background image
background image

Margit Sandemo

background image

KOBIETA NA BRZEGU

SAGA O LUDZIACH LODU

Tom XXXIV

1

ROZDZIAŁ I

Tak wiele niebezpieczeństw czyhało na Ludzi Lodu.

Ze względu na swoje liczne powiązania ze światem zarówno rzeczywistym, jak i tym niedostępnym
dla przeciętnych śmiertelników byli rodem szczególnie narażonym na nieszczęścia.

Największe  zagrożenie  stanowił,  rzecz  jasna,  ich  własny  przodek,  Tengel  Zły.  Nie  tylko  jednak  to;
było jeszcze mnóstwo innych spraw, ponurych i groźnych, których należało się bać.

Gdzieś daleko w ciemnym lesie kryło się coś strasznego i czekało. Czekało na jednego z Ludzi Lodu,
na jakiegoś członka tej rodziny.

Przez długie lata złe trwało w leśnej głuszy w nadziei, że wkrótce jego czas nadejdzie.

Trwało i śniło o odwecie, o nigdy nie spełnionej wendecie. Za niewybaczalne postępki przodków.
Za zniewagę, która musi zostać pomszczona.

W najgłębszym mateczniku kryło się mętne jeziorko, niemal całkiem zarośnięte, zamulona sadzawka,
cuchnąca od kryjącego się w jej głębi zła.

Było  rzeczą  prawie  niemożliwą,  by  ów  osławiony  ród  Ludzi  Lodu  zdołał  odnaleźć  właśnie  to
miejsce w leśnej gęstwinie...

A jednak tak się właśnie stało.

Sto piętnaście lat minęło od niesłychanego upokorzenia, jakiego doznała pewna ludzka istota. Wiele,
wiele  set  lat  od  chwili,  gdy  pierwszy  straszny  czyn  został  popełniony,  ów  czyn,  który  stał  się
początkiem wszystkiego...

I  wtedy  Ludzie  Lodu  jeszcze  nie  byli  w  to  zamieszani,  w  każdym  razie  nie  od  początku.  To
przypadek,  który  przydarzył  się  mniej  więcej  sto  lat  temu,  wplątał  w  te  sprawy  jednego  z  nich  i
uczynił go potężnym mścicielem, karzącym ramieniem sprawiedliwości.

A oto teraz, w roku 1912, kolejny z Ludzi Lodu udał się w tamte strony, nie tyle zresztą z potrzeby, co
z ciekawości. I był to ten właśnie człowiek, na którego czyhało okrutne zło.

Andre, syn Benedikte i Sandera, nie przejawiał szczególnej chęci do nauki, akurat pod tym względem
nie  wybijał  się  wśród  Ludzi  Lodu.  Benedikte  napełniało  to  smutkiem,  zresztą  odpowiedzialnością

background image

obarczała siebie, bo przecież w rodzinie Sandera byli uczeni i profesorowie różnych specjalności.

„Cóż  za  głupstwa!”  kwitował  to  zwykle  jej  mąż.  „Czy  to  wśród  Ludzi  Lodu  brak  utalentowanych
osób?  A  poza  tym  czy  każdy  musi  być  wyjątkowo  inteligentny?  To  snobizm,  wiem  o  tym  dobrze,
wielokrotnie mogłem się o tym przekonać w środowisku, w którym 2

dorastałem. Nasz Andre to wspaniały chłopak. Jeśli interesują go automobile i inne motory, pozwól
mu na to! Jestem dumny z mojego syna, a ty nie?”

Owszem,  Benedikte  też  była  dumna  z  Andre,  nikt  nie  mógł  mieć  co  do  tego  najmniejszych
wątpliwości.  W  tej  sytuacji  marne  świadectwa  szkolne  chłopca  schowano  w  głębokiej  szufladzie  i
pozwolono mu zajmować się czym chce.

W 1912 z roku, kiedy Andre skończył dwadzieścia lat, na świecie nie działo się najlepiej.

Stosunki  pomiędzy  pięcioma  mocarstwami  Europy:  Anglią,  Francją,  Rosją,  monarchią  austro-
węgierską i Niemcami stawały się coraz bardziej napięte. W Norwegii jednak panował

względny spokój. Wystarczało problemów z tym, jak kierować dość surowym norweskim narodem.
Tyle spraw wymagało wsparcia po blisko sześciu wiekach obcej dominacji.

Przemysł,  rolnictwo,  rybołówstwo,  rzemiosło  chylące  się  ku  upadkowi,  a  ponadto  ruchy  kobiece  i
związkowe, utworzenie monopolu spirytusowego, sprawy religii i języka, oświata, partie polityczne,
kultura,  opieka  nad  dziećmi...  Tysiące  nici  trzeba  powiązać  i  spleść,  zanim  powstanie  nowoczesne
społeczeństwo. Na szczęście świeżo odzyskana niepodległość budziła w Norwegach gorące uczucia
patriotyczne.

W  Lipowej  Alei  także  robiono  wiele,  by  przyczynić  się  do  budowy  dobrze  zorganizowanego
państwa. Ludzie Lodu jednak zawsze żyli w pewnym sensie na uboczu. Mieli oni swoje dziedzictwo,
o  którym  z  obcymi  rozmawiali  raczej  niechętnie,  i  to  było  przyczyną  ich  społecznej  izolacji.  Nie
dlatego,  by  sądzili,  że  są  może  gorsi  od  innych,  nie,  myśleli  o  sobie  raczej  jako  o  dzieciach
nieszczęścia.  Choć  zawsze  byli  bardzo  dumni  ze  swojego  pochodzenia,  to  dokuczało  im
przeświadczenie, iż nie do końca są przez otoczenie akceptowani. W tym akurat mocno przesadzali,
bo  Ludzie  Lodu  cieszyli  się  zawsze  opinią  porządnych  i  honorowych,  choć  cokolwiek
ekscentrycznych.

Żyli z taką opinią od dawna.

Andre często myślał o słowach Imrego. O tym, że to on, Andre, będzie musiał odnaleźć obciążonego
dziedzictwem  kuzyna  ze  swojego  pokolenia.  Czasami  zastanawiał  się,  czy  przypadkiem  nie  on  sam
jest  tym  dotkniętym,  zawsze  jednak  dochodził  do  wniosku,  że  to  raczej  wykluczone.  Te  same
podejrzenia  żywił  niekiedy  w  odniesieniu  do  Christy,  małej  córeczki  Vanji,  ale  zbyt  rzadko  miał
okazję obserwować dziewczynkę, bo niestety Frank bardzo stanowczo egzekwował swoje ojcowskie
prawa. Jedyną szczególną cechą Christy było nieznaczne rozszczepienie języka, ponadto była to istota
tak ludzka, że nikomu nie przyszłoby do głowy, iż jej ojcem może być demon.

background image

A już najmniej Frankowi...

Bywało,  że  członkowie  rodu  złościli  się  na  niego.  Wiedzieli,  że  wystarczyłoby  parę  słów,  by
uśmiercić jego ojcowską radość i dumę. Ale, oczywiście, nikt nigdy takich słów nie wypowiadał. Żal
im było Franka. Wciąż było im go bardzo żal. I nie można zaprzeczyć, że bardzo dobrze wychowuje
dziewczynkę.

3

Natomiast  Vetle,  syn  Christoffera  i  Marit,  był  przez  Andre  poddawany  nieustannym  gruntownym
studiom.  Chłopiec  miał  teraz  dziesięć  lat  i  wyrastał  na  prawdziwego  łobuziaka  z  głową  pełną
zaskakujących pomysłów. Ale żeby należał do wybranych lub obciążonych?

Nie, nie na to nie wskazywało. Andre musiał się powstrzymać przed ostatecznym osądem.

Któregoś dnia poszedł w końcu z tymi problemami do swojej matki Benedikte i do dziadka Henninga,
których uważał za najważniejsze osoby w rodzinie.

Był mroźny wieczór późnej zimy. Wszyscy troje drżeli z zimna, bo kaflowy piec, mimo że palono w
nim przez cały dzień, nie był w stanie ogrzać starego salonu w Lipowej Alei.

Wilgotny  chłód  wciskał  się  bezlitośnie  przez  nieszczelne  futryny  okien.  Jedyną  pociechę  stanowiła
gorąca herbata i świeże pszenne bułeczki upieczone przez Benedikte.

- Długo obserwowałem i analizowałem charaktery nas trojga - powiedział Andre. - Christy, Vetlego i
swój własny. Głowę bym dał, że żadne z nas nie jest ani wybrane, ani obciążone.

- Kogo podejrzewałeś najbardziej? - zapytała Benedikte.

-  Vetlego.  Przyglądałem  mu  się  przez  wiele  lat  przy  każdej  okazji,  zadawałem  pytania  dotyczące
spraw  parapsychologicznych,  zastawiałem  na  niego  różne  pułapki,  ale  naprawdę  niczego  nie
odkryłem.

- Do jakich konkluzji doszedłeś? - spytał Henning.

Andre maczał bułeczkę w gorącej herbacie, aż masło się rozpuściło i na powierzchni płynu ukazały
się oka tłuszczu.

- Prawdopodobnie do takich samych jak wy - powiedział w końcu.

Przez chwilę wszyscy troje siedzieli w milczeniu. Jakby nie mieli odwagi mierzyć się z tym nowym
problemem.

Pierwsza odezwała się Benedikte.

- Ta kobieta na brzegu, którą Vanja spotkała trzynaście lat temu nad fiordem Trondheim.

background image

Ona urodziła przecież jakieś dziwne dziecko.

- Które posiadało wiele cech Ludzi Lodu - westchnął Henning. - Tak, ja też wiele o tym myślałem.
Kobieta lub ojciec dziecka, któreś z nich mogło być naszym krewnym.

Spoglądali po sobie niespokojnie.

- W takim razie wiemy, o kogo to może chodzić.

- Dziecko jest potomkiem Christera Gripa - mruknął Andre.

4

- Tak - potwierdził Henning. - Jakoś dotychczas nie słyszeliśmy nic ani o nim, ani o jego ewentualnej
rodzinie. Ale to możliwe.

- W takim razie możemy mieć mnóstwo krewnych - westchnęła Benedikte.

- Niekoniecznie. Ludzie Lodu nigdy nie miewali zbyt wiele dzieci. Jedynak, to najbardziej typowe.

Benedikte próbowała analizować sytuację:

- Przyjrzyjmy się faktom. Christer Grip miał dwa lub trzy lata, kiedy zaginął w roku... Który to był
rok? Tysiąc siedemset siedemdziesiąty siódmy? No, w każdym razie coś koło tego.

Zabrał  go  pewien  bogaty  człowiek,  który  pojechał  gdzieś  w  okolice  Sztokholmu.  Wielki  dystans,
zarówno  w  czasie,  jak  i  w  przestrzeni  dzieli  od  niego  biedną  dziewczynę  z  wybrzeża  fiordu
Trondheim.

Henning rzekł w zamyśleniu:

- Gdybyś miał szukać, Andre, to nie powinieneś zaczynać od Christera Gripa i jego czasów.

Wtedy bowiem podjęto wszelkie możliwe próby odnalezienia chłopca.

Andre skinął głową.

- Oczywiście. Należy zacząć od kobiety znad fjordu i dopiero potem próbować odnaleźć i rozsupłać
jej rodzinne powiązania i wszystkie wątki wiodące w przeszłość. Ale zbyt daleko mnie to chyba nie
zaprowadzi.

-  Tego  się  właśnie  boję.  Jedyne,  co  o  niej  wiemy,  to  to,  że  miała  na  imię  Petra  i  że  została
opuszczona przez wszystkich.

Andre wstał.

- Zaczekajcie, przyniosę książkę, w której Vanja spisała swoją opowieść.

background image

- Bardzo dobrze.

Andre wrócił po chwili z ciężkim tomem, częścią kroniki rodu.

- Zaraz zobaczymy - mówił, przewracając karty. - Vanja naprawdę ładnie pisała.

-  Och,  Vanja  -  westchnęła  Benedikte.  -  Moja  mała  siostrzyczka,  dla  której  mogliśmy  zrobić  tak
niewiele!

- Wierzę, że teraz jest jej dobrze - rzekł Henning spokojnie. - A wtedy, gdy spotkała Petrę na brzegu
fjordu Trondheim, musiała mieć chyba z piętnaście lat. Vanja, oczywiście.

5

-  Tak  -  potwierdził  Andre.  -  To  było  w  roku  tysiąc  osiemset  dziewięćdziesiątym  dziewiątym.  To
znaczy trzynaście lat temu. Petra miała wtedy siedemnaście lat.

- Biedne dziecko - westchnęła znowu Benedikte.

Andre czytał:

„Petra była miłą, prostą i naiwną dziewczyną. Naiwną w najlepszym znaczeniu tego słowa.

Musiała zejść na złą drogę bardzo wcześnie. Pierwsze dziecko zostało jej odebrane. Do przy... Nie
udało  mi  się  zrozumieć,  co  chciała  powiedzieć.  Petra  miała  zawsze  opinię  dziewczyny  lekkich
obyczajów, ale ojciec dziecka, żonaty mężczyzna że skłonnościami da młodych niewinnych panienek,
chodził na swobodzie. Co więcej, jak mi w zaufaniu szepnął

jeden  z  urzędników,  ten  człowiek  był  uważany  za  prawdziwego  uwodziciela  i  cieszył  się
powodzeniem u pań.

Ojcem  drugiego  dziecka  Petry  był  pewien  młody  chłopak,  który  pracował  w  miejscowej  hucie
żelaza. Rodzice nie pozwolili mu jednak na małżeństwo z dziewczyną o tak złej opinii”.

- Mój Boże - mruknęła Benedikte. - Zawsze ci moraliści! Cóż oni wiedzą o człowieku?

Andre czytał dalej zapiski Vanji:

„Nie  udało  mi  się  dowiedzieć  zbyt  wiele  na  temat  Petry  ani  od  niej  samej,  ani  ad  tych,  z  którymi
miałam do czynienia później. Nazywała się Petra Olsdatter i urodziła się w dzielnicy Bakklandet w
Trondheim. Matka pochodziła, zdaje się, z dobrej rodziny, lecz zmarła młodo.

Ojciec natomiast z czasem stał się kompletnym pijaczyną, który pozwalał, by dzieci chodziły głodne i
obdarte. Na wiadomość o tym, że Petra spodziewa się pierwszego dziecka, wpadł

we wściekłość i wypędził ją z domu. Później już nigdy nikt się nią nie zaopiekował”.

background image

- Mój Boże - szeptała Benedikte. - O mój Boże!

- Och, nie tak znowu dużo tych informacji, od których można by rozpocząć poszukiwania -

westchnął  Henning.  -  Ale  trochę  jednak  masz.  Po  śmierci  Petry  odbywały  się  przecież  jakieś
przesłuchania,  musi  więc  być  protokół  policyjny  czy  coś  w  tym  rodzaju.  Tam  pewnie  znajdziesz
dokładniejsze wskazówki.

- Ja też o tym myślałem - przyznał Andre. - To znaczy uważacie, że powinienem pojechać?

Benedikte i Henning patrzyli na niego. Andre był przystojnym młodzieńcem o ciemnoblond włosach i
spoglądających  ufnie  oczach.  W  dzieciństwie  wiele  wskazywało  na  to,  że  będzie  bardzo  pięknym
chłopcem, później jednak rysy się wyostrzyły i pogłębiły, on sam stał się jakiś trochę kanciasty i w
sumie bardziej przypominał Benedikte niż Sandera. Ale ogólne wrażenie było bardzo dobre. Gęste,
ciemne  brwi,  pełne  usta  i  nos,  który  może  mógłby  być  bardziej  kształtny,  ale  który  znakomicie
pasował  do  całości.  Dłonie Andre  miał  duże  i  ciepłe,  w  ogóle  w  jego  postaci  było  coś  niezwykle
spokojnego. Zaufanie, to pierwsze uczucie, 6

jakiego się doznawało patrząc na Andre. I było to uczucie jak najbardziej słuszne. W

przeciwieństwie do Vetlego, który nie wydawał się taki poważny.

- Uważam, że powinieneś jechać, i to jak najszybciej - oświadczył Henning.

- Tak, myślę, że powinieneś to zrobić - poparła ojca Benedikte.

Młody człowiek sprawiał wrażenie zadowolonego. Przygoda wabiła.

- Pojedziesz chyba pociągiem? - zapytał Henning.

Andre zwlekał z odpowiedzią.

- Ja... Nie wiem. Mam trochę oszczędności...

Matka Andre natychmiast pojęła, o co chodzi.

- Automobil? Czy też samochód, jak się teraz mówi.

- Tylko że one są strasznie drogie - pospieszył Andre z wyjaśnieniem.

Henning i Benedikte spojrzeli po sobie.

-  Czy  naprawdę  umiesz  dobrze  prowadzić?  -  spytał  dziadek.  -  Automobile  jeżdżą  bardzo  szybko,
wiesz o tym. Mówi się, że nawet wiele kilometrów na godzinę.

- Jeździłem kiedyś na próbę samochodem Christoffera - odparł Andre. - To żadna sztuka.

background image

Mógłbym chyba poprosić go o pożyczenie.

-  Nie,  to  nie  jest  wyjście  -  zaprotestował  Henning.  -  Christofferowi  jest  on  potrzebny.  Poza  tym
samochód to nie zabawka. Nie, ja także mam parę groszy oszczędności i twoja mama pewnie też. Co
ty na to, Benedikte? Może pomożemy chłopcu urzeczywistnić marzenia?

-  Najpierw  powinniśmy  chyba  porozmawiać  z  jego  ojcem  -  odparła  Benedikte.  - Ale  Sander  także
bardzo się interesuje automobilami, więc...

Andre spoglądał to na jedno, to na drugie z coraz szerszym i coraz radośniejszym uśmiechem.

Wkrótce potem Andre podróżował swoim nowiutkim automobilem przez Sor-Trondelag.

Kiedy ruszał, maszyna była piękna i błyszcząca. Teraz ledwie można było odróżnić kolor lakieru, a
silnik charczał bardziej niż stare kościelne organy. Dwa razy w czasie jazdy skończyła się benzyna -
za  każdym  razem  bardzo  daleko  od  jakiejkolwiek  stacji  paliw  -  i  szofer  musiał  przez  wiele
kilometrów pchać swój piękny pojazd.

Teraz jednak zbliżał się do celu.

7

Auto, jak Andre lubił nazywać maszynę, było fordem prościutko z Fabryki. Karoseria była wysoka,
czarna, otwarta, tylko nad przednim siedzeniem miała daszek. Wnętrze obite czarną skórą, lśniącą i
elegancką.  Samochód  wyposażono  w  duże  reflektory  i  pneumatyczne  opony,  a  także  trąbkę,  której
Andre używał zdaje się trochę zbyt chętnie.

Zwłaszcza gdy na drodze pojawiały się młode dziewczęta...

Był nieprawdopodobnie dumny z tego cudu techniki, choć dzielił go ze swoim ojcem. Ta podróż do
Trondheim stanowiła dziewiczą wyprawę zarówno dla niego, jak i dla samochodu.

Zresztą  w  całej  Norwegii  jeździło  wówczas  wszystkiego  nie  więcej  niż  pięćset  aut,  skoro  więc  aż
dwa z nich należały do Ludzi Lodu, można powiedzieć, że rodzina wyposażona była wyjątkowo.

W  ciągu  pierwszych  godzin  za  kierownicą  Andre  śpiewał  głośno,  by  dać  upust  rozsadzającej  go
radości. Czuł się jak król, jak niepodległy władca tej drogi!

Z czasem jednak przycichł; nie zawsze droga była gładka i równa. Niekiedy była po prostu marna, a
nawet  zgoła  nie  do  przebycia.  A  poza  tym  wciąż  towarzyszył  mu  lęk,  że  będzie  musiał  stanąć  z
powodu  braku  benzyny.  Raz  czy  dwa  zatrzymała  go  jakaś  usterka  silnika,  ale  wtedy  bardzo  się
przydały techniczne zdolności chłopca. Znajdował się wśród pustkowi, niedaleko gór Dovru, i sam
naprawił uszkodzenie. Jak to pewność siebie dodaje sił!

Z przyjemnością też stwierdzał, jak wielką sensację wywołuje na wiejskich drogach.

Sor-Trondelag...

background image

Dolina Ludzi Lodu.

Nie, tej doliny szukał nie będzie. Andre nie odczuwał żadnej potrzeby jej oglądania.

Zwłaszcza po opowiadaniu Vanji, kiedy stamtąd wróciła. Wszyscy członkowie Ludzi Lodu powinni
się trzymać z daleka od tego miejsca do czasu... Do czasu, gdy pojawi się ten właściwy.

Ale, oczywiście, Andre spoglądał ku zachodowi. Czy to mogłoby być tam? Albo tam?

Nie dostrzegał jednak gór dostatecznie wysokich.

Pierwsze,  czym  zajął  się  w  Trondheim,  to  znalezienie  odpowiedniego  hotelu.  Ponieważ  posiadał
samochód - nieważne, że teraz zakurzony - to mimo młodego wieku traktowany był

z największymi rewerencjami, wszyscy kłaniali mu się głęboko i uśmiechali uprzejmie, dostał

też bardzo dobry pokój. W ciągu całej podróży Andre przekonywał się z coraz większym zachwytem,
ile  pożytku  płynie  z  posiadania  samochodu,  i  to  nie  tylko  na  drogach.  Samochód  określa  status.
Ponadto Benedikte zatroszczyła się, by syn był elegancko ubrany, co jeszcze potęgowało znakomite
wrażenie. Budząca zaufanie postać Andre i jego otwarte spojrzenie dokonywały reszty.

Nikomu zresztą nie musiał wyjaśniać, że ma dopiero dwadzieścia łat.

8

Wziął  kąpiel  w  dużym  pokoju  kąpielowym  znajdującym  się  na  końcu  korytarza.  Łaźnia  miała
drewnianą podłogę i wyposażona była w wysoką wannę na lwich nogach; woda w rurach gulgotała
przejmująco.  Andre  przebrał  się  w  świeże  ubranie  i  zjadł  lunch  w  niemal  pustej  hotelowej
restauracji.  Na  podium  w  odległym  kącie  przygrywało  amatorskie  trio,  a  liście  bujnych  palm
łaskotały  muzyków  po  głowach.  Z  ponurymi  twarzami  znęcali  się  nad  jakimś  wiedeńskim  walcem,
granym  w  przeraźliwie  rozwlekłym  tempie.  Kiedy Andre  wszedł  do  lokalu,  podjęli  próbę  zagrania
czegoś bardziej młodzieżowego, lecz on nigdy nie słyszał

niczego równie żałosnego jak te ich ragtime'y, zwłaszcza jeśli chodzi o rytm.

Po  lunchu,  naprawdę  bardzo  smacznym,  zapytał  o  drogę  do  magistratu  i  tym  samym  rozpoczął
poszukiwania  informacji  o  Petrze  Olsdatter  lub  też  o  jej  dziecku  martwo  urodzonym.  Stracił  trochę
czasu  krążąc  po  gmachu,  od  pokoju  do  pokoju,  nim  dotarł  do  właściwego  biura.  Przyjęła  go  tam
ubrana  na  czarno  pani  zapięta  wysoko  pod  szyję  i  z  lorgnon  zawieszonym  na  łańcuszku.  Andre,
darzący respektem wszystkie kobiety, które mają odwagę pracować zawodowo, zwrócił się do niej
bardzo uprzejmie, co jej się najwyraźniej spodobało.

-  Poszukuję  swojej  dalekiej  krewnej  -  wyjaśnił.  -  Żeby  trafić  na  jej  ślad,  powinienem,  jak  sądzę,
zapoznać się z wynikami dochodzenia, jakie sąd w Trondheim przeprowadził w roku tysiąc osiemset
dziewięćdziesiątym dziewiątym.

- Aha. A czego dotyczyło to dochodzenie?

background image

-  Czternastego  lipca  tamtego  roku  pewna  młoda  dziewczyna,  Petra  Olsdatter,  odebrała  sobie  życie
nad brzegiem fiordu. Była przy tym moja kuzynka, która starała się uratować nie narodzone jeszcze
dziecko  samobójczyni,  ale  jej  się  to  nie  udało.  Owa  Petra  zdołała  przed  śmiercią  wypowiedzieć
kilka słów, które świadczą, że dziecko mogło być potomkiem naszego rodu.

Dama, osoba w nieokreślonym wieku, bez słowa zabrała się do kartkowania starych protokółów.

- Ale oni przecież zmarli. Oboje, czy tak?

- Tak. No, a ja muszę wyjaśnić różne sprawy, bo rzecz dotyczy spadku - skłamał Andre.

Może  zresztą  to  wcale  nie  było  kłamstwo,  ba  przecież  naprawdę  w  grę  wchodziło  dziedzictwo.
Dziedzictwo  zła.  -  Muszę  stwierdzić,  czy  nie  było  innych  krewnych.  Krótko  mówiąc,  muszę
odtworzyć drzewo genealogiczne samobójczyni i jej dziecka.

Pani  znalazła  chyba  właściwy  protokół,  bo  przeczytała  kilka  zdań  z  jakiegoś  dokumentu,  a  potem
popatrzyła  badawczo  na  swego  gościa.  Z  wyrazu  jej  twarzy  rozpoznał,  co  ją  tak  dziwi:  Czy  to
możliwe,  by  ten  świetnie  ubrany,  kulturalny  młody  człowiek  był  krewnym  tak  nieszczęsnej  i  nisko
upadłej istoty, jaką bez wątpienia była Petra Olsdatter?

Andre odpowiedział na pytanie, którego urzędniczka głośno nie wypowiedziała: 9

- Nie zawsze kierujemy swoim losem.

- To prawda - szepnęła ubrana na czarno pani. - Ale może chciałby pan przeczytać sam?

- Dziękuję bardzo, chętnie.

- Proszę usiąść tam przy stoliku pod oknem. Chciałabym tylko, żeby pan nie wynosił

dokumentów z pokoju.

- To oczywiste. A czy mogę robić notatki?

- Naturalnie!

Andre spędził sporo czasu w teł dużej sali, gdzie słychać było jedynie chrobot stalówek po papierze
lub od czasu do czasu jakieś zadawane półgłosem pytania nielicznych interesantów. Uważnie śledził
całą  długą  i  tragiczną  historię.  Doznawał  dziwnego  i  smutnego  uczucia,  czytając  wielokrotnie
wymieniane w protokóle imię Vanji.

Większość  opisywanych  tu  spraw  znał  już  przedtem,  ale  uważnie  poszukiwał  nowych  informacji,
jakiegoś punktu zaczepienia dla siebie.

Znalazł  na  przykład  ostatni  adres  Petry.  A  także  adres  domu  jej  dzieciństwa,  Wspaniale!  A  co
najważniejsze,  w  protokole  znajdowało  się  nazwisko  ojca  dziecka.  Egil  Holmsen.  Był  też  jego
ówczesny adres. A nawet notatka, że Petra już dawniej zeszła na złą drogę. „Zadała się z jednym z

background image

najznakomitszych  obywateli  miasta”,  zapisano  w  urzędowych  papierach.  Andre  skrzywił  się.  Ale,
rzecz oczywista, nazwiska owego znakomitego obywatela nie ujawniono.

To  zresztą  nieistotne,  to  nie  tego  dziecko  mogło  być  obciążonym  dziedzictwem  potomkiem  Ludzi
Lodu.

Andre musiał odszukać ojca drugiego dziecka. Zatem dla jego sprawy ważny był Egil Holmsen. No i
krewni Petry. Bo przecież to ona mogła przekazać dziedzictwo.

Jeśli jeszcze jacyś krewni istnieją.

Trzeba będzie cofnąć się w przeszłość aż do osiemnastego stulecia. Wydawało mu się to zadaniem
wprost niemożliwym do wykonania. No, w każdym razie trzeba będzie się cofnąć do początku wieku
dziewiętnastego. Bo jeśli Christer Grip urodził się w 1774 roku, to musiał

żyć jeszcze jakiś czas w następnym stuleciu.

Drgnął  na  dźwięk  głosu  ubranej  na  czarno  damy  i  wtedy  uświadomił  sobie,  że  od  dłuższego  czasu
siedzi i patrzy w okno.

- Przepraszam - bąknął. - Nie usłyszałem, jak...

- Znalazł pan coś? - zapytała.

10

Mimo czarnego ubrania i pełnego rezerwy wyrazu twarzy było w niej coś niezwykle pociągającego.
Coś w głosie czy może w ruchach? Nie, głos miała szorstki, a ruchy zamaszyste, bez wdzięku. Zaczął
przyglądać się jej uważnie. Zgadywał, ile może mieć lat.

Coś  pomiędzy  czterdzieści  a  pięćdziesiąt.  Prawdopodobnie  niezamężna.  Szaroblond  włosy  były
trochę  za  bardzo  ściągnięte  i  upięte  z  tyłu  głowy  w  zbyt  ciasny  kok.  Rysy  nie  wyróżniały  się  pod
żadnym względem. Dość ładne, ale wiek zaczynał dawać o sobie znać w zmarszczkach wokół oczu i
wyraźnych zagłębieniach przy kącikach ust. Dwa razy nikt by się za nią nie obejrzał.

- Dziękuję pani - odparł. - Znalazłem kilka adresów, które będę musiał sprawdzić.

Głos urzędniczki nie bardzo pasował do słów, gdy powiedziała:

- Gdybym mogła się w czymś przydać, to...

- Bardzo dziękuję, ale nie chciałbym obciążać pani moimi kłopotami.

Skrzywiła się lekko.

- Ech, moja praca zawodowa nie jest specjalnie podniecająca.

background image

Więc było w niej sporo ludzkich uczuć mimo tego chłodu i rezerwy w zachowaniu?

- W takim razie - uśmiechnął się - w takim razie rzeczywiście miałbym pytanie...

- Bardzo proszę!

Andre pokazał jej swoje notatki, które przywiózł z domu.

- Proszę spojrzeć. Napisano tutaj, że Petra wspomniała coś o swoim pierwszym dziecku.

„Do przy...” Co by to mogło znaczyć?

Kobieta ożywiła się.

- Bez wątpienia znaczy to: do przytułku.

- A co to takiego?

- Dom dla dzieci pozbawionych opieki. Miejsce otoczone złą sławą. Szczerze mówiąc nie wiem, czy
to  w  dalszym  ciągu  u  nas  egzystuje,  bo  dużo  się  mówiło,  że  należy  je  zlikwidować.  Teraz  takie
miejsca nazywa się domami dziecka, ale stara nazwa „przytułek”

jeszcze  się  zachowała  jak  smutna,  lepka,  przypominająca  złe  czasy  etykieta. Ale  tutaj  widzę  błąd  -
zauważyła.

- Tak? Gdzie?

11

Wodziła palcem wskazującym po notatkach Andre przywiezionych z Lipowej Alei.

- Tutaj zostało napisane, że Petra Olsdatter miała w chwili śmierci siedemnaście lat.

- Tak właśnie powiedziała mojej kuzynce.

- Ale z protokołów sądowych wynika, że urodziła się w roku tysiąc osiemset osiemdziesiątym.

Andre przyjrzał się uważniej zapiskom.

-  Tak,  rzeczywiście!  W  takim  razie  musiała  mieć  dziewiętnaście  lat.  Była  umierająca,  gdy
rozmawiała z moją kuzynką, mogła mówić niewyraźnie. Albo fakty jej się myliły. Tak, mnie się także
zdawało,  że  to  straszne,  by  siedemnastoletnia  dziewczyna  mogła  mieć  już  dwoje  dzieci.  Dziękuję
pani za zwrócenie mi uwagi. Ja zresztą spostrzegłem jeszcze coś innego w protokóle. Otóż podczas
przesłuchań  ktoś,  chyba  jakiś  krewny,  mówił  o  medalionie,  który  Petra  jakoby  miała  posiadać. Ale
tego medalionu nigdzie nie znaleziono.

- To interesujące - stwierdziła urzędniczka. - No tak, medalion może się łatwo zapodziać.

background image

- Wielka szkoda - westchnął Andre. - Taki medalion mógłby nam wiele wyjaśnić.

Uświadomił sobie, że powiedział „nam”, i speszony pospiesznie zapytał o adres dawnego przytułku.
Zaraz go też otrzymał.

Podziękował za wszelką pomoc i opuścił budynek magistratu.

Tego  dnia  miał  jeszcze  czas  na  jedną  wizytę.  Wybrał,  rzecz  jasna,  rodzinny  dom  Petry  Olsdatter  w
Bakklandet.

Kiedy  wędrował  po  starej  dzielnicy  Trondheim,  gdy  przekraczał  most  -  piechotą,  bo  nie  bardzo
wierzył, by automobil zdołał się przecisnąć przez wąskie zaułki - rozmyślał o tym, że pewnej nocy,
przed wieloma setkami lat błądziła po tych ulicach młoda Silje. Samotna, wylękniona, przemarznięta
i bezdomna. A w tym samym czasie Charlotta Meiden starała się wyjść poza miejskie mury z nowo
narodzonym  dzieciątkiem.  Tej  samej  nocy  Silje  spotkała  i  Tengela,  i  małą  Sol,  i  Heminga  Zabójcę
Wójta.

To musiała być niesamowita noc!

Noc,  gdy  ważyły  się  losy  Ludzi  Lodu,  gdy  kładziono  podwaliny  pod  nowy  rozdział  dziejów  tego
rodu. Owa noc dała początek nowym pokoleniom, które miały podjąć walkę ze złem, bo nie chciały
dalej pozostawać na usługach Tengela Złego.

Andre  rozmyślał  nad  tym,  co  by  powiedziała  Silje  i  wszyscy,  którzy  przeżyli  tamtą  noc,  gdyby
wiedzieli, co stało się później z Ludźmi Lodu. Gdyby znali wszystkie niełatwe ich losy.

12

Tengel Dobry wie...

Ale  minęło  już  bardzo  wiele  czasu,  odkąd  po  raz  ostatni  dał  o  sobie  znać.  Kiedy  do  gry  wkroczył
Lucyfer, przodkowie Ludzi Lodu złożyli odpowiedzialność za ród w ręce potomków czarnego anioła.
Na Marco. A teraz także na Imrego.

Marco powiedział jednak, że współpracuje z przodkami rodu. Tengel Dobry wie zatem o wszystkim,
co się dzieje.

Na wspomnienie Marca Andre doznał ukłucia w sercu. Tak bardzo mu go brakowało, lecz Marco nie
chciał już więcej rodziny odwiedzać. Zresztą postarzał się bardzo. Jego miejsce zajął Imre, taki jasny
i łagodny.

Imre jednak tylko raz pokazał się w Lipowej Alei. Tego jasnego poranka, gdy stanął w drzwiach z
nowo narodzoną Christą w ramionach. Później nic o nim nie słyszeli.

Z  drugiej  jednak  strony  trzeba  powiedzieć,  że  życie  płynęło  im  teraz  spokojnie.  Nie  musieli
odwoływać się do pomocy istot nadprzyrodzonych.

background image

Andre znalazł się w ponurej, przygnębiającej dzielnicy nędzy i poczuł, że serce mu się kraje.

Jeśli to tutaj ojciec Petry...

Ale nie było tak źle. Biedę osłaniały małe, stosunkowo dobrze utrzymane domy. Bez trudu odnalazł
właściwy adres.

Kilka razy głęboko wciągnął powietrze i zastukał kołatką.

Słyszał, że na wewnętrznym podwórzu bawią się dzieci. Na dźwięk kołatki ich głosy umilkły.

Po chwili dały się słyszeć pospieszne kroki i brama, nie bez trudu, została otworzona.

Przyglądało  mu  się  z  ciekawością  czworo  czy  pięcioro  malców.  Niezbyt  czystych,  z  niezbyt
dokładnie wytartymi nosami.

- Dzień dobry - powiedział Andre uprzejmie. - Czy mieszka tu ktoś, kto ma na imię Ola lub Ole?

Dzieci wpatrywały się w niego jeszcze bardziej uparcie.

Gdzieś w głębi podwórza skrzypnęły jakieś drzwi i głos kobiecy zawołał:

- Co się stało, dzieci? Kto to przyszedł?

Malcy bez słowa, z ociąganiem wpuścili Andre na dziedziniec. Poszedł ku drzwiom, w których stała
kobieta o potarganych włosach z wiadrem i ścierką w rękach.

Uprzejmie powtórzył swoje pytanie.

13

- Ole? Nie mieszka tu żaden Ole - odparła niechętnie. - Ani żaden Ola.

- I nigdy nikt o tym imieniu nie mieszkał?

Kobieta  ściągnęła  brwi.  Była  strasznie  wychudzona  i  nędzna.  Zdaje  się,  że  sprawą  jej  honoru  było
utrzymanie wokół siebie porządku i tylko to ją interesowało.

- Mieszkał, ale bardzo dawno temu - powiedziała zdecydowanie.

- Musiało to być...

Andre liczył pospiesznie. Kiedy to się mogło wydarzyć? Kiedy ojciec Petry wyrzucił córkę z domu?
W roku 1899 miała siedemnaście, nie, nie, dziewiętnaście lat. Jeśli pierwsze dziecko urodziła kilka
lat  wcześniej?  Och,  mój  Boże,  to  niemożliwe,  siedemnastolatka  nie  mogła  przecież  mieć
kilkuletniego  dziecka,  bo  musiałaby  je  urodzić  w  wieku  czternastu  lat.  Czyli  że  zostałoby  poczęte,
gdy  matka  miała  zaledwie  trzynaście...  Nie,  to  brzmi  zbyt  okropnie,  oczywiście  Petra  miała

background image

dziewiętnaście łat, kiedy spotkały się z Vanją!

Zajęty obliczeniami milczał przez chwilę. W końcu jednak powiedział:

- To musiało być około roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego siódmego.

Kobieta zastanawiała się.

- No tak, to by się mogło zgadzać - przyznała. - Mieszkał tu wtedy Ole Knudsen, ale to było przede
mną.

- Gdzie... on jest teraz?

- Umarł.

O, do diabła, pomyślał Andre. Głośno zaś rzekł:

- A jego rodzina?

- Nic o nikim nie wiem. Ale niech no pan zaczeka!

Przejmującym głosem krzyknęła w głąb domu:

- Mama, czy Ole Knudsen miał jakąś rodzinę?

Z domu dało się słyszeć niewyraźne piszczenie. Kobieta w drzwiach „tłumaczyła”:

- Miał córkę. Ale przydarzyło jej się nieszczęście.

- Tak, wiem - potwierdził Andre. - Dziękuję bardzo. Czy ona była jego jedynym dzieckiem?

14

Kolejne pytanie w głąb mieszkania. Odpowiedź nadeszła natychmiast.

Kobieta w progu odwróciła się w stronę przybysza.

- Matka mówi, że miał jeszcze syna, ale on umarł na zołzę.

Cóż to mogła być za choroba, Andre nie wiedział. Myślał, że to dotyczy jedynie koni.

- Już jako dorosły?

Kolejna wymiana zdań z progu w głąb mieszkania i na powrót.

- Nie, miał nie więcej niż szesnaście lat. Biedny chłopiec.

Andre  nie  odważył  się  już  zapytać,  czy  Ole  Knudsen  miał  jakieś  rodzeństwo.  Jego  informatorka

background image

sprawiała już wrażenie poirytowanej. Zamiast pytać, wyjął więc portfel i podał

jej banknot z podziękowaniem za „nieocenione wiadomości”, jak się wyraził. Teraz mógłby pytać o
więcej, bo kobieta wyglądała na chętniejszą do rozmowy, ale musiał przemyśleć wszystko, czego się
dowiedział, poprosił zatem o pozwolenie przyjścia tu ponownie, gdyby chciał jeszcze o coś zapytać.
Pozwolenie, oczywiście, otrzymał, i to poparte ukłonem rozmówczyni.

Dzieci,  które  otaczały  go  dotychczas  ciasnym  kręgiem,  pomknęły  teraz  na  wyścigi,  żeby  przed  nim
dopaść bramy i otworzyć na oścież. Dał za to każdemu po miedziaku.

Wyrobił sobie chyba bardzo dobrą opinię w tym podwórzu.

Tego dnia nie był już w stanie zrobić nic więcej. Wrócił do hotelu i zabrał się do sporządzania listy
spraw, które powinien załatwić jutro.

Położył się wcześnie. Nadal odczuwał trudy podróży, szumiało mu w głowie, toteż zasnął

natychmiast jak kamień.

Nette  Mikalsrud  otworzyła  drzwi  do  swego  małego  mieszkanka.  Jak  zwykle  ogarnęła  ją  uczucie
zadomowienia  na  widok  staromodnego  wnętrza.  Mieszkała  tu  razem  z  matką  przez  ostatnie
trzydzieści lat. Teraz matka już nie żyła i Nette mieszkała sama.

Właściwie miała na imię Antonette, ale jakoś nigdy nie zdołała tego imienia polubić. Kiedy więc już
we wczesnym dzieciństwie zaczęto do niej mówić Nette, przyjęła to z wdzięcznością.

Była  bardzo  ładnym  i  przez  wszystkich  kochanym  dzieckiem.  Kiedy  jednak  ojciec  zmarł,  matka
dosłownie  uczepiła  się  jedynej  córki  i  zdusiła  swoją  zaborczością  jej  marzenia  o  romantycznym
młodym mężczyźnie wyznającym jej na kolanach miłość.

15

Materialna strona życia po śmierci ojca okazała się dla obu samotnych kobiet prawdziwą katastrofą.
Coś trzeba było robić, więc Nette postarała się o jedyną możliwą posadę, jaką jej zaproponowano w
gminie.  Matka  zareagowała  na  to  histerycznie:  młoda  dziewczyna  z  dobrej  rodziny  nie  pracuje
zawodowo, a już w żadnym razie nie wykonuje tak nędznej pracy.

I co ona, matka, ma robić, gdy Nette będzie całe dnie spędzała poza domem?

Powinnaś  pracować  w  domu,  odparła  córka  roztropnie.  Ktoś  i  tę  pracę  musi  wykonywać.  Ale  to
przecież  zawsze  robiła  Nette!  No,  to  może  mama  znajdzie  sobie  jakąś  pracę  poza  domem  i  będzie
zarabiać  na  życie,  proponowała  córka  chłodno.  Nie,  nie,  cóż  za  pomysł!  Starsza  pani  była
wstrząśnięta.

Z czasem jednak sprawy zaczęły się układać. Nette była bystra i inteligentna, a trzeźwa młoda kobieta
zasługuje  na  poważniejsze  zajęcie  niż  bieganie  na  posyłki  i  parzenie  kawy  dla  magistrackich
urzędników. Otrzymała lepszą posadę, matka była zachwycona ilością pieniędzy, jakie córka zaczęła

background image

przynosić do domu.

Lata mijały. Nette awansowała. Matka zachorowała i umarła.

To właśnie tego dnia Nette uświadomiła sobie, jakie puste jest jej życie.

W zamyśleniu zdjęła ogromny kapelusz ozdobiony sztucznymi owocami. Po raz pierwszy od dawna
uważnie przejrzała się w lustrze.

Naprawdę wyglądała staro z tym lorgnon dyndającym na łańcuszku! Powinna się postarać o okulary
w futerale, które mogłaby nosić w kieszeni, tak byłoby lepiej. I włosy...

Rozpięła je ostrożnie obiema rękami. Delikatnie ujęła swój wysoki kołnierzyk, odsunęła go lekko od
szyi.

Okropne! Okropne było to, co widziała w lustrze, ta podstarzała kobieta tak kompletnie pozbawiona
wdzięku.

Pospiesznie zabrała się do przygotowania jedzenia, a potem powycierała wszystkie kurze w swoim
malutkim mieszkanku.

16

ROZDZIAŁ II

Na  razie  Andre  nie  posunął  się  ani  o  krok,  jeśli  chodzi  o  drzewo  genealogiczne  Petry  Olsdatter.
Postanowił wobec tego porozmawiać z Egilem Holmsenem, ojcem dziecka.

Adres znalazł w magistracie.

Na nieszczęście dla Andre Egil Holmsen ożenił się i gościa przyjęła w domu młoda żona.

Spódnic matki trzymało się kurczowo dwoje małych dzieci, a trzecie było w drodze. To kłopotliwa
sprawa  rozdrapywać  dawną  ranę,  jaką  z  pewnością  była  historia  z  Petrą.  Po  prostu  nie  mógł  tego
zrobić.  Powiedział  zatem,  że  poszukuje  informacji  na  temat  swoich  krewnych  i  dlatego  chciałby
porozmawiać z jej mężem. Czy zastał go w domu?

Kobieta  wyglądała  na  okropnie  ciekawą  i  cokolwiek  przestraszoną,  wyjaśniła,  że  mąż  poszedł  do
pracy w hucie żelaza.

Wciąż tam pracuje, pomyślał Andre. Tak, tak, niezła praca i popłatna, trzeba jej się trzymać rękami i
nogami. Bo jeśli raz się straci, można nowej długo nie znaleźć.

- Czy on jest tam zarządcą? - spytał Andre, bo przecież przez trzynaście lat człowiek powinien chyba
awansować.

Kobieta uśmiechnęła się blado.

background image

- Zarządcą? Nie. Dlaczego miałby być zarządcą? Stoi przy piecu, rzecz jasna; zawsze był

wytapiaczem.

A zatem żadnego postępu w życiu Egila Holmsena. Nie, wtedy gdy Petra oczekiwała dziecka, też nie
wykazał żadnej inicjatywy. Nie zachował się specjalnie po męsku, ograniczył

się  tylko  do  spłodzenia  potomka.  Tego  dokonał,  to  prawda,  ale  potem?  Podporządkował  się  woli
rodziców. Nazwał Petrę ulicznicą...

Andre nie umiał w sobie wykrzesać żadnych cieplejszych uczuć do tego Egila Holmsena.

Uznał, że najlepiej będzie odszukać go w miejscu pracy, młoda żona nie powinna cierpieć z powodu
dawnych grzechów męża; a może braku woli, czy jak to nazwać?

Miał szczęście, bo w hucie trafił akurat na przerwę śniadaniową i mógł z Egilem Holmsenem odejść
na bok. Stał przed nim spocony, umorusany, wymazany smarami ciemnowłosy mężczyzna, który bez
wątpienia  musiał  się  podobać  kobietom;  była  w  nim  jakaś  nonszalancja,  nawet  jakby  trochę
bezczelności. Jakby żadna sprawa na tym świecie nie była warta jego zainteresowania. Że trudno się
wzbogacić  na  pracy  w  odlewni  żelaza, Andre  mógł  się  przekonać  już  w  domu  Holmsena,  ale  coś
jednak można było chyba zrobić, żeby...

Nie, Andre nie ma przecież prawa osądzać innych.

17

Tylko że tego Egila Holmsena zdecydowanie nie lubił. I może dlatego gdy przedstawiał

sprawę, z którą tu przybył, jego głos brzmiał bardziej agresywnie, niżby Andre sobie życzył.

Gdy w najogólniejszych zarysach wyjaśnił, czego rzecz dotyczy, powiedział:

- Wiele wskazuje na to, że dziecko, które urodziła Petra Olsdatter, należało do mojego rodu.

Muszę  stwierdzić,  jak  było  w  istocie,  dlatego  chciałbym  wiedzieć  więcej  o  pochodzeniu  i  pana,  i
Petry.

- A to dlaczego? - zapytał Egil z pozoru obojętnie, ale w jego głosie brzmiało zniecierpliwienie.

- Ze względu na spadek - oświadczył Andre krótko.

W  oczach  Egila  Holmsena  pojawił  się  błysk.  Pierwsza  oznaka  jakiegoś  życia  wewnętrznego,
pomyślał Andre.

- Co to za spadek?

-  Nie  mam  prawa  niczego  wyjaśniać  -  odparł  Andre.  -  Moim  obowiązkiem  jest  odnaleźć

background image

spadkobierców.

Już  dawno  miał  okazję  się  przekonać,  że  możliwość  odziedziczenia  pieniędzy  rozwiązuje  języki
nawet najbardziej milkliwym osobnikom.

Teraz hutnik spoglądał na niego niemal z zainteresowaniem.

- Jak się pan dowie, kto jest, a kto nie jest spadkobiercą?

Andre dobrze pojmował wątpliwości tamtego.

- Dziecko Petry miało pewne fizyczne cechy, takie, jakie zdarzają się tylko w naszym rodzie.

Czy pozwoli pan, że zadam kilka pytań dotyczących pańskiego pochodzenia?

- Tak, tak - zgodził się mężczyzna zdumiewająco skwapliwie.

Z notatnikiem w dłoni Andre przystąpił do zadawania pytań:

- Jak nazywają się pańscy rodzice i gdzie mieszkają?

Odpowiedzi padły nieoczekiwanie szybko, Holmsen nie zamierzał stawiać oporu. Choć nazwiska nic
mu  nie  mówiły,  Andre  zapisał  je  starannie,  adresy  także.  Zresztą  ojciec  już  nie  żył,  została  tylko
matka.

- A wasi dziadkowie? Jak oni się nazywali?

18

Tym razem Holmsen sprawiał wrażenie lekko zirytowanego.

- Cholera, czy mam pamiętać takie rzeczy? Ale zaraz, dziadek nazywał się Gudbrand.

- Wasza matka będzie to wiedziała na pewno?

- Możliwe. Czy my jesteśmy krewnymi, pan i ja?

- Tego nie mogę jeszcze powiedzieć. Żeby wszystko wyjaśnić, muszę cofnąć się daleko w przeszłość.

- Czy spadek jest tego wart?

Andre szczerze sobie nie życzył być krewnym tego całego Holmsena.

- Czy jest wart? W przeciwnym razie nigdy bym się nie zdecydował na tak męczącą podróż.

Wyglądało  na  to,  że  odpowiedź  usatysfakcjonowała  Egila.  Przebiegły  uśmiech  rozjaśnił  jego
usmolone oblicze.

background image

- Dobrze, niech pan spyta moją matkę. Ona z pewnością wie więcej.

-  Dziękuję.  Zaraz  się  do  niej  wybiorę.  A  ma  pan  jakieś  rodzeństwo,  które  może  też  coś  wie  o
rodzinie?

-  Rodzeństwo...  -  zachichotał  Egil.  -  Mam.  Jedenaście  sztuk. Ale  oni  nic  nie  wiedzą.  Trzeba  pytać
matkę!

Jedenaścioro rodzeństwa...? I troje własnych dzieci, a to dopiero początek!

Już  teraz,  w  ten  wczesny  ranek  na  ulicy  w  Trondheim,  pośród  śmieci  i  brudu  fabrycznej  dzielnicy,
Andre miał pewność, że Egil Holmsen nie wchodzi w rachubę. Członkowie Ludzi Lodu nie miewali
po dwanaścioro dzieci. Obiecał jednak wysłuchać, co może mieć do powiedzenia matka Egila.

- Czy Petra wspominała coś o swojej rodzinie? O rodzicach czy innych krewnych?

Egil gapił się na niego niechętnie. Najwyraźniej nie życzył sobie żadnej konkurencji do spadku.

- Nie, Petra o niczym nie mówiła. Zresztą my ze sobą prawie nie rozmawialiśmy.

No  tak,  Andre  mógł  się  tego  spodziewać.  Może  Petra  chciała  rozmawiać,  nigdy  się  już  tego  nie
dowiemy. Ale taki typ jak ten Holmsen nie traci czasu na głupstwa.

19

Andre  był  człowiekiem  dobrze  wychowanym.  Teraz  jednak  miał  ochotę  wymierzyć  siarczysty
policzek stojącemu przed nim drabowi.

Cóż, kiedy takich rzeczy się nie robi...

Z  ulgą  ruszył  w  kierunku  centrum  miasta.  Odpychający  Egil  Holmsen  został  wyeliminowany  jako
krewny Ludzi Lodu. Pozostała tylko sama Petra.

Kto mógłby wiedzieć o niej coś więcej?

Miał wrażenie, że kiedy próbuje odnaleźć kolejny wątek, jakąś nić, która pozwoliłaby mu rozwiązać
zagadkę, chwyta w dłonie jedynie powietrze.

Kto znał Petrę?

Pierwszy kochanek?

Mało prawdopodobne, by ten człowiek miał mu coś do powiedzenia.

Zatopiony w niewesołych myślach Andre wszedł do biura, które odwiedził już poprzedniego dnia.

Dama za barierką poznała go natychmiast.

background image

- No i jak idą sprawy? - zapytała.

- Kręcę się w miejscu - przyznał Andre i opowiedział, co robił i do jakich wniosków doszedł.

- W takim razie nie widzę innego wyjścia jak zbadanie ksiąg parafialnych - oświadczyła urzędniczka.

Andre skinął głową.

- Tak, ja też o tym myślałem.

- Biuro parafialne jest dzisiaj zamknięte. Otworzą dopiero jutro po jedenastej. Ale ja przejrzałam to i
owo w archiwach magistrackich. Mam nadzieję, że nie weźmie mi pan tego za złe?

- Skąd? Oczywiście, że nie. Dziękuję.

Przyjrzał  się  uważniej  swojej  rozmówczyni.  Wprost  nie  rozpoznawał  w  niej  tej  kobiety,  którą
widział  poprzedniego  dnia.  Coś  się  w  niej  odmieniło.  Może  włosy? Albo  suknia? A  poza  tym  nie
miała lorgnon.

- Znalazła pani coś ciekawego? - zapytał.

20

- Owszem, rozmawiałam z kimś, kto znał Olę Knudsena.

- Ojca Petry? Wspaniale!

- Jest w tej rodzinie wiele osób, które chyba mogłyby panu dostarczyć informacji o Petrze.

W głowie Andre zadźwięczał ostrzegawczy dzwonek. Wiele osób, to nie brzmi dobrze.

- To krewni ze strony ojca czy matki Petry?

-  Ze  strony  ojca.  Rodzeństwo  Oli  Knudsena  nie  żyje,  tak  powiedział  mój  rozmówca. Ale  żyją  ich
liczne dzieci, to znaczy kuzynowie i kuzynki Petry.

Andre wciągnął głęboko powietrze.

- W takim razie należy od razu wyeliminować Olę Knudsena. On nie może być moim krewnym.

Zdumiona urzędniczka uniosła brwi.

Wytłumaczył jej zakłopotany:

- W naszej rodzinie przychodzi na świat niewiele dzieci. Przeważnie małżeństwo ma jedno dziecko,
czasami zdarzy się dwoje. Tylko jeden jedyny raz przyszła na świat trójka i to była już prawdziwa
orgia.

background image

- Zupełnie wyjątkowa cecha rodzinna!

- Ja też tak uważam. Ale tak właśnie jest i nic nie można na to poradzić.

- A zatem uważa pan, panie Brink, że jeśli Petra jest pańską krewną, to jest nią w linii matki?

- Zdecydowanie tak!

Urzędniczka zastanawiała się przez moment.

-  Musimy  wobec  tego  dowiedzieć  się  nazwiska  żony  tego  Knudsena.  Powinno  się  znajdować  w
księgach parafialnych. Tylko że jakieś piętnaście lat temu mieliśmy tu pożar, spłonął dom parafialny,
w  którym  mieściły  się  archiwa.  Część  dokumentów  uległa  zniszczeniu.  Nie  wiem,  czy  były  tam  też
księgi parafialne. Poza tym to chyba nikt nie wie nic o żonie Knudsena, bo ona zmarła wcześnie, a na
dodatek nie pochodziła stąd.

- To bardzo uprzejme z pani strony, że poświęca pani tyle czasu i uwagi moim sprawom.

Jestem szczerze wdzięczny.

21

- O, doprawdy, to drobiazg. I mogę panu towarzyszyć do biura parafii. Wyjdziemy tylnymi drzwiami,
bo wciąż ktoś tu przychodzi, także po godzinach urzędowania.

Andre poszedł za nią krętymi korytarzami starego magistrackiego budynku.

-  Poza  tym  przyjrzałam  się  jeszcze  innym  sprawom  -  mówiła  po  drodze  pełna  życzliwości
urzędniczka. - Wiem, kto był ojcem pierwszego dziecka Petry. Ale pana to pewnie nie interesuje

- On sam właściwie nie. Tylko że on może wiedzieć o Petrze coś, co by mi ułatwiło poszukiwania.
Pani jest aniołem, panno... Och, a ja nie znam nawet pani nazwiska!

- Mikalsrud. Nazywam się Nette Mikalsrud.

Przystanęła na pustym korytarzu i szepnęła konfidencjonalnie:

- To jest Theodor Brandstedt, znany polityk. Kieruje miejską oświatą i ma ambicje ubiegania się o
fotel burmistrza. Co najmniej burmistrza! Znam go bardzo dobrze i szczerze powiem, że byłam tym
odkryciem dość... zaskoczona.

- Zaszokowana?

Wahała się przez chwilę.

- Owszem. Muszę powiedzieć, że tak.

background image

- A ów informator, tak dobrze we wszystkim zorientowany... Kim on jest?

- To mój przełożony. Bardzo porządny człowiek. Tylko żonę ma straszną plotkarę. Dlatego wie tak
dużo.

Szli rozmawiając i wkrótce znaleźli się w kancelarii parafialnej, gdzie młody pracownik wysłuchał
ich prośby.

Było  jednak  tak,  jak Andre  się  obawiał.  Powiedzenie  o  złośliwości  rzeczy  martwych  potwierdziło
się i tutaj. Te właśnie księgi parafialne, o które mu chodziło, spłonęły. Zostały tylko sztywne okładki
i po parę nadpalonych dokumentów.

Znaleźli się znowu w punkcie wyjścia. Przygnębiony Andre podziękował i wyszli.

Dziwna kobieta, myślał z uśmiechem o swojej towarzyszce. Taka chętna do pomocy, na pierwszy rzut
oka  bym  jej  o  to  nie  podejrzewał.  Winien  jej  jestem  wdzięczność.  Powinienem  jej  coś  ofiarować.
Może bombonierkę? Albo kwiaty? Pieniędzy by z pewnością nie przyjęła, zresztą i nie bardzo mnie
na nie stać. Podróż jest kosztowniejsza, niż przypuszczałem.

22

W hotelu czekał na niego gruby list. Przesyłka z domu. Jeszcze przed wyjazdem uzgodnili, w którym
hotelu się zatrzyma, żeby w razie czego łatwo było nawiązać kontakt.

W kopercie znajdował się rękopis, gęsto zapisane kartki, nie całkiem nowe, co było widać z daleka. I
niewielka paczuszka. A przy niej list od jego matki, Benedikte.

Kochany  Synu!  Zaraz  po  Twoim  wyjeździe  szukałam  czegoś  pośród  starych  skarbów  Ludzi  Lodu  i
znalazłam coś, o czego istnieniu nie miałam pojęcia. Papiery znajdowały się razem z rzeczami Vanji,
myślę więc, że należały właśnie do niej.

Przeczytałam uważnie cały rękopis. Bardzo interesujące, uważam, że powinieneś się z tym zapoznać.
Może  w  tych  zapiskach  znajdziesz  jakieś  wskazówki?  Popatrz  uważnie  na  drugą  stronę,  znajdziesz
tam notatki Vanji.

Andre spojrzał tam naturalnie natychmiast. Vanja zanotowała swoim ładnym charakterem: Te rzeczy
zostały  znalezione  w  nędznym  pokoiku  Petry  Olsdatter.  Ponieważ  kuzynowie  i  kuzyni  zmarłej
zaciekle  walczyli  o  wszystko,  co  po  niej  zostało,  zabrałam  papiery,  zanim  ktokolwiek  je  zobaczył.
Składam  je  razem  ze  skarbem  Ludzi  Lodu,  znalazłam  w  nich  bowiem  zdumiewające  powiązania  z
naszą rodziną. Vanja Lind z Ludzi Lodu, 6 czerwca 1900 roku.

Fantastyczne,  myślał Andre  uszczęśliwiony.  Nareszcie  coś  konkretnego,  coś,  co  należało  do  Petry.
Może to będzie właściwy trop?

Ostrożnie otworzył małą paczuszkę.

Wypadł z niej medalion.

background image

Ten sam, którego tak poszukiwano.

Rzeczywiście, klejnocik wyglądał na kosztowny. W każdym razie wystarczająco kosztowny, by ktoś,
kto niczego nie posiadał, gotów był o niego walczyć.

Ostrożnie, bardzo ostrożnie Andre próbował otworzyć spore serduszko ze złota. Musiało jednak być
od  dawna  nie  otwierane,  stary  zamek  nie  puszczał. Andre  pociągnął  mocniej.  Na  próżno.  W  końcu
musiał podważyć kopertę medalionu czubkiem noża.

Włosy. Śliczny blond lok. Dziecinne włoski.

Na odwrocie wieczka zostały wygrawerowane jakieś litery. Andre podniósł medalion do światła, by
lepiej widzieć.

Półgłosem odczytywał inskrypcję:

„Petra Eriksd. Nordlade Iezg”. Literki były małe, ozdobne.

23

Petra? 1829? To nie ta sama Petra, oczywiście, że nie. Ta urodziła się w roku 1980. To powszechny
zwyczaj, że dziewczynkom nadaje się imię babki.

Ten,  do  kogo  należał  lok,  musiał  być  w  roku  1829  bardzo  małym  dzieckiem.  I  pochodził  z  dobrej
rodziny, bo przecież nie każdy mógł posiadać taki medalion. Zatem właścicielką musiała być babka
Petry ze strony matki, bo wszystko wskazuje na to, że to ona pochodziła z dobrej rodziny. Zaś ojciec
tej babki, jak widać, miał na imię Erik. Erik Nordlade.

Nareszcie  jakiś  ślad  i  to,  zdaje  się,  wyjątkowo  dobry.  Powinien  powiadomić  o  tym  swoją
dobrowolną pomocnicę.

Ale  że  też  Vanja  nie  poinformowała  rodziny  w  Lipowej  Alei  o  tych  rzeczach!  Zapomniała,
oczywiście.  Vanja  zawsze  miała  tyle  spraw  na  głowie.  Teraz  wiadomo,  że  to  ów  demon  zajmował
wszystkie jej myśli.

Znowu  przypomniał  sobie  panią  z  magistratu.  Rzeczywiście,  niezwykła  kobieta.  Sprawia  wrażenie
surowej i nieprzystępnej, a w gruncie rzeczy jest niezwykle dobrym i uczynnym człowiekiem. Bardzo
się cieszył, że ma w niej sojusznika. Potrzebował kogoś takiego w tym obcym mieście.

To  głupie  i  żenujące,  że  nie  zapytał  wcześniej,  jak  się  nazywa,  dopiero  teraz...  Nette  Mikalsrud...
Powinien przedyskutować z nią wiele spraw. Może nawet jeszcze tego wieczora.

Tylko czy mógł naruszać spokój jej prywatnego życia?

A zresztą on też nie miał czasu. Kiedy upora się ze sprawami, które miał dzisiaj załatwić, powinien
przeczytać  ów  rękopis,  który  należał  do  Petry.  Nie  sądził,  że  akurat  ta  historia  może  mieć  jakieś
specjalne  znaczenie,  ale  interesowało  go  wszystko,  co  w  jakiś  sposób  dotyczyło  nieszczęsnej

background image

dziewczyny. Tak niewiele znalazł faktów, na których mógł się oprzeć.

Przede wszystkim jednak chciał odwiedzić osławiony przytułek.

Nette Mikalsrud siedziała w swoim biurze pogrążona w myślach. Na szczęście nie pojawił

się  tego  dnia  żaden  interesant  z  prośbą  o  pomoc,  mogła  więc  rozmyślać  przez  nikogo  nie
niepokojona.

Przygotowała  sobie  nawet  pióro  i  papier.  Policzki  jej  płonęły  z  chęci  pomagania  młodemu
przybyszowi  z  południa,  układała  w  myślach  zdania  listu.  W  końcu  zabrała  się  do  pisania:  Wielce
Szanowny Panie Brandstedt.

Prowadzę  na  ramach  moich  zajęć  służbowych  ważną  pracę  nad  wyjaśnieniem  pochodzenia  Petry
Olsdatter i w związku z tym zwracam się do Pana z prośbą o łaskawą pomoc.

24

Sprawa rozpatrywana jest, rzecz jasna, z jak najdalej posuniętą dyskrecją, zajmuję się nią wyłącznie
ja. Mój klient nie zna żadnych szczegółów.

Interesowałoby  mnie  wszystko,  co  Petra  Olsdatter  mogła  Szanownemu  Panu  powiedzieć  o  swoim
pochodzeniu. Sprawa dotyczy mianowicie spadku. Nie jest wykluczone, że Petra należała do bardzo
zamożnej rodziny i jej córka mogłaby odziedziczyć pewną sumę, której na razie nie wymienię.

Korzystam  z  drogi  korespondencyjnej,  nie  chciałabym  bowiem  niepokoić  Pana  ani  w  domu,  ani  z
biurze. Dyskrecja jest sprawą honoru.

W nadziei na szybką odpowiedź kreślę się z najwyższym szacunkiem.

Antonette Mikalsrud.

No! Wygląda to nieźle.

Po  chwili  wahania  pani  Nette  napisała  taki  sam  list  do  ojca  drugiego  dziecka  Petry.  Do  Egila
Holmsena.  Wyobrażała  sobie,  że  temu  człowiekowi  łatwiej  będzie  się  wypowiedzieć  w  liście,  niż
rozmawiać twarzą w twarz z Andre Brinkiem z Ludzi Lodu.

Zaadresowała  koperty  i  poszła  na  pocztę.  Tam  zadbała,  by  oba  listy  zostały  doręczone  następnego
dnia.

Nareszcie  się  na  coś  przydam,  pomyślała  z  uśmiechem.  Mój  klient  z  pewnością  będzie  ze  mnie
zadowolony.

„Mój klient”. To bardzo dobre określenie. Posłużyła się nim w obu listach.

Dom  dziecka  nie  wyglądał  specjalnie  zachęcająco.  Dziecięce  głosy  huczały  w  wielkich  salach  o

background image

nagich  ścianach.  Na  spotkanie  Andre  wyszła  jakaś  surowa,  starsza,  siwa  pani,  w  sztywnym,
nakrochmalonym  fartuchu.  Najwyraźniej  nie  zamierzała  wprowadzać  go  dalej,  mieli  rozmawiać  w
przedpokoju.  Stał  więc  na  okropnie  zniszczonym  progu  i  palcem  wskazującym  wodził  po  głębokim
nacięciu  na  futrynie  drzwi.  Nacięcia  robiły  dzieci,  których  niezliczone  gromady  przeszły  przez  ten
dom. Samotne, osierocone dzieci, poddane surowej dyscyplinie, którą dorośli cenią tak wysoko.

Pod badawczym wzrokiem przełożonej Andre sam poczuł się jak takie samotne dziecko.

- Córka Petry Olsdatter? Tak, wiem, kto to był. Niech jej Bóg odpuści.

- Co pani mówi? Czy ona umarła?

Przełożona patrzyła mu uporczywie w oczy.

- Umarła? Nie, skąd, ona żyje! Można nawet powiedzieć: używa życia, ta mała bestia.

25

Andre słuchał zaszokowany.

- Ale to przecież jeszcze dziecko! Gdzie ona się teraz podziewa?

-  Mali  nie  jest  już  dzieckiem.  Ma  osiemnaście  lat.  Znajdzie  ją  pan  na  ulicy.  My  umywamy  ręce.
Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by wychować ją na uczciwą, bogobojną kobietę, ale na nią
nic nie miało wpływu.

Zbyt wiele informacji spadło naraz na głowę Andrego.

-  Chwileczkę,  może  gdyby  pani  zechciała  opowiedzieć  mi  po  kolei.  Mówi  pani,  że  ona  ma
osiemnaście lat. Ale to chyba nie może być prawda. Ona...

- Petra Olsdatter miała czternaście lat, gdy urodziła Mali.

Andre oniemiał. Czternaście lat? Biedne, nieszczęsne dziecko!

Straszny gniew na ojca dziecka, Theodora Brandstedta, narastał w nim niczym sycząca wulkaniczna
lawa. I na Olę Knudsena, który miał sumienie wyrzucić swoją czternastoletnią córkę z domu.

Najgorsze ze wszystkiego było jednak to, iż - jak wszystko na to wskazuje - córkę Petry spotkał ten
sam los. Na ulicy? O, dobry Boże!

Ale wiek się zgadzał. Mali ma osiemnaście lat, to prawda.

Opanował się.

- Czy mógłbym otrzymać możliwie jak najwięcej informacji na temat tej dziewczyny? O jej dalszych
krewnych. Właśnie jej rodzina interesuje mnie najbardziej. Czy zostały tu po niej jakieś papiery?

background image

Przełożona zaczęła przekładać dokumenty przechowywane w starej szkatułce z ciemnego drewna.

- Przejrzę, co tu jest.

Po  chwili  znalazła  to,  czego  szukała.  Podała  Andremu,  żeby  sobie  sam  przeczytał.  Nie  było  tego
wiele.

„Mali, córka Petry Olsdatter. Ojciec nieznany. Urodzona i lutego 1894 roku. W chwili przyjęcia do
ochronki  dziecko  miało  na  sobie  koszulkę,  kaftanik  i  pieluchę.  Było  zawinięte  w  wełniany  kocyk.
Niczego  więcej  nie  posiadało.  Trzeba  je  było  odebrać  siłą  matce,  która  mieszkała  w  szopie  na
drzewo. Mali była zdrowa, żadnych zakaźnych chorób nie stwierdzono”.

26

To wszystko.

Nawet nazwiska brakło.

Andre westchnął i podziękował za pomoc. Chciał dowiedzieć się czegoś więcej o życiu Mali w tym
domu, chciał zapytać, czy nie wydarzyło się nic szczególnego, czy nie chorowała i temu podobne, ale
ktoś wołał przełożoną i wizyta musiała się zakończyć.

Na ulicy! Trzeba było odebrać dziecko siłą. Biedna mała Petra!

Choć  Mali  z  pewnością  niewiele  będzie  mu  mogła  pomóc,  chciał  ją  zobaczyć,  porozmawiać  z  nią.
Jeśli Petra pochodziła z Ludzi Lodu, to Mali również. W takim razie Andre miał

obowiązek się nią zająć.

Ogarnął go jednak niepokój. Nie będzie mu łatwo z tą prawdopodobnie dość dziką dziewczyną.

Trudno, Mali musi poczekać. On sam powinien teraz zjeść obiad, a potem musi przeczytać tę historię,
która tak zainteresowała i Vanję, i Benedikte.

Właściwie powinien też odwiedzić Theodora Brandstedta, ale na razie nie był w stanie tego zrobić.

W  hotelowej  recepcji  czekała  na  niego  karteczka.  Od  Nette  Mikalsrud.  Karteczka  zawierała  krótką
informację: „Matka Petry miała na imię Gerd. Pozdrowienia. Nette Mikalsrud”.

Dzięki, moja zdolna pomocnico, pomyślał. Kawałek po kawałku rozwiążemy wspólnie ten rebus.

Po obiedzie Andre poszedł do swego pokoju. Zdjął buty i w ubraniu ułożył się wygodnie na łóżku.
Oparł się na poduszkach i wziął notatki. Był to gruby plik zapisanych ręcznie arkusików powiązanych
niezdarnie  jasnoniebieską  jedwabną  wstążką.  Zarówno  wstążka,  jak  i  papier  wyglądały  na  bardzo
stare.

Nie  było  tytułu,  natomiast  na  pierwszej  stronie  znajdowała  się  informacja  wypisana  tym  samym

background image

starannym pismem, co cały manuskrypt.

„Niniejsze zostało spisane przez Gerd Svensdatter anno 1875, pod dyktando matki, Petry Eriksdatter
Nordlade”.

Gerd... matka Petry młodszej. Ta, która miała po-chodzie z dobrej, kulturalnej rodziny.

Owszem, charakter pisma mógł na to wskazywać.

I Petra Eriksdatter Nordlade. Babka. To ona była właścicielką medalionu.

27

Linia rodu zaczynała się zarysowywać. Ale czy o tę właśnie rodzinę chodzi? I czy ta linia prowadzi
do Christera Gripa?

Trudno to jeszcze ocenić.

Andre  zaczął  czytać  i  szybko  zorientował  się,  że  autorka  była  osobą  wykształconą,  a  poza  tym
posiadała pewien talent poetycki.

Ale dlaczego, na Boga, wyszła za mąż za takiego prostaka jak Ole Knudsen?

Musiał  być  w  młodości  przystojnym,  czarującym  i  sympatycznym  młodzieńcem.  Co Andre  mógł  na
ten  temat  wiedzieć?  Później  wyrzucił  z  domu  czternastoletnią  córkę,  bo  przydarzyło  jej  się
nieszczęście, i tego Andre nigdy mu nie wybaczy.

Jak najszybciej spojrzał na adnotację Vanji po drugiej stronie: „Składam je razem ze skarbami Ludzi
Lodu, znalazłam w nich bowiem zdumiewające powiązania z naszą rodziną.

Vanja Lind z Ludzi Lodu, 6 czerwca 1900 roku”.

On jednak dotychczas nie znalazł niczego, co by łączyło medalion i manuskrypt z Ludźmi Lodu.

Ale przecież nie zaczął jeszcze czytać.

Nie tracąc czasu, zabrał się do dzieła.

28

ROZDZIAŁ III

„Tam,  gdzie  dolina  porasta  lasem,  a  łąki  się  kończą,  główny  szlak  drogi  zamazuje  się  i  w  końcu
schodzi  na  manowce.  Jeśli  mimo  to  chcesz  tym  szlakiem  podążać  dalej,  duch  twój  traci  wszelkie
oparcie w rzeczywistości, oddala się od jasnego dnia, od światła, od człowieczego bytu.

Droga,  którą,  jak  ci  się  zdawało,  szedłeś,  zanika,  rozpada  się  na  wiele  wątłych  ścieżek,  gdzie

background image

słoneczne światło igra z cieniem i wabi wędrowca, lecz biada ci, jeśli którejś z tych dróżek zaufasz.
Łatwo zawieść cię może ku mokradłom i oparzeliskom, co ugną się pod twoją stopą i pochłoną cię
na wieki wieków. Może niektóre z nich wiodą ku skalnym urwiskom, czekającym na zbłąkanie dzieci,
które samotnie gnają bydło na pastwiska lub wyszły o brzasku nazbierać mchu i chrustu? Być może. A
być  może  też  jedna  z  tych  błędnych  dróżek  doprowadzi  cię  do  najciemniejszej  głuszy,  do  samego
jądra  boru,  do  tego  miejsca,  które  wspominane  bywa  jedynie  szeptem,  przy  płonącym  na  kominku
ogniu w jesienne wieczory.

Wszyscy mieszkańcy zagród w dolinach znali tę opowieść. Każdy mógłby długo mówić o sprawach,
które kiedyś wydarzyły się gdzieś za dziesiątą górą. Dużo czasu upłynęło od tamtych wydarzeń, ale
wciąż  trwały  w  ludzkiej  pamięci,  w  każdej  wiosce,  we  wszystkich  chatach,  niesamowite,  budzące
grozę a zarazem pociągające, powtarzane o szarej godzinie: opowieści o dziewicach z Vargaby.

Nikt dokładnie nie wie, gdzie to Vargaby leżało. A ci, którzy kiedyś znali legendę, pomarli i odeszli
w zapomnienie.

Aż  kiedyś  -  zdaje  mi  się,  że  to  było  wtedy,  gdy  w  Szwecji  panował  trzeci  lub  czwarty  król  z  rodu
Wazów - zdarzyło się, że trzej jeźdźcy przybyli do lesistej doliny rzeki Alv. Byli zmęczeni, wszyscy
trzej, siąpił zimny deszcz i wędrowcy z niepokojem myśleli o nadchodzącej nocy.

-  Trzeba  się  rozejrzeć  za  jakąś  zagrodą  -  powiedział  jeden  z  nich,  wysoki  mężczyzna  o  władczym
spojrzeniu.  Nazwisko  nosił  wojownicze,  Diderik  Swerd  [Sverd,  w  jęz.  szwedzkim  znaczy:  miecz
(przyp.  tłum.).],  a  jego  powołaniem  były  kobiety  i  wojaczka,  i  może  czasami  puchar  wina  na
wzmocnienie w jakiejś gospodzie.

Drugi  był  nieduży  i  chudy,  lecz  jego  faryzeuszowskie  oczy  płonęły  świętym  ogniem,  zdolne
wypatrzyć najmniejszy grzech w duszy bliźniego. Właśnie został wyświęcony na księdza i ożywiała
go  chęć  służenia  jedynie  swemu  powołaniu.  Człowiek  niedużego  wzrostu  i  z  trudem  nawiązujący
kontakty z bliźnimi zazwyczaj wybiera sobie zawód, który daje władzę.

Jak  brzmiało  jego  prawdziwe  nazwisko,  nikt  nie  wiedział.  On  sam  prezentował  siebie  imieniem
Natan. I jako ten biblijny Natan starał się napominać oraz pouczać, bezustannie rozprawiał o spalonej
słońcem Gehennie, czekającej na grzeszników.

29

Skinął  tylko  nieznacznie  głową  na  propozycję  swojego  towarzysza,  bo  czyż  nie  jest  wolą  Pana,  by
kapłani  znajdowali  jak  najlepsze  warunki? A  tego  dnia  pogoda  była  raczej  dla  psów  niż  dla  sług
bożych.

Wymienionym dwóm podróżnym towarzyszył trzeci. Młodzieniec tak dokładnie ukryty pod peleryną i
szerokim  rondem  kapelusza,  że  widać  było  jedynie  pałające  oczy.  Imię,  którym  się  przedstawił,
brzmiało Havgrim. I niczego więcej się o nim nie dowiedzieli.

Najbliższa  zagroda  okazała  się  zamożna,  wabiła  podróżnych  nadzieją  na  posiłek  i  sen  oraz
możliwością  wysuszenia  pod  dachem  przemoczonej  odzieży.  Wjechali  na  dziedziniec  i  zostali

background image

przyjęci  życzliwie,  konie  znalazły  miejsce  w  stajni,  mężczyzn  natomiast  zaproszono  do  ciepłej,
zasobnej izby.

- Pokój temu domowi - pozdrowił Natan.

- Bóg zapłać - mruknął gospodarz, a jego żona skłoniła się w milczeniu. - Co was wygnało na drogę,
panowie, w taki deszczowy wieczór? - zapytał gospodarz.

Pierwszy odpowiedział kapłan:

- Zostałem powołany, by służyć Panu na pogańskich pustkowiach Harjedalen. Moja droga wiedzie do
Sveg.

- Ja zaś podróżuję do Trondheim jako posłaniec królewski - oświadczył Diderik Swerd. -

Niepokorni  Norwegowie  burzą  się,  słyszeć  nie  chcą  o  duńskiej  władzy  i  oświadczają,  że  mogą
rządzić  się  sami.  Król  Gustaw  prosił  mnie,  bym  się  zorientował,  jakie  nastroje  panują  wśród
chłopów  w  Trandelag,  skoro  i  tak  wybierałem  się  w  te  strony.  Pan  Natan  i  ja  spotkaliśmy  się  w
Mora, a ponieważ było nam po drodze, przystaliśmy do kompanii”.

Andre przestał czytać i zastanawiał się. Cóż to za dziwny rękopis. Co w nim jest starą opowieścią, a
co  zostało  stworzone  przez  Gerd,  matkę  Petry?  Od  początku  całość  opowiadana  jest  z  wyraźnym
talentem literackim, nagle jednak narracja się załamuje, jakby autorka nie była już w stanie utrzymać
odpowiedniego rytmu. Uderzyło go też, że na początku napisała: „A ci, którzy kiedyś znali legendę,
pomarli i odeszli w zapomnienie”. Skąd więc ona sama znała opowieść? Stworzyła ją od nowa, czy
też było tak, jak napisała, że saga jest swego rodzaju ustnym dziedzictwem po matce?

Andre, rzecz jasna, pilnie śledził, czy nie znajdzie czegoś, o czym wspomniały i Vanja, i Benedikte,
czegoś, co mogłoby mieć związek z Ludźmi Lodu. Na razie jednak niczego takiego nie było oprócz
nazwy „Trondheim”. Czy Diderik Swerd mógł mieć coś wspólnego z rodziną Petry, skoro jechał do
Trondelag?

Zobaczymy, trzeba czytać dalej.

„Gospodarz skierował pytający wzrok na trzeciego przybysza.

30

-  Ach,  ten  tutaj  -  rzekł  Diderik  z  lekceważeniem.  -  Jego  znalazłem  po  drodze.  Pozbawiony  pana
pachołek,  który  był  na  wojnie  w  Europie  jako  żołnierz  zaciężny.  Teraz  mnie  ochrania,  bo  nie  jest
bezpiecznie podróżować samotnie po bezdrożach.

Chłop raz jeszcze przyjrzał im się uważnie i rzekł swoim trudno zrozumiałym dialektem:

- Moi panowie, skoro, jak słyszę, wybieracie się do Trondheim i do Sveg, to zawróćcie do Moraj,
stamtąd kierujcie się na północ! Zabrnęliście na prawdziwe bezdroża, tu czekają was tylko odludzia i
okrężne szlaki albo bagna i knieje.

background image

- Wiemy, że najlepsza jest droga północna - przyznał Diderik. - Ale ja świadomie chciałem jechać
przez  tę  dolinę.  Moi  przodkowie  pochodzili  z Alvdalen  i  już  od  dwóch  dni  rozpytuję  wszędzie  o
kolebkę rodu, choć jak dotychczas bez rezultatu.

-  Ja  zaś  pragnę  wykorzystać  czas  podróży,  by  głosić  słowo  Boże  zbłąkanym  duszyczkom  na
pustkowiach - dodał ksiądz Natan. - Ale przemawiałem do głuchych uszu w ostatnich dniach.

Ludzie nie chcą słuchać o karze boskiej za grzechy i nie myślą o nawróceniu. Nie chcą też słuchać o
mękach piekielnych, bo, jak powiadają, życie na ziemi jest wystarczającą męką.

-  Dlaczego  zatem  nie  mówić  im  o  Bożej  dobroci  i  o  tym,  że  Pan  wynagrodzi  wszystkich,  którzy  za
nim pójdą? - zapytał chłop.

- Oni na to nie zasługują - uciął kapłan. - Dopiero kiedy padną na twarze i będą się wić ze strachu
przed straszną karą boską, kiedy będą błagać o odpuszczenie grzechów, dopiero wtedy będę mógł im
mówić o raju.

Gospodarz  nie  powiedział  nic  więcej,  lecz  jego  poruszające  się  nerwowo  nozdrza  świadczyły
wymownie  o  tym,  co  myśli.  Znowu  spojrzał  pospiesznie  na  trzeciego  z  przybyłych,  który  usiadł  w
mroku, daleko od pieca. Nie był to człowiek stary, raczej zbyt młody, by mieć już za sobą wojaczkę
na  krwawych  polach  bitewnych  Europy.  Z  jego  twarzy  trudno  było  wyczytać  cokolwiek.  Młody,
postawny człowiek o rzęsach tak gęstych i ciemnych, że w ich oprawie jego piwne oczy zdawały się
niemal jasne.

Diderik Swerd miał jaśniejszą karnację, włosy popielatoblond i zmysłowe wargi; sprawiał

wrażenie  jakieś  dziesięć  lat  starszego  od  swego  pomocnika.  Ubrany  był  jak  przystoi  człowiekowi
króla, nosił wysokie buty, koronkowy kołnierz i mankiety, krótka kurtka uszyta była z aksamitu”.

Andre ponownie odłożył manuskrypt. Jakim sposobem autorka mogła wiedzieć to wszystko?

Nawet szczegóły dotyczące wyglądu! Nie, wiele opisów to po prostu wytwór jej wyobraźni. O

takich  sprawach  legendy  na  ogół  nie  mówią.  Teraz  jednak  nikt  nie  byłby  w  stanie  stwierdzić,  co
pochodzi z legendy, a co stworzyła autorka.

Nabierał coraz większego przekonania, że autorka rękopisu sama bardzo lubiła opowiadać.

A wśród Ludzi Lodu wielu było obdarzonych talentem literackim. Czy to znak, że miała ona w sobie
krew Ludzi Lodu?

31

Była to bardzo niepewna i słabo uargumentowana hipoteza, lecz Andre rozważał ją z przyjemnością.
I nabierał coraz większej ochoty, by czytać dalej.

„- A jak macie zamiar dotrzeć do Sveg z doliny Osterdalelven? - zapytał chłop.

background image

- Drogą. Prosto stąd.

- Nie, nie - zaprotestował gospodarz potrząsając głową, jakby chciał ich ostrzec. - Nie wolno panom
jechać tą drogą. To narażanie życia. Naprawdę powinniście zawrócić do Mora, póki jeszcze nie jest
za  późno,  i  przestać  myśleć  o  lasach  rozciągających  się  pomiędzy  naszą  doliną  a  Harjedalen!  Nikt
żywy stamtąd nie wyjdzie.

- Babskie gadanie! My mielibyśmy się bać? Dwóch wojskowych i kapłan? Myślicie, że lękamy się
wilków? Albo niedźwiedzi?

Milcząca dotąd gospodyni spojrzała nań surowo.

- Są tam inne sprawy, których należy się lękać, panie.

- Rozbójnicy?

- Nie ma żadnych rozbójników.

-  No,  to  gdybyście  mieli  ochotę  straszyć  nas  jakimiś  wodnicami  albo  pokutującymi  duszami,  czy
czymś takim, to możecie dać sobie spokój. Nie jesteśmy przesądni. A w razie czego mamy ze sobą
kapłana.

W ten sposób czcigodny Diderik Swerd zdradził się, że myśl o upiorach w zasnutej mgłą krainie na
granicy bagien i rzeczywistości nie była mu tak całkiem obca.

- Kapłan może być potrzebny - powiedziała gospodyni. - Ale panien wodnych możecie się nie bać,
nie będą się wam naprzykrzać.

-  W  porządku.  Czego  tedy  powinniśmy  się  wystrzegać?  Chcielibyśmy  wiedzieć,  żeby  nie  domyślać
się Bóg wie czego.

- Możecie panowie zabłądzić, zejść na manowce - oświadczył krótko gospodarz.

- To nas nie przeraża. Nie jesteśmy wszak dziećmi.

Chłop nie pozwolił sobie przerwać. Mówił dalej tym swoim dialektem Alvsdal, choć starał się, by
jego mowa brzmiała jak najbardziej zrozumiale dla obcych.

- To są okolice, gdzie rządzą czary. My sami niechętnie zapuszczamy się w tutejsze lasy. Bo chociaż
człowiek  myśli,  że  dobrze  zna  wszystkie  ścieżki,  to  i  tak  jakaś  niewidoczna  siła  potrafi  zepchnąć
wędrowca na szlak, którym nikt nie powinien chodzić.

32

- Będziemy się kierować podług słońca i obserwować drzewa.

- W głębi lasu nie dostrzeżecie słońca. Wiatr też tam nie dociera, a na pniach drzew nie ma żadnych

background image

znaków.

Gospodyni wstała i teraz, gdy zwracała się do swego męża, już nie dbała o to, by obcy ją rozumieli,
mówiła  swoim  dialektem,  jednym  z  najtrudniejszych  w  Szwecji.  Powiedziała  mu  mianowicie,  że
znowu zaczęło padać i że ona musi pójść do obory obrządzić bydło. Goście jednak nie pojęli z tego
ani słowa.

Chłop skinął głową i kobieta wyszła.

Rozmowa  urwała  się  na  chwilę.  Diderik  Swerd  przeciągał  się  na  ławie.  Ogień  z  pieca  przyjemnie
grzał  mu  nogi,  skarpety  zdążyły  przeschnąć  i  odzyskał  czucie  w  stopach. A  były  to  stopy  brzydkie,
kanciaste, z powykrzywianymi paluchami, teraz także brudne, ale dobrze służyły swojemu panu w nie
kończących się marszach, podczas bitew oraz w ciągu długich godzin samotnej warty.

Diderik  powoli  zapadał  w  drzemkę,  gdy  nagle  nad  jego  uchem  rozległ  się  ostry,  nieprzyjemny  głos
pastora:

- No i co tam jest takiego strasznego w tym lesie?

Chłop wlepił w niego oczy.

- Czy wy naprawdę nigdy nie słyszeliście o dziewicach z Vargaby?

-  Nie,  a  cóż  to  takiego?  -  zawołał  Diderik  Swerd.  -  Słowo  >>dziewice<<  dla  mnie  brzmi
podniecająco. Jakie one są? Młode i pulchne?

- Od tych dziewic powinni się ichmościowie trzymać z daleka jeśli wam życie drogie. One nie są dla
zwyczajnych śmiertelników.

- A zatem jednak strachy i czary?

- Może. A może i nie. Vargaby istnieje naprawdę, a i dziewice z pewnością tam mają. Ale nikt, kto
stamtąd nie pochodzi, z dobrej woli tam nie pójdzie.

Pastor z irytacją wydmuchiwał powietrze przez nos.

- No nie, tym razem to już wystarczy! Proszę nam wyraźnie powiedzieć, o co chodzi. Czy w lasach
jest jakaś osada?

- Pasterskie szałasy można napotkać wszędzie - zjeżył się chłop. - Osady pewnie też. Ale żadna nie
jest taka jak ta.

33

- Byłeś tam kiedy?, - spytał bez ceregieli posłaniec króla Gustawa.

- Widziałem osadę, to prawda. Jest bardzo ładna.

background image

Otoczona lasami...

- Duża?

- Broń Boże! Osiem czy dziesięć zagród, stłoczonych blisko siebie, nic więcej.

- Muszą się tam chyba żenić ze sobą bliscy krewni. Znasz ludzi z tej osady?

- Nie. Jak panowie słyszycie po naszej mowie, wsie w tej okolicy leżą od siebie daleko.

- No dobrze. Ale dlaczego z tą osadą coś jest nie w porządku?

Gospodarz rozsiadł się wygodniej. Ogień w piecu strzelał co chwila jasnym płomieniem, oświetlając
pięknie rzeźbione szafy, cynowe naczynia na półkach i łoże w kącie. Do bogatego domu trafili.

- To pewnie tylko legenda - rzekł gospodarz. - Ale odnosimy się do niej z respektem.

-  No  to  opowiedzże  nam  -  nalegał  Diderik  Swerd,  a  lekceważące  rozbawienie  w  jego  głosie  nie
uszło uwagi chłopa.

Poza kręgiem zgromadzonych przy ogniu siedział w cieniu trzeci z podróżnych i nie odzywał

się  ani  słowem.  Jakby  w  ten  sposób  chciał  podkreślić  swój  niższy  status,  a  jeszcze  bardziej
pogardliwy stosunek Diderika Swerda do siebie.

Gospodarz zaczął nareszcie swoją opowieść:

- Miało się to jakoby wydarzyć w czasach, kiedy Dalarna nawracana była na wiarę chrześcijańską.
Waszmościowie  powinni  wiedzieć,  że  Dalarneńczycy  nie  chcieli  przyjmować  nowej  wiary
dobrowolnie. I, rzecz jasna, pogańskie przesądy były najbardziej zakorzenione właśnie w odległych
osadach na pustkowiach.

- O, tak, nietrudno mi w to uwierzyć - rzekł pastor z nienawiścią”.

Andre uśmiechnął się mimo woli.

Mamy  więc  nową  legendę  opowiadaną  w  ramach  innej  legendy.  Nieźle!  Wydarzenia  cofają  się
jeszcze bardziej w czasie. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że mi się to wszystko nie pomiesza i zdołam
prześledzić akcję we właściwym porządku.

Sprawa interesowała go jednak coraz bardziej. Ogromnie był też ciekaw, co się stało w Vargaby.

34

„  -  Przybyli  tedy  wysłańcy  Pana  do  Vargaby,  niosąc  krzyż  i  psałterz,  a  tam  panowało  pogaństwo
bardziej zatwardziałe, niż sobie to można wyobrazić - opowiadał chłop.

background image

Jego małżonka wróciła właśnie do izby i słyszała ostatnie słowa.

- Uff - skrzywiła się niechętnie. - A jednak chcesz o tym gadać, ojciec?

- Chcieliśmy się dowiedzieć wszystkiego - odparł pastor gniewnie. - Domyślam się, że wydarzenia
mogły  mieć  miejsce  gdzieś  na  początku  dwunastego  stulecia.  Wiadomo  bowiem,  że  odległe  rejony
Dalarna i Harjedalen długo stawiały opór chrześcijaństwu.

Przeklęci poganie!

- Nie nasza rzecz sądzić, jak tam było - rzekł gospodarz pojednawczo. - W każdym razie utrzymała
się  tam  władza  feudalna.  Jeden  chłop  był  właścicielem  niemal  całej  wsi,  a  pozostali  byli  jego
podwładnymi,  traktował  ich  jak  niewolników.  Nazywał  się  podobno  Vret  Joar  Jonsson.  Potężny  to
był mąż. Włosy i zarost otaczały niby chmura jego twarz jak wyciętą w kamieniu. Vret Joar Jonsson
miał jedną przypadłość, czy też można by powiedzieć: namiętność. Kochał dziewice.

- O, a któż ich nie kocha? - zachichotał obleśnie Diderik.

- Możliwe, ale Vret Joar kochał je na swój sposób. Składał je w ofierze pogańskim bóstwom.

Freyowi, bogowi płodności. Albo Frei, bogini urodzaju.

- Co takiego? Jak to: składał w ofierze?

- Jak tu siedzę, to prawda. Co roku składał na ołtarzu krwawą ofiarę i co roku ginęła jedna dziewica.

- Ależ to potworne! - wykrzyknął pastor.

- Oczywiście. Vret nie był w stanie sam zaznać rozkoszy z kobietą, dlatego ofiarami starał

się przekupić bogów, odzyskać męską siłę”.

I to napisała kobieta w osiemnastym wieku, pomyślał Andre. Ta Gerd, matka Petry, musiała być nie
byle  jaką  osobowością.  Zanim  powrócił  do  czytania,  musiał  zapalić  światło,  bo  niepostrzeżenie
pokój  zaczął  pogrążać  się  w  mroku.  Początkowo  zresztą  Andre  sądził,  że  pismo  jest  takie
niewyraźne, w końcu jednak zauważył, że to dzień ma się ku końcowi.

„No,  gospodarzu,  chyba  przesadzacie  -  rzekł  pastor  -  takie  opowieści  może  były  dobre  w
pradawnych czasach, ale nie w naszej erze.

- Waszmościowie słyszeli naszą mowę i wiedzą, jak trudno ją zrozumieć. A przecież my mieszkamy
nad rzeką i wcale nie jesteśmy tu tak bardzo oddzieleni od świata. Czy nic można sobie wyobrazić,
jakimi  zamkniętymi  rejonami  były  samotne  osady  w  lasach  parę  wieków  temu?  Ludzkie  zwyczaje  i
bojaźń boża niełatwo torowały sobie drogę do leśnych i 35

górskich  pustkowi Alvdalen.  Mieszkańcy  poszczególnych  osad  prawie  się  ze  sobą  nie  widywali.  I
ledwie  się  domyślali,  że  poza  granicą  lasów  istnieje  jakiś  inny  świat.  Niewiele  wiedzieli  o

background image

sąsiedniej  wsi.  Jeszcze  teraz,  w  osiemnastym  wieku,  Vargaby  i  inne  małe  osady  z  pustkowi  są
całkowicie  odcięte  od  ludzkiej  wspólnoty.  Na  takiej  glebie  mogą  rozkwitać  najrozmaitsze  mroczne
rytuały.

Diderik sprawiał wrażenie zamyślonego.

-  Owszem,  to  mi  się  wydaje  zrozumiałe. Ale  to  była  niewielka  osada!  Jakim  sposobem  Vret  Joar
zdobywał tak wiele dziewic, żeby co roku składać ofiarę?

- O, nie było ich tak wiele. Cała ta sprawa z ofiarami trwała zaledwie jakieś cztery czy pięć lat, aż
doszło do ponurego końca.

- Tak? I co się stało?

- Nie potrzebuję chyba zapewniać, że Vret Joat był człowiekiem znienawidzonym.

Nienawidzili go wszyscy, ale jeszcze bardziej się go bali. Miał on syna, który urodził się w czasach,
gdy  Joar  był  jeszcze  w  stanie  wziąć  kobietę  w  objęcia.  Wychowywał  go  na  swego  następcę  we
wszystkim, także w swym pogańskim procederze. Dopóki pozostanie w okolicy choć jedna dziewica,
bogowie mogą liczyć na ofiarę...

Wszakże  złego  człowieka  wcześnie  dosięgła  kara!  Los  Vreta  Joara  Jonssona  był  nie  do
pozazdroszczenia. Nocami nie zaznawał odpoczynku. Pomordowane dziewice noc w noc nawiedzały
we śnie swego prześladowcę.

- Wyrzuty nieczystego sumienia - potwierdził pastor.

-  Ale  nie  na  tym  koniec!  Ludzie  powiadają,  że  one  naprawdę  przychodziły.  Że  dusze  niewinnych
dziewic  zadręczały  go  niemal  na  śmierć.  Pozostały  jednak  duchami  i  naprawdę  uśmiercić  go  nie
mogły.  Dlatego  pojawiały  się  przeważnie  w  snach,  dręczyły  go  i  prześladowały  bez  umiaru.  A
zresztą Joar przysięgał na wszystko w świecie, że często nie spał i widywał je na jawie.

- Moim zdaniem to okrutniejsza kara niż śmierć - westchnął Diderik. - Powiedz mi... W jaki sposób
dokonywano ofiary? Czy palono je na stosie?

- Nie, nie, ludzie mówili, że bóg Freyra swoją siedzibę w lesie, nad małym jeziorkiem.

Dziewice były wpychane do wody. Przez mężczyzn uzbrojonych w dzidy.

Pastor jęknął ze zgrozy.

- Czy nie prościej byłoby przebić dzidami Vreta Joara? - zastanawiał się Diderik.

- Nie mogli tego zrobić. Joar miał strażników. Kilku zaufanych ludzi, którzy chętnie służyli bogatemu
panu.

36

background image

- Historia się powtarza - mruknął Diderik Swerd.

- Owszem, tak bywa! Zresztą to głównie strażnicy wpędzali do wody nieszczęsne dziewczęta. Tylko
że  nie  było  ich  zbyt  wielu,  zatem  krewni  i  przyjaciele  wybranej  panny,  być  może  młodzi  chłopcy,
którzy marzyli właśnie o niej, zmuszani byli do udzielania pomocy.

Trzeba waszmościom wiedzieć, że wiara w starych bogów była głęboka, ludzie się ich okropnie bali,
zwłaszcza że tak mało wiedzieli o świecie zewnętrznym. Wielu chyba w ogóle nie miało pojęcia, że
istnieje jakiś świat poza granicami Vargaby. Co zatem mogli zrobić?

Otóż  w  czasie  gdy  kapłani  prawdziwego  Boga  przenikali  coraz  głębiej  w  lasy  Dalarna  ze  swoją
świętą misją, zdarzyło się któregoś roku, że jeden ze strażników Vreta Joara zakochał

się w dziewicy przeznaczonej na ofiarę. Jako młody i niewiele rozumiejący chłopiec podziwiał Joara
i chciał mu służyć. Teraz gorzko tego żałował. Próbował uciec razem w dziewczyną, która chyba w
tym  czasie  dziewicą  przestała  już  być,  ale  go  złapano.  Panna  jednak  zdołała  ujść  pogoni  i  bardzo
długo błąkała się po okolicznych lasach. W końcu dotarła do ludzi tutaj, w Alvdalen, i urodziła syna.
Żyła potem jeszcze tylko przez osiem lat.

Dziecko zostało samo i cierpiało nędzę. W jakiś czas potem chłopak opuścił wieś i myślę, że umarł
gdzieś z głodu.

- No, a ów strażnik? Kochanek dziewczyny?

-  Och,  z  nim  rozprawili  się  krótko.  Wszyscy  pozostali  strażnicy  i  syn  tyrana,  Vret  Matts,  otoczyli
nieszczęśnika i dosłownie roznieśli na dzidach.

Słuchaczy przeniknął dreszcz.

-  Dziewczyna  była  jedną  z  trzech  sióstr.  Najstarsza  została  złożona  w  ofierze  rok  wcześniej,
natomiast trzecia, najmłodsza, miała niezwykle silny charakter. Wiedziała, że za rok przyjdzie kolej
na nią, ale nie to było głównym powodem jej decyzji. Postanowiła mianowicie zabić tyrana. Chciała
to  zrobić  z  żalu  po  siostrach  i  aby  ochronić  wszystkie  małe  dziewczynki  dorastające  we  wsi.
Wiedziała przecież, że po niej nadejdzie kolej i na nie...

W piecu przygasało i gospodyni raz po raz dokładała jałowcowych gałązek, ogień trzaskał i syczał.
Gdy  płomienie  znowu  strzeliły  w  górę,  gospodyni  odwróciła  się  i  popatrzyła  na  twarze  gości:
cyniczną i rozbawioną Diderika Swerda, Fanatyczną Natana i nieprzeniknioną tego trzeciego”.

Gerd znowu daje się ponieść literackiej pasji, myślał Andre z uśmiechem. Ta Gerd, która napisała,
to... Czy była żoną Olego Knudsena, kiedy spisywała legendę?

To  chyba  niemożliwe.  Przypominała  mu  siostry  Bronte,  angielskie  pisarki.  Zamknięte  w  sobie,
stłamszone i samotne istoty, obdarzone siłami twórczymi, których nic nie było w stanie zgasić. Gerd
zdecydowała się tworzyć, snuć literacką opowieść na bardzo niepewnych podstawach. Wkładała w
usta postaci repliki, wyobrażała sobie i opisywała, jak wyglądali ludzie i ich otoczenie.

background image

37

Niewątpliwie  jednak  w  każdej  opowieści  istnieje  jądro  prawdy.  To  przecież  nie  była  wymyślona
historia. Dziewice z Vargaby istniały naprawdę, a już przynajmniej legenda o nich.

Twórczy talent autorki stworzył jedynie detale, nieistotne szczegóły. Andre zastanawiał się, czy Gerd
miała  zamiar  napisać  książkę  na  podstawie  legendy.  Zeszyt,  który  trzymał  w  ręce,  był  zbyt  cienki,
historia zbyt krótka na prawdziwą powieść. Czy to jednak nie jest grzech wszystkich początkujących
pisarzy, że ich utwory nie są wystarczająco długie?

Może nawet wysłała swój utwór do jakiegoś wydawnictwa? I może odesłano jej z odmową?

Nie, nie uważał, by miała tyle odwagi.

„Gospodarz, który czekał, aż żona dołoży do ognia, podjął znowu opowieść:

-  Mait,  bo  tak  dziewczyna  miała  na  imię,  zdołała  zwabić  Vreta  Joara  Jonssona  nad  jeziorko;
przekonała go, iż ukazał jej się bóg Frey i powiedział, że chciałby porozmawiać osobiście z Vretem
Joarem.

Gospodarz zniżył głos.

-  Powiadano,  że  posążek  boga  Freya,  który  wyrzeźbiono  w  drewnie,  miał  być  jakoby  taki,  no...
dość...

- Ojciec! - upomniała go żona. - Nie mówi się o takich rzeczach!

- Nie, nie, chętnie posłuchamy - zaprotestował Diderik i pochylił się ku opowiadającemu z obleśnym,
pełnym oczekiwania uśmieszkiem.

- E, no - wahał się chłop. Najwyraźniej nie wiedział, kogo słuchać. - No, panowie wiedzą przecież,
jak obdarowany był bóg Frey. Bóg płodności i w ogóle. A posążek z Vargaby miał

podobno  być  tak  wyposażony  pod  względem  męskim,  że...  No  już,  już,  matko,  już  nic  więcej  nie
powiem. W każdym razie kiedy Vret Joar Jonsson poszedł nad jeziorko, bez broni, z lasu wyszła Mait
z  nożem  w  ręce,  by  zamordować  ciemiężyciela  wsi.  Popełniła  jednak  błąd,  bo  postanowiła  mu
wygarnąć wszystko, co leżało jej na sercu, zaczęła krzyczeć, jakim jest on potwornym wyrzutkiem i
draniem.  Vret  Joar,  nie  czekając  na  dalszy  rozwój  wypadków,  zaczął  po  prostu  uciekać  w  las,  bo
uzbrojona Mait córka Branta nie była osobą, z którą można by sobie żartować. Dziewczyna pognała
za nim, a ponieważ była młodsza i szybsza, więc mało brakowało, a byłaby go złapała. Los jednak
sprawił,  że  akurat  w  tym  czasie  lasem  w  stronę  Vargaby  szli  pobożni  kapłani;  właśnie  okrążali
jeziorko.

Vret Joar słyszał, oczywiście, wiele o nowej wierze, coraz bardziej umacniającej swoje wpływy w
kraju. Nie był nią zachwycony, ale w tej chwili dostrzegł w niej ratunek. Zaczął

wzywać pomocy, oskarżając Mait córkę Branta, że jest czarownicą, która chce rzucić na niego urok.

background image

Bo to akurat wiedział, że dla nowej religii czary i przesądy były największym paskudztwem. Jeden z
apostołów dał znak swoim towarzyszom i zanim Mait zdążyła się 38

zorientować, co się dzieje, została w imię Boże zadźgana nożem jako groźna

>>czarownica<<.

Vret Joar zabrał swoich wybawców do Vargaby przysięgając, że jest wyznawcą nowej wiary.

Wkrótce  jednak  słudzy  Boży  dowiedzieli  się  o  ponurych  grzechach  obciążających  jego  sumienie.
Krwawe ofiary z ludzi, to przecież prawdziwy kult Baala! I wtedy to ludzie apostoła przepędzili ze
wsi w lasy Vreta Joara Jonssona i jego syna Vreta Mattsa Jonssona, wymordowawszy przedtem po
kolei strażników i wasali tyrana. Rozprawa była bezlitosna i brutalna, mimo wszystko jednak ojciec i
syn zdołali dotrzeć do ludzi. Dla Vreta Joara ucieczka przez lasy była zbyt wielkim wysiłkiem i zmarł
na rękach syna nad brzegiem Siljan.

Wiadomo  też,  co  stało  się  z  Vretem  Mattsem.  Włóczył  się  po  wsiach,  pił,  łajdaczył  się,  głodował.
Umarł dość młodo.

- A Vargaby?

- Cóż, tam apostołowie starali się żelazną ręką nakłonić ludzi do nowej wiary. A gdy im się to nie
udało,  spalili  większość  domów  w  tej  >>twierdzy  pogaństwa<<  i  ludzie  musieli  budować  je  na
nowo. Słudzy Boży poszli natomiast przez góry do Harjedalen.

W izbie zaległa cisza.

- I oni nadal tam mieszkają? - zapytał Diderik cierpko.

- W Vargaby? Mieszkają. Raz do roku widujemy paru z nich w kościele. Przemykają w milczeniu i
cisi  stają  gdzieś  z  tyłu,  za  innymi,  a  po  nabożeństwie  natychmiast  wracają  do  swoich  ukrytych  za
lasami łąk.

-  No  więc...  Jeszcze  przecież  nie  powiedziałeś  nam,  co  takiego  strasznego  kryje  się  w  tutejszych
lasach?

Chłop uniósł głowę.

- Jeszczeście tego nie pojęli, panie? Dziewice z Vargaby wciąż tułają się po okolicy!

Mieszkańcy osady są wolni, oni nie widują upiorów. Jednak obcy, który zabłądzi w lesie...

Jakieś siły poprowadzą go ukrytymi ścieżkami do Vargaby.

Diderik wydął wargi.

- A to dlaczego?

background image

- Bowiem dziewice nadal poszukują Vreta Joara Jonssona i pewnie też jego syna. Przede wszystkim
jednak Joara. Skąd duchy miałyby wiedzieć, że człowiek zmarł przed setkami lat?

Nadal szukają opanowane żądzą zemsty. Specjalnie zaciekła jest podobno Mait córka Branta, ale jej
siostry  też  nie  należą  do  miłosiernych.  Inne  dziewczynki,  te,  które  zostały  złożone  w  ofierze  jako
pierwsze, znalazły, zdaje się, pokój wieczny. Teraz już się ich nie widuje.

39

- Ale one nie mogą nic zrobić żywym?

- W sensie fizycznym nie, ale mogą ich tak wystraszyć, że nigdy nie znajdą wyjścia z lasu.

- Zdarzyło się już kiedyś coś takiego? Że ktoś nie odnalazł drogi, nie wyszedł z lasu?

- Tego nie wiem. To przecież wszystko może być jedynie legendą, podaniem. My jednak na wszelki
wypadek nigdy się nie zapuszczamy w tamte strony.

Pan Natan odetchnął głęboko.

-  Muszę  powiedzieć,  że  to  niezwykle  wyrazista  i  szczegółowa  opowieść.  Nawet  może  trochę  zbyt
dokładna.  Skąd  można  wiedzieć  aż  tyle?  Zwłaszcza  jeśli  nigdy  się  tam  nie  było.  I  jeśli  nikt  żywy
stamtąd nie wrócił.

-  O,  tak  -  zgodził  się  gospodarz.  -  Z  pewnością  w  ciągu  tych  stuleci  wiele  zostało  dodane  do
opowieści lub poprawione.

- Myślę, że tak - oświadczył Diderik. - No i co, moi towarzysze? Przestraszyliście się?

- Ja nie - odparł kapłan. - Bóg jest ze mną.

- A ty, Havgrim? Wahasz się?

Młody człowiek potrząsnął głową.

- Znakomicie - rzekł Diderik Swerd. - Drogi gospodarzu, serdeczne dzięki za rozrywkę.

Jesteś bardzo dobrym narratorem i tworzysz piękne historie. My jednak nie zawrócimy w długą drogę
do Mora. Wyśpimy się w nocy, a potem pojedziemy dalej ku pustkowiom Harjedalen.

Chłop westchnął.

-  Rozumiem,  że  nie  mogę  panów  zatrzymać.  W  takim  razie  nasza  pasterka  wyruszy  z  wami,  żeby
pokazać wam przynajmniej pierwszy odcinek drogi. Nikt nie zna lasu lepiej niż ona, a poza tym jej
nigdy żadne nadprzyrodzone istoty nie niepokoiły. Matko, sprowadziłabyś tu naszą małą pasterkę?

-  Pasterkę  kóz?  Dziewczynę?  -  zapytał  Diderik  z  obleśnym  uśmiechem.  -  Nie  może  być  lepszego

background image

towarzystwa dla pełnych życia mężczyzn!

Chłop ani drgnął. Czekał, aż żona przyprowadzi pasterkę.

Na  widok  przybyłej  panu  Diderikowi  opadła  szczęka.  Stanowczo  nie  była  to  najbardziej  pożądana
towarzyszka dla mężczyzny jego pokroju! Miała co najmniej sześćdziesiąt lat, była 40

pokrzywiona  i  pomarszczona  po  długim,  pełnym  trudu  życiu,  zmęczona  nieustannym  lękiem  o
powierzone jej bydło i samotnością w pełnych dzikiego zwierza lasach.

-  To  jest  Barbro  -  przedstawił  gospodarz.  -  Rozumiem,  że  panowie  spodziewali  się  kogoś
młodszego, bo przecież zwykle najmłodsze pasterki zajmują się kozami, lecz Barbro robiła to przez
całe swoje życie. Była małą sierotką, kiedy, zdaje się, że było to przed wiekami, przyszła do domu
mojego  ojca.  Jesteś  pewna,  Barbro,  że  zdołasz  bezpiecznie  przeprowadzić  panów  przez  lasy  koło
Vargaby tak, żeby znaleźli się na drodze do Lillhardal i Sveg?

-  Pewnie,  że  przeprowadzę  -  oświadczyła  stara  i  potem  wygłaszała  pospiesznie  jakieś  formułki,  z
których goście nie rozumieli ani słowa.

-  Nie,  nie,  chwileczkę  -  zaprotestował  Diderik.  -  Musimy  mieć  przewodnika,  którego  będziemy
rozumieli.

-  Wybaczcie  mi,  panie  -  rzekła  Barbro.  -  Kiedyś  przez  rok  służyłam  u  siostry  mojego  gospodarza,
która wyszła za mąż i mieszka w Gagnef. Wciąż jeszcze pamiętam tamtejszą dziwaczną mowę.

Dziwaczną  dla  niej,  lecz  dla  nich  zrozumiałą.  Choć  nie  był  to  najczystszy  język  szwedzki,
niewątpliwie byli w stanie się z nią porozumieć.

-  No  dobrze  -  westchnął  Diderik  zadowolony,  wciąż  jednak  z  tym  lekko  pogardliwym  błyskiem  w
oczach, podkreślającym dystans, jaki dzielił go od niżej stojących gospodarzy. -

W  takim  razie  mówimy  wszystkim  dobranoc  i  udajemy  się  na  spoczynek.  Mógłbym  chyba  zażądać,
żeby mi jakaś służąca wygrzała łóżko, ale dzisiaj jestem już zanadto zmęczony.

Jutro wstajemy o wschodzie słońca.

Chłop  skinął  głową.  Odprowadzał  wzrokiem  także  dwóch  pozostałych  gości,  gdy  podnosili  się  z
miejsc  i  szli  za  Diderikiem  do  sypialni  w  innym  budynku.  Kiedy  go  mijali,  napotkał  wzrok
najmłodszego. Było to spojrzenie pełne sympatii i zrozumienia. Dowodziło, że Havgrim orientował
się  w  zawiłościach  ludzkich  uczuć.  O  tym,  że  wiedział,  kto  spośród  zebranych  w  tej  izbie  ma
najszlachetniejszy charakter.

To spojrzenie wzruszyło gospodarza i przepełniło go wdzięcznością”.

Jakaś grupa nowo przybyłych gości hałasowała na korytarzu za drzwiami pokoju Andre.

Odłożył rękopis i czekał, aż się to uspokoi.

background image

Na  dworze  świecił  księżyc  i  rzucał  zimną  poświatę  na  podłogę  hotelowego  pokoju. Andre  wstał  i
zaciągnął zasłony.

Czekał jakieś pół godziny, a kiedy na korytarzu znowu zapanowała cisza, wrócił do czytania.

41

ROZDZIAŁ IV

Mała  Kajsa  wypędziła  bydło  na  pastwisko  i  siedziała  teraz  na  skłonie  porośniętego  rzadkim  lasem
wzgórza  spoglądając  w  dół  na  pasące  się  zwierzęta.  Krowy  zwykle  trzymały  się  blisko  niej,  owce
natomiast były kłopotliwe. Zawsze chciały tego, co znajdowało się trochę dalej.

Na  szczęście  teraz  pokładły  się  i  przeżuwały  to,  czego  zdążyły  od  rana  naskubać.  To  była
najspokojniejsza chwila dnia, do której młoda pasterka zawsze tęskniła.

Obok  niej  na  ziemi  leżał  duży  kij,  który  miała  dla  obrony  przed  dzikimi  zwierzętami,  a  także  róg,
którym powinna wzywać pomocy, gdyby groziło jej prawdziwe niebezpieczeństwo.

Strach  nigdy  jej  nie  opuszczał,  jak  zresztą  wszystkich  małych  pastuszków.  Poznała  go  pierwszego
dnia, gdy została wysłana sama ze zwierzętami do lasu, i tak już zostało. Miała wówczas siedem lat.
Teraz skończyła już chyba osiemnaście, choć nie była tego taka całkiem pewna, bowiem w Vargaby
nie przywiązywano szczególnej wagi do rachuby czasu.

Dni i lata płynęły w przemiennym rytmie pór roku i ciężkiej pracy. Kto by miał czas liczyć mijające
dni, skoro najważniejszą sprawą było bronić się przed głodem i zimnem?

Oczy dziewczyny były rozmarzone, co się ostatnio zdarzało bardzo często.

Wiele zagród we wsi świeciło pustkami po zarazie, która nawiedziła Vargaby przed pięcioma laty.
Kajsa nie bardzo umiałaby powiedzieć, co to była za choroba. Jakaś biegunka, która zabrała niemal
połowę wszystkich mieszkańców osady. Dom Era Nilsa popadał w ruinę, a nie było nikogo, kto by
się  o  niego  zatroszczył.  Dom  Era  Andersa  już  się  całkiem  zapadł,  belki  dachowe  tworzyły
rumowisko, porośnięte chwastami. Obora Olego Branta stała się siedliskiem sów, które pohukiwały
groźnie po nocach.

Od czasu zarazy nie było w osadzie ani jednego młodego mężczyzny.

Początkowo  Kajsa  nie  rozumiała  trapiącej  ją  tęsknoty,  tego  wciąż  rosnącego  i  umacniającego  się
pragnienia,  które  zdawało  się  rozrywać  jej  duszę  na  strzępy.  Stawała  na  wzgórzu  i  spoglądała  w
dolinę, gdzie płynęła rzeka. Zabierz mnie ze sobą, prosiła cichutko.

Weź mnie stąd i zaprowadź do miejsc, które wabią z oddali.

Prosiła  dorosłych,  by  jej  pozwolili  opuścić  Vargaby.  Chciała  poznać  nowych  ludzi,  tak  jej  się
wydawało. Chciała zobaczyć nowe okolice. Myślała, że za tym właśnie tęskni.

background image

Teraz jednak rozumiała więcej.

Podczas ostatniego Bożego Narodzenia znalazła się w kościele w Alvdalen. Widziała tam młodych
mężczyzn i chłopców w swoim wieku. Stali po drugiej stronie kościelnej nawy.

Wtedy zrozumiała, czego tak rozpaczliwie pragnie jej skołatane serce.

Pojęła, że tęskni do innego człowieka, do kogoś bliskiego, kto stanowiłby dla niej oparcie.

Do kogoś, kto zaspokoiłby jej potrzebę czułości i któremu ona mogłaby okazywać czułość.

42

Kto wziąłby ją w ramiona i kto by ugasił trawiący jej ciało ogień, uwolnił ją od męki, która z roku na
rok stawała się coraz bardziej nieznośna.

Niczym  lunatyczka  próbowała  kilka  razy  opuścić  Vargaby  na  własną  rękę,  chciała  dojść  do  ludzi.
Zawsze jednak zawracano ją z drogi i karano za niedopuszczalne pomysły.

Teraz już zrezygnowała.

Kajsa  wiedziała,  że  nie  jest  w  swojej  tęsknocie  osamotniona.  Kjerstin  z  sąsiedniej  zagrody  na
przykład.  Najpiękniejsza  i  najłagodniejsza  istota  we  wsi.  Była  kilka  lat  starsza  niż  Kajsa  i  często
rano  miewała  czerwone,  zapuchnięte  oczy.  Kjerstin  jednak  nigdy  by  się  nie  odważyła  uciec  z
Vargaby.  Takich  rzeczy  się  po  prostu  nie  robi,  a  poza  tym  świat  jest  bezlitosny,  pełen
niebezpieczeństw  czyhających  na  młodą  dziewczynę.  Kjerstin  bała  się  wszystkiego  i  przestrzegała
niepisanych  praw,  jakie  mieszkańcy  Vargaby  ustanowili  w  ciągu  stuleci.  Ani  ona,  ani  Kajsa  nie
rozumiały, że było wśród tych praw wiele zasad niedorzecznych, bo przecież nie znały innego życia.
Wierzyły więc, że każdego roku należy wrzucić po kawałku wszelkiego rodzaju jedzenia do leśnego
jeziorka, by zapewnić dobre zbiory. Nikt już nie wiedział, dlaczego tak trzeba, po prostu robiono to i
już. Albo każdego wieczoru, kiedy zamykano bydło na noc, trzeba było wypowiadać wiele dziwnych
formułek i pluć na próg obory, by strachy albo jeszcze co gorszego nie dostało się do środka. Każda
praca,  jaką  podejmowano,  wymagała  odrębnych  rytuałów.  Nowo  narodzone  dziecko  trzeba  było
włożyć na chwilę do dziupli drzewa rosnącego koło źródła...

Tyle  rzeczy  należało  wiedzieć,  tylu  zwyczajów  przestrzegać,  lecz  dla  dziewcząt  były  to  sprawy
naturalne. Sądziły, że wszędzie na świecie jest podobnie.

Świat zdawał się taki ogromny! Widać to było wyraźnie, kiedy się weszło na Wielką Górę.

Jedno  wzgórze  za  drugim  majaczyło  w  oddali  na  tle  sinoniebieskich  lasów.  A  daleko,  daleko  na
horyzoncie połyskiwało wielkie jezioro. Jezioro Orsa, tak je nazywano. Ale nikt z Vargaby nigdy tak
daleko nie zaszedł.

Kajsa zastanawiała się często, czy tam, w tych dzikich borach, także żyją ludzie. Była w Alvdalen i
mogła się przekonać, że tam mieszka ich wielu. Początkowo nie mogła w to uwierzyć, wtedy jednak
była dzieckiem. I wtedy jej świat ograniczał się do lasów wokół

background image

Vargaby.  Teraz  wiedziała  więcej.  Więc  może  w  tamtych  odległych  dolinach  także  znajdowały  się
osady? Choć dość trudno było w to uwierzyć. Aż tak dużo ludzi z pewnością na świecie nie ma!

Stary Ols Erik twierdził co prawda, że ludzie mieszkają jeszcze dalej, również w miejscach, których
stąd nie widać. Ale to chyba tylko takie gadanie, bo w takim razie ci ludzie musieliby mieszkać na
zewnątrz, poza granicami świata!

Kajsa drgnęła. Ktoś wołał jej imię. Ze złością!

43

Zerwała się i pobiegła w dół. To Britta, która mieszkała w domu pod lasem. Britta była dokładnie w
jej wieku, no, może nawet trochę młodsza. Była jednak bardzo impulsywna i nieobliczalna. I silna.
Nie taka jak Kajsa, co to marzy z otwartymi oczyma.

- Jak ty pilnujesz bydła, Kajsa? - krzyczała rozgniewana Britta. - Cielęta wróciły na podwórze!

Przestraszona Kajsa rozglądała się za zwierzętami. Kozy zniknęły, cielęta także. Tylko krowy pasły
się spokojnie.

- Chodź tu zaraz! - wołała Britta. - Poszukamy kóz.

Kiedy chodziły po lesie, nawołując, Kajsa myślała o Britcie. Zastanawiała się, czy ona także tęskni.
O, z pewnością! Kajsa nie raz dostrzegała niepokój w jej spojrzeniu. Britta jednak wiedziała, czego
chce.  Była  o  głowę  wyższa  od  przyjaciółki,  miała  lśniące,  ciemne  włosy  i  niemal  agresywne  oczy.
Przyjemnie  było  na  nią  patrzeć,  bo  poruszała  się  z  wdziękiem  i  pewnością  siebie,  długonoga  o
szczupłej talii. Na twarzy jednak nie była taka ładna jak na przykład Kjerstin. Ale też z Kjerstin mało
kto mógł się równać.

Kajsa miała włosy jasne, splecione w warkocze, oczy niebieskie i uśmiechała się nieśmiało.

Mama powiedziała, że Kajsa jest śliczną małą dziewczynką. Ale matki pewnie zawsze tak mówią o
swoich dzieciach.

Mama... Nie było już mamy. Taty też nie. Nie przeżyli zarazy i teraz Kajsa mieszkała u siostry mamy.
Nie było jej tam źle, ale często tęskniła do rodziców i do własnego domu.

Britta  szła  szybkim,  stanowczym  krokiem,  wciąż  za-gniewana.  Kajsa  podążała  za  nią  z  poczuciem
winy.

Obie dziewczyny były, rzecz jasna, spokrewnione ze sobą. Tak jak wszyscy w Vargaby. Ale Ers Nils
pilnował  porządku,  jeśli  chodzi  o  małżeństwa.  Dobrze  wiedział,  kto  z  kim  może  się  ożenić,  jaki
stopień pokrewieństwa ich łączy. Dawniej tak bardzo tego nie przestrzegano, ale rezultaty małżeństw
pomiędzy  zbyt  bliskimi  krewnymi  były  straszne.  Dzięki  temu  Nilsowi  uniknięto  wielu  nieszczęść.
Tylko że Nils też nie przeżył zarazy. Zresztą dla trzech panien nie było w Vargaby chłopców, więc i
tak pokrewieństwo straciło znaczenie.

background image

Na myśl o tej sytuacji Kajsa doznawała bolesnego uczucia w sercu.

Ona sama znajdowała się jak gdyby pośrodku pomiędzy skrytą, zalęknioną Kjerstin, która apatycznie
przyjmowała swój gorzki los, bo i tak nigdy nie odważyłaby się na żadne działanie, a obdarzoną siłą
woli,  energiczną  Brittą.  Kajsa  była  marzycielką.  Żyła  nadzieją,  że  kiedyś  zdoła  jakoś  rozwiązać
problem  swojej  samotności,  lecz  nie  podejmowała  prawie  żadnych  wysiłków,  by  do  tego
doprowadzić, jeśli nie liczyć dwóch prób ucieczki.

Na ulicy przed hotelem rozległy się jakieś hałasy i Andre wstał, żeby zobaczyć, o co chodzi.

Rozsunął zasłony.

44

Na dworze zapadły już ciemności, zapalono uliczne latarnie.

Dwóch pijanych mężczyzn zataczało się na chodniku tuż pod jego oknem. Wykrzykiwali coś głośno,
aż portier hotelowy wyszedł, żeby ich przepędzić. Wtedy na ulicy ukazała się młoda kobieta ubrana z
krzykliwą  elegancją  i  skierowała  się  ku  pijanym,  pochodzącym  najwyraźniej  z  wyższych  klas.
Zachwyceni  widokiem  dziewczyny,  ruszyli  w  jej  stronę,  chwiali  się  przy  tym  niebezpiecznie.  W
końcu jeden, chcąc złapać dziewczynę, stracił równowagę, a ponieważ ona uskoczyła w bok, upadł i
wylądował z twarzą w rynsztoku. Kompan i dziewczyna wybuchnęli radosnym śmiechem. W końcu
dziewczyna odeszła z tym mniej pijanym.

Andre nie mógł się pozbyć natrętnej myśli: Czy to przypadkiem nie jest Mali, córka Petry?

Sprawiała jednak wrażenie zbyt doświadczonej, zbyt pewnej siebie. Trudno, Andre nie miał

teraz czasu się nią zajmować.

Wrócił  do  łóżka  i  wkrótce  znalazł  się  znowu  w  odległej  przeszłości.  W  rozległych  lasach  koło
Vargaby...

Britta  szła  bardzo  szybko.  Prychnęła  na  Kajsę,  żeby  jej  nie  deptała  po  piętach,  ale  gdzie  indziej
szukała zbłąkanych kóz. Wystarczy przecież, że będą się słyszały!

Położywszy uszy po sobie Kajsa powlokła się w inną stronę.

Dzień był ponury. Chmury wisiały tak nisko, że okrywały szczyty najwyższych sosen. Cały las zdawał
się mokry, powietrze było zgniłe, a z niewidocznych czubków drzew krzyczały wrony, przenikliwie i
ponuro.

Kajsa  słyszała  pełen  irytacji  głos  Britty,  wołającej  kozy.  Ona  sama  pokrzykiwała  także,  lecz  bez
większego przekonania. Chętnie użyłaby rogu, ale wtedy zleciałaby się cała wieś w przekonaniu, że
napadł na nią jakiś dziki zwierz. To by się dobrze dla Kajsy nie skończyło!

Reniferowy mech uginał się pod jej stopami. Weszła do jaśniejszej części lasu, gdzie rosły piękne,

background image

wysokie sosny. Widoczność była tu znacznie lepsza, ale kóz nigdzie ani śladu.

Zawróciła więc i ponownie weszła w mroczną gęstwinę.

Czy  dziewczęta  będą  musiały  czekać  z  zamążpójściem,  dopóki  mali  chłopcy  ze  wsi  nie  dorosną?
Było ich czterech, od sześciu do dziesięciu lat. Nie, Kajsa nie miała ochoty czekać na żadnego z nich.
Jej  przyjaciółki  z  pewnością  także  nie.  Kiedy  pomyślała  o  tych  chudych  małych  chłopaczkach,
mówiących  cieniutkimi  głosikami,  bawiących  się  na  wiejskiej  drodze,  myśl  o  czekaniu  na  nich
wydała jej się przerażająca i zarazem śmieszna. Nie, nic takiego nie powinno jej nawet przychodzić
do głowy!

Ale jaki one wszystkie trzy miały wybór? We wsi było jeszcze kilku starszych wdowców.

Nikogo więcej.

Sytuacja była tak rozpaczliwa, że Kajsa mogłaby płakać w głos.

45

Las  zdawał  się  dzisiaj  jakiś  dziwny.  Jakby  obcy.  Kajsa  znała,  rzecz  jasna,  legendę  a  dziewicach  z
Vargaby,  ale  nikt  z  jej  znajomych  nigdy  niczego  nie  widział.  I  nikt  chyba  już  nie  wierzył  w  stare
opowieści, że obcy mogli zostać sprowadzeni na manowce przez zmarłe dawno temu dziewice. To
przecież oczywiste wymysły, może rozpowiadane po to, żeby zepsuć opinię tej osadzie tak, by nikt
nigdy nie chciał tu przyjechać? A to by była wielka szkoda...

Dziś jednak w lesie panował jakiś osobliwy nastrój. Nigdy czegoś podobnego nie doznawała, jakby
niepokój,  napięcie,  oczekiwanie.  Znad  jeziorka  niósł  się  ponury  krzyk  nura,  ale  do  tego  pasterze  i
pasterki z Vargaby byli przyzwyczajeni.

Przystanęła i nasłuchiwała. Z oddali dochodził głos Britty nieustannie przywołującej kozy, poza tym
jednak  panowała  taka  cisza,  że  słychać  było  szelest  spadającej  w  dół  sosnowej  szyszki.  Nagle
ogarnął ją przejmujący smutek, który chyba nie pochodził od niej samej, lecz od tych istot, które żyły
tu przed setkami lat. Jakby nadal znajdowały się w jej pobliżu, samotne, zrozpaczone, nieszczęśliwe.

Dziewice z Vargaby?

Nie,  cóż  za  głupstwa!  To  nastrój  tego  dnia,  ten  ponury,  pełen  melancholii  las  i  samotność  tak
wpływają na jej myśli.

Była jednak przyzwyczajona...

Rozległ się głośny krzyk Britty.

- Kajsa! - niosło się pośród mokrych koron drzew. - One są tutaj! Znalazłam kozy!

Niesamowity  nastrój  prysł.  Z  uczuciem  ulgi  Kajsa  pobiegła  w  stronę,  skąd  dochodziło  wołanie.  W
połowie drogi spotkała śliczną Kjerstin.

background image

- Mama się o was niepokoi - powiedziała Kjerstin. - Britta wyszła z domu tak dawno temu.

- To moja wina - tłumaczyła Kajsa. - Nie dopilnowałam kóz i gdzieś mi zginęły.

- Cielęta też. Wróciły do domu.

- Wiem o tym - rzekła Kajsa z poczuciem winy. - Widziałaś krowy?

- Widziałam. Leżą na polanie. Ale nie powinny na tak długo zostawać same.

- Pójdziesz ich popilnować?

- Chętnie.

Kjerstin przystanęła.

46

- Wiesz, Kajsa, ja tego nie rozumiem. Takie mam jakieś dziwne wrażenie, jakby tu wszędzie w lesie
znajdowali się ladzie. Albo...

Zawahała się, więc Kajsa dokończyła:

- Albo nie ludzie, prawda?

- No właśnie! Dokładnie to miałam na myśli. Boję się, Kajsa. Nie wiem, czy odważę się zostać sama
z krowami.

- To idź do Britty zamiast mnie, a ja wrócę do krów. Britta jest tam na górze, dopiero co słyszałam
jej wołanie. Myślę, że nie jest teraz do mnie specjalnie przyjaźnie usposobiona, więc chętnie się z
tobą zamienię.

Kjerstin uśmiechnęła się, ale był to blady i niespokojny uśmiech. Potem się rozstały.

Kajsa  przystanęła.  Jeszcze  raz  doznała  tego  wrażenia,  a  było  ono  tak  silne,  że  zakręciło  jej  się  w
głowie.

Co  się  dzisiaj  dzieje  z  tym  lasem?  zastanawiała  się  przerażona.  To  dziwne  napięcie,  to  trudne  do
określenia podniecenie, ta... złość?

Otrząsnęła się z nieprzyjemnych myśli i pobiegła zobaczyć, co się dzieje z krowami.

Jechali  z  Rot  do  Klitten,  a  potem  mieli  przed  sobą  już  tylko  lasy.  Mijali  oczywiście  od  czasu  do
czasu jakieś pastwiska, lecz były one puste, ani zwierząt, ani ludzi po niedawnej zarazie.

Najpierw podróżowali przez majestatyczne bory sosnowe. Widne, prześwietlone i jeszcze jaśniejsze
od srebrzystobiałych porostów.

background image

Ponieważ  zarówno  Diderik  Swerd,  jak  i  pan  Natan  uważali  się  za  zbyt  godnych,  by  proponować
podwodę starej babie, to Havgrim wziął przewodniczkę na swego wierzchowca.

Nieźle  do  siebie  pasują,  myślał  Diderik,  zarówno  ze  względu  na  niskie  pochodzenie,  jak  też  i  na
mizerny wygląd obojga.

Niezbyt wygodnie się jechało, mając przed sobą kościstą i powykrzywianą Barbro, lecz Havgrim jak
zwykle nie skarżył się ani słowem.

Jechali  na  przedzie,  bo  przecież  Barbro  miała  wskazywać  drogę.  Na  razie  nie  mieli  żadnych
kłopotów.  Z  pewnością  siebie  prowadziła  ich  przez  zdradliwe  bagna  i  strome  wzgórza,  przez
strumienie  i  gęste  bory.  Widywali  rozległe  mokradła,  na  których  to  tu,  to  tam  rosły  samotne,
wysmagane wiatrem sosny, mijali skalne urwiska, gdzie zostały tylko ogołocone z gałęzi pnie drzew,
jakie tam kiedyś rosły. Być może szalał tu kiedyś pożar albo susza panowała któregoś lata. Okazało
się, że natura na północ od Osterdalelven jest bardzo zróżnicowana.

47

Koło południa, gdy byli już bliżej Harjedalen niż Alvdalen, trzej mężczyźni zauważyli, że stara robi
się  jakaś  niespokojna.  Znajdowali  się  teraz  na  polanie,  w  terenie  pokrytym  trudnym  do  przebycia
mieszanym  lasem,  a  światło  tego  dnia  było  jakieś  mroczne,  od  ciemnych  chmur  czy  też  mgły,  nie
wiadomo  jak  to  nazwać,  wiszącej  nisko  nad  ziemią,  rozciągającej  się  nad  mokradłami  i
przepływającej pomiędzy drzewami.

- Co to znaczy, kobieto? - warknął Diderik ostrzej niż zamierzał. - Zabłądziłaś?

-  Niech  Bóg  broni  -  odparła  Barbro  dumnie.  -  Chodziłam  tędy  z  bydełkiem  niezliczoną  ilość  razy.
Szlak prowadzi daleko od wsi, którą panowie chcieliby ominąć.

- My byśmy chcieli? - zapytał Diderik. - To nie my boimy się tej osady, to twój gospodarz nas tak
uparcie straszył.

-  I  bardzo  dobrze  zrobił.  Ja  wiem  o  tych  sprawach  więcej  niż  on,  chociaż  te  tam...  dziewice  mnie
zawsze dawały spokój.

Pastor prychnął.

- No dobrze. W takim razie co cię niepokoi? - zapytał Diderik przewodniczkę.

- Prowadziłam panów właściwą drogą, jestem tego pewna. Nie mogło być inaczej, bo tu, w obrębie
wielu  mil,  nie  ma  innych  szlaków.  Ale  teraz  nie  poznaję  okolicy.  Ten  wielki  kamień,  tam...  Nie
powinno go tu być. A ścieżka, którą od dawna jechaliśmy? Gdzie się podziała?

Przecież tu teraz nie ma żadnej ścieżki!

- Jakieś pół godziny temu rozdzieliła się na dwoje - rzekł Havgrim.

background image

Barbro popatrzyła na niego przestraszona.

- Rozdzieliła się na dwoje? Nie zauważyłam. To niemożliwe. Nie w tym miejscu, wiem to na pewno!

- Ale tak właśnie się stało - zapewniał Diderik. - A ty wybrałaś źle. Musimy zawrócić.

Barbro rozejrzała się dookoła.

- Myślę, ojcze Natanie, że powinien ojciec zacząć się teraz modlić za nas wszystkich -

wymamrotała.

- Nie bądź przesądna, kobieto! Po prosto źle zapamiętałaś drogę, nic więcej. Zaczynasz się starzeć i
pamięć cię zawodzi.

W oczach starej dostrzegali upór.

- Nikt nie ma takiej pamięci jak ja, moi panowie. A tu jest coś nie tak, jak powinno być.

48

- Nonsens - rzekł Diderik. - Wystarczy, że cofniemy się do miejsca, gdzie ścieżka się rozdzieliła...

- Cii... - przerwał mu pan Natan. - Co to było?

Zaczęli  wszyscy  nasłuchiwać.  Szarobiała  mgła  krążyła  nad  ich  głowami  i  przesłaniała  wierzchołki
drzew.

- To nur - powiedział Havgrim. - Jakiś wyjątkowo wielki nur.

Barbro, która siedziała tuż przy nim, słyszała jego głos, jakby się dobywał z głębokiej studni.

Zwróciła uwagę, że posługuje się dialektem sztokholmskim.

- Nie - zaprotestował Diderik. - To człowiek. Głos człowieka wzywającego pomocy.

- Nury naprawdę często tak krzyczą - uspokoiła go Barbro. - To był ptak.

- Muszę przyznać, że do złudzenia przypomina głos człowieka - rzekł pastor z wahaniem.

Diderik był podniecony. Twarz okolona wypielęgnowaną blond brodą nabrała rumieńców.

- Czyż nie słyszycie? Wołająca wykrzykuje jakieś imię, ale nie mogę zrozumieć jakie.

Chodźcie! Musimy się tam dostać!

-  Konno  tam  nie  dotrzemy  -  powiedział  pastor  tym  swoim  zawsze  lekko  zirytowanym  tonem,  jakby
cierpiał na chroniczny nieżyt żołądka. - Tam jest tylko bagno. I nie dajmy się zwabić niedorzecznym

background image

przywidzeniom. Oczywiście, że to ptak.

Diderik Swerd już jednak zeskoczył z siodła.

- Konie zostawimy tutaj. Barbro ich popilnuje.

-  Ja  też  zostaję  -  oświadczył  Havgrim.  -  Nie  możemy  zostawić  kobiety  samej  z  końmi  bez  żadnej
ochrony w takiej głuszy. Tu można by się spodziewać nawet niedźwiedzia.

- W porządku. W takim razie pójdziemy obaj z ojcem Natanem. Zresztą zaraz wrócimy.

Gdy  odeszli,  zapadła  grobowa  cisza.  Żadne  z  dwojga  pozostałych  nie  było  akurat  szczególnie
rozmowne.

Na koniec Barbro oświadczyła:

- Nie czuję się dzisiaj za dobrze w lesie.

- Ja też nie - przyznał Havgrim. - Przytłacza mnie ta nieznośna cisza.

49

Barbro rozumiała, co chciał powiedzieć, bo przecież wciąż słyszeli oddalające się głosy ojca Natana
i Diderika Swerda. I wielki nur raz po raz ponawiał swoje osobliwe, pełne skargi wołanie.

- Pojęcia nie mam, jak ktoś może to uznać za głos kobiety - powiedziała Barbro. - Bo przecież mówił
>>ona<<, prawda?

- Ja też to słyszałem - potwierdził Havgrim krótko.

- A skąd to pochodzicie, mój panie? - zainteresowała się Barbro.

- Nie nazywaj mnie panem - uśmiechnął się cierpko. - A pochodzę z okolic Sztokholmu. Tyle tylko że
już dawno stamtąd wyjechałem. Od tamtej pory zjechałem niemal cały świat.

Nie wyglądał na kogoś, kto zdołał objechać aż tak wiele, był na to zbyt młody.

- A dlaczego to jeździliście tyle?

- Szukałem. Na moim rodzie ciąży taki przymus. Nieugaszona potrzeba poszukiwania.

- To brzmi strasznie!

- Nie, źle się wyraziłem. To nie jest nieugaszona potrzeba. Kiedyś znajdziemy to, czego szukamy. Ja
jestem to winien mojemu ojcu za wszystko, co dla mnie zrobił.

W  tym  miejscu,  na  marginesie,  Benedikte  postawiła  znak  zapytania.  Andre  rozpoznał  kolor  jej
atramentu. Zastanawiał się, o co mogło jej chodzić.

background image

Barbro  skinęła  głową,  choć  nie  wiedziała,  czego  to  Havgrim  poszukuje.  Może  miał  na  myśli
szczęście?

Rozejrzała się zmartwiona.

- Tyle czasu to zabiera. Miałam zamiar wrócić do domu przed zmierzchem.

- To daleko, zwłaszcza na piechotę.

- Przywykłam. Ale Ćmoka to bym spotkać nie chciała.

Havgrim uśmiechnął się pod nosem.

-  Słyszałem,  że  byłaś  przez  rok  w  Gagnef  Przejeżdżaliśmy  tamtędy  i  też  nam  opowiadali  o  Ćmoku.
Widzę, że poznałaś tamtejsze wierzenia.

50

Ćmok to istota czy może raczej symbol. Symbol ciemności i wszystkich nadprzyrodzonych istot, które
wychodzą  z  ukrycia  po  zmroku.  Ćmok  nie  ma  konkretnej  postaci.  Każdy  może  go  sobie  wyobrażać
zgodnie z własną fantazją.

Barbro cieszyła się, że spotkała kogoś, kto rozumie jej niepokój.

- Postaram się, żebyś w odpowiednim czasie zawróciła - obiecał.

Przewodniczka poczuła się bezpieczna.

- Posłuchajcie - rzekła. - Ptak ucichł.

- Nasi pewnie już tam doszli i stwierdzili, że to tylko nur.

- No to wkrótce wrócą do nas. Szczerze mówiąc, nie mamy czasu na takie wycieczki.

Havgrim rozejrzał się. Chmury zeszły jeszcze niżej, przesłoniły zbocza wzgórz, miał

wrażenie, że oboje z Barbro stoją w wielkiej sali o jakby wełnistym, szarym suficie.

- Właściwie gdzie my jesteśmy?

- O, żebym to ja wiedziała! Nie znam tych okolic. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby...

Nie dokończyła zdania. Zresztą wcale nie musiała. Havgrim i tak wiedział, co chciała powiedzieć.

Dwaj  mężczyźni  przedzierali  się  przez  gęsty  las.  Wszędzie  wokół  było  mokro  i  nieprzyjemnie;
marzyli, żeby ponownie znaleźć się na końskich grzbietach.

Nagle Diderik Swerd przystanął.

background image

- Proszę posłuchać! Ona znowu krzyczy! Słyszy pan chyba, że ona woła jakieś imię?

Pastor był blady, miał bardzo niepewną minę. Skinął głową.

- Tak, słyszę. Jezu Chryste, uwolnij nas od tej zbłąkanej duszy!

Diderik  Swerd  nie  był  w  stanie  ruszyć  się  z  miejsca.  Wsłuchiwał  się  jak  zaczarowany  w  to
niesamowite wołanie. Żałosny, ponury głos krzyczał coś, co brzmiało: >>Vret Joar! Vret Joooar!<<

- Nie! - wykrztusił przerażony. - To musi być halucynacja.

Pastor słyszał natomiast wyraźnie, że głos woła raz po raz: >>Panie Natan! Panie Nataaan!<<

Żaden jednak nie miał odwagi powiedzieć, co słyszy.

51

- Może nie powinniśmy tam chodzić? - zastanawiał się Diderik.

Pan Natan otrząsnął się z wrażenia.

- Nie powinniśmy się lękać wysłanników Szatana! Tę sprawę powinniśmy jak najszybciej wyjaśnić.

Stanowczym krokiem ruszył przed siebie i panu Diderikowi nie pozostawało nic więcej, jak pójść za
nim. Nagle przystanęli. Wołania umilkły.

Byli  przemoczeni  aż  do  pasa,  lecz  po  chwili  ruszyli  dalej.  Przed  nimi  z  mgły  wyłaniał  się  powoli
ponury widok. Pojedyncze, na wpół uschnięte drzewa otaczały leśne jeziorko, które leżało pośrodku
lasu  niczym  szare,  załzawione  oko.  Nieoczekiwanie  zauważyli  ścieżkę  wiodącą  do  jeziora,  można
nawet powiedzieć, że było to coś więcej niż ścieżka, raczej droga, najwyraźniej rzadko uczęszczana,
ale dość szeroka i widoczna.

Po  tafli  jeziora  pływały  trzy  ptaki.  Kiedy  pod  stopą  pastora  trzasnęła  sucha  gałąź,  przestraszone,
zniknęły pod wodą.

-  O  ile  się  znam  na  ornitologii,  to  są  to  wielkie  nury  -  mruknął  Diderik.  -  Mimo  wszystko
popełniliśmy błąd!

- Chyba tak!

Każdy z nich czuł zimny dreszcz strachu pełzający po plecach, lecz nie chciał pokazać towarzyszowi,
co myśli. A myśleli obaj, że miejsce jest okropne i niesamowite w jakiś trudny do określenia sposób.
Nie  tylko  odludzie  i  ponura  przyroda  powodowała  to  wrażenie.  Było  tu  coś,  czego  nie  umieli
zdefiniować, co jednak wyczuwali każdym nerwem, każdą komórką ciała. Zdawało im się, że gdyby
się  odwrócili,  mogliby  napotkać  zimne,  upiorne  spojrzenie  oczu,  które  nie  istnieją,  zobaczyliby  tę,
czy tych, którzy wołali! Nie odzywali się jednak ani słowem, szli po prostu ze wzrokiem utkwionym
przed siebie i zastanawiali się, czy zdołają się stąd wydostać. Najchętniej zasłoniliby uszy dłońmi,

background image

zacisnęli powieki i na oślep biegli do koni, jeśli taki szaleńczy bieg w ogóle byłby możliwy.

- Co to jest tam dalej? - zapytał pastor.

- Nie mamy czasu, żeby to badać, musimy wracać jak najszybciej - odparł pan Diderik.

Pan Natan nie miał jednak dość odwagi, by właśnie teraz zawrócić, bo odnosił wrażenie, że oni są za
nim i zmuszają go, by szedł naprzód. Chciał zyskać na czasie, zebrać siły.

- Muszę zobaczyć - powiedział krótko.

Poszli obaj. Zobaczyli bezkształtny, porośnięty mchem stos czegoś, co raczej nie należało do natury.
Cokolwiek to było, musiało zostać stworzone przez człowieka.

52

Pan Natan pochylił się nad wzgórkiem. Wypielęgnowanymi rękami człowieka z lepszych sfer grzebał
ostrożnie w ziemi.

Diderik Swerd przyglądał mu się z irytacją. Nagle gwałtownym ruchem wyrwał wielki pęk trawy i
mchu.

Las trwał teraz w ciszy. Żadnego znaku, że mogą się tu gdzieś czaić niewidzialne istoty. Las zdawał
się wstrzymywać dech.

W  miejscu,  z  którego  pan  Diderik  zerwał  darń,  ukazało  się  jakieś  rzeźbione  drewno,  sczerniałe  od
ognia, ale bardzo dobrze zachowane w bagiennym podłożu. Diderik zerwał

jeszcze jeden kawałek darni.

- W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! - wykrztusił pastor. - To przecież posążek bożka!

Porąbany i w kawałkach, ale najprawdziwszy. To jakiś pogański ołtarz!

- A  więc  legenda  mówi  prawdę  -  szepnął  Diderik.  Teraz  on  zbladł  z  wrażenia.  -  W  każdym  razie
jeśli chodzi o historyczne fakty. Opowieści o duchach pojawiły się później i nie mają nic wspólnego
z rzeczywistością.

Widok  pogańskiego  bożka  przywrócił  im  zdolność  trzeźwego  myślenia.  Widzieli,  oczywiście,  że
posążek  przedstawia  Freya.  Niezdarnie  wyrzeźbione  rysy  twarzy  nic  nie  mówiły,  nie  miały  zresztą
żadnego  znaczenia,  poza  tym  tak  były  nadgryzione  zębem  czasu,  że  mogłyby  przedstawiać  wszystko
jedno kogo, ale wśród resztek i części, które leżały przed nimi w jasnym świetle dnia, znajdował się
też członek, który nie mógł należeć do żadnego innego boga, jedynie do boga płodności. Z grymasem
niechęci pan Natan odwrócił głowę.

Diderik Swerd nie był aż tak wrażliwy. Chichotał obleśnie, wziął osławiony członek bożka do ręki i
oglądał go dokładnie.

background image

- To dopiero posag! - mruczał pod nosem.

Pan Natan zwrócił się do niego gwałtownie:

- Proszę tego nie dotykać! Lepi się do tego wszelkie najgorsze paskudztwo. To jest przeklęte, czy pan
nie rozumie?

Diderik  natychmiast  odrzucił  od  siebie  kawałek  drewna,  jakby  się  oparzył.  Ruszyli  z  powrotem  tą
samą  drogą,  którą  przyszli.  Żaden  nie  pojmował,  jak  to  się  stało,  że  aż  tak  ulegli  niesamowitemu
nastrojowi tego miejsca.

Milczenie przerwał Natan.

-  Powinienem  był  odmówić  modlitwy  i  pobłogosławić  miejsce,  resztki  przeklętego  ołtarza  i  to,  co
kiedyś było samym jądrem pogaństwa. Ale jest tak, jak pan mówi, panie Diderik: nie mamy czasu do
stracenia! Musimy jechać dalej, bo niedługo się ściemni!

53

Diderik zgadzał się z nim z całego serca.

- I ta nieszczęsna kobieta powinna jeszcze dzisiaj wrócić do domu.

- Oczywiście!

Brodzili przez bagno po kolana w wodzie. Szli w milczeniu, żaden nie chciał głośno wypowiedzieć
tego, o czym obaj myśleli, podejrzenia, a szczerze mówiąc pewności, w jakim to mianowicie miejscu
się znaleźli.

Starannie  unikali  patrzenia  na  siebie  nawzajem.  Nie  chcieli  ujawniać  niepokoju,  który  obu  dręczył.
Chcieli się od niego uwolnić.

Andre odetchnął głęboko. Uświadomił sobie teraz, że od bardzo dawna wstrzymuje oddech.

Zapomniał  właściwie,  po  co  czyta  tę  opowieść,  zastanawiał  się  tylko,  czy  podróżni  dotarli  nad
jeziorko w Vargaby.

Tak, to było to jeziorko! Kiedy stwierdził, że rozumował właściwie, odczuł zadowolenie.

Całe  Trondheim  pogrążone  było  w  nocnej  ciszy.  Andre  rozebrał  się  i  położył  do  łóżka,  nie  mógł
przecież całą noc tak leżeć w ubraniu na pościeli.

Spojrzał na zegarek. Ponieważ odczytywanie rękopisu zajmowało dużo czasu, zeszło mu na tym wiele
godzin.  Ale  nie  chciał  jeszcze  się  poddać,  chciał  się  przekonać,  dlaczego  Vanja  i  Benedikte  tak
bardzo chciały, żeby przeczytał ten manuskrypt.

Coś musi się za tym kryć. Andre po prostu płonął z ciekawości.

background image

54

ROZDZIAŁ V

- Powinni już być z powrotem - powiedziała Barbro i skuliła się obejmując rękami kolana.

Havgrim  spoglądał  ze  współczuciem  na  jej  wychudłe  ramiona  i  całą  kaleką  sylwetkę.  Życie  w
biedzie i niedostatku, ciężka praca i samotność, wszystko to odbiło się fatalnie na jej organizmie.

Uniósł głowę.

- Posłuchaj! Tym razem to nie ptak. Ale też i nie nasi panowie.

-  Masz  rację  -  zgodziła  się  Barbro  po  chwili  nasłuchiwania.  -  To  jakieś  dziewczyny  przywołujące
kozy i owce. Tak, kozy. Poznaję po sposobie, w jaki to robią. Trzeba panu wiedzieć, że jest różnica
w przywoływaniu kóz i owiec.

Havgrim kiwał głową.

- Nie spodziewałem się, że spotkamy tu ludzi - mruknął.

- Naprawdę? - zapytała Barbro i spojrzała mu w oczy. - W ciągu ostatniej godziny też nie?

Głęboko wciągnął powietrze.

- Trudno zaprzeczać, wiemy przecież oboje, gdzie się znajdujemy, prawda?

- Oczywiście, ale proszę się nie bać. >>One<< nigdy mi nic złego nie zrobiły. A mieszkańcy osady to
gościnni, pracowici chłopi. Muchy by nie skrzywdzili.

- Powiadasz, że tobie >>one<< nic złego nigdy nie zrobiły, ale ty jesteś bezbronną kobietą o czystym
sumieniu. My jednak jesteśmy mężczyznami. Co z nami się stanie?

Wzruszyła ramionami.

- Myślę, że nic. Nie trzeba wierzyć w przesądy i gusła. To tylko takie gadanie, nic więcej.

Historie, żeby straszyć łatwowiernych.

Mówiła tak, jakby chciała przekonać samą siebie.

Nawoływania  przybliżały  się.  Słyszeli  czyste  młode  głosy,  cudownie  rzeczywiste  i  ziemskie  w  tej
ponurej i przerażającej atmosferze.

- Idą w naszą stronę - stwierdził Havgrim.

W lesie na zboczu można było widzieć białe nieduże plamy, turlały się niczym koraliki w dół

background image

po kamienistym zboczu. Kozy popędzane przez dwie młode dziewczyny.

55

Jednocześnie po przeciwnej stronie wyłoniło się z lasu dwóch mężczyzn. Na widok kóz i dziewcząt
stanęli jak wryci.

Pasterki stanęły także. Spoglądały na obcych, zebranych w dole na polance, ujęły się za ręce, jakby
chciały dodać sobie nawzajem odwagi, i nie spuszczały wzroku z przybyszów.

- A niech mnie d... - zaczął Diderik, ale przypomniał sobie o obecności duchownego i zamilkł.

- Tamta, z oczyma jak gwiazdy... To prawdziwe zjawisko!

Miał  na  myśli  Kjerstin,  tę  nieśmiałą  i  spokojną.  W  jego  oczach  pojawił  się  błysk  podniecenia  i
zadowolenia zarazem, który Havgrim pojmował bezbłędnie.

Usłyszeli  głębsze  tony  dzwonków  i  z  lasu  wyłoniło  się  stado  krów,  a  za  nimi  jeszcze  jedna
dziewczyna. Ona także była niezwykle pociągająca.

- Wygląda na to, że w Vargaby nadal mają bardzo ładne dziewice - powiedział Diderik, bo nikt już
nie żywił wątpliwości, gdzie się znaleźli.

Słysząc jego słowa pan Natan drgnął i jakby się skulił. Diderik pojął, że wyraził się niewłaściwie.
Ale wszystkie trzy panny były bez wątpienia z tego świata. Policzki miały zarumienione od biegania
po  lesie,  we  włosach  sosnowe  szpilki,  a  przyspieszone  oddechy  i  onieśmielenie  dodawały  im
wdzięku. Naprawdę przyjemnie było na nie patrzeć.

Minęło  sporo  czasu,  zanim  padły  pierwsze  słowa.  Ten,  który  miał  najwięcej  doświadczenia  w
uwodzicielskim  gadaniu,  zajęty  był  teraz  obserwowaniem  trzech  nieznajomych.  Oczywiście  od
pierwszej chwili wiedział, którą wybierze na początek, ale i dwie pozostałe zasługiwały na uwagę.
Na  przykład  ta  z  opadającą  na  czoło  grzywką,  jasnymi  warkoczami,  z  tym  rozmarzonym,  tęsknym
spojrzeniem... Stanowiła z pewnością łatwą zdobycz. Albo tamta wysoka, taka dumna! Wyglądała na
najmłodszą,  lecz  odważnie  patrzyła  obcym  w  oczy.  Tę  najtrudniej  byłoby  sobie  podporządkować.
Ale Diderik znał się na rzeczy i takie zadanie go bawiło. Dlaczego mieliby na złamanie karku pędzić
do Harjedalen i do Norwegii? Dlaczego by nie zostać tu jakiś czas i nie wziąć tego, co samo wchodzi
w ręce?

Kajsa czuła, że kręci jej się w głowie, kiedy tak stała i przyglądała się obcym. Ludzie tutaj?

W  jej  lesie?  Jakaś  stara  kobieta,  kapłan,  poznawała  to  po  kołnierzyku  i  czarnym  płaszczu,  pastor
kościoła w Alvdal też się tak ubierał. I jeszcze jacyś dwaj panowie, obaj dość młodzi.

Jeden  sprawiał  wrażenie  człowieka  obdarzonego  poczuciem  humoru,  w  jego  oczach  pojawiały  się
wesołe  błyski,  bardzo  przystojny  mężczyzna  o  jasnych  włosach  i  brodzie.  Drugi  natomiast,  jeszcze
młodszy, budził w niej lęk. Miała wrażenie, że stara się ukryć swoje myśli i uczucia pod kamiennym
wyrazem twarzy. Jakiż był urodziwy, z tymi czarnymi włosami przy jasnych oczach! Chociaż, prawdę

background image

powiedziawszy, wydawał jej się okropnie nieprzystępny!

Drobna starsza kobiecina wyglądała sympatycznie. Obcy mieli aż trzy konie. Pomyśleć, że ktoś może
być taki bogaty!

56

Czy powinna zawrócić i uciec w las? Zabrać ze sobą swoje towarzyszki i biec co tchu do domu? Z
trudem  się  opanowywała,  bo  nogi  drżały  w  przemożnej  chęci  ucieczki.  Czuła,  że  dzieje  się  coś
niebezpiecznego, nie mogły tak tutaj stać wszystkie trzy. Coś trudnego do określenia zatrzymywało ją
w miejscu, a jednocześnie serce przepełniał jakiś nowy, nie znany dotychczas lęk.

Chociaż, czy taki całkiem nowy i nie znany? To był ten sam lęk, który odczuwała od samego rana. Że
las jest zaczarowany. Że wszystko stało się inne i przerażające.

Zdawało  jej  się,  że  stoją  tak  i  patrzą  na  siebie  od  niepamiętnych  czasów,  choć  w  rzeczywistości
minęła  co  najwyżej  minuta,  aż  Kjerstin  przerażona  krzyknęła  i  zaczęła  uciekać  co  sił  w  nogach.
Widok  obcych  był  czymś  strasznym  dla  dziewczyny,  która  nigdy  nie  odważyła  się  nawet  pójść  do
kościoła  w Alvdalen  i  która  nigdy  nie  widziała  niczego  poza  Vargaby  i  bezkresnymi  lasami  wokół
osady. Natrętne, niedwuznaczne spojrzenia Diderika Swerda przerażały ją śmiertelnie. Nie rozumiała
ich, wiedziała jedynie, że są bardzo niebezpieczne.

Jej zachowanie sprawiło, że również Kajsa rzuciła się do ucieczki. Nie zastanawiając się nad tym,
co robi, pomknęła w dół po zboczu niczym ścigane zwierzę.

-  Hej,  zaczekajcie!  -  krzyknął  za  nimi  władczy  męski  głos.  One  jednak  uznały,  że  głos  ten  brzmi
groźnie, i uciekały jeszcze szybciej.

Britta stała niezdecydowana.

- Sami do tego doprowadziliście! - powiedziała z naganą do ludzi stojących na polanie. -

Dopilnujcie tu moich bydląt, to ja spróbuję sprowadzić dziewczyny z powrotem.

I ona także zniknęła we mgle, która coraz szczelniej otulała ziemię.

-  Cóż  za  dialekt!  -  zawołał  Diderik.  -  Mimo  wszystko  można  zrozumieć.  Chodźcie,  moi  panowie.
Musimy uspokoić te biedaczki.

Wskoczył na konia, pastor poszedł za jego przykładem. Havgrim wahał się.

- Idź i ty - powiedziała Barbro. - Dziewczęta będą potrzebowały wsparcia przyzwoitego człowieka.

- Pan Natan przecież pojechał. A poza tym czy mogę cię tu zostawić samą ze zwierzętami?

- Myślę, że wszystkie drapieżniki rozpierzchły się przerażone - odparła. - Pospiesz się, będziesz im
potrzebny.

background image

Skinął głową i wskoczył na siodło.

57

Barbro  patrzyła  w  ślad  za  nim,  ale  wkrótce  i  on  zniknął  we  mgle.  Kobieta  z  rozgoryczeniem
potrząsała głową. Powinnaś byłaś siedzieć w domu, Barbro! Ty, która tyle wiesz o starym podaniu. I
która znasz jego dalszy ciąg. Powinnaś być mądrzejsza!

Wyprostowała swoje zgarbione plecy. I jeżeli się za bardzo nie mylę, myślała, to jest tu ktoś jeszcze,
kto zna dalszy ciąg...

W gęstej mgle trzej mężczyźni rozeszli się na różne strony.

Diderik Swerd prowadził konia w górę po zboczu, ale nie widział żadnego śladu dziewcząt.

Niech to diabli, one znają ten las na wylot. Ale znajdzie je, nie da za wygraną! Chciał je zobaczyć!
Przede wszystkim tę niesłychanie piękną, która uciekła pierwsza. Spłoszona jak łania. I tamtą małą z
tańczącymi warkoczami także...

Po  chwili  wstrzymał  konia.  Zobaczył  coś  przed  sobą.  Coś  się  poruszało.  Zatrzymał  się  i  wytężył
słuch.

Znajdował się w niewielkiej kotlinie, reniferowy mech porastał tu zbocza i pnie rzadko rosnących,
prostych  sosen.  Mgła,  a  może  to  nisko  wiszące  chmury,  przepływała  nad  ziemią,  tworząc  dziwne,
czasami wręcz niesamowite formacje pomiędzy sosnami.

Coś  tam  chyba  jest...  Tam,  na  prawo  od  niego,  otulone  zasłoną  mgły  tak  szczelnie,  że  nie  mógł
rozróżnić, co to. Zwierzęta? Ludzkie istoty? Dziewczęta?

Nie,  dziewczęta  nie  były  ubrane  tak  jak  te  dziwne,  trudne  do  określenia  cienie.  Ich  proste  sukienki
były kolorowe, nosiły też pasiaste fartuchy i barwne chusty na ramionach.

Ten  czy  też  ci,  którzy  ukrywali  się  przed  nim,  musieli  mieć  na  sobie  odzienie  z  brązowych  lub
szarych skór, włosy powiewały na wietrze...

A może się po prostu mylił? Potrząsnął głową, by odzyskać ostrość wzroku. Obraz zniknął.

Widocznie powykrzywiane drzewa sprawiły, że coś mu się przywidziało.

Wielki nur odezwał się znowu. Czyżby Diderik znajdował się w pobliżu jeziora? Nie, to niemożliwe.
Jezioro jest dokładnie w odwrotnym kierunku. I wtedy znowu głos zawołał kogoś po imieniu. Diderik
westchnął. Jeśli to nur, pomyślał, to może i ja jestem ptakiem.

Założyłbym się o własną duszę, że to głos kobiecy. >>Vret Joooar!<< niosło się po lesie.

Nagle rozległ się głuchy dźwięk, jakby coś ciężkiego spadło z łoskotem, ale tak głośno, że i Diderik,
i koń drgnęli przestraszeni. Tym razem to na pewno był ptak, ale jego krzyk brzmiał

background image

jak złowieszczy chichot.

Potem znowu zaległa cisza.

A  jednak  daleko  we  mgle  coś  się  poruszało  i  z  głębi  lasu  znowu  nadeszło  to  żałosne  wołanie  jak
jakieś nierzeczywiste, pozaziemskie echo.

58

Żeby tak pan Natan tutaj był!

Nie zastanawiając się Diderik zawrócił konia i pognał na łeb na szyję do miejsca spotkania.

Pan Natan już wrócił. Był blady, usta zaciskał tak, że została tylko cienka kreska, i nie chciał

nic powiedzieć.

To  Havgrim  odnalazł  dziewczęta.  Dwie  młodsze  starały  się  uspokoić  Kjerstin,  która  siedziała
skulona  na  mchu  i  szlochała  rozpaczliwie.  Kiedy  Havgrim  nadjechał,  próbowała  uciec,  ale
przyjaciółki ją powstrzymały.

Zeskoczył z konia.

- Nie bójcie się, nie chcemy zrobić wam nic złego - rzekł krótko, a w jego oczach nie było wrogości.
Wrogości chyba w nich nigdy nie było, czasami stawały się tylko nieprzeniknione, żeby nikt nie mógł
dostrzec, co dzieje się w duszy Havgrima. - Chodźcie teraz ze mną na polanę, inni tam na nas czekają
i  tam  też  są  wasze  zwierzęta  -  przekonywał.  -  Panienka,  która  wygląda  na  bardzo  zmęczoną,  może
jechać w siodle. Ja konia poprowadzę za uzdę.

Kjerstin  przyjrzała  mu  się  zapłakanymi  oczyma  i  uznała,  że  można  mu  zaufać.  Pomógł  jej  dosiąść
konia i wszyscy czworo mogli jechać. To znaczy jechała tylko Kjerstin; Kajsa i Britta rywalizowały
o to, która pójdzie bliżej Havgrima, bo obie poczuły do niego sympatię.

- Naprawdę, nie jesteśmy takie głupie, jak to może mogło wynikać z naszego zachowania -

tłumaczyła Britta trochę niepewnie. - Ale dzisiaj wszystko jest takie dziwne. Sama się wystraszyłam!

Co  miało  chyba  oznaczać,  że  na  ogół  Britta  nie  należy  do  tych,  co  boją  się  ciemności  lub  obcych
podróżnych.

-  Rozumiem,  co  masz  na  myśli  -  rzekł  Havgrim  swoim  głębokim  głosem.  -  O  tym  samym
rozmawialiśmy jadąc przez las.

- No właśnie, nam się zdawało, że nie jesteśmy same w lesie. Okazuje się, że nie byłyśmy -

zakończyła z chichotem.

background image

Havgrim  uśmiechnął  się  pod  nosem.  Kajsa  nie  mówiła  nic.  Starała  się  nadążać  za  Havgrimem,  z
przyjemnością patrzyła na jego duże buty obok swoich małych stóp. Od czasu do czasu spoglądała na
niego nieśmiało i kilka razy stwierdziła, że i on przygląda jej się z uwagą.

- Czy myśmy się już kiedyś nie spotkali? - zapytał w końcu, gdy Britta na chwilę umilkła.

- No, jeśli pan był w kościele w Alvdalen w ostatnie Boże Narodzenie, to mogliśmy się widzieć -
odparła Kajsa.

59

- To dziwne! Zdawało mi się, jakby... Jakby...

- Mnie też - potwierdziła spokojnie.

Kajsa zastanawiała się, czy mówiłby to samo, gdyby wiedział, co ona chciała powiedzieć:

>>Zdawało mi się, jakbym znalazła się... w domu!<<

Przyglądała  się  jego  ręce  wspierającej  Kjerstin.  A  Kjerstin  patrzyła  w  dół  na  niego  swoimi
wielkimi,  zdziwionymi  i  jakby  wygłodniałymi  oczyma  i  nagle  Kajsa  doznała  dziwnego,  dotychczas
jej nie znanego uczucia: To była piekąca zazdrość!

Zazdrość to uczucie bardzo złożone, może zawierać w sobie wiele bardzo różnych doznań.

Smutek,  skrępowanie,  wściekłość,  nikczemność,  zranioną  dumę,  żądzę  władzy,  gniew,  pragnienie
zemsty... Można wymieniać jeszcze długo, od wielkiej szlachetności aż do największej podłości.

W sercu Kajsy zazdrość dopiero kiełkowała, bo przecież znała tego mężczyznę ledwie kilkadziesiąt
minut,  natomiast  Kjerstin  znała  przez  całe  swoje  życie.  Dlatego  bardzo  szybko  zdołała  stłumić  w
sobie  paskudne  uczucia  i  niemal  przebaczyć  Kjerstin  tę  radość,  że  może  siedzieć  w  siodle  i  czuć
dotyk dłoni Havgrima na swojej ręce.

Britcie  usta  się  nie  zamykały,  jakby  chciała  zaimponować  obcemu  tym  nieprzerwanym  potokiem
słów. Mówiła, że goście muszą pojechać z nimi do wsi, do rodziców, przywitać się.

O  bardzo  dziś  brzydkiej  pogodzie  i  o  tym,  jak  pięknie  tu  zazwyczaj  bywa.  Wcisnęła  się  teraz
pomiędzy Kajsę i Havgrima, lecz Kajsie to nie przeszkadzało. Była głęboko przejęta tym spotkaniem,
lecz  spokojna,  jeśli  taki  paradoks  w  ogóle  jest  możliwy,  cieszyła  się,  że  on  jest  tuż  obok,  młody
mężczyzna  o  płonących,  melancholijnych  oczach  i  zmysłowych  ustach,  mężczyzna  o  silnych  rękach,
podtrzymujących inną dziewczynę, który jednak od czasu do czasu spogląda na Kajsę, co wzrusza ją
tak bardzo, że aż traci dech.

Wkrótce  znaleźli  się  na  polanie,  gdzie  oczekiwano  ich  z  niepokojem,  i  Britta  ukłoniła  się  głęboko
panu Diderikowi, a później księdzu z piękną brodą. Kjerstin i Kajsa zrobiły to samo.

Jakie to wszystko dziwne, myślała Kajsa. To najmłodsza z nas trzech jest najbardziej śmiała i pewna

background image

siebie, a najstarsza jest też najbardziej nieśmiała. Ja znajduję się pośrodku. Jestem przeciętna.

Akurat teraz nie miała ochoty być przeciętną. Chciała być kimś, kto zwraca na siebie uwagę.

Kto jest podziwiany i kogo się lubi. Nie była jednak ani taka śliczna jak Kjerstin, ani taka bystra jak
Britta. Czy było w niej coś interesującego?

Bardzo wiele, ale miała jeszcze za mało lat, żeby zdawać sobie z tego sprawę.

Twarz eleganckiego pana rozjaśniła się w uśmiechu.

60

-  Witajcie,  moje  damy!  Jak  to  wspaniale,  że  panie  wróciły,  ponieważ  nie  bardzo  wiemy,  gdzieśmy
się znaleźli. Poszliśmy złą drogą i zabłądziliśmy.

Zarówno  Havgrim  i  Barbro,  jak  i  duchowny  zareagowali  z  irytacją  na  jego  słowa.  Czy  naprawdę
trzeba wspominać tę nieprzyjemną legendę?

Pastor popatrzył surowo na dziewczęta i zapytał, czy zostały ochrzczone w imię Chrystusa.

Kajsa  nie  była  tego  taka  pewna,  lecz  Britta  odparła  z  przekonaniem,  że  owszem,  wszystkie  trzy  są
ochrzczone.

Tylko że Britta często mówiła to, co właśnie wydawało jej się wygodne!

Kajsa zwróciła uwagę na jej niemal agresywny ton, kiedy rozmawiała z duchownym. Jakby nie mogła
go znieść. A i pastor zaciskał gniewnie wargi i przyglądał jej się nieprzychylnym wzrokiem.

Kjerstin  natomiast  jak  zauroczona  wpatrywała  się  w  pełnego  godności  Diderika.  Możesz  sobie  na
niego patrzeć, pomyślała Kajsa ze złością, ale nie musisz już trzymać >>mojego<< gościa za rękę, to
już naprawdę nie jest potrzebne. Wszystkich byś chciała zagarnąć dla siebie czy jak?

Kajsa zdała sobie sprawę, że jest w bardzo nieprzyjemnym nastroju. Odczuwała gwałtowną awersję
do  dwóch  pozostałych  mężczyzn,  do  duchownego  i  tego  wyniosłego  pana,  choć  było  to  całkowicie
bezpodstawne. Naprawdę najzupełniej bezpodstawne!

Britta powtórzyła propozycję, by podróżni wstąpili do wsi, zrobiło się bowiem późne popołudnie i
do  wieczora  i  tak  już  by  daleko  nie  zajechali.  Niedawno  niedźwiedź  napadł  na  starego  człowieka,
kilka mil na północ od osady, i tylko cudem człowiek ów uszedł z życiem.

Diderik pospiesznie wymienił spojrzenia ze swoimi towarzyszami podróży i dziękując przyjął

zaproszenie. Nawet stara Barbro sprawiała wrażenie, że takie rozwiązanie przyjmuje z ulgą.

W ten sposób uniknie spotkania z Ćmokiem. A poza tym ona nigdy się Vargaby nie bała.

background image

Kiedy szli długim rzędem przez las, najpierw dziewczęta, potem jeźdźcy, a na końcu zwierzęta, Kajsa
znowu wyobraziła sobie, że coś wokół nich krąży, coś, czego nie powinno być. Pośród ukrytych we
mgle  koron  drzew  rozlegało  się  głuche,  żałosne  zawodzenie,  a  porośnięty  mchem  stok  zdawał  się
drżeć pod ciężarem końskich kopyt, ziemia uginała się i po chwili powracała do dawnego położenia.
Ona  sama  była  przyjemnie  podniecona  na  myśl  o  tym,  że  za  jej  plecami  jedzie  mężczyzna,  który
zaproponował  jej,  żeby  usiadła  przed  nim  na  koniu,  a  któremu  ona  z  niewiadomego  powodu
odmówiła.

Las się skończył i wyszli na niebywale piękną, rozległą polanę, porośniętą trawą i usianą mnóstwem
kwiatów, które teraz pochylały główki w wilgotnym powietrzu. Przed oczyma podróżnych rozciągał
się  widok  na  Vargaby,  rozłożoną  na  niewielkich  wzgórzach  starą  osadę.  Małe  domki  tuliły  się  do
siebie.  Kajsa  żałowała,  że  goście  nie  widzą  tego  w  słonecznym  blasku,  bo  była  bardzo  dumna  ze
swojej rodzinnej wsi. Uważała, że 61

piękniejszego  miejsca  nie  ma  na  ziemi.  I  chociaż  Kajsa  nie  widziała  nic  więcej  oprócz  Rot  i
Alvdalen, chyba miała rację. Vargaby było niewypowiedzianie pięknym miejscem, prawdziwą osadą
z baśni.

Podróżni zatrzymali wierzchowce.

- Bóg mi świadkiem, żem się tego nie spodziewał - szepnął Diderik.

Uszczęśliwiona  Kajsa  usłyszała  w  jego  głosie  szczery  zachwyt,  serce  zabiło  jej  radośnie,  a  oczy
promieniały.  Dopóki  nie  napotkała  zamyślonego  spojrzenia  Havgrima.  Wtedy  spuściła  wzrok.  Nie
odjeżdżaj, prosiła w duchu. Zostań tutaj, nadaj mojemu życiu treść i sens!

Przecież  nawet  nie  zdążymy  się  lepiej  nawzajem  poznać.  Jak  tu  będzie  po  waszym  odjeździe?  Sto
razy bardziej pusto niż dotychczas!

To była nieznośna myśl.

Miała wrażenie, że wszystkie nieszczęścia świata nagle zwaliły się jej na ramiona.

Kiedy  zdumienie  i  zaskoczenie  mieszkańców  wsi  na  widok  obcych  ustąpiło,  gości  zaproszono  na
posiłek  złożony  z  zimnego  zsiadłego  mleka  i  żytnich  podpłomyków  ze  złociście  żółtym  masłem  i
kozim  serem.  Kjerstin  stała  onieśmielona  we  drzwiach  ojcowskiej  izby,  w  której  wokół  stołu
zasiedli  przybysze.  To  właśnie  jej  ojciec  był  teraz  starszym  w  Vargaby,  od  czasu  kiedy  jego
poprzednika zabrała zaraza.

Diderik rozkoszował się ciepłem izby i odpoczywał. A zatem jest was tak niewielu, myślał.

Garść zaledwie. Ale za to jakie tu macie panny! Te trzy, które spotkaliśmy w lesie.

Pragnienie uwodzenia dziewic odezwało się w nim z całą siłą. Zbyt wiele markietanek i zbyt wiele
chętnych, zanadto jak na niego doświadczonych służących spotykał w ostatnich czasach. Teraz znowu
trafia mu się coś całkiem nietkniętego!

background image

Posłał  Kjerstin  spojrzenie,  którego  żadna  z  zebranych  w  izbie  kobiet  nie  mogła  zrozumieć
niewłaściwie. Kjerstin jednak była całkowicie niedoświadczona, przyjmowała jego zainteresowanie
z  pokorą  i  oddaniem.  I  jeśli  za  czymś  tęskniła  w  swojej  dotychczasowej  samotności,  to  właśnie  za
takim  spojrzeniem  mężczyzny.  Zarumieniona  ze  wstydu  i  radości  wybiegła  z  domu.  Kajsa  i  Britta
wymieniły pełne niepokoju spojrzenia.

Diderik zwrócił się do gospodarza domu:

- Prawdziwie piękna wieś, to Vargaby.

Ojciec Kjerstin odparł:

-  Zmagamy  się  z  lasem.  To  wieczna  walka.  Nieustannie,  podstępnie  las  podpełza  w  stronę  osady.
Gdybyśmy się nie bronili, wkrótce pochłonąłby całą wieś.

62

Kjerstin wróciła i ponownie stanęła na progu.

- Wasz koń okulał, mój panie - zwrócił uwagę gospodarz.

- Tak, zauważyłem - potwierdził Diderik. - Myślę, że dobrze by mu zrobiła chwila odpoczynku.

Wzrok gościa nieustannie krążył wokół postaci Kjerstin.

- Pustych domów u nas pod dostatkiem. Możecie zostać tu przez parę dni.

- Nie mówimy nie - odparł Diderik. W jego oczach pojawił się jakiś szelmowski błysk. -

Skorzystamy  z  okazji.  Ostrzegano  nas  przed  dziewicami  z  Vargaby,  ja  jednak  uważam,  że  są  one
niebywale pociągające.

Twarz gospodarza pociemniała.

-  Ach,  tak,  ta  legenda  przyczyniła  nam  wiele  szkody.  To  takie  niesprawiedliwe!  Jesteśmy
zwyczajnymi,  pracowitymi  chłopami  i  nikomu  nie  życzymy  źle.  Ale  ludzie  unikają  nas  jak  zarazy.
Naprawdę bez powodu!

Diderik  pojął,  że  zachował  się  nietaktownie,  i  próbował  to  jakoś  załagodzić,  rozpływając  się  w
pochwałach i zachwytach, czym jeszcze pogarszał sprawę.

Przerwał mu pastor.

- Skoro już mowa o tym, co uchodzi - powiedział cierpko - to nie zauważyłem u was domu Bożego.
Jak to jest?

- Nie możecie żądać, panie Natanie, by ta garstka ludzi zbudowała sobie kościół - wtrącił

background image

Diderik.

- Pan Natan? - powtórzył ojciec Kjerstin zdumiony. - To nadzwyczajne! To wasze prawdziwe imię,
ojcze duchowny?

- Co w tym takiego nadzwyczajnego? - warknął pastor.

-  Ów  apostoł,  który  w  swoim  czasie  przybył  do  Vargaby  i  położył  kres  ofiarom  z  dziewic,  ale
później spalił wieś, też miał na imię Natan albo Natael.

- Coś takiego! - zachichotał Diderik szyderczo.

-  Ten  przypadek  nietrudno  wytłumaczyć  -  uciął  duchowny  cierpko.  -  Natan  był  tak  wielkim  sługą
Bożym, że wszyscy chcielibyśmy go naśladować. Jednakże ja mam wam do powiedzenia co innego.
Mieszkańcy  wsi  powinni  wysłuchać  słowa  Bożego.  Tedy,  skoro  wszyscy  są  zebrani,  wygłoszę
krótkie kazanie.

63

- Będziemy wam wdzięczni, panie.

Kajsa siedziała z bólem w sercu. Jej ciemnowłosy przybysz zbyt jawnie i zbyt często wodził

oczyma za Kjerstin wciąż stojącą przy drzwiach. No pewnie, czyż mogłam oczekiwać czego innego,
myślała rozgoryczona. Kjerstin jest przecież taka piękna. A poza tym miła i dobra, i jest też starsza
ode mnie. Ona zasługuje na najlepszego.

Czasami naprawdę trudno jest być szlachetnym.

Britta i ona pobiegły na wieś zawołać wszystkich, którzy jeszcze siedzieli w swoich domach i spoza
firanek  wypatrywali  niebezpiecznych  przybyszów.  W  drodze  powrotnej  dziewczęta  natknęły  się  na
Havgrima,  który  wyszedł  odetchnąć  świeżym  powietrzem.  Wtedy  Kajsa  pomyślała,  że  chciał  je
spotkać, i serce zabiło jej jak szalone, a w głowie poczuła szum.

Britta przystanęła wyczekująco.

- Czy mogłybyście być tak dobre i mieć oko na waszą przyjaciółkę? - poprosił pospiesznie cichym
szeptem.  -  Mój  chlebodawca  i  towarzysz  podróży  nie  spuszcza  z  niej  wzroku,  a  nie  cieszy  się  on
najlepszą  opinią.  Nie  chciałbym,  żeby  zrobił  krzywdę  tej  biedaczce.  Wy  obie  jesteście  rozsądne  i
trzeźwo patrzycie na świat, musicie się zatroszczyć, żeby on nie sprowadził jej na manowce.

Kajsa  poczuła,  że  świat  wiruje  wokół  niej  ze  zdumienia.  Rozsądne  i  trzeźwo  patrzące  na  świat?
Britta  owszem,  ale  ona?  Czy  to  miał  być  komplement,  czy...?  I  o  co  mu  chodziło  z  tą  troską  o
Kjerstin? Czy miał na myśli tylko jej dobro, czy też może sam chciał ją zdobyć?

Przyrzekły  obie  mieć  oczy  i  uszy  otwarte;  Britta  z  wyrazem  stanowczości  we  wzroku,  który  mógł
obiecywać wiele.

background image

Pan  Natan  wygłosił  kazanie,  w  którym  aż  buzował  ogień  piekielny,  a  przestraszonym  mieszkańcom
wsi zdawało się, że czują w powietrzu zapach siarki. Kajsa, która uważała, że proboszcz kościoła w
Alvdalen jest bardzo surowym kapłanem, lecz sprawiedliwym i z gruntu dobrym, była wstrząśnięta
fanatyzmem pana Natana.

Co chciał osiągnąć tym krzykiem? Dlaczego ich tak bardzo nienawidzi?

Vargaby  jest  przeklęte,  grzmiał  kapłan.  Jego  mieszkańcy  to  szatański  pomiot  i  pachołkowie
pogańskich bożków. Bo czyż sam nie widział nad jeziorem figury Freya? Czyż demony nie wabiły go
w głąb lasu? Rozpalał się coraz bardziej i bardziej, i mimo woli ujawniał, co go spotkało po drodze.
Jakieś mgliste postacie, na wpół widoczne, chciały porwać jego duszę, był jednak dla nich zbyt silny
i za bardzo bogobojny! Kobiecy demon z potarganymi włosami i w pospolitej sukni leżał na ziemi, a
na ciele widoczne były ślady cięć mieczem. Omam.

Szatański  omam!  Przesądni,  wierzący  w  gusła  ludzie  w Alvdalen  chcieli  mu  wmówić,  że  setki  lat
temu  pewien  apostoł  zamordował  tam  czarownicę.  Bez  wątpienia  widzenie  zesłał  sam  diabeł,  by
wciągnąć go w swoje sieci; diabeł chciał, by ksiądz uwierzył w to, co widzi, i w swoim ogromnym
miłosierdziu próbował pomóc nieszczęsnej kobiecie, a tym samym znalazł

64

się  we  władaniu  Szatana.  Pan  Natan  jednak  przejrzał  ich  wszystkich.  Uniósł  w  górę  srebrny  krzyż,
wypowiedział stosowne zaklęcia i widzenie zniknęło.

- My nigdy niczego nie widzieliśmy - rozległ się czysty głos Britty.

-  Zamilcz,  dziewczyno!  -  upomniał  ją  szeptem  ojciec  Kjerstin.  -  Nie  podawaj  w  wątpliwość  słów
kapłana!

- Ale my przecież naprawdę nigdy niczego nie widzieliśmy! On nie ma prawa niszczyć naszego lasu
tylko dlatego, że sam boi się ciemności!

Britta była jedną z tych kobiet, które zaszłyby daleko, gdyby mogły studiować. Ale nawet nie znała
takiego słowa, cóż dopiero mówić o nauce!

Pastor wpatrywał się w nią wytrzeszczonymi oczyma.

- Nigdyście tu nie widzieli tego ohydztwa, które was otacza, bo sami jesteście częścią zła.

Powinienem postąpić tak, jak należy w takich okolicznościach, i spalić gniazdo zepsucia.

-  Znalazł  się  już  taki,  który  kiedyś  tak  właśnie  zrobił  -  odcięła  się  Britta.  -  To  był  zły  postępek,  z
niego płynie wszelkie zło, które wy, obcy, tu dostrzegacie.

Kajsa słyszała w jej głosie powstrzymywany płacz. Była wstrząśnięta odwagą Britty, a jednocześnie
podziwiała przyjaciółkę.

background image

Pan Natan uniósł rękę, jakby chciał uderzyć dziewczynę albo rzucić na nią klątwę, zaraz się jednak
rozmyślił i zaczął grzmieć na wszystkich zebranych:

-  Ukorzcie  się!  Ukorzcie  się  wszyscy,  powiadam  wam!  Albowiem  w  dzień  sądu  znajdziecie  się
wśród przeklętych. Karząca ręka Pana zepchnie was w ogień piekielny!

Jakaś stara kobieta zaczęła płakać.

Britta wstała i poszła do drzwi.

-  Jeśli  w  ten  sposób  prowadzicie  dusze  do  Pana,  to  musi  on  mieć  ich  niewiele.  Proboszcz  w
Alvdalen  mówi,  że  Pan  jest  miłością  i  wybaczeniem.  Wy  zaś,  panie  Natan,  rozkoszujecie  się
własnymi słowami i władzą, jaką macie nad nami. Bóg Ojciec wcale was nie obchodzi.

- Dziwka! - rzekł pan Natan, a jego przerażający głos brzmiał lodowato. Przemawiał

stanowczo, ale spokojnie, jak zawsze, kiedy zwracał się do grzeszników. - Wracaj na swoje miejsce!

Britta nie zamierzała posłuchać.

- Ja w was nie wierzę! Ja wierzę w Boga.

65

- Ja jestem Bogiem!

Teraz dziewczyna zaczęła się powoli odwracać. Patrzyła duchownemu w oczy.

- Właśnie słyszę - powiedziała szyderczo i wyszła z chaty.

Pan Natan był pąsowy na twarzy.

-  To  znaczy,  chciałem  powiedzieć,  że  jestem  jego  zastępcą  na  ziemi!  -  krzyknął,  ale  Britty  już  nie
było.

Duchowny stracił panowanie nad sobą i wybiegł za nią na podwórze.

- Natychmiast wrócisz do izby, ukorzysz się i publicznie będziesz mnie błagać o przebaczenie! Bo jak
nie, to wyklnę cię, przepędzę z kościoła, ty... czarownico!

Britta spoglądała na niego spokojnie, choć płacz dławił ją w gardle.

- A nie chcielibyście zabić czarownicy? Raz już się tak stało, można to powtórzyć!

Wtedy pan Natan się opanował. Legenda! Ręce mu dygotały, kiedy je bezradnie opuścił.

Wrócił do izby i teraz przemawiał już nieco bardziej umiarkowanym tonem. Postępował, rzecz jasna,
niekonsekwentnie,  bo  wszystkie  te  wydarzenia  wytrąciły  go  z  równowagi,  ale  słuchający  wierni

background image

woleli go takim.

Gdy  kazanie  dobiegło  końca,  ludzie  się  rozeszli.  Dziewczęta  odprowadziły  gości  do  dobrze
utrzymanego drewnianego domu, który stał pusty. Barbro miała tam spać w alkierzu, a mężczyźni w
dużej izbie.

Mgła nad łąkami zgęstniała, widać to było wyraźnie, kiedy tak szli pomiędzy domami w mistycznym,
przytłumionym  blasku  letniego  wieczoru.  Kajsa  czuła  się  rozbita.  Kjerstin  była  taka  śliczna,  Britta
miała taką silną osobowość. Kajsa kompletnie ginęła na tle tych dwu.

Chciała  głośno  krzyczeć  w  beznadziejnej  desperacji:  >>Ja  istnieję!  Spójrz  na  mnie!  Niczego  nie
potrafię, nie ma we mnie niczego interesującego, ale jestem! Mam gorące serce, pełne współczucia i
wyrozumiałości  dla  wszystkich  żywych  istot,  i  jest  we  mnie  mnóstwo  czułości  i  oddania,  którym
mogłabym cię obdarzyć!<<

To ostatnie jednak miały też obie kuzynki, i Kjerstin, i Britta.

Był  to,  oczywiście,  jedynie  przypadek,  ale  Havgrim  przez  jakiś  czas  szedł  obok  Kajsy.  Żadne  nie
mówiło  nic,  lecz  to  nie  miało  znaczenia.  Kajsa  była  tak  przeniknięta  czarownym  nastrojem  tego
wieczoru, że z trudem chwytała oddech.

Trudno  powiedzieć,  jak  do  tego  doszło,  ale  w  pustym  budynku,  przyjemnie  pachnącym  starym
drewnem  i  jałowcowymi  gałązkami,  wywiązała  się  bardzo  interesująca  rozmowa  i  dziewczęta
zwlekały z powrotem do domu. Wszyscy rozsiedli się, gdzie kto mógł, po kolei 66

opowiadali o swoim życiu. Czegoś takiego dziewczęta nigdy nie doświadczyły. Trwały w nie znanej
im  dotychczas  egzaltacji,  gotowe  w  każdej  chwili  wybuchnąć  płaczem.  Z  oddali,  znad  jeziora
dochodził krzyk nura. Dla nich to było normalne, dziwiły się więc przerażeniu w oczach gości. Nur to
przecież nie jest ptak, którego należałoby się bać!

Kajet  wysunął  się  z  ręki  Andre,  leżącego  w  hotelowym  łóżku  w  Trondheim.  W  ciągu  ostatnich
kilkunastu minut powieki opadały mu ciężko na oczy i musiał się boleśnie szczypać, by nie zasnąć.
Teraz nie był już w stanie dłużej walczyć ze snem. Musiał odłożyć rękopis i zgasić lampę. Przedtem
jednak spojrzał na zegarek. Czwarta rano! A przecież w ciągu dnia czeka na niego tyle spraw!

Wciąż  jeszcze  nie  pojmował,  co  wspólnego  z  Ludźmi  Lodu  ma  opowieść  o  dziewicach  z  Vargaby.
Gdyby  jednak  był  w  stanie  przeczytać  jeszcze  jedną  jedyną  stroniczkę,  dowiedziałby  się,  co  ich
łączy. A przynajmniej mógłby się domyślać, o co w tym wszystkim chodziło.

67

ROZDZIAŁ VI

Andre  obudził  się  wcześnie.  Miał  wrażenie,  że  jego  ciało  samo  nakłania  go  do  aktywności,  jakby
mówiło:  Dość  już  tego  spania,  musisz  przeczytać  do  końca  manuskrypt,  zanim  podejmiesz  badania
zakrojone na szerszą skalę.

background image

Ponieważ pozostawało jeszcze sporo czasu do śniadania, ubrał się i usiadł wygodnie w fotelu przy
oknie. Z zewnątrz dochodził rytmiczny stukot końskich kopyt na kamiennym bruku, zgrzyt tramwajów i
rozmowy  robotników  zamiatających  trotuar.  Poza  tym  panowała  cisza,  taka,  jaką  można  odczuwać
tylko o brzasku. Mgła była gęsta, Andre nie widział więc nic oprócz zarysu domów po drugiej stronie
ulicy.

Otworzył zeszyt i powrócił do lektury. Musiał się cofnąć o kilka stronic, by zrozumieć dokładnie to,
czego w nocy jego zmęczony umysł już nie przyjmował do wiadomości.

Odszukał miejsce, w którym wczoraj stracił wątek.

Wszyscy  odczuwali  potrzebę  mówienia.  Jedynie  pan  Natan  zachowywał  milczenie.  Usiadł  w
mrocznym  kącie,  możliwie  jak  najdalej  od  Britty.  Widocznie  pojmował,  że  tę  dziewczynę  może
ukarać chłostą lub pręgierzem, może ją wykląć, może ją nawet spalić na stosie, lecz pokonać jej nie
zdoła.  Na  to  było  zbyt  wiele  mrocznych  cieni  w  jego  bojaźni  bożej,  na  to  ona  zbyt  dobrze  go
przejrzała.

To musiała być gorzka świadomość dla kogoś, kto uważał się za wybranego sługę Pana.

Diderik, jakby zupełnie przypadkowo, położył rękę na ławie za plecami Kjerstin. Jego kciuk poruszał
się tam i z powrotem, dotykając leciutko jej biodra, co wprawiało ją w oszołomienie i przerażenie
zarazem.

To właśnie Diderik powiedział:

- Barbro, dawałaś do zrozumienia, że lepiej niż twój chlebodawca znasz legendę o dziewicach?

- Myślę, że są tu jeszcze inni, którzy lepiej ją znają, nie tylko ja - odparła z naciskiem.

Po chwili milczenia, gdy zebrani zdawali się czekać, że ktoś potwierdzi jej słowa, lecz nic takiego
nie nastąpiło, pan Diderik odezwał się znowu:

- W takim razie opowiedz nam, co wiesz.

- Może nie warto wspominać takich spraw tutaj.

- Owszem, opowiadaj!

Kajsa spojrzała ukradkiem na Havgrima i w mroku napotkała jego wzrok. Czyżby dostrzegła uśmiech
na jego twarzy? Nie miała odwagi uwierzyć. Wprawdzie to Britta siedziała obok 68

niego, lecz Kajsa się tym nie martwiła. Britta była za młoda, by żywić inne uczucia do Havgrima niż
wdzięczność i dumę, że nazwał ją rozsądną i trzeźwą.

A  może  Britta  wcale  nie  jest  za  młoda?  Och,  nie,  nie  wolno  znowu  pozwolić,  żeby  wątpliwości
doszły do głosu!

background image

Jakie to zresztą wszystko ma znaczenie? Obcy i tak jutro wyjadą!

Wyjadą?  Och,  jaki  żal,  jaka  tu  zapanuje  pustka!  Nie,  nie  jedź  dalej!  Nie  pozostawiaj  mnie  na  całe
długie życie z tym wspomnieniem jednej jedynej chwili, z tym snem o pewnym letnim wieczorze we
wczesnej młodości!

Barbro powiedziała bardzo wolno:

- Ja wiem tylko, co się stało z synem strażnika i średniej z sióstr.

Diderik szukał w pamięci.

- Aha,  to  ta,  której  udało  się  dotrzeć  do  ludzi,  podczas  gdy  strażnik  zapłacił  za  ucieczkę  życiem  -
rzekł w końcu z ledwo dostrzegalną ironią. - No dobrze, więc co się stało z tym małym bękartem?

- Jak słyszeliśmy, chłopiec miał osiem lat, kiedy matka umarła. Tylko że ona przez cały czas wbijała
mu  do  głowy  myśl  o  zemście.  A  panowie  wiedzą,  jak  taka  myśl  może  się  wryć  w  umysł  i  serce
dziecka.

- Tak. To pozostaje w nim na zawsze - potwierdził Diderik. - Mów dalej!

- Chłopiec dorósł i opuścił Alvdalen. Wiedział bowiem, że Vret Joar Jonsson zginął nad Siljan, lecz
jego syn nadal żyje. Wprawdzie chłopiec nigdy nie odnalazł owego Vreta Mattsa Joarssona, lecz sam
się ożenił i został ojcem. Swemu najstarszemu synowi przekazał

wiedzę o tym, jakiego strasznego przestępstwa wobec ich rodu dopuścił się Joar i jego syn...

- No tak, teraz rozumiem - kiwał głową Diderik. - Zemsta stała się obowiązkiem przekazywanym z
pokolenia na pokolenie. Honorowym długiem, wendetą, jeśli można użyć obcego słowa. Interesujące!
Wiesz, jak się to wszystko zakończyło?

-  Myślę,  że  tak  -  odparła  Barbro.  -  Minęło  wiele  czasu,  ale  potomek  tamtej  dziewczyny  odnalazł
potomka  Vreta  Joara.  My  jednak  nie  usłyszeliśmy  jeszcze  pańskiej  historii,  panie  Dideriku.  Pański
ród pochodzi z tych stron, prawda?

-  Tak,  toteż  poszukuję  wszelkich  śladów.  Chciałbym  dowiedzieć  się  czegoś  więcej  o  moich
przodkach, ponieważ wydaje mi się, że mój ród wydał wielkich rycerzy, a może nawet królów. Moje
wrodzone  zdolności  do  panowania  i  dominowania  nad  innymi  o  tym  świadczą.  I  mój  autorytet.
Posunąłem  się  już  w  badaniach  dość  daleko.  Przeprowadzałem  wywiady,  studiowałem  dokumenty,
księgi parafialne i temu podobne. Doszedłem aż do roku tysiąc 69

trzysta  siedemdziesiątego,  kiedy  to  niejaki  Knuts  Per  Olsson,  handlarz  skór,  przybywa  do  Uppsali.
Nazwisko  wskazuje  wyraźnie,  że  pochodził  z  Dalarna,  a  pewne  informacje  pochodzące  ze  starych
kontraktów  handlowych  dowodzą,  że  być  może  mieszkał  w  Rattvik.  A  tam  odkryłem  -  jeśli  to
naprawdę był on - że jego ojciec pochodził z Oxberg albo z okolic Alvdalen. I na tym ślad się urywa.
Dalej już nic nie wiadomo.

background image

Barbro skinęła głową.

- A ty, Havgrim? Skąd się wzięło to twoje niezwykłe imię?

Havgrim  uśmiechnął  się.  Kajsa  musiała  stłumić  w  sobie  gwałtowną  chęć,  by  podejść  i  usiąść  przy
nim. Jestem śmieszna, pomyślała. Pierwszy lepszy mężczyzna, który pojawił się na mojej drodze!

W Havgrimie było jednak coś szczególnego.

- To mój ojciec tak mnie ochrzcił - powiedział i spojrzał na Kajsę. Naprawdę tak zrobił! O

szczęście, nie rozerwij mego serca na kawałki!

Havgrim mówił dalej:

-  Ojciec  przypłynął  z  Rugen  do  Szwecji  po  długim  pobycie  za  granicą.  Kiedy  wrócił  do  domu,  ja
miałem trzy lata i ojciec nadał mi imię Havgrim [„Hav” w językach skandynawskich znaczy

„morze”, natomiast „grim” to stare nordyckie słowo na oznaczenie brzydoty (przyp. tłum).], ponieważ
zakochał się w morzu i ponieważ uważał, że jestem małym brzydactwem, zupełnie niepodobnym do
niego.  W  tym  miejscu  Benedikte  lub  Vanja  postawiła  na  marginesie  wiele  wykrzykników.  Ktoś
dopisał maleńkimi literkami: „Któż to chrzci trzyletnie dzieci?”

Jakieś wspomnienie poruszyło się w pamięci Andre, ale zaraz powrócił do przerwanej lektury i nie
zastanawiał się nad tym.

- Brzydactwo, ty? W takim razie musiałeś się bardzo zmienić od tamtych czasów - rzekła Barbro z
powagą,  a  wszyscy  zebrani  się  uśmiechnęli.  Wszyscy  z  wyjątkiem  pastora,  który  w  dalszym  ciągu
siedział  nadąsany  w  kącie  i  z  niechęcią  badał  swoje  sumienie.  Czy  jego  stosunek  do  powołania
kapłańskiego jest właściwy?

Przeklęta dziewczyna! Przeklęta wieś! Chciał odejść stąd jak najszybciej.

- Czy w twojej rodzinie wszyscy mężczyźni są zawodowymi wojakami? - zapytał Diderik Havgrima.

- Nie. Ojciec był kupcem, dorobił się majątku za granicą. Nie. My jesteśmy poszukiwaczami.

Diderik uśmiechał się pogardliwie.

- Czego tak poszukujecie? Bogactwa? Czy tak zwanego szczęścia?

70

- Poszukujemy przestępcy, proszę pana.

- Ach, tak?

background image

Barbro wtrąciła pospiesznie:

-  Powiedzcie  mi...  Nigdy  tak  do  końca  nie  opowiedzieliście,  jak  to  się  stało,  że  wszyscy  trzej  się
spotkaliście i podróżujecie razem. Czy to pan, panie Dideriku, znalazł... ?

-  Nie  -  przerwał  Diderik.  -  To  Havgrim  zwrócił  się  do  mnie.  Pojawił  się  w  jakiejś  gospodzie
wkrótce po tym, jak opuściłem zamek w Sztokholmie. Zaczęliśmy rozmawiać i powiedział mi, że jest
zaciężnym żołnierzem i że teraz nie ma zajęcia. Myślałem co prawda, że wygląda zbyt młodo jak na
doświadczonego  wojaka,  ale...  Kto  pierwszy  wystąpił  z  propozycją,  już  nie  pamiętam,  lecz
zatrudniłem go jako pomocnika i eskortę...

Diderik umilkł na chwilę i zamyślił się, a potem mówił dalej:

- Potrzebowałem kogoś do ochrony podczas niebezpiecznej podróży przez pustkowia do Norwegii.

Znowu umilkł, zamyślony.

- A pan Natan? Gdzie jego spotkaliście? - spytała Barbro.

- W Mora, już mówiłem. Stał na rynku i miotał groźby na przerażonych słuchaczy, straszył

ich ogniem piekielnym za okropne grzechy, jakich się dopuszczają. Taki był przejęty swoją rolą, że
zapomniał o bożym świecie. To był pomysł Havgrima, żeby go zabrać w dalszą drogę, i wszystkim
trzem ten pomysł się spodobał.

Pastor odezwał się gniewnie, niezadowolony, że mu przeszkadzają.

- Tak, i to Havgrim wymyślił, że powinienem przybrać imię Natan na pamiątkę biblijnego proroka.
Wydawało mi się to odpowiednie, ale teraz...?

Diderik wyprostował się groźnie.

- Posłuchaj no, Havgrim... !

Drzwi się otworzyły i do izby wszedł ojciec Kjerstin.

- A co to za obyczaje, żeby panny siedziały w męskiej sypialni? - zapytał z hamowanym gniewem.

- Wszystko jest, jak się należy, mój panie. Ja tu jestem i mam baczenie na dziewczęta -

uspokajała go Barbro, a Diderik pospiesznie cofnął rękę, która teraz obejmowała już talię Kjerstin.

71

- Możliwe, ale to nie uchodzi. Wracać do domu, panny! Natychmiast!

Wszystkie trzy wstały potulnie. Havgrim odprowadził wychodzących, a kiedy ojciec Kjerstin poszedł

background image

przodem z córką i z Brittą, Havgrim zdołał zamienić z Kajsą kilka słów pod osłoną ciemnej, letniej
nocy. Ujął jej rękę i przytrzymał, a Kajsa zapomniała oddychać.

-  Chciałbym,  żebyśmy  mieli  trochę  więcej  czasu  na  rozmowę,  żebyśmy  mogli  się  lepiej  poznać  -
szepnął pospiesznie.

Kajsa  spojrzała  na  jego  twarz,  ledwie  widoczną  w  tej  mistycznej  nocnej  poświacie.  Widziała
zaledwie kontury, nic więcej. Zmarszczyła brwi.

- Wiesz, mam wrażenie, jakbym już kiedyś cię widziała.

- Bo tak było! Diderik Swerd zamierza zostać tutaj, dopóki koń nie wydobrzeje. Zobaczymy się jutro?

- Och, tak - szepnęła Kajsa przejęta, a kiedy on musnął jej policzek opuszkami palców, zadrżała na
całym ciele. Bez słowa pobiegła za tamtymi.

Przed domem ciotki przystanęła i nasłuchiwała. Głos Britty niósł się pośród zabudowań. Las jednak
trwał  w  ciszy,  jakby  wyczekiwał,  jakby  zastanawiał  się  nad  jakąś  zagadką,  tak  się  przynajmniej
Kajsie zdawało.

Teraz Andre był niemal pewien, że wie, co tak bardzo zajmowało Benedikte i Vanję.

Oszałamiająca myśl! Musiał jak najszybciej czytać dalej, żeby to potwierdzić.

Miasto  zaczynało  się  budzić.  Andre  zszedł  do  jadalni,  ale  tak  bardzo  chciał  się  dowiedzieć,  czy
rozumuje  właściwie  i  czy  jest  na  tropie  do  rozwiązania  zagadki,  że  siedział  przy  stole  z  łyżką  w
jednej ręce, a manuskryptem w drugiej. Od czasu do czasu nie trafiał w talerz i z hałasem przesuwał
łyżką po blacie, jakby chciał zaczerpnąć kaszy wprost ze stołu.

Zawstydzony odwracał wzrok, gdy zdumieni goście zaczynali mu się przyglądać.

Czytał przez cały czas przy śniadaniu i kontynuował lekturę wchodząc po schodach. Czasu miał już
niewiele, wkrótce powinien wyjść do miasta, gdzie czekało na niego tak wiele spraw.

Powrócił  na  swój  fotel  pod  oknem,  a  kiedy  weszła  pokojówka,  by  posprzątać,  odprawił  ją  czym
prędzej, żeby móc czytać w spokoju.

Andre był czarującym młodym człowiekiem, pokojówka dygnęła więc z uśmiechem i zapewniła, że
wszystko jest w porządku.

Diderik Swerd postanowił rozmówić się kategorycznie ze swoim tajemniczym towarzyszem podróży.
I porozmawiać o jego zachowaniu wobec pastora. To przecież on wpadł na pomysł, żeby pastor im
towarzyszył i żeby przybrał imię właśnie Natan. I o tym, że Havgrim poszukuje przestępcy...

72

Dziś jednak Diderik był zanadto zmęczony. Myśli wirowały w głowie, ale na niczym nie mógł

background image

się skupić. Denerwowało go też, że pokrzyżowano jego plany, kiedy już tak dobrze mu szło ze śliczną
Kjerstin. Chociaż dzisiejszego wieczora i tak pewnie niczego by nie uzyskał.

Najlepiej poczekać do jutra. Diderik Swerd zgasł niczym świeca, gdy tylko zdążył przyłożyć głowę
do okrycia ze skór, pod którym przyjemnie chrzęściła słoma w sienniku.

Noc miał jednak ciężką. Nie żeby się budził, to by jeszcze nie było nic strasznego! Nie, dręczyły go
jakieś okropne sny, nie mające końca, które wysysały z niego wszystkie siły.

Można  by  przypuszczać,  że  śnił  o  dziewicach  z  Vargaby,  ale  nie.  Przeciągały  przed  jego  oczyma
długie  szeregi  tych  wszystkich  nieszczęśliwych  dziewcząt,  które  skrzywdził  i  które  teraz  były
bezlitosne, nie chciały go opuścić. Wszystkie przemienione w senne mary, potworne, uwodzicielskie,
nieubłagane.  Dlaczego?  zastanawiał  się  Diderik.  Rzucał  się  na  łóżku,  jęczał  i  krzyczał  przez  sen.
Dlaczego one mnie tak dręczą? Uszczęśliwiałem je przecież.

A może to sam siebie uszczęśliwiałem?

Nędzne szczęście w takim razie.

Chcę się stąd wydostać, jak najdalej od tego!

Ale nie był w stanie się obudzić.

Nur na jeziorze krzyczał tak strasznie.

A może ptak był tylko w jego śnie? Nur nie krzyczy przecież w środku ciemnej nocy?

Wiedział zbyt mało o ptakach, by sobie odpowiedzieć na to pytanie.

Przeklęte ptaszyska!

Następnego ranka Kajsa, upominana stanowczo, by lepiej niż wczoraj pilnowała inwentarza, została
wysłana na pastwisko. Było jeszcze tak wcześnie, że mgła nad rzeką nie zrzedła, a na trawie leżała
szara rosa.

Starała  się  nie  odchodzić  zbyt  daleko  od  wsi.  Na  wypadek,  gdyby  zdarzyło  się,  że  ktoś  będzie  się
zastanawiał, gdzie Kajsa się podziewa...

Kajsa  nic  na  to  nie  mogła  poradzić,  trochę  się  bała  tego  milczącego  Havgrima  z  poprzedniego
wieczora. Było w nim coś przerażającego... Kim on właściwie jest? Czy już go kiedyś widziała? Nie
mogła  tego  zrozumieć,  mimo  że  twarz  wydawała  jej  się  znajoma  i  mimo  że  od  początku  czuła  do
niego zaufanie.

I cała ta rozmowa o dziewicach z Vargaby!

73

background image

Skuliła się ze strachu, kiedy usłyszała za sobą kroki. To on, pomyślała, napięta niczym cięciwa łuku.
Gorąco uderzyło jej do głowy, policzki zarumieniły się. Co ja mam zrobić, co powiedzieć?

Kiedy  się  jednak  odwróciła,  zobaczyła,  że  zbliża  się  do  niej  stara  Barbro.  Kajsa  nie  umiałaby
powiedzieć, czy przyjęła to z ulgą, czy z rozczarowaniem. Pewnie i jedno, i drugie.

Barbro wyjaśniła, że przyszła popilnować, jak się wyraziła, małej pasterki. Pan Natan podjął

się, choć trzeba powiedzieć, że niechętnie, opieki nad Kjerstin. Niebezpiecznie zrobiło się teraz dla
młodych dziewcząt w tutejszych lasach, zresztą we wsi też, odkąd zjawili się twardzi, bezwzględni
mężczyźni.  Kajsa  poczuła,  że  jest  jej  przykro  z  powodu  tych  słów.  Ona  miała  inny  pogląd.
Przynajmniej jeśli chodzi o Havgrima.

Długo siedziały obie z Barbro na pniu zwalonej brzozy i rozmawiały. Padały słowa o samotności i
tęsknocie. O nowo obudzonej tęsknocie jednej i o zgasłej tęsknocie drugiej.

Barbro powtarzała w myśli błagalne prośby do młodej dziewczyny: >>Nie zrób tak, jak postąpiłam
ja, nie przegraj swojego życia, bo zostanie ci tylko pustka i samotność, do końca!<< Głośno jednak
powiedzieć  tego  nie  mogła.  Nie  mogła  popychać  dziewczyny  w  tę  ryzykowną  przygodę  z  młodym
nieznajomym...

Kajsa  powoli  uświadamiała  sobie,  że  ktoś  stoi  niedaleko  i  patrzy  na  nią.  Szeptem  zwierzyła  się  ze
swego odkrycia Barbro.

-  Masz  rację.  On  jest  tam  już  od  dłuższego  czasu.  Pewnie  rozczarowało  go  to,  że  mnie  tu  zastał.
Chcesz, żebym sobie poszła? I tak już powinnam wracać do wsi.

Kajsa chwyciła ją za rękę.

- Nie, nie odchodź jeszcze!

Nie miała odwagi odwrócić głowy. Wkrótce usłyszała za sobą głos Havgrima:

- Wygląda na to, że prowadzicie bardzo interesującą rozmowę. Czy mógłbym się przyłączyć?

Otrzymał, oczywiście, pozwolenie i usiadł jak najbliżej Kajsy. Spokojnie i naturalnie, jakby należeli
do siebie. Doznała tak wielu uczuć naraz, że zaczęła drżeć.

Początkowo żadne nie znajdowało słów i wszyscy milczeli. Kajsa ponownie kompletnie straciła dar
mowy,  jak  zawsze  w  jego  obecności.  Siedzieli  po  prostu  w  ciszy,  wszyscy  troje  i  spoglądali  na
krajobraz.

Słońce  znajdowało  się  już  wysoko  na  niebie  i  wyglądało  poza  cienką  warstwą  chmur  jak  matowa
tarcza.  Nad  bagniskiem  przesuwały  się  mgły,  przypominając  jakiś  taniec  elfów,  przy  samej  ziemi
tuman  był  bardzo  gęsty,  nieco  wyżej  wyłaniały  się  z  niego  zielonożółte  krzewy  i  gałęzie  drzew.
Czarne bagno nadawało dolnym warstwom mgły bure, nieprzyjemne 74

background image

zabarwienie.  Wszystko  wyglądało  nienaturalnie,  dziwnie  i  strasznie  tego  ranka  w  tym  tak  dobrze
znajomym  lesie  Kajsy.  Pojawił  się  jakiś  obcy  element,  nie  znana  zła  siła  opadła  na  ziemię  i
nieustannie dawała o sobie znać.

Tym  bardziej  dobrze  było  mieć  Barbro  po  jednej  stronie  i  Havgrima  po  drugiej.  Spontanicznie
poszukała  jego  ręki,  lecz  w  tej  samej  chwili  uświadomiła  sobie  swoją  śmiałość  i  cofnęła  się
zawstydzona. On tymczasem ze spokojem ujął jej dłoń i mocno uścisnął. Spojrzała na niego, ale kiedy
napotkała  jego  wzrok,  musiała  spuścić  oczy.  Zdążyła  jednak  wyczytać  tam  wiele  sympatii  i
zrozumienia.

Nie zdążyli nawet zacząć rozmowy, gdy w lesie rozległy się nawoływania. Hej, hej! niosło się wśród
drzew. Głos brzmiał niespokojnie, lękliwie.

- To ojciec Kjerstin - powiedziała Kajsa i wstała. - Hej! Tutaj jesteśmy!

Dał się słyszeć trzask łamanych gałązek i wkrótce ukazał się gospodarz Vargaby. Biegł. Z

jego twarzy bił niepokój.

- Nie widzieliście Kjerstin? Ona poszła do lasu z tym... z tym...

- Co takiego? - zawołał Havgrim. - Pastor miał przecież pilnować, żeby jej się nic nie stało.

-  Pastor!  -  prychnął  chłop.  -  Pastor  zamknął  się  z  Brittą  w  jednym  pokoju  i  próbuje  jej  zaszczepić
bojaźń bożą.

- Ja wiem przynajmniej, gdzie Diderik Swerd się wybierał, ale dziewczyny nigdzie nie widziałem.

- Dokąd on poszedł?

- Do tej małej stodółki, którą macie koło...

- Idziemy! - zawołał ojciec Kjerstin i wszyscy ruszyli za nim. Gospodarz wyjaśnił, że to niedaleko,
więc można na chwilę zostawić inwentarz bez opieki.

- Las jest dzisiaj jak zaczarowany - mamrotał chłop od nosem.

- To prawda - przyznał Havgrim. - Ale trzeba powiedzieć, że jest tu u was bardzo ładnie!

-  Uroda  okolicy  nie  pomaga  nam,  niestety,  w  codziennych  kłopotach.  Ostatnio  zdecydowaliśmy,  że
chyba  dłużej  nie  będziemy  walczyć.  Nasze  dziewczęta  też  powinny  mieć  szansę  na  spotkanie
rówieśników, a poza tym zostało nas już tak niewiele. Przed zimą przeprowadzimy się w dolinę.

Kajsa jeszcze o tym nie słyszała. Przemknęło jej przez myśl, że przybycie obcych miało jakiś wpływ
na tę decyzję. Dorośli we wsi nareszcie zwrócili uwagę na samotność dziewcząt.

75

background image

Ale, rzecz jasna, nie był to jedyny powód. Bezlitośnie trudne życie na pustkowiach stawało się już
zbyt dokuczliwe dla tej garstki ostatnich mieszkańców osady.

Wyprowadzić się z Vargaby? Czy Kajsa by tego chciała?

Zbliżali  się  do  stodoły,  zbudowanej  na  niewielkiej  łące.  Gospodarz  zawołał  córkę  po  imieniu  i
wtedy  ze  środka  doszły  ich  odgłosy  szamotaniny  i  gwałtowne  szepty,  a  po  chwili  zaległa  grobowa
cisza. Potem znowu usłyszeli, że w stodole trwa walka.

Havgrim i gospodarz pobiegli w tamtą stronę, ale nim zdążyli wejść, na progu ukazała się Kjerstin z
potarganymi włosami, ubraniem w nieładzie i wyrazem przerażenia na twarzy. Z

rozpaczliwym szlochem rzuciła się ojcu na szyję.

- Chcę wracać do domu - wykrztusiła piskliwie.

Diderik wyszedł ze stodoły z uniesioną ręką, jakby chciał uspokoić przybyłych.

- Powoli, powoli - rzekł jowialnie. - Nic złego się nie zdarzyło. Jestem człowiekiem honoru.

Nawet jeśli kobieta bywa czasami zbyt chętna, nigdy by mi nie przyszło do głowy, żeby wykorzystać
sytuację.

-  Ty  przeklęty  diable!  -  ryknął  ojciec  Kjerstin.  -  Coś  ty  jej  zrobił?  Myślisz,  że  nie  widziałem,  jak
pospiesznie zapinałeś spodnie?

- Nic się nie stało, ojcze - szepnęła Kjerstin. - Ale dziękuję wam, że przyszliście.

Havgrim był tak wściekły, że ledwie był w stanie mówić.

-  Człowiek  honoru!  Czy  to  przystoi  człowiekowi  honoru  obarczać  winą  dziewczynę?  Ja  nie  jestem
ślepy i dobrze widziałem, coście robili przez całą drogę ze Sztokholmu tutaj!

Diderik zmienił ton na agresywny.

-  Ty  przybłędo,  ty  chcesz  mnie  pouczać?  Myślisz  może,  że  nie  wiem,  kim  ty  jesteś?  Szukasz
przestępcy! Ciągniesz tu Bogu ducha winnego księdza, zmuszasz go, by przyjął imię apostoła, który tu
kiedyś  wymierzał  karę,  a  wszystko  dlatego,  że  nie  udało  ci  się  odnaleźć  potomka  Vreta  Joara
Jonssona, na którym chciałeś się mścić. Po to zmusiłeś biednego księdza, żeby...

- Ja go odnalazłem.

Diderik zamilkł.

- Potomka Vreta Joara?

- Tak.

background image

76

- Domyślam się, że jesteś jednym z późnych potomków tamtego mściwego strażnika. Ale nie pojmuję,
jak można nosić w sercu setki lat żądzę zemsty za takie głupstwo. To jakaś choroba!

-  Krwawa  ofiara  z  dziewic  to  nie  jest  głupstwo.  Zwłaszcza  że  wcale  nie  należy  do  przeszłości.
Gdybyśmy wam nie przeszkodzili, sami byliście bliscy popełnienia tego okropnego czynu.

- Głupie gadanie!

- Czy myślicie, że Kjerstin byłaby w stanie żyć dalej, gdyby udało się wam zaspokoić swoją żądzę i
gdybyście potem odwrócili się obojętnie i poszli w swoją stronę? Czyż nie zamierzaliście poświęcić
życia Kjerstin, by zaspokoić swoją żądzę?

Atmosfera wokół stała się napięta, jakby zanosiło się na burzę. Nur znowu krzyczał

złowieszczo.

- Słyszycie? - szepnął Diderik, a wszyscy spostrzegli, że jest blady jak ściana. - Ta kobieta znowu
krzyczy! Wyraźnie woła: >>Vret Joar!<<

- Słyszymy głos nura na jeziorze, nic więcej - odparł gospodarz.

Havgrim rzekł spokojnie:

- Tak, na koniec znalazłem potomka Vreta Joara Jonssona. Mój ojciec zdołał posunąć się w swoich
poszukiwaniach bardzo daleko. Dowiedzieliśmy się, że ów potomek jest wojskowym, wobec tego ja
zostałem wysłany na wojnę. Tam go jednak nie znalazłem.

- No i jak wam się udało trafić na jego ślad? - zapytała Barbro cicho.

Havgrim odwrócił się ku niej.

- Przez wszystkie lata znaliśmy punkt wyjścia. Wiedzieliśmy, kim był Vret Matts Joarsson, syn Joara,
a potem syn Mattsa i tak dalej. W pewnym miejscu jednak ślady się urywały.

Stało  się  to  za  sprawą  pewnego  człowieka  z  Rattvik.  Wyjechał  ze  swojej  wsi  i  zupełnie  nie  było
wiadomo, gdzie go szukać. Wszyscy z mojej rodziny trafiali w pustkę.

- Rattvik? - zapytał Diderik. - Wiesz może, jak on się nazywał?

- Wiem. Knuts Per Olsson.

Świat  zawirował  Diderikowi  w  oczach.  On  sam  doprowadził  przecież  drzewo  genealogiczne
swojego rodu do pewnego handlarza skór nazwiskiem Knuts Per Olsson, który przybył do Uppsali,
prawdopodobnie z Rattvik.

background image

- Czy to znaczy, że ty odtworzyłeś pokrewieństwo aż do...

77

- Tak. Do Vreta Joara Jonssona. To był ten wasz >>królewski<< przodek, panie.

- Ty przeklęty... - zaczął Diderik i ruszył na Havgrima. - To ty nas tu przyprowadziłeś! To ty zmusiłeś
pastora, żeby...

-  Tak,  przyznaję,  że  jego  sprowadziłem  tu  ze  względu  na  podobieństwo.  Kiedy  tak  stał  na  rynku  w
Mora, wydał mi się tak samo ślepo fanatyczny i karzący jak ów apostoł Natan, który w swoim czasie
pojmał  najmłodszą  z  sióstr,  Mait,  i  przebił  ją  mieczem  jako  czarownicę.  Tylko  dlatego,  że  miała
więcej odwagi niż inne kobiety.

- Dobry Boże - szepnęła Barbro wstrząśnięta. - A jeśli i tym razem pastor zamorduje małą Brittę?

- Nie sądzę - uspokoił ją Havgrim. - Wczoraj wieczorem dostał od niej porządną nauczkę.

Będzie jednak próbował złamać ją moralnie.

- To mu się nie uda - rzekła Kajsa spokojnie. - Nie z Brittą.

- Ja też tak myślę - potwierdził z uśmiechem ojciec Kjerstin.

- Ale dlaczego nas tu przyciągnąłeś? - dopytywał się Diderik.

- Ponieważ nie jestem zwolennikiem gwałtu. W dzieciństwie złożyłem ojcu świętą przysięgę -

w  podzięce  za  to,  co  on  dla  mnie  zrobił  -  że  będę  próbował  się  zemścić  na  jakimś  potomku  Vreta
Joara.  Istnieje  was  wielu,  gdy  tymczasem  ród  strażnika  wygasł  wraz  ze  śmiercią  mego  ojca.  Los
chciał, że trafiliśmy na waszą linię, panie.

W  tym  miejscu  znowu  na  marginesie  znajdowało  się  wiele  wykrzykników. Andre  ze  zrozumieniem
kiwał głową.

Havgrim mówił dalej:

-  Kiedy  dorosłem,  pojąłem,  jakie  to  wszystko  niemądre.  Chodzi  mi  o  to,  że  potomkowie  nie
odpowiadają za przestępstwa swoich przodków ani za całe zło, jakie panuje na świecie.

Potem jednak spotkałem was osobiście, panie Diderik. Śledziliśmy was od dawna, panie, i znaliśmy
dobrze  wasz  charakter.  Jest  on  znacznie  lepszy  od  charakteru  Vreta  Joara.  Zatem  ubiegłego  lata
pojechałem do Dalarna i odszukałem Vargaby. Niedaleko osady napotkałem małą pasterkę kóz, która
spała  na  polance  w  blasku  słońca,  gdy  tymczasem  zwierzęta  rozbiegły  się  na  wszystkie  strony.
Zebrałem je znowu wszystkie, a potem, nie budząc śpiącej, pochyliłem się nad nią i podziwiałem jej
śliczną twarzyczkę. W pewnej chwili otworzyła oczy, lecz nie sądzę, by się całkiem obudziła. Teraz
wiesz, Kajsa, dlaczego wydawało ci się, że mnie poznajesz. Myślałaś pewnie, że ja jestem kimś, w

background image

kogo wcielił się duch tamtego stróża Vreta Joara, a ty sama jesteś wcieleniem średniej z sióstr?

- Naprawdę całkiem poważnie się tego bałam - uśmiechnęła się Kajsa onieśmielona. - I że Britta jest
najmłodszą siostrą, Mait, która została zamordowana przez apostoła Natana.

78

- A Kjerstin byłaby najstarszą z sióstr. Tą, która została złożona w ofierze po to, by Vret Joar mógł
odzyskać swoją męską sprawność - uzupełnił Havgrim i popatrzył na Diderika.

Ten prychnął tylko ze złością. Havgrim ciągnął dalej swoją opowieść.

-  Nie  pokazałem  się  ludziom  we  wsi,  nikt  nie  wiedział,  że  byłem  w  okolicy,  wyjechałem
bezzwłocznie. Kiedy jednak dowiedziałem się, że pan, Dideriku Swerd, wybiera się do Trondheim,
zrozumiałem,  że  czas  nadszedł.  Tak,  to  ja  zatroszczyłem  się  o  to,  byśmy  znaleźli  się  właśnie  w
Alvdalen.  A  potem  kierowałem  konie  w  stronę  Vargaby,  oszukałem  Barbro,  sprawiłem,  by
uwierzyła,  że  to  ona  wybrała  niewłaściwą  ścieżkę.  Przyznaję  też,  że  przestraszyłem  was,  panie
Dideriku,  kiedyście  błądzili  samo-tnie  we  mgle  po  lesie.  Byłem  tu  już  przecież  dawniej  i
wiedziałem,  że  żadnych  upiorów  w  lesie  nie  ma,  że  wszystko  to  tylko  ludowe  przesądy  i  gadanie.
Musiałem więc sam coś wymyślić. I pan widział jakąś niewyraźną sylwetkę, prawda?

- A czemu to miało służyć? - syknął Diderik.

- Obiecałem mojemu ojcu, że dopełnię zemsty, i nie mogę obietnicy nie dotrzymać.

Chciałem  jednak  w  bezkrwawy  sposób  przerwać  tę  szaloną,  bezsensowną  pogoń  z  pokolenia  na
pokolenie.  Nie  umarliście  przecież  ze  strachu,  panie  Diderik.  Mam  jednak  nadzieję,  że  się  teraz
zastanowicie nad swoim życiem i zachowaniem.

Słuchacze zrozumieli, co Havgrim ma na myśli. Choć znali Diderika Swerda zaledwie niecałą dobę,
domyślali się, jaki jest jego stosunek do życia i że ma on naprawdę nieciekawy charakter.

- Ty, ty... - syknął Diderik i, jak krnąbrne dziecko, kopnął czubkiem buta kępę trawy. -

Oszalałeś chyba! Co to za idiotyczne pomysły na temat zemsty?

-  Owszem,  przyznaję,  że  pan  jest  z  pewnością  niewinny.  Ale  mój  ojciec  postępował  tak  jak  jego
przodkowie.  On  był  ostatnim  z  rodu  strażnika  i  ze  względu  na  zdrowie  nie  był  w  stanie  wypełnić
swojej powinności. Ja byłem jego jedyną nadzieją, której się trzymał, i dlatego od najmłodszych lat
wpajał mi tę myśl.

W  tym  miejscu  margines  znowu  był  zapisany  wykrzyknikami  i  słowami  w  rodzaju:  „Uwaga!”,
postawionymi przez Vanję i przez Benedikte. Andre poznawał to po charakterze pisma.

Kiwał głową, zgadzał się bowiem z nimi w pełni, sam był coraz bardziej podniecony tym, czego się
dowiadywał.

background image

Właściwie  powinien  był  już  wychodzić  do  miasta,  ale  zostało  tak  niewiele  tekstu,  że  postanowił
doczytać do końca.

- Jest pan jednak wolny, panie Diderik - oświadczył Havgrim. - Nic złego się panu nie stanie.

Jak  powiedziałem,  ja  nie  posługuję  się  gwałtem.  Tylko  że  nie  będę  już  panu  towarzyszył  do
Norwegii. Postanowiłem zostać tutaj i lepiej poznać mieszkańców Vargaby, a jedną osobę chciałbym
poznać bardzo dobrze. W przeciwieństwie bowiem do was, panie, ja nie 79

rozpoczynam znajomości w łóżku i nie zrywam jej zaraz potem. Uważam, że miłość jest piękna tylko
wtedy,  gdy  obie  strony  mają  do  siebie  zaufanie  i  są  w  stanie  dać  sobie  nawzajem  poczucie
bezpieczeństwa.

Diderik odwrócił się z szyderczym parsknięciem.

- Zamierzasz tedy mnie zdradzić? Chcesz, żebym sam podróżował przez te niebezpieczne lasy, bo ty
musisz zostać z jakąś wiejską dziewuchą? Dobrze, zostań! Dam sobie radę bez takiego faryzeusza jak
ty. Zresztą jest ze mną kapłan.

- No właśnie - odparł Havgrim spokojnie. - Wy dwaj pochodzicie przecież z wyższej sfery.

Dla was tacy ludzie jak my się nie liczą.

Wiele par oczu spojrzało na niego sceptycznie, gdy mówił te słowa. Czy Havgrim naprawdę był tak
niskiego  rodu,  jak  udawał?  W  jego  postawie,  zachowaniu,  w  całej  postaci  ujawniała  się  jakaś
wrodzona szlachetność.

Na ich zdziwienie odpowiedział uśmiechem.

Ruszyli w stronę wsi; brnęli przez wysoką, poruszaną wiatrem trawę. Biedna Kjerstin szła z bólem w
sercu  i  pustką  w  piersi.  Dokonała  niewłaściwego  wyboru,  ale  czyż  miała  jakiś  wybór?  Havgrim
przecież nigdy nawet na nią tak naprawdę nie spojrzał.

Teraz  Andre  był  już  zupełnie  pewien,  kim  naprawdę  jest  Havgrim.  Ale  dowody?  Tych  nadal
brakowało.

Czy dostarczą mu ich ostatnie stronice manuskryptu?

Jedno wiedział bowiem na pewno: Gerd, ta, która spisała opowieść, a która otrzymała informacje od
swojej matki... Gerd opowiadała o własnej rodzinie. Być może jej matka znała tę historię od swojej,
która z kolei...

Andre wiedział już, co powinien zrobić.

Najpierw jednak chciał przeczytać opowieść do końca.

80

background image

ROZDZIAŁ VII

Kiedy  już  raz  mieszkańcy  Vargaby  zdecydowali  przenieść  się  do  Alvdalen,  nie  chcieli  zwlekać  z
przeprowadzką.  Uważali,  że  należy  działać  szybko,  by  przywiązanie  do  miejsca  i  obawa  przed
nowym  nie  sprawiła,  że  zmienią  zdanie.  Wszyscy  zaś  zgadzali  się  co  do  tego,  że  kolejnej  zimy  na
nieurodzajnych  pustkowiach  ta  garstka  pozostałych  jeszcze  przy  życiu  mieszkańców  Vargaby  nie
przetrwa.  W Alvdalen  także  po  ostatniej  zarazie  wiele  domów  świeciło  pustkami  i  można  było  w
nich  zamieszkać.  Barbro  dobrze  wiedziała,  że  tamtejsi  ludzie  będą  wdzięczni,  jeśli  ktoś  jeszcze  u
nich zamieszka.

Dlatego właśnie postanowiono, że ona i Havgrim przeprowadzą się także.

Pakowanie  postępowało  w  ogromnym  tempie.  Nikt  nie  pozostawiał  sobie  czasu  na  rozmyślania.
Rozmowy  na  temat  opuszczenia  osady  prowadzili  od  wielu  lat,  nikt  jednak  nie  miał  dość  siły,  by
podjąć decyzję i zachęcić innych do tego samego, ostateczne rozstrzygnięcie odkładano z roku na rok.
Mimo nędzy i głodu, mimo mroźnych zim i strasznych chorób ludzie kochali przecież swoją rodzinną
wieś.

Havgrim  pomógł  Kajsie  zapakować  dobytek  ciotki  w  juki.  Podróż  w  dolinę  nie  będzie  łatwa,
przecież  o  żadnej  drodze  dla  ruchu  kołowego  nie  było  tu  nawet  mowy.  Większość  bagażu  ludzie
musieli dźwigać sami, tylko część można było złożyć na grzbiety dużych zwierząt.

Wyszli  za  dom,  żeby  pozbierać  znajdujące  się  tam  narzędzia.  Kajsa  przystanęła  przed  niewielką
grządką,  na  której  rosły  jakieś  kwiatki  wokół  młodego  drzewka.  Grządka  należała  do  sąsiedniej
zagrody, do rodzinnej zagrody dziewczyny.

- Tata posadził to drzewko na krótko przed swoją śmiercią - szepnęła. - A mama zasiała kwiatki. Ja...
Nie mogę tego tak po prostu zostawić!

Havgrim  bardzo  się  bał  momentów  takich  jak  ten.  Chwil,  gdy  Kajsa  będzie  musiała  przystanąć  i
zastanowić się.

- Będziesz przecież mogła przyjeżdżać tu w lecie - powiedział łagodnie. - Vargaby leży niedaleko...

Łzy trysnęły z oczu dziewczyny.

- Przychodzić tutaj, gdzie nikogo nie będzie? Puste domy, podwórza zarośnięte trawą, las coraz bliżej
osady? Nie, to by było najgorsze ze wszystkiego.

Wtedy Havgrim objął ją czule.

- Kajsa, tam w dolinie zaczniemy nowe życie. Wiem, że pierwsze dni będą trudne. Zerwanie zawsze
sprawia  ból,  człowiek  pozostawia  przecież  część  samego  siebie  na  dawnym  miejscu.  Prawie
każdemu na ziemi danym jest przeżyć taki smutek, ale to mija, zapewniam cię.

81

background image

Jak słodko było w jego ramionach! Kajsa niemal zapomniała o swoim żalu i głęboko wciągała jego
zapach, cudowny, ciepły zapach mężczyzny.

- Tutaj będzie nam dobrze, Kajsa - szeptał. - Tutaj, na trawie. Usiądź, nikt nas nie zobaczy.

Usiedli  pod  obsypaną  kwiatami  wiśnią,  wokół  kwitły  rumianki,  dzwoneczki  i  mniszki.  Havgrim
przygarnął Kajsę mocno do siebie.

-  Ty  pewnie  sobie  myślisz,  że  bardzo  szybko  zacząłem  ci  okazywać  uczucia,  prawda?  Ale  nie
powinnaś zapominać, że widziałem cię już w ubiegłym roku i że od tamtej pory nie przestawałem o
tobie myśleć. Nawet gdyby nie ta głupia historia z Diderikiem Swerdem, i tak bym tu wrócił latem.
Żeby spotkać cię znowu.

Kajsa była w podniosłym nastroju. Uważała jednak, że mimo wszystko powinna zwrócić mu uwagę.

- Kjerstin jest taka ładna, ładniejsza ode mnie. A Britta taka mądra i pewna siebie.

- Ale  ty  jesteś  Kajsa  -  uśmiechnął  się  Havgrim,  gładząc  z  czułością  jej  włosy.  -  I  dla  mnie  to  jest
najważniejsze.

Kajsa, która nie była przyzwyczajona, by ją podziwiano, promieniała niczym słoneczko.

Uśmiechała się szeroko, od ucha do ucha. Dłoń Havgrima głaszcząca jej policzek przyprawiała ją o
zawrót głowy, była naprawdę bliska utraty świadomości, więc zapytała pospiesznie:

- Mówiłeś, że w lesie nie ma duchów i ja się z tobą zgadzam, ale przecież pastor widział na bagnach
jakąś kobietę ze śladami ran od miecza. Kto to mógł być?

Havgrim uśmiechnął się.

- Czy nie zauważyłaś, że nasz dobrodziej należy do ludzi, którzy chętnie i mocno przesadzają? Taki
ma charakter, bardzo lubi wszystko wyolbrzymiać i dramatyzować.

- Nie przypuszczałam, że duchowny może być taki - odparła.

- Ja także nie. Ale żyjemy w czasach, gdy duchowieństwo uważa, że ludzi trzeba straszyć piekłem i
nieustannie  upominać. A  wtedy  tacy  jak  Natan  mają  wielkie  pole  do  popisu.  Być  księdzem,  znaczy
zajmować najwyższą pozycję w parafii; to daje władzę i prawo pouczania innych. Mierne, nikczemne
osobowości chętnie korzystają z takiej okazji, by poprawić sobie samopoczucie, wywyższać się nad
innych i odgrywać rolę lepszych, niż w gruncie rzeczy są.

Ułożył Kajsę na trawie i przyglądał się jej twarzy. Serce dziewczyny biło jak szalone, patrzyła mu w
oczy przestraszona, jakby była pisklęciem spoglądającym w oczy węża.

82

- Jeszcze mi nie powiedziałaś, co o mnie myślisz, Kajsa - szepnął niepewnie. - Przyszedłem tu nie

background image

proszony, wdarłem się w twoje życie, a nawet nie wiem, czy ty naprawdę tego chcesz.

- Czy ja tego chcę? - zawołała wzburzona. - Czy ty myślisz, że panu Diderikowi pozwoliłabym na coś
takiego? To prawda, że od dawna marzyłam o kimś, dla kogo mogłabym zrobić wszystko, ale teraz
wiem, że to nie mógłby być każdy. To musi być ktoś wyjątkowy, ktoś, kto by umiał...

- Dokończ! Powiedz, co chciałaś powiedzieć!

Odwróciła twarz.

- Ktoś, kto by umiał ugasić moją gorącą tęsknotę. Wypełnić moją samotność. Kto by spełniał

wszystkie moje pragnienia, a jest ich wiele i są bardzo różne. Nie każdy mógłby to uczynić.

- A ja? Myślisz, że ja bym mógł?

Nie chciała odpowiedzieć.

- Kajsa, ty wiesz, że jesteś mi droższa niż moje własne życie. Odpowiedz mi: Czy mógłbym to być
ja?

Skinęła tylko głową. Była tak onieśmielona, że nie mogła mówić.

Wtedy Havgrim ją pocałował. Długo i mocno.

Kajsa głęboko wciągnęła powietrze.

-  Myślę,  że  jedno  z  moich  największych  marzeń  jest  bliższe  spełnienia,  niż  się  spodziewałam  -
szepnęła.

-  Tak  -  potwierdził  Havgrim.  -  Mnie  też  się  tak  wydaje.  Chodź!  Nie  wszyscy  jeszcze  spakowali
swoje rzeczy. Pomożemy im!

Wstali pospiesznie. Patrzyli teraz na siebie jakby innymi oczyma. Kąciki ust obojga zaczęły drżeć i
naraz  wybuchnęli  śmiechem.  Uszczęśliwiony  Havgrim  przytulił  Kajsę  na  króciutką  chwilę,  czule  i
serdecznie, a potem pobiegli pomagać innym.

Okazało  się  jednak,  że  nie  są  specjalnie  potrzebni.  Każdy  sam  starał  się  zebrać  swoje  rzeczy,  w
skupieniu i bez obcych spojrzeń.

-  Chciałbym  jeszcze  popatrzeć  na  jezioro  -  powiedział  Havgrim,  gdy  stali  przez  chwilę  i  czuli  się
zbędni.

- Tam jest dość nieprzyjemnie - wahała się Kajsa.

83

background image

- Pan Natan opowiadał o znalezisku, jakiego dokonał - wyjaśnił Havgrim. - Podobno znalazł

figurkę pogańskiego bożka.

Kajsa zmarszczyła czoło.

- Chciałabym ją zobaczyć.

Trzymając się za ręce poszli do lasu.

- Bardzo się cieszę, że nie chciałeś się mścić na panu Dideriku - powiedziała dziewczyna.

- To nie była moja zemsta - odparł Havgrim. - To nie dotyczy mojego rodu.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zdziwiła się.

- To mój ojciec uważał zemstę za swój obowiązek - odparł Havgrim nie odrywając wzroku od ziemi,
by nie potknąć się na sterczących wszędzie korzeniach. Akurat tutaj las rósł gęsty i ciemny, promienie
słońca nie docierały do ścieżki. - Wiesz, mój ojciec był ostatnim z rodu.

Nie  miał  dzieci,  więc  wziął  mnie  na  wychowanie.  Właściwie  to  najpierw  dostał  dziewczynkę,  ale
uważał, że kobieta nie bardzo się nadaje na mściciela. Jak młoda dziewczyna, na przykład, miałaby
szukać potomków Vreta Joara? Dlatego w tajemnicy wymienił moją siostrę na mnie. Opowiedział mi
o  tym,  kiedy  znajdował  się  już  na  łożu  śmierci.  Powiedział  też,  że  pochodzę  z  dobrej  rodziny,  bo
oboje z siostrą mieliśmy na sobie ładne ubrania, kiedy nas znaleziono porzuconych na skraju drogi.
Nasza matka została zamordowana przez bandytów.

- Jakie to straszne - szepnęła Kajsa.

No! Nareszcie wiemy, jak to było, myślał Andre zadowolony. Vanja i moja mama miały rację.

Teraz  nie  mogło  już  być  żadnych  wątpliwości.  Havgrim  to  Christer  Grip,  zaginiony  potomek  Ludzi
Lodu!  Wcale  więc  nie  było  przypadkiem,  że  Petra  urodziła  zniekształcone  dziecko,  dziecko  z
najbardziej  charakterystyczną  cechą  obciążonych  potomków  Ludzi  Lodu:  z  okropnymi,  spiczastymi
barkami.

W  dalszym  ciągu  jednak  potrzebował  potwierdzenia,  potrzebował  dowodów.  Co  więcej,  musiał
ustalić, czy nie ma innych potomków Havgrima. Gałąź Petry wygasła...

Nie! Nie wygasła! Petra miała przecież jeszcze jedno dziecko. Mali!

Co  nie  przeszkadza,  że  mogą  istnieć  także  inni,  dzieci  i  wnukowie  wcześniejszych  generacji  po
Christerze-Havgrimie.  I  właśnie  Andre  miał  obowiązek  to  wyjaśnić.  A  do  tego  celu  wiodła  tylko
jedna droga: Powinien pojechać do Alvdalen!

Niech to licho porwie! Skąd wziąć na to środki? Benzyna jest droga, a on nie planował

background image

przecież podróży dalej niż do Trondheim i z powrotem.

84

Znalazł się w potrzasku.

Bezradny sięgnął po manuskrypt, żeby przeczytać ostatnie stronice.

Doszli do małego, śródleśnego jeziorka mieniącego się połyskliwie pod drzewami.

-  O,  popatrz!  -  zawołała  Kajsa.  -  Ktoś  tu  był  i  rozkopał  wzgórek,  który  znajdował  się  tu  zawsze,
odkąd pamiętam.

- Myślę, że właśnie tam leży posążek Freya - powiedział Havgrim.

Podeszli bliżej i przyglądali się uważnie.

- Uff! - jęknęła Kajsa. - Ohyda!

- To tylko klocek drewna - uspokajał ją Havgrim. - W tamtych czasach jednak wierzono szczerze we
władzę pogańskich bóstw nad ludźmi. Wiesz, nie podoba mi się to miejsce -

mówił dalej Havgrim rozglądając się niepewnie dokoła. - Mam wrażenie, że ktoś się tu czai, leży i
czeka.

Zamyślona Kajsa jakby mimo woli podniosła jeden z rozrzuconych kawałków zbutwiałego drewna.

Havgrim krzyknął przerażony:

- Nie dotykaj tego! Ojciec Natan powiedział, że to przeklęte szczątki! Śmiertelnie niebezpieczne!

Odrzuciła w popłochu drewno jak oparzona i patrzyła na Havgrima, który już zdążył się opanować i
żałował wybuchu.

- Ech, przepraszam, nie powinienem był. To oczywiście tylko przesądy. Udzielił mi się ten dziwnie
nieprzyjemny nastrój, jaki panuje nad jeziorem, wybacz mi!

Kajsa czuła się źle.

- Jak tu dzisiaj okropnie! Masz rację, jakby ktoś leżał w ukryciu i czekał. Ale na co?

- Nie wiem - odparł Havgrim niechętnie. - Chodź, idziemy stąd!

W  drodze  powrotnej  usłyszeli  w  górze  szum  skrzydeł  i  zobaczyli,  jak  trzy  wielkie  ptaki,  zapewne
nury, siadają na wodzie.

- One czują się tu jak w domu - powiedziała Kajsa.

background image

85

Havgrim  milczał.  Myślał  o  nurach  i  o  ich  żałosnych  nawoływaniach  tego  dnia,  gdy  trzej  podróżni
przybyli do Vargaby.

Kiedy  wszyscy  spakowali  swój  dobytek,  nadszedł  czas,  by  pożegnać  się  z  Diderikiem  Swerdem  i
ojcem Natanem, którzy udawali się na północ. Ojciec Natan nie zdołał pokonać Britty ani się z nią
pogodzić. Można to było poznać po lodowato zimnych spojrzeniach, jakie tych dwoje sobie od czasu
do czasu posyłało.

- To prawdziwa ulga wyjeżdżać z tego opuszczonego przez Boga miejsca - oświadczył

ksiądz nieprzejednany.

Ojciec Kjerstin zwrócił się do niego nieśmiało:

- Chcieliśmy już dawno prosić ojca... Czy zechciałby ojciec być tak łaskawy i pobłogosławił

naszą ukochaną rodzinną wieś, a zwłaszcza jezioro? Wiemy co prawda, że żadne upiory nie straszą
po  tutejszych  lasach,  ale  wiemy  też,  że  wiele  niewinnych  dziewcząt  spoczywa  w  grobach  nad
jeziorem. One nigdy nie zostały pochowane w poświęconej ziemi, nie otrzymały błogosławieństwa.
Zechcecie to uczynić, ojcze Natanie?

Pastor przybrał bardzo surową minę.

- Czyż mam nadużywać słowa Bożego? Mam błogosławić miejsca, gdzie leżą czciciele Baala? Nigdy
w życiu! Miejsce nad jeziorem jest przeklęte!

Pan  Natan  za  nic  nie  chciał  pokazać,  że  boi  się  okolic  jeziora,  i  pragnął  jak  najszybciej  opuścić
osadę.

- Ale dziewice były przecież niewinne... - próbował go przekonywać gospodarz.

- Niewinne? A czyż one nie były pogankami tak samo, jak ich prześladowcy?

- Osadę jednak mógłby pastor pobłogosławić?

- Najsłuszniej bym postąpił, gdybym spalił tę osadę, w której wydarzyło się tyle zła i ohydy.

To  by  był  prawdziwie  dobry  uczynek  dla  Pana!  U  was  samych,  którzy  żyjecie  tu  dzisiaj,  także  nie
odnalazłem prawdziwej bojaźni Bożej. Tedy żegnajcie! Mówiłem wam o waszych grzechach, ale wy
w waszej pysze nie chcieliście się ukorzyć!

Wtedy  ojciec  Kjerstin  pochylił  głowę  i  dał  znak  innym.  Po  chwili  długa  karawana  wyruszyła  z
Vargaby.  Britta  nie  wyrzekła  ani  słowa.  Powiedziała  już  dostatecznie  dużo  na  temat,  co  sądzi  o
kapłańskim powołaniu pana Natana.

background image

Dwaj podróżni stali jeszcze przez jakiś czas na drodze między domami.

- Ruszamy? - zapytał w końcu duchowny.

86

- Zaczekaj - powstrzymał go Diderik. - Oni nie mogli przecież zabrać ze sobą wszystkiego.

To  niemożliwe.  Przeszukajmy  zatem  obejścia,  może  znajdziemy  rzeczy,  które  mogłyby  się  nam
przydać!

- Macie rację, panie. To, co zostało, należy do nas.

Zaczęli szukać. Wkrótce ułożyli na drodze spory stos znalezionych przedmiotów.

Byli każdy w innym domu, kiedy zdali sobie sprawę, że w osadzie panuje niezwykła cisza.

Zanosi się na wichurę, pomyślał Diderik. Tak cicho bywa tylko przed burzą.

Natan tymczasem kręcił się w kółko po swoim domu i mamrotał pod nosem wściekłe przekleństwa.
Na Brittę, na ludzi ze wsi, na pogaństwo.

- Powinno się to wszystko spalić, zetrzeć z powierzchni ziemi!

Podniecał się coraz bardziej i bardziej.

- Ja tego dokonam! - zawołał wreszcie.

Chwycił z paleniska żarzącą się jeszcze głownię i wyniósł ją na dwór.

-  Teraz  podłożę  ogień  pod  całe  to  paskudztwo!  -  zawołał  do  Diderika,  który  wyszedł  z  jakimiś
drobiazgami w ręku. - Postąpię tak, jak kiedyś chciał postąpić apostoł Natan, ale mu przeszkodzono!

Podłożył głownię pod drewniany narożnik domu.

- A teraz ruszajmy! Zabierzmy wszystkie nasze rzeczy i w drogę!

W  tej  samej  chwili  zerwał  się  gwałtowny  wiatr.  Poryw  wichru  rozrzucił  przedmioty  złożone  na
drodze, płomienie u narożnika domu strzeliły w górę z głośnym trzaskiem. Konie zarżały przerażone i
rzuciły się do galopu za tamtymi, którzy odeszli już daleko w stronę Alvdalen i nie mogli zobaczyć,
co dzieje się za nimi. Zdumieni starali się uspokoić wierzchowce bez jeźdźców, zabrali je potem ze
sobą, żeby się nimi zaopiekować, bo może właściciele zechcą się po nie kiedyś zgłosić?

Ale Diderik Swerd nie miał czasu myśleć o koniach. Wykrzykiwał coś, co trudno było zrozumieć, i
uciekał  śmiertelnie  przerażony  na  łąki,  a  potem  do  lasu,  na  północ.  Pan  Natan  zaś  zaplątał  się  w
sutannę i rymnął jak długi na ziemię. Kiedy się w końcu pozbierał, zobaczył ku swemu przerażeniu,
że  wicher  kręci  diabelskiego  młynka  pośrodku  osady  i  przenosi  ogień  od  jednego  budynku  do

background image

drugiego.  Cała  wieś  stała  w  pożodze,  płomienie  strzelały  w  niebo.  Las  był  bezpieczny,  bo  łąki
oddzielały go od osady, ale droga do lasu została odcięta.

87

Pan  Natan  krzyczał  i  krzyczał,  miotał  się  to  w  jedną,  to  w  drugą  stronę,  ale  nie  było  nikogo,  kto
mógłby go usłyszeć. Dławił go dym, krzyki przechodziły w kaszel, potem w żałosne zawodzenie, w
końcu i to ucichło.

Diderik Swerd dyszał ciężko. Biegł i biegł, dopóki sił mu starczyło. Nic jednak nie wskazywało, by
ogień miał dosięgnąć lasu. Był zatem uratowany. Uratowany i z pewnością zdoła obronić się przed
dzikimi zwierzętami, bo przecież był uzbrojony. Co prawda tylko w białą broń, ale jednak. Złościła
go utrata konia, ale niech no tylko dotrze do Lillhardal, natychmiast zdobędzie nowego.

Zobaczył ścieżkę. Znakomicie, w takim razie wydobędzie się stąd.

Jaki  niesamowity  jest  ten  las!  Jakby  dyszał  jakimś  stłumionym  podnieceniem.  Potworne!  Ale  też
Diderik nie przywykł do samotnych wędrówek po lasach.

Czy to jakieś szepty? Pośród drzew i nad ziemią? Czy to jakieś głosy mamroczą coś tak cicho, że nie
można nic zrozumieć?

To  śmieszne!  Nie  powinien  ulegać  wpływom  tych  zmyślonych  historii  o  dziewicach  z  Vargaby!
Havgrim  przyznał  przecież,  że  to  on  sam  wymyślił  te  wszystkie  straszliwe  opowieści. A  poza  tym
Diderik  znajdował  się  już  daleko  od  Vargaby.  Tak  daleko  ich  władza  nie  mogła  sięgać,  a  ścieżka,
którą podążał, była prosta i wyraźna.

Zdumiewające  jednak,  jak  daleko  niesie  się  zapach  dymu!  I  nawet  jakby  od  czasu  do  czasu  się
potęgował...

Diderik przystanął raptownie. Przeklęte nury! Czy one są wszędzie? >>Vret Joar!<<, nawoływały raz
za razem, mógłby przysiąc na własną duszę!

Ten  las...  Na  szczęście  nie  było  tak  mglisto  jak  poprzednim  razem,  dzisiaj  jednak  wszędzie  zalega
dym  i  przesłania  widok.  Widocznie  wiatr  go  tu  nawiewa  tak  daleko  na  północ.  Diderik  dotarł  do
jakiejś polany, jedynej w tym ciemnym, pełnym krzewów i zarośli lesie, zdecydowanie ruszył...

Dumny pan zaczął głośno przełykać ślinę. Znajdował się nad jakimś jeziorkiem. Jezior, mniejszych i
większych,  było  w  tej  okolicy  mnóstwo. Ale  nie...  Nie  tak  wiele  takich,  nad  którymi  znajdowałyby
się  tajemnicze  wzgórki  porośnięte  trawą,  z  niezwykłą  zawartością  stworzoną  przez  człowieka.  Z
posążkiem pogańskiego bożka.

Jeziorko  czekało  wiele  setek  lat.  Czekało  na  konkretnego  człowieka.  Na  kata  dziewic,  Vreta  Joara
Jonssona.  Ale  jezioro  nie  może  przecież  wiedzieć,  że  ludzie  umierają  ani  że  na  ich  miejsce
przychodzą  nowi.  Nowi  mężczyźni  z  krwi  Vreta  Joara.  Płynie  w  nich  ta  sama  krew,  mają  te  same
charaktery.

background image

Zapach tej samej krwi...

88

- To niemożliwe, nie mogę znajdować się w tym samym miejscu - mamrotał przerażony. -

Nie zbaczałem przecież ze ścieżki!

>>Ścieżka, która sprowadza obcych na manowce...<<

Przepełniony lękiem i wściekłością przedzierał się przez las. Tym razem w stronę Alvdalen.

Norwegia może poczekać.

Wkrótce potem znowu usłyszał wołanie: >>Vret Joooar!<< i stwierdził, że ponownie znalazł

się nad brzegiem jeziora.

Szlochając, jęcząc i przeklinając przedzierał się przez pełen szeptów i niepokoju las. Szept narastał,
potęgował się, nabierał mocy sztormu, raz czy dwa rozległy się znane już chrapliwe chichoty, które
przeraziły go tak, że mało nie przypłacił tego życiem. Z

największym trudem zdołał przekonać sam siebie, że to krzyk ptaka. Szedł wciąż naprzód.

Wszystko wokół zaczynało ciemnieć. Zapadała noc.

Diderik Swerd parł jednak przed siebie, szedł po omacku, potykał się w ciemnościach.

Muszę stąd wyjść! Muszę wygrać! Muszę, muszę!

Teraz jestem już daleko od tego przeklętego miejsca. A jednak wygrałem! Zwyciężyłem!

Nagle poczuł, że ziemia zaczyna się uginać pod jego stopami. Machał rękami, lecz wciąż zapadał się
w  błoto,  w  jakąś  maź.  Leśne  jeziorko!  O  Boże,  to  nie  może  być  prawda!  Znowu  to  jeziorko?  W
głuchej wściekłości zaczął wrzeszczeć:

- Zapłacisz mi za to, Havgrim! Krwawa zemsta nie dobiegła jeszcze końca! Ja ci pokażę...

Maziste błoto wciągało go coraz głębiej. Głos przemieniał się w rozpaczliwe gulgotanie.

Diderik  największym  wysiłkiem  wychynął  nieco  na  powierzchnię,  ale  tylko  na  ułamek  sekundy;
potem  znowu  błotnista,  lepka  ciecz  zaczęła  wsysać  go  w  głąb,  po  każdym  okrzyku  przerażenia
głębiej.

Wkrótce zostało już tylko kilka kręgów na wodzie.

Nad  jeziorkiem  zaległa  cisza.  Po  chwili  stadko  nurów  zerwało  się  i  odleciało  gdzieś  ponad
drzewami.

background image

W lesie zapanował spokój. Nieskończony, głęboki spokój, jak po trwającej setki lat udręce.

Dziewice z Vargaby znalazły ukojenie.

W Alvdalen  przybysze  z  Vargaby  zostali  przyjęci  serdecznie  i  życzliwie.  Zajął  się  nimi  gospodarz
Barbro  i  ulokował  wszystkich  w  licznych  budynkach  w  swoim  obejściu,  dopóki  nie  znajdą  stałych
mieszkań.

89

Kajsa, śmiertelnie zmęczona, siedziała w jakiejś izbie, przytulona do Havgrima.

- Jak dobrze jest wiedzieć, że nigdy nie było ani źdźbła prawdy w opowieściach o żądnych zemsty
dziewicach z Vargaby - szepnęła. - Tak się cieszę, że rozwiałeś te niemądre plotki!

Havgrim uśmiechnął się i przygarnął ją do siebie. Delikatnie ucałował jej czoło, ale w uśmiechu było
sporo goryczy.

Miał przejmującą wizję czegoś strasznego. Widział płonącą w lasach wieś. I nędzną śmierć Natana.

Widział jeszcze okropniejszy los Diderika. Jego szaloną ucieczkę przez las. Jeziorko. Ptaki...

Havgrim drżał. Nie pierwszy raz miał tego rodzaju wizję. I jak wielokrotnie przedtem zaczął

się  zastanawiać,  kim  naprawdę  jest.  Sierotą  znalezioną  na  drodze,  podobno  dzieckiem  z  dobrej
rodziny? Przybrany ojciec nigdy nie chciał wyjawić żadnych szczegółów. A może po prostu ich nie
znał?

Kajsa i Havgrim przeżyli wiele szczęśliwych lat w Alvdalen. Opowiedzieli tę historię swojej córce
Dorotei, która wyszła za mąż za Norwega. Nazywał się Erik Nordlade i był w Alvdalen kupcem. W
późniejszych  latach  Kajsa  i  Havgrim  mieli  jeszcze  syna,  ale  jego  losy  nie  potoczyły  się  tak
szczęśliwie.

Córka Erika Nordlade, Petra Eriksdatter, była moją matką. I to ona opowiedziała mi historię dziewic
z Vargaby. Uważam za swój obowiązek spisanie opowieści, zanim rozpłynie się w ludzkiej pamięci i
zaginie  na  zawsze.  Nie  jestem  osobą  wykształconą,  a  poza  tym  kobietą,  zatem  nie  wypada  mi
zajmować  się  pisarstwem,  lecz  nie  ma  nikogo  innego,  kto  mógłby  utrwalić  tę  ponurą  historię  z
dawnych  czasów.  Notatki  przekażę  w  spadku  mojej  córce,  Petrze,  tak  by  ona  mogła  ją  także
opowiedzieć swoim dzieciom.

Przykro tylko, że mamy tak mało dzieci, wszystkie kobiety w mojej rodzinie. Mam nadzieję, że moja
córka i syn będą pod tym względem szczęśliwsi niż my. Trondheim w listopadzie 1882 roku. Gerd
Svensdatter.

Andre odetchnął. Teraz ta część drzewa genealogicznego rysowała mu się dość wyraźnie.

Spróbował to naszkicować.

background image

Christer Grip Kajsa

z Ludzi Lodu z Vargaby

(Havgrim) - ur. 1779

ur. 1774 |

- | |

90

Erik Nordlade Dorotea Syn urodzony

z Trondelag - Havgrimsdatter później

| ur. ok 1800

|

Petra Eriksdatter

Nordlade - Sven

ur. 1821 |

|

Gerd Ole

Svensdatter - Knudsen

|

|

Petra Olsdatter - Syn zmarły

1880 - 1899 w młodości

|

|

Mali - Martwo urodzone

ur. 1894 dziecko 1899

background image

Tym się teraz powinien kierować. Gdzieniegdzie widniały puste miejsca. Syn, którego urodziła Kajsa
w dojrzałym wieku, powinien mieć potomstwo. Dorotea Havgrimsdatter mogła mieć więcej dzieci, o
których  tu  nie  wspomniano,  podobnie  zresztą  jak  Petra  Eriksdatter  Nordlade,  ta  od  medalionu  z
lokiem włosów w środku.

A sam medalion? Skąd się wziął i jakie były jego dzieje?

Ciekawe byłoby się tego dowiedzieć.

A  zatem  cała  historia  o  Vargaby  została  wymyślona!  Nie  przez  Gerd  Svensdatter,  oczywiście,  lecz
przez rodziców jej babki, Kajsę i Havgrima-Christera. Nic dziwnego, że 91

Gerd sprawiała wrażenie tak dobrze poinformowanej, nawet jeśli chodzi o dialogi, których przecież
nie mogła znać.

Ale to nie ona to wszystko wymyśliła. Ona otrzymała tę opowieść w spadku.

Andre nie miał już czasu dłużej nad tym rozmyślać. Teraz musiał iść do miasta i działać.

Działać możliwie jak najskuteczniej!

Przede wszystkim chciał odwiedzić swoją przyjaciółkę z magistratu.

92

ROZDZIAŁ VIII

Nette  Mikalsrud  coraz  niespokojniej  spoglądała  na  zegar.  Czuła  ssanie  w  żołądku,  dokuczliwsze  z
każdą upływającą minutą.

Dzień pracy dobiegał końca, a jej młody znajomy się nie pokazał. Czy w ogóle nie zamierzał

już  przychodzić? A  miałby  jej  z  pewnością  tak  wiele  nowych  rzeczy  do  opowiedzenia!  Taka  była
ciekawa, czego się dowiedział! Niedzielna bluzka z koronkami wyglądała już dość nieświeżo. Panna
Sylvestersen z sąsiedniego biura zwróciła uwagę, jak elegancko Nette dziś wygląda. Idzie może po
pracy na jakiś pogrzeb? I czy nowa fryzura nie jest zbyt ekstrawagancka dla osoby w jej wieku?

Nette  odpowiadała  coś  półgębkiem  pomiędzy  jednym  a  drugim  łykiem  kawy.  Panna  Sylvestersen
chcąc  nie  chcąc  zamilkła,  pojęcia  nie  miała,  jak  to  jest,  kiedy  poważnego  człowieka  dotyka
szaleństwo.

Absolutne,  beznadziejne  szaleństwo,  całkowicie  lekceważące  głos  rozsądku!  Pani  Nette  była  na  to
zupełnie  nieprzygotowana,  a  przez  to  kompletnie  bezbronna.  Wstydziła  się  okropnie,  a  zarazem
wszystkie jej zmysły przepełniała nieznana radość. Jakby po raz pierwszy w swoim samotnym życiu
odczuwała, że i ona żyje. Była w stanie uczynić wszystko dla swego nowego przyjaciela. Tyle tylko,
że on się nigdy o tym nie powinien dowiedzieć!

background image

O, nie! To by była najgorsza rzecz, jaką Nette mogła sobie wyobrazić. Cóż on by na to powiedział?
Co by sobie pomyślał? Prawdopodobnie patrzyłby na nią wystraszony, bąkał

słowa zakłopotania i wycofał się pospiesznie.

Nie! Nigdy!

Tyle  radości  sprawiał  jej  fakt,  że  może  pomagać,  że  jest  dla  niego  kimś  ważnym,  przyjaciółką.
Najlepszą przyjaciółką, jaką kiedykolwiek mógł mieć.

Ale czas mijał, a on nie nadchodził.

I  po  prostu  już  nie  przyjdzie.  Właściwie  nie  zwrócił  na  nią  wcale  uwagi  i  po  wyjściu  z  magistratu
zapomniał o spotkaniu.

Tymczasem na pół godziny przed zamknięciem do biura wkroczył Andre i dłonie pani Nette zaczęły
lekko drżeć, a ona sama bardzo się starała ukryć radosny uśmiech; policzki jej płonęły tak, że musiała
pochylić głowę, z niepokojem myślała, czy fryzura jest w porządku i czy bluzka się nie pogniotła.

Andre śmiał się do niej radośnie.

- Jak to dobrze, że jeszcze panią zastałem, panno Mikalsrud! Spóźniłem się, bo musiałem najpierw
przeczytać pewne bardzo ważne opowiadanie.

93

Tłumaczy, dlaczego się spóźnił! Bał się, że już jej nie zastanie!

Żeby tylko panna Sylvestersen teraz nie przyszła!

Albo wprost przeciwnie, żeby tak panna Sylvestersen teraz weszła i zobaczyła mojego fantastycznego
przyjaciela. Bo on jest moim przyjacielem! To do mnie się teraz tak śmieje.

Wiem, że jest ode mnie dwadzieścia pięć lat młodszy, ale też i nie w ten sposób on mnie interesuje.
Chciałabym tylko okazać mu moją... moją...

Pani Nette nie była w stanie dokończyć tej myśli. Miłość, to zbyt wielkie słowo.

- Ja także znalazłam to i owo - powiedziała onieśmielona.

-  Naprawdę?  To  cudownie!  Mam  pani  tyle  do  opowiedzenia!  Czy  zechciałaby  pani  uczynić  mi  ten
honor i zjeść ze mną obiad w hotelowej restauracji?

Nette doznała zawrotu głowy. Obiad? Z nim? On zaprasza ją na obiad w hotelowej restauracji Ileż to
będzie  plotek,  gadania.  Myśl  o  tym  napełniała  ją  przyjemnym,  a  zarazem  nieprzyjemnym  uczuciem.
Bo  przecież  nie  wszystkie  komentarze  będą  przychylne.  Stara  panna  poluje  na  młodzika!  Z  drugiej
jednak  strony  układ  był  dość  bezpieczny.  Większość  ludzi  nie  widzi  nic  niestosownego  w  tym,  że

background image

dwudziestoletni młodzieniec przyjaźnie rozmawia z czterdziestopięcioletnią kobietą.

W którymś momencie tej gonitwy myśli musiała jednak powiedzieć: „Dziękuję, bardzo chętnie”, bo
Andre z radosnym uśmiechem mówił:

- Wspaniale! W takim razie przyjdę po panią do domu o siódmej wieczorem.

Mój Boże, a ona włożyła świąteczną bluzkę do pracy! W co się ubierze na wieczór?

U  niej  w  domu!  Zabierze  ją  z  domu!  Boże,  sąsiedzi!  Z  pewnością  wszyscy  wylegną  do  okien  albo
będą patrzeć przez uchylone drzwi.

- Bardzo dziękuję - zdołała wykrztusić. - Jak powiedziałam, mam kilka interesujących obserwacji.

- Świetnie! A czego dotyczą.

- Przede wszystkim napisałam listy do kilku osób, które mogą posiadać pewne wiadomości...

Andre zadowolony skinął głową i czekał na dalszy ciąg.

- A poza tym nazwisko Nordlade.

- Tak! - zawołał z ożywieniem. - Skąd ono pochodzi? Z Trondheim?

94

-  Nie.  Ale  spotkałam  kogoś,  kto  je  rozpoznał.  Podobno  w  Gaudalen  jest  zagroda,  która  się  tak
właśnie nazywa.

Andre zastanowił się na chwilę.

- Czy jeśli się stąd jedzie do Szwecji, to nie trzeba mijać tego Gaudalen?

- Zależy dokąd do Szwecji się jedzie.

- Do Alvdalen.

Myśli Nette krążyły gorączkowo.

- Jeśli pamiętam, to Alvdalen znajduje się w Dalarna...

- Tak, zgadza się.

-  W  takim  razie  powinno  się  jechać  przez  Gaudalen.  Ale  nie  mogę  gwarantować  za  jakość  dróg.
Natrafił pan na jakiś ślad?

- Nawet na bardzo dobry ślad! Dzięki tej opowieści, o której pani mówiłem. Najgorsze jest jednak
to, że koniecznie muszę tam pojechać. A to będą dodatkowe koszty, benzyna, noclegi i tak dalej, nie

background image

bardzo  mnie  na  to  stać.  Więc  tę  podróż  muszę  odłożyć  na  inną  okazję.  Szkoda,  bo  jestem  już  tak
blisko, no ale...

- Bardzo chętnie pożyczę panu potrzebną sumę! - zawołała Nette, zanim zdążyła pomyśleć.

Spojrzał na nią zakłopotany.

- Mowy nie ma!

-  Ale  dlaczego?  Bardzo  mnie  pan  zainteresował  sprawami  swojej  rodziny.  Mam  pewne
oszczędności,  szczerze  mówiąc  przeznaczone  na  przyzwoity  pogrzeb. A  na  razie  nie  mam  zamiaru
jeszcze umierać - uśmiechnęła się nerwowo.

- O, Boże uchowaj! Na to mamy jeszcze czas!

Andre pomyślał ze smutkiem, jak wielu samotnych ludzi żyje bardzo skromnie po to, by oszczędzić na
godny  pogrzeb. Ale  nietrudno  było  ich  zrozumieć,  gdy  się  choć  raz  widziało  pogrzeb  na  koszt  kasy
zapomogowej. Nędza tych uroczystości była upokarzająca.

Nette przyglądała mu się wyczekująco. We wzroku malowało się pragnienie pomagania bliźniemu w
potrzebie, zrobienia czegoś ważnego dla innych. Przecież nie mógł odmówić jej tej radości.

95

-  W  takim  razie  bardzo  dziękuję  -  uśmiechnął  się,  a  Nette  rozpromieniła  się  i  obiecała  wstąpić  do
banku po wyjściu z biura.

Andre podał jej swój domowy adres, na wszelki wypadek, a po tej peszącej oboje formalności rzekł:

- Dowiedziałem się także, jak ma na imię córka Petry.

- Aha, ta z domu dziecka? Spotkał ją pan?

-  Nie,  już  tam  nie  mieszka.  Wygląda,  niestety,  na  to,  że  ona...  -  skrępowany  zniżył  głos  -...  że  ona
wyszła na ulicę.

- O mój Boże, jakie to smutne!

Jej współczucie było dla Andre pociechą.

Powiedział z ożywieniem:

- Spróbuję, oczywiście, odnaleźć ją, powiedzieć jej, że jest moją kuzynką i postarać się naprostować
jej życie, jeśli to będzie możliwe.

- To bardzo szlachetne z pańskiej strony. Ale czy to znaczy, że ma pan pewność, iż jest ona pańską
krewną?

background image

- Jestem o tym przekonany. Powinienem ponadto próbować odszukać innych ewentualnych kuzynów,
dla  naszego  rodu  to  bardzo  istotne,  byśmy  trzymali  się  razem,  ale  akurat  teraz  córka  Petry  jest
najważniejsza.

- Jak ona ma na imię? - zapytała Nette cicho z wyraźną sympatią dla tej młodej upadłej istoty.

- Mali. I myślę, że nazywa się Knudsen, po ojcu Petry... Co się stało?

Nette zmrużyła oczy.

-  Mali?  To  nie  jest  pospolite  imię.  Mali  Knudsen  powiada  pan?  W  takim  razie  ja  ją  chyba  znam.
Policja ma często do niej pretensje za awantury na ulicy.

- O mój Boże, wygląda mi ona na prawdziwie nieokiełznaną młodą osobę!

W głosie Nette słychać było powstrzymywany śmiech.

- Tak, rzeczywiście. Ale ona nie jest taka, jak pan myśli. To prawda, że Mali Knudsen wychodzi na
ulicę, ale nie ma w tym nic złego. Wprost przeciwnie.

96

- Nie rozumiem.

Nette pochyliła się ku niemu i szepnęła rozbawiona:

- Mali Knudsen jest bojowniczką o prawa kobiet. Jej ideałem jest emancypacja.

- Boże drogi! - jęknął Andre.

W  tym  czasie  tak  zwane  feministki  walczyły  o  powszechne  prawo  głosu  dla  kobiet  i,  żeby  je
wysłuchano,  często  sięgały  po  dość  drastyczne  środki.  Coś  mu  mówiło,  że  młoda  Mali  może  być
osobą o niełatwym usposobieniu.

Ale...  Oczywiście  z  ogromną  ulgą  przyjął  do  wiadomości,  że  nie  jest,  jak  przypuszczał,  po  prostu
dziewczyną uliczną. To by było najgorsze.

I takie zaskakujące w odniesieniu do kogoś z Ludzi Lodu.

- Zdawało mi się, że Norwegia jest bardzo postępowym krajem i że kobiety mają prawo głosu.

- Tylko w niektórych gminach. Powszechnego prawa głosu nie mamy. Akurat teraz sprawa jest znowu
rozpatrywana w Stortingu. Mam nadzieję, że zasiadający w parlamencie mężczyźni podejmą rozsądne
decyzje.

Andre spoglądał na nią spad oka. Czyżby i w tym przypadku miał do czynienia z feministką?

background image

Jeśli tak, to jednak z przedstawicielką tych spokojniejszych bojowniczek o równouprawnienie.

Nette zwlekała. Nie chciała się narzucać.

- Ja... Za kilkanaście minut skończę pracę. Gdyby pan chciał, mogłabym pokazać, gdzie można zastać
Mali Knudsen. Nie wiem wprawdzie, gdzie ona mieszka, ale często widuje się ją na rynku.

- Bardzo dziękuję. To takie uprzejme z pani strony.

- Przynajmniej tyle mogę zrobić.

Andre zaczął się cicho śmiać sam do siebie. Pani Nette przyglądała mu się zdziwiona.

-  Przyszło  mi  do  głowy,  że  nie  jestem  chyba  zbyt  eleganckim  mężczyzną.  Zapraszam  na  obiad,  a
potem muszę pożyczać pieniądze od mojej damy.

„Moja dama”! Jak to ładnie brzmi!

Andre znowu się roześmiał:

97

- Ale na obiad mnie stać, zapewniam panią!

Nette odpowiedziała uśmiechem. Czuła, że to, co ją łączy z tym młodym człowiekiem, to prawdziwa
przyjaźń.

Andre opowiedział jej w skrócie o medalionie i manuskrypcie, jaki dostał z domu.

- Opowieść została spisana przez matkę Petry, Gerd. W tej chwili nie będzie pani miała czasu, żeby
to  wszystko  przeczytać,  ale  bardzo  bym  chciał,  żeby  pani  chociaż  przejrzała  notatki.  Zwłaszcza
zakończenie. Wyjaśnię wieczorem, dlaczego mi tak na tym zależy.

Z wielkim przejęciem wzięła od niego manuskrypt i zapewniła, że będzie go strzec jak oka w głowie.
Andre zaczekał, aż Nette uprzątnie swoje biurko, po czym oboje wyszli. Przy wejściu zderzyli się z
panną Sylvestersen, która usunęła się na bok, ale gdy schodzili po schodach, podążała krok w krok za
nimi. Nette nie przerywała rozmowy, zwracała się do Andre dość poufale i wciąż czuła na plecach
świdrujące, lodowate spojrzenie tamtej.

Ta plotkara musiała sobie teraz skojarzyć fryzurę i świąteczną bluzkę Nette z wizytą tego młodzieńca.
Ale niech sobie myśli co chce.

I nagle zrobiło jej się żal panny Sylvestersen. Samotna kobieta, mająca pewnie jakieś swoje skryte
marzenia, które nigdy się nie spełnią. Czyż można się z kogoś takiego śmiać lub nad nim triumfować?
Nette  przecież  sama  najlepiej  wiedziała,  jak  to  jest.  I,  szczerze  mówiąc,  życzyła  swojej  złośliwej
koleżance  takiego  przyjaciela  albo  w  ogóle  jakiegokolwiek  przyjaciela.  Naprawdę  chciała  dzielić
się swoim szczęściem z innymi.

background image

Zjawił się oto ktoś, dla kogo mogła zrobić wszystko i nie żądać niczego w zamian.

Jej serce przepełniała radość.

Na rynku rzeczywiście kręciło się kilka pań w wojowniczych nastrojach i rozklejało plakaty.

Andre natychmiast rozpoznał Mali - po jej młodym wieku, a także po chropawym, zdradzającym brak
wykształcenia  głosie,  który  wykrzykiwał  niezbyt  piękne  słowa  pod  adresem  mężczyzn,
nienawidzących kobiet.

- To ona - powiedziała Nette. - Ta skromnie ubrana.

- Tak, domyśliłem się. Zechciałaby pani mnie przedstawić? W przeciwnym razie gotowa pomyśleć,
że mam jakieś niecne zamiary.

Kiedy  podeszli,  Mali  spojrzała  na  nich  agresywnie.  Na  moment  w  jej  oczach  pojawił  się  lęk,  ale
poznała Nette i uspokoiła się.

- Dzień dobry, Mali - przywitała się urzędniczka. - Czy mogę ci przedstawić pana Andre Brinka? To
twój krewny i chciałby z tobą porozmawiać.

98

- Krewny? Ja nie mam żadnych krewnych - odparła dziewczyna stanowczo.

Przy bliższym poznaniu Mali zyskiwała. Pod nędzną oprawą, pod zniszczonym ubraniem wyczuwało
się coś sympatycznego. Ładne rysy, zgrabna sylwetka; włosom przydałoby się więcej starania, ale w
oczach czaił się jakiś wyraz bezradności, którego nie zdołała pokryć agresywnym zachowaniem.

Nim zdążył się odezwać, zawołała:

- Tylko mi nie mów, że jesteś moim bratem lub coś w tym rodzaju.

-  Nie,  nie  -  uśmiechnął  się Andre.  - Ale  zdaje  mi  się,  że  znalazłem  dość  wiarygodne  dowody,  że
twoja  zmarła  matka  i  ja  pochodzimy  z  tej  samej  rodziny.  Bardzo  bym  chciał  z  tobą  porozmawiać.
Myślisz, że da się to jakoś zorganizować?

Przyglądała mu się niepewnie, a potem przeniosła wzrok na swoje bardzo zniszczone buty.

- No, może - rzekła przeciągle. - Tylko że ja nie spotykam się z ludźmi z pańskiej sfery...

- Nie mów do mnie pan. Jesteśmy przecież chyba rówieśnikami.

Odwróciła wzrok.

- Może moglibyśmy znaleźć miejsce w parku, niedaleko katedry. Tam są ławki.

background image

- A nie chciałabyś czegoś zjeść?

Mali popatrzyła na swoje ubranie, po czym wybuchnęła głośnym i niezbyt szczerym śmiechem.

- Gdzie ty właściwie mieszkasz? - zapytała Nette.

- Guzik cię to obchodzi!

- Nie mam zamiaru cię przesłuchiwać. Jeśli nie chcesz, to nie odpowiadaj.

Wyraz agresji w oczach Mali złagodniał.

- A tam! Sypiam na skrzyni w starej szopie w porcie.

- Pomyślimy także i o mieszkaniu - powiedział Andre. - Najpierw jednak musimy porozmawiać.

- W takim razie ja was zostawiam - rzekła Nette. - Spotkamy się o siódmej, tak?

Andre potwierdził i pożegnali się.

99

- Nie wstydzisz się chodzić po ulicy z kimś takim jak ja? - zapytała Mali zaczepnie, kiedy szli przez
rynek w kierunku katedry.

- Dlaczego, na Boga, miałbym się wstydzić? - zdziwił się Andre. Chciał jeszcze dodać:

„Przecież i tak nikt mnie tutaj nie zna”, ale w porę się powstrzymał.

Mali prychnęła tylko w odpowiedzi. Znaleźli wygodną ławkę pod wysokim, rozłożystym drzewem.

- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie, czy nie jesteś głodna - przypomniał Andre.

- Szczerze mówiąc wciąż jestem głodna. Zdążyłam się przyzwyczaić.

Andre zobaczył po drugiej stronie ulicy piekarenkę.

- Poczekaj tutaj - poprosił. - Ja też zgłodniałem.

Nie  chciało  mu  się  jeść,  ale  uznał,  że  dzielenie  się  bułkami  i  mlekiem,  które  kupił,  stworzy  swego
rodzaju poczucie wspólnoty.

Mali  była  głodna  jak  wilk,  nie  umiała  tego  ukryć.  Kiedy  już  zjedli  prawie  wszystko,  powiedziała
ostro:

- No? Czego ode mnie chcesz? Nie mogę tu siedzieć cały dzień. Inne dziewczyny gotowe pomyśleć,
że je zdradziłam.

background image

Andre  miał  pewne  kłopoty  z  połączeniem  jej  prostego,  nawet  wulgarnego  zachowania  z  walką  o
równouprawnienie kobiet, ale akurat teraz nie bardzo miał czas rozpytywać o jej ideały i cele.

Zaczął więc mówić o najważniejszym.

- Wszystko wskazuje na to, że twoja matka, a więc tym samym także i ty, należycie do niezwykłego
rodu. A tak się składa, że dla nas jest sprawą bardzo ważną, byśmy zawsze trzymali się razem. Nasza
rodzina bardzo chętnie przyjmuje nowych członków. Takich jak ty.

- Nic z tego nie rozumiem.

- Wcale też tego nie oczekuję. Ale twoja matka...

- Nie nazywaj jej moją matką! Ona się mną w ogóle nie przejmowała.

- A  ja  wiem,  że  było  inaczej.  Miała  zaledwie  czternaście  lat,  kiedy  się  urodziłaś.  Twój  ojciec  ją
rzucił  i  musiała  mieszkać  razem  z  tobą  w  starej  szopie.  Kiedy  ludzie  przyszli,  żeby  cię  zabrać  do
ciepłego  i  suchego  domu,  musieli  cię  odebrać  jej  siłą.  I  nigdy  potem  nie  pozwolono  jej  cię
odwiedzić.

100

Mali odwróciła głowę.

Jej szczupłe, dziewczęce ramiona skuliły się bezradnie.

- Pięć lal później urodziła drugie dziecko. Przypadkiem moja kuzynka znajdowała się w pobliżu, gdy
twoja  matka,  Petra,  odebrała  sobie  życie.  Moja  kuzynka  próbowała  uratować  przynajmniej  nie
narodzone  jeszcze  dziecko,  ale  ono  już  było  martwe.  Było  to  dziecko  poważnie  zdeformowane,  ale
właśnie takie dzieci przychodzą dość często na świat w naszej rodzinie. Wszystko stało się na brzegu
fjordu, niedaleko Trondheim, trzynaście lat temu.

Teraz  ja  przyjechałem  tutaj,  żeby  odnaleźć  jakieś  ślady  i  dowody  mogące  potwierdzić,  że  Petra
pochodziła  z  Ludzi  Lodu.  Wierzę,  że  mi  się  to  udało.  Dowiedziałem  się  też  o  tobie  i  nie  mam
wątpliwości, że jesteś naszą krewną.

Dziewczyna zwróciła się w jego stronę.

- Jak powiedziałeś? Jak nazywa się ten ród? - zapytała mrużąc oczy.

- Ludzie Lodu.

- Co to za ludzie?

-  O,  to  bardzo  długa  historia.  Jeśli  będziesz  chciała  i  zdołasz  wysłuchać,  to  ci  ją  kiedyś  opowiem.
Ale to innym razem, bo na dziś wieczór zaprosiłem pannę Mikalsrud na obiad.

background image

Bardzo mi pomogła w poszukiwaniu innych członków Ludzi Lodu.

- Dlaczego jest takie ważne, byśmy trzymali się razem?

Dostrzegł to jej niepewne „byśmy” i bardzo go to ucieszyło. To znaczy, że Mali mu wierzy!

- Wynika to z naszej historii. Jutro, niestety, też nie będę mógł ci jej opowiedzieć, bo muszę pojechać
do Alvdalen.

- Do Alvdalen? Do Szwecji? Na Boga, jakim sposobem zamierzasz się tam dostać?

- Mam samochód.

- Co? - Mali otworzyła usta. - Powiedz mi, czy wy, Ludzie Lodu, jesteście bardzo bogaci?

Andre wzruszył ramionami.

- Specjalnie bogaci to nie, ale dajemy sobie radę.

-  A  wiesz  co?  Ja  to  pluję  na  pieniądze!  Ja  mam  coś,  w  co  wierzę,  a  wtedy  pieniądze  nie  mają
żadnego znaczenia.

- Oczywiście. A ta twoja idea to prawo głosu dla kobiet, tak?

101

- O, ja walczę o dużo więcej. Chcę walczyć o sprawy kobiet, przemawiać w ich imieniu, bo umiem
to  robić!  Gdybyś  widział  to,  co  ja,  ile  jest  niesprawiedliwości,  ile  wykorzystywania  kobiet  i
dziewcząt, to byś się nie dziwił. Zresztą, co mi tam, możesz nie wierzyć! Ja i tak swoje wiem.

- Ależ ja ci wierzę, Mali! Nie wszyscy mężczyźni są ślepi na krzywdę kobiet. Ale zanim zajmiemy
się innymi sprawami, musimy znaleźć ci jakiś dach nad głową i postarać się o porządne ubranie.

- Nie. Najpierw chcę się dowiedzieć czegoś więcej o tych, no jak tam, o tych Ludziach Lodu.

Jest w nich coś dziwnego, powiadasz. A co takiego? I skąd wiesz, że martwo urodzone dziecko było
jednym z was?

-  No  wiesz,  to  był  twój  brat  albo  siostra.  A  u  Ludzi  Lodu  w  każdym  pokoleniu  rodzi  się  jedno
dziecko  obdarzone  szczególnymi  cechami,  zresztą  bardzo  różnymi.  Niektóre  z  nich  mają  szerokie,
spiczasto zakończone barki. Matki tych dzieci zwykle umierają przy porodzie.

- Jezu! I ten mały miał właśnie takie ramiona?

- Dlatego zrodziło się podejrzenie, że to dziecko i twoja matka, i ty także pochodzicie od jednego z
potomków Ludzi Lodu, który jako mały chłopiec zaginął w roku tysiąc siedemset siedemdziesiątym
siódmym.

background image

- Ale przecież równie dobrze to ojciec tego zdeformowanego dziecka mógł pochodzić z Ludzi Lodu!
- zawołała Mali.

Andre  pochwalił  jej  inteligencję,  co  najwyraźniej  sprawiło  jej  przyjemność.  Uświadomił  sobie,  że
Mali zaczyna go akceptować, mimo że jest przedstawicielem podejrzanego rodu męskiego.

- Interesowałem się rodziną tego człowieka - wyjaśnił. - Widzisz, on miał jedenaścioro rodzeństwa,
a Ludzie Lodu miewają niewiele dzieci.

Mali zachichotała.

- Czy to jedna z tych szczególnych cech tej rodziny?

-  Tak.  A  drugą  jest  to,  że  rodzą  się  dotknięci,  jak  my  ich  nazywamy,  ludzie  obdarzeni  wielkimi
zdolnościami paranormalnymi. Ponadnaturalnymi - poprawił się, żeby Mali lepiej zrozumiała.

Mali rozpromieniła się.

- Coś takiego to bym chciała mieć!

Andre zapytał ostrożnie:

102

-  A  nigdy  niczego  takiego  u  siebie  nie  zauważyłaś?  Bo  nawet  normalni  potomkowie  Ludzi  Lodu
bywają często bardziej wrażliwi, więcej potrafią niż zwyczajni ludzie.

Mali zastanawiała się przez chwilę.

- Niech mnie licho! - wykrzyknęła w końcu. - Pewnie, że zauważyłam! Przecież zawsze wiedziałam,
kiedy wychowawczyni przyjdzie na inspekcję, i mogłam zawczasu ostrzec inne dziewczyny.

- No więc widzisz - kiwał głową Andre. - Wiesz, ponieważ w moim pokoleniu nie urodził się nikt
obciążony, musieliśmy zacząć szukać bliższych informacji o tej kobiecie z brzegu.

Musieliśmy  się  dowiedzieć,  czy  jej  dziecko  było  dotknięte.  I  wygląda  na  to,  że  tak  właśnie  jest.
Muszę tylko pojechać do Alvdalen, żeby to potwierdzić.

- A  nie  mogłabym  pojechać  z  tobą?  -  zawołała  impulsywnie.  -  Nie  ze  względu  na  samochód,  ale
dlatego, że ja też jestem z Ludzi Lodu. Coś mi mówi, że pochodzę z tej rodziny.

- Ja też jestem tego pewien - uśmiechnął się Andre. Nie powiedział ani słowa na temat jej wyglądu
ani  że  nie  będzie  pasować  do  eleganckiego  samochodu.  -  Skoro  i  tak  nie  masz  gdzie  mieszkać,  to
najlepiej będzie, jeśli pojedziesz ze mną.

- Och, dziękuję! - wykrzyknęła i rzuciła mu się na szyję. Andre trochę się zaniepokoił, bo jej włosy
przesłoniły mu twarz, opadały na ramiona. A jeśli ona ma wszy...?

background image

Nie bardzo był pewien, czy dobrze robi, zabierając ją w podróż; ale teraz nie miałby już serca, żeby
jej tę radość odebrać.

Nette  poszła  do  banku  i  kazała  sobie  wypłacić  taką  sumę,  że  zdziwiony  kasjer  przyglądał  jej  się
podejrzliwie.  Co  tam,  mogę  przecież  wpłacić  ponownie,  jeśli  się  okaże,  że  wzięłam  za  dużo,
pomyślała. Nie mogła przynieść za mało! Wszystko da się załatwić!

Teraz  pozostawała  jeszcze  sprawa  stroju  na  wieczór.  Najładniejsza  bluzka  była  po  całym  dniu
nieświeża, a suknie, które wisiały w szafie, wyglądały żałośnie, były niemodne i znoszone. Wahała
się przez chwilę, a potem skierowała w stronę eleganckiego magazynu przy ulicy Biskupiej.

Po  długim,  bardzo  długim  czasie  wyszła  stamtąd  z  dużym  pakietem  pod  pachą.  Przepełniała  ją
radość, czuła się podniecona i frywolna. Pomyśleć, że kupiła gotową wizytową suknię!

Nigdy przedtem tego nie robiła, zawsze szyła suknie i dla siebie, i dla matki. Ale dzisiaj jest przecież
wielki dzień!

Kiedy mijała katedrę, spostrzegła, że jej młodzi znajomi siedzą na ławce pod drzewem. Na moment
przystanęła, nie chciała, by zobaczyli ten jej płaski pakiet, który aż nadto wymownie świadczył o jej
stosunku  do  dzisiejszego  zaproszenia.  Nie  mogła  jednak  się  wycofać,  to  by  wyglądało  okropnie.
Nieco speszona poszła więc dalej.

103

- Wciąż jeszcze tu siedzicie? - zapytała wesoło.

Andre na jej widok wstał.

- A czy pani nie mogłaby usiąść z nami na chwilkę, panno Mikalsrud?

Właściwie  nie  miała  czasu  i  właściwie  wypadało  podziękować  i  odmówić,  ale  ona,  nie  bacząc  na
nic, powiedziała: oczywiście, i usiadła.

Andre opowiadał, co oboje z Mali uzgodnili, i o tym, że Mali pojedzie z nim do Alvdalen.

Nette starała się przełknąć uczucie rozczarowania.

- Ale  w  takim  razie  Mali  będzie  potrzebne  podróżne  ubranie  -  powiedziała  tak  życzliwie  jak  tylko
umiała.

- Możliwe - burknęła Mali cierpko. - Tylko skąd je wziąć?

-  Mam  propozycję  -  uśmiechnęła  się  Nette.  -  Pójdziemy  zaraz  do  magazynu,  z  którego  dopiero  co
wyszłam, i tam coś kupimy. Musimy się pospieszyć, żeby zdążyć przed zamknięciem.

Mali przyglądała się jej z niechęcią.

background image

- Czy pani rozum straciła? Przecież ja nie mam czym zapłacić!

- Mogę ci pożyczyć. Wiem, że oddasz, kiedy będziesz miała.

-  Jezu!  -  westchnęła  Mali.  Najwyraźniej  było  to  najczęściej  przez  nią  używane  słowo.  -  No  to
chodźmy! Oczywiście, że oddam dług.

- Musimy ci też znaleźć jakieś miejsce na noc - przypomniał Andre.

- Może w Hospicjum? - zaproponowała Nette. - Warunki są tam bardzo skromne, ale jest czysto.

- O, to już chyba oni mogą się bać, że im tam napaskudzę - uśmiechnęła się Mali niepewnie.

Nette zastanawiała się przez chwilę, a potem powiedziała:

- Gdybyś chciała się trochę ogarnąć po tym mieszkaniu w szopie, wykąpać się i umyć włosy, a także
wyrzucić to brudne ubranie, zanim pójdziesz do Hospicjum, możesz to zrobić u mnie. Jeśli nie masz
nic przeciwko temu, oczywiście.

-  Jezu!  Czy  naprawdę  na  ziemi  są  anioły?  Jasne,  że  chciałabym  się  wykąpać!  I  przeczesać  włosy
gęstym grzebieniem. Nie, przepraszam, wszy to ja nie mam. Siostry w przytułku bardzo pilnowały.

104

Andre zrozumiał pytanie, które posyłało mu spojrzenie Nette: „Czy ona też pójdzie do restauracji na
obiad?” brzmiało to pytanie. We wzroku Nette dostrzegł bezradność i niepokój.

W tej sytuacji Andre rzekł stanowczo:

- No więc postanowione, Mali. Pójdziesz teraz z panną Mikalsrud, a potem udasz się do Hospicjum.
My  z  panną  Mikalsrud  mamy  do  omówienia  kilka  spraw  dziś  wieczorem.  Przyjdę  po  ciebie  jutro
rano, powiedzmy o ósmej. Nie będzie za wcześnie?

- Nie, skąd. Ale to oczywiście ja przyjdę do hotelu, będę czekać punkt ósma. Jeśli o mnie chodzi, to
moglibyśmy wyjechać nawet wcześniej.

- Myślę, że wcześniej nie podają śniadania w hotelu - uśmiechnął się Andre. - No świetnie.

W takim razie o ósmej. W drodze do Szwecji opowiem ci o Ludziach Lodu. Do widzenia!

Obie jego nowe przyjaciółki zniknęły za rogiem. Różniły się od siebie niczym dzień i noc.

Błogosławiona panna Mikalsrud, pomyślał. Lepszej pomocnicy nie mógłby sobie wymarzyć!

A Mali jest bardzo ładna i miła. Jak nie oszlifowany diament, chropowaty, o ostrych kantach.

Nieoczekiwanie zapragnął poznać, jak by ten diament wyglądał po oszlifowaniu.

background image

Jego  podróż  śladami  potomków  Christera  Gripa  zdawała  się  być  owocna  ponad  wszelkie
oczekiwanie.

Tak rozmyślał Andre podążając w stronę hotelu.

Jeszcze nie wiedział, w co wciągnął obie swoje przyjaciółki.

Niebezpieczeństwa czaiły się jeszcze w ukryciu.

Ale nie szuka się bezkarnie potomstwa Christera Gripa.

105

ROZDZIAŁ IX

Nette siedziała na swojej starej i zniszczonej, ale ulubionej kanapie i nie bez smutku przyglądała się
Mali, która, świeżo wykąpana, z mokrymi jeszcze włosami krygowała się przed lustrem. Sama Nette
nie miała na razie czasu przymierzyć swojej nowej sukni, a należałoby przy niej co nieco poprawić;
nie miała też czasu zajrzeć do rękopisu, który powierzył jej Andre.

- Dokonałyśmy dobrego wyboru, prawda? - pytała Mali zaróżowiona na twarzy, pełna podziwu dla
swojej prostej sukienki z ładnej bawełny w drobne kwiatki na niebieskim tle.

- Owszem - potwierdziła z uśmiechem Nette. - Znakomicie pasuje dla takiej młodej dziewczyny jak
ty. Świeża i przewiewna, a przy tym nie będzie się zbyt szybko brudzić.

-  No  właśnie,  bo  przecież  wiesz,  ja  muszę  być  przygotowana  na  każdą  pogodę.  Nie  co  dzień  będę
nocować w Hospicjum.

-  Myślę,  że  pan Andre  Brink  z  Ludzi  Lodu  pomoże  ci  się  jakoś  urządzić,  jeśli  uzna,  że  naprawdę
jesteś jego kuzynką.

-  Tak  uważasz?  On  jest  dosyć  przystojny,  no  nie?  -  dodała  Mali  przyglądając  się  odbiciu  swojej
twarzy w lustrze.

Nette poczuła ukłucie w sercu.

- Owszem, jest „dosyć przystojny”. To bardzo sympatyczny młody człowiek.

Mali odwróciła się do niej gwałtownie.

- Macie się spotkać dzisiaj wieczorem, no nie?

- Tak. Pan Andre zaprosił mnie na obiad do hotelowej restauracji.

Nie była w stanie zapanować nad swoim głosem, w którym wyraźnie zabrzmiała nuta dumy.

background image

- Obiad w hotelu! Jezu, ale z ciebie szczęściara! W co się ubierzesz?

Nette wstała z kanapy.

- Dzisiaj kupiłam suknię - powiedziała ożywiona i przyniosła pakiet. - Chciałabyś zobaczyć?

- Pewnie!

Nette ostrożnie, niemal z szacunkiem rozwinęła błyszczący papier i wyjęła bardzo piękną jedwabną
suknię koloru kości słoniowej z bufiastymi rękawami, ozdobioną koronkami.

106

- Oj! - jęknęła Mali zachwycona. - Wybierasz się na bal?

Nette ogarnęły wątpliwości.

- Myślisz, że jest zbyt strojna? Ale ja nie mam nic innego...

- Uważam, że powinnaś ją włożyć - oświadczyła Mali stanowczo. Nie była głupia, tylko po prostu
nie  miała  wykształcenia,  ale  na  ludzkich  uczuciach  znała  się  znakomicie.  -  Nie  mogłabyś  mieć  nic
lepszego na obiad w hotelowej restauracji! Przymierz suknię, żebym mogła zobaczyć, jak się w niej
prezentujesz!

- Najpierw powinnam się chyba wykąpać i ułożyć włosy.

- Masz rację. Zabrałam ci tyle czasu! To dla mnie typowe, myślę tylko o sobie...

- Wcale nie. Ale może chciałabyś, żebym ci pomogła upiąć włosy?

-  Nie,  dziękuję.  Robię  to  bardzo  zręcznie  sama  -  powiedziała  Mali.  Ujęła  swoje  długie,  ciemne
włosy,  podobne  do  końskiej  grzywy,  owinęła  je  kilka  razy  wokół  dłoni,  sięgnęła  po  szpilki  i  po
chwili upięła nad karkiem bardzo staranny kok.

- Coś takiego! - roześmiała się Nette. - Poszło ci znakomicie! Ale to właściwie grzech ukrywać takie
piękne włosy w ten sposób.

- Gdybym je nosiła rozpuszczone, to posterunkowy mógłby mnie zamknąć jako ulicznicę -

stwierdziła  Mali  trzeźwo.  - A  tego  to  naprawdę  nie  chcę!  Można  o  mnie  mówić,  co  się  chce,  ale
ulicznicą nie jestem!

- Nikt cię chyba o to nie podejrzewa - rzekła Nette spokojnie.

- Owszem, są tacy. W przytułku wychowawczyni ciągle grzebała w moich rzeczach, żeby zobaczyć,
czy  nie  znajdzie  czegoś  „podejrzanego”.  Jakichś  pieniędzy  w  pończosze,  grzesznej  bielizny  czy
czegoś w tym rodzaju. O, do diabła, jak ja ci zazdroszczę tego obiadu!

background image

Tego ci jednak nie odstąpię, pomyślała Nette, dając dziewczynie pieniądze na nocleg. Czy myślisz,
że ja ci nie zazdroszczę podróży do Alvdalen?

I twojej młodości! Ach, moja droga, gdybym tak mogła się z tobą zamienić...!

Andre  przyjechał,  żeby  zabrać  ją  do  restauracji,  i  wszyscy  sąsiedzi  pootwierali  drzwi  na  oścież.
Nette usłyszała wiele komplementów na temat sukni i fryzury; troszkę było jej przykro, że płaszczyk
ma taki stary i zniszczony, ale nie odważyła się na kupno nowego.

Musiała  zachować  pieniądze  na  podróż  młodych  do  Szwecji.  Andre  przyjechał,  oczywiście,
samochodem  i  samotna  Nette  Mikalsrud  przeżyła  moment  wielkiego  wzruszenia,  gdy  pomagał  jej
wsiąść, a ze wszystkich okien spoglądali na nią ukryci za firankami sąsiedzi.

107

Po drodze podała mu dyskretnie kopertę zawierającą prawie wszystkie jej oszczędności.

Brakowało tylko niewielkiej sumy, którą musiała zostawić w banku, by zachować konto.

Zakupy, jej własne i Mali, poważnie naruszyły kasę, ale jednak zostało jeszcze tyle, że starczyłoby na
podróż do Sztokholmu, i to dwa razy tam i z powrotem, gdyby się to miało okazać niezbędne!

Andre, skrępowany, podziękował i obiecał zwrócić dług najszybciej jak to możliwe.

Jaki  cudowny  wieczór  spędziła  pani  Nette!  Usłużni  kelnerzy,  którzy  spełniali  każde  ich  życzenie,
wspaniałe  wino,  które  leciutko  szumiało  w  głowie,  wyszukane  jedzenie  i  Andre,  który  sprawiał
wrażenie,  że  naprawdę  dobrze  się  czuje  w  jej  towarzystwie.  Prowadzili  swobodną  rozmowę,
opowiadali wesołe anegdoty i zdarzenia z własnego życia, a wkrótce rozmowa zeszła na sprawy, dla
których Andre przyjechał do Trondheim.

W tym mniej więcej punkcie porzucili, ku wielkiej radości Nette, wszystkie tytuły.

- Mówiłaś, że podjęłaś pewne kroki pod moją nieobecność - przypomniał Andre.

- Owszem, wysłałam listy do kilku osób, które powinny być zorientowane w sprawach dotyczących
Petry Olsdatter. A poza tym, jak mówiłam, dowiedziałam się co nieco na temat nazwiska Nordlade
i...No właściwie to już wszystko. A ty?

-  A  ja  dostałem  ów  medalion,  który  jutro  oddam  Mali,  bo  oczywiście  należy  do  niej.  A  druga,
niezwykle interesująca sprawa, to manuskrypt. Zajrzałaś do niego?

Z żalem potrząsnęła głową.

-  Niestety,  rzuciłam  tylko  okiem  na  samo  zakończenie,  na  więcej  nie  miałam  czasu.  Mali  była
przecież u mnie.

- Tak, to prawda.

background image

- Chciałbyś pewnie mieć zapiski ze sobą, kiedy pojedziesz do Alvdalen?

Zastanowił się.

-  Tak.  Chyba  tak. Ale  może  uda  ci  się  przejrzeć  je  jeszcze  dziś  wieczorem?  Wstąpię  jutro  rano  do
ciebie do biura i odbiorę manuskrypt. Bardzo bym chciał, żebyś go jak najszybciej przeczytała.

- Dziękuję ci, chętnie to zrobię - obiecała, ba pochlebiało jej zaufanie Andre. - Z tych fragmentów,
które  zdążyłam  przejrzeć,  wynika,  że  ten...  Havgrim,  tak  miał  na  imię?  Że  ten  Havgrim  jest  dla
twojego rodu kimś ważnym?

108

- On należał do mojego rodu! - zapewnił Andre. - Ale nie mam na to żadnych konkretnych dowodów.
Nie  pozostaje  mi  więc  nic  innego,  jak  tylko  je  znaleźć.  A  później  wyjaśnić,  czy  nie  ma  tu  gdzieś
jeszcze innych naszych krewnych.

- Rozumiem. I domyślam się, że wypełnienie tego zadania jest dla ciebie bardzo ważne.

-  Nawet  nie  wiesz,  jak  bardzo.  Muszę  ci  wyjaśnić,  że  na  naszym  rodzie  ciąży  od  setek  lat  straszne
brzemię. Teraz nie ma czasu na szczegóły, musielibyśmy tu siedzieć i rozmawiać przez wiele godzin.
Ale to brzemię sprawia, że powinniśmy trzymać się razem, a kiedyś w osiemnastym wieku zdarzyło
się, że jeden z Ludzi Lodu zaginął. I właśnie teraz ja natrafiłem na ślad jego potomstwa. Wszystko to
będę musiał wyjaśnić Mali jutro w samochodzie.

Wedle  wszelkiego  prawdopodobieństwa  ona  jest  jedną  z  nas.  Zajmie  nam  to  z  pewnością  większą
część podróży. Historia naszego rodu jest niezwykła i tak skomplikowana, że obcy nie bardzo chcą w
nią wierzyć.

Nette  znowu  poczuła  ukłucie  w  sercu.  „Obcy”,  to  tym  razem  była  ona.  Mali  natomiast  należała  do
rodziny.

Samotność otaczała ją niczym gęsta mgła. Mogła się była przyzwyczaić, że dla innych ludzi jest obca.
I  chyba  się  przyzwyczaiła,  aż  tu  nagle,  w  ciągu  ostatnich  dni,  świadomość  tego  stała  się  znowu
boleśnie dokuczliwa.

Wspaniały wieczór dobiegał końca. To ona dała znak, że pora wracać, mówiąc:

- Jutro czeka cię długa podróż. Potrzebujesz wypoczynku.

Ona  sama  mogłaby  siedzieć  do  rana  w  tym  hotelowym  saloniku,  dokąd  przenieśli  się  po  obiedzie.
Ale piękna przygoda była definitywnie zakończona. Andre odwiózł ją do domu, uścisnął jej rękę na
pożegnanie i podziękował za naprawdę wspaniały wieczór.

Nette  nie  mogła  sobie  nawet  przypomnieć,  o  czym  mówili.  Była  tak  podniecona,  że  wszystkie
wspomnienia uleciały.

background image

Samochód odjechał. Rozmarzona Nette poszła po schodach na górę.

Wyjęła  klucz.  Mruczała  coś  pod  nosem  niezadowolona,  bo  miała  kłopoty  z  odnalezieniem  dziurki.
Ale też na klatce było ciemno choć oko wykol. Żarówka musiała się przepalić.

Nareszcie! Otworzyła drzwi, żeby wejść. W tym samym momencie kątem oka zauważyła jakiś ruch na
zewnątrz.

Ktoś skrada się po schodach?

Nic  więcej  nie  zdążyła  pomyśleć,  bo  głowę  przeszyła  jej  bolesna  błyskawica,  a  potem  zaległa
ciemność.

109

Nieprzytomna Nette została przeciągnięta przez drzwi swego mieszkania i porzucona na podłodze w
przedpokoju. Drzwi zostały zamknięte od zewnątrz, a klucz wyjęty z zamka.

Pospieszne kroki zadudniły na schodach.

Andre  wyszedł  z  hotelu  na  ulicę  punktualnie  o  godzinie  ósmej  rano.  Mali  czekała  już  na  niego  z
promiennym  wzrokiem.  Czysta,  starannie  uczesana,  w  swojej  błękitnej  kwiecistej  sukience  i
podróżnym żakiecikiem na ręce. Wyglądała niezwykle młodo i świeżo. I wojowniczo. Nędza, która
legła u podstaw jej agresji wobec społeczeństwa, nie dała się po prostu zmyć odrobiną wody.

- Hej! - powiedziała z nieśmiałym uśmiechem.

- Hej, wiosenny kwiatuszku! - przywitał ją Andre. - No? Wyspałaś się?

- Czy myślisz, że takie poobijane ciało jak moje może spać w miękkiej, luksusowej pościeli?

Nie spałam dobrze, naprawdę. Czułam się jak kogut w wielkim kurniku.

Dosyć dziwne porównanie, pomyślał Andre, prowadząc ją do samochodu. Ale to dla niej, zdaje się,
typowe.

- Jak się udał obiad? - zapytała z kolei Mali swoim nieco ostrym głosem.

-  Ach,  to  był  bardzo  przyjemny  wieczór  -  odparł.  -  Nette  Mikalsrud  jest  naprawdę  sympatyczną
osobą.

- Jedyna ludzka istota w tym całym gminnym maglu - powiedziała Mali cierpko. Nagle przystanęła.

- Co? To naprawdę twój samochód?

Samochód  został  starannie  wymyty  i  odzyskał  blask.  Chłopiec  hotelowy  polerował  go  przez  cały
dzień.

background image

-  Mój  -  powiedział Andre,  nawet  nie  próbując  ukryć  dumy.  -  To  naprawdę  mój  samochód.  Mój  i
mojego ojca. Każdy z nas posiada połowę. Ja tę piękną i błyszczącą, a ojciec środek, to, czego nie
widać.

- Ale środek też z pewnością jest ważny - rzekła Mali tak przejęta, że nie zrozumiała żartu.

Obchodziła  samochód  w  kółko,  nie  mogąc  oderwać  od  niego  oczu.  -  Wiesz,  czuję,  że  naprawdę
należę do twojej rodziny! - oświadczyła ze śmiechem.

- Oczywiście, że należysz, ale nie myśl, że jesteśmy milionerami!

Spojrzała na niego ze złością.

110

- Do diabła, uważasz, że zależy mi na pieniądzach? Jak się do tego wsiada?

Pomógł jej usadowić się na miejscu obok kierowcy.

- Panie Jezu! - szeptała Mali przejęta. - Co za widok! Jakbym posiadała cały świat!

Wydała  z  siebie  przenikliwy  krzyk  radości,  który  z  pewnością  zbudził  wszystkich  śpiących  jeszcze
gości hotelowych. Andre włączył silnik i samochód potoczył się w dół ulicy.

Kiedy okrążali rynek, Mali trzymała się kurczowo i wrzeszczała z radości.

-  Musimy  jeszcze  wstąpić  do  biura  Nette!  -  zawołał  Andre,  żeby  ją  przekrzyczeć.  -  Mam  od  niej
odebrać ważne papiery.

Nette  jednak  w  biurze  nie  było.  Nikt  nie  wiedział  dlaczego.  Panna  Mikalsrud  opuściła  dotychczas
tylko dwa dni podczas wszystkich lat pracy w magistracie. Raz, kiedy umarła jej matka, i drugi raz,
kiedy matkę chowano.

- Może wypiła za dużo wina? - powiedziała Mali złośliwie, gdy wyszli na ulicę.

- Nie, Nette piła bardzo umiarkowanie.

- Musiała zaspać.

- Sądzę, że ona nie należy do ludzi, którzy mogą zaspać.

- Nie. Ale też nie należy do ludzi, którzy chodzą po restauracjach - powiedziała Mali. -

Widocznie nawet tego było jej za wiele. Musisz koniecznie mieć te papiery?

Andre poczuł się nieprzyjemnie.

- Niekoniecznie. Wiem przecież, co w nich jest. A zresztą ten manuskrypt jest twój.

background image

Dostaniesz  goi  jeszcze  mały  medalion,  który  należał  do  twojej  matki.  Nie,  papiery  nie  są  mi
potrzebne, ale...

Wahał się.

- Nie chcesz wyjechać, dopóki się z nią nie zobaczysz, prawda?

- No właśnie. Czy możemy poświęcić trochę czasu i pojechać do niej, żeby zobaczyć, co się stało?

-  Zasuwaj!  -  oświadczyła  Mali,  a Andre  pomyślał,  że  będzie  musiał  popracować  nad  jej  językiem.
Nie powinna wyrażać się tak prostacko.

Chociaż czy to jego sprawa?

111

Ale  z  drugiej  strony,  jeśli  to  nie  jest  jego  sprawa,  to  czyja?  Mali  jest  przecież  całkiem  sama  na
świecie.

- No, i jak się czujesz jako osoba, która odnalazła rodzinę? - zapytał przyjaźnie.

Roześmiała się głośno i niezbyt elegancko.

-  O,  chciałabym  poznać  was  lepiej,  zbliżyć  się  do  was  po  pierwszych  ceregielach.  Jesteśmy  na
miejscu, ona tu mieszka - powiedziała, kiedy Andre zatrzymał samochód.

Weszli na górę i zapukali do drzwi.

Nikt nie otwierał.

Spoglądali po sobie niepewnie.

- Czyżby nie było jej w domu? - zapytał Andre.

- Nie wygląda na to.

- Nie słyszy nas? Może jest chora?

Andre zapukał mocniej, a Mali wołała Nette po imieniu. Na piętrze niżej jakieś drzwi otworzyły się
szeroko i pokazały się sylwetki ciekawskich. Wtedy Mali krzyknęła:

- Wynoś się stąd, przeklęty podglądaczu! Nie masz tu nic do roboty!

- Ależ, Mali - jęknął Andre wstrząśnięty.

- Nie mogę znieść tych cholernych bab. Wszędzie ich pełno!

Drzwi na dole zatrzasnęły się z hałasem.

background image

Andre ujął klamkę, ale mieszkanie Nette było zamknięte na klucz.

- I co teraz zrobimy? - zastanawiał się.

- Z pewnością wyszła na chwilę załatwić jakąś sprawę - uspokajała Mali.

- Chyba masz rację. Powinniśmy już iść, czeka nas dzisiaj daleka droga.

Mimo to nie mógł się zdecydować, wciąż nie pojmował, co się mogło stać.

- Spójrz tutaj - powiedziała Mali, pochylając się nad podłogą. - Mówisz, że nie była pijana?

Nić w kolorze kości słoniowej zaczepiła się o drzazgę w zniszczonym progu. Andre podniósł

ją i poszedł do okna.

112

- Nette miała wczoraj na sobie suknię takiego właśnie koloru. Co to, na Boga...?

- Lecę po dozorcę! - zawołała Mali. - To jest czynszowa kamienica, więc...

Zniknęła na schodach, zanim zdążyła dokończyć.

Drzwi  naprzeciwko  uchyliły  się  i  na  korytarz  wyjrzała  para  ciekawskich  oczu.  Andre  czekał,  nie
mógł zrozumieć, co się takiego mogło stać. Martwiło go to bardzo, ale nic nie mógł

wymyślić. Wszystko było takie zagadkowe i niepojęte.

Wkrótce na dole rozległ się stanowczy głos Mali, a potem kroki dwojga ludzi idących po schodach.
Mali  przyprowadziła  milczącego,  melancholijnego  człowieka,  który  skinął  głową  w  stronę Andre  i
wsunął klucz do zamka.

W  przedpokoju  nie  było  nikogo,  ale  na  podłodze  zauważyli  ślady  krwi.  Andre  zawołał  w  głąb
mieszkania.

Zdawało  im  się,  że  słyszą  stamtąd  cichy  głos,  pobiegli  zatem  do  salonu,  czyściutkiego  i
wysprzątanego, jak można było oczekiwać w mieszkaniu Nette. Zajrzeli do kuchni, lecz tam także nie
było nikogo. Zatrzymali się przed jeszcze jednymi zamkniętymi drzwiami.

- Wejdź, Mali - mruknął Andre.

Mali zapukała i uchyliła ostrożnie.

- Ona jest tutaj - rzekła ochrypłym głosem. - Chodź!

Nette leżała na łóżku, wciąż ubrana w wieczorową suknię. Była trupio blada, na głowie miała mokry
ręcznik z plamami krwi.

background image

- Ja... nie mogę... - wykrztusiła.

- Leż spokojnie! - zawołał Andre i ujął ją za rękę. - Co się stało?

Nette przesłoniła dłonią twarz i jęknęła zbolałym głosem.

-  Nie  wiem.  Wczoraj  wieczorem...  Ktoś  był  na  schodach.  Napadł  na  mnie.  Straciłam  przytomność.
Ocknęłam się w nocy, na podłodze... Jakoś udało mi się dotrzeć do łóżka. Nie byłam w stanie...

- Oczywiście - szepnął Andre. - Zaraz sprowadzę lekarza.

- Nie, już mi lepiej. Właściwie czuję się już zupełnie nieźle.

- Ale nie wyglądasz dobrze.

113

Zwrócił się do dozorcy.

- Jest tu w pobliżu jakiś doktor?

- Jest, w domu obok.

- Przyprowadź go tutaj. Natychmiast! A ty, Mali, pomóż się Nette przebrać. Tylko ostrożnie.

Niewykluczone, że ona ma wstrząs mózgu. Ja zaczekam w salonie.

Mali skinęła głową i Andre wyszedł.

Wygląda na to, że będzie to podróż z przeszkodami, pomyślał. Bogu dzięki, że nikt na nas nie czeka.

Gdy dozorca wrócił z lekarzem i z policjantem, którego wezwał z własnej inicjatywy, Nette miała już
na  sobie  swoje  codzienne  ubranie,  Mali  pomogła  jej  się  umyć  i  uczesać,  a  sama  posprzątała  w
pokoju. Młodej osobie zdawało się sprawiać przyjemność to, że może być przydatna.

Doktor zbadał Nette Mikalsrud, a policjant zadał w tym czasie kilka podstawowych pytań.

Andre i Mali mogliby już właściwie pojechać, ale nie robili tego. Chcieli poczekać, aż wszystko się
wyjaśni.

Nie, Nette nie ma wrogów. Nie, nic z mieszkania nie zginęło. Tylko klucz zniknął.

Wtedty dozorca poinformował, że dzieci znalazły dziś rano jakiś klucz i że to był właśnie klucz od
mieszkania  pani  Mikalsrud.  Leżał  na  dole,  przy  drzwiach  wejściowych.  Nette  otrzymała  go  z
powrotem.

Policjant pisał i pisał. Doktor oświadczył, że Nette nie powinna przez kilka dni chodzić do pracy.

background image

- Ale ja nie mogę... - zaprotestowała. - Ja nigdy przedtem...

- Nikt nie jest niezastąpiony - przerwał jej doktor. - Na razie nic nie wskazuje na wstrząs mózgu. Jest
pani  w  szoku,  najzupełniej  oczywistym  po  tym,  co  się  stało,  i  dlatego  ma  pani  problemy  z
poruszaniem się. Powinna pani odpocząć przez kilka dni, oderwać się od pracy.

-  To  znaczy,  że  mam  tu  leżeć  i  rozpamiętywać  to,  co  się  stało?  Taka  perspektywa  wydaje  mi  się
najgorsza.

Przerwał im Andre.

-  W  żadnym  razie  nie  chciałbym  zostawić  tu  panny  Mikalsrud  samej.  Nie  wiemy,  dlaczego  została
napadnięta, więc nie wiemy też, czy atak się nie powtórzy.

114

- To prawda - poparł go policjant.

- Panna Mali i ja musimy dziś wyjechać i nie możemy opiekować się chorą. W żadnym jednak razie
nie  chciałbym  zostawić  jej  samej.  Co  by  pan  powiedział  na  to,  doktorze,  żeby  panna  Mikalsrud
pojechała z nami? Myśli pan, że zniosłaby dłuższą podróż samochodem?

Lekarz popatrzył na niego zamyślony.

- Czy to pański samochód stoi tam na ulicy?

- Tak.

- Wygląda na bardzo wygodny. No i jak powiedziałem: Cios trafił na tyle nisko, że nie spowodował
wstrząsu mózgu. Ale co na to sama panna Mikalsrud?

- Pojechałabym bardzo chętnie.

- Będziesz mogła siedzieć z tyłu, oparta na poduszkach, wygodnie - przekonywał ją Andre ożywiony.
- Czy to nie najlepsze rozwiązanie? - zwrócił się do policjanta i do lekarza.

Obaj kiwali głowami na znak, że i oni tak sądzą.

- To nawet bardzo dobrze, że panna Mikalsrud zniknie na jakiś czas z niebezpiecznej strefy -

powiedział policjant. - A my tymczasem poszperamy tu trochę.

Nette uśmiechała się blado.

Mali  nie  powiedziała  ani  słowa.  Ja  w  każdym  razie  będę  siedziała  na  przedzie,  pocieszała  się  w
duchu.

background image

Znaleźli się w Gaudalen.

Pogoda  była  wspaniała,  nie  mogli  sobie  wymarzyć  lepszej.  Tylko  że,  oczywiście,  wyjechali  z
Trondheim zbyt późno. Andre domyślał się, że tego dnia do Alvdalen nie dojadą.

To zaś komplikowało sytuację. Gdzie przenocują? Tereny przygraniczne przeważnie porastały lasy,
osady  ludzkie  zdarzały  się  rzadko  i  były  niewielkie.  On  nie  wiedział  o  żadnej  gospodzie  w  tej
okolicy, panie też nie.

Droga  wiła  się  malowniczo  wśród  lasów  i  pokrytych  kwieciem  skalnych  rozpadlin,  wśród
kwitnących łąk i zarośli. Poniżej drogi płynęła rzeka, Gaula.

Trakt nie był może zbyt równy, lecz uroda krajobrazu wynagradzała niewygodę.

Mali entuzjastycznie zachwycała się wszystkim.

115

Zachwyt Nette nie był aż tak wielki. Samochód podskakiwał na wybojach, ból rozbitej głowy stawał
się powoli tak intensywny, że prawie nie do zniesienia. Ale nie chciała się skarżyć.

Zabrali  ją  przecież  ze  sobą,  bo  się  o  nią  martwili.  I  choć  słuchała  szczebiotu  Mali  i  wesołych
odpowiedzi  Andre  z  zazdrością,  że  nie  może  w  tym  uczestniczyć,  to  wiedziała,  że  myślą  o  niej  z
troską.

Andre zatrzymał się niedaleko samotnej zagrody, tuż przy drodze.

- Może tu powinniśmy zapytać o Nordlade?

Panie uznały, że to dobry pomysł. Andre wyskoczył z samochodu i poszedł ścieżką ku obejściu.

Mali odwróciła się.

- Jest ci tam wygodnie?

-  Dziękuję,  bardzo  wygodnie  -  uśmiechnęła  się  Nette  blado.  - Ale  mimo  tych  wszystkich  poduszek
zdrętwiałam jak drewno.

- Ja też. A poza tym powinnam zejść nad rzekę, w te zarośla. Pójdziesz ze mną?

Dzięki  ci,  Panie,  za  takie  bezceremonialne  dziewczęta,  pomyślała  Nette.  Ta  sprawa  bowiem
martwiła ją już od dawna.

Pomagając sobie nawzajem, zeszły w dół, na brzeg rzeki.

Najgorsze,  że  ona  jest  taka  sympatyczna,  myślała  Nette,  kiedy  wracały,  każda  zza  swojego  krzaka.
Chciałabym jej nie lubić, chciałabym być zazdrosna, ale nie umiem. Jedyne, co odczuwam, to smutek

background image

i żal. Ona ma szanse zdobyć jego serce. Ja nie.

Ale ja mogę wiele dla niego zrobić. Mieć w nim przyjaciela. Pomagać mu na różne sposoby.

Właściwie to przyjaźń jest cenniejszym uczuciem, bo trwa dłużej niż przelotne zakochanie.

Próby pocieszania się na niewiele jednak się zdały. Mimo wszystko odczuwała ból.

Andre wrócił do samochodu równocześnie z paniami.

- Minęliśmy już Nordlade - oświadczył. - Ujechaliśmy jakieś dziesięć kilometrów za daleko.

Jak uważacie? Powinniśmy zawrócić, czy załatwimy tę sprawę w drodze powrotnej?

Nette spoglądała na słońce.

- Zaczyna się robić późno.

- Tak - zgodziła się Mali. - Jedziemy dalej!

116

-  Ja  też  tak  myślałem  -  uśmiechnął  się  Andre.  -  Ale  jeśli  panie  zechciałyby  na  mnie  zaczekać,  to
pójdę za waszym przykładem.

Zniknął w zaroślach nad rzeką.

Wkrótce wszyscy wrócili na swoje miejsca w samochodzie.

- Jeśli wszyscy się wysiusiali, to możemy chyba wyruszyć w dalszą drogę - oświadczyła Mali.

- Mali! Tak nie wypada! - upomniała ją Nette, ale cała trójka wybuchnęła śmiechem.

Mali była w znakomitym humorze i śpiewała podczas jazdy. Repertuar nie był zanadto wyrafinowany
i Andre musiał w końcu przerwać koncert.

Nette powiedziała:

- Nie miałam możności zajrzeć do tego manuskryptu. Nasza podróż napotyka tysiące przeszkód.

-  No  właśnie,  a  ja  obiecałem  Mali,  że  jej  po  drodze  opowiem  o  Ludziach  Lodu.  Skoro  jedziemy
wszyscy, to opowiem wam obu. Ale uprzedzam, to będzie bardzo długa historia.

- To będzie też długa podróż - powiedziała Mali. - A skoro nie chcecie słuchać mojego wytwornego
repertuaru, to możemy posłuchać opowieści.

Andre  i  Nette  roześmiali  się.  Mali  umiała  znaleźć  słowa,  które  świadczyły,  że  mimo  braku
wykształcenia ma w sobie sporo delikatności, a także sporo poczucia humoru.

background image

-  Byłoby  wspaniale,  gdybyś  chciał  opowiedzieć,  Andre  -  potwierdziła  Nette,  z  przyjemnością
wymawiając jego imię. - A przy okazji, czyście zwrócili uwagę, że przez całą drogę nie spotkaliśmy
ani jednego samochodu?

-  Owszem,  ale  to  chyba  nic  dziwnego  na  tych  wiejskich  drogach  -  odrzekł  Andre.  -  Po  drodze  z
Christianii do Trondheim też spotkałem ich niewiele. Za to tutaj spotykamy więcej fur.

- O, niestety! - prychnęła Mali.

Te konne wozy stanowiły dla nich poważny problem. A szczerze mówiąc, to oni stanowili poważny
problem  dla  woźniców.  Trzeba  było  dużo  czasu,  żeby  przestraszony  przez  samochód  koń  się
uspokoił. Drogi też nie były obliczone ani na ruch samochodowy, ani na wyprzedzanie się pojazdów.
Często  bywało,  że  musieli  kilometrami  wlec  się  jak  ślimak  za  jakąś  furą,  nim  znalazło  się  szersze
miejsce, w którym mogli przejechać obok wystraszonego konia i rozwścieczonego gospodarza.

117

Andre  zaczął  opowiadać.  Najpierw  chciał  przedstawić  dzieje  Ludzi  Lodu,  rzecz  jasna,  bardzo
zwięźle, w najogólniejszym zarysie. Uważał, że Nette również zasługuje na to, by poznać tę Historię,
mimo że nie należy do rodu.

Jeśli  jednak  sądził,  że  obie  jego  towarzyszki  będą  uśmiechać  się  sceptycznie,  słuchając  o  tych
wszystkich  ponadnaturalnych  zjawiskach,  to  się  bardzo  mylił.  Być  może  sprawiało  to  jego  własne
przekonanie  o  prawdziwości  wszystkiego,  o  czym  opowiadał,  jego  własna  wiara,  lecz  obie  panie
słuchały  z  najwyższą  uwagą  i  w  skupieniu,  czasami  tylko  rozlegał  się  okrzyk  niedowierzania  lub
przerażenia, gdy mówił o jakichś szczególnie dramatycznych wydarzeniach.

Mali wielokrotnie przerywała:

- Jezu, czy ja też jestem z Ludzi Lodu?

Nette zaś siedziała w milczeniu i pragnęła także być jedną z nich.

-  Zaczynam  pojmować,  dlaczego  taką  ważną  sprawą  było  odszukanie  Christera  Gripa  i  jego
potomstwa - rzekła, gdy Andre zbliżał się powoli do końca długiej opowieści.

- Tak - potwierdził. - Spójrzcie, jak tu ładnie!

Znajdowali  się  teraz  w  głębi  terenów  leśnych,  a  okolica  stawała  się  coraz  bardziej  pofałdowana.
Andre kontynuował swoją opowieść:

- Musimy wiedzieć, czy w tej gałęzi rodu nie ma dotkniętych lub obciążonych. To jest ważne także
dlatego, że na wypadek, gdyby Tengel Zły miał się przebudzić, my musimy trzymać się razem. A poza
tym tyle innych niebezpieczeństw czyha na Ludzi Lodu!

Nawet sobie nie zdawał sprawy, jak dalece pod tym względem ma rację.

background image

- No, a teraz mogę przejść do manuskryptu, który spisała babka Mali, Gerd Svensdatter -

oświadczył. - Jesteście w stanie wysłuchać jeszcze i tej opowieści?

- Jesteśmy! Oczywiście, że tak! - wołały jedna przez drugą.

Przy każdym ruchu Nette odczuwała nieznośne rwanie w karku, a ból głowy był już tak intensywny,
że wzrok jej się mącił. Nie chciała jednak stracić ani fragmentu opowiadania.

Andre opowiedział wszystko tak dokładnie, jak zapamiętał, całą historię o dziewicach z Vargaby.

- Szkoda, że nie czytacie tego same - westchnął. - Moja opowieść jest sucha i nieciekawa.

Musicie obie wrócić jeszcze raz do manuskryptu. Zwłaszcza że on jest twój, Mali.

118

Ach,  dla  mnie  z  pewnością  nie  będzie  żadnego  „jeszcze  raz”,  pomyślała  Nette.  Jestem  osobą
postronną, a podróż wkrótce się skończy.

Obie  uważnie  słuchały  legendy  o  dziewicach  z  Vargaby.  Kiedy  Andre  skończył,  długo  milczały,
chciały wchłonąć w siebie wszystko, pojąć do końca znaczenie legendy. Zaczynał

zapadać zmierzch, las stawał się ponury.

Opowieść z odległej przeszłości napełniła wszystkich smutkiem i melancholią. Nastrój w grupie był
jednak nadal znakomity. Nette nie dawała poznać, jak bardzo cierpi z powodu bólu głowy, a Andre
nawet słowem nie wspomniał, jak bardzo jest głodny.

Pierwsza dała za wygraną Mali.

-  Czy  nie  zbliżamy  się  do  jakiejś  osady?  Zdrętwiałam  jak  kłoda  drewna  od  tego  siedzenia  w
samochodzie, a poza tym głodna jestem jak wilk.

- Chyba wszystkim dolega to samo - mruknął Andre. - Gdybyśmy niedługo znaleźli jakieś miejsce, w
którym można by się zatrzymać na noc, nie będę miał nic przeciwko temu.

Wkrótce będziemy też potrzebować benzyny.

Mali zadrżała.

-  To  by  było  straszne,  gdyby  zabrakło  benzyny  i  przyszło  nam  siedzieć  w  nocy  pośrodku  czarnego
lasu. A potem resztę drogi pokonywać piechotą.

- Zdaje mi się, że widzę w oddali jakieś zabudowania - powiedziała Nette po chwili.

Tak rzeczywiście było i wkrótce wjechali do centrum niewielkiej osady.

background image

- Hura! - wrzasnął Andre. - Ale gdzie my właściwie jesteśmy?

Zapytali pierwszego napotkanego człowieka. No tak, znajdowali się w Roros.

- Mój Boże - westchnął Andre. - Z Więc i tutaj w końcu dotarłem!

- A może należałoby zaopatrzyć się w mapę? - poradziła Nette.

-  Ta,  którą  mam,  nie  obejmuje  terenów  tak  daleko  na  wschód.  Znajdziemy  teraz  jakiś  nocleg  i  tam
wypytamy o dalszą drogę.

Wszyscy byli zgodni, że tak właśnie należy zrobić. Znaleźli prostą, lecz wygodną i czystą gospodę.
Panie zaproponowały, że wezmą wspólny pokój, żeby Andre nie musiał tyle płacić.

Raczej  Nette,  pomyślał  Andre.  Ale  przecież  ona  otrzyma  zwrot  swoich  pieniędzy  do  ostatniego
grosika, nieoceniona przyjaciółka i pomocnica!

119

Podano im obiad w bardzo prosto urządzonej izbie jadalnej, duże porcje gulaszu z chlebem.

Nic  takiego,  co  można  by  uzupełnić  butelką  wina,  choć  bardzo  dobre.  Domowej  roboty  piwo  też
smakowało wybornie.

- Nette, ty jesteś kredowobiała! - zmartwił się Andre.

- O, nic strasznego - odparła lekko. - Po prostu lekki ból głowy.

- Lekki ból głowy? Wprawdzie pytałem cię od czasu do czasu, jak się czujesz, ale powinienem mieć
więcej rozumu i wiedzieć, że bardzo cierpisz, nie zadowalać się twoimi:

„Dziękuję,  dobrze”.  Droga  przyjaciółko,  musisz  się  czuć  okropnie,  widzę  przecież,  że  każdy  ruch
głowy sprawia ci ból! Mali, czy możesz przynieść moją apteczkę? Jest w bocznej kieszeni walizki. A
z boku leży mały pakiet. Przynieś także i to. Proszę, to klucz do mojego pokoju.

Mali  pobiegła  bez  zwłoki,  szczerze  pragnąc  pomóc  Nette  i  dumna,  że Andre  ma  tyle  zaufania  dla
wychowanki domu dziecka.

Gdy tylko zniknęła, Andre ujął ręce Nette.

- Tak mi przykro z powodu mojej lekkomyślności - powiedział serdecznie.

- Ależ skąd, jesteś bardzo miły - próbowała protestować.

-  Nie,  zbyt  wiele  uwagi  zwracałem  na  prowadzenie  samochodu  i  na  drogę,  a  zbyt  mało  na  twoje
samopoczucie. A tyle jest spraw, o których powinienem z tobą porozmawiać, o Alvdalen i o Mali. W
tylu sprawach chciałbym cię prosić o radę.

background image

Nette poczuła ciepło w sercu ze szczęścia. A więc ona ma dla niego znaczenie! On jej potrzebuje!

Nie  zdążyli  jednak  porozmawiać  o  niczym  więcej,  bo  w  drzwiach  stanęła  Mali,  wymachując
przyniesionymi rzeczami.

- Spieszyłam się jak mogłam - rzekła zdyszana. - Żebyś nie pomyślał, że grzebię w twoich rzeczach.

- Nigdy by mi nic takiego nie przyszło do głowy - powiedział Andre.

- Możliwe, ale innym zawsze przychodziło - odparła Mali. - Zaufanie to nie jest to, czym człowieka
rozpieszczają w domu dziecka.

Andre i Nette wymienili współczujące spojrzenia.

120

-  Wiesz  co,  Andre  -  powiedziała  znowu  Mali  i  klepnęła  go  w  ramię,  aż  się  zgiął.  -  Ty  jesteś
pierwszym  przedstawicielem  rodu  męskiego,  do  którego  ja  mam  zaufanie.  No,  ale  też  my  jesteśmy
kuzynami!

Nie  miał  sumienia  wyjaśniać  tej  małej  bojowniczce  o  prawa  kobiet,  jak  odległe  jest  to  ich
pokrewieństwo. Trzeba by się cofnąć aż do Tancreda Paladina, by znaleźć wspólnego przodka.

Vetle jest znacznie bliższym kuzynem Mali. To jest pokrewieństwo... liczył pospiesznie w pamięci.
No, też nie takie bliskie, Vetle i Mali są kuzynami w szóstym pokoleniu.

Najważniejsze  jednak,  że  wszyscy  pochodzą  z  Ludzi  Lodu.  Tylko  to  się  liczy.  Jeśli,  oczywiście,
Andre się nie myli w swoich teoriach na temat Havgrima, czyli Christera Gripa.

Wciąż przecież nie ma na to żadnego dowodu.

Tylko bardzo głębokie przeświadczenie, oparte na przeczuciu.

- Oooch! - westchnęła Mali zadowolona. - Nigdy w życiu nie było mi tak dobrze!

Andre i Nette rozumieli to znakomicie.

- I tak będzie dalej, no nie?

Andre  uśmiechał  się,  podając  proszek  przeciwko  bólowi  głowy  Nette,  która  zażyła  lekarstwo  z
wdzięcznością.

- Co masz na myśli? Z czym będzie tak dalej? Z podróżą? To by chyba było zanadto męczące. Ale
jeśli mówisz o zaufaniu, to potwierdzam z radością. Dalej też tak będzie!

Nette, czy otrzymałaś odpowiedź na swoje listy? Te w sprawie Petry.

background image

- Nie. To chyba jeszcze za wcześnie.

- Czy to są ludzie, których znasz?

-  I  tak,  i  nie.  To  ojcowie  dzieci  Petry.  Oni  powinni  wiedzieć  o  niej  najwięcej,  bo  komu  się
dziewczyna może zwierzyć, jeśli nie bliskiemu mężczyźnie?

- Czy to także mój ojciec? Chcesz powiedzieć, że wiesz, kim jest mój ojciec?

- To jest tajemnica bardzo dobrze w magistracie strzeżona, ale myślałam, Mali, że ty o tym wiesz.

- Ja? Gdyby tylko wychowawczyni albo ktoś inny w przytułku o tym wiedział, to możesz być pewna,
że ja też bym się dowiedziała. Nie. Oni nie mieli o niczym pojęcia.

121

- O mój Boże - zdumiała się Nette. - Kiedy ja zapytałam mojego przełożonego, kto może być twoim
ojcem,  sprawiał  wrażenie  bardzo  zakłopotanego  i  powierzył  mi  tę  informację  w  największym
zaufaniu. Ale ja myślałam, że źródłem informacji jest jego żona, znana plotkara. Wygląda jednak na
to, że jest inaczej. Bo gdyby ona o tym wiedziała, całe miasto byłoby natychmiast poinformowane. W
takim razie o sprawie wie tylko kilka osób w magistracie? Nigdy bym nie sądziła, że to możliwe.

- Dobra, no ale kim on jest? Powiedz w końcu - domagała się Mali niecierpliwie.

Oni jednak nie mieli dla niej czasu.

- Mówiłaś mi to - zwrócił się Andre da Nette marszcząc czoło. - I to, co znajduje się w papierach,
które Vanja przywiozła z Trondheim... Jego nazwisko nigdzie tam nie zostało wymienione. Tylko to,
że był człowiekiem dobrze urodzonym i że miał pociąg do kobiet. Vanji szepnął o tym jakiś służący
w największym zaufaniu... - Andre potrząsnął głową. - Wysłałaś do niego list przedwczoraj? A drugi
list  wysłałaś  do  tego,  jak  mu  tam...  On  się  nazywa  Egil  Holmsen,  prawda?  Ojciec  dziecka,  które
uradziło się martwe.

- Tak. Jego nazwisko znajduje się w raporcie. Nietrudno było je odnaleźć.

- Listy zawierające dynamit - powiedział Andre w zamyśleniu. - A potem się zastanawiasz, kto mógł
cię zaatakować!

Nette pobladła jeszcze bardziej.

- Myślisz, że to... jeden z ojców dzieci Petry?

-  Oczywiście!  Dla  żadnego  z  nich  nie  jest  zabawne,  żeby  mu  przypominano  grzechy  wobec  Petry
Olsdatter.

- Nazywasz mnie grzechem? - syknęła Mali.

background image

- Nie, nie, przepraszam. Miałem na myśli punkt widzenia tych panów. Oni są przecież żonaci. I jeden,
i drugi.

- Tak. A ojciec Mali ożenił się z bardzo bogatą panną i z dobrego domu.

- Co? - rozgniewała się Mali. - Siedzicie tu naprzeciwko mnie i próbujecie mi wmówić, że jestem
córką... mordercy? No, bo przecież on o mało nie zabił Nette!

-  Uspokój  się  -  powiedział  Andre.  -  Po  pierwsze,  to  mógł  równie  dobrze  być  ten  drugi,  Egil
Holmsen. Wyglądał mi on na kogoś, kto jest zdolny do wszystkiego. Teraz jednak myślę, że najlepiej
zrobimy  opuszczając  tę  salę.  Jedno  z  nas,  nie  chciałbym  wskazywać  palcem,  zaczyna  mówić  zbyt
głośno. Zapraszam panie do mojego pokoju. Tam będziemy mogli porozmawiać!

122

Rozlokowali  się  jakoś  w  ciasnym  hotelowym  pokoiku,  Nette  na  krześle,  Andre  na  skraju  łóżka,  a
Mali po prostu na podłodze. Andre dokończył przerwaną myśl:

- Bogu dzięki, że wyjechałaś z nami, Nette. To była niesłychanie ryzykowna decyzja z tymi listami,
czy ty tego nie rozumiesz?

Czuła się skarcona i zbierało jej się na płacz. Andre ją upomniał!

- Zaznaczyłam, rzecz jasna, że zapewniam jak najdalej idącą dyskrecję.

-  Tym  gorzej!  Poinformowałaś  ich,  że  tylko  ty  wiesz  o  listach.  I  że  w  takim  razie  łatwo  można  ci
zamknąć usta.

Mali była przygnębiona.

- Czy ktoś zechciałby być tak dobry i powiedzieć mi nareszcie, kto jest moim ojcem?

- Żebyś po powrocie do Trondheim mogła pójść prosto do jego domu i nawymyślać mu? -

zapytał  Andre  chłodno.  -  Uspokój  się.  Dowiesz  się  o  wszystkim,  jeśli  tylko  okażesz  się  godna
zaufania.

Mali prychnęła ze złością, ale dała za wygraną. Uświadomiła sobie chyba, że właśnie to zrobiłaby
najchętniej: Nawymyślałaby publicznie temu człowiekowi i może nawet rozbiła jego rodzinę swymi
oskarżeniami.

Andre wyjął mały pakiecik.

- Mali, to należy do ciebie. Jest to medalion, który twoja matka odziedziczyła po babce.

Myślę, że możemy przestać się zajmować ojcami dzieci, a przyjrzeć się temu, żeby trochę uspokoić
wzburzone uczucia.

background image

Mali z uroczystą miną rozwijała paczuszkę.

-  Jaki  piękny!  -  zawołała,  unosząc  w  górę  łańcuszek  z  medalionem.  -  Ale...  On  wygląda  na
prawdziwy!

- Masz rację, to prawdziwe złoto - potwierdził Andre. - Nordlade musiało być bogatym dworem. Bo
nie sądzę, żeby twoja babka dziedziczyła medalion po swojej matce. Dorotea pochodziła przecież z
Alvdalen, była córką Havgrima i Kajsy z Vargaby. Nie stać ich było na taki klejnot.

Nette zastanawiała się nad czymś w skupieniu.

- Przypominam sobie tę wieś, którą mijaliśmy po drodze - powiedziała po chwili. - Tę wieś, gdzie
jakoby ma się znajdować dwór Nordlade. To nie była zamożna okolica!

123

- No, ja też pamiętam - potwierdziła Mali. - Jakieś nędzne, na wpół zapadłe ruiny nad rzeką, no nie? I
w górze, na halach.

Mali  mocowała  się  z  zameczkiem  medalionu,  poprosiła  nawet  Andre  o  nóż  i  w  końcu  otworzyła.
Zdumiona wpatrywała się w leżący tam lok włosów.

- Moja prababka miała dużo jaśniejsze włosy niż ja, jak widzę. Na wieczku jest jakiś napis...

„Petra Eriks. Nordlade, 1829”. No tak. Chyba rzeczywiście jest mój. Ten medalion.

- Oczywiście, że jest twój - potwierdziła Nette. - I jest niezwykle piękny.

Mali znowu wzięła nóż i czubkiem stukała lekko w krawędź medalionu.

- Wygląda mi na to, że tam jest jeszcze drugie wnętrze pod tym, w którym są włosy.

- Możemy zobaczyć? - zapytał Andre.

Trzy głowy pochyliły się nad maleńkim przedmiotem. Nette nie widziała prawie nic, ale nie chciała
się do tego przyznać. W żadnym razie nie chciała używać lorgnon.

-  Rzeczywiście  -  stwierdził  Andre.  -  Przegródka,  w  której  ulokowano  włosy,  to  tylko  połowa
medalionu.

Złota  płytka  pod  włosami  ustąpiła  pod  naciskiem  noża,  a  kiedy  ją  wyjęli,  zobaczyli  drugą  część
wnętrza medalionu.

- Co to? - szepnęła Mali. - Co to jest?

Nette ściągnęła brwi.

background image

- Maleńki kawałeczek jakiegoś... korzenia? Czy to możliwe?

Drobne,  kosmate  korzonki  porastały  ciemnobrązowy  równo  odcięty  kawałek  dziwnego  korzenia  -
krótką, wąską odnóżkę.

Andre  gwałtownie  chwycił  medalion  i  przyciągnął  do  siebie.  Panie  ze  zdumieniem  przyglądały  się
jego rozgorączkowanej twarzy. Po chwili odłożył klejnocik i wstał.

- Nie dotykajcie tego - powiedział bez tchu. - Nie ruszajcie medalionu! Zaczekajcie chwileczkę!

Otworzył walizkę i wyjął z niej sporą paczkę.

- Moja matka uznała, że powinienem wziąć to ze sobą. Uważałem, że to śmieszne, ale, Bogu dzięki,
zabrałem.

124

Ostrożnie wydobył z paczki jakiś dziwaczny przedmiot.

- Matko Boska, co to takiego? - zawołała Mali.

- Alrauna - odparł Andre. - Amulet, który chroni Ludzi Lodu. Opowiadałem wam o nim.

- Co? Masz alraunę przy sobie? Nie mówiłeś.

Przysunął amulet do medalionu, ostrożnie i wolniutko, porównywał...

- Jezu! - zawołała Mali półgłosem. - Pasuje! Ten mały został odcięty od większego! W tym miejscu.

Andre wstał i długo głęboko oddychał.

-  Twoja  prababka  odziedziczyła  medalion  po  swoim  dziadku,  Havgrimie.  To  znaczy  po  Christerze
Gripie! Tu na stole leży dowód! Witaj wśród Ludzi Lodu, Mali!

125

ROZDZIAŁ X

Następnego ranka, kiedy szli do samochodu, Mali zapytała:

- Andre, czy musimy jechać do Alvdalen teraz, kiedy masz już pewne dowody?

-  Musimy.  I  jest  to  nawet  bardziej  potrzebne  niż  kredyko1wiek  przedtem.  Trzeba  odszukać
ewentualnych innych potomków Christera Gripa. A co, chciałabyś wracać do domu?

- Do domu? Ja? To znaczy dokąd? Nie, chcę jechać do Alvdalen.

- A ty, Nette?

background image

- Oczywiście, że też chcę tam jechać. To wszystko jest niezwykłe!

- Prawda? I ja tak myślę. A jak tam twoja głowa?

- Dziękuję. Dużo lepiej!

- I wyglądasz znacznie lepiej. Spałaś dobrze?

- Owszem, znakomicie!

Nette nie mogła przecież powiedzieć, że leżała długo, bardzo długo i płakała tak, że głowa rozbolała
ją jeszcze bardziej. Płakała nad swoim gorzkim losem. Nad tym, że oddanie dla młodego przyjaciela
rosło  z  każdą  godziną  i  stawało  się  coraz  bardziej  nieznośną  udręką.  A  przecież  wiedziała  aż  za
dobrze, że to sprawa absolutnie beznadziejna.

Nie  odczuwała,  broń  Boże,  seksualnego  pociągu  do  Andre.  Nie,  jej  uczucia  były  dużo  bardziej
subtelne. Te uczucia, które może mogłyby być nazwane miłością, wyrażały się w bolesnej potrzebie
służenia mu, sprawiania mu radości, poświęcenia wreszcie, wszystko dla niego, co tylko zechce.

I  będzie  to  robić,  jak  długo  Andre  jest  wolny.  Ale  jeśli  on  się  zakocha,  na  przykład  w  takiej
dziewczynie  jak  Mali,  to  co  wtedy?  Nette  stanie  się  najzupełniej  niepotrzebna,  zbędna,  będzie
przeszkadzać. Sprawiało jej to taki ból, że nie mogła zasnąć.

Mimo wszystko rano czuła się wypoczęta. Reakcja nadejdzie z pewnością później, w ciągu dnia, ale
wtedy Nette będzie siedzieć, jak przystało starej pannie, na tylnym siedzeniu i będzie mogła drzemać,
nie słuchając, o czym młodzi rozmawiają.

Andre ją jednak zaskoczył.

- Skoro czujesz się lepiej, to uważam, że teraz twoja kolej, by jechać na przedzie, Nette.

Mam nadzieję, że Mali się zgodzi?

126

- No jasne! - prychnęła dziewczyna. - Ale tylko przez pierwsze dwadzieścia kilometrów, dopóki nie
zatrzymamy się na odpoczynek. Potem zamiana!

- O, nie, nie! - zaprotestował Andre.

-  Pewnie  że  nie,  żartowałam  tylko.  Oczywiście,  że  Nette  powinna  siedzieć  z  przodu.  Mną  się  nie
przejmujcie, gotowa jestem się poświęcić.

- Przestań udawać cierpiętnicę, nikogo na to nie nabierzesz - roześmiał się Andre.

Ruszyli w dobrych nastrojach.

background image

Dzień był równie piękny jak poprzedni, drogi jednak na pograniczu Norwegii i Szwecji prawie nie
nadawały  się  do  jazdy.  Momentami  podróżni  niepokoili  się  całkiem  poważnie,  że  będą  musieli
zawrócić, za każdym razem jakoś im się udawało pokonać przeszkody, zawsze jednak z uczuciem, że
palą za sobą wszystkie mosty.

Kiedy było już tak źle, że wspólnymi siłami musieli wyciągać samochód z błota, Mali powiedziała:

- Tylko pamiętajcie, że wracać też będziemy tą samą drogą!

- Umiesz dodawać człowiekowi otuchy, nie ma co - mruknął Andre, próbując oczyścić ubłocone buty
i ubranie.

W końcu jednak - cud nad cudy! - po południu dotarli do Alvdalen. Znaleźli miejsce do spania, zjedli
obiad  i  zaczęli  przepytywać  o  rodzinę  Havgrima.  Każde  z  trojga  ruszyło  w  innym  kierunku,  żeby
odszukać kogoś, kto mógłby coś więcej powiedzieć o przybyszach z Vargaby.

Na  koniec  spotkali  się  ponownie  w  gospodzie  i  usiedli,  żeby  porozmawiać.  Tym  razem  w  pokoju
Mali.

- No? - zapytał Andre. - Dowiedziałyście się czegoś?

Okazało się, że wysiłki wszystkich trojga przyniosły ten sam rezultat: W Alvdalen nie było obecnie
żadnych potomków Kajsy i Havgrima, a jedyną osobą, która mogłaby coś wiedzieć o Vargaby, jest
pewna staruszka imieniem Britta-Stina, wnuczka tamtej Britty z Vargaby.

Problem polega na tym, że Britta-Stina spędza lato na górskim pastwisku. A to kawałek drogi od wsi.

- Pójdziemy tam jutro - zdecydował Andre. - Nette, jeśli będziesz się czuła źle, nie musisz chodzić.

- Ale ja bym bardzo chciała - powiedziała pospiesznie. - Jeśli, oczywiście, nie będę przeszkadzać!

127

Uśmiechnął  się  do  niej  serdecznie,  takim  uśmiechem,  który  zawiera  w  sobie  poczucie  wspólnoty  i
wzajemnego  zrozumienia  i  który  trafia  wprost  do  serca.  Nette  odpowiedziała  takim  samym
uśmiechem, a Andre pogładził ją leciutko po policzku.

Tego  wieczora  była  tak  przejęta,  że  już  tylko  dlatego  nie  mogła  zasnąć.  Jej  organizm  jednak  był
bardzo wyczerpany i potrzebował odpoczynku, tak że w końcu sen ją zmorzył.

Jak życie człowieka może się do tego stopnia zmienić w tak krótkim czasie? To była ostatnia myśl,
jaka  przyszła  jej  do  głowy.  Byłam  przecież  na  swój  sposób  szczęśliwa.  Udało  mi  się,  w  mojej
samotności, uzyskać jakąś formę spokojnego szczęścia. I oto zjawia się taki młokos, który ma jeszcze
mleko  pod  nosem,  i  wywraca  wszystko  do  góry  nogami!  Czy  przynajmniej  nie  mógłby  tego  zrobić
ktoś w moim wieku? Wtedy mogłabym chociaż zachować marzenia, a tak to nie mam nic.

Mali także przewracała się długo w łóżku i rozmyślała m ogromnej zmianie, jaką Andre spowodował

background image

w jej nędznym życiu. Żeby tak jeszcze te wszystkie wspaniałe nowości mogły przetrwać! Dostałam
wszystko naraz, myślała. Jeszcze parę dni temu musiała się troszczyć, gdzie będzie spać w nocy i co
włoży  do  ust  następnego  ranka.  A  teraz?  Wykąpana,  ładnie  uczesana,  jakież  to  cudowne  uczucie!
Dostała ubranie godne człowieka, a co ważniejsze, zyskała przyjaciół, dobrych, wspaniałych ludzi. I,
najcudowniejsze ze wszystkiego, znalazła rodzinę, do której należy!

Ludzie Lodu...

Mali  z  płonącymi  policzkami  słuchała  opowieści  o  tych  niezwykłych  ludziach,  którzy  są  jej
krewnymi. Jakież to wszystko zdumiewające! Ile niewiarygodnych wydarzeń!

Ponadnaturalne  zjawiska,  demony,  czarne  anioły,  źródła  złego  i  źródła  dobrego,  Ludzie  z  Bagnisk,
szary ludek...

Obciążeni i wybrani.

Jej własny brat lub siostra, to dziecko, które urodziło się martwe, było obciążone.

Może ona sama też ma jakieś ponadnaturalne zdolności?

Zaczęła się zastanawiać. Starała się sięgać pamięcią jak najdalej w przeszłość.

Nie, chyba nigdy nie przeżyła nic bardziej niezwykłego niż zazwyczaj ludzie przeżywają.

Każdy przecież ma takie zdarzenia, kiedy myśli: „Jakie to dziwne, ale przecież wiedziałem, zanim się
to stało...”

Przypadek, nic więcej. Chociaż, może jednak przeczuwała więcej niż inni?

Najważniejsze w opowiadaniu Andre było to, że Ludzie Lodu tak się trzymają razem.

I teraz ona także należy do tej rodziny.

128

Nawet nie zauważyła, że od czasu do czasu ociera łzy z oczu. Łzy rozpierającego szczęścia i żalu nad
losem  matki.  Biednej  Petry,  której  Mali  nigdy  nie  poznała.  I  którą  nienawidziła  przez  całe  swoje
życie, bo czuła się zdradzona i porzucona, nie chciana i nie kochana.

Teraz wiedziała, jak było naprawdę.

Matka powinna była się dowiedzieć, że należy do Ludzi Lodu. Ale nie zdążyła.

Mali rozmyślała nad dolą Petry. Wypędzona, samotna, spragniona więzi z innymi ludźmi, bezbronna
ofiara pozbawionych sumienia mężczyzn, którzy niczego nie rozumieją.

Mali  nie  była  taka  jak  matka.  Mali  była  twarda,  jej  nie  mogła  zgubić  sympatia  dla  mężczyzn,  zbyt

background image

wiele widziała czynionego przez nich zła.

Andre...?

Spotkanie  z  nim  to  dla  niej  wielkie  doświadczenie.  Kulturalny,  delikatny,  życzliwy  i  wyrozumiały
mężczyzna. Tego dotychczas nie znała.

Starała  się  myśleć  o  czym  innym.  Andre  wkrótce  zniknie  z  jej  życia,  nie  powinna  się  do  niego
przywiązywać.

Zawsze była osobą samodzielną. Samotna, lecz silna. Dziewczyny z ruchu obrony kobiet obdarzały ją
zaufaniem.  Język  miała  cięty,  to  prawda,  czasami  wyrażała  się  wulgarnie,  ale  wzbudzała  respekt
mimo  młodego  wieku.  Nie  bała  się  nikogo  i  niczego.  Nieugięta  wobec  gminnych  zarozumialców  i
głupich biurokratów.

Jakie to dziwne, że teraz podróżuje ż jedną z tych urzędniczek, z którymi zawsze wojowała!

Ale Nette Mikalsrud należy do wyjątków, rzeczowa i stanowcza, można się z nią dogadać.

Prawdopodobnie  nie  podziela  idei  Mali,  ponieważ  reprezentuje  władzę,  ale  jest  człowiekiem
honoru.

A teraz zostały przyjaciółkami. Bardzo przyjemne uczucie!

Andre  zasnął  prawdopodobnie  pierwszy  z  całej  trójki,  jak  to  człowiek  o  czystym  i  ufnym  sercu,
którego  troski  nie  sięgają  dalej  niż  do  jutrzejszego  dnia:  czy  odnajdą  starą  Brittę-Stinę  i  czy  ona
będzie mogła dodać coś do ich wiedzy o potomstwie Havgrima.

Andre uważał, że ma bardzo miłe towarzyszki podróży, i nie zastanawiał się nad stanem ich uczuć.
Był młody i stosownie do wieku naiwny.

Zatem Arv Grip dał swoim dzieciom kawałeczek alrauny, zapewne jako ochronny amulet.

Jak widać, na niewiele się to zdało. Andre rozmyślał przez chwilę o napadzie rozbójników na żonę
Arva,  Vibeke  i  jego  dwoje  małych  dzieci.  Vibeke  i  niańka  zostały  zamordowane,  dzieci  natomiast
porzucone  na  drodze.  Dziewczynka  znalazła  się  w  Bergqvara,  a  później  odnalazła  ojca.  O  chłopcu
zaś wiedziano tylko tyle, że zabrał go jakiś bogaty pan.

129

Teraz  okazało  się,  że  był  to  człowiek  pałający  żądzą  zemsty  na  potomkach  Vreta  Joara  Jonssona.
Chłopiec, Christer Grip, którego przybrany ojciec ochrzcił imieniem Havgrim, jako dorosły człowiek
odnalazł prawnuka Vreta, Diderika Swerda. Razem znaleźli się w Vargaby, miejscu, gdzie miała być
dopełniona  wendeta.  Christer-Havgrim  nie  był  jednak  człowiekiem  gwałtownym.  Diderik  padł
niejako  „z  własnej  ręki”  dziewice  z  Vargaby  zemściły  się  na  nim  i  na  jego  towarzyszu,  księdzu
Natanie.

background image

W końcu Christer Grip znalazł szczęście u boku Kajsy z Vargaby. Więc może jednak mimo wszystko
kawałek alrauny spełnił swoje zadanie?

Ale  Petrę,  która  była  jego  ostatnią  właścicielką,  amulet  zawiódł. Andre  ciekaw  był  także,  jak  się
powiodło  tym  kobietom,  które  go  posiadały  przed  Petrą.  Jej  matka,  Gerd,  nie  była,  jak  się  zdaje,
szczęśliwa.  Miała  prawdziwy  talent  literacki,  a  wyszła  za  mąż  za  prostaka  i  umarła  młodo. A  co  z
matką Gerd, Petrą Eriksdatter Nordlade, i z jej matką, Doroteą, córką Havgrima?

Z tymi pytaniami Andre zasnął. Być może jutrzejszy dzień przyniesie odpowiedź.

Następny ranek wstał równie piękny jak dwa poprzednie. Tylko że wiało niemiłosiernie, kiedy troje
wędrowców  najpierw  jechało  samochodem,  a  potem  wspinało  się  mozolnie  przez  las  na  górskie
pastwisko ponad Alvdalen. Drogi były tu teraz lepsze niż w czasach Vargaby, wkrótce musieli jednak
opuścić  szeroki  trakt  i  posuwać  się  w  górę  ścieżką  wśród  zarośli,  która  miała  ich  zaprowadzić  do
szałasu  Britty-Stiny.  Otrzymali  szczegółowe  informacje  i  gospodarze  z Alvdalen  zapewniali,  że  w
żadnym razie nie mogą zabłądzić. Tylko że to daleko, powinni o tym pamiętać!

Mali  miała  nowiutkie  buty,  więc  prędzej  czy  później  musiały  jej  się  porobić  pęcherze  na  nogach.
Nette zaś ubolewała, że nie ma prawdziwego sportowego stroju ani nawet kostiumu odpowiedniego
na  taką  podróż.  Znakomicie,  że  kupiła  nową  suknię  na  obiad  w  hotelu,  któż  jednak  mógł
przypuszczać, że magistracka urzędniczka wyprawi się w taką drogę? W

czarnej, długiej spódnicy i obcisłej bluzce było jej okropnie gorąco, a fakt, że wzięła płaszcz, wcale
nie poprawiał sytuacji. Uważała, że to absolutnie niezbędne, ale męczyła się strasznie. W tej drodze
przez las płaszcz był dosłownie i w przenośni ciężarem.

- Jesteście pewni, że idziemy we właściwym kierunku? - zapytała Mali zdyszana, gdy słońce osiągało
swój najwyższy punkt na niebie. - Myślę, że powinniśmy już być na miejscu.

- Pamiętaj, że to daleko - upomniał Andre.

Byli spoceni, przewiani wiatrem i w najwyższym stopniu utrudzeni. Kanapki, które zjedli po drodze,
nie na długo starczyły i wszystkim trojgu dokuczał głód.

Mali stwierdziła ponuro:

- Moim zdaniem nasza sytuacja przypomina wędrówkę tamtych trzech mężczyzn sprzed ponad stu lat i
ich przewodniczki, starej Barbro. Oni też nie wiedzieli, gdzie się znajdują.

130

- Nonsens - obruszył się Andre. - Przede wszystkim my nie jesteśmy w pobliżu Vargaby.

- A skąd ta pewność? Czy wiesz, gdzie się znajdowała Vargaby?

Andre spuścił z tonu.

background image

- Nno nie, ale myślę, że gdzieś znacznie bardziej na wschód.

- O, tam widzę jakąś budowlę! - zawołała Nette. - To górski szałas!

-  Och  -  westchnął  Andre  z  ulgą.  -  Mam  nadzieję,  że  są  tam  ludzie.  Jeśli  nie  Britta-Stina,  to
przynajmniej ktoś, kto wie, gdzie jej szukać.

Trafili  jednak  dobrze.  W  szałasie  mieszkała  tylko  staruszka  i  jedna  bardzo  młoda  dziewczyna.  Z
radością  przyjęły  niespodziewanych  gości,  zwłaszcza  tak,  ich  zdaniem,  wytwornych.  Dziewczyna
natychmiast nakryła do poczęstunku, podała wszystko, co miały w szałasie najlepszego. Britta-Stina
usiadła  na  stołku,  z  fajką  w  bezzębnych  ustach,  i  nie  miała  absolutnie  nic  przeciwko  temu,  by
odpowiadać na pytania gości. Wprawdzie nie mogła spamiętać takich rzeczy jak to, gdzie schowała
woreczek z tabaką albo czy wyniosła śmieci, ale jeśli chodzi o dawne czasy, to pamięć miała jasną
jak kryształ.

- O, pewnie, że pamiętam Havgrima! - popiskiwała z radością. - Za czasów mojego dzieciństwa był
już bardzo stary, ale przystojny został do końca! Nikt nie powie wam nic innego! Szkoda tylko, że tak
młodo owdowiał.

„W  późniejszych  latach  Kajsa  i  Havgrim  mieli  jeszcze  syna,  ale  jego  losy  nie  potoczyły  się  tak
szczczęśliwie”.

- Owdowiał? - zapytał Andre. - Czy to się stało już za waszej pamięci, matko Britto-Stino?

- Tak. Owdowiał w dwudziestym roku. Ja się co prawda urodziłam w osiemset dwudziestym ósmym,
ale ludzie wciąż dużo o tym gadali. Moja babka Britta pochodziła przecież z Vargaby i znaliśmy ich
bardzo dobrze.

Andre odważył się zgadywać:

- Czy ona... czy Kajsa... umarła przy porodzie?

Staruszka spojrzała na niego zdumiona.

- Tak! Naprawdę tak było! Strasznie ciężki poród, ludzie długo o tym gadali. Urodziła chłopca i to on
odebrał jej życie. Widzisz, on nie był zbudowany tak jak się należy.

- Miał szerokie, spiczaste ramiona, prawda?

- Tak ludzie gadali. Ale skąd ty o tym wiesz?

131

-  Trzeba  wam  wiedzieć,  matko,  że  ja  pochodzę  z  tego  samego  rodu  co  Havgrim.  Ciąży  nad  nami
przekleństwo, że niektóre dzieci rodzą się takie, jak mówicie, i odbierają życie swoim nieszczęsnym
matkom. Nasza Mali, tutaj... Jej matka też urodziła takie dziecko i skończyło się tak samo źle. Ale co
się stało z tamtym chłopcem?

background image

Stara kobieta spuściła wzrok.

- Podobno akuszerka go udusiła zaraz po urodzeniu.

Wiecie, podmieniec. Czary.

- Jesteście pewni, matko Britto-Stino, że chłopiec nie przeżył?

Staruszka  całkowicie  straciła  poczucie  czasu,  pogrążyła  się  we  wspomnieniach  z  młodości  i  nie
słyszała, co się do niej mówi.

- To musiało tak być, moja babka zawsze to powtarzała. Kajsa i Havgrim nie mogli dobrze skończyć,
bo oni dotykali pogańskiego bożka.

- Tego posążka nad jeziorem? - zapytał Andre próbując przywrócić Brittę-Stinę do rzeczywistości. -
Posążka boga Freya?

- Pogański bożek był przeklęty - mówiła staruszka, nadal pogrążona we własnym świecie. -

A  oni  go  dotykali.  Kajsa  go  dotykała.  I  kara  jej  nie  ominęła.  Urodziła  odmieńca  i  sama  musiała
umrzeć. To straszna śmierć! Zemsta pogańskiego bożka!

- To nie było tak - próbował jej wytłumaczyć Andre. - Tak jak mówiłem, to cecha naszego rodu. To
przekleństwo, które nad nami ciąży.

Staruszka  nie  słyszała  jego  słów.  Łapczywie  ssała  fajkę,  a  jej  myśli  krążyły  gdzieś  w  przeszłości,
wzrok miała rozmarzony i pełen smutku.

I  Nette,  i  Mali  czuły  się  dość  marnie.  Nette  pocieszała  się  myślą,  że  tak  daleko  jak  się  dało
przyjechali w góry samochodem. Dotarli autem aż do drogi na Lillhardal, skąd dalej prowadziły już
tylko  całkiem  nieprzejezdne  dróżki.  To  naprawdę  była  pociecha  wiedzieć,  że  samochód  tam  stoi  i
czeka  na  nich.  Nie  będą  musieli  na  własnych  nogach  pokonać  tej  niewiarygodnie  długiej  drogi  do
Alvdalen.

Mali  rozglądała  się  ciekawie  po  maleńkim  wnętrzu  szałasu.  Wszystko  było  dla  niej  nowe  i
podniecające.  Ona,  która  nigdy  nie  widziała  niczego  poza  przytułkiem  dla  dzieci  i  nędznymi
dzielnicami  Trondheim,  przeżywała  wielką  przygodę.  Znalazła  się  daleko,  w  nieznanym  kraju,  na
prawdziwym odludziu. Nigdy przedtem nie była tak blisko natury.

Jakież więc znaczenie mogło mieć to, że była obolała na całym ciele, a poocierane stopy piekły przy
każdym ruchu?

132

Andre jeszcze raz ponowił próbę.

- Jesteście pewni, matko, że dziecko nie przeżyło?

background image

Staruszka ocknęła się nareszcie i popatrzyła na niego przytomniej.

- Żebym tak z tego miejsca nie wstała! Akuszerka została postawiona przed sądem za dzieciobójstwo,
ale ją uwolnili, kiedy opowiedziała, jak dziecko wyglądało.

W  takim  razie  ten  chłopiec  nie  mógł  zostawić  dziedzica,  myślał  Andre,  użalając  się  nad  Kajsą  z
Vargaby, która miała niespełna czterdzieści lat, kiedy musiała umrzeć.

- No, a wdowiec, Havgrim, nie ożenił się drugi raz? - zapytał.

- Nie, nigdy tego nie zrobił.

- To znaczy, że nie miał już więcej dzieci. Tylko jedną córkę, Doroteę?

- Zgadza się. A ona wkrótce opuściła Alvdalen.

- Wyszła za mąż za Norwega, prawda? Erika Nordlade z Trondelag?

- Jak ty to wszystko dobrze wiesz! Aż dziw!

- Staram się przecież odnaleźć członków mojej własnej rodziny.

- Co prawda, to prawda, rozumiem cię. No tak, Dorotea wyprowadziła się do Norwegii.

- Nie wiecie, dokąd dokładnie?

- Jakieś nowiny się przecież słyszało od czasu do czasu. I ona przyjechała kiedyś w odwiedziny do
ojca Havgrima, sama to pamiętam. Miała ze sobą obie córki.

Andre podskoczył tak gwałtownie, że o mało nie przewrócił stołka, na którym siedział.

- Co? Dwie córki?

O  piekło  i  szatani,  pomyślał  zgnębiony.  Czy  nie  będzie  końca  tym  poszukiwaniom?  To  znaczy,  że
więcej jest takich, którzy mają w sobie krew Ludzi Lodu?

- Ja pamiętam nawet, jak dziewczynki miały na imię. I obie były bardzo ładne. Starszą wołali Emma.
Druga była o cztery lata młodsza i miała na imię Petra.

Petrę Eriksdatter Nordlade Andre znał. Ale Emma była kimś całkowicie nowym. Mali spoglądała na
niego pytająco.

133

- Będziemy szukać we dworze Nordlade - mruknął. - Czy ten dwór znajduje się w Gaudalen, matko
Britto-Stino? Wiecie coś o tym?

- Coś jakby mi majaczyło, chyba słyszałam tę nazwę. Ale potem stary Havgrim umarł i córka Dorotea

background image

nie przyjeżdżała już więcej w odwiedziny. Tak to ród zniknął z Alvdalen...

W małym szałasie panował przytulny mrok. Pachniało oborą i świeżym mlekiem, serem, jałowcem i
wygrzanym  drewnem.  Bardzo  miłe  miejsce  do  odpoczynku  i  nabrania  sił.  Na  zewnątrz  całymi
kilometrami rozciągały się lasy, okrywały ciemnym płaszczem ziemię i gdzieś daleko na horyzoncie
łączyły się w z niebem. W górach panował niewypowiedziany spokój.

- Teraz mam jeszcze tylko jedno pytanie - powiedział Andre. - Vargaby.

Smutny uśmiech przemknął po pokrytej zmarszczkami twarzy staruszki.

- Tej wsi już nie ma. Wszystko porósł las.

- Czy to daleko stąd?

- Pewnie, że daleko. Ale nie pytaj mnie, gdzie to jest, bo nie wiem. Moja babka i jeszcze kilka osób
pojechali  tam  kiedyś  konno  kilka  lat  po  przeprowadzce.  Zobaczyli  tylko  zwęglone  resztki  domów,
porośnięte  trawą,  krzewami  i  młodymi  drzewkami.  Musiał  tam  kiedyś  wybuchnąć  pożar  i  strawił
wszystko.

- Tak właśnie było - przytakiwał Andre.

-  Tak,  tak.  Havgrim  twierdził  nawet,  że  wie,  kiedy  to  było,  bo  on  umiał  przeczuwać  takie  rzeczy.
Śniło mu się raz, że to jakiś ksiądz podłożył ogień i potem sam spłonął pośród palących się domów.
A inny zły człowiek, imieniem Swerd czy jakoś tak, utonął w jeziorku.

Sen był tak wyraźny, że Havgrim mógłby przysiąc, iż to wszystko wydarzyło się naprawdę.

No i wieś była rzeczywiście spalona.

-  Owszem,  Havgrim  mógł  równie  dobrze  przeżyć  we  śnie  wszystko,  co  się  stało,  bo  on  należał  do
mojego  rodu,  a  wielu  naszych  krewnych  ma  dar  jasnowidzenia.  Myślicie  więc,  matko,  że  nie
znajdziemy już Vargaby?

- Tak myślę. I żadne niebezpieczeństwo nikomu tam nie grozi.

- Wiem. Dziewice z Vargaby znalazły już przecież spokój wieczny.

- Otóż to. A wszystko to tylko stara legenda, nie ma się czym przejmować.

Podróżni  chcieli  wrócić  do  gospody,  nim  zapadnie  zmierzch,  podziękowali  więc  serdecznie  za
gościnność i cenne informacje. Podziękowali też za nocleg ofiarowywany im przez 134

staruszkę. W małym szałasie miejsca było niewiele, a poza tym powinni jak najszybciej wracać do
Norwegii. Nie mogli za bardzo przedłużać podróży.

Do wieczora zostało jeszcze trochę czasu, jeśli się pospieszą, wrócą na czas do Alvdalen.

background image

Pożegnali się więc i ruszyli w drogę powrotną.

Zapomnieli, że wieje tak strasznie. Pod koronami wysokich sosen wiało tak samo jak poprzednio na
otwartych  przestrzeniach.  Udręczona  Mali  zasłaniała  uszy  rękami,  a  Nette  owinęła  głowę  szalem,
który dotychczas miała na ramionach. Musiała wyglądać mało urodziwie, była o tym przekonana, ale
inaczej uszy bolały ją nieznośnie.

- No i znowu dowiedzieliśmy się czegoś nowego - westchnęła Mali.

-  Owszem  -  roześmiał  się Andre  gorzko.  -  Emma  Eriksdatter  Nordlade...  Kolejna  kobieta  z  Ludzi
Lodu, którą trzeba odnaleźć.

- Odpowiedź znajdziesz z pewnością we dworze Nordlade - pocieszała Nette. - Ona urodziła się w
roku tysiąc osiemset dwudziestym piątym, niecałe sto lat temu. Ktoś musi o niej pamiętać.

- Pewnie - dodał szyderczo Andre. - I o tym, że miała mnóstwo dzieci. A każde z tych dzieci miało
wiele swoich dzieci, które z kolei...

-  Przesadzasz!  -  przerwała  mu  Mali  przytomnie.  -  Ludzie  Lodu  nie  rozmnażają  się  przecież  jak
króliki. To prawdziwe błogosławieństwo, że rodzi ich się tak niewielu!

- W tym przypadku, tak! A zatem nocujemy w Alvdalen i jutro raniutko ruszamy z powrotem, dobrze?

- Oczywiście - zgodziła się Nette. - Zatrzymamy się tylko w Gaudalen i odszukamy dwór Nordlade.

- Jeśli i on nie został zrównany z ziemią - westchnął Andre. - Tylko tego by nam brakowało.

-  Zdumiewające,  ile  ty  masz  w  sobie  optymizmu  -  powiedziała  Mali  szyderczo  i  wtedy  Andre
uśmiechnął się do swoich towarzyszek podróży.

Stopy  Mali  bolały  coraz  bardziej,  o  czym  nieustannie  mówiła.  Cierpienie  w  cichości  ducha  nie
należało do jej cnót. Było natomiast cnotą Nette. Nie doszła jeszcze do siebie po napadzie, całe ciało
ją  bolało,  a  już  najbardziej  tył  głowy.  Każdy  krok  odczuwała  dotkliwie,  a  poza  tym  nie  była
przyzwyczajona  do  wędrówek  po  górach  i  lasach,  w  nierównym  terenie,  ale  nie  skarżyła  się  ani
słowem. Starała się nie zostawać z tyłu, choć chciało jej się krzyczeć ze zmęczenia i udręki.

Andre rozejrzał się wokół.

135

- Czy nie powinniśmy już być przy tej drodze wiodącej z północy na południe? - zapytał

zdenerwowany.

- Powinniśmy, i to dawno temu - odparła Mali ponuro.

-  Zdaje  mi  się,  że  poszliśmy  za  daleko  na  wschód  -  rzekła  Nette.  -  Ale  przecież  trzymaliśmy  się

background image

ścieżki.

-  Nie.  Chyba  tylko  źle  oceniamy  czas  i  odległość  -  uspokajał Andre.  -  Musimy  się  pospieszyć,  bo
dzień wyraźnie ma się ku końcowi. Czy wy też wyczuwacie tę atmosferę zbliżającego się końca?

Las  stawał  się  coraz  gęstszy.  Wyszli  już  z  sosnowego  boru  i  znajdowali  się  w  mieszanym  lesie.
Światła  też  było  mniej,  widzieli  drogę,  ale  nastrój  był  nieprzyjemny,  zimny  dreszcz  przenikał  od
czasu  do  czasu  podróżnych.  Wiatr  szumiał  głucho  w  koronach  drzew  nad  ich  głowami,  czasami  tak
głośno, że przypominał grzmot. Na dole, pod osłoną drzew, było ciszej, ale niesamowicie.

Nagle Mali przystanęła.

- O, do licha... - zaczęła. - Gdzie się podziała ścieżka?

Wszyscy wpatrywali się w ziemię. Andre szeptał cicho:

„Tam,  gdzie  dolina  porasta  lasem,  a  łąki  się  kończą,  główny  szlak  drogi  zamazuje  się  i  w  końcu
schodzi  na  manowce.  Jeśli  mimo  to  chcesz  tym  szlakiem  podążać  dalej,  duch  twój  traci  wszelkie
oparcie w...” Nie!

- Owszem - powiedziała Mali bezdźwięcznie.

Andre mówił dalej:

„ Droga, którą, jak ci się zdawało, szedłeś, zanika, rozpada się na wiele wątłych ścieżek...

lecz  biada  ci,  jeśli  którejś  z  tych  dróżek  zaufasz...  A  być  może  też  jedna  z  tych  błędnych  dróżek
doprowadzi cię do najciemniejszej głuszy, do samego jądra boru, do tego miejsca, które wspominane
bywa tylko...” Nie, do licha, nie chcę ciągnąć tego dalej !

- Nie chcesz dalej cytować? Czy dalej iść? - zapytała Nette.

Mali jednak poszła przodem.

- Tu! Tu znowu jest ścieżka!

Z wahaniem, z uczuciem, że dzieje się coś nieprzyjemnego, ruszyli dalej.

136

-  Ścieżka  prowadzi  dziwnie  daleko  od  nas  -  powie.  działa  Nette  cicho,  jakby  się  bała,  że  echo,
odbite od skał zechce jej odpowiedzieć.

„- Nikt dokładnie nie wie, gdzie to Vargaby leżało” - zacytował znowu Andre. - Nawet stara Britta-
Stina tego nie wiedziała. Nikt żywy tam nie chodzi.

- Osada zniknęła z powierzchni ziemi - dodała Mali. - Możemy przejść to miejsce tam i z powrotem i

background image

niczego nie zauważymy.

- W każdym razie to i tak nie było tutaj - ucięła Nette. - Skierujmy się bardziej na południe, to prędzej
czy później dojdziemy do Osterdalen, a tam już leży Alvdalen i mieszkają ludzie, i...

Co to było?

- Puchacz - odparł Andre. - Krzyk brzmi okropnie, ale ptak jest niegroźny.

Porzucili wijącą się, niepewną ścieżkę, którą coraz trudniej było się posuwać, i ruszyli na przełaj w
kierunku południowym. Uważali, że teraz zabłądzić już nie mogą.

Nie  zauważyli,  kiedy  dokonała  się  odmiana.  Ale  szli  teraz  bardzo  ostrożnie,  niemal  na  palcach,
nasłuchiwali,  choć  niczego  słychać  nie  było,  i  trwali  w  przekonaniu,  że  nie  wszystko  jest  tak  jak
powinno.

Otworzyło się przed nimi coś na kształt polanki. Choć może polanka to zbyt duże słowo, po prostu
kilka niezbyt wysokich wzgórków porośniętych niższą niż w głębi lasu trawą.

Krajobraz jak z dziwnego snu, który pociągał, a zarazem przerażał.

- No, myślę, żeśmy tu mimo wszystko dotarli - mruknęła Mali.

- Jakim sposobem, na Boga, mogłoby się to stać? - zapytał Andre.

- A dlaczego nie? Nikt przecież nie wiedział, gdzie...

- No dobrze, dobrze - przerwał zirytowany. - W każdym razie musimy przejść przez to miejsce i iść
dalej.

Weszli  do  niskiego  lasu,  czy  może  raczej  w  zarośla,  gdzie  drzewa  stały  rzadko  niczym  zabłąkane
olbrzymy.  Gdy  trójka  wędrowców  dotarła  mniej  więcej  do  centrum  tego  dziwnego  terenu,  Nette
przystanęła i wpatrywała się w ziemię. Andre i Mali podeszli do niej. Było już prawie szaro.

- Czy to nie jest kamienny fundament? - zapytała Nette ochryple.

- W dawnych czasach w Dalarna nie budowało się takich fundamentów - wtrącił Andre. -

Domy stawiano na czterech narożnych słupach dla ochrony przed gryzoniami.

Mali kopnęła kopczyk ziemi, na którym stała.

137

-  Zwęglone  -  oświadczyła  lakonicznie.  -  Możesz  sobie  mówić,  co  chcesz,  Andre,  ale  ja  stoję
pośrodku Vargaby!

background image

138

ROZDZIAŁ XI

Zapach tamtej krwi.

Zapach tej samej krwi. Ten ram ród.

Czekanie.  Czekanie,  sowicie  wynagrodzone.  Ów  znienawidzony,  tak  długo  wyczekiwany  zapach
właśnie tej krwi!

Rok za rokiem. Cierpliwie. Pewność, że któregoś dnia to się musi zdarzyć. I oto czas się dopełnił.

Zapach. Zapach tej samej krwi.

Wszystkich  troje  przeniknął  zimny  dreszcz.  I  nie  miało  to  nic  wspólnego  z  gwałtownymi  porywami
wiatru.

Andre rozejrzał się wokół. Patrzył na falujący, przyginany do ziemi las, słuchał, jak wicher zawodzi
swoją  żałosną,  głuchą  pieśń.  Patrzył  na  niebo,  które  przywdziało  wieczorną  szatę  w  mrocznych
barwach,  i  na  ziemię  pod  nim,  opustoszałą  i  wymarłą,  i  zdjął  go  strach  przed  nadchodzącą
ciemnością. Patrzył na nieskończoną miękkość tego, co kiedyś było kwitnącą łąką.

Poczuł skurcz w sercu i głęboki smutek na myśl o tych, którzy tu kiedyś żyli, a którzy teraz są już tylko
niejasnymi cieniami we wspomnieniach zaledwie garstki ludzi.

- Bardzo tu ładnie - powiedział. - Dokładnie tak, jak Kajsa opowiadała kiedyś Havgrimowi.

Myślę, Mali, że masz rację. To jest Vargaby! To nie może być nic innego.

- Ale jakim sposobem, do cholery, się tu znaleźliśmy?

-  Czy  mogłabyś  być  taka  dobra  i  nie  przeklinać  akurat  tutaj?  -  zapytała  Nette,  wbrew  swojej  woli
wzruszona.

- „Akurat tutaj” nikt chyba nie został pochowany - zaprotestowała Mali buntowniczo.

-  Nikt,  oprócz  życia  i  marzeń  wielu  pokoleń  ludzi  -  powiedział Andre.  -  I  oprócz  jednego  księdza,
który spłonął żywcem.

-  Tak,  to  prawda.  On  tu  został.  Uff,  całe  to  miejsce  jest  dla  mnie  okropne,  żeby  nie  wiem  jak  było
ładne.

- To zmierzch tworzy tę atmosferę - próbowała wyjaśnić Nette.

Zapach krwi. Tej przeklętej krwi.

background image

139

Długie czekanie.

Bardzo długie.

Koniec czekania.

- Co teraz zrobimy? - zapytała Mali.

-  Jak  najszybciej  wrócimy  do  domu  -  odparł  Andre.  -  Do  Alvdalen.  Tylko  gdzie  ono  leży?  Jak
doszliśmy tutaj?

Nette wyglądała na zmartwioną.

-  Ja  nie  jestem  przesądna,  ale  wiecie,  teraz  mam  wrażenie,  że  to  wszystko  było  celowe.  Że  nasze
kroki kierowały się tu jakby same z siebie.

- Albo że kierowała nimi czyjaś wola. Ścieżka, która wiedzie na bezdroża... - mruknął Andre.

- Głupie gadanie! - zaprotestowała Mali. - To przecież dziewice z Vargaby wabiły ludzi na bezdroża.
A one spoczęły w spokoju. Zemściły się.

- Tak, oczywiście - wycofała się Nette. - To po prostu przypadek, że się tutaj znaleźliśmy.

Chodźmy stąd jak najszybciej. Już się prawie ściemniło!

Wszyscy podzielali jej zdanie. Przez chwilę dyskutowali, w którą stronę powinni się udać, a potem
szybko pobiegli w dół, ku południowi, a tym samym ku Alvdalen. Mrok gęstniał i wiatr zawodził w
koronach drzew tak głośno, że ledwie słyszeli nawzajem swoje głosy.

Kiedy znaleźli się w gęstym lesie, zwolnili tempo.

- Tutaj jest już całkiem ciemno.

- I las taki nieprzebyty.

- A ziemia błotnista!

- Tędy wiodła kiedyś ścieżka - powiedział Andre. - Wydeptana w czarnej bagiennej ziemi, w cieniu
drzew. O, do diabła! Tu nic nie widać!

- Stop! - zawołała Nette i zatrzymała się. - Teren jest taki błotnisty, że... Jeśli nie będziemy uważać,
wejdziemy wprost do jakiegoś trzęsawiska.

-  To  nie  trzęsawisko  -  zaprotestował  Andre  grobowym  głosem.  -  To  niemal  całkiem  zarośnięte
jeziorko!

background image

- Jezu - szepnęła Mali. - Tamto jeziorko.

140

-  Ale  wielkie  nury  zniknęły  -  powiedziała  Nette  stłumionym  głosem.  -  Patrzcie  tam,  tam  jest  ten
wzgórek, o którym mowa w manuskrypcie! To musi być...

-  Posążek  bożka  -  dokończyła  Mali.  -  Posążek  Freya.  Mam  ochotę  na  niego  popatrzeć.  Chcę
zobaczyć, czy naprawdę jest taki...

- Nie, nie idź tam - prosił Andre.

Mali odwróciła się do niego.

- A co, jesteś przesądny?

- Oczywiście, że nie! Ale nie mamy czasu.

- Przecież i tak musimy tamtędy przejść. Chodźcie!

Nette stała bez ruchu, wstrzymując oddech.

- Zaczekaj, Mali, zdawało mi się...

Mali obejrzała się przez ramię.

- Co ci się zdawało?

- Chodźmy stąd - mruknęła Nette.

- Nie. Co ci się zdawało?

- Ja... widziałam coś w wodzie.

-  W  wodzie?  Jeziorko  jest  przecież  prawie  kompletnie  zarośnięte.  Została  tylko  niewielka  kałuża
pośrodku.

- Czarna, śmierdząca kałuża - dodał Andre. - Co tam zobaczyłaś, Nette?

- Nic. Coś się tam poruszyło, tak mi się przynajmniej zdawało. Pod liśćmi wodnych lilii.

- Nie podchodźcie za blisko brzegu! - ostrzegał Andre. - Zobaczyłaś pewnie jakąś żabę -

dodał.

- To nie żaba - burknęła Nette ze złością. I zaraz potem krzyknęła przerażona: - Mali!

Andre krzyczał razem z nią:

background image

- Uważaj, Mali! Wracaj!

141

Dziewczyna  doszła  do  wzgórka,  który  od  początku  ją  interesował,  i  stała  teraz  pomiędzy  nim  a
jeziorkiem.  Odwróciła  się  i  napotkała  ich  przerażone  spojrzenia,  a  potem  spojrzała  na  jeziorko  i
wrzasnęła przejmująco.

W wodzie coś było.

Coś  się  poruszało  w  czarnej  głębinie  pomiędzy  splątanymi  łodygami  wodnych  lilii,  coś,  co
próbowało wydostać się na powierzchnię wody i wyraźnie kierowało się właśnie w stronę Mali.

Andre odrzucił niewielką torbę, którą niósł na ramieniu, i skoczył ku wodzie, żeby odepchnąć Mali
od  brzegu.  Dziewczyna  skuliła  się,  chciała  wycofać,  ale  była  jak  sparaliżowana  ze  strachu  i
zdumienia; nie mogła się ruszyć. Nette oszołomiona wpatrywała się w to coś, co wyłaziło z wody,
oślizgłe, zielonobrunatne, budzące grozę.

Wstrętna łapa, na wpół przegniła, wyciągała się do Mali, do jej nóg i nagle, zanim ktokolwiek zdążył
zareagować, błyskawicznym ruchem zacisnęła się na kostce dziewczyny i poczęła ciągnąć ją w dół.

Mali upadła na plecy i powoli się ześlizgiwała, wkrótce byłaby się znalazła w wodzie, gdyby Andre
nie zdążył w ostatniej sekundzie złapać jej ręki. Potwór z jeziora był taki silny, że pociągnął za sobą
również  Andre,  który  jednak  zdołał  uchwycić  się  jakiegoś  młodego  drzewka  i  skutecznie  stawiał
opór.

Mali wrzeszczała jak szalona; wodny potwór, który znowu wychynął ponad powierzchnię błotnistej
wody, ryczał upiornie i próbował złapać dziewczynę za drugą nogę.

Nette stała jak porażona, wpatrywała się w potwora, który teraz wydobył się ponad błotnistą maź aż
do  pasa.  Kiedyś  był  to  z  pewnością  mężczyzna  o  długich  blond  włosach,  które  dziś  zwisały  w
mokrych,  pozlepianych  kosmykach  nad  budzącą  obrzydzenie  twarzą  o  zamazanych  rysach,  z
wyraźnymi śladami rozkładu. Wodniste oczy wlepiały się z nienawiścią w Mali, która uświadamiała
sobie, jak niewielkie ma możliwości ratunku. Wątły pień już długo nie utrzyma jej i Andre, drzewko
pochyliło się nisko nad jeziorkiem i wyglądało na to, że Andre lada moment straci oparcie. A wtedy
Mali będzie zgubiona i Andre prawdopodobnie też.

- Nette! - wrzasnął Andre z całych sił, by przekrzyczeć ryki upiora i rozpaczliwe wołanie Mali.

- W mojej torbie Nette! Tam jest alrauna! Unieś ją nad upiorem! Szybko!

Nette  zdołała  jakoś  odwinąć  amulet,  choć  ręce  dygotały  jej  jak  w  febrze.  Krzyki  tamtych  brzmiały
ogłuszająco, upiór miał niebywale silny głos, jego ryk niósł się po lesie z siłą gromu.

Pospiesznie wydobyła dziwny korzeń.

- Co mam z tym robić? Co mam powiedzieć? - wołała do Andre. - Czy to bożek Frey, tam w wodzie?

background image

142

- Nie, nie, musisz tylko...

- Czy to Vret Joar? Powinnam znać jego imię.

- Nie, to Diderik Swerd. On chce złapać... O mój Boże, dłużej nie utrzymam drzewka! On chce złapać
kogoś z rodu Havgrima. Podnieś alraunę i zaklinaj go, bo wrócił do świata zmarłych, zresztą mów,
co chcesz! Tylko spiesz się!

Nette próbowała się opanować. Las wokół trwał jak wymarły. O Boże, myślała, to nie może dziać
się naprawdę. Ja śnię. Wystarczy, że się przewrócę na drugi bok, a zły sen...

Przenikliwe, rozdzierające serce krzyki Mali przywróciły ją do rzeczywistości. Ów niepojęty potwór
pełzł  po  błotnistym  brzegu,  coraz  bliżej  nieszczęsnej  dziewczyny.  Mali  kurczowo,  obiema  rękami,
ściskała  rękę Andre,  ale  druga  jego  ręka...  druga  ręka  coraz  wyraźniej  zsuwała  się  ze  słabiutkiego
pnia drzewa.

Nette  głęboko  wciągała  powietrze,  by  nie  stracić  przytomności;  po  chwili  uniosła  alraunę  nad
wstrętną zjawą, która, wijąc się, próbowała wyjść z wypełniającego jeziorko błocka.

Drżącymi rękami unosiła przypominający ludzką postać korzeń nad piekielną zjawą i modliła się do
swojego Boga, do Jezusa Chrystusa, jedynej świętej mocy, jaką znała.

Zdawało się przez chwilę, że siły potwora słabną, lecz tylko odrobinę. Mali zdążyła jednak uchwycić
mocniej rękę Andre, a on sam też podciągnął się wyżej i pewniej objął pień drzewka. Jakie to było
drzewo,  o  sękatym,  choć  giętkim  pniu,  Nette  nie  umiałaby  powiedzieć.  Zresztą  co  to  miało  za
znaczenie, po prostu jakieś drzewo rosnące w pobliżu wody, może olcha, może jaki inny gatunek, to
naprawdę całkiem obojętne; ważny był jedynie fakt, że stanowiło ostatnią szansę ratunku i dla Mali, i
dla Andre. Bo to przecież oczywiste, że Andre dziewczyny nie opuści w takiej sytuacji. Gdyby się to
okazało niezbędne, pójdzie z nią pod wodę i tam będzie próbował ją ratować.

Nette oblewał zimny pot. Słyszała, jak serce jej wali, pochyliła się nad gotowym do skoku potworem
w sadzawce i z alrauną wyciągniętą najdalej jak mogła odmawiała Ojcze nasz.

To wyraźnie powstrzymywało zjawę, lecz jej nie wypłoszyło.

I wtedy zrozpaczony Andre zawołał:

- Alrauno, ty, która towarzyszyłaś nam przez tyle stuleci... Ty wiesz, że ani ja, ani Mali nie należymy
do wybranych, ale błagam cię, pomóż nam! Zrób, co możesz!

Nette uważała, że to dziwne przemawiać do martwego przedmiotu, ale była tak wstrząśnięta tym, co
się działo wokół niej, że gotowa była zaakceptować wszystko.

- Och, żebym tak umiał zaklinać! - żałował Andre.

background image

143

Nette też tego nie umiała. Nie umiała w ogóle nic, była osobą postronną. Jedyne, co mogła zrobić, to
trzymać w górze ów niezwykły korzeń i modlić się.

Alrauna  powstrzymała  upiora,  ale  nic  więcej.  Jego  potworne,  trudne  do  zniesienia  ryki  grzmiały  w
lesie. Było jasne, że nie są w stanie na dłużej nad nim zapanować. Bo przecież Nette nie może stać
przez całą wieczność z uniesioną do góry alrauną.

Andre spróbował ponownie:

-  Alrauno!  Nasi  przodkowie  nie  mogą  nas  usłyszeć,  bo  nie  należymy  do  wybranych  ani  do
obciążonych. Lecz Mali pochodzi z Ludzi Lodu i ja dopiero co ją odnalazłem; nie daj jej zginąć w
łapach jakiegoś nędznego upiora! Bądź miłosierna! Wstaw się za nią, wstaw się za nami u naszych
przodków!

Nette  była  tak  zdumiona  jego  niezwykłymi  słowami,  że  zaczęła  mu  się  przyglądać  i  na  moment  jej
koncentracja zelżała. Oślizgły potwór, który kiedyś był człowiekiem; wykorzystał

moment nieuwagi Andre i Nette i znowu zaczął wyłazić na brzeg. Mali zawyła z przerażenia.

Wtedy oczy Nette rozszerzyły się jeszcze bardziej. Wciąż stała wyciągając alraunę ponad wodą, ale
gdy  na  moment  odwróciła  wzrok  od  potwora,  zobaczyła,  że  na  brzegu  jeziorka,  najzupełniej  z
niczego, wyłoniły się trzy postacie.

Stały  w  wieczornym  mroku,  trzy  dziwaczne  postacie  z  pradawnych  czasów.  Nette  widziała
ogromnego  mężczyznę  o  wyraźnie  mongolskich  rysach,  obok  niego  zaś  drobną  kobietę,  cudownie
piękną,  o  rysach  i  nordyckich,  i  mongolskich.  Widziała,  że  mężczyzna  uniósł  ręce  i  wnętrze  dłoni
skierował ku jezioru, gdzie potwór wciąż usiłował wyleźć na brzeg.

Rozbrzmiały dziwne, śpiewne słowa, gdy ów mężczyzna o orientalnym wyglądzie zaczął

wypowiadać zaklęcia. I Nette natychmiast pojęła, co on czyni.

Ostatnia wyłoniła się z nicości młoda kobieta, czarodziejsko piękna, z jakimś diabelskim błyskiem w
oczach. Podeszła do brzegu, do upiora, i z szyderczym śmiechem trąciła go nogą.

-  Posłuchaj  no,  ty  nędzny,  oślizgły  głupku,  strzeż  się  słów  Mara,  bo  mają  one  siłę  unicestwiającą.
Powinieneś był nigdy nie wychylać łba z tej swojej śmierdzącej kałuży!

Budzący grozę potwór, który nadal ściskał nogę Mali, patrzył na kobietę z głupkowatym wyrazem na
obrzydliwej,  obgniłej  twarzy.  Chcąc  nie  chcąc  puścił  zdobycz  i  zaczął  się  zsuwać  do  zielonkawej,
śmierdzącej wody.

- O nie, nie! - zawołała kobieta. - Poczekaj, poczekaj, nie wymigasz się tak łatwo!

Uczyniła lekki ruch ręką i potwór zatrzymał się w pół drogi. Mali już dawno odskoczyła jak najdalej,

background image

Andre siedział przy niej w kucki i podtrzymując ją, patrzył bez słowa na to, co działo się nad wodą.
Nette  opuściła  rękę  z  alrauną,  podświadomie  cofnęła  się  parę  kroków  w  tył,  ale  nie  była  w  stanie
oderwać oczu od widowiska na brzegu.

144

Zaklinający  mężczyzna  zszedł  niżej  nad  wodę.  Mówił  coraz  głośniej,  w  końcu  jego  głos  grzmiał
ponad  lasem,  a  troje  śmiertelników  widziało,  jak  skóra,  włosy  i  ciało  upiora  zaczynają  znikać,
odsłaniając  białe  kości,  aż  w  końcu  został  już  tylko  sam  szkielet.  Wtedy  niższa  z  kobiet  wylała  z
niedużej butelki kilka kropel jakiegoś płynu na kości, po czym rozpłynęły się one w nicość.

Kobieta o szelmowskim uśmiechu zwróciła się do trojga śmiertelników:

-  Nadszedł  kres  wendety,  dobiegła  końca.  Teraz  nie  ma  już  nikogo  z  jego  rodu,  możesz  czuć  się
bezpieczna, Mali.

Kobieta  z  butelką  podeszła  tymczasem  do  brzegu  i  wylała  kilka  kropel  płynu  na  gęste,  śmierdzące
błoto. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki jeziorko wypełniło  się  krystalicznie  czystą  wodą,
rośliny zostały oczyszczone ze szlamu, a z brzegu zginęły wszystkie chwasty i trujące zielsko, które
obrastało dotychczas jezioro złych upiorów.

Teraz stało się ono znowu czystym, połyskliwym oczkiem w lesie.

Nette oddychała z drżeniem, uświadomiła sobie, że od bardzo dawna wstrzymywała oddech.

Przybysze z zaświatów nie zbliżali się do śmiertelników, ale młoda wesoła kobieta powiedziała:

- Witaj wśród Ludzi Lodu, Mali! - Pokazała ręką na swoich towarzyszy i dodała: - Spójrz, to są twoi
najbliżsi  krewni  pośród  grupy  przodków  opiekujących  się  rodziną  na  ziemi.  To  Shira  i  Mar  z
dalekiego  Taran-gai.  Nikt  z  rodu  nie  jest  im  bliższy  niż  ty.  Ja  sama,  jak  się  pewnie  domyśliliście,
jestem  Sol  szalona.  Zawsze  chcę  być  tam,  gdzie  można  trochę  podrażnić  jakieś  małe  obrzydlistwa,
jak ten tutaj.

Mali i Andre podnieśli się z ziemi. Bardzo uprzejmie pozdrawiali swoich przodków.

- Ale  jest  chyba  ktoś,  kto  jest  jeszcze  bliższy  Mali  niż  Mar  i  Shira  -  powiedział Andre.  -  Mam  na
myśli Tulę. Ona nie chciała z wami przyjść?

Tamci spoważnieli i posmutnieli.

- Tuli nie ma z nami w grupie Tengela Dobrego - wyjaśniła Sol.

- Ja myślałem, że Tula była bardzo dobra?

- Była. Ale potem poszła własną drogą. Nie znamy jej losów.

-  Tak,  oczywiście,  Tulę  zabrały  demony  -  mruknął  Andre.  -  Tula  poszła  przecież  na  spotkanie

background image

demonów do Grastensholm i zniknęła bez śladu razem z nimi.

145

- No, ale teraz pewnie chcielibyście się stąd wydostać? - zapytała Sol.

- I to jak najszybciej - odparł Andre. - Tylko że my niezupełnie wiemy, jak się tu znaleźliśmy.

Sol uśmiechnęła się tajemniczo.

- Myślę, że możecie liczyć na przewodnika.

Zwrócili  głowy  w  stronę,  w  którą  patrzyła  Sol,  i  zobaczyli,  że  brzegiem  jeziora  idzie  ku  nim  jakiś
mężczyzna.

Andre rozjaśnił się w promiennym uśmiechu.

- Imre! - zawołał radośnie. - Jak dawno cię nie widziałem!

Jasnowłosy, niezwykle urodziwy młodzieniec uśmiechnął się także. Ku swemu wielkiemu zdziwieniu
Andre  i  jego  towarzyszki  stwierdzili,  że  trzy  duchy  witają  Imrego  z  najwyższym  szacunkiem.  Sol
skłoniła się głęboko, a dwoje pozostałych najpierw skierowało palce do czoła, a potem ku ziemi, co
było wyrazem głębokiego respektu.

Imre szczególnie uroczyście powitał Shirę, która najwyraźniej była mu równa rangą. Potem zwrócił
się do Nette.

Jego łagodny głos był dla niej niczym balsam:

- Dziękuję ci za nieocenioną pomoc! Nigdy ci tego nie zapomnimy. Ale teraz ruszajmy. Idźcie za mną,
bo noc zapada!

Andre  odwrócił  się,  by  podziękować  i  pożegnać  duchy,  ale  ich  już  nie  było,  rozpłynęły  się  w
powietrzu. Oszołomieni ludzie pozbierali swoje porozrzucane dokoła rzeczy, Andre pogładził

w podzięce alraunę i zapakował ją ostrożnie do torby, po czym wszyscy troje ruszyli za Imrem, który
był już daleko przed nimi na ścieżce.

Było  tak,  jak  Imre  mówił:  Noc  już  zapadła.  Choć  jednak  szedł  pospiesznie,  nawet  na  moment  nie
tracili go z oczu, bo cała jego postać jaśniała delikatnym, ciepłym blaskiem.

Zapomnieli o wszystkich swoich udrękach, pęcherzach, bolących mięśniach i przerażeniu, po prostu
szli  nie  ociągając  się  za  przewodnikiem.  Szybko  i  w  milczeniu  odnajdywali  drogę  przez  wysokie
piaszczyste wzgórki, leśne pogorzeliska i błotniste doliny.

Nagle Andre przystanął.

background image

- Nie widzę go - szepnął spłoszony.

- Ja też nie, ale to chyba nie szkodzi - powiedziała Mali. - Bo spójrz tam! Co widzisz na tle nocnego
nieba?

146

-  Samochód!  -  zawołali  Nette  i  Andre  jednocześnie  i  ostatni  kawałek  drogi  dzielący  ich  od  auta
przebyli biegiem.

- O, mój kochany samochodziku! - cieszył się Andre - Nigdy nie byłeś mi tak drogi jak dziś.

- Ale nie podziękowaliśmy naszemu fantastycznemu przewodnikowi - zmartwiła się Nette.

-  Nigdy  nie  pytamy,  kiedy  Imre  przyjdzie  ani  kiedy  nas  opuści  -  wyjaśnił  Andre.  -  On  wie,  że
jesteśmy mu wdzięczni.

Nette  popadła  w  zadumę.  „Nigdy  ci  tego  nie  zapomnimy”,  powiedział  jej  Imre.  „Dziękuję  ci  za
nieocenioną pomoc. Nigdy ci tego nie zapomnimy!”

- Wskakujcie, dziewczyny! Wracamy do ludzi!

W samochodzie siedzieli milczący, każde po swojemu próbowało zrozumieć, co się stało; reflektory
skąpym  światłem  ledwie  rozjaśniały  wyboistą  drogę  przed  nimi.  Co  z  tego,  że  trzęsło  i  rzucało
okropnie? Cóż znaczą takie drobiazgi w porównaniu z okropnymi doświadczeniami, jakie dopiero co
były ich udziałem!

- I pomyśleć, że ja należę do Ludzi Lodu - westchnęła Mali na koniec. - Oczywiście wierzyłam we
wszystko, co o nich opowiadałeś, Andre, ale nie myślałam, że są tacy... tacy specjalni!

- Ja sam jestem wstrząśnięty - przyznał Andre. - Wiecie, zwyczajni członkowie Ludzi Lodu, tacy jak
ja i ty, Mali, właściwie nie miewają kontaktów z przodkami. O ile wiem, dotychczas zdarzyło się to
zaledwie kilkakrotnie. A jeszcze rzadziej bywa, że ktoś postronny może ich zobaczyć. Ale ty, Nette,
widziałaś ich, prawda?

-  Oczywiście,  że  widziałam  -  powiedziała  stanowczo  blada  jak  ściana.  -  Są  bardzo  piękni.  I
niezwykli.

-  O,  tak!  Ale  nigdy  bym  się  nie  spodziewał,  że  ich  spotkam.  Trzeba  powiedzieć,  że  przyszli  w
odpowiednim momencie!

- Co prawda, to prawda - westchnęła Mali.

Nagle  ta  pyskata  dziewczyna  wybuchnęła  głośnym  płaczem.  Nette,  która  od  dawna  czuła  bolesny
ucisk w gardle, natychmiast poszła w jej ślady.

Andre zatrzymał samochód.

background image

- No już, już dobrze, moje drogie. Rozumiem was bardzo dobrze. Sam miałbym ochotę się rozpłakać.
Tego naprawdę było trochę za wiele.

147

- Tak - szlochała Mali. - Kiedy się to wszystko działo, nie mogłam myśleć o niczym, tylko się bałam.
Ale teraz...

-  No  właśnie.  Reakcja.  Ona  zawsze  nadchodzi,  to  pewne  jak  amen  w  pacierzu.  Spójrzcie  na  moje
dłonie.

W nocnym mroku wyciągnął przed siebie ręce. Dygotały jak w febrze.

Nette wytarła nos i powiedziała stłumionym głosem:

- To było po prostu niewiarygodne! Takie niewiarygodne, że ja... Nie wierzę, że to widziałam.

Ja śniłam, powiedzcie, że tylko śniłam!

- W takim razie wszyscy śniliśmy ten sam sen - chlipnęła Mali. - I ja nawet nie miałam czasu wam
podziękować. Dziękuję wam z całego serca! Obojgu!

- I wszystkim czworgu waszym przodkom - dodała Nette.

- Imre nie jest jednym z przodków - wyjaśnił Andre. - On żyje współcześnie. Teraz!

- Tak? No to skąd on przyszedł? I ten... blask!

- Imre pochodzi z rodu czarnego anioła.

- Taki jasny blondyn?

- Kolor włosów nie ma tu nic do rzeczy. I nikt nie pyta Imrego dlaczego ani skąd, ani dokąd.

Czarne  anioły  są  najpotężniejszymi  sojusznikami  Ludzi  Lodu.  Imre  pochodzi  z  rodu
zapoczątkowanego  związkiem  samego  Lucyfera  z  pewną  ziemianką,  Sagą  z  Ludzi  Lodu. Ale  wiemy
bardzo niewiele o tych jasnych aniołach, które zostały strącone do otchłani.

Andre pożyczył Mali chusteczkę do nosa. Po chwili samochód ruszył w dalszą drogę.

- Zauważyłam, że duchy odnosiły się do niego z wielkim szacunkiem - powiedziała Mali.

-  Ja  też  -  potwierdziła  Nette.  -  On  natomiast  szczególnie  uprzejmie  powitał  tą  drobną  egzotyczną
kobietę.

-  Shirę,  tak  -  zgodził  się  Andre.  -  Jej  pozycja  jest  wyjątkowa.  Shira  jest  największym  wrogiem
Tengela Złego, jeśli dobrze rozumiem.

background image

Mali zamyśliła się.

- Wygląda na ta, że ten Tengel Zły jest dosyć osamotniony - powiedziała po chwili.

148

- On? Nie! - zaprotestował Andre. - On może zmobilizować niezliczone złe moce! I nic nie wiemy o
tym,  co  dzieje  się  ze  złymi  dotkniętymi  dziedzictwem  Ludzi  Lodu  po  śmierci.  Mogą  spoczywać  w
swoich grobach jak inni zmarli, ale mogą też gromadzić się przy Tengelu Złym i czekać, aż będzie ich
potrzebował.

- Wydawało mi się, że mówiłeś, iż złe moce odcięły się od niego?

- One się go boją, a to coś całkiem innego. Ponieważ on reprezentuje samo zło, zło jako pierwotną
siłę.  On  napił  się  ze  źródła  zła,  z  ciemnego  źródła,  i  przez  to  stał  się  najsilniejszym  i
najpotężniejszym  ze  wszystkich  złych  potęg.  To,  że  złe  moce  trzymają  się  na  dystans  od  niego,  nie
oznacza wcale, że nie posłuchają, kiedy je wezwie.

- Demony Nocy także? - zapytała Mali.

- Nie, one nie. Imre opowiadał nam, że dzięki Vanji, Tamlinowi i dwóm czarnym aniołom Demony
Nocy wyrwały się spod władzy Tengela. Znajdują się teraz pod ochroną Lucyfera i Tengel nie może
im nic zrobić.

- A Demony Wichru?

-  One  nienawidzą  Tengela,  ale  nie  wiemy,  jak  dalece  są  w  stanie  stawiać  opór  naszemu  złemu
przodkowi, gdyby się obudził.

Nette zaśmiała się nerwowo.

- Najgorsze jest to, że ja wierzę we wszystko, co mówisz. I że dałabym wiele za to, by być jedną z
Ludzi Lodu.

- Mogłabyś wyjść za mąż za kogoś z naszej rodziny - uśmiechnął się Andre dobrodusznie. -

Tyle tylko że na razie nie ma nikogo do wzięcia.

Owszem, ty jesteś, pomyślała. Tylko że ty mnie nie bierzesz pod uwagę jako ewentualnej kandydatki.
I właściwie dlaczego miałbyś to robić?

Popatrzyła  na  nocne  niebo,  które  daleko  na  wschodzie  zaczęło  przybierać  złocistopomarańczową
barwę; linia horyzontu stała się wyraźnie widoczna. Silny wiatr wciąż szarpał korony drzew.

Było zimno i nieprzyjemnie.

- Chyba dzisiaj wrócę do moich biurowych obowiązków - mruknęła przygnębiona.

background image

149

ROZDZIAŁ XII

Droga powrotna.

Następnego dnia, po niezwykle męczącej podróży w deszcz po bezdrożach i rozmokłych, wyboistych
traktach, odnaleźli w końcu dwór Nordlade w Gaudalen.

Widzieli dwór z daleka, wysoko na zboczu góry, jakby zawieszony w powietrzu. Nie wyglądał

specjalnie imponująco, ale ku wielkiej radości wędrowców z komina domu unosił się dym. A zatem
Nordlade było wciąż zamieszkane.

- Odważymy się w tym deszczu wspinać pod górę? - zapytała Mali.

-  Musimy  -  odparł  Andre.  -  Po  doświadczeniach  z  Vargaby  nie  boisz  się  już  chyba  zwykłych
śmiertelników?

- Wszędzie wokół widzę duchy - mruknęła ponuro.

- Owszem, zauważyłem to rano w gospodzie. Tak podejrzliwie przyglądałaś się pani przy sąsiednim
stoliku, jakbyś oczekiwała, że za chwilę uniesie się w powietrze i zacznie piać.

- To prawda, ale sam powiedz, czy nie była trupio blada?

- Cóż za głupstwa! A poza tym bądź tak dobra i nie nazywaj naszych przodków duchami.

- Uff, nie. Ja tak nigdy o nich nie myślałam - przyznała Nette.

- Ja też nie - rzekła Mali. - Teraz miałam na myśli jedynie to obrzydliwe paskudztwo, wypełzające z
błota. Dlaczego on chciał złapać właśnie mnie? Dlaczego nie wyciągał łap po ciebie, Andre? Czy to
miało może coś wspólnego z tym, że dotknęłam figurki bożka?

- Nic podobnego, to przecież tylko kawałek przegniłego drewna. (Andre miał szczęście, że jego słów
nie  słyszał  jakiś  miłośnik  starożytności).  -  Nie,  on  chciał  cię  złapać  dlatego,  że  jesteś  prawnuczką
Havgrima. Mnie nie łączy z wami takie bliskie pokrewieństwo. Ale był na najlepszej drodze, żeby i
mnie  wciągnąć  w  głębinę.  Byłaś  niezwykle  odważna,  Nette,  że  stałaś  na  brzegu  z  alrauną,  a  nie
uciekłaś stamtąd.

- To by mi nigdy do głowy nie przyszło.

-  Stanowimy  niezły  triumwirat  -  powiedziała  Mali  i  ujęła  oboje  przyjaciół  za  ręce.  Tak  złączeni
przebyli ostatni kawałek drogi dzielący ich od domu w Nordlade.

- Wiesz, Mali, nie przestaje mnie zdumiewać twoja znajomość obcych słów - rzekł Andre.

background image

- Człowiek nie musi być idiotą tylko dlatego, że się wychowywał w przytułku - odcięła się Mali. - A
poza tym ja się staram, w każdej sytuacji można się czegoś nauczyć, a ja bardzo 150

lubię  wiedzieć.  I  niech  sobie  mężczyźni  gadają  co  chcą  o  kurzych  móżdżkach  kobiet  i  o  tym,  że
nadajemy się co najwyżej do łóżka. To świadczy jedynie o głupocie panów, a nie naszej.

- Wybacz mi - prosił Andre teatralnym głosem. - Wybacz mi, że jestem zaledwie mężczyzną!

- O, tak właśnie powinniście się do nas zwracać - stwierdziła Mali, chichocząc zadowolona.

Znaleźli się przed drzwiami. Nie musieli stukać, bo w progu stanął gospodarz. W

podkoszulku i spodniach na szelkach, nie ogolony, tłusty, nie wyglądał zbyt apetycznie.

- On nie może być moim krewnym - szepnęła Mali zdławionym głosem.

I  oczywiście  nie  był.  Nazywał  się  wprawdzie  Nordlade,  ale  w  tamtych  czasach  nie  było  przecież
niczym niezwykłym, że rodziny przyjmowały nazwiska od miejsca zamieszkania.

-  Nie,  Erik  Nordlade?  On  mieszkał  tu  bardzo  dawno  temu  -  odpowiadał  chłop  wolno  na  pytanie
Andre.  -  Oni  musieli  opuścić  dwór  i  wtedy  kupił  go  mój  dziadek.  Tak  że  ja  jestem  tutaj  trzecim
pokoleniem.

W  głosie  chłopa  brzmiała  duma,  choć  chyba  nie  bardzo  miał  do  tego  powody,  bo  gospodarstwo
wyglądało na podupadłe i zaniedbane.

-  W  porządku.  My  chcieliśmy  się  właściwie  dowiedzieć  tylko,  czy  Erik  Nordlade  miał  jakichś
spadkobierców.

Chłop mrugał przestraszony.

-  Moja  rodzina  kupiła  gospodarstwo  uczciwie.  Żadnych  spadkobierców  do  spłacenia  ani  nikogo
takiego nie było. I siedzimy tu od trzeciego pokolenia.

- Mnie nie chodzi o spadkobierców dworu, po prostu o potomstwo Erika. Podobno on miał

dwie córki.

- Erik Nordlade?

- Tak - potwierdził Andre, tracąc powoli cierpliwość.

Chłop drapał się po głowie z takim zapamiętaniem, że łupież sypał mu się na ramiona jak śnieg.

- No, miał... pewnie, że miał, co miał nie mieć? Jak to one się nazywały? Jedna to chyba Dorotea...?

- Nie, to była jego żona.

background image

- A tak, tak, niech no pomyślę. Córki...?

151

- Może jest tu kto inny, kto lepiej pamięta rodzinę?

Chłop się rozgniewał. On pamięta najlepiej. Nikt mu nie odbierze tego honoru!

- Emma była jedna! I Petra.

-  Owszem,  te  imiona  wydają  mi  się  znajome  -  powiedział Andre,  by  nie  denerwować  gospodarza
jeszcze bardziej. - Znaliście je?

- Nie. Wyjechały ze wsi za młodu. Petra wyszła za jakiegoś faceta z miasta. Z Trondheim.

Zdaje mi się, że było mu Sven. A Emma...?

- No! - niecierpliwił się Andre, gdy chłop zwlekał nazbyt długo.

Obie panie też niespokojnie przestępowały z nogi na nogę. Przypomni sobie gospodarz coś nareszcie,
czy nie? Bo jeśli nie, to będzie bardzo trudno odnaleźć tę nikomu nie znaną Emmę i jej ewentualne
potomstwo.

- Emma, tak... - usłyszeli w końcu. - Wyszła za mąż, ona też. Za dobrego człowieka.

Chociaż on też pochodził z miasta.

- Miała jakieś dzieci?

- Emma?

- Tak.

Chłop myślał z takim wysiłkiem, że zaczął sapać.

- Nie, nie pamiętam. Sam byłem wtedy dzieckiem.

- A nie pamiętacie imienia tego człowieka, za którego Emma się wydała?

- Pewnie! Każda miała swoje dzieci.

Rozmowa  zaczynała  przybierać  charakter  dialogu  dziada  z  babą,  coś  w  rodzaju  ludowej  pogwarki:
„Gdzie  idziecie,  Bartoszu?  -  Mam  indyki  w  koszu.” Andre  domyślił  się,  że  mózg  chłopa  przyswoił
sobie właśnie poprzednie pytanie.

- Zatem one obie, i Emma, i Petra miały dzieci.

- Pewnie! Alem słyszał, że niedużo. Dziwne, nie? Nas było w domu trzynaścioro.

background image

- Ale imion tych dzieci to pewnie nie pamiętacie, co? Tyle czasu minęło.

To  właśnie  był  najlepszy  bodziec  dla  gospodarza.  Obrócił  się  na  progu,  wiercił  się  przez  chwilę,
żeby znaleźć najwygodniejszą pozycję, po czym oparł plecy o futrynę, aż trzasnęło.

152

- Co bym nie miał pamiętać? Przecie, że pamiętam! Petra miała dziewczynkę i było jej Gerd.

A Emma... Jej chłopak miał na imię Knut!

Co za triumf! Tego się już prawie nikt nie spodziewał.

-  Znakomicie!  -  pochwalił Andre,  a  panie  bąkały  jakieś  słowa  uznania,  wciąż  stojąc  w  siąpiącym
deszczu. Chłop najwyraźniej nie zamierzał prosić do środka. Prawdopodobnie panował tam okropny
bałagan.  Zresztą  oni  też  nie  odczuwali  wielkiego  pragnienia  wejścia  do  tej  izby,  chcieli  otrzymać
odpowiedzi na swoje pytania i jak najrychlej wrócić do Trondheim.

- A imię męża?

Chłop gapił się głupawo. Czy nigdy nie przestaną pytać, ci dziwni przybysze, którzy uczepili się i nie
dają mu spokoju przed jego własnymi drzwiami?

- Już przecie mówiłem! Sven.

- To był mąż Petty. A my pytamy o męża Emmy. Ojca Knuta.

Nieszczęsny spuścił oczy w głębokiej koncentracji.

- A ten... To jakoś tak dziwacznie. O, Broms! Nazywał się Broms. Rymarz.

-  Serdeczne  dzięki  za  nieocenioną  pomoc!  Gdybyśmy  jeszcze  znali  jego  imię,  to  już  by  było
naprawdę wspaniale.

Chłop znowu się rozgniewał.

- Sven! Przecie mówię!

Wyglądało na to, że trzeba zaczynać od nowa.

- To znaczy mąż Petry nazywał się Sven Broms, tak?

- Tak - odparł chłop takim tonem, jakby miał do czynienia z idiotami.

Andre nie był już właściwie w stanie pytać o nic więcej, ale przecież musiał.

- A mąż Emmy? Ktoś, kto ma taką pamięć jak wy, musi przecież pamiętać!

background image

Niemal słyszeli trzaski pod czaszką chłopa, tak ciężko pracował jego mózg.

-  Mąż  Emmy...?  No,  to  było  tak...  Chłopak  miał  na  imię  Knut... A  mąż...  No  tak!  Skogsrud!  To  był
Erling Skogsrud!

- Najserdeczniej dziękuję - powiedział Andre i naprawdę mówił to szczerze.

153

Otworzył portmonetkę i wyjął z niej monetę.

- To jest dla nas takie ważne, że chciałbym... Niech mi będzie wolno...

- Nie, nie mogę nic brać za coś takiego... - bąkał chłop, ale wyraźnie wyciągał rękę. Andre wsunął
mu pieniądz, jeszcze raz podziękował, po czym wszyscy troje zaczęli schodzić po śliskim zboczu do
samochodu.

Andre poprosił, by panie zdjęły mokre okrycia, i troskliwie otulił Nette podróżnym pledem.

Nie  była  pewna,  czy  powinna  się  tym  wzruszyć,  czy  też  poczuć  jak  wymagająca  opieki  staruszka.
Zdjęła szal z głowy i w ramach rewanżu osuszyła nim włosy Andre. A może chciała się zemścić?

Mali wyglądała wprost bezwstydnie świeżo i młodo, żaden deszcz nie był w stanie nic jej zrobić.

Kiedy  Andre  otulał  Nette,  przypadkiem  dotknął  nieostrożnie  jej  głowy,  a  ona  nie  zdołała
powstrzymać bolesnego jęku. Andre patrzył na nią przestraszony.

- Jak to naprawdę jest z twoją głową, Nette? - zapytał niespokojnie.

- „Głowę miała słabą, ale za to serce... serce szczerozłote” - zacytowała Runeberga. - Nie, szczerze
mówiąc, to już wszystko dobrze. Nie mam zawrotów ani nic takiego, tylko ten wielki guz z tyłu.

Uścisnął jej dłoń z serdecznym, pospiesznym uśmiechem.

- Dobrze wiemy, Nette, że serce masz złote.

Te słowa zapamiętała na długo i cieszyła się nimi przez cały czas, gdy w ulewnym deszczu jechali do
Trondheim.

Nie chcieli nigdzie więcej nocować po drodze, było więc już bardzo późno, gdy nareszcie samochód
wjechał  na  opustoszałe  ulice  Trondheim.  Mali  miała  spać  u  Nette,  która  nie  czuła  się  całkiem
bezpieczna w swoim mieszkaniu; napastnik mógł uderzyć po raz drugi.

- Myślę jednak, że jutro pójdę do pracy - powiedziała Nette, kiedy żegnali się z Andre. -

Czuję się nieźle, a nie chciałabym stracić posady.

background image

- W takim razie przyjdę do ciebie jutro rano do biura - zaproponował Andre.

-  I  ja  także  -  dołączyła  się  Mali.  -  Powiedzmy  o  dziesiątej.  I  razem  zastanowimy  się,  jak  odnaleźć
brakujących potomków Ludzi Lodu.

- Postanowione - zgodził się Andre. - I dziękuję za nadzwyczaj przyjemną podróż!

154

- My tobie też serdecznie dziękujemy! - zawołały panie równocześnie.

Andre pojechał do hotelu w dość ponurym nastroju. Miał swoje zmartwienia. Na przykład, co zrobi z
bezdomną Mali?

Pewnie  to  samo,  co  Ludzie  Lodu  zawsze  w  takich  sytuacjach  robili.  Zabierali  mianowicie  tych,
którym się nie powiodło, ze sobą do domu, do Lipowej Alei. Będzie się musiał nad tym zastanowić.

A Nette? Wprawdzie nie miał żadnych praw do jej życia, ale ona sprawiała wrażenie takiej...

osamotnionej na tym świecie. Takiej opuszczonej.

Nie, ze zmęczenia w głowie mu się mąciło. Na wystawie u zegarmistrza zobaczył duży zegar. Wpół
do czwartej. Co też hotelowy portier sobie pomyśli?

Uznał jednak zaraz, że wszyscy portierzy świata mogą sobie myśleć, co im się żywnie podoba.

Z uczuciem wielkiej ulgi wszedł do swego pokoju i najchętniej rzuciłby się na łóżko w ubraniu i w
butach,  jakoś  jednak  udało  mu  się  z  grubsza  rozebrać  i  wsunąć  pod  kołdrę.  Siedział  za  kierownicą
przez dziewiętnaście godzin. Naprawdę trochę dużo jak na jeden dzień!

Kierowca powinien być bardziej odpowiedzialny!

Rano spał tak długo, że mało brakowało, a byłby się spóźnił na spotkanie umówione w biurze Nette.
Gdy wbiegł zdyszany do magistratu, Mali już tam była.

- Jezu! - krzyknęła na jego widok. - Jeszcze tylko brakuje ci filiżanki z poranną kawą w ręce i krzywo
pozapinanej marynarki.

- Jesteś bliska prawdy - odparł z uśmiechem. - Okropnie zaspałem.

-  Czuj  się  usprawiedliwiony  -  powiedziała  Nette.  -  My  już  zdążyłyśmy  się  zabrać  do
detektywistycznej pracy i nawet mamy pewne sukcesy.

Na moment poczuł się dotknięty, że chciały coś robić bez niego. Ale przecież poszukiwania były w
równym stopniu jego sprawą, co i Mali, Nette natomiast tak już była włączona we wszystko, że i ona
mogła prowadzić badania na własną rękę.

background image

- No i coście znalazły? - zapytał z dość powściągliwym uśmiechem.

- Okazało się na przykład, że wielu ludzi pamięta warsztat rymarza Bromsa. Znajdował się niedaleko
stąd. Rymarz miał prawdopodobnie tylko jedną córkę, Gerd.

- Która później została moją babką - wyjaśniła Mali triumfująco. - Babka Gerd miała dwoje dzieci,
ale jedno zmarło wcześnie, a córka Petra urodziła mnie i tamto, które umarło.

155

- No! - podsumował Andre. - W takim razie wypełniliśmy wszystkie białe plamy w twoim drzewie
genealogicznym,  Mali.  Teraz  pozostaje  tylko  odtworzyć  linię  Emmy.  Jak  wiemy,  wyszła  za  mąż  za
Erlinga  Skogsruda,  który  pochodził  z  Trondheim.  I  mieli  syna  imieniem  Knut.  Bardzo  dobrze,
przynajmniej mamy od czego zacząć.

- Biuro parafialne jest dzisiaj otwarte - wyjaśniła Nette. - Możemy więc tam pójść i dowiedzieć się,
co i jak.

- Nie, teraz moja kolej dokonać jakiegoś odkrycia. - oświadczył Andre nie bardzo zadowolony. - Wy
zostaniecie tutaj. I ty, i Mali!

Zachowuję się śmiesznie, myślał po drodze. Jak obrażone dziecko!

W  biurze  parafialnym  przyjęto  go  życzliwie  i  udzielono  wszelkiej  pomocy,  lecz  rezultaty  dociekań
były mizerne. Owszem, niejaki Erling Skogsrud i jego żona Emma Eriksdatter Nordlade mieszkali w
Trondheim. Ich syn miał na imię Knut. Erling zmarł w roku 1876, Emma w 1880. Syn urodził się w
1850, wyjechał z Trondheim w 1870.

Dokąd?

Do Christianii, ale adresu nie podał. Adres rodziców w Trondheim? Nieznany.

Ślad się urywał. Knut wyjechał jako dwudziestolatek, z pewnością więc nie był jeszcze żonaty? Nie,
żadnych wzmianek na ten temat.

Tak więc wątek rozpływał się w powietrzu. Knut Skogsrud, po raz ostatni wspomniany w roku 1870,
znajduje się pewnie gdzieś w południowej Norwegii, prawdopodobnie w Christianii.

I jest to potomek Ludzi Lodu.

Andre wrócił do pań i opowiedział im o tym. Poszukiwania na razie trzeba było przerwać.

Wszyscy troje spoglądali na siebie przygnębieni.

- Jest jeszcze jedna sprawa - powiedział Andre.

Panie  zdążyły  zaledwie  spojrzeć  na  niego  pytająco,  ale  on  nie  miał  czasu  niczego  wyjaśnić,  bo  do

background image

biura wkroczył znajomy policjant i przerwał ich rozmowę w pół słowa.

- O, jak widzę, panna Mikalsrud wróciła do pracy - mruknął. - Mieli państwo dobrą podróż?

-  Dziękujemy,  wspaniałą  -  odpowiedziała  Nette  i  była  to,  oczywiście,  prawda,  choć  z  pewnymi
zastrzeżeniami.

156

- I dwoje młodych państwa mamy tu także - ucieszył się policjant. - To bardzo dobrze.

Możemy  od  razu  przystąpić  do  rzeczy.  Zbadaliśmy  dokładnie  okoliczności  napadu  na  pannę
Mikalsrud  i  nie  znaleźliśmy  niczego,  dosłownie  niczego,  co  mogłoby  nas  naprowadzić  na  ślad
sprawcy. Czy państwo także nie mają żadnych przypuszczeń? Może jakiś ukrywający się wróg?

Nette rzuciła pospieszne spojrzenie w stronę Mali i zawahała się. Czy powinna mówić przy niej?

Tymczasem odezwał się Andre:

- Właśnie chciałem porozmawiać z paniami na temat napadu, kiedy pan wszedł.

Dyskutowaliśmy  nad  tą  sprawą  w  czasie  podróży  i  chyba  rzeczywiście  znaleźliśmy  punkt
zaczepienia.

- Tak? Proszę mówić!

Tym razem Andre się zawahał.

- Ale to rzecz w najwyższym stopniu poufna...

- Rozumiem. Ściany mogą mieć uszy. Panno Mikalsrud, czy jest tu jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy
porozmawiać swobodnie?

- Mamy obok maleńki pokoik. Tylko że tam jest bardzo ciasno.

- Hm... A nie mogliby państwo przyjść na komisariat? Wszyscy troje.

- Dowiem się tylko, czy mogę wyjść z biura. Przełożony powinien wiedzieć.

Nette  Mikalsrud  stała  się  taka  lekkomyślna  ostatnimi  czasy.  Ona,  która  zawsze  była  najsolidniejszą
pracownicą w całym magistracie!

Wkrótce potem siedzieli wszyscy w biurze komisarza. Był to bardzo sympatyczny mężczyzna. Silnie
zbudowany  i  okrągły,  patrzył  na  ludzkie  ułomności  z  wyrozumieniem.  Ale  potrafił  też  być
nieustępliwy, zwłaszcza w zetknięciu z cynicznym złem.

- A zatem słucham.

background image

Po  dłuższym  milczeniu,  kiedy  zastanawiano  się,  kto  powinien  pierwszy  zabrać  głos,  odezwała  się
Mali:

- Właściwie to tu chodzi o mnie.

- To mnie nie dziwi - mruknął komisarz. - My oboje mieliśmy już okoliczność, że tak powiem...

157

- Ale  tym  razem  to  nie  jest  sprawa  demonstracji  czy  czegoś  nagannego.  To  się  odnosi  do  mojego
pochodzenia.

Komisarz  rozsiadł  się  wygodniej  w  fotelu  i  patrzył  na  nią  wyczekująco,  lecz  i  z  odrobiną  agresji.
Najwyraźniej przywykł, że z jej strony można się spodziewać różnych zachowań.

Wtrącił się Andre:

- To ja wywołałem całe to zamieszanie. Przyjechałem do Trondheim w poszukiwaniu krewnych i na
razie odnalazłem Mali, a także trafiłem na ślad jej młodszego brata lub siostry.

Muszę wiedzieć, kim są ich ojcowie.

- Rozumiem - oświadczył komisarz, lecz mina jego wskazywała, że rozumie raczej niewiele.

-  Matką  obojga  była  Petra  Olsdatter.  Wiedziałem  zresztą  o  tym  od  początku,  bo  wie  pan,  kiedy
przyszło na świat to martwe dziecko,  brat  albo  siostra  Mali,  była  przy  tym  moja  kuzynka  i  stąd  się
dowiedzieliśmy, że ono należało do naszej rodziny. Poznaliśmy to po pewnych cechach. I teraz jest
sprawą bardzo ważną, by ustalić, co się dzieje z innymi członkami rodu, jacy jeszcze żyją. Nie ma ich
zresztą wielu.

- Podział majątku?

-  No...  można  tak  powiedzieć.  Zresztą  do  Alvdalen  pojechaliśmy  właśnie  po  to,  by  odnaleźć
krewnych Petry.

- I znaleźliście ich?

- Owszem - potwierdził Andre krótko. - Ale zanim wyjechaliśmy, pani Nette Mikalsrud wysłała kilka
listów. Do ojców obojga dzieci.

Komisarz zmarszczył brwi.

-  Chwileczkę!  Przypominam  sobie  historię  tej  Petry  Olsdatter,  która  wiele  lat  temu  odebrała  sobie
życie na brzegu fiordu. To była twoja matka, Mali?

- Jasne. Wszyscy o tym wiedzą.

background image

-  Nie  byłbym  taki  pewny  -  powiedział  komisarz  z  przekąsem.  -  Przecież  dopiero  w  ostatnich
miesiącach stałaś się znana i... sławna.

- Tak. Bo przedtem byłam po prostu anonimowym dzieckiem z przytułku - odcięła się Mali.

Andre ciągnął dalej swoją opowieść:

158

- Jak powiedziałem, to moja kuzynka znalazła Petrę na brzegu, próbowała pomóc jej i dziecku. Tym
sposobem zostało odkryte podobieństwo dziecka do naszego rodu. W tej sprawie trudno się pomylić.

Komisarz spoglądał w okno.

- Niezwykle piękna dziewczyna. Miała na imię Tanja, jeśli pamiętam?

- Vanja. Zmarła wiele lat temu.

- Jaka szkoda - westchnął komisarz. - Dlaczego jednak szuka pan krewnych akurat teraz?

- Odnaleźliśmy właśnie pewne informacje w papierach, które zostały po Vanji. Wskazywały one na
Alvdalen.

- Ach, tak. No, ale na czym to stanęliśmy? Panna Mikalsrud wysłała listy do obu ojców.

Rozumiem, że mówicie państwo o ojcu zmarłego dziecka i o ojcu Mali?

- Właśnie.

- Ale co wspólnego z tą sprawą ma ojciec Mali? On nie jest waszym krewnym.

Teraz Nette zabrała głos.

-  Nie,  ale  wtedy  nie  wiedzieliśmy  jeszcze  nic  o  pochodzeniu  Petry.  Chciałam  więc  zapytać  tych
panów, czy może ona im coś o sobie opowiadała. To głupie z mojej strony, przyznaję, ale...

- Dobrze, a jak pani została włączona do sprawy?

Odpowiedział Andre:

- Ja zwróciłem się do panny Mikalsrud i ona okazała mi nieocenioną pomoc. Bez niej niewiele bym
zdziałał  (Nette  pokraśniała,  ale  w  sercu  poczuła  jakiś  nieokreślony  żal).  Dzięki  niej  odnalazłem
Mali. I...

- Ja także jestem z Ludzi Lodu - przerwała Mali z dumą. - Moja matka pochodziła z tej rodziny.

- Z Ludzi Lodu? - zapytał komisarz, przyglądając im się w zdumieniu.

background image

- Tak. Nasz ród tak się właśnie nazywa - rzekł Andre, jakby przepraszając, że mówi to dopiero teraz.

- Ludzie Lodu... Ludzie Lodu... ja już gdzieś słyszałem to nazwisko!

159

- Przez kilka stuleci ród mieszkał w Sor-Trondelag.

- O, no jasne! - zawołał olśniony. - Widziałem nazwisko w starych protokółach sądowych!

- To i tam się znajdujemy? - uśmiechnął się Andre krzywo.

- Pamiętam, była jakaś sprawa z człowiekiem, który was zdradził.

- Heming Zabójca Wójta?

- Tak się nazywał? Możliwe. I żandarmi wycięli wszystkich.

- Z wyjątkiem jednej małej rodziny. To właśnie byli moi przodkowie.

W oczach komisarza pojawił się wesoły błysk.

- Tam podobno były same wiedźmy i czarownicy, cała rodzina?

-  No,  nie  cała. Ale  powinien  pan  poznać  moją  matkę  -  powiedział Andre  z  uśmiechem.  -  Ona  ma
naprawdę niezwykłe talenty w wielu dziedzinach.

- Na szczęście w naszych czasach nie musi się już obawiać, że zostanie spalona na stosie.

A zatem, panno Mikalstud, co pani właściwie w tych listach napisała?

Nette zaczęła szperać w torebce.

- Zdaje mi się, że mam... Tak, mam brudnopis! Proszę bardzo!

Komisarz wziął podawany mu notesik i czytał głośno:

„Prowadzę  w  ramach  moich  zajęć  służbowych  ważną  pracę  nad  wyjaśnieniem  pochodzenia  Petry
Olsdatter i w związku z tym zwracam się do Pana z prośbą o łaskawą pomoc.

Sprawa rozpatrywana jest, rzecz jasna, z jak najdalej posuniętą dyskrecją, zajmuję się nią wyłącznie
ja. Mój klient nie zna żadnych szczegółów...”

Komisarz spojrzał pytająco na swoich gości i Nette pospieszyła z odpowiedzią.

- Andre... To znaczy, pan Brink, nie wiedział nic o tych listach, a ja uważałam, że adresatom wyda
się to bezpieczniejsze.

background image

-  Bezpieczniejsze?  -  mruknął  komisarz.  -  Dla  adresatów  rzeczywiście!  Ale  dla  pani  to  bomba  z
opóźnionym zapłonem, panno Mikalsrud!

- Tak, pan Brink powiedział to samo.

Komisarz czytał dalej:

160

„Interesowałoby  mnie  wszystko,  co  Petra  Olsdatter  mogła  Szanownemu  Panu  powiedzieć  o  swoim
pochodzeniu. Sprawa dotyczy mianowicie spadku...”

Dalej komisarz już tylko mamrotał pod nosem, pospiesznie przeleciał kilka wierszy, a potem znowu
podniósł głos:

„Korzystam  z  drogi  korespondencyjnej,  nie  chciałabym  bowiem  niepokoić  Pana  w  domu,  ani  w
biurze. Dyskrecja jest sprawą honoru.

W nadziei na szybką odpowiedź kreślę się z najwyższym szacunkiem. Antonette Mikalsrud.”

- To nie było zbyt mądre - oświadczył komisarz szczerze. - Pani po prostu aż się prosi, żeby zamknąć
pani usta na zawsze.

Nette wyglądała na tak skruszoną i zawstydzoną, że komisarz zrezygnował z dalszych wyrzutów.

- No, dobrze - powiedział znacznie łagodniejszym głosem. - Zrobiła pani bardzo wiele, że odnalazła
ojców obojga dzieci. Kim są ci bandyci?

Nette  starała  się  zachowywać  jak  rzeczowa,  konkretna  urzędniczka  magistracka,  jaką  przecież  do
niedawna była.

- Jeden z nich, ojciec martwego noworodka, był znany od początku. Drugi natomiast, ojciec Mali... O
nim  trudniej  mówić.  Dowiedziałam  się  prawdy  od  jednej  z  tych  niewielu  osób,  które  znają  jego
nazwisko.

Komisarz przysunął fotel do biurka i wziął pióro.

- Czy mogę usłyszeć te nazwiska?

- Ojcem noworodka był niejaki Egil Holmsen.

Komisarz zapisał.

- Tak, to słyszałem. Prawdopodobnie podczas dochodzenia w sprawie śmierci Petry. A drugi?

Nette wahała się.

background image

Mali pochyliła się w jej stronę.

- No! Ja też bym chciała usłyszeć.

Komisarz spojrzał na nią pospiesznie, a potem znowu na Nette.

161

- Ja nie wiem, czy... mogę to powiedzieć - rzekła Nette ledwie dosłyszalnie.

-  Ja  to  zrobię!  -  rzekł Andre.  -  I  tym  sposobem  panna  Mikalsrud  uniknie  posądzenia  o  rozsiewanie
plotek. Jego nazwisko brzmi: Theodor Brandstedt.

- Co? - jęknął komisarz i wypuścił pióro z ręki.

- Co takiego? - wrzasnęła Mali. - Ten przeklęty zadufek? On miałby być moim ojcem? Ten obleśny
stręczyciel!

- No, no - uspokajał ją komisarz, ale wszyscy widzieli, że tak naprawdę to się z nią zgadza. -

Brandstedt? - pytał z niedowierzaniem. - Nasz przyszły burmistrz? Nie mówi pan tego poważnie!

Nette wyglądała na zmartwioną, ale nie powiedziała nic.

Komisarz w zamyśleniu pocierał brodę.

- Tak, tak, ten pan cieszył się kiedyś opinią uwodziciela. Ale to było dawno, zanim jeszcze się ożenił
i zanim piękna żona nie przytarła mu rogów. Ale żeby z czternastoletnią dziewczynką? To przecież...
kryminał! To karalne! A poza tym on już wtedy był żonaty!

- Tytuł burmistrza ulatuje z wiatrem - rzekł Andre lakonicznie.

Komisarz skinął głową.

- To znaczy, że Egila Holmsena możemy sobie darować - powiedział.

- W zasadzie tak - potwierdził Andre. - Ale on też mógł się bać, by historia z Petrą nie dotarła do
uszu jego żony. Nie wiemy przecież, ile jej powiedział.

-  Hmm.  Mogę  go  wezwać  i  przesłuchać...  Ale  bardziej  prawdopodobne  wydaje  mi  się,  że  to
Brandstedt! Proszę pomyśleć, co by to było, gdyby jego żona się dowiedziała! No i tytuł

burmistrza... Rozpustnik...

Komisarz pogrążył się w nieprzyjemnych myślach.

-  Nie  chcę  mieć  ojca  mordercy  -  bąkała  Mali  na  pół  z  płaczem.  -  Diabli  z  nim,  niech  go  piekło
pochłonie, ale ja nie chcę mieć wrodzonych kryminalnych skłonności. To przeklęta stara świnia!

background image

Tym razem nikt jej nie upominał.

- Gdzie można spotkać tego Brandstedta? - zapytał komisarz z nieprzyjemnym grymasem na twarzy.

162

- Prawdopodobnie jest teraz w swoim biurze - powiedziała Nette.

Policjant westchnął.

-  Gdybym  tak  mógł  posłać  tam  kogoś  innego.  Ale  nie  ma  kogo...  Nasz  inspektor  grywa  z  nim  w
brydża... Nigdy nie pójdzie!

- A  nie  może  pan  wezwać  tutaj  tego  cholernego  łobuza?  -  zapytała  Mali,  która  już  nie  starała  się
powstrzymać łez. - Niechby się tu dowiedział, kim jest i co o nim myślimy!

- O, tak, ładnie bym wyglądał! A co będzie, jeśli on się okaże niewinny? Wtedy poznamy pewnego
policjanta, wyrzuconego z pracy. I pewną urzędniczkę magistracką pozbawioną środków do życia.

- Pan komisarz ma, niestety, rację - westchnęła Nette.

Policjant  wsparł  się  o  biurko  i  ciężko  podniósł  się  z  miejsca.  Jakby  na  jego  barkach  złożono
wszystkie troski świata.

- Chodźmy! Pójdziemy do ratusza, a po drodze zastanowimy się, co z tym robić. - Po chwili dodał z
nadzieją w głosie: - A może należałoby zacząć od Egila Holmsena?

Owa  nadzieja  zgasła  natychmiast,  gdy  tylko  weszli  do  wielkiego  hallu  w  budynku  administracji
miejskiej.  Powitał  ich  tam  wspomniany  Egil  z  twarzą  ponurą  jak  gradowa  chmura.  Gdy  ich  tylko
zobaczył, rzucił się ku Nette, wymachując jakimś listem.

- Aha,  w  końcu  się  pani  pokazała!  Czekam  tu  na  panią  każdziutkiego  dnia.  Czy  to  pani  wysłała  to
paskudztwo? A to, jak się domyślam, ten cały „klient”?

Łypnął groźnie w stronę Andre.

Wszyscy stali pośrodku hallu.

- To ja - oświadczyła Nette, starając się zachować surową minę, ale nietrudno było spostrzec, że cała
drży.

-  To  niech  się  pani  dowie,  że  nie  pozwolę  wysyłać  takich  listów  do  mojego  domu!  I  tak  miałem
szczęście, że nie wpadł w ręce żony. Nie o to chodzi, że to tajemnica, ona wie wszystko o Petrze. Ale
zmartwiłaby  się  tym  bardzo,  cierpiałaby,  a  ona  naprawdę  sobie  na  to  nie  zasłużyła!  -  Potem,  już
łagodniejszym tonem, zapytał Andre: - No i jak tam ze spadkiem?

To ja należę do rodziny?

background image

- Niestety - odparł Andre. - To Petra. Udało nam się wyjaśnić związki rodzinne.

Egil Holmsen znowu się rozsierdził.

163

- A  nie  mówiłem?  Wszędzie  podstęp  i  oszustwo!  To  do  czego  w  takim  razie  miał  służyć  ten  list?
Przeklęte snoby!

Z furią ruszył w stronę drzwi i nikt go nie zatrzymywał.

- Ten w każdym razie napastnikiem nie jest - stwierdził komisarz. - On gra w otwarte karty.

Zatem pozostawał jedynie Theodor Brandstedt. Komisarz jednak wciąż nie wiedział, jak sobie z nim
poradzić.

Minę miał niepewną; wszyscy współczuli mu szczerze. Naprawdę nie było czego zazdrościć.

164

ROZDZIAŁ XIII

Zakłopotani stali w hallu, nie mogąc się na nic zdecydować.

- Idziemy na górę, wszyscy czworo! - postanowił w końcu Andre.

Nette ogarnęły poważne wątpliwości.

- Trudno coś takiego nazwać dyskretnym działaniem.

-  E,  co  tam!  -  mruknął  komisarz,  który  za  nic  nie  chciał  zostać  sam  z  „wpływową  osobistością”.  -
Wszyscy  są  przecież  sprawą  żywotnie  zainteresowani.  W  końcu  lepiej  załatwić  to  tutaj,  niż
odwiedzać go w domu. Idziemy!

Ruszyli, dosłownie ciągnąc za sobą nogi, po wysokich schodach. Nikt nie wykazywał

entuzjazmu, a już najmniej Mali.

Brandstedt miał sekretarkę, u której należało zamówić audiencję.

- Owszem - skinęła łaskawie głową. - To będzie możliwe za jakieś dziesięć minut.

Czas oczekiwania upływał w kompletnej ciszy. W sekretariacie były tylko trzy miejsca do siedzenia,
więc Andre stał, oparty o ścianę.

Mnóstwo strasznych myśli kłębiło się w głowach oczekujących. Najchętniej uciekliby stąd.

Może najbardziej obciążone sumienie miał komisarz, który nie załatwiał tej delikatnej sprawy sam,

background image

lecz ciągnął za sobą gromadę cywilów, a w dodatku próbował się ukryć za ich plecami.

Ale komisarz bał się Brandstedta i nie był pod tym względem w Trondheim odosobniony.

Policjant zatęsknił nagle do domu, do swego wygodnego fotela i pysznego obiadu, przygotowanego
przez siostrę.

W końcu „wielki” ukazał się w drzwiach sekretariatu wraz z innym panem, którego protekcjonalnie
poklepywał  po  plecach.  Potem  zwrócił  się  ku  oczekującym  z  szerokim  uśmiechem  kandydata  na
burmistrza, który próbuje oczarować swoich przyszłych wyborców.

- Oho! - zawołał jowialnie. - A cóż to za zgromadzenie? Czym mogę państwu służyć?

Proszę, proszę do mojej małej dziupli.

Ta  jego  „mała  dziupla”  miała  rozmiary  sporej  sali  balowej.  Mali  przyglądała  mu  się  ponuro  spod
oka.  Był  to  w  dalszym  ciągu  bardzo  przystojny  mężczyzna  z  tym  szerokim  uśmiechem  i  dodającymi
mu urody szpakowatymi bokobrodami. Spod krzaczastych brwi spoglądały przenikliwe, piwne oczy.
Zadbany, dobrze ubrany, swobodny i pewien siebie. Człowiek sukcesu!

- Słucham zatem, o co chodzi?

165

Usiadł  za  ogromnym  biurkiem.  Komisarza  i  Nette  traktował  jak  swoich  podwładnych,  Mali,  którą
znał z różnych zajść ulicznych, kompletnie ignorował. Z takimi ludźmi nie zwykł był

mieć do czynienia. Jedynie Andre budził w nim niepewność, ale, choć dobrze ubrany i najwyraźniej z
lepszego środowiska, to przecież wyglądał zbyt młodo, żeby się z nim liczyć.

Pan Brandstedt uznał, że ma nad całym towarzystwem znaczną przewagę.

Komisarz niepewnie miął czapkę w dłoniach.

- Jest pewna taka nieprzyjemna sprawa, panie Brandstedt...

-  Tak?  Słucham.  Czy  któreś  z  państwa  znalazło  się  w  kłopotach?  Panna  Mali  Knudsen  pewnie,  jak
zwykle?

- Nie, to nie to... Panie Brandstedt, otrzymał pan list, prawda?

Człowiek za biurkiem zmarszczył brwi.

- Ja dostaję bardzo dużo listów.

- Tak, ale ten był poniekąd wyjątkowy. Obecna tu panna Mikalsrud zwróciła się do pana z pytaniem.

background image

Brwi zmarszczyły się ponownie. Mocno.

- Nie pamiętam. Cóż to za pytanie?

Komisarz głośno przełknął ślinę.

- W sprawie... Petry Olsdatter.

Policzki pana Brandstedta zrobiły się czerwone.

- Co takiego?

W jego głosie pobrzmiewała groźba. Lepiej mieć się na baczności!

Nette zebrała się na odwagę i wyjąkała:

-  Potrzebowaliśmy  informacji  na  temat  pochodzenia  Petry  Olsdatter,  musieliśmy  odtworzyć  jej
drzewo genealogiczne. Nie mieliśmy skąd ich wziąć i dlatego zwróciliśmy się do pana.

Mała żyłka na skroni pana Brandstedta zaczęła drgać nerwowo.

- A co ja miałbym wiedzieć o tej... Petrze Olsdatter?

Teraz wystąpił komisarz.

166

- No, przecież ona była kiedyś z panem związana. I ten związek miał wiadome następstwa.

Zaatakowany najpierw chciał protestować, ale potem uznał, że przewaga jest zbyt znaczna.

Wybuchnął więc gromkim śmiechem.

- Państwo wiedzą pewnie, jak to bywa w młodości. Człowiek może wdać się w to i owo...

- Nie był pan wtedy taki młody, panie Brandstedt. Skończył pan niedawno pięćdziesiąt lat, czyż nie?
A obecna tu Mali ma osiemnaście.

„Wielki  człowiek”  wyglądał  tak,  jak  by  mu  plasterek  cytryny  utkwił  w  gardle.  Sztywny  z  wrażenia
patrzył na dziewczynę.

-  Mali?  Mali  Knudsen?  No,  wiecie,  państwo!  Próbujecie  mi  wmówić,  że...  nie,  to  naprawdę
przesada! Ja miałbym się przyznawać do takiej dziadówki?

-  Dokładnie  to  samo  powiedziałam  przed  chwilą  o  tobie,  ty  przeklęty  staruchu!  -  syknęła  Mali
urażona do żywego. - Nie życzę sobie mieć za ojca uwodziciela dzieci i mordercy. Nie chcę mieć z
tobą do czynienia i tylko tyle chciałam ci powiedzieć! Przez całe życie marzyłam o ojcu myślałam, że
on umarł, ale że był wspaniałym człowiekiem! A ty jesteś po prostu starą świnią!

background image

Zaczęli  się  poważnie  obawiać,  czy  Theodor  Brandstedt  nie  dostanie  apopleksji.  Zrobił  się
purpurowosiny.

-  No,  dość!  Wystarczy!  -  wykrztusił.  -  Więcej  nie  zamierzam  znosić.  Morderca?  I  kogóż  to
zamordowałem jeśli wolno zapytać?

-  Panna  Mali  może  trochę  przesadziła  -  zaczął  komisarz  niepewnie.  -  Ale  jest  faktem,  że  panna
Mikalsrud została napadnięta z powodu tych listów.

- Listów?

- Tak, bo był jeszcze jeden. Do innego kochanka Petry, z którym także miała dziecko, pięć lat później.

- No, to z pewnością był on!

- Nie, on pokazał nam list z własnej inicjatywy. Nieprzymuszony.

- Ale ja nie dostałem żadnego listu! Nie takiego tu nie przyszło.

-  Wysłałam  go  pod  prywatny  adres  -  szepnęła  Nette,  przestraszona.  -  Uważałam,  że  tak  będzie
bardziej dyskretnie.

Urzędnik przypominał rozjuszonego byka.

167

-  Cała  ta  sprawa  została  załatwiona  w  tak  nieporadny  i  głupi  sposób,  że  powinna  sobie  pani
poszukać  innej  pracy,  panno  Mikalsrud.  I  to  natychmiast!  Dlaczego,  na  Boga,  miałbym  chcieć
zamordować kogoś z powodu jakiejś młodzieńczej historii miłosnej?

Komisarz rzekł spokojnie:

- Miał pan wtedy blisko trzydzieści lat, panie Brandstedt. A Petra Olsdatter zaledwie czternaście.

Twarz tamtego zmieniała zabarwienie, od purpurowego po trupio blady, niczym u kobiety dręczonej
dolegliwościami wieku przejściowego. Nagle drzwi się otworzyły i do pokoju dosłownie wpłynęła
bardzo elegancka dama, tłumacząc coś przez ramię przestraszonej sekretarce.

- To nic takiego, proszę pani. Chcę tylko zamienić dwa słowa z moim mężem. Muszę go poprosić o
trochę pieniędzy, rozumie pani!

Pani ze śmiechem zwróciła się do męża:

- Theodorze, byłam właśnie w mieście i zobaczyłam naprawdę cudowne...

Zamilkła i patrzyła na zgromadzonych w gabinecie obcych. Przenosiła wzrok z komisarza na Nette,
potem na Andre i Mali, i znowu na Nette.

background image

Jej reakcja była zdumiewająca. Jęknęła przeciągle i oparła się o biurko, jakby się bała, że zemdleje,
ale jakoś udało jej się opanować.

- Nie wiedziałam, że masz gości - Powiedziała.

Mąż rzucił się, by ją wesprzeć, z drugiej strony podbiegł Andre, lecz pani odsunęła obu.

- To tylko lekki zawrót głowy - wyjaśniła z udaną swobodą. - Theodorze, wrócę później, kiedy już
skończysz z tymi...

Ostatnie słowo zamarło jej na wargach, z najwyższym trudem odwróciła się, żeby wyjść.

Ręką wciąż opierała się o biurko.

- Nie, nie, proszę zaczekać, pani Brandstedt - poprosił komisarz spokojnie. - Miałbym do pani jedno
pytanie.

- Pytanie? Do mojej żony? - zdziwił się Brandstedt, a wszyscy widzieli, jak bardzo się przestraszył,
że żona może poznać jego małą „aferę” z Petrą Olsdatter.

-  Tak.  Do  pańskiej  żony  -  potwierdził  komisarz  tym  samym  spokojnym,  lecz  nie  wróżącym  nic
dobrego tonem. - Bo pan stanowczo zaprzecza, panie Brandstedt, by dostał jakikolwiek list od panny
Mikalsrud?

168

- Mogę przysiąc.

- A list był adresowany do domu. Proszę mi powiedzieć, czy u państwa czyta się cudze listy?

- Oczywiście, że nie! - oświadczyła pani Brandstedt urażona, gdy tymczasem jej mąż zaczął

z nieco innej beczki:

- My nie mamy przed sobą żadnych tajemnic...

Przerwał speszony.

Spoglądał pytająco na żonę, jakby zrodziły się w nim podejrzenia.

Komisarz powiedział chłodno:

-  Otwieranie  cudzych  listów  może  niekiedy  być  karalne,  pani  Brandstedt.  W  każdych  jednak
okolicznościach jest to niegodny i podły postępek.

Pani drgnęła na słowo „podły” jak ukąszona.

- Ależ, Arna! - zaczął Brandstedt.

background image

- Zamilcz! - ucięła ostro. - Nie masz najmniejszego prawa mnie upominać. Chciałam ratować ciebie.

-  I  siebie,  pani  Brandstedt  -  dodał  komisarz.  -  Zabieram  oboje  państwa  na  komisariat.  Jedno
oskarżam o usiłowanie morderstwa, a drugie o niemoralny postępek wobec nieletniej.

Spoza głośnych protestów obojga dał się słyszeć głos Mali:

- No, Bogu dzięki, że przynajmniej nie jestem córką mordercy. Tylko łobuza. Chociaż to prawie na
jedno wychodzi.

Rozwścieczona podbiegła do Brandstedta i z całej siły kopnęła go w łydkę.

- To za moją matkę! - syknęła i ruszyła ku wyjściu, a z oczu strumieniem popłynęły jej łzy.

Brandstedt z jękiem skakał na jednej nodze.

Andre i Nette poszli za Mali.

W mieście wybuchł, rzecz jasna, straszliwy skandal. Ludzie łapczywie rzucali się każdego ranka na
gazety,  które  rozpisywały  się  o  sprawie  szeroko.  Bo  tak  to  już  jest,  że  jeśli  się  komuś  bogatszemu,
odnoszącemu większe niż my sukcesy, powinie noga, odczuwamy szczery triumf.

Andre pozwolił sobie na telefon do domu.

169

- Witaj, mamo! - wołał w słuchawkę do Benedikte. - Zadanie wypełnione!

Musiał mówić bardzo głośno, bo zdawało się, jakby gdzieś na linii dudnił ogromny wodospad.

- No i jak ci poszło? - słyszał z bardzo daleka głos matki.

- W porządku! To był Christer Grip. I... mamo, czy ja mogę przywieźć ze sobą potomka...?

- Wyjaśnij to dokładniej!

- Ona jest ostatnia z linii Christera. Nie ma gdzie mieszkać, nie ma rodziny, nic!

- Ile ma lat?

- Osiemnaście.

- Aha - powiedziała Benedikte.

Andre usiłował się oburzyć.

-  Tu  nie  ma  żadnego  „aha”,  mamo. Ale  bardzo  się  ze  sobą  zaprzyjaźniliśmy.  Czy  ona  może  do  nas
przyjechać? Ona jest bardzo rasowa.

background image

Nie  umiałby  powiedzieć,  dlaczego  wyraził  się  akurat  tak.  Na  ogół  przecież  nikt  nie  używa  takich
słów, kiedy mowa o młodych damach. To chyba ostatnie, co przyjść może na myśl.

Mali  była  jednak  inna  niż  zazwyczaj  młode  damy  bywają.  Była,  delikatnie  mówiąc,  trochę
nieogładzona.

- Tak, oczywiście - zgodziła się Benedikte. - Miejsca mamy przecież dość.

- Wspaniale! Bardzo dziękuję! I... mamo, ja musiałem pożyczyć pewną sumę pieniędzy. Na podróż do
Alvdalen.

- To i tam dotarłeś? A duży jest ten dług?

Andre wymienił sumę i opowiedział matce o Nette, która tak bardzo mu pomogła.

-  O  wszystkim  opowiem  dokładniej  w  domu  -  krzyczał  w  słuchawkę.  -  Teraz  to  wszystko  tonie  w
wodospadzie.

- W wodospadzie?

- W telefonie, chciałem powiedzieć. Pozdrów wszystkich! Za kilka dni będziemy w domu, Mali i ja.

170

Odłożył słuchawkę z uśmiechem zadowolenia. Jak dobrze usłyszeć znowu głos matki!

Zdawało  mu  się,  jakby  ją  po  raz  ostatni  widział  strasznie  dawno  temu.  A  tak  naprawdę  minęło
zaledwie kilka dni.

Dziwne! Tyle się wydarzyło w tym czasie!

Ostatnie  doby  w  Trondheim  Mali  spędziła  w  tym  samym  hotelu  co Andre.  Wiadomość,  że  została
zaproszona do Lipowej Alei, przyjęła z umiarkowaną radością. Bo człowiek na ogół

nie  czuje  się  zbyt  pewnie,  kiedy  ma  zamieszkać  w  obcym  miejscu,  u  obcych  ludzi.  Andre
przekonywał ją jednak, że wszystko ułoży się znakomicie. A poza tym Mali ma przecież jego, Andre,
którego zdążyła dobrze poznać.

Tak, oczywiście, ale... Uśmiech Mali był trochę niepewny.

- Co takiego, Mali? Czy coś cię trapi?

Ostatniego popołudnia w Trondheim stali przy samochodzie i Mali czubkiem buta wierciła dołek w
ziemi; mieli zamiar wyjechać następnego dnia wcześnie rano. Mali uparcie wpatrywała się w swój
but.

- Ja... Chciałabym zobaczyć grób Petry Olsdatter. Zanim wyjadę z Trondheim.

background image

-  Ależ  oczywiście!  -  zgodził  się  Andre  wzruszony.  -  Zatem  będziemy  musieli  pójść  do  Nette  i
dowiedzieć się, gdzie ten grób jest.

Gdy  weszli  do  biura,  zastali  tam  komisarza,  przyszedł  po  jakieś  informacje  w  sprawie  żony
Brandstedta. Nette na ich widok rozpromieniła się niczym słoneczko.

Ale grób? Oj, to nie będzie łatwe. Petra nie miała żadnych bliskich krewnych, pytanie więc, czy w
ogóle jej grób jeszcze istnieje.

- Ja jestem bliską krewną - oświadczyła Mali stanowczo. - I znajdziesz ten grób, Nette, nawet gdyby
to miała być ostatnia rzecz, jaką w życiu zrobisz!

- Brzmi to naprawdę groźnie - uśmiechnęła się Nette.

-  Ale  poczekajcie  tutaj,  pójdę  i  popytam  wśród  pracowników  magistratu.  Ktoś  się  przecież  musi
zajmować cmentarzami i tym podobnie.

Nie pojęli, co miałoby znaczyć to „i tym podobnie”, ale to w końcu nieistotne.

-  A  zatem  opuszcza  pan  Trondheim,  panie  Brink?  -  zapytał  komisarz.  -  No,  tak,  tak,  można
powiedzieć, że wywołuje pan wysokie fale wokół siebie!

- O, trzeba było widzieć, jakie fale wywołaliśmy w szwedzkich lasach!

171

- Chyba nie będę się specjalnie dowiadywał - odparł komisarz nie bez złośliwości.

Nette  wróciła  i  wyjaśniła,  gdzie  spoczywa  Petra.  Dała  im  też  plan  cmentarza  i  adres  kobiety,
opiekującej się grobami.

Andre stał przez chwilę w milczeniu.

- A więc tak, Nette - rzekł wolno. - Wyjeżdżamy jutro o świcie, więc dziś musimy wcześnie iść spać.
Zatem... chyba musimy się pożegnać już teraz.

Nette spuściła wzrok. Nagle nie była w stanie powiedzieć ani słowa.

Andre uśmiechał się.

-  W  co  ja  was  wciągnąłem,  moje  panie!  Jedna  o  mało  nie  została  zamordowana,  a  drugiej  o  mało
jakiś upiór nie utopił w błotnistej mazi! Co wy sobie o mnie pomyślicie?

Wtedy Nette spojrzała na niego i z przerażeniem zobaczył, że biedaczka ma w oczach łzy.

Podszedł do niej i objął serdecznie. Przez dłuższą chwilę nie byli w stanie powiedzieć ani słowa.

background image

A potem Andre z twarzą przytuloną do jej ramienia wyszeptał:

-  Jesteś  najlepszym  przyjacielem,  jakiego  kiedykolwiek  miałem!  Dbaj  o  siebie,  Nette,  najlepiej  jak
potrafisz. A pieniądze otrzymasz natychmiast, jak tylko wrócę do domu.

Nie obchodzą mnie pieniądze! chciała wykrzyknąć. Ale nie powiedziała nic.

- Będę pisał - obiecał.

Nie, nie, nie rób tego! Nie rozdrapuj starych ran! Pozwól mi uporać się jakoś ze smutkiem, jaki po
sobie zostawiasz!

- I bardzo cię proszę, żebyś i ty pisała - mówił dalej Andre, wypuszczając Nette z objęć. -

Chcę wiedzieć, jak ci się powodzi. Obiecujesz?

- Tak - szepnęła cichutko, prawie niedosłyszalnie.

Mali  także  uściskała  ją  serdecznie,  gwałtownie,  jak  to  ona,  i  podziękowała  za  wszystkie  piękne
chwile, które razem przeżyły.

W końcu wyszli.

Nette westchnęła głęboko i powróciła do komisarza.

- O co to pan pytał?

172

Mali  chciała  pójść  prosto  na  cmentarz,  zatem  Andre  wszedł  do  kwiaciarni,  kupił  duży  bukiet
kwiatów i wazon.

Długo błądzili wśród grobów, Mali z planem w ręku, i szukali.

- To musi być gdzieś tutaj - mówił Andre, próbując spoglądać na plan przez jej ramię.

- Tak. Z planu wygląda, że...

Czytali  nagrobne  napisy.  Pomiędzy  dwoma  grobami  znajdował  się  pas  ziemi  zarośniętej  trawą  i
chwastami.

- To tutaj - szepnęła Mali żałośnie. - I nic nie ma. Ani kamienia, ani kwiatka, nic. Samotna w życiu,
zapomniana po śmierci...

Andre poczuł ucisk w gardle.

- Jeśli chcesz, możemy zamówić dla niej nagrobek.

background image

Odwróciła się ku niemu gwałtownie.

- Och, dziękuję ci, oczywiście, że chcę! Ja sama nie mam pieniędzy, ale oddam ci, wszystko, co do
grosika, w przyszłości.

Skinął  głową  i  wziął  wazon,  żeby  przynieść  wody  do  kwiatów.  Kiedy  wrócił,  Mali  wciąż
wpatrywała się w grób.

Nieobecna myślami wzięła wazon i ułożyła kwiaty. Andre tymczasem wygrzebał niewielki dołek, w
którym ustawili bukiet.

Wstali.  Dla Andre  było  czymś  całkiem  nowym  widzieć  tę  niepokorną  dziewczynę  w  takim  stanie.
Słyszał jej ciche słowa:

-  Dziękuję  ci,  mamo!  Dziękuję,  że  dałaś  mi  życie!  Nie  żyłaś  na  próżno.  Ja  będę  walczyć  dalej,
obiecuję  ci.  Ja  oddam,  oddam  im  tak,  że  popamiętają,  ci  panowie  stworzenia!  -  Nie  odwracając
głowy, z plecami wciąż dumnie wyprostowanymi, powiedziała do Andre: - Wiem, co powinno być
napisane na nagrobku: „Tu spoczywa Petra, Olsdatter z Ludzi Lodu”

- Świetnie, Mali - pochwalił Andre. - „Kobieta na brzegu” otrzyma to, co jej się należy.

Nazwisko i tożsamość.

Nadszedł  wieczór.  Nette  wróciła  do  swego  pustego  mieszkania.  Usiadła  na  krawędzi  łóżka  i  ręce
splotła  na  podołku.  Na  drzwiach  szafy  w  dalszym  ciągu  wisiała  piękna  suknia.  Jak  szyderstwo,
myślała Nette.

173

Będzie  pisał,  tak  powiedział...  Ja  nie  chcę,  żebyś  pisał,  ale  wiem,  że  będę  czekać  na  twoje  listy
każdego dnia, o każdej godzinie. I każdego dnia, kiedy list nie przyjdzie, umrze jakaś cząstka mnie.

Wstała i zdjęła suknię. Ze smutkiem gładziła miękką tkaninę. Tyle radości... Ten cudowny wieczór.
Jak wspaniale im się ze sobą rozmawiało! Jego najlepszy przyjaciel, tak powiedział.

Ona jest jego najlepszym przyjacielem.

Drzazga  u  dołu  sukni.  Plamy  na  spódnicy.  Suknia  symbolizowała  też  w  jakiś  sposób  ten  brutalny
napad, i cały ból, fizyczny i psychiczny, który się z tym wiązał. Człowiek, który jej nie lubił. Który
nienawidził jej tak bardzo, że chciał ją uśmiercić...

-  A  któż  pragnie,  żebym  żyła?  -  zapytała  bezbarwnym  głosem,  który  zabrzmiał  głucho  w  pustym
pokoju.

Choć Nette zawsze bardzo dbała o porządek, tym razem wzięła suknię i nie zważając na rozdarcia ani
na plamy, powiesiła ją w szafie.

background image

Niech sobie wisi. Nigdy więcej nie będzie potrzebna.

Zamyślona wyjęła z szuflady lorgnon i położyła na stole, żeby jutro nie zapomnieć. Szkła nie dodają
jej urody, ale obywanie się bez nich jest bardzo niepraktyczne.

Wieczorna modlitwa Nette tego dnia była inna niż zazwyczaj:

- Boże - szeptała w ciemności z rękami złożonymi tak jak zawsze od czasów dzieciństwa. -

Boże, pomóż mi przeżyć! Pomóż mi powrócić do mojej dawnej... pustki!

Tydzień później Nette odwiedziła lekarza. Tego samego, który ją badał po napadzie.

- Ja... bardzo źle sypiam - skarżyła się. - Czy mogłabym dostać jakieś proszki?

Doktor przyjrzał się jej zaczerwienionym oczom, sinym podkówkom pod oczami.

-  Widzę  -  powiedział.  -  To  oczywiście  następstwa  napadu.  Myślę,  że  powinna  pani  zażywać  coś
uspokajającego, panno Mikalsrud. Tylko lekarstwo, jakie pani zapisuję, jest dość silne, proszę brać
jeden proszek wieczorem! Nie więcej!

Nette  kiwała  głową.  Serce  biło  jej  niespokojnie.  Dobrze,  że  będzie  miała  to  lekarstwo,  w  każdej
chwili może je zażyć.

174

ROZDZIAŁ XIV

Andre i Mali zbliżali się do kresu podróży. Wszystko układało się znakomicie, jeśli nie liczyć kilku
kontrowersji,  bo  Mali,  oczywiście,  często  wygłaszała  własne  poglądy  i  narzucała  je  stanowczo,
momentami nawet dość agresywnie.

Teraz głowę miała pełną planów na przyszłość.

- Christiania! Jakież możliwości, Andre! Będę mogła spotkać te naprawdę wielkie emancypantki...

- A cóż to znowu za słowa? - drażnił się z nią Andre.

- Co chcesz? Jak miałyby się, twoim zdaniem, nazywać?

- Dlaczego nie bojowniczki o prawa kobiet?

- Myślisz, że tak jest krócej? - złościła się. - To mogę tak mówić.

- Więc nie straciłaś zapału do walki?

- Nie mogę zdradzić Sprawy tylko dlatego, że spotkałam jednego przyzwoitego mężczyznę.

background image

- Bardzo ci dziękuję.

-  Miałam  na  myśli  naszego  komisarza  -  chichotała  Mali  złośliwie  i  oboje  zaczęli  się  popychać  i
boksować. Mało brakowało, a wjechaliby do rowu.

- Tym wszystkim zawziętym babom na ogół trudno znaleźć męża - oświadczył Andre, gdy się znowu
uspokoili.

- Phi! - Mali wydęła wargi. - A ty myślisz, że to jedyne i największe marzenie wszystkich dziewcząt.
Wy, mężczyźni, jesteście tacy zarozumiali, że aż mdli! - Po chwili dodała poważnie: - Ale ja myślę,
że nigdy za mąż nie wyjdę.

- Tak tylko mówisz. Ale co będzie, jeśli nagle doznasz olśnienia!

-  Olśnienia  tobą?  Nie,  nie,  żadnych  olśnień!  Widziałam  zbyt  wiele  podłości  i  cierpień  w
małżeństwach, żeby samej próbować. Ja mam niesłychanie wysokie wymagania.

- Ja także - powiedział Andre. - Małżeństwo powinno być prawdziwym związkiem, w przeciwnym
razie lepiej machnąć na to ręką. Wierność jest, moim zdaniem, najważniejsza.

Czy zatem myślisz o związkach bez ślubu?

Podskoczyła oburzona.

175

- O, nie, nie, na miłość poczekam do czasu, gdy wyjdę za mąż!

- Tylko że dwie sekundy temu oświadczyłaś, iż absolutnie zamierzasz dokonać życia jako stara panna,
nie pamiętasz?

Uświadomiła sobie niekonsekwencję i ze złością szturchnęła go w kark.

- Wolałbym nie mieć w samochodzie wojowniczo usposobionej amazonki! - zawołał. - Cały będę w
siniakach.

- Phi! - wydęła usta Mali, a on, nie wiadomo dlaczego, uznał to za przeprosiny.

- No dobrze - rzekł Andre. - W takim razie nie ma sensu cię uwodzić, prawda?

- To jest pytanie niegodne ciebie - burknęła.

- Masz rację, wycofuję je.

Mali patrzyła na niego spod oka. Czy naprawdę chciała, żeby się wycofał?

Ze złością odsunęła się ku drzwiom samochodu.

background image

- Ech, życie moje - westchnęła ciężko.

Nette  otrzymała  pocztę.  Pieniądze,  które Andre  i  Mali  od  niej  pożyczyli,  a  do  tego  niezwykle  miły
list.

Najdroższa Przyjaciółko!

Serdeczne dzięki za wszystko, co razem przeżyliśmy! To naprawdę coś wspaniałego poznać takiego
człowieka  jak  Ty,  Nette.  Oto  Twoje  pieniądze,  bardzo  dziękuję  za  pożyczkę,  mam  nadzieję,  że  nie
musiałaś czekać zbyt długo na zwrot.

Mali pozdrawia Cię z całego serca. Wygląda na to, że dobrze się czuje w naszym domu.

Próbujemy  tu  delikatnie,  lecz  stanowczo,  trochę  spiłować  kanty  jej  charakteru,  ale  i  tak  większość
czaru  spędza  na  kłótniach  z  moim  dziesięcioletnim  kuzynem  Vetle.  Oboje  są  tak  samo  uparci  i
nieustępliwi. Sprawiają wrażenie równolatków.

Ja ze swej strony odkryłem, że naprawdę lubię Mali, Nette. I może nawet moje uczucia dla niej są
silniejsze,  niż  się  spodziewałem.  Tobie,  mojej  prawdziwej  przyjaciółce,  mogę  się  zwierzyć.  Od
początku  przecież  rozmawiało  nam  się  tak  dobrze.  Znakomicie  rozumiesz  sprawy,  o  których  innym
ludziom  nawet  bym  się  nie  odważył  wspomnieć.  Oczywiście  Mali  też  nie  mówię  o  tym,  jak  to
naprawdę ze mną jest, jaka stała mi się bliska, bo chcę najpierw być pewien, że jej to do mnie nie
zrazi. A Mali, jak to Mali, przeważnie prawi mi złośliwości, zaczepia i wymyśla mi niekiedy grubym
słowem, kiedy sprawy nie idą po jej myśli i oskarża mnie, ponieważ jestem mężczyzną!

176

Czy on nie zauważył, jak Mali jest nim zainteresowana? zastanawiała się Nette czując, że węzeł w
gardle zaciska się coraz bardziej. Ból i uczucie pustki w piersi także się potęgowały.

Dlaczego on jej o tym wszystkim pisze? Dlaczego jej się zwierza? Czy on niczego nie rozumie?

Chyba Mali ma rację: Mężczyźni nie pojmują nic a nic.

Obojętnie,  z  ponurą  miną  przekładała  stos  banknotów,  które  przyniósł  listonosz.  Dla  niej  równie
dobrze mogły to być kawałki gazetowego papieru.

Bała się, że ból w piersi zadławi ją albo rozerwie na kawałki. Powoli, powłócząc nogami, podeszła
do lustra.

Jak  ja  wyglądam,  pomyślała.  Przecież  ja  jestem  stara!  Wszystkie  czterdzieści  pięć  moich  lat  mam
wypisane na twarzy, w rysach, w mimice, we włosach, w postawie. A oprawa oczu?

Boże  święty!  Nic  dziwnego,  że  panna  Sylvestersen  komentowała  to  akurat  dzisiaj!  Dawała  do
zrozumienia, że cierpię z powodu zawiedzionej miłości... „Pilnuj, szewcze, kopyta” -

powiedziała.  Co  za  złośliwość!  Czy  ona  myśli,  że  ja  naprawdę  pragnę  tego,  co  przecież  jest

background image

absolutnie niemożliwe?

Wzięła ponownie list ze stołu i czytała dalej:

Przeprowadziliśmy,  rzecz  jasna,  gruntowne  poszukiwania  kogoś  o  nazwisku  Skogsrud,  ale  to
beznadziejna  sprawa.  Wszystko  co  wiemy,  to  że  pewien  Knut  Skogsrud  czterdzieści  dwa  lata  temu
przybył  do  Christianii  lub  w  jej  okolice.  Przestudiowaliśmy  wszystkie  księgi  parafialne,  bez
rezultatu.  Może  był  jakimś  wędrownym  kupcem  albo  miał  inne  powody,  by  się  nigdzie  nie
rejestrować. Ale... po prostu trzeba szukać dalej.

List kończył się mnóstwem przyjaznych słów pod jej adresem i prośbą o rychłą odpowiedź.

No, tak, będzie musiała przynajmniej potwierdzić, że otrzymała pieniądze.

Usiadła zaraz, by napisać serdeczną odpowiedź. Jest przecież jego najlepszą przyjaciółką.

Najlepsza  przyjaciółka!  To  bardzo  piękne,  to  naprawdę  wielka  pociecha,  pomyśleć,  że  wybrał
właśnie mnie na najlepszego przyjaciela, to przecież...

Nie!

Odłożyła pióro. W tej chwili nie była w stanie pisać, czuła, że nie potrafi napisać imienia Mali.

To było bardzo nieprzyjemne odkrycie, dziewczyna nic przecież nie jest temu winna, że ona też lubi
Andre,  to  odczuwali  z  pewnością  wszyscy,  którzy  zetknęli  się  z  nim  bliżej,  a  właśnie  Mali  miała
wszelkie  prawo  zdobyć  jego  wzajemność.  Nette  natomiast  takiego  prawa  nie  miała,  mogła  się  co
najwyżej ośmieszyć!

177

Stanęła przy oknie i rękami uciskała żołądek, próbowała stłumić płacz, ale łzy płynęły znowu tak jak
każdego dnia, odkąd on odjechał.

Zmęczenie  niczym  ciężkie  okrycie  przygniatało  jej  barki.  Podeszła  do  nocnego  stolika  i  wysunęła
szufladkę. Wyjęła pudełeczko z tabletkami i ułożyła białe krążki w długim szeregu na blacie stolika.

W nocy?

Czy ma się to stać dziś w nocy?

Nie,  jutro  będę  potrzebna  starej  matce  Hanzynie.  Muszę  wesprzeć  ją  w  walce  z  nieprzejednanymi
biurokratami. Trzeba poczekać na taki dzień, kiedy będę całkiem wolna.

O Boże, Ty, który kierujesz ludzkimi uczuciami, dlaczego mi to zrobiłeś? Czyż nie mogłeś pamiętać,
że  mam  czterdzieści  pięć  lat,  a  on  jest  zaledwie  młodym  chłopcem?  Za  co  chciałeś  mnie  ukarać  tą
udręką?

background image

Nie chcę tego uczucia! Nie prosiłam Cię o nie! Na co komu taka miłość, niemożliwa do spełnienia,
śmieszna miłość, z której cały świat by szydził, gdyby się o niej dowiedział?

Nie mogę znieść już więcej!

Następnego  dnia  załatwiła  wszystko  dla  matki  Hanzyny.  Pracowała  rutynowo,  z  życzliwością  dla
ludzi,  lecz  całkowicie  nieobecna  duchem.  Ból  w  sercu  był  bardziej  dokuczliwy  niż  kiedykolwiek
przedtem.

Czy nigdy nie będzie temu końca?

Nie, wiedziała, że nieprędko. Ten, kto raz znalazł się w kręgu magicznego czaru Andre Brinka, nigdy
się z tego nie otrząśnie. To było z pewnością też i jego przekleństwo, że wciąż musiał innych w ten
sposób  ranić.  Tylko  że  to  nie  jego  wina.  On  nie  marzył  po  nocach,  by  panna Antonette  Mikalsrud
zapałała do niego takim afektem. I nie może się o tym nigdy dowiedzieć!

Tej nocy śnił jej się Imre. Widziała jego mieniące się oczy. „Nie zapomnieliśmy o tobie” -

powiedział. - „Wszystko będzie dobrze”.

W  drodze  z  pracy  do  domu  spotkała  komisarza,  który  tak  bardzo  im  pomógł.  Zdarzało  się  już  i
wcześniej, że spotykali się na ulicy, wymieniali wtedy pozdrowienia, czasem kilka słów o pogodzie.

Dzisiaj komisarz ją zatrzymał.

- Panno Mikalsrud, wiele rozmyślałem o podróży państwa do Szwecji. Właściwie co się tam takiego
wydarzyło?

178

Nette zwlekała z odpowiedzią.

- O, naprawdę bardzo wiele. Wiele niepojętego.

-  Mój  raport  byłby  niepełny  bez  opisu  tej  podróży  -  powiedział.  Sprawiał  wrażenie,  jakby  nie
najlepiej się czuł sam z sobą. - Czy pani... nie zechciałaby mi o tym opowiedzieć?

- Eeeech... to... wie pan... No dobrze, mogę to oczywiście zrobić. Ale, jak powiedziałam, to wszystko
brzmi jak baśń.

- Jakoś to zniosę. Czy mogłaby mi to pani opowiedzieć teraz?

- Tutaj? Na ulicy?

- Nie, nie. Ale jeśli pani jeszcze nie jadła obiadu, to moglibyśmy pójść tutaj, do takiej jednej knajpki,
w której czasem bywam, i zjeść co nieco. Ja zapraszam, rzecz jasna!

background image

Cóż było robić.

- Dobrze, dziękuję.

Restauracja  prezentowała  się  znacznie  skromniej  niż  tamta  w  hotelu,  w  której  Nette  jadła  obiad  z
Andre.  Początkowo  czuła  się  trochę  dziwnie  w  otoczeniu  gromady  piwoszów,  wkrótce  jednak
stwierdziła, że zachowują się nienagannie. Jedzenie natomiast było smaczne i obfite. Takie, o jakim
się mówi: domowe. Naprawdę trudno się uskarżać.

Komisarz zaproponował szklankę piwa, ale odmówiła. Czysta woda wystarczy.

Kiedy zaczęła opowiadać, wyjął zeszyt i notował.

- To dla potrzeb raportu - wyjaśnił.

Wkrótce jednak zapomniał o raporcie i słuchał, nie dowierzając, z na wpół otwartymi ustami.

Czy panna Mikalsrud robi sobie z niego żarty? Nie, nic na to nie wskazywało.

Trzeba panu wiedzieć, Alfredzie (zwracali się do siebie po imieniu, choć „ty” jeszcze nie mówili, to
by było zbyt poufałe), że to są Ludzie Lodu. Ten ród przeżywa sprawy, o których inni nie mają nawet
pojęcia. To najbardziej zdumiewające zjawisko, jakie w życiu widziałam.

-  „Same  wiedźmy  i  czarownicy”  -  przypomniał  Alfred  w  zamyśleniu.  -  Młody  pan  Brink  też
wspominał, że jego matka ma trochę... czarodziejskich umiejętności.

Na dźwięk imienia Andre znowu ten przeklęty ból przeszył serce Nette. Miała tylko nadzieję, że nie
można było tego po niej poznać, ale uczucie było tak przejmujące, że aż się skurczyła.

179

-  Wierzę  w  to,  co  pani  mówi,  Nette  -  rzekł Alfred.  -  Pani  by  przecież  nie  przyszło  do  głowy  kpić
sobie z policjanta.

- Absolutnie nie - rzekła urażona. A potem opowiadała dalej. Alfred od dawna już nic nie notował.
Nette  odnosiła  wrażenie,  że  raport  ma  dla  niego  mniejsze  znaczenie.  A  może  po  prostu  nie  miał
odwagi utrwalać na piśmie tej opowieści o dziewicach i pannach wodnych?

Dawno już się najedli, stół został uprzątnięty, a oni wciąż rozmawiali, teraz o własnych sprawach.
Alfred  mówił,  że  jest  wdowcem.  Dom  prowadzi  mu  siostra,  która  mieszka  niedaleko.  Ma  dwoje
dorosłych dzieci i wnuki, o których opowiadał przez całe dwadzieścia minut. Po śmierci żony, która
zmarła przed rokiem, wszystkie swoje zainteresowania przeniósł na pracę.

Nette  nie  miała  aż  tak  wiele  do  powiedzenia.  Starannie  unikała  mówienia  o  ostatnim  okresie,  bo
ryzykowała, że znowu się rozpłacze. Największe wydarzenia w jej życiu to była tragiczna choroba i
śmierć  matki,  w  pracy  zaś  awans  na  odpowiedzialne  stanowisko  w  magistracie  po  tym,  gdy  rząd
podjął decyzję, by także kobiety miały dostęp do ważnych służb państwowych.

background image

Nie  do  wszystkich,  oczywiście,  ale  jednak.  Sprawy  wojskowe,  kościelne,  a  także  stanowiska
ministerialne  nadal  pozostawały  zarezerwowane  wyłącznie  dla  mężczyzn.  Ten  postęp  kobiety
zawdzięczały  w  dużej  mierze  pochodzącej  z  Trondheim  działaczce  o  równouprawnienie,  Frederice
Marie Qvam.

W  tym  miejscu  Nette  z  sympatią  pomyślała  o  Mali,  która  miała  odwagę  uczestniczyć  w  ulicznych
demonstracjach w obronie praw kobiet.

Trzeba jednak przyznać, że historia życia Nette brzmiała dość nieciekawie.

Podziękowali sobie nawzajem serdecznie za miłą rozmowę i poszli każde do swoich spraw.

- Spotkamy się pewnie znowu niebawem - powiedział Alfred na odchodnym.

Nette powoli zdejmowała płaszcz w swoim przedpokoju.

Cóż to za maniery, myślała o swoim niedawnym rozmówcy. Jaki brak kultury!

Co prawda miły człowiek i pełen dobrej woli, ale sądził, że Brahms to nazwa kropli na kaszel, po
jedzeniu bez żenady używał wykałaczki, a w salonie nie bardzo umiał się zachować.

No, jeśli o to chodzi, to Nette też nie czuła się tam zbyt swobodnie!

Natomiast Andre, tak, on był jak stworzony do światowego życia!

Ból powrócił.

Opowiadać o wnukach przez całe dwadzieścia minut!

180

Ładnie i czysto ubrany, ale kawałkiem chleba wyciera sos z talerza.

Barbarzyństwo!

Rozpoczęty  list  do  Andre  leżał  na  stole  jak  wyrzut  sumienia.  Dzisiaj  też  nie  była  w  stanie  go
dokończyć.

Przeczytała  raz  jeszcze  list  od  niego,  potem  dzisiejszą  gazetę  od  deski  do  deski  i  uznała,  że  dzień
dobiegł końca. Udało się jej go przeżyć, a raczej przetrwać.

Siedząc na łóżku w ciepłej, flanelowej koszuli znowu popadła w zadumę...

Wyjęła  z  szuflady  pudełeczko  i  ponownie  układała  tabletki  rzędem  na  stoliku.  Jedną  za  drugą,
powoli, metodycznie.

Benedikte uważała, że zaangażowanie Mali w walkę o prawa dla kobiet jest trochę zbyt gwałtowne.

background image

Wobec  tego  pewnego  dnia  zabrała  ją  ze  sobą  do  Christianii  i  obie  poszły  na  zebranie  Narodowej
Rady Kobiet Norweskich.

- To jest samo centrum norweskich feministek - tłumaczyła młodej kuzynce po drodze. -

Myślę,  że  powinnaś  nawiązać  z  nimi  kontakty,  zresztą  ja  bym  się  też  do  was  przyłączyła,  jeśli  mi
pozwolicie.

- Więc i ty uważasz, że walka jest konieczna?

-  Naturalnie!  Tylko  widzisz,  u  nas  w  domu  nigdy  jakby  takiego  problemu  nie  było.  Mężczyźni  i
kobiety są traktowani na równi, są całkiem po prostu ludźmi. A kiedy jakiś mężczyzna mnie próbuje
traktować lekceważąco, traktuję to jako przejaw głupoty tego grubianina i już. Ale oczywiście wiem,
że  to  bardzo  osobisty  punkt  widzenia,  zdaję  sobie  sprawę,  jak  cierpi  tysiące  kobiet.  Wiem,  że  są
dręczone  ponad  wszelkie  wyobrażenie.  Więc  całkowicie  się  zgadzam  z  feministkami.  Zresztą  mnie
samej też by się przydało wyjść czasem z domu, spotkać się z ludźmi, zaangażować trochę w sprawy
publiczne.  Ty  wiesz,  że  my,  Ludzie  Lodu,  mamy  skłonność  do  życia  jak  gdyby  na  granicy
rzeczywistości i świata cieni.

- Mnie się wydaje, że wasze życie jest fantastyczne i podniecające - odparła Mali.

- Teraz jest to także twoje życie - powiedziała Benedikte. - Jesteś jedną z nas.

Mali westchnęła przejęta.

W  przestronnym  lokalu  związku  kobiet  Mali  mogła  porozmawiać  z  doświadczonymi  działaczkami
organizacji i została przedstawiona największym. Ginie Krog, teraz już staruszce, która jednak nadal
pełniła  funkcję  przewodniczącej  Narodowej  Rady  Kobiet  Norweskich.  I  jej  zastępczyni  Frederice
Marie Qvam, która powiedziała, że to bardzo miło spotkać młodą bratnią duszę z rodzinnego miasta,
z Trondheim. Mali z uwagą słuchała tej 181

kobiety o gorącym sercu i starała się nie uronić ani słowa. Och, jak wiele się tego dnia nauczyła!

W drodze powrotnej długo siedziała w pociągu nie mówiąc ani słowa. W końcu westchnęła.

- Ale one są zamężne, prawie wszystkie!

- A dlaczego nie miałyby być?

-  No,  chyba  tak,  ale  w  naszej  grupie,  która  urządzała  uliczne  demonstracje,  nie  było  ani  jednej
mężatki.  Mężczyzn  trzeba  nienawidzić  i  starać  się  ich  zgnieść,  wdeptać  w  ziemię,  takie  było  nasze
główne przesłanie.

Benedikte nie wiedziała, jak się do tego odnieść.

-  Myślę,  że...  trafiłaś  do  niewłaściwej  grupy,  moje  drogie  dziecko.  Istnieje  sporo  bardzo
agresywnych feministek, które niszczą to, co inne już osiągnęły. One po prostu nie cierpią mężczyzn i

background image

dlatego tak się zachowują.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- No, że są kobiety, które lubią... kobiety.

- Co? Myślisz, że ja się zadawałam z takimi?

- Jeśli nawet, to nie powinnaś ich potępiać. Nikt nie może być odpowiedzialny za to, że taki został
stworzony. Ale one też powinny akceptować mężczyzn, nie muszą od razu ich nienawidzić.

Mali siedziała w milczeniu.

- Chyba byłam głupia i naiwna - westchnęła na koniec.

- Wcale nie!

- Owszem! Na dzisiejszym spotkaniu natomiast dowiedziałam się bardzo wiele o łagodności.

O tym, że niczego się nie osiągnie krzykiem i agresją, potępianiem mężczyzn w czambuł. - A potem
dodała ni stąd, ni zowąd: - W stosunku do Andre też zachowywałam się bardzo głupio.

Benedikte nie odważyła się prosić o bliższe wyjaśnienia, skoro dotyczyło to jej syna.

- Andre jest wspaniały - ciągnęła Mali dalej swój monolog, przerywany bardzo długimi pauzami. -
Kiedy się teraz nad tym zastanawiam...

Koła pociągu stukały rytmicznie o szyny.

182

- Taki był słodki i nieśmiały... - uśmiechnęła się Mali.

Benedikte uśmiechała się także i starała się, żeby to wyglądało jak najbardziej neutralnie.

- Pogłaskał mnie po włosach i powiedział, że...

Łzy stanęły jej w oczach.

- Że chciałby się mną opiekować. Przez całe życie.

Ciężka łza spadła z rzęs i potoczyła się w dół po policzku.

- A ja...

Głęboki szloch.

- A ja odepchnęłam go i powiedziałam, że nie potrzebuję niczyjej opieki. I że... nie życzę sobie takich

background image

manier.

Otarła pospiesznie łzy i powiedziała niecierpliwie:

- Do diabła, jak ten pociąg się wlecze! Zupełnie inaczej podróżuje się samochodem z Andre!

Korytarzem przechodził właśnie konduktor i Mali zawołała:

- Nie można by się tak zatroszczyć, żeby leniwy maszynista uniósł zadek i dołożył więcej węgla?

Benedikte westchnęła. Diamenty bywają twarde. Trzeba wiele czasu, by oszlifować wszystkie kanty.

Każdego  dnia  w  drodze  do  pracy  i  z  powrotem  Nette  musiała  przechodzić  koło  hotelu  i  za  każdym
razem  doznawała  ukłucia  w  sercu  z  tęsknoty  za  widokiem  otwartej,  fascynującej  twarzy Andre,  za
jego jasnym uśmiechem i oczyma pełnymi niezwykłego ciepła. Te oczy tak cudownie promieniały na
jej widok, jakby Nette znaczyła dla niego najwięcej na świecie.

Jak można zapomnieć takiego mężczyznę? Nawet jeśli jest on całkowicie poza zasięgiem kobiety, i ze
względu na dzielącą ich odległość, i warstwę społeczną, a przede wszystkim ze względu na wiek?

Przemogła się w końcu i dokończyła list do Andre, pełen zachwytów i podziękowań za piękne razem
spędzone  chwile.  Imienia  Mali  jednak  napisać  jeszcze  nie  mogła,  kiedy  musiała  o  niej  wspomnieć,
wyraziła się „nasza przyjaciółka”.

Później pisanie listów do niego stało się łatwiejsze. Korespondencja krążyła dość żywo i oboje mieli
sobie wiele do powiedzenia.

183

Andre  donosił,  że  otwiera  warsztat  samochodowy,  wyglądało,  że  będzie  to  niezły  interes,  bowiem
samochodów  w  Norwegii  wciąż  przybywało  i  stacje  napraw  stawały  się  coraz  bardziej  potrzebne.
Wykorzystano dla tego celu starą kuźnię w Lipowej Alei, Andre sam naprawiał auta, brudząc się przy
tym niemiłosiernie, ale bardzo polubił swoją pracę.

Nette  miała  spore  trudności,  żeby  wyobrazić  sobie  tego  wypielęgnowanego,  znakomicie  ubranego
Andre  na  ziemi  pod  samochodem.  Ale...  dlaczego  nie?  Jest  on  właściwie  typem,  który  pasuje
wszędzie i nadaje się do wszystkiego, kocha samochody, a snobem nigdy nie był.

Nawet nie zdawała sobie sprawy, że w jej listach coraz częściej pojawia się imię Alfred.

Andre pisał, iż bardzo się cieszy, że Nette i komisarz tak często się spotykają.

Tak, bo zdumiewająco często spotykała teraz Alfreda, i w drodze do pracy, i wracając do domu. I
zawsze zamieniali przynajmniej kilka słów, przeważnie jednak rozmawiali dość długo, w zależności
od  tego,  ile  czasu  miała  Nette.  Panna  Sylvestersen  bywała  teraz  bardzo  niezadowolona  i  używała
takich  określeń,  jak:  „uganianie  się  za  chłopami”  albo  „podstarzałe  straszydła,  którym  się  wydaje
Bóg wie co”.

background image

Nette  natomiast  kwitła,  co  z  dnia  na  dzień  stawało  się  wyraźniejsze.  Nadal  używała  lorgnon,  bo
Alfred też nie mógł odczytać drobnych liter, sprawiła sobie tylko modniejsze. I już nie cierpiała tak
bardzo przechodząc koło hotelu ani na widok młodych dziewcząt, czy zwłaszcza młodych par.

Od  czasu  do  czasu  chodziła  na  cmentarz,  na  grób  Petry  Olsdatter,  doglądała  pracy  przy  ustawianiu
nagrobka, a potem przynosiła kwiaty. Posadziła też przy grobie ozdobny krzew.

Andre  pisał,  że  Mali  jest  jej  za  to  bardzo  wdzięczna.  Donosił  też,  że  rękopis  Gerd  posłali  do
pewnego  wydawnictwa,  ale  zwrócono  im  go  z  adnotacją,  że  to  wymyślona  i  zbyt  przesadzona
historia. A przecież wydawca nie znał dalszego ciągu...

Nette  i  Alfred  siadywali  często  w  parku  koło  katedry,  pod  okrytymi  jesienną  szatą  drzewami,  i
rozmawiali o życiowych problemach. Wtedy czuła, że los zesłał jej prawdziwego i godnego zaufania
przyjaciela. Żaden raport o podróży do Szwecji nigdy nie został napisany, nikt też zresztą o niego nie
pytał.  Ostatnio  Nette,  zdumiona  własną  odwagą,  zaprosiła Alfreda  do  siebie  na  kawę,  po  mszy  w
najbliższą niedzielę, bo akurat wtedy nie miał służby.

W  rewanżu  za  tamten  obiad,  wyjaśniła  z  surową  miną.  Nette  miała  raczej  wątpliwości,  czy Alfred
pójdzie do kościoła, ale zaproszenie na kawę przyjął od razu.

Będę musiała upiec coś smacznego, myślała. Może babeczki migdałowe, domową specjalność? Nie,
to  się  tak  okropnie  kruszy,  Alfred  byłby  skrępowany  i  niezręcznie  starał  się  strząsnąć  okruchy  z
kamizelki.  Trzeba  zrobić  co  innego.  Może  słodkie  bułeczki?  I  miała  w  domu  trochę  likieru...  Czy
panowie  pijają  likier?  Nieoczekiwanie  nadszedł  kolejny  list  od  Andre,  a  wraz  z  nim  piękne
zaproszenie:

184

Profesor Sander Brink wraz z małżonką Benedikte mają zaszczyt zaprosić pannę Antonette Mikalsrud
na ślub swojego syna Andre Brinka z Ludzi Lodu z panną Mali Knudsen z Ludzi Lodu.

I tak dalej.

Andre napisał kilka słów na osobnym arkusiku:

Włóż tę śliczną suknię, którą miałaś wtedy na obiedzie. Wyglądałaś w niej czarująco, Nette!

I, jeśli nadal spotykasz się z komisarzem Alfredem, to i jego serdecznie zapraszamy na ślub, on jest
przecież, „jednym z nas”. Mam szczerą nadzieję, że przyjedziesz.

Nette długo stała pogrążona w myślach.

Wciąż  jeszcze  odczuwała  leciutki  skurcz  serca.  Po  co  narażać  się  na  więcej?  Po  co  rozdrapywać
stare rany?

Następnego dnia pokazała zaproszenie i list Alfredowi.

background image

- Sama nie wiem, czy chcę jechać - powiedziała niepewnie. - Nie wiem, czy dostałabym wolne. A
poza tym to długa podróż. I kosztowna. Dobrze mi tu, w Trondheim.

Alfred przyglądał jej się uważnie, ale wzrok Nette skierowany był na jakiś odległy cel.

- No, a ja bym bardzo chętnie pojechał - oświadczył, bo domyślał się, że Nette chce, tylko nie może
się zdecydować. - Ale jakby to wyglądało, gdybym się tam wybrał bez ciebie?

Nette rozpromieniła się.

- W takim razie jedziemy!

Wróciła do domu i wyjęła z szafy suknię. Uszkodzenia da się naprawić, nic nie będzie widać.

I  trzeba  uprać.  Dobrze  by  też  było  dodać  jakąś  ciemniejszą  szarfę  albo  pasek.  Nie  można  przecież
konkurować z bielą sukni panny młodej!

Wesele było niezwykle piękne. Nikt się chyba nigdy nie spodziewał, że Mali może być taką łagodną i
nieśmiałą panną młodą! Wpatrywała się jak urzeczona w swojego Andre, który natychmiast pojął, że
tę łagodność w oczach Mali uda się zachować na dłużej.

Nette popłakała się w kościele, ale to nie zwróciło niczyjej uwagi, bo inne panie też roniły łzy.

Uspokój się nareszcie, moje głupie serce, strofowała się. Andre zostanie twoim przyjacielem na całe
życie. A czyż podróż tutaj w towarzystwie Alfreda nie była wielką przyjemnością?

Była. Tak naprawdę to Nette nie czuła się równie dobrze od czasu owego obiadu z Andre.

Kiedy więc Mali, po ceremonii w kościele, uściskała ją serdecznie, Nette mogła 185

odpowiedzieć  tym  samym  i  z  całego  serca  życzyć  jej  szczęścia.  Płynące  z  oczu  łzy  nie  miały  już
najmniejszego znaczenia.

Rok 1913 był przełomowy w życiu Mali.

Kobiety  norweskie  otrzymały  wtedy  prawo  głosu,  tym  samym  Norwegia  stała  się  pierwszym
niepodległym  państwem,  które  to  prawo  kobietom  przyznało.  Mali  świętowała  sukces  w  gronie
najwybitniejszych  uczestniczek  ruchu  kobiecego.  Niezapomniany  dzień  dla  młodej  działaczki
społecznej!

Z Trondheim przyszło zaproszenie na skromny ślub Nette i Alfreda. Andre oczywiście pojechał, lecz
Mali  nie  mogła.  Była  właśnie  w  siódmym  miesiącu  ciąży  i  nie  powinna  była  opuszczać  domu.
Pojechała natomiast Benedikte, która bardzo się zaprzyjaźniła z Nette w czasie ślubu Mali i Andre.
Uważała  zresztą,  że  powinna  się  trochę  rozerwać,  a  Nette  jej  obecność  sprawiła  ogromną  radość.
Panna Sylvestersen, choć zaproszona, jak wszyscy pracownicy magistratu, nie przyszła na ślub. Miała
podobno  powiedzieć,  że  małżeństwo  „na  starość”  jest  czymś  bezwstydnym.  Nette  bardzo  to  sobie
wzięła  do  serca,  ale  wszyscy  inni  byli  dla  niej  bardzo  mili,  ślub  wypadł  naprawdę  okazale  i

background image

uroczyście.

A  potem...  Trudno  wprost  opisać,  jak  Nette  troszczyła  się  o  Alfreda!  Przygotowywała  mu
najwymyślniejsze  jedzenie,  zajmowała  jego  ubraniem,  zaprowadziła  go  nawet  na  koncert,  gdzie
biedaczyna zasnął, była najwspanialszą i najczulszą żoną. Zaprzyjaźniła się też z jego dziećmi i była
z  nich  niebywale  dumna;  nie  przestawała  dziękować  Bogu  w  wieczornych  pacierzach,  że  ją  tak
szczodrze obdarował na stare lata. I tylko czasem przychodziło jej do głowy, że może to Imre z Ludzi
Lodu...

O miłości - jeśli widzieć ją jako uniesienia, radosne wzloty i bolesne upadki - może nie należałoby tu
mówić.  Nette  miała  już  swoje  bolesne  doświadczenie  i  nie  chciała  tego  powtarzać.  Natomiast  w
swoim późnym małżeństwie znalazła wszystko, za czym w życiu tęskniła: czułość, oddanie, przyjaźń i
wzajemne  zrozumienie,  a  to  nie  są  złe  podstawy  dla  budowy  szczęścia.  Ona  i  Alfred  mieli  sobie
mnóstwo do ofiarowania.

Andre i Benedikte wrócili na czas do domu, zanim Mali musiała się udać do nowej kliniki dla kobiet,
do której powstania sama się przyczyniła.

Urodziła tam Rikarda, wspaniałego chłopca, w którego żyłach płynęła krew Ludzi Lodu zarówno ze
strony ojca, jak i ze strony matki.

Wspaniały rok, myślała Mali, a wraz z nią cała rodzina.

Ale, niestety, nadszedł rok 1914 i na świecie zapanował chaos.

Groźba katastrofy zawisła nie tylko nad Ludźmi Lodu, lecz także nad całą ludzkością.

Wkrótce jeden z potomków Ludzi Lodu będzie musiał przejść prawdziwą próbę ogniową.

186