background image

Andrzej Strug

Pokolenie Marka Świdy

Marek co chwila mrużył oczy od blasku i pogrążał się w słodkiej 
nicości. Budził się - widział gazetę rozłożoną na kolanach, złote 
ściernisko, pachnące świeże snopy, wyłamaną linię żeńców, którzy 
już dochodzili do gruszy. Zasypiał. Majaczyła daleka wojna z 
gazety, przemykał się Miski strach przed czymś nadchodzącym. 
Trzeba było zerwać się natychmiast na równe nogi. Ale ciężkie 
słońce przytłaczało go do ziemi. Zamroczony i bezwładny macał w 
ciemnościach za jakowąś pomocą. Przemknął się kosooki Japończyk z 
gazety i życzliwie wyszczerzył do niego zęby. Za nim cienki jak 
czarny patyk cień pachciarza Froima. Aż wielka mucha zagrała mu w 
samo ucho. 
Zerwał się i spojrzał ku domowi: aleją lipową już sunął ogromny 
słomiany dach ojcowskiego kapelusza. 
- Pan idzie! Pan idzie! 
Na jego wołanie poruszył się żwawiej ten i ów. Stara Zośka 
obłudnie zaintonowała chrypą jakieś śpiewanie. Nicpoń Jasiek 
wylazł skądś i jął zbierać zalegające garście, a śliczna 
przodownica, Józefka, odwróciła się, wiążąc powrósło, i szydziła 
paniczowi bezczelnie, prosto w oczy. 
- I czegoż ty, głupia, się na mnie wyszczerzasz? Zęby masz na 
sprzedaj czy co? 
- Bo z panicza coraz lepszy przystawca. O, jak się zwijają! Krysta 
- nie staraj się tak, bo se wszystkie palice oberżniesz! O, i 
Michałowa wyłazi spod gruszki. Wyspaliście się, co? 
- Oj, słoneczko... Oj, ty Boże... - drze się bez sensu stara 
Zośka. 
Blady obłok nakrył pole gorącym cieniem. Pod nim wisi w powietrzu 
rozpostarty, nieruchomy jastrząb. Daleki las drgnął i mieni się w 
blasku. 
- Niech sobie nasz pan klnie i choleruje, niech tam i lagą 
człowieka przemierzy, we sto razy pan dziedzic jest lepszy od 
panicza. 
- Widzicie ją. I bez co tak? - stawiał się niepewnie Marek. 
- A już tak. Starszy pan o człowieku nie zapomni, a paniczowi ten 
człowiek wszystko jedno, co za nic. Nie chciała ja by służyć, jak 
panicz będzie dziedzicem. 
- Ja bym ciebie sam nie zechciał - bąkał Marek w strasznej złości. 
Nienawidził bezczelnicy, bo w jej głupim gadaniu widział obok 
chamskiej niewdzięczności za wszelakie pobłażanie i jakiś przykry 
okruch prawdy. Jak ona śmie... 
Jeżeli nie cierpiał i jej, i tych żeńców, i wszystkich fornali, to 

background image

przecież tylko dlatego, że mu ojciec każe "praktykować". Nigdy nie 
nauczy się napędzać ludzi przy robocie. Ani wymyślać. Było to 
bowiem jakieś niesprawiedliwe i niegodne... Bezwzględnie miał 
słuszność, ale wstydził się tego i gardził sobą. Więc nie cierpiał 
wszystkich "ludzi" na folwarku. To było jego tajemnicą. A głupia 
Józefka ośmiela się tak przy wszystkich... 
Ojciec przystanął w alei, gada i macha rękami. Odcina się wyraźnie 
na tle nieba, na górce. Gruby mały ojciec w kapeluszu jak parasol 
i cienki długi Froim w czarnym chałacie i maleńkiej czapeczce 
żydowskiej wyglądają na dwie figury z jakiejś szopki. Z Marka 
wydarł się nagły, niespodziewany śmiech. I wszystko wkoło stało 
się wesołe, cudne, ukochane. Za chwilę będzie wolny! Za chwilę 
będzie szczęśliwy. Słońce roziskrzyło się jeszcze i zapachniał 
szczęściem cały świat. 
Gdy jako tako "zdał służbę", jak na dziś dość tanim kosztem, 
natychmiast zapadli się w nicość żeńcy, ojciec, mus i przymus. 
Biegł miedzami. Ciężkie kłosy smagały go po twarzy i kryły resztę 
niepotrzebnego świata. Przez chwilę jest żołnierzem japońskim i 
biegnie przez pole "gaolianu" ze straszliwym, śmiertelnym 
rozkazem. Czuje w sobie rozkosz bohaterstwa. Za chwilę wypełni 
rozkaz. Rozpiera go chwała i radość jego czynu. Szalona rozkosz 
zatracenia jak żarem płomienia oblewa go od stóp do głów. Biegnie 
i, nie wiedząc o tym zupełnie, krzyczy wniebogłosy pogodnym, 
cichym polom: - Banzaj! banzaj! 
Śpieszył w radosnym niepokoju, pełen niejasnych nadziei na sprawy 
jakoweś niesłychane, które tej właśnie nocy ze snów jego 
zapomnianych wynurzyły się i już tam są. Tam one na niego czekają. 
Biegł stęskniony. Gnała go nieprzeparta ciekawość. Na próżno 
wmawiał w siebie, że nic stać się nie mogło, przecie że nic... 
Zimne Doły zajmowały kilkanaście morgów parowów i wertepów, 
obrosłych pokręconymi choinami i wszelakim krzem. Niegdyś parowami 
wiła się drożyna, którą chłopi z Zieleńca przemykali się w ukryciu 
i skracali sobie drogę do niedalekiego traktu. Nie pomagały 
zasadzki karbowego Gryczana ani grzmoty nad tą okolicą ojcowskich 
cholerowań, ani tablica z napisem o straszliwych karach, ani nawet 
sędzia gminny w Oblasach. Chłopi jeździli tędy, powołując się 
mętnie na jakieś zamierzchłe przywileje, a po drodze tępili nikłe 
sosenki i wypasali to pustkowie. Aż pewnej burzliwej nocy ulewa 
oberwała całą połać stromego zbocza, które wraz z drzewami i 
krzakami zjechało na sam spód głównego parowu i na zawsze usunęło 
nieprawości chłopskie. Od tego kataklizmu powyżej nasypiska jęły 
się gromadzić wody i teraz w czeluści parowu lśniło małe jeziorko, 
obrosłe dookoła zwartym gąszczem tarniny, berberysu i leszczyny. 
Marek miał tu wiele kryjówek, ale najmilej było nad jeziorkiem. Tu 
na kawałku deski, wspartej na dwóch złomach opoki, czytał, 

background image

rozmyślał, wreszcie obkuwał się, w mozołem gotując się do 
rozstrzygających "poprawek", które stale przywoził sobie na 
wakacje. Zaszyty w gąszcz, miał przed oczami tylko pasmo wody i w 
górze niebo. Niezgłębiony odmęt światów mieścił się w tym zakątku. 
Dość było spuścić się po stromym zboczu i przedrzeć przez 
gęstwinę, by zapomnieć o tym, co się działo tam na górze między 
ludźmi, gdzie wszystko było nudną nieprawdą. On dopiero tutaj 
stawał się innym Markiem, tym prawdziwym. Cóż by powiedzieli 
ludzie, gdyby wiedzieli! 
Nigdy się nie dowiedzą. Nie ma tu żadnego udawania ani skrytości. 
Po prostu - tajemniczy jakiś cud. Gdybyż to można było 
opowiedzieć! Ale naprzód niepodobna tego wyrazić, a potem - wstyd. 
Niech już tak pozostanie. Na takie sprawy najmądrzejsi ludzie są 
ciemni, a najgorsi to dorośli. Cóż na to poradzić. 
Sny - to sny. W obudzonej głowie zostaje zamęt i wielka ciekawość 
za tym, co się dopiero co działo i uleciało nie poznane. Zostaje 
czasami przedziwna radość, że istnieją jednak tajemne światy. 
Choć niewiele o nich wiadomo i prawie że nic, to one ozdabiają 
wszystko, co tylko jest, i tę codzienną prawdziwość, i ludzi, i 
wszelkie ich sprawy. Ale sny - to sny. 
Cóż powiedzieć o zjawach, najprawdziwszych, które biorą się nie 
wiadomo skąd i zaczynają sobie żyć w najlepsze, nie wołane i nie 
pytane - ukochane! Pełna głowa wzniosłych myśli, jak w 
najmądrzejszej książce. Przed oczami w biały dzień ukazują się 
obrazy ludzi nieznanych. Wiele z tych zjawisk zostanie już na 
zawsze w pamięci jak żywe i własne. Inne przelecą mimochodem i 
zgasną, śpiesząc gdzieś przez świat. Odbywają się tu przedziwne 
sprawy ludzkie, powikłane, jak w powieści. One wzruszają do łez, 
one śmieszą do rozpuku. Ale takich opowieści nigdy nie było i nie 
ma. Wszystko nowe! Co tam rzeczy zmyślone, napisane - nigdy nic 
podobnego nie bywa po książkach. Książkę każdy zrozumie, ale nie 
takie rzeczy. Nikt! Jeden był taki - mały Ignacek, ale Ignacek 
umarł właśnie w zeszłym roku. Na szkarlatynę. To był chłopczyna 
jedyny, co nigdy niczemu się nie dziwił. Od pierwszego słowa 
chwytał rzecz i rozumiał. Ten się znał na sprawach tajemnych. 
Zresztą nigdy nikt. W domu go napastują, że zawsze lubi być sam. 
Komu to szkodzi? Że się nie umie bawić? Jakieś rozrywki? 
Polowania? Utrapienie ojca, że nie ma szlacheckich gustów. Ach, 
ten stary! 
Przyłazi stary znienacka do parowów. Sterczy na górze w kapeluszu 
i wypatruje cichaczem. Spuszcza się z wielkim trudem i sapaniem. 
Sapie, dycha i rozgląda się śmiesznymi oczami. Przywidziało mu 
się, że coś tu zastanie, że go na czymś przyłapie. 
- I cóż ty tu robisz całymi dniami? Żaby pasiesz w tym bajorze? 
- Nie. Czasami czytam, czasami sobie myślę. 

background image

- A cóż ty masz do myślenia? 
- Tak sobie, o wszystkim. 
- Tak odpowiada tylko cymbał albo ostatni próżniak. 
- Może, proszę ojca... 
- Może? Wielki człowiek, filozof. Dlaczego nie pojedziesz choćby 
do Oblasów? Trzy tygodnie tam nie byłeś. Nauczyłbyś się od Olka co 
to jest ziemianin, szlachecki syn. Tu, w tych dziurach, niczego 
się nie nauczysz! 
- Od Olka też się niczego nie nauczę. To idiota. 
- Idiota? Ten idiota ojca wyręcza jak dorosły. Jego nad ludźmi 
postawić, to nie to, co... 
- To mi nie imponuje. A kląć nad ludźmi nigdy nie będę. 
Wywiązywała się rozmowa, przewidziana do najdrobniejszych 
szczegółów. Stary wypominał litanię synowskich niedołęstw i 
uchybień, a Marek odgryzał się apatycznie, jakby z musu. Kapelusz 
i biały kitel ojca znikały wreszcie za krzakami. 
- Osioł jeden. Pustelnik... 
W zeszłym roku powyżej zapuszczonego kamieniołomu (opoka tutejsza 
uparcie dawała znikomą ilość wapna) oberwała się ziemia i między 
korzeniami koślawej sosenki odsłoniły się białe żebra, piszczele i 
czaszka ludzka. Z bijącym sercem stał Marek nad tym odkryciem. 
Długo trzępciał i dygotał. Wreszcie opamiętał się i wnet odgadł. 
Były to kości pana Tuchołki. W okolicy nic nie słyszano o takiej 
bitwie. Prawdopodobnie może nawet nie było jej zupełnie. Ale tu 
właśnie zjawił się zakapany tragiczny powstaniec, który padł, 
świadcząc krwią straconej sprawie. To było niezbite. Wyłonił się, 
odkrył jemu jednemu, małemu Markowi. Tajemniczy, wieczny znak! 
Opodal na miejscu wynioślejszym wykopał Marek mogiłkę głęboką na 
łokieć. Wysłał ją grubo gałązkami sośniny, pachnącą macierzanką, 
odważnie pozbierał resztki do ostatniej kosteczki, przeniósł i 
ułożył w porządku. Usypał kopczyk, okrył go darniną. Niech 
spoczywa w spokoju pan Tuchołka. I nikt nie ma o tym wiedzieć! 
To imię nieznane ogarniało w sobie wszystko, co czuł i wiedział 
Marek o zamierzchłych czasach. Co słyszał od dziadka, który sam 
był w partii, co wyczytał w jedynej książce, która w klasie 
krążyła z rąk do rąk w kółku kolegów wtajemniczonych i pewnych. 
Duch pana Tuchołki żył w jarach Zimnych Dołów, krążył wszędzie i 
ożywiał puste miejsca. Stał się towarzyszem, pomagał myśleć, 
czuwał i wspierał. Z nim uczyniło się miło. Znowu nikomu nie można 
tego wytłumaczyć, nawet oznajmić. Ludzie są ludźmi. Jeden tylko 
był na świecie Ignacek, który od razu pojął był niesłychaną 
nowinę. Cóż, kiedy umarł. 
Ale i on nie odszedł całkiem. Snuł się gdzieś zawsze w pobliżu i 
słyszał, co się do niego mówiło. Nieraz w klasie, zwłaszcza na 
ostatniej godzinie, kiedy nuda stawała się już zupełnie nie do 

background image

wytrzymania, zmarły kolega porozumiewał się z nim cichaczem, 
wiercił sprytnymi oczkami i wyrabiał swoje miny. Raz tylko był na 
wakacjach w Jordanowicach. Ten czas przesiedzieli przeważnie w 
parowach. Marek podzielił się z nim posiadłością. Wymierzyli 
granicę, ułożyli pracowicie wielkie kamienie graniczne i połać z 
jeziorkiem otrzymała nazwę Marki, zaś część z kamieniołomem i z 
widokiem na trakt i na wieś Zieleniec była Ignacowem. Pobudowali, 
kopiąc w zboczach, dwa szałasy, gdzie odwiedzali się nawzajem, 
żyjąc zresztą samodzielnie, a porozumiewali się z dala umówionymi 
okrzykami. 
Szałas w Ignacowie był urządzony z komfortem. Najmilej tam było 
siedzieć w dni deszczowe, gdy przed szałasem palił się ogieniek. 
Piekli kartofle i rozmawiali o wszystkim po swojemu, czyli jak 
nigdy nikt z nikim. Po takim Ignacu na darmo było szukać 
przyjaciela. 
Rok szkolny wlókł się z dnia na dzień i zawsze przeważała nuda. W 
klasie było za ciasno i jakoś podle, głupio było i nijako na 
stancji u pani Habinakowej między łobuzami i osłami, pod terrorem 
"dryblasów", panów z najstarszych klas, którzy już palili 
papierosy i gadali o pannach. Marek żył drzemiąc i patrzał sennym 
okiem, jak ktoś za niego odrabiał lekcje, wysiadywał w szkole i 
brał w jego imieniu dwóje i piątki. Ten ktoś zastępował go nawet w 
zabawach i bijał się za niego z kolegami. Budził się na święta, 
gdy przyjeżdżał do domu, odżywał zupełnie podczas letnich wakacyj. 
Po wojnie japońskiej nastała era zaburzeń i wielkich w Polsce 
nadziei. Zapanował męt, weszło w modę strzelanie do dygnitarzy i 
strajków, co wówczas nazywano terrorem. Ojciec te sprawy potępiał, 
matka wynosiła je pod niebiosa, a Marek nie zdążył wyrobić sobie o 
tym własnego zdania. W piątej klasie zastał go przewrót szkolny i 
już odtąd nastały tak zwane (na wyrost) "polskie porządki". Walki 
i ofiary proletariatu wyrobiły i uczniakom jaką taką niepisaną 
konstytucję. Od razu skończyło się z przeklętym odwiecznym 
rygorem. Uczyniło się w szkole przyjemnie, ustał strach. U pani 
Habinakowej "dryblasy" wykradały się kędyś na całe noce, a pomimo 
to kucharka i obie służące zaszły wkrótce w ciążę. W tym okresie 
burz i przemian Marek zaczytany był w powieściach Juliusza 
Vernego, potem w Uranii Flammariona, i nie bardzo wiedział, co się 
działo dookoła. 
Urania oderwała go zupełnie od spraw ziemskich. Miał zostać 
astronomem. W pogodne noce w ciągu długich godzin wystawał z 
zadartą głową i z rozkoszą dawał się wciągać otchłani niebios. Na 
wielkanocnej spowiedzi przyznał się do wyznawania herezji, że Bóg 
- to po prostu siła ciążenia, za którą zamęczono Galileusza i 
Giordana Bruna. Otrzymał jednak rozgrzeszenie, ale został na drugi 
rok w piątej klasie z matematyki. Przyszły astronom, przybywszy do 

background image

domu z przykrą nowiną, wytrzymał perory i biadania, wszystkich 
przeprosił, wszystko przyobiecał i rozpoczął swoje rozkoszne labo. 
W parowach, gdzie wiernie pilnował porządku pan Tuchołka, zastał 
wszystko pomyślnie. Zastał siebie dawnego, prawdziwego, i dobre 
lotne myśli. Od razu nawiązały się sprawy tajemnicze, widzenia i 
zjawy, i rozmowy z Ignackiem - jak za najlepszych czasów. W 
szałasach zarządzone zostały znaczne ulepszenia, przybyła skrzynka 
z przyborami do pisania i z niezmiernie grubym kajetem. Z obrzynka 
deski narządzony został stół. Marek pisał pamiętnik. Na pierwszej 
stronicy czerwonym atramentem wykaligrafowany był tytuł: Na 
pierścieniach Saturna. 
Któregoś lata, w upalne południe, poza krzakami przesunęła się 
postać zgięta we dwoje pod jakimś ciężarem. Obudzony ze szczytnej 
kontemplacji, - sam nie wiedząc kiedy, Marek zerwał się, wyskoczył 
z szałasu. Ujrzał drepcące bose nogi, a nad nimi worek, wypchany 
czymś bardzo ciężkim. Nie wiedząc po co - ach, jakże od dawna 
wyczekiwał czegoś nadzwyczajnego - zawołał groźnie: - Stój! - Worek 
zsunął się na ziemię - potoczyły się oczywiście dworskie kartofle. 
Znowu nic. Nic niesłychanego, a rzecz taka zwyczajna i głupia. Cóż 
go obchodzi, że kradną ojcu kartofle? Dziewczyna, jak dzika koza, 
odsadziła się od razu w górę na ostrostrome zbocze i znikła w 
leszczynie. Bez chwili namysłu skoczył za nią, ot, ze zbytków, 
złapać szkodnicę, postraszyć i puścić. Ale w momencie 
przedzierania się między kolącą tarniną, gdy ujrzał w górze, tuż 
nad sobą, jej białe nogi... Było to nieznane. To było okropne. 
Błogie. Straszne. Jedna sekunda. 
Dopadł jej w ciasnym miejscu, w samym gąszczu. Uwięzła. Z 
zielonego cienia spojrzały weń wystraszone, dzikie, szare oczy. 
Czarnymi, spalonymi rękami przygarniała na piersi rozdartą 
koszulinę. Dygotała. 
- Nie bój się... Ja tylko tak... 
Niedołężnie wymawiał słowa. Coś go dusiło. Spojrzał i natychmiast 
odwrócił oczy. Oboje dyszeli w cierpkim zapachu rozprażonych 
liści. Marek szeptał: 
- Nie bójże się, głupia - ja tylko tak... Możesz sobie zabrać 
swoje kartofle... 
Dziewczyna nie odrywała od niego ogromnych, po dziecinnemu 
przerażonych oczu. Ostrożnie pogłaskał ją po głowie. 
- To nic! To nic! Przychodź sobie kopać choćby co dzień, ja ci 
nie dam krzywdy zrobić... Bo to we dworze mało kartofli? Tędy 
dobrze wynosić, nigdy nikogo, tylko ja... 
Spuściła głowę i patrzyła kędyś spode łba, bokiem. Nagle zerwała 
się i chciała się przecisnąć między Markiem a zwartym gąszczem 
krzów. 
- Nie... nie! Nie uciekaj! 

background image

Mocno ją objął, zatrzymał dygocącą. Sam drżał ze wstydu. 
Dziewczyna była prawie naga, koszulina i spódniczka wisiały w 
strzępach: Przez skautowską koszulę ogniem paliły go ciemne jagody 
nie odrosłych jeszcze, dziecinnych piersi. Strasznie. Cudnie. Boże 
- co tu robić? To było jak sen. Jak zmyślenie. 
- Niech mnie panicz puści!... 
Nie mógł się od niej oderwać. Poznawał niesłychane, które się 
stawało. Więc to jest tak? Uwielbieniem zdejmowały go białe kolana 
dziewczyny. Czuł dla niej nieprzebraną wdzięczność, że już stoi 
spokojnie, przytulona. Że na coś czeka... 
I on czekał. 
Dopiero pod sam koniec lata doczekali się oboje. Widywali się 
codziennie. W najdzikszym zakątku, w największym gąszczu, ukryci 
przed całym światem i przed każdym przypadkiem, założyli sobie 
dom. Szałasek wysłany był sianem i zabezpieczony od deszczu. Marek 
wykradał z domu matczyne koszule i stare ubrania, nosił smaczne 
rzeczy, dźwigał cichaczem całe plecaki kaszy i słoniny z domowej 
spiżarni - co dzień czymś Łuckę obdarował. Naturalnie uczył ją 
czytać, a sam nauczył się przy tym całować. Słodycz tych pieszczot 
pogrążała go w nadziemskiej niemocy. W ciągu długich godzin 
spoczywali w milczeniu, zatopieni w sobie spojrzeniem. Łuska 
piękniała w oczach. 
Opowiadał jej o różnych mądrościach i obiecał nauczyć ją 
wszystkiego. A jak tylko skończy szkoły i będzie dorosły... 
Na to przysięgał. Bo jest wolnym człowiekiem. Nic mu nie znaczy 
szlachectwo ani ojcowski folwark. Dlaczego nie ma być chłopem, a 
zarazem znakomitym astronomem? No nie? Tak bywa ciągle w Ameryce, 
a zdarza się nawet i w Czechach (demokracja!). 
Pomimo woli, nie wiadomo kiedy i jak, w niepamięci i we trwodze... 
We wstydzie i w szczęściu - wreszcie... 
Wracając do szkoły Marek już wiedział, że przestał być dzieckiem, 
które żyje przez sen i nic nie widzi z tego, co jest. Obudził się 
i z niezmierną, jakby świeżo odnowioną ciekawością, rozglądał się 
po świecie. Wszystko było inne. 
Najosobliwszą nowością w tej nareszcie szóstej klasie był jego 
nieznajomy sąsiad z lewej strony, duży chłopak o śmiesznym 
sterczącym nosie, nazwiskiem Botwid. Z prawej, tak samo jak 
zeszłego roku, siedział najpilniejszy Nusym Skurnik, specjalnie 
wyzyskiwany przyjaciel od podpowiadania i ściągania. Ów Botwid 
spadł do klasy jak z księżyca. Siedział napuszony, z miną pełną 
odrazy, jakby wszystko, co tu było, zdejmowało go nieposkromioną 
ohydą. Nigdy się nie śmiał ani nawet uśmiechnął. Do nikogo nie 
zagadał pierwszy. Był odgrodzony od klasy jakby parawanem. 
Nauczycieli ignorował. Wyrywany, odpowiadał półgębkiem, jak z 
łaski, i zawsze doskonale. Przezwano go lordem Kretynem. Ni mniej, 

background image

ni więcej przebywał on w Anglii, gdzie się podobno był nawet 
kiedyś urodził. Po polsku mówił bez błędów, ale pociesznie i 
sztucznie. Zresztą nie rozmawiał z nikim, a otwierał gębę tylko w 
razie ostatecznej potrzeby. 
Na mieście spotykano lorda Kretyna w monoklu, czasami w 
towarzystwie siwego pana i wspaniałej pani, którzy dojeżdżali 
skądściś w te strony własnym olbrzymim samochodem. Monokl 
wyśmiewano, ale samochód zaimponował. Marek trzymał się wobec tego 
wszystkiego w zimnej rezerwie, ale pilnie obserwował Anglika. 
Tego roku, późną już jesienią, zachciało mu się być pięknym. 
Właził w lusterko i martwił się. Zakradał się do prywatnego salonu 
pani Habinakowej i pozował przed wielkim "tremem", popstrzonym 
przez muchy. Bywało lepiej i gorzej. Czasami był zupełnie brzydki, 
chwilami przystojniał, najczęściej i stale bywał pospolity, 
nijaki. Nie mógł się wyrzec nieokreślonej nadziei na urodę, 
kiedyś, może gdy zmężnieje, może kiedy przyjdą wąsy... Na ogół 
brzydził się sobą. Wynikło to utrapienie w sklepie Widerkiewicza z 
materiałami piśmiennymi na widok wspaniałej pani, jaka chyba jedna 
jedyna mogła być na świecie. Jakaś przejezdna wielka dama z 
okolicy. Jej kapelusz, okrycie, zapach, jej oczy - wszystko 
zdumiewało i było tak doskonałe, że zdawało się nieprawdziwym. 
Mocna i duża, jakaś giętka w każdym ruchu. Jej głos... Aliści 
przed sklep zajechał samochód. Za szybą siedział z monoklem w 
znudzonej twarzy kolega Botwid. 
Marka przeszedł dreszcz. Zląkł się, że natychmiast może być 
przedstawiony bóstwu, bóstwo, zauważy jego istnienie - spojrzy... 
W nieprzebranej mnogości zamajaczyły mętnie najdalej idące 
możliwości. 
Ale Anglik czekał sobie na ulicy. Pani wyszła, wsiadła do 
samochodu, znikła. W sklepie został po niej ostry zapach 
nieznanych perfum. Odtąd jego stosunek do sąsiada stracił wiele z 
samodzielności i rezerwy. Odczuł chęć zbliżenia się, nastręczał 
podstępne okazje, niemal zabiegał. To go poniżało we własnych 
oczach, ale co tam. Byleby bodaj usłyszeć cośkolwiek... 
Po tym, co zaszło, nie mógł już być dłużej takim brudasem. 
Szorował się i kąpał, wybierał jakieś mydła i napisał do domu list 
o nowe ubranie, gdyż "nigdzie się pokazać nie może". Jakże 
zazdrościł urody Żołdowiczowi. Zamieniłby się z nim bez namysłu, 
mniejsza o jego głupotę. I taki niebotyczny osioł chodzi we 
chwale, wszyscy się za nim oglądają! 
Miasto było nikczemne. Nic się tu nigdy nie działo. Dziura pełna 
gęstej nudy. Wszystkie twarze znajome. Wszystko z góry wiadome. 
Moskiewskie sfery czynownicze i wojskowe znowu na pierwszym 
miejscu. Po krótkim okresie niejakiego wahania ustaliła się tu po 
dawnemu Tuła "rodina moja". Z przepychem i paradą, z niezmiernym 

background image

napływem kudłatego popstwa poświęcono właśnie nową, cebulastą 
cerkiew, olbrzymie paskudztwo, które zawaliło na wieki wieczne 
jedyny piękny plac miasta. Już tłuką w ogromne garnkodzwony na 
pohybel lepszym nadziejom. A tyle prorokowano - i cóż to będzie - 
lada dzień, jutro, wreszcie na wiosnę. Od samej wojny, od tylu już 
lat... Nic nie będzie. Marek był ze wszystkiego niezadowolony, a 
najbardziej ze siebie samego. Dotąd nigdy nie miał ze sobą 
najmniejszego kłopotu. Żyło się dobrze, nawet radośnie. Głupio, po 
dziecinnemu, uroczo. Skądże ta nuda? Oczy, które śmiały się do 
całego świata, nic teraz nie widziały, jeno pustkę i wszystko, co 
najgorsze. Po co w ogóle myśleć o sobie? A myślał ciągle. Chciał 
być zupełnie innym. Zachciało mu się być czymś. Gdybyż 
przynajmniej miał nadzieję, że kiedyś dojdzie do czegośkolwiek. 
Ale żadnych widoków. Nie ma inteligencji ani odwagi. I ta podła 
brzydota... 
Spojrzeć po klasie - każdy wie, czego chce. Jeden chce mieć rower, 
drugi zbiera marki pocztowe i nic mu więcej nie potrzeba, inny 
ciągle się modli i wybiera się przystąpić do mariawitów. Ten się 
kocha, tamten wie, że będzie lekarzem, inny rolnikiem. Ten i ów 
należy do tajnego kółka i coś tam knuje. Reszta zaś nie chce o 
niczym wiedzieć - to są właśnie najmądrzejsi. Żyć sobie bez troski! 
Ach, te troski... 
I pewnego wieczora napisał wiersz. Sam nie wie, jak się to stało. 
W najgłębszej tajemnicy, wstydząc się sam siebie, podziwiał własne 
dzieło, nie wierząc jeszcze, że on to sam wymyślił i napisał. 
Natchnienie! I od razu wiedział o sobie wszystko. 
Wszystkiemu była winna piękna pani. Niechże będzie błogosławiona! 
Nigdy jej nie zobaczy. Zawsze jej zostanie wierny. 
Na poezje zakupiony został podłużny zeszyt w safianowej miękkiej 
oprawie. Nosił go zawsze w kieszeni, na sercu. Pisał z rzadka, 
tylko wówczas, gdy się w nim budziło natchnienie. Było to 
przedziwne drganie w sercu, przedziwna żałość nad samym sobą i 
bliskie, wzbierające łzy. Czasami nawet płakał. Nigdy nie 
potrzebował się namyślać, pisało się samo, szybko, nie wiadomo 
kiedy, jednym ciągiem. Zaczynało się i urywało - wiersz był 
gotowy. Zawsze o niej jednej. Modlitwy. Litanie. Jakże bywał 
szczęśliwy! Ona porywała, jak kiedyś gwieździsta otchłań niebios. 
Teraz nic a nic nie chciał o niej wiedzieć - niech na zawsze 
pozostanie tajemnicą i zagadką. Odzyskał dawną niezależność w 
stosunku do Botwida. Ale coraz gorzej mu szło w ułatwionej 
"polskiej" szkole. I matematyka, i języki - nawet ten polski, 
upragniony od pokoleń. Nusym Skurnik robił za niego, co mógł. 
Kandydat do złotego medalu kręcił głową. 
- Świda, opamiętaj się! Byle choć cośkolwiek! Czyż trzeba dużo? Tu 
trzeba mało. Ale nic? To już całkiem za mało. 

background image

- Cóż, kiedy nigdy nie mogę zebrać myśli. Owszem. Ja chcę. 
- Po co tu jakie myślenie? Teraz wszystko łatwo. Wszystkie osły 
poprzechodzą. Żołdowicz przejdzie, ciebie jednego zostawią na 
drugi rok. 
Niech go zostawią na trzeci rok, na siódmy rok! Co o jego sprawach 
może wiedzieć taki Skurnik. 
Z geografii przechodzili właśnie Anglię. Stary profesor Konczewski 
opowiedział swoje wrażenia z dawno odbytej podróży ("kiedy królowa 
Wiktoria była dziewicą") i zabierał się do wyrywania. Ale 
wzruszony młodymi wspomnieniami uśmiechnął się łaskawie i odłożył 
niemiły "katalożek". 
- Mamy tu jednak, o ile się nie mylę, prawdziwego Anglika. Botwid! 
Pójdź no tu i opowiedz nam, co wiesz o swojej Anglii. 
Botwid wyszedł na środek, ukłonił się wytwornie i sztywno - jak w 
najprawdziwszym kinematografie - spojrzał po klasie ze wzgardą i 
zaczął: 
- Anglia, panie profesorze, nie jest moją. Za to w Anglii nie 
mówią nikomu przez "ty", chyba w modlitwie lub w psalmach do Pana 
Boga dla wyrażenia najwyższej czci... 
Nie wiedząc, co na to odpowiedzieć, stary belfer wygnał go sprzed 
katedry i długo coś skrobał o tym skandalu w wielkim dzienniku 
klasowym. Po czym wyrwał Marka, bardzo szybko odprawił go z pałą i 
porwał inną ofiarę. Marek pisał w brulionie. 
"Czemu od pół roku siedzisz koło mnie jak mormon? Nosa zadzierasz, 
kiedy wszyscy nie gorsi od ciebie. Nie każdy może przyjechać z 
Anglii. Ale ty też nie przyjechałeś jeszcze z wielu miejsc, jakie 
są. Samochodem nikomu nie zaimponujesz, nawet w naszej dziurze. 
Ani monoklem. Nie rób ze siebie małpy. Czyż każdy Anglik musi być 
taki? Jeżeli nie, to się nie przymuszaj. Możesz mi odpisać w paru 
słowach. A jak nie, to nie". 
Wydarł kartkę i pod ławką podał sąsiadowi, nie patrząc. Przed 
końcem lekcji otrzymał odpowiedź. 
"Zachowuję się jak należy w waszym kraju, gdzie wszyscy są ciemni 
i głupi, gdzie się nic nie dzieje: Nie przyjechałem tu z własnej 
woli, bo pod przemocą. Tam mi było dobrze. Jest to mój permanentny 
protest. Oderwali mnie od wszystkich przyjaciół, więc po co mam 
się do kogo odzywać? Monokl to sprawa prywatna, a od razu mnie 
przezwali lordem Kretynem! Jacy inni, taki ja. O tobie wiem, co 
myśleć. Ale ty nic, więc i ja. Jeżeli chcesz, to od teraz możemy 
się znać. Od dawna miałem zamiar zaprosić cię do siebie na 
wakacje. Jeżeli się zgadzasz, odpisz zaraz". 
Mknęli. Marek zgubił się w pędzie i w obrazach podróży po 
dalekich, nieznanych stronach. Unikał pamięci na to, co go czeka u 
kresu za horyzontem sinych lasów, ku którym wciąż dążą i wciąż je 
mijają, i zawsze widzą przed sobą inne, nowe. Może tak będzie 

background image

wiecznie? Ach, byłoby najlepiej. Najwyższe szczęście pędzić ku 
czemuś nieznanemu i nic nie wiedzieć! 
Lasy, piachy, pustynne mokradła, rozległe jak całe krainy, 
wielkie, niespodziane jeziora, nieznane rzeki. Przetną jakąś linię 
kolejową, która zaszła im drogę, przejadą pędem, trąbiąc 
przeraźliwie, przez środek jakiegoś żydowskiego miasta, przez 
brudne rojowisko niższych tworów, kątem oka ujrzą ich nikczemną 
nędzę i wylecą znowu w piękny świat, oni dwaj, ludzie wolni, 
panowie. Botwid patrzał przez swoje szkło na lewo, Marek na prawo. 
Nie mówili ze sobą prawie nic. Botwid w ogóle był niemową, Marek 
trzymał język za zębami ze strachu, że nie wytrzyma i zapyta 
wręcz, albowiem byli już niedaleko. Gdy się dowie, zdradzi się ze 
swoim strachem, ze swoją radością. Anglik nic nie powie, ale 
dostrzeże w lot, czego nie powinien. Najlepiej - nie pytać o nic i 
nic nie wiedzieć. 
A jeżeli ona właśnie, kiedy już tak strasznie blisko, płynie sobie 
w tej chwili po dalekim morzu? O tej porze może jest gdzieś w 
Szwajcarii, może na wyspie Wright? Taka wielka pani może być 
wszędzie. Zdusi, zdławi żal, sekunda rozpaczy. Natchnienie 
zaszepce maleńki wierszyk, najcichszy, najtajniejszy. 
Przybyli późnym wieczorem. Nikt na nich nie czekał. Marek skłonił 
się najpiękniej, jak umiał, poważnemu starszemu panu, który stał 
uśmiechnięty pod kolumnadą wjazdową. Ale był to stary lokaj 
Teofil, który Botwida pocałował w rękę. W sieni olbrzymiej i 
wysokiej jak kościół, w półmroku, stały z obu stron posągi. Zalana 
światłem sala jadalna, daleko w przestrzeni, pośrodku stół 
zastawiony po królewsku. Kredens, cała budowla, piętrzy się jak 
wielki ołtarz. Marek zasiadł do kolacji stropiony, wszystkiego 
niepewny i siebie, niemal w przerażeniu. Jadł, bojąc się obejrzeć 
wokoło. Nigdy nie widział nic podobnego. Do stołu usługiwała 
prześliczna panna w muślinowym fartuszku. 
Wstyd było brać, gdy podawała półmiski taka piękność. Botwid 
spoglądał na nią ostro, z nienawiścią. Z wytwornością jako 
gospodarz pożegnał gościa i życzył mu dobrej nocy. Wydał mu się 
tutaj, na miejscu, nie tylko dorosłym, ale jakby starcem. Przez 
schody, o jakich się czyta tylko w powieściach, kozaczek podobny 
do przebranej dziewczyny cicho po grubych dywanach zaprowadził go 
do jego pokoju. Był to wielki gabinet, zasłany dywanem, z alkową, 
z balkonem otwartym na szumiące drzewa. Na oknach stały olbrzymie 
bukiety róż. Wyszedł na balkon, gałęzie drzew sięgały prawie do 
okien. Migotały przez nie gwiazdy. Zadumał się. Ocknął się. 
Kozaczek stał przy drzwiach w kornej postawie. Odprawił go, 
rozebrał się szybko i wsunął się do olbrzymiego łoża. Ugięło się 
pod nim, zakołysało sprężyście, miękko, rozkosznie. W szumie drzew 
grała tęskna, znajoma melodia. Na chwilę zamąciło się wszystko. 

background image

Marek zerwał się, usiadł na bujającym się materacu. Wszystko to 
było jak z literatury. Zawrotna jazda. Tajemniczy zamek, pełen 
wspaniałości i niewiadomych przyszłych wydarzeń. Cisza milczenia 
nad tym, co ma być jutro... I otóż mądre były dziecinne brednie i 
zmyślenia tamtych lat. Samotne fantasmagorie, te, które się 
rodziły w Zimnych Dołach, pełne niemożliwej nieprawdy, były 
przeczuciem, naprzód wybiegającym widzeniem tego, co kiedyś miało 
się stać. 
Ze zdumieniem stanął po raz pierwszy na brzegu jeziora, do którego 
przylegał park. Sina dalekość i biała cerkiewka na wyspie, i białe 
kwilące rybitwy. Jakby tu kiedyś był. Ta sama, dawna ożyła w nim 
niespokojna, dygocąca radość i jej znajoma dolegliwość, i jej 
rozkosz. Każdego życie jest spisane w niecofnionych wyrokach i 
musi się wypełnić do samego ostatka. Ciska ktoś człowiekowi 
okruszynki wiedzy o tym w mętnych snach. Marek dopiero teraz 
posiadł na własność swoje czasy dziecinne, spostrzegł bieg 
własnego życia i domyślił się, że nic się nie staje nadaremno, gdy 
ktoś za rękę prowadzi ludzką istotę, bezradną i ciemną. Zdarzyła 
się chwila, gdy czuł tę rękę w swojej - ciepłą, dobrą. 
Na zamku panowała zupełna swoboda, każdy robił, co chciał. Tryb 
życia był osobliwy. Mieszkańców nic nie łączyło. Było tu jak w 
hotelu, gdzie każdy sobie. Schodzili się tylko dwa razy co dnia na 
obiady i kolacje, jak w pensjonacie. Hrabia Lutyński, wytworny 
starzec, już niedomagał na umyśle i w rozmowie mieszał kilka 
języków. Usłyszawszy nazwisko młodego gościa, od razu przyznał się 
z nim do powinowactwa i ku wielkiemu zakłopotaniu Marka opowiadał 
niestworzone historie o jego dziadku, a nawet o rodzonym ojcu. 
Pomieszał mu się przodek Świda z przodkiem Kmitą i odtąd stale już 
nazywał Marka - monsieur Kmita. Zapędzał się i w opowiadania 
skandaliczne z kronik różnych rodów magnackich i brnął w prostocie 
ducha w najgrubszą pornografię bez względu na obecność młodych 
chłopców i córki. Pani Chosłowska nie zważała na to, zresztą nikt 
nie słuchał, co plecie stary. Botwid był dla ciotki uprzejmy, 
jednak Marek zauważył parokrotnie jego szybkie spojrzenia, którymi 
obrzucał ją, gdy nań nie patrzyła. Po prostu zionęły nienawiścią. 
Starał się niczemu nie dziwić. Nic jeszcze z tego nie rozumiał, 
ale przeczuwał nieomylnie, że ci dwoje mają jakąś wspólną utajoną 
historię i prowadzą jakąś grę. W rozmowie o rzeczach 
najpotoczniejszych rysy ich przybierały cechy wyrazistsze, jak 
maski aktorów, głos załamywał im się, spojrzenia się wymijały. A 
słowa były obojętne, grzeczne. To znowu wpadali w język angielski 
i gulgotali, zapominając o gościu. Pani Chosłowska zawsze miała 
dla Marka uśmiech i uprzejme słowa, ale nie zwracała na niego 
żadnej uwagi. W każdym razie był jednak niczym i był zwyczajnym 
szczeniakiem. Nie oczekiwał też niczego innego. Był szczęśliwy, że 

background image

mógł być z nią pod jednym dachem, upajać się jej zapachem, 
uwielbiać ją ukradkowymi spojrzeniami. Spotkania przy stole były 
jedynymi momentami, gdy mógł ją zobaczyć. Co dzień, za każdym 
razem pojawienie jej było niespodziewanym cudem, nową rewelacją 
jej czaru - jeszcze jedną zdumiewającą przemianą. Marek, wytrawny 
samotnik, opanowany i skryty, nie mógł podołać zadaniu ponad siły. 
Zdradzał się. Mimo jego szalonych wysiłków, by pokryć wrażenie, 
piękna pani rychło odgadła jego śmieszną tajemnicę. W braku 
lepszej rozrywki bawiła się nim i zaczęła mu okazywać wyjątkową 
łaskawość. Kokietowała go, odurzała, doprowadzała go do szczytu 
śmieszności i zapominała o nim w jednej chwili, gdy wstawano od 
stołu. 
Marek od pierwszego z nią spotkania nazajutrz po przyjeździe ani 
na chwilę nie odzyskał przytomności. Obiad i kolacja. O południu i 
wieczorem dwie fale uderzały weń co dnia i rozbijały wszelkie 
rodzące się rozumniejsze pomyślenia o tym. Wieczorna fala wtrącała 
go w ekstazę na całą noc. Usypiał jak zatruty czarownym napojem, a 
niebawem szmer, czyjś dech, skrzypnięcie posadzki podrywało go na 
równe nogi. Nadsłuchiwał i drżał we trwodze. Wypadał na balkon i 
otwierał ramiona ku ciepłej nocy, ku ciemnej czeluści parku. 
Wszędzie majaczyła wizja najtajniejsza, na którą nie było słowa, 
która nie układała się nawet w pomyślenie. Była ona jak 
niedostępna żadnemu pojęciu zatarta pamięć o widziadle sennym. 
Migotała w gwiazdach, szeptała w szmerze gałęzi, wszędzie, kędy 
spojrzały oczy, uparcie stawała w ciemnościach. Zarzucała nań 
swoje opętanie w potoku woni, ciągnącej z głębiny mroku od 
niewidzialnej gęstwy rozkwitłych jaśminów. Jej tajemna moc 
nakazywała zarówno wierzyć, jak i przeczyć. Tak - nie. Tak - nie. 
Spokojnie mierzył te słowa starożytny zegar stojący na konsoli pod 
lustrem. Tam w głębi majaczyło widmo tego, co się miało stać - lub 
nie. Lustro już wiedziało naprzód. 
Na wielkopańskiej klaczy, ujeżdżonej wybornie, okrążał dookoła 
jezioro, przesadzał płoty i rowy zawsze samotny. Pani Chuna - tak 
się to urobiło jakoś w rodzinie z imienia Jadwigi i było jakieś 
znamienne i cudne - obiecała mu kiedyś towarzyszyć, ale snadź 
zapomniała o tym. I ona wyjeżdżała na dzikim karym ogierze 
imieniem Erebus, ale samodzielnie i w porach nieprzewidzianych: Na 
próżno marzył Marek o konnym spotkaniu. Na koniu mógł był się 
wydać nieźle, nie jak śmieszny wyrostek-niezgrabiasz na śliskich 
posadzkach magnackich wspaniałości, kiedy mu przy stole leciało 
wszystko z rąk. Jeździł i Botwid na hunterze Express, ale też 
własnymi drogami. Raz spotkał go Marek pośrodku wsi Szyrkawce, 
otoczonego przez szaro-brudną masę stłoczonego chłopstwa. Chciwie 
wpatrzeni w młodego dziedzica, stali bez czapek, zasłuchani. 
Botwid z wysokości konia przemawiał donośnie i spokojnie. Mówił w 

background image

czysto chłopskiej białoruskiej gwarze swobodnie, lepiej niż 
zazwyczaj po polsku. Spostrzegłszy Marka, urwał mowę, dodawszy 
tylko: 
- Do widzenia, dobrzy ludzie. Wytrzymajcie i bez te dwa lata. I 
proście Pana Boga, żebym dożył. Jak dożyję, i wy doczekacie. I jak 
to wam obiecywałem - wszystkiego dotrzymam. Zostańcie zdrowi! 
Przetorował sobie drogę przez zbity tłum. Baby całowały go po 
butach, chłopi biegli za koniem. Pokłusowali razem. Za wsią Botwid 
odezwał się: 
- Pan plenipotent wnet będzie o tym wiedział przez Żydów. 
Wieczorem przyjdzie do ciotki radzić. Dobrze im tak. - Zaśmiał się 
drewnianym głosem "po angielsku". 
- A cóż takiego? - nieśmiało spytał Marek. 
Botwid zasadził monokl i zatoczył wokoło okiem. 
- To wszystko moje. Dwadzieścia siedem tysięcy dziesięcin! 
Tartaki, kamieniołomy, smolarnie, fabryka mebli, kerpentyny, 
celulozy. Lasy, bory, cegielnie, rasowe obory, stadnina... Czort 
wie, czego tu nie ma. Niedźwiedzi moc. Co tam niedźwiedzie - łosie 
są. Podpisuje dziadek, stary ramol z wodą w głowie, a rządzi ona z 
panem Pieńkowskim. Temu najlepiej! A czy ja mu czego żałuję? Niech 
mnie drze. Ale krzywda ludzka? Nie! We mnie krew białoruska z 
dziada pradziada. Niech no ja dożyję! Zapamiętają chłopi młodego 
Botwida z pokolenia w pokolenie. Byleby dożyć... 
- Tych dwóch lat nie dożyjesz? 
- Ej, kolego Świda. Nie takie to proste. 
- Dlaczego? Powiedz! 
- Opowiedziałbym z ochotą. Ale jeszcze nie czas. Jeszcze mogę 
wytrzymać. Kiedyś powiem ci wszystko, tobie jednemu. 
Marek pomyślał: tajemnice rodu Botwidów, powieść Walter Scotta. 
Ale mu to zaimponowało. 
Park był obszarem trudnym do zbadania. Jego ogrom okopany wysokim 
starym wałem i fosą (robota jeńców tatarskich) zawierał całe łąki 
z sianokosami, kępy olbrzymich dębów, stawy obrośnięte oczeretem. 
Przepływała tamtędy rzeka z wysepkami, z mostkami. Najpiękniejsze 
miejsca były to wąskie cyple parku, daleko zabiegające w jezioro. 
Na końcu jednego z takich półwyspów wybrał sobie Marek miejsce do 
kąpieli. Raz wylegiwał się nago na słońcu, patrząc w obłoki, 
rozmarzony i wciąż po swojemu oczekujący na niewiadome. Usłyszał 
tętent konia - pani Chuna kłusowała wzdłuż jeziora. Przywarł do 
piasku. Tętent głuchł, zacichał i wzmagał się znowu. Przybliżał 
się, nadlatywał, i już był tuż-tuż... Leżał struchlały, zamknął 
oczy. Erebus dychał potężnie tuż nad nim. Rozpędzony koń 
niespokojnie przebierał nogami, pryskając gorącym piaskiem na 
nagie rozciągnięte ciało Marka. Pani Chosłowska długo patrzyła w 
dalekość jeziora. Nagle ogier zachrapał i rzucił się w bok. 

background image

Spostrzegła i ona. Roześmiała się. 
- Dzień dobry, panie Marku! Przepraszam - gdybym wiedziała... Ale 
niechże pan wstanie! 
Zerwał się. Zaszumiało mu w uszach. Skulił się, osłaniał, jak 
mógł. 
- Niech pan stoi spokojnie, równo. Ślicznie się pan opalił. Niech 
no mi pan popatrzy w oczy.! 
Spojrzał. To nie mogło być snem. Więc widział jak we śnie. 
Pochylona z konia, patrzyła nań uporczywie, głęboko, poważnie, bez 
cienia szyderstwa. Opętała go oczami. Widział w nich niezgłębioną 
otchłań i swój cały los w tej głębinie. Nie był sobą. Stawał się 
niewolnikiem, rzeczą, niczym. Już nie czuł wstydu. Chwytało go 
szaleństwo. 

- Niech pan stanie tam, na kamieniu! 
Wskoczył na ciepły, wygładzony złom granitowy, wystający z wody. 
- Niech pan założy ręce na karku - tak! Czemu pan tak drży? 
Przecie chyba dzisiaj dość ciepło? Muszę pana narysować. Pan wie, 
że jestem malarką? 
Erebus kręcił się i przeszkadzał jej patrzeć. Raz po razu 
wielokrotnie cięła go szpicrutą. Ogier wspinał się, rzucał się w 
bok, wreszcie skoczył jeszcze i stanął drżący. Napatrzywszy się, 
ruszyła koniem, podjechała tuż do kamienia. Giętka szpicruta 
drżała w jej ręku. 
- Pan się we mnie kocha? A umie pan być wierny? Ślepo oddany? Na 
przepadłe? Wytrzyma pan próbę? 
Chciał przemówić, wargi mu drżały, w gardle zacisnęło się coś. Nie 
mógł odpowiedzieć ani słowa. 
- A ot moja próba! 
Cięła go na odlew przez pierś i natychmiast z zamachem cięła po 
koniu. Ogier stęknął i odsadził się z miejsca. Już znikła między 
olchami. Dopiero w tej chwili uczuł Marek ból. Czerwona, 
nabrzmiała pręga piekła jak ogień. Od piersi spływały po całym 
ciele strugi rozkoszy. Stał na kamieniu i nie śmiał się ruszyć. 
Lękał się, że się zbudzi i wszystko stanie się nieprawdą. 
Przybył graf Pieremietjew, potentat z Petersburga, zaprzyjaźniony 
z domem. Przy stole zapanowała francuszczyzna. Graf, dżentelmen 
już szpakowaty, dziwnie nadskakiwał Botwidowi, który zachowywał 
uprzejmą odporność. Pani Chosłowska była jakby łącznikiem między 
gościem a siostrzeńcem. - "Znowu tajemnica" - myślał Marek. Gdy 
obserwował ten arystokratyczny zespół, zdawało mu się, że przenika 
jakiś dramat rozgrywający się za tymi udanymi uprzejmościami i 
pustą rozmową. U kredensu uwijała się piękna panna pokojowa, 
rzucając ku państwu ciekawe spojrzenia. - "I ona w to wplątana" - 
imaginował sobie Marek. Stary hrabia gadał w przestrzeń nie 

background image

słuchany przez nikogo. Stary komediant rozmyślnie robi idiotę. A 
ten Moskal to właśnie najgorszy łotr... Pożałował kolegi Botwida, 
który broni się, jak umie, ale jeszcze nie widzi całej głębi 
intrygi. Z nią nikt nie wygra sprawy - to demon. Marek wiedział, 
że jeszcze jest poza spiskiem, ale każdej chwili na jedno 
skinienie nakazujących oczu, za jeden uśmiech... Czyż on wie, co 
zrobi? Botwid często poglądał nań z drugiego końca stołu wzrokiem 
zagasłym i znużonym, jakby wzywając ratunku. Na to wszedł pan 
plenipotent Pieńkowski, przepraszając natarczywie za opóźnienie, 
zakręcił się, zagadał, obejmując niezwłocznie reżyserię całej 
intrygi. 
Noc była parna. W nieprzebitych ciemnościach drzewa szamotały się 
z wichrem, który wpadał i przelatywał. Zacichały liście, nastawało 
milczenie i Marek czekał. W pewnej chwili w parku odezwały się 
głosy. Marek zakradł się na balkon, przyczaił się za balustradą. 
Poznał skrzekliwy głos grafa i rozkoszny niski ton pani 
Chosłowskiej. Dźwięki rosyjskiej mowy dobiegały niejasno. W 
ciemnej przestrzeni, nie wiadomo - blisko czy daleko, majaczyła 
biała plama jej sukni. Rozmowa wzmagała się, przygasała i nagle w 
ciszy wybuchł jej śmiech. Zagrała w nim zła siła, przemoc, triumf 
nad wszystkim, co dobre, słabe, szlachetne. 
"O ty, piekielna - ty, przepiękna!" 
Cisza. Zapach róż wpełzał do pokoju i rozpościerał się w 
ciemnościach. Za oknem cichutko zaszeptało obudzone drzewo. To 
łopotała drżąca, struchlała osika, która żyła w wiecznym 
niepokoju, wciśnięta między obce szlachetne drzewa. Marek słyszał 
szybkie uderzenia własnego serca. Tak - nie. Tak - nie, powtarzał 
niestrudzenie i cicho stary zegar. Na sekundę ożyły ciemności 
stłumionym, niezmiernie dalekim łyśnięciem. Gdzieś jeszcze dalej, 
zza świata, ozwał się ciężki pomruk. Idzie burza... I nagle 
zaszumiały, zahuczały drzewa. Pod arkadą alkowy, na tle mętnej 
poświaty okien stanęła czarna postać. 
- To ja! 
Opasała go niemożliwość. Jak gorąca kąpiel, oblała go władza jej 
nagiego ciała. Palące usta pełzały po jego twarzy, wężowe miękkie 
palce błądziły po obezwładnionych ramionach, po biodrach. Zaogniła 
się, zapiekła bolesna pręga pod ciężarem jej piersi. Sen! Sen! 
Sen! Nadchodzi czyjaś potęga, nadlatuje przemoc. Lada chwila 
spełni się straszna tajemnica. Już tuż! Już tuż! Wydziera się z 
niego żywa moc, toruje sobie bolesne, rozkoszne drogi - rozwiera 
się dusza, rozpęka, aż jako śmierć, jak cud przedrze się w 
nieposkromionym, rwącym potoku wypełnienia szaleństwa. 
Ciężko przelewały się dalekie grzmoty. Co chwila w nagłych 
przebłyskach objawiały się i gasły jej oczy, jej usta, jej piersi 
i nagi połysk rozrzuconego ciała. Czuł na twarzy jej oddech i 

background image

ciche nakazujące słowa. 
- Przysięgasz? 
- Przysięgam! 
- Na zawsze? 
- Na wieki! 
- Tylko ja jedna? 
- tylko ty! 
- Czekaj. Jutro się dowiesz. Nikt nie ma nic poznać! Pilnuj się! 
Słuchaj ślepo! 
Już jej nie było, gdy zatętniła po liściach ulewa. 
Nazajutrz, gdy pociąg ruszał ze stacji, zaczęła się w wagonie 
rozmowa. Już wszyscy w okolicy wiedzieli. Stary pan, lekarz 
tutejszy, stwierdzał niezbicie: 
- Dziedziczna mania samobójcza. Dobrze znałem Botwida ojca. Trzy 
razy próbował i dopiero za czwartym... A ot i ten mały już 
zaczyna. Rana ciężka, ale wyjdzie. Zdegenerowany ród. A ze strony 
matczynej, po kądzieli - stary hrabia Lutyński, opiekun, a w razie 
czego generalny spadkobierca, zawsze był narwańcem, fortunę 
magnacką stracił i już idiocieje. Pani Chosłowska, hr. Lutyńska z 
domu - jeszcze przecudna baba, ale też zwyrodniała. Znana 
petersburska Mesalina - na prawo i na lewo. Jeszcze podlotkiem w 
Instytucie Smolnym to było... 
Na uczcie koleżeńskiej w osobnej salce hotelu "Janina" zaledwie 
paru maturzystów było jeszcze o tyle o ile przytomnych. 
Przebrzmiały toasty i mowy: i serdeczne, i napuszone, i 
najgłupsze. Marek nie mógł jakoś odbyć swojego występu. Rozpędzał 
się i cofał. Koniecznie musiał tym kolegom wypowiedzieć wszystko, 
co tylko czuł w takim dniu! Jakże był wzruszony wiedząc, że oto za 
chwilę rozejdą się i rozpodzieją się po świecie, każdy sobie. 
Naraz ich wszystkich pokochał. Przez całe dziewięć lat nie zważało 
się na nich - tyle że byli. Gdzież się podziało tak szybko tyle 
lat? Wszyscy życzą sobie na tę przyszłość. Każdy się spodziewa 
najlepszego. Ale życie tak szybko przemija... Mają wiedzieć i 
zapamiętać na zawsze, że ani jedna godzina nie wraca. Niech żyją! 
Niech nie gniją po różnych dziurach na dobrych posadach, na swoich 
folwarkach... Niech nie tyją, nie głupieją od razu. Niech im się 
jak najdłużej czegoś chce! Wydało mu się, że od tej chwili, gdy 
wstaną od uczty koleżeńskiej, zależy los każdego z nich i 
wszystkich. Taki dzień!... 
Byli przy kawie i likierach. W różnobarwnych butelkach, flakonach, 
kamionkach porozstawiane były zagraniczne i krajowe specjały. 
Opatentowani dojrzałością wchodzili w swoje od wczoraj nabyte 
prawa. Z lubością i dumą wdrażali się w obyczaje i nałogi tych 
starych, Rozmawiali i zachowywali się już jakoś inaczej. 
Zagrzebywali swoje urocze niemowlęctwo, dbali, żeby nic zeń nie 

background image

zostało. Jeden przed drugim udawali. W toastach sadzili 
wzniosłościami, jak to czynili przy wódce ich ojcowie. Była już 
etykieta i śmieszna powaga. Polska, Młodość, Młoda Polska, 
Społeczeństwo, My pokażemy, Nasza epoka i znowu Polska, i jeszcze, 
i jeszcze. A co najmniej połowa z nich pójdzie stąd hurmem prosto 
na Jezuicką; na dziwki, niejeden po raz pierwszy w życiu - w taki 
dzień! 
Marek pociągał złocistą słodką benedyktynkę i czyniło mu się coraz 
bardziej gorzko. Ogarniające go mętne "zawianie" było jak czarna 
ciemność. Nie mógł dłużej milczeć. Albowiem jeśli się rozejdą bez 
jego ostrzeżenia... 
- Koledzy! Cicho tam, Leparski! Daracz, słuchaj! Koledzy - ja mam 
głos! 
- Uwaga, panowie! 
- Jeszcze jedna mowa? 
- Świda się obudził! 
- Koledzy! Kto deklamuje: "ruszaj z posad, bryło świata", a sam 
się nie ruszy - cóż się stanie z całą bryłą? A któryż to z was 
zamierza się ruszyć? Proszę! Niech się odezwie! 
- Wszyscy ruszamy do domu! 
- Co znaczy ruszać się? 
- Nie przeszkadzać! 
- Koledzy! Bez żadnej blagi - to rzecz najpierwsza. - Majorkiewicz 
zakończył swoją wspaniałą mowę słowami godnymi rycia na spiżu... 
- Majorkiewicz, właź pod stół! 
- Powiedział był: obyśmy doczekali niepodległej Polski! Oto 
program młodego pokolenia. Doczekać - wielkie słowo! Zaprawdę, w 
takim czekaniu jest niezmierna głębia dziejowa! Żyjcież zdrowo po 
siedemdziesiąt i siedem lat, a gdy powyzdychacie, nie doczekawszy 
spełnienia polskich życzeń, nie wasza będzie wina. Potomność was 
rozgrzeszy i z kolei będzie czekała. Ale niedoczekanie ich i 
wasze! I twoje, kolego Majorkiewicz!... 
- Brawo, Świda! 
- Czego ty się czepiasz? 
- Upił się! 
- A my doczekamy! 
- Niech gada! 
- Cicho tam! 
- Drodzy koledzy - nade wszystko strzeżcie się być porządnymi 
ludźmi. Człowiek tylko porządny - to jest największe nic. To 
właśnie bryła, której nic nie poruszy z "posad". O posado! O 
folwarku! O żono - żono z posagiem... O kapitaliku uciułany! 
- Tylko socjalizm! 
- Precz z Żydami! 
- Proszę o głos! - Siadaj, Skurnik, to nie o tobie, któż z nas od 

background image

ciebie nie ściągał? 
- Słuchajcież!!! 
- Tylko takie właśnie najszanowniejsze kołtuny czekają, a nigdy 
nic z tego. Ludzie żywi myślą, chcą, walczą, zdobywają! Ja wam... 
- Frazes! 
- Niech żyje walka! 
- Z motyką na słońce! Dziękuję pięknie... 
- Głową o mur? 
- Tchórze! 
- Koledzy, ja mam głos! Więc jeżeli nie chcecie czynu, jeżeli nie 
ma w was ani woli, ani odwagi, tedy - cicho o tym! Świętości nie 
szargać! Zachować godność niewolnika! Milczeć o Polsce. 
- Brawo! Brawo! 
- Mocno powiedziane! 
- Idiota! 
- Sam jesteś idiota! I jeżeli w tym roku doczekaliśmy jubileuszu 
trzechsetlecia świetnej dynastii Romanowów, jeżeli w tym roku 
zapomnieliśmy o pięćdziesięcioleciu powstania... 
- Kto zapomniał? 
- Chyba ty! 
- Jeżeli w tym roku... 
- Dosyć tego! 
- Kazanie popielcowe! 
- Gadaj po prostu, czego od nas chcesz? 
- Otóż to. Koledzy, ja chcę, ażebyśmy wszyscy w tym wielkim dniu 
uczynili rachunek sumienia na całą przyszłość, gdyż dopiero od 
jutra mamy rozpocząć prawdziwe życie. Między innymi chcę i tego, 
żeby ani jeden z naszego grona nie ważył się pójść prosto stąd na 
Jezuicką. Przynajmniej dzisiaj, wara wam, bydlaki jedne!... Drodzy 
koledzy! Jestem zbyt wzruszony, żeby wyłożyć wszystko, co dzisiaj 
czujemy. Więc rozstańmy się dzisiaj, pogrążeni w skupieniu. Już 
kończę, a na koniec chcę, byśmy się tutaj, zaraz, związali 
uroczystą przysięgą... 
- Przysięgamy! 
- Wszyscy co do jednego! 
- I ja! 
- Do grobowej deski, przyjaciele! Bracia! 
- Zawsze razem!... 
- Na progu salki stanęły dwa tragiczne widma. Bez kropli krwi w 
trupich twarzach, słuchały. Ich znękane oczy, utkwione w Marka, 
zdradzały zarodek jakowejś myśli. Dwaj samobójcy dostrzegli jakieś 
świtanie - a więc można będzie żyć? Chwiejnie, trzymając się mocno 
pod ręce, zmierzali ku biesiadnemu stołowi. Przyklękli, wysoko 
wznosząc prawice. Po zielonych policzkach spływały łzy. 
- I my przysięgamy! 

background image

- Amen! 
To wierni przyjaciele Junkiewicz i Byszewski szczęśliwie powracali 
z Rygi. 
Do późnej jesieni rozglądał się Marek po wymarzonym Krakowie i 
jakoś nie mógł się połapać. Zapisany na Studium Rolnicze z rzadka 
chodził na wykłady. Przepełnione audytorium budziło w nim odrazę. 
Pomimo że tu nikogo nie wyrywano, nie pilnowano i że każdy był 
wolny - w przykry sposób przypominało to sztubę. Jakieś 
nieoczekiwanie puste były i te wyższe studia. Raził go nawał 
nowego koleżeństwa. Chciał być sam, musiał dojść ze sobą do ładu. 
Na razie bowiem nic jeszcze nie wiedział. Leniwie zwiedzał zabytki 
miasta, łaził wszędzie od rana aż do obiadu u Chmury. Kraków 
wzruszał go swoją melancholią i rezygnacją: Polubił mury, Planty, 
hejnał. Ładny był tutejszy smętek, jeno wysiedzieć w tym było za 
nudno. Spodziewał się, jak wielu, że znajdzie tu skrawek wolnej 
żywej Polski. Nic podobnego. Tyle że gazety pisały bez cenzury, a 
w oknach wszystkich księgarni leżały zakazane książki. Ani śladu 
życia. Tu i ówdzie grupy zapalczywej młodzieży i z rzadka awantury 
na komersach w sali Johna i na wiecach w Collegium Novum. 
Kościoły, Wawel, muzea zawierały odmęt pamiątek sprawy umarłej. Tu 
dopiero dokonał odkrycia, że Polska naprawdę spoczywa w grobie. 
Opłakana i uczczona, leży zamurowana, a nad nią Kraków - 
Mauzoleum, jedyne miejsce do składania wieńców, narodowych 
westchnień i łez. Wielka przeszłości! Jakże ją czcił i wielbił. 
Ale szukał czegoś żywego. Potrzebował podniety, gdyż ciągle 
jeszcze drzemał. Zasnął na letnich wywczasach w Jordanowicach i 
dotychczas nie mógł się ocknąć. Zamknęło się w nim coś dawnego, a 
nic się jakoś nie zaczynało. Męczyli go ludzie, nudziły książki, 
sam ze sobą czuł się nijako. Z kolegów tu byli Darasz i 
Majorkiewicz. Darasz należał do wielu organizacyj i zaczynał 
wodzić rej w jakiejś świeżo odszczepionej grupce. Opowiadał 
niestworzone dziwy o rosnących potęgach i nadchodzących 
przewrotach dziejowych. Natarczywie wciągał kolegę, ale apatia 
Marka była mocniejsza. Zresztą był na takie "bujanie" zbyt 
krytycznym: rosnące potęgi, bliskie przewroty - zawsze się tak 
gadało. 
Majorkiewicz, genialny karykaturzysta szkolny (a cichaczem 
pornograf), utonął w akademii, pracował od rana do nocy, gdyż 
przekonał się dopiero tutaj, że nic nie umie. Tylko sztuka! Marek 
rozglądał się między ludźmi, patrzał, słuchał - ale nie mógł sobie 
nikogo upatrzyć. Nurzał się w próżniactwie. Nie czuł z tej racji 
żadnych wyrzutów, ale nienawidził swojego pustego dnia. Nie nudził 
się, on walczył z tą pustką i szukał odpowiedzi. Po co żyć? Nikt o 
to nie pytał, tym bardziej na niego spadał ten obowiązek. Nowy 
tutejszy kolega, ekspatriowany warszawianin i szykowiec Rewkowski, 

background image

również dusił się w Krakowie. Bojkot uniwersytetu pozbawił go 
ukochanej "stolicy". Tęsknił za wrzawą, za życiem. 
- Co tam wy z prowincjonalnych dziur... Dla was tu raj, boć 
żadnego nawet porównania z Siedlcami, nawet z Łomżą. Ale my z 
Warszawy... 
Rewkowski wybierał się do Sorbony, gdzie studiowało mnóstwo jego 
kolegów. Ten do reszty zbrzydził Markowi historyczne miasto. 
Wymusił na nim przeświadczenie, że nie gdzie indziej jak w 
szerokim świecie szukać mu należy samego siebie. Zaczął pisywać 
listy do domu i w mętnych aluzjach przygotowywał sobie grunt do 
daleko idących propozycyj. Ale czyż podobne idee mogły przebić 
niespożyte mury drewnianego dworku w Jordanowicach? 
Utopia! Tysiące polskich studentów mogło się rozjechać po 
wszystkich Europach, byle nie pewien Świda. - Żadnych głupstw! - 
tyle ojciec, a matka - ach, owszem, gdyby nie paryska rozpusta... 
Nie Paryża mu było potrzeba. Zabrakło mu - siebie. Sam sobie się 
zgubił. Nieznacznie oderwał się od niego wiecznie obecny, zażyły 
sobowtór, ukochany podpowiadacz myśli. To on wybierał i wskazywał 
oczom rzeczy osobliwe, on odsłaniał głębie. Nurtowała tęsknota za 
dawniejszym, kiedy się żyło ponad prawdą dnia, kiedy wraz z małym 
Ignackiem znali się na najtajniejszych sprawach, kiedy pustelni w 
Zimnych Dołach naprawdę strzegł prawdziwy pan Tuchołka. Teraz 
trzeba na serio. Nie można być wiecznie dzieckiem. Jakże smutno! 
Do diabła - jest się dorosłym. Przymuszał się i dzień, dwa 
przychodził na wykłady. Kurs szedł w całym rozpędzie, wyprzedzili 
go dawno i nikt się nie oglądał na Marka. Nic nie rozumiał z 
przyrodniczych mądrości. Cała ta wiedza wydawała mu się zbędną. 
Czyż aż tyle trzeba, żeby być sobie papą Świdą, który licho wie po 
co też kiedyś skończył te swoje Puławy? Nieporozumienie, wmówiony 
konwenans. Blaga wierutna. Co innego na przykład astronomia... Ale 
i to było kiedyś... Gdzieżeś ty, Uranio, królowo otchłani gwiazd? 
Darasz rozgrzeszał go z próżniactwa i sam czuł wzgardę dla 
audytoriów. 
- Tylko idiota może się obkuwać w takich czasach. 
- W jakich? 
- Tylko ślepy nie widzi, w jakich... 
Nieraz o tym gadali, Marek uważał go za maniaka. 
W końcu listopada na rocznicę śmierci Wyspiańskiego wznowiono 
Wesele. Marek poszedł, bo jakże było nie pójść, ale był źle 
uprzedzony do przedstawienia, nasłuchawszy się od małego dziecka 
zachwytów, a w ósmej klasie wyczerpującego wykładu i komentarzy do 
każdego słowa przez nudziarza i pedanta pana profesora Knopfa, 
którego dla nochala i zwisającego podgardla zwano pelikanem. 
Zrobiły swoje i wypracowania, mozolnie i gorączkowo pitraszone 
nocami w przeddzień ostatniego terminu, ściągane z różnych 

background image

artykułów literackich i od Nuchyma Skurnika. "Język 
Wyspiańskiego", "Idea Złotego Rogu", "Lud polski w Weselu". No - 
zobaczymy. 
Ujrzał to, o czym nie miał ani pomyślenia, ani pojęcia. Nie znał 
Wesela, nic o nim jeszcze nie wiedział. Chłonął żyjące obrazy, 
opętany muzyką słowa, urzeczony przez sprawę najgłębiej tajemną. 
Jak kwiat mistyczny rozwierała się przed nim i potężniała, rosnąc 
w oczach. Za każdym obrazem wzmagało się widzenie rzeczy 
niedostrzegalnych, niepoznawalnych. Coraz nowe i nowe odsłaniały 
się tajniki spraw codziennych i ludzi powszednich, takich jak 
wszyscy, jak każdy - jak on sam. Wszędzie siebie poznawał. 
Wpleciony w misterium, roztapiał się i zanikał. Wsiąkał w ogrom 
czyjegoś myślenia, czyjegoś cierpienia. Ogarnęło go, omotało, 
spowiło czyjeś potężne, tragiczne marzenie. Pełne rozpaczy, 
najserdeczniejsze, rodzone. I to, co już w sobie wiedział, i to, 
co dawniej majaczyło wpółsennym, dziecięcym myśleniu, i to, co 
młodymi oczami już na wpół dostrzegał, patrząc po ludziach. I 
jeszcze jak skądś, z głębiny, jak z zapomnianych snów rozwarło się 
przed nim i odezwało słowo jego plemienia, echo zamarłego życia 
praojców, przekazane we krwi, wyssane z mlekiem matki, nieomylne i 
wieczyste. 
Treść oczytana, słowa znajome na pamięć i postacie, i symbole 
zatarły się i zanikły wobec nawałnicy nieznanego objawienia. Spoza 
każdej zjawy dramatu wyrastały zjawiska nowe, teraz, dopiero co, z 
niczego zrodzone. Zewsząd tryskały promienie niezachwianej prawdy. 
Uderzały w duszę, biły w samo serce. Aż rozwarło się na oścież 
serce zamknione. Marek łkał gorącymi łzami w ukorzeniu przed 
świętością, rozmodlony w Polsce. 
Jej wizja posępna i ukochana weszła mu w duszę i stała tam, jak 
cierń. Nie dawała o sobie zapomnieć, bolała, jątrzyła. W 
niepokoju, w zachwycie nosił ją w sobie, jak cudem odnaleziony 
skarb, którego szukał nadaremnie i o nim śnił. W dzień zimowy o 
poranku stanął oczarowany u wylotu ulicy Sławkowskiej. Sukiennice, 
Panna Maria, Rynek w śniegu i w ciszy. Snują się czarne cienie 
ludzkie, przędą powszedni dzień. Nad nimi stare wieżyce i mury. 
Niespożyte i odwieczne czekają na ludzi. Za nich czuwają. 
Cierpliwie patrzą na starych i młodych, na pogrzeby i na orszaki 
weselne. Aż kiedyś wypełni się czas, nastanie dzień. Tę moc 
przetrwania czytał Marek jak z proroctwa. Ono wpisane było w stare 
cegły i kamienie, w strzeliste dachy, w obramione śniegiem załamki 
i krawężniki. Uderzyła godzina. Spod pozłocistej korony, spomiędzy 
rozkwitłych u szczytu gotyckich wieżyczek rozebrzmiał hejnał. 
Jakowąś myśl-prawdę obwieszczał miastu trębacz od Panny Marii, 
nieświadom tego, co spełnia. Ozwały się mury nieme i martwe - 
święte. 

background image

Otworzył zdziwione oczy Marek, zbudziwszy się pewnego poranka. 
Łowił zjawę, która przed sekundą stała przed nim pochylona i 
szeptała do ucha słowa wieszcze. W nich zawierał się on cały i 
jego przyszły los. Wszystko o sobie wiedział do samego ostatka. 
Życie wielu lat i każdy ich dzień. Nieujawniony splot ludzi i 
wydarzeń, cierpień, zabiegów, radości, śmiechu i łez... Cały jego 
czas, wszystko, co zakopują wraz z człowiekiem w grobie, 
opowiedziane mu było i jeszcze przed sekundą wiadome. Nie zostało 
w pamięci nic. Poczuł jeno głód poznania tego i przeżycia. Już nie 
wiedział, co go czeka. Niechże będzie, co chce - byleby od razu 
zacząć, natychmiast. Zerwał się w radości, że nie było jeszcze 
nic, że czeka go nie napoczęty ogrom dni, niewyczerpanych w swoim 
bogactwie, każdy przerozmaity, każdy niespodziany. Ujrzał swą 
młodość i zdumiał się, oczarowany. O ty - życie pełne tajemnic! O 
szczęście! 
Rozpierał go nadmiar sił. Rozszalały się olbrzymie zamiary. 
Wielkie prace. Walki. Zwycięstwa. Zdobycze. Natychmiast porwał ze 
stolika jedną z wielu kurzem pokrytych książek - był to podręcznik 
chemii. Niech będzie, co chce, niech to na razie będzie bodaj 
chemia - wszystko odrobi, wszystkich dogoni, przegoni. 
Na święta nie pojechał do domu. Nie było po co. Już tam nie miał 
nic własnego. Zerwała się żywa więź dziecięca z rodzicielskim 
gniazdem. Świat go zabrał matce i ojcu. Nie miał czasu na ferie. 
Zresztą żal mu było dobrego miasta. Niech no by mu teraz spróbował 
obrzydzać Kraków jakiś z wielkiego świata warszawiak. Nie wiadomo 
kiedy, od jakiegoś dnia, zaczęła się w nim odmiana. Świadomość 
tego utonęła w odmęcie rzeczy nowych - wszystko się naraz zbiegło. 
Coś się przerwało jak tama. Lunęły wydarzenia i zapełniały 
wszystkie godziny. Otoczyli go ludzie, gwar. Za długo był głupim. 
Jak mógł stronić od kolegów, gdzie tylu dzielnych ludzi? Od 
wesołości, od życia, od Michalika? Jednak obkuwał się pilnie, Owa 
przyroda nie nęciła go zanadto. Pracował, by zużyć nadmiar sił; 
ale gdyby miał co innego, dopieroż by pokazał! Czyż to można od 
razu wybrać sobie cel, powołanie życia? Podziwiał innych, którzy 
wszystko wiedzieli naprzód. Obok pewnego uznania miał dla nich 
dobrotliwą pogardę. Niewiele i jakby nic jeszcze o sobie nie 
wiedział - tyle pewnego, że nigdy nie będzie dziedzicem. Nigdy nie 
będzie cholerował na jordanowickich parobków. Z rozkoszą odstąpi 
tę misję starszemu bratu Kubie, który wyleciał był z czwartej 
klasy i praktykował u wuja gdzieś aż pod Lublinem. A on? Ej, 
zobaczymy jeszcze! Wiedział niezbicie, że nie będzie też lekarzem 
ani adwokatem, ani przemysłowcem, ani... To wszystko nie dla 
niego. 
Wszyscy wiedzieli, że koleżanka Sława kocha się w nim na zabój. 
Wszyscy wiedzieli, że kolega Gzowski chodzi z tego powodu jak 

background image

upiór i po trzeciej morelówce napomyka o samobójstwie i rzeczach 
cmentarnych. Widziano ich zawsze razem, zdręczonych, zawikłanych w 
tragiczne sieci. Marek głęboko chował swoją dumę z tego powodu. 
Sława była śliczną pannicą, królową wydziału prawa. Co jej się we 
mnie mogło spodobać? Zastanawiał się nad tym częściej, niż można 
się było do tego przyznać. Sprawdzał i w lusterku. Ale to, co się 
nazywa miłością, przejmowało go głęboką odrazą. Z rzadka we śnie 
nawiedzał go zapach perfum pani Chosłowskiej. Jej niski głos, jej 
migotliwe panujące oczy - ból, rozkosz, strach. Potem co było - 
ach, czyż było? - wszystkie kobiety i wszelkie z nimi amory 
wyobrażały mu się jako parodia ckliwa i do niczego niepotrzebna. 
Uniwersyteckie krakowskie zakochania, narzeczeństwa i zerwania 
były to tylko śmieszne i nudne komedie. W wiosenne popołudnia 
chodzili na Błonia we troje z koleżanką Sławą i z jej cieniem, 
Bawił się tym tragicznym węzłem i dręczył rozmyślnie i ją, i jego. 
Niby to chciał ich oboje nauczyć rozumu, wreszcie skłonić, żeby 
się nareszcie pobrali. W istocie napawał się siłą i własną 
wyższością. Nigdy go nie uwikła kobieta. Jakaż ona ma być, żeby mu 
zapłacić za świętą wolność? Nikomu nie da do siebie dostępu. Żadna 
nie wciągnie go w błoto familijne, nikczemne i kołtuńskie. Jedna 
jest tylko na świecie... Nie, była. Wiedział niezbicie, że nigdy 
jej nie spotka w życiu. Bo niechże zaraz czy za dziesięć lat 
spojrzy nań nakazującymi oczami... 
"Ach, dla tej jednej..." - Nie tęsknił, nie pragnął. Nigdy nie 
marzył, zapomniał najzupełniej. Jeno gdzieś w najtajniejszej 
głębinie jego tlił zawsze strach. Był on jak nieobecny, niby 
urojony. Władał potężnie, był uwielbieniem, zaprzedaniem się w 
wieczną niewolę, pragnieniem zatracenia, poniżenia, hańby, 
zbrodni. Cóż mu znaczyły spojrzenia i westchnienia uroczej Sławy, 
jej tajemne listy, wyzute ze wstydu dziewicze wyznania? Prawdziwie 
pięknym i wartym zachodu jest tylko to, co niemożliwe. 
Myślał: "Prawdopodobnie przez całe życie będę niczym. Nie 
ustatkuję się do siwego włosa. Może niczego nie osiągnę, ale będę 
żył na wolności i nigdy się nie pogodzę z byle czym". - Zaś byle 
czym nazywało się na razie wszystko. Życie ludzkie wokoło wydawało 
mu się bardzo ciekawym. Z kolegami żył dobrze, uczył się z nimi, z 
nimi się bawił, pił, dyskutował, wchodząc w ich zatargi wzajemne, 
widział bezstronnie ich wartość, ich śmieszności, ale własnego 
szczerego udziału nigdy w tym nie miał. Obserwował wszystko, nie 
łączył się z nikim i z niczym. Żył bez troski i mawiał sobie po 
krakowsku: mam czas. Przyglądał się ciekawie Daraszowi. Chłopak, 
wciągnięty przez mądrzejszych od siebie w pewne sprawy 
konspiracyjne, uwierzył tak dalece w szczytne fikcje, że stał się 
fanatykiem, maniakiem i karykaturą niebezpieczną dla powagi 
pewnych zamiarów, boć - co dopuszczał i Marek - nie mogło tam być 

background image

i bez niejakiej powagi. Darasz trzymał się sztywno, jakby kij 
połknął, odzywał się tonem bezwzględnym i kapralskim, patrzył na 
każdego ostro i wyzywająco. Zawsze w maciejówce, w szarej kurtce i 
sztylpach, o każdej godzinie gotów był do marszu na Warszawę. 
Gadania nie było z nim żadnego. Od pierwszych słów dyskusji 
wymyślał i sobaczył, inaczej przy swej zapamiętałej gorliwości 
mógłby przekonać niejednego z wątpiących. 
- Cóż, Marek, jeszcze nie? - rzucał mu ostro i z pogardą, wysoko 
zadzierając brodę. 
- Uważaj no, jeden guzik masz nie zapięty, żeby cię zaś nie 
postawili pod karabin! 
- Mogę się całkiem porozpinać, żebyś... 
Inni zagorzalcy byli daleko mniej pewni siebie. Ktoś tym wszystkim 
rządził, ale do wysokich sfer Marek nie miał dostępu. 
Późnym wieczorem poszli kiedyś całą bandą na Panieńskie Skały. Tam 
palili ognie, śpiewali, zakochane pary porozłaziły się po 
ciemnościach, noc była przepiękna i Marek zachwycał całe 
towarzystwo patetycznym wykładem o gwiazdach. Sława była weń 
wpatrzona nieprzytomnymi oczami, kolega Gzowski umierał. Tak 
doczekali świtu. W drodze powrotnej Marek nieznacznie, jak to on 
umiał, odczepił się od towarzystwa, zbył czymś tragicznego kolegę, 
który żądał od niego ostatniej rozmowy (jeszcze jednej), i został 
sam. Dostrzegł w sobie nieśmiałe szeptanie radości. Ktoś mu 
pokazywał krople rosy na zbożach i ledwie dostrzegalne pasemka 
mgieł, snujących się pod Kopcem. Patrz! Patrz! W dali ciemne wieże 
i czerwone dachy miasta, w górze piętrzy się Wawel. Stał i czekał. 
Od oddalającego się coraz bardziej towarzystwa dobiegały chóralne 
głosy: 
Pod Krakowem czarny las!... 
Piosenka ta była słowem zaklęcia. Natychmiast szczyt kopca 
zapłonął od słońca. Zbudziło się, rozwarło oczy ukochane miasto i 
spojrzało tysiącem zmieszanych barw. Wydęła się w bezmiar kopuła 
niebios. Zaiskrzyły się rosy. Ozwały się z oddala za porannym 
powiewem pachnące trawy i zioła, co gdzieś tam leżały w pokosach. 
"Po zielonym moście jadą dziwni goście..." Witajcież! 
Chłonął czar chwili, Pełną piersią brał w siebie rzeźwe tchnienie 
poranku. Osnuły go i przykuły do miejsca dziwy zjaw 
niespodzianych. I wróżby szczęścia, i jasne drogi życia, i zamęt 
jakichś ogromnych spraw, i sława walk, i chluba ciężkiej wiary, i 
za wszystko nagroda - radość. Szeptała pokusa, kazała patrzeć hen, 
ponad wszystko, w słoneczną krainę przyszłości dalekiej. Nie 
zaznaj strachu przed niczym! Żyj! 
Zgasły, pierzchły z duszy tajemne głosy. Gdzieś opodal zawrzasła 
ostro komenda. W cudownej godzinie tego poranku była fałszem, 
zgrzytem. Skazili senne oblicze matki-ziemi ci żołnierze, 

background image

rozciągnięci na skraju Błoń w kilka zwartych ciemnych linij. Śród 
barw przyrody, na tle polskiego Krakowa, byli brudną plamą. Marek 
omijał ich z daleka bokiem. Szedł, nie patrząc, byleby prędzej 
stracić to z oczu i nie oglądać więcej c. k. musztry. Ścigał swoje 
marzenie. Dognał go rytmiczny śpiew żołnierski - niespodziewany. 
Stanął i patrzał. Kompanie wracały ku miastu w kolumnie marszowej. 
Cywilne kapelusze, szare kurtki strzeleckie, popodwijane spodnie, 
sztylpy, maciejówki. Zbieranina maszerowała tęgo aż tętniła 
ziemia. W młodzieńczych głosach dźwięczała ochota i radość. To 
oni... 
Więc gotuj broń i kulę bij głęboko, 
O ojców grób bagnetów poostrz stal... 
II 
Nadchodziły wieści coraz gorsze - coraz lepsze. Ostatnie 
komunikaty w ostatnich gazetach z Warszawy były nader nijakie. 
Potem już tylko niejasne nowiny, pogłoski i alarmy, roznoszone 
przez Żydów. W tych niepewnych dniach jeden jedyny Froim przynosił 
do dworu skąpe wiadomości, które oględnie cenzurował i wreszcie 
wypowiadał panu dziedzicowi szeptem. Młocarnia huczała od rana do 
nocy. Dziedzic klął i spieszył się omłócić, co się da, i zdążyć 
sprzedać, zanim przyjdą Niemcy. Był strapiony. Albowiem życie 
spędził w spokoju, bez żadnych pozadomowych aspiracji. Nie miał 
się z czego cieszyć i nie miał się na co skarżyć. Wojna zrobiła z 
niego polityka i dyplomatę. W domu zaczął się parlament. Spory, 
partie. Pprzez cały rok stary Świda miał rację wraz z wielkim 
księciem i koalicją. Przyzwyczaił się do obiecanej autonomii ziem 
polskich. W duszy swojej ugodził się z Moskalami. Teraz co? 
W domu kłótnia. Kobiety triumfowały. Autorytet starego był 
zraniony. Nerwy, astma. I zabrnął tak, że w tych właśnie dniach 
bronił do upadłego Moskali, wbrew oczywistości i wbrew sobie 
samemu, albowiem teraz właśnie znienawidził ich na nowo za zawód 
najdroższych nadziei, za strategiczne pożary i za nie dającą się 
ogarnąć całym jego strachem klęskę niemieckiego najazdu. Matka i 
Janka chodziły rozpromienione. 
Marek był od początku bezpartyjny i obserwował wydarzenia jak 
filozof. Od roku nie umiał się przechylić na żadną stronę - 
właśnie jako Polak. Nienawiść do Moskali równoważyła się z 
nienawiścią do Niemców. Wojna się zaciągnęła i teraz któż na 
świecie mógł przewidzieć, jaki będzie jej koniec? Kiedy? Należało 
być nieczynnym - czekać. To było dopiero dręczące. Marek czuł 
głębokie poniżenie nie tylko za Polskę, ale i swoje własne, 
człowiecze. W roku Apokalipsy, podczas światowego zmagania się 
narodów, które przerastało wszelką wyobraźnię, on wysiadywał u 
papy i mamy w Jordanowicach, nic nie wiedział, nic nie robił i nic 
nie znaczył, właśnie jak małe dziecko. Nie inaczej jak za czasów, 

background image

gdy chadzał do swoich parowów. To go truło. Albowiem wielka wojna 
narodów zdejmowała go zachwytem. Jego wyobraźnia była opętana. 
Straszliwa sprawa wojny odurzała ogromem swego 
nieprawdopodobieństwa. Tu, w dalekim zaciszu, wydawała się mitem, 
snem. Marek od roku uwikłany był w mary i widziadła nieprzerwanego 
snu. Widmo wojny zasłoniło przed nim życie codzienne i jego 
prawdę. Sam zagubił się w sobie, utonął w dalekiej wizji, 
rozpodział się po morzach i lądach, gdzie nieznane, obce sprawy 
narzucały mu się jako własne i jedyne. Chwilami i Jordanowice, i 
wojna jednako stawały się nieprawdą. I to, i tamto było czyimś 
zmyśleniem. Takie zamącenia stawiały go sam na sam wobec 
dręczących zagadek. Poznał godziny fantastyczne, obłędne. Ze 
strachem wydzierał się z niebezpiecznych odmętów, zmordowany i 
długo jeszcze niepewien prawdy lub nieprawdy własnego istnienia. 
Codzienne komunikaty z frontów były dlań poematami grozy i 
wielkości. Zawsze nienasycony, pochłaniał wieści o wojnie, upajał 
się nimi, niezależnie od powodzenia lub klęski tej lub drugiej 
strony. W zmaganiu się narodów widział jakiś cel świata, olbrzymi 
a zatajony. Nie było to bynajmniej zwycięstwo którejś ze stron 
walczących. Raczej przeokropne, bolesne i wspaniałe narodziny 
nowego świata. Los poddawał druzgocącej próbie wszelkie dawne 
wartości i okazywał, jak niszczeją one, albowiem były fałszem. 
Snadź nie było innego sposobu odmiany starej ludzkości. Kolosalna 
mordownia nabierała sensu. Na wieki wieków pouczała tych, co 
ocaleją. Bóg był w tej wojnie, który dość miał nieprawości i 
kłamstwa starej kultury. Gdy wypali się pożar świata, na gorących 
zgliszczach pocznie wyrastać nowe życie. Ze krwi milionów 
powstanie polska. 
Śmieszyły go orientacje i usiłowania polskie, bolało bratobójstwo, 
poniżała bierność i bezsilność. Aż wyrozumował sobie własny pogląd 
mistyczno-tragiczny i czekał końca, ale spokoju nie zaznał. Jego 
młoda siła domagała się upustu, wyobraźnia porywała go ku dalekim 
bitwom. Jakże zazdrościł! Tym, którym pali się w sercach święta 
zajadłość walki, którzy utonęli w kurzawie wojennej i padają w 
ekstazie jako prawdziwi ludzie epoki, nadludzie, budujący dzieje. 
Dla Polaka nie było tam miejsca. Jako niewolnik stawał i ginął w 
obcym, wrogim szeregu jednakowo tu i tam. A Marka ojciec wybronił 
od poboru za pięćset rubli. 
I cały rok zeszedł mu na niczym. Wzmagała się nienawiść ku sobie i 
pogarda. Cóż on był winien? Co miał robić? Ciążył mu nie 
wypełniony jakowyś obowiązek. Musiało z tego być jakieś wyjście. 
Czuł, że przez ten wielki rok zmalał on, zmarniał, zgłupiał. 
Uparcie przesiedział ten cały czas zakopany w Jordanowicach, nie 
chciał wychylić nosa w szerszy świat, bodaj do tego miasta 
Siedlec. Nie robił nic. 

background image

Odwrót. Wszystkimi drogami, traktami i na przełaj przez pola 
ciągną na wschód pobite armie. Wloką się tabory nieprzerwanymi 
pasmami od świtu do nocy. W kurzawie gościńców brną bure, zwarte i 
stłoczone kolumny piechoty. Koła armat wyciskają na ścierniskach 
głębokie nowe drogi. Dzień po dniu to samo. O świcie, w upale 
południa, w pomroce nocnej. W deszcz czy w pogodę. Masa wojsk 
przewala się w tumanach kurzawy, lgnie w błocie nieprzeliczona, 
niewyczerpana. Nocami szeroko, jak okiem zajrzał, od horyzontu do 
horyzontu zapalały się na zachodzie łuny. Od rana do nocy mgła 
dymów stoi w tej stronie i za dymy, jak za chmury, codziennie 
kryje się czerwone słońce. Jordanowice, leżące w zapadlinie na 
uboczu, z dala od traktów, nawiedzane były jeno przez maruderów 
lub zabłąkanych w odwrocie żołnierzy. Tym przed kuchnią czeladną 
dawano coś zjeść i pozbywano ich się co prędzej. Wpadał na koniu 
oficer łącznikowy i rozpytywał o coś natarczywie, szukając na 
mapie. Jeden opowiadał zdyszanym głosem okropne, nikomu jeszcze 
nie znane nowiny, drugi zapowiadał niezwłoczną kontrofensywę. 
Obrywki jakichś zagubionych taborów zajeżdżały na dziedziniec i 
biwakowały długo, biorąc paszę i kradnąc, co się da. Dzikie 
brodate typy z otchłani głębokiej Rosji, pierwotne 
telegi-kibitki, kosmate garbonose konie gościły na folwarku, jak 
nieznane plemię z wędrówek narodów, dopóki nie odszukał tego ktoś 
z nahajką i, piorąc na prawo i lewo, klnąc i wrzeszcząc, nie 
ruszał ich z samowolnego postoju. 
Marek nie mógł się opamiętać. Nie mieściło mu się w głowie to, co 
widział. Nagłe zbliżanie się wojny zaskoczyło go. Na to nie był 
przygotowany. Prawda codziennych obrazów wydawała mu się wątpliwą. 
Przez cały rok dzień po dniu czytał gazety, na mapach miał zawsze 
wytyczoną linię frontu, a teraz, gdy wojna błąkająca się po mapach 
natrafiła z kolei i na niego, nie wierzył. Bitwa pod 
Jordanowicami? Jordanowice w komunikacie, ogłoszone całemu światu? 
Albowiem wojna była dalekim mitem, ułudą. Tak było jeszcze 
wczoraj. Ale od dziś już trzeba inaczej... Chodził jak błędny. 
Błąkał się po cienistym, pachnącym sadzie, gdzie w ciszy południa 
brzęczały pszczoły i spadały przejrzałe jabłka. Nagle odzywała się 
młocarnia i Marek wybuchał śmiechem wariackim, nieposkromionym. 
Papa młóci! Stary grubas w odwiecznym połatanym kitlu i kapeluszu 
jak parasol zamierza przeciwdziałać temu, co nadchodzi, usiłuje to 
podejść i oszukać! Nie wie, że jutro mogą nadciągnąć tacy, co mu 
spalą wszystko do cna. A jeżeli ci nie zdążą, to pojutrze nadejdą 
Niemcy i zabiorą mu do ostatniego ziarenka wszystko, co, śpiesząc 
się i klnąc, zdołał w tych dniach omłócić. W rozmowie z Janką 
niespodziewanie rozpłakał się. Oboje przestraszyli się tego 
wybuchu i w osłupieniu patrzyli sobie w oczy. 
- Co ci jest? Marek - czyż ty się boisz? - Głupia jesteś! Czego 

background image

mam się bać? Ale muszę, muszę coś ze sobą zrobić. Trzeba coś 
zacząć. Rozumiesz? Nie będę tu sterczał jak idiota. W takich 
czasach! Ani godziny więCej! 
- Więc co? 
- Właśnie że nie wiem. 
- Zupełnie słusznie. Mój drogi, tu nie ma nic do zrobienia. Gdyby 
cię wojna była zastała w Krakowie, mógłbyś ruszyć razem z tamtymi 
- a teraz cóż... 
- Dziękuję ci za strzelców. Takich samych miałem tu bliżej u 
hetmana Gorczyńskiego. 
- Głupie porównanie. 
- Wszystko u nas głupie. 
- Nie, są i wielkie idee: jedź do Rosji, do naszej drugiej 
ojczyzny. Rwij tam, jak tysiące hołoty polskiej, "na kazionnyj 
szczot". Spełnij nakaz ojców narodu z wiekopomnego komitetu. Razem 
z tobą przeniesie się tam Polska do najbliższej zwycięskiej 
ofensywy. Nasza godność wymaga, by Niemcy nie zastali w Polsce ani 
jednego Polaka. Jedź, przysiądź się na jakiej teleżce, będą ci 
radzi. Rozerwiesz się... 
Janka umilkła, widząc, że bratu płyną znowu łzy. 
Nad ranem za oknem zjawił się nikły, rudawy człowieczek i 
pokazywał mu jakiś dziwny przedmiot owinięty w papier i omotany 
szpagatem. Na szczęście, dzieliła ich szyba. Marek udawał, że śpi. 
Ale przybysz przenikał przez zamknięte powieki i patrzył weń z 
taką pogardą... 
"Nie otworzę okna. Nie wezmę tego do ręki. Ja nie jestem nawet 
cham. Ja jestem nic..." 
Ocknął się z przykrej ponurości. Świt wpełzał przez okna. Budziły 
się muchy. Gałęzie miotały się na wietrze, przyciemniając i 
rozjaśniając jego białą izdebkę, i szumiały w niepokoju. Nagle 
brzękła szyba po raz drugi, trzeci... Naprawdę ktoś stuka! Uderza 
z lekka pięścią w ramę okna. Szyby dźwięczą już w obu oknach. 
Otworzył nagle oczy - nikogo. Jeno jakby ktoś rzucał ze strychu 
ciężkie worki, wielkie głazy. Zapewne drogą na Zieleńce, za 
ogrodem, idą w odwrocie ciężkie baterie. Aż oba okna w ciągłym 
nieprzerwanym drganiu wydobyły cichy ton, przenikliwy, nakazujący, 
przepotężny. Odgłos poderwał Marka z pościeli. Już wiedział, że to 
jest dzień jego przeznaczenia. Poczuł się we władzy wielkich 
wydarzeń. Jak słomka trawy wpadł przed chwilą w rwący potok i już 
go niesie nurt. Na próżno pytać i myśleć. Nie trzeba wysiłku woli 
ani rozumienia. Ani chęci, ani oporu. Odtąd co ma być, samo się 
będzie działo. Ulga! Wtem nagle dreszcz. To przeczucie - dziś mój 
koniec. 
O szarym, pochmurnym świcie, w wietrze, w szumie drzew tłumy 
burych żołnierzy zapełniły folwark. Pokotem zwaliły się kompanie 

background image

piechoty pod stodołami. Przemordowane, sponiewierane, pokulone 
postacie leżą cicho. Inni rozrywali ogrodzenie, rąbali młode 
lipki, którymi obsadzony był okólnik. Pusta szopa już prześwieca 
na wskroś. Sprawnie i szybko znikały kędyś jej bale i tarcicę. Za 
stodołami niewidzialni ludzie sypali z głębin dołów ziemię, która 
tryskała i układała się w żółty, pokrętny wał szeroką, wyłamaną 
linią. Bito kołki, zaciągano druty. Punkt oporu 
- Jordanowice-folwark. Z obory wylewał się potok krów, ich ryk 
zapanował nad gwarem pracujących żołnierzy, nad dalekim grzmotem 
dział. Pośrodku stada kroczy jak patriarcha z biblii Dorego, sunie 
kędyś biedny ojciec. Oczy nieprzytomne, twarz czerwona, na czole 
nabrzmiała jak bas niebezpieczna, chora tętnica. Pod spichrzem 
brat Kuba ładuje na wozy worki. Ze dworu wynoszą do ogrodu meble, 
portrety, dywany, pościel, kufry. Między stajnią a spichrzem 
widać, jak z górki polem zjeżdżają armaty i jaszcze i hurkocą 
głucho i potężnie. Ze stajni wyprowadzają cugowe konie. "Strzałka" 
wyrwała się i jak małe źrebię ugania po okólniku, oszalała. Trzeba 
dopomóc Jance, która dźwiga toboły. Trzeba opamiętać ojca, którego 
przecie lada chwila strzeli szlag... Nagle runął na wszystko 
przeraźliwy, rozdzierający, niepojęty trzask i huk. Bateria za 
ogrodem. Salwa. Salwa. Salwa. Powietrze zanosiło się od jęku. 
Żałosny, zawzięty, ponury głos śmierci szlochał, zawodził i gasł i 
wznosił się aż pod niebo w spazmie nieprzebranego okrucieństwa. 
Marek usiłował myśleć, ale w każdy zaczątek bił huk, jęk i rwał, 
rozpylał wszystko w głowie. Jedyne, co zostało, było to odruchowe 
pragnienie ucieczki z piekła od czegoś niepojęcie gorszego, co 
nadchodziło i niebawem musiało tu być. Wysunął się w pole i 
niechcący wszedł w swoje parowy. Wierny pies Chochoł, zjeżony, z 
podwiniętym ogonem, szedł za nim w ślad. W Zimnych Dołach nad 
jeziorkiem przewiesił ktoś od zbocza do zbocza długą pajęczynę. 
Patrzył w górę na to dziwo. Ponad nim pasmami przelatywały smutne 
jęki, westchnienia. Salwy od folwarku dochodziły zgłuszone. Usiadł 
w gęstwinie na mokrej trawie. Położył się i zasnął. Znalazł się 
wśród ścisku, w niewiadomym tłumie. Pełno kwiatów, wrzawy i 
słońca. Połyskujące, mosiężne trąby grają hymn potęgi i triumfu. 
Patrzy w łopocące sztandary i zgaduje ich dziwne znaki. Trąby 
zlewają się z okrzykami tłumu i jak potok wszystko posuwa się 
kędyś, gdzie wśród wysokich masztów różnobarwnych wstęg i zieleni 
ma być przyczyna i cel uroczystego zamętu. Z oddali patrzy, 
wyciąga szyję w tłumie, żeby dostrzec. Tuż przed nim odsłonięty 
kark dziewczyny i strzecha uciętych czarnych włosów - koleżanka 
Sława. Zapytuje: "czy to Kraków?" Cóż to jest? Ściska go ktoś za 
rękę. Mały Ignacek patrzy weń sprytnymi oczkami, które wszystko 
rozumieją. Mały potakuje: "byczo jest, wszystko pysznie! A pan 
Tuchołka?" Na to Botwid śmieje się drewnianym głosem, po 

background image

angielsku, i bełkoce po swojemu, ale Marek wszystko rozumie, jak 
po polsku. Wsłuchuje się i wie, że jakaś wielka radość... Że już 
teraz... Nareszcie! 
Obudziła go cisza. Tylko gdzieś na wielkiej dalekości stał murem 
nieprzerwany, jak odgłos nadchodzącej burzy, akord głuchy i 
podziemny. Słońce było wysoko. Wspiął się na grzbiet, skąd można 
było sięgnąć dookoła. Na zachodzie za lasami mgła dymów. Pola 
puste. Na folwarku cisza. Oto prawda dnia, a tamto było 
omamieniem. Nagle tuż pod nogami, na dnie bocznego parowu, który 
otwierał się ku polu buraków, ujrzał między kępami leszczyny 
stłoczoną gromadę osiodłanych koni. Konie kiwają łbami, parskają, 
skubią trawę i zapamiętale oganiają się od bąków. Strzemiona 
podzwaniają, pot koński bije od dołu rześkim oparem. Kilku młodych 
żołnierzy pokrzykuje na konie, paląc papierosy. To już oni! 
Niemcy? Austriaki? 
Na folwarku ani śladu tamtych. Zostały rowy, rozpoczęte 
umocnienia, ścięte lipki, rozebrana stodółka. Przed kuchnią kupka 
ułanów z krótkimi karabinkami za plecami. Siedzą i stoją, piją 
mleko i wgryzają się w olbrzymie pajdy chleba ze serem. Z biciem 
serca, ze wstydem i z pewną ku nim odrazą przechodzi Marek przez 
ciżbę. Ucałowałby każdego, a zarazem z każdym może się natychmiast 
pokłócić o byle co, o jedno słowo i o wszystko. Przed dworem warta 
z dobytą szablą. Na ganku młody chłopiec, oficer, pochylony nad 
talerzem, pakuje zawiesiste kawalce szynki i przez tę szynkę 
przepuszcza stłumionym głosem wiekopomne nowiny. Ojciec 
rozpromieniony i zapłakany, matka, Janka wniebowzięte. Kuba siedzi 
z wybałuszonymi oczami, ogłupiały. Siostra przewierciła go 
triumfującym spojrzeniem. W tych oczach było natarczywe zapytanie. 
Jak ona śmie... 
- Marek, to ty!? 
Kolega Gzowski, opalony na czarno, w siwej ułance, jest 
wypiękniony i niepodobny do siebie. Gdzież się podziało widmo z 
krakowskiego dramatu? Uściski i początki bezładnej gadaniny. Ostra 
strzelanina tryska tuż za ogrodem. Jeszcze jeden strzał. 
- To nic... placówki. Zaraz tu będzie cały dyon.. 
- Co takiego? 
- Co? 
- Dyon? 
- Dywizjon, tak się mówi dla skrócenia. 
- A ty co... tak sobie? 
- A tak, cóż miałem robić? 
- No tak... - I Gzowski podsuwa mu pod sam nos brudny, opalony 
paluch i pierścionek z nikłym brylancikiem. 
- Ach, mój drogi, mój drogi, cóż to za dziewczyna, co za 
człowiek!... I sama - to niewiarogodne - pierwsza do mnie 

background image

przyszła, jak tylko kadrówka miała ruszać za kordon. Po tylu 
tragediach takie nadspodziewane szczęście!... A jej listy!... 
Tętent i szczęk. Nawała konnych wlewa się na podwórze od strony 
pola. Pchają się przez wszystkie przerwy między budynkami, przez 
rozgrodzone płoty. Już ich pełno. Tuman kurzu i ostry dech koński. 
Młodość. Rozpęd. Siła. Pierwszy dyon idzie w pościgu. Marek patrzy 
w wizję nieznanego świata, ale to wszystko własne, od dawien dawna 
urodzone w duszy. Zawsze, zawsze o tym wiedział, jeszcze kiedy 
wówczas z małym Ignackiem, z panem Tuchołką... 
Opamiętał się dopiero daleko za Bugiem. Długo szli w rezerwie 
przez spustoszone pola, przez spalone bezludne wsie. Zagubieni 
wśród olbrzymich mas obcego wojska, ciągnęli w kurzawie gościńców, 
na spiekocie, w pocie i utrudzeniu. "Strzałka" już zaprzestała 
harców i próżniaczej dworskiej swawoli, wdrożyła się do karności, 
nauczyła się oszczędzać siły na tej niezwykłej wycieczce, która 
trwała od świtu do nocy w ciągu tygodni. Szła we dwójkę, pilnując 
swego miejsca. Chochoł, który aż do Bugu wiernie biegł przy 
szwadronie z wywieszonym językiem, znikł gdzieś, snadź zbałamucony 
przez zdziczałe, bezpańskie psy, które bandami hasały przez pola, 
żyjąc padliną. Marek miał za towarzysza w dwójce starego marsowego 
żołnierza, który od początku wojny niezłomnie tkwił w szeregu. Był 
to szczeniak z siódmej klasy z oficjalnym pseudonimem "Cosinus", 
nazywany potocznie Koźminkiem. Wobec nowego kolegi zachowywał się 
milcząco i wyniośle. Marek przekupywał go papierosami, które ten, 
owszem, brał i palił, ale w niczym nie zmiękczył swojej pogardy. 
Nadał sobie nawet prawo przewodzenia nad nim i komendy, choć od 
tego był kapral patrolowy medyk Czuba, wachmistrz plutonowy 
Wołodyjowski, który już miał wąsy, a u szczytu stał, jadący na 
przedzie, niedostępny i oficjalny, sam we własnej osobie obywatel 
podporucznik Gzowski (pseudonim "Sław"). Dalej i powyżej dowódca 
drugiego szwadronu porucznik Sęk na koniu łaciatym jak krowa i 
wreszcie w nimbie postrachu i władzy rotmistrz Belina, pan i król 
dyonu, szafarz rzadkich łask i powszedniej "jasnej cholery". 
Przypominało to trochę szkołę, konną wycieczkę krajoznawczą, było 
jakieś niesamowite, zabawne, udane, urocze i niepoważne. Wciąż 
natarczywie gdzieś jechali, kłócili się o kwatery z Austriakami, 
kołowali przez bezdroża, żeby wyminąć kolumny wojsk, spotykali się 
ze swoją piechotą i gubili ją na całe dnie marszu. Ani jednego 
strzału, ani cienia grozy, nigdzie trupa. Pola i lasy, pogoda i 
wesołość. Więc to tak? Gdzież się podziała wojna? Czekała aż za 
Bugiem, na wyjeździe ze starego lasu, gdzie w pogotowiu leżało 
pokotem pełno piechoty. Wypuścili ich ławą kłusem przez płaskie 
pole z dyrekcją na wieś i cerkiewkę. Jakże wiali i rwali z 
powrotem pod zbawcze drzewa! Przekradali się pędem przez leśne 
drożyny, okrążając wieś, smagani przez gałęzie, ogłuszeni wyciem 

background image

szrapneli, w chaosie jęków, leśnych trzasków i zgrzytów. Gdy 
wreszcie wypadli na otwartą przestrzeń, wrzask Beliny usiłował 
sformować ich do szyku, ale nie dał rady. Kupami, które okryły 
całe pole, rwało wszystko przed siebie na daleki zrudziały 
żywopłot czy zagajnik, który stał przez chwilę, ale wnet rozłamał 
się, otworzył i kupkami ruszyli w dal. Zaczęły się wyścigi, 
błyskały wzniesione szable. Wszystko wyglądało na zabawę. 
Znienacka ujrzał Marek olbrzymią kudłatą czapę i płaskonosą dziką 
twarz z wystraszonymi oczami. Kozak, jak pajac szarpnięty za 
sznurek, podniósł do góry oba ramiona. Zderzyli się końmi. Jakiś 
ułan tnie w wielką czapę i Moskal wali się z konia. Drugi wśród 
szczęku pogmatwanych pik pali raz po raz z rewolweru w czerwone 
brodate pyski. Koźminek z twarzą objuczoną łapie jakiegoś konia. 
Marek przedostaje się ku gromadce siwych kurtek, które wiatr 
niesie po szerokim wygonie wśród kończastych kęp jałowca. Zajeżdża 
mu drogę rozjuszony olbrzym bez czapki i chwyta go za ramię 
żelaznymi kleszczami. Marek patrzy w okrutne, obce oczy i przez 
ćwierć sekundy nie wie, czy to już, czy aż tak można... Tnie na 
odlew. Kleszcze puściły. Na to z nieba spadają wyjące, srogie 
gniewy i wybuchają po polu w trzasku - i dymie rozpękając się na 
tysiąc skowytań, zgrzytów, pogwizdów. Skulony i zrośnięty z koniem 
gna po polu, uchodząc z zamieci szrapnelów. "Strzałka" ponosi, 
płynie powietrzem, skacze przez obalone konie, przez rozciągnięte 
trupy, przez kępy jałowca... Dzika radość! Poryw i co za duma! 
- Jestem na wojnie i żyję! 
Z Daraszem zetknął się dopiero za Kowlem. Kapitan Darasz, dowódca 
baonu w 5 p. p., był dalej nieprzejednany. 
- Oczywiście, monsieur Świda w ułanach, to jeszcze potrafi każdy 
młody szlachcic. Byle po lekkości, nie do pracy bojowej. 
Marek obraził się nie o siebie, lecz za kawalerię. Koleżeńskie 
słowo - osioł - niebacznie rzucone przez ułana, wywołało efekt 
straszliwy. 
- Wojsko jest! Baczność, sk... jeden! Aresztuję cię i pod sąd 
polowy! Złaź mi z konia natychmiast! 
Oficerowie i piechociarze pokładali się ze śmiechu. Marek, 
przerażony swą zbrodnią, ruszył koniem i zwiał. Stopniowo wrastał 
w gromadę i stawał się jak ci starzy. Z równą łatwością przejmował 
ich wady i cnoty. Opanował język i obyczaj. Mówił: "Oferma - co 
jest? - oddaj trupa - fasunek - morowo - ausgeschlossen - 
bałagan". Kradł dla "Strzałki" w dywizjonowym taborze, stojąc na 
nocnej warcie, uwielbiał Komendanta, kochał Belinę i psioczył nań, 
ile wlazło, wyszydzał cekamendę, robił kawały Austriakom, śpiewał 
wiersze o NKN-ie, o departamencie piotrkowskim, jak gdyby nie był 
onegdajszym przybłędą, ale morowcem z pierwszej kadrowej. Jego 
ukochanie dla tej Pierwszej Brygady równało się w bezwzględności 

background image

chyba gorliwej aż do zachłyśnięcia się krytyce wszystkich jej 
urządzeń i niezliczonych "bałaganów". Naprawdę i szczerze gotów 
był każdej chwili oddać życie za tę Polskę, która na razie 
mieściła się wyłącznie i całkowicie w Pierwszej Brygadzie. Poznał 
ordynarny, szczery miód braterstwa broni, które każe piersią 
stanąć za kolegę w każdej potrzebie i podzielić się z nim ostatnim 
papierosem, i zapłakać na jego pogrzebie, i natychmiast, gdy go 
zakopią, zapomnieć. I urok nocnych podchodzeń, i jazdy po 
bezdrożach przez lasy i bagna, na było-nie-było, między 
nieprzyjaciela, za Beliną, po wariacku. Poznał spokój absolutnego 
niemyślenia i rozkosz kawalerskiej odwagi - brawury, i strach 
podnoszący włosy na głowie, gdy się leży i wrasta w matkę ziemię 
pod karabinem maszynowym. Nauczył się nie spać po trzy noce z 
rzędu i głodować, umiał zeżreć od razu, na zapas, bochenek 
czarnego chleba. Zapomniał o sobie, o domu i o wszystkim. Wojna 
stała się rzeczą powszednią, ani miłą, ani niemiłą - po prostu 
była i żadną miarą nie mogło być inaczej, bodaj na zawsze, przez 
całe życie i już. Czas przystanął i na coś czekał, dnie przemijały 
niepostrzeżenie. Między Stochodem i Styrem, na pozycji pod 
Koszyszczami, na zimowych kwaterach w Borowiczach, w okopach pod 
Kostiuchnówką, w pieszej psiej służbie. Aż odwróciła się łatwa 
fortuna i Brusiłow przerwał się przez Łuck w samo jądro 
zwycięskiej c. k. armii, wygodnie rozłożonej na zeszłorocznych 
laurach. Nadszedł dzień, kiedy i Brygada musiała brać nogi za pas 
i ruszać na Stochód za generalnym "rckzugiem". Dywizjon z 
radością dorwał się do koni i szedł w tylnych strażach lasami, 
przez bagniste strugi i piachy. Pod Trojanówką, kędy ściągały 
rozproszone baony, dopadli dragoni z zasadzki drugiego szwadronu w 
ciasnym miejscu w lesie, na zrujnowanym przez przemarsze 
"prugelwegu". Ostrzelali, nabili koni. Obskoczyły ułanów papachy i 
piki, i "ura" wrzaski. 
- Poddaj się! 
Szalony pęd do wyścigu w pomieszaniu z nieprzyjacielem. Przejęło 
Marka na wskroś, jak szydłem, przez obie nogi i zapadła się pod 
nim Strzałka - od jednej kuli. Urżnęło go coś przez czapkę, przez 
łeb, aż wszystkie gwiazdy... Leżąc ocierał sobie ze krwi zalane 
oczy. Ostatnie, co widział, było to źrebiątko od zabitej "Rzepy" 
wachmistrza Kolca, która leżała tu. Stoi i rży nad matką bezradna, 
biedna dziecina. Drepce w miejscu pod ulewą kul i nie odchodzi, 
węszy i rży cienko, żałośnie. Targnęło się w nim serce na ten 
obraz. Zapłakał. Jeszcze go pchnie w przelocie piką rozpędzony, 
zapóźniony dragon, potrąci go kopytem, przewali go na drugi bok i 
zniknie, a za nim wszystko. 
III 
Wyszły z wiosną pługi na jordanowickie pola. Ożyła ziemia z 

background image

długiego snu od czasów dalekiej martwicy listopadowej. Oto i ona, 
ocknięta, zaczęła drgać pod stopami ludzi, którzy zimę przebyli w 
zamęcie odurzenia, w zgiełku kłopotów, walk, radości. Dotąd 
nieopamiętani, jak pijani, nie poznawali swoich wielkich dni i 
siebie samych, i świata, i niczego na świecie. Wszystko było zbyt 
nowe, za mocne. I ani chwili wytchnienia! Potokiem, potopem 
zlewały się wydarzenia, przewroty, zjawy nieoczekiwane, 
nieproszone dary hojnego losu. Jak we śnie... Skręcało się serce w 
bólu, radości, i wnet zamierało. Lada chwila zerwie się 
czarodziejski sen i wychynie wszystko dawne, przeklęte i na wieki 
wieków już pożegnane. Zamęt czasów, nawała wisząca ode wschodu i 
zachodu, codzienne wieści, codzienne groźby czyniły wszystko 
wątpliwym. Człowiek żył trwogą, myślał jak w gorączce, budował 
chwiejnie, po omacku, na niepewne. Nie mógł się opamiętać, nie 
dano mu zebrać woli, skupić myśli. Patrzał na to daleki, potężny 
świat. Zimno, badawczo, ze spokojem okrucieństwa, z bezwzględnym 
uśmiechem oczekiwania, jak na widowisku, gdzie idzie gra o życie i 
śmierć istot jakichś udanych, doskonale obojętnych, okazujących 
pokraczne, pocieszne teatrum nieznanego narodu, który nagle zjawił 
się na świecie niespodziany, nieproszony. Sam na sam porał się 
Polak ze swoją wolnością. 
Wbrew i na przekór siostrze entuzjastce brat Kuba dopiero z wiosną 
zaczął swoją radość. Przez całą zimę chodził chmurny i zatroskany 
- teraz odżył wraz z ziemią, z którą był zrosły. Wchłaniał dech 
wiosny, wilgotny zapach rozoranej gleby, ogarniał oczami miłości 
ciemną zieleń obudzonych ze snu ozimin, witał rozkwitłe na 
miedzach krzaki tarniny. W cieple słońca odżyło w nim serce 
zgnębione nowością i nieufne. Tu, w polu, gdy orał pod nowy siew, 
zapatrzony w siną drgającą w blasku dalekość, zasłuchany w 
natarczywą skowronkową pieśń, dostrzegł nagle, jak w przypomnieniu 
dawnego snu, jakby mu zdjęto w tej chwili z oczu błonę ślepoty... 
Dopieroż opamiętał się zdumiony. Toć inne jest wszystko na ziemi, 
inne obłoki na modrości nieba, nowy niebywały wiew płynie 
powietrzem... Wszędzie w obrazie przyrody leży niepojęte znamię 
uroku, błogosławieństwo, uśmiech ziemi. Aż nabrzmiały łzami oczy 
zapatrzone w widziadło cudu, wszędzie ona, niewidzialna, jak 
powietrze wchłaniane w każdym oddechu, żywa i żywiąca - Polska. 
Zadumał się w sobie brat Kuba i zapamiętał się ze szczętem. Równo 
i cicho chodziły pługi. 
Koło południa dojrzał od strony dworu siostrę. Janka biegła 
niemal, z daleka wołała, czyniła bratu jakoweś znaki, powiewała 
jakimś papierem. Kuba nastroszył się, ścierpł. Serce uderzyło 
szybciej. 
- Nie, nie, nie! - zaprzeczał i upewniał się jeno dla przekory 
sobie. - Bo jakże? Skąd, u Boga? Ale już uwierzył. 

background image

- Co? Co? - Nie dosłyszał wołania, więc pytał, choć już wiedział: 
- Wilno zdobyte!! 
Co za smutek! I co za radość... W jednej sekundzie na obie strony 
rozwarło się serce. Jeszcze boli żal zawodu, a już śmieją się 
oczy. I to swoje, spod serca, rodzone. I tamto własne, ukochane. 
Rozmyślne pytanie - cóż byś ty wolał? 
Janka patrzy badawczo. 
- Tyś pomyślał... 
Ujęła go za ręce z serdecznym wylaniem, kobiecym i siostrzanym - 
nigdy nie bywało między nimi czułości. Kuba nie mógł wstrzymać 
łez. 
- Ale powiedz, Kuba, choćby z Markiem stało się najgorsze... 
Choćby - nie daj Boże - śmierć... Powiedz, gdyby nie było kiedyś 
tysięcy takich jak on - któż by teraz poszedł był na Wilno? 
Szli ku domowi w jakimś łączącym milczeniu. Znali swoje myśli. 
Zaginiony brat zbliżył ich, zapoznał ich ze sobą nawzajem, i tak 
już było trzeci rok. Stał się on teraz w domu bardziej widomy i 
obecny niż ongiś, gdy przebywał stale, obcy, zamknięty w sobie i 
milczący. Czekali ze spokojną, niczym nie umotywowaną nadzieją. 
Gorączkowe spodziewanie się, pełne przeczuć i zawodów, zaczęło się 
dopiero od śmierci ojca. 
Dziwnie umierał stary dziedzic. Życie do starości upłynęło mu z 
dnia na dzień, bez wydarzeń i zamiarów, zagrzebane na roli, w 
spokoju i ciszy, które zamurowały go szczelnie od świata, 
pogrążyły w zadowoleniu i w prostactwie. Dopiero w ciągu dwóch 
ostatnich tygodni skonania dobył się zeń na jaw świat polotnych 
myśli, jakby cudzych, zabłysnął w nim i zgasł nikomu w rodzinie 
nie znany, zakopany skarb. W tych dniach mówił dużo, w pośpiechu, 
przemagając cierpienie, które go dławiło i dusiło. Skarżył się na 
swój czas, pusty i okrutny, popowstaniowy, skazany na gorzką 
pokutę, na nicość. Błogosławił wojnę światową, słowami 
niebywałymi, jak poeta, jak myśliciel, malował jej wizję. Wraz ze 
łzami wylewał swoją radość, że dożył Polski. Płakali razem z nim 
żona i córka, i syn, i stary doktor Niemyski z Zajęczna. 
- Byłem niczym aż do śmierci, taki był mój czas dla małych ludzi, 
nawet dla większych. Iluż zmarniało! Słuchaj ty, Kubo, synu, i ty, 
Janko... Bądźcież godni wielkich czasów! Żyjcie jak ludzie! Kto 
jeszcze wie, co będzie w tej Polsce? Wszystko może być. Ale wy 
zawsze z lepszymi. Któż lepszy? Ten, co dla niej chce najwięcej, 
nie dla siebie albo dla swoich. Nie wszyscy Polacy siedzą po 
dworach, tamci też ludzie - urodzeni dla lepszego losu. Nie 
pożałuj, Kubo, twojej ziemi dla tych ciemnych i chciwych. Ty 
stracisz, zyska ojczyzna. Za mało jeszcze nas Polaków na taki 
wielki kraj; któż nas obroni i zasłoni? Bądźcież uczciwi nie 
tylko w życiu własnym, ale i z Polską. 

background image

Tak mówił na śmiertelnym łożu zapamiętały wróg Rządu Ludowego i 
reformy rolnej. Przypomniał sobie starego fornala Tomasza 
Zawiślaka, który jeszcze za śp, ojca służył w Jordanowicach i 
poszedł był na łaskawy chleb, na żebry. Wyznał nie przed księdzem 
na tajnej spowiedzi, lecz wobec swoich, krzywdy, jakie czynił był 
dziewkom po okolicy, paniczem będąc. Łzami uczcił dzieci własne, 
potopione, podrzucone, pomarnowane bękarty, zmarniałe w nędzy lub 
po kryminałach... Mętnie widziały jego oczy jakowyś lepszy świat, 
gdzie wszystko inaczej. O tym najchętniej gadał, szeroko, 
bałamutnie, chwilami wzniośle i pięknie, jakby w proroczym 
zachwyceniu. Syna Marka błogosławił. 
- Gdyby nie wrócił, czcijcie jego pamięć świętą, albowiem on to 
wsławił nasz nędzny ród. On odkupił moje leniwe niedołęstwo. A gdy 
wróci do domu, niechże będzie najpierwszy! Daj Boże, niech wraca 
zdrów i cały, ale może przywlec się o kulach jako nędzarz, ranny 
na wojnie, kaleka, sponiewierany w okropnościach moskiewskich. Dla 
niego całe wasze serce... Pamiętaj o nim zawsze, Kubo, jak rodzony 
ojciec. Nie potrafi on dbać o siebie ani zechce. Postrzeleniec i 
narwany, ale w nim jest skarb ukryty. Wszyscy pamiętajcie, żeby 
jego serce zawzięte, żeby jego tajemne chcenie i zapalczywość nie 
przepadły na marne, jak bywa po ludziach. Wspomagajcie go zawsze i 
dbajcie jak o małe dziecko. Kto wie, co z niego wyrośnie? Może... 
Dużo on może potrafić. Ale pamiętaj, Kubo, starszy synu - on nigdy 
nie zarobi na siebie. 
Umarł stary Świda i spoczywa pod lipą na cmentarzu parafialnym w 
Kąkolownicy. Jego ostatnie dnie pełne były jakowychś odkryć i 
postanowień, jak gdyby dopiero teraz połapał się w sobie, 
opamiętał i miał rozpocząć nowe, lepsze życie. Jego ostatnie słowa 
były o zagubionym synu. Ocknął się na chwilę już przy gromnicy, 
gdy na kolanach odmawiali nad nim litanię za konających swoi i 
domownicy, i służba. Przytomnie rozejrzał się dookoła po 
wszystkich. Zapytał: 
- Marek nie wrócił? 
- Jeszcze... nie - wyjąkała rozszlochana stara żona. 
- Jak tylko wróci... budzić mnie zaraz! 
Zamknął powieki, usnął, umarł. 
Janka dojeżdżała z rzadka do Warszawy po nowiny. Wciąż jeszcze 
czyniła starania, by zdobyć wieści o bracie. Poznała wielu jego 
kolegów i chlubiła się tym, że oni właśnie pierwsi stanęli w 
Wilnie. Chodziła po rozmaitych biurach reemigracyjnych, 
przesiadywała całymi dniami w ponurych barakach powązkowskich, 
rozpytywała o brata rzesze powracających nędzarzy, słuchając 
straszliwych opowiadań z kraju zatracenia. Ze stolicy zazwyczaj 
przywoziła pełną głowę nieopisanej kaszy, nasłuchawszy się wieści, 
opowieści, bajd i plotek. Bywała w sejmie, na odczytach i wiecach 

background image

i zmykała czym prędzej do domu. To, co się działo w Polsce, nie 
dawało się przeniknąć. Jedni powiadali - Piłsudski i koniec, 
więcej nie trzeba. Reszta: wszystko by się ułożyło, gdyby nie on. 
Zdumiewała ją ponurość miasta i ludzi. To jest stolica kraju w 
epokowym, pierwszym roku wolności?! Spotykała na ulicy oficerów 
gadających po moskiewsku, spotykała i szwargocących po szwabsku. 
Gdzie się pokazała, pakowano w nią okropności o kradzieżach, o 
zdradach, o świństwach. O korupcji i bałaganie we wszystkich 
urzędach i na wszystkich frontach. Paskarze panoszyli się we 
chwale, drwiąc z głodu, nędzy i rządu. Dygnitarze państwowi 
chodzili w dziurawych butach. Gazety szczuły się na wyścigi, 
produkowały skandaliczne rewelacje. "Myśl Niepodległa" 
Niemojewskiego i kazania księdza Skargi-Oraczewskiego, i szczytne 
pantominy Bajtla, filantropa i szklarza. A jutro zamach stanu! 
Anegdoty o chamach sejmowych, anegdoty o pani Paderewskiej. Zamach 
stanu odłożony na piątek! Kompanie Milicji Ludowej defilowały 
przez ulice w najsprawniejszym szyku żołnierskim, śpiewając 
Czerwony sztandar jawnie i oficjalnie. - "Sędziami wówczas będziem 
my..." Wówczas - to znaczyło dziś, jutro. Wszystko wisiało na 
włosku, było iluzją, krótkim snem. Łagodność pierwszego gabinetu 
była w najwyższym stopniu podejrzaną. Francuzi wciąż zwlekali z 
pomocą, gdy na wszystko, co było w Polsce czerwonego, 
wystarczyłaby jedna jedyna czarna dywizja. Toteż tłumy rozkochane 
we Francji wystawały w dzień i w nocy pod oknem Bristolu, w którym 
powiewał zdobywczy Tricolore przywieziony przez pełnomocnika 
jedynego legalnego rządu narodowego in partibus infidelium w 
Paryżu... Wreszcie czerwony gabinet położył się, zmożony własną 
łagodnością, bataliony Milicji Ludowej wciąż ze śpiewem Czerwonego 
sztandaru na ustach poszły na front bić Czerwoną Armię. Balkony na 
Nowym Świecie waliły się pod naporem wygłodzonego entuzjazmu, gdy 
do stolicy wjeżdżał Ignacy Paderewski. Urywały się sznurki 
improwizowanej uprzęży, gdy tłumy obwoziły po Warszawie Wojciecha 
Korfantego. Ku końcowi stycznia rozpoczęła się wiosna narodu. A 
tymczasem w Belwederze... 
- Nie. Z tego nic nie będzie! 
- Trzeba rządy oddać Francuzom! 
- Nic, tylko Amerykanie! 
- Niech no przyjedzie Haller! 
- Nam by tak bolszewików na jakie trzy miesiące! 
- Rozpędzić sejm! Dyktatura Piłsudskiego! 
- Nie bójcie się, Dowbór już ciągnie na Warszawę z Armią 
Wielkopolską. 
Ludzie inteligentni powtarzali baje niestworzone i tym nawzajem 
żywili się na co dzień, jak chlebem powszednim. Niebawem wszyscy 
przywykli do tej strawy. Uczciwi patrioci poglądali po sobie ze 

background image

zdumieniem i co dzień szerzej otwierali oczy. 
- Wiesz pan, kto został mianowany starostą w Sporyszu? 
- Kto?! 
- Ten! 
- Ten? Ten? 
- Ten sam!! 
Nazajutrz nowy wiceminister aprowizacji. 
- Jak to? On?! Niepodobieństwo!! 
- Ależ tak! 
- Blaga! 
- No mówię panu! 
- Absurd! 
- U nas? Teraz? Wszystko idzie. 
Niedouczone młode błazny, arystokratyczni lalusie z przedzieloną 
głową uciekali przed wojskiem do nieprzeliczonych zakamarków 
Ministerstwa Spraw Zagranicznych i szastali się po całej Europie w 
nie wyjaśnionych misjach za parytetowe marki, w sleepingach. 
Zatęchli w c.k. służbie hofraci pospołu z żonatymi "na Polkach" 
czynodrałami z Carewokokszajska narządzali w Polsce młode państwo. 
Wszędzie fachowcy! Nie dorżnięci przez bolszewików 
sztabs-kapitanowie domagali się szarż generalskich i pierwszeństwa 
przed dyletantami i buntownikami z Legionów. Dekowali się na 
wygodnych przydziałach tymczasowo, na peredyszkę, póki tam ("u 
nas") nie zwycięży Denikin. W tych mętnych wodach pono krążyły tu 
i owdzie istoty ciche, mrówki niewiadome, niedostrzegalne. Brnąc 
przez błoto, trudziły się zajadłe, wariackie, opętane Polską. Była 
taka legenda o szlachetnych widmach, gdyż nie znać ich było 
nigdzie ani słychać i nikt o nich nie mówił. I była chyba prawdą, 
bo czymże, u licha, trzymało się jeszcze wszystko i czemu posuwało 
się z dnia na dzień ku lepszemu przez wszystkie zapory i skandale? 
Była ich nieprzebrana moc, byli wszędzie, we wszystkich warstwach, 
we wszystkich dzielnicach, na wszelkich urzędach, na wszelkich 
frontach, we wszystkich obozach i partiach. Na nich to stała, 
trzymała się nimi Polska i z mozołem, pod przychylnym okiem 
opatrzności, dźwigała się z trzęsawiska. 
Kuba zakopał się i okopał na folwarku przeciwko całemu światu. Nie 
chciał wiedzieć, co się gdzie dzieje, nie czytał gazet. Gdy Janka 
wracała ze stolicy i wytrząsała ze siebie to, co w nią tam 
napchano, nie chciał słuchać i uciekał w pole. Wiedział swoje. 
Chciał spokojnie upajać się radością i nie dawał, by mu kto do 
słodyczy czarownego pucharą dolewał warszawskiego paskudztwa. W 
polu nic mu nie mąciło uciechy. Urodzaje były piękne. Zboża 
pobielały i szumiały pieśnią dostatku. Z ukochaniem patrzał na 
niwę swego własnego, polskiego żyta. Nie na rekwizycję dla Niemca, 
nie jak dawniej dla Moskala na podatki, ale dla siebie zbierze i 

background image

zwiezie ten dar boży. Dla siebie i dla Polski. Słodko zbierać 
nawet na niesprawiedliwy kontyngent i oddać co do ziarenka 
wszystko, co tam przepisano - przecie nie w obce ręce. Gdy się 
cieszył przychówkiem, kiedy kupował konia, wiedział, że to jego, 
że zabrać mu tego nie ma prawa nikt - jeden rząd na potrzeby armii 
na froncie. Było to zaś to samo, co przełożyć z jednej kieszeni do 
drugiej - obie są własne. Wyśmiewał się z Janki, że chciała 
wszystko a wszystko zrozumieć, że trapiła się tym i szukała po 
gazetach i w Warszawie najlepszej polityki dla wyzwolenia 
ojczyzny. 
- Ty jesteś prościuch, ciemny chłop! 
Mawiała czasami - cham. O chłopa się Kuba nie obrażał. Chłop to 
ziemia. Ziemia to Polska. Któż ma nią władać i rządzić? Źle czy 
dobrzę, mniejsza o to, ale inaczej być nie może. Tu nie ma dwóch 
zdań! Jak wszyscy samotni myśliciele z głębokiej prowincji, Kuba 
był kategoryczny. Ułożył sobie w głowie własną Polskę raz na 
zawsze i to mu wystarczało. W niczym go nie mogły ponadwyrężać 
żadne nowiny, rewelacje, agitacje i dyskusje. Miał Naczelnika 
Państwa, rząd, Sejm i armię. Tym dalekim mocom przekazał wszelką 
władzę, myśl i wszelakie troski. Sobie zostawił siedemnaście włók 
jordanowickiej krainy i niewielki obszar najbliższej okolicy, 
która pokrywała się niemal z granicami gminy Kąkolownica. Nie 
każdego było stać na taki światopogląd. Ale Kuba ukończył cztery 
klasy i rozumował w trybie uproszczonym. Zresztą co innego miał na 
głowie. Ze śmiercią ojca, który był upartym maniakiem 
staroświeckiego gospodarstwa, miał ręce rozwiązane i z żelazną 
energią jął się wielkich reform i melioracji w swoim państwie. 
Gospodarkę przeobrażał na czysto zarodowo-hodowlaną i w dalekiej 
wizji oglądał wspaniałą krowią rasę polską, której początek dadzą 
na okolicę jego reproduktory, a na cały kraj niezliczone pokolenia 
jałówek i byczków pochodzących ze sławnej jordanowickiej obory. 
Wertował dzieła specjalne, odbywał dalekie podróże do Wielkopolski 
dla zwiedzania znakomitych obór, pracował, marzył, tworzył. 
O tej porze Marek dusił się i topił się z upału w ciasnocie i 
okropnym zaduchu parowca "Balikpapan" na wygładzonych jak szkło, 
białawych, oleistych wodach morza Nan-Hai. Jeszcze wczoraj 
pogrążony był w ekstazie radości. Nie mógł się opamiętać w tej 
nowej, jeszcze jednej fazie swojego losu. Rozjątrzony był rozkoszą 
przeobrażenia. Wszystko, co w sobie miał i czuł, było nieuchwytne. 
Patrzył w świat nie swoimi myślami, nie oswojone w nim było 
jeszcze każde włókienko mózgu. W nieprzerwanym uroku upojenia 
dozwalał, by mąciła się w nim prawda z ułudą. Sam przed sobą stał 
się urojeniem niepodobnym do sprawdzenia. Wymykał się sobie, igrał 
swawolnie, jak dziecko z ogniem, ze straszliwym niebezpieczeństwem 
pomylenia swoich snów z tym, co jest. Co chwila odrywał się od 

background image

prawdy dnia i godziny, od siebie i miejsca, gdzie jednak mimo 
wszystko znajdował się z całą pewnością. Pogmatwał się cały. 
Gdzież tu jaka pewność? Jedno było: radość. Urodziła się osa w 
chwili, gdy holownik odczepił się, wywlókłszy statek na obszar 
morza. Kiedy poczuł, żę oderwał się od lądu, a okiem zatoczył po 
nieznanym ogromie wód, odłączyła się od niego cała żywa pamięć o 
tym, co było - jeszcze przed sekundą było i znikło. Niepodobna do 
prawdy poczwarność wspomnień, dolegliwy i dręczący aż do obłędu 
strach, strach przed tym, co było, a co przeminęło już tak dawno, 
niezmożona nuda jego niesłychanych przejść i przygód i śmiertelne 
znękanie duszy, i pustka wszelkiej przyszłości - to oddalało się 
od niego, malało, majaczyło niewyraźnie, nikło i znikło, jak brzeg 
lądu. A teraz wszystko na nowo. Na okręcie znalazł się od razu w 
tłumie ludzi i zjawisk nadzwyczajnych. Wyczekując w porcie, 
napatrzył się niemało dziwów nieznanego świata, ale ów brudny, 
staroświecki "Balikpapan" nabrał i stłoczył na swoim pokładzie i 
pakownych wnętrzach taki stek osobliwości ras, ubiorów, języków, 
tyle postaci wręcz nieprawdopodobnych, że Marek wpadł w stan 
natarczywego podziwu, od którego nie mógł się żadną miarą uwolnić. 
Tym lepiej, pozna to, czego za żadną cenę nie spotkałby na 
światowej renomy liniach. Owe białe wspaniałe budowle, które 
widział w porcie, przerastały niesłychanie możność finansową jego 
nędzy i żądały wyraźnych dokumentów, gdy on nie posiadał nawet 
żadnych. Chiński agent zabrał go bez żadnych formalności za niską 
opłatą, obiecując zawieźć do Singapore - "może nawet" do Colombo. 
Przystał, wsiadł, teraz płynął. Był w takim stanie zgnębienia, że 
nie mógł czekać ani godziny dłużej. Tym lepiej... Ale w swej 
osobnej własnej kajucie zastał już trzy osoby, jeśli tak nazwać 
było można dwie stare malajskie baby, wymyślnie poobwiązywane w 
pstre szmaty, oraz półnagiego młodzieńczego Herkulesa, ich 
opiekuna. Na najżywsze protesty i żądania, wyrażane za pomocą 
okrzyków, znaków i szczątków barbarzyńskiej angielszczyzny, 
chiński kapitan o twarzy trupa, plugawej i zdechłej, zawołał 
tłumacza, starego Araba, który w zdaniach połatanych z kawałków 
angielskich, niemieckich i nawet rosyjskich tłumaczył mu 
dobrotliwie, że kajuta jest umówiona na cztery osoby i jeśli 
pasażer jest z tego niezadowolony, to niech siedzi cicho i niech 
się strzeże pana kapitana, albowiem gniew jego jest straszliwy. 
Marek szukał wyrazów na napiętnowanie tej bezczelności, ale nie 
otworzył jeszcze ust i nie zdążył pisnąć słowa, gdy trup kapitana 
ostatnim jakby wysiłkiem wycharczał parę zgniłych dźwięków i 
pasażer osobnej kajuty, nieludzko kopnięty przez "tłumacza", 
poleciał ze stromych schodów kapitańskiego pomostu na sam dół, 
głową w olbrzymią rozkrojoną dynię, którą obsiadła była w kucki 
liczna rodzina Malajów. Wyrzucony stamtąd przez kilka czarnych 

background image

pięści, znalazł się w obliczu chudych Hindusów. Posępne jak czarne 
szkielety głodomory patrzały weń spod białych turbanów 
nieodgadnionymi spojrzeniami, jakby spoza grobu, sprzed 
tysiącleci, bez szyderstwa i bez cienia ludzkiej życzliwości. Ich 
czarne, milczące oblicza opętywały go. Ich obraz i ten moment 
nabierały nagle niepojętego znaczenia. Marek odkrył, że po to się 
urodził, po to wybuchła wojna światowa, po to on sam przeszedł 
wszystkie swoje koleje, ażeby spotkać tych fakirów i patrzeć teraz 
w ich przepaściste oczy. Odkrył, że zna ich od dawna ze snu, który 
teraz dopiero się przypomniał. Uczuł się w ich władzy. Jak 
niewolnik, jako ślepe narzędzie będzie im służył w niewiadomych 
straszliwych sprawach. Dowiedział się, że nigdy nie ujrzy Polski 
ani domu. Tajna sekta dusicieli! Oto oni, o których zaczytywał się 
ongiś w tłumaczonej z angielskiego rozstrzępionej książce, 
pachnącej stęchlizną, znalezionej na strychu. 
Ci sami, których widma jeszcze raz objawiły mu się w Krakowie w 
kinie "Zachęta", w wieszczych obrazach Dusiciele z Ghazipur. Nikt 
nie ujdzie przed swoim losem. Naokoło w tłumie ani jednej białej 
twarzy! Wśród zgiełku ani jednego dźwięku ludzkiej mowy! Dusiciele 
odbierali mu duszę, mącili mu w myślach, a gdy chciał wydostać się 
spomiędzy nich, przygważdżali go do miejsca okrutnymi oczami. 
Nagle roześmiał się. Czar zgasł. Znienacka wszystko stało się 
nadzwyczaj śmieszne. Śmiał się ze swej przygody z kapitanem, z 
czarnych fakirów, ze swego przywidzenia. I okręt ze wszystkim, co 
na nim było, i morze, i on sam było to jedno wielkie widowisko, 
ciekawe i zabawne, ale do niczego nie obowiązujące. Wszystko 
jedno, co miało z tego wyniknąć, nawet lepiej nic naprzód nie 
wiedzieć, ciekawiej będzie patrzeć i czekać. Odeszła niedawna 
gorączka powrotu. Polska i Jordanowice stały się samą tylko 
przeszłością. Należały do dawnego świata, gdzie była wojna, 
niewola, Rosja, rewolucja, bolszewicy, Sybir, Mongolia, 
Mandżuria... Nareszcie oderwał się od tego na zawsze. Tym samym 
odciął się od Polski, która była wszak jeszcze dawniej. Przecie, 
że tak?... Jeszcze wątpił, rozmyślał. Jakże pragnął poradzić się 
kogoś, coś w sobie sprawdzić. Rozglądał się. Ani jednej białej 
twarzy. To już całkiem nie było śmieszne. I znowu pociecha, ulga - 
to wszystko sen. Nie może być na świecie tak strasznie 
załadowanego i natłoczonego okrętu. Żaden parowiec na świecie nie 
może nosić nazwy "Balikpapan" - jest to słowo nie istniejące lub 
zmyślone, wyraźnie na kpiny właśnie. Takie rzeczy śnią się 
każdemu. A teraz, gdzież i kiedy jest on, który śni? Z dręczącego 
dociekania wyrywa go ekstaza zachwytu. Annamicka dziewczyna. 
Oparta o wzorzyste toboły, w cieniu brezentu, rozwieszonego nad 
pokładem, spoczywa w bezładzie, jak widziadło sennej królewny, 
prześladowanej przez los w zaczarowanej bajce. Plugawy ścisk 

background image

tłuszczy, ordynarne, cuchnące nędzą, bezwstydnie porozwalane 
golasy z niewiadomych krain, z tysiąca wysp, obszarpani marynarze 
o gębach zbójów i podleców, brud i gnój, wrzask i smród osaczyły 
ją dookoła. Łatwo się było domyśleć, że uczyniono tak po prostu 
dla artystycznego przeciwieństwa, ażeby jej piękność stała się 
jeszcze cudniejszą. Zaledwie dostrzegalnym półuśmiechem 
ciemnoczerwonych ust i spojrzeniem oczu, przywartych czarnym 
cieniem rzęs, szukała czegoś wiadomego sobie jednej w migotliwej 
dalekości za bezbrzeżnymi wodami, płonącymi w ogniu słońca. Tam 
jej ojczyzna, tam jej ród. Na jakiejś wyspie morza, w otchłannych 
głębinach nieznanego lądu gościniec krętej, leniwej rzeki w 
zielonym cieniu, pod sklepieniem rozszalałych drzew wiedzie do 
zatajonego ostępu, do samego serca puszczy. Tam spiętrzone, 
rzeźbione pałace i świątynie grają złotem i tysiącem barw w modrej 
głębinie nieba, u stóp zastygłej w śniegach krainy gór, na 
brzegach świętego jeziora. Tonie w kwiatach, mieni się w oczach 
utajona stolica. Nie postała tam noga przybysza obcej rasy, 
panującej na morzach. Jeszcze trwa nieskalany odwieczny czar 
wolnego plemienia. Jeszcze pradawni bogowie władają duszą ludu, 
rozsianego wśród morza zieleni w tysiącach plecionych chat. 
Jeszcze bóg żyjący - król i jego boski ród odbierają należną 
cześć, jako i jego przodkowie, ojcowie bogów, których duchy, 
zaklęte w szczyty gór, w cudowne źródła, w święte węże, strzegą 
kraju i ludu. Ale na próżno modlą się kapłani w mrokach 
najtajniejszej świątyni u stóp bóstwa bóstw, w którego odsłonięte 
oblicze od wieków nie śmiał spojrzeć nikt. Jeden, jedyny stuletni 
kapłan mocą i oczami ducha, wiedzą ukrytą ściga po niezmiernym 
świecie królewnę porwaną i zagubioną. Strasznymi zaklęciami 
zwalcza jej wrogów, wyzwala ją i prowadzi z powrotem. Dziewczyna 
poglądała sennie w dal, oplotła rękami nagie kolana. Na zdartym, 
wypłowiałym kobierczyku, jej stopy spoczywały jak skarby klejnotów. 
Wytoczone z ciemnego bursztynu, spięte w kostce mosiężnymi 
klamrami, mocne, zwięzłe, wyraziste, wymarzone w kształcie, 
stworzone dla uwielbienia - stopy królewny, przed którymi bije 
czołem tłum wasali. Prześwietną, niepodobną do prawdy była ona 
jedna jedyna ponad wszystkim, co tu roiło się nędzne i niegodne. 
Nikt nie zwracał na nią uwagi. Marek ślubował sobie... Nagle 
porwał go tłum. Czarne golasy; obszarpańcy, wytatuowani majtkowie, 
stare baby, nagie dzieci, kłęby różnokolorowych szmat i brązowych 
spoconych ciał - wszystko pchało się ku przodowi okrętu, obalając 
patrzących ku Mekce rozmodlonych Arabów, depcąc i potrącając 
rozłożone na pokładzie biwaki rodzinne, przewalając się przez 
barykady pak i worków. Cóż to jest? Wypchnięty naprzód przez tłum 
znalazł się wobec niepojętego widowiska, w które zapatrzone były w 
milczeniu setki roznamiętnionych oczu. Przewalało się coś 

background image

błyskawicznie po deskach pokładu, wiło się, zwierało i rozciągało, 
mieniło się w oczach. Nie dawało się dostrzec i poznać. Było 
jakieś opętujące, ohydne i straszne. Gdy zatoczyło mu się pod same 
nogi, wrzasnął cienkim, kobiecym głosem i ścierpł; nie mając gdzie 
uciec. Zahuczał śmiech. Szydziło zeń sto dzikich, poczwarnych, 
nieopisanych twarzy. Znowu sen. Z niezmiernym wysiłkiem, 
przedzierając się przez omamienie, szukał sposobu i jakiegoś 
chwytu, żeby się obudzić. Ale sen był mocniejszy. Poplątana, 
latająca wstęga, mieniąca się zielonobiałym odblaskiem, 
zesztywniała i odpadła. Z jej drgających skrętów ujawniło się małe 
zwierzątko, które snadź tam było i pełzło teraz po deskach, 
znacząc za sobą ślad krwi. Wśród wrzasków i kłótni rozdawano sobie 
i wydzierano jakoweś monety, jakieś papierki. Rządził tym 
siwobrody Malajczyk z trzema czerwonymi rysami na czole. 
Błyskawicznie zliczył miedziane monety, wsypał je do kieski, 
porwał drgającego węża i smyrgnął go na wodę ponad głowami widzów 
. Z koszyka wydobył nowego, a z klatki bambusowej wyciągnął za 
łebek następnego ichneumona. Marek przedostał się przez tłum i 
stanął u dziobu statku w ogniu pełnego słońca. W ciężkim 
zamroczeniu patrzał w nieskończoność gładkiej wody. Szukał siebie. 
Nie mógł się wydobyć z ciżby natrętnych obrazów, które mąciły mu w 
pamięci. Chwytał się wspomnienia jakiegoś człowieka, jakiegoś 
dawnego momentu i to wciągało go jeszcze gorzej w odmęt pomroki. W 
głowie łomotało boleśnie, ściskał skronie, ocierał oczy z potu, 
który ciekł mu z czoła. Oglądał z podziwem swoje czarne ręce, 
obmacywał nędzne, złachane odzienie, zapatrzył się na buty, z 
których wyłaziły palce. Szeptał: 
- Nie, to nie jestem ja... Ja zostałem gdzieś po drodze. 
W niepewności mijały dnie.. W parne, duszące noce okręt szedł przez 
płonące wody pod czarnym niebem, z którego tryskały jarzącymi 
blaskami srebrne reje gwiazd. Tu były one bliższe, wspanialsze. 
Prześwietne gwiazdozbiory tajemnymi znakami pisały w odmętach 
przestrzeni myśl wszechświata. Nocami Marek unosił się ku niebu i 
nie czuł siebie.
Wróciła ekstaza dzieciństwa, dusza odrywała się od ziemi, szła w 
bezmiar za wstęgą szaty bogini Uranii, za srebrnolitą Drogą 
Mleczną. Co dnia spod wody wychylało się bezlitosne słońce. Jak 
udręczenie przewlekłej męki konania mijał dzień-koszmar. Nigdzie 
schronienia przed pożarem upału, ani chwili wytchnienia przed 
dziką ciżbą. Maszyny szły bez przerwy; miarowo, spokojnie, udając 
pracę, łudząc ludzi, że podróż jednak posuwa się, że kędyś 
zmierza. A naokół nic się nie działo, żadnej zmiany. Wiecznie ta 
sama, jednakowa, stojąca w miejscu pustynia wód i wrośnięty w nią 
okręt pod palącym słońcem, pod stropem gwiazd, w nieznośnym 
blasku, w zielonkawym, fosforyzującym zmierzchu. Porywała zgroza, 

background image

gdyż tak miało zostać na zawsze. Na ten wyrok Marka chwytał szał. 
Ciskał się, wrzeszczał, pchał się do burty, w mętnym poczuciu, że 
tam, w lśniącej wodzie, nareszcie coś się skończy, coś się 
odmieni. Otaczały go szydzące, czarne pyski. Wylewano nań kubły 
słonej wody. Porywali go majtkowie i wlekli przez tłum, zrzucali 
go ze schodów i kopnięciem wtrącali do ciemnej komórki, pełnej 
gęstej duszności. Tam leżał na lepkiej podłodze i odpoczywał w 
kamiennym odrętwieniu. Łaziło po nim robactwo, odruchowo zgarniał 
z twarzy jakieś długonogie łaskotliwe pająki, opędzał się 
szczurom, szastającym się wszędzie. W ciemnościach urodził się 
szept. Był wyraźny i bliski. Chwilami wzmagał się do podobieństwa 
głosu człowieczego, o wyrazie niezmiernego znękania, jakby z 
pustej, przeżartej piersi. Głos konającego, zdyszany, śpieszący 
wypowiedzieć coś ważnego, do ostatka, póki się tylko da... Marek 
zastanawiał się, w jakim też języku mówią ciemności. Jednak 
rozumiał każde słowo. 
- Trzeci, ostatni atak febry, już mi wszystko jedno... 
Zbrodniarze, oszuści... "Balikpapan" zupełnie nie idzie do Indii, 
płyniemy na wschód... I ty również, biały bracie... Dwóch nas 
tylko na świecie. Dobrze, że tu jesteś w mojej ostatniej 
godzinie... Strzeż się przeklętego słońca, bo oszalejesz na 
zawsze... Nikogo nie zostawiam na świecie. A ty, czy rozumiesz, co 
mówi chrześcijanin, człowiek białej rasy? Widziałem cię, gdy cię 
tu wpychali. Po cóżeś siadał na bandycki statek? Ja nie miałem 
rady, musiałem uchodzić od wrogów. Tu mnie nikt nie doścignie. 
Tylko febra... 
Urywana, pogmatwana ciągnęła się opowieść o krzywdach i 
zbrodniach, o Szanghaju, o Filipinach, o morzach, o wyspach. Marek 
słuchał tego jak własnego przywidzenia. Było mu obojętne, czy tu 
kto naprawdę jest, czy nie. Usnął. Zbudziło go natarczywe czyjeś 
potrącanie. 
- Spałeś? Tyś spał i nie słuchałeś, i nic o mnie nie wiesz? Zaraz 
zdechnę... - Głos rwał się i załamywał w paroksyzmie. Spadał do 
szeptu, milkł, jąkał się, przechodził w skowytanie, gasł... 
- Masz, masz... Schowaj dobrze... Nie oglądaj, aż na lądzie... 
strzeż się... Nie oglądaj, bo ci zabiorą, a ciebie samego nocą 
przez burtę do wody... 
Czyjeś latające ręce, mokre i rozpalone, wpychały mu coś; było to 
coś jakby śliska, mała, podłużna deszczułeczka. Nie zdziwił się i 
temu. Wziął niewiadomą rzecz od niewiadomego człowieka. Zapchał to 
do kieszeni. Usnął. 
Sny jego wlokły się leniwie, nudząco. Nie przerywały się ani na 
chwilę, żadną miarą nie mógł się zakończyć sabat pokracznych 
widziadeł. Stoi wbity w tłum na olbrzymim wiecu, wsłuchany w 
gromowy głos mówcy. Udaje, że go tu nie ma. Boi się i igra ze 

background image

śmiercią. Nikt go tu nie zna. Ale mówca zaczyna wpatrywać się weń 
przenikliwie. Mowa przerywa się. Straszny człowiek, stojący na 
czerwonej trybunie, wskazuje nań palcem. Marek kuli się i skręca. 
Palec olbrzymieje, rozciąga się i jak długa żelazna żerdź dotyka 
jego czoła. Tajemna rozmowa z Ignackiem, w ukryciu, pod murem 
cmentarnym. Mały, śpiesząc się i oglądając na wszystkie strony, 
opowiadał mu swoje dzieje od samej śmierci. Porywające i 
poczwarnie trudne do pojęcia były nowiny zza grobu. Na próżno było 
pytać, ledwie można było nadążyć i chwytać wyrazy. Marek słuchał w 
osłupieniu, zamroczony, gubiąc się wciąż. Wreszcie mały rzucił mu 
się na szyję, uściskał go i wnet zaczął drapać się na mur. Marek 
podsadzał go gorliwie, tak samo jak wówczas, gdy uciekali ongiś 
spłoszeni z ogrodu browaru "braci rick", ale tym razem sam nie 
pośpieszył za nim. Ujrzał jeszcze zaczepione o dachówkę muru małe 
ręce o kościanych palcach... Ignacek zeskoczył na tamtą stronę. 
Marek oparł się plecami o mur w ciężkiej, gnębiącej zadumie. 
Zamiast lasku podmiejskiego, tzw. "Choinek", miał przed oczami 
wodę, a za nią prawdziwą wieś tropikalną z palmami, ze 
spiczastymi, plecionymi szałasami, z gromadami nagich czarnych 
ludzi przepasanych kolorowymi szmatkami. Parę zadartych 
dziobastych łodzi podpłynęło pod sam mur. Patrzą nań ku górze 
wrzeszczące czarne ludy. W jednej z łodzi stoi biały, Anglik w 
hełmie korkowym, i błyska na słońcu monoklem. 
"Jak się masz Botwid! Co tu robisz?" 
Botwid kiwa nań przyjaźnie, wnet wraz z łodzią unosi się wysoko w 
powietrze i długo wyprawia tam niesłychane ewolucje akrobatyczne. 
Marek patrzy z zachwytem. A teraz wiozą go w zamkniętym 
samochodzie, pełnym aptecznego zapachu. Mijają dziwaczne ulice, 
pełne bogatych sklepów, nędznych lepianek, szałasów, wspaniałych 
gmachów. Patrzy chciwie, ale wnet się cofa. Ciżba czarnych ludzi 
na ulicach pogrąża go w znękaniu. Tuż obojętna postać człowieka w 
białym długim fartuchu. Ma twarz czerwoną i spoconą, zakasane 
rękawy. Co za radość - to biały człowiek, przyjaciel. Patrzy nań, 
chce się doń uśmiechnąć i nie może. Wtem straszne podejrzenie - to 
rzeźnik? Zbiera wszystkie siły i całą chytrość - uciekać! Ale leży 
wyciągnięty na czymś sprężystym i nie ma władzy ani w rękach, ani 
w nogach. 
Ostatnim snem był biały pokój z otwartymi oknami i ogród, pełen 
chwiejących się na wietrze drzew. Między oknami wisi czarny krzyż, 
a pod krzyżem siedzi szarytka w białym skrzydlatym czepcu i czyta 
gazety. Marek czeka, co z tego wyniknie dalej. Na stoliku obok 
łóżka leży pęczek bananów. Ostrożnie, cichaczem sięga drżącą ręką. 
Zapomina o wszystkim. Jeść! Siostra widzi to i patrzy spoza gazety 
z życzliwym uśmiechem. To go wzrusza do łez. 
- No, to już dobrze. Nareszcie się pan ocknął. 

background image

Marek rozumie każde słowo, więc zaczyna szeptać coś po polsku. 
- Parlez-vous francais? Anglais? Hollandais? 
- Oui, oui... 
- Gdzież jestem? Colombo? 
- Ach, pan tam miał być? Nie... to całkiem gdzie indziej, stamtąd 
jeszcze bardzo daleko. 
- A tutaj? 
- To Mangkassar, szpital francuski. 
- Więc w Indochinach, to dobrze, bo mi po drodze. 
- Oj, i nie w Indochinach... Pan do Europy? 
- Do Polski. 
- To nie bardzo po drodze... A więc pan Polak! Właśnie w 
dzisiejszej gazecie holenderskiej jest coś o pańskim kraju. 
Zaraz panu przetłumaczę. Po cóż wy tak dręczycie biednych Żydów? 
Znowu straszne pogromy i rzezie. Pan zna te miasta... Ploskirew... 
Berditschev? 
Sam dyrektor szpitala zainteresował się Polakiem. Oznajmił mu, że 
policja podjęła go nieprzytomnego w porcie. Że dokumenty jego 
przepadły, ale na szczęście pieniądze są w całości, wedle rachunku 
siedemnaście tysięcy trzysta dolarów amerykańskich. 
- To panu wystarczy na zupełne przyjście do zdrowia i na wygodny 
powrót. 
Odpowiedział, że na okręcie miał przy sobie tylko dwa yeny, więc 
skądże ... Znów zaczął wątpić sam o sobie. W swoim czasie przybyła 
policja. Zapisano go jako polskiego oficera wracającego z Rosji, z 
niewoli. Tak zeznał; gdyż i tak być mogło. Nadano kosztowną 
depeszę na drugi koniec świata. Zezwolił na ten wydatek, ulegając 
siostrze, która nie rozumiała, że żaden kabel nie połączy go ze 
sprawami ze starego snu. Potem pokazano mu na mapie, gdzie się 
ostatecznie znajduje. Jeszcze nie bardzo w to wierzył, za wiele 
nadzwyczajności skupiło się na jego osobie - było to mocno 
podejrzane. Stopniowo powracał do sił. Wynoszono go do ogrodu na 
trzcinowym leżaku. Czytywał stare sprzed miesiąca francuskie 
gazety; bawił się z małpką Rikki, słuchał zapewnień zielonej 
papugi, która jeszcze teraz twierdziła uparcie: - On les aura! On 
les aura! - Patrzał na dalekie góry, słuchał fantastycznych 
opowiadań byłego wilka morskiego, starego maniaka, kapitana van 
Kampena, o dawnej chwale wysp, o wojnach z Malajami, o tajnych 
pokładach złota w wiadomych mu miejscach na nikomu nie znanych 
wysepkach. Nieuleczalnie chory starzec snuł olbrzymie zamiary 
zdobywcze i handlowe i pewnego dnia, po pompatycznym wstępie, 
uroczyście i wspaniałomyślnie darował Polsce - która ma tak mało 
kolonij - odkryty przez siebie archipelag z nazwą coś w rodzaju 
Kjambi. Marek dziękował z powagą. Misjonarz ojciec Remy, któremu 
zabroniono mówić, porozumiewał się z nim uroczym uśmiechem 

background image

konającego. Marek pokochał tę twarz zza świata. Jej smutny 
uśmiech, pogodzony ze śmiercią, wciągał go w marzenie o sprawach 
odwiecznie ukrytych, najważniejszych. Rozważał swoje nie znane 
życie dalsze. Wszak pomimo wszystko nie rozpoczął jeszcze nic 
naprawdę. Jego dzieje składały się z samych niespodzianek, trafów 
i przypadków, fatalnych lub szczęśliwych. Przywykł, że coś nim 
ciska po świecie, że coś nim rządzi jak despota, a zarazem wariat. 
Nie mógł doszukać się w tym logiki ani świadomej czyjejś woli. 
Wierzył jednak, że ksiądz Remy, gdyby wiedział o nim wszystko, 
wyjaśniłby mu to, co już było, i dałby dobrą radę na nieznaną 
przyszłość. A gdy wypełni się jego życie aż do końca, chciałby 
umierać w takim samym jak on spokoju i pogodzie: Czyż nie na tym 
właśnie polega najwyższe dostojeństwo człowieka? Trzeba umieć 
rządzić sobą, wyraźnie wiedzieć, czego się chce od siebie. Dopiero 
można u schyłku ogarnąć wszystko, co było, i powiedzieć sobie: 
dosyć, już czas. Marek bał się jutra. Nie wiedział, co ze sobą 
zrobić. Niczego mu się nie chciało. Nie czuł pod sobą ziemi. Ale 
przemijała ciężka niemoc wyczerpania, przełamała się zła dla 
białego człowieka choroba podrównikowa. W udręczeniach gorączki 
przepadły wizje dawnego, ustały dreszcze strachu przed tym, co 
było. Przed wieczorem, gdy piekielne słońce zaszło za góry i od 
morza pociągał rzeźwiejszy powiew, ksiądz Remy podniósł ku niemu 
swe wielkie oczy. Spoglądały one jak z nicości ze szczątków 
ludzkiej twarzy. Wyszeptał: 
- Wolałbym umierać w Bauce między swoimi. Bóg nikomu nie każe 
opuszczać ojczyzny - czyż nie ma każdy u siebie możności pracy i 
ofiary? Uciekaj stąd. Ratuj swoją duszę. Wracaj do Polski!... 
Były to pierwsze i ostatnie słowa, które przemówił do niego. Umarł 
tej nocy. Tej nocy przyśniło się Markowi cudowne, rześkie 
tchnienie mrozu i zimne lśnienie gwiazd, i chrzęst śniegu pod 
nogami. Oszronione gałęzie zwieszały się nad niskim dachem. Z 
małych okienek smugi światła padały na śnieg. Ocknął się we łzach, 
wzruszony jak dziecko, któremu matka darowała karę, przebaczyła 
winę. A za oknem łopocą na wietrze drewnianym, martwym klekotem 
sztywne liście eukaliptusów. Ich cierpki zapach budził w nim 
niewysłowiony wstręt. W tym egzotycznym wyziewie prześladuje go 
świat potężny i wspaniały, obcy i zabójczy. Obmierzły... 
Marek od stacji dojechał o zmroku. Zostawił za bramą chłopskie 
saneczki i chrzęszcząc po śniegu, szedł ku domowi. Nieruchomo i 
odświętnie stoją brzozy, do ziemi spuszczając białe welony, 
ciężkie od okiści. Zadygotało serce - światło w oknach... Wtem 
głos znajomy, niezapomniany, ozwie się z powitaniem. Pierwsze łzy 
na progu rodzinnego domu. Pies wciąż szczeka, ale już macha 
ogonem. Podchodzi ostrożnie, z niedowierzaniem, z nastawionymi 
uszami - węszy ... Marek kładzie mu rękę na głowie. 

background image

- Chochoł, toś ty wrócił z wojny? Trafiłeś do domu? 
I ja też. 
IV 
Przywarł do tego domu, wszczepił się weń całą istotą i trwał bez 
żadnej troski, bez żadnej myśli. Przygarnęła go urocza prostota. 
Jej cisza, codzienny tryb, pełen przesłodkiej serdecznej nudy, 
zwyczajność i niemal chłopska przyziemność domowych spraw, prac i 
rozmów, niezbita pewność, że jutro, pojutrze jest z góry 
zapewnione i wiadome - wszystko to wchłaniał pożądliwie, 
zgłodniały spokoju, zdręczony epopeją swoich przygód, które teraz, 
z daleka, wydawały się mu jakieś sztuczne, zmyślone i nad wyraz 
przesadzone w swojej niezbitej jednak prawdzie. Wspomnienia 
odpędzał. Nagabywany odpowiadał półgębkiem, pomijając zawsze to, 
co było naprawdę ciekawe i niesłychane. Po trosze bał się sam 
zbliżyć do tego i odświeżyć w sobie pewność, że to naprawdę było, 
po trosze obawiał się, że gdy opowie jedno, drugie - nikt mu nie 
uwierzy, nawet ci najbliżsi. Raz jedyny porwała go żądza 
wyjawienia całej prawdy. Był to paroksyzm przemocy jakiegoś 
natchnienia. Wpadł w nieposkromione gadulstwo. Perorował, unosił 
się, rzucał obrazy, wypychał na scenę odmęt ludzi, spowiadał się 
ze swoich chwil najokropniejszych. Trwało to parę godzin. Gdy 
matka, nie mogąc się już opamiętać, wybuchła płaczem i rzuciła się 
nań, by go bronić przed tym, co było, urwał i przestał. Był 
niezmiernie zawstydzony. Nurtowało w nim przykre podejrzenie, że 
pomimo woli zapędził się w natchnieniu i niejedno dołgał - po 
prostu dla wykończenia prawdy wydarzeń, która zazwyczaj bywa 
dziwnie niezgrabną w gołych faktach swoich i zupełnie nie zważa na 
to, jak w istocie być powinno. Zresztą zapewne i to było 
przywidzeniem. Jego stosunek do przeszłości był neurasteniczny. 
Nie cierpiał tamtych trzech swoich lat. Chciał gruntownie 
zapomnieć i oderwać się od dawnego siebie, ażeby się nareszcie 
zaczęło coś nowego. Wbrew nadziejom nie zapowiadało się nic 
podobnego. Powrót do domu, Polska nie sprawiły w nim przewrotu. 
Widma i strachy przeszłości zostały poza nim, nie dolegały, nie 
budziły go po nocach poczwarnym, dręczącym wątpieniem o sobie, o 
tym, co jest, co było, a czego nie było zupełnie. Widział, że 
cokolwiek kiedyś było - teraz przebywa we własnej osobie w domu 
rodzicielskim, w tych samych, niezaprzeczonych, pradawnych 
Jordanowicach. I w tym już była naprawa i pociecha. Zagrzebał się 
tedy w domu i czekał na lepsze czasy. Nadejdzie jakiś dzień i 
godzina, zapewne z wiosną, gdy ocknie się w nim wola i chęć, a 
przyszłe życie uśmiechnie się z daleka przez mgłę i kurzawę 
nieznanych wydarzeń. Nic nie robił, wypoczywał. Najlepiej mu było 
u siebie w oficynce, w bielonej izbie, ozdobionej łowickimi 
szmatkami i oleodrukami, które pamiętał od maleńkiego dziecka. 

background image

Całymi dniami przesiadywał w fotelu pod oknem i czytał zawzięcie 
jedną po drugiej powieści Kaczkowskiego z biblioteki domowej, 
pełnej starzyzny. Potem przewalił cały rocznik Biblioteki 
Warszawskiej sprzed powstania. I jeszcze coś w podobnym rodzaju. W 
izbie było szaro od dymu z papierosów. Od pieca buchało gorąco, 
odzywał się miły świerszczyk. Za oknem w sadzie jabłonki 
rozpościerały nagie gałęzie, poznaczone śniegiem. Cisza. Nic się 
nie dzieje. Wszystko czeka sennie i cierpliwie. Stary, tandetny 
zegar wiszący na ścianie tykotał zajękliwie: - Masz czas! Masz 
czas! - Marek pogrążył się w słodkiej nicości. Stare książki 
pozwalały mu z całą dobrocią czytać między wierszami własne myśli. 
Snuły się nienatarczywe i ciche, ale nie ustawały nigdy. 
Gromadziły się i zbierały, jak rosnące wody, usiłując się przelać 
przez tamę nieznanego dnia, by poznać przyszłość, która czeka i 
będzie. Na teraz nie miał żadnych zamiarów, nie układał życia. 
Jeszcze nic o sobie nie wiedział. Marzył zawrotnie, 
niepoczytalnie. Było to mimowolne, ot tak na niby i do niczego 
oczywiście niepodobne. Ale już inaczej jak za czasów dziecinnych, 
kiedy to samopas lub z małym Ignackiem... Nie snuł rojeń o 
niemożliwej wielkości, o swoich losach górnych, o sławie. 
Nie odkrywał nowych gwiazd, nie sprawiał przewrotów wiekopomnymi 
wynalazkami, nie pisał szczytnych poematów, które prowadziły naród 
ku wyzwoleniu. To były dzieciństwa. Teraz szukał siebie. Tworzył 
fikcyjne życiorysy własne w niezliczonych odmianach, przymierzał 
siebie do ludzi znajomych, nieznajomych i zmyślonych. Ale nigdy 
nie mógł odnaleźć siebie w tym chaosie usiłowań i przypadków 
szczęśliwych lub fatalnych, w powodzi wpływów, namiętności, 
błędów, prac, powołań, zamiarów, walk, zwycięstw, klęsk, uporów i 
wyrzeczeń, cnót i szalbierstw - które nazywają się życiem 
człowieka. Tkwiła w nim jakowaś nieudana osobliwość, z którą nie 
miał się gdzie podziać na świecie. Wyższość? Niższość? Chyba nic 
podobnego. Po prostu był niezdolny do naśladowania innych, czyli 
niestety wszystkich. Żądza i ciekawość życia rozpierały go 
potężnie, nurtując w tajemnym, ciemnym wnętrzu, ale nie dobywały 
się na jaw w świadomości; raził je pospolity dzień ludzkiego 
bytowania, w którym wszystko, czego by się tylko zapragnęło, było 
wręcz niemożliwe lub niezmiernie trudne. Już on pięknie dziękuje 
za rozkosze miłości, za rozgłos wielkiej kariery, za dostojeństwo 
tak zwanego uczciwego życia, za spokój wypełnionych obowiązków, za 
błogosławieństwo wzorowego pożycia rodzinnego i tak dalej. Ażeby w 
końcu, po nieodzownie najdłuższym życiu, wymówiono i nad nim w 
nagrodę sakramentalne: "Jako obywatel i jako człowiek..." No - 
nie. Odrzucał bezwzględnie wizerunki poczciwego żywota. Otrząsał 
się ze wstrętu na samą myśl, że pomimo wszystko i jemu zagraża 
podobna chluba i aż taka nuda. W chwilach zwątpienia mówił sobie: 

background image

- jestem wykolejony - i to miało być jego obroną. Uspokajał go 
zegar ze złoconą ręką: - Masz czas! Masz czas! - Ale śniegi od 
dawna znikły do szczętu, przechodziły ciepłe, mocne wiatry, Kuba 
narządzał pługi, Janka już przyjechała z uniwersytetu na święta... 
Czyż miał dalej siedzieć w zamknięciu? Któż to go skazał na 
czytanie aż do końca "Historii Konsulatu i Cesarstwa" pana 
Thiersa, oficjalnej, nudnej elukubracji w straszliwym polskim 
przekładzie i w jedenastu olbrzymich tomach? Coś się w nim 
buntowało. Najgorzej, że nikt nad nim nie czuwał, nikt mu niczego 
nie radził ani nie odradzał, ogromny świat stał przed nim otworem, 
spokojny i obojętny. Chwilami coś w sobie wyśmiewał zjadliwie. 
Jest się też z czym nosić! Wypadało bowiem na to, że czeka na 
przybycie jakowejś uroczystej delegacji, która go zaprosi uniżenie 
na gody życia. Jest człowiekiem wyjątkowym, męczennikiem i 
bohaterem. W tak młodym wieku dźwiga na sobie wiekopomne zasługi. 
Jest pełen myśli, które nie zdarzyły się jeszcze nikomu. Niesie w 
sobie bogactwo nieopisane. Wielka osobliwość epoki, Marek Świda. 
Jedyny na całą Polskę, który własną osobą bawił na wyspie Celebes. 
Janka przywiozła z Warszawy odmęt alarmujących wiadomości. Stan 
jest groźny! Żadnej myśli przewodniej. Przyzwoici ludzie toną 
wśród kołtunerii i paskarstwa, które rządzą wszystkim. Co za 
brudy! Intrygi! Skandale! Wszystko zdemoralizowane do gruntu, 
nawet młodzież. Wszystko co lepsze na froncie, ale front sobie, 
kraj sobie. Czy w Warszawie domyśla się ktokolwiek, że Polska 
prowadzi ciężką wojnę z potężnym wrogiem? Teatry, bale, kabarety, 
orgie. Co tam orgie... Gorzej, że ludzie powołani, posłowie, 
dyplomaci, kierownicy... Westchnął Kuba: 
- Ach, ty warszawska katarynko! 
Janka zamknęła się z bratem na tajemną rozmowę. Oznajmiła mu o 
sprawach poufnych i ukrytych. Zdradziła przed nim niedozwolone 
sekrety jedynie dlatego, że po pierwsze jest on z Pierwszej 
Brygady, a następnie, on musi koniecznie i to niezwłocznie (zaraz 
po świętach) jechać do Warszawy i "stanąć do roboty". Póki czas, 
trzeba ratować Polskę, reszty dowie się na miejscu. Marek niczego 
nie obiecywał, ale już postanowił sobie ruszyć z Jordanowic. Nie 
zamierzał stawać do żadnej roboty. W Warszawie może trochę 
posiedzieć, owszem, a potem - w świat. 
Świat był jeno pojęciem i marzeniem. Było to nieuchwytne, niby 
nigdzie. To było "tam". Kraina odwiecznej tęsknoty! Tam, gdzie 
rozpęknie skorupa duszy i z tajemnego ziarna wystrzeli kwiat 
życia. Wszystkie myśli, wizje, pożądania tam się wypełnią. Bo nie 
dość się urodzić - trzeba ożyć. Nie dość jest żyć - trzeba wiedzieć 
po co. Co i kto to sprawi? Nie wiadomo. Stać się to może dopiero 
"gdzieś" - we świecie. Daleko? Blisko? Jeżeli tam nie trafi, 
rozminie się sam ze sobą. Cóż począć? Opętało go przywidzenie i 

background image

uparło się. To była jego wiara. 
W Paryżu bawił tylko kilka dni w przejeździe. Był skołatany, mało 
przytomny i śmiertelnie stęskniony za krajem. Pobieżnie, w 
roztargnieniu chodził po mieście, ale w obliczu ulic, gmachów, 
tłumu, wszędzie i nigdzie, postrzegał coś uroczego. Owiało go 
tchnienie czaru. Było to jak gdyby zapamiętane, już kiedyś 
widziane, jak wyśnione. Poznał to jakoś nie wiadomo po czym i jak. 
Zdawało mu się, że ów urok nosił od małego dziecka w przeczuciu i 
w pragnieniu. Ktoś go natchnął, zaklął. Ktoś mu wywróżył dziwne 
miasto. Nie przygnębiło go ono wspaniałością i ogromem, nie 
odtrącało obcością. Nieopisany był jego wdzięk. Co chwila, co krok 
wykwitał skądś i witał Marka nieodgadniony uśmiech porozumienia. 
Skądże mu to było znajome? Bez przyczyny i powodu ogarniało go 
wzruszenie. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów czuł się 
dobrze. Coś go wabiło nieśmiałym szeptem, ledwo dosłyszalnie, 
serdecznie. Kryło się tu coś rodzonego i najbliższego jego 
istocie. Znikało, pojawiało się w świadomości na jedno mgnienie 
oka, zwodziło, łudziło i, nie dając się uchwycić, ginęło. 
Przemykało chyłkiem poza dostrzeżeniem, swawolne, zwinne, igrało 
gdzieś jakby poza nim, jakby w najwnętrzniejszej jego głębinie. 
Było powiewne, zmiennokształtne, jak obłok na modrym niebie. 
Dręczyło rozkoszą, wciąż zrywaną, wciąż wznawianą pieszczotą. 
Odgadywał, że to właśnie radość powrotu drgała w nim na progu 
ziemi ojczystej. Ale gdy przybył do domu, gdy zaczął myśleć i 
rozważać, czytając w oficynce stare szpargały, spostrzegł, że w 
tamtych dniach paryskich przeszły przez jego duszę momenty 
najbardziej własne, jedyne. Ścigał je wspomnieniem i uroił sobie, 
że tam już prawie wiedział o sobie to, za czym na próżno gonił 
teraz. Na próżno się rozglądał po Polsce. W marzeniu uparcie 
powracał ku dziwnym chwilom paryskim, pożądał ich, tęsknił i w 
końcu uwierzył, zaufał im niezbicie. 
Niezbicie - dla wielu przyczyn i jasnych, i nieznanych. Wreszcie i 
ona, przecież ona miała tam być! 
Ona pogrążała się w zapomnieniu i nie istniała całymi tygodniami. 
Znienacka, bez powodu wynurzała się i rozjaśniała mu świat, jak 
wspaniałe słońce. Bez niej błąkał się po omacku, z nią wszystko 
wiedział. Osobliwa postać z okrętu "Cambodia", nie przyznająca się 
do żadnej narodowości, obywatelka kuli ziemskiej, miss Helga Mc 
Farlane. Wsiadła w Colombo i dziwnie wnet się zbliżyli, bez 
żadnych wstępów, namysłów i konwenansów, po prostu jakby się byli 
kiedyś zgubili i odnaleźli się wreszcie po długich marzeniach i 
tęsknotach. Wyjaśniło się niebawem, że oboje nawzajem się poznali 
po czymś szczególnym, jak gdyby ich własnym. Nie podobna było tego 
umotywować, jak wielu spraw, które się stają między ludźmi. Z 
chwilą, gdy ją zobaczył, porwał się jak z letargu. Wydarł się z 

background image

grząskich lat swoich przygód, tułactwa i nędzy i wyskoczył z 
przeszłości na brzeg nowego życia. Ona była pierwszym, co ujrzał 
żywymi oczami. Wsparta o parapet, przesyłała pozdrowienia 
znajomym, którzy ją odprowadzali. Rude włosy miotały się na 
wietrze i co chwila osłaniały jej twarz. Krążył wokoło niej, 
wzbijał się nad nią, zakrywał ją i odsłaniał muślinowy woal. Wiatr 
szarpał jej lekką suknię. Jej spojrzenia, jej usta, ruchy pełne 
były niepokoju. Od razu poznał w niej dawne marzenie, zjawę ze 
snu, powtórzenie i dalszy ciąg czegoś zapomnianego, co miało 
gdzieś swój początek i długie, nadzwyczajne jakieś dzieje. Ruda 
panna przypadkiem spojrzała nań i odezwała się z jakimś pytaniem - 
o kierunek wiatru czy o barometr. Marek rozpromieniał i struchlał, 
ale nic nie odpowiedział, gdyż nie rozumiał po angielsku. Panna 
uśmiechnęła się i spróbowała po hiszpańsku. Po holendersku. Po 
niemiecku. Wreszcie utrafiła. Zaczęła się rozmowa po francusku. O 
byle czym. Ale wnet zapytała z hamowaną ciekawością i z ukrytym 
zawstydzeniem: 
- Dawno pan był w Ottawie? 
- Nigdy tam nie byłem. 
- Przepraszam, chciałam powiedzieć - w Manili? 
- Ach, nie... 
- Co ja znowu! To było na pewno w Buffalo, w domu państwa 
Jaerneploog? Przelotne spotkanie, ale ja zawsze zapamiętam twarz 
widzianą. Zresztą tylu mam znajomych po świecie - tysiące! 
- I ja panią znam, ale z pewnością nie od tych państwa z Buffalo. 
Przysiągłbym, że znam, ale znikąd; najprędzej przyśniła mi się 
pani. 
- Zabawne i możliwe. A kto pan jest? 
- Świda, Polak. 
- To ciekawe! Nigdy w życiu nie mówiłam z Polakiem. Varsovie - 
Cosusco - Quo Vadis... 
Tak się zaczęło. Rozmawiali całymi dniami. Na okręcie byli jak 
sami, nikt im nie przeszkadzał. Płynął z nią nie wiedząc o świecie 
bożym, zapomniawszy ze szczętem, gdzie jest, skąd się to wzięło i 
co będzie dalej. Porwała go w niej potęga przestrzeni świata, 
szalona bez celu fantazja, urok nieznanego zjawiska. I kusząca 
uroda, i jakowaś niepokojąca męskość tej panny, hasającej po 
morzach i lądach, jej samowola i wyzywająca śmiałość, wobec 
których uginał się spłoniony i truchlejący. Zaczarowany był ten 
okręt, ocean i on sam. Ale dopiero na Morzu Czerwonym, gdy upał 
zaczął dusić pierś i trwożyć serce, gdy rozpalony mózg przestał 
dzielić sen od prawdy, pewnej nocy zerwał się nagle. Przez otwarty 
iluminator tchnął duszny zapach morza, woda paliła się odmętem 
tęczowych ogni i widmowych połysków. Jarzyły się roje ogromnych, 
nieznanych i bliskich gwiazd, a między nimi przebłyskał i gasł, 

background image

rodził się i zamierał, jak dalekie wołanie, zagadkowy uśmiech miss 
Helgi. Poszedł białym, dusznym korytarzem, lśniącym od lampek. Bez 
namysłu ujął za klamkę, drzwi od kajuty były otwarte. 
- Kto tam? 
- To ja! 
Nie do wiary jakoś szybko, niepostrzeżenie zawinęli do portu w 
Marsylii. Marek z osobliwą miną, jak obudzony ze snu, patrzył na 
ten brzeg. Ogarnęło go ciężkie strapienie. Miss Mc Farlane śmiała 
się. 
- Pan sądził, że tak będzie bez końca? 
- Tak... - odparł szczerze. 
- A więc niech pan tymczasem wraca do swoich powitać odrodzoną 
ojczyznę - na resztę zimy. A na wiosnę, jeśli tak bardzo pan 
chce... Jeżeli pan jeszcze będzie chciał, to na wiosnę możemy się 
spotkać gdzieś na świecie. Możemy się od razu umówić. Na Boże 
Narodzenie jadę z Quebec do St. Louis - do ojca. Potem razem z 
gronem przyjaciół jedziemy na sezon na Sandwich, pan wie, gdzie 
to? Stamtąd już wprost do Europy. Powiedzmy, pierwszego maja, 
Paryż - Hotel Ritz - zgoda? 
W Warszawie zapadł w stan radosnego upojenia. Przez kilka dni był 
niepoczytalnie szczęśliwy, olśniony, opętany. Byle co wtrącało go 
w ekstazę. Na każdym kroku czyhała na niego zasadzka 
nieprzypuszczalnych dziwów. Wszystko było fantastyczne. Wydzierało 
się to zeń w okrzykach zdumienia, w patetycznych gestach, we łzach 
i w uniesieniach zachwytu, w nieposkromionej gadaninie, którą 
napastował znajomych, a w mocniejszej jakiejś chwili nawet 
przechodniów na ulicy. Ci brali go za wariata, a znajomi wzruszali 
ramionami, słuchali cierpliwie i nie przeczyli, żałując, że 
ciężkie przejścia tak dalece zrujnowały nerwy młodego człowieka. 
Doprawdy, było to niepokojące. Ciotki, u których zamieszkał, 
łamały nad nim ręce i podstępnie zaprosiły zaufanego lekarza od 
lżejszych bzików. Janka nie śmiała pisnąć, gdyż za pierwsze 
trzeźwiejsze i rozsądne słowo została sponiewierana i zakrzyczana. 
Zaprawdę, spadł z księżyca! Plątał się po Warszawie jak cudownie 
uleczony ślepiec od urodzenia, który nagle ujrzał świat. Znał go z 
opowiadań, z tysiąca wiadomości, teoretycznie wiedział o 
wszystkim, ale teraz przejrzał i oto sprawdza własnymi oczami... 
Przy tym sprawdzaniu Polska przerastała wszelkie wyobrażenie. 
Przede wszystkim była i snadź trzeba było wyjątkowego jakiegoś 
momentu objawienia, ażeby w to nareszcie uwierzyć. Bywają zjawiska 
wyjątkowej mocy, których nie podobna ująć i ogarnąć po prostu i od 
razu. Otaczają człowieka, ocierają się o niego, są mu niby 
znajome, aż nagle wybuchają w świadomości jako rewelacja cudu i 
mózg wchłania je w paroksyzmie bólu, trwogi i szczęścia bez 
granic. Więc Marek wpatrywał się z nabożeństwem w orła 

background image

państwowego, przybitego nad komisariatem policji, czytał z 
lubością od deski do deski przeróżne obwieszczenia rządowe, latał 
wraz z ulicznikami za pierwszym lepszym i nawet za każdym 
napotkanym oddziałem piechoty. Na galerii sejmowej leżał na 
plecach gapiów z pierwszych rzędów i nic nie widział, chwytając 
jeno echo suwerennego gwaru i słuchając bicia własnego serca, 
które rosło i dolegało mu w piersi. Na czyjąś, może 
najsłuszniejszą uwagę krytyczną tudzież lewicową odpowiedział 
odruchowo brutalnie, wszczął burdę, za którą wyproszono go na 
zewnątrz. Stawał na ulicy jak wkopany i z najgłupszym uśmiechem 
wniebowzięcia szeptał coś do siebie lub zwracał się do Bogu ducha 
winnego przechodnia, który rzucał nań dziwne spojrzenie i uciekał. 
Wzruszały go polskie szyldy, polskie znaczki pocztowe, nawet 
ubożuchne polskie banknoty. Gdy spotkał policjanta prowadzącego 
dwóch nędznych aresztantów, podziwiał ten obraz w skupieniu. Ci 
złodzieje są też obywatelami Niepodległej Rzeczypospolitej. Nie 
wątpił, że tym wolnym obywatelom podlejszego gatunku jest znacznie 
milej siedzieć na polskim Pawiaku niż na dawniejszym. Wreszcie 
uspokoił się. Zaczął czytywać gazety, przyglądał się sprawom i 
ludziom. W tym celu chodził do przedniejszych kawiarni. Tam 
najłacniej mógł spotkać kogoś z kolegów krakowskich lub pułkowych. 
Pewnego dnia zauważył czarnego pana o surowej, wygolonej twarzy 
Rzymianina, który wpatrywał się weń natarczywie. Był to Włoch, 
Rumun, może nawet Hiszpan. Marek z rozkoszą napawał się 
zagranicznymi gośćmi, od których w tych czasach roiło się w 
Warszawie i którymi nabity był "Bristol". Podziwiał uniformy khaki 
niezliczonych misyj wojskowych i chciwie przyglądał się bohaterom 
zachodniego frontu, pogromcom Niemiec, tym, co ocaleli ze 
straszliwych rzezi pod Verdun, Ypres, nad Sommą i byli 
najmężniejsi z mężnych, sądząc po odznakach bojowych, które 
okrywały ich bohaterskie torsy. Z czarnookim Rzymianinem wymienił 
kilka wymownych spojrzeń, w których była gościnność, przyjaźń, 
podziw i wreszcie wdzięczność, przy zaznaczeniu całkowitej dumy 
narodowej. Wreszcie Rzymianin uśmiechnął się, wstał i przemówił: 
- No, teraz już wiem. Jak się masz, Marek? Kopę lat! 
- Nusym, więc to ty? 
- No cóż? Ja. 
- Nie poznałbym cię. 
- Bardzo słusznie, dużo się we mnie zmieniło. W każdym razie już 
nigdy Nusym, jeno Marian. 
- Niech ci będzie Marian, jeżeli tak wolisz. 
- Wolę, muszę tak woleć. Oto mój bilet wizytowy. 
Marek czytał: "Marian Plechyński, dyrektor Banku Eximport". 
- To dopiero! Powinszować! A cóż z medycyną? 
- Do diabła! Uważasz, koniecznie chciałem stać się szczerym 

background image

Polakiem, i to naprawdę. W tym celu musiałem zacząć robić 
pieniądze, żeby się wkupić do narodu. Rozumiesz, że nie można 
inaczej, zważywszy dzisiejsze prądy, odwieczne zresztą. A ty? 
- Ja dopierom co wrócił. 
- Skąd? 
- Z niewoli, z Rosji, przez Sybir, Chiny, przez wyspę Celebes, 
Marsylię itd. 
- Matko Boska! Ubolewam i winszuję. Nic o tobie nie wiedziałem. 
Więc nie byłeś w rosyjskim wojsku? A w jakim? 
- W Legionach. 
- Naturalnie, powinieneś był się tam znaleźć. Choćbyś nie chciał. 
Taki był twój typ. 
- Wiele rzeczy najważniejszych staje się trafem. Tak było ze mną. 
- Nie ma trafów. Gdybyś nie był zechciał... 
- Bo ja wiem, czym chciał? Tak wypadło. 
- Gadasz ze skromności. 
- A tyś już naprawdę się dorobił? Grubo? 
- Grubieję. To samo idzie z dnia na dzień, byle zacząć. Wszedłem w 
wysokie stosunki polskie, ale moimi milionami nie mogę przebłagać 
ojca ani matki. Są w biedzie po dawnemu, w sklepiku, w mieście 
Radzyniu, ale ode mnie, przechrzty, ani złamanej marki polskiej! 
Wyklęty jestem. Getto trzeba zabić, ale na to muszą wymrzeć co 
najmniej dwa pokolenia żydowskie i tyleż polskich. Potem będzie 
dobrze. Polska z nami nie zginie. 
- A co też robi nasz Darasz? Oczywiście w wojsku, jeśli go gdzieś 
nie zatłukli? 
- Tłukli go, był ranny. Jest już pułkownikiem. 
- Patrzajcie! A Majorkiewicz? 
- Wyrabia się w polityce, przystał do "Piasta". Tymczasem coś tam 
organizuje, redaguje i wiecuje, a w swoim czasie na pewno będzie 
posłem. 
- A Leparski? 
- Ten poszedł drogą szlachetną. Zaplątał się w obronę Lwowa i 
oberwało mu obie ręce. Wydał już tomik poezyj, owszem, bardzo 
chwalą, ale ja do tego nie mam smaku. Bardzo pogodne, urocze i 
arcypolskie, radośnie niepodległościowe i, wyobraź sobie, ani 
słowa o żadnych bitwach ani o tych oberwanych rękach. 
- Słuchaj no, Nusym, a cóż na to wszystko nasz Anglik, kniaź 
Botwid? 
- Lord Kretyn? Sam bym był ciekawy, alem nic nie słyszał. Ten 
równie dobrze może grać w tenisa z prawdziwymi lordziętami z 
Anglii, jak być bolszewickim komisarzem lub wysokim urzędnikiem 
przy generalnym komisarzu Ziem Wschodnich i pilnować swoich 
magnackich włości, położonych w mocno niepewnej strefie. Nie wiem, 
może sobie za drugim razem naprawdę w łeb strzelił i już. To był 

background image

typ. I cóż ty masz za zamiary, szlachetny Marku? 
- Nie mam żadnych. Na razie jadę do Paryża. 
- A tam co? 
- Nic. Posiedzę sobie z jaki rok. 
- To ja ci powiem: jedź i zacznij pisać pamiętnik swoich przygód. 
Będziesz literatem! Od dawna wiedziałem, że na tym skończysz. Ty 
już piszesz, przyznaj się. 
- Po co mam pisać? Śmieszne. 
- Jak sobie chcesz, ale minąłbyś się z powołaniem... Ja obserwuję 
wszystkich naszych chłopaków. Ty byłeś zawsze fantasta, samotnik, 
a do tego leń pierwszej klasy - naczelna kwalifikacja na artystę. 
Jakąż ty miałeś pogardę dla pracy i dla tego Żydka, Nusyma 
Skurnika, który zawsze wszystko wykuł i miał wszystko na czas 
rozwiązane, napisane, wypisane i przepisane. 
Rozmawiali. Nusym co chwila wymieniał ukłony. Witał się z 
dostojnymi sarmackimi panami, z Żydami, z wojskowymi i z jakimiś 
typami łajdackimi w szykownych ubraniach. Nagle Marek aż skoczył. 
- Co ten tu robi? Przecież to carski pułkownik, Chapownicki?! 
- Tak, to generał Chapownicki. Powinien się nazywać Łapownicki. 
Intendentura. Ty go znasz? 
- Czy go znam... Boże miłosierny? Obóz jeńców w Darnicy! Przecież 
to ten sam! Moskal, Moskal zabity i drań, siepacz, na nas, 
legionistów, najgorszy pies... Więc to tak? I nikt o tym nie wie? 
Polski generał! Już ja się postaram!... 
- Nie staraj się, Marku, daj spokój. Teraz wojna. Po wojnie armia 
polska wyrzyga ze siebie odmęt kału i będzie zdrowa jak koń. Ale 
na razie i tacy są potrzebni. Skądże weźmiesz fachowców? Ten na 
przykład pracuje dzielnie, choć drogo nas kosztuje. To wielki 
złodziej, wyszkolony w wojnie światowej. W każdym razie choć 
trzydzieści, a może pięćdziesiąt procent odliczymy na bok - 
żołnierz w polu otrzyma połowę tego, co mu się należy. W naszych 
stosunkach to się kalkuluje wcale nienajgorzej. Jego poprzednikiem 
był człowiek idealnie uczciwy; więc naokoło niego wszyscy kradli i 
spekulowali, a do żołnierza nie dochodziło już nic. Z obu miałem 
do czynienia, więc wiem. Mój bank finansuje dostawy dla wojska. 
Uspokój się. Co tam nasze złodziejstwa... Nasi zagraniczni 
dostawcy, to dopiero artyści! Nieprędko im dorównamy, przy 
wszystkich dobrych chęciach. Jedno mnie zastanawia, drogi Marku. 
Że też ty, taki męczennik, idealista... - Pozwól, że powiem - po co 
ci tak pilno do Paryża? Uciekasz z Polski? Nawet się nią nie 
nacieszysz? Już ci obrzydła? Za dużo Chapownickich? Nakładli ci w 
uszy straszliwości, od których włosy na głowie... Daj spokój, 
można wytrzymać. 
- Od niczego nie uciekam. Nienawidzę idealistów, którzy jeszcze 
teraz lamentują nad Polską. Jest, jaka jest. Jadę do Paryża, bo po 

background image

prostu robię, co chcę. Muszę trochę postudiować, bo nic nie umiem. 
Nusym roześmiał się. 
- Nic z tego nie będzie. Gdzie tam tobie, drogi Marku! Obkuwanie 
zostaw innym, zresztą bez niczyjej namowy, z własnego natchnienia 
uczyniłeś to dawno, jeszcze małym chłopcem. Patrzaj wokoło z 
mądrym uśmiechem. Zażyj zabawy. Puszczaj się. Bierz wszystko przez 
ciekawość, pogodnie, na wesoło. Dla innych książki, a dla ciebie 
akademia świeżego powietrza. Nie myśl o niczym. Ciesz się Polską z 
daleka. Już my za ciebie będziemy się trapić. Oto masz program. 
Usłuchaj kolegi! Tą metodą wejdziesz na swoją drogę, sam nie 
wiedząc nawet kiedy - a jeszcze w Paryżu! 
- Znasz Paryż? 
- Bywam tam co trzy tygodnie. 
- Ach, wy spekulanci. Do Paryża jeździ na swoje szachrajstwa. Do 
takiego Paryża... 
- Vspaniałe miasto! Gdybym się nie kierował na Polaka, osiadłbym 
tam na stałe dla samej rozkoszy oddychania tamtejszym powietrzem. 
A bez naszego szachrajstwa Polska nie mogłaby prowadzić wojny, 
pomimo znanego bohaterstwa swoich żołnierzy. Marku, więcej 
szacunku dla naszej kanalii. Inaczej nigdy nie zrozumiesz Polski. 
Cnoty są bardzo potrzebne, zawsze ich za mało i któż bardziej niż 
ja... Ale cnota to miód. To jest smar. Kanalia w życiu to osie, 
tryby. Zdrowy, pierwotny egoizm, energia bezwzględna, dzikie 
żerowanie są to instynkty bezwiednie twórcze i najpotężniejsze, 
bez których życie społeczne nie mogłoby istnieć. Tak jest 
wszędzie, również w naszym kochanym Paryżu, nie wiem, dlaczego u 
nas ma być inaczej? Dlatego, że pisali trzej wieszcze, Towiański, 
Cieszkowski i tylu szlachetnych? Przepraszam cię, Marku, bo oto 
łotr zza oceanu, na którego czekałem. Co dzień tu jestem w 
południe. 
Marek patrzał przez okno. Przed "Bristolem" gromada samochodów z 
obcymi odznakami. Dyplomacja! W rzece przechodniów odgadywał co 
chwila postacie znamienne, dźwigające na sobie losy narodu. 
Przemykali się młodzi szykowcy, ludzie wynędzniali, świetni 
oficerowie, piękne panie, ubrane podkasaną modą, ludzie 
zatroskani, spieszący się, i wałęsające się próżniaki. Roiło się 
to, wymijało, prześcigało, skupiało i rozpraszało. W zwykłym, 
codziennym tłumie ulicznym Marek dostrzegał zmącony, zagadkowy 
nurt polskich przeznaczeń. Łudził się, że coś w tym chwyta, że coś 
rozumie. Z zamętu wciąż układał się i rozwiewał obraz dawnego, 
zatajonego w duszy marzenia o tych ludziach nieznajomych. Starym 
obyczajem swoim i nałogiem urościł i uroił w pewnej chwili, że ich 
przenika na wskroś. Niespodziewane odkrycie... Wiecznie ci sami. 
Pomimo przewrotu w losach narodu nic się nie odmieniło w głębi 
tych dusz. W życiu i naokoło wszystko inaczej. Nieprzeliczony 

background image

bezmiar drobnych przemian obsypuje ich co dnia jak pyłem. Już tego 
nawet nie dostrzegają. Cokolwiek się jeszcze wydarzy, będzie dla 
nich zwyczajnym. Gdzież radość, gdzież ich wielka przemiana? Cud 
dziejowy odprawia nad nimi swoje misterium, pod niebo bije hymn 
dziękczynienia tej ziemi. Przesiąkła radością ziemia, umęczona 
przez wieki, aż drgnęły w mogiłach prochy wymarłych pokoleń. Któż 
więc sprawia to w ich imieniu, kto za nich wie o tym, kto za nich 
czuje, gdy potężny powszedni dzień już dawno zadeptał w duszach 
rozkwitły skarb narodu? Wyłaniała się jakaś abstrakcja Polski, dla 
której brak mu było nawet symbolu. Utknął w kłopocie. 
Niespodziewanie tknęła go jak szydłem nienawiść. Wyjrzał obraz od 
dawna zatarty. Olbrzymi ponury podwórzec, obstawiony wokoło 
czarnymi barakami. Zmierzcha się. Zacina zimny deszcz jesienny. W 
błocie klęczy zbita masa dwóch tysięcy obdartych, dygocących z 
zimna nędzarzy. Klęczą od rana, nad nimi gęsto rozstawione straże, 
na ganku domu komendanta dwa karabiny maszynowe. To za skradzioną 
słomę. Za słomę dla chorych towarzyszy, mrących co dnia setkami w 
tyfusowych barakach, w zamknięciu, bez lekarza, bez opieki, bez 
źdźbła słomy na barłóg. Mroczy się. Wiatr przenika do kości. Już 
połowa jeńców leży w błocie bez duszy, nie pomogą kolby i wrzaski. 
Marek klęczy na zmartwiałych kolanach, nie czuje i nie wie nic. 
Nagle na ganku między dwoma filarkami, między dwiema grupkami 
żołnierzy, czuwających przy karabinach maszynowych, ukazuje się 
siwa niewiasta. Zbiega po schodkach, zanosi się od płaczu. Wciska 
się w tłum. 
- Wstawajcie, ludzie!... Wstawajcie! Idźcie sobie z Bogiem! 
Wracajcie do swoich! Podli niewolnicy! Dlaczego słuchacie krwawego 
siepacza? Wyrzutka rodu ludzkiego, mego męża?... Niech będzie 
przeklęty!... Przeklęty! 
Komendant już jest w tłumie: łysy, bez czapki, blady i struchlały, 
szamoce się z niewiastą, wlecze ją, błaga. Rozlegają się krzyki 
komendy: - Wstawać! Wzdłuż baraków szykuj się! - 1 Marek staje w 
szeregu, według swego numeru porządkowego. Martwymi oczami 
wpatruje się w komendanta obozu jak w niesłychaną osobliwość. 
Albowiem znika deszcz, zmrok, błoto i baraki, pułkownik 
Chapownicki siedzi tuż przy stoliku z jakimś panem i zajada 
ciastka, umie mówić po polsku i jest tym razem w polskim mundurze. 
Marek nie rozumie tego. Nie rozumie zupełnie, czego od niego chce 
stary łysy człowiek. Stoi przed nim i uśmiecha się nieśmiało, 
poczciwie. Długi wyszarzany szynel zapięty pod samą nie goloną 
brodę, obrośniętą siwą szczeciną. Na szynelu wyraźne łaty. Żebrak 
spod Lourse'a zakradł się do środka, zebrał się na odwagę i 
obchodzi stoliki. Marek sięga do kieszeni. 
- Pan mnie nie poznaje? I ja się długo namyślałem, bo ostatecznie 
bliznę na głowie może mieć każdy... Może się jeszcze mylę, więc 

background image

bardzo przepraszam. A nawet choćby tak było, skąd mnie ma pan 
pamiętać, kiedy pan był prawie ciągle nieprzytomny. Przepraszam 
jeszcze raz... Ale może jednak był pan przypadkiem oficerem w 
Legionach, w kawalerii? 
- Tak, ale wachmistrzem. 
- I ranny między Styrem a Stochodem, pod Trojanówką? Lipiec, rok 
szesnasty? 
- Tak, to ja. 
- Jakże się cieszę! I nogi całe? Noże pan chodzić? 
- Jeszcze jak! 
- Chwała Bogu. Jestem doktor... 
- Ach, doktorze! Przecież oni byliby mnie zakopali w lesie. Gdyby 
mnie... 
- Tak by było, jak pan powiada, ale jeszcze pewniej "sanitarze" 
pana dobiliby na poczekaniu, jakby tylko poznali, że legionista. 
Na szczęście, ja tam był i dopilnowałem. I co pan powie, nie 
chcieli brać! Ja każę, a jeden do mnie z pyskiem. Dopieroż ja go 
raz w mordę, drugi, trzeci... Sam zrobiłem opatrunek i na 
"nosiłki". Pan patrzył we mnie przez cały czas takimi szeroko 
otwartymi oczami, a ja stary płaczę. Ja, com na tej wojnie tyle 
widział... Patrzę ja w te młode polskie oczy i myślę - to jeden z 
tamtych... Ryczę jak baba - oj, wy chłopcy, chłopcy, czego to wam 
się zachciało... A teraz, masz tobie - ot i Polska jest... 
Ale doktor nie może się dostać do polskiego wojska. Nie szczęści 
mu się zupełnie. Dobija się od paru miesięcy, ale cóż, nie ma 
solidnych rekomendacji, a papiery mu zginęły. Wymagają, nic 
dziwnego, tyle "swołoczy" pcha się na posady... Chodzi wszędzie, 
bez ustanku. Szuka po ulicach, może kogo spotka ze starych kolegów 
o wyższej szarży. Szuka po cukierniach, tylko te garsony złodzieje 
go prześladują za dziadowski przyodziewek. 
Jednak... Jednak robiło mu się jakoś obco. Nawet jego nieustająca 
polska radość stała się jakby nałogiem, który trwał w nim, ale nic 
już właściwie nie dawał. Było mu w Warszawie za cicho, za 
spokojnie. Otrząsał się na wspomnienie krwawego czadu rosyjskiego, 
w którym spędził trzy lata, jak w piekielnym kotle, gdzie każdy 
dzień i każda godzina niosły w sobie katastrofy, przewrotowe 
zmiany i monstrualne absurdy. Jednak tam nawet wszelkie horrenda 
miały swój sens utajony. Tamtejsze zaślepione szaleństwo, 
zataczając się jak pijane i błądząc w obłąkaniu, wyraźnie ku 
czemuś zmierzało. W Polsce - tak mu się to nagle wydało - wszystko 
stało w miejscu. Tym lepiej dla Polski - rozumował, ale po pewnym 
opamiętaniu uczyniło mu się czczo i nudno. Przesoliwszy w radości, 
teraz zaczął się puszczać na zbyt pochopną krytykę. Przezwano go 
dobrotliwie bolszewikiem. 
Nic nie robił. Od rana do nocy kręcił się między ludźmi. Słuchał, 

background image

patrzał, dyskutował, bywał na wiecach, czytał wszystkie gazety, 
wreszcie utonął w chaosie i dopiero naprawdę nic nie widział. Kdy 
się wywnętrzał i wyzwierzał przed kolegą, Marian Plechyński śmiał 
się. 
- Drogi kolego, widzę, że masz ochotę zacząć po dawnemu. Chcesz 
ode mnie po prostu ściągnąć "zadanie" pod tytułem: "Młoda a stara 
Polska", "Na progu wolności", "Polska a Europa" lub "Europa a 
Polska", czy jak tam jeszcze wolisz - wiadomo, o co idzie. Owszem. 
Ale już nie ma śladu Nusyma Skurnika. Tamten może by to wszystko 
wiedział i całe wypracowanie miał gotowiusieńkie i przepisane na 
czysto. Zaś niżej podpisany Marian P., szlachcic polski herbu 
"Monitor", tyle wie, co i ty - czyli na razie nic. Mnie to 
zupełnie wystarcza, a i tobie radzę nie wywyższać się nad innych, 
bo to ci mówię - nikt nie wie. Zresztą, mamy broszury i wzniosłe 
alarmy wielkich duchów powołanych - poeci, kapłani, a zwłaszcza 
kandydaci przepadli na wyborach do instytutu na ulicy Wiejskiej. 
Czytaj pilnie! To są głosy nieomylne, gdyż opierają się na samym 
czystym natchnieniu. Jest i Szyller-Szkolnik... Jedno wiadomo: 
musimy wygrać tę wojnę, żeby w ogóle istnieć. Gdy zwyciężymy, 
dopiero zaczną się subtelniejsze problematy i będzie czas na 
wszystko. 
- To każdy wie! 
- Bogać tam... Mało kto. Wojna jest okropnie daleko od Warszawy, 
więc łatwo o niej zapomnieć. Pogadajmy o Paryżu... 
Na kolacji w Hotelu Europejskim Marek postanowił wyjechać w ciągu 
tygodnia. Kolega Plechyński dawał mu rady i mnóstwo wskazówek, ale 
on ujrzał nagle i widział tylko ją jedną, Miss Mc Farlane, 
"pierwszego maja, Hotel Ritz". Cokolwiek się dzieje w Polsce, on 
musi tam być na czas i będzie. Ogarnęła go żądza nieznanego. 
Globtroterka z "Cambodia" wyrosła przed nim nagle i musnęła go 
przelotnie spojrzeniem jak brzytwą. Zapomniana, zostawiła go w 
spokoju, dała mu odpocząć, aż zbliżyła się zapowiedziana data. 
Ach, nie zapomniał! Zawsze o niej wiedział. Snadź ich 
przeznaczeniom były potrzebne te kilka miesięcy rozłąki. Dobrze 
się stało, że nie pognał wprost z nią do Kanady. Jego wyczerpanie, 
tęsknota za krajem, brak zaufania do dziwności podobnej wyprawy - 
można to było nazwać, jak się chciało. Teraz wiadomo, że los tak 
nakazał, los tego chciał. Gdy przypomniał sobie ich pożegnanie, 
ostatnie słowa na dworcu, gdy jego pociąg już ruszał... Wiedział, 
że nie ma, nie może być i być nie mogło żadnych mocy, które by 
utrudniały lub obaliły fantasmagorię niezawodnego ich spotkania. 
Oczy Marka zaiskrzyły się, zaśmiały. 
- Jedynym winem świata jest burgund, pamiętaj o tym zawsze, 
zwłaszcza w trudniejszej godzinie. Myślę, że już cośkolwiek 
rozumiesz i wiesz? 

background image

- Nic nie chcę rozumieć! Dobrze mi tak. Już wiem, czego chcę. 
- Doskonale. Napijże się jeszcze. 
Marek pił. Na sali było rojno i gwarno. Dostatek, pogoda, humory. 
Jasno, pięknie, skala europejska, toalety. 
Wiele się gada i baje o polskich kłopotach i dolegliwościach, 
gdzieś tam we mrokach jak puszczyki pohukują trwożliwe ponurogłosy 
i lęgną się widma. Wolne żarty! Polska jest! Stoi mocno, a jej moc 
jest spokojna. Nerwy są, chleba w bród. Niewidzialna orkiestra 
przygrywała dyskretnie z oddala, kołysząc ten polski obraz w rytm 
pogodnej beztroski, dawała odpuszczenie ciężkim myślom, wygładzała 
zmarszczki na czołach, narzucała twarzom uśmiechy. Najgorszy 
pesymista zastanowi się głęboko nad swymi pogrzebowymi tezami - 
niech tu jeno przyjdzie i spojrzy. Przeminął, poszedł wniwecz 
okres pokuty i ofiary. Radości Polsce potrzeba, otóż to! Nunc est 
bibendum. 
Na sali królowała najwyższa dystynkcja. Jeno w najdalszym kącie od 
czasu do czasu wybuchał gwar podniesionych głosów i zagłuszał 
orkiestrę. Ktoś tam perorował po pijanemu. Zrywał się gromadny, 
hulaszczy, huraganowy śmiech, młody, kipiący życiem, nieprzyzwoity 
i niedopuszczalny w tak dostojnym lokalu. Jednak poważni 
ziemianie, dygnitarze, ich najcnotliwsze żony i nieskazitelnie 
wychowane dziewicze córki z ciepłą życzliwością poglądali w tę 
stronę, jak gdyby nawet z pewną zachętą. Wreszcie gruby i sumiasty 
najszanowniejszy jegomość powstał od swego stolika i, wysoko 
wzniósłszy szklankę, poczerwieniał jak burak i krzyknął: 
- Niech żyje armia na froncie!! 
- Bić Moskali! 
- Cześć mężnym! 
- Orkiestra!! 
Wszystko wstawało z miejsc, wołało, klaskało, piszczało. 
Zagłuszył to chór młodych głosów. Dziwna, jak z innego świata, 
huknęła pieśń żałosna i męska. Była w niej skarga a zarazem 
wyzwanie. Jej melodia i jej słowa wyodrębniły tę garść wojskowych 
w odległym kącie sali, jak gdyby dopiero teraz okazało się, kim 
oni byli w swojej istocie. Ludzie z frontu! A zatem wojna jest 
prawdą. Są, którzy walczą i którzy giną. Tam, skąd przychodzą 
komunikaty codzienne, do znudzenia ogłaszane w gazetach. Pieśń 
oznajmiała wielką nowinę, domagała się powagi i skupienia, niosła 
w sobie nakaz bezwzględnie surowy i ostateczny. Z bliska nie 
wyglądało to zbyt surowo. Marek opuścił Nusyma, przesunął się 
między stolikami i ujrzał kilkunastu oficerów, ściśniętych w kupie 
dookoła dwóch zestawionych stolików. Byli pijani jak jeden mąż. Na 
krześle stał wysoki chłopak, wahając się niebezpiecznie długim 
swoim kadłubem na prawo i na lewo. Dwaj wierni koledzy trzymali go 
za nogi, a on rozpoczynał wielką swoją mowę na całą salę, na całą 

background image

Polskę. 
- Ja w imieniu kolegów... Albowiem nie ma takich słów, ażeby z 
godną wdzięcznością za takie pochlebne uczczenie... Skąd? Za co? 
Tylko niegodne sługi narodu - tylko to! Albowiem co my, a co wy? 
Szanowni panowie i piękne panie, którzy sobie w cieple i we 
wszelkich wygodach... A my to jak? Bez koszuli ten żołnierz całą 
zimę zębami przedzwoni w pieskie mrozy... Tak jest! 
- Prawda! Prawda! - grzmiał otyły major, bezwładnie leżący w 
fotelu. 
- Złaź, Bolek bo hańbę czynisz, byku ty jeden pijany... 
- Milcz i słuchaj, kiedy ja... 
- Ja? Cóż mi to jest za ja? 
- Co za ja? Ja to jest nic! Ale kiedy mówię ja, to znaczy my 
wszyscy, czyli w imieniu całej linii od Dyneburga do Dniestru. 
Czyż nie tak? Baczność. I cóż na to odpowie cywilna Polska? Więc 
oświadczamy jako wasi synowie. A kiedy syn pyta ojca, rodzonego 
ojca, który urodzony w powiciu, nigdy nie widział żadnej wiosny 
ani razu w życiu? Cóż poczniemy z tym fantem? Straszna to jest 
chwila osobliwa; nie daj Boże nikomu dożyć. A teraz powiem od razu 
najważniejsze, bo nie umiem wykładać jako mówca. Moi państwo, 
żarty na stronę, bo wojna to nie zabawa. To jest pierwsza rzecz. A 
druga, czyli właśnie najpierwsza, dotyczy... Bez tego nic! Mówię 
że nic! 
Mówca urwał i wzniósł ramiona, chybnął się. Koledzy go 
podtrzymali, ale on podał się naprzód i wysunął obie ręce wprost 
do Marka, jak gdyby miał zamiar spłynąć z góry w jego objęcia. 
- Więc ty żyjesz? On żyje! Słuchajcie! Patrzajcie! Świda wstał z 
grobu! Powrócił z niewoli! Tu on stoi. Czy ty naprawdę? Jeżeli 
naprawdę, to po cóż się dekujesz w cywilu, świnio jedna, świnio, 
powiadam wyraźnie. Jeżeli to nie jest zresztą przykre 
nieporozumienie, gdyż, szanowny panie... Gdyż na razie jestem 
nieco... Nieco... 
Ale już go któryś porwał w objęcia. Nawet nie wiedział kto. Potem 
kto inny łamał mu żebra. Podawali go sobie jeden drugiemu. 
Najserdeczniej całował się z nieznajomymi. Co chwila jakaś twarz, 
przypomniana jakby z innego świata i z cudzego żywota, zdumiewała 
go i przeszywała dotkliwym wzruszeniem, rozczuleniem bez granic, 
które aż bolało. Gadał trzy po trzy. Jak gdyby wylazł ze siebie i 
unosił się w powietrzu. Jakże ich kochał wszystkich, co do 
jednego! Wciąż o coś pytał i oni jeden przez drugiego pytali go o 
coś natarczywie, a nikt nikomu nie odpowiadał. Wreszcie Marek 
oprzytomniał i uchwycił pierwszą myśl. Złapał w ramiona pikola, 
który stał wniebowzięty i zapatrzony na wesołą kompanię, podniósł 
go w górę i oddał komendę: 
- Mały, baczność! Melduj starszemu panu, żeby tu natychmiast sześć 

background image

butelek burgunda! Już cię tu nie ma - kurcgalop, na jednej 
nodze!... Ja stawiam i melduję posłusznie starym kolegom i wam, 
panowie, każdemu wedle szarży, że od tej chwili... 
- Do nas, Marku! Siódmy pułk ułanów! 
- W jedenastym sami nasi! - ryczał kolega Gzowski, major. 
- Pierwszy szwoleżerów, oto pułk! Co za ludzie! Co za konie! 
Od tygodnia tuła się szwadron odcięty od pułku i swoich. Pewnej 
nocy pułk zapomniał ich zdjąć z punktu obserwacyjnego, czyli też 
konny z rozkazem zbłądził lub przepadł. O świcie dwie baterie 
ostrzelały las i zbudziły ludzi, drzemiących przy osiodłanych 
koniach. Jak okiem sięgnąć, zaroiło się pole od niezliczonych kup 
konnych, które szły nawałą. Ruszyli chybko przez las szukać pułku, 
gonili go przez cały dzień, a o zachodzie słońca, wyszedłszy 
gdzieś na trakt, wpadli na olbrzymie tabory nieprzyjacielskie. 
Natarli, narobili alarmu i uskoczyli w bok ku południu. Nikt nic 
nie rozumiał. Sytuacja była najdziwniejsza, a skołatane, 
przemęczone, bezsenne głowy oficerskie niezdatne już były do 
myślenia. Klucząc i myląc domniemany pościg, ostatnim tchem 
końskim doszli do ustronnego folwarku i zapadli na noc. Od świtu 
rotmistrz wyprawiał patrole po trzech ludzi we wszystkie cztery 
strony dla zorientowania się. Armaty odzywały się i ze wschodu, i 
od zachodu. Każdy meldunek był niespodzianką. Każda wieść zebrana 
po drodze zagadką. Wreszcie jedno się stało pewnym zaplątali się w 
sam środek między wielkie masy wojsk będących w pełnym ruchu, w 
zapędzie na Warszawę. Szwadron zapadał na noc w ustronnych 
sadybach, między kępami leśnymi, po nieznacznych dołkach, i pasł 
konie. Nocami wychodził, posuwał się nieco ku wschodowi, szukał 
nowej kryjówki i przyczajał się. Mieli nadzieję, że wnet gdy minie 
główna nawała, znajdą się na tyłach nieprzyjaciela, gdzie 
odzyskają swobodę ruchów, a nie mając nic lepszego do roboty, będą 
mogli rozwinąć niejaką inicjatywę, grasując po liniach etapowych, 
wszczynaiąc alarmy, szerząc fałszywe wieści, napadając na tabory. 
Wreszcie czegoś się ostatecznie dowiedzą, jakoś się przecie 
wymkną. W tych opałach Marek zapomniał o wszystkich okropnościach 
odwrotu. Nie gnębiły go więcej straszliwe obrazy klęski, paniki, 
zatracenia, które zapełniały bezzmierną przestrzeń od samego 
Mińska. Odcięty od pułku i od całości spraw wojny, zagubiony z 
garstką ludzi wśród pól i lasów, zdany na łaskę przypadku, grając 
tylko o życie i śmierć szwadronu, ozdrowiał z ciężkiej duchowej 
niemocy. Sam o tym nie wiedząc, stał się komendantem szwadronu, 
jego duszą i istotą. Rotmistrz niby czynił swoje, czuwał skupiony 
i bezsenny, ale jego smutne ciemne oczy były jakby przesłonięte 
nieruchomą, mętną powłoką. Coś go dzieliło od realnego świata. Był 
przytomny i rozważny, ale jego uporczywe milczenie, trwające 
całymi dniami, głęboka martwa zaduma i tępy jakiś spokój, wprost 

background image

niepojęty w podobnych tarapatach, zdejmowały Marka obawą. Czasami 
w groźnej twarzy rotmistrza budził się zagadkowy, przejmujący 
uśmiech, w którym było coś niesamowicie śmiertelnego. Marek 
poglądał ukradkiem na ukochanego człowieka w zmieszaniu, we 
trwodze. Nie mógł pojąć, co się działo w tym spiżowym, niezłomnym 
człowieku wojny. Pewnego dnia w tyle i z pagórka lornetował 
okolicę. Od dawna wyszli poza swoje mapy i wiedzieli jeno tyle, co 
sami wypatrzyli i ile dopytali się u ludności. Podjechał do niego 
stary wachmistrz Smyla i przemówił wprost: 
- Panie poruczniku, źle z rotmistrzem. Trza go pilnować, z oczu 
nie spuszczać ani na jedną chwilę. 
- Widzę, że mu coś jest. Ale co? 
- Uśmiecha się ku czemuś, to najgorsze. Pan porucznik widział go 
kiedy, żeby on kiedy tak... 
- Nigdy, ani razu. 
- Ja widziałem. Było w Bobrujsku temu dwa Lata, jak wyszedł rozkaz 
kapitulować. Przyszedł wczas rano, przeszedł przez stajnie, wszedł 
na moment do zagrody, do swojego Smyka, poklepał go, popieścił, za 
łeb go do siebie przytulił i jak nie huknie.,. Wpadłem w tej 
chwili, bom za nim szedł i czekałem był przy zagrodzie. Smyk wali 
się na ziemię, a pan rotmistrz już trzyma kolta przy skroni. 
Dopadłem, i tyle, żem go jeszcze zdążył podbić pięścią pod łokieć 
- wypaliło. Wtedy właśnie w tej stajni w Bobrujsku pan rotmistrz 
się tak samo do siebie uśmiechał. 
- Marek ścierpł. 
Rotmistrza Goślickiego poznał na ułańskiej "popijawie" w Hotelu 
Europejskim i człowiek ten od razu pociągnął go do siebie tak 
przedziwnym urokiem, że przyrósł doń od pierwszej chwili. Zdawało 
mu się, że na niego właśnie czekał był przez całe swoje życie, że 
po całym świecie jego to właśnie szukał. Zakochał się do tego 
stopnia, że zdołał wydrzeć się starym kolegom, wyrzekł się 
swojskiej, kochanej atmosfery w pułkach legionowych i poszedł, jak 
urzeczony, za rotmistrzem do czysto "katolickiego" pułku, gdzie mu 
zresztą było niezgorzej. W twardym życiu bojowym przyjaźń 
rotmistrza roztoczyła się nad Markiem jak przedziwna błogość. Sam 
podejrzewał że był śmieszny ze swoim bezgranicznym uwielbieniem, 
ale kochał w sobie i to. Wiedział, że rotmistrz lubił go bardzo, 
ale bynajmniej nie całkiem nadzwyczajnie, jeno po prostu, i że 
mógłby się bez niego ostatecznie obyć. Zupełnie nad tym nie 
cierpiał. Wystarczało mu najzupełniej, jak było. Potrzeba mu było 
jeno upustu i możności dla nieposkromionej żądzy kochania. Z 
przyjacielem był nieśmiały i zawsze jak gdyby nie oswojony. Byli 
od samego początku na "ty", ale Marek nigdy nie mógł się z nim 
spoufalić. Rotmistrz Goślicki był szczytem człowieka, wzorem 
żołnierza. Był najpiękniejszy, najcudniej siedział na koniu. Jego 

background image

odwaga była zawsze niezawodnie spokojna, jak gdyby zjawisko 
śmierci było mu nie znane i nawet nieprzypuszczalne. Z uroczym 
wdziękiem prostoty zdawał się nic nie wiedzieć o swoich zaletach. 
Z ludźmi był zwyczajny. Jednakowo zwyczajny wobec przełożonych i 
podkomendnych. Małomówny, skupiony, mrukowaty. Niekiedy zjawiał 
się na jego posępnej twarzy niespodziany uśmiech, który na chwilę 
odsłaniał i okazywał niezgłębione, jakieś kuszące piękno tej 
duszy. Marek bezwiednie przejmował i powtarzał jego ruchy, sposób 
mówienia, naśladował jego przyzwyczajenia i tak jak on trzymał się 
w siodle. Rotmistrz był zamknięty w sobie. Marek nic się od niego 
nie dowiedział o jego sprawach, o żonie, o jego dawniejszym życiu. 
Za to sam, o ile była pora po temu, opowiadał mu o sobie wszystko, 
spowiadał się ze swoich chęci i myśli. Nie było tajemnicy, której 
by mu nie był powierzył, i jakże był mu wdzięczny za to jedno, że 
go słuchał. 
- Romek, ja naprawdę chcę z tobą nareszcie pogadać. 
- Owszem, mów. 
Dochodzili właśnie do Bugu, śpiesząc na odgłos uporczywej 
strzelaniny, w której z rzadka odzywały się i armaty. Po milczeniu 
i pustkowiu kilku dni zarysowała się wreszcie kędyś jakowaś linia 
bojowa. Armia polska, która pewnego dnia gdzieś im zginęła, 
oznajmiała się z daleka. Szwadron ożywił się, poweselał, ale 
rotmistrz po dawnemu był martwy, jakby nieobecny. Mżył drobny 
deszczyk, mgła zaczynała dymić, było parno i sennie. 
- Co ci jest? Dziś wieczorem na pewno dołączymy się do swoich i 
dowiemy się czegoś. Gdzie jest powiedziane, że zawsze ma być źle? 
Po tych kilku dniach o tej porze może być już dużo naprawione i 
odrobione. 
Rotmistrz porwał za cugle jego konia i wstrzymał gwałtownie. 
Stanęli i patrzyli sobie w oczy. Marek z przerażeniem ujrzał 
ukochaną twarz, jakby naraz nieznajomą, w okropnym skurczu, 
skażoną szaleństwem. 
- Pamiętasz? Na dworcu? Widziałeś? Sztaby... Sztaby!... To już nie 
klęska - to hańba! Teraz nic nas nie uratuje. Panika wśród 
oficerów. Tysiące żołnierzy szukają, kto by się zlitował i objął 
komendę. Widziałeś i wszystko wiesz. Więc ja nie mogę... Ja nie 
chcę i już. Musi ktoś w Polsce zaprotestować. 
- Zwariowałeś czy co? Nie uśmiechaj się, do diabła, bo cię każę 
związać i tak cię zabierzemy. Ładny komendant! W takiej chwili!... 
Romek, co ci się stało w głowę? Opamiętaj się! 
- Trup jestem. Dawno zdechłem i koń niesie mego trupa. Już we mnie 
nic nie zostało, wszystko pożegnałem. Jednego odżałować nie mogę, 
żem tym obu panom we łby nie strzelił. Ha-ha-ha! Dobrana para - na 
chwałę ojczyzny! Jeden świetny c. k. fachowiec, drugi "nasz", 
szczery chałuj, dziegciem chrzczony "katolik". 

background image

- Rozstrzelałeś na szosie trzech kapitanów za Niemnem. Na teraz 
niech ci będzie dosyć! 
- Głupstwo się stało. Niechby sobie wiali zdrowo do samej 
Warszawy. Trza ich było puścić. 
- Rychło w czas. 
- Panie świeć nad ich duszą! I nad moją, Marku... Chłopcze 
drogi... Może kiedy spotkasz moją żonę... 
- Ani myślę!! Po diabła mi twoja żona? Co ty mi tu będziesz... 
Marek był przerażony. Z oczu przyjaciela czytał wyraźnie straszną 
wieść; jak gdyby się już wszystko wypełniło. Fatalizm napiętnował 
te rysy. Marek znał i widział naprzód ową chwilę w dniu 
dzisiejszym czy w dniu jutrzejszym, gdy będzie patrzał w stężałe 
oczy, w siną twarz zmarłego. Zajrzał na sekundę jak gdyby w 
niepojętą otchłań samej śmierci. Zdjął go lęk nieposkromiony. Na 
próżno było błagać, przedstawiać. Za późno go było wiązać i 
ratować! Wszak to już się właściwie stało. Umilkł. Oniemiał. 
Rotmistrz ruszył koniem. Za nim Marek. Szli przez szerokie 
pustkowie sypkiego piachu, które w oddali ginęło we mgle. Ze 
szczerej wydmy z rzadka wystrzelały tu i owdzie czarne jałowce, 
jakby znacząc rozsiane mogiły po jakichś dawnych bojach. Ogień 
karabinowy oddalał się; głuchł. Posuwali się ostrożnie, krok za 
krokiem, przystając, nasłuchując. Gdzieś tu, już teraz nie wiadomo 
gdzie, czy zaraz wnet, czy jeszcze o pół wiorsty, miał przechodzić 
trakt. Przystanęli i czekali. Rotmistrz zatopił się w pisaniu. 
Odwracał jedną za drugą kartki bloku meldunkowego i pisał wyraźnie 
wielkimi, szeroko rozstawionymi literami. Dragon stał nieruchomo i 
ani drgnął, jak gdyby wiedział, że nie ma panu przeszkadzać w 
ważnym pisaniu. Koń wysoko zdarł łeb i bystro patrzał w dal, we 
mgłę, nadsłuchując. Rotmistrzowi zdawało się, że pisze przez sen i 
że cała reszta jest też snem: mgła, piach, jałowce; konie, ludzie 
i wojna, i ona również, jego cudna żona, jedyna na świecie. Nigdy 
jej nie było! Gdyby ona była prawdą, nie dałaby mu dręczyć się 
teraz, nie dałaby mu zginąć. Zbudziłaby go ze złego snu jednym 
ruchem ręki, jednym pocałunkiem. Był rozżalony i powstrzymywał 
się, by o tym nie pisać. Wikłało mu się w głowie. Obróciły się w 
nicość olbrzymie przyczyny tego, co się w nim działo, i przepadły 
gdzieś daleko. Został w nim jeno rozkaz kategoryczny, który musi 
wypełnić. I zostały jeszcze same rzeczy drobne. Spojrzał spod oka 
na szwadron. Zabolał go, jak rana, strach wypisany na maleńkiej 
skulonej twarzy Czepielaka, żołnierza dziecka, i łza zakręciła mu 
się w oku. Shwycił w lot ponure spojrzenie wachmistrza Smyli i 
nasrożył się. Spojrzał na Marka, który właśnie zapalał papierosa, 
i uśmiechnął się przekornie. 
"Napiszę i o nim. I narysuję go, żeby wiedziała na pewno, że to 
ten, jak się spotkają". 

background image

I zaczął rysować starannie, pokracznie. Ale po minucie zamazał 
rozpoczęty portret. Oddarł kartki z bloku, złożył, schował i 
zapomniał o tym w jednej chwili. Drażniła go obecność Smyli. 
Milczący ten człowiek ciążył mu teraz, był nieznośny, 
przeszkadzał. 
- Wachmistrz! Weźmiecie dwóch ludzi i jazda natychmiast! Co oni 
tam u diabła robią na lewej osłonie? Od pół godziny żaden się nie 
pokazał! Poszli przed siebie, wyzdychali czy co... 
Z Markiem też należało skończyć, póki czas. Kiwnął nań głową, 
odjechali na bok. Skupiony szwadron majaczył w omgleniu. Rotmistrz 
mówił, śpiesząc się, jak gdyby chciał byle prędzej zbyć tę 
rozmowę. Czekały go sprawy natarczywe i kolosalne, a on tu musi 
wywnętrzać się i gadać, opowiadać... 
- Siedem lat wojny - ty to rozumiesz? Mam trzydzieści pięć lat i 
siwe włosy. Ani razu nie wstyd mi było przed żołnierzem, teraz co? 
Za jakie moje winy taka hańba? 
- Nic sobie z tego nie robię. Mnie żołnierz zna. I ciebie też. 
- Szczeniaku, nic nie rozumiesz! 
- Do diabła z tym! Nie chcę nic wiedzieć. Robię, co do mnie 
należy, i już, bo ja od tego. Ale wiem, że mam wodza, który za 
mnie myśli, za nas wszystkich on czuje. Tyś z nim nie był aniś go 
na oczy nie widział, ale myśmy z nim wyłazili z takich opałów, z 
takich tarapatów... Zawsze nas wyprowadził! 
"My, pierwsza brygada!" To był piękny poemat! Ale was była garść, 
wszystko u was było malutkie... Teraz... 
- A teraz jest ogromne! Ale i on ogromny! 
- Zgoda! Może tak jest! Przecie ja przed nim zawsze na baczność, 
nawet w głębi duszy. Ale wy, wy najbliżsi i zaprzysięgli, wy źle 
go kochacie! Dopuściliście, żeby do armii wlazło in corpore całe 
tałatajstwo, cała hańba, cała nędza niewoli. Ha-ha-ha! 
Bohaterskie, cudowne wasze zdobycie Wilna! A w rok i trzy miesiące 
po was... Znasz ich, którzy mieli bronić Mińska? Wilna? Grodna? 
Widziałeś tych panów? Nie oni winni - on winien. "W szyję'' było 
gnać starą swołocz, skądkolwiek się ona wywodziła, był na to czas! 
Młodych było brać, których nigdy nie brakowało. Teraz za późno. 
Dobrze! Teraz niech on zrobi nawet cud. Nasi żołnierze - drugi 
cud. A między jednym a drugim stanie w poprzek przepotężna siła 
plugastwa, które oplotło wszystko w wojsku, jak pleśń, i dusi, 
zatruwa, paraliżuje najlepsze, najzdrowsze. Bohater musi stać na 
baczność i słuchać tchórza, bo zawsze wyższy szarżą. 
Najdzielniejsze dywizje w odwrocie, bo był taki jeden czy drugi, 
co ze strachu i z fachowej głupoty puścił nieprzyjaciela. Cały 
front się załamuje przez jedną kanalię. I nikt mu jeszcze w łeb 
nie strzelił? Nie ma obawy. Polska wypłaca premie za podłość. A w 
Warszawie? Co piszą łajdackie gazety o wodzu naczelnym w godzinę 

background image

próby i grozy? Z jaką lubieżną rozkoszą wchłaniają to po sztabach 
na froncie ci, co powinni byli gardło dać za klęskę! Każdy łotr w 
Polsce znajdzie od razu stu adwokatów. Który tylko mocniej 
zaśmierdzi, zaraz go poznają - to nasz! 
Urwał i od razu zapomniał o wszystkim. Obejrzał się podejrzliwie, 
ktoś go zawołał. Już czas! Ale mgła usypiała go. Nieprzezwyciężona 
senność zginała mu grzbiet, odejmowała ręce i nogi. Lada chwila 
zsunie się z siodła. Oddalona orkiestra dęła w trąby, gasła i 
wzmagała się. Słuchał z lubością i usypiał. Leciał ponad głową 
tajemniczy aeroplan i grał, dźwięcząc głucho w głębi chmur. Chmury 
go wciągały, utulały - usypiał. 
Resztę rozmowy Marek odłożył na czas sposobniejszy. Myślał o 
moście, który musiał tu gdzieś być niedaleko. Ale most nie może 
nie być obsadzony. Myślał o brodzie, który znali dwaj przewodnicy 
chłopi, porwani z pola i idący w szwadronie na postronkach. Na 
jakie licho tu czekać? Postanowił zbudzić rotmistrza za pięć 
minut. Niech się zdrzemnie. Niechże się trochę zapomni - nie śpi 
prawie od tygodnia. Za wszystkich czuwał... 
- Panie rotmistrzu!! 
To kapral Łęcek nadleciał od przedniej straży. Chłopak był 
rozpromieniony, na pucołowatej gębie uśmiech od ucha do ucha. 
- Co jest? - ocknął się rotmistrz. 
- A jakaś piechota wali traktem prosto na nas. 
- Jakaś? 
- To jest, powiadam, panie rotmistrzu, Moskale idą. 
Ze dwa baonów będzie, ale spore. Za nimi może też co jeszcze jest, 
ale dalej nie widać, mgła. 
- Blisko? 
- Będzie stąd na pół wiorsty. 
- Jak idą, z ubezpieczeniem? 
- Ale! Tak walą przed się jak bydło! 
- A czegoś ty taki rad? 
- Bo mgła, panie rotmistrzu, teraz by ich można od razu 
wszystkich... Co do jednego! Zajechać im jeno naprzód, aby tędy na 
prawo... Przecież oni wyraźnie od kogości wieją! 
Chłopak dygotał z ochoty. Rotmistrz uśmiechnął się życzliwie. 
- Daleko stąd do wody? Widziałeś? 
Kapral aż się rzucił w siodle. 
- Toć ten trakt idzie po samiusieńkim brzegu! Ino ich najechać, 
ino aby drzeć się wniebogłosy, a strzylać bodaj na oślep - 
wszystkie pójdą do rzyki! Mgła, panie rotmistrzu! 
Mała armia majora Muchinki od dwóch tygodni szła na tyłach 
rosyjskich, klucząc niesłychanie pokrętną marszrutą. Raz nacierała 
i jechała na karku nieprzyjacielskiej ofensywy, to uchodziła w 
lasy i bezdroża, zapadała w ukryciu, rozsyłała patrole i raz wraz 

background image

urządzała zasadzki. Już wlokła za sobą ze dwa tysiące wozów 
zdobycznego taboru, zabraną baterię artylerii polowej, kilkanaście 
"taczanek" z karabinami maszynowymi i trzy kałmuckie wielbłądy. O 
tej porze zamierzali przekroczyć rzekę Wieprz i kierować się na 
Lublin, co do którego krążyły niesprawdzone pogłoski, że trzyma 
się jeszcze i broni. 
Podstawę armii tworzyły trzy odcięte baony, szczątki trzech 
różnych pułków, oraz cztery kompanie formowane po kolei z odbitych 
jeńców i z napotykanych kup luźnie wałęsających się żołnierzy. 
Artyleria była zdobyczna, obsługa składała się z nadarzonych po 
drodze kanonierów rozbitej i zabranej gdzieś baterii konnej, 
którzy trzymali się w kupie pod dowództwem swego podporucznika i 
na własnych koniach szukali wyjścia z matni. Komendantem całej 
kawalerii był podporucznik Świda, który miał pod sobą oprócz 
własnego jeszcze dwa szwadrony z maruderów, zabłąkanych, 
ochotników i jeńców. Szwadronami dowodzili: wachmistrz Smyla, 
morowy porucznik weterynarz zagubiony od swego DAK-u, oraz 
ochotnik szlagon, który poszedł z nimi, gdy armia po noclegu 
opuszczała jego folwark. Ów pan Myrkowicz, siwy, 
pięćdziesięcioletni sportowiec, powołując się na wszystkich 
nieobecnych sąsiadów oraz na wiele wysokich osobistości w 
Warszawie upierał się przy tym, że był ongiś za młodu rotmistrzem 
dragonów w rosyjskiej służbie. 
W sztabie armii było wesoło. Major Muchinka bawił się "małą wojną" 
na tyłach nieprzyjaciela i marzył o stoczeniu wielkiej batalii, 
która by na wieki wieków wsławiła jego imię w rocznikach tej 
wojny. O tej porze swej kariery, w szóstym roku wojowania, major 
był sportowcem maniakiem, wdrożonym do życia bojowego. Nie 
rozumiał innego trybu żywota, godnego człowieka, nad wojnę i 
zawczasu już się troszczył o to, czym on będzie żył i co będzie 
robił, gdy nastanie pokój. Dla niego wojna powinna trwać wiecznie, 
mniejsza o to, co by na to powiedziała tak zwana ludzkość. Major 
był prostakiem, a do tego zdziczał na wojnie. 
Sprawie polskiej służył mężnie, ale narodowe poczucie jego było 
zgoła nie ustalone, właściwie żadne. Od wielu lat nie był już 
Czechem, był sobie po prostu c. k. "sztabowym" kapitanem, a gdy 
armia i monarchia zawaliły mu się pod nogami, wprost z włoskiego 
frontu przybył ze swoim polskim pułkiem do Tarnowa. Odłożył 
sztywne czako z cesarskim bączkiem... (Gott erhalte, Gott 
beschtze Unsern Kaiser in der Schweiz), przywdział maciejówkę z 
polskim orzełkiem i niezwłocznie poszedł na Przemyśl. Mówił dość 
biegle w chłopskim języku (od Tarnowa), wymawiał z czeska, 
zaprawiając gęsto nieuniknionymi "fachwortami". Odcięty wraz ze 
swoim batalionem, dawał sobie radę jak mógł, oganiał się i kąsał, 
z dnia na dzień wzbierając w siłę. Wreszcie sforsował sobie 

background image

przejście przez Bug i przy tej okazji wchłonął zabłąkany 
szwadronek Marka. Dowiedziawszy się o szalonej samobójczej szarży 
Goślickiego, który rzucił się samopas w gęstwinę 
nieprzyjacielskiej kolumny marszowej, długo kręcił krótką szyją w 
zdumieniu z wyrazem oburzenia, a nawet obrzydzenia. Marek, nie 
wiedząc, z kim ma do czynienia, usiłował mu to wyjaśnić i obronić 
oficerską cześć przyjaciela. 
- Prawo oficera jest: on nigdy nie ma szarpać się! Co jedna sama 
skadrona w taki raz robić ma? Nogi za pas! To jest wojsko! 
Wreszcie wprost wyznał nowemu dowódcy, że rotmistrz uczynił tak, 
bo chciał zginąć. Że tylko on jeden zginął, gdyż piechota poddała 
się natychmiast. Dlaczego to zrobił? Zaczął i o tym. 
- Jezus, Maria! Tak robi dama z teatru, ale ona nie naprawdę, 
tylko żeby publika płakała. I za co on siebie zgubił, jak on nic 
wszystkiemu winien nie był? Rckzug był zupełnie porządnie 
szlecht. Ohoho... To się wie. Zostało dużo materiał, treny, 
kanony, wielkie Verlusty, jeńcy, ale on, ten wasz Rittmeister; czy 
widział on ten bolszewicki Hinterland? Wy im na tyłach maszerowali 
ile dni? Cały tydzień! Z tego, że wy cało wyszli, i z tego, co 
było po drodze, on miał wiedzieć, że jeszcze dobrze będzie i 
szlus. Martwić się całkiem nie miał Recht, Ani Etappendienst, ani 
Verbindungs, ani Militrtransportversicherung. Dezerterów co 
niemiara wszędzie. To jest zwycięska armia? Kommunisten 
Compagnien? - owszem. Matrosen-Sturm-Abteilungen - tak! A cała 
ogromna reszta? "Swołocz" jest! Eine Horde! To wnet szitko nazad 
pójdzie, zurck. Pan podporucznik poda w raporcie prosto i jasno, 
po naszemu, po polsku, po żołniersku: im Felde gefallen, i basta! 
Jak było, o tym nic, bo za bardzo ogromny skandal jest. 
Od śmierci rotmistrza Goślickiego Marek wpadł w spokojne 
odrętwienie. Nie cierpiał, nie dręczył się. Po prostu nic nie 
czuł. To, co się stało, było zbyt wyraźnym niepodobieństwem, by 
się z tym pogodzić, czyli uznać to za fakt. A zatem Goślicki nie 
zginął. Jeżeli od niejakiego czasu nie ma go w szwadronie, to 
snadź... Ach, mnóstwo było tych przyczyn! Z ich obfitością był 
największy kłopot, ale każda była równie dobra, możliwa i 
logiczna. Lada dzień się to wyjaśni, zresztą lada dzień on sam się 
pokaże, a choć to było wiadome, dolegała tęsknota za ukochanym 
człowiekiem. Trzeba się jej było pozbyć. Zrodziła się z kolei 
hipoteza, że go całkiem nie było. Na ratunek przybyły dawne 
wspomnienia. Godziny zamąceń, zamroczeń, gdy nie miał o sobie 
pewności, a istota jego stawała się zjawą senną, wyłamującą się 
spod wydarzeń dnia powszedniego, który szedł swoją własną koleją. 
Marek jak nakręcony manekin wypełniał swoje uciążliwe funkcje. 
Skąd się w nim brały niestrudzone czuwania, pomysły, decyzje? 
Chwilami sam się nad tym zastanawiał. Ostatecznie samo się 

background image

wszystko rodziło, samo się wypełniało. On tyle, że zaledwie o tym 
wiedział. Major był zachwycony swoim komendantem kawalerii, która 
dla całej "armii" była okiem i podsłuchem, i ciągłą bezsenną 
czujnością. Jedno tylko miał do zarzucenia młodemu oficerowi: ten 
podporucznik Świda był ponury i nie chciał pić. Zaś major nigdy 
nie był zupełnie trzeźwy, popijał o każdej porze dnia i nocy. 
Utrzymywało go to w treningu bojowym i wytwarzało pogodę i ochotę. 
Na wojnie trzeba, żeby wszystko było na wesoło. Obywatel Myrkowicz 
podzielał ten pogląd, idący z góry, ale po pierwszej stąd wynikłej 
awanturze został przez Marka zdegradowany i odesłany do taboru 
jazdy pod komendę taborowego wachmistrza, Cygana, który w cywilu 
był fornalem. 
Wreszcie i Marek zajrzał do butelki. Stało się to, gdy przez 
powłokę martwej obojętności zaczął majaczyć i przebijać się obraz 
skłamany i straszny. Były to strumienie piasku, sypiącego się ze 
wszystkich stron w głęboki dół, gdzie przez chwilę spoczywało coś 
długiego. Było zawinięte w derki i przyrzucone sosnowymi 
gałązkami. Wszak i to znikło, a piasek lał się do dołu jak woda. 
Oto już kopczyk, który kilku ułanów pośpiesznie uklepuje 
łopatkami. Ponad tym obrazem pryskają gęsto strzały, a w górze 
rozpościera się i wsiąka we mgłę wyniosła sosna, przepiękna jak 
znak tajemny, niezapomniany... Ktoś go na gwałt odciąga i zabiera. 
W taborze szedł luzem Dragon, lekko podziobany bagnetami w szyję i 
w zad, i niepodobna było nie wiedzieć o nim, gdyż codziennie 
musowo trzeba było rzucić nań okiem. Ktoś się tego natarczywie 
domagał. Wódka zamroczyła go, zjawy znikły. Przez wódkę wszystko 
stało się zwyczajnym, ale jeszcze bardziej odgrodziło się od 
niego, jakby niezmierzoną dalekością. Został nareszcie ze sobą 
sam na sam. Były to godziny spokojnego marszu i nikt mu nie 
przeszkadzał. Zabawnie szumi w głowie. Szemrze jak poczciwy 
strumyczek. Każda poczynająca się myśl pryska i rodzi nowy 
kształt, tonie i wytryska niespodziewanie w przeinaczonej postaci, 
obrotnej, przewrotnej, wszystko znaczącej, śmiesznej. Nic na 
serio, żadnej prawdy! Można i tak! Zaśmiał się sam do siebie. 
Rozkoszne podniecenie, poczucie siły, lekkości, lotu. Dość mu 
dotknąć konia ostrogą, a popędzi, przesadzając strumyki, płoty i 
chałupy, i wnet wzbije się w górę ponad tę wioskę pod obłoki, 
popłynie powietrzem. Wszystko może, jest znowu wolnym - 
nareszcie!! Czyż nie wiadomo mu było zawsze, że nic nad wolność? 
Czyż nie ślubował sobie do niczego, do nikogo się nigdy nie 
przywiązać, nie przykuć? Nawet do siebie samego. Może natychmiast 
paść z tego nieba granat i zabić go. Dobrze! Może żyć do późnej 
starości - dobrze też. Nigdy sobą nie kierować, do niczego nie 
zmierzać, a patrzeć spokojnie i ciekawie, co samo ze siebie 
wyniknie, albo tak, albo owak, czy to nie wszystko jedno? Już nim 

background image

los obracał rozmaicie i dziwnie. Doznał sam na sobie wiele 
strasznego, sporo przygód zda się niepodobnych do żadnej prawdy. 
Odmęt wydarzeń czeka nań w głębinach przyjść mającego czasu. Niech 
przybywają! Niechże się dzieje jako chce i jak tam wypadnie. Wojna 
może być jeszcze wygraną, a może już jest przegrana. Tak czy owak 
spełni do końca swój obowiązek. W razie klęski ostatecznej będzie 
cierpiał, jak cały jego naród, ale nie zapamięta się nigdy, nie 
podda się rozpaczy. Jest prosty - bierze życie, jakie jest. Jest 
twardy, przeżyje i to. Tamten był inny, piękniejszy, głębszy, ale 
w istocie słaby. Był uroczy jak kobieta, romantyczny, rycerski, 
ukochany. Niech będzie błogosławiony los, który go z nim zetknął. 
Hojny dar losu, wieczysty! Albowiem choć go już nie masz żywego, 
nikt mu go nie odbierze z duszy. Jeszcze targa ból świeżo krwawy i 
nie chce przyjąć całej prawdy. Ale przyjdzie jutro dzień spokoju i 
jeno wiecznej pamięci i wdzięczności. Zapiekło go pod powiekami. 
Przymknął oczy. 
Usnął słodko i kiwał się w siodle. Dragon zaczepia jego Ulinę i 
skubie ją za grzywę. To znów i jedno, i drugie nagle wraz stula 
uszy, łyska oczami i szczerzy do siebie zęby, udając straszną 
nienawiść. Zgoda! Teraz się obwąchują i zabawnie kłapią gębami w 
przyjaznej pieszczocie. Patrzą na to obaj z uśmiechem, albowiem 
choć to widzieli tyle razy, wiedzą i czują, że to są ich najmilsze 
konie, które też się znają i lubią. Rotmistrz podaje mu list. 
- Czytaj! - Pisze żona rotmistrzowa, o której Marek nic nie wie, 
kto ona jest ani jaka. Nigdy nie było o niej mowy. Dolegała mu 
taka głupia skrytość. W całym pułku też nikt jej nie znał ani nie 
widział na oczy. Marek przypuszczał, że może jest w tym jakiś 
dramat. Tym się pocieszał, gdyż sam się tego wstydząc, był nieco 
zazdrosny o tę żonę. 
"Wszystko nieprawda! Zabawny jesteś ze swoimi nastrojami - 
nadchodzi zła chwila i straszliwy list, ostatni! Dobrze 
przynajmniej, żeś zdrów i cały. Człowieku, czy ty wiesz 
przynajmniej, coś ty nagryzmolił na tych kartkach? Za karę pokażę 
ci to kiedyś. Wstyd! Ale co by było, gdybym uwierzyła bodaj na 
jedną sekundę? Nie rób tak już nigdy. Mój ty cudowny, ukochany, 
maleńki synku głupiutki. 
Uśmiałam się z twojego testamentu i z podporucznika Świdy. Kłaniaj 
mu się zresztą. Przesyłam ci papierosy angielskie, jakie lubisz, 
i pastylki dezynfekcyjne do wody. Bądź dzielny jak zawsze. Ja 
niezłomnie wierzę w zwycięstwo!" 
Rotmistrz jest skłopotany, zawstydzony. Patrzy na Marka 
zgnębionymi oczami i szuka rady. Wyprawia gesty desperackie z 
rozkładaniem rąk, z pocieraniem czoła. 
"Ona nie wierzy. To najgorsze! Bo uwierzyła od razu, jak tylko 
otrzymała mój list, więc ratuje się wmówioną fikcją. Pomieszało 

background image

się jej w głowie. Zawsze była dziwną, dziwną, a ojciec wariat, nie 
jak się to nieraz powiada, ale prawdziwy, umarł w Tworkach. Co tu 
robić? Marku, radź! Tu trzeba natychmiast, póki czas..." 
"Trzeba natychmiast pchnąć do niej umyślnego". 
"To by można... Ale z czym?" 
"Z czym? Po prostu napiszesz, że żyjesz i że nic się nie stało. 
Przeprosisz ją bardzo, bardzo!" 
"Kiedy ja już nie żyję - otóż to!" 
"Łżesz, ty żyjesz, przecież widzę!" 
"Ale..." 
Marek spojrzał nań zdumiony. Pod okutym daszkiem czapki czarnosine 
oczodoły, usta zapadnięte, nos sczerniały i opuchły. Wionął od 
niego straszliwy dech trupi. Marek pochylił się w siodle i ruszył 
w skok przed siebie. Popędził. Obejrzał się i serce w nim zamarło, 
włosy zjeżyły się na głowie. Rotmistrz goni. 
Ocknął się i zanim zdołał zebrać myśli, łzy trysnęły mu z oczu. 
Nie zważając na nic, w ślepej zawziętości sięgnął do kieszeni i 
wydobył zmięte kartki, wydarte z bloku meldunkowego. Czytał do 
samego końca. Potem znowu od początku. I jeszcze raz. Pogrążał się 
w przerażeniu, jak w grząskim mułowisku, opadał głębiej, niezdolny 
wydobyć się, otrząsnąć. Nieprzeparta prawda tych kartek odebrała 
mu ostatni cień możliwości, jakowegoś jeszcze samozłudzenia. W tej 
rozpaczy podpowiedział mu coś jakby czyjś szept. Zdjęła go zgroza. 
Złe, sprawiedliwe oburzenie. Niegodziwy list! Niegodny! Jakże mógł 
taki człowiek?... 
Niepodobna tego pokazać żonie. W tym oburzeniu była niezmierna 
ulga. Nareszcie jakaś skaza na świętości! Nareszcie coś ludzkiego, 
coś małego... 
Dalekie dwa wiatraki chyżo obracają się i snują słodkim dwugłosem 
znajomą, starą melodię. Cała okolica drga i gra. Czegoż się od 
niego domaga odległa biała wieżyczka kościelna, wyrastająca z kępy 
drzew? Skąd niepokój? O tej porze tam już są patrole jego 
przedniej straży. Pochyło zbiega pole owsa ku gościńcowi, maleńki 
klin lasu i pochyły krzyż. Tuż folwark. Takie same folwarki są 
wszędzie. Murowane filary stodół. Połatane gontowe dachy. Na 
wzgóreczek wbiega aleja brzóz i gubi się po tamtej stronie. W tej 
alei na tle nieba szuka się kogoś, kogoś się wspomina... Idą górą, 
polem, a w dole gościńcem wleczę się piechota w obłokach pyłu. 
Pierwszy szwadron nagle odchodzi w bok. 
- Co jest? 
- Jakieścić jary tu są, trza obejść. 
Gdy dojechał i spojrzał, ocknął się nagle. Oprzytomniał i ogarnął 
siebie w jakowejś zimnej jasności, przejrzał siebie do samej 
głębi. Te parowy były jak nieomylne zwierciadło, które widziało i 
wiedziało o nim, co tylko kiedy było i jest. Ono zapamiętało 

background image

wszystko. Zimne Doły. 
Na próżno dochodzić, jak się to stało? Samo tak wypadło. Po prostu 
kluczyli i kręcili, aż tu trafili; szli długo, aż doszli. Ale 
wczoraj i jeszcze dziś rano patrzał w mapę i wiedział, gdzie jest, 
którędy idzie. Wiedział dobrze, jeno się niczego jeszcze nie 
domyślał. Dlaczego? Nawet mu to nie przyszło do głowy. Z 
natarczywą ciekawością zaglądał w pokrętne zakamarki parowów. 
Kiedyź to było? Szukał małego Ignacka, należało koniecznie zjechać 
aż na dół, odwiedzić mogiłkę pana Tuchołki. Albowiem nikt o nim 
nie wie i nie pamięta, on jeden na całym świecie. Dom 
rodzicielski, na który patrzał teraz, zdawał mu się zrazu obcy, 
jakby odmieniony. Nie do wiary, że tu był i że stąd wyruszył nie 
dalej, jak przed kilku miesiącami. Znowu kłopot z tym czasem. 
Jakże się w tym połapać, rozeznać i nie zagubić? Spoza drzew na 
chwilę spojrzały nań trzy okna jego oficynki i wnet zasłoniły się 
wstydliwie kępą kasztanów. Zdążyły uśmiechnąć się doń 
porozumiewawczo i kusząco. W białej izdebce przesiaduje sobie 
spokojnie, marząc o niczym, dawniejszy on. Na ścianie rysują się 
zmienne obrazy tego, co było lub będzie jednakowo mętne i 
nieprawdziwe. Zgrzybiała kukułka wciąż jeszcze usiłuje wywoływać 
godziny, ale stary zegar uspokaja go, jak przyjaciel i mędrzec. 
Tik-tak, masz czas. Tik-tak, masz czas... O lube wywczasy! Z 
jakąż 
rozkoszą zamknąłby się w izdebce szczęścia. Ukryłby się przed 
całym światem, przed wojną, przed sobą. Duch opiekuńczy i 
rzetelny, dobry kusiciel na wszystko przyzwala; już zrobiłeś 
swoje, zrobiłeś za dziesięciu. Odpocznij, żołnierzu! Wszak sam los 
wojny przywiódł cię na próg rodzinnego domu... Dopiero teraz 
odczuł Marek ogromne brzemię zmęczenia. Pozorem było jego zdrowie; 
jego siły. Nie może więcej - już chyba tu zostanie... 
Kuba przebył jedną falę najazdu czerwonej konnicy. Obszarnik 
wyszedł cało, tyle że zabrano mu co do jednego wszystkie konie, a 
zostawiono w zamian cały tabun szkap zgonionych, ochwaconych, 
straszliwie poodparzanych, które obecnie przychodziły do siebie 
bądź zdychały w stajniach jordanowickich. Polski oddział powitał z 
wariacką radością, sądząc, że to idzie generalna, zwycięska 
kontrofensywa. Zobaczył Marka i długo stał zgłupiały, nie wierząc 
oczom. Matka wróżyła z tego "cudu" niechybnie wielkie zwycięstwo. 
Widząc syna zmizerowanego, sczerniałego, o osłupiałych oczach, 
stara matka na własną rękę, cichaczem, na osobności przymawiała 
się do majora, prosząc o zwolnienie syna, który jest chory i do 
szczętu wyczerpany. 
- To inwalida, panie majorze, straszliwie postrzelany, wydręczony 
w niewoli. Marek upadał ze znużenia. 
- Połóż się, dziecko, spocznij choć parę godzin, twój pokoik 

background image

zawsze gotów! 
- Oj nie! Oj nie! Nawet tam nie zajrzę - za ciężko byłoby 
odchodzić! 
- Więc zostań z nami! Pan major... Dzieci wy moje, dzieci... Ty 
niepewny każdego dnia i godziny, a Janka... Ach, boję się pomyśleć 
- dziewczyna sama jedna, odcięta gdzieś za frontem, bez śladu, bez 
wieści... 
- Nic jej nie będzie, to morowiec. 
W ogrodzie, w alei włoskich orzechów usypany był świeży kopiec, 
przyrzucony kwiatami i cudnie rozkwitłymi gałązkami lipy. 
Brzęczały nad nimi pszczoły. 
- Co to? 
Matka błagała go o tajemnicę. Bolszewicy rozstrzelali tu przed 
tygodniem pięciu polskich oficerów, których przyprowadzili ze 
sobą. - To potworne, godne barbarzyńców! Ach, tacy piękni, silni, 
młodzi ludzie. Ale my nie powińniiśmy... My - nigdy! Widziałam 
dopiero co jeńców na furach... Nie trzeba żadnego odwetu. 
Ale major już wiedział. Przez ogród walili żołnierze. Kompania 
stanęła sprawnie i oddawała honory poległym. Tuż za majorem 
gromada oficerów oddziału przez długą chwilę stała nieruchomo, jak 
posągi, z ręką u daszka czapki. Żadnej mowy - cisza. Słychać było 
brzęk pszczół. Chwytało uniesienie, wzbierały łzy. Krótka komenda 
i czar prysł. 
- Panie majorze! Pozwalam sobie prosić jako kobieta i jako 
Polka... 
- My? Nigdy! Nigdy w życiu! Chyba złapanych na rozboju, chyba 
jeżeli oni naszych... U mnie jest eine Norm - trzy na jeden. Nie ma 
co robić z Gefangene, więc żołnierzy puszczam wolno, zatrzymuję w 
taborze tylko oficerów, komisarzy... Jadą z wygodami. Teraz mam 
ich u siebie sześć fur. Z tego na dziś wypadnie piętnaście. 
- Piętnastu? Panie majorze!... 
- Solche ist meine Norm, pani dobrodziejko. Piętnaście, sage und 
schreibe. 
- Marku! Marku! 
- Jeszcze czego... niechże matka da spokój. 
Za ogrodem pryska salwa. I jeszcze kilka strzałów. Jeszcze jeden. 
Stara Świdzina zasłoniła sobie oczy i pobiegła w głąb sadu. Wtem 
jakby w odpowiedzi na strzały dziwnie niedaleko ozwała się 
bateria. Zawyło nad ogrodem. Sześć szrapneli osypało dachy stodół. 
Zawyło jeszcze! Sześć granatów poszło ku Zieleńcowi na wygon, 
który okrywały rozległe tabory majora Muchinki i gdzie niebawem 
miała się odbyć uroczystość rozdawania chłopom koni zdobycznych, 
wozów i innego łupu, który oddziałowi już zaczynał ciążyć. 
- Podporucznik Świda! Co robi pańska Vorpatrola? Co jest, 
Kreutzhimmeldonnerwetter? Do wszystkich diabłów! Do cholery! 

background image

Oficerowie biegiem śpieszyli na swoje miejsca. Marek już był na 
koniu i wypadł z opłotków z pierwszym szwadronem. Bateria 
odprzodkowywała się na gwałt za spichlerzem. Ale nieznane armaty 
ucichły. Major siedział na koniu, klął i ssał swoją oplataną 
flaszę. Piechota za folwarkiem rozwijała się szeroko w linie 
tyralierskie. 
Nagle na podwórze wpadł ułan. Zdarł konia przed majorem i dychał 
przez chwilę, nie mogąc przyjść do słowa. 
- Co jest? Stum geworden? Bałwan jest? 
Pucołowata gęba roześmiała się od ucha do ucha. 
- To nasi! Panie majorze! Sztab dywizji stoi w Kąkolownicy! 
Nareszcie! 
Ulga. Radość. Wszędzie wesołe oczy. Zewsząd wybucha śmiech. Major 
ze srogim wrzaskiem wpada na swego ordynansa. Nie zsiadając z 
konia, przyobleka nowy mundur z dystynkcjami, przypasuje szablę, 
ciska precz wyświechtaną furażerkę i paraduje w czapce 
majorowskiej z błyszczącymi galonami. Skupia koło siebie sztab 
Jeszcze raz pociąga z flaszki. Prostuje się, nadyma się i pełen 
niezmiernej pychy rusza meldować się do dywizji. 
Odwrót. 
Odwrót. Odwrót. Z dnia na dzień. Krok za krokiem. Wieści z 
Warszawy przychodziły na front przekręcone, przeinaczone, 
spotworniałe. Ani krzty otuchy. Gorzkniały młode dusze. 
Oficerowie, żołnierze, przemordowani, bezsenni, w nieprzerwanych 
bojach od długich miesięcy za Bugiem, nad Narwią, spodziewali się 
zastać potężnie obwarowane ośrodki oporu. Od straszliwie bliskiej 
i co dzień to bliższej stolicy oczekiwali słowa nadziei, pragnęli 
serca i pomocy. Jak małe dzieci, oglądali się na matkę. Od 
nieprzyjaciela szły pociski i śmierć. Od stolicy godziły w nich 
gazety, plotki, oszczerstwa, intrygi, wiał zimny, śmiertelny dech 
strachu. Urodziła się, rozpleniła się w duszach nieufność i 
pogarda, i zawzięta, tępa złość. Więc nie wierzono w nowy Rząd 
Obrony Państwa, nie wierzono w Armię Ochotniczą. Krążyły legendy o 
naradach, intrygach i walkach wokoło jakowegoś tajnego planu 
wielkiej, rozstrzygającej kontrofensywy. Ale Naczelny Wódz 
otoczony wrogami, którzy wniwecz obracają jego genialne pomysły. 
Ale Naczelny Wódz gubi Polskę swoim ponurym, litewskim uporem. 
Mowa Lloyda George'a. Haniebny cyrograf w Spaa. Rządy, parlamenty, 
ludy, dyplomaci i robotnicy - cały świat przeciwko Polsce. A 
Francja? Gdzie jej pomoc sojusznicza? Podobno przybywa jakiś 
generał z batalionem oficerów sztabowych. 
Coraz bliżej Warszawy. Coraz gorzej. Nieprzyjacielskie zastępy 
prą, pchają się mrowiem. Obdarte, bose, zagłodzone, runęły na 
Polskę jak nieprzejrzana szarańcza. Nie wstrzyma ich męstwo, 
wytrwałość ani straszliwe hekatomby. Ustępuje żołnierz polski z 

background image

pola jak wobec zalewu morza. Trzech na jednego. Pięciu na jednego. 
Dziesięciu. Armia upada na duchu, ulega. Na froncie śmiertelne 
wyczerpanie i niewiara. A na tyłach wszystkie stacje kolejowe i 
drogi, i trakty pełne dezerterów. W piękne pogody lipcowe, w jasne 
dnie nadarzone dla żniwa mroczyło się w Polsce. Noc wchodziła w 
dusze, jak gdyby, zakreśliwszy cały swój obrót dozwolony przez 
fatum, zamierało na niebie owo słońce, które zajaśniało w 
pamiętnym dniu Wielkiego Listopada. 
Pewnego dnia w nielitościwą spiekotę mijał się Marek z jakimś 
batalionem. Szara kolumna wlokła się, brodząc w tumanie pyłu. Bił 
od niej pot i brud, cierpki cuch utrudzonej piechoty. Kurz 
rozmazywał się w błoto na spotniałych twarzach. Szli, szli i szli, 
przesuwając się jak bezimienne cienie, podobni do siebie, o 
zatartych do niepoznania rysach. 
- Serwus, panie poruczniku! 
- Kto taki? 
- Ja jestem! 
- Co za licho! Kto mówi? 
- Szeregowy Plechyński, melduję posłusznie. 
Kolumnę zatrzymano właśnie dla wytchnienia. Żołnierze walili się 
jak trupy po rowach, wszyscy co do jednego, pokotem. Zdawało się, 
że już teraz żadna siła nie ruszy ich stąd, nie postawi na nogach. 
- Panie poruczniku, u nas nie to, co w kawalerii. Ciężko jest. 
- Głupiś. Co ty wiesz o kawalerii? 
- Rozkaz, panie poruczniku. 
Marek przywitał przyjaciela obrażającym zdumieniem. 
- Prędzej bym się śmierci spodziewał - wyrzekł cywilnym 
porównaniem, które na froncie nie miało żadnego sensu. Ale był 
bardzo wzruszony. 
"Jeżeli już nawet ten namyślił się i wyruszył..." 
Armia Ochotnicza nagle nabrała w jego oczach wielkiej powagi. 
Ujrzał nieprzebrane pole pełne żołnierzy, głowa przy głowie, 
dzieci, młodych, dojrzałych, starych. Odważnych i tchórzów, 
inteligentów i analfabetów, poetów i filistrów, paskarzy i 
robotników, obszarników i fornali... Poweselał i serdecznie 
wytrząsał prawicę nowemu rycerzowi. 
- Nie chcę przed tobą uchodzić za bohatera. Jest raczej inaczej. 
Jak wiesz, jestem wciąż jeszcze aspirant-Polakiem. Więc musiałem. 
Może mi się nawet bardzo nie chciało, ale cóż było robić? Zresztą 
stał się absurd, gdyż beze mnie tam w Eximporcie i przy dostawach 
wojennych mój znój żołnierski będzie nas grubo kosztował. Ja 
zarabiałem, ale nie kradłem i nie dawałem kraść innym. Za to 
teraz, co się tam dzieje! Ha-ha-ha! Jako ochotnika powinni mnie 
byli przydzielić na eksperta zakupów intendentury. Generał 
Chapownicki, człowiek rozumny, chciał mnie wysłać do Paryża (z 

background image

szarżą oficerską!). Odmówiłem, rzecz prosta, bo muszę krew 
przelać, co mi będzie do pewnego stopnia zaliczone. A trafiłem i 
do Jabłonny do żydowskiego obozu warownego. To się dość nie udało 
twojemu kochanemu wiceministrowi. 
Nusym był dość pogodnej myśli. Twierdził, że pomimo wszystko, co i 
jak tam u nas jest, ofensywa rosyjska się rozbije. 
- Może my ich nie zwyciężymy, ale oni sami się rozlecą. Ściągają 
pod Warszawę resztką tchu i organizacji. Niebawem powinni zacząć 
wiać. Mówią, że nasze Dowództwo Naczelne umyślnie cofa linię i 
wciąga ich byle dalej. 
- Mówią. Czego nie mówią! Idiotyzm! 
- Dlaczego aż tak? Przecież wy tu na froncie nic nie wiecie! 
- My nie wiemy? A kto wie? 
Naprędce pokłócili się. Naprędce łyknęli wódki i zagryźli suchym 
chlebem. Zdążyli jeszcze wypalić papierosa gdy rozległy się krzyki 
podoficerów, Nusym porwał za karabin, uściskali się i każdy 
poszedł w swoją stronę. 
V
Głucho hurkotały tabory po bruku drewnianym, ciągnąc głęboką nocą 
przez Warszawę. Nieprzerwane pasmo ładownych wozów z drzemiącymi 
woźnicami, ze zmordowanymi końmi przewlekało się przez ciemne, 
wymarłe ulice. Ani przechodnia, ani światełka w oknach. Z 
szerokiej równiny, spod bezmiernej kopuły gwiaździstego nieba 
wkroczyły wojska w ciasne, pokrętne, murowane wąwozy. Cicho. 
Dziwnie i przenikliwie odbijają w ścianach zmieszane kroki 
piechoty. Jej widmowe masy wypełniają ulice zgłuszonym szmerem 
oddechów, rozmów, metalicznych podźwięków. Patrzą żołnierze w 
czarne okna ze złą zawiścią - oto są ci, którzy śpią spokojnie. 
Poglądają w szyby ślepe i martwe, nie oddające za spojrzenie 
spojrzenia. Pytają z nadzieją, pytają we trwodze. Szukają mężów, 
którzy myślą i wiedzą, i rozkazują. Łudzili się, że wszedłszy w 
miasto wnet coś zrozumieją i odgadną i że tu oznajmiona im będzie 
nareszcie jakowaś wielka prawda, od dawna przed nimi tajona. 
Przynieśli ze sobą ciężką krzywdę, która się w nich zastarzała i 
zawzięła. Darowaliby ją, odpuszczą ją z serca za dobre słowo, za 
jeden uśmiech. Pod zatwardziałością, pod szyderstwem gotowym i 
pochopnym czyhało wzruszenie serc utęsknionych i młodzieńczych. 
Czaił się na zaciętych wargach uśmiech radosnego porozumienia, 
wypowiadała się potrzeba i żądza ciepła i pieszczoty. Ale twardo 
spali niewiadomi ludzie, spali wszyscy w zatajonym swoim wnętrzu, 
pozamykani w domach, ukryci przed tym, co groziło. Zamęczyła ich 
rozpaczliwa krzątanina tych dni, niepokój obudzonego sumienia, 
gorączka spóźnionych żalów, bezwład splątanych i krzyżujących się 
porywów, zamiarów i wysiłków, które zwaliły się wszystkie na 
ostatnią chwilę i utknęły, jak zatorem. Zmogły ich sprzeczne 

background image

wieści, pogłoski, poczwarne plotki. Zmordował ich strach. Leżeli 
bezsenni, patrząc w mętną poświatę okien, narzucali kołdry na 
głowy, drżąc przed nadchodzącym dniem, śnili, opętani przez 
obłędne widziadła, przywaleni zmorą, jęcząc przez sen. Zasypiali z 
chorą nikczemną nadzieją na coś, na cud, który sam się dokona dla 
nich i za nich. Uciekając od własnych myśli, ciskali klątwy i 
powtarzali sobie po raz setny straszne oskarżenia przeciwko 
domniemanym winowajcom. Przeżuwali jeszcze raz wszystkie plotki, 
zebrane z całego dnia, poprawiali je, - uzupełniali i tworzyli 
własne na zapas, na jutro. Modlili się do Boga, leżeli krzyżem, 
składali ślubowania. Nieodmiennie już jutro wstępowali do Armii 
Ochotniczej, najdalej jutro składali u stóp ojczyzny cały majątek. 
Nikt nie wyobrażał sobie zajęcia stolicy i dlatego wmawiano w 
siebie nawzajem: to niemożliwe! Tym nikłym słowem odżegnywano 
potworny strach. Ale strach nie dawał się oszukać. Łudził, igrał, 
oddalał się, rozwiewał się, usypiał. Z nienacka wracał, spadał jak 
huragan i deptał, i kopał, i trząsł. Odbierał wszelką myśl i 
wszelki sąd, obezwładniał nawet zmysł samozachowawczy, jak 
ocknionym ze snu w palącym się domu. 
Wojna dosięgła Warszawy i wkroczyła w ulice. Długo ukrywała się za 
górami, za lasami, za siedmiu rzekami, nie nastręczając się, nie 
dolegając nikomu, cicha, skromna, nieobecna. Walczyli żołnierze, a 
reszta żyła po swojemu i tak miało być do samego końca, do godziny 
nieuniknionego, absolutnie pewnego zwycięstwa. Wątpliwość w tej 
mierze piętnowana była jako zdrada, każdy alarm uchodził za 
małoduszną nieprzyzwoitość. Zażegnano kłopot od strony wojny dla 
dokonania w spokoju pracy wielkiej odbudowy. Aż zadął wicher 
niespodziewany i jął pchać i gnać przed sobą burzę wojny. 
Miesiącami toczyła się jej krwawa chmura. Wiodło ją fatum 
niezgłębione i nieubłagane. Dziś armie w toku przegrupowania 
zalały ulice. Dziś po raz pierwszy w tej wojnie Warszawa usłyszy 
armaty. 
Cała młodzież i wszystko co dzielniejsze dawno już w polu - 
nieomal od miesiąca. Powiadali, że sto tysięcy ochotników wzmogło 
wyczerpaną armię. Stolica okryła się niezliczoną mnogością odezw, 
plakatów, podniecających i zachęcających afiszów. Hasła, nakazy, 
okrzyki, pytania, nawoływania, groźby, maksymy, sentencje, 
wzniosłe bohomazy, karykatury, dowcipy i szyderstwa nastręczały 
się wszędzie. Napisy upstrzyły mury, drzewa, tramwaje, słupy, 
dachy, płoty, szyby, urzędy i lokale, teatry i kościoły. Deptało 
się po nich na chodnikach, ćmiło się od nich w oczach i w głowie. 
Uporczywie nastręczało się to na jawie i we śnie, budząc 
zaskrzepłe sumienia, pouczając nieświadomych, bawiąc odważnych i 
do ostatka przygnębiając tchórzliwych. Nieprawdopodobna mnogość 
samorzutnych komitetów, kół, wydziałów, sekcji, kooperacji, 

background image

zbiórek, związków, straży, opiek, pomocy rozpleniła się w tych 
dniach niewielu. Wspierając się solidarnie i straszliwie 
zawadzając sobie nawzajem, ciała te przy przygniatającej przewadze 
szlachetnych kobiet rozwinęły po mieście gorączkową lataninę, 
wyłoniły kilkudziesięciu prezesów, z których nie wszyscy jednak 
zdołali uzyskać wojskowe samochody. Mieszało się w tym wzniosłe ze 
śmiesznym, pożyteczne ze zbędnym. Obowiązywał nakaz: nikomu nie 
wolno być w tych dniach bezczynnym! Tak też było. Tym sposobem 
zagłuszano w sobie niepokój i trwogę. 
A jednocześnie w głębinie dusz niewidzialnie i nieznacznie, dzień 
po dniu, z godziny na godzinę, odpadała z ludzi pospolitość, 
małość i nikczemność. Zapalało się uniesienie. Rodziło się męstwo. 
Rosły serca. W grozie i burzy dokonywała się olbrzymia przemiana. 
Obok żołnierza w polu objawiał się naród walczący. I chociaż o tej 
porze nikt o tym jeszcze nie wiedział, w stokroć już urosły siły 
obrony. A gdy nikt tego na razie nie wyczuwał, natychmiast poznał 
to wróg, gdy dotarł nad Wisłę i osaczył Warszawę. 
W tych dniach ponurych i dręczących, twarzą w twarz wobec śmierci 
i zagłady, tajemna dusza stolicy wznosiła się w tragicznym 
pięknie, dostojna i godna wielkiej godziny dziejowej. Ludzie 
maleńcy, sami tego nie spostrzegając, wyrastali ponad własne 
głowy. Wśród nieopisanego zgiełku i zamętu każdy wysilał się i na 
własną rękę czynił swoje, nie oglądając się na rząd ani na 
komitety, ani na czyjś nakaz, ani na czyjąś pomoc, nie pytając się 
nikogo o pozwolenie. I w powszechnym chaosie nieładu sypały się 
nieprzeliczone okruchy pożytku, drobiny siły. Tak urósł wał, 
któremu sądzone było powstrzymać wroga. 
W tę noc ostatnią, najgorszą, gdy nieprzyjaciel zdobywał przedpola 
Lwowa i Lublina, gdy żołnierz polski krwawił w najcięższych 
bojach, broniąc Modlina, gdy w Płocku i Włocławku masy atakujące 
przekraczały już nieomal Wisłę, rozkaz wodza przerzucał dywizję za 
dywizją w miejsce tajemnie obrane. Ciągnęły przez ciemne ulice, 
sponiewierane przez trud wojenny, śpiesząc ostatkiem tchu, by 
zdążyć na swój wielki dzień, by tam na niewiadomym sobie polu 
głowy złożyć lub zwyciężyć. W cichą noc głucho zza Wisły od 
Radzymina i Miłosny dochodził głos dział. Słyszeli je nawet 
śpiący, słyszały je mury. Nadchodziło nieznane jutro. Niosło nakaz 
ostateczny, nieubłagany i sprawiedliwy. To, co rzucił był na oślep 
los wielkiej wojny światowej, teraz miało być opłacone krwią i 
zdobyte przez męstwo. Albowiem nic za darmo, nic łatwo. Teraz 
dopiero miało ugruntować się i żyć szczęście wolności. Tak albo 
nie. Zawisło nad miastem polskie fatum. 
Wszędzie wszystko zasnuwała niewyrażalna odmiana, a tak 
przenikliwa, że przechodzień stawał byle gdzie i pogrążał się w 
podziwieniu, znając miejsce, a nie znajdując w jego właściwej 

background image

istocie tego, z czym się zżył, do czego był z dawien dawna 
przywykł. Tej nocy bezsenność i zgryzota wypędzały ludzi z domu. 
Snuli się bez celu, spotykali się ze sobą obcy z obcym i 
prowadzili przyciszone rozmowy, niezapomniane i najszczersze. 
Stawali w pustkowiu na wybrzeżu Wisły, na wyżynie wiaduktu. 
Szarzała w pomroce rzeka, dziś tajemnicza i wróżebna, potężna jak 
bóstwo losu. Ona jeszcze broni i odgradza, ona dzieli od 
straszliwego jutra. Tamten brzeg czerniejący w oddali, jego 
światełka, jego przenikliwa cisza taiły w sobie ogrom i grozę 
niepojętego świata, który objawi się z brzaskiem dnia i przekreśli 
wszystko, co jest. Już płynie gdzieś od góry w nurcie tych wód 
dola lub niedola, szczęście nie do wiary lub zagłada 
niewiarygodna. Tam kędyś nocą sunie z prądem Polski Przeznaczenie. 
Nie śpieszy się ani ociąga, zna swoją godzinę świetlista nawa 
szczęścia i zwycięstwa, żałobna nawa klęski i zatraty. Tak i nie. 
Wszystko lub nic. W oddali z rzadka zajaśnieją i zgasną mętne 
połyski, obudzą się i znikną, głuche, jakby łagodne oddechy dział. 
Na Placu Saskim gmach sztabu jarzy się od światła. Od góry do 
dołu, wzdłuż całej budowli, w każdym oknie wre praca i nie ustaje 
ani na jedną chwilę. Setki ludzi mozolą się, tworząc jakowąś 
jedyną, niczyją a wspólną myśl. Bezsenni przędą i utrzymują, i 
nawiązują jej rwący się, zawikłany wątek. W stu salach, pokojach, 
zakamarkach biją tętna rozstrzelone, osobne. Dzwonią telefony, 
klekocą Juzy. Nawałą sypią się i tłoczą, gromadzą się w stosy 
raporty, meldunki, pytania, alarmy, wieści złe i dobre. 
Obwieszczają się niezliczone, co chwila inne, coraz nowe, dalsze i 
bliższe bitwy, starcia, potyczki, odwroty, kontrataki, zdobycze i 
straty. Setki znużonych oczu patrzą w mapy, w widmo pól, lasów i 
dróg, po których w tej samej chwili prawdziwi, żywi ludzie roją 
się w tysiącznych gromadach, przesuwają się w pomroce, skradają 
się, okopują się lub śpią pokotem kamiennym snem żołnierskim na 
wyznaczonych pozycjach, by na rozkaz porwać za broń i pójść w 
ogień. Tutaj ma trwać w napięciu wola zwycięstwa, tutaj drga serce 
siły. Tu ani na chwilę nie ma usnąć praca myślenia za wszystkie 
armie, grupy i oddziały w polu, za każdego żołnierza. Znużonemu 
oficerowi opada głowa na mapę. Majaczy w oczach odbierającemu 
depeszę. Mieszają się cyfry w głowie. Po raz dziesiąty i setny 
wznawiają się pomylone obliczenia. Po korytarzach śpią zagnani 
ordynansi. Czai się niewiadoma chwila tej nocy, nieodparta, 
straszliwa próba. 
Z mrocznej głębiny patrzy w roziskrzone okna potężny gmach soboru. 
Jego spiętrzony ogrom, jego poczwarna dzwonnica oczekują 
cierpliwie, niemo. Wrosły w tę ziemię i w ponurym osamotnieniu w 
ciągu lat bronią się swoim bezwładem i ciężarem. Pamiętają. 
Wspominają. Czekały w grozie zagłady. I teraz czekają. Może jutro? 

background image

Od martwej masy kamienia zieje zły urok na wszystko, co tu jest. Z 
mozaikowego fryzu znad odrzwi "ich" groźny Bóg w sztabie 
archaniołów ciska przekleństwo wprost w oświetlone okna, na te 
bezsenne oczy, na utrudzone głowy, na ich wysiłki i nadzieje. 
W ogromnym, pustym pokoju narożnym, gdzie jeno parę krzeseł i pod 
nisko wiszącymi lampami długi stół nakryty mapą, szybko, porywczo 
chodzi od ściany do ściany człowiek samotny. W poczekalni za 
zamkniętymi drzwiami garść oficerów, gotowych do drogi, stoi w 
milczeniu, żaden nie usiądzie i nie śmie siąść, gdyż lada 
chwila... Lada chwila przełamie się coś ostatecznego, dobiegnie 
kresu olbrzymia praca woli, dźwigającej trudną, osamotnioną myśl. 
Wspaniała w swojej mądrości, przepiękna w swojej odwadze, jakże 
ciąży jednemu człowiekowi! Rzucony na jej pastwę ugina się, mocuje 
się pod brzemieniem. Każdy wykona jego rozkaz, nie pomoże mu nikt. 
W narożnym oknie stanie na sekundę ciemny zarys postaci i znika. 
Odchodzi i powraca. Jeszcze. I jeszcze... Nawrotami tego rytmu 
mierzy się straszliwa godzina w losach narodu. Miliony oczu zdają 
się patrzeć w to okno. 
Pustka. Cisza. Zawyją w rozpędzie i przelecą przez miasto szare 
samochody. Nieznaną wieść, tajemnicę niosą te trzy wozy - pierwszy 
prowadzi, trzeci zamyka. Pośrodku szary człowiek. Bystre oczy lecą 
w dal, w dalekie miejsce, i rwą się naprzód. Patrzą jeno w ów 
dzień i w jego godzinę, a widzą wszystko. Pęd bije w strudzone 
czoło, już daleko poza nim zostało miasto, a przed nim ciemna noc 
i nieodgadniony Los Wojny. Ponad nim skrzydlata Nike. 
Na żelaznym moście ciężko grzmią i hurkoczą przeciągające armaty i 
jaszcze. Tupoczą po bruku kopyta nocnego patrolu. Ostrożnie, z 
wolna, przystając, zwierając się i rozciągając, wlecze się jakby 
przez sen tabor wozów Czerwonego Krzyża. Omdlewają, usypiają i 
znów budzą się ranni. Ze zdumieniem poglądają w ciemne okna, w 
dalekość ulic, nie poznają i nie wierzą. Skąd wielkie miasto? Kędy 
ich wiozą? Marek wydzierał się jak z grzęzawiska, jak w złym śnie. 
Rozgarniał ciężkie ciemności i na chwilę wynurzał się na 
powierzchnię ku jakowejś bladej światłości. Już osiągał jakby 
bliskość obudzenia i wnet sto bólów przeszywało go, przypiekało 
ogniem, targało cęgami. Cios straszliwej maczugi topił go z 
powrotem w ciemną głębię. Chwila wytchnienia i jasności. Jasność 
pada z góry od okna. Skąd ono? Wychyla się postać kobieca w 
bieliźnie. Patrzy na wozy, zasłania oczy nagimi ramionami i zanosi 
się od płaczu. Jej szlochanie wydziera mu spod powiek piekące łzy. 
Czyżby już wszystko przepadło? Jeszcze nie wiadomo, jeszcze nie. 
Nie płacz... Jęknął, zawył chrapliwie suchą gardzielą, znowu 
trzasnęła w czaszkę maczuga - to przednie koło zapadło w wyrwę 
bruku. Wie, że natychmiast uderzy powtórnie, musi uderzyć. Chce 
osłonić głowę ramieniem, ale ktoś przemocą wydziera mu rękę ze 

background image

stawów. Zlał go zimny pot straszliwego bólu, wyprężył się, 
znieruchomiał, maczuga trzaska w czaszkę, ciemność bezdenna zamyka 
się nad nim. Budzi go cichy szmer, jakby ciągły dech, ledwie 
dosłyszalny a potężny - z oddala, spoza świata. Grają chóry 
przejasnych gwiazdozbiorów tam w dole pod nim, tam w przepaści 
nieba. Znajome znaki! Harmonia sfer... Śpiewa ku niemu święta 
kochanka dalekiego dzieciństwa, obnażona i przeczysta, spowita 
jeno w wstęgę drogi mlecznej - bogini Urania. 
Przemordowały się i usnęły wszystkie bóle nóg, ramion, krzyża, 
piersi i głowy. Drzemią czujnie, lekko. Marek to wie i podstępnie, 
chytrze, z niesłychaną ostrożnością zamierza otworzyć oczy. Dźwiga 
powieki, które przyrosły mu do oczu. Chce zobaczyć, co jest, gdyż 
nic jeszcze o sobie nie wie. Tak jest od dawna. Nade wszystko chce 
mu się obaczyć tego, który mówi w pobliżu. Jego stłumiony głos 
jest kojący i kochany, jak cicho płynące źródło dobroci. Coś 
znajomego... To przyjaciel, człowiek jedyny i bliski - ach, wszak 
niepodobna znosić dłużej czarnej samotności. Głos urywa się. Jaki 
żal... Znowu ciemność. W jej głębinie kotłuje się jakby 
czarnożółta chmura. Już wie, co będzie dalej. To samo. Głupie, 
nędzne, obrzydliwe, a zwłaszcza straszne. Z brudnej mętności w 
głowie stwarza się potworny śmiech. Wielka obrzydła paszcza 
wykręca się, łyskają zębiska. Spłaszczony nos rozciąga się i 
wsiąka w żółtą twarz, nikną skulone, skośne oczy. Martwo, jak z 
maszyny, wychodzi rechotliwy głos tego śmiechu. Terkocze szybko, 
urywa. Zatrajkocze, przystanie. Zatnie się i poleci kaskadą. I 
znowu. I jeszcze. Strach potężnym ciężarem przygniata Marka do 
ziemi, rozpłaszcza go. Pomiędzy nim a tamtym nic jeno kępka 
przekwitłego, więdnącego rumianu, ocalała wśród ściernia 
zdeptanego na klepisku. O sto kroków w szczerym, gładkim polu 
zasiadł terkotliwy, martwy śmiech. Śmieje się od ucha do ucha 
mongolska gęba. Bosymi nogami okraczył maszynę i mierzy, zawzięcie 
wciąż mierzy w jedno miejsce, w kępę polnego rumianu. Tuż ponad 
głową jęczą ostre pogwizdy. Ich roje zaglądają do ucha z prawej 
strony, z lewej i głowa zdaje się puchnąć, wyrasta w olbrzymią 
banię. Na niej jeży się niezliczona moc kolców. Dolega każdy włos. 
Suchy grad sypie i sypie wokoło. Otacza go obłoczek pyłu. W 
potwornym, rozmyślnym udręczeniu wciąż jeszcze nie staje się nic. 
A niechby raz... Gęba staje się czerwona, ale śmieje się cicho, 
martwo, jak zaskrzepła. Obca siła, wybuch podziemny podrywa Marka. 
W kilku skokach staje przed czerwoną twarzą. Patrzą na siebie 
przez sekundę. Chiński żołnierz jak małpa objął maszynę rękami i 
bosymi nogami, Patrzy ku niemu krwawą twarzą i zanosi się od 
śmiechu. Znieść tego nie podobna! Marek lufą francuskiego 
karabinka dotyka zalanego potem czoła. Śmiech nareszcie znika wraz 
z rozsadzoną twarzą. A teraz powraca to wciąż i dręczy. 

background image

Mówi łagodnie, powolutku dobry głos. Z namysłem, jakby w trudnym 
wysiłku. 
- Niech będzie błogosławiony najazd, pożoga, zniszczenie! 
Błogosławiony rozlew młodej krwi... Łzy tysięcy matek... Potrzebne 
były wszystkie te nowe mogiły, co do jednej! Już ona nasza, nasza 
na wieki... Dopiero teraz posiedliśmy ojczyznę, bośmy ją 
obronili... Sami jedni, samotni na świecie w obliczu wroga... 
Nareszcie okupiona jest wolność w tym pokoleniu. 
Głos słabł, ustawał, szeptał, zamilkł. W ciszy czyjś porywczy 
oddech, tłumione łkanie, niewyraźne, przez łzy, błagalne słowa. 
- Nie płacz w godzinie szczęścia... Nie ma wyrazu dla ogromu 
naszej radości... 
- Mężu... Mężu... 
- Kto teraz śmie powiedzieć, że darowano nam wolność? Kto powie, 
że my niegodni? 
- Nie mów, nie męcz się. Ty musisz żyć, będziesz! Nie mogę tak 
zostać... Bez męża... Bez syna... 
- Nie płacz. Jeżeli Staszek wróci szczęśliwie... Powiedz, że 
ojciec w ostatniej swojej godzinie... 
- Nie! Nie! 
- Niech zapamięta - życia nie można oszukać! Niech nie kłamie, 
niech nie daje innym kłamać. Ma być nadal żołnierzem... W trudnej 
wojnie o prawdę... Podłości niech nie zniesie. Niech jej nie 
obchodzi dokoła... Niech jej nigdy nie ustąpi z drogi... Obronił 
kraj od wroga, niechże go teraz broni od handlarzy świętościami 
narodu... Od truciciela i fałszerza... Od szulera, który 
znaczonymi kartami... Od draba, co na dobro nasze, postaje nie 
jako zwyczajny złodziej, ale jako ten najgorszy, który u nas na 
pierwszym miejscu bywa sadzany... Ubrany w szanowne dostojeństwo i 
pychę... Albowiem gdy Polska uratowana, czas już raz te łby 
poutrącać... Czas, by wśród tylu, tylu zacnych przestały się 
panoszyć łotry I łotrzyki ich adwokaci, ich poeci i ich 
posłowie... 
Marek słuchał chciwie w nieopisanym wzruszeniu. Przemówić nie 
mógł. Z ledwością oddychał przestrzelonymi płucami. Gdybyż 
przynajmniej mógł dźwignąć powieki i podziękować bodaj spojrzeniem 
nieznajomemu przyjacielowi. Za przeogromne szczęście dobrej 
nowiny. Zwycięstwo. Serce załomotało mocno, szybko. Dusił się. - 
"Umieram - pomyślał. - I on... my razem..." Omdlał. 
- A gdyby Staszek nie wrócił... 
- Nie mów! Nie mów! Błagam cię, ani słowa o tym!! 
- Patrzaj... Leży tu chłopiec taki sam młody... i jakiż piękny... 
Teraz umiera... I on ma gdzieś matkę... To matka bohatera! W jej 
domu nie będzie pusto... Bo jego chwała żyje na zawsze... Bo... 
Teraz Marek wiedział niezbicie, że nadchodzi jego ostatnia 

background image

godzina. Myślał jasno, spokojnie. - "Jakie to proste! Umieram i 
już. Tylko tyle. Czegoż się wszyscy ludzie boją w tej śmierci? A 
ja się nie boję. Ale chcę wiedzieć, kiedy przestanę żyć. Tak samo 
jak ten, który leży tuż, tu ode mnie na prawo. Nie chcę, żeby to 
przyszło we śnie. Za nic nie zasnę!..." 
Usypia. 
Nazajutrz ocknął się z martwego snu. Przez otwarte okno wpadał 
ciepły wiew. Tuż stały ścianą kasztany o żółknących liściach. 
Trąby grały gdzieś niedaleko majestatyczne, żałobne akordy. Wtem 
przypomniał sobie. Ostrożnie obrócił głowę. Drugie łóżko w pokoju 
było puste. Trąby grały. Już go wynieśli... Może to przygrywają na 
jego pogrzebie? O sobie zaś tym razem wiedział dokładnie, że nie 
umrze. Doskonale! 
Siostra Rena karmiła go i poiła jak dziecko. Do pokoju nikogo nie 
wpuszczano, ale siostra wiedziała doskonale, czego mu było trzeba. 
Zaczęło się piętnastego sierpnia i od razu poszło na gwałt, - na 
łeb na szyję. Jak zaczęli wiać, tak wieją do dziś dnia bez żadnej 
"peredyszki". Front już pod Białymstokiem. Morowo. 
Brodaty, gruby doktor, poczciwy eskulap z prowincji, przebrany za 
srogiego majora, ukazywał się co czas pewien i rzucał nań surowe 
spojrzenia, pełne władzy, jak gdyby miał mu za złe, że rozwala się 
przy wyższej szarży i nie zrywa się przed nim "na baczność". 
Stawał w nogach łóżka i za każdym razem stale i niezmiennie groził 
mu grubym paluchem. "Czego on ode mnie chce?" Dużo przyjemności 
sprawiało mu otwarte okno, w którym szeleściły liście i gdzie 
przynajmniej raz co dnia rozbrzmiewała wciąż ta sama piękna 
melodia żałobnego marsza. W ciągu dnia coraz ktoś inny ukazywał 
się w oknie, postał chwilę, popatrzał i znikał. Głowy w myckach, w 
furażerkach, w bandażach kiwały nań porozumiewawczo. Przyglądał im 
się pilnie, ale nigdy nie zajrzał żaden znajomy. Miał pilny 
kłopot, co też dzieje się z jego Uliną? Zawitał wreszcie we 
własnej osobie Magryś, ordynans, przewiązany przez oko. Zadziwił 
się, uśmiechnął się, trzasnął piętami za oknem i zagadał donośnie 
jak w polu. Natychmiast ktoś go odegnał. Obudziwszy się pewnego 
popołudnia, ujrzał w oknie pannę w furażerce i we frenczu khaki. 
Janka! W tym przebraniu było jej do twarzy, ale czemu taka smutna? 
Oczami daje jej znać, żeby do niego weszła. Potrząsa głową: "Nie! 
Nie!" - "Janka, co ci jest? Po co wyrabiasz miny?" 
To na pewno ona - ale jakoś i nie ona. Oczy ogromne, nigdy takich 
nie miała. Cała twarz skamieniała, tragiczna. Stoi nieruchoma, jak 
obraz wstawiony w okno, jak jakaś ogromnie powiększona fotografia 
niewyraźna i nieudana. Zjawa mieni się, zanika, odnawia się. Marek 
wysila się, żeby ją dostrzec, żeby w niej coś poznać, aż oczy 
zachodzą mu łzami. Znikła z okna. Na pożółkłych drzewach, w 
ciepłym powietrzu i w jesiennym skośnym promieniu słonecznym 

background image

został po niej jakiś dręczący smutek. 
Na dzień, na dwa gorączka zasnuwała świat miłą mgłą. Wówczas 
sąsiad, kapitan Wiączek, zapodziewał się gdzieś ze szczętem, a 
przez okno przesuwały się postacie zagadkowe, niepewne, ale 
znajome, spoczywające w zaniedbanych zakamarkach pamięci. Po kolei 
wszystkie twarze z górnej celi więzienia w Minusińsku! Przerażone, 
zrozpaczone, pogodzone, zadumane, piękne, żadne, straszne... 
Dopiero teraz ogarnia zdumienie, ilu ich tam było! 
Niepodobieństwo, żeby w przeciągu trzech miesięcy... Zjawiały się 
i podejrzane figury, o których nic mu nie było wiadomo; te broniły 
się natarczywie i przypominały naprędce jakieś coś z wielu 
szczegółami. 
Dobrze, dobrze! Cóż było potem, Filipie Lwowiczu? - Potem? Wywieźli 
nas na rzekę. - Ale to... Samo to, jakże? Już teraz wolno przecie 
zapytać? - Zawsze można. Cóż? Zadziwiająco nic osobliwego. Jedna 
chwila. Zupełnie nic! Leżeliśmy kupami na lodzie, śnieg nas 
zakrył. A gdy rzeka ruszyła, poniosła nas duża kra. Daleko, 
daleko. Wszyscyśmy ruszyli w świat. Przybijaliśmy czasami do 
nadbrzeżnych wiosek. Mużyki klęli i odpychali nas drągami, ale kra 
była ogromna, więc nabili pali, poczepiali liny i holowali nas w 
karbasach, wiosłując co sił na główny nurt, nie zważając na groźne 
niebezpieczeństwo. W jednym karbasie stał pop z diakiem, kadzili i 
śpiewali. Jedziemy dalej i już niedaleko Czabanowska utknęliśmy w 
ogromnym zatorze. Przyparło nas do brzegu. W nocy nawaliła się na 
nas nowa masa kry, podparła i, jak to bywa, zaczęły się pchać i 
zasuwać płyta pod płytę. Wyważyło nas, podniosło wysoko na 
ustermanym kopcu lodowym. W nocy naparło jeszcze, zawaliło się 
wszystko jak należy i zsunęło nas z całej góry prosto pod samą 
cerkiew. Leżało nas w kupie z pięćdziesięciu chłopa i dwie kobiety 
- pamiętacie - Gopfenhausen Mazia Iwanowna i Ludmiła Borysowna 
Szyrska... Kłopot z takimi gośćmi! Miejscowy "Kombied" stwierdził, 
żeśmy przybyli domagać się chrześcijańskiego pogrzebu i wnet 
ściągają popa. Ale "Rewkom" nie dopuścił i wydał rezolucję: 
ponieważ zwał na brzegu rzeki grozi zalewem wsi, rozsadzić go 
dynamitem, nie wglądając w to, co znajduje się w lodzie. Łatwo 
powiedzieć!... Próbowali, podkładali, podpalali i co strzeli, to 
nic. Z lodem trudna sprawa. W końcu podłożyli wszystko, co tylko 
mieli - jak nie huknie... Cerkiew się zapaliła... - A wy? - Co tam 
my - poniektórego też przypiekło. - A potem? - Nic. W połowie maja 
zwał na brzegu stopniał wreszcie. Zakopali, musieli zakopać, bo 
powietrze. - No, a teraz co? - Teraz? Teraz, pytasz? Nie pytaj, 
sam rychło będziesz wiedział. - Łżesz, Filip Lwowicz, na teraz się 
jeszcze nie wybieram. 
Filip Lwowicz kiwa głową wzgardliwie i znika. Szeleszczą, szumią 
drzewa, sypią się żółte płatki, świetnie barwione liście klonowe 

background image

wpadają aż na środek pokoju. Ignacek wskakuje na okno i siedzi, 
majda nogami, uśmiecha się chytrze, mrużąc jedno oko, jak bywało, 
gdy przylatał na przełaj przez ogrody i parkany do jego okna u 
pani Habinakowej. I Marek zmrużył oko, to był ich znak. Ignacek 
zaczyna się rozwodzić o polityce, o sejmie i domaga się marszu na 
Wilno, "żeby tam nie wiem co". Drwi z całej Europy. Rozumuje nad 
którymś paragrafem Traktatu Wersalskiego, cytuje, przytacza, 
wszystko ma w pogotowiu. Jak gdyby był szefem odnośnego wydziału w 
MSZ. Rozprawiając, trzyma ostrożnie oburącz małego gołąbka. 
Ignacek był zapamiętałym gołębiarzem. I teraz jest maleńki, jak 
zawsze. Skąd on to umie, kiedy umarł w drugiej klasie? Skądże wie, 
co się dzieje, jeżeli już tak strasznie dawno go nie ma? Po prostu 
udaje, jak to on. Nieraz opowiadali sobie nawzajem niemożliwe 
historie. Bierze go pokusa, żeby i o sobie nałgać coś 
nadzwyczajnego. Właśnie ma wszystko gotowe. - Ignac, bez żadnej 
blagi; wiesz, co ja robiłem przez ten czas? Byłem na wojnie. - Na 
jakiej? Na punickiej? - Ależ na prawdziwej. Miałem ślicznego konia 
i wzięli mnie do niewoli. Potem bawiłem w Chinach i na wyspie 
Celebesie. - A przywiozłeś przynajmniej stamtąd trochę marek? - 
Marki? Mam cztery filipińskie, jedną z Jawy, brakuje mi Sumatry i 
właśnie z Celebesu. - Dawaj, mam na wymianę trójkątną czerwoną 
Dobrą Nadzieję i Kanadę (z bobrem!) - Daj mi spokój, żadnych 
marek! - Cóż mi to za Marek bez marek!
potem byłem jeszcze na nowej wojnie. - Druga punicka! Czy to 
prawda, że Hannibal nie nosił wąsów? - A potem... - Słuchaj, 
jeszcze jedna wojna, a dostaniesz po pysku! 
Marek zmieszał się - wszak mały ma słuszność: jakże tamto mogło 
być prawdą, kiedy obaj są dopiero w drugiej klasie? I z Celebesu 
nic nie zostaje, nawet marnej marki pocztowej. Wszelakoż - coś w 
tym wszystkim jednak było... Dziwne to, jednak, jednak... Ale 
nigdzie nie było tak gorąco jak na Morzu Czerwonym. To ci dopiero 
łaźnia. Ale Ignacek nie uwierzył i znikł z okna. Stoi miss Mc 
Farlane w wielkim kapeluszu panama, omotanym białym woalem. Jest 
surowa, patrzy nań bez cienia uśmiechu. Zawstydził się Marek, jak 
przyłapany: - Nie mogłem żadną miarą, miss Helga... Przecież wiesz 
z gazet, że u nas wojna... Musiałem pójść, a zresztą i tak by mnie 
byli powołali... Bardzo pięknie, żeś przyjechała tu do mnie! - Do 
pana?! Nie życzę sobie znać... Od pierwszego maja, gdy się pan nie 
stawił, ani razu nie pomyślałam o czymś podobnym do pana. Jestem 
tu jako delegatka Peruwiańskiego Czerwonego Krzyża i zapytuję 
oficjalnie, czy pan ma nasze proszki "Pe ku"? Czy dostał pan dwie 
zmiany oficerskiej bielizny, "Rederossweb"? Flaszkę "Cibilis"? 
Dwa flakony "Kola"? Setkę papierosów "Gold Flake"? - Marek śmieje 
się, aż go kłuje w piersiach, bo już rozumie, że to sen. Dusi się 
ze śmiechu i woła, szepce: - Nic nie dostałem! Niech pani idzie do 

background image

diabła! 
Wszelako ten nosaty z fajką nie może być żadną miarą snem. Co to, 
to nie. Zresztą i kapitan Wiączek powrócił z niebytu nirwany i już 
stękał. Przyglądał się bacznie, ale pod światło nie może rozróżnić 
rysów. Wreszcie zjawa na chwilę obróciła się profilem. On! Botwid 
też przygląda mu się bacznie, bokiem. Ale dopiero wsadziwszy 
monokl w oko zaczął mu kiwać głową sztywno i wielokrotnie, jako to 
czynią konie podczas dużego upału. Na sekundę wyszczerzył zęby i 
natychmiast oblicze jego przybrało wyraz martwy i tępy. 
- Bardzoś wymizerniał jest. Co ci zrobili? Ręka? Noga? 
Marek pokazał, że przez płuca na wskroś, na poprzek. 
- Mówić już możesz? Nie możesz? Więc ja tylko na jedną chwilę. 
Lekko wspiął się na okno i przełożył długie nogi. Dziwnie się 
postarzał. Wygolona twarz zeschła się jak mumia, pełno w niej 
dołów i guzów. Był w nim jakiś wysoce zagraniczny styl i rozmach, 
ale na ogół wyglądał raczej na karykaturę Anglika. Wyszczerzył 
zęby do Marka i wnet rysy mu stężały. Wyprostował się jak drąg 
przed łóżkiem kapitana Wiączka i przedstawił się. 
- Major Botwid! 
Kapitan podał mu rękę i pokazał na migi, że nie słyszy. Botwid 
jeszcze raz odsłonił zęby i wydobył kartę wizytową. Kapitan rzucił 
okiem i czytał przez sporą chwilę. Zerwał się, usiadł na posłaniu. 
Ogarnął koszulę pod szyję, spojrzał na Marka w popłochu i zaczął 
dudnić posępnym basem. 
- Bardzo mi przyjemnie... Kapitan Wiączek! Niechże się książę 
rozgości - proszę zrzucić te łachy z krzesła. Osobliwa to będzie 
wizyta, panie majorze, kolega Świda nie może mówić, a ja jestem 
głuchy jak pień. Szok od granatu, pod Ciechanowem. 
- To nic. Ja dwa razy szok, pod Dixmuide i nad Sommą. Dużo 
szpitalów, ale nic. 
Kapitan przypomniał mu, że nie słyszy. Botwid skłonił się sztywno 
i usiadł na brzegu łóżka. Marek wpatrywał się weń z nieopisaną 
ciekawością. Osobliwy ten człowiek zdawał się zawierać w sobie 
długi wykaz najdziwaczniejszych przygód a zarazem odmęt wszelkich 
możliwości na przyszłość. I żyjeż sobie taki typ! Powiada po 
prostu - Dixmuide, Somma... Major... Marek jeszcze dotychczas 
nosił w tajemnej pamięci baśń dalekiej młodości w niesamowitym 
świetle zamku w Mytyszczach, śmiertelna intryga rodowa, obłęd 
palącej nocy pani Chosłowskiej, samobójczej nocy młodego kniazia. 
Co za skok poprzez ośm lat życia! Zamglona, jakby wymajaczona we 
śnie opowieść znowu staje się prawdą. Cóż ona? Żyje? Nie żyje? 
Może jest w Warszawie? A może jest już zupełnie stara? Nie? 
Niemożliwe. Taka jak ona nigdy nie może się zestarzeć! Nigdy? 
Absurd... Raczej umarła, ale jeżeli tylko żyje... Powstrzymywał 
się, żeby nie wyszeptać jej imienia, żeby nie zapytać wręcz, 

background image

natychmiast. Wparł w Botwida rozpłomienione oczy. Ten zdawał się w 
nim wszystko odgadywać na wskroś, ale jako Anglik nie piśnie słowa 
bez wyraźnego zapytania. Po polsku mówił z namysłem. 
- Duży czas. Bardzo ogromny. Ty gdzie całą wojnę? Całą wojnę ja 
zachodni front w brytyjskiej armii. Do samego "armistice". Ranny 
razy dwa, szok dwa. Wojna najlepsza rzecz! Bez wojny dla mnie nie 
ma nic. Zaraz po "armistice" ja do generała Haller. Ale kiedy on 
nie jechał i ciągle jeszcze nie jechał, więc ja sam. Przeszły Nowy 
Rok pode Lwowem, potem już cała ukraińska kampania. Wasza wojna 
bardzo miła po zachodnim froncie. Zabawa! Polska wojna jest 
najbardziej sportowa. Nad Zbruczem trafiony w nogę, szpital 
Kraków, sztab dywizji w Pińsku, urlop do domu, ale dom w 
Mytyszczach dawno spalony był. Chłopi rozciągnęli wszystko, całą 
ziemię też. Pana Pieńkowskiego (pamiętasz?) kłonicami zatłukli 
całkiem słusznie. Wówczas tam był nasz front, zarząd etapowy 
wojskowy, chłopi się bardzo boją, dużo w kryminale w Borysowie. 
Dowiedzieli się, przysyłają do mnie delegację, więc zgłaszam do 
dowództwa frontu, że ja ziemię sam oddaję, czyli oddałem i już. 
Wtedy do tego biura nazłaziło się tylu oficerów i "złotych 
huzarów" od Zarządu Cywilnego Ziem Wschodnich, że się zrobiło 
zanadto ciasno. Ani jeden nie rozumie. Pytają w kółko o jedno i to 
samo. Kiedy jeszcze raz nie wiedzieli, o co idzie, wreszcie i ja 
pytam: - Czy panowie wszyscy wariaci są? - Nie, jeden tylko pan 
major. - Odtąd zaczęli mi wszędzie psuć. Ona już uciekła z 
Piotrogrodu, a dziadek umarł z głodu w Smoleńsku. Nie miała nic, 
kuferek z botwidowskimi klejnotami, które zabrała po wybuchu 
wojny, czyli ukradła, jej też zaraz skonfiskowali bolszewicy, co 
mnie bardzo cieszy, bo i tak nigdy bym tego nie oglądał. Więc 
urządza mi głupi proces i chodzi wszędzie, chodzi, lata. W 
Emeswojsk każdego zna, z generałami rosyjskiej służby za pan brat, 
wszyscy za nią latają. A ja wciąż bez przydziału. Co i jak? A tak 
i tak. No i ciągle nic. Wreszcie doszło do mnie, że rozgłoszony 
jestem za wariata. Wzywają mnie przed komisję lekarską. - To pan 
major ziemię chłopom oddaje? - Ja, cóż w tym dziwnego? - 
Dwadzieścia tysięcy dziesięcin ziemi?! - Dwadzieścia tysięcy i 
siedem. - I tak dalej. Uśmiechają się i nakazują długi odpoczynek. 
- Jaki długi? - Bez terminu. - Poszedłem spróbować do partyzantów 
generała Kułak-Wałachowicza. Bardzo ciekawa banda. Ekspedycje 
najpiękniejsze, ryzyko pierwszej klasy. Jednak jak na mój gust 
koło tego bohaterstwa za wiele było łajdactwa. Właściwie bez 
łajdactwa ani jednej godziny, ani jednego kroku. Szkoda, gdyby nie 
to, zostałbym u nich do końca. Wracam z frontu do Warszawy. Staram 
się, pytam, co będzie ze mną. Jedna awantura, druga awantura. Za 
trzecim razem pakują mnie na Dziką za nieposzanowanie władzy. 
Potem przenieśli do szpitala - zaniedbany wstrząs nerwów. Wszędzie 

background image

ona. Dobrze się starała pani hrabina. Ach, jak się śmiałem, kiedy 
nasi opuścili Mińsk! Myślę sobie, teraz mam spokój. Ale ona 
straszna szowinistka, domaga się, żeby iść za Berezynę, za Mińsk. 
Polska musi być wielka, dobra botwidowskie muszą być w Polsce. Ona 
zna tylu generałów, że może jej uda się nawet i to. W takim razie 
znowu się zacznie moje prześladowanie. Moje nieszczęście, że ona 
wciąż jeszcze bardzo podoba się, taka stara baba, a każdy dla niej 
wszystko zrobi. Taki typ. 
Wszedł doktor i wyprosił majora. Botwid kiwnął głową Markowi, 
skłonił się kapitanowi i wyskoczył oknem. 
- Patrzajcie, doktorze, co on ma tu wypisane: kawaler lub oficer 
jedenastu odznaczeń bojowych - angielskie, francuskie, belgijskie, 
amerykańskie, rosyjskie, serbskie, włoskie... 
- Cóż dziwnego? Wariat jest. Takiemu wszystko jedno. To pański 
znajomy, panie poruczniku? Ostrożnie z nim. Na razie niby nic, ale 
to czort opętany, na wszystko gotów, to znać i po oczach, kulę 
nosi w głowie od dziecka, olbrzymie dobra na Białej rusi chłopom 
oddaje - no wariat! A przy tym ostra mania prześladowcza. 
Nienawidzi własnej ciotki, podejrzewa ją i każdemu opowiada swoje 
głupstwa. Panu już opowiadał? Opowiadał. A to przecie wielka pani, 
hrabina, i co za wspaniała kobieta! Ach, panie poruczniku, co 
za... Co za... Pan ją kiedy widział? 
Ale Marek już przymknął oczy i udawał, że zasypia. W istocie 
pogrążał się, jak w odurzającym wonnym dymie, w swoim jedynym 
wspomnieniu. Wydarło się ono jak spod ziemi, rozrzuciło kopiec 
usypany z niezliczonych dni i wydarzeń. Świeże, na wpół 
dziecięce, spowiło go potężnym urokiem cudu, straszliwości i 
niesytu. Przenikał go głód, jak gdyby wczoraj dopiero oderwano go 
od czary, z której zaledwie zakosztował. Znienacka w burzy i 
zamęcie, w dziecięcym przerażeniu dotknął był cudu. Nie poznał 
jego głębi, nie rozszalał się w szczęściu świadomego posiadania, 
nie nasycił się. Tamto stało się pomimo niego, jak gdyby obok. 
Roztapiał się i zanikał w rozkoszy marzenia. Teraz będzie inaczej. 
W wyobraźni porywał swoją zdobycz potężnymi ramionami mężczyzny. 
Ciężka niemoc nie dawała mu wyrzec słowa, nawet odetchnąć mocniej, 
gdy zatętniło serce. Drżał z obawy, że się spóźni, nie zdąży na 
czas. Dręczyła go wizja zapachu i niskiego głosu tamtej. W 
przestrzelonej piersi nie czuł bólu, rany ani opatrunków. Ożyła i 
jak pieczęć legła na jego piersi piekąca pręga. Usypiał jak 
podrzucany na głębokich falach, które go kędyś niosły. 
Uwzięła się gorączka. W ciągu długich dni i nocy tonął w zupełnej 
niewiedzy o sobie, pośród pogmatwanych szczątków zjaw, w męczącym 
dziwactwie okruchów myślenia, w nagłych paroksyzmach 
bezprzyczynowej radości, która wnet przerabiała się na czarne, 
ciężkie zgnębienie. Siostra Rena czytała to na termometrze, 

background image

notowała i wykreślała na kartce przypiętej w głowach łóżka. 
Znakami oznajmiała kapitanowi Wiączkowi, że jest coraz gorzej. 
Oczami i znaczącym skinieniem głowy zapowiadała, że już chyba 
niedługo, lada dzień... Koledzy, znajomi zaglądali do pokoju, by 
postać nad nim przez chwilę, pokiwać głową i odejść. Co dzień 
przez aleje szpitala przeciągały z kaplicy kondukty żałobne, z 
honorami wojskowymi, z wieńcami. Oznajmiały się żywym i żegnały 
zmarłego potężnym głosem trąb. Przekraczały bramę i wchodziły w 
żywy świat, w rojne ulice. Przechodnie odsłaniali głowy, 
zatrzymywały i nagromadzały się tramwaje. Kompania żołnierzy, 
orkiestra, wieńce, księża, karawan i garść uczestników pogrzebu 
wplatali się w powszedni dzień miasta. Przywykli do tego wszyscy. 
Wojna, która znów była zeszła z oczu, przypominała się nieśmiało 
ludziom z ulicy, którzy teraz jesienią otrząsali się na samą myśl 
o ciężkich dniach sierpniowych. Już nie do wiary stawało się 
tamto. Już teraz niechże będzie wolno... Prawdę powiedziawszy, nie 
było z nami całkiem znowu tak źle. Więcej się raczej wydawało. 
Nerwy... Rodziły się w tych czasach nowe wersje, doprawdy ciekawe, 
pochodzące z najlepszych źródeł. W gazetach, które wstydziły się 
swego niedawnego śmiertelnego strachu, ukazywały się kunsztowne 
artykuły o przesadnych alarmach (cui bono?), o czyichś 
wyolbrzymionych zasługach, o czyichś fatalnych błędach, o 
uporczywych obłąkańczych ideach strategicznych, które przywiodły 
wojnę do bram Warszawy... Mały człowieczek w swej przyrodzonej 
żądzy spokoju zarzekał się nawet nikłego cienia własnej przelotnej 
wielkości. Mieli nad czym pomyśleć ci, którzy po piętnastym 
sierpnia orzekali pochopnie złotą erę narodu w natchnionych 
poematach socjologicznych. Z pośpiechem godnym podziwu wracało 
wszystko do drobniutkiego rytmu żywota, do starych nałogów, do 
ulubionych zajadłych sporów o nic. Odkładano na kiedyś sprawy 
wielkie i poważniejsze kłopoty, których było pełno. Odpoczywano 
błogo po dniach nadmiernego wysilenia. Po przeżytych przykrościach 
ta jesień była przemiła. Jako odszkodowanie za zmarnowane lato 
pogoda była stała i piękna. 
Wbrew orzeczeniu władz szpitalnych i spokojnej rezygnacji kolegów 
Marek wciąż jeszcze nie wyjeżdżał ze szpitala nogami do koni przy 
dźwięku trąb żałobnych. Nadszedł papier z pułku o podniesieniu go 
do godności porucznika. Papier leżał spokojnie na jego stoliczku 
do czasu, aż chory będzie mógł go odczytać i ucieszyć się wysoką 
szarżą. Był bezsilny i niemrawy. Od dawna przestał myśleć. 
Przesypiał dnie i noce, a nic go nie nawiedzało we śnie. Z rzadka 
majaczyła jakaś czarna postać, która zdawała się stać i wystawać 
długo w nogach jego łóżka, na tle blasku bijącego od okna. Dookoła 
tej zjawy zakreślał się gruby kontur niewiadomej barwy i odcinał 
ją wyraziście i pięknie na tle światła i pożółkłych drzew. 

background image

Wyglądała jak czarny posąg. Rama górnego okna układała się nad nią 
w czarny krzyż. Było to dziwne i coś znaczące. Gdy napatrzył się 
temu spod na wpół podniesionych powiek i przymykał znużone oczy, 
postać z krzyżem długo stała jeszcze na tle ciemności, 
przybierając różne barwy, mieniąc się i niepokojąc go w 
półuśpieniu. Po paru dniach przywykł do czarnej wizji, nawet ją po 
swojemu polubił i tęsknił za nią, gdy otwarłszy oczy, widział 
przed sobą puste okno. Wreszcie przemogło się w nim coś i 
stopniowo zaczął dźwigać się jakby z niemowlęctwa myśli i wrażeń. 
Oglądał się wokoło, witał uśmiechem siostrę Renę i doktora, nie 
poznawał tylko swego sąsiada. Podstarzały niezgrabiasz kapitan 
Wiączek stał się wysmukłym uroczym młodzianem, gołowąsym i 
uśmiechniętym. 
- Podchorąży Śniat, trzydziesty siódmy pepe - rekomendował się z 
łóżka. Oparte o łóżko stały kule, a pod łóżkiem rzeczy nieopisanie 
przedziwne, którym Marek poświęcał w ciągu dnia dużo uwagi. 
- To są moje nowe nogi, panie poruczniku. Stare się znosiły, 
wyrzucono je i zapewne już psy je zjadły. Ale można i tak. 
Zwłaszcza jeżeli inaczej nie można. 
Markowi stanęły w oczach łzy. Spojrzał na młodego człowieka z tak 
wymowną dobrocią, z tak przejmującym współczuciem, że podchorąży 
Śniat, popatrzywszy nań przez chwilę z najwyższym zdumieniem, 
zaczął podkulać brodę, ściągać usta, wreszcie rzucił się twarzą do 
poduszki. Drgał i wił się w milczeniu. Marek spostrzegł 
przerażająco równą pustkę pod derką, która okrywała rannego do 
pasa. Niewiele poniżej na łóżku nie było już nic. Pomimo okropnego 
kalectwa podchorąży był zazwyczaj raczej wesoły. Jego cudny, jakby 
dziewczęcy uśmiech witał Marka, ilekroć ten się zbudził. 
Nieszczęsny chłopiec stopniowo z uroczą nieśmiałością nawiązywał 
zażyłość ku panu porucznikowi. Opowiadał z dziecinną powagą i 
dokładnością działania swego pułku, a w szczególności nocne 
obejście pod jakimiś Szarachowiczami, gdzie został ranny. 
- Karabin maszynowy, panie poruczniku! Przyznam się, że nigdy tego 
nie lubiłem. Ale te trzy za miedzą już się poddały, idziemy je 
tylko zabrać. Tamci wszyscy co do jednego stoją z rękami do góry, 
oficer z gwiazdą na czapce. Myślę sobie, zabiorę mu tę gwiazdkę, 
bom jeszcze nie miał. Zaledwiem to pomyślał, mój oficer rym jak 
długi na ziemię i jak nie puści maszynkę! Nie wiem, czy było z 
piętnaście kroków... Jakby mi kto puścił okropnie tęgi prąd 
elektryczny przez oba uda... Zachwiałem się. Nie zdążyłem upaść, 
kiedy nasi chłopcy już dopadli i roztrzęśli wszystkich na 
bagnetach, ilu ich tam było. Mnie obcięło nogi - o tak, popóty, 
ledwie się to trzymało. Na szczęście, patrol sanitarny nadarzył 
się tuż, bo inaczej... Na szczęście czy na moje nieszczęście... Co 
tu dużo gadać, kiedy nie ma o czym mówić... 

background image

Pewnego popołudnia, gdy wicher szarpał drzewami, rwąc z nich 
resztę liści, a deszcz zalewał szyby, Marek usnął. Pogoda, że psa 
nie wygnać, noc. Przemokły do suchej nitki, zmordowany, głodny i 
zły dzwoni zębami, zsiada z konia i po omacku wchodzi do sieni, i 
szuka drzwi do izby. 
"Romek, otwórz, do diabła, bo ciemno jak..." 
Długo męczy się i maca, wreszcie natrafia i otwiera i od razu w 
pośpiechu rym czołem o futrynę, aż mu wszystkie gwiazdy... Od tych 
gwiazd zapala się jedna świeca, druga... Trzecia, czwarta! 
Obstawiony świecami leży pośrodku izby rotmistrz Goślicki, 
wyciągnięty w nowym mundurze. Trupia twarz zdaje się z lekka 
uśmiechać. Trupie żółte ręce trzymają obrazek święty. Pochylona 
nad nim kobieta w czarnej sukni, z rozpuszczonymi bujnymi włosami, 
które okrywają ją jak peleryna. W kącie klęczą obaj ordynansi, 
jego i rotmistrzowy, i szepczą pacierze. Stanął za progiem jak 
skamieniały i stoi. Stoi, stoi - nagle, jak wysadzony sprężyną, we 
mgnieniu oka obraca się do drzwi i ucieka. W zapomnieniu znowu - 
rym! Rozbija sobie łeb o futrynę, budzi się. 
W nogach łóżka, opierając się na poręczy, stoi znajoma czarna 
postać. Nad nią czarny krzyż ramy okiennej. Marek wie, co to być 
może. Serce stuka jak młotkiem. Z przenikliwym szumem krew uderza 
mu do głowy. Oddycha porywczo, głęboko i patrzy uporczywie. 
Pierwszy raz w życiu widzi tę panią... Ale to ona. 
Długo patrzą na siebie w milczeniu. Marek nawet nie zaprząta sobie 
głowy panią, nie rozpoczyna rozmowy. Zdumiewa go odkrycie, że 
zapomniał o rotmistrzu. Od dawien dawna znikł z jego myśli, jakby 
go nigdy nie było. Cóż to jest? Przeleżał tyle tygodni, tyle mu 
się różności przewinęło przez głowę i namarzyło się, naśniło - 
nigdy on... Był przerażony. Przerażał i sam zbieg snu sprzed 
chwili z pojawieniem się tej wdowy. Nie może to być nikt inny! 
Jego żona... Zapiekł, zajątrzył obudzony stary ból żalu za jedynym 
człowiekiem na świecie, którego był ukochał. Ta, która przed nim 
stała, porywała ku sobie i ciągnęła nieprzeparcie, albowiem ona 
jest jakby częścią jego, jedynym żywym okruchem, cieniem, który po 
nim został. Zarazem odpychała. Urażała w nim tajemną świętość, 
jego wyłączność. Ma się z nią dzielić? Po co przyszła? 
- Niech pani usiądzie, oto krzesło - zapraszał podchorąży Śniat. - 
Porucznik już znacznie lepiej, o, na całkiem dobrej drodze. 
Nareszcie się pani doczekała. Ale nie trzeba, żeby za dużo mówił. 
Krzesło proszę przysunąć bliżej. Całkiem blisko, bo porucznik 
zaledwie szeptem... 
Z bliska w twarzy jej Marek widział na razie tylko oczy. Migocące 
fiołkowo spod kasztanowatych, nieregularnie rozpiętych brwi, jakby 
skośne. Dziwne i straszne. Nieprzytomne... Patrzyła, jakby nie 
widząc ani jego, ani niczego. To go dręczyło. Wnet odwrócił oczy. 

background image

- Nie będę pana męczyła, ale czekałam tak długo... Pan jedyny może 
mi powiedzieć coś pewnego o Romanie. Starałam się, jak mogłam, ale 
wachmistrz Smyla zginął nad Narwią, ułani ze szwadronu Romana za 
Grodnem, nie wiadomo gdzie, paru kolegów męża wyrażało jakieś 
ostateczne przypuszczenia, oczywiście nie oparte na niczym, gdyż 
szwadron był odcięty od pułku. Więc jeden jedyny pan... Ach, panie 
poruczniku!... 
Głos zadrgał błagalnie. Jej przenikliwe szeptanie wkradało się w 
niego uparcie, wytrwale, docierało do najgłębiej zatajonej w nim 
władzy odgadywania. Nakazywało, kusiło. W ciężkim kłopocie nie 
wiedział, co jej powiedzieć. Jej szept, jej oczy opętywały go. Na 
chwilę uwikłał się sam, jak w niezrozumiałym śnie. Jakże było 
naprawdę? Jeżeli on sam zapomniał o wszystkim, zapomniał ze 
szczętem na całe dwa miesiące? Ochłonął. Zaczął mówić. Powoli, z 
namysłem, ostrożnie, jak gdyby składał zeznanie przed groźnym 
sądem w sprawie człowieka, którego chciałby za wszelką cenę 
obronić. Sam siebie podziwiał, kłamał znakomicie, jak gdyby mu 
ktoś podpowiadał. 
- Proszę pani - mgła!... Na dziesięć kroków nie było widać. Nasza 
zasadzka na trakcie na piechotę... Zamęt, ze dwa bataliony jeńców, 
ogromne tabory... Ścisk, a wszystko po omacku, teren nieznajomy... 
Tyle że tuż nad Bugiem... A jeszcze cudownym trafem, w tej samej 
chwili zetknęliśmy się z dużym naszym oddziałem, który też był 
odcięty... Dołączamy w zgiełku. Wszystko pomieszane ze sobą... A 
tu przeprawa na łeb na szyję... Po podpalonym moście... Rwetes z 
tymi końmi... Dym i mgła... Dym i mgła... Już nic nie było widać. 
Jak w nocy. Tak nam znikł rotmistrz Goślicki i od tej pory... 
Zamilkł. Zmęczył się. Ze wstydu odwrócił głowę do ściany i klął w 
duchu. Com ja narobił!... To zbrodnia, podłość. Idiotyczne! 
Wszyscy w pułku wiedzą - sam opowiadałem każdemu... 
Na ręku uczuł dotknięcie, które go sparzyło, jak ogniem. Spojrzał. 
Jakaż dziwna!... Dopiero teraz dojrzał ją całą. W uśmiechu tych 
ust ożyła, rozkwitła. Oczy uczyniły się promienne, głębokie... 
- Boże miłosierny... Dopiero teraz... Po tylu... Po tylu... 
Załkała, łzy kroplami spływały po uśmiechniętej twarzy. Podchorąży 
zagadał szybko, z zapałem, z przekonywającymi intonacjami. 
- Jakże? Jakże, szanowna pani! Iluż to się zagubiło - tysiące! 
Teraz, kiedy front posuwa się z dnia na dzień, mnóstwo ich wyłazi 
z ukrycia i nie ma dnia, żeby się nie zgłaszali kupami. 
- Byłby to jednak prawdziwy cud... 
- Zupełnie nie trzeba cudu. To się na tyłach tak wydaje. Zaraz 
cud. Samo się robi, zupełnie zwyczajnie. Niech no pani będzie 
łaskawa pogadać z oficerami, z żołnierzami choćby z naszego 
szpitala - co za kawały! Co za historie! 
- Jednak... To straszne, ale nikt z panów mi nie zaręczy, że mąż 

background image

nie dostał się do niewoli... Boże, w ich ręce! 
- O, zaraz w ich ręce! Już pani nagadali! Naturalnie, czego tam 
nie bywało na tej wojnie... Owszem, jeszcze jak! Ale to stare 
rzeczy. Teraz dobrze oni wiedzą, ilu my mamy w ręku ich oficerów, 
komisarzy. Zasada wzajemności! Teraz obowiązuje i ich, i nas cicha 
umowa. 
Marek nie odzywał się więcej. Powiedział swoje i rozmyślał teraz, 
jakby się wywikłać z głupstwa, które popełnił. Przymknął oczy i 
udawał wielce osłabionego. Trzeba będzie urządzić się jakoś tak, 
żeby jej nie oglądać już więcej na oczy. Zdumiewała go własna ku 
niej zawziętość. Cóż ona winna? Winna! Dokonała nad nim 
wymuszenia. Posądzał ją niegodnie. Sama nie chciała wiedzieć 
prawdy. Woli na coś czekać - nie wiadomo na co. Nagłe olśnienie - a 
cóż, może to właśnie, co przed chwilą skłamał, było prawdą? A 
tamto, co zostało nad Bugiem, pod rozłożystą sosną... Ogarnął go 
zamęt. Jej obecność zaciążyła nad nim jak zmora. Jej bliskość 
stawała się nie do zniesienia. Niechże już sobie idzie! Było coś 
opętującego w barwie jej głosu. Z ożywieniem opowiadała coś 
Śniatowi i w głosie jej drgała radość niespokojna, jakby 
przesadzona. Nie, nie podobna tak jej puścić. Powie jej wprost, że 
nic nie wie. Jest ciężko chory i zapomniał. Ale niech ją Bóg 
broni, żeby miała się cieszyć albo spodziewać! Na razie... Ale gdy 
otworzył oczy, pani Goślicka żegnała się już z podchorążym. Mówiła 
coś przyciszonym głosem i wnet wyszła, nie spojrzawszy na Marka. 
Śniat był głęboko poruszony. Gadał wciąż, co chwilę rzucając na 
Marka jarzące młodzieńcze spojrzenie: Marek patrzał na niego 
ponuro. Kto go prosił, szczeniaka... 
- Czekają mnie ciężkie walki i przeprawy, ale zwyciężę! Ach, 
poruczniku, wy nie możecie mieć nawet pojęcia... Młodość, gdy 
wyrzeka się miłości, potwornieje, obraża Boga. Tak jest, pomimo 
wszystko, co pisali ojcowie kościoła... Jakże mam odwrócić się od 
kobiety, nie uwielbiać jej; nie łamać rąk, nie rozbijać sobie 
głowy o ścianę... Ja, ohydny kaleka, pół-człowiek! Każda odwróci 
się ode mnie ze zgrozą. Odrobina litości i dużo wstrętu. Ale ja 
się nauczę, ja się okiełznam. Na pustyni libijskiej nie było 
ascety tak potężnego, jakim ja będę. Przysięgam! Wszystkie moje 
namiętności, wizje, marzenia, pragnienia przekuję na moc ducha, 
która będzie służyła memu jedynemu celowi. Jeżeli to zdołam - 
zwyciężę. Czekają mnie próby straszliwe. Ot, taka cudna tragiczna 
pani, rotmistrzowa Goślicka, ze łzami w głosie, ze swymi szalonymi 
oczami... Dla was, poruczniku, to tylko ładna sobie kobieta. Bo 
przed wami cały świat stoi otworem - jak nie ta, to dziesięć 
innych. A dla mnie to straszne memento. Dla mnie każde spotkanie z 
taką, to olbrzymie zmaganie się, jakaś bitwa nad Marną - o śmierć 
i życie... Ale ja muszę i temu podołać. Muszę zwyciężyć! 

background image

Zamilkł i rzucił się na wznak na poduszki, zaplótł ramiona nad 
głową i oddychał porywczo. Po chwili zerwał się i odezwał z głębi 
piersi głosem, w którym drgały łzy. 
- Poruczniku, prawda, jaka ona niesłychana, śmiertelnie piękna, aż 
do okrucieństwa? Jakiż musiał być ten jej mąż, żeby aż tak 
zasłużyć... 
Marek udawał, że śpi. Pod powiekami jego stwarzał się i zanikał, i 
wznawiał się, i drgał, i grał żyjący uśmiech nadziei, uśmiech, 
który wykłamał był na tragicznych ustach wdowy po przyjacielu. 
Nazajutrz, po długich wahaniach, otworzył swoją torbę oficerską. Z 
pugilaresu wypchanego stumarkówkami wypadł pakiecik kartek 
złożonych w kilkoro i omotanych konopną nicią. Ręce mu się trzęsły 
i nie mógł czytać. Było to niepotrzebne, pamiętał każde słowo. 
Jakże teraz? Wkopał się. Ale już po chwili znikły kłopoty i 
komplikacje, jak wicher porwał go żal. Z kartek przedśmiertnych 
wionęła żywa, tak potężnie opętująca obecność zmarłego, że zdawało 
się dość mu podnieść oczy, ażeby go ujrzeć przed sobą. A może 
jednak... Cud?! Dzieją się cuda! Był sam w pokoju. Podchorążego o 
tej godzinie zabrali jak zwykle do warsztatu ortopedycznego dla 
przypasowania jego potwornych protez. Marek w przerażeniu zacisnął 
powieki, żeby nie zobaczyć widma, żeby nie zawrzeszczeć ze 
strachu... Ktoś zapukał i wnet drzwi skrzypnęły. Otworzył oczy. 
Jakaś nieznajoma. 
- Najmocniej przepraszam pana... Doprawdy, musiałam... Wczoraj 
byłam tak wzruszona... Zapomniałam zapytać o tyle rzeczy! Przecież 
pan jeden był z nim razem do ostatniej chwili, pan jeden wie... 
Nie poznał jej. Ubrana strojnie i barwnie, w niczym nie 
przypominała wczorajszego żałobnego widma, które stanęło przed nim 
w dniu zimnym i słotnym wśród przygnębiającego wycia wichru, gdy 
strugi deszczu zlewały szyby. Dziś ciepłe jesienne słońce wpadało 
do pokoju przez otwarte okno. Rześki, cierpki zapach zwiędłych 
liści i jakichś późnych, już ostatnich kwiatów. Pani Goślicka 
trzymała w ręku wiązkę białych i żółtych chryzantem. Złożyła je na 
brzegu łóżka z przyjaznym i wdzięcznym uśmiechem jasnych oczu. 
Głęboko wycięta bluzka mieniła się barwami spod rozchylonego 
kostiumu jesiennego o srebrnym połysku. 
- Ach, dziękuję pani... Takie prześliczne kwiaty!... - Marek 
zagadywał własne pomieszanie, odruchowo kryjąc kartki. Wsunął je 
pod kwiaty. 
Mówił swobodnie, bo znowu ktoś mu podpowiadał. Pani słuchała, nie 
odrywając oczu od jego twarzy. Fiołkowe oczy rozjaśniały się i 
ciemniały, rozweselały się, smutniały aż do łez, skupiały się z 
uwagą. Twarz mieniła się, odbijając każdą jej myśl, każde 
wrażenie, budzące się pod urokiem opowiadania. Czasami przerywała 
mu, rzucając pytanie. Parę razy roześmiała się jakby pomimo woli, 

background image

jakby wspominając coś wiadomego jej jednej, czego nie mógł się 
domyśleć ów Świda. Wzruszała ją jego przyjaźń dla Romana. 
Mieszkała w Krakowie i z kolegów męża nie znała prawie nikogo. 
Świat wojskowy był jej obcy i wrogi, on to porwał i zabrał jej 
męża. Niech sobie będzie, że to polskie wojsko i polska wojna... 
Po czterech latach narzeczeństwa i tęsknoty, i śmiertelnej 
obawy... Odcięta przez front, a potem odcięta przez rewolucję, z 
której cudem, uniósł głowę, zaledwie się nareszcie po tylu 
kolejach spotkali i pobrali, zanim nacieszyła się nim i uwierzyła, 
że jest jego żoną, nadszedł listopad i porwał szczęście. Z jakąż 
okrutną, nieludzką radością oderwał się od niej dla wymarzonej 
polskiej wojny. Znowu w krwawe pole, a dla niej nowa niedola 
każdego dnia, każdej godziny. Straszliwe ocknienia nocą, gdy coś 
nagle potrąci i zbudzi, i szepnie: oto w tej chwili, oto już! 
Czekajże listu, wieści... Bądź rozsądną, bądź żoną żołnierza! 
Dorywcze spotkania, owe urlopy, spędzone po obcych domach, w 
jakichś przechodnich pokojach, we wstrętnych hotelach. Należał mu 
się odpoczynek, miał już w kieszeni kartę podróży, gdy spadła 
klęska i zatrzymano go w polu, jak wszystkich. Jeszcze jedna 
kartka ołówkiem - trzy słowa. Dawno już pożegnała go na wieki. 
Zginął czy zaginął, czy dostał się do niewoli - wszystko jedno. 
Wiedziała, że go nigdy nie zobaczy, przenigdy, nawet "tam", na 
wysokich niebiosach, w krainie wiary i marnej pociechy. To się w 
niej uwzięło od pierwszej chwili, gdy się dowiedziała, że został 
odcięty ze szwadronem od pułku. Był to jak gdyby jej fundament. 
Bez tego desperackiego przeświadczenia nie mogłaby istnieć. Nie 
mogła już dłużej żyć gołą nadzieją. Okropność rozdwojonego życia 
bez chwili spokoju i opanowania! O czymkolwiek pomyślała, nic nie 
miało własnego, wyraźnego bytu, wszystko było albo tak - albo owak. 
Sama sobie wymykała się, stawała się niepewnym widmem. Świat 
wokoło był zamącony, jak przez sen. Już nie chciała się niczego 
spodziewać i nie mogła. Przywdziała żałobę, uważała się za wdowę. 
A na dnie było chytre wyrachowanie, by podejść i oszukać 
nieszczęście, uśpić czujną, drapieżną przekorę losu. A obok roiło 
się od tysięcy przeczuć, nastrojów, jasnowidzeń, wróżb, odgadnięć. 
Złe sny i dobre sny. Złe chwile i dobre chwile. Złe dni i dobre 
dni. Samotne jakieś pomyślenie... Wizja, jakowaś chwila osobliwa, 
przywidzenie. Słowo kędyś zasłyszane, jakieś opowiedziane 
zdarzenie, prawdziwe czy skłamane, nieuchwytne coś, które 
przemknie się między wierszami czytanej książki, szept drzew po 
nocy, obłok, który wypowie coś, zanim się rozwieje... Pełno tego 
wszędzie i zawsze. Dawno już zaplątana, jak w sieci. Płyną dni jak 
obłąkane, zmienne a pełne niezgłębionej pustki. Jeszcze widzi 
siebie, jeszcze obserwuje swoją niedolę jakby z ubocza. Dostrzega 
jeszcze swoje chwile szaleństwa... 

background image

Dziś przybrała się jak najpiękniej, cisnęła w kąt czarne szmaty, 
dzisiaj ponosi ją radość wierząca. Wierzy wszystkim trafom i 
przypadkom. Zapominając, że to już mówiła i raz, i drugi, ponownie 
dziękuje za dobre wieści i powtarza słowo w słowo to samo: od 
wczoraj odżyłam, od wczoraj pierwszą noc przespałam spokojnie. I 
już nie wie, że kłamie, bo ta noc, ach, właśnie ta! 
I gdy tak powtarza po raz trzeci, mrozi ją coś. Wzdryga się. 
Rozgląda się i szuka. Skąd przenikliwe, przykre zimno? Wieje jak z 
grobu... Zimno bije od wiązki złocieni. Odsuwa się z krzesłem. 
Sama je przyniosła, ale coś się zmieniło w kwiatach! Wyglądają jak 
te, które składa się na trumnach. Nie, kwiaty nie winne, że spod 
nich przeziera czarna blacha trumny. Pcha ją coś, żeby tego 
dotknąć, przekonać się, że to nieprawda. Wyciąga rękę i cofa. 
Cofa, usiłuje nie myśleć, odzywa się, mówi zanadto głośno, pyta o 
coś bez sensu. Blednie, oczy stają się niewidzące i szalone, 
niespokojne palce w białej rękawiczce, wbrew jej woli, przebierają 
wśród gałązek chryzantem. Marek struchlały patrzy na nią 
przerażonymi oczami. Z całych sił ugniata i zaciska w garści 
fatalne kartki. Zdradliwe kartki szeleszczą, potrzaskują, nie 
mieszczą się w dłoni. Ręka mu drży, lata, rozrzuca kwiaty. Biała 
rękawiczka dotyka jego ręki. Nie mówią nic ani jedno, ani drugie. 
Marek lada chwila nie wytrzyma, zawrzaśnie dzikim głosem. Czuje, 
niemal widzi, że coś staje między nimi - rozwiewa się i buduje się 
znowu jakby postać z pyłków, które wirują w białym promieniu 
słonecznym. Lada chwila Marek, przezwyciężony przez rękę w białej 
rękawiczce, po prostu poda jej zmięte kartki. Masz, czytaj... 
Ostatnią resztką woli spojrzał na nią bezsilnie. Pani Goślicka 
zerwała się. Krzesło, odepchnięte aż ku oknu, przewróciło się z 
trzaskiem. Zanim się opamiętał, już jej nie było. 
Botwid przychodził chyłkiem, albowiem nie wolno mu już było 
wydalać się z właściwego pawilonu. Odnośnych sierżantów opłacał, a 
do Marka zakradał się po swojemu przez okno. Podejrzewał, że 
ciotka pracuje pokątnie nad zapakowaniem go na dobre do Tworek. Bo 
jeżeli Mytyszcza są jeszcze mocno niepewne, za to pewne są dawne 
botwidowskie depozyty w Banku Angielskim, ona zaś nic nie ma, a 
to, co skąd wyciągnie, starczy zaledwie na jakie takie życie. Graf 
Pieremietjew przebywający tu na emigracji jest jej złym duchem. Co 
prawda i własnego złego ducha ma ona w sobie co niemiara, ale graf 
jest genialny jako szpicel, pośrednik i petersburski w wielkim 
stylu "pronyra". Ta kanalia zabiega o obywatelstwo polskie "na 
peredyszkę", a choć straszny to wróg bolszewików, do sufitu skakał 
z radości, kiedy byli pod Warszawą jako "prawosławne woinstwo". To 
jest para! Grasuje to, gotowe na wszystko. Policja powinna 
uprzątać podobne typy, ale za dużo miałaby do roboty. Pełno takich 
w Warszawie. Trzeba by zapakować do kozy co najmniej co trzeci 

background image

numer w "Bristolu". Marek zapytał go wręcz, dlaczego on wówczas 
przed ośmiu laty... Botwid poprzestał na tym, że go przeprosił za 
skandal, jaki był urządził, zapominając, że on był gościem w jego 
domu. Grywali w szachy. Złazili się do pokoju Marka ozdrowieńcy, 
zbieranina, obijająca się z nudów po wszystkich budynkach 
szpitalnych. Zostawiali po sobie pełno dymu i odmęt opowiadań, 
losów, zamiarów, wyrzekań, kawałów, słów, każdy przynosił swoje. Z 
tych szczątków i okruchów, które same przez się nie miały żadnego 
znaczenia, gromadziła i układała się jakaś encyklopedia ludzka, 
ankieta o wojnie i o Polsce, wyraz młodego pokolenia, które 
niebawem, gdy zapadnie pokój, mnogotysięczną gromadą rozsypie się 
po Polsce. Który z nich żył? Kto z nich co umiał lub wiedział? 
Dzieckiem zastała ich wojna i zaledwo który odrósł, zabierała ich 
brutalnie w trójcesarskie szeregi. Wymarzona przez wieszczów 
święta Wojna Narodów w zaraniu znieważała młodzieńczą duszę 
polską. Niezgłębiona jeszcze niewola zakuła ją w kajdany i w 
kajdanach wypchnęła na bój, na śmierć. Z dalekich tyłów, gdzie 
pozostali starzy i mądrzy, dochodził do nich czad orientacji, 
beznadziejnych oczekiwań, sporów bezsilnych, poniżających intryg, 
czyichś fałszywych obietnic. Umierali ponuro w bojowym, tępym 
zbydlęceniu lub z przekleństwem na ustach. Kto ich policzy, którzy 
padli za nic i o nic? Pod Ypres, nad Sommą, w wulkanie Verdun, w 
Dolomitach, nad Isonzo, w bagnach mazurskich, pod Krakowem, pod 
Gorlicami, nad Rawką i Bzurą. W Karpatach, pod Przemyślem, nad 
Dniestrem i Strypą z obu walczących stron. Ich mogiły nad tysiącem 
rzek, pod tysiącem miast i het - het po nieogarnionych polach, 
gdzie tylko zmagały się narody, mordując się w ciągu czterech lat 
o swoje i o własne. Nie dostrzegał ich świat, a gdy ktoś wspomniał 
o nich z litości, świat walczący milczał i gardził. Nowa Polska, 
nie troszcząc się o poległych, natychmiast wprzęgła w swoją służbę 
weteranów i inwalidów epopei światowej. Nikomu nie dała opamiętać 
się ani wytchnąć. Poszli z radością na tę polską wojnę pospołu z 
nowym krzyżowym pochodem dzieci, które uciekały od mamy, uciekały 
z ławy szkolnej. Dwa lata wojny zjednoczyły w szeregu wszystko, co 
w Polsce było młode i dzielne. Cała nadzieja i przyszłość narodu, 
Polska jutra, jest jeszcze na froncie, ale gdy stanie zwycięski 
pokój... 
Podchorąży Śniat wierzył niezłomnie, że natychmiast po wojnie 
zacznie się w Polsce inaczej. Niech no wrócą młodzi! Marek toczył 
z nim długie rozmowy, a raczej słuchał jego natchnionych 
przepowiedni, rozważań i wielkich planów na przyszłość. Było to 
nieprzejednane, niezłomne, wielomówne, naiwne, urocze. Łóżko jego 
było zawalone książkami, pismami. Czytał dniami i nocami. Pisał 
coś ołówkiem w grubych, ponumerowanych zeszytach. Złazili się do 
niego ze szpitala żołnierze, kaprale, sierżanci, obsiadali łóżko 

background image

lub wystawali pod ścianami w skupionym milczeniu, zapatrzeni w 
podchorążego, który czasami im czytywał z książki, czasami 
perorował, czasami szeptał coś, otoczony zwartym kołem pasiastych 
kitlów. Każdy z przybyszów nosił w bladej, wymizerowanej twarzy 
szpitalnej jakoweś nieuchwytne piętno... Wyglądali na 
wtajemniczonych. Marka po trosze uważali za swojego ("oficer, ale 
bądź co bądź legionowy"), za to gdy przychodzili z kolei jego 
goście, zwłaszcza gdy zjawiało się coś powyżej kapitana, szare 
bractwo milkło i niebawem wytaczało się precz. 
Marek najbardziej zazdrościł Śniatowi jego wiary i chęci. Sam 
przebywał jeszcze jakby w pustce. Jego przyszłość ledwo się 
zapowiadała. Mało o niej wiedział. Leniwie poglądał sobie wstecz, 
w lata minione. Ileż niespodzianek i przygód, iluż ludzi 
przelotnych i ten kawał świata, przez który go przegnał los, 
tocząc nim po ziemi jak wiatr. Zdawałoby się - tyle tego! Ale w 
nim samym, w jego istotnej głębi i te lata, i te sprawy nie 
stanowiły jeszcze nic. Wszystko było zaledwie wstępem do czegoś 
prawdziwego. Kiedyż się ono nareszcie rozpocznie? Jeżeli całe 
życie ma tak upłynąć, to przecież nie będzie to żadne życie. Może 
miliony ludzi tak właśnie istnieją, ale on nie chce tak. Tylko 
jak? 
Z polotem, z ochotą, z odwagą! Z jasną wiedzą o sobie. Z namiętnym 
ukochaniem życia, jego bogactw i tajemnic. Jakże pięknie pędzić 
można młody żywot w wielkiej epoce dziejowej i w tej niepodległej 
Polsce! Zapewne tak się stanie, lada dzień coś się w nim ocknie i 
zacznie się jego czas. Wówczas okaże się, że potrzebne jest 
wszystko, co z nim było. Oznajmi się w nim i przypomni się z 
dawności każda rzecz. Albowiem każda wrosła weń i gdzieś w nim 
tkwi - jeno on sam nie ma o tym żadnej wieści. I przez to jedynie 
wydaje się taki ubogi i bezradny wobec jutra. Ale niech no ono 
przyjdzie. 
- Śniat, co wy tam czytacię? 
- To nic, obkuwam się do matury, ale ja czytam wszystko. Muszę 
zjeść wszystkie najważniejsze książki, jakie tylko są. Czytam, 
czytam i już doskonale wiem, że nic nie umiem. Z przerażeniem i z 
radością patrzę na ten stos uczoności, który muszę przebrnąć i 
przetrawić. Olbrzymi wał dzieli mnie od mojego dnia, od mojego 
początku, ale wiem, że przedostanę się. Nie stracę dnia ani 
godziny. 
- Powiedzcież mi raz wyraźnie, o co wam idzie? 
- Nie, poruczniku, o tym ani słowa! Jeżeli nie zdechnę przed 
czasem, jeżeli wytrwam, jeżeli zwyciężę, dowiecie się i wy, bo 
wszyscy w Polsce będą wiedzieć. 
- No, no... Zatem zaczekam. W każdym razie niech wam Bóg dopomaga. 
- Bóg zapłać, poruczniku! 

background image

Marek nie mógł sobie poradzić z opanowaniem w sobie świętej 
pamięci przyjaciela. Pani Goślicka zjawiła się znienacka i 
zrujnowała w jego sercu najdroższe mauzoleum, wmurowane tam na 
wieczne czasy. Wkradła się w jego wyłączność, pogwałciła jego 
tajemność. Skarb wspomnienia został naruszony. Wdowa nastręczała 
się myślom, przemykała się w snach. Przeszkadzało mu, że ona w 
ogóle istniała. Na szczęście zapodziała się gdzieś bez śladu, ale 
cóż z tego, jeżeli czepiała się teraz każdej jego myśli o zmarłym, 
nie dając zapomnieć o sobie. Jakby wiedziona zazdrością o męża, 
nigdy nie chciała zostawić ich ze sobą sam na sam w ich tajemnym, 
mistycznym porozumieniu poprzez grób. Jego szalony list nabierał 
teraz osobliwego znaczenia, zatracała się powaga i żałoba 
świętości przez dręczące rozmyślanie, w którym wszystko się 
wikłało. Niemałą rolę odgrywał w tym dolegliwy wyrzut za kłamstwo, 
jakiego się był dopuścił. Niemało znaczył i codzienny jego strach, 
że oto otworzą się drzwi i ukaże się ona ze swoimi skośnymi 
oczami, opętująca i zdradliwie podstępna w wykradaniu mu prawdy. 
Ich niema walka o list zmarłego wydawała mu się już teraz 
gorączkowym koszmarem, gdzie nic się nie działo naprawdę. Jej 
władza wyczuwania budziła strach. Na samą myśl o tym mąciło mu się 
w głowie. Mącił się i rytm serca, i oddechu, ogarniała duszność i 
omroczenie. Myśli kamieniały i długo stały w miejscu nieruchomo 
dręczące. I za trzecim nawrotem pogrążył się w znajomej mgle. 
Gruby doktor uznał stan za bardzo zły. Goście byli surowo 
zakazani, a klienci Śniata nie śmieli się pokazać. Ale zjawił się 
gość, nad którym sam pan major nie miał władzy. Niespodzianie, jak 
grom z jasnego nieba, bez telefonu, bez żadnego uprzedzenia, bez 
możności specjalnego doszorowania podłóg, zmiany bielizny oraz 
innych upiększeń powszedniego oblicza szpitala zajechały szare 
samochody i korytarze zatętniły od popłochu szpitalników, od 
niemożliwych już do wykonania rozkazów, od stłumionych wymyślań. 
Jak przez sen Marek ujrzał postać znajomą i jedyną. Stanęła w 
drzwiach, patrząc bystro i surowo. Pokoik zapełnił się szczelnie. 
Sam komendant szpitala, nieznajomi oficerowie, ciżba lekarzy w 
białych roboczych fartuchach, wszystko wypłoszone, 
wytrzeszczone... Spojrzał ku górze w twarz, która się pochyliła ku 
niemu, i utonął w niej cały. Posępna i skupiona zawisła nad nim, 
jak niespodziana zjawa dalekiego mitu. I rozwarło się, zadrgało 
serce w żołnierskiej przestrzelonej piersi. Mgła spadła na oczy i 
przesłoniła wizję. 
Gdy się ocknął, siostra Rena siedziała przy nim ze spokojnym swoim 
dobrym uśmiechem. Coś sobie przypominał, chwytał coś i gubił. Nie 
dowierzał, pytał oczami. Aż siostra wzięła jego wychudłą, 
bezwładną rękę i położyła mu ją na piersi. Poczuł coś pod palcami 
- spojrzał. Pobladł. Na błękitno-czarnej wstążeczce krzyż Virtuti 

background image

Militari. 
VI 
Pokój. Nareszcie rozwiązane są ręce narodu. Po cudzie zwycięstwa 
nadchodzi pora spokojnej pracy. W twórczym natchnieniu szybko 
zmaleją trudności, klęski, kłopoty i niebosiężne zwały zaległych 
robót. Wnet urosną dusze, radość nowej wiosny przepełni serca. A 
gdy łąki i pola zaśmieją się zielenią, kiedy wyjrzą dziecięce 
listeczki, objawi się w narodzie młodzieńczy cud rozkwitu - na 
podziwienie świata. Wierzyli temu poeci i tak samo pisały gazety. 
Surowymi słowy żegnano pierwszy najtrudniejszy okres. Wypominano 
sobie wszystko jeszcze raz, aby nareszcie zapomnieć, jak tam było. 
Już zapomniano. Teraz wszystko na nowo! Umacniano się w tym z 
trybuny sejmowej, na wiecach, na uroczystych akademiach, w 
przerozmaitych kazaniach, orędziach, uczczeniach, plakatach, 
ulotkach. Wielu grzeszników ślubowało poprawę i lało łzy 
krokodyle. Zamilkli na jeden dzień kłamcy. Zajadłe stronnictwa 
udzielały sobie nawzajem cichej amnestii. Nowa era! Otrąbiono ją 
uroczyście i zostało wszystko po staremu. Po dawnemu więzły nogi w 
powszednim dniu i nie śmiały wyskoczyć ku nowemu jutru. Daremnie 
rozglądały się oczy po szerokim świecie, by się z nim porównać. 
Wszędzie jeno niepokoje, katastrofy. Dzień po dniu pełno tego po 
gazetach, aż się nie mieściło w głowie. No, przecież u nas inaczej. 
Nie dostrzegano wielkiej przemiany, nie widziano z polskiego 
zacisza, że to kona stary świat, który skonać nie chce. Że nowe 
życie wydziera się przemocą spod ruin i mogił wielkiej wojny i 
ziemią wstrząsa w posadach. U nas inaczej. 
Marek przechadzał się po Warszawie w wiosennym jasnym paletku, w 
zielonkawym kapelusiku, ale wciąż jeszcze nie mógł się połapać w 
cywilnym swoim zawodzie. Odzwyczaił się od myślenia o sobie, a po 
trosze i o wszystkim naokoło. Wojsko i wojna długo oszczędzały mu 
tej pracy, a gdy nieopatrznie wyzuł się z munduru, ujrzał się 
pośrodku istotnego życia, jak obudzony ze snu, jak wystrzelony z 
procy. Rzeczywistość przez ten czas obróciła się jakoś 
nieoczekiwanie, wszystko było inaczej niż mu się kiedyś wydawało. 
Nic mu się nie podobało, wszędzie widział same dziury, ani śladu 
zachwytu, nigdzie uroku. Polska jak gdyby mu się nagle zestarzała, 
zanim zdążył się nią nacieszyć. Wśród zdemobilizowanych oficerów, 
których wdzięczna ojczyzna tysiącami wyrzuciła na bruk i puściła 
na cztery wiatry, był on jednym z najbardziej niezadowolonych. 
Wszyscy oni "sobaczyli" jeden przez drugiego, ale były to raczej 
sprawy chleba i dachu nad głową. Markowi niczego nie brakowało, o 
to już dbał brat Kuba, który nigdy się nie spóźniał. Zabrakło mu 
niejako powietrza. Było źle. Klimat się w Polsce odmienił czy 
co... Ozdrowiał zupełnie, wyrwał się z wojska i rozglądał się 
dookoła z rozkosznym, bezmyślnym przedsmakiem, co też dalej 

background image

będzie; gdy jakoś, któregoś dnia... 
Było to w połowie maja. Siedział w parku Ujazdowskim w pachnącym 
cieniu i myślał sobie o niczym, radując się wiośnie i słońcu. 
Naokoło dzieci, latanina, piski, okrzyki, piłki i obręcze. Wśród 
rozbawionych pędraków snuli się chwiejnie, jak lunatycy na 
sztywnych nogach, zataczając się jak srodzy opoje lub stąpali jak 
nieszczęśni tabetycy, liczni obywatele, którym wedle ich horoskopu 
wypadło dopiero tej wiosny stawiać pierwsze swoje kroki na padole 
niepodległej Polski. Ich wybałuszone oczęta pełne były zagadkowego 
świata; który odbijał się w nich, a nie przenikał jeszcze do 
niemowlęcych móżdżąt, gdzie jakoweś coś poruszało się jeszcze 
pokracznie niż ich niepewne nożyny. Kroczyło to kędyś po liniach 
prostych i spotykało się ze sobą za mocą przypadku. Stawało przed 
sobą nosem w nos dwóch nieznajomych liliputów, sztywnych i 
pękatych, i zaczynało tajemną rozmowę za pomocą sztywnych gestów i 
zagadkowego bełkotania. Rozumieli się nawzajem wśród ciżby 
wielkoludów i radzili nad czymś w skupieniu, mierząc się oczyma. 
Pochłonięci rozmową, zapominali o natarczywych naukach domowych i 
popuszczali rzeczom niepożądanym, które niepojętym sposobem 
ujawniały się zdradziecko na piasku alei. Wnet przechodzili do 
czynu, zamierzali wspólną daleką podróż lub usiłowali 
przywłaszczyć sobie wielką piłkę, która zatoczyła się między nich. 
Wspomagając się, padali i darli się solidarnie, alarmując odnośne 
niańki i odrywając je od boku polskich żołnierzy. Marek obserwował 
z uciechą to wiosenne plemię, zrodzone na wolnej ziemi. 
Podejrzewał w nich jakiś nowy gatunek Polaków, który objawi się w 
swoim czasie i ujmie za łeb oporne, niesforne życie. Nie mówiąc o 
dziś panujących mamutach, nawet siebie i swoich rówieśnych miał za 
nieco znoszonych. Byli jacyś połowiczni i jakby niecali, brakowało 
im pełnej chęci do życia i odwagi. Ci młodzi odeszli od własnej 
młodości i snuli się jakby w leniwym oczekiwaniu, że coś się 
stanie samo przez się. Nie znać ich było jeszcze nigdzie. Mieli 
młodą wzgardę dla starych, ale nic nie mówili od siebie. Niemrawie 
i nieśmiało istniały sobie zrzeszenia byłych legionistów, byłych 
peowiaków i byłych oficerów armii, którzy sami nie wiedzieli o 
sobie, czym są teraz i na teraz, i na przyszłość. Po przeciwnej 
stronie grupowały się jakby jeno dla przeciwwagi rozmaite związki 
i koła, straże i pogotowia w celu odparcia rzekomego groźnego 
ataku, o którym nie myślał znowu nikt z tamtych. Młoda literatura 
bawiła się swoją kunsztownością, pełną talentów. Wśród młodych 
zgoła nikomu nie było pilno do czegoś nadzwyczajnego. I oni 
utknęli w onym polskim dniu powszednim. Marek był zbałamucony 
swoimi kolejami, wojną i przewlekłą rekonwalescencją. Nie poczuwał 
się do niczego a nie przyszło mu nawet do głowy, by miał się czego 
wstydzić. Było mu dobrze w dzień majowy na ławce w parku 

background image

Ujazdowskim. Wybierał się na jakiś czas do domu, tam sobie 
posiedzi i coś się tam przecież wreszcie jakoś kiedyś w końcu samo 
ułoży. Z tak sformułowanym programem było mu lekko. Palił 
papierosa, pogwizdywał, trzymał na kolanach gazetę, do której mu 
się nie chciało zajrzeć, poglądał z upodobaniem na piękne panie i 
z rozkoszą, głęboko i swobodnie wdychał pachnące powietrze 
ozdrowiałymi płucami. Od dłuższej chwili obserwował postać kobiecą 
stojącą przed ławką po drugiej stronie alei. Stojąc rozmawiała z 
jakimiś paniami, żegnała się, odchodziła i powracała. Podziwiał 
jej sylwetkę i ruchy porywcze, jakby taneczne, a opanowane w 
doskonałym jakimś swoistym rytmie. Na tle wiosennych liści, w 
ciepłym słońcu, wśród lekkich jasnych barw otaczającego tłumu, jej 
postać przyobleczona czarno od stóp do głowy odcinała się rażąco. 
Była dziwna nie wiadomo czym. Na pewno cudzoziemka, Francuzka. - U 
nas takich nie ma. - Jest w niej coś diabelskiego. - Ale w czym? - 
We wszystkim... Dziwiło go, że nie może oderwać od niej uwagi. Nie 
rozróżniał jeszcze rysów jej twarzy, a patrzył na nią jak na 
zagadkę. Czepiały się przywidzenia. Coś podobnego śniło mu się 
dzisiejszej nocy. Nie to, nie było tam czarnej damy ani nawet 
żadnej. Było wrażenie. Zupełnie coś podobnego jak teraz. Niepokój. 
Bodaj strach. Tak jest - strach! Ktoś go dręczył. Ach, cóż to 
było? Czarna dama pożegnała się ostatecznie, odchodząc odwróciła 
się jeszcze raz nagłym ruchem z nieopisanym wdziękiem i szybko 
zbliżała się w jego stronę. Marek skulił się, pochylił głowę, 
wsunął nos w gazetę. 
"Według wiadomości prywatnych wojska powstańcze wysadziły mosty na 
Odrze między Starym Koźlem a Fortem Kozielskim. Wstrząśnienie było 
tak silne..." 
Przeszła, poszła i dawno jej nie ma. Co mi jest? 
"Sapieha od dawna dojrzał do upadku i opinia Komisji Sejmowej 
nikogo zdziwić nie może. Gdyby pan St. Grabski lub jego zastępca 
p. Falkowski niezwłocznie po wybuchu powstania górnośląskiego 
zwołali komisję spraw zagranicznych... Odpowiedzialność za wrogą 
nam decyzję Komisji Opolskiej spada na..." 
Idiotyczne. Ale strach był mocniejszy. Coś go opętało, oplątało. 
Czuł w mózgu tępy ciężar. Podobnie było kiedyś, gdy zaczadział na 
froncie w białoruskiej izbie. Zapamiętał, że gdy się ocknął w 
nocy, ćwierkał świerszczyk. I teraz ćwierka. Nie - to wróble. 
Niech ona sobie myśli, co chce. Wreszcie powiem po prostu, że 
skłamałem, bom nie wiedział, jak wybrnąć. Tak się zawsze gada na 
razie. Ale wiedział, że nie o to mu chodzi. To było zupełnie co 
innego. 
"Lloyd George'owi chodziło o to, aby Niemcom jednocześnie dać do 
podpisania miliardowy rachunek odszkodowań i ofiarować akt 
darowizny G. Śląska. Powstanie popsuło tę kombinację. Książę 

background image

Sapieha nie otrzymał posłuchania u Lloyd George'a. Jest to tak 
niesłychane w dziejach dyplomacji..." 
Opamiętał się i spojrzał na lewo śmiało i swobodnie. Nikogo nie 
ma, poszła. Ale w tej samej chwili z ławki naprzeciwko podniosła 
się czarna pani i szła wprost do niego. Zerwał się. Zapomniał 
nawet uchylić kapelusza. 
- Pan Świda? Nie byłam pewna, bo pan taki zaczytany... Jestem 
rotmistrzowa Goślicka, jeżeli pan sobie przypomina, w szpitalu 
Ujazdowskim... Zeszłej jesieni... Pan zdrów i już nie w wojsku? 
- Tak, proszę pani, zdrów jestem. Już najzupełniej. Właśnie jadę 
do domu na wieś. Dziękuję pani! Właśnie jadę... 
- Był pan tak strasznie osłabiony! Jeszcze raz byłam u pana, ale 
siostra mnie już nie dopuściła - było bardzo źle. Otwarcie powiem, 
byłam pewna, że pan dawno umarł, jeszcze zimą. 
- No, nie... Jakoś się wygrzebałem. 
- Bogu dzięki. Teraz pan wypoczywa. Cały świat stoi przed panem, 
młode, bujne życie! Jaki pan szczęśliwy... Więc życzę 
najserdeczniej... 
- Jestem pani bardzo wdzięczny... Za dobre słowo... 
- Ach, pan ma Virtuti! Winszuję. To piękne, urocze... Cudowna 
zapowiedź na nowe życie. 
- Ależ co tam, co tam!... Parę tysięcy dostało tak samo. 
- Niechże będzie błogosławiony każdy z tych paru tysięcy! Dla nich 
wszędzie pierwszeństwo. 
- Owszem, niech pani będzie zupełnie spokojna, zdychają z głodu 
jak każdy zdemobilizowany. 
- Niepodobieństwo! 
- Ależ tak. U nas tak. 
- Pan przesadza... 
- Gdzież tam, dobrze wiem. 
- Ależ nie? 
- Ależ tak. 
Najgorsze było, że nie mógł oderwać od niej spojrzenia. Te skośne 
oczy trzymały go jak w kleszczach, dręczyły niewymownie. Zdawały 
się go nie dostrzegać, ale widziały na wskroś każdą jego myśl. 
Fiołkowozielonkawoszare, nie wiadomo jakie i wciąż niepewne, 
wparły się weń nieruchomo spod ciemnokasztanowatych rzęs i nękały 
go, coś z niego wymuszały. Uparł się. Za nic nie zacznie pierwszy. 
Niech to będzie nieludzkie. Niech to sobie będzie bezczelne... 
Broniąc się, zaczął obszernie o jakichś skandalach, o 
niedopuszczaniu do posad zdemobilizowanych wbrew wyraźnej ustawie, 
o interpelacjach, memoriałach i polemikach, które go nic nie 
obchodziły. Słuchała i spokojnie czekała na coś. Wreszcie Marek 
zamilkł. Nie miał więcej o czym mówić, a patrzał na nią wciąż. 
Było to drażniące, jakby chore. Stał opętany. Powiew muskał jej 

background image

włosy. Zauważył ich głęboki, ciemnorudawy połysk, przedziwną 
białość odsłoniętej szyi. Pełne usta drgały, jakby jej się 
zbierało na płacz. Wreszcie zwolniła jego oczy. Spojrzała w dal 
ponad jego ramieniem. Stała spokojnie, ale ręce jej szarpały się 
ze sobą bezwiednie. Już rozdarła czarną jedwabną rękawiczkę. 
"Dlaczego nic nie mówię? Dlaczego się nie żegnam i nie odchodzę? 
Na co czekam? To obłąkana..." 
Utonął w jej uśmiechu. Słała go w dal, zapatrzona w upojeniu. 
Zamroczyła ją sekunda ekstazy. Zdążyła wzlecieć i powrócić, 
zajrzeć w nierzeczywistą krainę, gdzie była jej prawda. Olśniła ją 
nieomylna wizja. Otarło się o nią i przystanęło tuż polotne, 
nieuchwytne widmo. Przymknęła oczy i twarz jej usnęła w uśmiechu. 
Marek nie wierząc własnym oczom ze zgrozą poczuł na sobie jej 
rękę, jak gdyby przez ubranie szukała jego serca. Ugiął się pod 
tym dotknięciem, ale nie mógł poruszyć się z miejsca. Patrzał na 
palce w czarnej rękawiczce - teraz już błąkały się koło 
błękitno-czarnej wstążeczki w klapie jego żakietu. Nagle odpadły. 
Wszystko prysnęło jak niebyłe, jak przelotne, nieprawdopodobne 
przywidzenie. Zaczęła cichuteńko, prawie szeptem. 
- Przepiękna odznaka... Tak mi się zachciało dotknąć, bom jeszcze 
nigdy... A któż myśli o nieobecnych? Wszyscy zapomnieli. Byłaby to 
krzywda. Ja nie wiem, ale sądzę, że i on zasłużył? Ale on się za 
nic nie upomni! To powinno samo czekać tu na niego, powitać go na 
samym wstępie, gdy powróci. 
Marek zagadał szybko łatwymi słowy. 
- Co też pani sobie myśli? Rotmistrz jest pierwszym w pułku, 
któremu się należy, nie ma o tym mowy, rzecz od dawna załatwiona. 
Każdej chwili można zajrzeć do dziennika rozkazów Naczelnego 
Dowództwa. I na tym nie koniec, bo w rozkazie Emeswojsk z 
pewnością stoi jak wół Krzyż Walecznych, i to trzy razy okuty! 
Przecież to każdej chwili można sprawdzić, a gdy się pani zgłosi, 
otrzyma pani od razu jego odznaki i dyplomy... 
Słuchała chciwie, ale jakby w pewnym zawstydzeniu za męża, który 
ściągnął na siebie tyle zaszczytów. Ale nie o tym myślała. Mało 
sobie robiła ze wszelkich odznaczeń, nie wybierała się do żadnego 
biura wojskowego po jakieś dyplomy. Wstydziła się, nigdy nie 
będzie mogła objaśnić temu młodemu człowiekowi, dlaczego dotknęła 
jego odznaki. Cokolwiek mówiła przedtem, prowadziło jedynie do 
tego, żeby jakoś upozorować... Po prostu była zmuszona. Bo nagle 
stanęło coś pomiędzy nim a nią, dręczyło, zniewalało i znikło bez 
śladu. Skryło się, więc szukała. Na próżno! Już tak raz było. "Co 
za osobliwy człowiek. Czepiają go się jakieś tajemnice. Czy on o 
tym wie? Nie, nic nie wie. Zmieszany, nie śmie mi spojrzeć w oczy. 
Myśli, że jestem wariatką albo że lada chwila zwariuję i to zaraz, 
tu przy nim. Chce co prędzej uciec ode mnie, jak każdy. Boi się, 

background image

ach, jak się boi! Niezmiernie zabawne... Nie, on się boi, że go 
zapytam wręcz... Że go tu zaraz przyłapię na byle czym i że się od 
razu wszystko wyda... Ale ja tego nie zrobię, nie jestem jeszcze 
obłąkaną. Żal mi go, to miły chłopiec. Niech sobie idzie". Już 
uczyniła ruch, by go pożegnać, gdy nagle porwało ją coś, uniosło i 
cisnęło w przestrzeń. 
- Pan kłamie! Pan kłamie w żywe oczy! To ohydne! 
- Co znowu?! Co pani? 
- Powtarzam - niegodne uczciwego człowieka! I pan jest oficerem?! 
A może pan jest zwyczajnym smarkaczem? Niech pan natychmiast mówi 
całą prawdę! Jeżeli pan ma sumienie... 
Załamał się jej głos. Rysy zmiękły. Złe spojrzenie zsunęło się jej 
z oczu i odsłoniło głębię takiego bólu... 
- Błagam pana... Ja błagam na klęczkach! 
Zachwiała się, ugięła się, jak gdyby miała naprawdę paść przed nim 
na kolana. Pochwycił ją za ręce. Nie mógł mówić i nic nie 
wiedział. W jednej chwili odpadła z niego twarda ludzka skorupa, 
dzieląca, broniąca każdego od cudzego cierpienia. Wraz z nią, na 
równi, ukorzył się i załamał się w nieszczęściu. Zajękło żalem 
tamto dawne, które już było obumarło sobie zwyczajnie. Dopiero 
poczuł, że odzyskał w niespodzianym ciężkim darze żyjący cień, 
żywe tchnienie dawnego uroku. Dopieroż poznał w niej tamtego i po 
raz pierwszy z jej niepokojących oczu uśmiechnęło się ku niemu coś 
bliskiego. Jak gdyby odzyskał cząsteczkę z ogromnej swojej straty. 
Nie ma go i nie będzie, ale nie umarł cały... Nie było możności 
wypowiedzieć jej to od razu, ale niepodobna rozstać się z nią bez 
słowa porozumienia. Jakież to słowo? Wszystko, co mógłby 
powiedzieć, wydawało się zanadto zwyczajne i w tej chwili 
wyglądałoby na frazes. A w duszy zbierało... 
Nagle odtrącił go od niej strach. Ona wszystko wie! Poczuł w 
kieszeni z lewej strony straszny ciężar - nieszczęsny list... Po 
kiegoż licha nosił się z nim po świecie? 
W domu ogarnęło go lenistwo wsi i najmilsza czułość matczyna. Brat 
Kuba poza wzruszającą serdecznością okazywał mu szacunek, który 
się stawał już śmieszny. Marek dobrze wiedział, że nie zasługuje 
na żadne owacje. Nabiedował się w niewoli, był ranny - setki 
tysięcy ludzi przeszło przez to samo. Na domiar dostał Virtuti, 
ale za numerem 5415, który co najmniej nie był jeszcze ostatnim. 
Jego zasługi i honory są pospolite. Co gorzej, wraz z wystąpieniem 
z wojska na nowo się stał niczym. W najtajniejszej szczerości 
swojej to jedno widział jasno. Z końcem epopei wojennej, jakby 
odpadł od wielkich dziejów, które go niosły. Gwałtownie, 
poniżająco zmalał. Teraz musiał się przecież zastanowić nad 
dalszym losem. Kończyć (czyli rozpoczynać) studia? Jeszcze gorzej 
byłoby zostać na całe życie nieukiem i zasłaniać się maturą sprzed 

background image

dziesięciu lat, z której śladu nie zostało w głowie. W tym czasie 
coś go zmuszało do zagłębiania się w porachunki ze sobą samym. 
Było to natarczywe i pilne. Wiedział, że lada dzień przerwą się 
jego leniwe wywczasy. Coś się stanie i będzie musiał być gotowym. 
Ktoś zażąda od niego mocy i wielkości, od niego, tego samego, 
który jeszcze nic o sobie nie wie i jest bezradny, jak ongiś mały 
Marek, pustelnik z Zimnych Dołów. Ale ów mały miał w sobie 
przeogromny świat marzeń, a przed sobą nie napoczęte życie, gdy 
teraz... Marek ani razu nie zapuścił się w swoje parowy, które 
zresztą Kuba zasadził gęsto dębczakami, wytrzebiwszy do cna jałowe 
chaszcze. Tam ożyłyby może piękne dziecięce lata, rozmarzone i 
wróżebne, z których nic się jeszcze nie sprawdziło. Zegar z 
oficynki z zepsutą kukułką nie przywtarzał mu już po staremu: - 
masz czas - masz czas. Wahadłem podobnym do łyżki odcinał chwilę 
za chwilą i raczej ostrzegał, popędzał. I ten wmawiał w niego, że 
coś się zbliża. Nie było dnia, by w jakiejś tam porze i godzinie 
nie spadał nań przykry niepokój. W liściach za oknem zaszumi coś 
przenikliwie i powtórzy się, wypowie się jeszcze i jeszcze - 
ścichnie. Zgadujże teraz... Zgaduj chwilę przedwieczorną na 
miękkiej od pyłu drodze ku Zieleńcowi, gdy zapachnieje znienacka 
niwa wykłoszona, a w niej ozwie się i przypomni coś daleki i 
wyraźny głos przepiórki. Staje i czeka. Patrzy w malowidło 
niebieskie, które słońce zostawiło na obłokach, odchodząc. Jest 
ono tak przepiękne, że zaciąży mu i niemal zaboli samotność. 
Rozgląda się - pustka i cisza. Zaskrzypi żuraw studzienny od 
niewidzialnej, w dole rozłożonej wsi. Tchnie ziemia ciepłym 
powiewem, przyniesie szept upojenia w zapachu przewiędłej 
koniczyny, która gdzieś leży na pokosach. Jasno świeci z daleka 
biała dzwonnica w Kąkolownicy, którą pamięta od maleńkiego 
dziecka. Zbiera się na łzy. We wzruszeniu, z bijącym sercem, z 
przymkniętymi oczami czeka się na coś, zgaduje się i tęskni. Z 
rzadka opasywał go strach zagadkowego przeczucia - obawa bez 
treści. Nerwy i tyle... 
Podziwiał brata. Przyglądał mu się z pobłażliwą wyższością i 
zazdrościł. Oto wół i parobek Rzeczypospolitej! Kuba miał czas na 
wszystko i wszystko robił z zajadłością. Gospodarstwo szło jakby 
samo, tak znakomicie było narządzone. Dziedzic był w ciągłych 
rozjazdach po powiecie, a gdy siedział w domu, złazili się do 
niego chłopi na przewlekłe konferencje. W ciągu paru lat założył w 
okolicy trudną do wiary mnogość szkółek, spółdzielni, sklepików, 
związków, straży ogniowych, czytelni, chórów. Objeżdżał to 
ustawicznie i pilnował, żeby nie zamarło. Odnośne zarządy jęczały 
pod niemiłosiernym terrorem; Przekonywał godzinami, krzyczał, 
wymyślał. Opornych i leniwych piętnował i wyrzucał na łeb z 
wysokich stanowisk przewodniczących, sekretarzy, skarbników. Jego 

background image

końskie zdrowie i zaciekłość przetrzymały wszelkie próby. 
Szperając niestrudzenie po zapadłej swojej okolicy, chodząc od 
chaty do chaty, pijąc z chłopami na niezliczonych weselach, 
chrzcinach i stypach, na odpustach, na jarmarkach, agitując, 
pouczając i kłócąc się przez cztery lata na zjazdach i 
posiedzeniach, powydłubywał z ciemnych zakamarków martwej wsi 
jakieś utajone samorodki uzdolnień i zamiłowań społecznych. 
Otoczył się zwartą zgrają siepaczy, gotowych na wszystko dla dobra 
publicznego. Miął ich wszędzie i trząsł powiatem. Dwory 
bojkotowały go jako zdrajcę sprawy szlacheckiej, wariata, błazna, 
demagoga, "wyzwoleńca", bolszewika. 
Proboszczowie, którym odbierał ich przyrodzone przewodnictwo 
umysłów i dusz, nie mogli sobie z nim poradzić, albowiem na domiar 
złego był pobożny i dbał o kościoły, zresztą trochę nazbyt po 
swojemu, co zakrawało niemal na nieproszoną opiekę i samozwańczą 
kontrolę. Żydzi byli przekonani, że jedynym celem jego 
działalności kulturalnej było wygłodzić ich i sprawić, aby ani 
jeden Żyd nie ostał się w granicach powiatu. Starostowie, którzy 
często się zmieniali w tych stronach, bali się go i przeklinali 
jego chorobliwą gorliwość, ale zmuszeni byli jeszcze wychwalać go, 
gdy zaś zamierzali roztoczyć nad niim opiekę, prosił, by mu tylko 
nie przeszkadzali, a będzie to najlepsza pomoc. Najgorzej czuł się 
rezydujący w dalekiej stolicy pan poseł Chrabąszcz, obrany z tej 
ziemi. Albowiem wiele cudów mogło się dziać w naszej Polsce przy 
należytym poparciu powołanych czynników, jednak mowy nie było o 
tym, by przy najbliższych wyborach ośmielił się ktokolwiek 
postawić swoją kandydaturę przeciwko dziedzicowi z Jordanowic. Ale 
Kuba dla Sejmu miał wzgardę, a braci chłopów sejmowych piętnował 
szczególniej i odgrażał się, że na przyszłych wyborach ani jeden z 
nich nie ujrzy Wiejskiej ulicy. Nie bardzo zważał na partie 
sejmowe i dzielił posłów po swojemu, ryczałtem, na "sprytnych 
draniów" i na "poczciwych niedojdów", uważając oba gatunki za 
przeżytek, który jest na wymarciu. Równie kategoryczny i 
niesprawiedliwy był dla dworów, uważając je za ogniska 
antypaństwowe i paskarskie. Tęsknił do chwili, gdy zniknie ostatni 
obszar dworski i ostatni obszarnik, a fala chłopska zaleje kraj. 
Sam uważał się jeno za właściciela maksimum, dopuszczonego przez 
ustawę rolną, i na mapie swego latyfundium zawczasu już zakreślił 
granice okrojonej posiadłości. 
- A ty, Marku - jak sobie wolisz. Jeżeli nie chcesz być solą ziemi 
polskiej, uczciwym fermerem (czyli dostatnim chłopem), to pomyśl 
sobie o czymś lepszym. W każdym razie, dopóki ja będę żył, czy na 
dwudziestu włókach, czy na małym, niczego ci nie będzie brakowało. 
Tak poprzysiągłem ojcu na łożu śmiertelnym. Wiedział stary, co 
mówił w jasnowidzeniu ostatniej godziny. Tyś bowiem już zrobił 

background image

swoje i za nas wszystkich, i za takiego kapcana jak ja. 
Marek odgryzał się jak mógł, gdyż w delikatnym swoim rozumie 
podejrzewał, że brat ironizuje, chcąc go wyrwać z próżniactwa i ku 
czemuś wreszcie nakłonić. Mylił się, był on za prosty na podobne 
finezje. Chodzili czasami w pole na "filozofię", jak mawiał Kuba. 
Rozprawiali. Marek raczył czasami opowiedzieć to lub owo ze swoich 
przygód albo z wojny. Chwile takie starszy brat miał sobie za 
wielkie święto. Słuchał z nabożeństwem, z otwartą gębą. 
Zdarzały mu się godziny wypełnione nagą, najszczerszą pogardą dla 
samego siebie. Plątał się po domu jak zatruty. Wychodził w pole, 
tam raziło go słońce, dolegało mu piękno ziemi. Wracał i rzucał 
się na wygniecioną kanapę.. Zrywał się, żeby zatrzymać zegar, 
który go dręczył, zasłonić okno lub odsłonić. Rozglądał się po 
swojej izdebce wściekłymi oczami, porywał małe biedne lusterko, 
przed którym się golił, gdy przypadkiem dojrzał w nim swą 
obecność. Ale lusterka jeszcze nie tłukł. Chował je byle gdzie. 
Wystrzegał się rozpętania nerwów. Ani razu nie wyrządził w domu 
nikomu awantury i nikt się nawet nie domyślał, co się w nim 
dzieje. Wreszcie zaczął przypuszczać, że gnębi go podstępnie jakaś 
choroba nerwowa, następstwo przeróżnych urazów i przypadków. Raz, 
gdy spał pod żłobem, koń niechcący uwalił go po łbie kopytem. I 
znów konie spłoszone od szrapnela ścisnęły go i zgniotły, aż mu 
chrupnęło coś w krzyżach. Dragon pod Trojanówką ciął go przez łeb, 
a porażenie słoneczne na okręcie? Nie licząc starego ciosu mutrą 
na rzemyku, którym go zamroczył wódz łobuzów Sidorek podczas walk 
na Bernardyńskiej górce, gdy ratował Ignacka, osaczonego przez 
nieprzyjaciela... Albowiem ataki strapienia, niepokoju, strachu 
lub wzgardy dla siebie przychodziły jakby z zewnątrz falami. Z 
rzadka i wyjątkowo, jakby przez pomyłkę, przepływała dobra fala. 
Niosła w sobie wiarę, budziła zachwyt oczekiwania. Na co? Wiecznie 
jedno i to samo. Na coś własnego, na coś nareszcie spełnionego. 
W końcu czerwca przybył gość dawno zaproszony i spodziewany. 
Chłopak wypiękniał, rozrósł się. Gdy odłożył kule i stanął sobie 
pod ścianą, oczy radowały się krasie młodości. Gdy się poruszył o 
lasce i usiłował postąpić dwa kroki, jego jasne oczy martwiały z 
bólu, a w twarzy przebijał się ciężki trud i wysiłek. Maskował to 
uśmiechem, który odsłaniał jego dramat. Straszne machiny były 
nieposłuszne, wciąż jeszcze dolegliwe i obce. Walczył z nimi, 
oswajał je, odgadywał ich nałogi, oszukiwał ich upartą, martwą 
przekorę. 
- Ja to muszę przezwyciężyć! Inaczej zawsze będą na mnie patrzeć z 
politowaniem. Głupstwo, do którego można się przyzwyczaić, ale 
nade wszystko musi się uwolnić od przywileju budzenia nadmiernego 
współczucia. Nikomu nie będzie wolno osłabiać moich idei i 
paraliżować moich zamiarów pobłażliwością. To arcyludzki świński 

background image

środeczek. Zaraz z początku mogę utknąć na tej polskiej litości 
jak w wacie. Kaleka... Na placu boju... No, nie uchodzi... Co 
tam... Nieszczęsny człowiek - dać mu spokój. Przemilczą mnie, 
opinia zabije mnie dobrotliwym kiwaniem głową. Muszę się doskonale 
nauczyć na tych przeklętych szczudłach, muszę najzupełniej 
szczerze nic sobie z nich nie robić. Tak dalece, by odebrać 
ludziom władzę ich obłudy. 
O swoich, wielkich zamiarach po swojemu się jeno uśmiechał i nic 
nie wyjawił. Zdał maturę i uczył się zajadle. Zabrał ze sobą na 
wakacje pakę książek, słowniki. Musiał jak najprędzej opanować 
przynajmniej cztery obce języki. Nad odnową ludzkości pracuje cały 
świat. Wszędzie nowe zjawiska, nowe idee. Roi się od tego i kłębi. 
U nas cisza i spokój, a jedyny ruch, który można dostrzec, to 
powolne, ale uparte zawracanie wstecz, do ciemnego kąta, byle 
dalej od życia i słońca. Na szczęście, samo życie przemaga te 
polskie tendencje i jednak pcha nas naprzód wbrew wszelkim zbożnym 
wysiłkom powołanych czynników. Niezmierna jest władza dogmatu, że 
Polska ma swoje własne prawo rozwoju i nie potrzebuje się oglądać 
na to, co gdzie jest. Nie powinna nawet nazbyt skrupulatnie 
dochodzić, co się dzieje u niej w domu. Najlepiej, najzdrowiej 
znosić światło dnia z przymrużonymi oczami. Po wiekowej niewoli, 
po burzy wojennej godzi się zażyć zapomnienia. Drzemiemy. Jedni 
słodko, inni na gorzko, ci przejedzeni, tamci na głodno, ale 
wszystkich zmorzył zdrowy polski sen. Komu na zdrowie? - pytam. 
Śniat wypowiadał się ostrożnie, półgębkiem, był miły i uprzejmy, 
ale od pierwszej rozmowy i nadal już na dobre i bez przerwy 
sczepili się z Kubą w dyskusje bez końca. 
Gość zainteresował go niezmiernie, ale drażnił go i męczył 
niesłychaną nowością wypowiadanych idei. Kuba nie posiadał ani 
okrucha wiedzy społecznej poza samodziałowym swoim światopoglądem, 
z którym obnosił się poważnie, imponując braci chłopskiej. Nie 
wiedział o istnieniu żadnych zagadnień, nie słyszał o dziejach 
walk i prac, pojęcia nie miał o żadnym z wielkich imion, którymi 
Śniat sypał jak z rękawa, popisując się swoją młodocianą erudycją. 
A ponad zastraszającą uczonością książki unosiły się widma 
niesłychanie nowych spraw dzisiejszych i jutrzejszych. Są one żywe 
i natarczywe, jest ich mnóstwo. Kłębią się i wikłają, grożą światu 
i Polsce, domagając się rozumnego rozwiązania... Ale nie myślą 
długo czekać i jeżeli stary świat dalej będzie chciał wykpić i 
wyłgać się z kłopotów, to buchnie taki pożar... 
Najgorsze było, że Kuba od razu w to uwierzył. Wobec młodego 
apostoła był bezbronny, jak dziecko, i Śniat mówił z nim 
dobrotliwie, jak z dzieckiem. Spostrzegłszy od pierwszego słowa, z 
kim ma do czynienia, uprościł swoje doktryny i rozumowania i 
łagodnie, z niemałym talentem wkładał jak łopatą w uczciwą polską 

background image

głowę najdroższe swoje prawdy. Nieszczęsna głowa Kuby pękała od 
nawału nowości. Chodził strapiony, dźwigając ciężar rewelacyj, 
które - o dziwo - jakoś zdumiewająco od razu stały się jego 
własnością i wiarą. To wszystko było nowe, ale słuszne i 
sprawiedliwe. Nie wystarcza reforma rolna i kooperatywy. Nie 
wystarcza chłop. Poza gminą Kąkolownica, a nawet poza powiatem, 
jest jeszcze ogromna Polska, a dalej nieogarniony świat, od 
którego niepodobna się odgrodzić, obronić i - co najstraszniejsza 
- nie należy... Przybysz sprawił, że uczciwy działacz społeczny 
opuścił się w swoich obowiązkach i na początek zaczął co dzień 
czytywać gazetę. Na gościa czyhał, zabierając mu każdą chwilę 
wolną od studiów. Marek wyśmiewał się z ich dysput, droczył się i 
z jednym, i z drugim. Była w tym przekora i nieszczerość. W puste 
rozprawy się nie wdawał, bo od siebie nie miał nic do powiedzenia, 
najwyżej ujadał na "polskie porządki", jak to potrafi każdy. W 
istocie wstyd mu było przed szczeniakiem. Udając wyniosłą 
obojętność, w tajemnicy go podsłuchiwał. Nie pomagały żadne 
drwiące miny, nie mógł się z nim nie zgodzić. Świat ludzki, jego 
stary tryb i obyczaj stawał się absurdem. Absurd ten krzyczał mu w 
duszy i nastręczał się jak mania, jak opętanie. Brat Kuba z całą 
swoją powagą był śmieszny, gdy się pocił nad nieodpartymi 
problematami i usiłował polemizować. On sam dręczył się po cichu i 
wysilał się, by nie dać po sobie poznać, że w ogóle zwraca uwagę 
na jakąś bolszewicką gadaninę. Śniat znosił drwiny i nigdy nie 
puszczał się na zjadliwsze kawały polemiczne. Działał argumentami 
i dobrocią, która doprowadzała Marka do pasji. Podejrzewał, że 
podchorąży przeniknął jego komedię i wie, co się z nim dzieje. 
Brat Kuba to pozór, jemu idzie o przekonanie i przerobienie jego 
właśnie. Po co? Chce go wciągnąć w jakieś swoje wyrachowanie. Ten 
mały coś zamierza i to na tak olbrzymią skalę, że staje się aż 
śmiesznym i - niemal strasznym. Co w nim siedzi? Odżegnywa się od 
komunizmu i od socjalizmu - czegoż mu się jeszcze w tej Polsce 
chce? Patriota spod dziwnej gwiazdy! Taki dopiero nazawraca 
ludziom w głowach. Kraj potrzebuje jeno spokoju, ustalenia waluty, 
odbudowy, dobrych sojuszów, nowego sejmu, kredytów zagranicznych - 
a tu masz tobie! Jeżeli wszystko przewrócić w Polsce do góry 
nogami, to oczywiście... Oczywiście. Nie ma dwóch zdań. Ale Śniat 
wynalazł trzecie - pytał skromnie: po co i na co, dla czego i dla 
kogo właściwie ma istnieć odrodzona Polska? 
To bluźniercze pytanie czepiło się go i kto wie, czy Śniat po 
niejakim czasie nie pozyskałby w nim sojusznika, gdyby nie to, że 
Marek w końcu czerwca otrzymał list z Warszawy. List był krótki, 
ale czytał go w swojej izdebce ze trzy godziny, nie odrywając 
oczu. Wreszcie zerwał się i spojrzał na zegar. Na dziś już było za 
późno na pociąg - jutro rano! Zegar przytakiwał mu gorliwie, 

background image

przynaglał, popędzał: już czas! Już czas! Znowu coś się zaczyna. 
Czyż nie wiedział od dawna, że czekał jeno na to jedno? Na wielką 
odmianę, na jakoweś coś, może właśnie na ten niespodziewany list? 
VII 
Nie te czasy. Marek nigdzie nie mógł "wytrzasnąć" wojskowego 
samochodu, choć łaził wszędzie. Po sztabach, po wszystkich biurach 
siedzieli starzy znajomi, ale już się nie dało. Dotarł do samego 
Darasza. Nowy generał "amcił" na Zamku w tymczasowym lokalu, w 
zrujnowanym zakamarku, wśród ordynarnych przepierzeń, za którymi 
szczękały maszyny do pisania. Siedział pośrodku wnętrza pustego 
jak stodoła przy wielkim stole, obłożony stertami papierów. Na 
brudnej podłodze jak na pośmiewisko podesłany był pod generalski 
urząd wspaniały wschodni dywan. Nie umniejszały jego przepychu 
zawinięte rogi oraz wyspy wyjedzone przez mole, zapewne jeszcze 
gdzieś w Kijowie, i czarnobura, zaskorupiała, podejrzana plama, 
może po czerezwyczajskim urzędowaniu. Generał utył i rysy mu 
zgrubiały. Przyjął Marka oficjalnym, szklanym spojrzeniem. 
Sztywnym gestem wskazał mu drugi fotel z nadwyrężoną poręczą, 
pokryty złocistą skórą. Zaledwie gość zaczął rozwijać swą sprawę, 
Darasz przerwał mu jednym słowem niecofnionego wyroku: 
- "Ausgeschlossen!" 
- Nie, to nie. 
- Z byka spadłeś? Samochód! 
- Co znaczy: z byka?! Dla zasłużonego oficera, który.., - Każdy 
jest oficerem, "który"... Ale ja ci mówię po polsku, że mi auto 
odebrali... 
- Tak gadaj. 
- Żelazna miotła! Oszczędności w pierwszej linii na wojsku, bo już 
nie jesteśmy potrzebni. Kołtun polski oprzytomniał po 
zeszłorocznym strachu, wyprał się i nawet mu się zdaje, że nie 
śmierdzi. Ano, poczekamy do następnego razu. Wiesz, za ile dziś 
służy polski generał? Za dwa korce pszenicy!! Oficerowie zdychają 
z nędzy albo kradną. Niewielu z nas wytrzyma. Pamiętasz nasze 
oficerskie sto koron w Pierwszej Brygadzie? To był raj! Zresztą 
pluję na pieniądze! Gorzej, że toniemy w łajdactwach, w klikach, w 
mafiach... 
- Toniemy i toniemy! Zawsze to samo. Kiedyż u diabła?... 
- Po wojnie Komendant wygarnął odmęt błota ze stajni Augiasza, ale 
potoku nie chciał przepuścić przez naszą armię, jakby to uczynił 
był Herkules. Powiada, że rozniosłoby całą stajnię i porwało bodaj 
samego Augiasza. 
I generał zaczął wywlekać ulubione najosobliwsze kawałki. Zapalił 
się, wywołując z lubością nieprawdopodobne postacie z polskiej 
anegdoty. Opowiadał, gęba mu się nie zamykała. Ordynans przyniósł 
herbatę. Marek śpieszył się, ale rozgadany dygnitarz nie chciał go 

background image

puścić. Nieznacznie rozwarł ciężkie wrotnie szafy ogniotrwałej, 
gdzie złożone były najtajniejsze dokumenty wojskowe. Wyciągnął 
butelkę rumu i przeskoczył na wspomnienia legionowe. Zrobiło się 
ciepło i miło - ach, stare czasy. Za każdym łykiem Darasz dolewał 
szklanki do pełna i dosypywał cukru. Marek wzbraniał się, ale pił 
generalską herbatę i wnet uczyniło mu się rzewnie i wzniośle. 
Tamte czasy objawiły się znienacka, jak wizja stworzona z 
marzenia. Byli to już inni ludzie, dalecy i wspaniali. Byli mitem, 
aż nie do wiary stawała się ich dzisiejsza prawda. Potężną falą 
podniosła się w nim duma. I ja tam byłem! Uderzyła fala o twardy 
brzeg, rozprysła się w pył. Czyż ja tam byłem? Zmieniły się lata, 
ludzie, wszystko. Patrzał na Darasza i widział front pod Kołkami, 
las, okopy, cmentarzyk Pierwszej Brygady, a na polanie, usianej 
garnkami szrapneli, ziemiankę Komendanta... Darasz uchwycił jego 
zdziwione spojrzenie. Zagadał głosem przyciszonym, tajemnie. 
- Zeszliśmy na psy. Pozwalają nam żyć jak z łaski, a i o to 
jeszcze trzeba walczyć chrześcijańską pokorą i zaparciem się 
samego siebie. Dobrze nam tak! Bo od samego początku trza było 
inaczej. Za mordę było kołtuna, tchórza, wywłokę z obcej służby, 
któremu się nigdy nie śniło o jakiejś Polsce. Teraz za późno. 
Zaprzedaliśmy legionowe ideały. Za co? Dla dobra ojczyzny, dla jej 
świętego spokoju. Oj, czy jej dobrze z takim spokojem? Ale 
człowiek zrobił karierę - wlazłem między generałów. Bardzo mi 
słodko! Co za miny! Każdy stary patrzy z góry i zaledwie raczy... 
Cóż to za generał, co się nie wysłużył u żadnego z trzech 
cesarzów? Intryganci, ramole, z których się sypią trociny. Do dziś 
dnia nie wiedzą, gdzie są, komu służą. 
Po deogenach, w ministerstwie, w sztabie, wszędzie siedzą, a 
ciężko i nikt im nie da rady. Oni rządzą i rozbijają się. 
Strasznie psują. Człowiek trzy ćwierci sił swoich trawi na to, 
żeby coś obronić, wycyganić, urwać dla armii, dla jej gotowości, 
dla jej ducha. 
Narady, sesje, komisje... Nikt by nie uwierzył, jakie się odzywają 
głosy, co za wnioski. Śmiech i rozpacz! Dawno zdechły armie trzech 
zaborców, śladu po nich nie zostało na świecie. Jeno u nas, w 
Polsce, pokutują ich widma i trują młodą armię. Człowiek zaciska 
zęby i służy. Co bym ja dał, gdybym tak mógł bodaj jeden jedyny 
raz, nie tracąc dużo słów... Wiesz - na takiej uroczystej naradzie 
w ogromnej sali, za ogromnym stołem okrytym czerwonym suknem - ot, 
ryknąć całą prawdę, żeby aż szyby jękły! 
- Daraszu, Daraszu, ty generale jeden, właśnie na to był czas w 
listopadzie ośmnastego roku... 
- Dobrze wiem. Co mi tu będziesz opowiadał.. Każdy idiota teraz 
mądry. 
W ministerstwie zdrowia pokazują mu okólnik, który regulował 

background image

sprawę w licznych artykułach ze zrozumiałych względów na higienę 
społeczną. Głupie porządki! Musi być zrobione, bo ona chce 
natychmiast. Wszelkie stosunki zawiodły. Wówczas Marek porzucił 
drogi legalne i obrał poczciwy nasz polski tryb postępowania. 
Wreszcie kapitan doktor Janiurek z baonu sanitarnego uległ 
korupcji starego koleżeństwa pułkowego. Dał urlop sierżantowi i 
dwu szeregowcom, a Marek zapoznał się z tymi panami i zaprosił ich 
do siebie na wieś. Już pojechali naprzód, zabrawszy ze sobą 
wszystko, co potrzeba. Pani Goślicka uparła się. - Żebym go sama 
miała wykopać tymi moimi rękami... 
Marek ugiął się przed tą wolą, powitany słowami: 
- Pan jest jedynym człowiekiem, do którego mogę się udać. Któż 
mnie zrozumie?... Prócz pana nie mam nikogo na świecie. 
Został olśniony, jak gdyby po raz pierwszy w życiu ujrzał jej 
skośne oczy, faliste tragiczne brwi i brązowy połysk włosów. 
Opętywał go niepokój jej ruchów, głos i urywający się w rytmie 
sposób mówienia. Opętywało wszystko, począwszy od jej imienia, 
które po raz pierwszy ujrzał na bilecie wizytowym, przybitym na 
jej drzwiach. Było to jakieś zupełnie nieoczekiwane. Długo 
wpatrywał się w czarne literki, zanim zadzwonił. Dziwne imię 
odbierało mu rozpęd, z którym przyleciał na jej wezwanie. Ktoś go 
odtrącał od tych drzwi, za którymi był jego los. Skądże on to 
wiedział? Przywidzenie, ono broniło wstępu. Przed dźwiękiem tego 
imienia on sam gasł, stawał się niczym. Kamienna, posągowa powaga, 
aureola męczeństwa, katakumby, wyrzeczenie się świata, mrok 
mistyczny... A gdy jednak pomyślało mu się; gdy się przemknęło... 
jak to jemu... Gdy się wyobraziło naprzód, tak sobie, bez 
najmniejszego sensu - staroświeckie owo imię czcigodne stawało się 
jakimś bluźnierczym symbolem. 
Mieniły się w niej jakby dwie barwy. Kłóciły się ze sobą, - biły w 
oczy. W pewnych momentach na krótko jak błyskawica zagrały razem, 
zlały się w akord, przemówiły. Niebo i piekło. Cześć najgłębsza, 
najczystsza wierność pamięci przyjaciela i bezprzytomne szaleństwo 
żądzy. Wielkość, przed którą zginają się kolana, i szatański obraz 
kuszący. Pani Monika Goślicka. 
Pogrążył się wraz z nią w sprawę żałobną. Ale w nim był spokój i 
jeno żal po ukochanym zmarłym. Ona wikłała się jeszcze w mętnym 
niedowierzaniu, które przeczyło samo sobie, odchodziło, wracało 
cierpliwe i uparte. Zgłuszone, niezmiernie ostrożne były jej 
aluzje, albowiem pomimo wszystko wiedziała. Wiedziała, gdyż 
mówiono jej o tym tyle razy. I cóż z tego? Trzeba się przekonać. 
Jak? Zobaczyć własnymi oczami. A zresztą w razie... w razie... No, 
więc godzi się chyba pogrześć go uczciwie? 
Marka przerażały takie rozmowy. Chwilami bał się, że się z nią 
zgodzi, a przestanie wierzyć samemu sobie. Płynęło od niej jakby 

background image

tchnienie opętującej zarazy. Obserwował to. Wiedział, co było, a 
co nie jest i żadną miarą być nie mogło. Godzinami rozmawiali 
rozsądnie. Aż nagle wpadała w ton tajemny. Oznajmiała po prostu, 
że co parę dni chodzi do sztabu, gdzie wyłożone są spisy jeńców. 
Oprowadzała go po mieszkaniu uzyskanym cudem. - To będzie gabinet 
Romana... - I po sekundzie zdawała się zapominać, o czym mówiła, 
stawała się rozsądna, była jak wszyscy. Wymykało się to jakby mimo 
jej wiedzy w jakichś nie dających się przewidzieć momentach. Po 
paru dniach dopiero odkrył, że zbiega się to w niej z dalekim, 
niewidzącym spojrzeniem, które zda się zapominało o wszystkim, co 
było wokoło, zapatrzone w coś niewidzialnego. Tam, jak za mgłą, 
taiła się jej własna, nikomu nie znana prawda. Trzymała jej się 
całą mocą, jakże inaczej mogłaby jeszcze istnieć? Kryła się z nią 
przed całym światem, przemagając żądzę wyjawienia jej przed każdym 
człowiekiem. Tuliła się do niej w okropnym swoim osamotnieniu. Ten 
przyjaciel Romana, Marek Świda, był jedynym, przed którym można 
się było zdradzić bez obawy. Zdawał się być zdolnym do zgłębienia 
tajemnicy, która każdemu innemu wydałaby się wariackim urojeniem. 
Chytrze wystawiała go na próby, rzucała niebezpieczne słowa, 
udając, że nie wie, co mówi. Marek słuchał i milczał. Z jego 
zatajonych w sobie, nieśmiałych oczu czytała, że rozważa ją, bada, 
usiłuje odgadnąć. Ciężko się para z prawdą. To dobrze, niebawem 
uwierzy. Ach, z tą chwilą nie będzie się już bała swej samotności, 
pozyska człowieka. Niech nikt więcej nie wie i niech nie wierzy, 
on jeden wystarczy. W nim wszystko się sprawdzi, ustaną dręczące 
wspomnienia, ułoży się chaos dni i zamęt złych snów. Czuła w nim 
sojusznika. Dostrzegała w nim, sama jeszcze nie wierząc, jakieś 
przebłyski i wspomnienia... Okruszyny, pyłki, w których migotało i 
gasło tchnienie cudu. Niemożliwość! Obraz zmarłego, jego jakby 
żywa obecność zdradzały się. W energicznym ruchu ręki... Niekiedy 
w intonacjach głosu... Jakieś słowo, zwrot taki zwyczajny i 
znajomy, strasznie znajomy, ach, szaleństwo!!! 
I wpatrywała się w niego pałającymi oczami. Marek truchlał i 
pogrążał się we mgle obłędnych, latających myśli, na chwilę 
zapominał o sobie, urywał się i znikał. Wpadał jakby w próżnię 
czasu. Serce w nim zamierało, przymykał oczy... Budził się w 
zdumieniu, jak z ciężkiego snu, przez sekundę niepewny siebie i 
niczego wokoło. Po pierwszym widzeniu się z nią już się jej bał. 
Uparta mania myślenia o niej i o sobie, o sobie i o niej, wciąż w 
kółko, stworzyła w nim nowy świat, w który przeniósł się cały bez 
reszty. Jakby się w nim zawarły jakieś drzwi. Za tym progiem już 
niczemu się nie dziwił. Był pełen upojenia i zachwytu. Jak dziecko 
cały mieścił się w chwili. Coś go niosło. 
Widząc go z tak dziwną panią, matka od razu dostrzegła. Wolałaby 
na synową pannę, ale któż to wybiera i dobiera - samo się wszystko 

background image

układa. Przyglądała się jej przenikliwie. Śniat po pierwszym 
powitaniu zamknął się u siebie i nie przyszedł ani na obiad, ani 
wieczorem. Marek zajrzał do niego przed spaniem. Chłopak już miał 
wszystko spakowane. 
- Muszę. Pan Kuba był tak łaskaw... Konie będą na rano. Jakże wam 
jestem wdzięczny za gościnę! 
- Co znowu? Najpiękniejsza pora! Żniwa! Co wy znowu? Do cuchnącego 
miasta? 
- Muszę. 
- Co wam się stało? 
- Nic. 
Marek przybrał ton surowy: 
- Czy wy czasem nie śpieszycie, żeby zrobić coś idiotycznego? 
Jakieś wielkie, wielkie głupstwo? 
- Co wam się utroiło? 
- Zobaczcie no się w lusterku. 
Zapamiętałe oczy płonęły jakimś niezłomnym postanowieniem. Musiało 
to być nie byle co. A w bladej twarzy skurcz bólu, rozpacz. 
- Pożegnajcie ode mnie panią rotmistrzową, bo ja jutro o piątej 
rano... 
- Śniat! Chłopcze... 
- Pożegnajcie ją pięknie. Powiedzcie... Nie, nie mówcie nic, tylko 
musicie mnie jakoś wykręcić. Doprawdy, dziś czuję się bardzo 
źle... 
- Chodźcie bodaj na jedną chwilę... nie wypada. 
- Nie chcę!!! 
Dopiero po tym krzyku domyślił się Marek. Śniat, zdradziwszy się, 
od razu wypadł z roli. Jęknął, zaniósł się w jakimś rozpaczliwym, 
głębokim westchnieniu. Już nic nie udawał. Marek nie wiedział, co 
mu na to powiedzieć. Nie było co. Najlepiej zostawić go samego. 
Już miał odejść zmieszany bez jednego słowa, gdy nagle przerwało 
się w nim coś jakby z upustu. Nieprzebrana, najserdeczniejsza 
dobroć. Chwycił chłopca za ręce, spojrzał mu w oczy. 
- Jakże ja mogę? Nie mogę... Gdybym miał zdrowe nogi, uciekłbym 
stąd natychmiast, po nocy. Ach, Marku, gdyby nie to, ja bym ją 
zdobył. Możesz się śmiać! Czemużeś nie pisnął słowa, że ją 
przywieziesz? Już by mnie tu dawno nie było. 
- Sam nie wiedziałem. Zresztą nie miałem najmniejszego pojęcia... 
- Więc ci powiem: od pierwszego spojrzenia! Przyszła jeszcze raz 
właśnie nazajutrz, gdy ciebie przenieśli ze szpitala. Posiedziała 
ze mną ze trzy godziny. Mówiła dziwne rzeczy, jeszcze dziwniej 
milczała. Wtrąciła mnie w jakieś szalone natchnienie - com ja 
wyplatał! W niebiosach byłem, poza światem - jakieś bezmierne 
szczęście!... Obiecała odwiedzać mnie co dzień, miała mnie uczyć 
angielskiego, dostarczać książek, nawet zapisała sobie ołówkiem, 

background image

czego mi było potrzeba. Przychodziła przez tydzień i nie pokazała 
się więcej. Dopiero dziś. Umiem ja milczeć, ale dziś... Daruj, 
panie Marku. Nie myśl, że ja sobie coś zamarzyłem. Muszę uciekać, 
bo jeżeli mam żyć, jeżeli ma coś być z moich zamiarów... A wam 
obojgu niechże los da samo szczęście. Ona jest cudna, straszna. 
Nieprzebranie dobra i jakaż okrutna! Marku, Marku... 
- Co wam się przyśniło... 
Marek chciał krzyknąć z oburzenia, ale - mimo woli wyszeptał te 
słowa. Był zmiażdżony, był szczęśliwy. Poszedł w ciemny ogród, nie 
wiedząc, gdzie idzie. Dróżka zaprowadziła go do płotu. Wsparł się 
na żerdziach i patrzał w dal ponad kłosy sennego, dojrzałego żyta, 
pachnącego rosą i miodem. W ciszy bliżej, dalej wabiły się 
przepiórki. Patrzał w gwiazdy. Czyż na pierścieniu Saturna... Czyż 
na Drodze Mlecznej mogą być otchłanie bardziej niezgłębione i 
niepojęte... 
Wyruszyli o świcie lekką taratajką, zaprzężoną w tęgie konie. 
Marek przybrał się na podróż w swój stary mundur dla większej 
powagi i dla uchylenia możliwych nieporozumień z władzami - ludzie 
pamiętali jeszcze wojnę. Dniem naprzód pojechali sanitariusze 
dwiema furami. Marek liczył, że na noc zdążą do Siemiatycz. 
Jechali na przełaj przeróżnymi skrótami i wnet utonęli w 
przestrzeni zbóż, lasów, siół ziemi podlaskiej. Pani Goślicka 
pogrążyła się w milczeniu. Marek nie przeszkadzał. O czym ona 
myśli? Roiło mu się mgliste wyobrażenie jej ukrytego świata. 
Wiedział, że nigdy tam nie przeniknie, z tym się pogodził, już się 
przed nią ukorzył. Z rzadka, nieznacznie spoglądał na nią z ukosa, 
siedzącą tuż u jego boku. Wszystkimi nerwami czuł jej straszną 
bliskość. Potrącali o siebie na wybojach, na korzeniach leśnych 
dróg. Marek nie mógł się odsunąć, nie miał się gdzie podziać na 
ciasnym siedzeniu. Zdumiewało go odkrycie, że i ona jest jak każda 
kobieta, że... Były to myśli niegodne, zawrotne, dotkliwie 
rozkoszne. Poczwarne niepodobieństwo! Chwytało go ono jak w 
kleszcze i nie dawało się odegnać. Jakież szczęście, że nigdy tego 
nie może być, przenigdy! Poza tym oczywiście przeświadczeniem był 
bezpieczny, chwilami głęboko znękany. 
Jechali starym szlakiem wojny. Mijali stare, dziko zarosłe okopy, 
rozrzucone nad drogami mogiły nieznanych żołnierzy wielkiej wojny. 
Nieustannie nastręczały się na pobrzeżu traktu zadarnione ślady 
dziur ochronnych, nędznych osłon, wygrzebanych dorywczo 
utrudzonymi rękami żołnierskimi, a w każdej skulony tulił się 
ongiś do matki-ziemi człowiek struchlały przed śmiercią. Jeszcze 
zieją gdzieniegdzie na pastwisku, na wygonie leje po ciężkich 
granatach. Zbierały się w nich wody, wystrzelały badyle bujnego 
zielska: Mijali nowe wsie o białych strzechach i gontach, już 
odbudowane po pogorzeli. Widzieli budy sklecone, szałasy, baraki. 

background image

Spotykali pustkowia byłych wsi, gdzie zawaliły się już nawet 
kominy po chałupach i dawno porosły gruzy. W paru milach od 
Jordanowic obca okolica wciąż mu jeszcze była znajomą. W drzewach 
przydrożnych, w strugach, w koszlawych mostkach, w zarysie lasu, w 
stromym ciasnym parowie, w starym młynie - wszędzie i co chwilę 
odgadywał i poznawał siebie, swoje czasy dziwne, pradawne, jak 
gdyby opowiadane dziecku przez dziada wojownika. Poznawał ten las, 
a pod nim wieś z szerokim obstrzałem - to rok piętnasty. Topolowa 
aleja i spalony folwark - to rok dwudziesty. Już teraz obie wojny 
były mitem. A on? Gdzie prawda w człowieku? Co jest czas, w którym 
się żyje, gdy się go nie pojmuje, gdy się go nie czuje? Zamąciło 
się w nim to, co było. Nieznane, niezgłębione było przed nim 
jutro, nawet dziś. Któż mu powie, co może być z nim nawet za 
chwilę, zaraz, natychmiast? 
Odruchowo obrócił się na siedzeniu, spojrzał, jak gdyby od niej 
spodziewał się odpowiedzi na swoją myśl. Nie zauważyła tego, nic 
nie odczuła. Patrzała w dal zamyślona, oderwana od czasu i 
miejsca. Wciąż to samo. Zamknięta w lochu, pełna ciemności. Kłębi 
się wokoło niej czarna otchłań, przepływają jakby bure dymy, 
rozwiera się zbity mrok, mienią się jego głębie, odsłaniają się 
sine dale. Wnet dosięgnie czegoś, dojrzy... Ale bure dymy zamącą 
to, co się poczynało, przesłonią wszystko, zabiją nadzieję. Znowu 
zbiera się gęsta ciemność, opasuje ją, zaciska się mocno. Godziny, 
wy czarne godziny! Z ledwie dostrzegalnym uśmiechem godziła się z 
losem. Już inaczej nie będzie. Nigdy. Przywalona strasznym 
ciężarem, już nic nie usiłuje od dawna. Nie broni się. Kiedyż to 
był jej ostatni krzyk gniewu? Jej ostatni bunt? 
Patrzyła niewidzącymi oczami w dalekość drogi leśnej, w zielone 
arkady sosen, w cienie i blaski. Wolno obracały się koła, mielące 
z suchym chrzęstem głęboki piach. Gorący dech lasu, żywicy i 
kadzidła przypominał coś pradawnego, nastręczał myśli opuszczone i 
obumarłe. 
Nagle z głębi cichego lasu ozwał się głos wilgi. Jak zaklęcie 
odmienił wszystko wokoło. Zdarł ze świata ciemną oponę. Swawolny 
śpiew, bezcelowy i przepiękny, uczynił cud. Rozprężyły się z 
czerwonych pni, rozpostarły się na niebie radością życia konary 
sosen. Obejmowały ramionami niebo i błogosławiły całej ziemi, 
siały przez siebie blaski słońca. Ciche głębie boru taiły w sobie 
wszystko, czego duszy było potrzeba: nieruchome, senne szczęście 
odpocznienia, niepamięć na wszystko zło, przeczucie dobra, które 
przyjdzie, nadejdzie o swojej godzinie. Wiarę, otuchę budziły 
dalekie jaśnienia w głębokiej gęstwinie. Majaczyła gdzieś dziwność 
wolnej przestrzeni, jakaś zaczarowana kraina, która, gdy zechce, 
odsłoni się. Gdy nie zechce... Jakże jej zapragnęła! Z niepokojem 
wpatrywała się w las, z dziecinnym uporem, który chce przedłużyć 

background image

dobry sen, utrzymać go, wyśnić do końca. Znużona przymknęła oczy i 
na wpół sennie uśmiechała się ku szczęściu - czyż można go się 
wyrzec i zaprzeć? 
Gdy się ocknęła z zadumy, znalazła się na rozległej polanie. 
Pośrodku w ogrodzie stała chata. Zza chruścianego płotu bił zapach 
kopru i konopi. W przejasnym, upalnym powietrzu widać było każdy 
pyłek, każdy listek, każdą muszkę. Dal migotała i mieniła się w 
słońńcu. Tam iskrzy się i lśni coś niepojętego. Nie wiadomo, co to 
za cudowne omamienie. Za pniami rzadkich sosen aż do horyzontu 
rozpościera się inny świat, wabi, przywołuje, wita żywym, potężnym 
tchnieniem. - Ach - jezioro... 
Jak dziecko, dała się porwać radości. Ta chwila szepnęła jej w 
jakimś niewypowiedzianym tchnieniu słowo radosnej mądrości. Innymi 
oczami ujrzała świat, siebie. Wydarła się z mrocznej piwnicy, 
znowu widzi uroczą, prostą pogodę życia, jego piękno, jego prawdę. 
Odetchnęła głęboko, poczuła swoje zdrowie, swoją młodość. 
Zachciało się jej zakrzyknąć głośno, zaśpiewać. Obejrzała się, 
gdzież się zapodział pan Świda? Wychodził właśnie z lasu na 
polanę. Zawołała dźwięcznie, wesoło: 
- Panie Marku! 
Patrzała na niego z upodobaniem. - Miły chłopiec, jakże mu pięknie 
z tą jasną polaną, z jeziorem, w to piękne południe! Jego prosta 
uroda; szczere spojrzenie tworzyły jakby niepodzielną jedność z tą 
ziemią, z tą chwilą i z nią samą. Roztapiali się oboje w słońcu, w 
cieple, w jasnej zieleni. W tej chwili rozumiała krótki żywot 
muszek, które rojami pląsały w blasku słonecznym, wiedziała 
wszystko o każdym listku, czytała wyraźnie jakby słowa w 
nieopisanych kształtach obłoków. Uderzyło ją śmieszne kłamstwo 
ludzkiego życia, jego zakaz i nakaz, jego codzienna udręka i owo 
słowo szczęścia, które ukryto za siedmiu zamkami. Aby je poznać, 
trzeba przewrócić do góry nogami cały świat albo umieć je wykraść 
chytrze życiu, jak złodziej. 
- Prawda, jak pięknie? Ach, gdyby tu zostać w tej chatce! Tam za 
jeziorem na trakcie już nic z tego nie zostanie, tu na polanie 
wszystko inne, rozkoszne. Pan tego nie czuje, panie Marku? Są na 
świecie zaczarowane miejsca, zaczarowane chwile. Wydaje mi się, 
żem tu już była. A pan nie poznaje polany, jeziora? Czy pan nic a 
nic nie pamięta?! 
Marek odruchowo obejrzał się wokoło, zakłopotany. Jej świecące 
oczy i głos przenikający, rwący się w przedziwnych tonach, 
pogrążały go w zamęcie. Woźnica bez rozkazu rozkiełznywał konie, 
odpinał postronki, snadź sądzonym im było stanąć na popas w 
dziwnym miejscu. Zastanowiła go kępa sosen na jeziorze. Wysepka 
tkwiła wiernie na swoim miejscu, czekała... Niepojęte zrządzenie 
losu! Teraz dopiero poznał, przypomniał sobie widzenie starego, 

background image

dziecięcego snu, który spoczywał zagrzebany w niepamięci i czekał 
na swoją chwilę. Co tam było? Oderwał się na mgnienie oka od 
wszystkiego, wpatrzony w dawną zjawę. Zielona kępa na wyspie 
odpowiedziała natychmiast. To samo było, co teraz: para zgrzanych 
parskających kasztanów, zapach konopi, dech wielkiej wody, który 
zgarnia upał z czoła. Nieprzeparty, tajemny poryw ku niesłychanemu 
zachceniu, rozkoszne przeczucie, rozpaczliwe przeświadczenie, że 
nic z tego. Ponad wszystkim zjawisko bezosobowe, prześwietne, 
panujące, jedyne na świecie. Teraz wie, że to była ona - ta sama. 
Nie zdążyła powtórzyć swego dziwnego pytania, nie zdążyła oderwać 
od niego pałającego spojrzenia - to była jedna sekunda - 
odpowiedział bez wahania. 
- Tak, pamiętam - tutaj byliśmy z tobą razem. 
- Kiedy?! 
- Teraz i zawsze. 
- Ale ja jestem zła, nieludzka. Ach, mimo woli. Ja jestem 
obłąkana! Wszystko wokoło mnie - jak przez sen. Od roku nie mogę 
się obudzić! 
- Ja cię obudzę! 
- Nie! Nie! 
- Błagam cię, zaufaj mi! Pozwól... 
- Nie rusz mnie! Boję się! 
- Mnie się boisz? 
- Ciebie się boję, siebie... Jego... 
Jędrzej wrócił do koni. Wyszedł z chaty młody gajowy i zapraszał 
państwa pojękliwie, po podlasku, gościnnie. Na ławie pod ścianą 
siedział w parcianej koszuli i portkach stary człek, grzejący się 
na słońcu. 
- To mój ojciec. Ciemny powrócił się z wojny, od gazów. Teraz 
sobie odpoczywa. 
Ślepiec wstał i kłaniał się ku gościom. Usiedli obok niego. Sama 
zrodziła się opowieść żołnierza wielkiej wojny. W okopach nad 
Rawką i Bzurą walki, szturmy, odparcia. Ciężkie nocne patrole, 
nieustająca mordęga kopania. Kopali i kopali, krety nie ludzie. Aż 
nocą przyszło od Niemców "powietrze" i już nie ujrzał ranka. 
Wszystkie niemieckie kraje przewędrował, przechodził przez wielkie 
miasta, przeganiany ze szpitala do szpitala, z baraków do baraków, 
z obozu do obozu. Nie widział nic, wszystko wiedział i zapamiętał. 
Tysiącami marli wkoło niego "jeńce" Angliczany, Francuzy, Belgi i 
czarni, a najgęściej te nasze brudne wszarze, Ruski. Z tyfusu, z 
głodu, z ran nie leczonych, z poniewierki, z katowania, z 
tęsknoty, z rozstrzelania za wyjście poza druty. Wymarły ogromne 
tysiące zdrowych, mocnych chłopów, a on wyszedł cało, ciemny 
kaleka, niedołężny, co to zawsze o każdej porze jeno na łasce 
ludzkiej, i to tam, gdzie w okrutnej niedoli każdy ino o sobie 

background image

radzi. Wydzierali mu od ust kęs chleba, okradali w biały dzień, 
pozbawiali wszystkiego. Marł, a nie zmarł, bo byli i insi 
- wszędzie byli. Wspominał ze łzami w głosie dobrodziejów swoich 
nieznajomych, przyjaciół i braci, panajezusowych wysłańców. 
Wszędzie się znalazł taki bodaj jeden, co go obronił od 
krzywdzicieli, co sam głodny, jedynym kartoflem się z nim 
podzielił, co sam mrący ze zimna, osłonił go połą złachmanionego 
szynela na błocie i gnoju. Za nich pacierze co dzień odprawia, 
dziękując Panu Bogu za ocalone życie, za ciepłe słonko, za sen 
spokojny, za mleko, za miód, za głosy ptaszęce śpiewające, za 
gładkie główki, za miękkie rączki wnucząt, za dach nad głową, pod 
który się cudem powrócił, za tę ławę, z której czuje szeroki świat 
boży i jezioro. 
Gdy wczesnym rankiem po białym, świeżo odbudowanym moście 
wyjechali na tamten brzeg, pani Goślicka chwyciła go za ramię i 
trzymała mocno. 
- Trafi pan? 
- Od razu. 
- Pan pamięta dobrze? Bo dużo tu wszędzie grobów? 
- Pełno tego, po dwóch wojnach... 
- Więc cóż będzie? 
- Zaraz znajdę. 
- To już tak blisko?! 
- Niedaleko. 
- A cóż będzie, jak pan jednak nie trafi? 
- Ja trafię. 
- Czy tam jest jaki znak? 
- Jest i znak. 
- Bo przecież byłoby to okropne i - ha-ha! Tak niegodziwie 
zabawne, jak jakaś diabelska farsa! No nie? Przyjechać, wykopać i 
zabrać resztki czyjeś niepewne, nie rozpoznane... Pochować i 
czcić, chodzić na grób z kwiatami przez długie lata, przez całe 
życie... 
Przez długie lata, przez całe życie. Pociemniał mu w oczach świat. 
Niespodziewanie porwała go złość. Spojrzał na nią ponuro, odjął 
zaciśnięte jej palce od swego ramienia. Rzucił ostro: 
- Nic podobnego. Znajdziemy go. I niech mi pani nie przeszkadza - 
proszę bardzo. Po tośmy tu przyjechali, by sprawę załatwić. Teraz 
jesteśmy na miejscu i muszę szukać. Muszę patrzeć, myśleć, a 
pani... 
Ucichła. Jechali stępa po pustym gościńcu, ponad samą rzeką. 
Poniżej w zielonych brzegach płynął błękitnobiały Bug. Daleko w 
tyle szły dwie fury, na ostatniej przykryta sianem cynkowa 
skrzynia. Marek zaczynał tracić pewność siebie. Straszna kobieta! 
Taka wszystko może w człowieku pomącić, wszystko może wmówić. 

background image

Zawsze i jeszcze przed chwilą doskonale widział to miejsce. Teraz. 
Pilnie wpatrywał się w sosny przydrożne. Nie - to jeszcze dalej. 
Nie, to głębiej w las. Czemuż nie zabrał konia wierzchowego. 
Przejechałby lasem, pokręciłby się i zaraz natrafiłby na wydmę 
piaszczystą, na jałowce. A stamtąd tylko odjechać prosto przed 
siebie i o jakie sto kroków, nie dochodząc traktu - może o 
dwieście. Dlaczegóż go nie pogrzebali nad samym gościńcem. Głupi 
ten wachmistrz. Podniósł się w bryczce, dał znak tamtym furom, 
żeby stanęły, i chciał zeskoczyć. Znowu chwyciła go za ramię 
drżącą ręką. Spojrzał na nią i ścierpł. 
- Przejdę lasem, bo to musi być tuż zaraz... 
- Zaraz, dobrze. Panie Marku, niech pan mnie jeszcze nie opuszcza. 
Niech pan zaczeka. Chwileczkę! Co to ja chciałam powiedzieć? 
- Powie mi pani potem. 
- Potem... Chciałabym zapytać. Po prostu dawno już chciałam 
wiedzieć... Kiedy myślę o wojnie, o tym okropnym obłędzie 
ludzkości... No więc, jednym słowem, czy pan popełnił kiedy jakie 
okrucieństwo? Taką zwyczajną na wojnie zbrodnię... 
- Zbrodnię? 
- Zbrodnię. Czy pan rozstrzelał kiedy bezbronnego? Takiego 
nieszczęsnego jeńca, który trzymał ręce do góry albo klęczał przed 
panem... Albo jak niewolnik leżał u pana stóp... Błagał bezsilny o 
darowanie życia... Całował buty... Płakał... I pan mógł patrzeć w 
jego nieszczęsne oczy - jak teraz w moje? I jednak pan mógł... 
Z jej oczu popłynęły łzy. Błagalnie złożyły się dygoczące ręce. 
Nisko, coraz niżej pochylała głowę. 
Marek zeskoczył z bryczki. Nie wiedząc, co o tym myśleć, co na to 
powiedzieć, wpadł w złość. Uczynił to w popłochu. Nieszczerze, 
rozmyślnie był brutalny - ze strachu. 
- To, co pani mówi, nie ma żadnego sensu! Proszę tu zaczekać! 
Jędrzej, uważajcie przed siebie na trakt, ja wyjdę stąd z jakie 
pół wiorsty, może dalej. 
Nie spojrzawszy na nią, przeskoczył przez rów i znikł między 
drzewami, uciekł. Czuł do niej głęboką urazę. Naraz wszystko to 
wydało mu się nazbyt już zagmatwane i kłopotliwe. Na co mu to? Cóż 
jest cała ona? Roztrzęsione nerwy i tyle. Z taką trzeba zupełnie 
inaczej... 
Ale już go przeraził ten niespodziewany bunt. Jak gdyby mu ktoś 
oplugawił tajemny skarb. Zdumiał się, zaklął brzydko. Zawrócił, 
żeby ją przeprosić za głupie, chamskie słowa. W takiej chwili 
urządzać awantury - hańba! Stanął i nie wiedział, co robić. Z 
oddali od strony gościńca parsknął koń. Tuż nad nim zapamiętale 
stukał dzięcioł, z rozmachem kując w pień. Popatrzał na miłego 
ptaszka i poszedł w cichy las. Było tu obco i ponuro. Zgrozą 
zdjęła go bliskość tej mogiły, możliwość, że stanie nad nią 

background image

znienacka, natychmiast! Zdjął go przelotny lęk dziecinny i 
przesądny. Głupstwo! Przystawał, rozglądał się po lesie. Trzasnęła 
gdzieś sucha gałązka. Marek ścierpł. Lada chwila z między pni 
wyjrzy widmo, porazi go umarłymi oczami, przewierci go na wskroś. 
Zmarły zna całą prawdę. Dopiero w pobliżu tej mogiły poznał 
podłość swojej zdrady. Odprzysięgał się, klął się na wszystkie 
świętości. Nigdy! On nigdy w życiu... 
Niespodziewanie wnet wyszedł z lasu - wydma! Siedzą tu i owdzie 
czarne jałowce. Wierny piach zda się zachował dotąd ślady ich 
koni. Tu stał szwadron. Marka poniosło rzewne, wielkie marzenie 
pamięci. O wojnie, o sobie dawniejszym tęgim i dzielnym, jakim już 
nie jest i nie będzie nigdy. O trudach, przygodach, 
niespodziankach, o dzikiej wędrówce przez pola, lasy, w tętencie 
kopyt, w ochocie i zuchwalstwie, w trzasku ognia, w gromadzie 
towarzyszy, w masie wojsk... Wszystko minęło, zamarło już na 
zawsze. Jakże było wielkie! Oddał temu młode siły i wszystko, co 
miał w sobie najlepszego. Co mu zostało? Teraz czymże jest? 
Wzruszony dawnym wspomnieniem, z dumą i z żalem w duszy rozglądał 
się wokoło. Ożyły widma przeszłości, między jałowcami zaroiło się 
od ludzi i koni, stawili się wszyscy co do jednego i samego siebie 
też obaczył. I jak onego dnia, powtórzyło się to, co było, 
pociągnęło go, poniosło. Starodrzewna, sędziwa sosna, wyniosła, 
strzelista, z rozwichrzoną, szeroko na niebie rozpiętą koroną. 
Stanął zdumiony, jakby nie wierząc oczom. Oto miejsce, które 
jeszcze przed chwilą zdawało się nigdzie nie istniejącym, 
wyobrażonym miejscem ze snów pokręconych... Oto prawda - oto ona 
przed oczyma. 
Jeszcze leżą na kupie suche gałęzie z czerwonym igli- wiem, rąbane 
onego dnia w pośpiechu szablami dla zaznaczenia i uczczenia grobu. 
Ich poplątane kabłąki okrywają teraz nie kopczyk, który był tu 
usypany, lecz miejsce zaklęsłe, które zdradza tajemnicę tego, co 
stawało się pod ziemią, aż się dokonało. Spełniła się do samego 
końca potworność śmierci. Któż się ośmieli spojrzeć żywymi oczami 
na to, co po nim zostało? Kto się waży podjąć z miejsca straszny 
zewłok? Naruszyć świętość grobu? Obnażyć przed oczami żyjących, 
wydać na pastwę białego dnia utajoną w ciemnych czeluściach ziemi 
samotną okropność? Zdumiewała go nikczemna brutalność żyjących. 
Skroś ziemi dojrzał bezbronną wstydliwość tej mogiły. Nie godzi 
się patrzeć, nie godzi się widzieć nikomu, który go kochał... 
Jakże ona - ona, tymi swoimi oczami?! 
Z szeroko rozkopanego dołu wciąż i wciąż tryskał ku górze piasek. 
Jego wał zasłaniał pracujących ludzi. Opodal w cieniu wyprzężone 
konie pasły się u wozu i parskały wesoło. Śmiał się dzień 
przejasny, pogodny. Od chwili do chwili grudka ziemi; korzeń 
wyrzucony uderzał w skrzynię cynkową, leżącą tuż, i trumna 

background image

odpowiadała jakimś niespodziewanym echem, przenikliwie, jakby 
głosem samej śmierci. Pani Goślicka błąkała się z dala po pustej 
wydmie i zbierała nikłe dziewanny, sterczące z piasku tu i owdzie. 
Marek spoglądał ku niej w niepokoju, oczekując czegoś dręcząco 
nadspodziewanego. Zacznie się natychmiast, jak tylko łopaty 
dogrzebią się do zwłok. Jej ciemny kształt snuł się w blasku 
słońca, zatartym, miękkim zarysem wsiąkał w piasek. Schylała się, 
podnosiła, zrywając kwiaty, i Marek zapatrzony czuł w sobie 
przedziwny rytm jej ruchów. Doznał ulgi, gdy się oddaliła, 
majacząc między jałowcami. Zeszła z oczu i Marek przynaglał 
kopaczy, żeby zdążyć ze wszystkim, zanim ona powróci. Już wyleciał 
pod łopatą łach przegniły, strzęp derki. Natychmiast w gorące, 
pachnące żywicą powietrze wdarł się okropny dech grobu. Zmroczył, 
zatruł wszystko wokoło. Zapanował nad pogodą tego poranka, 
przyćmił słońce, zgłuszył wiszący w górze śpiew skowronka. Marek 
cofnął się przerażony tym, o czym dobrze wiedział i czego 
oczekiwał każdej chwili. Było nadspodziewanie straszliwsze, 
jeszcze okrutniejsze... To gniew zmarłego, jego samotna obcość 
wszystkiemu, co żyje, odpowiedź na zniewagę tym, co poważyli się 
wtargnąć w utajoną czeluść... Kopacze wyleźli z grobu. Sierżant z 
blaszanej bańki zlewał zwłoki czymś przenikliwie duszącym. Marek 
nie śmiał spojrzeć w głąb. Żołnierze już przywdzieli długie i 
sztywne szare chałaty i czerwone gumowe rękawice, nałożyli na 
twarz przepaski, podobne do masek. Marek zmusił się, zajrzał i 
odskoczył. Zsunął się po rozkopanym piasku. Poraziła go zgroza 
śmierci. Odepchnęła go jej naga prawda, jej strach i wstręt. To, 
co ujrzał na dnie, było straszniejsze od tego, co niewidzialnymi 
kłębami wywalało się z mogiły i stało jak słup w blasku słońca. 
Znikł żal po zmarłym, zabity przez okropną nędzę tej dokonanej 
śmierci. Marek utonął wzrokiem w obłokach, wiszących pod błękitem 
nieba. Jego zdręczone oczy piły bezmiar świata, chcąc zatrzeć w 
sobie okropne widmo i zapomnieć. Las pachniał. Przemknął między 
drzewami dawny rotmistrz na Dragonie, przepiękny, młody, dzielny. 
Zajaśniał w słońcu blaskiem życia i zgasł jak sen - nie mogło tego 
być, nie było go nigdy na świecie! Nie broniła go pamięć stropiona 
i bezwładna. 
Sierżant rzucał rozkazy przyciszonym głosem. - Nie tak. - Bierz od 
spodu. Tu, tu. - Prędzej. - Naciągnij brezent. - Wyrównaj! - Tak. 
- I znowu lał ze swojej bańki do skrzyni gryzący, duszący płyn. 
- Panie poruczniku, gotowe. Lutować czy nie? 
- Lutować! prędzej! 
- A może zaczekać na panią? Przecież pani rotmistrzowa będzie może 
chciała... 
- Nie, nie! 
Ale ona już szła szybko, podbiegając chwilami, gdy stopy głębiej 

background image

więzły jej w piasku. Marek poskoczył ku niej. Nie spojrzała na 
niego, oczy miała utkwione w płaskim pudle trumny. Przyciskała do 
siebie wiązkę kwiatów i patrzała, patrzała. Nie dochodząc, na 
dziesięć kroków od trumny, zawahała się. Przystanęła. Postąpiła 
krok naprzód. Spojrzała na Marka z rozpaczliwym pytaniem. 
Dosięgnął jej, wstrzymał ją straszny cuch trupa. 
- Nie patrz! Nie patrz! 
Marek zastąpił jej drogę. Szamotał się z nią. Wydzierała mu ręce, 
wiła się w jego ramionach. Czuł w sobie jej rozpaczliwy wysiłek. 
Przemagała go, jak gdyby była mocniejszą. Przez mgnienie oka 
ściskał ją w ramionach, pierś w pierś, mając jej twarz tuż przed 
swoją, czując na ustach jej oddech. Przez sekundę wpił się oczyma 
w jej oczy, odtrąciła go z nienawiścią, puścił ją. Porwała się 
naprzód. Marek się zatoczył, upadł, zerwał się. Jeden z żołnierzy 
zaśmiał się niechcący, głupio. Marek bał się obejrzeć. 
Nagle przeszył go krzyk. Jęk najgłębszy, nieznajomy, 
nieoczekiwany. Obrócił się w miejscu. Żołnierze dźwigali wieko od 
trumny. Sierżant, klęcząc na piasku, wykładał ze skrzynki jakieś 
naczynie. Ludzie od koni stali nad trumną z odkrytymi głowami. 
Pani Goślicka bez kapęlusza, z rozwichrzonymi włosami uciekała w 
las. Przez jej włosy blask słońca przesiewał się, jak płomieniem. 
Ocknęła się pod sosną na samym skraju lasu. Nieznajomość tego 
miejsca przygarnęła ją do siebie przedziwną ufnością. Leżała we 
wrzosach, które bujnym płatem różowiły się pod lasem. Tu i owdzie 
pełzały kępki macierzanki. Bezmyślnie rwała i rozcierała w 
dłoniach pachnące kwiatuszki i chciwie piła ich cierpkie 
tchnienie. W nieprzeniknionym zamęcie było to jedyne i samotne, 
jak nikłe dalekie światełko wśród pomroki. Cudownie kojący był ten 
zapach żyjącego świata, dech ziemi rodzącej. Bała się otworzyć 
oczy, mocno zaciskała powieki, żeby jeszcze raz nie ujrzeć ohydnej 
śmierci i nie oszaleć lub nie umrzeć natychmiast. Broniła przed 
nim swego życia, w każdym uderzeniu serca biło - nie! Nie! Nie! 
Albowiem on domagał się jej. On ją ciągnął do siebie w grób. - 
Nie! Przez zaciśnięte powieki przenikał, majaczył, zacierał się i 
wzmagał okropny obraz. Rósł, zbliżał się, przywierał do oczu. Lada 
chwila przyjdzie tu do niej sam, stanie wyraźnie... Uciekać! 
Pędziła w las. Jeszcze straszniej uczyniło się w mrocznej 
kolumnadzie czerwonych pni, w pustce i ciszy. Dzikimi oczami 
rozejrzała się wokoło i pobiegła przed siebie. Zdyszana w ciężkim 
upale wsparła się o pień sosny, lękając się obejrzeć. Cichymi 
stopami sunie lasem widmo, czai się za drzewem, przebiega od pnia 
do pnia i teraz podgląda ją strasznymi jamami oczu... Czuła w 
sobie jego dech trujący, nogi uginały się pod nią. Dygocąca, zlana 
potem, ostatkiem sił porwała się i biegła dalej. Daleki, samotny w 
zmierzchu promień słońca przebijał dach ciemnych, zielonych 

background image

konarów. Schodził ku niej z nieba, jak nadzieja. Zmierzała prosto 
w to miejsce - jeszcze chwila. Promień zgasł. Zawarł się nad nią 
ponury zmierzch. Coraz ciemniej, czy to już wieczór? Drżała ze 
strachu przed nocą w tym lesie. Za każdym drzewem czai się czyjeś 
widmo, czekając zupełnej ciemności. Za chwilę zaczną wychylać się 
jeden po drugim upiory zamordowanych i tu zakopanych żołnierzy. Za 
chwilę osaczą ją, jedyną żywą istotę. Będą w nią patrzeć 
straszliwymi szczątkami twarzy, będą ją zabijać swoim tchem, 
ścisną ją dookoła, nie dadzą uciec, przywalą kupą zgnilizny... 
Zmordowana, wsparła się o drzewo, przymknęła oczy. Tężały, 
kamieniały w niej myśli. Uchodziło z niej coś, zanikały ostatnie 
iskierki, tonęły w gęstej pomroce. Naraz fala czerwonego światła 
uderzyła w ciężkie powieki, przenikała, pchała się do oczu. - 
Spojrzyj, patrz! 
Gorący blask. Zwlekła się już ze słońca zła chmura. Tuż przed nią 
kilka drzew jak w ramach dzieliło obraz świata. Błękit nieba 
przeglądał i jaśniał przez gałęzie w głębokich, przedziwnie 
zakreślonych plamach. Za drzewami modra smuga łubinu szła ku 
dalekiej wsi. Świeciły chałupy bielonymi ścianami i drgały, 
mieniły się w oczach pod gorącym zalewem słońca. Cisza. Ledwie 
dosłyszalny dochodził i zamierał, i zaczynał się znowu słodki 
brzęk ostrzonej kosy... 
Patrzała. Jasny świat boży ciągnął ją ku sobie. Zwodna obietnica! 
Przemawiał do niej, jak się mówi do przestraszonego dziecka 
pieszczotą byle jakiego słowa, które się powtarza i powtarza w 
kółko, aż dziecko uśmiechnie się przez łzy i zapomni. Nie! Nie! 
Potrząsała głową w nieprzejednanym smutku. Już nie było rozpaczy 
ani szaleństwa, ani groźby, że coś się w niej załamie i rozerwie 
na strzępy. Smutek jak pająk oprzędł ją, omotał, obezwładnił chęć 
jakiejkolwiek nadziei, osłonił przed nią dzień jutrzejszy, który 
jak wszystko odtąd będzie niepotrzebny, nikczemny, żaden. Odebrano 
jej nawet świętą pamięć tego, co było, pohańbione są najukochańsze 
wspomnienia. Własnymi oczami ujrzała je sponiewierane, spodlałe w 
strasznej nędzy grobu. Jakże teraz było utrzymać wiarę, że ongiś, 
że kiedyś... Nigdy nic nie było. "Pustka we mnie. Sama jestem na 
świecie i nikogo już teraz, nikogo, nikogusieńko!..." Nagle 
obejrzała się. Stoi opodal w cieniu i czeka. Czyż nie wiedziała, 
że on tu będzie? Czyż nie jego szukała teraz? Kogóż jak nie jego 
jednego potrzebuje teraz nade wszystko? 
Patrzyła weń uporczywie. Już znikł w niej cień pierwszego 
uśmiechu. Uleciał z duszy ciepły powiew. Patrzyła w oddane, wierne 
oczy i jak mróz ogarniała ją, przejmowała na wskroś tajemna, 
zawzięta złość. Cóż jej zawinił ten Marek Świda, człowiek 
zdarzenia i przypadku? Już o nim nie myślała, nie widziała go 
przed sobą. Stoi nad nią i czeka, to samo, co już raz było. 

background image

Odnawia się, co już kiedyś... Uwodzi, łudzi. Zaczyna się znajoma 
historia omamienia, stara, zgrana komedia ludzka. Wstrętne 
kłamstwo! Nie! Jeżeli raz przegrała swój los, to niczego już nie 
chce więcej. I cóż z nią będzie dalej? A wszystko jedno! Zrywał 
się strach przed pustką, przed ciemnicą jutra i żal nad sobą, ten 
własny, najtajemniejszy. Przemagała zaciętość. Wyzwanie całemu 
światu na złość, na przekór wszystkiemu... Szaleństwo zatracenia - 
ma być źle? Niech będzie właśnie najgorzej. 
Marek podchodził wahająco, zakłopotany, niepewny, nie wiedząc, od 
czego zacząć. Nie odrywała od niego oczu, sama jeszcze niepewna, 
co pocznie, co mu powie. Wszystko, co ma być, cały jej los zależał 
od pierwszego słowa. Jeżeli teraz się nie odważy, uwikła się cała. 
Jeżeli teraz... I jak nagły wicher porwało ją i pchało ku niemu 
szaleństwo. Znowu na przekór sobie, na pohybel wszystkim 
świętościom, żeby było jemu gorzej, najgorzej... 
Niepodobieństwo... Poczwarność, ohyda i zbrodnia. No, więc cóż? 
Niech sobie będzie zbrodnia. Niepodobieństwo... Jedyna ucieczka. 
Szatańska myśl-pokusa zaświeciła w jej oczach, rozchyliła jej 
usta, rozjątrzyła ją całą w najtajniejszej głębinie ciała - duszy. 
Właśnie teraz! Właśnie tu, na jego grobie. Już ją liznął, osmalił 
płomień. Postrzegła się przerażona. Skoczyła na równe nogi. Marek 
stał tuż o jeden krok. Drżała ze zgrozy przed tym, co mogło być. 
Co o tej porze już by się właśnie działo. Co jeno jakimś cudem się 
nie stało. Patrzała weń z nienawiścią. Porywało ją złe 
natchnienie, ślepe, zawzięte. Przelękła się, chciała go bronić - 
za cóż ta zemsta? I poniosło ją. 
- Cóż, pojedziemy, zbiera się na deszcz. Dochodzi dziesiąta, 
musimy zdążyć na noc do... 
- Jedźmy, cóż tu mamy do roboty? Dokonana nasza śmieszna eskapada. 
Dziękuję panu najserdeczniej za tyle daremnego trudu i zachodu... 
- Chodźmy. Tamtych wyprawiłem naprzód. 
- Ale mnie odwiezie pan do najbliższej stacji kolejowej. Ja muszę 
do Krakowa. 
- Jak to? A pogrzeb?! 
- Tego biedaka zostawicie po drodze w jakiej parafii. Po co go 
wlec dalej? 
- Pani oszalała? Co to ma być? 
- Ach, nic. Czyż pan nie rozumie, że może mi być na razie 
ciężko... po takim strasznym fiasco... Przecież widziałam własnymi 
oczami - cienia podobieństwa! To nie on... 
- Cienia podobieństwa! To pani nie wie, co to jest trup, który 
leży w ziemi przez rok? 
- Ja nie wiem? Przecież widziałam. 
- Wszyscy oni podobni do siebie. Ale miejsce to samo. Pod 
przysięgą zeznam! Dowody są: resztki, rzemienie, guziki. Poznałem 

background image

ostrogi, buty... 
- Proszę we mnie nie wpierać swoich przywidzeń. To z przyjaźni dla 
Romana, z życzliwości dla mnie. Cenię pańskie najlepsze intencje, 
ale we wszystkim można przesadzić. Pan nawet nie spostrzega, że mi 
pan usiłuje odebrać ostatnią nadzieję, która jest jedyną moją 
racją bytu. Pan nawet nie przypuszcza, jak mnie pan w tej chwili 
dręczy. Proszę mi dać spokój. Niech pan będzie cicho. 
- Dobrze, zaraz. Kiedy był wasz ślub? 
- Nasz ślub? W osiemnastym roku. 
- Miesiąc i dzień! 
- Co za protokół? Jak to?... 
- Miesiąc i dzień! 
- No, cóż... Lipiec, siódmy... 
- A jak pani jest z domu? 
- Jak to jak? Z domu? Z jakiego domu? 
- Olaboga! Pani nazwisko panieńskie, nic więcej... 
- No... Strawińska. 
- Dobrze. Oto jego obrączka ślubna. W moich oczach ją zdjęto. Jest 
oczyszczona i zdezynfekowana. Proszę odczytać: M. S. 7. VII. 1918. 
I niech pani skończy nareszcie kłamać. Sama pani wie, że to, co 
pani wygadywała, to były histeryczne komedie. Daruje pani, ale 
trzebaż się opamiętać. 
- Jak pan śmie? 
- Śmiem, w imieniu poległego przyjaciela. 
- Ha-ha-ha... Ładny przyjaciel. 
- Niech pani nic nie przypuszcza. Ach, jakież to wszystko głupie. 
- Coraz lepiej. Więc pomijając pańskie zachowanie się... M. S. i 
data nic nie znaczą. Zbieg okoliczności, przyznaję, dosyć dziwny. 
- Czy pani naprawdę chce zwariować? Czy pani już... 
- Niech pan ogłosi w gazetach. Uwolni pan od żałoby jakąś młodą 
wdowę, która ogromnie pragnie wyjść za mąż. Na pewno się zgłosi. I 
nie jedna, a wiele, wiele młodych wdów. Na pewno któraś z nich 
spodoba się panu. Nie może być inaczej. Będzie pan miał wybór, 
dopiero się pan przekona, ile to ślubów wypadło na ów dzień i ile 
panien ma cyfry M.S. 
Odwróciła się i poszła w las. Marek szedł za nią jak błędny. 
Oczekiwał scen, nerwów i jeszcze wielu niespodzianek. Postanowił 
był sobie nie zważać na nic i przetrwać wszystko, wiedząc, że to 
minie. Ale takiego obrotu sprawy się nie spodziewał. Był odurzony. 
Był oburzony do głębi. Wypadł z roli. Zaćmił go gniew. Wyczerpała 
się z niego reszta cierpliwości. Uleciała wszelka świętość. I tej 
chwili, i zmarłego przyjaciela, i jej kobieca świętość, przeczysta 
i niedosięgniona. Jak to - jeszcze? I teraz jeszcze? 
Buntowało się w nim jego młode zdrowie. Zdjęło go obrzydzenie do 
podobnych komplikacyj, zwidzeń i zapamiętań. Co tu gadać, wariatka 

background image

jest i już. Nie miał dla niej ani okruszyny współczucia, nawet 
litości. Oszukiwała go, łudziła. Wywiodła go w pole jak idiotę. 
Zdawało mu się, że go haniebnie okradziono. Odebrała mu na zawsze 
to, co już miał za swoje, pewne... Kłamała. I teraz kłamie, udaje 
bezczelnie, w żywe oczy... 
Szybko pośpieszył za nią. Z dala już prześwitywała wydma. Za pięć 
minut będzie za późno. Natychmiast trzeba coś radzić, coś zrobić. 
W rozpaczy szukał niemrawie. Zamęt w skołowaciałej głowie. Gubił 
wszystkie myśli w okropnym pośpiechu. Tak się czasami śni. Nie 
odrywał od niej wściekłych oczu. Nad białym karkiem połyskiwały 
ciemne płomyki włosów w nieładzie. Nogi w wysokich żółtych 
trzewikach niosły ją tanecznie, kusząco. Lekko, bez namysłu 
przeskoczyła przez zwalony pień, odsłoniła pończochę koloru ciała 
i uchodziła mu, uchodziła... Poskoczył za nią, dopędził. Słońce 
znikło za chmurą. Zmroczyło się w lesie. Dziwnym połyskiem 
zajaśniał jej biały kark tuż pod jego ustami. Przez oba ramiona 
spływał gorący prąd, ręce szukały, pełzały w dręczącym 
niepokoju... 
...Przez duszne, puste strychy, przez ciasny dymnik wydostali się 
na rozpalony dach, na czworakach czołgali się po desce od komina 
do komina. Ignacek przyciska się do komina i drży. Marek widzi 
całe miasto i zielone pola. Tuż pod nim plac Wizytkowski. Przez 
plac jedzie fura z sianem. Biały koń. W dalekim oknie służąca 
trzepie poduszki. Przez plac sunie profesor Okuszko i czyta 
gazetę. Nagle zaczynają się dziwne cuda. - Ignac! Ale mały ma 
zamknięte oczy i dygoce. Świat podnosi się i opada. Obie wieże 
kościelne gną się i chwieją. Wszystkie dachy kołują. Miasto zapada 
się nagle w głębię i leci, wciąż leci w dół. Obłoki coraz bliższe. 
Nigdy nie znany, rozkoszny, gorący dreszcz przebiega przez krzyże, 
przeszywa na wskroś, wkręca się wszędzie, pali, jątrzy jakąś nie 
do wytrzymania piekącą lubością. Strach mrówkami roi mu się po 
czaszce. Wytrzeszczone oczy wlepione w dół. Straszliwa 
nieodgadniona pokusa ściąga go z wąskiej deski. Bezwładne ręce 
puszczają cegły komina. Ignac, ja skoczę!... Ignac i ty, i ty... 
Szosa. Pani Goślicka przeskoczyła przez rów i niespodzianie 
obróciła się ku niemu. Stali przez sekundę po dwu stronach rowu, 
wpatrzeni w siebie. Marek wpił się w nią nieprzytomnymi oczami w 
nieprzebranym żalu, że nic, nic się nie stało, że nie poważył się 
jednak... Że stracił jedyną swoją chwilę i że ją całą traci teraz 
na zawsze. Jej rozchylone wargi drgały, przez jej oczy przemknęło 
zawstydzenie, żal, a w głębi jakaś iskra niezapomniana, tajemna, 
paląca.
VIII 
Marek był zdręczony do ostateczności tanecznym wytupywaniem, 
okropną muzyką, rejwachem i nie milknącą od trzech dni wesołością 

background image

tego wesela. Tłumy gości przewaliły przez dwór jordanowicki. 
Wszystkie wsie okoliczne już tu były i tańczyły, i żarły, i piły. 
Wciąż napływali starzy i młodzi, wszędzie hasały gromady dzieci, 
wrzeszczały niemowlęta. Przed kuchnią, gdzie warzono i pieczono 
dzień i noc, murem stały obce kundle, przed którymi domowe psy 
kryły się po kątach. Chłopska rozhasana wesołość, nieprzebrane 
pijaństwo, wrzaskliwe pośpiewanki, czkawka z przejedzenia i 
przepicia, parobczaki gżący się z dziewuchami po sadzie lub leżący 
pokotem na trawie... Coraz to nowe "deputacje" przybywające z 
daleka z darami, ze swoimi mowami, nauczycielstwo szkół 
powszechnych, urzędnicy i urzędniczki ze starostwa dygnitarze 
samorządów, sejmik w całym swoim składzie, policjanci z 
okolicznych posterunków, jacyś niewyjaśnieni kolejarze, robotnicy 
z cukrowni... Wszędzie krążyły dziwne postacie, niespodziewane i 
nie proszone, o których nikt nie wiedział, co zacz są i skąd, a 
które czuły się tu jak w domu... Był, był na pewno - przysięgali 
ludzie! We własnej osobie Grynczarek Kleofas z kilku morowcami pił 
i jadł i złożył piękne życzenia panu dziedzicowi - bandyta głośny 
w kraju, osaczony i ścigany od dwóch lat, mający już swoje 
olbrzymie akta, nieuchwytny i legendowy! Chłopi całowali się i 
świadczyli sobie z butlami w obu rękach, wszczynały się kłótnie i 
bójki, w kowalu dworskim Świętoszku na trzeci dzień zapaliła się 
wódka i Marek nareszcie na własne oczy ujrzał (mit wsiowy, 
wymyślony przez jakiegoś etnografa kawalarza), jak rodzona żona 
Świętoszkowa ratowała męża z zasobów własnych, zalewając pożar 
szerzący się w jego wnętrznościach. Z podwórca wciąż odjeżdżały 
fury pełne pijanych, a przybywały nowe z wystrojonymi, wypoczętymi 
gośćmi i zakładały obozy. Ustała robota na folwarku, parobcy 
tańcowali, pili i obrządzali gości, rżnęli barany i świnie. Wciąż 
rozlegały się strzały na wiwat z jakichś zadekowanych karabinów. 
Dwie kapele żydowskie rżnęły na zmianę bez żadnej przerwy. Nade 
dworem stały dwa słupy gęstego dymu z dwóch kominów kuchennych, w 
ciepłym jesiennym powietrzu wisiały sztajery i polki, pot chłopski 
i mdlący posmak flaków po chłopsku, i piwo, piwo, piwo całymi 
beczkami. Nie było się gdzie schronić przed zgrają. W oficynie 
Marka to ktoś spał, to odbywały się tam jakieś poufne narady pod 
przewodnictwem pana posła Chrabąszcza przy butelkach, to 
najpoważniejsi gospodarze grali tam w karty na dolary, otoczeni 
zbitym tłumem galerii. Plątał się między tym wszystkim jak obcy, 
usiłując namawiać gości do jadła i picia, co było zupełnie zbędne, 
lub bawić ich, chociaż doskonale bawili się sami. Przelotnie 
stykał się z Kubą, rozanielonym i nieprzytomnym, ochrypłym od 
wzniosłych okrzyków i ustawicznych przemówień, wygłaszanych przy 
każdym z niezliczonych kieliszków. Kuba całował się z każdym, pił 
z każdym, tańcował do upadłego i rządził całym chaosem, wyprawiał 

background image

fury do miasteczka po prowianty i wódkę, skazywał na śmierć coraz 
to nowe gęsi, cielęta i świnie, dbał o konie gości, godził 
zwaśnionych, rozbrajał bijących się, swatał i kojarzył na 
poczekaniu coraz to nowe pary, był wszędzie, bezsenny i 
niezmordowany, cudem trzymając się jeszcze na nogach. 
- Kuba, przecie odpocznij! Przecie lada chwila szlag cię trafi 
albo się wściekniesz do licha. 
- Marku, patrzaj pilnie i zapamiętaj sobie. Chłop się zbudził, 
rozumiesz? Radość na ziemi! Wy, cywilizowani księgosusze, którym 
się imaginuje, że z dalekiej stolicy rządzicie Polską... 
Ha-ha-ha!! 
- Wiem, wiem. 
- Nic nie wiesz! Radość na polskiej ziemi wolnej, niepodległej... 
Kaśka, gdzie lecisz z tą butelką, dawaj ją tutaj... 
- To dla pana wójta, do sadu! 
- Dobrze, wójt zawsze pierwszy, bośmy go sami wybierali, ale 
nalewaj, córko. Marek, w imię naszej promiennej przyszłości... Dla 
uczczenia nieprzebranego szczęścia... Pij... Bohaterze! Ty, coś 
nas obronił! Bracie rodzony, Śwido! 
- Pij, pij, delirium cię zatłucze - jak Boga kocham... 
- Nie zatłucze! My som chłopy! My som zdrowe jak byki! Jak konie! 
Jak słonie króla Hannibala, ale republikanie z krwi i kości! 
Teściu najdroższy, napij się z nami, ojcze żony mej poślubionej, 
której będę wierrrny do skonania, tak mi Boże dopomóż, amen. 
- Na zdrowie, panie dziedzicu i szanowny zięciu! 
- Gadałem ci sto razy, mów mi na ty - bo jak cię kocham, gnaty 
połamię, chocieś stary. 
- Więc powiadam tobie, Kubo zięciu, dziewczynę wzięłeś jak rzepę. 
Chowałem to, uczyłem to - kto jej zada feler? Który taki!? 
- Bóg ci zapłać, ojcze i matko. Snadź proroctwo takie było, że w 
Poniczowie w waszej chacie skarb dla mnie rósł, aż wyrósł jak 
malowanie. Wielkie to szczęście moje, a dla Polski też, bo - 
dzieci przede wszystkim. Co? 
- Święta prawda! Niech się zdrowe chowają... 
Panna młoda, na schwał dziewucha, pleczysta, cycasta, śmiała w 
gębie i szczęśliwa, bynajmniej nie zdawała się być olśniona wielką 
swoją karierą. Już się rządziła w domu jak przystało gospodyni, 
już krzyczała na Kubę. Co chwilę to tu, to tam rozlegał się jej 
śmiech, dźwięczny zdrowiem i ochotą. 
- Słyszysz, Marku! Słuchaj - to ziemia polska się raduje. 
W ciągu tych dni weselnych Marek miewał i napady szalonej ochoty. 
Tańcował do upadłego, przyśpiewywał i pił na umór. Wycałowywał, 
obmacywał dziewoje w ciemnym sadzie. Polemizował z panem posłem na 
zaimprowizowanym wiecu, a gdy poseł Chrabąszcz zleciał ze stołu w 
ramiona wyborców, zajął jego miejsce i wygłosił mowę siarczystą, 

background image

która wywołała ryki zachwytu i żywiołową owację. Obnoszono go po 
całym podwórzu; a tłum parł za nim w potężnej kakofonii 
entuzjazmu, rycząc naraz kilka rozmaitych pieśni ludowcowych. 
Wyrabiał różne kawały stroił hece, a gdy już miał dosyć i gdy 
ziemia układała mu się pod nogami w przedziwne schody z których 
jeden prowadził w dół; a co drugi do góry, uciekał chyłkiem do 
wiadomego sobie brogu za stodołami i tam zapadał w sen. Ale na 
trzeci dzień tego święta już nic nie mógł. Zrobił się zły, ponury. 
Pozazdrościł ludziom wesołym i prostym. Ten Kuba mu naprawdę 
imponował. Co za liman co za logika w takim podlaskim 
hreczkosieju. Wziął i ożenił się z dziewuchą, a przecież inaczej 
być nie mogło i nie powinno. Ten wie, czego chce: nie pałęda się 
po próżnicy na bożym świecie. Ten zrobi wszystko co sobie był 
zamierzył. Na dobitkę jest zupełnie szczęśliwy. I całe to 
zapijaczone weselisko domagało się poważnego zgłębienia. Odzywało 
się tu coś tajemnego, a wielkiego. Oczywiście wziąwszy 
najogólniej... Oczywiście, pomijając rozmaite śmieszne chryje... 
Nie, właśnie nie pomijając niczego, niczegusieńko! W tym coś jest, 
ale co? Przywidzenie? Symbol, wyraz? Co by tu dojrzał swoimi 
oczami Wyspiański? Gdzie się podziały szczytne polskie 
przesubtelności: Załamania i tęsknojęki? Gdzie ponury log narodu, 
wzdychający basem jak z grobu? Gdzie tu teraz jaki Chochoł? Diabli 
go wzięli na wieki wieczne. Te chłopy są pewne swojego - zanadto 
pewne. Cała ziemia będzie ich, o to są zupełnie spokojni, gdyż 
wiedzą doskonale to, co widzi każdy, że szlachty już nie ma. Trawa 
porosła na gruzach jej wielkich dziejów, zapomniano o jej 
zasługach i zbrodniach. A ziemi nie utrzyma w łapach dzisiejsze 
paskarskie tak zwane ziemiaństwo. Te chłopy obchodzą się z młodą 
Polską trochę zbyt obcesowo, bez żadnych ceremonij, bez 
obowiązujących namaszczonych frazesów, bez tradycyjnej łzawej 
obłudy, bez której przecie nijako i niemiło. Okropnie się 
rozpychają tymi łokciami, twardymi jak sęki. Prą prosto do celu i 
nie ślizgają się jak kozy na lodzie po wielkich posadzkach stolicy 
na swoich podkutych obcasach. Nie byle co im zaimponuje. Nie 
śpieszą się zakładać na szyję krawatów, ale ich chłopaki już 
nieźle zarywają i shimmy, i tango, na co Marek patrzał z czymś w 
rodzaju zgrozy, jak gdyby świat stawał do góry nogami. A czemuż to 
nie? Te chłopaki naprawdę będą rządzić w Polsce i już to naprzód 
wiedzą. Za późno na "chadzanie do ludu"; ta dziejowa misja jest 
absolutnie umorzona. Nie ma komu iść, nie ma z czym - no, do kogo 
wreszcie. W zeszłym roku, kiedy wydawało się, że Chochoł już 
poczyna swoją nutę za straszliwą kulisą wydarzeń, nie zamajaczało 
nikomu straszliwe widmo Szeli - Branickiego. Nie te czasy. Samo 
życie, jego dzień każdy przeżera w Polsce starzyznę i jej zatęchłe 
smrody. I choćby się sprzysięgły wszystkie wywłoki niewoli, nie 

background image

poradzą temu ani ich gazety, ani ich pieniądze, ani ich wybory, 
ani ich zamachy. Cały ich gwałt to jeno sancta simplicitas, święta 
bezczelność pokolenia skazanego na bezpotomne wymarcie. 
Wpatrzył się w coś Marek, zapamiętał się. Zanurzył się, jak w 
głębię, w tajemnicę swego czasu, w zagadkę tego oto dnia, którego 
godziny z wolna przepływają i odchodzą. Czymże było to, co już 
widział i przeżył aż do tej chwili? Wszystko pamiętał a nic o tym 
nie wie. - Ktoś się domagał od niego odpowiedzi krótko i jasno, 
bez nadzwyczajnych mądrych wykręcań i wykrętów - ot tak, w trzech 
słowach. Natarczywie zachciało mu się dociec o tym słowa prawdy. O 
sobie i o świecie. O sobie i o Polsce. Nie umiał rozmyślać 
poważnie, jeno przemykało się błyskawicznie mnóstwo obrazów, 
nieprzebrane, bezładne bogactwo pamięci. Przybiegały nie w porę, 
nie pilnowały swojej kolei, prześcigały się, zawadzały o siebie, 
piętrzyły się, wreszcie otoczyły go rojem. Wszystkie były obecne, 
a nigdzie nie mógł dostrzec jednego jedynego siebie. Wszędzie był 
inny, z dnia na dzień nie ten sam. Kiedyś, kiedyś zabrało go coś i 
poniosło, a nie pytało, czego by chciał, jak by sobie chciał. Może 
każdy tak żyje? Bronił ulubionej ułudy, że to jego los prowadzi go 
przez jakieś nieuniknione, a na tymczasem nijakie jeszcze lata. Aż 
pewnego dnia... 
Ach, już był taki dzień! Urwało się myślenie, zatarła się cała 
wiedza pamięci, jeden jedyny obraz jak klin zaciął się w mózgu. 
Spod falistych brwi, spod powiek spojrzenie jakby niepatrzące, 
kose, unikające. Oczy przepastne i złe. Kłamią wręcz 
nieprzeniknione, nie odsłonią niczego, co się tai w samej głębinie 
na dnie tej przepaści migotliwej i zmiennej. W roztopionym złocie 
przebłysną zatajone kropelki turkusów - samo okrucieństwo! Nagie 
zło, bez celu, dla samej zemsty, na przekór wszystkiemu, 
bezwzględne, nieprzejednane! Upór zawzięty w swoim szaleństwie - 
na zawsze! Na zawsze. 
Podstępne, ciągle czuwające, wciąż zatajone gdzieś w pobliżu 
spadło nań opętanie. Choć wiedział o nim zawsze, za każdym razem 
spadało znienacka. Za każdym nawrotem było mocniejsze. Chwyciło go 
w kleszcze na ogrodzonym pastewniku, gdzie młodzież wiejska, nie 
mogąc już wymyśleć nic lepszego, zabawiała się w igrzyska 
olimpijskie, w mocowanie i w zawody za nagrodami w postaci dwóch 
rasowych jałóweczek i obiecującego byczka, które to dary asygnował 
dziedzic oblubieniec, nieprzebrany w szaleństwie hojności. Młoda 
żona natychmiast kazała zagnać tę jałowiznę do obory i wymyślała 
chłopakom, że śmią wyzyskiwać pijanego dziedzica. Kuba rozpłakał 
się i mocno ujął brata pod ramię dla pomocy. Marek wyszarpnął mu 
się ze wstrętem i poszedł do stajni, osiodłał sobie "Komisarza" i 
pojechał w pole. Tęgi koń stepowy poniósł go potężnym rytmem 
spokojnego kłusa, którego koń nabywa tylko na wojnie. Marek po 

background image

dawnemu uczuł w sobie ruch i siłę konia, rozkoszne wzmożenie 
samego siebie, zrośnięcie się z żywiołem. Spojrzał bystro w 
szeroki świat, jak ongiś spod okutego daszka oficerskiej czapki, 
hen, przez pola, przez pola, i oparł się na dalekim lesie. Co, 
jakie licho tam siedzi tym razem? Las nie był jeno piękną, ciemną 
smugą; ramą widnokręgu. Przez chwilę było to miejsce mocno 
podejrzane. Powstrzymał konia i rozglądał się bacznie w napięciu 
woli, w pogotowiu. Ale już prysł czar chwili. Znowu żal za tym, co 
było, i pustka w sercu. Czymże jest? Byłym żołnierzem, co teraz 
nie znaczy nic. Pognał przed siebie. Wzruszały go tęgie chody 
gniadego wałacha. A tu pole puste, nie dzieje się nigdzie nic. 
Dawniej żył każdy parów, każda kępa leśna kryła tajemnicę, byle 
jaka chałupina, wiatraczysko na wzgórku, świecące na wskroś 
dziurami, daleki tuman pyłu - wszystko zastanawiało, podniecało, 
trącało boków jak ostrogami - czuj duch! Pilnuj się, patrz! 
Zadudniło za nim, zatętniało cichym pochrzęstem, pobrzękiem, 
ozwało się aż w sercu. Tysiąc kopyt bije w ugór! Obejrzał się 
Marek - nic. Szkoda takiego konia i takiego kłusa na głupi jakiś 
spacer. I łzy stanęły mu w oczach, wzruszenie ścisnęło za gardło - 
wypił był na dzisiaj też sporo. Zagadał do konia, klepał go po 
szyi: - My się znamy, my dwaj to wiemy - co, nie? Ej, Komisarzu 
kochany, niemałoś ty zmierzył świata tymi kopyciskami... Byłeś pod 
Krakowem? Byłeś. Wchodziłeś w triumfie do Lwowa pod panem 
pułkownikiem, w paradzie, z trębaczami, pod sztandarem? A może cię 
dosiadał sam pan wachmistrz, jadący w pysze za szwadronem: 
największy postrach i pan żołnierzy, o potężnym, czerwonym 
karczysku, który też przecie mógł nosić łeb jakiego Budiennego. A 
potem nad Wołgą, nad Donem, nad Kubaniem ganiało na tobie widmo 
zamarłej przeszłości, jakiś biały oficer, pogrobowiec o dawno 
ściętej głowie, ratujący dwugłowego orła, wieszający komisarzy i 
wysadzony wreszcie z siodła przez ruską kulę. Dosiadł cię czerwony 
komendant i nawrócił ku zachodowi świata pradawnym szlakiem na 
Lacha. Pod Warszawą niemal byłeś, "w Polsze, gdie chleba bolsze". 
Ale cię zagnali, zamęczyli, aż tuś trafił i został. Bo ci to źle? 
Odpasłeś się i śledziona w tobie gra, ale powiedz, my dwaj się na 
tym znamy - to nasze życie, cóż to za życie? - Gaworzył z koniem, 
użalał się i zagadywał, żeby jeszcze na chwilę odwlec, oszukać 
swój ból. Już go w sobie miał, nadleciała nowa fala, uderzyła, 
pogrążyła. Poddał się. W jego rozpaczliwej, beznadziejnej 
tęsknocie, w najgorszych chwilach zjawiło się omamienie pociechy, 
wiara uparta, że gdy się w nim wszystko przewróci, gdy się zatarga 
tak nagle, tak strasznie, to znak, że właśnie w tej samej chwili 
ona o nim myśli, gdziekolwiek jest. Nie może inaczej być. Chce czy 
nie chce, ona musi o nim myśleć, bodaj czasami. Myśli ze złością, 
szyderstwem się osłania i broni. Drwi, a w najtajemniejszej swojej 

background image

głębi... 
Ty głupi! Głupi! Cóżeś za jeden, żeby się od ciebie aż bronić? Coś 
ty jest na tym bożym świecie? Nic, nic. Nic, nic - wybijał 
kopytami "Komisarz", tętniąc w kłusie po twardym wygonie. 
Niepostrzeżenie wyrosła przed nim biała dzwonnica. Przejechał koło 
kościoła, koło plebanii. Przez przerzedzone, zżółkłe listowie sadu 
ujrzał przelotnie werandę proboszczowską, a na niej 
przechadzającego się księdza dziekana i jakąś panią siedzącą w 
pełnym słońcu. Przemknął się bas księdza, który coś prawił ze 
wznoszeniem ramion, jak na kazaniu, dziwny połysk słońca na 
włosach tej pani i coś nieuchwytnego w barwach jesiennych liści 
sadu, w zapachu jabłek, w przenikającym smutku tej chwili. 
Przywiązał konia u bramy cmentarnej i poszedł między pozarastane 
zielskiem mogiły. Jedna jedyna potężna lipa górą stała nad 
cmentarzem. Tam grób ojca. Tam obok leży i on. Cichy, ciepły 
powiew niósł leniwie tchnienia jesienne ziemi i składał je w 
zapomnianym, zapuszczonym smętku tego pustkowia. Nikły parkan 
odgradzał je jak przepaścią od życia, które stało tuż, 
zaprzątnięte sobą i niezmiernie dalekie. Z wolna zbliżał się ku 
lipie. Pod parkanem z chaszczów i badyli sterczały jeszcze 
pokoślawione, sczerniałe krzyże i resztki wypalonych napisów na 
nich. Trzy krzyżyki prawosławne - odwrót roku piętnastego. Cztery 
niemieckie - pościg. Stare dzieje. A to jakby jeszcze dawniejsze, 
już nie do wiary zamierzchłe - pięć grobów, pięć krzyżów 
rozstrzelanych przed rokiem oficerów polskich. Tuż w spokojnym 
sąsiedztwie śmierci wspólna mogiła czerwonych oficerów, którzy 
zapłacili za tamtych. Wypłynęły tamte dnie, tamte pola i miejsca, 
i on sam dawniejszy, niepodobny do tego, co jest. Nastręczył się 
major Muchinka ze swoją butlą, z wielbłądami... 
"Rotmistrz Roman Goślicki - poległ dnia 27 lipca 1920 r..." Płyta 
była zupełnie nowa. Napis lśnił złoconym żłobieniem. 
Kiedy? Kto?! Był tu nie dalej jak przed dwoma tygodniami i 
rozmyślał właśnie, jak by się zająć tym grobem... Kiedyż, u Boga, 
był sam pogrzeb, przed którym tak uciekała ona? Czyż podobna, żeby 
to było... Tak, przed dwoma miesiącami. Przed dwoma miesiącami 
odwoził ją na stację w Liszkach. Tam był kres ich dzikiej podróży. 
Gdzieś poza nimi zwłoki ruszone ze swego miejsca czekały na 
uczciwy pochowek. A ona uciekała. Dwugodzinna jazda do kolei bez 
jednego słowa. Potem patrzał w ślad za jej pociągiem. Ponura 
pustka w duszy, zmierzch i trzy czerwone latarnie na ostatnim 
wagonie. Majaczyły, zlały się w jedną plamę, znikły. 
Osłupiałymi oczami patrzał w napis grobowy i jeszcze nie wierzył. 
Ach, nie ma w tym żadnego cudu, po prostu obyło się bez niego. 
Zjawiła się chyłkiem, jak złodziej, ukradkiem ustawiła płytę, 
uciekła. Niegodziwa kobieta. Wstrętna wariatka. Opamiętała się, a 

background image

wstyd jej było przyznać się. Oczywiście teraz go za to nienawidzi. 
Rządziła się tu o milę od niego i nikt mu nie dał znać, choćby sam 
ten proboszcz, pała jedna, pomidor. Na kamieniu rzucony był pęk 
białych i czerwonych astrów. To z księżego ogrodu. Były zupełnie 
świeże. Może tu była jeszcze dzisiaj? Może przed chwilą? Szkoda, 
że się nie spotkali, kiedy uwierzyła nareszcie, że jest wdową, 
oddałby jej tę obrączkę. Teraz na gwałt ściągał ją z palca. Była 
za ciasna i ani rusz. Spieszył się, szarpał się z nią. Palec wnet 
nabrzmiał i nie puszczał. Śluby mistyczne... Ogarnęła go 
wściekłość. W jednej chwili ulotniły się ból i żal, i 
zapamiętałość tęsknoty, i wszystkie nadzieje, i sny. W pustce 
hasała straszliwa i śmieszna żądza zemsty. Bolał opuchnięty palec. 
Obejrzał się w strachu - ona tu gotowa przyjść (podejrzana dama na 
werandzie plebanii!!) i zastanie go tu z obrączką, dostrzeże ją od 
razu, natychmiast, to oczywiste. A właśnie niech przyjdzie. Niech. 
Zaraz tu będzie, konie przed plebanią na nią czekały, obrócone ku 
cmentarzowi... Tędy musi jechać do kolei, na nocny pociąg... Nie 
przejedzie, nie wstąpiwszy jeszcze bodaj na chwilę. Kiedyż ona tu 
będzie? Może już nigdy w życiu, dziura zapadła, daleko... Zresztą 
zapomni, jak one wszystkie, dlaczego ma być lepsza? Już tu była z 
pożegnaniem, z astrami, może przed półgodziną, ale tędy droga, 
więc zatrzyma furmana, wysiądzie. Marek wiedział wszystko naprzód 
z niezbitą pewnością i czekał wyzywająco, ale niezbyt odważnie. I 
nagle ustał ucisk w sercu, strach, złość. Jak słońce zza chmury, 
odsłoniło się w nim spokojne jasnowidzenie. Sama rozwinęła się 
scena ich niecofnionego spotkania. Słowa, których nie znał i nie 
miał w pogotowiu, wybiegły jak obce, nie wiadomo skąd. Były one 
mądre i doskonale piękne. One mu dopiero pokazały, czym to było, 
że w najgłębszej swojej istocie ona i on już są nierozerwalną 
jednością. Na próżno szarpać się i miotać. Nie odmieni tego, co 
zasądzone w losach, ani jej ślepy upór, ani żadne choćby 
najgłupsze przeszkody życia. Nie obronisz przed szczęściem swoich 
ponurych smutków, ty szalona! Bezładne, obojętne wydarzenia, w 
których tonie dola człowieka, dla nas ułożą się same, sprawią cud 
osiągnięcia i wypełnienia. Czyż to, żeśmy się w życiu spotkali, 
nie było właśnie najtrudniejszym cudem? 
A dalej jak ze złototęczowej księgi odwracały się jedna za drugą 
karty, malowane znakami szczęścia, głębi, piękności. Ich życie! 
Stopią się on - ona w niebywałego człowieka. Nowy Marek Świda 
dogoni i przegoni swój los, zadziwi świat. Ożyje, zaiskrzy się 
skarbami klejnotów zakopane w nim nienaruszone bogactwo. Bije 
słońce, bije gorący wiatr w purpurowy żagiel ich łodzi, ucieka 
brzeg znajomy, wsiąka w wodę: zanika, znika. Sami w nieogarnionym 
obszarze życia, ponad jego głębiną, na jeziorze swego czasu. Nie 
widać starego brzegu, nie widać nowego. Seledyn, lazur, roztopione 

background image

turkusy, a nad tym chyli się żagiel płonący w słońcu. A ponad tym 
obłoki, obłoki, obłoki w modrej głębinie nieba. 
Wciągnięty w wizję, nie spostrzega, że pochyliło się, 
szczerwieniało i urosło jesienne słońce. Zajrzało w wilgotny cień 
pod lipą, jak lampa oświetliło milczącą kryptę mogiły. Wieczorny 
chłód gromadził się w gęstwinie konarów i spływa w dół w 
nieznacznie zapadający zmrok. Przy bramie "Komisarz" dzwoni 
wędzidłami i zawzięcie grzebie kopytem. Na miękkiej drodze 
przeminie stłumiony turkot, pył wzniesie się ponad mur cmentarny i 
opadnie. Zapamiętał się Marek w sprawach tajemnego marzenia, ani 
spojrzenia, ani jednej myśli nie miał dla tego, którego resztki 
spoczywały przed nim przywalone wiecznym ciężarem ziemi. Osiągał, 
zabierał to, co po nim zostało. Jego święte dziedzictwo już wplótł 
we własne życie. Cieszył się nim bezwstydnie w przedwczesnej, 
rozpętanej radości. Już zapomniał o przyjacielu. 
IX 
Okna pokoju Marka wychodziły na szczątek starego parku, utajony 
pośrodku miasta. Kilkadziesiąt potężnych pni, konary poznaczone 
śniegiem czyniły złudzenie zacisznego odludzia. Z okien nie było 
widać ślepego muru sąsiednich kamienic, jeno poprzez drzewa dwa 
staroświeckie domki, kryte dachówką, z mansardkami. Cisza i 
spokój, przedziwny urok miejsca jakby niezmiernie oddalonego od 
samego siebie, od tego, co je otaczało wkoło, co było niezbitą 
prawdą. Prowincja zapadła i zamierzchła w sercu hałaśliwej, 
niespokojnej Warszawy. Gdy wrony obsiadały gałęzie i darły się, i 
krążyły, niepodobna było uwierzyć prawdzie, że dość przejść do 
frontowych pokojów, by ujrzeć tłuszczę wielkomiejską, mrowiącą się 
po ulicy, tramwaje, samochody, wytrzeszczone wystawy sklepowe, 
skręt i ruch zawzięty, ponury smutek tej wesołej karnawałowej 
stolicy, a w jej ożywionym tłoku pomimo wszystko jakąś jednak 
przeraźliwą pustkę. Marek nie cierpiał Warszawy. Twierdził, że 
nasza stolica nie ma żadnego charakteru, ani własnego oblicza, ani 
duszy. Jest to nagie miejsce, gdzie przeszłość zatraciła się i 
zmarła, a młoda teraźniejszość nie zakorzeniła się jeszcze. 
Dozwalał łaskawie wierzyć, a nawet spodziewać się, że kiedyś, 
kiedyś zapewne i Warszawa nabierze wyrazu i stanie się godną 
imienia stolicy wielkiego państwa. Na razie... 
Na razie kamieniem przesiadywał w domu, w swoim ukochanym, 
wygodnym pokoju. Chodził z kąta w kąt, ćmił papierosy i dozwalał 
przewalać się po rozpróżniaczonej głowie wszelakim myślom, 
pomysłom, wymysłom, marzeniom, głupstwom, dziwotworom. Skąd się to 
brało? Tak sobie, z niczego. Do czegóż to wszystko zmierzało? Tak 
sobie, do niczego właściwie. Jeżeli w ogóle był w tym jakowyś 
sens, a raczej nikły takowego odsetek, to w szalonym 
przypuszczeniu, że arkusze, zamknięte na dwa spusty w tajemnej 

background image

szufladzie, dają okruszynę prawdopodobieństwa, pewnej nadziei... 
Na daleką, oczywiście, na bardzo daleką metę, za dobre kilka 
lat... Marek już pisał. W tajemnicy, przy drzwiach zamkniętych na 
klucz, żeby go ktoś nie złapał przy biurku, żeby nawet przesprytny 
Nusym nie przewąchał. Nie na serio, niby żartem, ot tak sobie, ale 
z maniackim zapałem i uporem. Całymi nocami, w gorączce, w 
zamęcie, w szczęściu. Samego siebie się wstydził, a pisał. 
Zdawało mu się, że dopiero teraz, gdy się wreszcie odważył, ujrzał 
i poznał samego siebie takiego, jakim był w całej swojej prawdzie. 
Życie zewnętrzne, nielitościwie realne, to niby prawdziwe, jakie 
pędzą wszyscy inni, naraz przestało go dręczyć i wiązać. Co za 
ulga! Od małego dziecka pałędał się pomiędzy ludźmi w niejasnym 
podejrzeniu, że nie jest taki jak inni, że mu czegoś brak, że 
każdy od niego lepszy. W tym, co było, we wszystkim, co się działo 
zwyczajnie i jak należy, pełno było czczej nudy. Zawsze się 
zachciewało, żeby było zupełnie inaczej. A gdy należało radzić o 
sobie samemu, co za troska wyłaziła zewsząd i truła mu radość 
pierwszej młodości! W dobrej czy złej chwili zawsze wisiał nad nim 
kłopot, co on ma ze sobą robić, kędy ma się w życiu obrócić ze 
swoją dziwną osobą. Wiedział, że był do niczego, bo mu się nic nie 
chciało, oburzał się, kiedy ojciec mawiał o nim krótko: - Leń. - 
Przenigdy! Pracowałby z rozkoszą, gdyby wiedział, co on ma robić, 
po co i na co. Albowiem robić to, co wszyscy, żyć tak sobie, tylko 
aby żyć - było to godne krowy, konia, fornala, dziedzica, księdza 
proboszcza, nawet doktora Niemyskiego i wszystkich co do jednego 
belfrów z siedleckiego gimnazjum. Wiedział to niezbicie, jeszcze 
kiedy był głupim uczniakiem. Jako głupi roił o sobie z całym 
spokojem niestworzone dzieje i z góry wiedział, że coś z tego 
będzie, a czas był przed nim bez granic. W Krakowie gnębiło go 
widmo nudy rozsądnego życia, na które i on był skazany i już w nie 
właściwie wchodził, nie pytany, chce czy nie chce. Na szczęście 
wojna uchroniła go od tego strasznego losu, bo gdyby nie ona, to 
kto wie, co by z nim było o tej porze. Wreszcie, nareszcie... 
Ach, Nusym Skurnik przy pierwszym po latach spotkaniu powiedział 
mu był i przepowiedział, że chyba będzie artystą, bo nic innego 
nie potrafi. Zrazu nie uważał na to, ale teraz jakaż otucha bije 
od tych słów proroczych, które zapamiętał był i nosił w sobie 
utajone. A teraz trzeba, żeby się Nusym nie zawiódł lub, co 
gorsza, nie był się omylił. Na razie dobrze szło - na psa urok. 
Wszelkie troski i ciernie odkładał na odległe kiedyś, na czas 
właściwy, gdy wypadnie przebyć straszną próbę druku i ujawnienia 
swej wartości. Może wielkości? A może tylko śmiesznej nędzy? 
Pisanie odgrodziło go od nudy i pustki powszedniego bytu i od 
przymusu rzeczywistego przeżywania. Ono ukoiło jątrzące tajemne 
cierpienie. Opętanie jego uniosło się wysoko ponad skąpą i 

background image

niezgrabną rzeczywistość tego, co było naprawdę. Niespodziewanie 
wraz ze swoim cierpieniem znalazł się w krainie snów. Nie on, lecz 
ktoś inny za jego wiedzą kochał tę dręczycielkę. Był to człowiek 
co się zowie wyraźny i skończony, jednak absolutnie podobny do 
niego samego. Ona królowała jak bóstwo w niepewnym, przyćmionym 
świetle świątyni. Dopiero w samowoli niepoczytalnego zmyślenia 
zmierzył Marek własne dla niej uwielbienie. Przejęło go ono 
upajającym zachwytem. Opasało go, zanurzyło, pogrążyło na samym 
dnie jakiegoś nowego istnienia, wobec którego znikł bez śladu cały 
ten świat i jego obyczaj, i jego prawo. Ekstaza nie znała ani 
granicy, ani przeszkody, dozwolone było każde szaleństwo. Pisał 
nocami, zapamiętywał się i zatracał się, jak samotny opętaniec, 
którego nie było komu strzec i pilnować. Na schyłku nocy zimowej 
przemordowany i wniebowzięty przechodził z upojenia w sny, a gdy 
się budził koło południa, długo nie wstawał jeszcze, ścigając 
zacierające się zjawy senne. Chwytał do ręki wczorajsze kartki i 
czytał z nich, chwilami nie wierząc oczom, rzeczy nie znane, jak 
gdyby nie on to pisał. Poddawał się rozkosznemu zamąceniu, 
niepewności siebie i wszystkiego, co było poza jego wielką 
tajemnicą. Aż pewnej nocy zebrał kilkanaście dopiero co zapisanych 
kartek, nie czytając zalepił w kopertę i nie wahając się ani przez 
jedną chwilę wydzwonił pana Łukasza, który czuwał na nocnej 
służbie przy jakimś przyjęciu. Na rano kazał mu doręczyć list 
wedle adresu. Położył się i zasnął, a nazajutrz z tego listu 
pozostało jeno mętne wspomnienie, przypuszczenie, że i tak być 
mogło, a mogło i całkiem nie być. Wszystko jedno. 
Ten stan błogi i niebezpieczny trwał około sześciu tygodni. 
Dorobek nowego literata liczył nieprawdopodobną ilość zapisanego 
papieru. Były to wybuchy natchnienia, bujne strzępy nadzwyczajnych 
jakichś fragmentów, zmierzających ku olbrzymiemu dziełu, którego 
kształty gubiły się jeno w chaosie, a które miało być dziełem 
epoki. Jeżeli nie wszystko, to na razie prawie wszystko było o 
miłości. Zapomniał Marek o świecie bożym, a nikt mu nie 
przeszkadzał. Nusym był idealnym gospodarzem. Nie pokazywał się 
prawie, raz na parę dni wpadał na chwilę, wypalił papierosa, 
pogadał o niczym i znikał. Nigdy o nic nie pytał, nic mu nie 
radził. Marek tkwił ukryty w najzaciszniejszym zakamarku 
olbrzymich Nusymowych apartamentów. Działy się tam przeróżności i 
konferencje, konwentykle, rauty, uczty, bale, orgie. Przewijało 
się mnóstwo ludzi, stosunki Nusyma były przeogromne. On sam wciąż 
gdzieś wyjeżdżał i wciąż skądś powracał, w domu był gościem, ale 
bliżsi przyjaciele, których liczył powyżej stu, gospodarzyli u 
niego jak u siebie w domu i bez żadnej przerwy bawili się, radzili 
i knuli coś. Lokal, zdobyty za cenę niezliczonych intryg, poparć, 
wybiegów, łapówek, zajmował całe piętro starej kamienicy i liczył 

background image

jedenaście pokojów. Miał się tam przenieść Bank Ex-Import, Polhurt 
oraz jakoweś "G.G.I" instytucja o nieokreślonych zadaniach, a w 
końcu Nusym zabrał cały ten rozległy labirynt na swój własny 
użytek. Hall, jadalnia, salon i parę pokojów były umeblowane 
wspaniale i krzycząco, reszta byle jak, a było i parę pokojów 
absolutnie pustych i zapuszczonych, gdzie czasami zalegały stosami 
jakieś paki, worki, balony, ustawione szczelnie, jak w towarowym 
wagonie. Czasami te ciężkie bogactwa znikały bez śladu, a w 
pustych pokojach zjawiały się biurka, stoły, półki, telefony i 
panny klekoczące na maszynach do pisania. Pewnego dnia znikło i 
to, przezwyciężone i wyparte przez ponurego żydowskiego samotnika, 
który krył się w przestronnej budowli biurka amerykańskiego i 
pilnował kolosalnej kasy ogniotrwałej. Marek, pochłonięty manią 
miłości i pisania, dopiero w końcu stycznia zaczął interesować się 
nieco tym, co go otaczało. Wydarłszy się dalszym natchnieniom, 
wszedł kiedyś tak sobie do gabinetu Nusyma. Przy stole okrytym 
zielonkawą starą makatą (tzw, stół konferencyjny) siedziało w 
dymie dziesięć osób zaprzątniętych grą, naokoło liczna galeria 
dość przyzwoita, paru oficerów polskich i francuskich, jeden 
bardzo stary generał. Bankierem był młody człowiek, zdechły i 
wytworny. Zagasłe oko przez monokl patrzało kędyś w nicość, 
wychudłe, białosine palce przebierały nerwowo w leżącej przed nim 
kupie banknotów. W kącie na kanapie siedziało dwóch zrozpaczonych 
Żydów w kraciastych amerykańskich ubraniach, z obrzydłymi, 
struchlałymi oczami. Do tych skazańców przemawiał coś 
najserdeczniej stary siwy pan, patriarchalny, sarmacki, 
sympatyczny. Marek skrzywił się i przymknął drzwi. Zastukał z 
kolei do tak zwanej "malinowej sali", wreszcie ujął za klamkę. Gdy 
otworzył drzwi, uderzył w niego zgiełk i gwar wielu ludzi 
usiłujących przekrzyczeć się nawzajem. W gęstym dymie cygar, w 
jaskrawym blasku wielkich lamp ujrzał gromadę zajadle kłócących 
się panów. Porozwalani na kanapach i wielkich klubowych fotelach; 
panowie ci wrzeszczeli ku jakiejś strasznej, łysej pokrace o 
kanciastej czaszce, wielkiej jak ceber. Maleńkie to straszydło 
stało w kącie jakby osaczone i darło się z zamkniętymi oczami, 
czerwone, spocone, szeroko obracając paszczą ze złotymi zębami. 
Marek cofnął się, zamknął drzwi i wrócił do siebie. Był 
przerażony. 
"Cóż to za kanalie? Gdzie ja jestem? Na czarnej giełdzie?" 
Nie obchodziły go nigdy interesy Nusyma, nawet teraz, gdy mu 
powierzył swój zapomniany skarb, który przeszło dwa lata przeleżał 
w kuferku w oficynie jordanowickiej. Gdy szedł na front, zamierzał 
to dać bratu na jego melioracje; ale się powstydził. Dolary mogły 
wzbudzić w Kubie słuszne podejrzenie, a powiedzieć prawdy nie 
mógł, gdyż nie było człowieka na kuli ziemskiej, od którego można 

background image

było wymagać, żeby w to uwierzył. Byłoby zupełnie oczywistym, 
gdyby go okradziono w drodze, nie wiadomo kiedy i jak. Ale taki 
dar ślepego losu był absolutnie wykluczony. Ludzie są bez 
wyobraźni i mają swoje nałogi. Czysta prawda była tu kłamstwem, z 
grubsza pokrywającym nieczysty interes. Nakłamać coś dla 
usprawiedliwienia tej kwoty nie chciało mu się. Zresztą chwilami 
sam wątpił, skąd mu się wzięła ta grzeczna sumka. Nusymowi nie 
potrzebował się opowiadać, po prostu spytał go, czyby on tym nie 
obrócił z parę razy, ot tak sobie, na jakichś skromnych warunkach. 
Po powrocie zostało mu koło dziesięciu tysięcy. 
Usłyszawszy tę cyfrę, Nusym zagwizdał z najwyższego tonu 
przeciągle i czysto. O tej porze dolary w Polsce zaczęły już na 
dobre odgrywać rolę mistyczną. Sprawiały cuda, przewroty. 
Dotykając dziewiczej gleby polskiej, gołej jak święty turecki, 
każdy papierek dolarowy stawał się kamieniem filozoficznym, który 
rzucony byle jak i w byle co, wytwarzał na poczekaniu nieprzebrane 
bogactwa. Za każdym obrotem pomnażał się i rósł, płodził się 
chorobliwie, jak najgorsze robactwo. Spisali u rejenta formalną 
umowę i dolary w mgnieniu oka wsiąkły w zgłodniały polski rynek. 
Nusym wróżył urodzaj lepszy niż na ziemi egipskiej za siedmiu krów 
tłustych. 
Chodził po swoim pokoju i klął. Jak obudzony z rozkosznego snu, 
dostrzegł nie tylko podejrzane interesy Nusyma, w które pośrednio 
i sam był wplątany, ale i cały odmęt swoich własnych 
najwewnętrzniejszych kłopotów. Spostrzegł, że już go opasała nuda 
i pustka, od których odjechał był w krainę nieprawdziwości i 
marzeń. Bawił się tam niczym za najlepszych czasów w Zimnych 
Dołach, no i wreszcie musiał powrócić, tak samo jak wracał po 
wakacjach do obmierzłej szkoły. W jednej chwili zawalił się 
potężny gmach odzyskanego szczęścia, jego szczytne powołanie, 
mocna twierdza literatury, zmurowana z grubych umów. Jęknął ze 
wstydu. Jakże on mógł!?... Zapamiętać się, tak idiotycznie zaufać 
wierutnemu głupstwu?! Stek nonsensów, bujdy przeokropne, 
uczniowskie deklamacje, bezwstydnie obnażone plagiaty, 
grafomaniactwo pierwszej klasy, przeplatane straszliwymi 
wierszydłami, nad którymi płakał z zachwytu - on jeden na całym 
bożym świecie... Co za szczęście, że nikt o tym nie wie i nigdy 
nie będzie wiedział. Nikt nie przypuszcza nawet. Smutna radość. 
Gorzka ulga... 
Nagły dreszcz - ona! Czytała! Czytała! Posłał jak wariat te 
wiersze. Jak ostatni kretyn i matoł wybrał właśnie te same, 
najgorsze z najgorszych! Czytała i nie cofnie tego żaden cud. 
- Nigdy nie będzie mógł pokazać się jej na oczy. Skończone 
misterium niebiańskie, astralne - utonęło w głupstwie. Zachciało 
mu się roześmiać. Głośno, najgłośniej! Nie mógł, zdjęła go 

background image

rozpacz. Na szczęście w tej złej chwili zjawił się Nusym. 
- Cóż to, szukałeś mnie? Nareszcie raczyłeś wynurzyć się ze swojej 
wieży z kości słoniowej? Jestem na twoje usługi, strasznie rzadko 
się widujemy. 
- Słuchajże, Nusym... 
- Marian, jeśli łaska. 
- Czort cię bierz razem z Marianem!... 
- No co? No co? 
- Słuchaj, czy i ty już jesteś łajdakiem?! 
- Co znaczy - już? Więc dotychczas jednak... Co się właściwie 
stało? Nagadał ci kto świństw? Czytałeś paszkwil na mnie w 
"Nowościach", w tej najpodlejszej szmacie? Toć to zwyczajny 
szantaż, chcą coś urwać, tylko że ja nie dam. 
- Nic podobnego. Po prostu zajrzałem do twoich zakamarków. Nigdy 
nie widziałem podobnego b... Co się tu u ciebie wyrabia? Co za 
straszna granda! I pomyśleć, że moje pieniądze... 
- Twoje pieniądze są w moich rękach, a ta granda... 
- Paskarze! Zdziercy! Spekulanci! Czarna giełda! Kto jest ten 
straszny karzeł? Co za kanalia? 
Nusym słuchał cierpliwie. Marek wyzwierzał się za wszystkie swoje 
krzywdy, za wszystkie własne głupstwa. Co miał robić? Urągał. Był 
grubo przykry. Obrażający. Zrywał z Nusymem. Wypowiadał mu 
przyjaźń i dolary. Wyprowadza się natychmiast. Na tym zakończył i 
sapał. Nusym śmiał się serdecznie, po prostu. Zaczęli gadać. 
Niepokojący okropny karzeł to prezes G. G. L, poczciwina, Roch 
Trydulski, Wielkopolanin. Stracił wszystkich trzech synów na 
zachodnim froncie i służy Polsce wiernie jak pies. 
Prawdziwą kanalią jest niezaprzeczenie Tymoszek Wikłaszewski, ten, 
który w gabinecie trzyma bank. Pomniejszych draniaszków oczywiście 
nie brak, są i u nas, o, są. Bez takich nie ma handlu. Za wiadome 
dolary można było założyć kilka sklepików z wiktuałami - to 
dopiero paskarze! Można je było zwyczajnie puścić na lichwę i nic 
nie robić. Ale mowa była o odbudowie, o sanacji, o odrodzeniu. To 
się robi, właśnie to, i na wielką skalę. Co znaczy skala? Trzeba 
iść w kupie, towarzystwa akcyjne, koncerny. Trzeba mieć kolosalne 
stosunki, wszystko wiedzieć, wszędzie na czas dotrzeć, wleźć i 
zdążyć. Informacje poufne, chytre manewry, zasadzki, pułapki, 
ataki - jednym słowem walka niczym na froncie. O co? O samą 
możność uczciwego obsłużenia Polski. Tak jest! Tak jest! Przeciw 
komu? Przeciw straszliwej potędze łajdactwa, które pcha się nawałą 
na żer, nieprzeliczone jak szarańcza, zaciekłe, chamskie, bez czci 
i wiary. Mało kto wie, ile trzeba czasu, pracy i ilu świńskich 
środeczków, żeby móc ostać się wobec takiej konkurencji - dajmy na 
to przy każdej poważniejszej dostawie rządowej. A do tego 
przełamać biurokratyczny formalizm, głupotę tymczasowych ustaw i 

background image

kretynizm, jeżeli nie złodziejstwo, funkcjonariuszów, którzy 
decydują. Cóż dopiero, jeżeli wchodzi w grę myśl twórcza, 
inicjatywa, coś nowego!... Tragifarsa i tyle: Co za typy ludzkie, 
co za kawały! Rzeczy nie do wiary, okropne. 
- Opowiem ci, co mi się wydarzyło nie dalej jak w grudniu. Dopiero 
zrozumiesz, w jakich warunkach pracuje człowiek, który nie tylko 
chce zarobić, ale i zrobić coś, i to uczciwie. 
Nusym gadał z godzinę, a Marek myślał o swoim. Niepodobna, żeby 
wszystko, co napisał, było ostatnią nędzą, ale na wszelki wypadek, 
dla pedagogiki, zaraz to spali co do świstka. Zdjął go żal - 
przecie to jest wszystko, co mu zostało na świecie... Nie! Żadnych 
sentymentów! Trzeba się opanować. Nie dość skrobać piórem całymi 
nocami, trzeba myśleć, budować, pilnować sensu, jakiegoś wątku. 
Wziął go wstręt do paroksyzmów i natchnień. Jeszcze dziś siądzie 
do prawdziwej roboty. Już wie, jak sobie należy poczynać: 
spokojnie, powoli, zawsze z cuglami mocno w garści. Jeszcze 
dzisiaj... Nie! Przez dwa tygodnie nie weźmie pióra do ręki. Już! 
Nagle szalona myśl. Wziąć z szuflady byle co i przeczytać Nusymowi 
zaraz, natychmiast. Po prostu dla obiektywnego sprawdzenia. Nie 
pytać go o zdanie, nie dać mu pary z gęby puścić, i tak od razu po 
oczach mu będzie znać, co to takiego jest, a czym nie jest. Ma się 
wstydzić takiego Nusyma? A jeżeli się okaże, że - owszem (choćby w 
minimalnej części - owszem), to co za ulga! Jakie szczęście! W tym 
wypadku nie grozi mu hańba śmieszności, a więc i ona jeszcze... 
Jeszcze... 
- Teraz rozumiesz, że w najuczciwszym interesie niepodobna ani 
kroku ruszyć bez kanalii. Kanalia nie da się wyrugować. Spróbuj no 
co zacząć w nieposzlakowanym gronie, w dobranym i przebranym. 
Myślisz, żem nie próbował i tego w moich początkach? Do dziś dnia 
prowadzę strasznie przykrą likwidację "Utwodu" - o, tu obok, za 
ścianą... 
- Ten okropny parch? Żebyś ty wiedział, co on opowiada przez 
telefon! Wyobrażam sobie, jak mu tam wymyślają! A potem wyje, wyje 
całymi dniami jak obłąkany pies. 
- Wiem... Chór Pielgrzymów. To zapamiętały wagnerzysta, ale 
zupełnie pozbawiony ducha. Zacności dusza, wszystko, co miał, 
stracił, byle tylko wyjść z honorem. A nieposzlakowana kompania 
śmiertelnie skłócona, oszczerstwa, sądy. Człowiek nieposzlakowany, 
kiedy się weźmie do interesów, dziwnie szybko staje się gorszym od 
Żyda, lepszym od najlepszej kanalii. Za swoje tysiąc marek 
polskich wkładu chce być bogatym, i to od razu, od razu! Taki 
pójdzie na wszystko, przymykając swoje uczciwe, szczere oczy, 
byleby ktoś inny robił za niego najgorsze świństwa, a jemu co 
miesiąc wypłacał sumy fantastyczne. Z takimi nie próbuj nigdy 
czego budować. Jołopy, próżniaki, najuczciwsi ludzie, a u każdego 

background image

na dnie duszy zatajony chlew, a w chlewie kwiczy zwyczajna świnia. 
- Ale powiedz mi, Marianie, wiesz, jak cię lubię i szanuję, co ty 
sam jesteś? Jak ja mam ciebie brać? 
- Mnie? Bardzo po prostu. Chcę być bogatym, i to bardzo bogatym, 
ale zarazem chcę zaważyć w społeczeństwie nie tylko groszem. Oto 
mój program: za parę lat ma nie być w Polsce ani jednego poważnego 
finansisty, ani ministra skarbu jakiego bądź gabinetu, ani takiego 
syndykatu, ani takiego koncernu, który by za mnie nie zaręczył. 
Marian Plechyński to talent, siła, prawość. Żadna szlachcianka nie 
dba tak jak ja o swoją dziewiczość. 
- Bardzo pięknie, ale w takim razie po co zakładasz w domu 
szulernię? 
- Dziecko jesteś. Muszę prowadzić dom otwarty. 
- Żeby każda szuja mogła... 
- A przepraszam. Żadnej szui nie spotkasz w moim domu. Ani jednej. 
Ani razu! 
- Sam mówisz, że w interesach bez kanalii... 
- Tak powiedziałem, ale kanalia a szuja to dwa przeciwieństwa. Nie 
śmiej się, bo nic jeszcze nie rozumiesz. Szuja? To zwyczajne 
bydlę, wyciruch, nicpoń, reporter szantażysta, wykolejeniec, co 
się czepia każdego i wszystkiego, alfons i stręczyciel, nabieracz, 
ordynarny złodziejaszek, przy którym stu marek nie można zostawić 
na stole, taki, co to w garderobie zawsze się omyli i bierze 
lepsze palto, lepszy kapelusz i nowe kalosze. Szui możesz 
publicznie napluć w oczy, wykopać go ze schodów, a wróci, jakby 
nigdy nic. Takiemu pokaż jednego dolara i możesz mu kazać 
aportować jak psu, taki na obstalunek byle opoja będzie ci pływać 
po podłodze na brzuchu, żeby doczołgać się w drugi kąt pokoju do 
zmiętoszonego papierka i wziąć go zębami... Zaś co do kanalii, to 
jest tego parę gatunków i sporo stopni, ale każda przedstawia 
pewną wybitną wartość. Albo talent, albo spryt, albo węch, a 
przede wszystkim charakter. Kanalia ma cnoty bojowe: ryzyko aż do 
kryminału, zapał, wytrwałość. Kanalia jest twórcza... 
- Marianku, czemuż nie jesteś kanalią? Ty biedaku... 
- Nie jestem, bo mam cel ogólniejszy, idealny, a nie tylko własny. 
Oto zasadnicza różnica. Bo nie pozwalam sobie na wszystko, byle 
dopiąć celu. Bo na każdym kroku muszę się miarkować i często 
cofać. Kanalia idzie na całego i dlatego w walce o byt góruje nad 
takimi jak ja. Na całej kuli ziemskiej w interesach króluje 
kanalia i ludzie mojego pokroju muszą z nią żyć w pewnym 
kompromisie, jeżeli nie chcą być wyrzuceni poza nawias. Kanalia 
jest uzbrojona od stóp do głowy i po same zęby, a ja przestrzegam, 
że tak powiem, haskich paragrafów, i ani gazów trujących, ani 
bakteryj, ani bomb z powietrza na bezbronne miasta. 
- Ale łapówki dajesz? 

background image

- Łapówki? Dziecko jesteś, czyż bez tego można coś zrobić nawet 
dla dobra publicznego? Mój współzawodnik, kanalia, oferuje dostawę 
za cenę, powiedzmy - sto, ja, caeteris paribus, za siedemdziesiąt 
pięć. Sprawa jasna, państwo zarabia na czysto 25 procent. Jestem 
zupełnie pewny swojego, więc nie daję łapówki. On daje łapówkę i 
jest jeszcze pewniejszy. Dostaje koncesję on, a nie ja. Na 
porządku dziennym! Łapówka to nieodzowny wstęp do rzeczy, bez tego 
nie ma nic, ale nie tylko u nas, drogi Marku, tak źle nie jest, 
tak jest na razie wszędzie, na całym świecie, po wielkiej wojnie 
światowej. Jutro jadę do Paryża, już wysłałem depeszę, nareszcie 
dobiłem targu o dostawę butów. Wiesz, co to jest "Mob"? Zapasy na 
wypadek wojny. Otóż wynalazłem stock cudownych butów amerykańskich 
- trzysta tysięcy par: I tanio! Za bezcen! Moi eksperci sprawdzali, 
siedzieli w tych butach dwa tygodnie. Za łapówkę francuską i 
amerykańską zrobiłem umowę wstępną, dałem zadatek, byle się 
zaczepić, i walę do Warszawy, a tu oczywiście formalności, 
przeszkody. Latam wszędzie, latają inni. Najzacniejsi ludzie 
zupełnie bezinteresownie przemawiają do wysokich stosunków, 
perswadują, błagają. Latają moje kanalie i wszędzie płacą. Wszyscy 
się zgadzają, naturalnie, świetny interes - towar niebywały i 
półdarmo - przy wyprzedażach stocks de guerre - tak bywa nieraz. 
Cudem udało mi się wyprawić na łeb na szyję komisję ekspertów z 
departamentu. Wszyscy trzej co do jednego ludzie najzupełniej 
przyzwoici, bo i to się zdarza. Pojechali. Szef departamentu 
oświadcza mi, że sprawa załatwiona. Eksperci ślą entuzjastyczne 
telegramy. Przyjeżdżają, natychmiast składają raport, a ja czekam. 
Czekam, to jest latam wszędzie i kołaczę. Szef, wiceminister sami 
się niecierpliwią, bo termin tuż, mój zadatek przepada, umowa 
przepada, cena się podniesie trzykrotnie... Telefony, telefony, 
telefony. Wszyscy się zgadzają i chcą, i wszyscy się dziwią, że 
sprawa nie idzie. Brak jakichś uzgodnień. Zaginęła teczka z 
wykazami. Nie ma kopii - wyrzucają dwie maszynistki, pakują do 
kozy podchorążego i dwóch sierżantów, a tu w gazetach słodkie 
wzmianeczki, niby jeszcze nic, ale ostrzegające. To Symcha 
Bąkower, mój konkurent, oznajmia się jak daleki grzmot. Płacę. 
Wreszcie pewien zacny chłop, mój wierny wyżeł, wyniuchał główną 
przeszkodę. Któż by się był spodziewał - zapomnieli o pułkowniku 
X., skrzywdzili kochanego staruszka. Sypie natychmiast z 
przeprosinami Wikłaszewski. Ale starowina obrażony. Awantura z 
krzykiem, grozi sądem, o mało nie apopleksja. Jak pan śmiesz! 
Wikłaszewski przeprasza, całuje go po rękach, płacze i błaga o 
przebaczenie. Poczciwina przebacza, przyjmuje nawet zaprosiny do 
mnie na niewinne karcięta: Przed godziną Wikłaszewski przegrał do 
niego to, co mu wypadało, i jeszcze drugie tyle, albowiem każdemu 
wolno mieć swoje zwyczaje. Odetchnąłem. Ale Wikłasz to skąpiradło, 

background image

ograł mi za to do nitki dwóch Amerykanów, na których mi zależało. 
Nie dopatrzyłem, u diabła, nie mogę być wszędzie naraz. W tych 
butach siedzą i twoje dolary. Jeżeli w przyszłej - nie daj Boże 
- wojnie polska piechota nie będzie chodziła na przemoczonych, 
odmrożonych lub odparzonych kopytach, albo też zgoła bosa, to i 
dzięki tobie też. Nie wiem, jak gdzie indziej, ale moja kompania 
biła się i na papierowych podeszwach. Marku, może ci co przywieźć 
z Paryża? 
Paliły się spokojnie i jasno skazane opowieści, płonęły 
natchnienia, westchnienia. Gorzały najszczęśliwsze godziny życia, 
znikali dziwni ludzie, kochani i bliscy, umierali na za wsze razem 
ze swoimi losami, których już nikt nie pozna. Ginęły nieczytelnie 
pomazane karty, na których spisane były w gorączce i pośpiechu 
akty poczęcia tworów mających żyć nieśmiertelnie. W otchłań 
niebytu wracały nie urodzone pokolenia upajających postaci. Nie 
odegra się już ich misterium. Niechże przyszłość sądzona będzie 
przenajświetniejsza, niech zapłoną nowe natchnienia, niech wyrosną 
jak liście na drzewie karty dojrzałe, karty najmędrsze, karty 
przepiękne, nic nie zasłoni w pamięci tej ofiary całopalenia 
dzieci pierworodnych, najdroższych. Zawsze w duszy szeptać coś 
będzie, że one były jedyne i nieomylne. 
Marek wytępił wszystko, co miał po szufladach, czynił to z 
zajadłością i z pośpiechem konspiratora, do którego dobijają się 
żandarmi. Bał się opamiętać. Musiał doprowadzić rzecz do końca, 
musiał dopełnić na sobie gwałtu ekspiacji. Może tego kiedyś srogo 
pożałuje, może już nawet za godzinę. Jeżeli tamto wypływało ze 
szczerego natchnienia, to i teraz jest jak w upojeniu. Owładła 
nim idea natrętna i pilna. To tu, to tam wyrasta opętujące 
spojrzenie oczu. Migoce w gwiazdach, przebłyska w ogniu, czai się 
po kątach w zmroku... Natychmiast musi śpieszyć do niej. Coś go 
woła natarczywie. Jakaś siła wypycha go z domu. Już, już! Ale 
zanim pójdzie, musi te papierzyska wyniszczyć do ostatniej reszty. 
Powie po prostu: byłem wariatem i pisałem brednie - to przez 
ciebie. Wiesz, co to było, boś dostała ode mnie na próbę. Teraz 
ozdrowiałem i już przenigdy!... Będę statecznym człowiekiem, będę 
jak inni. A jeżeli i teraz będzie się z niego śmiała, jeżeli na 
całe życie zostanie dla niej śmieszny? Boże miłosierny, ten 
fragment, dlaczego właśnie ten najgłupszy?! Zgrzytał zębami ze 
wstrętu do siebie. 
Ulica, mróz, śnieg. Sklepy jeszcze otwarte, tłumy ludzi. Płyną, 
śpieszą, prześcigają się niewyczerpane gromady czarnych postaci. 
Wszędzie pełno ich niespokojnej krętaniny, spojrzeń, słów, 
urywków, uśmiechów, gestów. Przebiegają i giną, objawiają się i 
gasną coraz to nowe ich oblicza, przerozmaite, poosłaniane 
jednakowo zimną, obojętną, nieprzeniknioną wielkomiejską maską. 

background image

Jaskrawe światła wystaw sklepowych krają tłum na pasma, każdą 
postać obleją ostrym blaskiem, odsłonią ją nagle i cisną w zmrok, 
podadzą ją dalej pod snopy precz czyhających promieni. Ulica mieni 
się w oczach, drga niepoznawalna i niespokojna. Oddechy 
niezliczonych piersi ulatują w mroźnym powietrzu obłoczkami pary. 
Światła i blaski iskrzą się na śniegu, migocą. Olbrzymie okna 
sklepowe szydzą spokojnie z gromad przylepionych do szyb, 
pożerających oczami rzeczy najprzedniejsze i najdroższe, bogactwa, 
wytworności, piękno, których nigdy w życiu nie zaznali i nie 
zaznają. Gapi się ulica jak urzeczona w uwielbiającym zapatrzeniu. 
Nędzna jej zawiść, martwe jest pożądanie pariasów. Dobre i to, że 
wolno patrzeć. Taki jest świat. Nie od dzisiaj... Świergoce świeży 
śmiech dziewczęcy, krzyżują się spojrzenia, ścigają się pary. W 
rażących odblaskach reklamowych tłum pcha się do kina, zgłodniały 
ułudy, cudzych przygód, cudzych cierpień, dalekich przestrzeni, 
obrazów bogactwa, nadzwyczajności, cudów. Zagubić się bodaj na 
chwilę, zapomnieć o tym, co jest i czym się jest - "Królowa 
Siedmiu Wysp". 
Jakże mu smutno i samotnie pośrodku tłumu. Martwo jest w tym 
kipiącym, hałaśliwym życiu ulicy. W ojczystej stolicy wszystko 
obce, nieodgadnione. Jak wyrodek przemyka się między swoimi, 
gardząc ludźmi i wszystkim, co w sobie niosą, i podpatruje ich z 
zawiścią. Czemuż nie jest jak oni? Zmaga się ze światem, ze swoim 
czasem, ze sobą. Na próżno czeka na chwilę, gdy zerwie mu ktoś 
sprzed oczu zasłonę i okaże prawdę życia, prawdę czasu. Nie 
potrafi myśleć, rozważać, badać. Dręczy się zgadywaniem i upaja 
wyobraźnią, odrzuca to, co jest, i nigdy nie wie, czego chce. 
Uporczywie trzymają go się sny, majaczą wizje przez mgłę i nigdy 
nie dadzą się poznać. Proste, odwieczne, codzienne bytowanie 
miasta niesie w sobie niezgłębioną tajemnicę. Miasto opętuje. W 
splątanym nurcie tłumów, w mrowisku ulic, odzywa się zgłuszony 
akord ze wszystkich tonów życia, jak daleki szmer morskiego 
przypływu. Poczyna się i zanika nie domówione tajemnicze słowo, 
wyraz tego, co jest. "Wytężaj, wytężaj słuch!..." Tutaj ogłusza 
gwar ludzki, a w samotności i ciszy nie ma innych głosów, jak jeno 
spoza czasu i przestrzeni, szalone, nierozumne słowa, niemożliwe 
do wyjawienia. To ma być jego twórczość? Na ulicy Szopena chwycił 
go ordynarny strach, tym przykrzejszy, że z góry wiedział, iż się 
nie cofnie. Oby jej nie było w domu! Może wyjechała? Niestety, 
nie. Przez cały dzień czuł w sobie jej bliskość. Zły znak. Gdybyż 
można z nią mówić rozumnie, poważnie. Gdybyż pozwoliła otworzyć 
przed sobą serce. Wystarczy pół godziny swobodnej rozmowy, jak 
człowieka z człowiekiem. Nigdy! Przecież ona go zupełnie nie zna, 
zawsze opęta oczami, swoim niepokojem i wszystkim, nie da się 
skupić, otumani, ogłupi. Wirują szalone myśli, na usta się cisną 

background image

niepoczytalne słowa, wszystkie siły trzeba wytężyć, ażeby się 
opamiętać, i nie zostaje więcej nic. Zawsze był z nią śmieszny i 
niezgrabny. Nie dać jej mówić, przerywać! Gdzie tam, od razu go 
zagada, opanuje, przygwoździ. A potem budzi się i zostaje w nim 
tylko sama złość. Buntuje się jak nędzny niewolnik. Sili się na 
przekorę, staje się hardy i odchodzi z nienawiścią, zaprzysięga 
się, że noga jego nie postanie więcej... Potem na nowo. 
Przystanął przed Doliną i patrzył na roje czarnych postaci, 
przemykających się po lodzie. Zagapił się, a w istocie zwlekał, 
czekając na jakąś lepszą chwilę. Coraz bardziej tchórzył i zjadał 
się ze złości. Co to jest odwaga? Nie ma człowieka odważnego na 
wszystko. Wojna - głupstwo, dopiero w tak zwanym spokojnym życiu 
zaczynają się próby. Niespodzianie jakby w nim drgnęła struna. 
Napięta, mocna, zadźwiękła głęboko. Ożyło w nim coś dawnego, 
uroczy uśmiech młodości, beztroska, wyzwanie wręcz wszystkiemu, 
cokolwiek grozi. Odprężyła się siła, zuchwała na wszystko. No cóż? 
No co? Zaprzątnięty swoim trudnym kłopotem, już tak bliskim, nie 
spostrzegł i nie dochodził, skąd w nim taka odmiana, gdzie się 
zapodział cały strach. W pozaświadomej wizji wybuchł i przemknął 
obraz nagłego ocknienia. Wiją się na czarnym niebie, jak żywe 
węże, martwo błękitne rojowiska rac świetlnych. Wykwitają coraz 
nowe, jak widma niewyczerpane, spadają, rozpryskują się deszczem. 
Raz po razie potrząsa nim karabin i już parzy w ręce. Rozdziera 
się noc od nieprzerwanego trzasku, bez odetchnienia szczękają 
karabiny maszynowe, raz po razie walą głucho ręczne granaty, na 
sekundę przebije wrzawę ognia potężne, przytłumione jak spod ziemi 
wycie tajemniczych gromad, niewidzialnych, straszliwie bliskich. I 
nagle w martwy łoskot machin bojowych głos trąb wleje się żywym, 
gorącym potokiem. Uderzy w serce, poderwie, zapanuje nad 
wszystkim. Nocny atak na okopy czwartego pułku. Orkiestra na 
przedpiersiu - Roja. 
Snują się czarne cienie. Snują się z miękkim chrzęstem łyżew 
krających biały lód, przewijają się, mienią w oczach, orkiestra 
wojskowa przygrywa zabawie - Hej, strzelcy wraz!... - To samo. 
Ale Marek nic o tym nie wiedział. Po dwa schody parł ku górze, 
swobodny, lekki, gotów na wszystko. Nie może inaczej być! Śmiało 
naprzód, wszystko się zdobywa. A im trudniej, tym trzeba odważniej 
i tyle. Tak było aż do trzeciego piętra, ale tu stanął jak wryty. 
Tu go dopadła nielitościwa pamięć. Zatrzepotały, przeleciały 
błyskawicznie zapisane kartki, nieomylnie, co do jednego słowa, 
wyrył mu się w mózgu niepoczytalny wylew miłosnego natchnienia. Na 
trzecim piętrze tych schodów stanął przed nim nieubłagany siepacz, 
fakt, że ona jednak czytała to wierutne obnażone głupstwo, że je u 
siebie ma, a jeżeli chce się jeszcze łudzić, to niech wie, że ona 
mu je może natychmiast okazać do oczu, za trzy minuty. Ugiął się 

background image

pod tą hańbą. To nic, że jego wylew był bezwstydny, że był 
zuchwały. Ale parodia natchnienia, pretensje czczej pustki i 
nicości, bezwzględna klasyczna banalność tego "kawałka"... To było 
dopiero zabójcze, rozpaczliwie śmieszne. Wreszcie ruszył w górę, 
ciężko namyślając się na każdym stopniu schodów, zupełnie nie 
wiedząc, co uczyni. Modlił się o cud, bodaj o to, żeby nie 
potrzebował dzwonić, tylko żeby ją zastał w otwartych drzwiach, 
oczekującą. Żeby nie potrzebował umierać ze wstydu między 
uderzeniem dzwonka a odemknięciem drzwi, żeby... 
A oto już. "Monika Goślicka"... 
W pokoju, który miał być gabinetem Romana, w półzmroku pod 
fioletowym abażurem, pani Goślicka czytała najnowszą, rozgłośną i 
świetną powieść francuską. Leżała na otomanie wsparta na łokciach, 
wpatrzona w rozwartą książkę, zatopiona, zapamiętała. Z ulgą 
odpoczywała w samotności po dwóch wizytach, które odbyła u dobrych 
starych przyjaciół. Ugoszczona, namaszczona ich wzruszającą 
serdecznością, napasiona inteligentną rozmową i pączkami, uciekała 
wreszcie od czułej nudy i od pożądliwych spojrzeń męskich. Coraz 
to rzadsze były jej wypady "do ludzi". Teraz na nowo, o, na długo, 
zatopi się w sobie, przestanie oglądać się na świat i łudzić, że 
zdoła jeszcze doń powrócić. Nie ma po co. Wnet zniknie ostatnia 
resztka nieszczerej, wmówionej obawy przed czarem własnego 
tajemnego życia. Dopuści do siebie wszystkie dziwy, 
niepodobieństwa, strachy i zjawy, które odpędza jeszcze, choć ich 
pożąda, choć już im wierzy. Już zgłębiła nudę ludzkiego istnienia 
i pustkę tego, co się dzieje na mieście, tam za szybą i tuż za 
ścianą u nieznajomych sąsiadów. Od dawna ją odpycha zwyczajne 
codzienne życie, coraz bardziej obrzydli stają się ludzie. Czasami 
wybucha w niej zdumienie, natchnione wizjami niepojętego 
szczęścia, innego istnienia poza wszystkim, co jest w tym życiu 
możliwe. Bierze pokusa rzucić się w to jak w przepaść. Leży na 
stoliku na błękitnym kilimku brauning Romana, siny, zimny, żyjący 
straszliwą siłą, którą jest napięty. Chwilami przeobraża się w 
coś, rozwija się niczym dziwny kwiat, uśmiecha się kusząco... 
Wówczas przez całe ciało przewija się i krąży - w mózgu, w nogach, 
w piersiach, w ramionach upajająca niemoc. Kąpie się cała w 
rozkosznej lubości, drży ręka, sięga, dotyka, ujmuje... Stalowy 
przycisk ciężko leży na rozwartej książce, do połowy zasłonił 
karty tej jeszcze jednej pieśni o życiu. I pochłaniająca powieść 
wydaje się śmieszna. Czyż można to ludzkie życie ozdobić, 
zakłamać? przez styl, przez obrazy, przez piękne słowa wyziera 
jego nikczemna prawda, jak starość w twarzy przez farbę i 
bielidło. Na próżno odurzają się śmieszni ludzie, wszystkie 
środeczki ich kultury to nędzne, podrabiane "ersatze". Jedno 
jedyne wyzwala człowieka. Coraz głębiej pojmowała to, coraz bliżej 

background image

zespalała się ze straszną prawdą. Karta za kartą otwierała się 
przed nią, jak księga wiedzy tajemnej. Teraz już wie, że nie 
spotka tam nikogo i niczego z dawnego swojego istnienia. I jego 
tam nie będzie - co za ulga. Nareszcie rozwieje się jego pamięć, 
która ją zadręczała, nie powtórzy się nic z tego, co było. 
Szarpiąca tęsknota, codzienne wróżby i przeczucia, rozpacz i 
nadzieja, rozpacz i nadzieja... Złudy natchnione, sny wieszcze, 
wymuszone maniactwo uporu, kłamane dla innych, nie dla siebie. 
Poległ, zginął, znikł. Nie chce go już, na całą wieczność go nie 
chce. Na jego miejscu od dawna nicość bezbrzeżna. Od dawna pustka 
w sercu. Niepodobna tak żyć. Jej sprawa przesądzona. Nie staczała 
ze sobą walk, nie zaznała strachu. Nic nie postanawiała, samo się 
to w niej stało. Ani się nie śpieszy, ani nie zwleka, czeka 
spokojnie na swoją godzinę, która czai się w odmęcie czasu, 
niewiadoma, bezimienna, aż przyjdzie wierna, da się poznać, zawoła 
nieomylnie; zabierze ją. Może dziś, zaraz. Może pojutrze. Może 
kiedyś. Rozkoszny był urok takiego istnienia. Cały ludzki świat 
oddalał się, malał. Zacierały się jego barwy i kształty, i głosy. 
Brzęczał gdzieś wir życia, jak rój komarów. Ogromne sprawy świata! 
Przewroty dziejowe! Masy wzburzone, ich wielcy wodzowie! Cóż to 
jest, jeżeli na godziny liczy się nikły żywot pana tego świata, 
nędznego człowieka? Jego dramaty, namiętności, walki, prace i cele 
są niedostrzegalnie małe. Są, a nie istnieją. Komu są potrzebne? 
Czemu służą? 
Pochyliła głowę, dotknęła czołem zimnego żelaza. Jego chłód 
przenikał w oczy i w głąb mózgu. Zamierały obrazy żywego, 
istniejącego świata, tonęły w ciemności. Zatrzymały się myśli. 
Nicość opasała ją swoją martwą siłą i lekko uniosła, zabrała ją, 
wchłonęła. Już nie czuła swojego istnienia, swoich nóg, swoich 
rąk. W ciemnej głębi rodziły się smugi martwego ognia, który nie 
świecił, jeno objawiał się ponuro, jak stygnące, ciemnopurpurowe 
żelazo. Miarowo, spokojnie rozjaśniał się i przygasał. Ledwie 
dosłyszalny, stłumiony huk jakiejś potęgi powtarzał się rytmicznie 
i zbliżał się, zwalając się na coś bezmiernym ciężarem. Otchłań 
żyła tym tętnem. Smugi ogniowe przewijały się jak węże, pisząc 
tajemne znaki w niezmierzonych głębokościach pomroki. Wiły się, 
okrążały, opasywały, opętywały... Zerwała się, coś ją podniosło i 
mocno postawiło na nogach. Brauning przenikliwie trzasnął o 
podłogę: W fioletowym świetle wszystko wokoło było łagodnie 
przyćmione. Zegar w sąsiednim pokoju poważnie, z zastanowieniem 
wybijał godzinę - dwa... cztery... siedem, osiem. Ciężko 
przytłoczyła ją cisza po ostatnim uderzeniu. Wpełzała do gabinetu, 
zasłała wszystko szczelnie, wypełniła pokój aż do sufitu. Ta 
godzina... Może to już ona?! Serce utknęło, stanęło. Zimno w 
mózgu... 

background image

Nie! Załomotało serce mocno, głośno. Skradając się na palcach, 
ostrożnie, cierpnąc za każdym skrzypnięciem posadzki, posuwała się 
ze strachem, wychyliła się za próg, zajrzała - nic. Przesunęła się 
przez ciemny salonik i przyłożyła ucho do drzwi od przedpokoju. W 
ciszy wisiała jakaś groźba, bliska, tuż-tuż, niemal obecna. 
Przenikła przez ścianę i już weszła do jej domu. Wraz z zimnem, 
ciągnącym przez szparę, niepokój przepchał się przez zamknięte 
drzwi i przeszywał ją dreszczem. 
W strachu przed tajemnym i nieznanym, wbrew swej woli, jak 
zmuszona, drżącymi rękami ostrożnie naciska klamkę. Cicho 
ustąpiły, odemknęły się drzwi. W ciemnym, zimnym przedpokoju 
dziwnie, jakby daleko, jarzyła się iskierka światła w dziurce od 
klucza. Ta chłodem ziejąca pustka przejęła ją trwogą. Bała się 
ujrzeć tu coś strasznego. Coś się czai za drzwiami i lada chwila 
tu będzie, przewlecze się przez dziurkę od klucza za nitką 
światła, które przeszywa ciemności. Przeciśnie się przez zamknięte 
drzwi i niepostrzeżenie przepełznie przez przedpokój, dotknie jej 
czymś niewypowiedzianie śliskim i chłodnym. Jest to niepojęte, ale 
znajome. Ohydna zmora, która ją dręczy po nocach, po raz pierwszy 
nawiedza ją na jawie, złowrogo i bezczelnie. Coś w rodzaju 
olbrzymiej ropuchy oplecie ją lepkimi łapami, uwiesi się na niej, 
zacięży, obali ją, przygniecie. Nogi uginały się pod nią, nie 
miała sił odejść stąd, uciec. Jak we śnie, tak i teraz poprzez 
strach, wstyd i wstręt przebijała się ostra, nieprzezwyciężona 
ciekawość. To ona trzyma ją u drzwi; oderwać się nie może, bo obie 
ręce zacisnęły się na zimnej, brązowej klamce. Ogląda się w głąb 
mieszkania, jak za ratunkiem, choć wie, że nikogo tam nie ma. 
Przez ciemny salonik, jakby w dużej odległości, widzi skrawek 
swojego gabinetu. Ach, gdybyż mogła tam wrócić! Łagodne światło 
pada na dywan zielony jak łąka. Już wie, co będzie dalej, 
zapomniała o strachu, uśmiecha się. Na łączkę wpadają chłopcy 
karzełki. Rozbiegają się gromadą, szybko śmigając białymi 
kolaneczkami, jedni w czarnych koszulkach, drudzy w żółtych. 
Ustawiają się sprawnie i zaczyna się śliczna zabawa. Lata w 
powietrzu, odbija się i wraca piłeczka mała jak orzeszek. Migają i 
mącą się w oczach liliputy footbaliści. Przelatują po łące, to tu, 
to tam, skupiają się, przewracają w zażartej walce. Zwycięstwo się 
waży; z naprężeniem patrzy na te zawody, a całą duszą trzyma z 
żółtymi, choć wszyscy oni to chłopaczki kochane i śliczne. Widzi 
każdą twarzyczkę, czerwone to, rozkrzyczane, aż tu do niej 
dochodzi nieustający pisk. Wtem rozlega się głuchy, rytmiczny 
grzmot, nadchodzi szybko, wstrząsa całym domem. Zbliża się coś 
okropnego, groza wisi nad chłopaczkami, ona to wie, wie! Ale nie 
może pobiec ich ostrzec, nie może zawołać. Już!... Straszliwa, 
wielka na cały dywan bosa stopa na sekundę zawisła nad zabawą i 

background image

zakryła, zmiażdżyła wszystko. Olbrzym poszedł dalej, cichnie 
głuchy grzmot jego kroków. Drży cała - niepodobna spojrzeć w to 
miejsce... 
Przenikliwy dzwonek. Jak szybką okrągłą piłą tartaku kraje jej 
mózg, długo, długo, jeszcze... Któż tak śmie? Na to dzwonienie 
odpowiada jak do akordu jakiś ton jej serca. Serce tłucze się, 
leci, dzwoni, boli. Ocknęła się, zerwała z otomany, pobiegła do 
drzwi. I jak przed chwilą przez sen, tak i teraz nadsłuchuje i boi 
się. Za drzwiami cisza. Jak wówczas nikłe pasemko światła, chłód i 
ciemności. Oburzona natarczywym, niedopuszczalnym dzwonieniem 
postanowiła nie otwierać. Zresztą zbyt się lęka. Bóg wie, kto to 
może być. Czuła nieomylnie, najwyraźniej, że za drzwiami ktoś 
stoi. Już nie dzwoni, czeka cicho, nadsłuchuje. Znika pasemko 
światła i znowu jest na swoim miejscu. Słychać czyjś oddech. Na 
palcach przechodzi przez przedpokój, opiera czoło o zimne drzwi. 
Jest. Jest. Jest! Przez głowę przelatują nieprawdopodobne 
przypuszczenia, wizje fantastyczne. Serce zamiera i rusza w skok. 
Strach i niezwalczona ciekawość. Nie wiadomo kiedy i jak 
szczęknęła zasuwa. W jednej chwili stanęła z nim twarzą w twarz. 
Zdumienie, ulga, rozczarowanie. Nagły, niespodziewany gniew. 
Wybuchł, zanim zdołała się opamiętać. 
- To pan!? Co za dobijanie się? Dlaczego pan tak strasznie dzwoni? 
Trzeba się trochę liczyć z ludzkimi nerwami - jestem sama w 
domu... 
- Ależ ja zupełnie nie dzwoniłem! Dopierom się namyślał, bo nie 
chciałem przeszkadzać. Jeżeli pani... 
- Po co to kłamstwo? Doprawdy, osobliwy z pana człowiek, dotąd mi 
trzeszczy w głowie pańskie dzwonienie, a pan się wypiera w żywe 
oczy. Jakże tak można? 
Patrzą sobie z bliska prosto w oczy. Oboje są zdumieni. Marek 
wyrwał się z oszołomienia, już stłumił w sobie złość i hardość, 
które wybuchły w nim na to bezczelne wpieranie. Jeszcze nie 
rozumiał, ale wiedział, że niepodobna uczynić tego, co należało, 
czyli obrazić się i odejść. Za wszelką cenę trzeba ją uspokoić, 
nie wolno mu jej opuścić. 
- Pani się zaziębi na mrozie, proszę... 
Odeszła od progu, nie oglądając się, nie zapraszając go ani jednym 
słowem. Wszedł, zamknął za sobą drzwi, zdjął futro. Zaczekał 
chwilę i, zdobywając się z wysiłkiem na odwagę, z zamętem w głowie 
wsunął się do ciemnego saloniku. Pani Goślicka nie dawała znaku 
życia. Stanął na progu gabinetu. Siedziała skulona bez ruchu, 
zasłoniwszy twarz rękami. Oddychała porywczo, drgała, lada chwila 
zaniesie się od płaczu. Niepodobna było wszczynać towarzyskich 
wstępów, przepraszać, zagadywać. Trzeba tu było coś przełamać, 
natychmiast zdobyć się na rzecz stanowczą, odważnie i nieomylnie. 

background image

W łagodnym fioletowym zmierzchu zaczynało wszystko kołować się, 
wznosić i opadać. Bez jednego słowa uklęknie przed nią i odejmie 
jej ręce od twarzy, zajrzy jej w oczy z bliska, do dna duszy... 
Ruszył od progu i już za pierwszym krokiem uleciało natchnienie. 
Zrobiło się zimno, strasznie i pusto. Na zielonkawym dywanie, tuż 
u jej stóp, leżał brauning, mały, nieznaczny wykrawek żelaza. W 
jednej chwili rozrósł się we wszystkie strony, zolbrzymiał, 
wypełnił cały pokój, zaciężył. Teraz zrozumiał. Zastał ją w takiej 
chwili... Właśnie w takiej chwili... I znowu, jak za nagłym 
uderzeniem wichru, poniosło go natchnienie. Dobrze, snadź tak być 
musi. Można i tak! Wszystko jedno, byleby i on w sekundę po niej u 
jej stóp... Co znaczy głupie, długie życie? Cud jednej chwili, a 
potem... Na wieki! 
Siedziała nieruchoma, z twarzą ukrytą w dłoniach, z łokciami 
wspartymi na kolanach. Czas płynął. Do bólu, do niezniesienia 
wzmagało się w nim napięcie oczekiwania na jej pierwsze słowo. Tak 
trwało nie do pojęcia długo. Znajdował się jakby w pustce. Nie 
mógł się zdobyć na żadną myśl. Niepostrzeżenie zapadł w martwotę, 
poddał się nicości - jak gdyby tu zupełnie nie był. Nagle pani 
Goślicka podniosła głowę, spojrzała pustymi oczami i szybko 
podwinęła pod siebie nogi, opadła na otomanę, zwinęła się, ułożyła 
głowę na poduszce, poprawiła się wygodniej i leżała z zamkniętymi 
oczami. Jak gdyby była sama w pokoju. Usnęła. 
W fioletowych półcieniach, w zaledwie uchwytnym zapachu nie 
znanych perfum, który przepływał falami, jakby czyjeś 
westchnienie, w złotych ramach niewiadomych obrazów, w zwiędłej 
róży marniejącej, porzuconej na stoliku, wszędzie i od wszystkiego 
biła trwoga i upajająca gorycz obłędu. Łagodny, spokojny, 
staroświecki chód zegara wciąż wychodził z ciemności sąsiedniego 
pokoju i potęgował ciszę oniemiałą i napiętą. Lada chwila objawi 
się to niepojęte. Odezwie się jakieś słowo i wypowie od razu 
wszystko, co jest niezrozumiałe i najtajemniejsze. Wybuchnie czyjś 
krzyk ostry, obłąkany i przerwie, zniszczy w jednej chwili to, co 
jest, co było, co mogło, co może jeszcze być. Albo wejdzie tu mus 
nieprzeparty i opęta, nakaże natychmiast dokonać rzeczy 
straszliwej. Albo w białych ramach tych drzwi wystąpi z ciemności 
i będzie na nich patrzało śmiertelnie i długo widmo rotmistrza 
Romana Goślickiego, ono, które jest tu zawsze w utajeniu swoim 
obecne. Marek przymknął oczy i czekał. I wydało mu się, że jest 
teraz zupełnie gdzie indziej (gdzie?), a to, co jest - to sen. 
Westchnęła głęboko jak człowiek śpiący. Marek ocknął się z 
odrętwienia i spojrzał na nią bystro. Nigdy nie widział jej 
takiej. Zdawało mu się, że za sprawą wymarzonych czarów, 
niepojętym sposobem, zakradł się do niej niewidzialny i dostąpił 
cudu patrzenia w jej tajemną, nikomu nie znaną samotność. Oto ona 

background image

w całej swojej prawdzie, sama ze sobą. To, co widzi, jest 
niemożliwością, to się nie powtórzy nigdy. Spieszył się, by 
ogarnąć ją całą i wchłonąć z niej wszystko, przeniknąć i wykraść 
jej tajemnicę. Podglądał ją jak wroga, z zimnym okrucieństwem, 
bezczelnie złymi, drapieżnymi oczami. Nigdy nie widział tych 
ciemnych, długich rzęs ani pokrętnej, dziwnej linii brwi, które 
kreśliły się jak wypisane dwa słowa dwoma odrębnymi znakami. Każdy 
wypowiada swoje słowo. Można je odczytać i przez nie wiedzieć o 
niej to, czego nie zdradzą nigdy oczy opętujące niepokojem. Po raz 
pierwszy w życiu patrzał w tę twarz bez pomieszania i trwogi. Nie 
odrywając oczu zatapiał się w niej i badał, i pytał. Szukał 
przyczyny tego, co w nim się działo, szukał tam i siebie samego, 
swojego śladu, cienia. Czyż na tym czole, przesłoniętym 
ciemnorudawym pasemkiem włosów, nigdy nie odbiła się, nigdy nie 
postała myśl o nim? Wszystko w tym obliczu było mu bliskie i 
rodzone, w nim streszczały się jego marzenia od niepamiętnych 
czasów, od lat dziecięcych. W wizjach tęsknoty, we snach 
młodzieńczych ono majaczyło, przemykało się wśród niezliczonych 
obrazów, odchodziło i wracało wiernie. Teraz, naraz przypomniało 
się to ze wszystkich wielu lat. Czy to nie jasne, że ona mu była 
sądzona w tajemnych wyrokach przeznaczenia? Na próżno opiera mu 
się jeszcze i walczy z tym, co musi się wypełnić. Nieprzeliczony 
odmęt przypadków, chaos wydarzeń, rozstrzelonych, rozbieżnych w 
jego i jej losach, cały ogrom nieprawdopodobieństw złożyły się na 
wyrok losu, na cud ich spotkania. Nie wojna, nie kule - samo 
przeznaczenie zabiło biednego Romana. Zadrgały kąciki ust. 
Poruszyła wargami, jak gdyby chciała wyszeptać słowo. Wargi 
rozchyliły się, błysnęły zęby i w twarzy rozpostarło się upojenie 
tajemnego sennego widziadła. Odruchowo, nie wiedząc o tym, podał 
się ku niej cały. Zapragnął wiedzieć, co ona w tej chwili czuje, o 
czym śni. Ocknęła się podejrzliwość, zrodziła się zawiść o to. 
Ręce jej poruszyły się niespokojnie, palce szukały czegoś, 
przesuwały się po dywanowym pokryciu otomany, po fałdach czarnej 
jedwabnej spódnicy. Westchnienie podniosło jej pierś. Niepokój 
przebiegł przez całe ciało, głowa osunęła się z poduszki, wtuliła 
się w ramiona, pasmo włosów spadło aż na oczy. Zaraz się ocknie... 
Czekał na to z dziwnym spokojem, jak gdyby z góry wiedział, co ma 
czynić. Już nie czuł osobliwości tej wizyty. Ośmielało go 
przyćmione wnętrze, miłe, jakby swoje własne, zaciszne i ciche. Na 
stoliku leżała więdnąca czerwona róża, białe rękawiczki, wielki 
brązowy nóż do rozcinania kartek, stylizowany na chińskiego smoka, 
torebka ręczna, duża gruba koperta. We mgnieniu oka ją poznał, ani 
chwili się nie zawahał. Zręcznie, jak złodziej, nie odrywając oczu 
od twarzy uśpionej, strzegąc się najlżejszego szmeru, tłumiąc 
oddech, wyciągnął rękę i zabrał swoją kopertę. Wsunął ją do 

background image

kieszeni i odetchnął głęboko, jak po ciężkiej pracy. Doznawał 
szczęścia ulgi, jak gdyby mu się udało cofnąć sam fakt wariackiego 
przesłania tego miłosnego wyznania. Jak gdyby przez to samo 
sprawił, że nie było ono przez nikogo czytane i stało się z 
powrotem jego własne, tajemne. Przycisnął rękę do kieszeni, jak 
gdyby chciał sprawdzić, że odzyskał swój skarb, z którym tyle miał 
kłopotu. Toż to jedyne, co ocalało z hekatomby! I naraz utwór 
wydał mu się głęboki i piękny. Zażądało mu się odczytać to 
natychmiast. Nie dla sprawdzenia, ale dla samego siebie - przecież 
nie czytał jeszcze tego. Wróciło upojenie tajemnych natchnień. 
Ponad żalem, że spalone zostało wszystko tamto, wygórowała 
niezbita wiara w siebie. I natychmiast, jak rozwichrzone obłoki na 
niebie, rozpostarły się przed nim wizje spraw nowych, dopiero co z 
niczego stworzonych. Na chwilę zastygły w swych kształtach 
wyrazistych, doskonałych, zapaliły się czarownym światłem i 
zgasły. Już je miał w sobie na zawsze. Będzie je nosił w tajemnicy 
i hodował, mniejsza o to, co się z nim samym będzie działo. One są 
jedyną prawdą jego istnienia, a reszta - jak tam sobie sama 
chce... I ona - uśpiona, szatańsko dziwna, dręczycielka tak 
piekielnie pożądana... I ta jej straszliwa bliskość, że dość 
wyciągnąć rękę... I ta godzina nocy, obłąkana, do niczego 
niepodobna, i to nieznane, co ma się rozpocząć lada chwila - 
czymże to wszystko jest? Wizją, snem, obrazem dramatu... Już nie 
odczuwał trwogi. 
Zamiast żywego, targającego udręczenia i gotowości na każde 
szaleństwo, bodaj na śmierć, jątrzyła rozkoszna, namiętna 
ciekawość. Cóż będzie dalej? Był zdumiony, pożądał zawikłań, 
niespodzianek, niemożliwości... Chciał czegoś niepodobnego do 
żadnej prawdy. Gdyby ocknęła się teraz i po prostu wyciągnęła do 
niego ramiona? To zaprawdę niemożliwe, ale już nazbyt proste. I 
tak od razu przecięłoby się, zakończyłoby się wszystko? Byłaby w 
tym otchłań rozkoszy, zarazem ciężki zawód. Po co człowiek żyje? 
Byle tylko zdobywać, brać i rzeczywiście coś posiadać? Przenigdy. 
Ależ tak! 
"Myślę jak obłąkany. Nie, jestem tylko szczęśliwy. Jestem 
szczęśliwy pomimo wszystko. Niech się dzieje, co tylko chce, ze 
mną i z nią. Piękne są i tęsknota, i rozpacz. Jest piękno w 
beznadziejnej, zatraconej miłości i w bezgranicznym upojeniu 
osiągnięcia, w pełni posiadania. Co jest większe? Co lepsze? I to, 
i tamto, i wszystko, co się burzy, co wzbiera, co szaleje, co się 
rodzi i co ginie. Więc czegóż ty chcesz? Nie wiem. Nie wiem i 
jestem szczęśliwy". 
Był oderwany od rzeczywistości tego, co się w nim działo. Myśli 
jak różnobarwne smugi wysnuwały się w jego mózgu i rozpełzały się 
samopas, wyprawiając dziwne harce. Zdawało mu się, że je widzi 

background image

oczami. Przewijały się, krzyżowały, splatały się ze sobą. Bujały, 
rozpędzały się, gotowe ulecieć w dal, i obijały się jak o ściany. 
Było im ciasno, skłębiły się, zwarły jak wokoło jakowegoś ośrodka 
i nagle nieprzeliczone i wszystkie natarczywymi skrętami otoczyły 
postać uśpioną i zaroiły się po niej od stóp do głowy. Przewijały 
się w jej włosach, błąkały się po przenikliwie białym wykroju 
czarnej sukni; po szyi i piersi, muskały czoło, usta, aż twarz 
przez sen zadrgała, jakby opędzając się od much. Spłoszone, 
uleciały ku górze, mieniąc się ponad nią, unosząc się, opadając, 
aż wszystkie naraz osnuły jej zwieszoną, bezwładną stopę, jedwabną 
pończochę barwy dymu i lekki pantofelek z mieniącej się 
chrabąszczowej skórki. Stopa poruszyła się pod ich ciężarem i 
zaczęła drgać, jakby usiłując strząsnąć to ze siebie. Marek zląkł 
się, że się zaraz zbudzi, ale nad myślami nie miał już żadnej 
władzy. Rozigrane, samowolne, bezczelne, nie dawały się odpędzić. 
Nie czując, co czyni, podał się naprzód całym ciałem. Coś go 
uniosło z fotela. Kolana dotknęły dywanu łagodnie, nieznacznie. 
Tuż przed oczami, tuż pod ustami, przez połyskliwą, przejrzystą 
powłokę pończochy ujrzał ledwie dostrzegalną żyłkę na przegięciu 
stopy i poczynające się tuż u brzegu pantofelka rozdwojenie między 
palcami. Zaszumiało w uszach, z daleka, z góry, wprost nad jego 
głową nadlatywało coś już znajomego, było przeraźliwie szybkie, 
niewidzialne i potężne, aż serce utknęło i zamarło w grozie 
oczekiwania. Pod zaciśniętymi powiekami tryskały iskry i rojami 
leciały w ciemność. Tuż, tuż - już... Ostatni ułamek sekundy, 
zanim w szalonym rozpędzie uderzy pocisk i wybuchnie. 
Nagle - dziwnie przenikliwy ból. Ostry, nieustępliwie twardy kant 
wrzyna się w kolano, na którym wsparł się przez chwilę cały ciężar 
ciała. Jedna sekunda... Przeleciał pocisk. Zgasło opętanie, 
wróciła zwyczajna prawda tego, co jest. Wydarł się od razu jak z 
kamiennego żołnierskiego snu, jak kiedy w głębinie ciemnej nocy 
zakrzyknie czyjś ochrypły głos: - Alarm! - Natychmiast nieznacznie 
podjął z ziemi brauning i ruchem zamaskowanym, a szybkim zasunął 
go do tylnej kieszeni. Teraz tylko po cichu wstać z kolan, wrócić 
na swoje miejsce... Zaledwie się poruszył, zwieszona noga 
błyskawicznie podjęła się, znikła pod suknią, na czarnej spódnicy 
wyrosła ręka przenikliwie biała z rozwartymi, drgającymi palcami. 
Ostrożnie, z ukosa, w strachu bezmiernym podnosił głowę. 
Patrzała w niego wprost szeroko otwartymi oczami. Odpowiedział 
twardo i hardo na jej strach. Gdy zwarły się brwi i oczy stały się 
naraz zimne, jasne, inne, spuścił powieki. Spojrzał błagalnie 
poniżony i żebrzący i wnet pochylił głowę przed jej pogardą, przed 
jej szyderstwem. 
- Do kiedyż pan tu będzie klęczał?! Wstać!! I niech pan sobie 
natychmiast idzie precz! 

background image

Cóż innego mogła powiedzieć? Ale nie wierzył uszom, to było zbyt 
brutalne, jakieś już ostateczne, a głos zupełnie obcy. Zerwała się 
z otomany, wstał i on. W zgnębieniu, ze smutkiem patrzał bezbronny 
w złe oczy i na drgające wargi i naraz, poza wszystkim, ponad 
wszystko oblała go fala zachwytu - nigdy jeszcze nie widział jej 
takiej pięknej! Nie może jej się wyrzec, nie ustąpi. A jeżeli 
teraz, zaraz, ma być odtrącony, czyli, ach, tak po prostu 
wyrzucony za drzwi, to zanim odejdzie... Nie, nie odejdzie, nie 
ruszy się stąd. Ona jest w jego władzy. To znać, że się 
straszliwie boi. Więc cóż? No i cóż jeszcze? Zbrodnia? To nie 
żadna zbrodnia! Zuchwale wparł w nią oczy - przez jakieś ostre 
trawy, przez kolące gąszcze przedzierał się w nim człowiek 
pierwotny i dziki, człowiek nagi. Długo mierzyli się oczami, 
twarzą w twarz, z bliska, ostro, bez zmrużenia powiek. Ciężko 
oddychała półotwartymi ustami. Marek czuł na sobie szybkie fale 
jej tchnienia, w ramionach, w karku wzbierała w nim siła, jakiej 
nie zaznał w sobie nigdy, nogi prężyły się jak z gibkiej stali. I 
choćby nie chciał sam, pchnie go ku niej napór tej mocy, a niech 
jej tylko dotknie... Zamąciło się jej spojrzenie, oczy rozszerzyły 
się jeszcze i stały się niewidzące, szkliste, usta podkuliły się w 
kątach, jak u zalękłego dziecka... Było to nadspodziewane, jakieś 
nieprzypuszczalne, druzgoczące. Łzy spadały z wolna, miarowo 
kropla za kroplą z nieruchomych, jakby stężałych oczu. I Marek 
uczuł, jak w jakiejś tajemnej głębinie wzbiera w nim, rozpiera go 
niepodobny do wstrzymania spazm płaczu. Zadławiło go łkanie, 
boleśnie utknęło w gardle. Rozżalenie nad sobą, nad własnym 
udręczeniem, żal do niej za swoją ciężką krzywdę i roztkliwienie 
serca nad jej niedolą, nad jej sierocym osamotnieniem, nad jej 
samobójczą godziną, rozpacz, że na zawsze zostanie dla niej obcy, 
że nigdy, nigdy... Na tę myśl, na słowo - nigdy - jak na podany 
znak wydarł się z niego głęboki, głuchy głos - ni to krzyk, ni to 
jęk, ni to płacz. Zakrył rękami, zacisnął mocno twarz i oczy, 
pogrążył się w nicości, zapodział się gdzieś sam dla siebie i o 
wszystkim na chwilę zapomniał. Na chwilę czy na długo, nic o tym 
nie wiedział... 
Gdy odjął ręce, w gabinecie nie było nikogo. Z saloniku biło mocne 
jaskrawe światło. Musiał osłonić sobie oczy przed blaskiem, tak 
rażący był kontrast. Pani Goślicka stała pod oknem, odwrócona 
tyłem, i paliła papierosa. Stanął na progu w pełnym świetle, 
nieszczęsny, zawstydzony i zgłupiały. Wiedział, że nie ma tu już 
nic do roboty, ale opuścił go nawet ordynarny instynkt 
samozachowawczy, nie domyślił się, że najłatwiej i najprościej 
byłoby, nic nie mówiąc, pójść do przedpokoju, chwycić futro, 
czapkę i uciec. 
- Proszę oddać rewolwer i wynosić się. Prędzej! Prędzej! - 

background image

Posłusznie wyjął brauning i, nie zdziwiwszy się nawet, skąd ona 
już o tym wie, położył go na stole na pluszowej serwecie. Było mu 
już wszystko jedno. Jedno wiedział niezbicie, że jeżeli ona 
naprawdę... to on zaraz po niej, natychmiast, jak się tylko dowie. 
To jej tylko zapowie i pójdzie precz. Ale nic nie mówił i nie 
odchodził. Zegar zaskrzypiał długo, rzęził i wreszcie zaczął bić. 
Marek liczył bezmyślnie i pilnie - dwunasta! 
- Już! Już! Prędzej-że... na miłosierdzie boskie!... 
Resztką przytomności trzymała się nad brzegiem stromej przepaści. 
Okropne były jej pokrzesane ściany, a dalej leżała gęsta ciemność 
i nie miała ta przepaść dna. Czarne dymy kłębiły się i mknęły ku 
górze. Już ją owiało raz i drugi trujące tchnienie, ziejące z 
głębiny krateru. Szaleństwo strachu łaskoce w mózgu, z każdego 
włosa na głowie tryskają iskry, ciarki przechodzą skroś ciało, 
otchłań ciągnie, kusi, wciąga, a za nią tuż stoi straszny 
człowiek, zdrajca, to on ją pcha, pcha, pcha... Za oknem mróz, 
białe dachy, naprzeciwko ciemny, wyniosły dom. Nagle tuż na 
trzecim piętrze łysnęła jak zza chmury posępna, ciemnokarmazynowa 
głębia. Dawno ją znała, nieraz, nieraz patrzała w jej kuszące 
światło, nieraz przenikała i jakby oczami widziała wszystko, co 
się tam działo. Objawiała się tajemnica snów niewiadomego 
człowieka, który ocknął się po nocy. Czasami knuła się tam ponura 
zbrodnia, rodził się początek czyichś straszliwych dziejów, 
zawiązywał się potworny spisek i bunt przeciw wszystkiemu, co 
święte. Tam po nocach dzielono się zbójecką zdobyczą, tam morderca 
ćwiartował trupa, by go łatwiej było wynieść po kawałku i 
porozrzucać po mieście. Tam samobójca pisał ostatni list do 
jedynego człowieka, jakiego jeszcze miał na świecie. Tysiące 
postaci przesunęło się już za tą zasłoną, kryjąc przed ludźmi swój 
grzech, tając swój samotny obłęd, odprawiając poczwarne misteria 
rozpusty. Straszliwe okno, za którym gnieździło się wszystko, co 
tylko miały do utajenia przed nielitościwym, srogim światem duchy 
fantastyczne, niespokojne. Jedyny wylot w ukryty świat, żyjący 
własnym, potężnie obwarowanym istnieniem obok tego i poza tym, co 
ludzie widzą na otwartym, zdradliwym obliczu miasta. Podstępnie 
zawleczona kobieta, odarta z szat, w łachmanach, półnaga, 
oniemiała z przerażenia, walczy tam ostatkiem sił z przemocą i już 
ulega... Wizja pchała się do oczu, opętywała strachem, 
szaleństwem. Nagle - zgasła karmazynowa zasłona. Już nic nie 
mówiło okno ciemne, ślepe, najzwyczajniejsze. Załamało się coś w 
niej. Utknęła jak w osłupieniu, jak w zapomnieniu. Wszystko naraz 
stało się obmierzłe. Porwał ją ślepy gniew, nadchodziła furia, w 
której bije się szyby, ciska się o ziemię byle czym i wrzeszczy 
się w niebogłosy obrzydliwie, bezwstydnie, po wariacku. 
Przypomniała sobie swego gościa. Z radością rzuciła się na niego, 

background image

niechże on odpowie za to, co winien, i za to, czego nie zawinił, 
za to, co zrobił, i za to, na co się nie ważył, za to, co mówił, i 
za to, że stoi teraz i milczy jak pień. Przybłęda, niezgraba, 
nędznik... Dopiero w tej chwili zgłębiła, jak go strasznie 
nienawidzi. 
- Panie Świda... Pora jest zbyt spóźniona, a ja byłam niezbyt 
uprzejmą gospody nią, nie taką, jak by pan sobie właśnie życzył. 
Widzi pan, mam swoje kłopoty, z których nie będę się przed panem 
spowiadała. Jednym słowem czas nam się rozstać. Ale na zawsze, 
panie Śwido, niech się pan już nigdy nie trudzi, bo na pewno 
zamknę panu drzwi przed nosem, choćby pan dzwonił jeszcze dłużej i 
mocniej niż dziś. 
- Mówię pani, że nie dzwoniłem. Dziś nie dotknąłem nawet dzwonka; 
przysięgam! Stałem pod drzwiami i dopiero się namyślałem. 
- Nad czym pan tak się namyślał? 
- Właśnie nad tym... zadzwonić czy sobie pójść. 
- Szkoda, że się pan lepiej nie namyślił, może by mi pan był 
oszczędził... 
- O, proszę wierzyć, odtąd najzupełniej panią oszczędzę... 
- Co to znaczy? 
- Że zrobię to, czego pani chce, niech się pani nie boi... 
- Ja się mam pana bać? 
- Nic podobnego, ale tak się przecie mówi... 
- Tak się nigdy nie mówi! 
- Owszem, tak się mówi zwyczajnie, po polsku, bardzo często... 
- Jak gdzie i kiedy, między oficerami albo w knajpie... 
Utknęli w głupim miejscu. Ona szukała najbardziej zatrutego 
pocisku, a nic nie mogła wymyślić, on zgubił swoje tragiczne 
pożegnalne słowa. Tyle było do powiedzenia w tej ostatniej chwili! 
Stali naprzeciwko siebie, kłócąc się o nic. Mówili jednocześnie, 
nie słysząc i nie rozumiejąc się nawzajem. Gubiła się 
nadzwyczajność tego wieczoru, uleciało precz to, co aż dotąd 
unosiło się nad nimi, stanęło między nimi puste nic i odebrało tej 
chwili cały urok, cały sens. Dziko wyglądał brauning, leżący 
pomiędzy nimi na stole jak na drwiny, gdy minęła jego groza. Nic 
się nie stanie i nigdy nic nie było. 
Zamilkli oboje naraz. Spojrzeli sobie w oczy z jednakowym 
zdumieniem, jak obcy, którzy o zmierzchu przez pomyłkę przywitali 
się ze sobą na ulicy, bo im się coś przywidziało. Pozostało 
bąknąć: przepraszam, i rozejść się każde w swoją stronę. 
W domu świeciło się we wszystkich sześciu oknach apartamentów 
recepcyjnych. Ta iluminacja wyrwała Marka z tępego osłupienia. 
Ucieszył się niezmiernie. Nigdy aż dotąd nie bywał u Nusyma na 
żadnych przyjęciach ani na rzadkich poważnych zebraniach 
polityczno-gospodarczych, gdzie czasami bywali nawet pewni mniej 

background image

znakomici ministrowie, ani na rozpasanych hulankach, gdzie roiło 
się od nowoczesno-polskich "typów", które mu bardzo zalecał Nusym 
do obserwacji, ani na wieczorach młodej elity 
literacko-artystyczno-teatralnej. Naraz zatęskniło mu się do 
ludzi, do rejwachu i rwał po schodach, pełen pustej wesołości. Tak 
samo czuł się teraz jak niegdyś nad Berezyną, kiedy to gnał, 
bywało, ciemną nocą na przełaj po wertepach całymi milami, 
wykradłszy się z pułku z paru kolegami na wieść, że w siódmym 
DAK-u czy w dwunastej eskadrze lotniczej chłopcy "zafasowali" 
przez sojuszniczą kontrabandę antałek prawdziwego Hennessy. 
- Co to u was dzisiaj, panie Teofilu? 
- Nic znowu takiego... panie i dranie. 
Kiedy indziej mawiał o takich recepcjach "chamy i damy". A więc 
"typy" - warszawska granda w pełnym składzie. Właśnie tego mu było 
potrzeba na dzisiaj. W wielkim salonie, wytrzeszczonym nadmiernie 
jaskrawymi lampami, huczał gwar zagłuszający muzykę. Snuło się, 
zawalało drogę, siedziało i leżało po fotelach i kanapach mnóstwo 
panów frakowych, marynarkowych, czarnych, szarych, burych, 
szykownych i zmiętoszonych. Zbieranina kłębiła się i gadała jeden 
przez drugiego pijackimi głosami. Pośrodku, w skąpym wolnym 
miejscu, kręciło się kilka par, przewijały się toalety zielone, 
pąsowe, białe, łyskały obnażone ramiona i plecy. Monotonna, 
dudniąca, ni to paryska, ni to orientalna nuta Pelikana wynurzała 
się chwilami ze zgiełku. Wszystko to wyglądało jakoś dziko, 
niepokojąco, irytująco na tle niedorzecznych tapet barwy 
ugotowanego raka, od której bolało w oczach. Marek oglądał się za 
gospodarzem, wreszcie przedostał się do jadalni. Przy stole 
siedziało jeszcze sporo ludzi, snadź spóźnionych; tych obsługiwali 
wynajęci lokaje. Marek zastanowił się, ujrzawszy pod bocznym 
stołem obok kredensu batalion pustych butelek. Na kredensie stały 
dwa czworoboki pełnych, co chwila strzelały korki. Nusym rozmawiał 
w kącie z kilku panami, którzy dopiero co przyszli czy też 
odchodzili, stojąc jeszcze lub też już w futrach i w czapkach, 
jako też w cylindrach. Jakaś młoda kobieta z krótkimi włosami, 
naga do pasa, piła bruderszaft z siwym jegomościem o wielkiej, 
czerwonej, spoconej gębie. Marek był strasznie głodny. Usiadł na 
wolnym miejscu, wybrał wódkę, nalał sobie spory kieliszek od wina 
i jął gromadzić i zwalać na swój talerz przeróżne zimne frykasy. 
Chciwie łyknął i pogrążył się w jedzeniu. Nalał jeszcze raz i 
wypił z rozkoszą. Lokaj podsunął mu półmisek; nabrał i jadł 
łapczywie z dawno zapomnianym frontowym apetytem. Gdy się nieco 
opamiętał, znajdował się w toku ożywionej rozmowy z nieznajomą 
poczwarą. Tłuste oblicze o zwieszającyh się podgardlach wpierało 
się weń natarczywie, coś weń wmawiając. Zgadzał się na wszystko i 
nie przeczył, ale tłuścioch napierał go coraz bliżej, bijąc się w 

background image

gors fraka pięścią jak bułka chleba i bryzgając śliną. 
- Paweł Holc panu to mówi. Nie sejm; nie zagranica, ale Paweł Holc 
uratuje markę polską. - Nieznajomy czynił znaczący nacisk na 
słowie Paweł, jak gdyby chciał się odróżnić od jakowegoś innego 
Holca lub nawet w ogóle wyłamać z solidarności z niezliczoną 
hołotą tego samego nazwiska. - Ale w naszej świętej Polsce 
wszystko zdane na Opatrzność boską. Pan minister skarbu odstręcza 
finansistów. Najidiotyczniejsze ustawy i horrendalne przepisy 
wykonawcze do nich zabijają wszelką zdrową inicjatywę, narażają ją 
nawet na kryminał. Na kryminał! Paweł Holc wie, co mówi. 
Marek przyglądał się parze, która stanęła w drzwiach bocznego 
gabineciku na tle błękitnego światła bijącego z głębi. Młody 
oficer z odznakami sztabu generalnego, człowiek młodzieńczo, 
niemal po dziewczęcemu piękny, pożerał uwielbiającymi oczami 
wyniosłą, ciemno ubraną panią. Zupełnie podzielał ten zachwyt, ale 
zdumiewało go w niej to, że czarne włosy przepasywała srebrna 
smuga kokieteryjnie zaczesana nad czołem. W tej twarzy dziwiło 
pewne znużenie przy żywych palących oczach. Były w niej jakby dwie 
istoty - szalona i przenikliwie rozumna, ordynarna i subtelna, 
dobra i chytra, wyuzdana i macierzyńska... Jak poczciwie 
uśmiechają się te usta, które zdawały się zaznać i zakosztować już 
wszystkiego. Była to pani z najlepszej sfery, spokojnie królewska, 
a zarazem nie zdziwiłoby, gdyby w potrzebie, naraz wybuchnęła 
stekiem najohydniejszych obelg i wyzwisk z rynsztoka, które 
zdawała się trzymać gdzieś dyskretnie w pogotowiu. 
- Dopiero przedwczoraj mnie wypuścili. Trzy miliony marek kaucji! 
Jak się to panu podoba? Na naszą straszną nędzę trzy miliony 
wyjęte z twórczego obiegu pogrążają kraj - to panu mówi Paweł 
Holc! W porównaniu z naszym komisariatem rządu na miasto stołeczne 
Warszawę częrezwyczajka jest europejską instytucją. 
Paweł Holc bił się w piersi, aż dudniło, i perorował już na cały 
stół. Z naprzeciwka powstał pan o sarmackim, nieposzlakowanie 
dostojnym obliczu i popędzał lokajów. Nalewali kieliszki z 
szybkością magików. 
- Panowie i panie! Mamy zaszczyt gościć w naszym gronie 
zasłużonego obywatela i pioniera, wskrzesiciela naszego dostatku 
narodowego - niech żyje! W przyjacielskim gronie godzi się nam 
uczcić jego ofiarę i na całą Polskę podnieść najgorętszy protest, 
głos oburzenia wszystkich dzielnych i uczciwych ludzi za jego 
krzywdę, wołającą o pomstę do nieba! Tylko w dobie głębokiego 
upadku moralności państwowej i płynących stąd nieporozumień... 
Tylko w obłędzie etatyzmu, w ślepocie kliki, która dorwała się do 
rządów... Tylko... A więc dosyć o tym - witamy go murem naszych 
szczerych polskich serc, zawsze solidarni i wierni aż do śmierci. 
Niech żyje nasz bohater, Paweł Holc!!! 

background image

Wśród wiwatów, wrzasków i tłoku dźwignięto otyłą ofiarę i 
obnoszono dokoła stołu. Marek wydobył się spośród zgrai i 
swobodnie ryczał ze śmiechu. Wszystko mu się tutaj podobało. Nawet 
straszliwy taniec, który wyprawiał w oczach wszystkich w głównym 
salonie jakiś oficerek francuski z wygoloną do pasa panią o 
kopiastej ufryzowanej czuprynie - taniec "kolonialny" bamboula. 
Nawet zapowietrzony i za... gabinet likwidacyjny spółki akcyjnej 
G. G. L, gdzie pokotem leżeli chrapiąc lub cierpiąc srogie męki 
podróżnicy, którzy już dojechali do swojej Rygi. Nigdy nie widział 
ludzi podobnego autoramentu i rozglądał się ciekawie. Badał typy 
szczególnie podejrzane i raz po raz napastował Nusyma, kto jest 
ów, co zacz jest ta? Nusym, rozrywany na wszystkie strony, nie 
miał dla niego chwilki czasu. W przelocie rzucał krótkie 
komentarze. - To potentat z Górnego Śląska, zresztą trochę 
Niemiec. Ten łysy to jakiś poseł, nie znam go. Ten rudy? Twórca 
naszej przyszłej marynarki handlowej, grumy łajdak z Gdańska. Ta w 
zielonej sukni? Zwyczajna k... Paweł Holc? Poczciwiec. Za co 
siedział? Za to, co robią wszyscy. Nasz komisarz musi czasem 
machnąć ogonem - dla opinii i nigdy nie zawadzi prawdziwego 
zbrodniarza. Pokazać ci takiego? Wierzaj mi, pomimo wszelkie 
pozory nie ma tu ani jednego. Tamci to albo zbyt wielkie szuje jak 
na moje salony, albo też zbyt się szanują jak na takie 
zbiegowisko, albowiem najgorsi to właśnie jegomoście szeroko znani 
w Warszawie i w Polsce, o kryształowych, nieposzlakowanych 
imionach, na przykład taki S., taki B. Tych wszyscy wytykają 
palcami i wszyscy ich szanują. Imponujące! Tacy nie siedzą w 
kozie, nie siedzieli i nigdy nie będą. 
Dziwna pani z promieniem siwych włosów objawiła się znowu w 
palarni, gdzie pito teraz poncz. Marka zastanowił szacunek, jakim 
ją otaczali starzy i młodzi, trzeźwi i pijani, uwijający się koło 
niej. Żadnych rozbestwionych kawałów ani natarczywości, jak z 
tutejszą resztą "tych pań". Gdzie się pokazała, urywały się 
anegdoty, kłótnie, pijane śpiewki, młodzieńcy w smokingach 
porozwalani na kanapach zrywali się na równe nogi. Tytułowano ją 
panią hrabiną. Z każdym była spokojna, uprzejma, wyniosła, ale 
oczami błądziła kędyś powyżej wszystkiego, co się wkoło niej 
działo. Jeden jedyny raz spotkały się ich spojrzenia i Marek na 
mgnienie oka struchlał w ostrym, przenikliwym niepokoju. Te 
oczy... 
Potem przyczepił się do niego jakiś pijany rotmistrz, przypomniał 
mu się z frontu i prześladował go, zanudzając jeremiadami o 
ostatecznym rozprzężeniu wszystkiego, o "strasznych draństwach", o 
nieodzownej zgubie Polski. Jęczał i pomstował, ciągnął go do 
bufetu dla wychylenia zaległego "bruderszaftu", albowiem już 
ostatni czas, aby "nasi ludzie" zaczęli się sprzysięgać. Marek 

background image

nagle stracił humor. Z na wpół pijanego pomącenia wynurzył się 
zły. Dolegało mu coś nieznanego, było to natarczywe i zupełnie 
nowe. Najsłabszego związku z tamtą sprawą, z której sobie zupełnie 
szczerze kpił. Coś go rozpierało, jątrzyło i kazało się zgadywać. 
Chwilami przebiegał mu przez kości szybki ból. - Do diabła, pójdę 
już do siebie, co ja mam do roboty w tym b... - Zajrzał do swego 
pokoju, otrząsnął się ze wstrętu i wnet wrócił. Snuł się w tej 
pijackiej wesołości jak urzeczony i wciąż w sobie czegoś szukał i 
coś w sobie zgadywał. Mętnie, jak przez sen, przesuwały się jakieś 
szumiące drzewa, nagłe połyski i głuchy daleki niepokój 
nadchodzącej burzy. Ale to było nic, dopiero ponad tym falowało w 
nim, rozpędzało się, nabrzmiewało i nagle cichło coś, co było nad 
wszelki wyraz rozkoszne, tajemne i dręczące. Do salonu weszło 
mnóstwo nowych panów, wszyscy, we frakach. Przybywali z wielkiego 
dorocznego balu w Prezydium Rady Ministrów i jeden przez drugiego 
opowiadali nowiny i plotki. Jeden z nich, chudy i wyniszczony 
szykowiec, szastał się w ukłonach przed nieznajomą, aż ciężki 
zagraniczny order dyndał mu na szyi. Marek posłyszał jej niski, 
matowy głos i poznał ją natychmiast. 
X
W końcu lutego sekretarz Nusyma i jego kolega z kampanii roku 
dwudziestego, młody prawnik, inwalida bez ręki, miły, cichy Michaś 
Słodowski, obudził Marka około południa i wręczył mu grubą 
kopertę, dał do podpisania świstek i oznajmił, że to jego 
należność - za trzy ubiegłe miesiące. 
Marek zajrzał do koperty i stropił się. Przeliczył dolary, franki, 
polskie marki i zerwał się z łóżka przerażony. Natychmiast 
narzucił coś na siebie i poszedł do telefonu ścigać "tego 
łajdaka". Słodowski podawał mu najrozmaitsze przypuszczalne 
numery, ale "łotr" schował się dobrze. Sekretarz był dyskretny i o 
nic się nie pytał, ale widząc furię człowieka, bąknął, że w 
wypłaconej kwocie nie może jeszcze figurować całkowite i pełne 
oprocentowanie kapitału, gdyż duża jego część jest jeszcze 
"zaklinowana" - właśnie zakupiliśmy dużą partię lasów w Puszczy 
Grodzieńskiej". 
- Co? Jeszcze niepełne oprocentowanie? Ależ wy jesteście zbóje! 
Dziesiąta część tego, com dostał za trzy miesiące, to jeszcze 
grube zdzierstwo. Nie wiedziałem ja, drogi panie, żem wlazł w 
takie błoto. I co teraz robić? 
Sekretarz śmiał się serdecznie. Kawał był wyjątkowy, na dziś 
będzie miał co opowiadać na prawo i lewo. Marek szukał gorączkowo 
w księdze telefonicznej i uwiesił się u aparatu. Długo kogoś 
dręczył. Sekretarz brał się za boki. Wreszcie ostatnie słowa: - 
Mało! Mało jest! Bezczelnie pana okradli, to panu mówi Paweł Holc. 
Ach, pieniądze... Marek nigdy o to nie dbał. Chodził ubrany byle 

background image

jak, wyśmiewał elegantów i poprzestawał na małym. Nie rozumiał się 
na zbytkach, to, co mu się zazwyczaj podobało, było tanie, a 
rzeczy najbardziej wyszukane i rzadkie miał zawsze za darmo: swoje 
wielkie plany, marzenia, chimery. 
Więc zamierzał jakoweś fundacje, subsydia. Nusym surowo nakazywał 
mu wydać te pieniądze, gdyż za trzy miesiące miał dostać dwa razy 
tyle, i tak dalej, do samej śmierci, co nie znaczy, żeby jego 
kapitalik miał się uszczuplić o jeden grosz, przeciwnie, stale 
będzie wzrastał. I Marek nauczył się wydawać pieniądze. 
Nasprawiał 
sobie ubrań, zamówił piękne meble do swojej pracowni, kupił na 
wystawie parę obrazków, pakietami znosił do domu książki, na nic 
więcej się nie zdobył, a pieniędzy wciąż jeszcze była moc 
olbrzymia. Wreszcie z niezmierną radością odkrył, że hrabina 
Chosłowska nie odrzuca jego kwiatów i drobnych darów hołdowniczych 
i dziękczynnych. Swoją zażyłość z nią ukrywał wstydliwie, 
zwłaszcza od czasu, gdy Botwid spadł z księżyca na bruk warszawski 
i zamieszkał na razie u Nusyma w wolnym pokoju. Do "Bristolu" 
wsuwał się nieznacznie, windziarzowi podawał mylne piętro i 
przemykał się chyłkiem po schodach, po korytarzach do drzwi o 
czarownej cyfrze. Tam truchlał. Może wyszła? Może kto u niej 
siedzi? Może się co stało? Ale zawsze drzwi ustępowały bez 
skrzypnięcia, owiewało go gorące tchnienie jej perfum i tuż od 
progu poczynało się bezwstydne, święte misterium szaleństwa. 
Wspaniała uroda jej nagości, omdlewająca pieszczota dumnych ust, 
za każdym razem inna nowość jej namiętności... Nadspodziewane w 
niej objawienia, coraz głębiej wciągające go w nieznane, 
nieprzypuszczalne otchłanie żądzy, gdzie wciąż odnajdywał, i 
odkrywał samego siebie... Nieprzenikniona była tajemność tej 
duszy, gdzie w mrokach przebłyskiwały zaklęte skarby, gdzie 
kłębiły się odurzające, trujące wyziewy. Biło od pani hrabiny 
Chosłowskiej tysiąc uroków, ale ponad to wszystko panował i trwał 
wiernie niezniszczalny, zawsze świeży, przepotężny czar 
młodzieńczej pamięci, wizja jedynej tamtej nocy. W jej objęciach 
zawsze był pacholęciem z piekącą, rozkoszną pręgą na piersiach, 
śmiertelnie odurmanionym, za życia wniebowziętym. Zawsze było w 
niej opętanie i coś ze snu niepodobnego do żadnej prawdy. 
Zapanowała nad nim jak nad niewolnikiem, jak nad dzieckiem. Igrała 
z nim, uczyła go złego bez żadnego wstydu, odsłaniała przed nim 
swoje przerażające sądy o ludziach i rzeczach. W opowiadaniach ze 
swego bogatego życia, w urywkach najtajemniejszych wspomnień, 
które wymykały się jej jakby pomimo woli, w pewnych momentach 
zapamiętania, stawała przed nim wyzywająco naga, wyzuta ze czci i 
wiary, imponująca. Piekielnie szczerym śmiechem, idącym z głębi 
piersi, szydziła z jego przerażonych oczu, z oniemiałego 

background image

milczenia, gdy nie śmiał wierzyć i nie śmiał pytać. Zachwycała ją 
ta dziewiczość duszy, która tak łatwo mogła się oburzać i tak po 
dziecinnemu dzieliła rzeczy na dobre i złe, na szlachetne i 
haniebne. Nie do pojęcia były jej dawne sprawy i sprawki, ale 
Marek wszystkiemu uwierzył. Zachował nietknięty swój zwyczajny 
ludzki kodeks moralny, ale po pierwszym odruchu przerażenia doznał 
na sobie ciężkiego, nieprzepartego uroku tej ciemnej duszy. Jej 
jednej jedynej na świecie przyzwalał na wszystko i wszystko w niej 
rozumiał. W początkach niepokoiło go oburzenie, odpychał od niej 
wstręt. Gdy wracał od niej, postanawiał zerwać lub uciec, ale 
przychodził dzień po dniu i przez nią tylko żył. Wreszcie ułożyło 
się to w pewien system, na jakiś osobliwy ład, wykrętny a zarazem 
szczery. Nie mogła i nie powinna być inna. Hrabina Chosłowska była 
chimerą, istotą fantastyczną postacią z pochłaniającej powieści. 
Jej poczwarne wyznania, szeptane w jego objęciach, gdy usta 
dotykały ust, potęgowały rozkosz. Przenikała ona w głąb mózgu, 
stawała się prawdziwą ekstazą, poczwarnie mistyczną - rozpustą. 
Nie miał dla niej ani jednego słowa miłosnego, ani jednego 
drgnięcia serca. Nie żądał od niej wierności. Żył z nią jeno 
godzinami, nocami, spędzanymi w zacisznym Nr 423, poza tym nie 
myślał o niej ani o tym, czym ona żyje, co robi, z kim się zadaje. 
Wspaniała była ich obustronna wolność. Marek miał wyznaczone dnie 
i godziny. I dopiero gdy się zbliżała jego godzina, doznawał udaru 
żądzy, niepokoił się, marł z niecierpliwości i pędził, targany 
obawą, że coś się stało, że dziś jej nie zobaczy... Na samą myśl o 
tym chwytała go furia, ale jak dotychczas za każdym razem, gdy 
przybywał zdenerwowany, na wpół przytomny i wydzwonił umówione 
trzy sygnały, drzwi uchylały się miękko i otwierał się przed nim 
zaczarowany świat. Nieład dwóch pokojów, podniszczone aksamity 
kotar, wyłysiały dywan, szczątki przedwojennego zbytku, zwiędłe 
kwiaty, pootwierane szafy i kufry, wszędzie pył, wszędzie jej 
trujący zapach, rozrzucone, nie zasłane szerokie łoże... 
Poza tym pracował. Od czasu hekatomby nieodżałowanych rękopisów 
inaczej zabierał się do rzeczy. Trzymał się mocno w garści, nie 
rozpuszczał się, już nie dowierzał natchnieniu. Rwał się do pióra, 
ale tylko z rzadka pozwalał sobie coś napisać. Myślał. Dużo 
czytał. Ostrożnie, chyłkiem podglądał ludzi pióra, nigdy niczym 
nie zdradzając swych aspiracyj. Naiwnie sądził, że są to ludzie 
osobliwi, wyjątkowi, był wobec nich nieśmiały i pełen oczekiwań. 
Nie opuszczał ani jednej soboty literackiej Nusyma. Poznał 
jedenastu poetów, szesnastu plastyków, dwa razy tylu krytyków i 
jednego muzyka, który zwykle grywał do tańca. A obok nich całe 
mrowie pospólstwa, które otaczało wybrańców i miało za zadanie 
wytwarzać atmosferę artystyczną tych wieczorów i utrzymywać wysoki 
poziom. Wszystko to było wygadane i z urzędu inteligentne, i co do 

background image

jednego przesubtelnione. Było wśród nich kilkoro prawdziwych 
snobów, reszta wysilała się na snobizm jak umiała. Między 
artystami krew ludzka utrzymywała się na pewnym nieznacznym 
procencie, ale dla hałastry miłośników nie było żadnego numeru 
clausus. Nastrój tych wieczorów był swobodny i miły, ale kolacji 
nie zastawiano. W pokoju jadalnym piętrzyły się góry przekąsek i 
słodyczy, a gdański koniak płynął potokiem. Tam też dookoła 
wielkiego stołu obracały się te wieczory. Tam uciekał, kto mógł, 
gdy któryś autor uproszony zaczynał odczytywać swój nie drukowany 
utwór lub gdy znakomity krytyk rzucał najnowsze problematy jako 
zagajenie mającej nastąpić dyskusji, do której nigdy nie 
dochodziło. Tam rozpajano do nieprzytomności jedynego mecenasa 
wszystkich sztuk wyzwolonych, arcybogacza wojennego Izaaka 
Eisenbruna, wmawiano weń najgrubsze komplimenty, toastowano na 
jego cześć, drwiono zeń w żywe oczy i na miejscu nabierano 
bezwstydnie i z humorem. Tam zakładano nowe pisma literackie i 
grzebano stare, tam godzono zwaśnione talenty, wychylano z krytyką 
nieszczere bruderszafty. Koło północy, po teatrach, przybywali 
aktorzy i znosili najnowsze plotki i anegdoty. Było wesoło, 
hulaszczo, młodzieńczo, za pan brat, po koleżeńsku i nic więcej. 
To pouczyło zakonspirowanego kandydata na szczytny urząd w służbie 
muz, żeby pracował i czekał, a reszta będzie mu dodana. Tyle 
skorzystał, że poznał mnóstwo dobrych kawałów i paru przemiłych 
ludzi. Artur Lubiński, autor dwóch rozgłośnych tomików poezyj, 
wydanych jeszcze za okupacji, zamilkł w niepodległej Polsce. 
Cierpliwie znosił melancholijne westchnienia kolegów i 
rozczarowanie, a teraz już zapomnienie ze strony tak 
entuzjastycznej niegdyś warszawskiej opinii. Rozchodziły się 
jeszcze czwarte i piąte wydania jego tomików, ale nie znać go już 
było na powierzchni życia literackiego. Jak na mieliźnie, osiadł 
na posadce dziewiątej klasy w P.K.K.P. Koledzy mawiali: "To był 
ostatni śpiew łabędzi umarłej epoki". Nosił on w młodej twarzy 
zatajony dobroduszny uśmieszek, który pociągnął doń Marka. 
Lubiński bez trudu po oczach odgadł w nim zakonspirowane 
aspiracje. - Niech się panu nie śpieszy. Niech się pan nikogo nie 
radzi, zanim pan nie przebrnie pierwszego chaosu w samym sobie. W 
tej fazie wszystko może w panu skrzywić tak zwane obcowanie 
twórcze, wieczory autorskie w lokalu "Salonia", entuzjastyczne 
oceny swoich, zabójcze drwiny ze strony "tamtych" i trzeźwy 
fachowy osąd ze strony jeszcze jakichś trzecich. Święte są 
tajemnice dzieciństwa twórczego, jego udręczenia i rozkosze, jego 
wielkości i śmieszności. Nikogo tam nie należy dopuszczać. Niechże 
się panu nie śpieszy. Dziś wydrukują wszystko, byleby nie zanadto 
wiadome było, o co komu idzie; i byle się to działo w Bombaju, na 
stokach Kilimandżaro lub w okolicach Damaszku. Jednak i biednego 

background image

czytelnika należy trochę oszczędzać - dla lepszego jutra. 
Lubiński pracował nad swoim dramatem w dwupokojowym, przeraźliwie 
skromnym mieszkanku w oficynie, w godzinach pozabiurowych, i 
bynajmniej nie przeklinał swoich losów, nie oskarżał 
społeczeństwa. Zamierzył wielkie dzieło i łamał się z nim. 
- To, czego od siebie chcę, jest prawie niepodobieństwem. Zamiar 
ponad możność dzisiejszego pokolenia. Ale to się uparło we mnie i 
nic już nie poradzę. Jestem we władzy chimery. Albo podołam, albo 
nie. Starczy mi pracy na całe życie. Bywa ze mną i tak, i owak. 
Czasami wystrzeli aż pod niebo wizja mojego dzieła, jak wspaniała 
świątynia. Czasami zawali mi się wszystko na łeb. Wówczas odpocznę 
i zaczynam inaczej. Ale zdarzają się godziny tak niezgłębionego 
szczęścia... 
Marek był olśniony. Oto ten, który wzgardził swoim szybkim 
rozgłosem i dalszym uganianiem po kawiarniach, po redakcjach, po 
klikach, aby przeskoczyć tego, owego i każdego, a w końcu i siebie 
samego. Nie wyprawia modnych harców, nie wyczynia łamańców. 
Człowiek, który się waży na wielkość! Przylgnął do niego, zakochał 
się. Uwierzył weń o wiele mocniej niż on sam w siebie. Lubiński 
uśmiechał się jeno smętnie i mawiał: - Nie wiem, nie wiem - to 
bardzo trudne... - A Marek nie zdawał sobie jeszcze z tego sprawy, 
że już porzucił swoje ultraniebywałe małpowane matactwa, wysilanie 
się na coś nieodparcie nowego, co było treścią jego drugiej fazy 
rozwojowej po wiadomej hekatombie. Pchał się za innymi, uczył się 
od nich i dbał jeno o to, żeby nie zostać w tyle za prądem, który 
niósł najnowszą literaturę. Z łaski hrabiny Chosłowskiej odkrył 
był w sobie jedyne w Polsce powołanie, monopol na rewelacje 
erotyczne, w których nikt go nie przeskoczy. W samym tytule 
planowanego cyklu zawierała się połowa osiągnięcia i powodzenia: 
"Czarne Płomienie". Teraz zawrócił w miejscu i poszedł za urokiem 
Lubińskiego. Zagrzebać się w pracy na całe lata! Patrzeć, 
rozmyślać, badać. Być wszędzie, wszystko czytać, wszystko 
wiedzieć. Zapamiętać się w jednej wyłącznej idei, pokusić się o 
wielkość. 
Wielka powieść o Polsce! Obraz tego, co jest w nas, wokoło nas, za 
nami, przed nami. Wyczarować utajone, na żywych ludziach wykazać 
jak na dłoni to, co poza wrzawą, za pyłem powszedniego dnia, jest 
naszą istotą i prawdą. Uczcić cud dziejowy i uwiecznić go w 
sercach pokoleń, opowiedzieć ludziom baśń nieznaną o tym, co 
przeżywaliśmy w te lata dzień po dniu, w niepokoju, w zamęcie, w 
obłąkaniu, w momentach nieprzebranej radości i w godzinach 
straszliwej rozpaczy. Gdzie w nas pamięć niezliczonych wydarzeń? 
Przewaliły się jakby ponad naszymi głowami, przemykają się 
chyłkiem nie postrzeżone, przemijają z dnia na dzień wraz z 
gazetami, które się przerzuca i ciska w nicość, bo nazajutrz będą 

background image

nowe. Niepodobna się opamiętać w chaosie, a czas mknie, sypie 
faktami - jakże za nim nadążyć? Rok naszego czasu starczy za 
dziesięć, jakże niezmiernie już długo żyjemy w niepodległej 
Polsce! Zamierzchłym widmem, zjawiskiem wręcz niepojętym stały się 
lata niewoli. Gdzie rok czternasty? Gdzie ogrom wojny światowej? 
Wielkie dni Listopada zdają się stać u kolebki naszego 
dzieciństwa... 
Nie kronika wydarzeń, nie uczony traktat polityczny i nie 
dyplomata, nie filozof, nie socjolog dadzą odpowiedź na to, co w 
nas podświadomie nurtuje, co nas trawi i nie daje żyć spokojnie. 
Tylko sztuka i tylko artysta. Nie dla patriotycznych kazań, 
nakazów, wskazań, ale dla potrzeby duszy, dla nasycenia łaknącej 
wyobraźni i obaczenia samych siebie w prawdzie, w głębi, w pięknie 
olbrzymiej epoki. Dzieło żyjące, wielkie, jasne i proste 
przeniknie do wszystkich serc, podniesie je na wyżyny godne tych 
czasów. Zabiją polskie serca do wtóru z narodami świata, wejdą w 
rytm, którym tętni życie nowej ludzkości. Jakże przystąpić do tego 
ogromu? Co z niego brać? 
Nie dzieje gabinetów, sejmu, dyplomacji, przesileń, rozłamów, 
intryg, skandali, aktualności. Nic z tego, co najbardziej głośne w 
zgiełku dnia, co zaprząta wszystkich i każdemu nastręcza się 
bezczelnie, a co w głębinach życia narodu nie znaczy nic zgoła. W 
skupieniu mądrości, w natchnieniu, które daje ukochanie swego 
narodu, trzeba wkroczyć w tajemną gęstwę życia. Dojrzeć to, co się 
ukrywa na samym jego dnie, w ciemnych czeluściach dusz. Odkryć, 
skąd wychodzą owe źródła podziemne, które jak pierś matki karmią 
wszystko, co żyje. Odważnie zrywać czcigodne zasłony obłudy i 
kłamstwa, w które spowite są racje stanu, zasady, świętości, 
wystawiane na pokaz nieszczęsnej ciemnej tłuszczy. Nie szukać 
chwały ani wielkości, nie uganiać się za złym ani bezecnym. O 
jedno jedyne dbać: we wszystkim, zawsze, wszędzie dostrzec, 
wskazać nieomylnie i nazwać po imieniu to, co jest - prawdę. 
Prawdą będzie pisane dzieło epoki, objawienie, za którym tęsknią 
nasze czasy. 

Nie dokonają tego stare czcigodne głowy, osiwiałe lub łyse od 
zasługi i sławy. Nie podoła temu ich wielki kunszt ani serce 
zakochane w marzeniu o Polsce. Ani najmłodsi, którzy nie czują 
wolności narodu, gdyż nigdy nie zaznali niewoli i dostali Polskę 
za darmo. A dokona jeden z tych, których młodzieńcami zastała 
Wielka Wojna, albowiem w ich to duszach żywie i tętni cud 
dziejowy, przełom polskiego Losu. 
Marek dźwigał ciężką zadumę swego utajonego marzenia. Wrastało ono 
w jego duszę i olbrzymiało ponad wszelką nadzieję, by mógł je 
kiedykolwiek ogarnąć. Kusiło, upajało niepodobieństwo i odtrącało, 

background image

miażdżyło wniwecz i w śmiech obracało polatujące samotne dumania. 
Aż w pewnej jasnej godzinie ukorzył się przed wielkością własnego 
marzenia, stał się artystą. Nie dla siebie zamarzył, ale dla swego 
narodu. Nie dla niego dzieło, ale on cały dla dzieła. Życie mu 
poświęci, będzie walczył, będzie się zmagał i albo zwycięży... 
Albo dokona, ile będzie mógł, resztę wypełni ktoś inny, większy. 
Nowe życie otworzyło się przed nim - ogrom pracy. Rozglądał się 
wokoło, a nic nie widział. Nie wiedział, od czego zacząć swoje 
wielkie badania. Radził sobie, jak mógł. Codziennie chodził do 
Lourse'a. 
Tam w godzinach przedobiednich przerozmaici panowie kładli mu w 
uszy nowiny dnia. Pełno ich było codziennie. Rozprawiano 
gorączkowo, przesiadano się, przysiadano szeptano, spierano się. 
Co chwilę wchodził ktoś jeszcze lepiej i coraz lepiej 
poinformowany i coś prostował, uzupełniał, odwoływał. Panowie 
tutejsi wiedzieli wszystko z pierwszej ręki, nieomylnie 
przewidywali naprzód, co się stanie, a czego nie będzie, albowiem 
o każdej porze dnia i nocy mieli dostęp za kulisy wydarzeń. Dzięki 
położeniu w sercu stolicy do Lourse'a najprędzej docierały wieści 
z MSZ-etu, które było o dwa kroki, z Prezydium RM, które stało 
naprzeciwko, przez ulicę, i ze Sztabu, do którego można było 
sięgnąć ręką. 
Zresztą w godzinach urzędowych mnóstwo dostojników okolicznych 
wykradało się tu na wagary. 
- Łabanowicz się waha. 
- Szulski był wczoraj u Naczelnika Państwa. 
- To fakt, od pierwszej do trzeciej w nocy! 
- A więc gabinet się nie utrzyma. 
- Jeżeli dociągnie do środy, to się utrzyma. 
- A bo co? 
- We środę Łabanowicz ma dać ostateczną odpowiedź. 
- Ależ nie... w Prezydium dopiero co mi mówili, że zamierza zwlec 
do piątku. 
- To nieostrożność, bo tymczasem zdąży przyjechać Fantynicz. 
- No, jeżeli tak, to znowu nic nie wiemy. 
- Ależ panowie, cała gra polega na... 
- Wiemy? Wówczas grupa "Koło" i "Klub Sześciu" na mocy tajnego 
paktu forsują Szpilewskiego, lewica ma nie przeszkadzać, z Żydami 
toczą się układy. 
- Co u diabła za Szpilewski? 
- Nikt go nie zna. Podobno z Krakowa czy skądś. Szpilewski i tyle. 
- Któż w takim razie weźmie Skarb? 
Na głębsze syntezy puszczał się zażyły domownik Nusyma, młody 
adwokat, który faktorował mu w podrzędnych transakcjach i z tego 
żył nieźle, ale główną pasją jego była polityka, a celem życia 

background image

mandat poselski. Chaos pierwszych wyborów pochłonął cały jego 
mająteczek. Ubezpieczył się aż w trzech kombinacjach wyborczych na 
mocy cichych paktów, wszędzie płacił i z paktami w ręku czekał 
spokojnie, aż wszyscy go nabrali. Zdruzgotany moralnie, szybko 
przyszedł do siebie i dalej pracował jak wół, jak Syzyf, na 
straszliwej roli polityki dnia. Wszystko wiedział, wszędzie był na 
czas, a nawet znacznie wcześniej. Pół dnia trawił w Sejmie 
(nazywano go tam posłem bez teki), znajomości posiadał olbrzymie i 
z każdym był dobrze, nawet z tymi, co go zdradzili i obrabowali, 
gdyż, jak mawiał, "w polityce nie ma urazy". Lawirował między 
prawicą a lewicą w mętnym środku, gdzie roiło się od najdalej 
idących kombinacji. Kręcił się jak w chorobie świętego Wita, latał 
jak kot z pęcherzem i lazł w oczy każdemu do tego stopnia, że raz 
nawet pewien dzienniczek bąknął jego nazwisko w pewnej zawiłej, 
przelotnej kombinacji gabinetowej jako kandydata na ministra 
aprowizacji. Na tymczasem było to szczytem jego kariery 
politycznej. Nusym przezwał go kiedyś mecenasem Niedowiejskim i to 
się doń przylepiło na dobre. 
- Polska - prawił - jako twór dziecięcy, wyrosły po burzy 
wojennej, nie ustalony, pełen kłopotów organizacyjnych i groźnych 
fermentów socjalnych, sąsiadujący z czerwoną otchłanią i tak 
dalej, i tak dalej... aby zbudować mocne państwo musi być szczerze 
i otwarcie lewicową, powiem - nawet socjalistyczną. Dla tych 
samych najgłębszych przyczyn oraz z powodu licznych chorób 
dzieciństwa, zatracenia tradycyj państwowych i tendencyj 
anarchistycznych i znowu z powodu tegoż fatalnego sąsiedztwa i tak 
dalej, i tak dalej - musi być niezłomnie konserwatywną, prawicową, 
powiedziałbym nawet reakcyjną, opartą o dogmaty świętości kapitału 
i powagi Kościoła. Oba kierunki mają u nas niezłomne podstawy 
obiektywne i oto cała przyczyna obecnego zastoju. Nasza epoka 
należy do ludzi zdrowego środka, to oczywiste, cóż, kiedy znowu, 
mniejsza o to, dlaczego, ci są tragicznie bezsilni. W rezultacie 
wszystko u nas idzie samo. Nawet nie idzie, ale raczej wałęsa się, 
wlecze, ziewa, przystaje, kładzie się i usypia, to znowu ocknie 
się, zerwie i wyrżnie jakieś kolosalne głupstwo, jak na przykład, 
nie szukając dalej... 
Marek nasłuchał się teoryj, które zakrawały na rozmyślnie ułożony 
kawał, i wielu anegdot sejmowych, w których niechcący obnażały się 
zdradziecko nader przykre prawdy. Rzadko kto rozumiał, o co mu 
idzie, zasypywano go erudycją powikłań, przesileń, kombinacyj, 
ciskano imionami, które nic nie mówiły i nic nie znaczyły, a 
stawały się za sprawą niepojętych czarów jedyną przyczyną jakiegoś 
kryzysu, jedyną przeszkodą do wybrnięcia, czasami wręcz jedyną 
nadzieją Polski, co prawda na parę dni, które mijały jakoś 
szczęśliwie. W sejmie czuł się znacznie gorzej niż u Lourse'a, 

background image

gdzie jednak nie zapominało się, że jest się w cukierni. Tutaj, u 
wielkiego ołtarza Rzeczypospolitej, spodziewał się czegoś innego. 
Czegoż chciał? 
Za każdym razem, gdy tu bywał, zawsze w pewnej chwili postrzegał, 
że mu brak czegoś natarczywie. Nie umiał tego nazwać, ale 
brakowało właśnie czegoś najważniejszego. Rozglądał się. 
Przypatrywał się przenikliwie posłom ludziom szarym i posłom 
ludziom skandalicznym, i posłom mężom znakomitym. Wszyscy zdawali 
się doskonale wiedzieć o tym kardynalnym braku, ale każdy udawał, 
że nie widzi - bo i co znowu, bo skądże u Boga?... Wszyscy oni 
wyglądali, jakby się wstydzili samych siebie, jakby sami sobie 
obrzydli już nie do zniesienia, jakby im się już wszystko dawno 
przejadło i znudziło. Czy na galerii sejmowej, czy w kuluarach, 
czy w bufecie, czy w czytelni, czy w którymś z klubów, gdzie miał 
znajomych, wszędzie w olbrzymiej niezdarnej budowli coś majaczyło 
i wymykało mu się, było zwinne, wciąż obecne, a nieuchwytne, jak 
uprzykrzony mól, który snuje się w powietrzu swoim niemrawym 
widmowym lotem i co chwila go nie ma, pokaże się i znika, i nigdy 
nie daje się złapać. Na wszystkim leżało osobliwe piętno. Ni to 
zastarzały pył, ni to pleśń, ni to nalot miliardów wypowiedzianych 
tu pustych słów, wszystkich godzin zmarnowanych na jałowych 
dyskusjach, wszystkich intryg i szalbierstw. Proste 
przywidzenie... 
W restauracji sejmowej brakowało tylko porozrzucanych tu i ówdzie 
walizek i bagażów ręcznych, rozkładów pociągów porozlepianych na 
ścianach i czadu węglowego, a można by wziąć wszystkich tu 
obiadujących za obcych sobie ludzi, za jakąś przejezdną zbieraninę 
z czterech końców świata. Czekają na stacji węzłowej na swoje 
pociągi i lada chwila zerwą się, rozjadą się na wszystkie strony i 
nie zostanie po nich w tych murach śladu ani wspomnienia. Śmieszne 
urojenie... 
I tak za każdym razem. Gdy wkraczał w gmach sejmowy, opędzić się 
nie mógł przykrym, złośliwym zjawom, które wypełzały na poczekaniu 
ze wszystkich kątów i łaziły za nim krok w krok, następując mu na 
pięty. Ostrożnie spowiadał się z tego wrażenia znajomym posłom i 
skrzętnie notował sobie w pamięci wszystkie ich wyroki i 
orzeczenia głęboko pytyjskie i dorywcze, i szczere, i 
dyplomatyczne, i wręcz głupie. 
- Czego pan od nas chce? Sejm się zestarzał, zatęchł i cóż 
dziwnego, że panu śmierdzi. Nowy będzie o całe niebo lepszy. 
- Nowy będzie stokroć gorszy, albowiem nowa szalona ordynacja 
wyborcza, z którą na próżno walczyli najlepsi ludzie... 
- Wszędzie jest to samo, co i u nas na Wiejskiej ulicy. W 
ministeriach, w stronnictwach, w opinii, w gazetach, wszędzie - 
specyficzny polski impas. 

background image

- Nie u nas szukaj pan nowej Polski. Ona się jeszcze nie 
wypowiedziała, ale wypłynie z głębin życia od masy. Władcą Polski 
jest chłop i robotnik. 
- Jeżeli nowy sejm nie strząchnie ze siebie terroru ciemnoty, 
jeżeli nie pozbędziemy się z ław poselskich wszystkich co do 
jednego chłopów analfabetów, to diabli nas wezmą razem z całą 
Polską. 
- Nasz sejm? Wszędzie w Europie to samo. Parlamentaryzm się 
przeżył. 
Wreszcie Marek zaklął i porzucił metodę badań nad polską 
rzeczywistością. Gdy po raz ostatni był w sejmie, panował tam 
zgiełk, gwałt, suwereni tłumem wylewali się z sali posiedzeń i 
rozpełzali się po klubach dla tajemnych narad, w restauracji całe 
stoły kłóciły się ze sobą. Posłowie, jedząc naprędce, wytrząsali 
sobie pod nosem widelcami, jak gdyby sobie chcieli nawzajem 
powykłuwać oczy. Pod filarami kuluarów w półcieniu latali wielkimi 
krokami jacyś zrozpaczeni samotnicy o błędnych oczach, poseł 
Chrabąszcz, który zawsze chciał zgody i żeby wszystkim było 
dobrze, siedział na ławie pod oknem i płakał. Demonicznie szeptano 
po kątach, szarpano na obie strony wahających się kolegów i 
urywano im rękawy. Nad wszystkim panował nieprzerwany, nieznośny, 
świdrujący w głębi mózgu terkot dzwonka marszałkowskiego, który 
przenikał gmach sejmowy od strychu do piwnic. Nikt go nie słuchał, 
nikt go nie słyszał. Dzwonek zawziął się, zawściekał się, grzmiał, 
jęczał, wył i wygnał wreszcie Marka z nawiedzonego domu. Długo 
huczał mu jeszcze w głowie jego przenikliwy głos, a przyszły 
powieściopisarz i w nim dopatrzył się znamiennego symbolu. 
To godzina dziejowa bije na alarm, ostrzega, wzywa do opamiętania. 
To mistyczny duch Polski objawia się w jego martwym elektrycznym 
szczekaniu. To już ostatnie, groźne Mane Tekel Fares... 
Lubiński radził mu patrzeć w siebie samego i czekać momentu 
twórczego - wizji Polski. Gdy ona mu się objawi, dokona się połowa 
jego dzieła. 
- A jeżeli mi się nic takiego nie wydarzy? 
- To znaczy, że pan nie stworzy nic własnego, co bynajmniej nie 
przeszkodzi panu napisać znośnej powieści, a nawet być sławnym. 
Niech się pan nie dręczy i czeka cierpliwie. 
- Cóż mam robić w takim razie? Czekać? 
- Trzeba się zająć czymś pożytecznym. Niech pan czyta jak 
najwięcej. A jeżeli brak panu dyscypliny, niech się pan czepi 
pracy obowiązkowej, bodaj jakiejś marnej posady. Niewola ośmiu 
godzin na dobę nauczy pana szanować każdą minutę wolności. 
Poradziłbym to niejednemu z naszych artystów, tonących w nadmiarze 
wolnego czasu. My, Polacy, wszyscy jesteśmy lenie. 
Markowi nie śpieszyło się do posady, czas i tak mu schodził nader 

background image

mile. Po parę godzin dziennie pisał pamiętnik swoich przygód w 
niewoli i na tułactwie. Była to praca spokojna i miła. Po prostu 
uczył się pisać. Chwytał obrazy, momenty, postacie z tych lat. Do 
niedawna były one żywe, jego własne, do głębi znajome i zwyczajne. 
Teraz, pod piórem, przeobrażało się to wszystko, oddalało się, 
stawało się czymś zupełnie nowym, fantastycznym. Nieprzemierzona 
Rosja, po której przerzucał go los w ciągu trzech lat, jej stepy, 
jej rzeki, jej miasta, jej niebo i powietrze wydawały mu się teraz 
krainą snów. Ludzie opętani szaleństwem walki, niszczący się 
nawzajem w potokach krwi, w czadzie pożarów, w ekstazie 
bestialstwa, stawali się narodem przeklętym, skazanym na zagładę 
przez wyrok losu, który wypełnić musieli nad sobą własnymi rękami. 
Zdawało mu się, że tu i ówdzie na krwią zalanym bruku miasta, w 
głuchym lesie, w szczerym stepie, w wiosce wygłodzonej i 
bezludnej, nad brzegiem potężnej rzeki, niosącej korowody wzdętych 
trupów - dostrzegł był, widział i zapamiętał widmowy szereg mknący 
w dal, straszliwy patrol, przednią straż armii klęski i zatracenia 
- czterech jeźdźców Apokalipsy! On sam - niedostrzegalny pyłek, 
niesiony przez huragan wydarzeń, ciskany tu i tam i porywany znowu 
bez wytchnienia, bez celu i bez sensu, wydawał się teraz sam sobie 
istotą wszechwiedzącą, duchem posłanym między gromy, burze, 
zbrodnie i nędze ludzkiego piekła, aby wszędzie być, wszystko 
widzieć i zapamiętać, i wiernie zdać z tego sprawę. Gdy pisał, 
poznawał dopiero po latach, co to było i czym był on dawniejszy, 
dziś już obcy samemu sobie. 
Pisanie pogrążało go jakby w niebycie, odrywało od zbyt jasnej 
pamięci na dzień bieżący. Było mu to miłe, a skądinąd - wyczuwał 
to mętnie - i nader potrzebne. Pamiętnik zasłaniał przed nim coś 
uciążliwego, odkładał na kiedyś jakowąś ostatnią resztkę czegoś, 
co obumarło i nic nie znaczyło, ale trzeba to było przyznać, 
jeżeli nie dolegało (co to - to nie!), to skądś z daleka 
spozierało jeszcze ku niemu zwiędłe, wybladłe - i nudziło. Poza 
pamiętnikiem i ulubionym marzeniem o wielkiej powieści, dla której 
na razie nic nie czynił, zaniedbawszy swoje studia, lektury 
starych gazet, wywiady i wiwisekcje - jedynym uzupełnieniem jego 
żywota była pani Chosłowska. Nie myślał o niej, miał swoje sprawy, 
niemal zapominał, nieraz całymi dniami jak gdyby o niej nie 
wiedział. I zawsze przychodziła, powtarzała się ta sama chwila. 
Odrywała od pracy, wypędzała go spośród ludzi, głęboką nocą 
budziła go ze snu i natychmiast musiał biec do niej. Nieprzytomny, 
pijany, zatruty, bez jednej myśli w głowie, w trawiącej 
niecierpliwości, bez względu na porę dnia, rankiem, w południe, po 
nocy - z zapartym oddechem stukał do jej drzwi. Czasami zastawał u 
niej zdechłego starego grafa Pieremietjewa o twarzy wyszarzałej i 
zmiętej jak szmata, gdzie czaiły się jeno spodlałe oczy chytre i 

background image

złe. Czasami widywał młodą dziewczynę o sennej bladej twarzy i 
błędnych oczach, pachnącą eterem, milczącą, jakby zahipnotyzowaną 
Rosjaneczkę, niejaką Murę, niewolnicę pani Chosłowskiej, od której 
nie odrywała uwielbiającego psiego spojrzenia. Marek podejrzewał, 
że i graf, i Mura żyją z łaski hrabiny, a z jego pieniędzy, które 
od czasu do czasu udzielał jej w postaci pożyczek, zazwyczaj 
podwajając sumę, którą wymieniała - pieniędzy wciąż jeszcze miał 
dosyć. Był dumny, że mógł ją wspomagać, a zarazem chwytał w tym 
osobliwy posmak, który zaostrzał jeszcze jej urok. Obok tego owe 
datki uspokajały jego dalekie i dość fantastyczne obawy, że 
piekielnica może znienacka zażądać od niego czegoś niesłychanego, 
jakiejś drobnej może przysługi, która jednak - jednak (wiedział to 
dobrze) nie będzie do wymuszenia i wówczas drzwi Nr 432 już nie 
otworzą się nigdy na umówiony sygnał. W razie większej potrzeby 
zażąda od Nusyma spłaty, wreszcie zostaje w rezerwie Kuba, który 
natarczywie wpycha należną mu część dochodów z jordanowickiej 
gleby. Ten strach jego począł się w pewnej chwili, niezapomnianej, 
poczwarnej, na wieki tajemnej, gdy zanim rozwarła przed nim jakieś 
dno rozkoszy, kuszące jak przepaść - pochyliła się nad nim, 
przygniotła go piersiami, mocno do bólu ujęła go za ramiona jak 
szponami i patrzała głęboko w oczy rozszerzonymi, odziwniałymi 
źrenicami. - W razie potrzeby... Na mój rozkaz... Wszystko? Każdą 
rzecz? Ufasz mi? Nie cofniesz się? Przysięgasz? Pamiętaj! 
Pamiętaj!... - Pamiętał, że przysiągł bez wahania, jak wówczas za 
pierwszym razem, w noc przed burzą. Ale pamiętał i to, że wówczas 
był w szóstej klasie i gdyby doszło do próby, jak małe dziecko 
usłuchałby każdego rozkazu cudnej, dumnej pani, która porwała i 
zabrała go z duszą i ciałem. Dziś nie było o tym mowy. Oswoił się 
w niej ze wszelkimi możliwościami, czytał ją jak pochłaniającą 
powieść o ciemnej bujnej duszy, pełną przygód i losów, ale sam był 
poza kartami tej księgi, był postacią z innej kroniki wydarzeń. 
Przysięga? Wybuch temperamentu, nic więcej. Może się zakochała? 
Nie patrzy to na nią, ale - na schyłku swoich kobiecych lat - wobec 
tak dalece młodszego od siebie człowieka - kto wie... W istocie 
Marek był przekonany, że hrabina jest w nim rozkochana. Wiedział, 
że z konieczności tylko przesiaduje w Warszawie, że wciąż jest na 
wylocie i czeka tylko na jakieś wiadomości, by ulecieć do 
kochanego Paryża. - Ty pojedziesz ze mną. Nie razem, ale w tydzień 
później. - Była tego zupełnie pewna. On również. Już nie rozumiał 
nawet, jak by mógł się obyć bez niej... 
Przykuwała go do niej żądza i wiecznie nienasycona ciekawość jej 
zwierzeń i tajemnic, odsłaniających w niej ciemne, przepastne dno. 
Była w tym jakby druga rozpusta, która wtórowała rozpasaniu 
zmysłów i rozjątrzeniu nerwów. Z jej objęć wychodził skalany i 
zatruty, z surową, uczciwą pogardą dla siebie, a zarazem pełen 

background image

zachwytu, w którym objawiała się jakowaś druga jego natura, 
najgłębiej tajemna. Czuł w sobie rozdwojenie i podwojenie. Osiadł 
w nim jakowyś sobowtór, cynik i zbrodniarz. Przebywał w ukryciu, 
nie ważąc się mieszać do jego spraw codziennych. W niczym nie 
wpływał na jego postępowanie, nie kusił nigdy, ale był nieodstępny 
i szeptał swoje ironie i herezje o rzeczach i ludziach, patrząc 
leniwie na ten świat. I świat stawał się głębszy, coraz ciekawszy. 
Jak pod szkłem potężnie zwiększającym występowało jego tajemne, to 
prawdziwe oblicze, którego się nigdy nie ogląda prostymi, 
szczerymi oczami. Sobowtór, uwielbiający panią Chosłowską, widział 
wskroś ziemię żywe korzenie drzewa żywota, rozumiał dziwolągi 
cieniów, rzucanych na jasną ścianę przez jasne słońce od ludzi i 
zjawisk całkiem zwyczajnych. Marek nie stał się przez to 
bynajmniej gorszym, po prostu stawał się stopniowo trochę innym i 
tyle. Złagodniało i twarde "tak", i bezwzględne "nie". Marek coraz 
więcej rozumiał w tych pokręconych ludzkich sprawach i w sobie 
samym. W tajemnych godzinach rozpasania nie czuł już więcej zgrozy 
i świętokradztwa ani hańby swojej zdrady, teraz wiedział tylko, że 
hrabina obroniła go od groźnego opętania i stoi na straży jego 
spokoju. Wdzięczność za to była bodaj jedynym cieplejszym 
uczuciem, które w nim tliło dla kochanki. 
Szczęśliwa likwidacja pani Goślickiej wydobyła go jak z niewoli. 
Szeroki świat znów stał przed nim otworem; wabiąc tym, co 
jutrzejsze i nieznane. Każde drganie żalu za tym, co było, 
niepokojące zwidzenie senne, chwila niebezpiecznej zadumy, na 
której dnie szemrały bolesne westchnienia za czymś dalekim, 
wielkim i czystym - wszystko zostawało poza nim, gdy tylko 
zanurzał się we mgłę otaczającą panią Chosłowską. Wracał do niej 
zawsze z radością bujnego życia, niosąc w sobie skarb swoich 
przeżyć. Ten skarbiec zbogacał się z dnia na dzień i stawał się 
coraz szczelniej zamkniętym, coraz bardziej tylko własnym i coraz 
tajniejszym. 
Właśnie powrócił. Wyczerpany i rozjątrzony, zamknął się w swoim 
pokoju. Na wpół senną, znużoną myślą będzie się błąkał po swojej 
ukrytej krainie. W myślach będzie się zacierała granica między 
prawdą tego, co było, a urojeniem. Oddzieli się od żyjącego 
świata, oderwie się od samego siebie. Bez śladu zniknie z pamięci 
sprawczyni cudu, zostanie czysta ekstaza, matka przyjść mających 
natchnień, z trzęsawiska wyrosną kwiaty. Zaledwie wszedł do swego 
pokoju, ukazał się na progu Teofil. 
- Jakaś pani czeka od godziny i nie chce odchodzić. 
Marek stropił się i nie wiedział, co począć. Było to już nazbyt 
niesłychane. Zbieg okoliczności? Ależ to straszliwy wyroczny znak, 
ona - właśnie w takiej chwili. Poprzez rozpacz przebijała się 
radość, triumf. Przewracało się w nim wszystko, czym żył jeszcze 

background image

przed chwilą. Zamęt, ciemność, jasność - i co za obmierzły 
wstyd... 
- Więc cóż będzie, proszę pana? Ta pani nie wie, że pan wrócił. 
Niech jeszcze posiedzi w salonie, wreszcie sobie pójdzie, przecie 
to już koło dziesiątej... 
Ale Marek otrząsnął się z tchórzostwa. 
- Prosić natychmiast! 
Bolesny zawód - i ulga. 
Nieznajoma młoda dziewczyna. W tej chwili ze zgrozą odkrył, że 
jednak pomimo wszystko pełen jest jeszcze tamtej. Nie myśli o 
niej, nie pamięta, a nosi ją w sobie. Inaczej nie wpadłby od razu 
na taką właśnie najgłupszą myśl. Złymi oczami powitał nieznajomą, 
wzgardliwie, z obrzydzeniem obrzucił jej niemodną długą salopę i 
zupełnie niemożliwą w Warszawie futrzaną czapę. 
Po godzinie wciąż jeszcze chodził po pokoju, bądź to zapalając 
wciąż tego samego papierosa, który mu natychmiast gasł, bądź 
pocierając sobie czoło albo zupełnie bezmyślnie wyglądając przez 
któreś z okien. Nieznajoma mówiła bez przerwy głosem bezbarwnym, 
jednostajnie zmęczonym. Jej drobiazgowa dokładność, jak przy 
składaniu raportu, zwyczajność, brak tonu i siły w opowiadaniu 
sprawiły, że straszliwe dzieje zdawały się być urojeniem spokojnej 
maniaczki, która chodzi po ludziach, zjawia się znienacka i dręczy 
ich swoimi koszmarami. Sprawy, gdzie co chwila powtarzało się 
nigdy nie słyszane imię, pseudonim "Kalina", zdawały mu się pomimo 
wszystko obce. Od samego początku nie mógł nie uwierzyć, jednak i 
teraz jeszcze, gdy opowiadanie dobiegało do końca, a szary głos 
lada chwila miał zamilknąć, pozostawało na dnie wszystkiego 
dzikie, dręczące nieporozumienie. Chwilami zdawało mu się, że 
pamięta doskonale, jak wróciwszy do domu położył się na kanapie i 
zasnął. A zatem śpi teraz w najlepsze. Wnet się obudzi i strząśnie 
ze siebie gadającą zmorę. Wyśniły mu się własne myśli, które od 
półtora roku nawiedzały go od czasu do czasu. Rozpaczliwe listy 
matki, wywiady w sztabie, rozpytywania. Długie spisy nazwisk, 
majaczące nieczytelnie bladym maszynowym pismem na cienkich 
świstkach, poszukiwania w biurach "Jura", wśród repatriantów, w 
POW. To znowu odzywało się w nim, jak bicie serca, miarowo, 
nieustannie, tajemnie jedno tylko słowo: Janko - Janko - Janko - 
bez końca. 
Wezwanie do nie istniejącej, by dała jakiś znak i rozproszyła 
zwątpienie. Oznajmienie, które powtarzał sam sobie i wbijał je z 
uporem w głowę. Błaganie pełne żalu, który był spóźniony i już nic 
nie był wart. Przebacz, Janko! Przebacz... 
Jego rany, niewola i hojnie nagrodzone męstwo, i sława walk... 
Łoskot bateryj, wycie pocisków i tętent tysięcy kopyt, gdy o 
porannym chłodzie cały pułk rozleje się po polu, z obłoków kurzawy 

background image

wejdzie w purpurę wschodzącego słońca... Przygasło piękno, zmalała 
zasługa. Tamta śmierć, ponura i bezdenna, zmazała jego bojową 
chwałę i grozę, i wielkość. Dzieje zamęczonej siostry objawiły 
się, jak gdyby niespodzianie rozwarto przed nim pieczarę, kędy się 
schodzi w zatajony świat, między widma ludzi potężnych, 
niepodobnych do prawdy, niepojętych. Poszła szara zwiastunka tych 
spraw w swojej futrzanej czapie i odwiecznej salopie. Na stole, na 
pamiątkę, ostatni raport Janki - "Kaliny", wymiętoszony, 
brudnoszary świstek: 
"Jutro mnie rozstrzelają, rozkazy wydane, robota w porządku".
XI 
Cichy, zatajony szczęk odkręconej lampy i fioletowy abażur w 
czarne batikowane pręgi zakreślił w kącie gabinetu koło spokoju i 
tajemnicy, przystań zaciszną i znajomą. Na niczym minął jeszcze 
jeden dzień niepotrzebny, ustały szepty i westchnienia obłudnej 
szarej godziny, teraz rozpościera się słodycz wypocznienia, 
umiłowana cisza i pustka w duszy. O tej porze rozpoczynało się dla 
niej coś w rodzaju podobieństwa do prawdziwego życia. W świetle 
dnia nudziła się i tęskniła do własnego zakątka na pustyni czasu. 
Jak ćma nocna budziła się dopiero ze zmierzchem. Za dnia dolegała 
rażąca, naga światłość, naprzykrzał się gwar ludzki, wołający ją 
uparcie do siebie. Obcy świat pełen ludzi obiecywał, kusił i 
groził, przeszkadzał jej i nieznośnie mącił w myślach, które 
zostawały w niej z wieczora i nocy. Cokolwiek zbudziło się w niej 
w ciszy samotnej i własnej, to rozwalał następnie dzień, który 
pracował nad tym od samego rana. Dopiero gdy znikał za ciemnymi 
storami, zabierając ze sobą cały swój świat, rozpoczynało się na 
nowo skupiać coś w rozproszonej mgławicy, objawiać się nieśmiało a 
uparcie i dopominać się czegoś u bezwładnej, niepewnej pamięci. Co 
dzień to samo. Od dawna zniechęciła do siebie ostatnich życzliwych 
ludzi, dawno już przestały ją nękać swoją opieką troskliwe ciotki, 
urażone głęboko. Zdziczała. W samotnym pustym życiu nawiedzały ją 
tylko osobliwe zjawy senne i te na wpół senne, niemal żyjące, 
namacalne, nieraz oglądane własnymi oczami. Bywały znajome, 
powtarzające się z nocy na noc, ulubione lub nieznośne. 
Przychodziły niesłychane, wstrząsające. Przelatywały przez nią jak 
burza i potem długo, mozolnie rozplątywać je musiała, aby je w 
sobie odgadnąć. Tym żyła. Jej myśli przychodziły zawsze skądś z 
przestrzeni, jak z dalekim powiewem, a jednak były one własne, nie 
znała innych. Samotna, bierna, bezwładna, poddawała się w opiekę 
czemuś nieznanemu. Jeszcze wierzyła w dobrą odmianę, która 
przyjdzie sama przez się, obudzi się wraz z nią pewnego poranka. 
Zapomniane będzie dawne i rozpocznie się wszystko od nowa, świeże, 
wiosenne, cudowne. Już na schyłku zła zima. Nawet na martwych 
ciasnych ulicach znać w powietrzu oddech budzącej się ziemi. 

background image

Przebiegnie pachnący powiew, zabłyśnie na chwilę słońce, jakby 
odnowione i ogrzane ciepłem jak nadzieją. Niestraszne są nagłe 
nawroty starej zimy, zawieje, dzwonienie o szyby ostrym śniegiem, 
wycie zimnego wichru i pomroka chmur. 
Przeleci to i minie, a nazajutrz rankiem znowu o krok bliżej do 
pierwszego uśmiechu radości. Nie zawiedzie wiosna. Nie zawiedzie i 
radość. Nie trzeba wysilać myśli ani rozpamiętywać zamierzchłych 
udręczeń, ani pytać o nie. Co sądzone, samo przyjdzie. Niech 
stopnieją śniegi, niech puszczą rzeki, niech wystrzelą z czarnej 
ziemi pierwsze kiełki trawy. 
Nad kanapą, na starym bucharskim dywanie, bieleje błękitnym 
śniegiem ulubiony obrazek, pamiątka po przyjaciółce dzieciństwa, 
promiennej, jasnej, zawsze radosnej Nineczce. Jeszcze żywo 
dźwięczy gdzieś jej piosenka, a gdy tylko o niej pomyśleć, wnet 
zaśmieją się jej dziewczęce oczy, pełne uciechy życia. I nie do 
wiary, że jej już nie ma, że dawno, dawno odeszła, że nigdy a 
nigdy nie stanie przed nią Nineczka, która zginęła straszną 
śmiercią, zamęczona przez bolszewików. W czarnej ramie szerokie 
białe pole, a na horyzoncie ciemnogranatowa smuga lasu. Czarne 
ramy pełne błękitu nieba, bez jednej chmurki. Wszystko zalane 
słońcem, które rzuca na śnieg niebieski cień od pokręconych gałęzi 
niewidzialnego drzewa i cień od postaci, stojącej w samym rogu za 
rzędem smutnych krzaków tarniny, które jak żywopłot czernieją na 
pierwszym planie. 
Postać to ona sama, w jasnej, różowej, lekkiej sukni, z odsłoniętą 
głową, w zimowym pejzażu. 
- Nina, dlaczegoś mnie zrobiła w tej letniej sukni na wariata? 
- Tak trzeba, bo w tym jest głęboki symbol. Nowa sztuka. 
Nina śmieje się swawolnie, i tak zostało. Obrazek przypomina 
zmarłe czasy i wróży coś na przyszłość, i nie zmienia się, a 
jednak żyje i jakże często przyciąga do siebie w tych czasach 
wzrok pytający. Godzinami mogła wpatrywać się w daleką linię lasów 
jak urzeczona, jak gdyby stamtąd czekała wieści. Obrazek napomykał 
na coś, kusił, obiecywał i zawsze zwodził. Czasami, z rzadka, 
późno w noc, gdy siedziała przy swoim biureczku zaczytana, zimowy 
widoczek przypominał o sobie znienacka i kładł się na otwartej 
książce. 
I teraz oto oderwała się od zajmującego czytania i wpatruje się 
bystro w biały obrazek. Tym razem krajobraz pociemniał, jakby 
zmierzch padł na śnieg. Nie, to w obrębie czarnych ram kłębi się 
coś i majaczy w oczach. Białe pole popstrzone w czarne łaty, na 
niebie rozpościerają się obłoki... Tu i ówdzie ukazują się tafle i 
smugi sinej wody i wnet znikają, a na polu ściele się szerokimi 
płatami jasna zieleń, usiana kępami żółtych kwiatów. Cień od 
drzewa gęstnieje i wydłuża się, las na horyzoncie odcina się od 

background image

nieba ciemną zielenią. Wiosna! Ożyły w oczach tarniny, okryły się 
białym kwieciem i teraz jej różowa sukienka pięknie zgadza się z 
nimi. Las przybliżył się nagle, pomieszane w nim młodzieńcze, 
jasne buki z szarozielonymi sosnami o czerwonych konarach, 
spomiędzy pni wysuwają się dwaj jeźdźcy na koniu gniadym i na 
kasztanie. Jeden - to on. Wychylają się ostrożnie, patrzą w dal, 
przysłaniają oczy od słońca - to okropne, znowu coś z tej wojny! 
Tak jest, nad lasem tu i tam wiszą obłoczki szrapnelów. Wyrastają 
niżej, wyżej, a tamci dwaj pochylą się na koniach i sadzą przez 
pole w wielkich skokach. Natychmiast na ich drodze wyrasta sześć 
czarnych topoli - przelatują między nimi szczęśliwie. Topole chylą 
się wszystkie w jedną stronę i rozwiewają się w nikłe dymy. 
Jeźdźcy pędzą tuż obok siebie, strzemię w strzemię, a nad ich 
głowami raz po raz wykwitają piękne białe obłoczki z czerwonym 
połyskiem. Pełno ich w powietrzu, całymi rojami gonią za nimi, ale 
nie dają się wyścignąć dzielne konie. Ona wie, że każdy obłoczek 
to śmierć, patrzy na pole osłupiałymi ze zgrozy oczami, patrzy w 
las, za którym siedzi niewidzialna moc i sięga po polu, i dogania, 
i chwyta... Znowu granaty, znowu łyskają podziemne ognie w burej 
otoczy dymów, jeden za drugim - nic, jeno dym!... Odwraca oczy, 
jak potężny dzwon huczy w niej głos obcy, błagalny - "Święty Boże, 
święty mocny, święty a nieśmiertelny..." Ze ściany dymu wypada koń 
i ponosi, zbliża się z każdą sekundą, rośnie w oczach. Już tuż, 
już tuż. Nagle wyprostuje się w siodle i objawi się jeździec 
skulony za szyją końską. Strach natychmiast zaciska jej powieki - 
który?! Już nadlatuje tętent, wesoło młócą kopyta po twardym, 
zrośniętym ugorze. Nie do wytrzymania staje się męka niepewności. 
Szeroko otwiera oczy - jeździec wraz z koniem unoszą się w górę 
ponad rozkwitłe tarniny, przez sekundę zawisną na błękicie nieba i 
wnet drgnie ziemia pod ich ciężarem. Spod kopyt pryśnie w oczy 
prochem ziemi, oślepi... Prosto w twarz dyszy gorącem koń osadzony 
na miejscu. Nie odzywa się, nie wita jej głos ukochany, jeno koń 
raz po raz wzdycha nad nią potężnym tchnieniem. Przeciera oczy - 
nie on! Z wysoka patrzą w nią natarczywe siwe oczy z opalonej 
twarzy. Obcy bez wahania, śmiało, mocno bierze ją za ręce, 
zuchwale patrzy w przerażone oczy. Odwraca wzrok - tam w szczerym, 
pustym polu, leży on i leży jego koń - płasko, jak wdeptani w 
ziemię. Dziwna, niespodziana jest dalekość, która ją dzieli od 
strasznego miejsca. Niepojęta, szara dawność rozpościera się ponad 
tym, co było wszak przed chwilą... Bolą ręce zaciśnięte w obcych 
dłoniach, potężnie ciągną ją do siebie te ramiona. 
Jeszcze raz ją zwiódł dobrze znajomy, stary sen, dawno nosi go w 
sobie. Przez wszystkie myśli, przez niezliczone rozważania, przez 
wahania, zamęty i przez niezłomne postanowienia przedziera się 
zawsze i psuje, i mąci w niej to, co o sobie kiedykolwiek 

background image

wiedziała. Staje nad nią i nie da się odpędzić. Jest w nim groza 
rzeczy niedopuszczalnej, a zarazem jedyny ratunek, tchną od niego 
i wstręt, i pokusa. Nie cierpi tego Marka Świdy, ileż razy go 
odpędziła? Nie cierpi go za zuchwałe oczy - jak on śmie tak 
patrzeć na nią? Czego się spodziewa ten chłystek, czy on wie, po 
co sięga? Jego wyznanie miłosne niedopuszczalne, rozpasane! Zdobył 
się na bezczelność i złożył to na piśmie, czarno na białym, a 
skorzystał z najbliższej okazji, żeby to wykraść i zabrać jak 
sztubak. Śmieszna figura, tak strasznie patrzy, a o byle co się 
obraża. Znika i nie ma go, aż ni stąd, ni zowąd, gdy już 
zapomniało się o nim ze szczętem, zjawia się i zawsze nie w porę, 
zawsze wybierze właśnie najgorszą chwilę, to jedno mu się udaje za 
każdym razem bez zawodu. Niedołęga, niezgrabiasz, który nic nie 
potrafi. Owszem, jedno umie, nudzić, nękać. Czyni to podstępnie, 
obrzydliwie, jakoś po tchórzowsku. Podziewa się i gdzieś tam 
czeka. Na co? 
Dziwnie często nastręczał się myślom. Szydziła z niego i nieraz 
pragnęła mieć go gdzieś pod ręką, żeby mu dokuczyć zjadliwie. Ale 
Marek chował się dobrze i ani się nie pokazał. Tym gorzej dla 
niego, gdy się nareszcie zjawi. Było w nim coś ze zjawiska 
sennego: całe jego istnienie było jakieś niezupełne i chwilami 
nawet wątpliwe. Każda, bodaj przelotna myśl o nim była zaplątana, 
pokrzywiona, irytująca. A gdy się pojawiał we własnej osobie, 
natychmiast wszystko koło niego stawało się przykre i jakieś 
śmieszne, a zarazem podejrzane. W tym zamęcie majaczyły myśli 
głupie i rozpaczliwe, czaił się nawet jakby strach, jak na chwilę 
przed obudzeniem. 
Roiło się, że człowiek ten, który nic dla niej nie znaczy, odgrywa 
jakąś rolę w jej drugiej, ciemnej połowie życia, której ani on, 
ani nikt nie zna, nawet ona sama. Dochodzą do niej stamtąd jeno 
strzępki strzępów w niepodobnych do rozwikłania snach i w 
przelotnych wizjach, które natychmiast toną w niepamięci. 
Usiadła przy swoim biureczku nad kartką papieru i długo z 
zakłopotaniem szukała słów. Wreszcie z pustym uśmiechem nakreśliła 
szybko, bez namysłu, kilkanaście słów, wsunęła list do koperty, 
zaadresowała i roześmiała się swobodnie, jak gdyby gotując jakąś 
prześmieszną psotę. Ze śladem uśmiechu w twarzy zabrała się do 
przerwanego czytania i wnet utonęła w pochłaniającej książce. 
Od kilku dni Marek zamknął się u siebie, odcięty od świata. Miał 
jechać do domu z wieścią o Jance, miał najserdeczniejszą intencję 
otoczyć opieką starą, zapomnianą matkę, ale poprzestał na krótkim 
liście do Kuby, z obietnicą przybycia lada dzień. Przed hrabiną 
wyłgał się przez telefon, że natychmiast musi wyjechać, a wróci za 
parę dni. Surowo zapowiedział panu Teofilowi, że go w domu nie ma 
dla nikogo. Pochłaniały go nowe sprawy. 

background image

Siostra była w nim teraz ciągle obecna. Czuł w sobie więź krwi, 
swoją żywą łączność ze zmarłą. Zdawało mu się, że z chwilą gdy 
usłyszał złą wieść, weszła w niego dusza Janki i zbudziła go ze 
snu. Wśród żalu, którego nie przypuszczałby nawet w sobie, tak był 
żywy i nieprzebrany po tej siostrze, o której myślał tak rzadko, 
tak lekko - wyłaniał się spokojny głos jej pamięci. Bez skargi, 
bez poczucia krzywdy, nie wypominając swojej ofiary, jej cień 
oznajmiał rzeczy głęboko tajemne. Nie były to wieści zza świata, 
wszystko, co mówiła Janka, chodziło po tej ziemi, żyło pomiędzy 
ludźmi, wplecione w ich dzień powszedni. Było wszechobecne, a 
niewidzialne, jak powietrze, którym oddycha każdy. Ono to, jak 
dech żywota, przepajało sobą bezwładny, oporny ogrom narodu, 
czuwało za uśpionych, widziało za ciemnych, pamiętało za 
nieopatrznych, okupywało ciężkie winy i niezliczone bezeceństwa. 
Marek jak gdyby dotknął utajonego serca, które bije i biło zawsze 
w głębinach życia narodowego. Odezwały się jak dzwon spod ziemi 
ukryte siły i myśli, i prace, i bohaterskie czyny, i ciche ofiary. 
Objawili się ludzie bez imienia, nikomu nie znani, zawsze 
nieobecni tam, gdzie huczy rozgłos i sława, kędy dzielone są 
nagrody, dostatki i dostojeństwa. Rozproszeni, nie wiedząc o sobie 
nawzajem, tworzą bezwiednie jakby sektę tajemną, zaprzysiężoną na 
wieczną, wierną służbę ojczyźnie. Ich gatunek jest solą ziemi, 
jest wielkością swego narodu. Gdzie ich szukać? Są wszędzie i 
nigdzie. Ilu ich jest? Jak wymierzyć ich pracę i wagę, jak 
uchwycić ich głos, gdy tają się jak widma w ogłuszającym zgiełku 
dnia? Marek czuł głęboko nieomylność swojej wizji i był bezsilny, 
gdy chciał ją przełożyć na jasną myśl lub wypowiedzieć w prostym, 
zrozumiałym słowie. Otwierały się przed nim tajniki polskiego 
życia i zamykały, nie dając się ogarnąć ani zgłębić. Zalewała je 
potężna fala wydarzeń, idących niepowstrzymanie z dnia na dzień, i 
oślepiało to, co się nastręczało bezczelnie i na każdym kroku 
lazło w oczy. Nieodparty realizm życia szydził z mistycznego 
urojenia, unicestwiał je każdy numer gazety, wołając na przekór ze 
wstępnych artykułów, z depesz, ze sprawozdań, z polemik, z kroniki 
wypadków i z ogłoszeń. Zdawało mu się, że to, co był odkrył, nie 
istniało poza jego samotnym natchnieniem. Było to przywidzenie, 
pusta fikcja literacka, porywająca się na niezłomny, odwieczny 
bieg spraw tego świata. 
Ale cień zmarłej nie dawał mu spokoju. W jego to imieniu walczył o 
ukrytą prawdę. Zatapiał się na całe godziny w męczące rozważania 
całego swojego życia, wszystko, co tylko widział był na świecie, 
przesuwało się przed nim, pozornie to samo, jak było niegdyś, ale 
w głębi i masie swojej już przeinaczone. Jego osoba, która aż 
dotąd zdawała się być bohaterem i główną postacią epopei jego 
życia, teraz utonęła w gęstwinie ludzi, a każdy z nich w tym 

background image

splocie przypadków był równie nieodzowny, jak i on sam. Zgubiwszy 
siebie w masie ludzkiej i wśród wydarzeń, które panowały nad nim 
zawsze i wszędzie, dostrzegał dopiero znamienne nowe zarysy w 
obrazie życia i chwytał jego dziwny rytm. 
Grało mu dalekie życie swoją symfonię i wplatała się ona w 
przenikliwą pieśń ciszy, bijącej od gwiaździstego nieba, które 
porywało go ku sobie, gdy był dzieckiem, w głos przypływu 
morskiego, którego słuchał był jako nędzarz bezdomny na drugiej 
półkuli świata. W widmowe szmery lasu, gdy podkradał się nocą, 
podsłuchując nieprzyjaciela. W zmieszany gwar wszystkich głosów, 
który stał nad miastem i potajemnie przenikał przez ściany. W 
zachwyceniu upływały mu godziny, była w nich rozkosz natchnienia, 
zupełne zapomnienie o sobie i ciężki trud. Zapamiętał się w 
samotności, sam na sam z duchem zamęczonej siostry, który wytrącił 
go z nędznej kolei jego życia, otrząsał go z małości, budził go z 
długiego, martwego snu. Jeszcze błąkał się w urojeniach, nie 
widział jasno swojej prawdy, przeczuwał ogromne jakieś objawienia, 
ale niewiele o sobie wiedział. Jednak nadchodziła - od iluż to lat 
wymarzona - święta godzina cudu. Obwieszczała się trwogą i łzami, 
majaczyła we snach. Ona dokona w nim wielkiej przemiany, i pchnie 
go w nowe życie, w te prawdziwe, górne i czyste. Na to czekał... 
Gdy pewnego dnia przyniesiono mu list, najeżył się i struchlał, 
ujrzawszy na kopercie jej pismo. Długo chodził po pokoju 
stropiony, w zamęcie z trudem zbierając myśli, jak wytrącony z 
głębokiego snu. Jak przez sen czytał i rozważał te kilka słów. 
"Bardzo proszę odwiedzić mnie jak najprędzej..." 
Nic więcej. Jak w chwili niebezpieczeństwa, uciekały przed nim 
wszystkie potrzebne myśli. W zdumiewająco uprzejmym zaproszeniu 
czyhała na niego jakaś zasadzka. Bał się. Wiedział, że pójdzie do 
niej, i to natychmiast, że nie wytrzyma nawet godziny, już nie 
zdąży się przygotować. Został przyłapany znienacka i musi stawić 
czoło. 
Znikły wszystkie strachy, zmazane zostały jego straszne winy, gdy 
ujrzał uśmiech, którym go powitała na progu. Nigdy się tego nie 
spodziewał. Jej serdeczność oszołomiła go, nie umiał się znaleźć, 
z wielkiej radości był niezgrabny i czuł to w sobie dotkliwie. 
Pani Goślicka była swobodna i mówiła wesoło, jak gdyby nie 
pamiętała ich ostatniego spotkania lub jak gdyby ono zgoła nie 
miało miejsca. Nie było o tym mowy. Rozmawiała jak ze zwyczajnym 
ot sobie znajomym. Marek stropił się i - znowu to samo - na samym 
wstępie musiał wbijać sobie w głowę dziką scenę jego ostatniej 
wizyty, którą pamiętał do najmniejszego głupstwa. Znowu czuł w 
sobie zamącenie, opętanie, które szły od niej. "Nie, tak dłużej 
nie będzie, tym razem nie dam się zagadać. Nareszcie powiem 
wszystko wyraźnie. Zapytam wręcz i niechże raz będzie tak albo 

background image

owak. Jestem strasznie zdręczony. Znowu jestem nieprzytomny i nie 
wiem, jak zacząć. Trzeba uchwycić jakąś chwilę... Ach, ona nie ma 
serca! Najcudniejsza na świecie, jedyna..." 
Utonął w promiennych oczach, w jej uśmiechach, zasłuchał się w 
melodię jej głosu. Oczarowany zapomniał o świecie bożym, o tym, co 
było i co będzie, o sobie, o wszystkich swoich sprawach i 
sprawkach. Pani Goślicka wybierała się do Włoch, wysyłają ją dla 
poprawienia nerwów, a zresztą - mój Boże - trzeba coś ze sobą 
zrobić. Nie nauczono jej pracować ani myśleć poważnie, zresztą, 
gdy się jest samą jedną na świecie, to czyż warto cokolwiek 
zamierzać, poczynać.. Na nieszczęście, wyrodziła się ze swego 
kobiecego rodu, nie lubi plotek ani zabaw, ani flirtów, ani 
gałganków, doktor upewnia, że Włochy są stworzone dla niej, że tam 
przyjdzie do siebie - ach, do siebie! Czyż ona nie ma dosyć samej 
siebie?... Ale może jednak tam właśnie czeka na nią jej los, który 
jej się czasami śni. Dziwny sen, raczej śmieszny, a dzieje się to 
zawsze naprawdę gdzieś we Włoszech: strasznie błękitne niebo i 
mnóstwo białych kamieni, jakichś szczątków porozrzucanych wśród 
jasnej bujnej trawy. Między innymi leży tam przerośnięty trawą 
ułamek posągu, jest to bryła bez głowy i bez nóg... 
Marek poznał ten sen... Był zdumiony. Niedalej jak przed paru 
dniami przyśniło mu się to samo. Mógłby jej przerwać i naprzód 
opowiedzieć, co było dalej, niechby się i ona zadziwiła. Wyroczny 
sen, ich własny, wspólny! Przecież tego jednego starczy, żeby 
zrozumiała, że są dla siebie stworzeni. Trzeba jej przerwać, 
natychmiast dopowiedzieć resztę, inaczej nie uwierzy, zresztą nikt 
by nie uwierzył. Już miał zacząć, gdy w jednej chwili ogarnęło go 
ciężkie zwątpienie. Nie wiedział, co jest naprawdę, a co mu się 
tylko wydaje. Wszedł w stan dręczący, dobrze znajomy. To w jej 
oczach już się coś odmieniło. Mówi z nim, ale czy ona wie teraz, 
że on tu jest i kto on jest? Nie widzi go, nie widzi przed sobą 
nic. Szalone oczy i czyż mogą być na świecie piękniejsze? Mówiła 
coś jeszcze o tych Włoszech, ale ożywienie już przygasało. 
Zamilkła, zaczęła znowu, wreszcie urwała na półsłowie i spojrzała 
na niego ze zdumieniem, z przestrachem. I jego naraz ogarnął 
strach, zaroiło się gdzieś w głębi od najgorszych przeczuć. 
Już wiedział. Oderwał od niej spojrzenie, żeby się nie zdradzić, i 
czekał na coś struchlały. Miał najgłębsze poczucie swego upadku. 
Dopiero w jej obliczu poznał całą swoją obrzydłość i otrząsnął się 
ze wstrętu. Gotów był natychmiast wstać i oskarżyć się uroczyście. 
Cóż z tego? Nic. Potem należałoby jedynie pokłonić jej się do 
ziemi i odejść na zawsze. Czyż jest pokuta, która by mogła zmyć z 
niego cały brud? Czyż taka jak ona może przebaczyć i zapomnieć? 
Ach - przekleństwo - niepodobna skłamać, przed nią nic nie da się 
ukryć... Patrzała na niego z tak strasznym wyrzutem, że przez 

background image

rozpacz, przez cały swój wstyd, przez zamęt Marek czuł jednak 
gwałtowną, poszarpaną i przenikliwą jak sztych radość szczęścia. 
Więc ona... Więc... Nie lękał się, patrzał w te straszne oczy i 
jeno błagał o przebaczenie. Gdybyż mógł opowiedzieć o sobie 
prawdę! Dlaczego tego nie wolno? Głupi obyczaj, nic po prostu, nic 
szczerze; choćby od tego zależał los człowieka, nie wolno, niech 
żyje święty konwenans! Porywał się, by zacząć, by wreszcie 
przemówić, nie należało tracić ani jednej sekundy, bo za chwilę 
będzie za późno... Wił się pod jej spojrzeniem. Jak wariat marzył 
o tym, żeby się zapaść pod ziemię, w rozpaczy widział jeden jedyny 
ratunek - zerwać się i uciec bez jednego słowa, rzuciwszy wszystko 
na pastwę losu. Nareszcie wśród chaosu jakichś strzępków, 
pokracznych zygzaków, nieśmiało i niedołężnie zarysowała się 
pierwsza myśl rozsądniejsza. Uparł się przy niej, a choć zupełnie 
w to nie wierzył, powtarzał sobie jedno w kółko, niemal słowami: 
"Wszystko to nieprawda, imaginacja, nic nie wie, nic nie 
podejrzewa..." W końcu ocknął się jakby ze snu i przemówił 
swobodnym głosem, tonem lekkiego zdziwienia: 
- Dlaczego pani tak patrzy? Co pani we mnie widzi osobliwego? 
- Przepraszam pana. Już taka jestem, zamyślę się, zagapię się... 
Zupełnie odwykłam od ludzi, nie potrafię się zachować... 
- Ale jednak musiała być jakaś przyczyna... 
- Nie warto tego dochodzić, któż odpowiada za swoje myśli? Uroi 
się coś człowiekowi, a u mnie zaraz odbija się to jakoś w oczach, 
w całej twarzy. Ze mną tak zawsze. Ja bym nie potrafiła nic utaić 
ani skłamać oczami, które od tego właśnie są. 
- Właśnie. To jest w pani cudowne. Ale i straszne. 
- Straszne... Ach, nie! Dlaczego? 
- Dlatego, że kiedy pani tak patrzała na mnie, chciałem po prostu 
wyznać przed tobą wszystkie moje winy, chciałem błagać o 
przebaczenie, płakać... 
- Naprawdę? - Powiedziała to bez cienia zdziwienia, tak sobie, 
najzwyczajniej. 
- Naprawdę. Pani mnie przenika na wskroś, to oczywiste. A człowiek 
nie może mieszkać w szklanej bani, każdy coś tam w sobie ma... No, 
coś takiego, z czym zupełnie nie warto się chwalić. Albo i gorzej. 
Czyż przypuszczasz, że ja nie wiem tego doskonale, że jestem 
absolutnie niegodny? Zawsze tak było, a cóż dopiero teraz... 
Ostatnie słowa wymówił ze łzami w głosie. Umilkł i czekał. W jej 
jasnym spojrzeniu promieniał straszliwy, nieprzejednany urok 
kobiety czystej. Świętość i okrucieństwo duszy, w której nie ma 
żadnych wstydliwych tajników, która nie zna, co to brud. Jej 
uroda, jej młodość, cała jej postać od stóp do głowy tchnęły 
rozkosznym, nieświadomym siebie powabem. Przed jego majestatem 
opuściła Marka ostatnia nadzieja ratunku. Poddał się losowi, który 

background image

sam sobie zgotował. Wiedział, że nie był najgorszy, że wszyscy są 
do niego podobni, ci zwyczajni, średni ludzie, panowie i władcy 
życia, i gdzież taki, który jest jej godzien? Jeden był i zginął, 
sam los osądził, że nie ma mieć po sobie następcy. 
Niepodobieństwo, by ktośkolwiek po nim śmiał... Za krzesłem pani 
Goślickiej stanął cień i bronił jej od zniewagi szalonych czyichś 
zamysłów. 
Czas płynął. Zmierzchało się. Z rzadka spoglądali na siebie. Nie 
zdziwiła ich osobliwość tego milczenia. Oboje zdawali się 
oczekiwać, że samo się coś stanie. Ona czekała, aż minie 
natarczywy koszmar, który jak zapora stanął przed nią i nie dawał 
się spędzić ani ominąć. Każda myśl odbijała się od niego 
bezsilnie. Rozrastał się, wypełniał pokój, już pochłonął ją całą 
jak wstrętny, duszący dym, w którym tlą się smrodliwe jakieś 
obrzydliwości. Jeszcze panowała nad sobą, wiedziała, że to 
urojenie, ale już otrząsła się z odrazy. Marek spostrzegł, że 
opóźnia się coś fatalnie, że policzone są martwe sekundy, 
pozostawione mu jeszcze jak z łaski. Od milczącej, nieruchomej 
postaci, siedzącej tuż, biła zgroza. Co było wczoraj? Nie pomyślał 
o niej nawet, a dziś w jej władzy wyrok nad całym jego życiem. 
Jeżeli i teraz jeszcze rozminie się z nią, przegra swój los. Ach, 
przywidzeniem, głupstwem i niczym jest ten cały los - ale ją 
utracić? Ogarniał postać, czerniejącą na tle okna, i czuł ją w 
sobie, wrośniętą każdym włókienkiem ciała, każdym nerwem, każdą 
myślą. Niepodobna jej wydrzeć ze siebie. Niepodobna jej w sobie 
zabić. Rozpaczą zdejmowała go jego bezsilność w ostatniej chwili, 
nieodwołalnie już rozstrzygającej. Albowiem w tej właśnie 
sekundzie czyta ona w jego myśli i teraz wie o nim wszystko, jak 
gdyby niezbadanym cudem ujrzała własnymi, przeczystymi oczami jego 
najtajniejsze bezecności. Już zamącone jej rysy cierpieniem 
odrazy, przerażeniem i bólem wstrętu. Na próżno zapierać się i 
kłamać. Czuł na sobie jasnowidzenie tych uparcie zapatrzonych oczu 
i nie miał nic, czym by się mógł osłonić. Dygotał ze wstydu w 
ohydzie zdradzonego upodlenia, a nie mógł oderwać od niej 
spojrzenia. Trwało to długo. Wreszcie odwróciły się od niego 
straszne oczy. Gdy ujrzał jej łzy ciche, szybko mknące jedna za 
drugą, porwał się i, jąkając, bełkocąc słowa bez sensu, osłaniając 
się przed nią dzikimi jakimiś gestami, uciekł. 
Zawaliło się wszystko i nie zostało w nim nic. Teraz dopiero 
dowiedział się, jakim był nędznikiem. Cóż za nędzarzem będzie 
odtąd! Szedł jak napiętnowany. Wszyscy na ulicy już znali jego 
tajemnicę, to było niepojęte, ale oczywiste. Zgubiony jest wobec 
niej i wobec wszystkich uczciwych ludzi, jednak dopiero on sam ma 
pojęcie o otchłani swej nikczemności. Tonął w niej, z głową nurzał 
się w dole, pełnym lepkiego kału, i dusił się, umierał z 

background image

obrzydzenia. Tam razem z nim rzucona pławiła się z lubością, 
przewijała się, jak wąż nieczysta pani Chosłowska i wabiła go 
swoim niecnym uśmiechem. Zabije ją, zadusi własnymi rękami! 
Nienawiść pchała go do niej, żądza zemsty ślepa i niecierpliwa. 
Gnał prosto do niej w nieprzytomnym natchnieniu, nie wiedząc 
zupełnie, co z nią uczyni. Jak na złość windziarz wciąż nie 
zjeżdżał jeszcze z górnych sfer. Któż go wyzwoli? Lada chwila 
ocknie się w nim dzika wściekłość. Rozejrzał się wokoło. W 
wyplatanych fotelach siedzieli panowie z bezczelnie zadartymi 
nogami, tajemnicze, zawoalowane damy czekały na coś po kątach. 
Pstrzyli się oficerowie zagranicznych misyj. Było tu jak zawsze, a 
jednak... Marek poczuł, że ziemia chwieje mu się pod nogami, głowę 
ogarniał ciężki zamęt. Nagle zrodził się strach przed czymś i rósł 
w nim, potężniał, coraz okropniejszy. 
"Ja zaraz zwariuję, wszystko tu czyni się jakieś niesłychane, 
natychmiast zacznę wyrabiać awantury... Boże, co mi jest..." I 
poleciał na górę po schodach. W korytarzach czwartego piętra skąpe 
lampki żarzyły się słabo pod wysokim stropem. Cisza, pustka i 
zmrok osłaniały przychylnie sprawy, gnieżdżące się tu każda u 
siebie, poza setkami niemych, szczelnych drzwi. Marek szedł po 
grubym dywanie, nie słysząc własnych kroków, jeszcze raz urzeczony 
trującym wyziewem znajomych przesmyków. Za każdym krokiem wchodził 
coraz głębiej, jakby we mgłę. Już zostawił, zagubił gdzieś za sobą 
troski i myśli, był wolny i coraz lżejszy. Odezwał się w nim 
śmiech gruby i przemądry ze wszystkich przesubtelnych głupstw. W 
głowie zapaliła się radość, upał przebiegł przez żyły, zatętnił, 
spod stóp tryskały iskry. Jak pijany wsparł się ciężko o białe 
drzwi, łaskotliwa, obezwładniająca rozkosz szemrała w mózgu. Dość 
zapukać, a porwie go gorący wicher, wyrzuci go wysoko ponad nudne 
arcyludzkie nędze, ponad śmieszne miłosne dramaty i szlachetne 
porachunki i żale. Nie ma nic poza piekłem rozkoszy, nic poza nią, 
poczwarną i jedyną. 
Pani Chosłowska uśmiechnęła się doń i nadal uporczywie słuchała, 
przylepiona do telefonu. W aparacie czyjś głos klekotał i 
skrzeczał przenikliwie. Jakieś ważne nowiny odbijały się w 
skupionej twarzy pani Chosłowskiej, blaski w oczach stały się złe, 
zawzięte: Z zachwytem patrzał w nią i oczekiwał. Ponad drżeniem 
niecierpliwości rozpościerało się w nim błogie poczucie pewności, 
że oto wszak natychmiast... Był w tej chwili przedsmak, a zarazem 
było jakby najwyższe i najgłębsze już wypełnienie tego, co ma 
nastąpić. Tu, w jej obliczu, wypoczywał błogo, wyzuty ze 
wszystkiego, co nie było nią i tą chwilą. Był szczęśliwy. Grały w 
nim struny najtajniejsze. Prześcigały się w nim szybko mknące 
nadspodziewane przemiany, w nich dotykał momentów najgłębszego 
poznania siebie. Z uwielbieniem, z nieprzebraną wdzięcznością, z 

background image

niewolniczym oddaniem, gotowym na wszelkie poniżenie, trwał 
zapatrzony w swoje bóstwo. Pomimo wieczornej pary bóstwo było 
jeszcze nie ubrane, zaniedbane, rozkoszne. Tonęła w obszernym 
chałacie samarkandzkim, który okrywał ją do samych stóp. Gruby 
jedwab mienił się pawimi barwami. Marek wiedział, że pod tą szatą 
jest naga. Jedno niedbałe, omdlewające poruszenie ramion... 
Wreszcie zawiesiła telefon i zajrzała mu w oczy. Wciągała go w 
siebie spojrzeniem jak noc nieprzenikniona, pełna obłąkanych snów. 
Odbierała mu pamięć, wolę. Jakże rozkosznie, po dziecinnemu 
pokornie korzył się przed nią! Pod jej spojrzeniem zanikał, 
usypiał. Gdy objął jej biodra, zaledwie na rozpalonych dłoniach 
uczuł niewysłowioną gładkość i cienkość jej skóry - bez żadnego 
stukania, jak do siebie, wpadł zasapany graf Pieremietjew. 
Niedbale bąknął swoje "winowat". Marek ledwie zdążył uskoczyć, 
oniemiały ze wściekłości, i wnet pokój zapełniła szepleniąca 
poprzez zrujnowane i sztuczne zęby natarczywa moskiewszczyzna, 
starcza gadanina. Marek ze zgrozą widział, że pani Chosłowska 
patrzy na grafa z życzliwym uśmiechem, niezbyt odruchowo, 
bynajmniej bez pośpiechu, spowija się z powrotem w swój pawi 
płaszcz. Rzucił w nią oczami z ostrym wyrzutem, odpowiedziała mu 
spojrzeniem, jakiego nigdy od niej nie doznał. Zimno, spokojnie, 
bezecnie drwiąco wytrzymywała jego miny. 
- Właśnie prosiłam hrabiego, żeby tu był jak najprędzej. Panie 
Marku, mamy dziś do pomówienia w ważnej sprawie. Miły chłopcze, 
nie można żyć samymi kwiatami i cukierkami od Fruzińskiego, 
zdarzają się momenty poważniejsze, wymagające... Zresztą, mniejsza 
o to. Lepiej bez żadnych wstępów zapowiem ci, że dziś żądam od 
ciebie przysługi, która zabierze ci parę miesięcy czasu i zapewne 
sprawi ci nieco albo i sporo kłopotów. Jednak opłaci się to i 
tobie, gdyż będziemy w spółce - ja, ty i nasz kochany dziadzio. 
Interes absolutnie czysty i łatwy - po prostu trzeba tylko 
pofatygować się nieco, pojechać, gdzie należy, zresztą dość 
daleko, i zabrać pieniądze, które na nas tam czekają gotowe - coś 
koło czterech milionów franków w złocie. Tak jest, wyraźnie cztery 
miliony. 
- Sześćdziesiąt pudów złota!! - wybuchnął graf w ekstazie. 
Wytrzeszczył na Marka kaprawe, racze oczy i wzniósł do góry 
ramiona, bezwstydnie obnażając zaśniedziałe mankiety. 
- Życie jest bogate, nieprzewidziane... otóż i nam wpadł w ręce 
prawdziwy cud... 
- Czudo! Czudo - charczał graf. Krztusił się, kaszlał, obrzydły, 
spocony, dygocący z uniesienia, i wyrabiał ku Markowi miny 
ojcowskie i poufałe, jak gdyby strawili ze sobą długie lata za pan 
brat na potajemnych, ciemnych złodziejstwach. Odurzony, z pustką w 
głowie, Marek słuchał, nie mogąc się jeszcze połapać w tym, co się 

background image

wkoło niego dzieje. Wytrącony brutalnie z otchłannego porywu, 
sponiewierany w najtajniejszym swoim momencie, zapadał się w 
nicość. Odgadywał mętnie, że w tej właśnie chwili pozbawiono go 
ostatniej resztki z tego, co tam jeszcze w sobie miał, i tulił do 
siebie rozpaczliwie i już beznadziejnie. Przepiękne królewskie 
oblicze pani Chosłowskiej zaskrzepło w zimnej, szklistej powłoce, 
jej usta uśmiechały się okrucieństwem, z oczu ziały 
najstraszliwsze groźby. Onaż to była, zakochana, dyskretna, 
niczego nie wymagająca, zawsze gotowa i tak uległa? Poglądał na 
nią, opętującą jak nigdy, to znów na plugawego grafa i zbliżał się 
do chwili jakiegoś okropnego obudzenia. Słuchał pilnie, ale mimo 
wysiłku, żeby wszystko zrozumieć i zapamiętać, chwilami jakby 
głuchł. Byle co odrywało jego uwagę. Odruchowo schylił się i 
zakrył nogę pani Chosłowskiej, odsłoniętą powyżej kolana. Nie 
wiadomo za czym oglądał się na okno, zasłonięte do ziemi aksamitną 
kotarą, jak gdyby podejrzewał, że stoi tam ktoś ukryty i 
podsłuchuje. Z dokuczliwą ciekawością odgadywał, co mogło być 
wyobrażone na twardym kartonie, który graf rozwinął właśnie i w 
który wpatrywał się lubieżnie. 
- ...Kapitan ów umiera - ostatnie tygodnie gruźlicy, może dni, i 
jeżeli odkrywa tak niesłychaną rzecz na łożu śmierci, to możemy mu 
wierzyć. Rewolucja rosyjska rozsiała po całej Europie maniaków, 
opętańców, prowokatorów i szantażystów, ale kapitan Alikow umiera, 
wie o tym dobrze, i po prostu chce przekazać komuś przed śmiercią 
swój skarb, aby nie zmarniał, pragnienie zupełnie naturalne. 
Zresztą odwiedzałam go czasami. Trochę go wspomagałam, no i 
zakochał się we mnie i mnie jednej wyznał i dał dokładny szkic 
sytuacyjny miejsca, z którym trafi i ślepy. Nie można mu nie 
wierzyć, to człowiek już skończony i nadludzko bezinteresowny. 
Wymówił sobie jedynie owe tysiąc mszy za grzechy żywota. Owszem, 
możemy mu ich zafundować tysiąc pięćset. 
- Ha - ha - ha... - rechotał graf. 
- Gdy Czechosłowacy cofali się za Ural ze złotym skarbem starego 
carstwa, zabranym w Kazaniu, kapitan był w armii admirała Kołczaka 
gdzieś w głębi Syberii. Rozkład białej armii, nieład na tyłach, 
panika ewakuacji, nieporozumienia z Czechosłowakami, walka o 
pociągi, dochodząca do starć zbrojnych - oto tło, na którym 
wszystko to było możliwe. Słowem, w tym zamęcie na bocznym torze 
jakiejś stacji, której komendantem był nasz kapitan, zatułało się 
i pozostało kilkanaście wagonów czechosłowackiej zdobyczy. Wagony 
te zostały natychmiast rozgrabione przez ludność okoliczną i wnet 
zabrane przez nawałę dezerterów białej armii, którzy parli na 
wschód. Jeden jedyny wagon ocalał od rabunku, gdyż był załadowany 
beczkami cementu, a ocalał od zabrania, bo miał nadpalone osie. 
Traf, cud! Stałby sobie spokojnie na ślepym torze może do 

background image

dzisiejszego dnia, ale zgłasza się do komendanta stacji, który też 
zbierał się już był do ucieczki, dezerter czechosłowackich wojsk 
kolejowych, zresztą Niemiec, i w najgłębszej tajemnicy zeznaje 
przed nim, co zawiera się w pewnej części beczek z cementem, które 
poznać można po żelaznych obręczach i jeszcze po jakichś tam 
znakach. W nocy zamykają się obaj w wagonie i szukają - jest złoto 
w płytach i sztabach ze znakami mennicy państwowej, dwadzieścia 
beczek, w każdej po trzy pudy złota. Gdyby kapitan Alikow był 
tęższym człowiekiem, dałby sobie radę z całym skarbem i z 
pewnością nie mielibyśmy sposobności mówić teraz o tym wszystkim. 
Biedak z radości doznał jakiegoś porażenia na umyśle i na nasze 
szczęście narobił głupstw bez liku. W opętaniu ostrożności i 
pośpiechu, gdy na dobitkę już nadciągała wzdłuż linii kolejowej 
czerwona armia, pozbywał się niedogodnych świadków wielkiego 
odkrycia i na początek kazał rozstrzelać Czechosłowaka, jako 
bolszewickiego szpiega. Na trzech furach wojskowych pod eskortą 
wywiózł skarb o dzień drogi za stację i kazał zakopywać beczki w 
głuchej tajdze. Nie utrzymał się jednak w charakterze oficerskim i 
bojąc się, że go w tej pustyni zamordują właśni ludzie, kazał 
odbić jedną beczkę i każdemu z siedmiu żołnierzy dał po 
pięciokilowej płytce złota i odebrał od nich przysięgę na 
gieorgijewski krzyż, który nosił na piersiach. Na noclegu przy 
ognisku, gdy żołnierze wariowali z radości i całowali po butach 
swego dobroczyńcę, a mimo to jako ludzie ciemni i dzicy, nie 
umiejący się pohamować, już poglądali na niego zbyt wyraźnie 
brzydko, poczęstował ich wódką zaprawioną opium, i gdy się 
uspokoili i posnęli, powystrzelał ich co do nogi. Zabrał od nich 
złoto i pojechał przez lasy, wzdłuż linii kolejowej, ale już na 
zachód, w stronę bolszewicką. Mniejsza o jego koleje niesłychane, 
straszne i śmieszne. Nic nas nie obchodzą jego rozpaczliwe, 
niedołężne i tchórzliwe próby odkopania skarbu. Dość że tajemnica 
złota jest w naszym ręku, a ty, Marku, masz tam niezwłocznie 
jechać i zabrać to jako nasze. Nieprawdaż, cudowna eskapada! 
- Ach, gdybym to ja był młodszy! - stęknął graf. 
Hrabina z zapałem omawiała plan wyprawy, nie pomijając 
najdrobniejszego szczegółu. W jej założeniu w przedziwny sposób 
harmonizowały ze sobą zbójecka odwaga i bezwzględność z lisią 
ostrożnością. Choć uwaga jego ustawicznie odrywana była ku czemuś 
własnemu, a dalekiemu i wręcz nieokreślonemu, gubiąc się w 
niespokojnych poszukiwaniach, słuchał tego wykładu z wciąż 
wzrastającym podziwem, chwilami budził się w nim bezinteresowny 
jakiś zachwyt. Wbrew woli, wciąż odpychając coś od siebie, wplątał 
się w opowieść o swojej fantastycznej podróży. W jakiejś 
niedalekiej przyszłości, a gdzieś niezmiernie daleko w przepastnym 
ogromie Sybiru, już dostrzegał samego siebie przemykającego się 

background image

jak chytry wilk wśród czyhających nań obław, sideł i oklepców. W 
dzikim ostępie tajgi, w miejscu, które ujrzał na sekundę w 
wyraźnej wizji i które poznał natychmiast, krył się samotny, 
opuszczony skarb i jarzył się pod ziemią piekielnym płomieniem 
złota. Jego żar przebijał się przez ziemię i truł, odurzał. 
Chwytało go upojenie, obrazy i zdarzenia prześcigały się w czasie, 
mąciła się prawda tej chwili z nieodpartą prawdą tego, co ma 
przyjść i będzie kiedyś, wypełni się swojego dnia, o swojej 
godzinie i minucie. Odpychał to i wraz przygarniał do siebie, 
chciał i nie chciał, buntował się i korzył. Pani Chosłowska, wciąż 
mówiąc, sięgnęła po papierosa i w tym poruszeniu pawi płaszcz 
zsunął się z jej ramion. Na sekundę obnażyła się i połysk jej 
ciała odbił się w twarzy Marka spojrzeniem błagalnym. Obiecywał, 
przysięgał, był gotów na wszystko, byleby zostać z nią sam na sam 
teraz, natychmiast. Ale oczy jej były niewidzące i surowe. Zgasł w 
nim płomień, jak zalany wodą. Marek budził się opieszale i z 
trudem. Wciąż zapadał w niemoc myślenia i nie mógł wydrzeć się 
spod nawały obcych obrazów, spod czyjegoś nakazu, spod przymusu. 
Ulegał i jakby tonął. Gdzieś na dnie, w dalekiej głębinie świeciły 
iskierki, mienił się białym połyskiem przeczysty kryształ jak 
tajemna świętość. Zgadywał to, przypominał sobie mozolnie, ale już 
nie śmiał nawet wyszeptać tamtego imienia. Opędzał się przed nim, 
oczy sobie osłaniał, jak od blasku. Nie! Nie! Musi wyrwać ze 
siebie ostatnią resztkę tego, co w nim beznadziejnie upragnione; 
czyste i wielkie. Tu przeraził się, jęknął jak przez sen i 
nareszcie się ocknął. 
- ...Obija się po Warszawie pan Knatschke, inżynier, pełnomocnik 
firmy "Lux", posiadający koncesję na badanie bogactw mineralnych 
Syberii. Szuka człowieka znającego język i stosunki. Cudowna 
okazja, która już usuwa dwie trzecie trudności. Wprawdzie tereny 
jego badań znajdują się przeszło o tysiąc wiorst od naszego 
miejsca, ale co taki Niemiec rozumie się na Syberii? Zawsze można 
w niego wmówić, że najważniejsze bogactwa leżą właśnie tam, gdzie 
nam trzeba, co zresztą będzie świętą prawdą, przynajmniej dla 
ciebie. 
- Ha - ha - ha!... - zakaszlał graf, triumfalnie powiewając nad 
głową swoim kartonem. 
- Jeszcze jedno. Nie mogę cię puścić samego bez pomocy. Weźmiesz 
ze sobą Murę. Ta dziewczyna, której zresztą nie raczyłeś poznać 
bliżej, jest chytra, odważna, komediantka urodzona, uda cudownie, 
co tylko zechcesz. Przeszła niewiarygodne koleje i zawsze dawała 
sobie radę. Człowiek wierny, niezawodny, z psychiki - niewolnica, 
na razie moja, ale ja ci ją oddaję z rąk do rąk jak psa i odtąd ty 
będziesz jej panem. Przez nią dużo da się zrobić, wyszpiegować, 
kogoś przekupić czy wreszcie "zakatrupić" kogo niedogodnego. Sam 

background image

widziałeś, jest bardzo ładna. Co prawda lubi eter, ale flaszeczka 
będzie zawsze w twoim ręku. W ogóle z nią nie potrzebujesz się 
bawić w żadne ceremonie. Pójdź no tu, Mura! 
Od okna zza aksamitnej kotary wysunęła się wiotka postać. Z sennym 
uśmiechem na bladej twarzy wbiła w Marka jasnoniebieskie, 
posłuszne oczy i uważnie słuchała rozkazów i instrukcyj swojej 
pani. 
Przyszłemu zdobywcy skarbów udzielono łaskawie paru dni do 
namysłu. Pani Chosłowska zbyt jasno przenikała, co się z nim 
działo, by wymuszać natychmiastową decyzję. Moment zaskoczenia 
zrobił swoje, przełamał jego lenistwo, spoczywające na łatwych 
laurach. Trzeba paru dni, aby się opamiętał i pogodził ze swoim 
nowym losem, a zwłaszcza przekonał się, że inaczej nie może być i 
że nie będzie. Uroku swojego była zupełnie pewna, po prostu 
chłopak nie zdoła się bez niej obyć, a gdy przywiedziony do jej 
stóp przez nieprzeparte siły raz da słowo, to dotrzyma, jak 
śmieszny Polak i rycerz honoru. Pani Chosłowska żywiła dla takich 
typów polskich bezdenną pogardę, ale wśród licznych swoich 
przyjaciół zwykłych i potajemnych nie mogła jednak znaleźć 
nikogusieńko, komu mogłaby zwierzyć tajemnicę z jakim takim 
prawdopodobieństwem, że dojdzie do jej rąk bodaj cząstka owego 
złota. Wraz z grafem szukali dobrze i rozważali jednego po drugim 
wszystkich swoich prawdziwie zaufanych, indywidua bezwzględne, 
mocne i szczwane. Jednak... 
W ciągu dni pozostawionych mu do pobrania decyzji Marek nawet się 
nie namyślał. Z góry wiedział, że stanie się z nim to, co ma być. 
Ostatnia chwila postanowienia nadejdzie o swojej porze; jakby poza 
jego wiedzą i wolą w wyniku upływających dni. Dawał się wieść tym 
osobliwym godzinom lenistwa myśli i przyglądał się obrazom z jego 
przypuszczalnej epopei, które rodziły się same, zabawne i 
fantastyczne. Jak gdyby nie chodziło tu o niego, z bezinteresowną 
szczodrością piętrzył na swojej drodze przeszkody i trudności. 
Ścigał go los zawistny, przeklęte carskie złoto broniło się, jak 
gdyby sam diabeł stał na jego straży. Rozpętaną wyobraźnią nurzał 
się w tych sprawach. Więc zajadle walczył o zakopane skarby, jak 
gdyby żyć nie mógł bez tych milionów, a zarazem sam je sobie 
odbierał, wymyślając cały splot sprzeciwieństw i trafów, które 
kruczyły jego zdobywczą wolę. A gdy po straszliwych perypetiach 
już szczęśliwie wiózł do Moskwy ciężkie złote sztaby, by je tam 
przelać w wysokocenne waluty, dolary i funty przy pomocy 
bolszewickich "Nepmanów" i "Sowburów", jasnowidząca czerezwyczajka 
chwyta go w swoje kleszcze. Budzi się na chwilę przed 
rozstrzelaniem. Skarby sybirskie przewijały się przez jego sny, 
dając podnietę do coraz nowych wybuchów twórczości. Szczególnie 
ujęło go widziadło kapitana Alikowa, które objawiło mu się 

background image

wyjątkowo wyraźnie i dręczyło, nastręczając się uparcie jako efekt 
końcowy, zamykający opowieść. Kapitan umiera, przy jego wezgłowiu 
siedzą posągowa hrabina i plugawy graf Pieremietjew, wstrętnie 
zapłakany stary komediant. On sam wraz z Murą błąkają się o tej 
porze w okolicach aż Niżnie-Udinska, w dzikich lasach górskich, i 
umierają z głodu tuż obok swojego skarbu. Kapitan szeroko otwiera 
ciemne, złe oczy, wpatruje się w ukochaną hrabinę, w grafa, który 
opiekował się nim w chorobie jak rodzony ojciec, sięga 
przedśmiertnym jasnowidzącym okiem aż do NiżnieUdińskich lasów i 
zaczyna się śmiać potwornie i okropnie. Śmieje się, rzęzi. Dusi 
się i kona, kona i wciąż się śmieje. Zastyga z wytrzeszczonymi 
zębami, z szyderstwem na trupiej twarzy, śmieje się jeszcze po 
śmierci. Albowiem wszystko był zełgał z wyrachowania na pomoc i 
opiekę w ciężkiej nędzy i chorobie i z nieprzejednanej nienawiści 
do wszystkiego, co go ma przeżyć na tym świecie. 
Zakończywszy swoją powieść o skarbach, Marek doznał wielkiej ulgi. 
Ciężka sprawa decyzji wisiała nad nim, już upłynął ostatni dzień 
do namysłu, ale on nie trapił się bynajmniej, jak gdyby i pani 
Chosłowska, i on sam byli również epizodem wziętym z nie napisanej 
powieści. Improwizacje na temat skarbów sybirskich osłaniały go 
przed nazbyt brutalną rzeczywistością. Nie śmiał zmierzyć się z 
nią na trzeźwo i po prostu, ten przykry moment po swojemu wciąż 
odkładał do jutra. Gdzieś w głębi wzbierało oburzenie, napierał 
wstyd. Gotował się w nim bunt. Ale myśli te trawiły się same jakby 
poza jego plecami. Udawał, że ich zupełnie nie spostrzega, ale nie 
zawsze tak być mogło. Odruchowo wciąż szarpał na sobie 
niewidzialną obrożę, którą mu nałożyły rozkoszne ręce pani 
Chosłowskiej. Było to niedołężne, dziecinne. Nic nie czynił i 
niczego nie zamierzał żeby się wydobyć z więzów, w które go zakuto 
znienacka. Jej wizja oplątała go jak śmiertelna ośmiornica i 
ciągnęła na dno. Nic za darmo! Trzeba płacić samym sobą, całym 
sobą. Nie zostanie z niego nic. Zginie Marek Świda, ów dawniejszy, 
ze wszystkim, co jego jest. Odstąpią go wieczne wierne marzenia, 
które były jego jedynym bogactwem, o życiu przyjść mającym, 
dostojnym i górnym. Zamknie się przed nim cała nadzieja, jak 
nędzny karciarz przegra swój los. Rozpodzieją się w nicości 
wyobrażone postacie i dzieje, i światy, ich piękno, ich sława. Nie 
wolno będzie podnieść czoła i patrzeć śmiało. Zdobywca skarbów, o 
ile karku nie skręci na swojej wyprawie, sowicie będzie opłacony - 
ona, w dodatku miliony. Jakże mało od niego żądają! Wszakże pani 
Chosłowska mogła mu była kazać ograbić jakiś bank lub puszczać w 
obieg fałszywe pieniądze. Czy i wówczas swoją odpowiedź odkładałby 
do jutra? 
Nie kleiła się fundowana przez Nusyma koleżeńska uczta 
pożegnalna dla Botwida. Marek był skołowaciały. Nusym miał jakieś 

background image

swoje kłopoty i wciąż odlatywał do telefonu, jeden Botwid był jak 
zawsze zrównoważony, poprawny i angielski. 
Kniaź Botwid wyruszał na wojnę do armii greckiej, a choć serce 
ciągnęło go raczej do Turków, musiał być wierny polityce 
brytyjskiej. Nudziło mu się śmiertelnie. Nic w tej Polsce nie 
rozumiał i ze wszystkiego był niezadowolony. 
- U nas co tylko mądre, szlachetniejsze i nieco europejskie, to 
niezawodnie będzie niemrawe i tchórzliwe, za to wszelkie 
paskudztwo hasa bezwstydnie i bezkarnie. Ono się rozbija i 
zagarnia pod siebie Polskę. Paskudztwo ma odwagę, a wy tylko 
załamujecie ręce i wzdychacie. To nie jest żaden sposób, lepiej 
poddajcie się i siedźcie cicho, widać już taka ma być ta wasza 
nowa Polska. Ja takiej sobie nie życzę, więc jadę między 
Makagigopulosów na przygody, bo tam będzie mi przynajmniej 
wszystko jedno. 
W Warszawie przez całą zimę wyprawiał awantury. Napisał parę 
felietonów swoich wspomnień z wojny polskiej, a przez 
niedopatrzenie redaktora - ocalał tam bez żadnych przemilczeń 
obraz tego, co było naprawdę. Kniaź bowiem jak ordynarny wariat 
pisał wszystko, co tylko widział. Naturalnie redakcja przerwała 
natychmiast felietony i uniżenie odwoływała niedopuszczalne 
rewelacje, dając do zrozumienia, że szanowny autor ani ci, co go 
znali, nie poinformowali jej o tym, że szok od granatu spowodował 
poniekąd i do pewnego stopnia usprawiedliwia... 
Jednak pewien generał musiał mu posłać świadków. Okropnie mu się 
nie chciało, ale musiał. I tu kniaź spisał się jak barbarzyńca. W 
klasycznym pojedynku, zamierzonym według najściślejszego 
regulaminu, w starciu orężnym nieposzlakowanie honorowym, z góry 
pojednawczo bezkrwawym, błazeńskim i warszawskim, wypalił i jednak 
trafił. Generała uniesiono z pola walki z przestrzeloną wątrobą w 
nimbie męczeństwa i chwały, a nielojalny zwycięzca zaczął być źle 
widziany nawet w tych sferach, które... To znowu, wdając się w 
zupełnie nie swoje sprawy, samozwańczo, nie opowiadając się 
nikomu, nie zabiegając o należyte upoważnienia, ujął się o honor 
Pierwszej Brygady, z racji jeszcze jednego z niezliczonych 
napastliwych artykułów, z którymi się już wszyscy zżyli od dawna. 
Obleczony w dekoracje bojowe wszystkich narodów i frontów, złożył 
odnośną wizytę i sprał bykowcowym stickiem najniewinniejszego w 
świecie odpowiedzialnego redaktora, a osaczony przez tłum 
reporterów, administratorów, zecerów i kolporterów, otworzył sobie 
drogę odwrotu angielskim boksem, wybijając zęby, szerząc srogie 
rany tłuczone i sińce i obrywając sam też niemało. I to zwycięstwo 
nie zostało podjęte i wyzyskane przez odnośne sfery. Botwid uczuł 
się osamotniony w Polsce i, uchodząc po trosze przed rozprawą w 
niepewnym sądzie okręgowym stolicy, właśnie otrząsał z sandałów 

background image

pył ojczysty i wybierał się zwyciężać Turków, dla których sprawy 
żywił szczerą sympatię. 
Marek zapijał głupie myśli i tęgim winem usiłował przebić sobie 
wyjście z chaosu, w którym tonął. Ale wino wtrąciło go w ciężkie 
zgnębienie i powlokło jeno mgłą świetną, płonącą od białych lamp 
salę restauracyjną. Puszczał mimo uszu zgłuszone, dochodzące jak 
przez ścianę monologi Botwida, któremu wtórowała cicha muzyka 
kwartetu smyczkowego, szemrząca niepokojem wymyślnych najnowszych 
tańców. Nusym z rzadka wypuszczał ze siebie jakiś aforyzm, jakiś 
dowcip warszawski, zaczynał coś opowiadać i urywał, pocierał czoło 
i pił. Obok siedziało huczne towarzystwo o przedziwnie 
zharmonizowanych zakazanych gębach. Bezczelnie rozbijali się, jak 
gdyby byli tutaj pierwsi i najpierwsi. Swobodnie rozglądali się 
wokoło, jakby do nich należał świat. Często gęsto wybuchali chórem 
cynicznego śmiechu, który drwił w żywe oczy ze wszystkiego i ze 
wszystkich. Mogli to być nawet zwycięscy kasiarze, którzy 
przepijali pieniądze podniesione z jakiegoś zasobnego banku przez 
dziurę wypaloną w pancernym skarbcu. Albo polsko-gdańscy 
szmuglo-paskarze. Albo jeszcze... 
Marek nie mógł się od nich opędzić, nastręczali mu się, włazili mu 
do głowy i wciąż plątali się między jego najtajniejszymi myślami. 
Ten i ów z nich rzucał na niego spojrzenie pełne pogardy, jako na 
tego, który się jeszcze waha. Już raz wraz ten i ów poglądał ku 
niemu przez zmrużone oko poufale, jak na swojego. Marek rozmawiał 
z nimi potajemnie. - Może jutro będę tu z wami siedział, ale dziś 
wara wam ode mnie, kanalie, wywłoki, złodzieje... 
- Nie lubię ja tych biadań i krytyk, wszystko to jest głupie i 
puste, sieczka warszawska. O co ci idzie, Botwid? Jedź sobie do 
Greków, do samego diabła, a nam zostaw Polskę. Damy sobie rady bez 
ciebie. Ja zaś powiadam, że właśnie układa się u nas coraz to 
lepiej, wbrew wszystkim czarnym chmurom na wszystkich czterech 
horyzontach. W polityce zagranicznej każdy dzień znaczy się jakimś 
wielkim aktem, a lada dzień Górny Śląsk... 
- A któż to obroni świętej ziemi wileńskiej, która dopiero co 
aktem uroczystym... 
- Wiemy, wiemy. 
- I któż obroni owego Śląska, pytam się ciebie, Marianie 
Plechyński? 
- Ty byś obronił, kniaziu kresowy, ale pilno ci na zamorskie 
awantury. Bylebyś wrócił szczęśliwie, to nas obronisz. 
- Wrócę na czas. 
- Prędzej, niż myślisz, dobrze ty będziesz zdzierał z tej zabawy. 
Wpław będziesz wyrywał z pięknej Smyrny, której ci się zachciało 
dla Greków. Wariacie, kark sobie skręcisz, toć to czysty angielski 
szwindel, skończy się na kolosalnym krachu. Jeszcze raz cię 

background image

proszę! 
- Już mam bilet do Aten, rzeczy na dworcu, za godzinę się 
pożegnamy, co tam już gadać. W każdym razie przywiozę sobie grecki 
krzyż, tego jeszcze nie posiadam w mojej kolekcji. 
- Chyba że... więc po co się martwisz Polską! 
- Każdy może wypowiadać swoje zdanie! Dlaczego mu zabraniasz?! 
Botwid mówi prawdę!!! 
Marek wybuchnął nagle, najniespodziewaniej dla samego siebie. 
Uderzył pięścią w stół i urwał zdumiony. Nusym i Botwid patrzyli 
nań w podziwie. Wszyscy trzej roześmieli się. Nusym nalewał 
szampana w piękne, pojemne pucharki. Marek już od dłuższego czasu 
patrzał na panią Chosłowską w złotawej wyciętej sukni, siedzącą z 
poważnym panem. Z początku chował się przed nią i osłaniał się jak 
mógł, to znowu - wino już kipiało mu w głowie - lada chwila porywał 
się, żeby do niej pójść i na miejscu bez żadnych wstępów wyrąbać 
jej w same oczy swoje ostateczne: - Nie! - Wydała mu się obcą i 
daleką. Kpił sobie z niej. Ale gdy podpatrzył jej uśmiech i 
spojrzenie, które wraziła z bliska, spod brwi, po swojemu w owego 
siwego dostojnego pana, jęknął z bólu. Gotów był na wszystko, 
byleby, byleby... Ach, nie! Ona go kocha. Miłością dziką, 
despotyczną... Najosobliwsza kobieta na świecie... Nie ma jej 
równej... Tygrysica, pokazała mu pazury. Ach, diablica! 
I Botwid dostrzegł już drogą ciotkę. Wyszczerzył się szyderczo i 
bezczelnie nastawił na nią monokl. Ziała z niego nienawiść. 
- Wypada się i z nią pożegnać. Owszem. Zapamięta mnie i popamięta. 
Nowina będzie dla niej przykra, ale w rezultacie oddaję jej 
ogromną przysługę. Po prostu ją ratuję. 
Zażądał przyborów do pisania i, uśmiechając się zjadliwie, stawiał 
wielkie angielskie kulasy. Marek umierał z ciekawości. Diabelnie 
czegoś się bał. 
- Dajże jej spokój, pijany jesteś - molestował apatycznie Nusym. 
XII 
Powiesz prawdę? 
Marek milczał, szczęki mu się zwarły. Wpatrzył się w ogarek 
przylepiony na stole i we włochate łapy, ciężko spoczywające na 
rozłożonych papierach. Sękate palce zwijały się w pięści, zdolne 
kruszyć kamienie. Powyżej majaczyła potężna szyja, odsłonięta w 
marynarskiej kurtce. Przytajony głos, ciężki bas przenikał całe 
jego jestestwo. Czuł w sobie na wskroś jego złowrogie drganie. 
"Gadaj prawdę!" 
Nie może. Coś się w nim uwzięło i zaparło. Przepadło wszystko - po 
co ukrywać! Niech bierze, kto chce. Byleby prędzej zgasł ten 
nędzny płomyk świecy, te łapy i ból, który kuje jak młotem w 
związanych opuchniętych rękach. Rozwarła się w nim bezmierna 
radosna żądza szybkiego końca. Już wykopał dla siebie dół - mokra, 

background image

ciężka ziemia. Na dworze tuż pod oknami, w ciemnościach, na 
wietrze stoją i czekają milczące obdartusy i ciężko postukują 
karabinami. Pociąga go ku nim nieprzebrana wdzięczność, gdyż z ich 
to ręki... Od razu w jednej sekundzie zniknie cały i wszystek, od 
samego początku, od dnia urodzenia odwoła się i zapomni, cokolwiek 
z nim było i mogło być... Byle prędzej! Nie może wydusić słowa, 
nie ma sił otworzyć sobie wyjścia do jakichś opornych drzwi, za 
którymi czeka go cud... 
"Nie powiesz?!" 
Teraz kosmate palce przebierają po tęgo uplecionej nahajce z 
miedzianym okuciem. Podobną zdobył na kozaku - ach, to ta sama. 
Mąci mu się w głowie. Obrzydły strach potrząsa nim, szybko, 
przenikliwie kuje po ciemku. 
"Nie?! Zaraz będziesz gadał. Ej! - wy, prędzej tam... Pięćdziesiąt 
na początek". 
Wyje z bólu, omdlewa, z bólu umiera. Umiera długo, długo i nie wie 
nic, stępiały, zmiażdżony, jak gdyby zdjęto z niego straszliwy 
ciężar i pozwolono pomyśleć nad tym, co było. Pomyśli i znów 
zamiera, usypia. Otwiera oczy i oddycha ciężko, wpatruje się w 
ciemności. Nie czuje bólu, nie czuje strachu i nic o sobie nie 
wie. 
Przez otwarte okno zaziera zapach bzów i słodkie spokojne granie 
żab. Przedziwny, od dziecka pamiętny, umiłowany głos - cicha 
ptaszyneczka wita go nieśmiało z oddala, uprzejmie, serdecznie, 
jak gdyby na niego tylko czekała, czuwając po nocy. 
Na wpół rozbudzony, zmordowany straszną zmorą, przysłuchuje się 
odgłosom nocy wiosennej. Spokój. Stary zegar czuwa i pogaduje 
poczciwie: - Śpij, śpij! - W ciemnościach nocy odprawiały się 
czary wspomnień. Powoli, jak gdyby ktoś z namysłem odwracał karty 
starej kroniki, odnawiała się w nim jakaś zapomniana dawność. Z 
kolei jak obrazy przesuwały się jego lata. Raz po raz zapalała się 
żywą barwą któraś godzina. I odżyły te same niewysłowione 
chwile-uniesienia, chwile-zachwyty, pełne cudu, wróżebne. Zawsze 
w nim były obecne i żyły razem z nim, ukryte w zapomnieniu. 
Rozpowijały się jak wstęgi, rozkwitały jak kwiaty, aż zrodził się 
w nim promiennowiosenny uśmiech. Tym samym wieczystym, niezmożonym 
uśmiechem dzieciństwa, z radością i wiarą witał życie swoje, 
nieznane, dopiero wschodzące. Jak w on czas, gubił się rozkosznie 
i zamierał w zachwyceniu nad niezmierzonym obszarem życia, jak 
gdyby wciąż jeszcze stał dopiero u jego brzegu. Po cichu, 
ostrożnie, jak gdyby się bał spłoszyć szczęście, ubierał się 
szybko, szybko, by zanim minie czar, wybiec w tę noc i pójść, kędy 
go coś zawoła. Objął go ciepły powiew, pachnący mrok, szept 
młodzieńczych liści. Pod wysrebrzonym stropem ziemia marzyła swój 
wiosenny sen odrodzenia, rozkwitu, radości. Marek pogrążył się w 

background image

szczęściu dziecinnym, nieopatrznym, ślepym, przecudownym. Śpiewało 
mu wspaniałe niebo ogromną harmonią sfer, a po ziemi słał się 
cichy spokój. Niepojęte, tajemne, nadludzkie przeplatało się z 
przyziemnym, bliskim, znajomym, swoim własnym, człowieczym. Serce 
rwało mu się z piersi ku wszystkiemu, co jest, żyje i myśli, i 
walczy, i błądzi, i cieszy się, i cierpi. Kochał całe wszystko na 
tej ziemi niezmiernym umiłowaniem i korzył się przed Polską 
żyjącą. W pośpiechu cichymi krokami przez mroki sadu podkradał się 
ku czemuś, co zataiło się przed nim i kryło się niewiadome, 
dalekie i bliskie. Przystawał, czekał z biciem serca, szukał, 
nadsłuchiwał. Ruszał ostrożnie naprzód. Przez przełaz w płocie 
wyszedł na drożynę polną, między okwitające zboża. Trącały go 
wilgotne pachnące kłosy, ciężkie od rosy. W polu znowu otwarło się 
nad nim niezmierzone niebo, jarzyły się rojowiska światów, w 
uroczystym spokoju odprawiało się misterium tajemnicy, a ziemia 
słała się w ukorzeniu i w ciszy. Zdawało mu się, że jest sam jeden 
na tej ziemi czuwający. On jeden jest uczestnikiem cudu, jemu 
jednemu dano oglądać królowę nocy, prześwietną Venus. W samotności 
tej świętej godziny zbliżał się do jakowegoś szczytu rozumienia, 
poznania i szczęścia. Przejmował go ból ekstazy, zbliżał się 
strach. Wśród przenikliwej ciszy nadchodził moment najwyższy. 
Zamierał przed czymś nadludzko wielkim, co niedozwolone jest 
nikomu, czego nie zniesie żaden żywy człowiek. W tej chwili z 
oddala, spod czarnej smugi lasu, ozwała się i poszła po rosie 
piosenka. Zakwitła, zapachniała po nocy ubożuchna, rzewna, 
przepiękna. Ozwał się w niej duch ziemi i przemówił. Nuty 
fujareczki, nabrzmiałe sokami wiosennej wierzbiny, ślizgały się po 
rosie, słały się jak zwiewne mgły, ogarniały upojeniem, przenikały 
prosto do serca. Gra po nocy, śni swoje samotne marzenie jakowyś 
drugi on, taki sam. Koi go swoim głosem, dopowiada to, czego sam 
nie odgadł był jeszcze w tej nocy, i śle mu swoje bezimienne 
braterstwo: Radzi mu zapomnieć o sobie, wyzwolić się z całej pychy 
zamiarów, pożądań, zawiści. Samo dobro mu wróży, które przyjdzie 
samo. I Marek zapomniał o sobie zasłuchany. 
Wracał od drugiej strony aleją wjazdową, w mroku drzew, w których 
czarnym sklepieniu tu i ówdzie tkwiły gwiazdy. Tęsknie kumkały 
żaby, grały koniki polne, szemrały lipy. Jeszcze przed zakrętem, 
za którym tuż schowany był podjazd i dwór, doszedł go odgłos 
nieznajomy. Jeszcze jedno jakoweś stworzenie boże odzywało się po 
nocy cichuteńko, słabe i maleńkie. Zgadywał pełen zdziwienia. 
Nagle wyrosła przed nim biała postać i jednocześnie błysły 
oświetlone okna dworu. 
- To ty?! 
Kuba ścisnął go potężnie i raz po razu wycałował zawzięcie, jak 
gdyby go witał po dziesięciu latach rozstania. Coś bełkotał i 

background image

płakał rzewnie. Marek miał twarz mokrą od jego łez. 
- Syn! Syn! 
Szamotał się z nim w ciemnościach, dźwigał go do góry i stawiał z 
powrotem, łkał i śmiał się. 
- Syn, Marku, syn! Już jest na świecie mały Świda, następca i 
dziedzic. 
Kuba roześmiał się swoim tęgim, zdrowym, nieco baranim śmiechem, 
aż od stodół przyszło echo. Objął Marka za szyję i gwałtem 
taszczył go w głąb alei, stanął i zaczął doń natarczywie szeptać, 
z bliska, twarzą w twarz: 
- Co dzień wszędzie rodzą się dzieci i któż by sobie pomyślał, że 
w tym jest taka straszna tajemnica? Wielka tajemnica! Wielka 
radość! Ja umrę, a on zostanie, rozumiesz ty to? Rozumiesz?! 
Zgłębiłeś ty, Marku, wieczne istnienie ludzkości!?... Niech tam 
sobie wywroty, przewroty, niech tam co sobie chce, a zawsze będą 
żyły jakieściś Świdy... Marku, bracie rodzony, wyjawiam ci wielką 
tajemnicę: oto dziś, jak mnie tu widzisz żywego, ja wiem, co to 
śmierć! A ty wiesz? Nie wiesz! Śmierci całkiem nie ma! Ojca 
grzebią, syn żyje. Wnuk żyje, praprawnuk. Pan Bóg wszechmocny już 
tak zrychtował całą tę machinę świata, że lepiej nie trzeba! Co, 
głupio gadam? Głupio, bo nie umiem wywnętrzyć tego, co wiem. Niby 
każdy to wie, ale nieprawda! Ja się dowiedziałem dopiero przed 
godziną, kiedy to moje małe zapiszczało swoim własnym żywym 
głosem. I wiesz ty, co to było? Cud! Wyraźnie powiadam - cud, i nie 
jest to żadne takie sobie gadanie, przekonasz się sam, byle 
prędzej, jak z ciebie i twojej kobiety zrodzi się pierwsze twoje 
własne dziecko, to dopiero... Toż dopiero... Ach, bracie mój 
najdroższy, jedyny, rodzony... 
Pociągnął go gwałtownie i zawrócił w stronę domu. Plótł Kuba jak w 
natchnieniu. We łzach wygłaszał, jako wielkie odkrycia, swoje trzy 
po trzy, słowa płaskie i nudne. Marek słuchał uważnie, bo brat 
Kuba oczywiście krążył dokoła jakiejś wielkiej prawdy. Ona go 
niepokoiła, przytłaczała, mordował się i nie umiał dać sobie z nią 
rady. "Życie jest proste - myślał Marek. - Życie jest powikłane i 
pełne zagadek, nieokiełznane, nieuchwytne jak wicher i nigdy 
nieprzewidziane, ale opiera się całe na czymś żywiołowym i 
niespożytym, na czymś właśnie najprostszym. Gdy tego nie ma, kiedy 
człowiek oderwie się od tego, jak od ziemi, z której rodzi się 
wszystko, cierpi i zawsze nic nie wie. Niczego nie dokona, 
uschnie, zamrze i jak widmo będzie się błąkać po świecie zbyteczny 
i nędzny, póki wreszcie kiedyś nie zdechnie. Kuba nic nie wie, ale 
czuje swoją prawdę; może jej nawet nie czuje, ale sam o tym nie 
wiedząc, nią istnieje. Jest całkowitym sobą, żyje pełnią własnego 
życia i przez to jest szczęśliwy, przez to samo, chcąc nie chcąc, 
jest społecznie pożytecznym. Ten dokona dzieła swego żywota. A 

background image

ja?" 
- Ty mu będziesz chrzestnym, proszę ciebie jako brat brata. A 
chrzcić go będziem imieniem Marka Ewangelisty, takie moje dawne 
było postanowienie. Jeszczem o niczym nie myślał anim mojej Jagny 
na oczy nie widział, gdym sobie to był poprzysiągł, że jeżeli Bóg 
da mi kiedy syna, nosić będzie twoje imię, na twoją cześć i 
pamięć. To było jeszcze wówczas, kiedym ani ja, ani nikt nie 
wiedział, czyli się powrócisz, czyli nie. 
- Daj spokój, Kuba, nie warto. Moje imię nie przyniesie małemu 
dobrego. Po prawdzie, cóż ja jestem? Darmozjad, nic. Ani dla 
siebie, ani dla ludzi. 
- Nie powiadaj głupstw! Co ty o sobie wiesz? Wiecznie się tam w 
sobie tarmosisz! Ja wiem. Jestem prosty i ciemny, ale ja ci mówię 
tu na tym miejscu, jak mnie tu widzisz żywego, że wielkie sprawy 
na ciebie czekają. Skąd ja wiem? A wiem. Inszy kalkuluje i 
przenika rozumem, ten, który mądry, ale ja z czwartej klasy przez 
oknom wyleciał jako osioł. Ja chłop nieuczony, samą wiarą widzę i 
żyję. Będziesz ty, Marku, zaszczytem naszego rodu, zasłużysz się 
Polsce, roboty odwalisz odmęt - wszyscy o tobie będą wiedzieć. W 
to ja wierzę, ja to wiem, no i co mi zrobisz? Tak będzie, musi 
być. 
Marek nieoczekiwanie dla samego siebie nie zdobył się na żaden 
koncept ani nawet na jedno słowo. Pchnęło go coś bratu w ramiona. 
Ściskał go z nieprzebraną wdzięcznością, rozrzewniony i 
szczęśliwy. 
Wreszcie w końcu czerwca zebrał się do Warszawy na natarczywe a 
zagadkowe telegramy Nusyma, zły, że go wyrywają z błogości 
wiejskiej. Na samym wstępie nie trafił do własnego mieszkania. 
Rzeczy jego były gdzieś przeniesione, olbrzymi lokal Nusyma 
przerabiano na bank. Malarze drwili z niego w żywe oczy, 
naśmiewali się. 
- Nie pierwszy pan się dopytuje. Co się tu ludzi przewaliło, cała 
czarna giełda! 
- Niechby oni byli jego, tego pana Plechyńskiego, we swoje ręce 
dostali, ha - ha - ha! 
- Ależ ja tu mieszkałem, odnajmowałem pokój... 
- To zmiataj pan, pókiś cały, bo i pana policja zabierze, będziesz 
pan miał mieszkanie. 
Zbankrutował - dziwił się Marek. Co się stało? Jakiś gruby 
skandal. Gazet nie czytał od trzech tygodni. Dopiero gdy wsiadł z 
powrotem do dorożki i ruszył ze swoją walizką, sam nie wiedząc 
dokąd, oszołomiony i nad wyraz ciekawy, wyrósł spod ziemi jakiś 
nieznajomy i stanął na stopniach dorożki. Było to indywiduum 
nieznaczne, odziane w jasny modny garniturek, taki sobie 
warszawski "facet" z ulizaną głową, w nadmiernie krótkich 

background image

spodniach, wąskich u dołu jak rękawy. 
- Czekamy, ach, jak oczekujemy! Pan nie otrzymał naszych depesz? 
- Naszych? A kto pan jest? 
- Zaufany, zaufany! Swój człowiek, wypróbowany i wierny nawet w 
nieszczęściu. Ach, co za cios dla kraju! Co za tragedia! Jedziemy 
do niego natychmiast, ale jednak przesiądziemy się do samochodu, 
wypadnie nam bowiem zmylić agentów, z których jeden patrzy na nas 
w tej chwili, a drugi na numer naszej dorożki. To z policji 
śledczej, ale ich gorliwość opłaca nasz wróg Bąkower, ten sam, 
który nas zgubił. Pan szanowny oczywiście posiada... drobne, na 
opłacenie samochodu? Naturalnie, naturalnie, drobnostka, ale 
chwilowo... Jakież to śmieszne... Na tle tragedii wielkiego 
człowieka... 
Z wielkimi ostrożnościami przewinęli się przez miasto i utonęli w 
żydowskiej dzielnicy. Na Muranowskiej, w przeokropnej kamienicy, 
aż w trzecim nikczemnym podwórzu, po haniebnych schodach... Kusym 
był spokojny, tylko oczy mu latały. Nie było śladu ciężkiego, 
pewnego siebie wejrzenia Mariana Plechyńskiego. Wychudł i jeszcze 
sczerniał. Nie ogolona czarna szczecina podchodziła mu pod same 
oczy. Z jego dorodnej twarzy rzymskiej, czyli też hiszpańskiej, 
tym razem obnażał się i wyłaził wyraźnie typ żydowski. 
- No, chłopcze, diabli wzięli Mariana Plechyńskiego calusieńkiego, 
od stóp do głowy, razem z twoimi dolarami. To ci mówię na pierwsze 
powitanie. Nie będę cię pocieszał, że cośkolwiek da się uratować, 
nie będę ci nic obiecywać na przyszłość, bo jej nikt nie zna. Ani 
cię nie będę przepraszać - byłoby to już błazeństwem. Nagi fakt 
mówi sam za siebie. Jestem zarżnięty. Klapa generalna, krach, 
skandal. Ale już się przestałem martwić i nie zacząłem jeszcze 
myśleć, co dalej. Utaiłem się przed kozą w samym sercu 
warszawskiego getto i czytam Balladynę. Jak to mądrze mówi Druga 
Kobieta: 
"Oj, prawda, że to gorzko nam się wyślizga, co się drugim 
dostało". 
Poszły między ludzi twoje pieniążki, ale ponieważ kontrakt o 
Puszczę skarb umorzył, Najwyższa Izba Kontroli wszczęła 
dochodzenie, pocieszaj się zawsze, że twoje dolary wsiąkły w chudy 
i suchy Skarb Państwa, a choć tego niepodobna wykazać, może być i 
tak, nawet tak jest na pewno, ale zarazem jest i inaczej. 
Przegrałem więc, drogi Marku, twoje pieniądze, a raczej bandyci 
mnie opadli, zabrali moję i twoje. Cóż ty na to? 
- Daj mi spokój. Diabli wzięli i już. Całkiem mi to nie było 
potrzebne. Mam co jeść. 
- Rad jestem, że tak mówisz, i wierzę ci, ale sam nawet nie wiesz, 
ile w tym smutnej prawdy. Już tacy są nasi najlepsi Polacy. Nie ma 
w was żadnej namiętności do pieniędzy. To bardzo źle. Pracować, 

background image

coś tam uciułać, albo paskować, szachrować, grać na giełdzie, no i 
czym prędzej rozłożyć się na laurach. Tej cnoty nigdzie nie ma w 
zdrowych społeczeństwach. Przeciętny Polak nie ma w sobie krzty 
mistycyzmu w stosunku do potęgi pieniądza. Lubi dobrze zjeść, 
wypić, pokazać się, spędzić życie w wygodzie i zostawić coś tam 
dzieciom. W waszych rękach pieniądz się nie płodzi, nie kochacie 
go. 
Źle byłoby z Polską, gdyby nie Żydzi, którzy za was wypełniają tę 
funkcję. Jednego się obawiam, oto że pókiś miał te pieniądze, toś 
o nie całkiem nie dbał, ale gdyś je stracił, może się zacząć 
zupełnie coś innego. To takie proste... 
Nusym wpatrywał się weń badawczo. Marek uśmiechnął się z 
wyższością, ale już się w nim coś wściekało. Kpił sobie z 
zaprzepaszczonych dolarów, cóż, kiedy wyskoczył skądś pewien od 
dawien dawna wymarzony fantastyczny plan - ach, po cóż w takiej 
chwili... Owa podróż rozkoszna bez pieniędzy automatycznie 
wchodziła do bogatego muzeum jego czystych zmyśleń. Poza muzeum 
były bowiem rojenia podobne nieco do zamiarów, a te opierały się 
jednak na dolarach. Nic z tego. Zachmurzył się i unikał oczu 
przyjaciela. Kusym posmutniał, zawstydził się, skulił się w 
staroświeckim obdartym fotelu i patrzył w ślepy mur, który stał 
tuż za oknem, jak podły gnębiciel. Marek stał przy oknie i też 
wlepił oczy w mur. 
Wściekły się Lago di Como, Capri i Taormina. Sleepingi, Pałace 
Hotele... Potem ku zimie miał być Egipt, przystanek na Korfu, nad 
samym morzem biała willa z płaskim dachem, taras, na którym pachną 
mirty... Już nie pachną - a żeby cię wszyscy diabli... 
Opamiętał się. Gorzki, drwiący uśmiech już szastał jak miotłą po 
mapie Morza Śródziemnego. Miała to być "ich" podróż poślubna. Za 
cóż kląć nieszczęsnego Nusyma, kiedy mowy nie ma o Morzu 
Śródziemnym, bo jej ani się śni, a on też od dawna już nie chce. O 
nie! A wypadało rzekomo jakby na to, że jeżeli przekreślić podróż 
luksusową, to przez to samo nie ma już żadnej nadziei. Absurd! 
Nagle na wskroś przeszedł go strach przed bólem. Wracał, 
przeklęty. Już majaczyło na murze jej spojrzenie... 
- Mój drogi, kochany... 
Jak najlepszy aktor rozpłynął się w czułościach. Uciekał przed 
czymś, ratował się jak mógł. Skąd się w nim wzięło tyle ciepła, 
serdeczności? Gadał, gadał, wreszcie pochylił się nad kędzierzawym 
łbem Nusyma i pocałował go w czoło po raz pierwszy w życiu. Efekt 
był nadspodziewany. Kusym rozszlochał się głośno, zabawnie, z 
jakimś orientalnym zawodzeniem. Zawstydzony, usiłował się śmiać z 
zapłakanymi oczami, wreszcie zagadał, jakby się upust w nim 
otworzył. Od samego początku, ale szybko, w nerwowym pośpiechu, 
przeskakując i wracając opowiadał swoją historię. Na palcach 

background image

liczył swoje kardynalne błędy; teraz już dokładnie wiedział, 
dlaczego musiało się skończyć tak właśnie, a nie inaczej. Jak 
prawdziwy Polak, był doskonale mądry po szkodzie. Z niejaką nawet 
niemal lubością zapuszczał się w przenikliwą i bezwzględną analizę 
samego siebie. Przy tej tragicznej sposobności odkrył nowe, własne 
teorie w zawiłych procesach 
gospodarczo-handlowo-bankowo-spekulacyjno-czarnogiełdziarskich na 
tle z dnia na dzień zmieniających się koniunktur burzliwej epoki. 
Powojenny chaos gospodarczy, światowy i specyficzny chaos polski 
sprawiają, że działacz w Polsce, nawet najtęższy, rychło i bez 
zawodu ulega psychozie, staje się graczem. Każdy i wszyscy 
ryzykują, przegrywają i odgrywają się, podglądają partnera, robią 
"volty", znaczą karty. Biada temu, kto do takiej kolosalnej 
szulerni idzie z jakimkolwiek planem twórczym i na dobitkę 
postanawia sobie, że będzie uczciwym. Tragiczna iluzja Mariana 
Plechyńskiego! 
- To mnie musiało zgubić. Zanadto kłułem w oczy, zawadzałem zbyt 
wielu ludziom. Z początku ich to bawiło, bo wierzyli, że się 
odmienię. Gdy coraz dłużej byłem niepoprawny, zaczęło im się ze 
mną nudzić. Uczułem wkoło siebie pustkę, wspólnicy ode mnie 
uciekli, wycofywali się, narażając mnie na wielkie straty. Na 
każdym kroku ktoś mi podstawiał nogę, potknąłem się raz i drugi. 
Zaprzyjaźnione banki zaczęły mi robić trudności. Nasz poczciwy 
Niedowiejski ostrzegał mnie wielokrotnie, błagał, żebym się 
poprawił i nie obnosił się ze swoją cnotą, gdzie nie należy, bo, 
powiada - zginiesz! Nie chcąc ginąć razem ze mną, opuścił mnie 
zawczasu i nawet demonstracyjnie wyparł się mnie w gazetach. 
Świństwo to uczynił, aby być nieskazitelnie czystym, albowiem 
nadchodzą wybory. Drżał ze strachu, by gniew pewnych potentatów 
nie spadł na niego. Postąpił jak zwyczajny Judasz, ale ten na 
pewno się nie powiesi, nawet gdy przepadnie na wyborach, co ma 
absolutnie zagwarantowane. Uczciwy człowiek ukorzył się przed 
mafią, aby móc całą tym sposobem zachowaną czystością służyć 
ojczyźnie na ulicy Wiejskiej. Za to imponuje mi Tymonek 
Wikłaszewski, którego specjalnością nie jest bynajmniej uczciwość 
w kryształowym tego słowa znaczeniu. Dotychczas siedzi za mnie na 
Pawiaku, a ja nie mogę mu nawet marnej kaucji... Wiesz, od czego 
zaczął swoje zeznanie przed sędzią śledczym? - Jestem winien, 
albowiem służyłem uczciwemu człowiekowi, zrujnowanemu podstępnie 
przez bandę nikczemnych łotrów... W końcu, a było to właśnie w 
końcu maja, jedyne poparcie, jakie mi zostało, były to wysokie 
sfery rządowe, gdzie mnie dobrze znali - cóż, kiedy na wszystkich 
niższych szczeblach, ile ich tam jest, spotykałem bezczelną 
zorganizowaną obstrukcję. Nareszcie obecne przesilenie, dla 
wszystkich nagłe i niespodziewane, mnie w literalnym tego słowa 

background image

znaczeniu zwaliło się na łeb. I prawowierny Żyd Symcha Bąkower 
uderzył natychmiast w znienawidzonego przechrztę. Sytuacja 
dojrzała. Moment był dla niego przecudowny. Broniłem się jak lew, 
wszystko, com miał, rzuciłem na szalę, weksle, weksle, weksle, 
sprzedaję nawet lokal, nawet Rolls-Royce'a. Dopieroż Symcha 
puszcza na mnie swoją szmirę dziennikarską. Za nimi reszta gazet w 
najlepszej wierze domaga się od rządu surowego wkroczenia, prasa 
się oburza, prasa służy krajowi, Symcha się śmieje jak szatan. 
Najbliżsi, którzy wierzyli w moją uczciwość i wierzą nadal 
niezłomnie, opuszczają mnie jeden po drugim, a raczej wszyscy 
naraz, ze strachu przed skandalem. Marku! Byłem głupim dzieckiem! 
Teraz dopiero, w tej prześmiesznej komedii, poznałem świat i 
ludzi, a przede wszystkim samego siebie. Ale do diabła z tym 
wszystkim. Dość! 
Tu urwał, na jego twarzy przewinął się jakiś obcy uśmiech, który 
na chwilę odmienił go i dziwnie ozdobił. 
- I cóż dalej? Co myślisz robić? 
- Nic nie myślę. Jeszcze nie mogę. Jakoś się we mnie wszystko 
przemieniło. Czy wiesz, że chwilami ta cała moja klęska nic mnie 
nie obchodzi? Powiem ci, otóż w tych dniach spadło na mnie 
niespodziewane szczęście i pogrążyło mnie w błogości. 
- Szczęście? 
- Tak, jestem szczęśliwy. W niczym to nie poprawia mego 
bankruckiego losu. A jeżeli trzeba było aż takiego strasznego 
krachu, żeby się wypełniło owo szczęście, to cena nie jest za 
wysoka. To mi się kalkuluje. Marku, kiedy Żyd staje się Polakiem, 
zatraca wszystkie cnoty swojego plemienia, a nabiera waszych wad. 
Jestem już romantykiem! 
- Więc co? 
- Zaraz. Przede wszystkim nie ma towarzystw akcyjnych, banków, 
przesileń gabinetowych, błota dziennikarskiego, sensacji, 
prokuratora i szpiclów Bąkowera... Nie ma wuja Beniamina 
Cyterszpila, który mnie przechowuje w nadziei, że się odechrzczę, 
i odżywia mnie rytualną kuchnią! Niech zamiast muranowskiego 
powietrza owieje nas woń zboża, lasu, ziemi zoranej... Niech na 
miejscu tego muru rozwinie się przestrzeń bez granic, a nad nią 
białe obłoki na modrym niebie. Nie śmiejże się!... 
Marek patrzał nań ze zdumieniem. W wyrazistych jego rysach 
rzeźbiło się coś niedostrzegalnie, lekko. Oczy stały się marzące, 
usta złagodniały, w zatajonej zimnej twarzy rozwarło się coś, 
znowu zamajaczył w nim Włoch, Korsykanin, "un Francais du Midi" i 
naraz Nusym stał się piękny. 
- W pełni mojej kariery ani chciała o mnie słyszeć. Nie i nie. Od 
dwóch lat - nie. Opętała mnie jak chimera, zamieniła się w 
niedościgłe marzenie. Każda godzina, którą pozwalała mi spędzić w 

background image

swojej obecności, była dla mnie tajemnym wzlotem w inny świat, 
zapomnieniem, odetchnieniem w bezeceństwie i nudzie mojego 
wariackiego życia. Dręczyła mnie, a razem dawała tyle... Miłość, 
Marku, wielka miłość - cóż jest piękniejszego nad jej święty 
obłęd? Możesz się ze mnie śmiać, ale to będzie tylko dowodem, żeś 
sam jeszcze nie kochał. Gdym wreszcie zmiażdżony dał za wygraną i 
uciekł z pola, byłem w czarnej rozpaczy, ponad wszystko gnębił 
mnie wstyd przed nią, okropny, najgorszy, parszywy... Na to 
dostaję list opóźniony o dwa tygodnie, gdyż niełatwo mnie było 
odszukać. Oczom moim nie wierzę, tak dalece nie wierzę, że wołam 
starą ciotkę, matkę i już babkę niezliczonego mnóstwa 
Cyterszpiląt, i każę jej czytać na głos. Otóż to cudowna 
przekorność polskiej kobiety. Przerażająca jest zagadkowość tego 
serca, jego utajenie. Wybuchło, rozkwitło ku mnie właśnie wówczas, 
gdym już był niczym, poniżony, oszukany, zaplwany przez gazety, 
ścigany przez policję. Powiesz: litość? Wzajemność z litości? Nie 
znasz jej, to mocna kobieta przy pozorach skromnej polskiej 
panieneczki. Patriotyczna ofiara, chęć przygarnięcia mnie do 
polskości? Ale na to był czas przed klapą, co przyjdzie teraz 
Polsce z ochrzczonego bankruta? Zresztą co dzień się wykradam, 
widuję ją i wiem. Ona mnie kocha. Jej decyzja jest przepiękna. 
Ale... Otóż i teza: czy w naszym życiu społecznym przy polskiej 
dziadowskiej nędzy pożądany jest typ o tak wyraźnej przyrodzonej 
pogardzie dla pieniądza? Kiedyż ta Polska dochowa się własnych 
kapitałów? 
Marek rozmyślał nad tym trochę po odczytaniu listu pani 
Chosłowskiej, doręczonego mu przez Nusyma. - "W groźnej chwili mego 
życia nie było ciebie przy mnie, nie dajesz znaku o sobie, cóż to 
jest? Natychmiast depeszuj, kiedy przyjeżdżasz zacząć nasze 
dzieło, teraz ono jest tylko nasze, moje i twoje, bo biedny hrabia 
zmarł nagle w drodze. Cudowne życie nas czeka, tęsknię do ciebie, 
pragnę. Pamiętasz ty..." - Tak pisała hrabina z Nowego Sadu, z 
Jugosławii. Dalszy ciąg listu był kuszący i rozpasany. Marek nie 
widział nigdy czegoś podobnego, wypisanego czarno na białym, ale i 
to nie wznowiło w nim niedawnych czarów, snadź przesiliło się i 
odpadło opętanie. Nie spieszyło mu się do Nowego Sadu, tylko sam 
sobie dziwił się teraz, że nie przemówiły doń ani razu utajone 
skarby, które ostatecznie były przecież do zdobycia. Czy mu było 
żal bodaj nieskończenie skromniejszych dolarów zaprzepaszczonych 
przez Nusyma? I to nie. Coś go przywoływało do opamiętania, 
rozsądek zaczynał perorować jak stary profesor. Nie możnaż 
wiecznie być obiecującym młodzieńcem, ptakiem niebieskim, leniem. 
Prawda, prawda. Ale rychło patrzeć, wszystko się odmieni. Samo 
przez się? Tak, nadejdzie taka chwila... Tej wiosny Marek wierzył 
zapamiętale w ową chwilę i uśmiechał się ku czemuś. Tak samo było 

background image

zeszłego roku o tej samej porze. 
W stolicy wrzało. Zbierało się na burzę, było parno, duszno jak 
nigdy, już nie do wytrzymania. Nareszcie coś się stanie! Zmierzą 
się ze sobą dwa wichry, dwie siły i ktoś w Polsce przeważy na 
koniec. Po długim, sennym zastoju, ogłupiającym wszystkich, ockną 
się dzieje, życie nie będzie już dreptało w miejscu, popędzi 
naprzód. Głośno zawoła o sobie prawda upokorzona, wydrą się na 
wolność wszystkie przemilczane sprawy i zapomniane słowa. Spłynie 
z wiatrem zastarzałe niechlujstwo, odetchnąć będzie można. 
Nadchodziła nowa era. W tych latach już nieraz świtały nowe 
nadchodzące ery, ale rozchodziły się jakoś jak chmury, zależne od 
nieodgadnionych wiatrów, a burze szczęśliwie dla Polski 
przechodziły bokiem. Ale tym razem wszystko zapowiadało zwrot 
decydujący. Ludzie warszawscy wydzierali sobie na ulicach 
nadzwyczajne dodatki, które stały się zwyczajem każdego dnia i 
każdej godziny w tym osobliwym miesiącu. Jak dotknięci 
nieuleczalnym obłędem, rzucali się za byle obdartusem, który 
przelatywał ulicą i wrzeszczał. Szukali w pustym świstku swojej 
wielkiej nowiny, której nie mogli wyszperać we wszystkowiedzących 
gazetach, bo te co wieczór odwoływały swoje poranne sensacje. 
Zmienne, co dzień nowe kombinacje kilkunastu nazwisk ogłupiały 
ludzi chorobą erudycji sejmowej i wzmagały chaos w każdej głowie. 
Na miłosierdzie boskie, o cóż idzie?!!! 
Nikt nic nie rozumiał. Przesilenie gabinetowe trwało. Rząd nie 
rządził, widma obalonych ministrów już niezdolne były niczego 
podpisać, machina państwowa utknęła, po ministerstwach we 
wszystkich okienkach zapanowały wakacje. Zatorem zwarły się i 
wypiętrzyły najpilniejsze zaległości, najżywotniejsze sprawy 
więdły i marły. Między Sejmem a Belwederem dniem i nocą szastały 
się samochody i rozpaczliwym rykiem wzywały ratunku. Bezsenni 
posłowie zataczali się jak pijani pod ciężarem natężonego 
myślenia. Surowa rzeczywistość co chwila ciskała im nową zagadkę, 
kazała im rozwiązywać jakieś pomylone szarady, bez żadnego 
wyjścia. Przemordowani, nie mogli już nawet udawać, że coś wiedzą, 
że do czegoś zmierzają. Najbezczelniejszy dziennikarz nie zdołał z 
żadnego nic wydusić, chyba wypsnęła się któremuś jakaś drażliwa 
tajemnica klubowa, by podpalić przygasające zadrażnienia partyjne. 
Polityków ogarniał strach. Zabrnęli w ślepy kąt, w specyficzny 
polski impas. Zaledwie po nieskończenie przewlekłych mitręgach, 
rokowaniach, konwentach, intrygach, wahaniach, namowach i umowach 
zarysowało się coś w rodzaju podobieństwa do dwóch obozów, byle 
traf, byle nic, nic - przyczyna lub człowiek - nic sprawiało, że 
wniwecz szły najszlachetniejsze wysiłki, kunsztowne szalbierstwa, 
wzruszające ofiary i niezliczone małostki i podłostki. Znowu zatem 
od początku. W tych czasach nieprawdopodobne mnóstwo ludzi nie 

background image

spało po nocach, dręcząc się nadzieją i czyhaniem na portfele 
ministerialne. Całe pospolite ruszenie parło obławą na zdobycie 
tek, a każdy wiódł zastęp przyjaciół, szwagrów i zięciów, 
zdemoralizowanych łapczywymi nadziejami. W tej gmatwaninie dzień 
po dniu zatracała się ostatnia resztka sensu, przesilenie 
dogasało, gasząc temperamenty, oszukując szlachetne nadzieje i 
poziome apetyty, zawodząc na prawo i na lewo. Cieniusieńko 
śpiewały partyjne basy, głucho, leniwie ujadali na siebie ochrypli 
polemiści... 
Na Wiejskiej ulicy mecenas Niedowiejski szedł zaczytany w 
nieczytelnie odbitej na maszynie ostatniej enuncjacji "Bloku 
Trzech", wyjaśniającej istotę rozłamu nader wpływowej "Grupie 
Sześciu". Mecenas, sam nie należąc do Sejmu, był jedynym w Polsce 
znawcą przerozmaitych, zmiennych jak mgła mikroklubów oraz 
poszczególnych porozpraszanych lub powyganianych skądś tak zwanych 
"dzikich". Była to wiedza nieoceniona w wypadkach, gdy jeden głos 
większości przeważał lub niedoważał w głosowaniu przy uchwałach 
pierwszorzędnego znaczenia. Na powitanie Marka mecenas oderwał 
oczy i spojrzał nieprzytomnie. 
- Przepraszam... Jesteśmy wszyscy tak zdenerwowani, tak 
przepracowani... 
- Powiedzcież mi, czy to się kiedy skończy? 
- Lada chwila! Może dziś w nocy. Może jutro o jedenastej. Inaczej, 
powariujemy wszyscy. Będzie to gabinet sklecony, przelotny, może 
dociągnie do tygodnia. W tym czasie dokonają się nieodzowne 
przegrupowania, ludzie odpoczną i może się opamiętają, po czym 
nowy gabinet będzie niezwłocznie obalony, raczej sam upadnie, i to 
nie położy się. Walka się przeciągnie - straszne to dla kraju 
nieszczęście... Sprawca tego wszystkiego bierze na siebie ciężką 
odpowiedzialność wobec historii. 
- No-no... Komu to mówić... 
- Tak! Biorąc pod uwagę wszystko, co dlań osobiście czuję - mówię 
tak! Pomimo całego mojego najwyższego... Jakże można wymagać od 
nas wielkich decyzyj? Tak ni z tego, ni z owego? Teraz? Zaraz? 
Ależ na to trzeba wyjątkowego momentu dziejowego i wielkiej idei, 
i zapału, i - że tak powiem - nawet odwagi! 
- Otóż to - że tak powiem. - Doskonale powiedziane. Nawet odwagi? 
Więc jeżeli tak, do czegoż to nas, u diabła, doprowadzi? 
- Do niczego, niestety, do niczego, szanowny obywatelu, i tak 
dojedziemy do samych wyborów. W listopadzie dużo się wyjaśni. Nowy 
Sejm wyłoni świeże siły, nowe talenty i prawdziwie nowoczesne 
ugrupowania. Wszyscy właściwie pracujemy teraz wyłącznie dla 
wyborów. 
- Mecenas oczywiście kandyduje? 
- Tak! Tak! Budujemy potężne nowoczesne stronnictwo o zakroju 

background image

europejskim. Nic z ciasnoty, partyjnictwa. Będzie to raczej Ligą, 
raczej Unią. Jak to, nie czytaliście naszego manifestu? - Mecenas 
wygrzebał z wielkiego portfelu, wypchanego jak poduszka, wiązkę 
arkuszy. - Wszystko, co najlepsze, staje przy naszym programie 
który wszystko ogarnia i przewiduje. Umiarkowanie, spokój, powaga. 
Kojarzenie współdziałań, kojenie zadrażnień. Na pierwszym miejscu 
- wszystko dla państwa! A dalej - czyste ręce! Dzięki temu 
pieniędzy mamy na razie trochę za mało, ale właśnie obchodzę 
wszystkie banki z hasłem: ani prawica, ani lewica. Praca 
tytaniczna - nie macie wyobrażenia, ile w Warszawie jest banków! 
Pod naszym manifestem znajdziecie nadzwyczajne, nieoczekiwane 
nazwiska. Udało nam się pozyskać... 
Już poleciał. Marek nie zdążył mu nawet wypomnieć brzydkiej zdrady 
Nusyma. Całe to przesilenie psuło mu jego powieść o Polsce. 
Przesiadujący w wieży z kości słoniowej samotny filozof lub 
prostak doktryner mogli sobie nie zważać na to, co porabia i 
wyrabia Sejm, czyli czterystu panów zamkniętych w eks-instytucie 
dla panien przy ulicy Wiejskiej. Niepodobna było pominąć lub 
zlekceważyć tego miesiąca, albowiem jego nieodgadniony posiew 
zakiełkuje, wzejdzie, wyrośnie i pomimo wszystko długo popamięta 
go Polska. Jednak uparcie prześladowało go przywidzenie, że 
podobne ewenementa, ze wszystkim, co się dzieje dookoła nich, co 
je poprzedziło i wywołało, i to, co z nich wyniknie, obce są i 
obojętne w obliczu jakiejś wielkiej istoty życia, jego głębi, jego 
prawdy. Przesilenie wydawało mu się nędzne, niegodne, śmieszne. 
Dużo zgiełku, kłótni, odgrażań, wygrażań, targów i przetargów - nie 
było powagi i ani krzty męstwa - nie było znamienia walki. Strony, 
jak przemocą wypchnięte do boju na szerokie pole, dawały światu 
sromotne widowisko - nic prócz strachu. Więc ciskano straszliwe 
oskarżenia o wszystko i przekleństwa za wszystko na głowę jednego 
samotnego człowieka. Z nienawiści wyolbrzymiono go na szatana, na 
demona Polski. A z drugiej strony żądano od niego, by wyszedł w 
pole i dobył miecza, i sam jeden za nich wszystkich stanął i 
zwyciężył. Wizja samotnego człowieka... Jedyny bohater powieści o 
Polsce... Marek postanowił nie mordować sobie głowy nad 
przesileniem, ale opędzić się od niego w Warszawie było zupełnym 
niepodobieństwem. Pomimo wstrętu siedział w gazetach jak pierwszy 
lepszy, ale nie śledził gry politycznej, nie był ciekawy 
przełomowych perypetii powtarzających się do znudzenia i 
sensacyjnych niespodzianek, zapowiadanych wciąż i bez żadnego 
skutku. Zawzięcie szukał czegoś własnego w rozległych, ciasno 
zadrukowanych płachtach. Dla odpocznienia pomijał najważniejsze 
szpalty o krzyczących nagłówkach i szedł między petitowe zjawiska 
i wydarzenia. Odkrywał wielkie prace, notowane drobnym drukiem. 
Wśród nawały najsłuszniejszych utyskiwań i rewelacji chwytał 

background image

objawy rozkwitu. Dookoła każdego "curiosum" z niewyczerpanej i 
codziennie nowej polskiej anegdoty słała się potęga nowego życia, 
które przebijało się przez najgorsze zapory na przekór ciemnocie, 
głupocie, złej woli powołanych i niepowołanych czynników. Wszędzie 
roiło się od ludzi-mrówek, których niczym nie dało się wytępić. 
Wszędzie przeważali oni nad litanią szkodników, kołtunów, 
złodziei, małp, szczurów, hien. W podziwieniu patrzał na bogactwo 
życia, które przelewało się przez tamy i przez brzegi i parło 
młode, bujne, nieposkromione; nieświadome samo siebie, jak 
instynkt, jak żywioł. Wertując gazety, Marek natrafiał co krok na 
niespodziankę. Nie wiedział o istnieniu całego mnóstwa zjawisk, 
które pomimo to już od dawien dawna wplotły się w codzienną polską 
rzeczywistość. Rozproszone po różnych dzielnicach, jak oazy na 
powszedniej pustyni, po dalekich prowincjonalnych zakamarkach, 
żyły sobie jakby poza światem, bez żadnego upoważnienia, nie 
oglądając się na niczyje uznanie, nie dbając o miarodajne opinie. 
Były, musiały być, snadź nie mogło być inaczej. Któż zna całą 
Polskę? Kto jej nadąży? 
Pewnego dnia uderzył go nagłówek wybity wielkimi czcionkami: 
"Sprawa podchorążego Śniata i towarzyszy". Sprawa zataczała coraz 
szersze kręgi, odkryto tajne papiery i rozległą korespondencję, 
liczba aresztowanych wzrastała. Do oddziału dla więźniów w 
Ujazdowskim szpitalu wstęp był oczywiście najsurowiej wzbroniony, 
Marek dotarł do samego komendanta, a odprawiony z najdalej 
posuniętą opryskliwością, przechadzał się w cieniu drzew i klął. 
Niepostrzeżenie znalazł się przed pawilonem, w którym przeleżał 
był długie miesiące. Zajrzał do swojego okna. Ani łóżka, ani 
stołka, gołe ściany i puste cztery kąty. Zdjął go przenikliwy 
smutek. W jednej chwili znikł Śniat, nieszczęsny apostoł. 
Rozpodziało się, rozwiało się wszystko, co było, i zostało jedno 
jedyne. Tutaj za oknem, w tych czterech ścianach, ujrzał ją po raz 
pierwszy. Kiedyż to było? 
- Serwus dla pana porucznika! 
Stał przed nim zamaszysty, ucharakteryzowany nieco na oficera 
sierżant sanitarny, ten sam, z którym zeszłego lata jeździli za 
Bug po zwłoki rotmistrza Goślickiego. Znalazł się tu jak na 
obstalunek. 
- Bardzo surowo wzbronione, bo, panie poruczniku, sprawa jest 
paskudna. Wplątać takiego anielskiego człeka! Gruźlica źre mu 
płuca, włazi mu w kości, w te oba jego knykcie. Tuberculosis 
femorum. Posądzony jest o bolszewictwo i o zdradę - taki człowiek! 
Kto go posłucha z godzinę, każdy się odmieni, nawet najgorszy. 
Każdemu się do sumienia przedostanie. Święty i tyle. Sam 
prokurator, pan pułkownik, co go tu godzinami udręcza, wychodzi od 
niego blady jak ten trup. I nasz komendant zachodzi na rozmowy, 

background image

powiada, że podchorąży sam siebie oskarża i sam siebie gubi, takie 
on rzeczy otwarcie propaguje. Co tu gadać, prawdę głosi. Skażą go, 
i to grubo, jeżeli tylko dociągnie do sądu. W wojsku nie ma 
żartów. 
- Co u licha? Za co mają go skazać? 
- Za wiarę będzie umęczony. Pilnują go nadzwyczajnie, instrukcja 
najsurowsza, ale cóż, odwiedzić można, panie poruczniku, po starej 
znajomości, czemu nie... Proszę za mną, byle nie bardzo z bliska, 
a tam już ja przez wartę przeprowadzę. Na pół godzinki, trzy 
kwadranse, byle nie dłużej. 
W maleńkiej zakratowanej celi Śniat siedział na łóżku, otoczony 
książkami. Oczy mu się świeciły, ogromne i jasnopromienne, aż 
raziły w zniszczonej, szarej twarzy. Patrzyły nadludzko, jak z 
zaświata. Stała nad nim śmierć, nieunikniona, bliska. To, że dni 
jego policzone, było dla Marka tak oczywiste, iż od razu uczuł w 
sobie gwałtowną przemianę. Nagle jak gdyby zapomniał o wszystkim, 
co było w nim i poza nim jeszcze przed chwilą. Białe drzwi cicho 
zamknęły się za całym światem. 
Śniat powitał go, jak gdyby się rozstali wczoraj, i od razu 
przeszedł do rzeczy. Przede wszystkim trzeba uzdrowić człowieka. 
Wszyscy są zatruci nienawiścią. Jakkolwiek ją nazwać czy przezwać, 
zawsze ona i wszędzie ona nie dopuszcza człowieka do prawdy. Każdy 
ustrój społeczny jest dobry, jeśli człowiek w nim będzie dobry. 
Dusza ludzka wszystko wokoło siebie odmieni, gdy przeniknie od 
niej światło. Kochajcie jedni drugich! Chrystus wymagał od 
człowieka niepodobieństwa, gdyż był ponadludzki, samotny na 
świecie, boski. To samo musi być powtórzone w naszych czasach 
zwyczajnie, przez śmiertelnego człowieka dla ludzi zwyczajnych. 
Trzeba im ułatwić straszliwy nakaz, nie przerażać, oswoić ich, 
mówić łagodnie, z dobrocią, jak do małych dzieci. Dobroć nie jest 
słabością, to potęga. Uśmiech dobrotliwy więcej sprawi niż 
mądrość, niż gromy wielkiego natchnienia, niż miecz i ogień. 
Wielka to tajemnica serce otworzyć w człowieku. Każdy ma serce, 
nawet najgorszy ze złych. Nie wierzę, żeby był na świecie bodaj 
jeden jedyny człowiek do gruntu zły, beznadziejnie, do którego nie 
ma żadnej drogi. Konfrontowano mnie tu z prowokatorem, który to 
nędzarz nieszczęsny wpierał we mnie mnóstwo okropnych i śmiesznych 
rzeczy, za które karzą surowo. Po półgodzinie odwołał wszystko, 
płakał i nawet siedzi teraz w więzieniu. Nie zniósł mojego dobrego 
słowa, gdyż nie było ono rozmyślne albo udane, ale najszczersze, 
braterskie. W niegodziwym życiu współczesnym obrastają serca 
skorupą, ale z miękkim serduszkiem przychodzi na świat dziecko. 
- Ludzkość, kula ziemska to za dużo, można się zagubić. Ja cały 
jestem w Polsce. Jeżeli szerzyć miłość, to jakże nie zacząć od 
tego, co własne i najbliższe, co się kocha najbardziej? Moją dumą 

background image

i chlubą jest, by w Polsce właśnie powstał i ugruntował się wielki 
ruch, w którym odrodzi się stary świat. Ale w moją miłość do 
Polski ani w moją cześć dla Chrystusa żadną miarą nie chce 
uwierzyć nasz więzienny kapelan, ksiądz-major Pieniek. Ksiądz i 
major w jednej osobie! Cóż w tych sprawach zrozumie istota tak bez 
litości zniekształcona przez państwo? 
- Powiedzcież, bo nic jeszcze nie rozumiem, czego od was chcą? 
- Nazywa się to sprzysiężeniem w wojsku. Com ja winien, że 
najbliżej znam wojskowych? Wzięli paru podporuczników akademików, 
którzy są na rocznych urlopach, jak zresztą i ja, i trochę 
żołnierzy, kaprali różnych broni, moich przyjaciół ze szpitala i 
jeszcze z frontu. Zabrali moje fantastyczne kajety, gdzie sam ze 
sobą toczyłem rozprawy. W toku śledztwa wystąpili oskarżyciele nie 
znani nikomu z nas i wpierali we mnie swoje łgarstwa. Łączyli nas 
początkowo z komunistami, konfrontowali, ale nikt się do nas nie 
przyznawał, komuniści mają dla nas jeno szyderstwo i straszną 
pogardę. Ubrdało im się oskarżenie o szpiegostwo, gdyż bywał na 
naszych posiedzeniach pewien sierżant ze sztabu. Upadło i to. 
Został spisek przeciwko bezpieczeństwu państwa i jego sile 
zbrojnej. Na mnie, jako na herszta, spada wyraźny paragraf od 
dziesięciu lat ciężkiego więzienia do kary śmierci włącznie, z 
pozbawieniem itd... W każdym razie odbiorą mi Virtuti i cztery 
Krzyże Walecznych, co po prostu już jest cudowne. Pytam 
prokuratora: panie pułkowniku, jeżeli moje zasługi bojowe 
podlegają zupełnemu umorzeniu, to czy trybunał wojenny nie 
omieszka wydać orzeczenia, na mocy którego odrosną mi obie moje 
nogi? Najlepszy jest adwokat, najporządniejszy człowiek, ochotnik 
z roku dwudziestego, który samorzutnie i bezinteresownie podjął 
się obrony. Ten nie namyślał się ani przez chwilę - po prostu robi 
ze mnie wariata i skrzętnie zbiera odnośne materiały. Oczekuje 
mnie wizyta psychiatrów - cóż to będzie za rozmowa! Śmiesznie bywa 
czasem w naszej drogiej Polsce! 
Łagodny uśmiech zamierał na jego ustach. Gdy przymknął oczy, 
czarne powieki zlały się z sinymi kręgami pod oczami. Głowa 
bezwładnie utonęła w poduszkach. Koścista, szara twarz w jednej 
chwili znieruchomiała i umarła w bezmiernym, wiecznym spokoju. 
Marek patrzył nań z przerażeniem. Ale wnet drgnęło coś w martwych 
rysach, przemknął przez nie promień światła; barwa życia przebiła 
trupią szarość. Rozrastają się na policzkach ceglaste plamy, budzi 
się oddech coraz szybszy, porywczy. Nagle wydarły się oczy spod 
sinego piętna śmierci i spojrzały, uderzyły. Głowa podniosła się z 
poduszek, niespokojnie, kurczowo zadrgały ręce. 
- Ale ani na wschodzie, ani na zachodzie świata... Nigdy i 
nigdzie, jeno między nami... W Polsce objawi się duch, w Polsce 
zrodzi się nowy człowiek, a z niego nowe pokolenie w narodzie 

background image

wypranym... W nagrodę za męczeństwo niewoli... Dla prawdy i 
chwały... Dla odmiany złego świata... 
- Panie poruczniku, na alarm, już!!! Prokurator idzie! ani jednej 
chwileczki... Za mną tuż przed sionkę, na schody... - Przymykając 
drzwi, Marek ujrzał jeszczę na jedną sekundę oczy płonące, 
poruszające się usta i ramiona wzniesione w ekstazie. 
XIII
Codziennie przed południem zapuszczał się w Aleje Ujazdowskie i 
wysiadywał w parku, podchodził do zarośli, zakrywających gmachy 
szpitalne, i myślał, czy też żyje jeszcze podchorąży Śniat, jak 
przekraść się do niego bodaj jeszcze jeden jedyny raz i posłuchać 
go, zanim umrze. Nie wiedział, czego Śniat chce, jak on rozumie 
wielką swoją rzecz, nie dociekał, czy w ogóle jest w tym jaki 
sens. Porywało go jego natchnienie, wola i wiara, obie tak uparte 
i potężne, nawet na progu śmierci. Rozważał to jak w zachwyceniu, 
zapatrzony w wizję, która nie dawała się ogarnąć. Śniat myli się w 
zaślepieniu. Śniat jest prorokiem i niesie w sobie najwyższą 
prawdę epoki. Państwo polskie słusznie tępi niebezpieczne 
głupstwo. Państwo polskie bezecnie i brutalnie dusi prawdę. Należy 
krzyczeć na całą Polskę: hańba! Trzeba bronić Śniata i obronić 
jego wielką ideę. Ale na to trzeba zgłębić ją, w nią uwierzyć. 
Niepodobna było przedostać się do czerwonego pawilonu, sierżant 
gdzieś się zapodział, wartę sprawowali nie dobroduszni 
prostaczkowie z baonu wartowniczego, ale zimni, nieprzystępni w 
swoich hełmach żandarmi. Chodził Marek pod zrosłym gąszczem akacyj 
i kwitnących jaśminów, za którymi tuż Śniat snuł swoje olbrzymie 
marzenie i umierał. Żałował go najserdeczniej i bezsilnie. 
Wyrzucał sobie, że nie umie go obronić, i zazdrościł mu, wstydząc 
się siebie. Gdybyż mógł zaprzepaścić się w myśli jakiejś 
wyłącznej, natrętnej, namiętnej i nią jedynie żyć, dla niej 
wszystko ze siebie poświęcić! Czuł w sobie nadmiar sił i oglądał 
się za celem, za dziełem, za jakimś bodaj szaleństwem, byle czepić 
się czegoś, zmagać się, cierpieć i cieszyć się, poddać się czemuś 
i to samo zwyciężyć i zdobyć. Ale był jak spętany, był bezsilny. 
Jak ciężka choroba, coś go dręczy i zatruwa. Za każde parę dni 
złudzenia, za rzadką dobrą godzinę musi drogo zapłacić. Zaledwie 
coś mu się uroi, jak sen i - znowu nic. Jaśminy odurzały go i 
mąciły wielkie jego marzenia. Poprzez zapach upajająco słodki 
przebijało się udręczenie, z dawien znajoma chimera. Czy to ona? 
Czy tylko jej wspomnienie? Zdumiewała go sama pamięć o tym, co 
było, co mogło być; nie do wiary obcym stawał się obraz zatraconej 
przeszłości. To drugi on, jakby powtórzony w odbiciu magicznego 
zwierciadła, objawiał się znienacka, rozdwajał w nim myśli, chęci. 
I zapadał w tępą zadumę, bezmyślnie wysiadywał na ławce w 
kasztanowej alei, bezmyślnie czytał gazety, które mu wpychał 

background image

przebiegający z nowinami bosonogi urwis. Potem zrywał się, szybko 
wychodził z parku. Długo wałęsał się między ulicą Piękną a 
Szopena, niby na przekór siebie, bądź z drwinami, bądź w strachu 
śmiertelnym, że stanie się właśnie tak, jak by chciał. Bez 
potrzeby zawracał przed czymś i uciekał, to znowu gonił za czymś, 
co mogło przez chwilę przemknąć się, wymknąć... Drżeniem zdejmował 
go czyjś kształt, czyjeś ruchy, zarys jasnego wiosennego 
kapelusza. Serce w nim zamierało na ślad, na cień jakowegoś 
podobieństwa. Gdy tak wartując, dochodził do rogu Szopena, 
odwracał oczy w inną stronę i mijał to miejsce w nieubłaganej, 
zimnej zawziętości. Manewry te powtarzały się od kilku dni i nie 
doprowadziły do niczego. Były prześmieszne, ale na razie nie było 
komu się śmiać. Jątrzyła nienawiść, duma zraniona domagała się 
zemsty. Jej wypełnienie wyrażało się w niezliczonych obrazach, 
jeden lepszy od drugiego, coraz wymyślniejszy, coraz okrutniejszy. 
Ale gdy nareszcie naprawdę ją spotka, co było możebne w każdej 
chwili, to - o ile nie zdąży uciec - powita ją z niesłychaną 
poprawnością, zimno jak lód. Nie zawaha się ani na ćwierć sekundy 
i minie ją z doskonałą, oczywistą obojętnością. A potem niech się 
dzieje, co chce. Co? Nic. 
Ani godziny nie mógł usiedzieć w domu, w wynajętym obrzydłym, 
pustym salonie, gdzie rzeczy jego leżały wciąż nie rozpakowane, 
zwalone na kupę. Włóczył się byle gdzie, odwiedzał uwięzionego 
Nusyma, poznał jego narzeczoną i jego wielkie plany 
bukoliczno-kolonialne, związane z daleką, in spe polską Paraną. 
Przekomarzał się z mecenasem Niedowiejskim, który w tych dniach 
przesileniowych o mało nie został był wojewodą, u Lourse'a wdawał 
się w spory polityczne z tamtejszymi powagami, dobierał Polsce 
ministrów, zamierzał wzniecić w prasie kampanię w obronie Śniata, 
zaczynał szkicować jakiś list otwarty, co dzień postanawiał, że od 
jutra, od samego rana, rozpakuje swoje papiery i zabierze się 
poważnie do pracy. Żył z dnia na dzień, jak to bywa przed 
wyjazdem, ale nigdzie się nie wybierał. Dni kończył na 
przewlekłych, do świtu trwających kolacjach, wśród butelek, w 
miłym towarzystwie, z byle kim. Nie nudziło mu się całkiem, 
wiedział, że lada dzień, lada chwila musi się coś stać, przyjść 
niechybnie. Uporczywie na to czekał; dnie mijały jak za mgłą. 
Sypiał doskonale, zmordowany próżniactwem; sny miewał zwyczajne, 
jakieś postrzępione, całkiem głupie. Raz ocknął się z ciężkim 
jękiem i długo odpoczywał zmordowany, beznadziejnie nieszczęśliwy. 
Siedzi cicho w oficynie w Jordanowicach, pogląda przez okno na 
zaspy śnieżne i słodko drzemie w miłym cieple. Zegar szepcze - już 
tak, już tak, już tak! Miły świerszczyk, ten sam, odzywa się z 
rzadka, ledwie dosłyszalnie, jakby z daleka. Czerwienieje niebo na 
zachodzie, łuną palą się niskie, ciężkie chmury. Zaskrzypią sanie 

background image

po zmarzłym śniegu, wesoło zadzwonią janczary, to Kuba powraca z 
miasta. Załomoce, zatupoce w sieni Kuba, obija buty ze śniegu, 
otworzy drzwi szeroko, mróz wali do zacisznego pokoju. Wpada Kuba 
z krzykiem, z hukiem, z jakąś radosną nowiną, gada a gada - ależ 
ten Kuba jest siwy?! Rozpina ciężką wilczurę, zapuszcza rękę w 
bezdenną kieszeń i ciska na stół grubą książkę Markowi pod same 
oczy. Grzmi śmiech Kuby barani, aż dźwięczą szyby. Ha-ha-ha! Marek 
szuka okularów, śpieszy się, maca się po kieszeniach, szuka 
wszędzie nieudolnie, nieskończenie długo, wreszcie porywa książkę 
i nosem wodząc po okładce, czyta pięknie odbity tytuł: Marek Świda 
- Powieść o Polsce. Łzy tryskają mu z oczu. Doczekał. Wie, co jest 
w książce, od deski do deski, wie, każdą jej kartę ma w duszy, 
wszystkich jej ludzi co do jednego zna ze starej przyjaźni, bo 
życie z nimi spędził. Przyciska książkę do piersi dygocącymi 
rękami, wznosi do góry zapłakane oczy i w lusterku, wiszącym tuż 
powyżej, widzi w czerwonym świetle słońca, które zaraz się skryje, 
swoją białą głowę, zestarzałą, pooraną twarz... Jego marzenie, 
jedyne dzieło żywota - powieść o Polsce. Za niego pisał ją 
chrześniak imiennik, Kubów i Jagnieszczyn syn, młodzieńczy Marek 
Świda. Czyż to nie wszystko jedno? 
- Gdzież się podziało moje życie?! 
Zawołał Marek głosem wielkim, strasznym. Zawołał i obudził się! 
Zatruła go mara senna. Otrząsał się ze zgrozy. Zgroza stała ponad 
drwinami z senników egipskich, z wróżb, z przywidzeń i z 
nastrojów: Zatarł się obraz, został w duszy cierń jego prawdy. 
Marek nie spodziewał się już niczego. Skończyło się rozkoszne, 
pocieszne widowisko świata i ludzi, na które od dawna patrzał z 
wyżyny, odosobniony i samotny. Sromotnie spędzono go z nie swojego 
miejsca i cóż za pociecha, że o tym nikt nie wie? Wstyd przed sobą 
był najgorszy. Nie pozwalał zamarzyć, zapamiętać się w zmyśleniu, 
nie dał z ubocza podpatrywać osobliwymi oczami osobliwości, 
zapełniających ten świat. Gdy opadła czarodziejska zasłona 
wyobraźni, życie naraz stało się przeklęcie zwyczajne i tylko 
prawdziwe. Zrobiło się ciasno, duszno. Doprawdy, nie warto było 
żyć. 
Okna księgarni, przed którymi tak lubił wystawać, dręczyły go 
teraz niezmiennie, gdziekolwiek je mijał. Było to prawdziwe 
opętanie. Ból go przejmował, gdy ujrzał nową powieść, gdy na 
tomiku poezyj odczytał nieznane czyjeś imię, wchodzące do 
literatury nieśmiało i uroczo. Cierpienie jego było zbyt szczere, 
by miał komukolwiek zazdrościć, kogokolwiek oskarżać. Któż był 
winien, że tak się z nim stało? Nikt. Za każdym razem, gdy patrzał 
w okno księgarni, żegnał wszystkie swoje marzenia. Mozaika barw, 
formatów, tytułów, winiet, zwały ksiąg, książek, książeczek. W 
każdej, nawet najskromniejszej, zamknięty świat, światek, bodaj 

background image

zakątek życia, płomień, płomyk, iskierka czyjejś duszy. W wielkiej 
szybie majaczy w odbiciu prawdziwe życie - ulica i ludzie. Ruch 
uliczny prześlizguje się widmowo po szkle i wikła się z tym, co 
spoczywa zamknięte za oknem. Na tło rozłożonej wielkiej ozdobnej 
księgi albumowej pada nikły zarys białego kapelusza, czyjeś 
oczy... Zanim je poznał, już się przeraził, jak gdyby się stała 
rzecz niepojęta. 
Stoi tuż. Ona go widzi. Marek uparcie patrzy w szybę. Royal 
Gallery... L'Illustration... Die Kunst... The Studio... Jeżeli 
zacznie pierwsza... Ale on za nic na świecie... Za nic! Oczy 
gasną, znika zarys białego kapelusza. Marek przerażony odrywa oczy 
od szyby. Jest, stoi, patrzy ku niemu ukradkiem. - Ach, sama 
wiesz, żeś wszystkiemu winna! Ty przeklęta! Ukochana... - Już go 
ogarnia żałosno-radosne roztkliwienie, ugina się w niewoli. Jej 
niepewne, nieśmiałe spojrzenie odmienia go w jednej chwili. Kłania 
się nareszcie i czuje, że ponosi go jakaś zła siła: Staje się 
ponad miarę swobodny, lekceważący, uśmiecha się niemal drwiąco. 
Pani Goślicka spuszcza oczy. Zaczyna się najgłupsza rozmowa. 
Najgłupszą rozmowę przerywa jakiś stary pan, bibliofil i 
krótkowidz, który wsuwa się między nich, dotyka nosem szyby. Marek 
z nienawiścią patrzy na jego obwisłą, brudną panamę, na 
obstrzępione szpargały, które mu wypychają wszystkie kieszenie. 
Idą Nowym Światem. Zaledwie coś się nawiąże, natychmiast 
rozłączają ich ludzie, włażą między nich, przeszkadzają, 
potrącają. Przedzierają się przez tłum. Ona jest zwinna, lekka, 
wysmukła; zresztą jej z drogi ustąpi każdy z tych panów. Wyprzedza 
go, oddala się. Marek jak pijany roztrąca przechodniów i goni za 
nią; jest dziś wyjątkowo niezgrabny, to wzmaga jego złość. Gdy się 
zrównali, zapytuje niedbale: 
- Pani jeszcze w Warszawie? 
- Tak. A pan? 
- Owszem. Gdzież pani wybiera się na lato? 
- Na Hel, sama nie wiem, po co, ale jutro już wyjeżdżam. 
- Jutro? Doskonale pani robi. Co za upały! 
Marek powtarza sobie w kółko - jutro, jutro, jutro - bo nie rozumie 
tego słowa. Jeżeli ona wyjeżdża jutro... Ze złości zapada w jakieś 
niepoczytalne zaćmienie. 
- Więc jutro pani jedzie? Doprawdy, wolałbym panią spotkać jutro, 
nie dzisiaj. 
- To byłoby niemożliwe, jutro mnie tu już nie będzie. 
- Właśnie dlatego! 
- Jak to? Nic nie rozumiem. 
- Nic? Aż nic? To już doprawdy za mało, szanowna pani. Bo nic to 
znaczy przecież naprawdę nic! 
Nie odpowiedziała. I jemu odjęło mowę. Utknął w nim wezbrany potok 

background image

natchnienia. Miał jej wypowiedzieć wszystko, wszystko do dna, i 
to, co dawno już się należało, i to, co teraz odgadł w sobie. Ona 
musi to wiedzieć, bo nigdy już się nie spotkają. Szli w milczeniu. 
Marek czuł obok siebie lekki, posuwisty rytm jej kroków, szelest 
sukni. Dość było obrócić głowę, by ją ujrzeć, dość było wyciągnąć 
rękę, żeby jej dotknąć, a jednak była ona jeno zamętem, 
złudzeniem. Sunęło obok niego widmo jego nieustannych, 
nieprzeliczonych myśli, upragnień, natchnień, żalów, wzlotów i 
upadków, chwil dobrych i złych, modlitw, przekleństw. To jego 
własne, samotne opętanie, szaleństwo przywidzenia, marzenie o 
niemożliwości, chimera, która nie istnieje, a jątrzy, sen 
uporczywy. Kto na świecie zdołałby go aż tak poniżyć? Tak uwikłać 
i zgnębić? Kto śmiał odebrać mu radość życia, całą wolność? Kto 
się poważył stanąć na jego drodze i zagrodzić mu cały świat? Nie 
może być żyjąca kobieta tak potężnym szatańskim bóstwem. I nie ma 
w niej bóstwa ani krzty. Dość spojrzeć na nią zwyczajnymi oczami, 
a zgaśnie, sczeźnie opętanie, zostanie tylko piękna kobieta. Czy 
aż tak piękna? I to nie. 
Zamajaczyło w nim przedziwne światełko. Zamigotało, zgasło i 
zapaliło się znowu. Zaczynał coś chwytać, wyślizgiwało mu się wnet 
i wciąż. Już czuł, że natychmiast się obudzi. Świat oczywisty 
jeszcze przez chwilę zasnuwał się jak dymem, głuchł i już mu się 
wymykał. W pomąconym korowodzie odchodziło kędyś wszystko: 
przechodnie, drzewa, tramwaje, samochody, blask słońca. I ona 
zniknie, albowiem nigdy jej nie było naprawdę. Wystarczy samo 
pomyślenie o tym, by ją zgasić w sobie, jak świeczkę. Ale nie 
wypadało iść tak dłużej nic nie mówiąc, do czego to podobne? Co 
też ona sobie pomyśli? A niech myśli, co chce. 
- Cudownie w tym roku kwitną lipy, prawda, jak pachną? 
Rzucił to swobodnie, lekceważąco, tak ot, byle coś powiedzieć. Na 
nieszczęście, spojrzał na nią. Szła z pochyloną głową, patrząc w 
ziemię, skromnie, jakby pokornie. Usta jej drgały, zaciskając się 
w podkówkę, jak u dziecka, któremu się zbiera na płacz. Już nie 
mógł oderwać od niej oczu. Tak doszli do rogu Szopena. Marek 
ścierpł w rozpaczliwym strachu. Ale pani Goślicka skręciła w swo 
ją ulicę, nie zważając nań zupełnie, jak gdyby szła sama jedna. Od 
razu przyśpieszyła kroku i Marek, jak pociągnięty, bez wahania 
podążył za nią. Nieznajomy, wspaniały motyw jak hymn zabrzmiał 
spoza ogrodzenia Doliny, rozrastał się, wznosił w akordach - ach, 
jakże był mu potrzebny w tej chwili, on właśnie, ten sam! Ktoś go 
odgadł, ktoś o nim wszystko wiedział i oznajmia mu teraz? Co? co? 
Słuchał, cały uniesiony na dźwiękach, i czekał. Ale hymn urwał się 
nagle tak samo, jak się był odezwał. Wśród ciszy przewijało się i 
zamierało jego odbicie gdzieś aż w głębi duszy. 
Ani go zapraszała, ani go wypraszała. Otworzyła drzwi, weszła bez 

background image

jednego słowa, on za nią. Zamknęła drzwi i, porzuciwszy go w 
ciemnym przedpokoju, odeszła gdzieś w głąb mieszkania, znikła. Nic 
go już teraz nie mogło zadziwić. 
W saloniku wszystko było poprzewracane do góry nogami. Walizki, 
porozkładane rzeczy, drobiazgi. Dywan zwinięty w rulon, okna 
ogołocone z firanek, meble porozstawiane byle jak sterczały martwo 
w białych pokrowcach. 
Marek z tępą rozpaczą stał wśród nieładu. Tutaj kończyło się coś 
nieodwołalnie. Rozglądał się po zrujnowanym pokoju, jakby nie 
rozumiejąc jeszcze, że wyrok zapadł, choć było to oczywiste i 
bardzo proste. Cóż tu znaczy on? Nastręczała się wizja 
nieznajomego Helu i stała przed nim uparcie w postaci szerokiej 
wydmy nad wodą. Nad samą wodą pani Goślicka do nie poznania 
odmieniona w skąpym kąpielowym stroju. Lśnią w słońcu obnażone 
nogi i ramiona, nad białym karkiem włosy zwinięte w węzeł 
połyskują rudawymi płomykami. Ocknął się, raz jeszcze rozejrzał 
się wkoło, jak gdyby chcąc się o czymś ostatecznie upewnić, i bez 
wahania wpadł do gabinetu. Ponosiło go natchnienie obłędu 
niepoczytalne, lekkie, śmiertelne, nieomylne. Spytał stanowczo, 
groźnie: 
- Pani wyjeżdża jutro? 
- O siódmej rano... 
- Nie! Nie! Nie! 
Spojrzała nań z przestrachem, ogromnymi oczami. Rozchylone usta 
drgały, ale nie wymówiła ani jednego słowa. Oplotła się ramionami, 
zwarła się w sobie, nisko pochyliła głowę. Patrzyła nań spod brwi, 
nie odrywając oczu, oniemiała. Dygotały kurczowo zaciśnięte 
kolana, zwinęła się w kłąb, wparła się w kąt kanapy. Oczami 
jeszcze trzymała go na wodzy, bo gdy odejmie spojrzenie... Stał w 
progu, a był to jak gdyby nie on, lecz jego widmo, które już 
przychodziło o zmierzchu dnia lub po nocy i przerażało, pociągało 
i znikało zawsze. W jasnym dniu był wyraźny, obcy, straszny. 
Jeszcze chwila, jeszcze jedna chwila i opadły wysilone, 
śmiertelnie znużone powieki. Wszystkimi swoimi siłami walczyła z 
nim w ciemnościach - koszmar znajomego snu. Odpychała go rękami, 
kolanami, sprężyła się cała. Ale już omdlewają ręce, nogi. Zaraz 
się zbudzi. I jak na chwilę przed obudzeniem ogarnęło ją 
szaleństwo, bezwład snu, jego władza. Osunęła się, zepchnięta z 
jakiejś krawędzi. Jak we śnie, gdy już leciała w niezgłębioną 
czeluść, chwyciła się zań z całych sił, owinęła go ramionami, 
przygarnęła się mocno, mocniej, najmocniej, zatopiła się w nim i 
zginęła. 
Marek stał na balkonie, w słońcu, i patrzał w dół na cichą, pustą 
ulicę. Dziwne to było miejsce. Wyraźnie widział przed sobą każdą 
kostkę bruku, każdy listek młodych drzew. Wesoło podskakiwały 

background image

wróble, szukając czegoś po ziemi, i ćwierkały zawzięcie. Ani 
jednego przechodnia, już zawczasu każdy strzegł się i omijał to 
miejsce. Ulica była odcięta od miasta, zamknięta niewidzialnym 
zaklęciem. Przechylił się przez kamienną balustradę i bacznie, 
uporczywie patrzył pod siebie. Ulica powoli zapada się w głąb, 
balkon chwieje się pod nim, przechyla się łagodnie, rytmicznie, 
jak na falach. Wróble spłoszone podrywają się całą gromadką i 
piszcząc w przelocie, toną wśród liści. Ktoś zamyka pośpiesznie 
okno otwarte na wprost na czwartym piętrze. Drugie... Trzecie... 
Czwarte... I ten już wie i nie chce na to patrzeć, nie chce nic 
słyszeć ani wiedzieć. Marek czeka, aż zamknie ostatnie okno. Zimno 
przenika go na wskroś w rozżarzonym słońcu południa. Więc to już? 
Już? Na próżno pyta. Stamtąd poza nim ani słowa, ani dźwięku, ani 
szmeru. Bez litości milczy straszny pokój, wydał swój wyrok i 
czeka. Już się niecierpliwi. Zaraz. Ach, zaraz! - jeszcze jedna 
jedyna myśl-zgroza, myśl-zachwyt, jedno ostatnie spojrzenie. 
Odwraca się, patrzy w głąb. Oślepiony słońcem, zrazu widzi jeno 
zamęt przepływających cieniów i barw. Niewyraźnie majaczy postać 
siedząca w kącie pokoju, tuż o parę kroków, a daleko już, jak 
daleko! Ośmiela go ta dalekość i chwila, która już idzie, 
nadchodzi; nadejdzie i wszystko odkupi. Cóż mogę więcej? Daruj, 
pożegnajże mnie, spojrzyj ostatni raz. Znał teraz całą, wszystką 
prawdę o sobie i o niej, ale za późno było na słowa, choćby umiał 
je wypowiedzieć, gdyby nawet zdołał przemówić. Zatopił w niej 
uwielbiające spojrzenie i jeszcze raz, ostatni raz wchłaniał ją w 
siebie, żeby była w nim i z nim, gdy odejdzie w swoją nieznaną 
dal. Więc nic? Na próżno. Oczy wbiła w ziemię i bezwiednie co 
chwila odgarniała włosy, które jej spadały na czoło. Była 
niedostępna, nadludzka i onaż to była, na którą poważył się był... 
Chciał zawołać głosem wielkim, porywał się, by runąć do jej stóp. 
Stał jak przykuty za obie ręce do kamiennej balustrady, do tego 
miejsca, skąd blisko do wiecznej nocy - jeden skok. Niespodzianie 
podniosła głowę. Marek uchwycił jej spojrzenie i dopieroż poznał, 
co był uczynił. Uciekał w strachu śmiertelnym przed tymi oczami, 
obrócił się w miejscu lekko, nie czując swego ruchu, przełożył 
nogę przez poręcz, mocno zacisnął powieki. Zgasł on i cały świat. 
Słońce pchało się jeszcze do oczu czerwoną ciemną nicością i w 
tej łunie łomotało gdzieś głucho jego serce. Nic prócz jedynej, 
ostatniej pamięci - po com ja żył! Tylko po to! Już! Już! Już! 
Już! Szybko, skokami biło rozjątrzone serce. W zgrozie i w 
szczęściu przechylał się, przeważał się już cały, odrywał się od 
siebie i jak w gorącym wichrze rozkoszy uczuł; że go ktoś chwyta 
za szyję, przechyla, obala go w tył. Gdy otworzył obłąkane oczy, 
ujrzał ją tuż przed sobą. Jej rozrzucone włosy paliły się w 
słońcu. Mocno zaciskała w swoich dłoniach obie jego ręce i 

background image

ciągnęła ku sobie. W twarzy skażonej przerażeniem drgał i znikał, 
odradzał się, przemykał i gubił ślad, cień uśmiechu. Zaledwie 
dostrzegalny, nieuchwytny, nie dozwalał się pojąć, nie dozwalał w 
siebie uwierzyć. Gdy tak stali twarzą w twarz, z bliska, spoza 
drzew wynurzył się, rozpostarł się, jak obłok na niebie, wspaniały 
głos hymnu. Orkiestra powróciła do pracy, gotując dla ludzi dzieło 
wiekopomne, wiecznie młoda, godzinę zapamiętania i cudu, ku 
pojęciu i poznaniu siebie i całej głębi nikłego życia, i jego 
całej radości. W akordach potężnego śpiewu splatała się wielkość i 
niedola człowieka w tysiącogłos jego przeznaczenia, w jego żywot, 
jego śmierć. Długo drgało po nim milczenie. Zapatrzeni w siebie, w 
zapamiętaniu tej chwili poczynali niewiadomy, nowy swój żywot. W 
ich duszach wciąż jeszcze grał hymn na chwałę życia. Od obszaru 
miasta płynie ku nim zgłuszony i niejasny szmer - pogłos 
powszedniego dnia, który niesie w sobie wszystko. 
Warszawa, 1923 r. 
Posłowie 
O wolności śniłem... 
Prawdziwie pięknym i wartym zachodu jest tylko to, co niemożliwe. 
(A. Strug "Pokolenie Marka Świdy") 
Pod koniec 1924 roku ukazała 
się 
na półkach księgarskich nowa powieść Andrzeja Struga pt. Pokolenie 
Marka Świdy. Nazwisko autora było już dobrze znane czytelnikom i 
krytyce, a nawet owiane swoistą legendą. Co się na tę legendę 
składało? Przede wszystkim, tak charakterystyczna dla naszej 
tradycji, wspólnota zaangażowania w działalność 
socjalistyczno-rewolucyjną i w walkę o wyzwolenie narodowe. A więc 
ethos rewolucjonisty i ethos żołnierza, symbolizujące najwyższe 
wartości moralne - odwagę i poświęcenie. Strug, od 
najwcześniejszych lat młodzieńczych, reprezentował te wartości. 
Związany był z ruchem socjalistycznym, odbył karę kilkuletniego 
zesłania w guberni archangielskiej, brał udział w rewolucji lat 
1905-1907 jako członek centralnych władz PPS, a następnie, na 
emigracji w Paryżu, włączył się w prace organizacji strzeleckich, 
aby w przededniu wybuchu I wojny światowej powrócić do kraju i 
wziąć udział w kampanii legionowej jako ułan oddziałów dowodzonych 
przez Belinę-Prażmowskiego. Ze względu na zły stan zdrowia 
wycofany został z walk frontowych i skierowany do pracy 
propagandowo-wojskowej. Redagował dziennik "Rząd i Wojsko" oraz 
rozbudowywał Polską Organizację Wojskową. Po odzyskaniu 
niepodległości był wiceministrem propagandy w rządzie lubelskim, a 
w 1922 roku, w dowód uznania jego zasług na polu literatury, 
wybrany został na kolejnego (po Żeromskim i Sieroszewskim) prezesa 
Związku Zawodowego Literatów Polskich. Rewolucjonista, żołnierz, 

background image

działacz państwowy i kulturalny, a do tego, co może najważniejsze, 
człowiek o kryształowym charakterze, wierny zawsze swoim ideałom, 
umiejący przeciwstawić się nawet najwyższym ówczesnym autorytetom 
w imię obrony godności ludzkiej, wolności i sprawiedliwości. 
Andrzej Strug, obok Stefana Żeromskiego, był najbardziej chyba 
predestynowany do stworzenia literackiej biografii pokolenia, 
które z bronią w ręku walczyło o niepodległość, a następnie 
stanęło twarzą w twarz z trudnym problemem organizacji państwa i 
życia zbiorowego. Temat ten był dla prozy pierwszej połowy lat 
dwudziestych tematem zasadniczym. Znalazł swój wyraz między innymi 
w Przedwiośniu Stefana Żeromskiego, w Generale Barczu i w Czarnych 
skrzydłach Juliusza Kadena-Bandrowskiego, w Romansie Teresy 
Hennerr Zofi Nałkowskiej i właśnie w Pokoleniu Marka Świdy. 
Powieści te oddawały wprawdzie ową "radość z odzyskanego 
śmietnika", ale przede wszystkim dominował w nich nastrój 
gorzkiego rozczarowania wynikający z kontrastu między marzeniami o 
"szklanych domach" a jakże daleką od nich rzeczywistością polskiej 
codzienności. 
O tych "szklanych domach" marzył również Strug. Od początku swojej 
twórczości, czy to tej poświęconej bojownikom rewolucji 1905 roku 
(Ludzie podziemni; Dzieje jednego pocisku), czy też tej, w której 
ukazał losy polskiego żołnierza, walczącego w pierwszej wojnie 
światowej o niepodległość ojczyzny (Odznaka za wierną służbę; 
Mogiła nieznanego żołnierza), był pełen wiary w to, że tak 
długotrwałe dramatyczne zmagania narodu zaowocują wolnym państwem, 
które rządzić się będzie zasadami ładu, sprawiedliwości społecznej 
i wysokich wartości moralnych. Z sercem pełnym tych nadziei 
pokolenie Świdów chwyciło za broń. 
Losy tego pokolenia są przedmiotem narracji powieściowej. 
Rozpoczyna się ona w roku 1904, kiedy bohaterowie mają około 
dziesięciu lat, a kończy w roku 1922, w okresie pogłębiającego się 
kryzysu społeczno-gospodarczego i polityczno-państwowego, gdy do 
powszechnej świadomości dociera prawda o przepaści między 
marzeniem a rzeczywistością. W tej ramie czasowej mieszczą się 
podstawowe doświadczenia i przeżycia pokoleniowe. 
Głównym reprezentantem pokolenia i zarazem głównym bohaterem 
powieści jest Marek Świda. Jego biografia jest trójdzielna. Etap 
pierwszy - młodzieńczy - to szlacheckie gniazdo rodzinne, 
mająteczek Jordanowice, gimnazjum w pobliskich Siedlcach, a 
następnie studia agronomiczne w Krakowie. Na tle pierwszych 
wtajemniczeń intelektualnych i miłosnych pojawia się motyw 
zasadniczy - edukacji patriotycznej. Marek Świda, z natury 
egocentryk, pozbawiony jakiejkolwiek ogólniejszej idei, zagubiony 
w galicyjskim światku, zaczyna odnajdywać siebie przede wszystkim 
pod wpływem przeżyć związanych z odkryciem powstańczej mogiły z 

background image

roku 1863, uczestnictwem w misterium narodowym, jakim było 
przedstawienie Wesela Stanisława Wyspiańskiego, czy wreszcie z 
zetknięciem się z ruchem strzeleckim. Z tym bagażem wkracza w etap 
drugi - żołnierski. Bierze udział w kampanii legionowej 1915-1916 
roku, dostaje się do niewoli rosyjskiej, jest świadkiem wydarzeń 
rewolucyjnych. Do Polski wraca po trzech latach pełną niezwykłych 
przygód drogą przez Daleki Wschód. I znowu trzeba wkładać mundur 
wojskowy. Wojna roku 1920 zakończyła się dla Marka ciężkim 
zranieniem i długotrwałym pobytem w szpitalu. W czas pokoju 
wkroczył wprawdzie z krzyżem Virtuti Militari, ale i pełen takich 
oto myśli: "Leniwie poglądał sobie wstecz, w lata minione. Ileż 
niespodzianek i przygód, iluż ludzi przelotnych i ten kawał 
świata, przez który go przegnał los, tocząc nim po ziemi jak 
wiatr. Zdawałoby się - tyle tego! Ale w nim samym, w jego istotnej 
głębi i te lata, i te sprawy nie stanowiły jeszcze nic. Wszystko 
było zaledwie wstępem do czegoś prawdziwego. Kiedyż się ono 
nareszcie rozpocznie? Jeżeli całe życie ma tak upłynąć, to 
przecież nie będzie to żadne życie. Może miliony ludzi tak właśnie 
istnieją, ale on nie chce tak. Tylko jak?" 
Na to pytanie ma przynieść odpowiedź etap trzeci - poszukujący. I 
ten właśnie, powojenny fragment biografii Marka Świdy ma dla 
całości utworu znaczenie decydujące. Nie tylko dlatego, że autor 
poświęcił mu najwięcej miejsca, ale także dlatego, że zasadniczym 
problemem powieści jest problem adaptacji pokolenia legionowego w 
niepodległej Polsce. Z tego punktu widzenia zachowanie bohatera 
może wydawać się zaskakujące. Otóż Świda nie podejmuje na dobrą 
sprawę żadnej poważniejszej próby wkomponowania się w życie 
zbiorowe i zorganizowania sobie normalnej egzystencji. Dzięki 
"cudownym" zbiegom okoliczności nie musi pracować zawodowo i czas 
swój dzieli głównie między kobiety oraz obserwację ówczesnych 
wydarzeń. Pozostaje egocentrykiem i marzycielem nie przystosowanym 
do rzeczywistości. Żeby zrozumieć sens tego rodzaju kreacji 
bohatera, trzeba zdać sobie sprawę z zasad funkcjonowania 
struktury artystycznej powieści. 
Strug wprowadza w Pokoleniu Marka Świdy narratora 
trzecioosobowego, ale pozbawia go wszechwiedzy i dystansu do 
świata przedstawianego, czyli tych cech, które posiadał w wielkich 
powieściach realistycznych drugiej połowy dziewiętnastego wieku. 
Jego perspektywa poznawcza, system wartości i reakcje emocjonalne 
stają się nieomal równe tym, które reprezentują bohaterowie 
utworu. Sam zachowuje dużą wstrzemięźliwość w wypowiadaniu się, 
natomiast bardzo często udziela głosu bohaterom, posługując się w 
tym celu nie tylko formami konwencjonalnymi w rodzaju monologu czy 
dialogu, ale także silnie eksponując formy mowy pozornie zależnej, 
która pozwala na bezpośrednią ekspresję życia wewnętrznego 

background image

postaci. A tę sferę przeżyć uznaje Strug za wielce istotną. 
Ukazuje głównego bohatera powieści nie tyle w działaniu, ile 
przede wszystkim jako medium silnie przeżywające to wszystko, co 
dzieje się wokół niego. Zwróćmy uwagę, że jest to koncepcja 
bohatera nawiązująca wyraźnie do tradycji romantycznej, bliskiej 
pisarzowi debiutującemu przecież w epoce Młodej Polski. Dodatkowym 
argumentem na rzecz tej tezy jest i to, że wyposaża swego bohatera 
w ambicje artystyczne. 
Marek pragnie być artystą: Jeszcze w latach szkolnych, jak 
pamiętamy, pisuje wiersze, a później pracę pisarską traktuje jako 
zasadniczy cel swego życia. Ma nadzieję spożytkować swe bogate 
przeżycia i doświadczenia, nadając im kształt wielkiej powieści o 
współczesnej Polsce. Zamiarów tych wprawdzie nie realizuje, ale 
tworzy swego rodzaju program literacki, który sytuuje się w ważny 
sposób wobec intencji artystycznych Struga, jako autora Pokolenia 
Marka Świdy. 
Podkreśliliśmy już bliskość postawy narratora powieściowego z 
postawą bohatera. Teraz możemy zrobić krok następny i stwierdzić, 
że postać Marka zawiera wiele cech zaczerpniętych z biografii 
samego pisarza. Lata dziecinne, szkoła, studia w Krakowie, 
kampania legionowa, pobyt w niepodległej Warszawie i przede 
wszystkim koncepcja pracy literackiej potraktowane zostały w 
pewnej mierze autobiograficznie, co pozwala na ujmowanie tego 
zapisu nie tylko w kategoriach fikcji literackiej, ale i swego 
rodzaju dokumentu. Tekst powieściowy uzyskuje w ten sposób walor 
prawdopodobieństwa, potwierdzony doświadczeniem osobistym pisarza. 
Jaką więc koncepcję współczesnej powieści formułuje Świda, o 
której przewrotnie można powiedzieć, iż z niej to właśnie zrodziła 
się historia naszego bohatera i jego pokolenia. Odwołajmy się do 
tekstu: "Wielka powieść o Polsce! Obraz tego, co jest w nas, 
wokoło nas, za nami, przed nami. Wyczarować utajone, na żywych 
ludziach wykazać jak na dłoni to, co poza wrzawą, za pyłem 
powszedniego dnia jest naszą istotą i prawdą. Uczcić cud dziejowy 
i uwiecznić go w sercach pokoleń, opowiedzieć ludziom baśń 
nieznaną o tym, co przeżywaliśmy w te lata dzień po dniu, w 
niepokoju, w zamęcie, w obłąkaniu, w momentach nieprzebranej 
radości i w godzinach straszliwej rozpaczy. [...] Nie kronika 
wydarzeń, nie uczony traktat polityczny i nie dyplomata, nie 
filozof, nie socjolog dadzą odpowiedź na to, co w nas podświadomie 
nurtuje, co nas trawi i nie daje żyć spokojnie. Tylko sztuka i 
tylko artysta. [...] Nie dzieje gabinetów, sejmu, dyplomacji, 
przesileń, rozłamów, intryg, skandali, aktualności. Nic z tego, co 
najbardziej głośne w zgiełku dnia, co zaprząta wszystkich i 
każdemu nastręcza się bezczelnie, a co w głębinach życia narodu 
nie znaczy nic zgoła. W skupieniu mądrości, w natchnieniu, które 

background image

daje ukochanie swego narodu, trzeba wkroczyć w tajemną gęstwę 
życia. Dojrzeć to, co się ukrywa na samym jego dnie, w ciemnych 
czeluściach dusz. [...] O jedno jedyne dbać: we wszystkim, zawsze, 
wszędzie dostrzec, wskazać nieomylnie i nazwać po imieniu to, co 
jest - prawdę". 
Zgodnie z sugestią tytułu - Pokolenie Marka Świdy - skłonni 
jesteśmy oczekiwać, że będzie to powieść epicka, prezentująca z 
historycznego dystansu oraz na tle ważnych dla tamtego czasu 
wydarzeń politycznych i społecznych obraz życia pokolenia 
legionowego. Tak jednak nie jest. Strug już w swojej wczesnej 
twórczości wypracował metodę pisarską, którą później stale 
stosował, i która umożliwiała mu postawienie sobie zadań 
artystycznych równoznacznych z planami literackimi Świdy. 
W powieści wyróżnić możemy jak gdyby dwie warstwy. Pierwsza z nich 
przedstawia rzeczywistość zewnętrzną w stosunku do "ja" postaci 
powieściowych. Sytuuje bohaterów w określonym czasie i miejscu, 
rejestruje rozwój akcji, konstruuje całość procesu fabularnego, 
przynosi opis świata przedstawianego. Spełnia więc funkcję pewnego 
rodzaju ramy epickiej, odnoszącej utwór do konkretnej 
rzeczywistości historycznej. Warstwa druga prezentuje świat 
wewnętrzny bohaterów. W świecie tym rzeczywistość zewnętrzna 
poddana jest refleksji filozoficznej i ocenie moralnej oraz 
stanowi punkt wyjścia do ukazania całej gamy reakcji emocjonalnych 
postaci powieściowych. Dominuje w niej dążenie do odkrycia istoty 
procesów psychicznych człowieka, a narzędziem, które temu ma 
służyć, jest akt introspekcyjny, polegający na konstatowaniu i 
wyrażaniu własnych przeżyć wewnętrznych przez bohaterów powieści. 
W utworze Struga, tak jak w większości prozy polskiej początków 
lat dwudziestych, nie wykształciły się jeszcze nowocześniejsze 
metody analizy psychologicznej, znane nam z dorobku m.in. 
Iwaszkiewicza, Brezy, Nałkowskiej czy Kuncewiczowej. Strug 
posługuje się przede wszystkim formą wyznania lirycznego, stąd i 
cała ta warstwa ma liryczny charakter, objawiający się zarówno w 
treści, jak i w szczególnym ukształtowaniu stylistycznym, 
polegającym na operowaniu słownictwem mocno nacechowanym 
emocjonalnie i częstym wykorzystywaniu epitetu i hiperboli. 
Stan świadomości Marka, zwłaszcza w okresie powojennym, trzeba 
określić jako pełen zniechęcenia i rozczarowania do ówczesnej 
rzeczywistości. Oczekiwał wytężonej, zgodnej i mądrej pracy całego 
społeczeństwa, a obserwował wokół siebie gospodarczy rozgardiasz, 
prywatę, łapownictwo, biurokratyczną głupotę i tę potęgę 
łajdactwa, "które pcha się nawałą na żer, nieprzeliczone jak 
szarańcza, zaciekłe, chamskie, bez czci i wiary. [...] Tragifarsa 
i tyle". Mierziło go też opanowanie aparatu państwowego i 
wojskowego przez różnego autoramentu karierowiczów, obce mu były 

background image

zaciekłe walki o władzę, bezproduktywne przetargi partyjne, 
bezsilność sejmu i kolejnych rządów. Rozumiał, że politycy: 
"Zabrnęli w ślepy kąt, w specyficzny polski impas. Zaledwie po 
nieskończenie przewlekłych mitręgach, rokowaniach, konwentach, 
intrygach, wahaniach, namowach i umowach zarysowało się coś w 
rodzaju podobieństwa do dwóch obozów, byle traf, byle nic, 
nic-przyczyna lub człowiek-nic sprawiało, że wniwecz szły 
najszlachetniejsze wysiłki, kunsztowne szalbierstwa, wzruszające 
ofiary i niezliczone małostki i podłostki. Znowu zatem od 
początku. [...] Całe pospolite ruszenie parło obławą na zdobycie 
tek, a każdy wiódł zastęp przyjaciół, szwagrów i zięciów, 
zdemoralizowanych łapczywymi nadziejami. [...] Cieniusieńko 
śpiewały partyjne basy, głucho, leniwie ujadali na siebie ochrypli 
polemiści..." 
W tej sytuacji jednostki wartościowe zostają zepchnięte na 
margines. Nusym bankrutuje, Botwid opuszcza Polskę, a 
nieskazitelny moralnie bohater powieści - Śniat, postawiony 
zostaje przed sądem wojskowym. Wątek Śniata jest dla koncepcji 
powieści bardzo charakterystyczny. Podchorąży, który stracił na 
froncie obie nogi, głosi nieco romantyczną i nieco franciszkańską 
teorię o odrodzeniu człowieka przez miłość do innych i o narodzie 
polskim jako narodzie wybranym, który przez swe cierpienia odkupić 
ma winy całej ludzkości. Zwolenniczką jego koncepcji okazuje się 
przede wszystkim prosta brać żołnierska, a - jak wieść niosła - 
oskarżony był o "bolszewictwo i o zdradę". A przecież ten właśnie 
program jest jedyną czystą etycznie propozycją, cóż z tego, że 
nierealną, wyjścia Polski z ideowo-moralnego impasu. Drugi, 
zaproponowany przez Struga, wariant pozytywnego rozwiązania ma już 
charakter wyraźnie pragmatyczny. Polega na ukorzeniu się przed 
bogactwem codziennej rzeczywistości i na wierze w prężność 
ludzi-mrówek, którzy swym wysiłkiem zadecydują o przyszłości 
narodu. Uderza ogólnikowość tych propozycji, za którą kryje się 
bezsilność ideowo-programowa samego pisarza i bliskiej mu przecież 
Polskiej Partii Socjalistycznej. 
Rozwiązania te nie są także przekonujące artystycznie, gdyż w 
żadne z nich nie angażuje się poważniej bohater powieści. O ile 
tylko sympatyzuje z koncepcjami Śniata, to już z pewnością nie 
można go zaliczyć do ludzi-mrówek. Obserwuje rzeczywistość stając 
na jej uboczu, gdyż nie widzi sensu jakiegokolwiek działania, nie 
dostrzega dla siebie miejsca w ówczesnej strukturze społecznej. 
Uzasadniona jest więc gorzka refleksja, którą Marek wygłasza pod 
koniec powieści: "Gdzież się podziało moje życie?!" 
O ile Stefan Żeromski, w napisanym rok później Przedwiośniu, 
pointuje utwór mocną sceną polityczną, to Strug zamyka swoją 
powieść sceną miłosnego pojednania Marka z panią Goślicką. Ten 

background image

romansowy wątek, prowadzony zresztą przez całą prawie powieść, 
bardzo wzruszający i dramatyczny, spełnia w stosunku do Marka rolę 
swego rodzaju rekompensaty za jego przymusową bezczynność 
zawodową. W miłości poznaje cierpienie i szczęście, a sposób jej 
przeżywania pozwala ukazać bogactwo jego wnętrza i walory 
charakteru. Aż po ostatnie zdania utworu dramatyzm tego uczucia 
koresponduje z dramatyzmem sytuacji życiowej bohatera. 
Spoglądając z perspektywy czasu na Pokolenie Marka Świdy trzeba 
stwierdzić, iż bohater tej powieści należy niewątpliwie do 
najbardziej tragicznych postaci w prozie polskiej początków lat 
dwudziestych. Tragizm jego losu, losu człowieka, który walczył o 
niepodległość i w tej niepodległości nie znajduje dla siebie 
miejsca, jest przejmujący i nic nie stracił ze swojej siły. 
Powieść przynosi przekonujący obraz rozminięcia się życia uczciwej 
jednostki i historii. Świda symbolizuje się nie tyle jako 
reprezentant całego pokolenia legionowego, ile przede wszystkim 
jako przedstawiciel tej formacji pokoleniowej, która pozostała 
wierna ideałom sprawiedliwości społecznej i moralnego odrodzenia 
narodowego. A kiedy "ideał sięgnął bruku", to ci właśnie młodzi 
ludzie mogli z goryczą zaśpiewać 
Na stos rzuciliśmy swój życia los, 
Na stos, na stos! 
Janusz Rohoziński