background image

Zofia Szleyen 

„Bobruś” 

(1912 – 1937) 

Mam   przed   sobą   dokument   rzadkiej   wartości:   dziennik   kazetemowca 

znanego   wśród   warszawskich   komunistów   -   „Bobrusia”   (Borucha 
Nysenbauma). Pisał te notatki z wewnętrznej potrzeby, a że nie miał przy sobie 
w   podróży   do   Hiszpanii   nawet   zeszytu,   użył   do   tego   celu   kieszonkowego 
kalendarzyka, który mu podarowała na pożegnanie w Warszawie jego ostatnia 
„sympatia”, Ala Goldberg. 

(…) Z nudów –  powiada –  wałęsając się po Austrii i innych krajach, 

zacząłem w nim notować swoje przygody ' . 

'  

Por. Dziennik „Bobrusia”, Archiwum Zakładu Historii Partii. 

Umieścił na tych karteczkach okres swego życia, rozpoczynający się od 

połowy grudnia 1936 roku, to jest od chwili, gdy wszczął starania o wyjazd do 
Hiszpanii. Doprowadzają nas one do lutego 1937 r., kiedy „Bobruś” szuka w 
Wiedniu   dalszych   „kontaktów”.   Później   jest   w   pamiętniku   dłuższa   luka 
zapełniona   w   rzeczywistości   kilkukrotnie   odbywaną   karą   więzienia   za 
nielegalne przekroczenie granic krajów pośrednich. 

Od   czerwca   1937   roku,   w   przededniu   bitwy   pod   Hueską   zaczyna 

„Bobruś” prowadzić stałe, obszerne zapiski w „grubym kajecie”, który sobie 
kupił w jednym z hiszpańskich miasteczek przyfrontowych. 

(…) Najlepiej te notatki uporządkowałbym, gdybym leżał w szpitalu – 

wyznaje, ale dodaje zaraz: Nie czekam zresztą wcale, aby mnie zranili, tylko tak 
mówię   (…)  
Jako   główny   cel   tej   swojej   pracy   podaje:  (…)   niechby   ten 
dzienniczek   był   odbiciem   rzeczywistej   prawdy   (…)   Chcę   uwiecznić   życie   i 
wychowanie   młodzieży   żydowskiej.  
Oczywiście   myśli   on   tu   o   własnym 
środowisku,   środowisku   lewicowej   młodzieży   robotniczej   żydowskiego 
pochodzenia.   Ale   „prawda   rzeczywista”   (o   święta   naiwności!)   musi   być 
oczywiście pomyślana  jako odbicie dziejących się w promieniu jego widzenia 
wypadków. Pisze: 

(…) Ograniczam się do suchych faktów dziejących się w moim karabinie ' 

i całym batalionie (jeżeli docierają do mnie). Są to często błahostki i właśnie 
dlatego postanowiłem uwiecznić ot, te błahostki, niesnaski, powstające między 
nami, sprawy, które zostają szybko zapomniane, bo któż będzie się tu zajmował 
drobnostkami? Wszyscy zajmują się poważnymi sprawami wojny, ale przecież 
małe sprawy dopiero odzwierciedlają nastroje i myśli towarzyszy. Co prawda, 
nie można publikować takich rzeczy, bo mogłyby z czasem zaszkodzić biegowi 

background image

naszych spraw, naszemu zwycięstwu, ale dla przyszłych czasów trzeba zostawić 
prawdziwą, nagą prawdę. Niech się ludzie przekonają, że nawet wśród tych, 
którzy   dobrowolnie   przyjechali   w   imię   najpiękniejszych   i   najdonioślejszych 
ideałów, nie wszyscy są idealistami (…) 
Interpretację faktów – zastrzega sobie 
„Bobruś” - zostawić należy do czasów późniejszych. Notuje same zjawiska i 
fakty. 

'  

Mowa o CKM - „Bobruś” należał do jego obsługi. 

Te zjawiska i fakty – są to przede wszystkim sprawy między ludźmi – i tu 

mniej miejsca zabierają opisy bojów i nastrojów walki, niż współżycie między 
walczącymi.   Obserwuje   uważnie   i   czule   ich   wzajemne   więzi,   ich   utarczki, 
nawet wybuchy złości, czasem nienawiści. 

Ludzie mają wady i zalety – rozważa - (…) a człowiek tym się różni od  

zwierzęcia, że jeżeli zwierzę odczuwa ból, to krzyczy, człowiek zaś najpierw się  
zastanawia, czy jego krzyk podziała i czy podziała tak, jak on sobie tego życzy 
(…) 

Z   takich   czy   innych   rozważań,   z   opisów   wypadków   zewnętrznych, 

wyłania się przede wszystkim jako „najrealniejsza prawda” - prawda własnej 
osobowości autora. Te gęsto zapisane linijki rysują wiernie postać „Bobrusia”, 
odbijają   jego   charakter.   Staje   przed   nami   typ   rycerza   nowych   czasów: 
młodzieńca   poświęcającego   swe   życie   działaniu,   którego   celem   jest 
poprawienie przyszłych losów innych ludzi. 

Krótko opisuje pożegnanie z matką, ale jak bardzo wymownie. Matka 

zamiata kuchnię, zła, nie patrzy na swego „Bobrusia”, który stoi z plecakiem 
przed zgromadzoną, liczną rodziną. Zła, że wyjeżdża, a nie mówi dokąd. Nie 
mówi   dlaczego.   Matka   nie   chce   się   z   synem   pożegnać,   udaje   obojętność. 
„Bobruś” wychodzi na ulicę. Tu po chwili dogania go siostra wołając:  Pisz 
często przynajmniej, wiesz, że mama chora! 
Na to „Bobruś” mówi do siebie: jej 
się wydało, że tak jak w romansach piszą, jeżeli mama zła, to ja już nie zechcę 
jej znać (…)  
„Bobruś” wraca i pada w ramiona matki. Ich łzy się mieszają. 
Tłumaczy   się   zaraz   z   tego   wzruszenia   przed   sobą:  Sam   z   bólem   żegnałem 
towarzyszy,   a   co   dopiero   matkę,   chociaż   matka   jeszcze   nieświadoma   (…)  
Nieświadoma, to znaczy tutaj nie związana z walką – dla takich bliskich swoich 
ma   „Bobruś”   coś   w   rodzaju   litości.   Stwierdza   jednak:  chociaż   są   zacofani 
politycznie, ale jednak ich kocham. 

I   jak   jeszcze.   Później,   na   frontach   nie   ma   dnia,   żeby   nie   zapisał   w 

dzienniczku: nie ma listu z domu! Gdy pod Tortosą w chwili wypoczynku leży 
pod wieczór na plaży, pisze list do Warszawy. Myśli o Warszawie, gdy o świcie 
upada   zmęczony   w   krzakach   królewskiego   ogrodu   Escorial   w   momencie 
przybycia na front madrycki. 

Wśród ważnych zdarzeń dnia frontowego notuje wszystkie listy z domu, 

2

background image

kiedy je później zaczyna dostawać. Szczęśliwy jest, gdy siostra mu donosi, że 
matka przebacza, a nawet jest zadowolona, iż „Bobruś” się znalazł w Hiszpanii. 

W podróży do Hiszpanii i na jej terenie następuje twarda konfrontacja 

jego poglądów politycznych i wymagań moralnych, jakie stawia adeptom tych 
poglądów   z   materiałem   konkretnym,   doświadczalnym,   z   żywymi   ludźmi   w 
boju.   Podziwia   tych,   którzy   wcielają   w   siebie   szlachetność   prawdziwych 
komunistów.   Podziwia   przede   wszystkim   niezapomnianego   Rwala,   którego 
nazywa „ojcem Rwalem”. Przeżywa każde jego słowo. Wchłania informacje o 
Polakach   napoleońskich,   którzy   tu   walczyli   i   zestawia   rolę   tamtych   z   rolą 
prawdziwych   ochotników   wolności.   Podziwia   i   głęboko   szanuje   Jana 
Tkaczowa. Ceni przyjaźń kulturalnego Henia Toruńczyka. Kocha starego swego 
kumpla   z   Warszawy,   Józka   Rubinsztajna   i   z   nim   rozważa   gnębiące   go 
problemy. 

Spotykają   go   też   rozczarowania:   w   podróży   do   Hiszpanii,   która 

bynajmniej   nie   była   bezbłędnie   organizowana,   „Bobruś”   napotyka   na   wiele 
trudności. Podróż jego przez kraje Europy z „odpoczynkami” po więzieniach 
granicznych, trwa pięć miesięcy... To znów dano mu „fałszywy kontakt” i nie 
ma gdzie spać, a to (i to jest znacznie cięższe przeżycie!) towarzysz nie chce 
mu   pożyczyć   nożyka   do   golenia:  niby   taki   aktywny   komunista,   a   nie   chce  
koledze   pożyczyć   nożyka   (…)  
W  swych   osądach   i   zasadach   moralnych   jest 
nieugięty. Gdy towarzysz się upił, „Bobruś” go aresztuje, choć inni go bronią, 
opierają się tak surowej karze. Wziąłem go siłą – pisze w dzienniczku – bo u 
mnie nie ma tego (…) Nie może być moim przyjacielem, kto działa przeciw  
partii,   albo   tutaj   nie   dopuszcza   do   wykonywania   rozkazów   naszej   Armii 
Ludowej (…) 

W obyczajowości żołnierza walczącego jest wiele spraw dyskusyjnych. 

Czy wolno zostawić na polu karabin maszynowy, nawet jeżeli sytuacja jest 
groźna i trzeba brać pod uwagę ewentualność nagłego odwrotu? Oczywiście, 
nie wolno, odpowiada sobie. Więc widząc, że niektórzy towarzysze ogarnięci 
paniką zabierają tylko zamek z karabinu, uciekając z pola walki, oburza się i 
buntuje. Nie pozwalam! Stawia sprawę na zebraniu dowództwa, choć sam jest 
zwykłym żołnierzem. 

„Bobruś”   to   chłopak   ambitny   i   lubi   być   chwalony.   Zapisuje   w 

dzienniczku   powitanie   Rwala:  A   to   jest   nasz   sławny   „Bobruś!”  Przecież 
poskramia się zaraz i dodaje obok zdanie:  Kochany towarzyszu Rwal! Chcesz 
mi, widać, dodać ducha, ale wiedz, że mnie to niepotrzebne. Żebyś ty wiedział, 
ile mam w sobie zapału, ile entuzjazmu do walki (…) Myślę, że kazetemu nie  
zawstydzę (…) 

Jest   niezmiernie   wrażliwy   na   odruchy   męstwa,   szlachetnej 

bezinteresowności. Zapisuje swoje wzruszenie, gdy towarzysze wyprzedzają się 
i cisną do ochotniczej patrolki czołowej... Sam „Bobruś” nie zgadza się wstąpić 

3

background image

do służby sanitarnej, choć powiada, że pracę tę szanuję, bo jest odpowiedzialna 
i niebezpieczna. 
Idzie do CKM, na pierwszą linię. 

Wrażliwość   na   godność,   na   „honor”   międzynarodowego   bojownika 

wywoływała u „Bobrusia” czasem akty dość brutalne. Zapisuje taki na przykład 
wieczór w Tortosie. 

W Tortosie jakże jest pięknie! Płynie tu rzeka Ebro. Jest piękny most. 

Poszliśmy z kolegami do restauracji. Fundowałem ciastka, chałwę, kino. W 
restauracji siedzieliśmy trzy godziny, czekając na jedzenie. A tu jeden Duńczyk, 
upity   jak   świnia,   zaczął   wyrabiać   awantury.   Chciałem   go   wyrzucić,   ale 
towarzysze nie dali, mówiąc, że się sam uspokoi. Ale on dalej pił, aż się schlał  
zupełnie i znów zaczął swoje harce. Zdenerwował mnie. Mówię, aby wyszedł, 
bo   kompromituje   Brygady   Międzynarodowe,   a   on:   „Ich   antifasista!” 
Odpowiedziałem: „Ty nie antyfaszysta, bo zachowujesz się jak faszysta” (…) 
poczem za mordę i bęc na ulicę (…) 

W   pewnym   wypadku   zasadnicza   postawa   „Bobrusia”   przyczyniła   mu 

oprócz   gorzkich   docinków   towarzyszy,   może   i   ślad   wyrzutów   sumienia: 
Towarzysz Millerman, ostro skarcony przez „Bobrusia”, a w ślad za tym przez 
dowództwo za brak dyscypliny, został karnie wysłany na pierwszą linię frontu – 
zginął natychmiast. Wypadek, jakich wiele na wojnie... Towarzysze oskarżają 
„Bobrusia”   przy   różnych   okazjach   o   to,   że   stał   się   powodem   nieszczęścia. 
„Bobruś” się tłumaczy: Millerman pyskował na dowództwo i kapitan i komisarz 
kazali   go   aresztować,   więc   nie   mogłem   dopuścić,   aby   rozkaz   nie   został 
wykonany (…) 
Ale go to nurtuje. 

Gniewają   „Bobrusia”   i   drobniejsze   objawy   braku   powagi:   rekruci 

hiszpańscy (jak on ich nie lubi za to, że nie byli ochotnikami, że dopiero w 
drodze mobilizacji trzeba ich było wcielać do ludowej armii!) z okien wagonu 
pociągu   na   dworcach   pod   Hueską   wykrzykiwali   zaczepiając   przechodzące 
dziewczęta: „Eh, rubia!” (Hej, blondynko!) lub „Morena!” (Brunetko!) 

Na froncie aragońskim po raz pierwszy batalion Dąbrowskiego otrzymał 

grupę rekrutów hiszpańskich, którzy musieli zajmować przerzedzone szeregi 
polskich ochotników. Byli to żołnierze, o których z taką pogardą i oburzeniem 
mówi „Bobruś”, że pod przymusem dopiero wzięli broń do ręki. 

Rekruci   ci   byli   przeważnie   synami   chłopskimi   z  Aragonii,   którzy   nie 

stykali się dotąd z wojną bezpośrednio, a w dodatku znajdowali się w sferze 
promieniowania   wpływów   anarchistycznych.   Odsetek   analfabetów   wśród 
chłopów hiszpańskich sięgał wówczas 60 procent – rzadko który zahaczył o 
jakąś organizację. Ponadto front aragoński od wielu miesięcy nie brał udziału w 
żadnych działaniach wojennych, nawet lotnictwo faszystowskie dawało dotąd 
spokój tej prowincji. Młodzi chłopi powołani nagle do wojska wstępowali do 
niego bez entuzjazmu. Toteż polscy dowódcy i sami ochotnicy musieli wykazać 
dużo dobrej woli i taktu, żeby dokonać jakiegoś „stopienia się”, tak bardzo 

4

background image

odmiennych elementów żołnierskich. 

Początkowo więc takie reakcje, jak „Bobrusia”, były dość typowe. Nie 

rozumie „Bobruś” ponadto, że u Hiszpanów tego rodzaju okrzyki są niemal 
odruchem warunkowym, co więcej – prawienie choćby takich schematycznych, 
żywiołowych   komplementów,   to   kwestia   rycerskich   obyczajów.   Przy   całej 
jednak pryncypialności, nawet w sprawach drugorzędnej wagi, jest „Bobruś” 
krytycznie   myślącym   człowiekiem.   Dość   dużo   miejsca   w   jego   dzienniczku 
zajmuje   trudny   problem   pogodzenia   dyscypliny   z   szybkością   wykonywania 
rozkazów: 

Towarzysze mówią, że trzeba kontrolować rozkazy dowództwa, bo już były 

wypadki zdrady z ich strony. Ja się z nimi zgadzam, ale przecież kontrola nie  
oznacza, że każdy rozkaz, nawet taki o odprowadzeniu jakiegoś towarzysza do 
sztabu ma być przeze mnie, żołnierza „przefilozofowany” i że tylko, gdy uznam  
rozkaz za słuszny, będę go wykonywał. Ładnie byśmy wyglądali. Ja tych starych 
wojaków [
chodzi tu o dąbrowszczaków przybyłych w okresie, kiedy tworzyły 
się milicje ludowe, później przekształcone w armię regularną]  naprawdę nie 
mogę   zrozumieć.   Koniecznie   warto   by   te   rzeczy   porządnie   przedyskutować.  
Naprawdę – jak pogodzić zasady dyscypliny i szybkie wykonywanie rozkazów z 
kontrolą żołnierskich dołów nad dowództwem? (…) 

Nie   tylko   ten   problem   zostaje   otwarty   –   zresztą   był   to,   w   okresie 

przerastania milicji w regularną armię, jeden z głównych tematów wszelkich 
narad wojskowo-politycznych w tej wojnie... „Bobruś” nie pozwala sobie na 
wahanie – jak wszyscy walczący po tej słabszej wojskowo stronie:  Musimy 
zwyciężyć (…)  
powtarza sobie po morderczej bitwie pod Hueską na froncie 
aragońskim.   Są   chwile,   kiedy   patrzy   na   niebo   usiane   faszystowskimi: 
niemieckimi i włoskimi samolotami, bezkarnie bombardującymi czerwonych 
żołnierzy i bezbronne wioski i... wyskakuje ze skóry, zwłaszcza, kiedy jest na 
drugiej linii i nie w akcji, i buntuje się przeciw własnej bezsilności: 

Na pierwszej linii chociaż się ostrzeliwują, a my co? Lotnictwo nadlatuje, 

a   ty   tylko,   co   chwila,   spodziewasz   się   śmierci   i   nie   masz   nawet   czystego 
sumienia umrzeć, bo (…) gdybym zabił choć jednego s... syna, łatwiej by było 
umierać!  
Stwierdza   zaraz   potem   z   całą   szczerością:  „Sam   referowałem   o 
okropnościach wojny, ale okazuje się, że nic nie wiedziałem. Zabici. To coś  
strasznego!   Widziałem   żołnierza   zabitego   w   ataku.   Miał   na   palcu   sygnet   z 
inicjałami PC ' . Zmasakrowana twarz, zalana przyschniętą krwią, zaciśnięte  
palce chwytają kępkę trawy i piasek: widać strasznie się męczył przed śmiercią 
(…) Tak, kochany towarzyszu. Sygnet twój mówił na czyj zew tu przybyłeś i w  
imię czego oddałeś swe młode, szlachetne życie (…) Długo stałem nad ciałem, 
aż mnie sanitariusze odpędzili (…) 

'  Partido Comunista (hiszpański). 

5

background image

Tak, jestem zasadniczym przeciwnikiem wojny, a oto biorę w niej udział 

(…),   by   raz   na   zawsze   położyć   kres   źródłom   wojen.   By   ludzie   zamiast 
mordować się nawzajem żyli w zgodzie, bo świat jest naprawdę piękny. 

Świat   jest   piękny   –   widzi   to.   Pod   Hueską   działa   na   „Bobrusia”   czar 

krajobrazu. Staje jak wryty.  Za mną ciemne góry i góry przede mną. Jak tu  
pięknie! Serce mi się ściska na myśl o poległych towarzyszach – zginęło niemal  
całe   dowództwo!   -  
i   szuka   pocieszenia,   niby   romantyczny   bohater   w 
niewzruszonych czarach przyrody. I, jak romantyczny bohater, czuje, że wiatr 
pociesza [go], pieszcząc łagodnie twarz, jakby mówił: nie upadaj na duchu, 
musimy zwyciężyć (…) 

Krajobraz   i   spokój   w   naturze   przenoszą   go   niezmiennie   myślą   do 

polskiego krajobrazu, do Polski. 

Piękna noc letnia. Księżyc świeci, stoję na warcie, wszyscy towarzysze  

zmęczeni z gorączki śpią. Tylko inne patrolki łażą tu i tam. Mówią, że ostatnia 
patrolka   Garibaldiego   zbłądziła   w   tych   górach   i   przepadła, 
najprawdopodobniej   wzięto   ją   do  niewoli  (…)  Żal.  Przypomina   się   góra   w 
Kazimierzu nad Wisłą, kiedyśmy ze Szmelkiem, Kucykiem i innymi spacerowali 
w zeszłym roku. 

(…) W Tortosie na tarasie kawiarni – jak cudnie! Drzewa się chwieją, 

cichy wiaterek (…) Chętnie bym tu zaprosił znajomą dziewczynę warszawską 
(…) 

Znów na warcie. 
Obrazy   mi   się   kolejno   przesuwają.   Ostatnie   Święta   Wielkiej   Nocy   w 

Modlingu pod Wiedniem, kiedy nad ranem stałem w polu i marzyłem: „Kiedy  
nareszcie będę w tej Hiszpanii?” Wówczas starałem się sam siebie oszukać i  
wmawiałem   sobie,   że   oto   te   pola   to   pola   hiszpańskie   i   że   nie   stoję,   jak 
beznadziejny podróżnik, ale jak żołnierz na posterunku. Dopiero spojrzenie na 
moje ubranie wyprowadziło mnie z tej pięknej fantazji. Ale teraz nie muszę 
fantazjować,   stoję   naprawdę   na   posterunku   i   to   jeszcze   przy   CKM-ie!   Jaki 
dumny jestem z tego! Jaki szczęśliwy, że brałem udział w ostatnim odparciu  
faszystowskiego   ataku!   Że   dotychczas   tylko   słowami   (moralnie!) 
przeciwstawiałem   się   zalewowi   barbarzyństwa,   a   teraz   bronią!   I   to   bardzo  
skuteczną, bo z maszynką w ręku! Ach, ale człowiek nigdy nie jest zadowolony.  
Zdawałoby się, że mam wszystkie powody, by być szczęśliwym, osiągnąwszy 
szczyt swych marzeń (…) ale tak nie jest. Tak bym chciał stać na posterunku  
gdzieś pod Warszawą! Tak, moje osobiste, indywidualne marzenie, by dotrzeć 
do Hiszpanii, spełniło się, ale moje marzenie społeczne? Zdławić faszyzm tu i w  
Polsce – to będzie kosztowało jeszcze wiele wysiłków. Chciałbym doczekać się 
tej chwili zwycięskiego powrotu do Polski walczącej! 

Do okropności wojny żołnierz się przyzwyczaja i w pewnej chwili 

6

background image

„Bobruś” z uczuciem zdumienia stwierdza w sobie jakąś skamieniałość. Gdy na 
stanowisku,   pod   Madrytem,   dowiaduje   się   o   śmierci   bliskiego   towarzysza, 
Bernarda, jest w trakcie jedzenia obiadu. Podniesiona do ust łyżka na chwilę 
zatrzymuje się w drodze. Bernard?! Przecież tak niedawno jeszcze rozmawiali 
w Warszawie! Cóż to się ze mną stało? -  rozważa ze zdumieniem „Bobruś” - 
przecież zginął jeden z moich najbliższych towarzyszy walki, a ja... nic? Coś  
czuję   wewnątrz,   głęboko,   ale   cały   jestem   jak   z   kamienia   (…).  
Po   chwili 
wyjmuje   z   kieszeni   fotografię   Bernarda,   która   mu   kładzie   przed   oczy   całe 
krótkie   i   ofiarne   życie   przyjaciela:   udział   w   strajku   w   fabryce   czapek 
wojskowych, bojówka. Bojówką dowodził Bernard. Siostra Bernarda i żona... 
która zawsze na wolności była wtedy, kiedy „Bobruś” siedział i na odwrót. 

Po tej uwadze, wyniku samoanalizy, że  jest jak z  kamienia,  „Bobruś” 

zapisuje w swym dzienniku pięć stronic wspomnień o Bernardzie, o jego życiu 
i o jego walce... A kończy je tak: Do księgi moich oskarżeń przeciw faszystom 
dochodzi jeszcze jedna, ciężka skarga: zapłacimy im za wczoraj i za dziś! 

Nie, „Bobruś” nie był tknięty „wojenną znieczulicą”. Pamięta towarzyszy 

poległych   równie   silnie,   jak   żyjących.   I   gdy   strzela   z   żyjącymi   do 
faszystowskich   okopów,   powtarza   w   myśli   nazwiska   ostatnio   poległych   i 
„zemsta   na   wrogu”   dyktuje   rytm   grania   jego   maszynki.   Za   każdą   serią   z 
karabinu powtarza w myśli, lub na głos:  Za Jankowiaka! Za Bernarda!  Za 
Lucacsa (…) 

„Bobruś” jest bacznym obserwatorem nie tylko wypadków toczących się 

w   kręgu   jego   widzenia,   śledzi   w   napięciu   sytuację   międzynarodową.   Nie 
odrywa  się  na  chwilę  ani  od  Polski,  ani  od  walczących  Chin,  zdając  sobie 
sprawę   z   powiązania   losów   całego   obozu   antyfaszystowskiego   świata   ze 
sprawą Republiki Hiszpańskiej. Oburza się na hiszpańskich anarchistów, którzy 
tkwiąc na pierwszej linii frontu dopuszczają do tego, że rdzewieją im karabiny 
maszynowe! I jeszcze naszym ochotniczym mechanikom nie pozwolili dojść do 
maszyn,   gdy   je   chcieli   naprawiać!   Oburza   się   na   sabotażowe   stanowisko 
smutnej   pamięci   Komitetu   Nieinterwencji   '   ,   który   pod   płaszczykiem   nie 
mieszania się w wewnętrzne sprawy Hiszpanii ustanowił prawdziwą blokadę 
Republiki,   coraz   silniej   przez   to   odizolowanej   od   Francji,   która   przestała 
sprzedawać broń Rządowi Frontu Ludowego i zamknęła granicę pirenejską dla 
ochotników. Rozważa układ sił politycznych i zapisuje te swoje rozważania, w 
pewnym momencie dość alarmujące:  (…) Jest lipiec 1937 roku. Kraj Basków 
zajęty. Bilbao padnie lada chwila. 

'  

Komitet Nieinterwencji – składał się z przedstawicieli 27 państw. Powstał we 

    wrześniu 1937 roku dla pilnowania przestrzegania przyjętego przez te państwa 
    zobowiązania niemieszania się do wojny domowej w Hiszpanii. W praktyce 
    działalność komitetu była równoznaczna z blokadą Republiki Hiszpańskiej, która 
    pozbawiona została możliwości otrzymywania broni. Nie przeszkodziła natomiast 
    wojskowej interwencji Włoch i Niemiec hitlerowskich po stronie rebeliantów. 

7

background image

Sądząc   z   ostatnich   wiadomości   ze   świata   –  pisze   „Bobruś”   w   swym 

pamiętniku – to kwestia wojny światowej wisi na włosku. Na wschodzie grozi 
Japonia, tu w Hiszpanii Niemcy i Włochy. We Francji też reakcja się szykuje,  
czego dowodem wielka ilość znalezionej broni i amunicji u jednego faszysty. A 
w   Polsce?   Niestety!   Sk...syny   z   PPS   i   Stronnictwa   Ludowego   uważają   za 
największego wroga (…) naszą partię. Czytałem numer „Zielonego Sztandaru”. 
Okazuje się, że nie tylko „Bund”, ale oni wszyscy prowadzą tę samą politykę.  
Wszystko zależy od naszej partii – czy zdoła wywrzeć nacisk na masy dołowe  
tych stronnictw (…) A tu dochodzi jeszcze, że anarchiści wystąpili z Rządu  
Katalońskiego! To może zaostrzyć sytuację. Bardzo to wszystko zawikłane. 

Według mnie –  notuje „Bobruś” swoje zdanie na najważniejsze w tych 

czasach zagadnienie –  to lepiej dla naszej sprawy rozpocząć teraz tę wojnę 
(której nie można uniknąć), by odciągnąć siły, kiedy faszyści ze swoją przewagą  
militarną gromią nasze pozycje (a to państwa uzbrojone dobrze!). Bilbao już  
padło, a nie trzeba zapominać, że jeżeli im się uda zgnieść lud hiszpański, to ich 
pozycja strategiczno-wojskowa i moralna (bo jednak zdusili lud!) będzie lepsza. 
Nie   trzeba   się   łudzić,   że   oni   zwyciężając   lud   hiszpański,   przestaną   (…) 
Odwrotnie!   Rozzuchwaleni   bezkarnością   własnych   morderczych   wyczynów 
rzucą  się  na   Francję   i  zduszą   ją   z   obu  stron.   Więc   dla  nas   jest   konieczne  
rozpocząć tę wojnę wtedy, kiedy nam to jest wygodne. A wygodniej jest walczyć, 
kiedy Hiszpania jest nasza, nie faszystowska. 

Bo trudno i darmo – przy takim układzie sił, w jakim się teraz znajduje 

Republika   (prawdziwa   blokada,   już   nie   tylko   wojskowa,   ale   i   handlowa:  
ostatnio zatopiono jeszcze jeden okręt handlowy), a ciągle się powiększają siły 
Franco regularnymi armiami Niemiec i Włoch, więc nie widzę, abyśmy mogli 
im dać radę. Nie może młoda, z elementami anarchistycznymi, armia ludowa,  
słabo   uzbrojona,   prawie   bez   pomocy   kraju   sąsiedniego   przezwyciężyć 
regularne   armie   najgroźniejszych   państw   faszystowskich.   Tym   bardziej   że 
ostatnio Niemcy i Włochy jawnie oświadczyły, że będą robić, co im się zechce. 

Na   zakończenie   tych,   jedynych   w   pamiętniku   pesymistycznych 

wywodów znajdujemy pełne nadziei pytanie: A może nie mam racji? 

Cała zresztą postawa „Bobrusia”, tak charakterystyczna dla tych, którzy 

walcząc   i   ginąc   śpiewali:   „Nie   zabraknie   z   nas   ani   jednego,   by   zniszczyć 
faszystów   i   zgnieść”   '   tchnie   tą   właśnie   nadzieją,   że   wbrew   wszystkiemu, 
wbrew groźnemu stosunkowi sił, wbrew knowaniom Komitetu Nieinterwencji, 
ulegnie zmianie układ sił na terenie międzynarodowym, że Hiszpanie z terenów 
okupowanych   przez   Franco   przechodzić   będą   nadal   na   stronę   wojsk 
republikańskich, że nic nie zdoła zagrodzić drogi postępowi, którego symbolem 
dla świata stała się Armia Hiszpańskiej Republiki. 

'  

Z refrenu hymnu dąbrowszczaków. 

8

background image

„Bobruś” zdaje sobie sprawę, że: by osiągnąć to trudne, a tak konieczne 

zwycięstwo potrzebne są wysiłki i poświęcenie wszystkich, że każdy drobny 
błąd jednostki rzutuje na sumę ogólną błędów i przekroczenie pewnej granicy 
tych błędów może odroczyć zwycięstwo. A więc dba o szacunek żołnierza dla 
broni.   Robi   wielki   skandal,   gdy   stwierdza,   że   zginęła   jedna   skrzynka   z 
amunicją. „Każe” jej szukać. Mniej świadomi żołnierze reagują na samą formę 
tego „żądania”, stwierdzają, że rozkazy przyjmują tylko od dowódcy. „Bobruś” 
w   ten   sposób   zdobywa   nieprzyjaciół   wśród   prymitywniejszych   i   mniej 
politycznie   wyrobionych   towarzyszy.   A   sam   przecież   może   świecić 
przykładem. Gdy deszcz pada i nie ma derek, wieczorem zdejmuje z siebie 
marynarkę i nakrywa nią... karabin maszynowy, aby nie zardzewiał. Niechęć do 
„Bobrusia” wyzwala raz dość niebezpieczną sytuację: dwaj towarzysze zwabili 
go na stronę, do lasu, i pobili. Jest boleśnie zdumiony: czym ich zraził? Szybko 
jednak przechodzi nad wypadkiem do porządku dziennego, zwłaszcza, że jeden 
z żołnierzy został surowo ukarany, drugi wyznał swą winę i przeprosił. 

Bolesne   miejsce   w   ambicji   „Bobrusia”   zawsze   zajmuje   sprawa 

antysemityzmu.   Choć   w   szeregach   partyjnych   mało   się   z   nią   stykał 
bezpośrednio,   wyczulony   jednak   na   najlżejsze   nastroje   tego   rodzaju,   stawia 
sobie za punkt honoru: wykazać, że towarzysze żydowscy bynajmniej nie są 
mniej   odważni   od   innych.   Zależy   mu   na   tym,   aby   ludzie   skłonni   do 
charakteryzowania   „specyficznych   cech   żydowskich”   oceniali   człowieka   na 
podstawie   jego   moralnej   wartości   i   jego   czynów,   a   nie   na   żadnej   innej 
podstawie. Stawia sobie za cel aby  tę opinię, jakoby  Żydzi byli tchórzami, 
zmienić tu, w Hiszpanii, wywalczyć to. Bo – myśli z goryczą - (…) choćby ten 
Srulek Erlich, trzy razy ranny, a nie chciał zostać na tyłach, w Albacete, na  
funkcji, tylko ciągnie z nami z frontu na front. A Bernard, a Józek (…) 
A on sam 
wreszcie! 

Ucieczką w smutkach, pocieszeniem po stratach, jest powrót myślą do 

Polski i wspomnień walki politycznej w Polsce. Po śmierci Bernarda śpiewa te 
smutne   a   tak   piękne   dumki   ukraińskie.  
Po   śmierci   Jankowiaka   śpiewa   tak 
lubianą przez dąbrowszczaków piosenkę: „Góralu, czy ci nie żal...” Sam układa 
naiwniutkie, ale żarliwe teksty, które wyśpiewuje sam i w chórze. Cieszy się, 
gdy   go   proszą   o   zaintonowanie   pieśni.   Śpiew   jest   tu   jak   bojowa   funkcja 
żołnierza pięknej sprawy. 

Podczas odwrotu, nieskończenie smutny, nagle usłyszał śpiew. To śpiewał 

znany śpiewak batalionowy, Kurek, zwany „Kiepurą”. „Bobruś” mobilizuje się 
natychmiast. I moje serce się rozśpiewało. Gdy biedny „Kiepura” zostaje ciężko 
ranny  i z urwanymi przez pocisk nogami zostaje zabrany  z pola, „Bobruś” 
dusząc szloch śpiewa... 

Tak   jak   i   innych   dąbrowszczaków,   jest   dla   niego   przeżyciem   wiersz 

Broniewskiego czy Majakowskiego. Zapisuje w dzienniczku, że dziś Henio 

background image

Toruńczyk mówił w okopie wiersz Broniewskiego. A gdy w drodze na front 
„Bobruś”, zmordowany dźwiganiem karabinu lokuje się w ciężarówce, nabiera 
sił, słuchając, jak Tomek Wiśniewski deklamuje „Lewą marsz” Majakowskiego 
i wnet tworzy chór powtarzający po każdej strofce: „lewa, lewa!” 

Przed   atakiem   na   froncie   madryckim   pisze   list   do   warszawskiej 

kazetemowej Dzielnicy Śródmieście. Gdy leży na słońcu nad rzeką Manzanares 
podczas krótkiego wypoczynku, wspomina znów swój, jedyny chyba urlop w 
Polsce, w Kazimierzu nad Wisłą.  Wspomniałem naszą dziką plażę i wspólne 
śpiewy,   nawet   do   ciemnych   cel   defensywy   zatęskniłem.   Co   za   paradoks! 
Bynajmniej nie chce mi się wracać do faszystowskiego więzienia, tylko tak mnie  
ciągnie   do   moich   najbliższych,   którzy   tam   siedzą   zamknięci.   Dużo 
przecierpiałem   po   więzieniach,   a   jednak   teraz   chciałbym   znaleźć   się   na 
Centralniaku, lub na Mokotowie, pogadać z towarzyszami, opowiedzieć im o 
naszym   polskim   wojsku   walczącym   tu,   o   sławie,   jaką   zdobyli   w   Hiszpanii 
robotnicy i chłopi Polski. Chciałbym też po prostu dowiedzieć się, jaką akcję 
prowadzą dziś więźniowie polityczni i kto jest ich naczelnikiem? Ach, co za 
refleksje   mi   się   nasuwają!   Tak   bym   chciał   znaleźć   się   na   mojej   kochanej  
Dzielnicy, chociaż tyle zdrowia przy niej straciłem, a może właśnie dlatego, że 
kosztowała mnie tyle wysiłku? 

Walka „Bobrusia” o wolność Hiszpanii nie jest wyłącznie dążeniem do 

realizacji hasła politycznego. Kojarzy się ona z rosnącym przy spotkaniach z 
miejscowymi ludźmi uczuciem więzi niemal rodzinnej. Co myśli kobieta spod 
Toledo, która tu sama siedzi z tobołkami przy drodze? Wygląda na chorą, taka 
blada. Siedzi tak nieruchomo i patrzy na nas. Co jej przez głowę przechodzi? 
Co myśli o swym mężu, o którym dawno nie ma wiadomości, albo ma i wie, że 
nie żyje, czy o swym gnieździe domowym, które zmuszona była opuścić? Czy o 
swych   bliskich   (…)   Boli   mnie   ten   jej   milczący   ból.   Już   nie   jest   w   stanie 
krzyczeć. A może już tyle krzyczała, że sił jej zabrakło? Długo przyglądałem się 
jej, myśląc o tragedii ludu hiszpańskiego, aż moi poszli naprzód i musiałem ich 
doganiać. 

Bierze też stronę hiszpańskich chłopów i w ich imieniu żąda na zebraniu 

kompanijnym,   aby   za   winogrona,   które   dąbrowszczacy   dostają   masami   od 
tutejszych   rolników,   płacono,   gdyż   ludność   głoduje,   o   wiele   gorzej 
zaprowiantowana   niż   żołnierz   frontowy.   Tutaj   następuje   ciekawa   z   punktu 
widzenia   obyczajów   partyjnych   sprawa:   na   partyjnej   naradzie   jeden   z 
towarzyszy mówi, że głosował przeciw płaceniu za winogrona, gdyż większość 
żołnierzy   była   przeciw   wnioskowi   „Bobrusia”,   a   komuniści   nie   powinni 
odrywać się od mas. Z projektu, skądinąd słusznego, zrezygnowano. „Bobruś” 
nie krytykuje takiego stawiania sprawy, ale opisuje go w ironicznym tonie. 

Ale i „Bobruś” ma swoje ludzkie słabości: lubi być szanowany. Marzy o 

tym, żeby pojechać do Madrytu – jest właśnie nadzwyczajna okazja: obraduje 

10

background image

Kongres Pisarzy Antyfaszystów. Wielkie nazwiska światowej sławy. Wysłano 
delegację. „Bobrusia” nie ma wśród delegatów. Żałuje, ale nie tyle mu przecież 
chodzi   o   honor,   co   o   obejrzenie   Madrytu.   Takie   podobno   piękne   miasto! 
„Bobruś” myśli o nim jak wszyscy. Madryt staje się dla niego cenną legendą, 
którą trzeba chronić i obronić za wszelką cenę. Choćby raz, choćby jeden dzień 
przebyć w Madrycie! Ale sam przemawiał przeciw dawaniu urlopów w takiej 
ciężkiej sytuacji frontowej, chce jednak choćby spojrzeć na te ulice! Na gmach 
Telefonica, gdzie toczyły się boje, na koszary Montana... Wówczas „Bobruś” 
decyduje się na podstęp. 

Dowiaduje się, że żołnierze potrzebujący pomocy dentystycznej, bywają 

wysyłani na dzień do Madrytu, do specjalisty. Błyskawicznie „Bobruś” 

11 

background image

przegląda swoje zęby. A jakże, jest! Ma jeden ząb do usunięcia. Melduje się 
(przy okazji widzi, że jest więcej takich „pomysłowych” żołnierzy i że są to nie 
zawsze ci najsumienniejsi...) do dentysty w celu usunięcia zęba. Miał „Bobruś” 
pecha: okazało się, że właśnie zmieniono to zarządzenie, gdyż znalazł się na 
miejscu towarzysz dentysta, który usuwa chore zęby. Daje więc sobie wyrwać 
(cóż było robić) ów nieszczęsny ząb-pretekst i wraca z obolałym dziąsłem i 
goryczą rozczarowania na swój posterunek, do swego CKM, na front. 

„Bobruś” wszakże doczekał się wyjazdu na krótki urlop do Madrytu i to 

oficjalnie, a nawet z pewnym „honorem”, gdyż przyjechał jako członek chóru 
dąbrowszczaków dla nagrania w madryckim radiu polskich pieśni. Pisze o tym 
jego przyjeździe do Madrytu Józek Suliński, jego stary kumpel z Warszawy: 

Swymi dziecinnymi oczyma oglądał te miasto bohaterskie, o którym dziś 

opowiadają legendy w na wpół rozwalonych chatach Nowogrodczyzny, lub na 
poddaszach Bałut czy Ochoty. Zobaczył to miasto, o którym marzył w drodze do 
Hiszpanii, w drodze, która trwała pięć miesięcy (…) 

W   swym   wspomnieniu   o   „Bobrusiu”   Józek   Suliński   opisuje,   jak   go 

poznał w Warszawie. Dla tych dwudziestotrzylatków  to już dawne czasy (…) 

Wśród najlepszych z „Pioniera”, którzy przechodzą do KZMP znajduje 

się i „Bobruś”. Od wtedy datuje się moja znajomość z nim. Dziś, po tylu latach,  
nie pamiętam już, gdzie go po raz pierwszy widziałem: czy na podpunkcie (…) 
czy na masówce pod fabryką, czy może w piwnicach defy warszawskiej, gdzie 
„Bobruś” był częstym gościem (…) 

(…) Pamiętam go z warszawskiego więzienia „Centralniaka”. Słaby i 

wymęczony poprzednio odsiedzianym wyrokiem w Płońsku, „Bobruś” był jak 
zawsze na czele walki o prawa i warunki ludzkie dla więźniów politycznych (…) 

Administracja więzienia odseparowała go od nas jako „niebezpiecznego” 

W   więzieniu   należał   do   najczęściej   karanych:   karcer,   izolacja,   zakaz 
otrzymywania wałówek. 

(…) Jego praca na wolności zdobywa mu zaufanie i szacunek towarzyszy  

i kierownictwa. Zostaje wybrany sekretarzem dzielnicy jednej z najliczniejszych 
organizacji dzielnicowych warszawskiego KZMP i pracuje czynnie w związku 
metalowców aż do wyjazdu do Hiszpanii. 

Jedno zatem marzenie – Madryt, „Bobruś” zdołał zrealizować. Drugie, 

mniejsze,   dotyczyło   ambicji   „pisarskich”,   gdyż   „Bobruś”   pisał   dużo,   cenił 
zwłaszcza humor w gazetce żołnierskiej, w swoich pamiętnikach narzeka na 
redakcję Dąbrowszczaka, że nie dość często zamieszczała jego korespondencję, 
której   wzorem   były   humoreski   Zoszczenki.   Jedną   z   tych   humoresek 
Dąbrowszczak umieścił dopiero po śmierci „Bobrusia”, w tym samym numerze, 
w   którym   Józek   Suliński   napisał   swoje,   równie   ostatnie,   o   „Bobrusiu” 
wspomnienie... 

12 

background image

Ostatnie kartki pamiętnika „Bobrusia” zapisane są pod datą 17 sierpnia. 

Dzieliło go wówczas kilka dni od ofensywy na Saragossę. 

W tej operacji śmiałej i ambitnej – opanowanie miasteczka Villamayor de 

Gallego   stanowiło   fragment   ofensywy   sił   republikańskich   na   Saragossę   – 
bataliony polskie poniosły straszliwą porażkę. Dostały się w nieprzyjacielskie 
okrążenie i tylko dzięki niesłychanej przytomności i energii dowództwa, trzony 
polskich batalionów zdołały się przedrzeć na tyły, odstępując od Villamayor de 
Gallego. Straty były jednak bardzo bolesne. 

W jednym z najcenniejszych dąbrowszczackich wierszy „Na Saragossę” 

Ilji Szapiro znajdujemy strofę, w której „Bobruś” nie został zapomniany: 

(…) Miasteczko małe, Villamayor de Gallego, 
cmentarzu ponury najlepszych Bobrusiów, Józków i Paulów ' , 
serce moje zostanie na zawsze tam daleko - 
zostanie pomnikiem naszej walki, śmierci i przedśmiertnych bojów. 

'  Józek – Józef Rubinsztajn. Paul – Paweł Wiśnia, Polak studiujący w Paryżu, jeden 
   z organizatorów rekrutacji ochotników do brygad międzynarodowych w Hiszpanii. 
   Zginęli wraz z „Bobrusiem” pod Villamayor de Gallego. 

O   „Bobrusiu”   nie   zapomniano:   z   jego   imieniem   i   z   imieniem   innych 

poległych na ustach szli później dąbrowszczacy do następnych bojów.