background image

 Cliff McNish 

 

Tajemnica zaklęcia 

(The Doomspell) 

 

Przekład Maciejka Mazan 

 

background image

Oczywiście dla Rachel  

 

background image

Wiedźma 

 
Wiedźma zeszła  po  ciemnych  schodach  Pałacu.  Noc  była  mroźna,  wokół  szalała zadymka, 

a wicher wył jak głodny wilk. 

– Jaki śliczny wieczór – westchnęła wiedźma z radością. 
Choć na dworze panował trzaskający mróz, była tylko w cienkiej czarnej sukni. Stopy miała 

bose. Do jej szyi przywarła czule żmija, od czasu do czasu błyskająca czerwonym okiem przez 
zasłonę śniegu. 

Wiedźma  szła  lekko,  rozkoszując  się  trzeszczeniem  śniegu  pod  bosymi  palcami;  jej  sługa 

Morpeth  ze  wszystkich  sił  starał  się za  nią  nadążyć.  Mierzył  niespełna  metr  pięćdziesiąt  i miał 
ponad pięćset lat. Jego oczy otaczały okrągłe zmarszczki, jakby ktoś je wielokrotnie wyjmował 

i wkładał na powrót w oczodoły. Rozczochrana broda kryła się pod trzema szalikami. 

– I cóż, jak wyglądam? – spytała wiedźma. 
Przybrała twarz ładnej kobiety. 
–  Dzieci  dadzą  się  zwieść  –  wymamrotał  Morpeth.  –  Dlaczego  zadajesz  sobie  tyle  trudu, 

Dragweno? Zwykle nie obchodzi cię, co myślą. 

Wiedźma  znowu  wyglądała  jak  zwykle:  czerwona  jak  krew  skóra,  wytatuowane  powieki, 

cztery  szczęki,  dwie  w środku  i dwie  na  zewnątrz  wijących  się  gadzich  warg.  Rzędy  zębów 
szczękały  o siebie,  walczyły  o najlepsze  miejsce  do  gryzienia.  Pomiędzy  nimi  roiły  się 
opancerzone purpurowookie pająki, które usuwały resztki ostatniego posiłku. 

– Ach, dziś ma przybyć wyjątkowe dziecko – odparła wiedźma. – Nie chcę go tak od razu 

przerazić. 

Morpeth  zszedł  ostrożnie  po  ostatnich  oblodzonych  stopniach  wieży-oka.  Był  to  najwyższy 

punkt  Pałacu,  cienka  iglica  przekłuwająca  niebo.  Niżej,  w śniegu,  kuliły  się  inne,  najeżone 
blankami zabudowania Pałacu, o czarnych kamieniach sterczących w górę niczym nóżki żuczka. 
Morpeth ostrożnie stawiał kroki. Nie chciał się pośliznąć; kiedy spadał, wiedźma zawsze łapała 

go  dopiero  w ostatniej  chwili.  Dziś  była  wyjątkowo  ożywiona.  Delikatnie  przetaczała  pająki  na 
języku i śmiała się do siebie – był to brzydki śmiech, przeraźliwy, nieludzki jak sama Dragwena. 
Wciągnęła powietrze w nozdrza rozcięte jak płatki tulipana. 

– Wspaniały wieczór – powtórzyła. – Zimno, ciemno i wilki wyszły na polowanie. Czujesz? 
Morpeth stęknął i zaczął przeskakiwać z nogi na nogę, żeby nie zamarznąć. Nie czuł ani nie 

widział  wilków,  ale  wierzył  Dragwenie.  Jej  trójkątne  kościane  powieki  otworzyły  się 

i rozciągnęły poniżej kości policzkowych. Żaden szczegół nocy nie mógł ujść jej uwagi. 

–  A najlepsze  dopiero  przed  nami  –  westchnęła.  –  Wkrótce  zjawią  się  dzieci.  Oczywiście 

będą się zachowywać tak, jak wszystkie inne  – będą trochę zdziwione, ale wdzięczne za naszą 

background image

opiekę.  Co  zrobimy  tym  razem?  –  Uśmiechnęła  się,  a wszystkie  jej  szczęki  wysunęły  się 
złowrogo do przodu. – Przestraszymy je na śmierć? Jak sądzisz? 

– Może na nic się nam  nie przydadzą  – szepnął. – Minęło wiele czasu, odkąd pojawiło się 

cudowne dziecko. 

– Dzisiaj będzie inaczej – powiedziała wiedźma. – To dziecko czuję już od jakiegoś czasu. 

Jest na Ziemi i rośnie w siłę. Ma dar. 

Morpeth nie odpowiedział. Chociaż towarzystwo wiedźmy zawsze było przykre, dziś pragnął 

być u jej boku. Jeśli cudowne dziecko naprawdę przybędzie, zamierzał wiedzieć o nim tyle samo, 
co Dragwena, choć z zupełnie innych powodów. 

U stóp schodów czekał powóz zaprzężony w dwa płochliwe czarne konie. Wiedźma zwykle 

frunęła na powitanie nowych dzieci, ale dziś miała inny kaprys. 

Czekała  niecierpliwie,  aż  Morpeth  zejdzie  po  ostatnich  stopniach.  Jaki  on  powolny, 

pomyślała. Jaki stary. Miło będzie go wkrótce zabić, kiedy przestanie być potrzebny. 

Wepchnęła  go  do  powozu  i wyszeptała  zaklęcie  trwogi  dla  każdego  konia  z osobna. 

Przerażone, ruszyły z kopyta i pogalopowały w stronę Bramy. 

 

background image

Piwnica 

 
– Co się dzieje? – spytał Eryk, chrupiąc płatki kukurydziane. Rachel wzruszyła ramionami. 
– No, wiesz. 
– Znowu ten sen? 
– Aha. – Rachel zakołysała długimi ciemnymi włosami nad jego mlekiem i prysnęła nim na 

brata. 

–  Spadaj!  –  Eryk  zbliżył  twarz  blisko  do  Rachel,  szeroko  otworzył  usta,  aż  mleko  i płatki 

pociekły mu po brodzie. 

– Smarkacz – obraziła się Rachel. 
Eryk roześmiał się. 
– Na pewno nie będę taki jak ty, dzięki. 
Rachel spojrzała na swoje nietknięte śniadanie. 
– Ten sen się zmienił – powiedziała. – Tym razem widziałam... 
– Dzieci – dokończył Eryk. – Wiem. Też je widziałem. Na śniegu, za tą kobietą. 
Mama siedziała obok nich. Mieszała kawę. 
–  No  nie,  znowu?  –  westchnęła.  –  Rachel,  to  ty  zaczęłaś  opowiadać  te  banialuki  o snach. 

Zaraziłaś Eryka. Może przestaniecie już żartować? To wcale nie jest śmieszne. 

– Dlaczego nam nie wierzysz? – spytał Eryk. – Śnią nam się te same sny. Takie same! 
–  Wczoraj  –  dodała  Rachel  –  za  tą  kobietą  stały  drżące  dzieci.  Miały  wielkie  zmarszczki 

wokół oczu. I całe były oszronione. 

– Wyglądały, jakby prawie nie żyły. 
– Och, przestańcie! – ostrzegła ich mama. – Mam już dość tych bzdur. 
–  Naprawdę,  mamo  –  powiedział  Eryk  z przekonaniem.  –  Ta  kobieta  ze  snu  jest  dziwna. 

Wokół niej pada ciemny śnieg. Ma naszyjnik w kształcie żmii i ten naszyjnik patrzył prosto na 

mnie. 

– To była żywa żmija – poprawiła go Rachel. 
– Chyba się umówiliście – rzuciła mama niecierpliwie. – Dobrze was znam. Myślicie, że dam 

się nabrać? Kończcie śniadanie. 

Rachel i Eryk umilkli i zajęli się jedzeniem. Była sobota, więc później mogli robić to, na co 

tylko  mieli  ochotę.  Eryk  zbiegł  do  piwnicy,  żeby  pobawić  się  modelami  samolotów.  Rachel, 
głęboko  zamyślona,  poszła  do  pokoju  poczytać.  Miała  nadzieję,  że  to  jej  pomoże  zapomnieć 

o śnie. Jak miała przekonać mamę, że nie kłamie? 

Po chwili uniosła głowę i zobaczyła mamę, stojącą w drzwiach. Możliwe, że przyglądała się 

jej od pewnego czasu. 

background image

– O tych snach to było na poważnie? – spytała mama. 
– Tak. 
Mama zmierzyła ją surowym wzrokiem. 
– Naprawdę? 
Rachel odpowiedziała takim samym spojrzeniem. 
– Mamo, przecież nie zmyśliłabym czegoś takiego. To nie są zwykłe sny. 
– Jeśli mnie nabierasz... 
– Nie nabieram. Mówię prawdę. 
– Mmm... No, dobrze. – Mama zakołysała torbą. – Idę na zakupy. Później poważnie o tym 

porozmawiamy. Gdzie tata? 

– Zgadnij. 
– W garażu, naprawia samochód. 
– Znowu? 
Obie parsknęły śmiechem. 
– Przypilnuj Eryka, dobrze? 
Rachel skinęła głową. 
– Dobrze. Za chwilę do niego zajrzę. 
Mama wyszła, a Rachel wróciła do książki. Zrobiło się jej lżej na sercu, ponieważ ktoś poza 

Erykiem zaczął przynajmniej odrobinę wierzyć w jej sny. Koło domu przejeżdżały z warkotem 
samochody. Po ulicy przebiegły roześmiane dzieci, na które zaszczekał pies sąsiada. Tata zaklął 
parę razy w garażu – typowe odgłosy sobotniego poranka. Wreszcie Rachel ziewnęła i poszła po 
Eryka. Wyszła na korytarz... i stanęła. 

To, co usłyszała, nie było typowym sobotnioporankowym odgłosem. To był krzyk. 
Skąd dochodził? Z dołu. Na pewno. Ale nie z kuchni czy salonu... 
– Eryk? – zawołała i nastawiła ucha. Tak, ktoś krzyczał. Dźwięk dochodził gdzieś z głębin 

domu. Kiedy zbliżyła się do piwnicy, na ścianę padł pomarańczowy cień. Czyżby się paliło? 

– Precz! – ryknął Eryk. – Ratunku! Coś mnie... Puszczaj! 
Rachel  stanęła  w otwartych  na  oścież  drzwiach  piwnicy.  Z obawą  wciągnęła  powietrze, 

spojrzała w dół stromych schodów. 

W piwnicy nie było ognia, ale całe jej wnętrze pulsowało szkarłatnym światłem. Tak, jakby 

słońcu znudziło się zachodzić na niebie i postanowiło przenieść się do ich domu. Rachel osłoniła 
oczy. Na ścianie piwnicy poruszał się jakiś cień. Krzyknęła cicho i osunęła się na kolana. Gdzie 
Eryk? Słyszała jego zdyszany oddech. Poszła za dźwiękiem i zrozumiała, że ten cień to właśnie 
jej brat. Wierzgał nogami, a jego ciało było jakby przyszpilone do ściany. 

– Rachel! – wrzasnął na jej widok. – Coś mnie złapało! Nie mogę się wyrwać! 
Zbiegła po schodach. 

background image

– Co to? 
–  Nie  wiem!  Trzyma  mnie!  Nie  mogę  odwrócić  głowy!  –  Walnął  pięścią  ścianę.  –  No, 

puszczaj! 

Chwyciła go za nadgarstki, mocno pociągając do siebie. 
Dopiero teraz zobaczyła palec. 
Był ogromny i czarny. Na jej oczach przebił się przez ceglany mur i sięgnął do nogi Eryka. 

Objął ją i szarpnął. 

– Co się dzieje? – załkał Eryk, widząc przerażoną minę Rachel. – Widzisz go? Nie stój tak! 
Przez cegły przebił się drugi palec. Trzema wyszczerbionymi zielonymi pazurami objął szyję 

chłopca i przeciągnął jego głowę na drugą stronę ściany. 

Rachel  skoczyła,  chwyciła Eryka za rękę i pociągnęła ze wszystkich sił.  Powoli,  centymetr 

po centymetrze, jego głowa znowu wróciła do piwnicy. 

– Mocniej! – krzyknął Eryk stłumionym głosem. – Znajdź jakąś broń! 
Rozejrzała  się  gorączkowo  za  czymś  ostrym.  Ale  to  coś,  co  wdarło  się  do  piwnicy,  nie 

zamierzało wypuścić Eryka. Przez ścianę przebiła się druga czarna ręka. Tym razem sięgnęła po 
Rachel. Cofnęła się; kościste palce zatrzymały się tuż przed jej twarzą i wymierzyły jej mocny 

policzek. 

Upadła... i puściła brata. 
W ułamku sekundy obie ręce chwyciły chłopca wpół i wciągnęły w ścianę. Jedna jego ręka 

pojawiła  się  jeszcze  na  chwilę  w piwnicy,  skrobnęła  paznokciami  o podłogę,  szukając 
czegokolwiek, czego mogłaby się chwycić... i zniknęła na dobre. 

Rachel podniosła się, dygocąc jak w febrze. Do stóp upadła jej obluzowana cegła, ale poza 

tym nigdzie nie został ślad po czarnych rękach. Otarła rękawem krwawiącą wargę. 

Idź po... tatę! 

Cofała  się  tyłem  do  schodów,  nie  spuszczając  oczu  ze  ściany.  Na  ich  szczycie  obróciła  się 

i skoczyła do drzwi. 

Zamknęły się jej tuż przed nosem. 
Chwyciła za klamkę i krzyknęła – była tak gorąca, że nie można było jej dotknąć. 
Raptem  za  jej  plecami  rozległ  się  okropny  zgrzyt.  Ściana  wybrzuszyła  się  i rozstąpiła  na 

boki. Cegły posypały się na podłogę jak wybite zęby. 

Rachel owinęła rękę swetrem i szarpnęła za klamkę. 
– Zacięła się! – krzyknęła. Uderzyła pięściami w drzwi. – Nie mogę otworzyć. Tato! Tato! 

W plecy uderzył  ją wicher. Odwróciła się. W ścianie piwnicy powstawały  nowe drzwi. Nie 

były to zwyczajne drzwi; jarzyły się zielonym blaskiem, miały kształt oka i powoli rosły. Wielka 
czarna łapa, ta sama, która uderzyła ją w twarz, rozchyliła powieki. 

Nad głową Rachel rozległo się głuche dudnienie. 

background image

– Tato! 
– Kto tam jest? – zawołał. – Co to za hałas? 
– To my, ja i Eryk! Coś... coś się tu wdarło! 
– Nie słyszę! – odkrzyknął. – Co się dzieje? Jeśli to znowu jakaś zabawa... 
– Zatrzasnęliśmy się! Pomocy! 
Tata zaczął się dobijać do drzwi piwnicy. 
Natychmiast,  jakby  wyczuwając  jego  obecność,  wiatr  wpadający  przez  drzwi-oko  stał  się 

porywistym  wichrem.  Uderzył  w Rachel,  wzbił  kurz  z podłogi,  dmuchnął  nim  w jej  oczy. 
Drewniany  stołek  przejechał  po  podłodze.  Modele  Eryka  zawirowały  szaleńczo  w powietrzu, 
rozbijając się o sufit. 

Rachel nie mogła złapać tchu. Wiatr bił ją jak pięścią, zatykał kurzem usta i nos. Nie słyszała 

już taty. 

– Gdzie jesteś? – krzyknęła. 
Nagle rozległ się trzask – to siekiera rozbijała drewno. 
– Trzymaj się! – zagrzmiał tata. – Już idę! Poczuła, że coś ją ciągnie w głąb piwnicy. Zaparła 

się nogami, chwyciła za framugę drzwi. Tato rąbał drzwi, ale były zbyt grube, by ustąpić. Rzucił 
siekierę i wsunął rękę przez odłupaną szparę w drzwiach. 

– Trzymaj się mnie! Nie puszczaj, choćby nie wiem co! Chwyciła go za przegub, zamrugała 

powiekami,  żeby  oczyścić  oczy  z piasku,  i zmusiła  się,  by  się  obejrzeć.  Oko  zajmowało  już 
prawie  całą  ścianę.  Dwie  łapy  rozchyliły  jego  powieki.  Łapy  zaś  należały  do  ogromnego 

czarnego stwora o trójkątnych zielonych oczach. Sierść na jego ciele jeżyła się na wietrze, każdy 
włos zakończony był maleńką główką żmii. Główki sięgały do wnętrza piwnicy, wyciągały się 
do nóg Rachel, żeby zatopić w nich kły. Dziewczynka cofnęła się najbardziej, jak mogła, wciąż 
czepiając się ręki ojca. 

Czarny stwór chciał wepchnąć się do piwnicy, ale był zbyt wielki. Kiedy się mu nie udało, na 

środku  jego  głowy  otworzyła  się  paszcza.  Zza  czterech  szczęk  wypełzły  pająki  o purpurowych 
oczach. Pobiegły ku Rachel. 

Z paszczy wysączyło się jedno słowo: 
– Rachel... 
Krzyknęła i na sekundę puściła rękę taty. 
To wystarczyło. 
Wicher porwał ją i cisnął w oko-drzwi. 
Potwór  usunął  się  z jej  drogi.  Po  raz  ostatni  rozejrzał  się  po  piwnicy  i wessał  pająki  do 

paszczy.  Ostatnim  widokiem,  jaki  został  w oczach  Rachel,  zanim  opuściła  ten  świat,  był 
przesuwający się pod nią ogromny cień i tata, który wreszcie rozbił drzwi i wpadł do środka. 

Za  późno.  Ceglana  ściana  zamknęła  się  z przeraźliwym  zgrzytem,  a stworzenie  zamknęło 

background image

oko-drzwi. 

Tata Rachel wbiegł do piwnicy, dopadł ściany i zaczął walić w nią pięściami. Na jego głowę 

posypały się kawałki połamanych mebli. Nie czuł bólu. Zaczął uderzać w ścianę siekierą; uderzał 

i uderzał,  aż  wreszcie  zupełnie  osłabł.  Siekiera  wysunęła  się  mu  z rąk;  wyszczerbił  tylko  parę 
cegieł. 

Spojrzał z wściekłością na swoją rękę, która wypuściła (Rachel, kopnął siekierę, aż poleciała 

pod przeciwległą ścianę, i zapłakał. 

 

background image

Między światami 

 
Tuż  za  drzwiami-okiem  Rachel  wpadła  jak  kamień  w niezmierzoną  czarną  studnię  pustki. 

Zakryła  twarz  rękami,  spodziewając  się,  że  lada  chwila  o coś  się  rozbije  –  ale  ciągle  spadała 

i spadała, koziołkując w ciemnościach, ledwie mogąc oddychać na lodowatym wichrze. 

Nagle  zatrzymała  się  gwałtownie,  zupełnie  jakby  ktoś  podłożył  pod  nią  poduszkę.  Zawisła 

w powietrzu,  łagodnie  się  kołysząc.  Wokół  nadal  panowały  ciemności,  ale  dostrzegła,  że  coś, 
jakby bardziej skoncentrowana czerń, trzymają za rękę. To stworzenie z piwnicy! Przez chwilę 
patrzyły  na  nią  złe  trójkątne  oczy,  każde  wielkości  jej  twarzy.  Potem  znikły,  a czarny 
bezkształtny stwór ją odepchnął. 

Znowu runęła głową w dół. 
Zanim  zdołała  przestać  krzyczeć,  minęło  kilka  strasznych  sekund.  Odruchowo  rozłożyła 

ramiona; jej ciało powoli odzyskało równowagę  i przestało kręcić młynki w powietrzu. Spadała 
nogami  do  dołu.  Mocno  zaryła  się  piętami  w powietrze.  Wolniej,  pomyślała,  zsuwając  się  jak 
narciarz  po  zboczu  góry.  Myślała  tylko  o tym,  aż  porywisty  lodowaty  wicher  zmienił  się 

w zwykły wiatr, a ten – w lekki wietrzyk, zaledwie muskający jej głowę i ramiona. 

Skupiła się jeszcze bardziej i powiedziała: 
– A teraz stop. 
I jakby powietrze od samego początku tylko czekało na ten rozkaz, Rachel zatrzymała się. 
Czy to ja tego dokonałam? – zdziwiła się Rachel. Jak to możliwe? 
Odwróciła  się  powoli,  zatoczyła  pełne  koło,  dzięki  czemu  mogła  się  rozejrzeć.  Krzyknęła 

cicho, zdumiona. Uniosła rękę. Przysunęła ją do twarzy tak blisko, że czuła na niej swój oddech, 
ale mrok był tak nieprzenikniony, że nie mogła jej dojrzeć. Chcę ją zobaczyć, pomyślała. Jej dłoń 
natychmiast rozjarzyła się słabym światłem. Rachel poruszyła palcami. 

– Wszystko – powiedziała na głos i w tej samej chwili jej ciało zabłysło mglistym blaskiem. 

Jaśniej, pomyślała, i jej ciało stało się wiązką światła w mroku. 

– Oświetlić wszystko! – krzyknęła. Myślała, że przestrzeń wokół niej zabłyśnie jaskrawymi 

kolorami. Mrok się jednak nie rozproszył, tylko wokół jej ciała zawirowały miliony świetlistych 
pyłków, ulatujących do góry w podmuchach wiatru. 

Zadrżała. Jak to  możliwe, że doszło  do tych niewiarygodnych rzeczy? Czuła, że rozpierają 

moc, jakaś dziwna, nieznana jej siła, która aż prosi, żeby ją wykorzystać. Co to znaczy? 

Rozejrzała  się.  Wisiała  w mroku  i ciszy.  Nigdzie  nie  było  ścian  ani  sufitu,  nie  mogła  się 

zorientować,  jak  daleko  znajduje  się  ziemia.  Z dołu  dolatywał  wilgotny  podmuch,  łagodnie 
gładzący jej włosy. Nigdzie nie widziała Eryka. Chciała go zawołać, ale wiatr porywał jej słaby 
głos i unosił gdzieś daleko. Poza tym nie słyszała żadnych dźwięków. 

background image

Po uderzeniu czarnej łapy spuchła jej warga. Po brodzie potoczyła się kropelka krwi. Spadła 

w dół. Rachel widziała ją tylko przez parę sekund, szybko znikającą w mroku. 

Musi być jakiś sposób, żeby znaleźć Eryka. 
–  Gdzie  on  jest?  –  spytała  ciemności  i natychmiast  ujrzała  w dole  miotającą  się  niebieską 

kropeczkę. Znała ten kolor – to sweter jej brata. 

–  Zanieś  mnie  do  niego!  –  rozkazała,  ale  tym  razem  polecenie  nie  zostało  wykonane. 

Niebieska  kropeczka  oddalała  się  z każdą  sekundą.  Ten  stwór  musi  tu  gdzieś  być,  pomyślała 
Rachel.  Może  wpatruje  się  tymi  trójkątnymi  ślepiami  w Eryka.  Czy  on  też  potrafi  robić  to,  co 
ona, czy też spada w dół jak kamień, ledwie żywy ze strachu? 

Przezwyciężyła strach przed zejściem w dół, gdzie pewnie czekał już na nią stwór z piwnicy, 

zebrała całą odwagę i zanurkowała w stronę odległego niebieskiego punkcika. Jej żołądek fiknął 
koziołka. Zaraz potem wokół niej świsnął wicher, a ona popędziła w dół. Szybciej, powiedziała, 

a jej ciało posłuchało. Ciepły wietrzyk zmienił się w lodowaty podmuch, smagający jej twarz. 

 
Niebieski  kształt  był  coraz  bliżej.  Rachel  zanurkowała  ku  niemu,  zrównała  się  z bratem, 

chwyciła jego koziołkujące ciało i zatrzymała się razem z nim. Eryk miał zamknięte oczy. Widać 

upadek,  strach  albo  wiatr,  nie  pozwalający  zaczerpnąć  oddechu,  pozbawiły  go  przytomności. 
Długo  tuliła  go  w ramionach,  dopóki  się  nie  ocknął,  a potem  pozwoliła  mu  się  wypłakać, 
szepcząc  słowa  pociechy.  Wreszcie  Eryk  spojrzał  na  nią  zawstydzony.  Na  policzku  i szyi  miał 
zaschnięte wymiociny. 

– Rachel... ty świecisz! Jak to? – otworzył szeroko oczy. 
Rachel uniosła brwi. 
– Nie wiem, ale kiedy ty sobie zemdlałeś, ja się zajęłam eksperymentami. Patrz. – Skupiła się 

i sprawiła, że jej włosy zrobiły się czerwone, żółte, a potem znowu czarne. 

– Jak to zrobiłaś? – wyjąkał Eryk. 
–  Nie  wiem  –  odpowiedziała,  trochę  nerwowo.  –  Ale  umiem  dużo  różnych  rzeczy.  – 

Sprawiła, że jej wargi zalśniły złotem. 

Chłopiec zamrugał powiekami. 
– Ja też tak mogę? 
– Spróbuj. Musisz kazać jakiejś części swojego ciała, żeby zaczęła świecić. 
Eryk zmrużył oczy w skupieniu, ale jego usta nie zalśniły. Próbował kilka razy, bez skutku. 

W końcu się poddał. 

– Co się dzieje? – spytał poważnie. – Ciągnie nas do tego czegoś, co nas porwało? 
–  Nie.  Po  prostu  wisimy  sobie  w powietrzu.  –  Ostrożnie  dotknęła  językiem  opuchniętej 

wargi. – Ale chyba możemy wylądować na ziemi? Nie możemy tu wisieć do końca świata. 

–  Nie  ląduj,  głupia.  Zabierz  nas  do  piwnicy.  Oczywiście!  Dlaczego  o tym  nie  pomyślała? 

background image

Mocno chwyciła Eryka i wyobraziła sobie, że oboje wracają w ramiona taty. Ale nic się nie stało. 
Spróbowała polecieć w górę tylko na parę centymetrów. Też nic. 

– Świetnie – jęknął Eryk. – Ten stwór chce chyba, żebyśmy tu zostali.  – Spojrzał w dół. – 

Widziałaś go? Był wielki. 

Rachel  opowiedziała  mu,  co  się  zdarzyło  w piwnicy,  pomijając  tylko  żmije  i pająki.  Eryk 

długo milczał. 

– Jeśli poszedł za tobą – powiedział w końcu – to pewnie czeka na nas na dole. 
– Być może. 
– Na pewno. 
– Mmm. 
Skoro  powrót  na  górę  był  niemożliwy,  powoli  opuściła  się  w dół.  Przez  parę  minut  oboje 

wpatrywali się z obawą w mrok, w każdej chwili spodziewając się zobaczyć czarne łapska. 

– Czekaj! – rzucił Eryk. Wskazał na plamkę mdłego światła na dole. – Tam coś jest. Zbliża 

się do nas. Patrz! 

Rachel  spojrzała  w kierunku,  który  wskazywał.  Pod  nimi  pojawiła  się  mała  szara  plamka, 

która z każdą chwilą rosła. 

– Tamto coś było czarne, nie? – upewnił się Eryk. 
Rachel przytaknęła. 
– I miało zielone oczy? 
– Może teraz nie jest czarne. 
– A może to ktoś, kto też został porwany. 
Na to jest za duży – odparł Eryk rzeczowo. Rachel uznała, że ma rację. Szary kształt zbliżył 

się, zasłaniając wszystko pod nimi. To nie było dziecko. To coś miało ogromne rozmiary. 

– Chyba jest miękkie – odezwała się Rachel. – Nie sądzisz? 
Eryk zaczął wierzgać. 
– Zaraz na to wpadniemy. Pod spodem jest to coś! Zatrzymaj nas! 
Rachel spróbowała to zrobić, ale dalej spadali ku szarości. Poruszali się jednak tak wolno, że 

prześcignęłoby  ich  nawet  dryfujące  w powietrzu  piórko.  Otoczył  ich  podmuch  zimna,  a potem 

porywisty wicher. Wokół nich zrobiło się zimno, lecz w dali pojawiły się mrugające światełka. 

–  Wyglądają  jak  gwiazdy  –  szepnął  Eryk,  rozglądając  się.  –  Na  pewno.  Chyba  jest  noc. 

A my... my jesteśmy na dworze. 

I w tej samej chwili wylądowali miękko na pierzynce śniegu. 
Ogromny księżyc w pełni, pięć razy większy od ziemskiego, jarzył się zimnym blaskiem na 

środku  nieba.  Rachel  rozejrzała  się  czujnie.  Otaczały  ich  dziwne  drzewa  o powykręcanych 
konarach. Wszystkie były przygniecione grubymi poduchami śniegu; pod tym ciężarem gałęzie 
uginały się, jakby machały do nich na powitanie. Śnieg nie był biały, lecz szary. Rachel chwyciła 

background image

w dłoń  delikatne  płatki;  rozpuściły  się,  brudząc  jej  palce  ciemną  wilgocią.  Dookoła  widać  było 
tylko szary śnieg. 

– Rany – szepnął Eryk. – Całkiem inaczej niż w domu. 
– Bo nie jesteście w domu – rozległ się głos za ich plecami. 
Dzieci  podskoczyły  ze  strachu.  Za  nimi  klęczała  na  śniegu  uśmiechnięta  kobieta  ze  snu. 

Miała świetliste zielone oczy o fioletowych i szafirowych smugach. Proste czarne włosy spadały 

jej kaskadami na plecy,  a na jej zgrabnej  szyi  wisiał  misterny  brylantowy naszyjnik w kształcie 
żmii. Żmija miała dwoje dużych oczu w kolorze rubinów, które zamigotały do Rachel. 

Obok przysiadło zgarbione przysadziste stworzenie, wyglądające jak bardzo stary krasnolud. 
– Kim... Kim jesteś? – spytała Rachel kobiety. 
– Mam na imię  Dragwena  – odparła wiedźma.  Wskazała krasnoluda.  –  A to  Morpeth,  mój 

sługa. Witaj w świecie Ithrei, Rachel. 

Dziewczynka otworzyła szeroko oczy. 
– Skąd wiesz, jak mam na imię? 
– Och, wiem wiele rzeczy. Na przykład to, że Eryk się mnie boi. Jak myślisz, dlaczego? 
Rachel poczuła, że Eryk chowa się za nią. 
– To mi się nie podoba – szepnął. – Coś się nie zgadza. Nie ufaj jej. 
Rachel uciszyła go, ale także była nieufna. Czy to naprawdę ta sama kobieta, którą widywała 

w snach?  Zauważyła,  że  krasnolud  dygotał  z zimna,  choć  miał  na  nogach  ciepłe  buty,  a bosa 
Dragwena stała spokojnie, jakby nie czuła mrozu. 

– Wpadliśmy w ciemny tunel – powiedziała Rachel. – Jakieś stworzenie z czarnymi łapami... 
– Już go nie ma – wtrąciła Dragwena. – Spłoszyłam je. 
– Jak to możliwe? Było takie wielkie i... 
– Zapomnij o czarnych łapach – przerwała Dragwena. – Włóżcie to. 
Morpeth podał obojgu ciepłe płaszcze, rękawiczki i szale. Rachel przyjrzała się im uważnie, 

pamiętając, że jeszcze przed chwilą krasnolud ich nie miał. Ubrania pasowały doskonale. Rachel 
zarzuciła na szyję podbity futrem szal. Ledwie dotknął jej skóry, natychmiast sam udrapował się 

na jej ramionach. 

Zadrżała i zastanowiła się, co będzie dalej. Czy to magiczny świat? Czy może tu korzystać 

z mocy,  którą  odkryła  w sobie  pomiędzy  światami?  Kim  była  ta  kobieta?  Zerknęła  na 

przytulonego do niej Etyka i zobaczyła strach w jego oczach. 

– Musimy wracać do domu – powiedziała twardo. 

I – Nieważne – odparła Dragwena. Zerknęła na Eryka. – Jakie słodycze lubisz najbardziej? – 

W ogóle nie lubię słodyczy – wymamrotał. Dragwena uśmiechnęła się do niego. – Naprawdę? 

– No... – Nagle na jego twarzy odmalowało się zdziwienie. – Właściwie lubię żelki. 
Serce Rachel zabiło mocniej. Eryk nigdy nie jadał Zelków. 

background image

– Tak myślałam – oznajmiła Dragwena. – Zajrzyj do kieszeni. 
– Chwileczkę! – zawołała Rachel. – Chcemy do domu. Nie jesteśmy głodni. Och! 
Z kieszeni Eryka wypełzł zielony żelek, pobiegł po jego rękawie i zeskoczył na ziemię. Za 

nim ukazał się niebieski. Wyroiły się z kieszeni obojga dzieci, poturlały się przez śnieg, usiłując 

uciec. 

Oczy Dragweny roziskrzyły się blaskiem. 
– Łap je! 
Eryk, nie rozumiejąc, dlaczego to robi, natychmiast rzucił się w pogoń za Zelkami. Zaczął je 

wpychać do ust. 

Morpeth jęknął w duchu. Wiedział, że tak naprawdę żelki to pająki, które pędzą przez śnieg, 

by  znowu  wpełznąć  do  ust  Dragweny.  Wiedźma  zrobiła  to,  czego  się  spodziewał  –  rzuciła  na 
dzieci zaklęcie ot tak, dla rozrywki – i po to, by wypróbować Rachel. 

Eryk z coraz większym  zapamiętaniem  starał  się złapać i zjeść wszystkie żelki. Do jego ust 

wpadł  pająk  o czterech  zakrzywionych  kłach.  Eryk  zmiażdżył  go  zębami  i przeżuł,  rozglądając 
się za innymi, które starały się uciec. 

Rachel  była  tak  samo  zafascynowana  Zelkami  jak  jej  brat.  Podniosła  jednego  do  ust. 

Cukierek  dygotał  jej  w palcach,  jakby  chciał,  żeby  rozgryzła  jego  soczyste  ciałko;  ale  wyraz 
obrzydzenia na twarzy Morpetha sprawił, że Rachel się zawahała. Czuła jednak męczący apetyt. 
Spojrzała na niezadowolonego Morpetha, na trzęsącą się ze śmiechu kobietę, na cukierek, który 
błagał, żeby go zjadła. Wreszcie z ogromnym wysiłkiem odrzuciła od siebie żełka. Wylądował na 

sukience kobiety i popędził do jej ust. 

Dragwena zdjęła go ze swojej brody i podała Rachel. 
– Nie masz ochoty? – spytała. – Są pyszne. 
– Nie – wymamrotała Rachel niepewnie. – To znaczy tak, chciałabym... To znaczy nie, nie 

lubię  żelków...  To  znaczy...  –  Zerknęła  na  Eryka,  goniącego  za  Zelkami.  –  To  znaczy...  – 
Spróbowała pomyśleć o czymkolwiek, byle nie o słodyczach. – Chcemy wracać do domu! – Eryk 
nie zareagował. – Prawda? Chcemy wracać do domu. 

–  Och,  cicho  bądź  –  powiedział  Eryk,  któremu  po  brodzie  spływał  niebieski  sok.  –  Nie 

słuchaj jej, Dragweno. Rachel gada bzdury, jak zwykle. 

Rachel  spojrzała  na  niego  z niedowierzaniem.  Jeszcze  przed  chwilą  bał  się  Dragweny. 

Dlaczego  zmienił  zdanie?  Zerknęła  na  nią  nerwowo.  Czuła,  że  znalazła  się  w ogromnym 
niebezpieczeństwie. Czy ma uciekać? Ale to by znaczyło, że zostawi Eryka... 

Wiedźma wyprostowała się powoli, przeciągnęła jak kot, aż osiągnęła wysokość co najmniej 

trzech metrów. Wspięła się na palce i uniosła w powietrze. Podpłynęła do Rachel. 

–  Niech  ci  się  dobrze  przyjrzę  –  syknęła.  Przesunęła  palcami  po  jej  nosie  i powiekach.  – 

Mmm...  Ciekawe  z ciebie  dziecko.  Teraz  widzę,  że  spełniasz  moje  oczekiwania.  Nawet  je 

background image

przewyższasz.  Odpowiedz  mi:  to  Eryk  przeszedł  pierwszy  przez  ścianę?  Jak  to  się  stało,  że 
wylądowaliście jednocześnie? 

Rachel czuła, że nie powinna jej ufać, ale coś kazało jej powiedzieć prawdę: 
– Przyfrunęłam do niego. To było łatwe. 
Dragwena parsknęła śmiechem. 
– Co jeszcze było takie łatwe? 
Rachel  opowiedziała  o wszystkim,  co  się  zdarzyło  pomiędzy  światami.  Nie  mogła  się 

powstrzymać. Słowa same wyrywały jej się z ust. 

W końcu Dragwena pozwoliła jej odpocząć. 
– To, co tobie przyszło bez trudu, było nieosiągalne dla wszystkich innych dzieci. Absolutnie 

wszystkich. A przed tobą przybyły ich tu tysiące. Tysiące dzieci, z których nie miałam żadnego 
pożytku. Chodź ze mną. 

I  znowu  Rachel  nie  mogła  się  powstrzymać.  Wyciągnęła  rękę,  ujęła  nieruchomą  dłoń 

Dragweny.  Instynkt,  głęboko  ukryty  na  dnie  jej  umysłu,  mówił  jej,  że  powinna  się  bronić, 
trzymać  blisko  Eryka  i uciec  razem  z nim.  Ale  ona  poczuła,  że  bierze  Dragwenę  pod  rękę. 
Morpeth  ujął  małą  rączkę  Eryka  i wszyscy  czworo  ruszyli  przez  śnieg  tak,  jakby  robili  to  już 

setki razy. 

Czekał  na  nich  powóz,  zaprzężony  w czarne  konie.  Eryk  usiadł  obok  Morpetha,  z rękami 

ładnie  ułożonymi  na  kolanach.  Morpeth  patrzył  nieruchomo  przed  siebie.  Rachel  prawie  nie 
zwracała na nich uwagi. Starała się być jak najbliżej  Dragweny, zafascynowana jej  wyglądem, 
głosem  i gestami.  Zapomniała,  że  chce  wracać  do  domu.  Prawie  zapomniała,  że  ma  dom.  Nie 
mogła oderwać oczu od wiedźmy. 

Dragwena chwyciła parę płatków śniegu, które wpadły do powozu przez otwarte okno. 
– To co, lecimy? 
Rachel skinęła głową z entuzjazmem. Wiedźma szepnęła coś do wielkich czarnych rumaków. 

Natychmiast uniosły się w powietrze i ruszyły do Pałacu. 

 

background image

Pałac 

 
Rachel nie potrafiła sobie przypomnieć, co się działo podczas podróży do Pałacu. Wiedźma 

trzymała  ją  mocno  i zadawała  pytanie  za  pytaniem.  Rachel  opowiedziała  jej  o sobie  wszystko, 

nawet  rzeczy,  o których  nie  wiedziały  jej  najbliższe  przyjaciółki.  Mówiła  o szkole,  rodzicach, 
ulubionych  kolorach.  Opowiedziała  jej  o wszystkim,  co  lubiła  i czego  nie  lubiła.  Dragwena 
interesowała się zwłaszcza tym drugim. 

Kiedy wiedźma skończyła zadawać pytania, kazała naszyjnikowi ześliznąć się ze swojej szyi. 

Żmija  owinęła  się  wokół  gardła  Rachel  i zaczęła  nią  delikatnie  kołysać  –  tak  długo,  aż 
dziewczynka zapadła w głęboki trans, z którego mogła ją obudzić tylko wiedźma. 

Dragwena  patrzyła  na  nią  ze  skrywaną  radością.  Ta  dziewczynka  była  dużo  silniejsza,  niż 

można się było spodziewać. 

Nauczyła się fruwać już między dwoma światami. Oparła się pokusie słodyczy nawet wtedy, 

gdy wiedźma ją zachęciła. 

Ciekawe,  pomyślała  Dragwena,  czy  to  na  ciebie  czekałam  tak  długo?  Westchnęła.  Ileż 

innych dziewczynek robiło tak wielkie nadzieje! A potem okazywało się, że są zbyt słabowite, by 
doskonalić  trudną  sztukę  czarnoksięstwa.  Być  może  Rachel  jest  tylko  kolejnym  słabym 

dzieckiem... 

Wiedźma sprowadziła powóz na ziemię, otworzyła okna i wezwała cicho wilki. Nie minęła 

chwila, a podkradły się ku niej, obwąchały nogi koni, równie uradowane jak ona. 

Dragwena uspokoiła się, odrzuciła twarz ładnej  kobiety. Uszy schowały się jej we wnętrzu 

czaszki, twarz zabarwiła czerwienią, a powieki rozciągnęły na boki, by spotkać się z tyłu głowy, 
dzięki czemu widziała wszystko wyjątkowo dokładnie. 

Idąc  za  swoim  kaprysem,  zrzuciła  z kozła  woźnicę,  przejęła  lejce  i przez  kilka  kilometrów 

bezlitośnie  siekła  konie  batem,  błyskając  czterema  rzędami  zębów  w lodowatym  świetle 
ogromnego księżyca Armath. 

 
Wreszcie kazała przerażonym koniom zatrzymać się u stóp schodów Pałacu. Na jej przyjazd 

czekało parę drobnych postaci, bardzo przypominających Morpetha. 

– Szybko, głupcy! – rzuciła niecierpliwie. – Zabrać ich! 
– A... a... ale, królowo – wyjąkał jeden – komnata nie jest gotowa. 
Spojrzał surowo na dwoje pozostałych. Jego pomocnicy otulili Rachel i Eryka w ciepłe koce 

i poczłapali z nimi po schodach. 

– Niegotowa! – syknęła Dragwena. – Czyja to wina, Leifrimie? Twoja? 
Spuścił wzrok. 

background image

–  Nie,  moja  –  odezwał  się  inny  głos.  Naprzód  wystąpiła  rudowłosa  istotka  z twarzą 

dziewczynki i oczami starej kobiety. – Ukarz mnie! 

– Cicho, Fenagel! – szepnął Leifrim. 
Wiedźma parsknęła śmiechem. 
– Może powinnam ukarać was oboje. Ojca i córkę. Ojca za głupotę, córkę za to, że odezwała 

się  niepytana.  –  Spojrzała  w księżyc.  W tej  samej  chwili  Leifrim  pofrunął  ku  czarnemu  niebu 

i zawisł kilkanaście metrów nad ziemią. 

– Co mam zrobić z twoim ojcem? – zwróciła się wiedźma do Fenagel. – Zasługuje na surową 

karę czy tylko na karę symboliczną? 

– Proszę, nie rób mu krzywdy – odezwała się Fenagel błagalnie. – On tylko mnie bronił. To 

ja dopuściłam się niedbalstwa. Dam ci wszystko, czego chcesz. 

–  Dziecko  –  powiedziała  Dragwena  –  nie  masz  niczego,  na  co  miałabym  ochotę.  W moim 

królestwie tylko mnie wolno zapominać, a ja nie zapominam niczego. 

Potężna  siła  cisnęła  Leifrima  o drzewo;  upadając,  uderzył  kolanami  o ziemię.  Rozległ  się 

trzask  pękającej  kości.  Przez  parę  minut  Dragwena  z ukontentowaniem  przyglądała  się,  jak 
Leifrim usiłuje podnieść się z ziemi. Potem rozłożyła ręce, uniosła się nad zlodowaciałą ziemią 

i poszybowała ku światłom wieży-oka. 

Kiedy  tylko  wiedźma  zniknęła  im  z oczu,  Fenagel  podbiegła  do  ojca.  Leżał  u stóp  drzewa 

i jęczał głośno. 

–  Cśśś...  –  szepnęła.  –  Już  dobrze.  Poszła  sobie.  Inny  mężczyzna  ze  spiczastą  brodą 

natychmiast objął dowodzenie. Zbadał nogi  Leifrima i rozkazał trzem innym, by zanieśli go do 

drewnianej  chatki,  gdzie  opatrzyli  jego  skaleczenia  i ujęli  jego  połamane  nogi  w łupki.  Fenagel 
spojrzała na niego ze złością. 

– Nie mogłeś mu pomóc? Podobno jesteś naszym przywódcą! W kółko mówisz tylko o tym, 

jak  powinniśmy  sobie  pomagać.  A teraz  mądry  Trimak  stał  w milczeniu  jak  wszyscy  inni.  Jak 
mogłeś? 

Trimak spuścił głowę. 
–  Nie  możemy  zaatakować  Dragweny  wprost.  Twój  ojciec  to  rozumie.  Gdybym  zrobił 

cokolwiek, żeby go ratować, wiedźma by mnie zabiła. 

Leifrim przytaknął. Fenagel ujęła jego dłoń; w jej oczach błyszczały łzy. 
– Nie możemy jej zrobić krzywdy  – wyszeptał Leifrim, walcząc z bólem – ale może zdoła 

tego  dokonać  ktoś  inny.  Morpeth  zdążył  wysłać  orła  Ronnocodena  z wiadomością,  zanim 
opuścili  Bramę.  Mówi,  że  to  nowe  dziecko,  Rachel,  oparło  się  mocy  Dragweny.  Nie  zjadła 
cukierków.  Rozumiecie?  Byłem  tak  oszołomiony,  że  zapomniałem  o przygotowaniach.  Stary 
głupiec... Dragwena nigdy nie wybacza pomyłek. 

Fenagel patrzyła na jego połamane nogi. 

background image

– To moja wina... 
–  Nie  rób  sobie  wyrzutów  –  poprosił  ojciec.  –  Nikt  nie  uchowa  się  długo  przed  karą 

Dragweny. 

Trimak zrobił krok naprzód. 
– Chcesz powiedzieć, że ta dziewczynka, Rachel, oparła się Dragwenie i przeżyła? 
–  Tak!  –  zawołał  Leifrim  z ożywieniem.  –  Najwyraźniej  zrobiła  wrażenie  na  samej 

wiedźmie. Rachel musi być jedyna na świecie. – Odwrócił się od Fenagel. – Pamiętasz dziecko-
nadzieję, o którym ci opowiadałem? 

– To, które ma nadejść z drugiego świata? To ciemne dziecko, które nas zabierz z powrotem 

na Ziemię? – uśmiechnęła się blado. – Więc to nie była bajka? 

– Cicho! – syknął Trimak. – Masz rację, to tylko stara bajka. Uważaj na swojego ojca. 
Kazał przygotować nosze i wyszedł z chaty. 
Na zewnątrz, jak zwykle, był srogi mróz. Na północy szalała burza. Na zachodzie mrugało 

parę samotnych gwiazdek. Trimak westchnął. Byłoby dobrze, gdyby ich mruganie powstrzymało 
zawieruchę.  Na  południu  świecił  ogromny  lodowaty  księżyc  Armath;  jego  zryta  bruzdami 
powierzchnia  nie  niosła  żadnego  pocieszenia.  Ciekawe,  pomyślał  Trimak,  od  ilu  wieków  ten 
księżyc  spogląda  na  naszą  planetę?  Czy  kiedykolwiek  widział,  żeby  ktoś  zaatakował  wiedźmę 

i przeżył? Nigdy. Na pewno. 

Ruszył ścieżką koło schodów Pałacu. Kiedy wszedł do domu, jego żona, Muranta, podgrzała 

na ogniu zupę. Opowiedział jej o wypadkach tego dnia. 

Zadrżała. 
– Myślisz, że ta Rachel to dziecko-nadzieja? 
Wątpię – westchnął. – Widzieliśmy już tak wiele dziewczynek, które pojawiały się i znikały. 

Zawsze  budzą  nadzieje,  ale  Dragwena  niszczy  je  albo  przeciąga  na  swoją  stronę.  –  Zauważył 

spojrzenie Muranty i dodał złowieszczo: – Czuję, że wiedźma od dawna czekała na przybycie tej 
dziewczynki. Może Rachel stanie się drugą wiedźmą? Tylko pomyśl! Tak czy tak, nie odważę się 
myśleć, że ta Rachel mogłaby nam pomóc. 

Ale w głębi ducha miał taką nadzieję. 

 

background image

Czary 

 
Rachel  obudziła  się  dopiero  następnego  ranka.  Ziewnęła  głośno  i przeciągnęła  się  na 

wygodnym posłaniu. 

– Dzień dobry – rozległ się zachrypnięty głos. 
Podskoczyła. 
– Kto tu jest? 
– Morpeth. 
Morpeth!  Przed  oczami  mignęły  jej  dziesiątki  obrazów:  czarne  łapy  w piwnicy,  kobieta  ze 

żmiją na szyi, krasnolud. Co stało się potem? 

– Gdzie jestem? – spytała, usiłując oprzytomnieć. – Gdzie jest Eryk? Co z nim zrobiliście? 
– Twojemu bratu nic nie grozi – uspokoił ją Morpeth. – Zjadł śniadanie, a teraz się bawi. – 

Uszczypnął ją w palec u nogi. – Natomiast ty zaspałaś, śpioszku. 

– Z kim bawi się Eryk? Z innymi dziećmi? 
–  Oczywiście!  Nie  jesteście  tu  jedyni.  Nasz  świat  pełen  jest  dzieci.  Eryk  bawi  się  chyba 

w chowanego. 

– Na śniegu? 
–  A jest  lepsze  miejsce?  –  spytał  Morpeth  ze  śmiechem.  –  Wszystko  wygląda  tak  samo. 

Fantastyczna kryjówka. 

Rachel patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. 
– Świat pełen dzieci? Dlaczego? Skąd się wzięły? Nie ma tu... dorosłych? 
– To wyjaśnię ci później. Najpierw pozwól, że znowu powitam cię we wspaniałym świecie 

Ithrei. – Uśmiechnął się radośnie. – Jesteś naszym gościem honorowym i znajdujesz się w Pałacu 

Dragweny. Tylko wyjątkowi goście mogą tu mieszkać. 

Rachel  przyjrzała się łóżku, na którym  spała.  Było  ogromne, jak ocean szkarłatnej pościeli 

ozdobionej lśniącymi czarnymi wężami. Ich rubinowe oczy wodziły za nią przez cały czas. 

– Nie jestem wyjątkowa – powiedziała. – Jestem zupełnie zwyczajna. – Dotknęła doskonale 

dopasowanej piżamy. – To nie moje. Kto... 

– Wczoraj rozebrała cię pokojówka – wyjaśnił Morpeth. 
– Pokojówka? 
– Dopóki będziesz z nami, będziesz miała własną pokojówkę. Ma na imię Fenagel. 
Wskazał wzrokiem dziewczynę, przestępującą z nogi na nogę. Miała wokół oczu takie same 

dziwne  zmarszczki  jak  Morpeth,  przez  co  trudno  było  odgadnąć  jej  wiek.  Rozumną  twarz 
otaczały splecione w warkocz rude włosy. 

Fenagel dygnęła. 

background image

– Do usług, panienko. 
– Sama się ubiorę – powiedziała Rachel z zażenowaniem. 
– Dragwena rozkazała nam usługiwać ci – wyjaśnił Morpeth. – Fenagel zrobi wszystko, co 

jej każesz. 

–  Wszystko!  –  potwierdziła  Fenagel.  –  Nie  jestem  ważna,  panienko.  Jestem  tylko  służącą. 

Powiedz, czego chcesz. 

Rachel nie miała pojęcia, co powiedzieć. 
– Ale... ja nie chcę niczego. Nie nazywaj mnie panienką. Mam na imię Rachel. 
– Oczywiście, panienko... Rachel. 
– Pora się ubierać – zarządził Morpeth. – Czekam na ciebie w Sali Śniadaniowej. 

 
–  Nie  wiesz,  gdzie  się  podziało  moje  ubranie?  –  spytała  Rachel,  kiedy  została  sama 

z Fenagel. 

– Och, panienko Rachel, panienka ma mnóstwo ubrań. Proszę za mną. 
Fenagel zaprowadziła Rachel do pokoju tuż przy sypialni. Była to garderoba, lecz tak wielka, 

że  kiedy  się  stało  na  jej  środku,  nie  widziało  się  ścian.  Wszędzie,  jak  okiem  sięgnąć,  wisiały 
setki, tysiące ubrań. A kiedy Rachel stała i z zachwytem chłonęła ich widok, ubrania zaczęły się 
do niej odwracać! Śliczne sukienki falowały, by zwrócić na siebie jej uwagę. Jedna ze spódnic 
rozpostarła  się  jak  wachlarz,  prezentując  mieniącą  się  barwę,  i aż  zmarszczyła  się  z rozkoszy, 
kiedy  Fenagel  lekko  pogładziła  ją  po  rąbku.  Kilka  swetrów  odepchnęło  na  bok  bluzki,  a na 
środek podłogi wymaszerował, tupiąc, rząd bucików. Fenagel rzuciła im surowe spojrzenie, więc 
zatrzymały  się  w stosownej  odległości  i wypuściły  przed  siebie  zgrabne  skarpetki,  rajstopy 

i legginsy,  które  zaczęły  tańczyć.  Wreszcie  wszystkie  ubrania  otoczyły  Rachel  ścisłym  kręgiem 

i w milczeniu czekały na jej decyzję. 

Dziewczynka  cofnęła  się  o krok,  bardzo  zdziwiona.  Nagle  jedna  odważna  sukienka,  biała 

z lśniącymi kamykami, skoczyła i przywarta jej do piersi. 

– Uciekaj! – krzyknęła Rachel, zrzucając ją z siebie. 
– Nie, nie. Proszę ją przymierzyć – zaśmiała się Fenagel, grożąc palcem bluzce, starającej się 

wpełznąć na nogę Rachel. – Ta sukienka nie skrzywdzi panienki! 

– Ale jak to możliwe, że ubrania... 
– Och, nie wiem! To wszystko zrobiła Dragwena. Więc włoży panienka tę sukienkę czy nie? 
– Czy mogę... ubrać się tak, jak chcę? 
– Oczywiście. To wszystko dla panienki. 
Rachel  opanowała  zdenerwowanie  i szybko  przymierzyła  kilka  strojów.  Biegała  od 

wieszaków do licznych ogromnych luster. Każde ubranie leżało na niej jak ulał. Biała sukienka 

z kamykami wpełzła na wieszak i zawisła na nim ze smutno opuszczonymi rękawami. 

background image

– Mam cię włożyć? – spytała Rachel, spodziewając się, że sukienka odpowie „tak!” 
– Ona nie potrafi mówić, ale chce, żeby panienka do niej mówiła! – zawołała Fenagel. – Czy 

to nie piękne? 

Rachel  spojrzała  z wahaniem  na  sukienkę.  Pomyślała,  że  pewnie  będzie  musiała  wyjść  na 

dwór, na śnieg, wybrała więc gruby biały sweter, czarne spodnie i mocne szare buty na płaskim 
obcasie.  Wyszła  z garderoby,  zastanawiając  się,  czy  buty  zaprowadzają  do  Sali  Śniadaniowej. 

Ale to Fenagel wskazała jej drogę. Zatrzymała się pod drzwiami. 

– Nie wejdziesz? – spytała Rachel. 
–  Nie  mogę.  To  znaczy,  już  jadłam...  To  znaczy...  Do  zobaczenia,  panienko!  –  I pobiegła 

korytarzem, jakby chciała jak najszybciej uciec od tego, co czekało za drzwiami. 

 
Rachel zebrała się na odwagę i delikatnie zapukała do drzwi. 
– Wejdź, Rachel  – usłyszała głos  Morpetha. Sala Śniadaniowa ją zawiodła. Była mała, nie 

większa od kuchni w jej domu, a stał w niej tylko zwykły okrągły stół z dwoma krzesłami. Nie 
było  tańczących  łyżek  ani  pudełek  z płatkami,  dopraszającymi  się  jej  uwagi.  Rachel  usiadła 

naprzeciwko Morpetha i uśmiechnęła się nieśmiało. 

– Jestem głodny – powiedział. – A ty? 
– Mhm. – Zdała sobie sprawę, że nie jadła od bardzo dawna. A to natychmiast przypomniało 

jej  o Eryku.  –  Czy  Eryk  zjadł  śniadanie?  Gdzie  jest?  Przestraszy  się,  jeśli  nie  będzie  wiedział, 

gdzie jestem. 

Morpeth tylko się roześmiał. 
– Przed chwilą do niego zajrzałem. Jest na dworze, świetnie się bawi. Właśnie lepi bałwana. 

Ani  razu  o tobie  nie  wspomniał!  Możesz  do  niego  iść,  kiedy  tylko  zechcesz.  Ale  najpierw  coś 
zjedzmy. Na co masz ochotę? 

– Macie tu jakieś płatki? 
Mamy.  Każde,  o jakich  tylko  zamarzysz.  Plus  tosty,  jajka,  wszystkie  te  rzeczy,  a także  to, 

czego  pewnie  na  ogół  nie  jadasz  na  śniadanie  –  na  przykład  ogromne  pyszne  kanapki 

z czekoladą. 

– Więc poproszę o kanapki z czekoladą! 
– Widzisz – wyjaśnił Morpeth, wygodnie sadowiąc się na krześle  – na razie ich tu nie ma. 

W naszym świecie trzeba sobie wyobrazić to, co chcesz zjeść. 

Rachel zerknęła na niego podejrzliwie, ale przypomniała sobie o tańczących ubraniach. 
–  Na  przykład  –  ciągnął  Morpeth  –  dziś  mam  ochotę  na  jajka,  a do  nich  kiełbaski 

w kształcie... powiedzmy, w kształcie czajniczków. 

W  następnej  chwili  na  stole  pojawił  się  talerz  gorącej  jajecznicy  z kiełbaskami.  Każda 

kiełbaska wyglądała jak prawdziwy czajniczek, z dziobkiem, rączką i pękatym brzuszkiem. 

background image

Rachel  otworzyła  szeroko  oczy.  Morpeth  podniósł  jedną  kiełbaskę.  Miała  prawdziwą 

pokrywkę. Włożył ją do ust. 

– Pyszności – oświadczył. – Teraz ty. 
– Ja... ja tak nie potrafię – wyjąkała. – Jak to zrobiłeś? 
–  Zapomniałaś,  jak  korzystałaś  z magicznej  mocy  między  światami?  Dla  takiej  mądrej 

dziewczynki  to  nic  trudnego.  –  W jego  dłoni  pojawił  się  widelec,  którym  zaczął  pałaszować 
jajecznicę. – Widzisz, ten świat nie jest taki jak twój. Tu magia jest wszędzie. 

– Wszędzie? 

Absolutnie.  I tylko  czeka  na  twoje  rozkazy.  Magiczna  moc  uwielbia,  kiedy  się  z niej 

korzysta!  Wystarczy  tylko  trochę  poćwiczyć.  Teraz  musisz  tylko  wiedzieć,  czego  chcesz,  no 

i musisz  to  przywołać.  –  Pochylił  się  ku  niej.  –  Zamknij  oczy  i zobacz  te  pyszne  czekoladowe 
kanapki, jak leżą na talerzu przed tobą. To wystarczy, obiecuję. 

Rachel  zamknęła  oczy  i wyobraziła  sobie  kanapki.  Były  pokrojone  w małe  trójkąty, 

a spomiędzy kromek chleba sączyła się ciemnobrązowa lśniąca czekolada. Ale kiedy otworzyła 
oczy, talerz był pusty. 

– Na pewno pomyślałaś o kanapkach – powiedział Morpeth – ale nie wyobraziłaś sobie, że 

leżą na stole przed tobą. Tak? 

Skinęła głową. 
– Spróbuj jeszcze raz. 
Zrobiła  to  i omal  nie  krzyknęła  ze  zdziwienia,  kiedy  na  talerzu  przed  sobą  ujrzała  dwie 

czekoladowe kanapki. Wyglądały całkiem jak prawdziwe. 

Morpeth przyjrzał się im uważnie. 
– Obiecujące, ale o czymś zapomniałaś. 
Poszła za jego spojrzeniem i stwierdziła, że chleb wygląda jak szara wata. 
– Fuj! Ale brzydkie! 
– Nie są złe – zaprotestował Morpeth i zjadł kawałek ciastka z bitą śmietaną. – Zapomniałaś 

wybrać  kolor  chleba.  Ma  być  biały  czy  brązowy,  a może  srebrny?  Widzisz,  magiczna  moc  nie 

wie, jakiego koloru ma być chleb. Tylko ty to wiesz. Spróbuj jeszcze raz. 

Tym razem zrobiła biały, puszysty chleb. Bez masła, pomyślała, tylko mnóstwo czekolady. 

Kanapka prezentowała się całkiem nieźle. 

– Tylko bez nerwów – powiedział Morpeth, żując kawałek jabłka-ciągutki. – Teraz skosztuj. 
Rachel ostrożnie wzięła kanapkę i ugryzła mały kęs. 
– Błe! – Rzuciła ją na stół. – Wstrętna! 
Morpeth  roześmiał  się  głośno,  a wokół  jego  ust  i na  policzkach  pojawiły  się  mu  głębokie 

zmarszczki. 

– To wcale nie jest śmieszne – obraziła się Rachel. 

background image

– Ale znowu o czymś zapomniałaś! 
– Tak? Nie, na pewno... 
– Zapomniałaś sobie wyobrazić, jak mają smakować! 
– Och... – Zdała sobie sprawę, że Morpeth ma rację. Szybko wyobraziła sobie smak chleba 

przesiąkniętego czekoladą i skubnęła rożek kanapki. Tym razem wszystko było jak należy. 

Morpeth wziął drugą kanapkę. 
– Mogę spróbować? 
Skinęła głową, dziwiąc się, że Morpeth może tyle zjeść. 
Ugryzł wielki kawał i przeżuł go powoli. 
– Paluszki  lizać  – westchnął.  – Sam  bym  tego lepiej nie zrobił. Spróbuj  jeszcze raz. Może 

tym razem owoc? 

Sprawiła, że na środku stołu pojawiła się pomarańcza. Zmarszczyła brwi i przyjrzała się jej 

uważnie, nie wiedząc, co jest z nią nie tak. 

–  Patrz  uważnie  –  powiedział  Morpeth.  –  Sama  wiesz,  co  się  nie  zgadza.  Nie  muszę  ci 

podpowiadać. 

Rachel  wbiła  wzrok  w pomarańczę.  Była  okrągła.  Miała  odpowiedni  kolor.  Kazała  jej  się 

powoli obrócić. Morpeth odchylił się na krześle i spojrzał na nią z fascynacją. Nagle zrozumiała: 
na  skórce  pomarańczy  nie  było  tych  małych  otworków.  Była  gładka  jak  skórka  jabłka.  Więc 
Rachel kazała się jej zmienić. 

Morpeth chwycił pomarańczę i chciał ją obrać, ale mu się nie udało. 
– Och, zapomniałam, że to ma być prawdziwa skórka – powiedziała Rachel, zła na siebie. 
–  To  nieważne.  Powiedz,  co  sądzisz  o tej  sztuczce.  Na  pomarańczy  pojawiło  się  jabłko. 

Rachel postawiła na nim banana. Morpeth dodał brzoskwinię, na którą Rachel dorzuciła ananasa. 
Bawili się tak, aż piramida owoców sięgnęła sufitu. 

Rachel pokręciła głową. 
– Czemu się nie przewracają? 
– Bo nie chcemy! 
Morpeth  dorzucił  jeszcze  cztery  banany.  Razem  zaczęli  budować  nieprawdopodobne 

piramidy,  rosnące  w górę  i na  boki.  Rachel  nagle  zburzyła  je  i kazała  owocom  latać  wokół  ich 
głów. Morpeth ukrył banany za ananasami, a Rachel zaczęła rozbijać melony o ścianę, bryzgając 

sokiem na wszystkie strony. 

Wreszcie uspokoiła się i spojrzała na okropny bałagan, jakiego narobili. 
– Chyba musimy to posprzątać. 
– Chyba tak – odparł Morpeth. – A może musimy sobie wyobrazić, że posprzątaliśmy! 
Rachel poszła za jego radą. W ułamku sekundy pokój stał się tak samo czysty jak w chwili, 

gdy do niego weszła. 

background image

– Czy mogę zmienić także salę? – spytała, bo zabawa bardzo jej się podobała. 
– Zmień, co ci się podoba! – zawołał wesoło Morpeth. – Zmień wszystko! 

Rachel  zastanowiła  się.  Wyobraziła  sobie,  że  ten  pusty  pokój  jest  ogromną  pałacową 

jadalnią.  Stworzyła  piękne  sztućce  i kandelabry,  a także  kryształowe  żyrandole.  Na  stole 
wyczarowała setki talerzy, pełnych pieczonych kurcząt, ziemniaków, kukurydzy i puddingów. 

Co jeszcze? – pomyślała, usiłując pomieścić w głowie wszystkie te przedmioty. Wyobraziła 

sobie, że cały pokój jest szklany i że pływają w nim ryby. Właściwie jak powinna wyglądać taka 
rybka?  Ma  mieć  długi  ogon  czy  krótki  jak  u szczeniaczka?  Pyszczek  brzydki  czy  ładny? 
Postanowiła  stworzyć  smukłe  ryby  o karminowych  pyszczkach,  z zielonymi  kolczykami 

w płetwach. 

Kiedy otworzyła oczy, pokój wyglądał zupełnie inaczej. Ściany były ze szkła, a w powietrzu 

unosiły  się  ryby.  Ale  i tak  nie  wyglądało  to  dobrze.  Kolczyki  w ich  płetwach  zrobiły  się  żółte. 
Rachel  przywróciła  im  zieleń.  W chwilę  później  znowu  pożółkły  –  jakby  coś  na  nie  działało. 
Rachel westchnęła i zauważyła, że kandelabry i talerze znikły. Tak bardzo skupiła się na rybach, 
że zapomniała zachować je w pamięci. 

– Och, jestem do niczego, prawda? – spytała. Morpeth był bardzo blady. Zachwiał się i omal 

nie spadł z krzesła. 

– Co ci jest? – spytała Rachel niespokojnie. 
– Nic – wymamrotał. – Zmęczyłem się tylko, dziecko-nadziejo. 
Patrzył na nią z zaskoczeniem i... strachem? 
– Co to znaczy? – spytała. – Dziecko-nadzieja? 
– Nic – odparł szybko. – Zupełnie nic. 
Rachel spojrzała ze smutkiem na Salę Śniadaniową. Teraz widziała wszystkie usterki swoich 

czarów.  Nic  nie  było  takie,  jak  sobie  wyobraziła.  Nawet  ryby  zaczęły  się  rozpływać  i tracić 
kształt, kiedy nie skupiała się wyłącznie na nich. 

– Jestem kiepska – westchnęła. 
Morpeth przyjrzał się rybie, która przepłynęła koło jego kolan. 
– Nie. Ten pokój jest... zadziwiający. Nie doskonały, ale z czasem nabierzesz wprawy. Jesteś 

niewiarygodnie utalentowana. 

Zarumieniła się. 
– Naprawdę? 
–  O,  tak.  Pora  skończyć  śniadanie.  Potem  chcę  ci  pokazać  pałacowe  ogrody,  a później 

złożymy wizytę Dragwenie. 

– Tej kobiecie-żmii? 
– Mhm, nie jest to nazwa, która by się jej spodobała. 
– Przepraszam. – Rachel uśmiechnęła się z nadzieją. – A możemy się najpierw pobawić? 

background image

– Później. Najpierw chcę rozprostować stare kości. Zobaczmy, jak szybko poradzisz sobie ze 

śniadaniem.  –  Na  stole  pojawił  się  talerz  tostów  z kilkoma  różnymi  rodzajami  marmolady.  – 
Mam nadzieję, że lubisz marmoladę. 

– Och, z tego wszystkiego straciłam apetyt. Wiem! Wyobrażę sobie, że już zjadłam! 
Poczuła w żołądku tosty z marmoladą. 

Oboje spojrzeli na pusty talerz i wybuchnęli śmiechem. 

 

background image

Podniebna podróż 

 
Morpeth  zszedł  wraz  z Rachel  po  kamiennych  schodach.  Zatrzymał  się  przy  wielkich 

okrągłych drzwiach z polerowanej stali. Na gładkiej powierzchni nie było żadnego znaku, nawet 

klamki czy zamka. 

– Czy to wejście do ogrodu? – spytała Rachel. 
– Tak. – Morpeth wyciągnął dłoń w stronę bramy, która otworzyła się bezgłośnie. 
Rachel przyglądała się mu uważnie. 
– Użyłeś magicznej mocy, prawda? 
Skinął głową. 
– Dlaczego do ogrodu prowadzi taka wielka brama z magicznym zamkiem? 
Bo  na  zewnątrz  czyha  niebezpieczeństwo.  Pamiętasz  te  czarne  łapy?  Są  też  wielkie  wilki 

z żółtymi oczami i kłami większymi od twojej głowy. – Uśmiechnął się. – Chybabyś nie chciała, 
żeby zakradły się do ciebie w nocy i przegryzły cię na pół? 

Cofnęła się o krok, przerażona. 
– Nie chcę wychodzić. 
– Nie trzeba się bać. Wilki podchodzą pod ogród tylko w nocy. 
Rachel  zerknęła  ostrożnie  za  bramę.  Na  ziemi  leżała  lśniąca  pokrywa  szarego  śniegu. 

W oddali,  ujęte  w ramy  drzew  o trójkątnych  liściach,  połyskiwało  skute  lodem  jezioro.  Nigdzie 
nie  było  widać  żółtookich  wilków.  Czy  kryją  się  za  drzewami?  A jeśli,  pomyślała,  sama  myśl 

o wilku może go powołać do życia? 

– Pokażę ci, że nic nam nie grozi – odezwał się Morpeth. Wbiegł do ogrodu, zatoczył wielkie 

koło i krzyknął ochryple: – Wilki, wilki, jeśli chcecie, zaraz pożreć mnie możecie! 

Rachel nieśmiało weszła do ogrodu i od razu popędziła co sił w nogach do Morpetha i mocno 

się do niego przytuliła. 

–  Chodź  –  powiedział.  –  Ścigamy  się  do  jeziora!  Rachel  biegła  szybko,  ale  krótkie,  krępe 

nóżki Morpetha migały jak błyskawice. 

–  Nigdy  mnie  nie  złapiesz!  –  zawołał.  –  Jestem  szybki  jak  wiatr,  jestem  zwinny  jak  ptak, 

mogę biegać tak jeszcze sto lat! 

Zygzakiem pędził przez ogród, szeroko rozkładając ramiona. 
Rachel nie mogła go dogonić, ale wpadła na inny pomysł. Przypomniała sobie, jak to zrobiła 

pomiędzy światami, i po prostu wyobraziła sobie, że ląduje koło jeziora. Ze świstem powietrza 
wygodnie osiadła na jego brzegu. Morpeth potknął się i omal na nią nie wpadł. 

– Jak... jak to zrobiłaś? – szepnął, padając na pień w kształcie grzyba. 
– To nic trudnego. Tylko o tym pomyślałam, tak jak mi kazałeś. 

background image

Morpeth potrząsnął głową. 
–  Nie!  Tego  cię  nie  uczyłem.  Nie  pokazałem  ci,  jak  się  przenosić  z jednego  miejsca  na 

drugie. Nawet ja nie mogę... To potrafi tylko Dragwena! 

– I ja też! 
– Ale to było między światami! Dragwena umieściła tam specjalny czar, żeby dzieci mogły 

trafić do  Ithrei.  A ty zrobiłaś to  sama!  – Spojrzał  na Rachel  z podziwem.  – Więc jednak jesteś 

dzieckiem-nadzieją. 

– Czym? Już to raz powiedziałeś. Co to znaczy? Co to za dziecko-nadzieja? 
–  Chciałem  powiedzieć...  –  Morpeth  opanował  się  i zrobił  minę,  jakby  nic  się  nie  stało.  – 

Chciałem  powiedzieć,  że  jesteś  strasznie  podstępna!  Coś  takiego,  tak  mnie  wykiwać!  Chodź, 
poślizgamy się na jeziorze Ker. 

Skoczył na lód; na jego nogach pojawiły się jaskrawoczerwone łyżwy. 
– Juhuuuu! – wrzasnął, kreśląc idealnie równe kółka na jednej nodze. – Chodź, Rachel! To 

jest fantastyczne! 

Szybko wyobraziła sobie, że ma na nogach migoczące różowe łyżwy, i razem zaczęli tańczyć 

na lodzie, jakby robili to przez całe życie. 

W  końcu  wrócili  na  brzeg,  żeby  odpocząć.  Nad  ich  głowami  wznosił  się  Pałac,  godzący 

w niebo setkami  cienkich czarnych kolumn i wież o dziwnych maleńkich okienkach. Wszystkie 
były  spiczaste  i groźne;  kamień  chłonął  światło,  jakby  go  nienawidził.  Jedna  smukła  wieża 

w samym  środku Pałacu była wyższa od pozostałych. Wyglądała jak bardzo długa igła, kłująca 
niebo. Na czubku miała wielkie zielone okno w kształcie... Rachel wytężyła wzrok. Wyglądało 
jak oko. Gdzie ona widziała ten kształt? 

– Kto zbudował Pałac? – spytała. – Jest stary i bardzo mroczny. 
Morpeth wzdrygnął się. 
– Powstał bardzo dawno temu. To wszystko, co wiem. Wiedział jednak dużo więcej. Pałac 

zbudowała  Dragwena,  kiedy  to  tysiąc  lat  temu  pojawiła  się  w Ithrei.  Nie  wiedział,  dlaczego  tu 
przybyła.  Nikomu  nie  powierzyła  tego  sekretu.  Ale  wiedział,  że  Dragwena  nienawidzi  tego 
świata i wszystkich dzieci, które porwała z Ziemi i uczyniła swoimi niewolnikami. Ściągała je tu 
nieustannie, szukając czegoś, o czym nigdy nie wspominała. 

Pewnej  nocy,  przed  wielu  laty,  Dragwena  zaprowadziła  Morpetha  do  wieży-oka.  Z wielką 

satysfakcją  opowiedziała  mu,  że  każdy  kamień,  każda  drobina  tych  grubych  murów  została 

przyniesiona z gór przez tysiące dzieci.  Prace trwały setki lat. Większość dzieci  umarła z głodu 
lub zimna, niosąc kamienie przez śnieg lub spadając z wieży. Ta historia ciągnęła się przez wiele 

dni i nocy. Dragwena pamiętała wszystko, śmierć każdego dziecka z osobna. Zmusiła Morpetha, 
by także cierpiał, zrozumiawszy, co zrobiła, i gdy wypełniał jej rozkazy. 

Morpeth westchnął i pomyślał o Eryku. Prawdopodobnie właśnie teraz wiedźma poddaje go 

background image

próbie.  Ten  chłopiec  ma  w sobie  coś  wyjątkowego.  Jakąś  moc,  dar,  chociaż  inne  niż  Rachel. 
Dragwena natychmiast to wyczuła. Jeśli talent Eryka jej nie zainteresuje, wkrótce go zabije. Być 
może nawet już to zrobiła. Co będzie z Rachel? Jak można ukryć przez wiedźmą jej wyjątkowy 
dar? Dragwena pewnie obserwuje ich teraz przez wieżę-oko. 

Rachel patrzyła na pokryte śniegiem ogrody. Jedynymi zabudowaniami było tu parę prostych 

chat wokół murów Pałacu. Koło chat kręciło się kilka zgarbionych drobnych postaci, podobnych 

do Morpetha. W oddali widać było wysokie góry o ostrych szczytach. 

– Czy te góry są daleko stąd? – spytała z ożywieniem. 
– Ach, Dzikie Góry! – Morpeth podniósł się z ziemi. – Może to sprawdzimy? Polećmy tam. 
Rachel zachichotała. 
– A możemy? Nie mamy skrzydeł. 
– Nie? Więc musimy je sobie wyobrazić! 
Rachel  spodziewała  się,  że  ręce  Morpetha  zmienią  się  w skrzydła.  Tymczasem  on  tylko 

spojrzał w dal. 

–  Dziś  –  powiedział  –  wyobrażę  sobie,  że  frunę  na  skrzydłach  wielkiej  orlicy.  Patrz  –  już 

nadlatuje! 

Rachel  spojrzała  na  kremowe  zimowe  niebo.  W oddali,  tuż  nad  horyzontem,  pojawiła  się 

malutka  kropeczka.  Na  oczach  Rachel  stawała  się  coraz  większa,  aż  wreszcie  można  było 
rozróżnić skrzydła, białą głowę i zakrzywione szpony. Ptak miękko wylądował na śniegu. 

Morpeth skoczył mu na grzbiet. 
– Za mną, Rachel, lecimy! 

I Orzeł wystartował w blade niebo. 
– Nie zostawiaj mnie! – krzyknęła Rachel. 
– Wiesz, co robić! Spiesz się, bo będę pierwszy! 
Rachel skupiła myśli. Jaki ptak jest najwspanialszy? Orzeł? 
Gołąb? Ukształtowała w myślach obraz powstającej ze śniegu wielkiej białej sowy o żółtym 

dziobie. Zanim ptak przybrał  ostateczny kształt,  Rachel  skoczyła na jego grzbiet i chwyciła się 
mocno  piór.  Nie  minęła  chwila,  a szybowała  setki  metrów  nad  Pałacem,  wokół  zaś  świstał 

lodowaty wicher. 

– Dogonię cię! Dogonię! 
Biała  sowa,  posłuszna  rozkazowi,  szybko  dogoniła  orlicę  Morpetha.  Uśmiechnęli  się  do 

siebie, siedząc na grzbietach magicznych ptaków. 

– Przelećmy nad Pałacem! – zawołała Rachel. 
– Nie! Prosto w góry! Ścigajmy się! 
Orlica wzbiła się wysoko w niebo. 
– Nie możesz lecieć szybciej ode mnie! – krzyknęła Rachel. 

background image

–  Spróbuj  mnie  dogonić!  Posłuż  się  mocą!  Wkrótce  znaleźli  się  nad  górskimi  szczytami, 

patrząc  z wysoka  na  doliny  i skały.  Rachel  chciała  być  pierwsza.  Powiedziała  sowie,  że  jest 
szybsza  od  wszystkich  orłów,  jest  najszybszym  stworzeniem,  jakie  kiedykolwiek  wzbiło  się 

w powietrze,  jest  nieuchwytna  –  i kazała  jej  pofrunąć.  Morpeth  dogonił  ją  bez  wysiłku.  Rachel 
nieustanne usiłowała mu uciec, ale zawsze znajdował się obok niej. 

– Dlaczego nie mogę ci uciec? – spytała, przekrzykując wiatr. 
– Bo zawsze potrafię sobie wyobrazić, że cię doganiam! 
–  Więc  wyobrażę  sobie,  że  nie  możesz  mnie  dogonić  –  szepnęła  Rachel  do  sowy,  która 

śmignęła przed siebie jak błyskawica. 

–  Właśnie  sobie  wyobraziłem  –  roześmiał  się  Morpeth,  znowu  ją  doganiając  –  że  choćbyś 

leciała nie wiadomo jak szybko, zawsze cię doścignę. Potrafisz sobie wyobrazić coś, co mnie nie 
przyjdzie do głowy? Potrafisz? 

Zastanowiła się nad tym, a Morpeth szerokim gestem ręki objął lśniący w dole krąg ziemi. 
– Spójrz na to! Spójrz na Ithreę! 
Serce  Rachel  zabiło  szybciej.  Na  zachód  i północ  od  Dzikich  Gór  rozciągały  się  inne 

łańcuchy górskie, a za nimi – bezkresne morze. 

– Ocean Endellion! – zawołał Morpeth. – Lodowy ocean! 
Ziemie na wschodzie wyglądały jak szara śnieżna pustynia, której monotonię zakłócały tylko 

wieże  Pałacu.  Na  południu  widać  było  kilka  czarnych  smug,  być  może  lasów  przysypanych 
śniegiem. Gdzie są dzieci, których podobno jest tu tak dużo? Czy gdzieś pod śniegiem kryją się 
miasta? Czy mogą tam polecieć? Czy... nagle krzyknęła i zapomniała o dzieciach. 

Zobaczyła trąby powietrzne. 
Było  ich  osiem;  ogromne,  wirujące  po  dwie  w każdej  ze  stron  świata.  Wzbiła  się  jeszcze 

wyżej,  tam  gdzie  powietrze  było  już  bardzo  rozrzedzone,  by  zajrzeć  do  ich  środka.  Nigdy 

w życiu  nie  widziała  tak  ogromnych  wirów  szalejącego  wichru.  Z ich  czubków  spadały  czarne 
chmury,  rozpościerające  się  nad  całym  światem  Ithrei,  sypiąc  śniegiem  na  wszystkie  strony. 

A wewnątrz  każdej  trąby  powietrznej  kryły  się  błyskawice,  nieskończone  łańcuchy  błyskawic, 
rozjaśniające niebo niczym gigantyczne flesze. Rachel oddychała głęboko, usiłując zapamiętać to 
wszystko.  Cóż  to  za  świat?  Nagle  zapragnęła  zobaczyć  jakiś  kolor,  jakikolwiek.  Tu  nie  było 
kolorów.  Brudnobiałe  niebo  i szary  śnieg.  Nawet  słońce  miało  blady  blask,  nie  dawało  ciepła 

i można było w nie patrzeć, nie mrużąc oczu. Jednobarwny świat, pomyślała. Zimowy świat. Jak 

czarno-biała  fotografia.  Spojrzała  na  Morpetha,  a jego  niebieskie  oczy  zalśniły  na  tle  białego 

nieba. 

– Czy tu zawsze pada śnieg? – spytała i nagle zaczęła dygotać. 
– Oczywiście. – Z woli Dragweny, pomyślał gorzko, choć Rachel nie powinna jeszcze tego 

usłyszeć. – Pora wracać nad jezioro Ker. Nie możemy tak latać przez cały dzień. 

background image

– Pościgamy się jeszcze? 
– Czemu nie? Na razie mnie nie przegoniłaś! 
Połaskotał kark orlicy, a ta pomknęła w stronę jeziora. 

Rachel nie próbowała jej prześcignąć. Po prostu wyobraziła sobie, że już ląduje na brzegu. 
Tymczasem  okazało  się,  że  zawisła  naprzeciwko  zielonego  oka  –  okna  najwyższej  wieży 

Pałacu. 

W oknie, o parę metrów od niej, stała Dragwena. 
Wiedźma  patrzyła  na  Rachel,  gładząc  naszyjnik-żmiję.  Rachel  spojrzała  na  nią  niepewnie. 

Czuła, że dzieje się coś złego. 

– Odfruń! – rozkazała sowie, pociągając ją za szyję. Ale ptak jej nie usłuchał. Zbliżył się do 

okna tak bardzo, że prawie dotknął szyby. Wiedźma uśmiechnęła się i posłała Rachel pocałunek. 

W tej samej chwili poryw nagłego wiatru uderzył w sowę. 
Rachel chwyciła ją mocno za pióra, żeby nie spaść. 
– Zabierz mnie stąd! – rozkazała. Sowa powoli odwróciła potężną głowę i otworzyła dziób. – 

Nie, nie! – krzyknęła Rachel, ponieważ zrozumiała, co się za chwilę stanie. Sowa pochyliła się, 
dziobnęła jej dłonie i strąciła ją ze swojego grzbietu. 

Rachel krzyknęła, wyciągnęła ręce, by przytrzymać się sowich piór... 
I spadła. 
Lodowaty wiatr szarpnął ją za włosy. Spojrzała w dół i ujrzała zbliżającą się ku niej wieżę, 

z iglicą wymierzoną prosto w jej ciało. 

Zacisnęła  mocno  powieki.  Przypomniała  sobie,  jak  spowolniła  swój  upadek,  kiedy  była 

pomiędzy światami. Ale wtedy spadała w nieskończonej czerni. Tutaj na podjęcie decyzji miała 

tylko  parę  sekund.  Już  miała  wpaść  w panikę,  lecz  w ostatniej  chwili  przed  oczami  stanął  jej 
obraz  piórka,  małego,  białego  piórka,  powoli  spływającego  w dół.  Skupiła  się  na  nim 
gorączkowo  i wyobraziła  sobie,  jakie  jest  małe  i lekkie,  i jak  spokojnie  opada,  kołysząc  się  na 

wietrze. 

W  końcu  ośmieliła  się  otworzyć  oczy.  Wokół  niej  wirowały  na  wietrze  ogromne  płatki 

śniegu,  a ona  wirowała  razem  z nimi.  Całe  niebo  rozkwitło  śnieżną  szarością,  kryształowe 
krawędzie ocierały się o nią jak ciemna zamarznięta woda. 

Nagle zrozumiała, dlaczego płatki wydają się takie wielkie – to dlatego, że ona zmalała. Stała 

się piórkiem! Jej nowe ciało szybowało na wietrze razem ze śnieżynkami. 

Po chwili wylądowała bezpiecznie na parapecie okna. Wiatr porwał ją jednak i poniósł dalej, 

a ona  mu  się  poddała.  Czuła  się  dziwnie  w nowym,  nic  nieważącym  ciele.  Szybowała  przez 
chwilę i w końcu wraz z wielkimi płatkami opadła na ziemię. 

Potem, przez mgłę zadymki, ujrzała zbliżającą się do niej ogromną postać. 
– Morpeth! – krzyknęła. 

background image

Podniósł  ją  ze  śniegu,  ogromne  palce  zamknęły  ją  w ciemnym  świecie.  Czekała  w ciepłej 

ciszy jego dłoni i czuła się zupełnie bezpieczna. Po chwili Morpeth położył ją na brzegu jeziora 

i wypowiedział trzy słowa. 

Poczuła, że znowu ma ręce. Na twarzy pojawiły się wargi... i, zziębnięta, upadła na śnieg. 
– Och, co się stało! – załkała. – Ta kobieta-żmija tam była. Posłała mi pocałunek i... 
–  Wiem,  wiem.  –  Odgarnął  mokre  pasma  włosów  z jej  policzków.  –  Teraz  już  nic  ci  nie 

grozi. Obiecuję. 

Zaprowadził ją do Pałacu przez wielkie stalowe drzwi. Znów otworzył je za pomocą czarów. 

Rachel  była  zbyt  wstrząśnięta,  by  zwrócić  na  to  uwagę.  Jak  to  w ogóle  możliwe?  Ta  dziwna 
kobieta, Morpeth, Sala Śniadaniowa, sowa, przemiana w piórko. Jak mogło do tego dojść? 

– Czy to mi się śni? – spytała. – Czy zaraz się obudzę i będę musiała iść do szkoły? 
– Chciałbym, żeby to był twój sen – odparł Morpeth. – Albo mój. 
–  Chcę  znaleźć  Eryka  i wrócić  do  domu!  Morpeth  milczał.  Odprowadził  ją  do  Sali 

Śniadaniowej, gdzie czekały już suche ubrania. Pokój wyglądał dokładnie tak samo, jak rankiem. 
Smukłe ryby z kolczykami w płetwach zniknęły. 

Morpeth kazał jej usiąść. 
– Rachel – powiedział lekko drżącym głosem. – Wiem, że się boisz, ale musisz być dzielna. 
Skinęła głową. Nie wiedziała, o czym mówi, ale czuła, że mu ufa. 
– Zmieniłaś swoją postać. Stałaś się czymś innym. 
– Piórkiem. 
– Tak, ale to nie powinno być możliwe. W tym świecie tylko jedna osoba ma taką moc. 
– Dragwena – mruknęła Rachel. – Zakładam się o wszystko, że to ona. 
– Tak. – Pochylił się ku niej i ścisnął jej ręce. – Za chwilę muszę cię zaprowadzić do wieży-

oka.  Dragwena  podda  cię  surowej  próbie.  Nie  mogę  cię  ostrzec,  bo  to  by  mnie  zdradziło.  Nie 
będziesz wiedziała, że to próba. Nadejdzie niespodziewanie, a ja nie będę mógł ci pomagać. Zrób 

wszystko, co możesz. Jeśli tylko zdołam, będę cię bronić. 

– Nie rozumiem. Uratowałeś mnie. Wiem, że mi pomożesz. 
Po  zapadniętych  policzkach  Morpetha  potoczyły  się  łzy.  I tak  powiedział  jej  więcej,  niż 

powinien. Kiedy zaprowadzi dziecko do wiedźmy, musi wyglądać okrutnie – Dragwena przyjrzy 
się mu uważnie, a w drodze do jej komnaty będą go śledzić inni. 

– Co się dzieje? – spytała Rachel. – Nie płacz, czuję się już o wiele lepiej. Dlaczego jesteś 

taki zmartwiony? Co to za próba?  – Poczuła, że Morpeth  gwałtownie cofa ręce.  –  Nie chcę już 
żadnych prób, boję się! 

Morpeth  zasłonił  twarz  dłońmi  o powykrzywianych,  pomarszczonych  palcach.  Odetchnął 

głęboko,  przez  parę  chwil  jego  ciało  wydawało  się  niemal  nienaturalnie  nieruchome.  Kiedy 
znowu  spojrzał  na  Rachel,  z jego  oczu  zniknęły  przyjazne  iskierki.  Przemówił  innym  głosem, 

background image

o wiele bardziej chrapliwym. 

– Dragwena wzywa. Musimy się spieszyć. 
–  Nie  chcę  się  z nią  spotykać.  To  przez  nią  dziobnęła  mnie  sowa.  Gdzie  jest  Eryk?  Chcę 

wiedzieć, co... 

– Milcz! – krzyknął Morpeth. 

Rachel drgnęła. 
– Co się stało? 
– Chodź – warknął i szarpnął ją za ramię. – Zabawy i gry się skończyły, dziewczynko. Pora 

się przekonać, co naprawdę jesteś warta! 

 

background image

Próba Rachel 

 
Morpeth ciągnął Rachel krętymi ciemnymi korytarzami. Szedł tak szybko, że musiała za nim 

biec. 

– Puszczaj! – krzyknęła, opierając się. – Myślałam, że jesteś moim przyjacielem. 
Parsknął  ironicznym  śmiechem  i powlókł  ją  po  biegnących  w nieskończoność  kamiennych 

schodach  wieży-oka.  Rachel  usiłowała  zrozumieć,  w czym  zawiniła.  Dlaczego  Morpeth  tak  się 
zachowywał, skoro obiecał jej pomóc? 

W  końcu  zatrzymał  się  przed  wielkimi  łukowatymi  drzwiami,  strzeżonymi  przez  dwóch 

strażników z krótkimi mieczami. Na środku drzwi znajdowała się klamka w kształcie głowy żmii 

z otwartym pyszczkiem, jakby w każdej chwili mogła ukąsić gości. 

– Nie spotkam się z Dragweną! – oświadczyła Rachel. – Najpierw muszę się przekonać, że 

Erykowi nic nie grozi. 

– Cicho! 
–  Nie  mów  mi...  –  Cofnęła  się  o krok.  –  Dłużej  nie  będę  cię  słuchać!  Dlaczego  tak  mnie 

traktujesz? 

Wyszczerzył zęby. 
– Wkrótce się dowiesz. 
Drzwi otworzyły się same. Rachel zajrzała z obawą do wielkiej mrocznej komnaty. 
– Teraz wszystko zależy od ciebie  – powiedział Morpeth. – Wysil mózg, bo nie wyjdziesz 

stąd żywa. 

Wepchnął dziewczynkę do środka i zatrzasnął za nią drzwi. 
Rachel zatrzymała się w półmroku i zamrugała, by przyzwyczaić wzrok do ciemności. Coś ją 

ciągnęło  w głąb  komnaty,  do  zielonego  okna  w kształcie  oka,  spoglądającego  na  pałacowe 
budynki. Przy oknie stała Dragweną. 

– Chodź – odezwała się, nie odwracając do niej. Miała ciepły, zachęcający głos. 
Rachel  zrobiła  parę  kroków  w jej  stronę...  i cicho  krzyknęła.  Na  małym  łóżku,  okutany 

kocami spał Eryk. 

– Co mu zrobiłaś?! – zawołała, usiłując go obudzić. Nie reagował. – Jeśli go skrzywdziłaś... 

Dragweną roześmiała się cicho. 
– Chcę wracać do domu! – wrzasnęła Rachel. – Obudź mojego brata! Wypuść nas! 
Dragweną  odwróciła  się  do  niej;  w dłoniach  trzymała  pudełko.  Było  wąskie,  czarne, 

a w środku coś w nim grzechotało. 

– Mam dla ciebie prezent – oświadczyła wiedźma. 
–  Nie  chcę  żadnego  prezentu  –  wycedziła  Rachel  przez  zaciśnięte  zęby.  –  Co  zrobiłaś 

background image

Erykowi? 

Z pudełka dobiegł syk. W ułamku sekundy naszło ją ogromne, niemal bolesne pragnienie, by 

je otworzyć. 

– Co tam masz? – spytała, zapominając o Eryku. – Och, proszę, daj mi to! 
Wiedźma uśmiechnęła się i niedbale rzuciła pudełko w jej stronę. 
Rachel złapała je, niecierpliwie obróciła w dłoniach; miała straszną ochotę zobaczyć, co jest 

w środku. 

– Jak to się otwiera? Nie mogę otworzyć! 
– Czyżby nie starczało ci magicznej mocy, moje dziecko? 
Rachel  chwyciła  pudełko  i mocno  szarpnęła  za  wieczko,  wyobrażając  sobie,  jak  zamek  się 

otwiera.  W środku  było  na  pewno  coś  cudownego.  Wiedziała,  że  to  coś  zniknie,  jeśli  się  nie 

pospieszy. 

Nagle  wieczko  odskoczyło.  Dziewczynka  szarpnęła  je  tak  mocno,  że  zawartość  pudełka 

rozsypała się po całej podłodze. Spojrzała: u jej stóp leżała plansza do łatwej gry, którą dobrze 
znała: „Węże i drabiny”. 

Co? – pomyślała, bardzo rozczarowana. 
Potem  stało  się  coś,  co  sprawiło,  że  zmieniła  zdanie:  jeden  z węży  przepełzł  na  nową 

pozycję.  Zygzakiem  dotarł  na  środek  planszy.  Drugi,  znacznie  większy,  wyciągnął  się  tak,  że 
głową  dotknął  górnego  rzędu.  Pozostałe  –  było  ich  siedem  –  także  ruszyły  na  poszukiwanie 

nowego  miejsca.  W końcu  znieruchomiały,  leniwie  poruszając  języczkami.  Pomiędzy  nimi 
znajdowały się cztery drabiny. Trzy były bardzo maleńkie. Jedna duża ciągnęła się po przekątnej 

od trzeciego pola na dole do samej góry, o dwa pola od końca. 

– Podoba ci się prezent? – spytała Dragwena. 

Rachel uśmiechnęła się niepewnie. 
Wiedźma uklękła przy planszy. 
– Zagrajmy! Bardzo lubię w to grać. 
Zza  krzesła  wymaszerowały  dumnie  dwa  pionki.  Zielony  poszybował  ku  Dragwenie, 

niebieski wskoczył w dłoń Rachel. 

– Zaczynasz – powiedziała Dragwena. 

Rachel  skinęła  bezwiednie  głową,  nie  mogąc  oderwać  oczu  od  węży.  Wyrzuciła  trójkę. 

Dzięki  temu  mogła  od  razu  znaleźć  się  na  długiej  drabinie.  Postawiła  pionek  na  polu 
dziewięćdziesiątym ósmym. 

– Co za szczęśliwy zbieg okoliczności – syknęła Dragwena. – Trudno będzie cię zwyciężyć, 

skoro grasz tak dobrze. 

Rzuciła kostką; wypadła jedynka. 
– Och, jestem do niczego – westchnęła, do złudzenia naśladując głos Rachel. 

background image

Rachel spojrzała na nią nieufnie. Czuła, że to nie jest zwykła gra. Czyżby to ta próba, przed 

którą ostrzegał ją Morpeth? 

– Co będzie, jeśli wygram? – spytała z wahaniem. 
– A co byś chciała? 
– Wrócić do domu. Razem z Erykiem. Tego chcę. 
– Wyrzuć dwójkę lub więcej. Tylko tego ci trzeba. Potem możesz sobie wracać do mamusi 

i tatusia. 

– Przyrzekasz? 

Tym razem Dragwena przemówiła innym głosem – głosem Morpetha. 
– Oczywiście! Nie ufasz mi, dziecko? 
Rachel nie odpowiedziała. Wzięła kostkę i potarła ją o opuszkę kciuka. 
– Co będzie, jeśli przegram? 
– Zależy od tego, czy węże są dziś głodne. Graj dalej. Jeśli odmówisz, ukarzę Eryka. 
Serce Rachel zabiło mocno. 
– Boisz się? – spytała Dragwena łagodnie, jakby nic się nie stało. 
– No pewnie, że tak! Dlaczego mnie do tego zmuszasz? 
– Mam swoje powody. Marnujesz czas. – Jej twarz nagle się zmieniła, stała się buzią Eryka. 

– Nie pozwól, żeby mnie skrzywdziła! – rozległ się jego przerażony głos. 

Rachel zastanowiła się, czy nie pobiec do drzwi, ale przypomniała sobie, że na zewnątrz stoją 

strażnicy. 

– Nie potrzebuję strażników, żeby cię zabić – szepnęła Dragwena. 
Ręce  Rachel  zaczęły  drżeć.  Odwróciła  się  od  wiedźmy,  nie  mogąc  znieść  jej  spojrzenia. 

Mocno ścisnęła kostkę. 

Muszę  wyrzucić  dwójkę!  Skoncentrowała  się,  tak  jak  nauczył  ją  Morpeth,  i kostka 

zaturkotała po planszy. 

Wypadła dwójka. 
– Wygrałam! Wygrałam! – krzyknęła Rachel. 
– Nic łatwiejszego – odparła Dragwena. 
Dotknęła  czoła  Rachel.  Dziewczynka  w ułamku  sekundy  skurczyła  się  do  rozmiarów 

paznokcia. Dragwena podniosła ją i postawiła na środku planszy. 

–  Teraz  się  przekonamy,  jaka  jesteś  silna  –  powiedziała.  –  Uważaj!  Węże  już  na  ciebie 

polują! 

Jeden z węży natychmiast  skoczył  ku Rachel; jego  głowa była dwa razy większa od całego 

jej ciała. Rachel rzuciła się biegiem przed siebie. W jej stronę odwrócił się drugi wąż. Krzyknęła, 
przeskoczyła  nad  nim,  rzuciła  się  ku  krawędzi  planszy.  Żmija  Dragweny  rozprostowała  swe 

zwoje i otoczyła pierścieniem całą planszę, zagradzając Rachel drogę ucieczki. 

background image

– Co mam zrobić? – zawołała Rachel. – To nie fair! 
– Wygrasz, jeśli dotrzesz do ostatniego pola. Ale może ci się nie spodobać to, co na ciebie 

czeka. 

Rachel wiedziała, o czym mowa: na ostatnim polu czekał największy wąż. Musiałaby wejść 

mu do paszczy. 

– Pomóż mi! – wrzasnęła, uciekając przed kolejnym wężem. 
–  Masz  jedną  szansę  –  odpowiedziała  Dragwena.  –  Musisz  skorzystać  z drabin.  Szybko, 

węże są tuż za tobą! 

Rachel puściła się biegiem na pole trzecie w nadziei, że drabina poszybuje do góry. Tak się 

nie stało, a węże sunęły za nią. Potknęła się, przeskoczyła przez ich wygięte ciała, ale węże nie 
rezygnowały. Wreszcie zabrakło jej sił, by przed nimi uciekać. Węże zapędziły ją w kąt planszy. 
Otworzyły paszcze. Dragwena, która wyglądała, jakby się nudziła, ziewnęła z rozdrażnieniem. 

Rachel  stała  przed  wężami.  Nadal  usiłowała  zrozumieć,  dlaczego  Dragwena  wspomniała 

o drabinach. Wreszcie przyszedł jej do głowy rozpaczliwy pomysł. 

Spojrzała na węże i szepnęła: 
– Stójcie. 
Zatrzymały się, dotykając jej rozwidlonymi językami. 
– Zjedzcie węża z ostatniego pola. 
Usłuchały jej bez wahania. Po zażartej walce największy wąż został pożarty przez pozostałe. 

Na planszy były już tylko dwa żywe węże. 

Rachel zwróciła się do jednego z nich: 
– Przesuń drabinę do pola setnego. 
Wąż popełzł ku drabinie, wziął ją w kły i ustawił na ostatnim kwadracie. 
Rachel  spokojnie  przeszła  po  niej  do  ostatniego  pola,  wzięła  się  pod  boki  i spojrzała 

wyzywająco na wiedźmę. 

A  wiedźma  spojrzała  na  nią.  Ale  jak!  Oddychała  gwałtownie  i –  wodziła  wzrokiem  od 

Rachel do martwego węża. Rachel nie czekała, aż Dragwena odzyska panowanie. 

– Na nią! – rozkazała wężom. 
Skoczyły ku szyi Dragweny, ale żmija z jej naszyjnika otworzyła paszczę i je pożarła. 
– Jak... jak to zrobiłaś? – spytała oszołomiona wiedźma. 
– Nie mogłaś ich pokonać! Żadne dziecko tego nie dokonało! 
– Skoczyła w powietrze. – To ty! – krzyknęła. – Po tylu latach... – Wyciągnęła rękę, dotknęła 

czoła Rachel, przywracając jej normalny wzrost. – O, Rachel, Rachel! – załkała i przytuliła ją do 

siebie. – Wybacz mi! Musiałam cię wypróbować. Nie masz pojęcia, jak długo czekałam na twoje 

przybycie. 

Rachel odepchnęła ją od siebie. 

background image

– Odejdź! Nie zbliżaj się do mnie! 
Dragwena uśmiechnęła się tryumfalnie. 
– Teraz mnie nienawidzisz, ale wkrótce nauczysz się uwielbiać to, czym jestem. Będziemy 

wspólnie rządzić Ithreą i twoim światem. 

– Obiecałaś, że nas wypuścisz, jeśli wygram. Przyrzekłaś! 
– Skłamałam. Nigdy nie dotrzymałam słowa danego dziecku i nigdy tego nie zrobię. 
Rachel kopnęła ją z całej siły. 
Dragwena podskoczyła zaskoczona. W mgnieniu oka na jej twarzy pojawiły się cztery rzędy 

zębów,  które  kłapnęły  w stronę  Rachel.  Dragwena  zorientowała  się,  że  dziewczynka  zobaczyła 
jej kły, więc zupełnie porzuciła przebranie ładnej pani. Wytatuowane oczy spojrzały na nią bez 

wyrazu. 

–  Nie  powinnaś  mnie  gniewać  –  ostrzegła  Dragwena.  –  Mogę  cię  unicestwić  w ułamku 

chwili. 

Rachel cofnęła się, przerażona prawdziwą postacią wiedźmy. 
– Czego chcesz ode mnie i Eryka? Kim jesteś? 
–  Wiedźmą  –  szepnęła  Dragwena.  –  A ty  wkrótce  także  taka  będziesz.  Zostaniesz  potężną 

wiedźmą. 

– Co? Nigdy! Jak... Jak śmiesz nas tu zatrzymywać? Nie obchodzi mnie, o co ci chodzi, nie 

pomogę ci! 

– Dziecko – tchnęła Dragwena – czy naprawdę myślisz, że masz jakiś wybór? Od tej pory 

zawsze będziesz po mojej stronie. 

Rachel poczuła, że od nienawiści robi się jej słabo. 
– Wypuść mnie! 
– Za chwilę. Jesteś zmęczona. Najpierw musisz odpocząć. A potem... potem zobaczymy. 
Rachel ziewnęła. Rzeczywiście poczuła się bardzo zmęczona. Zaczęła walczyć z sennością; 

wiedziała, że to czar wiedźmy. 

– Twoje powieki są bardzo ciężkie – powiedziała wiedźma. – Same opadają. 
I powieki Rachel opadły. Zebrała wszystkie siły i zdołała je unieść, choć były jak z kamienia. 
– Wcale nie jestem zmęczona – zaprotestowała i znowu ziewnęła. – Wcale mi się nie chce 

spać. Nie chcę spać. I nie będę. 

– Połóż się koło Eryka – rozkazała wiedźma. – Wiem, że masz ochotę. 

Rachel poczuła, że przykrywa się kołdrą. 
– Wcale nie jestem zmęczona – szepnęła. – Nie będę ci posłuszna. 
–  Wypocznij.  –  Dragwena  otuliła  ją  do  snu  i pocałowała  w policzek.  –  Przyrzekam,  że 

będziesz miała śliczne sny. 

Twarz Rachel sama wtuliła się w poduszkę. 

background image

– Nie jestem zmęczona... nie... jestem... 
Po chwili zasnęła głęboko. 
Dragwena zajrzała do jej umysłu i stworzyła sen-marę, zaklęcie, które miało zmienić Rachel 

w wiedźmę.  Dragwena  nigdy  przedtem  nie  rzuciła  w tym  świecie  tak  potężnego  czaru.  Czy 
zadziała w przypadku Rachel? Widziała już setki dzieci, niektóre tak utalentowane jak Morpeth, 
lecz żadne nie miało mocy tak potężnej jak moc Rachel. Czy może nad nią zapanować? Już teraz 
czuła,  że  moc  dziewczynki  rośnie.  Jeśli  zadziała  szybko,  zdoła  zmienić  Rachel  we  wszystko, 

w co  zechce.  Drżąc  z podniecenia,  zaczęła  składać  warstwy;  powoli,  ostrożnie  wybrała 

wspomnienia  z przeszłości,  nienawiść,  strach  i pragnienie,  wydarzenia  i uczucia,  które  powinny 
ogarnąć umysł Rachel i przygotować ją do nowego przeznaczenia. 

Kiedy  sen-mara  był  już  gotowy,  Dragwena  zajęła  się  Erykiem.  Wyczuła  tkwiącą  w nim 

ogromną  moc,  lecz  podczas  próby  nie  znalazła  w chłopcu  żadnych  sił  magicznych.  Było  to 
dziwne, zważywszy niezwykłe talenty Rachel. Ale Eryk był jeszcze mały, nie miał uporu siostry. 
Łatwo będzie go złamać i nagiąć. Dotknęła jego skroni, zapuściła sondę w jego mózg, szukając 

miejsca, w którym znajduje się centrum oporu. 

I nagle coś rzuciło nią przez całą komnatę, aż pod przeciwległą ścianę. 
Krzyknęła, każdy mięsień jej ręki drgał spazmatycznie. 

Atak? 
Leżała  na  podłodze,  czekając  na  powrót  sił.  Co  to  znaczy?  Po  paru  chwilach  uruchomiła 

własne mechanizmy ochronne, wróciła na dawne miejsce i delikatnie zajrzała w myśli Eryka. 

Wyczuła w jego umyśle kilka warstw ochronnych. Zdumiewające – żadna ludzka istota nie 

miała  takiego  daru.  To  nie  jest  zwykle  dziecko.  Powinna  się  tego  domyślić,  powinna  być 
ostrożniej sza. Przez godzinę siedziała przy łóżku, przyglądając się chłopcu. Wiedziała, że to nie 
on ją odepchnął. Kiedy wreszcie poczuła, że może znowu zajrzeć do jego umysłu, zaczęła szukać 

w nim  jakiejś  wskazówki.  Niczego  nie  znalazła  –  tylko  proste  dziecinne  radości  i smutki.  Eryk 
nie  wiedział,  że  ma  wyjątkowe  zdolności.  Czy  ktoś  mu  je  podarował?  Kto?  Siedziała, 
niezadowolona.  Miała  ochotę  zbadać  to  do  końca.  Cóż,  kuszący  dar  Eryka  musi  poczekać. 
Obedrę  jego  mózg  z tej  tajemniczej  warstwy,  obiecała  sobie.  Na  razie  potrzebuję  tylko  mocy 

Rachel. 

Ostrożnie,  omijając  jego  mechanizmy  obronne,  umieściła  w zewnętrznej  warstwie  mózgu 

zaklęcie.  Minęło  sporo  czasu,  odkąd  użyła  go  po  raz  ostatni.  Było  tak  słabe,  że  prawie 
niewykrywalne, tak proste, że trudno było je zablokować, nawet jeśli się je wykryło. 

Idealnie nadawało się do jej celów. 

 

background image

Rada Sarrenów 

 
Wiedźma  wyszła  z wieży-oka  i znalazła  Morpetha.  –  Dobrze  wyszkoliłeś  Rachel  – 

powiedziała. – Jej zdolności są ogromne. 

Morpeth skłonił się jej nisko. 
– Nie zrobiłem nic wielkiego. Dziecko od początku przejęło inicjatywę. 
–  To  oczywiste.  Jej  moc  przewyższa  każdego  z wyjątkiem  mnie.  Przenieś  dziś  Rachel  do 

wschodniego  skrzydła  i przygotuj  pokój  z garderobą  w pobliżu  mojej  komnaty.  Rano 
przyprowadź ją do mnie. Od tej pory nie będziesz miał do niej dostępu. 

Morpeth skinął głową. 
– Czy doszło do próby? 
– Tak! A ona zwyciężyła! 
– Jak nikt przed nią. 
– W rzeczy samej. Dokona tego, do czego nie było zdolne żadne inne dziecko. – Dragwena 

rozejrzała  się  niespokojnie  po  korytarzu.  –  Rzuciłam  na  Rachel  czar,  który  rozpocznie  jej 
przemianę  w wiedźmę.  Dziś  masz  przy  niej  zostać.  Strzeż  jej.  Nie  pozwól,  by  się  przebudziła, 
dopóki nie będzie gotowa. Ponadto dopilnuj, by Eryk był dziś w jej pokoju. Nie ma żadnej mocy, 
ale może się okazać pomocny. 

– Jak sobie życzysz. Czy Rachel będzie coś pamiętać po przebudzeniu? 
–  Nic  ważnego.  Kiedy  sen-mara  się  skończy,  jej  przeszłość  zniknie.  Nie  będzie  pamiętać 

swojej rodziny, nie pozna nawet Eryka. Jej umysł będzie gotowy do ostatecznego szkolenia. Tym 
zajmę się sarna. 

– Co zrobimy z chłopcem? 
–  Zabijemy  go.  Ale  jeszcze  nie  teraz.  Może  nam  się  przydać.  Powiem  ci,  kiedy  nadejdzie 

czas. 

Morpeth  znowu się skłonił. Wiedźma wróciła do wieży.  Dwie pokojówki zaniosły uśpione 

dzieci do wschodniego skrzydła, a Morpeth zajął się wykonywaniem rozkazów Dragweny. 

Kiedy  znalazł  się  sam  na  sam  z Rachel  i Erykiem,  pochylił  się  nisko  i ukrył  twarz 

w dłoniach. Siedział tak przez długi czas, rozmyślając, co należy zrobić. 

Muszę już dziś uratować Rachel, pomyślał. Jutro będzie za późno. 
Zamaskowany, wykradł się z Pałacu i ostrożnie ruszył przez śnieg do domu Trimaka. 

Muranta obudziła się pierwsza. 
– Wstawaj, ty stary śpiochu – szepnęła, trącając Trimaka w żebra. – Ktoś się dobija do drzwi. 
– Tak? – wymamrotał przez sen. – To na pewno nie wróg, skoro robi taki hałas. 
Wsunął stopy w stare kapcie i poczłapał korytarzem. Muranta zapaliła świecę. 

background image

– Kto może pukać o tej porze? 
Trimak  stanął  i zaczął  liczyć  uderzenia  w drzwi.  Cztery  szybkie,  jedno  wolne,  znowu  trzy 

szybkie... To Morpeth, i jest w niebezpieczeństwie! 

– Co się dzieje? – spytał, wpuszczając go do środka. 
– Chodzi o tę dziewczynkę, Rachel – szepnął Morpeth. – Przeżyła próbę. 
– Co? Widziałeś to? 
– Oczywiście, że nie! Dragwena nie wpuściłaby mnie w takiej chwili do swojej komnaty. Ale 

nie potrafiła ukryć ożywienia. Chce zmienić dziecko w wiedźmę. 

–  Zachowajmy  spokój  –  powiedział  Trimak,  starając  się  nie  okazywać  zdenerwowania.  – 

Może to podstęp? Nie pierwszy już raz wiedźma wypróbowałaby twoją wierność. 

– Nie, jestem pewien, że to nie żadna sztuczka. Sprawdziłem Rachel. Zmieniła się w piórko 

i przeniosła się z Pałacu na brzeg jeziora Ker. Obie rzeczy nie sprawiły jej kłopotu. 

– Więc naprawdę jest dzieckiem-nadzieją – odezwała się cicho Muranta. 
– Czy Dragwena widzi to samo co ty? 

Na pewno – jęknął Morpeth. – Wiesz, jak uważnie obserwuje dzieci podczas okresu próby, 

zwłaszcza  te  obdarzone  talentem.  Usiłowałem  wyprowadzić  Rachel  w góry,  ale  Dragwena 
ściągnęła ją do wieży-oka. 

– Pozwoliłeś jej przyfrunąć do wieży! – krzyknął Trimak. – Jak mogłeś dopuścić wiedźmę 

tak blisko? 

Morpeth opuścił głowę. 
–  Nieważne  –  westchnął  Trimak.  –  Skoro  Rachel  przeżyła  próbę,  Dragwena  i tak  wie 

o wszystkim. Gdzie jest dziewczynka? 

– We wschodnim skrzydle. Jutro rano wiedźma chce ją przenieść do wieży-oka. 
– Więc musimy zadziałać dziś w nocy, zanim będzie za późno. 
Morpeth przytaknął. 
– Zwołam Radę Sarrenów. Razem zdecydujemy, co trzeba zrobić. 

 
W królestwie Ithrei nastała noc. Śnieg padał gęsto i cicho. Niewolnicy wiedźmy – Neutrani – 

spali  niespokojnie,  opanowani  złymi  snami  swej  pani,  i czekali  na  jej  rozkazy.  Pomiędzy  nimi 
żyła garstka tych, którzy zdołali się uwolnić spod wpływu wiedźmy. Nazywali się Sarrenami na 
cześć  dawno  już  zmarłego  człowieka,  który  jako  pierwszy  wymówił  posłuszeństwo  wiedźmie. 

Jednym  z Sarrenów  był  Morpeth,  podobnie  jak  Trimak,  jego  żona  Muranta,  Fenagel  jej  ojciec 

Leifrim  i kilku  innych.  Spotykali  się  rzadko,  a porozumiewali  za  pomocą  specjalnych  znaków. 
Na  co  dzień  wypełniali  niekończące  się  rozkazy  Dragweny,  lecz  ciągle  wypatrywali  nowych 
dzieci, które przybywały z innego świata. A jeśli mogli, starali się im pomagać. 

Trimak  rozesłał  wici  poprzez  specjalnego  posłańca  –  było  to  wyjątkowo  niebezpieczne,  ale 

background image

okoliczności  na  to  zezwalały.  Ciche,  umówione  stukanie  w szyby  i drzwi  budziło  Sarrenów 
mieszkających  pod  Pałacem.  Znali  sygnał  niebezpieczeństwa,  więc  cicho  wykradali  się  z łóżek 

i po  kryjomu  ściągali  do  Worraftu,  strzeżonej  tajnej  groty,  znajdującej  się  głęboko  pod 
fundamentami Pałacu. 

W ciągu godziny zebrało się ponad trzydziestu Sarrenów. 
Trimak  rozejrzał  się  po  zebranych,  licząc  ich  mroczne  sylwetki,  skulone  na  kamiennych 

ławach, wykutych w ścianach wielkiej jaskini. Zauważył Fenagel, ciągnącą na wózku Leifrima. 

– Pora zamknąć drzwi – odezwał się. – Nie możemy dłużej czekać. 
Morpeth zakreślił koło na czole i kamienna ściana opuściła się w dół spod sufitu, zasłaniając 

wejście  do  groty.  Teraz  nikt  nie  mógł  z niej  wyjść  ani  do  niej  wejść.  Spotkanie  mogło  się 
rozpocząć. 

Zgromadzeni Sarreni szeptali między sobą. Byli zmartwieni. Nie bez powodu; radę zwołano 

po raz pierwszy od wielu lat. Trimak zaklaskał w dłonie i w sali zapadła cisza. 

– Dlaczego wezwałeś nas tak nieostrożnie, bez uprzedzenia? – padło z mroku pytanie. 
– Pośpiech niesie zagrożenie – zgodził się Trimak – ale przyczyny wkrótce staną się jasne. 

Niechaj przemówi Morpeth. 

Morpeth wstał i zwrócił się do zgromadzonych: 
– Mam ważne wieści. Sądzę, że znaleźliśmy dziecko-nadzieję! 
W  jaskini  zerwał  się  pomruk.  Morpeth  opowiedział  wszystko,  co  wiedział  o planach 

Dragweny wobec Rachel. 

–  Nawet  jeśli  to  rzeczywiście  dziecko-nadzieja  –  zawołał  ktoś  –  co  możemy  zrobić? 

Dragwena już teraz nad nią panuje. Nie mamy szans. 

– Mamy, choć bardzo niewielkie – odparł Morpeth. – Rachel jest w komnacie, do której mam 

dostęp. Możemy się zakraść do Pałacu i porwać ją. 

– To zbyt niebezpieczne – warknął ten sam głos. – Jej szpiedzy nas dostrzegą. 
– Tak by było, gdyby wyruszyło nas wielu. Ale Dragwena mi ufa. Mogę bezpiecznie wrócić 

do Pałacu i nikt nie zwróci na mnie uwagi. Jeśli kogoś spotkam, powiem, że wypełniam rozkaz 
wiedźmy. Każdy wie, kim jestem. Nikt się nie ośmieli zaprotestować. 

– A jeśli dziewczyna nie zgodzi się nam pomóc? – spytał ktoś inny. 
Trimak zrobił krok naprzód. 
– Wziąłem tę możliwość pod uwagę. – Spojrzał śmiało na Sarrenów. – Jeśli Rachel nam nie 

pomoże, będziemy musieli ją zabić. 

W grocie zapadło pełne grozy milczenie. 
– Pamiętaj o naszej przysiędze! – krzyknął ktoś. – Rozlew dziecięcej krwi to mroczne dzieło 

wiedźmy i jej niewolników. Nie przyłożę do tego ręki! Jak mogłeś o tym choć wspomnieć? 

Kilka innych głosów poparło go. 

background image

Trimak westchnął i uniósł rękę. 
– Rozumiem twój lęk. Czy sądzisz, że łatwo mi było podjąć taką decyzję? Pomyśl tylko: jeśli 

Rachel  nie  zgodzi  się  nam  pomóc,  nie  możemy  jej  darować  życia,  to  zbyt  niebezpieczne. 
Możemy ją tu ukrywać przez jakiś czas, ale Dragwena w końcu ją znajdzie i zmieni. Wtedy nie 
będzie dla nas ratunku. Połączywszy siły, szybko znajdą i zamordują wszystkich Sarrenów. 

– Czy jesteś gotów sam ją zabić? – spytał ktoś inny. – Zdołasz to zrobić? 
– Tak, jeśli to będzie konieczne. 
– Może do tego nie dojdzie – odezwał się Morpeth. – Skoro dziewczynka przeżyła próbę, ma 

wrodzoną  moc,  której  Dragwena  tak  łatwo  nie  złamie.  A pamiętajcie,  że  wiedźma  nie  miała 
czasu,  by  zająć  się  umysłem  Rachel.  Jeśli  zaczniemy  działać  od  razu,  na  pewno  zdołamy  ją 
przekonać. 

Głos zabrała Fenagel: 
– Dragwena ma ogromną moc. Czy Rachel jest dość silna, by z nią walczyć? Wydała mi się 

zwykłą  miłą  dziewczynką.  Nawet  prosty  czar  sukienek  był  dla  niej  wielką  niespodzianką. 
Wyobraźcie  sobie,  czym  Dragwena  może  ją  zaskoczyć!  Myślę,  że  zbyt  wiele  się  po  niej 

spodziewamy. 

–  Trudno  jest  z tym  dyskutować  –  odparł  Trimak  –  ale  zważ,  że  od  setek  lat  powtarzamy 

sobie  legendę  o dziecku-nadziei,  dziewczynce,  która  pokona  wiedźmę  i uwolni  nas  wszystkich. 
Wiem, że czasem wątpiliśmy w tę historię. 

Większość zebranych przytaknęła. 
– Ale jeśli mamy się przeciwstawić wiedźmie, pomoc musi przyjść z zewnętrznego świata. 

Wszyscy o tym wiemy. Morpeth jest naszą najlepszą bronią, lecz nawet wspomagany przez naszą 
połączoną  magiczną  moc  jest  zbyt  słaby,  by  walczyć  z Dragwena.  Nie  mogę  wam 

zagwarantować,  że  legenda  o dziecku-nadziei  jest  prawdziwa,  jednak  Morpeth  twierdzi,  że 
Rachel  posiada  potężny  dar,  przewyższający  wszystko,  co  widzieliśmy  do  tej  pory.  Naprawdę 
może być dzieckiem-nadzieją. Nikt spośród nas nie opanował tylu umiejętności, co ona w ciągu 

jednego poranka. 

Zrobił pauzę, by się upewnić, że to, co powie, zostanie dobrze zrozumiane. 
–  Chcę  was  ostrzec:  jeśli  nie  wykorzystamy  mocy  tej  dziewczynki,  Dragwena  na  pewno 

zmieni ją w naszego wroga, którego okrucieństwa nawet nie potrafimy sobie wyobrazić. 

Spojrzał na majaczące w ciemnościach twarze. 
–  Pamiętajcie,  że  działamy  w imieniu  wszystkich  Sarrenów,  którzy  nie  mogli  tu  przybyć. 

Jeśli się zawahamy, wydamy ich wszystkich na pastwę Dragweny. Myślę, że nie mamy wyboru. 
Musimy porwać dziewczynkę dziś w nocy, dopóki jeszcze możemy coś zrobić. Za parę godzin 
będzie za późno. Jakieś pytania? Czy ktoś się ze mną nie zgadza? 

W  jaskini  zapanowała  cisza.  Trimak  odczekał  jeszcze  parę  sekund  i zamknął  dyskusję. 

background image

W sprawie tak poważnej każdy powinien mieć szansę wypowiedzi. 

– W takim razie – podjął po pewnym czasie – uważam, że wszyscy są za. Jeszcze tej nocy 

Morpeth  porwie Rachel  z Pałacu i przyprowadzi  ją do Worraftu. Teraz proszę, żebyście szybko 

i cicho powrócili do domów. Jeśli nie będzie was zbyt długo, zostanie to zauważone. 

Morpeth  znowu  otworzył  drzwi  groty  i Sarrenowie  wyszli  szybko,  szepcząc  między  sobą. 

Morpeth zamyślił się głęboko. 

–  O co  chodzi,  przyjacielu?  –  spytał  Trimak.  –  Czeka  cię  ciężka  próba.  Niepokoisz  się,  że 

Dragwena może czuwać? 

Morpeth pokręcił głową. 
– Nie o siebie się martwię. Dręczy mnie coś, o czym wspomniałeś wcześniej. Zastanawiam 

się, czy Dragwena podejrzewa, że jestem buntownikiem. Na pewno już się jej znudziłem. Chce 
mieć  nowego,  młodszego  niewolnika.  –  Potarł  brodę.  –  Być  może  ta  Rachel  jednak  nie  jest 
dziewczynką,  którą  się  wydaje,  lecz  szpiegiem  wiedźmy.  Dragwena  może  nadać  każdemu 
stworzeniu  taki  wygląd,  jaki  się  jej  podoba.  Być  może  przemieniła  swoją  niewolnicę 

w dziewczynkę i nadała jej magiczną moc po to, bym się zdradził. 

– Czy nie widziałeś, jak Rachel przybywa z Ziemi? 
– To, co widziałem, nic nie znaczy. Dragwena mogła mnie oszukać. Moje serce każe mi ufać 

Rachel, lecz Dragwena mogła mnie zwieść. 

Trimak zwiesił głowę w zamyśleniu. 
–  To  nie  wszystko  –  dodał  Morpeth.  –  Rachel  ma  brata,  który  przybył  wraz  z nią  przez 

Bramę. Muszę uratować także jego. Jeśli Rachel ucieknie, Dragwena go zabije. 

– To zbyt niebezpieczne. Myśl tylko o sobie i Rachel. 
Morpeth pokręcił głową. 
–  Już  i tak  wymagamy  od  niej  zbyt  wiele.  Jak  sądzisz,  czy  nam  wybaczy,  jeśli  przez  nas 

straci brata? 

Trimak zaczął niespokojnie krążyć po grocie. 
– Bezpieczeństwo twoje i Rachel to sprawa zbyt ważna, by ryzykować. Nie pomyśl, że nie 

mam serca, lecz musisz zapomnieć o chłopcu. Czekaliśmy na tę chwilę setki lat. Jeśli musimy, 
okłamiemy Rachel. 

– To się nam może nie udać. Czułem, że moc Rachel szybko się rozwija. Jeśli skłamiemy, 

a ona to odkryje, nigdy nam nie zaufa. Nigdy. 

– Więc... dobrze – zgodził się niechętnie Trimak. – Ale Eryka uratuje ktoś inny? 
– Wykluczone. Tylko ja znam hasła, dzięki którym bezpiecznie opuścimy Pałac. 
– Jak ich tu przyniesiesz? 
Morpeth uśmiechnął się gorzko. 
– Na moich mocarnych ramionach, oczywiście. Nie ośmielę się skorzystać z magicznej mocy 

background image

tak  blisko  Dragweny.  Zbyt  dobrze  zna  moje  sposoby.  –  Spojrzał  w poważne  oczy  Trimaka.  – 
Pora ruszać. Jeśli Dragwena gotuje mi już powitanie, byłoby niegrzecznie kazać jej czekać! 

Uścisnął Trimaka i szybkim krokiem opuścił grotę. 

 

Trimak został sam w głuchej ciszy Worraftu. Myślał o tym, co czekało Morpetha, i drżał ze 

strachu. Czy wysłałem mojego najlepszego przyjaciela na śmierć?  – pomyślał. Czy Rachel jest 
szpiegiem, czy już znalazła się pod wpływem Dragweny? 

Ukląkł na zimnej kamiennej podłodze i dotknął małego noża przypasanego do biodra. Wyjął 

go z pochwy, uniósł ku światłu, spojrzał na jego ostrze – i pomyślał o tym, co być może będzie 
musiał zrobić. 

 

background image

Armia Dzieci 

 
Podczas gdy Rada Sarrenów debatowała, Rachel spała, pogrążona w głębokim  śnie. Leżała 

bezwładnie we wschodnim skrzydle Pałacu,  gdzie zostawił ją Morpeth.  Początkowo oddychała 

powoli  i spokojnie.  Potem  jej  tętno  przyspieszyło,  a sen-mara  stopniowo  wziął  ją  w swoje 
władanie.  Niósł  jej  wszystko,  co  najgorsze  –  tylko  czując  pragnienia  i nienawiść  Dragweny, 
mogła się zmienić w wiedźmę. 

Przed uśpionymi oczami Rachel przesunęło się dawne życie Dragweny. 
Przyśniły się jej rzeczy, których nie chciała oglądać. Zobaczyła jeziora i rzeki. Pod dotykiem 

Dragweny skuwały się lodem. Zobaczyła żmiję ześlizgującą się z szyi wiedźmy, by zaatakować. 
Zobaczyła  chłopczyka  w wieku  Eryka,  którego  ścigało  stado  wilków.  Widziała  zabite  przez 
wiedźmę dzieci. Dragwena kazała jej patrzeć w ich twarze i poznawać ich imiona. Przez chwilę 
mignął  jej  nawet  Morpeth,  który  dopiero  przybył  na  Ithreę  –  chłopczyk  z jasnymi  włosami 

i dużymi niebieskimi oczami. 

–  Gotowa?  –  spytał.  Otworzył  zaciśnięte  piąstki,  z których  wyfrunął  maleńki  kolorowy 

ptaszek, nie większy od pieniążka. – Sam go zrobiłem! 

Dragwena stała obok niego i uśmiechała się ciepło. 
– Jesteś moim ulubionym dzieckiem – powiedziała. 
To wspomnienie, tak jak inne, trwało tylko chwilę. 
Rachel nie mogła zatrzymać ich biegu, nie mogła na nie nie patrzeć. Przesuwały się przed jej 

oczami tak, jak je wybrała Dragwena, coraz szybciej i szybciej, aż zamazały się i zlały ze sobą 

w porażającym korowodzie obrazów. 

W końcu zniknęły, a Rachel, nadal pogrążona we śnie-marze, stanęła obok samej Dragweny 

w wieży-oku. Od wiedźmy bił krwawy blask, a między jej zębami uwijały się pająki. 

– Przestraszyłam cię? – spytała Dragwena łagodnie. 
– Tak – odparła Rachel. – Chciałaś, żebym się przestraszyła. Dlaczego? Przez to, co zrobiłaś, 

nienawidzę cię jeszcze bardziej. Jeśli zdołam, będę z tobą walczyć. 

– Ciągle nie rozumiesz – szepnęła Dragwena. – Nie chcę z tobą walczyć. Już wiem, że jeśli 

zagrożę Erykowi, zrobisz wszystko, o co cię poproszę. 

– Tak. Widziałam, co zrobiłaś tym dzieciom. 
–  Te  dzieci  nie  mają  znaczenia.  Kiedy  twoja  moc  będzie  równa  mojej,  ich  życie  straci 

wartość. Wkrótce też to zrozumiesz. 

– Nigdy tego nie zrozumiem! Nie chcę twojej mocy, wiedźmo! 
–  Chciałabym  ci  pokazać  jeszcze  jedno  –  syknęła  Dragwena.  –  To  moje  najstraszniejsze 

wspomnienie, to, które okrywa mnie wstydem. Chcesz je zobaczyć? Jeśli zdołasz mu się oprzeć, 

background image

zrozumiem, że na nic mi się nie przydasz. Wtedy będziesz wolna. 

– Nie. Wtedy zabijesz mnie i Eryka. Znam cię. 
–  To  wspomnienie  zawiera  sekret,  którego  nie  zdradziłam  nikomu  innemu.  Ukazuje  także 

moją największą słabość. Może ci się to przydać, jeśli zechcesz ze mną walczyć. Może jednak 

ocalisz siebie i Eryka. Na pewno chcesz dostać taką szansę. 

– Więc pokaż mi to wspomnienie! – krzyknęła Rachel. 
W  ułamku  sekundy  jakaś  moc  cofnęła  ją  w czasie.  Zdała  sobie  sprawę,  że  nie  jest  już  na 

Ithrei.  Stała  przed  ogromną  jaskinią,  w otoczeniu  zastępów  groźnych  dzieci  uzbrojonych 

w miecze i noże. Ich twarze były spocone i ponure. 

– Gdzie jestem? – spytała Rachel. – Co to za dzieci? Co im zrobiłaś? 
–  Jesteśmy  na  Ziemi,  tysiące  lat  przed  twoim  narodzeniem  –  odpowiedział  odległy  głos 

Dragweny. – Zobacz, jak mnie wtedy kochały. 

Ziemia! 
Armia Dzieci stała z dobytymi mieczami, skandując imię wiedźmy. 
–  Dragwena!  Dragwena!  Dragwena!  –  krzyczały  z uwielbieniem,  ze  wszystkich  sił. 

Z chmury wynurzyła się Dragwena. Przemknęła jak jaskółka nad mieczami, czule muskając ich 
ostre końce. 

– Po co ci ta armia? – spytała Rachel, siląc się na spokój. 
–  Prowadziłam  wojnę  z trzema  czarodziejami  na  twojej  planecie  –  odparła  Dragwena.  – 

Walczyliśmy  ze  sobą  od  zawsze,  czarodzieje  i wiedźmy,  we  wszystkich  światach  i czasach. 
Wtedy  dzieci  mnie  nie  interesowały,  ale  wiedziałam,  że  czarodzieje  będą  chronić  najbardziej 
bezbronne  stworzenia  twojego  świata.  Zawsze  tak  robią.  Zanim  przybyli,  przygotowywałam 
dzieci  przez  wiele  lat,  więc  kiedy  się  w końcu  pojawili,  otoczyłam  ich  wraz  z wierną  Armią 
Dzieci. Czarodzieje nie ośmielili się zaatakować mnie bezpośrednio – bali się, że zrobią krzywdę 
dzieciom. To jest właśnie ich słabość, a ja ją wykorzystałam. Czarodzieje ukryli się pod ziemią. 

Moje dzieci poszły za nimi. Zebrałam ich liczne szeregi, nauczyłam walczyć i wysłałam głęboko 
pod ziemię z zaczarowanymi tarczami i mieczami, by znaleźli czarodziejów i ich zabili. 

Rachel spojrzała na zachwyconą twarz dziecka, wznoszącego miecz do góry. 
– Uwielbiały mnie – wyjaśniła Dragwena. – Gdybym im wydała taki rozkaz, zabijałyby dla 

mnie  gołymi  rękami.  Ich  serca  były  przepełnione  nienawiścią.  Nienawidziły  czarodziejów  tak 
samo jak ja. Zabijały, tak jak i ja zabijałam: bez wahania, bez wyrzutów sumienia. 

Rachel zadrżała, ale nie chciała się poddać. 
– Myślisz, że teraz będę ci posłuszna, bo to zobaczyłam? – zaszydziła. – Te dzieci są chore. 

Wszystko, co robisz, jest odrażające! 

– Spójrz moimi  oczami na ostateczne starcie z czarodziejami. Uwięziłam ich w najgłębszej 

jaskini świata, a teraz wyruszam, żeby ich zabić. 

background image

Rachel poczuła, że znalazła się w ciele Dragweny. Weszła w mrok jaskini. W środku kulili 

się trzej czarodzieje w podartych łachmanach. Jeden z nich na jej widok podniósł się chwiejnie. 

– Ach, Larpskendya, przywódca całej trójki! – zakrzyknęła Dragwena. – Na kolana! Błagaj 

o łaskę albo sprawię, by twoja bolesna agonia trwała dłużej niż cała ta wojna. 

Larpskendya spojrzał na nią spokojnie. 
– Nie możesz nam zrobić krzywdy – powiedział. – Odłóż broń. Już przegrałaś. 
–  Przegrałam?  –  powtórzyła  Dragwena  drwiąco.  –  Jesteś  żałosny!  Więc  do  tego 

doprowadziła  cię  ta  twoja  wielka  magia?  Kulisz  się  w łachmanach!  Jak  mnie  powstrzymasz? 

Odbierzesz mi miecz i mnie nim przebijesz? 

– Nie ja, głupia! 
Odwrócił się do swoich towarzyszy i wszyscy wybuchnęli śmiechem. 
Wypowiedziała  więc  nad  mieczem  zaklęcie  zła  i wbiła  go  w serce  Larpskendyi.  Z rany 

bluznął  potok  błękitnego  światła.  Blask  wylał  się  z groty  i wypełnił  serca  wszystkich  dzieci  na 
zewnątrz. Każde z nich poczuło, że miecz Dragweny przebija jego serce i zawyło z bólu. 

Dragwena patrzyła na to zdumiona. 
Larpskendya  wyjął  od  niechcenia  miecz  z piersi.  Rana  zniknęła.  Spojrzał  na  nią  oczami 

iskrzącymi się wieloma kolorami. Potem dotknął podartej szaty. 

Dragwena padła na kolana, nagle tak osłabiona, że z trudem utrzymywała opadające powieki. 
– Nadal nie rozumiesz, prawda? – odezwał się Larpskendya. – Nawet teraz nie rozumiesz. – 

Pokręcił głową ze smutkiem. – Tak bardzo pragniesz nas zabić, że zapomniałaś o regułach magii. 

Dragwena patrzyła na niego, nie rozumiejąc ani słowa. 
– Na każde zaklęcie zła jest zaklęcie-antidotum. Jak mogłaś zapomnieć o tej prostej regule? 

Wpadłaś  w pułapkę,  Dragweno.  Kiedy  przebiłaś  mnie  mieczem,  sprawiłem,  że  każde  dziecko 

z twojej  armii  poczuło  ból  i zrozumiało,  że  jest  niewolnikiem  zła.  Teraz  do  ciebie  idą.  Pragną 
twojej  krwi,  nie  naszej.  Jak  sama  powiedziałaś,  nienawidzą  całą  mocą  twojej  nienawiści.  Nie 
okażą ci litości. 

Dragwena  nastawiła  ucha  i usłyszała  tupot  tysięcy  dziecięcych  stóp,  zbliżających  się  do 

jaskini. Po drodze dzieci przeciągały nożami po kamiennych ścianach, ostrzyły je. Ten zgrzyt był 
nieznośny. 

Dragwena  chciała  zbudować  ochronny  szaniec  w wejściu  do  groty,  ale  zaklęcie  zatliło  się 

w jej mózgu i zgasło. Jej moc się ulotniła. Dzieci zbliżały się z groźnymi okrzykami. 

–  Magia  cię  opuściła  –  odezwał  się  Larpskendya.  –  Nigdy  więcej  nie  będziesz  mogła 

panować nad ludźmi. – Spojrzał na nią zimno. – Jak się czujesz, gdy jesteś równie bezbronna jak 
ci, których zniewoliłaś? 

Nie odpowiedziała. 
–  Jest  wiele  sposobów,  w  jakie  możemy  zadać  ci  śmierć  –  ciągnął  Larpskendya.  –  Może 

background image

powinniśmy cię zabić, bo wiem, że nigdy się nie zmienisz. Ale życie każdej istoty, nawet twoje, 
ma jakieś znaczenie. Dlatego dajemy ci inną możliwość. Stworzyłem specjalnie dla ciebie młodą 
planetkę,  Ithreę.  Będziesz na niej żyć do końca swoich dni.  Spora część twojej  mocy powróci, 
byś mogła dostosować nowy dom do swoich potrzeb, ale nie ma tam żadnych istot, które tak jak 
dzieci mogłabyś podporządkować swojej woli. Tylko rośliny i kilka mało rozwiniętych zwierząt. 
Dragwena  pomyślała  o Świecie  Ool,  odległej  planecie  wiedźm,  z której  przybyła.  Z pewnością 

Stowarzyszenie  Sióstr  z czasem  znajdzie  ją  na  tym  wygnaniu.  Zawsze  będą  jej  szukać, 
dokądkolwiek by ją zesłano. A jeśli zginie, pomszczą jej śmierć. 

– Wiedźmy z Ool nigdy cię nie znajdą – odparł Larpskendya. – Świat Ithrei jest niewidzialny 

dla ich niegodziwych oczu. Będziesz sama. Już zawsze. 

Dragwena splunęła mu pod stopy. 
– Lepiej od razu mnie zabij. Znajdę drogę powrotną do tego świata. 
– Myślisz, że zostawię tę planetę bez ochrony? Dam dzieciom Ziemi nowy dar, by mogły się 

bronić, jeśli zaistnieje taka potrzeba. 

Dragwena parsknęła śmiechem. 
– Nawet  ty  nie potrafisz stworzyć dziecka obdarzonego mocą, która  mogłaby mi zagrozić! 

Nad moimi pracowałam od wielu pokoleń. Są słabe. Można je zmusić do posłuszeństwa, ale nie 
mają  talentu  do  prawdziwej  magii.  Nawet  za  milion  pokoleń  nie  wychowacie  dziecka,  którego 
moc mogłaby zagrozić wiedźmie. 

– To się okaże – oświadczył Larpskendya. – W każdym razie zapamiętaj jedno: moja pieśń 

zawsze będzie na Ithrei. Jeśli zostanę wezwany – powrócę. 

Wiedźma rzuciła mu przekleństwo. 
– Czyń, co masz czynić, zanim wydrę serca pierwszym dzieciom, które do nas dotrą. 
Czarodzieje unieśli ręce do góry. 
W chwilę potem znalazła się sama w nowym świecie. Rozejrzała się. Niebo było niebieskie, 

słońce  świeciło  mocno.  Migotliwe  jeziora  iskrzyły  się  w  jego  promieniach,  ptaki  ćwierkały 

w gałęziach drzew, których liście aż promieniowały zdrowiem. 

Dragwena zakryła twarz rękami. Uroda tego świata budziła jej wściekłość. Tak długo dążyła 

do pognębienia czarodziejów, tak długo o tym marzyła i wszystko to zostało jej odebrane! Znów 
powróciła nienawiść do nich oraz dzieci, które obróciły się przeciwko niej. Z jej gardła wyrwał 
się wrzask bólu. 

Jeszcze powrócę, przysięgła. Powrócę i wszystkich was zabiję. 

 
Rachel  zagubiła  się  w niezmierzonej  nienawiści  wiedźmy.  Usiłowała  się  jej  oprzeć, 

przypomnieć sobie, kim jest, ale Dragwena zagłębiała się coraz bardziej w jej umysł, aż wreszcie 
dziewczynka nie mogła się dłużej opierać. Pogrążona we śnie-marze Rachel także przysięgła, że 

background image

powróci i zabije czarodziejów i dzieci. I zaczęła nienawidzić ich tak bardzo jak sama Dragwena. 

 
Leżąc na miękkim posłaniu w Pałacu, zacisnęła pięści w bezsilnym proteście.  

background image

10 

Przebudzenie 

 
Morpeth wpadł do Worraftu ze śpiącym dzieckiem pod każdą pachą. 
– Za łatwo poszło – wysapał, kładąc je na podłodze. – To podejrzane. 
– Uratowałeś oboje! – zdumiał się Trimak. 
–  Tak,  ale  zbyt  łatwo  przyszło  mi  uciec  z Pałacu.  Spotkałem  niewielu  Neutranów, 

a wschodnie wyjście nie było strzeżone. Wiesz, że Dragwena zawsze stawia tam strażników. 

– Czy ktoś cię śledził? 
– Nie widziałem nikogo, ale Dragwena ma tysiące oczu. 
–  Nasi  zwiadowcy  są  blisko  Pałacu  i jaskini.  Ostrzegliby  nas,  gdybyśmy  byli 

w niebezpieczeństwie. – Trimak spojrzał z troską na Rachel. – Widzę, że dziecko-nadzieja nadal 
śpi. 

– To sen-mara, który rzuciła na nią wiedźma. Może tak spać jeszcze przez wiele godzin. 
– A Eryk? Czy wiedźma zabrała się także do niego? 
–  To  możliwe.  W tym  chłopcu  jest  coś  dziwnego.  –  Morpeth  odwrócił  się  powoli  do 

Trimaca.  –  A ja  wiem,  co  to  takiego.  Nie  wyczuwam  w nim  magicznej  mocy.  Ani  odrobiny. 

Zawsze, nawet w najmniej uzdolnionych dzieciach jest jej choćby iskra. 

–  Tak...  –  zadumał  się  Trimak.  –  Eryk  jest  inny.  Być  może  to  dlatego  zainteresował 

Dragwenę. – Spojrzał na Rachel. – Jakie sny zesłała na nią wiedźma? 

Morpeth westchnął. 
– Bez wątpienia koszmary. 
– Obudźmy ich. 
– Nie możemy! Nie mam pojęcia, co się stanie, jeśli Rachel obudzi się zbyt szybko. Musimy 

czekać, aż sama się ocknie. 

– Nie – uciął Trimak. – Rozumiem twoją troskę, ale sam powiedziałeś, że zaklęcie Dragweny 

ma zmienić Rachel w wiedźmę. Już w tej chwili sen-mara mają przygotować do tej przemiany. 
Nie możemy dawać wiedźmie przewagi. 

– Rachel może umrzeć – zaprotestował Morpeth. – Nie wiem, jak silny jest ten czar. Czynie 

moglibyśmy... 

– Obudź ją! 

Morpeth z ociąganiem położył na czole dziewczynki dwa zgięte palce; poruszyła się, ale nie 

otworzyła oczu. 

– Skorzystaj z całej swej mocy – rozkazał Trimak gniewnie. 
– Nie odważę się! Jeśli Rachel jest dzieckiem-nadzieją, nie możemy narażać jej życia. 
–  A ja  nie  chcę  narażać  życia  Sarrenów.  Najpierw  spróbuj  obudzić  Eryka.  Może  wiedźma 

background image

rzuciła sen-marę także na niego. 

Tym  razem  Morpeth  położył  obie  ręce  na  skroniach  Eryka.  Chłopiec  zerwał  się  z podłogi, 

przerażony. Zamrugał oczami. Morpeth i Trimak przyglądali mu się uważnie, gdy zaczął szarpać 

Rachel. 

– Chłopiec chyba się nie zmienił – odezwał się Trimak nieufnie. 
Morpeth przystąpił do budzenia Rachel, lecz trwało to o wiele dłużej. Wreszcie poruszyła się 

i otworzyła  oczy.  Ledwie  to  zrobiła,  rzuciła  się  na  Eryka,  krzycząc  dziko  i szarpiąc  go  za 
ramiona. Zdumiony Eryk zdołał się jej wyrwać. Morpeth skoczył na nią i przytrzymał. 

– Zabiję cię! Zabiję cię, dziecko! – wrzasnęła Rachel. 
– Powstrzymaj ją! – zawołał Trimak. – Co jej się stało? 
Morpeth przycisnął ręce Rachel do podłogi. 
– Przecież mówiłem. Mówiłem, że nie powinniśmy jej budzić, zanim sama się nie ocknie! To 

zbyt niebezpieczne! 

Eryk zbliżył się do Rachel. 
– Cofnij się! – zawołał Morpeth. 
Chłopiec  dotknął  jednej  z jej  wierzgających  stóp.  W tej  samej  chwili  Rachel  przestała  się 

miotać. Przez moment wyglądała tak, jakby sama nie rozumiała, co się stało. Spojrzała na swoje 
dłonie, które znowu były posłuszne jej woli. 

– Co się stało? – spytała. – Eryk... nie skrzywdziłam cię? 
Morpeth wpatrywał się w chłopca. 
– Wyrwałeś Rachel spod władzy wiedźmy. Jak to zrobiłeś? 
Eryk wzruszył ramionami. 
– Nic nie zrobiłem. Chwyciłem ją tylko za nogę i tyle. 
– Ale zmieniła się w chwili, kiedy ją dotknąłeś. Rachel zerwała się z podłogi, chwyciła Eryka 

w objęcia i razem z nim cofnęła się przed Morpethem. 

– Nie odpowiadaj mu! On sprzyja wiedźmie. 
– To nieprawda! – zaprotestował Morpeth. – Wiem, jak to wygląda... 
–  Dlaczego  zostawiłeś  mnie  w wieży-oku  z Dragweną?  Wiedziałeś,  co  się  stanie,  prawda? 

Zatrzasnąłeś mi drzwi przed nosem! 

–  Nie  miałem  wyboru.  Proszę,  spróbuj  mnie  zrozumieć.  Dragwena  obserwuje  uważnie 

wszystkich  swoich  służących.  Gdybym  cię  nie  zawlókł  do  wieży-oka,  ktoś  by  o tym  doniósł. 
Musiałem cię tak potraktować. 

– Dlaczego mam ci uwierzyć? Skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz? 
Morpeth powiódł wokół gestem ręki. 
–  Spójrz  na  to  mroczne  miejsce.  Czy  zaniósłbym  cię  tu,  gdybym  sprzyjał  wiedźmie? 

Zaryzykowałem  życie.  Tak  jak  Trimak.  –  I opowiedział  jej  o Sarrenach  oraz  ich  walce 

background image

z Dragwena. 

Rachel  uspokoiła  się  odrobinę.  Opowiedziała  o grze  w „Węże  i drabiny”,  a także  o śnie, 

w którym  widziała  Armię  Dzieci  oraz  czarodziejów.  Morpeth  i Trimak  słuchali  jej 
zafascynowani. Słyszeli tę historię pierwszy raz w życiu. 

– Wiesz, co to znaczy? – zwrócił się Morpeth szeptem do Trimaka. 
Ten skinął głową. 
– To znaczy, że wiedźma bezgranicznie wierzy w Rachel. Nie cofnie się przed niczym, by ją 

odzyskać. 

– W rzeczy samej, nie  ma dla niej bezpiecznej  kryjówki  – zgodził się  Morpeth.  – Musimy 

ochronić Rachel w inny sposób. Musimy ukształtować jej moc. Rachel musi się nauczyć, jak się 
bronić. 

Rachel zastanawiała się nad swoim snem. 
– Przynajmniej już rozumiem, dlaczego Dragwena nienawidzi wszystkich dzieci. Ale ciągle 

nie wiem, czego chce ode mnie. 

– Magiczna moc dzieci! – zawołał Morpeth. – Teraz wszystko jest jasne! Dragwena od setek 

lat  ściąga  dzieci  na  Ithreę  i ciągle  poddaje  je  próbom  i badaniom.  Ze  snu  Rachel  wiemy,  że 
uwięzili ją tu czarodzieje. Więc pewnie ciągle ma nadzieję, że jakieś dziecko pomoże jej wrócić. 

Tym dzieckiem jest Rachel! 

–  Ale  w moim  śnie  –  odezwała  się  Rachel  –  czarodziej  Larpskendya  powiedział,  że 

Dragwena  zawsze  będzie  sama,  uwięziona  na  Ithrei  na  wieki.  Jak  się  tu  dostały  te  wszystkie 

dzieci? 

–  Jeśli  twój  sen  pokazał  to,  co  się  wydarzyło  naprawdę  –  powiedział  Morpeth  –  to 

czarodzieje  się  pomylili  albo  nie  docenili  Dragweny.  Już  dawno  znalazła  sposób,  by  porywać 

dzieci z Ziemi. 

– Czarodziej wspomniał też, że da dzieciom moc, która będzie je bronić  – dodał Trimak. – 

Dotąd nie mieliśmy na to zbyt wielu dowodów. Być może chodziło mu o ciebie. Może to ty masz 
być naszą ochroną. Ty i Eryk. 

– Ja nic nie potrafię – odezwał się Eryk. – To Rachel ma moc. 
– Ale to ty zerwałeś więź wiedźmy z twoją siostrą – odparł Morpeth. – Jak to zrobiłeś? 
– Nie wiem. Chciałem tylko, żeby Rachel była taka jak zawsze. Nic nie poczułem. 
–  Mram...  –  zastanowił  się  Morpeth,  gładząc  brodę.  –  Czego  jeszcze  się  dowiedzieliśmy? 

Czarodziej powiedział o jakiejś pieśni. Jak myślisz, o co mu chodziło? 

– Moja pieśń zawsze będzie na Ithrei  – szepnęła Rachel. – Tak powiedział Larpskendya. – 

Jeśli zostanę wezwany – powrócę. 

– Wezwany? Przez kogo? 
Przez jakiś czas siedzieli zamyśleni w mroku groty. 

background image

– Zastanawiamy się, co może znaczyć ten sen – odezwała się w końcu Rachel – ale jednego 

jestem pewna: Dragwena będzie mnie szukać. Teraz, gdy już wie, co potrafię, nigdy ze mnie nie 
zrezygnuje.  Morpeth  ją  zdradził.  Wiedźma  zabije  jego  i Trimaka.  Potem  zbada  Eryka,  żeby 
zrozumieć,  jak  używać  jego  daru.  –  Wyprostowała  się  i zadrżała  lekko.  –  Wiem  na  pewno,  co 
zrobi ze mną. Zamieni mnie w swoją małą wiedźmę. Na pewno jej się uda. W wieży chciałam się 
jej oprzeć, ale byłam bezsilna. 

–  Nie  jesteś  bezsilna  –  zapewnił  ją  Morpeth.  –  Musisz  się  uczyć,  doskonalić  zaklęcia 

i rozwijać swoją moc. Wtedy będziesz gotowa, by stawić czoło Dragwenie. 

– Może nigdy nie stanę się tak potężna. Znam ją. Jeśli nie będzie mogła mnie użyć do swoich 

celów, zabije mnie! Jestem zbyt niebezpieczna, żeby darować mi życie. – Spojrzała Morpethowi 

prosto w oczy. – Mam rację? 

–  Być  może.  Sądzę  jednak,  że  nie  zdajesz  sobie  sprawy  z własnej  siły.  Wierzę  także,  że 

Dragwenę można pokonać, ponieważ i ona popełnia błędy. 

– Jakie błędy? 
–  Wypuściła  cię.  To  było  nierozważne.  Zbyt  szybko  powierzyła  ci  swoje  największe 

tajemnice.  Zrobiła to  w chwili, gdy jeszcze mogliśmy sięgnąć do twojego umysłu  i sprowadzić 

cię  z powrotem.  I nie  podejrzewała,  że  jestem  zdrajcą.  Od  wielu  lat  ukrywam  przed  nią  moje 
prawdziwe myśli. 

–  Ciekawe,  czy  rzeczywiście  ją  znasz  –  odparła  Rachel  z brutalną  szczerością.  –  Wątpię, 

żebyś potrafił długo ukrywać swoją zdradę. Nie sądzę, żeby Dragwena popełniała błędy. Może 
specjalnie pozwoliła nam uciec. Nie przyszło ci to do głowy? 

– Przyszło – zgodził się Morpeth. – Myśleliśmy o tym, ale nie potrafimy znaleźć powodu, dla 

którego wiedźma miałaby cię wypuścić. 

Rachel nadała swoim paznokciom blask brązu. 
–  Spójrzcie!  Ta  moja  moc.  Jest  taka  dziwna.  Jeśli  posiadam  ją  tutaj,  dlaczego  nie 

zauważyłam jej w domu? Dlaczego tam nie mogłam z niej korzystać? To wszystko nie ma sensu. 

– Na Ithrei wszystkie dzieci mają magiczną moc – wyjaśnił Morpeth. – Dragwena potrafi ją 

wyczuwać, kiedy porywa dzieci z Ziemi,  więc na pewno musi w nich tkwić. Nie mam pojęcia, 
dlaczego na Ziemi się nie ujawnia. 

– Może nie chcieli na to pozwolić czarodzieje? – odezwał się Eryk. – Może myślą, że to zbyt 

niebezpieczne? 

Morpeth pokiwał głową w zamyśleniu. 
– Widziałeś kiedyś jakiegoś czarodzieja? 
– Nie. A ty? 
–  Nie,  ani  nikt  inny  na  Ithrei.  Ale  na  pewno  chciałbym  poznać  tego,  który  nosi  imię 

Larpskendya. Mam do niego parę pytań. 

background image

Eryk pogładził Trimaka po brodzie. 
– Hej, ile ty właściwie masz lat? 
– Całkiem sporo – westchnął Trimak. – Zgadnij. 
– Osiemdziesiąt sześć! 
Trimak parsknął śmiechem. 
– Spróbuj jeszcze raz. 
– Więcej czy mniej? 
– Dużo więcej. 
– Sto osiemdziesiąt sześć! 
– Mam dokładnie pięćset trzydzieści sześć lat – powiedział Trimak. 
Eryk otworzył buzię. 
– Nie możesz być aż tak stary. Dawno byś już umarł. 
– To zasługa wiedźmy. Mamy tu takie powiedzenie: żeby żyć, trzeba służyć. Dzięki temu jej 

najbliżsi słudzy są wobec niej lojalni. Morpeth ma prawie tyle samo lat co ja. 

– Obu was porwała z Ziemi? – spytała Rachel. – Dorośliście tutaj? 
–  Tak  –  przyznał  Morpeth.  –  Wszyscy  mieszkańcy  Ithrei  zostali  porwani  tak  samo  jak  ty 

i Eryk. Dragwena nie pozwala nam ładnie dorosnąć. Chyba podoba jej się, że stajemy się coraz 

starsi  i brzydsi,  aż  wreszcie  przestajemy  przypominać  samych  siebie.  Wiedźma  zahamowała 
także  nasz  wzrost.  Tak,  jakby  chciała  nam  przypomnieć,  że  w  jej  królestwie  na  zawsze 
pozostaniemy dziećmi. 

– Ile dzieci mieszka na Ithrei? – chciała wiedzieć Rachel. – Jak przeżyły? 
– Mieszkają pod ziemią. Kopią tunele. I starają się przeżyć najlepiej, jak potrafią. 
Eryk pokręcił głową. 
– Ale co jedzą? Jak uprawiają rośliny? 
Morpeth jęknął. 
–  Na  Ithrei  prawie  nic  nie  rośnie.  Polują,  jeśli  znajdą  jakieś  zwierzęta.  Przeważnie  jedzą 

dżdżownice.  Nie  ma  ich  wiele.  Uprawiają  zioła.  Jakoś  udaje  się  im  przeżyć...  a czasami  nie.  – 
Zerknął z zażenowaniem na Trimaka. – Co roku ściągają do Pałacu z całej Ithrei, przez wichry 

i śnieżyce. Dragwena kazała im przynosić dla nas jedzenie. 

– Dla was? – zdziwił się Eryk. 
Morpeth potarł okrągły brzuszek. 
–  Tak.  Dragwena  może  nam  zapewnić  wszystko,  czego  potrzeba,  ale  lubi  patrzeć,  jak  inni 

brną tu przez śniegi, by przynieść daninę. Zmusza swoich służących, by jedli, wiedząc, że inni 
przez nich głodują. To jej się podoba. 

Rachel dotknęła delikatnie jego ramienia. 
– Czy pozwoliła któremuś z was... umrzeć? 

background image

– Wszystkie dzieci, które pojawiły się tu jako pierwsze, już nie żyją. Każdy, kto sprzeciwi się 

wiedźmie, natychmiast zostaje zabity, chyba że tak jak ty budzi jej nadzieje. Czasami Dragwena 
rzuca  dzieci  na  pożarcie  wilkom  albo  po  prostu  zostawia  na  mrozie,  by  zamarzły.  Może  to 
właśnie  one  mają  szczęście?  Wiedźma  w końcu  zabije  nas  wszystkich,  bo  staniemy  się  zbyt 
starzy, by się jej przydać, albo po prostu się nami znudzi. Na Ithrei nikt nie umiera ze starości. 

U kresu  naszego  życia  czeka  Dragwena,  by  zadać  nam  ostatni  cios  i rozkoszować  się  naszym 

bólem. 

Rachel i Eryk milczeli. 
– Kiedy dotknęłam umysłu Dragweny – odezwała się Rachel po kilku minutach – wyczułam, 

że kiedyś byli tu inni, jak Sarrenowie. Ci, którzy starali się jej sprzeciwiać. 

Myślę, że wiedźma chce, żebyście się buntowali. Lubi walkę, dlatego najpierw pozwoli wam 

się rozzuchwalić, a potem was zgniecie. Dla niej to zabawa. 

–  Może  masz  rację  –  szepnął  Trimak.  –  Ale  jestem  pewien,  że  nigdy  dotąd  nie  spotkała 

takiego dziecka jak ty. Nigdy nie spotkała dziecka-nadziei. 

–  Znowu  to  samo!  Co  to  za  dziecko-nadzieja,  o którym  ciągle  słyszę?  Wyjaśnijcie  mi  to 

wreszcie. 

Morpeth zerknął z obawą na Trimaka, który skinął głową. 
– Dziecko-nadzieja to legenda – odezwał się Morpeth. – To wszystko. Nikt nie wie, skąd się 

wzięła ani co właściwie znaczy ale przekazujemy ją z pokolenia na pokolenie, nawet Neutrani. 

Opowiada  o ciemnej  dziewczynce  –  dziecku,  które  przybędzie,  by  nas  wszystkich  uwolnić. 

Legenda z czasem się rozrosła, ale jej pierwotna wersja jest bardzo krótka: 

 
Ciemna dziewczynka się zjawi,  
Nieprzyjaciół wybawi,  
Śpiew w harmonii usłyszycie,  
Powstanę ze snu i morza o świcie... 

 
– A wy jak dzieci się ucieszycie – dokończył Eryk. 
Wszyscy odwrócili się i spojrzeli na niego. 
– Skąd znasz ostatni wers? – szepnął zdumiony Morpeth. 
– Nie wiem – mruknął Eryk, sam bardzo zdziwiony. 
– Ktoś pewnie ci powiedział – podsunął Trimak. 
Chłopiec wzruszył ramionami. 
– W ogóle go nie znam. Po prostu nagle przyszedł mi do głowy. 
Morpeth spojrzał pytająco na Rachel. 
– Ja tego nie znam – odparła. – Te słowa są takie... dziwne. Co znaczą? 

background image

– Któż to wie? – powiedział Morpeth. – Być może nic. Być może wszystko. Ty masz ciemne 

włosy, a twoja moc wykracza poza wszystko, co do tej pory widzieliśmy. Mieliśmy nadzieję, że 
to ty nam wyjaśnisz te słowa. 

– Ja wiem, co znaczą. Ale tylko niektóre – odezwał się Eryk. 
– Powiedz! – poprosił Trimak. 
Eryk zawahał się, jakby wstydził się odezwać. 
–  Nieprzyjaciół  wybawi  –  powiedziała  cicho  Rachel.  –  Czy  to  my  jesteśmy  tymi 

nieprzyjaciółmi? 

– Nie – odparł natychmiast Eryk. – Neutrani. 
Morpeth zadrżał. 
– A ostatni wers? Kto lub co powstanie ze snu i morza o świcie? Wiesz? 
Eryk  uśmiechnął  się  promiennie  i zamachał  rękami,  całkiem  jak  wtedy,  gdy  był  zupełnie 

mały. 

– Szszszu! – zawołał, biegając w kółko po grocie. – Szszszu! Szszszu! 
Wszyscy przyglądali mu się zafascynowani. Wreszcie chłopiec uspokoił się i wrócił do nich, 

trochę zawstydzony. 

– Co to miało być? – spytała Rachel. – Fruwałeś czy co? 
– Nie. Albo... tak, może i tak. Och, nie wiem! 
– Co znaczy „śpiew w harmonii”? – spytał Morpeth. 
– Nie mam pojęcia – mruknął Eryk, wyraźnie speszony ich przenikliwymi spojrzeniami. 
– Nie masz pojęcia? – zdenerwowała się Rachel. – Przestań się wygłupiać. 
– Wcale się nie wygłupiam! 
– Mów prawdę. Czy ktoś ci powiedział ten wiersz? Lepiej przyznaj się od razu, że udajesz. 
– Nie udaję! 
Rachel pochyliła się, by spojrzeć mu w oczy. 
– No, dobrze. Wierzę ci. Zastanów się przez chwilę. W moim śnie czarodziej Larpskendya 

powiedział Dragwenie, że jego pieśń zawsze będzie na Ithrei. Wiesz, co to znaczy? 

– Nie wiem – warknął Eryk rozdrażniony. – Przestań się mnie czepiać! 
Rachel odwróciła się do Morpetha, nie wiedząc, co ma zrobić. 
– Pewnie myślisz, że to ja mam wszystkich uwolnić. Myślisz, że to ja jestem tym cudownym 

dzieckiem-nadzieją. Czy wszystkie wasze nadzieje wzięły się z tego jednego wierszyka? Z paru 
słów o ciemnej dziewczynce? 

– Tak – odparł Morpeth. – Dokładnie. 
– Ale przecież te słowa... mogą znaczyć wszystko! Morpeth uśmiechnął się od ucha do ucha. 

Skóra na policzkach i pod oczami pofałdowała mu się tak, że w jej fałdach mógłby schować dużą 
monetę. 

background image

–  Nie  rozumiesz?!  –  zawołał.  –  Aż  do  teraz  mogły  znaczyć  cokolwiek.  Ale  Eryk  je  zna! 

Oprócz mnie na Ithrei spotkał się tylko z Dragweną, a jestem pewien, że to nie wiedźma włożyła 
mu te słowa do głowy. 

– Boję się – szepnął Eryk. 
– Wiersza? – spytała Rachel. 
–  Nie,  Dragweny  –  wyszeptał.  Rachel  wiedziała,  że  trudno  mu  było  się  do  tego  przyznać, 

zwłaszcza w obecności Morpetha i Trimaka. 

– Ja też – pocieszyła go. – Ale mam już dość tego strachu. A ty? 
Eryk gwałtownie skinął głową. 
Rachel spojrzała na Morpetha i Trimaka. 
–  Nie  wiem,  czy  ten  wiersz  cokolwiek  znaczy,  ale  na  pewno  Dragwena  już  wie,  że  nas 

porwaliście.  Nie  zostało  nam  zbyt  wiele  czasu.  Powiedzieliście,  że  będę  mogła  z nią  walczyć, 
jeśli nauczę się nowych zaklęć. 

– Zaczniemy szkolenie od razu – zdecydował Morpeth. – Eryk zostanie z Trimakiem. 
– Nie – zaprotestowała. – Nie zostawię go. 
– To zbyt niebezpieczne – ostrzegł Trimak. – Dragwena wykorzysta go jako broń przeciwko 

tobie. 

– Bez Eryka nie zgadzam się na nic – zapowiedziała Rachel chłodno. 
–  To  zbyt  ryzykowne!  –  zawoła!  Morpeth.  –  Eryk  będzie  bezpieczniejszy,  jeśli  się 

rozdzielicie. 

–  Przecież  tak  naprawdę  nie  macie  pojęcia,  jak  go  bronić!  Przestańcie  udawać. 

Prawdopodobnie  zajmę  się  nim  lepiej,  niż  wszyscy  Sarrenowie  razem  wzięci.  Do  tej  pory 
powinniście to już wiedzieć. 

– Cóż, dobrze – mruknął Morpeth markotnie. – Chodźcie za mną. 

 

background image

11 

Magia 

 
Morpeth  wyprowadził  Rachel  i Eryka  z Worraftu.  Przez  jakiś  czas  szli  w milczeniu  pod 

niskim stropem zimnych korytarzy. Morpeth człapał ociężale, a czerwone drzwi, które mijał po 
drodze,  rozświetlały  się,  zanim  do  nich  dotarł,  i gasły,  gdy  znalazł  się  parę  kroków  za  nimi. 
Czasami  wchodził  przez  jedne  z nich.  Za  czerwonymi  drzwiami  nieodmiennie  znajdowały  się 

kolejne drzwi i niemal identyczny korytarz, ostrymi skrętami wiodący ku górze. Rachel czuła, że 
kręci jej się w głowie. 

– Skąd znasz drogę? 
– Wskazuje mija magiczna moc. Te korytarze zostały zbudowane potajemnie wiele lat temu, 

dzięki  wysiłkowi  garstki  Sarrenów.  Dragwena  o nich  nie  wie.  Jesteście  pierwszymi  dziećmi, 

które tu trafiły. 

– Dokąd idziemy? – spytał Eryk, rozglądając się ciekawie. 
– Do mojego gabinetu. – Morpeth zatrzymał się przed drzwiami identycznymi jak wszystkie 

poprzednie. – Czy pamiętacie, jak tu trafić z Worraftu? 

Rachel spojrzała na brata i oboje pokręcili głowami. 
– To dobrze. Tylko wyjątkowa magiczna moc może was tu doprowadzić po raz drugi. 
– Czy wiedźma wpadnie na nasz trop? 
– Z czasem na pewno. Ale najpierw musiałaby znaleźć sam Worraft. Nie ma stąd innej drogi, 

a Dragwena nie wie nawet o istnieniu jaskini. Przynajmniej mam taką nadzieję. 

Dmuchnął trzy razy na drzwi, które natychmiast się otworzyły, i zaprosił dzieci do środka. 

 
Gabinet  Morpetha  okazał  się  zwyczajnym  pokojem,  ciasnym  i podłużnym.  Stało  w nim 

łóżko, stół i jedno krzesło. 

– Jak pomożesz mi walczyć z wiedźmą? – spytała Rachel. – Znasz tyle zaklęć, a... 
–  Ja?  –  przerwał  jej  ze  śmiechem.  –  Wtedy,  przy  śniadaniu,  omal  nie  zemdlałem,  usiłując 

dotrzymać ci kroku! 

– Jak to? 
– Pamiętasz te kolczyki  w rybich płetwach? Trzeba było  całej  mojej  mocy, by zmienić ich 

kolor! 

Rachel otworzyła buzię. 
– A ja nie rozumiałam, dlaczego się ciągle zmienia! 
– Zagrałaś także z Dragwena w „Węże i drabiny” i wygrałaś! Tej próby nie przeżyło jeszcze 

żadne dziecko. 

– Położył jej ręce na ramionach. – To ty jesteś dzieckiem-nadzieją. Jestem tego pewien. 

background image

– Ale jak mogę pokonać wiedźmę? Co mam zrobić? 
–  Musisz  się  nauczyć  nowych  zaklęć.  Musisz  także  ćwiczyć.  Dragwena  robi  to  od  wielu 

setek  lat.  Kiedy  wydaje  rozkaz,  zostaje  on  natychmiast  spełniony.  Potrafi  zmienić  kształt 

w ułamku chwili. 

– To takie trudne – powiedziała Rachel zniechęcona. 
– Wtedy zmieniłam postać tylko dlatego, że strasznie się bałam. Czym mam się stać, żeby 

pokonać Dragwenę? 

– Nie wiem – przyznał Morpeth. 
Rachel spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. 
– Nie do wiary! Spodziewasz się, że to ja się domyśle! 
–  Hm...  Na  razie  nie  zawracajmy  sobie  głowy  Dragwena.  Wszystko  w swoim  czasie. 

Zabawisz się ze mną w magiczną grę? 

Westchnęła,  myśląc  o radości,  z jaką  bawiła  się  z nim  w Sali  Śniadaniowej,  kiedy  rozbijali 

melony o ściany. Teraz magia nie wydawała się już tak zabawna. 

Eryk umościł się wygodnie na łóżku i zaczął się im przyglądać. 
–  Chciałbym,  żebyś  znowu  zmieniła  kształt  –  powiedział  Morpeth.  –  Jakie  to  przebranie 

znalazłaś sobie na Ithrei? 

–  Płatka  śniegu  –  odparła  bez  namysłu.  Szybko  wyobraziła  sobie  siebie  jako  unoszący  się 

w powietrzu płatek śniegu. – I co? 

– Te same chude nogi, co zwykle – powiadomił ją Eryk. 
Nie przejmuj się. To znacznie trudniejsze, niż ci się wydaje. W Sali Śniadaniowej i w górach 

Dragwena otoczyła nas specjalną warstwą magicznej mocy. Ale wkrótce nauczyłaś się korzystać 

z własnego  daru.  Pofrunęłaś  nad  jezioro  i zmieniłaś  się  w piórko  bez  pomocy  wiedźmy, 
całkowicie  samodzielnie.  Możesz  to  zrobić  także  teraz,  w tej  chwili,  ale  musisz  się 
skoncentrować.  Korzystanie  z prawdziwej  magii  jest  wyjątkowo  niebezpieczne  i wymaga 
najwyższej uwagi. 

Rachel rozejrzała się po pokoju. 
– Czy mogę spróbować być czymś innym? Nie mam ochoty znowu stać się płatkiem śniegu. 

Wolałabym przybrać postać konia albo jakiegoś innego żywego stworzenia. 

–  Koń,  choć  piękny,  nie  zmieści  się  do  gabinetu  –  odparł  Morpeth  sucho.  –  Musisz  się 

nauczyć dyscypliny. 

– Nie rozumiem. 
– Zmieniłaś się w piórko i to ci uratowało życie. Widzisz, stałaś się tym, czym powinnaś być, 

czym musiałaś się stać właśnie w tamtej chwili. Dragwena nie da ci czasu na zastanowienie. Być 
może  życie  nas  wszystkich  zależy  od  tego,  czy  w chwili  zagrożenia  będziesz  umiała  przybrać 
właściwą postać, jakakolwiek by ona była. A teraz spróbuj się skupić. 

background image

Rachel zebrała wszystkie siły, nakazała sobie spokój i skupiła się na obrazie płatka śniegu. 

Przesunęła po swoim ciele palcami mrozu, zimniej, coraz zimniej, aż kruche powieki przymarzły 
jej  do  źrenic.  Teraz  kształt.  Skóra  i kości  zaczęły  się  kurczyć,  zmniejszyła  się  do  rozmiarów 
dłoni, potem palca, wreszcie paznokcia... Kurczyła się coraz bardziej, aż stała się tak maleńka, że 
prawie  niezauważalna.  Sprawiła,  że  jej  kończyny  i głowa  zniknęły,  a ciało  stało  się  puszyste 

i białe, o ostrych krystalicznych krawędziach. 

To  zadanie  wymagało  ogromnego  wysiłku,  ale  po  raz  pierwszy  dokonała  go  świadomie, 

z poczuciem, że panuje nad przemianą. Uniosła powieki i spojrzała lodowymi oczami. 

Morpeth i Eryk znikli – przynajmniej tak jej się wydawało, dopóki nie zdała sobie sprawy, że 

z wolna  opada  wzdłuż  nogi  Morpetha.  Osiadła  lekko  na  podłodze.  Twarda  powierzchnia  i kurz 
nieprzyjemnie  zadrasnęły  krawędzie  jej  nowego  ciała.  Nieopodal  zauważyła  gigantyczny  but 
Eryka, który się od niej odsunął. 

Zanim  zdołała  się  przyzwyczaić  do  swojej  śnieżnopłatkowości,  zauważyła  wokół  siebie 

rosnącą  kałużę.  Czyja  krwawię?  –  przestraszyła  się.  Nagle  zrozumiała:  to  nie  krew,  to  woda. 
Rozpływam się! 

W następnej chwili znowu zmieniła postać: stała się kroplą wody. 

W jej nowym ciele przelewała się wilgoć i chlupotała cicho. 
Hm,  pomyślała  Rachel,  już  nie  przestraszona,  a tylko  zaciekawiona.  Taka  kropla  wody 

byłaby dużo ciekawsza, gdyby umiała... fruwać! Jak samolot! 

Wystartowała z podłogi, najpierw powoli, stopniowo nabierając rozpędu. Po chwili nauczyła 

się operować nowymi skrzydłami. Zawisła w powietrzu i rozejrzała się. Nieopodal znajdował się 
ogromny nos Morpetha, wielki jak autobus. Okrążyła go trzy razy, wśliznęła się do ucha Eryka, 
wyprysnęła  z niego,  musnęła  jego  policzki,  jasne  loki,  wreszcie  zjechała  mu  po  nosie.  Iiiiii! 
Zawisła  na  jego  końcu,  kołysząc  się  w przód  i w tył.  Spojrzała  w górę,  prosto  w wielkie  oczy 

brata, i ześliznęła się w dół. 

Mogę spaść, pomyślała. Nie zrobię sobie krzywdy. Jestem tylko kroplą wody... 
Jej małe ciałko uderzyło o kamień i rozprysnęło się na tysiące malutkich kropelek. Przeraziła 

się, chciała sobie wyobrazić, że znowu jest dziewczynką... 

– Nie! – zagrzmiał grzmot... głos Morpetha. – Zostań taka, jaka jesteś! 
Zamarła, przejęta lękiem. W chwilę potem w powietrzu pojawił się jej język. W ślad za nim 

wystrzeliły nogi i wykluł się nos... aż na powrót stała się dziewczynką. 

– Fantastyczne! – krzyknęła. – Możemy to zrobić jeszcze raz? 
Morpeth spiorunował ją wzrokiem. 
– Głupie dziecko! – ryknął. – Wiesz, co by się  stało, gdybyś przeszła przemianę w chwili, 

gdy byłaś rozpryśnięta? 

– Myślałam... 

background image

Chwycił ją mocno za ramię. 
–  Powiem  ci,  co  by  się  stało:  zmieniłabyś  się  w dziewczynkę  rozerwaną  na  kawałki! 

W pokoju leżałyby twoje ręce, nogi i głowa. Byłabyś martwa! 

– Myślałam... Przepraszam – wyjąkała Rachel. – Nie wiedziałam... Nie powiedziałeś mi... 
Morpeth westchnął ciężko. 
– Zrozum, kiedy zmieniasz postać, naprawdę się nią stajesz. 
– Jak to? 
– Wyobraź sobie jaszczurkę; jeśli zmieniasz się w jaszczurkę, ktoś mógłby ci odciąć ogon, 

a ty i tak byś żyła, prawda? 

Przytaknęła. 
– Ale gdybyś znowu przybrała ludzką postać, mogłoby się okazać, że brakuje ci jednej nogi. 

– Uśmiechnął się do niej. – Ja wolę dziewczynki z dwoma nogami, a ty? 

Spuściła głowę. 
– Spróbuję zapamiętać. 
– Świetnie. – Zatrzepotał rękami. – Doskonale ci poszło! Aż mi się zakręciło w głowie, gdy 

się przyglądałem twojej przemianie. 

– Ale miałeś wielki nos! 
Żartobliwie chwycił się za niego. 
– Boję się myśleć, jaki się wydawał wielki kropelce wody! Zabawmy się jeszcze raz. 
– Najpierw mi powiedz, dlaczego nie mogłam zmienić się sama? 
– Powrót do własnej postaci jest o wiele trudniejszy. Nie wiem, dlaczego. To potrafi zrobić 

tylko Dragwena. Ale kiedy zobaczyłem, jak się rozbryzgujesz po całej podłodze, wyczułem, że 
zechcesz spróbować. 

– Ale ty potrafisz przywracać dawną postać! Zrobiłeś to już dwa razy. 
– To dar wiedźmy. Dragwena nieustannie martwi się, że w jej otoczeniu kryją się wrogowie, 

którzy przybrali kształt drzewa, ptaka czy wilka. Setki lat temu podarowała mi moc odczyniania 
zaklęć  –  przywracania  stworzeniom  ich  pierwotnej  postaci.  Dopóki  cię  nie  odczarowałem,  gdy 
byłaś piórkiem, nie wiedziałem, że potrafię to zrobić. 

– Dlaczego sam nie możesz zmienić się w piórko albo płatek śniegu? 
–  To  dar,  który  posiadasz  tylko  ty  i Dragwena.  Jesteś  pierwszym  dzieckiem,  które  potrafi 

zmieniać  postać.  –  Spojrzał  na  nią  ze  smutkiem.  –  I pierwszym,  które  dokonało  wielu  innych 

rzeczy. 

– Może naprawdę jestem wiedźmą? – spytała Rachel z niepokojem. 
– Nie sądzę. – Uśmiechnął się pod nosem.– A jeśli jesteś, to bardzo miłą. 
Eryk położył się na łóżku i wtulił buzię w poduszkę. 
– Mogę się przespać? – spytał, ziewając. – Jestem zmęczony. 

background image

–  Jak  możesz  spać  po  tym,  co  zobaczyliśmy?  –  zdziwił  się  Morpeth.  –  Ach,  przepraszam, 

zapomniałem, co się działo w nocy. Oczywiście, że możesz. Obudzę cię, kiedy... 

Ale chłopiec już spał. 

 
Kiedy się już upewnili, że Eryk śpi głęboko, Rachel szepnęła do Morpetha: 
– Co teraz? 
– Może spróbujesz przybrać bardziej solidny kształt?  – Morpeth  rozejrzał  się po pokoju.  – 

Trochę tu pusto, nie sądzisz? Może zmienisz się w jakiś mebel? 

Rachel  uśmiechnęła  się  łobuzersko  i w mgnieniu  oka  zamieniła  się  w krzesło  z wysokim 

oparciem i bogato rzeźbionymi nogami. 

– Słyszysz mnie? – spytał Morpeth. 
Chciała potwierdzić, ale okazało się, że jej usta uwięzły w drewnianej ramie. Wydobyła je na 

powierzchnię w poduszce siedzenia, a nad nimi umieściła oczy. 

– Słyszę cię doskonale! 
– Interesujące. Gadające krzesło. Co dalej? 
– Stół! 
Wydłużyła nogi, usunęła tapicerkę i zmieniła siedzenie w wielki płaski blat. 
– Cześć – rzuciła bez tchu. 
– Bardzo zmyślne. Teraz poddamy cię prawdziwej próbie. Możesz sobie wyobrazić, że jesteś 

mną? 

– Co? Mam się zmienić w ciebie? 
Skinął głową. 
– Spróbuję – powiedziały małe wargi w blacie stołu. 
Przyjrzała  mu  się  uważnie,  każdemu  szczegółowi  z osobna:  długim  rękom,  płaskiemu 

i bulwiastemu nosowi, pomarszczonym zapadniętym policzkom. Obejrzała jego skórzaną odzież, 
zastanawiając się, jaka musi być w dotyku. 

– I co? – spytała po chwili. 
– Sama zobacz – odparł Morpeth, wskazując małe lusterko na ścianie. 
Podbiegła  do  niego  niecierpliwie.  Postać,  która  na  nią  spojrzała,  wyglądała  jak  nieboskie 

stworzenie. Ubranie przypominało odzież Morpetha, ale jego broda była gotowa tylko w połowie, 

a Rachel  zapomniała  zmienić  jego  włosy  i kanciastą  szczękę.  To,  co  zobaczyła  w lustrze, 
wyglądało  jak  ogólny  szkic  Morpetha,  z jej  długimi  ciemnymi  włosami  i spiczastym 

podbródkiem. 

Roześmiała się... i zobaczyła, że Morpeth ma także jej małe, równe zęby. 
– Och, jej! Zmieniłam się w Rachelo-Morpetha. 
Głos także należał do niej. 

background image

–  Mmm...  –  mruknął  Morpeth.  –  Znacznie  trudniej  jest  sobie  wyobrazić,  że  jest  się  kimś 

innym,  prawda?  Stoły  i krzesła  nie  mają  głosów  ani  zębów.  Musisz  się  zastanowić  i pamiętać 

o wszystkim, nawet o tym, czego nie widzisz. 

– Przynajmniej nos mi dobrze wyszedł – westchnęła i przycisnęła go palcem. 
– Nieprawda! – obraził się Morpeth. – Jest o wiele za duży. 
Rachel przyjrzała się sobie. 
– Nie – oznajmiła, poruszając nim. – Jest w sam raz. Dokładnie taki jak twój. 
Morpeth zmarszczył brwi. 
– No, może... 
– Mam go pomniejszyć? Wolałbyś? 
– A nie jest idealny? A, zresztą... czemu nie! 
Zrobiła mały perkaty nosek. Oboje spojrzeli w lustro. 
– Nieźle – przyznał  Morpeth.  – A może zrobiłabyś tak, żebym  był  przystojny? To dopiero 

będzie prawdziwy egzamin! 

Wypróbowała kilka możliwości, zanim trafiła na tę właściwą. Obok Morpetha stanął wysoki 

przystojny mężczyzna o jasnych włosach i przenikliwych błękitnych oczach. 

Morpeth przyjrzał się jej z podziwem. 
– Na pewno nie byłbym aż tak przystojny. Ale czy wygląda jak ja? 
–  Nie  wiem  –  odparła  niepewnie.  –  Widziałam  cię  jako  chłopca  we  śnie,  który  zesłała  na 

mnie Dragwena. Wyglądałeś trochę tak, jak ja teraz. 

– Może masz rację – szepnął, niezręcznie dotykając jej twarzy. – Tak wiele lat minęło, odkąd 

byłem chłopcem. Zapomniałem... jak to jest. 

I  Posmutniał  i opuścił  głowę.  –  Nie  chciałam  cię  zdenerwować.  Może...  Może  naprawdę 

mogę sprawić, żebyś tak wyglądał. Chcesz?  

– Jestem tak stary, że wszystko mi jedno, jak wyglądam. Zresztą, to niemożliwe... – Zamilkł 

i przez chwilę się jej przyglądał. – Dobrze! Zmień mnie, jeśli potrafisz! 

Zastanowiła  się,  jak  ma  to  zrobić.  Czy  mam  w niego  wniknąć?  –  pomyślała.  Bez  namysłu 

zmieniła się w pyłek kurzu, tak maleńki, że mogła wniknąć w pory jego  skóry. Prąd powietrza 
obrócił  nią  wokół  własnej  osi.  Nakazała  sobie  znieruchomieć,  wylądowała  na  jego  włosach, 
zbadała ich strukturę i to, jakie są w dotyku. Przesunęła się pomiędzy nimi, rzeźbiąc je, nadając 
im  lekkość  i jedwabisty  połysk.  Następnie  sprawiła,  że  jego  skóra  stała  się  miękka  i gładka, 
zmieniła  kolor  oczu  na  głębszy  odcień  błękitu.  Potem  przemieniła  się  w małe  nożyczki 

i przystrzygła mu brodę. Po paru minutach ciężkiej pracy dzieło zostało skończone... albo prawie 
skończone.  Rachel  wniknęła  w jego  ciało,  wyprostowała  je,  rozciągnęła.  Wyfrunęła  z niego, 
bardzo zmęczona, i znowu zmieniła się w stół. 

Przed nią stał Morpeth, ale nie był to pomarszczony stary krasnolud, którego znała. Stał się 

background image

wysokim młodzieńcem o kędzierzawych gęstych włosach i promiennych błękitnych oczach. 

Morpeth wpatrywał się w osłupieniu w swoje odbicie w lustrze. Uszczypnął się w policzek, 

jakby sądził, że ma na twarzy maskę. Zamrugał, a odbicie odmrugnęło. 

– Jesteś teraz bardzo przystojny – powiedział stół. 
–  Jak  to  zrobiłaś?  –  zdumiał  się.  –  Nie  powinnaś  móc  zmieniać  innych.  To  potrafi  tylko 

Dragwena. 

– No, nie wiem... – mruknęła. 
– Wyobraź sobie, że znowu jesteś Rachel. Przybierz własną postać – rozkazał jej. 
– Powiedziałeś, że taką moc ma tylko Dragwena. 
– Tak sądziłem. Teraz jestem pewien, że ty też to potrafisz. 
Od  razu  zrozumiała,  co  powinna  zrobić.  Zobaczyła  siebie  jako  dziewczynkę  w miękkim 

skórzanym  odzieniu  Sarrenów.  Tym  razem  poszło  jej  łatwiej.  Nie  musiała  się  nawet  skupiać. 
Podeszła pewnym krokiem do lustra. Zobaczyła w nim dziewczynkę o dużych zielonych oczach, 

spiczastym nosie i małym pieprzyku na policzku. 

– Udało się! 
Morpeth  otworzył  usta  ze  zdziwienia.  Potem  spojrzał  na  odbicie  swojej  przystojnej  twarzy 

i wypróbował parę min. 

Rachel  nie  miała  jeszcze  dość  zabawy.  Nagle  przyszedł  jej  do  głowy  pomysł,  na  który  nie 

wpadł nawet Morpeth. Stworzyła drugą Rachel i umieściła ją za jego plecami. Dziewczynka stała 

w miejscu,  sztywna  jak  plastikowa  lalka.  Rachel  kazała  jej  zrobić  krok  naprzód.  Poruszała  się 
sztywno  jak  robot.  Rachel  skupiła  się  i dała  jej  kości,  mięśnie  i ścięgna,  jak  u prawdziwego 
człowieka. Kazała drugiej Rachel wyciągnąć ręce i połaskotać Morpetha za uszami. 

Krzyknął i podskoczył ze strachu. 
– Gdzie jestem? – spytały obie dziewczynki jednocześnie. 
Rachel uśmiechnęła się, a jednocześnie uśmiechnęła się też nieprawdziwa dziewczynka. 
Morpeth przyjrzał się im obu. Z początku wydawały się identyczne. Później odkrył, że jedna 

z nich ma martwe puste spojrzenie. Uśmiechnął się do prawdziwej Rachel. 

– Ty jesteś Rachel. 
Ona także dostrzegła swój błąd. Sprawiła, że spojrzenie drugiej dziewczynki nabrało wyrazu. 
– Która z nas jest Rachel? – spytały obie. 
Morpeth  przyjrzał  się  im  z bliska.  Dotknął  ich  policzków  i włosów.  Podniósł  je  do  góry. 

Miały tę samą wagę – Rachel nie zapomniała nawet o tym. W końcu wzruszył ramionami. 

– Nie wiem – przyznał. – Nie potrafię was rozróżnić. Obie wyglądacie jak prawdziwe. 
Rachel zachichotała i kazała drugiej Rachel zniknąć. Kopia usłuchała w mgnieniu oka. 
Rachel usiadła na krześle, bardzo zmęczona, i oboje spojrzeli na siebie w milczeniu. 
–  Nie  wiem...  nie  wiem,  co  powiedzieć  –  odezwał  się  Morpeth.  –  To,  co  zrobiłaś,  to... 

background image

nieprawdopodobne. Nie mam pojęcia, jak ci się udało. 

– Mogę cię nauczyć – odparła. – To nie takie trudne. 
Morpeth potarł swój nowy kształtny podbródek. 
– To ja miałem uczyć ciebie. A tymczasem widzę, że sam muszę nadrobić braki. Chyba... 
Przerwał i nastawił ucha, słysząc nowy dźwięk. To Eryk mówił przez sen. 
– Pewnie coś mu się śni – powiedziała Rachel. 
– Cśśś! Posłuchaj, co mówi! 
Chłopiec rzucał się na posłaniu. 
–  Piętnaście  –  wymamrotał.  –  W lewo.  Osiem.  W prawo.  Cztery.  W lewo.  Sześć.  W lewo. 

Dwa. 

– O co mu chodzi? Co to za sen? – zdziwiła się Rachel. 
–  To  nie  sen!  –  Morpeth  zerwał  się  z krzesła.  –  To  droga  do  tego  pokoju.  Dragwena 

nadchodzi! 

– Jak to? – krzyknęła Rachel. – Powiedziałeś, że nas nie znajdzie! 
–  Nie  rozumiesz?  Wiedźma  wywiodła  nas  w pole.  Przez  parę  godzin  była  sam  na  sam 

z twoim bratem. Na pewno wszczepiła mu zaklęcie odnajdywania! 

Rachel zasłoniła bratu usta. Chwycił jej dłoń, nadal uśpiony, i odsunął ją z niezwykłą siłą. 
– W prawo. Cztery. W lewo. Sześć. W prawo. Dwa. 
Z oczu Rachel popłynęły łzy. 
– Nie możemy go powstrzymać? 
– Nie ma czasu! 
Morpeth przycisnął podłogę w rogu pokoju i na ścianie pojawił się mały otwór. 
– Szybko – rzucił. – Musimy natychmiast uciekać! 
– Nie zostawimy tu Eryka – oznajmiła Rachel. – Musimy go ze sobą zabrać. 
– Nie! – Morpeth skoczył do wyjścia. – Jest całkowicie pod kontrolą Dragweny. Teraz nie 

możemy mu pomóc. Chodź za mną! 

Zniknął w ścianie i wyciągnął rękę. 
– Bez Eryka się nie ruszę! – krzyknęła Rachel. – Nie zostawię go! 
Chciała podnieść brata, który zaczął dziko wierzgać nogami. 
–  No,  chodź  –  warknęła.  –  Zabiorę  cię,  czy  chcesz,  czy  nie.  Zawlokła  Eryka  do  tajnego 

wejścia, prosto w objęcia niezadowolonego Morpetha. 

–  Nie  możemy  go  ze  sobą  zabrać  –  powiedział  Morpeth.  –  Zrozum  to,  Eryk  jest  już 

niewolnikiem Dragweny! Uciekajmy, zanim będzie za późno! 

– Tylko razem z Erykiem! 
Morpeth zrozumiał, że nie ma czasu na dalsze dyskusje. Wziął chłopca pod pachę, drugą rękę 

wyciągnął do Rachel. 

background image

– Mam go! Teraz ty! Szybko! 
Rachel zrobiła krok naprzód, ale w tej samej chwili uderzył w nią poryw wichru. Drzwi do 

pokoju otworzyły się z hukiem. 

Na progu stanęła Dragwena. 
Wiedźma  spojrzała  na  tajne  wyjście  i zatrzasnęła  je.  Rachel  usłyszała  oddalający  się  tupot 

stóp Morpetha i wołanie: 

– Do zobaczenia na Piku! Na Piku! 
I po chwili tupot ucichł. 
W ślad za wiedźmą do gabinetu wpadło dwóch strażników. 
– Otwórz drzwi! – poprosił jeden. – Pozwól nam zabić Morpetha. 
– Nie – warknęła. – I tak nie ucieknie. Rozprawimy się z nim później. 
Rachel  nie marnowała czasu. Zmieniła się w miecz i poszybowała ku  głowie wiedźmy, ale 

zanim zdołała dokończyć myśl, Dragwena strąciła ją na ziemię. 

–  No,  no  –  powiedziała  kpiąco  –  to  takich  bzdur  nauczył  cię  Morpeth?  Moja  moc  jest 

silniejsza od wszystkiego, co widział. Myślisz, że możesz mi rzucić wyzwanie? Dziecko, czyżbyś 
naprawdę uwierzyła, że pozwolę ci uciec? 

– Nie posłużysz się mną! – krzyknęła Rachel. – Najpierw będziesz mnie musiała zabić.  
– Moja moc rośnie. Mogę to już zrobić. 
Dragwena podniosła ją z podłogi dwoma palcami, jakby Rachel ważyła tyle co piórko. 
–  Wkrótce  będziesz  pragnęła  być  ze  mną  na  wieki  –  zapewniła  ją.  –  Nie  będziesz  chciała 

walczyć. Zapomnisz o wszystkich. Wymażę ich z twojej pamięci. 

– Nienawidzę cię! – Rachel szarpnęła się gwałtownie. – To ty nas tu ściągnęłaś, może nie? 

Te czarne łapy w piwnicy to ty! 

Wiedźma uśmiechnęła się z aprobatą. 
–  Rzeczywiście,  byłam  tymi  łapami,  a także  wieloma  innymi  rzeczami,  o których  w tym 

świecie  się  nie  wspomina.  Teraz  to  już  nieważne.  Będziesz  moja.  Zabijesz  wiele  dzieci  i – 
obiecuję – sprawi ci to radość! 

Wzięła  ją  pod  pachę  i wyfrunęła  z pokoju.  Wszystkie  drzwi  otwierały  się  przed  nią 

posłusznie. Rachel usiłowała wyobrazić sobie, że jest nad jeziorem Ker, ale za każdym razem jej 
mózg przeszywał spazm bólu, który rozpraszał myśli. Wiedźma nie pozwalała jej skoncentrować 
się ani na sekundę. 

(W parę chwil znalazły się w Worrafcie, opuściły grotę i pofrunęły w górę. W twarz Rachel 

uderzył zimny wiatr; zdała sobie sprawę, że znalazły się na dworze. Nad jej głową przesuwały się 
gwiazdy.  Wygięła  się  w łuk  i spojrzała  w górę.  Lśniące  zielenią  okno  wieży-oka  było  coraz 
bliżej. 

 

background image

12 

Pocałunek 

 
Morpeth biegł wąskim tunelem co sił w nogach, niosąc nieprzytomnego Eryka. Po pewnym 

czasie  zatrzymał  się  i zaczął  nasłuchiwać  z zapartym  tchem.  Spodziewał  się,  że  Dragwena 

i Neutrani  już  ich  ścigają.  Nie  usłyszał  jednak  ich  kroków.  Osunął  się  na  ziemię.  Przynajmniej 
przez chwilę jest bezpieczny. 

Ty  głupcze,  pomyślał  i uderzył  pięścią  w ścianę.  Miałeś  jej  bronić!  Teraz  Dragwena  ma 

Rachel, a ty nigdy jej nie odnajdziesz. 

Eryk obudził się i spojrzał na niego ze łzami w oczach. 
– Co się stało? Gdzie jest Rachel? 
Morpeth przycisnął kciuk do jego skroni, ale nie wyczuł ani śladu mocy Dragweny. Zaklęcie, 

która wszczepiła chłopcu wiedźma, musiało leżeć płytko i prysnęło w chwili, gdy się przebudził. 
Dlaczego  nie  przyszło  mu  do  głowy,  żeby  sprawdzić  go  wcześniej?  Eryk  był  doskonałym 
szpiegiem,  idealną  pułapką,  w którą  musiała  wpaść  Rachel  i Sarrenowie.  A więc  Dragwena  już 
od dawna, pewnie na długo przed przybyciem Rachel, wiedziała o jego zdradzie. 

Wykorzystała  Rachel  i Eryka,  by  odnaleźć  tajną  kryjówkę  Sarrenów  i urządzić  na  nich 

zasadzkę w miejscu, w którym z łatwością mogła ich zabić. 

Byłem zbyt pewny siebie, pomyślał. Sądziłem, że potrafię ukryć przed wiedźmą moje myśli. 

Rachel wiedziała, że się mylę! 

Ze  wszystkich  sil  starał  się  uspokoić.  Wiedział,  że  jeśli  mają  odbić,  musi  działać  szybko. 

Wziął  Eryka  na  ręce  i ruszył  szybko  do  głębokich  grot,  w których  ukrywał  się  Trimak.  Im 
bardziej się do nich zbliżał, tym wyraźniej słyszał hałas – krzyki i szczęk metalu. 

W  jaskiniach  toczyła  się  walka.  Ruszył  biegiem,  dobywając  po  drodze  mieczyka.  Nigdy 

przedtem  nie  użył  go  w prawdziwej  walce.  Od  lat  go  nie  ostrzył.  Za  ostatnimi  drzwiami 
rozbrzmiewał gwar. Głęboki głos – głos Trimaka – wydawał rozpaczliwe rozkazy. 

– Musimy wejść do środka – powiedział Morpeth do Eryka. – Możliwe, że nie będę mógł cię 

bronić, jeśli przyjdzie mi walczyć. Trzymaj się blisko mnie. Jeśli zostanę ranny, musisz poszukać 
innego Sarrena, który będzie cię ochraniał. Rozumiesz? 

Chłopiec skinął głową, bardzo przestraszony. 
Morpeth  pomyślał  gorzko:  teraz  –  przez  moją  głupotę  –  nie  ma  dla  ciebie  bezpiecznego 

schronienia, mój mały. 

Ustawił Eryka za sobą i oparł się ramieniem o drzwi. 
Mocno ścisnął rękojeść miecza. 
I skoczył w sam środek bitwy. 

 

background image

Rachel  zwisała  w czarnej  łapie  wiedźmy,  frunąc  w stronę  wieży-oka.  Lodowaty  wicher 

szarpał  ją za włosy, a ona wznosiła się w górę, coraz dalej od znikających wież Pałacu. Twarz 
Dragweny promieniała. Wiedźma trzymała Rachel pod pachą; drugą ręką, wyprostowaną jak lufa 

strzelby, celowała przed siebie. 

Rachel  czuła,  że  powinna  działać.  Usiłowała  wysunąć  się  z uścisku  wiedźmy  za  pomocą 

magicznego zaklęcia, ale za każdym razem, gdy zaczynała je układać, z głowy Dragweny unosiły 
się węże-włosy i opadały jej na twarz, nie pozwalając się skupić. 

–  Naprawdę  łudzisz  się,  że  ta  dziecięca  magia  może  zaszkodzić  prawdziwej  wiedźmie?  – 

odezwała się Dragwena. – Magiczna moc całej tej planety jest na moje wezwanie. Nie potrafisz 
mi zrobić krzywdy. 

Rachel kopnęła ją i szarpnęła się bezsilnie. 

Dragwena  szybowała  do  góry,  ku  zielonemu  oknu  wieży.  Mknęły  prosto  na  szybę.  Rachel 

była pewna, że za chwilę poczuje ból, ale szkło nie pękło, kiedy się z nim zderzyły. Na ułamek 
sekundy zmieniło się w płyn, przez który z łatwością przeniknęły. 

Dragwena  rzuciła  dziewczynkę  na  podłogę.  Na  plecach  Rachel,  w miejscu,  gdzie  wiedźma 

wbiła szpony, pojawiły się krwawiące ranki. Dziewczynka nie zwróciła na nie uwagi; obejrzała 
się na okno w nadziei, że zdoła przez nie wyskoczyć, ale grube zielone szkło znowu przybrało 

dawną postać. 

Ktoś zapukał nieśmiało do drzwi. 
– Wejść – syknęła Dragwena. 
Do komnaty weszło trwożnie trzech żołnierzy i złożyło głęboki ukłon. 
– Co porabia Morpeth? – spytała wiedźma. 
–  Na  razie  nic  o nim  nie  wiadomo.  Ale  nie  może  się  długo  ukrywać.  Nasi  ludzie  walczą 

z pozostałymi Sarrenami. Jest nas dziesięć razy więcej. Przy wszystkich wejściach do grot stoją 
nasi strażnicy. Wyłapiemy ich, co do jednego. 

Dragwena zatarła ręce. 
– Zabić wszystkich – rozkazała. – Każdy buntownik ma być schwytany i uśmiercony. Ciała 

spalić.  Aresztować  ich  rodziny,  a także  każdego,  kto  mógł  im  sprzyjać.  Nie  będzie  więcej 

Sarrenów. – Zmierzyła żołnierza nienawistnym spojrzeniem. – To da twoim żołnierzom nauczkę, 
której nigdy nie zapomną! 

Skinął głową z niepokojem i odwrócił się do wyjścia. 
– Stój! – rzuciła Dragwena. – Powiedz swoim ludziom, że jeśli przed końcem dnia przyniosą 

głowę  Morpetha,  dostaną  nagrodę.  Życzę  sobie,  żeby  znaleziono  tego  zdrajcę.  Jeśli  właściwie 
odebrałam  przekaz,  jest  teraz  wyższy  od  wszystkich  istot,  jakie  znacie,  przystojny  ima...  ach! 
Błękitne oczy. Macie mu je wyłupić, kiedy będzie jeszcze żywy. 

Wiedźma odetchnęła, podparła się pod boki i wskazała na Rachel. 

background image

–  Słuchajcie  teraz  uważnie  –  rzuciła.  –  Przez  parę  następnych  godzin  macie  nam  nie 

przeszkadzać.  Poinformujcie  o tym  strażników  i służbę.  Pod  żadnym  pozorem  nie  możecie  tu 
wchodzić. 

Ledwie za żołnierzami zamknęły się drzwi, wiedźma skoczyła przez pokój i mocno uderzyła 

Rachel w twarz. 

– A zatem, dziecko – wycedziła przez zęby – koniec figli z Morpethem i jego przyjaciółmi. 

Zresztą  wszyscy  wkrótce  będą  martwi,  jeśli  już nie  są.  Czekałam zbyt  długo,  pora  cię  zmienić 

w coś bardziej użytecznego. 

Rachel zaczęła się cofać. 
Dragwena ruszyła za nią od niechcenia. 
– Zacznijmy od twojego wyglądu. Do czego zabierzemy się najpierw? Może do tych twoich 

małych ząbków? 

Cztery rzędy jej zębów kłapnęły w stronę dziewczynki. 

 
Morpeth  wpadł  do  jaskini  pełnej  uzbrojonych,  wyszkolonych  żołnierzy  wiedźmy.  Na 

podłodze leżało parę ich trupów, lecz liczba zabitych lub rannych Sarrenów była o wiele większa 
– ci nie mieli broni i nie spodziewali się ataku. Neutranie bezlitośnie roznosili ich na mieczach. 
Trimak stał w szeregu z garstką Sarrenów, którzy nosili miecze u pasa. Morpeth zauważył, że do 
groty wbiegają z obu stron nowi żołnierze wiedźmy. 

– Tutaj! – krzyknął. – Tu jest droga ucieczki! 
– Co? – odkrzyknął Trimak, usiłując przebić wzrokiem półmrok groty. – Kto to? 
– Morpeth! Zaufaj swojemu instynktowi! Trimak przyjrzał się mu uważnie – nie rozpoznał 

w tym mężczyźnie swego starego przyjaciela, choć słyszał jego chrapliwy głos. 

– To ja! – zawołał Morpeth. – Rachel mnie zmieniła! 
Trimak rozkazał Sarrenom iść za obcym. 
Ci  nieliczni,  którzy  nie  znaleźli  się  między  wrogami,  natychmiast  popędzili  przez  jaskinię. 

Żołnierze  ryknęli  i rzucili  się  ich  śladem.  Czterej  uzbrojeni  po  zęby  Sarrenowic  walczyli 
wściekle, starając się ich odeprzeć. 

– Idźcie! – krzyknął jeden z nich do Trimaka. – Powstrzymamy ich tak długo, jak się da! 
–  Nie,  Grimwoldzie!  –  odkrzyknął  Trimak.  –  Musimy  uciec  wszyscy!  Nie  pora  oddawać 

życie w ofierze! 

– Jeśli nie teraz, to kiedy? – ryknął Grimwold. Jakiś żołnierz zadał mu cios w policzek, ale 

on nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. – No, dalej, walczcie ze mną! Pokonam was! 

– Masz słuchać moich rozkazów! – wrzasnął Trimak. 
Ostatni Sarrenowie wśliznęli się w drzwi, które otworzył Morpeth. Dopiero wtedy Grimwold 

uniósł wolną rękę i machnął nią nad głową. 

background image

W tej samej chwili jego ludzie skoczyli do wyjścia. 
I Trimak zatrzasnął drzwi. W wąskim tunelu znalazło się ośmiu Sarrenów, a także Morpeth, 

Eryk i Trimak. Wszyscy pozostali już nie żyli lub zbiegli z jaskini. Usiedli zmęczeni i zdyszani. 
Ci, którzy odnieśli rany, zauważyli je dopiero teraz. Żołnierze wiedźmy zaczęli wyważać drzwi. 

– Zaraz je wyłamią – mruknął któryś Sarren. 
Trimak odwrócił się do Morpetha. 
– Jeśli naprawdę jesteś Morpethem, będziesz umiał zapieczętować wyjście. 
(Morpeth  zwrócił  otwartą  prawą  dłoń;  pod  jego  dotykiem  głazy  zaczęły  topnieć,  aż  zalały 

całe drzwi i zastygły w twardą kamienną płytę. 

Nawet  Grimwold,  który  niejedno  już  widział,  spojrzał  z podziwem  na  jasnowłosego 

młodzieńca. 

– Morpeth, którego znam, był brzydki jak stary diabeł – powiedział. – Musisz mi powiedzieć, 

kto ci dał taką urodę. Chciałbym mu złożyć wizytę! 

– Gdzie Rachel? – spytał Trimak. 
– Znalazła ją Dragwena. Byłem bezsilny. 
– Musimy ją odbić! – zagrzmiał Grimwold. – Dokąd prowadzi ten tunel? 
– W wiele miejsc – odparł Morpeth. – Wejść pilnują już strażnicy, jednak jest jeden korytarz, 

o którym  wiem tylko ja i Dragwena. Prowadzi prosto do wieży-oka. Jeśli ruszymy natychmiast, 
być może zdołamy się tam przebić. 

– Strażnicy na pewno pilnują wieży – zaprotestował Trimak. – Zwłaszcza w takiej chwili. 
–  Wątpię,  żeby  było  ich  tak  wielu.  Dragwena  nie  spodziewa  się,  że  zaatakujemy. 

A zwłaszcza,  że  ośmielimy  się  zaatakować  ją.  Jej  żołnierze  są  jeszcze  w grotach.  W Pałacu 
zostało ich niewielu. 

–  Więc  na  co  czekamy?  –  zniecierpliwił  się  Grimwold.  –  Od  dawna  mam  ochotę  zabić  tę 

czarownicę. 

–  Naszym  celem  jest  uwolnienie  Rachel  –  odezwał  się  Morpeth.  –  Dragwena  z radością 

będzie z nami walczyć. Musimy jakoś odwrócić jej uwagę. 

– Być może zechce dowodzić walką w jaskiniach – odezwał się jakiś głos. 
–  Nie  –  zaprzeczył  Morpeth  spokojnie.  –  Dragwena  wie,  że  tę  walkę  już  wygrała.  Będzie 

chciała natychmiast zająć się Rachel. Sen-mara już prawie przygotował dziewczynkę. Nie miała 
czasu, żeby zorganizować obronę. Wiedźma wkrótce ją złamie. 

Sarrenowie ujęli miecze i w srogim milczeniu ruszyli przed siebie. 

 

Tymczasem w wieży Dragwena uśmiechnęła się do Rachel. 
Wyrwała ze swojej sukienki cienki kolec i ukłuła nim dłoń dziewczynki. 
Rachel odskoczyła. 

background image

– Co mi zrobiłaś? 
Dragwena wyszczerzyła cztery rzędy zębów. 
– Rozpoczęłam zaklęcie przemiany. Wkrótce zaczniesz wyglądać tak samo jak ja. 
Przefrunęła  przez  komnatę  i zapaliła  długą  świecę.  W wosku  widniał  wyryty  wzór:  okrąg, 

a w nim  pięcioramienna  gwiazda.  Płomień  rozjarzył  się  lodowatą  zielenią.  Wiedźma  usiadła  na 
krześle.  Rachel  stała  samotnie  na  środku  komnaty.  Przez  parę  minut  patrzyły  na  siebie 

w milczeniu. Wiedźma całowała lekko główkę żmii, a Rachel rozcierała rękę i zastanawiała się, 
co robić. Słyszała za drzwiami kroki i szeptane rozkazy. Za zieloną szybą wieży-oka rysowały się 
wieże Pałacu, ale wiedziała, że tędy nie może uciekać. 

Nagle,  nie  wiadomo  dlaczego,  spłynął  na  nią  spokój.  Rana  przestała  ją  boleć.  Odetchnęła 

głęboko.  Świeca  zaczęła  roztaczać  rozkoszny  zapach.  Rachel  pociągnęła  nosem,  ledwie 
zauważając,  że  dym  płynie  prosto  ku  niej.  Ziewnęła...  i wzdrygnęła  się.  Skąd  to  zmęczenie? 
Zamrugała ciężkimi jak ołów powiekami, z wysiłkiem odsunęła od siebie sen. Znała to uczucie 

z ostatniej wizyty w wieży, ale nie potrafiła z nim walczyć. Dokładnie tak jak wtedy. 

Żmija powoli ześliznęła się z szyi Dragweny i uniosła główkę. Rachel na próżno starała się 

odsunąć  głowę.  Żmija  dotknęła  języczkiem  jej  powiek.  Wreszcie  dziewczynka  poczuła,  że  nie 
może  się  dłużej  opierać.  Z ogromnym  wysiłkiem  rozchyliła  wargi.  Wydawało  jej  się,  że  głos 
wydobył się z nich dopiero po bardzo długim czasie. 

– Co... się... ze mną... dzieje? 
–  Co  się  dzieje?  –  powtórzyła  Dragwena  od  niechcenia.  –  Nic  wielkiego.  Po  prostu  sobie 

siedzimy, ty i ja. 

Rachel rozpaczliwie walczyła o panowanie nad własnym mózgiem. Nie wolno mi oddychać 

tym dymem, pomyślała. Muszę zgasić świecę. Rozkazała zastygłym mięśniom, by się poruszyły. 

Wreszcie  zdała  sobie  sprawę,  że  nie  chce  się  ruszać.  Wszelkie  myśli  o sprzeciwianiu  się 

wiedźmie zupełnie ją opuściły. Przyjemne ciepło rozeszło się po jej karku i ramionach. W gardle 

i wargach  czuła  pulsowanie  krwi.  Rozluźniła  się,  zapomniała  o Eryku,  Sarrenach  i wiedźmie. 
Położyła  się  na  podłodze  i zapadła  w sen.  Kiedy  się  obudziła,  komnata  wyglądała  tak  samo. 
Dragwena spoglądała na nią ciepło, żmija znowu otaczała jej szyję. 

– No i już – odezwała się wiedźma. – Czujesz się lepiej? 
Rachel spróbowała poruszyć głową. 
– Widzisz? – dodała Dragwena łagodnie. – Nie jestem taka straszna. 

Straszna? – pomyślała Rachel ospale, nie wiedząc, co to ma znaczyć. 
–  Teraz  możemy  porozmawiać,  oczywiście  jeśli  się  zgodzisz  –  ciągnęła  Dragwena.  – 

Zupełnie szczerze. 

– Mmm... 
Usta Dragweny wcale się nie poruszały. 

background image

– Słyszysz mnie? 
– Tak. 
– Pamiętasz swoich przyjaciół? 
W głowie Rachel pojawiły się twarze dzieci. Nie znała ich. 
–  Pamiętasz  Sarrenów,  którzy  cię  porwali?  Sarrenów?  Ta  nazwa  nic  jej  nie  mówiła  i nie 

miała dla: niej żadnego znaczenia. Liczył się tylko śpiewny głos kobiety. 

– Sarrenowie opowiadali ci o mnie same kłamstwa -; powiedziała wiedźma. – Chcieli cię też 

zabić. Uratowałam cię przed mordercą Morpethem. Pamiętasz? Pamiętasz, jak chciał cię zabić? 

W  umyśle  Rachel  wyświetlił  się  obraz  niskiego  człowieczka,  trzymającego  nóż  przy  jej 

gardle. Dragwena podbiegła i wytrąciła mu go z ręki. 

Rachel uśmiechnęła się w duchu. 
– Dziękuję. 
– Bardzo proszę – odpowiedziała Dragwena i zamilkła, wiedząc, że Rachel jest już pod jej 

wpływem. Teraz trzeba było tylko wskazać dziewczynce nowy cel dla jej i niezwykłego daru. 

– Jesteś wyjątkowym dzieckiem – wyjaśniła Dragwena. – Chcę, żebyś pozostała ze mną na 

zawsze.  Będziemy  razem  rządzić  moim  królestwem,  ty  i ja.  Jest  bardzo  wielkie.  Twoja  pomoc 
bardzo mi się przyda. Zresztą zobacz sama... 

Nagle  Rachel  zdała  sobie  sprawę,  że  unosi  się  w powietrzu.  Ogromne  słońce  świeciło  jej 

w plecy,  wokół  głowy  i ramion  zebrała  się  korona  gwiazd.  Miała  na  sobie  czarną  sukienkę, 

a kiedy  podniosła  głowę,  czerwonooka  żmija  musnęła  jej  podbródek.  Rachel  spojrzała  w dół. 
Tonąca  w białych  chmurach  mała  planetka  obracała  się  powoli,  połyskując  wodami  oceanów. 
Rachel  bez  wysiłku  pofrunęła  w jej  kierunku,  nie  czując  zimna  ani  wiatru,  śmigając  nad 
powierzchnią  mórz  i strumieni,  szybując  z rozłożonymi  ramionami  nad  górami  i dolinami. 

A wszędzie, gdzie się pojawiała, podążały za nią szeregi dzieci, walczących ze sobą, by ją lepiej 
widzieć, i skandujących jej imię. 

–  Rachel!  Rachel!  –  krzyczały,  unosząc  ostre  miecze.  Poczuła  delikatne  dotknięcie.  Obok 

niej unosiła się Dragwena, ramię w ramię. 

– Zechcesz rządzić tą planetą wraz ze mną? – spytała wiedźma. 
Rachel  poczuła,  że  pragnie  tego  z całego  serca.  Uśmiechnęła  się,  a jej  żmija  splotła  się  ze 

żmiją Dragweny w oficjalnym powitaniu wiedźm... 

 
Jakieś zamieszanie za drzwiami wieży rozproszyło uwagę Dragweny. Strażnicy, zaskoczeni 

znienacka, rzucili się, by bronić komnaty. Rozgorzała krótka zażarta walka, po której Sarrenowie 
przystąpili do wyważania masywnych drzwi. 

Rachel, nadal odurzona, nie zwracała na to uwagi. 
Deski zatrzęsły się pod silnymi uderzeniami. Wreszcie nawet ich potężne zawiasy nie mogły 

background image

dłużej opierać się ciosom i całe drzwi wraz z framugą runęły na ziemię. Do komnaty wdarł się 
zimny prąd powietrza, który zgasił świecę. 

Rachel stopniowo ocknęła się z oszołomienia i spojrzała na wejście. 

Na progu, w otoczeniu swoich ludzi, stał Grimwold. 
W jednej  ręce dzierżył  wielki miecz, w drugiej  – nóż. Jego dłonie ociekały  krwią.  Za jego 

plecami leżeli martwi strażnicy. 

– Przybyłem, by cię zabić, Dragweno! – zagrzmiał. 
Wiedźma spojrzała z rozbawieniem na jego broń. 
–  I chcesz  to  zrobić  czymś  takim?  –  spytała.  –  Żeby  zabić  wielką  wiedźmę,  musisz  mieć 

magiczny miecz, pobłogosławiony przez wielu magów. Nie wiedziałeś? 

– Gwiżdżę na to! Zabiję cię albo zginę! 
Trzej Sarrenowie rzucili się na wiedźmę. Dragwena od niechcenia podniosła palce; pomiędzy 

nimi  pojawiła  się  przezroczysta  zielona  ściana.  Grimwold  skoczył  na  nią.  Ledwie  jego  miecz 
dotknął czubkiem szmaragdowej powierzchni, natychmiast znalazł się w dłoni wiedźmy. Dzielny 
wojak ze zdumieniem spojrzał na Dragwenę, która niedbale upuściła jego oręż na ziemię. 

– Dość już broni na dziś – oświadczyła. – Teraz chciałabym was powitać na swój sposób. 
Wydęła  wąskie  wargi,  za  którymi  kryła  cztery  rzędy  zębów,  i posłała  im  pocałunek.  Jakby 

w zwolnionym tempie z jej ust wyszło tchnienie powietrza i poszybowało leniwie ku Sarrenom. 
Dotarło do przezroczystej ściany, rozprzestrzeniło się wzdłuż niej, falując i wirując. Sarrenowie 

spojrzeli na siebie niepewnie. 

Rachel rozpaczliwie usiłowała wydobyć z siebie głos. 
– U... ciekajcie – wydukała. – Natych... miast! 
Grimwold dopiero teraz dostrzegł dziewczynkę. 
–  Dziecko-nadzieja...  –  westchnął  w zadziwieniu.  Tchnienie  wirowało  nerwowo, 

przygotowując się do ataku. 

– Uciekajcie! – wrzasnęła Rachel. – Już! 
– Za późno – westchnęła wiedźma i roześmiała się w głos. 
Dopiero teraz Grimwold pojął, co się dzieje. Pociągnął swoich ludzi ku drzwiom, ale ledwie 

się odwrócili, tchnienie przesączyło się przez szmaragdową ścianę i uderzyło, powalając ich na 
kamienną posadzkę komnaty. 

Sarrenowie znieruchomieli, rzuceni jeden na drugiego, z połamanymi mieczami. 
– Nie! – załkała Rachel. 
Dragwena podeszła do ciał, by się im przyjrzeć. 
Rachel  powstrzymała  łzy.  Zdała  sobie  sprawę,  że  właśnie  teraz  nadarza  się  jedyna  szansa 

ucieczki. Musi szybko zmienić kształt, dopóki Dragwena nie zwraca na nią uwagi. Ale w co ma 
się  zmienić?  W coś  małego,  tak  małego,  że  nie  można  go  dostrzec  gołym  okiem.  Przez  głowę 

background image

przebiegły jej dziesiątki pomysłów. Pyłek kurzu! Tak, to się może udać... 

Błyskawicznie  zmieniła  postać,  a  jednocześnie  stworzyła  drugą  Rachel.  Dragwena  ciągle 

przyglądała  się  Sarrenom.  Dobrze.  Niczego  nie  zauważyła.  Rachel  stała  się  pyłkiem  tak 
maleńkim,  że  prawie  nieistniejącym,  niewiarygodnie  lekkim,  tak  lekkim,  że  każde  poruszenie 
powietrza podrywało ją w górę. Uniosła się i popłynęła ku otwartym drzwiom komnaty. 

 
Wiedźma  przestała  się  interesować  Sarrenami.  Spojrzała  podejrzliwie  na  nieprawdziwą 

Rachel. 

– Powiedz coś! – rozkazała. 
Rachel  usiłowała  zmusić  nieprawdziwą  siebie  do  powiedzenia  paru  słów,  ale  nie  potrafiła 

tego  zrobić,  zachowując  jednocześnie  postać  pyłka  kurzu.  Powoli  wypłynęła  poza  drzwi. 

W oczach Dragweny błysnęło nagłe zrozumienie. Sięgnęła za sukienkę, wyjęła zakrzywiony nóż 

i zatopiła go w sercu fałszywej Rachel. 

Prawdziwa Rachel krzyknęła głośno i boleśnie, zdradzając, gdzie jest. 
Niemal  mdlejąc  z bólu,  sprawiła,  że  wyrosły  jej  małe  skrzydła,  i pofrunęła  stromo 

spadającym  w dół  korytarzem,  rozpaczliwie szukając jakiegokolwiek okna. Gdzieś tu  musi  być 
jakaś szpara... 

Nad jej głową rozległ się świst – to Dragwena leciała w ślad za nią. Z ust wiedźmy wyłonił 

się wielki język i posmakował powietrze, szukając śladów obecności Rachel. W tej samej chwili 
Rachel  poczuła,  że  musi  natychmiast  zmienić  się  w dziewczynkę.  Jej  maleńkie  ciało 
przygotowało się do transformacji. 

Nie! – krzyknęła w myślach, z wysiłkiem zachowując postać pyłka. 
Okno! Zamknięte, ale we framudze znalazło się pęknięcie, przez które mogła się przecisnąć. 

Na  chwilę  otoczyły  ją  ciemności,  potem  znalazła  się  w większej  czarnej  pustce,  nabijanej 
ćwiekami gwiazd. 

Płatek  śniegu  spadł  na  nią  jak  lawina.  Rachel  zapadła  się  w  jego  wnętrze,  dygocząc 

z wysiłku, by nie zmienić się w dziewczynkę. 

Obejrzała  się.  Okno  było  otwarte.  Stała  w nim  Dragwena;  wyciągała  ku  niej  rękę.  Rachel 

usiłowała  się  odsunąć,  ale  ogromna  łapa  zamknęła  się  wokół  niej.  W ułamku  chwili  Rachel 
zrozumiała,  że  wszystko,  na  co  zdobył  się  Morpeth,  wszystko,  za  co  Sarrenowie  walczyli 

i umierali, okazało się nic niewarte. 

Nie! Nie, pomyślała. Ucieknę. Muszę uciec!!! 
Przypomniała  sobie,  jak  ścigała  się  z Morpethem  do  jeziora.  Ujrzała  samą  siebie, 

spoglądającą w jego zamarznięte wody, z dala od wieży-oka. 

Jej  żołądek  fiknął  kozła,  a kiedy  znowu  odważyła  się  otworzyć  oczy,  nie  zobaczyła  już 

Dragweny,  lecz  lśnienie  lodu  na  jeziorze  Ker.  Za  jej  plecami  rozległ  się  wrzask  wściekłości. 

background image

Dragwena na próżno zaciskała palce w ciemnościach. 

Rachel  zadygotała  z zimna.  Płatki  śniegu  przygniatały  jej  głowę  jak  wielkie  poduchy.  Nie 

miała siły, żeby powrócić do dawnej postaci. Śnieg padał jednostajnie, zasypywał ją miękkimi, 
przejmująco zimnymi płatami... 

Polezę tak sobie przez chwilkę, pomyślała. Później się zastanowię, co mam zrobić. Później... 
Wyczerpanie zamknęło jej maleńkie oczy. 

 

 

background image

13 

Wędrówka przez śniegi 

 
Nad  Ithreą  zaświtał  jasny,  mroźny  poranek.  Lekki  wietrzyk  ledwie  poruszał  piórami 

wielkiego  białego  orła  Ronnocodena.  Nieopodal  wieży-oka  orzeł  opadł  ku  ziemi,  zataczając 
szerokie kręgi i przyglądając się światu poniżej. 

Ogromne  wrota  Pałacu  stały  otworem.  Z ich  podwojów  wysnuwały  się  szeregi  żołnierzy 

Dragweny,  ubranych  jak  na  długą  podróż.  Kierowali  się  na  północ,  ku  Dzikim  Górom.  Wielu 
niedawno  walczyło  zaciekle  z Sarrenami  w tunelach  pod  Pałacem.  Wiedźma  nie  pozwoliła  na 
odpoczynek ani im, ani sobie. Przez całą noc pracowała nad niezbędnym zaklęciem. Żołnierze, 
którzy dziś opuszczali progi Pałacu, byli wyposażeni we wrażliwe psie nosy. Trzymali je nisko 

przy  ziemi.  Odbierali  tylko  jeden  bodziec:  zapach  magicznej  mocy  Rachel.  Ruszyli  w teren 
tyralierą; co jakiś czas przystawali, węszyli podnieceni, po czym ruszali dalej. 

Orzeł  uniósł  głowę  i pofrunął  za  węszącymi  żołnierzami  aż  za  granice  wzroku,  na  daleką 

północ.  Tam,  pomiędzy  szczytami  i dolinami  Dzikich  Gór  ujrzał  kolejnych  odmienionych 
niewolników  wiedźmy,  a także  inne  stworzenia:  wilki.  Każdy  dorównywał  rozmiarami 
niedźwiedziowi i miał płonące żółte ślepia. Sunęły przed siebie jak gigantyczne psy, z pyskami 

zanurzonymi  w śniegu.  A pomiędzy  wilkami  stała  Dragwena,  rzucając  im  słowa  zachęty, 
głaszcząc je i wskazując kierunek. 

Ronnocoden  bezgłośnie  opadł  niżej.  Jego  przenikliwe,  szare  jak  kamień  źrenice  odnalazły 

białą  postać  na  białym  śniegu,  brnącą  powoli  w stronę  jeziora  Ker.  Postać  zatrzymała  się, 
poprawiła okrycie i spojrzała na orła niebieskimi oczami. 

Ronnocoden uniósł skrzydło na znak, że ogrody są bezpieczne. Potem zawrócił gwałtownie 

na południe i po paru chwilach zniknął w chmurach. 

Postać w białym okryciu dotarła do brzegu jeziora. Pochyliła się nisko nad ziemią w pobliżu 

pniaka podobnego do grzyba, wyszeptała dwa słowa i cofnęła się. 

Na brzegu jeziora nie wiadomo skąd pojawiła się dziewczynka. 

Biała postać natychmiast okryła ją białą opończą. 
– Morpeth! – krzyknęła słabo Rachel. 
– Żyjesz! – Morpeth roztarł jej zlodowaciałe policzki. – Bałem się, że... Myślałem... Ach, jak 

się cieszę, że cię widzę! 

– Och! – jęknęła Rachel, szczękając zębami. – Umieram z zimna! Leżę tu chyba ze sto lat. 

Nie potrafiłam przybrać dawnej postaci. – Rozejrzała się z lękiem. – Gdzie Eryk? 

Morpeth  sięgnął  do  głębokich  kieszeni  swojej  opończy.  Wyjął  z nich  małą  futrzaną 

kamizelkę, grube rękawice, ocieplane spodnie i śniegowce z rakietami, takie same, jakie miał on 
sam. Do opończy Rachel włożył też mały nóż. 

background image

– Eryk jest bezpieczny. Dotarł wraz z Trimakiem do labiryntu jaskiń na południu. Nazywamy 

je Głębią Latnap. Mam cię tam zaprowadzić. 

–  Chciałam  pomóc  Sarrenom  –  wyszeptała.  –  Nie  wiedziałam,  co  knuje  wiedźma.  Potem 

posłała  im  ten  pocałunek  i...  –  Podniosła  na  niego  pytające  spojrzenie.  –  Wykorzystała  Eryka, 
żeby mnie znaleźć, prawda? Proszę cię, nie miej do niego pretensji. To nie jego wina, że... 

–  Wiem  –  przerwał  jej  Morpeth.  –  Twój  brat  jest  znowu  sobą.  –  Omiótł  pałacowe  ogrody 

pospiesznym  spojrzeniem.  –  Wcześniej  czy  później  któryś  z węszących  żołnierzy  wpadnie  na 
twój trop. Ale kiedy to się stanic, musimy być już daleko. 

– No tak... – zastanowiła się Rachel, zaglądając pod swoją opończę – ale jak mamy się dostać 

do tych jaskiń? Dzięki magii? 

–  Bardzo  bym  chciał.  Ale  moja  moc  nie  jest  dość  silna.  Tylko  ty  mogłabyś  nas  przenieść 

z miejsca na miejsce, jak Dragwena. Będę musiał podreptać na swoich starych krótkich nogach. 

– Zaniosę cię tam. Na pewno mi się uda. Razem pofruniemy do Głębi. 
–  Postaraj  się  wyobrazić  sobie,  że  jesteś  tylko  parę  kroków  dalej.  I nie  rozchylaj  płaszcza. 

Nikt nie może nas zobaczyć – poradził Morpeth. 

– Straciłam moc! – szepnęła Rachel po paru próbach. 
–  Nie,  jesteś  tylko  bardzo  zmęczona.  Ucieczka  przed  Dragweną  kosztowała  cię  wiele  sił. 

Musisz  odpocząć.  Ale  to  potrwa  parę  godzin.  Będziemy  szli  pieszo.  –  Pomógł  jej  włożyć 
śniegowce. – Wiedźma zaczęła się bać. Nie może uwierzyć, że ją przechytrzyłaś! 

– Ona nigdy nie wygląda na przestraszoną  – powiedziała Rachel, przypominając sobie, jak 

Dragweną powitała Grimwolda i jego ludzi. – Na pewno się mnie nie boi. 

–  Ależ  tak!  Szuka  cię  jak  szalona  już  od  świtu.  Na  szczęście  myśli,  że  jesteś  w Dzikich 

Górach.  Nigdy  nie  widziałem,  żeby  osobiście  zaangażowała  się  w poszukiwania.  –  Morpeth 
błysnął uśmiechem. – Musi się bardzo, bardzo martwić. 

– Dlaczego myśli, że mnie tam znajdzie? 
– Pamiętasz, jak zawołałem: „Do zobaczenia na Piku”? 
Skinęła głową. 
–  To  jeden  ze  szczytów  w tych  górach.  Nie  sądziłem,  że  Dragweną  da  się  zwieść. 

Powiedziałem to tylko po to, żeby ją zmylić, na wypadek, gdybyś zdołała jej uciec. – Roześmiał 
się cicho. – I chyba się udało, przynajmniej na tyle, żeby rozproszyć jej uwagę. 

– Skąd wiedziałeś, gdzie jestem? Myślałam, że nie znajdzie mnie nikt oprócz niej. 
Domyśliłem się, że w chwili zagrożenia skierujesz się w to miejsce. To tutaj pofrunęłaś po 

raz pierwszy, gdy byliśmy razem. Oczywiście – dodał – mogłaś się znaleźć w Sali Śniadaniowej 

albo  we  własnej  sypialni  w Pałacu,  ale  postawiłem  na  to,  że  nie  zapuścisz  się  tam,  gdzie 
Dragwena mogłaby cię od razu znaleźć. 

– Tamte miejsca nie przyszły mi do głowy – odparła szczerze. – Nie miałam na to czasu. 

background image

– Więc musimy być wdzięczni Dragwenie choćby i za to! 
Troskliwie otulił szyję Rachel szalikiem i zmierzył ją bacznym wzrokiem. 
– Ruszajmy Do Głębi Latnap daleka droga jeśli mamy iść pieszo. Myślałem, że orły zaniosą 

nas na grzbietach, ale niebo jest tak czyste, że szpiedzy Dragweny na pewno by nas zobaczyli. 
Nie możemy ryzykować. 

– Skąd masz pewność, że Dragwena nie wie o tych grotach? 
–  Pewności  nie  mam,  ale  za  moich  czasów  do  Głębi  nie  zaglądał  żaden  Sarren.  I na  tym 

polega nasz plan. 

Wskazał odległy, zamglony las po drugiej stronie jeziora Ker. 
– Idziemy w tamtą stronę. Trzymaj się blisko mnie. Miejscami tafla jest cienka, ale na lodzie 

wilki nie znajdą tak łatwo naszych śladów. 

– Wilki? 
– Opowiem ci o nich po drodze. 
Chwycił ją za rękę, chcąc ruszyć. 
– Au! – krzyknęła. Spojrzała na swoją dłoń. Na jej środku pulsował boleśnie czarny punkt. 
– Dragwena ukłuła mnie w wieży – wyjaśniła. 
Morpeth przyjrzał się rance. 
– To nic. To tylko draśnięcie. 
– To nie jest zwykłe draśnięcie – odparła twardo. – Dragwena powiedziała, że zmieni mnie 

w wiedźmę. Będę wyglądać tak samo jak ona. 

– Ile rzędów zębów ma Dragwena? 
– Cztery. 
– A jak wygląda jej skóra? Ma na nosie jakieś piegi? 
Rachel uśmiechnęła się blado. 
– Nie, oczywiście, że nie. 
– W takim razie przestań się zamartwiać. Widzę zupełnie zwyczajne zęby, a piegi na twoim 

nosku są tak samo wyraźne, jak zawsze. Nic się w tobie nie zmieniło. Chodźmy. 

Wziął ją za drugą rękę i ruszyli przez skute lodem jezioro Ker. 

 
Przemierzali  ostrożnie  taflę  lodu.  Słońce  jak  zwykle  świeciło  bladym  blaskiem,  ledwie 

przebijającym się przez szare chmury. 

– Opowiedz mi o wilkach – odezwała się Rachel, usiłując dotrzymać kroku Morpethowi. 
– To ulubieńcy Dragweny. Kiedyś były zwykłymi psami, ale z czasem wiedźma odmieniła je 

zgodnie ze swym gustem: dodała im wzrostu i obdarzyła nosami wrażliwymi na najsłabsze nawet 

zapachy.  I,  w przeciwieństwie  do  większości  zwierząt  w tym  świecie,  wilki  potrafią  mówić. 
Niegdyś  to  ja  zajmowałem  się  ich  szkoleniem.  Są  inteligentne  i bezwzględne,  a każdy  z nich 

background image

odda życie za Dragwenę. 

– Czy są gdzieś blisko? 
– Wilki zawsze są blisko. 
Rachel  rozejrzała  się  nerwowo,  spodziewając  się  zobaczyć  na  śniegu  gmatwaninę  śladów 

ogromnych  łap.  Ale  nigdzie  nie  zauważyła  ani  śladu  wilków.  Płaszczyzna  śniegu  ciągnęła  się 

w nieskończoność,  jakby  wyzywała  śmiałka,  który  odważy  się  skalać  jej  gładką  szarość.  Cała 
okolica trwała w bezruchu. Nawet blade niebo było zupełnie puste. Jak cicho, pomyślała Rachel. 
To  dobrze  czy  źle?  Odgarnęła  stopą  śnieg  z zamarzniętej  tafli  jeziora  Ker.  Czy  pod  lodem 

zobaczy kolorowe ryby? Ale ujrzała tylko czerń wiecznego lodu. 

– Co jest tam, w dole? 
– Nic. Chyba że coś potrafiłoby przeżyć bez powietrza. Być może Dragwena stworzyła taką 

istotę tylko po to, żeby cierpiała. To do niej podobne. Chodź, nie możemy się zatrzymywać. 

– Jakie jeszcze stworzenia żyją na Ithrei? – spytała Rachel, starając się dotrzymać mu kroku. 

– Widziałam bardzo niewiele. 

W  górach  mieszkają  orły,  które  pomagają  Sarrenom,  jeśli  tylko  mogą.  Utrzymały  się  przy 

życiu, bo Dragwena lubi na nie polować dla rozrywki. Wilki pożerają wszystko, co spotkają na 
swojej drodze. Jedyne zwierzęta żyją I pod ziemią... jeśli można je nazwać zwierzętami. Kto wie, 
jak kiedyś wyglądały. Teraz są słabe i ślepe, podobne do i robaków, a żywią się tym, co znajdą 

w głębi ziemi. Nawet Dragwenie nie chce się ich dręczyć. 

Rachel usłyszała cichy trzepot. Przez niebo przeleciały dwa ptaki. Sunęły obok siebie, a ich 

ruchy były niewiarygodnie precyzyjne. 

Morpeth pociągnął Rachel na ziemię. 
– Nie ruszaj się – syknął. 
– Co to? 
– Prapsięta. Szpiedzy Dragweny Półptaki, półdzieci, o wiele szybsze od orłów. 
– Półdzieci? – szepnęła. 
– Są dziwne. Dziwne i pokręcone. Wiedźma stworzyła je dla żartu. Nie proś, bym je opisał. 

I tak byś mi nie uwierzyła. 

Prapsięta  zygzakiem  przemknęły  po  niebie,  od  czasu  do  czasu zatrzymując  się  gwałtownie 

w powietrzu.  W pewnym  momencie  przeleciały  nad  Rachel  i Morpethem;  wtedy  dobiegł  ich 
głośny szczebiot – paplanina dziecięcych głosików. 

Morpeth odczekał parę minut, po czym ruszyli dalej, już bardziej ostrożnie. Po godzinnym 

marszu dotarli na drugi brzeg jeziora Ker i ruszyli ku Niskim Wzgórzom. Rachel pomyślała, że 
wzgórza znajdują się o wiele kilometrów od nich, a mroczne lasy – jeszcze dalej. Poczuła, że jej 
ręka boleśnie pulsuje, więc spojrzała na nią. 

I krzyknęła. 

background image

Tam,  gdzie  niegdyś  widniał  ślad  po  ukłuciu,  powstał  czarny  okrąg  z wpisaną  w niego 

pięcioramienną  gwiazdą.  Rachel  przypomniała  sobie,  że  już  widziała  ten  znak  –  na  świecy 

w wieży-oku. 

– Co to jest? – spytała, patrząc Morpethowi w oczy. – To jakiś znak wiedźmy, prawda? 
– Tak – przyznał. 
– Czy to znaczy, że zmieniam się w wiedźmę? 
– Nadal nie wyglądasz jak Dragwena, jeśli o to pytasz. Czujesz jakąś różnicę? 
–  Nie...  chyba  nie...  Ale  ten  znak  pojawił  się  w ciągu  paru  godzin.  Jeśli  to  jakieś  piętno, 

Dragwena musiała rzucić na mnie czar. Boję się! 

– To na pewno nic wielkiego – mruknął i pociągnął ją za sobą. Zaparła się w miejscu. 
– Nie wiesz, co to znaczy, tak? A jeśli stanę się wiedźmą, zanim dotrzemy do Głębi? Tam 

jest Eryk. Nie chcę zrobić krzywdy ani jemu, ani nikomu innemu. 

Morpeth spojrzał na nią poważnie. 
–  Rzeczywiście,  nie  wiem,  co  to  za  znak.  Żaden  z Sarrenów  nigdy  go  nie  widział.  Może 

znaczyć  cokolwiek.  W pierwszym  odruchu  pomyślałaś  o bezpieczeństwie  Eryka.  Świadczy  to 

o tym, że nadal jesteś Rachel, jaką znam. Musimy w to wierzyć. 

Ruszyli  dalej,  brnąc  przez  zaspy.  Morpeth  szedł  szybko,  a Rachel,  pogrążona 

w rozmyślaniach o Dragwenie, nie protestowała.  Ale po paru godzinach  marszu na bezlitosnym 
mrozie zapadła w stan otępienia. Całe jej ciało zdrętwiało z bólu i wyczerpania. 

Morpeth mówił nieustannie, nie dając jej zapaść w letarg. Wreszcie pojawiły się przed nimi 

Niskie Wzgórza. Rachel była zbyt zmęczona, by to zauważyć. Było jej wszystko jedno. Morpeth 
posadził ją w zaspie, by odpoczęła, a sam wspiął się na małe wzniesienie. 

Na  południu  leżała  bezpieczna  Głębia  Latnap.  Wydawała  się  już  tak  bliska!  Dzielił  ich  od 

niej  tylko  Smoczy  Las.  Którą  drogą  pójść?  Smoczy  Las  był  niebezpieczny,  pełen  czarów 
Dragweny,  łatwo  było  wpaść  w nim  w pułapkę.  Mogli  go  obejść,  ale  to  by  potrwało  godzinę, 

a Morpeth czuł, że Rachel nie zdobędzie się na dodatkowy wysiłek. 

Nie skarżyła się, nie mówiła, że jest zmęczona, ale każdy jej krok świadczył o wyczerpaniu, 

a on sam także był zbyt zmęczony, by zanieść ją do Głębi. 

Spojrzał  na  niebo.  Blade  słońce  chyliło  się  ku  zachodowi,  na  las  kładł  się  głęboki  cień. 

Wkrótce  zapadnie  mrok  i nieznośny  mróz.  Rachel  nie  przeżyje  nocy  na  dworze,  nawet  otulona 
futrami. Morpeth podjął decyzję, zbiegł ze wzgórza i odnalazł dziewczynkę leżącą na śniegu, na 
pół w nim zakopaną. 

– Wstawaj, śpioszku – szepnął, podnosząc ją. – Jeszcze nie pora do łóżeczka. Pójdziemy na 

skróty przez las. Za godzinę będziemy w Głębi. 

Ostatnie  promienie  słońca  zniknęły  za  horyzontem.  Na  niebie  rozbłysło  parę  samotnych 

gwiazd  i wielki  księżyc  Armath.  Morpeth  miał  nadzieję,  że  Armath  będzie  dziś  świecił  jasno  – 

background image

tylko przy jego lodowatym blasku mogli szybko przejść przez gęstwinę. W Smoczym Lesie nie 
było ścieżek. 

– Trzymaj się blisko mnie – nakazał Rachel, wziął ją za rękę i wszedł pomiędzy drzewa tak 

odważnie, jakby wcale się nie bał. 

 

background image

14 

Prapsięła 

 
Ledwie  znaleźli  się  pod  konarami  niebosiężnych  drzew,  otoczyły  ich  zupełne  ciemności. 

Przez  gałęzie  przesiewały  się  tylko  promienie  księżyca,  padające  na  ziemię  niczym  lodowate 
strzały.  Rachel  nasłuchiwała  z lękiem  poszumu  słabego  wietrzyku.  Poruszał  lekko  koronami 
drzew; gałęzie skrzypiały jak otwierane drzwi. 

Początkowo  posuwali  się  bardzo  szybko.  Potem  las  stał  się  gęstszy,  a węźlaste  korzenie 

drzew  wystawały  tak  wysoko  ponad  ziemię,  że  utrudniały  marsz.  Szli,  potykając  się 

w ciemnościach. Rachel mocno trzymała się dłoni Morpetha. 

Nagle Morpeth ścisnął jej rękę. 
– Co się stało? – spytała. 
Skrzywił się, bo w głuchej ciszy lasu jej głos zabrzmiał zbyt głośno. 
– Słyszysz? – szepnął. 
Rachel wstrzymała oddech. 
– Nie – tchnęła po chwili. 
– Właśnie. Jest wiatr, ale liście już nie szeleszczą. Nic się nie rusza. Patrz! 
Wskazał ręką w górę. 
Liście wszystkich drzew sterczały sztywno jak wyciągnięte palce. Gałęzie także przestały się 

kołysać, jakby nasłuchiwały. Morpeth i Rachel ociężale poczłapali dalej. 

I  nagle,  bez  ostrzeżenia,  w powietrzu  świsnęła  gałąź,  która  uderzyła  Rachel  w głowę.  Inne 

drzewa zaczęły się trząść i bić gałęziami, ostrzegając cały las przed obcymi. 

– Co się dzieje? – pisnęła Rachel. 
– Las się przebudził! – krzyknął Morpeth. 
Rzucili się przed siebie na złamanie karku. 
Pełzali pod najniższymi gałęziami, przedzierali się przez zarośla, potykali i padali, podnosili 

się  nawzajem  z ziemi  i pędzili  dalej.  Rachel  zauważyła,  że  daleko  przed  nimi  drzewa  stają  się 

nieco rzadsze – widać koniec lasu! Pobiegli w tamtym kierunku. 

Ale zanim zdołali tam dotrzeć, dwa wielkie konary pochyliły się nad nimi i zerwały z nich 

białe opończe. Wszystkie liście gwałtownie załopotały, jakby otworzyło  się milion oczu. Kilka 
najbliższych drzew zakołysało się groźnie. Powoli, z trzaskiem wyciągnęły korzenie z ziemi. 

– Chyba nie zaczną nas ścigać? – zawołała Rachel. 
– Nie muszą. 
Wykorzenione  drzewa  runęły  na  ziemię;  wkrótce  sześć  pni  legło  kręgiem  wokół  Morpetha 

i Rachel, zamykając ich jak w ogrodzeniu. 

Nie mogli uciec. Przebudzony Smoczy Las nie zamierzał ich wypuścić. Przez chwilę Rachel 

background image

i Morpeth  stali  w milczeniu  pomiędzy pniami,  a nad ich głowami szumiały liście, jakby drzewa 

naradzały się, co dalej. 

Wreszcie  dwa  największe  przypełzły  ku  nim  na  wyrwanych  z ziemi  korzeniach  i sięgnęły 

gałęziami do gardła Morpetha. 

– Stać! – rozległ się syczący głos za jego plecami. Drzewa znieruchomiały w ułamku chwili. 

Nawet Morpeth zamarł bez tchu, bo natychmiast rozpoznał ten głos: to mówiła Dragwena. 

Odwrócił się i ujrzał Rachel, która stała podparta pod boki z dumnie uniesioną głową. 
–  Nie  poznajecie  mnie?  –  warknęła  tonem  tak  doskonale  naśladującym  głos  wiedźmy,  że 

chyba  nikt  z wyjątkiem  Dragweny  nie  zauważyłby  różnicy.  Sięgnęła  do  kieszeni,  wyjęła  z niej 
nóż i przytknęła go do gardła Morpetha. – Macie natychmiast przepuścić mnie i to stworzenie – 
rozkazała. 

Nie  czekała  na  reakcję  drzew.  Pewnym  krokiem  ruszyła  przed  siebie,  wlokąc  za  sobą 

Morpetha. Powoli, niepewnie, drzewa rozstąpiły się i pozwoliły im przejść, szeleszcząc do siebie 
liśćmi.  Rachel  wymierzyła  władczo  palec  w stronę  ostatniego  drzewa  na  swojej  drodze. 
Pospiesznie usunęło się na bok. 

Szybkim  krokiem  wyszli  ze  Smoczego  Lasu.  Rachel  przez  cały  czas  trzymała  nóż  przy 

gardle Morpetha. 

– Idź dalej... Ale nie biegnij – ostrzegł ją cicho. Dwadzieścia kroków dalej uznali, że są już 

poza  zasięgiem  lasu.  Rachel  wypuściła  towarzysza  i schowała  nóż  do  kieszeni.  Dopiero  teraz 

drzewa zrozumiały, że dały się oszukać. Stały bezradnie, wygrażając im gałęziami. 

Rachel obejrzała się z lękiem, w każdej chwili gotowa do ucieczki. 
– Dlaczego nas nie gonią? 
– Zdaje się, że nie mogą opuścić Smoczego Lasu. Pewnie mają moc tylko w jego granicach – 

wyjaśnił Morpeth z uśmiechem i... nagle zesztywniał. 

– Co się stało? – spytała. 
– Ćśśś! – syknął. – Nie ruszaj się! 
Zza drzew Smoczego Lasu wyglądały dwie skrzydlate istoty o ludzkich twarzach. 
Obie miały czarne ciało wrony, ale na ptasiej szyi tkwiła mała ludzka główka: różowa buzia, 

perkaty nosek, malutkie okrągłe uszka i miękki puszek włosów – główka dziecka. Wyglądały tak 
dziwacznie,  że  Rachel  wybuchnęłaby  śmiechem,  gdyby  nie  dostrzegła  strachu  w oczach 

Morpetha. 

– Moje! – odezwało się jedno ze stworzeń cienkim i dziecinnym głosem. 
– A nie, bo moje! – sprzeciwiło się drugie. – Ja zobaczyło pierwsze! 
– Ja zobaczyło, jak się drzewa kiwają! 
– Anie, boja! 
– Ty byś nie zobaczyło, jakbym ja nie zobaczyło! Jedno stworzenie pokazało język, drugie 

background image

w rewanżu na nie napluło. 

– Nie trafiło! 
– Bo nie chciało! 
Razem spojrzały na Rachel i Morpetha. 
– Co to za jedne? – spytało jedno. 
– Mężczyzna i dziewczynka. 
– Ale się nie ruszają. Mężczyźni i dziewczynki się ruszają. A oni nie! Więc to coś innego. 
– Zagadka! Trzeba się przyjrzeć! 
– Ty najpierw! 
–  Nie,  ty  najpierw!  –  ćwierknęło  stworzenie,  kłaniając  się,  i oba  sfrunęły  w dół.  Jedno 

przysiadło na głowie Rachel, drugie wylądowało na ramieniu Morpetha. Rachel stała bez ruchu. 
Stworzenie pochyliło się i polizało jej policzek maleńkim różowym języczkiem. 

– Miękkie! – zaświergotało. – Pewnie dziewczynka. Smaczna! 

Drugie dziecko-ptak ugryzło Morpetha w ucho. Zesztywniał, dławiąc krzyk. 
– Zamarznięte. Posąg. Nieprawdziwe. 
– Ale się ruszało! 
– Ale się nie rusza! 
– Ruszało się! Widziało! 
– Kłamiesz! 
– Ty kłamiesz! 
– A nie, bo ty! 

Dzieci-ptaki  kłóciły  się  jeszcze  przez  jakiś  czas,  a Morpeth  i Rachel  starali  się  trwać 

w zupełnym bezruchu. 

– Pofruńmy i spójrzmy na nich z góry – zaproponowało wreszcie jedno z dzieci. 
Drugie podrapało się pazurkiem w ucho. 
– Zgoda. Ty najpierw! 
– Nie, ty najpierw – zaprotestował jego towarzysz i skłonił się nisko, po czym oba wzbiły się 

w powietrze. 

Usiadły na drzewie i zaczęły się im przyglądać, cicho ćwierkając. 
– Prapsięta? – spytała Rachel szeptem, starając się nie poruszać wargami. 
–  Tak.  Prawdopodobnie  te  same,  co  poprzednio.  Nie  zrobią  nam  krzywdy,  ale  żadne 

stworzenie nie porusza się szybciej od nich. Mogą powiadomić Dragwenę, gdzie jesteśmy. Nie 
ruszaj  się.  To  bardzo  głupie  stworzenia,  szybko  się  znudzą.  Jeśli  będziemy  stać  nieruchomo, 
odlecą. 

Prapsięta  kilka  razy  sfruwały  z drzewa  i lądowały  na  nich  lub  obok  nich,  po  czym  znów 

wzlatywały, kłócąc się nieustannie. 

background image

– Posągi. Bez wątpienia posągi. 
– Tak. Ciepłe posągi. 
– Powiemy Dragwenie? 
– Nie. Głupi błąd. Zbije nas, jeśli jej powiemy. 
Oba stworzenia zachichotały. 
– To lecimy. 
– Ty najpierw – powiedziało pierwsze. 
– Nie, ty najpierw – zaprotestowało drugie, kłaniając się nisko – i oba uleciały z trzepotem 

z gałęzi. 

Ale  dokładnie  w tej  samej  chwili  Rachel  poczuła,  że  w prawej  nodze  łapie  ją  skurcz, 

i musiała nią poruszyć. Prapsięta zawisły w powietrzu i rozświergotały się głośno. 

– Prawdziwe dziecko i mężczyzna. Żywe! Żywe! 
– Udają posągi! Mężczyzna i dziewczynka! 
– Rachel i Morpeth! 
– Morpeth i Rachel! 
– Natychmiast powiedzieć Dragwenie! 
–  Natychmiast.  –  Choć  nieustannie  zataczały  kręgi  w powietrzu,  jakoś  zdołały  ukłonić  się 

sobie nawzajem. 

– Ty najpierw! – powiedziały jednocześnie i odfrunęły. Morpeth rzucił za nimi patykiem, ale 

bez trudu go uniknęły. 

– Powiedzieć Dragwenie! – zaszczebiotało dziecko-ptak. 
– I wilkom! 
– I wilkom! 
– Żeby je zjadły... 
– Na kolację! 
Prapsięta  śmignęły  na  północ,  radośnie  powtarzając  „wilki,  wilki,  wilki!”,  aż  zupełnie 

zniknęły im z oczu. 

 

background image

15 

Wilki 

 
Morpeth odprowadził wzrokiem znikające dziwadła. 
– Lecą w Dzikie Góry, do Dragweny. Wkrótce u niej będą. Teraz musimy biec, by zdążyć do 

Głębi przed wiedźmą. 

Rachel zadrżała. Z nastaniem nocy zaczął padać gęsty śnieg i wiać przeraźliwie zimny wiatr. 

Smoczy Las szeleścił wściekle za ich plecami. 

– Dalej nie dam rady – jęknęła. – Nie możemy się ukryć? 
– Na powierzchni ziemi nikt się nie ukryje przed wiedźmą – odparł i mocno chwycił jej dłoń. 

– Zdążymy! To już niedaleko. Proszę! Wiem, że jesteś bardzo zmęczona, ale zdobądź się na ten 
ostatni wysiłek. 

Rachel skinęła słabo głową, zbyt wyczerpana, żeby protestować. 
Choć  niebezpieczeństwo  było  tuż,  ruszyli  rozpaczliwie  powolnym  krokiem.  Rachel  nie 

mogła się zdobyć na nic więcej, a w Smoczym Lesie zgubili śnieżne rakiety, więc przy każdym 
kroku po kolana zapadali się w śniegu. Ominęli Smoczy Las i ruszyli na zachód przez głębokie 

i mokre zaspy Po pewnym czasie znowu skręcili na południe. Przed nimi rozciągał się rozległy, 
łagodnie  pofalowany  teren.  W zwykłych  warunkach  Rachel  pokonałaby  ten  dystans,  nawet  nie 
czując  wysiłku.  Teraz  marsz  przez  zaspy  wyczerpał  ostatnie  zapasy  jej  sił.  Tylko  strach  przed 
wiedźmą popychał ją naprzód. Szła przed siebie jak automat, odrętwiała ze zmęczenia. 

Morpeth pozwolił Rachel wesprzeć się na swoim ramieniu. Jak mógł najlepiej, ochraniał jej 

twarz  przed  uderzeniami  wichru.  Wydawało  im  się,  że  idą  tak  co  najmniej  sto  lat;  lodowate 
podmuchy wiatru przenikały ich ubrania na wylot, a Armath świecił tak jasno, że – pozbawieni 
opończy – byli doskonale widoczni nawet z daleka. 

Wreszcie  Morpeth  pozwolił  Rachel  na  odpoczynek.  Wiedział,  że  Dragwena  wkrótce  się 

pojawi – bez trudu zobaczy ich ślady na śniegu. Rachel zasnęła jak kamień. Morpeth wziął ją na 
plecy. Pochylił się i ruszył miarowym krokiem pod wiatr. Sił dodawała mu rozpacz. 

Wtedy zobaczył wilka. 
Od  łap  do  barków  mierzył  dwa  i pół  metra.  Wraz  z nim  podkradło  się  bezszelestnie 

trzydzieści  lub  więcej  bestii,  które  otoczyły  ich  kręgiem.  Z pysków  buchała  im  para,  a lśniące 
żółte  oczy  od  niechcenia  wodziły  od  Morpetha  do  Rachel.  Przewodnik  stada  wysunął  się 
naprzód. Była to wilczyca Scorpa, drapieżna, smukła i śmiertelnie niebezpieczna. Morpeth znał 
ją dobrze, bo szkolił ją, gdy była jeszcze szczenięciem. 

–  Witaj,  stary  –  przemówiła.  –  Widzę,  że  Rachel  dala  ci  urodę.  Szkoda,  że  nie  zmieniła 

twojego zapachu. To duży błąd. 

Wilki wyszczerzyły zęby. 

background image

Morpeth obudził Rachel. Musiał nią kilka razy mocno potrząsnąć. 
–  Witaj,  dziecko  –  odezwała  się  Scorpa,  składając  jej  dworny  ukłon.  –  Rzadki  to  honor 

poznać tę, która uciekła samej Dragwenie. 

– Odejdź! – powiedziała Rachel ze zmęczeniem, przybrawszy głos wiedźmy. 
Wilki  poruszyły  się  niespokojnie.  Scorpa  tylko  przysiadła  na  szarych  łapach  i zawyła 

pogardliwie. 

– Sprytna sztuczka. Ale nie damy się oszukać tak łatwo jak drzewa Smoczego Lasu. 
Morpeth przyłożył ostrze noża do gardła Rachel. 
– Odejdźcie, boją zabiję! – zagroził. 

Jeden z wilków skoczył i wytrącił mu nóż z ręki. 
– Jakiś ty powolny – zadrwiła Scorpa. – Rachel dała ci młode szczupłe ciało, ale ruszasz się 

jak  starzec.  Kolejny  błąd.  Jednak  Dragwena  oszlifuje  ten  surowy  diament.  –  Oblizała  pysk, 
przesunęła pazurami po ziemi. – Dam ci możliwość wyboru. Mogę cię rozszarpać od razu albo 
możesz mi wyświadczyć zaszczyt i stoczyć ze mną walkę. Tylko ty i ja, obiecuję. Przynajmniej 
będziesz miał okazję utoczyć mi krwi, nim umrzesz. I co ty na to? 

Inne wilki odsunęły się o parę kroków, dając im pole do walki. 
Morpeth  poderwał  w górę  obie  ręce.  Wystrzeliła  z nich  błękitna  błyskawica,  która 

rozświetliła niebo jak raca. 

–  Myślisz,  że  jeszcze  się  uratujesz?  –  zaszydziła  Scorpa.  –  Daj  spokój.  Zaczynasz  mnie 

męczyć. Wybieraj! 

Morpeth splunął jej w pysk. 
– Wybieram walkę! 
Wilk,  który  wyszarpnął  mu  nóż z ręki,  teraz  odrzucił  mu  go.  Morpeth  chwycił  broń  prawą 

ręką, nisko przy biodrze, tak jak robią to wojownicy. Lewą ręką przywołał ku sobie Scorpę. 

– Więc chodź! – ryknął.-A może się boisz, wilczyco? 
Scorpa  obnażyła  kły  i zaczęli  krążyć  wokół  siebie  powoli,  szukając  swych  słabych  stron. 

Wilczyca stawiała łapy  pewnie i bezgłośnie, a potem, bez uprzedzenia, skoczyła  – ruch był  tak 
błyskawiczny, że Rachel go nie dostrzegła. Scorpa zatopiła zęby w udzie Morpetha i odskoczyła. 
Morpeth  zdławił  krzyk,  jednak  zdołał  się  utrzymać  na  nogach  –  upadek  oznaczałby 
natychmiastową śmierć. Scorpa znowu zaatakowała. Z pozoru kierowała się ku tej samej nodze, 

lecz w ostatniej chwili zmieniła kierunek i przyłapała Morpetha w chwili, gdy się odwracał. Zdał 
sobie  sprawę  z własnego  błędu  dopiero,  gdy  kłami  rozorała  mu  brzuch.  Podniosła  pysk 
ociekający jego krwią i natychmiast odskoczyła, uniknąwszy ciosu w podbrzusze. 

– Osłabłeś, staruchu  – zadrwiła. – A ja nabrałam  sił. Nie jestem  już szczeniakiem,  którego 

zawsze potrafiłeś pokonać. Miałam nadzieję na znacznie lepszą walkę. 

Morpeth zatoczył krąg i znowu stanął naprzeciw niej. 

background image

–  Wróg  jest  zawsze  najgroźniejszy,  gdy  nie  ma  nic  do  stracenia  –  ostrzegł.  –  Pamiętasz? 

Tego cię uczyłem. Twoja siła nigdy nie dorównywała mojej przebiegłości. 

 

Ale w jego głosie nie było przekonania, a Scorpa to słyszała. 
– Pora z tobą skończyć – warknęła i rzuciła mu się do gardła. 
Nie  dosięgła  celu.  Kiedy  była  w powietrzu,  ogromny  biały  orzeł,  tak  wielki  jak  ona,  spadł 

z góry i wbił szpony w jej kark. W tej samej chwili z ciemnego nieba opuściły się dwa inne orły, 
chwyciły Rachel i Morpetha i uniosły do góry. Wilki kłapnęły zębami, lecz ptaki zdołały się im 
wymknąć i poniosły Morpetha i Rachel pod chmury. Po paru sekundach ujadanie i wycie ucichło, 

a oni skierowali się na południe. 

–  Do  Głębi  Latnap!  –  zawołał  Morpeth,  krzywiąc  się  z bólu.  –  Zabierz  nas  do  Głębi, 

Ronnocodenie! 

Ogromny  biały  orzeł  pochylił  ku  niemu  głowę,  a Morpeth  wytłumaczył  mu,  którędy  ma 

lecieć. Po zapadnięciu nocy wraz ze swoimi towarzyszami krążył pod osłoną niskich śniegowych 

chmur  i czekał  na  sygnał.  Do  ostatniej  chwili  kryły  się  w chmurach,  by  jak  najdłużej  pozostać 

w ukryciu. Teraz wielkie ptaki mknęły przed siebie, silne i bezszelestne. 

Rachel zamrugała gwałtownie, oślepiona światłem tunelu, który nagle się przed nimi pojawił. 

Przed  wejściem  do  niego  stali  trzej  Sarrenowie.  Trimak  krzyknął  przerażony,  widząc,  że 

z przemoczonej kurtki Morpetha leje się krew. 

 
Trimak rozpaczliwie starał się zatamować krwotok. Scorpa doskonale się spisała: rozerwała 

brzuch Morpetha na strzępy. Krew bluzgała z niego strumieniami. 

Trimak znał się na złamanych kościach, mniej poważnych oparzeniach czy lekkich ranach, tu 

jednak jego umiejętności okazały się zbyt skromne. Morpeth leżał z poszarzałą twarzą i walczył, 
by nie stracić przytomności. 

Umrze za parę minut, pomyślał Trimak. 
Morpeth  też  o tym  wiedział.  Spojrzał  na  swój  rozszarpany  brzuch  i z wysiłkiem  podniósł 

głowę. 

– Cóż – powiedział ze słabym uśmiechem – tej rany nie uleczą nawet twoje wprawne ręce, 

przyjacielu.  Powinienem  poprosić  Ronnocodena,  by  zaniósł  nas  tu  z Pałacu,  ale  bałem  się,  że 
wiedźma  nas  odnajdzie.  Popełniłem  błąd,  decydując  się  przyjść  tu  pieszo.  Popełniłem  wiele 
błędów... bardzo wiele. 

– Ulecz się! – krzyknął Trimak. – Zbyt daleko zaszedłeś, żeby nas teraz zostawić! 
Morpeth skrzywił się z bólu. 
–  Mam  się  uleczyć?  Nawet  gdybym  posiadał  pełną  moc,  nie  potrafiłbym  zabliźnić  takiej 

rany. A nie zostało mi już ani odrobiny sił. Ani odrobiny. 

background image

Trimak spuścił głowę, by nie zdradzić tego, co czuje. 
–  Odnalazłeś  dziecko-nadzieję.  Dwa  razy  ją  uratowałeś,  choć  było  to  niemal  niemożliwe. 

Dzięki tobie nadal istnieje dla nas szansa. 

– Strzeż jej dobrze – szepnął Morpeth. – Jest bardzo zmęczona. Pozwól jej odpocząć. 
–  Zawsze  myślisz  o innych  –  powiedział  Trimak  cicho.  Odwrócił  wzrok;  po  policzkach 

płynęły mu łzy. 

– Przynajmniej Dragwena nie będzie już miała nade mną władzy – wymamrotał Morpeth. 
Osunął się na ścianę tunelu i zamknął jasne niebieskie oczy. 
Trimak ukrył twarz na jego ramieniu i zapłakał głośno. 
Rachel przywlokła się do nich z wysiłkiem. 
– Nie poddawaj się! – krzyknęła na Trimaka. – Co z tobą? Ożyw go! Zrób coś! 
Trimak  wbił  bezradne  spojrzenie  w ziemię.  Rachel  położyła  dłonie  na  zakrwawionym 

brzuchu Morpetha, by zatamować krew. 

Morpeth nie umarł. Jeszcze nie. Z wysiłkiem rozchylił powieki. 
– Rachel... Nie ma nic,  czego byś nie umiała naprawić.  – Spojrzał  na nią surowo.  – Teraz 

wszystko zależy od ciebie. 

– Nie umieraj! – załkała. – Nie umieraj, proszę! Nie zniosę tego. 
– Musisz – szepnął. 
Jego głowa opadła ciężko na ręce Trimaka. 
Wszyscy Sarrenowie przyklękli i unieśli miecze. 
– Nie! Nie! Nie! – krzyknęła Rachel. – Nie pozwolę ci umrzeć. Nie pozwolę! 
Odepchnęła Trimaka i ujęła w obie dłonie twarz Morpetha. Nadal oddychał – lekko i płytko. 

Otworzyła mu oczy i spojrzała w nie. Co mogła zrobić? Na pewno jest jakiś sposób! Coś nagle 
rozbłysło jej w głowie; spojrzała na jego okaleczone ciało. Tam, gdzie do tej pory widziała tylko 
miazgę  kości  i krwi,  niespodziewanie  ujrzała  sposób,  w jaki  ma  go  uleczyć,  rozrysowany  jak 

w komiksie. Nie traciła czasu na dociekanie, co się dzieje. Precyzyjnie, jak skalpelem, przebiegła 
myślą  jego  ranę,  krew,  każdy  rozerwany  mięsień,  żyłę,  warstwę  skóry.  Nie  było  chwili  do 

stracenia. 

Morpeth drgnął konwulsyjnie i uniósł głowę. Jego brzuch się poruszał. Warstwy nowej skóry 

wyrastały spod strzępów starej, zakrywały ranę. Na miejscu starego pępka z głośnym pyknięciem 
pojawił się nowy. 

Sarrenowie wpatrywali się w Rachel w osłupieniu. 
– Jak to zrobiłaś? – szepnął Morpeth. 
–  Ja...  nie  wiem  –  odparła  szczerze.  Sprawdziła,  czy  w  jej  umyśle  nie  pojawiła  się  nowa 

umiejętność, i wyczuła narastającą w nim kolejną warstwę magicznej mocy, jeszcze potężniejszej 

i aż  się  proszącej,  by  ją  wykorzystać.  Ale  kiedy  zaczęła  się  zastanawiać,  ogarnęła  ją  fala 

background image

zmęczenia.  Teraz,  gdy  już  wiedziała,  że  Morpeth  jest  bezpieczny,  z trudem  walczyła 

z opadającymi powiekami. 

– Jestem bardzo zmęczona... – wymamrotała. – Zbyt... zmęczona... żeby myśleć... 
– Więc śpij – powiedział Morpeth. – Nikt nie zasługuje na odpoczynek bardziej od ciebie. – 

Roześmiał  się,  a w  jego  głosie  znowu  zadźwięczało  życie.  –  Śpij,  a gdy  się  obudzisz,  znowu 
zjemy razem śniadanie. 

– Chcę zobaczyć Eryka – wymamrotała. 
– Jest pod dobrą opieką. 
– Boję się snów, które mogą do mnie przyjść. Proszę, nie chcę zasypiać. 
– Zaśnij,  dziecko, kolorowych snów.  Dragwena  jest daleko. Nie może cię skrzywdzić. Nie 

pozwolę jej się zbliżyć. Przysięgam. 

Rachel  usiadła  Morpethowi  na  kolanach,  oparła  głowę  na  jego  ramieniu  i natychmiast 

zapadła w głęboki sen, zbyt zmęczona, by zbadać swój nowy dar i zrozumieć, do czego służy. 

 

background image

16 

Głębia Lałnap 

 
Rachel przespała całą noc i prawie cały dzień. Obudziła się, gdy blade słońce Ithrei zaczęło 

się chylić ku zachodowi. Leżała na miękkim posłaniu, które przygotował dla niej Morpeth. On 
sam spał na krześle i cicho pochrapywał. 

Rachel  wyśliznęła  się  z łóżka,  bardzo  cicho,  żeby  go  nie  obudzić,  i umyła  się  w miednicy, 

która  na  nią  czekała.  Przy  łóżku  leżało  nowe  ubranie:  spodnie  z szorstkiej  wełny  i koszula 

z grubego  brązowego  lnu,  a choć  było  bardzo  proste,  podobało  jej  się  o wiele  bardziej  niż  to, 
które wybrała sobie w Pałacu. 

Usiadła na brzeżku łóżka i głośno odkaszlnęła. 
Morpeth mruknął coś przez sen i otworzył jasnoniebieskie oczy. 
– Witaj, piękny – powiedziała z uśmiechem. – Spóźniłam się na śniadanie? 
Morpeth przeciągnął się i spojrzał na nią z ukosa. 
– Skąd! Ale tutaj nie będziemy mieć takiego wyboru jak w Sali Śniadaniowej. 
– Nie szkodzi. Zadowolę się czymkolwiek. 
Poklepał się po brzuchu. 
– Śliczny pępek. Stary nie był taki ładny. 
–  Nie  wiem,  jak  to  zrobiłam  –  powiedziała,  poważniejąc.  –  Co  to  znaczy? Wiem, że  moja 

moc rośnie szybko, ale nie aż tak! 

– Nie mam pojęcia – przyznał. – Lecz jestem ci bardzo wdzięczny. Spójrz na mnie – jestem 

przystojny,  bardzo  silny,  mogę  stawić  czoło  każdemu  żołnierzowi  wiedźmy!  –  Zerwał  się 

z miejsca,  podskoczył  wysoko,  zrobił  wspaniałe  salto  w powietrzu  i wylądował  na  czubkach 

palców. – Nie wiem, co zrobiłaś, ale czuję się fantastycznie! 

– Co z Erykiem? 
– Ach! Dobrze, że pytasz. Chodź ze mną, sama zobacz, co porabia nasz zadziwiający Eryk. 

Nie uwierzysz. No, chodź. 

Wziął ją pod ramię i zaprowadził do pomieszczenia, w którym na małym krzesełku siedział 

jej  brat.  Rachel  wybuchnęła  płaczem  i chwyciła  go  w objęcia.  Tuliła  go  do  siebie  tak  mocno, 
jakby nie chciała go już nigdy wypuścić. 

– Hej, wszystko dobrze? – spytała w końcu, głaszcząc go po głowie. 
– W porządku  – odparł  ze śmiechem.  – Patrz!  Nauczyłem  się śmiesznych rzeczy. Powiedz 

jej. 

Morpeth uśmiechnął się od ucha do ucha. 
– Pamiętasz, jak bawiliśmy się w Sali Śniadaniowej? 
– Oczywiście. 

background image

– Co mam stworzyć? Wybierz cokolwiek. 
Wzruszyła ramionami. 
– Kwiatek. 
– Doskonale. Patrz uważnie. 
Po chwili nad głową Morpetha pojawił się żonkil. 
Eryk wycelował w niego palec i kwiat zniknął. 
Morpeth wyczarował sześć bukietów i puścił je w ruch pod sufitem. 
Eryk usunął je jeden po drugim, palcem wyciągniętym niczym magiczna różdżka. 
– On ma moc! – krzyknęła Rachel. – Potrafi robić to co my! 
– Mylisz się – odparł Morpeth. Odwrócił się do Eryka. – Stwórz bukiet kwiatów. 
– Nie mogę – burknął chłopczyk. – Przecież wiesz. 
– Spróbuj – ponaglił go Morpeth. – No, proszę! Eryk zacisnął mocno usta i zmarszczył czoło. 

Wreszcie poddał się z jękiem rozdrażnienia. 

– Nie mogę! I co z tego, wcale mi nie zależy. Tutaj wszyscy czarują. Żadna rewelacja. 
– Nie rozumiem – szepnęła Rachel. – Jaką moc ma Eryk? 
– Nie jestem pewien. Bardzo niezwykłą, to pewne. Nigdy nie spotkałem się z czymś takim 

u żadnego  dziecka  na  Ithrei.  Można  to  nazwać  antyczarami.  Eryk  sprawia,  że  czary  przestają 
działać. 

Rachel zmarszczyła brwi. 
– Ja też tak potrafię. W Sali Śniadaniowej oboje sprawialiśmy, że rzeczy znikały. 
– Ale nie tak jak Eryk. Sama się przekonaj. Wyczaruj coś. Rachel stworzyła stół, który jej 

dziadek zrobił zeszłej zimy, na krótko przed śmiercią. Znała ten mebel bardzo dobrze, bo dziadek 
pokazał jej każdy jego szczegół – spojenia, tajną szufladkę, wiele cierpliwie nakładanych warstw 
lakieru. Nie spieszyła się, starannie go ukształtowała i ustawiła na środku pokoju. 

Eryk  wycelował  w niego  palec,  nawet  nie  patrząc.  Stół  zniknął.  Rachel  usiłowała  go 

odbudować, ale przekonała się, że nie pamięta, jak wyglądał. Skupiła się ze wszystkich sił, ale 
zdołała wyczarować jedynie bladą kopię prawdziwego stołu. 

Spojrzała na brata z podziwem. 
–  Spróbuj  jeszcze  raz  –  odezwał  się  Morpeth.  Bardzo  starając  się  skoncentrować,  zrobiła 

lampę. Eryk usunął także ją, a Rachel znowu nie zdołała jej odtworzyć. 

–  Teraz  rozumiesz?  –  zawołał  Morpeth.  –  Eryk  usuwa  czar  na  stałe!  To,  co  ty  potrafisz 

stworzyć, on może zniszczyć, i to tak, że nie będziesz mogła znowu użyć tego samego zaklęcia. 

On je zabiera na zawsze. 

Rachel pomyślała o Dragwenie. 
– Czy możesz zniszczyć też czary wiedźmy? 
– Może... Nie wiem – powiedział Eryk z wahaniem. – Niektóre. Nie te najlepsze. Wiedźma 

background image

potrafi je ukrywać. A niektóre jej zaklęcia składają się z wielu mniejszych, które bez przerwy się 
zmieniają. Chybabym się w nich pogubił. 

– Dlaczego wcześniej tego nie robiłeś? 
– Nie wiedziałem, że potrafię. Udało mi się przypadkiem. Morpeth ćwiczył rzucanie zaklęć. 

Wkurzał mnie, chciałem, żeby przestał i... ciach! 

 
Rachel dotknęła w zamyśleniu swojego nosa. 
– Jesteś... ja tak nie potrafię! 
Eryk  rozpromienił  się,  dumny  i szczęśliwy.  Po  raz  pierwszy  od  przybycia  na  Ithreę  zaczął 

przypominać  dawnego  siebie.  Rachel  wyobraziła  sobie,  że  walczy  z Dragweną,  a Eryk  macha 

palcem i udaremnia wszystkie zaklęcia wiedźmy. 

Usiadła przy wielkim stole z ociosanego kamienia i zajęła się Erykiem. Morpeth przyniósł jej 

czarkę zupy i kawałek razowego chleba. 

– Tym razem nie będzie kanapek z czekoladą – powiedział przepraszająco. 
Rachel zaczęła jeść. Eryk przysunął się do niej i spojrzał na jej włosy. 
– Błe! – zawołał. – Posiwiałaś! Masz siwe włosy! 
Rachel  uniosła  grzywkę.  Skórę  na  głowie  miała  bardzo  wysuszoną;  przy  każdym  ruchu 

sypały się z niej płatki naskórka. Podbiegła do lustra i rozgarnęła włosy w paru miejscach. Tuż 
przy skórze stały się siwe i cienkie. Szarpnęła; w dłoni została jej pełna garść włosów. 

– Co się ze mną dzieje? – jęknęła. – Czy... czy się starzeję, bo zużyłam za wiele magicznej 

mocy? 

Morpeth dotknął jej głowy. 
– Prawdopodobnie nic się nie stało – powiedział lekko. – To przez to, że ostatnio bardzo się 

denerwowałaś. Magia nie zmienia cię aż tak szybko. 

Rachel  nadal  stała  przed  lustrem,  „wypatrywała  zmarszczek  wokół  oczu,  znaku 

rozpoznawczego  Sarrenów.  Nie  znalazła  ich,  ale  poczuła  inne  zmiany  –  jej  szczęki  stały  się 
opuchnięte, a oczy zaczęły boleć. 

W  drzwiach  stanął  Trimak.  Był  blady  ze  zmęczenia.  –  Chcesz  się  rozejrzeć  po  Głębi? 

Niestety, nie ma tu ładnych widoków. Rachel wzięła Eryka za rękę, potarła piekące oczy i weszła 
do głównej jaskini. 

Była  pełna  rannych  Sarrenów.  Całą  jej  przestrzeń  zajmowały  prowizoryczne  posłania, 

bardziej przypominające sterty łachmanów niż łóżka. Leżały na nich dziesiątki jęczących z bólu 
mężczyzn  i kobiet.  Doglądało  ich  kilku  lżej  rannych.  Podawali  im  proste  leki  i pocieszali 

najlepiej, jak umieli. 

Rachel patrzyła na nich ze zgrozą. 

I  –  Co  się  stało?  –  Walczyli  z żołnierzami  wiedźmy  w podziemiach  Pałacu  –  wyjaśnił 

background image

Trimak.  –  Większość  nie  miała  broni.  Została  nas  ledwie  setka.  Reszta  zginęła  w tunelach  łub 

w drodze do Głębi. 

(– Szliście piechotą? – zdumiała się. – Brnęliście w śniegu taki kawał drogi, a Dragwena was 

nie  znalazła?  –  To  była  straszna  podróż.  Strach  przed  wiedźmą  gnał  nas  przez  zawieję. 

Ocaleliśmy  chyba  tylko  dlatego,  że  szpiedzy  Dragweny  ostrzyli  sobie  zęby  na  znacznie 
smaczniejszy kąsek – na was. 

Rachel powiodła po nich osłupiałym wzrokiem. Nagle wszystko, przez co przeszła, przez co 

wszyscy  musieli  przejść  od  czasu,  gdy  wraz  z Erykiem  znalazła  się  na  Ithrei,  wydało  jej  się 

koszmarnym snem. 

– Wszystko przez nas! – krzyknęła. – Dragwena pozwoliła mi uciec tylko po to, żeby zwabić 

Sarrenów  do  lochów.  Potem  wykorzystała  Eryka,  żeby  doprowadził  ją  do  mnie.  Może  nadal 
jesteśmy narzędziami w jej ręku. Może zdoła was tu odnaleźć poprzez nas! Nie przyszło wam to 
do głowy? 

–  Ależ  przyszło.  Naturalnie  –  odpowiedział  Trimak.  –  To  ryzyko,  na  które  musimy  być 

przygotowani. 

–  Naprawdę?  Wiem,  wszyscy  uważacie,  że  jestem  dzieckiem-nadzieją.  Chcecie,  żebym 

pokonała  Dragwenę.  I wiem,  że  muszę  z nią  walczyć.  Ale...  –  Chwyciła  Eryka  w objęcia 

i zamrugała powiekami, żeby powstrzymać palące łzy. – Ale... 

–  Ale  się  jej  boisz  –  dokończył  Trimak.  –  Wiem.  Tak  jak  my  wszyscy.  –  Oczy  mu 

zwilgotniały, zwiesił głowę ze smutkiem. – Zbyt wiele od ciebie wymagamy. 

Rachel ujęła w obie dłonie swoje długie włosy, które nie były już całkiem ciemne. 
–  Nie  szkodzi  –  powiedziała  –  ale  widziałeś,  co  się  stało?  Patrz,  nie  jestem  już 

ciemnowłosym dzieckiem. Widzisz? – Spojrzała na Morpetha. – Zrobię wszystko, żeby ochronić 

ciebie i Eryka, lecz co takiego udało mi się osiągnąć? Nie zdołałam nawet przepłoszyć wilków! 
Wystarczy, że Eryk wyciągnie palec, i moje zaklęcia znikają, tak po prostu. Jak możecie myśleć, 
że pokonam  wiedźmę? Nie macie pojęcia, jaka  jest potężna. Wydaje mi się, że się nami bawi. 
Fruwa wokół nas i dla zabawy zabija Sarrenów. Co mam zrobić, żeby ją przestraszyć? 

Przez  parę  minut  w grocie  panowało  pełne  napięcia  milczenie.  Potem  Rachel  zauważyła 

klęczącego nieopodal mężczyznę. Rozpoznała go: był to Grimwold. 

– Pamiętam cię – powiedziała. – To dzięki tobie uciekłam z wieży. 
Grimwold miał na twarzy wielką ranę. Stracił jedno ucho. 
– Dziecko-nadzieja... – jęknął. – A więc wszyscy ci ludzie... nie umarli na próżno. – Chwycił 

ją za rękę. – Naprawdę jesteś dzieckiem-nadzieją? Naprawdę? Ilu z nas musi jeszcze umrzeć? 

Rachel spojrzała mu w twarz. W jego oczach malowała się rozpacz i nadzieja. 
–  Och,  ten  głupi  wiersz  –  mruknęła.  –  Nawet  nie  wiem,  co  znaczy.  Jaki  z niego  pożytek? 

Nawet go nie pamiętam. 

background image

Grimwold ścisnął jej rękę i zaczął recytować: 

 
Ciemna  dziewczynka  się  zjawi,  Nieprzyjaciół  wybawi,  Śpiew  w harmonii  usłyszycie, 

Powstanę ze snu i morza o świcie, A wy jak dzieci się ucieszycie. 

 
– Nadal nic mi to nie mówi – powiedziała Rachel. 
– Znam jeszcze inny wiersz – szepnął Eryk. 

Wszyscy znieruchomieli. 
– Czarny wiersz – dodał. 
Rachel zerknęła na Trimaka. 
– Rozumiesz coś? 
Sarrenowie pokręcili głowami z lękiem. 
Eryk odkaszlnął. 

 
Ciemna dziewczynka się zjawi, Nadziei was pozbawi. 
Zacne serca stracone, Dzieci nienarodzone, Czarodziejów pogrzebie, Wieczna ciemność na 

niebie. 

 
Sarrenowie zakryli uszy rękami i krzyknęli z bólu. 
– Co to znaczy? – spytała Rachel z przerażeniem. 
–  To  znaczy  –  syknął  Eryk  –  zacne  serca  stracone,  dzieci  nienarodzone,  czarodziejów 

pogrzebie, wieczna ciemność na niebie. Dragwena zabije wszystkie dzieci i czarodziejów, tak jak 
to zapowiedziała. 

– Dlaczego nie powiedziałeś nam tego wiersza wcześniej? Coś tak ważnego... 
– Poznałem go dopiero przed chwilą – zaprotestował Eryk słabym  głosem.  – Sam tego nie 

rozumiem! 

–  Więc  to  o to  chodzi  –  szepnęła  Rachel.  –  Dragwena  chce,  żebym  spełniła  czarną 

przepowiednię.  Potrzebuje  mojej  mocy.  A jeśli  zmieni  mnie  w wiedźmę,  dokonam  wszystkich 

tych  okropnych  rzeczy,  o których  mówi  wiersz.  Jestem  dzieckiem-nadzieją  albo...  końcem 

wszelkiej nadziei. 

Morpeth i Trimak spuścili głowy. Nie mogli spojrzeć jej w oczy. 
–  A wy  nic  nie  wiecie,  tak?  –  rzuciła,  z trudem  panując  nad  rozdrażnieniem.  –  Chcecie, 

żebym to ja była od was mądrzejsza! Będziemy tu czekać, aż Dragwena po nas przyjdzie? Mam 
już  dość  tego  uciekania  i krycia  się  przed  nią.  Na  pewno  możemy  coś  zrobić.  Ile  czasu  minie, 

zanim Dragwena nas znajdzie? 

–  Może  parę  tygodni  –  odezwał  się  Trimak.  –  A raczej  parę  dni.  Wiedźma  może  już 

background image

wiedzieć, gdzie jesteśmy. 

Rachel przytuliła Eryka. 
– Co teraz zrobimy? 
Eryk rozpłakał się głośno. 
– Nie wiem! Wymyśl coś! Wiedźma jeszcze cię nie złapała. 
Wtedy Rachel usłyszała czyjś śmiech. 
Nieludzki śmiech. Natychmiast go poznała. 

Dragwena. 

 

background image

17 

Zęby 

 
Rachel  rozejrzała  się  rozpaczliwie  po  grocie.  –  Nie  ma  mnie  w tej  paskudnej  dziurze  – 

zaszydził głos Dragweny. 

– Więc gdzie? – spytała w myślach Rachel. 
– W tobie, dziecko. 
Serce Rachel załomotało z przerażenia. 
– Jak... jak to możliwe? 
– Spójrz na swoją dłoń! 
Rachel  rozchyliła  palce.  We  wnętrzu  jej  dłoni  widniała  pięcioramienna  gwiazda,  piętno 

wiedźmy, teraz czarne jak węgiel. 

–  Kończę  to,  co  Sarrenowie  przerwali  mi  w wieży  –  wyjaśniła  Dragwena.  –  Ta  rana  sięga 

głęboko.  Przemiana  w wiedźmę  będzie  bezbolesna  i szybka.  Już  teraz  twoja  krew  rzednie 

i zmienia  kolor.  Stanie  się  szmaragdowa,  tak  świetlista,  że  twoje  ludzkie  oczy  nie  będą  mogły 
znieść jej blasku. Ale wtedy nie będziesz mieć już ludzkich oczu... 

Rachel wbiła paznokcie w piętno wiedźmy. Krew, która wystąpiła z ranek na jej skórę, była 

żółta. 

– Coś ty mi zrobiła? – krzyknęła w myślach. – To niemożliwe! 
–  Twoi  przyjaciele  na  pewno  się  bardzo  zdziwią  –  roześmiała  się  Dragwena.  –  Myślą,  że 

jesteś dzieckiem-nadzieją i że zaprowadzisz ich do domu. Cóż to będzie za niespodzianka, kiedy 

z twoich ust wyłonią się zęby wiedźmy, rojące się od pająków. 

Rachel dotknęła policzków. Pod skórą poczuła nabrzmiewającą kostną masę. 
–  Za  parę  godzin  przemiana  się  dokona  –  powiedziała  Dragwena.  –  Nie  będziesz  już 

potrzebować snu. Twoje powieki się rozpuszczą. Nozdrza pękną i zmienią się we wrażliwe płatki 
skóry. Odkryjesz nowe cudowne zapachy. Wszystko to będzie bardzo przyjemne. Daję ci słowo. 

Rachel zacisnęła powieki, rozpaczliwie spróbowała wyrzucić z głowy głos wiedźmy. 
–  To  na  nic  –  syknęła  Dragwena.  –  Już  teraz  mogę  swobodnie  czytać  w twoich  myślach. 

Znam wszystkie twoje lęki i nadzieje. Nie uciekniesz przede mną. Nie sprzeciwiaj się. Oddaj mi 
się z własnej woli. 

Rachel  zadrżała.  Rozejrzała  się  rozpaczliwie,  szukając  pomocy,  zachwiała  się  i upadła  na 

ziemię. 

– Rachel, co się stało? – zawołał Morpeth, podbiegając do niej. 
Eryk  przypadł  do  Rachel  i zrobił  coś,  co  mu  się  nie  zdarzyło  od  czasów,  gdy  był  zupełnie 

mały – objął ją za szyję. Mocno się przytulił, a Rachel zaczęła płakać, rozszlochała się z całego 

serca. 

background image

– Wiem – szepnął. – Dragwena jest w tobie, tak? Rachel ukryła twarz na jego ramieniu, zbyt 

roztrzęsiona, żeby odpowiedzieć. 

Morpeth spojrzał zdumiony na chłopca. 
– Skąd wiesz, co się stało? Jak możesz to wiedzieć? 
–  Po  prostu  wiem.  Rachel  chce  zostać  sama.  Morpeth  podniósł  dziewczynkę  i zaniósł  do 

małej komnatki,  gdzie było cicho i spokojnie. Przez całą drogę Eryk trzymał ją mocno za rękę 

i uśmiechał się do niej pocieszająco, wcale niezawstydzony. Nigdy się tak nie zachowywał. Czy 
to znaczyło, że Rachel nie poradzi sobie bez jego pomocy? 

Morpeth postawił ją ostrożnie na podłodze, otarł łzy z jej policzków. 
– No, już... – szepnął, unosząc jej brodę. – Jesteśmy sami. Tyją i Eryk. 
– Nie sami. Dragwena jest we mnie. Wie wszystko to co ja. 
– Co mamy zrobić? – spytał Morpeth. Zadał to pytanie Rachel, ale spojrzał także na Eryka 

i to Eryk odpowiedział. 

–  Nie  jestem  pewien  –  powiedział  –  ale  skoro  wiedźma  mogła  wejść  do  głowy  Rachel,  to 

Rachel może wejść do jej głowy. – Chwycił siostrę za ramiona. – Spróbuj. Śmiało. Dowiedz się 
czegoś o wiedźmie. 

Rachel  skinęła  machinalnie  głową.  Ścisnęła  dłoń  brata  i postarała  się  uspokoić.  Zamknęła 

oczy,  oczyściła  umysł.  I powoli,  z wahaniem,  jak  najostrożniej,  zapuściła  sondę.  Sięgnęła 
głęboko  w siebie,  aż  dotknęła  innej  istoty  –  istoty  płonącej  starymi,  prastarymi  uczuciami. 

Dragwena. 

–  Patrz,  dobrze  się  przypatrz  –  szepnęła  Dragwena.  –  Od  dawna  tęskniłam  za  tą  chwilą, 

dziecko. Wolałabym cię złapać, zanim dotarłaś do Głębi, ale to już nie ma znaczenia. Tak wiele 
czasu  minęło,  odkąd  mogłam  otwarcie  czytać  cudze  myśli.  Tylko  wiedźmy  mają  ten  dar. 
Zaczęłyśmy  tak  rozmawiać  już  w wieży-oku.  Teraz  sama  rozumiesz,  że  wkrótce  staniesz  się 
wiedźmą. Nie muszę mieć przed tobą tajemnic. Więc patrz... 

Umysł  Dragweny  otworzył  się  zachęcająco.  Rachel  wniknęła  w ciemne  zakamarki  jej 

wspomnień.  Poznała  uczucia,  które  niosły  Dragwenie  ulgę:  pieszczota  jej  duszy-żmii,  radość 

szybowania w trąbie powietrznej na krańcu świata, pająki kryjące się w bezpiecznej czeluści jej 
gardła. I wilki. Rachel zrozumiała, jak to jest, kiedy się poluje z wilczym stadem: zapach wilków 
uganiających  się  za  zwierzyną,  biegnących  bez  wytchnienia  przez  leśne  ostępy  i bezkresne 
śnieżne połacie. 

– Wejdź głębiej – zachęciła Dragwena. 
Rachel usłuchała. Ujrzała wiedźmę podczas długich poszukiwań. Dragwena unosiła się jako 

ptak nad Dzikimi Górami, zapuściła się tak wysoko, że na jej skrzydłach osiadł szron. 

– Czego szukasz? – spytała w myślach. 
–  Larpskendyi.  Czarodziej  powiedział,  że  zostawi  swoją  pieśń  w tym  malutkim  światku. 

background image

Szukałam zapachu jego mocy, by ją unicestwić, gdziekolwiek ją znajdę. 

Rachel  patrzyła,  jak  Dragwena  zmienia  się  w dziesiątki  stworzeń.  W postaci  rekina 

przemierzyła ocean Endellion, zanurzywszy się głęboko i sięgnąwszy kamienistego dna, gdzie jej 
pysk napełnił się morskimi stworzeniami o jaśniejących płetwach. Szukała przez wiele setek lat. 
Przeczesała każdy kraniec tego świata, zaglądała pod ziemię i wysoko na niebo, dniem i nocą, aż 
wreszcie  nieustannie  pojawiające  się  obce  konstelacje  stały  się  dla  Rachel  znajome,  tak  jakby 
widywała je od urodzenia. 

W końcu Dragwena przestała szukać. 
– Nigdy go nie znalazłaś – pomyślała Rachel. – Nawet nie wiesz, czym jest ta jego pieśń. Ale 

ciągle tu gdzieś się kryje, prawda? Chroni Ithreę. Chroni nas. 

Serce zabiło jej nadzieją. 
– Pamiętam sen-marę – szepnęła w myślach. – Larpskendya obiecał, że będzie bronił dzieci 

na Ziemi. Da im moc, którą będą mogły wykorzystać, jeśli będzie im potrzebna. 

–  Jeszcze  żadne  dziecko  nie  miało  takiej  mocy,  która  mogłaby  mi  zagrozić  –  odparła 

Dragwena.  –  Ale  Larpskendya dotrzymał  słowa.  Od dawna porywam  dzieci  z Ziemi, a ich moc 
ciągle rośnie. Ty jesteś najsilniejsza ze wszystkich. Ale nie aż tak, żeby mnie pokonać. 

Rachel  zamyśliła  się.  Czyżby  naprawdę  była  dzieckiem-nadzieją?  A Eryk?  Co  z jego 

talentem? Czy także zagrażał wiedźmie? Wyczuła strach Dragweny, szybko zamaskowany, lecz 

nieomylny, i ciężar spadł jej z serca. 

– Więc jednak nie odnalazłaś Larpskendyi. To dobrze. Co jeszcze zrobiłaś, wiedźmo? 
– To była jego planeta.  Świat  Larpskendyi.  Nienawidziłam  tu wszystkiego. Wszystko  więc 

zmieniłam. 

Wiedźma przemknęła nad bujnymi lasami Ithrei. Pod jej dotykiem drzewa czerniały i schły. 

Przeorała szponami żyzne ziemie i kolorowe kwiaty zwiędły. Przefrunęła przez lazurowe niebo, 
nadała  mu  martwą  szarą  barwę,  śniegowi  odcień  ciemnej  szarości,  a słońce  pozbawiła  ciepła 

i koloru,  aż  wreszcie  świat  wyblakł  i ochłódł.  Ale  i to  jej  nie  wystarczyło.  Sięgnęła  na  krańce 
świata  i stworzyła  trąby  powietrzne,  wieczne  burze  z piorunami  i chmury.  Potem  zajęła  się 
zwierzętami:  wronom  dała  twarze  dzieci,  a psy  zmieniła  w wilki  wielkie  jak  niedźwiedzie,  by 

z nią rozmawiały i dotrzymywały jej towarzystwa. A pewnego dnia odebrała orłom – ot tak, dla 

kaprysu – śpiewne glosy, które dał im Larpskendya. 

–  Z twojej  strony  nic  mnie  już  nie  zdziwi  –  szepnęła  Rachel.  –  Widziałam,  jak  zabijasz 

i okaleczasz bez powodu. Nigdy nie będę taka jak ty! 

Dragwena parsknęła śmiechem. 
– Zobaczymy. Orły, dzieci, wszystko, co teraz wiesz i czujesz, wkrótce przestanie mieć dla 

ciebie  znaczenie.  Ważna  jest  tylko  walka  z czarodziejami,  niekończąca  się  wojna.  Ale  jest 
jeszcze coś poza nią. Stowarzyszenie Sióstr. Chciałabyś je zobaczyć? Czy chcesz zobaczyć moją 

background image

ojczyznę, planetę Ool – świat wiedźm? 

Rachel  czuła,  że  Dragwena  chce  ją  zwieść.  Ale  tym  razem,  inaczej  niż  we  śnie-marze  czy 

w wieży, zdała sobie sprawę, że ma dość sił, by się jej przeciwstawić. 

– Pokaż mi swoją planetę – powiedziała bez wahania. – Musi być brzydka, skoro wydała cię 

na świat. 

Poczuła, że szybuje ku  gigantycznej  planecie. Niebo było tu  sine, niemal  czarne,  a martwe 

słońce nie dawało ciepła. 

Tak, jak się spodziewała, ujrzała trąby powietrzne – ale w przeciwieństwie do Ithrei na Ool 

szalały  one  na  całej  planecie.  A na  nich  wirowały  wiedźmy,  miliony  wiedźm.  Fruwały  na 
porywistych  podmuchach,  ćwiczyły  rzucanie  zaklęć.  Rachel  spojrzała  na  nie  i poczuła  palącą 
tęsknotę, by do nich dołączyć, razem z nimi unosić się w powietrznych wirach. Kim były? Jak się 
nazywały? Czy były matkami? Siostrami? Machały do niej rękami, zapraszały do siebie. 

Zapragnęła pofrunąć do nich, ale zrozumiała, że to uczucie ciągnie ją w głąb żądz Dragweny, 

i stawiła  mu  opór.  Wyrzuciła  planetę  Ool  z umysłu.  Poczuła,  że  Dragwena  się  tego  nie 
spodziewała. 

–  Jak  zdołałaś  porywać  dzieci  z Ziemi?  –  spytała  Rachel.  Ujrzała  Dragwenę  siedzącą  na 

niekończących się śniegach Ithrei. 

–  Larpskendya  zrobił  wszystko,  bym  nie  mogła  opuścić  planety.  Znalazłam  się  w pułapce, 

lecz zaczęłam snuć zaklęcie, proste zaklęcie odnajdywania. Och, Rachel, jego rozpoczęcie zajęło 
mi dziesięć lat, a udoskonalenie go – sto. Omal nie przypłaciłam tego życiem. 

Przed  oczami  Rachel  przewijały  się  kolejne  lata  tkania  zaklęcia.  Wiedźma  prawie  nie 

zmieniała  swojej  pozycji  na  śniegu.  Czasem  poruszała  tylko  głową.  Od  wysiłku,  którego 
wymagało  zakończenie  zaklęcia,  zaczęła  chorować:  na  jej  czerwonych  jak  krew  policzkach 
wyroiło się robactwo, a zęby wygniły, gdyż pająki-czyściciele zdechły. 

– Larpskendya popełnił jeden błąd. Nie powinien mi zdradzać, że zaszczepi magiczną moc 

na Ziemi. Tym samym  dał mi cień nadziei. Zrobiłam wszystko, by stworzyć to jedno zaklęcie. 

I wreszcie je dokończyłam. 

Rachel  ujrzała,  jak  wynędzniała  Dragwena  wlecze  się  na  szczyt  najwyższej  góry  na  Ithrei, 

jak wysyła tchnienie ku lśniącym gwiazdom. Zaklęcie przeszyło niebo i rozproszyło się w kilku 
kierunkach. Ruszyło na łowy. 

– Czekałam tysiąc lat i jeszcze dłużej – powiedziała Dragwena – aż stałam się tak słaba, że 

mało brakowało, a pożarłyby mnie wilki. Ale w końcu zaklęcie odnalazło twoją Ziemię. A wtedy 
mogłam  już  bez  przeszkód  przyciągnąć  do  siebie  dzieci,  sprowadzić  je  tutaj  i nakarmić  się  ich 
mocą. 

Rachel przypomniała sobie czarodziejów i Armię Dzieci. 
– Dlaczego nie wróciłaś? Przysięgłaś, że zabijesz dzieci, które obróciły się przeciwko tobie. 

background image

Wiem, że ich nienawidziłaś. Nadal ich nienawidzisz. 

–  Moc  tych  pierwszych  dzieci  nie  była  duża.  Ale  ja  potrafię  czekać,  więc  czekałam. 

Wiedziałam, że pewnego dnia pojawi się dziecko tak silne, że będę mogła wrócić – i w końcu się 
pojawiłaś, Rachel. 

–  Mogę  czytać  w twoich  myślach  tak  samo,  jak  ty  w moich  –  ostrzegła  Rachel.  –  Nie 

powinnaś mnie wpuszczać do swojej głowy, wiedźmo. Znajdę sposób, by ci zrobić krzywdę. 

–  Nie,  dziecko  –  szepnęła  Dragwena.  –  Ciągle  nie  rozumiesz.  Chcę  cię  tu  przytrzymać, 

przykutą  do  mego  umysłu,  dopóki  przemiana  się  nie  dopełni.  Kiedy  wreszcie  staniesz  się 
prawdziwą  wiedźmą,  odeślę  cię  do  jaskiń.  Myślę,  że  najpierw  powinnaś  zabić  zdrajców, 

Morpetha  i Trimaka.  Potem  trzeba  zdecydować,  jak  wykorzystamy  małego  Eryka.  Twój  brat 
posiada moc, której na razie nie rozumiem. Jeśli nie znajdziemy dla niej zastosowania, usuniemy 
go. Może pozwolę ci go zabić...jeśli wcześniej nie zrobią tego żołnierze, których już wysłałam do 
Głębi. 

Dragwena  otworzyła  umysł  i przed  oczami  Rachel  pojawiła  się  maszerująca  armia.  Pięć 

tysięcy niewolników wiedźmy, uzbrojonych po zęby i otoczonych przez wilki, kroczyło miarowo 
ku jaskiniom Głębi. Byli już blisko. Dragwena rozkazała zabić wszystkich, których tam znajdą. 

Wszystkich z wyjątkiem Rachel. 
– Ostrzegę ich! – krzyknęła Rachel. 
– Spróbuj się uwolnić. Zobaczymy, czy ci się uda. 
Rachel  cofnęła  myśli,  spodziewając  się,  że  znowu  znajdzie  się  w grocie  z Morpethem 

i Erykiem. Tymczasem nadal tkwiła w myślach Dragweny. Zaczęła szukać wyjścia. Nie znalazła 
go.  To,  którym  się  tu  dostała,  zostało  zamknięte,  a może  zapomniała  do  niego  drogi?  Każda 
ścieżka, na którą wstępowała, prowadziła ją głębiej w umysł wiedźmy. 

– Wypuść mnie! 
Dragwena roześmiała się przeraźliwie. 
–  Przemiana  jest  coraz  szybsza.  Czujesz  to?  Czujesz  zmiany?  Już  teraz  posiadasz  moc  tak 

wielką,  że  Morpeth  nie  potrafi  jej  sobie  wyobrazić.  Stajesz  się  wiedźmą.  Dołącz  do  mnie.  Nie 

walcz, to nic nie da. Wkrótce... 

Nagle wybuch! 
Rachel poczuła uderzenie, jakby w pobliżu eksplodowała bomba. Potem rozległ się grzmot, 

a w ślad za nim przenikliwy cienki wrzask: to krzyczała Dragwena. 

Kolejna  eksplozja,  i tym  razem  coś  trzasnęło  jak  rozdzierany  materiał.  Rachel  podniosła 

głowę  i ujrzała  światło  wpadające  przez  rozdarcie,  a ponad  światłem  –  fragment  Głębi. 

W rozdarciu stał Eryk z twarzą skrzywioną z wysiłku. 

– Uciekaj! – usłyszała krzyk Morpetha. – Biegnij do nas! 
–  Nie!  –  zawołał  Eryk.  –  Najpierw  szukaj  zaklęć.  Szybko,  Rachel,  znajdź  zaklęcia. 

background image

Otworzyłem Dragwenę, żebyś mogła uciec. 

Wybuchy  trwały  nadal,  wstrząsały  umysłem  Dragweny,  darły  go  na  strzępy.  Rachel  nie 

wahała się ani chwili. Rozproszyła myśli, przeszukała nimi najtajniejsze zakamarki jej umysłu, aż 
znalazła to, czego szukała: zaklęcia, delikatne i potężne, zaklęcia zmieniające się i tak złożone, że 
trzeba  było  niewyobrażalnej  wiedzy,  żeby  je  rzucić.  A najgłębiej  ze  wszystkich  spoczywały 
zaklęcia śmierci – zadające ją na niezliczone sposoby. Rachel dotknęła ich wszystkich, wypełniła 
nimi swoją głowę. 

Raptem  wrzaski  Dragweny  umilkły.  Rachel  otworzyła  oczy  i ujrzała  grotę  Głębi,  a w niej 

Eryka i Morpetha. 

Chłopiec kopnął bezsilnie ścianę. 
– Co znalazłaś? 
Rachel zdała sobie sprawę, że leży na ziemi. Kręciło się jej w głowie. 
– Ja... nie... gdzie wiedźma? 
–  Uciekła!  Wykopałem  ją  z twojej  głowy.  Rozbiłem  jej  moc.  Uciekła.  Musiała  uciec  do 

wieży-oka! 

– Jak... ci się... udało? 
Eryk potrząsnął głową. 
– Nie wiem. Po prostu na nią napadłem. Wiedziałem, że Dragwena cię w sobie zatrzymała. 

Czułem,  że  chcesz  wyjść,  więc  sięgnąłem  jej  do  głowy  i zniszczyłem  zaklęcia,  które  cię  tam 
trzymały. – Uśmiechnął się. – Dragwena nie potrafiła ich znowu przywołać. Tak jak ty! 

Rachel  zastanawiała  się  przez  parę  minut  nad tym,  co  znalazła.  Wszystkie  zaklęcia,  w tym 

także  zaklęcia  śmierci,  spoczywały  bezpiecznie  w jej  głowie.  Czy  mogła  z nich  skorzystać,  by 
zaatakować wiedźmę? 

Poczuła  ból  w lewym  policzku.  Odruchowo  podniosła  do  niego  rękę...  i natychmiast  ją 

cofnęła. 

Pod skórą piętrzyły się nowe zęby. 
Spojrzała przerażona na Morpetha. 
– Jak wyglądam? 
Jego twarz drgnęła. 
– Powiedz! 
Szybko  wyszedł  z komnaty  i wrócił  z lustrem.  Rachel  ujęła  je  mocno  i spojrzała:  jej  skóra 

była  czerwona,  czerwona  jak  krew,  nos  zmienił  się  w bezkształtną  gąbczastą  masę,  w oczach 
brakowało powiek. Rozwarła usta i ujrzała, tkwiące jeszcze w dziąsłach, nowe rzędy zębów, po 

dwa u góry i dołu.  Były  niemal  całkowicie uformowane, białe i zakrzywione do tyłu.  Napierały 
na policzki, gotowe się wyrżnąć. 

Odłożyła lustro. Wstała, zbyt przerażona, by krzyczeć. 

background image

Morpeth chwycił ją za ramiona. 
– Tak, zmieniasz się, ale nadal jesteś Rachel, którą znam! Chcesz nas zabić? Chcesz? 
Potrząsnęła głową w otępieniu. 
– Więc ciągle jest nadzieja. 
– Nadzieja? – warknęła ze złością. – Spójrz na mnie. Ciągle jeszcze się zmieniam. Dragwena 

powiedziała, że tak się stanie. – Odwróciła się do Eryka. – Kiedy przemiana się dopełni? 

– Nie wiem. 
–  Spróbuj  to  usunąć  –  jęknęła.  –  To  przecież  musi  być  zaklęcie.  Nie  możesz  go 

powstrzymać? 

Eryk zmarszczył brwi. 
–  Nie.  To  zaklęcie  stało  się  częścią  ciebie.  Nie  rozumiem,  co  się  dzieje.  Nie  wiem,  jak  je 

zatrzymać. 

Rachel zacisnęła szczęki. Nowe zęby zwarły się ze sobą. 
– Zaprowadź mnie do Trimaka i innych – rozkazała Morpethowi. 
Sarrenowie  spojrzeli  na  nią  i z trudem  powstrzymali  okrzyk  przerażenia.  Niektórzy 

odruchowo  chwycili  za  miecze.  Rachel  pospiesznie  opowiedziała  im  o wszystkim,  także 

o zbliżającej się ku nim armii wiedźmy. 

Jej spojrzenie padło na jednego z mężczyzn, tak przerażonego, że ledwie odważał się na nią 

patrzeć. Kłapnęła w jego stronę zębami. 

–  Powinniście  się mnie bać!  Dragwena  powiedziała,  że  kiedy  stanę  się  wiedźmą,  zabijanie 

was  sprawi  mi  radość.  –  W tej  samej  chwili  poczuła,  że  zaklęcia  śmierci  wypływają  na 

powierzchnię jej umysłu. Szepnęły, że już teraz może ich użyć, jeśli tylko zechce. 

– Przygotuj wszystkich do wymarszu – zwróciła się do Trimaka. 
– Rachel, posłuchaj... – odezwał się Morpeth – wiem, że się zmieniasz w... w jakąś istotę, ale 

to jeszcze nie znaczy, że będziesz taka jak Dragwena. Nadal chcesz nas bronić. 

Zawahała się. 
– To znaczy, że mogę z nią walczyć? Dobra wiedźma przeciwko złej? 
–  Tak.  Dlaczego  nie?  Może  wcale  nie  zmieniasz  się  w potwora.  Może  zdołasz  obronić 

jaskinie,  jeśli  to  będzie  potrzebne.  Musimy  się  zastanowić.  Pomyśl!  Wszystko,  co  ci  pokazała 
Dragwena, mogło być iluzją. Może do Głębi wcale nie zbliża się żadna armia. 

Grimwold przyklęknął obok nich. 
– Nie. Wysłałem zwiadowcę. Armia nadchodzi, tak jak powiedziała Rachel. 
Rachel powiodła spojrzeniem po zatroskanych twarzach Sarrenów. 
– Nie zostało nam wiele czasu – powiedziała. – Nie sądzę, żebym mogła pokonać wiedźmę. 

Zaklęcia,  których  się  nauczyłam,  nie  pozwalają  mi  na  to.  Ale  wydaje  mi  się,  że  mogę  was 
doprowadzić  w jakieś  bezpieczne  miejsce,  a potem...  potem  pójdę  sama,  daleko  od  was. 

background image

Nieważne,  dokąd.  Zaczekam,  aż  przemiana  się  dokona,  i zobaczę,  co  się  ze  mną  stanie.  Nie 
odważę się przebywać blisko was. Nie mogę podjąć tego ryzyka. Przyszedł mi do głowy pewien 
pomysł...  jeśli  uda  mi  się  odciągnąć  od  was  Dragwenę,  zaatakować  ją,  jakoś  ją  osłabić,  może 
będziecie mieć szansę. 

– Nigdy cię nie opuścimy – oświadczył twardo Morpeth. – Zostaniemy z tobą, bez względu 

na to, co się będzie działo. 

Trimak dobył noża. 
–  Morpeth  ma  rację.  Niegdyś  przysiągłem,  że  użyję  go  przeciwko  tobie.  –  Rzucił  nóż  na 

ziemię.  –  To  była  niegodziwa  myśl.  Czuję,  że  Dragwena  umyślnie  chce  nas  rozdzielić.  Zostań 

z nami. Zrobimy wszystko, żeby cię ochronić. 

Grimwold skinął głową, a wszyscy Sarrenowie zdolni utrzymać miecz w dłoni unieśli swój 

oręż i uklękli przed nią. 

–  Nie  –  powiedziała  Rachel  drżącymi  wargami.  –  Opiekujcie  się  Erykiem.  Nie  pozwólcie, 

żebym go skrzywdziła! Ja albo wiedźma. I... – urwała, zdając sobie sprawę, że ani Morpeth, ani 
Sarrenowie nie zdołają uchronić jej braciszka przed Dragwena. Sama myśl o tym, że ona także 
może go skrzywdzić, była nie do zniesienia. Czy Eryk będzie bezpieczniejszy z Sarrenami, czy 

z nią?  A może...  przez  chwilę  ujrzała  przerażającą  wizję  chłopczyka  błądzącego  samotnie 

w śniegach Ithrei, uciekającego przed nią i Dragweną. Eryk dotknął jej ramienia. 

– Słuchaj... 
Odwróciła się, a wraz z nią odwróciły się cztery nowe szczęki. 
– Ufam ci – powiedział. – Nigdzie beze mnie nie idź. Nie zostawiaj mnie, Rachel. 
Przytuliła go do siebie. 
– Nie boisz się mnie? 
Uśmiechnął się z zażenowaniem. 
– No, trochę się boję. Straszne są te twoje zęby. 
Roześmiała się, a jej nowe kły zgrzytnęły o siebie. 
– Ale mam to. – Eryk podniósł palec. – Dragweną mnie nie przestraszy. Nigdy! 
Spróbowała się uśmiechnąć. Czy powinna zabrać go ze sobą? A może tego właśnie chciała 

Dragweną? 

 
Grimwold krążył nerwowo po jaskini. 
– Nie wiem, jak zamierzasz nas wyprowadzić z groty. Myślisz, że Sarrenowie zdołają uciec 

przed armią? Spójrz na nas! – zatoczył ręką. – Z trudem wleczemy się o własnych siłach. Dokąd 
pójdziemy? Gdzie się ukryjemy? 

– Jak jest na dworze? – spytała. 
– Jak? 

background image

– Czy jest ciemno? 
– No tak, jest noc – rzucił niecierpliwie. – Słońce zaszło dobrą godzinę temu. I co z tego? To 

nam nic nie da. 

Armath świeci jak wszyscy diabli. Szpiedzy Dragweny natychmiast nas odnajdą. – Spojrzał 

na  Trimaka.  –  Niech  Rachel  i Eryk  odejdą,  jeśli  muszą,  ale  według  mnie  Sarrenowie  powinni 
pozostać  w Głębi  i walczyć,  dopóki  zdołają.  Jeśli  wyjdziemy  na  powierzchnię,  będziemy 

bezbronni. Tu przynajmniej mamy jakąś szansę. 

Kilku Sarrenów mruknęło z aprobatą. 
– Nie będziecie musieli uciekać ani walczyć – odparła Rachel, wodząc po nich wzrokiem. – 

Teraz mam nową moc. 

Ci,  którzy  odnieśli  poważne  rany,  natychmiast  wstali  i otrząsnęli  się,  nie  wierząc  własnym 

oczom. Ich rany zniknęły. Rachel poczuła, że potrzebne zaklęcia same wylewają się z jej głowy. 
To  zaklęcia  Dragweny,  pomyślała.  Które  przyda  się  najlepiej?  Które  z nich  zaskoczy  wiedźmę 

i pomoże im uciec? 

– Niech wszyscy przejdą do najwyższych korytarzy Głębi – rozkazała. 
– Dokąd nas zabierasz? – spytał Trimak. 
– Nigdzie nie jest bezpiecznie. Zabiorę was jak najdalej stąd. 
Kiedy mówiła te słowa, jej policzek pękł i odsłonił nowy kieł... a w ślad za nim całą wielką 

szczękę.  Wszystkie  zęby  wyciągnęły  się  łakomie  do  przodu,  jakby  usiłowały  dosięgnąć 
Sarrenów. Poczuła, że coś łaskocze ją w dziąsła, i domyśliła się, że to pająk zrodzony z jej śliny. 
Nie starała się go wypluć, wiedziała, że za chwilę wyklują się inne, które go zastąpią. 

– I lepiej się pospieszcie – dodała z goryczą. 

 

background image

18 

Kopiec 

 
Rachel została na chwilę sama. Snuła zaklęcie, które było im potrzebne do opuszczenia grot. 
Kiedy  było  już  gotowe,  świat  wyglądał  inaczej.  Wysoko  na  nocnym  niebie  pojawiło  się 

siedem  chmur,  które  ruszyły  w stronę  Głębi.  Przybyły  z zachodu  i płynęły  szybko,  choć  nie  aż 
tak, by się wyróżniać spomiędzy innych chmur. Przez parę kilometrów sunęły nad horyzontem, 
tuż  nad  niskimi  pagórkami,  po  czym  zbiły  się  w  jedną  nieprzeniknioną  masę,  która  zasłoniła 
księżyc. 

– Teraz – rzuciła Rachel strażnikowi. 
Uchylił  lekko  drzwi  i rozejrzał  się  ostrożnie.  Wojska  Dragweny  nadciągały  ze  wszystkich 

stron.  Sarrenowie  stłoczyli  się  w korytarzu  za  drzwiami,  nie  wiedząc,  czego  się  spodziewać. 
Przez  szparę  w drzwiach  wsączyła  się  zimna  mgła,  która  otuliła  wszystkich  mleczną  wilgotną 
bielą. 

–  Nie  bójcie  się  –  usłyszeli  głos  Rachel.  –  Niech  mgła  was  otoczy.  Wezwałam  ją,  by  was 

chroniła.  Pofruniemy  ukryci  w chmurze.  Przeniosę  was  w powietrzu.  Nie  spadniecie,  a podróż 
będzie krótka. 

W  następnej  chwili  wszyscy  unieśli  się  powoli,  jakby  ktoś  podłożył  pod  nich  miękką 

poduchę. Zawiśli w korytarzu z nogami dyndającymi parę centymetrów nad ziemią. 

– Jestem gotowa – oznajmiła Rachel. 

Sarrenowie  poszybowali  powoli  w nocne  niebo  –  jeden  po  drugim,  gdyż  drzwi  były  zbyt 

wąskie, by pomieścić wszystkich naraz. Łagodnie, jak para ulatująca z dziobka imbryka, opuścili 
Głębię  Latnap.  Zanim  ostatni  Sorren  zniknął  z korytarza,  Rachel  była  już  bardzo  wysoko  na 

niebie. 

W powietrzu pojawił się długi, cienki walec szarości; obracał się przez chwilę wokół własnej 

osi,  potem  ustawił  się  równoległe  do  horyzontu  i znieruchomiał.  Z daleka  wyglądał  jak  długa 
szara chmura. Doskonale krył tych, którzy się w nim znaleźli. Lekko poszybował na zachód wraz 

z innymi chmurami zasłaniającymi światło Armatha i gwiazd. 

– Przygotujcie się! – szepnęła Rachel. 
Chmura  stanęła,  choć  inne  dalej  sunęły  na  zachód.  Po  chwili  bezgłośnie  ruszyła  na 

południowy  zachód,  nisko  przy  ziemi.  Wielu  Sarrenów  wpadło  w panikę,  gdyż  przy  zmianie 

kierunku  chmura  mocno  nimi  szarpnęła.  Stopniowo  nabrali  szybkości  i pomknęli  przez  noc. 

Rachel otoczyła wszystkich zaklęciem ciepła, by ich ochronić przed lodowatym wiatrem. 

Samotne  prapsię,  śmigające  wysoko  po  niebie,  zobaczyło  mijającą  je  chmurę  i parę  razy 

mrugnęło oczkami. 

– Co to? – ćwierknęło, ale chmura już zniknęła, a parpsię po chwili o niej zapomniało. Dalej 

background image

przyglądało  się  maszerującym  żołnierzom  wiedźmy  i wilkom  –  od  Głębi  dzieliła  ich  już  tylko 

godzina marszu. 

Chmura  zatrzymała  się  nad  Kopcem,  niskim  pagórkiem  w pobliżu  południowego  bieguna 

Ithrei.  Podczas  podróży  przez  umysł  Dragweny  Rachel  dobrze  poznała  planetę.  Wiedziała,  że 
tutaj  szpiedzy  się  nie  zapuszczają.  Na  Kopcu  nie  było  niczego  z wyjątkiem  paru  mizernych 
drzewek, które jakimś cudem oparły się wichrom. 

Chmura łagodnie zstąpiła w dół i rozpłynęła się; Sarrenowie wysypali się z niej jak z worka. 

Kilku  od  razu  zerwało  się  na  równe  nogi,  z mieczem  gotowym  do  ciosu.  Grimwold  i Morpeth 
trzymali się blisko Rachel i uważnie obserwowali okolicę. 

Morpeth ujął Rachel za ręce. 
– Jesteś pewna, że powinnaś odejść? Czulibyśmy się bezpieczniej, gdybyś została. 
Rachel szczęknęła nowymi zębami. 
– A to? 
– Mógłbym się do nich przyzwyczaić – powiedział Morpeth i spuścił wzrok. – Nie wiem, czy 

się przyzwyczaję do życia bez ciebie. 

Rachel pogładziła jego gładki policzek. 
– Wiesz co, chyba wolałam, kiedy miałeś brodę. Dawny Morpeth bardziej mi się podobał. 
– Zapuszczę ją dla ciebie – odparł poważnie. – Po twoim powrocie. 
– Mogę cię zmienić już teraz, jeśli chcesz. 
Morpeth uśmiechnął się łobuzersko. 
– Och, no wiesz... chyba nie. Po raz pierwszy od pięciuset lat jestem wyższy od Trimaka. To 

miłe nie musieć ciągle podnosić głowy, kiedy się patrzy na innych! 

–  Nigdy  tego  nie  zauważyłam  –  szepnęła,  walcząc  ze  łzami.  –  Kiedy  na  ciebie  patrzyłam, 

zawsze mi się zdawało, że to ja muszę podnosić wzrok. 

Przytuliła się do niego. 
– Dokąd idzie Eryk? – spytał Morpeth. 
Rachel odwróciła się i ujrzała brata maszerującego w stronę odległego pagórka śniegu. 
– Eryk! – krzyknęła. – Wracaj! 
Nie zwrócił na nią uwagi. 
–  Dragwena  tu  jest  albo  była  –  rzucił.  –  Magia  ma  zapach...  –  Położył  się  na  brzuchu 

i rozłożył ręce. Zaczął węszyć, jednocześnie zataczając kółka dłońmi. – Znajdę ją! 

– Nie! – krzyknęła Rachel. 
Nagle,  bez  ostrzeżenia,  śnieg  przed  Erykiem  rozstąpił  się  i z ziemi  zaczęła  powstawać 

z wolna jakaś postać. 

Dragwena. 
Zanim chłopiec zdołał oprzytomnieć, wiedźma uderzyła go w twarz tak mocno, że przeleciał 

background image

w powietrzu parę metrów i upadł, zakrwawiony i nieprzytomny. 

–  Z tobą  rozprawię  się  później  –  oświadczyła.  Pierwszy  zareagował  Grimwold.  Wraz 

z kilkoma Sarrenami rzucił się na wiedźmę. Dragwena uderzyła każdego spojrzeniem, odrzucając 
ich  wysoko  pod  niebo.  Ale  zanim  zdążyli  spaść,  Rachel  podniosła  głowę  i unieruchomiła  ich 

w powietrzu, rozpiętych jak motyle na tle gwiazd. 

– Bardzo dobrze – odezwała się Dragwena – ale nie doskonale. 
Przeszyła  jej  umysł  bólem  ostrym  jak  nóż.  Rachel  wzdrygnęła  się  i na  chwilę  straciła 

panowanie nad swoimi myślami. To wystarczyło, by Grimwold i pozostali runęli w dół. 

Prosto na spotkanie śmierci. 
–  Cudownie  –  tchnęła  Dragwena.  –  Dziś  czeka  mnie  jeszcze  wiele  takich  przyjemności. 

Myślałaś,  że  mi  uciekniesz?  Ty  głupia,  przecież  śmierdzisz!  Nie  zdajesz  sobie  sprawy? 
Śmierdzisz magią. Rozpoznam twój zapach wszędzie. Ta chmura! Cóż za niezdarne przebranie. 
Łatwo  cię  było  rozpoznać.  A co  do  Eryka,  wiedziałam,  że  nie  zdoła  się  oprzeć  pokusie 

i wykorzysta  swój  niezwykły  dar,  by  mnie  odnaleźć.  Wszystko  to  było  dziecinnie  łatwe  –  bo 
jesteście tylko dziećmi. Zawsze będę umiała was przechytrzyć. 

Rachel wpatrywała się ze zgrozą w martwych Sarrenów. Przygotowała się na atak, sądząc, że 

wiedźma natychmiast się na nią rzuci. Tymczasem Dragwena powiedziała: 

– Musisz wiedzieć, że mnie nie pokonasz. Dlaczego w ogóle mi się sprzeciwiasz? Przyjdź do 

mnie  z własnej  woli,  a ja  oszczędzę  tych,  którzy  jeszcze  żyją.  Nawet  małego  Eryka.  Daję  ci 
słowo. 

Rachel sięgnęła błyskawicznie do umysłu wiedźmy. Dragwena nie spodziewała się tego i nie 

osłoniła  swych  myśli.  W chwilę  potem  zablokowała  je,  ale  było  już  za  A późno:  Rachel 
przekonała się, że Dragwena chce zadać wszystkim Sarrenom okrutną śmierć. 

–  Ty  się  boisz!  –  zrozumiała  Rachel.  –  W przeciwnym  razie  byś  tego  nie  powiedziała. 

Kłamiesz. Boisz się Eryka i boisz się mnie! 

Dragwena przestała udawać. 
– Czego się tak boisz, wiedźmo? 
Nie odpowiedziała. 
Rachel zamilkła. Po raz pierwszy poczuła, co ich dzieli. 
– Już wiem! Nie staję się taka jak ty! – Dotknęła swoich czterech szczęk. – Prawdę mówiąc... 

wcale nie zmieniam się w wiedźmę. 

– Nie możesz się dłużej opierać – syknęła Dragwena. – Przestań walczyć. 
Rachel przebiegła myślami wszystko, co się wydarzyło: Dragwena zadała jej ranę w wieży-

oku i bez końca powtarzała, że to może oznaczać tylko jedno. Rachel zastanowiła się głęboko... 

i zrozumiała prawdę. Odwróciła się do Dragweny. 

– To ty chciałaś mnie przekonać, że stanę się wiedźmą – szepnęła. – Wmawiałaś mi, że będę 

background image

taka jak ty, że zacznę myśleć jak ty, wyglądać jak ty. A ja w to uwierzyłam. – Dotknęła swoich 
włosów, rąk, czterech warg i uśmiechnęła się. – Moja magiczna moc się rozwija. Ale magia nie 
wie, czego chce. Morpeth nauczył mnie tego w Sali Śniadaniowej, kiedy musiałam wybrać kolor 
chleba. Całkiem zapomniałam o tej prostej prawdzie. Magia chce, żeby ją wykorzystać, ale trzeba 
nad nią panować. Moja moc pragnęła, by ją wykorzystać. A ja ją wykorzystałam, nie zdając sobie 

z tego  sprawy.  Byłam  tak  pewna,  że  staję  się  wiedźmą!  Dlatego  moc  mnie  w nią  przemieniła. 

Gdybym  dalej  w to  wierzyła,  może  rzeczywiście  stałabym  się  taka  jak  ty.  Tak  to  sobie 
zaplanowałaś. 

W ułamku chwili Rachel znowu przybrała dawną postać. Przerażające zęby zniknęły, włosy 

znów stały się ciemne. 

– Ty głupia, głupia wiedźmo – rzuciła – wiem, czego chcesz: wrócić na Ziemię, żeby zabić 

czarodziejów  i dzieci.  Ale  nie  zrobisz  tego  beze  mnie,  prawda?  Nie  masz  dość  sił.  A ja  ci  nie 
oddam mojej mocy! Łagodny głos już na mnie nie działa, tak samo jak inne sztuczki. – Spojrzała 
na nią bez lęku. – Wiele się nauczyłam. Mogę zniszczyć samą siebie, jeśli zechcę. Cokolwiek się 

stanie, nie zmienisz mnie w swoją wiedźmę. Nigdy, przenigdy nie dopuszczę do spełnienia tego, 

o czym mówi czarny wiersz. 

Dragwena sięgnęła do jej umysłu. Rachel pochwyciła jej myśl i odrzuciła. 
Dragwena wrzasnęła z wściekłości tak głośno, aż echo jej krzyku wstrząsnęło Kopcem. 
– Więc gotuj się do walki! – zawyła. – Już mi się na nic nie przydasz. Nie pozwolę ci dłużej 

żyć.  –  Jej  wytatuowane  oczy  płonęły  jak  węgle.  –  Walka!  Prawdziwa  walka!  Od  wielu  lat  nie 
zaznałam tej rozkoszy. 

– Walka na śmierć i życie – szepnęła Rachel. 
– Oczywiście. 
Dziewczynka usiłowała zachować spokój. Tego się nie spodziewała. 
– Znam kilka interesujących zaklęć – powiedziała słabym głosem. 
–  Rzeczywiście.  Pożyczyłaś  je  sobie  ode  mnie.  Ale  potrafię  się  przed  nimi  bronić.  Obyś 

miała nową broń, bo nasze starcie nie potrwa długo. 

– Obyś miała rację. 
– Ach, mówisz jak prawdziwa wiedźma – roześmiała się Dragwena. – Dzielna dziewczynko, 

czy wiesz, na ile sposobów mogę ci zadać śmierć? 

Rachel skinęła głową. 
– Znam wszystkie twoje zaklęcia. 
– Nie – odparła łagodnie Dragwena. – Znasz tylko te, które pozwoliłam  ci zobaczyć. Eryk 

pomógł ci znaleźć zaklęcia śmierci, lecz uciekłam, zanim trafiłaś na najstraszniejsze. To zaklęcia 

o największej mocy: zaklęcia zagłady. Nie możesz się przed nimi bronić, dziecko. Czy teraz się 

nie boisz? 

background image

– Boję się wszystkiego, co ciebie dotyczy. Ale nie marnowałabyś czasu, gdybyś ty także się 

mnie nie bała. 

Wiedźma przyjrzała się jej uważnie, nawet z podziwem. 
– Cóż za szkoda, że muszę cię zgładzić. Jednak jeśli będziesz tu żyć, za tobą przyjdą inni. 

Larpskendya dobrze spełnił swoją zapowiedź. Muszę mu za to podziękować. Z nowymi dziećmi 
nie  popełnię  już  tych  błędów  co  z tobą.  –  Cofnęła  się  o krok.  Dusza-żmija  przesunęła  ukośnie 
języczkiem po jej twarzy na znak rozpoczęcia walki. – Ponieważ starczyło ci odwagi, by mi się 
przeciwstawić,  czy  chcesz  rzucić  zaklęcie  jako  pierwsza?  Uważam,  że  zasługujesz  na  ten 

zaszczyt. 

Rachel  obejrzała  się  na  Eryka,  który  nadal  leżał  z twarzą  w śniegu.  Musiała  odciągnąć  od 

niego Dragwenę najdalej, jak można – jak najdalej od Kopca. Zmieniła się w kruka i wzbiła się 

pod niebo. 

Dragwena nie ruszyła za nią od razu. Zwróciła się do Sarrenów. 
– Patrzcie na tę scenę! – krzyknęła. – To będzie ostatnie, co ujrzą wasze oczy. Kiedy wrócę, 

zamienię was w popiół. 

Po chwili drugi kruk zaskrzeczał i rzucił się w pogoń za Rachel. 
Wszyscy  zebrani  na  Kopcu  wpatrywali  się  z przerażeniem  w dwa  czarne  ptaki,  bijące 

skrzydłami czerń nieba. 

 

background image

19 

Zaklęcie zagłady 

 
Rachel nie była gotowa do walki. Leciała przed siebie, ogarnięta paniką, nie wiedząc, dokąd 

uciec.  Gdzie  znajdzie  bezpieczne  schronienie?  Przeniosła  się  myślą  w Dzikie  Góry,  daleko  od 
Kopca. Bez wysiłku przemknęła nad górami i dolinami, zastanawiając się, jak wykorzystać nowe 
zaklęcia, skoro Dragwena zna je od tysięcy lat. Najpierw bezpieczeństwo, pomyślała. Trzeba stać 
się  niezauważalnym.  Tak  wyciszyła  łopot  skrzydeł,  że  zaczęły  poruszać  się  zupełnie 

bezszelestnie. W oczy sypał jej śnieg, więc frunęła na oślep, lecz i tak widziała świat z doskonałą 

wyrazistością. Armath świecił jasno, więc zmieniła kolor ciała, by odbijać jego blask. W oddali 
widać było najeżone wieże Pałacu, czarne jak węgiel na tle niemal czarnego nieba. 

Czy Dragwena szybko ją znajdzie? Tak. Czy mają zaatakować, czy się bronić? Zwróciła się 

z tym  pytaniem  do  zaklęć;  dały  jej  różne  odpowiedzi.  Czy  potrafi  zrobić  coś,  czego  nie  umie 
zrobić Dragwena? Czy ma broń, której wiedźma nigdy dotąd nie spotkała? Zaklęcia nie miały na 
to odpowiedzi. Raptem Rachel zdała sobie sprawę, że nie zagłuszyła swoich myśli. Wściekła na 
siebie, zarzuciła na nie ochronny czar. 

Dragwena znalazła się tuż obok niej, leciały skrzydło w skrzydło. 
–  Za  późno  –  rzuciła.  –  Trzeba  było  o tym  pomyśleć  wcześniej.  Słyszałam  wrzask  twoich 

myśli aż na Kopcu. Teraz wiem, że nie masz żadnej tajnej broni. Nie powinnaś się tak obnażać. 
Musisz mnie zainteresować, bo inaczej wydrę ci serce. 

Rachel zaczęła skakać z miejsca w miejsce, na oślep, byle gdzie: z Dzikich Gór do Smoczego 

Lasu,  z jeziora  Ker  do  Pałacu,  byle  szybciej,  nie  zatrzymując  się  nigdzie  dłużej  niż  na  parę 
sekund.  Po  drodze  zmieniała  także  postać,  usiłując  zmylić  wiedźmę.  W końcu  wtopiła  się 

w czarny kamień Pałacu, stała się ścianą i zamarła w trwodze. 

–  To  wszystko?  –  spytała  ściana  obok  niej.  –  Za  dobrze  znam  twoją  moc,  żeby  zwykła 

zmiana kształtu miała mnie zwieść. W wieży zaskoczyłaś mnie, zmieniając się w pyłek kurzu, ale 
drugi raz ci się to nie uda. Szybko, zaczynam się niecierpliwić. Olśnij mnie swoją magią! 

Rachel  przedzierzgnęła  się  w wilka  przemierzającego  pałacowe  ogrody.  Przybrała  jego 

zapach. Zmieniła się w żabę, poczuła jej śluz, zmieszała go z zapachem wilka i innych stworzeń. 
Po raz pierwszy pochwyciła zapach swojej magii i usunęła go. Przemierzyła wiele kilometrów, 
zdusiła wszystkie zapachy, stała się podmuchem bezwonnego powietrza, bez celu unoszącego się 

tu i tam. 

Tym razem Dragwena nie mogła jej znaleźć przez parę minut. Wreszcie czarna łapa strąciła 

ją z nieba. 

–  Interesujące  –  powiedziała  wiedźma.  –  Co  dalej?  Rachel  stworzyła  drugą  wiedźmę 

i chwyciła  ją  w wielką  czarną  łapę.  Dragwena  zrobiła  to  samo,  aż  ogromne  szpony  zasłoniły 

background image

Armath i całe niebo. 

Wreszcie Dragwena zeszła z Rachel na ziemię. 
–  Więc  potrafisz  tylko  naśladować?  –  spytała  ze  znudzeniem.  –  Miałam  nadzieję  na  coś 

bardziej interesującego niż... 

Rachel rzuciła się na duszę-żmiję wiedźmy. Pochwyciła jej umysł, pokierowała kłami i wbiła 

je w szyję Dragweny. 

Wiedźma krzyknęła i zaraz się opanowała, ale to wystarczyło – żmija miała służyć tylko do 

odwrócenia uwagi. Rachel rozświetliła swoje ciało i wyczarowała tysiąc innych Rachel, równie 
świetlistych jak ona. Uniosła je w powietrze. Przez chwilę całe niebo rozjarzyło się blaskiem tak 
olśniewającym,  że dotarł  nawet  do zdumionych  Sarrenów na Kopcu. Rachel  rozproszyła swoje 

sobowtóry  na  wszystkie  strony  –  na  ziemię,  drzewa,  skały,  wodę  i powietrze.  Nieustannie 
skupiała  na  nich  uwagę,  by  wyglądały  równie  realnie  jak  ona.  Dała  im  ten  sam  zapach,  wagę, 

rytm oddechu, puls – i umieściła je w każdym zakątku Ithrei. 

 
Kilka  Rachel  spoglądało  w dół  na  Pałac.  Unosząca  się  między  nimi  prawdziwa  Rachel 

obserwowała wiedźmę, która przez chwilę stała naprawdę oszołomiona. 

Nagle Dragwena wyrosła tuż przed nią i parsknęła głośnym śmiechem. Rachel krzyknęła ze 

strachu  –  i tylko  to,  nic  więcej,  zdradziło  jej  tożsamość.  Zbyt  późno  zauważyła,  że  Dragwena 
przed każdą Rachel postawiła swoją śmiejącą się replikę. 

–  Ach,  to  było  bardzo  dobre  –  wycedziła  wiedźma.  –  Doskonałe!  Gdybyś  jeszcze  kazała 

krzyknąć wszystkim Rachel, może byś mnie nabrała. Ale chyba wymagam od ciebie zbyt wiele. 
Trzeba  wielu  lat  praktyki,  żeby  stać  się  prawdziwą  wiedźmą,  a tobie  nie  zostało  aż  tyle  czasu, 

prawda? – Wyszczerzyła zęby. – Staraj się dalej. Nie mam ochoty zabijać cię już teraz. 

Rachel  rzuciła  się  do  ucieczki  przez  całą  Ithreę,  usiłując  zyskać  trochę  czasu  na 

zastanowienie. Co jeszcze może wymyślić? No, wysil się, rozkazała sobie. Myśl! Coś zupełnie 

innego... 

Dragwena  od  niechcenia  podążała  za  nią.  Nie  spieszyła  się;  ta  zabawa  zaczęła  się  jej 

podobać.  Być  może  czekają  I ją  jeszcze  jakieś  niespodzianki?  Zdała  sobie  sprawę,  że  Rachel 
zatrzymała  się  w Smoczym  Lesie,  jakby  nie  było  już  innych  miejsc  na  planecie.  Wiedźma 
poszybowała  w dół.  Doskonale  wiedziała,  gdzie  szukać  dziewczynki.  Ale  zamiast  pomiędzy 
mrocznymi  drzewami,  znalazła  się  w tropikalnej  dżungli.  Na  miejscu  czarnej  martwej  ziemi 
ujrzała tryskającą życiem soczystą trawę. A na trawie, pomiędzy pióropuszami paproci, siedział 

po turecku czarodziej o wielobarwnych oczach. 

– Larpskendya! – krzyknęła Dragwena. 
–  Mówiłem,  że  zawsze  będę  bronić  tego  świata  –  powiedział.  –  Myślałaś,  że  ci  pozwolę 

dogonić Rachel? 

background image

Dragwena upadła na kolana i ukryła twarz w dłoniach. 
– To niemożliwe! 
W  chwili,  gdy  odwróciła  od  niego  spojrzenie,  Larpskendya  zniknął,  a na  jego  miejscu 

pojawiło  się  zawieszone  w powietrzu  ostrze.  Rachel  stworzyła  je  ze  wszystkich  dostępnych  jej 
zaklęć  śmierci.  Rzuciła  je  w chwili,  gdy  Dragwena  była  wytrącona  z równowagi, 
nieprzygotowana. Ostrze wbiło się głęboko w ciało wiedźmy i rozdarło je na strzępy. 

Wiatr  rozwiał  szczątki  Dragweny,  rozrzucił  je  na  szarym  śniegu.  Rachel  znowu  stała  się 

dziewczynką.  Przez  jakiś  czas  przyglądała  się  odłamkom  kości  i ochłapom  mięsa,  ostrożnie 
dotykała ich czubkiem buta, nie mogąc uwierzyć, że jej podstęp rzeczywiście zadziałał. 

Nagle za jej plecami rozległo się powolne klaskanie. 
Dragwena biła jej brawo, cała i zdrowa. 
– Ach, doskonale – przyznała. – Cudownie! Jakąż fantastyczną wiedźmą mogłabyś się stać! 

Co  za  odwaga!  Odnaleźć  to,  czego  boję  się  najbardziej,  i wykorzystać  przeciwko  mnie. 

W ostatniej  chwili  zdołałam  przybrać  postać  drzewa.  –  Złożyła  jej  uroczysty  ukłon.  –  Walka 

z tobą jest dla mnie zaszczytem. Będziemy kontynuować? 

Rachel przyjrzała się jej. W oczach wiedźmy nie było strachu, tylko satysfakcja i ożywienie. 

Dragwena nawet nie zaczęła walczyć naprawdę. W każdej chwili mogła rozpocząć atak. Rachel 
uciszyła  hałasujące  w jej  mózgu  zaklęcia  i spróbowała  przywołać  wspomnienia  Dragweny. 
Musiało być w nich coś, co jej się przyda! Co jest słabością Dragweny? Dokąd wiedźma nigdy 
się za nią nie zapuści? Ach, oczywiście! 

Zmieniła się w rakietę i wystartowała w niebo. Chmury muskały jej twarz, powietrze stawało 

się coraz rzadsze. 

– Co znowu wymyśliłaś? – spytała Dragwena, podążająca za nią także jako rakieta. 
Rachel  zamknęła  umysł,  ale  Dragwena  wyczuła  jej  zamiar  na  chwilę  przed  nią  i zdążyła 

odczytać jej intencje. Cisnęła nią o ziemię. 

– Ty głupia – warknęła. – Gdybyś nie zamknęła myśli, nie chciałoby mi się do nich zajrzeć, 

a potem  byłoby  za  późno.  Mogłaś  mi  uciec!  Zmarnowana  szansa.  Wiesz,  że  nie  mogę  opuścić 
Ithrei, ale dlaczego nie wyobraziłaś sobie, że jesteś już poza nią? Nigdy bym za tobą nie poszła. 

A ty zrobiłaś to, co oczywiste: zaczęłaś lecieć. Ciągle myślisz jak dziecko. 

Rachel natychmiast spróbowała wyobrazić sobie, że jest już w przestrzeni kosmicznej, ponad 

Ithreą. Jej ciało poderwało się do góry i uderzyło o ziemię, zatrzymane przez niewidzialną tarczę 
Dragweny.  Dziewczynka  odczekała  chwilę,  by  dojść  do  siebie,  i pofrunęła  przed  siebie, 
rozpaczliwie szukając pęknięcia w tarczy. Nie znalazła go. Ponad nią lśniły gwiazdy. Wydawały 
się bardzo bliskie. Rachel wyciągnęła do nich ręce, szukając drogi ucieczki. 

Wiedźma pojawiła się obok niej. 
–  Nasza  mała  utarczka  chyba  dobiega  końca  –  powiedziała.  –  Pomyliłam  się,  sądząc,  że 

background image

zdołam się tobą posłużyć. Prawdopodobnie od samego początku powinnam skoncentrować się na 

twoim  bracie.  –  Uśmiechnęła  się  i przyciągnęła  Rachel  do  siebie.  –  Eryk  ma  mi  wiele  do 
ofiarowania.  Po  pewnym  przeszkoleniu  zdoła  usunąć  magiczne  więzy  Larpskendyi  wokół  tego 
świata. Być może to właśnie on pomoże mi ziścić mroczną prze... 

Rachel rzuciła w nią zaklęciem oślepiającym. Ich twarze znajdowały się tak blisko siebie, że 

Dragwena  nie  zdążyła  nawet  zamknąć  oczu.  Szmaragdowe  ostrza  zaatakowały  jej  twarz 

i zniknęły, nie czyniąc wiedźmie szkody. 

– Znam sposoby obrony przed twoimi zaklęciami – szepnęła wiedźma. – Eryk nie będzie tak 

walczył. Jest taki mały... Na pewno łatwiej będzie go przekonać. 

Rachel krzyknęła i znowu zmieniła postać, ale tym razem Dragwena nie rzuciła się w pościg. 

Strąciła Rachel z nieba i zawlokła ją na Kopiec. 

Rachel ujrzała Morpetha, Trimaka i resztę Sarrenów, którzy odwrócili się ku nim z nadzieją 

w oczach. Eryk leżał w ramionach Morpetha, ciągle nieprzytomny. 

–  Widzisz  te  ich  przestraszone  twarzyczki?  –  spytała  Dragwena.  –  Chcę,  żeby  wszyscy 

zobaczyli twoją klęskę, koniec ich dziecka-nadziei. Potem zabiję Morpetha i Trimaka – powoli, 
bardzo powoli. Ich agonia może trwać nawet i sto lat. Eryk mi pomoże. Pozostali się nie liczą. – 
Parsknęła śmiechem. – Gdzie teraz jest twój wspaniały Larpskendya? Gdzie jest czarodziej, który 
obiecał cię obronić? 

Rachel  wpadła  na  ostatni,  rozpaczliwy  pomysł.  Uniosła  głowę  i spojrzała  w Armath. 

Zaczerpnęła oddechu i wykrzyczała wiersz nadziei. 

Powietrze zafalowało lekko. Wszyscy obecni na Kopcu poczuli tę zmianę, nawet wiedźma. 

Rachel  i Sarrenowie  zamarli  w oczekiwaniu,  ale  czegoś  zabrakło.  Słowa  rozpłynęły  się 

w nocnym powietrzu, a Armath świecił równie zimno jak zwykle. 

Rachel opuściła głowę. Nie miała już siły. Upór, odwaga, cała jej magiczna moc – wszystko 

to  na  nic  jej  się  nie  przydało.  Gdzie  Larpskendya?  Dlaczego  nie  nadchodzi?  Spojrzała  na 
kulących  się  Sarrenów  i na  buzię  Eryka,  którego  tulił  w ramionach  Morpeth.  I nie  znalazła 
żadnego nowego pomysłu. 

–  Przygotuj  się  na  śmierć,  dziewczynko  –  odezwała  się  Dragwena.  –  Przyzywam  zaklęcie 

zagłady. 

Powoli  wyszła  na  środek  Kopca  i uniosła  ramiona.  Zaintonowała  zaklęcie  w języku  Ool, 

swego rodzinnego świata. Rachel rozpoznała parę słów, które zawierały w sobie zaklęcia śmierci, 

ale  większość  była  dla  niej  zupełnie  nowa.  Oto,  zdała  sobie  sprawę,  najpotężniejsze, 
najstraszniejsze  zaklęcie,  którego  Dragwena  do  tej  pory  nigdy  nie  zdradziła  –  zaklęcie 

o niewyobrażalnej mocy. Zaczęła szukać czegoś – czegokolwiek – na swoją obronę. 

Zaklęcie  zagłady  pojawiało  się  z wolna,  leniwie.  Dragwena  nie  zamierzała  się  spieszyć. 

Z zamarzniętych  czeluści  północy  nadciągnęła  gigantyczna  trąba  powietrzna.  Ukazała  się  wiele 

background image

kilometrów  od  nich,  jak  piekło  szalejących  wichrów.  Jej  ogromny  cień  padł  na  ziemię,  śnieg 

i blask  gwiazd.  Przeszedł  nad  Dzikimi  Górami,  zasłonił  Armath.  Góry  i strumienie  zniknęły, 

a dziki wiatr uderzył w Kopiec. 

Sarrenowie  patrzyli  na  to  przerażeni,  lecz  nie  rzucili  się  do  ucieczki.  Trimak  ruszył  wraz 

z innymi ku Rachel; brnęli ku niej w milczeniu, zgięci pod uderzeniami wichru. Morpeth zawahał 
się,  powiódł  spojrzeniem  od  Eryka  do  Rachel.  W końcu  odszedł  z nim  parę  kroków,  otulił  go 
kurtką,  położył  delikatnie  na  śniegu  i wymamrotał  trzy  słowa.  Nie  było  to  zaklęcie  ochrony. 
Morpeth  wiedział,  że  jego  moc  jest  zbyt  słaba,  by  bronić  chłopca.  Były  to  słowa  przeprosin, 
których Eryk prawdopodobnie nie usłyszał. Morpeth pocałował go w czoło i szybko dołączył do 
pozostałych. 

Sarrenowie otoczyli Rachel. Ci, którzy mieli miecze, skierowali je ku Dragwenie. 
Wiedźma parsknęła śmiechem. 
– Miecze? Rozczulające. 
Ogromna  trąba  powietrzna  dotarła  do  Kopca.  Zatrzymała  się  nad  głową  Dragweny,  wir 

kłębiących  się  sinych  i czarnych  chmur.  Dragwena  zakreśliła  w powietrzu  jakiś  kształt. 

W ułamku  chwili  chmura  utworzyła  cienką  spiralę,  nie  grubszą  od  sznura.  Wiedźma  wyjęła 
swoją  szczękę  z zawiasów;  opadła  jej  na  brodę,  a spirala  natychmiast  wskoczyła  jej  do  ust. 
Dragwena zadygotała z rozkoszy. 

Wir zniknął w jej gardle. Wiedźma zatrzasnęła usta i uśmiechnęła się do Rachel. 
– Gotowa? 

Tak! – ryknął stojący najbliżej Sarren. Dragwena odwróciła się do niego i wyzwoliła zaklęcie 

zagłady. 

Spomiędzy jej warg wytrysnął gruby słup czarnego dymu. W jego kłębach wirowały tysiące 

szczęk. 

Rachel  otoczyła Sarrenów kilkoma pierścieniami ochronnymi, ale na nic się one nie zdały. 

Pierwszy Sarren, który znalazł się na drodze dymu, padł, rozdarty na strzępy. Rachel przeniosła 
pozostałych do bezpiecznego miejsca u stóp Kopca, a sama stawiła opór zaklęciu. 

Osłoniła  swe  ciało  kilkoma  zaklęciami,  ale  zęby  kryjące  się  w kłębach  dymu  były 

niepokonane.  Rachel  usiłowała  je  odeprzeć  wszystkimi  znanymi  sobie  sposobami:  zaklęciami 
obronnymi,  zabijającymi,  paraliżującymi  i w końcu,  gdy  zęby  przegryzły  wszystkie  bariery, 

nawet paznokciami. 

Ale  wszystko  to  na  nic  się  nie  zdało.  Dragwena  wybuchnęła  skrzeczącym  śmiechem,  gdyż 

zęby zaczęły pożerać wargi i oczy Rachel. 

 

background image

20 

Manag 

 
Rachel czuła, że zęby odrywają z jej twarzy kawały mięśni i skóry, masakrują jej ręce i nogi, 

wgryzają się w szyję, szukając najszybszego sposobu zadania jej śmierci. Wżerały się w jej ciało 

i szeptały słowa zaklęcia zagłady. 

Rachel  wytrzymała  wszystko.  Całą  swą  siłę  skupiła  na  jednym  zaklęciu,  zobojętniającym 

ciało  na  ból.  Czekała  w nieskończoność,  aż  wszystkie  zęby  wczepiły  się  w jej  ciało.  Wreszcie, 
gdy usłyszała szept ostatnich szczęk, poznała pełne znaczenie zaklęcia. 

Zacisnęła pięści i wyrwała swoją żuchwę z zawiasów. Szczęka zawisła nisko, na miejscu ust 

pojawił się wielki otwór. Przez bulgot krwi i powietrza wykrztusiła niezbędne słowa. W tej samej 
chwili zęby przestały kąsać. Czarna kolumna dymu i szczęk wlała się do jej ust i wypełniła ją. 

Zmasakrowana, zakrwawiona Rachel spojrzała spokojnie na Dragwenę. 
–  Przygotuj  się  –  wymamrotała.  –  We  śnie-marze  Larpskendya  nauczył  mnie,  że  na  każde 

zaklęcie zła istnieje zaklęcie dobra, wiedźmo. Lepiej uciekaj, zanim cię dopadnie! 

Odkaszlnęła. Z jej ust wypłynął błękitny dym i powoli podryfował ku Dragwenie. 
– Co to? – spytała wiedźma, cofając się nerwowo. – Nie możesz użyć zaklęcia zagłady. Jest 

tylko moje! 

Rachel przycisnęła pierś obiema rękami i dalej kaszlała. Błękitny dym wydobywał się z niej 

coraz gęstszymi obłokami. Rachel zaintonowała zaklęcie w języku wiedźmy, lecz wypowiadała 
je od tyłu. Spłynęło z jej ust i pofrunęło w ślad za dymem. 

Nagle w oczach Dragweny błysnęło zrozumienie. 
– Odwróciłaś je – szepnęła. – Odwróciłaś zaklęcie zagłady. Zło w dobro... Nie, to się nie uda. 
Ale  ciągle  się  cofała.  Pierwsza  macka  dymu  dotknęła  jej  nogi.  Wiedźma  krzyknęła  z bólu 

i rzuciła się do ucieczki. 

Z ust Rachel popłynęły słowa. Dragwena uniosła ręce i wzbiła się w powietrze. Macka dymu 

chwyciła ją i ściągnęła na ziemię. Błękitna kolumna pochłonęła ją gwałtownie, wlała się do nosa, 
gardła  i oczu.  W jej  kłębach  nie  było  zębów,  ale  wiedźma  zawyła  i zaczęła  się  miotać,  jakby 
wdychała żywy ogień. 

Potem  słowa  umilkły  tak  nagle,  jak  się  pojawiły.  Odwrócone  zaklęcie  dobiegło  do  końca. 

A kiedy się to  stało,  rany Rachel  znikły. Dziewczynka zamknęła usta i ostatnie błękitne smużki 
rozpłynęły się w powietrzu. 

Wszyscy spojrzeli na Dragwenę. 
Leżała na ziemi, a jej ciało spowijał błękitny ogień. Ale nadal żyła. Z ogromnym wysiłkiem 

podniosła głowę i wykrztusiła: 

– Manag... Manag... 

background image

Z jej ust wypłynął dym gęsty jak klej. Zawisł na końcu języka, skapnął na ziemię. 
W  powietrzu  zmienił  się  w potwora  o zielonych  oczach  i paszczy,  która  mogłaby  połknąć 

cały Kopiec. 

Sarrenowie spojrzeli rozpaczliwie na Rachel, ale była równie bezradna jak oni. 
Dragwena  podniosła  się  z ziemi.  Po  jej  ciele  przemknęło  jadowicie  zielone  światło,  które 

zdusiło błękitne płomienie. 

–  Myślałaś,  że  zaklęcie  zagłady  to  tylko  parę  błyszczących  zębów?  –  zadrwiła.  –  To 

niezliczone zaklęcia, wszędzie, gdzie tylko zechcę. Tym razem odwrócenie nie zadziała. 

Pocałowała  powietrze.  Rachel  zesztywniała,  otoczona  nagle  pierścieniem  migotliwego 

zielonego  ognia.  Manag  zrozumiał  rozkaz,  rozczapierzył  ogromne  pazury  i zanurkował  ku 
Rachel, by rozedrzeć ją na strzępy... 

 
Morpeth podbiegł do Eryka i szarpnął nim mocno. 
– Wstawaj! Obudź się! – błagał. 

W końcu chłopiec otworzył oczy i chwiejnie podniósł się z ziemi. Powlókł się, potykając, ku 

Rachel  i stanął  przed  nią,  maleńki  w porównaniu  z gigantycznym  Managiem.  Wyciągnął  ręce, 
bez żadnego wysiłku przebił ciało potwora i zatrzymał  go. Ale czar, który powołał Managa do 
życia, ciągle się zmieniał, walczył. W końcu jego tchnienie powaliło Eryka na ziemię. Upadł na 
Rachel, nadal dziko machając rekami. 

– Nie mogę go zatrzymać! – krzyknął. – Nie mogę! Jest zrobiony z milionów zaklęć. Jest ich 

za dużo, nie mogę ich zatrzymać! 

– Zaśpiewaj zaklęcie nadziei – rzuciła Rachel. – Śpiewaj! Śpiewaj! 
Eryk  przycisnął  obie  ręce  do  pyska  Managa.  Odwrócił  się  w stronę  oceanu  Endellion 

i zaśpiewał cienkim głosikiem: 

 
Ciemna dziewczynka się zjawi, 
Nieprzyjaciół wybawi,  
Śpiew w harmonii usłyszycie,  
Powstanę ze snu i morza o świcie,  
A wy jak dzieci się ucieszycie. 

 
Manag otworzył oczy. 
– Jeszcze raz! – krzyknęła Rachel. 
– Ciemna dziewczynka... – zaczął Eryk i tym razem Rachel do niego dołączyła. Dwa czyste 

głosy  stopiły  się  w harmonii.  Śpiewali  raz  za  razem,  bez  ustanku,  coraz  głośniej,  aż  usłyszeli 
jakiś prastary dźwięk, który obudził się z uśpienia – bicie ogromnego serca. 

background image

Manag zatrzymał się. Stanął nad Rachel i spojrzał niepewnie na Dragwenę. 
–  Dalej!  –  wrzasnęła  wiedźma.  –  Zabij  ją!  Zabij!  Manag  rozczapierzył  szpony,  nadal 

ociągając się z wypełnieniem rozkazu. 

– Zgładź ją! – rozkazała wiedźma. – To ja cię stworzyłam! Nakazuję ci to zrobić! 
Manag pochylił się nad Rachel i rozdziawił paszczę, ale ciągle nie spieszył się z atakiem. 
Dragwena obsypała go zaklęciami, pod którymi zaczął jęczeć z bólu, lecz coś najwyraźniej 

go powstrzymywało. Stał nieruchomo, spoglądając na Dragwenę i Rachel. Wreszcie porzucił je 

obie  i odwrócił  się  z lękiem  na  zachód.  A gdy  wszyscy  inni  poszli  za  jego  przykładem, 
przekonali się, że wokół nich zaszły ogromne zmiany. 

W środku nocy, gdy Armath stał w pełni na środku nieba, nad horyzontem rozpoczął się świt. 
Początkowo  był  to  tylko  słaby  pomarańczowy  blask  nad  Zachodnimi  Górami,  ale  wkrótce 

słońce  powstało  w całej  swej  chwale  i z nieprawdopodobną  prędkością  wydźwignęło  się  na 

niebo. I nie było to owo słabowite blade słońce, które od tak dawna wisiało nad Ithreą. To słońce 
było wspaniałe i złociste, niemal boleśnie jasne. Zawisło na niebie, a pod jego promieniami gęste 
chmury  rozstąpiły  się  i zniknęły  po  raz  pierwszy  od  tysięcy  lat.  Sarrenowie  otworzyli  usta  ze 
zdumienia,  gdy  na  ich  policzki  padło  ciepłe  światło.  Dragwena  zachwiała  się  i krzyknęła 
boleśnie, nie mogąc znieść dotyku promieni.  Wezwała Managa  i ukryła się pod nim, chowając 

twarz w dłoniach. 

Sarrenowie  czekali  na  dalszy  rozwój  wypadków.  Wysoko  na  niebie,  poza  wstającym 

słońcem,  gdzie  niebo  było  jeszcze  czarne,  wydarzyło  się  coś  równie  nieprawdopodobnego: 
Armath, wielki księżyc zawieszony nisko nad Dzikimi Górami, spadł z ogłuszającym chlupotem 

do oceanu. 

– Co się dzieje? – krzyknął Trimak. 
–  Nie  wiem  –  szepnął  Morpeth,  wpatrując  się  we  wzbudzoną  przez  księżyc  fantastyczną 

fontannę wody. 

Zielony pierścień ognia wokół Rachel zniknął. Podbiegła do innych; Morpeth spojrzał na nią 

i dostrzegł w jej oczach ogniki światła. 

– Patrz! – zawołał Trimak. – Patrz na gwiazdy! 
Na niebie nad Ithreą, najpierw po jednej, potem setkami, gwiazdy zaczęły spadać i w ślad za 

Armathem pogrążały się w oceanie. Tymczasem słońce nadal mknęło w górę, aż zatrzymało się 
wysoko nad ich głowami. Kopiec zalał olśniewający blask. 

Dragwena zakryła twarz suknią; z jej oczu pociekły strużki krwi. 
Morpeth  był  tak  zdumiony,  że  nawet  nie  patrzył  na  wiedźmę.  Wskazał  na  wodę,  w której 

zatonęły ostatnie gwiazdy. 

– Jak to możliwe, że widzimy ocean? – szepnął. – Powinien być zamarznięty. 
Odpowiedź  nadeszła  wkrótce.  Ocean  Endellion  uniósł  się  w górę,  z początku  niemal 

background image

niedostrzegalnie,  by  wkrótce  wyłonić  się  zza  Zachodnich  Gór.  Na  ich  oczach  spienione  fale 
wylały  się  zza  najwyższych  szczytów  i z przerażającą  szybkością  runęły  ku  nim,  pochłaniając 

ziemie na swojej drodze. 

Morpeth wskazał na wschód. Stamtąd, z dalekich rubieży świata, gdzie nie zapuścił się nigdy 

żaden Sarren, nadpełzał jeszcze potężniejszy ocean. 

– Dlaczego się nie boimy? – spytał Trimak. – To powinno być straszne. 
Sarrenowie  zdali  sobie  sprawę,  że  przepełnia  ich  zdumienie,  lecz  nie  strach.  Zrozpaczona 

Dragwena wezwała słabym głosem Managa. Ledwie miała siłę podnieść głowę. Manag skurczył 
się i przypełzł do niej, by ją osłonić przez palącym słońcem. 

Rachel  szepnęła  coś  Erykowi  do  ucha.  Chłopiec  zaśmiał  się  i oboje  zwrócili  się  twarzą 

w stronę nadciągających wód. 

– Przybądź, czarodzieju! – zaśpiewali razem. – Przybądź ze snu i morza o świcie! 
I  wreszcie  go  ujrzeli:  Larpskendya  wyłonił  się  ze  spienionych,  bijących  o siebie  fal, 

przybrawszy  postać  srebrzystego  ptaka.  Był  tak  wielki,  że  wody  oceanu  niemal  nie  mogły 
pomieścić  jego  łopoczących  skrzydeł.  Powoli,  dostojnie  uniósł  się  nad  wodę  i skierował  ku 
Kopcowi.  Wykrzyknął  grzmiącym  głosem  słowa  zaklęcia  nadziei,  które  wypełniły  świat 
dźwiękiem  tak  pięknym,  że  nie  można  go  opisać  słowami.  Oczy  czarodzieja  lśniły  wszystkimi 
kolorami tęczy. 

Dragwena spojrzała na niego. W tej samej chwili  Larpskendya zakuł  ją w zaklęcie strachu: 

w jego oczach ujrzała milion ponurych dzieci, ostrzących noże o kamienne ściany. Wrzasnęła na 
całe gardło. 

– Zabij go! – rozkazała Managowi. – Zabij czarodzieja! 
Wielki cień porzucił ją bez wahania. Larpskendya odwrócił się ku niemu. Manag skurczył się 

tak  bardzo,  że  stał  się  malutką  kropką  mknącej  w powietrzu  czerni.  Spotkali  się  kilometr  nad 
oceanem. Larpskendya połknął Managa, nawet nie otwierając dzioba. 

Dragwena szarpnęła się w spazmie bólu, gdy jej twór został unicestwiony. 
– Jeszcze cię zabiję!  – wrzasnęła i popędziła ku Sarrenom  z twarzą wykrzywioną strachem 

i wściekłością. – Nawet w tym poniżeniu zdołam cię zniszczyć! 

– Formować szyk! – krzyknął Trimak i Sarrenowie ustawili się między dziećmi i wiedźmą. 
Dragwena roztrąciła ich niecierpliwie, nie zważając na ciosy mieczów, które nie czyniły jej 

szkody. Wyrwała Eryka z uścisku Rachel i poszybowała z nim na niskie wzgórze. Rachel posłała 
za  nią  kaleczące  zaklęcia,  lecz  Dragwena  przedarła  się  przez  nie  i pociągnęła  chłopca  przez 
śnieg. 

Larpskendya  śmignął  nad  oceanem.  Z ogromną  prędkością  leciał  ku  Dragwenie,  lecz  ona 

przyciągnęła Eryka do siebie, jakby zamierzała skręcić mu kark. 

– Patrz! – zawyła. – Nie możesz go uratować! Jeszcze jedno dziecko zginie z mojej ręki! 

background image

Ale gdy zacisnęła chwyt, Eryk wyszeptał tylko jedno słowo. 
Dragwena  skrzywiła  się  z bólu.  Puściła  Eryka  i zatoczyła  się  do  tyłu.  Z ucha  pociekła  jej 

krew. 

–  Co  to?  –  wydyszała.  –  Zaklęcie  rozwiązujące?  Nie...  nie  mogę  ponieść  klęski...  z ręki 

dziecka! 

Powlokła  się  ku  Erykowi,  ale  on  bez  trudu  umknął  jej  wyciągniętym  łapom  i schronił  się 

w ramionach Rachel. 

Wiedźma nie mogła go ścigać. Padła na ziemię, wijąc się w drgawkach, a potem, zaciskając 

pięści,  by  odzyskać  nad  sobą  panowanie,  wydała  straszny  wrzask  i zaczęła  się  zmieniać: 
czerwona  jak  krew  skóra  zeszła  z niej  płatami  i Dragwena  zamieniła  się  w węża.  Potem  skóra 
znowu  się  złuszczyła,  a spod  niej  wyłonił  się  małż,  kruk  i wilk,  potem  czarny  potwór  pełen 
wijących  się  węży  i ohydne  stworzenie,  a spomiędzy  jego  połamanych  zębów  uciekały  pająki. 
Wiedźma  stała  się  wszystkim,  w co  się  kiedykolwiek  zmieniła,  transformacja  zachodziła  coraz 

szybciej  i szybciej,  aż  wreszcie  wizje  zlały  się  w jeden  ciąg,  a wrzaski  zmieniły  się 

w przerażające wycie. 

 
Ale  to  jeszcze  nie  był  koniec.  Dragwena  zdołała  pokonać  gigantyczną  nienawiść 

i rozczapierzając czarne szpony, skoczyła na dzieci. 

Rachel  krzyknęła  i w tej  samej  chwili  z nieba  spadł  Larpskendya.  Śmignął  tuż  nad  ziemią, 

pochwycił wiedźmę i uniósł się w górę razem z nią. 

Wszyscy  patrzyli  z zapartym  tchem,  jak  Dragwena,  maleńka  w ogromnym  dziobie  niczym 

pyłek,  rozwiera  go  z wysiłkiem.  Dyszała  i dygotała;  usiłowała  zebrać  wszystkie  znane  sobie 
zaklęcia  i zmienić  je  w  jedno  śmiercionośne  żądło.  Ale  Larpskendya  nie  obawiał  się  jej  mocy 
Stopniowo zwierał dziób, miażdżąc wiedźmę. Wreszcie Dragwena nie mogła się dłużej opierać, 
kolana ugięły się pod nią, wbiły się w jej ściśniętą klatkę piersiową, a kręgosłup pękł z głośnym 
trzaskiem, słyszalnym nawet na ziemi. Wiedźma wydała ostatni wrzask rozpaczy. 

– Siostry! – zawyła. – Pomścijcie mnie! 
Larpskendya  zatrzasnął  dziób  i wiedźma  zginęła.  W tej  samej  chwili  w powietrzu,  gdzie 

znajdowało  się  jej  ciało,  zabłysło  malutkie  zielone  światełko.  Niezauważone  przez  nikogo, 
uniosło  się  wysoko  w górę,  przebiło  atmosferę  i poszybowało  w przestrzeń  kosmiczną. 
Kierowało się w stronę odległej planety wiedźm... 

 

background image

21 

Wybór 

 

Wszyscy  zebrani  na  Kopcu  patrzyli  z szacunkiem  na  Larpskendye,  który  nadal  unosił  się 

w powietrzu, bijąc wielkimi skrzydłami. Eryk podbiegł do niego i podskoczył, żeby musnąć jego 
pióra, ale czarodziej zwrócił wielobarwne oczy tylko i wyłącznie na Rachel. 

I w tej krótkiej  chwili jego spojrzenie mówiło o wielu  różnych sprawach: przepraszał  za to, 

że  dopuścił  do  takiego  zła,  powiadomił  o wyborze,  który  ich  czekał,  i wyraził  ogromne, 
rozpierające  serce  szczęście  z powodu  tego,  co  się  miało  wydarzyć.  W końcu  pochylił  się  nad 

Rachel i dotknął jej twarzy. Całym jej ciałem wstrząsnął niezwykły dreszcz. 

– Dar – przemówił Larpskendya – dar, którego nie powierzono żadnej ludzkiej istocie. 
Rachel zadrżała, ponieważ zrozumiała jego słowa. Spróbowała wyrazić swoją wdzięczność, 

lecz Larpskendya natychmiast dodał do daru również zadanie i ostrzeżenie. 

W końcu odwrócił głowę, wzbił się w niebo i zniknął na zachodzie. 
–  Do  widzenia,  czarodzieju  –  powiedziała  Rachel  ze  spuszczonymi  oczami,  ponieważ  nie 

mogła patrzeć na tak olśniewającą wspaniałość, tak jak nie można patrzeć prosto w słońce. 

Na Kopcu zapanowało milczenie. Wszyscy wpatrywali się w jego powoli znikającą w oddali 

sylwetkę o ogonie ozłoconym promieniami. 

Nagle padły na nich dwa wielkie cienie. 
– Uwaga! – krzyknął Trimak. 

Kiedy dzieci i Sarrenowie spoglądali za oddalającym się czarodziejem, oceany nadal sunęły 

w ich stronę. Nagle na Kopiec spadły potężne fale, jakby właśnie rozpętał się potop, po którym 
nastąpi koniec świata. Nikt nie miał czasu uciekać ani szukać kryjówki. Jednak oceany, zamiast 
zmiażdżyć ich impetem swoich fal, zatrzymały się na skraju wzgórza i coś z siebie zrzuciły. 

Morpeth  patrzył  z otwartymi  ustami,  jak  z fal  ześlizguje  się  –  coś  takiego!  –  strażnik 

Dragweny. Zeskoczył na ziemię i uśmiechnął się szeroko. 

– Jestem wolny! – zawołał, pocierając głowę. Skłonił się na wszystkie strony i wykrzyknął 

swoje imię. 

– Wolny? – roześmiał się jeden z Sarrenów. – Trochę się spóźniłeś, jeśli chcesz dołączyć do 

wałki, to pewne! – Wyciągnął przybysza z wody. – Skąd się tu wziąłeś? 

Ale  zanim  mężczyzna  zdołał  odpowiedzieć,  fale  wyrzuciły  bezceremonialnie  następną 

postać. 

– Muranta! – zdumiał się Trimak i pomógł wstać żonie. – Jak tu trafiłaś? 
–  Skąd  mam  wiedzieć?  –  warknęła  z rozdrażnieniem.  –  Byłam  w domu  i martwiłam  się 

o ciebie, aż raptem coś mnie porwało i rzuciło na... na... Nie wiem gdzie, ale strasznie tu zimno! 
– Otrzepała sukienkę z kropel wody. 

background image

Ale nie było czasu na dalsze rozmowy, bo z fal spadł Leifrim, a zaraz po nim Fenagel, która 

do niego podbiegła i chwyciła w ramiona. 

– To niemożliwe! – powiedział Morpeth. – To się nie mogło wydarzyć. To... 
– To prawda! – krzyknęła Rachel ze łzami radości. – Patrzcie! 
Wszystko  zaczęło  się  dziać  jednocześnie.  Wszelkie  gatunki  stworzeń,  ludzie  i zwierzęta, 

spadały z fal tak szybko, że nie można było nadążyć za nimi wzrokiem. Przybywali Sarrenowie, 
dorośli i dzieci z całej Ithrei; w ślad za nimi z nieba sypali się Neutrani, całe tłumy bezgranicznie 
zdumionych niewolników wiedźmy. Przybywali fala za falą, zewsząd, gdzie mieszkali teraz lub 
niegdyś, a fale wynosiły ich na Kopiec. 

Przybyły stada wilków ze Scorpą na czele, o szarych futrach przemoczonych morską wodą. 

Znalazły  się  też  prapsięta,  jak  zwykle  wyćwierkujące  niewiarygodne  nonsensy.  Przybywali 

i przybywali,  aż  na  Kopcu  zaroiło  się  od  wszystkich  stworzeń,  żyjących  i zmarłych,  które 
kiedykolwiek  uginały  kark  przed  Dragweną.  Pojawił  się  Ronnocoden  ze  swymi  dumnymi 
towarzyszami,  bijąc  mokrymi  skrzydłami  i śpiewając  na  całe  gardło  po  stuleciach  milczenia. 
Przybyły  też  nadzwyczajne  stworzenia,  nieznane  nikomu  z obecnych  –  stworzenia,  które  żyły 

i rozmnażały  się  pod  śniegami  Ithrei,  zapomniane  od  tysięcy  lat.  Pełzły,  czołgały  się  i wiły, 
błyskając  zębami  i zasłaniając  wrażliwe  oczy  przed  słońcem,  które  widziały  po  raz  pierwszy 

w życiu. 

Wreszcie wody cofnęły się nieco, dając im więcej miejsca. 

A oni je wykorzystali. Ach, jak wykorzystali! 
Wilki  zaszczekały  i skoczyły  na  świeżą  wilgotną  trawę,  która  nagle  pojawiła  się  pod  ich 

łapami.  Dzieci  zaczęły  się  z nimi  bawić,  biegały  za  nimi,  by  je  pogłaskać,  ale  nie  mogły  ich 
dogonić. W końcu orły pozwoliły im się dosiąść i fruwały z nimi nisko nad ziemią, drocząc się 

po drodze z prapsiętami. 

Sarrenowie  i Neutrani,  owładnięci  jakąś  siłą,  której  nie  potrafili  się  oprzeć,  zaczęli  razem 

tańczyć i śpiewać. Ich głosy zlewały się ze śpiewem ptaków, aż w końcu zgiełk, śmiech, śpiew 

i szczebioty stały się tak głośne, że zatrzęsły ziemią, która także zaczęła mruczeć ze szczęścia. 

Morpeth stanął przy Rachel i Eryku. 
Ciemna  dziewczynka  się  zjawi,  Nieprzyjaciół  wybawi,  Śpiew  w harmonii  usłyszycie, 

Powstanę ze snu i morza o świcie – wyrecytował tęsknic. 

 

Rachel spojrzała mu w oczy z miłością. 
– A uj jak dzieci się ucieszycie. 
I  miała  rację,  bo  gdy  Sarrenowie,  orły,  wilki  i inni  tańczyli,  biegali  i fruwali,  stopniowo 

zaczęli się zmieniać, aż stali się dziećmi, szczeniakami i pisklętami. Prapsięta zrzuciły dziecinne 

buzie i znowu zmieniły się w małe wronki o szeroko rozdziawionych dziobach. Morpeth stał się 

background image

jasnowłosym  chłopcem  o niebieskich  oczach,  a Trimak  uśmiechnął  się,  aż  w pucołowatych 
policzkach pojawiły mu się dołeczki. 

– Nooo... – Eryk pokręcił głową z podziwem. – Ho, ho! – Właśnie! – roześmiał się Trimak. 
– Ale co dalej? – spytał Morpeth. – Znowu jesteśmy dziećmi. Co teraz zrobimy? 
I  tak,  jakby  tymi  słowami  zainicjował  zaklęcie,  wcale  o tym  nie  wiedząc,  wszystkie 

stworzenia zamilkły i odwróciły się do Rachel. 

Zakreśliła dłonią kształt w powietrzu. Nie wiadomo skąd pojawiły się drzwi, prowadzące do 

piwnicy o grubych kamiennych ścianach. 

– Gdzie chcecie mieszkać? – spytała. – Na Ithrei czy Ziemi? Larpskendya dał wam wybór. 
Wybór?  Stworzenia  spojrzały  na  siebie  pytająco.  Od  tak  dawna  żyły  pod  rozkazami 

wiedźmy, że nie wiedziały, jak zareagować. I co wybrać? Dla wszystkich dzieci Ziemia stała się 
mglistym wspomnieniem. Zwierzęta wcale jej nie znały. Dla nich domem była Ithrea. 

Szczeniaki  przysiadły  i zapiszczały  w rozterce,  pisklęta  zbiły  się  w stadko  i ćwierknęły 

niepewnie, a najosobliwsze zwierzęta Ithrei zamlaskały w swoich językach, zastanawiając się, co 
robić.  Wreszcie  wszystkie  zwróciły  się  do  dzieci,  lecz  niegdysiejsi  Sarrenowie  i Neutrani  byli 

równie  zdumieni  jak  one.  Tysiące  chłopców  i dziewczynek  zaczęło  zadawać  sobie  pytania 

o życie na Ziemi, rodziny i przyjaciół, z którymi niegdyś spędzali czas. 

I powoli, boleśnie, wróciły do nich wspomnienia. 
– Och, Rachel... – szepnął Eryk. – Patrz, wszyscy płaczą! 
Zaczęło  się  od  kilku  stłumionych  chlipnięć,  lecz  wkrótce  wszyscy  rozszlochali  się  w głos. 

Chodzili  po  Kopcu  lub padali  na  kolana,  każdy  pogrążony  we  własnym  świecie  rozpaczy,  gdy 
znów  powróciły  do  nich  obrazy,  słowa  i uczucia,  wizje  od  dawna  nieżyjących  rodziców,  braci 

i sióstr,  a także  ukochanych  przyjaciół,  których  nigdy  więcej  nie  będą  mogli  zobaczyć  ani 
dotknąć. 

Mały Leifrim o rozczochranych, czarnych jak węgiel włosach skrzywił płaczliwie buzię. 
– Moja mama... Pamiętam, jak mnie obejmowała, ale... – rozejrzał się wstydliwie – jak miała 

na imię? Nie pamiętam... 

Fenagel objęła ojca ramieniem. Ona urodziła się już na Ithrei. Znała tylko jej ciemne śniegi. 

Ale wielu innych nie miało dzieci, które mogłyby ich pocieszyć, gdyż wiedźma pozwoliła na ten 
zaszczyt  tylko  nielicznym.  Po  chwili  wszystkie  dzieci  tonęły  we  łzach  lub  ściskały  kurczowo 
swoich bliskich, ogarnięte bezbrzeżną rozpaczą. 

– Nie... – jęknął Eryk. – Rachel, niech oni już przestaną. Rzuć jakiś czar. To się nie może tak 

skończyć. Larpskendya na pewno tego nie chciał! 

Poczekaj  –  powiedziała,  także  z oczami  pełnymi  łez.  –  Larpskendya  uprzedził,  że  tak  się 

stanie.  Oni  nie  opłakują  tylko  zmarłych  rodzin,  lecz  także  to,  co  zrobiła  z nimi  wiedźma, 

wszystkie te setki lat cierpienia. – Uśmiechnęła się przez łzy. – Ale to, co stanie się potem, będzie 

background image

zadziwiające. 

Płacz dzieci trwał jeszcze długo. Dłużej, niż można się było spodziewać. Ucichł dopiero, gdy 

ostatnie dziecko wypłakało ostatnią łzę. Wreszcie na Kopcu zapadła cisza tak głęboka, że nawet 

prapsięta zdały sobie sprawę, że nie powinny paplać. Schowały głowy pod nieopierzone skrzydła 

i zamarły w oczekiwaniu. 

Nad Kopcem powiał lekki wiatr. 
Trimak jako pierwszy poczuł jego dotyk na policzku. Wiatr osuszył jego łzy i rozgrzał go. 
– Patrzcie! – zawołał, rozglądając się dookoła. 
Aż do tej pory nikt nie zwrócił uwagi na to, co działo się poza Kopcem. Teraz zobaczyli, że 

oceany  cofnęły  się  i roztopiły  śniegi.  Świat  pokryła  czarna  ziemia,  zryta  bruzdami  i martwa. 
Ithrea  była  naga.  Zniknęła  nawet  trawa.  Nie  zostało  na  niej  ani  jedno  źdźbło.  Jakieś  dziecko 
westchnęło i jego głos poniósł się echem w pustej przestrzeni. 

– Nie... – szepnął Trimak. – Więc to na to czekaliśmy przez tyle lat? Nawet śnieg był lepszy! 
Rachel parsknęła śmiechem. 
– Więc zażyczcie sobie czegoś innego! 
– Może kwiatów? – mruknął. – To by już było coś. Z ziemi wokół niego wystrzeliły stulone 

pąki. Trimak odskoczył jak oparzony; pączki wykiełkowały w śladach jego stóp. 

– Jaki mają mieć kolor? – spytała Rachel. – I jaki kształt? Jak mają pachnieć? Ile ma ich być? 
– Skąd mam  wiedzieć?  – parsknął Trimak, starając się nie podeptać żadnej  roślinki.  – Nie 

znam się na kwiatach! 

Rachel uśmiechnęła się przekornie. 
– Tak szybko się poddajesz? 
– Ładne – powiedział słabo. – Kolorowe. Jak się one nazywają? Och... nie wiem! 
Pączki  wychylały  się  gęsto  spomiędzy  grud  ziemi,  lecz  nadal  były  mocno  zaciśnięte  jak 

piąstki. Czekały. 

– Białe róże! – zawołała Fenagel. – Fioletowe żonkile! Zielone stokrotki! Czerwone... Oooo! 
Pączki  pękły  i rozkwitły  kwiatami,  które  właśnie  wymieniła.  Pojawiły  się  na  całym  Kopcu 

i poza nim. 

– Stać! – krzyknął Morpeth i kwiaty posłusznie przestały rozkwitać. 
–  Śpiewające  róże!  –  rzucił  Trimak.  Białe  róże  natychmiast  zaczęły  zawodzić  fałszywie, 

łopocząc do taktu płatkami. – Nie śpiewajcie jak ja! Śpiewajcie pięknie, głuptasy! 

Więc róże zaczęły śpiewać inaczej. Nie pięknie, raczej głupio. 
– Magiczna moc nie wie, co jest piękne – wyjaśniła Rachel. – Wytłumacz jej to! 
Trimak parsknął śmiechem, a pozostali przyłączyli się do zabawy. 
– Jak szczęście! 
– Jak papugi! 

background image

– Jak gaworzące dzieci! 
Kwiaty zaczęły naśladować te dźwięki. 
– Jak to możliwe? – zdumiał się Morpeth. Tuż koło niego jakaś dziewczynka przyłożyła ucho 

do nucącego kaczeńca. 

Rachel puściła do niego oko. 
– To magia. Larpskendya dał ci wszystko, czego potrzebujesz. 
– Do czego? 
– Żebyś mógł zrobić to, na co masz ochotę! Nie wstydź się, wymyśl coś! 
Morpeth  nie  mógł  wydobyć  z siebie  głosu.  Nerwowo  wyczarował  w dłoni  malutkie 

słoneczko i dmuchnął na nie, by uniosło się pod niebo. 

– Oj, odważ się na więcej – zachęciła go. – Patrz, co robią inni! 
Morpeth  podniósł  wzrok  i przekonał  się,  że  wszędzie  jak  okiem  sięgnąć  dzieci  dają  upust 

swojej  fantazji  i tworzą  nową  Ithreę.  Ruchome  lasy  maszerowały  po  zboczach  Dzikich  Gór, 
Fenagel biegała w kółko po wzgórzu, a za nią jak posłuszne zwierzaki podskakiwały drogocenne 
klejnoty. Dzieci pisały swoje imiona na niebie. W oddali pojawiły się góry w kształcie melonów, 
plujące  dymem  niczym  wulkany.  Do  jednego  z chłopców  przytoczył  się  wielki  głaz 

i zaproponował mu bogaty wybór słodyczy. Co do kwiatów, pierwszych stworzeń Ithrei, wkrótce 
zostały zapomniane, lecz wcale się tym nie przejęła. Śpiewały w najlepsze, dopóki Muranta nie 
kazała im zamilknąć. Potem tylko szeptały do siebie. 

Eryk  dostrzegł,  że  z fal  odległego  jeziora  Ker  powstaje  ziejący  ogniem  smok.  Zginąłby 

niezauważony  pomiędzy  wieloma  innymi  stworzeniami,  ale  chłopiec  zorientował  się,  że  smok 
zamierza rzucić się na małe orlątka. 

– Hej, przestań – zganił chichoczącą wronkę, ale orlątka już zmieniły smoka w ostry dziób, 

który rzucił się w pogoń za prapsiętami, a potem, dla odmiany, za orłami. 

– Czy to się w końcu nie zrobi trochę niebezpieczne? – spytał Eryk. 
– Nie mogą zrobić sobie krzywdy – wyjaśniła Rachel. 
– Larpskendya by na to nie pozwolił. Niech się bawią, tak długo nie mogli tego robić. – Tuż 

przed jej ustami zawisła grzanka z marmoladą. 

–  Mam  nadzieję,  że  lubisz  marmoladę  –  powiedziała.  Rachel  odwróciła  się  i spojrzała  na 

uśmiechniętego Morpetha. 

Szaleństwa  fantazji  ciągnęły  się  bez  końca  i każdy  miał  okazję  stworzyć  kawałek  Ithrei. 

Wreszcie Trimak zarządził koniec czarowania i psot. 

–  Wiem,  czego  chcę!  –  zawołał.  –  Chcę  zostać!  Teraz  moim  domem  jest  Ithrea.  Już  się 

zdecydowałem. 

–  Doskonały  wybór!  –  zagrzmiał  jakiś  głos.  Dochodził  od  strony  Pika  w Dzikich  Górach. 

Stary szczyt zdjął śnieżną czapę i pomachał nią entuzjastycznie. Za plecami Trimaka zachichotał 

background image

jakiś chłopiec. 

– Przepraszam – powiedział, zażenowany. – Nie mogłem się powstrzymać. 

Po  tym  wszystkim,  gdy  Ithrea  zalśniła  całą  swoją  absurdalną  i bujną  urodą,  większość  jej 

mieszkańców także dokonała wyboru. Niektórzy pytali  jeszcze o Ziemię, ale kiedy dowiedzieli 
się, że nie ma na niej magii, przestali się nią interesować. 

Ku  zaskoczeniu  Rachel  i Eryka  znalazła  się  także  garstka  takich,  którzy  zapragnęli  z nimi 

wrócić.  Kilka  dżdżownic  owinęło  się  wokół  nóg  chłopca  i nie  chciało  ich  puścić.  Scorpa 
odłączyła od stadka szczeniaków i zaczęła lizać kolana Rachel tak gwałtownie, że dziewczynka 
ciągle  się  przewracała.  Parę  prapsiąt  dołączyło  do  nich  właściwie  bez  powodu,  a przynajmniej 

z powodów niezrozumiałych dla innych, wskoczyło na stopy Rachel i zaćwierkało coś o nowym 

niebie. 

– Myślałem, że teraz będą normalnymi pisklętami – zdziwił się Eryk. – Jak to możliwe, że 

potrafią mówić? 

– Larpskendya nie odebrał im tego daru – powiedziała Rachel. – Szczeniaki też mogą mówić. 

Ale wolą szczekać. 

– Zgadza się – odezwała się Scorpa. – Tylko mnie nie głaszcz. Okropnie tego nie lubię. 
– Wcale nie zamierzałem – burknął Eryk, który właśnie przed chwilą pomyślał, że chciałby 

ją pogłaskać. 

Niespodziewanie  na  ramieniu  Rachel  przysiadł  Ronnocoden.  Spojrzał  wyniośle  ponad 

łebkami prapsiąt, jakby nie były godne jego uwagi. 

Pierwszy ranek na nowej Ithrei zamienił się w południe, gdy rozpoczęła się prosta ceremonia. 

Ciała Grimwolda i innych zabitych przez Dragwenę wojowników zabrały cofające się fale, lecz 

nie  zapomniano  o nich.  Trimak  oznaczył  miejsce,  w którym  spadli,  kilkoma  mieczami  –  po 
jednym na każdego wojownika. Wbił ostrza w żyzną ziemię i pochylił je rękojeściami ku sobie. 

– Chyba żaden Sarren nie zechce z nami wrócić – odezwał się Eryk. – I wcale się nie dziwię. 
Ale nie miał racji. Jedno dziecko postanowiło wrócić na Ziemię. 
Przez  wiele  godzin  Morpeth  żegnał  się  z przyjaciółmi,  płacząc,  śmiejąc  się,  biorąc  ich 

w objęcia i znowu płacząc. Jest ich tak wielu, pomyślała Rachel. Przyjaciele od pięciuset lat. Jak 
można  się  pożegnać,  i to  na  zawsze,  z tymi,  których  się  kochało  i z którymi  dzieliło  się  życie 

i śmierć przez tak długi czas? 

Wreszcie  chwycił  Trimaka  w uścisk,  który  trwał  chyba  godzinę.  Rozstali  się  niemal  bez 

słów. I wtedy uznał, że jest gotowy. 

Po twarzy płynęły mu strumienie łez. Rachel nie miała odwagi na niego spojrzeć. 
– Na pewno chcesz z nami iść? – spytała. – Wszyscy twoi przyjaciele zostają. 
– Nie wszyscy – odparł poważnie. Dotknął powiek jej różnobarwnych oczu i zerknął na nią 

chytrze.  –  To  nie  jest  twój  czar.  Widziałem,  co  się  stało,  kiedy  Larpskendya  cię  dotknął.  Teraz 

background image

masz oczy czarodzieja. Myślałaś, że nie zauważę? Larpskendya dał ci prezent, prawda? 

– Cśśś... Na razie nie mogę powiedzieć jaki. To dar... i zadanie, które muszę wykonać. 
Morpeth  klasnął  z radością  w dłonie  i odwrócił  się,  by  jeszcze  raz  spojrzeć  na  cuda,  jakie 

zjawiły się na Ithrei w ciągu ostatnich sekund. 

– Niewiarygodne! – krzyknął. 
– I idiotyczne! – dodał Eryk. – Co to ma być? 
Wskazał na szybującego po niebie tłustego prosiaka. 
Leżał  wygodnie  na  chmurce,  na  ryjku  miał  ciemne  okulary  i popijał  lemoniadę.  Na  ziemi 

stała  mała  dziewczynka  z czołem  zmarszczonym  w zamyśleniu.  Najwyraźniej  zastanawiała  się, 
co jeszcze może wyczarować. 

– Kompletna głupota – mruknął Eryk. 
– Och, a mnie się nawet podoba – powiedział Morpeth z uśmiechem. – Ale spójrz tam! To 

dopiero głupio wygląda! 

I  stali  tak,  pokazując  sobie  coraz  to  nowe  rzeczy:  bulgoczące  strumienie  pełne  żab, 

skaczących  smoków  i galopujących  tęczowych  koni,  a także  stworzeń,  których  nie  znali, 
rosnących  i rozpływających  się  na  tle  kremowego  nieba.  Ryba  najeżona  kolcami  wyłoniła  się 

z jeziora  Ker  niby  wiedźma,  a świnka  miała  już  towarzyszkę  –  dziewczynka  trzymała  ją  za 
zakręcony  ogonek  i fruwała  wokół  Kopca.  Kilkoro  dzieci  natychmiast  poszło  w jej  ślady.  Po 
chwili były w każdym zakątku planety, zmieniając ją, wypełniając swoimi dziełami i zacierając 
wszelkie ślady po dawnym zimowym świecie wiedźmy. 

Wreszcie  słońce  zaczęło  zachodzić,  a jeden  z chłopców  stworzył  nowy  księżyc.  Podniósł 

ręce  i księżyc  uniósł  się  powoli  na  niebo,  z miłym  uśmiechem  na  tarczy.  Chłopiec  wskazał 

w górę;  wokół  księżyca  pojawiły  się  nowe  konstelacje  gwiazd,  świecących  ciepło  jak  płomyki 
świec. 

Morpeth usiłował objąć cały ten fantastyczny świat jednym spojrzeniem, ale to okazało się 

niemożliwe. Zbyt wiele się działo. 

– Tu jest... no, chyba wszystko – odezwał się Eryk. 
– Nieprawda – zaoponowała Rachel. – Czegoś brakuje. Czegoś zimnego i ciemnego. 
– Właśnie! – krzyknął Morpeth. – Nie ma śniegu! Wszyscy się roześmieli, bo ciemne śniegi 

Ithrei zniknęły na zawsze. 

– Nie musimy chyba odchodzić od razu, prawda? – spytał Morpeth z nadzieją. – Jeszcze tyle 

możemy zobaczyć! Tyle zrobić! 

–  Niestety  –  powiedziała  Rachel  –  Larpskendya  powiedział,  że  brama  nie  powinna 

pozostawać otwarta zbyt długo. Musimy odejść już teraz. 

– Dlaczego? 
– Nie mogę powiedzieć. 

background image

– Czy to ma coś wspólnego z wiedźmami? 

Rachel skinęła głową. 
– Nie pytaj o nic więcej. Nie mogę nic powiedzieć, dopóki nie wrócimy. 
– A jeśli pójdę, czy będę mógł kiedyś wrócić? 
– Nie jestem pewna – odparła poważnie. – Tego Larpskendya mi nie powiedział. Być może 

nigdy nie zobaczymy już Ithrei. 

Morpeth  skinął  głową  ze  smutkiem  i obejrzał  się  na  Trimaka.  Prawie  wszystkie  dzieci 

rozeszły się już w różnych kierunkach, ale Trimak został. Tkwił nieruchomo  na środku Kopca, 
obejmując  swoją  żonę  Murantę.  Rachel  wiedziała,  że  będzie  patrzył  na  Morpetha,  dopóki  nie 

straci go z oczu. 

Morpeth zrobił z wahaniem parę kroków w stronę drzwi piwnicy, ciągle oglądając się przez 

ramię, by sprawdzić, co jeszcze wyczarowały dzieci. Jedna dżdżownica wykorzystała tę okazję, 
ześliznęła się z nogi Eryka i owinęła wokół jego kostki. 

–  Więc  chodźmy  –  rzucił  Morpeth,  ściskając  Rachel  za  rękę.  –  Zanim  dżdżownica  i ja 

zmienimy zdanie. 

Rachel zrobiła krok w stronę drzwi. Morpeth nadal wahał się na granicy olśniewającej Ithrei. 
– Jesteś pewien? – spytała. – Czy na pewno chcesz odejść? 
– Tak – westchnął. – Nie. Tak... To znaczy... och! – Wepchnął ją w drzwi. 
Zamrugała.  W powietrzu  kłębił  się  kurz.  Na  podłodze  siedział  jej  ojciec  z głową  opartą  na 

rękach.  Obok  leżała  siekiera.  Ojciec  powoli  podniósł  głowę;  zobaczył  Rachel,  a w jego  oczach 
pojawiły się łzy ulgi. 

–  Myślałem...  –  zawahał  się,  usiłując  znaleźć  brakujące  słowa  –  przeszłaś  przez  ścianę. 

Myślałem... 

Objęła go mocno. Potem spojrzała na niego, a jej różnobarwne oczy zalśniły. 
– Jesteś inna – powiedział tato – Zmieniłaś się. 
Pocałowała go. 
– Wszystko się zmieniło. 
– Gdzie Eryk? 
– Już idzie. I wiesz... nie tylko on. 
– Rachel, co to znaczy? 
– To znaczy, że... 
Ale nie mogła ich dłużej powstrzymywać. Scorpa wskoczyła do środka, machając ogonem, 

prapsięta  śmignęły  w powietrzu,  Ronnocoden  załopotał  skrzydłami...  a potem  Morpeth  i Eryk 

w towarzystwie dżdżownic przekroczyli śmiało próg piwnicy.