background image

Ze zbiorów

Zygmunta Adamczyka

background image

 

 

CHRISTOPHER CARTER 

 
 

OSTATNIA 

ZBRODNIA 

AGATY CHRI-

STIE

 

background image

 

 2 

 

ROZDZIAŁ I

 

        

       Abu był rosłym i przystojnym Nubijczykiem, mierzącym dwieście dziesięć 

centymetrów 

wzrostu. Miał poważną twarz i mocny tors. Już sam jego widok wpr

a-

wiał w zdumienie turystów mieszkających w hotelu Stara Katarakta w Asuanie, w 
Górnym Egipcie. Szlachetność tego olbrzyma zrodzonego w głębi Afryki pozostawi

a-

ła w nich niezatarte wspomnienie. Schodzili mu z drogi, a on, choć był tylko 
służącym, cieszył się powszechnym szacunkiem.

 

       Nubijczyk był dumny ze swego pochodzenia i kultury. Od zarania ludzkości 
jego lud umiał przystosować się do warunków, jakie stworzyły prażące słońce, 

wylewy Ni

lu i nienasycony apetyt pustyni, z łapczywością pożerającej poletka 

ziemi stworzone ludzką pracą.

 

       Ale czasy się zmieniały, i to na gorsze. Nubię dotknęły pogarda, ucisk i 
zagłada, a synowie tego szlachetnego kraju, aby przeżyć, musieli wyemigrować.

 

       Abu znalazł zatrudnienie w Starej Katarakcie, ulubionym hotelu angie

l-

skich turystów, których obecność tworzyła atmosferę elegancji i przytulności, i 
z tego właśnie powodu odbywały się tu zawody brydżowe dla osób z towarzystwa.

 

       Hotel Stara 

Katarakta, wzniesiony w 1899 roku, pozostawał jednym z kle

j-

notów Asuanu, dużego miasta leżącego w południowej części Egiptu, które z każdym 
dniem coraz bardziej poddawało się szturmowi nowoczesności i przemysłu. Stary 
budynek z jasnoczerwoną fasadą i gzymsowanymi narożnikami przyjmował pod swój 
dach znaczną liczbę osobistości, pragnących zwiedzić Egipt, a zarazem korzystać 
z europejskich wygód. Któż nie marzył, by otwierać okna z widokiem na Nil, poł

y-

skujący za sprawą boga Ra, odradzającego się rankiem po zwycięstwie nad ciemn

o-

ściami?

 

       Ale jeśli piramidy i świątynie odniosły zwycięstwo nad czasem, to w prz

y-

padku Starej Katarakty działo się akurat odwrotnie. Mimo że początkowo standard 
był wysoki, teraz kurki zaśniedziały, tapety wyblakły, a całość szacownego pał

a-

cu zdradzała swój wiek.

 

       Należało więc podjąć w końcu decyzję, od dawna krytykowaną przez wielb

i-

cieli przeszłości: wyremontować hotel zgodnie z obowiązującą modą, co wiązało 
się nieodwołalnie z jego zamknięciem.

 

       Kilka uprzywilejo

wanych osób mogło jeszcze oczywiście pijać herbatę na 

tarasie pod daszkiem, gdzie siadały swobodnie w wiklinowych fotelach, by konte

m-

plować zachód słońca, podobnie jak ci rozkoszujący się tą wyjątkową chwilą egi

p-

tolodzy, którzy przyszli tu odpocząć po ciężkim dniu spędzonym w terenie na b

a-

daniach naukowych. 

       Abu uważał, że większość z nich to zarozumialcy przesiąknięci wiedzą 
książkową, która zamyka im oczy i serca. Ale Nubijczyk pilnował się, by nie 
ujawniać swojej opinii przed tymi ludźmi z Zachodu, przekonanymi o własnej wyż-
szości.

 

       Także pod koniec tamtego popołudnia w Starej Katarakcie zjawiło się sz

e-

ściu reprezentantów owego dziwnego gatunku, jakim są egiptolodzy 

-

 czterech męż-

czyzn i dwie kobiety, nie licząc miłośnika starożytności odmie

nnego typu, Abdel-

Mosula, godnego spadkobiercy rodu złodziei i paserów. Mówili dużo i o niczym, 
wydawało się nawet, że sobie docinają. Cała ich wiedza nie dała im grama mądr

o-

ści.

 

       Abu otrzymał ważne zadanie i miał zamiar wypełnić je z właściwą sobie

 

powagą. Dlatego wszedł powoli na trzecie piętro Starej Katarakty, gdzie właśnie 
zakończono malowanie korytarzy. Za niecały miesiąc znów pojawią się tu zachwyc

e-

ni turyści, wspominając ostatnią wycieczkę i oczekując z niecierpliwością kole

j-

nej. Zaliczali Eg

ipt w biegu, zapominając często o wdychaniu jego najważniejsz

e-

go zapachu -

 zapachu wieczności.

 

       Na trzecim piętrze znajdował się najsłynniejszy pokój 

- ten, w którym 

mieszkała angielska pisarka Agata Christie. Abu nie czytał żadnej jej powieści, 

ale

 słyszał, że ta wielce dystyngowana dama zbiła fortunę, uśmiercając kilk

u-

dziesięciu nieszczęśników. Doprawdy, dziwny sposób zarabiania na życie.

 

       Abu miał się zająć odnowieniem apartamentu zajmowanego przez królową 

zbrodni w czasie jej pobytów w Asu

anie. Apartament składał się z sypialni, sal

o-

nu, gabinetu i pokoju kąpielowego. Był to prawdziwy raj dla pisarza. Okna wych

o-

background image

 

 3 

dziły na wyspę Elefantynę i świątynię boga

-barana Chnuma, który nieustannie 

stwarzał świat i ludzi na swoim kole garncarskim. Abu sądził, iż napawając się 
tym niezrównanym widokiem, pani Christie była niezwykle szczęśliwa i powinna 
była mieć zgoła nie zbrodnicze myśli.

 

       Ta raczej niegodna przeszłość miała wkrótce odejść w zapomnienie. Renow

a-

cja apartamentu miała go oczyścić ze wszystkich ponurych myśli zrodzonych w gł

o-

wie autorki kryminałów. Koniec ze starą wanną, łożem z baldachimem, sztychami 
przedstawiającymi angielską wieś, deszczową i zasnutą mgłami! Gusty turystów się 
zmieniły, trzeba też było zapewnić gościom nowoczesne wy

gody. 

       Abu pchnął drzwi prowadzące do królestwa Agaty Christie.

 

       Nagle odczuł instynktownie, że wydarzyło się coś niezwykłego. Zło zaat

a-

kowało. Było tu nadal obecne.

 

       Nubijczyk zawahał się w progu.

 

       Palcem wskazującym prawej dłoni dotknął wiszącego na szyi amuletu. Byt to 
mały fajansowy krokodyl, odziedziczony po pradziadku.

 

       Odzyskawszy odwagę, Abu wszedł do sypialni, w której panowała cisza i 
wszystko wydawało się normalne. Na chwilę przystanął. Niepokój nadal go nie 

opu

szczał. Spojrzał w stronę półotwartych drzwi łazienki, następnie w przeciwną, 

w kierunku gabinetu. 

       Zobaczył buty.

 

       Buty i spodnie. 

       Wolnym krokiem podszedł do gabinetu i dostrzegł leżącego na brzuchu męż-
czyznę. W jego plecach tkwił nóż.

 

        
        
 

ROZDZIAŁ II

 

        

       Szkocja, z wyjątkiem Spring Island 

- zagubionej wyspy ze swoistym mikro-

klimatem -

 tonęła w strugach deszczu. Spring Island, ukryta w głębi jeziora, 

którego wody dzięki Golfsztromowi były prawie tak ciepłe jak wody Morza Śró

d-

ziemnego, była sercem rozległej posiadłości należącej do jednego z najstarszych 

szkockich klanów -

 Kilvanocków. Lord Percival, ostatni z rodu, mieszkał na stałe 

w Lonecastle, granitowym zamczysku wzniesionym na środkowym cyplu wyspy.

 

       Tuż przed południem, jak co dzień. Nestor Pwryctswll, walijski majordomus 
liczący siedemdziesiąt lat i trzymający służbę żelazną ręką, przyniósł lordowi 
Percivalowi kieliszek porto “Noval Nacional", rocznik 1931, pochodzącego z nal

e-

żących do arystokraty winnic nad górną Duerą.

 

       Walijczyk zastał lorda Percivala w ogromnej bibliotece, przypominającej 
wersalską Galerię Lustrzaną i mieszczącej kilkaset tysięcy woluminów. Spali tu 
snem wiecznym wszyscy wielcy autorzy dzieł literatury światowej, ale

 prawdziwym 

konikiem właściciela była kryminologia. Zgromadził niemal wszystkie studia i 
prace naukowe, dotyczące rozlicznych aspektów zbrodniczej działalności człowi

e-

ka, istoty o niewyczerpanej wyobraźni.

 

       Lord Percival, który zadowalał się tym skromnym tytułem, mimo iż lista 
pokoleń jego szlachetnych przodków zajęłaby całą stronę, był spokojnym czte

r-

dziestoletnim mężczyzną, eleganckim w każdym calu, podobnym do aktora Aleca G

u-

innessa. Jego szerokie czoło zdobiło kilka dodających mu uroku zmarszczek

, przy-

pominając, że wiele w życiu przeszedł i że za swój spokój zapłacił słoną cenę. 
Miał bystre i przenikliwe spojrzenie i widać było, że jego umysł nieustannie 
czegoś poszukuje.

 

       Wchodząc do biblioteki, majordomus usłyszał chrapliwy oddech, a następnie 
zobaczył rycerza, który, minąwszy go, gwałtownie wszedł w ścianę. “Zły znak", 
pomyślał Walijczyk; pojawienie się ducha zamku Lonecastle wróżyło bowiem rychłe 
kłopoty. Ów nieszczęsny rycerz 

-

 obrońca praw pokrzywdzonych i niedoszły prywa

t-

ny detektyw -

 został zamordowany przez francuskiego zbója i nigdy się z tym nie 

pogodził. Od czasu do czasu przypominał lordowi Percivalowi, że jest ostatnim 
prawdziwym potomkiem rycerzy Okrągłego Stołu i że dewiza widniejąca na jego he

r-

bie głosi: “Przywracać prawdę, to uczestniczyć w harmonii".

 

       -

 Pańskie porto, milordzie.

 

       -

 Dziękuję, Nestorze. Postaw na konsoli.

 

background image

 

 4 

       -

 Przed chwilą widziałem ducha.

 

       Arystokrata spojrzał z uwagą na majordomusa.

 

       - Ach tak ... -

 mruknął. 

-

 Czy to się stało dziś rano?

 

       -

 Sądzę, że nie. Pogoda była piękna i nie było żadnych nieoczekiwanych 

telefonów. 

       Lord Percival z największą przyjemnością wypił znakomite porto, po czym 
wspiął się po krętych schodach na blankowaną wieżę, by popatrzeć na swoje wł

o-

ści.

 

       U stóp zamku ścieliły się trawniki ozdobione marmurowymi wazami upamię

t-

niającymi przodków klanu, lśniły otoczony wieńcem kamyków, muszli i strzyżonym 
bukszpanem basen oraz staw dla wędrownych ptaków. W dali ciągnęły się wrzosow

i-

ska i jesio

nowe lasy, w których żyły dziki, bażanty, jelenie i rude wiewiórki. W 

górze polatywały orły. Żyły tam również wróżki i elfy, zamieszkujące drzewa i 
potoki, i oczywiście kelpies, bóstwa opiekuńcze jeziora, w którego ciepłych w

o-

dach lord Percival co dzień zażywał kąpieli.

 

       Miał szczęście, że mieszkał w tym raju, z dala od coraz brzydszego i h

a-

łaśliwszego świata. Tutaj niebo i ziemia zachowały jeszcze pierwotną czystość i 
w silnym wietrze unosiły się słowa przodków, z których niektórzy byli, prawdę 

mówi

ąc, tęgimi zabijakami.

 

       Charakterystyczny dźwięk przerwał rozmyślania lorda Percivala: ktoś wsp

i-

nał się po schodach.

 

       Był to Abercrombie, czarny pies, mieszaniec owczarka szkockiego, labrad

o-

ra i kilku innych równie potężnych ras. Reagował jedynie na pełną formę swego 
imienia, nigdy na poufałe zdrobnienia typu “Abie", i uparcie protestował prz

e-

ciwko dużej, ogrzewanej i wygodnej budzie, którą dostał od swojego pana. Z w

y-

jątkiem tych dwóch kaprysów Abercrombie był niezrównanym powiernikiem i towa

rzy-

szem potwierdzającym codziennie słuszność głębokiej maksymy jakiegoś zagranic

z-

nego filozofa: “To co najlepsze w człowieku, to jego pies".

 

       Abercrombie stanął na tylnych łapach, przednie oparł w otworze strzeln

i-

czym i podziwiał wspaniały krajobraz

 w towarzystwie lorda Percivala. 

       - Cudownie tu, prawda? Zaraz pójdziemy do lady Ofelii. 

       Pies zawarczał radośnie.

 

       Już za chwilę czekał ich długi spacer przez wrzosowiska do zamku narz

e-

czonej lorda Percivala. Arystokrata nie mógł się z nią niestety ożenić, ponieważ 
ta młoda dama należała do wrogiego klanu, któremu Kilvanockowie poprzysięgli 
śmierć. Szkocki szlachcic zaś dotrzymuje słowa, nawet jeśli dał je jeden z jego 
przodków, żyjący przed dwunastoma wiekami.

 

       Lord Percival po

tajemnie finansował klinikę swojej narzeczonej, która 

leczyła w niej ginące zwierzęta zranione przez kłusowników. Jej najlepsza as

y-

stentka, Margaret, słonica indyjska, żyła tam za pan brat z Charlesem, pelikanem 

z Antylów. 
       - Milordzie, milordzie! 

       Ten łagodny glos, wzywający pomocy, należał do Dorothei Pettigrew, młodej 
Angielki z nieskazitelnym koczkiem, osobistej sekretarki lorda Percivala, którą 
darzył pełnym zaufaniem w kwestiach zarządzania swoimi dobrami. Panna Pettigrew 
była wcieleniem uczciwości i wybitną specjalistką w dziedzinie lokat finans

o-

wych; dzięki niej fortuna lorda Percivala stale rosła. Urocza panna Dorothea 
mogłaby znaleźć zatrudnienie w każdym banku inwestycyjnym, ale mimo gwałtownej 
niechęci, jaką żywiła dla majordomusa, chciała mieszkać tutaj, w Lonecastle.

 

       Zadyszana panna Pelligrew wymachiwała jakimś listem.

 

       - Milordzie... 
       -

 Proszę się uspokoić. Co takiego się stało?

 

       - To straszne... straszne! 

       Zrozumiawszy, że duch nie ukazał się na próżno i że sekretarka nie zdoła 
przeczytać listu, lord Percival wziął od niej kartkę.

 

       Przeczytał go dwukrotnie.

 

       Sekretarka z napięciem wpatrywała się w pobladłego pracodawcę.

 

       -

 Proszę spakować moje walizki i polecić mechanikowi, aby przygotował 

helikopter. Lecę do Londynu.

 

       On, ekspert w dziedzinie kryminologii, miał stawić czoło rzeczywistości, 
której nigdy nie wyobrażał sobie w tak brutalnej formie.

 

background image

 

 5 

       Czy los nie zmusi go, by przeszedł od teorii do praktyki?

 

        
        
 

ROZDZIAŁ III

 

        
       Nadinspektor Angus Dodson z racji korpulentnej i barczystej sylwetki na-

zywany był przez niektórych Falstaffem. Syn górnika z Newcastle i sklepikarki, 
zanim został jednym z filarów najsłynniejszej policji świata, zaczął pracę w 
Scotland Yardzie jako zwykłe hobby. Reprezentował starą szkołę i dzielił ludzi 
na uczciwych i zbrodniarzy. Podanie ręki mordercy było według niego niemal ró

w-

noznaczne z przestępstwem, toteż nie darzył szacunkiem intelektualistów, którzy 

star

ali się pokazywać piękno zbrodni.

 

       Dodson -

 miłośnik mocnego piwa i ciastek z kremem, zatwardziały kawaler i 

zwolennik roweru, który umożliwiał mu zachowanie jako takiej linii i ułatwiał 
poruszanie się po ulicach Londynu 

-

 miał zwyczaj prowadzić śledztwo twardą ręką 

i przesłuchiwać bez współczucia dla podejrzanych. Obowiązkiem funkcjonariusza 
Scotland Yardu było zaprowadzanie ładu, aresztowanie złoczyńców i ochrona ni

e-

winnych. Dodson, nawet gdyby był ostatnim dinozaurem, pozostawałby nieugięty w 

tych zasadach. 

       Z racji nienagannej służby Angusowi Dodsonowi pozwolono trzymać w biurze 
Sherlocka, wspaniałego persa o błękitnawej sierści. Zwierzak sypiał na kaloryf

e-

rze pod osłoną grubosza na tyle potężnego, że chronił go przed nawiewem z klim

a-

tyzato

ra i miliardami roznoszonych przez niego zarazków. Sherlock był kotem sp

o-

kojnym i nieskazitelnie czystym; kiedy miał okazję, darł pazurami źle związane 
akta, które nadinspektor starannie przeglądał jeszcze raz przed przekazaniem ich 
wymiarowi sprawiedliwoś

ci. 

       Do drzwi gabinetu Dodsona zapukat ordynans. 
       -

 Proszę wejść.

 

       -

 Szefie, ktoś chciałby z panem rozmawiać. 

 

       Dodson zajrzał do notesu. Dzisiejszy limit spotkań został już wyczerpany.

 

       -

 Niech przyjdzie jutro o dziewiąt

ej. 

       -

 Bardzo nalegał... Oto jego wizytówka, szefie. Angus Dodson rzucił okiem 

na kartonik, na którym po nazwisku lorda Percivala Kilvanocka następowała wyl

i-

czanka coraz to bardziej imponujących lyliilow.

 

       Policjant sięgnął do rejestru szlach

ty Zjednoczonego Królestwa, uzupe

ł-

nionego poufnymi notatkami, i stwierdził, że jego gość to nie byle kto. Ten 
szkocki arystokrata oprócz pokaźnego majątku miał znakomite koneksje, a nawet 
prawo bywania w pałacu Bucking

-

ham. Królowa regularnie udzielała mu 

prywatnych 

audiencji podczas wakacji w Balmoral. Widziano go również, jak rozmawiał z nią 

podczas spaceru z królewskimi psami. 
       - Niech wejdzie -

 ustąpił Dodson, obawiając się, czy aby to spotkanie nie 

zapoczątkuje serii kłopotów.

 

       Lord Perci

val ubrany był w niezwykle elegancki jasnoszary garnitur. Biała 

koszula uszyta na miarę, bladozielona muszka i eleganckie buty od Lobba nadawały 
sylwetce wygląd tak dystyngowany, że nikt nie mógł wątpić w jego przynależność 

do starej szlachty. 
       Mimo

 to jego oczy nie kryły cienia pogardy. Miał natomiast kilka uroczych 

zmarszczek i czarujący sposób bycia. Dodson wiedział, że Szkot nie przyszedł 
zamęczać go błahostkami.

 

       -

 Jestem szczęśliwy, że mogę pana poznać, panie nadinspektorze. Jak prz

y-

pusz

czam, zdążył pan zebrać informacje na temat mojej skromnej osoby?

 

       -

 No cóż...

 

        

       Sherlock, perski kot, zwinnie zeskoczył z kaloryfera prosto na kolana 
lorda Percivala. Kiedy tylko Kilvanock zaczął go głaskać, Sherlock zamruczał, 

jakby

 znał przybysza od lat.

 

       Arystokrata docenił przytulny komfort gabinetu Angusa Dodsona, który tw

o-

rzyły: fotele z okresu regencji, mocno podniszczona kanapa, długi wiejski stół, 
stary mebel z cytrynowego drewna na akta i polakierowany dębowy pień na 

kompu-

ter, faks i telefon. 

background image

 

 6 

       -

 Jak pan już zapewne wie, panie nadinspektorze, kryminologia jest moją 

ulubioną rozrywką, z pewnością z racji pewnych wydarzeń, jakie zaszły w mojej 
rodzinie. Ale dziś dopada mnie współczesność.

 

       Dodson zadrżał.

 

       -

 Ale pan... Nie popełnił pan chyba zbrodni?

 

       -

 Proszę się uspokoić. Ktoś jednak to zrobił z nadzieją, że będzie to 

zbrodnia doskonała.

 

       -

 A pan zidentyfikował zabójcę?

 

       -

 Na razie znam jedynie nazwisko ofiary. Proszę, niech pan 

to przeczyta. 

       Lord Percival podał nadinspektorowi list, który wywołał burzę w jego p

o-

godnym świecie.

 

       Angus Dodson przeczytał na głos:

 

        
        Szanowny Panie, 

        W Asuanie zostal właśnie zamordowany Pański przyjaciel Howard L

angton. 

        Albo zrobią z tej zbrodni wypadek, albo znajdą fałszywego winowajcę.

 

        Musi Pan wkroczyć do gry.

 

        
       -

 Czy ten Langton był rzeczywiście pańskim przyjacielem? 

-

 zapytał Do

d-

son.  
       -

 To dzielny, ale biedny chłopak, któremu pomoglem w ukończeniu studiów, 

ponieważ jego ojciec, jeden z moich dzierżawców, przedwcześnie zmarł. Howard 
został wybitnym egiptologiem i wyjechał niedawno do Egiptu, by objąć stanowisko 

szefa prac wykopaliskowych prowadzonych przez Brytyjczyków. 
       -

 Ten list to może być żart.

 

       -

 Niestety, tak nie jest. Udało mi się skontaktować z władzami Asuanu. 

Potwierdzili śmierć Howarda Langtona, ale uczynili to w słowach tak niejasnych, 
tak rozmyślnie pokrętnych, że zaczynam wierzyć autorowi tego

 anonimu. 

       -

 Przykro mi, ale nie wiem, co mógłby w tej sprawie uczynić Scotland 

Yard... Egipt ma swoją policję.

 

       -

 Widzi pan, nadinspcktorze, uważam. że muszę spełnić święty obowiazek 

względem Howarda i znaleźć jego zabójcę. W gruncie rzeczy moja przeszłość prz

y-

gotowała mnie do tego zadania i mam zamiar niezwłocznie się z nim zmierzyć.

 

       -

 Bez urazy, milordzie, ale nie jest pan profesjonalistą!

 

       -

 To wspaniała okazja, żeby nim zostać. Potrzebuję pomocy człowieka d

o-

świadczonego. Myślę o panu. 

 

       Angus Dodson poderwał się gwałtownie:

 

       -

 Nie mam prawa wkraczać w kompetencje egipskiej policji!

 

       -

 To prawda, ale może pan z nią współpracować... jak również ze mną.

 

       -

 Trzeba by nie kończących się korowodów administracyjnych, żeby...

 

       -

 Ten drobny szczegół został właśnie załatwiony przez Foreign Office, 

które zna skuteczną moc łapówki. Obaj jesteśmy więc oficjalnie oczekiwani.

 

       -

 Ależ ja... ja nie wiem absolutnie nic o tym miejscu!

 

       - Ja wiem 

o nim co nieco i zapewniam pana, że czeka nas niełatwe zadanie. 

Dlatego zwróciłem się do najbardziej gorliwego nadinspektora Scotland Yardu.

 

        
       -

 Moi zwierzchnicy się nie zgodzą na...

 

       -

 Polecenie wyjazdu zostało już podpisane. Pozostało panu jedynie spak

o-

wanie walizek. Wyjeżdżamy jutro rano. Dziękuję za spontaniczną reakcję na prop

o-

zycję współpracy, nadinspektorze. Tego się właśnie po panu spodziewałem.

 

 
 

ROZDZIAŁ IV

 

        

       Zimą temperatura w Egipcie była wyższa niż latem 

w Anglii, a widok miasta 

zapierał dech.

 

       Ze swego pokoju w Starej Katarakcie lord Percival ponownie odkrywał Asuan 
i przywoływał w pamięci czarujące wspomnienia. Przeżył tu wiele szczęśliwych 
chwil, które kształtują życie mężczyzny i nadają mu sens. Urzekające miasto p

o-

łudniowego Egiptu zostało niestety oszpecone nowoczesnymi budynkami, na których 

background image

 

 7 

budowę nie zezwoliłby żaden faraon, ale i tak jego wyjątkowy urok nadal cieszył 

oczy. 
       Ruiny na Elefantynie i grobowce na zachodnim brzegu przypomin

ały o wie

l-

kości antycznych czasów. Widok złotego piasku i cudownie zielonych palm koił 
duszę, a obraz Nilu, po którym powoli przesuwały się feluki z dużymi białymi 
żaglami, przesłaniał nowoczesność, zakotwiczając myśli w wieczności.

 

       Lord Percival c

hciał poczuć się jak zwykły turysta, wolny od wszelkich 

trosk, błądzący pełnym zachwytu wzrokiem po cudach wyspy kwiatów lub kolumnach 
świątyni na wyspie File, poświęconej wielkiej czarodziejce Izydzie.

 

       Niestety, te spokojne miejsca skaziła zbrodnia i lord Percival musiał jak 
najszybciej znaleźć zabójcę. Ktoś zapukał do drzwi pokoju.

 

       -

 Proszę wejść, panie Dodson.

 

       Nadinspektor zajmował sąsiedni pokój. Egipskie władze oddały do dyspoz

y-

cji Brytyjczyków ten wspaniały hotel, aby zamanifestować swoją dobrą wolę.

 

       -

 Co za upał 

-

 skarżył się Dodson 

-

 i co za pył! Należałoby gruntownie 

zamieść ten kraj. Na szczęście nie musimy się tym martwić. Zabójca Howarda Lan

g-

tona został zidentyfikowany i zatrzymany. Jesteśmy umówieni z nadkomisarze

m Asu-

anu, aby zakończyć tę sprawę.

 

        

       Mężczyźni wynajęli jedną z ostatnich bryczek pozostawionych przez Angl

i-

ków, aby przejechać z fasonem wzdłuż brzegu Nilu. Lord Percival poprosił woźn

i-

cę, bezzębnego i uśmiechniętego staruszka, żeby nie używał bata i pozwolił k

o-

niowi biec własnym rytmem.

 

       Dodson zdziwił się:

 

       - Mówi pan po arabsku, milordzie? 
       -

 Bardzo słabo, panie nadkomisarzu. Tyle, ile trzeba, żeby sobie poradzić 

w trudnych sytuacjach. 

       Siedziba komendy głównej w Asuanie różniła się mocno od komisariatów Sc

o-

tland Yardu, toteż nadkomisarz zastanawiał się, czy woźnica nie pomylił adresu. 
Wyszedł im naprzeciw szeroko uśmiechnięty pięćdziesięciolatek z wydatnym brzus

z-

kiem. 
       -

 Miło mi, że mogę panów gościć w Asuanie. Nazywam się Omar Abdel

-Atif, 

jestem nadkomisarzem. Zapraszam na szklaneczkę do mojej ulubionej kawiarni.

 

       Wewnątrz podłoga wysypana trocinami, drewniane stoły, mężczyźni palący 
fajki wodne, czytający gazety lub grający w karty. Ani jednej ko

biety. 

       -

 Dla panów z pewnością herbata? 

-

 zaproponował Egipcjanin. 

- Doprawdy 

czuję się zaszczycony, mogąc gościć tak znakomite osobistości. Uczynię wszystko, 

aby byli panowie zadowoleni z pobytu. 
       - Tutejsza kawiarnia zrobi bardzo dobry interes, panie Abdel-Atif. 

       Napój był bardzo gorący i gorzki. Dodson, który wolałby starą dobrą 
szkocką whisky, pił podejrzliwie.

 

       -

 Co panowie sądzą o Asuanie?

 

       -

 Czyż Egipt nie jest najpiękniejszym krajem na świecie? 

-

 odpowiedzią! 

pytaniem lord Percival. 
       -

 Dziękuję, że pan to przyznał, milordzie... Na szczęście będą panowie 

mogli skorzystać z kilku dni wakacji i docenić uroki tej pory roku.

 

       -

 A więc przeprowadził pan błyskawiczne śledztwo?

 

       -

 Och, to nie było trudne, poza tym miałem szczęście. Mają panowie ochotę 

na jakieś ciasteczko? Tutaj są naprawdę wyborne.

 

       Dodsonowi wcale nie smakowały “anielskie włosy", którym wszak nie brak

o-

wało kremu. Daleko im było jednak do placka jabłkowego podlanego półkwartą ci

em-

nego piwa. Lord Percival uważał, że komisarz Ahdel

-Atif to chytra sztuka. Mimo 

iż nie dokonano prezentacji, wydawało się, że doskonale zna zarowno jego, jak i 
Dodsona, ponieważ wcześniej starannie przejrzał dossier obu Brytyjczyków.

 

       - Kto jest mo

rdercą? 

-

 zapytał lord Percival.

 

       - To nie ma znaczenia -

 odparł dość sucho Omar Abdel

-Atif. - Sprawa jest 

zamknięta i tylko to się liczy. Asuańska policja wykonała dobrą robotę i morde

r-

ca waszego rodaka zostanie osądzony i ukarany. Jesteśmy bezwzględni dla zbro

d-

niarzy. 

background image

 

 8 

       -

 Proszę przyjąć nasze gratulacje, komisarzu. Jednak nadinspektor i ja 

chcielibyśmy nieco bliżej poznać sprawę. Zwykła zawodowa ciekawość, którą tak 
znakomity śledczy jak pan z pewnością zrozumie.

 

       Twarz Egipcjanina stężała.

 

       -

 Nie mają panowie do mnie zaufania?

 

       -

 Ależ oczywiście, że mamy 

-

 zapewnił Szkot 

-

 ale otrzymaliśmy dokładne 

instrukcje. Howard Langton był ważną osobistością, więc...

 

       -

 Tak... myślę, że panowie nie mają do mnie zaufania.

 

        

       Lord Percival spojrzał na Egipcjanina z uprzejmym uśmiechem.

 

       -

 Przypuśćmy, że jest pan na naszym miejscu, komisarzu: czy nie domagałby 

się pan tego samego? Nie chodzi o to, że Scotland Yard jest lepszy od policji w 

Asuanie. To wymagani

a czysto zawodowe lub, mówiąc prościej, ludzkie. Czy zg

o-

dziłby się pan podjąć tak długą podróż na zlecenie pańskiego rządu i zwierzchn

i-

ków, i nawet nie zobaczyć mordercy?

 

       Egipski policjant poskrobal się w czoło.

 

       - No dobrze, dobrze... Z teg

o punktu widzenia nie są panowie tak zupełnie 

bez racji. Ale uprzedzam: to niebezpieczne bydlę.

 

       -

 Wiemy, że zapewni nam pan bezpieczeństwo.

 

       -

 Jak wszyscy mordercy twierdzi, że jest niewinny. Przede wszystkim nie 

dajcie się panowie ponieść e

mocjom. 

       -

 To dla nas nic nowego, komisarzu. Żaden zabójca nie ułatwia nam zad

a-

nia. 
       -

 Muszę dodać, że chodzi o Nubijczyka 

-

 sprecyzował z rozdrażnieniem A

b-

del-Atif. -

 Jest członkiem szczególnie mściwego i niebezpiecznego plemienia. Nie 

miałbym panom za złe, gdybyście nie chcieli się z nim zobaczyć.

 

       -

 Pańskie ostrzeżenia są bardzo cenne 

-

 przyznał lord Percival 

- i we

ź-

miemy je pod uwagę. Kiedy zatem moglibyśmy spotkać się z zabójcą?

 

       Abdel-

Atif zajrzał do notesu niczym biznesmen przeciążony spotkaniami.

 

       -

 Powiedzmy że... jutro, późnym rankiem.

 

       -

 Czy mógłbym pana prosić o ogromną przysługę? 

 

       Abdel-

Atif popatrzył podejrzliwie na lorda Percivala. Ten obcokrajowiec 

miał w sobie coś wschodniego: fascynował i zniewalał poważnym głosem i niewzr

u-

szonym spokojem. 
       -

 Proszę mówić...

 

       -

 Czy nie sądzi pan, że dobrze by było spotkać się z mordercą w miejscu 

zbrodni? Pod wpływem wstrząsu powie nam całą prawdę z najdrobniejszymi szczeg

ó-

łami.

 

       - Znakom

ity pomysł 

-

 potwierdził Dodson. 

-

 Jestem przekonany, że o tym 

samym myślał nasz egipski kolega.

 

       -

 Oczywiście, panowie, oczywiście...

 

       - Do jutra, drogi komisarzu -

 powiedział lord Percival, rozpromieniony. 

Wykorzystamy tych kilka godzin w

olności na zwiedzanie.

 

        

       Dodson, mający trudności z aklimatyzacją, wolał schronić się w pokoju 
hotelowym, aby nadrobić brak snu.

 

       Lord Percival, w nienagannym białym garniturze, zapuścił się w uliczki 
Asuanu. Po chwili szła za nim gromada żądnych napiwków naganiaczy. Kiedy zauw

a-

żyli, że cudzoziemiec mówi ich językiem, system informatorów zaczął funkcjonować 
normalnie i nikt już nie naprzykrzał się przechodniowi, który przeżywał wsp

o-

mnienia z młodości.

 

       Zachodzące słońce, zanim zniknęło skąpane w ciemnej czerwieni i oranżu, 
ozłociło wzgórza i posrebrzyło Nil, tymczasem biale żagle feluk przesuwały się w 
półmroku.

 

       Lord Percival nie cieszył się tym widokiem, ponieważ myślał o nieszczę-
snym Howardzie Langtonie i zastanawiał, czy uda mu się zidentyfikować mordercę i 

autora anonimowego listu. 
        
        
 

ROZDZIAŁ V

 

background image

 

 9 

        

       Po niespokojnej nocy nadinspektor Angus Dodson wstał z łóżka lewą nogą w 
przekonaniu, że spóźnił się do swego biura w Scotland Yardzie.

 

    

   Promień słońca oświetlający pokój rozproszył koszmar. Egipt... prawda, 

przecież był w Egipcie. I, otworzywszy okiennice, ujrzał słońce wychylające się 
znad wzgórz otaczających Asuan.

 

       Zegarek wskazywał siódmą dziesięć, powietrze było rześkie. Ang

us Dodson, 

nie całkiem jeszcze rozbudzony, zszedł ciężkim krokiem w kierunku tarasu, gdzie 
podano śniadanie.

 

       Lord Percival już tam był, ubrany w dziewiczo biały garnitur.

 

       -

 Czy dobrze pan spał, drogi Dodsonie?

 

       - Tak sobie... 
       -

 Proszę usiąść i podziwiać spektakl. Kazałem przygotować dla pana śni

a-

danie tradycyjne, które będzie pan mógł zjeść bez obaw.

 

       Ta uwaga wzruszyła nadinspektora, któremu zaczynał doskwierać głód.

 

       -

 Pod żadnym pretekstem nie wolno opuszczać wschodu słońca w Egipcie 

ciągnął Szkot. 

-

 To moment, kiedy słońce ogłasza zwycięstwo nad ciemnościami i 

ukazuje się w formie nowego słońca, które ożywi całe stworzenie. Starożytna f

i-

lozofia egipska nie przestaje nas zaskakiwać.

 

       Tosty, dżem pomarańczowy, plastry bekonu i smażone kiełbaski bardzo sm

a-

kowały Dodsonowi, który jadł z dużym apetytem.

 

       -

 Dużo o panu myślałem, milordzie, i sądzę, że to śledztwo może być ni

e-

bezpieczne. Proszę nie zapominać, że otrzymał pan anonim. Niewykluczone, że j

ego 

autor zamierza wciągnąć pana w pułapkę.

 

       -

 Takiej hipotezy nie można wykluczać, nadinspektorze.

 

       -

 Cieszę się, że jest pan rozsądnym człowiekiem. Byłoby lepiej, gdyby 

został pan w hotelu i pozwolił działać profesjonalistom. Nie znam tego 

kraju, to 

jasne, ale morderstwo to morderstwo i miejscowy komisarz na pewno zgodzi się 
współpracować.

 

       -

 Czy nie jest pan tu, by mnie bronić, gdybym wpadł w pułapkę?

 

       -

 Tu chodzi o prawdziwe morderstwo, milordzie. Mógłby pan gorzko żałować, 

że pan w to wdepnął.

 

       Szkot nie odpowiedział na zaskakującą myśl nadinspektora, ponieważ po

d-

szedł do nich niewysoki Egipcjanin o smagłej cerze, w grubych rogowych okularach 
i z ciężką czarną walizeczką.

 

       Lord Percival wstał.

 

       -

 Cieszę się, że znów pana widzę, doktorze Butros! Przedstawiam panu n

a-

dinspektora Angusa Dodsona ze Scotland Yardu. 

       Niewysoki, poważny mężczyzna w brązowym garniturze uścisnął dłoń Anglika.

 

       Nagle Dodson zaniepokoił się: dlaczego lord Percival wezwał

 lekarza, sko-

ro nie cierpiał na żadną chorobę?

 

       Doktor, widząc wzburzenie Anglika, wyjaśnił:

 

       -

 Proszę się uspokoić, nadinspektorze. Jestem lekarzem sądowym.

 

       -

 Wydaje się, że nasz wielki przyjaciel, komisarz Ab

-del-

Atif, nie zlecił 

sz

czegółowej sekcji zwłok Langtona 

-

 wyjaśnił lord Percival. 

-

 Chcąc jak na

j-

szybciej pozbyć się tej sprawy, powierzył ciało nieszczęsnego chłopaka lekarzowi 
mającemu dużo mniejsze doświadczenie niż doktor Butros, którego reputacja jest 
już od dawna ustalona.

 

        
       - Abdel-

Atif będzie wściekły!

 

       -

 To możliwe, ale nie zaryzykuje i nie odprawi z kwitkiem specjalisty tej 

klasy co doktor Butros. A rzetelna sekcja zwłok denata może się okazać niezwykle 

przydatna. 
        

       Pod nieobecność k

omisarza Abdel-

Atifa, którego zatrzymały ważne sprawy 

natury administracyjnej, rozmowa była bardzo zwięzła. Jego zastępca nie znał 
doktora Butrosa i dopiero kilka telefonów do ministerstw w Kairze odblokowało 
sytuację.

 

       Wreszcie rozpoczął się taniec pieczątek, które wznosiły się rytmicznie, a 
następnie opadały z impetem na stosy mniej lub bardziej sprzecznych ze sobą d

o-

background image

 

 10 

kumentów, które zalegną na podobnych zwałach makulatury. Mimo komputerów nic 
nigdy nie zastąpi sakramentalnego przyłożenia pieczęci.

 

       Dzięki specjalnemu pozwoleniu doktor Butros mógł dokonać oględzin ciała 
Howarda Langtona i, jeśli to konieczne, powtórzyć sekcję.

 

       Doktor Butros, lord Percival i nadinspektor Dodson spotkali się na tar

a-

sie Starej Katarakty. 
       - Klasyczny przypadek -

 ocenił doktor Butros. 

-

 Langton zmarł na skutek 

ciosu sztyletem w plecy, zadanego z wyjątkową siłą.

 

       -

 A więc raczej mężczyzna 

-

 rzucił Angus Dodson.

 

       -

 Kobieta przepełniona nienawiścią również byłaby do tego zdolna, nadi

n-

spekt

orze. Złość wyzwala niewyobrażalną siłę, nawet w jednostkach uważanych z 

delikatne. Co do reszty, wydaje się, że mój kolega z Asuanu wykonał dobrą rob

o-

tę. W Egipcie jesteśmy przecież specjalistami od mumii...

 

       Rozbawiony własnym dowcipem medyk sądowy, który był koptem, wypił szkocką 
whisky, podaną jemu i Dodsonowi. Bardzo mu smakowała.

 

       -

 Oczywiście 

-

 ciągnął dalej 

-

 brakuje kilku szczegółów, zwłaszcza d

o-

kładnej godziny śmierci.

 

       -

 Sądzi pan, że mógłby to ustalić? 

-

 zapytał lord Perciva

l. 

       -

 Trzy fiolki z próbkami pojadą dziś do najlepszego laboratorium w K

a-

irze. Jak tylko otrzymam wyniki analizy, dam panom znać.

 

       -

 Dziękujemy za pańską bezcenną pomoc. Bardzo lubiłem Howarda Langtona i 

chciałbym, żeby morderca został zident

yfikowany. 

       -

 Oby Bóg pana wysłuchał, milordzie. Do zobaczenia. 

 

       Patrząc za odchodzącym medykiem, Angus Dodson zaczynał pojmować, dlaczego 
tylu Brytyjczyków lubi spędzać zimę w Asuanie i mieszkać w Starej Katarakcie. 
Mimo upału i wszechobecności słońca, ogarniała go powoli radość życia, przenik

a-

jąca podstępnie duszę i ciało.

 

       Spokój Nilu, majestat emanujący ze skał Elefantyny, uświęconej przez st

a-

rożytnych Egipcjan, którzy wznieśli tu świątynie, i czysty błękit nieba spraw

i-

ły, że nadinspektor prawie zapomniał o swoim przytulnym biurze w Scotland Ya

r-

dzie. 
       Przybycie grupy zdenerwowanych policjantów, strofowanych przez komisarza 
Abdel-

Atifa, wyrwało go z rozmarzenia.

 

       Umundurowani mężczyźni otaczali czarnoskórego olbrzyma za

kutego w kajdan-

ki, który spoglądał na nich z pogardą.

 

       Abdel-

Atif wybiegł naprzeciw lordowi Percivalowi. 

 

       -

 Oto nasz winowajca... Jeszcze raz pana ostrzegam; jest groźny i ni

e-

przewidywalny. 
       Nubijczyk i arystokrata patrzyli na siebie z jednakowym zaskoczeniem. 

Lorda uderzyła szlachetność Abu, Nubijczyka zaś spokojna siła cudzoziemca.

 

        
       -

 Sądzę, że to wystarczy 

-

 ocenił egipski komisarz. 

-

 Zobaczył pan to, co 

chciał pan zobaczyć.

 

       -

 Powinniśmy pójść na miejsce zbro

dni -

 zaproponował Angus Dodson.

 

       - To zbyteczne, on nic wam nie powie.  

       Szkot podszedł do olbrzyma.

 

       -

 Jestem lord Percival, a to nadinspektor Dodson. Czy zgadza się pan o

d-

powiadać na nasze pytania?

 

       Cisza, która zapanowała po tych słowach, zdawała się nie mieć końca.

 

       -

 Nazywam się Abu i powiem, co mam do powiedzenia.

 

 
 

ROZDZIAŁ VI

 

        
       -

 A więc Jest pan gotów nam pomóc 

-

 zapytał lord Percival.

 

       -

 Pokój waszej dostojności 

-

 powiedział Nubijczyk.

 

       -

 Pokój panu i miłosierdzie Boga i Jego błogosławieństwo.

 

       Wzrok Nubijczyka wyrażał wdzięczność.

 

       -

 Wasza dostojność 

-

 powiedział spokojnie i dobitnie 

- jestem pracowni-

kiem hotelu Stara Katarakta od ponad dziesięciu lat i nikogo nie zabiłem.

 

       Te słowa wywołały wściekłość komisarza Omara Abdel

-Atifa. 

background image

 

 11 

       -

 Przestań kłamać, Abu! Złapano cię na gorącym uczynku.

 

       -

 Niezupełnie. To ja znalazłem zwłoki i ja zawiadomiłem policję, i to 

mnie oskarżono, żeby uniknąć poszukiwań prawdziwego mordercy. Następnym razem, 
kiedy natknę się trupa, oddalę się najszybciej, jak to będzie możliwe.

 

       -

 Czy mógłby pan nam przedstawić swoją wersję wydarzeń? 

-

 zapytał lord 

Percival. 
       - Tracimy czas -

 ocenił komisarz Abdel

-Atif. - Lepi

ej od razu odesłać 

tego drania do więzienia!

 

       Nubijczyk wyciągnął skute ręce w stronę Egipcjanina:

 

       -

 Omar, bądź przynajmniej szczery; zrobiłeś mi to, żeby jak najszybciej 

pozbyć się tej cuchnącej sprawy, która cię przerasta i przez którą możesz mieć 
spore kłopoty. W gruncie rzeczy jesteś uczciwym człowiekiem, ale boisz się sw

o-

ich przełożonych. Dobrze wiesz, że jestem niewinny. Pozwól działać temu cudz

o-

ziemcowi: on odkryje prawdę, a ty będziesz spał spokojnie.

 

        
       Omar Abdel-Atif 

zaniemówił. Stał z półotwartymi ustami, nie będąc w st

a-

nie wydusić z siebie ani słowa. Policjanci odwrócili wzrok.

 

       -

 Wszyscy jak tu jesteśmy, staramy się dotrzeć do prawdy 

-

 potwierdził 

lord Percival. -

 Jeśli pan skłamał, panie Abu, będziemy o tym 

wiedzieli. 

       “Panie Abu..." Nigdy nie obdarzono go takim określeniem. Mimo kajdanek 
poczuł się prawie wolny. Przygotowywał się na najgorsze, a miał szansę z tego 
wyjść. On, który nie był zbyt gadatliwy i nie lubił rozmawiać o innych, miał 
opowiedzieć temu cudzoziemcowi przybyłemu z zimnego i mglistego kraju wszystko, 

co wie. 
       -

 Chodźmy na taras 

-

 zaproponował lord Percival.

 

       Abu osłupiał.

 

       Nigdy nie wyobrażał sobie, że pewnego dnia usiądzie w jednym z tych w

y-

godnych foteli, w któr

ych większość turystów popijała zimne napoje i prowadziła 

błahe rozmowy.

 

       Komisarz Abdel-

Atif, jak obity, poszedł za nimi. Egipcjanin, Nubijczyk i 

obaj Brytyjczycy zajęli miejsca wokół okrągłego stołu pod zdumionym wzrokiem 

policjantów. 

       Była to chwila niezwykłego spokoju. Gra świateł na Nilu i skały na El

e-

fantynie przywodziły na myśl zaginiony świat, w którym panowała harmonia.

 

       -

 Wasza dostojność 

-

 zaczął Abu 

-

 zostałem wezwany do hotelu, aby wypeł-

nić jasno określone zadanie: miałem przygotować renowację apartamentu Agaty 
Christie. Za niecały miesiąc miał być znów jak nowy, co wydawało mi się absolu

t-

ną mrzonką.

 

       -

 A więc hotel był zamknięty dla turystów?

 

       -

 Tak, wasza dostojność. Ale uprzywilejowani goście mogli pić na ta

rasie 

aperitif lub herbatę. Kiedy późnym popołudniem wszedłem do hotelu, siedziało tam 

siedem osób. 
       -

 Czy wie pan, kto to był?

 

       -

 Kiedy się pracuje w luksusowych hotelach, lepiej mieć pamięć do twarzy. 

Rozpoznałem inspektora do spraw starożytności Ahmeda al

-Fostata i czterech egip-

tologów. Dwie kobiety: Niemkę, panią Strauss, i Francuzkę, panią Abletout, oraz 
dwóch mężczyzn: Anglika, pana Faxmore'a, i Francuza, pana Glotoniego. Był tam 

jeszcze jeden Europejczyk, ubrany na czarno, z orlim nosem, którego nigdy przed-

tem nie widziałem, i Abd el

-

Mosul, głowa bogatego rodu z Południa.

 

       -

 Czy ten człowiek interesuje się egiptologią?

 

       -

 Powiedzmy, że... antykami w ogóle.

 

       -

 Czy miał pan okazję bywać u tych egiptologów?

 

       - Wi

dywałem ich tylko z daleka, kiedy przychodzili do hotelu. Oni zaś nie 

utrzymują kontaktów ze służbą.

 

       -

 Wydaje się, że nie bardzo ich pan lubi, panie Abu.

 

       -

 Oni mają swoje życie, a ja swoje. Pracują tu kilka tygodni w roku, a ja 

nie jestem p

rzekonany, że naprawdę kochają Egipt.

 

       Komisarz Abdel-

Atif otrząsnął się z odrętwienia.

 

       -

 Twoja opinia nikogo nie interesuje, Abu! Liczą się tylko fakty. Jeśli 

będziesz pleść trzy po trzy, każę cię wsadzić do izolatki!

 

background image

 

 12 

       -

 To ja zadałem niezręczne pytanie 

-

 usprawiedliwił się lord Percival. 

Pan Abu tu nie zawinił.

 

       Egipski policjant, któremu słowa arystokraty wytrąciły broń z ręki, zasę-
pił się. Lord Percival zwrócił się do Nubijczyka:

 

       -

 Proszę mówić dalej.

 

       - Wsz

edłem na trzecie piętro 

-

 ciągnął Abu 

-

 i pchnąłem drzwi apartamentu 

Agaty Christie, tej dziwnej osoby, która żyła ze śmierci innych. Nagle poczułem, 
że wydarzyła się jakaś tragedia. Atmosfera była przytłaczająca. Dotknąłem amul

e-

tu, by nie ulec złemu oku, ale zrobiłem to zbyt późno. Znajdowałem się już w 
kręgu zła. Przez moment sądziłem, że się mylę, ale po chwili w gabinecie zauw

a-

żyłem zwłoki mężczyzny z nożem wbitym w plecy.

 

       -

 Czy czegoś pan dotykał?

 

       -

 Nie, wasza dostojność.

 

       - Czy 

zauważył pan jakiś niezwykły szczegół?

 

       -

 Byłem tak wstrząśnięty, że nic do mnie nie docierało... Wyszedłem sta

m-

tąd tyłem i udałem się na posterunek, żeby zgłosić o moim ponurym odkryciu. N

a-

tychmiast, nie wysłuchawszy mnie, oskarżyli mnie o morderstwo i wtrącili do wię-

zienia. 
       Komisarz Abdel-

Atif podniósł pięść.

 

       -

 Wystarczy, Abu! Lepiej zrobisz, przyznając się do winy!

 

       Nubijczyk wytrzymał wzrok policjanta.

 

       -

 Powiedziałem prawdę i ty o tym wiesz. A teraz szukajcie winnego. Jeśli 

go nie znajdziecie, dusza zmarłego nie zazna spokoju. Howard Langton to jeden z 
nielicznych egiptologów, którzy prosili mnie, bym opowiadał o moim kraju, o jego 
pięknie, tradycjach... Howard Langton był dobrym człowiekiem, nie kradł i nie 

zadziera

ł nosa. Z pewnością dlatego ktoś go załatwił.

 

        
 

ROZDZIAŁ VII

 

        

       Lord Percival spojrzał komisarzowi Abdel

-Atifowi prosto w oczy. 

       -

 Mam do pana trzy prośby: po pierwsze, chciałbym osobiście obejrzeć 

miejsca związane z tragedią, po drugie, chciałbym obejrzeć narzędzie zbrodni, i 
po trzecie, proszę, żeby Abu był przetrzymywany w znośniejszych warunkach, p

o-

nieważ jest tylko podejrzanym.

 

       Nadinspektor Dodson poczuł nagłą suchość w gardle. Policjanci zwykle nie 
lubią, aby mów

iono do nich tym tonem. 

       Szkot i Egipcjanin przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem. W końcu 

komisarz Abdel-

Atif spasował:

 

       -

 Oczywiście, oczywiście... Proszę bardzo, apartament Agaty Christie stoi 

przed panami otworem. 
       - A dwie po

zostałe prośby?

 

       -

 Zgoda, zgoda! Póki co, odprowadzę Abu do więzienia.

 

       Patrząc ukosem na arystokratę, który go paraliżował wzrokiem, komisarz 
obszedł się z Nubijczykiem przyzwoicie.

 

       Lord Percival nie bez wzruszenia wchodził po monume

ntalnych schodach pro-

wadzących na piętro, na którym znajdował się apartament Agaty Christie. Jako 
przyjaciółka egiptologa Stephena Glanvillc'a, zwiedzała kraj faraonów w roku 
1931 wraz, ze swoim mężem Maxem Mallowanem. Poznała wówczas Howarda Cartera, 

odkr

ywcę grobowca Tutanchamona. Egipt tak bardzo zafascynował królową zbrodni, 

że napisała sztukę teatralną poświęconą faraonowi Echnatonowi i królowej Nefer

e-

titi, nie zapominając o samym Tutanchamonie.

 

        

       Powieściopisarka miała monumentalny rozmach, ponieważ w swojej sztuce 
przewidziała dwadzieścia dwie role główne oraz całą masę drugoplanowych. Eckn

a-

ton nie został wystawiony, ustępując miejsca Herkulesowi Poirot.

 

       Lord Percival musiał jednak zapomnieć o magii Starej Katarakty i zająć 
się szukaniem śladów mordercy, który znieważył, z pewnością niechcący, pamięć 

Agaty Christie. 

       Apartament pisarki pozostał nietknięty.

 

background image

 

 13 

       Salon, łoże z baldachimem, biurko, biblioteczka, toaletka z dzbankiem i 

nocnikiem, schodki po których wchodzono do wygódki, delikatne ryciny przedsta-

wiające owce, mgłę i angielską wieś oraz wspaniałe okna wychodzące na Nil i El

e-

fantynę...

 

       Nadinspektor Dodson z trudem nadążał za lordem Percivalem. Dogoniwszy go, 
uszanował jego milczenie w tym apartamencie, który przypominał muzeum.

 

       Szkot poruszał się niczym kot, miękko i lekko, jak gdyby nie chciał poz

o-

stawić najmniejszego śladu swojej obecności. Dodson patrzył, jak przystępuje do 

skrupulatnego i cierpliwego przeszukania. 
       -

 To niezwykłe 

- pow

iedział, kiedy skończyli. 

- Coraz bardziej przypomina 

pan zawodowca, milordzie. 
       -

 Niestety, królestwo Agaty Christie pozostało nieme i nie dostarczyło mi 

żadnej wskazówki.

 

        
       Komisarz Omar Abdel-

Atif położył na biurku niezwykły sztyle

t, bardzo cha-

rakterystyczny z powodu żelaznego ostrza i rękojeści z kryształu górskiego.

 

       -

 No cóż 

-

 powiedział Abdel

-

Atif, prezentując sztylet lordowi Percivalowi 

i Dodsonowi. -

 Oto narzędzie zbrodni! Oryginalne, co? Można by sądzić, że to 

antyk...

 Proszę go wziąć do ręki, panowie. Zobaczcie, jaki jest solidny!

 

       Lord Percival ostrożnie obracał nim w ręku, jak gdyby trzymał coś bardzo 

kruchego. 
       -

 Rzeczywiście, wydaje się, że to stara broń. 

 

       Abdel-

Atif zainteresował się:

 

       - Stara... jak bardzo? 
-

 Jeśli się nie mylę, całkowicie przypomina sztylet ze skarbca Tutanchamona. 

Egipcjanin podskoczył.

 

       -

 Mam nadzieję, że pan żartuje?

 

       -

 Mam bardzo nikłą wiedzę w dziedzinie egiptologii 

-

 wyznał Szkot 

- ale 

nie sądzę, żebym się mylił.

 

       -

 Jeśli pana dobrze rozumiem, milordzie, morderca miałby ukraść sztylet 

Tutanchamona z witryny kairskiego muzeum, aby zadać nim cios w plecy nieszczę-
snego egiptologa Howarda Langtona... To zupełnie nieprawdopodobne! Skarb Tuta

n-

cham

ona jest strzeżony dzień i noc i żaden złodziej nie może się do niego zbl

i-

żyć!

 

       -

 Byłby pan jednak uprzejmy to sprawdzić?

 

       -

 To śmieszne! Ale ponieważ pan nalega... Komisarz Abdel

-

Atif podniósł 

słuchawkę. Co najmniej dziesięć razy ponowił próbę, zanim uzyskał połączenie z 
pracownikiem technicznym biura muzeum, który kazał mu czekać, następnie połączył 
go z innym pracownikiem, który powiedział, że jest niekompetentny i odłożył sł

u-

chawkę.

 

       Rozwścieczony Abdel

-

Atif ponownie zadzwonił do muzeum i wyładował się na 

pierwszej osobie, która odebrała telefon, grożąc, że wyśle ją za kratki. Groźba 
okazała się skuteczna. Niecałe pół godziny później komisarzowi udało się połą-
czyć z jednym z zastępców jednego z asystentów jednego z konserwatorów.

 

  

     Pominąwszy wszelkie formułki grzecznościowe, komisarz polecił mu natyc

h-

miast sprawdzić, czy sztylet Tutanchamona znajduje się nadal w witrynie.

 

        

       Pracownik muzeum sprzeczał się przez kwadrans dla zasady, tłumacząc, że 

nie ma pracowników

 pod ręką i że sam nie może wyjść z pokoju z powodu ogromnej 

odpowiedzialności spoczywającej na jego barkach. Kiedy Abdel

-

Atif zdenerwował 

się nie na żarty, muzealnik wreszcie ustąpił.

 

       Znowu trzeba było czekać. Brytyjczykom podano kawę i karkadę 

orzeźwi

a-

jący napój z hibiskusa. Zirytowany Abdel

-

Atif przekładał w tę i z powrotem p

a-

piery upstrzone pieczęciami.

 

       -

 Gdzie mieszkał Howard Langton? 

-

 zapytał lord Percival.

 

       -

 W niedużej willi, blisko centrum miasta.

 

       -

 Czy miał pan czas przeprowadzić tam dokładne przeszukanie?

 

       -

 No cóż...

 

       -

 Czy mogę pana wyręczyć w tym przykrym obowiązku, komisarzu?

 

background image

 

 14 

       Omar Abdel-

Atif zamyślił się. W gruncie rzeczy, dlaczego nie? Ta rewizja 

nie dostarczy prawdopodobnie żadnych ważnych dowodów, a on miał ochotę uciąć 
sobie drzemkę.

 

       -

 Proszę bardzo, panowie... Zaprowadzi was jeden z moich ludzi. Później 

poproszę o raport.

 

       Wreszcie telefon zadzwonił. Abdel

-

Atif podniósł słuchawkę:

 

       - Tak, to ja... Jest pan absolu

tnie pewny? Doskonale! Egipcjanin rozłą-

czył się. Z szerokim uśmiechem zakomunikował:

 

       -

 Pańska hipoteza jest nieprawdziwa, milordzie. Sztylet Tutanchamona 

nadal znajduje się na swoim miejscu.

 

        
 

      ROZDZIAŁ VIII

 

        

       Wiał łagodny wiatr, powietrze było wyjątkowo czyste. Lord Percival, w 
jasnym kapeluszu z szerokim rondem, wszedł do niewielkiego białego domu, w kt

ó-

rym mieszkał Howard Langton. Zasapany Angus Dodson z trudnością nadążał za Szk

o-

tem. Pył, upał, słońce, silna woń wschodniego miasta, stanowiąca mieszaninę pe

r-

fum i nieco mniej szlachetnych aromatów sprawiły, że nadinspektor tęsknił za 
wilgotnymi chodnikami Londynu i swoim wygodnym, nowoczesnym biurem. Jeśli kom

i-

sarz Abdel-

Atif miał rację, i mordercą był nubijski olbrzym, oględziny nie p

o-

trwają długo.

 

       Nagie ściany pobielone wapnem, na wykafelkowanej podłodze dywan o drobnej 
fakturze, meble z białego drewna... Wnętrze willi świadczyło o tym, że angielski 
egiptolog dopiero co wprowadził się do nowego mieszkania i nie miał jeszcze cz

a-

su, by je zagospodarować.

 

       W salonie piętrzyły się fachowe książki: słowniki hieroglifów,  wśród 
nich słynny egipsko

-

niemiecki Worterbuch, podręczniki archeologii, raporty z 

wykopalisk, studia poświęcone bogom i przeglądy specjalis

tyczne, jak “Joumal of 

Egyptian Archaeology" czy “Zeitschrift fur agyptische Sprache". Wreszcie tysiące 
fiszek starannie poukładanych w kartonowych pudełkach.

 

       Lord Percival obejrzał kilka z nich.

 

       -

 Co spodziewał się pan znaleźć? 

-

 zapytał n

adinspektor. 

       -

 Jest już jakiś punkt zaczepienia: Howard Langton był egiptologiem w

y-

kształconym.

 

       - A nie zawsze tak jest? 
        
       -

 W tym zawodzie, podobnie jak w wielu innych, machlojki i koneksje liczą 

się często bardziej niż kompetencje. W tym wypadku nie ma wątpliwości: Langton 
miał żądane kwalifikacje i solidne doświadczenie, tak w dziedzinie hieroglifów, 

jak i w archeologii. 

       Na niewielkim biurku leżały pióra, notatniki i tekst hieroglificzny nap

i-

sany ręką zmarłego

 

    

   Lord Percival dłuższą chwilę stał pochylony nad dokumentem.

 

       - Dziwne -

 powiedział.

 

       - Pan... Zna pan hieroglify? -

 spytał zaskoczony Dodson.

 

       -

 Jestem tylko amatorem. Stary uczony z Eton nauczył mnie podstaw i zap

o-

znał z najważniejszymi tekstami. Ten jest znany. To rozdział VI z Księgi uma

r-

łych.

 

       - O czym mówi? 
       -

 Jeśli zmarły został powołany do pracy w zaświatach, uprawiania pól lub 

nawadniania brzegów, odwoływał się do magicznej figurki, zwanej odpowiadaczem, 

która o

żywała w cudowny sposób, żeby za niego pracować.

 

       -

 To bardzo znany tekst, a jednak coś pana w nim zaskoczyło!

 

       -

 Nie sam tekst, ale słowo “Uwaga!" napisane i podkreślone przez Langt

o-

na. 
       - Co to oznacza? 
       -

 Być może to mało znaczące spostrzeżenie, a być może ważna wskazówka... 

Kontynuujmy nasze poszukiwania. 

       W sypialni pod lampką nocną lord Percival znalazł poczwórnie złożoną 
kartkę z notatką: “powstrzymać Abd el

-Mosula". 

background image

 

 15 

       - Najwidoczniej ten Abd el-

Mosul nie był 

przyjacielem Langtona - stwier-

dził nadinspektor. 

-

 Ale dlaczego tak ukrył tę kartkę?

 

       -

 Albo dlatego, że zamierzał szczegółowo opisać swój plan działania, albo 

dlatego, że to początek wiadomości, którą chciał komuś przesłać. Z całą pewn

o-

ścią nie miał czasu, żeby pisać dalej.

 

       -

 Trzeba będzie zebrać jak najwięcej informacji O tym człowieku; Abd el

-

Mosul staje się naszym pierwszym podejrzanym.

 

       -

 Czyżby pan zapomniał o Abu? 

-

 zapytał Szkot z lekkim uśmiechem.

 

       -

 Nie, oczywiście, że nie! Ale może miał wspólnika. Lord Percival i Angus 

Dodson uważnie i wytrwale kontynuowali rewizję. W prymitywnej łazience, w której 
woda leciała tylko przez kilka godzin, Szkot zatrzymał się przy antycznym gl

i-

nianym dzbanie stojącym między pędzlem a miseczką do rozrabiania piany do gol

e-

nia. 
       - Prawdziwy antyk? 
       -

 Współczesny wyrób bez wartości artystycznej, ale dobrze wykonany 

- oce-

nił lord Percival, wdychając zapach wnętrza naczynia, i wlał odrobinę płynu do 

szklanki. 
       - Chyba nie za

mierza pan tego wypić...

 

       -

 Trzeba podejmować pewne ryzyko.

 

       -

 Nie wierzę w klątwę faraonów, milordzie, ale jednak byli oni znawcami 

trucizn i... 

       Ostrzeżenie nadinspektora było zbyteczne. Szkot wypił łyk.

 

       -

 Tak myślałem: przereklamowane. Chce pan skosztować, nadinspektorze?

 

       Oficer Scotland Yardu nie cofa się przed niczym;

 

       Dodson pociągnął łyk.

 

       -

 Ależ... Co to za obrzydliwe piwo!

 

       -

 Delikatnie pan to ujął. Zaledwie nadaje się do picia.

 

        
  

     Na podstawce dzbanka widniał głęboko wyryty napis: “Scottish Brewer".

 

       - To wstyd dla Szkocji -

 ocenił arystokrata. 

-

 Powinien pan zatelefonować 

do Scotland Yardu, nadinspektorze. Niech znajdą tę wytwórnię, jeśli w ogóle is

t-

nieje. 
       Lord 

Percival ponownie zainteresował się materiałami naukowymi Howarda 

Langtona i długo je przeglądał.

 

       -

 Nie wiedziałem, że Howard był taki skryty.

 

       -

 Skąd ten wniosek? 

-

 zapytał Dodson.

 

       -

 Ponieważ nowy dyrektor centrum archeologicznego p

owinien pisemnie 

przedstawić szczegółowy projekt. Brak choćby jednego dokumentu odnoszącego się 
do tego projektu jest zaskakujący, by nie rzec nienormalny.

 

       Nadinspektor zmarszczył brwi.

 

       -

 Istnieje proste wytłumaczenie: morderca ukradł te dokumenty, ponieważ w 

taki czy inny sposób zdradzały jego tożsamość.

 

       -

 Tak właśnie myślę. Sądzę też, że je zniszczył. W takim razie Abu byłby 

niewinny. 

       Jeśli nawet hipoteza była dobra, sprawiła przykrość Angusowi Dodsonowi. W 
jaką pułapkę się wpakował, i to z dala od Anglii? Nawet gdyby uwierzył wewnętr

z-

nemu głosowi, który mu podpowiadał, że zmaga się z groźnym przestępcą, nie po

d-

dałby się.

 

       - Rozpocznijmy przeszukiwanie domu -

 zadecydował niezmordowany lord Pe

r-

cival. 

       Z największą dokładnością obaj mężczyźni centymetr po centymetrze obe

j-

rzeli ostatnie mieszkanie egiptologa Hovarda Langtona, jednak bez powodzenia. 
        
 

ROZDZIAŁ IX

 

        
       Mina komisarza Abdel-

Atifa nie zapowiadała nic dobrego.

 

       - Dwukrotnie 

czytałem pański raport, nadinspektorze, ale wyciągam z niego 

zgoła inne wnioski niż, pan. Nie ma podstaw formalnych, aby uniewinnić Abu!

 

       -

 Ani też żadnych podstaw, aby go oskarżyć 

-

 przypomniał lord Percival.

 

background image

 

 16 

       Egipcjanin zapalił papierosa i natychmiast wcisnął go w popielniczkę w

y-

pełnioną niedopałkami.

 

       -

 Wszyscy jesteśmy uczciwymi i sumiennymi zawodowcami. Czy koniecznie 

trzeba szukać tajemnic tam, gdzie ich nie ma? Ahu jest Nubijczykiem, a Nubijcz

y-

cy są uparci. Z pewnością w końcu się przyzna.

 

       -

 Fakty również są uparte 

-

 powiedział Dodson poważnie. 

- Szanowny kole-

go, musimy rozszerzyć nasze śledztwo.

 

       Abdel-

Atif westchnął głęboko:

 

       -

 Tego się właśnie obawiałem... Mieliście jasne i ewidentne fakty, ale 

szukacie in

nych. A jeśli panowie się mylą, tak jak w przypadku narzędzia zbro

d-

ni? 
       -

 A właśnie 

-

 przerwał Szkot łagodnie. 

-

 Chciałbym, żeby ekspert, w tym 

przypadku inspektor Ahmed al-

Fostat, rzucił na nie okiem.

 

       - A to z jakiego powodu? 
       - Czy 

nie powinniśmy wiedzieć coś więcej o tym sztylecie?

 

       -

 Wiemy już najważniejsze: tą bronią zabito Langtona. 

 

       Sumienie zawodowe Dodsona zbuntowało się:

 

       -

 Czy wydał pan polecenie, by szukano ewentualnych odcisków palców?

 

        
       -

 Oczywiście, panie nadinspektorze... Ale ta broń przechodziła z rąk do 

rąk, a Abu z pewnością wytarł rękojeść w ubranie. W tej kwestii nie ma się czego 
spodziewać.

 

       Dodson powstrzymał gniew.

 

       -

 Czy zechce pan wezwać inspektora al

-Fostata? -

 zapytał z naciskiem lord 

Percival. 

       Egipski policjant bardzo chciałby się sprzeciwić swemu rozmówcy, ale ten 
cudzoziemiec o wyrafinowanej elegancji, na którego czole nie perliła się na

j-

mniejsza kropla potu, nie przestawał go hipnotyzować.

 

       

W dodatku podniósł słuchawkę.

 

       Inspektor Ahmed al-

Fostat, liczący około czterdziestki, był niski, nerw

o-

wy i irytujący. Jego twarz w kolorze kakao stanowiła zadziwiający kompromis p

o-

między twarzą kairskiego mieszczucha i obliczem wieśniaka z Południa

. Wydatny 

nos, oczy małe i oskarżycielskie, grube wargi i łysina nie zjednywały mu symp

a-

tii. Miał nieskazitelnie białą koszulę i pomięte czarne spodnie, był przekonany, 
że ma wielką władzę i autorytet i zależało mu, żeby i inni natychmiast o tym 

wiedzieli. 
       - Dlaczego mnie pan niepokoi, komisarzu? -

 zapytał gniewnie, nie spo

j-

rzawszy nawet na cudzoziemców. 
       -

 Chodzi o ekspertyzę.

 

       -

 Proszę wypełnić formularz, zaadresować do mnie i czekać na odpowiedź.

 

       -

 Cieszę się, że pana widzę,

 panie al-Fostat -

 powiedział uprzejmie 

Szkot. -

 Prawdę mówiąc, zależy nam na jak najszybszym uzyskaniu pańskich świ

a-

tłych porad w sprawie dotyczącej zarówno Egiptu, jak i Anglii. Ależ zachowałem 
się niewybaczalnie! Zapomniałem się przedstawić. Jestem lord

 Percival Kilvanock, 

a to mój kolega, nadinspektor Angus Dodson, ze Scotland Yardu. 
       Ahmed al-

Fostat spojrzał porozumiewawczo na komisarza Abdel

-Atifa, który 

wzruszył ramionami, aby dać mu do zrozumienia, że tak jest i nic na to nie por

a-

dzi. 
       -

 Jesteśmy tu u siebie 

-

 stwierdził inspektor skrzekliwym głosem. 

-

 Już 

od dawna nie jesteśmy kolonią angielską. Scotland Yard nie może więc wydawać mi 
żadnych poleceń.

 

       -

 Potrzebowalibyśmy rady eksperta 

-

 powiedział spokojnie Szkot 

-

 ponieważ 

nie 

znamy się na archeologii. Pan mógłby nam pomóc.

 

       -

 Dlaczego miałbym to zrobić?

 

       -

 Ponieważ chodzi o morderstwo. 

 

       Inspektor wydął wargi.

 

       -

 A... kto jest ofiarą?

 

       - Egiptolog Howard Langton. Przez usta Ahmeda al-Fostata p

rzemknął cień 

uśmiechu.

 

       -

 No proszę... Nowy szef angielskiej misji archeologicznej! Nie pomies

z-

kał sobie długo w Egipcie, biedaczek... Smutny los. W imieniu jego egipskich 

background image

 

 17 

kolegów oraz Egipskiej Służby Starożytności składam panom wyrazy współczucia

Przypuszczam, że nasza policja energicznie poszukuje sprawcy.

 

       -

 Być może już go znaleźliśmy 

-

 przerwał komisarz Abdel

-Atif. 

       -

 Czy mógłbym wiedzieć, kto to jest?

 

       - Abu, Nubijczyk, który pracuje w Starej Katarakcie.  
       W oczac

h archeologa błysnął gniew i pogarda.

 

       -

 To z pewnością on!

 

       -

 Czyżby miał pan dowód? 

-

 zapytał Angus Dodson.

 

       -

 Nubijczycy są zdolni do wszystkiego. Należy ich unikać; zawsze byli 

złodziejami i mordercami.

 

       - Czy zna go pan oso

biście? 

-

 zapytał Szkot.

 

        
       -

 Oczywiście że nie. Nie zadaję się z wykolejeńcami jego pokroju.

 

       -

 Czy byłby pan łaskaw obejrzeć tę broń? 

 

       Lord Percival wskazał sztylet leżący na biurku komisarza Abdel

-Atifa. 

Ahmed al-Fostat niec

hętnie obrzucił go wzrokiem, po czym zważył w ręku.

 

       -

 Co mam panom powiedzieć?

 

       - Z jakiej dynastii pochodzi ten sztylet.  

       Archeolog wybuchnął śmiechem:

 

       -

 Pan rzeczywiście nie zna się na egiptologii, milordzie! To niezręczna 

podróbka, nieudolna imitacja sztyletu, który wchodzi w skład skarbu Tutancham

o-

na. Mógłby go pan kupić za dwa funty szterlingi, gdyby nie był narzędziem zbro

d-

ni. Turyści, zwłaszcza nieobyci, uwielbiają przedmioty tego rodzaju i dają się 
oszukiwać zawodowym fałszerzom, których wytwórnie pracują tu pełną parą.

 

       - Czy u podstawy ostrza nie ma czasem hieroglifów? 
       -

 Fałszerz wyrył byle co... Wyroby tego typu często mają skazy.

 

       -

 Wygląda jak “I", “T" lub “N"...

 

       Ahmed al-Fostat spojrz

ał na Szkota nieufnie.

 

       -

 Umie pan czytać hieroglify?

 

       -

 Trochę... Wszędzie sprzedają pocztówki, a nawet zasady odczytywania 

alfabetu hieroglificznego. Myślałem, że rozpoznałem trzy litery.

 

       -

 Są tak niestarannie wyryte, że można byłoby odczytać wszystko! Jeśli 

pan chce, żebym wybawił pana z tego kłopotu, komisarzu...

 

       -

 Chodzi o bardzo ważny dowód 

-

 przerwał zbulwersowany Dodson. 

- Musi 

pozostać w rękach policji.

 

       -

 Czy mógłbym pana prosić o przysługę zupełnie prywatną? 

-

 zapytał lord 

Percival. 
       Ahmed al-

Fostat zacisnął mięsiste wargi.

 

       - A o co chodzi? 
       -

 Wiele słyszałem o asuańskim nilomierzu. Czy wyświadczyłby mi pan 

grzeczność i objaśnił, do czego służył?

 

        
        
 

ROZDZIAŁ X

 

        
 

      Ruiny antycznej świątyni Chnum drzemały w zimowym słońcu, nawiedzane 

przez boga-

barana, pana katarakty i władcy wylewów. Tymczasem lord Percival i 

Ahmed al-

Fostat wynajęli felukę, aby popłynąć na Elefantynę, do niewielkiego 

pomostu przy muzeum. 
    

   Skromne asuańskie muzeum, w niepowtarzalnym pół

-

kolonialnym, pół

-

laotańskim stylu, było w rzeczywistości willą angielskiego inżyniera Williama 
Wellicocksa. Zaprojektował on Pierwszą Kataraktę, w imię postępu, którego zgubne 

skutki Szkot, jako jeden z ni

elicznych, potępiał. Zapora została otwarta w 1902 

roku w obecności księcia Connaught i Winstona Churchilla. Można pozazdrościć 
Wellicocksowi, który z wysokości werandy, zajmowanej obecnie przez sarkofagi, 
cieszył oczy wspaniałym pejzażem, w którym niepodzielnie panował Nil.

 

       Kilka kroków od budynku otoczonego krzewami znajdował się słynny nil

o-

mierz -

 rodzaj kamiennych schodów wykutych w skale i schodzących do wody.

 

background image

 

 18 

       -

 Jest pan niezwykle uprzejmy, że poświęcił mi pan odrobinę swego cennego 

czasu -

 powiedział lord Percival do pełnego dystansu Ahmeda al

-Fostata. -

 Dzięki 

panu będę nieco mniejszym ignorantem.

 

       Inspektor przybrał poważną minę.

 

       -

 Grecki geograf Strabon objaśniał, że kreski wyryte w kamieniu miały 

pokazywać wysokość po

ziomu wody podczas wylewów. W ten sposób z biegiem lat po-

wstała prawdziwa kronika wylewów.

 

       -

 Czy można je przewidywać?

 

       -

 Inżynierowie faraonów podejmowali to ryzyko.

 

       -

 W życiu ryzykuje się wielokrotnie, panie al

-

Fostat. Przychodząc 

w ze-

szłym tygodniu do Starej Katarakty, nie wiedział pan, że wokół krąży śmierć. 
Morderca znajdował się, być może, w niewielkim kręgu osób siedzących na tarasie.

 

       Ahmed al-

Fostat zatrzymał się na pierwszym stopniu nilomierza.

 

       -

 O co panu właściwie chodzi? Dobrze pan wie, że mordercą jest ten prz

e-

klęty Nubijczyk!

 

       -

 Pewne informacje mogą wskazywać, że tak nie jest.

 

       - Istotne? 
       -

 Tak je traktujemy. Co pan sądził o Howardzie Langtonie?

 

       Egipcjanin zszedł schodek niżej. Do Nilu prowadziło dziewięćdziesiąt 

stopni. 
       -

 Nic. Nigdy się z nim nie spotkałem.

 

       -

 Z racji swojej funkcji musiał się z panem kontaktować.

 

       Ahmed al-

Fostat uśmiechnął się ironicznie.

 

       -

 Anglicy są w większości zarozumiali i powściągliwi... Szef misji arch

e-

ologicznej nie przejmował się jakimś miejscowym inspektorem... Proszę zauważyć, 
że być może był w błędzie.

 

       -

 Co pan chce przez to powiedzieć?

 

       - Nic... Nic konkretnego.  

       Mężczyźni powoli schodzili.

 

       -

 W dniu, kiedy popełniono zbrodnię 

-

 przypomniał lord Percival 

- przy-

szedł pan na taras Starej Katarakty, żeby się spotkać z... przyjaciółmi, jak 

przypuszczam. 
       -

 Tak, to miało być zwykłe towarzyskie spotkanie.

 

       -

 Z jednym wyjątkiem. Myślę o Abd el

-Mosulu. Czy nie ma on reputacji co-

kolwiek... podejrzanej? 
       -

 Myśli pan, że wszystko pan wie, milordzie! Istotnie, Abd el

-Mosul tam 

był, ale pańskie przypuszczenia są już nieaktualne. Mój rodak popełnił w prz

e-

szłości kilka błędów, ale czasy się zmieniły. Niech pan nie wierzy we wszystko, 
co mówią. Legenda o Abd el

-Mosulu to tylko legenda. 

       Szkot wpatrywał się w linie wyciosane w skale przez hydrologów faraona. 
Przypominały o szczęśliwych czasach, kiedy wylew, niczym zakochany młod

zieniec 

spieszący na podbój krain, użyźniał czarną ziemię Egiptu i żywił jego mieszkań-
ców, pokrywając ją płodnymi madami.

 

       -

 A czy pani Albertine Abletout była wobec pana bardziej uprzejma niż 

brytyjscy archeolodzy?  
       Ahmed al-Fostat zareagow

ał gwałtownie:

 

       -

 Osoba ta ma wyraźne skłonności do robienia przedstawień. Jest nie tylko 

egiptologiem, ale i aktorką! Jedynym obiektem jej zainteresowań jest ona sama. 
Kiedy przyjeżdża do Egiptu, wie o tym cały kraj. Jest chora, kiedy się o niej 

nie mówi. 
       -

 Przecież dokonała ważnych odkryć?

 

       -

 Przede wszystkim udało jej się przekonać o tym innych! Słuchając tej 

damy, odniesie pan wrażenie, że osobiście zbudowała wszystkie egipskie świąt

y-

nie! Odznaczenia i honory są dla niej ważniejsze niż praca w terenie. Moja rada, 

milordzie: im dalej od niej, tym lepiej dla pana. 
       -

 Był jeszcze jeden francuski egiptolog w Starej Katarakcie, prawda?

 

       -

 Rzeczywiście, był tam ten dziwak Villabert Glotoni! Przeciętniak odd

e-

legowany do obsługi śmietanki towarzyskiej, co mu najbardziej odpowiada. Oprow

a-

dza wybitnych gości po stanowiskach archeologicznych i, racząc ich mało prec

y-

zyjnymi objaśnieniami, bawi się w wytrawnego archeologa. Poza tym to kpiarz, 
który bez namysłu rozgłasza najgorsze os

zczerstwa. 

background image

 

 19 

       Zamyślony Ahmed al

-

Fostat zszedł kilka stopni niżej.

 

       -

 Zaniepokoił mnie pan, milordzie... A jeśli morderca rzeczywiście zna

j-

dował się w gronie osób, które piły aperitif w Starej Katarakcie?

 

       -

 Czy coś mogło wzbudzić pański

e podejrzenia? 

       -

 Domenica Strauss, niemiecka egiptolog, była kochanką Langtona. To k

o-

bieta z głową, zawzięta i gwałtowna, zdolna do wszystkiego.

 

       -

 A zatem sądzi pan, że mogło to być zabójstwo w afekcie? 

-

 zasugerował 

Szkot. 
       - To nie

wykluczone... Ale gdybym miał wskazać podejrzanego, byłby to r

a-

czej Steven Faxmore, To człowiek twardy, sprawny w działaniu i ambitny, który 
nieustannie kłócił się z władzami egipskimi, tak bardzo je lekceważy. Nie tylko 

wobec nich jest agresywny... Podobn

o poważnie pokłócił się z Langtonem. Faxmore 

jest Szkotem... Może to dlatego. Wiem, że Anglicy i Szkoci się nienawidzą.

 

       -

 Wie pan coś więcej o tej kłótni?

 

       -

 Nic, zwykłe plotki.

 

       Wzburzony Ahmed al-

Fostat zszedł szybko aż do rzeki. Tr

zy stopnie przed 

ostatnim schodkiem zatrzymał się.

 

       -

 Proszę spojrzeć, milordzie... Ale proszę nie podchodzić!

 

       Na ostatnim stopniu leżała duża żmija.

 

       -

 Do góry, tylko powoli... Jeśli nie będziemy wykonywać gwałtownych r

u-

chów, nie zaatakuje. 

       Wydawało się, że Egipcjanin stracił pewność i, aby się nie pośliznąć, 
oparł się o ścianę nilomierza. Lord Percival nie okazał najmniejszych oznak em

o-

cji. 
       -

 Według zeznań Abu w Starej Katarakcie był ktoś jeszcze 

-

 mężczyzna w 

czerni, którego nazwiska nie znam. 
        
       Ahmed al-

Fostat odpowiedział dopiero na szczycie nilomierza:

 

       -

 To doktor Alan Qerry... Dobrze, że pan o nim wspomina! On także znak

o-

micie nadaje się na podejrzanego. Sporo czasu minęło, odkąd mieszka w E

gipcie, 

robi to, co lubi, i nikomu się nie tłumaczy. Prowadzi laboratorium w Kairze, 
gdzie, między innymi, zajmuje się badaniem mumii. To nie mogło trwać wiecznie... 
Wiadomo, że Howard Langton miał zamiar skontrolować badania Qerry'ego i oprac

o-

wać własny “program mumie". Szykował się poważny konflikt.

 

       Grupa turystów przypuściła szturm na muzeum.

 

       -

 Dziękuję za pouczającą wycieczkę 

-

 powiedział Szkot.

 

       -

 A tak na przyszłość, milordzie, proszę mnie nie nachodzić. Nie mam nic 

wspólnego z 

tą zbrodnią i jestem bardzo zajęty.

 

        
 

ROZDZIAŁ XI

 

        

       Lord Percival poprosił przewoźnika, żeby się nie spieszył i pozwolił, by 
feluka płynęła swobodnie z prądem rzeki. Starszy, ale jeszcze sprawny i ene

r-

giczny mężczyzna zręcznie sterował i, ryzykując skręcenie karku, udowodnił Szk

o-

towi, że ciągle jeszcze potrafi wspiąć się na maszt.

 

       Widząc, z jaką przyjemnością cudzoziemiec poddaje się falowaniu wody, 
właściciel feluki zataczał kręgi, igrając z wiatrem i prądami.

 

       Nie m

a oczywiście lepszego klimatu i piękniejszego pejzażu niż w Szkocji, 

ale arystokrata uległ, jak niegdyś, magii Egiptu, w którym czas się zatrzymał. 
Kiedy Stwórca postanowił celebrować fantastyczne gody wody i pustyni, nie 
omieszkał rzucić gdzieniegdzie majestatycznych skał, na których skrybowie far

a-

ona opisywali podboje awanturników -

 odkrywców Dalekiego Południa. A oddech Am

o-

na, ukryty początek, nadal objawiał się w wydęciu białego żagla feluki, bezsz

e-

lestnie płynącej pod doskonale czystym niebem.

 

       

Na pomoście niecierpliwie czekał na arystokratę Angus Dodson.

 

       -

 Dowiedział się pan czegoś ważnego, milordzie?

 

       -

 To zależy. A co ze Scottish Brewer?

 

       -

 Nie można się połączyć ze Scotland Yardem: kierunek zajęty. Będę jes

z-

cze próbował. Potrzebuję; pańskiej niezwłocznej pomocy: Albertine Abletout gr

o-

background image

 

 20 

zi, że skąpie Egipt w ogniu i krwi, jeśli nie przyjmiemy jej zaproszenia na 
śniadanie w Starej Katarakcie.

 

       -

 Nie ma potrzeby wywoływać kolejnego konfliktu, nadinspektorze.

 

        
 

      Mimo że hotel był oficjalnie zamknięty, francuska egiptolog dopięła sw

e-

go: otwarto wielką odświętną jadalnię i przyniesiono jej ulubione danie skład

a-

jące się z puree z bobu, szaszłyka z jagnięcia, marchewki i groszku. Mimo kuszą-

cych nazw, jak “Omar C

hajjam", “Kleopatra" i “Egipski Rubin", lepiej było unikać 

win, których wypicie groziło błyskawiczną ruiną przewodu pokarmowego. Zamówiono 
więc lekkie i ułatwiające trawienie lokalne piwo.

 

       Ubrana w ciemnofioletowy kostium Albertine Abletout, kobiet

a około sześć-

dziesięcioletnia, średniego wzrostu i nieco korpulentna, obdarzona niewyczerpaną 
energią, wydawała się bardzo rozgniewana:

 

       -

 Nie za późno, panowie? Co się stało ze słynną brytyjską grzecznością?

 

       -

 Kłania się pani do stóp 

- powi

edział Szkot 

-

 z przeprosinami śledczych 

tropiących zabójcę. 

 

       Szare oczy Francuzki pociemniały.

 

       -

 Co to za historia z tym morderstwem? Jeszcze jeden wymysł Brytyjczyków, 

żeby utrudnić Francuzom poszukiwania? Pomyśleć, że nadal zaprzeczacie, iż to 

Jean-

Francois Champollion jako pierwszy odczytał hieroglify! Wasi erudyci, pan

o-

wie, zostali zwyciężeni. Oto cała prawda.

 

       -

 Z przyjemnością się z panią zgadzam.

 

       -

 Tym lepiej. Pokonałam większych uparciuchów niż wy! Siadajcie i jed

z-

cie

, panowie. To, co zamówiłam, jest wyborne: tak dla mnie, jak i dla innych. A 

więc, o jaką zbrodnię chodzi?

 

       -

 Zamordowano pani kolegę, Howarda Langtona.

 

       -

 Tylko tego brakowało! Ten biedny chłopak nie był w stanie dźwignąć o

d-

powiedzialności, jaką mu powierzono. Jesteście panowie pewni, że nie chodzi o 

samobójstwo? 
       -

 Jesteśmy pewni 

-

 odpowiedział Dodson, poirytowany tupetem Francuzki. 

Rzadko popełnia się samobójstwo, zadając sobie cios nożem w plecy.

 

       -

 To przykre, zwłaszcza dla niego... Ale nie będziemy długo opłakiwać 

waszego Langtona. Był tylko przeciętnym, zapracowanym praktykiem, pozbawionym 
cech, dzięki którym naukowiec zyskuje sławę i uznanie. Chciałabym się panom z 
czegoś zwierzyć.

 

       Widząc uważne spojrzenia obu mężczyzn, Alhertine Abletout z satysfakcją 
oceniła efekt swojej deklaracji.

 

       - To dla nas wielki zaszczyt -

 powiedział lord Percival z przekonaniem. 

Dziękujemy, że uważa pani, iż jesteśmy tego godni.

 

       Francuska egiptolog wyciągnęła szyje:

 

       -

 Mogę panom wyznać, że poleciłam Howardowi Langtonowi opuścić Egipt i 

jak najszybciej wrócić do londyńskiego biura. Było dla mnie jasne, że ten bied

a-

czek nigdy nie przyzwyczai się do tego kraju i dozna tu tylko rozczarowań. Gdyby 
mnie posłuchał, jeszcze by żył.

 

       Puree z bobu było wyśmienite, a tutejsze piwo, nawet jeśli okazało się o 
wiele za słodkie dla podniebienia Dodsona, to jednak działało orzeźwiająco.

 

       -

 Przypuszczam, że pani “rada" nie spodobała się Langtonowi 

-

 wtrącił 

nadinspektor. 
       - Mniejsza z tym -

 zagrzmiała Francuzka. 

-

 Zwykle mówię wszystko prosto z 

mostu, nie przejmując się reakcją moich rozmówców. Ten Langton winien mi był 
szacunek i przezornie nie odpowiedział. Znam się na ludziach! Ale do rzeczy... 
Zatrzymaliści

e winnego? 

       -

 Egipska policja uważa, że to Abu...

 

       -

 Abu... Ten nubijski osiłek, który pracuje w hotelu?

 

       - Ten sam. 

       Francuska egiptolog zamyśliła się.

 

        
       -

 Proszę mi podać szaszłyk, ten najbardziej wypieczony... 

Abu, dziwaczny 

kolos, jakich umiała stworzyć antyczna Nubia. Wszyscy byli żołnierzami w armii 
faraona i uchodzili za znakomitych wojowników. Myślałam czasem, żeby zatrudnić 
go jako robotnika w mojej ekipie wykopaliskowej, ale tak się nie stało.

 

background image

 

 21 

       - C

zy odmówił?

 

       -

 Nikt nigdy mi nie odmawia! Nie, sama zrezygnowałam z powodu jego rep

u-

tacji... Podobno jest gwałtowny, ma długi karciane, nieznośny charakter i nien

a-

widzi rozkazów. Ja zaś nie znoszę, żeby dyskutowano moje polecenia.

 

       -

 A więc byłby doskonałym przestępcą. 

 

       Sugestia Dodsona nie wzbudziła entuzjazmu Albertine Abletout.

 

       -

 Doskonałym? To nie jest takie pewne... Proszę mi nalać piwa. Nubijczycy 

są rozważni, nie działają pochopnie. Nie mówię, że nie zabił Langtona, ale jeśli 
to zrobił, musiał mieć poważny powód. Bardzo poważny.

 

       -

 A czy doszły panią słuchy o jakiejś kłótni między Abu a Langtonem? 

zapytał lord Percival.

 

       -

 Nie, wiedziałabym o tym. Abu miał natomiast problemy z osobą, którą 

warto wziąć pod włos. 

 

       - Czy chodzi o Abd el-Mosula?  

       Francuzka podskoczyła.

 

       -

 Skąd pan wie, milordzie?

 

        
 

ROZDZIAŁ XII

 

        
-

 Intuicja, droga pani. Sława Abd el

-

Mosula przekroczyła granice jego prowincji. 

Francuzka wybuchnęła:

 

       -

 Wie pan więcej, niż pan mówi!

 

       -

 Niestety nie. Gdyby tak było, już bym zidentyfikował mordercę. Czy zna 

pani źródło kłopotów, o których pani wspomniała?

 

       -

 Nie... Nie utrzymuję kontaktów z takimi osobami jak Abd el

-Mosul i ra-

dzę panu, podobnie jak pańskiemu koledze, byście pozwolili działać lokalnej p

o-

licji. Jeśli chodzi o pewną nieco mętną sprawę pomiędzy Egipcjanami, w którą 
Langton niepotrzebnie się wmieszał, to nie muaie tu nic do roboty. Proszę nał

o-

żyć mi marchewkę.

 

       - Sytuacja

 jest bardziej skomplikowana, niż się wydaje 

-

 ocenił lord Pe

r-

cival. -

 Z jednej strony Howard Langton był uważany w Anglii za ważną osob

i-

stość; z drugiej strony zaś wina Abu jest wątpliwa.

 

       -

 Powtarzam panom: pozwólcie działać miejscowej policji. Tu

taj wasze me-

tody nie będą skuteczne.

 

       

Albertine Abletout miała wilczy apetyt. Dodson, który mógłby z nią ryw

a-

lizować, nie miał zaufania do podanego jedzenia i zadowalał się chlebem z m

a-

słem.

 

       - Czy zna pani projekty Howarda Lanytona? 
       -

 Nie było żadnego, inspektorze.

 

       - Czy to nie dziwne? 
       -

 Bynajmniej! On budował zamki z piasku, jak byle szczur biblioteczny. 

Później zetknął się z twardymi realiami terenu i spuścił z tonu. Musiał wyrzucić 
do kosza swoje niedorzeczności i stwierdzić, że nie ma szans na poważne odkr

y-

cia. 
        
       -

 Czy nasz nieszczęsny rodak nie miał żadnego sojusznika? 

-

 wypytywał 

Dodson. 

       Francuzka zaatakował drugi szaszłyk.

 

       -

 O tak, miał przyjaciółkę, głuptas! To niejaka Domenica Str

auss, nie-

miecka egiptolog, niewiarygodnie pretensjonalna. Usidliła go.

 

       -

 Czy ją również uważa pani za niekompetentną?

 

       -

 Ta Strauss... Ani na krok nie rozstaje się ze swoimi słownikami i n

o-

tatkami! Gabinetowy egiptolog, jakich nienawidzę, i 

to najgorszego gatunku! 

       -

 Czy mamy rozumieć, że panna Strauss była kochanką Howarda Langtona?

 

       -

 Oczywiście! Ta pozbawiona uroku harpia była zazdrosna jak tygryska i 

nie dopuszczała do swojego Anglika żadnej kobiety. Ale to nie wszystko: jes

nieprawdopodobnie ambitna, marzy jej się rola pierwszoplanowa. Pewnie uwierzyła, 
że Langton ją urządzi... Niestety, sytuacja rozwijała się nie tak, jak tego 
oczekiwała. Wasz rodak był zdezorientowany, ale mimo to nie stracił do reszty 
zmysłu krytycznego.

 

background image

 

 22 

       -

 Czy zerwałby z panną Strauss?

 

       -

 Miał jej dosyć, to jasne. Żeby mieć spokój, musiał ją porzucić. Kto by 

zniósł taką pijawkę? Być może była mniej niebezpieczna niż ta śmieszna kreatura 
Faxmore. Egiptolog... Akurat! Chciał raczej rozciągnąć swoje królestwo na cały 
kraj. Bardziej interesowały go pieniądze niż archeologia. Projekt komercyjny... 
Oto co go prześladowało! Ale który? W każdym razie groził Langtonowi.

 

       - Z jakiego powodu? 
       - Nie wiem, milordzie. Langton, nawet nie wie

dząc o tym, z pewnością st

a-

nął na jego drodze. To konflikt między Anglikami. Ja się do tego nie mieszam! 
Niech się nawzajem wykańczają, to ich sprawa.

 

       Deser zaskoczył Dodsona: tarta z. jabłkami przykryta śmietaną, zamówiona 

przez Albertine Abletout

. Ale z czego była śmietana? Ostrożny nadinspektor wolał 

się powstrzymać.

 

       -

 Na szczęście 

-

 ciągnęła Francuzka, pożerając łapczywie ciastko 

- mój 

zawód przynosi jednak satysfakcję, dzięki niemu mogę poznawać ludzi wyrafinow

a-

nych, jak wytworny Villab

ert Glotoni, erudytu bez wieku, cudowny chłopak, który 

jest chodzącą grzecznością.

 

       -

 Ma obowiązek zajmowania się wybitnymi gośćmi, prawda?

 

       -

 To zadanie pasuje do niego jak ulał! Jako znakomity archeolog, może 

oprowadzać dostojnych gości po dowolnych stanowiskach i odkrywać przed nimi cuda 
Egiptu faraonów. Nikt lepiej od niego nic umiałby wypełnić tego trudnego zad

a-

nia... Wielcy tego świata mają zwykle niewiele czasu na zwiedzanie Sahary, Lu

k-

soru czy Karnaku i potrzeba wielkiego talentu Villaberta Glotoniego, aby stre-

ścić to co najważnicjsze w kilku zdaniach. On również odpowiada za kontakty z 
prasą, tymi wspaniałymi dziennikarzami, którzy z racji moich dokonań nieustannie 
zasypują mnie pochwałami. Pomaga im lepiej poznać naszą piękną dyscyplinę.

 

       Albertine Abletout wzięła jeszcze kawałek ciasta, kelner przyniósł kawę 

po turecku. 
       -

 Miałem okazję rozmawiać z inspektorem Ahmedem al

-Fostatem -

 wyznał lord 

Percival -

 i pokazać mu narzędzie zbrodni, ordynarną podróbkę sztyletu Tutanch

a-

mona. 
       -

 Zapukał pan do właściwych drzwi! Ahmed al

-

Fostat jest człowiekiem odd

a-

nym i znakomitym inspektorem do spraw starożytności, bez wątpienia jednym z na

j-

lepszych. Zdobył solidne wykształcenie i dobrze zna tereny wykopalisk. Jeśli 
powiedział panu, że sztylet jest fałszywy, to znaczy, że tak jest.

 

       Talerz orientalnych słodyczy nie skusił nadinspektora, który niekiedy 
usiłował walczyć z otyłością. Przy takim upale i przymusowej diecie ryzykował, 
że wróci do Londynu szczuplejszy.

 

       Lor

d Percival potarł skroń.

 

       -

 W waszym spotkaniu w Starej Katarakcie uczestniczyła pewna zagadkowa 

osoba, doktor Alan Qerry. 
       -

 Zagadkowa, dobre słowo! A jednak mnie bawi. Jakie myśli mogą mu krążyć 

po głowie wskutek obcowania z mumiami? Qerry 

mieszka w Egipcie od wielu lat, ale 

z nikim się nie zaprzyjaźnił, a swoje prace trzyma w największej tajemnicy. Ci

e-

kawe, co robi na terenach wykopaliskowych? Jestem głęboko przekonana, że taje

m-

niczy doktor Qerry jest człowiekiem niebezpiecznym. Kiedy się n

a niego patrzy, 

natychmiast przychodzi do głowy myśl, że ma twarz mordercy! Ale, jak to mówią, 
nie dajmy się zwieść pozorom. Chociaż w jego przypadku miałoby się na to ochotę!

 

       -

 Jeśli dobrze panią rozumiem, doktor Qerry nie ma zwyczaju uczestniczyć

 

w spotkaniach towarzyskich podobnych do tego, które odbyło się w Starej Katara

k-

cie. 
       - Istotnie... W gruncie rzeczy to jego sprawa! Widocznie ten jeden raz 

miał ochotę się rozerwać, wymknąwszy się na kilka godzin swoim mumiom! Zróbcie 

tak jak on, p

anowie: zapomnijcie o tragediach i korzystajcie z pięknej pogody w 

tym fantastycznym kraju. Jest tu tyle rzeczy do obejrzenia, że zdążycie je zal

e-

dwie musnąć.

 

       -

 Czy będziemy mieli jeszcze przyjemność spotkać panią?

 

       -

 Wątpię, milordzie; mam dużo pracy.

 

        
 

ROZDZIAŁ XIII

 

background image

 

 23 

        

       Poniżej Starej Katarakty Brytyjczycy wynajęli felukę i, po ponad piętn

a-

stu minutach targowania się o cenę, popłynęli w kierunku nekropolii książąt As

u-

anu. Ci potężni dostojnicy, żyjący w Egipcie Faraonów, polecili wydrążyć swoje 
groby w stromych zboczach wzgórza zwieńczonego Kubbat al

-

Hawą, skąd można podz

i-

wiać najpiękniejszą panoramę miasta, Elefantynę i głazy tworzące Pierwszą Kat

a-

raktę, niegdyś trudną do przebycia.

 

       Kiedy Dodson, ubrany w niem

odny garnitur w stylu kolonialnym, zobaczył 

kamienne schody wiodące do grobowców, cofnął się.

 

       -

 Chyba nie będziemy się tędy wspinać!

 

       -

 Stok nie jest tak niebezpieczny, jak się wydaje 

-

 uspokoił go lord Pe

r-

cival. -

 Wystarczy wchodzić powoli.

 

       Marynarka i białe spodnie arystokraty, wykonane z czystej bawełny, były 
nieskazitelne. Zważywszy na okoliczności, wybrał klasyczną yardelyowską wodę 
Fine Lavande, której zapach odstraszał owady.

 

       Dodson zaatakował podejście z godną szacunku energią, dostosowując się do 

tempa Szkota wzruszonego ponownym widokiem tych magiccznych miejsc, gdzie 

mieszkali obok siebie władcy prowincji i odkrywcy Dalekiego Południa, którzy 
uwiecznili swoje dokonania w tekstach hieroglificznych, upamiętniających ic

odwagę i zmysł przygody.

 

       Rampy używane do wciągania sarkofagów tworzyły w brunatnożółtym piasku 
falezy szerokie bruzdy, prowadzące do domu wieczności, gdzie po wsze czasy odr

a-

dzała się dusza książąt Elefantyny. Kiedy zdyszany Dodson zobaczył malowidło 
zdobiące dno grobowca Sarenputa II, musiał przyznać, że włożony wysiłek był tego 
wart. Książę, szlachetny i wyniosły, siedział przy obficie zastawionym stole 
ofiarnym, a każdy hieroglif, narysowany niezwykle kunsztownie, był małym arc

y-

dziełem. Słoń, który dał nazwę Elefantynie, wyglądał zabawnie. Posągi zmarłego, 
wyobrażonego jako Ożywiony Ozyrys, zrobiły na nadinspektorze wielkie wrażenie.

 

       Lord Percival zaprowadził Dodsona do grobowca Sarenputa I, poprzedzonego 
szerokim dziedzińcem. Na ścianie widniały postaci kobiet w czarnych perukach i 
odsłaniających piersi długich białych sukniach na szelkach.

 

       Młoda blondynka, drobna, a zarazem postawna, pochylała się nad jedną z 
tych zachwycających figurek i precyzyjnie ją rysowała. Miała dużo uro

ku mimo 

płóciennych spodni i zielonej, dość zniszczonej koszuli.

 

       Szkot zakasłał.

 

       -

 Najmocniej przepraszam... Przypuszczam, że pani nazywa się Domenica 

Strauss. 

       Zaskoczona egiptolog odwróciła się.

 

       -

 Ależ... Kim pan jest?

 

       - Lord Percival Kilvanock. A to jest nadinspektor Dodson. 
       - Ze... Scotland Yardu, tutaj, w Egipcie? 
       -

 Uczestniczymy w śledztwie dotyczącym zabójstwa naszego rodaka Howarda 

Langtona. 
       - Ach... 

       Na sam dźwięk imienia nieszczęsnego Langtona zielone oczy Domeniki 
Strauss zamgliły się smutkiem.

 

       -

 Chciałabym wyjść z tego grobowca. Wspominanie Howarda w tym miejscu 

jest dla mnie nie do zniesienia. 
       -

 Czy poinformowano panią o śmierci pana Langtona?

 

       - Ja i po

zostali pytaliśmy o niego, ponieważ już od dawna go nie widzi

e-

liśmy... Władze odmówiły nam odpowiedzi. Miał być obecny na spotkaniu w Starej 
Katarakcie, ale nie przyszedł. A przecież to było do niego niepodobne... A t

e-

raz... 

       Kobieta wybuchnęta płaczem, zakryła twarz, później znów usiłowała robić 
dobrą minę.

 

       - Jakie badania pani tu prowadzi? -

 zapytał lord Percival.

 

       -

 Czyżbyście się panowie interesowali egiptologią?

 

       -

 Sądzę, że grobowce z XII dynastii, jak te tutaj, nie są zby

t liczne i 

że ich szczegółowe badanie potrwa jeszcze długo.

 

       -

 To prawda... Jeśli chodzi o mnie, to rozpoczęłam inwentaryzowanie 

wszystkich postaci kobiecych z tej epoki. 

background image

 

 24 

       Domenica Strauss, lord Percival i Dodson wyszli z grobowca. Oślepiło i

ch 

słońce.

 

       - Cudowny kraj -

 powiedziała, 

-

 Wszędzie światło, obecne nawet na malow

i-

dłach i w tekstach, jeśli umie się je zobaczyć. Zima jest tu bardzo łagodna. 
Trudno sobie nawet wyobrazić, ze istnieje deszcz i śnieg. Szkoda, że Howard nic 
mógł długo delektować się tym szczęściem...

 

       Głos Domeniki załamał się.

 

       -

 Wydaje się, że tragiczne odejście pana Langtona bardzo panią poruszyło 

-

 zauważył lord Percival. 

 

       Kobieta usiadła na skalnym bloku,

 

       -

 Howard był znakomitym egiptologlem i uroczym mężczyzną... Jego śmierć 

jest ogromna stratą dla archeologii. Dlaczego... Dlaczego ktoś go zabił? Nie 

rozumiem... 

       Domenica Strauss ze smutkiem patrzyła w niebo.

 

       -

 Czyż według starożytnych mitów dusze uczciwych ludzi nie żyją stale 

wśród gwiazd? Chwilami chciałabym wierzyć, że Egipcjanie zwyciężyli śmierć i 
przekazali nam swoją wiedzę. Ale to inny świat i Howard już do nas nie powróci.

 

       Lord Percival uszanował bolesne rozważania kobiety. W tym spokojnym mie

j-

scu, któ

rego uroda oparła się działaniu czasu, każda tragedia wydawała się ni

e-

stosowna. 
       -

 Gdzie pani poznała Howarda Langtona?

 

       -

 W Luksorze. Od razu odczuliśmy do siebie sympatię. Był pełen zapału, 

dumny i szczęśliwy, że zajmuje tak ważne stanowisko, że będzie mógł w końcu 
sprawdzić w terenie swoje teorie zrodzone w ciszy bibliotek. Dla egiptologa to 
marzenie jak z bajki! Poza tym Langton nosił to samo imię co Howard Carter, o

d-

krywca grobowca Tutanchamona. 
       -

 Czy rozmawialiście szczegółowo o jego najbliższych projektach?

 

       Domenica Strauss zawahała się.

 

       -

 Zdradził mi to w zaufaniu, milordzie.

 

       -

 Howard Langton został zamordowany. Najmniejsza wskazówka może być dla 

nas bardzo przydatna.  
       Niemiecka egiptolog przygryz

ła wargi.

 

       -

 Rozumiem, milordzie, rozumiem... Wolałabym zachować ten sekret dla si

e-

bie, jako ostatni dowód uczucia... Ale to byłby skrajny egoizm. Tak, Howard 
zwierzył mi się ze swego najbliższego projektu: chciał odkryć legendarny grób.

 

 
 
ROZDZI

AŁ XIV

 

        

       Błękitne oczy arystokraty wpatrywały się w niemiecką egiptolog.

 

       -

 Czy mogłaby to pani uściślić?

 

       - Niestety nie, milordzie. 
       -

 Przypuszczam, że musiało to panią szalenie zaciekawić.

 

       -

 Oczywiście że tak, ale Howard poza określeniem “legendarny grobowiec" 

nie chciał nic więcej powiedzieć.

 

       -

 Według policji egipskiej Howarda miał zabić Abu, ten Nubijczyk zatru

d-

niony w Starej Katarakcie.  

       Blondynka wzruszyła ramionami.

 

       - Kompletny absu

rd! Znam tego Nubijiczyka... To najłagodniejszy człowiek 

i bardzo porządny  facet. Nie mógłby popełnić morderstwa.

 

       -

 Ktoś jednak zasztyletował Howarda Langtona, a on był jedną z osób obe

c-

nych na tarasie Starej Katarakty w dniu morderstwa. 
       D

omenica Strauss zmarszczyła brwi. Delikatne zmarszczki niepokoju pojaw

i-

ły się w kącikach warg.

 

       -

 Jedno z najbanalniejszych spotkań towarzyskich...

 

       -

 Czy przypomina pani sobie, kto w nim uczestniczył?

 

       -

 Tak, oczywiście... Był tam ktoś, kogo bym się nie spodziewała! Abd el

-

Mosul, szef starego klanu rabusiów, którego członkowie trudnili, się niegdyś 
poszukiwaniem plądrowaniem starorożytnych skarbców.

 

       -

 Niegdyś... a obecnie?

 

       - Pan dobrze zn Egipt milordzie. 

background image

 

 25 

       - Nigd

y nie jest wystarczająco dobrze,

 

        

       Kobieta uśmiechnęła się.

 

       -

 Howard bardzo by pana cenił. Powiedzmy... że niektórzy przypuszczają, 

iż Abd el

-

Mosul nie całkiem zrezygnował ze swojej karygodnej działalności. Ch

o-

dzą nawet słuchy, że os

tatnio podobno znowu jest na tropie skarbu. 

       - Jakiego skarbu, panno Strauss? 
       -

 Mówiono o jakimś przedmiocie ze złota, specjalności jego rodziny od 

wielu pokoleń. Ale ja w to nie wierzę.

 

       - Z jakiego powodu? -

 zapytał Szkot.

 

       -

 To byłoby zbyt piękne! Prawie wszystkie groby królewskie zostały ogoł

o-

cone. Nadzieja na odkrycie przedmiotów tak niezwykłych jak te z grobowca Tuta

n-

chamona jest naprawdę niewielka.

 

       -

 To jednak nie jest niemożliwe 

-

 powiedział arystokrata.

 

       -

 Przyznaję, że Egipt jest krajem cudów! A jednak pierwsza bym się zdz

i-

wiła...

 

       -

 Gdybym się ośmielił...

 

       W oczach dziewczyny zajaśniał błysk rozbawienia.

 

       -

 Co chciałby pan wiedzieć, milordzie?

 

       -

 Czy mogłaby pani oprowadzić nas po grobowcu mędrca Heka

-iba, który, 

jeśli się nie mylę, był uważany za swego rodzaju świętego?

 

       -

 Ma pan rację! Żył pod koniec okresu Starego Państwa, a po śmierci 

wzniesiono dla jego duszy małą świątynię na Elefantynie. To co, idziemy?

 

       Grobowiec Heka-

iba już z zewnątrz przedstawiał się dość imponująco: dzi

e-

dziniec, kolumny i ciemnożółta, zniszczona słońcem fasada. Ściany zdobiły mal

o-

widła, niekiedy w stylu naiwnym, zwłaszcza w przedstawieniach twarzy. Teksty 
hieroglificzne zasługiwały jednak na dokładne obejrzenie.

 

       -

 Z tego, co pani mówi, wynika, że Howard Lungton miał bardzo stanowczy 

charakter -

 kontynuował lord Percival, oglądając postaci osób składających ofi

a-

ry. 
       -

 Czy mogę stąd wnosić, że wzbudzał, być może nieświadomie, niechęć?

 

       Domenica Strauss położyła palec wskazujący na wargach i przez dłuższy 
czas zastanawiała się.

 

       -

 Trzeba przyznać, że Howard nie był wielkim dyplomatą... A wśród osób 

obecnych w Starej Katarakcie wiele zaczęło już mieć go dość!

 

       -

 Na przykład Albertine Ahletout?

 

       -

 Podał pan dobry przykład, inspektorzea Ta pani od wielu lat zajmuje się 

starożytnościami okręgu asuańskiego i części Nubii, a ściślej mówiąc, udaje jej 
się przekonać innych, że to właśnie robi. W rzeczywistoś

ci ta porywcza Francuzka 

ma przede wszystkim zmysł do robienia sobie reklamy i nie znam nikogo, kto l

e-

piej niż ona umiałby się tak przesadnie wychwalać.

 

       -

 Jak rozumiem, podważa pani jej kompetencje zawodowe?

 

       -

 Są raczej przeciętne 

-

 oceniła

 Domenica Strauss -

 ale istnieją. Mimo to 

daleko jej do posiadania warsztatu i erudycji koniecznej, aby rzetelnie wype

ł-

niać swoją funkcję.

 

       - Jak sobie wobec tego radzi?-

 zapytał zaintrygowany Dodson.

 

       -

 Nasza droga Albertine zleca pracę swoim uczniom, którzy, mając nadzieję 

na otrzymanie posady, muszą siedzieć cicho i zgadzają się na wykorzystywanie 
wyników swoich badań.

 

       -

 Czy Howard Langlon mógł to zauważyć?

 

       -

 Tak, inspektorze. Miał wiele zalet, miedzy innymi był bystry. Howa

rd 

miał zbyt wysokie pojecie o etyce naukowca, aby tolerować taką sytuację.

 

        
       -

 Jak na to zareagował?

 

       -

 Howard miał zamiar sporządzić raport o rzeczywistej działalności Albe

r-

tine Abletout i przedstawić go wpływowym reprezentantom śro

dowiska egiptologów. 

Krótko mówiąc, zaproponował odesłanie francuskiej egiptolog na emeryturę, po 

uprzednim przyznaniu jej wysokiego odznaczenia honorowego, a przede wszystkim 

jak najszybszym zastąpieniu jej kimś innym.

 

       -

 Miał jakieś sugestie co do

 nazwisk? 

       - Nic mi o tym nie wiadomo. 

background image

 

 26 

       -

 Czy pani Abletout wiedziała o tym?

 

       -

 Oczywiście. Howard nie należał do ludzi podstępnych. Spotkał się z nią 

i przedstawił motywy swojej decyzji.

 

       - Idealna zabójczym! -

 podsumował Angus

 Dodson. -

 Gwałtowna i niepewna 

swego. Ta Francuzka postanowiła pozbyć się Anglika, który groził, że strąci ją z 
piedestału.

 

       Domenica Strauss przytaknęła:

 

       -

 Na pierwszy rzut oka rozumowanie nie do podważenia, nadinspektorze... 

Ale droga Alb

ertine musiałaby być jedyną podejrzaną. A moim zdaniem tak nie 

jest. 
 
 

ROZDZIAŁ XV

 

        

       Domenica Strauss w zamyśleniu wyszła z grobowca. Za nią wyłonili się lord 
Percival i oblepiony słońcem Dodson. Przeszli kilka kroków wzdłuż grobowców i 

u

siedli w miejscu, gdzie jeszcze był cień.

 

       -

 Howard miał dość burzliwą rozmowę z inspektorem Ahmedem al

-Fostatem - 

wyjaśniła Niemka. 

-

 Właściwie była to prawdziwa kłótnia.

 

       -

 Stare animozje między Egipcjanami i Anglikami?

 

       - Znacznie g

orzej, milordzie! Prawdę mówiąc, obaj mieli całkowicie o

d-

mienne charaktery. Ich pierwsze oficjalne spotkanie było jednym z najgwałto

w-

niejszych, ale Howard nie poprzestał na tym. Chcąc zrozumieć powody tak okropn

e-

go przyjęcia, zażądał raportu dotyczącego rzeczywistej działalności al

-Fostata. 

Ponieważ władze egipskie wykręciły się, przeprowadził własne, bardzo wnikliwe 
śledztwo. Howard wykazał przy tym szczególną zawziętość. Odkrył więc, że ten 
nadęty i arogancki inspektor to oszust. W dziedzinie egiptologii 

jest absolutnym 

ignorantem, ale jako administracyjny tyran nie ma sobie równych. 
       -

 Czy pan Langton zamierzał wystąpić przeciwko niemu?

 

       -

 Naturalnie! Howard nienawidził nieuczciwości i kłamstwa. Dlatego odwi

e-

dził wszystkie stanowiska archeologiczne podległe al

-

Fostatowi. Wszystkie były 

zaniedbane! Mogą sobie panowie łatwo wyobrazić jego złość... Tak naprawdę al

-

Fostat kupił swoje stanowisko i był gotów na wszystko, aby je zatrzymać ze 
względu na związane z tym korzyści materialne. Ale Howardowi było mało. Postan

o-

wił sporządzić obciążający raport, udowodnić niekompetencję al

-

Fostata i wznowić 

poszukiwania przerwane z jego winy. 
       - Czy Ahmed al-

Fostat o tym wiedział?

 

       -

 Domyślał się 

-

 oceniła Domenica Strauss. 

-

 Howard nie umiał ukryć i 

rozmawiał o swoich zamiarach Z wysokimi urzędnikami egipskimi, którzy z pewn

o-

ścią nie omieszkali ostrzec Ahmeda al

-Fostata. 

       Dodson zmartwił się. Inspektor do spraw starożytności też był idealnym 

podejrzanym. 

       Na starożytnym murze, tuż obok lorda Percivala, usiadł dudek. Wspaniały 
ptak otrząsnął się i odleciał.

 

       - Dobry znak -

 powiedziała Niemka. 

- Podobno dudek obdarza ludzi, których 

lubi, przeczuciem. 
       -

 Czy w Starej Katarakcie nie było mężczyzny ubranego na czarno? 

- zapy-

tał Angus Dodson.

 

       -

 Tak, to dziwny, niepokojący człowiek... Widziałam go tam po raz pier

w-

szy i przeraził mnie. Z ponurą miną i w ciemnym ubraniu wyglądał jak diabeł z 
piekła rodem. Ale wiem, że nie należy ufać pozorom.

 

       - Czy Howard Langton

 mówił pani o doktorze Qerry?

 

       -

 Tylko raz, i to niezbyt pochlebnie... Ponieważ Qerry od trzydziestu lat 

prowadzi pracownię zajmującą się badaniem mumii, Howard oczekiwał interesujących 
rezultatów. Strasznie się zawiódł. Wydaje się, że Alan Qerry nie zajmował się 
ani egiptologią, ani mumiami, lecz miał inną pasję, i to o wiele bardziej pode

j-

rzaną... Doktor zaoponował i bronił się, twierdząc, że zebrał ważne dane, mimo 
iż jeszcze nic nie opublikował.

 

       -

 Czy Qerry mógł myśleć, że jego stanowisko jest zagrożone?

 

       -

 Jeśli mierzył Howarda swoją własną miarką, to na pewno! Ponieważ ten 

spec od mumii wydaje się zdolny do najgorszego... Ale może się mylę... Nie znam 

background image

 

 27 

tego człowieka, a rzucam na niego ciężkie oskarżenia... Proszę nie brać tego pod

 

uwagę. Śmierć Howarda tak mną wstrząsnęła, że tracę rozum.

 

       Płowowłosa piękność czule pogłaskała stary  kamień, jakby dawał jej opa

r-

cie. 
       -

 Gdybym miała wskazać mordercę Howarda 

-

 ciągnęła poważnie 

-

 wymienił

a-

bym Stevena Faxmore'a.  
       

Dodson podskoczył.

 

       -

 Skąd ta pewność, panienko?

 

       -

 Pewność to przesada... ale byłam świadkiem ponurej sceny, kiedy Howard 

i Steven Faxmore strasznie się pokłócili.

 

       -

 O co poszło?

 

       -

 Przyznaję, że nie zrozumiałam powodu tej kłótni... Wydawało mi się, że 

Howard podejrzewał Faxmore'a, iż nie jest uczciwym naukowcem i że chce podjąć 
komercyjną eksploatację starożytności.

 

       -

 Jaką, panno Strauss?

 

       -

 Tego nie wiem. Howard był wyciekły, ale nie miał jeszcze pewności, więc

 

nie chciał wnosić oskarżenia bez dowodów.

 

       -

 Mimo wszystko pokłócili się.

 

       -

 Przez Faxmore'a. To furiat, kapany w gorącej wodzie, który na najmnie

j-

szą aluzję  zareagował nieprawdopodobnym wybuchem. Howiard chciał jedynie poro

z-

mawiać i wyjaśnić sytuacje, a wpadł na minę. Faxmore z całą pewnością miał sobie 
coś do zarzucenia.

 

       Lord Percival zrobił kilka kroków w zwycięskim słońcu, które pochłaniało 

ostatni skrawek cienia. 
       - A pani nie ma sobie nic do zarzucenia, panno Strauss? 
 

      Jasnowłosa Niemka podniosła się,

 

       -

 Co... co pan chce przez, to powiedzieć? 

 

       Szkot patrzył na Nil.

 

        
       -

 Proszę mi wybaczyć niedyskrecję, ale z pani słów wynika, że była pani 

blisko związana z Howardem Langtonem.

 

       D

omenica Strauss zacisnęła pięści i odważnie popatrzyła mu w oczy.

 

       -

 Tak, byłam kochanką Howarda i kochałam go.

 

       -

 Czy zamierzaliście się pobrać? 

-

 zapytał nadinspektor zawsze czujny w 

sprawach moralności.

 

       - Ani Howard, ani ja nie zad

awaliśmy sobie tego pytania... Po co tros

z-

czyć się o przyszłość? Liczyło się tylko uczucie.

 

       -

 Dlaczego zapomniała pani powiedzieć nam o francuskim egiptologu Vill

a-

bercie Glotonim, obecnym w Starej Katarakcie? 
       -

 Ponieważ... Ponieważ nie mam 

o nim nic do powiedzenia. 

       Lord Percival nie wydawał się zbytnio przekonany.

 

       -

 Glotoni usiłował pani szkodzić, prawda? 

 

       Domenica Strauss spuściła wzrok.

 

       -

 Villabert Glotoni kazał mi wyjechać z Egiptu. Groził, że w przeciwnym 

razie ujawni mój związek z Howardem Langtonem i wywoła duży skandal, który zru

j-

nuje karierę Howarda. Oczywiście miałam także oddać mu moje akta z wynikami b

a-

dań, które by na pewno wykorzystał do publikacji artykułów pod swoim nazwiskiem.

 

       -

 Czy była pani zdecydowana wyjechać?

 

       -

 A czy chronienie Howarda nie było najważniejsze?

 

        
 

ROZDZIAŁ XVI

 

        

       W palącym słońcu Dodson z coraz większym trudem utrzymywał tempo narzuc

o-

ne przez niewzruszonego lorda Percivala, któremu południowy skwar najwyraźniej 
nie przeszkadzał. W eleganckim białym kapeluszu z szerokim rondem, chroniącym go 
przed coraz dokuczliwszym upałem, rozmyślał o zachowaniu Domeniki Strauss, kt

ó-

ra, nie mogąc powstrzymać łez ukryła się w grobowcu.

 

       -

 Może już pora wracać do hotelu? 

-

 zasugerował nadinspektor.

 

       -

 Niestety, mamy jeszcze jedno spotkanie. Proszę przyjąć moją radę i 

osłonić głowę.

 

background image

 

 28 

       -

 Zgubiłem czapkę...

 

       -

 Proszę sobie sprawić jedną z tych chust, które sprzedają obnośni ha

n-

dlarze.

 O właśnie idzie jeden z nich... Wytarguję coś dla pana.

 

       Z należycie owiniętą głową nadinspektor znalazł w sobie odrobinę energii, 
by udać się w stronę osobliwej budowli z różowego piaskowca, w której mieściło 
się mauzoleum Aghi Khana. Wzniesione na wzór meczetu, kryło zwłoki duchowego 

przywódcy ismaelitów -

 ruchu religijnego liczącego cztery miliony wyznawców.

 

       Aby dojść do mauzoleum, mężczyźni minęli willę Begum, żony Aghi Khana. 
Nadal tam mieszkała, ciesząc się wyjątkową panoramą, której uroda urągała śmie

r-

ci. 
       -

 Z kim mamy się spotkać?

 

       -

 Z człowiekiem, który co tydzień przychodzi medytować przed białym, ma

r-

murowym sarkofagiem Aghi Khana. 
       -

 Czyżby pan znalazł autora anonimowego listu?

 

        
       - Kto wie, nadinspektorze. 

       Budowla wznosiła się na wzgórzu ponad palmami i kobiercem kwiatów otacz

a-

jącym willę Begum. Zbyt regularne warstwy kamienia nadawały mauzoleum nieco s

u-

rowy wygląd. Aby dostać się do wejścia, należało pokonać półokrągłe schody.

 

       Lor

d Percival zwrócił się do Dodsona:

 

       -

 Przez szacunek, proszę założyć na buty te płócienne ochraniacze. Podł

o-

ga mauzoleum musi pozostać czysta.

 

       Wnętrze było skromne i pozbawione ozdób. Pod kopułą znajdowało się san

k-

tuarium, w którym poczesne 

miejsce zajmował marmurowy grób z narożnikami zdobi

o-

nymi wersetami Koranu. 
       -

 Czy ten Agha Khan nie był czasem miliarderem? 

-

 zapytał nadinspektor.

 

       -

 W dniu swoich pięćdziesiątych urodzin 

-

 przypomniał lord Percival 

poprosił, by go zważono. Na drugiej szali położono równoważny ciężar w... di

a-

mentach. Jego uczniowie mogli tylko pogratulować sobie jego hojności.

 

       Jedyny odwiedzający to miejsce gość jak co dzień medytował, by uczcić 
pamięć zmarłego, wpatrując się w czerwoną różę leżącą 

na grobie. 

       Był wysoki, wyglądał władczo. Egiptolog Steven Faxmore miał ponad pięć-
dziesiąt lat i kanciastą twarz pooraną głębokimi zmarszczkami. Nosił czarne 
spodnie i nieco jaskrawą zieloną koszulę. Bokobrody zachodziły mu na policzki, a 

spiczasty 

podbródek wyglądał złowieszczo.

 

       -

 Czy możemy przerwać panu medytację, panie Faxmore? 

-

 zapytał lord Pe

r-

cival półgłosem.

 

       Mężczyzna odwrócił się, poruszony do żywego.

 

       -

 Skąd pan zna moje nazwisko?

 

       -

 W Asuanie jest pan sławny, a każdy właściciel feluki zna pańskie zw

y-

czaje. 
       -

 Kim panowie są? 

-

 zapytał Szkot ochrypłym głosem.

 

       -

 Lord Percival Kilvanock i nadinspektor Dodson. Za zgodą egipskich władz 

prowadzimy śledztwo w sprawie zabójstwa naszego rodaka Howarda Lan

gtona. 

       -

 A więc został zamordowany... Krążyły takie plotki, ale nie można było 

ich sprawdzić, jak zwykle zresztą. Czy egipska policja do tego stopnia lekceważy 
tę sprawę, że aż przysłała nam arystokratę?

 

       -

 Zatrzymała podejrzanego 

- powiedzi

ał Angus Dodson.

 

       -

 No proszę... I kto to jest?

 

       - Abu, pracownik Starej Katarakty. 
       -

 Ach, ta zabawna kreatura! Zaproponowałem mu, żeby wstąpił do mojej ek

i-

py wykopaliskowej, ale odmówił. Szkoda... Mając takie warunki, mógłby pracować

 

za pięciu. Marzenie archeologa! Ale ten osioł wolał swoje zajęcie.

 

       -

 Uważa pan, że mógłby być winnym?

 

       -

 Nie mam pojęcia, panowie! Jeśli się nie mylę, to wasz problem, a nie 

mój. Wystarczą mi własne kłopoty.

 

       - Nie interesuje pana, k

to zabił? 

-

 zapytał lord Percival.

 

       -

 Myślicie, że praca w Egipcie tu bajka! Kraj jest cudowny, ale znajdźcie 

robotnika, który przychodzi na czas i prawidłowo wykonuje polecenia... Zaangaż

o-

wanie się w program wykopaliskowy i próba doprowadzenia go do finału to prawie 
niewykonalne. Trzeba by nie mieć nerwów, a ja je mam. Tutaj dewiza wszystkich 

background image

 

 29 

brzmi: “Odłóż na jutro, co mógłbyś zrobić dziś, później na pojutrze, w końcu 
zdaj się na wolę Allaha". Z czasem zostajesz fatalistą i zasypiasz u stóp a

n-

tyczne

j kolumny w nadziei, że dobry duch wyjdzie z ruin, będzie przekopywał 

piach za ciebie i złoży skarby u twoich stóp. Zżera cię rezygnacja i powoli po

d-

dajesz się... chyba że jesteś Szkotem! My w Szkocji nigdy z niczego nie zrez

y-

gnowaliśmy. A zwłaszcza z wyzwolenia się spod jarzma Anglików.

 

       -

 Czy mamy rozumieć, że traktował pan Howarda Langtona jako potencjalnego 

wroga? 
       - Nie potencjalnego, milordzie, ale po prostu -

 jako wroga! Widzieć, jak 

przyjeżdża tu młody angielski archeolog i obejmuje stanowisko, które mnie się 
należało 

- to jak wypowiedzenie wojny! 

       -

 A jak zamierzał pan zwalczać swojego wroga? 

 

       Steven Faxmore oparł się o ścianę.

 

       -

 Niestety, miałem przeciw niemu tylko jedną broń. Langton przyjechał w 

aureoli dyplom

ów i swojej wiedzy... I nikt nie mógł tego podważyć. To był n

a-

prawdę łebski gość i pierwszorzędny egiptolog o bardzo rozległych kompetencjach. 
Jego nominacja była rozsądna. Ale mnie on przeszkadzał! W dodatku był narwany...

 

       -

 I miał liczne projekty

       -

 To jasne, jestem jednak ostatnią osobą, której by je zlecił! Langton 

szybko zrozumiał, że obejmując władzę, zepchnął mnie na margines, i że naprawdę 
nie miałem ochoty robić dobrej miny do złej gry.

 

       -

 Czy miał pan ochotę pozbyć się tak n

iebezpiecznego przeciwnika? - zapy-

tał lord Percival.

 

       -

 Jeśli szukacie specjalisty od śmierci, zwróćcie się raczej do doktora 

Qerry. 
        
 

ROZDZIAŁ XVII

 

        
       - Co ma pan do zarzucenia Alanowi Oerry, panie Faxmore? 
       Egiptolog

 pogładził palcem wskazującym czerwoną różę świadczącą o jego 

przywiązaniu do zmarłego Aghi Khana.

 

       -

 Co się tyczy specjalisty od mumii, to tylko specjalista od mumii! Ale 

jeden z najniebezpieczniejszych... Już samo jego zajęcie jest raczej eksce

n-

tr

yczne, a w jego wydaniu staje się po prostu karygodne. Na szczęście dla Aghi 

Khana jego doczesne szczątki nie dostały się w ręce Qerry'ego.

 

       -

 Proszę mówić jaśniej 

-

 zażądał nadinspektor. 

 

       Steven Faxmore wpatrywał się w sarkofag.

 

       - Qerry to podejrzany typ, to wszystko, co wiem. Na waszym miejscu zain-

teresowałbym się jego działalnością. Nikomu nie udało się ustalić, co właściwie 
robi... Być może jako profesjonaliści mielibyście więcej szczęścia. Ja się po

d-

daję. Już na sam jego widok do

pada mnie chandra. Co dopiero, kiedy z nim rozma-

wiam... Ale ponieważ popełniono morderstwo, nie zdziwiłbym się, gdyby ten szatan 
był w nie w taki czy inny sposób zamieszany.

 

       -

 To poważne oskarżenie 

-

 zauważył nadinspektor.

 

       -

 Co najwyżej domniemanie. Gdyby trzeba było podejrzewać o morderstwo 

wszystkie kanalie, z którymi ostatnio miałem do czynienia, należałoby w pier

w-

szym rzędzie postawić tego starego łajdaka Abd el

-

Mosula. Mówią, że z wiekiem 

stał się nieszkodliwy, ale ja w to nie wierzę. Jeśli jest na tropie prawdziwego 
skarbu, może z zimną krwią usunąć wszystkich, którzy stoją na jego drodze.

 

        
       - I... tak jest w tym przypadku? 
       -

 Zobaczycie! A niby dlaczego był w Starej Katarakcie na tym przerwanym 

zebraniu egiptologów? 

       Steven Faxmore zrobił kilka kroków w stronę sarkofagu Aghi Khana.

 

       -

 Czy mam rozumieć 

-

 podsunął lord Percival 

-

 że niektórzy egiptolodzy 

kontaktowali się z Abd el

-Mosulem? 

       Faxmore podniósł ręce do nieba.

 

       - Dajcie spokój, 

nie udawajcie naiwnych! Wielu poszukiwaczy zwracało się 

do miejscowych wywiadowców, aby odszukać grobowce, których położenie znały tylko 
rodziny szabrowników. Bez nich większość badań zakończyłaby się klęską. Wysta

r-

background image

 

 30 

czy sprawdzić, czy stary Abd el

-Mosul jes

t nadal aktywny, czy też rzeczywiście 

przeszedł na emeryturę.

 

       -

 A pańskim zdaniem?

 

       -

 Trudno powiedzieć. Jest sprytniejszy niż żmija piaskowa! Zawsze 

uśmiechnięty i uprzejmy, a równocześnie zawsze gotowy zadać cios w plecy... Z

u-

pełnie jak je

go rodak Ahmed al-

Fostat... Inspektor do spraw starożytności! Co za 

bzdura! Nie jest nawet w stanie odczytać kolumny hieroglifów. Nie ma też co go 
pytać o różnicę pomiędzy stelą z okresu Starego Państwa a rzeźbioną tablicą z 

okresu Ptolemeuszy... Kiedy Lan

gton go poznał, przeżył szok! Już po chwili z

o-

rientował się, że al

-

Fostat jest niekompetentny. Krzyczał, aż ściany drżały. Nie 

muszę mówić, że Egipcjanin bardzo źle to przyjął... Tym bardziej, iż Langton 
oznajmił, że przygotuje szczegółowy raport, by zmusić go do jak najszybszej d

y-

misji! 
       -

 A więc był pan świadkiem tej sceny.

 

       -

 I czułem się mocno zażenowany. Kiedy w grę wchodziła etyka zawodowa, 

Langton był bezwzględny. Ja chciałem po prostu przedstawić mu al

-

Fostata, żeby 

nawiązali dobre stosunki. Tymczasem nic z tego nie wyszło. Nie muszę mówić, że 
najchętniej skryłbym się w mysią dziurę, aby uniknąć krzyków.

 

       - Czy Howard Langton i Ahmed al-

Fostat spotkali się po tej kłótni?

 

       -

 Nic o tym nie wiem. Nie wiem też, czy Langton dowiedział się, że al

-

Fostat był zamieszany w brudną aferę.

 

       - Jakiego rodzaju? -

 zapytał Dodson.

 

       - Al-

Fostata podejrzewano o kradzież w muzeum w Asuanie. Chodziło o mały 

amulet przedstawiający żabę, którego wartość handlowa była dość znaczna. 

Nigdy 

go nie odnaleziono. AI-

Fostat nie przyznał się i nie można było dostarczyć prz

e-

ciwko niemu żadnych dowodów. Ale taka historia nie powinna figurować w aktach 
inspektora Służby Starożytności...

 

       -

 Czy rozmawiał pan o tym z Howardem Langtonem? 

zapytał lord Percival.

 

       -

 Starałem się nic dolewać oliwy do ognia, poza tym nie lubię donosić. W 

każdym razie Langton i tak by się w końcu dowiedział, a to tylko pogorszyłoby 

jego zdanie o inspektorze. 
       - Czy jego stosunki z Albertine Abletou

t były lepsze? 

 

       Gdyby nie powaga miejsca, Steven Faxmore wybuchnąłby śmiechem.

 

       -

 Pan żartuje, milordzie! Ta zarozumiała i nieznośna Francuzka, którą w 

środowisku przezywają Castafiorą egiptologii, nienawidzi angielskich kolegów, 
którzy odpłacają jej tym samym. Langton nie omieszkał dopiec jej do żywego, p

y-

tając, czy skończy w terminie swój doktorat o grobowcach Meri

-re i Mehu. Szkoda, 

że nie widział pan jej reakcji... Prawdziwa furia! Langton potrzebował ogromnej 
stanowczości, żeby się jej przeciwstawić, tym bardziej, że uderzył celnie. Prz

y-

pomnienie drogiej Albertine, że jest niezupełnie w porządku w kwestiach nauk

o-

wych, z pewnością nie sprawiło jej przyjemności. Proszę zauważyć, że miała 
uczniów. Weźmy Villaberta Glotoniego, który jeszcze nie skończył swojej pracy o 
magicznych statuetkach uchebti... Zresztą, to są nasze drobne kłótnie w gronie 
specjalistów, które jednak zwykle nie kończą się morderstwem.

 

       -

 A jakie jest pańskie zdanie o Domenice Strauss?

 

       -

 Cholernie poważna... Skończyła swój doktorat.

 

       - Na jaki temat? 
       -

 Stożków zmartwychwstania... Nic nadzwyczajnego, przyznaję, ale ta 

śliczna blondynka jest prawdziwym egiptologiem, oddanym badaniom. Mam wrażenie, 
że straciła głowę dla Langtona.

 

       -

 Czy był wrażliwy na wdzięki panny Strauss?

 

       -

 Anglik tego pokroju, a kto to może wiedzieć! To prawda, że stanowili 

ładną parę. Ale Straussówna miała zbyt wiele wad, żeby się jej udało.

 

       - Co to za wady? -

 zapytał Dodson.

 

       - Zbyt uczciwa, zbyt

 pracowita i zbyt rygorystyczna... Na dłuższą metę to 

się staje nudne. Nie potrafi ani intrygować, ani rozdawać kuksańców, które p

o-

zwalają zrobić błyskotliwą karierę. Domenica Strauss pozostanie zwykłą badaczką 
i nigdy nie dostanie ważnego stanowiska. Langton mógłby jej zapewnić piękną 
przyszłość... Los jednak zadecydował inaczej.

 

       -

 Tym razem przybrał kształt zbrodniczej ręki.

 

background image

 

 31 

       -

 Co to zmienia? Któregoś dnia i tak trzeba umrzeć. Teraz Langton jest 

wolny od wszystkich materialnych trosk.  
   

    Nadinspektor był zbulwersowany.

 

       -

 Jak pan może mówić w ten sposób, panie Faxmore?

 

       -

 Widać, że nie zna pan Wschodu. Tutaj życie, śmierć i upływ czasu nie 

mają żadnej wartości. Wszyscy skończymy w tym samym niebycie. Jeśli panowie mnie 

ju

ż nie potrzebują, chętnie wrócę do siebie.

 

       -

 Kiedy zamierza pan wrócić do Szkocji? 

-

 zapytał lord Percival.

 

       -

 Jeszcze nie teraz... Ale kto może powiedzieć, co będzie jutro?

 

       Steven Faxmore oddalił się wolnym krokiem, pozostawiając czerwoną różę 
jej własnej samotności.

 

        
        
 

ROZDZIAŁ XVIII

 

        

       Barwny asuański bazar, równoległy do drogi biegnącej wzdłuż brzegu, był 
miejscem chętnie odwiedzanym przez turystów, którzy wpadali w zachwyt na widok 
wyrobów z bawełn

y, toreb z jaszczurczej skóry, koszy, muszel z Morza Czerwonego, 

hebanowych maczug przypominających o wojowniczym charakterze starożytnych Nubi

j-

czyków, i różnorodnych przypraw korzennych, w tym szafranu, pieprzu i kolendry.

 

       Villabert Glotoni lubił mieszać się z tłumem, łyknąć orzeźwiającej kark

a-

dy i wałęsać się, nie myśląc o pracy i obowiązkach.

 

       Ostatnimi czasy francuski egiptolog mocno przytył, ale nie zmieniło to 
jego dziwacznego wyglądu: duża, prawie kwadratowa głowa bez szyi, osadzona była 
na szerokim tułowiu podtrzymywanym przez krótkie nogi. Płaski, niemal murzyński 
nos, gęste brwi, niesforny kosmyk nieustannie opadający na czoło i wąsik, który 
od czasu do czasu golił. Villabert Glotoni nie był ideałem piękności, ale umiał 
się podobać i czarować. Dzięki temu uchodził za egiptologa, dystansując specj

a-

listów doświadczonych, lecz nie obdarzonych umiejętnością współżycia z ludźmi.

 

       Dziś Glotoni był jednym z filarów egipskiej archeologii. Nic nie mogło 
się odbywać bez jego wiedzy i zgo

dy. 

       To poczucie władzy było warte więcej niż byle upojenie. Postanowił to 
wykorzystać aż do zaspokojenia pragnienia.

 

       -

 Co za pasjonujące miejsce, panie Glotoni, prawda?

 

       Francuski egiptolog obrócił się.

 

       Mężczyzna, który go zagadnął, mógł być tylko Anglikiem. Zdradzały go ni

e-

skazitelnie biały garnitur i odziedziczony po kilku pokoleniach kulturalnych 
przodków wygląd dżentelmena. Za to tęgawy i niegustownie ubrany jegomość po jego 
lewicy przypominał raczej amerykańskiego turystę, który stracił swoje korzenie.

 

       -

 Proszę pozwolić, że przedstawię nadinspektora Dodsona ze Scotland Ya

r-

du. Ja jestem lord Percival Kilvanock. 
       -

 Miło mi... panowie... panowie mnie znają?

 

       -

 Któż pana nie zna, panie Glotoni? 

 

       F

rancuz pokraśniał z zadowolenia.

 

       -

 Panowie zwiedzają Asuan?

 

       -

 Niestety, mamy bardzo mało wolnego czasu, ponieważ prowadzimy śledztwo 

w sprawie śmierci naszego nieszczęsnego rodaka, Howarda Langtona.

 

       -

 Ach, ten biedak! Co za nieszczęście, co za straszne nieszczęście! Prz

y-

jechał do Egiptu, żeby objąć odpowiedzialne stanowisko i został zamordowany!

 

       - Jest pan dobrze poinformowany, panie Glotoni. 
       -

 Ależ skąd, milordzie! Rozmawiał pan z naszą wspaniałą Albertine Ablet

o-

ut, 

a ona wszędzie rozpowszechniła tę wiadomość. Ma już taki charakter i nikt 

tego nie zmieni: jak wszystkie kobiety, niczego nie potrafi zachować dla siebie. 
Tak więc dowiedziałem się, że śmierć Howarda Langtona była o wiele tragicznie

j-

sza, niż sobie wyobrażałem. Pomyśleć, że umówiliśmy się wraz z kilkoma kolegami 
na małe spotkanie w Starej Katarakcie i czekaliśmy na niego na próżno.

 

       -

 Pierwsze wyniki śledztwa wskazują, że zabójca znajdował się wśród osób 

obecnych na tarasie hotelu. 
       -

 Mój Boże, to okropne! Czy panowie są tego pewni? Słyszałem, że policja 

już zatrzymała winnego.

 

background image

 

 32 

        
       - To tylko podejrzany. 
       -

 A... Czy można wiedzieć, kto to taki?

 

       - Abu, pracownik hotelu. 
       -

 Ten nubijski olbrzym, ten wspaniały mężczyzna? Nie do wiary! Zauważcie 

panowie, że jest bardzo silny i porywczy. Słyszałem, że wcześniej z powodu j

a-

kiejś ponurej historii rodzinnej zabił kuzyna. Ale to oczywiście O niczym nie 
świadczy.

 

       Handlarz podetknął Glotoniemu pod nos koszyczek nie

udolnie zdobiony przez 

dwójkę ze swoich osiemnaściorga dzieci.

 

       - Sto funtów egipskich, niedrogo...  

       Znużony Glotoni pozbył się natręta kilkoma celnymi arabskimi słowami.

 

       -

 Egipt to bardzo spokojny kraj, panowie... Tragiczna śmierć L

angtona 

wszystkich nas poruszyła.

 

       - To bolesna strata dla egiptologii. 

       Villabert Glotoni skrzywił się i potarł górną wargę.

 

       -

 Tu się z panem nie zgodzę, milordzie. Sądzę, że warto by zmodyfikować 

pańskie zdanie... Być może Langton był czarujący i dobrze wychowany, ale był 
kiepskim egiptologiem. Według mnie znalazł swój dyplom w skarpetce z prezentami. 
Wystarczyło zapuścić sondę, aby się przekonać, iż nie miał żadnych kompetencji i 
był tylko urzędnikiem wysłanym z Londynu, który miał postarać się zaprowadzić 
porządek na terenach brytyjskich wykopalisk. Powiedziałem “postarać", ponieważ 
jeszcze żadnemu urzędasowi nie udało się wprowadzić swoich metod w terenie. 
Langton połamałby sobie na tym zęby, tak jak inni.

 

       Francuz zatrzymał się nad piramidą szafranu.

 

       -

 Czy wiedzą panowie, że to najdroższa przyprawa na świecie? A tutaj jest 

tego pod dostatkiem! Doprawiam nią niemal każdą potrawę. Pozwolą panowie, że im 
podaruję.

 

       Targowanie się ze sprzedawcą trwało z dziesięć m

inut. Villabert Glotoni, 

mający spore doświadczenie, postawił na swoim. Dodson, z dwoma rożkami wypełni

o-

nymi szafranem, czuł się nieco zakłopotany, ale nie dal po sobie poznać.

 

       - Poza tym -

 ciągnął Francuz 

-

 biedny Langton wydawał mi się niepoprawn

ym 

i zupełnie niedzisiejszym romantykiem. Postrzegał Egipt jako swego rodzaju raj 
utracony, gdzie ukryto niezliczone skarby. Archeologia naukowa już dawno odeszła 
od tego rodzaju mrzonek. Skorupa naczynia mówi nam więcej niż skarby Tutancham

o-

na. 
       - 

Jeśli dobrze rozumiem 

-

 powiedział lord Percival 

-

 nie lubił pan den

a-

ta. 
       -

 Stosunki między Anglikami i Francuzami są dość skomplikowane, zwłaszcza 

w naszej dziedzinie... Ale próbowałem to załagodzić. Gdyby ten biedny Langton 
żył dłużej, z pewnością by mi się to udało. Zresztą, moim zdaniem, nie zagrzałby 
tu miejsca. O, widział pan to?

 

        
 
        
        

ROZDZIAŁ XIX

 

        

       Villabert Glotoni wpadł w zachwyt nad małym wypchanym krokodylem.

 

       -

 To już dzisiaj rzadkość! Niektórzy twierdzą, że to najskuteczniejszy 

talizman chroniący przed złym okiem. Należy jednak uważać na podróbki i twardo 
negocjować cenę, oko w oko. We trzech nie mamy najmniejszej szansy. Ponieważ 
obaj panowie jesteście bardzo sympatyczni, pokażę wam coś wyją

tkowego. 

       Francuz zanurkował w sklepiku wypełnionym od podłogi aż po sam sufit mi

e-

dzianymi talerzami i podniósł jeden z nich.

 

       - Zobaczcie -

 szepnął. 

-

 To groty zatrutych strzał. Przynajmniej handlarz 

tak twierdzi. Osobiście nigdy bym się nie odważył ich kupić; podobno zranienie 
może być śmiertelne.

 

       Glotoni podał sprzedawcy jednofuntowy banknot, prawie nieczytelny wskutek 
ciągłego przechodzenia z rąk do rąk, aby mu podziękować za ten pokaz.

 

background image

 

 33 

       - Tak dobrze zna pan Egipt - powiedzi

ał lord Percival 

-

 z pewnością m

y-

ślał pan o tej tragedii i zastanawiał się, kto mógłby być sprawcą.

 

       Francuz nerwowo wytarł czoło chusteczką.

 

       -

 Wręcz przeciwnie, milordzie. Starałam się odpędzić wszystkie złe myśli! 

Nie wolno zatruwać sobie umysłu takimi okropnościami.

 

       -

 Mimo to chyba zgodzi się pan nam pomóc. 

 

       Egiptolog sposępniał.

 

       -

 Ależ oczywiście... W miarę moich możliwości, rozumie się samo przez 

się.

 

       -

 Wspomniał pan panią Abletout...

 

       - Cudowna kob

ieta! Wszyscy chylimy czoło przed jej wiedzą i niewyczerpaną 

energią. Bez jej działalności egipska archeologia nie byłaby tym, czym jest. 
Udało jej się zmienić obyczaje, pokonać konformizm i właściwie ukierunkować sw

o-

je ekipy poszukiwawcze. I to z jakim zd

umiewającym skutkiem!

 

       -

 A więc nie wyobraża pan jej sobie w kostiumie zbrodniarki.

 

       -

 Nie mówi pan poważnie, milordzie. Pani Abletout , zaledwie dostrzegała 

Howarda Langtona. On, początkujący, świeżo mianowany, musiał dopiero pokazać, że 

jes

t coś warty... Tym bardziej, że był Anglikiem! To przecież Francuzi stworzyli 

egipską archeologię i dokonali największych odkryć. Panowie Anglicy powinni byli 
spuścić głowy, prawda? O, przepraszam, zapomniałem, że...

 

       -

 Proszę nas nie przepraszać 

odparł Szkot. 

-

 Pańskie rozumowanie jest 

słuszne.

 

       - Gra pan fair, milordzie. 
       -

 Jestem tylko obiektywny, nawet jeśli wielcy angielscy archeolodzy, jak 

Putrie i Howard Cartcr, odkrywca grobowca Tutanchamona, dorzucili swój kamyczek 
do tej bud

owli. Wydaje mi się, że teraz coraz więcej egiptologów to Egipcjanie.

 

       -

 Rzeczywiście, to nieodwracalna tendencja.

 

       -

 A jednak usłyszałem niejedną krytykę pod adresem inspektora Ahmeda al

-

Fostata. 
       -

 Złe języki! 

-

 gwałtownie zaprotestował Glotoni. 

- Ahmed jest uroczym 

człowiekiem, który wykonuje swój zawód z największą sumiennością zawodową. Jest 
najlepszym inspektorem egipskim, z jakim się zetknąłem. Oczywiście, kilku z

a-

wistnych kolegów zazdrościło mu jego stanowiska, ale to ludzkie, p

rawda? Po kil-

ku niewielkich sprzeczkach, nieuniknionych między ludźmi, którzy się słabo zn

a-

ją, w końcu doceniliby się wzajemnie i skutecznie współpracowali.

 

       -

 Jak przypuszczam, nie mógłby pan tyle powiedzieć o Abd el

-Mosulu? 

       - Dlaczego mi pan o nim wspomina? 
       -

 Ponieważ był w Starej Katarakcie w dniu morderstwa.

 

       - To prawda... Ale Abd el-

Mosul nie zasługuje na tak paskudną opinię, 

jaka do niego przylgnęła. To prawda, że jest ofiarą niechlubnej przeszłości r

o-

dzinnej, ale dziś j

est tylko sympatycznym staruszkiem, któremu sprawia przyjem-

ność rozpowszechnianie mniej lub bardziej przerażających historyjek. Egipcjanie 
są niezrównanymi gawędziarzami i bez umiaru koloryzują. Działalność Abd el

-

Mosula należy do zamkniętej przeszłości, którą lubi upiększać.

 

       - Czy bardziej niepokoi pana zachowanie doktora Qerry? 

       Villabert Glotoni ze zdziwienia szerzej otworzył oczy:

 

       -

 Dlaczego miałoby mnie niepokoić? Allan Oerry ubiera się dość ponuro, 

przyznaję, ale nie można oceniać ludzi po wyglądzie. Qerry jest specjalistą od 
mumii, jednym z najlepszych. Przeszkadza mu jego trudny charakter i niezwykła 
skłonność do samotności. Czy to zbrodnia? O, proszę spójrzeć! Rzeźbiony ząb h

i-

popotama. Pochodzi z daleka, bo w Nilu już od dawna nie ma hipopotamów. Sprzedaż 
tego rodzaju artykułów jest częściowo zakazana, ale tu wszystko można załatwić 

przy odrobinie dyplomacji. 
       -

 Czy hipopotam nie był zwierzęciem boga Setha, niszczyciela?

 

       - W rzeczy samej, milordzie. Niszczyciela, takiego jak Faxmore, Szkot, 

którego wszyscy się boją.

 

       - Z jakiego powodu? -

 zapytał Dodson.

 

       -

 Ponieważ uważa się za ucieleśnienie księcia piekieł, dzierżącego nóż 

ścinający głowy śmiałkom, którzy mu się przeciwstawiają.

 

       - Przypuszc

zam, że to głupie żarty.

 

background image

 

 34 

       -

 Wcale nie! Groził wielu osobom, także mnie, ogromnym rzeźnickim nożem i 

nie wyglądał, jakby żartował. “Jestem bogiem mścicielem i pożeraczem dusz", 
krzyczał.

 

       -

 W takim razie trzeba go zamknąć!

 

       -

 Jesteśmy w Egipcie, nadinspektorze, a Faxmore'owi daleko do szaleństwa. 

Widzi starożytność na swój sposób i doskonale sobie radzi. Przyjazd Langtona był 
mu nie w smak, to jasne, ale od tego do oskarżenia...

 

       -

 Wiem, że Langton miał przyjaciółkę, Domenicę Stra

uss. 

       -

 Ach, co to za straszna kobieta! To wszystko przez nią!

 

       Francuski egiptolog poczerwieniał ze złości:

 

       -

 Czy mógłby pan mówić jaśniej? 

-

 zapytał lord Percival.

 

       -

 Co pan chce, żebym panu jeszcze powiedział? Ta Domenica intrygowała od 

momentu swego przyjazdu do Egiptu i Bóg jeden wie, co mogła wymyślić, żeby zł

o-

wić Howarda Langtona w swoje sieci. Gdybyście poszukali od tej strony, nie z

a-

wiedlibyście się. No, ale bardzo mi przykro. Pilne spotkanie zmusza mnie do 

opuszczenia 

panów. Mam nadzieje, że nie mają mi panowie za złe? Być może się 

spotkamy. Byłaby to dla mnie przyjemność.

 

       Villabert Glotoni zgrabnie i szybko wmieszał się w tłum. Po chwili zni

k-

nął.

 

       -

 Na dłuższą metę ten typ jest trudny do zniesienia 

- oce

nił nadinspe

k-

tor. -

 Zastanawiam się, czy gra, czy też jest szczery.

 

        
       -

 Czy mogę pana zaprosić do hotelu na zimne piwo, mój drogi Dodsonie?

 

       -

 Mam wrażenie, że drepczemy w miejscu, milordzie.

 

       -

 I tak, i nie. Opracowaliśmy już kilka ścieżek. Niektóre z nich mogą nas 

doprowadzić do celu.

 

       -

 Egipska policja będzie nam prawdopodobnie rzucać kłody pod nogi.

 

       -

 A więc będziemy musieli nauczyć się omijać przeszkody.

 

       -

 Proszę mi powiedzieć, milordzie... Czy za tym Glotonim nie ciągnie się 

jakiś nieznośny zapach?

 

       -

 To zapach różanego olejku, typowy dla Egiptu. Można go łatwo kupić na 

bazarze. 
        
 

ROZDZIAŁ XX

 

        

       Zachód słońca, kiedy wydmy stroiły się w złoto, a Nil w srebro, był za

w-

sze m

agiczny. Wydawało się, że nawet odgłosy miasta cichną wobec spokoju wiecz

o-

ru, tej uroczej chwili, w której dzień i noc świętują fantastyczne gody.

 

       Upal zelżał, a piwo było wyborne. Angus Dodson odzyskał siły, ale obawiał 
się, że nie wytrzyma już dł

ugo w tym klimacie, beznadziejnie pozbawionym deszczu 

i mgły.

 

       Nad nadinspektorem pochylił się kierownik sali w czerwonej liberii:

 

       -

 Pańska rozmowa.

 

       - Czy to Scotland Yard? 
       -

 Tak mi powiedziano. Przed chwilą uzyskaliśmy połąc

zenie. 

       Dodson zerwał się z postanowieniem nierozłączania się do momentu, aż 
otrzyma upragnioną wiadomość. Bojowym krokiem poszedł w kierunku telefonu.

 

       Kierownik sali pochylił się również nad Szkotem. Na miedzianej tacy leż

a-

ła koperta.

 

       -

 Wiadomość dla pana, milordzie. Arystokrata otworzył kopertę. Wiadomość 

była krótka:

 

        

        Jeśli chce pan poznać prawdę, proszę iść do pokoju 102.

 

        

       Zawierała błąd ortograficzny: słowo “prawda" napisano przez “f; oprócz 

tego 

słowa “pan" oraz “iść" były napisane wspak, od prawej ku lewej.

 

        

       Lord Percival, oceniwszy, że Dodson nie wróci przed upływem kwadransa, 
postanowił przedsięwziąć wyprawę, do której namawiał go tajemniczy korespondent.

 

       O tej godzinie 

remontowany hotel był cichy i wyludniony.

 

background image

 

 35 

       Szkot szedł bezszelestnie ciemnym korytarzem prowadzącym do pokoju 102.

 

       Nagle odniósł wrażenie, że ktoś go śledzi.

 

       Nieopodal zaskrzypiał parkiet.

 

       Anglik wstrzymał oddech, przystanął, po chwili powoli cofnął się, chcąc 
zaskoczyć szpiega.

 

       Lord Perciyal nie był ani emerytowanym bokserem, ani doświadczonym wojo

w-

nikiem, ale uprawiał wiele sportów i nigdy nie unikał walki. W Eton nie uległ 
trzem londyńczykom, którzy wymieniali niegr

zeczne uwagi pod adresem Szkotów. 

Zostali na placu boju z kilkoma guzami i złamanym nosem.

 

       Podłoga znowu skrzypnęła, ale był to tylko trzask drewna. Nie dostrzegł-
szy śladów obecności człowieka, arystokrata poszedł dalej.

 

       Przekręcił gałkę w drzwiach pokoju 102, które nie były zamknięte na 
klucz, i wśliznął się zręcznie jak kot.

 

       Odnowiony pokój był komfortowy.

 

       Na łóżku leżała duża koperta miejscowej produkcji.

 

       Lord Percival otworzył ją. W środku znajdował się fajansowy 

amulet - kro-

kodyl z wykonanym na grzbiecie czerwonymi wersalikami napisem “Howard Langton". 

Przedmiot absolutnie współczesny, pochodzący z podrzędnej wytwórni podróbek.

 

       Szkot uśmiechnął się.

 

       Uczciwość zawodowa kazała mu obejrzeć pokój. Tak jak przewidywał, nie 
znalazł nic więcej. Wzbogacony o cenną wskazówkę, wrócił na taras i czekał na 
Dodsona, rozkoszując się ciszą zapadającej nocy.

 

       Nadinspektor pojawił się pól godziny później, wycierając czoło.

 

       -

 Rozmawiałem ze Scotland Ya

rdem! -

 zaanonsował triumfalnie. 

- W Londynie 

wszystko w porządku: wielki smog i żaden, nawet najmniejszy skandal nie dotyczył 
Jej Królewskiej Mości. Za to na moim biurku piętrzą się raporty i wszyscy z ni

e-

cierpliwością oczekują mojego powrotu, tym bardziej, że sam szef otrzymał tel

e-

gram od komisarza Abdel-

Atifa, który donosi, że sprawa została rozwiązana, a 

winny siedzi w areszcie. Tłumaczyłem, że mamy odmienne zdanie, ale nie doszliśmy 

jeszcze do ostatecznych wniosków. 
       - A co ze Scottish Brewer? 
       -

 To bardzo znana marka, która, według kartoteki Yardu, nie ma nawet ni

e-

legalnych destylatorni. Ma za to kairskie biuro, w którym prowadzi się badania 
nad możliwością otwarcia rynku w Egipcie. Od około roku prowadzone są pertrakt

a-

cje, ale strasznie 

się ciągną.

 

       -

 Interesujące 

-

 ocenił lord Percival. 

- Ma pan adres? 

       - Adres i nazwisko egipskiego przedstawiciela. 
       -

 Znakomicie, mój drogi Dodsonie. Ja również nie traciłem czasu.

 

       -

 Co się działo?

 

       -

 Ktoś stara się nam

 pomóc, nadinspektorze. 

       - Pomóc nam?... W jaki sposób? 
       -

 Wskazując nam ścieżkę prowadzącą do mordercy.

 

       -

 Ale... kto jest tym nieoczekiwanym współpracownikiem?

 

       -

 Osoba raczej niezręczna, która pozostawia zdecydowanie zbyt dużo śl

a-

dów. Same wskazówki zaś są bardzo wymowne.

 

       Arystokrata pokazał Dodsonowi amulet w kształcie krokodyla.

 

        
       - Przedmiot tyle zabawny, co okropny... Ale jest tu nazwisko Howarda 
Langtona! 
       -

 Co pan sądzi o kolorze atramentu?

 

       -

 Czerwony... Czy ma to jakieś szczególne znaczenie?

 

       -

 W takiej sytuacji to rodzaj uroku. Ktoś, kto napisał czerwonym kolorem 

nazwisko Langtona na tym krokodylu, źle mu życzył.

 

       -

 Inaczej mówiąc, ta okropna zabawka miałaby należeć do

 mordercy? 

       -

 Pańskie rozumowanie jest logiczne.

 

       -

 A... o kim pan myśli?

 

       -

 Kto nosi amulet w kształcie krokodyla, jeśli nie Abu, nubijski wielk

o-

lud zatrzymany przez egipską policję? Jeśli właściwie interpretować tę wskazó

w-

kę, oznacza ona, że Abu rzucił urok na Howarda Langtona i chciał pożreć swoją 

zdobycz jak krokodyl. 
       -

 Abu byłby więc winny...

 

background image

 

 36 

       -

 Przynajmniej ktoś chce, żebyśmy w to uwierzyli i jak najprędzej opuśc

i-

li ten kraj. 
       -

 A... co zamierza pan zrobić, m

ilordzie? 

       -

 Jeszcze przez kilka minut rozmyślać o bogactwie dynastii faraonów, 

zjeść skromną kolację, dobrze się wyspać, a później pójść do autora tej wiadom

o-

ści, który oskarża Abu, i zapytać, czy jego rewelacje są prawdziwe. Proszę się 
nacieszyć Starą Kataraktą, mój drogi Dodsonie; chwile snu na jawie to w życiu 
rzadkość.

 

        
 

ROZDZIAŁ XXI

 

        
       Lord Percival i Dodson zaskoczyli komisarza Omara Abdel-Atifa, kiedy na-

dziewał świeżym pomidorem i cebulą gorący podpłomyk kupiony w sąsi

edniej piekar-

ni. 
       - Drodzy przyjaciele! Ranne z was ptaszki. 
       -

 Czy to nie znakomita pora na pracę? 

-

 zapytał Szkot.

 

       -

 Jest jeszcze trochę chłodno, ale mają panowie rację... Co przyniosły 

przesłuchania?

 

       -

 W pełnym poszanowaniu prawa, krok po kroku, posuwamy się naprzód, kom

i-

sarzu. 
       -

 Bardzo się z tego cieszę! A ja mogę panom powiedzieć, że mam przecz

u-

cie: Abu już wkrótce się przyzna.

 

       -

 Interesujące...

 

       Omar Abdel-

Atif uważnie spojrzał na rozmówcę.

 

       - Co pana tak dziwi, milordzie? 
       -

 Nieoczekiwana wskazówka potwierdzająca pańską hipotezę.

 

       Szeroki uśmiech rozjaśnił twarz Egipcjanina.

 

       -

 No widzi pan! Byłem pewien, że w końcu rozsądek zwycięży.

 

       -

 Ściślej mówiąc, wszystko wskazuje na to, że ktoś chce, żeby Abu uch

o-

dził za winnego, co zwiększa moje przekonanie o jego niewinności.

 

       Uśmiech zgasł.

 

       -

 Zupełnie pana nie rozumiem, milordzie.

 

       -

 Drogi komisarzu, jestem panu winien kilka wyjaśnień. Ktoś dostarczył mi 

wskazówkę, szytą raczej grubymi nićmi, chcąc mnie przekonać, że Abu usiłował 
rzucić urok na Howarda Langtona. Inaczej mówiąc, że próbował go zabić. A poni

e-

waż czarna magia okazała się nieskuteczna, Nubijczyk przeszedł do czynu i ug

o-

dził sztyletem człowieka, którego nienawidził.

 

       -

 Oto doskonała rekonstrukcja faktów, milordzie! Co pan jej zarzuca?

 

       -

 Chodzi mi o kilka niejasnych szczegółów... Autor listu wiedział, że 

mieszkam w Starej Katarakcie. Nie znał biegle mojego języka, ponieważ zrobił 
błędy ortograficzne. Jest Egipcjaninem, ponieważ pewne słowa zapisał z prawa na 
lewo, a nie z lewa na prawo. I wreszcie zależy mu na tym, żeby śledztwo zostało 
zakończone jak najszybciej, aby uniknąć kłopotów administracyjnych i pozbyć się 

tej skomplik

owanej sprawy. Musiał mnie więc przekonać, że winny jest Abu.

 

       Twarz komisarza Omara Abdel-

Atifa przybrała dziwny odcień, między bladym 

brązem a ciemnym popieleni. Zduszonym głosem powiedział:

 

       -

 Rozumiem, że nie traktuje pan tego poważnie...

 

       -

 Uważam ten liścik za swego rodzaju żart 

-

 powiedział lord Percival n

i-

czym srogi nauczyciel do ucznia, którego podejrzewa o oszustwo. 
       Omar Abdel-

Atif przełknął ślinę.

 

       -

 Pańska postawa wydaje mi się przekonująca, milordzie. Może le

piej zapo-

mnieć o tym incydencie i nie odnotowywać go w żadnym dokumencie.

 

       -

 Takie jest właśnie moje zdanie. 

 

       Egipski policjant odetchnął z ulgą.

 

       - Zapomnijmy, zapomnijmy -

 namawiał gorliwie. 

- Biurokracja to jedna z 

naszych wad, lep

iej nie zwracać na to uwagi.

 

       Uświadomiwszy sobie nagle bardzo nieprzyjemną sytuację, komisarz Abdel

-

Atif znowu się zdenerwował:

 

       -

 Jeżeli Abu nie jest winny, to kogo panowie podejrzewają?

 

background image

 

 37 

       -

 Za wcześnie na formułowanie rozsądnych hipo

tez, ale nadinspektor Dodson 

i ja nie rezygnujemy z odkrycia prawdy. Chciałbym pana poprosić o drobną prz

y-

sługę.

 

       -

 Do usług, milordzie.

 

       -

 Czy mógłby mi pan zorganizować nieoficjalne spotkanie z Abd el

-Mosulem? 

Przypuszczam, że nie będzie chętny do rozmowy ze śledczymi, ale koniecznie muszę 
z nim pomówić.

 

       -

 Gdyby pan mógł zrezygnować z tego, milordzie... Abd el

-Mosul jest star-

szym człowiekiem, mówią, że nie jest tak groźny jak niegdyś, ale, moim zdaniem, 
trzeba zachować ostrożność... Jeśliby to spotkanie nie było naprawdę koniec

z-

ne... 
       -

 Naprawdę jest konieczne.

 

       -

 No cóż... A pan nie jest człowiekiem, który zmienia zdanie?

 

       -

 Rzadko, kiedy gra jest warta świeczki.

 

       -

 Dobrze, dobrze... Zrobię, co będę mógł.

 

       -

 Tego się właśnie spodziewałem, komisarzu. Podwładny komisarza zapowi

e-

dział wizytę doktora Butrosa.

 

       Koptyjski lekarz, jak zawsze w swoim siermiężnym brązowym garniturze, z 
ciężką czarną walizką, przywitał się, usiadł, przetarł grube szkła 

okularów w 

kościanych oprawkach i powiedział uroczyście:

 

       -

 Panowie, współczesna nauka jest istotną zdobyczą ludzkiego umysłu. 

Dzięki niej możemy skutecznie zwalczać przestępczość.

 

       Te słowa zachwyciły nadinspektora Dodsona. W jednej chwili znalazł się w 
Scotland Yardzie, wspomagany przez wszystkie najnowocześniejsze nowinki tec

h-

niczne. 
       -

 Dzięki specjalistom z mojego laboratorium 

-

 podjął doktor Butros 

- uda-

ło mi się ustalić niemal pewną godzinę morderstwa.

 

        
       Lord Perciv

al wyczuł, że jego koptyjski przyjaciel stopniuje efekt i p

o-

wstrzymał się od zadawania pytań. Po około pół minuty doktor Butros zgodził się 
podać najważniejszą wiadomość.

 

       -

 Możecie panowie przyjąć, że Howard Langton został zamordowany między 

szesna

stą trzydzieści a siedemnastą.

 

       -

 Czy pan jest całkowicie pewien? 

-

 zapytał komisarz Abdel

-Atif. 

       -

 Nie ma wątpliwości. Ale to nie wszystko: ponieważ zaintrygował mnie 

kołnierz koszuli ofiary, zleciłem przeprowadzenie bardzo szczegółowej anal

izy. 

Mogę więc panom oznajmić, że kołnierz został nasączony perfumami.

 

       -

 Może Langton lubił się perfumować 

-

 podsunął nadinspektor.

 

       -

 Nieprawdopodobne, żeby aż do tego stopnia 

-

 sprzeciwił się doktor B

u-

tros. - Przyzwoity Brytyjczyk tej klas

y nie perfumowałby się w ten sposób. Jeśli 

nie jestem już panom potrzebny, wracam do Kairu.

 

       Lord Percival, chociaż pogrążony w myślach, nie omieszkał podziękować 
lekarzowi sądowemu za współpracę.

 

 
 

ROZDZIAŁ XXII

 

        
       Komisarz Omar Abdel-

Atif skrzyżował dłonie na wydatnym brzuchu.

 

       -

 Proszę posłuchać, milordzie. Mimo wszystko nie mogę wyrazić zgody na 

pańskie prośby!

 

       -

 Rozumiem, komisarzu. Ale w tym przypadku musi pan przyznać, że chodzi o 

postępowanie czysto techniczne.

 

       -

 Właśnie 

-

 potwierdził Dodson. 

-

 Z raportu lekarza sądowego jasno wyn

i-

ka, że Howard Langton został zamordowany na godzinę przed spotkaniem egiptologów 
na tarasie Starej Katarakty. Stąd wszyscy podejrzani, którzy przedstawią solidne 

alibi na czas 

zbrodni, będą uniewinnieni.

 

       -

 Ja jednak nie zamierzam przesłuchiwać tych wszystkich osób! Poza tym 

mogliby kłamać... A jak to sprawdzić? Robi się to jedynie w przypadkach grożą-

cych zatargiem dyplomatycznym. 
       -

 Sprawdźmy tylko jedno alibi 

- z

aproponował Szkot. 

-

 Myślę o Abu.

 

       - Czy to konieczne? 

background image

 

 38 

       Dodson potakująco skinął głową. Komisarz Abdel

-

Atif westchnął:

 

       -

 Jak zamierzają panowie to zrobić?

 

       -

 Proszę wezwać Abu 

-

 zasugerował lord Percival.

 

       -

 Ponieważ nie

 ma innego sposobu...  

       Dwaj policjanci przyprowadzili nubijskiego olbrzyma. Na jego twarzy malo-

wała się obojętność.

 

       -

 Jak się pan miewa, panie Abu? 

-

 zapytał lord Percival.

 

       -

 Dobrze na tyle, na ile to możliwe, wasza dostojność. Dzię

ki panu trak-

towali mnie dobrze. Jedzenie słabe, więzienie potwornie smutne, ale dają mi sp

o-

kój. A ponieważ zawarłem ugodę z mijającym czasem, wszystko idzie ku lepszemu.

 

       -

 Nasze śledztwo postępuje, muszę panu zadać ważne pytanie. Czy zgadza 

się pan odpowiedzieć?

 

       -

 Tak, wasza dostojność.

 

       -

 Gdzie pan był w dniu morderstwa Howarda Langtona między godziną szesn

a-

stą trzydzieści a siedemnastą? Nubijczyk przez dłuższy czas milczał.

 

       -

 Normalnie miałbym pewne trudności z precyzyjną odpowiedzią na takie 

pytanie. 
       - No widzicie! -

 zawołał komisarz Abdel

-Atif. -

 Nie ma żadnego alibi!

 

       -

 Tamten dzień był jednak niepodobny do innych 

-

 ciągnął Nubijczyk, nie 

pozwalając sobie przerwać. 

-

 Służbę miałem dopiero pod wieczór. Na Wsc

hodzie nie 

przywiązujemy wielkiego znaczenia do czasu, ale jeśli się chce utrzymać posadę w 
Starej Katarakcie, lepiej nagiąć się do zachodnich zwyczajów. Zgodnie z polec

e-

niem przyszedłem o siedemnastej trzydzieści do mojego zwierzchnika, który powi

e-

rzył mi nowe zadanie: miałem dokładnie obejrzeć pokój Agaty Christie, aby go 
przygotować do remontu.

 

       -

 To cię bynajmniej nie uniewinnia 

-

 ocenił komisarz.

 

       -

 Co robiłeś wcześniej?

 

       -

 Odpoczywałem u babci, na wiosce, i wyszedłem stamtąd o sie

demnastej 

piętnaście.

 

       -

 Jak możesz podawać tak dokładny czas! 

-

 zaprotestował Abdel

-Atif. - 

Opowiadasz bzdury! 
       -

 Mówię prawdę 

-

 potwierdził spokojnie Abu. 

-

 Syn mojej siostry dostał 

wtedy zegarek na urodziny i był bardzo dumny, że może mi podać godzinę, kiedy 
wsiadałem do feluki, aby przepłynąć Nil.

 

       -

 Przestań kłamać, Abu! Pogarszasz swoją sytuację!

 

       -

 Proponuję, żebyśmy to sprawdzili 

-

 powiedział nadinspektor.

 

       Omar Abdel-

Atif zagłębił się w fotelu, nie będąc w stanie się przeciwst

a-

wić funkcjonariuszowi Scotland Yardu. Jednak jeśli było miejsce, gdzie nie 
chciałby się udać, to była właśnie wioska Abu.

 

       Część Elefantyny zajmowała nubijska wioska drzemiąca w cieniu palm. Domy, 
których fasady pomalowane były na żółto, żółtobrązowo, zielono lub niebiesko, 
dzieliły wąskie uliczki, w których królował dobroczynny cień.

 

       Abu, eskortowany przez dwóch umundurowanych policjantów, prowadził obu 
Brytyjczyków i komisarza do rodzinnego gniazda, które mieściło się w komple

ksie 

budynków. Na jednej ze ścian widniał niczym komiks obraz podróży wielkiego ojca 
do Mekki, od wyjazdu Z Elefantyny, poprzez niezapomnianą podróż samolotem, aż po 
przybycie do świętego miejsca.

 

       - Abu! -

 krzyknęła starsza kobieta w czerni, ale z odkrytą twarzą. 

- Co 

ci się stało?

 

       -

 Nic takiego, babciu. Prawda w końcu zatriumfuje. Policja chciałaby p

o-

rozmawiać z Mohamedem.

 

       -

 Gra w piłkę z kolegami. Wejdźcie napić się zimnej wody.

 

       Dodsona zdumiało zachowanie komisarza Abdel

-A

tifa. Chował się za swoimi 

ludźmi, aby nie zauważyła go starsza pani, która pchnęła pomalowane na niebiesko 
drzwi i wpuściła gości na zacienione podwórko. W rogu znajdowała się terakotowa 
“kapliczka", na której stal duży dzban zimnej wody.

 

       Usiedli 

na drewnianych ławach, a babcia uroczyście nalewała każdemu po 

trochę cennego płynu.

 

       Zobaczyła komisarza:

 

        

background image

 

 39 

       -

 Omar! Co za głupstwo jeszcze popełnisz, aby wspiąć się wyżej w tej tw

o-

jej przeklętej hierarchii? Dobrze wiesz, że Abu to porządny chłopak, absolutnie 

uczciwy! 

       Jak większość mężczyzn w Egipcie, komisarz Abdel

-

Atif najbardziej obawiał 

się starych kobiet, które same stanowiły prawo i nie uznawały żadnej innej wł

a-

dzy. 
       - To nieco skomplikowana sprawa i policja musi... 
       -

 Przestań pleść bzdury! Musisz dać się komuś we znaki z powodu twojego 

awansu i wybrałeś Abu, ponieważ nie było nikogo innego pod ręką, a ten biedny 
chłopak nie może się bronić. To źle, bardzo źle, i cała wieś się zbuntuje, jeśli 

go natychmiast nie uwolnisz! 

       Kobieta już miała wybuchnąć gniewem, na szczęście dla komisarza do domu 
wbiegł młody Mohamed.

 

       Na ręce miał nowy zegarek.

 

       -

 Wygraliśmy trzynaście do zera 

-

 oświadczył dumnie.

 

       Komisarz usiłował znów zapanować nad sytuacją i zażądał od młodego spo

r-

towca zeznania na temat tego, co robił Abu w dniu zbrodni.

 

       Mohamed potwierdził słowa olbrzyma, podobnie jak babcia i dziesiątka i

n-

nych członków rodziny, którzy stali na zewnątrz domu, domagając się, żeby kom

i-

sarz

 dokładnie zapisał ich zeznania.

 

       - Drogi kolego -

 zauważył Dodson 

-

 czy wniosek nie nasuwa się sam przez 

się?

 

       Omar Abdel-

Atif usiłował jeszcze wyjść z honorem:

 

       -

 Nie wiem, co pan chce powiedzieć...

 

       -

 Każdy trybunał uwolniłby Abu. Dłuższe przetrzymywanie go w areszcie 

może zaszkodzić pańskiej karierze.

 

       Egipcjanin musiał przyznać, że jego kolega ma rację.

 

       -

 Dobrze... Zajmę się formalnościami. Ale jeśli nie on, to znaczy, że 

mordercą jest ktoś inny! I kogo ja zaaresztuję?

 

        
 
 

ROZDZIAŁ XXIII

 

        

       Słońce wschodziło nad świątynią w File, królestwem wielkiej czarodziejki 
Izydy. File, którą francuski powieściopisarz Pierre Loti nazwał “perłą Egiptu", 
zajmowała całą powierzchnię niewielkiej wyspy długości około czterystu i szer

o-

kości stu trzydziestu metrów. Tu nie było miejsca dla świeckich. Kapłani star

o-

żytnego Egiptu czcili tu “odległą boginię", wściekłą lwicę powracającą z Dal

e-

kiego Południa, która dzięki obrzędom zmieniała się w łagodną i miłą kotkę. Na 
File królowały muzyka i miłość, w tym niepowtarzalnym miejscu bogini Izyda o

d-

krywała wiernym tajemnicę zmartwychwstania.

 

       Mimo że Dodson czuł się nieswojo w niewielkiej barce motorowej, którą 
jechał na wyspę w towarzystwie lorda Percivala, zapomniał o swoich obawach, z

a-

fascynowany pejzażem.

 

       W jednej chwili współczesny świat zniknął. Były tylko wznoszące się ku 
niebu pylony świątyni Izydy, sanktuarium położone na wodzie, z dala od ludzkich 
niegodziwości.

 

       Nadinspektor, z głową owiniętą białą chustą, wbity w przyciasny kolonia

l-

ny garnitur, cierpiał na chorobę morską. Lord Percival, w swoim dziewiczo białym 

garniturze i w kapeluszu z szerokim rondem, otoczony wyrafinowanym zapachem la-

wendy, w skupieniu kontemplował File.

 

       B

arka dobiła do małego pomostu. Kapitan pomógł Dodsonowi wstać i przejść 

wąską kładką na ląd.

 

       Lord Percival i Dodson pokonali współczesne schody, następnie arystokrata 
skierował się w lewo, aby pokazać

 

       Abd el-

Mosul lekko się uśmiechnął.

 

       -

 Jeden z moich synów chciał go zatrudnić jako służącego w swoim domu w 

Luksorze. Abu za bardzo kocha Asuan, aby opuścić to miasto, więc odmówił. Mój 
syn potraktował tę odmowę jako zniewagę i podniósł głos. Musiałem interweniować, 
żeby go uspokoić i wszystko wróciło do normy. Oto mój jedyny spór z Abu, który 

background image

 

 40 

cieszy się powszechnym szacunkiem i wykonuje dobrą robotę w Starej Katarakcie. 
Jest zresztą bardzo ceniony przez swoich zwierzchników i przez turystów.

 

       Fasada pierwszego pylonu świątyni Izydy była jednocześnie elegancka i 
potężna. Wielkich rozmiarów bogini, przedstawiona po obu stronach bramy, wydzi

e-

lała magiczne fluidy, dzięki którym faraon mógł pokonać swoich widzialnych i 
niewidzialnych wrogów i został przyjęty do kręgu bóstw.

 

       - Co

 pan sądził o Howardzie Langtonie? 

-

 zapytał lord Perci val Abd el

-

Mosula. 

       Egipcjanin przez dłuższą chwilę milczał.

 

       -

 To był człowiek z zewnątrz. Całkowicie z zewnątrz.

 

        

      ROZDZIAŁ XXIV

 

        
       Abd el-Mosul, lord Perci

val i Angus Dodson przekroczyli bramę świątyni 

Izydy i weszli na wielki dziedziniec zamknięty drugim pylonem, przesuniętym 
względem pierwszego. Po lewej stronie dziedzińca znajdowało się inammisi, ni

e-

wielkie sanktuarium, w którym świętowano narodziny Horusa, syna zmartwychwstał

e-

go Ozyrysa. Dzięki swojej mocy i znajomości leków Izyda miała ochraniać dziecko 
przed złymi uczynkami Setha, aby mogło dorosnąć i w przyszłości zostać faraonem. 
W ten sposób wielka bogini walczyła ze złem i ciemnymi mocami.

 

       Abd el-

Mosul zatrzymał się.

 

       -

 W moim długim życiu poznałem wielu Europejczyków 

-

 zwierzył się 

- egip-

tologów, biznesmenów, podróżników, wielkie indywidualności, krótko mówiąc, ludzi 
różnego pokroju... Ale ten Howard Langton miał dziwną cechę: był na wskroś 
uczciwy. Nie trochę uczciwy czy uczciwy okazyjnie lub tylko w pewnych okoliczn

o-

ściach, lub z obowiązku; nie: był z gruntu człowiekiem uczciwym, a w konsekwe

n-

cji dziwakiem. Dzięki temu miał szansę stać się obiektem muzealnym.

 

       - Dlaczego jest pan tak kategoryczny? -

 zapytał lord Percival.

 

       -

 Instynkt starego człowieka można porównać do instynktu rybaka lub m

y-

śliwego 

- nigdy nie zawodzi. 

       - Co pan jeszcze wie o Langtonie? -

 dopytywał się lord Percival.

 

       -

 Już nic więcej. W moim wieku człowiek szykuje się na tamten świat i nie 

interesuje się już życiem innych.

 

       -

 Czy jego kolega Steven Faxmore pozostawał z nim w dobrych stosunkach?

 

       -

 Trudne pytanie. Jak mogę oceniać relacje między dwoma Brytyjczykami: 

Anglikiem 

i Szkotem? Według mojej wiedzy ta odmienność stworzyła między nimi 

przepaść szczególnie trudną do pokonania.

 

       -

 Przypuszczam, że poznał pan Faxmore'a?

 

       -

 To człowiek, którego wszędzie pełno i który wie o Egipcie mniej, niż mu 

się wydaje. W gruncie rzeczy nie interesuje się moim krajem i goni za mrzonką, 
która niewątpliwie nie ma wiele wspólnego z nauką. Faxmore to człowiek niebe

z-

pieczny, to jasne, nie wolno go lekceważyć, ale połamie sobie zęby, bo ma wię

k-

szą ambicję niż możliwości.

 

       - 

A jaka jest, pańskim zdaniem, ta ambicja? 

-

 zapytał Dodson.

 

       -

 Skąd miałbym wiedzieć?

 

       Abd el-

Mosul przystanął przed wejściem do drugiego pylonu świątyni Izydy.

 

       Nadinspektor zauważył jego pomieszanie.

 

       -

 Nie chce pan zwiedzić s

ali kolumnowej? 

       -

 Nie, panie Dodson. Niech sobie mówią, że chodzi tylko o stanowisko a

r-

cheologiczne i że bogini Izyda nie żyje; ja w to nie wierzę i lękam się jej m

a-

gii. Jestem dobrym muzułmaninem i chcę nim pozostać. Wejście do takiej świątyni 

jak

 ta jest ryzykowne, a ja unikam ryzyka. Chodźmy do pawilonu Trajana, to c

u-

downe miejsce. 

       Trójka mężczyzn opuściła świątynię bogini i udała się w kierunku elegan

c-

kiego pawilonu z czternastoma kolumnami, zbudowanego za panowania cesarza rzym-
skiego Trajana dla barki bogini. 
       -

 Wydaje się, że niemiecka egiptolog Domenica Strauss była bardzo związ

a-

na z Howardem Langtonem -

 powiedział lord Percival. 

-

 Też pan tak uważa?

 

       - Nie znam jej -

 odpowiedział Abd el

-Mosul. 

       - Za to musi pan do

brze znać Albertine Abletout.

 

        

background image

 

 41 

       Stary Egipcjanin podniósł wzrok ku niebu.

 

       -

 Jest jedyna w swoim rodzaju, inspektorze, a to już dużo! Tak naprawdę o 

wiele za dużo dla innych. Jeśli chce pan zaznać trochę ciszy i spokoju, lepiej 
się do niej nie zbliżać.

 

       -

 Jej rodak, Villabert Glotoni, wydaje się sympatyczniejszy.

 

       -

 Wszystko zależy od tego, co pan rozumie przez słowo “sympatyczny"... To 

osoba, której nie mam ochoty znać i z którą się nie widuję.

 

       Abd el-Mosul zapro

wadził Brytyjczyków do małej świątyni Hathor. To wł

a-

śnie tam bogini była przyjmowana przez muzyków i muzykantki, którzy łagodzili 
jej gniew grą na lirze i śpiewem.

 

       -

 Co pan sądzi o doktorze Alanie Qerry? 

-

 zapytał lord Percival.

 

       - Nic. Nie 

przyjeżdża do południowych prowincji.

 

       -

 Wyznam panu, że mnie on intryguje.

 

       -

 Czyżby podejrzewał go pan o... zbrodnię?

 

       -

 Nie mam jeszcze żadnej wyraźnej wskazówki zmierzającej w tym kierunku, 

ale jego rola w tej sprawie wciąż pozosta

je zagadkowa. 

       -

 Jeśli właściwie postrzegam pańską determinację, milordzie, jestem prz

e-

konany, że uda się to panu rozwikłać. Z pewnością nie zniechęci się pan i nie 
pozostawi w cieniu tego, co powinno wyjść na światło dzienne.

 

       - Czy jest pan przyjacielem inspektora Ahmeda al-Fostata? 

       Po raz pierwszy starzec okazał zirytowanie.

 

       - Al-Fostat uprawia swój zawód tak, jak go rozumie. To jego sprawa, nie 
moja. 
       -

 Czy mam rozumieć, że jego postępowanie wydaje się panu podejrzan

e? 

       -

 Powinien pan zrozumieć, że nie jesteśmy w tym samym obozie i nie wch

o-

dzimy sobie w drogę.

 

       -

 Przyszła mi do głowy pewna myśl, bez wątpienia niedorzeczna 

- powie-

dział Szkot poufnym tonem. 

-

 Czy nie jest pan na tropie czegoś w rodzaju ska

rbu? 

       Twarz Abd el-

Mosula stężała.

 

       -

 Wiem, że przeszłość to przeszłość 

-

 ciągnął lord Percival 

-

 i że niel

e-

galne poszukiwania stają się coraz rzadsze, niemal nie istnieją. Ale przypuśćmy, 
że otrzymałby pan wiadomość o istnieniu obiektów archeologicznych dużej wartości 
w miejscu trudno dostępnym. Jaka byłaby pańska reakcja?

 

       -

 Sam pan sobie odpowiedział: to już przeszłość i w żaden sposób mnie nie 

dotyczy. Robi się gorąco, a ja jestem już stary. Proszę spokojnie kontynuować 
zwiedzanie świątyni na File. Ja pójdę odpocząć.

 

        
        
 

ROZDZIAŁ XXV

 

        
       Komisarz Abdel-

Atif wydawał się skrajnie wyczerpany. To była jego dwun

a-

sta kawa po turecku od rana. 
       -

 Widzieliście się z Abd el

-Mosulem? 

       - Na File, jak b

yło ustalone 

-

 odpowiedział lord Percival.

 

       Egipcjanin był wyraźnie zaniepokojony.

 

       -

 Czy spotkanie przebiegło pomyślnie?

 

       -

 Dobrze się zaczęło, gorzej skończyło.

 

       -

 Chce pan powiedzieć... źle skończyło?

 

       - Abd el-Mosulow

i nie podobało się moje ostatnie pytanie 

-

 wyznał aryst

o-

krata. 
       -

 O co go pan zapytał?

 

       -

 Czy nie wpadł na trop ukrytego skarbu. 

 

       Komisarz zaniemówił.

 

       -

 Ależ... Ależ... To jedyny temat, którego należało unikać!

 

       - Wprost przeciwnie, przyjacielu! Jak panu potwierdzi nadinspektor, Abd 
el-

Mosul ograniczał się do mało konkretnych rozważań, a o niektórych podejrz

a-

nych zachował bezpieczne milczenie. Pozostało mi tylko jedno: sprowokować go.

 

       -

 I udało się panu?

 

       - Zobaczymy. 
       - Abd el-

Mosul zareaguje gwałtownie!

 

background image

 

 42 

       -

 A moim zdaniem jego pozycja jest słaba. Odnoszę nawet wrażenie, że cz

u-

je się zagrożony naszymi pytaniami. Inaczej mówiąc, ma coś na sumieniu.

 

       Komisarz opróżnił filiżankę kawy i bezwiednie przeżuwał fusy.

 

       -

 Nic gorszego nie mogło się zdarzyć... Abd el

-Mosul stoi na czele praw-

dziwej siatki i nie pozostanie bezczynny! Powinniście przestać się mu naprz

y-

krzać. Tutaj jest górą.

 

       -

 Proszę wybaczyć mój upór, ale uważam, że mamy dobrą kartę.

 

       -

 Jaką?

 

       - Abd el-

Mosul zaniepokoił się. Myśli, że mamy informacje, które mogłyby 

mu zaszkodzić i będzie musiał coś zrobić, żeby się ukryć. W jego wieku z pewn

o-

ścią nie chce mu się walczyć z policją.

 

       Egipcjanin odzysk

ał pewność siebie.

 

       - Co pan proponuje? 
       -

 W miarę możliwości niech pan każe śledzić Abd el

-

Mosula i proszę mi 

powiedzieć, jeśli wyjedzie lub jeśli się będzie niecodziennie zachowywał.

 

       - To raczej ryzykowne... 
       - Ma pan z pewno

ścią kilku speców od śledzenia i kilku dobrze rozstawi

o-

nych tajniaków. Nie ma potrzeby zmieniać stałych dyspozycji, komisarzu, niech 
tylko będą w pogotowiu.

 

       Komisarz w odpowiedzi niewyraźnie mruknął.

 

       -

 Chcielibyśmy przesłuchać doktora Qerry

 -

 dorzucił lord Percival.

 

       -

 O właśnie! Wszędzie go szukam! Wyszedł z hotelu i nie ma go w Kairze. A 

ponieważ nie mam mu nic konkretnego do zarzucenia, nie mogę rozesłać za nim l

i-

stów gończych po całym kraju.

 

       -

 Jest jednak w kręgu podejrzan

ych! -

 zaprotestował Dodson. 

- Powinien 

pan zrobić wszystko, żeby go odnaleźć.

 

       -

 Dobrze, dobrze... Zajmę się tym. A propos, kazałem uwolnić Abu. Od tej 

strony sprawa jest zamknięta.

 

        

       W Starej Katarakcie prace postępowały w umiarkowa

nym tempie mimo ponagla-

jących próśb biur podróży, które chciały jak najszybciej wypuścić falę turystów 
pragnących zamieszkać w tym prestiżowym hotelu.

 

       Brytyjczycy zostali potraktowani szczególnie ciepło i z prawdziwą saty

s-

fakcją zobaczyli Abu, który podszedł do nich z tacą.

 

       -

 Dyrekcja prosi panów o przyjęcie szklaneczki prawdziwej szkockiej wh

i-

sky. 

       Morale Dodsona poszło w górę.

 

       -

 Wasza dostojność 

-

 powiedział wysoki Nubijczyk, pochylając się w stronę 

lorda Percivala. -

 Chcę panu podziękować za to, że się pan za mną wstawił. Musi 

pan wiedzieć, że jestem pańskim dozgonnym dłużnikiem.

 

       -

 Czy to nie największa radość, kiedy się patrzy, jak prawda zwycięża?

 

       -

 Poza tym, wasza dostojność, nie dopuścił pan do gwałtownej śmierci.

 

       - O czym pan mówi? -

 zapytał zaintrygowany Dodson.

 

       -

 Gdyby nie pańska interwencja, moja babcia najprawdopodobniej zabiłaby 

komisarza Abdel-Atifa. 
       -

 Czy może pan coś dla mnie zrobić, panie Abu?

 

       -

 Oby Bóg pozwolił mi panu pomóc, wasza dostojność.

 

       -

 Szukamy doktora Alana Qerry, tego dziwnego osobnika w czerni. Być może 

wrócił do Kairu, a być może jest jeszcze gdzieś tutaj.

 

       -

 Jeśli tak jest, będą panowie wkrótce wiedzieć. 

 

       W cieniu, w wygodnym fo

telu ze szklanką whisky w dłoni, nadinspektor ro

z-

koszował się chwilą rzadkiej przyjemności.

 

       Na brzegu Nilu bawiły się dwa psy. Lord Percival myślał o Abercrombiem. 
Przez telefon dowiedział się, że z powodu nieobecności pana pies padł ofiarą 

lekkiej

 depresji, którą majordomus leczył podwójną porcją koziego sera i be

f-

sztyku oraz codzienną wizytą u lady Ofelii. Jej słodycz łagodziła smutek czarn

e-

go psa. 

       Czy tu, w Asuanie, można sobie wyobrazić istnienie zbrodni? Słońce, Nil, 

palmy i pustynia ut

worzyły raj na ziemi, gdzie najbardziej zagubiona dusza m

o-

głaby znaleźć odpoczynek.

 

background image

 

 43 

       Któż nie miałby ochoty zostawić tu swoich bagaży, marzyć o tysiącu is

t-

nień i zwierzać się bogom i boginiom, które, mimo zasłon islamu, pozostawały 

obecne w sercu sk

ał i w prądzie rzeki?

 

       -

 Czy mogę panu przeszkodzić, wasza dostojność?

 

       -

 Bardzo proszę, panie Abu.

 

       -

 Doktor Qerry nie opuścił Asuanu.

 

       -

 Gdzie się ukrył?

 

       -

 W miejscu raczej niezwykłym, wasza dostojność. Myślał z pewnością, że 

nikt go nie zauważy, ale oczy są wszędzie, nawet na bezludnej pustyni. Jeśli pan 
chce, zaprowadzę pana.

 

       Wieczorną ciszę przerwał świst. Abu chwycił Szkota i pociągnął do tyłu, 
ale lord poczuł pieczenie w prawym przedramieniu.

 

       Strzała, która go drasnęła, zakończyła lot na przybrzeżnym kamieniu.

 

       -

 Wasza dostojność, jest pan ranny?

 

       -

 Lekko... Myślę, że uratował mi pan życie, Abu. Przynajmniej...

 

       Lord Percival zabrał strzałę: czy jej grot nie został umoczony w tru

ci

ź-

nie? 
        
        
 

ROZDZIAŁ XXVI

 

        

       Dodson chodził tam i z powrotem przed pokojem lorda Percivala. Abu stał w 
bezruchu ze skrzyżowanymi ramionami i oczami utkwionymi w jeden punkt.

 

       -

 Co tam robią ci lekarze! 

-

 złościł się na

dinspektor. -

 Badają go już 

przeszło godzinę... I nadal żadnej diagnozy!

 

       W głębi duszy Nubijczyk zastanawiał się, czy słynna brytyjska samokontr

o-

la nie była mitem.

 

       - W wypadku zatrucia -

 ciągnął Dodson 

-

 trzeba natychmiast przewieźć lo

r-

da P

ercivala do szpitala specjalistycznego. Przecież nie możemy mu pozwolić tak 

po prostu umrzeć!

 

       Wreszcie drzwi do pokoju otworzyły się.

 

       Trzej lekarze wyszli ze skupionymi twarzami i, rozmawiając, przepadli w 

korytarzu. 

       Pojawił się lor

d Percival. Dodson i Abu wstrzymali oddech. 

       - Diagnoza jest bezlitosna -

 powiedział. 

-

 Rękaw marynarki rzeczywiście 

został rozdarty. Co zaś się tyczy reszty, mam tylko lekkie draśnięcie i ani śl

a-

du trucizny. 
       -

 Trzeba jak najszybciej odnaleźć sprawcę 

-

 stwierdził Dodson. 

-

 Może 

ponowić atak.

 

       - Inszallah, i wszystko w swoim czasie, nadinspektorze. Mamy pilniejsze 
sprawy. 

       Nadinspektor tęsknił za brzegami Nilu. Panował tam nieznośny upał, ale 
lekki wiatr przynosił brytyjskiemu turyście wyraźną ulgę.

 

       Tu, na pustyni, wydawało się, że skały i piach wzmagają jeszcze żar słoń-
ca. Abu odwiózł gości jeepem, który, mimo iż można by było uważać go za antyk, 
zdołał pokonać wszelkie przeszkody na egipskich drogach, od wybojów po nieoc

ze-

kiwane pochyłości.

 

       Opuścili Asuan od strony południowej i wjechali w dziwny pejzaż, na który 
składały się różnej wielkości bloki skalne i połacie pustyni, najwyraźniej ni

e-

chętne wszelkiej obecności człowieka. Mimo to technika i przemysł wydały walkę 
tym pustkowiom. Słupy wysokiego napięcia powoli opanowywały królestwo demonów 
pustyni, które, według tutejszych bajarzy, prędzej czy później wezmą za to o

d-

wet. 

       Jeep zatrzymał się.

 

       Dodson wysiadł z trudnością.

 

       -

 Jesteśmy w kopalni granitu należącej do faraonów 

-

 powiedział Abu. 

- To 

właśnie stąd pochodziły bloki używane przy wznoszeniu ich gigantycznych budowli.

 

       -

 Czy długo będziemy musieli iść? 

-

 zaniepokoił się nadintendent.

 

       - Nie -

 odpowiedział Nubijczyk. 

- Dokt

or Qerry od dwóch dni ukrywa się w 

szopie, którą widać o jakieś sto metrów stąd.

 

background image

 

 44 

       Trzej mężczyźni powoli szli w kierunku baraku skleconego z desek, którego 
drzwi byty zamknięte.

 

       - Doktorze Qerry -

 powiedział spokojnie Szkot 

- chcemy z panem porozma-

wiać.

 

       Wewnątrz baraku coś się poruszyło. Do szpary przywarło oko.

 

       -

 Jestem lord Percival Kilvanock, a to nadinspektor Dodson. Czy może pan 

otworzyć drzwi?  

 

       Zapytany ani drgnął.

 

       -

 Pozwoli pan, że ja się tym zajmę, wasza dostojność? 

 

       Arystokrata skinął głową.

 

       Nubijski siłacz wyjął z zawiasów drzwi baraku i położył je na podłodze.

 

        

       Wewnątrz siedział skulony niewysoki mężczyzna ubrany na czarno, zakryw

a-

jący twarz rękami w rękawiczkach.

 

       -

 Wynoście się stąd, natychmiast!

 

       -

 Nie ma się pan czego obawiać, doktorze.

 

       -

 Co pan o tym wie? Ukrywam się, ponieważ grozi mi śmiertelne niebezpi

e-

czeństwo!

 

       -

 Wasza dostojność, czy życzy pan sobie, żebym wziął doktora i wsadził 

go 

do jeepa? 
       - Niech ten potwór mnie nie dotyka! -

 ryknął Alan Qerry.

 

       -

 Jeśli chce pan uniknąć jego interwencji 

-

 zasugerował lord Percival 

powinien pan wstać i pójść z nami, żebyśmy mogli spokojnie porozmawiać.

 

       -

 Mówię wam, że ktoś chce mnie zabić! Jeśli stąd wyjdę, zastrzeli mnie 

strzelec wyborowy lub fanatyk uzbrojony w nóż ugodzi mnie w plecy. Nie mam sobie 
nic do zarzucenia i nie chcę być kolejną ofiarą!

 

       -

 Jest nas trzech, doktorze, i obronimy pana. Chodźmy do nie skoń

czonego 

obelisku. Są tam już turyści, będziemy bezpieczni.

 

       -

 Zostaję tutaj i nie chcę z wami rozmawiać.

 

       -

 Szkoda, doktorze Qerry, ponieważ komisarz Ab

-del-

Atif wszędzie pana 

szuka i ma zamiar oskarżyć pana o dokonanie zabójstwa.

 

       Ala

n Qerry zerwał się na równe nogi.

 

       -

 Mnie? A to głupiec!

 

       Specjalista od mumii miał orli nos, wystające kości policzkowe i bardzo 
wąskie wargi, a na policzkach kilkudniowy zarost.

 

       Qerry uderzył się w pierś.

 

       - Jestem niewinny, 

absolutnie niewinny, ale wiem wszystko! A ponieważ 

wiem wszystko, zabiją mnie!

 

       Głos Alana Qerry byt równie dziwny, jak jego zachowanie. Wysoki, to znów 
niski, nieustannie wznosił się i opadał.

 

       -

 Jesteśmy tu, aby panu pomóc 

-

 potwierdził lor

d Percival. -

 Jeśli zgodzi 

się pan wyjaśnić swoje zachowanie i wskaże mordercę Howarda Langtona, wyjdzie 

pan z tej historii bez szwanku. 

       Alan Qerry patrzył na Szkota spod oka, z najwyższą nieufnością.

 

       -

 Może mi pan przysiąc?

 

       - Ma pa

n moje słowo, doktorze.

 

       -

 I nie wtrąci mnie pan do więzienia?

 

       - Nie ma o tym mowy. 
       -

 Czy idąc tutaj, zauważyli panowie jakichś podejrzanych osobników?

 

       -

 Nikogo. Nasz przyjaciel Abu doskonale zna okolicę i dzięki niemu zape

w-

n

imy panu ochronę.

 

       -

 Proszę podejść, milordzie.

 

       Doktor Qerry powiedział coś arystokracie na ucho.

 

       -

 Widziałem go w Starej Katarakcie... to Nubijczyk, a ja nie lubię Nubi

j-

czyków. To kłamcy i gwałtownicy. Boję się ich. Czy jest go pan 

pewien? 

       -

 Mamy dowód, że Abu nie odegrał żadnej roli w morderstwie Howarda Lan

g-

tona. 
       -

 Znaczący dowód?

 

       -

 Znaczący.

 

       Doktor Qerry zamyślił się.

 

background image

 

 45 

       -

 Dobrze... Chciałbym panom wierzyć. Niech ten Abu idzie przed nami. Pan 

i

 pański kolega będziecie szli po bokach.

 

       Tak zrobili. 

       Dodson zobaczył niezwykłe miejsce: w skale tkwił uwięziony gigantyczny 
obelisk, który po postawieniu mierzyłby czterdzieści sześć metrów wysokości i 
ważył by nie mniej niż tysiąc dwieście ton. Byłby więc najwyższym, jaki kied

y-

kolwiek wznieśli starożytni Egipcjanie, ale pozostał w kopalni, ponieważ z pow

o-

du trzęsienia ziemi pękł. Budowniczowie porzucili więc gigantyczny kamień, ma

r-

twy jeszcze przed narodzinami. 

       Czwórka mężczyzn niewielkimi schodami wspięła się na obelisk i szła po 
kolosalnym granitowym cielsku dożywającym wieczności pod słońcem Asuanu. Wyraź-
nie zdenerwowany doktor Qerry nie przestawał się rozglądać.

 

       - Dlaczego jest pan taki niespokojny? -

 zapytał lord Perciv

al. 

       -

 Ponieważ wiem wszystko o morderstwie Howarda Langtona.

 

        
 

ROZDZIAŁ XXVII

 

        
       -

 Mówi pan poważnie, doktorze Qerry? 

-

 spytał Angus Dodson.

 

       -

 Jestem naukowcem, nadinspektorze, i nie mam zwyczaju mówić byle czego. 

Je

śli mówię, że wiem wszystko, to dlatego, że tak jest. Również dlatego moje 

życie jest w poważnym niebezpieczeństwie.

 

       -

 Powinniśmy usiąść 

-

 zaproponował lord Percival. Dodson i Qerry usiedli 

na brzegu obelisku z nogami wiszącymi w powietrzu. Abu, ze skrzyżowanymi rami

o-

nami, stał, śledząc wzrokiem okolicę. Arystokrata zwrócił się do medyka:

 

       -

 Doktorze Qerry, przypuszczam, że znał pan dobrze Howarda Langtona.

 

       -

 Myli się pan! Zetknąłem się z nim tylko raz, na oficjalnym przyjęciu w 

Kairz

e, tuż po jego przybyciu do Egiptu. W każdym razie nie było powodu, żebyśmy 

się spotykali, ponieważ każdy z nas pracował w swojej dziedzinie, a nasza dzi

a-

łalność w żaden sposób się nie pokrywała.

 

       -

 Czy Langton był naukowcem wysokiej klasy?

 

       -

 Został mianowany na stanowisko dyrektora, to wszystko, co wiem.

 

       -

 Kto panu powiedział, że został zamordowany? 

 

       Na twarzy Alana Qerry malowało się zdziwienie.

 

       -

 Ależ... to przecież jasne! Stanął na czele brytyjskich archeologów w 

E

gipcie i zniknął! A więc został zamordowany.

 

       - Z jakiego powodu, doktorze? 
       -

 Ponieważ wszyscy go nienawidzili.

 

       -

 Czy określenie “wszyscy" obejmuje Abd el

-Mosula? 

        
       - Nie... On nie jest egiptologiem, lecz potomkiem rabusiów. Sam pewnie 

uczestniczył w kilku niewielkich kradzieżach, ale już dawno tego zaniechał i 
cieszy się spokojną starością. “Wszyscy" oznacza egiptologów!

 

       -

 Również Stevena Faxmore'a?

 

       -

 Faxmore chciał położyć łapę na wszystkich wykopaliskach! Zamierzał op

a-

nować cały Egipt, a tu nagle przyjeżdża Langton! Nietrudno wyciągnąć wniosek. 
Przedtem jego śmiertelnym wrogiem była Francuzka Abletout. Przez lata prowadzili 
cichą wojnę, nie cofając się przed ciosami poniżej pasa. Ponieważ specjalnością

 

Faxmore'a jest wiedzieć wszystko o wszystkich, wykorzystuje najmniejsze potknię-
cia. Ale Francuzka nie ustąpiła mu piędzi ziemi i aż do tej pory był to w pewnym 
sensie mecz remisowy. Każde z nich zajęło określoną pozycję i w końcu zadowolili 
się obroną swoich terenów. Przyjazd Langtona całkowicie odmienił sytuację. K

o-

rzystniejsze było zjednoczenie niż walka, oraz połączenie sił, przynajmniej na 
jakiś czas, aby wyeliminować niebezpiecznego przeciwnika.

 

       - Pan mnie zadziwia, doktorze; pani Abletout wyd

aje się osobą miłą i 

uprzejmą.

 

       -

 Ona miła i uprzejma? Widać, że pan jej dobrze nie zna. To najgorsza 

zaraza. Ile karier zdusiła, ile powołań złamała, ile cudzych odkryć wpisała na 
swój rachunek! Najokrutniejsza tygrysica dobrze by zrobiła, uciekając przed nią. 
Nieszczęsny Langton nie miał czasu, by uświadomić sobie grożące mu niebezpi

e-

czeństwo.

 

background image

 

 46 

       -

 Langton miał przynajmniej sojuszniczkę, Domenikę Strauss.

 

       -

 Nienawidzę jej! Dlaczego interesuje się mumiami? Powinna ograniczyć się 

tylko d

o swojej specjalizacji, zamiast mieszać się do cudzych spraw! Ona wcale 

nie kochała Langtona, zajmowała ją jedynie własna kariera.

 

       A kiedy poproszono ją o pomoc, aby ostatecznie pozbyć się intruza, zrob

i-

ła to bez najmniejszych skrupułów.

 

       - 

Jeśli dobrze rozumiem 

-

 przerwał Angus Dodson 

-

 stawia pan tezę o sp

i-

sku zawiązanym przeciwko Howardowi Langtonowi.

 

       -

 To oczywiste, nadinspektorze! A wśród spiskowców był również Villabert 

Glotoni, ten Francuz, na pozór lekkomyślny, którego niekompetencja rzuca się w 
oczy, a który jest jednocześnie kolekcjonerem broni.

 

       -

 Jaką broń zbiera najchętniej?

 

       -

 Afrykańskie sztylety i zatrute strzały. Ale nic panowie u niego nie 

znajdą. Zaraz po morderstwie sprzedał wszystko na bazarze. W wypa

dku rewizji 

będzie czysty jak śnieg.

 

       -

 Skąd pan wie o istnieniu tej kolekcji?

 

       -

 Pokazał mi ją! Tylko dla mnie zarezerwował ten przywilej, wiedząc, że 

jestem człowiekiem dyskretnym i małomównym. Ale zostało popełnione morderstwo... 
więc nie mogę milczeć.

 

       - Mimo to -

 zauważył lord Percival 

-

 Glotoni nie miał powodu, by bać się 

Howarda Langtona. 
       -

 Proszę w to nie wierzyć! Chodziły słuchy, że Langton miał zamiar zapr

o-

wadzić porządek na wszystkich terenach wykopaliskowych i usunąć

 nierobów i par-

szywe owce... Zasłona dymna otaczająca Glotoniego zostałaby wkrótce rozwiana! 
Inni także mieli pójść do odstrzału, na przykład inspektor do spraw starożytn

o-

ści Ahmed al

-Fostat. 

       - Co pan mu zarzuca? 
       -

 W ogóle nie zna się na egiptologii i kupił swoje stanowisko, aby móc 

prowadzić działalność przynoszącą o wiele większe korzyści niż nadzorowanie t

e-

renów wykopaliskowych. Mam na myśli kradzież. Raz o mały włos złapano by go za 
rękę, ale przekupił sędziów i nie został skazany. Oczywiście robi to nadal, tyle 
że stara się kraść przedmioty drobne, za to dużej wartości. Ponieważ al

-Fostat 

jest wystarczająco zręczny, aby nie zostawiać śladów, działa zupełnie bezkarnie.

 

       -

 Wszystkie te osoby zebrały się wówczas w Starej Katarakcie, 

aby zadecy-

dować o usunięciu Howarda Langtona?

 

       -

 To właśnie odkryłem, milordzie, i dlatego chcą mnie teraz usunąć, żebym 

milczał!

 

       - No to przegrali -

 ocenił Dodson 

-

 ponieważ miał pan czas, aby nas o tym 

poinformować.

 

       Zdawszy sobie n

agle sprawę z tej nowej sytuacji, Alan Qerry podrapał się 

w ucho. 
       -

 I... będziecie interweniować?

 

       -

 Oczywiście. Dlatego jest pan teraz poza zasięgiem wrogów.

 

       - Ach tak... 
       -

 Dlaczego był pan w Starej Katarakcie w dniu morders

twa, doktorze Qerry? 

       -

 Czysty przypadek... Lepiej by było, gdybym się znalazł gdzie indziej!

 

       -

 Otóż nie, ponieważ pańska obecność pozwoli nam ująć sprawcę.

 

       -

 Patrząc na to z tego punktu widzenia... Wracam do Kairu. Czekają na 

mnie moje mumie. 
        
 

      ROZDZIAŁ XXVIII

 

        

       “Zwyciężczyni", “matka świata": taki był Kair, którego widok oszołomił 
Angusa Dodsona. To oczywiste, że w godzinach szczytu w londyńskim City panował 
ruch, ale w porównaniu z rwącym potokiem poruszającym niemal bezustannie sercem 
stolicy współczesnego Egiptu była to tylko spokojna rzeka.

 

       Samodzielna jazda byłaby szaleństwem. Jedyne rozwiązanie to zdanie się na 
taksówkarza, z nadzieją, że jego samochód będzie wyposażony w hamulce. Ponieważ

 

do narodowych sportów należało wpadanie na pieszych usiłujących pokonać potok 
samochodów, niektórzy kierowcy upodobali sobie pedał gazu. Rollsy i mercedesy 

background image

 

 47 

mieszały się z ledwo identyfikowalnymi przedmiotami jeżdżącymi, a to bogato 

ozdobionymi talizmanami i amuletami, a to pozbawionymi jednych lub dwojga drzwi, 

a nawet dźwigni zmiany biegów.

 

       Autobusy były oczywiście niedostępne dla Europejczyka. Po pierwsze, nie 
umiałby zgadnąć, dokąd jadą, po drugie zaś, nie był dość zręczny, by doczepić 
się do ludzi oblepiających szczelnie wypełniony po brzegi pojazd i uczepionych 
wszystkiego, co tylko wystawało na zewnątrz.

 

       Kiedy jakiś kairski autobus wpadał do Nilu, liczba ofiar była znaczna.

 

       Nadinspektor zamknął oczy.

 

       Taksówka o włos minęła osła ciągnącego wózek siana, na którym siedziało 
dziesięcioro rozbawionych dzieciaków.

 

       Lord Percival zwrócił się do kierowcy:

 

       -

 Powiedz mi, przyjacielu, czy jest pan pewien, że dobrze pan jedzie?

 

        
       - Jedziemy, profesorze,

 jedziemy. Ale nie trzeba się spieszyć.

 

       -

 Jeśli chce pan dostać przyzwoity napiwek, lepiej niech pan zawróci, 

pojedzie wzdłuż brzegu w kierunku Muzeum Egipskiego, a następnie skręci w ulicę 
Champolliona. Tam wskażę panu dalszą drogę.

 

       Kierow

ca taksówki nie odważył się już więcej dyskutować. Po raz pierwszy 

trafił na turystę, który tak znakomicie orientował się w egipskiej stolicy.

 

       Kiedy taksówka zwolniła, Dodson otworzył oczy i zobaczył barwny korowód 
zachwycających dziewcząt ubranych po europejsku, zakwefionych kobiet, mężczyzn w 
dżellabach lub wyrafinowanych strojach, biegających podrostków, obnośnych sprz

e-

dawców, którzy proponowali herbatę i krokiety warzywne.

 

       Pęknięta rura kanalizacyjna spowodowała monstrualny korek. Taksów

karz 

ominął go, jadąc po chodniku, potem pod prąd i przejeżdżając na czerwonym świ

e-

tle, które nigdy nie zmieniało się na zielone.

 

       Samochód zahamował, wbijając się kołami w chodnik.

 

       -

 Proszę bardzo, profesorze. Może pan być ze mnie zadowolon

y. 

       Lord Percival hojnie zapłacił za kurs i poprosił kierowcę, żeby na nich 
zaczekał. Wydawało się, że silnik samochodu pociągnie do wieczora.

 

       Przed wejściem do budynku Szkot podniósł głowę.

 

       - Na co pan patrzy? -

 zapytał nadinspektor

       -

 Są w Kairze domy zwane nagłą śmiercią. Pierwotny projekt przewidywał 

trzy lub cztery kondygnacje, a konstrukcja liczy ponad dziesięć. Byle trzęsienie 
ziemi, a cały budynek wali się jak domek z kart. Ten jest wystarczająco stary, 
żeby trzymać się jeszcze jakiś czas.

 

       W progu stał starszy strażnik.

 

       -

 Pan prezes kogoś szuka?

 

       - Pana Mohameda Rashida. 

       Strażnik dyskretnie wyciągnął rękę i lord Percival wsunął do niej banknot 
wartości jednego funta egipskiego.

 

       - D

rugie piętro, drzwi na prawo. Proszę nie jechać windą, często się ps

u-

je. 

       Zielona farba łuszczyła się ze ścian. Arystokrata zadzwonił do drzwi z 
wizytówką “Mohamed Rashid, dyrektor".

 

       Otworzył młody mężczyzna w białej koszuli, pod krawatem.

 

       - Pokój wam. 
       -

 Pokój panu i miłosierdzie Allaha i jego błogosławieństwo 

-

 odpowiedział 

lord Percival. - Czy pan dyrektor przyjmuje? 
       -

 Zobaczę. Proszę usiąść i poczekać. 

 

       Rozpoczęła się próba sił. Oczekiwanie mogło trwać pięć minut, ale także 
pięć godzin.

 

       -

 To może być niepotrzebne 

-

 prorokował pesymistycznie Dodson. 

- Zastana-

wiam się, czy nie zrobilibyśmy lepiej, gdybyśmy przycisnęli tego doktora Qerry, 
który wydaje się dość niezrównoważony umysłowo.

 

       -

 Chyba że jest znakomitym aktorem. Młody mężczyzna znów się pojawił.

 

       -

 Pan dyrektor pyta, czy ma pan wizytówkę.

 

       -

 Oczywiście 

-

 odpowiedział lord Percival, podając gęsto zapisany kart

o-

nik. 

background image

 

 48 

       Pół minuty później drzwi biura stały przed nimi otwor

em. Arystokrata nie 

zdradził Dodsonowi, że wybrał wizytówkę, którą pokazywał rzadko, ponieważ wyp

i-

sane były na niej imiona jego wszystkich szlacheckich przodków.

 

       Mohamed Rashid był człowiekiem szczęśliwym, promiennym i łakomym. Ważył 
sto dziesięć kilogramów i przepadał za wybornymi, niestety nieco tłustymi cias

t-

kami. 
       -

 Jestem nadzwyczaj szczęśliwy, że mogę gościć tak wybitne osobistości.

 

       -

 Cały zaszczyt po naszej stronie 

-

 powiedział Szkot. 

-

 Pańska sława w

y-

kracza poza granice pański

ego kraju. 

       -

 Naprawdę? 

 

       -

 Firma, która nas zatrudnia, uważa pana za jednego z najbardziej błysk

o-

tliwych egipskich przemysłowców... ale nie pochwala pańskiej współpracy ze Sco

t-

tish Brewer, z którym bezpośrednio konkurujemy.

 

       - Ach... 

To niezręczna sytuacja.

 

       -

 Bardzo niezręczna, przyznaję, ale nie tracimy nadziei, że wejdziemy na 

rynek egipski.... Należałoby tylko unieważnić stare kontrakty i zobaczyć, jak 
moglibyśmy sporządzić nowy plan z pańskim udziałem.

 

       - Nie mam nic przeciwko temu -

 powiedział Egipcjanin 

-

 ale jestem związ

a-

ny z doradcą technicznym, z którym Scottish Brewer współpracuje bliżej niż z 
innymi. A nie będzie łatwo obejść jego zgodę...

 

       -

 Możemy próbować go przekonać, bez pańskiego udziału oczywiście. Jeśli 

się nam nie uda, będzie pan nadal pracować z naszym konkurentem. Jeśli zaś się 
powiedzie, podniesiemy w sposób istotny pańskie wynagrodzenie.

 

       Oczy dyrektora rozbłysły.

 

       -

 To dobrze... bardzo dobrze. Mój doradca techniczny nazywa się 

Andrew 

Johnson i mieszka przy Sharia el-Din. 
        
 

ROZDZIAŁ XXIX

 

        
       Znalezienie Sharia el-

Din nie było łatwe. Z powodu ciągłego i gwałtownego 

wzrostu liczby ludności żaden kairczyk nie znał już wszystkich ulic w mieście.

 

       Na szcz

ęście taksówkarz znał byłego strażnika budynku. Dla jego kuzyna, 

właściciela kawiarni, stolica nie miała sekretów.

 

       Rozmawiali długo przy wybornej herbacie miętowej, ale konkluzja była j

a-

sna i ostateczna: Sharia el-

Din to nowa uliczka na przedmieści

u, gdzie niedawno 

pobudowano bloki. 

       Mimo dość dokładnych wskazówek kierowca wielokrotnie się gubił, zanim w 
końcu trafił na właściwą grupę budynków.

 

       Żaden blok nie był skończony. Wokół betonowych fasad wznosiły się dre

w-

niane rusztowania i n

ikt nie wiedział, kiedy robotnicy znów zabiorą się do pr

a-

cy. Aby uniknąć opłat za ukończenie budowy, inwestorom opłacało się raczej poz

o-

stawić niektóre budynki w obecnym stanie.

 

       -

 Jeśli trzeba pukać do drzwi każdego mieszkania, nie wyjdziemy stąd 

p

rzed miesiącem! 

-

 stwierdził Dodson.

 

       - Potrzebujemy informatorów. 

       Lord Percival podszedł do zamiatacza przesuwającego dostojnym i bardzo 
powolnym ruchem kupkę śmieci, które wiatr nieustannie zwiewał w to samo miejsce.

 

       - Szukam Andrew Johnsona. Mieszka w jednym z tych domów. 

       Zamiatacz uśmiechnął się.

 

       -

 Pochodzę z Południa i znam tylko członków mojej rodziny. Ale mogę ci 

polecić kolegę.

 

        

       Suty napiwek umożliwił Szkotowi spotkanie z rzeczonym kolegą, wyraź

nie 

stojącym wyżej w hierarchii, ponieważ za skromną opłatą pilnował samochodów z 

dzielnicy. 
       - Andrew Johnson? Tak, mieszka tutaj. Na parterze ostatniego bloku. Teraz 
go nie ma. 
       -

 Czy często tu przychodzi?

 

       -

 Nie, nie często. I z nik

im nie rozmawia. 

background image

 

 49 

       Mimo kolejnego napiwku arystokracie nie udało się dowiedzieć niczego wię-

cej. 

       Na drzwiach mieszkania należącego do Andrewa Johnsona wisiała tabliczka z 
napisem: “A.J., Ltd." w alfabecie łacińskim i arabskim.

 

       Stróż porządku śledził Brytyjczyków kątem oka.

 

       - Johnson to nasz przyjaciel -

 powiedział Dodson. 

-

 Prosił, żebyśmy p

o-

czekali w środku.

 

       - Czy macie klucze? 
       -

 Oczywiście.

 

       Mimo iż z solidnego angielskiego pnia, nadinspektor Angus Dodso

n od wcze-

snej młodości używał jednego z najbardziej legendarnych wynalazków ludzkiego 
umysłu: prawdziwego szwajcarskiego noża. Tym narzędziem był w stanie naprawić 
każdą maszynę, otworzyć każdą butelkę i każde drzwi.

 

       Ostatni napiwek rozwiał nieufność dozorcy. Grunt to nie wtrącać się do 

spraw obcokrajowców. 

       Dodson znalazł włącznik.

 

       Duża żarówka oświetliła garaż przerobiony na pracownię. Stoły stolarskie, 
metalowe kuwety, różnej wielkości naczynia, miedziane alembiki.

 

       Nadinspe

ktor uczynił kilka kroków, aby zbadać to osobliwe królestwo.

 

       -

 Jeśli się nie mylę, to jest mały browar! Lord Percival otworzył jutowy 

worek i skosztował znajdującego się w nim produktu.

 

       -

 Ma pan rację, mój drogi Dodsonie. A oto i surowiec: jęczmień.

 

       Na etażerce zobaczyli kolekcję dzieł egiptologicznych poświęconych ska

r-

bom odkrytym w grobowcu Tutanchamona. Szkot przekartkował je i znalazł teczkę z 

fotografiami. 

       Przedstawiały stare ceglane konstrukcje, zawierające resztki pieca i małe 

pomieszczenia, gdzie przechowywano dzbany. 
       - O co tu chodzi? 
       -

 Coś mi świta, nadinspektorze, ale trzeba to sprawdzić na miejscu.

 

       Inna teczka zawierała rysunki ze scenami przedstawianymi na ścianach 

egipskich grobowców i liczne teksty hieroglificzne. 
       - Co tu jest napisane? 
       -

 Nie jestem w stanie odczytać dokładnie, ale jedno słowo stale się prz

e-

wija: henket, co znaczy piwo. 
       -

 Ale po co by urządzano nielegalny browar na przedmieściu Kairu?

 

       W szaf

ie znajdowały się liczne mikroskopy, niektóre bardzo precyzyjne, 

oraz probówki zawierające barwne płyny.

 

       -

 Ten Andrew Johnson prowadzi doświadczenia. Ale czego tak naprawdę sz

u-

ka? 
       -

 Mam nadzieję, że będziemy mieli okazję go o to zapytać.

 

       -

 Zamierza pan spędzić tutaj noc, milordzie?

 

       -

 Obawiam się, że tak. A jeśli Johnson nie wróci, trzeba będzie uzbroić 

się w cierpliwość. Nikt nie pomoże nam go odnaleźć, a jest on być może najważ-
niejszym ogniwem łańcucha, który doprowadzi nas 

do prawdy. 

       Dodson zmarkotniał. Już widział siebie, jak spędza wiele dni i nocy w tym 

nieprzytulnym pomieszczeniu. 
        

       Mimo dokładnej rewizji nie znaleźli ani jednej butelki piwa.

 

       Dla otuchy Dodson rozmyślał o swoim nowoczesnym biurze, gdzie miał do 
dyspozycji wszystkie naukowe techniki policyjne. Dzięki nim morderca Langtona 
nie pozostawałby długo w ukryciu.

 

       Tuż przed północą ktoś włożył klucz do zamka. Dodson natychmiast oprz

y-

tomniał. Lord Percival skoczył do drzwi wejściowych, które powoli się otworzyły.

 

       Do warsztatu wszedł mężczyzna i zapalił światło.

 

       - Dobry wieczór, panie Johnson. 

       Przerażony mężczyzna popatrzył na Szkota, następnie na nadinspektora. 
Kiedy usiłował uciec, ten ostatni schwycił go za rękaw i przyparł do ściany.

 

       Dodson przyglądał mu się surowo.

 

       -

 Dlaczego każe pan nazywać się Andrew Johnson, doktorze Qerry?

 

 
 

background image

 

 50 

ROZDZIAŁ XXX

 

        

       Doktor Alan Qerry tym razem ubrany był w niebieski kombinezon i brązową 

kos

zulę.

 

       -

 Ale... co panowie tutaj robią?

 

       -

 Jesteśmy na tropie mordercy Howarda Langtona i jest możliwe, że właśnie 

dotarliśmy do winnego.

 

       Specjalista od mumii, przyparty do muru silnym ramieniem Dodsona, na 

próżno się wyrywał.

 

       -

 Jesteście w błędzie... Jestem niewinny, całkowicie niewinny!

 

       -

 W takim razie proszę się wytłumaczyć 

-

 zażądał lord Percival.

 

       -

 Co chcecie, żebym wam powiedział?

 

       -

 Wynajmuje pan to mieszkanie pod fałszywym nazwiskiem i warzy pan t

utaj 

nielegalnie piwo. Przypuszczam, że Howard Langton odkrył pańską pokątną działa

l-

ność i miał zamiar zamknąć to pseudonaukowe laboratorium.

 

       -

 Nie, absolutnie nie! Mylicie się! W tej sprawie jestem tylko skromnym 

pośrednikiem. Przyszedłem tu dziś wieczór, aby się upewnić, że wszystko jest w 
porządku i trochę tu ogarnąć... Te urządzenia, fiolki, całe to eksperymentow

a-

nie... Nie mam z tym nic wspólnego! 

       Dodson poczerwieniał.

 

       -

 Niech pan przestanie mydlić nam oczy!

 

       -

 Na głowę Jej Królewskiej Wysokości, przysięgam, że mówię prawdę. Jestem 

tylko pośrednikiem i pracuję dla kogoś, kto potrzebuje tego pomieszczenia i nie 
chce się ujawniać.

 

       - Kto to jest? 
        
       -

 Honor i uczciwość nie pozwalają mi podać jego nazwiska. Obiecałem, że 

nie powiem, niezależnie od okoliczności.

 

       Jedynie fakt przynależności do Scotland Yardu, co wymagało przestrzegania 
pewnych zasad, nie pozwolił Dodsonowi przejść do rozwiązań ekstremalnych.

 

       - Dobrze -

 zgodził się lord Perciv

al. -

 Więcej nie będziemy pana nach

o-

dzić.

 

       Nadinspektor był zaskoczony, ale Szkot podtrzymał swoją decyzję.

 

       -

 Widziałem wystarczająco dużo, doktorze. Proszę dobrze posprzątać lokal, 

dobrze mu to zrobi. I proszę pozdrowić ode mnie prawdziwego właściciela.

 

       W taksówce jadącej w stronę Gizy Angus Dodson wybuchnął:

 

       -

 Ten Qerry co otworzy usta, to skłamie.

 

       -

 Mniej więcej, nadinspektorze.

 

       -

 Był w naszych rękach, należało zmusić go, żeby powiedział wszystko, co 

wie! 
       -

 Musi pan odpocząć. U stóp piramid jest wspaniały hotel Mena House, 

gdzie przeniesie się pan we śnie do złotego wieku Starego Państwa. A kiedy o 
świcie otworzy pan okno swojego pokoju, sen będzie trwał nadal: ujrzy pan wielką 
piramidę faraona Cheops

a -

 to niezrównane arcydzieło zniszczone przez czas.

 

       -

 A więc nie wierzy pan w winę doktora Qerry?

 

       -

 Tyle osób kłamie w tej sprawie... która z nich posunęła się do morde

r-

stwa? Oto jedyne ważne pytanie.

 

       Przez moment Dodson przestał rozumieć metodę, którą posługiwał się Szkot. 
W tej samej chwili, kiedy wydawało się, że prawda jest na wyciągnięcie ręki, 
lord Percival oddalił się od niej i obrał inną drogę dla czystej tylko przyje

m-

ności włóczęgi.

 

       -

 Gdyby się to zdarzyło w Anglii 

-

 powiedział nadinspektor 

- zaareszto-

wałbym Qerry'ego i wziąłbym go w krzyżowy ogień pytań. Twierdził, że wie wszys

t-

ko o morderstwie Howarda Langtona, a jego zachowanie dowodzi, że jest w to w 
jakimś stopniu zamieszany.

 

       -

 Proszę sobie przypomnieć, 

nadinspektorze: sztylet, którym zabito Lang-

tona, notatkę sporządzoną ręką ofiary, kołnierzyk koszuli przesiąknięty zap

a-

chem, rozdział VI z Księgi umarłych, małą amforę przechowywaną przez Langtona... 
Czy wszystkie te ślady nie układają się w jasny obraz, k

tóry skrywa jeszcze 

główny motyw, ale którego kontury zaczynają się już pojawiać?

 

background image

 

 51 

       -

 To nie jest takie proste... Czy czasem ktoś nie stara się zamydlić nam 

oczu? 
       -

 Dokładnie tak, mój drogi Dodsonie. Przede wszystkim nie spieszmy się. 

Prawda 

jest być może na wyciągnięcie ręki, ale jeśli pomylimy obiekt, może się 

wymknąć.

 

       W świetle pełni księżyca odcinał się ogromny, doskonały trójkąt. Wielka 
piramida, ucieleśnienie wieczności, jaśniała w mroku.

 

        

       Dodson był zasapany.

 

  

     Mimo ran, jakie zadali jej arabscy zdobywcy, pozbawiając piaskowcowych 

bloków stanowiących jej ozdobę, gigantyczna piramida faraona Cheopsa nadal pan

o-

wała na płaskowyżu w Gizie, głosząc zwycięstwo Egiptu faraonów nad śmiercią.

 

       Lord Percival up

rzedzał Dodsona, ale wrażenie było niezapomniane: otw

o-

rzyć okno na jeden z ocalałych siedmiu cudów świata 

-

 to prawdziwa przyjemność. 

Nadinspektor przez kilka minut stał jak skamieniały, niezdolny oderwać wzroku od 
ogromnej piramidy, kamiennego ucieleśnienia promienia pierwotnego światła.

 

        

       Kiedy odnalazł arystokratę w jadalni Mena House, był tym jeszcze mocno 
poruszony. Bekon, jajecznica i zielony groszek z miętą sprowadziły go na ziemię.

 

       -

 Proponuję zwiedzanie dużej piramidy, nadinspektorze, później umówimy 

się na małą wycieczkę do Średniego Egiptu. Zobaczy pan, krajobraz jest tam c

u-

downy. 

       Kiedy weszła do sali restauracyjnej, Dodson przerwał jedzenie.

 

       -

 Ależ... To Domenica Strauss! Niemiecka egiptolog zauważyła mężczy

zn i 

podeszła do nich.

 

       -

 Dobry wieczór panom. Zwiedzają panowie piramidy?

 

       - Tak -

 odparł lord Percival. 

-

 Jak nie poddać się magii tego miejsca?

 

       -

 Czyżby śledztwo się skończyło?

 

       -

 Robimy co w naszej mocy, ale droga prowadząc

a do prawdy jest czasem 

kręta. A pani, czy próbuje pani uwolnić się od okropnego dramatu, który pani 
przeżyła?

 

       - Ponowne ujrzenie piramid to silne antidotum na cierpienie. Nie znam 

skuteczniejszego. Tutaj wszystko wydaje się efemeryczne i ulotne. Spędzając 
dzień na płaskowyżu w Gizie, mam wrażenie, że jestem naprawdę wierna pamięci 
Howarda. Proszę mi wybaczyć... Tak bardzo potrzebuję ciszy.

 

        
 

ROZDZIAŁ XXXI

 

        
       - Nic tu nie ma, milordzie! -

 zawołał Angus Dodson na widok Tall al

-

Amarina w Środkowym Egipcie.

 

       - Prawie nic -

 poprawił arystokrata.

 

       Tu było Miasto Słońca, stolica faraona Echnatona i jego królewskiej mał-
żonki Neferetiti.

 

       Przeciętnego turystę rzeczywiście spotykał tu silny zawód. Spodziewał 
się, że zobaczy wspaniały pałac mieniący się dekoracjami, wielką świątynię, w 
której Echnaton i Neferetiti składali ofiary Słońcu, z główną aleją, gdzie kr

ó-

lewska para jeździła w rydwanie podziwiana przez lud. Wszystko to jednak zniknę-
ło. Pozostała jedynie rozległa, trochę nijaka równina ciągnąca się wzdłuż Nilu, 
zamknięta falezą, w której wykuto groby dla szlachetnie urodzonych dworzan Ec

h-

natona. Były puste, ponieważ po śmierci faraona wszyscy egipscy urzędnicy powr

ó-

cili do Teb, poprzedniej stolicy i miasta boga

 Amona, które Echnaton opuścił.

 

       Angus Dodson odniósł jednak korzyść z niezwykłej wycieczki, ponieważ 
Szkot pokazał mu widoczne na ziemi ślady nieistniejących budowli. Nadinspektor 
zrekonstruował w wyobraźni królewską wolierę pełną egzotycznych ptak

ów, pokoje 

władcy połączone z pałacem kładką wiszącą nad główną ulicą miasta, siedzibę m

i-

nisterstwa spraw zagranicznych, bogate domy arystokracji otoczone wspaniałymi 
ogrodami i upiększone basenem. W ten sposób za sprawą kilku ceglanych murków, 

jeszcze wid

ocznych planów i scen przedstawionych w grobowcach ożył cały nieis

t-

niejący świat.

 

       W oddali dostrzegli tuman pyłu.

 

background image

 

 52 

        
       -

 Jakiś jeździec zbliża się w naszą stronę 

-

 stwierdził nadintendent.

 

       Mężczyzna spiął konia o kilka metrów od śledczych, którzy zmuszeni byli 
zamknąć oczy, aby nie dostały się do nich drobiny piasku.

 

       -

 Nie macie prawa przebywać tutaj! 

-

 wrzasnął inspektor Ahmed al

-Fostat. 

       - Pokój z panem -

 powiedział arystokrata.

 

       -

 Nie czas na formułki grzecznościowe, milordzie. Znajdujecie się w str

e-

fie archeologicznej zamkniętej dla turystów, co podlega surowej karze. Tym razem 
puszczę to w niepamięć, ale macie się stąd natychmiast wynieść!

 

       -

 Wydaje mi się, że sprawuje pan władzę nad dystryktem asuańskim, panie 

al-

Fostat, a my jesteśmy daleko.

 

       Inspektor do spraw starożytności uśmiechnął się złośliwie.

 

       -

 Niech pan nie próbuje dyskutować, powołując się na przepisy administr

a-

cyjne, które znam lepiej od pana. Jeżeli będzie pan się upierać przy swoim, w

y-

piszę wam mandat.

 

       -

 Jesteśmy upoważnieni do prowadzenia śledztwa 

-

 przypomniał Dodson. 

Czy w związku z tym zechciałby mi pan powiedzieć, co pan robi w Tali al

-

Amarinie? 
       -

 Proszę nie zmieniać tematu! Przekroczyliście grani

ce prawa i poniesie-

cie konsekwencje tego czynu! 

       Lord Percival pokazał dokument w języku arabskim ze swoją fotografią, 
ozdobiony tuzinem pieczęci.

 

       - Czy wystarczy panu zezwolenie na odwiedzenie wszystkich stanowisk ar-
cheologicznych w Egipcie

, wystawione osobiście przez dyrektora Służby Staroży

t-

ności?

 

       Egipcjanin zsiadł z konia i obejrzał dokument.

 

       -

 Czyżby pan znał dyrektora Służby?

 

       -

 To jeden z moich starych przyjaciół.

 

       -

 Proszę mi wybaczyć. Wykonywałem tylko swoje obowiązki. Brak czujności z 

naszej strony sprawia, że nieświadomi turyści codziennie niszczą cenne zabytki, 
których nie potrafią zidentyfikować. Oczywiście byłbym zobowiązany, gdyby mógł 
pan puścić w niepamięć ten incydent i nie wspominać o nim dyrekt

orowi. 

       - Na razie, panie al-

Fostat, zechce pan odpowiedzieć na moje pytanie: co 

pan tutaj robi? 
       -

 Wypełniam rutynowe zadanie... Kolega poprosił mnie, żebym go zastąpił 

przez dwa-

trzy dni i zrobił inspekcję tego stanowiska. Sam pojechał z wizytą do 

rodziny mieszkającej w delcie Nilu.

 

       - Kiedy wraca pan do Asuanu? 
       -

 Dziś wieczór. A... pan?

 

       -

 Zrobimy sobie małą wycieczkę

 

       -

 Czy śledztwo już się zakończyło?

 

       - Jeszcze trwa, panie al-Fostat, i nie tracimy nadz

iei, że dotrzemy do 

prawdy. 
       -

 Tym lepiej, tym lepiej. Jeżeli po powrocie do Asuanu będą panowie mieli 

ochotę zwiedzić mniej znane stanowiska, proszę bez wahania się ze mną skontakt

o-

wać. Ułatwię to panom.

 

       -

 Dziękujemy za pomoc.

 

       Egipc

janin wsiadł na konia i oddalił się galopem.

 

       -

 Jeśli chodzi o podstępność, ten typ nie ma sobie równych 

-

 ocenił Do

d-

son. -

 Ale po jakiego diabła za nami jechał?

 

       -

 Wkrótce się tego dowiemy. A poza tym nie jest sam.

 

       Lord Percival poda

ł nadinspektorowi miniaturową lornetkę wyregulowaną 

przez jednego z jego przodków, oficera marynarki; dzięki niej można było d

o-

strzec nieprzyjaciela na dowolnym terenie i przy dowolnej pogodzie. 
        
       -

 Proszę spojrzeć w stronę grobów dostojnikó

w. 

       -

 Rzeczywiście, widzę mężczyznę, który zdaje się nas śledzić... Ma kas

z-

kiet... Ależ to Faxmore, Steven Faxmore!

 

       -

 We własnej osobie. Chodźmy, nadinspektorze, pokażę panu coś interesują-

cego. 
       -

 Nie chce pan przepytać Faxmore'a?

 

background image

 

 53 

       -

 To nie będzie konieczne.

 

       -

 Ale on także nas śledzi!

 

       - To dobry znak, nadinspektorze. 
       -

 Nie jestem tego taki pewien... Może nas zaatakować.

 

       -

 Z panem czuję się bezpiecznie.

 

       Szkot zaciągnął Angusa Dodsona do dzielnicy rzemieślników, gdzie znal

e-

ziono słynną głowę Neferetiti, przechowywaną w muzeum w Berlinie. Uważnie, zgo

d-

nie z planem, szedł wzdłuż domów rzeźbiarzy i tkaczy, i w końcu znalazł pozost

a-

łości budynku, którego szukał.

 

       -

 Co pan o tym sądzi, mój 

drogi Dodsonie? 

       -

 Ściany z surowej cegły, resztki pieca, małe pomieszczenia, gdzie skł

a-

dowano dzbany... właśnie to miejsce sfotografował Oerry!

 

       -

 Nie ma wątpliwości.

 

       -

 Skąd takie zainteresowanie tym antycznym warsztatem?

 

       - P

onieważ to najstarszy znany browar 

-

 odpowiedział w zamyśleniu lord 

Percival. 
        
 

ROZDZIAŁ XXXII

 

        

       Nie było wiatru, więc wydawało się, że słońce świeci tu ostrzej niż w 
Asuanie. Dodson spływał potem, ale lord Percival czuł się równie

 dobrze, jak 

gdyby przechadzał się po ścieżce w Szkocji.

 

       -

 Czy czuje się pan na siłach, by iść aż do grobowców, nadinspektorze?

 

       -

 Aby przesłuchać Faxmore'a?

 

       -

 Nie, ucieknie, kiedy tylko zobaczy, że idziemy w jego kierunku. Chciał-

bym

, żeby pan poznał jednego z moich starych przyjaciół.

 

       -

 Jeśli to konieczne...

 

       -

 Proszę popić wody z manierki. Jest letnia i z cytryną. Pójdziemy powoli 

i wszystko będzie dobrze.

 

       Nekropolia Tali al-

Amarina, której groby wydrążone był

y w falezie wzno-

szącej się nad nieistniejącą stolicą, wyglądała patetycznie, w odróżnieniu od 

Gizy, Sakkary, Teb i innych wielkich nekropolii Egiptu faraonów. Miejsce to, 

zaplanowane jako wieczny dom dygnitarzy Echnatona, miało jedynie charakter ty

m-

czasowy

. Poza tym skała była miękka i płaskorzeźby, bardzo zniszczone, były w 

większości nieczytelne.

 

       Pokonawszy zbocze, na tyle strome, że zabrakło im tchu, Szkot wyprzedził 
Dodsona i jako pierwszy dotarł do grobowca słynnego Ejego, który służył najpierw

 

Echnatonowi, później Tutanchamonowi, a po przedwczesnej śmierci młodego króla 
sam został faraonem.

 

       “Tu przynajmniej jestem w cieniu", pomyślał Dodson.

 

       Lord Percival pozwolił Dodsonowi odzyskać siły, następnie pokazał mu 
słynny Hymn do Atona ułożony przez samego Echnatona i zamieszczony w jego gr

o-

bowcu przez wiernego Ejego. Tekst wychwalał słońce, którego obecność dawała ż

y-

cie i radość wszystkim stworzeniom. W Tali al

-

Amarinie najważniejszym momentem 

była adoracja wschodzącego słońca, uważan

ego za stworzyciela wszystkich rzeczy. 

       Na progu pojawił się wysoki Egipcjanin w białej dżellabie, w turbanie na 
głowie i z długą laską w prawej ręce.

 

       - Pokój wam, przyjaciele. 
       - Pokój tobie, Mohamedzie, i twojej rodzinie - odpowiedz

iał Szkot. 

- Twój 

starszy syn jest już pewnie dojrzałym mężczyzną.

 

       -

 Został inżynierem, ożenił się, jest szczęśliwy, ale wyjechał do K

a-

iru... Dziś młodzież nie umie już cenić uroków wsi. Czy twój dom nadal jest taki 
piękny?

 

       - Dbam o niego, 

jak na to zasługuje.

 

       -

 To obowiązek człowieka o wielkim sercu, przyjacielu. Jestem szczęśliwy, 

że znowu cię widzę na tej ziemi.

 

       -

 Przyjechałem tu z powodu morderstwa popełnionego w Asuanie, i chciałem 

się z tobą przywitać.

 

       - Nasza m

łodość uleciała, ale wiek pozwala nam patrzeć na nasze życie i 

życie innych z większym dystansem. Morderstwo w Asuanie... Cały kraj mówi tylko 

background image

 

 54 

o tym. Wszyscy wiedzą, że już kazałeś uwolnić niewinnego człowieka. I zaareszt

u-

jesz, ma się rozumieć, prawdziwego mordercę.

 

       -

 Jeśli Bóg tak chce, Mohamedzie.

 

       -

 Należysz do ludzi, którzy chętnie pomagają Bogu wypełniać jego zamysły.

 

       Mówiąc biegle po francusku i po angielsku, Mohamed używał niekiedy zask

a-

kujących wyrażeń, ale nie umniejszało to szlachetności promieniującej od jego 

osoby. 
       -

 Czy przypominasz sobie, przyjacielu, nasz długi spacer w krainie d

u-

chów, kiedy zaprowadziłem cię aż do grobu Echnatona?

 

       -

 Szedłem za tobą bez najmniejszej obawy, mimo że droga była trudna, a 

nawet niebezpieczna. 
       -

 Ale grób został splądrowany...

 

       -

 A ty, Mohamedzie, ciągle jesteś przekonany, że istnieje drugi grób.

 

       -

 Jestem tylko fellachem, nie archeologiem. Ale ostatnio zrobił się tutaj 

spory ruch, jak gdyby specjaliści podzielali moją opinię. Nawet słynny Abd el

-

Mosul przyjechał rozejrzeć się po okolicy.

 

       -

 Czyżby rozpoczął nielegalne poszukiwania?

 

       -

 Jest dostatecznie sprytny, żeby nie wzbudzać czujności władz i nigdy 

nie działa osobiście. Ale powtarzam ci, wiele się tu ostatnio dzieje...

 

       Z racji funkcji burmistrza Mohamed nie mówił wprost, a lord Percival nie 
mógł go wypytywać z obawy, że go urazi. Należało więc wdać się w długą rozmowę, 
w której padło wiele pytań o przyszłość licznych dzieci czcigodn

ego starca, któ-

ry miał tylko dwie żony. Mohamedowi niezbyt odpowiadały zmiany zachodzące we 
współczesnym świecie, a jeszcze mniej podobała mu się inwazja turystów.

 

       -

 Jakiś egiptolog usiłuje kupić kilka pięknych przedmiotów za niewielkie 

pieniądze 

-

 poinformował Egipcjanin. 

-

 W okolicy do niedawna nikt go nie znał.

 

       -

 Kiedy widziałeś go ostatni raz?

 

       -

 Dzisiaj rano. O tej porze powinien już być w pobliżu promu, którym p

o-

płynie na drugi brzeg.

 

       -

 Czy mógłbyś zatrzymać ten prom?

 

       -

 Czego się nie robi dla takiego przyjaciela jak ty, Percivalu?

 

        

       Dodson nieprędko zapomni doświadczenie, jakim była przejażdżka promem 
zwanym wieśniaczym. Wciśnięty między motorynkę i owce, usiłował uśmiechać się do 

starej zakwefionej

 Egipcjanki, która przyglądała mu się z zainteresowaniem.

 

       Duża tratwa płynęła trasą obliczoną na wyczucie.

 

       Lord Percival dostrzegł egiptologa, o którym opowiadał mu Mohamed.

 

       Yillabert Glotoni, w białym kaszkiecie, oparty plecami o metalowy słup, 
za wszelką cenę usiłował pozostać nie zauważonym.

 

       -

 Pan Glotoni! Jak miło pana widzieć.

 

       Duża kwadratowa głowa Francuza poruszyła się.

 

       - A, lord Percival! 

Co za niespodzianka... Zrobił pan sobie małą wyciec

z-

kę?

 

       -

 Chciałem pokazać nadinspektorowi niezwykłe położenie Tali al

-Amariny, 

rzadko odwiedzanej przez turystów. Miejsce mało widowiskowe, ale dotyka się tu 

prawdziwej archeologii. 
       - Tak, tak, to prawda... 
       -

 A pan, panie Glotoni, przechadzał po o

kolicy? 

       -

 Och nie! Przy takim ogromie pracy to niemożliwe. Pojechałem sprawdzić 

pogłoskę o odkryciu posążka ibisa. Niestety to nieprawda, jak to często bywa. 
Ale to żelazna reguła zawodu archeologa i trzeba się z tym pogodzić. Czy panowie 
skończyli już dochodzenie?

 

       -

 Niezupełnie, panie Glotoni. Ale nadinspektor i ja mamy nadzieję, że to 

wkrótce nastąpi.

 

        
 

ROZDZIAŁ XXXIII

 

        

       Właściciel kawiarni pokropił wodą kafle, przeciągnął wiekową, pamiętającą 

czasy okupacji brytyj

skiej szmatą, następnie posypał je grubą warstwą wiórów.

 

background image

 

 55 

       Komisarz Abdel-

Atif, siedząc przy swoim stoliku, palił fajkę wodną z 

grudką haszyszu.

 

       Na widok wchodzących Brytyjczyków skinął ręką.

 

       -

 Proszę usiąść! Co panowie piją?

 

       - Kawa po turecku dla nadinspektora i napar z kozieradki dla mnie. Po 

powrocie do Asuanu poszliśmy na komisariat i powiedzieli nam, że znajdziemy pana 

tutaj. 
       -

 To ustronne miejsce rozmów... W komisariacie ściany mają uszy 

- a jest 

zbyt wielu podwładnych, którzy czyhają na moje miejsce. Jak się przedstawiają 
rezultaty waszych działań?

 

       -

 Nienadzwyczajnie, komisarzu, mamy jednak kilka intrygujących poszlak, 

które usiłujemy połączyć w jedną całość.

 

       -

 Intrygujących? W jakim sensie?

 

       -

 Jest jeszcze za wcześnie, żeby o tym mówić.

 

       -

 Panowie, szczerze mówiąc, oczekiwałem was z niecierpliwością! Mój prz

e-

łożony bombarduje mnie telefonami, pytając o tożsamość mordercy, a z kolei on 

sam jest nieustannie wzywany przez ministra spraw 

wewnętrznych, którego dyskre

t-

nie ponagla ambasador Wielkiej Brytanii. Tak więc, jeśli w krótkim czasie nie 
doprowadzą panowie sprawy do końca, pozostanie nam Abu.

 

       - Wykluczone -

 sprzeciwił się Dodson 

-

 ponieważ mamy dowody jego niewi

n-

ności.

 

        
       -

 Tym gorzej, nadinspektorze. Jeśli nie zaniknę tej sprawy, wylecę.

 

       -

 Proszę uważać na babkę Abu 

-

 doradził lord Percival. 

- To Nubijka... A 

pan lepiej ode mnie zna jej magiczną moc.

 

       Komisarz Abdel-

Atif zasępił się. Takiego ostrzeżenia nie wolno było le

k-

ceważyć.

 

       -

 Co zamierzają panowie teraz robić?

 

       -

 Czekać.

 

       -

 Jak to czekać! Przecież każda kolejna godzina gra na naszą niekorzyść!

 

       -

 Rzuciłem kilka ziaren tu i ówdzie i mam nadzieję, że doczekamy się pl

o-

nów. Trzeba być fatalistą, komisarzu, czyż nasz los nie spoczywa w rękach Boga?

 

       Egipskie słońce było czerwone o świcie, lśniąco białe w południe i fiol

e-

towe pod wieczór. Śledzenie jego toru o każdej porze dnia to, według staroży

t-

nych Egipcjan, uczestniczenie w bezustannych metamorfozach istoty boskiej, któ-

ra, ciągle zmieniając swoje oblicze, pozostawała niezmienna.

 

       Lord Percival nie bez niepokoju uczestniczył w tym bajecznym widowisku, 
stojąc na balkonie sypialni. Z długiej rozmowy telefonicznej z sekretarką dowi

e-

dział się, że na giełdzie odnotowano zwyżkę, a zwłaszcza że Abercrombie zaczął 
poważnie cierpieć z powodu nieobecności swego pana. Jeszcze nie odmawiał swojej 
porcji koziego sera, ale wzrok mu przygasł i mimo pieszczot lady Ophelii stracił 
energię.

 

       Dorothea Pettigrew prosiła lorda, by nie przedłużał pobytu w Egipcie, 
gdyż stan zdrowia Abercrombiego pogarsza się.

 

       Nestor Pwryctswll, walijski majordomus, potwierdził te obawy, zapewniając 
jednocześnie, że w domu wszystko w porządku. Nestor nie rozumiał, dlaczego ktoś 
tak szlachetnie urodzony jak jego pan pojechał do odległego i dzikiego kraju, 
ale wypełniał swoje zadania ze zwykłą starannością.

 

       Zadzwonił telefon.

 

       Szkot podniósł słuchawkę.

 

       - Lord Percival? -

 zapytał przytłumiony głos.

 

       - Przy telefonie. Kto mówi? 
       -

 To nie ma znaczenia. Mam panu coś do powiedzenia.

 

       -

 Jestem gotów pana wysłuchać.

 

       - Nie przez telefon. 
       -

 Proszę mi wyznaczyć spotkanie.

 

       - Czy z

na pan wyspę kwiatów?

 

       -

 Dość dobrze.

 

       -

 Proszę przyjść w południe pod najstarszą sykomorę. Niech pan będzie 

sam, a przede wszystkim proszę nie informować komisarza Abdel

-Atifa. 

background image

 

 56 

       -

 Na świętego Andrzeja, milordzie! 

-

 zawołał wzburzony D

odson. - Chyba 

nie będzie pan ryzykował wpadnięcia w pułapkę!

 

       -

 Proszę się uspokoić, nadinspektorze. Wyspa kwiatów to mały raj, z kt

ó-

rego wypędzono przemoc.

 

       -

 Jestem przekonany, że pański rozmówca spróbuje się pana pozbyć.

 

       - Zobaczy

my. Myślę, że zaczynamy zbierać owoce naszych działań.

 

       -

 Każmy przynajmniej policji otoczyć wyspę!

 

       -

 Tylko nie to. Myślę, że zidentyfikowałem mego rozmówcę 

-

 dość nieumi

e-

jętnie zmienił głos. Natychmiast zorientuje się w rozmiarach nadzwycza

jnych 

środków ostrożności. Jeśli nie wrócę do czternastej, niech pan podejmie stosowne 

kroki... 
        

       Dodson zrozumiał, że nie należy nalegać. Ale poczuł ukłucie w sercu, ki

e-

dy zobaczył Szkota oddalającego się w feluce w kierunku wyspy kwiatów.

 

       Hibiskusy, poinsecje, bugenwile, klematisy, drzewa namorzynowe, figowce, 

sykomory, drzewa kapokowe, palmy i inne cuda tworzyły prawie nierealny pejzaż 
wyspy kwiatów i drzew, na zachód od północnego krańca Elefantyny. Raj ten nie 
powstał spontanicznie, ale zrodził się z botanicznej pasji brytyjskiego oficera, 
lorda Kitchenera, pogromcy pierwszego islamskiego fanatyka ery nowożytnej, M

a-

hdiego, który miał nadzieję, że podbije Sudan i Egipt. Żołnierz ten był w głębi 
serca miłośnikiem natury w jej najbardziej kuszących formach; dlatego lord K

i-

tchener sprowadził na wyspę liczne rzadkie rośliny z Azji i Afryki i zakompon

o-

wał rajski ogród pełen ptaków i wyrafinowanych zapachów. Tylko Egipt mógł zmi

e-

nić wojownika w twórcę ogrodu botanicznego.

 

       Zgodnie 

z otrzymanymi instrukcjami Szkot podążał zadbaną aleją wprost do 

najstarszej sykomory na wyspie -

 ogromnego drzewa, dającego zbawczy cień. Lord 

Percival szedł powoli, poddając się nostalgicznym wspomnieniom.

 

       Realia śledztwa jednak powróciły, kiedy dostrzegł mężczyznę, którego sp

o-

dziewał się zobaczyć. Był to Ahmed al

-

Fostat, inspektor do spraw starożytności!

 

        
 

ROZDZIAŁ XXXIV

 

        

       Egipcjanin siedział na murku, w sporej odległości od olbrzymiego pnia. 
Arystokrata usiadł po jego lewej ręce, nie patrząc na niego.

 

       -

 Z pewnością nie spodziewał się pan mnie ujrzeć, milordzie.

 

       -

 Pański telefon był bardzo tajemniczy, panie al

-Fostat. 

       -

 Musi pan zrozumieć, że mam skrępowane ręce. Na moim stanowisku muszę 

być bardzo dyskretny. Gdyby nas tu przyłapano, moje życie byłoby w niebezpi

e-

czeństwie.

 

       -

 Czyżby posiadł pan tajemnicę zbyt ciężką na pańskie barki?

 

       -

 Istotnie, i nie mam ochoty nadstawiać głowy dla kogoś, kto usiłuje mną 

manipulować i kto przy pierwszej lepszej okazji mnie opuści...

 

       -

 Czy mógłby pan mówić jaśniej?

 

       -

 Pod warunkiem, że obieca mi pan pomoc.

 

       -

 Wszystko zależy od tego, o co mnie pan poprosi, panie al

-Fostat. 

       Egipcjanin wyrwał kilka ździebeł trawy i zwinął je, jakby próbował odcz

y-

nić urok.

 

       -

 Jestem naprawdę w bardzo trudnym położeniu... Moja rola polega na 

ochronie egipskich zabytków przed rabusiami, a teraz znalazłem się w potrzasku i 
będę miał nie lada kłopot, żeby się z niego wydostać. A przecież budowałem swoją 
karierę krok po kroku, skrupulatnie, i nawet nie przypuszczałem, że jakiś diabeł 
zastawi na mnie pułapkę na zakręcie drogi.

 

       -

 Inaczej mówiąc, ktoś pana szantażuje.

 

        
       -

 Tak, milordzie. Ktoś, kto chce wykorzystać moją wiedzę i autorytet, aby 

prowadzić nielegalną działalność. Jeśli nie zareaguję, zostanę wbrew sobie wcią-
gnięty w to całe zamieszanie, a jestem całkowicie niewinny.

 

       -

 Czy zgodzi się pan podać mi nazwisko tej osoby?

 

       -

 Muszę... I liczę trochę na pana jako na wybawcę.

 

       - Dlaczego nie ma pan zaufania do komisarza Ab-del-Atifa? 

background image

 

 57 

       -

 Ponieważ to tchórz, który myśli jedynie o swojej karierze. Nigdy nie 

odważy się pokrzyżować planów Abd el

-Mosula. 

       - Abd el-Mosul... 

A więc nie przestał szukać skarbów!

 

       -

 Tak naprawdę ustatkował się, ale nadarzyła się znakomita okazja i jego 

stare odruchy wzięły górę.

 

       - Chodzi o skarb? 
       -

 O niesplądrowany grób.

 

       -

 To wyjątkowa rzadkość 

-

 zdziwił się lord Percival.

 

       - Sa

m w to nie wierzyłem... Ściślej mówiąc, chodzi o nienaruszoną część 

grobowca w Dolinie Orła w Tebach. Wszyscy byli przekonani, że tam nie ma już nic 
do odkrycia, ale mylili się. Abd el

-

Mosul dowiedział się oczywiście o moich 

wcześniejszych poszukiwaniach i zabronił mi sporządzać raport dla Służby Star

o-

żytności pod groźbą represji w stosunku do mnie i członków mojej rodziny. Poni

e-

waż skorumpował policję, czułem się beznadziejnie sam, aż do pańskiego przyja

z-

du... Najpierw uważałem, że będzie pan wrogiem, co wyjaśnia moją postawę. Póź-
niej zrozumiałem, że ponad wszystko stawia pan uczciwość. Teraz liczę tylko na 
pana, bo tylko pan może przeszkodzić Abd el

-Mosulowi w kolejnym rabunku. 

       -

 Jeśli dobrze rozumiem, prosi pan, żebym jak najszybciej obejrzał ten 

grób? 
       -

 Decyzja należy do pana, milordzie. Ale tak naprawdę o to mi właśnie 

chodzi. Może nakryje pan wreszcie Abd el

-

Mosula na gorącym uczynku, dzięki czemu 

mógłby pan posłać go do więzienia i wyzwolić Egipt od jednej z plag. Ale jeśli 

poinformuje pan komisarza Abdel-

Atifa o pańskich zamiarach, on uprzedzi Abd el

-

Mosula i znajdzie pan jedynie ograbiony i zdewastowany grób. 
       -

 Czy pójdzie pan ze mną?

 

       -

 To niestety niemożliwe. Jeżeli się pojawię, ludzie Abd el

-Mosula donio-

są mu o tym. A ja mam jedną słabość 

-

 zależy mi na życiu.

 

       -

 A któż inny mógłby mnie powiadomić, jeśli nie pan?

 

       -

 Komisarz. Ponieważ jego stanowisko jest zagrożone i potrzebuje na gwałt 

winnego, mógłby wskazać panu ten trop, aby nakryć w końcu Abd el

-Mosula na gor

ą-

cym uczynku. Wziąwszy pod uwagę, że to ważne miejsce, będzie tam osobiście, aby 
kierować akcją. Nie zdziwiłbym się, gdyby już zaczął... Musi się oczywiście w

y-

strzegać patroli lokalnej policji, ale z pewnością przekupił kilka osób, które 
podały mu dokładne godziny obchodów. W ten sposób nikogo nie będzie można posą-
dzić o grabież, ponieważ przepisy będą skrupulatnie przestrzegane. Jeśli pan 
chce, milordzie, ten ruch może należeć do pana.

 

       -

 Czy to oznacza, że Abd el

-

Mosul jest mordercą Howard

a Langtona? 

       -

 Nie mogę tego potwierdzić, bo nie mam dowodów jego winy. Ale przypuść-

my, że Langton miał odważny pomysł zaatakowania Abd el

-

Mosula, aby ujawnić, że 

nadal trudni się grabieżą... W takich okolicznościach ten ostatni mógłby zare

a-

gować gwałtownie. Ale, powtarzam, to tylko hipoteza. Oczywiście, gdyby Abd el

-

Mosul był pod kluczem, z pewnością musiałby mówić i wyznać wszystkie swoje 
zbrodnie, nie tylko po to, by się tym chełpić.

 

       -

 To rzeczywiście możliwe.

 

       -

 A więc... Czy zgodzi się pan mi pomóc?

 

       -

 Jeśli chcę odkryć prawdę, nie mam wyboru.

 

       -

 Wskażę panu położenie tego grobu.

 

       Cienkim i ostrym patykiem Ahmed al-

Fostat narysował na piasku plan i p

o-

kazał lordowi Percivalowi najlepsze dojście do niesplądrowane

go sanktuarium. 

       -

 Proszę wziąć ze sobą mocną linę i latarkę 

-

 poradził Egipcjanin. 

- I 

niech pan będzie bardzo ostrożny. Skały są śliskie, a dostęp do grobu jest 
utrudniony. Gdyby miał pan pozwolenie, warto byłoby mieć przy sobie broń. Ale 

Abd el-M

osul nigdy się do tego nie posuwa. I będzie tak wściekły, że został n

a-

kryty, że podda się bez walki.

 

       Inspektor do spraw starożytności wstał i rozejrzał się wokół. O tej g

o-

dzinie wyspa kwiatów była pusta.

 

       -

 Proszę stąd odejść po upływie kwad

ransa -

 poradził Szkotowi. 

-

 Pozwolę 

sobie życzyć panu szczęścia.

 

        
 

ROZDZIAŁ XXXV

 

background image

 

 58 

        
       Mimo znakomitej szkockiej whisky i cudownego cienia na tarasie Starej 

Katarakty, rozmowa była krótka.

 

       - To wykluczone, milordzie. 
       -

 Jako nadinspektor nie powinien pan działać w terenie. Biorę to na si

e-

bie. 
       -

 Czyżby uważał mnie pan za biurokratę? 

-

 zaprotestował wyraźnie wzburz

o-

ny Dodson. -

 Prawda wymaga wszelkich poświęceń! A ja jestem gwarantem pańskiego 

bezpieczeństwa. Jeśli podejmie pan tę wyprawę, pójdę z panem.

 

       -

 Za bardzo cenię sobie wolność jednostki, by panu zabronić.

 

       - Ahmed al-Fostat nie wzbudza zaufania -

 stwierdził nadinspektor 

- Ale 

dostarczy nam, być może, klucz do rozwiązania tej zagadki. Proszę mi powiedzieć 
szczerze, milordzie... Czy umiejscowienie tego grobu wydaje się panu prawdop

o-

dobne? 
       -

 Oczywiście, mój drogi Dodsonie. Znam dobrze tę ścieżkę; niegdyś wiel

o-

krotnie tamtędy chodziłem. Mam nadzieję, że nie ma pan zawrotów głowy?

 

       -

 Nie aż takie, żeby się rozchorować. Ale... skąd weźmiemy linę?

 

       -

 Wziąłem ze sobą.

 

       -

 Jak mógł pan przewidzieć...

 

       -

 Jest kilka przedmiotów, których nie wolno nigdy zapominać, wyjeżdżając 

ze Szkocji. Kiedyś archeolodzy oprowadzili mni

e po niemal wszystkich grobach 

Doliny Możnych Notabli w Tebach Zachodnich. Gdzieniegdzie musieliśmy się wsp

i-

nać.

 

       Dodson zrozumiał, że to nie koniec jego udręki i że zdecydowanie lepiej 
było nigdy nie opuszczać nowoczesnego biura w Scotland Yardzie oraz londyńskiego 

bruku. 
        

       Kto po raz pierwszy ujrzał zachodni brzeg Teb, zdawał sobie sprawę, że 
życia byłoby mało, by ogarnąć te wszystkie cuda. Dolina Królów, Dolina Król

o-

wych, grobowce Możnych Notabli, istniejące tu od milionów lat świąt

ynie Setiego 

I, Ramzesa II i Ramzesa III i tyle innych pamiątek przyszłości, z których wiele 
pozostawało nie znanych szerszej publiczności, czyniły z tego magicznego miejsca 
najbogatsze stanowisko archeologiczne na świecie. Tutaj, przez wieki, starożytni 

E

gipcjanie, zgodnie z ich własnymi słowami, “stworzyli niebo na ziemi" i łączyli 

się duchowo z niewidzialnym.

 

       Taksówka, która wiozła obu Brytyjczyków do podnóża falezy Ad

-Dajr al-

Bahri, nie miała ani hamulców, ani reflektorów, ani kilku innych nieis

totnych 

drobiazgów, ale została bogato ozdobiona ręką Fatimy. Mechanik nie byłby w st

a-

nie wyjaśnić, w jaki sposób ten samochód jeździ, ale kierowca był bardzo grzec

z-

ny, nawet jeśli miał irytującą skłonność do przejeżdżania tuż obok rowerów i 
osłów.

 

      

 Słońce jak zwykle silnie operowało na tarasie przed świątynią Hatszepsut, 

wzniesioną przez faworyta i architekta królowej ku czci boga Amona, posiadając

e-

go tajemnicę stworzenia. Niezwykła budowla wzniesiona na tarasach była ściśle 
połączona z falezą i przyciągała licznych turystów. W czasach królowej Hatsz

e-

psut ta wspaniała świątynia była częściowo ukryta za zasłoną zieleni i ogrodów, 
gdzie rosły drzewa żywiczne.

 

       Lord Percival wybrał okrężną ścieżkę. Była dłuższa od tej, którą wskazał 

Ahmed al-Fost

at, ale ta ostrożność pozwalała uniknąć ewentualnego niepożądanego 

spotkania. 

       Grupka chłopców usiłowała iść za Brytyjczykami, ale kiedy zbocze stało 
się zbyt strome, odpuścili. Jedynie kilku poganiaczy osłów zapuściło się na te 
kamieniste ścieżki, które biegły między szczytami i dominowały nad głównymi st

a-

nowiskami archeologicznymi. 

       Szkot szedł umiarkowanym tempem doświadczonego wspinacza, który umie 
oszczędzać siły. Dodson miał więc czas na podziwianie niezwykłego pejzażu, zap

o-

minając o upale i wysiłku.

 

       Dolina Orła zasługiwała na swoją nazwę. Dzika, niemal nieprzyjazna, jes

z-

cze niedawno była królestwem drapieżników, z których kilka ciągle jeszcze nawi

e-

dza te niedostępne miejsca.

 

       Lord Percival podniósł wzrok.

 

background image

 

 59 

       -

 Proszę spojrzeć, wejście do grobowca jest tam, w górze.

 

       Dziewiętnaście metrów nad ziemią widać było otwór w skale.

 

       -

 Nie czuję się na siłach, żeby odbyć taką wspinaczkę 

-

 wyznał przygnę-

biony Dodson. 
       -

 Nie będziemy się wspinać, lecz schodzić. 

 

       Szkot zaprowadził nadinspektora na ścieżkę, która wiodła na szczyt fal

e-

zy. 

       Lina wpięta w hak sięgnęła wejścia do grobowca.

 

       - Al-

Fostat nie kłamał 

-

 stwierdził lord Percival.

-

 Ktoś już tu był.

 

       Arystokrata wpiął w hak linę asekuracyjną.

 

       -

 Proszę na mnie czekać, nadinspektorze. Jeśli będzie nam coś groziło, 

uprzedzę pana.

 

       Angus Dodson nie miał czasu, żeby zaprotestować. Lord Percival dość 
zręcznie rozpoczął zjazd.

 

       Udało mu się łagodnie wylądować na małej półce skalnej, skąd schodziło 
się do świątyni.

 

       Zapalił latarkę i zniknął w wąskim przejściu.

 

        

       Kilka metrów niżej poczuł ucisk w sercu.

 

       Lord Percival widywał już trupy, czasem naznaczone cierpieniem, ale po 

raz pierwszy u

jrzał takie piekło.

 

       Pożar poczernił ściany grobowca, gdzie wszystkie płaskorzeźby zostały 
okaleczone. Na podłodze walały się szczątki mumii, powyrywane ramiona, poucinane 

nogi, rozbite czaszki. Wandale nie wykazali najmniejszego szacunku dla osób, 

które wierzyły, że znajdą tu wieczny spoczynek.

 

       Wstrząśnięty takim barbarzyństwem lord Percival wszedł głębiej do ponur

e-

go grobowca. 

       W rogu zobaczył otwór wznoszący się nad dwoma belkami. Powyżej drugą s

a-

lę, w której powinny się znajdować n

aczynia i sarkofag. 

        
       - Milordzie! -

 zawołał zaniepokojony Dodson. 

- Gdzie pan jest? 

       Potężny huk przerwał panującą w górach ciszę. Drapieżne ptaki opuściły 
kryjówki i przeleciały nad inspektorem.

 

       Z wejścia do grobowca wydostał się obłok dymu.

 

       -

 Niech się pan odezwie, milordzie. Proszę!

 

       Na arystokratę musiało runąć sklepienie grobowca.

 

 

ROZDZIAŁ XXXVI

 

        

       Angus Dodson ubezpieczył się jako tako liną i opuścił się w czeluść. Być 
może istniała jakaś 

szansa na uratowanie lorda Percivala. 

       Już po chwili zobaczył postać wynurzającą się z pyłu, która wychodziła z 

grobowca. 
       - Czy to pan, milordzie? 
       -

 Proszę wracać, mój drogi Dodsonie. Zbiorę siły i przyjdę do pana.

 

       - Czy nie jest pan ranny? 
       -

 Wszystko w porządku... Ale zaczęło mi brakować powietrza.

 

       Szkot pewnie wszedł na szczyt falezy.

 

       -

 Co się stało?

 

       -

 Nad progiem tej części grobu, która powinna być nieograbiona, jest 

współczesne rusztowanie. Byłem ostrożny, ponieważ ta licha konstrukcja wskazyw

a-

ła, że ktoś tu był. Kiedy dotknąłem wyższej belki, całość runęła. Zaledwie mi

a-

łem czas, żeby uciec do wyjścia.

 

       - Al-

Fostat świadomie wysłał pana na śmierć!

 

       -

 Możliwe...

 

       - Jeszcze

 pan w to wątpi?

 

       -

 Muszę sprawdzić jeszcze jedną rzecz.

 

       - Co takiego? 
       -

 Chciałbym wiedzieć, czy dno grobowca rzeczywiście nie zostało zbadane.

 

       -

 Jak chce się pan o tym przekonać?

 

background image

 

 60 

       -

 Poczekam, aż opadnie pył, i wrócę d

o tego grobowca, w którym rabusie 

wyrządzili okropne spustoszenie.

 

       -

 Niech pan nawet o tym nie myśli!

 

        
       -

 Przypuszcza pan, że moglibyśmy znaleźć ciało na dnie grobowca?

 

       -

 Myśli pan o... 

Abd el-Mosulu? 

       -

 Wkrótce się tego dowiemy, nadinspektorze. Szkot spędził ponad dwie g

o-

dziny w zdewastowanym grobowcu. Tym razem nic się nie wydarzyło.

 

       Kiedy lord Percival pojawił się ponownie na powierzchni, Dodson odetchnął 
z ulgą. Jako umysł ścisły nie wierzył w przekleństwo f

araonów, ale w takich oko-

licznościach należało zachować ostrożność i nikomu nie dowierzać.

 

       -

 Co pan o tym sądzi, milordzie?

 

       -

 Ten grób został całkowicie zdewastowany już dawno. Złodzieje wyżyli się 

nawet na nieszczęsnych mumiach. Ale znalazłem to!

 

       Otworzył prawą dłoń i pokazał Dodsonowi niewielki przedmiot 

- amulet w 

kształcie żaby.

 

       - Czy to autentyczne? 
       -

 Starożytne i autentyczne, nadinspektorze.

 

       Tuzin policjantów ponaglanych przez podekscytowanego Ahmeda al-Fostata 

wspinał się na szczyt, gdzie Brytyjczycy chwilę odpoczywali przed zejściem do 

doliny. 

       Kiedy inspektor do spraw starożytności zobaczył obu mężczyzn, głośno 
dziękował Allahowi i przez dobrą minutę śpiewał hymny na jego cześć.

 

       - Tak si

ę bałem, tak okropnie się bałem! 

-

 wyznał, ściskając dłoń magn

a-

ta. -

 Zrozumiałem, że Abd el

-

Mosul wciągnął nas w pułapkę, pana i mnie, ale są-

dziłem, że przybędę za późno. Co się stało w grobowcu?

 

       -

 Banalny wypadek: zawaliły się belki stoczone przez robaki. Miałem dużo 

szczęścia, że uszedłem stamtąd z życiem.

 

       -

 Jak mógłbym błagać pana o przebaczenie, milordzie? Byłem naiwny, taki 

naiwny! 
       -

 No cóż, proszę mi wyjaśnić, w jaki sposób rozszyfrował pan podstęp Abd 

el-Mosula. 
       - To c

zysty przypadek... Znaleźć coś tak okropnego! To potworne, aż tru

d-

no mi o tym mówić. Myślę o mumiach...

 

       Wydawało się, że Ahmed al

-

Fostat za chwilę zemdleje.

 

       - Wracajmy do Asuanu -

 zaproponował lord Percival. 

- W drodze dojdzie pan 

do siebie. 

       W Luksorze lekarz zrobił inspektorowi zastrzyk uspokajający, następnie 

al-

Fostata i obu Brytyjczyków odwieziono służbowym samochodem do Asuanu.

 

       -

 Czy już może pan udzielić wyjaśnień, panie al

-Fostat? 

       -

 Tak, już mi lepiej... dużo l

epiej. Co za straszna historia! Tak przera-

żająca, że powinna istnieć tylko w wyobraźni pisarzy! Nigdy bym nie uwierzył, że 
może się zdarzyć coś tak odrażającego.

 

       Ahmed al-

Fostat mówił urwanymi zdaniami, jakby miał trudności z dobraniem 

właściwych słów.

 

       -

 Na pustyni na zachód od Asuanu odkryto niedawno mały grób. Wewnątrz 

było około dziesięciu mumii w lepszym lub gorszym stanie. Archeolog, który dok

o-

nał odkrycia, przedstawił raport, który wydał mi się dość niejasny. W podobnych 

wypadkach lubi

ę sam pojechać w teren, żeby sprawdzić na miejscu, czy nie prz

e-

oczono czegoś istotnego. Zwykle przyjeżdżam na stanowisko około dziewiątej rano 
i odjeżdżam przed południem. Ale tym razem zepsuł się mój jeep 

-

 na szczęście 

udało mi się go naprawić samemu. Kiedy doszedłem do grobowca, zostawiwszy wóz w 
pewnej odległości, dochodziło pół do pierwszej. Miejsce wydawało się wyludnione, 
ale usłyszałem głosy. Natychmiast wzmogłem czujność. Niekiedy złodzieje próbują 
splądrować znalezisko, zanim policja zapewni mu ochronę. Ukryłem się w cieniu 
wydmy, żeby obserwować, sam nie będąc widzianym. I wie pan, kogo tam zobaczyłem?

 

       -

 Przypuszczam, że Abd el

-Mosula. 

       -

 Tak, ale nie był sam! Targował się z doktorem Qerry. Ten ostatni coś mu 

podawał. Abd el

-Mosul t

wardo kłócił się o cenę.

 

       Dodson zbladł.

 

       -

 A to coś... To chyba nie była...

 

background image

 

 61 

       -

 Tak, nadinspektorze! To był kawałek mumii! Qerry tłumaczył, że wybrał 

najlepszą, że ma jeszcze dwie lub trzy inne wartościowe.

 

       -

 Najlepszą... do cz

ego? 

       Ahmed al-

Fostat spuścił głowę, głęboko zasmucony.

 

       -

 Niektórzy ciągle jeszcze wierzą, że sproszkowana mumia ma właściwości 

afrodyzjaku. Abd el-

Mosul jest już stary, rozumie pan...

 

       -

 To odrażające! 

-

 krzyknął Angus Dodson, któreg

o sumienie zawodowe do-

znało gwałtownego wstrząsu.

 

       -

 Byłem tak zbulwersowany 

-

 ciągnął Egipcjanin 

-

 że potrzebowałem czasu, 

aby zrozumieć, że jeśli Abd el

-

Mosul oddawał się tej obrzydliwej transakcji w 

Asuanie, to historia z niesplądrowanym grobem była pułapką! Natychmiast pobi

e-

głem do Luksoru i zawiadomiłem policję. Na szczęście jest pan cały i zdrowy.

 

        
 

ROZDZIAŁ XXXVII

 

        

       Lord Percival kończył zawiązywać swój nieskazitelny biały krawat, kiedy 
ktoś zapukał do drzwi.

 

       - To ja, Omar Abdel-

Atif, proszę otworzyć! 

 

       Szkot założył białą marynarkę i skropił się wodą toaletową, następnie bez 
pośpiechu otworzył. Egipski komisarz był wyraźnie zdenerwowany.

 

       -

 Już nie mogę, milordzie, jestem na dnie. Ale co się z panem działo?

 

       -

 Byłem na wycieczce w Tebach.

 

       -

 Też coś... Śledztwo trwa, zewsząd naciski, a pan sobie urządza wyciec

z-

ki! 
       -

 Jakieś kłopoty, drogi kolego?

 

       -

 Ktoś o mały włos nie zastrzelił Albertine Abletout! Wyobraża pan sobie 

t

en skandal... Wezwała już catą lokalną prasę, a jutro zwróci się do korespo

n-

dentów zagranicznych dzienników. 
       Omar Abdel-

Atif opadł na fotel.

 

       -

 Jestem zgubiony... ta tragedia będzie miała dwie ofiary: Howarda Lan

g-

tona i mnie. 
       - Niech

 pan nie będzie takim pesymistą.

 

       -

 Nie ma już najmniejszego światełka nadziei... Gdyby przynajmniej pozw

o-

lił mi pan zaaresztować Abu... To by uspokoiło umysły, zostałby uniewinniony w 
trakcie procesu i cała sprawa umarłaby w piaskach pustyni.

 

       -

 Moim zdaniem to nie jest dobre rozwiązanie.

 

       -

 Więc niech pan przynajmniej spróbuje uspokoić panią Abletout!

 

       -

 Zrobię co w mojej mocy.

 

       Ktoś znowu zapukał do drzwi. Otworzył, żeby wpuścić Angusa Dodsona.

 

        
       - Znalaz

łem ten liścik pod poduszką 

-

 oznajmił nadinspektor.

 

       W brązowej kopercie była biała kartka. Zawierała kilka stów napisanych po 

angielsku na maszynie: 
        

        Klucz znajduje się u Domeniki Strauss. Wiklinowy kosz pod oknem w, sal

o-

niku. 
        
       -

 Czy mogę przeczytać? 

-

 zapytał komisarz. Dodson pokazał list swemu 

egipskiemu koledze. Szeroki uśmiech rozjaśnił twarz Omara Abdel

-Atifa. 

       -

 Być może jesteśmy uratowani! Autorem tego listu może być tylko Faxmore. 

Musiał znaleźć najważniejszą poszlakę i wskazuje nam ją, ponieważ Domenica 
Strauss nie jest Angielką. Domenica Strauss, tak blisko związana z Langtonem! 
Dramat namiętności... Doskonale! Nikt nie zaoponuje, a dziennikarze będą zachw

y-

ceni. Chodźmy, drodzy koledzy!

 

       Nadin

spektor przeklinał szczupłość środków technicznych, które miał do 

dyspozycji. W Londynie taki dokument zostałby prześwietlony ze wszystkich stron 
w laboratorium Scotland Yardu i dostarczyłby z pewnością mnóstwo interesujących 

informacji. 
       Tutaj, mim

o wszechobecnego słońca, trzeba było brnąć we mgle.

 

background image

 

 62 

       - Szybciej, szybciej! -

 ponaglał co kilkanaście sekund komisarz Abdel

-

Atif kierowcę, który maltretował skrzynię zmiany biegów starego peugeota.

 

       - Czy ma pan nakaz rewizji? -

 zapytał Dodson

 Egipcjanina. 

       -

 W nagłych sytuacjach prawo zwalnia z tego obowiązku. A to jest właśnie 

taki przypadek. 

       Pojazd zahamował gwałtownie przed budynkami niemieckiej misji archeol

o-

gicznej i komisarz Abdel-

Atif wyskoczył z niego energicznie.

 

     

  Strażnik usiłował dowiedzieć się, jaki jest powód tego najazdu, ale ostra 

odpowiedź egipskiego policjanta spowodowała jego natychmiastowy powrót do wa

r-

towni. Czasami lepiej nic nie widzieć i nic nie słyszeć.

 

       Drzwi mieszkania Domeniki Strauss były zamknięte na klucz. Komisarz A

b-

del-

Atif podniósł kamień, stłukł kwadratową szybkę, otworzył okno i wszedł do 

środka.

 

       -

 Chyba nie będziemy iść za nim 

-

 powiedział skonsternowany Dodson.

 

       -

 To nie będzie konieczne 

-

 ocenił lord Percival. Komisarz pośpieszył 

prosto do wiklinowego kosza. To, co w nim znalazł, wprawiło go w niemałe zakł

o-

potanie. Sądząc, że zaszła pomyłka, zabrał się do przeszukiwania całego mieszk

a-

nia. 

       Przygnębiony wyszedł drzwiami, które były zamknięte na zwykłą zasuwę.

 

       -

 Znalazłem tylko tę niemiecką książkę 

-

 powiedział, pokazując ją nadk

o-

misarzowi. 
       -

 Śmierć na Nilu 

-

 przetłumaczył Dodson. 

-

 Jeśli się nie mylę, to powieść 

Agaty Christie. 
       Omar Abdel-

Atif uderzył się w czoło zamkniętą pięścią.

 

       -

 No jasne... To jest klucz, oczywiście! Howard Langton został zamordow

a-

ny w apartamencie Agaty Christie w Starej Katarakcie, a ta Domenica Strauss jest 

czytelniczką powieściopisarki! A zatem... Ktoś był świadkiem morderstwa i w ten 

sposób wskazuje nam 

sprawcę.

 

       Abdel-

Atif popukał palcem wskazującym w książkę.

 

       -

 Być może ten sposób odkrycia mordercy nie przynosi nam chwały, panowie, 

ale liczy się skutek. Teraz musimy jak najszybciej odszukać pannę Strauss. Mie

j-

my nadzieję, że nie uciekła!

 

        

       Niemiecka egiptolog pracowała w bibliotece centrum archeologicznego, ki

e-

dy strażnik zawiadomił ją, że policja splądrowała jej pokój.

 

       Początkowo nie dowierzając, młoda kobieta odłożyła przegląd specjal

i-

styczny, który czytała, wyszła z biblioteki, przeszła przez piaskowy dziedziniec 
i zauważyła dwóch Brytyjczyków w towarzystwie komisarza Abdel

-Atifa. 

       Podchodząc bliżej, szacowała szkody.

 

       -

 Panowie stłukli szybkę i przeszukali moje mieszkanie!

 

       Komisarz stawił jej czoło.

 

       -

 To było konieczne, proszę pani.

 

       - Konieczne... Z jakiego powodu? 
       -

 Niech pani nie pogarsza swojej sytuacji. Najlepszym rozwiązaniem dla 

pani byłoby przyznanie się. Sędziowie z pewnością nie będą dla pani zbyt surowi.

 

       -

 Mam się przyznać? Ale do czego?

 

       - Do zamordowania Howarda Langtona. 
       -

 Ależ to kompletna bzdura, komisarzu!

 

       -

 Nie ma co zaprzeczać.. Mamy dowód pani winy.

 

        
 

ROZDZIAŁ XXXVIII

 

        

       Drobna, jasnowłosa niemiecka egiptolog zachowała zimną krew.

 

       - Co to za dowód, komisarzu?  

       Dodson przyszedł z pomocą swemu egipskiemu koledze:

 

       -

 Czy jest pani skłonna się przyznać?

 

       -

 Nie wiem, dlaczego zmontowali panowie przeciwko mnie tę intrygę, ale

 

nie przestanę twierdzić, że jestem niewinna.

 

       - Ten dowód... -

 kontynuował Dodson.

 

background image

 

 63 

       -

 Wymyśliliście go! 

-

 zaprotestowała Domenica Strauss. 

- Dlaczego nie 

chcecie mi go pokazać?

 

       Egipcjanin gotów był go ujawnić, ale wyperswadował mu to

 wzrok lorda Pe-

civala. 
       -

 Zechce pani nie opuszczać miejsca zamieszkania aż do odwołania.

 

       -

 Panowie mnie aresztują?

 

       -

 Oczywiście! 

-

 krzyknął Abdel

-Atif. -

 Ponieważ jest pani cudzoziemką, 

nie chciałbym odsyłać pani do więzienia, ale będzie pani pod ścisłym nadzorem. 
Przede wszystkim niech pani nie usiłuje uciekać!

 

       Niemka dumnie stawiła mu czoło.

 

       -

 Doskonale. Kiedy uznacie swój błąd, będę się domagała oficjalnych prz

e-

prosin. 
       Omar Abdel-

Atif nie przestawał się złościć.

 

       -

 Dlaczego nie pokażemy jej dowodu? Na pewno by pękła!

 

       -

 Obawiam się, komisarzu, że pańska strategia przyniosłaby mizerne rezu

l-

taty. Panna Strauss jest bardzo opanowana, a ta sprawa ma wiele niejasnych 
aspektów. 
        

       Głos komisarza zadrżał:

 

       -

 Powinien się pan postawić w moim położeniu, milordzie: nareszcie mamy 

prawdopodobnego mordercę! Domenica Strauss była kochanką Howarda Langtona, on ją 
porzucił. A ona go z zemsty zabiła 

-

 klasyczna zbrodnia w afekcie. Jeśli będ

zie 

miała dobrego adwokata, niewiele ryzykuje. Pan i ja zakończylibyśmy ten dramat 
ku zadowoleniu władz egipskich i angielskich.

 

       -

 To moje najgorętsze życzenie, komisarzu. Ale ów “dowód" może się okazać 

za słaby.

 

       - Rozumiem... Chce go pan u

żyć podczas procesu, aby nie dać szans Domen

i-

ce Strauss? 
       - Powiedzmy. 
       -

 Dobry pomysł, bardzo dobry... Wy, Brytyjczycy, jesteście mistrzami 

strategii. Kiedy się opanowało świat z małej, zasnutej mgłą wyspy, naprawdę wi

a-

domo, jak się do tego zabrać!

 

       Hołd złożony potędze imperium ucieszył Angusa Dodsona. Nadinspektor za

w-

sze uważał, że jedynie polityka królowej Wiktorii była godna uwagi.

 

       Komisarz Abdel-

Atif zaczął się już rozluźniać, gdy nagły niepokój ścisnął 

mu gardło.

 

       -

 Zapomniałem o pani Abletout! Jestem pewien, że okupuje moje biuro, żeby 

dostać policyjną ochronę.

 

       Komisarz nie mylił się.

 

       Francuska egiptolog przemierzała wszerz i wzdłuż pokoje asuańskiej pol

i-

cji, grożąc wszystkim funkcjonariuszom, którzy znaleźli się na jej drodze, że 
ześle ich na ciężkie roboty, jeśli nie potraktują jej przypadku jako priorytet

o-

wego. Pod nieobecność komisarza jego podwładni nie wiedzieli, co powinni zrobić. 

Jeden przez drugiego zapewniali Albertine Abletout o swoim najg

łębszym szacunku 

i przyrzekali jej, że egipska policja zmobilizuje wszystkie siły w jej sprawie.

 

       Kiedy Francuzka zobaczyła Brytyjczyków, natychmiast do nich podeszła. 

Omar Abdel-

Atif ukrył się za barczystym Angusem Dodsonem.

 

       - To prawdziwy 

skandal, panowie! Ktoś usiłuje mnie zabić, a ja nie zna

j-

duję nikogo, kto zapewniłby mi ochronę i powstrzymał bandytę, który chciał mnie 
usunąć!

 

       -

 Proszę się uspokoić 

-

 powiedział lord Percival poważnie. 

-

 Chcielibyśmy 

wiedzieć, co się właściwie stało.

 

       -

 Nareszcie ktoś mnie słucha! Jak dorwę komisarza Abdel

-Atifa, powiem mu, 

co o tym wszystkim myślę! 

 

       Egipski policjant na wszelki wypadek ulotnił się.

 

       -

 Kiedy to się stało?

 

       -

 Tej nocy. Z powodu tysiąca i jednego kłopotu związanych z moją pracą 

spałam płytko i usłyszałam hałas. Początkowo sądziłam, że się pomyliłam, później 
jednak znowu usłyszałam hałas. Wydawało mi się, że to kroki na parkiecie. Zap

a-

liłam nocną lampkę i w półmroku zobaczyłam w drzwiach mężczyznę z wymierzoną we 
mnie strzelbą. Nie jestem strachliwa, ale krzyknęłam z przerażenia! Moja reakcja 

background image

 

 64 

zaskoczyła napastnika, przez moment zawahał się, później uciekł. Złapałam o

d-

dech, wyskoczyłam z łóżka, narzuciłam szlafrok i pobiegłam za nim. Ale zniknął. 
Zaalarmowałam sąsiadów, ale nie udało nam się złapać bandziora.

 

       -

 Czy może go pani opisać?

 

       Wydawało się, że Albertine Abletoutjest niezadowolona.

 

       -

 Jestem naukowcem i mam zwyczaj podawać precyzyjny opis tego, co w

i-

dzę... Ale w tym przypadku sama jestem zawiedziona! W kącie, gdzie stał napas

t-

nik, było dość ciemno, poza tym miał na głowie coś w rodzaju turbanu. Wszystko, 
co mogę stwierdzić bez wahania, to to że był wysoki i atletycznie zbudowany.

 

        
       - A strzelba? 
       - Niestety, 

zupełnie nie znam się na broni palnej. Ale lufa nie wydawała 

się zbyt długa...

 

       -

 Prawdopodobnie spiłowana 

-

 rzucił Dodson.

 

       -

 Proszę się dobrze zastanowić 

-

 nalegał lord Percival. 

-

 Czy zauważyła 

pani jakiś szczegół, choćby najmniejszy?

 

   

    Albertine Abletout zamyśliła się.

 

       -

 Bardzo chciałabym wam pomóc... Ale nie sądzę.

 

       -

 Czy zgadza się pani, żebyśmy obejrzeli miejsce zdarzenia? Będziemy się 

starali znaleźć jakiś ślad.

 

       -

 Oczywiście... Żądam opieki policji. Ten czł

owiek wróci, jestem tego 

pewna! 
       -

 Myślę, że ma pani rację.

 

        
 

ROZDZIAŁ XXXIX

 

        

       Feluka wolno sunęła po Nilu. Słońce igrało z jej białym żaglem, dając 
miękkie refleksy, które łączyły się z błękitem nieba. Przez tysiąclecia Egi

pcja-

nie wykorzystywali tę rzekę, odzwierciedlenie rzeki niebiańskiej, by podróżować 
między miastami i przewozić ogromne bloki skalne używane do budowy piramid i 
świątyń.

 

       Lord Percival delektował się tymi chwilami, kiedy życie toczyło się z 

niezrówn

anym spokojem. W tej krainie cudów cud odnawiał się nieprzerwanie. Abu 

zszedł z masztu i zręcznie sterował, płynąc zgodnie z prądem rzeki.

 

       -

 Doskonale mnie pan zastąpił, kiedy rozwijałem żagiel, wasza dostojność.

 

       -

 W moim kraju miałem okazję żeglować. 

 

       Lord Percival starał się unikać trudów wyjaśniania morskiej przeszłości 
swego klanu, którego liczni członkowie okryli się sławą, pływając na angielskich 
statkach, a kilku zostało korsarzami.

 

       -

 Dokąd chciałby pan popłynąć?

 

       - Z wiatrem. 
       -

 Moja dusza się smuci...

 

       - Z jakiego powodu? 
       -

 Ponieważ mam wrażenie, że pan mnie podejrzewa. Pan wie, że nie zabiłem 

Howarda Langtona, ale zastanawia się pan, czy nie byłem świadkiem zdarzeń, które 
staram się ukryć

       -

 Aby kogoś chronić, na przykład?

 

       -

 Jest pan człowiekiem prawym, wasza dostojność, i zauważa pan fałsz. 

Niełatwo pana oszukać.

 

        
       -

 Jak wszystkim, brak mi czasem przenikliwości; najważniejsze jednak, że 

nie zawodzi mnie ona w najtrudniejszych sytuacjach. 
       -

 Jest pan przekonany, że nie powiedziałem panu całej prawdy.

 

       -

 Mylę się, czy mam rację?

 

       -

 Z całym należnym panu szacunkiem, pan się myli. Gdyby któryś z moich 

nubijskich braci był zamieszany w to morderstwo, prawdopodobnie bym się zabił. 
Ale tak nie jest, a ja nie mam żadnego powodu, by cokolwiek przed panem ukrywać. 
Wszystko przebiegało tak, jak powiedziałem, i nie mogę nawet wysunąć jasnych 
podejrzeń.

 

background image

 

 65 

       -

 Dziękuję za współpracę, panie Abu. Szkot miał nadzieję, choć nie do 

końca w to wierzył, że nubijski olbrzym wyłuska z pamięci jakiś znaczący szcz

e-

gół. Ten szlak był czysty, nie pozostawało mu więc nic więcej, jak tylko wyp

u-

ścić się na trudniejsze drogi. Ale lord Percival nie poddawał się przygnębieniu 
po śmierci Howarda Langtona; jedynie zidentyfikowanie mordercy pozwoliłoby mu 
spocząć w pokoju.

 

       Piękna, zadbana feluka podpłynęła na wysokość feluki Abu.

 

       Na jej pokładzie byli dwaj wioślarze i Abd el

-Mosul. Dumny starzec trzy-

mał się olinowania. Obie łodzie wyrównały prędkość i płynęły burta w burtę.

 

       -

 Chciałbym przez chwilę z panem porozmawiać, milordzie.

 

       -

 Jestem do pańskiej dyspozycji.

 

       -

 Płyńmy na brzeg, w jakieś ustronne miejsce. 

 

       Feluka Abd el-Mosu

la ruszyła pierwsza, Abu za nią. Żeglarze sprawnie z

a-

cumowali łodzie pod osłoną skał.

 

       -

 Czy zrozumiał pan wszystkie wiadomości, które do pana wysyłałem, milo

r-

dzie? 
       -

 Mam nadzieję.

 

       -

 W takim razie orientuje się pan znacznie lepiej w 

tej zagmatwanej spra-

wie. 
       -

 Staram się.

 

       -

 Egipt to stare państwo, ja zaś jestem starym człowiekiem. Czas płynie 

tutaj wolniej niż gdzie indziej, a tradycja jest silna. Pan z pewnością nie n

a-

leży do ludzi, którzy lubią burzyć zastaną harmonię i siać niezgodę tam, gdzie 
panuje milcząca zgoda. Czy niszczenie nie oznacza porażki?

 

       -

 Czy nie chciał mi pan powierzyć kilku sekretów? 

 

       Egipcjanin uśmiechnął się zagadkowo.

 

       -

 Gdybym popełnił błąd tego rodzaju, milordzie, nie byłby

m tym, kim je-

stem. Pomogłem panu, myślałem nawet, że ta pomoc będzie dla pana cenna. Ponieważ 
pan wie, kto zabił Howarda Langtona, czy nie byłoby dobrze zatrzymać go dyskre

t-

nie i zakończyć wreszcie tę smutną sprawę?

 

       -

 Żeby dojść do prawdy, będę jeszcze potrzebował pańskiej pomocy, jutro 

wieczorem w Starej Katarakcie. 

       Wydawało się, że Abd el

-Mosul nie jest zadowolony z tego zaproszenia. 

       -

 Miałem nadzieję, że będę mógł odpocząć w Delcie...

 

       -

 To nie potrwa długo 

-

 przyrzekł lord

 Percival -

 ale pańska obecność 

jest konieczna. 

       Stary Egipcjanin zrobił zwrot i jego feluka powoli odpłynęła.

 

       - Panie Glotoni! -

 zawołał Angus Dodson. 

-

 Właśnie pana szukałem.

 

       Francuski egiptolog, w bladozielonej bawełnianej koszuli i obcisłych 
spodniach, wkładał do taksówki swoje walizki.

 

        
       -

 Cieszę się, że pana widzę, nadinspektorze, ale bardzo się spieszę. S

a-

molot do Kairu nie będzie na mnie czekał.

 

       -

 Bardzo mi przykro, ale trzeba będzie trochę przesunąć pań

ski wyjazd. 

       -

 Co to ma znaczyć?

 

       -

 W związku z naszym śledztwem chcielibyśmy przeprowadzić coś w rodzaju 

rekonstrukcji wydarzeń, jutro wieczorem, w Starej Katarakcie. Mam nadzieję, że 
nie widzi pan przeszkód. Pańskie zeznanie mogłoby być dla

 nas bardzo cenne. 

       -

 Sądzę, że pan się myli... Wszystko już powiedziałem i nie wiem, w czym 

jeszcze mógłbym pomóc.

 

       -

 Często w głębi duszy chowamy skarby, o których nie mamy pojęcia.

 

       -

 A gdybym odmówił?

 

       -

 Bylibyśmy zmuszeni prosić komisarza Abdel

-

Atifa o użycie siły. Ale po 

co się posuwać do środków ostatecznych, jeśli nie ma pan sobie nic do zarzuc

e-

nia. 

       Villabert Glotoni z wściekłością wyjął walizki z taksówki.

 

        
 

ROZDZIAŁ XL

 

        
       - Jak tam Domenica Strauss? -

 spytał lord Percival komisarza Abdel

-Atifa. 

background image

 

 66 

       -

 Ta zbrodniarka ma stalowe nerwy! Spędza czas na czytaniu i sporządzaniu 

fiszek, jakby nigdy nic! Pracuje, czasem rozmawia z policjantami, którzy jej 

pilnują, i zdaje się nie przejmować ciążącym na niej oskarżeniem! Aż trudno w to 
uwierzyć... To prawda, że po kobietach można się spodziewać wszystkiego! Gdybym 
wam opowiedział na przykład o babce Abu...

 

       Dzwonek telefonu przerwał wywody komisarza.

 

       -

 Tak, to ja... Kto?... Proszę go zatrzymać, oczywiście! Już jedziemy.

 

       Omar Abdel-

Atif wyglądał jak drapieżnik.

 

       -

 Steven Faxmore został właśnie zatrzymany przez policyjny patrol między 

Asuanem i Abu Simbel. Nie ma pozwolenia na poruszanie się w tym rejonie, a jego 
wyjaśnienia są raczej mętne.

 

       Lord Percival był zadowolony, że znów ujrzał pustynię, która ciągnęła się 
od Pierwszej Katarakty w kierunku antycznej Nubii i współczesnego Sudanu. Po obu 
stronach drogi nagromadzenia kamieni i piachu tworzyły piramidy, niekt

óre ca

ł-

kiem wysokie. Poza tym powietrze było tu czyste i panowała szczególna, nie znana 
gdzie indziej cisza, miraże przejmowały dreszczem ziemię, która wyglądała jak 
zmącona fala i, niekiedy, ciągnęła karawana wielbłądów prowadzonych przez star

e-

go samca zn

ającego każdą przeszkodę na drodze.

 

       Pięciu policjantów otaczało mocno zdenerwowanego Faxmore'a.

 

        
       -

 Dobrze, że panów widzę! Po raz pierwszy robią mi takie kłopoty z powodu 

głupich spraw papierkowych!

 

       -

 Dokąd zamierzał pan jechać? 

-

 zapytał komisarz.

 

       -

 Chciałem zrobić mały wypad do Abu Simbel.

 

       -

 Ta świątynia nie wchodzi w zakres pańskiego programu badań 

-

 zauważył 

lord Percival. 
       -

 No to co? Nie mam już prawa zwiedzać jej jako turysta?

 

       - Tak czy inaczej -

 podsumował Omar Abdel

-Atif -

 przekroczył pan prawo i 

wróci pan z nami do Asuanu. 
       -

 Dobrze się składa, ponieważ chcemy zaprosić pana na rodzaj przyjęcia w 

Starej Katarakcie -

 uściślił Szkot.

 

       Dwaj policjanci o poważnym wyglądzie ze srogimi wąsami wepchnęli doktora 

Alana Qerry do biura komisarza Abdel-Atifa. 
       -

 Protestuję przeciwko takiemu traktowaniu, ta mnie poniża! 

-

 krzyknął 

Qerry kogucim głosem. 

- To skandal, ja... 

       -

 Dobra, dobra, doktorze! Mógłby pan uniknąć tych nieprzyjemności, gdyby 

nie usiłował pan opuścić Kairu na pokładzie samolotu lecącego do Rzymu, nie z

a-

łatwiwszy spraw administracyjnych.

 

       -

 Zawracają mi głowę bzdurami!

 

       -

 Co zamierzał pan robić w Rzymie?

 

       -

 Moje życie prywatne to nie wa

sza sprawa. 

       -

 Jak pan chce... Na razie Scotland Yard i ja będziemy pana potrzebowali 

tutaj, w Asuanie. 
       -

 Dlaczego mam skorzystać z tego... zaproszenia? 

-

 zapytał zdenerwowany 

Ahmed al-Fostat. 
       -

 Ponieważ to więcej niż zaproszenie 

- o

dpowiedział nadinspektor.

 

       -

 Miałem zamiar wyjechać na wakacje i nie zmienię planów! Zresztą nie 

muszę słuchać angielskiego policjanta.

 

       -

 Ma pan rację, ale spełniam tu tylko rolę wysłannika.

 

       -

 A... jeśli nie przyjdę do Starej Katarakty, to co się stanie?

 

       -

 W najlepszym wypadku zaaresztują pana pod zarzutem ucieczki, w najgo

r-

szym pod zarzutem morderstwa. 
       -

 Pan żartuje, nadinspektorze!

 

       -

 Przed rekonstrukcją zbrodni humor, nawet angielski, jest nie na mie

j-

scu. 
  

     Wrząca woda w czajniku nie syczałaby wścieklej niż Albertine Abletout na 

widok lorda Percivala. 
       -

 Jeśli dobrze pana rozumiem, wzywa mnie pan na konfrontację!

 

       -

 To zależy od punktu widzenia, droga pani.

 

       -

 To nadużycie władzy. Pożałuje pan tego, zobaczy pan!

 

background image

 

 67 

       -

 Niestety, będzie pani musiała opóźnić o kilka godzin swój powrót do 

Paryża.

 

       -

 Przez pana stracę koktajl i uroczystą dekorację! Czy zdaje pan sobie z 

tego sprawę?

 

       -

 Być może niedostatecznie, ale współczuję pani.

 

       -

 A jeśli wyjadę?

 

       -

 Bez pani nasze małe spotkanie w Starej Katarakcie nie miałoby żadnego 

smaku. 

       Ten argument podziałał na Francuzkę kojąco.

 

       -

 Zgadzam się przyznać panu tę łaskę, milordzie, ale to będzie już osta

t-

nia! 
       - Czy Abd el-

Mosul zmienił coś w swoich zwyczajach? 

-

 zapytał lord P

e-

cival komisarza Abdel-Atifa. 
        
       -

 Moi wywiadowcy niczego mi nie sygnalizowali. Jest zupełnie spokojny.

 

       - A zatem kolej na nas. 
       - Ale... Mamy win

ną! Przy okazji rekonstrukcji poruszymy wiele drażliwych 

kwestii i gdyby pan tak nie nastawał...

 

       -

 Być może będziemy mieli kilka niespodzianek, drogi przyjacielu.

 

       Za niecałe dwie godziny Szkot spróbuje zidentyfikować mordercę Howarda 

Langto

na i rozplatać nici intrygi, z której angielski egiptolog nie umiał się 

wymknąć.

 

       Lord Percival będzie również rozmyślał nad brzegiem Nilu o zaostrzeniu 
strategii, kontemplując jednocześnie jeden z tych zachodów słońca, które spr

a-

wiają, że człowiek rozumie, dlaczego warto żyć.

 

        
 

ROZDZIAŁ XLI

 

        
       Abd el-

Mosul, ubrany we wspaniałą jasnobłękitną dżellabę, stawił się w 

Starej Katarakcie o zachodzie słońca. W ciągu kilku minut nad Egiptem zapanowała 

noc. Na ulicach i uliczkach jeszcze dwie lub trzy godziny rozprawiano na progach 

domów, przekazując sobie zebrane tu i ówdzie plotki, popijając kawę lub herbatę.

 

       Egipcjanina powitał Angus Dodson:

 

       -

 Jest pan ostatni... Proszę za mną.

 

       Abd el-

Mosul myślał, że zostanie przyjęty na słynnym hotelowym tarasie, 

ale nadinspektor zaprowadził go na trzecie piętro, aż do apartamentu Agaty Chr

i-

stie. 
       -

 Proszę wejść 

-

 polecił z napięciem komisarz Abdel

-Atif. - Pozostali 

uczestnicy rekonstrukcji już są.

 

       Na lewo od d

rzwi siedział Ahmed al

-

Fostat ze skrzyżowanymi ramionami i 

nieprzeniknioną twarzą. Inspektor do spraw starożytności założył przyciasny sz

a-

ry garnitur i pomarańczowy krawat.

 

       Na prawo od drzwi -

 Nubijczyk Abu, którego lord Percival poprosił o i

n-

terwe

ncję, gdyby zidentyfikowany morderca usiłował zbiec.

 

       Po stronie łoża z baldachimem 

-

 doktor Alan Qerry w swoim smętnym czarnym 

garniturze, usiłował pozostać nie zauważony. Obok niego, oparty plecami o dre

w-

nianą ściankę oddzielającą sypialnię od sal

onu -

 Steven Faxmore w swojej dyżu

r-

nej czerwonej marynarce i ciemnych spodniach. 

       Na wygodnym fotelu, przed oknem salonu, siedziała Albertine Abletout w 
fioletowym kostiumie, spoglądając na wyraźnie zdenerwowanego Villaberta Glot

o-

niego, który przemi

erzał pokój w tę i z powrotem, mnąc bez ustanku jedwabny bi

a-

ły krawat.

 

        

       Domenica Strauss, zachwycająca w jasnej bluzce i zielonych spodniach 
zharmonizowanych z kolorem oczu, stała w progu gabinetu Agaty Christie, skąd 
wyszedł lord Percival.

 

       -

 Tu właśnie znaleziono zwłoki Howarda Langtona zasztyletowanego ciosem w 

plecy -

 powiedział. 

-

 Tak było, panie Abu?   

 

       Nubijczyk skinął twierdząco głową.

 

background image

 

 68 

       Abd el-

Mosul wszedł do salonu i usiadł na jasnożółtym krześle, między 

Ahmedem al-

Fostatem i Domeniką Strauss.

 

       -

 Zależało mi na tym, aby was tutaj zebrać 

-

 powiedział lord Percival 

poważnie 

-

 ponieważ z wyjątkiem Abu, którego niewinność została dowiedziona, 

wszyscy jesteście podejrzani.

 

       -

 Nie chcę tego dłużej słuchać! 

-

 krzyknął Villabert Glotoni. 

-

 Może pan 

sobie oskarżać kogo pan chce, ale nie mnie... To znaczy nie nas, którzy jesteśmy 
znanymi i poważanymi uczonymi!

 

       -

 Proszę się uspokoić 

-

 polecił Szkot. 

-

 Czyż francuskie przysłowie nie 

głosi, że złość jest złym doradcą?

 

       Wzburzony Glotoni obrócił się plecami do lorda Percivala i patrzył przez 

okno. 
       -

 Doszedłem do pierwszej konkluzji 

-

ciągnął lord Percival. 

- Howard Lang-

ton był szlachetnym człowiekiem i kochał swój zawód. Nie miał mentalności 

karie-

rowicza ani człowieka egzaltowanego, żądnego sensacji. Przyjechał do Egiptu po

d-

niecony jedną myślą: wypełnić misję, która została mu powierzona, niezależnie od 
trudności.

 

       Glotoni wzruszył ramionami.

 

       -

 Zaczynając w ten sposób, może się pan bardzo szybko pogubić! 

- zaprote-

stowała Albertine Abletout.

 

       -

 Może nie, droga pani. Jeśli staramy się zrozumieć motywy zbrodni, mus

i-

my najpierw odpowiedzieć na podstawowe pytanie: dlaczego kilku egiptologów, oraz 

Abd el-

Mosul, zebrało się na tarasie Starej Katarakty? Prawdę mówiąc, było to 

spotkanie wyjątkowe, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że hotel był zamknięty z 
powodu remontu, oraz tożsamość uczestników. Tego pytania każdy z was starannie 
unikał, aby uprawdopodobnić tezę o zwykłym, przypadko

wym spotkaniu towarzyskim. 

To właśnie pani opinia, prawda, panno Strauss? Wydawało się, że Niemka jest 

zdziwiona. 
       -

 Tak, tak właśnie sądziłam...

 

       -

 A więc Howard Langton nie powiadomił pani.

 

       -

 Nie powiadomił o czym?

 

       -

 Sądzę, że Howard Langton nie znosił ani kłamstwa, ani niekompetencji. Z 

młodzieńczą werwą i uskrzydlony świeżą nominacją zdecydował się “zrobić porzą-
dek", używając potocznego określenia, kiedy zauważył, że niektórzy kpią z jego 
misji i przynoszą szkodę egiptologii, chowając się za tytułami i nabytymi prz

y-

wilejami. Kiedy zakończył śledztwo, postanowił wezwać osoby, które uważał za 
niegodne, i zmusić je do zmiany postępowania.

 

       -

 Jeżeli dobrze pana rozumiem 

-

 analizowała Do

-menica Strauss - Howard 

chciał się zabawić w sędziego!

 

       - W pewien sposób. 
       -

 Z pewnością ma pan rację, milordzie. To cały on.

 

       -

 To śmieszne 

-

 stwierdził Villabert Glotoni.

 

       - Nie -

 zaprotestowała Niemka. 

-

 Takie postępowanie znakomicie odpowiad

a-

ło charakterowi 

Howarda. 

       -

 Przypadek nie odegrał więc żadnej roli w tym zebraniu 

-

 podsumował 

Szkot. -

 Howard Langton wyznaczył spotkanie wszystkim tym, którym chciał udzi

e-

lić upomnienia.

 

       -

 Niech pan przestanie opowiadać te bzdury! 

-

 ucięła Albertine Ablet

out. 

-

 Czy sądzi pan, że podporządkowałabym się wymaganiom tego małego, pozbawionego 

polotu erudyty? 
       -

 W tej sytuacji tak, droga pani, ponieważ Howard Langton zajmował ważne 

stanowisko i mógłby pani zaszkodzić. Podobnie jak inni, potraktowała pani 

jego 

pogróżki poważnie, a ciekawość zmusiła panią do szczegółowego zapoznania się z 

jego zamiarami. 

       Gdyby oczy francuskiej egiptolog były miotaczami ognia, arystokrata byłby 
już garstką popiołu.

 

       Chrapliwy głos Stevena Faxmore'a wypełnił apa

rtament Agaty Christie: 

       -

 Jeśli chcemy uciec od tej wydumanej hipotezy, wystarczy skupić się na 

faktach. Abu został uniewinniony, zgoda, ale nigdy nie wiadomo... Poza tym sł

y-

szałem, że egipska policja znalazła nowego winnego i ma konkretne zarzuty.

 

background image

 

 69 

       Omar Abdel-

Atif popatrzył na lorda Percivala, rzucając mu milczące wezw

a-

nie o pomoc. 
       - Tak jest, panie Faxmore -

 przyznał arystokrata. 

- Panna Strauss jest 

rzeczywiście podejrzana o popełnienie morderstwa.

 

        
 

ROZDZIAŁ XLII

 

        

       Wszystkie spojrzenia powędrowały na niemiecką egiptolog.

 

       -

 Miała pani czas na zastanowienie, panno Strauss. Czy zdecydowała się 

pani przyznać?

 

       - Moje sumienie jest absolutnie spokojne, lordzie Percival. 
       -

 Powiedz prawdę, d

ziecko -

 radziła Albertine Abletout. 

- To przyniesie 

pani ukojenie, a nam wszystkim zaoszczędzi czasu.

 

       -

 Nasza koleżanka ma rację 

-

 poparł ją Faxmore.

 

       -

 Na pewno istnieje jakieś wytłumaczenie pani czynu i wyrok będzie łago

d-

ny. 
       - Nie nalegajcie, drodzy przyjaciele! -

 odparowała ironicznie Domenica 

Strauss. - Wasza troska mnie wzrusza, ale moja decyzja pozostaje niezmienna. 
       -

 Tylko pogarsza pani swoją sytuację 

-

 wyszeptał Glotoni. 

- Jakie te ko-

biety potrafią być czasami uparte!

  

       Lord Percival kontynuował:

 

       -

 Nie oskarżyła pani Abu i nic nie wskazuje na jakikolwiek związek pani z 

Abdel el-

Mosulem. Jest pani natomiast uważana za kobietę z głową, zawziętą, nie 

pozbawioną gwałtownych uczuć. Ahmed al

-

Fostat sądzi, że jest pani osobą “zdolną 

do wszystkiego". 
       -

 Dlaczego nie, zwłaszcza jeśli chodzi o przeciwstawienie się złym jęz

y-

kom. 

       Inspektor do spraw starożytności patrzył na swoje stopy.

 

       -

 Nikt nie podważa pani kompetencji zawodowych 

-

 ciągnął Sz

kot. - Pani 

Abletout sądzi nawet, że pani najlepszym towarzystwem są słowniki i fiszki.

 

        
       -

 Być może moja szanowna koleżanka uważa, że praca techniczna jest zbę

d-

na. Ja nie podzielam tej opinii. Egiptologia rozwija się tak błyskawicznie, że 

n

ie starcza dnia i nocy, żeby się wszystkiego dowiedzieć. Odrobina lenistwa i 

zostajesz z tyłu.

 

       - Pfff! -

 wydała z siebie w odpowiedzi Francuzka.

 

       -

 Ach, o czymś zapomniałem: ktoś jeszcze przedstawiał panią w złym świ

e-

tle - to Villabert Gloto

ni. On również uważa, że jest pani zdolna do wszystkiego 

i że aby zidentyfikować sprawcę, należy skierować śledztwo w pani stronę.

 

       Śliczna Niemka uśmiechnęła się.

 

       -

 Czy pan Glotoni jest zdolny kochać kogoś oprócz siebie?

 

       - Zabraniam pani! -

 krzyknął Francuz.

 

       -

 Pan pozwala sobie oskarżać mnie o morderstwo, a ja nie mogę nazwać pana 

narcyzem! 

       Domenica Strauss wyraźnie się zdenerwowała. Glotoni wycofał się.

 

       -

 Przyznaje pani, że była kochanką Howarda Langtona?

 

       -

 Nie stwarzałam pozorów, milordzie; wszyscy wiedzieli, że byłam jego 

kochanką i że się kochamy. Związek ten nie przeszkadzał nam stawiać pracy na 
pierwszym miejscu i wywiązywać się terminowo z obowiązków.

 

       -

 Według pani Abletout Howard Langton uważał, że jest pani zbyt zaborcza 

i zdecydował się zerwać ten związek. Nie mogąc tego znieść, zabiła go pani z 

zemsty. 
       -

 Moja droga koleżanka nie wie, że Howard Langton był bardzo niezależnym 

człowiekiem, a ja pod tym względem w niczym mu nie ustępowałam. Gdybyśmy któr

e-

goś dnia zdecydowali się rozstać, nie byłaby to dla nas tragedia.

 

       - Jest jednak dowód -

 przypomniał nieśmiało komisarz Omar Abdel

-Atif. 

       -

 Nie zapomniałem o tym 

-

 zapewnił go Szkot. 

- Ale przedtem jeszcze jeden 

szczeg

ół: zajmuje się pani mumiami doktora Qerry?

 

background image

 

 70 

       -

 Poprosiłam go tylko o informacje 

-

 wyjaśniła niemiecka egiptolog 

- ale 

on nigdy mi nie odpowiedział. Czy pokażecie mi w końcu ten słynny dowód, który 
czyni ze mnie zbrodniarkę?

 

       Lord Percival uda

ł się do gabinetu Agaty Christie i wyszedł stamtąd z 

książką w ręku.

 

       -

 Oto on: niemieckie wydanie Śmierci na Nilu Agaty Christie.

 

       Domenica Strauss wydawała się zaskoczona.

 

       -

 Ale to nie jest moja książka! Poza tym nie czytuję kryminałów. To ocz

y-

wiste, że ktoś mi go podrzucił!

 

       Komisarz Abdel-

Atif spodziewał się, że lord Percival podąży tym tropem i 

zmusi podejrzaną do przyznania się. Ale reakcja Szkota była zupełnie inna.

 

       -

 Dokładnie do takiego wniosku doszedłem, panno 

Strauss. Jest on tym bar-

dziej słuszny, że sztuczka z książką była spóźniona i niezręczna. Jest jednak 
jeden punkt niejasny dotyczący pani.

 

       Niemka, przez moment rozluźniona, nagle znów zaniepokoiła się:

 

       - Jaki? 
       -

 Kołnierz koszuli Howarda Langtona został nasączony wonnościami. Czy 

pani doktorat nie dotyczył stożków wonności, które nosili na głowach goście z

a-

proszeni na przyjęcie w zaświatach, jak widać to na płaskorzeźbach licznych gr

o-

bowców tebańskich?

 

       - Tak, ale... 
       - 

Czy po zamordowaniu kochanka nie oddała mu pani ostatniej, bardzo egi

p-

tologicznej, przysługi, aby mógł spokojnie dotrzeć w zaświaty?

 

        
       -

 Ależ nie, milordzie! Byłby to całkowicie szalony pomysł... Przysięgam 

panu, że nie zabiłam Howarda Langt

ona! 

       Szkot odwrócił się od Niemki i podrapał w skroń.

 

       -

 Możliwe, że mordercą jest mężczyzna i że chce jeszcze zaatakować, p

o-

nieważ groził pani Abletout. Chyba że chodzi o spisek...

 

       Komisarz Abdel-

Atif pomyślał, że lord Percival zupełnie się pogubił. Już 

wyobrażał sobie gwałtowne protesty obecnych po wyjściu z tej nieudanej konfro

n-

tacji i nieuchronną utratę swego stanowiska.

 

       Lord Percival zwrócił się do Villaberta Glotoniego.

 

       -

 Czy to nie pan był tym mężczyzną ze strzelbą?

 

        
 

ROZDZIAŁ XLIII

 

        

       Zaskoczony pytaniem Szkota, Villabert Glotoni pociągnął swój biały j

e-

dwabny krawat, ryzykując, że się zadusi.

 

       -

 Dlaczego... dlaczego ośmiela się pan tak uważać, milordzie?

 

       -

 Wydaje się, że ni

kt pana nie lubi. 

       -

 I co z tego? Nie muszę już udowadniać moich kompetencji, są dobrze zn

a-

ne! W tym kraju i w mojej dziedzinie jestem niezbędny i z tego powodu niektórzy 
czują do mnie nienawiść!

 

       -

 Jest pan jednak szydercą, na przykład w stosunku do Abu. Wyrażał się 

pan za to pochlebnie o inspektorze al-

Fostacie, o którym przecież trudno powi

e-

dzieć, że jest “uroczym człowiekiem".

 

       - Kwestia gustu, milordzie. Ocena jest subiektywna, moja taka sama dobra 

jak pańska.

 

       -

 Zgodzi się pan jednak, że przedstawienie mi Abd el

-Mosula jako “sympa-

tycznego staruszka" ma się nijak do rzeczywistości. Pan dobrze zna kraj i dzi

a-

łalność tego pana... Dlaczego pan kłamał?

 

       - Abd el-

Mosul jest dziś osobą szanowaną i ja...

 

       - Jak pan naz

wie to, co pan robił na stanowisku w Tali al

-

Amarinie, jeśli 

nie był to dość osobliwy handel? Miał pan możliwość zbliżyć się do środowiska 
drobnych złodziejaszków antyków i usiłował pan kupić kilka przedmiotów, które 
przeszłyby koła nosa muzeom, czy tak?

 

       -

 To oskarżenie jest zupełnie bezpodstawne i wniosę skargę o zniesławi

e-

nie! 

background image

 

 71 

       -

 Pan pochlebiał doktorowi Qerry 

-

 przypomniał lord Percival 

- ale on nie 

omieszkał wskazać pana jako mordercę Howarda Langtona.

 

        
       Villabert Glotoni n

ajpierw przez chwilę milczał z oburzenia, później rz

u-

cił się na Alana Qerry.

 

       -

 Coś ty się ośmielił mówić, łajdaku? Dopiero silna pięść Abu uniemożl

i-

wiła Francuzowi uduszenie specjalisty od mumii, który z trudem odzyskał oddech.

 

       - Nic... nic

 nie mówiłem 

-

 wyjęczał doktor Qerry.

 

       -

 Jeśli jest pan winny, to pański problem, nie mój! Statystyki dowodzą, 

że znacznie więcej zbrodniarzy jest wśród Francuzów niż wśród innych nacji. 

 

       Villabert Glotoni odparł z pogardą:

 

       - Gadanin

a farbowanego naukowca, nic więcej! Nie zajdzie pan z tym dal

e-

ko. 
       -

 Mógłby pan jednak zostać skazany za próbę szantażu na osobie Domeniki 

Strauss -

 sprecyzował lord Percival.

 

       Tym razem Glotoni nie zaprotestował.

 

       -

 Jest pan łajdakiem

 -

 rzuciła Niemka, a jej spojrzenie wyrażało najwyż-

szą pogardę.

 

       - Nie ma pani nic do roboty w Egipcie! -

 wrzasnął Francuz. 

- Im szybciej 

pani stąd wyjedzie, tym lepiej. W gruncie rzeczy próbowałem oddać pani przysł

u-

gę.

 

       - Pan wyjedzie pierwszy -

 rzuciła proroczo Niemka 

-

 ponieważ pan kocha 

siebie, a nie Egipt. 

       Szkot zrobił kilka kroków i zatrzymał się przed Albertine Abletout.

 

       -

 Czy mogę pani wyznać, że podejrzewałem panią?

 

       -

 Nie wiedziałam, że człowiek pańskiego pokroju miewa takie chwile słab

o-

ści!

 

       Lord Percival spojrzał do notatek.

 

       -

 Ta hipoteza nie była tak całkowicie bezpodstawna. Czy z powodu szcz

e-

gólnego charakteru nie złamała pani wielu karier?

 

       -

 Moi oszczercy już nie wiedzą, co mają wymyślić na mój temat! Mam to w 

nosie, ponieważ zwykle idę naprzód i odsuwam od siebie niezdolnych i bezużytec

z-

nych. 
       -

 Boją się pani z powodu pani wybuchowego temperamentu i teatralnych z

a-

chowań. Ktoś powiedział, że im dalej od pani, tym lepiej się czuj

e. 

       Francuska egiptolog nie wydawała się bynajmniej zażenowana.

 

       -

 Czy to podstawa pańskiego oskarżenia, milordzie?

 

       - Abd el-

Mosul nie lubi pani, a pani twierdzi, że go nie odwiedza.

 

       - A pan mi nie wierzy? 
       - Tak, prosz

ę pani.

 

       Francuzka wydawała się przez chwilę zbita z tropu.

 

       - No ale... Co mi pan zarzuca? 
       -

 Według Domeniki Strauss, Howard Langton uważał, że pani działalność w 

terenie nie odpowiadała pani reputacji, którą pani starannie sama podtrzymywała.

 

       -

 Kłamstwa godne pogardy!

 

       -

 Langton był człowiekiem drobiazgowym i zauważył, że wykopaliska, za 

które była pani odpowiedzialna, nie są prowadzone w sposób zadowalający. Miał 
również zamiar żądać, w sposób jak najbardziej dyskretn

y, pani przeniesienia. 

Nie chciał pani szkodzić osobiście, ale pragnął, by w pani sektorze badania były 

prowadzone kompetentnie. 
       - To niedorzeczne! 
       -

 Dla pani zaś największa zniewaga.

 

       -

 Jak mogłabym czuć się dotknięta równie śmieszn

ymi wypowiedziami? Moja 

reputacja mówi sama za siebie! 

       Lord Percival naciskał:

 

       -

 Myślę, że doszło do prawdziwego starcia między Howardem Langtonem i 

panią i że pani zażądała, by opuścił Egipt. “Gdyby mnie posłuchał, jeszcze by 
żył", powiedziała mi pani. I to wyznanie panią uniewinnia.

 

        
       -

 Chciałam, żeby jak najszybciej wyjechał, to prawda, ponieważ bałam się 

katastrofy. Nie myślałam o morderstwie.

 

background image

 

 72 

       -

 Ja zaś 

-

 wyznał lord Percival, idąc w kierunku Stevena Faxmore'a 

- nie 

sądziłem, że jedynym celem uczonych może być wykorzystywanie swojej wiedzy w 
celu zdobycia pieniędzy.

 

        
 

      ROZDZIAŁ XLIV

 

        

       Steven Faxmore, o kanciastej twarzy pooranej głębokimi zmarszczkami, z 
gęstymi bokobrodami zakrywającymi

 policzki, szpiczastym podbródkiem, chrapliwym 

głosem, pociągnął poły swojej czerwonej marynarki, jakby chciał ochronić swoją 
godność.

 

       -

 Czy to pan był tym człowiekiem ze strzelbą? 

-

 zapytał lord Percival.

 

       -

 Nienawidzę broni palnej.

 

       -

 A co z bronią białą?

 

       - Podobnie. 
       -

 Jeśli dobrze rozumiem, jest pan pacyfistą i człowiekiem bezceremonia

l-

nym? 
       -

 Dokładnie.

 

       -

 Bezceremonialnym... To z pewnością wiele znaczy, panie Faxmore. Zaszl

i-

śmy już tak daleko, czy nie powinien się pan teraz przyznać?

 

       -

 Pańska metoda prowadzi donikąd. Dobrze pan wie, że jestem niewinny, nie 

ma sensu mnie prowokować.

 

       -

 Niewinny... Jest pan tego taki pewien? W oczach arystokraty czaiła się 

ironia. 
       - Niech mi pan ud

owodni, że nie.

 

       -

 Według doktora Qerry wie pan wszystko o wszystkich. Dlaczego nie poda 

mi pan nazwiska mordercy Howarda Langtona? 
       -

 Ponieważ go nie znam. Qerry przypisuje mi cechy, których nie posiadam.

 

       - Jest pan Szkotem, Langton 

był Anglikiem. Jest co najmniej jeden świadek 

pańskiej kłótni z ofiarą.

 

       -

 To jasne, Szkocja i Anglia nigdy nie zawrą pokoju, a jedynym rozwiąz

a-

niem jest przyznanie Szkocji niepodległości. Ale od tego do zamordowania kolegi 

daleka droga... 
       -

 Pan sam jednak przyznał, że Langton był niebezpiecznym rywalem i stan

o-

wił zagrożenie dla pańskiego spokoju i stanowiska.

 

       Steven Faxmore uczynił wymijający gest.

 

       -

 Takie jest życie... Kiedy młody specjalista osiąga zaszczytną funkcję, 

stara

 się wszystkich zniszczyć, żeby łatwiej narzucić swoją władzę. Tak jest 

zawsze i zawsze się to odbywa w taki sam sposób. Nie ma sensu robić z tego cer

e-

gieli... Langton by się opamiętał i w końcu doszlibyśmy do porozumienia.

 

       -

 Trudno mi uwierzyć, że nie znał pan planów Howarda Langtona.

 

       -

 Ale to prawda, milordzie. Nie miał zresztą żadnego powodu, by mnie wt

a-

jemniczać. Nielogiczne byłoby przypuszczać, że było inaczej.

 

       -

 Logiczne jest stwierdzenie, że miał pan motyw, by się pozbyć Langt

ona. 

Oprócz tego, według Villaberta Glotoniego, uważa się pan za pożeracza dusz i 
kata, który chętnie posługuje się nożem.

 

       Skrzeczący śmiech zatrząsł wielkim cielskiem Faxmore'a.

 

       -

 Dzielny Glotoni przypomniał bal maskowy, na którym rzeczywiście pojaw

i-

łem się w takim przebraniu... Proszę być spokojnym, nikogo nie zabiłem.

 

       - O czym pan marzy? 

       Pytanie lorda Percivala zaskoczyło Faxmore'a.

 

       -

 O czym marzę? Dlaczego to pana interesuje?

 

       -

 Być może pozwoliłoby to wyjaśnić morderstwo.

 

       -

 Byłbym zaskoczony...

 

       -

 Niech pan nie będzie taki tajemniczy, panie Faxmore. Pani Abletout 

przesadzała, jak zwykle zresztą, utrzymując, że chciał pan objąć władzą cały 
Egipt, ale miała rację, przypuszczając, że ma pan “pla

n komercyjny", co potwier-

dził Abd el

-

Mosul, zaznaczając, że pana prawdziwym celem nie jest rozwój nauki.

 

       -

 Pogłoski są często nieprawdziwe, milordzie, a ci, na których się pan 

powołuje, nie lubią mnie. Mają więc interes w tym, żeby mi szkodzić.

 

background image

 

 73 

       -

 Nadinspektor Dodson i ja widzieliśmy pana w mauzoleum Aghi Khana. Nie 

wierzymy w to, żeby należał pan do jego wyznawców i że modli się pan za spokój 
jego duszy. Ten multimiliarder jest natomiast wymarzonym ucieleśnieniem wszys

t-

kich pańskich planów. Pamięta pan, panie Faxmore... podczas urodzin Aghi Khana 
jego ciężar w diamentach na szali... Myśli pan, że umiejętność robienia inter

e-

sów pozwoli je panu zagarnąć.

 

       -

 Pan się myli, milordzie! Jestem tylko zwykłym egiptologiem.

 

       - Jak doktor 

Qerry, pański przyjaciel i wspólnik? Specjalista od mumii 

zaprotestował:

 

       -

 To nie tak! Jestem samotnikiem, nie mam żadnego przyjaciela.

 

       Lord Percival odwrócił się do Alana Qerry.

 

       -

 Steven Faxmore, aby odwrócić moje podejrzenia, określił pana jako pon

u-

rego osobnika prowadzącego działalność mętną, wręcz godną potępienia. Każdy zd

a-

wał sobie sprawę, że niczego pan nie odkrył, a pańskie wyniki badań nie znajdują 
potwierdzenia... krótko mówiąc, zajmuje się pan czymś innym, nie mającym zwią

zku 

z nauką. Langton dowiedział się, co to jest i stwierdził, że nie ma to związku z 
pańską oficjalną funkcją.

 

       -

 Moją specjalnością są mumie, i nic innego!

 

       -

 Zapomina pan o kłamstwie, panie Qerry: czyż nie zapewniał nas pan, że 

nigdy nie sp

otkał się z Howardem Langtonem? To poważny błąd... Langton z pewn

o-

ścią skontaktował się ze wszystkimi, co do których miał podejrzenia, zanim w

e-

zwał ich do Starej Katarakty. Czując na szyi zaciskającą się pętlę, wymyślił pan 
tezę o spisku. Ale marzyło się panu to samo co pańskiemu przyjacielowi F

a-

xmore'owi: obaj chcieliście się wzbogacić. Od lat sprzedaje pan kawałki mumii 

Abd el-

Mosulowi, który wierzy w ich właściwości pobudzające popęd płciowy, a ten 

drobny handel przynosił panu skromne korzyści.

 

       -

 Kto panu naopowiadał tych głupstw?

 

       -

 Naoczny świadek, którego zeznanie wystarczy, żeby odesłać pana do wię-

zienia. Doktor Qerry poczerwieniał.

 

       -

 Nie mówi pan poważnie!

 

       -

 Nawet pański klient pana oskarżył. Ale to nie wszystko: pan, p

odobnie 

jak Faxmore, nie doceniliście determinacji Howarda Langtona i nie sądziliście, 
że jest zdolny odkryć prawdę. Miał u siebie małą amforę zawierającą poślednie 
piwo, ale które uchodziło za oryginalne. Wiązaliście z tym wszystkie wasze n

a-

dzieje, doktorze Qerry i panie Faxmore. 

       Qerry i Faxmore spoglądali na siebie zbici z tropu. Przerażony Qerry mi

l-

cząco błagał Faxmore'a o pomoc.

 

        
 

      ROZDZIAŁ XLV

 

        
       - Zgoda -

 przyznał Steven Faxmore. 

-

 Ma pan rację. Jeśli się dobrze z

a-

stanowić, Oerry i ja nie popełniliśmy żadnego przestępstwa. Nie zaprzeczam, że 
chcieliśmy zarobić, ale co w tym złego?

 

       -

 W oczach Howarda Langtona to było karygodne 

-

 zaoponował lord Percival.

 

       -

 Bo on był purystą! To ja dałem mu próbkę, którą pan u niego znalazł, 

żeby zobaczył, że produkt nie jest jeszcze gotowy.

 

       -

 A jednak wezwał pana do Starej Katarakty.

 

       -

 By dać mi ostateczną odpowiedź.

 

       -

 A gdyby zażądał, żeby opuścił pan stanowisko i wrócił do Wielkiej Br

y-

tanii? 

       Steven Faxmore wydawał się przygnębiony.

 

       -

 Musiałbym się podporządkować, Qerry także. Ani on, ani ja nie jesteśmy 

mordercami. 

        Lord Percival uśmiechnął się.

 

       -

 Dziękuję za anonimowy list, panie Faxmore.

 

       - Jak pan na to

 wpadł?

 

       -

 Nie lubi pan ani tytułów, ani arystokratów, więc mimo że pan wiedział, 

kim jestem, zaczął pan list od zwykłego “szanowny panie". Poza tym jedynie pan, 
jako Szkot, mógł być autorem liściku do rodaka. Dzięki panu dowiedziałem się, że 

mój pr

zyjaciel Langton został zamordowany.

 

background image

 

 74 

       -

 Spełniłem tylko swój obowiązek 

-

 powiedział Faxmore z godnością. 

Langton mówił mi o panu w samych superlatywach, więc wiedziałem, że mogę liczyć 
na pańską interwencję.

 

       Lord Percival zwrócił się w stronę Abd el

-

Mosula, który nie zdjął swej 

skórzanej czapeczki zdobionej złotą lamówką.

 

        
       -

 Spotkał się pan z Howardem Langtonem i prosił go pan, aby się z panem 

pogodził. Ale on był nieprzejednany.

 

       -

 Niewybaczalny błąd młodości, milord

zie. 

       -

 Niektórzy mówili o panu jako o spokojnym staruszku, który porzucił sw

o-

ją przestępczą działalność. To niestety nie jest prawda.

 

       -

 Mówi pan o handelku częściami mumii z doktorem Oerry? Zwykła zabawa, 

milordzie. Zresztą nie kupowałem to

waru proponowanego mi przez tego doktorka... 

Potwierdzi to wielu świadków godnych zaufania.

 

       -

 Mówiłem o poważnym przestępstwie 

-

 sprecyzował Szkot. 

- Chodzi o ogra-

bianie niesplądrowanych grobów.

 

       - Romantyczne marzenie... 
       -

 Nie w pańskim przypadku. Howard Langton wezwał pana do Starej Katara

k-

ty, ponieważ wiedział, że wyruszył pan na polowanie i podąża interesującym tr

o-

pem. Takie jest znaczenie odręcznej notatki, którą znaleźliśmy u ofiary: “P

o-

wstrzymać Abd el

-Mosula". 

       - Langto

n się mylił, inspektorze.

 

       -

 Oddalił się pan od swoich baz, żeby eksplorować pustynie w pobliżu Tall 

al-

Amariny, ponieważ dowiedział się pan, że w tym rejonie odkryto legendarny 

grób. Pański instynkt kazał panu przedsięwziąć nadzwyczajne poszukiwania, czyż 

nie? 
       - Marzenie, milordzie, tylko marzenie... 
       -

 Oczywiście jest pan chodzącą ostrożnością i nie pokazuje się pan nigdy 

w pierwszym szeregu. Dlatego potrzebował pan dobrze ustawionego wspólnika, na

j-

lepiej inspektora do spraw starożytności. Pana, panie Ahmedzie al

-Fostat. 

       Wąskie oczy Egipcjanina rozszerzyły się.

 

       -

 Robi pan błąd, milordzie! Jestem uczciwym człowiekiem i pomogłem panu, 

proszę sobie przypomnieć!

 

       -

 Pańskie dossier nie jest nadzwyczajne, panie al

-Fostat. Do swego stano-

wiska doszedł pan pokrętną ścieżką, a przede wszystkim oszukał mnie pan.

 

       -

 Ja? Nigdy bym się nie ośmielił!

 

       -

 Z jednej strony, starał się pan mnie przekonać, że nie jest pan wspó

l-

nikiem Abd el-

Mosula: z drugiej zaś, twierdził pan, że nigdy nie zetknął się z 

Howardem Langtonem. Według Domeniki Strauss, Langton odkrył pańską niekompete

n-

cję i układy i chciał oznajmić panu, że postanowił prosić pańskich przełożonych, 
aby usunęli pana z zajmowanego stanowiska.

 

       - Niech pa

n nie słucha tej kobiety, milordzie.

 

       -

 Steven Faxmore potwierdził słowa panny Strauss, a nawet brał udział w 

scenie, podczas której Langton pana zdemaskował. Ponieważ chciał zrujnować pań-
ską karierę, nie miał pan innego wyjścia, jak tylko go usunąć

       -

 Nigdy nie podjąłbym takiego ryzyka!

 

       -

 Na tym pańska rola się nie skończyła 

-

 ciągnął Szkot. 

- W Tali al-

Amarinie pan nas śledził, zgodnie z instrukcjami pańskiego prawdziwego szefa, 

Abd el-

Mosula, żeby się dowiedzieć, czy znaleźliśmy gr

ób, na którym tak wam za-

leżało. Próbował pan nawet odciągnąć nas od tego miejsca.

 

       -

 Pan mnie prześladuje... Gdybym był Anglikiem, nie traktowałby mnie pan 

w ten sposób! 
       -

 W grobie, gdzie wciągnął mnie pan w pułapkę, znalazłem dowód, że jest

 

pan złodziejem.

 

       Ahmed al-

Fostat zbladł, słysząc to oskarżenie.

 

       -

 To niemożliwe...

 

       Lord Percival wyjął z kieszeni niewielki przedmiot w kształcie żaby.

 

       -

 Oto amulet, który pan skradł w muzeum w Asuanie. Zgubił pan go, przyg

o-

towując pułapkę.

 

        

background image

 

 75 

       -

 To nieprawda! Sprzedałem amulet Abd el

-

Mosulowi i to on go zostawił w 

grobowcu, żeby mnie oskarżono!

 

       Podczas gdy al-

Fostat dał się ponieść emocjom, Abd el

-

Mosul zachowywał 

spokój. 
       -

 Pański szef wiedział, że pan go zdradzał 

-

 dodał lord Percival 

- i za-

czął się wycofywać. Egipski wymiar sprawiedliwości zajmie się wami obydwoma, ale 
jest coś poważniejszego: chodzi o narzędzie zbrodni.

 

       Ahmed al-

Fostat cofnął się, jakby usiłując wtopić w ścianę.

 

       - Nic nie wiem. 
       -

 Potwierdził pan, że antyczny sztylet, którym zamordowano Howarda Lan

g-

tona, jest fałszywy. Dlaczego, panie al

-Fostat? 

       -

 Już nie pamiętam.

 

       -

 Proszę sobie przypomnieć.

 

       Egipcjaninowi puściły nerwy. Strasznie się zdenerwował i zaczął na prz

e-

mian kląć i pomstować.

 

       - Wystarczy -

 przerwał komisarz Abd el

-Atif. -

 Albo się zamkniesz, albo 

zrobi to za ciebie Abu!  

       Groźba podziałała.

 

       -

 Ten sztylet, jak najbardziej autentyczny, pochodził z grobu,

 którego 

pan poszukiwał, panie al

-Fostat -

 podjął lord Percival. 

-

 To jasne, że starał 

się pan odciągnąć mnie stamtąd, ponieważ pańskim jedynym celem była grabież. 
Morderstwo Langtona nie zostało przewidziane w pańskim planie, a wręcz go rozb

i-

ło.

 

       -

 A więc przypuszcza pan, że ani ja, ani Abd el

-

Mosul nie zabiliśmy Lan

g-

tona? 
       -

 W rzeczy samej, ponieważ morderca zapłacił wam, żebyście kłamali w 

sprawie narzędzia zbrodni. Obiecał wam również zgrabną sumkę po umorzeniu spr

a-

wy. 

       Po tych słowach zapanowała długa cisza. Angus Dodson wstrzymał nawet o

d-

dech. 

       Lord Percival podszedł do okna i patrzył na Nil. 

-

 Co pani myśli o mojej 

teorii, pani Abletout? 
        
        
 
        

      ROZDZIAŁ XLVI

 

        
       Francuska egiptolog 

zareagowała gwałtownie:

 

       - Dlaczego pan mnie o to pyta, milordzie? 
       -

 Ponieważ stwierdziła pani, że można mieć całkowite zaufanie do ekspe

r-

tyzy Ahmeda al-

Fostata. Miała pani nadzieję, że niczego nie zauważę i potraktuję 

ten stary sztylet jak 

ordynarną podróbkę. Pani największym błędem jest lekcew

a-

żenie innych i przekonanie o własnej wyższości. Moja wiedza egiptologiczna jest 
ograniczona, wystarcza jednak, bym rozpoznał broń bardzo podobną do słynnego 
sztyletu Tutanchamona, z istotną różnicą: inskrypcją hieroglificzną ITN u po

d-

stawy ostrza, czyli z imieniem boga Atona, którego wielbił Echnaton, heretycki 

faraon. 
       -

 Każdy to wie! 

-

 powiedziała drwiąco Albertine Ableout.

 

       -

 Skąd mogło pochodzić to małe dzieło sztuki? Z grobu z tej sa

mej epoki 

lub z grobu samego Tutanchamona, o którym wielu sądzi, że pozostał nie odkryty, 
lub też z grobu któregoś z jego dostojników. Czy przedmiotem pani doktoratu, 
zresztą nie dokończonego, nie były groby Mehu i Merire?

 

       Francuzka wczepiła się w podłokietniki.

 

       - Tak, ale... 
       -

 Mehu był szefem policji Echnatona w jego stolicy Tali al

-Amarinie, a 

Meri-

re to wielki kapłan słonecznej tarczy, Atona. A zatem zgodnie z zeznaniami 

Domeniki Strauss, Howard Langton był o krok od odkrycia słynnego grobowca, wł

a-

śnie w Tell al

-

Amarinie, jak wskazywały poszukiwania Abd el

-Mosula i Ahmeda al-

Fostata. Jestem nawet pewien, że go odkrył, ponieważ pokazał pani ten sztylet, 
który stamtąd pochodził. Cóż za zniewaga! Pani, specjalistka w tej dziedzinie, 

background image

 

 76 

u

przedzona, a nawet przyćmiona przez młodego i błyskotliwego egiptologa! Langton 

nie dość, że chciał panią zwolnić, to jeszcze pokonał panią na jej własnym ter

e-

nie... A to już było za wiele. Pani “zabiła" już wielu obiecujących naukowców, 
łamiąc ich kariery, ale tym razem poszła pani o wiele dalej, niszcząc ludzkie 
życie.

 

       Komisarz Abdel-

Atif osłupiał. Jak francuska egiptolog mogła się posunąć 

aż do morderstwa?

 

       Albertine Abletout mimo rozdrażnienia zdołała zachować pozory spokoju.

 

       - Je

śli to, co pan mówi, jest prawdą, niech pan to udowodni, milordzie.

 

       -

 Zgubiła panią Agata Christie. Howard Langton wezwał panią, podobnie jak 

pozostałych, do Starej Katarakty, ale to pani zaproponowała mu spotkanie w apa

r-

tamencie pisarki z mocnym p

ostanowieniem wyduszenia z niego całej prawdy na t

e-

mat jego poszukiwań archeologicznych. Czy zaplanowała pani morderstwo? Prawdop

o-

dobnie tak, ale Langton dostarczył pani wymarzoną okazję, pokazując sztylet i 
dając pewność, że popełnia pani morderstwo doskonałe, które przypisano by prof

e-

sjonalnemu złodziejowi, Abd el

-

Mosulowi. Dwa szczegóły zdradzają pani uwielbi

e-

nie dla Agaty Christie: podobnie jak ona, ubiera się pani na fioletowo, a pani 
ulubionym deserem jest tarta jabłkowa ze śmietaną, nawet w Egipcie. Ale popełn

i-

ła pani dwa błędy. Po pierwsze: podrzuciła pani Domenice Strauss powieść Agaty 
Christie i wskazała nam pani trop w postaci wiadomości pisanej po angielsku, 
obciążającej pani niemiecką koleżankę. Tylko że panna Strauss nie czyta powieści 

tego typ

u, a pani o tym nie wiedziała. Drugi błąd: wymyślenie mężczyzny uzbroj

o-

nego w strzelbę,

 

który miał na panią napaść w nocy. De facto, chodziło o zjawę, która straszyła 
Agatę Christie, grożąc jej w snach. W gruncie rzeczy padła pani, jak pani lit

e-

racki mode

l, ofiarą przekleństwa Echnatona. Agata Christie tak bardzo się nim 

interesowała, że poświęciła mu sztukę teatralną, która zrobiła klapę; ten faraon 
pani również nie przyniósł szczęścia.

 

       -

 Pan się myli... Nie zamordowałam Howarda Langtona!

 

       -

 Rzeczywiście, nie pani trzymała sztylet. Ponieważ zadbała pani o to, 

żeby był z panią Villabert Glotoni, który tak nienawidził Langtona, jak uwie

l-

biał panią. To na pani rozkaz Glotoni śledził nas w Tall

-al-

Amarinie, żeby zob

a-

czyć, czy znajdziemy ten grób

       Lord Percival utkwił wzrok w oczach wyraźnie przerażonego Villaberta Gl

o-

toniego. 
       -

 Howard Langton wiedział, kim pan jest i trzymał się od pana z daleka. 

To pan jest autorem pracy o uchebti, magicznych figurkach pracujących zamiast 
zmarłego w zaświatach, o czym jest mowa w rozdziale szóstym Księgi zmarłych. 
Howard Langton dokładnie przestudiował ten tekst, aby wykazać pańską niekomp

e-

tencję i dorzucił wykrzyknik: “Uwaga!". Niestety, nie był dość czujny... Ale czy 
mógł przypuszczać, że ugodzi go pan w plecy starożytnym sztyletem, który przed 
chwilą powierzył pani Abletout, aby stwierdziła jego autentyczność.

 

       Wielka kwadratowa głowa Villaberta Glotoniego nie przestawała się kiwać.

 

       -

 Pan... pan nie ma prawa mnie oskarżać!

 

       - Po naszym pierwszym spotkaniu -

 ciągnął lord Percival 

-

 wystraszył się 

pan, więc postanowił pan mnie poważnie ostrzec, posyłając strzałę, która miała 
mnie zranić i przekonać, że zostałem otruty. Doktor Qerry zdradził mi, że zbiera 
pan afrykańskie sztylety i strzały, a pan okazał tupet 

-

 lub głupotę 

- by poka-

zać mi to na targu w Asuanie. Z wrodzoną próżnością sądził pan, że się przestr

a-

szę i porzucę śledztwo.

 

       Glotoni był blady.

 

       Wzrok Percivala ciął jak brzytwa.

 

       -

 Posłuszny swojej szefowej, po zamordowaniu Langtona, pan, miłośnik w

y-

robów egzotycznych, które kupuje pan na targu, nasączył pan perfumami kołnierz 
koszuli pańskiej ofiary, aby obciążyć Domenikę Strauss, specjalistkę od egi

p-

skich wonności. Brudna sztuczka, która pana zdradziła, ponieważ znaleźliśmy śl

a-

dy pańskich perfum różanych na kołnierzu koszuli.

 

       Nozdrza Francuza rozszerzyły się i wymierzył palec wskazujący w Albertine 

Abletout. 
       -

 To ona wszystko zorganizowała, ona kazała mi zabić Langtona, ona...

 

background image

 

 77 

      

 Egiptolog w fioletowym kostiumie spoliczkowała Glotoniego i z zaskakującą 

żwawością usiłowała uciec.

 

       Ale odbiła się od nubijskiego giganta Abu, monumentalnego jak starożytny 

egipski kolos. 
        
        
 
EPILOG 
        
       Lord Percival

 spędził cudowny dzień. Domenica Strauss pokazała mu wszys

t-

kie asuańskie grobowce znajdujące się na zachodnim brzegu, tłumacząc teksty hi

e-

roglifów, przypominających niezwykłe losy odkrywców Dalekiego Południa, których 
duch żył w tych miejscach wiecznego spoczynku. Angus Dodson, zmęczony upałem, z 
coraz większym trudem nadążał za arystokratą.

 

       Kiedy promienie zachodzącego słońca zmusiły egiptolog do przerwania, n

a-

dinspektor przysiadł na murku, marząc o wilgotnym bruku brytyjskiej stolicy i o 

kwarcie mocnego piwa w tradycyjnym pubie. 
       -

 Jak pani dziękować? 

-

 zapytał Szkot. 

-

 Z takim talentem ożywiła pani 

ten cudowny świat!

 

       -

 A pan, milordzie, rozwiązał tyle zagadek.. Czy nie odkryłby pan grobu, 

który spowodował tyle nieszczęść?

 

       - 

Dokona tego tylko doświadczony archeolog. Poza tym nie trzeba wszys

t-

kiego odkrywać... Czy mumie nie zasługują na to, żeby spoczywać w pokoju?

 

       -

 To niezbyt naukowe podejście!

 

       -

 Pozwoli pani, że będę jej życzył długiego pobytu w Egipcie i przeżycia 

tu samych szczęśliwych chwil. 

 

       Wzruszona Domenika Strauss uśmiechnęła się.

 

       -

 Egipt to tajemniczy kraj, milordzie, ale w końcu dowiadujemy się 

wszystkiego. Dlatego dowiedziałam się, że ofiarował pan sporą sumę pieniędzy 
Abu, by mógł wspomóc w trudnościach swoich nubijskich braci. On jest zbyt dumny, 
żeby panu podziękować. Za to ja...

 

       -

 Po co bogactwo, jeśli nie dawałoby odrobiny szczęścia?

 

       -

 Ponieważ jutro będzie pan już w Szkocji, pozwolę panu cieszyć się 

ostatnim zach

odem słońca nad Nilem.

 

       W feluce, która wiozła lorda Percivala i Angusa Dodsona do Starej Kat

a-

rakty, nadinspektor odważył się zadać dwa pytania, które paliły mu usta.

 

       -

 Te ślady perfum Glotoniego na kołnierzu koszuli ofiary... Czy powi

e-

dział panu o tym medyk sądowy, czy też komisarz Abdel

-Atif? 

       -

 Ani jeden, ani drugi, drogi Dodsonie, ale czy to nie było oczywiste? 

Gdyby miał pan do dyspozycji laboratorium Scotland Yardu, dostarczono by panu 
ten dowód natychmiast. Miałem więc wrażenie, że korzystam z pańskiej gwarancji 

moralnej. 

       Jak obawiał się Angus Dodson, Szkot nie przejął się ścisłą procedurą.

 

       W Londynie nadinspektor wystąpiłby, przynajmniej dla formy, z gwałtownym 
protestem, ale tutaj... I jeszcze jedno prześladując

e go pytanie: 

       -

 Proszę mi powiedzieć, milordzie... Jaki jest pański sekretny sposób na 

upał? Nawet kiedy wspinaliśmy się po stromych zboczach, na pańskim czole nie 
było ani kropelki potu!

 

       - Tajemnica tkwi w kapeluszu -

 wyznał Szkot. 

- Zawdz

ięczam ten wynalazek 

jednemu z moich przodków, który badał Afrykę, a nie znosił upałów.

 

       Z przodu kapelusza z szerokim rondem był zainstalowany miniaturowy, be

z-

szelestny wiatraczek, który bezustannie chłodził czoło szczęśliwego właściciela.

 

       

Słońce gasło za górą na zachodzie, aby przygotować swoje zmartwychwst

a-

nie, a nad Asuanem zapadała spokojna noc. Bogini nieba już nie zwlekała z prz

e-

mianą duszy Howarda Langtona w światło.