background image

 

 

Bułhakow Michał 

 

 

 

Psie serce 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Zakład Nagrań i Wydawnictw 

Związku Niewidomych 

Warszawa 1996 

 
 
 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Tłoczono pismem punktowym  

dla niewidomych w Drukarni  

Zakładu Nagrań i Wydawnictw  
Związku Niewidomych,  
 
Warszawa, ul. Konwiktorska 9 
 
 
Przedruk z Wydawnictwa „Atext”, 

Gdańsk, 1991  

 
 
 
 
 
 
 
Pisała J. Andrzejewska 
Korekty dokonały 

I. Stankiewicz 
i E. Chmielewska 

 
  
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 
 

 
 
 
 
Auuuu. Spójrzcie na mnie, przecież umieram. Zamieć wyje mi w bramie modlitwę za konających, a 
ja wyję razem z nią.  
Przepadłem,  przepadłem.  Łajdak  w  brudnej  białej  czapie  -  kucharz  ze  stołówki  racjonalnego 
żywienia pracowników Centralnej Rady Gospodarki Narodowej - chlusnął wrzątkiem i oparzył mi 
lewy  bok.  Co  za  kanalia,  a  podobno  proletariusz.  O  Boże  mój,  jak  boli! Przeżarło  wrzątkiem  do 
kości. Wyję teraz i wyję, ale czy to wycie coś pomoże? 

No i co ja mu takiego zrobiłem? Czy Rada Gospodarki Narodowej zbiednieje, jeżeli pogrzebię w 
jej  śmietniku?    Zachłanne  bydlę!  Proszę  kiedyś  spojrzeć  na  jego  pysk  -  szerszy  niż  dłuższy. 
Złodziej z mordą jak patelnia. Och, ludzie, ludzie. W południe ugościł mnie wrzątkiem, a teraz już 
się zmierzcha, będzie pewnie około czwartej, sądząc po zapachu cebuli z komendy straży ogniowej 
na  Preczystience.  Strażacy,  jak  powszechnie  wiadomo,  na  kolację  jadają  kaszę.  To  wyjątkowe 
świństwo  -  w  rodzaju  grzybów.    Nawiasem  mówiąc,  znajome  psy  z  Preczystienki  opowiadały, 
jakoby  na  Nieglinnym  w  restauracji  „Bar”  jada  się  dyżurne  żarcie  -  grzyby  plus  sos  pikantny  za 
trzy  ruble  siedemdziesiąt  pięć  kopiejek  porcja.  Potrawa  dla  amatora,  równie  dobrze  można  lizać 
kalosze... Uuuu... 

Bok piecze nie do wytrzymania, dalszy ciąg mojej kariery życiowej widzę najzupełniej wyraźnie: 
jutro pojawią się rany i pytanie, czym je będę leczyć?  Latem poleciałbym na Sokolniki, rośnie tam 
także  specjalne  bardzo  dobre  ziele,  w  dodatku  można  się  nażreć  bezpłatnie  piętek  od  kiełbasy, 
wylizać zatłuszczone papiery, które wyrzucają tam obywatele.  I  gdyby  nie jakaś wydra, która na 
łące  pod  księżycem  śpiewa  „Boska  Aido”  tak,  że  aż  serce  zamiera,  byłoby  naprawdę  wspaniale. 
Ale zimą dokąd mam iść? Dostawałeś kopniaki w tyłek? Dostawałeś. A cegłą po żebrach? A jakże.  
Dostałem już za swoje.  
Wszystkiego  doświadczyłem,  pogodziłem  się  z  losem  i  jeśli  teraz  rozpaczam,  to  wyłącznie  za 
przyczyną fizycznego bólu i zimna, ponieważ duch mój nie osłabł jeszcze do końca...  Żywotny jest 
duch sobaczy. 

Ale za to ciało moje udręczone, poranione, pastwili się nad nim ludzie zupełnie wystarczająco. A 
najgorsze,  że  kiedy  chlusnął  na  mnie,  wrzątek  dostał  się  pod  sierść,  a  to  znaczy,  że  nic  już  nie 
chroni  lewego  boku.  Z  łatwością  mogę  się  nabawić,  powiedzmy,  zapalenia  płuc,  a  z  zapaleniem 
płuc, to proszę obywateli, po prostu zdechnę z głodu. Z zapaleniem płuc należy leżeć na frontowej 
klatce pod schodami, a kto wtedy zamiast mnie, samotnego, obłożnie chorego psa, będzie biegać po 
śmietnikach  w  poszukiwaniu  jedzenia?  Choroba  zaatakuje  płuco,  zacznę  pełzać  na  brzuchu, 
osłabnę,  a  wtedy  byle  hycel  zatłucze  mnie  kijem  na  śmierć.  A  dozorcy  z  blachami  na  piersiach 
złapią moje zwłoki za nogi i rzucą na furmankę... 
Ze  wszystkich  proletariuszy  dozorcy  są  najpaskudniejsi.    Wyrzutki  społeczeństwa,  najniższa 
kategoria  ludzkości.  Kucharze  jeszcze  zdarzają  się  rozmaici.  Na  przykład  nieboszczyk  Włas  z 
Preczystienki.  Niezliczonym  uratował  życie.  Ponieważ  w  czasie  choroby  najważniejsze,  żeby 
dorwać coś do żarcia. No więc, zdarzało się, jak opowiadają stare psy, rzuci czasem Włas kość, a 
na kości jeszcze i pół ćwiartki mięsa.  Niechaj mu ziemia lekką będzie za to, że to był naprawdę nie 
byle  kto,  nadworny  kucharz  hrabiów  Tołstojów,  a  nie  Rady  Racjonalnego  Żywienia.  Co  oni 

background image

wyprawiają w tym Racjonalnym Żywieniu, to się po prostu w psiej głowie nie mieści.  Przecież ci 
dranie  na  cuchnącym  solonym  mięsie  gotują  kapuśniak,  a  stołownicy,  biedactwa,  o  niczym  nie 
mają pojęcia.  Przybiegają, jedzą, chłepcą. 
Niektóre  maszynistki  otrzymują  według  IX  grupy  cztery  i  pół  czerwońca,  no,  co  prawda  jeszcze 
kochanek  podaruje  czasem  pończochy  z  fil  de  Perse.  Ale  jakie  poniżenie  musi  wycierpieć  za  te 
fildepersy.  Przecież  nie  żeby  tak  normalnym  sposobem,  tylko  przymusza  do  francuskiej  miłości. 
S... syny ci Francuzi, mówiąc między nami. Chociaż jadają bogato i zawsze z czerwonym winem. 
Tak...  Przybiegnie taka maszynistka do stołówki, przecież za cztery i pół czerwońca do „Baru” nie 
pójdzie. Jej nawet na kinematograf nie wystarcza, a kinematograf to dla kobiety jedyna pociecha w 
życiu. Drży, krzywi się, ale zjada...  Pomyśleć tylko, płaci czterdzieści kopiejek za obiad z dwóch 
dań, a te obydwa dania nawet i piętnastu niewarte, bo pozostałe dwadzieścia pięć ukradł kierownik. 
A czy w ogóle powinna się tak odżywiać? Ma zajęty wierzchołek prawego płuca i kobiecą chorobę 
na  francuskim  tle,  w  pracy  potrącili  z  pensji,  w  stołówce  nakarmili  cuchnącym  mięsem,  o,  to 
właśnie  ona  biegnie,  to  ona...  Wbiega  do  bramy  w  pończochach  od  kochanka.    Nogi  marzną, 
brzuch podwiewa, dlatego że sierść ma na sobie mniej więcej taką jak moja i majtki nosi leciutkie, 
koronkowe,  aby  nic.  To  dla  kochanka:  niechby  spróbowała  włożyć  flanelowe,  zaraz  zacznie 
wrzeszczeć: jakaś ty nieelegancka! Obrzydła mi moja Matriona, namordowałem się z flanelowymi 
majtkami, aż doczekałem się, nadeszły moje czasy. Jestem przewodniczącym i ile bym nie nakradł, 
wszystko wydam na kobiece ciało, na szyjki rakowe, na Abrau Durco.  Dosyć się nagłodowałem w 
młodości, w zupełności mi wystarczy, a życie pozagrobowe nie istnieje. 
Żal mi jej, żal serdecznie.  Ale siebie samego żal mi jeszcze bardziej. Mówię tak nie przez egoizm, 
a tylko dlatego, że naprawdę nie mamy jednakowych warunków. Jej przynajmniej w domu będzie 
ciepło, a mnie...  Dokąd mam iść? Uuuuu!... 

- Chodź tu, piesku, chodź!  
Szarik, Szarik... Dlaczego skomlisz, biedaku? Kto cię skrzywdził? Och... 
Zamieć  sucha  wiedźma  zatrzasnęła  bramę  i  walnęła  miotłą  dziewczynę  po  uszach.    Zadarła  do 
kolan spódniczkę, obnażyła kremowe pończochy i wąski rąbek nie dopranej koronkowej bielizny, 
zdusiła słowa, obsypała psa śniegiem. 
Boże mój, co za pogoda...  Och... A jeszcze do tego boli brzuch. Pewnie przez tamto mięso! Kiedy 
się to wreszcie skończy? 
Pochylając głowę dziewczyna rzuciła się do ataku, sforsowała bramę, na ulicy zaczęło nią kręcić, 
kręcić, ciskać we wszystkie strony, wreszcie zawirowała w śnieżnym wichrze i przepadła z oczu. 
A pies został w bramie, dokuczał mu poraniony bok, więc przywarł do zimnej ściany, wstrzymał 
oddech  i  kategorycznie  postanowił,  że  nigdzie  się  stąd  nie  ruszy  i  że  w  tej  bramie  zdechnie. 
Rozpacz  pognębiła  go  dostatecznie.  Tak  boleśnie  i  gorzko  mu  było  na  duszy,  tak  samotnie  i 
strasznie, że z oczu popłynęły malutkie psie łezki, spadały kropelkami i natychmiast wysychały. Z 
uszkodzonego  boku  sterczały  zamarznięte  kłaki  skołtunionej  sierści,  a  pomiędzy  nimi  przezierały 
złowieszcze  czerwone  placki  oparzeń.  Ach,  jacy  bezmyślni,  głupi  i  okrutni  bywają  kucharze. 
Zawołała:  
„Szarik”... Jaki  on tam,  u diabła, Szarik. Szarik  to  znaczy okrągły, dobrze odżywiony,  głupi, żre 
owsiankę,  syn  świetnych  rodziców,  a  on  jest  kosmaty,  kościsty,  obszarpany,  włóczęga  z 
zapadniętym brzuchem, bezdomny kundel. Zresztą dzięki i za dobre słowo. 
Trzasnęły drzwi na przeciwległej stronie ulicy w jasno oświetlonym sklepie i z tych drzwi wyszedł 
obywatel.    Właśnie  obywatel,  a  nie  towarzysz,  a  nawet,  mówiąc  ściśle,  wielmożny  pan.  Bliżej  - 
jaśniej - wielmożny pan.  Myślicie, że twierdzę tak ze względu na jego palto? Nonsens.  Bardzo 
wielu proletariuszy nosi teraz palta. Co prawda kołnierze mają inne, nawet nie ma porównania, ale 

background image

mimo  wszystko  z  daleka  można  się  pomylić.  Za  to  jeśli  chodzi  o  oczy,  to  już  nie  ma  mowy  o 
pomyłce ani z bliska, ani z daleka. O, oczy to coś niezwykłego, niczym barometr.  Widać wszystko, 
kto  ma  wielką  pustynię  zamiast  duszy,  kto  ni  z  tego,  ni  z  owego  może  kopnąć  czubkiem  buta 
między żebra, a kto się boi. Takiego właśnie lękliwego gnojka miło jest ugryźć w łydkę. Boisz się, 
to masz za swoje. Jeśli się boisz, widocznie masz powody... wrrr...  hau_hau... 
Wielmożny pan pewnym krokiem przeszedł jezdnię w śnieżnym słupie zamieci i ruszył do bramy. 
Tak, tak, w tym wypadku wszystko widać gołym okiem. Ten nie będzie jadł cuchnącego mięsa, a 
jeśli  mu  gdziekolwiek  takie  zaserwują,  zrobi  potworny  skandal,  napisze  do  gazet...    mnie,  Filipa 
Filipowicza, chciano otruć. 
Jest coraz bliżej i bliżej.  Widać, że zwykł jadać obficie i że nie kradnie, taki psa nie kopnie, ale 
sam  też  nikogo  się  nie  boi,  a  nie  boi  się  dlatego,  że  stale  jest  najedzony.  Zajmuje  się  pracą 
umysłową, ma ostrą bródkę w stylu francuskim, a także wąsy siwe, puszyste i zawadiackie niczym 
francuscy  rycerze,  ale  śnieżna  kurzawa  niesie  od  niego  zapach  paskudny,  szpitalny.  Oraz  woń 
cygara. 

Po kiego czorta, ciekawe, zaniosło go do spółdzielni Centrochozu? Przystanął niedaleko... Na co on 
czeka?  Uuuu... Co też mógł kupić w takim nędznym sklepiku, czy już mu nie wystarcza Ochotnyj 
Riad?  Co to jest? Kiełbasa. Drogi panie, gdybyś zobaczył, z czego oni robią tę kiełbasę, omijałbyś 
ten sklep z daleka. Lepiej niech pan ją odda mnie. 

Pies  zebrał  resztkę  sił  i  w  przypływie  desperacji  wyczołgał  się  z  bramy  na  chodnik.  Zadymka 
wystrzeliła  nad  głową  z  karabinu,  załopotała  ogromnymi  literami  płóciennego  plakatu  „Czy 
odmładzanie jest możliwe?” 
Oczywiście,  że  możliwe.  Zapach  kiełbasy  odmłodził  mnie,  podniósł  z  brzucha  na  nogi, 
płomiennymi falami zmarszczył mój pusty od dwóch dni żołądek, pogromca szpitala, rajski zapach 
mielonej kobyły z czosnkiem i pieprzem. Czuję i wiem, w prawej kieszeni futra ma kiełbasę. Już 
jest  nade  mną.  O  władco  mój!    Spójrz  na  mnie.  Ja  umieram.    Sprzedajna  jest  moja  dusza  i  dola 
paskudna. 

Pies pełznął na brzuchu jak żmija, zalewając się łzami.  Proszę zwrócić uwagę na dzieło kucharza. 
Ale nie, pan przecież za żadne skarby nie da mi tej kiełbasy. Och, bardzo dobrze znam bogatych 
ludzi!  A  tak  naprawdę  do  czego  ona  panu  potrzebna?  Na  co  panu  cuchnący  koń?  Takie  trujące 
konie  sprzedają  tylko  w  Mosselpromie.    A  pan  luminarz  światowej  sławy  jadł  dzisiaj  śniadanie 
dzięki  męskim  gruczołom  płciowym.    Uuu...  Co  to  się  dzieje  na  tym  świecie?  Widać  jeszcze  za 
wcześnie na umieranie, a rozpacz zaprawdę jest grzechem. Nie zostaje nic innego, jak tylko lizać 
mu ręce. 
Zagadkowy i wielmożny pan pochylił się nad psem, błysnął złotym obramowaniem oczu i wyjął z 
prawej  kieszeni  białą,  podłużną  paczkę.  Nie  zdejmując  brązowych  rękawiczek  rozwinął  papier, 
który  niezwłocznie  zagarnęła  zamieć,  oderwał  kawałek  kiełbasy  zwanej  „specjalną  krakowską”. 
Rzucił psu... O szlachetna osobo! Uuu! 

- Fit_fit - zagwizdał pan i dodał surowym głosem. - Na!  Szarik, Szarik! 

 
Znowu Szarik. Ochrzcili. A niech pan nazywa mnie, jak chce, zgadzam się na wszystko. Za pański 
nadzwyczajny uczynek. 

Pies błyskawicznie zdarł flak, ze szlochem wgryzł się w krakowską i pożarł ją w okamgnieniu. A 
przy  tym  prawie  się  udławił  kiełbasą  i  śniegiem,  aż  łzy  popłynęły  mu  z  oczu,  ponieważ  z 
zachłanności  omal  nie  pożarł  sznurka.  Jeszcze,  jeszcze,  liżę  pańską  rękę.    Spodnie  całuję, 
dobroczyńco mój! 

background image

-  Na  razie  wystarczy...  -  Pan  mówił  urywanymi  zdaniami,  jakby  wydawał  komendy.  Pochylił  się 
nad Szarikiem, badawczo popatrzył mu w oczy i nieoczekiwanie, z intymną serdecznością dłonią w 
rękawiczce przejechał po psim brzuchu. 

- Aha - powiedział znacząco - obroży nie masz, no i bardzo dobrze, właśnie ty jesteś mi potrzebny. 
Maszeruj za mną - pstryknął palcami. - Fit_fit! 

 
Mam iść za panem? A choćby i na koniec świata. Może mnie pan kopać swoimi butami z filcu, a ja 
słowa nie powiem. 
Na  całej  Preczystience  świeciły  latarnie.  Bok  bolał  nie  do  wytrzymania,  ale  Szarik  chwilami 
zapominał o bólu pochłonięty jedną jedyną myślą, żeby tylko w ciżbie nie stracić z oczu cudownej 
zjawy  w  futrze,  żeby  jakimkolwiek  sposobem  wyrazić  jej  miłość  i  oddanie.  I  ze  siedem  razy  od 
Preczystienki do Zaułka Obuchowa wyraził.  Ucałował w śniegowiec przy uliczce Martwej, torując 
drogę  straszliwym  wyciem  tak  wystraszył  jakąś  paniusię,  że  aż  usiadła  na  słupie,  ze  dwa  razy 
zaskowyczał, żeby podtrzymać litość dla siebie. 
Jakiś  łajdacki,  robiony  pod  syberyjskiego,  kot  włóczęga  wyskoczył  zza  rynny  i  pomimo  zamieci 
wywęszył krakowską.  Szarik zapomniał o bożym świecie na myśl, że bogaty dziwak, zbierający 
po bramach poranione psy, również i tego złodzieja zabierze ze sobą, a wtedy przyjdzie dzielić się 
produktem  Mosselpromu.  Dlatego  tak  wyszczerzył  zęby  na  kota,  że  ten  z  sykiem  podobnym  do 
syczenia dziurawego szlauchu wdrapał się po rynnie na pierwsze piętro.  Rrr... hau... u! Won! Nie 
wystarczy Mosselpromu dla wszystkich łachmytów, co się włóczą po Preczystience. 
Pan ocenił oddanie i pod samą strażą ogniową, pod oknem, z którego dobiegał przyjemny pomruk 
waltorni, nagrodził psa drugim, trochę mniejszym kawałkiem, tak z pięć łutów. 
Ech, co za dziwak. Chce mnie zwabić. Może się pan nie obawiać. Sam nie mam zamiaru uciekać. 
Pójdę wszędzie, gdzie pan rozkaże. 

- Fit fit fit! Tędy! 
 
Na Obuchowa? Jak pan sobie życzy. Znamy tę ulicę całkiem nieźle. 

Fit fit! Tutaj? Z przyjem...  

E, nie, bardzo mi przykro. Nie.  Tu jest szwajcar. Nie ma nic gorszego na świecie. Po wielekroć 
niebezpieczniejszy od dozorcy. Absolutnie znienawidzony gatunek.  

Paskudniejszy od kotów. Hycel w liberii z lampasami. 

- No, nie bój się, chodź. 
- Kłaniam się nisko, Filipie Filipowiczu. 

- Dzień dobry, Fiodorze. 
 
To jest ktoś. Boże mój, komuś ty mnie podrzuciła, dolo moja pieska! Cóż to za osobistość, która 
może uliczne psy wprowadzać do domu spółdzielni mieszkaniowej w obecności szwajcara? A ten 
drań  -  proszę  tylko  popatrzeć  -  stoi  bez  ruchu  i  bez  słowa!  Co  prawda  oczy  ma  chmurne,  ale 
ogólnie rzecz biorąc patrzy obojętnie spod swojej czapki ze złotym szamerunkiem. Jakby wszystko 
było w porządku. To się nazywa poszanowanie i to jakie, panowie! No, a ja z nim i za nim. I co? 
Możesz  mnie  pocałować.  Żeby  tak  capnąć  za  tę  proletariacką,  spracowaną  nogę.    Za  wszystkie 
świństwa twoich kolegów po fachu. Ile razy tłukłeś mnie szczotką po mordzie, co? 

- No chodź, chodź. 
 

background image

Rozumiem, rozumiem, pan będzie łaskaw się nie niepokoić. Gdzie pan, tam i ja. Proszę mi tylko 
pokazywać drogę, a na pewno nie zostanę w tyle, nie bacząc na mój przerażający bok. 
Ze schodów na dół. 

- Nie było do mnie listów, Fiodor? 

 

Z dołu na schody, z  
szacunkiem. 

 
- Nie było, Filipie  
Filipowiczu  (intymnie,  półgłosem  do  góry),  a  do  mieszkania  pod  trzecim  towarzyszy 
dokwaterowali. 

Dostojny  dobroczyńca  psów  odwrócił  się  gwałtownie  na  stopniu  i  przechylony  przez  poręcz 
zapytał ze zgrozą: 

- No i co? 
 
Jego oczy stały się okrągłe, a wąsy stanęły dęba. 
Szwajcar na dole zadarł głowę, przyłożył dłoń do warg i potwierdził. 

- Tak jest, całe cztery sztuki. 

- O mój Boże! Wyobrażam sobie, co teraz się będzie działo w mieszkaniu. A co na to lokatorzy? 

- A nic. 
- A Fiodor Pawłowicz? 
- Pojechał po cegły i parawan.  
Będą stawiać ścianki działowe. 

- Diabli wiedzą, co tu się dzieje! 

- Do wszystkich, oprócz pańskiego, mieszkań, Filipie  

Filipowiczu,  będą  dokwaterowywać.  Właśnie  było  zebranie,  wybrali  nowy  zarząd,  a  poprzedni 
pogonili. 

- Co to się wyrabia. Ajaj, ajaj... Fit fit. 

 
Idę,  idę,  nie  zostaję.  Bok,  proszę  łaskawie  zauważyć,  daje  znać  o  sobie.  Pan  pozwoli  polizać 
buciczek. 

Zniknął na dole lampas szwajcara. Na marmurowym podeście powiało ciepłem od kaloryferów, raz 
jeszcze skręcili - i oto półpiętro. 

 
 
 
 
II 

 
 
 
 

background image

Nie  ma  żadnego  powodu  uczyć  się  czytać,  jeśli  mięso  i  tak  pachnie  na  wiorstę.  Mimo  to  (jeśli 
państwo mieszkacie w Moskwie i macie chociaż odrobinę oleju w głowie) chcąc nie chcąc musicie 
się nauczyć i do tego bez żadnych tam kursów. Spośród czterdziestu tysięcy moskiewskich psów 
chyba tylko jakiś kompletnie skretyniały idiota nie potrafi ułożyć z liter słowa „kiełbasa”. 
Szarik  zaczął  uczyć  się  według  kolorów.  Jak  tylko  ukończył  cztery  miesiące,  w  całej  Moskwie 
rozwieszono błękitnozielone szyldy z napisem Mspo - handel mięsem. Powtarzamy, że nie ma to 
najmniejszego  sensu,  ponieważ  mięso  i  tak  można  wywąchać.  A  raz  zaszło  nieporozumienie: 
kierując  się  na  jadowicie  zielony  kolor,  Szarik,  któremu  zmylił  powonienie  benzynowy  dym 
silnika, zamiast do jatki wlazł do sklepu z towarami elektrotechnicznymi braci Gołubizner na ulicy 
Miasnickiej. I tam, u braci, pies zapoznał się z kablem izolacyjnym, który przewyższa nawet bat 
dorożkarski. Tę niezwykłą, niezapomnianą chwilę należy uważać za początek szkoły. Od razu na 
trotuarze do Szarika dotarło, że „błękitny” nie zawsze oznacza „mięsny”, i wtulając ogon między 
tylne  łapy  oraz  wyjąc  z  powodu  okropnego  bólu,  przypomniał  sobie,  że  na  wszystkich  jatkach 
pierwsza od lewej jest taka złota albo ruda pokraka podobna do sanek. 
Dalej poszło jeszcze sprawniej. „A” opanował na „Centralrybie” na rogu Mochowej, a potem także 
„B”.  Łatwiej  mu  było  podbiegać  od  ogona  słowa  „ryba”,  dlatego  że  na  początku  słowa  stał 
milicjant. 

Kwadratowe kafelki na narożnikach moskiewskich domów zawsze i nieuchronnie znaczyły „Ser”. 
Czarny  kranik  samowara  oznaczał  byłego  właściciela  „Czyczkina”,  kule  czerwonego 
holenderskiego  -  bestialskich  subiektów,  którzy  nienawidzili  psów,  trociny  na  podłodze  i 
obrzydliwy, wstrętnie śmierdzący bachstein. 
Jeśli  gdzieś  grał  akordeon,  co  było  niewiele  lepsze  od  „Boskiej  Aidy”  -  i  pachniały  parówki, 
pierwsze litery na białych plakatach nadzwyczaj wygodnie składały się na słowo „nieprzyzwo... „, 
co  oznaczało  „nieprzyzwoitymi  wyrazami  się  nie  wyrażać,  napiwków  nie  dawać”.  Tutaj  czasami 
jak wiry na rzece skłębiały się bójki, ludzi bito pięściami po mordach, czasami, niezmiernie rzadko, 
serwetkami albo butami. 

Jeśli  w  oknach  wisiały  nieświeże  szynki  i  leżały  mandarynki...  hau_hau...  de...    delikatesy.  Jeśli 
ciemne butelki z paskudną cieczą... Wi... wi...  wino... Bracia Jelisiejew niegdysiejsi. 
Nieznajomy  pan,  który  przywlókł  psa  pod  drzwi  swojego  wspaniałego  mieszkania  na  półpiętrze, 
zadzwonił, a pies niezwłocznie podniósł oczy na wielką, czarną ze złoconymi literami wizytówkę, 
która  wisiała  na  boku  szerokich,  przeszklonych  różową,  laną  szybą  drzwi.  Trzy  pierwsze  litery 
złożył od razu: Pe_er_o, Pro.  Ale dalej było zębate, wysokie draństwo niewiadomego znaczenia.  
Czyżby proletariusz - pomyślał Szarik ze zdziwieniem... To być nie może. Uniósł do góry nos, raz 
jeszcze obwąchał futro i absolutnie pewny swego pomyślał.  

- Nie, proletariuszem tu nie pachnie. Słowo uczone i Bóg raczy wiedzieć, co ono znaczy. 

 
Za różową szybą zapłonęło niespodziewane i wesołe światło, jeszcze bardziej uwydatniając czarną 
wizytówkę.  Drzwi  otworzyły  się  absolutnie  bezszelestnie  i  śliczna  młoda  kobieta  w  białym 
fartuszku  i  koronkowym  czepeczku  pojawiła  się  przed  psem  i  jego  panem.    Tego  pierwszego 
owiało boskie ciepło, a spódniczka kobiety zapachniała konwaliami. 
To rozumiem, to mi się podoba  

- pomyślał pies. 
- Niech pan będzie łaskaw, Szarik - powiedział ironicznie pan i Szarik, machając ogonem, wszedł z 
nabożnym zachwytem. 

 

background image

Nieprzebrana mnogość przedmiotów zagracała bogaty przedpokój. Natychmiast zapadało w pamięć 
lustro  do  samej  podłogi,  które  niezwłocznie  odzwierciedliło  drugiego  złachmanionego  i 
obszarpanego  Szarika,  straszne  rogi  jelenie  na  wysokościach,  nieprzeliczone  futra  i  kalosze  oraz 
opalizujący tulipan ze światłem elektrycznym pod sufitem. 

-  Gdzie  pan  takiego  znalazł,  Filipie  Filipowiczu?  -  z  uśmiechem  pytała  kobieta  i  pomagała  zdjąć 
ciężkie, podbite srebrnym lisem futro. - O Boże!  Ale sparszywiały! 

- Głupstwa gadasz. Gdzie sparszywiały? - surowo i urywanie wypytywał pan. 

 
Po  zdjęciu  futra  okazało  się,  że  jest  w  czarnym  garniturze  z  angielskiego  sukna,  na  brzuchu  zaś 
radośnie i matowo połyskuje mu złoty łańcuszek. 

-  Czekaj  no,  nie  kręć  się,  głuptasie.  Hm.  To  nie  parchy...    no  stójże,  u  diabła...  Hm.  Aha.    To 
oparzenie. Co za drań cię tak urządził? Co? Stój ty spokojnie! 

 
Kucharz, katorżnik kucharz! - żałosnymi ślepiami mówił pies z lekka skowycząc. 

- Zina - wydał komendę pan - jego natychmiast do laboratorium, a mnie fartuch. 

 
Kobieta gwizdnęła, pstryknęła parę razy palcami i pies po chwili wahania ruszył za nią. We dwoje 
trafili  do  wąskiego,  słabo  oświetlonego  korytarza,  minęli  jedne  lakierowane  drzwi,  przeszli  do 
końca, następnie w lewo i znaleźli się w ciemnej komórce, która od razu nie spodobała się psu z 
powodu  złowieszczego  zapachu.  Ciemność  pstryknęła  i  błyskawicznie  przemieniła  się  w 
oślepiający dzień, a do tego ze wszystkich stron zalśniło, zaiskrzyło się, zabielało. 

E, nie - zawył w myśli pies - przykro mi, ale się nie dam!  Teraz rozumiem, niech ich diabli wezmą 
razem  z kiełbasą. Okazuje się, że zwabili mnie do psiej lecznicy.  Zaraz zmuszą do picia rycyny, 
bok pokroją nożem, kiedy i tak boli, że dotknąć nie sposób. 

- Ej, ty dokąd? - krzyknęła ta, którą nazwano Ziną. 

 
Pies  wyrwał  się,  zakręcił  i  nagle  uderzył  o  drzwi  zdrowym  bokiem,  aż  trzasnęło  w  całym 
mieszkaniu. Potem odleciał z powrotem, zawirował jak fryga pod batem, przewracając przy tym na 
podłogę  białe  wiadro,  z którego  poleciały  strzępy  waty.    Kiedy  tak  kołował,  wokół  przelatywały 
ściany  obstawione  szafami  z  błyszczącymi  instrumentami  w  środku,  migał  biały  fartuszek  i 
wykrzywiona kobieca twarz. 

- Co ty wyprawiasz, czorcie kudłaty? - rozpaczliwie krzyczała Zina. - Oszalał! 

 
Gdzie tu mogą być kuchenne schody? - zastanawiał się pies.  Rozpędził się i jak pocisk uderzył na 
chybił trafił w szybę w nadziei, że są za nią drugie drzwi. Chmura odłamków wyleciała z hukiem i 
brzękiem, wyskoczył pękaty słój z rudym paskudztwem, które błyskawicznie zalało całą podłogę i 
buchnęło smrodem.  Rozwarły się prawdziwe drzwi. 

- Stój, b_bydlaku! - krzyczał pan, skacząc w fartuchu włożonym na jedną rękę i łapiąc psa za nogi. 
- Zina, łap go za kołnierz, łobuza. 

- Bo... Boże, to ci pies! 
 
Drzwi otworzyły się szerzej i wbiegł jeszcze jeden osobnik płci męskiej w fartuchu.  Rozdeptując 
potłuczone szkło rzucił się nie do psa, tylko do szafy, otworzył ją i cały pokój wypełnił słodkawy, 
mdlący  zapach.  Następnie  osobnik  własnym  brzuchem  przydusił  psa  do  podłogi,  przy  czym  pies 

background image

capnął  go  z  satysfakcją  powyżej  sznurowadeł.  Osobnik  jęknął,  ale  nie  stracił  orientacji.  Mdlący 
płyn  zaparł  psu  dech,  potem  nogi  mu  odpadły  i  pojechał  gdzieś  w  bok  po  krzywiźnie.  Dziękuję, 
wszystko skończone - pomyślał w rozmarzeniu, padając wprost na ostre szkło. - Żegnaj, Moskwo!  
Nie zobaczę już więcej Czyczkina ani proletariuszy, ani krakowskiej kiełbasy. Idę do psiego nieba 
za wszystko, co wycierpiałem. Bracia oprawcy, za co mnie tak? 
I wtedy ostatecznie upadł na bok i zdechł. 

 
 
Kiedy zmartwychwstał, troszeczkę kręciło mu się w głowie, odrobinę mdliło w brzuchu, ale boku 
jakby nie było, bok rozkosznie milczał.  Pies otworzył prawe melancholijne oko i kątem tego oka 
zobaczył,  że  jest  ciasno  zabandażowany  w  poprzek  boków  i  brzucha.  Jednak  mnie  załatwili, 
sukinsyny - pomyślał niejasno. - Ale trzeba im oddać sprawiedliwość - sprytnie. 

-  „Od  Sewilli  do  Grenady...  w  ciepłym  zmroku  cichych  nocy”  -  zanucił  nad  nim  roztargniony  i 
fałszywy głos. 

 
Pies zdziwił się, otworzył do reszty oboje oczu i  o dwa kroki  od siebie zobaczył  męską nogę na 
białym  taborecie.  Nogawka  i  kalesony  na  tej  nodze  były  podwinięte,  a  goły,  żółty  goleń 
wysmarowany zaschniętą krwią i jodyną. 
Święci pańscy! - pomyślał pies  

- okazuje się, że to ja go ugryzłem. Moja robota. No, dostanę lanie! 

-  „Rozbrzmiewają  serenady,  zewsząd  słychać  mieczy  brzęk.  A  dlaczego  ugryzłeś  doktora, 
włóczykiju? Co? Dlaczego rozbiłeś szybę? Co? 

- Uuu - żałośnie zaskowyczał pies. 

- Już dobrze, obudziłeś się, to teraz leż, bałwanie. 

-  Jak się panu udało,  Filipie Filipowiczu, zwabić takiego nerwowego psa?  -  zapytał sympatyczny 
męski  głos  i  trykotowa  nogawka  kalesonów  opadła  w  dół.  Zapachniało  tytoniem  i  w  szafie 
zadźwięczało szkło. 

-  Serdecznością. Jedynym  sposobem możliwym  w obcowaniu  z  żywą istotą. Terrorem  nie można 
zrobić ze zwierzęciem niczego, niezależnie od szczebla rozwoju, na jakim się to zwierzę znajduje. 
Zawsze  tak  twierdziłem,  twierdzę  i  będę  twierdzić.  Oni  całkowicie  błędnie  rozumują,  sądząc,  że 
terror  im  pomoże.  Nie,  nie  pomoże,  jakikolwiek  by  był,  biały,  czerwony  czy  nawet  brunatny! 
Terror doszczętnie paraliżuje system nerwowy. Zina!  Kupiłem temu łajdakowi kiełbasę krakowską 
za rubla i czterdzieści kopiejek. Bądź tak dobra i nakarm go, kiedy mu przejdą mdłości. 

 
Zachrzęściło wymiatane szkło i kobiecy głos kokieteryjnie zauważył: 

-  Krakowskiej!  Boże,  trzeba  mu  było  kupić  okrawków  za  dwudziestkę  w  jatce.  A  krakowską 
kiełbasę to lepiej sama zjem. 

- Tylko spróbuj! Ja ci zjem!  
To  trucizna  dla  ludzkiego  żołądka.  Dorosła  dziewczyna,  a  jak  dziecko  pakuje  do  ust  każde 
świństwo.  Ani  mi  się  waż!    Uprzedzam,  nie  licz  ani  na  mnie,  ani  na  doktora  Bormentala,  kiedy 
rozboli cię brzuch... „Jeśli powie ktoś, że inna równie piękna jest jak ty...” 
Łagodne, perliste dzwoneczki sypały się po całym mieszkaniu, a w oddali z przedpokoju co chwila 
dochodziły głosy. Dzwonił telefon. Zina znikła. 

background image

Filip  Filipowicz  rzucił  do  wiadra  niedopałek  papierosa,  zapiął  fartuch,  przed  lustrem  na  ścianie 
wygładził puszyste wąsy i zawołał psa. 

- Fit_fit. No nic, nic się nie stało. Idziemy przyjmować pacjentów. 

 
Pies wstał na niepewne łapy, zachwiał się, chwilę dygotał, ale szybko wrócił do równowagi i ruszył 
w ślad za powiewającymi połami Filipa Filipowicza.  Ponownie szedł wąskim korytarzem, ale teraz 
zobaczył, że jest jasno oświetlony rozetą pod sufitem. Kiedy zaś otworzyły się lakierowane drzwi i 
pies  wszedł  z  Filipem  Filipowiczem  do  gabinetu,  oślepił  go  blask.    Przede  wszystkim  wszędzie 
płonęły światła: płonęły pod stiukami na suficie, płonęły na biurku, płonęły na ścianie, w szybach 
oszklonych  szaf.  Światło  zalewało  bezmiar  przedmiotów,  z  których  najbardziej  interesująca 
okazała się ogromna sowa siedząca na ścianie na konarze. 

- Leżeć - rozkazał Filip Filipowicz. 

 
Rzeźbione drzwi po przeciwnej stronie otworzyły się i wszedł tamten, nadgryziony, który teraz w 
jaskrawym świetle okazał się bardzo przystojny, młody ze spiczastą bródką, podał kartkę papieru i 
powiedział: 

- Dawny... 
 
Natychmiast bezszelestnie zniknął, a Filip Filipowicz poprawił poły fartucha, usiadł za olbrzymim 
biurkiem i od razu stał się niezwykle dostojny i imponujący. 
Nie, to nie lecznica, trafiłem w jakieś zupełnie inne miejsce - w popłochu pomyślał pies i opadł na 
wzorzystość dywanu obok ciężkiej skórzanej kanapy. - A tę sowę to jeszcze wyjaśnimy... 
Drzwi  otworzyły  się  miękko  i  wszedł  ktoś,  kto  do  tego  stopnia  wstrząsnął  psem,  że  ten  aż 
szczeknął, ale bardzo nieśmiało... 

- Milczeć! Ba, zmienił się pan nie do poznania, drogi panie. 

 
Przybyły nieśmiało i z nadzwyczajnym szacunkiem ukłonił się Filipowi Filipowiczowi. 

- Chi_chi! Pan jest magiem i czarodziejem, profesorze - powiedział skonfundowany. 

- Niech pan zdejmie spodnie, kochaneczku - rozkazał Filip Filipowicz i wstał. 

 
Chryste Panie - pomyślał pies  

- to ci ananas! 
 
Na  głowie  ananasa  rosły  absolutnie  zielone  włosy,  które  na  karku  przechodziły  w  rdzawy  kolor 
tytoniu; twarz ananasa pokrywały zmarszczki, ale cerę miał różową jak noworodek. Lewa noga nie 
zginała  się,  musiał  ciągnąć  ją  po  dywanie,  za  to  prawa  podrygiwała  jak  nakręcana  zabawka.  W 
klapie wspaniałej marynarki niczym oko tkwił drogocenny klejnot. 

Psa nawet mdlić przestało z ciekawości. 

- Hau_hau - zaszczekał  
cichutko. 

- Milczeć! Jak tam sen, drogi panie? 

- He_he. Czy jesteśmy sami, profesorze? To coś nieopisanego  

background image

-  wstydliwie  zaczął  przybyły.  -  Parole  d’honneur,  od  dwudziestu  pięciu  lat  nie  pamiętam  czegoś 
podobnego. - Indywiduum ujęło guzik od spodni. - Czy pan uwierzy, profesorze, co noc śnią mi się 
nagie dziewczyny i to całymi stadami. Doprawdy jestem oczarowany. Jest pan cudotwórcą. 

- Hm - mruknął z troską Filipowicz, wpatrując się w źrenice gościa. 

 
Ten  wygrał  wreszcie  walkę  z  guzikami  i  zdjął  pasiaste  spodnie.  Pod  spodniami  ukazały  się 
niesłychane  wręcz  kalesony.    Były  kremowego  koloru  w  haftowane  jedwabiem  czarne  koty  i 
pachniały perfumami. 
Pies jedwabnych kotów nie zdzierżył i szczeknął tak, że indywiduum aż podskoczyło. 

- Oj! 
- Dostaniesz lanie! Niech pan się nie boi, on nie gryzie. 

 
Ja nie gryzę? - zdumiał się pies. 
Przybyłemu z kieszeni  spodni wypadła na dywan mała koperta, na której  widniała dziewczyna z 
rozpuszczonymi  włosami.    Indywiduum  podskoczyło,  pochyliło  się,  podniosło  zgubę  i  strasznie 
poczerwieniało. 

-  Proszę  jednak  uważać  -  ostrzegawczo  i  posępnie  powiedział  Filip  Filipowicz  grożąc  palcem.  - 
Pomimo wszystko niech pan uważa i nie nadużywa! 

- Ja nie nadu... - wymamrotało stropione indywiduum rozbierając się. - Ja tylko, drogi profesorze, 
przeprowadzałem doświadczenie. 

- No i co? Jakie były wyniki?  
- spytał surowo Filip  
Filipowicz. 

Indywiduum ekstatycznie machnęło ręką. 

- Od dwudziestu pięciu lat, przysięgam na Boga, nie zdarzyło mi się nic podobnego. Ostatni raz w 
1899 roku w Paryżu na rue de la Paix. 

- A dlaczego pan pozieleniał? 
 
Twarz przybysza zachmurzyła się. 

- Przeklęty „Kościotłuszcz”!  
Nie może pan sobie wyobrazić, profesorze, co te obiboki podsunęły mi zamiast farby.  Proszę tylko 
popatrzeć - mamrotał szukając oczami lustra.  

-  Za  takie  rzeczy  należy  bić  po  mordzie!  -  dodał  wpadając  w  furię.  -  I  co  mam  teraz  począć, 
profesorze? - zapytał rozpaczliwie. 

- Hm, niech pan ogoli głowę. 
- Profesorze - żałośnie wykrzyknął gość - przecież znowu odrosną mi siwe! A oprócz tego nie będę 
się mógł pokazać w biurze. I tak już trzeci dzień nie jeżdżę do pracy. Ech, profesorze, gdyby pan 
odkrył sposób na odmładzanie włosów. 

- Nie wszystko naraz, mój drogi - mruczał Filip Filipowicz. 
 
Pochylił się i błyszczącymi oczami obejrzał goły brzuch pacjenta. 

- No cóż, wyśmienicie,  

background image

wszystko  w  zupełnym  porządku.    Prawdę  mówiąc,  nawet  nie  oczekiwałem  takiego  rezultatu.  
„Wiele krwi i wiele pieśni.” Może się pan ubierać, drogi panie! 

- „Mam dla tej, co  

najpiękniejsza!” - brzękliwym  
niczym patelnia głosem  
podchwycił pacjent i  

promieniejąc  zaczął  się  ubierać.    Kiedy  już  się  oporządził,  podskakując  i  woniejąc  perfumami, 
odliczył Filipowi Filipowiczowi paczkę białych banknotów i zaczął czule ściskać mu obie dłonie. 

- Dwa tygodnie może mi się pan nie pokazywać - powiedział Filip Filipowicz - ale jednak bardzo 
proszę, niech pan będzie ostrożny. 

- Profesorze! - krzyknął już za drzwiami głos pełen ekstazy - może pan być absolutnie spokojny - 
po czym chutliwie zachichotał i przepadł. 

 
Sypki dzwonek przeleciał przez mieszkanie, otworzyły się lakierowane drzwi. Wszedł ugryziony, 
wręczył kartkę Filipowi Filipowiczowi i oznajmił: 

-  Wiek  podała  nieprawdziwy.  Ma  jakieś  pięćdziesiąt  cztery,  pięćdziesiąt  pięć  lat.  Tony  serca 
przytłumione. 

 
Znikł, a zamiast niego pojawiła się szeleszcząca dama w zawadiacko zsuniętym na bok kapeluszu i 
w iskrzącej się kolii na wiotkiej, pomiętej szyi. Pod jej oczami wisiały dziwaczne czarne worki, a 
policzki miała różowe jak lalka.  
Dama była strasznie  
zdenerwowana. 
 

- Szanowna pani! Ile ma pani lat? - bardzo surowo zapytał Filip Filipowicz. 

 
Dama przeraziła się i nawet pobladła pod skorupą różu. 

- Przysięgam, profesorze, gdyby pan wiedział, jaki dramat przeżywam! 

- Ile ma pani lat, szanowna pani? - jeszcze surowiej powtórzył Filip Filipowicz. 

- Słowo honoru!... No,  
czterdzieści pięć. 

-  Szanowna  pani  -  zaapelował  Filip  Filipowicz  -  pacjenci  czekają.  Proszę  nie  zabierać  mi  czasu. 
Nie jest pani jedyna! 

 
Pierś damy burzliwie falowała. 

- Tylko panu, jako luminarzowi nauki. Ale przysięgam, to coś tak okropnego... 

- Ile ma pani lat? - wściekle i piskliwie zapytał Filip Filipowicz, a jego okulary zabłysły. 

- Pięćdziesiąt jeden! - skręcając się ze strachu odparła dama. 

- Proszę zdjąć majtki, łaskawa pani - z ulgą powiedział Filip Filipowicz i wskazał na wysoki, biały 
szafot w kącie. 

-  Profesorze,  przysięgam  -  wymamrotała  dama,  drżącymi  palcami  rozpinając  jakieś  zatrzaski  na 
pasie. - Ten Moryc... Przysięgam jak na spowiedzi... 

background image

-  „Od  Sewilli  do  Grenady...”  -  z  roztargnieniem  zanucił  Filip  Filipowicz  i  nacisnął  pedał  przy 
marmurowej umywalce. Zaszumiała woda. 

-  Przysięgam  na  Boga!  -  mówiła  dama  i  żywe  plamy  przedzierały  się  przez  sztuczne  na  jej 
policzkach.  -  Ja  wiem,  to  moja  ostatnia  namiętność.  Przecież  to  taki  łajdak!  Profesorze!  To 
karciany szuler, o tym wie cała Moskwa. Nie potrafi przepuścić najostatniejszej modystce! Jest taki 
diabelnie  młody  -  mamrotała  dama  i  wyrzucała  spod  szeleszczących  spódnic  zmięty  koronkowy 
kłąb. 

 
Psu ostatecznie zamąciło się w głowie i przewróciło do góry nogami. 
A idźcież wy do diabła - pomyślał mętnie i położył głowę na łapy, zapadając w drzemkę ze wstydu. 
- Nawet nie będę się starał pojąć, o co tu chodzi, i tak nie zrozumiem. 

Ze snu wyrwał go brzęk i wtedy zobaczył, że Filip Filipowicz rzucił do miski jakieś połyskujące 
rurki. 

Plamista  dama  przyciskając  ręce  do  piersi  z  nadzieją  patrzyła  na  Filipa  Filipowicza.    Ten  zaś 
godnie nachmurzony usiadł za biurkiem i coś zapisał. 

- Ja pani przeszczepię jajniki małpy - oznajmił i popatrzył surowo. 

- Ach, profesorze, czy  
naprawdę małpy? 

- Tak - bezapelacyjnie  
odpowiedział Filip Filipowicz. 

- A kiedy operacja? - blednąc pytała dama słabym głosem. 

- „Od Sewilli do Grenady...”  
Uhm... w poniedziałek. Rano położy się pani do kliniki. Mój asystent przygotuje panią. 

- Ach, kiedy ja nie chcę do kliniki. Czy nie można tu, u pana, profesorze? 

-  Widzi  pani,  operuję  u  siebie  tylko  w  wyjątkowych  przypadkach.    To  będzie  kosztowało  bardzo 
drogo, pięćdziesiąt czerwońców. 

- Zgadzam się, profesorze! 
 
Znowu poleciała woda, zakołysał kapelusz z piórami, potem pojawiła się łysa jak talerz głowa i jej 
właściciel  uścisnął  Filipa  Filipowicza.    Pies  drzemał,  mdłości  minęły,  więc  rozkoszował  się 
uspokojonym bokiem i ciepłem, nawet chrapnął sobie i zdążył zobaczyć kawałeczek uroczego snu - 
wyrywał sowie cały pęk piór z ogona... a potem zdenerwowany głos kłapnął nad głową. 

- Jestem zbyt znany w Moskwie, profesorze. Co mam zrobić? 

- Panowie - z oburzeniem krzyczał Filip Filipowicz - przecież tak nie można. Trzeba się hamować. 
Ile ona ma lat? 

- Czternaście, profesorze...  
Pan rozumie, rozgłos mnie zgubi.  W najbliższych dniach mam jechać na zagraniczną delegację. 

- Ale przecież ja nie jestem prawnikiem, łaskawco... Niech pan poczeka jakie dwa lata i ożeni się z 
nią. 

- Jestem żonaty, profesorze. 
- Ach, panowie, panowie! 
 

background image

Drzwi  otwierały  się,  zmieniały  twarze,  brzęczały  instrumenty  i  Filip  Filipowicz  pracował  bez 
chwili wytchnienia. 

Obleśne mieszkanie - myślał pies - ale jak mi tu dobrze! Po kiego diabła jestem mu potrzebny? A 
może chce mnie zatrzymać? Dziwak! Przecież wystarczy mu okiem mrugnąć, a będzie miał takiego 
psa,  że  tylko  zwariować!  A  może  ja  jestem  ładny?  Widać  mam  szczęście!  A  ta  sowa  to 
paskudztwo... Bezczelna. 

Ostatecznie  pies  obudził  się  późnym  wieczorem,  kiedy  dzwonki  umilkły,  dokładnie  w  chwili,  w 
której  drzwi  wpuściły  szczególnych  gości.  Było  ich  od  razu  czworo.  Wszyscy  młodzi  i  ubrani 
bardzo skromnie. 

A ci czego tu szukają? - ze zdziwieniem pomyślał pies.  Znacznie bardziej nieprzyjaźnie powitał 
przybyłych Filip Filipowicz. Stał przy biurku i patrzył na przybyłych jak dowódca na nieprzyjaciół.  
Nozdrza jego jastrzębiego nosa rozdymały się. Goście dreptali w miejscu stojąc na dywanie. 

- Przyszliśmy do pana,  
profesorze - zaczął ten, który miał na głowie wysoką na ćwierć arszyna szopę wyjątkowo gęstych, 
kędzierzawych włosów - w następującej sprawie... 

-  Chyba  niesłusznie  panowie  w  taką  pogodę  chodzicie  bez  kaloszy  -  przerwał  mu  mentorskim 
tonem Filip Filipowicz. - Po pierwsze, możecie się przeziębić, a po drugie, zabłociliście mi dywan, 
a ja mam wyłącznie perskie dywany. 

 
Ten z szopą umilkł  i cała czwórka ze zdumieniem  zagapiła się na Filipa Filipowicza.  Milczenie 
trwało  kilka  sekund  i  przerywał  je  tylko  stuk  palców  Filipa  Filipowicza  po  malowanym 
drewnianym talerzu na biurku. 

- Po pierwsze, nie jesteśmy panami - powiedział wreszcie najmłodszy z całej czwórki, podobny do 
brzoskwini. 

- Po pierwsze - przerwał mu Filip Filipowicz - jest pan kobietą czy mężczyzną? 

 
Czterej znowu umilkli i otworzyli usta. Tym razem pierwszy opamiętał się ten z szopą. 

- Co za różnica, towarzyszu? - zapytał dumnie. 

-  Jestem  kobietą  -  przyznał  się  brzoskwiniowy  młodzieniec  w  skórzanej  kurtce  i  mocno 
poczerwieniał. 

 
W ślad za nim nie wiadomo dlaczego poczerwieniał jeden z przybyłych, blondyn w papasze. 

-  Wobec  tego  może  pani  zostać  w  czapce,  a  pana,  szanowny  panie,  poproszę  o  zdjęcie  nakrycia 
głowy - mentorskim tonem powiedział Filip Filipowicz. 

- Nie jestem dla pana  
szanownym panem - ostro odparował blondyn zdejmując papachę. 

- My przyszliśmy do was - znowu zaczął czarny z szopą. 

- Przede wszystkim, jacy my? 
- My, nowy zarząd naszego domu  
-  z  powstrzymywaną  furią  przemówił  czarny.  -  Ja  jestem  Szwonder,  ona  Wiaziemska,  on, 
towarzysz Piestruchin i Szarowkin. I my... 

- Czy to was dokwaterowali do mieszkania Fiodora Pawłowicza Sablina? 

background image

- Nas - odpowiedział Szwonder. 
- Boże, przepadł Kałabuchowski dom! - z rozpaczą zawołał Filip Filipowicz i załamał ręce. 

- Czy to ma być żart,  
profesorze? 

-  Jaki  tam  żart?!  Jestem  w  zupełnej  rozpaczy!  -  krzyknął  Filip  Filipowicz.  -  Co  teraz  będzie  z 
centralnym ogrzewaniem? 

- Pan kpi czy o drogę pyta, profesorze Preobrażeński? 

- W jakiej sprawie  
przyszliście, państwo, do mnie?  Proszę o pośpiech, mój obiad czeka. 

-  My,  komitet  domowy  -  z  nienawiścią  zaczął  Szwonder  -  przyszliśmy  do  pana  po  zebraniu,  w 
którym  uczestniczyli  wszyscy  mieszkańcy  naszego  domu,  na  którym  stał  problem  zagęszczenia 
mieszkań w tym domu... 

- Kto stał na kim?! - krzyknął Filip Filipowicz. - Będzie pan łaskaw formułować swoje myśli trochę 
jaśniej. 

- Stał problem zagęszczenia. 
- Starczy! Zrozumiałem!  
Wiadomo  panu,  że  decyzją  z  dwunastego  sierpnia  tego  roku  moje  mieszkanie  zwolnione  jest  od 
wszelkich zagęszczeń i dokwaterowań? 

- Wiadomo - odpowiedział Szwonder - ale walne zebranie po rozpatrzeniu pańskiej sprawy doszło 
do  wniosku,  że  globalnie  i  w  szczególności  zajmuje  pan  zbyt  duży  metraż.  Zdecydowanie  zbyt 
duży. Sam jeden mieszka pan w siedmiu pokojach. 

-  Sam  jeden  mieszkam  i  pracuję  w  siedmiu  pokojach  -  odpowiedział  Filip  Filipowicz.  -  I  bardzo 
przydałby mi się ósmy.  Jest mi niezbędny na bibliotekę. 

 
Wszyscy czworo oniemieli. 

- Ósmy! E_he_he - powiedział blondyn pozbawiony nakrycia głowy. - Całkiem nieźle. 

- To nie do opisania! - zawołał młodzieniec, który okazał się kobietą. 

- Mam poczekalnię i zwracam uwagę, że mieści się tam również biblioteka; jadalnia, mój gabinet, 
to razem trzy.  Laboratorium - cztery.  

Operacyjny - pięć. Moja sypialnia - sześć i pokój dla służby - siedem. Więc za mało...  Zresztą, to 
nieważne.  Moje  mieszkanie  jest  zwolnione,  nie  mamy  o  czym  mówić.  Czy  mogę  wreszcie  zjeść 
obiad? 

- Pan daruje - powiedział czwarty, podobny do krępego żuka. 

-  Pan  daruje  -  przerwał  mu  Szwonder  -  myśmy  przyszli  porozmawiać  w  sprawie  jadalni  i 
laboratorium. Walne zebranie prosi, aby pan dobrowolnie, w trybie dyscypliny pracy, zrezygnował 
z jadalni. Nikt w Moskwie nie ma jadalni. 

- Nawet Isadora Duncan - dźwięcznie zawołała kobieta. 

 
Coś się działo z Filipem  
Filipowiczem, coś, wskutek czego twarz delikatnie spurpurowiała, ale nie wydał z siebie żadnego 
dźwięku, czekając na dalszy ciąg. 

background image

-  I z laboratorium również  - kontynuował Szwonder. - Laboratorium spokojnie można połączyć z 
gabinetem. 

- Uhm - powiedział Filip Filipowicz trochę dziwnym głosem. - A gdzie ja będę jadał? 

- W sypialni - chórem  
odpowiedzieli wszyscy czworo. 

Purpura na Filipie Filipowiczu przybrała nieco szarawy odcień. 

- Jadać w sypialni -  
powiedział z lekka zduszonym głosem - w laboratorium czytać, ubierać się w poczekalni, operować 
w pokoju dla służby, w jadalni badać pacjentów. Bardzo możliwe, że Isadora Duncan tak właśnie 
postępuje.  Być  może  jada  w  gabinecie,  a  w  łazience  kroi  króliki.  Być  może.  Ale  ja  nie  jestem 
Isadorą Duncan! - zaryczał nagle, a purpura jego pożółkła. - Ja będę jadał w jadalni, a operował w 
operacyjnym.  Możecie  to  przekazać  walnemu  zebraniu  i  proszę  uprzejmie  zająć  się  własnymi 
sprawami,  mnie  zaś  umożliwić  jedzenie  obiadu  tam,  gdzie  jadają  wszyscy  normalni  ludzie,  to 
znaczy w jadalni, a nie w poczekalni i nie w pokoju dziecinnym. 

-  Wobec  tego,  profesorze,  z  powodu  pana  uporczywych  przeciwdiziałań  -  powiedział  wzburzony 
Szwonder - złożymy na pana skargę do wyższych instancji. 

-  Aha  -  powiedział  Filip  Filipowicz  -  więc  to  tak?  -  i  głos  jego  przybrał  podejrzanie  uprzejmy 
odcień. - Poproszę, żebyście państwo chwileczkę zaczekali. 

 
To  ci  facet  -  z  zachwytem  pomyślał  pies  -  no,  po  prostu  podobny  do  mnie  jak  kropla  do  kropli. 
Och, capnie ich zaraz, och, capnie. Jeszcze nie wiem, jakim sposobem, ale tak capnie... Bierz ich! 
Złapać by tego długonogiego nad cholewą za ścięgno podkolanowe... wrrr... 

- Proszę... tak... dziękuję.  
Poproszę  Piotra  Aleksandrowicza.    mówi  profesor  Preobrażeński.    Piotr  Aleksandrowicz?  Cieszę 
się,  że  pana  zastałem.  Dziękuję,  z  moim  zdrowiem  wszystko  w  porządku.  Piotrze 
Aleksandrowiczu, muszę odwołać pańską operację. Co? W ogóle odwołać. Podobnie jak wszystkie 
pozostałe operacje. A oto dlaczego przerywam swoją pracę w Moskwie i w ogóle w Rosji...  Przed 
chwilą pojawiło się u mnie czworo, w tym jedna kobieta przebrana za mężczyznę, dwaj uzbrojeni 
w rewolwery, i sterroryzowali mnie w moim mieszkaniu w celu odebrania jego części. 

- Pan pozwoli, profesorze - zaczął Szwonder zmieniając się na twarzy. 

- Pan daruje... nie widzę możliwości, żeby powtórzyć wszystko, co oni tu wygadywali.  Nonsensy 
to  nie  moja  specjalność.  Wystarczy,  jeśli  powiem,  że  zaproponowali  mi,  żebym  zrezygnował  z 
mojego laboratorium. Innymi słowy zmuszają mnie, abym operował tam, gdzie do tej pory kroiłem 
króliki.  W  takich  warunkach  ja  nie  tylko  nie  mogę,  ale  nie  mam  prawa  pracować.  Dlatego 
zaprzestaję praktyki, zamykam mieszkanie i wyjeżdżam do Soczi.  
Klucze mogę zostawić  

Szwonderowi. Niech on operuje. 

Wszyscy czworo zastygli. Śnieg topniał na ich butach. 

-  Co  robić...  Mnie  samemu  jest  bardzo  przykro...  Jak?  O  nie,  Piotrze  Aleksandrowiczu!  O  nie.  
Więcej się na to nie zgodzę.  
Moja  cierpliwość  się  wyczerpała.    To  już  drugi  taki  przypadek  od  sierpnia.  Jak?  Hm...  Jak  pan 
uważa. Chociażby tak. Ale jeden warunek: obojętne kto, obojętne kiedy, obojętne co, ale żeby to 
był  taki  papier,  na  podstawie  którego  ani  Szwonder,  ani  ktokolwiek  inny  nie  będzie  mógł  nawet 
zbliżyć się do drzwi mojego mieszkania. Dokument ostateczny. Faktyczny.  

background image

Najprawdziwszy! Żelazny. Żeby zapomniano o moim nazwisku.  Skończone. Umarłem dla nich.  
Tak, tak. Bardzo proszę. Kto?  
Aha... To co innego. Aha...  Dobrze. Oddaję słuchawkę. Pan będzie łaskaw - głosem żmii zwrócił 
się Filip Filipowicz do Szwondera - ktoś chce z panem porozmawiać. 

- Pan pozwoli, profesorze - powiedział Szwonder to rozpłomieniając się, to gasnąc - pan wypaczył 
nasze słowa. 

- Poprosiłbym o nieużywanie tego rodzaju określeń. 

 
Szwonder wziął słuchawkę i niepewnie powiedział: 

- Tak, słucham. Tak...  
Przewodniczący komitetu domowego... My postępowaliśmy zgodnie z przepisami... Ale profesor i 
tak jest w zupełnie wyjątkowej sytuacji...  
Słyszeliśmy o jego pracach...  Chcieliśmy mu zostawić całych pięć pokoi... No dobrze... jeśli tak to 
wygląda... Dobrze... 
Potwornie czerwony odwiesił słuchawkę i odwrócił się. 
Jakby  wylał  na  nich  spluwaczkę!  Niezły  numer!  -  z  zachwytem  pomyślał  pies.  -  Czy  on  zna 
czarodziejskie zaklęcie, czy jak? No, teraz możecie nawet mnie bić, jak tam sobie chcecie, ale ja się 
stąd nie ruszę. 
Pozostała trójka z otwartymi ustami patrzyła na oplutego Szwondera. 

- To po prostu haniebne! - nieśmiało wykrztusił opluty. 

- Gdyby teraz była dyskusja - zaczęła kobieta płonąc rumieńcem wzburzenia - ja bym udowodniła 
Piotrowi Aleksandrowiczowi... 

- Przepraszam, czy pani właśnie w tej chwili zamierza rozpocząć tę dyskusję?  - grzecznie zapytał 
Filip Filipowicz. 

 
Oczy kobiety rozgorzały. 

-  Rozumiem  pańską  ironię,  profesorze,  zaraz  sobie  pójdziemy...  Ja  tylko  jako  kierownik  sektora 
kulturalnego domu... 

- Kie_row_nicz_ka - poprawił Filip Filipowicz. 

-  Chcę  panu  zaproponować  -  i  kobieta  wyciągnęła  zza  pazuchy  kilka  jaskrawych  i  mokrych  od 
śniegu czasopism - kilka czasopism na rzecz niemieckich dzieci. Po pół rubla. 

- Nie, nie wezmę - krótko odparł Filip Filipowicz spojrzawszy na czasopisma. 

 
Niesłychane zdumienie odbiło się na twarzach, a kobieta pokryła się żurawinowym nalotem. 

- Dlaczego? 
- Nie chcę. 
- Nie współczuje pan  
niemieckim dzieciom? 

- Współczuję. 
- Żałuje pan pół rubla? 
- Nie. 

background image

- Więc dlaczego? 
- Nie chcę. 
 
Przez chwilę wszyscy milczeli. 

- Wie pan co, profesorze - powiedziała dziewczyna z ciężkim westchnieniem  - gdyby nie był pan 
europejskim luminarzem i gdyby nie ujęły się za panem w wyjątkowo oburzający sposób (blondyn 
pociągnął  ją  za  brzeg  kurtki,  machnęła  na  niego  ręką)  osoby,  które,  jestem  pewna,  jeszcze 
wyjaśnimy, należałoby pana aresztować. 

- A za co? - z ciekawością zapytał Filip Filipowicz. 

- Bo pan nienawidzi proletariatu - dumnie odpowiedziała kobieta. 
- Owszem, nie lubię  
proletariatu - ze smutkiem zgodził się Filip Filipowicz i nacisnął guziczek. 

Gdzieś w głębi zadzwoniło.  
Otwarły się drzwi do korytarza. 

- Zina - zawołał Filip  
Filipowicz - podawaj obiad.  

Państwo pozwolą? 

Wszyscy czworo w milczeniu wyszli z gabinetu, w milczeniu minęli poczekalnię i było słychać, jak 
ciężko i głośno zatrzasnęły się za nimi frontowe drzwi. 
Pies stanął na tylnych łapach i wykonał przed Filipem Filipowiczem coś w rodzaju muzułmańskiej 
modlitwy. 

 
 
 
 
III 

 
 
 
 
Na malowanych w rajskie kwiaty talerzach z szeroką obwódką leżały cieniutko pokrojone plasterki 
siomgi,  marynowany  węgorz.  Na  ciężkiej  desce  kawałek  sera  z  łezką,  w  srebrnym  wiaderku 
obłożonym  śniegiem  -  kawior.  Między  talerzami  kilka  cieniutkich  kieliszków  i  trzy  kryształowe 
karafki  z  różnego  koloru  wódką.  Wszystkie  te  przedmioty  znajdowały  się  na  maleńkim 
marmurowym stoliku przytulonym do ogromnego kredensu z rzeźbionej dębiny.  Kredens tryskał 
strumieniami  przeszklonego  srebrzystego  światła.  Na  środku  pokoju  -  stół  ciężki  jak  katafalk, 
zasłany białym obrusem, a na nim dwa nakrycia, serwetki zwinięte na kształt papieskiej tiary i trzy 
ciemne butelki. 

Zina wniosła srebrny półmisek z pokrywą. W środku coś powarkiwało. Zapach od półmiska szedł 
taki,  że  pysk  psa  natychmiast  wypełniła  rzadka  ślina.  Ogrody  Semiramidy  -  pomyślał  i  niczym 
pałką zastukał ogonem w podłogę. 

-  Dawać  je  tutaj  -  zachłannie  polecił  Filip  Filipowicz.  -  Doktorze  Bormental,  błagam  pana,  niech 
pan  zostawi  kawior  w  spokoju.  I  jeśli  chce  pan  usłuchać  dobrej  rady,  to  proszę  sobie  nalać  nie 
angielskiej, tylko zwyczajnej rosyjskiej wódki. 

background image

 
Przystojny  ugryziony  -  był  już  bez  fartucha,  w  przyzwoitym  czarnym  garniturze  -  wzruszył 
szerokimi ramionami, uśmiechnął się uprzejmie i nalał sobie przezroczystej. 

- Ostatnia nowinka? - zapytał. 
- A niech Bóg broni! -  
odżegnał się gospodarz. - To spirytus. Daria Pietrowna sama świetnie robi wódkę. 

-  Nie  powiedziałbym,  Filipie  Filipowiczu,  wszyscy  twierdzą,  że  trzydzieści  stopni  to  całkiem 
przyzwoicie. 

- A wódka powinna mieć  
czterdzieści  stopni,  nie  trzydzieści,  to  po  pierwsze  -  pouczająco  przerwał  Filip  Filipowicz  -  a  po 
drugie,  jeden  Bóg  wie,  czego  oni  tam  dolewają.    Czy  potrafi  pan  zgadnąć,  co  im  przyjdzie  do 
głowy? 

- Dosłownie wszystko - z przekonaniem powiedział ugryziony. 

-  Jestem  tego  samego  zdania  -  dodał  Filip  Filipowicz  i  jednym  chluśnięciem  wlał  do  gardła 
zawartość kieliszka. - Mm...  doktorze Bormental, błagam pana, niech pan natychmiast... i jeśli pan 
powie, że to... będę pańskim nieprzejednanym wrogiem do końca życia. „Od Sewilli do Grenady.” 

 
Mówiąc  te  słowa  schwycił  łapiastym  srebrnym  widelcem  coś,  co  przypominało  malutki,  ciemny 
chlebek. Ukąszony poszedł za jego przykładem. Oczy Filipowicza zabłysły. 

-  Niedobre?  -  żując  wypytywał  Filip  Filipowicz.  -  Niedobre?    Proszę  odpowiedzieć,  szanowny 
panie doktorze. 

- Wyśmienite - szczerze odpowiedział ugryziony. 

-  Ja  myślę...  Niech  pan  zauważy,  Iwanie  Arnoldowiczu,  piją  wódkę  pod  zupę  i  zimne  zakąski 
wyłącznie  nie  dorżnięci  przez  bolszewików  obszarnicy.    Każdy  chociażby  trochę  szanujący  się 
człowiek  stosuje  zakąski  gorące.  A  w  Moskwie  najpierwsza  z  gorących  zakąsek  to  właśnie  to. 
Kiedyś znakomicie przyrządzano je w „Słowiańskim Bazarze”. No. 

- Karmi pan psa w jadalni - rozległ się kobiecy głos - a później wołami się go stąd nie wyciągnie. 

-  Nie  szkodzi.  Biedak  się  nagłodował.  -  Filip  Filipowicz  na  końcu  widelca  podał  psu  zakąskę, 
przyjętą z magiczną zręcznością, widelec zaś z brzękiem wrzucił do miseczki z wodą. 

 
Po  chwili  z  talerzy  buchnęła  pachnąca  rakami  para.  Pies  siedział  w  cieniu  obrusa  z  miną 
wartownika  przy  składzie  prochu.    A  Filip  Filipowicz  zatknął  koniec  serwetki  za  kołnierzyk  i 
wygłaszał filipikę: 

- Jedzenie, Iwanie  
Arnoldowiczu,  to  sztuka  nieprosta.  Jeść  trzeba  umieć,  a  niech  pan  sobie  wyobrazi,  że  większość 
ludzi w ogóle nie umie jeść. Należy nie tylko wiedzieć, co zjeść, ale kiedy i jak (Filip Filipowicz 
znacząco  potrząsnął  łyżką).  I  o  czym  przy  tym  rozmawiać.  Taaak.  Jeżeli  pan  dba  o  swój  system 
trawienny, to  moja rada: nie mówić przy obiedzie o  bolszewikach i  medycynie.  I niech Pan Bóg 
broni czytać przed obiadem radzieckie gazety. 

- Hm... Ale przecież innych nie ma. 

- No więc niech pan żadnych nie czyta. Wie pan, przeprowadziłem trzydzieści obserwacji u siebie 
w klinice. I co pan myśli? Pacjenci, którzy nie czytają gazet, czują się wspaniale. Za to ci, których 
umyślnie zmusiłem do czytania „Prawdy”, tracili na wadze. 

background image

- Hm... - z zaciekawieniem mruknął nadgryziony, różowiejąc od zupy i alkoholu. 

- Mało tego. Osłabiony odruch kolanowy, marny apetyt, upadek ducha. 

- Do diabła... 
- Tak. A zresztą, co też ja?  
Sam zacząłem mówić o medycynie. 
Filip Filipowicz usiadł wygodniej, zadzwonił i w wiśniowej portierze pojawiła się Zina. Pies dostał 
gruby  i  blady  plaster  jesiotra,  który  mu  nie  smakował,  i  zaraz  potem  kawał  krwistego  rostbefu. 
Kiedy  to  pożarł,  nagle  poczuł,  że  jest  śpiący  i  już  więcej  nie  może  patrzeć  na  żadne  jedzenie.  
Dziwne uczucie - myślał zamykając ciężkie powieki  - nie chcę patrzeć na nic, co można zjeść. A 
palenie po obiedzie to głupota. 

Jadalnię zapełnił nieprzyjemny sinawy dym. Pies drzemał, położywszy głowę na przednich łapach. 

- Saint Julien to przyzwoite wino - usłyszał przez sen - tyle tylko, że go teraz nigdzie nie ma. 

 
Głuchy, przytłumiony sufitami i dywanami chorał doleciał skądś z góry i z boku. 
Filip Filipowicz zadzwonił i weszła Zina. 

- Zina, co to wszystko znaczy? 
- Znowu walne zebranie  
zrobili, Filipie Filipowiczu - odparła Zina. 

- Znowu - zawołał z goryczą Filip Filipowicz. - No, teraz się zacznie, przepadł dom Kałabuchowa. 
Trzeba  będzie  się  wyprowadzić.  Tylko  pytanie,  dokąd.  Pójdzie  jak  po  maśle.    Najpierw  śpiewy 
każdego  wieczora,  następnie  w  ubikacjach  zamarzną  rury,  potem  pęknie  kocioł  centralnego 
ogrzewania i tak dalej. Koniec z Kałabuchowem. 

- Filip Filipowicz się  
zamartwia - zauważyła z uśmiechem Zina i wyniosła stos talerzy. 

- Jak tu się nie zamartwiać?!  
- zakrzyknął Filip Filipowicz. - Trzeba zrozumieć, co to był za dom! 

-  Pan  zbyt  ponuro  patrzy  na  rzeczywistość  -  zaoponował  przystojny  i  ugryziony.  -  Oni  się  teraz 
bardzo zmienili. 

-  Chyba  pan  mnie  zna,  prawda,  mój  drogi? Jestem  człowiekiem  faktu,  człowiekiem  obserwacji.  I 
wrogiem  nie  potwierdzonych  hipotez.  Wiadomo  o  tym  bardzo  dobrze  nie  tylko  w  Rosji,  ale  i  w 
Europie.  Jeżeli  coś  mówię,  to  znaczy,  że  mówię  na  podstawie  konkretnego  faktu  z  którego 
wyciągam wnioski. Proszę, oto fakt: wieszak i stojak na kalosze w naszym domu. 

- Ciekawe... 
 
Kalosze, głupstwo. Nie w kaloszach szczęście - pomyślał pies. - Ale to osobistość wybitna. 

-  Weźmy  stojak  na  kalosze.  Od  1903  roku  mieszkam  w  tym  domu.  I  oto  przez  cały  ten  czas  do 
marca 1917 roku nie było ani jednego wypadku - podkreślam czerwonym ołówkiem - ani jednego, 
żeby z klatki  schodowej  od frontu  zginęła choć  jedna para kaloszy.  Proszę pamiętać, dwanaście 
mieszkań,  a  ja  przyjmuję  pacjentów.  W  marcu,  siedemnastego,  pewnego  pięknego  dnia  zginęły 
wszystkie  kalosze,  w  tym  dwie  pary  moich,  trzy  laski,  palto  i  samowar  szwajcara.  Od  tej  chwili 
stojak na kalosze przestał istnieć. Mój drogi! Nie wspominam  już o centralnym  ogrzewaniu.  Nie 
wspominam.  Niechaj  będzie,  ponieważ  mamy  rewolucję  społeczną,  nie  trzeba  palić  pod  kotłem. 
Pytam  tylko,  dlaczego,  kiedy  zaczęła  się  ta  cała  historia,  wszyscy  zaczęli  chodzić  w  brudnych 
koszulach i walonkach po marmurowych schodach? Dlaczego jeszcze do tej pory trzeba zamykać 

background image

kalosze  na  klucz?  I  do  tego  stawiać  przy  nich  na  warcie  żołnierza,  bo  inaczej  ktoś  je  ukradnie?  
Dlaczego  zabrano  chodnik  z  frontowych  schodów?  Czy  Karol  Marks  zabrania  trzymania 
chodników  na  schodach?  Czy  Karol  Marks  napisał  gdzieś,  że  wejście  do  drugiej  oficyny 
Kałabuchowskiego domu należy zabić deskami i chodzić dookoła od tyłu przez podwórze? Komu 
to potrzebne? Dlaczego proletariusz nie może zostawić swoich kaloszy na dole, tylko musi brudzić 
marmur? 

- Przecież proletariusz, Filipie Filipowiczu, w ogóle nie ma kaloszy - zająknął się ugryziony. 

-  Nic  podobnego!  -  głosem  gromu  odpowiedział  Filip  Filipowicz  i  nalał  sobie  szklankę  wina.  - 
Hm... nie uznaję likierów po obiedzie, powodują ociężałość i paskudnie wpływają na wątrobę... Nic 
podobnego!  Proletariusz  chodzi  teraz  w  kaloszach...  w  moich  kaloszach!  To  są  te  same  kalosze, 
które  znikły  wiosną  1917  roku.  Powstaje  pytanie:  kto  je  gwizdnął? Ja? Być  to  nie  może.  Burżuj 
Sablin? (Filip Filipowicz dziabnął palcem w sufit). Śmieszne przypuszczenie.  Właściciel cukrowni 
Połczow?    (Filip  Filipowicz  pokazał  w  bok).  W  żadnym  wypadku!  Taaak!    Ale  żeby  je  chociaż 
zdejmowali na schodach (Filip Filipowicz zaczął purpurowieć). Po jakiego diabła zabrano kwiaty z 
podestów?  Dlaczego  elektryczność,  która  gasła,  o  ile  dobrze  pamiętam,  dwa  razy  w  ciągu 
dwudziestu lat, teraz gaśnie dokładnie raz na miesiąc?  Statystyka, doktorze Bormental, to straszna 
rzecz. Pan, który zna moją ostatnią pracę, wie o tym lepiej niż ktokolwiek inny. 

- Chaos, Filipie Filipowiczu. 
- Nie - z absolutnym  
przekonaniem  zaprzeczył  Filip  Filipowicz  -  Nie.  Pan  pierwszy,  drogi  Iwanie  Arnoldowiczu, 
powinien się powstrzymać od używania tego słowa. To złudzenie, dym, fikcja.  - Filip Filipowicz 
szeroko rozczapierzył krótkie palce i dwa cienie podobne do żółwi poruszyły się na obrusie. - Co to 
takiego ten wasz chaos, stara baba z kosturem? Wiedźma, która wytłukła wszystkie szyby i zgasiła 
wszystkie latarnie?  Przecież ona w ogóle nie istnieje. Jaki sens pan wkłada w to słowo? - zapytał z 
furią Filip Filipowicz nieszczęsną kaczkę z kartonu, wiszącą do góry nogami obok kredensu i sam, 
zamiast  niej,  odpowiedział.  -  Wyjaśniam:  jeśli  zamiast  co  wieczór  operować,  zacznę  w  swoim 
mieszkaniu  śpiewać  chórem,  nastanie  u  mnie  chaos.  Jeżeli  wchodząc  do  ubikacji  zacznę, 
przepraszam za wyrażenie, odlewać się obok muszli i to samo będą robić Zina i Daria Pietrowna, to 
w ubikacji zacznie się chaos. Jak z tego wynika, chaos istnieje nie w klozetach, tylko w głowach. A 
więc kiedy te barytony ryczą: „Precz z chaosem”, zbiera mi się na śmiech (twarz Filipa Filipowicza 
wykrzywiła się tak, że nadgryziony otworzył usta). Mnie to śmieszy, przysięgam panu. To znaczy, 
że  każdy  z  nich  powinien  dostać  w  ucho  od  samego  siebie!    I  kiedy  wreszcie  wybije  z  siebie 
wszelkie halucynacje i zajmie się tym, co do niego należy, sprzątaniem piwnic na przykład, chaos 
zniknie sam z siebie. Nie można służyć dwóm bogom naraz!  Nie można jednocześnie, powiedzmy, 
zajmować  się  podmiataniem  tramwajowych  szyn  i  losem  hiszpańskich  oberwańców!    To  się 
jeszcze  nikomu  nie  udało,  doktorze,  a  tym  bardziej  ludziom,  którzy  w  ogóle  są  zapóźnieni  w 
rozwoju  w  porównaniu  z  Europą  o  jakieś  dwieście  lat  i  do  tej  pory  jeszcze  niezbyt  sprawnie 
potrafią zapinać własne spodnie! 
Uniósł  się  Filip  Filipowicz.    Jego  jastrzębie  nozdrza  były  rozdęte.  Nabrał  sił  po  sytym  obiedzie, 
grzmiał niczym pradawny prorok, a głowa jego pobłyskiwała jak srebro. 
Słowa  padały  na  drzemiącego  psa  niczym  głuchy  podziemny  łoskot.  To  sowa  o  głupich  żółtych 
ślepiach  wyskakiwała  w  sennych  widziadłach,  to  odrażająca  morda  kucharza  w  brudnej  białej 
czapce,  to  zawadiacki  wąs  Filipa  Filipowicza  oświetlony  ostrą  elektrycznością  pod  abażurem,  to 
opasłe sanie skrzypiały i przepadały, a w psim żołądku rozpadał się pływając w sokach poszarpany 
kawał rostbefu. 
Mógłby spokojnie zarabiać forsę na wiecach - mętnie marzył pies. - Kombinator pierwszej klasy. 
Zresztą pewnie i tak śpi na pieniądzach. 

background image

- Posterunkowy! - krzyczał  
Filip Filipowicz. -  

Posterunkowy! Uhu_hu_hu! - jakieś bąble pękały w psim mózgu... - Posterunkowy! To i tylko to! I 
absolutnie  nieważne,  czy  będzie  z  blachą,  czy  też  w  czerwonym  kepi.  Postawić  policjanta  obok 
każdego  człowieka  i  zmusić  tego  policjanta,  aby  hamował  wokalne  zapędy  naszych  obywateli. 
Chaos, pan powiada. A ja panu powiem, doktorze, że nic nie zmieni się na lepsze w naszym domu, 
ani w jakimkolwiek innym domu, dopóki nie uspokoi się tych śpiewaków!  Jak tylko zaprzestaną 
swoich koncertów, sytuacja sama z siebie zmieni się na lepsze. 

-  Kontrrewolucyjne  rzeczy  pan  mówi,  Filipie  Filipowiczu  -  żartobliwie  zauważył  nadgryziony.  - 
Nie daj Boże, jeszcze ktoś usłyszy. 

-  To  całkiem  bezpieczne  -  żarliwie  zaprzeczył  Filip  Filipowicz.  -  Nie  ma  mowy  o  żadnej 
kontrrewolucji.  Nawiasem  mówiąc,  to  jeszcze  jedno  słowo,  którego  wyjątkowo  nie  cierpię.  
Absolutnie nie wiadomo, co się pod nim kryje. Diabli wiedzą! A więc nadal twierdzę, że w moich 
słowach nie ma żadnej kontrrewolucji. Jest w nich zdrowy rozsądek i doświadczenie. 

 
Filip  Filipowicz  wyciągnął  zza  kołnierzyka  ogon  lśniącej,  pozałamywanej  serwetki,  zmiął  ją  i 
położył obok szklanki z nie dopitym winem. Ukąszony natychmiast wstał i podziękował:  

Merci. 

-  Chwileczkę,  doktorze  -  zatrzymał  go  Filip  Filipowicz  wyjmując  portfel  z  kieszeni  spodni. 
Zmrużył oczy, odliczył  białe papierki i  wręczył  je ugryzionemu  ze słowami:  - Dzisiaj  należy się 
panu, Iwanie Arnoldowiczu, czterdzieści rubli. Proszę. 

 
Pokaleczony  przez  psa  grzecznie  podziękował  i  czerwieniejąc  wsunął  pieniądze  do  kieszeni 
marynarki. 

- Czy dzisiaj wieczorem jestem panu potrzebny, Filipie Filipowiczu? - zapytał. 

-  Nie, dziękuję panu, mój  drogi.  Nic dzisiaj  robić nie będziemy. Po pierwsze, królik zdechł,  a po 
drugie,  dzisiaj  w  Teatrze  Wielkim  „Aida”.  A  ja  jej  dawno  nie  słyszałem.  Lubię...    Pamięta  pan? 
Duet...  

Tari_ra_rim... 

- Jak się panu udaje wszędzie zdążyć, Filipie Filipowiczu? - z podziwem zapytał lekarz. 

-  Zdążyć  wszędzie  może  ten,  kto  nigdzie  się  nie  spieszy  -  pouczająco  wyjaśnił  gospodarz.  - 
Oczywiście,  gdybym  zaczął  biegać  po  zebraniach  i  śpiewać  całymi  dniami  jak  słowik,  zamiast 
wykonywać  moje  bezpośrednie  obowiązki,  nigdzie  bym  nie  zdążył.  -  Pod  palcami  Filipa 
Filipowicza  w  kieszeni  niebiesko  zagrała  pozytywka.  -  Ósma  minęła...  Pojadę  na  drugi  akt...  
Jestem zwolennikiem podziału pracy. W Teatrze Wielkim niechaj śpiewają, a ja będę operować. I 
bardzo  dobrze.  Żadnego  chaosu.    Jeszcze  jedno,  Iwanie  Arnoldowiczu,  niech  pan  koniecznie 
dopilnuje, jak tylko trafi się odpowiedni zgon, natychmiast wprost ze stołu w płyn odżywczy, i do 
mnie! 

- Może pan być spokojny, Filipie Filipowiczu, patolodzy już mi obiecali. 

-  Świetnie,  a  my  na  razie  poobserwujemy  tego  ulicznego  neurastenika.  Niech  mu  się  tymczasem 
bok zagoi. 

 

background image

Troszczy się o mnie - pomyślał pies. - To bardzo dobry człowiek. Wiem, kto to jest.  Czarodziej, 
mag, cudotwórca z bajki dla psów... Bo chyba niemożliwe, żebym to wszystko widział we śnie. A 
jeśli to sen?  

- Pies we śnie zadygotał. - A kiedy się obudzę... wszystko zniknie. I lampy w jedwabiu, i ciepło, i 
sytość.  Znowu  zaczną  się  bramy,  obłąkańcze  zimno,  oblodzony  asfalt,  głód,  źli  ludzie...  Śnieg, 
stołówka...  Boże, jak mi będzie ciężko! 

 
Ale nic podobnego się nie stało. Właśnie brama rozwiała się jak ohydny koszmar i już więcej nie 
powróciła. 
Widocznie nie taki groźny jest chaos. Nie bacząc na nic dwa razy dziennie szare harmonijki pod 
parapetami rozgrzewały się i ciepło falami płynęło po całym mieszkaniu. 

Jasne i oczywiste - pies wyciągnął najwspanialszy pieski los. W jego oczach nie mniej niż dwa razy 
dziennie  wzbierały  łzy  wdzięczności  pod  adresem  mędrca  z  Preczystienki.  Poza  tym  wszystkie 
lustra w salonie i w poczekalni między szafami odbijały pięknego psa - szczęściarza. 
Jestem  piękny.  A  być  może  jestem  nieznanym  księciem  incognito  -  rozmyślał  pies  patrząc  na 
kosmatego psa koloru kawy, który z zadowoloną mordą spacerował w lustrzanych dalach.  Bardzo 
możliwe, że moja babka zgrzeszyła z wodołazem. Stąd zapewne na moim pysku ta biała łata. Bo 
niby  skąd  jeszcze?    Filip  Filipowicz  jest  człowiekiem  o  wyjątkowym  guście  i  na  pewno  nie 
przygarnie pierwszego lepszego skundlonego psa. 

W  ciągu  tygodnia  pies  zeżarł  tyle,  ile  w  ciągu  sześciu  poprzednich  głodowych  tygodni  na  ulicy. 
Oczywiście, jeżeli liczyć na kilogramy. No, a już o jakości jedzenia u Filipa Filipowicza nawet nie 
ma co mówić. Jeśli nawet  nie brać pod uwagę tego, że  Daria Pietrowna codziennie kupowała za 
osiemnaście  kopiejek  górę  okrawków  na  rynku  Smoleńskim,  wystarczy  wspomnieć  obiady  o 
siódmej wieczorem w jadalni, przy których pies asystował pomimo protestów wytwornej Ziny.  W 
czasie  tych  obiadów  Filip  Filipowicz  ostatecznie  uzyskał  rangę  bóstwa.  Pies  stawał  na  tylnych 
łapach i żuł marynarkę, pies poznawał dzwonek Filipa Filipowicza - dwa pełnodźwięczne krótkie 
naciśnięcia  pana  domu  -  i  ze  szczekaniem  wybiegał  go  witać  do  przedpokoju.  Pan  wchodził  w 
srebrzystej lisiurze, rozjarzony milionem śnieżnych gwiazdek, pachnący mandarynkami, cygarami, 
perfumami,  cytrynami,  benzyną,  wodą  kolońską,  i  jego  głos  jak  trąba  bojowa  huczał  w  całym 
mieszkaniu. 

- Ty świnio, dlaczego  
rozszarpałeś  sowę?  Przeszkadzała  ci?  Przeszkadzała,  pytam?  A  profesora  Miecznikowa  dlaczego 
rozbiłeś? 

- Temu psu, Filipie  
Filipowiczu,  trzeba  choćby  raz  przyłożyć  pejczem  -  z  oburzeniem  mówiła  Zina  -  bo  inaczej 
rozpuści się jak dziadowski bicz. Proszę zobaczyć, co zrobił z pana kaloszami. 

- Nikogo nie wolno bić - denerwował się Filip Filipowicz  

-  zapamiętaj  to  sobie  raz  na  zawsze.  Na  człowieka  i  na  zwierzę  należy  wpływać  wyłącznie  siłą 
przekonywania. Czy dostał już dzisiaj mięso? 

- O Boże, przecież obżarł nas wszystkich. Jak pan nawet może pytać, Filipie Filipowiczu.  Dziwne, 
że się jeszcze nie rozpękł. 

- No i niech je na zdrowie...  
Co ci zrobiła sowa, bandyto? 

- Uuu! - skowyczał pies lizus i pełzał na brzuchu wykręcając łapy. 

background image

 
Następnie wleczono go za kołnierz przez poczekalnię do gabinetu. Pies wył, odgryzał się, wczepiał 
w dywan, jechał na zadzie jak w cyrku. Pośrodku gabinetu, na dywanie leżała szklistooka sowa z 
rozprutym brzuchem, z którego sterczały jakieś czerwone szmaty śmierdzące naftaliną. Na biurku 
spoczywał doszczętnie roztrzaskany portret. 

-  Naumyślnie  nie  posprzątałam,  żeby  pan  mógł  sam  zobaczyć  -  meldowała  zmartwiona  Zina  - 
przecież  ten  drań  wskoczył  na  biurko  i  cap  ją  za  ogon!  Zanim  się  połapałam,  już  było  po  niej.  
Niech pan mu wsadzi sowę w mordę, Filipie Filipowiczu, żeby popamiętał, co to znaczy niszczyć 
rzeczy. 

 
I  zaczynało  się  wycie.  Psa  wczepionego  w  dywan  ciągnięto  do  sowy,  a  pies  szlochał  przy  tym 
gorzkimi łzami i myślał: Bijcie, tylko nie wyrzucajcie z mieszkania. 

-  Sowę  odesłać  do  wypchania  jeszcze  dzisiaj.  Oprócz  tego  masz  tu  osiem  rubli  i  oddzielnie 
osiemnaście kopiejek na tramwaj, pojedź do Miura i kup mu przyzwoitą obrożę z łańcuchem. 

 
Następnego  dnia  psu  założyli  szeroką,  błyszczącą  obrożę.    Kiedy  spojrzał  w  lustro,  w  pierwszej 
chwili  bardzo  się  zmartwił,  podwinął  ogon  i  poszedł  do  łazienki  rozważając,  jak  się  jej  pozbyć, 
zaczepić o kufer czy lepiej o skrzynię. Ale bardzo prędko zrozumiał, że jest po prostu głupi. Zina 
wyprowadziła  go  na  spacer  po  Zaułku  Obuchowa.  Szedł  jak  aresztant,  mało  nie  spalił  się  ze 
wstydu,  ale  kiedy  już  doszli  Preczystienką  do  cerkwi  Zbawiciela,  zdążył  już  świetnie  zrozumieć, 
czym  jest  w  życiu  obroża.  Wściekła  zawiść  gorzała  w  ślepiach  wszystkich  napotkanych  psów,  a 
przy  uliczce  Martwej  jakiś  długonogi  kundel  z  obciętym  ogonem  obszczekał  go  nazywając 
„obszarniczym  ścierwem”  i  „cwelem”.  Kiedy  przechodzili  przez  szyny  tramwajowe,  milicjant 
popatrzył na obrożę z szacunkiem i satysfakcją, a kiedy wrócili, stała się rzecz nieprawdopodobna - 
szwajcar Fiodor własnoręcznie otworzył frontowe drzwi i  wpuścił Szarika, a do Ziny powiedział: 
„Uch, ty, ale kudłacza sprawił sobie Filip Filipowicz. A jaki nadzwyczajnie tłusty!” 

- Ja myślę - wyjaśniła śliczna i rumiana od mrozu Zina - żre za sześciu. 

 
Obroża  znaczy  dokładnie  to  samo  co  teczka  -  zażartował  w  myśli  pies  i  kręcąc  zadem 
pomaszerował na półpiętro jak panisko. 
Doceniwszy  obrożę  zgodnie  z  jej  wartością  pies  udał  się  z  pierwszą  wizytą  do  najważniejszego 
sektora raju, tam gdzie do tej pory wstęp był mu najsurowiej zakazany, a mianowicie do królestwa 
kucharki Darii Pietrowny. Całe mieszkanie nie było warte nawet dwóch piędzi jej królestwa. Dzień 
w  dzień,  w  czarnej,  wyłożonej  od  góry  białymi  kaflami  kuchni  huczał  i  buzował  płomień.  
Potrzaskiwało  w  palenisku  pod  płytą.  W  purpurowych  odblaskach  gorzała  odwieczną  płomienną 
udręką  i  nieukojoną  namiętnością  twarz  Darii  Pietrowny.  Twarz  jej  lśniła  tłusto,  połyskiwała  w 
modnej  fryzurze  na  uszy,  z  koszyczkiem  jasnych  włosów  na  karku,  jarzyły  się  dwadzieścia  dwa 
fałszywe  brylanty.  Na  hakach  wbitych  w  ściany  wisiały  złote  rondle,  w  całej  kuchni  kipiało 
zapachami, bulgotało i syczało w zakrytych naczyniach... 

- Won! - wrzasnęła Daria Pietrowna. - Won, przybłędo, doliniarzu. Ciebie tu tylko brakowało! Jak 
wezmę pogrzebacz!... 

 
No,  o  co  ci  chodzi?  No,  czego  krzyczysz?  -  pies  przymilnie  mrużył  ślepia.  -  Jaki  tam  ze  mnie 
doliniarz? Czy nie zauważyła pani obroży? - I właził bokiem w drzwi wsuwając do środka mordę. 
Pies Szarik posiadał tajemnicę zjednywania ludzkich serc. Już po dwóch dniach leżał w kącie obok 
kosza z węglem i patrzył, jak pracuje Daria Pietrowna.  Ostrym, wąskim nożem odrąbywała głowy 

background image

i  łapki bezradnym  jarząbkom,  następnie niczym rozwścieczony oprawca zdzierała z kości mięso, 
kurom wyrywała wnętrzności, coś tam przekręcała przez maszynkę do mięsa, a tymczasem Szarik 
znęcał się nad ptasią głową. Z miski mleka Daria Pietrowna wyciągała kawałki rozmoczonej bułki, 
ugniatała  je  na  desce  z  mięsną  miazgą,  zalewała  to  wszystko  śmietanką,  posypywała  solą  i 
formowała na deseczce kotlety.  Pod płytą huczało niczym przy pożarze, a na patelni skwierczało, 
pieniło  się  i  podskakiwało.  Z  łoskotem  odskakiwały  fajerki,  obnażając  straszliwe  czeluści,  w 
których klekotał i buzował płomień. 
Wieczorem  gasła  kamienna  paszcza,  w  oknie  kuchni  nad  białą  zazdrostką  trwała  dostojna  i 
zawiesista  noc  z  Preczystienki,  odznaczona  samotną  gwiazdą.  Kuchenna  podłoga  była  wilgotna, 
tajemniczo i mgliście błyskały rondle, na stole leżała strażacka czapka. Szarik spoczywał na ciepłej 
płycie niczym lew w bramie i z ciekawości stawiając na sztorc jedno ucho patrzył, jak nadzwyczaj 
wzburzony  czarnowąsy  człowiek  z  szerokim  skórzanym  pasem,  za  przymkniętymi  drzwiami 
pokoju  Ziny  i  Darii  Pietrowny  obejmuje  Darię  Pietrownę.  Cała  jej  twarz,  z  wyjątkiem  martwo 
upudrowanego nosa, płonęła namiętnością i udręką.  
Świetlista szczelina leżała na portrecie czarnowąsego i zwisał z niego rozan - ręcznik wielkanocny. 

- Przyczepił się dosłownie jak demon - mruczała w półmroku Daria Pietrowna. - Odczep się!  Zina 
zaraz przyjdzie. Ty co, całkiem, jakby cię odmłodzili? 

-  Nam  to  niepotrzebne  -  kiepsko  panując  nad  sobą,  ochryple  mówił  czarnowąsy.  -  Jakżeś  ty 
płomienna! 

 
Wieczorami gwiazda  

Preczystienki znikała za ciężkimi portierami i jeżeli w Teatrze Wielkim nie szła akurat „Aida” i nie 
było  posiedzenia  Wszechrosyjskiego  Towarzystwa  Chirurgicznego,  bóstwo  znajdowało  się  w 
gabinecie w głębokim fotelu. Nie płonęły ognie pod sufitem. Paliła się tylko jedna zielona lampa na 
biurku.  Szarik  leżał  na  dywanie  w  cieniu  i  oglądał  rzeczy  przerażające.  W  obrzydliwej,  mętnej  i 
gryzącej  cieczy  leżały  ludzkie  mózgi.  Ręce  bóstwa  obnażone  po  łokcie,  w  rudych  gumowych 
rękawiczkach,  śliskie,  obłe  palce,  grzebały,  gmerały  w  zwojach.  Od  czasu  do  czasu  bóstwo 
uzbrajało  się  w  malutki,  błyszczący  nożyk  i  ostrożnie  przecinało  żółte,  sprężyste  mózgi.  „Aż  do 
najświętszych brzegów Nilu” - cichutko nuciło bóstwo, przygryzając wargi i wspominając złociste 
wnętrze Teatru Wielkiego. 
O tej godzinie kaloryfery nagrzewały się do ostatecznych granic. Ciepło od nich płynęło pod sufit, 
stamtąd  rozchodziło  się  po  całym  pokoju,  a  w  psich  kudłach  ożywała  ostatnia,  jeszcze  nie 
wyczesana osobiście przez Filipa Filipowicza, ale już skazana na zagładę pchła.  Dywany tłumiły 
dźwięki w mieszkaniu. A później gdzieś daleko zadźwięczały drzwi wejściowe. 
Zinka poszła do kinematografu  

- myślał pies - a to znaczy, że kiedy wróci, będziemy jeść kolację. Dzisiaj, jak należy przypuszczać, 
będą sznycle cielęce! 

 
 
 
   *         *        * 
 
 
 
W ten straszny dzień jeszcze rano Szarika ukłuło coś w rodzaju przeczucia. Wskutek czego nagle 
zaskomlał i pierwsze śniadanie - pół miski owsianki i wczorajszą baranią kość - zjadł w ogóle bez 

background image

apetytu. Smętnie przespacerował się do poczekalni i tam cichutko powył do swojego odbicia. Ale 
w  ciągu  dnia,  już  potem,  kiedy  Zina  wyprowadziła  go  na  spacer  na  bulwary,  dzień  mijał  jak 
zwykle. Pacjentów dzisiaj  nie było,  ponieważ, jak wiadomo,  we wtorki  przyjęć nie ma, i  bóstwo 
siedziało w gabinecie, rozłożywszy na biurku jakieś ciężkie księgi z barwnymi obrazkami. Czekano 
na  obiad.    Pies  nieco  się  ożywił,  kiedy  sobie  przypomniał,  że  jak  dokładnie  dowiedział  się  w 
kuchni,  na  drugie  danie  będzie  indyczka.  Idąc  korytarzem  usłyszał,  jak  w  gabinecie  Filipa 
Filipowicza nieoczekiwanie i nieprzyjemnie zadzwonił telefon.  Filip Filipowicz wziął słuchawkę, 
posłuchał i nagle bardzo się zdenerwował. 

- Wyśmienicie - powiedział - niech pan natychmiast przywiezie, natychmiast! 

 
Śpiesznie zadzwonił, a kiedy weszła Zina, polecił niezwłocznie podawać obiad. 

- Obiad! Obiad! Obiad! 
 
W jadalni od razu zadźwięczały talerze,  Zina zakrzątnęła się, z kuchni  doleciało zrzędzenie Darii 
Pietrowny, że indyczka jeszcze niegotowa. Pies znowu poczuł niepokój. 
Nie  lubię  zamieszania  w  domu  -  pomyślał...  I  jak  tylko  pomyślał,  zamieszanie  przybrało  jeszcze 
bardziej  nieprzyjemny  charakter.  Przede  wszystkim  dzięki  pojawieniu  się  ugryzionego  niegdyś 
doktora Bormentala, który przywiózł ze sobą brzydko pachnącą walizkę i nie rozbierając się nawet 
poszedł z nią korytarzem wprost do laboratorium. Filip Filipowicz  porzucił filiżankę z nie dopitą 
kawą,  co  mu  się  nigdy  nie  zdarzało,  i  wyszedł  na  spotkanie  Bormentala,  co  również  się  nie 
zdarzało. 

- Kiedy umarł? - zawołał. 
- Trzy godziny temu -  
odpowiedział Bormental, nie zdejmując zaśnieżonej czapki i otwierając walizeczkę. 
Kto znowu umarł?  - ponuro i  niechętnie pomyślał  pies i  wlazł  pod nogi.  - Nie znoszę, kiedy tak 
latają. 

- Nie plącz się pod nogami!  
Prędzej,  prędzej,  prędzej!  -  krzyknął  Filip  Filipowicz  na  wszystkie  strony  i  jak  się  wydało  psu, 
zaczął  naciskać  wszystkie  dzwonki. Przybiegła  Zina.  -  Zina!  Do  telefonu  Darię  Pietrownę,  niech 
zapisuje, nikogo nie przyjmę! Ty będziesz potrzebna. Doktorze Bormental, błagam pana, prędzej, 
prędzej, prędzej! 
Nie podoba mi się, nie podoba  

- pies zasępił się urażony i zaczął łazić po mieszkaniu, a tymczasem krzątanina skoncentrowała się 
w  

laboratorium. Zina nagle ukazała się w fartuchu podobnym do całunu i biegała teraz z kuchni do 
laboratorium i z powrotem. 

Pójść może coś zjeść czy co?  Pies z nimi - pomyślał pies i tu go spotkała niespodzianka. 

- Szarikowi nic nie dawać - zagrzmiała komenda z laboratorium. 
- A kto go tam upilnuje! 
- Zamknąć! 
 
I Szarika podstępem zamknięto w łazience. 

Chamstwo - pomyślał Szarik siedząc w mrocznej łazience - i zwyczajna głupota... 

background image

Przesiedział w łazience około kwadransa w dziwnym stanie ducha - ni to w furii, ni to w ciężkiej 
depresji. Wszystko było smętne, niejasne... 

Dobra, zobaczy pan jutro swoje kalosze, wielce szanowny Filipie Filipowiczu  - myślał pies. - Już 
dwie pary musiał pan kupić, kupi pan jeszcze jedną. Żeby pan psów nie zamykał. 
Ale nagle coś przerwało jego gniewne myśli. Znienacka, nie wiadomo dlaczego, przypomniał sobie 
kawałek  swojej  najwcześniejszej  młodości  -  słoneczne,  ogromne  podwórze  przy  Rogatce 
Preobrażeńskiej, odłamki słońca w potłuczonych butelkach, rozbite cegły, wolne psy włóczęgi. 
Nie,  gdzie  tam,  na  żadną  wolność  stąd  nie  wyjdę,  nie  ma  co  się  okłamywać  -  smucił  się  pies 
pociągając nosem. - Jestem psem mojego pana, kulturalnym stworzeniem, zaznałem już lepszego 
życia.  Zresztą  czym  jest  wolność?  Dymem,  fikcją,  ułudą...  Majakami  tych  nieszczęsnych 
demokratów... 
Potem półmrok w łazience stał się przerażający, pies zawył, rzucił się na drzwi i zaczął je drapać. 

Uuu! - jak w beczkę poleciało przez mieszkanie. 

A  sowę  znowu  rozszarpię  -  wściekle,  lecz  bezsilnie  pomyślał  pies.  Następnie  osłabł,  chwilę 
poleżał, a kiedy wstał, sierść mu się nagle zjeżyła i nie wiadomo dlaczego w wannie przywidziały 
się odrażające wilcze ślepia. 
W apogeum jego udręki drzwi się otworzyły. Pies wyszedł, otrząsnął się i ponuro ruszył do kuchni, 
ale Zina za obrożę powlokła go do laboratorium.  Chłód ścisnął mu serce. 

Po co tam jestem potrzebny? - pomyślał podejrzliwie. - Bok już się zagoił, nic nie rozumiem. 

I pojechał na łapach po śliskim parkiecie i tym sposobem został doprowadzony do laboratorium. A 
tam od razu wstrząsnęła nim niesłychana jasność. Biała kula pod sufitem lśniła tak, że aż biło po 
oczach.  W  białym  blasku  stał  kapłan  i  przez  zęby  nucił  o  świętych  brzegach  Nilu.  Tylko  po 
niewyraźnym zapachu można było poznać Filipa Filipowicza. Jego podstrzyżoną siwiznę ukrywała 
biała  czapka,  przypominająca  kłabuk  patriarchy.  Bóstwo  było  całe  w  bieli,  a  na  tę  biel  niczym 
epitrachelion nałożony był wąski, gumowy fartuch.  
Dłonie - w czarnych  
rękawiczkach. 
 
Również i nadgryziony był w kłabuku. Długi stół był rozstawiony, a do niego z boku przysunięto 
maleńki, czworokątny na lśniącej nodze. 
Teraz  pies  najbardziej  znienawidził  ugryzionego  i  najbardziej  za  jego  dzisiejsze  oczy.  Zwykle 
odważne  i  prostoduszne,  teraz  uciekały  we  wszystkie  strony  przed  ślepiami  psa.  Były  czujne, 
fałszywe, a w ich głębi przyczaiło się coś niedobrego, jakieś obrzydlistwo, jeśli nie zbrodnia. Pies 
spojrzał na niego ciężko, ponuro i odszedł w kąt. 

- Zina, obroża - niegłośno powiedział Filip Filipowicz - tylko go nie zdenerwuj. 

 
Oczy  Ziny  błyskawicznie  stały  się  równie  paskudne  jak  nadgryzionego.  Podeszła  do  psa  i 
pogłaskała go jawnie fałszywie.  Pies spojrzał na nią ze smutkiem i pogardą. 
No cóż... jest was troje...  
Jeśli zechcecie, to weźmiecie.  Tylko że powinno być wam wstyd... Żebym chociaż wiedział, co ze 
mną zrobicie... 
Zina  zdjęła  obrożę,  pies  potrząsnął  łbem  i  parsknął.    Przed  nim  wyrósł  nadgryziony  i  mdlący, 
wstrętny zapach rozprzestrzeniał się wokół niego. 

background image

Tfu, paskudztwo... Dlaczego tak mnie mdli i dlaczego mi tak straszno... - pomyślał pies i cofnął się 
przed ugryzionym. 

- Prędzej, doktorze -  
niecierpliwie powiedział Filip Filipowicz. 
Mocno i słodko zapachniało powietrze. Ugryziony nie spuszczając z psa łajdackich czujnych oczu, 
wyciągnął  zza  pleców  prawą  rękę  i  szybko  podsunął  psu  pod  nos  kawał  wilgotnej  waty.  Szarik 
osłupiał, leciutko zakręciło mu się w głowie, ale jeszcze zdołał odskoczyć. Ugryziony skoczył za 
nim i nagle zalepił mu watą całą mordę. Psu z miejsca zaparło oddech, ale jeszcze raz zdołał się 
wyrwać.  Złoczyńca...  -  przeleciało  przez  głowę.  -  Za  co?  -  Jeszcze  raz  oblepiono  watą  i  wtedy 
znienacka  w  środku  laboratorium  ukazało  się  jezioro,  a  na  nim  w  łódkach  bardzo  wesołe, 
pozagrobowe, niebywale różowe psy. Pozbawione kości nogi ugięły się. 

-  Na  stół!  -  wesoło  runęły  gdzieś  słowa  Filipa  Filipowicza  i  rozpłynęły  się  w  pomarańczowych 
strugach.    Przerażenie  zniknęło,  nastało  wesele.  Przez  jakieś  dwie  sekundy  gasnący  pies  kochał 
ugryzionego.  Następnie  cały  świat  przewrócił  się  do  góry  nogami.  Zdążył  jeszcze  poczuć  pod 
brzuchem chłodną, ale przyjemną dłoń. Potem - już nic. 

 
 
 
 
 
IV 

 
 
 
 
Na wąskim stole operacyjnym leżał na plecach pies Szarik, a jego głowa bezradnie uderzała o białą 
ceratową  poduszkę.  Brzuch  miał  już  wygolony,  a  teraz  doktor  Bormental,  sapiąc  z  pośpiechu, 
wgryzał się maszynką w sierść na łbie Szarika. Filip Filipowicz, wsparty dłońmi o krawędź stołu, 
oczami  lśniącymi  niczym  złota  oprawka  jego  okularów  obserwował  tę  procedurę  i  mówił 
wzburzony: 

-  Najważniejszy  moment,  Iwanie  Arnoldowiczu,  będzie  wtedy,  kiedy  dostanę  się  do  siodełka 
tureckiego.  Błagam  pana,  niech  pan  mi  wtedy  błyskawicznie  poda  infundibulum  i  natychmiast 
szyjemy. Jeżeli mi się tam zacznie krwawienie, stracimy czas i psa też stracimy. Zresztą on i tak nie 
ma najmniejszych szans.  - Zamilkł, zmrużył oko, zajrzał w jakby ironicznie na wpół przymknięte 
oko  psa  i  dodał:  -  A  wie  pan,  żal  mi  go.    Proszę  sobie  wyobrazić,  że  zdążyłem  się  do  niego 
przyzwyczaić. 

 
I jednocześnie wznosił ręce, jakby błogosławił na trudną drogę nieszczęsnego psa Szarika.  Starał 
się, żeby nawet pyłek nie spadł na czarną gumę. 
Spod wystrzyżonej sierści zabłysła biaława skóra psa.  Bormental odrzucił maszynkę i uzbroił się 
w brzytwę. Namydlił bezsilny łebek i zaczął golić.  Pod ostrzem głośno chrzęściło, gdzieniegdzie 
wystąpiła  krew.    Ogoliwszy  głowę  ugryziony  przetarł  ją  tamponem  zmoczonym  w  benzynie, 
następnie rozciągnął goły brzuch psa i powiedział odsapując: „Gotowe”. 
Zina odkręciła kran nad umywalką i Bormental rzucił się do mycia rąk. Zina polała je spirytusem z 
butelki. 

- Czy mogę już iść, Filipie Filipowiczu? - zapytała, bojaźliwie zezując na ogolony psi łeb. 

background image

- Możesz. 
 
Zina  przepadła.  Bormental  krzątał  się  nadal.  Lekkimi  serwetkami  z  gazy  obłożył  łeb  Szarika  i 
wtedy  na  poduszce  ukazała  się  nigdy  dotąd  nie  widziana  łysa  psia  czaszka  i  dziwaczna  brodata 
morda. 

Wtedy poruszył się kapłan.  Wyprostował się, spojrzał na psi łeb i powiedział: 

- No to pobłogosław nas, Panie Boże. Skalpel. 

 
Bormental z błyszczącego stosu na stoliku wyjął maleńki, brzuchaty nożyk i podał go kapłanowi. 
Następnie przyoblekł się w takie same czarne rękawiczki jak i kapłan. 

- Śpi? - zapytał Filip  
Filipowicz. 

- Śpi. 
 
Zacisnęły  się  zęby  Filipa  Filipowicza,  oczka  nabrały  ostrego,  kłującego  blasku,  a  kiedy  machnął 
nożykiem,  wyrysował  na  brzuchu  Szarika  precyzyjną  i  długą  ranę.  Skóra  rozstąpiła  się,  we 
wszystkie strony trysnęła krew. Bormental rzucił się jak drapieżnik i zaczął kawałami gazy uciskać 
ranę Szarika, a następnie maleńkimi szczypczykami przypominającymi szczypce do cukru zacisnął 
brzegi  i  rana  wyschła.  Na  czole  Bormentala  wystąpiły  pęcherzyki  potu.  Filip  Filipowicz  ciął 
ponownie i obaj zaczęli rozrywać ciało Szarika hakami, nożycami, jakimiś klamrami. Wyskoczyły 
różowe  i  żółte  tkanki,  płaczące  krwawą  rosą.  Filip  Filipowicz  wiercił  i  ciął  skalpelem,  a  potem 
krzyknął: „Nożyczki!”. 
Instrument mignął w rękach ugryzionego jak w rękach magika.  Filip Filipowicz sięgnął do środka i 
po  kilku  obrotach  wyrwał  z  ciała  Szarika  jego  jądra  z  jakimiś  strzępkami.    Bormental  zupełnie 
mokry z zapału i wzburzenia podbiegł do szklanego naczynia i wyjął z niego inne mokre i obwisłe 
gruczoły  płciowe.  W  dłoniach  profesora  i  asystenta  skręciły  się  skacząc  krótkie  wilgotne  struny. 
Zamigotały półokrągłe igły w klemach i  jądra zostały wszyte zamiast  poprzednich psich. Kapłan 
odsunął się od rany, dotknął jej kawałkiem gazy i wydał komendę: 

- Niech pan, doktorze,  
błyskawicznie szyje skórę. - A potem spojrzał na okrągły zegar ścienny. 

-  Zrobiliśmy w czternaście minut  -  przez zaciśnięte zęby wycedził Bormental i  wbił  zakrzywioną 
igłę w zwiotczałą skórę. 

 
Następnie obaj zaniepokoili się jak mordercy, którym spieszno. 

- Skalpel - krzyknął Filip Filipowicz. 

 
Skalpel wskoczył mu do ręki jakby sam z siebie i wtedy twarz Filipa Filipowicza stała się straszna. 
Wyszczerzył  porcelanowe  i  złote  koronki  i  jednym  ruchem  nałożył  na  łeb  Szarika  czerwony 
wianek. Skórę ogoloną z włosów odrzucono jak skalp. Obnażono kości czaszki.  
Filip Filipowicz krzyknął: 

- Trepan! 
 
Bormental  podał  mu  błyszczącą  korbkę.  Gryząc  wargi  Filip  Filipowicz  wetknął  wiertło  i  zaczął 
borować  w  czaszce  Szarika  maleńkie  dziurki  w  odległości  centymetra  jedna  od  drugiej  dookoła 
całej  czaszki.  Na  każdą  dziurkę  tracił  nie  więcej  niż  pięć  sekund.  Potem  zaczął  piłować  piłą  o 

background image

niesłychanym  kształcie,  wsuwając  jej  pysk  w  pierwszą  dziurkę  -  tak  piłuje  się  drzewo  na 
pudełeczko  do  robót  ręcznych.  Czaszka  cichutko  popiskiwała  i  trzęsła  się.  Po  trzech  minutach 
pokrywa czaszki Szarika została zdjęta. 
I wtedy obnażyła się kopuła mózgu - szara w niebieskawych żyłkach i czerwonych plamach.  Filip 
Filipowicz wgryzł się nożyczkami w opony i otworzył je. Raz trysnęła cienka fontanna krwi i omal 
nie  trafiła  profesora  w  oko,  skropiła  biały  kaptur.  Bormental  ze  skręconą  pincetą  rzucił  się  jak 
tygrys,  żeby  zacisnąć,  i  zacisnął.  Z  Bormentala  spełzał  strumieniami  pot,  a  jego  twarz  stała  się 
mięsista  i  wielobarwna.  Jego  oczy  latały  od  dłoni  profesora  do  tacy  z  narzędziami,  stojącej  na 
stoliku  instrumentacyjnym.    Filip  Filipowicz  zaś  stał  się  doprawdy  przerażający.  Z  jego  nosa 
wylatywało syczenie, zęby obnażyły się do samych dziąseł.  Zdarł opony z mózgu, wdarł się gdzieś 
bardzo  głęboko,  wydobywając  z  otwartej  jamy  półkule  mózgu.  W  tejże  chwili  Bormental  zaczął 
blednąć. Objął jedną ręką pierś Szarika i ochryple powiedział: 

- Tętno gwałtownie spada... 
 
Filip Filipowicz spojrzał na niego jak dzikie zwierzę, coś wymamrotał i wdarł się jeszcze głębiej. 
Bormental z chrzęstem ułamał koniec szklanej ampułki, wyciągnął z niej wszystko do strzykawki i 
podstępnie ukłuł Szarika w okolice serca. 

-  Wchodzę,  idę  do  tureckiego  siodła  -  zaryczał  Filip  Filipowicz  i  zakrwawionymi  śliskimi 
rękawiczkami  wyjął  z  czaszki  szarożółty  mózg  Szarika.    Na  sekundę  zwrócił  oczy  na  mordę 
Szarika i Bormental natychmiast  ułamał koniec drugiej ampułki z żółtym  płynem, który wciągnął 
do długiej strzykawki. 

- W serce? - zapytał  
nieśmiało. 

- Pan się jeszcze pyta? - wściekle zaryczał profesor. - Wszystko jedno, on już i tak zdechł panu co 
najmniej  pięć  razy.  Niech  pan  kłuje!  Czy  to  do  pomyślenia?  -  Jego  twarz  wyglądała  jak  twarz 
natchnionego rozbójnika. 

 
Doktor z rozmachu łatwo wbił igłę w serce psa. 

- Żyje, ale ledwie ledwie - wyszeptał nieśmiało. 

-  Nie ma  czasu  na dyskusje, żyje czy  nie żyje  -  wychrypiał straszny  Filip  Filipowicz.  -  Jestem  w 
siodle. Zdechnie tak czy inaczej... ach, ty... „Aż do najświętszych brzegów Nilu...” Niech pan mi 
poda przysadkę. 

 
Bormental podał mu szklane naczynie, w którym pływała na nitce biała grudka. Jedną ręką (Nie ma 
sobie równych w Europie... jak Boga kocham! - niejasno pomyślał Bormental) profesor wyciągnął 
rozhuśtaną  grudkę,  a  drugą  nożyczkami  wystrzygł  identyczną  gdzieś  tam  w  głębi  między 
rozwartymi półkulami. Tę Szarika rzucił na talerz, a nową wsunął do mózgu razem z nitką i swoimi 
krótkimi  palcami,  które  cudownym  sposobem  stały  się  nagle  cienkie  i  wrażliwe,  zamotał  ją  tam 
bursztynową  nitką.  Następnie  wyrzucił  z  mózgu  jakieś  rozpórki,  pincetę,  schował  mózg  z 
powrotem w kościaną czaszkę, odsunął się i już spokojniej zapytał: 

- Oczywiście zdechł? 
- Tętno nitkowate -  
odpowiedział Bormental. 

- Powtórzyć adrenalinę. 
 

background image

Profesor zasłonił mózg oponami, odpiłowaną pokrywę przyłożył na swoje miejsce, naciągnął skalp 
i zaryczał: 

- Niech pan szyje! 
 
Bormental zaszył głowę w ciągu pięciu minut, łamiąc przy tym trzy igły. 
I oto na poduszce pojawiła się na krwawym tle zmartwiała, zagasła morda Szarika z okrężną raną 
na  głowie.  Wtedy  też  Filip  Filipowicz  odpadł  ostatecznie  niczym  syty  wampir,  zerwał  jedną 
rękawiczkę,  wyrzucając  z  niej  obłok  przepoconego  talku,  drugą  rozdarł,  rzucił  na  podłogę  i 
zadzwonił naciskając guzik w ścianie. W progu pojawiła się Zina, odwrócona, żeby nie patrzeć na 
Szarika we krwi.  Kapłan zdjął kredowymi dłońmi zakrwawiony kłabuk i krzyknął: 

- Zina, natychmiast podaj mi papierosa. Potem wanna i czysta bielizna. 

 
Oparł  podbródek  o  krawędź  stołu,  dwoma  palcami  uniósł  prawą  powiekę  psa,  zajrzał  w 
niewątpliwie umierające oko i powiedział: 

- No tak, u diabła. Nie zdechł. Ale zdechnie tak czy inaczej. Ech, doktorze Bormental, żal mi psa, 
był taki serdeczny, chociaż straszny chytrus. 

 
 
 
 
 

Z pamiętnika  

doktora Bormentala 

 
 
 
 
Cienki  zeszyt  formatu  papieru  listowego.  Zapisany  pismem  doktora  Bormentala.  Na  pierwszych 
dwóch stronach jest ono bardzo staranne, wyraźne, zwarte, a na dalszych zamaszyste, niespokojne, 
z mnóstwem kleksów. 

 
 
22 grudnia 1924. Poniedziałek. 

 
 

Historia choroby 

 
 
Pies laboratoryjny mniej więcej dwuletni. Samiec.  Rasa_kundel. Imię  - Szarik.  Sierść rzadka, w 
kępkach,  maść  -  bura  podpalana.  Na  prawym  boku  blizny  po  całkowicie  zagojonym  oparzeniu. 
Odżywianie przed przybyciem do profesora - złe; po tygodniowym pobycie - wyjątkowo utuczony. 
Waga - 87kg (wykrzyknik). Serce, żołądek, płuca, temperatura... 

23  grudnia.  O  godz.  #/8#30  wieczorem  przeprowadzona  została  pierwsza  w  Europie  operacja 
według metodyki prof.  

background image

Preobrażeńskiego:  pod  narkozą  (chloroform)  usunięto  Szarikowi  jądra,  a  na  ich  miejsce  zostały 
przeszczepione jądra wraz z nasieniowodami i  przydatkami  pobrane od  dwudziestoośmioletniego 
mężczyzny,  który  zmarł  4  godziny  i  4  minuty  przed  operacją,  przechowane  w  sterylnym  płynie 
fizjologicznym według metodyki prof. Preobrażeńskiego. 
Bezpośrednio  po  tym  została  usunięta  przysadka  (po  trepanacji  czaszki)  i  zastąpiona  ludzką, 
pobraną od wyż. wym.  mężczyzny. 
Zastosowano 87cm chloroformu, 1 iniekcję kamfory, dwie iniekcje adrenaliny dosercowo. 
Cel  operacji:  eksperyment  prof.  Preobrażeńskiego  polegający  na  jednoczesnym  przeszczepieniu 
przysadki  i  jąder  w  celu  wyjaśnienia  problemu  przyrastania  przysadki  oraz  jej  wpływu  na 
odmładzanie ludzkiego organizmu. 
Operował prof. Filip Filipowicz Preobrażeński. 
Asystował dr Iwan Arnoldowicz Bormental. 
Noc  po  operacji:  powtarzające  się  niebezpieczne  zanikanie  tętna.  Oczekiwanie  za  zejście.  
Olbrzymie dawki kamfory wg metodyki Preobrażeńskiego. 

24 grudnia, rano. Poprawa.  

Oddech dwukrotnie przyspieszony.  Tętno ledwie wyczuwalne, temperatura 42 stopnie. Kamfora, 
kofeina podskórnie. 
25  grudnia.  Ponownie  pogorszenie.  Tętno  ledwie  wyczuwalne,  kończyny  zimne,  źrenice  nie 
reagują. Adrenalina dosercowo, kamfora wg Preobrażeńskiego, dożylnie płyn fizjologiczny. 
26  grudnia.  Nieznaczna  poprawa.  Tętno  180,  oddech  92,  temperatura  41.  Kamfora,  odżywcze 
lewatywy. 

27 grudnia. Puls 152, oddech 50, temperatura 39,8, źrenice reagują, kamfora podskórnie. 
28  grudnia.  Znaczna  poprawa.  W  południe  znienacka  zlewne  poty,  temperatura  37.  Rany 
pooperacyjne bez zmian.  Opatrunek. Pojawia się apetyt.  
Odżywianie płynne. 
29  grudnia.  Stwierdzone  nagłe  wypadanie  sierści  na  czole  i  bokach  tułowia.  Wezwani  na 
konsylium  -  profesor  katedry  chorób  skórnych  Wasilij  Wasilewicz  Bundariow  i  dyrektor 
moskiewskiego wzorcowego instytutu weterynaryjnego.  Uznali, że przypadek nie jest opisany w 
literaturze. Diagnoza pozostała nie ustalona.  Temperatura normalna. 

 
 
Notatka ołówkiem: 
Wieczorem pojawiło się pierwsze szczeknięcie (godz.  #/8#15). Zwraca uwagę gwałtowna zmiana 
tembru  i  obniżenie  tonacji.  Szczekanie  zamiast  wyrazów  „hau_hau”  brzmi  „a_o”,  swoją  barwą 
bardzo niewyraźnie przypomina jęk. 

30  grudnia.  Wypadanie  sierści  przybrało  charakter  ogólnego  wyłysienia.  Ważenie  dało 
nieoczekiwany rezultat: waga 307kg na skutek wzrostu (wydłużenia) kości. Pies nadal leży. 

31 grudnia. Apetyt kolosalny. 

 
 
Kleks. Za kleksem pospiesznie zanotowano: 

O godz. 12 min. 12 po południu pies wyraźnie wyszczekał A_B_yr. 

background image

 
 
Przerwa w notatkach, dalej zaś najwidoczniej przez pomyłkę w pośpiechu napisano: 
1 grudnia (przekreślone, poprawione) 1 stycznia 1925.  Rano sfotografowaliśmy go. Ze szczęścia 
szczeka  „Abyr”,  powtarzając  to  słowo  głośno  i  jakby  radośnie.  O  #/3#00  po  południu  (dużymi 
literami) roześmiał się, wywołując omdlenie pokojówki Ziny.  Wieczorem powtórzył osiem razy z 
rzędu: „Abyrtnec”. 
Ukośnymi literami ołówkiem - profesor rozszyfrował słowo „Abyrtnec”, znaczy ono „Centryba”... 
Coś potwor... 

 
 
Do zeszytu włożono kartkę. 
Nauka rosyjska omal nie poniosła ciężkiej straty. 
Historia choroby profesora Filipa Preobrażeńskiego. 

O  godz.  #/1#13  -  głębokie  omdlenie.  Prof.  Preobrażeński  padając  uderzył  głową  o  poprzeczkę 
krzesła. Tinctura Valeriana. 
W  obecności  mojej  i  Ziny  pies  (o  ile  oczywiście  można  go  nazwać  psem)  zwymyślał  profesora 
Preobrażeńskiego najgorszymi słowami. 

Przerwa w notatkach. 

      
 
 
 
6 stycznia (Na zmianę ołówkiem i fioletowym atramentem). 

Dzisiaj, po tym, kiedy odpadł mu ogon, powiedział najzupełniej wyraźnie słowo „knajpa”. Pracuje 
fonograf. Diabli wiedzą, co to takiego. 

 
 
Nie wiem, co o tym myśleć. 

             
 
Profesor przestał przyjmować pacjentów. Od godziny #/5#00 z laboratorium, w którym spaceruje 
to stworzenie, wyraźnie słychać wulgarne przekleństwa i słowa „jeszcze raz podwójne”. 
7 stycznia. Wymawia bardzo wiele słów: „drynda”, „miejsc brak”, „gazeta wieczorna”, „najlepszy 
prezent dla dziecka” i wszystkie przekleństwa, jakie w ogóle istnieją w rosyjskim leksykonie. 
Wygląda  dziwnie.  Sierść  została  mu  tylko  na  głowie,  podbródku  i  piersiach.  W  pozostałych 
miejscach jest łysy i obciągnięty zwiotczałą skórą.  Organy płciowe stają się męskie.  
Głowa znacznie powiększona.  Czoło niskie, ustawione pod kątem. 

 
 
Jak Boga kocham, chyba  
zwariuję. 
 

background image

 
 
Filip  Filipowicz  ciągle  jeszcze  czuje  się  nie  najlepiej.    Obserwację  prowadzę  przeważnie  ja 
(fonograf, fotografie). 

 
 
Po mieście rozpełzły się plotki. 

 
 
Skutki  nieobliczalne.  Dzisiaj  w  dzień  cała  ulica  była  zatłoczona  jakimiś  nierobami  i  staruchami. 
Gapie  jeszcze  do  tej  pory  stoją  pod  oknami.  W  porannych  gazetach  pojawiła  się  zdumiewająca 
informacja: „Plotki o Marsjaninie w Zaułku  Obuchowa są niczym nie uzasadnione.  Roznoszą je 
przekupnie z Sucharowki i będą surowo karani”. Jaki, u diabła, Marsjanin? Przecież to koszmar. 

 
 
Jeszcze  lepiej  napisali  w  „Wieczornej”,  że  mianowicie  urodziło  się  dziecko,  które  gra  na 
skrzypcach.  Obok  rysunek:  skrzypce  i  moja  fotografia  z  podpisem:  „Prof.  Preobrażeński,  który 
zrobił matce cesarskie cięcie”. To coś niewyobrażalnego... On wymawia nowe słowo: „milicjant”. 

           
 
Okazuje się, że Daria  
Pietrowna  była  we  mnie  zakochana  i  gwizdnęła  zdjęcie  z  albumu  Filipa  Filipowicza.  Kiedy 
przepędziłem reporterów, jeden z nich jednak wkręcił się do kuchni itd. 

 
 
Co się dzieje w godzinach przyjęć! Dzisiaj były 82 dzwonki. Telefon jest wyłączony.  Bezdzietne 
kobiety zwariowały i pchają się... 

 
 
Komitet domowy w pełnym składzie ze Szwonderem na czele.  Po co - sami nie wiedzą. 

       
 
 
 
8 stycznia. Późnym wieczorem postawiliśmy diagnozę. Filip Filipowicz, jako prawdziwy uczony, 
przyznał się do omyłki - zmiana przysadki powoduje nie odmłodzenie, a całkowite uczłowieczenie 
organizmu  (podkreślone  trzy  razy).  Ale  nie  pomniejsza  to  jednak  znaczenia  jego  niebywałego, 
wstrząsającego odkrycia. 
Tamten dzisiaj po raz pierwszy przespacerował się po mieszkaniu. W korytarzu pękał ze śmiechu 
patrząc  na  żarówkę.    Następnie  w  towarzystwie  Filipa  Filipowicza  i  moim  udał  się  do  gabinetu. 
Dobrze  się  trzyma  na  tylnych  łapach  (przekreślone)...    na  nogach  i  sprawia  wrażenie  małego  i 
kiepsko zbudowanego mężczyzny. 
Śmiał się również w gabinecie.  Uśmiech ma nieprzyjemny i jakby sztuczny. Następnie podrapał 
się  w  kark,  rozejrzał  i  zapisałem  nowe  wyraźnie  wypowiedziane  słowo,  „Burżuje”.  Klął.  Klnie 
metodycznie, bez najmniejszej przerwy i niewątpliwie absolutnie bezmyślnie.  

background image

Przekleństwa  mają  trochę  fonograficzny  charakter  -  jakby  to  stworzenie  słyszało  gdzieś  dawno 
temu nieprzyzwoite słowa, które podświadomie automatycznie zarejestrowało w swoim mózgu, a 
teraz wypluwa je na pęczki.  Niech mnie diabli wezmą, a zresztą nie jestem psychiatrą. 
Na Filipie Filipowiczu te przekleństwa wywierają zdumiewająco przygnębiające wrażenie. Bywają 
chwile,  kiedy  przestaje  być  opanowanym,  chłodnym  obserwatorem  nowych  zjawisk  i  jakby  traci 
cierpliwość. I na przykład w czasie tego pomstowania nagle wykrzyknął nerwowo: „Przestań!” 
Efekt był równy zeru. 
Po przechadzce do gabinetu wspólnym wysiłkiem umieściliśmy Szarika w laboratorium. 
A  następnie  odbyliśmy  z  Filipem  Filipowiczem  naradę.    Muszę  przyznać,  że  po  raz  pierwszy 
widziałem, jak ten pewny siebie i zdumiewająco mądry człowiek nie wiedział, co począć. Swoim 
zwyczajem nucąc zapytał: „No i co my teraz zrobimy?” I sam sobie odpowiedział, dosłownie tak:  
„Moskonfekcja,  tak...  od  Sewilli  do  Grenady.  Moskonfekcja,  drogi  doktorze...  „  Nic  nie 
zrozumiałem. Profesor wyjaśnił:  
„Bardzo pana proszę, Iwanie Arnoldowiczu, aby pan kupił psu bieliznę, spodnie i marynarkę”. 

9 stycznia. Leksykon wzbogaca się co pięć minut (przeciętnie) o nowe słowo; od dzisiejszego rana 
mówi  też  zdaniami.  Wygląda  na  to,  że  zamrożone  w  świadomości  odmarzają  i  wychodzą.  Od 
wczorajszego wieczora fonograf nagrał: „nie pchać się”, „drań”, „nie czepiać się tramwaju”, „ja ci 
pokażę”, „uznanie Ameryki”, „prymus”. 
10  stycznia.  Odbyło  się  ubieranie.  Podkoszulek  pozwolił  sobie  włożyć  bardzo  chętnie,  nawet 
wesoło  chichotał.  Na  kalesony  nie  zgodził  się,  wyrażając  protest  ochrypłymi  wrzaskami:  „Do 
kolejki, sucze dzieci, do kolejki!” Został ubrany. Skarpetki są za duże. 

W  zeszycie  jakieś  schematyczne  rysunki  według  wszelkich  oznak  ukazujące  przekształcanie  się 
psiej nogi w ludzką. 
Wydłuża się tylna część szkieletu stopy (planta).  Wydłużają się palce. Pazury. 

Powtórna systematyczna nauka używania toalety. Służba straszliwie przygnębiona. 

Ale należy podkreślić, że stworzenie jest pojętne. Robi znaczne postępy. 
11 stycznia. Już całkowicie pogodził się ze spodniami.  Wypowiedział długie, wesołe zdanie: „Daj 
papierosa ze swej łaski, bo masz dziś spodnie w szerokie paski”. 

Sierść  na  głowie  -  słaba,  jedwabista.  Łatwo  pomylić  z  włosami.  Ale  na  ciemieniu  nadal  jakby 
podpalany. Dzisiaj wylazła resztka puchu z ucha. Apetyt kolosalny. Pasjami żre śledzie. 
O  godzinie  piątej  po  południu  wydarzenie  -  po  raz  pierwszy  słowa,  które  wypowiedziało 
stworzenie, nie były oderwane od otaczających zjawisk, lecz stały się reakcją na nie. A mianowicie 
- kiedy profesor rozkazał mu:  

„Nie rzucaj resztek na podłogę”, niespodziewanie odpowiedziało:  
„Odwal się, gnido”. 
Filip  Filipowicz  był  wstrząśnięty,  potem  opanował  się  i  powiedział:  „Jeśli  jeszcze  raz  pozwolisz 
sobie nawymyślać mnie albo doktorowi, to oberwiesz”. 
W tym momencie fotografowałem Szarika. Ręczę, że zrozumiał słowa profesora. Ponury cień legł 
na jego twarz. Popatrzył spode łba, dosyć niechętnie, ale ucichł. 

Hurra, rozumie! 

background image

12 lutego. Wkłada ręce do kieszeni spodni. Oduczamy od przeklinania. Gwizdał: „Ech, jabłoczko”. 
Podtrzymuje rozmowę. 
Nie mogę się powstrzymać od  
paru hipotez, niech chwilowo  
diabli wezmą odmładzanie. Co  
innego jest nieporównywalnie  
ważniejsze - niebywały  
eksperyment profesora  
Preobrażeńskiego  odsłonił  jedną  z  tajemnic  ludzkiego  mózgu.  Od  tej  chwili  zagadkowa  funkcja 
przysadki - gruczołu dokrewnego umieszczonego w mózgu - została wyjaśniona. Przysadka określa 
ludzką  osobowość.  Jej  hormony  można  uznać  za  najważniejsze  w  organizmie  -  to  hormony 
osobowości. Nowa dziedzina nauki - bez retorty Fausta stworzono homunkulusa. Skalpel chirurga 
powołał do życia nową jednostkę ludzką. Profesor Preobrażeński jest kreatorem. Kleks. 
Zresztą, zboczyłem z tematu...  A więc Szarik podtrzymuje rozmowę. Według moich przypuszczeń 
sprawa wygląda następująco: wszczepiona przysadka zaktywizowała ośrodek mowy w psim mózgu 
i  popłynął  potok  słów.  Moim  zdaniem  mamy  do  czynienia  z  rozwijającym  się  ożywionym 
mózgiem, a nie z mózgiem stworzonym od nowa. Cóż za cudowne potwierdzenie teorii ewolucji! 
O wy, wspaniałe szczeble ewolucji, od psa do chemika Mendelejewa! Jeszcze jedna moja hipoteza 
-  mózg  Szarika  w  okresie  jego  psiego  życia  zgromadził  nieprzebrane  mnóstwo  pojęć.  Wszystkie 
słowa, których zaczął używać w pierwszej kolejności - słowa ulicy - słyszał je i zachował w swoim 
mózgu.  Teraz,  idąc  ulicą,  z  ukrytym  przerażeniem  patrzę  na  napotkane  psy.  Jeden  Bóg  wie,  co 
kryje się w ich mózgach. 

            
 
 
 
Szarik czyta. Czytał (trzy wykrzykniki). To ja się tego domyśliłem. Po „Centrorybie”. Że czytał od 
końca. I nawet znam rozwiązanie tej zagadki - tkwi ono w specyfice nerwów wzrokowych psa. 

 
 
             
 
Co się w Moskwie wyrabia, tego ludzki rozum nie ogarnie.  Siedmiu handlarzy z Sucharowki już 
siedzi za rozpowszechnianie plotek o końcu świata spowodowanym przez bolszewików.  
Opowiadała o tym Daria Pietrowna  
i nawet wymieniła dokładną datę  

- 28 listopada 1925 roku, w dzień świętego Stefana Męczennika ziemia zderzy się z osią niebios... 
Jacyś  szarlatani  wygłaszają  już  odczyty.  Takie  pandemonium  wynikło  z  tej  przysadki,  że  choć 
zwiewaj,  gdzie  pieprz  rośnie.  Przeniosłem  się  do  Preobrażeńskiego  na  jego  prośbę  i  sypiam  w 
poczekalni  razem  z  Szarikiem.  Rolę  poczekalni  pełni  teraz  laboratorium.  Szwonder  miał  jednak 
rację. Komitet domowy triumfuje. W szafach nie ma ani jednej szyby, ponieważ skakał. Z trudem 
oduczyliśmy. 

 
             
 
 
 

background image

Z Filipem dzieje się coś dziwnego. Kiedy mu opowiedziałem o swoich hipotezach - mam nadzieję, 
że rozwój psychiczny Szarika osiągnie bardzo wysoki poziom - chrząknął i zapytał:  
„Tak pan myśli?” Ton był złowieszczy. Czyżbym się mylił?  Stary coś wymyślił... W czasie kiedy 
prowadzę  historię  choroby,  Filip  Filipowicz  siedzi  nad  historią  człowieka,  od  którego  wzięliśmy 
przysadkę. 

             
 
 
 
Kartka włożona do zeszytu. 
Klim  Grigoriewicz  Czugunkin,  lat  25,  kawaler.  Bezpartyjny,  sympatyk.  Trzykrotnie  sądzony  i 
uniewinniony.  Pierwszy  raz  z  powodu  braku  dostatecznych  dowodów,  drugi  raz  uratowało  go 
pochodzenie społeczne, trzeci raz wyrok 15 lat katorgi z zawieszeniem. Kradzieże. Zawód - gra po 
knajpach na bałałajce. 
Wyjątkowo niskiego wzrostu, źle zbudowany. Wątroba powiększona (alkohol). Przyczyna śmierci 
- cios nożem w serce w knajpie („Sygnał Stop”) na Rogatce Preobrażeńskiej. 

             
 
 
 
Stary  bez  chwili  przerwy  siedzi  nad  historią  choroby  Klima.  O  co  chodzi  -  nie  rozumiem.  Coś 
mruczał,  że  trzeba  było  dokładnie  obejrzeć  w  prosektorium  całe  zwłoki  Czugunkina.  Nie 
rozumiem, o co chodzi. A bo to nie wszystko jedno, czyja przysadka? 

17  stycznia.  Kilka  dni  nie  notowałem  -  chorowałem  na  influenzę.  W  tym  czasie  ostatecznie 
ukształtował się wygląd zewnętrzny: 

a) 

budowa ciała dokładnie jak u człowieka, 

b) 

waga około trzech pudów, 

c) 

maleńkiego wzrostu, 

d) 

głowa malutka, 

e) 

zaczął palić, 

f) 

je ludzkie jedzenie, 

g) 

sam się ubiera, 

h) 

rozmawia bez żadnych trudności. 

 
 
 
A to ci przysadka (kleks). 

Nna tym kończę historię choroby. Przed nami nowy organizm - obserwację musimy prowadzić od 
początku. 
Załączniki: stenogramy rozmów, nagrania na płytach, otografie. 

Podpis: asystent profesora  
Filipa Filipowicza  
Preobrażeńskiego 
 
 

background image

 
doktor Borental 

 
 
 
 
 
 
VI 

 
 
 
 
Był zimowy wieczór. Koniec stycznia. Pora przedobiednia, przed przyjmowaniem pacjentów.  Na 
framudze drzwi do poczekalni wisiała biała kartka papieru, na której ręką Filipa Filipowicza było 
napisane: 

Zabraniam jedzenia pestek słonecznikowych w mieszkaniu. 
F. Preobrażeński 
i niebieskim ołówkiem, wielkimi jak ciastka literami, ręką Bormentala: 
Gra na instrumentach muzycznych od #/5#00 po południu do #/7#00 rano jest zabroniona. 
Następnie ręką Ziny: 
Kiedy  pan  wróci,  proszę  powiedzieć  Filipowi  Filipowiczowi:  Ja  nie  wiem,  dokąd  on  poszedł. 
Fiodor mówił, że ze Szwonderem. 
Ręką Preobrażeńskiego: 
Mam sto lat czekać na  
szklarza? 
 
Ręką Darii Pietrowny  
(drukowanymi literami): 
 
Zina poszła do sklepu, powiedziała, że przyprowadzi. 
W  jadalni  było  już  zupełnie  wieczornie,  dzięki  lampie  pod  jedwabnym  abażurem.  Światło  z 
kredensu  było  przepołowione,  lustrzane  szybki  zaklejone  ukośnie  na  krzyż  od  jednej  fasetki  do 
drugiej.  Pochylony  nad  stołem  Filip  Filipowicz zagłębił  się  w  rozłożonych  ogromnych  płachtach 
gazety.  Błyskawice bruździły jego twarz, a przez zęby wyskakiwały urywane, gruchające krótkie 
słowa. Filip Filipowicz czytał notatkę. 
„Nie ma żadnych wątpliwości, że jest to z nieprawego łoża (jak mawiano w zgniłym burżuazyjnym 
społeczeństwie) zrodzony jego syn. Oto jak zabawia się nasza pseudonaukowa burżuazja. Siedem 
pokoi każdy potrafi zajmować do czasu, kiedy lśniący miecz praworządności nie błysnął nad nim 
czerwonym płomieniem. 
Szw...r” 
Bardzo  uporczywie,  wprawnie,  zawadiacko  ktoś  grał  na  bałałajce  za  dwoma  ścianami  i  dźwięki 
zręcznej  wariacji  na  temat  „Świeci  miesiąc”  zbełtały  się  w  głowie  Filipa  Filipowicza  ze  słowami 

background image

notatki w nienawistną kaszę. Kiedy doczytał, splunął sucho przez lewe ramię i machinalnie zanucił 
przez zęby: 

-„ Świeeci miesiąc... świeeci miesiąc... świeeci miesiąc...” Tfu, przyczepiła się przeklęta melodia! 

 
Zadzwonił. Twarz Ziny wysunęła się spomiędzy fałd portiery. 

- Powiedz mu, że jest już piąta godzina, niech przestanie, i proszę, zawołaj go tutaj. 

 
Filip  Filipowicz  siedział  w  fotelu  za  biurkiem.  Między  palcami  lewej  dłoni  sterczał  brązowy 
niedopałek  cygara.  Pod  portierami,  oparty  o  framugę  stał  założywszy  nogę  na  nogę  mężczyzna 
maleńkiego  wzrostu  o  nieprzyjemnej  aparycji.  Twarde  włosy  na  jego  głowie  rosły  kępkami  jak 
krzaki na wykarczowanym polu, a twarz pokrywał nie zgolony puszek.  Czoło było zdumiewająco 
wąskie.    Nieomal  bezpośrednio  nad  szeroko  rozrzuconymi  pędzelkami  brwi  zaczynała  się  gęsta 
szczotka uwłosienia. 
Marynarka  rozerwana  pod  lewą  pachą  była  cała  w  słomie,  pasiaste  spodnie  na  prawym  kolanie 
podarte, a na lewym upaćkane liliową farbą. Na szyi mężczyzny wisiał jadowicie niebieski krawat 
ze  szpilką  z  fałszywym  rubinem.  Kolor  krawata  był  tak  agresywny,  że  chwilami,  zamykając 
umęczone oczy, Filip Filipowicz w całkowitej ciemności to na suficie, to na ścianie widział płonącą 
pochodnię  w  błękitnej  koronie.  A  kiedy  podnosił  powieki,  ślepł  ponownie,  ponieważ  z  podłogi 
rozbryzgując półkręgi światła atakowały oczy lakierowane sztyblety i białe getry. 

Jak w kaloszach  -  z nieprzyjemnym uczuciem pomyślał  Filip  Filipowicz, westchnął,  zasapał  się  i 
zajął  się  zgasłym  cygarem.  Człowiek  pod  drzwiami  mętnawymi  oczami  spoglądał  na  profesora  i 
palił papierosa brudząc gors popiołem. 
Zegar  na  ścianie  obok  drewnianego  jarząbka  wydzwonił  pięć  razy.  Jeszcze  coś  pojękiwało  w 
środku, kiedy Filip Filipowicz przystąpił do rozmowy. 

- Zdaje się, że już dwukrotnie prosiłem, żeby nie spać na piecu, tym bardziej w ciągu dnia? 

 
Człowiek zakaszlał ochryple, jakby się udławił kością, i odpowiedział: 

- W kuchni jest lepsze  
powietrze. 

Głos miał niezwykły, stłumiony, a zarazem rozgłośny niczym z beczułki. 
Filip Filipowicz pokręcił głową i zapytał: 

- Skąd się wzięło to  
paskudztwo? Mówię o krawacie. 
Człowieczek śledząc wzrokiem palec spojrzał bokiem poprzez odstającą wargę i miłośnie popatrzył 
na krawat. 

- Dlaczego paskudztwo? - zapytał. - Elegancki krawat.  Daria Pietrowna podarowała. 

-  Daria  Pietrowna  podarowała  ci  obrzydliwość  w  rodzaju  tych  butów.  Co  to  za  błyszczący 
idiotyzm? Skąd? O co prosiłem?  Żeby kupić przy_zwo_i_te trzewiki, a co to jest? Czyżby doktor 
Bormental wybrał właśnie takie? 

- A to ja mu kazałem, żeby były lakierki. Co to, ja jestem gorszy od innych? Niech pan pójdzie na 
Kuźniecki, wszyscy w lakierkach. 

 

background image

Filip Filipowicz pokręcił głową i powiedział z naciskiem: 

- Koniec ze spaniem na piecu.  
Jasne? Co za bezczelność!  
Przecież przeszkadzasz tam.  
Kobietom. 
Twarz mężczyzny pociemniała, wargi odęły się. 

-  E  tam,  kobiety.  Nie  wiesz  czasem,  wielmożne  panie.    Zwyczajne  garkotłuki,  a  robią  z  siebie 
bógwico. A wszystko ta Zinka, skarżypyta. 

- Żebyś nie śmiał na Zinę mówić Zinka! Jasne? 

 
Milczenie. 

- Pytam, czy to jasne? 
- Jasne. 
- Zdjąć z szyi to  
obrzydlistwo.  Niech  pan...  ty  popatrz  na  siebie  w  lustrze  i  przyjrzyj  się,  jak  wyglądasz.  
Podwórkowy komediant. Nie rzucać na podłogę niedopałków, setki razy prosiłem. I żebym więcej 
nie słyszał w mieszkaniu ani jednego nieprzyzwoitego słowa!  Nie pluć! Tam stoi spluwaczka. W 
pisuarze  zachowywać  się  odpowiednio.  Zaprzestać  wszelkich  rozmów  z  Ziną.    Skarżyła  się,  że 
czatujesz na nią po ciemku. Zapamiętaj to sobie! Kto odpowiedział pacjentowi „cholera go wie”? 
Nie jesteś w szynku, zrozumiano? 

- Chyba tata za bardzo mnie sztorcuje - nagle płaczliwie powiedział mężczyzna. 

 
Filip Filipowicz poczerwieniał, okulary błysnęły. 

- Kto tu jest twoim tatą? Co to za poufałość? Żebym więcej tego słowa nie słyszał! Zwracać się jak 
należy: Filipie Filipowiczu! 

 
Na twarzy mężczyzny rozgorzała zuchwałość. 

- Co pan tak ciągle... To nie pluć. To nie palić. Tam nie chodzić... Co to ma być? Całkiem jak w 
tramwaju.  Czego  pan  mi  żyć  nie  daje?!  A  jak  o  „tatę”  chodzi,  nie  ma  się  co  obrażać.    Czy  ja 
prosiłem,  żeby  mnie  operować?  -  Mężczyzna  zaszczekał  z  oburzeniem.  - Ładna  historia!    Złapał 
stworzenie boskie, pokroił nożem głowę, a teraz się mnie wypiera. A ja może w ogóle nie dawałem 
zgody  na  żadną  operację.  Także  samo  (mężczyzna  wzniósł  oczy  do  sufitu,  jakby  przypominając 
sobie  sformułowanie),  także  samo  jak  moi  krewniacy.  Ja,  może  nawet  mam  prawo  zaskarżyć  do 
sądu. 

 
Oczy  Filipa  Filipowicza  zrobiły  się  kompletnie  okrągłe,  cygaro  wypadło  z  ręki.  Ale  typek  - 
przeleciało mu przez głowę. 

-  Raczysz  być  niezadowolony,  że  zostałeś  przeistoczony  w  człowieka?  -  zapytał  mrużąc  oczy.  - 
Być  może  wolisz  znowu  biegać  po  śmietnikach?  Zamarzać  w  bramach?  No  cóż,  gdybym  tylko 
wiedział... 

-  A co mi pan tak bez przerwy wypomina? Śmietniki i  śmietniki.   Miałem swój kawałek chleba?  
Miałem. A gdybym tak umarł pod nożem? Co na to powiecie, towarzyszu? 

-  Filipie  Filipowiczu!  -  z  irytacją  krzyknął  Filip  Filipowicz.  -  Nie  jestem  dla  ciebie  żadnym 
towarzyszem! To przerażające! 

background image

 
Koszmarny koszmar - pomyślał. 

- No chyba, a jak inaczej... - ironicznie powiedział człowiek i zwycięsko wystawił nogę do przodu. 
-  To  się  rozumie.  Jacy  my  tam  dla  pana  towarzysze!    Gdzie  tam  nam.  Nie  uczyliśmy  się  na 
uniwersytetach,  w  mieszkaniach  po  piętnaście  pokoi  z  łazienką  też  nie  mieszkaliśmy.    Tylko  że 
teraz pora by z tym skończyć. W teraźniejszym czasie każdy ma swoje prawo... 

 
Filip  Filipowicz  blednąc  słuchał  dywagacji  mężczyzny.  Ten  przerwał  mowę  i  demonstracyjnie 
ruszył  do  popielniczki  ze  zżutym  papierosem  w  ręku.  Poruszał  się  trochę  jak  kaczka.  Długo 
rozgniatał niedopałek w popielniczce muszli z miną jasno wyrażającą: „Masz! Masz!” Zgasiwszy 
papierosa, nagle kłapnął zębami i wsadził nos pod pachę. 

- Palcami łapać pchły!  
Palcami! - krzyknął z furią Filip Filipowicz. - Nie rozumiem, skąd ty je bierzesz? 

-  Znów  się  coś  nie  podoba,  hoduję  je  czy  co?  -  obraził  się  mężczyzna.  -  Widocznie  pchły  mnie 
lubią. - Pogrzebał palcami pod podkładką rękawa i puścił w powietrze kłak lekkiej, rudej waty. 

 
Filip Filipowicz wzniósł wzrok ku girlandom na suficie i zabębnił palcami po stole.  Mężczyzna po 
zamordowaniu pchły odszedł i siadł na krześle, ręce przy tym rozwiesił wzdłuż klap marynarki, a 
dłonie opuścił.  Jego oczy zezowały na klepki parkietu. Filip Filipowicz spojrzał tam, gdzie kładł 
się ostry odblask na tępych noskach lakierków, zmrużył oczy i zapytał: 

- O jakiej sprawie chciałeś mnie zawiadomić? 

- Jaka tam sprawa! Bardzo prosta sprawa. Potrzebny mi jest, Filipie Filipowiczu, dokument. 

 
Filipa Filipowicza jakby trochę skręciło. 

- Hm... Do diabła! Dokument!  
Rzeczywiście... Hm... a być może jakoś można... - Jego głos brzmiał niepewnie i smętnie. 

-  Za  pozwoleniem  -  z  pewnością  siebie  odpowiedział  mężczyzna  -  jakże  to  tak,  bez  dokumentu? 
Bez tego ani rusz, bardzo przepraszam. Sam pan wie, że człowiekowi bez dokumentów jest surowo 
zabronione w ogóle istnieć. Po pierwsze, komitet domowy... 

- Co ma do tego komitet domowy? 

- Jak to, co ma? Spotykam ich, ciągle pytają, a kiedy ty, wielce szanowny obywatelu, wreszcie się 
zameldujesz? 

- O mój ty Boże - z rozpaczą zawołał Filip Filipowicz. - Spotykają, pytają się...  Wyobrażam sobie, 
co im opowiadasz. Przecież zabroniłem ci łazić po schodach. 

-  A  bo  to  ja  jestem  katorżnik,  czy  co?  -  zdziwił  się  człowiek  i  przekonanie  o  własnej  słuszności 
rozgorzało nawet w jego rubinie.  

- Co to znaczy „łazić”? Dosyć przykre są pańskie słowa. Chodzę jak wszyscy ludzie. 

 
I przy tym zastukał lakierowanymi butami po parkiecie. 

Filip  Filipowicz zamilkł,  spojrzenie jego  uciekło  w bok.   Jednak muszę się hamować  - pomyślał. 
Podszedł do kredensu i duszkiem wypił szklankę wody. 

background image

-  Wyśmienicie  -  powiedział  trochę  spokojniej.  -  Nie  chodzi  o  słowa.  A  więc,  co  mówi  twój 
przeuroczy komitet? 

- A co ma mówić... I w ogóle bez racji wymyśla mu pan od przeuroczych. Komitet broni interesów. 

- Poinformuj mnie łaskawie, czyich interesów? 

- Wiadomo czyich, pracującego elementu. 

 
Filip Filipowicz wybałuszył oczy. 

- Ty jesteś pracujący?  
Dlaczego? 

- Bo nie jestem nepman. Chyba jasne. 

- No dobrze. Więc czego chce komitet w twoim rewolucyjnym interesie? 

-  Wiadomo  czego,  chce  mnie  zameldować.  Mówią,  kto  to  widział,  żeby  człowiek  mieszkał  w 
Moskwie nie zameldowany. To raz. Ale najważniejsze, to książeczka wojskowa. Nie życzę  sobie 
być dezerterem. No i jeszcze tego... związek zawodowy, giełda pracy... 

-  Chciałbym  wiedzieć,  na  podstawie  czego  mam  cię  zameldować?  Tego  obrusa  czy  mojego 
dowodu  osobistego?    Przecież  trzeba  chociaż  trochę  liczyć  się  z  sytuacją.  Nie  zapominaj,  że 
jesteś...  E...    hm...  że  tak  powiem,  istotą  niespodziewanie  stworzoną  w  laboratorium  -  mówił  z 
coraz mniejszym przekonaniem Filip Filipowicz. 

 
Mężczyzna milczał zwycięsko. 

- Wyśmienicie. Co koniec końców jest potrzebne, żeby cię zameldować i w ogóle zrobić wszystko 
zgodnie  z  planami  tego  twojego  komitetu  domowego?    Przecież  nie  masz  ani  imienia,  ani 
nazwiska. 

- Tu jest pan niesprawiedliwy.  
Imię mogę sobie zupełnie spokojnie wybrać. Wydrukuję w gazecie i spokój. 

- Więc jak się chcesz nazywać? 
 
Mężczyzna poprawił krawat i odpowiedział: 

- Poligraf Poligrafowicz. 
- Nie udawaj głupiego - ponuro powiedział Filip Filipowicz - to poważna rozmowa. 

 
Jadowity uśmieszek wykrzywił wąsiki mężczyzny. 

- Ja tu czegoś nie rozumiem - powiedział wesoło i sensownie. 

- Mnie kląć nie wolno. Pluć nie wolno. A od pana słyszę bez przerwy „głupi” albo „dureń”.  Widać 
tylko profesorom wolno przeklinać w Eresefeser. 

 
Filipowi Filipowiczowi krew uderzyła do głowy i kiedy napełniał szklankę, rozbił ją.  Napił się z 
następnej i pomyślał: Jeszcze chwila, a on zacznie mnie pouczać i będzie miał absolutną rację. Nie 
potrafię trzymać się w garści. 

- Prze_epraszam. Mam  
rozstrojone nerwy. To imię wydało mi się dziwne. Chciałbym wiedzieć, gdzieś ty je wygrzebał? 

- Komitet domowy poradził.  

background image

Szukaliśmy w kalendarzu. Które ci się podobają, pytają? No to wybrałem. 

- W żadnym kalendarzu czegoś takiego być nie może. 

- Dosyć dziwne - uśmiechnął się mężczyzna - kiedy on wisi w pańskim laboratorium. 

 
Nie wstając Filip Filipowicz przygniótł guziczek w tapecie i na dzwonek pojawiła się Zina. 

- Kalendarz z laboratorium. 
 
Chwilę trwała cisza. Kiedy Zina wróciła z kalendarzem, Filip Filipowicz zapytał: 

- Gdzie? 
- Imieniny czwartego marca. 
- Pokaż... Hm... Do diabła...  
Wrzuć to do pieca, Zina, natychmiast. 

Zina z przerażeniem wytrzeszczając oczy odeszła z kalendarzem, a mężczyzna z wyrzutem pokręcił 
głową. 

- Bądź łaskaw podać nazwisko. 
- Zgadzam się na rodowe nazwisko. 

- Co? Rodowe? A konkretnie? 
- Szarikow. 
 
 
 
   *        *        *         
 
 
 
W gabinecie przed biurkiem stał przewodniczący komitetu Szwonder w skórzanej kurtce.  Doktor 
Bormental  siedział  w  fotelu.  I  na  zaczerwienionych  od  mrozu  policzkach  doktora  (właśnie  przed 
chwilą  wrócił)  malowało  się  identyczne  zakłopotanie  jak  i  na  twarzy  siedzącego  obok  Filipa 
Filipowicza. 

- Więc jak mam pisać? - zapytał niecierpliwie. 

- No cóż - powiedział Szwonder  
- sprawa nie jest skomplikowana.  
Niech pan napisze zaświadczenie, obywatelu profesorze. Że tak i tak, okaziciel niniejszego to jest 
rzeczywiście Szarikow Poligraf Poligrafowicz, zaistniały w pańskim mieszkaniu. 
Oszołomiony Bormental poruszył się w fotelu. Filipowi Filipowiczowi podskoczył wąs. 

- Hm... u diabła! Nic  
głupszego nie można sobie wyobrazić. Wcale nie zaistniał, a po prostu... jednym słowem... 

- To już pańska sprawa - spokojnie i ze złośliwą satysfakcją powiedział Szwonder.  

- Zaistniał czy też nie...  
Globalnie i w szczególności, to przecież właśnie pan przeprowadzał doświadczenie, profesorze! No 
i stworzył pan obywatela Szarikowa. 

-  Bardzo  proste  -  zaszczekał  Szarikow  od  szafy  bibliotecznej.    Wpatrywał  się  w  krawat 
odzwierciedlony w lustrzanej otchłani. 

background image

- Bardzo bym prosił - odgryzł się Filip Filipowicz - o nie wtrącanie się do rozmowy. I niesłusznie 
mówisz, że to proste. To nawet bardzo nieproste. 

- Jak to, mam się nie wtrącać  
- zaburczał obrażony Szarikow. 
 
Szwonder niezwłocznie go poparł. 

- Przepraszam, profesorze,  

obywatel  Szarikow  ma  najzupełniejszą  rację.  To  jego  prawo  uczestniczyć  w  dyskusji  o  jego 
własnym  losie,  w  szczególności  wtedy,  kiedy  sprawa  dotyczy  dokumentów.    Dokumenty  to 
najważniejsza rzecz na świecie. 
W  tym  momencie  ogłuszające  dzwonienie  za  uchem  przerwało  rozmowę.  Filip  Filipowicz 
powiedział do słuchawki „Tak”...  poczerwieniał i wrzasnął: 

-  Proszę  nie  zawracać  mi  głowy  głupstwami.  A  co  to  pana  obchodzi?  -  Z  całej  mocy  rzucił 
słuchawkę na widełki. 

 
Niebiańska radość spłynęła na oblicze Szwondera. 
Filip Filipowicz purpurowiejąc krzyknął: 

- Jednym słowem kończmy to wszystko. 

 
Wyrwał kartkę z notesu, wypisał kilka słów, a następnie z irytacją przeczytał na głos: 

- „Niniejszym stwierdzam...”  
Diabli wiedzą, co to takiego...  Hm... „Okaziciel poniższego jest człowiekiem otrzymanym metodą 
laboratoryjnego  doświadczenia  w  rezultacie  operacji  przeprowadzonej  na  mózgu  i  wymaga 
dokumentów.” Do diabła!  Ja w ogóle jestem przeciwny, żeby otrzymał te idiotyczne dokumenty. 
„Podpis: profesor Preobrażeński.” 

- To dosyć dziwne, profesorze  
-  obraził  się  Szwonder.  -  Jak  to,  mówi  pan  o  dokumentach  „idiotyczne”?  Ja  nie  mogę  dopuścić, 
żeby  w  domu  przebywał  nie  udokumentowany  lokator,  i  do  tego  nie  wciągnięty  do  wojskowej 
ewidencji przez milicję. A jeśli nagle wybuchnie wojna z imperialistycznym drapieżcą? 

- Ja tam nigdzie wojować nie pójdę! - nagle ponuro szczeknął Szarikow od szafy. 

 
Szwonder osłupiał, ale szybko oprzytomniał i grzecznie przywołał Szarikowa do porządku. 

- Wy, obywatelu Szarikow,  

wypowiadacie się w sposób wyjątkowo nie uświadomiony.  Bezwarunkowo musicie wciągnąć się 
do wojskowej ewidencji. 

- Do ewidencji się wciągnę, ale żeby walczyć, figa z makiem  

- nieprzyjaźnie odpowiedział Szarikow poprawiając krawat. 

 
Teraz  z  kolei  zmieszał  się  Szwonder.  Preobrażeński  wymienił  złośliwe  i  smętne  spojrzenie  z 
Bormentalem: „No, proszę - oto jego moralność”. Bormental znacząco pokiwał głową. 

-  Jestem  ciężko  ranny  po  operacji  -  posępnie  zawył  Szarikow.  -  Widzisz,  jak  mnie  urządzili.  - 
Pokazał na głowę.  Wzdłuż czoła ciągnęła się świeża blizna pooperacyjna. 

background image

- Jesteście indywidualistą anarchistą? - zapytał Szwonder wysoko unosząc brwi. 

- Mnie się należy biały bilet  
- odparł na to Szarikow. 
-  No  dobrze,  to  na  razie  nieważne  -  odpowiedział  zdumiony  Szwonder  -  teraz  chodzi  o  to,  że 
zaświadczenie profesora wyślemy na milicję i wtedy wydadzą nam dokument. 

- Ale, ale, e... - znienacka przerwał mu Filip Filipowicz, najwidoczniej dręczony jakąś myślą - czy 
nie macie w waszym domu wolnego pokoju? Jestem skłonny go kupić. 

 
Żółte iskry pojawiły się w piwnych oczach Szwondera. 

- Nie, profesorze, ku mojemu ogromnemu żalowi nie mamy. I nie przewidujemy, żebyśmy mieli. 

 
Filip  Filipowicz zacisnął wargi  i  nic nie powiedział.  Znowu jak szalony  zagrzmiał  telefon. Filip 
Filipowicz nie pytając o nic w milczeniu zrzucił słuchawkę z widełek tak, że najpierw przez chwilę 
się  kręciła,  a  potem  zawisła  na  niebieskim  sznurze.  Wszyscy  wzdrygnęli  się  jednocześnie.  
Nadenerwował się stary - pomyślał Bormental, a Szwonder błyskając oczami skłonił się i wyszedł. 
Szarikow poskrzypując stebnówką sztybletów ruszył w ślad za nim. 
Profesor został sam z  

Bormentalem. Po chwili milczenia Filip Filipowicz szybko pokiwał głową i powiedział: 

- To jakiś koszmar, słowo honoru. Czy pan widzi?  

Przysięgam, drogi doktorze, że zmordowałem się przez te dwa tygodnie bardziej niż przez ostatnie 
czternaście lat! Powiem panu, że to jest niezły typek... 
W  oddali  głucho  trzasnęło  szkło,  wzleciał  przygłuszony  pisk  kobiecy  i  natychmiast  ucichł. 
Nieczysta  siła  przemknęła  po  tapetach  w  korytarzu,  wpadła  do  laboratorium,  tam  coś  łupnęło  i 
błyskawicznie  poleciało  z  powrotem.  Trzasnęły  drzwi,  w  kuchni  rozległ  się  niski  krzyk  Darii 
Pietrowny. Potem zawył Szarikow. 

- Boże mój, jeszcze coś nowego! - krzyknął Filip Filipowicz rzucając się do drzwi. 

- Kot! - domyślił się  
Bormental i wybiegł za profesorem. Popędzili korytarzem do przedpokoju, z przedpokoju skręcili 
w korytarz do ubikacji i łazienki. Z kuchni wyskoczyła Zina i wpadła prosto na Filipa Filipowicza. 

- Ile razy mówiłem, żeby tu nie było kotów! - z wściekłością krzyczał Filip Filipowicz. -  

Gdzie on jest?! Iwanie  

Arnoldowiczu, niech pan, na miłość boską, uspokoi pacjentów w poczekalni. 

- W łazience, w łazience siedzi, czort przeklęty - łapiąc powietrze krzyczała Zina. 

 
Filip Filipowicz naparł na drzwi łazienki, ale drzwi się nie poddawały. 

- Natychmiast otwierać! 
 
W odpowiedzi w łazience coś zaczęło skakać po ścianach, spadły miednice i dziki głos Szarikowa 
zaryczał za drzwiami: 

- Zabiję na miejscu... 
 

background image

Woda zaszumiała w rurach, a potem chlusnęła. Filip Filipowicz naparł na drzwi i zaczął je szarpać. 
Zgrzana Daria Pietrowna z okropnym grymasem na twarzy zjawiła się na progu kuchni. Następnie 
wysoka  szyba,  oddzielająca  pod  sufitem  kuchnię  od  łazienki,  rozpękła  się  krętym  pęknięciem,  z 
góry wyprysnęły dwa odłamki szkła, a za nimi ogromnych rozmiarów, tygrysio pręgowany kot z 
błękitną  kokardą  na  szyi,  podobny  do  policjanta.    Spadł  prosto  do  stojącego  na  dole  długiego 
półmiska,  roztrzaskując  go  wzdłuż,  z  półmiska  zeskoczył  na  podłogę,  zakręcił  na  trzech  łapach, 
prawą machnął  jak  gdyby  w tańcu i  w okamgnieniu  czmychnął  przez wąską szparę na kuchenne 
schody.  Szpara rozszerzyła się i kota zastąpiła fizjonomia staruszki w chusteczce. Spódnica starej, 
usiana białym groszkiem, znalazła się w kuchni. Starucha kciukiem i wskazującym palcem otarła 
zapadłe usta, jej kłujące, opuchnięte oczy omiotły kuchnię, po czym oświadczyła z ciekawością: 

- O Panie Jezu! 
 
Pobladły Filip Filipowicz ruszył przez kuchnię i groźnie zapytał staruchę: 

- Czego pani tu chce? 
- Ciekawość byłaby gadającego pieska zobaczyć - odparła przymilnie starucha i przeżegnała się. 

 
Filip Filipowicz pobladł jeszcze bardziej, podszedł bardzo blisko do staruchy i wyszeptał bez tchu: 

- W tej chwili won z kuchni! 
 
Starucha cofnęła się do drzwi i powiedziała urażona: 

- Cosik jakby pan za ostry, profesorze. 

- Won, powiedziałem! -  
powtórzył  Filip  Filipowicz  i  jego  oczy  stały  się  okrągłe  jak  u  sowy.  Własnoręcznie  trzasnął 
kuchennymi drzwiami za staruchą. 

- Dario Pietrowno, przecież prosiłem. 

-  Filipie  Filipowiczu  -  z  rozpaczą  odpowiedziała  Daria  Pietrowna,  zaciskając  w  pięści  obnażone 
ręce - co ja mam zrobić? Ludziska pchają się od rana do nocy, tylko się powiesić. 

 
Woda  w  łazience  huczała  groźnie  i  głucho,  ale  głosu  już  nie  było  słychać.  Wszedł  doktor 
Bormental. 

- Iwanie Arnoldowiczu, bardzo pana proszę... hm... ilu pacjentów czeka? 

- Jedenastu - odpowiedział Bormental. 

- Niech pan wszystkich odwoła, nie będę dziś przyjmować. 

 
Filip Filipowicz zapukał w drzwi i krzyknął: 

- Proszę natychmiast wyjść!  
Dlaczego drzwi są zamknięte? 

- Gu_gu! - żałośnie i  
bezbarwnie odpowiedział głos Szarikowa. 

- Do diabła! Nie słyszę, zakręć wodę. 

- Hau! Hau! 
-  Zakręć  wreszcie  wodę!  Nie  rozumiem,  co  on  tam  nabroił...  -  wpadając  w  furię  zawołał  Filip 
Filipowicz. 

background image

 
Zina  i  Daria  Pietrowna  wyglądały  z  kuchni  otworzywszy  drzwi.  Filip  Filipowicz  jeszcze  raz 
załomotał pięścią w drzwi. 

- O, tu jest! - zawołała z kuchni Daria Pietrowna. 

 
Filip  Filipowicz popędził  tam.  W rozbitym  oknie pod sufitem ukazała się i  wyjrzała na kuchnię 
twarz  Poligrafa  Poligrafowicza.  Malowało  się  na  niej  przerażenie,  oczy  spoglądały  płaczliwie,  a 
wzdłuż nosa ciągnęło się płomieniejące świeżą krwią zadrapanie. 

- Czyś ty oszalał? - zapytał Filip Filipowicz. - Dlaczego nie wychodzisz? 

 
Szarikow smutny i przestraszony zerknął za siebie i odparł: 

- Zatrzasnąłem się. 
- Otwórz zamek. Czy ty nigdy zamka nie widziałeś? 

- Kiedy się nie otwiera, przeklęty - strachliwie odparł Szarikow. 

- O Boże! Na pewno spuścił bezpiecznik! - krzyknęła Zina i plasnęła w dłonie. 

-  Tam  jest  taki  guziczek!  -  wołał  Filip  Filipowicz,  starając  się  przekrzyczeć  wodę  -  trzeba  go 
nacisnąć w dół. W dół, mówię. 

 
Szarikow przepadł i po chwili pojawił się znowu. 

- Ni psa nie widać -  
wyszczekał ze zgrozą przez okno. 

- To zapal lampę. On się chyba wściekł! 

- Kot przeklęty lampę rozwalił  
- odpowiedział Szarikow - a ja go chciałem, drania, złapać za nogi, przekręciłem kran, a teraz nie 
mogę znaleźć. 

 
Wszyscy troje załamali ręce i w takiej pozycji zamarli. 
Gdzieś  po  pięciu  minutach  Bormental,  Zina  i  Daria  Pietrowna  siedzieli  rzędem  na  mokrym 
dywanie  zwiniętym  w  rulon  u  podnóża  drzwi,  a  szwajcar  Fiodor  z  zapaloną  ślubną  świecą  Darii 
Pietrowny przełaził po drewnianej drabinie przez dymnik. Jego zad w wielką szarą kratkę mignął w 
powietrzu i znikł w otworze. 

- Du... u_u! - wykrzykiwał coś Szarikow poprzez ryk wody. 

 
Rozległ się głos Fiodora. 

- Filipie Filipowiczu, tak czy inaczej otworzyć trzeba, niech się rozpłynie, wygarniemy z kuchni. 

- Otwierać! - gniewnie  
krzyknął Filip Filipowicz. 
Wszyscy troje wstali z dywanu, drzwi łazienki popchnięto od środka i woda natychmiast runęła do 
korytarza. I popłynęła trzema strumieniami: prosto - do ubikacji naprzeciwko, w prawo - do kuchni 
i  w  lewo  -  do  przedpokoju.  Brodząc  i  podskakując  Zina  zatrzasnęła  drzwi  do  niego.  Po  kostki  w 
wodzie  wyczłapał  Fiodor,  uśmiechając  się  nie  wiedzieć  czemu.  Wyglądał,  jakby  był  w  ceracie  - 
cały mokry. 

background image

- Ledwie zatkałem, okropne ciśnienie. 

- Gdzie jest... ten? - zapytał  
Filip Filipowicz i z przekleństwem podniósł jedną nogę. 

- Boi się wyjść - z głupawym uśmiechem wyjaśnił Fiodor. 

- Tata będzie bić? - doleciał z łazienki płaczliwy głos Szarikowa. 

- Bałwan! - krótko  
odpowiedział Filip Filipowicz. 
Zina  i  Daria  Pietrowna  w  zakasanych  do  kolan  spódnicach,  z  gołymi  nogami,  oraz  Szarikow  ze 
szwajcarem na bosaka, w podwiniętych spodniach, plaskali mokrymi szmatami po podłodze kuchni 
i wyżymali je nad brudnymi wiadrami i do muszli klozetowej. Huczał osamotniony piec kuchenny. 
Woda wypływała przez drzwi na schody i z podestu spadała prosto do piwnicy. 
Bormental, wspinając się na palce i stojąc w głębokiej kałuży na parkiecie przedpokoju, prowadził 
rokowania przez ledwie uchylone drzwi. 

- Dzisiaj nie ma przyjęć, profesor źle się czuje. Pękła u nas rura, niech pan będzie łaskaw odsunąć 
się od drzwi. 

- A kiedy profesor przyjmie? - domagał się głos za drzwiami. - Ja tylko na chwileczkę. 

- Nie mogę - Bormental zamiast na obcasach stanął na palcach. 

- Profesor leży i pękła rura.  
Zaprasza na jutro. Zina! Moja droga! Wycieraj tutaj, bo się wyleje na frontowe schody. 

- Szmatami nie daje rady... 
- Zaraz wybierzemy kubkami - odezwał się Fiodor - zaraz. 

 
Dzwonki następowały jeden po drugim i Bormental już całą podeszwą stał w wodzie. 

- Więc kiedy będzie operacja?  
- nie dawał za wygraną głos i ktoś próbował wcisnąć się w szparę. 

- Pękła rura... 
- Ja mogę przejść w  
kaloszach... 

Za drzwiami pojawiły się niebieskawe sylwetki. 

- Proszę jutro, dzisiaj nie można. 

- Jestem zapisany. 
- Jutro. Katastrofa z  
wodociągiem. 
U nóg doktora Fiodor taplał się w jeziorze, czerpał kubkiem, a podrapany Szarikow wymyślił nowy 
sposób. Ogromną szmatę zwinął w rulon, położył się na brzuchu i popędził wodę z przedpokoju z 
powrotem do ubikacji. 

- Czego ty, czorcie, ganiasz ją po całym mieszkaniu? - gniewała się Daria Pietrowna. - Wylewaj do 
sedesu. 

-  Co  tam  do  sedesu  -  łowiąc  rękami  mętną  wodę  odpowiadał  Szarikow.  -  Przecież  wylezie  od 
frontu. 

 

background image

Z  korytarza  ze  zgrzytem  wyjechała  ławeczka,  a  na  niej  wyprostowany,  łapiąc  równowagę,  Filip 
Filipowicz w pasiastych granatowych skarpetkach. 

-  Iwanie  Arnoldowiczu,  niech  pan  przestanie  im  odpowiadać.    Proszę  do  sypialni,  dam  panu 
pantofle. 

- To drobiazg, Filipie  
Filipowiczu, naprawdę nic nie szkodzi. 

- Niech pan wskoczy w kalosze. 
- Drobnostka. Nogi i tak już mam mokre. 

- O mój Boże! - zamartwiał się Filip Filipowicz. 

- Co za wredne zwierzę! - odezwał się nagle Szarikow i wyjechał przykucnięty z wazą na zupę w 
ręku. 

 

Bormental zatrzasnął drzwi,  

nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Nozdrza Filipa Filipowicza rozdęły się, błysnęły okulary. 

- Bądź łaskaw wyjaśnić - zapytał Szarikowa z wysokości - o kim mówisz? 

- O kocie mówię. Co za ścierwo  
- odpowiedział Szarikow, a oczka mu biegały. 

- Wiesz, Szarikow - powiedział Filip Filipowicz nabierając powietrza w płuca - doprawdy jeszcze 
nie widziałem kogoś równie bezczelnego. 

 
Bormental zachichotał. 

- Jesteś po prostu bezwstydny  
- kontynuował Filip Filipowicz.  
- Jak śmiesz mówić coś takiego?  
To wszystko przez ciebie i jeszcze pozwalasz sobie... No nie! Diabli wiedzą, co to takiego! 

- Powiedz mi, proszę, Szarikow  
-  zaczął  Bormental  -  jak  długo  jeszcze  będziesz  latał  za  kotami?  Wstyd!  Przecież  to  po  prostu 
skandal! Dzikus! 

- Jaki ja tam dzikus? - ponuro zapytał Szarikow. - Wcale nie jestem dzikus. Nie sposób wytrzymać 
z nim w mieszkaniu.  Tylko szuka, co by ukraść. Darii zeżarł farsz. Chciałem mu dać nauczkę. 

-  Tobie  samemu  warto  dać  nauczkę!  -  odparł  Filip  Filipowicz.  -  Lepiej  obejrzyj  w  lustrze  swoją 
fizys. 

- Mało oka nie straciłem - mrocznie powiedział Szarikow, macając oko mokrą, brudną ręką. 

 
Kiedy  czarny  od  wody  parkiet  nieco  podsechł,  wszystkie  lustra  pokrył  łaziebny  nalot  i  dzwonki 
umilkły. Filip Filipowicz stał w przedpokoju w czerwonych safianowych pantoflach. 

- To dla ciebie, Fiodor. 
- Najpokorniej dziękuję. 
- Przebierz się natychmiast. I jeszcze jedno, napij się wódki u Darii Pietrowny. 

- Dziękuję najpokorniej - Fiodor zawahał się przez chwilę, potem powiedział: - Tu jeszcze, Filipie 
Filipowiczu...  

background image

Przepraszam, wstyd powiedzieć, ale jeszcze za szybę spod siódemki... Obywatel Szarikow rzucał 
kamieniami... 

- W kota? - zapytał Filip Filipowicz, chmurząc się jak obłok. 

- O to właśnie chodzi, że w lokatora. On już nawet grozi, że poda do sądu. 

- Do diabła! 
- Szarikow objął tamtejszą kucharkę, a tamten go pogonił.  No, posprzeczali się. 

- Na miłość boską, proszę mnie natychmiast zawiadamiać o takich rzeczach! Ile? 

- Półtora. 
 
Filip Filipowicz wydobył trzy błyszczące półrublówki i wręczył je Fiodorowi. 

- Za takiego drania jeszcze półtora rubla płacić - doleciał głuchy głos od drzwi - a on sam... 

 
Filip Filipowicz odwrócił się, przygryzł wargę, w milczeniu naparł na Szarikowa, wypchnął go do 
poczekalni i zamknął na klucz. Szarikow od środka od razu załomotał pięściami w drzwi. 

- Ani się waż! - niewątpliwie chorym głosem krzyknął Filip Filipowicz. 

- No, to już faktycznie - znacząco zauważył Fiodor - takiego bezczelnego w życiu nie widziałem. 

 

Jak spod ziemi wyrósł  
Bormental. 

 

- Filipie Filipowiczu, proszę,  

niech się pan nie denerwuje. 
Energiczny eskulap otworzył drzwi i z poczekalni dobiegł jego głos. 

- Co to ma być? Jesteś w knajpie czy gdzie? 

- Właśnie tak z nim trzeba...  
- dodał stanowczo Fiodor - dokładnie tak... I jeszcze w ucho go... 

- Ależ, co ty mówisz, Fiodor - smutnie burknął Filip Filipowicz. 
- Najmocniej przepraszam, pana mi szkoda, Filipie Filipowiczu. 

 
 
 
 
 
VII 

 
 
 
 
- Nie, nie i nie! - uparcie powtarzał Bormental. - Bądź łaskaw założyć. 

- A co tam, jak Boga... - zaburczał niezadowolony Szarikow. 

- Dziękuję, doktorze -  
serdecznie powiedział Filip Filipowicz - bo mnie już obrzydło zwracanie mu uwagi. 

background image

- Tak czy inaczej nie pozwolę jeść, aż nie założysz. Zina, zabierz Szarikowowi majonez. 

- Jak to zabierz? -  
zdenerwował się Szarikow. - Zaraz założę. 
Lewą  ręką  zasłonił  półmisek  przed  Ziną,  a  prawą  wepchnął  serwetkę  za  kołnierz  i  zrobił  się 
podobny do klienta razury. 

- I widelcem, proszę - dodał Bormental. 

 
Szarikow westchnął przeciągle i zaczął łowić kawałki jesiotra w gęstym sosie. 

- Jeszcze wódeczki bym wypił - oznajmił pytająco. 

- A może już wystarczy?  - zainteresował się Bormental. - Jakoś ostatnio za bardzo cię ciągnie do 
wódki. 

- Żałuje mi pan? - zapytał Szarikow i popatrzył spode łba. 

- Głupstwa gadasz... - wtrącił się surowo Filip Filipowicz, ale Bormental przerwał mu. 

-  Proszę  się  nie  kłopotać,  Filipie  Filipowiczu,  ja  sam.  Ty,  Szarikow,  gadasz  bzdury,  ale  co 
najbardziej  oburzające,  wypowiadasz  je  bezapelacyjnie  i  z  głębokim  przekonaniem.  Wódki  mi 
oczywiście  nie  szkoda,  tym  bardziej  że  nie  jest  moja,  tylko  Filipa  Filipowicza.  Po  prostu  wódka 
szkodzi. To po pierwsze, a po drugie, i bez wódki zachowujesz się nieprzyzwoicie. 

 
Bormental pokazał na zaklejony kredens. 

- Zina, podaj mi, proszę, jeszcze rybę - powiedział profesor. 

 
Tymczasem Szarikow sięgnął po karafkę, zerknął na Bormentala i nalał sobie kieliszek. 

- Innym też wypada  
zaproponować  -  powiedział  Bormental  -  i  to  w  następujący  sposób:  najpierw  Filipowi 
Filipowiczowi, później mnie, a na samym końcu sobie. 
Wargi Szarikowa wykrzywił ledwie dostrzegalny satyryczny uśmieszek, po czym rozlał wódkę do 
kieliszków. 

- Zawsze tu wszystko jak na paradzie - powiedział. - Serwetkę tu, krawat tam, i wciąż przepraszam 
i proszę, merci, ale żeby coś tak naprawdę, bez lipy, co to, to nie. Sami siebie męczycie jak przy 
carskim reżimie. 

- Naprawdę, to znaczy jak?  
Bądź łaskaw mi wytłumaczyć. 

Szarikow nic na to nie  
odpowiedział Filipowi  
Filipowiczowi, tylko uniósł kieliszek i zaproponował: 

- No, życzę wszystkim... 
- Tobie również - z niejaką ironią odezwał się Bormental. 

 
Szarikow wlał sobie w gardło zawartość kieliszka, skrzywił się, przyłożył do nosa kawałek chleba, 
powąchał, a następnie połknął, przy czym łzy napłynęły mu do oczu. 

- Staż - nagle jakby  
nieobecnym głosem powiedział Filip Filipowicz. 

background image

Bormental spojrzał ze  
zdziwieniem 
 

- Staż! - powtórzył Filip Filipowicz i gorzko pokiwał głową. - Nic się już nie da zrobić. Klim. 

 
Bormental z nadzwyczajnym zainteresowaniem ostro wpatrzył się w oczy Filipa Filipowicza. 

- Tak pan przypuszcza, Filipie Filipowiczu? 

- Nie ma co przypuszczać, jestem pewien. 

- Czyżby... - zaczął Bormental i przerwał spojrzawszy na Szarikowa. 

 

Szarikow zasępił się  
podejrzliwie. 

 
- Sp~ater (niem. później) - niegłośno powiedział Filip Filipowicz. 

- Gut - przytaknął asystent. 
 
Zina wniosła indyczkę.  
Bormental nalał Filipowi Filipowiczowi czerwonego wina i zaproponował Szarikowowi. 

-  Nie  chcę.  Ja  lepiej  się  wódeczki  napiję.  -  Oczka  miał  już  maślane,  na  czole  wystąpił  pot, 
poweselał. Również Filip Filipowicz stał się nieco życzliwszy po alkoholu. Oczy mu się ożywiły, 
przychylniej  spoglądał  na  Szarikowa,  którego  czarna  głowa  tkwiła  w  serwetce  jak  mucha  w 
śmietanie. 

 
Bormental zaś, kiedy się pokrzepił, ujawnił skłonność do działania. 

- No więc, co będziemy robić dzisiejszego wieczoru? - zapytał Szarikowa. 

 

Ten zamrugał oczami i  
odpowiedział: 

 
- Najlepiej chodźmy do cyrku. 
- Tak codziennie do cyrku - dobrodusznie zauważył Filip Filipowicz. - To dosyć nudne. Ja bym na 
twoim miejscu chociaż raz poszedł na przykład do teatru. 

- Do teatru nie pójdę - nieprzyjaźnie powiedział Szarikow i przeżegnał usta. 

-  Czkanie  przy  stole  odbiera  innym  apetyt  -  automatycznie  oznajmił  Bormental.  -  Proszę 
wybaczyć... Ale właściwie dlaczego nie podoba ci się teatr? 

 
Szarikow spojrzał przez pusty kieliszek jak przez lornetkę, pomyślał i odął wargi. 

- Bo tam udają głupich...  
Rozmawiają i rozmawiają...  

Czysta kontrrewolucja. 

Filip Filipowicz opadł na gotyckie oparcie fotela i zaśmiał się tak, że w jego ustach zaiskrzył złoty 
częstokół. Bormental tylko pokręcił głową. 

- Poczytałbyś cokolwiek - zaproponował - no, bo wiesz... 

background image

-  Ja  już  i  tak  czytam  i  czytam...  -  odpowiedział  Szarikow  i  znienacka  szybko  i  pożądliwie  nalał 
sobie pół szklanki wódki. 

-  Zina  -  trwożnie  zawołał  Filip  Filipowicz  -  zabierz,  dziecko,  wódkę.  Nie  będzie  już  więcej 
potrzebna. A więc, co ty czytasz? 

 
Przez  głowę  przeleciał  mu  obraz  -  bezludna  wyspa,  palma,  człowiek  w  zwierzęcej  skórze  i 
szlafmycy. „Trzeba będzie dać Robinsona”. 

- Tę... jak jej tam...  
korespondencję Engelsa z tym...  no, jak mu tam czortowi... z Kautskym. 
Widelec Bormentala z kawałkiem białego mięsa zatrzymał się w pół drogi, a Filip Filipowicz rozlał 
wino na obrus. Szarikow w tym czasie chytrze przełknął wódkę. 
Filip Filipowicz oparł łokcie na stole, wpatrzył się w Szarikowa i zapytał: 

- Chciałbym wiedzieć, jeśli wolno, co masz do powiedzenia na temat tej lektury? 

 
Szarikow wzruszył ramionami. 

- No, że się nie zgadzam. 
- Z kim? Z Engelsem czy z Kautskym? 

- A z obydwoma. 
- To nadzwyczajne, przysięgam na Boga. „Jeśli powie ktoś, że inna.” A co mógłbyś zaproponować 
ze swojej strony? 

-  A  co  tu  proponować?  Tylko  piszą  i  piszą...  kongres,  jacyś  tam  Niemcy...  Głowa  puchnie.  
Wszystko wziąć i podzielić... 

-  Tak  też  myślałem  -  zawołał  Filip  Filipowicz  i  uderzył  dłonią  w  obrus.  -  Właśnie  tak 
przypuszczałem. 

- A może nawet znasz sposób? - zapytał z ciekawością Bormental. 

- Jaki tam sposób - objaśnił bardzo rozmowny po wódce Szarikow. - Sprawa jest prosta.  Bo jak to 
jest: jeden rozsiadł się w siedmiu pokojach, ma ze czterdzieści par spodni, a kto inny włóczy się, 
szuka czegoś do jedzenia po śmietnikach. 

-  Tych  siedem  pokoi  to  do  mnie  aluzja,  naturalnie?  -  mrużąc  wyniośle  oczy  zapytał  Filip 
Filipowicz. 

 
Szarikow nastroszył się i umilkł. 

-  No  cóż,  bardzo  dobrze;  nie  jestem  przeciwny  podziałowi.   Doktorze,  ilu  pacjentów  odesłaliśmy 
wczoraj? 

- Trzydziestu dziewięciu - niezwłocznie odpowiedział Bormental. 

- Hm... trzysta  
dziewięćdziesiąt rubli. No, podzielmy grzech na trzech mężczyzn. Kobiet - Ziny i Darii Pietrowny - 
nie będziemy liczyć.  Od ciebie, Szarikow, należy się sto trzydzieści rubli. Bądź łaskaw wypłacić. 

- Ładna historia - odparł Szarikow przestraszywszy się. - A to znowu za co? 

- Za kran i za kota -  
zagrzmiał nagle Filip Filipowicz wychodząc ze stanu ironicznego spokoju. 

background image

- Filipie Filipowiczu - z trwogą zawołał Bormental. 

- Chwileczkę. Za ten skandal, coś go wywołał, aż musiałem odwołać pacjentów. To przecież nie do 
zniesienia.  Człowiek  jak  jaskiniowiec  skacze  po  całym  mieszkaniu,  wyrywa  krany.  A  kto  zabił 
kotkę madame Połasucher?  Kto... 

- Ty, Szarikow, trzy dni temu ugryzłeś kobietę na schodach - dołożył Bormental. 

- Kosztujesz mnie... - ryczał Filip Filipowicz. 

- Bo ona mnie w mordę  
trzasnęła - zaskowyczał Szarikow - a to moja morda, nie państwowa! 

-  Dlatego  że  ją  uszczypnąłeś  w  pierś  -  krzyknął  Bormental  i  przewrócił  kieliszek  z  winem.  -  Ty 
stoisz... 

- Stoisz na najniższym  
szczeblu  rozwoju  -  przekrzykiwał  doktora  Filip  Filipowicz.  -  Jesteś  zaledwie  formującym  się 
stworzeniem  o  zaczątkach  rozumu.    Wszystkie  twoje  zachowania  są  czysto  zwierzęcej  natury,  a 
pozwalasz  sobie  w  obecności  dwóch  ludzi  z  uniwersyteckim  wykształceniem  z  absolutnie 
niewyobrażalną nonszalancją wysuwać jakieś projekty na miarę kosmiczną, komicznie idiotycznie, 
o tym, jak wszystko należy podzielić... a jednocześnie zeżarłeś proszek do zębów... 

- Trzy dni temu - potwierdził Bormental. 

- No właśnie - grzmiał Filip Filipowicz - zakarbuj to sobie na nosie...~ a propos, dlaczego starłeś z 
nosa maść cynkową?...  że masz milczeć i słuchać, co się do ciebie mówi. Masz uczyć się i starać 
zostać choćby elementarnie znośnym członkiem socjalistycznego społeczeństwa.  I jeszcze jedno: 
co za łajdak podsunął ci tę książkę? 

- Dla pana każdy jest  
łajdakiem - z przestrachem odpowiedział Szarikow, oszołomiony napaścią z dwóch stron. 

- Domyślam się - czerwieniejąc ze złości zawołał Filip Filipowicz. 

- No, co takiego. No, Szwonder mi dał. On nie jest łajdakiem...  Po to, żebym się rozwijał... 

- Widzę, jak się rozwijasz po Kautskym - żółknąc krzyknął piskliwie Filip Filipowicz i gwałtownie 
nacisnął guziczek w ścianie. - Dzisiejsza historia pokazała to, że lepiej już nie można. Zina! 

- Zina! - krzyczał Bormental. 
- Zina! - wydzierał się przerażony Szarikow. 

 
Zina przybiegła pobladła. 

- Zina, tam w poczekalni...  
Ona jest w poczekalni? 

- W poczekalni - pokornie odpowiedział Szarikow, zieleniejąc jak murawa. 
- Zielona książka... 
- No, zaraz palić -  
rozpaczliwie zawołał Szarikow. - Ona jest państwowa, z biblioteki! 

- Korespondencja, nazywa się,  

tego, jak mu tam, Engelsa z tym czortem... Do pieca! 

Zina uleciała. 

background image

-  Ja  bym  tego  Szwondera  powiesił,  słowo  honoru,  na  pierwszej  suchej  gałęzi!  -  zawołał  Filip 
Filipowicz, nienawistnie wbijając zęby w skrzydło indyczki.  - Ta zdumiewająca kanalia siedzi w 
domu jak wrzód. Mało tego, że wypisuje w gazetach bezmyślne paszkwile... 

 
Szarikow złośliwie i ironicznie zaczął zezować na profesora. Filip Filipowicz zaś z kolei spojrzał 
na niego z ukosa i umilkł. 

Och,  chyba  nic  dobrego  z  tego  w  naszym  mieszkaniu  nie  wyniknie  -  nagle  proroczo  pomyślał 
Bormental. 

Zina wniosła na okrągłym półmisku rudą z prawego, a rumianą z lewego boku babę i maszynkę do 
kawy. 

- Ja nie będę tego jadł - groźnie i nieprzyjaźnie oznajmił z miejsca Szarikow. 

- Nikt ci nie proponuje.  
Zachowuj się przyzwoicie.  
Doktorze, pan będzie łaskaw. 
Obiad zakończył się w  
milczeniu. 
 
Szarikow  wyciągnął  z  kieszeni  zmiętego  papierosa  i  zadymił.  Po  wypiciu  kawy  Filip  Filipowicz 
spojrzał na zegarek, nacisnął pozytywkę i delikatnie zagrało kwadrans po ósmej. Filip Filipowicz 
swoim zwyczajem opadł na gotyckie oparcie i sięgnął po gazetę ze stołu. 

- Doktorze, bardzo pana proszę, niech pan z nim pojedzie do cyrku. Tylko, na miłość boską, trzeba 
sprawdzić w programie, czy nie ma tam kotów? 

- I jak takie draństwo  
wpuszczają do cyrku - posępnie zauważył Szarikow kręcąc głową. 

- No, mało to kogo wpuszczają do cyrku - dwuznacznie powiedział Filip Filipowicz. - Co tam dają? 

-  U  Salomońskiego  -  zaczął  czytać  Bormental  -  jakieś  cztery...  Jussems  i  człowiek  martwego 
punktu. 

- Co to za Jussems? -  
podejrzliwie zainteresował się Filip Filipowicz. 

- Bóg raczy wiedzieć. Pierwszy raz widzę takie słowo. 

- No, a w takim razie niech pan lepiej zobaczy u Nikitinów.  Koniecznie wszystko musi być jasne. 

- U Nikitinów... U  
Nikitinów... hm... słonie i granice ludzkiej zręczności. 

- Taaak. Co powiesz na temat słoni, drogi Szarikow? - nieufnie zapytał Szarikowa Filip Filipowicz. 

 
Ten się obraził. 

-  Co  to,  ja  nie  rozumiem  czy  co?  Kot  -  inna  rzecz.  Słonie  to  zwierzęta  pożyteczne  -  odparł 
Szarikow. 

- No to wyśmienicie. Jeśli są takie pożyteczne, to jedź i obejrzyj je sobie. Masz się słuchać Iwana 
Arnoldowicza.  I  żadnych  rozmów  w  bufecie!  Iwanie  Arnoldowiczu,  najpokorniej  proszę  nie 
częstować Szarikowa piwem. 

 

background image

Po  dziesięciu  minutach  Iwan  Arnoldowicz  i  Szarikow  w  kaczonosej  cyklistówce  i  w  palcie  z 
flauszu,  z  podniesionym  kołnierzem  pojechali  do  cyrku.  W  mieszkaniu  ucichło.  Filip  Filipowicz 
znalazł  się  w  swoim  gabinecie.  Zapalił  lampę  pod  ciężkim  zielonym  kołpakiem.  W  ogromnym 
gabinecie  zrobiło  się  bardzo  spokojnie  i  Filip  Filipowicz  zaczął  przemierzać  pokój.  Długo  i 
płomiennie  świecił  bladym,  zielonkawym  ognikiem  koniuszek  cygara.  Ręce  profesor  wsadził  do 
kieszeni spodni i posępna zaduma dręczyła jego uczone, łysiejące czoło.  Cmokał, nucił przez zęby: 
„Aż do najświętszych brzegów Nilu...” i coś mamrotał. Wreszcie odłożył cygaro do popielniczki, 
podszedł  do  szafy  składającej  się  wyłącznie  ze  szkła  i  cały  gabinet  oświetlił  trzema 
najmocniejszymi  światłami  pod  sufitem.  Z  szafy,  z  trzeciej  szklanej  półki  Filip  Filipowicz  zdjął 
wąski słoik i nachmurzony zaczął oglądać go pod światło. W przejrzystej, gęstej cieczy pływała nie 
opadając na dno maleńka biała grudka, wydobyta z głębi mózgu Szarika. Wzruszając ramionami, 
krzywiąc wargi i pochrząkując, Filip Filipowicz pożerał ją wzrokiem, jakby w białej niezatapialnej 
grudce  chciał  wykryć  przyczynę  zdumiewających  wydarzeń,  które  wywróciły  do  góry  nogami 
życie w mieszkaniu na Preczystience. 
Niewykluczone, że niezmiernie uczony człowiek wykrył tę przyczynę. W każdym razie, kiedy już 
do woli napatrzył się na przysadkę, schował słoik do szafy, zamknął ją na klucz, klucz schował do 
kieszonki kamizelki, a sam, z rękami głęboko w kieszeniach, z głową wciśniętą w ramiona, opadł 
na  skórę  kanapy.  Długo  palił  następne  cygaro,  doszczętnie  rozgryzając  jego  koniec,  wreszcie  w 
zupełnej samotności, ubarwiony na zielono niczym posiwiały Faust, zawołał: 

- Jak Boga kocham, chyba się zdecyduję. 

 
Nikt  mu  na to  nie odpowiedział. W mieszkaniu ucichły wszelkie dźwięki.  W Zaułku  Obuchowa, 
jak  wiadomo,  o  godzinie  jedenastej  wieczorem  ruch  zamiera.  Z  rzadka  rozbrzmiewały  odległe 
kroki  zapóźnionego  przechodnia,  stukały  gdzieś  za  storami  i  cichły.  W  gabinecie  delikatnie 
dzwoniła pozytywka w kieszeni Filipa Filipowicza... Profesor niecierpliwie oczekiwał na powrót z 
cyrku doktora Bormentala i Szarikowa. 

 
 
 
 
VIII 

 
 
 
 
Nie wiadomo,  na co zdecydował  się Filip  Filipowicz. Niczego szczególnego w  ciągu następnego 
tygodnia  nie  przedsięwziął  i,  być  może,  za  przyczyną  jego  bezczynności  życie  w  mieszkaniu 
wypełniły najrozmaitsze wydarzenia. 
Mniej więcej w sześć dni po historii z wodą i kotem do Szarikowa przyszedł z komitetu domowego 
młody  człowiek,  który  okazał  się  kobietą,  i  wręczył  dokumenty,  które  Szarikow  niezwłocznie 
schował do kieszeni i równie niezwłocznie zawołał doktora Bormentala. 

- Bormental! 
- Proszę zwracać się do mnie  
Iwanie Arnoldowiczu! - powiedział Bormental, zmieniając się na twarzy. 

Należy  tu  dodać,  że  przez  tych  sześć  dni  chirurgowi  udało  się  osiem  razy  pokłócić  ze  swoim 
wychowankiem, więc atmosfera na pokojach w Kałabuchowskim była duszna. 

background image

- No to do mnie proszę mówić tak samo! - najzupełniej absolutnie logicznie odparł Szarikow. 

- Nie! - zagrzmiał w drzwiach Filip Filipowicz  - takiego imienia w moim mieszkaniu nikomu nie 
pozwolę  wymówić.  Jeśli  życzysz  sobie,  aby  przestano  nazywać  cię  poufale  Szarikowem,  i  ja,  i 
doktor Bormental będziemy się do ciebie zwracać per „panie Szarikow”. 

- Nie jestem żadnym panem, wszyscy panowie są w Paryżu! - odszczeknął Szarikow. 

-  To robota Szwondera!  -  krzyczał  Filip  Filipowicz.  - Dobra, ale poczekajcie, już ja się policzę z 
tym łajdakiem. Nie będzie nikogo oprócz pań i panów w moim mieszkaniu, dopóki ja się w nim 
znajduję!  W  przeciwnym  wypadku  jeden  z  nas,  ja  albo  ty,  będzie  musiał  się  wynieść,  i  to 
najprawdopodobniej ty. Jeszcze dzisiaj dam ogłoszenie do gazety i możesz mi wierzyć, że znajdę 
dla ciebie pokój. 

- Jeszcze czego, co ja głupi, żeby się stąd wyprowadzać - bardzo jasno odpowiedział Szarikow. 

- Jak? - zapytał Filip  
Filipowicz i zmienił się na twarzy do takiego stopnia, że Bormental podbiegł do niego i z trwogą, 
delikatnie ujął go za rękaw. 

- Radzę, nie bądź zbyt  
bezczelny, monsieur Szarikow! - Bormental bardzo podniósł głos. 

Szarikow  cofnął  się,  wyciągnął  z  kieszeni  trzy  papierki  -  zielony,  żółty,  biały  -  i  stukając  w  nie 
palcami powiedział: 

- Macie. Członek  
stowarzyszenia mieszkaniowego i  
należy mi się powierzchnia  
mieszkaniowa konkretnie w  
mieszkaniu pod numerem 5 u  
głównego lokatora  
Preobrażeńskiego w rozmiarze 16  
arszynów kwadratowych, jeśli pan  
- Szarikow pomyślał i dodał  
słowo, które Bormental odnotował  
automatycznie w mózgu jako nowe  
- łaskaw. 
 
Filip Filipowicz przygryzł wargę i nieostrożnie powiedział: 

- Przysięgam, że ja tego Szwondera w końcu zastrzelę. 

 
Szarikow w najwyższym stopniu uważnie i ostro przyjął te słowa, co widać było po jego oczach. 

- Filipie Filipowiczu,  

vorsichtig (niem. ostrożnie) - ostrzegawczo zaczął Bormental. 

-  No,  to  już  wie  pan...  Jeśli  taką  podłość!  -  zawołał  po  rosyjsku  Filip  Filipowicz.  -  Zapamiętaj 
sobie,  Szarikow...    panie,  że  ja,  jeśli  pozwolisz  sobie  na  jeszcze  jeden  bezczelny  wyskok,  to 
pozbawię cię obiadu i w ogóle wiktu w moim domu.  Szesnaście arszynów to doprawdy uroczo, ale 
przecież nie mam obowiązku cię karmić na podstawie tego żabiego dokumentu! 

 
Tu Szarikow przestraszył się i otworzył usta. 

- Nie mogę zostać bez jedzenia  

background image

- wymamrotał. - Gdzie się będę odżywiał? 

- W takim razie zachowuj się przyzwoicie! - zgodnym chórem oświadczyli obaj eskulapi. 

 
Szarikow  znacznie  przycichł  i  tego  dnia  nikomu  nie  zrobił  nic  złego,  z  wyjątkiem  siebie  - 
wykorzystując  krótką  nieobecność  Bormentala,  przywłaszczył  jego  brzytwę  i  rozpruł  sobie 
policzek  tak,  że  Filip  Filipowicz  i  doktor  Bormental  nałożyli  mu  na  ranę  szwy,  na  skutek  czego 
Szarikow długo wył zalewając się łzami. 
Następnej  nocy  w  gabinecie  profesora  siedzieli  we  dwóch  -  sam  Filip  Filipowicz  i  wierny, 
przywiązany  do  niego  doktor  Bormental.  W  domu  już  spali.    Filip  Filipowicz  był  w  swoim 
lazurowym  szlafroku  i  czerwonych  pantoflach,  a  Bormental  w  koszuli  i  granatowych  szelkach.  
Między  lekarzami  na  okrągłym  stole,  obok  opasłego  albumu  stała  butelka  koniaku,  talerzyk  z 
plasterkami  cytryny  i  pudełko  cygar.  Uczeni,  zapełniwszy  cały  pokój  dymem  cygar,  z  zapałem 
omawiali  ostatnie  wydarzenie.    Tego  wieczora  Szarikow  przyswoił  sobie  dwa  czerwońce  leżące 
pod  suszką  w  gabinecie  Filipa  Filipowicza,  przepadł  z  mieszkania,  wrócił  późno  i  kompletnie 
pijany.  Mało  tego.    Razem  z  nim  zjawiło  się  dwóch  nieznanych  osobników,  którzy  najpierw 
hałasowali  na  frontowej  klatce,  a  następnie  wyrazili  życzenie  spędzenia  nocy  w  gościnie  u 
Szarikowa. Wymienieni osobnicy oddalili się dopiero wtedy, kiedy Fiodor, obecny przy tej scenie 
w jesionce narzuconej na bieliznę, zatelefonował na czterdziesty piąty komisariat milicji. Osobnicy 
błyskawicznie  znikli,  jak  tylko  Fiodor  odwiesił  słuchawkę.  Po  odejściu  osobników  nie  wiadomo 
gdzie  zniknęła  popielniczka  z  malachitu,  stojąca  pod  lustrem  w  przedpokoju,  bobrowa  czapka 
Filipa  Filipowicza,  a  także  jego  laska,  na  której  złotymi,  przeplecionymi  literami  było  napisane: 
„Drogiemu  i  szanownemu  Fiiipowi  Filipowiczowi  wdzięczni  ordynatorzy  w  dniu...”  i  dalej 
widniała rzymska liczba XXV. 

- Co to za jedni? - zaciskając pięści nacierał na Szarikowa Filip Filipowicz. 

 
Ten zaś, chwiejąc się i przypadając do futer, mamrotał coś w tym  sensie, że osobnicy są mu  nie 
znani, ale są w porządku, to nie jakieś tam sukinsyny. 

-  Najbardziej  zdumiewające,  że  przecież  obaj  byli  pijani.  Jak  im  się  udało?  -  dziwił  się  Filip 
Filipowicz, patrząc na to miejsce w stojaku, gdzie niegdyś tkwiła jubileuszowa pamiątka. 

- Fachowcy - wyjaśnił Fiodor oddalając się spać, z rublem w kieszeni. 

 
Dwóch czerwońców Szarikow wyparł się kategorycznie i przy tym wypowiedział się niejasno,  że 
niby nie on jeden jest w mieszkaniu. 

- Aha, być może doktor  
Bormental  gwizdnął  czerwońce?  -  zainteresował  się  Filip  Filipowicz  cichym,  ale  strasznym 
głosem. 

Szarikow zachwiał się,  

otworzył absolutnie nieprzytomne oczy i wypowiedział przypuszczenie: 

- A być może Zinka wzięła... 
-  Co  takiego?!  -  krzyknęła  Zina,  która  właśnie  pojawiła  się  w  drzwiach  niczym  widziadło, 
przykrywając ręką rozpiętą na piersi bluzkę. - Jak ten... 

 
Szyja Filipa Filipowicza zabarwiła się na czerwono. 

- Spokojnie, Zina, moja droga  
- powiedział wyciągając do niej rękę - nie denerwuj się, my tu wszystko załatwimy. 

background image

 
Zina niezwłocznie rozszlochała się wykrzywiając wargi i dłoń Filipa Filipowicza zadygotała na jej 
obojczyku. 

- Zina, jak ci nie wstyd? Kto by mógł pomyśleć coś takiego?  Tfu, co za hańba! - mówił speszony 
Bormental. 

- Zina, głupia jesteś, jak Boga kocham - zaczął Filip Filipowicz. 

 
Ale w tym momencie Zina przestała płakać sama z siebie i wszyscy umilkli. Szarikowowi zrobiło 
się niedobrze.  
Uderzywszy głową w ścianę wydał dźwięk: ni to „i”, ni to „je” - coś w rodzaju „eee”. Jego twarz 
zbladła, a szczęka poruszyła się spazmatycznie. 

- Dać mu, łajdakowi, wiadro z laboratorium! 

 
I wszyscy zakrzątnęli się przy pielęgnowaniu chorego Szarikowa.  Kiedy prowadzono go do łóżka, 
zataczał  się  w  rękach  Bormentala  oraz  niezmiernie  tkliwie  i  melodyjnie  przeklinał  najgorszymi 
wyrazami, wymawiając je z ogromnym trudem. 
Cała  ta  historia  wydarzyła  się  około  pierwszej,  a  teraz  była  trzecia  nad  ranem,  lecz  ci  dwaj  w 
gabinecie  nie  spali,  podekscytowani  koniakiem  z  cytryną.  Nadymili  tak,  że  dym  przesuwał  się  w 
powolnych, gęstych warstwach i nawet nie falował. 
Doktor Bormental blady, z nadzwyczaj zdecydowanym wyrazem oczu, uniósł kieliszek o talii osy. 

-  Filipie  Filipowiczu  -  zawołał  z  uczuciem  -  nigdy  nie  zapomnę,  jak  przyszedłem  do  pana,  kiedy 
byłem  głodującym  studentem,  a  pan  wziął  mnie  do  siebie  na  katedrę.  Proszę  mi  wierzyć,  Filipie 
Filipowiczu,  jest  pan  dla  mnie  czymś  znacznie  więcej  niż  profesorem  i  nauczycielem...  Mój 
bezgraniczny szacunek dla pana... Proszę mi pozwolić ucałować pana, drogi Filipie Filipowiczu. 

-  Tak,  mój  kochaneczku  -  wybełkotał  speszony  Filip  Filipowicz  i  wstał.  Bormental  objął  go  i 
pocałował w puszyste, mocno przesiąknięte nikotyną wąsy. 

- Jak Boga kocham, Filipie Filipowiczu... 

-  Tak  mnie  pan  wzruszył,  tak  wzruszył...  Dziękuję...  -  mówił  Filip  Filipowicz.  -  Kochaneczku, 
czasami  krzyczę  na  pana  w  czasie  operacji.  Niechże  mi  pan  wybaczy  starczą  impulsywność.  W 
gruncie rzeczy jestem taki samotny...  „Od Sewilli do Grenady...” 

- Filipie Filipowiczu, czy nie wstyd panu?... - wykrzyknął szczerze płomienny Bormental. - Jeżeli 
nie chce pan mnie urazić, proszę nigdy więcej nie mówić w ten sposób... 

- Dziękuję panu, dziękuję...  
„Aż  do  najświętszych  brzegów  Nilu...”  Dziękuję...  I  ja  polubiłem  pana  jako  utalentowanego 
lekarza. 

- Powiadam panu, Filipie Filipowiczu! - zawołał z pasją  

Bormental, zerwał się, dokładniej zamknął drzwi do korytarza, a kiedy wrócił na miejsce, mówił 
już dalej szeptem. - Przecież to jest jedyne wyjście. Nie śmiem panu oczywiście udzielać rad, ale, 
Filipie Filipowiczu, niech pan popatrzy na siebie, jest pan kompletnie wyczerpany, tak przecież nie 
sposób dalej pracować! 

- Absolutnie nie sposób - westchnąwszy potwierdził Filip Filipowicz. 

- No właśnie, to nie do pomyślenia - szeptał Bormental.  

background image

-  Zeszłym  razem  mówił  pan,  że  to  z  obawy  o  mnie,  i  gdyby  pan  wiedział,  drogi  profesorze,  jak 
mnie to poruszyło. Nie jestem przecież dzieckiem i świetnie rozumiem, jaka z tego może wyniknąć 
okropna historia. Ale według mojego najgłębszego przekonania nie ma innego wyjścia. 

 

Filip Filipowicz wstał,  

zamachał na niego rękami i zawołał: 

- Niech mnie pan nie kusi i w ogóle o tym nie wspomina. - Profesor zaczął spacerować po pokoju 
w rozkołysanych falach dymu. - Nie chcę tego nawet słuchać. Proszę pomyśleć, co będzie, jeśli nas 
nakryją? Ani panu, ani mnie nie pomoże „biorąc pod uwagę pochodzenie”, chociaż pierwszy raz w 
życiu staniemy przed sądem. Nie ma pan przecież odpowiedniego pochodzenia, mój drogi? 

- A skądże znowu, u diabła.  
Mój ojciec był sędzią śledczym w Wilnie - z goryczą odparł Bormental dopijając koniak. 

- No właśnie, proszę bardzo.  
To  przecież  jak  choroba  dziedziczna.  Trudno  wyobrazić  sobie  coś  paskudniejszego.    Zresztą, 
przepraszam, ze mną jest jeszcze gorzej. Ojciec: protojeriej przy katedrze.  Merci. „Od Sewilli do 
Grenady...  W cichym zmroku ciemnych nocy...” niech to diabli wezmą. 

-  Filipie  Filipowiczu,  jest  pan  światowej  sławy  uczonym  i  przez  jakiegoś,  przepraszam  za 
wyrażenie, sukinsyna... Proszę mi wybaczyć, ale oni nie poważą się pana ruszyć! 

- Tym bardziej ja na to nie pójdę - powiedział zadumany Filip Filipowicz, przystając i wpatrując się 
w oszkloną szafę. 

- Ależ dlaczego? 
- Dlatego, że pan przecież nie jest światową sławą. 

- Gdzie mi tam... 
-  Otóż  to.  A  zostawić  kolegę  w  czasie  katastrofy  i  samemu  wykręcić  się  światową  sławą,  pan 
daruje... Jestem moskiewskim studentem, a nie Szarikowem. 

 
Filip Filipowicz dumnie uniósł ramiona i zrobił się podobny do pradawnego króla Francji. 

- Ech, Filipie Filipowiczu...  
-  zawołał  z  goryczą  Bormental  -  to  znaczy  że  co?  Teraz  będzie  pan  czekał,  aż  uda  się  z  tego 
chuligana zrobić człowieka? 

 
Filip Filipowicz powstrzymał go gestem ręki, nalał sobie koniaku, possał cytrynę i powiedział: 

-  Iwanie  Arnoldowiczu,  czy  ja  według  pana  znam  się  na  anatomii  i  fizjologii,  powiedzmy, 
ludzkiego mózgu? Co pan sądzi na ten temat? 

- Filipie Filipowiczu, pan jeszcze pyta! - z ogromnym uczuciem odpowiedział Bormental i rozłożył 
ręce. 

- No dobrze. Bez fałszywej skromności. Ja też uważam, że w tej dziedzinie nie należę do ostatnich 
w Moskwie. 

- A ja uważam, że pan jest pierwszy nie tylko w Moskwie, ale i w Londynie, i w Oxfordzie!  

- gniewnie przerwał Bormental. 
- No dobrze, niech tak będzie.  
No więc, przyszły profesorze Bormental, to się nikomu nie uda. Koniec. Nawet nie ma nad czym 
się  zastanawiać.  Proszę  się  powołać  na  mnie,  powiedzieć,  że  tak  mówi  Preobrażeński.  Finita!  

background image

Klim!  -  nagle  triumfująco  zawołał  Filip  Filipowicz  i  szafa  odpowiedziała  mu  dźwięcznym 
brzęczeniem. - Klim - powtórzył.  

- A więc tak, doktorze  
Bormental, jest pan pierwszym uczniem mojej szkoły, a także, jak się dzisiaj przekonałem, moim 
przyjacielem.  Tak  więc  panu  jako  przyjacielowi  zdradzę  w  tajemnicy  -  rzecz  jasna  wiem,  że  nie 
wyda mnie pan na pośmiewisko - że stary osioł Preobrażeński naciął się na tej operacji jak student 
trzeciego  roku.  Co  prawda  dokonałem  odkrycia,  i  sam  pan  wie  jakiego  -  w  tym  miejscu  Filip 
Filipowicz gorzko wskazał oburącz na zasłonięte okna, najwidoczniej mając na myśli Moskwę - ale 
jednak  proszę,  Iwanie  Arnoldowiczu  wziąć  pod  uwagę,  że  jedynym  rezultatem  tego  odkrycia 
będzie to, że teraz wszyscy będziemy mieć tego Szarikowa, o, tutaj. - Preobrażeński poklepał się po 
stromym  i  skłonnym  do  apopleksji  karku.  -  O  to  może  być  pan  spokojny!  Jeśliby  ktokolwiek  - 
kontynuował  z  masochistyczną  przyjemnością  Filip  Filipowicz  -  położył  mnie  tu  i  wychłostał, 
przysięgam,  zapłaciłbym  mu  z  pięć  czerwońców!  „Od  Sewilli  do  Grenady...”  Niech  mnie  diabli 
wezmą...  Przez  pięć  lat  siedziałem,  wydłubywałem  przysadki  z  mózgów...  Pan  wie,  jaką  robotę 
odwaliłem: w głowie się nie mieści. A teraz oto powstaje pytanie: po co? Żeby pewnego pięknego 
dnia sympatyczne zwierzę przemienić w takiego łotra, że włos się jeży? 

- Rzeczywiście, w  
niesłychanego. 

- W pełni się z panem zgadzam.  
Oto, doktorze, co się dzieje, kiedy eksperyment zamiast iść ostrożnie i równolegle z naturą, forsuje 
problem i zrywa zasłony.  No i mamy teraz Szarikowa z całym dobrodziejstwem inwentarza. 

- Filipie Filipowiczu, a gdyby mózg Spinozy? 

- Tak! - zaryczał Filip Filipowicz. - Tak! Jeśli tylko nieszczęsny pies nie zdechnie mi pod nożem, a 
widział  pan,  jaka  to  operacja.  Krótko  mówiąc,  ja,  Filip  Preobrażeński,  w  życiu  nie  robiłem 
trudniejszej.  Można  wszczepić  przysadkę  Spinozy  albo  jakiegokolwiek  innego  czorta  i  przerobić 
psa na coś niebywałego. Pytanie tylko, po jakiego diabła? Niech mi pan wytłumaczy, proszę, po co 
sztucznie  fabrykować  Spinozę,  kiedy  zwykła  baba  może  go  urodzić  w  każdej  chwili.    Przecież 
madame Łomonosowa urodziła w Chołmogorach tego swojego wspaniałego. Ludzkość, doktorze, 
sama  zatroszczy  się  o  to  w  trybie  ewolucji,  uporczywie  wyodrębniając  z  nikczemnej  masy 
przeciętności dziesiątki niezwykłych geniuszy, którzy są chlubą naszej planety. Teraz pan rozumie, 
doktorze,  czemu  uznałem  za  nieprzydatne  pańskie  wnioski  z  historii  choroby  Szarika.  Moje 
odkrycie,  niech  się  nim  diabli  udławią,  i  nad  którym  się  tak  pan  trzęsie,  ma  wartość  dokładnie 
jednego złamanego szeląga. Tak, niech się pan ze mną nie spiera, Iwanie Arnoldowiczu, ja już to 
zrozumiałem.  I nigdy nie rzucam  słów na wiatr, świetnie pan o tym  wie. Teoretycznie to  bardzo 
ciekawe. No dobra! Fizjolodzy będą zachwyceni. Moskwa oszalała... No, a w praktyce?  Kogo ma 
pan  przed  sobą?  -  Preobrażeński  pokazał  palcem  na  drzwi  laboratorium,  za  którymi  spoczywał 
Szarikow. 

- Niespotykany łobuz. 
- Ale kto to taki? Klim, Klim  
-  zawołał  profesor  -  Klim  Czugunkin  (Bormental  otworzył  usta),  a  więc,  dwukrotnie  karany, 
alkoholizm,  „wszystko  rozdzielić”,  czapka  i  dwa  czerwońce  przepadły  (tu  Filip  Filipowicz 
przypomniał  sobie  jubileuszową  laskę  i  spurpurowiał),  cham  i  świnia...    No,  tę  laskę  odzyskam. 
Słowem, przysadka to zamknięta komora określająca osobowość konkretnego człowieka.  
Konkretnego! „Od Sewilli do Grenady...” - okrutnie przewracając oczami krzyczał Filip Filipowicz 
- a nie ogólnoludzką. Przysadka to cały mózg w miniaturze, który mnie w ogóle nie interesuje i w 
ogóle  pies  z  nim  tańcował.  Myślałem  o  czymś  zupełnie  innym,  o  eugenice,  o  poprawieniu 

background image

ludzkiego gatunku. I właśnie na odmładzaniu się naciąłem. Czy pan naprawdę myśli, że ja to robię 
dla pieniędzy? Pomimo wszystko jestem przecież uczonym. 

- Jest pan wielkim uczonym, ot co! - oznajmił Bormental łykając koniak. Oczy nabiegły mu krwią. 

-  Chciałem  tylko  przeprowadzić  małe  doświadczenie  po  tym,  jak  dwa  lata  temu  otrzymałem  z 
przysadki  wyciąg  hormonów  płciowych.  A  co  wyszło  zamiast  tego?  O  mój  Boże!  A  tych 
hormonów w przysadce, o Chryste... Doktorze, przede mną kompletna beznadziejność, przysięgam, 
zagubiłem się. 

 
Bormental zakasał nagle rękawy, oczy zbiegły mu się u nasady nosa i powiedział: 

- W takim razie, drogi  
nauczycielu,  jeśli  pan  nie  chce,  ja  sam  na  własne  ryzyko  nakarmię  go  arszenikiem.  Do  diabła  z 
ojcem,  byłym  sędzią  śledczym.    Przecież  koniec  końców,  to  jest  pana  własne  eksperymentalne 
stworzenie. 

Filip Filipowicz przygasł,  

zwiotczał, opadł w fotel i powiedział: 

- Nie, ja na to nie pozwolę, mój drogi chłopcze. Mam sześćdziesiąt lat i mogę udzielić panu rady. 
Niech  pan  nigdy  nie  popełnia  przestępstwa,  niezależnie  od  tego,  przeciwko  komu  byłoby  ono 
skierowane.  Dożyje pan starości, mając czyste ręce. 

- Na litość, Filipie  
Filipowiczu,  jeśli  nad  nim  jeszcze  trochę  popracuje  ten  Szwonder,  to  co  z  niego  wyrośnie?  Mój 
Boże, teraz dopiero zaczynam rozumieć, co może wyniknąć z tego Szarikowa! 

-  Aha!  Teraz  pan  zrozumiał?  A  ja  zrozumiałem  dziesięć  dni  po  operacji.  No  więc  Szwonder  jest 
największym durniem ze wszystkich. Nie pojmuje, że  
Szarikow jest znacznie niebezpieczniejszy dla niego niż dla mnie. Teraz wszelkimi sposobami stara 
się poszczuć go na mnie, nie rozumiejąc, że jeżeli ktoś z kolei poszczuje Szarikowa na niego, ze 
Szwondera zostanie mokra plama. 

- Ja myślę! Same koty ile są warte! Człowiek z psim sercem. 

-  O  nie,  nie  -  przeciągle  odpowiedział  Filip  Filipowicz  -  popełnia  pan,  doktorze,  ogromny  błąd, 
niech pan, na Boga, nie obraża psa. Koty to tylko chwilowe... To sprawa karności i dwóch, trzech 
tygodni. Zapewniam pana. Jeszcze jakiś miesiąc i przestanie się na nie rzucać. 

- A dlaczego nie teraz? 
- Iwanie Arnoldowiczu, to przecież elementarne...  Doprawdy, po co pan pyta?  Przecież przysadka 
nie zawisła w powietrzu. Przecież została wszczepiona właśnie w psi mózg, trzeba czasu, żeby się 
przyjęła.    Teraz  Szarikow  zachowuje  tylko  resztki  tego,  co  psie,  i  proszę  zrozumieć,  że  koty  to 
jeszcze  najmniej  straszne  z  tego,  co  on  robi.  Niech  pan  sobie  uświadomi,  najstraszniejsze,  że 
Szarikow  ma  już  nie  psie,  a  właśnie  ludzkie  serce.  I  to  najparszywsze  ze  wszystkich,  jakie 
stworzyła natura! 

 
Podekscytowany do najwyższego stopnia Bormental zacisnął w pięści silne, chude dłonie, poruszył 
ramionami i twardo przemówił: 

- Skończone. Ja go zabiję. 
- Zabraniam! - kategorycznie odpowiedział Filip Filipowicz. 

- Na litość... 
 

background image

Filip Filipowicz podniósł nagle palec i zaczął nadsłuchiwać. 

- Niech pan poczeka... Chyba słyszałem kroki. 

 
Obaj nadsłuchiwali, ale w korytarzu było cicho. 

- Zdawało mi się - powiedział Filip Filipowicz i z zapałem zaczął mówić po niemiecku. W potoku 
zagranicznych słów kilkakrotnie zabrzmiało po rosyjsku słowo „kryminał”. 

- Chwileczkę - nagle czujnie odezwał się Bormental i ruszył do drzwi. 

 
Wyraźnie  było  słychać  kroki  zbliżające  się  do  gabinetu.  I  jeszcze  buczenie  jakiegoś  głosu.  
Bormental otworzył drzwi i odskoczył zdumiony. Doszczętnie zaskoczony Filip Filipowicz zastygł 
w fotelu. 

W oświetlonym czworokącie korytarza pojawiła się w samej tylko nocnej koszuli Daria Pietrowna 
z płonącym bojowo obliczem. Zarówno lekarza, jak i profesora oślepiła obfitość ogromnego i, jak 
im się ze strachu wydało, zupełnie gołego ciała. W potężnych rękach Daria Pietrowna wlokła coś i 
to coś zapierało się, siadało na zadzie, a jego pokryte czarnym puchem niewielkie nóżki plątały się 
na parkiecie. „Coś”, rzecz jasna, okazało się Szarikowem, kompletnie zdezorientowanym, jeszcze 
pijanym, rozkudłanym i w samej tylko koszuli. 
Daria Pietrowna,  goła i  imponująca, potrząsnęła  Szarikowem  jak workiem kartofli i  powiedziała, 
co następuje: 

- Jak się panu podoba, panie profesorze, nasz gość Telegraf Telegrafowicz? Ja już byłam zamężna, 
ale Zina to niewinna dziewczyna. Szczęście, że się obudziłam. 

 
Zakończywszy przemówienie Daria Pietrowna zawstydziła się, krzyknęła, zasłoniła pierś dłońmi i 
uleciała. 

-  Dario  Pietrowna,  na  miłość  boską,  przepraszam  -  krzyknął  w  ślad  za  nią  czerwony  Filip 
Filipowicz, kiedy się opamiętał. 

 
Bormental zakasał wyżej rękawy koszuli i ruszył na Szarikowa.  Filip Filipowicz zajrzał mu w oczy 
i przeraził się. 

- Panie doktorze! Zakazuję panu... 

 
Bormental  prawą  ręką  ujął  Szarikowa  za  kołnierz  i  potrząsnął  tak,  że  płótno  koszuli  z  przodu 
trzasnęło. 
Filip  Filipowicz  rzucił  się  na  ratunek  i  zaczął  wydzierać  szczupłego  Szarikowa  z  wprawnych 
chirurgicznych rąk. 

- Bić nie ma pan prawa - krzyczał na wpół zaduszony Szarikow, siadając na ziemi i trzeźwiejąc. 

- Doktorze! - krzyczał Filip Filipowicz. 

 
Bormental trochę się opamiętał i wypuścił Szarikowa, który natychmiast zaskowyczał. 

-  W  porządku  -  wysyczał  Bormental  -  poczekamy  do  rana.    Urządzę  mu  benefis,  jak  tylko 
wytrzeźwieje. 

 

background image

I  chwyciwszy  Szarikowa  pod  pachy  powlókł  go  do  laboratorium  spać.  Szarikow  próbował 
wierzgać, ale nogi nie chciały go słuchać. 
Filip  Filipowicz  rozstawił  nogi,  na  skutek  czego  lazurowe  poły  szlafroka  rozsunęły  się,  wzniósł 
oczy i ręce do lampy pod sufitem korytarza i powiedział: 

- No, no... 
 
 
 
 
 
IX 

 
 
 
 
Benefis Szarikowa, który obiecał mu doktor Bormental, nie odbył się jednakże następnego ranka, z 
tej  mianowicie  przyczyny,  że  Poligraf  Poligrafowicz  przepadł  z  domu.    Bormental  wpadł  we 
wściekłą  furię,  nazwał  sam  siebie  osłem  za  to,  że  nie  schował  klucza  od  drzwi  frontowych, 
krzyczał, że nigdy sobie tego nie daruje i zakończył życzeniem, żeby Szarikow trafił pod autobus.  
Filip Filipowicz siedział w gabinecie i zanurzając palce w czuprynie mówił: 

- Wyobrażam sobie, co się będzie działo na ulicy...  Wyobrażam sobie. „Od Sewilli do Grenady...” 
mój Boże. 

- Może jest w komitecie domowym - szalał Bormental i gdzieś biegał. 

 
W  komitecie  domowym  pokłócił  się  z  przewodniczącym  Szwonderem  do  tego  stopnia,  że 
przewodniczący Szwonder zasiadł do pisania skargi do sądu ludowego rejonu chamowniczeskiego, 
krzycząc przy tym, że nie jest stróżem wychowanka profesora Preobrażeńskiego, tym bardziej że 
ów wychowanek, Poligraf, nie dalej jak wczoraj okazał się oszustem, biorąc z komitetu domowego 
siedem rubli, rzekomo na zakup podręczników w spółdzielni. 

Fiodor,  który  z  tej  okazji  zarobił  trzy  ruble,  przeszukał  dom  od  góry  do  dołu.  Nigdzie  nie  było 
nawet śladu Szarikowa. 
Tylko jedno stało się jasne - Poligraf opuścił mieszkanie o świcie w cyklistówce, palcie i szaliku, 
zabierając ze sobą z kredensu butelkę jarzębiaku, rękawiczki doktora Bormentala i wszystkie swoje 
dokumenty. Daria Pietrowna i Zina nie ukrywały burzliwej radości oraz nadziei, że Szarikow nigdy 
już nie wróci.  Od Darii Pietrowny Szarikow pożyczył poprzedniego dnia trzy ruble i pięćdziesiąt 
kopiejek. 

-  Dobrze  wam  tak!  -  ryczał  Filip  Filipowicz  potrząsając  pięściami.  Przez  cały  dzień  dzwonił 
telefon, dzwonił również dnia następnego. Lekarze przyjmowali niezwykle wielu pacjentów, a na 
trzeci  dzień  w  gabinecie  jasno  i  wyraźnie  stanął  problem  zawiadomienia  milicji,  która  to  milicja 
powinna odnaleźć Szarikowa w moskiewskich odmętach. 

 
Jak tylko zostało wypowiedziane słowo „milicja”, nabożną ciszę uliczki Obuchowskiej rozszarpał 
chrzęst ciężarówki i zadrżały okna w całym domu. Następnie zabrzmiał pewny siebie dzwonek i z 
niezwykłą godnością wkroczył Poligraf Poligrafowicz, w całkowitym milczeniu zdjął cyklistówkę, 
powiesił palto na jelenich rogach i objawił się w zupełnie nowym kształcie. Miał na sobie skórzaną 
kurtkę, wyraźnie kupioną na kogoś innego, również skórzane wytarte spodnie i wysokie angielskie 

background image

buty,  sznurowane  pod  kolana.    Niewyobrażalny  koci  zapach  natychmiast  rozprzestrzenił  się  w 
całym przedpokoju.  
Preobrażeński  i  Bormental  jak  na  komendę  skrzyżowali  ręce  na  piersiach,  stanęli  we  framudze 
drzwi,  oczekując  pierwszych  informacji  od  Poligrafa  Poligrafowicza.  Ten  zaś  przygładził 
szczeciniaste  włosy,  odkaszlnął  i  rozejrzał  się  w  taki  sposób,  że  było  jasne  -  swoje  zakłopotanie 
Poligraf stara się zamaskować nonszalancją. 

- Ja, Filipie Filipowiczu - zaczął wreszcie mówić - dostałem posadę. 

 
Obaj  lekarze  wydali  z  siebie  suche,  nieokreślone  chrząknięcie  i  poruszyli  się.  Preobrażeński 
oprzytomniał pierwszy, wyciągnął przed siebie rękę i wyrzekł: 

- Papiery. 
 
Było napisane na maszynie:  
„Okaziciel  niniejszego,  Poligraf  Poligrafowicz  Szarikow,  jest  kierownikiem  pododdziału 
oczyszczania  miasta  z  bezdomnych  zwierząt  (kotów  itp.)  w  wydziale  Moskiewskiej  Gospodarki 
komunalnej.” 

- Tak - ciężko powiedział Filip Filipowicz - a któż to ci załatwił? Ach, zresztą sam się domyślam. 

- No tak, Szwonder -  
odpowiedział Szarikow. 

- Pozwól, że zapytam: dlaczego tak ohydnie śmierdzisz? 

 
Szarikow z zatroskaniem powąchał kurtkę. 

- No to co, że śmierdzi...  wiadomo, jak od specjalisty.  Wczoraj dusiliśmy te koty, dusiliśmy... 

 
Filip  Filipowicz  wzdrygnął  się  i  spojrzał  na  Bormentala.  Oczy  Bormentala  przypominały  dwie 
czarne lufy skierowane wprost na Szarikowa. Bez zbędnych słów ruszył na Szarikowa i z łatwością 
złapał go za gardło. 

- Ratunku! - zapiszczał Szarikow blednąc. 

- Doktorze! 
- Nie pozwolę sobie na nic złego, Filipie Filipowiczu, proszę się nie niepokoić - żelaznym głosem 
powiedział Bormental i wrzasnął: - Daria Pietrowna, Zina! 

 

Obie pojawiły się w  
przedpokoju. 

 
-  No,  powtarzaj  -  powiedział  Bormental  i  odrobinę  przycisnął  gardło  Szarikowa  do  wiszącego  na 
wieszaku futra - proszę mi wybaczyć... 

-  No  dobrze,  powiem  -  odparł  zachrypłym  głosem  absolutnie  wstrząśnięty  Szarikow,  ale  nagle 
nabrał  powietrza,  szarpnął  się  i  spróbował  krzyknąć  ratunku,  krzyk  się  jednak  nie  udał  i  głowa 
Poligrafa całkowicie utonęła w futrze. 

- Doktorze, błagam pana. 
 
Szarikow pokiwał głową, dając do zrozumienia, że poddaje się i będzie powtarzać. 

background image

- ... Proszę mi wybaczyć,  

szanowna Dario Pietrowna i Zinaido? 

- Prokofiewna - wyszeptała z przestrachem Zina. 

- Uf, Prokofiewna... - mówił łapiąc powietrze zachrypły Szarikow -... że pozwoliłem sobie... 

- Sobie na paskudne zachowanie w nocy w stanie pijackiego zamroczenia. 

- Pijackiego zamroczenia... 
- Nigdy więcej nie będę... 
- Nie bę... 
-  Niech  pan  go  puści,  Iwanie  Arnoldowiczu  -  chórem  poprosiły  obie  kobiety  -  przecież  pan  go 
zadusi. 

 
Bormental puścił Szarikowa i powiedział: 

- Ta ciężarówka czeka na ciebie? 

- Nie - z szacunkiem  
powiedział Poligraf - tylko mnie przywiozła. 

- Zina, proszę odesłać  
samochód.  A  teraz  weź  pod  uwagę,  co  następuje:  znowu  wróciłeś  do  mieszkania  Filipa 
Filipowicza. 

- A dokąd mam jeszcze iść? - nieśmiało zapytał Szarikow, błądząc wokół wzrokiem. 

-  Znakomicie.  Masz  siedzieć  jak  mysz  pod  miotłą.  W  przeciwnym  razie  za  każde  wykonane 
świństwo będziesz miał ze mną do czynienia. Jasne? 

- Jasne - odparł Szarikow. 
 
Filip  Filipowicz  przez  cały  czas  rozprawy  z  Szarikowem  zachowywał  milczenie.  Jakoś  żałośnie 
przytulony  do  futryny  obgryzał  paznokieć  patrząc  w  parkiet.  Potem  nagle  podniósł  wzrok  na 
Szarikowa i zapytał mechanicznie, głuchym głosem: 

- A co potem się dzieje z tymi... zabitymi kotami? 

- Idą na paltoty - odparł Szarikow. - Zrobią z nich wiewiórki na kredyt dla robotników. 

 
Następnie w mieszkaniu zapadła cisza i trwała dwie doby.  Poligraf Poligrafowicz rano odjeżdżał 
ciężarówką,  pojawiał  się  wieczorem,  cicho  zjadał  obiad  w  towarzystwie  Filipa  Filipowicza  i 
Bormentala. 

Chociaż  Bormental  i  Szarikow  spali  w  jednym  pokoju  -  w  poczekalni  dla  pacjentów  -  nie 
rozmawiali ze sobą i Bormental pierwszy się znudził. 
Chyba po jakichś dwóch dniach  
w mieszkaniu pojawiła się  
chudziutka panienka z  
podmalowanymi oczami, w  
kremowych pończochach,  
niezmiernie zmieszana  
wspaniałością mieszkania. Szła w wytartym paletku w ślad za Szarikowem i w przedpokoju wpadła 
na profesora. 

Profesora zamurowało, zmrużył oczy i zapytał: 

background image

- Przepraszam, a to kto? 
-  Żenię  się  z  nią,  to  nasza  maszynistka,  będzie  ze  mną  mieszkać.  Trzeba  Bormentala 
wykwaterować z poczekalni. Ma własne mieszkanie - wyjątkowo nieprzyjaźnie i ponuro wyjaśnił 
Szarikow. 

 
Filip  Filipowicz  zamrugał  oczami,  zamyślił  się  patrząc  na  poczerwieniałą  panienkę,  po  czym 
poprosił ją nader uprzejmie: 

- Pozwoli pani na chwileczkę do mojego gabinetu. 

- Ja z nią pójdę - szybko i podejrzliwie oświadczył Szarikow. 

 
Wtedy momentalnie wynurzył się spod ziemi Bormental. 

- Przykro mi - powiedział - profesor porozmawia z panią, a my obaj zostaniemy tutaj. 

- A ja nie chcę - złym głosem powiedział Szarikow, próbując udać się w ślad za płomieniejącą ze 
wstydu panienką i Filipem Filipowiczem. 

- Raczej nie - Bormental ujął Szarikowa za rękę i zaprowadził do laboratorium. 

 
Przez jakieś pięć minut z gabinetu nic nie było słychać, a potem rozległ się głuchy szloch panienki. 

Filip Filipowicz stał przy biurku, a panienka łkała w brudną koronkową chusteczkę. 

- Powiedział, łajdak, że był ranny na polu walki - zaszlochała panienka. 
- Kłamie - nieustępliwie odpowiadał Filip Filipowicz.  Pokręcił głową i powiedział: - Szczerze mi 
pani  żal,  ale  przecież  nie  można  tak  z  pierwszym  lepszym  tylko  z  powodu  jego  służbowego 
stanowiska...  Dziecko, zapewniam panią, że to okropne. A więc tak... - otworzył szufladę biurka i 
wyjął trzy banknoty po trzydzieści rubli. 

- Otruję się - płakała  
panienka  -  w  stołówce  codziennie  solone  mięso...  a  on  grozi...    mówi,  że  jest  czerwonym 
dowódcą...  Ze  mną,  mówi,  będziesz  mieszkać  w  luksusach...    psychikę,  mówi,  mam  szlachetną, 
tylko kotów nienawidzę...  Pierścionek mi zabrał na pamiątkę... 

- No, no, szlachetna  
psychika... „Od Sewilli do Grenady...” - mamrotał Filip Filipowicz - trzeba jakoś przez to przejść... 
Pani jest taka młoda... 

- Czyżby w tej właśnie bramie? 
- Niech pani bierze pieniądze, kiedy pożyczają - zaryczał Filip Filipowicz. 

 
Następnie uroczyście otwarły się drzwi i Bormental na zaproszenie Filipa Filipowicza wprowadził 
Szarikowa. Szarikow miał rozbiegane oczy i sierść na jego głowie sterczała jak szczotka. 

- Łajdak - powiedziała  
panienka, błyskając rozmazanym i zapłakanym okiem i pasiastym upudrowanym nosem. 

- Skąd masz bliznę na czole?  
Bądź łaskaw wyjaśnić tej pani - serdecznie zaproponował Filip Filipowicz. 
Szarikow zagrał va banque. 

- Byłem ranny na froncie kołczakowskim - wyszczekał. 

 

background image

Panienka wstała i wyszła z głośnym płaczem. 

- Niech pani przestanie! - krzyknął za nią Filip Filipowicz. - Chwileczkę, proszę oddać pierścionek 
- zwrócił się do Szarikowa. 

 
Ten zaś pokornie zdjął z palca tombakowy pierścionek ze szmaragdowym oczkiem. 

-  Dobra  -  powiedział  raptem  z  wściekłością  -  ty  mnie  jeszcze  popamiętasz.  Urządzę  ci  jutro 
kompresję etatów. 

- Niech się pani go nie boi - krzyknął do panienki Bormental.  

- Nie pozwolę mu nic pani zrobić! - odwrócił się i tak popatrzył, że Szarikow cofnął się i uderzył 
głową o szafę. 

- Jej nazwisko? - zapytał Bormental. - Nazwisko! - zaryczał i nagle stał się dziki i przerażający. 

- Wasniecowa - odpowiedział Szarikow, szukając wzrokiem, gdzie by tu zwiać. 

- Codziennie - ujmując go za klapy kurtki powiedział Bormental - sam osobiście będę  

sprawdzał w zakładzie  
oczyszczania, czy nie  
zredukowano obywatelki  

Wasniecowej. I jeżeli ty...  jeśli się dowiem, że jest zredukowana, to... własnoręcznie cię zastrzelę. 
Strzeż się, Szarikow, do ciebie mówię! 
Szarikow nie mógł oderwać oczu od nosa Bormentala. 

-  Sami  też  umiemy  strzelać  z  rewolweru...  -  wymamrotał  Poligraf,  ale  jakoś  słabo  i  nagle 
wykorzystał moment, by prysnąć w drzwi. 

- Strzeż się! - biegł za nim krzyk Bormentala. 

 
Przez całą noc i połowę następnego dnia wisiała cisza jak burzowa chmura. Wszyscy milczeli. Ale 
następnego  dnia,  kiedy  Poligraf  Poligrafowicz,  którego  tknęło  ponure  przeczucie,  odjechał 
ciężarówką do pracy, profesor Preobrażeński poza zwykłymi godzinami przyjął jednego ze swoich 
byłych  pacjentów,  tęgiego,  wysokiego  mężczyznę  w  wojskowym  mundurze.    Człowiek  ten 
uporczywie  domagał  się  spotkania  i  w  końcu  dopiął  swego.  Wchodząc  do  gabinetu  uprzejmie 
stuknął obcasami. 

- Czyżby bóle powróciły, drogi panie? - zapytał mizerny Filip Filipowicz. - Proszę, niech pan siada. 

-  Merci.  Nie,  profesorze  -  odpowiedział  gość  stawiając  szłyk  na  rogu  biurka.  -  Jestem  panu 
niezmiernie  zobowiązany...    Hm...  Przyjechałem  w  zupełnie  innej  sprawie,  Filipie  Filipowiczu... 
żywiąc  wielki  szacunek...  hm...  ostrzec.    Oczywiste  głupstwo.  To  zwyczajny  łajdak...  -  Pacjent 
sięgnął do teczki i wyjął papier. - Dobrze, że trafiło bezpośrednio do mnie... 

 
Filip Filipowicz wsadził dodatkowo binokle na okulary i zaczął czytać. Długo mamrotał do siebie 
zmieniając się na twarzy. 
„...  a  także  grożąc,  że  zabije  przewodniczącego  komitetu  domowego,  towarzysza  Szwondera,  z 
czego  jawnie  wynika,  że  przechowuje  broń  palną.  Wygłasza  kontrrewolucyjne  przemówienia,  a 
nawet  Engelsa  kazał  swojej  socjalsłużącej  Zinaidzie  Prokofiewnie  Buninej  spalić  w  piecu,  jako 
wyraźny  mienszewik  ze  swoim  asystentem  Bormentalem  Iwanem  Arnoldowiczem,  który 
potajemnie,  nie  zameldowany,  przebywa  w  jego  mieszkaniu.    Podpis  kierownika  pododdziału 

background image

oczyszczania  P.  P.  Szarikowa  potwierdzam.  Przewodniczący  komitetu  domowego  Szwonder, 
sekretarz Piestruchin.” 

- Pan pozwoli mi zatrzymać u siebie? - zapytał Filip Filipowicz pokrywając się plamami. - Czy to, 
być może, jest panu potrzebne dla nadania sprawie urzędowego biegu? 

-  Pan daruje, profesorze  -  nadzwyczaj  obraził się pacjent rozdymając nozdrza.  -  Chyba naprawdę 
przesadnie pan nami gardzi. Ja... - i zaczął nadymać się jak indyk. 

 

- Przepraszam, przepraszam,  

mój drogi! - wymamrotał Filip Filipowicz. - Jeszcze raz przepraszam, naprawdę nie chciałem pana 
urazić. Niech pan się nie gniewa, mój drogi, on mnie tak udręczył... 

- Myślę - powiedział zupełnie uspokojony pacjent.  - Ale co za łajdak! Swoją drogą chciałbym  go 
zobaczyć. W Moskwie opowiadają o panu legendy, profesorze... 

 
Filip Filipowicz z rozpaczą machnął tylko ręką. I wtedy pacjent zobaczył, że profesor zgarbił się i 
nawet jakby posiwiał w ostatnim okresie. 

 
 
   *        *        *           
 
 
 
Przestępstwo dojrzało i spadło jak kamień, jak zresztą przeważnie bywa. Z sercem ściśniętym złym 
przeczuciem  wrócił  ciężarówką  Poligraf  Poligrafowicz.  Głos  Filipa  Filipowicza  poprosił  go  do 
laboratorium.  Zdumiony  Szarikow  przyszedł  i  z  niejasnym  strachem  spojrzał  w  lufy  na  twarzy 
Bormentala, a następnie na Filipa Filipowicza. Chmura krążyła wokół asystenta, a jego lewa ręka z 
papierosem lekko drżała na niklowanym pręcie krzesła ginekologicznego. 

Filip Filipowicz z bardzo złowieszczym spokojem powiedział: 

- Natychmiast zabieraj rzeczy,  

spodnie, palto, wszystko, co ci jest potrzebne, i won z mieszkania. 

- Jakże to tak? - szczerze zdumiał się Szarikow. 

-  Won z mieszkania i  to dziś  -  monotonnie powtórzył  Filip Filipowicz, patrząc spod zmrużonych 
powiek na swoje paznokcie. 

 
Jakaś nieczysta siła opanowała chyba Poligrafa  Poligrafowicza, zagłada  już czatowała na niego i 
nieubłagany wyrok został wydany.  Sam Poligraf rzucił się w objęcia nieuniknionego, bo szczeknął 
wściekle i ostro: 

-  Znowu zaczynacie? Co to ja mocnych na was nie znajdę? Jak tu siedzę na szesnastu arszynach, 
tak będę siedział. 

- Wynoś się z mieszkania - serdecznie szepnął Filip Filipowicz. 

 
Szarikow  sam  zaprosił  swoją  śmierć.  Podniósł  lewą  rękę  i  pokazał  Filipowi  Filipowiczowi 
obgryzioną nie do zniesienia, cuchnącą kotami figę. A następnie prawą ręką wyciągnął z kieszeni 
rewolwer i skierował go w stronę Bormentala. Papieros Bormentala zatoczył łuk niczym spadająca 
gwiazda,  a  po  kilku  sekundach  Filip  Filipowicz  biegając  po  rozbitych  szklanych  szybach  w 

background image

przerażeniu  miotał  się  od  szafki  do  kozetki.  Na  kozetce  zaś  leżał  chrypiąc  rozkrzyżowany 
kierownik  pododdziału  oczyszczania,  a  ulokowany  na  jego  piersiach  chirurg  Bormental  dusił  go 
malutkim białym jaśkiem. 

Po kilku minutach doktor  

Bormental z twarzą zmienioną nie do poznania otworzył drzwi frontowe i obok guziczka dzwonka 
nakleił karteczkę: 
„Z powodu choroby profesora przyjęć dzisiaj nie będzie.  
Prosimy nie niepokoić  
dzwonkiem.” 
 
Lśniącym scyzorykiem doktor przeciął kabel dzwonka, obejrzał w lustrze swoją podrapaną do krwi 
twarz  i  pokaleczone,  drżące  dłonie.  Następnie  pojawił  się  w  drzwiach  kuchni  i  powiedział 
wystraszonej Zinie i Darii Pietrownie: 

- Profesor prosi, żebyście nie wychodziły z mieszkania. 

- Dobrze - nieśmiało  
odpowiedziały Zina i Daria Pietrowna. 

- Pozwólcie, że zamknę drzwi kuchenne na klucz - powiedział Bormental, chowając się za drzwi w 
ścianie i zasłaniając twarz dłonią. - To tylko na krótko i nie z powodu braku zaufania do was. Ale 
ktoś może przyjść, nie wytrzymacie, otworzycie, a nam nie wolno przeszkadzać. Jesteśmy zajęci. 

- Dobrze - odpowiedziały kobiety i niezwłocznie pobladły. 

 
Bormental  zamknął  drzwi  kuchenne,  zamknął  także  frontowe  oraz  drzwi  z  korytarza  do 
przedpokoju. Potem kroki jego zamarły w laboratorium. 

Cisza  spłynęła  na  mieszkanie  i  wpełzła  we  wszystkie  kąty.    Nadciągnął  zmierzch,  wstrętny  i 
czujny,  słowem  mrok.  Co  prawda  później,  kiedy  już  było  po  wszystkim,  sąsiedzi  z  domu 
naprzeciwko mówili, że w oknach od podwórza u Preobrażeńskiego paliły się wszystkie światła, i 
nawet  podobno  można  było  zobaczyć  biały  kłobuk  samego  profesora...  Trudno  to  sprawdzić.  Co 
prawda  również  i  Zina,  kiedy  wszystko  się  skończyło,  plotkowała,  że  w  gabinecie  przed 
kominkiem, już potem, kiedy profesor i Bormental wyszli z laboratorium, przeraził ją śmiertelnie 
Iwan Arnoldowicz. Podobno siedział w kucki przed kominkiem w gabinecie i własnoręcznie palił 
zeszyt,  w  którym  zapisywał  historie  chorób  pacjentów  profesora!  Podobno  twarz  doktora  była 
zupełnie  zielona  i  cała,  caluteńka  okropnie  podrapana.  A  Filip  Filipowicz  też  tego  wieczora  był 
niepodobny  do  siebie.  I  jeszcze  jakoby...    zresztą  być  może  niewinna  panienka  z  mieszkania  na 
Preczystience zwyczajnie kłamie... 
Za jedno można zaręczyć - w mieszkaniu tego wieczoru panowała absolutna i przerażająca cisza. 

 
 
 
 
Epilog 

 
 
 
 

background image

Dokładnie w tę właśnie noc, która nastąpiła w dziesięć dni po bitwie w laboratorium, w mieszkaniu 
profesora Preobrażeńskiego, tym w Zaułku Obuchowa, ostro zadzwonił dzwonek: 

- Milicja kryminalna i  
śledczy. Proszę otworzyć. 
Kroki  biegnących  ludzi,  potem  stukot  i  do  roziskrzonego  lampami  laboratorium  ze  świeżo 
oszklonymi  szafkami  weszło  mnóstwo  ludzi.  Dwaj  byli  w  milicyjnych  mundurach,  jeden  w 
czarnym  palcie,  z  teczką,  przepełniony  złośliwą  satysfakcją  przewodniczący  Szwonder, 
młodzieniec_kobieta,  dozorca  Fiodor,  Zina,  Daria  Pietrowna,  niekompletnie  ubrany  Bormental, 
wstydliwie zasłaniający szyję bez krawata. 
Drzwi gabinetu  przepuściły Filipa  Filipowicza. Wyszedł  w swym  znanym  wszystkim  lazurowym 
szlafroku  i  wszyscy  mogli  się  od  razu  przekonać,  że  Filip  Filipowicz  bardzo  się  poprawił  przez 
ostatni  tydzień.  Dawny  władczy  i  energiczny  Filip  Filipowicz,  pełen  godności,  stanął  przed 
nocnymi gośćmi i przeprosił za swój szlafrok. 

-  Proszę  się  nie  krępować,  profesorze  -  powiedział  nadzwyczaj  zmieszany  mężczyzna  w  cywilu, 
ociągał się jeszcze przez chwilę i wreszcie przemówił: - Bardzo mi przykro.  Mamy nakaz rewizji 
w  pańskim  mieszkaniu,  a  także  -  mężczyzna  spojrzał  z  ukosa  na  wąsy  Filipa  Filipowicza  i 
zakończył: - aresztowania w zależności od rezultatu. 

 
Filip Filipowicz zmrużył oczy i zapytał: 

- A o co jestem oskarżony, jeśli mogę zapytać, i przez kogo? 

 
Mężczyzna podrapał się w policzek i wyczytał z kartki wyciągniętej z teczki. 

- Oskarża się  
Preobrażeńskiego,  Bormentala,  Zinaidę  Buniną  i  Darię  Iwanową  o  zabójstwo  kierownika 
pododdziału  oczyszczania  Moskiewskiej  Gospodarki  Komunalnej,  Poligrafa  Poligrafowicza 
Szarikowa. 

Szloch Ziny zagłuszył jego ostatnie słowa. 

- Nic nie rozumiem -  
powiedział  Filip  Filipowicz,  po  królewsku  wzruszając  ramionami  -  jakiego  znowu  Szarikowa? 
Ach, przepraszam, chodzi o tego psa... którego operowałem? 

- Pan daruje, profesorze, nie psa, tylko kiedy był już człowiekiem. O to właśnie chodzi. 

- Dlatego, że mówił? - zapytał Filip Filipowicz. - Ale to jeszcze nie znaczy, że się jest człowiekiem. 
Zresztą to nieistotne. Szarik istnieje nadal i nikt go nie miał zamiaru zabijać. 

- Profesorze - z ogromnym zdumieniem powiedział czarny człowiek i uniósł brwi  - w takim razie 
będzie go pan musiał okazać. Przepadł już dziesięć dni temu i pan daruje, ale wygląda to bardzo 
nieładnie. 

-  Doktorze  Bormental,  pan  będzie  łaskaw  okazać  Szarika  panu  śledczemu  -  polecił  Filip 
Filipowicz, zabierając nakaz rewizji. 

 
Doktor Bormental uśmiechnął się krzywo i wyszedł. 
Kiedy  wrócił  i  zagwizdał,  za  nim  z  gabinetu  wyszedł  pies  dziwacznej  postury.  Miejscami  łysy, 
miejscami  zarastający  sierścią.  Wyszedł  jak  w  cyrku,  na  tylnych  łapach,  potem  stanął  na 
wszystkich  czterech  i  rozejrzał  się.  Grobowe  milczenie  jak  galareta  zastygło  w  laboratorium. 

background image

Koszmarny pies z purpurową blizną na czole ponownie stanął na tylnych łapach, uśmiechnął się i 
usiadł w fotelu. 
Drugi milicjant nagle przeżegnał się, zamaszyście zrobił krok w tył i nadepnął Zinie na obie nogi 
jednocześnie. 
Człowiek w czarnym nie zamykając ust powiedział słowa następujące: 

- Jakże to tak, na litość?  
Przecież on pracował w zakładzie oczyszczania? 

- Ja go tam nie posyłałem - odparł Filip Filipowicz. - Rekomendował go pan Szwonder, o ile się nie 
mylę. 

- Nic nie rozumiem - niepewnie powiedział czarny i zwrócił się do pierwszego milicjanta: - To ten? 

- Ten - bezdźwięcznie  
odpowiedział milicjant. - Formalnie ten. 

- Ten sam - rozległ się głos Fiodora - tylko, że drań znowu zarasta. 

- Przecież mówił... 
-  On  i  teraz  jeszcze  mówi,  tyle  tylko,  że  coraz  mniej  i  rzadziej,  tak  że  korzystajcie  z  okazji,  bo 
niedługo w ogóle umilknie. 

- Ale dlaczego? - cicho zapytał czarny człowiek. 

 
Filip Filipowicz wzruszył ramionami. 

- Nauka jeszcze nie zna sposobu na przekształcenie zwierzęcia w człowieka.  Spróbowałem, ale nie 
udało mi się, jak widzicie. Porozmawiał i teraz powraca do stanu pierwotnego. Atawizm. 

- Nieprzyzwoitymi słowami nie wyrażać się - nagle wrzasnął pies z fotela i wstał. 

 
Czarny  człowiek  raptem  pobladł,  wypuścił  teczkę  i  zaczął  padać  bokiem  na  podłogę,  milicjant 
podtrzymał go z boku, a Fiodor od tyłu. Powstało zamieszanie i w tym zamieszaniu najwyraźniej 
można było usłyszeć trzy zdania. 

Filipa Filipowicza: - Krople walerianowe. To omdlenie. 

Doktora Bormentala: -  

Własnoręcznie zrzucę Szwondera ze schodów, jeśli raz jeszcze pojawi się w mieszkaniu profesora 
Preobrażeńskiego. 

Szwondera: - Proszę wnieść te słowa do protokółu. 

Szara  harmonijka  kaloryfera  dyszała  ciepłem.  Story  skryły  zawiesistą  noc  Preczystienki  i  jej 
samotną gwiazdę. Najwyższa istota, dostojny dobroczyńca psa, siedział w fotelu, a pies Szarik leżał 
na  dywanie,  przytulony  do  skórzanej  kanapy.    Marcowa  mgła  przyprawiała  go  o  poranne  bóle 
głowy,  wędrujące  wzdłuż  świeżej  blizny.  Ale  wieczorem,  w  cieple,  ból  przechodził.  I  teraz  było 
coraz lepiej i lepiej, a myśli w psiej głowie płynęły ciepłe i składne. 
Tak mi się powiodło, tak powiodło - myślał wpadając w drzemkę - wprost nieopisanie powiodło. 
Utrwaliłem  się  w  tym  mieszkaniu.  Nie  ma  wątpliwości,  że  z  moim  pochodzeniem  jest  sprawa 
nieczysta. Tu nie obeszło się bez wodołaza. Puszczalska była moja babunia, niech jej ziemia lekką 
będzie, staruszce.  Wprawdzie całą głowę mi schlastali nie wiadomo po co, ale do wesela się zagoi. 
Nie będziemy się tym przejmować. 

 

background image

 
              
 
W oddali głucho zadźwięczało szkło. Ugryziony sprzątał w laboratoryjnych szafach. 
Siwy czarodziej siedział zaś i nucił: 

- „Aż do najświętszych brzegów Nilu...” 

Pies  oglądał  rzeczy  straszne.    Poważny  człowiek  dłonie  w  śliskich  gumowych  rękawiczkach 
zanurzał  w  naczyniu,  wyjmował  mózg  -  uparcie,  niestrudzenie,  wciąż  czegoś  szukał,  coś  kroił, 
wypatrywał, mrużył oczy i nucił: 

- „Aż do najświętszych brzegów Nilu...” 

 
 
styczeń – marzec 1925 
Moskwa