa  -  poprawił  się.  -  Czy  ty  naprawdę  my-

ślisz, że tego chciałem? Naprawdę? 

Ujął ramiona dziewczyny i potrząsnął nią lekko. 
-  Nie wiem, Matt. - Popatrzyła mu prosto w oczy. - Kiedyś tak my-

ślałam. Teraz sama już nie wiem. 

Reilly powoli opuścił ręce. 
-  Nie chciałem tego, i to nie tylko z twojego powodu. Nigdy nie po-

lowałem, nie pociągało  mnie to.  To... -  Wzruszył  z  rezygnacją  ramio-
nami. – Gdybyś tylko poczekała. Pracowałem nad czymś, co mogło 
by... Jaki to ma teraz sens? 

Spojrzenie Casey złagodniało. 
-  Dlaczego nie powiedziałeś mi, że tak to odbierasz? - zapytała. 

R

 S

background image

84 

 

-  Próbowałem, nie pamiętasz? 
Pamiętała nie tylko to. Pamiętała jego pocałunki, namiętność, która 

była pomiędzy nimi, nawet kiedy się kłócili.  A najlepiej pamiętała, co 
czuła, kiedy znajdowała się w jego ramionach. 

Matt przyciągnął ją do siebie i pocałował. Jęknęła cicho z rozkoszy. 

Teraz wszystko wydawało się takie proste. Jednak chwilę później męż-
czyzna cofnął się gwałtownie. 

-  Przykro mi - wyszeptała Casey. - Chciałabym, żeby mogło być 

inaczej. 

-  Ja też, kochanie. - Matt ponownie mocno ją przytulił. - Ja też. Te-

raz muszę już iść. Być może, da się coś z tym wszystkim zrobić. 

Odwrócił się i szybko wyszedł. Oszołomiona Casey chciała go za-

wołać, obiecać, że zrobi wszystko, jeśli tylko z nią zostanie. 

Kiedy przyszedł list od miejscowej firmy prawniczej, nie była spe-

cjalnie zdziwiona. Sam Meacham żądał od niej odszkodowania w wy-
sokości stu tysięcy dolarów. Skąd miała wziąć tyle pieniędzy? Wciąż bo-
rykała się z trudnościami finansowymi. 

Właśnie  reperowała  płot,  gdy  w  pewnej  chwili  ujrzała,  że  Sam 

zmierza w jej kierunku. Zignorowała pragnienie, żeby się ukryć i wyszła 
mu naprzeciw. 

Popatrzył na płot i wymamrotał coś o cholernej idiotce. 

R

 S

background image

85 

 

-  Przyszedłem, żeby coś pani powiedzieć. - Wysiadł z wysłużone-

go samochodu. 

-  Jeżeli chodzi o pozew... 
-  Z  Sheilah  wszystko  w porządku.  Wysłałem pozew,  bo  się  wku-

rzyłem. Matt wyjaśnił mi, że nie powinienem pani skarżyć. Ale i tak nie 
dlatego tu jestem. 

Casey  poczuła  ulgę  i  złość  jednocześnie.  Kiedy  w  końcu  Matt 

nauczy się, że ona sama potrafi radzić sobie z własnymi problemami? 

-  A więc dlaczego pan tu jest? - zapytała. 
-  Chodzi o polowanie na pieski preriowe. - Urwał i zaczął przestę-

pować z nogi na nogę. - Odwołaliśmy je. 

Casey nie wierzyła własnym uszom. 
-  Odwołaliście je? - powtórzyła. - Dlaczego? 

Sam przejechał ręką po zarośniętej szczęce. 

-  To było tak -ja i Matt gadaliśmy o tym. Powiedział, że ci wszyscy 

z miasta zwalą się nam na głowę, jeśli to zrobimy. Nie potrzeba nam tu 
jakichś obcych. A poza tym obiecał... - Przerwał nagle. 

-  Co? 
-  Nie pani sprawa. Matt powiedział, że zajmie się wszystkim, więc 

się zajmie. Jedyne, co powinna pani wiedzieć to to, że nie będzie po-
lowania. - Popatrzył na nią ostro. - Ale to wcale nie znaczy, że podoba 
mi się, jak te paskudztwa niszczą ziemię. 

-  Wiem,  panie  Meacham.  Staram  się  naprawić  płot.  Po  prostu 

zajmuje mi to więcej czasu, niż się spodziewałam. 

R

 S

background image

86 

 

-  No cóż, ja i chłopaki coś na to poradzimy. Pojutrze. I, proszę pa-

ni... 

-  Tak? - Wciąż nie mogła uwierzyć w to, co przed chwilą usłysza-

ła. 

-  Niech pani już nie bawi się z tym płotem. Ładna z pani dziewczy-

na, ale nie ma pani pojęcia o naprawianiu płotów, to fakt. 

Kiedyś obraziłaby się za taką uwagę. Jednak miał rację. Nie miała 

pojęcia o naprawianiu ogrodzeń. 

-  Dziękuję,  panie  Meacham  -  powiedziała.  -  Miły  z  pana  czło-

wiek. 

Mężczyzna zaczerwienił się gwałtownie i rozejrzał dookoła. 
-  Niech  pani  nie  mówi  takich  rzeczy  -  mruknął.  -  Ktoś  mógłby 

usłyszeć. 

-  To będzie nasz sekret - szepnęła. Wyciągnęła rękę w jego stronę, 

bezskutecznie próbując ukryć uśmiech. 

Niechętnie  uścisnął  jej  dłoń,  po  czym  włożył  kapelusz  i  ruszył  w 

kierunku samochodu. 

-  Panie Meacham? 
-  Tak? - Spojrzał na nią ze zniecierpliwieniem. 
-  Dlaczego Matt sam mi nie powiedział, że polowanie zostało od-

wołane? 

Sam z zakłopotaniem podrapał się za uchem. 
-  Matt nie lubi dużo gadać. - Wsiadł do samochodu i po chwili od-

jechał. 

Uśmiech na twarzy Casey powoli gasł. Reilly po raz kolejny roz-

R

 S

background image

87 

 

wiązał  jej  problemy.  Najpierw  przekonał  Sama,  aby  wycofał  oskarże-
nie, potem zaś skłonił go do odwołania polowania. Dlaczego nie mógł 
zrozumieć, że nie potrzebowała nikogo do opieki? 

Po prostu potrzebowała jego. 
Nie było oskarżenia, nie było polowania. Powinna czuć się szczę-

śliwa. Przekonywała samą siebie, że tak jest. Gdyby tylko Matt powie-
dział jej o tym osobiście. Gdyby zaufał jej i uwierzył, że potrafi się sa-
ma sobą zająć. 

R

 S

background image

88 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Tydzień później Casey zobaczyła kopertę w skrzynce i wstrzyma-

ła oddech. Ujrzała na odwrocie adres wydawcy, któremu posłała próbki 
i drżącymi palcami rozerwała kopertę. Przeczytała uważnie znajdujący 
się w środku list. 

-  Przyjęli! - wrzasnęła, - Przyjęli moje rysunki! 

Dziesięć minut później wpychała Robbie'ego do samochodu. Chciała 
jak najszybciej powiedzieć o tym Mattowi. 

-  Ale dlaczego musimy jechać akurat teraz? -protestował malec. - 

Chciałem... 

-  Dlatego - odrzekła krótko. Dlatego, że chcę powiedzieć Mattowi i 

udowodnić  mu,  że  nie  potrzebuję  opiekuna.  Potrzebuję  jego,  pomy-
ślała. 

-  To znaczy dlaczego? 
-  Dlatego, że jestem szczęśliwa i chcę się tym podzielić z przyja-

ciółmi. 

Stary samochód podskakiwał na wyboistej drodze w takim samym 

rytmie, jak serce Casey. 

-  Jest u siebie - powiedziała gospodyni Reillych, kiedy dotarli na 

R

 S

background image

89 

 

miejsce.  -  Idź  sama.  Ja  i  Robbie  zaczekamy  w  kuchni.  Mam  coś  dla 
niego. 

Oczy  chłopca  rozszerzyły  się.  Casey  zapukała  do  drzwi  pokoju 

Matta i nagle poczuła się bardzo niepewnie. Kiedy otworzył, uśmiech-
nęła się nerwowo. 

-  Matt, wydawca do mnie napisał. Podobało mu się to, co naryso-

wałam. Mówi o kontrakcie na inne książki. Może... - Przerwała, żeby 
zaczerpnąć oddech. 

-  Mówiłem, że ci się uda. - Uśmiechnął się szeroko. 
-  Chce się ze mną spotkać. Osobiście. Czy możesz w to uwierzyć? 
-  A gdzie jest ten wydawca? 
-  W Nowym Jorku. Czy to nie wspaniale? Zawsze chciałam tam je-

chać, tam jest przecież najwięcej wydawnictw. 

-  Tak. Wspaniale. Kiedy wyjeżdżasz? - zapytał obojętnym tonem. 
-  Tak szybko, jak to tylko możliwe. - Nagle uścisnęła go mocno. -I 

wszystko zawdzięczam tobie. 

-  Nie mam z tym nic wspólnego. - Delikatnie wyplątał się z jej ob-

jęć. - To ty masz talent. 

-  Ale ty mnie zachęciłeś, żebym spróbowała. Bez tego pewnie nig-

dy nie zebrałabym się na odwagę i nie wysłała swoich prac. 

-  To  wszystko  zawdzięczasz  wyłącznie swojemu talentowi, Casey. 

Nie staraj się go umniejszyć. 

Popatrzyła na niego ze zdumieniem. 

R

 S

background image

90 

 

-  Nie jesteś szczęśliwy, Matt? 
-  Oczywiście,  że  jestem.  -  Delikatnie  pocałował  ją  w  czoło.  - 

Mówiłaś Lisie? 

-  Jeszcze nie. 
-  Dlaczego nie powiesz jej teraz? Jest w stodole. Na pewno chcia-

łaby o tym wiedzieć. 

-  Dobrze. - Casey zawahała się. - Nie pójdziesz ze mną? 
-  Przyjdę za kilka minut. Muszę coś skończyć. 

Mimo że jej entuzjazm gdzieś się ulotnił, Casey starała się zachować 
pogodny wyraz twarzy. 

-  Jasne - powiedziała i zniknęła. 

-  Czy to nie wspaniałe, Matt? - wykrzyknęła Lisa, kiedy  w końcu 

przyszedł do stajni. 

-  Fantastyczne. 
Casey  zauważyła  z niepokojem,  że  w jego  oczach nie  ma  uśmie-

chu. 

-  Zaproponowałam, że zajmę się Robbie'em, kiedy Casey będzie w 

Nowym Jorku - dodała Lisa. - Teraz musimy tylko wyposażyć ją w ja-
kieś wystrzałowe ciuchy i będzie gotowa. 

Casey czekała, aż Matt coś powie. 
-  Wygląda na to, że już jesteś gotowa - rzekł po chwili. 
Lisa popatrzyła na brata ze zdumieniem. 
-  Chyba już pójdę - powiedziała Casey. - Jest późno, muszę przy-

gotować kolację. 

R

 S

background image

91 

 

-  Zostańcie  u  nas  na  kolacji  -  zaproponowała  Lisa.  -  Musimy  to 

jakoś uczcić. 

-  Dziękuję,  ale  lepiej  nie.  Robbie  musi  się  wcześnie  położyć,  ja 

zresztą też. Dzięki za wysłuchanie moich rewelacji. 

Kiedy  odjeżdżali,  Casey  stłumiła  impuls,  aby  podejść  do  Matta  i 

zapytać go, o co chodzi. W drodze do domu nie czuła już radości. Słu-
chała, jak Robbie z przejęciem opowiadał, co też będzie robił u Lisy, 
i co jakiś czas rzucała tylko zdawkowe „uhm". 

Wieczorem zastanawiała się nad zachowaniem Matta. Przysięgła-

by, że na początku był zachwycony, ale jego nastrój popsuł się wyraź-
nie,  kiedy  obwieściła,  że  jedzie  do  Nowego  Jorku  na  spotkanie  z  wy-
dawcą. Jeszcze tydzień temu całował ją tak, że do dziś nie mogła o tym 
zapomnieć, a teraz... teraz traktował ją jak kogoś obcego. 

Być może tylko tak się jej wydawało. Potrząsnęła gwałtownie gło-

wą. Nie, Matt naprawdę nie był zachwycony. Do tej chwili nie zdawała 
sobie  sprawy,  jak  bardzo  zależało  jej  na  aprobacie  mężczyzny.  Jego 
obojętność bardzo ją bolała. 

Następnego dnia, kiedy Robbie wyszedł do szkoły, pojechała prosto 

do Mata. Był w stajni, czyścił właśnie Jowisza. 

-  Co słychać? - uśmiechnął się do niej półgębkiem. 
Zawahała się. 

R

 S

background image

92 

 

-  Chciałam ci podziękować za to, że skłoniłeś Sama Meachama do 

wycofania oskarżenia i rezygnacji z polowania. 

-  Nie  dziękuj  mi,  to  był  pomysł  Sama.  Po  prostu  uświadomiłem 

mu parę spraw. 

-  Wolałabym,  żebyś  pozwolił  mi  samej  się  tym  zająć,  ale  rozu-

miem, dlaczego to zrobiłeś. I jestem ci wdzięczna. 

-  Naprawdę? Wątpię. - Z powrotem zajął się Jowiszem. 
Chciała, żeby na nią spojrzał, ale wydawał się być bardzo pochło-

nięty pracą. 

-  Co do wczoraj... zastanawiałam się, czy cię nie uraziłam albo... - 

urwała i popatrzyła na niego niepewnie. 

-  Dlaczego tak uważasz? - zapytał. 
-  Pewnie  bez  powodu.  Tylko  że  wydawałeś  mi  się  taki  odległy.  - 

Teraz wszystko zależało od niego. 

-  Odległy? Pokiwała głową. 
-  Ostatnio mam mnóstwo spraw na głowie. 
-  A więc cieszysz się z tego, że jadę do Nowego Jorku? Nie masz 

nic przeciwko temu? 

-  Jasne, że się cieszę. Dlaczego nie miałbym się cieszyć? 
Czy miał zamiar odpowiadać pytaniem na każde jej pytanie? 
-  Tylko się zastanawiałam. 

R

 S

background image

93 

 

-  Jesteś  szczęśliwa,  prawda?  -  Popatrzył  na  nią.  -  Będziesz  ilu-

strowała książki dla dzieci. Twoje marzenie się spełniło. 

-  Tak, ale może nie powinnam jechać. W każdym razie jeszcze nie 

teraz. Mam wyjechać za pięć dni, ale Robbie zdążył już przyzwyczaić 
się do tego miejsca i... 

-  Nie jechać? I zrezygnować z takiej szansy? -Podszedł do Casey i 

ujął jej twarz  w dłonie. - Jasne, że powinnaś jechać. Będę trzymał za 
ciebie kciuki. Wszyscy będziemy. 

-  Dziękuję. - Jej usta zadrżały, ale zdołała się uśmiechnąć. 
-  Lepiej już idź. - Opuścił ręce. - Na pewno masz mnóstwo pracy. 

Ja też mam sporo roboty. 

Casey pobladła, słysząc szorstką nutę w jego głosie. 
-  Zobaczymy się jutro?- zapytała. 
-  Raczej nie. Muszę wyjechać, nie będzie mnie przez parę dni. 
-  Ale chyba zobaczę cię, zanim pojadę, prawda? 

Matt pochylił się i potrząsnął przecząco głową. 

-  Będę bardzo zajęty - powiedział. - Szerokiej drogi. 
-  Dzięki.  -  Powoli  wychodziła  ze  stajni.  Liczyła  na  to,  że  Matt 

jeszcze coś powie. Cokolwiek. 

Udało  się  jej  jakoś  dotrzeć  do  domu,  chociaż  czuła  się  fatalnie. 

Przysięgła  sobie  w duchu, że nie uroni ani jednej  łzy  z  powodu  tego 
człowieka. 

R

 S

background image

94 

 

Ta jedna jedyna łza spływająca po jej policzku nie liczyła się. 

Obiecała Lisie, że spotkają się w mieście na zakupach. W każdych 

innych  okolicznościach  byłaby  zachwycona  perspektywą  kupowania 
nowych ubrań.  Teraz  stać  ją  było  jedynie  na  przymierzanie  sukienek, 
które wybierała dla niej przyjaciółka. 

Wyczuwała  zdumienie  Lisy,  ale  nie  próbowała  usprawiedliwiać 

swojego  braku  entuzjazmu.  Jak  miałaby  wytłumaczyć  to,  czego  sama 
nie rozumiała? 

Próbując  wykrzesać  z  siebie  chociaż  odrobinę  radości  z  powodu 

wyjazdu do Nowego Jorku, Casey spędziła  resztę popołudnia na prze-
glądaniu świeżo zakupionych ubrań. Przejechała palcem po morelowej 
sukience. Czy podobałaby się Mattowi? 

Ze złością wrzuciła sukienkę do szafy. Skoro jego nic to nie obcho-

dzi, to nie. Miała przed sobą wyjątkową szansę, nie mogła jej zaprzepa-
ścić. Tylko dlaczego wciąż zbierało się jej na płacz? Nie musiała długo 
zastanawiać się nad odpowiedzią. 

Reilly jasno dał jej do zrozumienia, że nie jest nią zainteresowany. 

Podsunęła  mu  tyle  możliwości,  gdyby  chciał,  wykorzystałby  którąś. 
Jęknęła z bólem, kiedy przypomniała sobie jego poranną obojętność. 

Nagle  postanowiła,  że  zabierze  Robbie'ego  do  Nowego  Jorku. 

Nigdy  już  tu  nie  wrócą.  Nawet  myśl  o  tym,  że  znów  będą  musieli 
zaczynać wszystko od początku, nie wpłynęła na zmianę jej decyzji. 

R

 S

background image

95 

 

Nie mogła żyć tak blisko Matta ze świadomością, że on nie odwzajem-
nia jej... miłości. 

Następnego dnia powiedziała Lisie o swoich planach. 
-  Wcale nie chciałam, żeby tak się stało - próbowała wyjaśnić swo-

je  uczucia.  -  Kiedy  się  zorientowałam,  próbowałam  go  znienawidzić. 
Nie wyszło. 

-  Miłości nie można mieć na zamówienie. - Lisa patrzyła na nią ze 

współczuciem.  -  Jesteś  pewna  co  do  Matta?  To  znaczy  co  do  jego 
uczuć? 

-  Dał mi to jasno do zrozumienia. Lisa zaklęła pod nosem. 
-  Mój braciszek zasługuje na kopniaka - mruknęła. 
-  Pomożesz mi załatwić kilka spraw? 
-  Zdaj się na mnie. Na pewno chcesz sprzedać dom? 
Casey pokiwała głową. 
-  Dobra  -  powiedziała  dziewczyna.  -  Matt  będzie  zadwolony.  Od 

dawna chciał tej ziemi. 

-  Liso, nie chcę, żeby on o tym wiedział. Przynajmniej do momen-

tu, póki ja i Robbie nie wyjedziemy. Dobrze? 

-  Dobrze, ale... 
-  Żadnych  „ale",  tak  będzie  lepiej.  -  Casey  urwała  nagle.  -  Pieski 

preriowe... 

-  Sam  Meacham  zrezygnował  z  oskarżenia,  prawda?  -  zapytała 

przyjaciółka. 

R

 S

background image

96 

 

-  Tak. Sheilah wyzdrowiała. Powiedział też, że odwołał polowanie 

i pomoże mi naprawić płoty. 

-  Więc w czym problem? 
-  Wciąż czuję się odpowiedzialna za te zwierzęta na ziemi Zacha. 
-  Nie pozwolę, żeby ktoś zrobił im krzywdę - obiecała Lisa. - Jeszcze 

nie wiem jak, ale coś wymyślę. 

-  Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. - Casey uściskała ją mocno. - 

Wybacz, że cię proszę, abyś oszukiwała Matta, ale to nie potrwa długo. 
W rezultacie przecież wszystko się dobrze skończy - dostanie tę ziemię. 

-  Tak,  pewnie  tak.  -  Lisa  nie  wydawała  się  przekonana.  -  Masz 

szczęście, nie będzie go w czasie tego weekendu. Czy ty i Robbie zdą-
życie przygotować się do wyjazdu w ciągu dwóch dni? 

-  Będziemy  gotowi  -  obiecała  Casey.  -  Liso,  ja  tak  bardzo  nie 

chcę jechać! 

-  A więc zostań. Może z czasem wszystko się ułoży między tobą a 

Mattem. 

-  Nie, nie  chcę  się oszukiwać. - Casey potrząsnęła  głową. - Byłaś 

wspaniałą przyjaciółką, nigdy cię nie zapomnę. Jakoś ci się odwdzię-
czę. 

Lisa pociągnęła nosem i przejechała ręką po oczach. 
-  Jeśli  nie  przestaniesz,  za  chwilę  będę  płakała  jak  dziecko  -  po-

wiedziała. 

R

 S

background image

97 

 

-  Mamo, czy możemy pożegnać się z Ralphem? - spytał Robbie w 

sobotę rano, kiedy Casey i Lisa załadowały walizki do samochodu. 

Casey  popatrzyła  na  zegarek.  Bardzo  chciała  już  jechać.  Jedno 

spojrzenie na syna przekonało ją, że tych kilka minut nie będzie zbyt 
wielką stratą. 

-  Oczywiście, że możemy - powiedziała. 

Kiedy Robbie odbiegł, żeby znaleźć Ralpha, Casey rozejrzała się do-
okoła. Brązowa ziemia lśniła w porannym słońcu. Mimo że wielu lu-
dziom nie podobałby się ten krajobraz, ona uważała, że jest piękny. 

Czy  uda  się  im  jeszcze  znaleźć  jakieś  miejsce,  które  będą  mogli 

nazwać domem? 

R

 S

background image

98 

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Casey  zauważyła,  że  jedzie  za  nią  wóz  policyjny.  Jego  kierowca 

machał do niej, żeby zjechała na pobocze. Zdumiona, natychmiast za-
stosowała się do polecenia. 

-  Proszę  pani,  mam  rozkaz,  żeby  panią  zatrzymać  -  powiedział 

dziecinnie wyglądający policjant. 

Kiedy wyciągnęła rękę po dowód rejestracyjny i prawo jazdy nie 

zauważyła, że policjant lekko się uśmiecha. 

-  Nie rozumiem - pokręciła głową. - Czy zrobiłam coś nie tak? 
-  Proszę iść za mną - odrzekł spokojnie. 
Casey skinęła głową, nie miała wyboru. Robbie, który od jakiegoś 

czasu drzemał, popatrzył na nią i przetarł zaspane oczy. 

-  Mamo, dlaczego się zatrzymaliśmy? - zapytał. 
-  Musimy iść z panem policjantem - odpowiedziała. 
Podniecony perspektywą konfrontacji z prawdziwym policjan- 

R

 S

background image

99 

 

tem, Robbie natychmiast zapomniał o smutku z powodu wyjazdu. 

-  Będziemy aresztowani? Przekroczyłaś szybkość? Pójdziemy do 

więzienia?  Wezmą nasze odciski palców?  -  dopytywał  się  gorączko-
wo. 

-  Nie  wiem!  -  wrzasnęła,  przygnębiona  opóźnieniem  i  ewentual-

nymi następstwami zatrzymania. 

Chłopczyk natychmiast umilkł. Popatrzył na dół, na swoje ręce. 
-  Przepraszam - szepnął drżącym głosem. 
-  Nie, Robbie, to ja przepraszam. - Pogłaskała go po głowie. - Nie 

powinnam na ciebie krzyczeć. Po prostu jestem trochę zdenerwowa-
na. 

-  Nie ma sprawy, mamo. Zajmę się tobą. 
-  Wiem, że tak, kochanie. - Uśmiechnęła się czule do syna. 
Policjant o chłopięcym wyglądzie otworzył drzwi samochodu, ge-

stem wskazując jej i dziecku, aby wsiedli. Robbie kurczowo trzymał ją 
za  rękę.  Następnie  samochód  ruszył, a  obaj policjanci  zaczęli  ze  sobą 
rozmawiać, co jakiś czas zerkając w jej kierunku. 

Niepokój Casey wzrastał. Zacisnęła mocniej rękę na dłoni syna. 
-  Mamo, to boli! - krzyknął Robbie. 
-  Przepraszam - powiedziała szeptem. - Nie wiem, czego oni od 

nas chcą. 

Kiedy się zatrzymali, sierżant odwrócił się w jej kierunku z szero-

kim uśmiechem na twarzy. 

R

 S

background image

100 

 

-  Pani Allen, proszę ze mną. 
W odpowiedzi Casey popatrzyła na Robbie'ego. Sierżant zauważył 

jej pełne niepokoju spojrzenie. 

-  Proszę się nie denerwować - powiedział. - Młody człowiek może 

tu zostać z oficerem McBride. 

Następnie sierżant zaprowadził ją do pomieszczenia, na którym by-

ło  napisane  „Tylko  dla  personelu".  Ku  zdumieniu  Casey  zostawił  ją 
tam i zamknął za sobą drzwi. 

Z początku myślała, że jest zupełnie sama, dopiero jakiś ruch w od-

ległym kącie pokoju przyciągnął jej uwagę. 

-  O, nie - wyszeptała. 
Matt  podszedł  do  niej  powoli.  Wyglądał  niesłychanie  ponuro.  Nie 

miała dokąd uciec, więc nawet nie ruszyła się z miejsca. 

Mężczyzna  zatrzymał  się  o  jakiś  metr  od  niej.  Miał  przekrwione 

oczy,  a  jego  ubranie  wyglądało  tak,  jak  gdyby  w  nim  spał.  A  Casey 
pragnęła w tej chwili tylko tego, żeby wziął ją w ramiona i mocno poca-
łował.  Zamiast  mu  to  jednak  zaproponować,  zapytała  spokojnym,  jak 
sądziła, głosem: 

-  To ty kazałeś mnie ta przywieźć? - Nie czekając na odpowiedź, do-

dała: - Dlaczego? I jak ci się to udało? 

-  Sierżant  jest  moim przyjacielem  -  wyjaśnił Matt. - W promie-

niu stu pięćdziesięciu kilometrów wszyscy policjanci znali twój rysopis 
i numer prawa jazdy. 

R

 S

background image

101 

 

-  To niezgodne z prawem. 
-  Troszeczkę - przyznał. 
-  Nie powinno cię tu być - powiedziała. - Miałeś gdzieś wyjechać. 
-  Jak widzisz, nie wyjechałem. Dotarłem do lotniska i zdałem sobie 

sprawę, że nigdzie nie pojadę. Wróciłem,  żeby  spróbować...  -  Nagle 
podszedł do niej i przytulił ją z całych sił. 

-  A dokąd jechałeś? - zapytała go po chwili. 
-  Do Salt Lake City. 
-  Nie wiedziałam, że prowadzisz tam jakieś interesy. 
-  Nie prowadzę. To w Provo. 
-  Provo? 
-  Korespondowałem  z  doktorem  Jeffersem  z  Brigham  Young 

University. To specjalista od przesiedlania dzikich zwierząt. 

Kiedy zrozumiała, uśmiechnęła się szeroko. 
-  Pieski preriowe - szepnęła. - Możemy je przesiedlić. 
-  Właśnie. - Pokiwał powoli głową. - Chciałem oszczędzić zarówno 

je, jak i ziemię. Jeden profesor na tym uniwersytecie napisał pracę dok-
torską  o  przesiedleniu  kolonii  piesków  preriowych.  Można  tak  zrobić. 
Pochłania to mnóstwo czasu i pieniędzy, ale jest możliwe. 

-  A więc tam pojechałeś dwa tygodnie temu? -domyśliła się. - Dla-

czego mi nie powiedziałeś? 

R

 S

background image

102 

 

-  Chciałem. 
-  Więc dlaczego? 
-  Z dwóch powodów. Po pierwsze, nie byłem pewien, czy ci się to 

spodoba. 

-  A  dlaczego  miałoby  mi  się  nie  podobać?  -Uniosła  w  górę 

brew. 

-  Zdaje się, że słyszałaś coś o równowadze w naturze? 
-  Masz na myśli to, że populacja zwierząt sama dba o siebie? 
Pokiwał głową, obserwując ją uważnie. 
-  Pieski preriowe staną się częścią tej równowagi, razem z innymi 

dzikimi zwierzętami. 

Przełknęła  ślinę.  Teraz  pieski  będą  doskonałym  łupem  jastrzębi, 

kojotów i węży. 

-  To chyba dobry pomysł - powiedziała. 
-  Nawet jeśli miałoby to znaczyć, że pieski preriowe nie przeżyją? 
Pokiwała z wahaniem głową. 
-  Jaki  jest  ten  drugi  powód,  dla  którego  nie  chciałeś  mi  powie-

dzieć? - zapytała. 

-  Jeśli  sobie  przypominasz,  zazwyczaj  nie  bardzo  chciałaś  mnie 

słuchać.  -  Uśmiechnął  się  nieznacznie.  -  Musiałem być pewien przed 
rozmową z tobą. A poza tym, nie chciałem twojej wdzięczności. 

-  Dlaczego? 
-  Dlatego że pragnąłem czegoś o wiele ważniejszego. 

R

 S

background image

103 

 

-  Czego? - ośmieliła się zapytać. 
-  Twojej... miłości. 
-  Przecież ją masz. Zawsze ją miałeś. 

-  Jak mogłem być pewien? - Pogłaskał ją delikatnie po szyi. - Dla-

czego wyjechałaś, Casey? 

Próbowała oderwać się od niego, ale zacieśnił uścisk. 
-  Jadę do Nowego Jorku, zapomniałeś? 
-  Zabrałaś ze sobą wszystko, nawet Robbie'ego. To mi nie wyglą-

da na krótką wycieczkę. Chcę znać prawdę. 

-  Zamierzałam wyjechać - przyznała. 
-  Na zawsze? Pokiwała głową. 
-  Dlaczego? 
Casey wbiła wzrok w wiszący na ścianie kalendarz. 
-  Uznałam, że to zbyt dobra okazja, żeby ją przepuścić. Robbie zo-

baczy  Nowy  Jork,  ja  będę  miała  czas,  aby  spotkać  się  z  innymi  wy-
dawcami,  trochę  pozwiedzamy.  Jeśli  wszystko  dobrze  się  ułoży,  być 
może zostaniemy tam na stałe. 

-  A co z nami? - zapytał i ujął ją pod brodę. 
-  Co z nami? - powtórzyła. 
-  Odjechałaś bez pożegnania. 

-  Pożegnaliśmy się, czyżbyś zapomniał? 
-  Pamiętam tylko, że zachowywałem się jak głupiec. Pamiętam też, 

że chciałem to zrobić. - Pocałował ją nagle. -I to. - Tym razem pocało-  

R

 S

background image

104 

 

wał ją w szyje. 

-  Myślałam, że nic cię nie obchodzę. - Powiedziała, gdy tylko odzy-

skała głos. - Nie mogłabym być tak blisko ciebie i wiedzieć, że ty mnie 
nie... 

-  Nie co? 
-  Nie kochasz - wydusiła z siebie. Nawet w tej chwili wciąż ją to 

bolało. 

-  I to ma dla ciebie znaczenie? 

Powoli pokiwała głową. 

-  Popatrz na mnie - zażądał. - Kocham cię. Kocham cię tak bardzo, 

że  mnie  to przeraża. Chciałem  pozwolić  ci  odejść,  lecz  nagle  zdałem 
sobie sprawę, że nie potrafię. 

-  Dlaczego? Dlaczego chciałeś, żebym odeszła? 
-  Chciałem, żebyś mogła pojechać do Nowego Jorku i zrobić ka-

rierę, której tak pragnęłaś. Zasługujesz na to, żeby twoje marzenia się 
ziściły. 

-  Wszystko,  czego  pragnę,  jest tutaj.  Ty.  Robbie.  Nic  innego  nie 

ma znaczenia. 

-  A co z twoją pracą? 
Ujrzała zwątpienie w jego oczach i natychmiast zrobiło jej się żal 

nastolatka, który nigdy nie pogodził się z odejściem matki. 

-  Matka zawsze oskarżała mojego ojca o to, że ją tłamsi. - Matt po-

patrzył  w bok. - Twierdziła, że nie zrobiła kariery z powodu rodziny. 
Pragnęła uznania, sławy w świecie sztuki. 

R

 S

background image

105 

 

-  I nie otrzymała tego? 
-  Można  tak  powiedzieć.  Po  pierwszym  sukcesie  zignorowano  ją. 

Oskarżała wszystkich i wszystko, nie dopuszczała do  siebie  możliwo-
ści, że po prostu nie miała talentu. W końcu opuściła nas. 

-  I boisz się, że ze mną będzie tak samo? 
-  Nie.  Wiem,  że  jesteś  dobra.  Na  tyle  dobra,  że  ci  się  uda.  Nie 

chciałem stać na twojej drodze. Dla ciebie - dla nas. Za bardzo cię ko-
cham. 

-  Ja też cię kocham. - To wyznanie wzruszyło ją. 
-  Czy nie zdajesz sobie sprawy z tego, że jesteś ważniejszy, niż ja-

kakolwiek praca? Wydawca chce, żebym zilustrowała książkę dla dzie-
ci. Może nawet całą serię książek, ale żadna z nich się nie liczy, jeżeli 
miałabym ciebie stracić. 

-  Nie stracisz mnie, ale zdaję sobie sprawę z tego, że praca jest dla 

ciebie  bardzo  ważna.  Czy  tutaj  mogłabyś  być  szczęśliwa?  Nowy  Jork 
może zaoferować ci o wiele więcej. My nie możemy się z tym równać. 

-  Chcę mieć prawdziwy dom, a to może dać mi tylko człowiek, nie 

miasto.... - Zawahała się na moment. - Mimo wszystko muszę jechać 
do Nowego Jorku i ustalić pewne rzeczy. 

-  Ale nie beze mnie. 
Miałam  nadzieję,  że  to  powiesz.  -  Uśmiechnęła  się,  ale  uśmiech 

szybko zniknął z jej ust, kiedy uświadomiła sobie, że mogła go stracić. 
- Książki mogę ilustrować wszędzie, ale bez ciebie nawet i to straci  

R

 S

background image

106 

 

urok. 

-  Wiem. Ja czuję to samo. - Pocałował ją, na początku delikatnie, 

potem coraz bardziej namiętnie. 

-  Dlaczego mnie ścigałeś? - zapytała. 

Skrzywił się i potarł ręką zarośniętą szczękę. 

-  Lisa porozmawiała ze mną. Sam powinienem był się wszystkie-

go  domyślić,  ale  zachowywałem  się  jak  kretyn.  Chcę  wspólnych  dni  z 
tobą,  Casey,  całego  mnóstwa  takich  dni.  Zastanawiałem  się,  czy  nie 
przerobić jednego z pokoi na studio. Tam jest mnóstwo światła i... 

-  Kocham  cię.  -  Pocałowała  go  nagle.  -  Nawet  gdybyśmy  mieli 

żyć w namiocie, byłabym szczęśliwa. Z tobą... 

-  Czyżbyś prosiła mnie o rękę? - zapytał. 
-  Może... 
-  Ty  mała  czarownico.  -  Uścisnął  ją  mocno.  -  Narażasz  mnie  na 

męki. 

-  A co ze mną? Czasami mam wrażenie, że mnie nawet nie lubisz. 
-  „Lubisz" to mało powiedziane. 

Objęła ramionami jego szyję. 

-  Teraz już wszystko jest w porządku - wyszeptała. - Nareszcie je-

steśmy razem. 

Pocałował ją delikatnie. Ten pocałunek był obietnicą tego, co czeka-

ło ich przez resztę życia. 

R

 S

background image

107 

 

Nagle Casey cofnęła się i popatrzyła na niego z powagą. 
-  Co do Robbie'ego... - zaczęła. 
-  Już  się  dowiedziałem,  co  należy  robić  w  kwestii  adopcji.  Mam 

nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu - uśmiechnął się Matt. - On 
zapoczątkuje naszą rodzinę. Będzie świetnym starszym bratem dla resz-
ty naszych dzieci. 

-  Naszych dzieci? 
-  Przynajmniej dwoje. O rudych lokach i brązowych  oczach, jak 

ich matka. 

-  Nie  -  sprzeciwiła  się.  - Będą  miały  kasztanowe  włosy  i  niebie-

skie oczy, jak ich ojcic. 

-  Już teraz zaczynasz się ze mną kłócić? 
-  Zaczekam z tym, aż będziemy małżeństwem. -Głos uwiązł jej w 

gardle. - Kocham cię tak bardzo, że to aż boli. 

-  Na pewno nie tak bardzo, jak ja ciebie. 

Gwałtowne pukanie do drzwi przerwało ich rozmowę. McBride spoj-
rzał na nich przepraszająco. 

-  Przepraszam, że państwu przeszkadzam, ale ten młody człowiek 

czuje się trochę samotny - powiedział. 

Robbie wpadł do pokoju i uśmiechnął się szeroko na ich widok. 
-  Cześć, mamo, cześć, Matt, chcę do domu! - wykrzyknął. 
Casey i Matt uśmiechnęli się i oderwali od siebie. 

R

 S

background image

108 

 

- Musimy się chyba do tego przyzwyczaić. - Matt ujął rękę chłop-

ca. 

Casey patrzyła na nich z rozczuleniem. Miłość przyszła nagle, nie-

spodziewanie, we właściwym czasie. 

R

 S


Document Outline